background image

Krystyna Lubelska

Miłość w stanie wyższej 

konieczności

background image

Rozdział 1

Jim stał na schodach przed gmachem redakcji u zbiegu 

ulic Trzeciej i Piątej.

- A niech to diabli - burknął wściekle i starannie zgasił 

niedopałek   papierosa.   Upał   rozgrzewał   powietrze   do 
białości,   wilgotna,   gorąca   wata   oblepiała   ciało,   smog 
wciskał się pod powieki, w atmosferze czuć było opary 
topniejącego asfaltu. Miasto huczało, klaksony dźwięczały 
w uszach.

Tak musi wyglądać piekło, pomyślał Jim i wszedł do 

budynku.

-  Dzwonił   Michael   Watson-Smith   -   zameldowała 

podekscytowanym głosem sekretarka.

-  Nie   do   wiary.   Na   pewno   do   mnie?   -   spytał, 

uśmiechając się.

Doskonale   rozpoznawał   wrażenie,   jakie   na   ludziach 

robiło nazwisko Michaela. Niektórzy czasem dopytywali 
się, czy to rzeczywiście on. Większość jednak, ze względu 
na   oryginalność   nazwiska,   była   pewna,   że   chodzi   o 
potomka   jednej   z   bogatszych   rodzin   w   Stanach. 
Rudowłosa   sekretarka,   przejęta   nową   funkcją,   a   także 
wiadomością, którą właśnie przekazała, nie miała pojęcia 
o tym,  o czym wiedzieli  wszyscy w redakcji, że Jim i 
Mike znają się od czasu studiów w Harvardzie. Jim uczył 
się jak szalony, aby zdobyć stypendium, a jednocześnie 

background image

pracował w bibliotece, dorabiając na papierosy i alkohol. 
Właśnie   tam   się   spotkali.   Mike   wręczył   mu   komplet 
podręczników z poprzedniego roku i powiedział:

- Zrób coś z tym, mnie już nie są potrzebne. Może się 

przydadzą?

Jim   błyskawicznie   przejrzał   książki   i,   ku   swojemu 

zaskoczeniu,   zobaczył   wśród   nich   kilkanaście   pozycji 
medycznych.

-  Co   w   końcu   studiujesz?   Finanse   czy   medycynę?   - 

zapytał.

-  Finanse   -   odparł   z   naciskiem   Mike   -   ale   jestem 

hipochondrykiem.   Postanowiłem   pozbyć   się   książek 
medycznych, może mi przejdzie.

- „Dolegało mu wszystko poza puchliną wodną kolan"

- zacytował Jim i parsknął śmiechem.

Mike mu zawtórował.
- Oczywiście, znam to. Jerome K. Jerome.
Od tego popołudnia spędzili ze sobą mnóstwo czasu. 

Jim   miał   niejasne   poczucie,   że   powinien   się   trochę 
opiekować   bogatym   i   rozpieszczonym   potomkiem 
Watsonów-Smithów.   Uważał   Michaela   za   dziecko 
szczęścia i zazwyczaj bez trudu, poza krótkimi chwilami 
buntu,   godził   się   z   faktem,   że   na   tym   świecie   komuś 
takiemu należą się specjalne względy.

Mike skończył studia z wyróżnieniem. Teorię finansów 

i operacji giełdowych opanował w stopniu celującym, ale 
prowadzeniem imperium zajmował się w dalszym ciągu, 

1

 

Cytat z książki Jerome'a K. Jerome'a „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)".]

background image

zazdrosny o własne wpływy i władzę, ojciec Michaela.

„Julien J. Watson-Smith - powiadał ironicznie o swoim 

starym Mike - podda się, gdy dobije setki. Przede mną 
więc jeszcze ponad czterdzieści lat beztroskiego życia. W 
wieku   siedemdziesięciu   lat   będę   miał   wreszcie   szansę 
przejrzeć   rodzinne   księgi   rachunkowe,   o   ile   oczywiście 
nie dostanę alzheimera".

Jim od pięciu lat był dziennikarzem w kalifornijskiej 

redakcji   jednego   z   najbardziej   poważanych 
amerykańskich   dzienników.   Zaczynał   od   posady 
miejskiego  reportera,  potem  pracował  w  dziale   kultury. 
Od   niedawna   zajmował   biurko   w   dziale   zagranicznym. 
„Dziennikarstwo - mówił Jim - to nie jest siedzenie na 
dupie.   A   ja   najdalej   byłem   w   Acapulco".   Mike 
wielokrotnie   proponował   mu   pomoc   w   przyspieszeniu 
kariery zawodowej. „Przecież wiesz - powtarzał - że do 
mojego   stryja   należy   większość   udziałów   w   Times 
Company.   Masz   znajomego   wydawcę".   Jim   jednak 
postawił   sprawę   jasno:   jeśli   kiedykolwiek   wspomni 
wujowi,   że   pracuje   w   gazecie   należącej   do   Times 
Company,   to   koniec   z   przyjaźnią.   Na   Michaela   można 
było liczyć. Jego stryj, którego Jim wielokrotnie spotykał 
na   różnych   bankietach,   wierzył,   że   Jim   jest   maklerem 
giełdowym i zawsze wypytywał go o prognozy kursów 
akcji.   W   rezultacie   Jim,   przed   wizytami   u   Michaela, 
wiedząc, że będzie tam Andrew Watson-Smith, specjalnie 
studiował „Wall Street Journal", a niekiedy nawet dzwonił 
do   swojego   kumpla   z   gazety,   żeby   poznać   ploteczki   z 

background image

giełdy. Starszy pan był wówczas zachwycony, klepał go 
po ramieniu i mówił: „Zawsze uważałem, że dobrze jest 
pogadać z fachowcem".

Mike   nie   posiadał   się   wtedy   z   radości   i   często 

powtarzał:   „Masz   szczęście,   stary,   że   stryj   nie   czyta 
swojej gazety i nie znalazł tam twojego nazwiska. Nigdy 
nie przebaczyłby ci, że zrobiłeś z niego dupka. Nawiasem 
mówiąc, uważa ją za szmatę, bo nie przynosi mu dobrej 
kasy. Mam nadzieję, iż nie dlatego, że ty tam piszesz".

-  Odczep  się  -  odpowiadał   Jim,   jak  zwykle  zły, gdy 

atakowano jego gazetę.

Niedawno   jednak   dostał   wreszcie   propozycję,   która 

przyprawiła go o zawrót głowy. Realny stał się wyjazd do 
dalekiego kraju, w którym trwa wojna. No, może jeszcze 
nie dosłownie wojna, ale w każdym razie istnieje na nią 
duża szansa. Pojedzie do Polski. W reporterskiej podróży, 
co   jeszcze   przydawało   prestiżu,   miał   mu   towarzyszyć 
znany   fotoreporter,   kilkakrotny   zdobywca   World   Press 
Photo,   Kay   Lyons.   To   wreszcie   było   coś,   o   czym 
naprawdę   marzył,   relacjonowanie   wydarzeń   z   miejsca 
dramatu, nic lepszego nie może się dziennikarzowi trafić. 
Gdyby tak jeszcze do Polski wkroczyli Rosjanie, sprawa 
stałaby się znacznie poważniejsza. Dotąd Polacy radzili 
sobie   sami   i   to   właśnie   polski   generał   ogłosił   stan 
wojenny   w   obronie   komunizmu.   Jednak   z   wszelkich 
doniesień,   które   Jim   uważnie   śledził,   wynikało,   iż 
społeczeństwo burzy się przeciwko rządom wojskowych. 
Może więc dojść do tego, że obecne władze nie dadzą 

background image

sobie rady ze zbuntowanym narodem i poproszą Rosjan o 
pomoc.   W   którymś   z   opracowań   na   temat   Polski 
przeczytał, że Polacy znani są z buńczuczności, odwagi i 
skłonności do bohaterskich zrywów. Trochę na to liczył. 
Znacznie ciekawej byłoby znaleźć się w kraju ogarniętym 
wojną.   Martwił   się,   czy   zdąży   na   czas.   Wiele   razy 
wyobrażał   sobie   własne   nazwisko   wypisane   wielkimi 
literami   na   czołówce   pierwszej   strony:   JIM   KEATON, 
korespondent wojenny z Warszawy. To byłoby naprawdę 
coś   i   może   wreszcie   Jonas,   szef   działu   zagranicznego, 
przestałby się go czepiać.

Sekretarka   przypomniała   Jimowi,   że   powinien 

zadzwonić do Michaela. Jego nazwisko miało magiczną 
moc,   pomyślał   z   lekką   zazdrością   Nikt   nigdy   nie 
zapominał próśb Michaela Watsona-Smitha. Wziął kawę z 
automatu i popijając ją drobnymi łykami, wykręcił numer 
Michaela.

-  O   co   chodzi?   -   rzucił   obcesowo,   bo   miał   dość 

zmartwień   na   głowie,   a   zadowolony   głos   przyjaciela, 
którym   ten   wypowiedział   „halo",   jeszcze   bardziej   go 
zirytował.

- Co tak kiepsko brzmisz? - zapytał beztrosko Mike. - 

Przyjdź na kolację.

- Mam piekielny problem. Kay nie może jechać ze mną 

do   Polski.   Wpadł   pod   samochód   i   jest   połamany.   -   W 
głosie Jima dało się wyczuć rozgoryczenie. Los, czuł to od 
dawna,   nie   obchodził   się   z   nim   zbyt   sprawiedliwie,   w 
każdym razie nie tak, jak na to zasługuje.

background image

-  Zawsze   była   z   niego   ofiara   -   pogodnie   stwierdził 

Mike.

-  Z pewnością dlatego, że nie gra w golfa - odciął się 

Jim, licząc, że urazi Michaela.

Mike jednak zignorował tę jawną prowokację.
-  Czekam   na   ciebie   -   powiedział   nieznoszącym 

sprzeciwu   tonem.   -   Właśnie   wpadłem   na   pewien 
znakomity pomysł.

- Mam gdzieś twoje pomysły - odparł Jim ponuro.
-  OK. Tym bardziej wpadnij. - Michael zaśmiał się i 

odłożył słuchawkę.

Gdybyśmy mogli wcześniej wyjechać, Kay nie wpadłby 

pod   samochód,   rozważał   Jim,   którego   zawsze 
fascynowały   wszelkie   związki   przyczynowo-skutkowe. 
Już w dzieciństwie zamęczał matkę pytaniami, co byłoby 
gdyby:   „Gdybym   nie   poszedł   do   szkoły,   nie 
przewróciłbym się, mamo, prawda?". W szkole w Iowa, 
koledzy   przezywali   go   „Gdybol",   ale   na   studiach   w 
Harvardzie   jego   gdybanie   sprawiało,   że   uchodził, 
zwłaszcza   wśród   dziewczyn,   za   osobnika   myślącego   i 
wrażliwego.

Jechał swoim BMW wczesnym wieczorem do Michaela 

i   miał   dość   czasu   na   rozmyślania.   Uwielbiał   swój 
luksusowy samochód, na który nie było go stać. Ten jeden 
jedyny raz pożyczył od przyjaciela pieniądze. Od roku co 
miesiąc   przesyłał   mu   sporą   jak   na   swoje   możliwości 
sumę. Mike wielokrotnie powtarzał: „Nie śpiesz się stary, 
jak będziesz mógł, to mi oddasz". Jednak ta sprawa była 

background image

dla   Jima   kwestią   honoru.   Mike   śmiejąc   się   z   jego 
akuratności w spłacaniu długu, mówił często: „I tak nie da 
się ukryć, że przyjaźnisz się ze mną tylko dla pieniędzy". 
Jim   także   się   wówczas   uśmiechał,   ale   nie   lubił   takich 
żartów. Mike przecież doskonale wiedział, jak magiczną 
moc mają pieniądze. Zresztą i on nieraz zastanawiał się, 
jaki byłby Mike, gdyby nie był aż tak bogaty. Czy tak 
samo   swobodny,   zabawny,   pewny   siebie,   tak   bardzo 
różniący się od znanych mu ludzi?

Jim   był   głęboko   przekonany,   iż   życie   każdego 

człowieka   jest   zdeterminowane,   z   góry   zapisane   w 
gwiazdach. Nie wierzył w wolną wolę ani w to, że można 
coś   radykalnie   zmienić   przeciw   przeznaczeniu.   Los   był 
jak kod genetyczny. Człowiek mógł żyć wedle wszelkich 
zasad higieny, mógł dbać o siebie i łykać witaminy, jeśli 
jednak miał gen raka, umierał na chorobę nowotworową. 
Sprawa z Kayem była dla Jima kolejnym potwierdzeniem 
jego tezy. Ciekawe, czy w końcu dotrze do tej cholernej 
Polski?   Miał   nadzieję,   że   jest   to   zaplanowane   przez 
Opatrzność.   Odruchowo   spojrzał   w   niebo.   Dostrzegł 
czerwoną kulę słońca, zwisającego jak ogrodowy lampion 
nad Sunset Boulvard, którym jechał. Życie nie jest takie 
złe,   powiedział   sobie   w   duchu   i   poczuł   ogarniającą   go 
radość na myśl o czekającej go polskiej przygodzie.

Skręcił   w   Pacific   Palisades.   Rodzice   Michaela   mieli 

wspaniałą rezydencję w Beverly Hills. Mike twierdził, że 
dom jest tak wielki, żeby jak najrzadziej mogli się w nim 
widywać. Sam wolał być bliżej oceanu i dalej od rodziny, 

background image

dlatego wybrał Pacific Palisades. „Człowieka, który ma 
wizytówkę z adresem Beverly Hills - powiadał - nic już 
nie czeka. A ja chciałbym jeszcze coś w życiu zrobić. Nie 
wiem wprawdzie co, bo majątek już mam" - dodawał z 
rozbrajającym uśmiechem.

Jim parkując samochód przed domem, domyślił się, że 

kolacja   będzie   miała   charakter   rodzinny.   Zauważył 
jaguara   ojca   Michaela   i   sportowy   kabriolet   siostry. 
Oznaczało to, że przyjechała sama, bez narzeczonego. Jim 
niespecjalnie   lubił   teraz   widywać   siostrę   przyjaciela, 
uważał   ją   za   nadętą   i   pretensjonalną,   choć   musiał 
przyznać, że jest ładna. Każdy byłby ładny, pomyślał ze 
złością,   gdyby   ładował   na   siebie   kosmetyki   po   sto 
dolarów   za   opakowanie.   Czuł,   że   jest   niesprawiedliwy, 
ale, mówiąc szczerze, wściekał go fakt, że Grace jest od 
niego wyższa.

Dom   Michaela   od   frontu   nie   wyglądał   zbyt   okazale. 

Natomiast   przedstawiał   się   imponująco   od   strony 
wysokiej skarpy, na której został zbudowany. Wielki taras 
zwisał nad głębokim wąwozem pełnym kwitnących roślin, 
z tarasu można było obserwować pojedyncze kojoty, które 
zakradały   się   czasem   pod   dom,   wypatrując   kotów. 
Wszyscy stali na tarasie i popijali drinki. Nagrzany dom 
buchał wspomnieniem gorącego dnia. Upał już zelżał, ale 
powietrze było nadal rozedrgane słonecznym żarem.

-  Jesteś   nareszcie   -   powiedział   Mike,   poklepując 

przyjacielsko   Jima.   Młody   Watson-Smith   był   wysokim, 
dobrze zbudowanym mężczyzną. Spod gęstej, falowanej 

background image

czupryny spoglądały na świat z radosnym zaciekawieniem 
duże,   zielonkawe   oczy,   które   w   chwilach   wzburzenia 
zmieniały   się   w   szmaragdowe,   przypominając   wówczas 
swoją   barwą   kolor   oceanu.   Twarz   Michaela   także 
przeobrażała   się   pod   wpływem   nastroju.   Czasem 
wydawała   się   delikatna   i   subtelna   jak   uwiecznione   na 
portretach, uduchowione oblicza ortodoksyjnych Żydów, 
a kiedy indziej, zwłaszcza w chwilach, gdy Mike był zły 
lub   podejmował   trudne   decyzje,   stawała   się   surowa   i 
stanowcza.

Jim   przywitał   się   z   matką,   siostrą   i   wreszcie   ojcem 

Michaela.   Postawny,   siwiejący,   lekko   przygarbiony 
starszy pan oddawał się swojemu ulubionemu w gronie 
rodzinnym zajęciu - czyli mieszaniu drinków. „O moim 
ojcu nie da się powiedzieć nic dobrego - twierdził Mike - 
poza tym, że jest kobieciarzem".

- A gdzie Sara? - zapytał Jim.
- Ma dziś nagranie - odparł Mike.
Sara to był wyjątkowy podbój Michaela. Jim zazdrościł 

jej przyjacielowi, a jednocześnie nie pojmował, jak Mike 
mógł   tak   zjawiskową   kobietę   traktować   zwyczajnie,   a 
czasami nawet z lekkim lekceważeniem. Jim uważał, że 
właśnie   pieniądze   dają   mu   tę   cholerną   siłę.   Sara   miała 
śliczną   twarz,   smagłą   cerę,   długie   nogi,   a   w   dodatku 
obdarzona   była   doskonałym   głosem.   Jako   piosenkarka 
stała   się   sławna   już   nie   tylko   w   Ameryce.   Przy   tym 
wszystkim   była   wcale   niegłupia,   a   momentami   bardzo 
zabawna.   I   bez   pamięci   zakochana   w   Michaelu.   Jim 

background image

odetchnął z ulgą, gdy dowiedział się, że jej nie będzie. 
Onieśmielała   go,   ciągle   się   też   obawiał,   że   wszyscy 
zauważą,   jak   bardzo   mu   się   podoba.   Był   wprawdzie 
niemal pewien, że Mike zdaje sobie z tego sprawę, ale 
przyjaciel   nigdy   nie   uczynił   żadnej   uwagi   pod   jego 
adresem,   czasem   tylko   zachowanie   Jima   wobec   Sary 
kwitował leciutkim uśmiechem.

Kolacja   była   doskonała.   Mike   zatrudniał   kucharkę, 

milczącą i antypatyczną Tajkę, obdarzoną jednak wielkim 
talentem.   Na   komplementy,   wyrażające   uznanie   dla   jej 
kulinarnego   kunsztu,   odpowiadała   co   najwyżej 
wzgardliwym   spojrzeniem.   Jim   wygłodzony   po   całym 
dniu spędzonym w redakcji z apetytem pożerał kolejne 
dania. Członkowie rodziny Watsonów-Smithów wybrane 
kęski przełykali z pełną gracji niechęcią.

-  Jim,   kochanie,   czy   ty   nie   cierpisz   przypadkiem   na 

bulimię? - usłyszał śpiewny głos Grace.

Cała rodzina Watsonów-Smithów, poza seniorem rodu, 

doskonale   znała   się   na   wszelkich   najbardziej   nawet 
wyszukanych   chorobach.   Umieli   nie   tylko   je   nazwać, 
często   nawet   po   łacinie,   ale   także   wymienić 
najsubtelniejsze   objawy.   Jim   dostawał   szału,   gdy   Mike 
mówił   z   troską:   „Kaszlesz?   To   może   być   zwykłe 
przeziębienie   albo   początki   astmy,   a   nawet   raka   płuc, 
zresztą czytałem niedawno w «New England Journal of 
Medicine», że gruźlica nie została do końca wytępiona. 
Uważam,   że   powinieneś   się   prześwietlić".   „Kaszlę,   bo 
palę,   do   cholery"   -   odpowiadał   Jim   ze   złością.   „No 

background image

właśnie, dlatego proponuję ci prześwietlenie" - nie dawał 
za   wygraną   Mike,   z   powagą   wpatrując   się   w   niego 
zielonkawymi   oczami,   jakby   już   dostrzegał   pierwsze 
oznaki śmiertelnej choroby. Jim wzruszał ramionami, ale 
mimo wszystko zaczynał się poważnie zastanawiać nad 
swoim   stanem   zdrowia.   I   zwykle   na   kilka   godzin 
ograniczał palenie.

-  Zostałem   zaproszony   na   kolację,   więc   jem   z 

grzeczności, droga Grace - odparł Jim.

-  Ona uważa spożywanie darów bożych za wyjątkowe 

prostactwo - odezwał się Mike - a przewód pokarmowy za 
atawizm.

Grace była przeraźliwie chuda. Przed trzema laty Jim 

przeżył z nią niezbyt gorący romans. Spotykali się przez 
kilka miesięcy, ale niespecjalnie go pociągała. Najbardziej 
imponowała mu jej pozycja towarzyska, jednak w żaden 
sposób nie mógł wzbudzić w sobie namiętności ani nawet 
czułości.   Grace   zmuszała   go   do   ćwiczeń   fizycznych, 
nigdy nie szli, jak inne pary, do restauracji czy do kina, 
tylko spotykali  się na  siłowni  albo na  basenie, albo na 
tenisie, a gdy była zmęczona, grali w kręgle. Ciało miało 
doskonale   umięśnione   i   sprężyste.   Jednak   kiedy 
obejmował   Grace,   wydawało   mu   się,   iż   przyciska   do 
siebie   utalentowanego   lekkoatletę.   Zdarzało   się   często 
nieprzytomnemu   ze   znużenia,   z   obolałymi   mięśniami, 
marzyć o chwili drzemki, a dziewczyna przytulała się do 
niego namiętnie i wtedy po prostu musiał jej odmówić. 
„Widocznie   mamy   inne   potrzeby   i   inne   biorytmy"   - 

background image

stwierdził   pewnego   dnia   i   zaczął   jej   unikać.   Pozostała 
jednak   między   nimi   jakaś   jakby   niezałatwiona   sprawa, 
rodzaj   napięcia   emocjonalnego   i   lekkie   rozczarowanie. 
„Moja siostra cię  zamęczyła" -  skwitował  ich rozstanie 
Mike   i   nigdy   więcej   nie   wrócili   do   sprawy.   Cholerny 
Mike zawsze wiedział, jak się zachować.

-  Słyszałem, że jedziesz do Polski, Jim - wyrwał go z 

rozmyślań o Grace mocny głos głowy rodziny. - Boję się, 
żeby   z   tej   całej   awantury   nie   było   następnej   wojny 
światowej.   Jak   Rosjanie   wejdą   do   Polski,   znów   trzeba 
będzie zająć się Europą.

-  Dobra   Ameryka   ponownie   w   roli   zbawcy   świata   - 

mruknął ironicznie Mike.

-  Nie   mów   tak,   chłopcze.   Twój   dziadek   był 

pułkownikiem   w   czasie   drugiej   wojny   i   walczył   w 
Europie, ale potem miał tak jej dość, że nie chciał jechać z 
nami nawet do Paryża.

- Zdaniem dziadka - powiedziała Grace, oblizując usta - 

Europa to barbarzyński kontynent.

- Pewnie jeszcze tego nie wiesz, Jim - dodał Mike - ale 

dziadek powtarzał, że Europejczycy są gorsi od kanibali. 
Słynny z odwagi Alexander Watson-Smith tak się przejął 
widokiem   więźniów   w   obozie   koncentracyjnym,   który 
wyzwalał   wraz   z   bohaterską   armią   amerykańską,   że   aż 
zasłabł.

-  Dziadek po prostu nie znosił zapachu dymu nawet z 

kominka, a tam przecież palili ludzi... Cierpiał na alergię - 
wtrąciła   szybko   matka   Michaela   i   podsunęła   Jimowi 

background image

salaterkę z sałatą.

- O ile mi wiadomo, na dziadku wrażenie zrobiły raczej 

żywe szkielety - rzekł z naciskiem Mike.

-  Dziadek  był  bardzo  wrażliwy  -  stwierdziła  z   urazą 

pani Watson-Smith. - Ty, Mike, zawsze kpisz z własnej 
rodziny. Generał Patton - zwróciła się do Jima - bardzo 
cenił Aleksa...

- Powiedz lepiej, kiedy wyjeżdżacie z Sarą? - przerwała 

jej Grace, znudzona rozmową o przeszłości.

-  Nie   wiem,   czy   w   ogóle   pojedziemy.   -   Mike   się 

zamyślił.

-  A co, już nie jesteście razem?  - zainteresowała się 

siostra.

-  Ależ   owszem,   zaraz   to   udowodnię   -   odpowiedział 

uprzejmie Mike i wyszedł z salonu.

Wrócił z dużą tekturową kopertą pod pachą. Wyciągnął 

z niej wielkie zdjęcia. Jim ze zdumieniem i zażenowaniem 
patrzył na akty Sary. Czuł, że krew napływa mu do twarzy 
i   nie   może   opanować   podniecenia.   Bał   się,   że   ktoś   to 
zauważy, więc szybko powiedział:

- Wspaniała dupa.
Mike   spojrzał   na   niego   ze   zdumieniem.   To   nie   była 

uwaga w stylu Jima.

- Owszem, ma chłopak rację - przyznał z uznaniem J. J. 

Watson-Smith.

Jezu, pomyślał Jim, nigdy nie miałbym odwagi pokazać 

takich   zdjęć   moim   starym.   Ojciec   kazał   mu   zamykać 
oczy,   gdy   na   ekranie   pojawiała   się   choćby   zapowiedź 

background image

sceny   łóżkowej.   Rodzice   mieli   nieduży   sklep   w   małej 
miejscowości   w   Iowa,   tuż   obok   stacji   benzynowej. 
Codziennie   wieczorem   przynosili   do   domu   mnóstwo 
jedzenia, najwięcej tych rzeczy, które mogłyby się zepsuć, 
gdyby dłużej poleżały. Nadgniłe owoce, zbyt śmierdzące 
sery, lekko śliskie wędliny, czerstwe bułki - to wszystko 
lądowało na  stole. A ojciec, pocierając  ręce  o spodnie, 
mówił do Jima: „Co jak co, ale biedy to ty nie zaznasz". 
Po czym otwierał piwo, pociągał spory łyk i sprawdzając 
datę ważności, oświadczał z wielką satysfakcją: - „No i 
patrzcie, przechodzone już od tygodnia, a ciągle pycha".

Z rozmyślań wyrwał go Mike.
- Jak ci się podobają, stary?
- Piękne.
- Technicznie też dobre, prawda?
- Jasne, są świetne - zgodził się Jim, marząc, żeby już 

wreszcie   Mike   dał   mu   spokój.   -   Chodźmy   na   taras   - 
zaproponował.

Słychać było cykady i z dala szum oceanu. Lekki wiatr 

chłodził   powietrze,   ciągle   jeszcze   przesycone   upałem. 
Rośliny i drzewa wyłaniały się z mroku jak abstrakcyjne 
rzeźby.   Część   skarpy   oświetlona   z   tarasu   odbijała 
jasnozieloną poświatą.

-  Wspaniała   jest   Kalifornia   -   powiedział   Jim   pod 

wpływem nagłego impulsu.

- Owszem, dopóki się nie trzęsie - odparł ze śmiechem 

Mike.

Jim   przypomniał   sobie   te   straszne   chwile,   kiedy 

background image

zamknięty   w   wysokim   budynku,   gdzie   znajdowała   się 
redakcja, czuł, jak cała konstrukcja się chwieje i trzeszczy, 
jak   ogarnięty   paniką   krzyczy   wniebogłosy,   próbując 
zagłuszyć nie tyko strach, ale także potworny, głuchy jęk 
wydobywający  się  z  wnętrza   ziemi.   Ciekawe,  pomyślał 
Jim, czy podobnie jest na wojnie? Czy człowiek też tak 
bardzo się boi?

-  Mike,   zlikwidowałeś   już   szklane   drzwi   w   hallu?   - 

zaniepokoiła   się   pani   Watson-Smith.   -   Mogą   być 
niebezpieczne   w   czasie   trzęsienia...   Oho,   słyszę 
samochód.

- To na pewno Sara - rzucił obojętnie Mike.
Jim   pomyślał   z   rozpaczą:   Cholera,   że   też   musiała 

przyjechać.

Weszła   rozpromieniona,   ubrana   w   dżinsy   i   piękną 

czerwoną   koszulę,   z   której   kolorem   idealnie 
harmonizował naszyjnik z niedużych rubinów.

- Pięknie wyglądasz, kochanie. - Mike podszedł do Sary 

i   pocałował   ją   czule.   Ona   przytuliła   się   do   niego   i 
powiedziała:

- Ty też.
Zachowywała   się   tak   bałwochwalczo   w   stosunku   do 

Michaela, że Jim chętnie myślałby, iż dziewczynie zależy 
na jego forsie. Ale Sara była niezależna finansowo i coraz 
sławniejsza. Skoro nie widzi w nim pieniędzy, rozmyślał 
Jim, to co ją tak pociąga? Jestem niesprawiedliwy. Mike 
jest superfacetem. Ale przecież, nie ma się co oszukiwać, 
najfajniejsze   są   w   nim   pieniądze,   te   kilka   milionów 

background image

dolarów,   które   ma   na   koncie,   i   kilkadziesiąt   dalszych, 
które odziedziczy.

-  O czym myślisz, skarbie? - spytała Sara, pochylając 

się nad Jimem. Poczuł zapach jej luksusowych perfum po 
trzysta   dolarów   za   flakon   i   z   przerażeniem   odczuł 
podniecenie.

-  Zastanawiam   się,   co   widzisz   w   Michaelu   - 

zaryzykował i aż przeląkł się własnej szczerości. Nigdy w 
towarzystwie tej kobiety nie zachowywał się swobodnie. 
Był przekonany, że Sara w głębi duszy ma go za idiotę, 
który zgrabnie udaje mądralę.

-  Kocham go - odparła z prostotą, czym przygnębiła 

Jima ostatecznie.

Smętna   Tajka   wniosła   na   tacy   kolację   dla   Sary. 

Rodzice, a wraz z nimi i Grace, zaczęli się żegnać. Grace 
czuje   to   co   ja,   pomyślał   Jim   z   satysfakcją,   Sara   ją 
obezwładnia i dlatego wychodzi ze starymi. Nagle poczuł 
przypływ sympatii do Grace.

- Cześć, chudzino - powiedział i objął ją serdecznie.
-  Cześć, a ty zostajesz? - zagadnęła, odwzajemniając 

jego uścisk. Właściwie, dlaczego by nie, zastanowił się 
przez   sekundę,   ale   szybko   odrzucił   tę   myśl.   Już   raz 
przecież miał z nią romans.

- Tak, Mike ma do mnie jakąś sprawę.
Mike   odprowadził   rodziców   i   siostrę.   Nie   było   go 

dłuższą   chwilę.   Jim   milcząco   wpatrywał   się   w   gołe, 
szczupłe stopy Sary z pomalowanymi na rubinowy kolor 
paznokciami. Słyszał kiedyś, że Chińczycy uważali stopy 

background image

za najbardziej wstydliwą część ciała. Wyobraził sobie jej 
nogi   oplatające   lędźwia   Michaela.   Podniósł   wzrok   i 
spojrzał na Sarę. Na twarzy dostrzegł niejasne zapowiedzi 
zmarszczek.

-  Jesteś   zmęczona,   prawda?   -   zauważył   ze 

współczuciem.

-  Tak. Nagranie trwało chyba dziesięć godzin, a i tak 

nie jestem zadowolona. Jutro powtarzamy.

-  Z czego nie jesteś zadowolona, kochanie? - zapytał 

Mike, wchodząc do pokoju. Podszedł do Sary, lekko ją 
pocałował   i   usiadł   obok   na   fotelu.   Stopa   Michaela   w 
eleganckich, skórzanych sandałach, przylgnęła  do stopy 
obutej   w   złote   paski   na   koturnie.   Czy   ja   dziś 
zwariowałem, pomyślał Jim, nie odrywając jednak ani na 
chwilę   wzroku   od   ich   nóg,   zachowuję   się,   jakbym   był 
pedikiurzystą.

-  Orkiestra co dwie godziny robiła przerwy - zaczęła 

Sara już ze znacznie pogodniejszym wyrazem twarzy. - 
Podobno   ich   zawodową   chorobą   są   hemoroidy,   więc 
dyrygent postanowił, że muszą obowiązkowo pochodzić. 
Poza tym byli niezgrani. Okropny dzień.

Jima uraziło jakoś słowo: hemoroidy. Zbyt prostackie, 

jego   zdaniem,   niepasujące   do   słodkich   ust   Sary.   Aby 
zatrzeć własne złe wrażenie, powiedział:

-  Ja też miałem nie najlepszy dzień, tym bardziej, że 

zawodową chorobą Jonasa, mojego szefa, jest paranoja. 
No i mam kłopoty z wyjazdem.

-  Do Polski? - bardziej stwierdziła niż zapytała Sara i 

background image

czule pocałowała Michaela.

-  Mam   przesłać   stamtąd   kilka   reportaży   -   rzucił 

nonszalancko   Jim,   ale   zaraz   dodał   już   mniej   pewnym 
tonem:   -   Cztery   tygodnie   trwało   załatwianie   mojego   i 
Kaya wyjazdu, a teraz on leży w szpitalu.

-  Zazdroszczę   wam,   że   tak   sobie   opowiadacie   o 

kłopotach   w   pracy.   Ja   nie   mam   żadnych,   jestem 
bezrobotny - wtrącił Mike.

- Ależ, kochanie, piszesz doktorat - przypomniała Sara.
- No i co z tego - odburknął. - Po diabła mi doktorat? 

Rozumiem, gdybym pisał pracę z filozofii, jakiś traktat, 
gdzie mógłbym wyrazić swoje przemyślenia, swoje racje i 
stosunek   do   życia.   A   ja   obliczam   krzywe   rozwoju 
gospodarczego. Czy możecie sobie wyobrazić coś bardziej 
beznadziejnego?

-  Zawsze   uważałem,   że   powinieneś   skończyć 

medycynę. - Jim trwał przy tym zdaniu.

- Dobrze wiesz - odparł Mike ze złością - że nie wierzę 

w uzdrawiającą moc medycyny.

- Bez żartów, doskonale znasz się na chorobach - uciął 

Jim.

-  Owszem, ale mój problem polega dokładnie na tym, 

na czym polega kłopot lekarzy, znam się na chorobach i 
nie mam pojęcia o ich leczeniu. Ale dajmy temu spokój. 
Napijecie się czegoś?

- Nie - odpowiedział Jim - zaraz jadę.
-  Poczekaj jeszcze trochę. Wiesz  przecież, że chcę z 

tobą pogadać.

background image

Jim spojrzał przelotnie na Sarę i natychmiast zauważył, 

że jest niezadowolona. Szczerze mówiąc, sprawiło mu to 
przyjemność.   W   rywalizacji   o   czas   i   zainteresowanie 
Michaela,   która   się   między   nimi   już   od   dawna 
wytworzyła, dziś prowadził jeden do zera.

To   była,   zdaniem   Jima,   sprawiedliwa   wygrana. 

Prawdziwa męska przyjaźń także ma swoje prawa. 

background image

Rozdział 2

Co za potworny dzień od samego ranka, myślał Jim, 

wracając   swoim   BMW   od   Michaela.   Matka   często 
powtarzała: „Nigdy nie wierz, synku, że jak się coś źle 
zaczyna, to się  dobrze kończy. Cudów nie ma". Matka 
była   Polką   z   pochodzenia,   przyjechała   do   Stanów,   gdy 
miała dwanaście lat. Zapomniała już właściwie ojczystego 
języka,   ale   pamiętała   zadziwiająco   wiele   polskich 
przysłów i powiedzeń. Jednak nigdy nie przytaczała ich 
bez   komentarza.   Tłumaczyła   nie   zawsze   udolnie   i 
zrozumiale na angielski, po czym natychmiast zaprzeczała 
ich treści - tak jakby chciała udowodnić, że mądrości ze 
starego kontynentu, tu w Ameryce, a szczególnie w Iowa, 
nie mają sensu.

Matka,   być   może   przez   fakt,   iż   była   cudzoziemką, 

zawsze wydawała się Jimowi obca. Często, Jim mieszkał 
jeszcze wówczas w domu, stary podkpiwał, choć brzmiała 
w  tym  także   nuta  goryczy,  że   matka  z  synem  powinni 
pisywać do siebie kartki pocztowe, może wówczas łatwiej 
będzie   się   im   porozumieć.   Jima   drażnił   jej   dystans   do 
świata   i   to,   że   nie   wyściubiała   nosa   poza   Iowa,   ale 
najbardziej   irytował   go   krytyczny   stosunek   matki   do 
niego,   jej   własnego   syna.   Joan   Keaton   nigdy   nie 
wymagała   niczego   od   siebie,   natomiast   jemu   stawiała 
coraz to nowe żądania. Nie werbalizowała ich, ale on czuł, 

background image

że   matka   stale   podnosi   mu   poprzeczkę.   To   wprawdzie 
dzięki jej nieposkromionej ambicji trafił do Harvardu, ale 
również przez nią cierpiał teraz, że nie zasłużył jeszcze na 
Pulitzera, że nie chodzi w glorii najlepszego dziennikarza 
Ameryki. Matka była ciągle głodna jego sukcesów, a on 
nie miał jej czym nakarmić.

Jim był tak roztrzęsiony, że postanowił zatrzymać się 

na   stacji   benzynowej   i   kupić   papierosy.   Przez   cały 
wieczór   powstrzymywał   się   od   palenia,   by   nie   słyszeć 
uwag Michaela na temat ryzyka przedwczesnej śmierci. 
Teraz jednak miał naprawdę podły nastrój, źle się czuł. W 
uszach mu szumiało, w ustach czuł niesmak, a pod lewym 
barkiem   kłucie,   gdy   tylko   poruszył   ręką.   Oparł   się   o 
samochód   i   zapalił   papierosa.   Rozmowa   z   Michaelem 
kompletnie go wykończyła. Najgorsze było to, iż dał się 
zaskoczyć   tak   dalece,   że   nie   wykorzystał   wszystkich 
argumentów. Mógł mu na przykład powiedzieć, że wojna 
nie   jest   zabawą   dla   bogatych   maminsynków.   Mógł   mu 
przypomnieć, że matka Michaela codziennie dzwoni tylko 
po to, aby go zapytać, czy zażył codzienną porcję witamin 
i mikroelementów. Ale oczywiście Mike go zaskoczył i to 
tak bardzo, że właściwie Jim poniósł same straty w tej 
rozgrywce.

-  Co   on   właściwie   sobie   wyobraża?   -   Jim   był   tak 

wściekły,   że   mówił   do   siebie.   -   On   chce   ze   mną 
pojechać...   Chce!   Cholerni   bogacze   zawsze   myślą,   że 
wszystko mogą dostać, że wszystko jest w zasięgu ręki.

Do   tej   pory   stosunki   między   Jimem   i   Michaelem 

background image

układały   się   bez   zakłóceń.   Mike   miał   pieniądze,   a   Jim 
ciekawą pracę. Ich szanse były wyrównane. Nigdy o tym 
wprost nie rozmawiali, ale Jim czuł doskonale, że Mike 
szanuje   to,   co   on   robi.   Początkowo   był   zaskoczony 
faktem, że Mike czytał każdy jego tekst, nawet wówczas 
gdy   pracował   w   dziale   miejskim   i   pisał   niewielkie 
informacje do gazety. Potem, gdy zaczęły ukazywać się 
jego   recenzje,   Mike   wielokrotnie   dyskutował   z   nim   na 
temat   opinii   w   nich   zawartych   i   często   się   z   owymi 
poglądami   nie   zgadzał,   jednak   Jimowi   to   nie 
przeszkadzało,   bo   to   jego   opinie   były   wydrukowane,   a 
Mike mógł sobie myśleć, co chciał. Ale pochlebiało mu 
zainteresowanie przyjaciela. Teraz jednak Mike wkroczył 
na   jego   teren.   Chciał   mu   zabrać   coś,   co   dotychczas 
należało wyłącznie do Jima - jego pracę. Znowu usłyszał 
ton   głosu   Michaela,   gdy   mówił:   „Naprawdę   reagujesz 
dziecinnie, przecież wiesz, że robię dobre zdjęcia i mam 
sprzęt, o jakim Kay może tylko marzyć". Dobre zdjęcia! 
Teraz zrozumiał, dlaczego tak demonstracyjnie pokazywał 
fotografie   Sary   i   co   chciał   udowodnić.   Rzygać   mu   się 
chciało od tej nędznej przebiegłości.

Przypomniał sobie lekko zirytowaną twarz przyjaciela, 

gdy   ten   tłumaczył:   „Ja   wszystko   załatwię   od   strony 
formalnej,   stryj   mi   pomoże.   Nie   musisz   się   o   nic 
martwić".

-  Przecież   nie   pracujesz   w   gazecie!   -   Jim   wyciągnął 

ostateczny argument, kończący, jak mu się wydawało całą 
tę śmieszną sprawę.

background image

-  Stryj   natychmiast   mnie   zatrudni   i   przysięgam   ci   - 

odpowiedział   Mike   z   lekkim   uśmiechem   -   że   będzie 
zachwycony.   Uważa   pisanie   doktoratu   z   ekonomii   za 
stratę czasu, bo żadna wiedza o tym, jak robić pieniądze, 
nie istnieje. O wszystkim decyduje talent. Powtarza, że 
Sara potrafi śpiewać, a on umie robić pieniądze I oboje są 
artystami. Wiele razy tłumaczył mi, że jak do interesu z 
nim przystąpi laureat Nagrody Nobla, to i tak zarobi dwa 
razy   więcej   od   noblisty.   Zresztą   stryj   sam   chciał   być 
dziennikarzem.

- Jakoś mu nie wyszło - zauważył zgryźliwie Jim.
-  Czy   poznałeś   kiedyś   bogatego   dziennikarza?   Stryj 

mówi, że nie chciał być pierwszy. - Mike roześmiał się 
serdecznie.

-  Już widzę te nagłówki we wszystkich brukowcach. - 

Jim nawet się nie uśmiechnął i nadal twardo bronił swoich 
pozycji.

- „Michael Watson-Smith wyrusza na wojnę".
Uderzenie było celne. Mike zamilkł i zastanawiał się 

przez chwilę.

- Nikt się nie dowie, że pojechałem do Polski - rzekł po 

namyśle.   -   Gazety   już   pisały,   że   jedziemy   z   Sarą   na 
wakacje, z dala od świata, do jakiejś dziury. Tę wersję z 
łatwością   można   podtrzymać.   Na   miejscu   będę   używał 
nazwiska Smith, a Sara wyjedzie sama.

- Mike, czyś ty oszalał - Jim kipiał oburzeniem - to jest 

kraj   reżimu   wojskowego,   KGB   wychyla   się   tam   zza 
każdego   krzaka,   a   ty   chcesz   właśnie   tam   udawać   pana 

background image

Smitha!

- Nie mam zamiaru fałszować dokumentów, przyznasz 

jednak  -  ciągnął Mike z chłodnym spokojem - że Smith 
nazywam się także i jest to dość popularne nazwisko, więc 
mogę używać go na co dzień. A poza tym, Jim, jestem 
pewien, że ludzie tam nie mają pojęcia, choć to zapewne 
cholernie zdziwiłoby mojego starego, kim są Watsonowie-
Smithowie.

Jim ostatecznie stracił cierpliwość i powiedział:
-  Na   wszystko   masz   odpowiedź.   Jest   tylko   jeden 

problem, ja z tobą nie pojadę.

- Ale dlaczego? - Michael był naprawdę zdziwiony.
-  Bo tak się  nie robi - odpowiedział  Jim lodowatym 

tonem.

- Wyjaśnij, o co ci chodzi... Zostań! Nie wychodź!
-  Co się dzieje, chłopcy? - Jim usłyszał nieskrywaną 

ciekawość   w   głosie   Sary,   dochodzącym   z   sypialni   na 
piętrze   i  szybko  uruchomił  samochód.  Nie   miał  ochoty 
usłyszeć odpowiedzi Michaela.

*

Gdy   Jim   wrócił   do   swego   niewielkiego,   choć 

wygodnego   mieszkania   w   Westwood,   ogarnął   go 
gorączkowy   pośpiech.   Podszedł   do   telefonu   i   zaczął 
wykręcać   numery   znajomych   fotografów.   Ci,   których 
zastał   w   domu,   mieli   inne   plany,   w   każdym   razie 
niezwiązane   z   wyjazdem   do   Polski.   Wreszcie,   gdy 
postanowił się położyć, zadzwoniła Barbara.

-  Albo cię nie ma, albo zajęte - zaczęła z pretensją w 

background image

głosie.

- Mam kłopoty - odpowiedział zrezygnowany.
- Jakie kłopoty? Opowiedz - zażądała. Już widział, jak 

rozsiada się przy telefonie na dłuższe posiedzenie, jedną 
ręką   podkładając   sobie   poduszkę   pod   głowę,   drugą 
chwytając   drinka,   i   przygotowuje   się   do 
psychoterapeutycznej   rozmowy.   Nie   mam   szczęścia   do 
kobiet,   pomyślał   Jim   z   goryczą,   i   na   tym   polu   także 
przegrywam z Michaelem.

-  W gruncie rzeczy nic się nie stało - powiedział, bo 

nagle odeszła mu ochota do zwierzeń. - Jestem zmęczony, 
chcę się położyć.

-  Ależ,   kochanie,   pragnę   ci   tylko   pomóc.   Komu   się 

zwierzysz, jeśli nie swojej słodkiej B. - Głos Barbary był 
miękki   jak   flanela,   a   w   dodatku,   co   Jima   naprawdę 
rozgniewało, użyła ich intymnej terminologii. Nie mogła 
bardziej spudłować.

- Więc nie chcesz rozmawiać? - Była zła i urażona.
- Nie - rzucił niegrzecznie i odłożył słuchawkę. Ledwie 

to   zrobił,   znów   usłyszał   dźwięk   telefonu,   więc   szybko 
wyłączył aparat. Straciłem przyjaciela i kochankę. Dobry 
wynik   jak   na   jeden   wieczór,   pomyślał   Jim   z 
nieoczekiwanym zadowoleniem.

Następnego   dnia,   kiedy   dotarł   wreszcie   do   redakcji, 

było   już   dobrze   po   dziesiątej.   Czuł   się   tak,  jakby   miał 
potężnego   kaca,   bolał   go   kark.   Przez   cały   poranek 
towarzyszyło   mu   uczucie,   że   spotkała   go   niezasłużona 
przykrość. W hallu natknął się na Jonasa, który elegancki i 

background image

zrelaksowany, przechodził, uważnie niosąc kubek kawy.

-  Słyszałem   o   Kayu   -   powiedział,   niechętnie 

spoglądając na Jima. - Jak zwykle same niepowodzenia, 
co?

Jim wzruszył ramionami i powlókł się dalej. Na biurku 

leżało   kilkanaście   karteczek   zapisanych   starannym 
pismem rudowłosej sekretarki. Przerzucił je szybko, ale 
nie znalazł wiadomości, której szukał. Zapytał więc:

- Kathy, czy nie dzwonił do mnie Mike Watson-Smith?
- Nie, ale właśnie miałam ci powiedzieć - Kathy wolała 

tę   niezwykłą   wiadomość   przekazać   osobiście   -   że 
dzwoniła Sara Henderson i prosiła o telefon. Czy to ta 
Sara?

-  Tak,   to   ona   -   potwierdził   rozbawiony   podziwem 

sekretarki. - Od dawna jest moją wielbicielką.

Zadzwonił   szybko   do   Sary   i   umówili   się   na   lunch. 

Zaskoczyło go, że nalegała na osobiste spotkanie. Zwykle 
była  bardzo  zajęta.  Czas   miała   tylko  dla   Michaela   i  to 
zawsze   tyle,   ile   on   zażądał.   Gdy   Mike   postanowił 
pospacerować z nią po plaży albo pójść na zakupy, albo 
po prostu nagle w środku dnia zapragnął się z nią kochać, 
była zawsze gotowa zerwać próbę lub odwołać nagranie. 
W   swoim   środowisku   zawodowym   uchodziła   za 
niesolidną   i   niepunktualną.   Jim   jednak   doskonale 
wiedział, że Sara byłaby najsolidniejszą osobą na świecie, 
gdyby nie uważała, że musi spełniać wszystkie zachcianki 
Michaela. „Jest taki rozpieszczony - mówiła o nim jak o 
kapryśnym   dziecku   -   okropnie   cierpi,   kiedy   mu   się 

background image

odmawia". Jim nieraz miał ochotę jej doradzić, aby tak 
bardzo nie ulegała Michaelowi, jednak szczera rozmowa 
między   nimi   była   nie   do   pomyślenia.   Sara   szanowała 
Jima,   liczyła   się   z   nim,   był   przecież   przyjacielem   jej 
mężczyzny, jednak nigdy we wzajemnych kontaktach nie 
przekroczyli dzielącej ich bariery.

Jim   był   podniecony   i   zaciekawiony   perspektywą 

spotkania. Zły nastrój minął. Szybko zabrał się do pracy. 
Przejrzał wiadomości serwisowe i notatki z wczorajszej 
konferencji   poświęconej   Polsce.   Komentarz,   w   którym 
odniósł   się   do   polskich   realiów,   pełen   był   ponurych 
prognoz. W zakończeniu dodał: „Być może jednak Rosja 
będzie zmuszona zająć wobec Polski bardziej stanowcze 
stanowisko. Polacy muszą się z tym liczyć. Nie można 
bowiem ciągnąć niedźwiedzia za uszy i żywić nadzieję, że 
uniknie   się   konsekwencji   takiego   postępowania".   Jonas 
przyjął   tekst   Jima   bez   słowa,   co   w   ich   wzajemnych 
stosunkach oznaczało, że mu się podoba.

Na   spotkanie   z   Sarą   jechał   w   świetnym   humorze. 

Wszelkie   zgryzoty   poranka   znikły   jak   za   dotknięciem 
czarodziejskiej różdżki. Czuł się atrakcyjnym mężczyzną, 
który   luksusowym   samochodem   mknie   na   spotkanie   z 
piękną kobietą. Życie nie jest takie złe, wystarczy, że coś 
się dzieje. Z zadowoleniem pomyślał, że umówili się u 
Andre - tam bywają wszyscy.

Zarezerwował   stolik   daleko   od   wejścia.   Sara   będzie 

musiała   przemierzyć   kawałek   drogi,   żeby   do   niego 
dotrzeć. Był kilka minut przed czasem. Przejrzał menu i 

background image

jak zwykle  w  takich sytuacjach pomyślał  o ojcu. Stary 
powtarzał   wprawdzie   często,   że   „za   luksusowy   towar 
trzeba  płacić",  ale   Jim   wątpił,  czy  zniósłby  takie   ceny. 
Wyobraził sobie, że czeka na ojca. Niemal zobaczył, jak 
wchodzi w czystej koszuli, w spodniach wyprasowanych 
w kant i ze starannie przyczesanymi siwiejącymi włosami. 
Przypomniał   sobie,   jak   matka   pochylona   nad   deską   do 
prasowania   mozolnie   prostowała   żelazkiem   każdą 
niepotrzebną fałdkę i popijając piwo z butelki, śpiewała 
polskie piosenki. Gdy nie pamiętała słów, zastępowała je 
mruczeniem   i   zawodzeniem.   A   stary   kładąc   palec   na 
ustach, mówił z zachwytem: „Cicho, Jim, słyszysz, mama 
śpiewa", tak jak gdyby jej śpiew był dla ojca najlepszym 
dowodem na to, że matka jest z nim szczęśliwa. Rodzice 
byli ze sobą bardzo blisko, więc Jimowi często wydawało 
się, że im zawadza, że obecność trzeciej osoby narusza ich 
zamkniętą wspólnotę. Już w dzieciństwie poznał uczucie 
dojmującej   samotności,   od   którego   prawie   nigdy   nie 
potrafił się uwolnić. Czasem tylko, gdy szczerze gadali z 
Michaelem albo po prostu pękali ze śmiechu, a niekiedy w 
fizycznym zespoleniu z Barbarą czuł, że lodowa skorupa, 
w której tkwił, na chwilę się rozpada.

Jim, zanim dostrzegł Sarę, zauważył lekkie poruszenie 

wśród   osób   siedzących   w   restauracji.   Wyglądała 
rewelacyjnie. Ubrana  była  w czerwoną  minispódniczkę, 
czarny   wydekoltowany   T-shirt,   czarne   sandały   na 
wysokich   obcasach,   a   ciężkie   ciemne   włosy   miała 
związane w węzeł, co nadawało jej sylwetce dziewczęcy 

background image

wygląd.   Nie   zwracała   uwagi   na   spojrzenia,   które   ją 
ścigały. Szła prosto i bez wahania w kierunku Jima.

Wstał od stolika zbyt wcześnie, więc czekał zmieszany, 

zamiast rozkoszować się wrażeniem, jakie zrobiło wejście 
pięknej i znanej kobiety. Szczerze mówiąc, czuł się jak 
przydrożny strach na wróble. Na przywitanie ucałowała 
go serdecznie, a on powiedział: - Wyglądasz fantastycznie 
-   i   potarł   ręce   o   spodnie.   Sara   zupełnie   nie   zauważyła 
zdenerwowania   Jima.   Przypalając   papierosa, 
zapowiedziała,   że   nie   ma   zbyt   wiele   czasu   i   od   razu 
przystąpiła do rzeczy.

-  Posłuchaj,   Jim   -   zaczęła   -   Mike   opowiedział   mi   o 

wszystkim   i   absolutnie   się   z   tobą   zgadzam,   on   nie 
powinien tam jechać.

-  Dlaczego? - Mówił już zupełnie spokojnym głosem. 

Opanował się z łatwością, gdy zrozumiał, że przyszła w 
sprawie Michaela.

-  Jak to dlaczego?  - Sara była lekko zdetonowana. - 

Mike ma mnóstwo innych rzeczy do zrobienia.

- Na przykład co? - Głos Jima brzmiał lodowato.
-  Jim, przecież wiesz, że mieliśmy wyjechać. To dla 

mnie   ważne.   Mike   czasami   jest   taki   trudny   -   mówiła 
proszącym tonem. Chodzi o to, żeby nie wymknął się ze 
złotej klatki, pomyślał złośliwie Jim i zapytał:

-  Jednym słowem, mnie mogą zabić na tej wojnie, a 

Mike się do tego nie nadaje? Jest na to zbyt drogocenny?

-  Och, Jim, nie o to chodzi. Nie bądź taki... - szukała 

odpowiedniego   słowa   -   uszczypliwy.   Po   co   Mike   ma 

background image

jechać   do   Polski?   To   go   nic   nie   obchodzi,   to   nie   jego 
sprawa. Co innego ty, jesteś dziennikarzem, twoja matka 
stamtąd pochodzi...

-  Moja   matka   nie   ma   tu   nic   do   rzeczy   -   powiedział 

stanowczo.   -   Polska   interesuje   mnie   wyłącznie   ze 
względów   zawodowych,   tak   samo   interesowałyby   mnie 
Węgry czy Nikaragua.

- Nie mam ochoty na jedzenie. - Sara odsunęła od siebie 

talerz z apetycznie wyglądającymi eskalopkami cielęcymi 
w sosie kaparowym. Jim nie znosił stosunku do jedzenia 
zarówno   Sary,   jak   i   całej   rodziny   Watsonów-Smithów. 
Gdyby   przez   całe   dzieciństwo   jadła   tylko 
przeterminowane,   pomyślał   Jim,   nie   rezygnowałaby   tak 
łatwo z dania za osiemdziesiąt dolarów.

-  Mike zrobi, co zechce. - Jim właściwie nie miał już 

ochoty na dalszą rozmowę.

- Powiedział, że nie będzie ci się narzucał. Jeśli się nie 

zgodzisz, nie pojedzie - odparła Sara.

- A tobie zależy na tym, żebym się nie zgodził.
- Tak - przyznała otwarcie.
Jim   nie   zdołał   nawet   zjeść   deseru,   choć   bez   niego 

uważał każdy posiłek za niedokończony, Sara zanadto się 
śpieszyła. Gdy przechodzili między stolikami, kierując się 
w   stronę   wyjścia,   zauważył   zaciekawione   spojrzenie 
Jonasa, który siedział w towarzystwie nieznanej mu pary. 
Jonas ukłonił się demonstracyjnie.

Co   za   suka,   myślał   Jim,   wracając   samochodem   do 

redakcji, chce osaczyć biednego Michaela. Nagle przeszła 

background image

mu złość na przyjaciela. Postanowił, że zatelefonuje do 
niego   i   umówi   się   na   wieczór,   tuż   po   swojej   lekcji 
polskiego.

Rozczarowany spotkaniem z Sarą, wrócił do redakcji i 

siedział po uszy zagłębiony w robocie, gdy wszedł Jonas i 
rzucił prowokacyjnym tonem:

-  Nie mogę uwierzyć, że Sara Henderson zadaje się z 

takim   gołodupcem   jak   ty.   A   może   to   tylko   chwilowa 
przyjacielska wymiana?

Jim   podniósł   głowę   znad   papierów   i,   ignorując 

wzmiankę o Sarze, spokojnie oznajmił:

-  Nie   będzie   żadnych   problemów,   zamiast   Kaya   do 

Polski pojedzie ze mną Mike Watson-Smith.

- Co ty, żartujesz? - Jonas aż podparł się pod boki.
- Tak, jego stryj wszystko już załatwił. - Jim zagrał va 

banque.

-  Andrew   Watson-Smith?   -   wypowiedział   Jonas 

drżącym   głosem.   Jego   lizusostwo   i   uszanowanie   dla 
hierarchii doprowadzało Jima do szału. Jonas nigdy nie 
myślał o niczym poza własną karierą zawodową.

-  Zgadza się. - Przez chwilę bezczelnie przyglądał się 

Jonasowi,   który   stał   oszołomiony,   nie   wiedząc,   jak   się 
znaleźć w tej sytuacji.

- Tylko czy ten Michael umie robić zdjęcia? - wydusił 

w końcu.

-  A   czy   to   ma   jakieś   znaczenie?   -   zapytał   Jim   ze 

śmiechem. Przyjemnie było podroczyć się z pieprzonym 
Jonasem.

background image

-  Kiedy   jedziecie?   -   chciał   wiedzieć   Jonas,   już 

całkowicie pogodzony z wyjazdem Jima i Michaela. Za 
swoją  najlepszą cechę uważał  bowiem to, że  nigdy nie 
walczył z czymś, na co nie miał wpływu.

-  Niebawem - odparł Jim. - Tylko pamiętaj, że to jest 

absolutna tajemnica. Nikt nie może się dowiedzieć, kto 
naprawdę   mi   towarzyszy.   Będzie   to   mało   znany 
fotoreporter o nazwisku Smith.

-  Oczywiście, jasne - powiedział Jonas, zadowolony z 

powierzonego mu sekretu.

Jim nie miał wątpliwości, że na tym człowieku można 

polegać.   Jego   służalczość   i   służbistość   nigdy   nie 
pozwoliłyby mu zdradzić firmowej tajemnicy, zwłaszcza 
że   sekret   dotyczył   bratanka   największego   udziałowca 
gazety.   Jim   cieszył   się   teraz,   że   pojedzie   do   Polski   z 
Michaelem. Będzie się przynajmniej czuł mniej samotny.

background image

Rozdział 3

Jima   zawsze   przygnębiały   niedzielne   przedpołudnia. 

Bałagan w mieszkaniu pogłębiał jeszcze kiepski nastrój. 
Słońce   świeciło   prosto   w   okna   i   bezlitośnie   obnażało 
pustkę,   zaniedbanie   oraz,   tak   się   przynajmniej   Jimowi 
wydawało,   egzystencjalny   smutek   wnętrza.   Postanowił 
zrobić   porządek,   wprawdzie   sprzątaczka   miała   przyjść 
następnego   dnia,   ale   on   nie   mógł   znieść   bałaganu   ani 
minuty dłużej. Ułożył więc porozrzucane wszędzie gazety 
i   pozmywał   naczynia.   Włączył   magnetofon,   z   kasety 
popłynął niski głos Niela Diamonda. Zanim pojedzie na 
dyżur   do   redakcji,   musi   trochę   odpocząć.   W   ciągu 
poprzednich dwóch nocy spał zaledwie kilka godzin.

W   piątek   po   lekcji   polskiego   pojechał   do   Michaela, 

rozmawiali do trzeciej nad ranem. Sporo pili i cholernie 
dużo się śmiali. Jim uczył go polskich słówek i różnych 
zdań.   „Mike,   posłuchaj,   powtórz:   Czy   ma   pani   ochotę 
pójść   ze   mną   do   kawiarni?".   Mike   powtarzał,   robił 
mnóstwo błędów, skręcali się ze śmiechu. Około północy 
przyjechała Sara, zaniepokojona, bo Mike nie odpowiadał 
na telefony. A oni po prostu siedzieli w jacuzzi i raczyli 
się kolejnymi drinkami.

Jim nie wspomniał ani słowa Michaelowi o spotkaniu z 

Sarą.   Odczuwał   wdzięczność   w   każdym   spojrzeniu 
dziewczyny.   Miał   wspaniałe   poczucie,   że   trzyma   tę 

background image

kobietę   w   garści.   Gdyby   Mike,   bardzo   wrażliwy   na 
punkcie   własnej   niezależności,   dowiedział   się   o   jej 
prośbie, wpadłby w furię.

Po godzinie Sara wyszła pod pretekstem, że wcześnie 

rano ma próbę. Mike nie zatrzymywał jej, wyraźnie wolał 
męski wieczór. Chciał rozmawiać o Polsce, o wyjeździe, z 
którym Sara nie miała nic wspólnego. Jimowi wydawało 
się, że dziewczyna wychodząc, miała łzy w oczach. Mike 
beztrosko powiedział: „Pa, najdroższa, zadzwonię jutro", 
pocałował ją serdecznie i zabrał się do przygotowywania 
następnego drinka. Znalazł się w innym świecie i w innym 
wymiarze, gdzie Sara nie miała dostępu, i gdzie mógł mu 
towarzyszyć tylko Jim.

Przespali się parę godzin, ale już o ósmej pływali w 

basenie.   Ranek   był   chłodny   i   rześki,   kalifornijski   upał 
dopiero się rozpalał. Zjedli doskonałe śniadanie i wypili 
kilka   piw.   Jim   początkowo   miał   ochotę   spędzić   u 
Michaela cały dzień, ale potem postanowił, że spotka się z 
Barbarą.   Nie   zasługiwała   na   takie   traktowanie   jak 
ostatnio. W gruncie rzeczy jest do mnie przywiązana, a 
może   nawet   mnie   kocha,   myślał.   Zapragnął   bliskości 
Barbary   tak   gwałtownie,   że   dość   niespodziewanie 
pożegnał   się   z   przyjacielem   i   nie   zważając   na   jego 
protesty, wyszedł.

Barbara   wynajmowała   wygodne   mieszkanie   przy 

Wilshire   Boulvard.   Jim   wiedział,   że   choć   pozornie 
zajmuje ją wyłącznie kariera naukowa, marzy o dziecku. 
Barbara   wykładała   psychologię   na   UCLA.   Napisała 

background image

książkę o narcyzmie męskim i kobiecym, która choć miała 
być tylko skromną publikacją naukową, stała się niemal 
bestsellerem. Musiał przyznać, że Barbara świetnie pisze. 
Lubił z nią rozmawiać, była bardzo inteligentna i co Jima 
często   zaskakiwało,   interesowała   się   polityką.   Kiedy 
powiedział   jej,   że   wyjeżdża   do   Polski,   zaczęła   czytać 
wszystko,   co   dotyczyło   tego   kraju.   Jim   przyznawał   ze 
wstydem, że o historii i obyczajach w Polsce wiedziała 
więcej niż on. Kiedyś oznajmiła mu: „Wydaje mi się, że 
polskie   kobiety   są   fascynujące.   Moim   zdaniem,   jeśli 
chodzi   o   mężczyzn,   dokonywała   się   tam   selekcja 
negatywna. Podczas gdy ci najlepsi ginęli w powstaniach, 
kobiety musiały brać wszystko na swoje barki. Przetrwały 
najsilniejsze.   Boję   się   twojego   wyjazdu,   boję   się 
konkurencji".

Jim pocałował ją wówczas i roześmiał się pobłażliwie. 

Nierzadko   zaskakiwała   go   swoimi   uwagami.   Znacznie 
gorzej szło im w łóżku. Barbara była zbyt pasywna. Poza 
tym nieustannie troszczyła się o niego. Ciągle chciała mu 
coś   prać,   stale   martwiła   się   jego   stanem   zdrowia,   coś 
pichciła,   dbała,   żeby   nie   marzł,   żeby   jadł,   żeby   był 
szczęśliwy. Wolałby, aby była mniej macierzyńska i mniej 
czuła.   Czasem   nie   wytrzymując   tego   niańczenia, 
wykrzykiwał: „Czy nie rozumiesz, że mam już matkę? Ty 
masz być moją kobietą, moją kochanką, moją dziwką, ale 
nie mamuśką, do cholery!". Wtedy zaczynała się między 
nimi kłótnia, ostra i bezlitosna, bo rozwścieczona Barbara 
nie liczyła się ze słowami. Potrafiła walczyć z nim zajadle 

background image

i bezpardonowo.

Barbara   była   wyraźnie   zaskoczona   nadejściem   Jima. 

Zwykle, gdy uprzedzał ją o swojej wizycie, czekała na 
niego starannie ubrana i umalowana. Tym razem miała na 
sobie niezbyt czyste dżinsy i krótką podkoszulkę; kręcone 
krótkie włosy były zmierzwione, a twarz lekko spocona i 
zaczerwieniona.   Zaprosiła   go   do   środka   i   Jim   ze 
zdumieniem zobaczył, że pakuje książki do kartonów. Nie 
zaprzątał tym sobie głowy, bo bardzo podobała mu się 
taka Barbara, nie nieskazitelna i elegancka, ale zwyczajna 
młoda kobieta, która zajmuje się domem. Zaproponowała 
mu  herbatę, ale odmówił  i zaczął  ją całować. Czuł  tak 
wielkie pożądanie, że nie miał chęci na żadne pieszczoty, 
więc powiedział po prostu: „Rozbierz się".

Nad ranem, kiedy Barbara zasypiała, stwierdził, że jest 

głodny. Wstała bez słowa i zrobiła jajecznicę tylko dla 
niego, sobie przygotowała herbatę i długo przypatrywała 
się, jak smaruje grzanki, soli jajka i je. Wreszcie odezwała 
się metalicznym głosem:

- Wyprowadzam się stąd.
-  Tak?   -   Jim   patrzył   na   nią   zdumiony   i   pomyślał   z 

przerażeniem: Boże, mam nadzieję, że nie do mnie.

-  Nie   bój   się,   nie   do   ciebie.   -   Znów   zaskoczyła   go 

właściwą   sobie   przenikliwością.   -   Zamieszkam   z 
Jonathanem.

Jim nie odzywał się przez chwilę. Oczywiście znał go. 

Był   kolegą   Barbary   z   pracy.   Kiedy   spotykali   się   na 
bankietach, zawsze wpatrywał się w nią oczami wielkości 

background image

krowich placków. Od niedawna Jonathan i Barbara pisali 
razem jakąś pracę i spędzali ze sobą dużo czasu. Jimowi 
jednak nawet przez myśl nie przeszło, że coś między nimi 
się dzieje.

- Dlaczego z nim? - zapytał w końcu.
- Bo mu na mnie zależy. Bo chce być ze mną.
-  Ja też chcę. Nie możesz mnie zostawić teraz, kiedy 

wyjeżdżam, kiedy mogą mnie zabić...

-  Nie przesadzaj. Jeśli nie zrobię tego teraz, po twoim 

powrocie   będzie   mi   jeszcze   trudniej.   -   Głos   Barbary 
brzmiał sucho i beznamiętnie.

Jim   był   kompletnie   ogłuszony.   Mówiła   długo, 

przeanalizowała ich związek i doszła do wniosku, że jej 
nie kocha. Ona pragnie mieć dom i dzieci, nie chce być 
jedną z tych amerykańskich zapracowanych kobiet, które 
mają stanowisko, pieniądze i wracają do pustego domu, w 
którym samotnie popijają drinki.

- Nie jestem amerykańską kobietą - odparł Jim - a mam 

pracę, pieniądze, mieszkam sam i zdarza mi się, że piję 
bez kumpli. Sam, przed telewizorem. Zresztą wiesz...

-  Może właśnie na tym polega problem - powiedziała 

Barbara zmęczonym głosem - że mężczyznom w każdej 
sytuacji jest po prostu łatwiej.

Długo   jeszcze   przerzucali   się   słowami,   aż   wreszcie 

stało się to bezsensowne. Ona podjęła decyzję, a on nie 
zdobył się na wypowiedzenie zdania, na które czekała i 
które  mogłoby  zmienić  jej  postanowienie. Przez  chwilę 
rozważał nawet, czy nie warto zaryzykować i poprosić ją 

background image

o rękę, ale już sama myśl o tym zdawała się ograniczać 
wolność osobistą. Wyobraził sobie codzienne powroty z 
pracy   do   domu,   małżeńskie   łoże,   wspólne   śniadania   i 
kolacje,   wyjścia   na   imprezy,   z   których   będzie   wracał 
zawsze  z  nią. Owszem,  niekiedy jej  obecność  mogłaby 
być   przyjemna,   a   nawet   słodka,   ale   w   większości 
wypadków   nie   warta   byłaby   nawet   funta   kłaków. 
Kłóciliby się, bo Barbara miała skłonność do pouczania 
go, stale jedliby kiełki i sałatę, a co gorsza musiałby jej 
oddawać zarobione przez siebie pieniądze. Mówiłaby do 
niego „kotku" i godzinami obgadywała z przyjaciółkami 
przez   telefon   każde   jego   posunięcie.   Zresztą,   szczerze 
mówiąc, czasami bał się Barbary, jej błyskotliwych uwag, 
kłującego spojrzenia, ironii w każdym zdaniu, gdy była na 
niego   zła   oraz   jej   wspaniale   rozwijającej   się   kariery 
naukowej.   Na   pewno   zabierałaby   mnie   na   odczyty   i 
konferencje, pomyślał z goryczą. I tak zostałbym mężem 
swojej żony. Nie, stanowczo nie ożeni się z Barbarą.

Jim opuścił mieszkanie Barbary około dziesiątej rano z 

poczuciem   porażki   na   własne   życzenie.   Na   zewnątrz 
panowało miłe ciepło, powietrze było czyste, ulica tętniła 
życiem.   Dostrzegł   swoje   odbicie   w   jednym   z   luster, 
stojących na wielkiej wystawie sklepu z ciuchami. To nie 
manekin,   to   ja,   pomyślał   z   nagłym   zadowoleniem   i 
poczuł, że świat stoi przed nim otworem. No, cóż, los jak 
zwykle zadecydował za niego. Właściwie pogodził się z 
sytuacją. Gdyby Barbara nie spotkała tego dupka, nadal 
byliby razem, nie miałaby śmiałości stawiać mu żadnych 

background image

żądań. Nie zasługiwała na nic lepszego, zdradziła go.

Jim po powrocie do domu spał pół godziny i obudził się 

w   znacznie   lepszej   formie.   Zastanawiał   się,   czy   nie 
zadzwonić do Barbary, ale po namyśle zrezygnował. Nie 
wiedziałby, co powiedzieć, zresztą mógł być u niej ten 
bubek,   Jonathan.   Nie   miał   zamiaru   dawać   mu   żadnej 
satysfakcji. Spojrzał na zegarek, do wieczornego dyżuru w 
redakcji zostały mu jeszcze cztery godziny. Nie wiedział, 
co ze sobą zrobić. Nie miał ochoty wyjść ani zostać w 
domu.   Był   głodny,   ale   w   lodówce   nie   było   nic   do 
jedzenia. W końcu znalazł wyschnięte kruche ciasteczka. 
Zjadł je, mocząc w kawie. Postanowił nie przejmować się 
Barbarą, w ogóle postanowił niczym się nie przejmować. 
Machinalnie   zaczął   przeglądać   leżącą   na   stole   pocztę, 
którą po powrocie do domu wyjął ze skrzynki. Zebrało się 
tego sporo, jakieś reklamy, broszury, duży katalog, kartka 
z pozdrowieniami z Hawajów od Susan i gruby list. Od 
matki. Był tak zaskoczony, że przez dłuższą chwilę go nie 
otwierał, tylko ważył w ręku. Na pewno matka lub ojciec, 
któreś z nich było ciężko chore i chcą go o tym uprzedzić. 
Wreszcie wytarł ręce o spodnie i zabrał się do czytania.

„Kochany Synku, 
Na pewno dziwisz się, że do Ciebie piszę. Powiedziałeś 

jednak ostatnio, że nie zdążysz przyjechać do domu przed 
wyjazdem do Polski. A to, co ci chcę opowiedzieć, nie 
nadaje się do rozmowy przez telefon.

Jak wiesz, wyjechałam z Polski w wieku dwunastu lat. 

background image

Nigdy jednak nie opowiadałam Ci, jak do tego doszło. Nie 
wiem dlaczego. Może nie miałam ochoty, może nie było 
okazji. Nie myślałam zresztą zbyt wiele o Polsce ani o 
tamtych dawnych latach, dopóki nie dowiedziałam się, że 
tam jedziesz. Od tego czasu stale wspominam. Może też 
dlatego, że zbliża się starość, a wtedy człowiek inaczej 
patrzy na pewne rzeczy. Moja matka umarła, gdy miałam 
cztery lata, a starsza siostra miała dziesięć. Nie wiem, na 
co mama umarła, pamiętam tylko, że była to gwałtowna 
śmierć.   Jednego   dnia   chodziła   po   domu,   krzątała   się, 
przytulała   nas,   a   następnego   już   jej   nie   było   na   tym 
świecie.

Moją   siostrą   Marią   i   mną   zajęła   się   babka.   Miała 

księgarnię w Warszawie, to pamiętam doskonale, na rogu 
ulic Kruczej i Wilczej. Babka kochała książki i tylko to 
pomogło jej jakoś przeżyć śmierć jedynej córki. Marysia 
chodziła   do   szkoły,   a   ja   z   babką   spędzałam   czas   w 
księgarni. Kiedy miałam pięć lat, czytałam już całkiem 
swobodnie. Może dlatego do dziś tak dobrze pamiętam 
niektóre   polskie   zwroty,   przysłowia   czy   fragmenty 
wierszy.   Czasem   kołaczą   mi   się   też   po   głowie   jakieś 
historie,   ale   nie   mam   pewności,   czy   zdarzyły   się 
naprawdę, czy przeczytałam o nich w książkach.

W każdą niedzielę ojciec zabierał nas do siebie. Twój 

dziadek był pięknym mężczyzną. Z twarzy jesteś do niego 
trochę podobny, ale dziadek był znacznie wyższy. Miał 
wielkie   powodzenie   u   kobiet.   Zawsze   jak   go 
odwiedzałyśmy,   zastawałyśmy   jakąś   panią.   Ojciec   na 

background image

naszą cześć wydawał, jak sam mówił, ucztę. Stół uginał 
się od ciastek, czekoladek, owoców. Otwierał szampana i 
każda z nas mogła wypić po kieliszku. Potem brał dorożkę 
i wszyscy jechaliśmy do najlepszej restauracji. Ojciec nie 
był bogaty. Pracował jako wysoki urzędnik w magistracie. 
Babka zawsze powtarzała, że on żyje ponad stan. Mam 
wrażenie,   że   te   jego   różne   panie   wspomagały   go 
finansowo. Lubił kobiety eleganckie, zamożne i chętnie 
przyjmował   prezenty.   Cieszył   się   z   nich   jak   dziecko. 
Nawet   my,   małe   dziewczynki,   lubiłyśmy   mu   coś 
darowywać. Pamiętam, że kiedyś przed jego imieninami 
Marysia ukradła z księgarni babki jakiś cenny album, żeby 
mu go ofiarować.

Czasami zdarzało się, że sypiałam z babką. Lubiłam się 

do niej przytulać, babka była dość pulchna i czułam się 
przy   niej   bezpiecznie.   Któregoś   ranka   obudziłam   się 
późno. Nie miałam zegarka, ale słońce stało już wysoko, a 
Marysia  wyszła  do szkoły. Byłam zdziwiona, że  babka 
jeszcze śpi, zawsze wstawała przed nami. Postanowiłam 
jej nie budzić. Zjadłam śniadanie, posprzątałam w kuchni. 
Byłam już sporą dziewczynką, miałam siedem lat i za trzy 
miesiące miałam iść do szkoły. Babka spała dalej, więc 
zaczęłam ją budzić. Szarpałam nią coraz gwałtowniej, ale 
babka ciągle spała. Lekarz stwierdził, że zmarła na zawał 
serca. Spałam, gdy ona umierała...

W   testamencie   babka   przepisała   nam   księgarnię. 

Ojciec, jako nasz prawny opiekun, sprzedał ją i znalazł dla 
całej   naszej   trójki   większe   mieszkanie.   Nowe   lokum 

background image

znajdowało   się   w   Warszawie,   w   dużym,   szarym   domu 
przy ulicy Mokotowskiej. Mieszkało tam sporo Żydów. 
Ojciec nie miał jednak żadnych uprzedzeń, co w Polsce 
wcale   nie   było   takie   częste.   Mieszkanie   obok   nas 
zajmowała żydowska bezdzietna para. Spokojni ludzie w 
średnim wieku. On był prawnikiem, ona nie pracowała. 
Zwracałam   się   do   niej   «ciociu   Haniu»,   na   jej   wyraźne 
żądanie.  Zapraszała  mnie  do  siebie,  kiedy wracałam  ze 
szkoły i dużo ze mną rozmawiała. Czasem całowała mnie 
w czubek głowy i mówiła: «Jak rozkosznie byłoby mieć 
taką   małą».   Jeszcze   wówczas   nie   miałam   pojęcia,   jaką 
rolę odegra ta para w moim życiu.

Naszym   domem   zajmowała   się   służąca   Genia.   Nie 

umiała   czytać,   ale   była   schludna,   świetnie   gotowała. 
Miała nie więcej niż trzydzieści lat. Szaleńczo zakochała 
się w ojcu. Służyła nam wiernie jak pies i była pierwszą 
antysemitką,   jaką   poznałam.   To   właśnie   ona 
wytłumaczyła   mi,   dlaczego   ojciec   stracił   pracę.   «Te 
żydowskie psy - tak właśnie powiedziała - wciągnęły go 
do partii komunistycznej i przez to wywalili go z roboty». 
Partia komunistyczna była wówczas w Polsce nielegalna. 
Ojciec jako urzędnik państwowy nie powinien mieć z nią 
nic wspólnego. Wystarczyły plotki o jego związkach z tą 
partią, by zmusili go do rezygnacji.

Ojciec dostawał  od swoich licznych przyjaciół  jakieś 

dorywcze   prace   do   wykonania,   ale   wszelkie   próby 
znalezienia stałej posady kończyły się fiaskiem. Pogłoski 
o jego przynależności do partii komunistycznej były jak 

background image

wilczy bilet. Mieliśmy teraz znacznie mniej pieniędzy, a i 
towarzyska   sytuacja   ojca   ucierpiała.   Ciągle   wprawdzie 
kręciły   się   wokół   niego   panie,   ale   już   nie   tak   dobrze 
sytuowane. Ojciec nie bardzo potrafił odnaleźć się w tych 
nowych warunkach. Czuł się zagubiony i widać było, że 
rozpaczliwe usiłuje poprawić nasz byt.

Pewnego dnia oznajmił, że postanowił jechać na wojnę 

do Hiszpanii, by pomóc towarzyszom. Mrugał przy tym 
do   nas   porozumiewawczo,   mówiąc,   że   nigdzie   tak 
człowiek dobrze nie zarobi, jak na wojnie. Miał wrócić w 
glorii bohatera i jeszcze w dodatku bogaty.

Gdy wyjechał, opiekowała się nami Genia i sąsiadki. Po 

sześciu tygodniach nieoczekiwanie wrócił. Przywiózł nam 
trochę   drobnych   prezentów   i   dużą   paczkę   ciastek. 
Najpierw od Geni, a potem od sąsiadów dowiedziałyśmy 
się,   że   ojciec   w   drodze   do   Hiszpanii   zatrzymał   się   w 
Krynicy, bo chciał się trochę zabawić przed wyjazdem na 
wojnę. Tam poznał jakąś śliczną panią i został dłużej. Tak 
długo, dopóki nie przehulał wszystkich pieniędzy, jakie 
otrzymał   od   partii   na   swoje   utrzymanie,   na   broń   i   na 
pomoc dla hiszpańskich towarzyszy.

Nikt nie mógł oskarżyć ojca o defraudację, bo przecież 

jego   wyjazd   był   nielegalny.   Przez   pewien   czas 
przychodzili do naszego domu jacyś groźnie wyglądający 
mężczyźni, którzy kłócili się z ojcem. Zwykle kazał nam 
pojawiać   się   pokoju  i   wskazując   na   nas   dramatycznym 
gestem,   mówił:   «Czy   mogłem   opuścić   te   dwie   śliczne 
dziewczynki?   Błagały   mnie,   żebym   wrócił».   My 

background image

grzecznie   kłaniałyśmy   się   owym   panom,   a   wychodząc, 
słyszałyśmy szept ojca: «Oczywiście, że zwrócę wszystkie 
pieniądze».

Po   pewnym   czasie   sytuacja   się   uspokoiła.   Genia 

powiedziała   nam,   że   kilku   z   tych   panów,   którzy   stale 
przychodzili   do   ojca,   trafiło   do   Berezy   -   więzienia   dla 
komunistów. Mimo to w domu było coraz trudniej. Ojca 
nieustannie   posądzano   o   sympatie   prokomunistyczne. 
Zdarzały   się   dni,   kiedy   to   Genia   stawiała   nam   obiad. 
Gdyby   nie   pomoc   jej   i   niektórych   sąsiadów, 
chodziłybyśmy z Marysią głodne.

Kiedyś ojciec wrócił do domu od cioci Hani i jej męża. 

Przytulił mnie do siebie i zapytał: «Chciałabyś jechać do 
Ameryki?». «Bardzo - odpowiedziałam - ale z tobą».

Nie   chcę   już   dłużej   rozwlekać   tej   opowieści.   Ojciec 

umówił się z Goldszmidtami, że zabiorą mnie do Ameryki 
i tam dadzą mi wykształcenie, a potem wrócę do Polski. 
Nie   było   go   stać,   żeby   wykształcić   obie   córki.   Przed 
wyjazdem   Goldszmidtowie   zostawili   ojcu   sporą   sumę 
pieniędzy, dzięki nim Marysia miała skończyć studia. Jeśli 
o   mnie   chodzi,   to   wiesz,   co   się   stało.   Gdy   miałam 
osiemnaście lat, oboje, ciocia Hania i wuj Aron, zginęli w 
wypadku   samochodowym.   Wtedy   w   Polsce   trwała 
wojna...   Moi   przybrani   rodzice   zostawili   mi   trochę 
pieniędzy.  Wyszłam  za   twojego  ojca.  I  za   te  pieniądze 
kupiliśmy sklep.

Synku,   opisałam   to   wszystko,   bo   chciałabym   Cię 

prosić,   żebyś   odnalazł   moją   siostrę.   Nasze   rodowe 

background image

nazwisko   brzmi:   Skalska.   Wiem,   że   moja   siostra   po 
wojnie   wyszła   za   mąż,   a   ojciec   zginął   w   obozie 
koncentracyjnym.   Korespondowałyśmy   trochę.   Wtedy 
nazywała   się   Maria   Stebnicka.   Potem   przez   lata   nie 
miałam od niej żadnych wiadomości. Chyba w 1957, po 
niemal dziesięciu latach, dostałam od niej list, w którym 
pisała, że  wyszła  drugi  raz  za  mąż  i  jest  w  ciąży. Nie 
odpisałam jej wtedy, bo byłam zła, że nie odzywała się 
przez   te   wszystkie   lata,   kiedy   ja   słałam   list   za   listem. 
Potrzebowałam jej wtedy, umarł Twój malutki brat. Umarł 
nagle, w nocy, zupełnie tak samo jak babka...

I tak straciłyśmy kontakt. Po drugim mężu siostra moja 

nazywała się Maria Leska. Mieszkała przez cały czas w 
Warszawie, wówczas  przy Koszykowej  12, może  nadal 
mieszka (o ile w ogóle żyje). Jej syn czy córka, jeśli żyje, 
ma dwadzieścia pięć lat.

Bardzo bym chciała, żebyś spróbował odnaleźć Marię. 

W   Polsce   podobno   znów   zapowiada   się   wojna,   może 
będzie jej można jakoś pomóc. Teraz na starość zaczynam 
do   niej   tęsknić,   widać   z   wiekiem   człowiek   staje   się 
sentymentalny.

Uważaj   na   siebie,   Jimmy.   Mam   nadzieję,   że   jeszcze 

zadzwonisz przed wyjazdem.

Kochająca mama".

Jim był głęboko poruszony, jeszcze raz przeczytał list 

od matki. Nagle okazało się, że ma rodzinę, której w ogóle 
nie znał. W łańcuchu genetycznym pojawiły się wspólne 

background image

ogniwa.   Wiadomość   wstrząsnęła   nim,   a   jednocześnie 
nabierał przekonania, że jego wyjazd do Polski nie jest 
przypadkowy, że ma jakiś głębszy, ukryty sens. 

background image

Rozdział 4

Andrew   Watson-Smith   załatwił   wszelkie   papiery   i 

dokumenty dla bratanka w ciągu dwóch tygodni. Zgodnie 
z przypuszczeniami Michaela był wniebowzięty jego ideą 
wyjazdu do Polski. „Jak człowiek ma dużo pieniędzy - 
mówił - musi też mieć parę pomysłów na spędzanie czasu, 
a mało jest rzeczy równie interesujących jak wojna".

Stryj   nie   chciał   powiedzieć   Michaelowi,   jak   tego 

wszystkiego dokonał. Uśmiechał się tylko i odpowiadał, 
że trzeba mieć odpowiednie kontakty i znajomości. „Od 
trzydziestu   lat   siedzę   w   tym   gównianym   biznesie,   jak 
spędzicie w nim tyle lat co ja, to zrozumiecie, że telefon 
do prezydenta trzeba mieć zapisany w każdym notesie. I 
wcale   nie   mówię   tylko   o   prezydencie   Stanów 
Zjednoczonych"   -   odpowiadał   ze   śmiechem   stryj   na 
wszelkie   dociekliwe   pytania.   Musieli   mu   oczywiście 
powiedzieć, że Jim nie jest maklerem giełdowym, tylko 
pracuje   w   jego   własnej   gazecie.   Początkowo   Andrew 
Watson-Smith był trochę zły, że dał się nabrać „jakiemuś 
podrzędnemu   dziennikarzynie",   ale   po   namyśle 
poklepawszy Jima, powiedział: „Ty, chłopcze masz głowę 
na karku, nie zdziwię się, jak zarobisz parę groszy. Mimo 
wszystko twoje giełdowe przewidywania wcale nie były 
takie głupie".

Wreszcie   nadszedł   dzień   wyjazdu.   Jim   i   Mike   już   o 

background image

świcie byli na lotnisku. Czekała ich długa podróż. Z Los 
Angeles do Waszyngtonu, z Waszyngtonu do Frankfurtu, 
a   z   Frankfurtu,   po   ośmiu   godzinach   oczekiwania   na 
lotnisku, czarterowym samolotem, lecącym do Moskwy, 
mieli dotrzeć do Warszawy. Nie zabrali wiele bagażu, do 
plecaków mieli przypięte puchowe kurtki.

- O, do diabła - powiedział nagle Mike i złapał się za 

kieszeń.

- Co się stało, kochanie? - zapytała natychmiast Sara.
- Zapomniałem wziąć z domu broń - zażartował. 
Jim parsknął śmiechem.
- Och, Mike, przestań! - zwołała pani Watson-Smith i w 

jej oczach pojawiły się łzy.

Jim   przyglądał   się   rodzinnej   scenie.   Michaela 

odprowadzał cały klan z odgałęzieniami: stawili się jego 
rodzice, Julien J. Watson-Smith wraz z małżonką, Grace z 
narzeczonym, niezbyt rozgarniętym trenerem golfa, Sara - 
już   upozowana   na   wdowę,   pomyślał   Jim   -   oczywiście 
stryj   i   jeszcze   kilka   innych   osób,   które   Jim   kiedyś   już 
spotkał, ale nie pamiętał, kim są.

Jim   i   stryj   Michaela   stali   razem   i   trochę   na   uboczu, 

poddani   szczególnemu   ostracyzmowi   towarzyskiemu. 
Zostali   uznani   za   winowajców   całej   tej   niedorzecznej 
eskapady. Andrew Watson-Smith popalał cygaro i lekko 
cmokając, powiedział do Jima:

- Mój brat i moja bratowa uważają ten wyjazd za gorszy 

od trzęsienia ziemi.

Sara   od   czasu   do   czasu   popatrywała   na   Jima   z 

background image

wyrzutem w wielkich, podkrążonych oczach. Świadectwo 
bólu i nieprzespanej nocy, pomyślał ironicznie Jim, ale w 
gruncie rzeczy czuł się smutny i opuszczony. Nikt go nie 
odprowadzał.

Z rodzicami pożegnał się telefonicznie. Nie pojechał do 

Iowa, bo wolał nie rozmawiać z matką o liście. Nie chciał 
jej mówić wprost, ale po namyśle doszedł do wniosku, że 
nie ma ochoty grzebać się w zamierzchłych rodzinnych 
historiach   i   szukać   nieznanej   ciotki.   Matka   to   chyba 
zrozumiała, bo ani słowem nie wspomniała już więcej o 
całej   sprawie.   Zaproponował   Barbarze,   żeby   go 
odprowadziła na lotnisko, ale ona tylko się roześmiała i 
powiedziała: „Kochanie, chyba wyleciało ci to z głowy, 
ale nie jesteśmy już razem. Nie będę wstawać o świcie po 
to, żeby żegnać obcego faceta". Sam jestem sobie winien, 
myślał,   mogłem   się   oświadczyć   Barbarze.   Kobiety 
wszystko   przekładają   na   związki,   na   węzły,   na 
zobowiązania,  zawsze  jest   coś  za   coś.  Tylko  Sara  była 
zupełnie   inna.   Ona   nigdy   nie   stawiała   Michaelowi 
żadnych warunków. Boże, jakże zazdrościł przyjacielowi 
takiej kobiety.

Nagle   poczuł   na   plecach   czyjeś   delikatne   dotknięcie. 

Był pewien, że to Barbara. Postanowił się nie odwracać, 
żeby   nie   dać   jej   odczuć,   jak   bardzo   na   nią   czekał.   I 
wówczas usłyszał:

-  Strasznie   cię   przepraszam   Jim,   wybacz,   że 

przeszkadzam, ale nie było cię na ostatniej lekcji.

Zdumiony,   nie   wierzył   własnym   oczom.   Jego 

background image

nauczycielka   polskiego!   Przez   chwilę   patrzył   na   nią   w 
kompletnym   osłupieniu.   Prędzej   spodziewałby   się 
zobaczyć   ducha   własnego   dziadka,   ale   ponad   wszelką 
wątpliwość stała przed nim miss Zawadzky. Jej błękitne 
oczy   popatrywały   spod   puszystej   grzywki   na   Jima   z 
lekkim przestrachem. Dopiero teraz uświadomił sobie, że 
miss   Zawadzky   jest   atrakcyjną   kobietą.   Miała   piękną 
oliwkową karnację, dobre nogi i miły uśmiech. Jej nagie 
ramiona były matowe i okrągłe - takie właśnie podobały 
mu się najbardziej. Mój Boże, pomyślał z nagłym żalem, 
jaka szkoda, że wyjeżdżam. Nagle dostrzegł zaciekawione 
spojrzenia całej rodziny Watsonów-Smithów, więc szybko 
powiedział:

-  Elizabeth,   jak   miło   cię   widzieć...   Przynajmniej   ty 

przyszłaś mnie odprowadzić...

-  Jim,   naprawdę   przepraszam   -   powtórzyła,   wodząc 

spłoszonym   wzrokiem   po   twarzach   stojących   wokoło 
osób.   -   Nie   chcę   ci   przeszkadzać,   ale   mam   do   ciebie 
ogromną prośbę...

- Do odlotu zostało co najmniej pół godziny, chodźmy 

do   baru   na   kawę   -   zaproponował   Jim,   obejmując   ją 
ramieniem. Dał znak Michaelowi, który rzucał pytające 
spojrzenia znad głowy płaczącej Sary, iż niebawem wraca. 
Był naprawdę zadowolony, że nie będzie musiał już dłużej 
oglądać rozdzierających scen pożegnania. Uważał, że Sara 
jest   wspaniałą   kobietą,   ale   jej   psie   przywiązanie   do 
Michaela bywało czasami denerwujące. Jim przypomniał 
sobie Barbarę i tym razem docenił jej klasę. Przynajmniej 

background image

umiała żegnać się krótko i bez niepotrzebnych łez.

Usiedli przy malutkim stoliku, tak blisko siebie, że ich 

kolana się stykały. Elizabeth była lekko spocona z emocji. 
Biło od niej  ciepło i  odurzający kobiecy zapach. Przez 
chwilę Jim upajał się tym zapachem, który zawsze budził 
w nim pożądanie.

-  Mam   w   Polsce   rodzinę   -   dosłyszał   głos   Elizabeth. 

Mówiła   bardzo   poprawnym   angielskim,   z   zabawnym 
akcentem. - Tam jest teraz strasznie ciężko. Nie wiem, co 
się z nimi dzieje. Bardzo się tym martwię.

- Kogo tam masz? Męża? - zapytał.
-  Matkę   i   brata.   Wyjechałam   z   Polski   trzynaście   lat 

temu...

Zaraz po studiach wyszłam za mąż, za Żyda i musiałam 

stamtąd wyjechać.

- Twój mąż był Amerykaninem?
-  Nie.   -   Elizabeth   po   raz   pierwszy   podczas   tego 

spotkania   uśmiechnęła   się.   -   Wy,   Amerykanie,   takich 
rzeczy   nie   rozumiecie.   Przekonałam   się   o   tym 
wielokrotnie. Szymon był Polakiem, ale musiał opuścić 
kraj,   bo   był   także   Żydem.   Ówczesne   władze   urządziły 
nagonkę na Żydów. Wszystkich zmuszali do wyjazdu.

- Ty też jesteś Żydówką?
- Nie, jestem katoliczką. Wyjechałam, bo byłam bardzo 

zakochana,   zresztą   zaszłam   w   ciążę.   Początkowo 
mieszkaliśmy   w   Izraelu,   ale   ja   tam   nie   mogłam 
wytrzymać. Wszystko mi przeszkadzało, klimat, jedzenie, 
zapachy,   wszystko.   Ale   najbardziej   ten   stan   ciągłego 

background image

zagrożenia, w każdej chwili mogła wybuchnąć wojna, w 
każdej   chwili   można   było   zginąć,   przez   przypadek,   bo 
jakiś arabski terrorysta podłożył bombę... Nie czułam, że 
to jest moje miejsce, bałam się o dziecko. Po trzech latach 
opuściłam Szymona. Nie rozstaliśmy się, jesteśmy nadal 
małżeństwem,   tyle   że   mieszkamy   w   innych   krajach. 
Szymon przyjeżdża tutaj kilka razy w roku, przysyła mi 
pieniądze.   W   gruncie   rzeczy   jest   mi   dobrze, 
przyzwyczaiłam się do samotności... Wiem, że on jest z 
jakąś kobietą, ale co to ma za znaczenie...

- Dziwny kraj ta Polska - powiedział Jim pozornie bez 

związku.

- Dziwny - zgodziła się Elizabeth - i smutny, ciężko się 

tam   żyje.   Chciałabym   ci   dać   list   do   mojej   rodziny   - 
wyciągnęła   z   torebki   zaadresowaną   kopertę   -   a   także 
pieniądze... dwieście dolarów, więcej nie mogę. Błagam 
cię Jim, przekaż im to. Powiedz, że u mnie wszystko w 
porządku.

-  OK,   nie   ma   sprawy.   Na   pewno   to   zrobię.   Tylko   - 

uśmiechnął   się   do   Elizabeth   -   czy   oni   mówią   po 
angielsku?

Roześmiała się serdecznie i odparła:
-  Trochę, ale za to ty mówisz po polsku. Byłeś moim 

najlepszym uczniem, masz też świetny akcent.

Jim z nagłą niechęcią przypomniał sobie o liście, który 

dostał od matki. Sama myśl o tym, że jest powiązany z 
tamtym krajem, drażniła go, a niefrasobliwa prośba matki 
doprowadzała   go   do   furii.   Jego   podróż   wiązała   się 

background image

wyłącznie ze sprawami zawodowymi, ale jego uparta stara 
Joan Keaton jak zwykle miała to gdzieś.

*

Podróż   do   Warszawy   była   piekielnie   męcząca.   W 

czasie   drogi   Jim   i   Mike   niewiele   ze   sobą   rozmawiali. 
Czuli się zbyt niepewnie. Każdy z nich pogrążył się więc 
we   własnych   rozmyślaniach.   Niekiedy   zasypiali   i 
gwałtownie budzili się z drzemki. Mike przez całą drogę 
informował Jima o tym, jak paskudnie się czuje. Szczerze 
mówiąc, Jim także  miał  podłe samopoczucie. Dokuczał 
mu żołądek. Żałował, że w ogóle wybrał się w tę podróż. 
A wszystko, myślał, przez tego skurwiela Jonasa. Gdyby 
się   mnie   nie   czepiał,   nigdy   nie   wpadłbym   na   pomysł 
wyjazdu. Właściwie nie ciekawił go już ten nieznany kraj. 
Nie chciał wiedzieć, co mu się przydarzy. Był wściekły, 
że dokądkolwiek jedzie.

Po   niemal   czterdziestu   ośmiu   godzinach   od   chwili 

wylotu z Los Angeles znaleźli się wreszcie w Polsce. Byli 
jedynymi   pasażerami,   którzy   opuścili   samolot,   dalej 
lecący do Moskwy. Wysiadali w zupełnej ciszy. Siedzący 
w samolocie przyglądali się im w milczeniu. Niemiecka 
stewardesa,   która   wyprowadzała   Jima   i   Michaela, 
powiedziała: „Good luck", i uścisnęła im dłonie.

Gdy   znaleźli   się   na   płycie   lotniska,   podeszli   dwaj 

żołnierze i eskortowali ich do budynku. Długo czekali na 
bagaż.   Lotnisko   świeciło   pustkami.   Kręcili   się   po   nim 
niemal wyłącznie mundurowi. Odprawa celna była długa i 
bardzo dokładna. Jeden z celników łamaną angielszczyzną 

background image

wyjaśnił,   że   ze   względu   na   bezpieczeństwo   państwa 
pewne rzeczy z ich bagażu muszą pozostać w depozycie. 
Celnicy   zatrzymali   torbę   ze   sprzętem   fotograficznym 
Michaela,   z   trzema   najnowocześniejszymi   aparatami, 
kamerą   i   obiektywami.   Mike   tłumaczył,   że   jest 
fotografem, pokazywał legitymację prasową i dokument 
akredytacyjny, załatwiony przez stryja. Celnicy łaskawie 
zostawili mu w końcu mały podręczny aparat i film. Obaj 
mężczyźni   próbowali   protestować,   ale   mówiący   po 
angielsku   celnik   zagroził   im,   że   jeśli   będą   się   stawiać, 
odbiorą im nawet to.

-   Taka   awantura   może   się   skończyć   aresztem. 

Doradzam   spokój   -   powiedział.   -   Jeden   film   wystarczy 
wam   -   dodał,   uśmiechając   się   ironicznie   -   aby   zrobić 
pamiątkowe zdjęcia dla całej rodziny.

Pozostali   celnicy,   a   wraz   z   nimi   żołnierze   starannie 

sprawdzali   ich   rzeczy.   Z   dezodorantów   wypuszczali 
zawartość, wyciskali pastę z tubek, zaglądali do każdej 
kieszeni i pod podszewki ubrań. Wreszcie podszedł jakiś 
oficer i coś powiedział do celników, którzy wskutek jego 
interwencji zostawili Amerykanów w spokoju. Zabrali im 
jeszcze wszystkie gazety.

Po drugiej stronie bariery przywitał ich Bill Cameron z 

ambasady amerykańskiej. Był tak gruby, że ledwo mieścił 
się w przyciasnym garniturze.

-  Nie   miałem   wątpliwości,   że   to   wy   -   powiedział 

zasapany.   -   Jakoś   nie   wyglądacie   na   szczęśliwych 
turystów.   Nieźle   was   przetrzepali,   ale   zapewniam,   że 

background image

mogłoby być gorzej, gdyby nie czuwała nad wami boska 
opatrzność oraz Biały Dom. Chodźmy stąd.

Wyszli   z   lotniska   w   lodowatą   ciemność.   Wokół 

panowała   kompletna   pustka.   Nie   było   ludzi   ani 
samochodów,   oprócz   auta   Camerona.   Marznący   deszcz 
siekł policzki. Bez słowa wsiedli do samochodu Billa.

-  Zawiozę   was   do   mieszkania,   w   którym   się 

zatrzymacie. A jutro rano przyjadę i pogadamy, bo dziś 
chyba   nie   macie   ochoty   na   towarzyski   wieczór?   - 
dopytywał   się   Cameron,   wyraźnie   nie   oczekując 
odpowiedzi.

Jim   i   Mike   byli   ledwo   żywi   ze   zmęczenia,   jednak 

próbowali cokolwiek dostrzec spoza szyb samochodu. W 
pewnym momencie Jim drgnął i trącił Michaela w bok:

- Popatrz - powiedział podniecony.
W   słabym   świetle   latarni   dostrzegli   czołg,   a   wokół 

niego   żołnierzy,   którzy   grzali   się   przy   koszach   z 
żarzącymi   się   węgielkami.   Mike   spojrzał   na   zegarek, 
który we Frankfurcie nastawił na europejski czas. Była 6. 
22 rano. O tej porze w Kalifornii jest jasny, słoneczny 
dzień.   Uliczni   sprzątacze   czyszczą   ulice.   Do   sklepów 
podjeżdżają ciężarówki z towarem. Na autostradach już 
zaczynają się korki.

-  To musi być bardzo biedny kraj - zauważył Mike. - 

Prawie w ogóle nie ma samochodów.

-  Ludzie   mają   auta,   ale   nie   wolno   im   ich   używać   - 

odpowiedział   Bill.   Można   by   sądzić,   że   ta   sytuacja 
niezmiernie   go   bawiła.   -   Na   jazdę   samochodem   trzeba 

background image

mieć specjalne zezwolenie. Ja mam, więc nie musicie się 
niczego obawiać.

Mike   dyskretnie   szturchnął   Jima.   Ten   kiwnął   głową. 

Doskonale   się   rozumieli.   Obaj   czuli,   że   nie   cierpią 
Grubasa.

Po najwyżej dwudziestu minutach jazdy Bill zatrzymał 

samochód   przed   wysokim   domem.   Jim   i   Mike   byli 
zaskoczeni faktem, iż tak szybko dotarli do celu. Nie mieli 
świadomości,   że   przez   cały   czas   jechali   przez   miasto. 
Myśleli,   że   wyludnione,   ciemne   przestrzenie,   które 
obserwowali zza szyb auta, to były odległe przedmieścia, 
tymczasem, jak się okazało, jechali przez samo centrum 
wschodnioeuropejskiej stolicy.

Weszli   do   klatki   budynku,   gdzie   przywitał   ich 

zgniłosfermentowany   zapach.   Na   odrapanych   ścianach 
pełno było ciemnych śladów po pościeranych napisach. 
Miejsca,   w   których   zachowała   się   farba,   świeciły 
błyszczącą sraczkowatą barwą. Grubas nacisnął czerwone 
wypalone miejsce po guziku od windy, ale nie zadziałała, 
wobec   tego   wydyszał,   jakby   perspektywa   wysiłku 
wystarczyła, żeby się zmęczył:

- Wybaczcie panowie, że nie będę wam towarzyszył aż 

na dziesiąte piętro. To jest wasz klucz, numer mieszkania 
210. W  lodówce  macie  trochę  jedzenia. Do zobaczenia 
jutro rano. Żegnam.

Jim i Mike rozglądali się po mieszkaniu. Były to dwa 

maleńkie pokoje, w których właściwie mieściły się tylko 
łóżka.   W   jednym   z   pokojów   minimalnie   większym   od 

background image

drugiego   znajdował   się   nieduży   stolik   z   plastikowym 
czarnym   blatem,   a   wokół   niego   stały   trzy   czarne 
plastikowe krzesła. Na ścianie wisiały „Słoneczniki" van 
Gogha   i   plakat   z   filmu,   jak   odczytał   Jim,   „Ziemia 
Obiecana". Ładny tytuł, roześmiał się i przetłumaczył go 
Michaelowi. To coś  w  sam  raz  dla  nas, stary. W  rogu 
większego   pokoju   stała   etażerka,   a   na   niej   nieduży 
telewizor.   Kuchenne   okno   wychodziło   na   pokój.   W 
kuchni stała lodówka, a na ścianie wisiały dwie szafki. 
Jim pomyślał, że chyba nigdy jeszcze nie mieszkał w tak 
nędznym wnętrzu.

-  Grubas   umieścił   nas   w   slumsach   -   powiedział   z 

irytacją   Mike,   odgadując   myśli   Jima.   -   Niech   go   szlag 
trafi. Otworzę na chwilę okno, jakoś cuchnie tu stęchlizną.

-  Będzie cholernie zimno - przestrzegł Jim, dotykając 

kaloryferów. Były zaledwie letnie. - Wiem, że to nie jest 
odpowiednie   miejsce   dla   waszej   lordowskiej   mości   - 
skłonił się złośliwie przed Michaelem - ale mamy tu żyć 
jak przeciętni Polacy. Sam chciałeś.

-  Nie czepiaj się. - Mike nie miał ochoty się kłócić. 

Brzydota   pomieszczenia   ostatecznie   go  przygnębiła,   ale 
nie chciał tego okazać. Wiedział, że Jim zacząłby kpić z 
jego   nieprzystosowania   do   zwyczajnego   życia,   a   sam 
udawałby   nawykłego   do   wszelkich   trudów   trapera.   - 
Lepiej coś zjedzmy - zaproponował.

- I koniecznie napijmy się wódki - ucieszył się Jim.
- Zwariowałeś! - Mike spojrzał na niego z oburzeniem. 

- Nie ma jeszcze ósmej.

background image

- W Los Angeles jest po północy, to świetna pora, żeby 

się upić - odparł Jim.

- Nie mam zamiaru pić. Jesteśmy zmęczeni, jeszcze się 

nie   zaaklimatyzowaliśmy,   alkohol   może   bardzo 
zaszkodzić, osłabi układ odpornościowy, zabije limfocyty 
T i...

-  Nie   pieprz,   Mike,   proszę   cię.   I   tak   już   mam 

wszystkiego   dość,   a   mój   układ   odpornościowy   tym 
bardziej.

- Lepiej coś zjedzmy - powtórzył Mike.
W lodówce znaleźli żółty ser, trochę szynki i butelkę 

polskiej   wódki.   W   szafce   był   chleb.   Zrobili   kanapki   i 
herbatę. Jim postawił przed sobą kieliszek i nalał do niego 
wódki. Siedzieli, przeżuwając kolejne kęsy i wpatrywali 
się w czarny blat stołu. Wreszcie Mike powiedział:

- Grubas się nie wysilił.
- Sam pewno wszystko wyjadł - stwierdził Jim.
- Chudy nie jest. - Mike pokiwał głową i obaj z Jimem 

roześmiali się serdecznie. Bardziej niż z dowcipu śmiali 
się z samej potrzeby śmiechu, z konieczności odśmiania 
całej   tej   absurdalnej   sytuacji,   w   jakiej   znaleźli   się   na 
własne życzenie.

- Jedzenie jest tu na kartki. Ciekawe, co my będziemy 

jedli? - zafrasował się nagle Jim.

- Jak to wygląda? Daje się kartki zamiast pieniędzy? - 

zapytał Mike.

- Nie wiem dokładnie. - Jim wychylił kieliszek wódki. - 

Ale mocna, uch... Przekonamy się, jak jest.

background image

Następnego ranka, punktualnie  o dziesiątej, do drzwi 

zadzwonił Grubas. Jim i Mike jeszcze leżeli w łóżkach 
poprzykrywani, czym się tylko dało, bo było piekielnie 
zimno. Kaloryfery przestały grzać. Nie było też, o czym 
Mike   już   zdołał   się   przekonać,   bo   wpadł,   jak   mu   się 
zdawało,   na   genialny   pomysł   wzięcia   gorącej   kąpieli, 
ciepłej wody. Szczękali zębami z zimna. Jim wyskoczył z 
łóżka,   otworzył   Grubasowi   i   znów   błyskawicznie 
zagrzebał się w pościeli.

Wszedł Bill, czerwony, zaspany, i co obu przyjaciołom 

zdawało się niemal niemożliwe, spocony.

-  Boże, moje serce tego nie wytrzyma - poskarżył się. 

Zdjął   wielki   kożuch   i   położył   na   krześle   wypchaną 
plastikową   torbę   z   napisem   coca-cola.   -   Przyniosłem 
śniadanie.

Przez chwilę popatrzył na Jima i Michaela, jak im się 

zdawało, ze współczuciem i stwierdził:

-  Trochę   to   potrwa,   zanim   się   przyzwyczaicie... 

Chłopcy z Kalifornii, no tak...

Poszedł   do   kuchni.   Włączył   wodę   i   przygotował 

najpierw herbatę, a potem śniadanie. Jim i Mike ubierali 
się najszybciej jak potrafili, popijając herbatę parzącą im 
usta.

Po   śniadaniu,   w   trakcie   którego   niewiele   mówili,   bo 

Jim i Mike byli skoncentrowani na rozgrzewaniu się, a 
Grubas   zajęty   jedzeniem,   Bill   Cameron   w   końcu 
oświadczył:

-  Musimy   porozmawiać...   hm...   jesteście   tutaj   dzięki 

background image

temu,  że w wasz przyjazd zaangażowały się najwyższe 
władze tego kraju.

- Bzdura. - Jim wzruszył ramionami. - Ja byłbym tu już 

dawno,   gdyby   nie   wypadek   kolegi,   z   którym   miałem 
przyjechać.

-  Tak ci się tylko wydaje, chłopcze - powiedział Bill 

nieoczekiwanie stanowczym tonem. Jim poczuł, że znowu 
zaczyna   w   nim   wzbierać   niechęć   do   Grubasa,   którego 
jeszcze   przed   chwilą   uważał   za   poczciwego   i 
nieszkodliwego faceta.

Bill Cameron był zaledwie osiem lat starszy od Jima i 

Michaela,   miał   trzydzieści   pięć   lat.   Jednak   fakt,   iż 
przebywał   w   Polsce   znacznie   dłużej,   powodował,   że 
traktował   ich   protekcjonalnie.   Bawiła   go   ich   naiwność, 
strach, a zarazem buńczuczność i nonszalancja. Nie mają 
o niczym pojęcia, czekają na coś wielkiego i niezwykłego, 
a   nie   zdają   sobie   sprawy,   myślał   Cameron,   że   przede 
wszystkim zetkną się z gównem. Wymuskani chłopcy z 
Kalifornii dostaną tu trochę po dupie. No i dobrze...

Jim   i   Mike   dowiedzieli   się   od   Grubasa,   że 

kilkunastoletni   syn   jednego   z   wysokich   polskich 
dygnitarzy   państwowych   jest   chory   na   białaczkę. 
Pieniądze   na   leczenie,   a   przede   wszystkim   na   operację 
przeszczepu   szpiku   wyłożyła   fundacja   założona   przez 
Andrew Watsona-Smitha. W tej sytuacji, wyjaśnił Grubas, 
skoro   bratanek   Watsona-Smitha   i   jego   przyjaciel   mieli 
taki   kaprys,   władze   wojskowe   kraju,   choć   niechętnie, 
pozwoliły im przyjechać do Polski.

background image

-  My jednak - kontynuował Bill - nie chcemy mieć z 

wami żadnych kłopotów. Sytuacja jest bardzo delikatna i 
napięta... Nie chcemy zadrażniać.

-  O czym ty, kurwa, mówisz, Bill - odezwał się Jim 

zadziornym tonem. - Jestem dziennikarzem, mój kumpel 
też, przyjechaliśmy,  żeby zdać relację z tego, co się w 
Polsce dzieje. A tobie o co chodzi?

Grubas   uśmiechnął   się   pod   nosem,   ale   jego   głos 

zabrzmiał twardo.

-  Nic   nie   obchodzi   nas,   co   się   stanie   po   waszym 

wyjeździe z Polski, ale tutaj...

- Kto to jest my? - wpadł mu w słowo zirytowany Mike.
- Władze twojego kraju - wyjaśnił spokojnie Bill.
-  Mogą nam naskoczyć - wyraził się dobitnie Mike i 

poczuł, patrząc wprost w twarz Billa, że ma ochotę dać 
mu w szczękę.

- Tak wam się tylko wydaje - powtórzył Bill. - Chodzi 

mi o to, żeby wszystko było jasne... żadnych szaleństw... 
żadnych   popisów.   Teksty   i   zdjęcia,   wszystko,   co   tu 
zrobicie   i   będziecie   chcieli   wysłać,   przejdą   przez 
ambasadę,   bo   i   tak   inaczej   nie   będziecie   mogli   ich 
przesłać.  Nie   działa   tu  ani   poczta,  ani   telefony.   Panuje 
reżim wojskowy, a my nie mamy ochoty wyciągać was z 
więzienia... Więc pamiętajcie, bez głupstw.

-  Chcesz   mi   powiedzieć,   że   nie   mogę   pisać   o 

wszystkim, co tu zobaczę? - zapytał Jim, wpatrując się w 
okrągłe jak słońce oblicze Grubasa.

- Bez drastycznych szczegółów - zapowiedział Bill.

background image

-  Ja   chyba   śnię.   -   Jim   był   tak   zdenerwowany,   że 

wystąpiły mu rumieńce na twarz i co chwila wycierał ręce 
o   spodnie.   -   Wydawało   mi   się,   że   mamy   wolną, 
demokratyczną prasę.

-  Owszem - potwierdził Bill, wcale niezbity z tropu - 

ale   dopóki   jesteście   w   tym   kraju,   obowiązują   tutejsze 
reguły. Nie interesuje mnie, co zrobicie po powrocie do 
Stanów, tylko co się dzieje z wami tutaj. OK? Chyba się 
rozumiemy, chłopcy? - Grubas mrugnął do nich i zaczął 
się zbierać do wyjścia.

Jim i Mike obserwowali go w milczeniu. Ubierał się 

powoli   i   starannie   zapinał   każdy   guzik.   Przy   drzwiach 
odwrócił się i zapytał:

- Macie pieniądze?
-  Tak - powiedział niechętnie Jim - a właściwie nie, 

zostawili nam po trzysta dolarów.

-  Wystarczy,   możecie   za   to   spokojnie   przeżyć   co 

najmniej   trzy  miesiące.   -   Bill   uśmiechnął   się   szeroko  i 
zamykając   za   sobą   drzwi,   pomachał   im   dłonią   na 
pożegnanie.

Jim   i   Mike   spojrzeli   po   sobie.   Grubas   najwyraźniej 

zwariował. Po chwili drzwi otworzyły się ponownie. Bill 
wsunął   swoją   rozległą   postać   i   powiedział,   wręczając 
Jimowi wizytówkę:

-  W   razie   kłopotów   albo   jak   będziecie   chcieli 

zadzwonić do mamusi, wpadnijcie. Zresztą będę z wami 
w kontakcie. No to pa... I pamiętajcie, żadnych głupstw. - 
Pogroził im tłustym palcem.

background image

Jim i Michael stali przed zamkniętymi drzwiami, jakby 

zastanawiając się nad ostatnimi słowami Billa.

Wreszcie Mike lekko zdławionym głosem zapytał:
-  Jak   myślisz,   czy   Kay   rzeczywiście   przypadkiem 

wpadł pod samochód?

Jim   popatrzył   na   przyjaciela,   w   pierwszej   chwili   nie 

rozumiejąc,   o   czym   on   mówi,   a   potem   zdecydowanie 
odparł:

-  Nie   gadaj   bzdur,   stary.   To   jasne,   że   Cameron 

przyszedł nas postraszyć.

-  Chyba   masz   rację   -   stwierdził   po  krótkim   namyśle 

Mike. - Grubas nie wygląda na specjalnie odważnego.

- W Iowa mógłby zostać szeryfem - rzucił Jim.
Mike   głośno   się   roześmiał,   a   Jim   przyłączył   się   do 

niego.   Ogarnęła   ich   fala   przyjacielskiej   wspólnoty. 
Dobrze się rozumieli. W takich chwilach mieli wrażenie, 
że   we   dwóch   mogliby   stawić   czoła   całemu   wrogiemu 
światu. 

background image

Rozdział 5

Przez kilka następnych dni Jim i Mike godzinami snuli 

się po Warszawie. Ciągle obserwowali te same  obrazy. 
Niemal na każdym rogu ulicy stali żołnierze, od czasu do 
czasu widzieli czołg albo przejeżdżający wóz pancerny. 
Przyzwyczaili się do tego widoku i nie robił już na nich 
żadnego   wrażenia.   Jim   nawet   z   pewnym   rozbawieniem 
przypominał   sobie,   jak   przestraszył   go   pierwszy 
napotkany czołg, jak serce skoczyło mu do gardła. Teraz 
czołgi były dla nich takim samym elementem krajobrazu, 
jak w innym mieście zabytki albo fontanny.

Chodzili z Michaelem po ulicach Warszawy, szukając 

jakiegoś wydarzenia. Plany Jima z kalifornijskich czasów, 
kiedy   wyobrażał   sobie,   jak   powali   na   kolana   Jonasa 
korespondencjami wojennymi z Polski, spełzły na niczym. 
Nie tak wyobrażał sobie pobyt tutaj. Prędzej widziałby się 
na   pierwszej   linii   frontu,   rzucającego   się   na   radzieckie 
czołgi niż zabijającego czas snuciem się po ulicach stolicy 
kraju,   w   którym   jak   na   złość   nie   działo   się   nic 
spektakularnego.   Codziennie   z   jednakową   monotonią 
widzieli   to   samo.   Długie   kolejki   przed   sklepami   i 
marznących   w   tych   kolejkach,   zdenerwowanych   i 
zmęczonych   ludzi.   Nędzne   wystawy   i   puste   sklepy. 
Jezdnie pokryte prawie nietkniętym śniegiem, słabo albo 
wcale nieoświetlone ulice, grupy ludzi czekających na z 

background image

rzadka pojawiające się autobusy lub tramwaje. Czekanie, 
cierpliwe,   nieskończone   czekanie   to   była 
charakterystyczna cecha tego kraju. Ale wojna, powtarzał 
sobie Jim w duchu, jakiś generał pierdnie i cały kraj siedzi 
cicho.   To   wszystko,   czego   byli   tutaj   świadkami,   Jim 
uważał za warte nie więcej niż czwórka w skali Richtera 
w   Kalifornii.   Mimo   to   Michaela   rozsadzał,   co   jeszcze 
bardziej   irytowało   Jima,   jakiś   dziwny   entuzjazm. 
Wszystko, co tutaj widział, wydawało mu się pasjonujące 
i   godne   uwagi.   Z   byle   powodu   wyciągał   aparat   i 
fotografował:   ludzi   w   kolejkach,   zatłoczone   autobusy, 
przejeżdżające czasami przez miasto kawalkady wojska. 
Michael nie musiał nawet martwić się o filmy, mimo że 
celnicy na lotnisku zostawili mu tylko jedną rolkę.

Już drugiego dnia, podczas wyczerpującej wędrówki po 

mieście, Mike zauważył na zagraconej wystawie małego 
sklepu o nazwie „Komis" torebkę, którą postanowił kupić 
dla Sary. Torebka z prawdziwej krokodylej skóry okazała 
się zresztą wyrobem Chanel i kosztowała grosze. Jim, po 
przejrzeniu kupy paskudnych łachów,  także  kupił  sobie 
podniszczoną skórzaną kurtkę, za którą na Melrose Street 
musiałby   zapłacić   kilkanaście   razy   więcej.   Mike 
wypatrzył   pośród   bezwartościowych   drobiazgów   dwie 
rolki filmów Kodaka. Poprosił Jima, aby dowiedział się, 
czy nie ma ich więcej. „A ile potrzeba?" - zapytał krótko 
ekspedient   zachwycony   tak   hojnymi   klientami. 
Następnego   dnia   Mike   był   już   posiadaczem   ponad 
dwudziestu   rolek   I   obietnicy,   że   chudy   facet,   w 

background image

błyszczącym, czarnym kitlu z przypiętą do górnej kieszeni 
etykietką   „kierownik",   wyglądający   na   niezbyt 
rozgarniętego   uczniaka,   załatwi   ich   więcej.   Przy   okazji 
zaoferował   im   najnowszy,   wyprodukowany   w   NRD, 
aparat   fotograficzny,   z   doskonałymi   obiektywami, 
niewiele gorszy od jednego z tych, które Michael stracił 
na   lotnisku.   Kierownik   zażądał   za   niego   osiemdziesiąt 
zielonych. „No change money" - dodał i uśmiechnął się 
szeroko, dumny ze swojej angielszczyzny. Gdy wyszli ze 
sklepu,   a   uszczęśliwiony   Mike   pstrykał   jak   oszalały 
zdjęcia nowym aparatem,  Jim przegryzał swoją gorycz. 
Nawet tutaj, w Polsce, Michaelowi szło łatwiej niż jemu. 
Bawił   się   swoją   robotą,   podczas   gdy   on,   aby   napisać 
artykuł,   musi   przynajmniej   spróbować   zrozumieć   kraj, 
który dotąd wydawał mu się niemożliwy do pojęcia.

Któregoś   ranka   wyszli   z   domu   w   lepszych   niż 

zazwyczaj   humorach,   bo   dzień   był   piękny,   słoneczny, 
niezbyt mroźny. Śnieg skrzył się w słońcu i chrupał pod 
butami.   Drzewa   wyglądały   jak   obłożone   srebrną   watą. 
Było   cicho.   Nie   zakłócały   tej   ciszy   żadne   dźwięki 
charakterystyczne dla wielkiego miasta. O czym tu pisać, 
pomyślał już niemal obsesyjnie Jim, o czym? Przecież nie 
będę   pisał   o   krajobrazie.   Nie   miał   ochoty   zgłębiać 
żadnych polskich problemów. Czuł się tutaj przeraźliwie 
obco   i   nie   na   miejscu,   ale   cieszył   się   swoim 
wyobcowaniem.   Był   to  bowiem  dowód,   że  nie   należał, 
wbrew   swoim   korzeniom,   wbrew   genetycznemu 
dziedzictwu, do tego kraju.

background image

Jim   zaczął   się   denerwować   także   z   jeszcze   innego 

powodu. Nie mógł kupić papierosów, a te przywiezione z 
Kalifornii   już   się   kończyły.   Aż   go   skręcało,   taką   miał 
ochotę na następnego papierosa, ale musiał robić długie 
przerwy.  Denerwował  go Mike  swoim  gadaniem,  że  to 
jest właśnie doskonały moment na rzucenie palenia.

- Ty nie palisz - powiedział Jim - a mimo to masz raka 

trzustki.

Rzucił   wściekłe   spojrzenie   Michaelowi   i   natychmiast 

zrobiło mu się go żal, bo ten spuścił głowę i ze smutkiem 
wpatrywał   się   w   czubki   swoich   butów.   Od   dwóch   dni 
Mike miał atak hipochondrii. Bolało go w lewym boku, 
odczuwał zgagę i uskarżał się na brak apetytu. Był więc 
absolutnie pewny, że ma raka trzustki. Wymieniał kolejne 
objawy   i   wszystkie   idealnie   zgadzały   się   z   jego 
tragicznym samopoczuciem. Nie chciał pić alkoholu, bo 
uważał,   że   mogłoby   to   przyśpieszyć   rozwój   choroby. 
Swoim   zachowaniem   doprowadził   do   szału   Jima,   który 
marzył,   by   wreszcie   mieć   towarzystwo   do   picia.   Co 
pewien   czas   błagał   Michaela,   żeby   wychylił   choć 
kieliszek, ale ten twardo odmawiał.

-  Czy nie rozumiesz, stary - mówił głosem człowieka 

pogodzonego z losem - że nie mogę? To tylko szybciej 
wpędziłoby mnie do grobu.

- Przecież tak naprawdę nic ci nie dolega - przekonywał 

Jim   rozpaczliwie   -   jesteś   zdrowy.   Sam   wiesz,   że 
hipochondryk wmawia sobie...

- Hipochondrycy - odpowiadał Mike, patrząc na Jima z 

background image

wyrzutem - także umierają. A czasem nawet zdarza się to 
z powodu raka trzustki.

Do   cholery   z   nim,   pomyślał   Jim   i   powiedział 

ugodowym tonem:

- Chodź, poszukamy czegoś do jedzenia.
Uśmiechnęli się do siebie. Jim doskonale wiedział, co 

powiedzieć, aby wyjednać przebaczenie przyjaciela. Mike 
bowiem   uwielbiał   zdobywać   różne   rzeczy   w   sklepach. 
Chętnie   i   cierpliwie   wystawał   w   kolejkach   i   był 
niezmiernie dumny, kiedy udało mu się cokolwiek kupić. 
Jim   się   irytował,   ale   ulegał   pasji   przyjaciela.   Według 
teorii   Michaela  odzywał   się   w  nim  instynkt  myśliwski, 
właściwy   każdemu   mężczyźnie.   „Zastępuje   mi   to 
polowanie"   -   powtarzał.   Jima   bawiło,   że   bogaty   Mike, 
który   w   Kalifornii   lekceważył   najbardziej   wyszukane 
potrawy, potrafił teraz tak się cieszyć ze zdobytego sera 
czy   rogalika.   Mike   docenił   jego   pojednawczy   gest   i 
powiedział:

- OK, możemy spróbować zdobyć papierosy.
Nie był to jednak ich szczęśliwy dzień. Jakiś kioskarz, 

pomagając sobie gestami, wyjaśnił Jimowi, że papierosy 
są także tylko na kartki. Nie spodziewał się takiego ciosu.

- Co za pieprzony kraj! - rzucił z wściekłością Jim.
- Z ekonomicznego punktu widzenia to, co się dzieje w 

Polsce, jest kompletnie chore - podsumował Mike. - Skoro 
ludzie całymi dniami stoją w kolejkach, to przecież nie 
mają czasu pracować.

-  No i odkryłeś Amerykę, stary - stwierdził ironicznie 

background image

Jim, grzebiąc po kieszeniach w poszukiwaniu papierosa. 
Pożałował, że nie ma zwyczaju wkładania niedopałków, 
zamiast   do   popielniczki,   do   kieszeni   i   ubawiła   go   ta 
absurdalna myśl, która jednak w obecnej sytuacji miała 
pewien sens.

Wreszcie usiedli na ławeczce, bo poczuli się zmęczeni, 

a słońce solidnie przygrzewało i było niemal ciepło. Mike 
pogrzebał w torbie i oznajmił:

- Mam dla ciebie niespodziankę.
- Papierosa? - zapytał Jim niecierpliwie.
- Nie, coś zdrowszego - powiedział i wyjął dwie piękne 

kalifornijskie   pomarańcze.   -   Znalazłem   je   w   walizce. 
Widocznie Sara je tam włożyła.

Pomarańcze  miały w ich miłosnym języku znaczenie 

symboliczne. „Jesteś moją pomarańczką" - mówiła Sara, 
całując   Michaela   w  policzek  i   w   końcu  tak  zaczęli   się 
nazywać w chwilach czułości. Ale Jimowi nic do tego, 
więc   niech   cieszy   się   owocami.   Kalifornia   rozkwitła 
Michaelowi przed oczami. Przypomniały mu się krzewy z 
biało-żółtymi kwiatami, rosnące na skarpie, gdzie stał jego 
dom. Zatęsknił do tego miejsca tak silnie, aż zwilgotniały 
mu oczy.

Starannie obrali pomarańcze i rozdzielili je na cząstki. 

Jedli, rozkoszując się soczystym miąższem. Podszedł do 
nich starszy mężczyzna z dość już wypchaną reklamówką 
w ręku i zapytał:

- Rzucili pomarańcze?
Zamyślony   Jim   w   pierwszej   chwili   nie   zrozumiał 

background image

pytania,   ale   Mike   wiedziony   swoim   myśliwskim 
instynktem,   podpowiedział   mu,   że   mężczyzna   pewnie 
pyta, gdzie można kupić pomarańcze. Nie mieli pojęcia, 
co odpowiedzieć, więc  dali mu,  co zostało. Mężczyzna 
zebrał   starannie   cząstki   pomarańczy   i   schował   do 
reklamówki.   Potem   uśmiechnął   się,   pokazując   niepełne 
uzębienie i wyseplenił:

- Americanos?
Radośnie   pokiwali   głowami.   Mężczyzna   dodał   coś 

jeszcze, położył rękę na sercu i odszedł.

Tkwili dalej na ławce. Nie chciało się im ruszyć. Słońce 

przygrzewało   tak   mocno,   że   wokół   ławki   już   topił   się 
śnieg. Rozmawiali o Kalifornii. Nie mieli jeszcze żadnego 
kontaktu z rodzinami. Telefony nie działały, a listów nie 
chciało się im pisać.

-  Sara   szaleje.   -   Mike   wystawił   twarz   do   słońca.   - 

Matka pewnie też.

- Rozstałem się z Barbarą - oznajmił Jim.
- Domyślałem się. Nie było jej na lotnisku... Dlaczego 

się rozstaliście?

- Właściwie nie wiem... - Jim nie miał ochoty przyznać 

się   przyjacielowi,   że   Barbara   po   prostu   go   porzuciła, 
wymieniła,   jak   zużyty   przedmiot.   -   Trochę   mnie 
denerwowała - przyznał po namyśle.

- A ty ją?
- Chyba też.
-  Potrafisz   wkurzyć,   znam   cię.   -   Roześmiali   się 

serdecznie.

background image

Szybko jednak zamilkli, bo śmiech dziwnie zabrzmiał 

w białej pustce, która ich otaczała. Obaj dzielili to samo 
odczucie:   wydawało   się   im,   że   od  czasu,   kiedy  byli   w 
Kalifornii,   upłynęły   długie   lata.   Czy   to   możliwe,   że 
jeszcze   tak  niedawno  kryli  się  przed  słońcem  w   cieniu 
palm, że jedli pomarańcze, zrywając je prosto z drzew, że 
beztrosko kąpali się w oceanie, a potem wygrzewali na 
plaży,   gdzie   kelner   donosił   im   margerithę,   o 
cierpkosłonym smaku z potłuczonym lodem, a Barbara i 
Sara starannie smarowały im plecy olejkiem, pachnącym 
kokosem?   Po   cholerę   się   tu   pchałem?   -   Ostatnio   Jim 
nieustannie zadawał sobie to pytanie.

Nagle wokół domu, naprzeciwko którego stała ławka, 

zauważyli zamieszanie. Podjechał samochód wyglądający 
jak wojskowy jeep. Wyskoczyli z niego ludzie w cywilu, 
wpadli do domu, a po niedługim czasie wyszli, prowadząc 
pod ręce młodego, szarpiącego się mężczyznę. Dwaj inni, 
którzy   podążali   za   nimi,   nieśli   maszynę   do   pisania   i 
mnóstwo papierów. Towarzyszyły im dwie kobiety, jedna 
młoda,   druga   znacznie   starsza.   Obie   płakały   i   coś 
krzyczały.   Tamci   wepchnęli   mężczyznę   do   auta   i 
odjechali.

Jim i Mike przyglądali się tej scenie w milczeniu. Mike 

wyciągnął aparat i nieustannie pstrykał zdjęcia. W duchu 
błogosławił   faceta   z   komisu   za   wspaniały   obiektyw, 
dzięki   któremu,   mimo   odległości,   fotografie   wyjdą 
wyraźne.   Jim   stanął,   aby   w   razie   potrzeby,   zasłonić 
Michaela, ale nikt na nich nie zwrócił uwagi. Przybyszom 

background image

najwyraźniej   zależało   na   jak   najszybszym   załatwieniu 
sprawy, nie rozglądali się wokół.

Gdy wracali do domu, Mike cieszył się jak dziecko z 

wykonanych   zdjęć,   ale   Jim   jakoś   nie   podzielał   jego 
entuzjazmu. Wreszcie po długim milczeniu, odezwał się:

- Dość tego. Musimy odnaleźć moją ciotkę... Trzeba też 

oddać list, która dała mi miss Zawadzky.

-  Masz go jeszcze? - zapytał Mike ze zdziwieniem. - 

Byłem pewien, że ci go zabrali na granicy.

-  Nie   zabrali,   nie   robili   nam   przecież,   choć   diabli 

wiedzą   dlaczego,   rewizji   osobistej.   Pora   wziąć   się   do 
roboty. W końcu muszę zrobić podpisy do tych twoich 
zdjęć. Prawda, stary?  - Jim uśmiechnął  się  z  goryczą i 
poklepał Michaela po ramieniu. 

background image

Rozdział 6

Od   kwadransa   Jim   i   Mike   stali   przed   budynkiem   na 

ulicy   Koszykowej   12.   Wcześniej   sprawdzili   już   listę 
lokatorów i znaleźli na niej personalia Marian Leski. Jim 
pamiętał   z   lekcji   polskiego,   że   polskie   nazwiska   mają 
często inną końcówkę dla kobiet i inną dla mężczyzn.

-  Zgadza   się   numer   mieszkania   i   nazwisko   - 

skonstatował i dalej wpatrywał się w listę lokatorów.

Na myśl, że naprawdę znalazł swoją ciotkę, a może i 

kuzynów, zrobiło mu się gorąco. W tym domu mieszka 
siostra jego matki? Jeszcze do niedawna nie miał pojęcia, 
że   taka   osoba   w   ogóle   istnieje,   a   teraz   stał   przed   jej 
domem. Ona znała matkę, kiedy była małą dziewczynką, 
myślał   gorączkowo   Jim,   ciekawe,   co   powie?   Czy 
naprawdę   jestem   podobny   do   dziadka?   A   może   to   nie 
ona? A jak nie zechce rozmawiać... Starał się opanować, 
ale serce mu  waliło, w skroniach czuł  pulsowanie  i co 
chwila   wycierał   ręce   o   spodnie.   Mike   obserwując 
przyjaciela,   doskonale   wyczuwał,   co   się   z   nim   dzieje. 
Milcząc, czekał cierpliwie, aż Jim uładzi się sam ze sobą, 
aż odzyska spokój. I dalej stali przed domem, bo Jim nie 
mógł się zdecydować na żaden krok.

- Czy myślisz, Mike, że to normalne zwalać się komuś 

na głowę po prawie pięćdziesięciu latach?

-  Nie   jesteś   aż   taki   stary   -   odpowiedział   Mike   ze 

background image

spokojnym   uśmiechem.   Jim   spojrzał   na   niego 
nieprzytomnym wzrokiem i powiedział:

- Nie o to chodzi. Tylko czy ona zechce mnie widzieć?
- Najlepiej pójść na górę i się przekonać.
- Poczekajmy jeszcze trochę - poprosił Jim. I dalej stali 

na mrozie.

Wreszcie   Jim   podjął   decyzję   i   ruszył   do   przodu. 

Wdrapywali   się   szerokimi   schodami   na   czwarte   piętro. 
Winda   stała   na   parterze,   ale   z   doświadczenia   wiedzieli 
już,   że   nie   działa,   więc   nawet   nie   próbowali   jej 
uruchomić. Stanęli przed drzwiami z tabliczką „Maria i 
Marian Lescy". Jim popatrzył na przyjaciela przerażonym 
wzrokiem,   ale   Mike   nie   zwracając   na   niego   uwagi, 
nacisnął dzwonek. Usłyszeli czyjeś kroki i pokasływanie.

Drzwi   otworzył   im   drobny,   niewysoki,   starszy 

mężczyzna   w   okularach.   Ruchy   miał   energiczne,   a   zza 
okularów patrzyły na nich ze zdumieniem bystre oczy.

- Panowie do kogo?
- Do cioci - powiedział Jim po polsku.
-  Do cioci? - powtórzył mężczyzna zniecierpliwionym 

głosem. - Do jakiej cioci?

- Do Maria Leska... Jestem synem jej siostry. Nazywam 

się Jim Keaton, a to mój przyjaciel - oznajmił po polsku 
uroczystym   tonem   Jim.   -   Przyjechaliśmy   z   Ameryki,   a 
konkretnie z Los Angeles, z Kalifornii.

Mężczyzna przez chwilę nic nie mówił, robił wrażenie, 

jakby powtarzał w myślach ich słowa, po czym odezwał 
się najczystszą angielszczyzną z brytyjskim akcentem.

background image

- Proszę, wejdźcie. Z tego co powiedziałeś, wynika, że 

jestem twoim wujem. Cieszę się, że mogę cię poznać i 
pana też. Twoja ciotka wyszła po zakupy - zwrócił się do 
Jima z uśmiechem.

Gdyby mężczyzna przemówił do nich w języku suahili 

nie   byliby   bardziej   zdumieni.   Jego   czysta,   niemal 
oksfordzka   angielszczyzna   po   prostu   ich   poraziła. 
Mężczyzna   był   wyraźnie   zadowolony   z   wrażenia,   jakie 
wywołał. Ze swobodą wprowadził gości do salonu, a sam 
poszedł zrobić herbatę.

Z ciekawością rozglądali się po pokoju. Był znacznie 

większy   niż   dwa   pokoje   z   kuchnią,   które   obecnie 
zajmowali.   Idąc   przez   hall,   zorientowali   się   zresztą,   że 
mieszkanie   Leskich   jest   ogromne.   Salon   wydawał   się 
nieco zaniedbany, ale meble i przedmioty, które w nim się 
znajdowały,   były   stare   i   piękne.   Siedzieli   przy 
niewysokim   stoliku   z   marmurowym   blatem,   na 
ludwikowskich   fotelach,   obitych   tapicerką   w   biało-
bordowe pasy. Pod oknem stał duży stół i wokół niego 
dwanaście krzeseł. W kącie miał swe miejsce olbrzymi 
zegar   w   dębowej   skrzyni,   ze   złotą   tarczą.   Przeciwną 
ścianę zajmował duży, wspaniale rzeźbiony kredens. Za 
jego   kryształowymi   szybami   można   było   dostrzec 
delikatny porcelanowy serwis i różnej wielkości kielichy z 
rżniętego szkła. Ściany zdobiły mniejsze i większe obrazy, 
grafiki, a także zdjęcia w starych ramkach. Wszystko to 
robiło   wrażenie   eklektycznego  chaosu,   ale   jednocześnie 
miało styl i charakter.

background image

Jim   popatrzył   z   dumą   na   Michaela.   Nowocześnie 

urządzone   wnętrza   komfortowego   domu   w   Pacific 
Palisades przestały mu imponować. W tym pokoju czuło 
się   tradycję   i   europejską   zasiedziałość.   Co   znaczą   trzy 
pokolenia   nuworyszowskiego   bogactwa   Watsonów-
Smithów   wobec   wieków   historii,   myślał   Jim.   Po   raz 
pierwszy   opuściło   go   poczucie   niższości,   które   gdzieś 
bardzo   głęboko   ukryte,   zwykle   odczuwał   wobec 
przyjaciela. Teraz Jim spojrzał na siebie innymi oczami. 
Nie był już chłopcem z Iowa, był reprezentantem długiego 
łańcucha   pokoleń.   Jego   korzenie   mocno   tkwiły   w   tej 
nieznanej   mu   jeszcze   glebie.   Był   Amerykaninem,   ani 
przez   chwilę   nie   miał   co   do   tego   wątpliwości,   ale 
wywodził   się   także   stąd,   z   dziwnego   kraju   o   nazwie 
Polska.   Tu   żyli   jego   dziadkowie   i   jego   pradziadkowie, 
jego  przodkowie.  Jimowi   wydało  się  to  tak  dziwne,   że 
poczuł ucisk w gardle.

Marian Leski wrócił do salonu, na tacy niósł chiński 

imbryk i trzy filiżanki, na srebrnej paterze leżały kruche 
ciasteczka, obok stała pięknie grawerowana, także srebrna 
cukiernica w kształcie skrzynki, a na jednym z jej boków 
widniała data 1819. Talerzyki, równie kruche jak filiżanki, 
wyjął z kredensu. Usiadł i przyjrzał się chłopcom.

-  Jakim cudem się tutaj znaleźliście? - zapytał swoją 

nieskazitelną angielszczyzną.

Przyjaciele,   uzupełniając   nawzajem   relację, 

opowiedzieli   mu   o   swojej   drodze   do   Polski.   Zgodnie 
pominęli   jednak   rolę   Andrew   Watsona-Smitha   w   ich 

background image

wyprawie.   Jim,   mówiąc   o   liście   od   matki,   sięgnął   do 
kieszeni, wyjął go i pokazał wujowi, bo tak Leski nakazał 
mu do siebie mówić. Starszy pan szybko przeczytał i był 
wyraźnie wzruszony.

- Mój Boże - mówił - jakże się Marysia ucieszy... tyle 

lat, mój Boże, a to niespodzianka.

*

Marian Leski poznał swoją przyszłą żonę Marię w maju 

1951   roku.   Dokładnie   pamiętał   tę   datę,   bo   właśnie 
wówczas wprowadził się z żoną, Heleną, na Koszykową 
12 i zamieszkał obok Marii i Jana Stebnickich. Były to 
dwa pokoje z kuchnią, przedzielone ścianką działową z 
innym   niewielkim   mieszkaniem.   Wielki   przedwojenny 
apartament   w   związku   z   rozpaczliwym   głodem 
mieszkaniowym   został   podzielony   na   dwie   części.   Tak 
było w całym pięciopiętrowym domu, oprócz mieszkania 
Stebnickich.   Cztery   pokoje,   w   tym   duży   salon,   spora 
kuchnia i służbówka, nadal stanowiły nietkniętą ani przez 
wojnę, ani przez nowy ustrój całość.

Jan   Stebnicki   był   prawie   dwadzieścia   lat   starszy   od 

swojej   żony,   miał   pięćdziesiąt   lat.   Wyglądał   jednak 
młodziej. Maria Stebnicka, wyjątkowo szczupła i zgrabna, 
także   nie   wyglądała   na   swoje   lata.   Leski   często 
obserwował   ich   przez   okno,   gdy   razem   wychodzili   na 
spacer   z   niedużym   pudlem.   Zawsze   pod   rękę,   zawsze 
spokojni i pewni swojej wzajemnej miłości. Wydawali się 
Leskiemu idealnym przeciwieństwem jego małżeństwa.

Helena,   żona   Leskiego,   była   poetką.   Jej   wiersze, 

background image

poświęcone   robotniczemu   trudowi,   drukowane   we 
wszystkich   gazetach,   miały   wydania   książkowe.   Przez 
pierwsze kilka lat małżeństwa Leski był mężem swojej 
żony. To ona zarabiała pieniądze, to dla niej wszystkie 
drzwi stały otworem, to ona ułatwiała im skomplikowane 
powojenne   życie.   Podczas   gdy   jego   żona   recytowała 
wiersze na akademiach, Leski pracował nad sobą. Zrobił 
dyplom magisterski, uczył się języków obcych. Nie miał 
pisarskiego   talentu   swojej   żony,   ale   pisał   lekko, 
inteligentnie i jasno. Został zatrudniony jako dziennikarz 
w jednym z najważniejszych warszawskich dzienników.

Ani   Leski,   ani   jego   żona   nie   utrzymywali   bliższych 

kontaktów ze swoimi sąsiadami Stebnickimi. Wymieniali 
ukłony, czasem jakieś zdawkowe zdania na temat pogody 
lub psa. Kiedyś Helena wróciwszy od sąsiadów z góry, 
którzy   bliżej   znali   się   ze   Stebnickimi,   powiedziała   do 
męża, wydymając usta w ironicznym uśmiechu:

- Nie zdawałam sobie sprawy, że ojciec Stebnickiej był 

znanym   komunistą.   To   dlatego   pozwolili   im   zatrzymać 
takie duże mieszkanie... Mimo wszystko są jacyś dziwni. 
Nigdy   nie   powiedziałabym   o   niej,   że   to   córka   takiego 
ojca.

Życie Leskiego, które przez pięć lat płynęło spokojnie, 

nagle   doznało   wstrząsu   1  stycznia   1956  roku.  Po   nocy 
sylwestrowej, spędzonej na wielkim balu w Domu Prasy, 
żona   Leskiego   oznajmiła   mu,   że   od   ponad   roku   ma 
kochanka. Był nim młodszy od niej co najmniej dziesięć 
lat   pisarz   Krzysztof   Mazgan,   który   niedawno 

background image

zadebiutował   tomem   opowiadań   o   życiu   robotników   w 
Polsce.   Leski   czytał   jego   książkę   i   bardzo   mu   się 
podobała. Nie był to żaden produkcyjniak, ale świetnie 
skonstruowane   opowiadania,   z   dobrym   podtekstem 
psychologicznym,   wielką   bystrością   obserwacji   i 
przesycone   humorem.   Czytając   książkę   Mazgana 
pomyślał,   nie   po   raz   pierwszy   zresztą,   że   w   Polsce 
zmianie   ulega   nie   tylko   sytuacja   polityczna,   ale   także 
dokonuje się przełom w świadomości i umysłach ludzi. 
Terror   stalinowski   słabł,   a   wraz   z   minimalnymi 
podmuchami   wolności   ludzie   odzyskiwali   zdolność   do 
zwyczajnych przeżyć, reakcji, a nawet śmiechu.

Leski od dawna już obserwował to nieokreślone nowe, 

które nadchodziło wielkimi krokami. Od kilku miesięcy 
zaczął   pisać   reportaże;   podlegały   ostrej   cenzurze   i 
ukazywały   się   w   druku   drastycznie   skrócone   albo   po 
prostu   trafiały   do   kosza.   Jego   komentarze   stały   się   tak 
krytyczne, że przestano je w ogóle zamawiać. Leski stracił 
pozycję niezwykle obiecującego dziennikarza. Fakt, że nie 
wyrzucono go z redakcji, zawdzięczał romansowi swojej 
żony,   o   którym   wiedzieli   wszyscy   od   dawna. 
Niezrozumiałe   zachowanie   Leskiego   jego   koledzy   i 
przełożeni tłumaczyli sobie cierpieniem i rozdrażnieniem, 
spowodowanym   nową   miłością   małżonki.   Nikt   nie 
przypuszczał   bowiem,   że   Leski   nie   ma   najmniejszego 
pojęcia o głośnym związku żony. Jej wyznanie spadło na 
niego jak grom z jasnego nieba.

Latem   Helena   Leska   wyprowadziła   się   do   swojego 

background image

kochanka.   Lipiec   był   gorący.   Rozpalone   mury   jeszcze 
potęgowały   upał.   Wszystkie   okna   w   budynku   były 
pootwierane, panowała jednak cisza. Dzieci wyjechały na 
wakacje,   a   sporo   dorosłych   na   urlopy   albo   do   pomocy 
rodzinom na wsi. Leski też miał urlop, ale zupełnie nie 
wiedział, co z nim zrobić. Został w domu i czytał książki, 
czasem wieczorami umawiał się z kolegami na piwo.

Było   już   dobrze   po   północy.   Leski   wziął   niedawno 

chłodną   kąpiel,   siedział   przy   stole   i   wprost   z   termosu 
wyjadał swoje ulubione lody o smaku zimnego budyniu, 
jednocześnie   czytał   po   angielsku   „Trzech   mężczyzn   w 
łódce   (nie   licząc   psa)"   Jerome'a   K.   Jerome'a.   Kupił   tę 
książkę   przed   południem   w   malutkim   i   brudnym 
antykwariacie. Bawił się świetnie, nigdy wcześniej o tej 
książce   nie   słyszał.   Ponurzy   stalinowscy   urzędnicy   nie 
dopuszczali   nawet   myśli   o   istnieniu   takich   książek.   O 
czymże innym była ta opowieść, jak nie o dekadenckim i 
pozbawionym sensu życiu burżuazyjnych próżniaków?

  Nagle usłyszał głośny dzwonek do drzwi. Otworzył. 

Stała w nich Maria Stebnicka. Była blada i rozczochrana, 
zapewne ubierała się w pośpiechu.

- Proszę pana - powiedziała - muszę zadzwonić... Mój 

mąż źle się czuje.

Gdy rozmawiała przez telefon, tłumacząc lekarzowi, co 

się stało, Leski nie spuszczał z niej wzroku. Podobały mu 
się   jej   falujące   ciemne   włosy,   gołe,   nieopalone   nogi   i 
smukłe   dłonie.   Był   pewien,   że   pod   krzywo   zapiętą 
sukienką, nie ma bielizny.

background image

Stebnicki miał zawał i trafił do szpitala. Marian Leski 

zaczął coraz więcej czasu spędzać z Marią. Zabierał ją do 
restauracji lub na lody, czekał pod szpitalem, kiedy szła 
odwiedzić męża. Pewnego dnia, gdy wracali ze spaceru, 
Maria   zaczęła   płakać.   Płakała   długo   i   rozpaczliwie,   a 
Leski   całował   ją   i   przytulał   do   siebie.   Pocieszał.   Nie 
zatrzymali   się   nawet   przed   drzwiami   jej   mieszkania, 
poszli do niego.

Po kilku tygodniach Stebnicki wrócił ze szpitala. Leski 

wiedział   jednak   od   Marii,   że   nie   jest   zdrowy.   Lekarze 
powiedzieli   jej,   że   nadal   grozi   mu   niebezpieczeństwo, 
gdyż serce ma w kiepskim stanie. Stebnicki, dotąd zawsze 
spokojny i cierpliwy, stał się gderliwy i nieznośny. Bez 
przerwy też domagał się towarzystwa. W rezultacie, gdy 
Maria   wychodziła   do   pracy,   Leski   przed   wyjściem   do 
redakcji wpadał do Stebnickiego, aby sprawdzić, jak się 
czuje  i  czy niczego mu  nie  potrzeba.  Wieczory zaczęli 
spędzać   w   trójkę.   Grali   w   remika   albo   w   kości.   Dużo 
rozmawiali   o   polityce.   Stebnicki   miał   doskonały 
przedwojenny   odbiornik   Philipsa   nastawiony   na   Wolną 
Europę   i   razem   wyłapywali   słowa   z   trzeszczących 
dźwięków, aby dowiedzieć się, co naprawdę w Polsce się 
dzieje. Maria powiedziała kiedyś Leskiemu, że Stebnicki 
zaczął chorować po wydarzeniach w Poznaniu. „Mówię 
ci, tak się przejął - opowiadała kochankowi - że słuchając 
radia,   aż   płakał   i   stale   powtarzał,   że   to   nigdy   się   nie 
skończy   i   w   tym   kraju   zawsze   będą   ginąć   niewinni 
ludzie".

background image

W   październiku   1956   roku   do   władzy   doszedł 

Gomułka.   Pod   koniec   listopada   Marian   Leski   został 
zastępcą   redaktora   naczelnego   w   swojej   gazecie.   Był 
szczęśliwy   z   awansu   i   zadowolony   ze   swojej 
wcześniejszej postawy. Wielu jego kolegów redakcyjnych 
okazało się świniami i donosicielami. On zachował twarz i 
wyrobił   sobie   opinię   „przyzwoitego   faceta",   a   to 
niespodziewanie zaczęło mieć znaczenie. Miał przeczucie, 
że nadchodzą dla niego dobre czasy. W grudniu, tuż przed 
świętami   Bożego   Narodzenia   zmarł   Jan   Stebnicki.   W 
tydzień   po   pogrzebie   odbyli   z   Marią   rozmowę,   co   do 
której Leski nigdy nie był pewien, czy była straszna, czy 
może tylko decydująca o jego dalszym życiu.

Tego   dnia   Maria   nie   chciała   się   kochać,   choć   nie 

kochali   się   już   od   ponad   dwóch   tygodni   i   Leski 
rozpaczliwie   pragnął   ukochanej.   Maria   jednak   była 
stanowcza. Ciężko usiadła przy stole i oparła się łokciem 
o   blat.   Zapamiętał   jej   bladą   twarz   i   płonące   oczy. 
Powiedziała szybko:

- Musimy się rozstać. Nie możemy być dłużej razem.
- Dlaczego? - wykrztusił. - Nie rozumiem, co się stało?
-  Coś   strasznego.   Jestem   w   ciąży   i   chcę   urodzić   to 

dziecko.   Mam   prawie   trzydzieści   siedem   lat.   To   już 
najwyższy czas. Nie zrezygnuję...

-  Ależ   kochanie   -   podszedł   do   niej   i   przytulił   ją 

serdecznie   -   ja   też   się   cieszę   i   chcę   mieć   dziecko, 
zwłaszcza   z   tobą.   To   cudownie...   nie   wiem,   czym   się 
martwisz, głuptasku.

background image

Maria   zaczęła   płakać.   Nie   pytał   nawet   dlaczego, 

rozumiejąc,   że   kobiety   w   ciąży   bywają   kapryśne   i 
nieprzewidywalne. Zapytał tylko, kiedy wezmą ślub, ale 
ona   nie   odpowiedziała.   Wstała   i   jeszcze   pochlipując, 
zbierała się do wyjścia. Tego było za wiele. Ujął ją za 
ramiona i potrząsnął:

-  Co się stało, do cholery? Dowiem się wreszcie, czy 

nie?

- Dobrze, skoro chcesz - odparła Maria i znów usiadła 

przy stole. W kretonowej sukience wyglądała dziecinnie i 
bezradnie, była tak żałosna, że Leskiego zdjęła litość. - 
Problem polega na tym... to znaczy... Nie wiem, czyje to 
jest dziecko. Twoje czy Jana.

- Jak to nie wiesz czyje? - Pomyślał, że zwariowała. - 

Oczywiście że jest nasze.

- To właśnie nie jest takie pewne - wyznała. Leskiemu 

wydawało   się,   że   usłyszał   satysfakcję   w   jej   głosie,   ale 
natychmiast odrzucił tę myśl.

- Spałaś z nim?
-  Nie   mogłam   mu   odmówić.   Kochał   mnie.   Był   taki 

chory.... Przecież wiesz...

-  Jezu!   -   Złapał   się   za   głowę.   Po   chwili   jednak 

opanował się i powiedział całkiem spokojnym głosem. - 
On   na   pewno   nie   mógł   mieć   dzieci.   Nie   mieliście 
przecież....

- Nie mieliśmy - przerwała mu - bo Jan nie chciał mieć 

dziecka. Mówił, że nie mamy prawa skazywać niewinnej 
istoty na cierpienia w tym kraju. Mówił, że tu nigdy nie 

background image

będzie normalnie. Spodziewał się nowej wojny. Byłam z 
nim   w  ciąży,  ale   usuwałam   na  jego  wyraźne   żądanie... 
Teraz jednak mam zamiar mieć to dziecko... bez względu 
na wszystko.

-  Jestem pewien, że ono jest nasze - powiedział Leski 

stanowczo.

-  Nie wiem,  naprawdę nie wiem. - Ta jej uczciwość 

wydała się mu nie do zniesienia.

W   kwietniu   1957   roku,   na   niecały   miesiąc   przed 

rozwiązaniem,   Maria   Stebnicka   i   Marian   Leski   wzięli 
ślub. W połowie maja urodziła się im córka Anna Maria 
Leska. Siostrzenica Joan Keaton i kuzynka Jima Keatona. 

background image

Rozdział 7

Anna  Leska   wyprowadziła   się   z  domu   w  tydzień  po 

ogłoszeniu przez generała stanu wojennego. Zamieszkała 
ze   swoją   przyjaciółką   Miką,   także   dziennikarką. 
Regularnie   widywała   matkę,   wpadała   do   domu,   ale 
unikała   spotkań   z   ojcem.   Nie   chciała   doprowadzać   do 
kłótni ani do kolejnych gwałtownych starć. Wydawało się 
jej, że taka sytuacja ojcu również odpowiada. Dla matki 
był to jednak prawdziwy dramat.

-  Porozmawiaj   z  nim  -  błagała  córkę.  -   Przecież   nie 

musicie   mówić   o   polityce...   Możecie   rozmawiać   o 
wszystkim innym. To rozumny człowiek, dobrze wiesz. 
Proszę cię, córeńko.

- To nic nie da, mamo. Nigdy się nie porozumiemy. On 

w   ogóle   nie   pojmuje,   co   tu   się   dzieje.   Dialektyka, 
rozsądek,   kompromis,   historyczne   wybory   -   mówiła 
Anna,   naśladując   ton   głosu   i   gesty   ojca.   -   Sytuacja 
wymaga   spojrzenia   z   perspektywy...   Och   mamo,   to 
wszystko są bzdury. Prawda jest taka, że chociaż tylko 
część   ludzi   siedzi   w   więzieniu,   to   właściwie   wszyscy 
zostaliśmy internowani.

- Przesadzasz, kochanie. Od momentu, kiedy zajęłaś się 

polityką, stałaś się bardzo niewyrozumiała. I śmieszna... 
właśnie tak, śmieszna, z tym twoim przekonaniem, że we 
wszystkim masz absolutną rację. Ojciec jest przyzwoitym 

background image

człowiekiem. Nie ma z tym nic wspólnego - przekonywała 
Annę matka.

- Owszem, ma i to dużo. On ich usprawiedliwia. Im się 

podoba,   że   mają   po   swojej   stronie   człowieka 
inteligentnego, który w dodatku zawsze może podrzucić 
im kilka dobrych frazesów i...

- On tyle dla ciebie zrobił. Pomyśl tylko, dziecko.
- No, wiesz mamo, to chyba jest normalne, żeby ojciec - 

odpowiadała Anna, tocząc rękami olbrzymie koło - robił 
tyleee dla własnego dziecka.

-   Dyskusja   z   tobą   nie   ma   sensu.   -   Matka   ucinała 

rozmowę,  wpadając  w niezrozumiałą  dla  Anny złość. - 
Sama nie wiesz, o czym mówisz.

Anna wychodziła z domu, trzaskając drzwiami, zła na 

ojca i rozżalona na matkę. Maria, pozornie opanowana, 
zostawała   sama   ze   swoim   strachem,   wewnętrznym 
dygotem   i   nerwami.   Jej   rodzina,   do   niedawna   jeszcze 
spokojna, kochająca się i oddana sobie, powoli zaczynała 
się rozpadać.

Jakie to niesprawiedliwe, myślała Maria, że polityka ma 

taki wpływ na życie zwykłych ludzi. Zawsze tak było... 
Jan nie chciał mieć dzieci, bo nie odpowiadał mu ustrój. A 
teraz moim dzieciom nie podoba się system. Boże, kiedy 
tu wreszcie da się normalnie żyć.

Przez wiele lat Maria Leska z przerażeniem patrzyła, 

jak   Anna   coraz   bardziej   staje   się   podobna   do   Jana 
Stebnickiego.   Po   raz   pierwszy   zauważyła   to 
podobieństwo, gdy córka miała siedem lat. Uśmiechnęła 

background image

się do matki i w twarzy córki Maria dostrzegła nagle jego 
rysy i układ ust. Potem córka zaczęła rosnąć. Wzrostem 
przewyższała   niewysokiego   Mariana   i   niedużą   Marię. 
Była   zgrabna,   smukła,   strzelista.   Jej   sylwetka   i   sposób 
poruszania   się   także   przypominały   Jana.   Marię 
spostrzeżenia   dotyczące   wyglądu   córki   przepełniały 
strachem. Bała się, że pewnego dnia do Mariana dotrze 
oczywista teraz dla Marii prawda, że Anna nie jest jego 
dzieckiem.

Wydawało   się   jednak,   że   on   nie   miał   żadnych 

wątpliwości. Kochał Annę i był zachwycony zarówno jej 
wyglądem,   jak   i   inteligencją.   Nawet   gdy   po   czterech 
latach   małżeństwa   na   świecie   pojawił   się   syn   Michał, 
uczucie Mariana dla Anny nie osłabło. Kochał syna, ale 
jego miłość do córki miała w sobie więcej delikatności i 
czułości.

Maria   była   wdzięczna   Marianowi   za   wygodne   życie, 

jakie wraz z dziećmi mogła spędzać przy jego boku. Nie 
kochała   go,   zmysły   już   ostygły,   a   wspomnienia 
namiętnych czasów ich związku wywoływały u niej raczej 
zawstydzenie   niż   nostalgię.   Wystarczała   jej   obecnie 
świadomość,   że   Marian   uważa   ją   za   dobrą   żonę,   tak 
zresztą   jak   i   ona   miała   go   za   przyzwoitego   męża.   Nie 
skąpił   na   dom,   szanował   ją,   a   przede   wszystkim   był 
oddany dzieciom. Czego jeszcze kobieta może wymagać 
od   mężczyzny   po   ćwierć   wieku   małżeństwa?,   myślała 
nieraz   Maria,   ciężko   wzdychając.   Nigdy   jednak   nie 
narzekała, uważając, że i tak wyciągnęła szczęśliwy los w 

background image

małżeńskiej loterii.

Od   czasów   kiedy   się   pobrali,   kariera   zawodowa 

Mariana rozwijała się świetnie. Zachwiała się tylko raz, w 
1968 roku. Leski odmówił wówczas pisania i wygłaszania 
komentarzy   antyżydowskich.   Jako   redaktor   naczelny 
jednego z najważniejszych dzienników nie chciał wziąć 
udziału   w   nagonce,   organizowanej   przez   władze. 
Ostentacyjnie też żegnał na dworcu kolegów dziennikarzy 
zmuszonych ze względu na pochodzenie do wyjazdu za 
granicę. W rezultacie musiał odejść ze stanowiska. Jednak 
infamia trwała zaledwie dwa lata. Przez ten czas pozycja 
Mariana   jako   człowieka   przyzwoitego   i   o   mocnym 
kręgosłupie   jeszcze   się   umocniła.   W   kilka   tygodni   po 
objęciu władzy przez Edwarda Gierka Leski powrócił na 
poprzednie   stanowisko,   do   tej   samej   gazety.   Po   kilku 
latach   jednak,   w   1975   roku,   poprosił   towarzyszy   z 
wydziału  zagranicznego  KC  o  posadę  korespondenta  w 
Londynie.   Sytuacja   w   kraju   przestała   mu   się   wówczas 
podobać.   Miał   coraz   więcej   kłopotów   z   cenzurą   zbyt 
często   zatrzymującą   teksty   dziennikarzy,   które   on 
zaakceptował   do   druku.   Czuł,   że   jego   pozycja,   choć 
pozornie   nienaruszona,   zaczyna   słabnąć.   Myślał   też   o 
dzieciach.   Pragnął,   żeby   poznały   świat   i   nauczyły   się 
języków.

W Londynie spędzili cztery lata. Ania skończyła tam 

studia,   a   Michał   zrobił   maturę.   Leski,   który   doskonale 
znał   angielski   przed   wyjazdem,   zrobił   w   Londynie 
świetne   wrażenie.   Różnił   się   od   swoich   poprzedników, 

background image

którzy przyjeżdżali do Anglii, nie mając żadnego pojęcia 
ani o kraju, ani o języku. Szybko zdobył opinię człowieka 
otwartego i światowego, mimo że przyjechał zza żelaznej 
kurtyny.

Mógł   przedłużyć   czas   swojej   kadencji   jako 

korespondenta o następne cztery lata, tym bardziej, że w 
kraju,   czuł   to   wyraźnie,   nikt   nie   miał   głowy   do 
zajmowania   się   jego   osobą   ani   szukania   nowego 
człowieka   do   obsadzenia   stanowiska,   ale   tęsknił   do 
Polski.   Wiedział   ponadto,   że   w   kraju   następują   jakieś 
wydarzenia, których do końca nie rozumiał. Był rasowym 
dziennikarzem,   chciał   rozpoznać   tę   nową   sytuację. 
Intuicja   do   tej   pory   niezawodna,   nie   podpowiadała   mu 
możliwości dalszego rozwoju wypadków.

Święta   Bożego   Narodzenia   spędzili   jeszcze   w 

Londynie. Na Okęciu wylądowali 1 stycznia 1980 roku. 
Gdy Leski przyjrzał się sytuacji - przeraził się. Brak było 
jedzenia,   mydła,   papieru   toaletowego,   brakowało 
dosłownie wszystkiego. Bez przerwy wybuchały strajki. 
Rozumiał   doskonale,   że   aby   opanować   problemy 
gospodarcze,   najpierw   trzeba   przekonać   i   uspokoić 
społeczeństwo. Natychmiast więc zabrał się do pracy. W 
radiu   wygłaszał   komentarze,   w   telewizji   prowadził 
audycję, której pomysł zapożyczył z angielskiej BBC. Był 
to rodzaj publicystycznego talk-show, gatunku wówczas 
zupełnie   w   Polsce   nieznanego.   Przykroił   audycję   do 
polskiej miary i prowadził ją z wielkim powodzeniem. Od 
dawna   był   znanym   dziennikarzem,   ale   wreszcie   poznał 

background image

smak prawdziwej sławy. W swoim programie ukazywał 
Polakom niepokoje i kłopoty zachodnich krajów, obnażał 
pustkę   duchową   i   moralną   ich   obywateli.   Przestrzegał 
przed   bezkrytycznym   zachwycaniem   się   wolnością   i 
demokracją  Zachodu. Robił  to z całym przekonaniem i 
czystym sumieniem, nie przedstawiał bowiem nieprawdy, 
a nawet przekazywał jej znaczącą część.

Załatwił   córce   etat   w   jednym   z   najbardziej 

prestiżowych   dzienników.   Spodziewał   się   z   jej   strony 
wielkiego   entuzjazmu   do   pracy,   ale   Anna   po   każdym 
niemal   powrocie   z   redakcji   wygłaszała   mnóstwo 
krytycznych   uwag,   zwłaszcza   pod   adresem   redaktorów 
pisma.   Wyśmiewała   ich   czujność,   z   upodobaniem 
odnotowywała   ingerencje   cenzury   w   teksty   własne   i 
kolegów. Sama zaś pisała mało i niechętnie.

W   czerwcu,   w   pół   roku   po   powrocie,   cała   rodzina 

przeżyła   wielką   radość.   Michał,   o   którego   trochę   się 
martwił, bo był lekkoduchem, zdał do szkoły filmowej. 
Leski dziwił się wprawdzie, że jego niezbyt urodziwy syn 
dostał się na wydział aktorski, jednak znajomy profesor z 
filmówki   i  jednocześnie   znany  reżyser  wyjaśnił   mu,  że 
Michał   ma   nieprawdopodobnie   mimiczną   twarz   i 
wrodzony talent.

Leski ubolewał, że jego córka zupełnie nie przykłada 

się do pracy w redakcji. Jednak bardziej  niepokoiło go 
zachowanie Anny, gdy robił jej wymówki. Tłumaczył, że 
powinna więcej pracować, że „nie może się wozić tylko 
na   nazwisku   ojca".   Dziewczyna   najczęściej   milczała, 

background image

kiedyś   jednak   oświadczyła,   że   „najchętniej   zmieniłaby 
nazwisko".   „Wezmę   każde   -   powiedziała   -   byle   nie 
twoje".   Leski   aż   zamilkł,   ugodziła   go   boleśnie;   jednak 
żona, która słyszała rozmowę, zareagowała gwałtownie. 
„Milcz - zawołała do córki - nie mogę już tego słuchać.". 
Zaskoczyła   go   nieoczekiwanie   ostra   reakcja   żony,   ale 
jednocześnie było mu przyjemnie, że tak otwarcie się za 
nim wstawiła.

Nie przykładał wielkiej wagi do konfliktów i sporów z 

córką,   aż   do   sierpnia   1980   roku.   Leski   miał   wówczas 
wrażenie, że Anna oszalała. Wyjechała do Gdańska i cały 
czas spędzała ze strajkującymi robotnikami w stoczni. Był 
piękny sierpień, wakacje, a ona zamiast na plaży, tkwiła 
przy   fabrycznej   bramie.   Zdaniem   Leskiego   był   to   po 
prostu   nonsens.   Kiedy   wracała   do   domu,   najwyżej   na 
kilkanaście   godzin,   rozgorączkowana,   z   zachwytem 
opowiadała   o   wydarzeniach   w   stoczni.   Ciągle   też 
wymieniała   nazwisko   Wałęsy.   Dla   wielu   był   to   nowy 
bohater   narodowy,   Leski   jednak   doskonale   wiedział,   z 
biuletynów   specjalnych,   które   otrzymywali   najbardziej 
zaufani ludzie w kraju, że jest to elektryk, o zdolnościach 
przywódczych, a przy tym zwykły rozrabiaka. Nie miał 
wątpliwości, iż władze będą musiały wreszcie stanowczo 
zareagować na strajk w stoczni, bo sytuacja dochodziła do 
absurdu. Niepokoił się o córkę. Spodziewał się ze strony 
władz demonstracji siły, był więc zdziwiony, gdy doszło 
do   układu   z   robotnikami.   Podpisywanie   porozumień   ze 
strajkującymi Leski uważał za nierozważny krok. W jego 

background image

opinii   władze   składały   obietnice,   z   których   nie   będą 
mogły się w przyszłości wywiązać. Sytuacja gospodarcza 
Polski   była   dramatyczna,   wymagała   zaciskania   pasa   i 
dyscypliny   społecznej.   Tymczasem   kraj   pogrążał   się   w 
anarchii. Anna jednak nie chciała słuchać ostrzeżeń ojca. 
Gdy   porozumienie   robotników   z   rządem   zostało 
podpisane,   triumfowała   i   szalała   z   radości,   jak   zresztą 
znaczna część społeczeństwa. Dziwił się naiwności ludzi. 
Czy naprawdę wierzą, że zwycięstwo jest po ich stronie, 
że wygrali? - pytał sam siebie.

Anny nigdy nie było w domu. Ciągle biegała na jakieś 

spotkania   i   zebrania.   Leski   już   wówczas   nie   miał 
wątpliwości,   że   oboje   znaleźli   się   po   przeciwnych 
stronach barykady. Ojca i córkę zaczęła dzielić nie tylko 
ocena   sytuacji,   ale   także   poglądy   polityczne.   Coraz 
bardziej oddalali się od siebie. Maria próbowała łagodzić 
konflikty,   ale   była   bezradna.   Gdy   w   kraju   został 
ogłoszony   stan   wojenny,   między   ojcem   i   córką 
zapanowała otwarta wojna. W tej sytuacji nieoczekiwane 
pojawienie się nieznanego siostrzeńca z Ameryki Maria 
Leska uznała za szczęśliwy omen.

background image

Rozdział 8

Dzień był pochmurny i wyjątkowo przygnębiający. Jim 

i   Mike   znów   przez   kilka   godzin   snuli   się   po   mieście, 
grzęznąc w roztapiającym się śniegu; nie tracili nadziei, że 
natrafią   na   jakieś   wyjątkowe   wydarzenie.   W   kilku 
miejscach   zebrali   nasiąknięte   wodą   ulotki,   które   Jim 
starannie schował do kieszeni, aby wieczorem spokojnie 
je przeczytać i przetłumaczyć. Po południu byli umówieni 
z   Billem   Cameronem   w   jego   biurze.   Grubas   obiecał 
udostępnić im jeden z dwóch działających w rezydencji 
telefonów, aby mogli pogadać z rodzinami.

Powlekli się więc do ambasady, gdzie Mike rozmawiał 

telefonicznie   z   Sarą,   która   wróciła   już   z   samotnej 
wakacyjnej   podróży   na   antypody   i   opowiadała 
rozbawiona,   w   jaki   sposób   gazety   komentują   fakt,   że 
Mike   nie   powrócił   wraz   z   nią.   Jim   słyszał   miłosne 
wyznania Michaela, domyślał się, co mówi Sara, i popadał 
w coraz większe przygnębienie. Zazdrościł Michaelowi. 
Nagle zdał sobie sprawę, że poza matką nie było żadnej 
kobiety na świecie, którą obchodziłby jego los. Najwyżej, 
pomyślał  rozgoryczony, miss  Zawadzky zastanawia  się, 
czy nie zwiałem z jej dwustu dolarami.

Jimowi nie chciało się zadzwonić nawet do rodziców. 

Przesłał   tylko,   za   pośrednictwem   Grubasa,   pocztą 
dyplomatyczną   artykuł   do   gazety.   Grubas,   zgodnie   z 

background image

wcześniejszą zapowiedzią, przeczytał go przed wysłaniem 
i   obojętnym   tonem   stwierdził:   „Interesujące 
spostrzeżenia". Ta recenzja wywołała u Jima kolejny atak 
niechęci do Camerona.

Grubas całkowicie nieświadomy wrogich uczuć, jakie 

budzi   w   obu   przyjaciołach,   poczęstował   ich   whisky, 
zabawiał miłą pogawędką i wypuścił dopiero pół godziny 
przed godziną policyjną.

-  Zauważyłeś - powiedział Mike w drodze do domu - 

jak   Grubas   się   migał?   Anegdotki,   plotki   i   żadnej 
konkretnej odpowiedzi na nasze pytania. Nic, po prostu 
nic. Dla kogo on, kurwa, pracuje? Dla CIA czy dla KGB?

Po   powrocie   do   domu   w   milczeniu   przygotowywali 

kolację.   Szary  makaron   wrzucili   do  garnka.   Mike   kroił 
cebulę,   a   Jim   starannie   mieszał   ją   w   misce   z   białym 
pokruszonym   serem,   po   który   półtorej   godziny   stali   w 
kolejce.   Milczeli.   Każdy   z   nich   przeżuwał   własne 
wątpliwości.

Ciekaw jestem, jak Jonas zareaguje, kiedy dostanie mój 

w pocie czoła wyskrobany tekst?, Jim zżymał się na samą 
myśl o minie szefa. Nie ma w nim żadnych konkretów, 
same obrazki. Na pewno powie: impresje mamy gdzieś i 
wrzuci go do kosza. Będzie triumfował. Nie ma do mnie 
przekonania, nie lubi mnie, ale jest profesjonalistą, zna się 
na robocie. Może ma rację, nie nadaję się do tego fachu, 
jestem   za   miękki.   Po   diabła   mi   to   wszystko?   Zimno, 
ohydnie, obrzydliwie. Co za pieprzony kraj, jak ci ludzie 
mogą tu żyć? Chociaż wujek jest fajny. Mike powiedział o 

background image

nim „prawdziwy Europejczyk". Swoją drogą, dziwny ten 
kraj,   pełen   sprzeczności,   z   jednej   strony   brud,   gówno, 
ubóstwo, z drugiej kultura, języki, antyki... Wszystko się 
popieprzyło, przemieszało. A jeszcze przy tym wszystkim 
czołgi   i   żołnierze,   ale   też   nie   walczą,   tylko   stoją   na 
każdym rogu ulicy. Przejmują grozą, straszą, ale przecież 
do nikogo nie strzelają... To jest, kurwa, jakiś thriller, gra, 
tylko o co w tym wszystkim chodzi? Powinienem się tego 
jak   najszybciej   dowiedzieć   -   na   tym   polega   prawdziwe 
dziennikarstwo.   Dobrze,   że   matka   wyjechała   z   Polski. 
Urodzić się w tym kraju to byłby prawdziwy pech. Co oni 
za życie mają ci Polacy...

-  Kiedy stąd spieprzamy? - zapytał Mike, wyczuwając 

jak zwykle bez pudła nastrój przyjaciela.

-  Ja   nie   mogę,   jestem   dziennikarzem,   a   ty   jako 

fotoamator   chcesz,   to   spieprzaj   sam   -   odpowiedział   z 
godnością   Jim.   Był   zły,   że   Mike   przyłapał   go   na 
defetystycznych rozmyślaniach.

- Mój plan jest następujący. Uważaj. - Mike nie dał się 

łatwo   spławić.   -   Zaliczamy   uroczysty   obiad   u   twojej 
ciotki,   potem   jedziemy   do   rodziny   miss   Zawadzky, 
pokręcimy się jeszcze parę dni i zwijamy interes.

- Ty jak zwykle o interesach. Wypróbowany żydowski 

sposób na życie - odparł złośliwie Jim.

- Działa od trzech tysięcy lat. Moja rodzina zwykle robi 

dobre   interesy.   I   dlatego   ci   mówię,   spadajmy   stąd. 
Niczego   tu   się   nie   dokopiemy,   najwyżej   dostaniemy 
awitaminozy, już czuję się jakoś słabo.

background image

- Ty zawsze czujesz się słabo - zdenerwował się Jim. - 

Grubas się wypiął, traktuje nas jak uczestników wycieczki 
krajoznawczej. Piękny powrót... Jonas dałby mi popalić.

-  Jak sobie życzysz, niewdzięczny gojku, stryj wywali 

Jonasa - powiedział Mike z powagą. - Zanim wrócimy, już 
go nie będzie...

- Nie gadaj bzdur, zajrzyj lepiej do makaronu - poradził 

Jim.

Mike wstał, przeciągnął swoją potężną postać i ruszył w 

stronę   kuchni.   W   tym   momencie   usłyszeli   ostry, 
przeciągły dzwonek. Spojrzeli po sobie.

-  Czyżby  Grubas?   -  spytał   retorycznie  Jim  i  poszedł 

otworzyć drzwi. Mike z ciekawością spoglądał zza jego 
pleców.   W   otwartych   drzwiach   stała   niestara   jeszcze 
kobieta,   otulona   wielką   kraciastą   chustą.   Twarz   miała 
fioletową   od   mrozu,   nos   czerwony,   jej   duże,   okrągłe 
niebieskie oczy bystrze lustrowały pomieszczenie.

-  Przedtem mieszkały tu jakieś inne. Jezdeśta nowe? - 

zagadnęła uprzejmie.

Jim   i   Mike   grzecznie   milczeli,   wpatrując   się   w 

nieoczekiwanego   gościa.   Mike   zaczął   szukać   w 
kieszeniach   drobnych   pieniędzy.   Baba   jednak,   nie 
zwracając najmniejszej uwagi na zakłopotanie lokatorów, 
zgięła   się   gwałtownie   wpół   i   zaczęła   grzebać   w   dużej 
poplamionej torbie. Odrzuciła szmaty, leżące na wierzchu 
i   jednym   ruchem   ręki   wyciągnęła   z   torby   różowy, 
otoczony   białym   tłuszczykiem,   kawał   świńskiego 
grzbietu.   Wygięła   się   do   tyłu   i   zaprezentowała   go   z 

background image

profesjonalnym   wdziękiem,   z   jakim   w   eleganckich 
butikach   ekspedientki   pokazują   długość   i   doskonałą 
jakość   wytwornych   rajstop.   Jim   i   Mike   dalej   trwali   w 
ciszy, nie wiedząc, co myśleć o tej wizycie.

-  Schabu   nie   chceta,   to   może   kulkę.   -   Baba   znów 

poszperawszy   w   torbie,   wyciągnęła   z   niej   okrągły 
kawałek   mięsa,   poprzecinany   niebieskimi   żyłkami   i 
oblepiony kawałkami gazety. Nie doczekawszy się żadnej 
reakcji   ze   strony   mężczyzn,   schowała   cielęcinę   i   w 
ostatnim odruchu rozpaczy wyjęła z torby trzy, różowe 
świńskie nóżki, zakończone raciczkami. Tym razem Jim 
zdecydowanie pokręcił głową.

-   Nic   nie   chceta,   to   chodźta   se   o   suchym   pysku   - 

powiedziała. - Przyjdę za tydzień.

Przykryła torbę szmatami i błyskawicznie zniknęła. Jim 

i Mike popatrzyli na siebie w osłupieniu, ale już w dwa 
tygodnie później zrozumieli, że w Polsce nie da się żyć 
bez   „baby   z   cielęciną",   która   dostarczała   mięso   z 
regularnością   dostawców   z   najbardziej   ekskluzywnych 
amerykańskich supermarketów. Michael szybko podłapał 
to wyrażenie i bawił Jima do rozpuku, wymawiając słowa: 
baba   z   cielęciną,   z   takim   wyrazem   twarzy,   jakby   co 
najmniej oświadczał się Sarze Henderson. 

background image

Rozdział 9

- Mój Boże, żeby im tylko smakowało - powiedziała do 

córki Maria Leska, rozsmarowując krem na cieście. Całe 
niedzielne   przedpołudnie   spędziła   w   kuchni, 
przygotowując dla gości różne przysmaki. Ania i Michał 
pomagali   jej,   choć   właściwie   bardziej   dezorganizowali 
pracę. Dawniej po prostu przepędziłaby oboje z kuchni, 
ale   dziś   pragnęła   słyszeć   ich   śmiech   i   głupie   żarty, 
wyjątkowo   nie   przeszkadzała   jej   powolność   Michała   i 
niezręczność   córki.   Po   raz   pierwszy   od   wielu   miesięcy 
poczuła,   że   życie   rodzinne   przynajmniej   na   chwilę 
powróciło do normy. Nawet Marian kilka razy zajrzał do 
kuchni i rozmawiał z córką tak jak dawniej, jak gdyby nie 
dzieliła ich ta piekielna polityczna przepaść.

Żeby   tak   trwało,   żeby   mogło   tak   trwać,   pomyślała 

Leska   i   poczuła   nagłą   tęsknotę   za   zapomnianą   siostrą. 
Zanim wyjechała do Ameryki były sobie bardzo bliskie. A 
potem lata mijały i w ogóle przestała o niej myśleć. W 
latach pięćdziesiątych listy od siostry starannie darła na 
drobniutkie   kawałeczki   i   od   razu   wrzucała   do   różnych 
koszy   na   śmieci.   W   okolicach   domu   i   biura   doskonale 
orientowała   się   w   ich   topografii.   Nigdy   nie   wrzucała 
dopiero   co   otrzymanych   listów   do   tych   samych   co 
poprzednio   koszy.   Opracowała   wówczas   cały   system 
pozbywania się korespondencji z Ameryki, choć przecież 

background image

wiedziała, że na pewno ktoś przed nią ją przeczytał. Mimo 
to   śmiertelnie   się   bała,   że   wezwą   ją   do   UB,   będą 
przesłuchiwać   -   wtedy   wyjdzie   na   jaw,   że   czuje   się   z 
siostrą związana, że interesuje się jej życiem, a może, co 
gorsza, Ameryką. Wolała więc, żeby siostra znikła z jej 
życia.   Tylko   obecność   jest   ważna,   myślała,   wystarczy, 
żeby nawet najbliżsi sobie ludzie nie kontaktowali się ze 
sobą   przez   kilka   lat   i   odchodzą   jak   umarli...   Gdzieś 
biegnie ich życie, ale nie obok nas, więc traci znaczenie. 
Co ze mnie za człowiek, wyrzekłam się siostry i nawet nie 
miałam wyrzutów sumienia z tego powodu, uznałam to za 
normalne,   zwykła   rzecz,   ludzka   sprawa,   jak   człowiek 
łatwo   się   usprawiedliwia.   Marian   też   traci   kontakt   z 
Anią... broni wyższych racji, a ona walczy z nim z tego 
samego powodu. Wszędzie ta przeklęta polityka. Zawsze 
ona...

-  Mama   myśli   tak   intensywnie,   że   aż   talerze 

podskakują. - Maria usłyszała nagle wesoły głos Michała. 
- Jak to fajnie, że mamy rodzinę w Ameryce, będzie gdzie 
spieprzać   z   naszej   kochanej   ojczyzny.   Mister   General 
good bye, komuno żegnaj.

- Na razie nigdzie nie wyjeżdżasz, więc się nie wyrażaj 

-   powiedziała,   jakoś   podświadomie   przestraszona 
teoretyczną   nawet   możliwością   wyjazdu   syna.   Ostatnio 
zresztą Michał wyraźnie ją niepokoił. Za dużo spał, ciągle 
narzekał   na   ból   głowy,   zażywał   zbyt   wiele   środków 
przeciwbólowych. Namawiała go na wizytę u lekarza, ale 
wszyscy w domu lekceważyli jej obawy. Nawet Marian, 

background image

tak   ostatnio   obojętny   wobec   wszystkich   domowych 
spraw, któregoś dnia krzyknął, że już najwyższy czas, aby 
przestała   z   syna   robić   ofiarę.   Sam   Michał   swoje   nie 
najlepsze   samopoczucie   tłumaczył   stresem.   Szkoła 
filmowa,   jak   i   inne   uczelnie,   została,   w   obawie   przed 
buntem   studentów,   zamknięta   przez   wojskowe   władze. 
Dla Michała był to prawdziwy cios, marzył o aktorstwie i 
bał się, że nigdy aktorem nie zostanie. W przeciwieństwie 
do   siostry   nie   angażował   się   w   politykę,   na   wszelki 
wypadek   unikał   też   jakichkolwiek   spotkań   z   kolegami, 
których podejrzewał o możliwość kontaktów z opozycją. 
Rozumiał   sprzeciw   Anny   wobec   systemu,   on   też   nie 
pochwalał stanu wojennego, ale jej bunt i zaangażowanie 
po stronie przegranych uważał za idiotyzm. Michał był 
zdania, że i tak nic się nie da zrobić, czekał więc tylko 
coraz   bardziej   niecierpliwie   na   moment,   kiedy   szkoła 
filmowa   zostanie   otwarta   i   znów   będzie   mógł   do   niej 
wrócić.

-  Które słowo, mamo, uważasz za brzydkie, spieprzaj 

czy   komuna?   -   zapytał   Michał   ze   śmiertelną   powagą, 
naśladując drewniany głos generała.

-  Przestań, jeszcze  ojciec  usłyszy i znów zacznie się 

awantura   -   odparła   Leska   karcącym   tonem,   ale   oczy 
śmiały   się   jej   do   niezbyt   przystojnego,   jednak   pełnego 
wdzięku syna. Przepełniała ją tak wielka czułość, że miała 
ochotę   go   ucałować,   ale   wiedziała,   że   zaraz   powie: 
„Dorosłych synów się nie  całuje, dorosłemu  synowi co 
najwyżej   można   podsunąć   jakąś   panienkę".   Nie   lubiła, 

background image

gdy tak mówił, bo dawał jej do zrozumienia, że niebawem 
przestanie   być   jej   synkiem,   a   stanie   się   mężem   jakiejś 
nieznanej obcej kobiety, albo co gorsza Elżbiety...

- Zaprosiłeś Elżbietę?
-  Oczywiście,   mamo,   przecież   wiem,   jak   ją   lubisz   - 

zaśmiał się Michał.

-  To ile osób będzie? - zastanowiła się Ania i zaczęła 

wyliczać na palcach. - My w czwórkę plus Elżbieta i tych 
dwóch   z   Ameryki,   razem   siedem  -  dobra   cyfra. 
Szczęśliwa.

- Jak dla kogo - powiedział Michał ponuro i zabrzmiało 

to   jakoś   złowróżbnie.   Leska   znów   poczuła   niepokój   i 
nagły skurcz serca. Strach o dzieci, o ich bezpieczeństwo i 
przyszłość   nie   dawały   jej   ostatnio   zasnąć.   Stała   się 
przesądna, zaczęła uważać na dobre i złe znaki, a słowa 
syna, chociaż bez znaczenia, przestraszyły ją.

Zbliżała się trzecia, więc Lescy zgromadzeni w salonie 

niecierpliwie czekali na dzwonek do drzwi. Nie chciało im 
się rozmawiać, bo wewnętrzne napięcie i ciekawość, nie 
pozwalały się skoncentrować na niczym innym jak tylko 
czekaniu. Jedynie Leski spokojnie przeglądał gazety i nie 
wykazywał żadnych oznak zdenerwowania, ale on był w 
lepszej sytuacji, to rozumieli wszyscy, bo już ich widział.

Wreszcie   dziesięć   minut   po   trzeciej   usłyszeli 

upragniony dzwonek. Wszyscy wypadli do przedpokoju. 
Leska gwałtownie otworzyła drzwi. Jim spojrzał na swoją 
ciotkę i od razu zdecydował, że nie budzi w nim wielkiej 
sympatii. Wydała mu się elegancka i przystojna, ale na jej 

background image

twarzy  dostrzegł   oschłość,  a   może   rozgoryczenie,  które 
mu się nie spodobało. Jim podszedł do niej i próbował ją 
objąć, ale ciotka podała mu rękę, a potem lekko cmoknęła 
w   policzek.   Leska   sama   była   zaskoczona   własnym 
dystansem   i   obojętnością   wobec   siostrzeńca,   ale   ten 
dorosły, krępy, przystojny mężczyzna wydał się jej obcy. 
Co   wspólnego   mógł   mieć   ten   dojrzały   facet   z   jej 
ukochaną, małą siostrą? Czy naprawdę był jej synem?

Później Jim wiele razy przypominał sobie i analizował 

szczegóły  pierwszego  spotkania   z   rodziną.  Pamiętał,  że 
początkowo   miał   poczucie   tak   straszliwej   obcości   i 
zbędności   swojej   osoby,   że   tkwił   przy   stole,   nic   nie 
mówiąc, i bezmyślnie patrzył w talerz. Na szczęście Mike 
wziął   cały   ciężar   wizyty   na   siebie.   Gadał,   śmiał   się, 
opowiadał anegdoty. Wszyscy byli nim zachwyceni, tylko 
ciotka wydawała się nieobecna i co pewien czas z uwagą 
przyglądała się Jimowi, którego wprawiało to w jeszcze 
większe zakłopotanie. Nagle wstała gwałtownie z krzesła i 
zdjęła ze ściany spłowiałą fotografię w mosiężnej ramce. 
Podała ją Jimowi i powiedziała cichym, pełnym napięcia 
głosem:

- Popatrz, to twój dziadek.
Z  fotografii  spoglądał  na  niego nieznany mężczyzna, 

ale   przecież   o   niezupełnie   obcej   twarzy.   Matka   miała 
rację,   Jim   był   podobny   do   dziadka.   Nie   uderzająco 
podobny,   ale   łatwo   w   twarzy   dziadka   można   było 
odczytać   zapowiedź   rysów   Jima.   Zupełnie   tak,   myślał, 
jakby   pół   wieku   temu   dziadek   antycypował   moje 

background image

istnienie,   mój   wygląd.   Jim   tak   samo   jak   dziadek   miał 
regularne   rysy,   wypukłe,   zmysłowe   usta,   jasne   włosy   i 
wyraziste spojrzenie piwnych oczu, w których u wnuka 
kryła  się  lekka  ironia, u dziadka  zastępowała  ją  radość 
życia. Wszyscy obejrzeli fotografię i zapadło milczenie. 
Jim miał wrażenie, że zgromadzeni przy stole dzielą jego 
myśli. Tajemnicza siła genów dała o sobie znać. Urodził 
się kilkanaście tysięcy kilometrów stąd, w Iowa. Przeżył 
dwadzieścia   siedem   lat   bez   żadnej   wiedzy   o   swoim 
dziadku, nie myślał o nim, nie zastanawiał się, jakim był 
człowiekiem   ani   jakie   miał   życie.   Pamięć   genów 
przetrwała w jego twarzy, w jego słowiańskich kościach 
policzkowych,   w   spojrzeniu,   które   zarejestrowała 
fotografia niebędąca przecież jego zdjęciem.

Ciotka cichym, spokojnym głosem zaczęła opowiadać o 

dziadku. Od tego momentu Jim zrozumiał, że przestał być 
obcy,   że   został   przez   ciotkę   przyjęty   do   rodziny.   Wuj 
tłumaczył jej słowa na angielski.

- Zawsze był beztroski - stwierdziła po chwili milczenia 

ciotka. - Zginął przez własną lekkomyślność. Tak długo 
mu się udawało... Pamiętasz, Jim, w liście twojej matki, 
który   zostawiłeś   mi   do   przeczytania,   było   napisane,   że 
mieszkaliśmy   w   domu   na   Mokotowskiej,   gdzie   sporą 
liczbę lokali zajmowali Żydzi. Twój dziadek miał wśród 
nich   wielu   przyjaciół,   pomagali   mu   w   trudnych 
chwilach... Gdy Niemcy zaczęli organizować getto, wasz 
dziadek   ukrył   dwoje   żydowskich   nastolatków   w 
piwnicach,   wyrobił   im   fałszywe   dokumenty   na   imię   i 

background image

nazwisko twojej matki, która szczęśliwie była w Ameryce 
i przeprowadził ich do różnych klasztorów, jedno z tych 
dzieci umieścił w klasztorze w Łagiewnikach pod Łodzią, 
drugie   gdzieś   pod   Poznaniem.   Dziadek   dokonał   tych 
karkołomnych wyczynów i włos mu nie spadł z głowy. 
Kiedyś   przypadkiem,   gdy   szedł   ulicą,   była   łapanka   i 
wywieźli go do Niemiec na przymusowe roboty. Pracował 
na farmie, u bauera. Miał już wówczas ponad pięćdziesiąt 
lat,   ale   wyglądał   znacznie   młodziej,   był   zdrowy, 
przystojny i nic, nawet ta okrutna wojna, nie gasiło w nim 
radości życia. W jakiś dziwny sposób go nie niszczyła, 
tylko dodawała mu skrzydeł. Może dlatego, że dzięki niej 
tyle   się   działo.   -   Ciotka   uśmiechnęła   się   i   po   chwili 
opowiadała   dalej:   -   Wkrótce   cała   rodzina   bauera 
uwielbiała   go,   nie   musiał   zbyt   wiele   pracować, 
wystarczało, że błyszczał jak to on... Po pół roku pracy 
dali   mu   tygodniowy   urlop.   Przyjechał   do   Warszawy. 
Przyjaciele   i   znajomi   dowiedzieli   się   o   jego   powrocie. 
Zabawom   i   hulankom   nie   było   końca,   a   wasz   dziadek 
zakochał się w naszej nowej sąsiadce. Była to wesoła i 
miła wojenna wdowa. Miała już dobrze ponad czterdzieści 
lat, ale dziadek dla niej oszalał i oczywiście nie wrócił do 
bauera. Na moje błagania odpowiadał, że nie ma sensu 
tam wracać, skoro tu jest tak przyjemnie... „Nie warto się 
tak przejmować, będzie co ma być" - powtarzał. I mimo 
wojny,   mimo   tego,   co   działo   się   dokoła,   cieszył   się 
życiem. Jestem jego córką, ale nigdy tego nie rozumiałam. 
Uważałam,   że   jest   lekkomyślny...   ale   może   to   on   miał 

background image

rację. Może właśnie trzeba korzystać z radosnych chwil, a 
o resztę się nie martwić.

-  Mamo,   co   ja   słyszę   -   zawołała   Ania   -   uszom   nie 

wierzę! I kto to mówi? Przecież ty zawsze o wszystko 
martwisz się na zapas.

-  Może niepotrzebnie - powiedziała Leska i zamyśliła 

się, bo twarz syna wydała się jej zbyt blada i zmęczona. 
Po   chwili   jednak   dokończyła   swoją   opowieść.   -   Ojciec 
ukrywał   się   przed   gestapo   przez   pół   roku,  wreszcie   go 
odnaleźli i wysłali do Dachau. Tam umarł na tyfus. Rano, 
gdy   do   obozu   weszli   alianci,   był   jeszcze   całkiem 
przytomny.   Amerykanie   przywieźli   ze   sobą   leki,   które 
pomogły wielu więźniom, ale nie zdążyły uratować jego. 
Wieczorem stracił przytomność... Zmarł 29 kwietnia 1945 
roku.

-  Mój   dziadek   -   odezwał   się   Mike   półgłosem   -   był 

amerykańskim pułkownikiem, dotarł do Niemiec wraz z 
generałem   Pattonem.   Wyzwalał   Dachau   i   był   tam   w 
kwietniu   1945   roku.   Nazywał   się   Alexander   Wat... 
Alexander  Smith -  poprawił  się. - Może  nawet  widział 
waszego dziadka... to niesamowite.

-  Świat   to   wielki   grajdoł.   -   Michał   użył   pozornie 

nonszalanckiego   tonu,   ale   był   wyraźnie   poruszony 
opowieścią matki.

- W swoim życiu - zaczęła Maria po krótkim namyśle - 

widziałam   wiele   niesamowitych   przypadków   i   wiele 
dziwnych   spotkań.   Zwłaszcza   po   wojnie.   Ludzie 
spotykają się w najdziwniejszych okolicznościach... i to, 

background image

gdzie   kto   mieszka,   w   jakim   kraju   i   w   jakiej   od   siebie 
odległości,   nie   ma   zupełnie   znaczenia.   Jak   mają   się 
spotkać, to się spotkają... Tak jak my dzisiaj.

-  Przemawia przez ciebie niezrozumiały determinizm, 

kochanie - stwierdził Leski, uśmiechając się do żony.

-  No tak, dawno nie słyszeliśmy - wtrąciła zaczepnie 

Anna   -   żadnego   marksistowsko-leninowskiego   kawałka. 
Ale   dzięki   ojcu   możemy   mieć   świeżutką   ideologię   z 
dostawą wprost do domu. Po prostu delikatesy.

- Przynajmniej dzisiaj się nie kłóćcie - poprosiła Leska.
Jim i Mike wyczuli, że są świadkami konfliktu, ale nie 

zrozumieli, o co chodzi. Kłótnia szybko została zażegnana 
i   dalej   siedzieli   w   miłej,   rodzinnej   atmosferze, 
opowiadając   sobie   nawzajem   własne   losy.   Jim   czuł   się 
doskonale ze swoimi kuzynami, a Michaelowi wyraźnie 
podobała się Anna. Jim miał świadomość, że przeżywa 
niezapomniany   wieczór,   pierwsze   godziny   ze   swoimi 
świeżo   odnalezionymi   krewnymi,   i   że   musi   zapamiętać 
każdą chwilę, żeby potem móc opowiedzieć o wszystkim 
matce,  siostrze   tej  kobiety,  której  kilka  godzin  temu  w 
ogóle   nie   znał,   a   która   była   jego   najbliższą   krewną   i 
pamiętała jego matkę z czasów, gdy ani ona, ani nikt inny 
na świecie nie przewidywał, że pojawi się na nim ktoś taki 
jak   Jim   Keaton.   „Syn   swojej   matki,   dziennikarz, 
znienawidzony przez szefa, zaprzyjaźniony z Michaelem 
Watsonem-Smithem,   porzucony   przez   feministkę 
Barbarę".   Gdybym   teraz   umarł,   pomyślał   z   nagłym 
przerażeniem, tylko tyle napisaliby w moim nekrologu.

background image

Przy deserze zdarzył się dziwny incydent. Michałowi, 

który wyciągnął rękę po talerzyk z ciastem, nagle zaczęła 
gwałtownie drgać lewa ręka. Jej ruchy początkowo niemal 
niewidoczne,   stały   się   zamaszyste,   wyglądało   to,   jakby 
demonstrował   sposób   zamykania   i   otwierania   się 
semafora. Zdziwiony patrzył na własną rękę, ale widać 
było,   że   nie   jest   w   stanie   nad   nią   zapanować.   Leska 
krzyknęła   przerażona.   Po   kilkudziesięciu   sekundach 
drgawki   ustały.   Przy   stole   zapadło   milczenie.   Michał 
uważnie popatrzył po wszystkich:

-  Co   się   stało?   Czemu   nic   nie   mówicie?   -   zapytał, 

wyraźnie nie zdając sobie sprawy z tego, co zdarzyło się 
przed chwilą.

- Nie podoba mi się to - szepnął Mike do Jima - to może 

być coś poważnego.

- Odchrzań się, Mike, czy ty naprawdę wszędzie musisz 

węszyć jakąś śmiertelną chorobę? - odszepnął Jim.

Incydent z Michałem szybko poszedł w zapomnienie. 

Już   po   chwili   wszyscy   znów   żywo   rozmawiali.   Leska 
przyniosła albumy i oglądali zdjęcia. Jim po raz pierwszy 
od   dawna   czuł   się   naprawdę   szczęśliwy,   opuściło   go 
ciągle mu towarzyszące poczucie pustki i osamotnienia.

Zbliżała się siódma, Leski wyszedł z pokoju i po kilku 

minutach   wrócił   w   żołnierskim   mundurze.   Jim   i   Mike 
spojrzeli po sobie zaskoczeni.

-  Będę   mógł   zostać   jeszcze   pół   godziny   - 

usprawiedliwił   się.   -   Niestety,   obowiązki   wzywają,   o 
ósmej trzydzieści mam audycję... Pewno dziwi was ten 

background image

mundur, ale mamy stan wojenny, telewizja jest instytucją 
zmilitaryzowaną...

Anna   spojrzała   na   ojca   z   nienawiścią   i   szybko 

powiedziała:

-  Przepraszam,  mamo,  ale  musimy  już iść. Zabieram 

naszych gości. Mam nadzieję, Michał, że wy z Elżbietą 
też wychodzicie?

- Nie, zostajemy z mamą... Nie musisz mi mówić, co 

mam robić - odparł rozzłoszczony Michał. - A poza tym - 
dodał   jakby   zawstydzony   własnym   wybuchem   -   jestem 
trochę zmęczony. 

background image

Rozdział 10

Tamtego   wieczora   Anna   zabrała   ich   do   swojej 

przyjaciółki Miki, z którą dzieliła mieszkanie. Jechali tam, 
a właściwie głównie szli, w szampańskim nastroju. Anna 
starała   się   zrobić   jak   najlepsze   wrażenie   na   Michaelu. 
Czarowała go, opowiadała zabawne anegdoty o sytuacji w 
Polsce,   śmiała   się   dużo   i   głośno.   Jim   z   przyjemnością 
patrzył   na   swoją   kuzynkę.   Była   nie   tylko   ładna   i 
wyjątkowo zgrabna, ale także inteligentna. Moja rodzina, 
myślał   Jim,   zaprezentowała   się   fantastycznie.   Pokazali 
klasę. Jakże był im wdzięczny. Nigdy nie przyszłoby mu 
do   głowy,   że   właśnie   w   Polsce   odzyska   swoje 
nadszarpnięte   poczucie   wartości.  Przyjaźń  z   Michaelem 
wiele go kosztowała. Stale musiał godzić się z tym, że jest 
biedniejszy, pochodzi z gorszej rodziny, że nie jest tak 
wszechstronnie wykształcony ani wysportowany, a nawet 
z   tym,   że   jest   niższy   od   Michaela.   Mike   zawsze   miał 
wszystko to, o co Jim musiał walczyć. A teraz tu, w tej 
biednej   Polsce,   okazało   się,   że   jego   rodzina   ma 
europejskie tradycje, a na ścianach portrety przodków, o 
jakich mógłby tylko marzyć Watson-Smith. Nie wiedział, 
że obrazy i meble należały do pierwszego męża  ciotki, 
Jana Stebnickiego, że to w jego dziedzictwie Lescy uwili 
sobie   rodzinne   gniazdo.   Jimowi   podobali   się   krewni, 
niemal się w nich zakochał.

background image

Po godzinnym marszu dotarli wreszcie do celu. Anna 

zadzwoniła   trzy   razy,   raz   długo   i   dwa   razy   krótko,   a 
potem   zastukała   trzy   razy.   Ktoś   gwałtownie   otworzył 
drzwi. Przez chwilę wszyscy troje stali oszołomieni, bo w 
mieszkaniu   było   ciemno   od   dymu   i   przez   jego   kłęby 
widać było jedynie zarysy sylwetek.

- I pomyśleć - cicho powiedział do Jima Mike - że oni 

mają tu papierosy na kartki.

- Zamknij się - syknął Jim.
Anna poszeptała chwilę z dziewczyną, która otworzyła 

drzwi  całej  trójce.  Dziewczyna  skinęła   głową  i   ruchem 
ręki dała im do zrozumienia, żeby zostali w przedpokoju. 
Po chwili wyszedł do nich szczupły, wysoki mężczyzna z 
kieliszkiem wódki w ręku.

-  Powitajmy   naszych   amerykańskich   przyjaciół   - 

zwrócił   się   niezłą   angielszczyzną,   unosząc   kieliszek   do 
góry.   -   Welcome.   Zdrowie   pierwszych   obywateli 
amerykańskich, którzy goszczą w tych komunistycznych 
murach.

Mężczyzna wzniósł toast, a w jego ślad poszła reszta 

grupy. Anna wyjaśniła Jimowi i Michaelowi, że jest to 
zebranie   konspiracyjno-edukacyjne.   Spotykają   się,   żeby 
rozmawiać o sytuacji w Polsce.

- I rozumiecie - dodała wyraźnie podniecona - że mogą 

nas stąd zgarnąć.

-  Grubas   by   się   ucieszył.   -   Jim   uśmiechnął   się   do 

Michaela.

- O czym mówicie? - zapytała Anna.

background image

-  Też   mamy   swoje   konspiracyjne   sprawy   - 

odpowiedział Mike  z godnością, ale  ta  jego odpowiedź 
wyraźnie nie spodobała się Annie. Wzruszyła ramionami, 
oczywiście   ci   amerykańscy   chłopcy   nie   mogą   mieć 
pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi.

Obaj   Amerykanie   z   ciekawością   przypatrywali   się 

osobom zgromadzonym w jednym małym pomieszczeniu. 
Mężczyźni,   niewiele   starsi   od   nich,   wydawali   się   na 
pierwszy   rzut   oka   identyczni.   Wszyscy   mieli   brody   i 
ubrani byli w szare, długie, powyciągane swetry. Na ich 
twarzach malowało się napięcie. Kobiety robiły wrażenie 
ostentacyjnie   zaniedbanych.   Wszyscy   wstali   na   chwilę, 
żeby przywitać się z nowo przybyłymi, po czym znów 
rozsiedli   się   na   podłodze   wokół   krzesła,   na   którym 
siedział   mężczyzna   zdecydowanie   starszy   od   reszty 
towarzystwa. Po chwili milczenia mężczyzna odchrząknął 
i   podjął   przerwane   nadejściem   gości   przemówienie. 
Mówił niezbyt głośno, ale dobitnie i z ogniem. Jim i Mike 
siedzieli   nieporuszeni,   nie   rozumiejąc   sensu   tego,   co 
mówił guru - jak w myślach nazwał starszego pana Mike. 
Anna powiedziała im, że jest to wykład o dramatycznej 
sytuacji gospodarczej Polski, ale była tak zasłuchana w 
słowa   wykładowcy,   że   nie   mieli   odwagi   prosić   jej   o 
tłumaczenie.   Jim   rozumiał   pojedyncze   zdania,   ale   nie 
chciało   mu   się   zastanawiać   nad   ich   sensem.   Obaj 
przyglądali   się   więc   obecnym.   Jim   z   przyjemnością 
pomyślał, że jego kuzynka jest najefektowniejsza wśród 
tych niebrzydkich, ale jakoś niespecjalnie pociągających 

background image

dziewczyn.   Gdy   starszy   pan   skończył   mówić,   wszyscy 
rzucili się z pytaniami do Amerykanów.

- Spokojnie - krzyknęła Anna - będę tłumaczyć, ale nie 

mogę wszystkiego od razu!

Jim przeżywał kolejne chwile wewnętrznego triumfu, 

bo gdy zebrani dowiedzieli się, że jest dziennikarzem, całe 
ich zainteresowanie skupiło się wyłącznie na nim. Tylko 
jemu zadawano pytania i proszono o komentarze. Mike 
stał   z   boku.   No,   mister   Watson-Smith,   pomyślał   z 
satysfakcją   Jim,   przekonaj   się,   jak   to   przyjemnie   być 
panem Nikt. Swoją drogą, gdyby dowiedzieli się, kim jest 
naprawdę   Mike,   mieliby   głupie   miny.   Nie   mają   w 
kieszeniach więcej niż ze sto dolarów. Mike mógłby kupić 
ich   wszystkich,   razem   z   tym   budynkiem,   za   swoje 
miesięczne   kieszonkowe.   A   oni   gadają   o   ekonomii, 
rozprawiają o gospodarce, przecież ten kraj ledwo dyszy.

Przepraszam,   nie   dosłyszałem   pytania   - 

usprawiedliwił się Jim, gdy zapadło nagłe milczenie.

-  Jan   pyta,   czy   masz   zamiar   o   nas   napisać?   Czy 

będziesz pisał o tym, co tu się dzieje? - przetłumaczyła 
Anna.

- Tak, ale dopiero po powrocie do Stanów - odparł Jim - 

tam, jak państwo wiecie, nie ma cenzury.

Wszyscy roześmiali się z aprobatą. Jim odczuł, że mają 

go za fajnego faceta. Jezu, pomyślał, gdyby oni wiedzieli, 
że   ja   nie   mam   o   czym   pisać!   Co   im   powiem,   że   nie 
rozumiem   nic   z   tego,   co   się   dzieje?   Spodziewałem   się 
wojny, a zastałem śnieżną breję, a gdyby nie moja rodzina 

background image

umarłbym tu z nudów.

Spojrzał na stojącego pod ścianą Michaela, po którego 

twarzy błąkał się niewyraźny uśmiech. Ten przynajmniej 
mnie rozumie, pomyślał Jim i lekko skinął ręką w stronę 
przyjaciela,   ale   on   wcale   nie   zauważył   tego   gestu.   Jim 
dopiero   później   uświadomił   sobie,   że   Mike   patrzył   w 
jeden tylko punkt, w miejsce, gdzie siedziała Mika.

Po kilku godzinach zgromadzeni zaczęli się rozchodzić. 

Anna wyjaśniła, że trzeba przestrzegać zasad konspiracji: 
wychodzi się parami, po czym każda z osób idzie w inną 
stronę.

- A jeśli agentów jest dwóch? - zapytał Mike.
- Jesteś bardzo naiwny. - Anna się roześmiała.
W   końcu   zostali   we   czwórkę:   Jim,   Mike,   Anna   i 

właścicielka   mieszkania,   Mika,   która   także   całkiem 
poprawnie radziła sobie z angielskim. Mika wyciągnęła 
spod wersalki butelkę ciepłej wódki. Popijali ją małymi 
łyczkami i obie dziewczyny opowiadały, że zebranie, w 
którym   uczestniczyli,   było   kolejnym   z   serii   tajnych 
spotkań, jakie odbywają się po domach.

-  Nazywamy   to   Latającym   Uniwersytetem,   Flying 

University  -  przetłumaczyła   z   wdziękiem   Mika.   Mike 
parsknął zachwyconym śmiechem. Jim popatrzył na niego 
z niepokojem, coś dziwnego działo się z Michaelem.

Dziewczyny powtarzały, że takie spotkanie to zwykła 

szkółka.   Najwyraźniej   dawały   do   zrozumienia,   że   ich 
prawdziwa   działalność   konspiracyjna   polega   na   czymś 
zupełnie innym i znacznie poważniejszym.

background image

-  Chyba możemy mieć do nich zaufanie - powiedziała 

Anna.

-  W końcu Jim jest moim  kuzynem,  a Mike - Anna 

uśmiechnęła się kokieteryjnie - to nasz kumpel.

Podczas całej rozmowy Mike był milczący i poważny, 

jakby   jego   pewność   siebie   nieco   się   zachwiała.   Nie 
flirtował już z Anną, nie odpowiadał na jej zaczepki, ale 
też nie odzywał się prawie do Miki. Jim zdecydował, że 
Mike albo źle się czuje, albo się upił, ale miał trochę za 
złe   przyjacielowi,   że   ten   nie   prezentuje   się   już   tak 
wspaniale   jak  w   domu   u   Leskich.  Anna   też   zauważyła 
nastrój   Michaela,   i   posmutniała.   Tylko   Jim   i   Mika   z 
ożywieniem rozprawiali o tym,  co dzieje się  w Polsce. 
Mika często powtarzała: „Wy, Amerykanie, niczego nie 
rozumiecie", ale starała się objaśnić Jimowi sytuację.

-  W gruncie rzeczy chodzi o to, że nikt w Polsce nie 

chce już komunizmu - mówiła.

- Robotnicy też nie? - chciał wiedzieć Jim.
-  Przede   wszystkim   oni   nie   chcą   -   odparła   z 

przekonaniem.

- Ale to przecież oni mieli w waszym kraju przywileje, 

sama to powiedziałaś. - Jim dolał sobie jeszcze wódki, ale 
zachowując rozsądek, dolał do niej wody.

-  Tak,   ale   byli   oszukiwani.   -   Mika   mówiła   z   coraz 

większym podnieceniem. - Odebrano im wszystko, a w 
pierwszym   rzędzie   wolność   za   obietnicę   stałej   pracy   i 
skromnej płacy.

-  Myślisz, że w kapitalizmie ludzie są bardziej wolni, 

background image

zwłaszcza   jeśli   nie   mają   pracy?   -   Jim   postanowił 
prowokować   dziewczynę,   bo   złościł   go   jej   entuzjazm   i 
poczucie   wyższości,   z   jakim   traktowała   wszelkie,   jego 
zdaniem, rozsądne uwagi.

-  Co   to   za   pytanie   -   oburzyła   się.   -   Ty   myślisz   po 

amerykańsku, bo od urodzenia nie wiesz, co to cenzura 
ani co to znaczy, że partia ma zawsze rację, ani co to jest 
towarzysz, ani donos.

- O, przepraszam, to ostatnie słowo doskonale znam. - 

Jim   przypomniał   sobie   Jonasa.   -   Mój   szef   doskonale 
opanował technikę donoszenia.

Spojrzał na Michaela i obaj się roześmiali. Dziewczyny, 

już   na   rauszu,   także   zaczęły   chichotać.   Mika   włączyła 
magnetofon. Rozległ się głos Sary Henderson. Nagranie 
co prawda okazało się fatalne, słychać było szum i pogłos, 
ale   bez   wątpienia   to   ona   śpiewała   swój   wielki   przebój 
„Our love will last forever".

- Skąd to macie? - rzucił Mike, nieoczekiwanie ostrym 

tonem.

- Dostałam od kolegi, to nagranie z radia Luksemburg. 

Uwielbiam głos Henderson - odparła Mika i zaczęła się 
kołysać   w   rytm   piosenki.   Mike   stał   przez   chwilę 
nieporuszony, po czym zgrabnie skłonił się przed Miką i 
poprosił ją do tańca. Jim wobec tego zatańczył ze swoją 
kuzynką.   Mike,   ku   radości   obu   dziewczyn,   śpiewnie   i 
bezbłędnie recytował słowa piosenki, którą wyśpiewywała 
Henderson.

- Też ją lubisz, prawda? - zapytała Mika.

background image

-  Jasne   -  powiedział   Mike  bez  chwili  wahania   -  jest 

niezła.

-  Znasz   jeszcze   jakiś   tekst   z   jej   repertuaru?   - 

zainteresowała się Anna.

- Tak, co najmniej kilka.
-  To fantastyczne, chyba naprawdę jesteś jej fanem. - 

Mika zaklaskała w dłonie.

*

-  Kurwa, stary, nie mogłem tego słuchać - powiedział 

Jim   do   przyjaciela,   gdy   układali   się   do   spania   na 
podłodze. Zostali u Miki na noc, bo przegapili godzinę 
policyjną. Jim zresztą inaczej to tłumaczył, przyjacielowi 
wcale nie chciało się opuszczać przytulnego mieszkania 
Miki i specjalnie przedłużał ich pobyt aż do godziny zero.

- O co ci chodzi? - zapytał niewinnie Mike.
-  Nie mogłem patrzeć, jak przytulasz się do tej obcej 

dziewczyny,   klepiąc   teksty   piosenek   Sary.   Jezu,   gdyby 
Sara   to   widziała.   Nie   masz   za   grosz   poczucia 
przyzwoitości.   Całowałeś   się   z   Miką   -   Jim   aż   sapał   z 
oburzenia - w takt jej piosenek.

- Podobały się jej. To nie ja wpadłem na pomysł, żeby 

ich słuchać - bronił się Mike.

- No, nie. Nie wytrzymam. Całemu światu się podobają, 

więc i na tym zadupiu także, ale Mike, zastanów się, co ty 
widzisz w tej dziewczynie?

- Nie wiem. - Do Jima dotarł spokojny głos Michaela. - 

Po prostu mi się podoba. Może wreszcie się dowiem, po 
co tu przyjechaliśmy.

background image

- Przypominam ci, nieszczęsny dupku - Jim zagrzmiał - 

że   przyjechaliśmy,   bo   ja   mam   napisać   stąd 
korespondencje warte Pulitzera, a ty masz zrobić zdjęcia 
godne World Press Photo.

- Jak dotąd nic z tych rzeczy się nam nie udaje.
-  No to fajnie, zamiast tego będziemy się pieprzyć. - 

Jim nie posiadał się z oburzenia.

- Nie bądź wulgarny, Jim i... odpieprz się, stary.
-  Zmierz   sobie   gorączkę,   Mike,   ty   chyba   naprawdę 

jesteś   chory.   -   Jim   postanowił   być   bezlitosny   dla 
przyjaciela, ale Mike nawet nie odpowiedział na zaczepkę.

Jim nie mógł zasnąć. Zawsze uważał, że ma intuicję, i 

zaczął   przeczuwać   kłopoty.   Poza   tym,   chyba   po   raz 
pierwszy, naprawdę nie rozumiał Michaela. Jak on mógł, 
mając tak niezwykłą dziewczynę jak Sara, interesować się 
Miką.   Nie   była   nawet   specjalnie   ładna.   Miała   duże, 
ciemne błyszczące oczy, ale poza tym lekko krzywe zęby, 
zbyt okrągłe policzki i małe, jakby stale zaciśnięte usta. Z 
figury   przypominała,   Jim   przekręcił   się   na   materacu, 
Empire State Building, szeroka w dole, wąska w górze. 
Stanowczo nie była w jego typie. Owszem, miała sporo 
wdzięku i ładnie się śmiała, ale gdzież jej do Sary. Mike 
ma przewrócone w głowie - doszedł do wniosku Jim - i 
właśnie dlatego podobają mu się proste jedzenie, stanie w 
kolejkach   i   zwyczajne   dziewczyny.  Wrodzone   poczucie 
sprawiedliwości kazało mu jednak przyznać, że Mika nie 
jest taka całkiem zwykła, coś w sobie może i ma, ale to za 
mało,   żeby   tracić   głowę.   Pomyślał   o   Barbarze,   którą 

background image

ciągle porównywał z Sarą. Przez pewien czas prowadził 
nawet turniej między tymi dwiema kobietami. Była ta gra 
w   kółko   i   krzyżyk.   Jeżeli   Barbara   zrobiła   coś,   co 
szczególnie mu się podobało, zapisywał na jej konto w 
notesie   krzyżyk,  a   Sara   w   tej   samej   sytuacji   dostawała 
kółko.   Jednak   kółek   było   w   końcu   o   tyle   więcej   niż 
krzyżyków, że Barbara nie miała już żadnych szans na 
objęcie   prowadzenia   ani   nawet   na   remis,   więc 
zniechęcony zrezygnował z prób udowodnienia samemu 
sobie, że Barbara można dorównywać Sarze. Teraz jednak 
żałował,   że   tak   głupio   stracił   nie   tyle   Barbarę,   ile   jej 
miłość i oddanie. Mika nie mogła stawać do konkurencji 
ani z Sarą, ani nawet z Barbarą. Przegrałaby już na starcie, 
pomyślał Jim i zaczął zapadać się w otchłań między jawą 
a snem, przed oczami mając wirujące kółka.

Mike także nie zmrużył oka. Było mu gorąco, odczuwał 

podniecenie na samą myśl, że Mika śpi obok, w drugim 
pokoju, Wyobrażał sobie jej rozpalone snem ciało, gorącą 
skórę   i  błyszczące  oczy.  W  tańcu  dotykał  jej   gładkich, 
jedwabistych   palców.   Te   dłonie   mogłyby   go   pieścić. 
Sama myśl o tym doprowadzała do szaleństwa, choć sam 
zadawał sobie pytanie, co naprawdę w niej widzi? Jim ma 
rację. Ona nawet nie jest szczególnie ładna. Co to jest, do 
cholery? Dawno nie miałem kobiety, to na pewno dlatego 
tak jej pragnę - odpowiadał sam sobie. Sara nie może się 
spodziewać, że zawsze będę wierny. Boże, jak mi gorąco, 
nie dam rady, pójdę i obudzę Mikę.

- Jim, czy możesz dać mi papierosa? - zapytał cicho.

background image

-  A   może   ja   śpię,   Mike.   Nie   pomyślałeś   o   tym?   - 

odpowiedział Jim zgryźliwie, ale podniósł się z łóżka i 
wyjął z kieszeni marynarki paczkę papierosów.

Mike   zapalił.   Był   wdzięczny   przyjacielowi,   że   ten 

nawet   nie   okazał   zdziwienia   jego   prośbą.   Ciekawe,   co 
robią starzy, pomyślał i poczuł nagłą tęsknotę do jasnego 
kalifornijskiego dnia. Wpatrywał się w okno, ale widział 
tylko   nieprzeniknioną   ciemność.   Męczy   mnie   ten   kraj, 
mam  go dosyć  - uświadomił  sobie Mike i ogarnęło go 
rozpaczliwe poczucie zagubienia. W Stanach życie było 
łatwiejsze,   proste,   sterowalne.   Tutaj,   jakby   postradał 
kompas. Wszystko tu jest na niby, niby-dyktatura, niby-
wojna,   a   nawet   niby-dolary.   Mike   uśmiechnął   się   do 
siebie. Już niejednokrotnie musiał dokonywać absurdalnej 
operacji, a zarazem nielegalnej, i wymieniać u pokątnych 
handlarzy banknoty na papierki zwane bonami, bo tylko 
za nie można było nabyć towar w dolarowym sklepie, w 
którym kupowali alkohol i papierosy, a czasem szynkę w 
puszce i herbatę.

-  Mike,   robisz   doktorat   z   finansów,   a   nie   potrafisz 

wyjaśnić   prostej   operacji.   O   co   tu   chodzi?   Po   co   im 
bezwartościowy papier zamiast prawdziwych pieniędzy? - 
dopytywał się Jim, ale Mike bezradnie rozkładał ręce.

-   Ekonomia   tego   kraju   -   odpowiadał   -   wymyka   się 

naukowemu poznaniu.

- Po powrocie do Los Angeles zapytam twojego stryja, 

on na szczęście jest samoukiem, istnieje więc szansa, że 
będzie znał odpowiedź - stwierdził Jim.

background image

Tak, Jim ma  rację, jestem głupcem, rozmyślał Mike. 

Szaleje   za   mną   jedna   ze   sławniejszych   i   piękniejszych 
kobiet na świecie, a ja tracę głowę dla jakiejś Polki, którą 
ledwo znam. Stryj zawsze mówił, że nic nie robi z faceta 
takiego głupca, jak jego własny penis. Prześpię się z nią i 
szlus, po prostu muszę mieć kobietę.

-  Przeziębisz   się   i   dostaniesz   zapalenia   płuc,   w 

następstwie   czego   umrzesz,   bo   nie   znają   tutaj 
antybiotyków. - Mike ocknął się na dźwięk głosu Jima.

-  Daj   mi   spokój,   już   i   tak   mam   wszystkiego   dość   - 

powiedział,   ale   wrócił   na   swoje   posłanie   i   niemal 
natychmiast zasnął.

Przeraźliwie   ostry   dźwięk   dzwonka   obudził   ich 

dokładnie   o   godzinie   6.04.   Pies   Miki,   szorstkowłosy 
jamnik, zaczął przeciągle i piskliwie wyć.

- Chyba nie pośpimy - uznał Mike, wstając z posłania - 

trzeba zobaczyć, co tam się dzieje.

- Ktoś przyszedł - stwierdził Jim, nadstawiając ucha. - 

Słyszę męskie głosy. O tej porze?! Zawsze byłem zdania, 
że to barbarzyński kraj.

Nagle   drzwi   pokoju,   w   którym   spali,   gwałtownie 

otworzył niski, krępy mężczyzna, towarzyszyło mu dwóch 
innych   w   identycznych,   niebieskich   ortalionowych 
kurtkach. Za ich plecami Jim dostrzegł obie dziewczyny.

- Wychodzić - rozkazał ten, który otworzył drzwi.
Jim, który zrozumiał polecenie, pchnął Michaela przed 

sobą.   Wszyscy   czworo   i   trzech   obcych   znaleźli   się   w 
jednym pokoju. Jamnik Miki, Kid, szczekał i drapał do 

background image

drzwi. Ktoś stukał w ścianę, chyba chodziło o to, żeby 
uspokoić psa. Przybysze kazali stanąć całej czwórce pod 
ścianą.   Niski   mężczyzna,   który   wyraźnie   był   szefem, 
oświadczył donośnym głosem:

- Zajmiemy się wami później, najpierw popracujemy.
Anna zaczęła tłumaczyć jego słowa, ale Niski warknął:
- Milczeć.
Trzej obcy spokojnie, metodycznie przeglądali książki i 

papiery.   Zawartość   szuflad   wyrzucali   na   podłogę.   Nie 
mówili przy tym ani słowa.

Jim   nie   mógł   opanować   dygotu.   Było   mu   potwornie 

zimno. Czuł, że się boi. Nie miał pojęcia, co robić ani jak 
się zachować. Spojrzał na Michaela, który stał obok, tak 
jak   on   w   samych   gatkach.   Wydawał   mu   się   dziwnie 
spokojny, jakby nieobecny. Gapi się oczywiście na Mikę, 
niech go szlag trafi. Jim spróbował wziąć się w garść. Nie 
zabiją   nas   przecież,   jesteśmy   Amerykanami.   No   i   co   z 
tego, możemy po prostu zniknąć. Nikt nie będzie wiedział, 
co   się   z   nami   dzieje.   Jezu,   co   oni   robią,   wszystko 
wywalają.

Popatrzył   na   dziewczyny,   które   we   flanelowych 

koszulach nocnych stały wsparte o ścianę. Anna miała łzy 
w oczach. Mika zastygła, jakby była wykuta z kamienia. 
Jim przyjrzał się jej uważnie i zdecydował, że wygląda 
nieapetycznie.   Twarz   miała   zaspaną,   kręcone   włosy 
potargane.   Na   nogach   dostrzegł   ciemny   meszek,   a   jej 
stopy   wydawały   się   za   duże.   I   przypomniały   mu   się 
najseksowniejsze pod słońcem stopy Sary z czerwonymi 

background image

paznokciami   w   kształcie   migdałów.   Przeniknęło   go 
wspomnienie ciepła kalifornijskiego dnia i intensywnych 
promieni  słońca, które  rozświetlały bujne  kolory roślin. 
Zatęsknił   za   spacerami   nad   oceanem   i   za   leniwym 
pławieniem się w basenie u Michaela, za wszystkim, co 
sprawiało, że czas płynął rozkosznie i bezproblemowo. Po 
cholerę   się   tu   pchałem,   pomyślał   z   rozpaczą.   Ojciec 
zawsze   mu   powtarzał:   „Siedź   na   dupie,   tam   gdzie   ci 
dobrze". A było mu dobrze, było mu jak w raju i wszystko 
to stracił, bo zachciało mu się dziennikarskiej przygody, 
która   na   razie   polega   na   tym,   że   stoi   prawie   goły, 
zmarznięty,   głodny   i   bezradnie   przygląda   się   trzem 
facetom,   którzy   bezczelnie   przeszukują   mieszkanie 
dziewczyn. A w dodatku śmiertelnie się boi. Nie czuł w 
sobie   ani   krztyny   posłannictwa,   ani   podniecenia   nową 
sytuacją,   która   dla   rasowego   reportera   mogłaby   być 
fascynująca. „Jak nas tu ukatrupią, poza starymi nikt po 
mnie   nie   zapłacze,   a   Jonas   będzie   zacierał   łapy,   że 
wreszcie   się   mnie   pozbył.   Na   trumnie   położą   mi 
amerykańską   flagę.   Boże,   mam   już   dość   tego   stania". 
Spojrzał   na   zegarek   była   już   7.56.   Kid   szalał   pod 
drzwiami, bo chciał wyjść. Trzej faceci zrobili już spory 
stos z papierów, które uznali za podejrzane.

Jeden z mężczyzn w niebieskiej kurtce zapytał o coś 

Mikę. Jimowi wydawało się, że zrozumiał słowo „smycz". 
Ale uznał to za niemożliwe, bo po co facetowi smycz? 
Niebieski wyszedł do przedpokoju i po chwili wrócił z 
długą,   skórzaną   smyczą.   A   jednak,   przemknęło   Jimowi 

background image

przez myśl, będą nas bić. Niebieski podszedł do Kida i 
starannie zapiął mu smycz. Kid zaczął szaleć z radości i 
lizać faceta.

-  Proszę zostawić mojego psa. Niech pan nie robi mu 

krzywdy   -   poprosiła   Mika   i   w   jej   wielkich   lśniących 
oczach pojawiły się łzy.

- Niech pani nie będzie śmieszna - powiedział Niebieski 

oburzonym   głosem   -   przejdę   się   z   nim   parę   razy   koło 
bloku.   Nie   mogę   patrzeć,   jak   zwierzę   cierpi   za   ludzką 
głupotę. Na spacerek - zwrócił się do psa - idziemy na 
spacerek.

Kid skakał z radości. Mike spojrzał na Jima. No tak, ten 

nic nie kapuje, pomyślał Jim i głośno powiedział:

- Ten pan zabiera psa na spacer.
-  Jak   to?   -   zapytał   osłupiały   Mike,   ale   Jim   tylko 

wzruszył ramionami.

-  Wami   też   się   zajmiemy   w   odpowiednim   czasie, 

chłopcy - odezwał się nieoczekiwanie niski mężczyzna - 
jeszcze z wami poharcujemy. Tłumacz - nakazał Annie. - 
Wszystko o was wiemy. Znaleźliśmy torbę z aparatem i 
filmami. Przejrzymy, co tam macie. Ale to nie są chyba 
zdjęcia   gołych   laleczek?   Co?!   -   Facet   wrzasnął 
nieoczekiwanie, a po chwili dodał już nieco ciszej: - Nie 
potrzebujemy   tu   amerykańskich   kapusiów.   Za 
szpiegowanie należy się u nas czapa.

Anna   zająknęła   się   przy   słowie  death   sentence  i 

rozpaczliwie spojrzała na swojego kuzyna.

- Nie jesteśmy szpiegami - zaczął Mike z powagą - w 

background image

naszej   sprawie   będzie   interweniować   amerykańska 
ambasada i... prezydent - zaryzykował. - Łamiecie nasze 
demokratyczne...

- W dupie mam waszego prezydenta! - wrzasnął znów 

Niski - i wasze prawo! Mamy tu swoje kodeksy. Jest stan 
wojenny i nie będziemy cackać się z takimi gnojkami jak 
wy.   Nikt   was   tu   nie   zapraszał.   Mam   uwierzyć,   że 
przyjechaliście   tu   włóczyć   się   po   ulicach,   gapić   na 
wystawy i fotografować krajobraz? Dobrze wiem, gnojki, 
co tu robicie i za czym węszycie.

- Mamy jednak prawo - odezwał się stanowczo Mike - 

prosić o kontakt z ambasadą. Proszę wysłać samochód po 
Billa Camerona, on poświadczy, kim jesteśmy.

-  Prawo   to   macie   do   jednego.   Do   siedzenia,   kurwa, 

cicho. Nie doradzaj mi, pieprzony jankesie, sam wiem, co 
mam robić. Tłumacz dokładnie! - wrzasnął do Anny, która 
zdenerwowana   coraz   częściej   gubiła   się   w   szybkim 
dialogu. - Mam wypalać na niego benzynę. Patrzcie go! 
Stój pod ścianą i milcz. Stój, mówię! - rozdarł się tak, aż 
dziewczyny drgnęły.

Nieoczekiwanie   Niski   wyjął   z   kieszeni   kajdanki   i 

zatrzasnął je na przegubach Michaela.

- Proszę tego nie robić - powiedziała Mika bezbarwnym 

głosem.

- Zamknij się suko, za to, co tu masz, nie wyjdziesz z 

pierdla przez następne dziesięć lat.

Jim   czuł,   że   dygoce,   a   jednocześnie   płonęły   mu 

policzki. Pragnął z całych sił, żeby ten koszmar wreszcie 

background image

się   skończył.   Niski   jednak   znowu   przyłączył   się   do 
Niebieskiego i razem dalej przetrząsali książki i papiery.

-  Jestem   amerykańskim   dziennikarzem.   -   Jim 

nieoczekiwanie przeszedł na polski. Głos mu się łamał.

- Wiem lepiej, kim jesteś, gnojku - osadził go Niski. - U 

nas i u was pismaki to szmaty. No, jesteś szmata, prawda, 
tak  samo  jak  ta,  co  tam  stoi, twoja   kuzynka.  Powiedz: 
jestem szmata. Chcę usłyszeć to po polsku.

Jim milczał. Czuł, że płoną mu uszy. Było mu wszystko 

jedno, co się z nim stanie. Mógłby zabić faceta.

- Powiedz, bo cię załatwię - wycedził tamten.
W tym momencie wrócił drugi Niebieski z psem. Kid 

radośnie   podbiegł   do   Miki   i   polizał   ją   po   gołej   nodze. 
Dziewczyna   zaczęła   cichutko   płakać.   Niebieski 
wyprowadził   Niskiego   do   przedpokoju;   dochodziło 
stamtąd tylko ciche szemranie. Ten, który z nimi został, 
zagłębił się w lekturze jakiejś broszury. Mike, korzystając 
z okazji, prześliznął się w stronę Miki. Nie mógł skutymi 
rękami   wykonać   żadnego   gestu,   więc   pochylił   się   i 
pocałował   ją   w   mokry   policzek.   Popatrzyła   na   niego   i 
otarła   łzy.   Anna   i   Jim   przyglądali   się   tej   scenie 
zafascynowani jej niezwykłą czułością.

- Nic tu po nas - wyszeptała Anna do Jima i smutno się 

uśmiechnęła.

Ona też czuje się samotna, widać to u nas rodzinne, 

pomyślał   Jim.   Poczuł   więź   z   tą   wysoką,   zgrabną 
dziewczyną. Tamci mogą sobie robić, co chcą. On i Anna 
są   z   jednego   pnia,   łączy   ich   jedna   ósma   wspólnych 

background image

genów. Jim, który wychował się bez rodzeństwa, poczuł, 
że ma prawdziwą siostrę. Tak samo jak Mike, Grace.

-  No,   gnojki,   ubierać   się,   wyjeżdżamy   -   zdecydował 

Niski,   wchodząc   do   pokoju.   Zdjął   z   rąk   Michaela 
kajdanki, które  pozostawiły wyraźny, czerwony ślad na 
przegubach rąk. - Ubierać się, migiem.

- Dokąd jedziemy? - zapytała Anna.
-  Gówno   ci   do   tego...   Jedno   ci   tylko   mogę 

zagwarantować,   szybko   tu   nie   wrócisz   -   dodał   z 
wściekłością,   patrząc   na   dziewczynę,   która   za   wszelką 
cenę próbowała ukryć strach. 

background image

Rozdział 11

Od   kilku   godzin   wszyscy   czworo   siedzieli   na 

drewnianych   lawach   w   ohydnym   pomieszczeniu, 
oświetlonym   jedną   żarówką.   Pilnował   ich   więzienny 
strażnik, który nie pozwolił im ze sobą rozmawiać. Jim 
odczuwał   ssanie   w   żołądku,   było   mu   niedobrze,   miał 
wrażenie,   że   cuchnie.   Co   pewien   czas   spoglądał   z 
wściekłością na Michaela; działał mu na nerwy, zwłaszcza 
to jego idiotycznie uduchowione oblicze. Mike sprawiał 
wrażenie   nie   tylko   niezwykle   spokojnego,   ale   nawet 
szczęśliwego   w   tej   całej   niemożliwej   do   zniesienia 
sytuacji. Pieprzony hipochondryk powinien tu już mdleć i 
umierać, może daliby wtedy coś do jedzenia, rozmyślał 
gorzko Jim, a ten nic, tylko słodko się uśmiecha. Jim z 
odrazą spojrzał na Mikę, podświadomie obwiniał ją za to, 
co   im   się   przydarzyło.   Opatulona,   wyglądała   ciężko   i 
niezgrabnie. Kiedy ubierali się pod okiem trzech ubeków, 
Mika podrzuciła mu sweter ze słowami: „Trzeba nałożyć 
na siebie jak najwięcej". 

Był   jej   wdzięczny   za   ten   gest   i   za   sweter,   dzięki 

któremu   trząsł   się   z   zimna   odrobinę   mniej,   ale   nic   nie 
mógł   poradzić   na   to,   że   Mika   absolutnie   mu   się   nie 
podoba i nie może dzielić z przyjacielem jego fascynacji. 
Zamknęli   mnie,   siedzę   w   więzieniu   w   obcym   kraju 
ogarniętym wojną i rozmyślam o dupach, zamiast o tym, 

background image

co   napiszę,   przywołał   się   do   porządku   Jim.   Zacznę   od 
rewizji,   potem   jak   skuli   Michaela...   Nie   był   jednak   w 
stanie wywołać w sobie żadnego zapału do opisywania 
tych wydarzeń. Kogo to obchodzi? Zamknęli mnie. Mój 
problem.   Odczuwam   dyskomfort,   strach,   ale   przede 
wszystkim mijają godziny i nic. Żadnego dramatu, tylko 
smętne siedzenie w zimnie i o głodzie. Pierwszy Jonas 
polegnie z nudów już przy trzecim akapicie. Skrzywi się 
w ten charakterystyczny dla siebie sposób i powie: „No i 
co, biedactwo, zamknęli cię i naprawdę nic więcej się nie 
działo?". Jim przymknął oczy. Boże, żeby jakiś cudowny 
wehikuł czasu przeniósł go daleko stąd. Będę żył inaczej, 
obiecał sobie. Nie muszę być sam. Miss Zawadzky jest 
całkiem niezła. I lubi mnie.

Wszedł   strażnik   z   wózkiem,   na   którym   stał   wielki 

blaszany termos z kawą i kromki chleba posmarowanego 
smalcem. W milczeniu podał im należne porcje i wyszedł. 
Strażnik, który ich pilnował, krzyknął za nim, ale ten nie 
usłyszał,   wobec   tego   wybiegł.   Po   chwili   wrócili   obaj   i 
stojąc   pod   drzwiami,   o   czymś   rozmawiali.   Aresztanci 
zostali sami, ale jeszcze przez chwilę w pomieszczeniu 
panowało milczenie. Jakby wszyscy zastanawiali się nad 
tym, co powiedzieć. Wreszcie odezwał Jim.

- Mam nadzieję, że Grubas nas z tego wyciągnie.
- Na pewno, ale co się stanie z dziewczynami? - zapytał 

Mike.

Jim zawstydził się, że o tym nie pomyślał. Pal sześć 

Mikę, ale Anna jest przecież jego kuzynką.

background image

-  Aniu,   przecież   twój   ojciec   jest   wojskowym!   -   Jim 

wykrzyknął, tak jak gdyby dokonał jakiegoś odkrycia. - 
Muszą pozwolić ci się z nim skontaktować.

- Nie mam zamiaru o nic go prosić - powiedziała Anna 

z nagłym zniecierpliwieniem w głosie. - A poza tym mój 
ojciec nie jest wojskowym, tylko dziennikarzem.

-  Świetnie,   wobec   tego   zamarznijmy   tutaj   wszyscy 

razem - odparł Jim, urażony jej postawą. - A co do twego 
ojca, to na własne oczy widziałem go w mundurze. U nas 
dziennikarze   nie   chodzą   tak   do   pracy   -   dodał   jeszcze, 
uśmiechając się złośliwie.

-  Na   pewno   wywiozą   nas   z   Warszawy   -   stwierdziła 

spokojnie   Mika,   próbując   zażegnać   konflikt   między 
kuzynami. - Wszystkie obozy dla internowanych są poza 
miastem.

- Będziesz miał z tego niezły kawałek do gazety, Jim. - 

Mike się uśmiechnął. - W Wietnamie byłoby cieplej, ale 
korespondencje z Europy też się liczą.

- To ten pieprzony kraj leży w Europie? - Jim podniósł 

głos,   bo   tak   naprawdę   był   piekielnie   zły   na   siebie. 
Natrętne   pytanie   „po   cholerę   się   tu   pchałem?"   znów 
cisnęło mu się na usta. - Byłem pewien, że to głęboka 
Azja.

-  Jak   możesz   tak   mówić,   Jim?   -   Anna   nie   kryła 

oburzenia.

- Dajcie spokój, są ważniejsze sprawy do omówienia - 

powiedziała Mika pojednawczo. Jim był wściekły, że to 
właśnie   ona   stanęła   w   jego   obronie,   zwłaszcza   gdy 

background image

przyłapał   zachwycone   spojrzenie   Michaela,   którym   ten 
patrzył na Mikę. On naprawdę zwariował, westchnął w 
duchu Jim, gapi się na nią, jakby odezwał się sam Martin 
Luter King.

- Posłuchajcie, myślę, że powinniśmy...
Mika przerwała, bo usłyszeli podniesione głosy i jakiś 

rwetes za drzwiami. Po chwili wkroczył Bill Cameron, jak 
zwykle zasapany, spocony, w rozpiętym płaszczu.

- No, widzę, że podali wam niezłą kolację - powiedział, 

wskazując na resztki chleba ze smalcem, które pozostały 
na talerzach.

-  Czy   ty   zawsze   musisz   mówić   o   jedzeniu,   Bill?   - 

zapytał uprzejmie Mike.

Dwaj   strażnicy   stali   w   drzwiach   i   przyglądali   się   z 

uwagą całej scenie, jakby rozumieli każde wypowiedziane 
słowo.

- Wiedziałem, że narobicie sobie kłopotów, a tyle razy 

powtarzałem,   żebyście   się   w   nic   nie   pakowali.   No   i 
proszę, teraz mamy pasztet.

- Po prostu złożyliśmy wizytę naszej znajomej - zaczął 

Jim - u...

-  U   której   przypadkiem   odbywało   się   konspiracyjne 

zebranie - dokończył Grubas.

-  Jesteś   dobrze   poinformowany,   jak   zawsze   -   dodał 

Mike i uśmiechnął się  do Jima. Ten mrugnął  do niego 
porozumiewawczo.   Przyjaciele   odnaleźli   utracone 
poczucie   solidarności,   znów   połączyła   ich   niechęć   do 
Grubasa.

background image

-  Nie   myślcie,   że   was   z   tego   łatwo   wyciągnę. 

Rozmawiałem już z paroma osobami, ale na razie musicie 
tu   zostać,   chociaż   zupełnie   nie   rozumiem   dlaczego.   - 
Grubas nachylił się i zaczął szeptać.

-  Nie wysilaj się, przecież oni nie rozumieją tego, co 

mówisz. - Mike ruchem głowy wskazał na strażników i 
parsknął śmiechem.

-  Tu   się   nie   ma   z   czego   śmiać.   -   Grubas   nerwowo 

ocierał pot z czoła. - Nie rozumiem, dlaczego nie chcą 
was stąd wypuścić?

- Mają nas za amerykańskich szpiegów - oznajmił Jim. 

- Zabrali torbę Michaela z aparatami i zdjęciami...

- Nie żartuj. - Grubas wyraźnie zbladł. - Niech to diabli.
Jim poczuł, że po plecach przebiegł mu zimny dreszcz. 

Kto wie, jak skończy się ta cała historia?

- No, nic, muszę lecieć i spotkać się z kimś. Na razie się 

nie martwcie, chłopcy. Uszy do góry. Pewnie chcą was 
trochę   postraszyć.   W   końcu   jesteście   przedstawicielami 
wrogiego mocarstwa. No, to cześć  chłopaki, trzymajcie 
się. Do widzenia, paniom. - Grubas skłonił się jak zwykle 
gibkim ruchem i wybiegł. Więźniowie popatrzyli po sobie 
zrezygnowanym wzrokiem. Nawet Grubas nie przyniósł 
im żadnej nadziei, a co gorsza, nie umiał ukryć niepokoju. 
Przynajmniej   Mike   wygląda   na   mniej   szczęśliwego, 
pomyślał   z   satysfakcją   Jim.   Chciał   coś   powiedzieć,   ale 
zrezygnował, bo czuł, że żołądek podchodzi mu do gardła.

Jeden   ze   strażników   wywiózł   wózek   z   resztkami 

kolacji. Ten, który pozostał, oznajmił, że dzisiejszą noc 

background image

aresztanci spędzą na ławach, a dopiero rano dowiedzą się, 
co dalej się z nimi stanie.

-  Nie   ma   jeszcze   decyzji   w   waszej   sprawie   - 

poinformował krótko. - Będziecie spać tu razem, bo nie 
wiedzą,   co   z   wami   zrobić,   a   poza   tym   nie   mam   już 
męskich cel; wszędzie pełno tego motłochu.

Anna   przetłumaczyła   jego   słowa.   Znowu   wszyscy 

czworo popatrzyli na siebie bezradnie. Jim pochylił się w 
kierunku Michaela i szepnął mu wprost do ucha:

- Sam chciałeś się w to wpakować. Nie moja wina.
Mike spojrzał na niego, niemile zaskoczony.
-  Co   ty,   cieszę   się,   że   tu   jestem   -   powiedział   z 

naciskiem - przynajmniej coś się dzieje. To jest wreszcie 
prawdziwe życie.

-  O ile nie skończy się śmiercią. - Jim uśmiechnął się 

blado.

Mike wzruszył ramionami, przesunął się w stronę Miki 

i coś szeptał jej do ucha. Anna drzemała. Jim poczuł się 
znowu piekielnie samotny. Mike zawsze potrafił znaleźć 
sobie kogoś, na kim mógł się wesprzeć. On musiał dawać 
sobie radę sam. Zgrzytnęły drzwi, wszedł drugi strażnik. 
Uważnie rozejrzał się po celi i zawołał: - Koniec rozmów. 
Cisza nocna.

Jim odetchnął z ulgą, teraz wszyscy zostaną tylko ze 

swoimi myślami.

Cała czwórka, choć piekielnie zmęczona, spała źle. W 

celi było zimno i duszno. Jim gapił się w ciemność i po 
raz pierwszy poczuł, że jest mu wszystko jedno, co stanie 

background image

się z nim, Michaelem i całą resztą. W zasadzie zależało 
mu   tylko   na   kąpieli.   Marzył   o   wannie,   wypełnionej 
pieniącą się, gorącą wodą i szorstkich ręcznikach, którymi 
do   sucha   można   wytrzeć   rozgrzane   ciało.   Kiedy   brali 
kąpiel, razem z Barbarą, w jednej wielkiej wannie, ona 
dokładnie osuszała go ręcznikiem, całując przy tym gdzie 
popadło.   Barbara   potrafiła   być   delikatna,   serdeczna, 
rozkoszna,   kiedy   tylko   miała   wrażenie,   że   całkowicie   i 
bez   zastrzeżeń   ją   akceptuje.   Ale   jego   tak   wiele   rzeczy 
drażniło, w zasadzie ciągle miał do niej pretensje. A to nie 
podobało   mu   się   jej   uczesanie,   a   to   bluzka   czy   nawet 
sposób,   w   jaki   akcentowała   niektóre   słowa.   Jak   ona 
mogła, rozmyślał Jim, wytrzymać tyle czasu z kimś takim 
jak ja? Ogarnął go nagły wstyd i tęsknota za czułością 
kobiety, którą przez własną głupotę stracił. Jeśli uda mi 
się   wrócić,   spotkam   się   z   nią,   obiecywał   sobie,   i 
przeproszę, przynajmniej to jej się należy. Rozmyślania 
przerwał mu cichutki szept Michaela:

- Musimy coś wymyślić, stary.
-  W   porządku,   co   proponujesz?   -   odszepnął,   czując 

nagłą, niezrozumiałą złość. - Bo ja osobiście nie widzę 
żadnego wyjścia z tej gównianej sytuacji.

- Przede wszystkim trzeba pomyśleć o dziewczynach.
- No jasne, poświęćmy dla nich własne życie - wycedził 

jadowicie Jim. - Zdaje mi się, Mike, że ty o niczym innym 
nie marzysz.

-  Czego się tak wściekasz? - Mike był dotknięty jego 

nieprzyjazną reakcją.

background image

-  Chyba   nietrudno   się   domyślić?   -   Jim   gwałtownie 

odwrócił się od Michaela. Nie chciało mu się z nim gadać. 
Wydał   mu   się   niedorzeczny   w   swoich   reakcjach 
zakochanego  faceta.  Właściwie  śmieszny.  Ale   w  końcu 
był   jego   kumplem,   jedynym,   jakiego   miał   na   całej 
północnej półkuli.

- Dobranoc Lancelocie - mruknął ugodowo do Michaela 

i zasnął. 

background image

Rozdział 12

Następnego   dnia   koło   południa   w   celi   pojawiło   się 

dwóch   cywilów,   w   garniturach   i   starannie   zaciśniętych 
krawatach.   Grzeczność   i   uprzejmość   okazywali   niemal 
demonstracyjnie.   Oznajmili,   że   zabierają   Amerykanów 
oraz Annę na przejażdżkę.

- A co z moją przyjaciółką? - dopytywała się Anna.
-  Proszę   się   nie   martwić.   Nie   stanie   się   jej   żadna 

krzywda - odpowiedział facet w buraczkowym garniturze 
w czarne paski.

Jim   doskonale   zrozumiał,   o   czym   rozmawia   jego 

kuzynka z Buraczkowym, i na wieść o tym, że Mika nie 
będzie   im   towarzyszyć,   ucieszył   się.   Drażniła   go   ta 
dziewczyna.   Anna   dalej   indagowała   Buraczkowego   w 
sprawie Miki, a Jim wyjaśnił Michaelowi, że gdzieś ich 
zabierają. Ani słowem nie wspomniał mu jednak, że Mika 
z nimi nie pojedzie. Im później to do niego dotrze, tym 
lepiej, pomyślał sobie.

Buraczkowy uprzejmie i stanowczo uciął rozmowę.
-  Pora na nas - powiedział i uśmiechnął się, błyskając 

krzywymi, ale bardzo białymi zębami. Anna szybciutko 
podeszła   do   Miki   i   ucałowała   ją   w   oba   policzki. 
Dziewczyna była bardzo blada i wyraźnie starała się być 
dzielna, ale po twarzy spływały jej łzy. Zdezorientowany 
Mike zapytał:

background image

- Co się dzieje?
- Mika nie jedzie z nami - odparła Anna.
-  Dlaczego?   -   zapytał   Mike,   a   po   chwili   namysłu 

stwierdził: - Wobec tego ja też nie jadę.

-  Mike,  nie   rób  cyrku -   poprosił  Jim  -  w  końcu  nie 

wiadomo, dokąd jedziemy. Może będzie jej lepiej...

- Zostaje sama, nie rozumiesz? Będzie się bała.
- Cisza! - ryknął Buraczkowy, który najwyraźniej miał 

dość   wszelkich   rozmów   i   własnej   uprzejmości.   - 
Wychodzić, szybko. Raz, dwa.

Mike nieporuszony siedział na ławce.
- Powiedz mu, że jedziemy - zwrócił się drugi cywil do 

Anny - i powiedz, że nie chcemy używać siły.

Anna przetłumaczyła jego słowa, a od siebie dodała, że 

jego opór nie ma sensu, pogarsza tylko sytuację. Mike, 
który zdaniem Jima, zachowywał się jak idiota, w ogóle 
nie odpowiadał i dalej siedział bez ruchu, tylko kurczowo 
chwycił się krawędzi ławy. Buraczkowy wypchnął Annę i 
Jima   na   korytarz   i   kiwnął   głową   na   strażnika.   Ten 
błyskawicznie   podszedł   do   Michaela,   chwycił   go   pod 
ramiona, wykręcił ręce do tyłu i zatrzasnął kajdanki na 
przegubach. Mike zaskoczony nagłością ataku w ogóle nie 
zareagował. Do diabła, pomyślał Jim, co z nim jest? Już 
drugi raz zakładają mu te przeklęte kajdanki.

-  Uspokój   się,   Mike.   -   Głos   Miki   zabrzmiał 

nadspodziewanie   spokojnie.   -   Dam   sobie   radę.   Nie 
martwcie się o mnie.

- Dość tych pożegnań - rzekł Buraczkowy. - Idziemy.

background image

W   samochodzie,   a   właściwie   eleganckiej   czarnej 

limuzynie, którą kierował ten drugi, Buraczkowy odzyskał 
poprzednią   uprzejmość.   Zdjął   Michaelowi   kajdanki   i 
poinformował   całą   grupę,   że   będą   jechać   najwyżej   pół 
godziny.   Potem   zapadło   milczenie.   Jim   wyglądał   przez 
okno samochodu. Dzień był słoneczny. Żołnierze stojący 
przy czołgach wystawiali twarze do słońca. Przy sklepach 
wiły się długie kolejki. Nic się nie zmieniło, skonstatował 
Jim w myślach, stale to samo. Spojrzał na Michaela, który 
siedział wyprostowany jak struna. Próbował złapać jego 
spojrzenie,   ale   Mike   był   zbyt   pochłonięty   własnymi 
myślami.

Po dwudziestu pięciu minutach jazdy po niemal pustych 

jezdniach wjechali w leśną drogę. Mike ocknął się i lekko 
szturchnął Jima łokciem. No, wreszcie odzyskał instynkt 
samozachowawczy,   stwierdził   z   zadowoleniem   Jim   i 
uśmiechnął się do przyjaciela. Anna wtulona w siedzenie 
samochodu drzemała. Opadła jej broda, a z ust poleciała 
cienka strużka śliny. Wyglądała źle. Biedna dziewczyna, 
pomyślał Jim ze współczuciem, ja stąd kiedyś wyjadę, a 
ona musi tu żyć.

Limuzyna zatrzymała się przed bramą, którą otworzył 

żołnierz. Po przejechaniu jeszcze kilkudziesięciu metrów 
zaparkowali   przed   dużą   willą,   z   pięknymi   balkonami   i 
werandą z drzewa modrzewiowego ciętego w koronkowe 
wzorki. Anna, która właśnie się ocknęła, ze zdumieniem, 
mrugając oczami, patrzyła na dom.

-  Wysiadamy - polecił Buraczkowy, a żołnierz, który 

background image

zszedł   po   szerokich   schodach,   prowadzących   do   willi, 
otworzył   drzwi   samochodu,   najpierw   Buraczkowemu,   a 
potem całej reszcie.

- Szef w domu? - zapytał Buraczkowy.
- Czeka - odpowiedział krótko żołnierz.
- Idziemy, idziemy - ponaglił Buraczkowy gramolących 

się z samochodu przyjaciół.

Żołnierz   wprowadził   ich   do   wielkiego   salonu, 

połączonego z jadalnią. Duży, ciemny, błyszczący stół był 
nakryty   na   trzy   osoby.   Jim   objął   zastawiony   stół 
zachwyconym   wzrokiem.   Nie   wierzył   własnym   oczom. 
Na   stole   stało   pieczywo,   szynka,   ser,   pasztet 
ugarnirowany   śliwkami,   ogórki,   kawior   w   kryształowej 
misie, na lodzie, a nawet ćwiartka wódki i soki. Roznosił 
się   smakowity   zapach   kawy,   parującej   z   wielkiego 
dzbanka.   Obok   niego   na   srebrnej   paterze   piętrzyły   się 
ciastka   z   kremem.   Buraczkowy   skłonił   się   jak   lokaj   i 
wskazał na stół.

- Siadajcie i jedzcie. Potem porozmawiamy.
Buraczkowy   opuścił   pokój.   Został   z   nimi   żołnierz, 

który ich obsługiwał i na początek starannie rozlał wódkę 
do   małych   kryształowych   kieliszków,   a   potem   sok   do 
kryształowych szklaneczek ze złotym szlaczkiem. Przez 
długą   chwilę   wszyscy   troje   siedzieli   w   milczeniu,   nie 
wiedząc,   co   zrobić,   wpatrywali   się   w   góry   jedzenia   na 
stole. Wreszcie Mike podniósł kieliszek wódki, wychylił 
go do dna jednym haustem i pusty wskazał żołnierzowi do 
napełnienia.   Anna   i   Jim   poszli   w   ślady   Michaela,   a 

background image

żołnierz uśmiechnął  się  i powiedział:  „Na  zdrowie". W 
chwilę potem cała trójka rzuciła się na jedzenie. Najpierw 
jedli   szybko,   połykając   wielkie   kęsy,   żeby   zaspokoić 
pierwszy głód. Potem zaczęli smakować kolejne potrawy. 
Gdy   już   właściwie   byli   najedzeni,   krępa   kobieta   w 
niebieskim fartuchu wniosła wazę z parującą zupą. Przy 
deserze   żołnierz   poczęstował   ich   papierosami.   Jim, 
wdychając dym, poczuł się jak w niebie. Papierosy były 
mocne. Na języku czuł jeszcze smak kawy zmieszany ze 
słodyczą czekoladowego ciastka, które zjadł przed chwilą. 
Wszędzie,   nawet   w   piekle   można   znaleźć   chwilę 
przyjemności,   pomyślał   i   rozkoszował   się   uczuciem 
sytości.

Anna też odzyskała werwę. Zarumieniły się jej policzki, 

oczy   błyszczały   od   wypitego   alkoholu   i   źle   przespanej 
nocy. Wyglądała tak ślicznie, że Jim pożałował, iż jest 
jego   najbliższą   krewną.   Tylko   Michaela   nie   opuszczał 
kiepski nastrój i widać było, że ma im za złe tak nagle 
odzyskaną pogodę ducha. Gdy żołnierz wynosił naczynia, 
Mike   wziął   ze   stołu   garść   czekoladek   i   schował   do 
kieszeni.   Jego   zapobiegliwość   wprawiła   Jima   w 
zdumienie, ale zrobił to samo.

- Bogaci zawsze potrafią się urządzić, a biedni idą ich 

śladem - zażartował Jim, mrugnąwszy do przyjaciela.

-  Czy Mike jest bogaty? Nic o tym nie mówiliście? - 

zainteresowała się Anna.

-  Jasne,   mam   całe   dwieście   sześćdziesiąt   dolarów   - 

roześmiał się Mike, ale zgromił przyjaciela wzrokiem. Jim 

background image

miał czasami nieprzepartą ochotę opowiedzenia o majątku 
Michaela,   choć   sam   nie   rozumiał   dlaczego,   bo   w   tych 
warunkach wydawał się kompletnie abstrakcyjny.

Mike   spojrzał   na   zegarek.   Odkąd   się   tutaj   znaleźli, 

minęła co najmniej godzina. Po co ich przywieźli? Stanął 
przy oknie i wpatrywał się w wysokie, strzeliste sosny, 
lekko   przypudrowane   śniegiem.   Było   mu   strasznie   żal 
Miki; widział przed sobą jej duże oczy, w których czaił się 
przestrach, a jednocześnie hardość i odwaga. Pocałowała 
go   na   pożegnanie,   tak   jakoś   miękko   i   czule.   Potarł 
policzek, tuż przy kąciku ust, gdzie dotknęły go jej mokre 
wargi. Znów poczuł pożądanie. Marzył o tej zwyczajnej 
dziewczynie, jak chyba nigdy o żadnej kobiecie. Jak to 
powiedziała? Walczymy o godność człowieka i....

-  Mike, Mike - usłyszał zniecierpliwiony głos Anny. - 

Zasnąłeś? Siadaj z nami. - Wskazała miejsce na kanapie. - 
Musimy się zastanowić, co robimy?

-  Nasz   problem   polega   na   tym,   że   nic   nie   możemy 

zrobić.   Przecież   stąd   nie   uciekniemy   -   odparł   niezbyt 
grzecznie Mike, bo był zły, że przerwano mu rozmyślania. 
Tak lubił o niej myśleć, rozważać niuanse związku, który 
dotąd   istniał   bardziej   w   jego   wyobraźni   niż   w 
rzeczywistości.

- Zostało jeszcze trochę wódki, to ją dokończymy. No, 

wreszcie   masz   o   czym   napisać   swój   reportaż   życia   i 
powalić Jonasa na kolana. Mój przyjaciel - wyjaśnił Annie 
Mike - o niczym innym nie marzy.

- Eee tam - machnął ręką Jim - to dopiero fascynująca 

background image

opowieść. Najpierw wpakowali nas do więzienia, a potem 
do   tej   koszmarnej   willi,   gdzie   podali   rosyjski   kawior. 
Jonas naprawdę się wzruszy. Będzie płakał jak bóbr.

-  Obawiam  się   drogi  Watsonie,  że   nigdy  nie  zrobisz 

kariery - stwierdził Mike, patrząc kpiąco na przyjaciela.

-  Mam w dupie karierę, drogi panie Smith. Chcę jak 

najszybciej   wrócić   do   domu   -   odpowiedział   Jim 
chrapliwym   głosem.   Mike   potrafił   być   cholernie 
denerwujący.

- No, w tym przynajmniej jesteśmy zgodni - powiedział 

pojednawczo Mike, a Jim spojrzał na niego zdziwiony. 
Był pewien, że Mike, ze względu na Mikę, chce zostać w 
Polsce   jak   najdłużej.   Widać   odzyskał   jednak   zdrowy 
rozsądek.

- Zabierzemy ze sobą Annę - zaproponował Jim.
- O nie, nigdy - odparła, machając ręką, jakby opędzała 

się   od   muchy.   -   Nie   wyobrażam   sobie   życia   poza   tym 
krajem.   Z   trudem   wytrzymywałam   nawet   w   Anglii. 
Miałam  tam narzeczonego, ale  nie  chciałam zostać. Tu 
jest moje miejsce.

-  Nie   wiem,   co   ci   się   tu   tak   podoba?   -   bardziej 

stwierdził niż zapytał Jim.

- Ja też nie wiem. - Parsknęła śmiechem. - Chyba lubię 

wojskowy dryg i porządek.

Nagle   zamilkła   i   spojrzała   na   drzwi,   które   najpierw 

lekko się uchyliły, a potem szybkim, nerwowym krokiem 
wkroczył do pokoju wysoki, dość szczupły mężczyzna w 
średnim   wieku.   Był   ubrany   w   cywilne   spodnie,   ale   na 

background image

rozpiętą koszulę miał nałożoną wojskową kurtkę. Za nim, 
w odpowiedniej odległości, jak arabska żona, posuwał się 
Buraczkowy.

Na widok wchodzącego mężczyzny Anna wyraźnie się 

zmieszała.   Ten   szybkim   krokiem   podszedł   do   niej, 
pocałował ją w rękę i powiedział:

-  Jakże   pani   wyrosła.   Pamiętam   panią   jako   małą 

dziewczynkę.

Anna też doskonale go pamiętała. To był Jan Kuczek, 

kolega ojca sprzed lat, z jednej redakcji. Bywał u nich w 
domu,   a   ojciec   był   dumny   z   przyjaźni   z   Kuczkiem, 
wybitnym reporterem, którego teksty wywoływały zawsze 
szerokie   zainteresowanie.   Potem   ich   drogi   jakoś   się 
rozeszły. Kuczek zaczął pisać teksty polityczne, które ojcu 
nie   zawsze   przypadały   do   gustu.   Całkowity   rozłam 
między   nimi   nastąpił   w   1968   roku,   wówczas   Kuczek 
gromił   w   swoich   artykułach   syjonizm.   W   najbardziej 
znanym   tekście   pt.   „Polska   dla   Polaków",   namawiał 
wszystkie   osoby   pochodzenia   żydowskiego   do 
jednoznacznego określenia się i wyjazdu z kraju. „Nasza 
niebogata   ojczyzna   nie   jest   w   stanie   wykarmić 
wszystkich,   a   obcy   naszej   słowiańskiej   historii   sami 
powinni   odejść"   -   tak   brzmiało   najsłynniejsze   zdanie   z 
jego   artykułu.   Kiedy   wrócili   całą   rodziną   z   Londynu, 
Kuczek   od  dawna   nie   był   już   dziennikarzem.   Zajął   się 
polityką   i   pełnił   odpowiedzialne   stanowisko   w 
najwyższych   władzach   państwowych.   Był   także   szarą 
eminencją   dzięki   swoim   wpływom   wśród   wojskowych. 

background image

Kiedyś w swoich tekstach wykpiwał rządy portugalskich 
pułkowników,   obecnie   sam   stał   się   wpływowym 
pułkownikiem. Znał świetnie kilka języków. Ojciec mówił 
o nim, że jest niebezpieczny i unikał jak ognia wszelkich z 
nim kontaktów.

-  Zaprosiłem tutaj panią, bo potrzebuję tłumacza. Mój 

angielski   jest   zbyt   słaby   -   uprzejmie   wytłumaczył 
pułkownik. - A wiem skądinąd, że dłuższy czas spędziła 
pani w Anglii.

- Tak, to prawda - powiedziała Anna, czując idiotyczny 

respekt   przed   tym   facetem,   który   przypominał   jej 
nauczyciela   literatury   z   brytyjskiego   college'u. 
Jednocześnie   dostrzegła   w   jego   słowach   fałsz,   który 
jeszcze bardziej ją przestraszył.

-  Cieszę się, panowie - zwrócił się do Amerykanów, 

mówiąc   dobitnie   i   powoli,   żeby   Anna   mogła 
przetłumaczyć każde jego słowo - że jesteście gośćmi w 
naszym kraju. Zdaję sobie sprawę, że spotkały was tutaj 
pewne   przykrości,   ale   chyba   wiecie,   że   sytuacja   się 
normalizuje.   Żaden   kraj   nie   znosi   anarchii,   a   w   Polsce 
mieliśmy do czynienia z bałaganem i brakiem respektu dla 
jakiejkolwiek   władzy.   Istniała   groźba   zewnętrznej 
interwencji. Fakt, że nie przyjechaliście tu oglądać wojny, 
rzezi, masakry - wyraźnie rozkoszował się tymi słowami - 
masakry, powiadam, zawdzięczamy tylko generałowi. Nie 
mamy krwi na rękach, ale porządek musi być. W Stanach 
niepotrzebnie   robi   się   z   byle   czego   sensację.   No   cóż, 
macie   wolną   prasę   -   jego   głos   brzmiał   sarkastycznie   - 

background image

więc   każdy   może   wypisywać   głupstwa...   Nie   jesteśmy 
zainteresowani   podgrzewaniem   atmosfery   wokół   stanu 
wojennego. Nie chcemy, żeby Amerykanie byli naszymi 
wrogami. Potrzebujemy zrozumienia dla naszych działań.

- Aby je uzyskać, nie musicie chyba zamykać ludzi do 

więzień? - zapytał buńczucznie Mike.

-  Pan   nie   do   końca   rozumie,   w   jakich   warunkach 

musimy   pracować.   Bez   przerwy   spiski,   konspiracja, 
szepty, a tymczasem kraj stacza się po równi pochyłej. 
Niektórzy ludzie muszą być izolowani, aby nie szerzył się 
bałagan. Wie pan jak to jest, jedna zarażona owca, a pada 
całe stado.

Kuczek włożył ręce do kieszeni i nerwowo przechadzał 

się po pokoju, w tę i z powrotem.

-  Może ludzie się buntują, bo chcą innej władzy - nie 

ustępował Mike.

-  O   jakiej   innej   władzy   pan   mówi?   Świetnie   pani 

tłumaczy, moja droga... bardzo sprawnie. Skończyła pani 
studia za granicą, prawda?

- Tak - odparła cichutko Anna.
-  No   proszę,   sami   widzicie,   że   stwarzamy   naszym 

obywatelom   różne   możliwości.   Pani   Anna   skończyła 
studia za granicą. Chciałbym, żeby moje dzieci także tam 
studiowały. Może Londyn? Może Stany? Tak, Stany nie 
byłyby złe, wiem, że fundacja pańskiego stryja przyznaje 
stypendia najzdolniejszym. - Serdecznie uśmiechnął się do 
Michaela. - No cóż, Harvard albo UCLA, można  tylko 
pomarzyć.

background image

Anna   spojrzała   na   Michaela   z   całkowitym 

zaskoczeniem,   ale   nie   miała   czasu   zastanawiać   się   nad 
słowami Kuczka, bo ten mówił coraz szybciej.

- Moje dzieci, a mam córkę i syna, bliźnięta, od lat uczą 

się   angielskiego.   Sam   nie   potrafię,   niestety,   ocenić,   w 
jakim   stopniu   opanowały   ten   język.   Chciałbym   poznać 
obiektywną opinię o ich umiejętnościach, tym bardziej, że 
za   rok   zdają   maturę.   Nauczyciele,   którzy   ich   uczą,   nie 
zawsze potrafią sami oszacować swoją pracę. Zaprosiłem 
tutaj panów, bo moi drodzy, powiem wprost, chciałbym, 
abyście   przepytali   moje   dzieci   z   języka   angielskiego. 
Niezręcznie mi o to prosić, ale nie zajmie to wiele czasu.

-  Nie   mamy   nic   specjalnego   do   roboty   -   kpiąco 

zapewnił go po polsku Jim.

- Za godzinę wracają ze szkoły. - Kuczek udał, że nie 

dosłyszał komentarza Jima, i mówił nadal, patrząc prosto 
w   oczy   Amerykanom,   jakby   rzeczywiście   wierzył,   że 
mogliby   mu   odmówić.   -   Chciałbym,   żeby   to   wypadło 
naturalnie. A może jeszcze kawy? Koniaku? Papierosa?

Zapadło chwilowe milczenie, po czym Anna zaczęła się 

histerycznie śmiać.

-  Pamięta pan brytyjskie wieczory w naszym domu? - 

zapytała po angielsku Anna, kiedy już opanowała chichot. 
- Miałam chyba osiem lat, kiedy co czwartek spotykaliście 
się u nas, mama podawała kanapki z masłem i ogórkiem, 
kruche   ciasteczka,   a   wy   popijaliście   whisky   i   paliliście 
cygara.   Rozmawialiście   wyłącznie   po   angielsku   o 
polityce,   sami   mężczyźni.   Bawiliście   się   w   angielskich 

background image

lordów. Ha, ha, ha! Byłam strasznie ciekawa, co tam się 
dzieje, więc próbowałam wsunąć się do pokoju za każdym 
razem, kiedy mama donosiła wam jedzenie. A pan na mój 
widok zawsze powtarzał to samo: Ann, come to me and 
give   me   a   big   hug.   Nie   wiedziałam,   co   to   znaczy,   ale 
bałam się tych słów... może dlatego tak dobrze wryły mi 
się w pamięć. Po co pan kazał mnie  tu przywieźć? Po 
diabła ten cały cyrk z tłumaczeniem?

Kuczek   popatrzył   na   nią   z   odrazą,   ale   grzecznie 

odpowiedział, tym razem po angielsku:

- Chciałem cię poznać, moja droga, przekonać się, jaka 

jesteś   naprawdę.   Mam   wielki   sentyment   do   twojej 
rodziny, a zwłaszcza matki. Dochodzą do mnie różne o 
tobie   opinie.   Chyba   nie   ma   w   tym   nic   dziwnego,   że 
chciałbym lepiej poznać dawno niewidzianą córkę mojego 
przyjaciela.

-  Wybrał   pan   dziwne   okoliczności,   a   poza   tym   mój 

ojciec nie jest wcale pańskim przyjacielem. - Anna czuła, 
że usta wykrzywiają się jej w podkówkę, ale choć starała 
się z całych sił, nie była w stanie zapanować nad mimiką.

- Mylisz się, moja droga, z twoim ojcem bardzo wiele 

mnie   łączy,   tak   samo   myślimy   o   świecie.   Z   tobą   jest 
inaczej, wiem o tym.

Anna chciała jeszcze coś powiedzieć, ale Mike szybko 

podniósł   się   z   kanapy,   podszedł   do   pułkownika   i 
powiedział:

-  Oczywiście,   z   przyjemnością   porozmawiamy   z 

pańskimi   dziećmi,   zanim   jednak   nadejdą,   chciałbym   z 

background image

panem chwilę porozmawiać na osobności, o ile nie ma 
pan nic przeciwko temu.

-  Z   największą   przyjemnością,   z   największą.   - 

Pułkownik   zacierał   ręce   i   kilkakrotnie   powtórzył.   - 
Oczywiście, ależ tak. Chodźmy do mojego gabinetu.

background image

Rozdział 13

Mike przygotował dwa wielkie kubki z gorącą herbatą i 

dolał do niej whisky. W mieszkaniu panowało lodowate 
zimno.   Wyłączone   kaloryfery   pokryły   się   lekkim 
szronem. Siedzieli z Jimem jak na dworcu, ubrani w grube 
swetry, a nawet czapki i rękawiczki.

-  Musimy   się   poważnie   zastanowić   -   stwierdził 

stanowczo Jim, parząc sobie usta herbatą - w jaki sposób 
stąd się ewakuujemy. Trzeba uruchomić Grubasa, niech 
ruszy głową.

- Nie wiem, jak ci to powiedzieć - Mike stał tyłem do 

Jima i gapił się w okno - ale na razie nie możemy stąd 
wyjechać.

-  Co to znaczy? Czy chodzi o te twoje amory? - Jima 

złościł   fakt,   że   przemawiał   do   pleców   Michaela,   więc 
poirytowanym głosem dodał jeszcze: - Wkurwia mnie ten 
kraj. Nie chcę tu być. Rozumiesz to?

- Rozumiem, ale moje, jak powiadasz, amory nie mają z 

tym   nic   wspólnego.   -   Odwrócił   się   od   okna   i   zaczął 
przechadzać   po   niewielkim   pokoju.   -   Powiem   ci,   o   co 
chodzi kiedy indziej, ale nie w tej chwili. Teraz jednak 
raczej nie wybieraj się w drogę.

Jim   przez   chwilę   patrzył   na   Michaela,   jakby   nie 

rozumiejąc,   co   powiedział.   Wreszcie   wykrztusił, 
obrzucając go pełnym niechęci wzrokiem:

background image

-  Powiem ci coś. Nie obchodzą mnie twoje tajemnice. 

Rób, co chcesz, ja się stąd zabieram, jak najszybciej.

-  Zrozum,   wszystko   ci   powiem,   tylko   miej   trochę 

cierpliwości.   -   Mike   starał   się   zachować   spokój,   ale 
wybuch   przyjaciela   uważał   za   co   najmniej 
niesprawiedliwy.

-  Po   co   zamknąłeś   się   z   pułkownikiem?   Po   cholerę, 

pytam? - wykrzykiwał dalej Jim.

- Jim, nie teraz. - Michael podniósł głos. Czuł, że traci 

cierpliwość.

- Mam cię dość, ciebie i twoich pieprzonych sekretów! 

- wrzasnął Jim. - Wychodzę.

Trzasnął   drzwiami.   Gdy   znalazł   się   na   dworze, 

natychmiast   pożałował   swojej   decyzji.   Sypał   śnieg   z 
deszczem,   podmuchy   wiatru   przenikały   lodowatym 
zimnem. Jima przeszły dreszcze. Nie miał jednak zamiaru 
się   poddać   i   wracać   do   mieszkania.   Mam   go   powyżej 
dziurek   w   nosie,   pomyślał   o   Michaelu.   Postanowił 
odwiedzić swoich krewnych i sprawdzić, co dzieje się z 
Anną. Zauważył nadjeżdżający autobus i ruszył biegiem 
do przystanku.

W mieszkaniu Leskich panował ponury nastrój. Ciotka 

miała   zapuchnięte   oczy,   a   jej   usta   smutek   i   gorycz 
wygięły w łuk. Zgarbiła się, skuliła, zestarzała, tak jakby 
od   ostatniej   wizyty   Jima   upłynęły   nie   dni,   a   lata.   To 
utwierdziło   go   tylko   w   przekonaniu,   że   człowiek   nie 
starzeje się z dnia na dzień, ale wskutek dramatycznych 
wydarzeń,   które   odciskają   się   piętnem   na   psychice   i 

background image

zapisują na twarzach jak czarne litery na białym papierze. 
Anna zaraz przy drzwiach poinformowała Jima, że Michał 
stracił przytomność na ulicy i zabrali go do szpitala. Tam 
odzyskał świadomość, ale przez pewien czas nie pamiętał, 
kim jest, ani nie rozpoznawał nikogo z rodziny.

-  Połóż się, mamo. Zajmę się Jimem, dam mu coś do 

jedzenia. Nie martw się, nie pozwolę mu umrzeć z głodu. 
- Uśmiechnęła się i przytuliła do matki.

- Wolę coś robić, cokolwiek - powtarzała Leska, a Jima 

ogarnęło   uczucie   rodzinnej   solidarności   z   tą   nagle 
postarzałą kobietą, jego ciotką.

-  Wszystko   będzie   dobrze   -   wybąkał   po   polsku   i 

nieoczekiwanie dla siebie, pocałował ją w rękę.

-  Jak tylko ojciec wróci z pracy, zaraz pojedziemy do 

szpitala - mówiła, w ogóle nie zwracając uwagi ani na 
słowa, ani na gest siostrzeńca. - Może już będą znali jakąś 
diagnozę.

- Ładna mi praca - powiedziała Anna, myśląc o ojcu.
- Biegał jak oszalały, żeby załatwić wam zwolnienie. I 

po ci to wszystko? Mamy takie zmartwienie, a ty jeszcze 
nam dokładasz...

-  To   oczywiście,   wszystko   moja   wina.   -   Anna   była 

urażona niesprawiedliwością matki.

Leska   pokiwała   głową,   machnęła   ręką   i   wyszła   do 

kuchni.   Jim   czuł,   że   jakaś   dłoń   ściska   go   za   gardło. 
Ogarnął   go  strach  i   przygnębienie.  Michał,  taki  młody, 
zachorował. Każdy przecież może iść ulicą i nagle upaść. 
Każdy,   Mike,   Anna,   matka.   Boże,   każdy   -   uświadomił 

background image

sobie z przerażającą jasnością - nawet ja. Jakie to okrutne, 
zawsze coś człowiekowi zagraża. Jak przed tym uciec? 
Jak się nie poddać? Ocknął się, czując delikatne muśnięcie 
palców Anny. Zdał sobie sprawę, że dziewczyna siedzi 
przy nim od kilku chwil.

-  Nie martw się - odezwał się do kuzynki łagodnym 

głosem. - To nie musi być nic strasznego.

-  Ja   też   tak   myślę,   ale   starzy   panikują,   szczególnie 

matka.   -   Anna   westchnęła   i   zamilkła,   ale   po   chwili 
poprosiła:

- Opowiedz mi o Michaelu, jaki on jest? Wydaje mi się 

taki tajemniczy.

- Tajemniczy? - Jim poczuł lekki niepokój. Czyżby się 

domyślała, kim jest Mike? - Powiem ci coś, chyba stracił 
głowę dla twojej przyjaciółki.

-  Naprawdę? Twój przyjaciel z moją przyjaciółką, no 

widzisz, wszystko zostaje w rodzinie. - Anna roześmiała 
się,   ale   Jim   zauważył,   że   ta   informacja   sprawiła   jej 
przykrość.   Kolejna   ofiara   Michaela,   pomyślał   z 
rozdrażnieniem, pieprzony Humphrey Bogart. Sama myśl 
o przyjacielu wytrącała dziś Jima z równowagi.

- Czy mogę zostać u was na noc? - zapytał. - Jakoś nie 

chce mi wracać taki kawał drogi.

-  Jasne.   -   Anna   wyraźnie   się   ucieszyła.   -   Pogadamy 

sobie.

- Byle nie o Michaelu. Wkurza mnie ostatnio - wyznał.
- Nie, o nim nie - przyrzekła.
Ciotka co chwilę donosiła im jakieś smakołyki. Anna 

background image

wypytywała   Jima   o   Amerykę,   a   on   bawił   ją   do   łez 
anegdotami   ze   wspólnego   studenckiego   życia   jego   i 
Michaela, starannie jednak unikając wszelkich aluzji do 
majątku Watsonów-Smithów. Stracił już wszelką chęć do 
opowiadania o fortunie Michaela. To podsyciłoby tylko 
zainteresowanie   Anny   i   całej   rodziny.   Wielokrotnie   już 
obserwował, jak ludzie na wieść o bogactwie Michaela 
doznawali   niemal   zmysłowej   fascynacji   jego   osobą. 
Zaczynali traktować go z czułością i delikatnością, jakby 
był kruchą kobietą. Czuł się wówczas zepchnięty na drugi 
plan. Tym razem jednak nie miał zamiaru tracić swojego 
uprzywilejowanego miejsca w kręgu rodzinnym. Należało 
mu   się   nie   tylko   jako   nieoczekiwanie   odnalezionemu 
krewnemu   z   Ameryki,  ale  w   dodatku  dziennikarzowi  z 
najczęściej   na   świecie   cytowanej   gazety.   Szczerze 
mówiąc, Jim początkowo nie zdawał sobie z tego sprawy, 
ale   Leski   właśnie   jego,   a   nie   Michaela,   obdarzał 
szczególnym   zainteresowaniem.   „Między   nami 
dziennikarzami" - powiadał często do Jima i poklepywał 
go   po   ramieniu.   Jim   zdecydowanie   darzył   sympatią 
swojego wuja.

Około   szóstej   wieczorem   wrócił   wprost   ze   szpitala 

Leski. Był w świetnym humorze, bo Michał już zupełnie 
dobrze się poczuł, a lekarze orzekli, że mogła to być utrata 
świadomości   wskutek   przejściowych   kłopotów   z 
ciśnieniem. Leski przeprosił żonę, że do szpitala pojechał 
sam, ale jak powiedział, nie mógł już znieść niepewności 
co do stanu zdrowia syna ani minuty dłużej.

background image

-  Przepraszam   cię   kochanie   -   powiedział   serdecznie, 

obejmując Marię - ale obawiałem się, że to coś naprawdę 
poważnego. Na szczęście nasz synek jest w niezłej formie. 
Trzeba będzie załatwić mu jakieś wakacje, może pojedzie 
na narty. Już ja się wszystkim zajmę.

Maria   przyglądała   się   mężowi.   Zawsze   wiedziała,   że 

kocha   dzieci,   że   jest   dobrym   ojcem,   ale   troska,   którą 
okazywał   synowi,   strach   o   jego   zdrowie   wzruszały   ją. 
Może nie zawsze dobrze im się układało, ale dziś czuła 
bez żadnej wątpliwości, że są parą bliskich sobie ludzi.

Leski wystawił na stół doskonałe francuskie wino, bo 

postanowił,   że   wszyscy   czworo   wspólnie   obleją   dobrą 
wiadomość.

- Nie chcę rozmawiać o tym, co się z wami działo, bo 

nie chcę denerwować matki, i tak już dość zamartwia się o 
Michała - zwrócił się po angielsku do Anny i Jima, gdy 
ciotka wyszła do kuchni. - Mam nadzieję, że nie będziecie 
robić więcej żadnych głupstw, a tobie, Aniu, przydała się 
ta nauczka. Z kim ty chcesz walczyć i o co? Przecież nie 
jest ci źle, moje dziecko.

-  Och, tato, nic nie rozumiesz... chodzi o coś zupełnie 

innego - odpowiedziała mu Anna w tym samym języku. 
Nagle   przyszedł   jej   do   głowy   Londyn   i   angielski 
narzeczony, Joseph, którego tam zostawiła. Kto wie, czy 
wówczas   nie   podjęła   decyzji   wbrew   swojemu 
przeznaczeniu? Ogarnął ją niepokój o własną przyszłość. 
Co będzie dalej z nią, z jej życiem w kraju, gdzie nie tylko 
nie   ma   kiełbasy,   pomyślała   z   gorzką   ironią,   ale   i 

background image

perspektyw   dla   takich  jak  ona?  Czy  zawsze  już   będzie 
tkwić   w   beznadziejnej   alternatywie:   albo   partia,   albo 
opozycja? Nie miała jednak czasu, aby dłużej zastanawiać 
się nad tym problemem, bo dotarły do niej słowa ojca, 
wypowiadane wzburzonym głosem:

- A o co? Powiedz mi raz wreszcie, o co ci chodzi?
-  Na przykład żebym mogła opublikować to, co chcę. 

Pisać o wszystkim i żebym...

- Jesteś jeszcze bardzo naiwna. - Leski nie pozwolił jej 

dokończyć,   ale   jego   głos   brzmiał   teraz   bardziej 
wyrozumiale. - Zapytaj Jima, czy on pisze wszystko, co 
chce.

-  Stąd nie - odpowiedział, uśmiechając się, Jim  -  No 

widzisz, tato, nawet jemu zamykają tu usta.

-  Opowiadasz   jak   zwykle   bzdury.   -   Leski, 

zdenerwowany podniósł się od stołu i zaczął przechadzać 
się po pokoju, przedtem zapaliwszy papierosa. - Nie mogę 
słuchać   tych   twoich   demagogicznych   racji.   Byłaś   w 
Anglii,   wiesz   dobrze,   że   i   tam   prasa   nie   jest   całkiem 
wolna.   Nigdzie   nie   jest,   nawet   w   tym   raju   zwanym 
Ameryką.

- Ale tam jest demokracja, tato, demokracja, jak jedna 

gazeta czegoś nie napisze, to inna to wydrukuje.

-  Demokracja to nie jest tylko to, co jeden z drugim 

wypisuje,   ale   coś   więcej.   -   Leski   wypowiadał   słowa 
podniosłym tonem, który jeszcze bardziej irytował Annę. - 
I   my   to   coś   więcej   mamy.   Ludzie   mają   pracę,   nie   ma 
biedy, bezdomnych...

background image

-  Gdzie   ty   żyjesz?   -   Anna   podniosła   głos,   była   już 

wytrącona   z   równowagi.   -   Nic   nie   ma   w   sklepach,   a 
bieda... wszyscy są biedni.

-  Nie mówisz chyba o sobie. - Ojciec uśmiechnął się 

ironicznie. - Szafa ledwo się domyka od twoich ciuchów, i 
to wszystkie zagraniczne, drogie. Na nogach masz buty, 
które,   o   ile   pamiętam,   kupiliśmy   na   wyprzedaży   u 
Harrodsa.

- Przestań, nie rozmawiajmy na tym poziomie, bo...
- Znowu się kłócicie. - Leska wyszła z kuchni, stanęła 

na progu pokoju, uniosła ręce i pocierała nimi skronie. - 
Aniu,   czy   naprawdę   nie   możesz   dać   ojcu   choć   chwili 
spokoju? Jesteś jak nawiedzona...

- Mamo, przepraszam, dobrze, zostawmy to, pogadajmy 

o czymś innym. Trzeba się zastanowić, co zanieść jutro 
Michałowi do szpitala.

- Ależ Michał jutro wychodzi. Nie mówiłem wam?
Leska aż klasnęła w dłonie. Podeszła do stołu, wzięła 

kieliszek z winem i powiedziała:

-  Wypijmy   za   Michała   i   za   to,   żebyście   wreszcie 

przestali się spierać.

-  Mało   możliwe   -   mruknęła   pod   nosem   Anna,   ale 

głośniej powiedziała - Tak, za Michaela.

Wszyscy   spojrzeli   na   nią   zdziwieni.   Dziewczyna 

zaczerwieniła się i zawołała ze śmiechem:

Oczywiście,   za   Michała.   Przepraszam, 

przejęzyczyłam się.

*

background image

Po wyjściu Jima Mike nie bardzo wiedział, co ze sobą 

zrobić. Pokręcił się po mieszkaniu, ułożył porozrzucane 
wszędzie ubrania. Włączył radio, próbował przysłuchiwać 
się   polskiemu   i   wyłapywać   poszczególne   słowa,   ale 
szybko go to znudziło. W końcu usiadł i zaczął pisać list 
do Sary, jednak po napisaniu kilkunastu słów, ogarnęło go 
zniechęcenie.   W   gruncie   rzeczy   nie   wiedział,   o   czym 
pisać, każde słowo było nie takie i, co gorsza, podszyte 
fałszem.  Zmiął  kartkę. To nie ma  sensu. Co ona  może 
wiedzieć?   Odległość,   która   ich   dzieliła,   wydała   się 
Michaelowi   nie   do   pokonania.   Postanowił   poczytać. 
Pożyczył od Leskiego dwie książki, „Trzech mężczyzn w 
łódce   (nie   licząc   psa)"   Jerome'a   K.   Jerome'a   i 
„Wiwisekcję"   Patricka   White'a.   Zastanawiał   się   przez 
chwilę,   którą   wybrać,   w   końcu   zdecydował   się   na 
Jerome'a  K. Jerome'a. Musiał sobie poprawić nastrój, a 
Jerome K. Jerome nie tylko go bawił, ale przypominał o 
konieczności zachowania dystansu wobec różnych spraw. 
Mike położył się na kanapie i przykrył dwiema kołdrami, 
swoją   i   Jima.   Tak   naprawdę   był   zadowolony   z 
samotności.   Po   raz   pierwszy   od   tygodni   spędzali   czas 
osobno.   Mike   czuł   rozchodzące   się   po   ciele   rozkoszne 
ciepło. Czytał tylko przez chwilę. Zasnął.

Spał krótko, może dwadzieścia minut. Śnił mu się dom 

w Kalifornii, a w nim warczący pies, którego nie mógł 
schwytać   ani   uspokoić.   Niepokój,   jaki   odczuwał   po 
rozmowie z pułkownikiem, nie pozwalał mu się odprężyć. 
Im więcej myślał o jej przebiegu, tym bardziej wydawała 

background image

mu  się  groźna.  Może   rzeczywiście   nigdy  nie   będziemy 
mogli   stąd   wyjechać?,   pomyślał   i   poczuł,   jak   serce 
przyśpiesza.   O   Boże,   jeszcze   do   tego   mam   arytmię   - 
chwycił   się   za   puls.   Koniecznie   muszę   się   uspokoić. 
Przecież   to   jakaś   bzdura,   po   cholerę   mieliby   nas   tu 
trzymać. Myśl, że mógłby nigdy nie zobaczyć Kalifornii, 
żywej, jasnej, zielonej, i zostać na zawsze w tym smętnym 
kraju, kompletnie wyprowadziła go z równowagi. Zrobiło 
mu   się   słabo.   Odrzucił   obie   kołdry   i   szybko   wstał. 
Postanowił napić się herbaty z rumem. To powinno go 
uspokoić, ale wspomnienie tamtej rozmowy  nie dawało 
mu spokoju.

Gabinet   pułkownika   wyglądał   dziwacznie.   Przy 

wielkim biurku w stylu art deco, zawalonym papierami, 
po obu stronach stały dwa brzydkie, bezstylowe krzesła, 
jedno z nich miało lekko podartą tapicerkę. Na małym, 
błyszczącym   politurą   stoliku   leżało   mnóstwo   gazet,   a 
wśród nich dostrzegł popielniczki i kieliszki, pod nim zaś 
kilkanaście   butelek   wódki,   whisky   i   różnego   gatunku 
koniaków.   Z   sufitu   zwisał   przybrudzony,   chiński 
papierowy lampion. Na ścianach wsiało kilka pięknych, 
wartościowych   obrazów,   a   między   nimi   sporo   zdjęć, 
oprawionych w brzydkie, złote ramki. Na zdjęciach byli 
sami mężczyźni, sfotografowani w różnych sytuacjach, na 
polowaniu,   podczas   zebrań,   balów,   a   nawet   podczas 
kuligu.

-  Proszę   siadać   -   odezwał   się   pułkownik   staranną 

angielszczyzną   z   fatalnym   akcentem   i   wskazał 

background image

Michaelowi   obdarte   krzesło.   -   Cieszę   się,   że 
zaproponowałeś   rozmowę,   wydajesz   mi   się 
najrozsądniejszy z całej trójki. - Przerwał na chwilę, po 
czym uśmiechnąwszy się pod nosem, dodał coś zupełnie 
nieoczekiwanego: - No i najbogatszy.

Mike przez chwilę mu się przyglądał, nie był pewien, 

czy naprawdę słyszał te słowa. Po chwili jednak doszedł 
do wniosku, że takie stwierdzenie pułkownika ułatwia mu 
tylko sytuację.

-  Pan dobrze wie, że nie jesteśmy szpiegami - zaczął, 

lekko się zacinając.

- Może tak, a może nie. - Pułkownik zachichotał.
Bawi się ze mną, skurwiel, pomyślał Mike i od razu 

poczuł się spokojniejszy.

- Załóżmy jednak, że nie - powiedział i uśmiechnął się 

promiennie.   -   Nie   chcemy   mieć   kłopotów,   jesteśmy 
gotowi   tak   szybko,   jak   to   będzie   możliwe,   opuścić   ten 
kraj.   Oczywiście,   pokryjemy   wszystkie   koszty   -   dodał 
jednym tchem.

- Chwileczkę. - Pułkownik zapalił papierosa. - Nie ma 

powodu do pośpiechu. Wy, młodzi, jesteście w gorącej 
wodzie kąpani. A ja jestem człowiekiem systematycznym. 
Wolność to kosztowna sprawa.

-  Jak   kosztowna?   -   zapytał   błyskawicznie   Mike,   z 

wdzięcznością   przypominając   sobie   nauki   stryja,   że   w 
sprawach finansowych nigdy niczego nie należy owijać w 
bawełnę.

- Trudna sprawa, ale do załatwienia. - Pułkownik wstał 

background image

od biurka, wyjął spod małego stolika jedną z butelek i 
napełnił dwa kieliszki. - Wypijmy za zdrowie pańskiego 
stryja   -   powiedział   wzruszonym   głosem   -   tyle   dobrego 
zrobił dla naszego kraju... Niestety, przeszczep szpiku, za 
który zapłaciła jego fundacja nie udał się. Potrzebna jest 
powtórna operacja. Ojciec szaleje z rozpaczy. A to jedna z 
najważniejszych osób w naszym państwie. I tak ma masę 
trosk na głowie, widzi pan przecież, co się u nas dzieje, a 
tu jeszcze takie nieszczęście. Nie ma większego kłopotu 
dla rodziców niż chore dziecko. Tak, mój drogi, to jest 
dopiero nieszczęście.

- Oczywiście, nie ma sprawy. Mówię w imieniu mojego 

stryja   i   swoim   własnym.   Cokolwiek   potrzeba   i   jeszcze 
więcej, najlepsza klinika, lekarze, wszystko - zapewniał 
pułkownika Mike.

-  Matka chciałaby stale czuwać przy swoim dziecku - 

dodał Kuczek.

-  Powiedziałem: wszystko - powtórzył dobitnie Mike, 

oddychając z ulgą, że tak łatwo poszło.

Pułkownik uniósł się lekko znad biurka, wyciągnął dłoń 

i   wymienił   z   Michaelem   serdeczny   uścisk.   Mike   uznał 
rozmowę za zakończoną. Podniósł się z krzesła i ruszył w 
stronę drzwi.

-  Chwileczkę,   chwileczkę   -   zwołał   pułkownik   - 

wypijmy jeszcze po jednym.

- Nie, dziękuję, już sporo dziś wypiłem.
-  Nalegam.   -   Pułkownik   uśmiechnął   się   serdecznie   i 

Mike,   ku   własnemu   zaskoczeniu,   stwierdził,   że   ma 

background image

czarujący uśmiech i z powrotem usiadł na krześle przed 
biurkiem. Pułkownik postawił przed nim pełen kieliszek. 
Zapadło   milczenie.   Wreszcie   Mike   podniósł   kieliszek   i 
powiedział po polsku:

- Na zdrowie.
Pułkownik podziękował, wyraźnie wzruszony.
-  Cieszę   się,   że   uczy   się   pan   polskiego.   Pański 

przyjaciel całkiem nieźle sobie radzi z naszym językiem. 
Czy   to   prawda   -   znów   całkiem   nieoczekiwanie   zapytał 
pułkownik - że co siódmy mieszkaniec Los Angeles to 
homoseksualista?

- Nie rozumiem, o co chodzi, panie pułkowniku?
-  Ależ   nie,   o   nic.   Zwykła   ciekawość.   Wiesz,   byłem 

kiedyś   dziennikarzem,   więc   mnóstwo   różnych   głupich 
wiadomości   łazi   mi   po   głowie.   Nieważne...   nie   o   tym 
chciałem mówić... hm...

Mike siedział sztywno. Czuł, że od wypitej wódki i od 

tej   całej   rozmowy   zaczyna   mu   się   robić   niedobrze. 
Gdybym   miał   trochę   godności,   pomyślał,   powinienem 
wyrzygać mu się na stół i wyjść. Mimo to siedział dalej i 
cierpliwie   czekał,   aż   Kuczek   wypowie   następne   słowa. 
Pułkownik   jednak   zaczął   przekładać   jakieś   papiery   i 
uparcie   milczał.   Wreszcie   Mike   nie   wytrzymał   i 
zaproponował:

- Może przejdźmy do konkretów, panie pułkowniku.
- Świetny pomysł. - Pułkownik natychmiast się ożywił. 

- Znakomity...

Kuczek pochylił się nad biurkiem, poszperał w jednej z 

background image

szuflad i wyjął plik zdjęć, które rozsypał na blat. Mike ze 
zdumieniem   przyglądał   się   fotografiom.   To   były   jego 
prace.   Przez   moment   odczuł   dumę,   bo   zdjęcia   były 
naprawdę   niezłe.   Miałby   wielką   ochotę   pokazać   je 
Jimowi. Pytająco popatrzył na pułkownika, ten jednak dał 
mu   czas   na   przyglądanie   się   fotografiom.   Po   chwili 
wskazał na jedno ze zdjęć ukazujące czołg, który jak Mike 
pamiętał,   sfotografował   na   jednym   z   rogów   ulicy, 
niedaleko   księgarni,   gdzie   za   grosze   można   było   kupić 
piękne albumy z opisami w języku angielskim. Schował 
się   wówczas   za   drzewem   i   dyskretnie   pstryknął 
kilkanaście ujęć.

- Jest tu sporo zdjęć, budzących podejrzenie co do celu 

waszej wizyty w naszym kraju. Na tym czołgu są nawet 
widoczne jak na dłoni oznaczenia bojowe. - Pułkownik 
postukiwał palcem w białe litery i numery wypisane na 
czołgu, które dla Michaela nie znaczyły kompletnie nic. - 
A dalej... - pułkownik pogrzebał wśród zdjęć - nasze wozy 
pancerne...   a   tu   rozsypane   ulotki...   nasi   żołnierze... 
fabryka samochodów i robotnicy, którzy wyglądają, jakby 
byli na galerach... a to następne, o proszę, puste półki w 
sklepach, a tu same butelki z octem, kolejki... Po cholerę, 
tu przyjechaliście? Po co? - Pułkownik podniósł głos.

- Jesteśmy reporterami. To chyba oczywiste, że...
-  Oczywiste   jest   tylko   jedno   -   Kuczek   nie   pozwolił 

dokończyć Michaelowi - że pozwoliliśmy wam odwiedzić 
ten kraj w ciężkich dla niego chwilach, a wy - uderzył 
dłonią w blat biurka - wykorzystujecie to do podglądania i 

background image

szpiegowania. Skąd mieliście filmy?

-  Kupiliśmy w jakimś małym sklepie - odparł, jąkając 

się Mike, zaskoczony atakiem.

Pułkownik wyjął z szuflady kolejne zdjęcie i pokazał je 

Michaelowi.   Na   fotografii   widniała   podobizna   faceta   z 
komisu w alpakowym fartuchu z napisem „kierownik" na 
górnej   kieszonce.   Michaelowi   zachciało   się   śmiać   na 
widok tej postaci, ale jego rozmówca drążył temat.

- Byliście z nim umówieni?
- Ależ skąd. Trafiliśmy do tego sklepu przypadkiem.
- Przypadkiem też zrobiliście te wszystkie zdjęcia, które 

przez   przypadek   przydadzą   się   waszym   agentom.   - 
Pułkownik patrzył na Michaela okiem bazyliszka, a ten 
wił się jak piskorz pod jego spojrzeniem - No cóż... wasza 
sytuacja   jest   nie   do   pozazdroszczenia.   Chyba   będziecie 
musieli   wrócić   tam,   skąd   przyjechaliście.   Ale   nie   do 
Ameryki - dodał, aby nie zostać źle zrozumianym - tylko 
do więzienia.

Michael   na   myśl   o   powrocie   do   celi   poczuł   dreszcz 

strachu. Byle nie to, tylko nie tam.

-  Będziecie   musieli   nam   to   udowodnić   -   powiedział 

Mike, starając się zachować kamienny spokój. - Jesteśmy 
dziennikarzami, nie szpiegami. Nasz rząd upomni się o 
nas, o nasze prawa.

-  Zanim   to   się   stanie,   posiedzicie   -   odparł   cynicznie 

pułkownik   -   zwłaszcza   że,   mój   kochany,   z 
dziennikarstwem   masz   tyle   wspólnego,   ile   ja   z 
Rotschildem.   Twój   status   w   naszym   kraju   jest   bardzo 

background image

podejrzany.   Dobrze   wiemy,   że   do   czasu   wyjazdu   nie 
pracowałeś w gazecie.

Mike panicznie szukał jakiegoś rozwiązania. Wszystko, 

co powiedział do tej pory, było niewłaściwe, obracało się 
przeciwko niemu, chociaż zaraz...

-  Panie   pułkowniku,   moja   rodzina,   jak   pan   wie,   jest 

bogata. Może moglibyśmy naszymi pieniędzmi wspomóc 
jakieś   inwestycje   w   pańskim   kraju?   -   Wypowiedział   te 
słowa   poważnie   i   z   namaszczeniem,   choć   odczuwał 
obawę przed reakcją pułkownika.

Zapadło   milczenie.   Kuczek   wyraźnie   zastanawiał   się 

nad propozycją, pocierał brodę i uważnie przyglądał się 
swemu rozmówcy. Mike czuł, że strużka potu spływa mu 
wzdłuż kręgosłupa. Za oknem zakrakała wrona i uznał to 
za zły znak. Pułkownik przez ciągnące się jak wieczność 
sekundy   nie   spuszczał   oka   z   Michaela,   który   czuł,   że 
ogarnia   go   coraz   większe   przerażenie.   Wreszcie,   ku 
zdumieniu   Amerykanina,   uśmiechnął   się   szeroko   i 
życzliwie.

-  Przyznam,   że   czekałem   na   te   słowa   -   rzekł 

serdecznym   tonem   i   jakby   w   nagrodę   poczęstował 
Michaela czekoladką z naddartym sreberkiem. - Powiem 
wprost. Jak już wspominałem, mam dzieci... żonę. Będę z 
panem   szczery,   sytuacja   w   tym   kraju   może   przybrać 
nieoczekiwany   obrót.   Człowiek   całe   życie   haruje   dla 
ojczyzny   i   nic   z   tego   nie   ma...   Każdy   obywatel   na 
Zachodzie, nawet nie tak zasłużony dla kraju, ale zwykły 
robotnik, ma choćby polisę ubezpieczeniową, ja nie mam 

background image

nic.   Nie   chcę   wiele...   Razem,   pięćdziesiąt   tysięcy 
dolarów.

-  Czy   będziemy   mogli   wyjechać   bez   kłopotów,   a 

dziewczyny   pozostaną   wolne?   -   Mike   nabrał   pewności 
siebie.

- Kto tu wspominał o dziewczynach? Ja mówiłem tylko 

o   was   dwóch   -   sprecyzował   Kuczek.   -   Ale   czekam   na 
propozycję...

- No więc, panie pułkowniku, proszę podać cenę za całą 

naszą czwórkę.

-  Umiesz się targować, drogi chłopcze. No cóż, tacy 

jesteście. Kapitaliści. Sto tysięcy dolarów. To jest nic, to 
jak splunąć dla Watsonów-Smithów.

-  Zgoda.   -   Michael   z   ulgą   wyciągnął   rękę,   ale 

pułkownik udał, że nie zauważył tego gestu i ciągnął:

-  A może dołożysz jeszcze z dziesięć tysięcy za tego 

faceta, który sprzedał wam filmy. Inaczej pójdzie siedzieć 
za spekulowanie towarem, handel dolarami, a może nawet 
zarzucimy mu współpracę z obcym wywiadem.

-  Dobrze.   -   Michael   odpowiedział   bez   chwili 

zastanowienia.   Pragnął,   bez   względu   na   cenę,   jak 
najszybciej opuścić gabinet pułkownika, ale trzeba było 
do końca wyjaśnić wszystkie kwestie. - Dziewczyny nie 
zostaną   internowane,   a   my   będziemy   mogli   spokojnie 
wyjechać. Tak, panie pułkowniku?

- Masz moje słowo, ale... - Pułkownik pożałował przez 

sekundę,   że   nie   podał   wyższej   ceny   za   kierownika 
komisu,  który od dawna  już  mu  się  opłacał, żeby móc 

background image

prowadzić   brudne,   komisowe   interesy.   Ale   nie   był 
pazerny. Umiał się cieszyć nawet małymi sumami, a te 
ponad   sto   tysięcy   dolarów,   zarobione   praktycznie   bez 
ryzyka,   to   była   zasłużona   nagroda   za   lata   pracy   dla 
ojczyzny - ...nie będziecie mogli od razu wyjechać.

- Nie rozumiem.
-  Po   pierwsze,   musimy   mieć   gwarancję,   że   operacja 

chłopca odbędzie się w najlepszych warunkach. Po drugie, 
muszę zadbać o własny interes.

-  Podpiszę   zobowiązanie   -   odparł   zdecydowanie 

Michael.

- To za mało, drogi chłopcze. Zresztą z zasady nie daję 

na piśmie takich kontraktów. - Twarz pułkownika znów 
rozjaśnił   czarujący   uśmiech.   -   Kiedy   się   znajdziecie   w 
Stanach, nie będę miał już wpływu na wasze losy. Te sto 
dziesięć tysięcy dolarów twój stryj powinien przekazać na 
konto,   które   założy   w   Szwajcarii   na   podane   hasło. 
Dopiero   gdy   sprawdzę,   że   pieniądze   są   na   koncie, 
będziecie mogli opuścić naszą socjalistyczną ojczyznę.

- Jak zawiadomię stryja?
-  Ułatwię ci to, nie musisz się martwić. - Pułkownik 

zawiesił   głos   i   podrapał   się   po   głowie.   -   Na   razie 
potrzebuję   waszych   paszportów,   żeby   przedłużyć   wam 
wizy.

- A jaką mam gwarancję, że po wpłaceniu pieniędzy na 

twoje   -   Mike   z   rozmysłem   zwrócił   się   na   ty   do 
pułkownika   -   konto,   naprawdę   będziemy   mogli   stąd 
wyjechać?

background image

-  Nie   jesteście   nam   tu   potrzebni.   A   poza   tym   jako 

gwarancję   będziecie   mieli   w   Stanach   syna   naszego 
dygnitarza.

- Na miłość boską, o czym pan mówi?
-  Nie   unoś   się,   chłopcze.   Znam   kapitalistów,   u   was 

business   is   business.   Wszystko   pod   zastaw,   nic   za 
darmo... Jest jeszcze jedna sprawa, nie opowiadaj za dużo 
o   tym,   czego   się   tu   dowiedziałeś.   Nie   wykluczam,   że 
macie podsłuch w mieszkaniu. Trzymaj język za zębami. 
Nie wszyscy będą tu tak jak ja twoimi przyjaciółmi... więc 
sza. - Pułkownik położył palec na ustach. - Zaraz każę 
kierowcy porozwozić was do domów.

- A co z Miką? - zapytał Mike.
-  Zawarliśmy   kontrakt.   -   Pułkownik   popatrzył   na 

Michaela   wyraźnie   rozgoryczonym   wzrokiem.   -   Nie 
widzę   powodu,   żeby   mi   nie   ufać.   A   swoją   drogą,   mój 
drogi,   mógłbyś   od   czasu   do   czasu   napisać   do   Sary 
Henderson. Ona tak za tobą tęskni.

Mike   wstał   i   bez   słowa   opuścił   gabinet   pułkownika. 

Zanim   wszedł   do   salonu,   oparł   się   o   ścianę   w 
przedpokoju, żeby ochłonąć. Koszula przykleiła mu się do 
pleców. Stał i zgodnie z zaleceniami swojego nauczyciela 
jogi,   próbował   oddychać   miarowo,   żeby   się   opanować. 
Głowa pułkownika raptownie wysunęła się z gabinetu.

-  Zanim   opuścicie   mój   dom,   poproszę   o   wasze 

paszporty. Inaczej będziemy musieli was aresztować za 
nielegalny   pobyt   -   powiedział   pułkownik   i   zachichotał. 
Mike był wściekły, że przyłapał go w chwili słabości.

background image

- Co z egzaminem pańskich dzieci? - Bardziej wysyczał 

niż zapytał Mike.

- Moich dzieci? - Pułkownik się zaśmiał. - Mam tylko 

córkę,   a   ona   już   dawno   wyszła   za   mąż.   Niestety,   nie 
doczekałem się jeszcze wnuków. 

background image

Rozdział 14

Mike niespokojnie kręcił się po mieszkaniu. Pieprzony 

pułkownik, nie mógł przestać o nim myśleć. Jim mógłby 
już   wrócić   do   domu,   zamiast   bez   sensu   się   dąsać. 
Uśmiechnął się pod nosem na myśl o jego reakcji, gdy 
powie   mu   o   okupie.   Sytuacja   nie   jest   jednak   wesoła, 
westchnął. Miał wrażenie, że ani chwili dłużej nie zdoła 
wytrwać w tym kraju. Po raz pierwszy w życiu Michael 
Watson-Smith   doświadczył,   że   nie   zawsze   można 
kierować swoim losem, że czasem ster wymyka się z ręki 
nawet   najlepszym   żeglarzom.   Jak   ja   tu   wytrzymam?   - 
zadawał   sobie   rozpaczliwe   pytanie.   W   tym   momencie 
usłyszał dźwięk dzwonka. Odetchnął z ulgą. Jim wraca, 
dzięki Bogu. Gwałtownie otworzył drzwi i osłupiał. Stała 
w nich Mika. Przyglądał się jej zdumiony. Jak mogła mu 
się   kiedykolwiek   podobać?   Widział   przed   sobą 
niebrzydką, ale zwyczajną, zmęczoną młodą kobietę.

-  Mogę   wejść?   -   zapytała   niezbyt   poprawnym 

angielskim, w którym ostro dźwięczał szeleszczący polski 
akcent.

Mike ocknął się i bez entuzjazmu powiedział: - Jasne.
Zdjęła powoli czapkę, potem płaszcz. Mike nie pomógł 

jej,   tylko   przyglądał   się   dziewczynie   rozczarowany.   Ta 
kobieta   nie   miała   nic   wspólnego   z   osobą,   którą 
zapamiętał. Czy to możliwe, żeby człowiek mógł się tak 

background image

zmienić   w   ciągu   jednej   doby,   nawet   spędzonej   w 
więzieniu. Mika popatrzyła na niego i zaczerwieniła się 
pod jego taksującym, nieżyczliwym spojrzeniem.

-  Przepraszam,   że   przyszłam   -   powiedziała   cichym, 

zachrypniętym głosem - naprawdę przepraszam. Ale moje 
mieszkanie   jest   zaplombowane...   Nie   wiedziałam,   co 
robić. Powiedzieli mi, że was też zwolnili. Myślałam, że 
jesteście   tu   wszyscy,   zresztą   nie   chciałam   jechać   do 
Leskich, ze względu na ojca Ani. To pewnie on załatwił, 
że   nas   wypuścili...   Przepraszam,   czy   mogłabym   dostać 
szklankę herbaty. Muszę zastanowić się, co robić, zanim 
wyjdę. Gdzie Jim? - zaniepokoiła się.

- Pojechał do Leskich.
- Ach tak.
Zapadło   milczenie.   Mike   poszedł   do   kuchni 

przygotować herbatę. Zachowuję się jak idiota, skarcił się, 
przecież   to   nie   jej   wina,   że   przestała   mi   się   podobać. 
Trudno   wytrzymać   konkurencję   z   Sarą.   Ona   nawet   po 
miesiącu spędzonym w więzieniu wyglądałaby jak anioł. 
Zatęsknił   gwałtownie   do   pięknego,   zadbanego, 
sprężystego   ciała   Sary,   a   także   ich   nieoczekiwanych 
wybuchów namiętności. Dużo dałby za to, żeby móc teraz 
dotknąć jej delikatnego łona, brzucha, piersi. Kiedyś, gdy 
Sara miała nagranie, pojechał do niej, wywołał ją ze studia 
i kochali się namiętnie w pustej montażowni. Potem Sara 
podniosła się, wygładziła spódnicę. Pocałowała go w usta. 
I wyszła. Przez cały czas nie powiedzieli ani słowa. Tak, 
Sara miała klasę.

background image

- Strasznie zmarzłam. - Mika łapczywie popijała gorącą 

herbatę. - Na dworze jest zimno, ale w celi było jeszcze 
gorzej. Wiesz o czym marzę? O gorącej kąpieli.

- Tak? Przypadkiem mamy dzisiaj ciepłą wodę. Możesz 

się wykąpać.

- Naprawdę? Z rozkoszą. - Mika uśmiechnęła się, a on 

poczuł, że jego niechęć do niej zaczyna topnieć.

Biedna   dziewczyna,   jaką   ona   ma   w   życiu   szansę, 

pomyślał ze współczuciem. Polka, Polska, co to naprawdę 
znaczy?   A   oni   taką   wagę   przykładają   do   wydarzeń   w 
Polsce, jakby ten kraj był pępkiem świata. Nawet gazeta 
stryja oczekuje tylko sensacyjnych doniesień, a przecież 
za każdą taką sensacją kryje się czyjeś uwięzienie, strach, 
cierpienie.   Stryj   mnie   też   przysłał   tutaj,   żebym   przeżył 
przygodę życia, cholerny świat...

Z łazienki, po długiej kąpieli, Mika wyszła kompletnie 

ubrana. Wilgotne, prawie czarne włosy okleiły jej twarz i 
uwydatniły słowiańskie rysy: wystające kości policzkowe, 
wysokie czoło, zadarty nos. Policzki się zaróżowiły, oczy 
nabrały tak właściwego im blasku.

- Szkoda, że nie mam się w co przebrać. Fatalnie czuję 

się w tych brudnych ciuchach, a nie mogę dostać się do 
domu. W amerykańskim filmie - Mika uśmiechnęła się 
szeroko   -   po   prostu   wyszedłbyś   do   sklepu   i   kupił   mi 
wieczorową suknię.

- Nie polegałbym na swoim guście, na pewno kupiłbym 

ci coś kosztownego i paskudnego. Mam pomysł, dam ci 
czystą koszulę Jima i jego dżinsy, jesteście tego samego 

background image

wzrostu.

Mike,   wyszukując   w   rzeczach   Jima   odpowiedniej 

koszuli, spodni, skarpetek i swetra, wolał nie myśleć, co 
na ten temat powie przyjaciel. Jim nie znosił wszelkiego 
szperania   w   jego   rzeczach,   przykładał   też   wagę   do 
ubrania. Pozbawienie go w tych warunkach kilku sztuk 
garderoby było krokiem ryzykownym.

Przebrawszy się w ciuchy Jima, Mika nie była już tak 

spłoszona i wyglądała znacznie lepiej. Mike zauważył, że 
męskie przebranie dodaje jej szyku. W czasie gdy była w 
łazience, on przygotował kolację.

- Zaraz dogotuje się ryż, pomieszam go z tuńczykiem - 

zapowiedział - i posypię żółtym serem.

-  Skąd   masz   takie   pyszności?   -   Była   wyraźnie 

zachwycona. - Jestem taka głodna.

- Ryż i żółty ser wystałem w kolejce, a puszkę tuńczyka 

dostaliśmy od wuja Jima.

-  Od   Leskiego?   Od   tego   komucha?   -   zapytała   z 

oburzeniem i zaraz dodała: - Nie cierpię faceta. Wiem, że 
to nie fair, w końcu jest ojcem Ani, ale nie podoba mi się, 
że właśnie on wyciągnął nas z aresztu.

- Jeszcze ci nie powiedziałem - Mike nie miał ochoty na 

kontynuowanie   dyskusji   o   Leskim   -   że   wódkę   mam   z 
dolarowego sklepu. Doskonała żytnia.

- Upijmy się - zaproponowała radośnie Mika.
-  Zgoda,   ale   będziemy   pili   powoli   i   dystyngowanie. 

Zaraz   zapalę   świeczki.   -   Mike   beztrosko   wyciągnął 
nadpalone już świeczki, które przechowywali z Jimem na 

background image

wypadek braku prądu, co zdarzało się tu permanentnie i 
znów wolał nie wyobrażać sobie reakcji Jima.

Zabawne, pomyślał, że Mika przyszła, kiedy on jedyny 

raz wyszedł z domu beze mnie. Jim powiedziałby, że to 
jest   zrządzenie   losu.   Zaczynał   odczuwać   głęboką   i 
niezrozumiałą radość z faktu, że dziewczyna jest razem z 
nim,   że   jest   im   ze   sobą   jakoś   łatwo   i   przyjemnie.   Nie 
powitałem jej zbyt miło, przyznał w duchu, a ona przyjęła 
to   normalnie,   bez   dąsów   i   grymasów.   Nie   domaga   się 
ciągłej   uwagi   i   adoracji   jak   Sara,   jest   zupełnie   inna. 
Zwyczajna, ale jednocześnie niezwykła, inna, niepodobna 
do   żadnej   ze   znanych   mu   amerykańskich   dziewczyn. 
Zanim   spotkał   Sarę,   miał   co   najmniej   kilka   romansów, 
które były krótkie i burzliwe, a przebiegały zawsze wedle 
tego   samego   schematu.   Przez   kilka   tygodni,   czasem 
miesięcy,   wydawało   mu   się,   że   jest   zakochany,   potem 
nabierał   podejrzeń,   że   dziewczyna   jest   z   nim   tylko  dla 
jego pieniędzy, zaczynał odczuwać zniechęcenie i powoli 
oddalał się od niej. Nigdy nie mówił wprost o rozstaniu, 
po prostu nie odpowiadał na telefony, unikał miejsc, w 
których   razem   bywali   i   znajomych,   dzięki   którym   się 
poznali.   Sara   była   pierwszą   kobietą,   z   którą   trwał   w 
prawdziwym,   długim,   bo   już   co   najmniej   trzyletnim 
związku. Ale Sara mu dorównywała, byli partnerami. On 
wprawdzie   bogatszy,   ale   ona   bardziej   utalentowana   i 
sławna. Bilans wychodził na zero. Pieprzony buchalter ze 
mnie,   zganił   się   Mike,   zawsze   w   jakimś   momencie 
dochodzę   do   cyfr.   Jim   ma   rację.   Uśmiechnął   się   na 

background image

wspomnienie przyjaciela, który w chwilach wzajemnych 
kłótni, zawsze prędzej czy później wytykał mu fakt, że ma 
pieniądze.   „Bogaci,   a   zwłaszcza   tak   bogaci   jak   ty   - 
podkreślał   z   wyższością   -   nie   mają   pojęcia   o   życiu 
zwyczajnych ludzi".

Michael rozmawiał z Miką do późnej nocy. Mimo że 

często się zacinała, brakowało jej angielskich słów, nie 
miał żadnych kłopotów ze zrozumieniem tego, co mówiła. 
Jakby była między nami jakaś metafizyczna więź, myślał, 
a przecież nie mamy ze sobą nic wspólnego, ani kraju, ani 
historii,   środowiska.   Po   prostu   nic.   Spotkaliśmy   się   i 
rozmawiamy. Nic więcej, ale... Boże...

Dowiedział się, że ojciec Miki pracuje jako mechanik, a 

matka jest utalentowaną krawcową, u której szyją suknie i 
kostiumy żony komunistycznych dygnitarzy. Kiedy Mika 
dostała   się   na   studia,   rodzice   zamienili   duże, 
przedwojenne mieszkanie na dwa mniejsze w blokach po 
to, żeby ona miała własne lokum i nie musiała, ucząc się, 
stale słuchać turkotu maszyny matki. Gdy córka uzyskała 
dyplom, starzy poczuli, że spełniło się marzenie ich życia. 
Jeszcze   szczęśliwsi   byli,   kiedy   przyjęto   ją   do   pracy   w 
jednej z najbardziej prestiżowych gazet. Dumą napawał 
ich każdy artykuł w gazecie, podpisany jej nazwiskiem.

Teksty Miki jednak zaczęły ukazywać się coraz rzadziej 

albo coraz bardziej, wskutek ingerencji cenzury, okrojone. 
Zrozumiała,   że   zawód,   o   którym   marzyła   już   w 
dzieciństwie, wymaga nie tyle talentu, ile giętkości karku i 
elastyczności. Jawny konflikt z kierownictwem redakcji 

background image

rozpoczął   się   od   momentu,   kiedy   w   czasie   jednego   z 
zebrań, Mika poruszyła problem druku makulatury. Każda 
redakcja   zobowiązana   była   do   oddania   odpowiedniej 
ilości   makulatury   do   punktu   skupu,   gazeta   jednak 
rozchodziła się bez zwrotów. W związku z tym drukarze 
w każdą sobotę, w godzinach nadliczbowych drukowali 
nieaktualne numery gazety po to, aby redakcja miała co 
oddać   do   punktu   skupu.   Mika   podczas   kolegium   użyła 
słowa „absurd". I ten niewinny z pozoru wyraz wywołał 
prawdziwą burzę. Stała się wrogiem publicznym numer 
jeden,  jej   postawa   ciągle   była  omawiana   na   zebraniach 
partyjnych.   Wspaniałomyślnie   dano   jej   szansę.   Jeśli 
zapisze   się   do   partii   i   zacznie   odpowiedzialnie   pisać   o 
sprawach   organizacji   młodzieżowych,   wtedy   jej   winy 
zostaną wymazane. Mika jednak odmówiła. Została więc 
wyrzucona   z   redakcji,   zanim   jeszcze   nastąpił   stan 
wojenny.   Rodzice   byli   rozgoryczeni,   bo   uważali 
postępowanie córki za zwykłe fochy, ale matka co tydzień 
przynosiła jej siatkę pełną zakupów i zostawiała trochę 
pieniędzy.

Mika miała kolegę, który działał w opozycji, zaczęła z 

nim   współpracować.   Potem   poznała   innych 
opozycjonistów, a wśród nich spotkała też swoją pierwszą 
miłość. Problem jednak polegał na tym, że jej wybranek 
był żonaty, a jednocześnie jako aktywny członek opozycji 
był człowiekiem niezwykle zajętym. Musiał dzielić swój 
czas między obowiązkami dla ojczyzny i rodziny. W tym 
harmonogramie   musiał   jeszcze   zmieścić   Mikę.   Spędzał 

background image

więc u niej jedną noc w tygodniu (z czwartku na piątek). 
Oficjalnie   wyjeżdżał   wówczas   w   sprawach 
organizacyjnych do Radomia. Mika żyła od czwartku do 
czwartku,   czekając   na   randkę   z   Janem.   Przychodził 
zwykle około 18.30 (w tym czasie odchodził pociąg do 
Radomia,  a on, jako doświadczony konspirator, zawsze 
dbał o szczegóły), wychodził zaś o 8.15 następnego dnia 
(w tym czasie przyjeżdżał z Radomia poranny pociąg do 
Warszawy).   Kiedy   opuszczał   jej   mieszkanie,   Mika 
nienawidziła Jana, a potem jak szalona tęskniła za nim 
cały tydzień. Jan był nie tylko przystojny, ale był także 
świetnym   kochankiem.   Mika   zdawała   sobie   sprawę,   że 
jest uzależniona nie tylko od jego dotyku, ale także od 
pory miłości, którą im wyznaczał. Wiedziała, że powinna 
skończyć ten romans, ale kiedy Jan pukał do drzwi, jej 
postanowienia   pękały   jak   bańki   mydlane.   Czekała   z 
kolacją, gotowa do miłości. Teraz Jan był internowany, i 
choć Mika cierpiała z tego powodu, jednocześnie czuła się 
jak   pijak   w   mieście,   w   którym   zamknięto   wszystkie 
knajpy. Powoli uwalniała się od Jana. Tego wszystkiego 
jednak   nie   opowiedziała   Michaelowi,   ograniczyła   się 
jedynie do wyznania, że jej chłopak siedzi w Białołęce, 
ale i tak mieli się właściwie rozstać.

-  Teraz   ty   powiedz   mi   coś   o   sobie   -   zażądała, 

nieoczekiwanie przytulając się do siedzącego obok niej na 
kanapie Michaela.

-  Hm,   jestem   amerykańskim   chłopcem,   potomkiem 

kowbojów,   lubię   whisky,   squsha   i   piszę   doktorat   z 

background image

finansów.

- Tak? - zdziwiła się Mika. - A ja myślałam, że jesteś 

fotoreporterem.

- Jestem, dorabiam w ten sposób, żeby mieć pieniądze 

na dokończenie doktoratu. - Mike mówiąc to, przyglądał 
się dziewczynie spod oka. Wydawała mu się taka urocza 
w tym swoim zachwycie nad jego doktoratem.  I Boże, 
wierzyła,   że   musi   pracować.   Przepełniała   go   wielka 
czułość.   Postanowił,   że   jeszcze   dziś   będzie   się   z   nią 
kochał. 

background image

Rozdział 15

Jim miał coraz częściej dość pobytu w Polsce. Zdarzało 

się, że odczuwał paraliżujący i duszący strach na myśl, iż 
pułkownik   pozbawił   paszportu   zarówno   jego,   jak   i 
Michaela. Wydawało mu się, że już nigdy nie wróci do 
domu, nie zobaczy Kalifornii, rodziców, swojego biurka 
w redakcji. Źle sypiał, nie miał apetytu, denerwowało go 
gadanie   przyjaciela,   a   szczególnie   widok   jego   anielsko 
rozmarzonej twarzy, gdy rozprawiał o Mice.

- Zgoda, jest miła, niebrzydka - tłumaczył mu Jim. - No 

dobra,   nawet   inteligentna.   Tęsknisz   za   Sarą   i   usiłujesz 
znaleźć kobietę zastępczą. Wyrób czekoladopodobny.

-  Nie   bądź   taki   dowcipny   -   śmiał   się   Mike,   ale   Jim 

nadal   widział   w   jego   oczach   blask   zachwytu   nad   tą 
zwyczajną  dziewczyną  i   miał   świadomość,  że   Mike   po 
prostu   chce,   żeby   dał   mu   święty   spokój.   Jim   czuł   się 
bezradny   i   zagubiony,   a   przebywanie   w   obecności 
zakochanej pary jeszcze pogłębiało jego frustrację. Kilka 
dni temu był w ambasadzie u Grubasa, rozmawiał przez 
telefon z Sarą, która łamiącym się głosem dopytywała się, 
co się z nimi dzieje i dlaczego Mike nie daje znaku życia.

„Powiedz mi Jim, czy coś mu się stało? Czy nie jest 

przypadkiem   chory?   Tak   bardzo   się   o   niego   martwię, 
wszyscy się martwimy. Jego matka szaleje, ja zresztą też. 
Dlaczego nie wracacie?".

background image

„Daj spokój, Saro. - Jima  drażnił  histeryczny ton jej 

głosu. - Nic mu nie jest".

„Więc dlaczego nie dzwoni?".
„Doskonale   wiesz,   że   telefony   są   wyłączone.   Nie 

można po prostu wyjść do budki i zadzwonić".

„Ale   przecież   rozmawiamy.   Dlaczego   go   z   tobą   nie 

ma?".

„Akurat przechodziłem obok ambasady, więc wpadłem 

odwiedzić Billa Camerona, a rozmawiamy przez gorącą 
linię, bo Grubas pozwolił, ale nie mogę długo...".

„Jaki Grubas?".
„Cameron z ambasady, waży ze trzysta funtów".
„Jim,   dlaczego   nie   ma   z   tobą   Michaela?   Powiedz, 

aresztowali go?".

Jim aż się zagotował. Co, do cholery, oni tam sobie 

wyobrażają, robią z Michaela bohatera, a on, nie zważając 
na okoliczności, po prostu zakochał się jak sztubak.

„Mamy   -   położył   nacisk   na   tym   słowie   -   różne 

przygody, ale wszystko jest w porządku. Mike jest cały i 
zdrowy, ja również - dodał po chwili. - Może zadzwoń do 
mojej starej, powiedz jej, że znalazłem ciotkę i w ogóle 
rodzinę.   Ciotka   ją   pozdrawia,   jak   wrócę,   to   matce 
opowiem".

„Dobrze,   zadzwonię   -   obiecała   Sara,   kompletnie 

niezainteresowana rewelacjami Jima. - Słuchaj, powiedz 
Michaelowi, że czekam jutro na jego telefon... ".

„Jutro jest zajęty".
„Zajęty? - Głos Sary zabrzmiał niepewnie. - No dobrze 

background image

przez najbliższe trzy dni będę codziennie czekać na jego 
telefon   między   13   a   16   waszego   czasu.   Musi   do   mnie 
zadzwonić".

„Powtórzę mu" - powiedział Jim spokojnie.
„Jezu, Jim, co się dzieje?" - Głos Sary był pełen łez.
„Nie wiem. Cześć" - Odłożył słuchawkę.
Opowiedział   o   telefonie   Michaelowi   w   drodze   na 

stację, gdzie mieli się spotkać z Anną i Miką. Wszyscy 
razem   postanowili   pojechać   do   Podkowy   Leśnej,   tam 
bowiem mieszkała rodzina miss Zawadzky, nauczycielki 
polskiego, która powierzyła mu list i pieniądze. Dzień był 
piękny, świeciło słońce, w powietrzu unosił się leciutki 
zapach wiosny. Jim, po raz pierwszy od kilku dni, miał 
dobry nastrój, dogadywali się z przyjacielem, bez kłótni i 
niedomówień.

- Uważam, że powinieneś zadzwonić do Sary - upierał 

się Jim.

-  Co   jej   powiem?   Jakoś   nie   mam   ochoty   z   nią 

rozmawiać. Kiedy wrócimy, wszystko jej wyjaśnię.

Miłość,   cóż   to   jest   ta   miłość?   -   zastanowił   się   Jim. 

Gadanie  i nic  więcej  -  odpowiedział  sobie, sięgając  do 
własnego doświadczenia. Też kiedyś był przekonany, iż 
Barbara go kocha, stale zapewniała, że nie może bez niego 
żyć.   A   potem   w   jednej   chwili   wymieniła   go   na   tego 
kretyna   Jonathana.   I   teraz   tamtego   obcałowuje,   kusi 
słodkimi słówkami, seksowną bielizną, pewnie tą samą, 
którą   kupowała,   aby   uwodzić   Jima.   Barbara   nigdy   nie 
lubiła   niepotrzebnych   wydatków,   cała   jej   garderoba, 

background image

wszelkie domowe sprzęty, wreszcie ona sama, będą służyć 
nowemu panu. Ciekawe, czy tamtego tak samo jak Jima 
będzie   wściekać   służalczość   Barbary,   jej   całodobowa 
gotowość na skinienie kochanka. Kto by uwierzył, że pani 
doktor,   znana   z   liberalnych   i   ultrafeministycznych 
poglądów, potrafi jak pies warować godzinami, czekając 
na telefon od ukochanego. Tak, teraz Jim dostrzegał jak na 
dłoni   zakłamanie   Barbary,   jej   babski   fałsz.   Przysiągł 
sobie, że nie będzie się dalej wtrącał w związek Michaela. 
Niech i on sparzy się na kobiecej przebiegłości. Po co się 
spierać, skoro i tak byli zdani na siebie. W końcu, nie jest 
adwokatem Sary, nie wynajęła go, żeby ciągle wygłaszał 
mowy   na   temat   jej   niezwykłości.   Z   daleka   dostrzegł 
stojące na malutkim dworcu WKD dziewczyny. Machały 
do nich, uśmiechając się serdecznie. Jim postanowił, że 
przestanie   się   dziś   przypieprzać   do   świata   i   ludzi,   da 
wszystkim, a co najważniejsze, da sobie trochę świętego 
spokoju.   Muszę   odetchnąć,   pomyślał.   Nie   mogę   ciągle 
czekać, że stanie się coś strasznego i nieodwołalnego. I że 
nigdy nie będę już mógł wrócić tam, skąd przyjechałem.

*

Szli przez las, bezsensownie szczęśliwi. Zupełnie tak, 

jakby   wystarczyło   odjechać   kilkanaście   kilometrów   od 
Warszawy, żeby zgubić wszystkie przygnębiające myśli, 
które   na   co   dzień   tłoczyły   się   w   głowach.   Pułkownik 
stracił   nad   nimi   swoją   przytłaczającą   moc,   poczuli   się 
wolni,   dalecy   od   wszelkich   upiorów   systemu.   W 
malutkim   sklepiku,   usadowionym   przy   leśnej   drodze, 

background image

kupili   świeże,   pachnące   drożdżówki,   biały   ser   i   jabłka. 
Anna   triumfalnie  wyjęła  kartkę   na  alkohol,  kupili   więc 
wytrawne   bułgarskie   wino,   które   odkorkowali   już   w 
sklepie   i   wypili   po   sporym   hauście.   Uwiedziona   ich 
radością ekspedientka zgodziła się sprzedać jeszcze jedną 
butelkę wina w zamian za wołowe z kością oraz kiełbasę, 
które starannie wycięła z kartki. „Jedni wolą się napić, 
inni   coś   zjeść"   -   powiedziała   i   mrugnęła   do   nich 
porozumiewawczo.   Anna   przetłumaczyła   jej   słowa 
Amerykanom i wywołały one kolejny wybuch radości.

- Ja zawsze wolę się napić! - wykrzyknął Mike i złapał 

butelkę. Anna usiłowała mu ją odebrać. Była taka urocza 
w siłowaniu się z nim, że niewiele myśląc, przyciągnął ją 
do   siebie   i   pocałował.   Przytuliła   do   niego   lekko 
zarumienioną twarz.

-  Spróbuj   mnie   złapać!   -   zawołał   Mike   i   pobiegł   z 

ledwo zakorkowaną butelką. Anna natychmiast rzuciła się 
za   nim   w   pogoń.   Jim   i   Mika   obserwowali   tę   scenę   w 
milczeniu. Wreszcie dziewczyna odwróciła się i powoli 
ruszyła do przodu. Mike błyskawicznie zorientował się, że 
jego   ukochana   jest   niezadowolona.   Natychmiast 
zrezygnował z zabawy i pobiegł za Miką.

-  Mika, posłuchaj, no co, kochanie - mówił bezładnie, 

czule obejmując dziewczynę.

Jim i Anna zostali w tyle. Dobry nastrój Anny prysł. 

Jim zastanawiał się, czy jego kuzynka jest w Michaelu 
zakochana,   czy   po   prostu   zazdrosna   o   jego 
zainteresowanie przyjaciółką. Z dwojga złego wolałbym 

background image

chyba, rozmyślał  Jim,  żeby wybrał  Annę. Przynajmniej 
pieniądze   -   uśmiechnął   się   złośliwie   -   zostałyby   w 
rodzinie. Szli chwilę w milczeniu. Jim obserwował spod 
oka starania Anny, aby odzyskać nadszarpnięte poczucie 
godności.

-  Jesteś   super   -   powiedział   Jim   do   kuzynki.   -   Masz 

klasę.

- Może, ale jakoś mi się nie układa. - Anna wzruszyła 

ramionami.

- No wiesz, z Michaelem mało komu się układa.
- Martwię się o Michała. - Anna szybko zmieniła temat. 

-   On   jest   naprawdę   bardzo   chory.   Ojciec   udaje   przed 
matką, ale mnie powiedział, że Michał ma raka mózgu. 
Wczoraj lekarze postawili diagnozę.

A   to   drań,   nie   wiadomo   dlaczego   Jim   pomyślał   o 

przyjacielu, głośno jednak powiedział:

- Takie rzeczy się teraz operuje.
-  Tak,   wiem.   -   Jimowi   wydało   się   nagle,   że   Anna 

skuliła   się,   zmalała,   jakby   na   powrót   stała   się   małą 
dziewczynką. - Ale to jest skomplikowane. Teraz robią 
jeszcze dodatkowe badania. Strasznie mi go żal. On czuje, 
że dzieje się z nim coś złego. Bez przerwy pyta: „Co mi 
jest, co mi jest?".

- Wiesz - odezwał się Jim po chwili milczenia, podczas 

gdy wydawało się, że przetrawia informacje Anny - Mike 
ma w Stanach dziewczynę. To jest ta piosenkarka, Sara 
Henderson.

-  Żartujesz!   -   Anna   aż   klepnęła   się   po   udach.   -   Nie 

background image

wierzę. Ta Sara Henderson?

- Tak, to ona.
- Jim, niemożliwe, ale numer. - Anna zanuciła przebój 

Sary „You should never lie to me". - No jasne. To nic 
dziwnego, że znał każde słowo z tekstu jej piosenki. Boże, 
ale przecież to jest superlaska. Byłam na jej koncercie w 
Londynie,   chyba   ze   trzy   lata   temu,   niedługo   przed 
wyjazdem do Polski. Gazety wtedy pisały, że jej facetem 
jest jakiś potwornie nadziany mydłek. Ale - roześmiała się 
serdecznie   -   to   chyba   nie   był   Mike.   Widziałam   nawet 
zdjęcie tego typa w którejś z gazet. Był chyba młody, ale 
nie bardzo atrakcyjny, taki sobie.

-  Od tego czasu Mike bardzo wyładniał - powiedział 

Jim poważnie.

- Oj, nie wygłupiaj się Jim. - Anna znów się roześmiała. 

- Ale jak oni się poznali?

-  Robił   jej   zdjęcia.   Pstryknął   jedno,   drugie   i   się 

zakochał.   Tylko   proszę   cię,   nic   nie   mów,   że   ci 
powiedziałem. Nie daj znać po sobie, że cokolwiek wiesz, 
bo Mike nie darowałby mi.

- Biedna Mika, a ona tak się zaangażowała. Żal mi jej. 

Naprawdę. Może jednak trzeba jej powiedzieć.

- Nie zrobisz mi tego. - Jim popatrzył groźnie na Annę.
-  Nie, oczywiście, że nie. To będzie nasz sekret. A ty 

też nie daj nic poznać mamie, co wiesz o Michale. Ona nie 
może   się   dowiedzieć,   przynajmniej   na   razie.   I   tak   już 
strasznie się martwi.

Jim   kontemplował   sylwetkę   Michaela   wygiętą   pod 

background image

takim   kątem,   aby   jak   najlepiej   dopasować   się   do 
przytulonej   do   niego   Miki.   Ten   to   nigdy   nie   ma 
zmartwień,   pomyślał   rozżalony,   tylko   romanse   mu   w 
głowie.

*

Rodzinny dom miss Zawadzky robił dziwnie wrażenie. 

Był to stary kamienny dworek, którego bryłę ozdabiały 
różne dziwaczne rzeźby. Wokół domu rosły dorodne dęby 
i kasztany oraz sporo nieujarzmionego zielska, o tej porze 
roku brunatnego i wyschniętego. Między drzewami stała 
odrapana kamienna kobieca figura. Było w tym obejściu 
dziwne   zaniedbanie,   tak   jak   gdyby   jego   gospodarz 
wyjechał na wiele lat, a po powrocie nie mógł sobie dać 
rady z otoczeniem. Zastukali, ktoś od środka szarpnął za 
klamkę i w otwartych drzwiach pojawiła się stara kobieta, 
w zniszczonej sukni, z jej szyi zwisał złoty łańcuch, na 
nogach miała lakierowane, choć już solidnie podniszczone 
klapki.   Była   w   niej   ta   sama   przygasła   świetność,   jaka 
panowała   w   całym   obejściu.   Popatrzyła   uważnie   na 
przybyszów i powiedziała zdecydowanym głosem:

- Proszę wejść. Państwo pewnie do syna.
Posadziła   całą   czwórkę   w   salonie,   a   sama   znikła   na 

dłuższą   chwilę,   zanim   w   ogóle   zdążyli   jej   cokolwiek 
wytłumaczyć.   W   milczeniu   przyglądali   się   odrapanym 
ścianom, starym, poczerniałym srebrom, wyszczerbionej 
porcelanie.   Dwa   duże,   śmierdzące   psy   o   skołtunionej 
sierści,   leżały   na   podłodze.   Mika   podeszła   i   zaczęła 
głaskać jednego, mrucząc coś pieszczotliwie. Anna i Jim 

background image

niechętnie popatrzyli po sobie, teraz już oboje odczuwali 
wrogość do Miki. Nikomu nie chciało się odzywać, ich 
niedawny dobry nastrój prysł, jak tylko zamknęły się za 
nimi   drzwi   tego   dziwacznego   domu.   Wreszcie   Mike 
powiedział:

- Nie zdziwiłbym się, gdyby tu straszyło.
Mika   roześmiała   się   z   aprobatą.   Jej   śmiech   dziwnie 

zabrzmiał w ciszy pokoju. Zaczerwieniła się, spłoszona 
popatrzyła   na   Michaela.   On   jednak   oglądał   jakąś   starą 
mapę, która leżała na jednym z trzech niskich chińskich 
stoliczków. Jim jakoś inaczej wyobrażał sobie mieszkanie 
miss   Zawadzky   i   czuł   się   rozczarowany,   zarówno   tym 
domem, jak i jej matką. Na dobrą sprawę moglibyśmy ją 
zamordować, pomyślał Jim. Zirytowała go beztroska tej 
bezbronnej, starej kobiety, która wpuszcza do domu ludzi, 
nie   pytając   ich   nawet,   czego   chcą.   Wreszcie   madame 
Zawadzky wkroczyła do salonu. Miała na sobie elegancką 
garsonkę, długi sznur korali i buty na wysokich obcasach. 
Była starannie uczesana i umalowana. Nie odjęło jej to 
jednak   lat,   ale   jak   gdyby   uwydatniło   zmarszczki   i 
podkreśliło zwiotczały owal twarzy. Jimowi wydawało się 
nawet,   że   ma   świeżo   wylakierowane   paznokcie   u   rąk. 
Madame  usiadła  w fotelu, skrzyżowała  całkiem jeszcze 
zgrabne   nogi   i   wziąwszy   ze   stolika   mały   dzwoneczek, 
zadzwoniła. Po chwili do salonu wsunęła się zgarbiona 
postać, która niosła przed sobą wielką tacę. Postawiła ją 
na   podłodze   i   starannie   rozdzieliła   na   wszystkie   trzy 
chińskie   stoliczki   dobra   z   tacy.   Filiżanki   z   herbatą, 

background image

imbryk, kryształowe miseczki z ciasteczkami, konfitury z 
maleńkimi   łyżeczkami   oraz   kieliszki,   które   gosposia 
wypełniła   następnie   gęstą   cieczą   z   niezbyt   czystej, 
oblepionej butelki.

-  A   teraz   słucham,   państwa.   O   co   chodzi?   Mój   syn 

niebawem nadejdzie.

Anna przedstawiła wszystkich po kolei i wyjaśniła cel 

ich wizyty. Jim sięgnął do kieszeni, wyjął kopertę z listem 
oraz pieniędzmi od miss Zawadzky. Madame otworzyła 
kopertę, zajrzała do środka i powiedziała;

-  Dobre   i   to,   cieszę   się,   że   moja   córka   wreszcie 

przypomniała sobie o nas.

Jim   czuł   się   w   obowiązku   wystąpić   w   obronie   miss 

Zawadzky.   Swoją   łamaną,   ale   trzeba   przyznać,   coraz 
sprawniejszą   polszczyzną,   z   pomocą   obu   dziewczyn 
opowiedział madame o życiu jej córki i o tym, jak ciężko 
musi   pracować,   żeby   zdobyć   pieniądze   na   utrzymanie 
siebie i dziecka.

-  Mówiłam jej, żeby nie wychodziła za mąż  za tego 

Żyda, to nie miało sensu.

- Była w nim zakochana - brnął dalej Jim, nie ustępując 

madame, bo miss Zawadzky nieoczekiwanie wzbudziła w 
nim wielką czułość, a nawet tęsknotę. Przypomniał sobie 
jej   ciepły   zapach   i   nieśmiały   dotyk   na   lotnisku.   Nagle 
zaczął   myśleć   o   niej   jak   o   kimś   bliskim,   jak   o   swojej 
dziewczynie. - Zresztą - dodał wbrew sobie - nadal go 
kocha.

- Ech - starsza pani machnęła ręką - co za głupstwa... jej 

background image

mąż jest niewiele wart.

Dalszy jej wywód przerwało jednak gwałtowne wejście 

rosłego   mężczyzny,   który   okazał   się   bratem   miss 
Zawadzky.   Z   Markiem   dogadali   się   od   razu.   Był 
sympatyczny, otwarty i na pewno kochał swoją siostrę. 
Wypytywał gości o jej losy, zaproponował, żeby zostali 
na obiedzie. Anna tłumaczyła Michaelowi słowa Marka, a 
Jim doskonale się z nim porozumiewał po polsku.

-  Mamy kurczaki, wczoraj udało mi się kupić na wsi. 

Będzie pyszny obiad. - Marek uśmiechał się szeroko. - 
Chodźmy do kuchni.

Wszyscy, oprócz Anny, której nie wypadało wstać, bo 

madame   tonem   nieznoszącym   sprzeciwu   oznajmiła,   że 
chce z nią porozmawiać, udali się do kuchni. Ich radosne 
głosy   rozbrzmiewały   gdzieś   w   drugiej   części   domu,   a 
Anna wściekła, że musiała zostać z madame, starała się 
być   dla   niej   uprzejma.   Grzecznie   więc   i   wyczerpująco 
odpowiadała na jej pytania, gdzie tak dobrze nauczyła się 
języka, co robi,  co zamierza.  Anna   była  coraz   bardziej 
znudzona i marzyła, żeby jak najszybciej wyrwać się od 
madame. Ta jednak w końcu powiedziała:

-  Wiesz,   moje   dziecko,   kiedyś   mieszkałam   w   tym 

samym   domu,   w   którym   mieszkali   twoi   rodzice.  Jesteś 
bardzo podobna do swojego ojca.

-  Och, chyba go pani już nie pamięta - odpowiedziała 

Anna,   nasłuchując   głosów   z   kuchni.   -   Mój   ojciec   jest 
niewysokim brunetem.

- Nie mówię o twoim ojczymie, ale ojcu.

background image

-  Nie rozumiem. - Anna podniosła głowę i uważnym 

wzrokiem   zmierzyła   madame.   Niewątpliwie   stara 
oszalała.

-  Jesteś   bardzo   podobna   do   Jana   Stebnickiego, 

pierwszego męża twojej matki - wypaliła madame.

- Pani chyba żartuje, przecież on umarł. - Anna poczuła, 

że twarz ją pali. Było jej gorąco. Powoli, guzik po guziku, 
rozpięła   sweter.   Przez   chwilę   w   pokoju   panowało 
milczenie.   Pragnęła   wstać   i   jak   najszybciej   opuścić   to 
miejsce, ale nie zrobiła żadnego ruchu. Nagle zdała sobie 
sprawę, że błagalnie patrzy na madame. Poprawiła więc 
włosy i uśmiechnęła się do starej kobiety. Ta odczytała to 
jako zachętę do dalszych wynurzeń.

-  Taaak   -   powiedziała,   głęboko   zaciągając   się 

papierosem. - To bardzo szlachetne ze strony Mariana, że 
ożenił się z twoją matką, gdy była w ciąży.

Anna   uważnie   obserwowała,   jak   z   nozdrzy   madame 

wydobywają   się   smugi   dymu.   Jej   badawcze   spojrzenie 
sprawiło, że poczuła się nieswojo. Założyła nogę na nogę i 
lekko   pokasłując,   pociągnęła   łyk   herbaty.   Spojrzała   na 
Annę, unosząc brew. Miała żółtawe oczy w tygrysie cętki, 
a źrenice szare i mętne.

-  Boże, co pani mówi, o co tu chodzi? - zapytała w 

końcu   Anna,   bo   wydawało   się   jej,   że   ta   stara,   obca, 
nieprzyjemna   kobieta   oczekuje   od   niej   jakiejś   reakcji. 
Powinnam   wstać   i   wyjść,   pomyślała.   Teraz,   od   razu, 
natychmiast...

- Dziwię się twojej matce, że nie powiedziała ci na ten 

background image

temat   ani   słowa.   Uważam,   że   takich   spraw   nie   należy 
ukrywać, stanowczo nie. Stebnicki to był bardzo dobry 
człowiek i wielki patriota. Twoja matka nie potrafiła tego 
docenić,   była   sporo   od   niego   młodsza.   No   i   Marian 
zawrócił jej w głowie. Ale pamiętam również ich dobre 
czasy   -   uśmiechnęła   się   madame,   odsłaniając   ciemne 
uzębienie.   -   Ładną   tworzyli   parę.   Jan   pochodził   z 
doskonałej i wykształconej rodziny. Żartował, że u nich w 
domu nawet służąca mówiła po łacinie. To ten system go 
zabił. Nie mógł się z tym, co tu się działo, pogodzić. To 
nie jest ustrój dla wrażliwego i myślącego człowieka. Na 
pewno   nie...   Biedny   Janek,   wiele   musiał   znieść...   - 
Madame zamyśliła się. Z kuchni słychać było śmiech i 
stuk   naczyń.   Jednak   w   pokoju,   gdzie   siedziały   obie 
kobiety, panowała nieprzyjazna cisza. Po chwili madame 
dodała:

-  Przystojny był z niego mężczyzna, z klasą. Wysoki, 

szczupły   blondyn.   Ty   jesteś   bardzo   do   niego   podobna, 
nawet   tak   samo   się   uśmiechasz,   unosisz   lekko   górną 
wargę.   Ot,   geny.   Jesteś   naprawdę   bardzo   ładna,   moje 
dziecko - stwierdziła łaskawie madame.

-  Proszę   pani,   przepraszam,   nie   mam   ochoty   tego 

słuchać... Naprawdę nie. - Głos Anny się załamał.

- Wiem, co mówię, moja droga, a na prawdę nie warto 

przymykać   oczu.   Byłam   nie   tylko   sąsiadką,   ale   i 
przyjaciółką   twojej   matki.   Obserwowałam   jej   romans   z 
Marianem   od   początku,   a   Maria   zwierzała   mi   się   ze 
swoich rozterek. - Madame westchnęła i niezbyt czystą 

background image

dłonią   z   czerwonymi   paznokciami   sięgnęła   po   pudełko 
papierosów. Wyjęła jeden z pogniecionej paczki i stukała 
nim   o   blat   stolika.   Anna   patrzyła   na   nią   bezmyślnie. 
Słowa tej kobiety nie mogły jej dotyczyć. W końcu po 
długiej chwili wybąkała:

- Mama nigdy o pani nie wspominała, a ja... ja przecież 

znam jej przyjaciół.

- Nie cierpiałam Mariana - odpowiedziała pozornie bez 

związku   madame.   -   Nie   mogłam   znieść   jego 
zaangażowania, jak to mówił, w sprawy ojczyzny. Zawsze 
gadał frazesami, na wszystko miał odpowiedź i wszystko 
usprawiedliwiał. Z jego powodu poróżniłam się z twoją 
matką. Przestałyśmy rozmawiać, dzwonić do siebie I tak - 
zrobiła   gorzki   grymas   -   minęło   ćwierć   wieku.   Twoja 
matka nie wie nawet, że wyszłam po raz drugi za mąż... 
ale to takie dawne czasy. Mój Boże, wieki... Marian to nie 
był   zły   człowiek,   ale   słaby,   zawsze   chciał   być   blisko 
władzy i z władzą. Przez takich jak on - wzięła z talerzyka 
ciasteczko i ugryzła je tak energicznie, że aż chrupnęło - 
moje dziecko tuła się po świecie.

- Mój ojciec nie miał z tym nic wspólnego. - Anna ze 

wszystkich sił starała się nie płakać.

- Formalnie nie, ale w rzeczywistości... - Stara kobieta 

machnęła ręką.

-  Skąd   pani   może   wiedzieć   takie   rzeczy?   -   zapytała 

gwałtownie Anna. - Nie wierzę, że moja matka przyznała 
się   pani   do   tego   wszystkiego.   Ona   jest...   ona   jest   taka 
dyskretna, skryta.

background image

-  Widać   życie   ją   tego   nauczyło.   Kiedyś   byłyśmy 

naprawdę   blisko,   urocza   kobieta,   ale   nigdy   nie   miała 
lekko.

-  Pani   chce   się   na   niej   zemścić,   pani   jej   nie   lubi   i 

dlatego mówi pani te bzdury. Nie wierzę... po prostu nie... 
nie.

- W porównaniu z moją córką jesteś szczęściarą, moja 

droga.  Twoja   matka  potrafiła   zadbać   o  to,  żebyś  miała 
dobre i bezpieczne życie. Nawet za cenę kłamstwa. A ja 
co?   Oprzytomniałam   w   porę,   zmagałam   się   z   tym 
ustrojem,   byłam   niepokorna.   A   teraz   Elżunia   uczy   w 
Stanach   polskiego   i   klepie   biedę,   ja   mam   nędzną 
emeryturę,   mój   syn,   bardzo   zdolny   matematyk,   jeździ 
taksówką,   moja   synowa   została   internowana   i   siedzi 
gdzieś na Mazurach. Mnie jest już wszystko jedno, ale 
moje dzieci mają zniszczone życie. Jaki czeka je los? Nie 
mają żadnych perspektyw. Będą tkwić w tej magmie, tak 
jak   i   my   tkwiliśmy.   Kolejne   pokolenie   straconych.   - 
Madame westchnęła. - Dlatego, powiem ci, moja droga, 
nienawidzę   takich   jak   twój   ojczym,   przez   nich   to 
wszystko.   Wcale   nie   przez   tych   najgorszych,   ale   tych 
najsłabszych.

-  Proszę nie nazywać go moim ojczymem, nie życzę 

sobie. Czego pani ode mnie chce?

Madame   przyjrzała   się   jej   dokładnie,   jakby   po   raz 

pierwszy ją widziała. I powiedziała raczej do siebie niż do 
dziewczyny:

- Wykapany ojciec. Nie ma wątpliwości.

background image

- Po co pani mówi mi to wszystko? - Anna powtórzyła 

pytanie. - Po co?

-  Nie planowałam tego, ale jak cię zobaczyłam... No 

cóż, mojej córce też bym powiedziała.

Anna nie słuchała już tego, co mówi ta straszna kobieta. 

Podniosła się powoli z kanapy.

- Przepraszam panią, ale muszę iść do toalety.
Madame uśmiechnęła się zjadliwie.
-  Podobnie   jak   twój   ojczym   nie   masz   odwagi,   żeby 

spojrzeć   prawdzie   w   oczy.   -   Zastanowiła   się   chwilę.   - 
Może to nie pomaga, ale poprawia samopoczucie. No cóż, 
moje dziecko, jesteś już dużą dziewczynką. Prawe drzwi z 
korytarza, tam jest łazienka.

Anna   początkowo   nie   zrozumiała,   co   starsza   pani 

mówi. Dopiero po chwili dotarły do niej jej wskazówki. 
Podniosła   się   bez   słowa   i   wyszła.   Starannie   zamknęła 
drzwi   łazienki   na   przerdzewiały   haczyk.   Usiadła   na 
sedesie.   Czuła   palący   wstyd.   Nic   nie   obchodziły   jej 
sprawy między ojcem a matką ani jej pierwszym mężem, 
a nagle przez tę koszmarną kobietę znalazła się w samym 
środku   ich   kłamstwa.   Wróciła   do   czyjejś   załganej 
przeszłości, która właśnie ją, niczemu niewinną, zaczęła 
uwierać jak pancerz.

Boże, co robić, myślała gorączkowo. Czuła w ustach 

niesmak. Co to za bzdura, co to za koszmarna bzdura. Ta 
kobieta jest wariatką. Ale gdzieś głęboko wiedziała, że to 
wszystko prawda, że całe jej dotychczasowe życie legło w 
gruzach. Mamo, jęknęła w duchu, coś ty mi zrobiła. Leski 

background image

wydał się jej obcym człowiekiem. Nagle zrozumiała, że 
on wie, że zawsze wiedział i miłość tego człowieka do 
niej wydała jej się chora, zła, niemal kazirodcza. A więc 
od   początku   do   końca   jestem   kłamstwem,   myślała   ze 
zgrozą,   jestem   sztuczna,   nieprawdziwa.   Mój   brat   jest 
moim   przyrodnim   bratem,   a   mój   ojciec   nie   jest   moim 
ojcem. Matko Boska, jak będę z tym żyła? Co zrobię?

Usłyszała pukanie do drzwi. To była Mika.
- Aniu, co ci jest? Dobrze się czujesz?
Następna   oszustka,   niby-przyjaciółka.   -   Annę 

przeniknął dreszcz na dźwięk przejętego głosu Miki. - Nie 
do wiary, jaki ten świat jest zakłamany.

-  Aniu.   -   Pukanie   do   drzwi   stawało   się   coraz 

głośniejsze. - Aniu?

- Daj spokój, już wychodzę - odparła, zniecierpliwiona. 

Stanęła   jeszcze   przed   lustrem,   poprawiła   włosy.   Kiedy 
wyszła, Mika ją przytuliła i pocałowała, aż promieniała 
szczęściem, którym musiała się z kimś podzielić. Jeszcze 
raz przycisnęła Annę do siebie. Anna nie odwzajemniła 
uścisku.

-  Coś się stało? - Mika patrzyła na nią uważnie. - Co 

powiedziała ci ta Zawadzka?

-  Nudziła, jak to starsze panie. Kochała się w moim 

ojcu. No wiesz, wspomnienia.

-  Marek już wstawił kurczaki do pieca - zameldowała 

uspokojona   Mika.   -   Świetnie   się   bawimy,   jest   nawet 
mnóstwo wina. Boże, jaka jestem szczęśliwa - westchnęła.

- Ja też - powiedziała spokojnie Anna - ja też.

background image

Mika popatrzyła na nią. Po chwili uśmiechnęła się.
- Idź do kuchni. Aha, Aniu, masz puderniczkę?
-  W torebce. - Anna przyjrzała się przyjaciółce. Miała 

zbyt czerwone policzki, czoło lekko spocone, pod lewym 
okiem   rozmazała   się   jej   kropka   tuszu,   a   mimo   to 
wyglądała pociągająco. Była tak rozradowana, że aż biło 
od   niej   wewnętrzne   światło.   Mika   stropiła   się   pod 
taksującym spojrzeniem Anny.

- Co jest? - zapytała.
-  Nic, po prostu podziwiam, jak świetnie wyglądasz. - 

Anna obróciła się na pięcie, czując jednocześnie pretensje 
do   losu,   który   okazał   się   przychylny   dla   Miki,   a   jej 
podarował tylko trudną do przełknięcia porcję prawdy. 

background image

Rozdział 16

Bez   żadnych   wstępnych   ustaleń   i   rozmów   między 

przyjaciółmi,   Jim   i   Mike   zamieszkali   osobno.   Jim 
przeniósł się do Leskich, a do Michaela wprowadziła się 
Mika. Teoretycznie stało się tak dlatego, że mieszkanie 
Miki   było   nadal   zaplombowane.   Według   Jima   jednak 
dziewczyna nie zrobiła nic, aby je na powrót odzyskać. 
Odebrała psa od sąsiadów i wraz z nim wpakowała się do 
Michaela,   w   ogóle   nie   zwracając   uwagi   na   fakt,   że 
znajdują się tam rzeczy Jima i ma on tam łóżko.

Jim, który nigdy nie przepadał za Miką, od czasu jej 

przeprowadzki,   nabrał   jeszcze   większej   antypatii   do 
dziewczyny, choć niekiedy starał się z niej wytłumaczyć 
sam przed sobą. To jakaś patologia, ganił się w duchu. W 
dziewczynach   Michaela   podkochuję   się   albo   ich   nie 
znoszę. A cóż mi ta Polka przeszkadza? O co mi chodzi? 
A jednak dobrze wiedział, w czym rzecz, choć sam przed 
sobą wolał się do tego nie przyznawać. Miał poczucie, że 
ta niezbyt urodziwa Polka po prostu wykwaterowała go z 
mieszkania, że pozbawiła go miejsca, które zajmował przy 
Michaelu,   że   zagroziła   ich   zażyłości   i   przyjaźni.   Mike 
miał teraz dla Jima strasznie mało czasu. Był z Miką na 
spacerze albo u jej rodziców, albo u jej znajomych, albo 
spędzał z nią upojne (tego już w ogóle Jim nie rozumiał) 
godziny w łóżku. Zdaniem Jima, Mike postradał rozum, 

background image

ale nie był w stanie mu niczego wytłumaczyć. Najbardziej 
jednak irytował  go fakt, że  wszelkie  próby rozmowy  z 
przyjacielem o ich niepewnej sytuacji w Polsce kończyły 
się zawsze tym samym. Mike pocieszał go: „Nie martw 
się stary, ja jestem szczęśliwy z Miką, ty mieszkasz przy 
rodzinie i też ci jest nieźle. Po diabła mamy wracać do 
Ameryki?".   W   takich   chwilach   Jim   czuł,   że   nie   może 
znieść Michaela.

„Jesteś głupkiem - powtarzał przyjacielowi. - Możemy 

nigdy stąd nie wyjechać. A ja w żadnym wypadku nie 
chcę zostać w tym komunistycznym bagnie".

Sama   myśl   o   tym   doprowadzała   Jima   do   takiej 

desperacji, że mógłby się rozpłakać: „Przestań się gzić. 
Proszę cię, róbmy coś".

„Teraz   ruch   należy   do   pułkownika   -   odpowiadał 

spokojnie Mike. - Musimy czekać. Uspokój się Jim, masz 
tu rodzinę, a dzięki  Annie i wujowi  poznajesz  różnych 
ludzi, rozmaite punkty widzenia, na to, co się dzieje. Po 
powrocie będziesz miał z tego co najmniej kilka tekstów. 
Mam nadzieję, że robisz notatki?".

Jim niczego nie notował, bo po prostu bał się zostawiać 

jakiekolwiek ślady, zwłaszcza po rewizji u Miki, której 
skutki   obaj   bezpośrednio   odczuli.   Postanowił   więc 
zawierzać   własnej   pamięci,   choć   jako   dziennikarz 
doskonale wiedział, jak często ona zawodzi, jak szczegóły 
mylą   się   z   faktami,   jak   emocje   górują   niekiedy   nad 
wspomnieniami.   Jednak   pytanie   przyjaciela   tak 
rozwścieczyło   Jima,   że   niemal   natychmiast   się   z   nim 

background image

pożegnał. Uznał, że Mike dał tym pytaniem dowód braku 
poczucia rzeczywistości. Mike zdążył jeszcze zawołać za 
nim: „No to, cześć. Do zobaczenia".

*

W   telewizji   podali,   że   zostaną   włączone   miejscowe 

telefony.   Władze   wojskowe   nieco   złagodziły   reżim 
wobec, zdaniem Jima, żałośnie biernej postawy obywateli. 
Ach   ci   Polacy,   co   najwyżej   pomodlą   się   o   spokój   i 
przegraną   generała,   stwierdził   Jim,   kiedy   we   czwórkę 
wracali z mszy, w której udział wzięło ponad tysiąc osób. 
W czasie jej trwania miał świadomość, że bierze udział w 
wyjątkowym obrzędzie. Uczestniczył nie w nabożeństwie, 
ale w wielkim wspólnym proteście przeciwko reżimowi. 
Udzieliła mu się atmosfera niezwykłej solidarności, jaka 
łączyła tych ludzi, którzy stali na zimnie, wsłuchując się w 
grzmiące słowa księdza. Wystarczyło jednak, że zauważył 
pełną nabożnego skupienia twarz Miki i przejęte oblicze 
Michaela, aby odzyskał właściwy mu dystans zarówno do 
religii, jak i spraw tego dziwacznego kraju.

Szczerze   mówiąc,   zupełnie   inaczej   wyobrażał   sobie 

Polskę.   Wiedział,   że   jest   to   kraj   głęboko   katolicki,   ale 
spodziewał   się   raczej   ujrzeć   Polaków   wymachujących 
karabinami,   niż   grzecznie   powtarzających   za   księdzem 
katolickie   formułki.   Jim   nie   znosił   patosu,   a   ten   naród 
opanowała,   jego   zdaniem,   atmosfera   nieznośnego 
uniesienia.   W   dodatku   niemal   każdy   napotkany   Polak 
deklarował,   że   jest   w   opozycji,   konspiruje,   spiskuje 
przeciwko   władzy.   Jak   mówił   Mike,   „wystarczy,   że 

background image

napisze kredą na płocie «Precz z komuną» i już uważa się 
za   bohatera".   Obaj   byli   jednak   ostrożni   w   głośnym 
wygłaszaniu swoich opinii, bo zarówno Mika, jak i Anna 
reagowały na nie ze złością i oburzeniem. Zdaniem obu 
dziewczyn   usprawiedliwiało   ich   tylko   to,   że   jako 
Amerykanie,   byli   zbyt   beztroscy,   aby   cokolwiek 
zrozumieć z polskiej trudnej historii. „Wy mieliście tylko 
wojnę secesyjną - wyjaśniały obu ignorantom - a my dwie 
wojny światowe i co najmniej kilka powstań". Michael nie 
znosił   dyskusji   na   tematy   ojczyźniane,   ponieważ   jego 
filozofia   tak   w   wypadku   Polski,   jak   i   każdego   innego 
kraju   była   jasna.   Silna   gospodarka   to   fundament,   na 
którym należy budować, polityka ma wtórne znaczenie. 
Tu   jednak   było   całkiem   odwrotnie,   rządziły   idee,   a   o 
pieniądzach w zasadzie nie wypadało mówić. „To, co tu 
się dzieje, to jest dla mnie czarna magia" - zwierzał się 
przyjacielowi.   „A   co   ja   mam   powiedzieć?   Jak   z   tej 
magmy mam ulepić sensowny artykuł?" - skarżył się Jim.

Gdy   u   Leskich   pierwszy   raz   od   dawna   zadźwięczał 

dzwonek   telefonu,   wszyscy   aż   drgnęli.   Telefon   był   od 
Michała, który znów trafił do szpitala na badania. Kilka 
dni wcześniej stracił przytomność, tym razem w sklepie. 
Teraz   jednak   czuł   się   na   tyle   dobrze,   iż   na   wieść, 
błyskawicznie   rozchodzącą   się   po   szpitalu,   o   tym,   że 
włączyli   telefony,   postanowił   zrobić   rodzinie 
niespodziankę.   Jim   odebrał   telefon,   bo   reszta   rodziny 
wyglądała, jakby była sparaliżowana dźwiękiem aparatu. 
Najpierw usłyszał trzaski, cześć Michała, i kobiecy głos 

background image

powtarzający:   „Rozmowa   kontrolowana,   rozmowa 
kontrolowana".   Podał   słuchawkę   ciotce   i   zaczął 
przedrzeźniać   ze   swoim   amerykańskim   akcentem: 
„Rozmowa kontrolowana". Anna, która oczywiście także 
nie mogła dalej mieszkać z Miką i wróciła do domu, teraz 
siedziała   na   kanapie   i   serdecznie   bawiła   się   małym 
przedstawieniem   Jima.   Jednak   wuj,   który   jadł   właśnie 
spóźniony   obiad,   odłożył   sztućce   i   poważnym   tonem 
powiedział:

-  Uważam,   że   nie   ma   się   z   czego   śmiać.   Decyzja   o 

włączeniu   głosu,   ostrzegającego   przed   podsłuchem, 
świadczy o tym, że kraj się demokratyzuje.

-  Tato,   co   ty   opowiadasz?   -   wykrzyknęła   oburzona 

Anna. - Fakt, że mamy cenzurę i podsłuch, uważasz za 
dowód demokracji?

- Wszystkie ingerencje czyni się w sposób jawny i dla 

dobra obywateli. Chodzi o to, żeby w tak trudnej sytuacji 
nie dawać szansy wywołania rozruchów lub nie dopuścić 
do niepotrzebnego judzenia. Cokolwiek się dzieje, lepiej, 
żeby   zostało   załatwione   własnymi   rękami,   bez   pomocy 
przyjaciół. Dlatego trzeba się godzić nawet na drastyczne 
środki.

-  Przecież   spędziliśmy   razem   parę   lat   w 

demokratycznym kraju - powiedziała Anna, pozornie już 
spokojna. - Czy naprawdę nie widzisz różnicy?

- Owszem, my używamy cenzury z powodów wyższej 

konieczności,   oni   natomiast   nie   stosują   jej,   bo 
przeszkadzałaby   w   zarabianiu   pieniędzy.   Wolność   z 

background image

naszej   strony   to   uświadomiona   konieczność   -   Leski 
uśmiechnął się lekko - a z ich to otwarta droga do fortun, 
bez niepotrzebnych barier i przeszkód.

-  My   się   nigdy   nie   dogadamy,   tato   -   stwierdziła   ze 

smutkiem Anna.

-  Obawiam się, że nie, ponieważ nie przyjmujesz do 

wiadomości   innych,   niż   twoje,   argumentów.   Jest   mi 
przykro   -   był   zirytowany,   ale   usiłował   nadać   swojemu 
głosowi żartobliwe brzmienie - że mam taką tępą latorośl.

Słowa   Leskiego   trafiły   Jimowi   do   przekonania.   W 

gruncie   rzeczy   facet   ma   sporo   racji,   rozmyślał.   W 
kapitalizmie wszystko służy pomnażaniu pieniędzy, nawet 
ta osławiona wolność i swoboda wyboru. Czy taki Mike 
zastanowił się kiedykolwiek nad tym, że ma kupę forsy, 
podczas   kiedy   inni   muszą   ciężko   zarabiać   na   życie? 
Oczywiście, że nie. Zawsze uważał, że mu się to wszystko 
należy.   A   Andrew   Watson-Smith,   właściciel   imperium 
medialnego, dobrze pilnował interesów bogaczy, rękami 
właśnie   takich   jak   Jim,   gołodupców.   O   co   walczą   ci 
Polacy, za co siedzą, czego chce Anna? Żeby było u nich 
tak samo jak w Ameryce, żeby także ich kraj podzielił się 
na   coraz   biedniejszych   i   coraz   bogatszych.   W   takim 
kierunku zmierza świat, a oni w ogóle nie biorą tego pod 
uwagę.   Myślą,   że   wszyscy   będą   wolni,   zamożni   i 
szczęśliwi. Jim aż pokiwał głową, był bardzo zadowolony 
z   tak   błyskotliwej   analizy.   Chciał   się   swoimi 
rozmyślaniami podzielić z Anną, ale ona wściekła na ojca 
już wyszła z pokoju. Ciotka, po rozmowie z Michałem, 

background image

poszła się położyć.

-  Dobrze,   że   zostaliśmy   sami,   Jim   -   powiedział   wuj 

cichym głosem, splatając jednocześnie dłonie tak silnie, że 
aż rozległ się trzask kości. - Muszę z tobą porozmawiać.

Jim   poczuł   przebiegający   po   plecach   dreszcz.   Na 

pewno   Leski   chce   mu   oznajmić,   że   wie   o   umowie   z 
pułkownikiem, że nigdy nie będą mogli stąd wyjechać, a 
może nawet zostaną aresztowani. Przez dłuższą chwilę w 
salonie panowała cisza. Jim czekał na jego słowa jak na 
wyrok,   ale   wuj   najwyraźniej   chciał   opóźnić   tę   chwilę. 
Siedział przy stole, głowę podparł na łokciach i gapił się 
w blat stołu. Wreszcie zaczął:

- Mój syn... znaczy nasz Michał jest śmiertelnie chory.
A więc o to chodzi. Jim odetchnął z ulgą. Dzięki Bogu, 

szło o Michała, a nie o niego czy Michaela. Lubił swojego 
kuzyna, było mu go żal, ale nie wiedział, jak pocieszyć 
wuja, a ten oczekiwał reakcji z jego strony, więc znów 
zapadło milczenie.

- Powiem wprost - powiedział Leski z wysiłkiem. - Być 

może będziemy musieli cię prosić o pomoc. Chodzi o to, 
że konieczna będzie operacja neurochirurgiczna, której w 
Polsce nie można wykonać.

Przyglądał się wujowi, jego bladej, skupionej twarzy i 

dotarło   do   niego,   że   być   może   rysuje   się   dla   niego   i 
Michaela   szansa   opuszczenia   Polski.   Jim   nie   ufał 
pułkownikowi. I choć Mike zapewniał go, że jak weźmie 
forsę, to nie będzie miał powodu, żeby ich zatrzymywać, 
intuicja podpowiadała Jimowi, że może to nie być aż tak 

background image

oczywiste.   Pułkownik   budził   jego   wrodzoną 
podejrzliwość. Teraz jednak nabrał otuchy. Pułkownik nie 
odmówi w takiej sytuacji wydania paszportów, przecież 
deklarował przyjaźń dla Leskich.

- Nie ma sprawy, wujku. Chętnie pomogę, Mike także 

ma sporo kontaktów. A jak już wrócimy do Stanów, to 
będzie   możliwa   również   pomoc   finansowa.   -   Jim 
gorączkowo   składał   obietnice,   choć   wiedział,   że   tego 
rodzaju   operacja   w   amerykańskim   szpitalu   kosztuje 
majątek.   On   nie   ma   pieniędzy,   ale   Mike   może   ruszyć 
kiesą. Chciał wspomnieć o fundacji stryja Michaela, ale w 
ostatniej chwili się powstrzymał. Postanowił, że najpierw 
pogada z przyjacielem. Zresztą podobała mu się rola męża 
opatrznościowego   własnej   rodziny   i   nie   miał   ochoty 
dobrowolnie z niej rezygnować.

- Och, dziękuję ci, Jim. - Wuj wyraźnie się wzruszył. - 

Mam jednak nadzieję, że tę operację jako ratującą życie 
sfinansuje nasze ministerstwo zdrowia. Ja też mam trochę 
pieniędzy, Maria ma  sporo biżuterii. Chodzi o to, żeby 
tam, na miejscu, nie był sam. Kiedy wracacie do Stanów?

- Nie mam pojęcia - odparł bez zastanowienia Jim.
Leski spojrzał pytająco.
- To znaczy niedługo... - Jim się zawahał. - Myślę, że za 

jakieś   dwa,   trzy   tygodnie.   -   Postanowił   ukryć   przed 
Leskim konszachty z pułkownikiem.

- W gruncie rzeczy to dziwne, że pozwalają wam tu tak 

długo   przebywać,   zwłaszcza   po   tym   nieszczęsnym 
aresztowaniu. - Leski zamyślił się, po czym dodał: - Jim, 

background image

muszę cię o to zapytać. Przepraszam, ale w tej sytuacji 
muszę... sam rozumiesz, prawda? Mam nadzieję, że w nic 
się nie wplątaliście?

- Oczywiście, że nie. Wszystko jest dobrze. Nie martw 

się wuju. Nie wdaliśmy się w żadną szpiegowską aferę.

- No tak, no tak. - Leski pokiwał głową. - Nie mów na 

razie nic ciotce. Po co ma się martwić? Ja i tak teraz będę 
miał   mnóstwo   załatwiania.   Mój   Boże,   gdybym   mógł 
przewidzieć chorobę Michała, zostalibyśmy w Londynie, 
nie   wracałbym   tutaj.   Nawet   nie   wiesz   -   powiedział 
zduszonym głosem - jak straszna rzecz się stała. Tylko on 
się liczy... tylko on.

Jim   obserwował   dłonie   Leskiego,   który   przez   całą 

rozmowę ściskał lub wykręcał palce. Wuj miał chłopskie 
ręce, duże, sękate, niepasujące do jego szczupłej, drobnej, 
eleganckiej sylwetki. Grzbiety dłoni były z boku pokryte 
rudawym   włosem,   jakby   świńską   szczeciną,   odnotował 
Jim w myślach i sam zganił się za to porównanie. Przez 
chwilę obaj mężczyźni przyglądali się sobie z uwagą. Jim 
czuł,   że   Leski   chce   jeszcze   coś   powiedzieć,   ale   nie 
przechodzi mu to przez gardło. A jednak nie spodziewał 
się tego, co w końcu usłyszał.

Leski   odchrząknął,   rozpakował   pudełko   papierosów   i 

dał jednego Jimowi, drugiego wziął dla siebie. Jim podał 
wujowi   ogień,   ale   sam   nie   zapalił,   tylko   bawił   się 
papierosem, wysypując z niego trochę tytoniu na podłogę, 
która   od   kilku   dni   powinna   być   przynajmniej 
pozamiatana.   Pełno   było   na   niej   okruchów   i   drobnych 

background image

strzępków papieru. Nikt w rodzinie jednak nie miał głowy 
do zajmowania się sprzątaniem. Szczerze mówiąc, Jima 
zaczął   już   trochę   męczyć   fakt,   że   ci   bliscy   mu   ludzie 
przestali się nim interesować, jakby nie istniał, jakby tylko 
sam   Michał   był   na   tym   świecie.   A   przecież   on   także 
boryka się z mnóstwem problemów, o których ciotka z 
wujem   nie   mają   nawet   pojęcia,   bo   od   dawna   już   nie 
zapytali Jima, choćby tylko o to, jak się czuje. Dla Jima 
był   to   tylko   jeszcze   jeden   oczywisty   dowód 
rodzicielskiego   egoizmu,   bezwzględnej   władzy   genów 
nad   uczuciami   i   emocjami.   Zaangażowanie   Leskich   w 
walkę o zdrowie Michała przestało mu się zdawać godne 
podziwu,   ale   uznał   je   za   kwestię   czystej   biologii, 
instynktu przetrwania, który realizowała ta para ssaków, 
walcząc o życie dla swojego potomka i tyle. Nic więcej.

-  No   więc,   to   nie   jest   dla   mnie   łatwe,   naprawdę   - 

usłyszał głos wuja - ale myślę, że byłoby lepiej, gdybyś z 
powrotem zamieszkał ze swoim przyjacielem. No wiesz...

Jim czuł, że purpurowieją mu policzki, zupełnie jakby 

ktoś uderzył go w twarz.

-  Oczywiście,   wuju   -   powiedział   spokojnie.   - 

Wyprowadzę się, myślałem już o tym.

-  Będzie   dobrze,   jak   sam   porozmawiasz   o   swoim 

pomyśle z Marią. Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego. 
No,   cóż,   chłopcze,   rozumiem,   u   nas   taka   ponura 
atmosfera... a ty jesteś młody, trzeba, żebyś się czasem 
rozerwał, zabawił...

Jim   był   zaskoczony   nieoczekiwanie   ujawnionym 

background image

podobieństwem Leskiego do pułkownika. Byli ulepieni z 
tej samej gliny. Postanowił, że wyprowadzi się stąd jak 
najszybciej. Ale wiedział, że nie będzie to takie proste. W 
ich   niegdyś   wspólnym   z   Michaelem   mieszkaniu 
zagnieździła się przecież ta Polka. 

background image

Rozdział 17

Jim,   pomimo   że   mieszkał   u   rodziny,   czuł   się 

osamotniony.   Wuj   i   ciotka   zajmowali   się   niemal 
wyłącznie chorym Michałem. Anna często gdzieś znikała 
na długie godziny. Zdarzało się, że zabierała go na jakieś 
spotkania   towarzyskie,   ale   one   zawsze   przebiegały   tak 
samo.  Najpierw,  jako Amerykanin, stawał  się  obiektem 
zainteresowania,   a   potem   wszyscy   zapominali   o   nim   i 
zaczynali zajmować się sobą oraz losami ojczyzny. Jim 
coraz lepiej radził sobie z polskim, ale w gwarze, wśród 
podnieconych i spierających się głosów trudno mu było 
wyłapać sens rozmowy. Często miał zresztą poczucie, że 
ci zacietrzewieni Polacy nie zawsze potrafią się nawzajem 
zrozumieć.

Bez większego przekonania widywał się przez pewien 

czas z dziewczyną, którą poznał podczas jednego z takich 
spotkań. Kasia, zdaniem Jima, nie różniła się od Polek, 
które   dotąd   poznał.   Ładna,   bystra,   zaangażowana   w 
sprawy kraju i oddana swojemu mężczyźnie. Gdy nie miał 
już ochoty dłużej się z nią widywać, powiedział jej, że 
wraca   do   Ameryki.   Oznajmił   to   podczas   pożegnalnej 
kolacji, którą sam przygotował. Kasia popłakała się i była 
gotowa   wyjechać   razem   z   nim.   Obiecał,   że   przyśle   jej 
zaproszenie, udawał wielki smutek i z ulgą rozstał się z 
dziewczyną,   a   po   całej   sprawie,   choć   nie   do   końca 

background image

rozumiał dlaczego, pozostał mu lekki niesmak i niechęć 
do  samego   siebie.  Pewnego  dnia  jednak  uznał,  że   jego 
polski romans, zupełnie inaczej niż Michaela, po prostu 
nie był udany i przestał w ogóle o nim myśleć.

Anna   załatwiła   mu   kontakt   z   dwoma   czy   trzema 

zachodnioeuropejskimi   dziennikarzami   przebywającymi 
w   kraju.   Każdy   z   nich   miał   swoją   koncepcję   na   temat 
dalszego rozwoju sytuacji w Polsce, ale żaden z nich nie 
był, myślał Jim z goryczą, w tak paskudnym położeniu jak 
on i Mike. Im dłużej był skazany na Polskę, tym mniej go 
interesowała i obchodziły problemy ludzi tutaj żyjących. 
Czuł się jak zwierzę złapane w pułapkę, które nie zwraca 
uwagi   na   świat   zewnętrzny,   a   szuka   jedynie   drogi 
uwolnienia się z zatrzaśniętej klatki. Myśli o Kalifornii 
nawiedzały   Jima   niemal   obsesyjnie.   Nie   mógł   spać. 
Kilkakrotnie   odwiedził   Michała   w   szpitalu,   w   gruncie 
rzeczy tylko po to, żeby nabrać większego dystansu do 
własnych kłopotów. Ale wizyty te jeszcze pogłębiały jego 
desperację.   Dawały   dowód,   że   los   nad   nikim   nie   ma 
litości. Zapadła mu w pamięci młodziutka twarz Michała z 
rozbieganymi oczami i dziwnym, zastygłym na ustach, na 
wpół   ironicznym,   na   wpół   tragicznym   uśmiechem.   Na 
stoliku   obok   łóżka   stało   pełno   jedzenia:   słoik   z   zupą, 
rozgrzebana   na   talerzu   szynka,   owoce,   otwarty   sok. 
Zapach żywności łączył się ze szpitalną duchotą i ta woń 
przypominała

 

mu

 

powroty

 

obładowanego 

przeterminowanym   żarciem   ojca   ze   sklepu.   Jim 
niespecjalnie   tęsknił   za   rodzicami,   ale   chciałby 

background image

opowiedzieć matce o jej rodzinie, o siostrze, której tak 
dawno nie widziała, o swoich kuzynach. Wyobrażał sobie 
przejęcie matki, jej entuzjazm, ale i smutek, kiedy dowie 
się o Michale. Tak, matka była zupełnie inna niż ciotka. 
Żywiołowa,   szczera,   bardziej   serdeczna.   Kiedy   tylko 
wrócą,   od   razu   pojedzie   do   Iowa,   żeby   spotkać   się   ze 
starymi - postanowił.

Od kilku już dni Jim nie widział się z przyjacielem. 

Dzwonił parę razy, ale Mike nie odbierał telefonów, a sam 
odezwał   się   tylko   raz,   kiedy   Jim   akurat   wyszedł   po 
zakupy. Anna, która podniosła słuchawkę, powtórzyła mu 
później rozmowę.

-   Mike   -   powiedziała   -   właśnie   wychodził,   więc   nie 

może później zadzwonić. Prosił, żeby ci przekazać, że u 
niego wszystko okej. Na razie brak nowych wiadomości. 
Ma nadzieję, że dobrze się bawisz - zakończyła ironiczną 
relację z rozmowy.

Bez   wątpienia   to   właśnie   ich   łączyło   -   niechęć   do 

Michaela   nieobecnego  i   zakochanego.  Mika   zawładnęła 
nim całkowicie. Jej władza nad Michaelem była naprawdę 
irytująca.   Co   więcej,   Jim   zaczął   podejrzewać,   że 
przyjacielowi   przestało   zależeć   na   jak   najszybszym 
opuszczeniu Polski. W końcu, co mu szkodzi posiedzieć 
sobie   w   tym   kraju?   Nie   czeka   na   niego   jak   na   Jima, 
robota, nie musi się obawiać furii Jonasa, cokolwiek tu 
robi Mike, odsetki i tak mu lecą. Dupek, cholerny dupek. 
Jim   nie   posiadał   się   z   wściekłości.   Postanowił   wziąć 
sprawę w swoje ręce. I choć nie miał pewności, co może 

background image

w   ten   sposób   osiągnąć,   siadł   za   biurkiem   Leskiego   i 
napisał list:

„Kochana Saro, 
Mam nadzieję, że żyje Ci się pogodniej i lepiej niż mnie 

tutaj.   Pogoda   paskudna,   a   mój   nastrój   świetnie   do   niej 
pasuje. Dużo pracuję, sporo piszę, więc będzie  z  czym 
wracać do Ameryki. Wyobraź sobie, że znają tutaj Twoje 
piosenki! Najbardziej znany przebój to «You should never 
lie   to   me».   Pamiętam   doskonale,   kiedy   nagrywałaś   tę 
piosenkę.   Przyjechałaś   ze   studia   do   Michaela   i 
pojechaliśmy   we   czwórkę   do   Santa   Barbara.   Najpierw 
graliśmy w siatkówkę na plaży, a wieczorem trafiliśmy na 
party   do   Warrena   Beatty.   Śpiewałyście   wtedy   razem   z 
dziewczynami taką fajną piosenkę o facecie, który odszedł 
do innej kobiety i byłyście tak przekonujące, że niektóre z 
nich aż się popłakały. Boże, to wydaje się tak dawno. Nie 
widuję   Michaela   zbyt   często,   bo   mieszkam   obecnie   u 
swojej   rodziny   (szczęśliwie   odnalezionej   siostry   mojej 
mamy). A zresztą znasz dobrze mojego kumpla i wiesz, że 
jak   go   coś   pochłonie,   to   na   nic   innego   nie   ma   czasu. 
Wydaje mi się, że Mike, w przeciwieństwie do mnie, nie 
ma specjalnie ochoty przyśpieszać naszego powrotu do L. 
A. Ucałowania Jim".

Przeczytał   list   kilkakrotnie.   W   pierwszym   zdaniu 

zmienił słowo „nam" na „mnie". Miał nadzieję, że Sara 
zrozumie,   co   chciał   przekazać.   Liczył   nie   tyle   na   jej 

background image

inteligencję,   ile   na   intuicję   zakochanej   kobiety.   Był 
przekonany,   że   musi   zwęszyć   niebezpieczeństwo,   tym 
bardziej, że była zawsze tak bardzo zazdrosna o Michaela.

Nazajutrz,   z   samego   rana   zadzwonił   do   Grubasa   i 

umówił się z nim w kawiarni w centrum miasta. Grubas 
stawił   się   punktualnie   o   dwunastej   i   natychmiast   po 
wkroczeniu   do   sali   zamówił   wielką   wuzetkę   z   bitą 
śmietaną.

-  Co to za szczęśliwy traf, że akurat są - rozpromienił 

się. - Uwielbiam te ciastka. A dla ciebie co?

- Kawa.
-  No   dobrze.   -   Grubas   wyraźnie   zmartwił   się   jego 

brakiem   zainteresowania   dla   ciastek.   -   Wolisz   pewnie 
barszcz albo pierogi?

- Wszystko mi jedno.
-  Ach tak. - Grubas przyjrzał się Jimowi uważniej. - 

Chyba pora wyjeżdżać.

- Owszem, ale Mike wpadł, zakochał się i może zechce 

tu zostać na zawsze.

-  Szczerze   mówiąc,   wątpię.   -   Grubas   uśmiechnął   się 

życzliwie. - Nie martw się.

-  Chciałbym,  żeby  zadziałała   kobieta.  Klin  klinem.   - 

Jim   poweselał,   bo   dzięki   optymizmowi   Grubasa   nabrał 
otuchy. - Napisałem list do Sary. Czy możesz go wysłać? 
Masz, czytaj.

Grubas   uważnie   przeczytał   list   i   z   westchnieniem 

skomentował:

- Obawiam się, że Michael ci za to nie podziękuje.

background image

Rozmawiali jeszcze z pół godziny. I po raz pierwszy od 

czasu,   kiedy   go   poznał,   Jim   miał   poczucie,   że   spotkał 
fajnego faceta. Grubas także optował za tym, żeby obaj 
przyjaciele wyjechali jak najszybciej. W końcu nie mają 
tu nic do roboty, a tak długa ich obecność w Warszawie 
może się w końcu wydać komuś podejrzana. Jim kiwał 
głową. Podczas  całej  rozmowy  rozmyślał  nad tym,  czy 
powiedzieć o warunkach wyjazdu postawionych im przez 
pułkownika.   Nie   miał   jednak   żadnej   gwarancji,   że 
Cameron będzie mógł pomóc, a gdyby ujawnił wspólną 
tajemnicę,   uczyniłby   z   pułkownika   nieprzejednanego 
wroga, a Jim już i tak śmiertelnie się go obawiał. Zawsze 
bał   się   ludzi   obłudnych,   a   zarazem   inteligentnych. 
Pułkownik   zaś   nie   tylko   posiadał   obie   te   cechy,   ale 
jeszcze   coś,   co   wyjątkowo   niepokoiło   Jima.   Był,   jego 
zdaniem,   nieobliczalny.   Mike   oczywiście   uważał,   że 
przyjaciel   przesadza,   ale   w   opinii   Jima,   pułkownik 
wykazywał cechy demoniczne.

- Nawet papież uznał istnienie szatana - tłumaczył Jim 

rozbawionemu   jego   powagą   Michaelowi.   -   To   nic 
dziwnego,   że   spotkaliśmy   przedstawiciela   piekielnych 
mocy. To się mogło zdarzyć każdemu.

-  No   jasne,   Jim,   mamy   wielkie   szczęście,   że   ten 

cudowny przypadek spotkał akurat nas. - Mike pękał ze 
śmiechu.   -   Są   jednak   tacy,   którzy   uważają,   że   szatan 
gnieździ się w systemie nerwowym - dodał, poważniejąc. 
- Myślę, że taka teoria bardziej mi odpowiada.

Jima   nic   tak   nie   martwiło,   jak   beztroski   nastrój 

background image

przyjaciela.   Całkiem   niedawno,   gdy   go   zapytał,   czy 
dobrze się czuje, ten największy hipochondryk na całym 
zachodnim wybrzeżu, który zawsze znajdował powód do 
narzekań na własne zdrowie, bez wahania odpowiedział: 
„Cudownie".

*

Zapadał zmrok, gdy Jim z Anną siedzieli w kuchni i 

jedli znakomity obiad przygotowany przez ciotkę. Lescy 
pojechali   do   szpitala,   aby   odwiedzić   Michała.   Anna 
włączyła magnetofon. Z taśmy popłynęły dźwięki muzyki 
Beatlesów.   Jim   z   przyjemnością   spędzał   czas   ze   swoją 
kuzynką. Rozumieli się. I choć żadne z nich nie zdradziło 
drugiemu   przyczyny   własnego   kiepskiego   nastroju, 
dzielili   się   nim   jak   pysznym   deserem.   Narzekali   na 
rzeczywistość, na los, na życie. Rozprawiali ze sobą jak 
para rozczarowanych życiem osiemdziesięciolatków. Jim 
zastanawiał się, czy nie powiedzieć jej, że postanowił się 
wyprowadzić, ale nie bardzo wiedział, jak to zrobić. Bał 
się,   że   Anna   źle   oceni   jego   pomysł,   że   pomyśli,   iż 
opuszcza   rodzinę   w   trudnej   dla   niej   sytuacji.   Nagle 
zadźwięczał  dzwonek do drzwi. Anna poszła  otworzyć. 
Jim usłyszał radosny głos Michaela, a zaraz potem Miki. 
Poczuł się urażony, że przyszli tak razem, bez zapowiedzi. 
Wstał i niechętnie poszedł do przedpokoju. Pomógł zdjąć 
płaszcz Mice, a ona pocałowała go w policzek.

-  Siadajcie w salonie - zarządziła Anna - zaraz zrobię 

herbatę.

-  Przynieśliśmy   whisky.   -   Mika   triumfalnie   wyjęła 

background image

butelkę z torby.

Kiedy się rozsiedli dookoła stołu i rozlali whisky, Jim 

musiał jednak przed samym sobą przyznać, że cieszy się z 
przyjścia Michaela. Był nie tylko jego przyjacielem, był 
łącznikiem między obecnym a dawnym życiem. A Jima, 
zwłaszcza   od   czasu,   gdy   mieszkał   u   wujostwa,   tak 
pochłonęła   polska,   szara   codzienność,   że   o   Kalifornii 
myślał jak o pięknym, dawno obejrzanym filmie. Zresztą 
trzeba   wreszcie   zdecydowanie   załatwić   sprawę 
przeprowadzki.   Wuj   wprawdzie   nie   nalegał,   ale 
popatrywał   na   niego   pytająco,   co   Jima   cholernie 
irytowało. Mike był w świetnym nastroju, dowcipkował, 
ale   Jimowi   wydawało   się,   że   nawet   jak   na   szczęśliwie 
zakochanego, jest trochę zbyt podekscytowany. Znowu się 
czepiam, skonstatował i postanowił nie poddawać się w 
ciągu tego wieczoru żadnym ponurym rozważaniom.

Anna podgrzała zupę i podała ją gościom. «Grzibowa» 

- zachwycił się Mike po polsku. A potem oznajmił, że ma 
dziś   urodziny.   Jim   lekko   się   zawstydził.   Faktycznie, 
zapomniał. W zeszłym roku obchodzili urodziny Michaela 
w Santa Monica. Wielki namiot rozstawiony na plaży aż 
lśnił   od   świateł.   W   miejscu,   gdzie   stały   stoły   pełne 
najwykwintniejszego   żarcia,   płachty   namiotu   były 
opuszczone,   natomiast   z   przeciwnej   strony   odsłonięte, 
więc widać było ciemny, ale przyjaźnie szumiący ocean. 
Noce   kalifornijskie   są   chłodne,   kobiety   miały   na   sobie 
najbardziej wymyślne futra. Barbara wystąpiła w etoli z 
czarnych   norek.   Gdy   sięgała   po   kieliszek   lub 

background image

gestykulowała podczas rozmowy, jej okrągłe, koloru kości 
słoniowej   ramiona,   wyłaniały   się   spod   futra,   tworząc 
niezwykle seksowny kontrast. To był ich dobry wieczór, 
nie   kłócili   się,   a   Jim   czuł   się   dumny   z   wyglądu   i 
błyskotliwości   swojej   partnerki.   Barbara   wdała   się   w 
rozmowę   z   całkiem   przystojnym   i   niestarym   jeszcze 
mężczyzną, który okazał się opiekunem pracy doktorskiej 
Michaela.   Potem   dowiedzieli   się,   że   facet   jest   także 
jednym   z   kandydatów   do   Nagrody   Nobla.   Barbara 
rozprawiała z nim o swojej pracy na temat pozycji kobiet 
w zarządzaniu największymi firmami, a przyszły noblista 
wydawał   się   tym   zachwycony.   Na   pół   godziny   przed 
północą Sara zaśpiewała dla Michaela specjalnie napisaną 
i   skomponowaną   na   jego   cześć   piosenkę,   a   następnie 
wykonała „Happy birthday to you", w którym wszyscy jej 
towarzyszyli. Potem Mike chciał się wykąpać w oceanie, 
ale go powstrzymali. Wobec tego zdecydował, że jadą do 
niego   „odbyć   ablucje"   w   basenie.   Nieźle   pijani   wsiedli 
niewielką   zaprzyjaźnioną   grupą   do   wielkich   limuzyn, 
czekających przed wejściem na plażę. Każdy miał w ręku 
butelkę świeżo otwartego szampana, którego pili podczas 
jazdy, oblewali się nawzajem, śmiejąc do rozpuku. Spali z 
Barbarą   u   Michaela,   a   następnego   dnia   do   wieczora 
leczyli   kaca,   przygotowywanymi   przez   gospodarza 
wymyślnymi   drinkami.   Jim   pamiętał,   że   kiedy   w 
poniedziałek poszedł do pracy, nie był w stanie napisać 
sensownego zdania.

- Hej, o czym tak myślisz? - zawołała Mika. Wcześniej 

background image

zadała mu pytanie, którego nie dosłyszał. Jim ocknął się 
jak ze snu.

-  Wspominam - przełknął trochę whisky - poprzednie 

urodziny mojego przyjaciela. - Mówiąc to, uśmiechnął się 
porozumiewawczo do Michaela.

- Jak było? Opowiedzcie - prosiły dziewczyny, ale oni 

nie mieli ochoty na żadne opowieści. Zresztą nawet gdyby 
zdecydowali się na urodzinowe wspomnienia, dziewczyny 
i   tak   pomyślałyby,   że   postradali   rozum.   W   smutnej, 
biednej Polsce, gdzie ludzie godzinami stali po kawałek 
mięsa, im samym przepych tamtej imprezy wydawał się 
nieprawdopodobny,   a   nawet   w   złym   guście.   Jim 
przypomniał   sobie,   jak   porcelanowe   talerzyki   z 
niedojedzonymi   krabami,   szynką   parmeńską,   kawiorem, 
ostrygami, nadgryzionymi tortami, dyskretnie usuwane ze 
stołów   przez   kelnerów,   lądowały   w   czarnych, 
przepastnych workach. Fakt, że tak stanowczo odmówili 
wspomnień,   trochę   zwarzył   atmosferę.   Wreszcie   Anna 
powiedziała:

- Włączę telewizor, posłuchamy, co towarzysze mają do 

powiedzenia, skoro wy nie chcecie z nami rozmawiać.

Popatrywali   tylko  na   umundurowanych   spikerów,   ale 

nie mieli ochoty ich słuchać.

- I tak wiadomo, co powiedzą. - Anna machnęła ręką i 

przyciszyła nabrzmiały powagą głos spikera.

-  Zupełnie   jakby   wygłaszał   mowę   pogrzebową   - 

stwierdził Mike.

-  A   to   główny   grabarz   -   zaśmiała   się   Anna,   gdy   na 

background image

ekranie pojawił się generał. Przez dłuższą chwilę bawili 
się oglądaniem dziennika, wyobrażając sobie, że jest to 
relacja   z   niezmiernie   uroczystego   i   pompatycznego 
pogrzebu.   Jim   nałożył   przeciwsłoneczne   okulary   i 
naśladował   sztywne   ruchy   generała,   który   miał   iść   za 
żałobnym konduktem.

Dziewczyny   oznajmiły,   że   mają   zamiar   jechać   do 

Białołęki   odwiedzić   internowanych   kolegów.   Potem 
zaczęły opowiadać o rodzinnych dramatach niektórych z 
nich.   O   chorobach   matek,   opuszczonych   dzieciach,   o 
żonach, które nie mogą sobie poradzić z samotnością. Jim 
postanowił   zapamiętać   te   historie.   Takie   ludzkie, 
autentyczne kawałki mogą bardzo ożywić jego przyszłe 
teksty. Dopiero teraz docenił fakt, że zostali aresztowani. 
Z dziennikarskiego punktu widzenia to była fantastyczna 
historia, świetny reportaż wcieleniowy. Jonas nie będzie 
mógł nawet pisnąć, bo w końcu co on wie o Polsce? Jim 
zdawał sobie sprawę, że w jego tekstach nie znajdzie się 
nawet   jedna   dziesiąta   prawdy   o   tym   kraju,   ale 
przynajmniej   odnotuje   w   nich   swoje   własne   przeżycia. 
Czy zresztą  w ogóle  można  zrozumieć  inny kraj, pytał 
sam   siebie,   skoro   tak   trudno   zrozumieć   pojedynczego 
człowieka, rodaka, przyjaciela, a nawet członków własnej 
rodziny?

Do godziny policyjnej pozostały jeszcze najwyżej trzy 

kwadranse,   kiedy   Mike   podniósł   się,   przeciągnął,   nalał 
sobie   do   połowy   szklaneczkę   whisky   i   powiedział   do 
Jima, klepiąc go po plecach:

background image

- No, stary, pora, żebyśmy pogadali.
-  A   co,   nie   gadamy?   -   zapytał   Jim   żartobliwe,   ale 

poczuł bicie serca.

A więc jednak... przeczucia mnie nie myliły, pomyślał 

zdruzgotany trafnością własnych przewidywań.

Poszli   do   łazienki,   usiedli   na   brzegu   wanny   i 

wypróbowanym, konspiracyjnym sposobem puścili wodę 
z kranu.

-  Może dodajmy jeszcze prysznic - roześmiał się Jim, 

ale Mike nie zareagował.

-  Wątpliwe, żeby u Leskiego był podsłuch, ale lepiej 

uważać  -  stwierdził. Jim, czując, że ma ściśnięte gardło, 
pokiwał   głową.   Mike   zdał   mu   relację   ze   spotkania   z 
pułkownikiem.

-  Telefon   w   naszym   mieszkaniu   jest   na   pewno   na 

podsłuchu - powiedział.

Umówili się z Miką, która miała coś do załatwienia w 

mieście, że ona wpadnie do rodziców, a Mike ją stamtąd 
odbierze.   Mika   zadzwoniła,   a   Mike   zawiadomił   ją,   że 
wyjdzie dopiero za pół godziny. Kiedy wyszedł po około 
dwudziestu   pięciu   minutach   z   domu,   zobaczył 
zaparkowany   przed   wejściem   ten   sam   samochód,   który 
zabrał ich do pułkownika. Kierowca od razu go rozpoznał, 
otworzył   drzwiczki   i   gestem   pokazał,   żeby   wsiadł.  Nie 
jechali   zbyt   długo.   Może   kwadrans.   Stanęli   przed 
dwupiętrowym,   dość   zniszczonym   domem.   Kierowca 
wysiadł i wcisnął domofon. Po paru minutach pułkownik 
wyszedł.

background image

-  Przejdźmy   się   -   rzekł   stanowczo   do   siedzącego   w 

samochodzie Michaela. Ten posłusznie usłuchał rozkazu.

Spacerowali wśród starych domów  na Saskiej Kępie. 

Pułkownik był bardzo oficjalny, poinformował Michaela, 
że  za chwilę wejdą  do pewnego mieszkania, w którym 
Mike napisze list do stryja.

-  Nie   będziemy   tam   rozmawiać   o   liście   -   szeptał 

pułkownik. - Trzeba zachować wszelkie możliwe środki 
ostrożności. Zaproponuję ci kawę, potem popytam, co tu 
robicie,   czy   porządnie   się   zachowujecie,   z   kim   się 
spotykacie.   Zadzwoni   telefon,   to   będzie   moja   żona. 
Przejdę do drugiego pokoju, żeby porozmawiać, a ty w 
tym   czasie   napiszesz   list.   Papier   i   długopis   będą 
przygotowane.   Napiszesz   stryjowi,   że   niezbędnie 
potrzebne   są   ci   te   pieniądze,   że   ma   przesłać   je   do 
Szwajcarii.   Mam   nadzieję   -   pułkownik   uśmiechnął   się 
ironicznie   -   że   pamiętasz   sumę?   Drobne   sto   dziesięć 
tysięcy dolarów. Dla waszej rodziny, to jakby kupić bilet 
tramwajowy,   a   dostajesz   za   to   wolność   czworga,   a 
właściwie pięciorga ludzi. Jesteśmy hojni, bardzo hojni.

Przerwał na chwilę, bo naprzeciwko nich szedł wysoki 

mężczyzna, który zdjął kapelusz i kłaniając się, podszedł 
do pułkownika, a ten podał mu rękę i radosnym głosem 
powiedział: „Witam, witam. Niestety bardzo się spieszę. 
Odprowadzam   bratanka   na   pociąg".   Gdy   mężczyzna 
odszedł   na   odpowiednią   odległość,   pułkownik 
kontynuował rozpoczęty wątek.

-  No więc tak, pieniądze mają być przesłane na nowo 

background image

otwarte  konto, do podjęcia  na hasło. Tu masz  kartkę  z 
hasłem. - Mike spojrzał na nią i odczytał: „Victoria 1381". 
- Zapamiętałeś? To oddaj kartkę - zażądał pułkownik i 
wziął   ją   od   Michaela,   a   następnie   starannie   podarł   na 
drobniutkie kawałki  i wrzucił  do pobliskiego kosza, po 
czym   zapalił   zapałkę   i   tlącą   się   rzucił   na   papierowe 
strzępki.   -   Zanim   was   stąd   wypuścimy,   sprawdzę,   czy 
pieniądze są w banku i czy hasło działa. Potem je zmienię 
tak, żeby nikt z was go nie znał. - Pułkownika zirytował 
uśmiech Michaela, więc wrzasnął. - Zrozumiano?

-  Oczywiście.   -   Mike   pozwolił   sobie   na   wzruszenie 

ramionami. - Kiedy będziemy mogli stąd wyjechać?

-  Jak   tylko   przekonam   się,   że   wszystko   działa.   Ale 

jeszcze jedno. Cała sprawa musi pozostać w tajemnicy. 
Jeśli stryjcio puści parę z gęby, nigdy nie opuścicie tego 
kraju, zgnijecie tu w więzieniu, oskarżeni o szpiegostwo. 
W   tej   sprawie   nie   występuję   sam,   mam   potężnego 
mocodawcę.

-  No i co dalej? - dopytywał się Jim, paląc już chyba 

dziesiątego papierosa. Denerwował się  tym bardziej, że 
zazwyczaj bardzo spokojny Mike, także w czasie swojego 
opowiadania stawał się coraz bardziej spięty i zatroskany. 
- Przecież nie chodzi o forsę, prawda?

- Jasne, że nie. Stryj ma moje pełnomocnictwo, a ja już 

od   sześciu   tygodni   nie   wziąłem   z   konta   ani   grosza   - 
zaśmiał się Mike.

- Oddam ci te marne kilkadziesiąt tysięcy. Na tekstach 

stąd zarobię więcej. Kiepsko tylko, że nie będziemy mieli 

background image

do nich żadnych zdjęć - dodał złośliwie i zamyślił się, ale 
po chwili chwycił Michaela za rękę, przysunął się bliżej i 
wysyczał mu do ucha:

-  Tylko   się   nie   popisuj,   żadnych   głupich   gier   z 

pułkownikiem.   To   on   nas   trzyma   w   garści.   Nie 
udowadniaj mu, że Watson-Smith zawsze musi być górą.

- Odpieprz się Jim, nie w tym rzecz. - Mike zastanowił 

się przez chwilę, szukając odpowiednich słów. W gruncie 
rzeczy   nie   chciał   niepokoić   Jima.   Głupio   mu   było,   że 
zostawił go samego, że Jim musiał wyprowadzić się z ich 
wspólnego mieszkania, aby on mógł zamieszkać z Miką. 
Nie   potrafił   jednak   z   niej   zrezygnować,   z   chwil,   które 
mógł z nią spędzić. Mika to był dar od losu, nigdy jeszcze 
nie   czuł   się   tak   blisko   związany   z   żadną   kobietą.   Nie 
dzieliło   ich   bogactwo.   Nie   miała   pojęcia   o   istnieniu 
wielkiej fortuny Watsonów-Smithów. Kochała zwykłego 
faceta   z   Ameryki,   którego   idiotyczne   przeznaczenie 
przywlokło   do   Polski.   Bez   zastrzeżeń   wierzył   jej,   gdy 
zapewniała   go   o   swojej   miłości,   kiedy   gładząc   go   po 
twarzy, mówiła, jaki jest przystojny, inny, wspaniały. Ufał 
jej czułości, poddawał się pieszczotom, wyginał się jak 
kot, żeby dopasować się do jej gorących i pożądliwych 
dłoni.

Jim spokojnie czekał, aż Mike wreszcie zbierze myśli. 

Uznał, że jest mu wszystko jedno, co się z nimi stanie. 
Napięcie ostatnich dni zmieniło go teraz w bryłę lodu.

- Trochę się martwię, żeby stryj nie wyskoczył z jakąś 

sensacją   dla   prasy   -   wybąkał   wreszcie   Mike.   -   Wiesz 

background image

przecież, że jest nieprzewidywalny. Dałem mu wprawdzie 
do zrozumienia, że powinien zachować sekret, ale Andrew 
Watson-Smith z zasady nie wierzy, że cokolwiek może 
zagrozić jemu lub jego rodzinie.

- Myślisz, że byłby aż tak... - Jim nie chciał użyć słowa 

głupi - beztroski.

-  Mam   nadzieję,   że   nie.   W   najgorszym   wypadku   ja 

ożenię się z Miką, tobie też się znajdzie jakąś ładną Polkę 
i tutaj założymy dynastię. - Michael udawał dobry humor, 
ale też zaczął się coraz bardziej obawiać pułkownika.

-  Jasne - odparł Jim - z taką kasą jak twoja wszędzie 

można spokojnie żyć, zwłaszcza na tym zadupiu. Chyba 
że znów zaczną wypędzać stąd Żydów, wtedy wylądujesz, 
jak miss Zawadzky w Ameryce.

Jim miał teraz dodatkowy powód do zadowolenia, że 

napisał   do   Sary.   List   był   enigmatyczny.   Nie   ulegało 
wątpliwości, że po jego otrzymaniu, Sara porozumie się 
ze stryjem Michaela. Dobrze wiedział, że stary Watson-
Smith   jest   za   cwany   na   to,   aby   w   jakikolwiek   sposób 
narażać   swojego   ukochanego   bratanka.   Wreszcie 
zdecydował,   iż   poinformuje   Michaela   o   rozmowie   z 
Leskim.

-  Muszę się wyprowadzić, stary. Oni, to znaczy, wuj 

mnie tu nie chce.

- Myślisz, że coś wie od pułkownika? - zafrasował się 

Mike.

-  Nie,   jestem   pewien,   że   nie.   Boi   się   na   wszelki 

wypadek. Nie chce być w nic zaplątany. Nie podoba mu 

background image

się, że  nie chcemy  stąd wyjechać. Tylko co zrobimy  z 
Miką?   Będzie   się   musiała   wyprowadzić   -   fałszywie 
zatroszczył się Jim.

Mike   obiecał,   że   zastanowi   się,   jak   to   najszybciej 

załatwić. Wyraźnie jednak widać było, że cała sprawa jest 
mu   nie   w   smak.   W   rezultacie   Jim   po   rozmowie   z 
przyjacielem czuł się jeszcze gorzej niż po rozmowie z 
Leskim. Wszystkim zawadzał. Nawet najbliżsi mu ludzie 
nie brali pod uwagę ani jego osoby, ani jego zamierzeń. 
Czuł, że może trochę przesadza w rozżalaniu się nad sobą, 
ale trudno było mu powstrzymać rozgoryczenie. Nawet tu, 
w Polsce, gdzie Jimowi początkowo wydawało się, że ich 
szanse są wreszcie wyrównane, bogaty Mike znów złowił 
swój kawałek szczęścia i aż kipiał radością życia. Mike 
zawsze   korzystał   z   tego,   co   podsuwał   mu   los,   nie 
zastanawiał   się   nad   konsekwencjami,   nie   rozważał 
wszelkich możliwych za i przeciw. Całkiem inaczej niż ja, 
rozmyślał   z   goryczą   Jim.   Zanim   zamoczę   stopę,   już 
przewiduję, że się utopię.

Nieodwołalnie   postanowił,   że   podkradnie   wujowi 

butelkę whisky z barku i kiedy już wszyscy pójdą, upije 
się w samotności. To zresztą nie będzie pierwszy raz w 
życiu. Wiedział, że za często i za dużo pije, ganił się za to, 
ale nie potrafił sobie w inny sposób dać rady ze strachem, 
który budził go w nocy, a w ciągu dnia trzymał żelaznym 
uściskiem za gardło. 

background image

Rozdział 18

Przeprowadzka   Jima   do   poprzedniego   mieszkania   w 

bloku,   o  czym   często   myślał   z   ironicznym   uśmiechem, 
okazała   się   niewiarygodnie   prostą   sprawą.   Mieszkanie 
Miki   zostało   w   cudowny   sposób   odplombowane,   więc 
dziewczyna   wprowadziła   się   do   niego   bez   żadnych 
kłopotów, a wraz z nią wprowadził się, z całym swoim 
dobytkiem,   Mike.   Szczerze   mówiąc,   Jima   mocno 
zdenerwowała   nielojalność  przyjaciela.  Zupełnie   inaczej 
rzecz się miała, gdy Jim mieszkał z rodziną, teraz jednak, 
kiedy został sam w obcym mieszkaniu, oczekiwałby od 
Michaela   innego   zachowania.   Tymczasem   zamiast 
trzymać z nim sztamę, jego kumpel po prostu znikł. Na 
szczęście   Anna   odwiedzała   go   często   i   wspólnie 
analizowali   beznadziejne   postępowanie   Michaela,   jego 
psie przywiązanie do Miki, jej brak charakteru i urody. 
Byli   przerażająco   niesprawiedliwi,   ale   wystarczało 
wspólne   wyjście   do   kina,   spotkanie   w   kawiarni,   aby 
potem każde z nich przedstawiało własne, bulwersujące 
spostrzeżenia na temat zakochanej pary. Jim, choć starał 
się   tego   nie   komentować,   zauważał   z   pewnym 
rozbawieniem,   ale   i   zazdrością,   fascynację   Anny   osobą 
Michaela.

Anna   spędzała   z   Jimem   niemal   każdy   wieczór, 

przynosiła różne przysmaki, które ugotowała ciotka. Jim 

background image

zaś, korzystając z wyrzutów sumienia Leskiego, pożyczył 
od niego pięćset bonów dolarowych i niemal codziennie 
robił   zakupy   w   Peweksie.  Znosił   do  domu   pełne   siatki 
czekolad, puszek z ananasami i brzoskwiniami, herbat o 
różnych   smakach,   kawy,   puszek   z   tuńczykiem, 
sardynkami   i   anchois.   W   spożywczym   niedaleko   domu 
kupował, zostawiając za każdym razem dolara napiwku 
zaprzyjaźnionej ekspedientce, świeżą śmietankę, po którą 
jak zwykle wiła się olbrzymia kolejka. Co wieczór ubijał z 
niej krem. Następnie do dwóch dużych misek rozkładał 
owoce z puszek i wstawiał je do lodówki, żeby zrobiły się 
zupełnie   zimne.   Wieczorem,   gdy   przychodziła   Anna, 
najpierw   jedli   solidną   kolację,   a   następnie   pochłaniali 
owoce z bitą śmietaną. Jim czuł, że od tygodnia, od kiedy 
zamieszkał   z   powrotem   w   poprzednim   mieszkaniu, 
przytył.

Któregoś wieczora siedzieli z Anną przy zastawionym 

stole,   nieoczekiwanie   objawił   się   Grubas.   Z   rozkoszą 
przyłączył się do kolacji, emablował Annę i był niezwykle 
zabawny.   Spędzili   w   trójkę   uroczy   wieczór.  Gdy   Anna 
powiedziała, że chciałaby już wyjść, Grubas natychmiast 
zaofiarował się, że ją odwiezie.

- Mam jednak nadzieję - zwrócił się do Jima i mrugnął 

porozumiewawczo - że Jim będzie nam towarzyszył. Nie 
chciałbym budzić jego podejrzeń.

-  Och,   to   mój   kuzyn   -   roześmiała   się   Anna   -   i   to 

pierwszego stopnia, więc właściwie brat.

-  Kuzyn nie kuzyn, jadę z wami - zawołał Jim. - Nie 

background image

mam zamiaru zostawiać cię pod opieką takiego pożeracza 
serc.

Grubas   chichotał.   Te   słowa   sprawiły   mu   wyraźną 

przyjemność. Jim przyglądał mu się spod oka. Niegłupi 
facet, a łakomy na pochlebstwa jak na ciastka z kremem. 
Jednak kiedy tylko wsiedli do samochodu, Jima ogarnęło 
dobrze   znane   uczucie   niepokoju.   Anna   żartowała   z 
Grubasem,   ale   Jim   nie   odezwał   się   ani   słowem. 
Kalkulował,  co  powie   mu   ta   zadowolona   z   siebie   góra 
mięsa, jaką ogłosi rewelację. Ani przez chwilę nie umiał 
się   skupić   na   rozmowie   Anny   z   Billem,   przez   szyby 
samochodu   obserwował   pustawe   ulice   i   rozświetlone 
okna, w których niekiedy migały ludzkie sylwetki. Boże, 
myślał Jim, jak oni mogą cieszyć się życiem, ci Polacy. 
Tu już nic dobrego nie może się zdarzyć...

Grubas   zatrzymał   samochód   przed   domem   Leskich. 

Anna   zaprosiła   obu   mężczyzn   na   górę,   ale   odmówili. 
Cameron   ostro   ruszył,   ale   po   mniej   więcej   ośmiuset 
metrach wjechał w osiedle i stanął w pobliskiej zatoczce. 
Włączył radio.

-  Nie chciałem mówić przy Annie ani tym bardziej w 

waszym mieszkaniu ze względu na możliwy podsłuch. - 
Wyjął   z   kieszeni   rolkę   gumy   do   żucia,   grzecznie 
poczęstował   Jima   i   po   chwili   zapytał.   -   Nawiasem 
mówiąc, gdzie jest Mike?

Jim   przez   moment   zastanowił   się   nad   właściwą 

odpowiedzią, ale w końcu postanowił powiedzieć wprost:

-  Wyprowadził się. Mieszka ze swoją dziewczyną, tą 

background image

Polką, Miką.

Grubas wydął usta i cichutko zagwizdał.
-  No,   to   mamy   prawdziwy   pasztet   -   powiedział 

wyraźnie podekscytowany.

-  Do   cholery   -   zniecierpliwił   się   Jim.   -   Powiesz 

wreszcie, o co chodzi?

Sara   Henderson   poprosiła   Grubasa   o   pomoc   w 

załatwieniu polskiej wizy, jej prośbę poparł w specjalnym 
faksie   Andrew   Watson-Smith.   Grubas   z   góry   uważał 
sprawę za przegraną, ale dla spokoju sumienia oraz, jak 
podkreślił,   z   szacunku   dla   Andrew   Watsona-Smitha 
zwrócił się do polskich władz z tą beznadziejną sprawą. 
Po trzech dniach odezwał się do niego pułkownik Kuczek 
i   stwierdził,   że   owszem,   pani   Henderson   dostanie   wizę 
pod warunkiem, że wyrazi zgodę na jeden występ. Będzie 
to   koncert,   podkreślił   Kuczek,   dla   wybranych   osób, 
najwyższych władz tego kraju. Co więcej pani Henderson 
zaśpiewa   charytatywnie,   polskiego   rządu   nie   stać   na 
zapłacenie   jej   honorarium.   To   w   końcu   piosenkarka 
światowej   sławy,   a   jej   występ   byłby,   rozmarzył   się 
pułkownik,   jak   gałązka   oliwna   między   dwoma   niezbyt 
przyjaźnie nastawionymi do siebie rządami. Jim słuchał 
Grubasa   i   naprawdę   nie   wiedział,   co   o   tym   wszystkim 
myśleć. Z jednej strony pragnął przyjazdu Sary, chciał, 
żeby   sama   przekonała   się,   ile   naprawdę   wart   jest   jej 
ukochany Mike, z drugiej jednak nie potrafił sobie jej tutaj 
wyobrazić, w tych warunkach, w tym kraju, jakby rajski 
ptak wylądował na Grenlandii.

background image

-  No   więc   sam   rozumiesz   -   dotarły   do   niego   słowa 

perorującego Grubasa - że taki koncert zostałby bardzo źle 
odebrany przez opozycję, to w ogóle jest bez sensu. Mike 
musi wyjaśnić miss Henderson, że takich rzeczy się tu nie 
robi,   tu   nawet   krajowi   aktorzy   w   ramach   protestu   nie 
występują w teatrze.

- Co za wspaniała, waleczna postawa, z całą pewnością 

przyczyni   się   do   uwolnienia   kraju   spod   władzy 
komunistów.   -   Jim   zgryźliwie   skomentował   słowa 
Grubasa.

- Wbrew temu, co ci się wydaje, władze biorą cały ten 

protest bardzo serio. Oni są tutaj niesłychanie wrażliwi na 
to,   co   u   nas   nazywa   się   public   relations,   a   u   nich 
propaganda.   Otóż   bunt   aktorów   uważają,   skądinąd 
słusznie, za PR disaster. Nie wolno łamać zasad bojkotu, 
w każdym razie nie powinna tego robić Amerykanka.

-  Będzie   trudno   wytłumaczyć   Sarze.   Wywęszyła 

rywalkę - stwierdził Jim.

- Trzeba jej to wyjaśnić. Musi zrezygnować z przyjazdu 

tutaj.   -   Grubas   był   naprawdę   zły,   na   jego   gładkiej, 
pogodnej   zazwyczaj   twarzy   pojawił   się   grymas 
niezadowolenia. - To nie jest dobry teren do miłosnych 
gierek   ani   do   występów   na   żywo.   Najlepiej   byłoby, 
gdybyście jak najprędzej opuścili ten kraj.

- Ba, o niczym innym nie marzę. - Jim uśmiechnął się 

gorzko.

- No więc o co chodzi? Nie widzę przeszkód.
Przez   dłuższą   chwilę   nie   wiedział,   co   odpowiedzieć. 

background image

Grubas   patrzył   na   niego   podejrzliwie   i   żuł   gumę, 
wydymając tłuste policzki.

-  Mike ubzdurał sobie, że jest zakochany w tej Polce. 

Przyjazd Sary mógłby mu tylko pomóc odzyskać rozum... 
- wykrztusił wreszcie Jim.

- Nie rozumiesz, Jim, to nie jest tylko kwestia romansu, 

to   sprawa   polityczna   -   mówił   Grubas,   a   Jim   z   uwagą 
przyglądał   się   jego   palcom,   przypominającym   grube 
cygara, którymi wystukiwał na kierownicy rytm piosenki, 
płynącej z radia. - Zupełnie nie rozumiem, po co tak długo 
siedzicie   tutaj?   Z   tego   może   wyjść   tylko   nieprzyjemna 
afera. Już o tym mówiliśmy. Nie podoba mi się, że całą 
sprawą   interesuje   się   Kuczek.   Ma   fatalną   opinię,   a 
jednocześnie wiele może zaszkodzić.

Jim wzruszył ramionami. Postanowił zachować zimną 

krew i nie dać się ani ponieść własnym lękom, ani ulegać 
zdenerwowaniu Grubasa.

-  Spróbuj   to   wytłumaczyć   Michaelowi   Watsonowi-

Smithowi.

-  Z   tutejszym   reżimem   nie   ma   żartów....   W   każdym 

razie bardzo cię proszę, Jim - Grubas odzyskał spokój - 
żeby Mike zgłosił się do ambasady, zaaranżujemy seans 
telefoniczny   z   miss   Henderson.   Z   tego,   co   rozumiem, 
jemu też nie będzie zależało na jej przyjeździe tutaj.

Na wieść o tym, że do Warszawy może przyjechać Sara 

Henderson, Mike dostał szału. Jim, choć spodziewał się, 
że przyjaciel nie będzie zachwycony taką ewentualnością, 
był jednak zaskoczony gwałtownością jego reakcji.

background image

- Ona nie może tu przyjechać, ja sobie tego zwyczajnie 

nie   życzę   -   wrzeszczał.   -   Nie   może   mnie   ścigać   po 
świecie. Jeżeli ośmieli się tu przyjechać, natychmiast z nią 
zerwę!

Jim   bronił   decyzji   Sary,   choć   już   wcale   nie   był 

przekonany, czy rzeczywiście jej przyjazd ma jakikolwiek 
sens.

- Kocha cię, chce się dowiedzieć, co się z tobą dzieje. 

Nie odzywasz się do niej... w końcu od trzech lat jesteście 
razem. Ma prawo...

- Do niczego nie ma prawa. - Mike nawet nie pozwolił 

dokończyć Jimowi zdania. - Nie dałem jej takiego prawa.

- Mike, do cholery, opamiętaj się.
Jednak   do   Michaela   nie   trafiały   żadne   argumenty. 

Zgodnie z życzeniem Grubasa stawił się w ambasadzie i 
rozmawiał z Sarą przez telefon. Stanowczo zażądał, żeby 
nie przyjeżdżała. Sara, której agent już za pośrednictwem 
polskiego konsulatu w Stanach, wysłał pisemny kontrakt 
dotyczący warunków występu, stwierdziła, że nie może 
się już wycofać.

„Ile będzie kosztować zerwanie kontraktu? Zapłacę ci 

za to, a nawet dołożę jeszcze pięćdziesiąt procent" - złożył 
Sarze ofertę Mike.

„Mike, jak ty się do mnie zwracasz? Co ty mówisz?" - 

Po głosie poznał, że płacze, co tylko jeszcze bardziej go 
zirytowało.

„Proponuję ci uczciwy biznes" - stwierdził krótko i bez 

namysłu.

background image

„Nie   robię   na   tym   występie   żadnego   interesu.   Chcę 

przyjechać, zobaczyć, co się z tobą dzieje. Kocham cię, 
tęsknię, Mike, kochanie, zrozum".

„Niedługo wracam i nie widzę żadnej potrzeby, żebyś 

się   tutaj   pojawiała.   Poza   tym   chcę   ci   powiedzieć   coś 
jeszcze, teraz w Polsce uczciwi artyści nie występują. Ale 
ty   uparłaś   się,   żeby   wyśpiewywać   serenady   samemu 
generałowi".

„Jestem   piosenkarką,   więc   śpiewam   dla   tych,   którzy 

chcą mnie słuchać. - Głos Sary zabrzmiał teraz twardo i 
uparcie. Mike wkroczył na jej zawodowy teren, tu Sara 
Henderson, jedna z najlepszych artystek estradowych na 
świecie,   czuła   się   mocno   i   pewnie.   -   I   powiem   ci   coś 
jeszcze,   Mike,   obojętnie,   co   na   ten   temat   myślisz, 
przyjadę do Warszawy i dam koncert... jeśli tylko dostanę 
wizę".

„Och, zapewniam cię, Saro, że już ją masz".
„Czy wiesz, że po raz pierwszy w trakcie tej rozmowy, 

zwróciłeś   się   do   mnie   po   imieniu?"   -   Westchnęła 
cichutko.

„Nie wygrasz ze mną tej wojny - oświadczył dobitnie. - 

Powtarzam, nie chcę cię tu widzieć".

„Spotkałeś   kogoś?   Zakochałeś   się?"   -   Głos   Sary 

zadrżał.

„A ty zawsze o tym samym... Owszem - postanowił być 

szczery - zaprzyjaźniłem się z pewną dziewczyną, ale to 
nie jest to, co sobie wyobrażasz".

Usłyszał,   że   Sara   płacze.   Zrobiło   mu   się   jej   żal. 

background image

Chlipanie, które dobiegało do niego gdzieś zza oceanu, 
przywołało wspomnienia. Przecież to Sara, jego wspaniała 
zdobycz,   dziewczyna,   która   go   kocha   i   pewnie   jego 
przyszła żona, matka jego dzieci. Z Miką nie może być 
mowy o żadnych wspólnych planach. Ona nie wie o nim 
najważniejszego,   że   jest   tak   cholernie,   przeraźliwie 
bogaty. Ich związek, Mike nagle zdał sobie z tego sprawę, 
opiera   się   na   kłamstwie.   Ta   Polka   o   niczym   nie   ma 
pojęcia, o jego domu, rodzinie, przeszłości. Poczuł się jak 
aktor, który doskonale odgrywa swoją rolę, ale który po 
przedstawieniu musi zdjąć kostium i wrócić do własnego 
domu.

„Saro, kochanie - zwrócił się do niej łagodnie - zrób to, 

o co cię proszę, a wszystko da się naprawić".

„Za dużo ode mnie wymagasz, Mike" - odparła Sara i 

usłyszał trzask odkładanej słuchawki.

Jeszcze   tego   samego   dnia   skontaktował   się   z 

pułkownikiem. Zaproponował mu dodatkowe pięćdziesiąt 
tysięcy   dolarów   tylko   za   odmówienie   wizy   dla   Sary 
Henderson. Pułkownik nie miał jednak ochoty na żadne 
negocjacje.

-  Nie jestem chciwy - powiedział żartobliwie, ujmując 

Amerykanina   za   łokieć.   Potem   jednak   wyjaśnił   mu 
absolutnie poważnie, że przyjazd takiej klasy artystki to 
dla jego rządu gratka, z jakiej nigdy nie zrezygnuje. - Na 
wszelki wypadek i wy nie dostaniecie paszportów przed 
jej   przyjazdem,   bo   to   mogłoby   odebrać   ochotę   miss 
Henderson na pojawienie się w naszej ojczyźnie.

background image

-  Umowa   była   inna   -   zdenerwował   się   Mike.   -   Nie 

dotrzymuje pan jej warunków.

-  Ja tylko dopisałem do niej jeden, nieistotny punkt - 

uściślił pułkownik i zaraz dodał poważniej: - Masz moje 
słowo,   drogi   chłopcze.   Miss   Henderson   przyleci   mniej 
więcej   za   dziesięć   dni   na   niecały   tydzień.   Jeśli 
najważniejszy   punkt   naszego   kontraktu   zostanie   przez 
szanownego   stryja   dotrzymany,   za   dwa,   może   trzy 
tygodnie   się   pożegnamy.   Tyle   chyba   wytrzymacie   w 
naszym pięknym kraju, co?

background image

Rozdział 19

Stan   Michała   znów   trochę   się   pogorszył.   Leski 

dowiedział się, że nie jest to jeszcze sytuacja bezpośrednio 
zagrażająca   życiu,   ale   Michał   powinien   jak   najszybciej 
wyjechać   do   Stanów   na   operację.   W   tej   chwili   może 
jeszcze całkiem dobrze znieść podróż samolotem, ale nie 
wiadomo,   podkreślił   słynny   neurochirurg,   profesor 
Gańko,   jak   szybko   choroba   będzie   postępować. 
„Oczywiście, moglibyśmy spróbować wykonać operację 
na   miejscu   -   mówił,   siedząc   za   wielkim   biurkiem,   na 
którym stało mnóstwo kwiatów - ale obawiam się o jej 
rezultat".

Gańko   przyjął   od   Leskiego   wypchaną   kopertę   z 

pieniędzmi i czuł się zobowiązany, aby zrobić dla niego 
coś   więcej   poza   wystawieniem   zaświadczenia   o 
konieczności   wykonania   zabiegu   poza   granicami   kraju. 
Starał się wobec tego uzmysłowić mu krajową mizerię na 
tle wyjątkowej szansy, jaką jest operacja w USA. „Muszę 
przyznać - mówił - że w warunkach naszej służby zdrowia 
mogłoby się to okazać zbyt ryzykowne dla pacjenta. Sam 
pan doskonale wie, panie redaktorze, że z braku leków i 
sprzętu   musieliśmy   ograniczyć   liczbę   operacji.   Nasi 
chirurdzy,   że   tak   powiem,   nie   mają   warunków   do 
treningu".

Leski   z   niechęcią   wspominał   rozmowę   z   profesorem 

background image

Gańko,   który   miał   opinię   znakomitego   fachowca,   a 
zarazem cynicznego łapownika. Był upokorzony faktem, 
że wręczył mu łapówkę. Przed spotkaniem z profesorem 
nie spał pół nocy, tylko wyobrażał sobie, w jaki sposób, 
on,   znany   dziennikarz   ma   dyskretnie   podać   lekarzowi 
kopertę. Następnie prześladowały go obrazy, w których 
dotknięty jego zachowaniem Gańko podniesie krzyk na 
cały szpital i kompletnie go skompromituje. Ale wszystko 
odbyło   się   bez   najmniejszych   zakłóceń.   Kiedy 
zdetonowany   Leski   wyciągnął   rękę   z   kopertą,   profesor 
chwycił   ją   delikatnie,   ale   stanowczo,   tak   jakby 
szczypcami   usuwał   narośl   z   ciała   pacjenta.   Następnie 
wsunął   kopertę   do   kieszeni   elegancko   wyprasowanego, 
nieskazitelnie   białego   fartucha.   Uśmiechnął   się   i 
powiedział   czystym,   pozbawionym   jakiegokolwiek 
skrępowania głosem: „Dziękuję".

Od   kilku   dni   Leski   miał   już   zebrane   wszelkie 

dokumenty,   które   powinny   umożliwić   zgodę   władz   na 
otrzymanie   przez   Michała   paszportu,   a   mimo   to   ciągle 
odsyłano go do następnych urzędników. Czas  płynął, a 
sprawa   wyjazdu   syna   ciągle   pozostawała 
nierozstrzygnięta.   Próbował   przyśpieszyć   wydanie 
decyzji,   prosząc   o   interwencję   różnych   wpływowych 
znajomych,   ale   i   to   nie   dawało   rezultatu.   Dziś   po   raz 
kolejny odwiedził urząd paszportowy, ale nadal nie było 
dokumentu dla Michała.

Szedł ulicą, ciążyła mu teczka i wydawało mu się, że na 

plecach   dźwiga   stukilowy   ciężar.   Czuł   się   bezradny. 

background image

Próbował rozsądnie przeanalizować sytuację, ale strach, iż 
Michał może nie zdążyć wyjechać na czas, odbierał mu 
rozum. Nie chciało mu się wracać do domu, patrzeć na 
ściągniętą,   pełną   napięcia   twarz   Marii   i   słuchać   jej 
narzekań na los, nie miał także ochoty kłócić się z Anną o 
sprawy,   które   w   obliczu   nieszczęścia   w   jego   rodzinie 
wydały mu się nieistotne.

Co   się   z   nami   stało,   myślał,   jeszcze   do   niedawna 

byliśmy   taką   zgraną   rodziną   i   nagle   wszystko   się 
rozpadło. Zdał sobie sprawę, że przeżył z Marią ponad 
ćwierć wieku, zdawałoby się, w poprawnym związku, a 
teraz w obliczu nieszczęścia, nic ich ze sobą nie łączy. 
Zawsze tak było, korzystała z jego pozycji zawodowej, 
pieniędzy, wyjazdów zagranicznych, nie dając mu z siebie 
więcej  niż  pierwsza  lepsza  dziewka z  ulicy. A nawet  i 
tamta   byłaby   wdzięczniejsza   i   bardziej   oddana.   Maria 
sypiała  z nim niezbyt chętnie, a jeśli  już  wskutek jego 
nalegań dochodziło do stosunku, to leżała obojętna, jakby 
niezainteresowana pieszczotami. Nie tylko nie doznał od 
niej ani ciepła, ani przyjaźni, ale nawet teraz jego żona, 
która powinna go wspierać w trudnej sytuacji, stale ma do 
niego pretensje, jak gdyby fakt, że Michał zachorował, był 
winą   Leskiego.   Nie   czuł   żadnej   więzi   z   tą   kobietą, 
wydawała mu obca do szpiku kości.

Zorientował   się,   że   mruczy   do   siebie   pod   nosem. 

Wobec   tego   wyprostował   się,   mocniej   chwycił   teczkę, 
spojrzał   prosto   w   oczy   mijającemu   go   przechodniowi. 
Postanowił wpaść do barku Europejskiego, aby napić się 

background image

kawy   i   spokojnie   zastanowić   nad   swoim   dalszym 
postępowaniem. Nie poddam się - złożył sobie przysięgę, 
bo przed oczami stanęła mu umęczona twarz syna, który 
patrzył   na   niego   jak   na   obcego   człowieka,   bo   przez 
dłuższy czas nikogo nie rozpoznawał. Mózg jego bystrego 
i   dowcipnego   syna   szwankował.   Leski   starał   się 
wyobrazić sobie, co dzieje się w głowie Michała, jakie 
synapsy czy neurony uciska ten cholerny guz, który czyni 
z młodego i mądrego chłopaka półgłówka.

„Mój Boże, jak ja mogę tak myśleć o Michale, co też 

mi   przychodzi   do   głowy?".   Leski   przystanął   i   zapalił 
papierosa. Wezbrała w nim gwałtowna fala rozpaczy. Syn 
-   jego   duma   i   nadzieja   -   leżał   na   rozbebeszonym 
szpitalnym łóżku, zdany na łaskę personelu medycznego, 
dla   którego   był   kolejnym,   kiepsko   rokującym 
przypadkiem.

Muszę iść dalej, nie mogę tak stać w miejscu, pomyślał, 

chwytając zaciekawione spojrzenia przechodniów, którzy 
przecież znali go z telewizji. Gazie miałem iść? Już wiem, 
na kawę, zastanowię się nad tym wszystkim w spokoju. W 
ustach poczuł smak gorącej, pachnącej, czarnej kawy. Pił 
ją zawsze z bitą śmietaną i kieliszkiem koniaku. Tak, to 
dobrze mi zrobi... na pewno.

Kiedy   Leski   dotarł   do   Europejskiego,   zamiast   do 

kawiarni,   natychmiast   skierował   kroki   do   recepcji.   W 
drodze   olśniła   go   bowiem   myśl,   żeby   umówić   się   na 
spotkanie   z   wszechwładnym   Kuczkiem.   Jego   dawny 
bliski   kolega   był   wprawdzie   znanym   cwaniakiem   i 

background image

kreaturą,   ale   Leski   wiedział,   że   jak   każda   prawdziwa 
świnia, bywał sentymentalny i uczuciowy. Nieszczęście w 
rodzinie,   niegdyś   serdecznie   z   nim   zaprzyjaźnionej, 
powinno,   miał   nadzieję,   zadziałać   mu   na   wyobraźnię. 
Stojąc przy recepcji, wykręcił numer biurowy Kuczka. O 
dziwo, telefon odebrał on sam.

- Janek? Mówi Marian Leski.
- Sto lat cię nie słyszałem. Co u ciebie?
Odetchnął z ulgą, gdy usłyszał uradowany głos Kuczka. 

Wymienili   jeszcze   parę   uprzejmych   zdań,   po   czym 
umówili się na spotkanie. Leski odłożył słuchawkę i po 
chwili   namysłu   zadzwonił   do   domu,   ale   tam   nikt   nie 
odbierał.

Maria Leska uważnie przyglądała się mężowi. Później 

niż   zazwyczaj   wrócił   do   domu   i   zachowywał   się   dość 
dziwnie.   Stale   zagadywał   do   niej   lub   do   Anny, 
opowiedział   kilka   antykomunistycznych   dowcipów, 
pogwizdywał,   ciągle   siadał   i   wstawał,   chodził   po 
mieszkaniu, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Ani razu 
nie włączył radia, żeby wysłuchać wiadomości i oznajmił, 
że nie idzie dziś do telewizji, bo przełożył dyżur. Anna, 
której spojrzenia kilkakrotnie przyłapała, też popatrywała 
na   ojca   ze   zdziwieniem.   Dziewczyna   umówiła   się   z 
Jimem,   że   wpadnie   do   niego   dopiero   około   ósmej,   ale 
mimo że była za kwadrans siódma, postanowiła wyjść z 
domu. Drażniło ją zachowanie ojca. Pewnie ma kłopoty w 
pracy - zdecydowała - ale co mnie to obchodzi? Zaczęła 
się szykować do wyjścia, była już prawie gotowa, kiedy 

background image

Leski poprosił, żeby wyjątkowo dzisiaj została w domu.

- Nie widzę powodu - burknęła niegrzecznie Anna.
-  Bardzo   cię   proszę,   musimy   porozmawiać...   To   jest 

konieczne.   -   W   głosie   Leskiego   zabrzmiało 
zniecierpliwienie.   -   Chyba   nie   muszę   prosić   cię   o 
audiencję?

-  Dasz   mi   kolejną   lekcję   marksizmu   i   leninizmu?   - 

zakpiła Anna.

Zirytowany wzruszył ramionami, opanował się jednak i 

powiedział spokojnie:

- Chodzi o Michała.
Anna   spojrzała   na   matkę,   która   z   zastygłą   twarzą 

przysłuchiwała się wymianie zdań między ojcem a córką. 
Boże, jak ona się postarzała, pomyślała Anna. Powinna 
pójść do fryzjera, ma zupełnie siwe włosy. Nagle poczuła 
wyrzuty sumienia, że tak mało udziela się w domu, nie 
pomaga   matce,   nie   podtrzymuje   jej   na   duchu,   że   tak 
rzadko odwiedza Michała. W tej chwili z całą jasnością 
dotarło do niej, że w domu zdarzyło się nieszczęście, że 
jej brat może umrzeć, że rodzice są zrozpaczeni, że i ona 
także powinna odczuwać smutek. Ale tak naprawdę już 
było jej żal tej straconej kolacji z Jimem, podczas której 
znów   mogliby   mówić   o   Michaelu.   Anna   zupełnie   nie 
rozumiała,   z   jakiego   powodu   ten   Amerykanin   tak   ją 
fascynuje,   ale   prawda   była   taka,   że   ze   wszystkich   sił 
pragnęła zgłębić tajemnicę, jakiś sekret, który, jak czuła, 
dotyczył tego młodego mężczyzny. Miała poczucie, że tak 
stało   się   od   momentu,   kiedy   dowiedziała   się   o   jego 

background image

związku z Sarą Henderson. Jednak w chwilach uczciwości 
przyznawała sama przed sobą, że Mike budził nie tylko jej 
ciekawość, ale także czułość, którą starannie ukrywała, bo 
Mika, jak więzienny strażnik, stale towarzyszyła swojemu 
chłopakowi,   a   co   gorsza,   jeśli   tylko   na   chwilę   znikała, 
Mike zaraz rozglądał się i pytał: „A gdzie Mika?".

-  Zadzwonię, żeby odwołać kolację i zaraz wracam - 

powiedziała Anna, kierując się do swojego pokoju. Kiedy 
wykręciła   numer,   zorientowała   się,   że   nie   domknęła 
drzwi,   więc   w   ciszy,   która   panowała   w   domu,   rodzice 
będą słyszeć każde jej słowo.

Jim szybko podniósł słuchawkę, zupełnie tak, jak gdyby 

oczekiwał czyjegoś telefonu.

- Hallo... słucham - poprawił się.
-  Tu   Anna.   Cześć.   Dzwonię,   bo   niestety   musimy 

zrezygnować z dzisiejszej kolacji. Muszę zostać w domu. 
Nie, nie... To jest związane z Michałem. Nic takiego się 
nie   dzieje...   Nie   przejmuj   się   i   nie   czekaj   na   mnie   - 
mówiła,   starannie   unikając   imienia   swojego   rozmówcy. 
Zazwyczaj   z   Jimem   rozmawiali   po   angielsku,   ale   teraz 
specjalnie zwracała się do niego po polsku. Nie chciała, 
żeby rodzice, a zwłaszcza matka, odkryli, że nie dzwoni 
do   swojego   tajemniczego   chłopaka,   którego   istnienie 
podejrzewała   Leska   od   dnia,   kiedy   Anna   co   wieczór 
zaczęła znikać z domu w porze kolacji, a wracać dobrze 
po północy.

Leska była zadowolona, że córka wreszcie ma kogoś. 

Odkąd wrócili z Londynu do Polski, wydawało się, że jest 

background image

bardzo   samotna,   mimo   wielu   adoratorów   jakoś   nie 
potrafiła sobie znaleźć nikogo na stałe. Początkowo Leska 
sądziła,   że   córka   żałuje   rozstania   z   Josephem,   swoim 
angielskim   narzeczonym,   z   którym   zerwała   tuż   przed 
ślubem.   Wszystko   już   było   zaplanowane.   Anna   z 
Josephem   mieli   wynajęte   mieszkanie   w   Londynie.   Ona 
zaczęła   pisywać   niewielkie   teksty   do   brytyjskich   pism 
kobiecych. On, kilka lat starszy od Anny, rozkręcił już 
własny   interes.   Miał   niewielkie,   ale   całkiem   dobrze 
prosperujące biuro podróży. Leska lubiła Josepha, który 
wydawał się jej nie tylko przystojny i zabawny, ale miał 
także głowę na karku. I nagle, któregoś wieczora, na dwa 
tygodnie przed powrotem Leskich do Polski i na trzy dni 
przed   własnym   ślubem,   Anna   oznajmiła,   że   wraca   z 
rodziną   do   kraju.   Matka   odbyła   z   nią   kilka   długich 
rozmów,   próbując   zrozumieć,   co   się   stało,   namawiała 
Annę   do   przemyślenia   decyzji,   ale   dziewczyna   była 
nieugięta.

- Nie wyobrażam sobie, mamo, spędzenia tutaj życia - 

mówiła z wielkim przekonaniem. - Nie będę mogła was 
widywać. W końcu do Warszawy nie jeździ się jak do 
Paryża. A ponadto, mamo, to ci się pewnie wyda głupie, 
ale strasznie tęsknię za Polską. Chcę tam wrócić, zostać 
dziennikarką, robić coś pożytecznego. Anglia nigdy nie 
stanie się moim krajem. Zawsze będę tu obca.

- Przyzwyczaisz się, córeczko. Może nie rezygnuj zbyt 

szybko, jesteś jeszcze taka młoda. - Leska nie rozumiała, 
jak Anna może lekceważyć szansę pozostania za granicą, 

background image

legalnie i w dobrych warunkach.

- Boże, mamo, przestań. Powiedz, o co ci chodzi? Nie 

chcesz mnie już w domu?

Rozpaczliwe pytania córki gasiły wszelką między nimi 

dyskusję.   Leska   płakała,   żegnając   się   na   Heathrow   z 
Josephem, było jej żal chłopaka. Anna miała także łzy w 
oczach, ale za wszelką cenę pragnęła nad sobą panować. 
Leska   słyszała,   jak   córka   powiedziała   do   Josepha: 
„Przepraszam cię za to całe zamieszanie... Nie chciałam 
tego.   Mam   nadzieję,   że   jeszcze   oboje   będziemy 
szczęśliwi". Podczas gdy ona była rozczarowana decyzją 
córki, Marian nie krył zachwytu, że wracają do kraju całą 
rodziną. „Moja córeczka, moja dziewczynka" - powtarzał 
i pokrzykiwał na Marię, zły z powodu jej łez.

Anna   odłożyła   słuchawkę   i   wróciła   do   salonu,   gdzie 

przy stole siedzieli rodzice.

-  Marysiu,   zrób   herbatę.   Daj   też   ciasto.   To   będzie 

dłuższa   rozmowa   -   zarządził   radosnym   głosem   Leski   i 
żartobliwie mrugnął do córki. Anna, pod pretekstem, że 
chce pomóc matce, także odeszła od stołu, bo drażnił ją 
widok   niespokojnego   ojca,   który   udawał   dobry   nastrój. 
Matce drżały ręce, więc Anna wyjęła czajnik z jej dłoni i 
sama   zaczęła   przygotowywać   herbatę,   pokroiła   ciasto, 
ułożyła   je   na   talerzu.   Leska   przez   cały   czas   stała 
nieporuszona, dopiero gdy córka powiedziała: „Gotowe. 
Chodźmy", ich spojrzenia się spotkały. W obu można było 
odczytać to samo nieme pytanie: „Co to będzie?".

Kiedy usiadły przy stole, Leski odchrząknął, napił się 

background image

herbaty i nie  patrząc ani  na żonę, ani  na córkę, zaczął 
mówić.

-  Wiecie,   że   Michał   musi   wyjechać   na   operację   za 

granicę. - Leska  obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem, 
przecież   to   oczywiste,   po   co   ta   szopka.   O   tak,   Marian 
zawsze   lubił   efekty   specjalne,   pomyślała   z   niechęcią   o 
mężu. Anna pokiwała głową.

-  Załatwiłem   wszelkie   dokumenty   -   kontynuował 

swoim   doskonale   ustawionym,   radiowym   głosem.   - 
Ministerstwo zdrowia opłaci operację, szpital w Bethesda 
czeka   na   Michała.   Wydawało   się,   że   wszystko   jest   na 
dobrej   drodze,   ale   ciągle   jeszcze   nie   było   paszportu. 
Profesor Gańko poinformował mnie, że stan Michała się 
pogorszył... Przepraszam, kochanie, nie powiedziałem ci o 
tym, bo nie chciałem cię martwić. - Leski po raz pierwszy, 
od   kiedy   zaczął   mówić,   spojrzał   na   bladą   i   zmęczoną 
twarz   żony.   Współczuł   jej,   ale   jednocześnie   odczuwał 
ulgę,   że   wreszcie   może   podzielić   się   z   kimś   swoim 
zmartwieniem.  -  No, jednym słowem,  Michał  powinien 
wyjechać jak najszybciej, bo później podróż samolotem 
może być dla niego zbyt ryzykowna.

- Boże, Boże - westchnęła Leska.
-  Ale   mimo   to   ciągle   nie   było   dla   niego   paszportu. 

Zwracałem   się   o   pomoc   do   naczelnego   i   do   szefa 
telewizji. I nic z tego. W końcu wpadłem na pomysł, żeby 
poprosić o interwencję Kuczka. Mówił mi - Leski zwrócił 
się   do   córki   -   że   spotkaliście   się   podczas   jakiegoś 
przyjęcia,   rozmawialiście,   chwalił   twój   angielski...   No 

background image

więc   Kuczek   obiecał   pomoc,   ale   pod   pewnym 
warunkiem...

-  Jaki to warunek? Pieniądze? - przerwała gwałtownie 

Maria.

- Nie - odparł Leski i zamilkł. Jak powtórzyć te straszne 

słowa,   wypowiedziane   lekkim   tonem   przez   Kuczka. 
Zastanawiał   się   rozpaczliwie,   pragnął   wstać   i   wyjść, 
zakończyć tę rozmowę, ale przecież nie mógł ze względu 
na Michała, na jego życie, na szansę, jaką jest dla niego 
operacja.

- No, więc co? - zniecierpliwiła się Anna.
-  Chodzi o to, żebyś ty także wyjechała - powiedział 

spokojnym głosem, ale czuł takie wewnętrzne napięcie, że 
nie   był   w   stanie   spojrzeć   na   córkę.   Leska,   jakby   nie 
słysząc całej rozmowy, mieszała łyżeczką herbatę. „Jak 
zwykle robi to za głośno. Tyle lat małżeństwa, tyle lat 
razem, prosiłem ją, żeby tego nie robiła, że ten dźwięk 
mnie drażni, a ona dalej wali łyżką o szkło". Leski nigdy 
jeszcze tak dotkliwie, jak w tej chwili nie odczuł bezsensu 
małżeństwa z Marią. Zmarnował przy tej kobiecie ćwierć 
wieku,   przy   niej   z   mężczyzny   w   sile   wieku   stał   się 
przedwcześnie starcem, a ona nic sobie z tego nie robi. 
Uważa,   że   każda   godzina   z   jego   życia   jej   właśnie   się 
należy.   Jak   kiedykolwiek   mogło   mu   przyjść   do   głowy, 
żeby się z nią ożenić.

-  Nie   rozumiem.   Ja?   Chodzi   o   mnie?   -   powtórzyła 

pytanie Anna.

-  Owszem.   Michał   wyjedzie   pod   warunkiem,   że 

background image

będziesz   mu   towarzyszyć.   On   dostanie   paszport,   ty 
dokument podróżny w jedną stronę...

Obie kobiety patrzyły na niego w osłupieniu. Wreszcie 

Anna się ocknęła.

-  To znaczy, że on mnie  zmusza  do emigracji. Tak? 

Tato! Tak?

-  Niestety,   tak.   Ale   proszę   cię   nie   krzycz.   -   Leski 

próbował   być   opanowany.   -   Musimy   to   wszystko 
spokojnie rozważyć.

- Nie mam zamiaru nigdzie wyjeżdżać. Nie może mnie 

zmusić, nie do tego...

- Tylko że wtedy nie wyjedzie Michał. - Leski odzyskał 

spokój. Nie podobała mu się egoistyczna postawa córki. 
Był   gotów   walczyć   z   nią   o   Michała,   o   jego   prawo   do 
życia. - Operacja w Stanach może go uratować, jest na to 
duża szansa. Jeśli nie zgodzisz się na wyjazd, wydasz na 
niego wyrok. To twój brat, nie możesz go zostawić bez 
pomocy...   Zastanów   się   dobrze,   zanim   podejmiesz 
decyzję.   Nie   widzę   nic   złego   w   tym,   że   zajmiesz   się 
bratem w najcięższych dla niego chwilach... W Stanach 
masz ciotkę, Jima, damy ci na początek trochę pieniędzy. 
Zapiszesz   się   na   studia,   jesteś   zdolna,   zdobędziesz 
dodatkowy zawód, a po paru latach tu wrócisz, to się na 
pewno da załatwić. I znów będziemy mieli w domu was 
oboje. - Odetchnął z ulgą. Udało mu się wyrazić to, co 
najważniejsze.

-  Da   się   załatwić?   Marian,   co   ty   mówisz,   co   to   za 

propozycja? Oto ta twoja komuna - krzyczała Leska, która 

background image

przechyliwszy  się   przez  stół,  uderzała  palcem  w   klatkę 
piersiową męża. - Oto ci twoi kolesie! Barbarzyńcy!... Nie 
dość, że jedno dziecko jest śmiertelnie chore, to jeszcze 
każą nam pozbyć się drugiego. Matko Boska, to nie do 
wiary. Dlaczego ona ma wyjechać? Nie zgadzam się na to, 
absolutnie nie. Jak można być takim... takim mordercą!

-  Mamo, uspokój się. Nie krzycz tak. - Twarz Anny 

była zalana łzami, ale dziewczyna starała się zachować 
spokój. - Co powiedziałeś Kuczkowi, tato? Czego on ode 
mnie chce?

-  Że   przekażę   ci   tę   propozycję...   Mówi,   że   jesteś 

zaangażowana  po niewłaściwej  stronie. Nie  podoba  mu 
się twój stosunek do Polski i...

- To oburzające, ja nie rozumiem, jak w ogóle mogłeś 

prowadzić taką rozmowę. - Opanowana zazwyczaj Maria 
miotała   się   po   pokoju.   Nigdy   nie   widział   jej   w   stanie 
podobnego wzburzenia. - Kombinacje, targi... Jesteś taki 
sam jak oni, jak ten twój Kuczek, którego sprowadzałeś 
do domu, żeby go karmić ogórkami. - Leski uśmiechnął 
się lekko, ubawiła go absurdalność pretensji żony, ale to 
wywołało tylko jeszcze większą jej wściekłość.

- Jesteś wyjątkowym skurwysynem! - wrzasnęła Maria.
Podniósł się, jakby chciał ją uderzyć. Usiadł jednak z 

powrotem.

- Próbuję walczyć o życie naszego dziecka...
- Mamy dwoje dzieci! - krzyknęła Leska - To ty masz 

dwoje - wycedził Leski, doprowadzony do ostateczności. 
Miał dość udawanej szlachetności swojej żony. Kim jest 

background image

ta kobieta, żeby mogła go tak łatwo osądzać? - Przecież 
wiesz, równie dobrze jak ja, że kocham Annę jak córkę, 
ale ona nie jest moim dzieckiem.

-  Co   do   tego  nie   ma   żadnej   pewności   -   powiedziała 

Leska i uderzyła się dłonią w usta.

- Mamo - jęknęła Anna.
- Boże, Aniu, przepraszam. - Maria podbiegła do córki i 

przytuliła   ją   mocno   do   siebie.   Anna   wyrwała   się   z   jej 
objęć   i   ku   zaskoczeniu   obojga   powiedziała,   patrząc 
płonącymi oczami na matkę.

- Tak, słyszałam już o tym, jestem bardzo podobna do 

twojego byłego męża. Mam nawet taki sam uśmiech.

Po   tych   słowach   wstała,   wyszła   do   przedpokoju, 

nałożyła płaszcz, ale wróciła jeszcze na chwilę do salonu.

-  Nie rozumiem tylko, dlaczego to mnie oszukiwałaś? 

Trzeba było oszukać jego. - Gestem głowy wskazała na 
siedzącego bez słowa Leskiego. 

background image

Rozdział 20

W mieszkaniu Leskich panowała przygnębiająca cisza. 

Nawet   kiedy   oboje   byli   w   domu,   wzajemnie   się 
ignorowali.   Rozmawiali   ze   sobą   tylko   w   szpitalu,   przy 
łóżku   syna,   bo   przed   Michałem   chcieli   nadal   sprawiać 
wrażenie zgodnej pary. Podczas jednej z tych wizyt Leska 
zdała   sobie   sprawę,   że   z   całego   małżeństwa,   ze 
wszystkich przeżytych z Marianem lat, nie zostało już nic. 
Ani   uczuć,   ani   emocji,   ani   nawet   wrogości,   po   prostu 
zwykła obojętność. Łączył ich tylko Michał, syn, krew z 
krwi Mariana, ale i on słabł, umierał tak samo jak całe ich 
wspólne życie. Nie było warto, myślała.

Kiedyś pragnęła, żeby ciężko chory Stebnicki odszedł 

na zawsze, żeby mogła ułożyć sobie życie z Marianem. A 
teraz   nie   potrafiła   sobie   nawet   przypomnieć,   czy 
kiedykolwiek kochała Mariana, czy byli sobie naprawdę 
bliscy.   O   czym   właściwie   rozmawiali,   kiedy   zostawali 
sami   w   domu?   On   czytał   albo   pisał,   a   ona   gotowała, 
sprzątała,   podawała   do   stołu.   Była   sprawną,   dobrze 
opłacaną   służącą,   nikim   więcej.   Niczego   zresztą   nie 
chciała dla siebie, nie dbała o to, czy jest szczęśliwa lub 
choćby   zadowolona.   Liczyły   się   tylko   dzieci,   dla   nich 
znosiła tę monotonną codzienność. A teraz, Marii zdawało 
się,   że   gorycz   podchodzi   jej   do   gardła   i   pozbawia 
oddechu, córka uciekła z domu, syn może umrzeć na raka. 

background image

Jedno ma chore ciało, drugie chorą duszę, a ona przygląda 
się temu bezradnie, jakby nie była ich matką, tylko kimś 
obcym i dalekim. Nigdy nie umiała pomóc bliskim, którzy 
na nią liczyli, opuściła nawet swoją małą siostrę Joasię. 
Nie   odpisywała   jej   na   listy,   bo   bała   się   bezpieki. 
Pozwoliła ojcu sprzedać Joasię do Ameryki, w zamian za 
pieniądze na studia dla niej. Jak ojciec, w ogóle mógł tak 
postąpić? Przehandlował własną córkę, jej siostrę, a ona 
nie   tylko   się   na   to   godziła,   ale,   mój   Boże,   uważała 
swojego ojca za dobrego człowieka, jego, który własne 
dziecko skazał na życie z dala od ojczyzny i rodziny. A 
ona stawiała mu ołtarzyki, wychwalała jego bohaterstwo, 
a być może ojciec ratując w czasie wojny te żydowskie 
dzieci, chciał tylko odkupić podły postępek, jaki popełnił 
wobec   własnej   córki.   Może   pojął   ohydę   własnego 
grzechu. Boże, jak człowiek niczego nie rozumie, jak nie 
potrafi rozgryźć nawet odczuć tych najbliższych osób ani 
motywów ich postępowania, ani sprawiedliwie osądzić ich 
uczynków. A teraz Marian, zupełnie jak kiedyś jej ojciec, 
chce wysłać córkę do Ameryki. Dla dobra Michała. Czy 
kolejny   raz   w   jej   rodzinie   trzeba   będzie   sprzedać   los 
jednego   dziecka   w   zamian   za   niepewną   pomyślność 
drugiego?

-  Mamo,   dlaczego   Ania   do   mnie   nie   przychodzi?   - 

usłyszała cichutki, ale wyraźny głos syna. Otrząsnęła się z 
rozmyślań i uśmiechnęła do Michała. Wydawał się taki 
wzruszający, taki delikatny w tej swojej chorobie, znów 
stał   się   jej   grzecznym,   kochanym,   małym   synkiem. 

background image

Potrzebował jej, podała mu sok, którego napił się przez 
rurkę.   Od   dwóch   dni   był   w   całkiem   niezłej   formie 
umysłowej,   bo   nie   powtórzyły   się   ostatnio   utraty 
przytomności,   które   pozostawiały,   wskutek   obrzęku 
mózgu, luki w pamięci.

- Pewnie zapomniała o mnie, odkąd straciła głowę dla 

tego Amerykanina? - dopytywał się tym swoim cichutkim 
głosikiem.   Leska   była   zaskoczona,   bo   mogło   chodzić 
tylko o Michaela, przyjaciela Jima, ale przecież to absurd. 
Jego   dziewczyną   jest   Mika.   Bywali   u   nich   razem.   A 
jednak, zastanowiła się Leska, coś w tym jest, co mówi 
Michał,   zawsze   taki   wrażliwy   na   uczucia   innych.   Z 
miłością popatrzyła na syna, dobre dziecko, Bóg sprawi, 
że wyzdrowieje. No, oczywiście, Michał ma rację. Leska 
przypomniała   sobie   spłoszone   spojrzenia   Anny,   gdy 
odwiedzali ich Mika i Mike, jej zakłopotanie, jej sztuczną 
wesołość. Anna, zawsze taka swobodna i pewna siebie, 
traciła przy tej parze obie te cechy, stawała się sztywna i 
opuszczał   ją   naturalny   wdzięk.   Leska   przywołała   w 
pamięci pewien wieczór, kiedy siedzieli razem przy stole, 
jedząc kolację.

Mike   brylował,   wygłupiali   się   z   Jimem,   prowadzili 

śmieszne   dialogi   po   polsku.   Leska   była   zaskoczona 
talentem   Michaela   do   zabawy   językiem,   który   znał 
przecież jeszcze niezbyt dobrze. Potem, gdy razem z Anną 
zmywały   w   kuchni,   podzieliła   się   z   córką   swoimi 
wrażeniami.   Anna   zajęta   wkładaniem   naczyń   do   szafki 
powiedziała   wówczas:   „Masz   rację,   mamo.   Nie   znam 

background image

nikogo, kto byłby taki jak Mike. On jest niezwykły". „No 
i chyba bardzo zakochany w Mice" - stwierdziła nie bez 
pewnej złośliwości Leska, bo irytowało ją, że jej śliczna i 
zgrabna córka jest ciągle sama. Anna nie odezwała się ani 
słowem, po prostu wyszła z kuchni, zostawiając ją samą. 
Teraz Leska serdecznie pożałowała swoich słów, że też 
człowiek potrafi być tak okrutny i bezmyślny, nawet w 
stosunku do własnej córki. Kiedy tylko Anna wróci do 
domu - Leska uważała, że ukryła się u swojego nowego, 
nieznanego   chłopaka,   u   którego   ostatnio   spędzała 
wszystkie wieczory - musi z nią porozmawiać, wreszcie 
szczerze i otwarcie. Córka nie powinna osądzać matki.

-  Tak   daleko   odchodzisz,   mamo   -   nieoczekiwanie   i 

jakby z pretensją w głosie odezwał się Michał i wyciągnął 
rękę   w   kierunku   matki.   Leska   przelękła   się   słów   syna. 
Wzięła   jego   słabą,   wiotką   dłoń   w   swoje   ręce,   ale   nie 
mogła wydobyć głosu. Po raz pierwszy od lat zaczęła się 
bezgłośnie   modlić.   Wzmocniła   ją   żarliwa   modlitwa. 
Poczuła w sobie dość siły, żeby wraz z nią towarzyszyć 
Michałowi aż do jasnego tunelu, którym jej syn odejdzie 
na zawsze. Człowiek żyje po to, żeby wszystko przetrwać, 
pomyślała, nawet śmierć własnego dziecka.

-  Jesteśmy   tutaj,   synku   -   odezwał   się,   zamiast   niej, 

Marian. - Nie zostawimy cię samego, tylko nie odchodź. 
Spróbuj   z   nami   zostać.   Proszę   cię,   nie   rób   nam   tego. 
Postaraj się, synku. - Leski odwrócił twarz, bo nie chciał, 
żeby Michał zobaczył łzy. Chłopak przez chwilę nic nie 
mówił. Wydawało się, że zasnął. Ale znów otworzył oczy.

background image

-  Spróbuję,   tatusiu,   ale   chyba   nie   dam   rady.   - 

Uśmiechnął się do rodziców, ale był to tylko cień jego 
dawnego uśmiechu.

*

Anna od czasu rozmowy z ojcem nie pokazała się w 

domu. Jim i Mike, pod komendą Miki, która wskazywała 
adresy,   szukali   jej   u   różnych   bliższych   i   dalszych 
znajomych, ale dziewczyna zapadła się pod ziemię. Nikt 
nie miał pojęcia, gdzie jest, z nikim się nie kontaktowała. 
Coraz więcej osób przyłączało się do poszukiwań, ale nie 
dawały one rezultatu.

- Podejrzewam pułkownika - powtarzał Jim za każdym 

razem,   kiedy   choć   na   moment   zostawali   sami   z 
Michaelem.   -   Pewnie   stary   lis   zamknął   gdzieś   Annę   i 
czeka na dalsze finansowe oferty.

- Trudno mi w to uwierzyć - odpowiadał Mike.
-  A   w   to,   że   taki   kraj   jak   ten   istnieje,   potrafisz 

uwierzyć? - dopytywał się histerycznie Jim. - Wpadliśmy 
w straszne gówno i nie wiem, jak z tego wybrniemy.

Mike   parokrotnie,   pod   wpływem   nalegań   Jima, 

próbował   złapać   pułkownika   telefonicznie,   ale   pod 
numerem, który im dał, nikt nie odpowiadał. Tego dnia 
jednak   Jim   z   Miką   sami   pojechali   kontynuować 
poszukiwania Anny. Michael źle się czuł, łamało go w 
kościach, bolała głowa, więc postanowił zostać w łóżku.

-  Dawno nie miałeś porządnego ataku hipochondrii. - 

Jim   skwitował   złośliwie   jego   pozostanie   w   domu.   -   Z 
radością widzę, że wracasz do formy.

background image

Mike wziął aspirynę i zapadł w sen. Kiedy się obudził, 

było jeszcze zupełnie jasno. Spojrzał na zegarek, wpół do 
drugiej. Spał półtorej godziny. Czuł się znacznie lepiej. 
Wstał, zrobił herbatę i usiadł na fotelu z książką w ręku. 
Nie   czytał   jednak   długo,   postanowił   zadzwonić   do 
pułkownika. Kuczek błyskawicznie odebrał telefon.

-  Zdziwisz się, ale wiem, po co do mnie dzwonisz - 

powiedział,   nie   dając   nawet   Michaelowi   czasu   na 
sformułowanie   pytania,   ale   sam   mu   je   zadał:   -   Jak 
myślisz,   drogi   chłopcze,   gdzie   jest   kuzynka   twojego 
przyjaciela?

- Nie mam pojęcia. Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że 

nie u pana, pułkowniku - stwierdził Mike, starając się, aby 
w jego głosie zabrzmiał ton rozbawienia.

-  Lubię twoje anglosaskie poczucie humoru. - Kuczek 

się roześmiał. - Jest tam, gdzie w ogóle nie spodziewasz 
się jej znaleźć.

- Domyślam się. Czy dopisujemy nowy punkt do naszej 

umowy? - zapytał niewinnie Mike.

- Nic podobnego - oburzył się pułkownik. - Za kogo ty 

mnie masz, chłopcze? Tę informację dostaniesz ode mnie 
za darmo. Anna Leska jest w Podkowie Leśnej, u tej starej 
raszpli.

-  U madame Zawadzky? - W głosie Michaela słychać 

było   zdziwienie.   Pułkownik   jednak   już   mu   nie 
odpowiedział, bo po prostu odłożył słuchawkę.

Mike,   niewiele   myśląc,   ubrał   się   i   już   wychodząc   z 

domu,   zawrócił,   żeby   zostawić   kartkę:   „Kochanie,   nie 

background image

martw się o mnie. Już wiem, gdzie jest Anna, przywiozę 
ją   całą   i   zdrową.   Powiedz   Jimowi.   M.".   Po   chwili 
zastanowienia   podarł   kartkę   i   wyrzucił   do   śmieci. 
Postanowił,   że   nie   będzie   zapowiadał   przyjazdu   Anny, 
tylko zrobi wszystkim niespodziankę.

Kiedy   dotarł   kolejką   do   Podkowy,   zaczynało 

zmierzchać. Wchodząc do lasu, nie czuł się zbyt pewnie, 
rozpoznał   jednak   sklepik,   w   którym   kupowali   wino   i 
drożdżówki.   Nagle   wydało   mu   się   dziwne,   że   w   ogóle 
znalazł się w tym kraju, że ma już w Warszawie swoje 
znajome   miejsca   i   ulubione   trasy,   że   poznał   Mikę   i 
zakochał się w niej, że wśród Polaków ma coraz więcej 
kolegów,   jednak   najbardziej   zdumiewał   go   fakt,   że 
właściwie   obchodził   się   bez   pieniędzy.   On,   który   w 
Kalifornii nie ruszał się bez pliku kart kredytowych, miał 
dziś   w   kieszeni   równowartość   najwyżej   trzydziestu 
dolarów i wcale nie czuł się z tym źle. Prawda, że nie 
spotkał w tym kraju ani doskonałych knajp, ani budzących 
pożądanie sklepów, ale wcale mu ich nie brakowało. Po 
raz   pierwszy   w   życiu   był   tylko   sobą,   a   otaczający   go 
ludzie dostrzegali w nim Michaela, który wyróżniał się 
spośród nich jedynie tym, że był Amerykaninem. Mike 
miał   zawsze   wrażenie,   iż   kupuje   uczucia,   bo   wszyscy 
zazwyczaj   wiedzieli,   jak   bardzo   jest   bogaty.   Czasem 
nawet wydawało mu się, że i Jim ustępuje mu w różnych 
sprawach,   bo   także   uznaje   przewagę   Michaela,   jaką 
dawało mu bogactwo. Dlatego lubił, gdy Jim otwarcie kpił 
z niego lub kłócił się o byle co, bo wtedy miał poczucie, 

background image

że   nie   traktuje   go   specjalnie,   że   są   prawdziwymi 
przyjaciółmi.

Coraz bardziej tęsknił za Kalifornią, ale przymusowy 

obecnie pobyt w Polsce traktował, w przeciwieństwie do 
Jima, nie jako rodzaj udręki, ale jako wyzwanie. Testował 
nie tylko samego siebie, lecz i swoje uczucie do Miki, 
które   dla   niego   samego   było   wielką   niespodzianką.   W 
zasadzie nie całkiem podobała mu się fizycznie, jej biodra 
były   zbyt   obfite,   a   on   zawsze   lubił   smukłe   kobiety. 
Drażniła go czasem jej zbyt żywa mimika, jej żarty, które 
nie zawsze wydawały mu się właściwe, a niekiedy nawet 
jej   niezbyt  poprawna   angielszczyzna.  A  jednak  w  jakiś 
dziwny sposób nic, co go w niej irytowało, w istocie nie 
miało znaczenia, a przeciwnie, rozczulało go albo bawiło. 
Nigdy nie bywał na nią naprawdę zły ani obrażony. Mika 
stała  się częścią  jego ego, była jego klonem,  stanowiła 
jego duchowy rewers. Po namyśle doszedł do wniosku, że 
najbardziej   pociąga   go   zapach   ciała   Miki.   W   końcu   to 
zmysł węchu sprawia, że łączą się zwierzęta, a kim oni są, 
jeśli nie parą ssaków? Często wsuwał nos w zagięcie jej 
łokcia, żeby upajać się tą jakąś wyjątkową wonią, którą, 
zdawało mu się, tylko wyczuwał. Nawet kiedy się kochali, 
delikatnie   ją   obwąchiwał,   co   Mikę   trochę   zawstydzało. 
Uważałby to pewnie za swoje własne dziwactwo, ale od 
Jima   wiedział,   że   i   dla   niego   woń   kobiety   ma   istotne 
znaczenie.

- To jest chemia, stary - wyjaśnił mu kiedyś poważnie 

Jim. - Feromony, endorfiny.

background image

-  Z nas dwóch to ja jestem specjalistą od medycyny, 

więc   się   nie   mądrzyj.   Endorfiny   to   nie   są   substancje 
zapachowe - sprostował ubawiony Mike.

-  Ale   też   sprawiają   przyjemność.   Prawda,   stary?   - 

odgryzł się Jim.

Mike   nie   chciał   się   zastanawiać   nad   tym,   jak   dalej 

rozwinie się jego związek z Miką. Wiedział, że pewnego 
dnia, już całkiem niedługo, wyjedzie i będzie to pewnie 
oznaczało   kres   ich   uczucia.   Szczerze   mówiąc,   nie 
wyobrażał sobie nieuchronnie zbliżających się dni bez tej 
polskiej dziewczyny. Może powinien zabrać ją ze sobą do 
Ameryki?   Ale   czy   tam   byłoby   im   ze   sobą   tak   samo 
dobrze? Czy gorące słońce Kalifornii nie ujawniłoby w 
ich   związku   rys,   których   teraz   nie   dostrzega?   Zresztą 
musiałby   jej   powiedzieć   prawdę   o   sobie,   a   to 
spowodowałoby, że ten układ straciłby balans. Nie miał 
ochoty więcej o tym myśleć. Stryj zawsze powtarzał: „Nie 
martw się na zapas, chłopcze, ciesz się dobrą chwilą, bo 
los   już   czeka,   żeby   ci   dokopać".   Zresztą   życie,   czego 
dowód stanowi choćby jego przyjazd do Polski, jest zbyt 
nieprzewidywalne, postanowił więc, jak to zwykle czynił 
Jim, zdać się na los. Na razie jednak nawet teraz, po tak 
krótkim   rozstaniu,   poczuł   szaloną   tęsknotę   za   Miką, 
żałował, że na nią nie poczekał, żeby mogli przyjechać tu 
razem.   Mógłby   ją   wówczas   tulić   i   całować,   a   ona 
pieszczotliwie dotykałaby jego krocza. Odetchnął głęboko 
i   rozejrzał   się   po   niemal   ciemnym   lesie.   Na   szczęście, 
mrok rozpraszało widoczne w oddali światło. To był bez 

background image

wątpienia dom matki miss Zawadzky.

*

Anna   obserwowała   postać,   która   wyłoniła   się   z 

ciemniejącego lasu. Od kilkunastu minut stała w oknie, 
bezmyślnie   gapiąc   się   na   drzewa.   Sylwetka   tego 
człowieka wydawała się jej znajoma. Potarła szybę, która 
zaparowała od jej oddechu. Czy to możliwe? Mike.

Tamtego   wieczora,   po   rozmowie   z   ojcem,   nie 

wiedziała, co ze sobą zrobić. Nie chciała z nikim, nawet z 
Jimem, omawiać propozycji pułkownika ani zachowania 
Leskiego.   Szła   więc   ulicą   bez   określonego   celu.   Kiedy 
doszła do dworca, nagle olśniła ją myśl, żeby pojechać do 
madame. Ta kobieta i tak zna tajemnicę jej pochodzenia, 
może   więc   szczerze   z   nią   pomówić.   Znała   jej 
prawdziwego   ojca,   wiedziała   jaki   był,   może   powie   coś 
więcej.   A   poza   tym,   i   ów   argument   był   nie   do 
pogardzenia, nikt Anny tam nie będzie szukał. Wsiadła 
więc do ostatniej kolejki i pojechała do Podkowy.

Na   widok   Anny   madame   nie   wyraziła   specjalnego 

zdziwienia. Była w domu sama, bo Marek nocą jeździł 
taksówką.   Od   czasu,   gdy   godzina   policyjna   została 
zawieszona,   ludzie,   mimo   trwającego   nadal   stanu 
wojennego, cieszyli się z odzyskanych nocnych godzin i 
odwiedzali się na potęgę, topiąc wspólny stres w alkoholu. 
Marek   mógł   więc   nieźle   zarobić   na   nocnych   kursach. 
Madame   zaprosiła   Annę   do   kuchni,   zrobiła   herbatę   i 
kanapki,   które   dziewczyna   zjadła   z   apetytem.   Anna 
opowiedziała jej dokładnie przebieg rozmowy z Leskim, 

background image

gdy   doszła   do   propozycji   pułkownika,   dotyczącej 
przymusowej   emigracji   dla   Anny,   żółte   oczy   madame 
błysnęły.

- A więc to tak - powiedziała z nagłym zadowoleniem. - 

I   Marian   dostaje   od   nich   za   swoje.   Nikogo   nie 
oszczędzają, nawet swoich zwolenników. Wydaje mi się, 
że ta cała zabawa już długo nie potrwa.

Poza   tymi   kilkoma   zdaniami   nie   skomentowała   już 

więcej słów Anny. Kiedy ta skończyła mówić, madame 
stwierdziła, że już najwyższa pora pójść spać. Wyjęła z 
szafy  pościel, wskazała  Annie  łóżko w  jednym  z kilku 
pokojów na piętrze i życzyła jej dobrej nocy. Dziewczyna 
uznała, że popełniła błąd, przyjeżdżając do niej, ale jak 
tylko przyłożyła głowę do poduszki, natychmiast zasnęła. 
Przez   następne   kilka   dni   obie   kobiety   niewiele 
rozmawiały ze sobą. Annie wydawało się, że stara kobieta 
bezustannie   ją   obserwuje,   ale   też   unika   bliższego 
kontaktu.

- Potrzebujesz czasu, moje dziecko - powiedziała tylko 

któregoś razu, odpowiadając na usilne starania Anny, aby 
wciągnąć ją do rozmowy. - Nikt za ciebie nie rozwiąże 
twojego dylematu.

- Myślałam, że pani mi pomoże - poskarżyła się Anna.
-  Ja nie mogłam pomóc nawet swojej własnej córce - 

odparła z goryczą madame. - Zresztą - dodała po chwili - 
sama nie wiem, co zrobiłabym w takiej sytuacji. W tym 
kraju zawsze ludzi stawia się od razu wobec ostatecznych 
wyborów. Gdybym znała dobre rozwiązanie, to byłabym 

background image

ci je podpowiedziała, ale, przykro mi, nie znam... Ani lata, 
ani doświadczenie nie dają żadnego patentu na mądrość. 
Jedno, co mogę zrobić, to dać ci święty spokój.

Anna   była   rozczarowana   postawą   starej   kobiety,   ale 

jednocześnie zadowolona z faktu, że jest z dala od domu, 
od matki i Leskiego, jak zaczęła nazywać ojca w myślach, 
a także od tragedii Michała. Było tego za wiele, jak na jej 
młode   barki,   i   choć   miała   czasami   paskudne   poczucie 
winy, że zrejterowała, czuła się jednocześnie wyzwolona, 
jak skazaniec, który uciekł spod gilotyny. Przyjechała do 
Podkowy,   żeby   przemyśleć   decyzję   dotyczącą   swojej 
ewentualnej emigracji, ale najczęściej przyłapywała się na 
marzeniach o Michaelu.

I nagle w sam środek tych marzeń wkroczył Mike, nie 

żaden fantom, ale żywy, rzeczywisty, pełen energii, gotów 
do   pomocy   i   dumny   z   faktu,   że   odnalazł   Annę.   Kiedy 
zapukał   do   drzwi,   nie   zeszła   na   dół,   wolała,   żeby   to 
madame otworzyła Michaelowi. Potrzebowała czasu, by 
opanować   wzruszenie.   Serce   waliło   głośno   i 
nierytmicznie,   było   jej   niedobrze,   czuła,   że   rumieńce 
paliły policzki. „Boże, pozwól mi się opanować", ścisnęła 
dłonie w pięści, tak mocno, że długie, zadbane paznokcie 
wbiły   się   w   skórę.   Usłyszała   z   dołu   wołanie   madame. 
Wzięła kilka głębokich oddechów i zeszła. Nie potrafiła 
powstrzymać radości na widok Michaela, a on przytulił ją 
do siebie i pocałował. Madame taktownie usunęła się z 
pola widzenia. Zostali sami.

Anna zaproponowała kolację. Mike spojrzał na zegarek, 

background image

zdążą   jeszcze   coś   przegryźć   przed   odjazdem   ostatniej 
kolejki. Był głodny, właściwie od rana, poza herbatą, nie 
miał nic w ustach. Anna nakryła do stołu, postawiła na 
nim świece w pięknych, starych i odrapanych lichtarzach. 
Podgrzała   mięso,   podsmażyła   ziemniaki,   błyskawicznie 
przygotowała surówkę. Mike z przyjemnością patrzył na 
tę śliczną i zgrabną dziewczynę, krzątającą się po kuchni. 
Anna uśmiechnęła się do niego i zapytała:

- Masz ochotę na calvados?
Odpowiedział   jej   uśmiechem   i   kiwnął   głową.   Lubił 

żubrówkę   z   sokiem   jabłkowym,   a   Jim,   z   właściwą   mu 
skłonnością do przesady, był nawet zdania, że ten polski 
koktajl   jest   jednym   z   najszlachetniej   smakujących 
drinków   na   świecie.   Któregoś   wieczoru,   gdy   się 
wygłupiali,   ułożyli   nawet   piosenkę,   zaczynającą   się   od 
słów „I love bison vodka with apple juice". Ustalili, że 
Sara   obowiązkowo   będzie   musiała   ją   zaśpiewać   na 
jednym ze swoich koncertów.

Mike nie pytał Anny o nic. Czekał, aż dziewczyna sama 

zacznie mówić. Ona jednak opowiadała mu o madame, o 
zwyczajach tego domu, o spacerach po lesie. Ani razu nie 
zapytała Michaela, w jakim celu przyjechał. Jego wizytę 
traktowała   jak   niezapowiedziane   odwiedziny   starego 
przyjaciela. Mike spojrzał na zegarek i zaczął się trochę 
niecierpliwić, mieli niecałą godzinę do odjazdu kolejki, a 
czekała ich jeszcze droga przez las. Anna, wyczulona jak 
wierny   pies   na   wszelkie   gesty   ukochanego   właściciela, 
zauważyła niepokój Michaela.

background image

-  Nie wrócę dziś z tobą do Warszawy - powiedziała 

łagodnie i czule popatrzyła mu prosto w oczy. - Chodźmy 
na   górę,   do   mojego   pokoju.   Niedługo   przyjedzie   na 
kolację   Marek,   potem   znów   wraca   do   Warszawy,   bo 
jeździ   taksówką   nocą,   to   cię   podrzuci   do   domu.   Wolę 
jednak,   żeby   nas   tu   nie   zastał,   bo   potrafi   zagadać   na 
śmierć. A ty przecież chcesz ze mną spokojnie pomówić, 
prawda?

Mike  kiwnął głową. Anna podała  mu  tacę, na której 

ustawiła   dwie   szklanki,   butelkę   wódki,   sok   jabłkowy   i 
dwa talerzyki z sernikiem domowej roboty. Sama wzięła 
ze stołu oba lichtarze z płonącymi świecami. W malutkim 
pokoju było przytulnie, a przez uchylone okno wdzierała 
się   lekko   dusząca   woń   sosnowego   lasu.   Anna   ustawiła 
świece na niedużym stoliku, obok postawiła tacę. Usiedli 
na podłodze, plecami opierając się o łóżko. Było cicho, 
tylko   od   czasu   do   czasu   zatrzeszczała   jakaś   belka   w 
drewnianym stropie albo gdzieś daleko zaszczekał pies. 
Mike   nie   mógł   oderwać   oczu   od   twarzy   Anny,   której 
światło świec przydawało tajemniczej szlachetności. Czuł 
ciepło jej ciała, delikatny zapach świeżości, lawendowego 
mydła   i,   Mike   pociągnął   nosem,   imbiru?   Miał   wielką 
ochotę   powąchać   dziewczynę,   żeby   dobrze   odczytać 
wszelkie   składniki   jej   zapachu,   ale   obawiał   się   reakcji 
Anny, więc powiedział tylko:

- Pora, żebyś zaczęła mówić. Co się stało?

*

Kiedy kilkanaście godzin później wracał tą samą drogą 

background image

przez las, czuł niesmak i niechęć do samego siebie. Nie 
tak   wyobrażał   sobie   powrót   z   Podkowy   do   Warszawy. 
Wracał   nie   tylko   bez   Anny,   ale   zostawił   biedną 
dziewczynę upokorzoną i w rozpaczy. Chciał dobrze, nie 
miał   zamiaru   Anny   skrzywdzić,   pragnął   ją   tylko 
pocieszyć. Co powie Mice? Jak wytłumaczy się z nocy 
spędzonej poza domem? Przez chwilę pomyślał o Jimie, w 
końcu   mógł   spać   u   niego,   jednak   szybko   odrzucił   tę 
koncepcję.   Zaniepokojona   nieobecnością   Michaela 
dziewczyna na pewno do niego zadzwoniła. Przyznam się, 
postanowił,   będzie   musiała   mi   wybaczyć.   Ale   na   samą 
myśl o przykrości, jaką sprawi Mice, serce podskakiwało 
mu do gardła. 

background image

Rozdział 21

Pułkownik   od   samego   świtu   był   w   złym   humorze. 

Poprzedniego wieczora położył się spać bardzo późno, bo 
mieli posiedzenie u Starego. W ścisłym gronie omawiali 
irytujący fakt, że ukrywający się działacze opozycyjni, na 
których dawno już wydano nakazy aresztowania, bawili 
się z władzą w kotka i myszkę. Przebierali się, zapuszczali 
brody, farbowali włosy, zmieniali miejsca zamieszkania, a 
bezradni agenci bezpieki, niczym psy myśliwskie, które 
utraciły węch, bezustannie gubili trop. Stary nalegał, żeby 
dokonać   jakiegoś   spektakularnego   aresztowania,   bo 
władza, jak powiedział, wydaje się społeczeństwu zanadto 
bezradna, a nawet się ośmiesza. Kuczek zgadzał się ze 
Starym, bo podobnie jak inni, wiedział, że ci z pozoru 
zastraszeni obywatele kpią sobie z generała, jego rządów i 
współpracowników.   Asystent   sekretarza   do   spraw 
propagandy, jakby na potwierdzenie tego faktu, odczytał 
cotygodniową listę nowych dowcipów na temat władzy i 
bohaterem   dwóch   z   nich   okazał   się   sam   Kuczek. 
Słuchając żartów o sobie, śmiał się razem z innymi, ale w 
głębi   serca   odczuwał   wściekłość   i   upokorzenie.   Ten 
niedouczony i w gruncie rzeczy prymitywny naród bawił 
się   jego   kosztem,   nie   doceniając   oczywistego   faktu,   że 
Kuczek był nie tylko wykształconym poliglotą, ale całe 
życie   podporządkował   służbie   temu   krajowi   i   jego 

background image

niewdzięcznym   obywatelom.   Ciemna   masa,   rozmyślał, 
nic innego, tylko gigantyczny zagon kapuścianych głów.

Skoncentrowany jak zwykle na sobie jednak zauważył, 

że   i   Stary   nie   jest   w   dobrym   nastroju.   Dowcipy 
dowcipami,   ale   gospodarka   kraju   była   w   rozpaczliwej 
sytuacji, na Śląsku burzyli się górnicy, a politykę generała 
krytykowali zarówno Rosjanie, jak i Amerykanie. Kiedy 
narada dobiegała końca, Stary, jak to miał w zwyczaju, 
zapraszał   jednego   z   jej   uczestników   na   kieliszek   do 
swojego   gabinetu.   To   było   wyróżnienie,   którego   aż   do 
następnej okazji zazdrościli wybrańcowi wszyscy obecni 
podczas posiedzenia. Tym razem Stary zaprosił Kuczka.

Siedzieli   przy   niedużym   stoliku,   popijając   szkocką 

whisky.   Stary   długo   się   nie   odzywał,   a   Kuczek   nie 
wiedział, jak zacząć rozmowę. Sam potrzebował pociechy 
i   nie   czuł   się   na   siłach,   aby   udzielać   Staremu 
psychicznego wsparcia.

-  Kiedy przyjeżdża ta Henderson? - Stary przerwał w 

końcu przedłużające się milczenie.

-  Myślę,   że   powinna   tu   być   najdalej   za   tydzień   - 

odpowiedział Kuczek, trochę zdziwiony błahym pytaniem 
Starego, który zazwyczaj gardził artystami, uważając ich 
za nędznych rozrabiaków. Wiedział, że z rozkazu samego 
Starego chłopcy z wydziału przebijali co bardziej znanym 
aktorom opony lub uszkadzali samochody. Dzwonili do 
nich   po   nocach,   strasząc   porwaniami   lub   śmiercią. 
Jednemu   ze   sławniejszych   aktorów,   pod   pozorem 
przeprowadzki, wynieśli wszystkie meble z domu, a na 

background image

ścianach   zostawili   napis:   „Jeszcze   z   tobą   zagramy". 
Kuczek uważał ten ostatni numer za całkiem niezły, ale 
generalnie nie pochwalał takich zabaw z opozycją. Nigdy 
jednak nie powiedział na ten temat ani słowa, bo nie miał 
odwagi   skrytykować   Starego,   który   świetnie   się   bawił, 
słuchając takich opowieści.

- To bardzo dobrze - stwierdził nieoczekiwanie Stary, z 

wyraźnym zadowoleniem. - Trzeba będzie nadać sprawie 
odpowiedni   rozgłos.   Da   się   przy   okazji   nauczkę   tym 
naszym komediantom. Zresztą nie tylko im... gazety, nie 
tylko nasze, napiszą o występie tej Amerykanki. Czy ona 
jest rzeczywiście taka sławna?

- Tak, świetnie śpiewa, ma w repertuarze prawie same 

przeboje, a poza tym - dodał po chwili namysłu Kuczek - 
jest piękna.

-  Tym   lepiej,   tym   lepiej.   -   Stary   pogłaskał   się   po 

wystającym brzuchu i wypił whisky jednym haustem do 
dna.   Kuczek   wiedział,   że   jest   to   sygnał,   iż   wizyta   w 
gabinecie dobiega końca. Pożegnał się więc i wyszedł już 
w świetnym nastroju. Stary nigdy nie udzielał  pochwał 
wprost, ale Kuczek wiedział, że jest z niego niezwykle 
zadowolony.

Po   drodze,   wracając   do   domu,   wstąpił   do   swojej 

wieloletniej kochanki, ale jej nie zastał. Przypomniało mu 
się,   że   wspominała   wcześniej   o   bankiecie,   na   którym 
powinni   pokazać   się   razem.   Nieobecność   Maryli   nie 
zepsuła mu wcale humoru. Seks z nią od dawna go już nie 
bawił. Musi znaleźć sobie inną kobietę, młodszą i bardziej 

background image

chętną   do   tych   spraw.   Pułkownik   nadal   uważał   się   za 
przystojnego,   szarmanckiego   i   w   istocie   czarującego 
mężczyznę. Miał pięćdziesiąt osiem lat, ale kobiety nadal, 
jak za młodych lat, budziły w nim pożądanie. Brakowało 
tylko czasu na te rzeczy, westchnął głęboko, bo sprawy 
ojczyzny niezmiernie go angażowały. Ale teraz powalczy 
wreszcie   o   swoje.   Wyczuwał,   że   nadszedł   odpowiedni 
czas. Należał do najwęższej elity kraju, a kto wie, czego 
jeszcze się dochrapie.

Zadowolenie   Starego   cieszyło   go   z   innego   jeszcze 

powodu. Postanowił, że  zanim wypuści  Amerykanów z 
kraju, sam wyjedzie na kilka dni w zagraniczną podróż 
służbową i sprawdzi, czy umowa została dotrzymana, a 
pieniądze   od   Watsona-Smitha   wpłynęły   na   konto.   Tak 
będzie   bezpieczniej.   Stary   od   czasu   do   czasu   zezwalał 
swoim pracownikom, którzy swobodnie władali obcymi 
językami,   na   takie   wyjazdy,   bo   chodziło   o   to,   żeby 
sprawdzili   klimat   panujący   wokół   Polski   w   krajach 
zachodnich.   Na   wyjazd   trzeba   było   jednak   specjalnie 
sobie   zasłużyć,   a   zorganizowanie   wizyty   tej 
piosenkareczki Henderson niewątpliwie kwalifikowało go 
do nagrody.

Po powrocie do domu wypił zioła przygotowane przez 

żonę   i   położył   się   spać,   w   błogim   przekonaniu,   że 
następnego poranka może sobie pozwolić na wylegiwanie 
się   w   łóżku   co   najmniej   do   dziesiątej.   Spał   jednak   nie 
dłużej   niż   cztery   godziny,   kiedy   obudził   go   telefon. 
Dzwonił   agent   miss   Henderson.   Artystka,   oznajmił 

background image

urzędowym tonem, wycofuje się z kontraktu, bo z powodu 
kłopotów z gardłem, niestety, nie będzie mogła przyjechać 
do   Polski.   Zmuszę   tę   kurwę   do   przyjazdu,   pomyślał 
pułkownik,   odkładając   słuchawkę.   Spojrzał   na   zegarek. 
Było piętnaście po szóstej. Zastanowił się przez chwilę, 
po czym wsunął na nogi eleganckie, skórzane pantofle i 
poszedł do pokoju żony. Włączył radio na cały regulator, 
z   odbiornika   popłynęła   melodia   wojskowego   marsza. 
Kobieta,   gwałtownie   obudzona,   patrzyła   na   niego 
przerażonym wzrokiem.

-   Mam   do   ciebie   prośbę   -   powiedział   grzecznie.   - 

Chciałbym, żebyś gdzieś zadzwoniła.

Bez słowa wstała z łóżka i nieprzytomnym wzrokiem 

rozglądała   się   w   poszukiwaniu   szlafroka.   Pułkownik 
przyglądał się jej spod oka. Kiedyś była bardzo ładna, ale 
teraz   opuchlizna,   wywołana   nadmiernym,   choć 
dyskretnym   piciem,   nadała   jej   twarzy   wygląd 
niezadowolonego   dziecka,   niegdyś   bujne,   niesforne 
ciemne   loki,   przerzedziły   się   i   smutno   zwisały   po   obu 
stronach   policzków,   które   miały   czerwonofioletowy 
odcień, z powodu popękanych naczyń krwionośnych, jej 
zawsze   pełne,   ale   dawniej   zgrabne   nogi,   przypominały 
obecnie   dwa   grube   kloce.   Owszem,   była   przynajmniej 
miła  i   spokojna,  nie   robiła  awantur,  nie  czepiała  się,  a 
nawet na swój sposób dbała o niego. Ale co z tego? To nie 
była   kobieta   dla   mężczyzny   z   krwi   i   kości.   Czuł   się 
samotny jak palec, bo zarówno żona, jak i kochanka nie 
zasługiwały   w   żadnym   razie   ani   na   jego   względy,   ani 

background image

pozycję, jaką zajmował wśród najwyższych dostojników 
kraju. Od dawna już czekał na kobietę wyjątkową, która 
dorówna mu intelektualnie i zaspokoi jego wyrafinowane 
potrzeby seksualne. Na razie zadowalał się tym, co miał, 
ale w marzeniach pielęgnował obraz zwiewnej i oddanej 
istoty,   której   będą   mu   zazdrościli   wszyscy   koledzy   z 
wydziału. Doskonale wiedział, że ma wśród nich opinię 
świetnego fachowca, ale także dziwaka i samotnika; miał 
ochotę im pokazać, na co go jeszcze stać.

*

-  Tak.   Słucham,   słucham   -   powtórzyła   lekko 

zniecierpliwionym tonem Mika. - Niestety, Michaela nie 
ma. A pani w jakiej sprawie? Halo, chwileczkę, halo - 
wołała,   ale   odpowiedział   jej   tylko   sygnał   odłożonej 
słuchawki.

- Dziwny telefon - powiedziała do Jima, który siedział 

w fotelu, lekko podpity, bo przez całą noc wypili z Miką 
sporo wódki. Jim pokiwał głową. Nie podobała mu  się 
cała ta historia ze zniknięciem Michaela. Najpierw Anna, 
potem Mike, a teraz na pewno nadejdzie kolej na niego. 
Pułkownik   załatwi   ich   wszystkich.   Miał   przeczucie, 
ostrzegał Michaela, a on oczywiście nic sobie z tego nie 
robił,   ufny   we   własne   pieniądze   i   nazwisko.   Zawsze 
uważał,   że   świat   sprzyja   Michaelowi   Watsonowi-
Smithowi. Nie brał pod uwagę faktu, iż w tym kraju każdy 
mógł się okazać winny, oskarżony, uwięziony. Zresztą nie 
ma   żadnej   pewności,   że   ta   Polka   nie   wplątała   w   coś 
Michaela, nie wciągnęła go w jakąś konspiracyjną robotę. 

background image

Taka była przecież dumna ze swoich tajnych kontaktów z 
działaczami   opozycji.   Przypomniała   mu   się   wzgarda,   z 
jaką wyrażała się o jego wuju, ojcu swojej przyjaciółki. 
Jim także nie miał dobrego zdania o starym Michaela, ale 
nigdy   by   sobie   nie   pozwolił,   żeby   powiedzieć   o   tym 
przyjacielowi,   a   ta   dziewucha   waliła   Annie   wszystko 
prosto w oczy. „Stary komuch" - mówiła o Leskim.

-  O   czym   myślisz?   -   zapytała   Mika.   Ocknął   się   i 

spojrzał   jej   w   twarz.   Była   blada,   oczy   miała 
zaczerwienione z niewyspania. Jim po raz kolejny doznał 
uczucia rozczarowania, że to właśnie w tej dziewczynie 
zakochał się Mike.

- A jak myślisz, o czym mogę myśleć? - odpowiedział 

złośliwie pytaniem na pytanie. Dziewczyna popatrzyła na 
niego   wzrokiem   pełnym   żalu,   ale   odparła   tylko,   że   też 
niepokoi się o Michaela.

- Da sobie radę - stwierdził nieoczekiwanie beztroskim 

tonem Jim. - Nawet nie domyślasz się, ile ma atutów w 
ręku.

Znów   poczuł   nagłą   ochotę,   żeby   opowiedzieć   jej   o 

bogactwie Michaela, jego porąbanej rodzinie i o związku 
z Sarą Henderson, aby udowodnić tej Polce, że w istocie 
nie   zna,   jak   jej   się   naiwnie   wydaje,   lepiej   od   niego 
prawdziwego   Michaela.   Dziewczyna   jednak,   jakby 
wiedziona intuicją, wstała z kanapy i oznajmiła, że idzie 
do kuchni  zrobić kawę  dla nich obojga. Bała się Jima, 
jego ironii i niechęci do niej, ale kiedy Mike długo nie 
wracał, zadzwoniła  do Jima,  a  on zjawił  się  niemal  na 

background image

zawołanie.   Wspólnie   czekali   na   Michaela   już   dziesiątą 
godzinę.   Z   trudem   znosiła   obecność   Jima,   ale 
jednocześnie czuła, że byli ze sobą złączeni niepokojem o 
jego los. I tylko z tego powodu wcześniej nie kazała się 
wynosić temu nieznośnemu kuzynowi Anny, który pętał 
się za Michaelem i z którego powodu Michael miał ciągłe 
wyrzuty   sumienia.   A   to   przecież   właśnie   Jim   kradł   im 
bezcenne   minuty   z   czasu,   jaki   mogli   spędzić   razem, 
zupełnie   sami,   kochając   się,   pożądając   i   tęskniąc   do 
siebie,   nawet   gdy   ona   wychodziła   do   drugiego   pokoju, 
aby   odebrać   telefon,   a   Mike   leżał   na   kanapie   i 
niecierpliwie wołał, żeby już jak najszybciej wróciła.

Usłyszeli zgrzyt klucza w drzwiach, spojrzeli po sobie, 

ale   nim   zdążyli   wymienić   choćby   słowo,   do   pokoju 
wszedł   Michael.   Był   bardzo   blady,   jego   duże   zielone 
oczy,   wydawały   się   niemal   seledynowe,   bo   otaczały   je 
sine obręcze, usta lekko mu drżały. Mika i Jim patrzyli na 
niego z przerażeniem. Jim pomyślał, że po raz pierwszy w 
życiu ten zaprzysięgły hipochondryk wydaje się naprawdę 
chory.

-  Pułkownik dał ci chyba nieźle popalić, co, Mike? - 

zapytał Jim.

- Pułkownik? - powtórzył Mike.
Mika   podeszła   do   Michaela   i   zarzuciła   mu   ręce   na 

szyję.

- Tak się cieszę, że ten drań cię wypuścił. Czego chciał? 

O co mu chodziło? - mówiła, całując go po twarzy. - Jak 
dobrze,   że   już   jesteś.   Tak   się   o   ciebie   martwiłam, 

background image

kochanie.

Michael poczuł wielką ulgę, całą drogę panicznie bał 

się, że będzie musiał powiedzieć prawdę. Tymczasem oni 
sami podsuwali mu zręczne kłamstwo, łatwy wykręt. Że 
też wcześniej nie pomyślał o pułkowniku, teraz szybko 
musi spreparować jakąś historię, ale to nie będzie trudne, 
musi mieć tylko trochę czasu.

- Dajcie mi chwilę, zaraz wam wszystko opowiem, ale 

na razie muszę iść do łazienki... Czuję się brudno... po 
prostu obrzydliwie - wyznał nieoczekiwanie szczerze.

-  Idź,   idź.   Zaraz   przygotuję   śniadanie.   Zjemy   coś   i 

pogadamy.

- Mika była tak ucieszona, że uśmiechnęła się do Jima i 

pogłaskała go po ręku. - Aleśmy się nadenerwowali, co?

Jim miał ochotę wyjść, ale postanowił jednak poczekać 

na   rozmowę   z   Michaelem.   Pułkownik   przecież   nie 
zatrzymał   go   na   noc   bez   powodu;   jeśli   postawił   nowe 
żądania, Mike na pewno znajdzie okazję, żeby dyskretnie 
mu to przekazać. Sięgnął po gazetę, którą Mike przyniósł 
ze  sobą, widocznie  kupił  ją, żeby studiować  polski, bo 
Mika nie czytała oficjalnie wydawanych gazet, polegała 
wyłącznie na prasie konspiracyjnej. Jim zapalił papierosa i 
zaczął przeglądać dziennik. Na drugiej stronie zobaczył 
duży   nekrolog:   „Michał   Leski   -   przeczytał   najpierw 
nazwisko, a potem dalej: - Wczoraj późnym wieczorem, 
zmarł   po   ciężkiej   chorobie   nasz   ukochany   syn...".   Jim 
rzucił gazetę, nałożył kurtkę i zawołał do Michaela przez 
drzwi łazienki:

background image

- Jadę do ciotki, umarł Michał. Słyszysz Mike?
-  Tak   słyszę.   -   Mike   odpowiedział   mu   po   dłuższej 

chwili. - Trzeba będzie zawiadomić Annę.

-  Dobra   rada.   Tylko,   gdzie   ona   jest?   -   Jim   mówił 

podniesionym   tonem.   -   Dzwoniłem   do   ciotki   wczoraj, 
mówiła, że Anny ciągle nie ma. Po prostu zapadła się pod 
ziemię. Jezu, jak oni to zniosą... A pułkownik nic ci o niej 
nie mówił?

- Nie, zupełnie nic... Niech to szlag trafi - odpowiedział 

Mike dziwnie zrozpaczonym głosem. - Poczekaj chwilę. 
Pojadę z tobą.

- Zostań Mike - poprosiła Mika, gdy wyszedł z łazienki, 

w której umył twarz i przyczesał włosy. Michael był nadal 
bardzo blady i dziwnie się zachowywał. Mika intuicyjnie 
poczuła,   że   zamknął   się   przed   nią,   że   coś   ukrywa.   Za 
wszelką  cenę   pragnęła   z  nim  porozmawiać,  powiedzieć 
mu, jak bardzo tęskniła, że się martwiła. Widać było, że ta 
noc   spędzona   poza   domem   sporo   go   kosztowała. 
Wyglądał mizernie. Była pewna, że nie zniesie ani chwili 
dłużej   jego   nieobecności.   Nie   obchodzili   jej   Lescy,   ani 
nawet Michał, który umarł tak nie w porę.

-  Jesteś   taki   zmęczony.   To   jest   rodzina   Jima,   więc 

powinien być z nimi sam. Nie będziesz tam potrzebny. 
Odpocznij, kochanie.

-  Pozwolisz,   że   ja   zdecyduję,   gdzie   i   komu   jestem 

potrzebny - stwierdził Mike jadowitym tonem, zwracając 
się   do   zdumionej   jego   słowami   dziewczyny:   -   Pojadę. 
Pojadę, choćby ze względu na Annę.

background image

Jim   ze   zdziwieniem   spojrzał   na   przyjaciela,   ale   bez 

względu na powód, jaki nim kierował, był zadowolony, że 
Mike będzie mu towarzyszył w trudnych chwilach. Czuł 
niemal fizyczny strach przed cierpieniem Leskich i pustką 
w   ich   domu.   Panuje   tam   pewnie   grobowa   atmosfera, 
pomyślał i zaraz sam skarcił się za niestosowną myśl. Po 
raz pierwszy w życiu całkiem świadomie zetknął się ze 
śmiercią   kogoś   z   rodziny.   Umarł   Michał,   syn   siostry 
matki,   jego   kuzyn   -   próbował   sobie   wyobrazić 
nieodwracalność   i   niemożliwą   do   zaakceptowania 
nieuchronność tej sytuacji. Ale śmierć Michała, podobnie 
jak i jego własna w przyszłości, wydały mu się równie 
nieprawdopodobne. 

background image

Rozdział 22

Na pogrzebie Michała nie było Anny. Jej nieobecność 

w   jakiś   dziwny   sposób   wydawała   się   nawet   bardziej 
znacząca niż odejście Michała. Jim, podobnie jak wszyscy 
inni, nieustannie zadawał sobie pytanie, co mogło się stać 
z dziewczyną. To pytanie zawisło nad całą ceremonią, a 
ksiądz, który odprawiał nabożeństwo żałobne, powiedział 
na zakończenie: „Módlmy się za naszą siostrę Annę. Oby 
powróciła do nas w dobrym zdrowiu". Ciotka załkała, a 
zebrani   wokół   otwartego   grobu   ludzie   wymienili 
spojrzenia   oznaczające,   że   dziś   niczego   nie   można   być 
pewnym.   Władze   wojskowe   rzadko   wprawdzie 
odznaczały   się   okrucieństwem,   ale   w   ich   posunięciach 
sporo   było   nieobliczalnego   nonsensu.   Anna   była   córką 
człowieka   oddanego   reżimowi,   ale   sprzyjała   opozycji, 
więc może ktoś postanowił dać jej nauczkę? Uczestników 
pogrzebu zastanawiał też fakt, że Lescy nad grobem syna 
stali osobno. Ona wspierała się na ramieniu siostrzeńca z 
Ameryki, a on z dala od żony, wyprostowany jak struna, z 
twarzą   zupełnie   bez   wyrazu,   tkwił   samotny   w   swojej 
rozpaczy jak w kokonie.

Jim także w żaden świadomy sposób nie brał udziału w 

ceremonii. Podtrzymywał dygoczącą ciotkę i bezmyślnie 
wpatrywał   się   w   zatrzaśnięte   wieko   trumny.   Jeszcze 
wczoraj   był   pewien,   że   nie   będzie   w   stanie   znieść 

background image

pogrzebu Michała, że zabije go bezsilna rozpacz, że nie 
będzie mógł tak po prostu pożegnać i pozwolić zakopać w 
ziemi   swojego   ciotecznego   brata.   A   dziś   odczuwał   już 
tylko   niecierpliwość.   Chciałby,   żeby   było   już   po 
wszystkim,   pragnął   uciec   od   nieznośnego   cierpienia 
Leskich   i   od   własnej   bezradności.   Nagle   ogarnął   go 
dziwny wstyd, że on żyje, podczas gdy tamten, młodszy 
od niego, pożegnał się z tym światem. Może był bardziej 
utalentowany, lepszy od Jima, ale los odebrał mu szansę, 
zanim   to   w   ogóle   mógł   okazać.   Jeszcze   tak   niedawno, 
kiedy przyjechali do Polski, Michał miał swoje miejsce w 
tym   świecie,   pragnął   zostać   znanym   aktorem.   A   teraz 
bezdusznie   został   usunięty   z   szeregu,   nie   ma   go,   a   co 
gorsza, już nigdy nie będzie. On, Jim, trwa jeszcze, ale jak 
długo?

Przypomniało   mu   się,   gdy   pewnego   dnia   ćwiczyli   z 

Michaelem   jazdę   samochodami   po   wzgórzach   Santa 
Monica. Michaelowi oczywiście towarzyszyła Sara, więc 
oboje gdzieś się zapodziali. Postanowił na nich poczekać. 
Wysiadł z samochodu, zapalił papierosa i rozejrzał się po 
dziwnie   pięknym,   jakby   naznaczonym   kraterami, 
księżycowym krajobrazie. Przez długą chwilę cieszył się 
tym widokiem, potem kontemplował urodę ukwieconego 
wielkimi   barwnymi   kielichami   kaktusa,   aż   nagle   jego 
wzrok zatrzymał się na stojącym nieopodal sejsmografie. 
W   zasięgu   spojrzenia   miał   ich   co   najmniej   kilka. 
Wszystkie lekko drżały, przypominając o grozie mającego 
przecież  kiedyś   nastąpić  wydarzenia. Zapragnął  uciec  z 

background image

Kalifornii, ukryć się przed katastrofą, którą na co dzień 
bagatelizował,   o   której   prawie   nigdy   nie   myślał.   Miał 
wrażenie,   że   się   dusi,   a   serce   wyskoczy   mu   z   piersi. 
Wsiadł do samochodu. Zatrzasnął drzwi. Był mokry od 
potu. Boże, jakie kruche jest życie. Czy warto się starać, 
martwić,   a   zwłaszcza   cieszyć   się   z   tęczowej,   mydlanej 
bańki,   jaką   ofiarowuje?   Jaki   sens   tkwił   w   tym,   że 
przyjechał do Polski, po to aby uczestniczyć w pochówku 
swojego   kuzyna?   Gdyby   w   Stanach   dotarła   do   niego 
wiadomość   o   śmierci   Michała,   mało   by   go   obeszła. 
Odszedłby   ktoś   nieznajomy,   kogo   nie   umiałby   sobie 
nawet   wyobrazić.   A   teraz   ta   śmierć   boli,   uwiera,   nie 
pozwala zapomnieć o przemijaniu. Ta śmierć może być, 
tak   to   Jim   teraz   odbierał,   bo   nic   nie   dzieje   się   bez 
przyczyny,   nauczką   dla   niego,   może   lekcją   pokory,   a 
może   karą,   bo   przecież   kłamał,   cudzołożył,   a   także 
zazdrościł   Michaelowi   jego   pieniędzy   i   sukcesów.   A 
przecież Mike jest z tej samej gliny, tak samo śmiertelny, 
słaby, zagubiony. Zrozumiał, że wyśmiewana przez niego 
hipochondria przyjaciela, jest próbą obrony, gardą, którą 
chroni   się   przed   ciosami   losu.   Zrobiło   mu   się   żal 
Michaela, siebie i wszystkich obecnych na tej pieprzonej 
uroczystości,   podczas   której   zabrakło   Anny.   Tuż   przed 
pogrzebem Leska powiedziała mu, że Anna jest okrutna, 
że   pragnie   ukarać   ją   swoim   zniknięciem.   Słowa   ciotki 
głęboko zastanowiły Jima, ale dalsza dyskusja z nią nie 
była   możliwa.   Ciotka   nie   mówiła,   ale   wydobywała   z 
siebie   poszczególne   słowa,   poruszała   się   jak   manekin, 

background image

twarz wykrzywiał gniewny grymas. W jej cierpieniu nie 
było łagodności. Czuło się, że bunt aż w niej kipi. Nie 
potrafiła, choć przedtem zdawało się jej inaczej, pogodzić 
się   z   odejściem   syna.   Nie   szukała   już   pomocy   w 
modlitwie   ani   ludzkim   współczuciu.   Czuła   się   samotna 
jak nigdy w życiu i wiedziała, że tak być musi.

Jim przez cały czas podejrzewał, że pułkownik maczał 

palce   w   zniknięciu   Anny.   Jednak   teraz   zwątpił   w   jego 
winę.   Pułkownik   stał   po   przeciwnej   stronie   grobu,   tuż 
przy Leskim. Na twarzy wypisany miał głęboki żal, a gdy 
dwukrotnie pochylił się w stronę Leskiego, aby mu coś 
szepnąć, pojawiała się na niej pełna współczucia czułość. 
Nagle Jim uświadomił sobie, że to Michael odkąd wrócił 
od   pułkownika,   zachowuje   się   dość   dziwnie.   Stał   się 
milczący,   zamknięty   w   sobie,   zrezygnowany   do   tego 
stopnia, że nawet ta Polka nie potrafiła go rozruszać. Tak, 
to pewne, Michael coś ukrywa.

*

Tamtego   wieczora   w   Podkowie,   kiedy   Mike   z   Anną 

siedzieli   tak   blisko   siebie,   że   czuli   dotyk   swoich 
rozgrzanych ciał, sporo wypili. Mike bawił się w barmana, 
proponując dziewczynie coraz to nowe drinki: cuba librę, 
margerithę lub campari orange, w rzeczywistości zaś stale 
mieszał   wódkę   z   sokiem   jabłkowym.   Opowiadał   jej 
zabawne historie o studenckich czasach, kiedy pracował 
jako barman w jednym z nocnych klubów. Tak naprawdę 
były   to   opowieści,   które   usłyszał   od   Jima,   bo   przecież 
żaden   członek   rodziny   Watsonów-Smithów   nigdy   nie 

background image

wystawałby za barem, ale Anna, podobnie jak Mika, nie 
miała pojęcia, kim naprawdę jest. Nie miał życiorysu, nie 
miał   przeszłości,   mógł   być   w   oczach   tych   kobiet,   kim 
chciał. Niezmiernie bawiła go taka sytuacja, tworzył więc 
na   użytek   Anny   swój   własny   wizerunek,   opowiadał 
niestworzone historie o sobie, o swojej rodzinie, o pracy 
fotoreportera.

Dziewczyna   wpatrywała   się   w   niego   coraz   bardziej 

błyszczącymi oczami i z coraz większym zachwytem. Na 
chwilę   zapomniał   o   Mice,   bo   śliczna,   delikatna   i 
zarumieniona twarz Anny podobała mu się z każdą minutą 
bardziej.   Pocałował   ją,   dziewczyna   namiętnie   oddała 
pocałunek, zaczęła go pieścić. Mike trochę ochłódł, bo nie 
były to dłonie, do których dotyku tak bardzo przywykł, 
które potrafiły wywołać jego pożądanie dotykiem suchej 
skóry,   zapachem,   który   jak   olejek   eteryczny,   pod 
wpływem ciepła, docierał do niego z coraz większą mocą, 
aby go w końcu oszołomić. Fizycznie tęsknił do Miki, ale 
jakby chcąc przezwyciężyć to uczucie, odpowiadał coraz 
bardziej   zapamiętale   na   pieszczoty   Anny.   Kochali   się 
krótko,   bo   Michaelowi   nie   chciało   się   zapanować   nad 
własnym podnieceniem. Gdy leżeli obok siebie, zaczął się 
zastanawiać, jak najszybciej i w miarę taktownie wstać i 
jak najszybciej dostać się do domu. Żałował tego, co się 
stało, czuł się głupio wobec Anny. A Mika? Pewnie czeka 
na   niego,   szalejąc   z   niepokoju.   Biedna,   kochana 
dziewczyna. Michaelowi serce ścisnęło się na myśl o tym, 
co zrobił. Ach, to przecież nie ma znaczenia, pomyślał i 

background image

podniósł   się   z  łóżka,  po  omacku  zaczął   szukać   spodni. 
Anna jednak szarpnęła go za rękę i powiedziała:

-  Nie   możesz   teraz   odejść,   Mike,   to   nie   byłoby   w 

porządku...   Nie   rozumiesz,   że   cię   kocham...   Od   czasu 
kiedy cię poznałam, stale myślę tylko o tobie. Jesteś mi 
potrzebny,   zwłaszcza   teraz.   Proszę,   Mike,   zostań...   - 
Ściskała go kurczowo za łokieć.

Michael poczuł się pochlebiony faktem,  że ta piękna 

dziewczyna wybrała właśnie jego na obiekt swoich uczuć, 
ale   szczerze   mówiąc,   nie   bardzo   go   to   obchodziło. 
Myślami był już gdzie indziej, przy Mice.

- Marek już pewnie wyjechał do Warszawy? - zapytał, 

jakby w ogóle nie dosłyszał wyznania Anny.

- Boże, nie wiem. - W jej glosie zabrzmiała rozpacz. - 

Mike, proszę cię, nie zostawiaj mnie tu samej.

-  Jedź   ze   mną.   -   Wciągnął   już   spodnie   i   właśnie 

poszukiwał pod łóżkiem skarpetek, wobec tego jego głos 
zabrzmiał   nieco   głucho.   -   Odwiozę   cię   do   domu,   tak 
chyba będzie najlepiej. - Popatrzył na Annę, której twarz 
miała   rozpaczliwy   wyraz   skrzywdzonej   dziewczynki.   - 
Aniu, przepraszam, naprawdę...

- Wiedziałam, że to nie może się udać... jesteś taki sam 

jak wszyscy, Boże. - Anna zaczęła płakać. Mike bezradnie 
patrzył na jej skrzywioną rozpaczliwym grymasem twarz, 
miał coraz bardziej dość tej całej historii, ale przecież nie 
mógł tak po prostu odejść. Usiadł więc z powrotem na 
łóżku.   Wtedy   Anna   zaczęła   mówić   szybko   i   bezładnie. 
Opowiedziała mu o tajemnicy swoich narodzin, a także o 

background image

propozycji   Kuczka,   aby   wyjechała   z   kraju   na   zawsze, 
żeby   ratować   życie   swojego   brata.   Michael   był 
wstrząśnięty żądaniem pułkownika. Nie mieściło mu się w 
głowie, że w cywilizowanym świecie można zażądać od 
kogoś takiej ofiary, nie dać mu wyboru, postanowić za 
niego. Wezbrała w nim nienawiść do pułkownika, który 
szatańskim sposobem, dobiwszy z nim targu, dalej igra z 
ludzkim losem.

-  Zostań ze mną, dopóki się nie rozwidni - poprosiła 

Anna. - Inaczej nie wiem, co się ze mną stanie. Nie wiem, 
co mam robić, Mike... Nie chcę emigrować z poczuciem, 
że wysyłają mnie za granicę z wilczym biletem, to mnie 
obraża,   poniża...   Mam   prawo   tu   żyć,   takie   samo   jak 
wszyscy.   Nie   jestem   gorsza   od   nich...   Tylko   że   jak 
zostanę,   skażę   na   pewną   śmierć   Michała.   On   umrze 
przeze mnie... - Anna chlipnęła i wytarła oczy ręką.

-  Ameryka   to   nie   jest   najgorszy   kraj   do   życia   - 

powiedział   Mike,   przytulając   Annę.   -   Nie   dramatyzuj. 
Zastanów się...

-  Łatwo ci mówić, ale oni za mnie chcą rozstrzygnąć 

moje   życie.   Gdyby   ktoś   do   ciebie   przyszedł   z   taką 
propozycją, po prostu wyrzuciłbyś go z domu, a ja... a 
mnie   mogą   zrobić   wszystko,   wszystko   odebrać.   Nawet 
kraj, w którym mieszkam.

-  Pomyślimy,   co   z   tym   wszystkim   zrobić.   -   Mike 

przełknął ślinę, bo czuł, że zaschło mu w gardle. Nie miał 
ochoty   rozwiązywać   tych   problemów   o   świcie,   po 
nieprzespanej nocy. Chciało mu się pić, ale najbardziej ze 

background image

wszystkiego   chciałby   jak   najszybciej   stąd   odejść. 
Wiedział jednak, że musi zostać nie tyle ze względu na 
Annę, ile przez wzgląd na wieloletnią przyjaźń z Jimem. 
Nie mógł tak po prostu zostawić w takim stanie kogoś z 
jego rodziny i odejść. Oddałbym co najmniej dwadzieścia 
procent   fortuny   Watsonów-Smithów,   pomyślał,   żeby   ta 
łóżkowa   historia   nigdy   się   nie   wydarzyła.   W   duchu 
przyznał rację Jimowi, który twierdził, że każda kobieta, 
jak tylko spędzić z nią noc, od razu uważa, że ma prawo 
do mężczyzny, domaga się opieki, chce czegoś w zamian. 
Współczuł Annie, ale nie umiał rozwiązać jej dylematu. 
Już  raz  zapłacił  pułkownikowi  za  wolność  dziewczyny. 
Teraz   sama   musi   podjąć   decyzję.   Szczerze   mówiąc, 
przymusowa   nawet   emigracja   z   tego   strasznego   kraju 
wcale nie wydawała się Michaelowi zbyt przerażającym 
wyborem. Najbardziej bulwersujące było stawianie wobec 
alternatywy: wyjazd siostry lub śmierć brata. Ale Polacy 
nie mieli, jego zdaniem, wielkiego pojęcia o tym, czym 
jest wolny wybór i demokracja. Nawet ci dyskutujący po 
nocach,   uzdrawiający   Rzeczpospolitą   (Michael   potrafił 
pięknie wyartykułować to słowo i często popisywał się 
nim przed znajomymi Miki) uważali, że tylko oni mają 
receptę   na   porządek   w   tym   kraju.   Gadali   o   wolnych 
wyborach,   ale   kiedy   pewnego   razu   Mike   zapytał,   co 
będzie, jeśli obywatele zagłosują znowu na komunistów, 
zebrani   popatrzyli   na   niego,   jedni   ze   zgrozą,   inni   z 
rozbawieniem.

„Oni przecież mają swoich zwolenników - kontynuował 

background image

Mike - ludzie korzystają tu z bardzo wielu społecznych 
przywilejów i..."

Mike   nie   dokończył   jednak   myśli,   bo   przerwała   mu 

sama Mika.

„Kochanie   -   powiedziała   -   dziewięćdziesiąt   pięć 

procent   społeczeństwa   ich   nienawidzi,   reszta   to 
aparatczycy".

Mike  spojrzał  na zegarek. Była  już  prawie  piąta nad 

ranem.   Od   jego   wyjścia   z   domu   Miki   upłynęło   ponad 
dwanaście   godzin.   Za   wszelką   cenę   musi   się   stąd 
wydostać.

- Gdybym zgodziła się wyemigrować - nie ustępowała 

Anna   -   moglibyśmy   się   w   Stanach   widywać.   Prawda? 
Mike!

-  Owszem,   przecież   jesteśmy   przyjaciółmi.   - 

Uśmiechnął się do dziewczyny, bo jednak rozczulała go 
gra, którą z nim podjęła.

-  Od   przyjaźni   do   miłości   tylko   jeden   krok   - 

powiedziała   kokieteryjnie   Anna,   uznając,   że   zaczyna 
prowadzić w tej rozgrywce. Zirytowało to Michaela.

- Posłuchaj, chcę wrócić do domu... do Miki - stwierdził 

stanowczo. - Nie mam ochoty w tej chwili prowadzić z 
tobą dyskusji. Jestem zmęczony, jest późno...

- Nie ma teraz kolejki. Pierwsza odjeżdża przed szóstą - 

odparła Anna, jak zdawało się Michaelowi, triumfalnie, a 
potem przyjrzała mu się dokładnie i stwierdziła: - Jesteś 
kłamczuszkiem, kochanie.

Michael   podniósł   głowę   i   spojrzał   na   dziewczynę   ze 

background image

zdziwieniem, ale i złością. Mogłaby wreszcie dać spokój.

- Nie jesteś wiernym kochankiem ani dla Miki, ani dla 

miss Sary Henderson. - Anna zachichotała.

-  Chciałbym zejść na dół i zadzwonić do Miki. Gdzie 

jest   telefon?   -   zapytał   wyraźnie   już   rozdrażniony. 
Ogarnęła go złość na Jima, że powiedział jej o Sarze. Czy 
wiedziała jeszcze coś więcej o jego życiu, zastanowił się. 
Nie,   chyba   nie,   za   łatwo   łykała   opowieści   o   jego 
studenckiej doli.

-  Co   jej   powiesz?   Że   spędziłeś   ze   mną   noc?   -   Głos 

Anny zabrzmiał kpiąco.

-  Kiedy opowiem jej o twoich problemach, na pewno 

zrozumie. Spróbujemy ci pomóc - obiecał Mike. 

Anna poczuła się urażona jego słowami.
- Nie bądź śmieszny. Nigdzie nie wrócę, zostaję tutaj. - 

Gwałtownie   wstała   z   łóżka,   wzięła   pustą   butelkę   po 
wódce i rozbiła ją o parapet. Następnie, biorąc do ręki 
kawał szkła, zagroziła:

- Jeżeli teraz odejdziesz, podetnę sobie żyły.
-  Zwariowałaś!   -   zawołał   Mike,   ale   dziewczyna   już 

zdążyła   lekko   się   zranić.   Podbiegł   do   niej,   starając   się 
odebrać szkło. Kiedy za nie chwycił, rozciął sobie palec, 
trysnęła krew. Anna zaczęła się histerycznie śmiać. Mike, 
niewiele myśląc, przyłożył sobie do krwawiącego palca 
poduszkę.

- Uspokój się, proszę - powiedział do Anny i usiadł na 

łóżku. - Usiądź tu, obok mnie, porozmawiajmy.

-  Nie chcę z tobą rozmawiać. - Anna zlizała kropelkę 

background image

krwi z ranki na przegubie dłoni - Chcę się z tobą kochać... 
Mike. - Podeszła do niego i przytuliła się namiętnie.

Odepchnął ją poduszką.
- Siadaj, do cholery - rzucił ostro, ale ona uklękła przed 

nim i zaczęła mu rozpinać spodnie. Poczuł jednocześnie 
niechęć   i   podniecenie.   Ta   dziewczyna   oszalała.   Nie 
potrafił jej odmówić. Zanadto go pragnęła. Michael wziął 
ją brutalnie. Chciał jej odpłacić za udowodnienie mu, jak 
bardzo jest słaby. Kiedy przestali się kochać, bez słowa 
wstał i zaczął się ubierać, wówczas Anna zupełnie naga, 
zsunęła   się   z   łóżka,   uklękła   przed   nim   i   powiedziała, 
składając ręce jak do modlitwy:

- Błagam cię, zostań.
- To nie jest nasze ostatnie spotkanie w życiu - odparł 

spokojnie i posadził ją na łóżku. - Porozmawiamy o tym, 
co się stało, w spokoju, kiedy nabierzesz dystansu do całej 
tej sytuacji. Na razie odpocznij.

-  Nie  mam  ochoty  na  odpoczynek.  -  Rozpłakała  się, 

ukrywając   twarz   w   dłoniach.   Ten   rozpaczliwy   gest 
obudził   współczucie   Michaela,   ale   postanowił   mu   nie 
ulegać. Zaczął się obawiać, że ta dziewczyna nigdy nie 
pozwoli mu odejść. Niezdecydowany postał jeszcze przez 
chwilę przed płaczącą Anną, a w końcu powiedział:

- Do widzenia.
Kiedy schodził schodami w dół, nasłuchiwał, co dzieje 

się na górze, ale panowała tam zupełna cisza. Przystanął 
przed frontowymi drzwiami i wtedy z ciemnego korytarza 
wyłoniła się madame.

background image

- Otworzę - zaproponowała. - Mam nadzieję, że dobrze 

się bawiliście - dodała z uśmiechem, który Mike uznał za 
złośliwy.

Co za bagno, pomyślał, kiedy wreszcie znalazł się na 

zewnątrz.   Kilkakrotnie   głęboko   odetchnął   wilgotnym, 
rześkim,   czystym   leśnym   powietrzem.   I   postanowił 
przebiec choćby tylko kilkaset metrów.

*

Mike   zdecydował   się,   bez   drastycznych   szczegółów, 

opowiedzieć Jimowi o spotkaniu z Anną w Podkowie, gdy 
jako ostatni opuścili mieszkanie Leskich po odbywającej 
się tam stypie. Jim nie był w stanie zrozumieć obcości, 
jaka   zapanowała   między   Leskimi,   niemożliwej   do 
pokonania nawet w tak ciężkich dla obojga chwilach.

-  O co tu chodzi? Przecież oni w ogóle ze sobą nie 

rozmawiają, unikają się, a wuj dał mi do zrozumienia, że 
niebawem wyprowadzi się z domu - zastanawiał się. - A 
poza tym, co się dzieje z Anną? Gdzie jest? Mike, boję 
się, boję się, że znikniemy tak jak ona.

- Ja ci to wszystko wytłumaczę - zapowiedział Mike ku 

zaskoczeniu Jima. - Tak się dziwnie składa, że wiem teraz 
więcej o twojej rodzinie niż ty sam. A nawet wiem, gdzie 
jest Anna.

Gdy skończył swoją opowieść, w której postanowił być 

szczery, niemal do granic ekshibicjonizmu, Jim długo się 
nie   odzywał.   Michael   cierpiał   katusze,   bo   me   było   to 
zachowanie typowe dla jego przyjaciela, który zazwyczaj 
reagował   impulsywnie.   Michael   wolałby,   żeby   go 

background image

zwymyślał, ale Jim postanowił ukarać go milczeniem.

- Cześć - odezwał się wreszcie, gdy po długim marszu 

pustymi ulicami doszli do miejsca, z którego każdy z nich 
powinien udać się w swoją stronę.

- Jutro jadę do Podkowy, po Annę - oznajmił.
-  Pojadę   z   tobą   -   zaproponował  Mike,  ale  Jim  tylko 

wzruszył ramionami.

-  Żartujesz chyba - powiedział. - Zastanawiam się, po 

cholerę   takiego   dupka   jak   ty   poznawałem   ze   swoją 
rodziną... Jesteś, kurwa, bogaty, Mike, ale nie masz klasy.

Następnego dnia koło południa Jim zadzwonił do drzwi 

Michaela, ale nie chciał wejść do mieszkania.

-  Muszę   się   z   tobą   widzieć   -   rzucił   krótko.   -   Będę 

czekał przed domem.

Mike   aż   ucałował   Mikę,   tak   ucieszył   się   z   przyjścia 

przyjaciela.   Mika   wyjrzała   z   balkonu,   żeby   przyjaźnie 
pomachać   Jimowi.   Miała   nadzieję,   że   ich   spotkanie 
wreszcie   poprawi   nastrój   Michaelowi,   który   przez   całą 
noc   nie   zmrużył   oka.   Po   powrocie   od   Leskich 
poinformował ją tylko, że pokłócił się z Jimem, ale ona 
czuła,   że   stało   się   coś   więcej.   Od   kilku   dni   Mike 
zachowywał się tak dziwnie, można by przypuszczać, że 
jej nienawidzi, że pragnie od niej odejść, ale potem znów 
gorąco zapewniał ją o swojej miłości. Była zmęczona jego 
rozchwianym   stanem   psychicznym   i   gwałtownymi 
wybuchami   namiętności.   W   ich   zbliżeniach   zabrakło 
czułości.   Dawniej   leżeli   nadzy   obok   siebie,   pieścili   się 
godzinami, zanim doszło do stosunku. Teraz było całkiem 

background image

inaczej, Mike brał ją gwałtownie, a potem dążył już tylko 
do   orgazmu,   czasem   miała   wrażenie,   nie   tylko 
zapominając   o   jej   potrzebach   i   uczuciach,   ale   i   o   niej 
samej. Coś stało się z Michaelem, a ona nie wiedziała, w 
czym   zawiniła.   Bez   przerwy   analizowała   ich   związek, 
szukając przyczyny, dla której od niej odchodził. I sama 
przyznawała przed sobą, że coraz częściej odgrywa role, 
które wymyślała, aby na nowo zafascynować Michaela. 
Zapewne   i   on   wyczuwał   fałsz,   jaki   wkradł   się   w   jej 
zachowanie,   ale   często   nie   potrafiła   już   zdobyć   się   na 
szczerość.

- Byłem w Podkowie - oznajmił Jim, gdy Mike usiadł 

przy nim na ławce - ale niczego się nie dowiedziałem. Jest 
gorzej,   niż   myślisz...   Rozmawiałem   ze   starą,   ale   ona 
twierdzi, że Anna spędziła u niej tylko jedną noc, a potem 
postanowiła wyjechać. Mówiła też, że ciebie w ogóle tam 
nie widziała.

-  Może jej nie zrozumiałeś? Powiedziałem prawdę, do 

cholery. - Michaelowi zachciało się wyć z bezsilnej złości.

- Tak sądzę - odparł sucho Jim. - Tym bardziej mi się to 

nie podoba. Anny nie ma i musimy coś z tym zrobić. Nie 
zdematerializowała się przecież, gdzieś jest... Żywa czy 
martwa - dodał po chwili.

-  Jesteś specjalistą od makabrycznych przepowiedni. - 

Mike   uśmiechnął   się   blado,   szukając   jednocześnie 
uśmiechu przyjaciela, ale ten patrzył gdzieś w dal.

- Nic nie rozumiem. - Jim bezradnie rozłożył ręce. - Że 

też wszystko musiało się tak popieprzyć.

background image

Rozdział 23

Kiedy   żona   pułkownika   odłożyła   słuchawkę   po 

rozmowie z Miką i powtórzyła mężowi, że Michaela nie 
ma   w   domu,   Kuczek   od   razu   się   domyślił,   że   chłopak 
pojechał do Podkowy, aby spotkać się z Anną. Ciekawe 
tylko - zadał sobie pytanie - co też tam tak długo robi ten 
bogaty szczeniak? Spojrzał na zegarek. Było kilka minut 
po   szóstej.   Od   chwili   kiedy   poinformował   Michaela   o 
miejscu   pobytu   Anny,   minęło   co   najmniej   trzynaście 
godzin.   Pewno   jakaś   konspiracyjna   rozróba,   pomyślał. 
No, tak, synową Zawadzkiej przymknęliśmy, ale to stare 
babsko nas nienawidzi. Kto wie, co tam się wyprawia? 
Poczuł się jak kot na łowach. Lubił ogarniające go uczucie 
podniecenia   na   samą   myśl   o   tym,   że   będzie   mógł 
przyłapać kogoś na gorącym uczynku. Cieszył się też, że 
znów zaskoczy szefa nową akcją. Stary cenił go nie tylko 
za   znajomość   języków   i   intuicję,   ale   także   za   to,   iż 
pułkownik, mimo że mógłby posłużyć się swoimi ludźmi, 
nie wahał się podjąć operacyjnych działań osobiście. Stary 
nie wiedział, że Kuczek kochał takie zadania, bo czuł się 
wówczas   jak   samotny   szeryf,   bohater   ulubionych 
amerykańskich filmów.

Pułkownik   wezwał   kierowcę.   I   szybko   zaczął   się 

ubierać.   Nałożył   nieskazitelnie   czystą,   sztywną   od 
krochmalu   koszulę.  Przez   moment   rozważał,  czy  wziąć 

background image

mundur,   ale   w   końcu   zdecydował   się   na   sportową 
marynarkę. Samotny oficer w limuzynie z kierowcą budził 
ciekawość  przechodniów,  a   jemu   zależało  na  dyskrecji. 
Zresztą, w razie konieczności aresztowania kogoś można 
wezwać   posiłki   przez   radiotelefon   w   samochodzie.   Ale 
gdyby okazało się, że to Michael Watson-Smith popadł 
znów w tarapaty i będzie trzeba się dogadać, lepiej nie 
rzucać się w oczy. Tak czy inaczej musi z nim omówić 
kwestię   przyjazdu   Sary   Henderson.   Nie   ma   zamiaru 
narażać się na niezadowolenie szefa przez głupi kaprys 
amerykańskiej   piosenkareczki.   Założył   kaburę   z 
pistoletem, z którym od czasu ogłoszenia stanu wojennego 
się   nie   rozstawał   i   szybkim,   energicznym   krokiem 
wyszedł   z   domu.   Wystarczył   mu   rzut   oka   na   żonę,   by 
nabrać przekonania, że już od rana przyssie się do butelki 
z wódką. Był czas, że walczył z jej nałogiem. Teraz dbał 
tylko o to, żeby miała w domu alkohol.

Dzień był szarawy i smutny, ciężkie chmury zwisały 

nad horyzontem, zapowiadało się na deszcz. Pułkownik 
wyglądał   przez   szybę   samochodu,   obserwując 
przechodniów, którzy śpieszyli się do pracy. Gdyby mógł, 
zadałby rodakom przymusowe ćwiczenia sportowe. Co to 
jest do cholery, że łażą jakby ich pogięło, denerwował się 
w duchu. Przez to wyglądają na przygnębionych. A czy 
mają powody? Nic, tylko pretensje do władzy, dajcie to, 
dajcie tamto. O nic nie muszą się martwić, ani o chleb, ani 
o bezpieczeństwo. To oni tam na górze stale łamią sobie 
głowę, jak nalać z pustego w próżne. Nagle dotarło do 

background image

niego,   że   niedługo   będzie   naprawdę   bogaty.   Miał   już 
odłożone około trzydziestu tysięcy dolarów, jak doda sto 
od Amerykanina (dziesięć tysięcy trzeba przeznaczyć na 
rozkurz,   na   łapówki   dla   kumpli   i   prezenty   dla 
przełożonych - na to pułkownik nigdy nie skąpił grosza) 
zostanie człowiekiem zamożnym. Szczerze mówiąc, nie 
znosił   tego   Watsona-Smitha.   Facet   miał   forsę, 
wykształcenie,   urodę,   a   na   domiar   wszystkiego   do 
trzydziestki brakowało mu jeszcze trzech lat. Pułkownik 
westchnął, na świecie nie ma sprawiedliwości. Owszem, 
smarkacz mu zapłaci, ale co z tego, jak będzie chciał, i tak 
może wsadzić go do pierdla. Poczuł się pokrzepiony tą 
myślą i zaczął snuć plany. Wieczorem wpadnie do Maryli, 
zjedzą kolację, a potem pójdą do łóżka. Taka rutyna też 
ma swoje miłe strony.

Kierowca   zaparkował   samochód   pod   domem 

Zawadzkich,   ale   zanim   pułkownik   zdążył   wysiąść   z 
samochodu,   stara   otworzyła   drzwi   wejściowe.   Mimo 
wczesnej  pory  była  kompletnie   ubrana   i,  co  pułkownik 
odnotował nawet z rozbawieniem, umalowana. Zdumiona 
kobieta popatrzyła na Kuczka.

- A ty... a pan co tu robi? - Nie wiedziała, jak zwracać 

się do znajomego z dawnych lat. Kiedyś często spotykali 
się   u   Leskich,   przepili   i   przetańczyli   wiele   nocy. 
Zawadzka nie była do końca pewna, ale chyba nawet się z 
nim przespała. Pamiętała, jak ją adorował, podziwiał jej 
piękne nogi. Była niemal dziesięć lat od niego starsza, ale 
wtedy to nie miało znaczenia. Teraz i on się postarzał. 

background image

Pozostał szczupły i miał dobrą sylwetkę, ale twarz była 
pobrużdżona, przez skąpe włosy prześwitywała różowa, 
nakrapiana   piegami   czaszka,   żywy   niegdyś   wzrok 
przygasł.

Pułkownik nie miał ochoty wdawać się w rozmowę ze 

starą kobietą.

- Chyba ma pani gości? - zapytał uprzejmie.
Kobieta zawahała się, ale po chwili odpowiedziała:
- Owszem, jest u mnie Anna Leska. Odwiedził ją jakiś 

Amerykanin, ale już wyszedł.

-  A   pani   dokąd   się   wybiera?   -   Głos   pułkownika 

zabrzmiał podejrzliwie, co spłoszyło kobietę.

- Idę - odparła po namyśle - do kościoła.
-  Wobec  tego  zobaczę  się   z  małą   Leską   -  stwierdził 

pułkownik   i   ruszył   w   stronę   drzwi.   -   Proszę   sobie   nie 
przeszkadzać i pomodlić się również za mnie - dodał z 
rozbrajającym   uśmiechem.   Uśmiech   ma   ciągle   uroczy, 
pomyślała stara kobieta. Dobrze, że Marka nie w domu - 
odetchnęła z ulgą.

-  Anna jest na górze - poinformowała, gdy pułkownik 

wchodził   już   do   domu.   Stała   jeszcze   przez   moment, 
zastanawiając się, czy jednak nie zawrócić. Zdecydowała 
jednak, że lepiej zejść mu z oczu.

Kuczka zaskoczył widok, jaki zastał w pokoju Anny. 

Półnaga dziewczyna leżała odwrócona tyłem na łóżku i z 
głową   ukrytą   w   dłoniach,   rozpaczliwie   szlochała.   Na 
stoliku   i   podłodze   walały   się   resztki   jedzenia,   rozbite 
szkło, sporo było śladów krwi.

background image

- Co się stało, dziecko? Zgwałcił cię? - zapytał, starając 

się nadać głosowi jak najcieplejszy ton, pułkownik.

Dziewczyna   odwróciła   się   gwałtownie.   Twarz   miała 

spuchniętą   od   łez,   oczy   zaczerwienione,   ale   była   taka 
podniecająca   w   tej   swojej   rozpaczy.   Pułkownik   z 
zachwytem poczuł, iż członek staje mu dęba, tak jak za 
dawnych   lat,   gdy   wystarczyło,   że   spojrzał   na   kawałek 
odkrytego kobiecego ciała.

- Nie - powiedziała nieoczekiwanie spokojnym i jakby 

kpiącym głosem Anna. - Nie, to ja... to moja wina. - I 
znów zaczęła płakać.

Pułkownik stał bezradnie. Pojechać za Amerykaninem? 

Odrzucił   tę   myśl.   Musi   zaopiekować   się   tą   małą.   W 
milczeniu zaczął sprzątać, układać rzeczy, rozbite szkło i 
niedopałki zebrał w gazetę.

-  Po   co   pan   przyjechał?   Aresztować   mnie   czy 

Michaela? - rzuciła hardo dziewczyna, ocierając oczy.

- Michael już pewnie jest aresztowany, wszystkich was 

mają zamknąć... a ciebie przyjechałem ostrzec - skłamał 
całkiem nieoczekiwanie dla samego siebie. - Jesteś córką 
mojego przyjaciela...

- Nie jestem jego córką - usłyszał.
Tego   było   już   za   wiele.   Zawodowa   ciekawość 

pułkownika   została   wystawiona   na   ciężką   próbę,   ale 
wiedział,  że  nie   może   teraz  zadawać  zbyt  wielu  pytań. 
Przyszła mu do głowy całkiem inna myśl.

-  Słuchaj,   moje   dziecko.   Nie   mamy   czasu.   Za   pół 

godziny   przyjadą   cię   aresztować,   ten   Amerykanin 

background image

wepchnął   was   w   niezłą   kabałę.   Potrzebuję   czasu,   żeby 
oczyścić   cię   z   zarzutów   i   boję   się,   że   jak   cię   zamkną, 
będzie mi trudno cię wyciągnąć. Musisz jechać ze mną.

- A niech mnie zamkną - odparła Anna obojętnie. - Jest 

mi wszystko jedno. Nie wierzę panu... I jeszcze jedno - 
podniosła głos - nigdzie stąd nie wyjadę, tak jak pan sobie 
tego życzył.

- Ja? - Pułkownik szczerze się zdziwił. - Co za bzdura? 

Kto ci to powiedział?

-  Ojciec.   Szantażował   go   pan.   Chciał   pan,   żebym 

wyjechała z bratem i nigdy tu nie wróciła. A co, kurwa! - 
wrzasnęła   Anna,   a   pułkownik   poczuł   się   dotknięty   jej 
wulgarnym słownictwem. - Czy to jest tylko pański kraj? 
Czy tylko pan ma do niego prawo?

Pułkownik przez chwilę milczał. Zastanawiał się, czy 

przekazać jej wiadomość, którą znał już od kilku godzin, 
że jej brat umarł. Nie mógł  się zdecydować, co będzie 
lepsze dla jego planów.

-  Twój   ojciec,   przykro   mi   to   powiedzieć,   kłamał   - 

odezwał się wreszcie.

- No, jasne - zakpiła - tylko pan mówi prawdę.
-  Być   może   z   nas   dwóch   to   właśnie   ja   -   zaznaczył 

dobitnie   pułkownik,   patrząc   jej   prosto   w   oczy.   - 
Posłuchaj,   dziecinko,   nie   mamy   czasu.   Ubieraj   się   i 
jedziemy. Dam ci kryjówkę na kilka dni, potem jakoś się 
wszystko załatwi.

-  Mogą mnie aresztować. Jest mi naprawdę wszystko 

jedno.

background image

-  No   skoro   tak...   Widać   zapomniałaś,   jak   było 

przyjemnie   przesiedzieć   choćby   przez   jedną   noc.   Teraz 
sprawa jest znacznie poważniejsza i nie uda mi się tak 
łatwo wyciągnąć cię z tej kabały, jak wtedy po rewizji u 
twojej przyjaciółki, ale jak chcesz, twój wybór. Dałem ci 
szansę, jeśli z niej nie skorzystasz, czekaj tu, aż po ciebie 
przyjadą i cię zamkną.

Pułkownik   był   już   na   schodach,   gdy   dziewczyna 

zawołała za nim:

- Zgoda. Postanowiłam, że pojadę z panem.
Uśmiechnął   się   do   siebie,   jego   metody   nigdy   nie 

zawodziły, ta harda smarkula się poddała. Zastanawiał się, 
gdzie ją zawieźć. Nie był przygotowany na taką sytuację. 
Miał  do dyspozycji  kilka  mieszkań, przeznaczonych do 
przesłuchań, ale uznał, że jak na te okoliczności wszystkie 
były   zbyt   ponure.   Wreszcie   zdecydował,   że   najlepszy 
będzie lokal na Saskiej Kępie, ten sam, w którym spotkał 
się   z   Amerykaninem.   Dał   Annie   czas   na   umycie   się, 
ubranie i spakowanie rzeczy, a sam przez radiotelefon w 
samochodzie rozmawiał ze swoim ordynansem. Przekazał 
mu polecenie, aby zawiózł na Saską Kępę kawior, szynkę, 
sery, kilka szampanów i wódkę, do tego kwiaty. Wydał 
jeszcze kilka dyspozycji, połączył się z biurem, mówiąc, 
że   ma   zajęcia   na   mieście.   Czuł   się   świetnie.   Planował 
nową   akcję.   Nawet   nie   zauważył,   że   do   samochodu 
podeszła wracająca z kościoła Zawadzka. Spojrzał na nią 
zaskoczony.

- Co się stało? - zapytała, a pułkownikowi wystarczyło 

background image

jedno   spojrzenie,   by   zrozumieć,   że   była   przestraszona. 
Najwidoczniej nie spodziewała się go zastać.

- Anna Leska pojedzie ze mną - oświadczył stanowczo. 

-   Chcę   ją   uratować   przed   więzieniem.   Ta   mała 
niepotrzebnie bawi się w konspirację.

Stara patrzyła na niego ze zdziwieniem i nieufnie.
-  Nikt, absolutnie nikt - kontynuował pułkownik - nie 

może się dowiedzieć, że to ja zabrałem stąd dziewczynę, a 
najlepiej   zaprzeczać,   że   w   ogóle   tu   była...   W   innym 
wypadku możesz - celowo zwrócił się do niej poufale - 
mieć   kłopoty.   Twój   syn   też   nie   jest   całkiem   czysty, 
jakbyśmy tak pogrzebali w jego aktach, niejednego można 
by się dokopać... Zresztą i ja się narażam, zabierając stąd 
tę małą.

- Co mam mówić? Przecież i Marek, i ten Amerykanin 

wiedzą, że Anna tu była - powiedziała Zawadzka.

-  Zaprzeczać,   wszystkiemu   zaprzeczać   -   doradził 

pułkownik.

- Tak jak wy to robicie? - upewniła się stara kobieta.
Pułkownik   był   zadowolony,   że   w   lot   pojęła   jego 

intencje. Postanowił ją za to wynagrodzić.

-  Umarł brat Anny. - Mówił szeptem, tak aby stojący 

obok kierowca nie mógł niczego usłyszeć. - Ona jeszcze o 
tym nie wie. Jak dotrze do niej wiadomość, będzie chciała 
natychmiast pojechać do domu, a tam tylko na nią czekają 
- poinformował Zawadzką konfidencjonalnie. - Leskiego i 
tak już spotkało dość nieszczęść, po co jeszcze  ma  się 
zamartwiać o córkę, która trafi do więzienia? Zresztą, i on 

background image

nie jest całkiem czysty, i ten Amerykanin też nie, więc 
sza. - Pułkownik położył palec na ustach.

Stara w milczeniu przyglądała mu się uważnie. Z domu 

wyszła Anna. Miała ze sobą tylko torebkę i reklamówkę. 
W świetle dnia wyglądała bardzo mizernie.

- Do widzenia - zwróciła się do madame. - Dziękuję za 

wszystko.

Zawadzka uścisnęła dziewczynę serdecznie i zaczęła jej 

coś szeptać do ucha, ale pułkownik zawołał:

- Moje panie, trzeba jechać, nie rozgadujcie się.
W   samochodzie   spod   oka   obserwował   Annę. 

Postanowił   dać   jej   czas   na   otrząśnięcie   się   z   tej   całej 
historii. Było mu jej żal, a jednocześnie myśl, że zyskał 
panowanie   nad   losem   tej   dziewczyny,   zachwycała   go. 
Mieszkanie   na   Saskiej   Kępie   było   wprawdzie   trochę 
zaniedbane,   ale   można   będzie   je   przerobić   na   całkiem 
przytulne gniazdko. Postanowił, że jeszcze dziś w wolnej 
chwili przygotuje listę niezbędnych zakupów. No i proszę, 
jaki piękny motylek wpadł mi do klatki. Szkoda, pomyślał 
z nagłym żalem, że nie mogę opowiedzieć o tym Staremu.

Przez całą drogę czuł na sobie podejrzliwe spojrzenia 

Anny, ale kiedy weszli do mieszkania na Saskiej Kępie, 
intuicyjnie odczuł, że w dziewczynie narasta znużenie i 
zniechęcenie. Wyglądała na bardzo zmęczoną i czuć było 
od   niej   silny   zapach   alkoholu.   Pułkownik   oznajmił,   iż 
wychodzi   na   chwilę,   żeby   odesłać   kierowcę.   Anna 
pokiwała głową. Wiedziała, że musi wziąć się w garść i 
zastanowić nad sytuacją, ale emocje poprzedniej nocy i 

background image

wypity alkohol nie pozwalały jej na razie zebrać myśli.

Pułkownik kazał kierowcy zadzwonić za kwadrans i nie 

zadawać żadnych pytań ani nie dziwić się niczemu,  co 
mówi. Kierowca uśmiechnął się szeroko.

-  Ładna   laleczka,   panie   pułkowniku   -   stwierdził   z 

uznaniem.

-  Wam nic do tego - osadził go pułkownik. - To jest 

sprawa polityczna najwyższej wagi. Ani mru-mru nikomu. 
Inaczej wyrzucę was na zbity pysk.

-  Tak   jest,   panie   pułkowniku.   Kiedy   po   pana 

przyjechać?   -   Kierowca   od   razu   zmienił   ton.   Jeździł   z 
Kuczkiem   już   od   kilkunastu   miesięcy,   znał   sporo   jego 
tajemnic, ale ciągle się go bał. Reakcje pułkownika były 
czasem   zupełnie   nie   do   przewidzenia.   Jednak   zawsze 
potrafił docenić lojalność i domyślność swego kierowcy, 
świetnie go wynagradzając. Ten podejrzewał, że robił to 
nawet ze swojej własnej kieszeni.

- Czekam na wasz telefon - rzucił pułkownik, ginąc w 

drzwiach klatki schodowej.

Cicho wszedł do mieszkania, dziewczyna drzemała na 

siedząco. Kuczek miał już plan. Zdjął marynarkę, położył 
ją   na   krześle,   odpiął   kaburę   i   przykrył   ją   marynarką. 
Poszedł   do   kuchni   i   zaczął   przygotowywać   posiłek, 
cichutko pogwizdując. Pokroił pieczywo, wędlinę ułożył 
na talerzu, ugotował jajka. Kawior postanowił zostawić na 
kolację.   Usłyszał   dzwonek   telefonu.   Anna   gwałtownie 
wyrwana   z   drzemki,   rozejrzała   się   nieprzytomnym 
wzrokiem. Pułkownik podniósł słuchawkę.

background image

„Tak mówcie. O co chodzi? Nie macie dziewczyny, nie 

zdążyliście...   No   tak.   Trzeba   będzie   przeszukać   kilka 
podejrzanych   miejsc,   pewnie   gdzieś   tam   się   ukrywa... 
Wiem, wiem. No to do roboty, chłopaki. Aha, zgarnęliście 
już   Amerykanów?   To   przynajmniej   tyle.   Obu?   Dobra. 
Meldujcie, co i jak".

Odłożył   słuchawkę   i   popatrzył   na   dziewczynę. 

Uśmiechnął się do niej ciepło.

-  Chodź,   zjesz   coś,   moje   dziecko   -   powiedział   z 

wyrazem troski na twarzy.

-  Niedobrze mi - poskarżyła się dziewczyna. Po tonie 

jej   głosu   pułkownik   wyczuł,   że   jego   gra   przynosi 
rezultaty. Anna przestała się buntować. Znów trafiłem w 
dziesiątkę, pomyślał. Był z siebie naprawdę zadowolony.

-  Przygotowałem   ci   coś   na   kaca.   -   Podał   jej   długą 

szklankę,   w   której   wódkę   w   sporej   ilości   pomieszał   z 
sokiem pomidorowym, dodał cytrynę i odrobinę tabasco. 
Anna spróbowała napoju, wyczuła smak alkoholu, ale w 
końcu było jej wszystko jedno. Może nawet lepiej upić się 
od rana, i tak nie ma nic innego do roboty. Przynajmniej 
na chwilę zapomni o tym, jak Mike ją upokorzył. Szybko 
wypiła drinka i poczuła się lepiej. Pułkownik przyrządził 
następnego.

Była głodna, jadła z apetytem. Na twarz powrócił jej 

rumieniec.   Pułkownik   patrzył   na   nią   z   przyjemnością. 
Zawsze umiał cieszyć się z życia, a to była prawdziwa 
rozkosz jeść śniadanie z taką uroczą małą. Cierpliwości, 
stary - mruczał do siebie, przygotowując dla dziewczyny 

background image

jeszcze jednego drinka.

-  Czy   to   znaczy,   że   chłopcy   są   już   internowani?   - 

dopytywała się Anna.

-  Są   w   areszcie.   Trzeba   rozstrzygnąć   pewne   sprawy. 

Nie   wiadomo,   czego   szukali   w   naszym   kraju   - 
odpowiedział grzecznie pułkownik.

-  Czy   nie   wie   pan,   co   jest   z   moim   bratem?   Jak   się 

czuje? - Popatrzyła na niego z niepokojem.

-  Stan   pani   brata   znacznie   się   polepszył   -   odparł, 

starannie   smarując   kromkę   masłem.   -   Pewnie   niedługo 
wyjdzie   ze   szpitala.   Operacja   okazała   się   całkiem 
niepotrzebna. Profesor Gańko na wszelki wypadek zawsze 
przesadza   z   diagnozami.   Lubi   występować   w   roli 
uzdrowiciela.

-  To dobrze - ucieszyła się, a po chwili zapytała: - A 

dlaczego pan chciał, żebym opuściła Polskę?

-  Wierutna   bzdura.   Co   ci   chodzi   po   głowie,   moje 

dziecko? - Pułkownik nie krył oburzenia. - Leski - dodał 
po   chwili   milczenia   -   ostatnio   bardzo   dziwnie   się 
zachowywał.   Mam   poważne   podejrzenia,   że   chciał 
wydobyć pieniądze od tego bogatego Amerykanina.

- Od Michaela? - Głos Anny zadrżał.
-  Tak.   Jego   rodzina   ma   spore   pieniądze.   Leski 

widocznie o tym wiedział, a choroba syna doprowadzała 
go do szaleństwa, więc wpadł na pomysł, żeby wysłać go 
do   Ameryki.   Chciał   go   ratować,   to   zrozumiałe... 
Niepotrzebnie   tylko   wdał   się   w   konszachty   z   tymi 
jankesami.

background image

- Więc Michael jest aż tak bogaty? Ojciec nigdy o tym 

nie mówił... a tak, teraz rozumiem... Mike i ta Henderson, 
to   jednak   o   nim   czytałam   w   Anglii.   -   Anna   usiłowała 
myśleć logicznie, ale wypity alkohol mącił jej umysł.

-  Leski   wdał   się   z   nimi   w   jakiś   podejrzany   interes. 

Sprawdzamy   to,   ale   każdy,   kto   się   kontaktował   z 
Amerykanami,   może   mieć   upaprane   ręce.   -   Pułkownik 
zapalił papierosa i wydmuchując dym, robił z niego kółka, 
które   rozpływały   się   w   powietrzu.   -   No   cóż,   duże 
pieniądze zawsze kuszą.

- Nienawidzę go - rzekła z mocą Anna.
- Kogo? Michaela? - podsunął uprzejmie pułkownik, w 

duchu   rozczulony   bezsilną   złością   tego   ślicznego 
stworzenia.

-  Nie. Ojca, to znaczy Leskiego. - I nie czekając na 

żadne dociekania ze strony pułkownika, sama  wyjawiła 
mu   tajemnicę   swoich   narodzin.   -   Dowiedziałam   się,   że 
moim   prawdziwym   ojcem   był   Stebnicki.   Bardzo   się 
cieszę, że to nie Leski.

Chwilę   milczała,   a   potem   nieoczekiwanie   zaczęła 

płakać.   Pułkownik   zaprowadził   dziewczynę   na   kanapę, 
przysiadł obok i przytulił ją lekko. Płakała coraz bardziej 
rozpaczliwie,   a   wreszcie,   gdy   trochę   się   opanowała, 
powiedziała:

-  Wszędzie   kłamstwo   i   kłamstwo,   to   naprawdę 

obrzydliwe.

Nie odpowiedział. Chciało mu się śmiać. A więc to tak, 

przemądrzały Leski przez lata wychowywał bachora tego 

background image

antykomunisty,   Stebnickiego.   Anna   była   coraz   bardziej 
pijana i śpiąca. Pułkownik podniósł ją, posadził na krześle 
i błyskawicznie rozłożył kanapę.

- Połóż się maleńka - odezwał się czule.
Posłusznie wyciągnęła się na kanapie.
- Taka jestem zmęczona - poskarżyła się. - Nie chce mi 

się żyć. Naprawdę...

Ziewnęła, zamknęła oczy i zapadła w sen. Pułkownik 

przykrył  ją kocem.  Odczekał  dobrą  chwilę, a następnie 
rozebrał się do slipek i położył obok dziewczyny, która 
lekko   się   poruszyła.   Zaczął   ją   delikatnie   pieścić. 
Jedwabistość młodego ciała podnieciła go. Miał ochotę się 
z   nią   zabawić.   Musi   ją   dostać.   Rozpiął   jej   spodnie   i 
sięgnął   do   majtek.   Anna   otworzyła   oczy.   Zobaczyła 
podnieconą twarz pułkownika. Zaczęła krzyczeć, ale on 
się   tym   nie   przejmował.   Mieszkanie   było   specjalnie 
wyciszone.   Zdarł   z   Anny   dżinsy   i   majtki,   dziewczyna 
broniła się rozpaczliwie, ale nieudolnie. Pułkownik czuł 
na twarzy jej pijacki oddech. Wyrywała się, więc uderzył 
ją raz i drugi. Nie za mocno. Ściągnął slipy i zachwycił się 
swoją erekcją. Przewrócił dziewczynę na brzuch i wziął ją 
od   tyłu,   przyciskając   jej   głowę   do   poduszki,   żeby   nie 
mogła się bronić. Ulżył sobie z rozkoszą, wyszedł z ciała 
dziewczyny,   strzepując   z   członka   krople   nasienia. 
Rozciągnął   się   obok   Anny,   która   w   ogóle   się   nie 
poruszyła, nadal leżąc z głową w poduszce.

-  No   widzisz,   popiszczałaś,   powalczyłaś,   a   w   końcu 

było całkiem miło. Prawda? - przemawiał zadowolony z 

background image

siebie.

Anna   nie   mogła   znieść   jego   zapachu,   ostrej,   jakby 

zjełczałej   woni   potu.   Wydawało   się   jej,   że   i   ją   samą 
przeniknęła   ta   obrzydliwa   woń.   Nie   mogła   podnieść 
głowy, bo czuła, że zwymiotuje. Wypełniała ją nienawiść 
do   tego   podstarzałego   mężczyzny,   ale   jednocześnie 
ogarnęła ją niechęć do siebie. Nikogo nie obchodzi, ani 
matki,   ani   Michaela.   Ojcowskie   uczucie   Leskiego,   na 
którym   kiedyś   tak   bardzo   polegała,   okazało   się 
oszustwem.   Wszystko   było   kłamstwem   i   gównem. 
Postanowiła zsikać się na kanapę.

- Czyś ty oszalała?! - wrzasnął pułkownik, gdy dotarła 

do   niego   ciepła,   wilgotna   plama.   Wstał   i   pobiegł   do 
łazienki.   Chwycił   ręcznik,   papier   toaletowy,   wpadł   do 
pokoju i zaczął osuszać kanapę. Anna, która w tym czasie 
odwróciła   się,   przyglądała   mu   się   uważnie.   Był   nagi, 
skórę miał wysuszoną, penis zwisał mu pod sporą fałdą 
brzucha. Wydał jej się groteskowy i ohydny w swoim nad 
nią triumfie. Kolejna klęska, która spotykała ją w życiu. 
Nigdy nie daruje Michaelowi, że ją zostawił, porzucił na 
pastwę   pułkownika.   Miała   dwadzieścia   pięć   lat   i   nagle 
zdała   sobie   sprawę,   że   wszystkie   lata   przeżyła   w 
złudzeniu,   w   nierzeczywistości.   Nie   potrafiła   sobie 
przypomnieć   żadnej   radosnej   chwili.   Nawet   drobne 
przyjemności, które czasem jej się przydarzały, były nie 
tylko   krótkotrwałe,   ale   zawsze   potem   opłacone   jakąś 
niezasłużoną przykrością. Nie warto żyć, to nie ma sensu. 
Kiedy   pułkownik   myślał,   że   spała,   zdjął   marynarkę   i 

background image

przykrył nią kaburę z pistoletem. Widziała to wszystko, 
bo obserwowała go spod przymkniętych powiek. No więc 
tak,   trzeba   zachować   spokój.   Pułkownik   nałożył   już 
spodnie i koszulę.

- Czy możesz mi zrobić herbatę? - zapytała, specjalnie 

zwracając się do niego na ty.

- Oczywiście, kochanie - odparł radośnie.
Nie ma to jak zrobić przyjemność kobiecie, rozmyślał 

w kuchni, od razu mięknie. Postanowił, że będzie dobry 
dla   tej   dziewczyny,   budziła   w   nim   dawno   zapomnianą 
czułość, jutro podaruje  jej  coś  z biżuterii  żony. A  dziś 
spędzi z nią noc. Wszystkie kobiety to lubią, śniadanie do 
łóżka, po namiętnej nocy. Może niepotrzebnie ją uderzył, 
ale kto wie, a nuż to ją właśnie podnieciło.

- Poproszę też o kanapkę - zawołała Anna. Pułkownik 

jednak,   swoim   nieomylnym   instynktem,   który   tak 
podziwiał w nim Stary, wyczuł w jej głosie coś, co go 
zaniepokoiło.   Przeszedł   przez   przedpokój   i   zajrzał   do 
pokoju.   Anna   trzymała   w   ręku   pistolet,   skierowany   w 
swoją stronę, palec miała na spuście. Pułkownik rzucił się 
w jej kierunku, zaczęli się szarpać. Wyrwał dziewczynie 
pistolet, ale ona błyskawicznie pociągnęła za spust. Padł 
strzał. Z ramienia Anny trysnęła krew. Pułkownik pobiegł 
po ręczniki i próbował zatamować krew. Udało mu się to 
po   dłuższej   chwili,   ale   dziewczyna   utraciła   jej   sporo. 
Kanapa   wyglądała   jak   zalana   ketchupem.   Spojrzał   na 
Annę.   Jej   twarz   była   przeraźliwie   blada,   oczy   miała 
zamknięte. Sprawdził puls. Żyła.

background image

Rozdział 24

Michael   spojrzał   w   okno.   Było   już   prawie   całkiem 

jasno. Czuł ciepło płynące od śpiącej obok niego Miki. 
Dawno   nie   przeżył   tak   namiętnej   nocy.   Kochali   się, 
zasypiali na chwilę i znów kochali. A jednak nie była to 
całkiem uczciwa gra, pomyślał, dziwiąc się, że przyszło 
mu do głowy takie dziwne sformułowanie. Jednak zbyt 
wiele razy, gdy unosił się w spazmatycznej rozkoszy nad 
leżącym pod nim ciałem Miki, przychodziła mu na myśl 
Anna. To nie był obraz tej dziewczyny, ale jakby kolaż, na 
który składały się fragmenty jej ciała, póz, gestów. Nagle 
przypominały mu się jej rozsunięte, długie nogi albo twarz 
w   grymasie   rozpaczy,   albo   jej   piersi,   gdy   namiętnie 
przytulała się do jego nagiego torsu. Były to sekundowe 
migawki,   przesuwające   się   przed   oczami   jak   w 
kalejdoskopie, ale podniecały go, dając mu poczucie, że 
kocha się z dwiema pożądającymi go kobietami.

Ciekawe, co dzieje się z Anną? Od tylu dni, od kiedy 

wyjechał z Podkowy, nie daje znaku życia. Ich wspólne z 
Jimem poszukiwania nie przyniosły żadnych rezultatów. 
Leska ciągle płacze, Leski wyprowadził się z domu. Całe 
życie   tych   ludzi   legło   w   gruzy.   Michaela   przeniknął 
dreszcz strachu na myśl o tym, że nie można przewidzieć 
momentu,   w   którym   los   bierze   nagły   zakręt   i 
błyskawicznie odwraca się od spokojnej przeszłości. W 

background image

Stanach   praktycznie   nie   istniało   dla   niego   pojęcie 
„niepewnego jutra". Tam wszystko przebiegało, mniej lub 
bardziej, zgodnie z planem. W Polsce ludzkie losy były 
tak   poplątane   i   zawiłe,   że   tutejsi   ludzie   mieli   tylko 
przeszłość, z którą się rozliczali i teraźniejszość z którą się 
zmagali. Żyli z dnia na dzień, nie przejmując się tym, co 
będzie. Mika powiedziała mu kiedyś, że taka postawa jest 
charakterystyczna   dla   nieszczęśliwych   krajów   i 
nieszczęśliwych ludzi. Po co walczyć o przyszłość, skoro 
ta może się okazać jeszcze gorsza od tego, co już znane. „I 
tak już nic lepszego od komuny nam się nie przydarzy - 
powtarzała - zawsze będziemy tkwili w tym bagnie".

Mika otworzyła oczy i uśmiechnęła się. Wygląda ładnie 

- ocenił Michael - ale jakoś inaczej, obco. Czuł przesyt 
obecnością, ciałem i zapachem kochanki. Jej wspomnienie 
tkwiło jeszcze we wszystkich porach skóry, w dłoniach, w 
lekko   obolałym   członku.   Przytuliła   się   do   niego,   ale 
odsunął dziewczynę delikatnie i powiedział:

- Zaraz wstaję. Umówiłem się z Jimem.
- Nie możecie bez siebie żyć - odezwała się z ironią. - 

Ze mną spędzasz noce, z nim dni.

-  Wiesz   dobrze,   że   szukamy   Anny   -   tłumaczył   jej 

cierpliwie,   ale   drażnił   go   fakt,   że   tak   bezwzględnie 
zgłasza prawa do jego czasu. - Poza tym Jim jest moim 
przyjacielem. Cała rodzina mu się rozpada, nie mogę...

-  A ja? Kim ja dla ciebie jestem? - Mika gwałtownie 

weszła mu w słowo. - Wydawało mi się, że mnie kochasz.

- Też mi się tak wydawało - odpowiedział obojętnie.

background image

- Mike, co się stało? Dlaczego jesteś taki dziwny, inny? 

- Mówiła teraz przerażonym tonem. - Co on ci powiedział 
ten   Kuczek?   Od   czasu   kiedy   wróciłeś   od   niego, 
zachowujesz się zupełnie inaczej.

-  Muszę   wziąć   prysznic.   Odłóżmy   tę   rozmowę   na 

wieczór,   dobrze?   -   Pochylił   się   i   pocałował   Mikę   w 
policzek. Pragnął, żeby mu dała święty spokój. Poszedł do 
łazienki, długo stał pod prysznicem, myjąc się dokładnie. 
Potem   wytarł   się   zbyt   miękkim   ręcznikiem,   starannie 
uczesał   włosy,   skropił   ciało   wodą   toaletową.   Fizycznie 
poczuł się doskonale. Z szafy wyjął swój kaszmirowy golf 
w niebieskawym kolorze, nałożył wyprane i wyprasowane 
przez Mikę dżinsy. Spojrzał w lustro. Wyglądał świetnie - 
przystojny, zdrowy, silny i nie bez znaczenia okazał się 
fakt,   że   jak   to   powiedział   pułkownik,   jest   bogaty.   A 
przede wszystkim jest wolny, tak, wolny. Ani pułkownik, 
ani   ta   dziewczyna,   ani   nikt   inny   nie   mogą   go   tu 
zatrzymać.   Jest   Amerykaninem,   mieszkańcem 
niepodległego i demokratycznego kraju. Uśmiechnął się 
pod   nosem,   nigdy   nie   przypuszczał,   że   kiedykolwiek 
będzie to miało dla niego aż takie znaczenie. Poza tym nie 
ma   powodu,   żeby   wiązał   się   z   Miką.   Zresztą   i   tak 
niedługo stąd wyjedzie.

Wszedł do kuchni. Mika w szlafroku i z potarganymi 

włosami   przygotowywała   śniadanie.   Zauważył,   że 
płakała.   Następna   -   odnotował   z   pewnym   znudzeniem. 
Usiadł   przy   stole   i   czekał   na   jajecznicę,   którą   zaczęła 
właśnie smażyć. W kuchni było ciepło, roznosiła się miła 

background image

woń   kawy   i   jajek,   smażonych   na   cieniutkich   plastrach 
boczku.

- Nie martw się, kochanie - miało to zabrzmieć ciepło i 

uspakajająco - najpóźniej po ósmej będę w domu.

-  Idę   dziś   do   rodziców.   Nie   wiem,   o   której   wrócę. 

Oboje mają grypę. Może się zarażę i umrę - powiedziała 
ponurym głosem Mika.

Boże, ależ te kobiety są do siebie podobne, Mike znów 

zaczął odczuwać przesyt, który tak często towarzyszył mu 
w związkach z kobietami. Jak coś z facetem nie wychodzi, 
od   razu   chcą   umierać.   Stanęła   mu   przed   oczami 
zrozpaczona, ale i śliczna twarz Anny. Nadział na widelec 
kawał   boczku   i   zjadł,   przegryzając   go   chlebem.   Mika, 
siedząc naprzeciw, popijała kawę.

- Nie jesz? - zapytał uprzejmie.
-  Nie,   zjem   później.   Nie   chcę   być   niedyskretna,   ale 

proszę,   powiedz   mi,   co   stało   się   u   pułkownika.   O   co 
chodziło? No, Mike. - W głosie Miki brzmiała prośba.

- Naprawdę chcesz wiedzieć?
- Tak - odparła zdecydowanie.
Mike   przełknął   ostatni   kęs   chleba.   Przeżuł   jeszcze 

kawałek boczku i odsunął od siebie talerz.

-  Nie   byłem   wtedy   u   pułkownika.   Spędziłem   noc   w 

Podkowie, u matki miss Zawadzky. - Przerwał na chwilę, 
spojrzał na Mikę i zobaczył jej zdumioną minę. Stracił 
nieco pewności siebie, więc zaczął się jąkać. - Spędziłem 
tę noc z Anną... Nie chciałem... naprawdę nie... po prostu 
pojechałem   jej   tam   szukać.   Pułkownik   powiedział   mi, 

background image

gdzie jest.

-  Ale... mój Boże, dlaczego z nią spałeś? - Głos Miki 

zabrzmiał   nieoczekiwanie   spokojnie.   -   Przecież   między 
nami tak dobrze się układało.

-  Powiedziała, że  mnie  kocha, że  chce  tego - odparł 

Michael bez chwili namysłu, ale jednocześnie zauważył, 
że   Miki   w   ogóle   nie   obchodził   los   Anny,   nawet   nie 
zapytała, dlaczego nadal nie ma jej w Warszawie. Miłość, 
ta  wychwalana  pod  niebiosa   miłość,  pomyślał   Michael, 
jest   potwornie   egoistyczna.   Nie   ma   w   niej   miejsca   dla 
dramatów innych ludzi.

- Ale przecież mówiłeś, że mnie kochasz, że jestem ci 

taka   bliska.   Mike,   no   powiedz,   co   się   stało?   Dlaczego 
mnie   zdradziłeś?   -   Mika   wstała,   podeszła   do   niego, 
przykucnęła i przytuliła się do jego kolan.

-  Przecież powiedziałem. - Miał już dość tej sceny, a 

poza   tym   nie   podobało   mu   się   słowo   zdrada.   Chciał 
wyjść.   Nie   miał   ochoty  odpowiadać   teraz   na   pytania   o 
sprawy,   których   sam   do   końca   nie   rozumiał.   Odrzucił 
Annę dla Miki, a teraz właśnie tamta ciągle powracała mu 
na myśl. Gdy Mika powiedziała, żeby się wyprowadził, 
jej słowa kompletnie go zaskoczyły.

-  Naprawdę   tego   chcesz?   -   upewnił   się   jeszcze. 

Rozpaczliwe   zapragnął   odmienić   sytuację.   Tak   trudno 
odejść od kogoś, kto naprawdę kocha.

- Nie chcę, ale to jedyne wyjście - odpowiedziała Mika 

bez wahania.

Oczy miała już zupełnie suche. Wydawała się spokojna, 

background image

choć Michael zauważył, że nie umie opanować drżenia. 
Było   mu   jej   strasznie   żal.   Chciał   z   nią   zostać,   ale   z 
powodu   suchości   w   gardle,   nie   mógł   powiedzieć   ani 
słowa, zresztą była taka stanowcza, taka zdecydowana i 
smutna.

Wspólnie spakowali rzeczy Michaela. Gdy objuczony 

schodził schodami w dół, poczuł znowu skurcz serca z 
żalu   za   tą   dziewczyną.   To   już   koniec.   A   jeszcze   tak 
niedawno   na   myśl   o   konieczności   rozstania   z   Miką 
cierpiał i był gotów się z nią ożenić, aby mogła z nim 
razem   pojechać   do   Kalifornii.   Złapał   taksówkę,   żeby 
pojechać   do   mieszkania   Jima.   Przynajmniej   na   niego 
zawsze można  było liczyć. Przyjaźń jest pewniejsza od 
miłości, rozmyślał Mike, rozpierając się na siedzeniu w 
taksówce. Ludzie zbyt wiele oczekują od tego uczucia. Do 
prymitywnych   seksualnych   odruchów   dopisuje   się 
ideologię i wychodzi z tego zakłamany knot. Postanowił, 
że upiją się jeszcze dziś razem z Jimem i ucieszył na myśl 
o wspólnej rozmowie. Zawsze umieli się dogadać. Poczuł 
ulgę   na   wspomnienie   o   tym,   że   rozstał   się   z   Miką,   w 
końcu stało się to, co i tak nieodwołalnie musiało się stać.

- Co to, wracasz do Ameryki? - zapytał kpiąco Jim, na 

widok obładowanego przyjaciela.

-  I   can  get   no   satisfaction  -   zanucił   Mike   i   dodał:   - 

Najwyższy   czas,   aby   nasza   polska   przygoda   dobiegła 
końca.

- Oby słowo stało się ciałem - zawołał ucieszony Jim, 

unosząc   ręce   ku   górze.   -   Wreszcie   odzyskałeś   rozum. 

background image

Przed chwilą dzwonił pułkownik. Chce się z nami widzieć 
- zameldował.

*

Po   raz   pierwszy   w   życiu,   od   czasu   wojennych 

bombardowań   Warszawy   przez   Niemców,   pułkownik 
naprawdę odczuwał strach. Bał się własnego cienia, budził 
się w nocy zlany potem, wzdrygał się, gdy słyszał pukanie 
do   drzwi.   Był   kłębkiem   nerwów,   a   wszystko   przez   tę 
gówniarę, córkę Leskiego. Gdy prawie dwa tygodnie temu 
Anna postrzeliła się z jego broni, przeżył prawdziwy szok. 
Zatamował jej krew, ale zupełnie nie wiedział, co dalej 
zrobić   z   ranną   dziewczyną.   W   końcu,   patrząc   na 
nieprzytomną   i   bladą   twarz   Anny,   zdecydował,   że 
pojedzie   po   żonę.   Interesowała   się   medycyną,   miał 
nadzieję, że coś wymyśli. Wziął taksówkę i popędzając 
kierowcę, pojechał do domu. Żona była lekko podpita, ale 
całkiem   przytomna,   a   nawet   bystrzejsza   niż   zwykle. 
Powiedział   jej,   że   przesłuchiwał   młodą   działaczkę 
opozycji, a ona postrzeliła się w trakcie przesłuchania.

- Zadzwoń po lekarza, wezmą ją do szpitala - doradziła 

żona, nalewając sobie kieliszek wódki, bo w trakcie jego 
relacji   zdążyła   wyjąć   butelkę,   ukrytą   za   książkami   w 
bibliotece.

- Nie pij. - Pułkownik szarpnął ją za rękę. - Chcę, żebyś 

tam ze mną pojechała. Nie mogę dzwonić na pogotowie. 
Pomyślą, że to ja... rozumiesz? Musisz ze mną pojechać - 
dodał z naciskiem.

-  Po raz pierwszy od lat wyjedziemy z domu razem - 

background image

powiedziała   ironicznie   i   zachichotała.   -   Muszę   się 
odpowiednio ubrać.

Pułkownik bez słowa znosił jej kpiny. Niech gada, co 

chce, jest mu potrzebna.

- Pośpiesz się - ponaglił ją.
Gdy jednak znaleźli się w mieszkaniu na Saskiej Kępie, 

Edycie   odechciało   się   bawić   nową   sytuacją.   Z 
przerażeniem w oczach popatrzyła na męża.

-  Coś   ty   jej   zrobił?   -   zapytała   drżącym   i   pełnym 

napięcia głosem.

- Ja? Ja? - powtórzył pułkownik z oburzeniem. - Sama 

jest sobie winna.

Kuczek   załatwił   antybiotyki   oraz   zioła,   które   Edycie 

wydawały   się   odpowiednie.   Codziennie   przywoził   żonę 
na   Saską   Kępę,   aby   zmieniała   dziewczynie   opatrunki   i 
przemywała ranę, ale stan Anny pogarszał się niemal z 
dnia na dzień. Gorączkowała, nie chciała jeść, była coraz 
słabsza. Pułkownik był przekonany, że robi mu na złość, 
nie chce wyzdrowieć, pragnie umrzeć, żeby narobić mu 
kłopotów. Co gorsza, Stary niedawno wezwał go do siebie 
i stanowczo zażądał podjęcia działań w celu odnalezienia 
córki Leskiego.

-  Był u mnie ten dziennikarzyna - zwierzył się Stary 

Kuczkowi   -   i   prosił,   żeby   odnaleźć   jego   małą.   Jakoś 
kiepsko   wyglądał...   Swoją   drogą   to   dziwne,   że   ktoś   w 
naszym kraju może tak po prostu zniknąć - zaniepokoił się 
- przecież kontrolujemy sytuację, prawda?

Kuczkowi zachciało się śmiać. Nie miał jednak zamiaru 

background image

dyskutować   z   przełożonym.   Zawsze   czuł   przed   nim 
respekt, ale dziś był po prostu sparaliżowany strachem. 
Nie   bał   się   niczego   konkretnego,   degradacji   czy   utraty 
pracy, ale śmiertelnie obawiał się wstydu, jaki spadnie na 
jego głowę. Już sobie wyobrażał, jak będą z niego kpić, ci 
Polacy,   jego   współbratymcy,   jak   będą   go   obmawiać, 
układać   o   nim   dowcipy.   Z   budzącego   szacunek   i 
kompetentnego fachowca, za jakiego się uważał, zrobią 
szmatę, kobieciarza niepotrafiącego stanąć na wysokości 
zadania. Już niemal słyszał te cyniczne żarty na własny 
temat: „Dziewczyna pułkownika? To taka, która się woli 
postrzelić,   niż   mu   się   oddać".   Działacze   opozycji   - 
nienawidził   ich   całym   sercem,   uważając   za 
wyrachowanych obiboków - będą się bawić jego kosztem. 
Pułkownik czuł, że koszula przykleja mu się do pleców, 
włożył   ręce   do   kieszeni,   bo   nie   mógł   opanować   ich 
drżenia. A gdyby jakimś  cudem Stary dowiedział się o 
łapówce od Amerykanina, nie miałby dla Kuczka żadnej 
litości. Fakt, że nie zamierzał się z nim podzielić, że sam 
to wszystko ukartował, całkowicie by go pogrążył. Stary 
nie   tylko   nie   kiwnąłby   palcem,   żeby   mu   pomóc,   ale 
jeszcze wbiłby mu gwóźdź do trumny. Musi coś zrobić z 
tą dziewczyną, ona jest kamyczkiem, który może poruszyć 
lawinę.

-  Uważam - kontynuował Stary - że jest to honorowa 

sprawa dla naszych chłopców, aby odnaleźć dziewczynę. 
Co   innego,   jakby   zniknęła   za   politykę,   ale   za   tym   jej 
zniknięciem kryje się pewnie jakaś kryminalna historia. A 

background image

może ty jednak coś o tym wiesz? - zaniepokoił się Stary.

- Oczywiście, że nie - gładko skłamał Kuczek. - Leski 

jest moim przyjacielem, znam tę dziewczynę od dziecka. 
Wprawdzie   nie   jest   całkiem   czysta,   współpracuje   z 
opozycją, ale w końcu za to się nie zabija.

- Ty jak coś powiesz, ha, ha! - Stary trzymał się za 

brzuch ze śmiechu. - Nie zabija się, ha, ha!

Pułkownik stał zakłopotany, wyjątkowo nie chciało mu 

się   śmiać   z   własnego   dowcipu,   którym   tak   rozbawił 
Starego. Znów dotarło do niego z całkowitą jasnością, że 
to   już   nie   przelewki,   że   rozmowa,   którą   odbył   przed 
chwilą,   nadaje   sprawie   z   Anną   inny,   poważniejszy 
wymiar. Teraz to jego mogą wsadzić do więzienia, o ile 
sprytnie   się   z   tego   nie   wywinie.   Stary   nigdy   mu   nie 
daruje,   gdy   się   dowie,   że   go   oszukał.   „Możemy   kiwać 
społeczeństwo,   ale   nigdy   siebie   nawzajem"   -   powtarzał 
przecież   często   na   odprawach   i   uderzał   pięścią   w   stół. 
Pułkownik   aż   wzdrygnął   się   na   wspomnienie   tego 
odgłosu.

Po rozmowie ze Starym znów pojechał na Saską Kępę. 

Kolejny raz chciał się przyjrzeć Annie i zastanowić, co z 
nią zrobić. Kiedy wszedł do mieszkania, uderzył go słodki 
zapach   ropy   i   wymiocin.   Znów   musiała   się   zrzygać, 
pomyślał. Stary czy młody, tak samo śmierdzi w chorobie.

Podszedł do łóżka i uważnie popatrzył na dziewczynę. 

Twarz   miała   rozpaloną,   oczy   nieprzytomne,   oddychała 
ciężko   i   nieregularnie.   Jeśli   Anna   umrze,   co   zrobi   z 
trupem? Zawiezie zwłoki nad Wisłę i utopi. Jeśli znajdą 

background image

ciało   i   okaże   się,   że   dziewczyna   została   postrzelona, 
można to będzie zwalić na przypadkowych bandytów albo 
nawet   przy   sprzyjających   okolicznościach   na   opozycję. 
Można   byłoby   przecież   zasugerować   jakieś   ich 
porachunki z Leskim. Im szybciej dziewczyna umrze, tym 
lepiej, pozbędzie się wreszcie ciężaru, który zaczynał już 
odczuwać ponad miarę. Może przyśpieszyć jej odejście? 
Ta myśl już kilkakrotnie przychodziła mu do głowy. Ale z 
drugiej strony, dostrzegał sporo niebezpieczeństw takiego 
rozwiązania. Jak znajdą trupa Anny, będzie dochodzenie, 
może wtedy zacząć śpiewać ten stary babsztyl, Zawadzka. 
Z   takimi   jak   ona   nigdy   nic   nie   wiadomo.   Ma   duszę 
zdrajczyni.   Przez   całe   lata   była   nie   tylko   ich   partyjną 
towarzyszką, ale i kumpelką, aby pewnego dnia się  od 
nich odwrócić. Żydówa, stwierdził w myślach pułkownik. 
A Edyta? Wcale  nie był pewien, czy może  polegać  na 
żonie.   Upije   się   i   zacznie   pleść   trzy   po   trzy.   Z   domu 
wprawdzie   wcale   nie   wychodzi,   ale   rozmawia   czasem 
całymi godzinami przez telefon ze swoimi przyjaciółkami, 
takimi   samymi   jak   ona,   pijaczkami.   Był   już   niemal 
całkiem   zrezygnowany,   gdy   nagle   olśnił   go   pewien 
pomysł. Wziął do ręki słuchawkę, ważył ją przez chwilę w 
dłoni,   po   czym   wykręcił   numer   telefonu.   Ci   chłopcy   z 
Ameryki, że też wcześniej o nich nie pomyślał. 

background image

Rozdział 25

Mika   pozmywała   po   śniadaniu,   a   potem   starannie 

posprzątała mieszkanie, ułożyła na nowo swoje ubrania w 
szafie,   które   zajęły   półki,   opróżnione   przez   Michaela. 
Była   zupełnie   spokojna,   nie   odczuwała   żadnego   bólu, 
rozczarowania ani gniewu. Poruszała się tylko wolniej niż 
zazwyczaj,   a   każdy   ruch   wymagał   pewnego   wysiłku. 
Umyła   kafelki   w   łazience,   odkurzyła   oba   pokoje, 
uporządkowała   gazety   i   papiery.   Potem   wykąpała   się, 
umyła włosy, zrobiła sobie makijaż. Włożyła granatowe 
spodnie, białą koszulową bluzkę i długi, rozpinany sweter. 
Przyjrzała się sobie w lustrze. A więc tak wygląda kobieta 
zdradzona   i   porzucona.   Na   twarzy   nie   było   śladów 
cierpienia,   fizycznie   odczuwała   raczej   konsekwencje 
miłosnej   nocy.   Paliły   ją   podrapane   zarostem   Michaela 
policzki, usta miała lekko obrzmiałe od jego namiętnych 
pocałunków, a podkrążone, ale lśniące oczy wyglądały jak 
u sytej kotki.

Zrobiła sobie kawę, zapaliła pierwszego od wielu dni 

papierosa, bo Mike nie cierpiał dymu. Uśmiechnęła się na 
wspomnienie   jego   zdrowotnych   teorii   wygłaszanych   z 
wielkim przejęciem. Ogarnęła ją rozpacz. Jak będzie bez 
niego   żyła?   Czym   wypełni   puste   godziny,   które   dotąd 
spędzali razem? Usiłowała myśleć racjonalnie, żeby nie 
poddać się tej bezbrzeżnej czarnej dziurze, która wciągała 

background image

ją w otchłań. Przecież wcześniej, przed nim, miała jakieś 
życie. Sporo się w nim działo. Miała przyjaciół, umiała się 
bawić,   miała   kochanka,   o   coś   walczyła,   obchodziły   ją 
sprawy kraju, w którym się urodziła. Michael zastąpił jej 
to wszystko. Zaniedbała kontakty z przyjaciółmi, przestała 
się w ogóle zajmować polityką. Od dawna też zalegała z 
tekstami,   które   miała   napisać   do   konspiracyjnej   prasy. 
Może dobrze, że odszedł, bo przez niego zatraciła własną 
osobowość. Nie, nieprawda. Odkryła tylko ono w sobie 
kogoś   innego,   kobietę,   która   jak   bohaterka 
osiemnastowiecznych   romansów,   całą   siebie   ofiarowuje 
mężczyźnie. Kiedy spędzała czas z Michaelem, nikt jej 
naprawdę nie obchodził, nawet rodzice, a jej przyjaciółka 
Anna stanowiła wyłącznie potencjalne zagrożenie. Dobrze 
wiedziała, że Anna durzy się w Michaelu, ale to jej wcale 
nie niepokoiło. Przyjemnie było być punktem odniesienia 
w   jego   świecie.   I   to   tak   ważnym,   że   nawet   atrakcyjna 
Anna, do której po cichu wzdychali ich wspólni koledzy, 
traciła   wszelkie   swoje   walory.   Ale   w   końcu   to   ona 
odniosła zwycięstwo, zniszczyła ich szczęśliwy związek. 
Ciekawe, gdzie się teraz podziewa?

Z   jej   strony   to   pewnie   jakaś   gra,   ukrywa   się,   żeby 

wywołać   jeszcze   większe   zainteresowanie   Michaela. 
Swoją   drogą,   jak   podle   oszukał   ją,   Mikę.   Kłamał, 
opowiadał   o   nocy   spędzonej   u   pułkownika,   a   ona   mu 
współczuła, przytulała go do siebie, całowała. A Michael 
pewnie   kpił   sobie   z   niej   w   duchu,   z   jej   naiwności   i 
oddania. Mika westchnęła i zapaliła następnego papierosa. 

background image

Postanowiła   być   ze   sobą   szczera.   Rozumiała   Annę,   jej 
starania o to, żeby zdobyć Michaela. Był taki niezwykły, 
swobodny,   zabawny,   ale   najbardziej   pociągała   w   nim 
pewność siebie. Nie miał wahań ani rozterek, po prostu 
robił to, co wydawało mu się w danej chwili słuszne albo 
zabawne   czy   ciekawe.   I   nawet,   jeśli   się   pomylił,   nie 
wycofywał   się   ze   strachem,   ale   szedł   dalej,   nie 
roztrząsając po drodze własnych błędów. Mika chyba po 
raz pierwszy w życiu spotkała człowieka, który by tak bez 
zastrzeżeń akceptował samego siebie. To było w Michaelu 
fascynujące,   nie   tylko,   jak   zauważyła,   dla   kobiet,   ale 
również  dla  mężczyzn. Ciekawe, czy Jim zdawał  sobie 
sprawę z tego, że ich przyjaźń z Michaelem wspiera się na 
jego   braku   pewności   siebie,   że   Mike   stał   się   jego 
psychiczną protezą? Boże, co mnie obchodzi Jim? Co ze 
mną się stanie? Co dalej zrobię?, Mika zrobiła gwałtowny 
ruch   ręką,   rozlewając   kawę   na   stół   i   wytarła   plamę 
ściereczką.

Musiałam   zrobić   jakiś   błąd,   zastanawiała   się,   ciągle 

pocierając   suchy   już   blat.   Zdawała   sobie   sprawę,   że 
bywała   nudna   albo   zbyt   zmęczona,   niekiedy   źle 
wyglądała,   że   czasem   nawet   całkiem   świadomie 
wykorzystywała   władzę,   którą   miała   nad   Michaelem. 
Dlaczego tak musiało się stać? O ileż łatwiej byłoby się 
rozstać   z   powodu   jego   wyjazdu   do   Ameryki.   Z   tym 
właściwie była pogodzona. Wyobrażała sobie nawet, jak 
będzie za nim tęsknić, pisać do niego listy i żyć nadzieją, 
że może kiedyś znów się spotkają. Ale na jego zdradę nie 

background image

była przygotowana, zaufała mu bezgranicznie. Nie wolno 
tego robić. Nie z mężczyznami. Ale przecież ona sama 
wcale nie jest lepsza od Michaela. Spała z Janem, kradnąc 
noce   z   nim   jego   własnej   żonie.   Może   w   sprzyjających 
okolicznościach zachowałaby się dokładnie tak samo jak 
on?   Może   też   nie   potrafiłaby   odmówić   innemu 
zakochanemu   w   niej   mężczyźnie?   Niepotrzebnie   kazała 
mu   się   wyprowadzić.   „Miłość   nie   zazdrości"   - 
przypomniały się jej słowa z listu św. Pawła. Głupio się 
zachowała, niegodnie, powinna mu pomóc, podać rękę, a 
nie unosić się honorem. Zrobiło się jej go żal. Zachowała 
się jak sekutnica. Powie mu to, będą się razem śmiali z jej 
jędzowatego charakteru. Co za znaczenie ma jedna noc 
spędzona przez Michaela z inną kobietą wobec ich tylu 
wspólnych   nocy,   jeszcze   dzisiaj   kochali   się   przecież   z 
takim oddaniem.

Mika wydała się sobie niemądra i próżna. Spojrzała na 

zegarek. Było już po czwartej. Poczuła się niezbyt dobrze. 
Mocna   kawa   i   wypalone   papierosy   dały   o   sobie   znać. 
Poszła   do   łazienki   i   zwymiotowała.   Potem   usiadła   na 
sedesie,   żeby   odpocząć.   Po   dłuższej   chwili   wstała   i 
dokładnie umyła zęby. Przed wyjściem postanowiła zjeść 
kromkę   chleba   z   masłem,   żeby   pusty   żołądek   nie 
doprowadzał jej do kolejnych mdłości. Przeżuła kanapkę i 
popiła ją wodą. Nie mogła myśleć o niczym innym, jak 
tylko o tym, że zobaczy Michaela. Przebrała się. Włożyła 
sukienkę,   którą   tak   bardzo   lubił   i   która   podkreślała   jej 
figurę. Nie włożyła stanika. Poprawiła makijaż, ale nadal 

background image

była   bardzo   blada.   Kiedy   wyjmowała   z   torebki   klucze, 
żeby   zamknąć   drzwi,   serce   podskoczyło   jej   z   radości. 
Uświadomiła   sobie,   że   Mike   nie   oddał   kluczy   do   jej 
mieszkania.   To   był   szczęśliwy   znak,   dowód,   że   tak 
naprawdę   nie   odszedł.   Kiedy   zamykała   drzwi,   nie 
przeczuwała, że zanim znowu tu powróci, upłynie wiele 
miesięcy.

*

Mika tak rozpaczliwie pragnęła zobaczyć Michaela, że 

kiedy   stanęła   przed   drzwiami   ich   wspólnego   z   Jimem 
mieszkania, nie miała siły nacisnąć dzwonka. Zeszła więc 
na   półpiętro,   usiadła   na   schodach   i   zapaliła   papierosa. 
Niemal natychmiast go zgasiła, bo nie chciała, żeby Mike 
poczuł od niej zapach, którego nie lubił. Wyjęła z torebki 
lusterko i przejrzała się w nim. Przypudrowała twarz, usta 
pociągnęła   szminką.   Jeszcze   do   niedawna,   będąc   z 
Michaelem,   nie   zastanawiała   się,   jak   wygląda.   Jego 
zadowolenie z samego siebie przenosiło się również na 
bliskich mu ludzi. Teraz jednak bała się jego spojrzenia. 
Czuła się nieatrakcyjna, obawiała się, że w jego obecności 
zbyt   uważnie   zacznie   kontrolować   własne   gesty   i 
wypowiadane   słowa,   że   stanie   się   zbyt   ożywiona   albo 
nudna   i   smutna.   Musi   nad   tym   zapanować.   Jeśli   tylko 
będzie taka jak dawniej, na pewno go odzyska.

Pocieszona   tą   myślą   wstała,   wygładziła   sukienkę   i   z 

powrotem   przemierzyła   kilka   schodów.   Stanęła   przed 
drzwiami   i   nacisnęła   dzwonek.   Odczuła   rozczarowanie, 
gdy otworzył jej Jim, który gestem zaprosił ją do środka. 

background image

Nie okazał specjalnego zaskoczenia jej wizytą. Powiedział 
tylko:

- Cześć, zdejmij płaszcz.
Kątem   oka   dostrzegła,   że   torby   Michaela,   stojące   w 

przedpokoju, pozostały nierozpakowane, i odczuła ulgę, 
że nie wszystko jeszcze stracone. Mike przywitał się z nią 
serdecznie, pocałował w policzek. Zupełnie jakby nic się 
nie stało. Zaproponował jej coś do picia, więc poprosiła o 
kieliszek wina. Może dzięki temu uda mi się zwalczyć to 
nieznośne   napięcie.   Inaczej   nie   dam   rady,   pomyślała   z 
rozpaczą. Usiadła na kanapie, bo stojąc, czuła się wielka i 
niezgrabna jak słonica, Mike nalał wina i postawił przed 
nią   kieliszek.   Mika   zauważyła,   że   trzęsą   mu   się   ręce. 
Widać, że i dla niego ta sytuacja była trudna. Przeprosił 
dziewczynę na chwilę i przeszedł do pokoju, w którym 
czekał   na   niego   Jim.   Niegrzecznie,   odnotowała   Mika, 
zamknął za sobą drzwi. Słyszała ich głosy przez ścianę, 
ale nie rozróżniała słów. Zaczęła przeglądać książkę, która 
leżała obok kanapy, ale nie umiała przeczytać ani zdania. 
Trudno, najwyżej mnie stąd wyproszą, pomyślała, i tak 
już nic gorszego nie może mnie spotkać.

Mice   wydawało   się,   że   minęła   wieczność,   zanim 

Michael i Jim wyszli z pokoju, w którym rozmawiali.

-  Przepraszam,   Mika   -   powiedział   Mike,   tym   swoim 

miłym, ciepłym głosem. - Zapraszamy cię na kolację do 
Victorii.   Tam   się   upijemy   -   dodał,   spoglądając   na 
opróżniony przez Mikę kieliszek.

-  To   będzie   nasza   ostatnia   wieczerza   -   zawołał   ze 

background image

śmiechem Jim.

-  Nie rozumiem, to znaczy, że wracacie do Stanów? - 

dopytywała   się,   czując   jednocześnie   bezsilną   złość   na 
Jima. Będą bez sensu siedzieć w tej jedynej w Warszawie 
luksusowej knajpie, podczas gdy ona tak bardzo chciałaby 
porozmawiać   z   Michaelem   sam   na   sam.   Na   pewno 
przekonałaby go, że nie warto się rozstawać. Znalazłaby 
jakiś sposób, gdyby nie obecność tego nieznośnego Jima, 
choć musiała przyznać, że zachowywał się w stosunku do 
niej   przyzwoicie,   a   nawet   jak   na   niego,   całkiem 
przyjaźnie.   Lituje   się   nade   mną,   pomyślała   Mika   i 
zachciało się jej płakać. Odczuwała niemal fizyczny ból 
na   myśl   o   tym,   że   przegrała   związek   z   Michaelem. 
Jednocześnie zdawała sobie sprawę, że gdyby nawet teraz 
wrócił,   byłoby   inaczej,   nie   tak   łatwo   jak   na   początku, 
kiedy wszystko działo się samo przez się. Teraz musieliby 
razem   odtwarzać   domek   z   kart,   który   sami   tak 
lekkomyślnie, tak głupio zdmuchnęli.

-  Ależ   nie,   wręcz   przeciwnie.   Zostajemy   w   Polsce   - 

odpowiedział Mike na jej pytanie i podał płaszcz. Jego 
serdeczność była doskonale obojętna. Dziewczynie znów 
się   wydawało,  że  nie  zdoła  powstrzymać  łez,  ale  tylko 
głęboko   westchnęła.   Skoro   Mike   zostaje,   wszystko 
jeszcze da się naprawić. Miała nieprzepartą ochotę, aby go 
pocałować, ale udało się jej przynajmniej otrzeć o niego, 
poczuć jego ciepłą skórę i zapach.

W   taksówce,   którą   dotarli   do   Victorii,   nikt   nie 

powiedział ani słowa. Gdy weszli do restauracji, kelner 

background image

wskazał im stolik i po chwili przyjął zamówienie.

-  Na   początek   poprosimy   butelkę   najlepszego 

szampana... - zaordynował po polsku Mike.

-  Osiemset   złotych   za   jedną.   Może   być?   -   zapytał 

uprzejmie kelner.

-  Jasne,   świętujemy   coś   wyjątkowego.   A   do   tego 

poproszę   dla   wszystkich   bliny   z   czarnym   kawiorem   i 
śmietaną. To na wstęp.

- Proszę bardzo - uśmiechnął się kelner.
Zabawny był ten cudzoziemiec starannie wymawiający 

słowa po polsku. Spodobała mu się też dziewczyna, która 
im   towarzyszyła.   Niepiękna,   ale   efektowna.   Miała 
ogromne   lśniące   brązowe   oczy,   na   ich   dnie   czaiła   się 
melancholia, którą uznał za oznakę inteligencji. Zadaniem 
kelnera było także podsłuchiwanie rozmów gości, ale ta 
trójka,   w   jego   opinii,   wyglądała   całkiem   niegroźnie. 
Zresztą między sobą porozumiewali się po angielsku, a on 
rozumiał   tylko   najprostsze   zdania   w   tym   języku. 
Wprawdzie   znajomość   angielskiego   była   warunkiem 
zatrudnienia, ale szwagier wszystko załatwił. Posmarował 
komu   trzeba   i   dotąd   nikt   kelnera   nie   zapytał   nawet   o 
znajomość obcych języków. Tym bardziej, że wyjątkowo 
gorliwie   zdawał   sprawozdania   ze   wszystkich   rozmów 
prowadzonych po polsku.

Kiedy kelner sprawnie ich obsłużył, Mika zapytała:
- Czy coś się stało?
Do tej pory, zajęta własnymi emocjami, nie dostrzegła, 

że obaj Amerykanie zachowują się jakoś inaczej, czuło się 

background image

w nich desperację  i niepokój. Nawet Mike, zwykle  tak 
opanowany,   wydawał   się   kompletnie   wyprowadzony   z 
równowagi.

-  Właśnie   chcemy   ci   opowiedzieć,   co   się   stało.   W 

naszym   mieszkaniu,   jak   wiesz,   jest   podsłuch,   więc 
woleliśmy wyjść z domu. - Głos Michaela aż wibrował od 
powstrzymywanego   napięcia.   -   Sprawa   jest   prosta. 
Zaprosił   nas   do   siebie   pułkownik   i   złożył   nam   pewną 
propozycję w wiadomej sprawie.

-  W   sprawie   Anny?   -   domyśliła   się   Mika,   próbując 

ukryć niechęć do dawnej przyjaciółki. Miała wrażenie, że 
Anna, podobnie jak Jim, jest stale obecna w jej życiu, że 
nie może się od niej uwolnić. Tym bardziej, że Michael 
zdawał się ani na chwilę nie zapominać o jej istnieniu. To 
już nie była jej przyjaciółka, tylko rywalka, „ta druga". 
Usta   Miki   wykrzywił   na   chwilę   gorzki   grymas.   Sama 
zaproponowała   kiedyś   Annie,   żeby   z   nią   zamieszkała, 
lubiła   ją,   były   sobie   bliskie.   A   teraz,   tak,   mogłaby   ją 
zabić... Co też jej przychodzi do głowy? Była zdumiona 
gwałtownością   uczuć,   które   nią   miotały.   Na   zewnątrz 
jednak   zachowywała   spokój.   Zdradzały   ją   tylko   pełne 
niepokoju   i   gniewu   oczy,   ale   nikt,   nawet   kelner,   nie 
zauważył zmiany jej spojrzenia.

-  No,   stary   -   zwrócił   się   Mike   do   Jima,   podnosząc 

kieliszek. - Nie damy się sukinsynowi.

Jim   bez   słowa,   jednym   haustem   wychylił   zawartość 

kieliszka.   Mika   przyglądała   się   tej   scenie,   zupełnie   nie 
rozumiejąc,   o   co   chodzi.   Wyjęła   papierosa,   a   usłużny 

background image

kelner  podszedł, żeby podać jej ogień. Mike  nawet  nie 
zwrócił uwagi na to, że znów zaczęła palić. Odczytała to 
jako następny dowód obojętności z jego strony.

-  No   więc,   co   się   stało?   -   powtórzyła   z   pewnym 

zniecierpliwieniem.

Jim popatrywał na Mikę ze współczuciem. Teraz, kiedy 

rozstała   się   z   Michaelem,   miał   dla   niej   więcej 
wyrozumiałości.   Wcześniej   drażniła   go   pewność 
dziewczyny, że tylko ona ma patent na postępowanie z 
Michaelem.   Tak   niewiele   o   nim   wiedziała,   a   przede 
wszystkim tego, co Jim wielokrotnie obserwował choćby 
w jego stosunkach z Sarą, że potrafi być nieuchwytny, że 
z łatwością jak zręczna ryba wyślizguje się z sieci, którą 
zastawiały na niego kolejne kobiety. Michael mógł być 
nawet śmiertelnie zakochany, ale zawsze zostawiał sobie 
szeroki margines wolności. To zresztą była ich wspólna 
cecha.   Obaj   nie   lubili   zobowiązań,   a   jeszcze   bardziej 
przymusu, choćby pochodził od ukochanej kobiety. Obaj 
bali   się   codzienności   z   drugim   człowiekiem.   Biedna 
dziewczyna,   już   z   nim   niczego   nie   wywalczy   - 
skonstatował Jim.

Michael   rozlał   resztę   szampana   do   kieliszków   i 

zamówił   drugą   butelkę   tej   samej   marki.   Kelner 
usłyszawszy   zamówienie,   uśmiechnął   się   szeroko   i 
powiedział:

-  Mamy jeszcze tylko dwie takie butelki na składzie. 

Proponuję wziąć obie.

Liczył na niezły napiwek. Wyglądali na takich, którzy 

background image

nie   liczą   się   z   pieniędzmi.   Przytaszczył   obie   butelki   w 
dwóch srebrnych kubełkach z lodem. Kiedy odszedł od 
stolika,  Michael   zdecydował   się   wreszcie   odpowiedzieć 
na pytanie Miki.

-  No   więc   posłuchaj   -   zwrócił   się   do   dziewczyny.   - 

Pułkownik   powiedział   nam,   że   Anna   postrzeliła   się   w 
trakcie przesłuchania. Jest w kiepskim stanie... Kiedy to 
zrobiła, w pokoju była tylko ona i pułkownik. Twierdzi, iż 
początkowo   myślał,   że   to   tylko   draśnięcie,   więc   nie 
wzywał pogotowia. - Michael wyrzucał z siebie słowa z 
szybkością   pistoletu   maszynowego,   najwyraźniej   tę 
opowieść chciał mieć jak najszybciej za sobą. - Sprawa 
jednak okazała się poważniejsza, niż początkowo sądził. 
Anna   jest,   jak   powiedział,   na   skraju   życia   i   śmierci. 
Powinna jak najszybciej trafić do szpitala, ale pułkownik 
nie   ma   zamiaru   odpowiadać   na   żadne   głupie   pytania. 
Zaproponował   więc,   żeby   jeden   z   nas   przyznał   się,   że 
przypadkiem postrzelił Annę, kiedy przesłuchiwał nas we 
troje. Wymyślił to nawet całkiem zręcznie, prawda Jim? - 
zakończył, strzelając z palców, Mike.

-  Ależ   Mike,   to   przecież   absurd.   -   Spojrzenie   Miki 

wyrażało   bezgraniczne   zdumienie.   -   Na   pewno   z   was 
zakpił... On jest taki dziwny.

-  Nie   sądzę   -   odparł   Mike.   -   Brzmiał   całkiem   serio. 

Jutro   o   dziesiątej   mamy   zgłosić   się   do   niego   ze 
wskazaniem,   który   z   nas   strzelał   do   Anny   i   tylko   ten 
zostanie   aresztowany,   a   potem   szybko   uwolniony... 
Pułkownik   się   o   to   postara.   W   przeciwnym   razie   już 

background image

dziesięć   po   dziesiątej   zostaniemy   obaj   aresztowani   pod 
zarzutem   szpiegostwa.   Groził   nam,   że   z   tego   nie 
wyplączemy   się   tak   szybko,   jak   z   przypadkowego 
postrzelenia dziewczyny.

- Jesteście Amerykanami, nie pójdzie mu tak łatwo jak 

z nami tutaj... Będzie miał na karku ambasadę, zachodnie 
gazety... To nie takie proste. - Mika mówiła z głębokim 
przekonaniem.

- Owszem, kochanie - przyznał Mike. - Masz rację, ale 

tylko częściowo. Udowodni nam kontakty z opozycją, ma 
zdjęcia, a nasza ambasada też musi przestrzegać praw tego 
kraju.   Grubas   nas   ostrzegał.   Zresztą   poza   sprawą   o 
szpiegostwo, pułkownik i tak może nas jeszcze wrobić w 
postrzelenie Anny. Nie wiadomo, co wymyśli, widać, że 
sam   znalazł   się   w   potrzasku.   Jest   piekielnie 
zdesperowany.

Mika słuchała Michaela z rosnącym przerażeniem. Tak 

czy   inaczej   grozi   im   uwięzienie.   Mike   nie   zniesie 
dłuższego zamknięcia, jest taki niezależny. To wszystko 
przez   Annę,   powtarzała   w   duchu   z   rozpaczą,   wszystko 
przez nią. Zauważyła wzrok kelnera, który przyglądał się 
jej z wyraźną aprobatą. Ubek w czystej postaci, pomyślała 
o nim, jednocześnie ani na chwilę nie mogąc uwolnić się 
od obrazu Michaela w więziennej celi. Poczuła, ze drży. 
Starała się opanować, aby nie zwróciło to uwagi kelnera.

- I co zrobicie? - zapytała, nie podnosząc głowy, żeby 

nie napotkać spojrzenia żadnego z nich.

Przez dłuższą chwilę panowało milczenie, a w końcu 

background image

Michael powiedział:

-  Nie   mamy   wielkiego   wyboru.   Powiemy   więc,   że 

zaczęliśmy się szarpać, bo w trakcie przesłuchania wyszło 
na   jaw,   że   przespałem   się...   -   Mike   lekko   zmieszany, 
spróbował złapać spojrzenie Miki, ale ona dalej siedziała 
ze spuszczoną głową. - No więc... przespałem się z Anną, 
a Jima to oburzyło, zarówno ze względu na fakt, że to jego 
kuzynka, jak i dlatego, że mam dziewczynę w Ameryce. 
Kiedy tak się szarpaliśmy, jeden z nas chwycił pistolet, 
który  leżał   na   biurku   i   broń  wystrzeliła,   a   Anna,  która 
chciała   nas   rozdzielić,   została   ranna.   Powiemy,   że   nie 
mamy pojęcia, który z nas w trakcie szarpaniny pociągnął 
za spust. Wolimy - Mike uśmiechnął się do Jima, który 
pokiwał   głową   -   przejść   przez   to   razem...   Pułkownik 
obiecał, że przyzna, iż broń była niezabezpieczona. Ani 
Anna,   ani   nikt   z   jej   rodziny   nie   wniesie   oskarżenia 
przeciwko nam, a prokurator umorzy sprawę. Pułkownik 
wszystko załatwi, o ile pójdziemy mu na rękę. Inaczej...

-  Mike   wykonał   gest   podrzynania   gardła.   -   No,   w 

każdym razie szpiegostwo jest bardziej ryzykowne i nie 
daje gwarancji, że pułkownik nie wpakuje nas w sprawę 
Anny.

-  To   już   koniec?   -   Mika   uważnie   popatrzyła   na 

Michaela. A więc to tak, on ma jeszcze kogoś w Ameryce. 
Jakże była głupia i naiwna. - Ale przecież Anna powie 
prawdę, kiedy ją będą przesłuchiwać, powie, że nie macie 
z   tym   nic   wspólnego.   -   Głos   Miki   zabrzmiał   teraz 
nadzieją.

background image

- Annę też może zastraszyć ten skurwiel - odparł Jim.
-  A   poza   tym   -   dodał   Michael   poważnym   głosem   - 

Anna   jest   bardzo   chora   i   jak   najszybciej   musi   uzyskać 
pomoc. Trzeba ją ratować. Chyba to rozumiesz, Mika?

-  Oczywiście.   -   Nie   miała   ochoty   rozwodzić   się   nad 

sytuacją   Anny.   Michaela   tak   bardzo   obchodzi   ta 
dziewczyna - zabolało ją to. Nic, tylko Anna i Anna. Mika 
czuła rosnący w niej ból. - Ale to oznacza, że wsadzą was 
obu, co jest kompletnie bez sensu. - Dziewczyna wsparła 
się na łokciach i mówiła mocnym głosem. Fakt, że Mike 
zwrócił się do niej po imieniu, tak jakoś miękko i ciepło, 
mimo wszystko dodał jej pewności siebie. - Uważam, że 
rozsądniej byłoby, gdyby Jim wziął całą sprawę na siebie. 
Ma tu rodzinę, jego wuj jest człowiekiem wpływowym, 
zna wiele osób. Poza tym sprawa języka i...

- Coś jeszcze, Mika? - zapytał Jim z ironią.
-  Przestańcie   -   wtrącił   się   Michael.   Wzruszała   go 

determinacja Miki, ale był też na nią trochę zły, że zbyt 
mało   wie   o   nim   samym.  -  Nie   ma   tu   już   czego 
rozstrzygać.   Postanowiliśmy   z   Jimem,   że   tak   właśnie 
zrobimy,   we   dwóch   będzie   nam   raźniej,   a   poza   tym 
spowoduje to większy szum. - Mike uśmiechnął się do 
przyjaciela.

- Mike, żartujesz sobie, ale ty ich nie znasz. Nie wiesz, 

do czego są zdolni. - Mika złożyła ręce jak do modlitwy. - 
Trzeba nad tym wszystkim pomyśleć, kogoś się poradzić. 
Mamy jeszcze czas - spojrzała na zegarek - do dziesiątej 
zostało   prawie   dwanaście   godzin.   Może   dobrze   byłoby 

background image

zadzwonić do Camerona? Może on coś wymyśli?

-  Nie, to skomplikowałoby tylko całą sprawę. Grubas 

zacząłby interweniować, a to mogłoby się źle skończyć 
dla Anny. Teraz szkoda czasu, a później stary Bill będzie i 
tak miał szansę się popisać. - Mike zareagował stanowczo, 
nudziła   go   rozmowa   o   tym,   co   już   i   tak   zostało 
postanowione. Próżne dyskusje nie były w jego stylu.

-  Mika,   dalsza   rozmowa   na   ten  temat   nie   ma   sensu. 

Jedna śmierć w mojej rodzinie to dość. Jeśli możemy nie 
dopuścić do drugiej, zrobimy to - odezwał się z pewnym 
patosem Jim, a dziewczyna poczuła, że chyba nigdy w 
życiu nie czuła do nikogo takiej nienawiści jak do tego 
mężczyzny. Jim był jak Jonasz, sprowadzał na Michaela i 
na   nią   same   kłopoty.   Michael   wyczuł   jej   nastrój   i 
powiedział swoim balsamicznym głosem:

-  Uwierz, że wybraliśmy najlepsze wyjście z tej całej 

gównianej sytuacji. - Zauważyła, że cały czas mówił teraz 
w liczbie mnogiej. Zirytowało ją to, bo nawet kiedy byli 
razem,   wcale   jej   nie   nadużywał.   Mike   natychmiast 
zareagował na zmianę jej wyrazu twarzy i szybko dodał: - 
Nie martw się, kochanie, jakoś to przeżyjemy.

Wypili   jeszcze   po   kieliszku   szampana,   Mike 

uregulował rachunek i wyszli z restauracji, odprowadzani 
podejrzliwym   wzrokiem   kelnera.   Za   dużo   szeptali   nad 
stołem. Przestali mu się podobać, węszył spisek i zarzucał 
sobie brak odpowiedniej czujności.

Szli   całkiem   pustą   ulicą.   Wieczór   był   chłodny,   ale 

pogodny. Niebo rozgwieżdżone, ale  gwiazdy wydawały 

background image

się   dalekie,   nie   tak   jak   w   Kalifornii,   gdzie   miało   się 
wrażenie, że wiszą wprost nad głową. Przez dłuższy czas 
nie odzywali się do siebie, aż wreszcie Mika oznajmiła:

- Będę nocowała u rodziców. Złapię taksówkę.
- Odwieziemy cię - zaproponował Mike i machnął ręką 

na przejeżdżający samochód.

Gdy podjechali pod blok, w którym mieszkali rodzice 

Miki, wraz z nią wysiadł z samochodu i poprosił, żeby 
kierowca   poczekał.   Jim   wysunął   głowę   przez   otwarte 
drzwi i powiedział:

- Cześć Mika. Good luck.
Miała   wrażenie,   że   nie   jest   całkiem   przytomna, 

wszystko,   co   znajdowało   się   w   zasięgu   wzroku,   było 
zamazane. Dom rodziców stracił kontury i rozpływał się 
w przestrzeni. Lekko wsparła się o Michaela, ale szybko 
cofnęła rękę. On jednak przytulił dziewczynę do siebie i 
wyszeptał jej do ucha:

- Nie martw się o mnie, wcale nie jestem tego wart.
-  Ale ja cię kocham - odpowiedziała Mika bezradnym 

szeptem.

Michael   poczuł   się   śmiertelnie   zmęczony.   Za   dużo 

oczekiwała, podczas gdy jej czas, który do niedawna tak 
bardzo liczył się dla niego, już minął. Nie okazał jednak 
ani   rozczarowania,   ani   zniechęcenia.   Zwykle   potrafił 
trzymać   uczucia   na   wodzy.   Pocałował   dziewczynę   w 
policzek, a potem w rękę i dodał jeszcze, wsiadając do 
taksówki:

- Dziękuję za wszystko. Naprawdę.

background image

Mika   długo   stała   bez   ruchu,   wpatrując   się   w   pustą 

przestrzeń,   bo   ciągle   miała   nadzieję,   że   Mike   po   nią 
wróci.   Ale   nie   wrócił,   więc   w   końcu   ciężkim   krokiem 
ruszyła   w   stronę   domu.   Cichutko   otworzyła   drzwi. 
Rodzice, na szczęście, spali. Usiadła na łóżku w swoim 
dawnym  pokoju  i  tak,  kompletnie  ubrana,  przesiedziała 
kilka   godzin.   Myślała   o   Michaelu,   ale   także   o   Annie. 
Przyszła pora, żeby ona, Mika, pokazała, ile naprawdę jest 
warta.   O   6.30   podjęła   ostateczną   decyzję.   Od   tego 
momentu poruszała się jak w transie. Wyszła na spacer z 
psem,   wzięła   kąpiel,   zjadła   śniadanie   i   serdeczniej   niż 
zwykle pożegnała się z rodzicami. 

background image

Rozdział 26

Jim i Michael obudzili się o świcie. Męczył ich kac. Po 

odwiezieniu   Miki   i   powrocie   do   domu,   nie   potrafili 
wymyślić dla siebie żadnego zajęcia, więc postanowili się 
upić.   „I   tak   -   argumentował   Mike   -   nie   mamy   nic   do 
stracenia, a w więzieniu będzie panowała posucha. Tam 
nie   dostaniemy   ani   whisky,   ani   koniaku   -   mówił, 
wyjmując z szafki kolejne butelki - ba, nie będzie nawet 
wódki ani piwa".

Jim zgadzał się z przyjacielem, więc żłopali alkohol do 

czwartej   nad   ranem.   Obaj   zdawali   sobie   sprawę,   że 
powinni zastanowić się nad własnym losem i wszelkimi 
możliwymi konsekwencjami wspólnej decyzji, ale wcale 
nie mieli na to ochoty. Będzie, co ma być.

-  Ciekawe,   jak   czuje   się   Anna?   Może   ten   skurwiel 

przynajmniej pozwoli się nam z nią zobaczyć - powiedział 
nad ranem Michael.

-  Wątpię,   ale   wkurwia   mnie,   Mike,   że   masz   takie 

wielkie serce i martwisz się o Sarę, Annę, Mikę - jesteś 
jak Matka Teresa z Kalkuty, ale gdyby się tu pojawiły 
wszystkie trzy, to byś je przeleciał, a potem każdej z nich 
powiedział: przepraszam.

- Pomyliłeś się w rachunkach, Jim. Nie trzy, a cztery...
- Jak to? - Jim sprawiał wrażenie lekko zdetonowanego.
- A Matka Teresa? Zapomniałeś?

background image

Zaczęli się śmiać. W ich przyjaźni najlepsze było to, że 

zawsze potrafili się nawzajem rozśmieszyć. Często nawet 
denerwowali   innych,   wybuchając   w   towarzystwie 
niezrozumiałymi dla nich atakami chichotu. Tak było od 
pierwszego   dnia   ich   znajomości.   Niegdyś   obaj   doszli 
nawet do wniosku, że nic tak nie łączy ludzi jak podobna 
struktura   poczucia   humoru.   „Nasza   struktura   to 
stuprocentowa wełna" - stwierdził wówczas Mike. „A ja 
powiedziałbym raczej, że czysty jedwab" - odparł Jim i 
znów pękali ze śmiechu.

Jeśli tylko trafią do jednej celi, może wcale nie będzie 

im   tak   źle,   jakoś   przetrwają.   Obu   podobała   się 
solidarność, która ich teraz łączyła, bo w Ameryce nigdy 
nie   mieli   okazji   tego   doświadczyć.   Teraz   razem   stawią 
czoło pułkownikowi. Nie czuli strachu, tylko niepewność 
i   niepokój,   a   Mike   dodatkowo   jeszcze   odczuwał,   jak 
ćmiący ząb, poczucie winy.

Budzik   zadzwonił   punktualnie   o   ósmej   trzydzieści. 

Walcząc z kacem, obaj przygotowywali się do wyjścia. 
Do niewielkich toreb pakowali po kilka zmian bielizny, 
kilka książek, przybory toaletowe, swetry.

- Nie wiem, co się może jeszcze przydać - narzekał Jim, 

upychając do torby kolejne rzeczy. - Nigdy jeszcze nie 
zabawiłem w więzieniu na dłużej.

-  Ja   wezmę   jeszcze   aspirynę,   witaminy,   krople 

żołądkowe i może... wapno - poważnie wyliczał Mike.

Jim popatrzył na niego spod oka i znów obaj ryknęli 

śmiechem. Czuli, że ten śmiech ich oczyszcza i wzmacnia. 

background image

To   jeszcze   nie   jest   koniec   świata,   powtarzał   sobie   w 
duchu Jim,  tylko ciekawa  przygoda. Dobry materiał  na 
reportaż i na wspólne wspomnienia, ale niech to diabli 
wezmą, po co się tu pchałem?  I nagle przyszło mu  do 
głowy,   że   gdyby   matka   nie   napisała   listu,   gdyby   nie 
złożyli   wizyty   Leskim   i   nie   poszli   z   Anną   do   Miki   - 
sprawy potoczyłyby się inaczej. Gdyby nie fakt, że ma 
polskie   korzenie,   jego   obecny   los   byłby   zupełnie 
odmienny. Wobec tego nie tylko jego własna przeszłość 
ma   znaczenie,   ale   liczy   się   także   przeszłość   przodków. 
Czerpał z kapitału z odsetkami, na który składały się losy i 
postępki   minionych   pokoleń   jego   bliższych   i   dalszych 
krewnych.   Przecież   gdyby   nie   postępowanie   dziadka 
Skalskiego, matka nie znalazłaby się w Ameryce, a tym 
samym   i   on   nie   pojawiłby   się   na   tym   świecie.   Czy   to 
możliwe? Kto mógłby sobie wyobrazić ten świat bez Jima 
Keatona?, pomyślał z ironią, na którą zawsze było go stać 
w trudnych okolicznościach.

-  Jim,   co   tak   stoisz?   -   niecierpliwił   się   Mike.   - 

Chodźmy, bo się spóźnimy.

Pięć   minut   przed   dziesiątą   byli   już   w   biurze   u 

pułkownika. Sekretarka poprosiła, żeby poczekali, bo szef 
jest zajęty. Mijały długie minuty, ale drzwi jego gabinetu 
pozostawały zamknięte. Mike i Jim drzemali na miękkich 
fotelach. Około dwunastej sekretarka podała im herbatę, 
którą wypili z rozkoszą. I znów nic się nie działo. Minęły 
następne   dwie   godziny.   Wreszcie   Mike   wstał   z   fotela, 
przygładził włosy i podszedł do biurka sekretarki.

background image

- Czy moglibyśmy pójść do domu? - zapytał grzecznie 

po polsku. -  Pułkownik spóźnił  się   już  cztery godziny. 
Byliśmy umówieni na dziesiątą.

-  Oczywiście   -   odparła   sekretarka.   -   Dziwiłam   się 

nawet, że panowie tak długo tu siedzą...

Chciała jeszcze coś dodać, ale Jim pociągnął Michaela 

za rękaw i szybkim krokiem wyszli z urzędu. Usiedli w 
pobliskiej   kawiarni   i   zastanawiali   się,   co   to   wszystko 
oznacza. Nagle okazało się, że nie mają co ze sobą zrobić. 
Czuli   się   tak,   jakby   wrócili   do   świata   żywych   już   po 
pochówku i stypie. Życie toczyło się dalej, oni zaś z niego 
wypadli   i   nie   potrafili   wrócić   na   swoje   miejsca.   Mike 
próbował dzwonić z automatu w kawiarni do Miki, ale nie 
było jej w domu. Wreszcie zdecydował, że zadzwoni do 
pułkownika.   Drżącą   ręką   wybrał   numer,   a   pułkownik 
odezwał   się   po   pierwszym   dzwonku.   Był   chłodny,   ale 
uprzejmy.

-  Nastąpiły nieprzewidziane okoliczności - powiedział 

półgłosem. - Gdzie jesteście?

Michael podał nazwę kawiarni.
-  Będę   tam   za   pół   godziny   -   oznajmił   i   jak   zwykle 

natychmiast odłożył słuchawkę.

Zjawił się przed trzecią. Kawiarnia była prawie pusta. 

Zamówił kawę i przyjrzał się uważnie obu Amerykanom.

-  Jakoś   nie   najlepiej   wyglądacie   -   pokiwał   głową 

pułkownik.

-  Spodziewaliśmy   się   najgorszego   -   wyznał   szczerze 

Mike i lekko się uśmiechnął.

background image

-  Tacy   jak   ty   -   odezwał   się   po   dłuższej   chwili 

pułkownik - takie właśnie bogate dupki mają szczęście... 
Twoja dziewczyna, Mika, zgłosiła się dziś o dziewiątej do 
mojego biura i złożyła zeznanie... - Przerwał i siorbnął łyk 
kawy.   Jim   i   Michael   czekali   na   jego   dalsze   słowa   w 
pełnym napięcia milczeniu.

- No więc - kontynuował pułkownik - przyznała się, że, 

kiedy przesłuchiwałem ją i Annę Leską, ściągnęła z biurka 
mój pistolet i postrzeliła swoją byłą przyjaciółkę. Zrobiła 
to z zazdrości, gdyż Leska wyznała, że spędziła noc z jej 
amerykańskim chłopakiem w Podkowie Leśnej, w domu 
Zawadzkich.

- I co pan zrobił? - zapytał głuchym głosem Jim.
- Jak to co? - zdziwił się pułkownik. - Aresztowałem ją. 

Nic  innego nie mogłem zrobić. Anna  Leska  jest  już  w 
szpitalu, podali jej kroplówkę, ma się lepiej...

- Przecież pan wie, że to nieprawda, że Mika skłamała. 

To   my   mieliśmy   się   przyznać.   -   Michael   rozpaczliwe 
szukał właściwych słów. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł 
się tak beznadziejnie.

- Przyznam, że takie rozwiązanie bardzo mi odpowiada. 

Prawda nie odgrywa w tej sprawie najmniejszej roli, jak i 
zresztą w wielu innych. Liczą się zeznania. Przyniosłem 
wasze   paszporty.   Myślę,   że   jest   to   nasze   ostatnie 
spotkanie. Radzę  jak najszybciej stąd wyjechać, zresztą 
już rozmawiałem o waszym wyjeździe z Cameronem z 
ambasady.

-  Czy   będziemy   mogli   zobaczyć   się   z   Miką? 

background image

Porozmawiać   z   nią?   -   Michael   z   trudem   artykułował 
słowa. Czuł ucisk w klatce piersiowej i przemknęło mu 
przez myśl, że za chwilę może dostać zawału. Ale wolałby 
chyba   atak   serca,   od   pełnej   upokorzenia   wdzięczności, 
którą w tej chwili odczuwał dla Miki. Nie zasługiwał na 
takie   poświęcenie,   ale   z   góry   wiedział,   że   z   niego 
skorzysta.

-  Oczywiście,   że   nie   zezwolę   na   żadne   spotkanie   - 

odparł   stanowczo   pułkownik.   -   Zaczną   się   rozmowy, 
matactwa, podczas gdy tu mamy do czynienia z czystą 
sprawą. A jeszcze i wam przyjdzie do głowy, żeby coś 
kręcić. Nie ma mowy, żadnych spotkań.

-  My   nie   możemy   tego   tak   zostawić.   Będziemy 

walczyć,   przecież   to   wszystko   jest   jednym   wielkim 
kłamstwem. - Jim nie posiadał się z oburzenia.

- A jaka jest ta prawda? - Pułkownik był już wyraźnie 

zniecierpliwiony. - Czy może taka, iż to jeden z was zranił 
Annę? Oczywiście, że nie. Nawet was przy tym nie było. 
Co kombinujecie? Udało się wam wykręcić sianem, to się 
cieszcie. Mało brakowało, żebym zamknął jednego z was.

-  To   pan   ją   postrzelił   -   stwierdził   spokojnie   Mike, 

wskazując pułkownika palcem. - Taka jest prawda.

- Tak ci się tylko wydaje. Musiałbyś zresztą udowodnić 

swoją hipotezę, chłopcze. - Pułkownik się roześmiał. - A 
to   w   tym   kraju,   nawet   dla   Watsonów-Smithów   i   z   ich 
pieniędzmi, jest absolutnie niemożliwe.

- Dlaczego? - odruchowo zapytał Mike.
-  Bo   to   jest   mój,   a   nie   twój   kraj,   drogi   chłopcze. 

background image

Żegnam was i życzę miłej podróży. I dobrze wam radzę, 
nawet   nie   próbujcie   żadnych   numerów.   Ostrzegam,   bo 
was   polubiłem,   ale   jak   przyjdzie   co   do   czego,   moje 
uczucia nie będą miały nic do rzeczy.

- A pieniądze w banku szwajcarskim? Oskarżymy pana 

o łapownictwo. - Jim podniósł głowę i groźnie spojrzał 
pułkownikowi prosto w oczy.

- O ile wiem, nie masz ani grosza w żadnym banku, mój 

kochany. O jakich pieniądzach mówisz? A poza tym, za 
co miałbym wziąć łapówkę od takich dwóch niewiniątek 
jak   wy?   -   Pułkownik   wyglądał   na   naprawdę 
zaskoczonego. Michael pociągnął Jima za rękaw, żeby ten 
dał już spokój. Pułkownik wstał, rzucił na stół banknot 
przewyższający   znacznie   cenę   kawy,   którą   wypił. 
Odwrócił się na pięcie i pomachał im ręką.

- Adieu - powiedział, ale odchodząc, jeszcze zapytał: - 

A ile zapłaciliście tej dziewczynie za jej poświęcenie dla 
was? Ciekaw jestem, ile to kosztowało?

Mike wstał, wyglądał, jakby chciał pobiec za nim, ale 

usiadł z powrotem.

-  Adieu   -   powtórzył   Jim,   odprowadzając   wzrokiem 

pułkownika. - Diabły zawsze gadały po francusku.

-  Nie   chce   mi   się   śmiać   z   twoich   kretyńskich 

dowcipów, Jim. Jakoś nie jestem w nastroju. - Michael 
wstał od stolika. - Chodźmy stąd.

W   czterdzieści   godzin   później   Bill   Cameron   i   Maria 

Leska   odprowadzili   obu   Amerykanów   na   lotnisko.   Jim 
dziękował   Bogu,   że   Anna   żyje,   a   ciotka,   po   jej 

background image

odnalezieniu,   odzyskała   chęć   do   życia.   Wcześniej   obaj 
odwiedzili Annę w szpitalu, ale niewiele z nią rozmawiali, 
bo była bardzo słaba. Po kilku minutach Jim, na cichutką 
prośbę   kuzynki,   zostawił   Michaela   samego   z   Anną. 
Czekając na przyjaciela, snuł się po korytarzu. Żałował 
teraz,   że   nie   okazywał   Mice   więcej   sympatii.   Swoim 
postępkiem wzbudziła jego podziw i szacunek, ale także 
zazdrość. Dla mnie nikt nigdy się tak nie poświęcał, a dla 
Michaela,   myślał   rozgoryczony,   kobiety   byłyby   gotowe 
pójść nawet na szafot. Ale i on, tak samo jak Michael, 
czuł się wobec niej winien, bo poświęcenie tej kobiety 
ocaliło   od   kłopotów   także   i   jego.   Miał   wobec   Miki 
niespłacony dług, o którym wiedział, że już zawsze będzie 
uwierał   jego   sumienie.   Musimy   coś   zrobić.   Ona   nie 
powinna brać tego na siebie, myślał, ale z góry wiedział, 
że obaj po prostu wyjadą.

Kiedy   Michael   wyszedł   wreszcie   od   Anny,   Jim   nie 

mógł się powstrzymać i zadał mu pytanie:

- Co ci powiedziała?
- Życzyła mi, żebym był szczęśliwy - mruknął Michael.
- Nic więcej? - dopytywał się Jim wbrew sobie.
- Nic - odparł Mike. Jim jednak zauważył, że oczy ma 

podejrzanie   wilgotne.   Szybkim   krokiem   wyprzedził 
Michaela, bo czuł, że sam za chwilę się rozklei i rzucił 
tylko:

- Zasrany świat... Dobrze, że stąd wyjeżdżamy.
Nie   spodziewał   się   usłyszeć   od   Michaela   żadnej 

odpowiedzi,   ale   ten   nieoczekiwanie   odezwał   się 

background image

opanowanym już, ale nadal smutnym głosem:

- Od tego i tak nie da się uciec, sam dobrze wiesz, Jim... 

background image

Epilog 

Minęło   siedem   lat.   W   czerwcu   1989   roku   w   Polsce 

odbyły się pierwsze od kilkudziesięciu lat demokratyczne 
wybory,   które   komuniści   przegrali.   Jim   uważnie   czytał 
artykuł na ten temat, siedząc w elegancko umeblowanym 
gabinecie swojego domu w Hollywood Hills. Po powrocie 
do   Kalifornii,   nieoczekiwanie   dla   wszystkich,   porzucił 
dziennikarstwo.   Nie   potrafił   opisać   w   spodziewanych 
przez kierownictwo redakcji reportażach tego, co się w 
Polsce działo. Miał poczucie, że nie sprawdził się tam w 
żadnej   roli,   ani   jako   mężczyzna,   ani   jako   dziennikarz. 
Miał poczucie, że zbyt wiele rzeczy mu umknęło, że nie 
nadaje się do tego zawodu. Nie widział żadnej potrzeby, 
aby   dzielić   się   z   czytelnikami   swoimi   polskimi 
doświadczeniami.   Przeciwnie,   chciał   je   ukryć   przed 
dociekliwym światem. Kiedy jednak żegnał się z szefem 
działu zagranicznego, Jonasem, ten powiedział: „Robisz 
błąd, bo zanadto się przejmujesz, ale nie będę namawiał 
cię do powrotu".

Przez   pół   roku   Jim   żył   z   oszczędności   i   pieniędzy 

podsyłanych   mu   przez   starych.   Sprzedał   BMW.   Nie 
udzielał   się   towarzysko,   prawie   nie   widywał   się   z 
Michaelem, który także odzywał się do niego niezmiernie 
rzadko.   Siedział   w   domu,   czytał   lub   bezczynnie   leżał, 
gapiąc   się   w   sufit.   W   porze   lunchu   wychodził   do 

background image

pobliskiej knajpki, gdzie jadał stale te same dania, które 
popijał czerwonym winem, a wychodząc z restauracji, w 
pobliskim sklepie kupował sobie jeszcze butelkę lub dwie 
na popołudnie i wieczór. Z codziennego upijania się na 
smutno   po   kilku   miesiącach   wyciągnęła   Jima   Barbara, 
która   zadzwoniła   do   niego   pewnego   wieczora, 
oznajmiając, że jest wolna i że tęskni za nim, że jej go 
brakuje.   Zaczęli   się   znów   spotykać,   a   któregoś   dnia 
Barbara   zaprosiła   go   na   kolację,   podczas   której 
powiedziała   Jimowi,   że   jest   w   ciąży.   Ucieszył   się   i 
natychmiast   oświadczył.   Uroczysty   ślub   odbył   się   w 
ratuszu   w   Santa   Barbara,   a   świadkiem   był   Michael 
Watson-Smith.

Energia   Barbary   i   wiara   w   jego   zdolności   dodały 

Jimowi pewności siebie. Zaczął ostro pracować. Napisał 
scenariusz, według którego powstał całkiem niezły film. 
Podpisał kilka umów na dalsze scenariusze, w jednym z 
prestiżowych   dzienników   miał   stały   felieton.   Dobrze 
zarabiał, a Barbara, której kariera naukowa rozwijała się 
doskonale,   otrzymywała   krocie   za   swoje   książki   z 
dziedziny psychologii. W chwilach szczerości przyznawał 
sam przed sobą, że nie kocha Barbary. Lubił ją, był do 
niej   przywiązany,   dała   mu   rozkoszną   i   śliczną 
dziewczynkę o imieniu Kathy, która niedawno skończyła 
pięć lat. Jednak Barbara nie była tą jedyną wymarzoną 
kobietą,   o   której   myślał   przez   całe   dorosłe   życie. 
Małżeństwo z nią było kompromisem między marzeniami 
a tym, co podsunął mu los, ale dzięki Barbarze i córce 

background image

pozbył   się   dręczącego   go   wcześniej   uczucia 
niedopasowania   własnej   osoby   do   kształtu   świata,   w 
którym żył. W jakimś sensie, przyznawał sam przed sobą, 
opłaciła mu się rezygnacja z ideału. Mimo to od pewnego 
czasu   zaczął   odczuwać   znudzenie   swoją   szczęśliwą 
egzystencją.

Wdał   się   w   romans   ze   swoją   byłą   nauczycielką 

polskiego,   miss   Zawadzky.   Spotkał   ją   przypadkiem   w 
polskiej księgarni. Poszli na kawę, a potem, zaraz tego 
samego dnia, do niej. Była od niego kilka lat starsza, jej 
syn miał prawie dwadzieścia lat, ale Elizabeth, mimo że 
miała   czterdzieści   dwa   lata,   nadal   była   bardzo 
pociągająca. A ponadto dawała mu czułość, którą rzadko 
teraz dostawał od Barbary, stawiającej mu coraz wyższe 
wymagania. Nie miał wątpliwości, że żona go kocha, ale 
okazywała   to,   zdaniem   Jima,   w   sposób,   w   jaki   trener 
okazuje uczucie swojemu ogierowi, którego wystawia do 
wyścigów.   Na   zewnątrz   jednak   stanowili   doskonałą   i 
pełną sukcesów parę, mieli piękny dom i więcej niż spore 
konto w banku. Jim wiedział, że nie ma prawa skarżyć się 
na los. Jego matka, która stale korespondowała z ciotką 
Leską, poinformowała  go kiedyś, że  Anna ma  dziecko, 
które   samotnie   wychowuje.   Nie   zapytał   ani   o   płeć 
dziecka,   ani   o   jego   wiek.   Ponieważ   nie   utrzymywał 
kontaktu   ze   swoją   kuzynką,   regularnie   posyłał   matce 
pieniądze do Iowa, żeby ta przesyłała je do Warszawy, 
ciotce,   Annie   i   jej   dziecku.   Nigdy,   choć   sam   nie   miał 
pojęcia   dlaczego,   nie   wspomniał   o   tym   Michaelowi. 

background image

Poinformował go tylko pewnego dnia, że Anna, po długim 
pobycie w szpitalu psychiatrycznym, gdzie leczyła się z 
depresji, odzyskała chęć do życia i zaczęła pracować jako 
tłumaczka.

Wzajemne stosunki Michaela i Jima wróciły do normy 

w   dwa   lata   po   ich   powrocie   z   Polski,   kiedy   adwokat 
Michaela przesłał wiadomość, że Mika wreszcie została 
zwolniona   z   więzienia.   Wtedy   zaczęli   spotykać   się   w 
dawnym rytmie, jakby fakt uwolnienia dziewczyny zdjął z 
nich odium winy i wstydu. Wspominali czasem Polskę, 
ale   tylko   wówczas,   kiedy   byli   we   dwóch,   nigdy   nie 
dzielili się wspomnieniami w większym gronie. Michael, 
uznał Jim, bardzo się zmienił od czasu powrotu z Polski. 
Zamknął   się   w   sobie,   nie   miał   już   też   porywającego 
entuzjazmu dla codzienności, którym z łatwością uwodził 
otoczenie,   częściej   sięgał   po   alkohol.   W   jednej   ze 
szczerych rozmów wyznał kiedyś Jimowi: „Przekonałem 
się, że życie nawet dla Watsonów-Smithów potrafi być 
parszywe".

Michael,   po   powrocie   z   Polski,   dokończył   szybko 

doktorat   z   finansów,   a   potem   pomagał   stryjowi   w 
prowadzeniu   wydawnictwa.   Okazało   się,   że   ma   wielki 
talent   do   tego   interesu,   co   często   podkreślał   Andrew 
Watson-Smith,   dumny   ze   zdolności   i   operatywności 
bratanka, który poszerzył wydawnictwo o kilka tytułów i 
pomnożył jego zyski. Michael pracował bez wytchnienia 
całymi   dniami,   a   w   wolnych   chwilach   oddawał   się 
licznym romansom, lecz z nikim nie związał się na stałe. 

background image

Opiekował   się   jedynie   Sarą,   która   miała   problemy   z 
alkoholem   i   lekomanią,   w   związku   z   czym   jej   kariera 
wisiała na włosku. Jim spotkał niedawno Sarę u Michaela 
i przeraził się jej wyglądem. Była tak chuda i blada, że 
twarz przypominała pośmiertną maskę. Po wyjściu Sary 
długo   o   niej   rozmawiali,   a   Mike   stwierdził,   że   żadnej 
kobiecie nigdy jeszcze nie przyniósł nic, poza kłopotami. 
Przyznał  też,  że   dawno  temu   napisał   listy,  zarówno   do 
Miki, jak i do Anny, ale żadna mu nie odpisała.

Jim skończył czytać artykuł o Polsce, starannie złożył 

gazetę I wykręcił numer do Michaela. Gdy ten podniósł 
słuchawkę, od razu zapytał:

- Co myślisz o tym, co dzieje się w Polsce?
-  Chyba trzeba będzie to sprawdzić osobiście - odparł 

błyskawicznie Mike.

Jim odchrząknął, bo nie spodziewał się takiej reakcji.
-  Dobry   pomysł   -   stwierdził   po   chwili.   -   Ale   chyba 

trzeba będzie z tym poczekać. Najpierw muszę skończyć 
scenariusz.

-  Jasne,   przecież   każdy   z   nas   jest   uwikłany   przede 

wszystkim   w   swoją   własną   historię.   Zresztą   masz 
rodzinę... - Mike przerwał na chwilę i Jim usłyszał, jak 
mówi: „Ależ tak, proszę wejść i przejrzeć te papiery". Po 
chwili Michael znów odezwał się do słuchawki: - Wrócę 
tam, najszybciej jak się da.

- Tylko po co, Mike? - zapytał Jim.
-  Może po to, żeby poszukać sprawiedliwości, a może 

po to, żeby siebie usprawiedliwić. Sam nie wiem... zresztą 

background image

jeszcze   o   tym   pogadamy.   Nie   mogę   teraz   rozmawiać. 
Mam mnóstwo roboty. Cześć.

W kilka miesięcy później obaj przyjaciele czekali na 

lotnisku w Los Angeles na samolot do Nowego Jorku, z 
którego mieli się przesiąść do rejsowego airbusa, lecącego 
do Warszawy. Jima odprowadzała cała rodzina, Barbara z 
Kathy, rodzice, którzy akurat przyjechali do Los Angeles, 
aby odwiedzić wnuczkę, teść wraz z teściową, rozgadaną 
Mildred. Tym razem, pomyślał lekko rozbawiony Jim, nie 
ma   na   lotnisku   miss   Zawadzky.   Uśmiechnął   się   na 
wspomnienie   ich   namiętnego   pożegnania   poprzedniego 
wieczora. Kątem oka dostrzegł Michaela - który tak jak 
dawno   temu   na   tym   samym   lotnisku   on   -   stał   z   boku, 
smutny   i   osamotniony.   Jego   ojciec,   Julien   J.   Watson-
Smith, dwa lata temu miał wylew, od tego czasu żona nie 
opuszczała go ani na chwilę. Stryj Andrew Watson-Smith 
wraz   z   czterdzieści   lat   młodszą   od   niego   kochanką 
pojechali   na   narty   do   Aspen,   Grace   spędzała   czas   z 
kolejnym narzeczonym, surfując na Karaibach, Sara była 
na   odwyku.   Jim,   spoza   pleców   swoich   licznie 
zgromadzonych   krewnych,   przyglądał   się   Michaelowi   i 
zastanawiał,   czy   jego   najlepszy   kumpel   odzyska   tę 
cholerną siłę, która sprawiała, że życie w jego obecności 
wydawało się tak atrakcyjne. Miał nadzieję, że tak. Nie 
wierzył,   by   Michaela   Watsona-Smitha   mógł   pokonać 
zwykły pułkownik.


Document Outline