background image

 

Rozdział 20 

 

Adrian 

 

 

Spodziewałem się różnych reakcji na moja propozycję. Płacz nie był żadną z nich.  

-  Okey.  –  Powiedziałem  ostrożnie.  –  Prawdopodobnie  brzmiałoby  to  lepiej  gdybym  miał 
pierścionek, prawda? – Pokręciła głową, wściekle ocierając łzy.  
- Nie, nie… Jest wspaniale. To znaczy, ja już nic nie wiem. Nie wiem, dlaczego płaczę. Nie 
wiem, co jest ze mną nie tak. 
 

Ja  wiedziałem,  co  jest  nie  tak.  Była  przez  cztery  miesiące  zamknięta,  z  czego 

większość  spędziła  w  ciemnościach  poddawana  psychicznym  i  fizjologicznym  torturom. 
Powiedziałbym, że wszystko jest pokręcone i nie takie, jakie być powinno, że ona taka jest. 
Dodajmy do tego stres związany z ucieczką z wieloma ucieczkami, więc to nic dziwnego, że 
miało to na nią wpływ. Nawet najsilniejsza psychicznie osoba miałaby problemy się po tym 
pozbierać.  Ona  potrzebuje  przerwy,  aby  wyleczyć  psychiczne  i  fizyczne  rany.  Ale  najpierw 
musimy pozbyć się tych cholernych Alchemików.  
 
-  Dobrze,  idź.  –  Powiedziała  kilka  chwil  później.  Dobrze  widziałem  jak  zamyka  w  sobie 
kłębiące  się  w  niej  emocje,  sądzi,  że  w  ten  sposób  pokazuje,  jaka  jest  silna.  Chciałem  jej 
powiedzieć nie musi ukrywać swoich odczuć, że to w porządku czuć się w ten sposób po tym, 
co  przeszła.  –  Wyjaśnij  mi  jak  ja  w  postaci  dziewiętnastoletniej  panny  młodej  mogę 
rozwiązać nasze problemy. Będąc wciąż na kolanach powiedziałem. 
 –  Wiem,  że  to  nie  było  częścią  planu.  W  każdym  razie  jeszcze  nie.  Wiem,  że  chciałabyś 
najpierw pójść do collegu zamiast brać ślub tak w pół drogi. - Skinęła głową.  
- Masz rację. I to nie z braku miłości do ciebie, wierz mi. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, 
poślubienia kogoś innego. Ale jesteśmy jeszcze tak młodzi… 
-  Wiem.  –  Mocniej  ścisnąłem  jej  dłonie.  –  Zastanów  się  nad  tym.  Sama  powiedziałaś,  że 
Moroje  będą  mnie  chronić.  A  kiedy  weźmiemy  ślub,  będziesz  moją  żoną  i  wtedy  również 
będziesz pod ich ochroną.  
 
Wcześniejsze  słowa,  Sydney  przypomniał  mi  o  czymś,  co  Lissa  powiedziała,  kiedy 
przyszedłem  do  niej  po  pomoc  dla  Sydney:  Jeśli  jeden  z  moich  ludzi  jest  z  powodu 
Alchemików  w  niebezpieczeństwie  to  tak  mogę  pomóc,  jednak  w  tym  przypadku  moja  ranga 
nic nie zmienia.
 Nie miałem wątpliwości, że na Dworze będę bezpieczny. Lissa będzie mnie 
chronić zawsze nawet wtedy, kiedy nie będę dobrym przyjacielem. Sydney miała racje, że nie 
może  się  spodziewać  takich  gwarancji,  co  insynuował  kierownik  hotelu.  Ale  jeśli  stanie  się 
Panią Iwaszkow…  
- Myślisz o tym jak o osobie, która dostaje obywatelstwo innego kraju tylko, dlatego bo kogoś 
poślubiła.  Nie  sądzę  żeby  działo  się  tak  samo  w  przypadku  Moroi  i  ludzi.  Nie  stanę  się 
automatycznie Morojką tylko, dlatego że za ciebie wyjdę. Twoi ludzie nie zaakceptują mnie 
jako jednego z nich. Myślę, że będą raczej wariować. – Powiedziała marszcząc brwi. 
- Prawda. – Przyznałem. –Ale to nie oznacza, że nie zostaną za coś takiego ukarani  
Nie odpowiedziała od razu i zaczynało denerwować mnie to milczenie. Zacząłem się martwić, 
i wyszukiwać inne problemy te, które nie miały już nic wspólnego z wątpliwą logiką mojego 
planu.  
- Jeśli nie jesteś pewna, o nas. – Znów przykułem jej uwagę.  
-  Oh,  Adrian,  nie.  To  nie  tak.  Mam  na  myśli  to,  co  powiedziałam.  Nigdy  nie  myślałam,  że 
wezmę ślub w tak młodym wieku, co nie zmienia faktu, że nie wyobrażam sobie życia z kimś 
innym. Myślałam, że to  stanie się w przyszłości. To swego  rodzaju szok. Pomyśl o tym jak 

background image

 

będzie  wyglądało  nasze  życie.  Jeżeli  potraktujemy  Moroi  jak  sanktuarium  to  czy  będziemy 
musieli  pozostać  na  Dworze  na  zawsze?  Czy  to  znaczy,  że  już  nigdy  nie  zobaczę  mojej 
rodziny?  
 
Zbiła  mnie  ty  z  tropu.  Największe  komplikacje,  jakie  bym  przewidział  to  reakcje  mojej 
rodziny i osób takich jak Nina. Będziemy mieli problemy, oczywiście, ale to, z czym ma do 
czynienia  Sydney  teraz  jest  ważniejsze.  Byłem  przygotowany  do  radzenia  sobie  z  tym,  co 
spotkamy  ze  strony  moich  ludzi,  ale  szczerze  mówiąc  nie  myślałem  na  tyle  daleko  by 
rozważać,  co  będzie  później.  Nie  było  na  to  łatwych  odpowiedzi.  Ale  z  przekonaniem 
stwierdziłem, że: 
-  To  będzie  krótkotrwałe.  Mam  na  myśli  to,  że  nie  wiem  jak  długo  to  będzie  trwało,  ale  w 
końcu to przejdzie a my będziemy mogli pojechać gdzie chcemy i zobaczyć się, z kim tylko 
chcemy. – Jej wyraz twarzy mówił, że jest do tego sceptycznie nastawiona. 
- Skąd to wiesz? 
-  Bo  wiem.  Wiem,  że  bez  względu  na  to,  co  teraz  przeżywamy  będzie  wszystko  dobrze 
dopóki będziemy razem. 
-Dobrze.  –  Powiedziała  po  dłuższych  obradach.  –  Jeszcze  jedna  rzecz.  Pomijając  to  całe 
sanktuarium  z  Moroi,  sądzisz,  że  jesteś  na  to  wystarczająco  silny?  Małżeństwo  to  nie  tylko 
kawałek papieru. – Wstałem z klęczek i usiadłem obok niej.  
- Wiem, że nie jest. - Odparłem.- I wiem, że będzie ciężko z różnych powodów. Ale myślę, że 
możemy  wykorzystać  go  po  naszej  stronie  tak  długo  jak  długo  będziemy  się  kochać.  – 
Myślałem  o  moich  rodzicach  i  ich  pozorach  małżeństwa.  To  wydawało  się  bardziej  niż 
komiczne w porównaniu do tego, co chcę zrobić z Sydney.  
-  Jak  przyjmę  twoją  propozycję  to,  co  wtedy?  –  Zapytała.  –  Jestem  pewna,  że  ten  hotel  ma 
kaplicę ślubną, ale nie ma szans na to, że zrobimy to tutaj.  
- Tak. – Zgodziłem się. Nie ma szans na to, aby Moroiski minister pobłogosławił ten związek. 
–  W  tej  chwili  Alchemicy  próbują  dostać  się  do  tego  miejsca.  Mamy  małe  okno  w  razie 
ucieczki. Możemy po prostu iść do sądu, o co chodzi? – Widziałem jak znów zaczyna krążyć 
myślami.  
- O nic. Po prostu… Nie ważne.  
- Powiedz mi.  
- Po prostu. – Westchnęła. – Mój życiowy plan uciekł przez okno. College, moja rodzina. Mój 
ślub przeniósł się o kilka lat. A mimo to nic się nie zmieniło. To znaczy zawsze wyobrażałam 
sobie, że będą na nim moi przyjaciele, ja w sukience. I całą tą pełną ofertę. Wiem, że to nie 
jest  najważniejsze.  Nie  zrozum  mnie  źle,  mogę  wziąć  z  tobą  ślub  w  koszulce  i  jeansach. 
Tylko to tak się różni od tego, czego chciałam. Potrzebuję po prostu chwili na dostosowanie 
się do tych wszystkich zmian.  
Pogłaskałem ją po policzku.  
-  Nie,  nie  musisz.  Nie  do  tych.  Daj  mi  chwilę.  –  Wstałem  i  wyciągnąłem  komórkę,  a  ona 
patrzyła  na  mnie  z  zaciekawieniem.  W  ciągu  kilku  minut  miałem  plan,  miałem  nadzieję,  że 
nie sprawi nam on tylko więcej kłopotów. – Dobrze, wychodzimy stąd teraz. Alchemicy się tu 
dostaną  jak  tylko  zakryją  tatuaże  makijażem.  Masz  jeszcze  jakieś  amulety  –  niewidki?  – 
Zaprzeczyła ruchem głowy.  
-  Mogę  rzucić  drobne  zaklęcie  niewidzialności…,  Ale  nie  będzie  ono  działać  w  tak 
zatłoczonym miejscu jak to. Zbyt dużo ludzi napotkasz.  
- Trudno. Chodź. – Wyciągnąłem do niej rękę. – Musimy się stąd wydostać teraz. 
 
Udaliśmy  się  z  powrotem  na  dół,  narzuciłem  na  nas  ducha,  że  pozostaniemy  zapomniani 
przez  każdego,  kto  nas  zobaczy  lub  podejdzie  zbyt  blisko.  Wiedziałem,  że  mój  plan  działa, 
kiedy  wyszliśmy  tuż  obok  Strażnika,  który  widział  mnie  wcześniej,  a  teraz  nawet  nie 

background image

 

zaszczycił mnie drugim spojrzeniem. Niestety nie będzie to działać na tych, co zobaczą nas z 
daleka. Nie mogłem działać na tak szerokie spektrum. Dlatego najważniejsze było ominięcie 
szpiegów  Alchemików.  Poprowadziłem  Sydney  do  podziemnych  tunelów  które  istniały  pod 
Witching Hour i prowadziły do rożnych punktów w mieście. Było wiele wyjść, i wiedziałem, 
że  za  chwilę  Alchemicy  będą  je  mieli  wszystkie  monitorowane.  Mam  tylko  nadzieję  że 
byliśmy przed nimi i  ten który wybrałem nie jest jeszcze pod obserwacją. Kiedy wyszliśmy, 
znajdowaliśmy się na głównej ulicy Las Vegas

1

. Żadne z nas nie zauważyło oznak śledzenia, 

więc  rozluźnieni  pod  magią  ducha,  podeszliśmy  do  ulicy  żeby  złapać  taksówkę.  I  już  po 
chwili  byliśmy  w  drodze  do  najbliższego  biura  dającego  nam  pozwolenie  na  ślub.  Pierwszy 
raz dopisywało nam szczęście, i czas był po naszej stronie, przez co rozumiem popołudnie w 
środku  tygodnia,  dzięki  czemu  nie  musieliśmy  stać  w  kolejce.  Wręczyliśmy  nasze  dowody 
urzędnikowi,  Sydney  zastrzeliła  go  swoim  uśmiechem,  kiedy  zajmował  się  papierkową 
robotą.  
 
- Sama chciałabyś wziąć ten ślub, czyż nie Panno Steele? 
-  To  byłoby  zdecydowanie  bezpieczniejsze.  –  Uśmiechnęła  się  do  mnie  krzywo.  –  Ale  jeśli 
mamy prosić Moroi o azyl musimy zrobić to tak legalnie jak to tylko możliwe. Więc chcesz 
Sydney Sage czy nie. – Pocałowałem ją w czubek głowy.  
- To jedyna rzecz, jakiej pragnę.  
To, że Alchemicy nie przyszli za nami do urzędu obrałem za dobry znak. Zabraliśmy nasze 
dowody  i  poszliśmy  złapać  taksówkę.  W  pobliżu  naszego  hotelu  znajduje  się  ogromne 
podziemne  centrum  handlowe  gdzie  pojechaliśmy.  Dwukrotnie  sprawdzałem  na  telefonie 
adres  a  następnie  kierowałem  Sydney  tam  gdzie  planowałem  wcześniej:  do  firmy,  której 
jedynym  celem  było  przygotowanie  cię  do  szybkiego  ślubu  w  Vegas.  Weszliśmy  do  części, 
która  była  wypełniona  sukniami  ślubnymi,  skąd  również  obserwowałem  teren  na  zewnątrz. 
Konsultantka podeszła do nas jak tylko przekroczyliśmy próg.  
-Wyglądacie na szczęśliwą parę. – Zastanawiałem się czy to prawda, ponieważ oboje byliśmy 
dość spięci z powodu tego całego śledzenia. – Jak mogę wam pomóc? 
- Bierzemy ślub. – Zadeklarowałem. – A ty masz dwie godziny, aby ją przygotować i dać jej 
wszystko, czego zapragnie. – Nawet Sydney wyglądała na zaskoczoną.  
- Adrian… - Zaczęła nerwowo.  
-Robicie  tutaj  makijaż  i  upinacie  włosy?  –  Zapytałem,  wskazując  salon.  –  Zabierz  ją  i  tam, 
pomóż  znaleźć  sukienkę.  Dobrą  sukienkę,  nie  jedną  z  tych.  –  Skinąłem  w  stronę  regału  z 
napisem PROMOCJA.  
- Adrian… - Powtórzyła Sydney.  
-A  ja  potrzebuję  smokingu.  –  Powiedziałem,  wziąłem  z  ręki  konsultantki  jej  obgryzione

2

 

pióro i kartkę. – To są moje wymiary, jeżeli coś będzie trzeba zmierzyć wierzę w twój osąd. 
Daj jej wszystko, co tylko będzie chciała. 
-Wychodzisz? – Zapytała Sydney w nagłym uświadomieniu.  
-  Mam  kilka  spraw  do  załatwienia.  Wrócę  za  dwie  godziny.  –  Ona  i  wciąż  oniemiała 
konsultantka  patrzyły  się  na  mnie.  –  Ach,  przypuszczam,  że  musimy  porozmawiać  o 
pieniądzach? Jakie  to  głupie  z  mojej  strony.  –  Znów  zabrałem  jej  pióro  i  kartkę.  Napisałem 
tuż obok moich wymiarów kwotę. Bardzo dużą kwotę. – Czy to obejmuje wszystko, co sobie 
zażyczy?  
Sydney jęknęła jak ją zobaczyła, konsultantka uniosła tylko brew.  
-  Tak,  sir.  Wystarczająco.  Nie  sądzę  jednak,  że  ma  pan  te  pieniądze  teraz  przy  sobie,  aby 
uiścić opłatę z góry? 

                                                 

1

 When we emerged, it was into a major hotel on the Strip. - Tutaj autorce chodzi o główną ulicę hoteli w Las 

Vegas, nie wiem czy język polski ma odpowiednik dla nazwy tej ulicy, dlatego tak to przetłumaczyłam. – E.  

2

 Fuj.  

background image

 

-Nie.  Ale  nie  potrzebujesz  tego.  Mam  szczerą  twarz.  Zaufaj  mi,  wrócę  tutaj  zapłacić 
rachunek. – W tym momencie zadziałałem kompulsją na pełnych obrotach, a konsultantka po 
chwili zastanowienia skinęła głową w akceptacji. Ironiczne jest to, że użyłem przymusu z taką 
siłą, że bez trudu namówiłbym ją do dania nam wszystkiego za darmo. Jednak Sydney nigdy 
by  mi  nie  wybaczyła,  że  zaczynamy  nasze  małżeństwo  od  tego  rodzaju  oszustwa.  Nie 
wspominając  już  o  tym,  że  ta  biedna  kobieta  została  by  zwolniona  po  czymś  takim. 
Pocałowałem  Sydney  w  policzek.    -  Miłej  zabawy,  do  zobaczenia.  –  Sydney  pospiesznie 
chwyciła mnie za ramię.  
- Adrian, co zamierzasz zrobić? Nie zdobędziesz tylu pieniędzy w dwie godziny. – Znów ją 
pocałowałem.  
- Zamierzam twój sen zmienić w prawdę, Sage. Zaufaj mi. A jeśli pojawią się Alchemicy… - 
To wydawało się mało prawdopodobne, ale musieliśmy się przygotować na wszystko. – Zrób, 
co tylko będziesz mogła, aby uciec. Spotkamy się we śnie albo przez Markusa.  
- Bądź ostrożny. – Wciąż wyglądała na zaniepokojoną.  
- Zawsze. – Skłamałem.  
Udałem się z powrotem do kompleksu handlowego starając się ukryć jak niepewnie się czuję. 
Mądrzejszą i bezpieczniejszą rzeczą byłoby już użyć tego okna do ucieczki w Vegas i wziąć 
ślub w innym miejscu. Ale po za tym to miejsce jest wręcz stworzone do szybkich ślubów, a 
moim największym pragnieniem było spełnienie się snów Sydney. Miałem tylko nadzieję, że 
nie będzie to nas drogo kosztować. Mój telefon zadzwonił, spojrzałem w dół spodziewając się 
złowieszczego ostrzeżenia od Markusa. Zamiast tego odczytałem wiadomość od Jill: 
 

To jest najbardziej romantyczna rzecz w historii. Czuję się jakbym oglądała specjalnie dla 

mnie zrobiony program w TV.  

 

Dzięki. – Odpisałem. – Jakieś wskazówki? 

 

Nie, to, co robisz, robisz dobrze. Eddzie jest na ciebie wściekły. Może teraz w związku z tym 

poczuje się lepiej.  

 

To była ulga wiedzieć, że do niej wrócił, że nie było błędem to, że ruszył Sydney na ratunek.  
 

Trzymaj to na razie w tajemnicy. Muszę być gotowy na wszystko. Pod warunkiem, że nas stąd 

wydostanę.  

 

W tej sprawie mogę pomóc. – Odpisała.  

 

Nie wiedziałem jak mogła pomóc, już nie wysłała innych wiadomości. A ja szybko zabrałem 
się  za  realizację  bieżących  zadań.  Nie  musiałem  długo  szukać,  aby  osiągnąć  mój  cel:  sklep 
jubilerski. Skup i sprzedaż. Nie był to do końca lombard, ale zasada ta sama. W końcu to było 
Las  Vegas.  Starszy  siwowłosy  mężczyzna  przywitał  mnie  jak  wszedłem  i  zapytał  jak  może 
pomóc. Wziąłem głęboki oddech. I wydawało mi się to nie do pomyślenia, ale wyciągnąłem 
jedną ze spinek cioci Tatiany.  
-  Ile  za  to  dostanę?  –  Słyszałem  jego  ciężki  oddech,  gdy  zabrał  ją  i  oglądał  pod  szkłem 
jubilerskim.  
Jak możesz mi to zrobić?- Płakała ciocia Tatiana. – Jak możesz wyrzucać moje klejnoty? 
- To nie jest wyrzucanie. To jest ważne. Robię to dla mojej przyszłości… 
- Przyszłości z człowiekiem!  

background image

 

-  Przyszłości  z  kobietą,  którą  kocham.  Kocham  cię  ciociu  Tatiano,  ale  ciebie  już  nie  ma. 
Sydney tu jest a moje miejsce jest przy niej. Te spinki nie robią nic dobrego tylko leżą u mnie 
na półce. 
– Fantom cioci Tatiany wciąż był oburzony.  
Zdradzasz mnie w ten sposób! 
 
Czułem się trochę rozdarty wewnętrznie. Raz wyjąłem rubin i sprzedałem go do lombardu w 
celu  późniejszego  odkupienia.  I  dostałem  go  z  powrotem  ledwo,  ledwo.  To  doświadczenie 
było  bardziej  niż  traumatyczne.  Teraz  nie  było  już  odwrotu.  Nie  tylko,  dlatego  bo  daję  całą 
spinkę.  Oddawałem  ja  na  dobre.  Z  naszymi  ograniczeniami  czasowymi  nie  byłem  w  stanie 
tyle wygrać i wrócić, aby ją odkupić. To była moja ofiara za sen Sydney.  
Kwota,  którą  mężczyzna  zaproponował  była  oczywiście  niska.  Zaczęliśmy  się  targować, 
nawzajem przebijając ceny. Już prawie zgodziliśmy się w cenie, (która oczywiście i tak była 
dużo niższa niż rzeczywista wartość spinki), kiedy wykonałem mój drugi ruch i wyciągnąłem 
drugą spinkę.  
 
-  Daj  mi  taką  kwotę.  Zawrzyjmy  umowę.  Chcę  te  kamienie  ustawione  w  linii,  z  jednym 
dużym  po  środku.  Wykończony  białym  złotem.  I  do  tego  potrzebuję  jeszcze  dwie  zwykłe, 
pasujące obrączki. Platynę możesz zachować jako zapłatę. Wartą dużo więcej niż dajesz mi w 
zamian. Oh, i musisz to zrobić w godzinę.  
 

Dogadaliśmy  więcej  szczegółów,  ale  wiedziałem  już,  że  dobiliśmy  targu.  W  końcu 

pokazał  mi  asortyment  pierścionków.  Nie  miałem  wiele  czasu  a  wybór  był  prostu 
potrzebowałem  wzór,  który  pomieści  jeden  duży  kamień  po  środku  z  mniejszymi 
prostokątnymi rubinami po bokach. Już planowałem jak to rozegrać, kiedy pokazał mi zestaw 
dopasowanych pierścionków z białego złota z drobnymi rubinami porozrzucanymi po okręgu, 
one  do  mnie  przemówiły.  Wyglądem  oddawały  hołd  spinkom,  które  zostały  na  ich  rzecz 
poświęcone.  
 

Zatwierdziłem wszystko, zabrałem pieniądze i przypomniałem, że ma tylko godzinę.  

Stamtąd udałem się do najbliższego kasyna, w którym grano na wysokie stawki. Udałem się 
do  części  z  pokerem.  Wcześniej  wykonując  jeden  bardzo  ważny  telefon.  Grać  z  tą  ilością 
pieniędzy, jaka mi pozostała było trudno, tym bardziej z wiedzą ile mam czasu. Gdybym je 
stracił  nie  miał  bym  już  czasu  odzyskać  ich  z  powrotem  i  cały  plan  ległby  w  gruzach. 
Pozostałem spokojny i nie wpadałem w panikę. Traktując to jako gra dla rozrywki opierając 
się na moim zwykłym czytaniu aury. Tutejsi gracze nie różnili się od innych, przeciw którym 
już grałem. Oni po prostu rzucali wokół zdecydowanie większe zakłady… 
 

Godzinę  później  opuściłem  stół  z  kwotą  wystarczającą  na  pokrycie  wszystkich 

ślubnych  wydatków  i  opuszczenie  Las  Vegas.  Udałem  się  z  powrotem  do  jubilera, 
sprawdzając czy wywiązał się z umowy. Schowałem pierścionki i wykonałem jeszcze jedną 
rozmowę telefoniczną. Zrobiłem jeszcze dwa przystanki, w drogerii i w sklepie z winami. Z 
westchnieniem ulgi zorientowałem się, że wykonałem ostatnie z moich zadań, prócz samego 
ślubu.  Udałem  się  z  powrotem  do  salonu  z  sukniami  ślubnymi,  zdziwiony  moją 
punktualnością w harmonogramie.  
 

Ostatnie  dwie  godziny  były  jak  szalone,  przez  ciągły  niepokój  czułem,  że  mój  świat 

jest wywrócony do góry nogami. Wszystko, co jest do zrobienia musi być teraz, teraz, teraz. I 
to było trochę bardziej niż surrealistyczne, kiedy wszedłem do sklepu i zobaczyłem Sydney… 
I czas staną w miejscu.  

background image

 

To  znaczy  powiedziałem  jej,  że  może  wybrać,  co  tylko  chce.  Nie  obchodziło  mnie  to. 
Naprawdę  mogliśmy  iść  do  ołtarza  w  jeansach  i  koszulce,  nawet  wtedy  poślubiłbym  ją  z 
sercem  pełnym  miłości.  Miałem  kilka  wyobrażeń  na  temat  tego,  jaką  suknie  wybierze.  Coś 
skromnego z długimi rękawami z koronki to było moje największe przypuszczenie. A może 
jedna z tych prostych sukien z krótkimi rękawami bez zbędnych dodatków. To była Sydney, 
spodziewałem się po niej pragmatyzmu.  
 

Nie  spodziewałem  się  starej  wersji  gwiazdy  Hollywood.  Owinięta  wokół  niej 

sukienka, dobrze dopasowana do jej ciała, które w żaden sposób nie wyglądało na zbyt chude. 
Z fałdkami organzy, ozdobiona koralikami i kryształkami. Tuż poniżej bioder przechodziła w 
styl syreny, przechodzący w tiul, na którym też były rozproszone małe koraliki. Tylko jeden 
pasek koronki okalał jej ramię, drugie było puste. Jej włosy, teraz dużo dłuższe niż wcześniej, 
spięte z tyłu głowy w prosty kok. Upięte grzebieniem z kryształków, z których spływał welon. 
Zwisające  kolczyki  były  jedyną  biżuterią,  a  mistrzowski  makijaż  zakrył  wszystkie  ślady 
zmęczenia  i  jej  złotą  lilię  żeby  nie  wyglądała  na  zbyt  dużą.  To  było  idealne.  Ona  była 
doskonała. Promienna. Cudowna. Wizjonerska.  
- Czuję, że znów powinienem być na kolanach. – Powiedziałem cicho.  
Posłała mi nerwowy uśmiech i przesunęła dłonią po sukni.  
- Powiedziałeś, że mogę sobie pozwolić na wszystko, ale mogę to zdjąć i naprawdę możemy 
pójść w koszulce.  
-  Nie  mogę  na  to  pozwolić.-  Powiedziałem  wciąż  przejęty  jej  urodą.  Dała  mi  małego 
kuksańca.  
- Idź się lepiej przebrać.  
 

Konsultantka  była  szczęśliwa  móc  zabrać  mnie  do  przymierzalni.  Była  jeszcze 

szczęśliwsza  widząc  moje  pieniądze.  Garnitur  był  klasyczny,  elegancki,  dwuczęściowy, 
czarny. Sprzedawczyni upewniła się, że chcę go kupić, a nie wypożyczyć. Zapewniłem ją, że 
tak.  Wypożyczenie  wiązałoby  się  z  użyciem  karty  kredytowej  a  chciałem  używać  jej  jak 
najmniej, nie chciałem zostawiać śladów. Im więcej mogłem płacić w gotówce tym lepiej.  
Sydney błysnęły oczy, kiedy wynurzyłem się z przymierzalni. Czułem się marnie tuż obok jej 
blasku, ale zapewniła mnie, że wyglądam niesamowicie. Konsultantka pomogła przypiąć mi 
piwonię  do  klapy  marynarki.  Zauważyłem,  że  Sydney  trzymała  w  ręce  mały  bukiecik 
różowych  piwoni.  W  drugiej  ręce  trzymała  dwie  torby  towarzyszące  nam  od  momentu 
przyjazdu do Nevady. A teraz miałem ich jeszcze więcej do dodania do kolekcji. Udało nam 
się  umieścić  wszystko  w  jednej  torbie  przed  wyjściem  ze  sklepu.  Siatkę  z  winem  Sydney 
obdarowała zdziwionym spojrzeniem.  
- Na co to? 
- Na miesiąc miodowy.  
- Myślałam, że to, co jest nam potrzebne, zawiera siatka z apteki.  
- To też. – Obiecałem. 
 

Zapłaciliśmy  za  wszystko  i  wyszliśmy  ze  sklepu  trzymając  się  za  ręce.  Ostatni 

kawałek  naszej  podróży  przebyliśmy  na  piechotę.  Naszym  celem  był  hotel  Firenze,  nowy 
hotel w włoskim klimacie. Był połączony z kompleksem handlowym. Mógłbym powiedzieć, 
Sydney  że  czułem  się  trochę  skrępowany  tym  spacerem  przez  tłum  w  ślubnym  rynsztunku, 
ale to wcale nie był niecodzienny widok  w  Las  Vegas.  Ludzi uśmiechali się do nas a wielu 
nam gratulowało. W ten sposób przyciągnęliśmy więcej uwagi niż chcieliśmy, ale udawałem, 
że  ci  wszyscy  ludzie  to  goście  biorący  udział  w  naszym  weselu.  To    i  jeszcze  to,  że  byłem 
bardziej niż dumny, aby pokazać moją wspaniałą narzeczona u mego boku.  

background image

 

Kiedy  dotarliśmy  przed  wejście  do  hotelu  Firenze  przyszła  nowa  wiadomość  od  Jill. 
Przeczytałem ją, co wywołało duży uśmiech na mojej twarzy.  
- Co jest? – Zapytała, Sydney.  
- Poczekamy, zobaczymy. – Powiedziałem. – Właśnie dostaliśmy nasz prezent ślubny.  
Firenze tak jak większość dużych kompleksów w Las Vegas miał sekcję kaplic ślubnych, do 
których  zaprowadziłem  Sydney  przez  kasyno.  Nerwowo  wyglądający  mężczyzna  w 
mundurze hotelu zatrzymał się, kiedy nasz zobaczył.  
- Ty jesteś Adrian? – Zapytał.  
- Tak. – Mężczyzna odetchną z ulgą.  
-  Okey,  macie  dziesięć  minut  by  wejść  i  wyjść,  zanim  wpadnę  w  kłopoty.  Jest  na  dziś 
zaplanowana  duża  impreza,  która  ma  zarezerwowane  to  skrzydło  i  zaczną  się  wkrótce 
schodzić.  
- To więcej niż potrzebujemy. – Odpowiedziałem, wręczając mu plik pieniędzy.  
-  Tędy.  –  Powiedział  kiwając  na  nas  i  prowadząc  do  drzwi  z  napisem  Toskańska  Kaplica. 
Otworzył dla nas drzwi. Sydney spojrzała na mnie zdziwiona.  
- Przekupiłeś go by móc wziąć ślub tutaj?  
-  Dobre  miejsca  trzeba  wcześniej  rezerwować,  nawet  w  Vegas.  –  Poprowadziłem  ją  do 
środka. – To był jedyny sposób, w jaki mogliśmy dostać się do Włoch.  
 

Weszła do środka i się roześmiała rozglądając z zachwytu. Kaplica była mała, na, tyle 

aby  pomieścić  około  pięćdziesięciu  ludzi.  Została  pomalowana  z  Amerykańskim 
wyobrażeniem  włoskiej  świetności.  Malowidła  na  ścianach  przedstawiały  pola  winogron,  a 
kopuła  była  pokryta  stadami  aniołów.  Obfitość  złota  na  wykończeniach  w  całym  pokoju 
poddawało w wątpliwość ich dobry gust, ale z jej błyszczącymi z zachwytu oczami nie miało 
to znaczenia.  
 

Z  przodu  sali  było  podium  ozdobione  kwiatami.  Za  nim  stał  fotograf  hotelowy  i 

urzędnik.  Wręczyłem  im  pieniądze.  Facet,  który  nas  wpuścił  pracował  w  biurze  rezerwacji 
ślubnych a ja w zasadzie musiałem wykonać kilka szybkich telefonów, aby przekonać ich, że 
ta nielegalna sprawa byłą warta ryzyka w zamian za salę i odpowiedni personel. Postawiliśmy 
nasz  bagaż  na  jednej  z  pustych  ław.  Ruszyliśmy  w  stronę  podium,  gdy  sobie  o  czymś 
przypomniałem.  
- Poczekaj. Najpierw to.  
Złapałem  ją  za  rękę  i  wsunąłem  nowo  wykonany  pierścionek  zaręczynowy  na  jej  palec. 
Sydney westchnęła na widok błyszczących kamieni a potem spojrzała na mnie z przerażeniem 
domyślając się skąd one pochodzą.  
- Adrian, to ze spinek twojej ciotki. – Poprowadziłem ją do przodu.  
- A teraz są twoje. 
Urzędnik  wiedząc  o  naszych  ograniczeniach  czasowych  poprowadził  uroczystość  w 
podstawowy  sposób,  co  ograniczało  się  do  tego,  co  było  wymagane  w  stanie  Nevada. 
Powiedział  tylko  jedną  rzecz,  która  była  całkowicie  od  niego.  Coś,  co  wypaliło  się  w  mojej 
pamięci  i  odtwarzało  za  każdym  razem,  kiedy  promień  światła  padał  na  krąg  rubinów  na 
palcu Sydney: 
- Do tej pory zawsze odpowiadałeś sam za siebie. Każda decyzja, jaką podejmowałeś była dla 
ciebie  i  ciebie  samego.  Teraz  przez  resztę  swoich  dni  twoje  życie  będzie  przywiązane  do 
kogoś  innego.  Każdą  decyzję,  jaką  podejmiesz  będzie  obowiązywała  was  oboje.  Co  będzie 
wpływało na inne. Jesteście rodziną, zespołem, nierozłącznym i niezniszczalnym. 
To  były  potężne  słowa  dla  kogoś  takiego  jak  ja,  który  żył  dość  egoistycznie.  Ale  jak 
spojrzałem  w  błyszczące  oczy  Sydney  rozpoznałem  w  nich  nadzieję  i  radość.  Czułem  ją 
promieniującą od niej. Byłem gotowy, aby podjąć ten bezinteresowny krok. Aby wiedzieć, że 

background image

 

teraz  wszystko,  co  zrobimy  będzie  dla  nas  oboje  i  ostatecznie  dla  naszej  rodziny.  To  była 
najważniejsza decyzja, jaką podjąłem w życiu i jedna z najbardziej szczęśliwych.  
Kiedy  śluby  zostały  powiedziane  i  obrączki  były  na  palcach.  Urzędnik  ogłosił  nas  mężem  i 
żoną  i  zwrócił  się  do  mnie,  że  mogę  pocałować  pannę  młodą.  Pocałowałem  Sydney  pełną 
miłości, życia i szczęścia, którego miała w zapasie za nas oboje. Kiedy w końcu oderwaliśmy 
się od siebie. Urzędnik dodał. 
- Miło mi przedstawić światu Adriana i Sydney Iwaszkow. – Sydney uśmiechnęła się trochę 
krzywo a ja jęknąłem.  
- Oh, nie. Co? – Roześmiała się.  
- Nic, nic. Po prostu zawsze chciałam zachować własne nazwisko, albo dwuczłonowe.  
- Poważnie kobieto? Łączone nazwisko? Wisisz mi za to jeszcze jeden pocałunek.  
Przyciągnąłem  ją  do  siebie  i  rzeczywiście  dostałem  jeszcze  dwa  pocałunki.  Podpisaliśmy 
potrzebne  dokumenty.  Zapłaciłem  urzędnikowi  i  fotografowi  premię.  Kupiłem  też  kartę 
pamięci od fotografa pomimo jego protestów, że wyśle nam je online.  
- Nie mam na to czasu. – Powiedziałem machając magiczną ilością gotówki. To było prawie 
tak dobre jak przymus.  
Po  wszystkim  zabraliśmy  nasze  rzeczy  i  pożegnaliśmy  się  z  naszym  małym  kawałkiem 
Włoch.  
- Co teraz? – Zapytałem, Sydney idąc w stronę drzwi, trzymając się za ręce.  
- Teraz musimy się stąd wydostać, a wiesz mi jest to coś w moim stylu.  
Facet od rezerwacji otworzył nam drzwi i był bardziej niż zadowolony z tego, że nas żegna. 
Ponownie  mu  podziękowałem  i  wyszliśmy  na  główny  korytarz.  Gdzie  grupa  Alchemików 
czekała na nas.  
 
 
 
 
Tłumaczenie: Emilandia.