background image

Gina Wilkins 

 

ŚLUBU NIE BĘDZIE 

(I Won`t!) 

background image

PROLOG 

 

Case  Brannigan  się  żeni!  Mało  kto  był  skłonny  dać  temu  wiarę.  Zresztą,  cóż  w  tym 

dziwnego, skoro nawet jemu samemu przychodziło z trudnością w to uwierzyć.   

Przez  otwarte  okna  napływały  do  wnętrza  przytulnego  bungalowu  odurzające  zapachy 

tropiku  i  egzotyczne  odgłosy  Cancún,  dodatkowo  potęgując  nierzeczywistą  aurę  tego  dnia. 
Zmagając  się  z  węzłem  krawata,  Case  zaczął  wesoło  pogwizdywać.  A  niech  to...  czuł  się 
naprawdę fantastycznie.   

Cichy śmiech i odgłosy przytłumionej rozmowy stały się na moment głośniejsze, a potem 

znów  odpłynęły,  co  najpewniej  oznaczało,  że  pod  jego  oknami  przeszły  co  najmniej  dwie 
osoby.  Prawdopodobnie  była  to  jedna  z  licznych  par  spędzających  wakacje  w  tej  urokliwej 
miejscowości. Nagle ogarnęła go przemożna chęć, by podbiec do okna i zaprosić tych ludzi 
na swój ślub, który miał się odbyć za niespełna pół godziny.   

Mimo  iż  zdecydował  się  na  cichy  ślub,  w  którym  prócz  państwa  młodych  uczestniczyć 

mieli jedynie urzędnik stanu cywilnego i wynajęty świadek, Case nagle uświadomił sobie, że 
marzyła  mu  się  bardziej  tradycyjna  uroczystość  w  gronie  rodziny  i  przyjaciół  –  z  masą 
kwiatów  i  świec,  panną  młodą  w  bieli  i  w  koronkowym  welonie,  z  druhnami,  eleganckim 
mistrzem  ceremonii,  gośćmi  w  wytwornych  kreacjach  i  podpitym  wujkiem,  wznoszącym 

dwuznaczne toasty.   

Tradycja...  Coś,  czego  Case  nigdy  nie  zaznał  w  swoim  niezwyczajnym  życiu,  a  czego 

zawsze  tak  rozpaczliwie  pragnął.  Teraz  jednak,  w  przededniu  swoich  trzydziestych  piątych 
urodzin, zamierzał wreszcie odrobić te zaległości. Od dziś będzie wiódł najzupełniej zwykły 
żywot – żona, dzieci, dom z ogródkiem. Pies, może nawet dwa. Niedzielne obiady, wieczory 
w klubie, szkolne przedstawienia i wycieczki z rodziną.   

Jakże  miłą  odmianą  będą  noce  spędzone  na  łonie  natury,  podczas  których  nie  będzie 

musiał zastanawiać się nad tym, czy ktoś nie śledzi go w ciemnościach.   

Wreszcie  krawat  znalazł  się  na  swoim  miejscu  i  Case  uważnie  spojrzał  w  lustro.  Jego 

ciemne, zazwyczaj rozwichrzone włosy tym razem były schludnie przyczesane,  co już samo 
w  sobie  wydawało  się  dość  niezwykłe.  Na  starannie  ogolonym,  kwadratowym  podbródku, 
wyraźnie  rysował  się  głęboki  dołek.  Ciemny,  świeżo  wyprasowany  garnitur  leżał  wręcz 
idealnie, a koszula była nieskazitelnie biała. Chrząknął z uznaniem i pomyślał, że rozpoznanie 
go  sprawiłoby  wielu  ludziom  poważną  trudność.  Ludziom,  których  miał  nadzieję  nigdy 
więcej nie spotkać.   

Zadowolony  ze  swego  wyglądu  odwrócił  się  i  podszedł  do  łóżka,  na  którym  leżało 

zezwolenie na ślub i maleńkie pudełeczko, kryjące w sobie prostą, złotą obrączkę, po czym 
wsunął dokument wraz z pudełeczkiem do kieszeni marynarki. Jak tylko nadarzy się okazja, 
dokupi do obrączki brylant. Chyba że Maddie będzie wolała szmaragd albo rubin? 

Poznali się niecałe dwa tygodnie temu, było więc jeszcze masę rzeczy, których musiał się 

o  niej  dowiedzieć!  Dwa  tygodnie...  Roześmiał  się  cicho  i  z  niedowierzaniem  potrząsnął 
głową.   

background image

Przyjechał  do  Cancún  po  to,  żeby  odpocząć,  a  zarazem  podjąć  poważną  decyzję,  co 

począć z resztą swojego życia. Po latach służby czuł się zmęczony i wewnętrznie wypalony. 
Trawiła go tęsknota za czymś trudnym do określenia, gnębił ból, którego przyczyny nie był w 
stanie  pojąć.  Wtedy  właśnie  poznał  Maddie.  Słodką  Maddie  Carmichael.  I  nagle  wszystko 
stało się jasne. I proste.   

Od  razu  zrozumiał,  że  tym,  czego  potrzebował,  była  właśnie  kobieta.  Partnerka. 

Przyjaciółka.  Miękkie  ramiona.  Łagodny  uśmiech.  Gorące  serce.  Wszystkie  te  głupstwa, 
którymi tak otwarcie pogardzał w czasach swojej burzliwej młodości.   

Po paru godzinach był już pewny, że Maddie będzie idealną żoną w „normalnym życiu”, 

którego  teraz  z  całej  siły  zapragnął.  Małomiasteczkowa  dziewczyna,  głęboko  związana  z 
rodziną  oraz  lokalną  społecznością,  ładna,  miła,  może  trochę  naiwna.  Przyznała  mu  się,  że 
lubi gotować i że wraz z ojcem prowadzi restaurację w rodzinnym Missisipi. Uwielbia dzieci, 
a jej hobby to robótki na drutach i malowanie akwarelek.   

Nie  mógł  nawet  marzyć  o  bardziej  idealnej  narzeczonej.  Sam  nie  wymyśliłby  sobie 

lepszej.   

Case rzucił się w wir zalotów z tą samą pasją i ślepą determinacją, która sprawiała, że dla 

wielu  osób  był  tak  niebezpiecznym  przeciwnikiem  i  że  w  swojej  pracy  odnosił  nieustanne 
sukcesy. Z premedytacją oczarował Maddie i zawrócił jej w głowie do tego stopnia, że choć – 
jak twierdziła – rzadko  kierowała się impulsem, w swoim zaślepieniu  zgodziła się poślubić 
człowieka, którego dopiero co poznała. Obiecywał jej gwiazdkę z nieba i rzeczywiście miał 
jak najszczerszy zamiar zdobyć ją dla swojej wybranki. Zasłużyła sobie na nią, choćby za to, 
że wyrwała go ze szponów gorzkiej, jałowej samotności.   

Nie  sądził,  by  ktoś  kiedykolwiek  uganiał  się  za  nią  bardziej  wytrwale.  On  sam  nigdy  w 

życiu nie włożył aż tyle wysiłku w zdobycie kobiety. Szczerze mówiąc, nigdy nie przepadał 
za towarzystwem kobiet i jeśli już – wolał spędzać czas tylko z tymi, które nie wymagały od 

niego, żeby się o nie starał.   

Z drugiej strony, żadna kobieta nie znaczyła dla niego tak wiele jak Maddie.   

Poklepał  się po kieszeni,  aby się upewnić, że zaświadczenie i  obrączka tkwią na swoim 

miejscu.  Po  raz  ostatni  spojrzał  w  lustro  i  uznał,  że  prezentuje  się  znakomicie.  A  potem 
zerknął na zegarek.   

Jeszcze tylko pół godziny.  Za pół godziny przestanie być kawalerem. I nigdy nie będzie 

już samotny.   

Poczuł  dziwny  ucisk  w  żołądku  –  to  pewnie  nerwy.  Całkiem  zdrowe  objawy.  W  końcu 

nawet nie poszedł dotąd do łóżka ze swoją śliczną narzeczoną. Postanowił sobie przecież, że 
wszystko  będzie  jak  należy  –  tradycyjne,  choć  może  trochę  pospieszne  zaloty,  a  potem 
tradycyjna  i  całkiem  niespieszna  noc  poślubna.  Na  myśl  o  tej  oczekującej  go  długiej  nocy 
poczuł, że jego puls przyspiesza tempo.   

Seria krótkich, silnych uderzeń w drzwi sprawiła, że wzdrygnął się, niemile zaskoczony. 

Kto,  u  licha... ?  Przecież  mieli  się  spotkać  z  Maddie  dopiero  w  urzędzie  stanu  cywilnego,  a 
nikogo innego nie oczekiwał.   

Przeszedł przez pokój i otworzył drzwi. A potem zaklął, ale już nie zdążył ich zamknąć z 

background image

powrotem.   

Smukła  ręka,  zakończona  koralowymi  paznokciami,  wsunęła  się  w  uchylone  drzwi  i 

chwyciła go za ramię.   

– Muszę z tobą pomówić – odezwał się lekko schrypnięty, damski głos, który Case znał 

aż nazbyt dobrze.   

– Idź sobie, Jadę. Jestem teraz zajęty.   
– Wpuść mnie – nalegała postawna, rudowłosa piękność. – To bardzo ważne.   
– Za pół godziny mam ślub, do jasnej cholery! 
W szmaragdowych oczach Jadę pojawiło się współczucie.   

Nigdy przedtem tak na niego nie patrzyła. To jej spojrzenie wcale mu się nie spodobało.   
– Obawiam się, że będziesz musiał to odłożyć – powiedziała cicho.   
Case potrząsnął głową. Nagle ogarnęły go złe przeczucia.   
– Nie ma mowy! 
Jadę sięgnęła do kieszeni eleganckiego, ciemnozielonego kostiumu.   
–  Mam  tu  coś,  co,  jak  sądzę,  cię  przekona  –  odezwała  się  tonem,  od  którego  Case’owi 

zrobiło się zimno.   

Niech to diabli, pomyślał. Czy mi to kiedyś wybaczysz, Maddie? 

 

W  ciągu  ostatnich  dwudziestu  minut  Maddie  co  najmniej  dziesięć  razy  sprawdzała 

godzinę  na  swoim  zegarku.  Przez  cały  czas  czuła  na  sobie  podejrzliwy,  a  zarazem  pełen 
współczucia  wzrok  sędziego  i  jego  żony.  Case  spóźniał  się!  O  całe  dwadzieścia  minut! 
Ceremonia  dawno  powinna  się  już  skończyć  i  od  ponad  kwadransa  powinni  już  być 
małżeństwem. Więc gdzie on się podziewał? 

– Może chce pani jeszcze raz skorzystać z telefonu? – spytał urzędnik.   
Z  wymuszonym  uśmiechem  potrząsnęła  głową.  Już  dwa  razy  dzwoniła  do  Case’a  i  nikt 

nie odbierał.   

– Na pewno jest już w drodze – powiedziała z przekonaniem, które z wolna zaczęło  ją 

opuszczać. – Coś musiało go zatrzymać. Może korek na drodze.   

Senior  i  seniora  Ruiz  zgodnie  przytaknęli,  choć  w  ich  czarnych  oczach  odmalowało  się 

zwątpienie. Nagle zrozumiała, o czym musieli myśleć od dłuższej chwili.   

O Boże, a jeśli się nie mylili? Jeżeli Case naprawdę wystawił ją do wiatru? 

Kurczowo splotła palce, a jej jasne policzki oblały się gorącym rumieńcem wstydu. Co ja 

tu jeszcze robię? – zadała sobie w duchu pytanie w przypływie nagłej paniki. Jak doszło do 
tego,  że  znalazła  się  w  tak  żenującej  sytuacji?  Przecież  przyjechała  do  Cancún  tylko  na 

wakacje – wakacje, które wygrała w totka, zorganizowanego przez sieć supermarketów.   

Opuszczała  Missisipi  z  nadzieją,  że  uda  się  jej  trochę  odpocząć  i  oderwać  się  od 

codziennej  rutyny.  Nie  miała  najmniejszego  zamiaru  wdawać  się  w  wakacyjne  romanse  –  a 
już  z  pewnością  nie  planowała  ślubu  z  przypadkowo  spotkanym  na  plaży  mężczyzną! 
Przecież,  na  Boga,  nie  minęły  nawet  dwa  tygodnie!  A  teraz  stała  tu,  gotowa  dotrzymać 
nieopatrznie udzielonego przyrzeczenia.   

Gdzie, u diabła, mógł być Case? 

background image

Otarła  wilgotne  dłonie  o  cienki  materiał  białej,  ażurowej  sukienki  –  jedynej  spośród 

przywiezionych,  która  od  biedy  mogła  uchodzić  za  symboliczną  suknię  ślubną.  A  potem 
odrzuciła na bok puszysty brązowy kosmyk, który opadał jej na okulary. Case zaraz tu będzie, 
zapewniła  samą  siebie.  Przecież  doskonale  pamiętała  hipnotyzujące  spojrzenie  jego 
stalowoszarych oczu, kiedy prosił  ją o rękę. Czy  mógłby tak na nią patrzeć,  gdyby nie miał 
poważnych zamiarów? 

Nagle ktoś nieśmiało zapukał. Wstrzymała oddech i odwróciła się w stronę drzwi. Case? 

W progu stanęła młoda kobieta, którą Maggie zdążyła już wcześniej poznać.   

– Carmelita? – spytała ze zdumieniem. – Co ty tu robisz? 
Carmelita  pracowała  w  ośrodku,  w  którym  Maddie  i  Case  spędzali  wakacje.  Maddie 

spodobał  się  słodki  uśmiech  dziewczyny  i  jej  ujmujący  sposób  bycia.  Zaczęła  ją  nawet 
uważać  za  swoją  przyjaciółkę.  Nie  było  w  tym  nic  dziwnego,  bo  uwikłana  w  romans  z 
nieznajomym, pilnie potrzebowała jakiejś przyjaznej duszy. Carmelita, ze swoją młodością i 
romantyczną naturą, doskonale nadawała się na adresatkę zwierzeń i świadka rozgrywającego 
się  niemal  na  jej  oczach  błyskawicznego  romansu.  Podarowała  nawet  Maddie  na  ślub 
koronkową chusteczkę – zapewniając nieśmiało, że przyniesie jej szczęście.   

Teraz  jednak  na  twarzy  Carmelity  nie  gościł  uśmiech,  a  jej  olbrzymie,  czarne  oczy 

spoglądały na Maddie z głębokim współczuciem.   

– Mam dla ciebie wiadomość – powiedziała, wyciągając rękę.   
Maddie patrzyła na złożoną kartkę, czując, że robi jej się niedobrze. Przeczuwała już, co 

się w niej kryje.   

– On nie przyjdzie, prawda? – wyszeptała. Carmelita skinęła głową.   
–  Musiał  nagle  wyjechać.  Zresztą,  przeczytaj  list.  Coś  w  spojrzeniu  Carmelity 

zaniepokoiło Maddie.   

– Kiedy wyjechał? 
–  Przed  chwilą.  Miałam  wrażenie,  że  strasznie  im  się  spieszyło.  To  znaczy  jemu...  – 

pośpiesznie poprawiła się Carmelita.   

Jednak Maddie nie dała się oszukać.   
– Im? – powtórzyła. – To on nie wyjechał sam? Carmelita potrząsnęła głową.   
– Nie. Była z nim jakaś kobieta.   
– Kobieta? – Maddie przycisnęła dłoń do łomoczącego serca.   
–  Bardzo  wysoka  i  bardzo  piękna.  I  miała  takie  wspaniałe  rude  włosy.  Może  to  jego 

siostra. –  Biedna Carmelita nie wiedziała o tym,  że Case wielokrotnie powtarzał  Maddie,  iż 
nie  ma  absolutnie  żadnej  rodziny.  –  Może  to  jakaś  pilna  sprawa  rodzinna  –  dodała.  – 
Przeczytaj, co on pisze.   

Drżącą ręką Maddie ujęła list i otworzyła go tak ostrożnie, jakby się bała, że wybuchnie 

jej prosto w twarz.   

Maddie, strasznie Cię przepraszam. Muszę wyjechać w pilnej sprawie. Trzeba przełożyć 

ślub. Wracaj do domu i czekaj na mnie. Odezwę się, jak tylko będę mógł.   

Case   

 

background image

I wtedy coś w Maddie umarło, a zrodziło się coś zupełnie innego, poczętego w bólu, żalu 

i wściekłości.   

Słodka Maddie Carmichael nigdy już nie będzie tą samą istotą.   

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Nieskładne  informacje,  które  Case’owi  udało  się  wydusić  z  mało  rozgarniętego  chłopca 

na stacji benzynowej, okazały się bardziej godne zaufania, niż mógł się spodziewać. Zgodnie 
z instrukcją skręcił w lewo na trzecich, ostatnich światłach w Mitchell’s Fork, małej mieścinie 
w  stanie  Missisipi,  po  czym  ze  zdumieniem  stwierdził,  że  dotarł  do  celu.  Wjechał  na 
zadziwiająco zatłoczony parking, przekręcił kluczyk w stacyjce i odetchnął z ulgą.   

Nareszcie był na miejscu, choć zajęło mu to tyle czasu. Aż sześć miesięcy! 

Na  wielkim  szyldzie  widniała  nazwa  restauracji:  „U  Mike’a  i  Maddie”.  Na  widok  jej 

imienia Case szarpnął węzeł krawata, jakby nagle poczuł na szyi zaciskającą się pętlę.   

To  dziwne,  ale  po  tych  wszystkich  miesiącach  wciąż  miał  ją  przed  oczyma.  Zupełnie 

jakby  rozstali  się  na  kilka  minut.  Widział  jej  słodką,  owalną  twarzyczkę,  w  obramowaniu 
długich, płowobrązowych włosów. Maddie twierdziła, że są mysiego koloru, marszcząc przy 
tym zabawnie mały nosek, ale Case’owi podobał się ich złotawy połysk i delikatny zapach. 
Usta Maddie były miękkie i pełne. Malowała je rzadko, bo – jak się sama przyznała – miała 
paskudny zwyczaj oblizywać szminkę. Case’owi wcale to nie przeszkadzało – nie przepadał 
za  przesadnym  makijażem.  Naturalna  uroda  Maddie  pociągała  go  od  pierwszej  chwili.  Ale 
najcudowniejsze w jej twarzy były oczy – ogromne i fiołkowo-niebieskie. Ich piękna nie były 
w  stanie  przysłonić  nawet  okulary,  korygujące  krótkowzroczność.  Case  wciąż  pamiętał,  że 
kiedy po raz pierwszy zdjął Maddie okulary, by ją pocałować, uroda tych przepastnych oczu 
zaparła  mu  dech  w  piersiach.  Doznał  wtedy  uczucia  dziwnej,  zaborczej  satysfakcji,  że  tak 
niewielu dane jest oglądać te oczy w ich pełnej krasie.   

Maddie  była  niewysoka  –  o  dobrą  głowę  niższa  od  Case’a,  który  mierzył  metr 

osiemdziesiąt siedem – i pełna łagodnych krągłości. W niczym nie przypominała wysokich, 
kościstych  modelek,  które  lansowała  obecna  moda.  Case  pamiętał,  że  lekko  niepokoiła  go 
konsekwencja,  z  jaką  Maddie  rezygnowała  z  przepysznych  deserów  i  wysokokalorycznych 
dań,  serwowanych  w  restauracjach  Cancún.  Wydała  zdecydowaną  wojnę  zbytecznym,  jak 
twierdziła,  pięciu  kilogramom.  Case  natomiast  uważał,  że  wszystko  było  w  niej  takie  jak 
trzeba. Szczerze mówiąc, z niecierpliwością oczekiwał chwili, w której będzie mógł wreszcie 
poznać bliżej jej ponętne wypukłości.   

Miał  potem  mnóstwo  czasu,  żeby  żałować  tak  nietypowej  dla  siebie  powściągliwości. 

Trzeba było zaciągnąć Maddie do łóżka przy pierwszej okazji.   

Smukłe,  wspaniałe  ferrari  Case’a  wydawało  się  dziwnie  nie  na  miejscu  wśród 

wypełniających  parking  małych  ciężarówek,  furgonetek  i  pojemnych,  staromodnych 
samochodów, zdolnych pomieścić nawet bardzo liczne rodziny. Może powinienem zamienić 
go na dżipa albo coś w tym rodzaju, pomyślał Case, marszcząc brwi. W końcu zamierzał tu 
osiąść na dobre.   

Otworzył drzwi samochodu i krzywiąc się z bólu, wysunął lewą nogę. Wysiadając musiał 

mocno przytrzymać się karoserii. Wciąż nie mógł pozbyć się uczucia, że noga się pod nim za 
chwilę załamie. Minęły dopiero dwa tygodnie, odkąd pozwolono mu odstawić znienawidzone 

background image

kule. „To cud – uznali lekarze – że w ogóle może pan chodzić”.   

Śmieszne,  jaki  stał  się  teraz  nerwowy.  Dawniej  nie  wahał  się  przed  niczym.  Potrafił 

wpaść  do  pokoju  pełnego  uzbrojonych  bandziorów  i  czuł  się  znacznie  pewniej  niż  w  tej 
chwili.   

Chrząknął,  przygładził  krótko  przystrzyżone  włosy  i  jeszcze  raz  ocenił  swój  wygląd. 

Ciemne ubranie, to samo, w którym wybierał się kiedyś do ślubu, wisiało na nim jak worek. 
Na  razie  udało  mu  się  odzyskać  jedynie  dwa  z  tych  dziesięciu  kilo,  które  stracił  w  ciągu 
minionych  sześciu  miesięcy.  Nie  musiał  patrzeć  w  lustro,  żeby  wiedzieć,  że  policzki  ma 
zapadnięte,  a  pod  oczami  sine  kręgi.  Chodził,  lekko  utykając,  a  jego  zmaltretowane  ciało 
wzbogaciło się o kilka nowych, szpecących blizn.   

Mógł tylko mieć nadzieję, że Maddie nie przerazi się za bardzo na jego widok. A może 

uda mu się obudzić współczucie w jej łagodnej duszy? Nie miałby nic przeciwko temu, żeby 
tym sposobem wrócić do jej łask.   

Był już kiedyś zbyt blisko urzeczywistnienia marzeń, żeby z nich teraz zrezygnować.   

Wyprostował  się  i  z  determinacją  pokuśtykał  w  stronę  restauracji.  Case  Brannigan 

rozpoczynał nową misję. I trzeba przyznać, że pomimo ostatnich porażek, kiedy się już na coś 
zdecydował, na ogół osiągał cel.   

 

Specjalnością  restauracji  była  kuchnia  domowa.  Prosty  wystrój  w  stylu  country  szedł  w 

parze  z  nieskomplikowanym  menu.  Na  długiej  werandzie  stał  rząd  rozłożystych  foteli  na 

biegunach,  a  olbrzymie  podwójne  drzwi  wykonane  były  ze  spatynowanych  desek.  Wnętrze 
urządzono tak, by przypominało wiejski sklepik, z masą staroświeckich towarów. Stały tam 
książki kucharskie, słoje z karmelkami, drewniane zabawki, ozdoby w stylu country, a nawet 
słoiki z miodem i domowym dżemem.   

Było niedzielne popołudnie i w restauracji panował tłok. Większość gości była odświętnie 

ubrana, co nasunęło Case’owi myśl, że jest to popularne miejsce spotkań „po kościele”. Spora 
grupka  ludzi  buszowała  w  sklepiku  –  jedni  czekali,  aż  zwolni  się  stolik,  inni  właśnie 
skończyli jeść i zmierzali do wyjścia.   

Case  usiłował  wypatrzyć  w  tłumie  znajomą  twarzyczkę  Maddie.  Na  razie  nie  było  jej 

widać, ale nakazał sobie cierpliwość. Niezawodny instynkt podpowiadał mu, że Maddie musi 
być w pobliżu.   

W  recepcji  powitała  go  przeraźliwie  wysoka  i  chuda  kobieta  w  dżinsowej  sukience  i 

kraciastym fartuszku i natychmiast spojrzała w stronę sali jadalnej.   

–  Jest  pan  sam?  –  spytała  śpiewnym,  wiejskim  akcentem,  do  którego  zdążył  się  już  od 

rana przyzwyczaić.   

– Tak – odparł, choć miał nadzieję, że nie będzie długo sam. – Chciałbym się dowiedzieć, 

gdzie można zastać...   

Krótki, ostry gwizdek przerwał mu w pół słowa.   
– Czwarty stolik gotowy, Hazel – odezwał się młody, męski głos.   
Hazel skinęła głową, spojrzała na trzymany w ręku plan i wyskandowała jednym tchem: 
–  Anderson  pięć  osób  stolik  numer  cztery.  –  A  potem  znowu  spojrzała  na  Case’a.  – 

background image

Pańskie nazwisko? – spytała.   

Zbity  z  tropu  dość  bezpośrednią  atmosferą  tego  miejsca,  Case  zdążył  tylko  powiedzieć: 

„Branni...”  kiedy  znowu  mu  przerwano.  Tym  razem  był  to  potężny  mężczyzna  w 
drelichowych spodniach i poplamionej sosem białej koszuli.   

– Wieprzowe kotlety były dziś za bardzo wysmażone, Hazel – narzekał, przeciskając się 

obok  pięcioosobowej  rodziny,  zmierzającej  w  stronę  stolika  numer  cztery.  –  Powtórz  to 
Mike’owi albo straci klienta.   

– Już od pięciu lat odgrażasz się, że przestaniesz tu jadać, Leonie – odcięła się Hazel, na 

której skargi grubasa widocznie nie zrobiły najmniejszego wrażenia. – Dobrze wiesz, że nie 
znajdziesz lepszej kuchni w tej części stanu. A teraz przestań zrzędzić i idź już sobie.   

Grubas nasunął na czoło sfatygowaną czapkę i przepychając się do wyjścia, burknął: 
– Do zobaczenia za tydzień. Mam nadzieję, że jedzenie będzie lepsze.   
–  Gdyby  smakowało  mu  jeszcze  bardziej,  chybaby  pękł  mruknęła  pod  nosem  Hazel.  A 

potem znowu podniosła wzrok na Case’a. – Więc jak się pan nazywa? 

– Brannigan – powiedział. – Szukam...   
Jakaś  blondynka  wybiegła  z  jadalni  z  naręczem  kart  oprawionych  w  plastik,  minęła 

Case’a  i  wrzuciła  je  na  drewnianą  półeczkę  koło  recepcji.  Case  odsunął  się  na  bok.  Nie 
widział jej twarzy i zdążył tylko stwierdzić, że dziewczyna była młoda i że dżinsowa sukienka 
z kolorowym fartuszkiem leżała na niej znacznie lepiej niż na Hazel.   

– Ile osób czeka? – zwróciła się do Hazel.   
Na dźwięk jej głosu Case zamarł, a potem zmarszczył brwi i wytężył wzrok. Przecież to 

nie może być...   

–  Dwa  razy  po  dwie  i  jedna  sześcioosobowa  rodzina.  Ach,  i  jeszcze  ten  pan.  –  Hazel 

spojrzała na Case’a. – Przepraszam, jakie nazwisko? 

Blondynka  odwróciła  się  i  zastygła  bez  ruchu.  A  potem  jednocześnie  z  Case’em 

wykrzyknęli. Brannigan! 

Słysząc swoje nazwisko wymówione z najwyższą pogardą, Case spojrzał w twarz młodej 

kobiety.   

– Maddie? 
Co ona zrobiła z włosami? Nie były już długie  i  brązowe,  tylko  przycięte równo z linią 

podbródka  i  rozjaśnione  złotymi  pasemkami.  Puszyste  i  lekko  potargane,  wyglądały  jakby 
przeczesywała  je  palcami.  A  może  robił  to  ktoś  inny?  Zniknęły  gdzieś  okulary,  a  fiołkowe 
oczy Maddie  wydawały  się jeszcze większe w obramowaniu  starannie wytuszowanych  rzęs. 
Pełne usta pociągnęła ciemnoróżową szminką – widocznie przestała już oblizywać wargi.   

Jej dżinsowa sukienka była na tyle wycięta, by odsłonić kuszący zarys miękkich piersi, a 

także  na  tyle  krótka,  by  ukazać  kształtne  nogi  w  ich  pełnej  krasie.  Dotychczas,  Case  miał 
okazję widywać Maddie wyłącznie w skromnych, codziennych strojach. Podobnie jak Case, i 
ona  zeszczuplała,  ale  nic  nie  wskazywało,  żeby  kryły  się  za  tym  jakieś  kłopoty  zdrowotne. 
Wręcz przeciwnie – wyglądała świeżo, ponętnie i zdrowo – po prostu kwitnąco! 

Case wcale nie był przekonany, czy mu się to podoba.   
– Maddie? – powtórzył, podczas gdy ona wpatrywała się w niego bez słowa.   

background image

Nagle jej pobladła twarz okryła się ciemnym  rumieńcem. W odpowiedzi  Case lekko się 

uśmiechnął. To jasne, że speszyła się na jego widok. Nie mógł jej za to winić.   

W  chwilę  potem  zrozumiał,  że  ten  rumieniec  bynajmniej  nie  świadczył  o  jej  radosnym 

zmieszaniu,  tylko  o  narastającej  furii.  Maddie  zmrużyła  oczy,  dumnie  uniosła  podbródek, 
wyprostowała się i zacisnęła pięści.   

– Wynoś się stąd! – syknęła.   
Case otworzył usta ze zdumienia. Nie spodziewał się oczywiście, że od razu rzuci mu się 

w  ramiona,  chociaż...  Chyba  musiał  się  przesłyszeć.  Czyżby  wyrzucała  go  ze  swojej 
restauracji? Wyciągnął do niej rękę.   

– Maddie, to ja – powtórzył bezmyślnie, bo przecież go rozpoznała. – To ja, Case.   
– Wyjdź stąd –  powiedziała, tym razem  głośniej, tak że kilku bliżej  stojących klientów 

spojrzało na nich ze zdumieniem. – Wynoś się! 

– Jak to? – Wciąż nie wierzył własnym uszom. Przecież to nie może być ta sama istota, 

którą  pół  roku  temu  poznał  w  Cancún.  To  ma  być  ta  słodka,  nieśmiała  dziewczyna,  która 
wzruszająco szczerze odpowiedziała na jego namiętne zaloty i zgodziła się, by poślubił ją w 
dzień po zaręczynach? 

A może Maddie miała jakąś mniej przyjaźnie usposobioną bliźniaczkę? 
– Maddie? – niepewnie zapytał po raz trzeci.   
–  Maddie?  –  Z  jadalni  wyłonił  się  starszy  mężczyzna  o  jasnoniebieskich  oczach  i 

przerzedzonych  włosach  w  odcieniu  płowobrązowym  –  identycznym  z  kolorem  włosów 
dawnej Maddie. – Co się tu dzieje? 

Hazel głośno chrząknęła.   
– Ten pan czeka na stolik – wyjaśniła – a Maddie... Maddie kazała mu stąd wyjść.   
– Mamy komplet – odezwała się Maddie, mierząc Case’a płonącym wzrokiem. – Nie ma 

wolnych stolików.  Będzie musiał  sobie poszukać innego miejsca.  Najlepiej  w jakimś innym 

stanie, nie u nas, w Missisipi.   

Hazel aż jęknęła, a mężczyzna, niewątpliwie ojciec Maddie, osłupiał ze zdumienia.   
– Madelyn! – zawołał wreszcie. – Czy w ten sposób należy zwracać się do klienta?! Co 

cię opętało? 

–  Dużo  ludzi  chciałoby  to  wiedzieć  –  mruknęła  Hazel.  Case  nie  zwrócił  na  nich 

najmniejszej uwagi.   

–  Musimy  porozmawiać  –  zwrócił  się  do  Maddie.  Potrząsnęła  głową.  Złote  pasemka 

zatańczyły wokół jej twarzy.   

– Jestem zajęta.   
– Do diabła, Maddie...   
Ale ona odwróciła się i odeszła w głąb sali.   

Case ruszył za nią. Przy wejściu do jadalni drogę zastąpili mu Hazel, ojciec Maddie oraz 

jakiś potężny brodacz w czerwonej flanelowej koszuli.   

– Nie słyszałem, żeby chciała z tobą gadać – warknął brodaty olbrzym.   
Case  z  westchnieniem  przyjrzał  się  jego  potężnym  muskułom,  a  potem  zwrócił  się  do 

drugiego mężczyzny, który stał obok z zatroskaną miną: 

background image

– Pan jest ojcem Maddie? 
– Tak. Nazywam się Mike Carmichael. A... a z kim mam przyjemność? 
–  Case  Brannigan.  Jestem  pewny,  że  Maddie  panu  o  mnie  mówiła.  Muszę  z  nią 

porozmawiać.   

–  Case  Brannigan?  –  powtórzył  Carmichael  ze  zdumieniem.  –  Nie,  nigdy  o  panu  nie 

wspominała. – Spojrzał na Hazel, jakby oczekiwał od niej poparcia.   

– Nigdy o nim nie słyszałam. – Hazel wzruszyła kościstymi ramionami.   
– Ja też nie – mruknął brodacz. – Mam go wyrzucić, Mike? 
Case instynktownie się cofnął, lekko utykając. Mike zauważył to i potrząsnął głową.   
–  Nie.  Może  wypadałoby  najpierw  z  nim  pogadać.  A  ty  wracaj  i  skończ  swój  obiad, 

Andy.   

Case wciąż nie mógł się pogodzić, że Maddie nigdy nie wspomniała ojcu ani o nim, ani o 

ich  zaręczynach.  A  przecież  miał  prawo  sądzić,  że  ona  i  jej  owdowiały  ojciec  byli  sobie 
bardzo bliscy. Więc czemu nic mu nie powiedziała? 

Odpowiedź  nasuwała  się  sama.  Sądząc  ze  sposobu,  w  jaki  go  powitała,  nie  uważała  się 

już za jego narzeczoną. Jednak Case miał szczery zamiar wyprowadzić ją z błędu, kiedy tylko 
uda mu się z nią porozmawiać.   

Tymczasem Mike Carmichael nie przestawał mierzyć go zatroskanym spojrzeniem. Case 

wyprostował się i wyciągając rękę, wykrzywił usta w pełnym szacunku uśmiechu.   

– Miło mi pana poznać, panie Carmichael. Jestem Case Brannigan, narzeczony Maddie.   
 

Niedzielne  tłumy  sprawiły,  że  Mike  Carmichael  był  zbyt  zajęty,  aby  znaleźć  czas  na 

rozmowę z Case’em. Na szczęście, bo wkrótce okazało się, że Maddie gdzieś zniknęła.   

–  Porozmawiamy,  kiedy  choć  przez  chwilę  będę  wolny  –  rzekł  Mike,  którego 

przywoływano z trzech stron naraz.   

–  Niech  mi  pan  tylko  powie,  gdzie  mogę  znaleźć  Maddie  –  nalegał  Case.  –  Oboje 

zgłosimy się do pana później.   

– Maddie, zdaje się, nie ma najmniejszej  ochoty na to, żeby pan ją znalazł – stwierdził 

Mike,  patrząc  w  oczy  Case’owi,  który  nagle  poczuł  się  jak  zawstydzony  nastolatek  pod 

bacznym spojrzeniem srogiego rodzica swojej ukochanej.   

– Nie jest aż tak źle – pospiesznie zapewnił ojca Maddie.   
–  Teraz  jest  wściekła,  ale  zrozumie  mnie,  jeśli  tylko  będę  miał  szansę  wszystko  jej 

wyjaśnić.   

–  Mike!  Jesteś  nam  naprawdę  potrzebny  w  kuchni!  –  krzyknął  ktoś  z  zaplecza.  Mike 

westchnął i przygładził przerzedzone włosy.   

–  Muszę  już  iść.  Maddie  pewnie  uciekła  do  domu.  Hazel  wskaże  panu  drogę.  Ma  pan 

postępować ostrożnie z moją córką, słyszy pan? 

– Słyszę, słyszę – mruknął Case niecierpliwie.   
Mike zawahał się chwilę, ale rzeczywiście musiał odejść, bo po raz kolejny rozpaczliwie 

przywoływano go do kuchni.   

Case odetchnął i spojrzał na nadąsaną Hazel. Zmierzyła go ponurym wzrokiem – od stóp 

background image

w zakurzonych butach aż po czubek ciemnej, krótko przystrzyżonej czupryny.   

– Kiedy poznaliście się z Maddie? – zapytała. Cierpliwość nigdy nie była zaletą Case’a. 

Nie  silił  się  też  na  uprzejmości,  kiedy  jego  nerwy  były  wystawiane  na  próbę.  Jednak  tym 
razem  wyczuł,  że  jeśli  odezwie  się  niegrzecznie,  nie  uda  mu  się  niczego  wydobyć  z  tej 
ponurej kobiety.   

– Poznaliśmy się w Cancún – odpowiedział.   
– Ha! No tak! – szyderczo zaśmiała się Hazel. – Tak właśnie myślałam. Odkąd wróciła z 

Meksyku,  nie  jest  już  tą  samą  Maddie.  Ufarbowała  włosy,  zaczęła  używać  szkieł 

kontaktowych,  a  je  tyle  co  ptaszek.  A  do  tego  spotyka  się  z  Jacksonem  Babbitem,  chociaż 
każdy wie, co to za typ. Opowiada na lewo i prawo, że niedługo wyjeżdża do Europy i nie 
wie, kiedy wróci.   

Case zacisnął zęby. Kim, do cholery, jest ten Babbit? I co to za typ? A ten jej wyjazd do 

Europy? 

–  Jak  trafić  do  niej  do  domu?  –  szybko  przerwał  Hazel,  nim  podjęła  swój  zrzędliwy 

monolog.   

Jednak Hazel nie dała się zbić z tropu.   
–  Mówiłam  jej,  kiedy  wygrała  ten  wyjazd  do  Meksyku,  że  powinna  zaczekać,  aż  ktoś 

będzie mógł jej towarzyszyć. To nie było do niej podobne, żeby tak jechać na własną rękę. 
Ale ona uparła się i już, no i oczywiście wróciła kompletnie odmieniona. Zawsze była taka 
miła  i  łagodna.  Robiła  wszystko,  o  co  ją  człowiek  poprosił,  i  wyglądała  na  zadowoloną  z 
życia.   

– Hazel oskarżycielskim gestem wymierzyła palec w Case’a.   
– Od tamtej wyprawy zachowuje się jak jedna z tych feministek. Mówi, co ma na języku, 

czy ktoś ją o to pyta, czy nie.   

Wypisała  się  z  kółka  dobroczynnego,  a  przecież  Carmichaelowie  należeli  do  niego  od 

samego początku – jej mama na pewno przewraca się w grobie.   

– Może Maddie tylko...   
– A teraz postanowiła wyjechać, żeby się „odnaleźć”. Ciekawe, czemu uważa, że uda jej 

się to akurat w Europie. Tutaj, w Mitchell’s Fork, człowiek też może się odnaleźć. Mówiłam 
jej to i spytałam, gdzie niby ukrywała się przez ostatnie dwadzieścia dziewięć lat.   

– Chciałbym panią prosić...   
– Wie pan, co mi odpowiedziała? – Hazel nie dała Case’owi nawet cienia szansy. – „Ta 

dawna  Maddie  Carmichael  ukrywała  się  przez  dwadzieścia  dziewięć  lat  w  Mitchell’s  Fork. 
Ale musi gdzieś być nowa Maddie, a ja postanowiłam ją odnaleźć”. To najgłupsza rzecz, jaką 
w życiu słyszałam.   

Case uznał, że musi natychmiast zobaczyć się z Maddie.   
– Niech pani posłucha – powiedział, przeszywając Hazel spojrzeniem, pod którym nawet 

najwięksi twardziele cofali się o krok – powie mi pani, jak trafić do Maddie, czy mam sam 
znaleźć drogę? 

Ku jego zdumieniu, Hazel parsknęła śmiechem.   
–  Lubię  facetów,  którzy  mają  w  sobie  trochę  ikry.  Przypomina  mi  pan  mojego 

background image

nieboszczyka Roya. On zawsze...   

–  Niech  mi  pani  powie,  gdzie  ona  jest!  –  ryknął  Case,  którego  wreszcie  opuściła 

cierpliwość.   

–  Mam  go  stąd  wyrzucić,  Hazel?  –  odezwał  się  znad  swojego  stolika  brodacz  we 

flanelowej koszuli. Wszyscy zamilkli i odwrócili się w stronę Case’a.   

– Nie, skończ swój obiad, Andy – odkrzyknęła Hazel. – Ja mu tylko podaję adres.   
I ku wielkiej uldze Case’a wreszcie to zrobiła.   

Maddie  wciąż  wściekle  przemierzała  swój  pokój,  kiedy  odezwał  się  telefon  na  nocnym 

stoliku.  Spojrzała  przenikliwie  na  aparat,  jakby  spodziewała  się  zobaczyć  rozmówcę  na 
drugim końcu linii. Po trzecim dzwonku chwyciła słuchawkę.   

– Halo! – odezwała się z nadzieją, że to nie Case Brannigan.   
– Maddie? To mówi Jill. Chyba jeszcze nie zapomniałaś o swojej najlepszej przyjaciółce? 
– O co chodzi, Jill? – Maddie wyraźnie nie spodobał się znaczący ton przyjaciółki.   
– Dobre pytanie. Nie masz mi nic do powiedzenia? 
– Niby dlaczego? 
–  Jak  to  dlaczego?  Podobno  zaręczyłaś  się  z  jakimś  facetem  i  ani  słówkiem  o  tym  nie 

pisnęłaś. Wiesz co, Maddie, szczerze mówiąc...   

– Ja się zaręczyłam? – powtórzyła Maddie ze zdumieniem. – O czym ty mówisz? 
– O tym co wszyscy – że jakiś wspaniały facet przyszedł do restauracji i na oczach całego 

Mitchell’s  Fork  przedstawił  się  twojemu  ojcu  jako  twój  narzeczony.  Dlaczego  chciałaś  to 
przede mną ukryć? Czy on ma coś wspólnego z twoją podróżą do Europy? I czy Jackson o 
nim wie? 

Maddie wzdrygnęła się. Jackson! O mój Boże! A w ogóle, co ten Brannigan sobie myśli? 

Chodzi po mieście i przedstawia się jako jej narzeczony! Jeżeli ciągle mu się wydaje, że te ich 
zaręczyny są aktualne, już ona postara się wybić mu to z głowy! 

– To jakaś pomyłka, Jill – stwierdziła sucho. – Uwierz mi, nie jestem zaręczona. Z nikim.   
–  Ale  twój  narzeczony  mówi  zupełnie  coś  innego.  –  Tym  razem  Jill  wydawała  się 

bardziej rozbawiona niż obrażona.   

– Nie mam żadnego narzeczonego! 
– Dobrze już, dobrze, nie musisz tak krzyczeć.   
– Przepraszam – zreflektowała się Maddie. – Jestem po prostu trochę... zdenerwowana.   
Jill roześmiała się.   
– Świetnie cię rozumiem. Więc kim jest ten facet, Maddie? Gdzie go poznałaś? I dlaczego 

uważa, że jesteście zaręczeni? 

– To długa historia i wolałabym nie opowiadać jej przez telefon. Opowiem ci wszystko, 

jak się spotkamy, dobrze? 

Jill z westchnieniem wyraziła zgodę.   
– Pamiętaj, że będę się domagać wszystkich pikantnych szczegółów – uprzedziła, zanim 

odłożyła słuchawkę.   

Telefon  zadzwonił  po  dwóch  minutach.  To  była  pani  Underwood,  która  znała 

Carmichaelów od zawsze.   

background image

–  Co  za  niesłychana  wiadomość!  –  wołała  rozentuzjazmowana.  –  Słyszałam,  że  ty  i 

Jackson  macie  poważne  zamiary!  Muszę  przyznać,  że  jestem  trochę  zaskoczona.  Kto  by  to 
pomyślał... Z drugiej strony, nigdy nie podobał mi się ten twój plan, żeby samotnie wybierać 
się w taką podróż.   

– Nie jestem zaręczona z Jacksonem – zaprotestowała Maddie.   
– Nie? – zdumiała się pani Underwood. – No to z kim? 
–  Z  nikim.  –  Maddie  zaczęła  się  zastanawiać,  ile  razy  będzie  jeszcze  musiała  to 

powtórzyć,  nim  skończy  się  ten  upiorny  dzień.  Mitchell’s  Fork  było  małą  mieściną,  gdzie 
wszyscy żyli ze sobą bardzo blisko. Maddie aż za dobrze wiedziała, jak szybko rozchodzą się 
plotki.  Przecież  wyszła  z  restauracji  niecałą  godzinę  temu!  –  To  pomyłka  –  zapewniła 

kategorycznym tonem.   

– Przecież Sarah Kennedy sama słyszała od Marthy Jean Claypoole, że dziś po południu 

ogłoszono w restauracji twoje zaręczyny! 

–  Martha  Jean  ma  złe  informacje  –  odparła  Maddie.  –  Przepraszam  bardzo,  pani 

Underwood, ale muszę już kończyć. Dziękuję za telefon.   

– Ale... ale...   
Pani  Underwood  usiłowała  jeszcze  coś  powiedzieć,  ale  Maddie  odłożyła  słuchawkę. 

Nigdy  dotąd  nie  zachowała  się  tak  nieuprzejmie.  To  także  wina  Case’a  Brannigana, 
pomyślała ponuro.   

Kiedy telefon zadzwonił po raz trzeci, Maddie cofnęła się z jękiem. Nie miała już siły po 

raz  kolejny  przechodzić  przez  to  samo.  Nie  teraz.  Potrzebowała  trochę  czasu,  żeby  się 
zastanowić.   

Podbiegła do drzwi, potykając się o swoją kelnerską sukienkę. Ze złością kopnęła ubranie 

w kąt. Musi natychmiast ^wyjść. Potrzebuje trochę czasu, zanim znowu spotka się z Case’em.   

A miała przeczucie, że spotka go na pewno. I to już wkrótce.   

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Case zaczynał się poważnie niepokoić, czy aby Hazel celowo nie wprowadziła go w błąd. 

Od  dziesięciu  minut  jechał  jakąś  boczną  drogą  i  na  razie  jedynym  śladem  życia  były  stada 
krów,  pasących  się  na  łąkach  wzdłuż  wyboistego  asfaltu.  Wreszcie  znalazł  się  na  szczycie 

wzgórza i z ulgą spostrzegł, że na końcu drogi rozłożyła się duża farma.   

W miarę jak zbliżał  się do domu, wzrastał  jego  optymizm.  Tu jest  naprawdę wspaniale, 

myślał,  rozglądając  się  wkoło.  Właśnie  o  coś  takiego  mu  chodziło,  kiedy  zdecydował  się 
osiedlić na wsi i rozpocząć nowe, zupełnie zwyczajne życie.   

Do  białego,  piętrowego  budynku  z  czarnymi  okiennicami  przylegała  spora  weranda. 

Wokół  rozciągał  się  duży  ogród  o  wyżwirowanych  ścieżkach.  Na  ogrodzonych  białymi 
płotkami klombach kwitły wiosenne kwiaty, a w oddali połyskiwały błękitne wody sadzawki. 
Było  nawet  kilka  psów,  baraszkujących  na  gęstym,  starannie  przystrzyżonym  trawniku.  W 
pewnej odległości od domu stał mniejszy domek – prawdopodobnie przeznaczony dla gości 
albo służby.   

Case  z  uznaniem  pokiwał  głową.  Gotów  był  założyć  się  o  każdą  sumę,  że  Maddie 

Carmichael, którą poznał w Cancún, wychowała się w takim właśnie otoczeniu.   

Zaparkował  na  półkolistym  podjeździe  i  wygramolił  się  z  samochodu.  Psy,  głośno 

ujadając,  rzuciły  się  w  jego  stronę.  Po  sekundzie  zorientował  się,  że  radośnie  merdają 
ogonami,  co  oznaczało,  że  po  prostu  go  witają.  Pogłaskał  je  po  kosmatych  pyskach,  nie 
próbując nawet zgadywać ich rasy. Wszystkie wyglądały na stuprocentowe kundle. Wielkie, 
hałaśliwe, przyjacielskie kundle.   

Zza  węgła  wyłoniła  się  starsza  kobieta  o  białych  włosach.  Idąc,  postukiwała  ciężką, 

drewnianą laską. Na widok Case’a przystanęła, zaskoczona.   

– Kim pan jest? 
– Nazywam się Case Brannigan. Szukam Maddie.   
Kobieta zlustrowała go uważnym spojrzeniem. Case westchnął z rezygnacją. Zaczynał się 

już przyzwyczajać do tego, że wszyscy oglądają go niby jakiś eksponat w muzeum.   

– Maddie jest pewnie na górze, u siebie. Niech pan zadzwoni. Ja muszę się zająć moimi 

różami.   

– Nie chciałbym pani zatrzymywać – mruknął Case, uśmiechając się pod nosem, mimo iż 

kobieta już odeszła.   

Wspiął  się  po  trzech  schodkach  na  werandę  i  zadzwonił  dwa  razy.  Otworzył  mu  niski 

mężczyzna o pałąkowatych nogach, ubrany w kraciastą koszulę i spłowiałe dżinsy.   

–  Czy  mogę  panu  w  czymś  pomóc?  –  zapytał  Case’a.  Case  ocenił  jego  wiek  na  jakieś 

czterdzieści parę lat i pomyślał, że to musi być dozorca albo mąż gospodyni.   

– Przyjechałem zobaczyć się z Maddie – wyjaśnił.   
– Z Maddie? – Mężczyzna przekrzywił głowę i jak wszyscy obejrzał Case’a od stóp do 

głowy. – Nie ma jej w domu.   

Case zmarszczył brwi. Maddie prawdopodobnie kazała wszystkim domownikom mówić, 

background image

żejej  nie  ma.  No,  ale  skoro  tamta  staruszka  powiedziała,  że  Maddie  jest  u  siebie,  nie  miał 
zamiaru dać się zbyć byle czym.   

– Powiedziano mi, że ona tu jest – oświadczył z naciskiem.   
– A ja panu mówię, że jej tu nie ma. Case poczuł, że opuszcza go cierpliwość.   
– Kim pan właściwie jest? – zapytał bez ogródek.   
– Jestem Frank, prowadzę tę farmę. O co chodzi? Case wziął głęboki oddech. Zaczynała 

go boleć głowa.   

–  Mam  tylko  jeden  problem  –  rzucił  przez  zaciśnięte  zęby.  –  Muszę  porozmawiać  z 

Maddie. Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby mi pan powiedział, gdzie mogę ją znaleźć.   

– To pan jest tym facetem, który trąbi wkoło, że jest jej narzeczonym? 
– Skąd pan o tym wie? – Case uniósł brwi. Frank wzruszył ramionami.   
– Takie wiadomości szybko się rozchodzą.   
–  Nieźle  tu  mielą  ozorami  –  mruknął  Case.  Nie  minęła  nawet  godzina,  odkąd  opuścił 

restaurację.   

– Więc to jednak pan.   
–  Tak.  To  ja  jestem  tym  facetem,  który  zamierza  się  ożenić  z  Maddie  Carmichael  – 

oświadczył z determinacją Case.   

– Ach, tak? – Frank szeroko otworzył oczy. – Z tego, co wiem, najpierw będzie ją pan 

musiał namówić.   

– Mam właśnie taki zamiar, kiedy tylko uda mi się z nią porozmawiać.   
–  Niech  pan  idzie  nad  strumień.  –  Frank  widocznie  podjął  jakąś  decyzję.  –  Ścieżka  za 

domem zaprowadzi  pana do lasu.  Proszę iść nią  prosto  aż do strumienia.  Maddie  chowa się 

tam czasami, kiedy chce pomyśleć o czymś w spokoju.   

– Dzięki! – Case już schodził z werandy.   
– Tylko niech mnie pan nie wyda – ostrzegł go Frank. – Ja muszę wracać do kuchni, bo 

mi się ciasto przypali. Powodzenia! 

– Dzięki – powtórzył Case, gdy Frank zamykał drzwi.   
– To niesamowite – mruczał Case, kuśtykając ścieżką, którą mu wskazano. Miał nadzieję, 

że do strumyka jest niezbyt daleko. Chociaż odzyskał już częściowo dawną sprawność, wciąż 
nie miał pewności, czy podoła dalekiemu spacerowi, Odkąd przybył do Mitchell ‘s Fork, by 
upomnieć się o swoją narzeczoną, nic nie układało się po jego myśli.   

 

Wiał ciepły, majowy wietrzyk. Kapryśny strumyk rozpryskiwał się na lśniących, szarych 

głazach wyrastających z jego dna. Liście na drzewach drżały, a ich cienie pląsały na trawie. 
Maddie  siedziała  na  ziemi,  wsparta  o  pień  brzozy.  Z  zamkniętymi  oczami  słuchała  śpiewu 
ptaków i popiskiwania bawiących się wiewiórek.   

Tu  zawsze  odnajdywała  spokój.  Sam  widok  natury  koił  jej  rozdygotane  nerwy.  Dziś 

jednak było jej wyjątkowo trudno się odprężyć. Nawet przyroda nie była w stanie złagodzić 
wstrząsu, jakiego doznała, kiedy Case Brannigan znowu pojawił się w jej życiu.   

– Maddie! Nie zdziwiła się na dźwięk jego głosu. Wiedziała, że to musi nastąpić, że to 

tylko kwestia czasu. Westchnęła i nie otwierając oczu, powiedziała: 

background image

– Proszę cię, odejdź.   
– Nie.   
Strzał był celny. Maddie odwróciła głowę i spojrzała na Case’a. Jak na spacer w lesie, był 

ubrany  chyba  zbyt  elegancko  –  w  ciemny  garnitur,  białą  koszulę  i  krawat.  Zauważyła,  że 
schudł, a pod oczami miał cienie, których przedtem nie było.   

Mimo to wciąż był najbardziej atrakcyjnym mężczyzną, jakiego zdarzyło jej się w życiu 

spotkać. Tyle tylko, że teraz nie miało to już znaczenia. Postąpił kilka kroków w jej stronę i 
Maddie zauważyła, że utyka. Co mu się stało? A przede wszystkim – czego tu szuka? 

Dłuższą chwilę patrzyła na niego bez słowa. W końcu Case chrząknął.   
– Zmieniłaś się – stwierdził.   
– Ty też.   
–  Spędziłem  kilka  miesięcy  w  szpitalu  –  powiedział,  oczekując  jakichś  objawów 

współczucia czy bodaj zainteresowania. Jednak Maddie, nawet jeśli coś czuła, zachowała to 
dla siebie.   

– Ach, tak – mruknęła.   
– Tak – ponuro skinął głową.   
– Współczuję ci.   
– Nie chcesz wiedzieć, co się zdarzyło? – Case jeszcze bardziej się zasępił.   
– Raczej nie.   
Westchnął, zgnębiony, i przeczesał palcami włosy.   

Pamiętała, że często tak robił, a splątane kosmyki opadały mu wtedy na czoło. Wolała nie 

pamiętać,  jak  bardzo  pociągający  wydawał  jej  się  z  tą  rozwichrzoną  czupryną.  Teraz 
wmówiła sobie, że przestało jej się to podobać.   

–  Co  się  z  tobą  dzieje,  Maddie?!  –  wykrzyknął  nagle  Case.  –  Dlaczego  tak  się 

zachowujesz?  Czemu  jesteś  na  mnie  taka  zła?  Wcale  nie  zniknąłem  bez  śladu.  Przecież 
zostawiłem ci wiadomość.   

No tak, rzeczywiście, zostawił jej wiadomość: „Wracaj do domu i czekaj na mnie”.   

Wciąż miała przed oczami te pospiesznie nabazgrane słowa. Oczyma duszy widziała też 

rudowłosą  piękność,  z  którą  Case  wyjechał  z  Cancún.  Nigdy  nie  zapomni  pełnego 
współczucia wzroku Carmelity, kiedy opowiadała jej o tajemniczej znajomej Case’a.   

–  Nie  jestem  na  ciebie  zła,  Case  –  powiedziała  chłodno.  –  Szczerze  mówiąc,  jestem  ci 

nawet wdzięczna. Oszczędziłeś nam obojgu żenującej sceny.   

–  Żenującej  sceny?  –  powtórzył.  –  Chodzi  ci  o  coś  w  rodzaju  tej  awantury,  którą 

urządziłaś mi w restauracji?   

Maddie spłonęła ciemnym rumieńcem, ale nie odwróciła wzroku.   
– Nie. Wtedy mnie po prostu... zaskoczyłeś. Mówiłam o Cancún. Twój list zwolnił mnie z 

przykrego obowiązku poinformowania cię, że zmieniłam zdanie.   

Źrenice Case’a rozszerzyły się ze zdumienia, a potem nagle niepokojąco się zwęziły.   
– Jak to zmieniłaś zdanie? Mam uwierzyć, że nie wyszłabyś za mnie, nawet gdyby mnie 

nie odwołali? 

„Odwołali”... Można to ująć i tak, pomyślała Maddie z goryczą.   

background image

–  Tak,  dokładnie  to  chciałam  powiedzieć.  Tamtego  ranka  uświadomiłam  sobie,  że 

popełniam  błąd,  idąc  za  głosem...  no,  różnych  rzeczy.  Zrozumiałam,  że  nie  mogę  wyjść  za 
człowieka, którego właściwie nie znam.   

Wokół  ust  Case’a  zarysowała  się  cienka,  biała  linia.  Maddie  skupiła  na  niej  całą  swoją 

uwagę.  Łatwiej  było  jej  patrzeć  na  usta  Case’a,  niż  zaryzykować  spotkanie  z  palącym 
spojrzeniem jego stalowoszarych oczu.   

– Mówisz tak, bo chcesz zachować twarz – stwierdził oskarżycielskim tonem. – Chcesz 

mi wmówić, że to ty odwołałaś nasz ślub? 

– Możesz sobie myśleć, co chcesz – odparła,  wzruszając ramionami. –  To i  tak nie ma 

znaczenia. Ważne jest tylko to, że coś nam nie wyszło. A zresztą – było, minęło...   

–  Nieprawda!  –  zaprzeczył  tak  gwałtownie,  że  Maddie  mocniej  splotła  ramiona  wokół 

podkurczonych kolan.  Case nie ma prawa zauważyć,  że jest  onieśmielona.  Ta nowa Maddie 
Carmichael przestała być potulną myszką. Z drugiej strony, jej onieśmielenie na pewno brało 
się stąd, że siedziała na ziemi, a on stał nad nią, wspierając się o pień drzewa.   

Wstała i spojrzała mu w oczy.   
–  To  już  koniec  –  powtórzyła.  –  To,  co  zaszło  między  nami,  należy  uznać  za  niebyłe. 

Musisz się z tym pogodzić. Na Boga, to był tylko wakacyjny flirt. Przecież nawet nigdy nie... 
no, wiesz co...   

– Nie poszliśmy do łóżka? Masz rację. Teraz widzę, że to był błąd.   
– Co chcesz przez to powiedzieć? – nastroszyła się Maddie.   
– Gdybyśmy wtedy zostali kochankami, nie byłoby teraz tej kłótni. Należałabyś do mnie.   
Jego niewzruszona pewność siebie sprawiła, że Maddie zabrakło tchu z oburzenia. Co za 

bezczelność! – pomyślała.   

Tam,  w  Cancún,  musiała  być  kompletną  idiotką,  skoro  nie  zauważyła,  że  wdzięk  tego 

faceta jest tylko pokrywką dla jego arogancji. Uległa nastrojowi chwili, komplementom, które 
prawił jej Case, jego urodzie i zniewalającej męskości. Oszołomiona, zlekceważyła podszepty 
zdrowego rozsądku.   

Doszło  nawet  do  tego,  że  zgodziła  się  zostać  jego  żoną!  Oczywiście  stało  się  to,  gdy 

spacerowali po plaży w świetle księżyca, po romantycznej kolacji z tańcami. Case całował ją 
tak, że aż zakręciło jej się w głowie, a potem poprosił ją o rękę.   

Mówił, że jej pragnie. I że jej potrzebuje. Że szukał jej przez tyle długich lat.   

Dopiero  gdy  znalazła  się  na  pokładzie  samolotu  do  Missisipi,  upokorzona,  z  oczyma 

zapuchniętymi od łez, dotarło do niej, że Case ani razu nie powiedział, że ją kocha.   

Pod wpływem bolesnych wspomnień uniosła głowę i twardo spojrzała mu w twarz.   
– Nie należę do ciebie, Casie Branniganie. Nie należę do nikogo.   
Nieznaczny  ruch jego czarnych brwi sprawił,  że  zapragnęła  go uderzyć.  Dawna Maddie 

nigdy nie ulegała tak gwałtownym i niekobiecym impulsom. Dla nowej Maddie stały się one 
nie lada pokusą.   

Cofnęła się, zaczerpnęła tchu i postanowiła raz na zawsze zakończyć tę sprawę.   
– Posłuchaj, Case, nie wiem, co tu robisz i czego ode mnie chcesz, ale prawda wygląda 

tak, że nie jesteśmy zaręczeni. Szczerze mówiąc, prawie się nie znamy. To, co zaszło między 

background image

nami w zeszłym roku, było... pomyłką. Za dużo szampana, tańców i spacerów przy księżycu. 
Następnego ranka wrócił nam rozum i – przynajmniej jeżeli o mnie chodzi – wolałabym, żeby 
tak zostało.   

– Ja nie zmieniłem zdania następnego ranka – argumentował Case. – Zostałem odwołany. 

W sprawach służbowych. A to, co mi mówisz, to kompletne bzdury. Mogę ci to udowodnić – 
dodał, kładąc jej ręce na ramionach.   

Maddie  zastygła,  a  potem  zmierzyła  go  podejrzliwym  wzrokiem.  Przez  cienki 

podkoszulek czuła dotyk jego gorących dłoni.   

– Nie wydaje mi się, żebyś...   
– Teraz nie ma księżyca – przerwał jej Case – nie tańczyłem od sześciu miesięcy i żadne 

z nas nie piło szampana.   

– Nie wiem, co...   
– Chciałem ci to wyjaśnić, zanim wezmę się do czegoś innego – mruknął. A potem zaczął 

miażdżyć jej usta pocałunkiem.   

Próbowała go odepchnąć, ale jej palce zaplątały się w jego marynarkę i już tam zostały. 

Rozchyliła  usta,  chcąc  mu  nakazać,  żeby  przestał,  ale  jego  język  wślizgnął  się  między  jej 
wargi, tamując wszelkie słowa.   

Poczuła, że jest zgubiona.   

Nikt  jej  nigdy  tak  nie  całował.  Żadnemu  mężczyźnie  nie  udało  się  doprowadzić  jej  do 

stanu, w którym trzęsły się jej ręce, miękły kolana, w głowie wirowało i czuła, że cała płonie. 
Przedtem  sądziła,  że  takie  uczucia  istnieją  tylko  w  książkach.  Dopiero  kiedy  Case  po  raz 
pierwszy  pocałował  ją  pół  roku  temu,  odkryła  w  sobie  emocje,  których  istnienia  nawet  nie 
podejrzewała.   

Nie miała także wątpliwości, że było to tylko preludium nieopisanych rozkoszy, które był 

jej w stanie zaofiarować, gdyby zdecydowali się przekroczyć granicę pocałunków.   

Ręce  Case’a  błądziły  po  ciele  Maddie,  jakby  na  nowo  chciały  się  zaznajomić  z  jej 

krągłościami. Nie mogła nie zauważyć, jak bardzo zeszczuplał.   

Próbowała zignorować falę współczucia, która nagle ją ogarnęła. Nie chciała wiedzieć o 

jego przeżyciach i cierpieniach. Nie chciała też stać tu i całować się z nim tak zachłannie jak 
ktoś, kto przez sześć miesięcy zmuszony był cierpieć głód.   

Oderwała usta i opuściła głowę, łapczywie chwytając oddech i próbując się opanować.   
– Nie ma księżyca – schrypniętym głosem powtórzył Case – ani szampana.   
Opór Maddie gdzieś się rozpłynął. Zamknęła oczy i powiedziała błagalnym szeptem: 
– Nie rób tego, Case...   
Bała się przeżywać coś podobnego po raz drugi.   
– Za późno, Maddie. Jesteś moja. Byłaś moja od chwili, kiedy postawiłem ci pierwszego 

drinka w Cancún. Zaoszczędziłabyś nam obojgu, wielu kłopotów, gdybyś teraz miała odwagę 
się do tego przyznać.   

– Ja... ja... – Wyrwała mu się w przypływie paniki i popędziła na oślep w stronę domu.   
Słyszała wołanie Case’a i jego przekleństwa, kiedy potykał się na nierównej ścieżce, ale 

nie zwolniła. Czuła, że musi zachować bezpieczny dystans, otrząsnąć się z tego pocałunku, 

background image

nim dojdzie do następnego spotkania.   

Bo kiedy Case ją całował, nie była w stanie myśleć.   

 

Wystarczyły  dwa  kroki,  żeby  Case  zdał  sobie  sprawę,  że  nie  jest  w  stanie  dogonić 

Maddie.  Oczywiście  tylko  tym  razem.  Klnąc  przystanął  i  niecierpliwie  rozluźnił  kołnierzyk 
białej koszuli. Do diabła, wszystkie jego plany brały w łeb! 

Zaczął  głęboko  oddychać,  żeby  się  uspokoić.  Rzeczywiście,  może  trochę  się  przeliczył, 

spodziewając  się,  że  Maddie  powita  go  z  otwartymi  ramionami  i  zaczną  dokładnie  w  tym 
punkcie,  w  którym  skończyli  sześć  miesięcy  temu.  Z  drugiej  strony,  nigdy  nie  wątpił,  że 
Maddie będzie na niego czekać.   

Wiadomość,  że  spotyka  się  z  kimś  innym,  była  dla  niego  szokiem.  Jednak  kimkolwiek 

był  ten  facet  i  cokolwiek  Maddie  zrobiła,  nadal  reagowała  na  jego  pocałunki  równie 
namiętnie jak wtedy, w Cancún. A i on doznał tego samego co wtedy uczucia, że trzyma w 
ramionach  kobietę,  z  którą  pragnie  spędzić  resztę  życia.  Dlatego  nigdy  nie  uwierzy,  że 
Maddie  zmieniła  zdanie,  chociaż  ze  wszystkich  sił  starała  się  go  o  tym  przekonać.  Maddie 
nadal uważała, że wyjechał z Cancún, bo w ostatniej chwili się rozmyślił. Gdyby tylko udało 
mu  się  porozmawiać  z  nią  bodaj  przez  pięć  minut.  Mówiła,  że  dostała  jego  list,  ale  ta 
pośpiesznie  nakreślona  wiadomość  była  oczywiście  niewystarczająca.  W  ciągu  sześciu 
miesięcy nie był w stanie dać Maddie znać o sobie. Po pierwsze, przebywał w kolumbijskiej 
dżungli,  o  wiele  za  daleko,  by  móc  się  skontaktować  z  kimkolwiek.  A  po  drugie,  spędził 
potem całe miesiące w szpitalu za granicą, nie mając pewności, czy dojdzie do siebie na tyle, 
by móc w ogóle myśleć o małżeństwie.   

A  kiedy  wreszcie  upewnił  się,  że  nie  zostanie  kaleką,  poczuł,  że  musi  natychmiast 

odszukać  Maddie.  Zabrakło  mu  wtedy  cierpliwości,  żeby  czekać  na  zaproszenie.  Raz 
próbował  zatelefonować  –  przed  tygodniem.  Zadzwonił  do  wszystkich  Carmichaelów  w 
okolicy, aż wreszcie trafił na kogoś, kto mu powiedział, że owszem, Maddie tu mieszka, ale 

nie ma jej w domu. Nie zdecydował się, by zostawić jej wiadomość. Wolał ją zaskoczyć.   

I to mu się udało. Zaskoczył ją, ale i sam parokrotnie został niemile zaskoczony.   

Mógł jej wszystko wyjaśnić – gdyby tylko zechciała go wysłuchać.   

Powiedział  sobie,  że  gniew  Maddie  był  pozytywnym  objawem.  Gdyby  do  końca 

zachowała  spokój,  miałby  prawo  się  niepokoić.  Udało  mu  się  jednak  dostrzec  w  jej  oczach 
wewnętrzną walkę, stłumione uczucia. Całując ją, nabrał przekonania, że nie jest jej bardziej 
obojętny niż w Cancún.   

Był  pewny,  że  zwycięży,  bo  nigdy  nie  mógł  znieść  myśli  o  przegranej.  Case  Brannigan 

zapragnął domu, rodziny, zwyczajnego życia. I zamierzał to wszystko osiągnąć z Maddie.   

 

Maddie zwinięta w kłębek siedziała przy oknie, wpatrując się nie widzącym wzrokiem w 

swoje nagie stopy. Nagle ktoś energicznie zapukał do drzwi.   

–  Kolacja  na  stole.  –  Ciotka  Nettie  weszła  do  pokoju,  nie  czekając  na  zaproszenie.  – 

Popatrz  tylko  na  siebie,  dziewczyno.  Rozczochrane  włosy,  szorty,  boso...  Masz  się  ubrać 
przyzwoicie  i  uczesać,  zanim  zejdziesz  na  dół.  Słyszysz?  Pospiesz  się,  wszyscy  na  ciebie 

background image

czekają.   

Maddie już otwierała usta, żeby powiedzieć, że nie jest głodna,  gdy nagle przypomniała 

sobie, jaki to dzień, więc tylko westchnęła z rezygnacją. Nie było sposobu, by tego wieczora 
wymówić się od rodzinnej kolacji.   

– Dobrze, ciociu, już idę.   
– I nie chcę widzieć tej cierpiętniczej miny – skarciła ją ciotka tonem, którym zwracała 

się  do  Maddie,  gdy  ta  była  dzieckiem.  –  Frank  włożył  tyle  pracy  w  przygotowanie 
urodzinowej  kolacji  dla  twojego  dziadka.  Upiekł  nawet  ciasto  czekoladowe.  Chcę,  żeby 
wiedział, że doceniłaś jego wysiłki.   

– Dobrze, ciociu – mruknęła posłusznie Maddie jak w czasach, kiedy była dzieckiem.   
Nettie z zadowoleniem skinęła głową i zamknęła drzwi.   

Maddie  szybko  narzuciła  luźną,  czerwoną  sukienkę  i  przyczesała  włosy.  Nałożyła  też 

wygodne, czarne czółenka, mając nadzieję, że Nettie nie zauważy braku pończoch.   

Nettie Bragg, osiemdziesięcioletnia ciotka Mike’a Carmichaela, była dość apodyktyczna, 

stronnicza, nietaktowna i niecierpliwa. Mimo to Maddie kochała ją całym sercem.   

Wyjęła  z  szafy  pięknie  opakowany  prezent.  Tego  dnia  dziadek  Carmichael  obchodził 

osiemdziesiąte  dziewiąte  urodziny  i  właśnie  miała  się  rozpocząć  uroczysta  kolacja.  Maddie 
postanowiła nie dopuścić do tego, by Case Brannigan zepsuł jej tę uroczystość. Schodząc na 
dół  do jadalni, skąd dobiegał  już wesoły  gwar, powtarzała sobie,  że wykreśli go z pamięci. 
Nie poświęci mu ani jednej myśli...   

Wtedy  właśnie  go  zobaczyła.  Stał  na  środku  pokoju,  otoczony  przez  jej  mocno 

zaciekawioną rodzinę. Podniósł wzrok i uśmiechnął się do Maddie. Wszystko wskazywało na 
to, że nie zamierza się stąd ruszyć do końca wieczoru.   

W  ten  sposób  upadły  próby  wykreślenia  go  z  pamięci.  Maddie  jęknęła  w  duchu  i 

przekroczyła próg jadalni.   

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Następną po Casie osobą, która zauważyła wejście Maddie, był Mike Carmichael.   
–  No,  jest  wreszcie  –  oznajmił,  sunąc  w  jej  stronę  ze  znaczącą  miną.  –  Wejdź,  moje 

złotko. Nie chciałabyś oficjalnie przedstawić nam swojego narzeczonego? 

Gdyby można było zabijać wzrokiem, Case na pewno już by nie żył.   
– Skąd on się tu wziął? – Maddie zwróciła się do – ojca.   
–  No  cóż,  kręcił  się  po  okolicy,  więc  go  zaprosiłem  –  wyjaśnił  Mike,  z  trudem 

zachowując  powagę.  –  Jest  po  raz  pierwszy  w  naszym  mieście  i  chyba  nikt  nie  chce,  aby 
uznał, że jesteśmy niegościnni. Prawda, złotko? 

– Wszystko mi jedno, co sobie pomyśli – odparła Maddie. – To rodzinna uroczystość.   
– Z tego, co słyszeliśmy, Case wkrótce zostanie członkiem naszej rodziny – oświadczył 

Mike, wyraźnie rozbawiony miną córki.   

Maddie zacisnęła pięści i zaczerpnęła głęboko powietrza, żeby się opanować.   
–  Obawiam  się,  że  pan  Brannigan  zażartował  sobie  z  ciebie,  tato  –  powiedziała  z 

naciskiem. – On nie jest moim narzeczonym, co najwyżej znajomym.   

Case, najwyraźniej w świetnym humorze, cicho się roześmiał.   
– Naprawdę? Tylko tyle? – półgłosem zapytał Maddie, patrząc na nią znacząco.   
Jego  swobodne  zachowanie  brało  się  pewnie  z  tego,  że  ona  sama  musiała  wyglądać  jak 

ktoś z niezbyt czystym sumieniem. Maddie nagle to zrozumiała.   

– Tak – powiedziała sucho. – Tylko tyle.   
A potem odwróciła się i podeszła do stolika, na którym piętrzył się już stos kolorowych 

paczek dla solenizanta.  Potrzebowała chwili,  żeby otrząsnąć się z szoku,  jakiego doznała na 

widok  Case’a  w  swoim  domu.  Może  przyjdzie  jej  do  głowy  jakiś  pomysł,  jak  dalej 
postępować, by oszczędzić sobie kolejnych, żenujących scen.   

Ciotka Nettie przyglądała jej się uważnie. Pragnąc umknąć przed jej wszystkowidzącym 

spojrzeniem, Maddie podążyła ku starszemu mężczyźnie, który zajmował honorowe miejsce 
na końcu długiego stołu.   

Nachyliła się i ucałowała go w łysinę.   
– Wszystkiego najlepszego, dziadku.   
Nim starszy pan zdążył odpowiedzieć, rozległ się dzwonek do drzwi.   
– Nowi goście – rozpromienił się staruszek. Dziadek Carmichael uwielbia być w centrum 

uwagi, pomyślała Maddie z uśmiechem.   

Przybyli  kolejni  członkowie  rodziny.  Siostra  Mike’a  Anita,  jej  mąż  Dan  oraz  ich  córka 

Lisa.  Lisa,  starsza  od  Maddie  o  pięć  lat,  była  od  jakiegoś  czasu  rozwódką  i  przyszła  w 
towarzystwie piętnastoletnich bliźniąt – Kathy i Jeffa.   

Pokój powoli się zapełniał i Maddie odniosła wrażenie, że wszyscy mówią jednocześnie. 

Mimo to nie mogła zapomnieć o obecności Case’a, który stał w rogu i z uwagą przysłuchiwał 
się  wszystkiemu,  nie  spuszczając  przy  tym  z  niej  wzroku.  Słyszała,  jak  ojciec  przedstawia 
Case’a swojej siostrze.   

background image

– To jest Case Brannigan – powiedział. – Uważa się za narzeczonego Maddie.   
Ciotka  Anita  wydała  okrzyk  zdumienia.  Maddie  spłonęła  rumieńcem.  Co  za  absurdalna 

sytuacja! A do tego jej ojciec zachowywał się równie wrednie jak Case.   

Jak mogła zapomnieć o specyficznym poczuciu humoru Mike’a? Zresztą nigdy się go nie 

wypierał. Maddie bardzo kochała ojca, ale nie po raz pierwszy stwierdziła, że lubił obierać ją 
sobie  za  cel  dobrodusznych  żartów.  Musiał  oczywiście  uznać,  że  Case  nie  jest  dla  niej 
żadnym  zagrożeniem.  Mike  potrafił  być  mocno  nadopiekuńczy  –  zwłaszcza  gdy  chodziło  o 
jego jedynaczkę. Więc dlaczego witał Case’a z otwartymi ramionami? 

–  Chcesz  wyjść  za  tego  faceta?  –  spytała  Kathy,  z  bezpośredniością  typową  dla 

nastolatków. – Myślałam, że chodzisz z Jacksonem Babbitem.   

–  Jackson  Babbit  to  palant  –  wtrącił  się  Jeff.  –  Ma  na  głowie  kilo  lakieru,  i  te  jego 

dziwaczne szmaty... – wzdrygnął się z obrzydzeniem.   

– Kathy, Jeff, przestańcie – jęknęła ich matka. – To nie wasza sprawa.   
Maddie  zwróciła  się  do  bliźniąt  z  łagodną  reprymendą,  lecz  nagle  coś  zupełnie  innego 

przykuło jej uwagę.   

– Jeff! – zająknęła się. – Co się stało z twoją twarzą? Posiniaczona twarz Jeffa okryła się 

rumieńcem.   

– Nic takiego – mruknął, wzruszając ramionami.   
– Danny Cooper go pobił – powiedziała Kathy. – On i ci jego kumple.   
– Zamknij się, Kathy – burknął Jeff, speszony, bo nagle zainteresowanie gości przeniosło 

się na niego.   

– Trzeba coś zrobić z tym chłopakiem Cooperów i jego bandą, zanim naprawdę wyrządzą 

komuś krzywdę – powiedziała Anita, spoglądając z niepokojem na wnuka. – Nie rozumiem, 
dlaczego szeryf Mc Adams nie zajmie się tą sprawą.   

– Z tego samego powodu, dla którego burmistrz Sloane nie mówi ani słowa – wtrąciła się 

ciotka  Nettie.  –  Objęli  stanowiska  dzięki  poparciu  i  pieniądzom  Coopera.  Ten  chłopak 
Cooperów jest równie podły i żądny władzy jak jego ojciec. Niestety, nikt w mieście nie ma 
tyle odwagi, żeby się za nich wziąć.   

– Chciałem porozmawiać z Majorem Cooperem, ale Lisa mi to odradziła – wtrącił Dan, 

dziadek Jeffa.   

–  Po  co  mi  jeszcze  więcej  kłopotów?  –  westchnęła  z  rezygnacją  Lisa  i  zwróciła  się  do 

Maddie:  –  Danny  Cooper  już  i  tak  zamienił  życie  Jeffa  w  piekło.  Jeżeli  zadrzemy  z  jego 
rodziną, kto wie, co on i jego kolesie mogą jeszcze wymyślić? 

Maddie  zauważyła,  że  Case  uważnie  przysłuchuje  się  rozmowie.  Na  jego  czole 

zarysowała się głęboka zmarszczka.   

– Jeden smarkacz terroryzuje całe miasto? – zapytał Mike’a, jakby nie wierząc własnym 

uszom.   

Mike ponuro skinął głową.   
–  Tak  to  mniej  więcej  wygląda  –  przyznał.  –  Jego  ojciec  terroryzował  to  miasto 

dwadzieścia  lat  temu,  a  jeszcze  wcześniej  jego  dziadek.  Można  powiedzieć  –  tradycja 
rodzinna. Problem w tym, że każde następne pokolenie jest gorsze.   

background image

– I nikt nie próbował z tym skończyć? 
Z ust zgromadzonych gości wyrwało się głośne westchnienie.   
–  Major  Cooper  jest  przedstawicielem  trzeciej  generacji  właścicieli  fabryki,  w  której 

znalazło  zatrudnienie  ponad  pięćdziesiąt  procent  mieszkańców  Mitchell’s  Fork  –  wyjaśnił 
Mike. – Dlatego wolą się w to nie mieszać. Na razie te chłopaki nie posunęły się jeszcze do 

drastycznych czynów...   

– A pobicie mojego wnuka to co? – zaprotestowała Anita.   
– Uspokój się, babciu, nie było aż tak źle – mruknął zawstydzony Jeff.   
Anita zamilkła, ale nie wyglądała na przekonaną.   
– No więc, kiedy ślub, Maddie? – Jeff postanowił zmienić temat i trzeba przyznać, że mu 

się to udało.   

– No właśnie – poparł go Mike, a oczy znów mu się zaświeciły. – Kiedy ślub? 
Maddie potrząsnęła głową tak gwałtownie, że złote pasemka zatańczyły wokół jej twarzy.   
– Na święty nigdy – odparła dobitnie. Nettie głośno westchnęła.   
–  Madelyn  Kathleen  Carmichael!  Uważaj,  co  mówisz!  Dzieci  słuchają.  –  Wymownie 

spojrzała na Kathy i Jeffa.   

Za to Case nawet się nie skrzywił.   
– Przejdzie jej to – zapewnił Jeffa. – Teraz jest jeszcze na mnie trochę obrażona.   
Maddie zatkało z oburzenia. Obrażona! Otworzyła usta, żeby im wszystko wyjaśnić, ale 

Jeff ją uprzedził.   

– Jak to? – zapytał Case’a.   
– Powiedzmy sobie, nastąpiła przerwa w komunikacji – oświadczył Case.   
–  Czy  dobrze  słyszę,  że  Maddie  wychodzi  za  mąż?  –  ocknął  się  nagle  dziadek 

Carmichael.   

Maddie ogarnęła rozpacz. Jak ma to wszystko wytłumaczyć dziadkowi? I to w tej chwili? 

Na to potrzeba trochę czasu. A poza tym, co za wstyd przed wszystkimi! 

– Później, dziadku – powiedziała z nadzieją, że dziadek ją zrozumie.   
Niestety,  Case  już  zdążył  wysunąć  się  do  przodu.  Podszedł  do  dziadka,  uznając,  że 

najwyższy czas przedstawić się głowie rodziny.   

– Case Brannigan – powiedział, wyciągając ku niemu swoją silną, twardą rękę.   
Dziadek Carmichael ujął ją i przytrzymał. Jego wyblakłe oczy z uwagą spojrzały w twarz 

Case’a.   

– Nie jesteś z tych stron? – zapytał, marszcząc brwi.   
– Nie, proszę pana, ale  chciałbym  tu  osiąść na dłużej. To dobre miejsce, żeby zapuścić 

korzenie.   

Dziadek ze zrozumieniem pokiwał głową.   
– Spędziłem tu całe życie – stwierdził z dumą. – Dochowałem się nawet prawnuków. A 

Maddie dobiega już trzydziestki. Ciągle jej powtarzam, że pora się ustatkować i mieć dzieci.   

Maddie  cicho  jęknęła.  Wyglądało  na  to,  że  będzie  jednak  musiała  wszystko  wyjaśnić. 

Czuła na sobie pytające spojrzenia całej rodziny. Nie mogła mieć o to pretensji.   

– Dziadku – odezwała się cicho – tak naprawdę, Case nie jest moim narzeczonym...   

background image

– Ach, tak? – Dziadek spojrzał pytająco na Case’a, a potem na udręczoną twarz Maddie. – 

No to kim jest, u licha? 

Wszyscy, łącznie z Case’em, oczekiwali od niej odpowiedzi.   
–  On  jest...  on  jest...  –  Właściwie  kim?  –  pomyślała.  Znajomym  z  wakacji?  Obcym 

człowiekiem? Żadne z tych określeń nie wydawało się właściwe.   

– No więc? – niecierpliwie nalegał dziadek. – Zgodziłaś się poślubić tego człowieka czy 

nie? 

Case uśmiechnął się.   
–  Powiedz  mu,  Maddie.  Jak  brzmiała  twoja  odpowiedź,  kiedy  oświadczyłem  ci  się  na 

plaży w Cancún? 

Maddie  otworzyła  usta,  a  potem  je  zamknęła.  Nagle  wydało  jej  się,  że  znalazła  się  w 

pułapce.   

– No więc...   
Ciotka Nettie przekrzywiła głowę i głośno zastukała laską w podłogę.   
–  Co  to  ma  znaczyć,  Madelyn?  Czy  powiedziałaś  temu  człowiekowi,  że  wyjdziesz  za 

niego za mąż? 

– Tak – odparła Maddie z rozpaczą – ale...   
–  Gdyby  mnie  nie  odwołano,  Maddie  byłaby  już  moją  żoną  –  wtrącił  się  Case.  – 

Mieliśmy się pobrać w Cancún.   

– Dlaczego nikomu nie pisnęłaś nawet słówka? – zapytał Mike. Uśmiech zniknął z jego 

twarzy.  Odkąd  przed  pięciu  laty  zmarła  jego  żona,  Maddie  stała  się  dla  niego  najbliższą 
osobą. Teraz nie mógł zrozumieć, dlaczego nie podzieliła się z nim tak ważną nowiną.   

Nie  mogła  mu  na  to  odpowiedzieć.  Nie  teraz.  Nie  była  w  stanie  opowiadać  o  Casie  i  o 

pełnych  upokorzenia  chwilach,  kiedy  na  niego  czekała,  a  potem  na  oczach  współczujących 
świadków czytała jego list.   

– Przepraszam cię, tato – szepnęła. – Potem ci wszystko opowiem. Obiecuję ci to.   
Mike  skinął  głową  i  uśmiechnął  się,  ale  w  jego  oczach  błysnął  niepokój.  Może  właśnie 

zdał  sobie  sprawę  z  tego,  że  Case  wcale  nie  żartował,  kiedy  przedstawiał  mu  się  jako 
narzeczony  Maddie.  Musiał  nagle  zrozumieć,  że  Maddie  naprawdę  zgodziła  się  zostać  żoną 

Case’a i już by nią była, gdyby coś jej nie przeszkodziło.   

Reakcja ojca wcale nie zdziwiła Maddie. Jej samej trudno było uwierzyć, że była o krok 

od  popełnienia  fatalnej  pomyłki.  Dzięki  Bogu,  pomyślała  z  goryczą,  że  wtrąciło  się 
przeznaczenie w osobie tej rudej wydry.   

–  Według  mnie  –  zaczął  dziadek  Carmichael,  dobitnie  akcentując  każde  słowo  –  jeżeli 

kobieta dała mężczyźnie słowo, musi go dotrzymać.   

Kuzynka Lisa potrząsnęła głową i szepnęła: 
– To nie to pokolenie.   
– Moim zdaniem – odezwała się ciotka Nettie – ta młoda osoba postąpiła zbyt pochopnie. 

Jak można poślubić człowieka, którego dopiero co się poznało? – dodała z dezaprobatą.   

Maddie odetchnęła z ulgą. Nareszcie znalazła sprzymierzeńca.   

Ale  właśnie  wtedy  Nettie  wyciągnęła  rękę  i  wycelowała  w  Case’a  wykrzywiony 

background image

artretyzmem palec.   

– Nasza Maddie zasługuje na to, żeby się o nią starać jak należy. Nie ma potrzeby tak się 

spieszyć. Tym razem wszystko ma się odbyć jak Pan Bóg przykazał, słyszysz? 

– Chętnie dam jej trochę czasu – zgodził się Case – ale będę ją trzymał za słowo.   
– Case, nie możesz... – zaatakowała go Maddie.   
–  Na  twoim  miejscu  –  zwrócił  się  Dan  do  Case’a,  ignorując  jej  osobę  –  zwolniłbym 

trochę tempo, chłopcze. Zabierz ją do kina. Wyślij jej kwiaty. W ten sposób czterdzieści lat 
temu zdobyłem względy Anity. Mam wrażenie, że nadal obowiązuje podobna procedura.   

– Wujku Danie... – zaczęła Maddie.   
– W dzisiejszych czasach kobiety same zapraszają facetów na randkę i płacą rachunki – 

zauważył Jeff.   

Anita uniosła brwi.   
– Damie nie wypada pierwszej zapraszać mężczyzny. A jeżeli ktoś godzi się na to, żeby 

kobieta płaciła za niego rachunki, to nie zasługuje na miano dżentelmena.   

–  Ależ,  mamo!  –  głośno  odezwała  się  Lisa,  wznosząc  oczy  w  górę.  –  Czy  to  miał  być 

przytyk  pod  adresem  Charliego?  Uważacie  go  z  ojcem  za  żigolaka  tylko  dlatego,  że 
pożyczyłam  mu  parę  dolarów?  To  naprawdę  bardzo  miły  facet.  Pierwszy,  który  mi  się 
spodobał, odkąd rozwiodłam się z Billem.   

–  Prawdziwy  mężczyzna  nie  pożycza  pieniędzy  od  swojej  przyjaciółki  –  upierała  się 

Anita.  Nagle  wszyscy  zapomnieli  o  Maddie,  gotowi  posłuchać  o  skomplikowanym  życiu 

uczuciowym Lisy.   

–  Anito  –  wtrąciła  się  ciotka  Nettie,  chcąc  zapobiec  kłótni  –  zostaw  dziewczynę  w 

spokoju. Jest już na tyle dorosła, żeby o sobie sama decydować.   

– Ale ona...   
– Ja poznałem moją narzeczoną, płynąc w górę Missisipi – rozmarzył się głośno dziadek 

Carmichael.  –  Był  taki  piękny  ciepły  dzień.  Chyba  sobota.  Annabelle  miała  na  sobie  białą 
sukienkę i...   

Wszyscy,  oczywiście prócz Case’a, znali już tę  historię, więc nikt nie zwrócił uwagi  na 

wynurzenia starszego pana.   

Korzystając z ogólnego zamieszania, Maddie chwyciła Case’a za rękę.   
– Już cię tu nie ma! – powiedziała przez zaciśnięte zęby.   
– Jazda! 
 

Case podejrzanie łatwo dał się wyprowadzić z pokoju.   
–  Masz  bardzo  ciekawą  rodzinę  –  stwierdził,  kiedy  wyszli  na  werandę.  –  Nie  boją  się 

wypowiadać własnego zdania, prawda? 

– Prawda. Nie boją się też wtrącać w prywatne sprawy pozostałych członków rodziny – 

stwierdziła Maddie ponuro, myśląc o życzliwych radach, jakie przed chwilą otrzymał Case.   

– Myślę, że to normalne w dużych, zżytych rodzinach.   
– Pewnie tak. Case, ja...   
– Potrafię się do tego przyzwyczaić – przerwał jej kategorycznym tonem.   

background image

Wielkopańska łaskawość, z jaką gotów był ponieść tę ofiarę, oburzyła Maddie.   
– Czyżby? 
– Oczywiście. Tak to bywa w rodzinie. – Doszedłszy do tego wniosku, Case wydawał się 

dziwnie zadowolony.   

Maddie kompletnie już straciła wątek.   
– Case – westchnęła – musimy porozmawiać.   
– Proszę bardzo. – Case skrzyżował ramiona i usiadł na balustradzie werandy. Wdychając 

rześkie, wieczorne powietrze, zapatrzył się w wiejski krajobraz, skąpany w blasku księżyca. – 
Masz piękny dom, Maddie. Nic dziwnego, że ci się nie spieszy, żeby go opuścić.   

Czując,  że się rumieni, Maddie cofnęła się w cień.  Ostatnio dość gwałtownie reagowała 

na  wszystkie  uwagi  dotyczące  jej  zamieszkiwania  z  rodziną.  Prawdę  mówiąc,  w  ciągu 
ostatnich sześciu miesięcy z wyraźną irytacją znosiła większość uwag pod swoim adresem.   

– Po skończeniu college’u mieszkałam przez jakiś czas sama – powiedziała. – Wynajęłam 

mieszkanie  w  mieście,  w  pobliżu  restauracji.  Tutaj  wróciłam  parę  lat  temu,  kiedy  ciotka 
Nettie złamała nogę, a nasza dawna gospodyni poszła na emeryturę. Kiedy wrócę z Europy, 
poszukam sobie nowego mieszkania, bo widzę, że tu już wszystko idzie gładko.   

Case  otworzył  usta,  jakby  chciał  coś  powiedzieć,  ale  się  rozmyślił.  Kiedy  się  wreszcie 

odezwał, Maddie wyczuła, że celowo zmienił temat.   

–  Skoro  już  mówimy  o  gospodyniach,  miałem  okazję  poznać  waszego  Franka. 

Spodziewałem się kogoś zupełnie innego.   

– Wiem – uśmiechnęła się Maddie – ale on jest wspaniały. Tak świetnie prowadzi dom, 

że nie potrafię sobie wyobrazić, jak byśmy sobie bez niego poradzili.   

– Skąd się u was wziął? 
– Pracował u ojca wiele lat temu. Tata zawsze mu powtarzał, że jeśli będzie kiedyś szukał 

pracy, ma się do niego zgłosić. Oczywiście miał na myśli pracę w restauracji, bo Frank służył 

w wojsku jako kucharz. Parę miesięcy po tym, jak ostatnia gospodyni odeszła, a ja wróciłam 

do  domu,  Frank  zjawił  się  u  nas  i  powiedział,  że  stracił  żonę  i  pracę  i  chciałby  się  znowu 
zatrudnić u ojca.   

– Jego żona zmarła? – zapytał Case.   
– Nie, uciekła z wędrownym kaznodzieją.   
– Ach, tak – westchnął Case.   
–  W  każdym  razie  –  ciągnęła  dalej  Maddie  –  zanim  ktokolwiek  się  zorientował,  Frank 

wprowadził  się  do  pokoju  gościnnego  i  przejął  obowiązki  gospodyni.  Gotuje,  sprząta,  robi 
zakupy,  zajmuje  się  dziadkiem,  pilnuje,  żeby  ciotka  Nettie  zażywała  swoje  lekarstwa  – 
jednym słowem, stał się najważniejszą osobą w rodzinie.   

– Jak widzę, twoja rodzina chętnie wita nowych członków – mruknął Case, wpatrując się 

w spowity mgłą ogród.   

W  jego  głosie  zabrzmiała  tęskna  nuta.  I  wtedy  właśnie  Maddie  doszła  do  wniosku,  że 

Case’owi  Branniganowi  nie  uda  się  jej  nabrać  na  opowieści  o  smutnej  sierocej  doli.  Nie 
wiedziała, po co przyjechał, ale na pewno nie dopuści do tego, by po raz drugi zrobił z niej 
idiotkę.   

background image

– Case – zapytała wprost – po co się tu zjawiłeś? Case odwrócił się i spojrzał na nią.   
– Przyjechałem po swoją żonę.   
Maddie zadrżała, coraz trudniej przychodziło jej zachować spokój.   
– Nie masz  żony. Przynajmniej ja nic o tym  nie wiem. Chyba że ożeniłeś się z tą rudą 

seksbombą.   

– Z jaką znowu rudą seksbombą? – Case zamrugał zdziwiony.   
– Powiedziano mi, że wyjechałeś z jakąś rudowłosą pięknością. Pewnie to twoja szefowa? 
– Ach, więc o to chodzi? – roześmiał się Case, a jego białe zęby zalśniły w ciemności. – 

Myślałaś, że porzuciłem cię dla innej? Maddie, ty...   

Zrobił krok w jej stronę. Maddie cofnęła się, wyciągając ręce obronnym gestem.   
– Nie dotykaj  mnie – powiedziała z desperacją  w głosie.  Bała się, że znowu zacznie ją 

całować. – Nie życzę sobie, żebyś mnie dotykał.   

Case westchnął, ale się zatrzymał.   
– To nie było tak, jak myślisz, Maddie.   
– Wszystko mi jedno.   
– Wcale nie – zaprzeczył, a ona przestraszyła się, że z oczu wyziera jej zraniona kobieca 

duma.   

– Wszystko mi jedno – powtórzyła dobitnie. – Nie obchodzi mnie, dlaczego wyjechałeś. 

Liczy się tylko to, że do niczego nie doszło. Nie jestem twoją żoną, dzięki Bogu, i nigdy nią 
nie będę.   

– Dałaś mi słowo, Maddie.   
– Ty też dałeś mi słowo! – krzyknęła. – Ja byłam na umówionym miejscu. Czekałam na 

ciebie. A ty gdzie byłeś, do diabła? 

Za późno ugryzła się w język. Teraz już wiedział, że wtedy w Cancún wcale nie zmieniła 

zdania. A niech to! 

– Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że dopiero teraz zapytałaś mnie, dlaczego się wtedy 

nie zjawiłem? – zapytał cicho Case.   

– To dlatego, że tak mało mnie to obchodzi – oświadczyła. –  I jestem ci  wdzięczna, że 

powstrzymałeś mnie przed popełnieniem gigantycznej pomyłki.   

– Wtedy to nie była pomyłka i tym razem też nie będzie.   
– Nie ma żadnego  „tym razem”. To już koniec. Tym  razem  nie uda ci  się zamydlić mi 

oczu,  Brannigan.  Mam  swoje  plany  i  nie  zamierzam  ich  zmieniać  tylko  dlatego,  że  się  tu 
nagle pojawiłeś.   

–  Później  porozmawiamy  o  twoich  planach  –  przerwał  jej  Case.  –  Najpierw  chcę  ci 

wyjaśnić, dlaczego musiałem wyjechać z Cancún. A ty mnie wreszcie wysłuchasz, do jasnej 
cholery! 

Może tym razem powinna go wysłuchać? Szczerze mówiąc, była bardzo ciekawa, co ma 

jej  do  powiedzenia.  W  jaki  sposób  zamierza  wytłumaczyć  obecność  tej  rudej  seksbomby. 
Będzie jej wmawiał, że to siostra? Nie ze mną takie numery! – pomyślała.   

Skrzyżowała ramiona i oparła się o ścianę domu.   
– Dobrze. Zamieniam się w słuch.   

background image

– Mówiłem ci, że pracuję dla rządu – zaczął.   
– Tak. To pewnie też jakiś wymysł.   
– Do diabła, Maddie! – Case przerwał i wziął głęboki oddech. – Zamknij się na chwilę i 

posłuchaj – dodał już spokojniej.   

Zaskoczona jego wybuchem, Maddie potulnie skinęła głową.   
– To nie był żaden wymysł – ciągnął Case. – Pracuję... to znaczy pracowałem dla rządu. 

Brygady  antynarkotykowe.  To niewdzięczna i  niebezpieczna praca,  aleją lubiłem. Do czasu. 
Kiedy  cię  poznałem,  byłem  na  urlopie.  Czułem  się  zmęczony  i  wewnętrznie  wypalony. 
Pragnąłem odmiany. Do Cancún przyjechałem na urlop, a także po to, żeby się zastanowić, co 
robić dalej ze swoim życiem. Zresztą już o tym rozmawialiśmy.   

Maddie  skinęła  głową.  Wtedy  mu  wierzyła.  Później  podejrzewała,  że  to  wszystko 

kłamstwa. A teraz... teraz sama już nie wiedziała.   

– Wracając do rzeczy – Case znowu podjął swoją opowieść – Jadę, ta ruda dziewczyna...   
A więc miała na imię Jadę, pomyślała z rozpaczą Maddie.   
–  Jadę  była  moją  koleżanką  po  fachu  –  wyjaśnił  Case.  –  Agentką,  podobnie  jak  ja. 

Rzadko  pracowaliśmy  razem,  a  jeśli  już,  nie  bardzo  mogliśmy  się  dogadać.  Przyjechała  do 
Cancún zawiadomić mnie, że mój eks-partner i jedyny prawdziwy przyjaciel został porwany 
przez gang handlarzy narkotyków i przetrzymywany jako zakładnik polityczny gdzieś w głębi 
kolumbijskiej  dżungli.  Ktoś  musiał  go  stamtąd  wydostać  –  a  ja  byłem  najlepszym 
człowiekiem do tej roboty.   

Powiedział  to  tak  obojętnym,  rzeczowym  tonem,  że  Maddie  uwierzyła  w  jego  słowa. 

Nigdy  nie  wątpiła,  że  Case  jest  najlepszy  we  wszystkim,  co  robi.  Zdążyła  już  zauważyć,  z 
jakim  uporem  i  wytrwałością  potrafił  dążyć  do  celu.  A  tym  celem  może  być  również 
małżeństwo z nią.   

– I co dalej? – spytała zaciekawiona.   
–  Wydostałem  go  stamtąd  –  odparł  Case  ponuro  –  choć  w  niezbyt  dobrej  formie. 

Przebywa w szpitalu, na rehabilitacji, i pewnie potrwa to jeszcze dobre parę miesięcy. Jednak 
najważniejsze, że żyje.   

Maddie spojrzała na nogę Case’a i pomyślała, że nie utykał, kiedy się poznali.   
– Byłeś ranny.   
– Tak. Z początku nie było wiadomo, czy w ogóle będę mógł chodzić.   
Maddie westchnęła, ale nic nie powiedziała.   
– Nie mogłem się z tobą skontaktować, Maddie. Najpierw tropiłem w dżungli bandytów, 

a potem ciężko ranny leżałem w szpitalu. Nie mogłem... nie chciałem odzywać się do ciebie, 
dopóki  nie  uzyskam  pewności,  że  nie  zostanę  kaleką.  Nie  chciałem  wracać  do  ciebie  na 
wózku  inwalidzkim  –  dodał  sucho.  –  Nigdy  nie  przestałem  o  tobie  myśleć.  Mogę  ci  to 
przysiąc, Maddie. A jeśli chodzi o nasze zaręczyny – z mojej strony nic się nie zmieniło. Gdy 
tylko jako tako doszedłem do siebie, przyjechałem tutaj. Przed przyjazdem dzwoniłem, ale nie 
było cię w domu, więc postanowiłem zrobić ci niespodziankę.   

– I to ci się udało – mruknęła Maddie, oszołomiona tym wszystkim, co właśnie usłyszała. 

Czy  miała  mu  wierzyć?  Opowiadał  swoją  historię  tak  prosto,  nie  chwaląc  się,  ale  poprzez 

background image

jego obojętny ton przebijały żal, gorycz i ból.   

Bez względu na to,  co się zdarzyło,  Case wycierpiał swoje.  Serce Maddie ścisnęło się z 

żalu. Nie mogła jednak poddać się tak od razu. Wciąż myślała o tym, co przemilczał.   

–  Dlaczego  chcesz  się  za  mną  ożenić,  Case?  Zamyślił  się  na  chwilę,  jakby  szukając 

stosownych słów.   

–  Kiedy  poznałem  cię  w  Cancún,  doszedłem  do  wniosku,  że  zmęczyło  mnie  moje 

dotychczasowe życie. Mówiłem ci, że nie mam rodziny, że straciłem matkę, mając siedem lat 
i  wychowywałem  się  w  sierocińcach.  Nigdy  się  nawet  nie  dowiedziałem,  kto  był  moim 
ojcem.  Wstąpiłem  do  policji  jako  nastolatek  i  przez  ostatnie  piętnaście  lat  strzegłem  prawa. 

Zawsze  w  ruchu,  nigdzie  dłużej  nie  zagrzałem  miejsca,  nigdy  nie  byłem  pewny,  czy  dożyję 
następnej misji. Mam już tego dość. Dojrzałem do tego, żeby gdzieś osiąść i wreszcie założyć 
rodzinę. Z tobą, Maddie.   

Dziwny ucisk w gardle sprawił, że nie była w stanie przemówić.   

Case potraktował jej milczenie jako zachętę do dalszych wynurzeń.   
– Podoba mi się twoje miasteczko. I twoja rodzina. Dorastać w takim miejscu – to musi 

być  cudowne.  Moglibyśmy  kupić  sobie  dom  i  kawałek  ziemi.  Mam  pieniądze  –  wystarczy, 
zanim znajdę nową pracę i...   

– Case – łagodnie przerwała mu Maddie – przestań, proszę cię. Nic nie rozumiesz. Nie 

wyjdę za ciebie.   

– Maddie... – W jego  głosie odezwały się uwodzicielskie tony. Maddie  natychmiast  się 

zjeżyła.   

–  Nie!  –  przerwała  mu  ostro.  –  Tym  razem  nie  padnę  ci  w  ramiona.  Chcesz  we  mnie 

widzieć małą kobietkę, z którą będziesz się bawił w dom i która urodzi ci dzieci. Lepiej o tym 
zapomnij. Ja chcę żyć. Za parę miesięcy skończę trzydzieści lat. Będę wtedy daleko od tego 

miasteczka, które tak ci się spodobało. Może tobie znudziło się życie pełne napięcia i przygód 
–  ciągnęła  drżącym  głosem  –  ale  ja  mam  ochotę  zakosztować  takiego  życia.  Pojadę  do 
Europy,  poznam  nowych  ludzi,  będę  żyła  na  całego.  Chcę  zwiedzić  Irlandię,  Grecję, 
Portugalię, Czechy – wszystkie te miejsca, o których czytałam. I nie chcę być tylko turystką. 
Chcę  poznać  małe  miasteczka  i  wsie  –  miejsca,  gdzie  żyją  autentyczni  ludzie.  A  potem 
może...  może  zacznę  chodzić  po  górach.  Albo  latać  na  szybowcach.  Wezmę  się  do  czegoś 
naprawdę podniecającego. I będę to robić sama! 

–  Sama  nie  wiesz,  co  mówisz.  – Case  potrząsnął  głową.  –  Kraje  o  których  marzysz,  to 

niebezpieczne  miejsca  dla  samotnej  kobiety.  Zwłaszcza  takiej,  która  przywykła  do 
spokojnego  życia  w  małym  miasteczku.  Nie  możesz  tak  po  prostu  wędrować  po  obcych 
krajach,  nie  znając  tamtejszych  języków  i  zwyczajów.  To  nie  Mitchell’s  Fork.  Uwierz  mi, 

Maddie,  dość  długo  tak  właśnie  funkcjonowałem.  Wkrótce  byś  miała  dość.  To  nie  jest  to, 

czego pragniesz, nie tego ci potrzeba.   

– Pozwól, że sama zadecyduję, co będę robić i czego mi potrzeba – syknęła Maddie.   
–  Posłuchaj,  co  ci  powiem  –  zdenerwował  się  Case.  –  Jesteś  wyjątkową  szczęściarą, 

Maddie  Carmichael.  Masz  kochającą  rodzinę,  przyjaciół  i  dom.  Budząc  się  każdego  ranka, 
możesz mieć pewność, że dożyjesz następnego dnia. Nie musisz ciągle spoglądać za siebie z 

background image

obawą, że ktoś wpakuje ci nóż albo kulę w plecy. Dlaczego chcesz stąd odejść? 

– Sama muszę znaleźć odpowiedź na to pytanie.   
– Jeżeli szukasz przygód, możesz je przeżyć ze mną – powiedział ze spokojem.   
Jego arogancja wprawiła Maddie w furię.   
– Jak mam cię przekonać, że między nami wszystko skończone? 
Dłonie Case’a ciężko opadły na jej ramiona.   
– Nigdy mnie nie przekonasz – odparł stanowczo. – Za długo na ciebie czekałem, Maddie 

Carmichael. Nie poddam się tak łatwo.   

– Ty...   
Nie udało jej się dokończyć. Gorące usta Case’a stłumiły jej gniewne słowa.   

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Gdzieś  w  środku  tego  długiego,  gorącego  pocałunku  Maddie  zrozumiała:  nigdy  nie  uda 

jej się przekonać Case’a, że przestał jej się podobać.   

Bo prawda była taka, że wciąż jej się podobał i wciąż go pragnęła.   

Kiedy  wreszcie  Case  niechętnie  oderwał  usta  od  jej  warg,  w  głowie  Maddie  zrodził  się 

desperacki plan.   

– Niech ci będzie – powiedziała, cofając się tak gwałtownie, że omal się nie przewróciła. 

– Skoro nie potrafię cię przekonać, żebyś mnie zostawił w spokoju, nie będę nic więcej robiła 
w tej sprawie.   

–  Czy  to  znaczy,  że  nasze  zaręczyny  są  nadal  aktualne?  –  W  głosie  Case’a  zabrzmiała 

zaczepka.   

– Nie – odparła wymijająco. – To tylko znaczy, że nie mogę cię zmusić do opuszczenia 

Mitchell’s  Fork.  Masz  niezbywalne  prawo  tu  przebywać.  Ale  gotowa  jestem  się  założyć,  że 
po  paru  tygodniach  będziesz  śmiertelnie  znudzony  i  zatęsknisz  za  dawnym  życiem,  od 
którego tak się teraz odżegnujesz.   

– A ja mogę się założyć, że się mylisz – odparował Case. – A co z będzie z nami? Masz 

zamiar uciekać na mój widok? 

–  Mam  zamiar  żyć  własnym  życiem  –  odparła.  –  Mam  tu  dość  dużo  obowiązków  i 

zamierzam się z nich wywiązywać. Ale jak tylko się okaże, że tato może sobie poradzić beze 
mnie przez pewien czas – jakieś cztery czy pięć miesięcy – wyjeżdżam do Europy. Sama! 

– Szkoda twoich pieniędzy. To nigdy się nie stanie. – Case mówił cicho, ale dobitnie. – 

Jeżeli chcesz koniecznie pojechać do Europy, zgoda, ale ze mną.   

Maddie chciała zaprotestować, ale właśnie drzwi otworzyły się i stanął w nich jej ojciec.   
–  Dziadek  nie  może  się  doczekać,  kiedy  wreszcie  rozpakuje  prezenty  –  powiedział, 

spoglądając z zainteresowaniem to na Maddie, to na Case’a. – Czekamy tylko na was.   

Maddie odgarnęła włosy z czoła.   
– Już idę.   
Case ruszył za nią. Maddie nagle przystanęła i odwróciła się.   
– Zaczekaj! 
– Mam sobie pójść? – zapytał Case.   
– Nie. Skoro mój ojciec zaprosił cię na kolację, nie mogę już cofnąć tego zaproszenia, ale 

stawiam jeden warunek.   

Case westchnął i pokiwał głową.   
– Mam nie wspominać ani słowem o naszych zaręczynach, tak? 
– O naszych nieważnych zaręczynach – poprawiła go.   
– Jak sobie życzysz, Maddie. – Case uprzejmie się uśmiechnął.   
Nagle  zapragnęła  uderzyć  go  w  twarz  i  w  te  jego  aroganckie,  nazbyt  wymowne  usta.  A 

potem pomyślała, że jej ojciec nie jest ani trochę lepszy. Zamiast jej pomóc, stoi w progu i 
uśmiecha się od ucha do ucha.   

background image

– Ani słowa – mruknęła, mijając go z dumnie uniesioną głową.   
– Przecież nic nie mówiłem.   
– Nie musiałeś westchnęła.   
 

Zgodnie  z  obietnicą,  Case  podczas  kolacji  zachowywał  się  wręcz  idealnie.  Gawędził  z 

Mike’em  i  Danem,  słuchał  uważnie  wspomnień  dziadka  Carmichaela,  rozmawiał  o 
samochodach i motocyklach z Jeffem i z miejsca oczarował Anitę, Lisę i Kathy. Co do Nettie 
– czując, że nie uda mu się tak łatwo jej omotać, potraktował  ją z pełną szacunku rezerwą, 
która szybko zyskała aprobatę starszej pani.   

Wiadomość,  że  Case  był  członkiem  brygady  antynarkotykowej,  zrobiła  na  wszystkich 

wielkie wrażenie. Mike, Dan i Nettie darzyli szacunkiem ludzi, którzy reprezentowali prawo i 
starali się zwalczać nielegalny handel narkotykami. Anita, Lisa i Kathy uległy romantycznej 
wizji agenta, który ryzykuje życie, by zapewnić bezpieczeństwo porządnym obywatelom.   

Jeff,  rzecz  jasna,  uznał  Case’a  za  najbardziej  opanowanego  faceta,  jakiego  spotkał  w 

swoim życiu.   

Kiedy przyszła pora na deser i  Frank wniósł płonący tort urodzinowy,  cała rodzina była 

już  święcie  przekonana,  że  Maddie  musiała  postradać  zmysły,  skoro  wciąż  z  uporem 
odrzucała oświadczyny takiego mężczyzny jak Case. Zwłaszcza że jakoś nie było słychać o 
innych, równie atrakcyjnych propozycjach.   

Żeby  czcigodny  solenizant  nie  dostał  zadyszki,  Frank  umieścił  pośrodku  olbrzymiego, 

czekoladowego  tortu  tylko  jedną  świeczkę.  Dziadek  zdmuchnął  ją  z  dumą,  a  potem  z 
promiennym uśmiechem wysłuchał „Happy Birthday”. Nawet Case śpiewał ile sił.   

Potem  nastąpiła  ceremonia  otwierania  prezentów.  Dziadek  z  taką  samą  radością 

dziękował za komplet praktycznej bielizny, który dostał od Nertie, i za elegancki kaszmirowy 
sweter  od  Dana  i  Anity.  Jednak  najbardziej  wzruszył  go  prezent  od  Maddie.  Namalowana 
przez  nią  na  podstawie  starej  fotografii  akwarelka  przedstawiała  babcię  i  dziadka 
Carmichaelów  na  pikniku.  Dziadek  miał  śnieżnobiałą,  mocno  wykrochmaloną  koszulę  ze 
sztywnym  kołnierzykiem,  spodnie  na  szelkach  i  słomkowy  kapelusz.  Jego  ukochana 
Annabelle wyglądała prześlicznie w muślinowej sukience i kapeluszu z kwiatami, który miał 
chronić od słońca jej jasną karnację.   

–  Doskonale  pamiętam  ten  dzień  –  westchnął  dziadek,  trzymając  obrazek  w  drżących 

dłoniach. – Dziękuję ci, Maddie, moja kochana dziewczynko.   

Maddie nachyliła się i pocałowała go w pobrużdżony policzek.   
– Cieszę się, że ci się podoba, dziadku.   
–  To  naprawdę  dobra  praca  –  odezwał  się  Case.  –  Nie  wiedziałem,  że  jesteś  taka 

utalentowana.   

– Dziękuję. – Maddie spłonęła rumieńcem. – To tylko moje hobby.   
Tymczasem Jeff zdążył już się znudzić przyjęciem i znowu przysiadł się do Case’a.   
– Czy został pan ranny w trakcie pościgu za handlarzami narkotyków? – zapytał.   
– Można by tak powiedzieć – odparł Case z wahaniem.   
– Został pan postrzelony? 

background image

Case znowu zawahał się i pytająco spojrzał na Maddie, a potem skinął głową.   
– Tak. Trafili mnie w brzuch i w lewe udo.   
Maddie  poczuła,  że  brak  jej  tchu.  Wcześniej  nie  zastanawiała  się,  w  jaki  sposób  Case 

został  ranny  i  dlaczego  wylądował  w  szpitalu.  Teraz  ogarnęła  ją  fala  współczucia.  Niemal 
czuła  jego  mękę  i  ból.  O  mój  Boże!  –  pomyślała.  Miała  wrażenie,  że  cała  rodzina  na  nią 
patrzy, a ona ma wszystko wypisane na twarzy. Tylko Jeff nie odrywał oczu od Case’a.   

– A czy pan kiedyś kogoś zastrzelił? – dopytywał się z przejęciem.   
– Jeff! – skarciły go matka i babka.   
Wszyscy  jednak  zdawali  się  czekać  na  odpowiedź  Case’a.  Maddie  oczywiście  była  w 

stanie to zrozumieć. Case Brannigan był dla nich niebywałą atrakcją. Jak egzotyczne zwierzę 
na  podwórku farmy.  Nikt  spośród gości nie spotkał  dotąd prawdziwego  agenta  –  człowieka, 
który  widział  kawał  świata,  ryzykował  własne  życie,  brał  udział  w  niebezpiecznych 
eskapadach,  jakie  mieszkańcy  Mitchell’s  Fork  mogli  co  najwyżej  oglądać  w  kinie  lub 

telewizji.   

Sama  Maddie  miała  już  dość  hollywoodzkiej  wizji  świata.  Przyszła  pora,  by  przeżyć 

własną  przygodę.  I  choć  nie  była  całkiem  pewna,  co  konkretnie  chciałaby  robić,  jedno 
wiedziała – musi to być coś odważnego, imponującego, o co nikt nawet by nie podejrzewał 
dawnej Maddie Carmichael.   

–  Wolałbym  nie  odpowiadać  na  to  pytanie  –  rzekł  cicho  Case.  –  Nie  lubiłem  pewnych 

spraw związanych z moją pracą i nie chcę do nich wracać. Mogę powiedzieć tylko tyle, że nie 
zrobiłem nic ponad to, co było konieczne.   

–  No,  no  –  rozległ  się  nagle  od  progu  męski  głos  –  to  ciekawe.  Kim  jest  ten  groźny 

nieznajomy, Maddie? 

Maddie z jękiem odwróciła się do drzwi.   
– Jackson! – Nagle przypomniała sobie, po co przyszedł. – O Boże! 
W  odpowiedzi  na  jej  osobliwe  powitanie  gość  kpiąco  uniósł  brwi.  Jackson  Babbit, 

dobiegający  czterdziestki  dwukrotny  rozwodnik,  właściciel  dobrze  prosperującego  sklepu  z 
narzędziami rolniczymi, uchodził za playboya i w pełni zasługiwał na swoją reputację. Nosił 
się  jak  popularny  gwiazdor  country  Marty  Stuart.  Jego  czarne,  dość  długie  włosy  były  tak 
starannie ufryzowane i polakierowane, że ani jeden lok nie śmiał wyłamać się z szyku. Tego 
wieczoru  nałożył  czerwoną  koszulę,  obcisłe  czarne  spodnie  i  wysokie  kowbojskie  buty  z 
lśniącej skóry. Jackson lubił też drogą biżuterię. Na szyi miał gruby, złoty łańcuch, a na jego 
wypielęgnowanych dłoniach połyskiwały dwa sygnety z brylantami.   

Jackson  był  pewnym  siebie  materialistą,  ale  i  najbarwniejszą  postacią,  jaką  Maddie 

zdarzyło  się  spotkać  w  Mitchell’s  Fork.  Umiał  się  śmiać  i  dobrze  bawić,  potrafił  obdarzać 
swoją  wybrankę  całkowitymi  i  niepodzielnymi  (choć  raczej  krótkotrwałymi)  względami.  W 
ciągu  minionych  trzech  miesięcy  Maddie  umówiła  się  z  nim  kilka  razy  i  świetnie  się  czuła 
podczas  każdego  spotkania.  Te  ich  randki,  które  były  dla  niej  wyłącznie  miłą  rozrywką, 
szokowały mieszkańców miasteczka, bo przedtem nikt nie podejrzewał, że tego typu kobieta 
mogłaby  wpaść  w  oko  Jacksonowi.  Było  w  tym  zresztą  trochę  racji,  ponieważ  Jackson 
zauważył ją dopiero po jej powrocie z Cancún.   

background image

Maddie dała mu jasno do zrozumienia, że wkrótce wyjeżdża i nie ma zamiaru iść z nim 

przedtem do łóżka. Jackson wielkodusznie stwierdził, że zrobi wszystko, by zmieniła zdanie, 
ale  zawsze  zachowywał  się  jak  prawdziwy  dżentelmen.  Widocznie  odpowiadała  mu  ta 
niezobowiązująca znajomość.   

– Jakson – znowu zająknęła się Maddie – ja...   
– Tylko mi nie mów, że zapomniałaś o naszej randce – zachichotał Jackson, a oczy mu 

zalśniły.   

Prawdę mówiąc, zapomniała. Po przyjęciu mieli iść do kina na nocny seans. To wszystko 

wina Case’a.   

Tymczasem  Case  patrzył  na  Jacksona  takim  wzrokiem,  że  każdy  inny  człowiek  dawno 

zapadłby się pod ziemię. Była to nienawiść od pierwszego wejrzenia.   

r  Jednak  Jackson  chyba  tego  nie  zauważył,  bo  uśmiechnął  się  promiennie,  skinął 

przyjaźnie głową wszystkim gościom po kolei, a potem podszedł do Case’a i wyciągnął rękę.   

– Chyba się nie znamy. Jestem Jackson Babbit. A pan... ? Case ledwo musnął jego dłoń.   
– Case Brannigan. Maddie...   
– Znajomy – pospiesznie dorzuciła Maddie.   
– Narzeczony – sucho dokończył Case. Jackson uśmiechnął się jeszcze szerzej.   
– Dostrzegam tu pewną różnicę zdań.   
– Chwilową – zapewnił go Case.   
– Nic podobnego. – Maddie rzuciła Case’owi wyzywające spojrzenie.   
Może jakiś inny mężczyzna starałby się wykorzystać konflikt między Maddie a Case’em, 

ale nie Jackson.   

– No to jak, Maddie – zapytał, nie przestając się uśmiechać – co z naszą randką? Czy to 

aktualne? 

– Oczywiście. – Maddie skinęła głową. – Jestem gotowa. Możemy iść.   
– Maddie! – W głosie Case’a zabrzmiały groźne tony. Postąpił krok w jej stronę.   
Odważnie spojrzała mu w oczy.   
– O co chodzi? 
Oboje  zdawali  sobie  sprawę,  że  w  tej  sytuacji  Case  nic  nie  może  zrobić.  Cała  rodzina 

zastygła bez ruchu, patrząc na nich z napięciem. A potem Case spuścił wzrok i mruknął: 

– Jutro porozmawiamy.   
– Może – obojętnie stwierdziła Maddie.   
Szybko  ucałowała  dziadka,  powiedziała  wszystkim  dobranoc  i  ująwszy  Jacksona  za 

ramię, niemal wypchnęła go z pokoju.   

W  holu  przystanęła  na  chwilę,  żeby  złapać  oddech.  Zjadalni  dobiegły  ją  fragmenty 

rozmowy. Oczywiście wszyscy byli pewni, że już wyszła.   

– Nie wiem, co w nią ostatnio wstąpiło – narzekała Nettie.   
– Ta dziewczyna...   
– Co ona widzi w tym Babbicie?! – wykrzyknęła Anita.   
– Przecież to...   
– Podoba mi się jej nowa fryzura – mówiła Kathy. – Ciekawe, czy...   

background image

– Trzeba mu było dać w zęby! – Ta rada oczywiście pochodziła od Jeffa.   
– Jefr”! Co to ma znaczyć! – dobiegł głos jego zaszokowanej matki.   
– Maddie – zwrócił się do niej Jackson. – Idziemy czy nie? 
– Tak, jestem gotowa – powiedziała, mając nadzieję, że Jackson nie słyszy desperacji w 

jej głosie. Poczuła, że musi opuścić to miejsce. I to natychmiast.   

 

Na szczęście w drodze do kina Jackson ani razu nie wspomniał o Casie. Wybrali komedię 

z parą ulubionych aktorów Maddie. Mogła wreszcie zapomnieć o stresujących wydarzeniach 
tego  dnia  i  śmiać  się  z  głupstw  oglądanych  na  ekranie.  Dwie  godziny  ucieczki  od 
rzeczywistości i od dręczącego ją pytania co dalej.   

Po seansie Jackson zatrzymał się przed koktajlbarem.   
– Masz ochotę na lody? – zapytał.   
– Jasne. Czemu nie? – Od powrotu z Cancún rygorystycznie przestrzegała diety, ale tego 

wieczoru  miała  ochotę  na  małe  szaleństwo.  W  końcu  na  przyjęciu  zjadła  tylko  kawałeczek 
tortu.  Nie  była  w  stanie  zjeść  więcej,  czując  na  sobie  badawczy  wzrok  Case’a  oraz  całej 

rodziny.   

Jackson  zamówił  lody  bananowe  i  kawę  dla  obojga.  Jak  zwykle  nie  spytał  jej  o  zdanie. 

Maddie na ogół  nie puszczała mu  tego płazem, ale dziś  była tak roztrzęsiona, że nawet  nie 
zaprotestowała.   

–  A  teraz  –  odezwał  się,  kiedy  usiedli  przy  stoliku  –  opowiedz  mi  o  tym  Branniganie. 

Dlaczego on uważa się za twojego narzeczonego? 

– Bo mu kiedyś obiecałam, że za niego wyjdę – bąknęła Maddie.   
Jackson nawet nie mrugnął.   
– Miał prawo wyciągnąć z tego pewne wnioski.   
– Wiem – uśmiechnęła się Maddie. – Ale później zmieniłam zdanie.   
– To przywilej kobiet, choć akurat w tych sprawach bywa odwrotnie.   
–  Rzecz  w  tym,  że  Case  nie  zmienił  zdania,  chociaż  na  próżno  czekałam  na  niego  w 

Cancún.  Niech  go  diabli!  Nie  wiem  nawet,  czy  ta  ruda  piękność  to  rzeczywiście  tylko  jego 
koleżanka po fachu czy  ktoś więcej... Zresztą, nie obchodzi mnie to. Nie mam zamiaru być 
słodką kobietką dla jakiegoś eks-szpiega nie  wiadomo  skąd. Skąd się  wziął ten jego sielski 
obraz  życia  na  prowincji?  Pewnie  stąd,  że  nigdy  nie  miał  rodziny.  Oczywiście  trudno  go 
winić za to, że chciałby ją założyć, aleja nie mam zamiaru zrezygnować ze swoich marzeń i 
planów, żeby stworzyć mu tę rodzinę...   

Maddie  nagle  uświadomiła  sobie,  że  Jackson  uważnie  słucha  każdego  jej  słowa  i 

zarumieniła się.   

– Przepraszam – powiedziała. – Wiem, że ta moja tyrada jest bez sensu.   
– Wręcz przeciwnie. Mnie się wydała bardzo pouczająca. Więc nie wyjdziesz za niego? 
– Nie – odpowiedziała może trochę za szybko.   
– Na moje oko to dość uparty facet.   
–  Ja  też  potrafię  być  uparta  –  stwierdziła  Maddie.  –  Za  parę  tygodni  Case’owi  tak  się 

znudzi Mitchell’s Fork, że będzie stąd uciekał gdzie pieprz rośnie. Wiesz, jak tu jest, Jackson. 

background image

Sam mówiłeś, że gdyby nie twój sklep, dawno byś już wyjechał.   

– Mitchell’s Fork jest w porządku – uśmiechnął się Jackson. – Może tu trochę nudno, ale 

robię co mogę, żeby ożywić to miejsce.   

Maddie zmarszczyła brwi. Przecież to właśnie Jackson zachęcał ją do zerwania więzów z 

miasteczkiem.  To on jeden poparł ją,  kiedy postanowiła wyjechać stąd na trochę i  zobaczyć 
kawałek  świata.  Czyżby  to  były  tylko  puste  słowa?  A  może  Jackson  zapuścił  tu  korzenie 
równie głęboko jak inni? 

– Nie patrz tak na mnie, Maddie – powiedział Jackson, jakby czytał w jej myślach. – Jak 

tylko  uzbieram  wystarczająco dużo forsy,  zmywam  się stąd. Myślałem  o tym, żeby wybrać 
się na Tahiti, a może gdzie indziej. W każdym razie tam, gdzie zawsze świeci słońce, a...   

– ... a kobiety nie noszą staników – dokończyła Maddie. Jackson często to powtarzał.   
– Zapamiętałaś roześmiał się.   
– Posłuchaj, Jackson! – Maddie nagle zaniepokoiła się o jego dyskrecję.  Co ją opętało, 

żeby mu się tak zwierzać. – To, co ci przed chwilą mówiłam o... o tym czekaniu w Cancún... 
Może byśmy tak...   

– Już zapomniałem.   
– Dziękuję ci – uśmiechnęła się smętnie Maddie.   
–  W  zamian  ty  mi  musisz  przyrzec,  że  nie  piśniesz  nikomu  ani  słowa  o  tym,  jak 

wspierałem cię na duchu. Muszę przecież dbać o moją złą reputację.   

–  Bardzo  starannie  ją  pielęgnujesz.  Nie  mogę  zrozumieć,  dlaczego  tak  ci  zależy,  żeby 

wszyscy uważali cię za próżnego egoistę i playboya? Przecież jesteś bardzo miłym i dobrym 
człowiekiem.   

– Ciszej! – Jackson demonstracyjnie rozejrzał się wkoło. – Ktoś mógłby cię usłyszeć. Tak 

naprawdę jestem próżnym egoistą. Czasem jedynie udaje mi się przemóc złe skłonności, i to 
tylko  wtedy,  kiedy  się  bardzo  staram.  Gdybym  robił  to  częściej,  wszyscy  zaczęliby  tego  po 
mnie oczekiwać.   

Maddie roześmiała się.   
– Wiesz co, Jackson, jesteś niereformowalny.   
– Czy nie to właśnie powiedziałem? 
– Jesteś także dobrym kolegą. Jackson skrzywił się i potarł dłonią czoło.   
–  Od  miesięcy  próbuję  cię  uwieść,  a  ty  masz  mi  tylko  tyle  do  powiedzenia,  że  jestem 

dobrym kolegą. Widocznie jestem mało pociągający.   

– Ty? Niemożliwe.   
– To zabrzmiało obiecująco. Czy to znaczy, że pójdziesz do mnie, kiedy stąd wyjdziemy? 
– Nie.   
Jackson ciężko westchnął.   
– Zdecydowanie mało pociągający.   
– Lepiej jedz swoje lody, bo ci się roztopią – powiedziała Maddie.   
– Gdyby moje wdzięki w ten sam sposób mogły podziałać na ciebie...   
Maddie roześmiała się. Była mu wdzięczna za to, że potraktował to tak lekko.   

Jackson odwiózł Maddie pod jej dom  tuż po północy. Odprowadził ją do drzwi,  musnął 

background image

wargami  jej  policzek  i  poradził,  żeby  miała  się  na  baczności  przed  „zazdrosnym 
narzeczonym”. A potem odszedł, cicho pogwizdując, jakby się świetnie bawił tego wieczora.   

Maddie  potrząsnęła  głową,  zamknęła  za  sobą  drzwi  i  przez  pogrążony  we  śnie  dom 

przeszła na palcach do swojego pokoju.   

Dopiero tam się rozkleiła.   

Nagle ugięły się pod nią kolana i bez sił opadła na łóżko. Ukryła twarz w dłoniach.   

Co  za  dzień!  Skąd  mogła  wiedzieć,  że  Case  Brannigan  znowu  wtargnie  w  jej  życie  i 

będzie chciał zacząć wszystko od początku? 

Przynajmniej wyjaśniła się przyczyna jego nagłego wyjazdu z  Cancún. Tylko czy mogła 

wierzyć jego słowom? 

To  brzmiało  tak  romantycznie:  odwołany,  aby  ratować  przyjaciela  z  rąk  okrutnych 

bandytów.  Desperacka  misja,  która  zakończyła  się  pobytem  bohatera  w  szpitalu  i  groźbą 

kalectwa.  Ten  sam  bohater  dzielnie  walczy  o  powrót  do  zdrowia,  bo  nie  chce  wracać  do 

narzeczonej jako kaleka.   

Tak, brzmiało to zbyt pięknie i romantycznie, żeby było prawdziwe.   

Oczywiście  Case  został  ranny.  I  to  poważnie.  Świadczy  o  tym  jego  chudość,  bruzdy  na 

twarzy,  sposób,  w  jaki  utyka.  Czegoś  takiego  nie  można  udawać.  Czy  jednak  było  tak,  jak 
opowiadał? Skąd mogła wiedzieć, czy rzeczywiście był tym, za kogo się podawał? 

W  gruncie  rzeczy  Case  Brannigan  był  dla  niej  obcym  człowiekiem.  Nieznajomym, 

którego  o  mały  włos  nie  poślubiła  w  chwili  słabości.  Teraz  on  wrócił,  ale  Maddie  się 
zmieniła.  Sama  już  nie  wiedziała,  czy  straciła  odwagę,  czy  ją  w  sobie  odnalazła,  ale  tym 
razem  nie  miała  zamiaru  być  dla  niego  tak  łatwą  zdobyczą.  Nie  wierzyła  mu  już  bez 
zastrzeżeń.   

Z tego, co wiedziała, był raczej łowcą przygód. A może sądził, że jej rodzina jest bogata? 

A może chował w zanadrzu jeszcze coś innego? 

Tam,  na  plaży  w  Cancún,  wierzyła,  że  są  w  sobie  zakochani,  chociaż  Case  nigdy  nie 

wyznał jej uczuć. Przez następne sześć miesięcy próbowała samą siebie przekonać, że to nie 
była miłość, tylko zauroczenie. A może wręcz zdrowy objaw pożądania.   

Niestety, cokolwiek to było, wciąż to odczuwała. W końcu uczucia to nie kolor włosów – 

nie da się ich tak łatwo zmienić.   

Co  oczywiście  nie  znaczy,  że  nie  da  się  ich  w  ogóle  zmienić.  Trzeba  tylko  więcej 

wysiłku.   

Nie  miała  zamiaru  znowu  robić  z  siebie  idiotki  z  powodu  tajemniczego  Case’a 

Brannigana.   

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Przez cały następny dzień Case oglądał domy na sprzedaż. Miał po temu dwa powody. Po 

pierwsze,  nie  zamierzał  zostać  ani  chwili  dłużej  niż  to  konieczne  w  tym  iście  spartańskim 

hoteliku,  podobno  najlepszym  w  Mitchell’s  Fork.  A  po  drugie,  musiał  sobie  znaleźć  jakieś 
zajęcie do czasu, kiedy uzna za stosowne znowu porozmawiać z Maddie.   

Nie byłoby go stać na tyle cierpliwości, gdyby nie fakt, że śledził ją i Babbita ubiegłego 

wieczoru.  Widział  ich  w  koktajlbarze  i  potem,  pod  drzwiami  jej  domu.  To,  co  zobaczył, 
upewniło go, że żadne poważne uczucie ich nie łączy.   

Oczywiście nigdy nie dowiedzą się o tym, że ich podglądał. Case zbyt często musiał czaić 

się w ciemnościach, wyśledził zbyt wiele tajnych spotkań, żeby teraz dać się zaskoczyć parze 
nieświadomych niczego amatorów.   

Maddie byłaby pewnie na niego wściekła. Twarda z niej sztuka, pomyślał z uśmiechem. 

W jego przekonaniu oddała mu się już wtedy, na plaży w Cancún – nawet jeśli były to tylko 
słowa. A Case Brannigan zawsze strzegł tego, co do niego należało.   

W  agencji  handlu  nieruchomościami  powitała  go  drobna,  roztrzęsiona  kobietka,  dla 

której,  zdaniem  Case’a,  sprzedaż  domów  była  jakimś  dodatkowym,  frustrującym  zajęciem  i 

która prawdopodobnie nigdy w życiu nie zetknęła się z tak kapryśnym klientem.   

– To jest mniej więcej to, o co mi chodziło – siląc się na uśmiech, powiedział do swojej 

przewodniczki, która nerwowo deptała mu po piętach, kiedy zbliżali się do trzeciego z kolei 

domu.  Dwa  poprzednie  zupełnie  mu  nie  odpowiadały  –  jeden  był  za  mały,  a  drugi  zbyt 

brzydki. Za to w tym dopatrzył się ukrytych możliwości.   

Przypominał  wiejską  rezydencję  z  czasów  wiktoriańskich.  Otaczały  go  stare  drzewa  i 

olbrzymi trawnik z klombami kwiatów. Musi tu być pięknie latem, pomyślał Case. Z werandy 
wchodziło się do środka przez podwójne drzwi z witrażowymi szybkami. Case’owi podobały 
się  wszystkie  te  drobne  szczegóły  –  jasnożółte  belki  konstrukcji,  kremowe  okiennice  i 
futryny,  kryty  gontem  dach.  Mnóstwo  ciekawych  łuków  i  okrągłości.  Szczególnie  upodobał 
sobie owalne witrażowe okno nad frontową werandą.   

Tak, to wyglądało interesująco i odpowiadało jego wizji „prawdziwego domu”.   
– Ile tu jest sypialni? – zapytał, bo dom wydał mu się dość duży.   
– Pięć – pisnęła agentka. – Jedna na dole i cztery na piętrze. Są też cztery łazienki i cztery 

kabiny prysznicowe. Dom zbudowano dziesięć lat temu na siedmioakrowej parceli. Na tyłach 
znajduje się mała sadzawka i trawnik, na którym można wybudować basen, gdyby pan się na 
to zdecydował.   

Case skinął głową. Pięć sypialni to w sam raz. Ciekawe, ile dzieci zamierza mieć Maddie. 

Wspiął się po schodkach na werandę. Deski zaskrzypiały pod jego stopami. Przystanął, żeby 
sprawdzić ich wytrzymałość i uznał je za solidne.   

– Nie obejdzie się bez drobnych napraw – dorzuciła kobieta. – Dom stoi pusty od roku.   
– Jak to? – zapytał Case, pamiętając, że należy okazać bodaj cień podejrzliwości.   
–  Jest  dość...  drogi  jak  na  tę  okolicę  przyznała.  –  Stosunkowo  obszerny  i  wykończony 

background image

bardziej  solidnie  niż  większość  tutejszych  domów.  No  i  oczywiście  koszty  ogrzewania  i 
klimatyzacji są wyższe przy tak dużej powierzchni.   

Case  odetchnął  z  ulgą.  Pieniądze  nie  stanowiły  dla  niego  problemu.  A  co  do  napraw  – 

mówiono mu, że to rzecz naturalna, jeśli się jest właścicielem domu. On oczywiście nigdy nie 
miał własnego domu. Dorastał w zapchlonych mieszkankach, sierocińcach i tanich lokalach 
do  wynajęcia.  Ostatnie  piętnaście  lat  spędził  na  walizkach.  Wciąż  jednak  pamiętał  swoje 
dziecinne marzenia – rodzina, pies, dom, w którym mógłby przyjmować przyjaciół...   

–  To  duży  dom  –  powiedział,  kiedy  weszli  do  wysokiego  holu,  z  którego  prowadziły 

schody  na  piętro.  Zajrzał  do  przestronnych,  pozbawionych  zasłon  pomieszczeń  na  parterze. 
Po  lewej  stronie  mieściła  się  biblioteka  z  rzędami  półek  na  książki,  po  prawej  ośmiokątny 
pokój  o olbrzymich oknach – prawdopodobnie jadalnia. Oczyma  duszy  zobaczył wielki  stół 
ze srebrnymi świecznikami, no i oczywiście siebie na jego końcu, z Maddie u jego prawego 
boku.   

Ze smutkiem pomyślał, że nigdy w życiu nie wydał przyjęcia. Czy nie za późno się tego 

uczyć? Chyba że Maddie by mu pomogła.   

– Tak, to duży dom. – Głos agentki wdarł się niemiłym zgrzytem w jego rozmyślania. – 

Ludzie, którzy go wybudowali, pochodzili z północy. Mieszkali tu, dopóki pani Fielding nie 
zapragnęła  przeprowadzić  się  bliżej  wnuków.  Wystawili  posiadłość  na  sprzedaż,  a  gdy  nie 
znaleźli kupca, wyjechali, zostawiając wszystkie pełnomocnictwa mojej agencji.   

Case przeciągnął ręką po wypolerowanej poręczy z drewna orzechowego.   
– Hmm – mruknął niezdecydowanie – niech mi pani pokaże resztę.   
W rozbieganych oczkach kobiety pojawił się błysk. Chrząknęła, uniosła głowę i zaczęła 

wyliczać  zalety  domu.  Garaż  na  trzy  samochody,  szopa...  Case  uśmiechnął  się  –  zawsze 
marzył o swoim miejscu do majsterkowania.   

Pokazała  mu  wysoki  salon  z  masywnym  kominkiem.  Pokój  pana  domu,  również  z 

kominkiem  i  z  osobnym  wyjściem  na  werandę,  a  także  mniejszy  salonik  z  wykuszowym 
oknem.  Kuchnię  z  pełnym  wyposażeniem,  zabudowaną  szafkami  z  ciemnego  dębu,  i 
przylegający  do  niej  przytulny,  ośmiokątny  pokój,  w  sam  raz  na  miłe  posiłki  w  rodzinnym 
gronie. Na górze mieściły się cztery duże sypialnie i pokój do zabaw, także z kominkiem.   

– Podoba mi się ten dom – powiedział Case. Agentka nagle się rozpromieniła.   
– Jestem pewna, że będziecie tu bardzo szczęśliwi. Może ma rację, pomyślał Case. Miał 

nadzieję, że Maddie też będzie tego zdania.   

 
– Co takiego zrobił? – Ze słuchawką przy uchu Maddie osunęła się na krzesło. Właśnie 

zajęta była cotygodniowym rozliczeniem w kantorku na zapleczu restauracji.   

–  Złożył  ofertę  na  dom  Fieldingów  –  radośnie  zakomunikowała  jej  Jill. –  Oglądał  go  z 

Sherry Holder. Jest tak podniecona ewentualną prowizją, że zamówiła już nowego forda.   

Maddie nie wierzyła własnym uszom.   
– Po co mu taki wielki dom? 
–  Jak  dla  kawalera  jest  rzeczywiście  obszerny.  Pięć  sypialni,  pięć  czy  sześć  łazienek, 

biblioteka, salon, pokój na górze, trzy kominki, a w części gospodarczej jest nawet chłodnia! 

background image

– Nigdy nie byłam w środku, ale słyszałam, że pokoje są duże i wysokie. Sherry mówiła 

mi  kiedyś,  że  ogrzewanie  i  klimatyzacja  kosztują  majątek  –  głośno  rozważała  Maddie.  – 
Słyszałam  też,  że  Fieldingowie  zaniedbali  pewne  sprawy  związane  z  konserwacją.  Case 
pewnie nie wie, w co się pakuje.   

– Sherry zaklina się, że nic przed nim nie zataiła. Mówi, że nawet  nie chciał słuchać  o 

kłopotach. Obejrzał dom i z miejsca się zdecydował.   

Maddie  jęknęła  w  duchu.  Sprawy  zaczynały  wymykać  jej  się  z  rąk.  Nie  była  w  stanie 

przewidzieć,  że  Case  popędzi  kupić  dom  już  na  drugi  dzień  po  przyjeździe.  Wybór  domu 
oczywiście  jej  nie  zdziwił.  Posiadłość  Fieldingów  była  przesadnie  okazała.  Podobnie  jak 
zaloty Case’a.   

Fieldingowie  tak  naprawdę  nie  zżyli  się  z  mieszkańcami  Mitchell’s  Fork  ani  nie 

próbowali zapuścić tu korzeni. To dlatego Maddie nigdy nie widziała wnętrza domu. Case był 
obcym, któremu spodobał się dom obcych. Wszystko do siebie pasowało.   

– Byłam kiedyś w środku – powiedziała Jill. – Sherry zawiozła mnie tam kilka miesięcy 

temu.  To  piękny  dom,  ale  okropnie  urządzony.  Co  za  kolory,  a  do  tego  ta  ciemna  boazeria. 
Case  pewnie  niczego  nie  zauważył  –  wiadomo,  jak  to  mężczyzna.  –  Jill  przerwała  i 
zachichotała.  –  Wiesz,  jak  lubię  urządzać  mieszkania.  Z  radością  pomogę  ci  dobrać  nowe 
farby, dywany i tapety, kiedy już się tam wprowadzicie.   

– Kiedy już się... Jill, ja nie mam zamiaru wprowadzać się do domu Fieldingów! 
– Uhm. Powiedz to twojemu narzeczonemu – droczyła się z nią Jill. – Sherry mówiła, że 

wspominał  o  tobie  co  najmniej  pięćdziesiąt  razy  w  ciągu  tych  trzech  godzin,  które  z  nim 
spędziła.   

– I pewnie teraz wszystkim o tym” opowiada.   
– Pewnie tak. Nie mogę się doczekać, kiedy go poznam.   
–  Dobrze.  Chętnie  ci  go  przedstawię.  Może  dojdzie  do  wniosku,  że  bardziej  niż  ja 

odpowiadasz jego ideałowi żony.   

Jill roześmiała się.   
–  Po  tym,  co  o  nim  słyszałam,  chciałabym,  żeby  tak  było.  Lisa  i  Anita  mówią,  że  jest 

bardzo miły – w ten cudownie niebezpieczny sposób. Jeff podobno oszalał na jego punkcie i 

twierdzi, że jeśli ty się nie zdecydujesz, chciałby, żeby Case ożenił się z jego matką. Sherry 
była  nim  śmiertelnie  przerażona,  ale  uważa  go  za  najbardziej  seksownego  faceta,  jakiego 
widziała w tych stronach. Jackson nazwał go Terminatorem. Śmiał się jak głupi, kiedy mi o 
nim opowiadał. Oczywiście uważa, że to wszystko jakaś histeria.   

Maddie  ciężko  westchnęła.  Nie  była  zdziwiona,  że  Jill  zdążyła  już  usłyszeć  wszystkie 

plotki. Była przecież kasjerką w jedynym banku w Mitchell’s Fork. Nic nie mogło umknąć jej 

uwagi.   

– Co ja mam teraz począć, Jill? 
–  Tylko  jedno  możesz  zrobić  w  tej  sytuacji  –  odparła  Jill  z  powagą.  –  Zamów  sobie 

ślubną suknię. I nie zapomnij poprosić mnie na druhnę, bo inaczej...   

–  A  niech  cię,  Jill!  Jesteś  jeszcze  gorsza  niż  Jackson!  To  poważna  sprawa.  Ten  facet 

naprawdę uważa, że za niego wyjdę. Przecież kupuje ten olbrzymi dom po to, żeby w nim ze 

background image

mną zamieszkać! 

– Sądząc z tego, co mówi twoja rodzina, ma po temu pewne podstawy – zauważyła Jill, 

tym razem poważnie. – Podobno twierdzi, że byłabyś już jego żoną, gdyby nie został nagle 
odwołany z Cancún w pilnych sprawach służbowych. Czy to prawda, Maddie? 

Maddie znów zobaczyła małe biuro Ruiza i siebie w letniej białej sukience – drżącą, ale 

zdecydowaną.  I  choć  ze  wszystkich  sił  starała  się  temu  teraz  zaprzeczyć,  zrozumiała,  że 
gdyby Case czekał tam wtedy na nią, wyszłaby za niego.   

– Maddie? – powtórzyła Jill.   
– Tak, to chyba prawda – cicho przyznała Maddie. – Ale...   
– Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym po powrocie do domu? – zapytała Jill z wyrzutem. 

Podobne tony słyszała już u ojca.   

Przecież  nie  chciała  sprawić  im  przykrości.  Nieraz  marzyła  o  tym,  by  móc  im  się 

zwierzyć z tego, co przeżywała przez ostatnie sześć miesięcy. Niestety,  nie była w stanie o 
tym rozmawiać. Jak można ująć słowami to, co czuła, kiedy Case brat ją za rękę i uśmiechał 
się do niej? Nie miała też słów, by opisać uczucie upokorzenia i rozpaczy, kiedy Case zniknął 
z jej życia.   

– Przepraszam cię, Jill, nie byłam w stanie...   
–  Nie  ma  za  co.  Wszystko  rozumiem  –  zapewniła  ją  przyjaciółka.  –  Nie  chcę  cię  już 

dłużej  odrywać  od  pracy.  Porozmawiamy  później,  dobrze?  Ach,  i  jeszcze  jedno!  Trochę  ci 
nadokuczałam, ale jeśli dojdziesz do wniosku, że naprawdę musisz z kimś pomówić... wiesz, 
że masz mnie, Maddie.   

– Wiem. – Oczy Maddie zwilgotniały. – Dziękuję, Jill. Trzymam cię za słowo.   
– Jestem do twojej dyspozycji o każdej porze dnia i nocy. Cześć! – Nim Maddie zdążyła 

odpowiedzieć, Jill odłożyła słuchawkę.   

Maddie ukryła twarz w dłoniach i cicho jęknęła.   

Po co wypełniła te głupie kupony w supermarkecie? Gdyby wiedziała, jak wpłynie to na 

całe jej życie...   

 

Case otworzył okna swojego ferrari, by móc rozkoszować się aromatycznym, wiosennym 

powietrzem.  Dochodziła  już  szósta  po  południu  i  był  głodny.  Nagle  zdecydował,  że  pora 
wypróbować menu „U Mike’a i Maddie”.   

Z ręką wygodnie opartą o otwarte okno zahamował na czerwonych światłach, nucąc pod 

nosem  piosenkę,  którą  właśnie  nadawali  przez  radio.  Był  w  świetnym  humorze  i  miał 
nadzieję, że Maddie też okaże się tego dnia bardziej przystępna.   

Błyszcząca  furgonetka  zatrzymała  się  obok  na  lewym  pasie.  Z  wnętrza  dochodziły  tony 

głośnej  muzyki  rockowej,  zagłuszając  stację  Case’a.  Trzech  kilkunastoletnich  chłopaków 
tłoczyło  się  na  przednim  siedzeniu.  Jeden  był  w  kowbojskim  kapeluszu,  a  dwóch  w 
baseballowych czapeczkach. Wszyscy przyglądali się jego ferrari.   

Case  uznał,  że  szukają  zaczepki,  i  postanowił  ich  zignorować.  Spojrzał  na  światła  z 

nadzieją, że zmieniły się na zielone.   

– Hej! – zawołał chłopak siedzący najbliżej Case’a. – Jaką to ma szybkość? 

background image

Case zastanowił się, a potem z westchnieniem powiedział: 
– Dozwoloną.   
Chłopcy  roześmiali  się  i  zaczęli  robić  jakieś  głupie  uwagi.  Silnik  furgonetki  ryknął 

głośno.  Case  doszedł  do  wniosku,  iż  musiał  zostać  przerobiony,  by  osiągać  jak  największą 
prędkość.   

– Ścigamy się, dziadku? – wrzasnął kierowca, kiedy zapaliła się strzałka w lewo. – Pokaż, 

co potrafisz na tej swojej włoskiej deskorolce.   

Z  otwartego  okna  szoferki  buchnął  odór  piwa.  Case  rzucił  chłopakom  jedno  ze  swoich 

miażdżących spojrzeń.   

–  Wracajcie  do  domu,  chłopcy.  Mamusie  na  was  czekają.  Może  nie  powinien  był 

prowokować  ich  w  ten  sposób,  ale  dopiekli  mu  do  żywego,  nazywając  go  dziadkiem.  Do 
diabła,  miał  przecież  dopiero  trzydzieści  pięć  lat!  Mógł  z  łatwością  spuścić  lanie  całej  tej 
zasmarkanej  trójce!  A  potem  przypomniał  sobie,  że  ma  zamiar  tu  osiąść.  Wdawanie  się  w 
bójki  z  miejscową  młodzieżą  z  pewnością  nie  było  najlepszym  sposobem  na  zintegrowanie 
się z mieszkańcami Mitchell’s Fork.   

Światła  zmieniły  się  na  zielone,  nim  chłopcy  zdążyli  zareagować  na  jego  uwagę.  Case 

wcisnął gaz do deski. Furgonetka została w tyle. Po chwili sprawdził we wstecznym lusterku, 
czy za nim nie jadą, ale zniknęli mu z oczu.   

Może to tylko słowne zaczepki, pomyślał i znowu się odprężył. Chłopcy chcieli się trochę 

zabawić. A tak na przyszłość – powinien pamiętać, że jest już w cywilu i nie musi dopatrywać 
się wroga za każdym rogiem.   

Parking  przed  restauracją  był  zupełnie  pusty.  Case  podjechał  pod  samo  wejście  i 

przeczytał informację o godzinach otwarcia.   

A niech to! Restauracja zamykała się w niedzielę po południu, żeby znów otworzyć się o 

jedenastej  rano  we  wtorek.  A  co  miał  począć  ze  sobą  ktoś,  kto  był  głodny  w  poniedziałek 

wieczorem? 

Przyszło  mu  na  myśl,  że  może  Maddie  też  nic  jeszcze  nie  jadła.  Może  uda  mu  się 

wyciągnąć ją na kolację? 

Zawrócił i skierował się w stronę jej domu.   
–  Byłem  ciekaw,  kiedy  pan  znowu  się  pojawi  –  wycedził  Frank,  otwierając  przed 

Case’em drzwi.   

Nie bardzo rozumiejąc, Case odchrząknął, a potem zapytał: 
– Czy zastałem Maddie? 
– Tak. Jest za domem, na podwórku. Karmi psy. Case cofnął się.   
– Pójdę jej poszukać.   
– Zostanie pan na kolacji? 
– Chciałem ją gdzieś zaprosić. Frank wzruszył ramionami.   
– Proszę mi dać znać, na ile osób mam nakryć do stołu. Case obszedł dom dookoła i trafił 

na  Maddie,  która  właśnie  sypała  psom  suchą  karmę.  Kundle  niecierpliwie  kręciły  się  obok 

misek.   

– Dobrze już, dobrze, jeszcze chwileczkę – strofowała je, odsuwając na bok jednego, bo 

background image

omal  jej  nie  przewrócił,  próbując  dobrać  się  do  swojego  obiadu.  –  Zupełnie  jakbyście  nie 
jadły od tygodnia.   

Wyglądała prześlicznie. Miała na sobie obcisłe dżinsy, różową koszulkę i białe tenisówki. 

Złotawe włosy miękko okalały jej twarz. Zaczynał się powoli przyzwyczajać do jej nowego 
wizerunku. Choć już przedtem uważał ją za atrakcyjną, teraz wydała mu się wręcz ponętna, a 
przecież  w  głębi  duszy  coś  mu  mówiło,  że  nawet  gdyby  się  w  ogóle  nie  zmieniła,  nie 
wpłynęłoby to na jego uczucia.   

Szkła  zwykłe  czy  kontaktowe,  włosy  gładkie  czy  z  pasemkami  –  nie  sprawiało  mu  to 

różnicy. Pragnął Maddie, a miesiące rozłąki jeszcze tylko zaostrzyły jego apetyt.   

Psy  rzuciły  się  do  misek,  głośno  chrupiąc  i  machając  radośnie  ogonami.  Maddie 

przyglądała  im  się  przez  chwilę  z  uśmiechem,  a  potem  odwróciła  się  i  dopiero  wtedy 
zauważyła Case’a. Wielki plastikowy pojemnik z karmą dla psów wypadł jej z rąk i z hukiem 
wylądował na ziemi.   

– Och! – wykrzyknęła i zaczerwieniła się. – Przestraszyć mnie.   
– Przepraszam.   
Schyliła się, a kiedy się wyprostowała, była już spokojna.   
– Co tu robisz? 
– Chciałem cię zaprosić na kolację.   
– Trzeba było wcześniej zadzwonić.   
–  Przepraszam  –  powtórzył.  –  Myślałem,  że  dziś  wieczorem  będziesz  w  pracy. 

Podjechałem pod restaurację i dowiedziałem się, że w poniedziałki jest zamknięta.   

Maddie skinęła głową, ściskając w ramionach kubeł.   
– No to jak? – nalegał. – Zjesz ze mną kolację? 
– Nie jestem odpowiednio ubrana.   
– Zupełnie wystarczająco. – Case wskazał na swoje spodnie w kolorze khaki i sportową, 

płócienną koszulę. – Pojedziemy w jakieś zwyczajne miejsce.   

– Mam jeszcze trochę papierkowej roboty.   
– No to cię wcześnie odwiozę. To przecież tylko kolacja Maddie.   
– No dobrze – westchnęła. – I tak chciałam z tobą porozmawiać.   
Case życzyłby sobie trochę więcej entuzjazmu z jej strony, ale postanowił nie kusić losu.   
– Co tylko zechcesz, Maddie. Wzniosła oczy do nieba.   
– To nie takie proste. – A potem wyprzedziła go, mówiąc: – Wstąpię na chwilę do domu. 

Muszę się umyć. Spotkamy się za dziesięć minut.   

– Nie zaprosisz mnie do środka? 
– Żebyś znowu zaczął snuć z moją rodziną ślubne plany? O, nie! 
Case wybuchnął śmiechem.   
– Nie wierzysz mi ani trochę, prawda, najdroższa? 
Ku jego cichej satysfakcji Maddie spłonęła mocnym rumieńcem.   
– Ani trochę – burknęła, marszcząc brwi.   
Nagle zapragnął ją pocałować, ale tylko wsunął ręce do kieszeni i powiedział obojętnym 

tonem: 

background image

– Dobrze. Za dziesięć minut.   
Skinęła głową, a potem odwróciła się i zniknęła w głębi domu.   

Jesteś moja, myślał Case, czekając na Maddie. Jak mam cię o tym przekonać? 

Gotów był na wszystko, byle tylko dopiąć celu. Case Brannigan nie mógł znieść myśli o 

porażce,  kiedy  się  już  na  coś  zdecydował.  A  teraz  pragnął  tylko  jednego:  żeby  Maddie 
Carmichael została jego żoną.   

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

– Po raz pierwszy, odkąd przyjechałem do Mitchell’s Fork, jestem z tobą naprawdę sam 

na sam – stwierdził z satysfakcją Case pół godziny później.   

Maddie uniosła brwi i rozejrzała się po dość zatłoczonej pizzerii.   
– Według mnie, trudno to nazwać sam na sam.   
– Ale rozumiesz, co chciałem powiedzieć.   
Pulchna kelnerka podeszła do stolika, żeby przyjąć zamówienie.   
– Cześć, Maddie – odezwała się bezceremonialnie – czy to jest ten gość, o którym mówi 

całe miasto? 

–  Prawdopodobnie  –  skrzywiła  się  Maddie.  –  JoNell,  to  jest  Case  Brannigan.  Case  – 

JoNell Cushing. Chodziłyśmy razem do szkoły.   

– Miło mi panią poznać – powiedział Case, zastanawiając się, czy na surowej twarzy tej 

kobiety kiedykolwiek zagościł uśmiech.   

–  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie.  Wiecie  już,  co  chcecie  zamówić?  –  JoNell  na 

szczęście nie miała zamiaru wdawać się w pogawędki.   

– Talerz sałatek i dietetyczną colę – zaordynowała bez namysłu Maddie.   
– Nie lubisz pizzy? – zdziwił się Case.   
– Oczywiście, że lubię, ale jest bardzo tucząca...   
Case nawet nie wysłuchał jej do końca, tylko machnął ręką.   
– Duża pizza ze wszystkimi dodatkami. A dla mnie piwo. JoNell potrząsnęła głową.   
– Tu się nie pije alkoholu.   
– No to colę.   
Kiedy  kelnerka  odeszła,  Case  odwrócił  się  do  Maddie.  Z  niezadowoloną  miną  bębniła 

palcami w stolik.   

– Dlaczego to zrobiłeś? – spytała.   
– Co takiego? 
– Dobrze wiesz co. Zamówiłeś pizzę, chociaż ja wybrałam sałatkę.   
–  Widziałaś  ten  sałatkowy  bar  przy  wejściu?  Mają  tam  tylko  zwykłą  sałatę  i  kilka 

zwiędłych jarzyn.   

–  Aleja  to  zamówiłam,  a  ty  nie  miałeś  prawa  zmieniać  mojego  zamówienia.  Nie 

zaprotestowałam tylko dlatego, by nie dawać JoNell pretekstu do kolejnych plotek.   

– JoNell nie wygląda na plotkarę – stwierdził Case.   
– No to przyjrzyj jej się lepiej. Ona pławi się w plotkach. Jak wszyscy w tym mieście, z 

braku zresztą innych rozrywek.   

– Kiedy poznaliśmy się w Cancún, powiedziałaś mi, że kochasz swoje rodzinne miasto. 

Czemu nagle stałaś się taka krytyczna? 

– To prawda, kocham moje miasto – broniła się. – Tylko że... nagle uświadomiłam sobie, 

że poza nim jest jeszcze tyle miejsc, których nie widziałam, i tyle rzeczy, których nie robiłam. 
Najwyższa pora, żeby się stąd wyrwać.   

background image

Case potrząsnął głową.   
– Wróciliśmy do tematu, tak? 
– Tak. Nic się nie zmieniło.   
Case  sam  już  nie  wiedział,  czy  powinien  ją  przytulić,  czy  potrząsnąć.  Dopiero  teraz 

zrozumiał,  jak  bardzo  musiał  zranić  ją  w  Cancún.  Nie  miał  prawa  winić  Maddie  o  to,  że 
próbowała przed nim uciekać. Jednak jej samotna wyprawa w świat, którego nie znała, byłaby 
okropną pomyłką. Kto wie, co mogłoby ją spotkać podczas tych romantycznych podróży, o 
których tak marzyła. Case zbyt dobrze znał życie – Maddie nie miała o nim pojęcia.   

– Rozumiem twoją chęć poznania świata – odezwał się ze spokojem. – To coś zupełnie 

naturalnego. Ludzie podróżują parami albo grupami. Ale samotne podróże są niebezpieczne, 
Napytałabyś sobie kłopotów – zwłaszcza gdybyś rzeczywiście zwiedzała prowincję.   

–  Masz  na  myśli  kłopoty  podobne  do  tych  z  mojej  ostatniej  podróży?  –  zapytała, 

uśmiechając się słodko. – Przestań się o mnie martwić, Case. Nie popełnię po raz drugi tego 
samego błędu.   

–  Próbuję  ci  tylko  wytłumaczyć  –  odezwał  się  Case  przez  zaciśnięte  zęby  –  że  możesz 

przeżyć tę swoją wielką przygodę także i po ślubie. Jeżeli chcesz, spędzimy miodowy miesiąc 
w  Europie.  Pokażę  ci  miejsca,  do  których  nie  docierają  wycieczki.  Zabiorę  cię  do  tych 
przeklętych wiosek na odludziu – i zapewnię ci  bezpieczeństwo. Australia, Azja, Karaiby – 
powiedz tylko słowo, a zabiorę cię, gdzie zechcesz.   

– Naprawdę byłeś w tych wszystkich miejscach? – Maddie otworzyła szeroko oczy.   
– Znam większość z nich.   
– I stać cię na to, żeby tam jeszcze raz pojechać? 
–  Mam  dość  pieniędzy.  –  Case  wzruszył  ramionami.  –  Przez  ostatnie  lata  niewiele 

wydałem.  Z  drogich  rzeczy  kupiłem  tylko  ten  samochód.  Nie  jestem  wybredny.  Podobno 
mam też głowę do interesów.   

– Takich jak dom Fieldingów? Czy to ma być inwestycja? 
– To już o tym słyszałaś? 
– Tak. Sherry zdążyła wydać swoją prowizję. Ten dom kosztuje majątek.   
– Już ci mówiłem, że moje inwestycje przynoszą niezły dochód – sucho stwierdził Case. 

Nie chciałby, żeby pieniądze miały decydujący  wpływ na uczucia Maddie, ale miała prawo 
wiedzieć, że będzie ją w stanie utrzymać. W końcu to obowiązek męża. Tak każe tradycja.   

– Stać mnie na ten dom i na jego utrzymanie, a także na nasze podróże. Planowałem zająć 

się inwestycjami, kiedy już tu osiądę na stałe. Mógłbym otworzyć małe biuro konsultingowe. 
Jestem pewny, że miejscowi farmerzy i biznesmeni potrzebują porady.   

– Przepraszam. – Maddie nagle potrząsnęła głową. – Nie obchodzą mnie twoje finanse. 

Jestem tylko trochę... zaskoczona. Nie wiedziałam, że rząd tak dobrze płaci.   

–  Za  niektóre  zlecenia  tak.  A  poza  tym,  jak  już  mówiłem,  zrobiłem  parę  niezłych 

inwestycji.   

– Tym lepiej dla ciebie. Nie powinieneś wobec tego mieć kłopotów ze znalezieniem żony.   
–  Nie  mam  zamiaru  kupować  sobie  żony.  –  Case  uznał,  że  Maddie  chyba  chce 

wyprowadzić go z równowagi.   

background image

–  Jeżeli  liczysz  tylko  na  swój  wdzięk  osobisty,  możesz  się  rozczarować.  Nowoczesne 

kobiety raczej nie lubią aroganckich, apodyktycznych typów.   

– Wydaje mi się, że w Cancún nie narzekałaś na mój wdzięk albo jego brak – odparował 

Case, mając na myśli ich długie, namiętne pocałunki przy świetle księżyca.   

Maddie zarumieniła się.   
– Powtarzam ci, że nie popełniam tych samych błędów dwa razy – mruknęła.   
Zjawiła się JoNell z olbrzymią pizzą.   
– Może coś jeszcze? – zapytała.   
Maddie i Case jednocześnie potrząsnęli głowami.   
– Smacznego! – rzuciła kelnerka i zniknęła.   
–  Posłuchaj  mnie,  Maddie  –  odezwał  się  Case  –  zdaję  sobie  sprawę,  że  odkąd  tu 

przyjechałem,  robię  wszystko  nie  tak.  Przepraszam  cię  za  to,  co  się  stało  w  Cancún. 
Przepraszam  cię  też  za  to,  że  postawiłem  cię  w  krępującej  sytuacji  wobec  twojej  rodziny  i 
znajomych.  Szczerze  mówiąc,  myślałem,  że  wszystko  zostało  ustalone  w  Cancún  i  że 
będziesz na mnie czekała. Teraz wiem, że to ja byłem arogancki...   

– Owszem.   
–  Masz  rację.  Jeszcze  raz  cię  przepraszam.  Czy  nie  moglibyśmy  teraz  zapomnieć  o 

urazach,  przynajmniej  tego  wieczora?  Przecież  było  nam  dobrze  w  Cancún.  Nie  próbuj 
zaprzeczać.   

Przez twarz Maddie przemknął cień smutku.   
– Dobrze się bawiliśmy – przyznała. – To był tylko wakacyjny romans, nic poważnego – 

dorzuciła obojętnym tonem.   

– Nie zgadzam się z tobą. – Case starał się zachować spokój. – Dla mnie to była poważna 

sprawa.   

Maddie bez słowa odwróciła wzrok.   
–  Niech  ci  będzie  –  ciągnął  dalej  Case.  –  Nie  mówmy  już  o  Cancún,  przynajmniej  na 

razie.  Jeśli  chcesz,  możemy  zacząć  wszystko  od  nowa.  Pragnę  ci  udowodnić,  że  to,  co  tam 
przeżywaliśmy,  jest  nadal  aktualne  tu,  w  Mitchell’s  Fork  w  stanie  Missisipi  albo 
gdziekolwiek indziej. Daj mi tę szansę! 

– Co chcesz mi zaproponować? – Spojrzała na niego podejrzliwie.   
– Randki. Będziemy się spotykać i od nowa się poznawać. Wiem, że masz dużo pracy w 

restauracji, i nie oczekuję, że dla mnie zaniedbasz obowiązki, ale jestem pewny, że uda ci się 
znaleźć trochę czasu. W końcu przez te ostatnie miesiące miałaś go na tyle, żeby się umawiać 
z mężczyznami – dorzucił z pretensją w głosie. Usta Maddie drgnęły w półuśmiechu.   

– Sama nie wiem, Case...   
– Nie będę nalegał. Chcę się tylko z tobą widywać. Dasz mi tę szansę? 
– Ale nie będziesz mi zabraniał spotykać się z innymi? – zapytała wyzywająco.   
–  Nie  ukrywam,  że  mi  się  to  nie  podoba  –  powiedział,  uważnie  dobierając  słowa  –  ale 

oczywiście nie mam prawa niczego ci zabraniać.   

– No właśnie – skinęła głową.   
– No więc... ? – Case z trudem panował nad nerwami. Maddie sięgnęła po kawałek pizzy.   

background image

– Przecież jestem teraz z tobą, prawda? 
– Czy to znaczy, że będziesz się ze mną spotykać? 
– Zobaczymy, jak nam się uda nasza pierwsza randka – powiedziała z uśmiechem.   
Case uznał, że musi się tym zadowolić. W końcu rzeczywiście przyjęła jego zaproszenie 

na ten wieczór. Z westchnieniem nałożył sobie na talerz potężny kawałek pizzy.   

– Wygląda smakowicie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłem pizzę.   
Maddie z ulgą przyjęła zmianę tematu.   

 

Przez następne pół godziny rozmawiali o Mitchell’s Fork. Case chciał dowiedzieć się jak 

najwięcej  o  okolicy,  którą  tak  impulsywnie  wybrał  na  dalsze  życie.  Pytał  o  historię  tych 
terenów, o przemysł, o przeciętne dochody, klimat społeczny i politykę.   

Maddie  starała  się  uczciwie  odpowiadać  na  jego  pytania.  Próbowała  mu  wyjaśnić,  że 

Mitchell’s  Fork,  jak  większość  prowincjonalnych  miasteczek,  ma  zalety,  ale  i  wady.  Ludzie 

są  tu  przyjaźni  i  otwarci,  ale  zarazem  niemożliwie  wścibscy  –  podkreśliła,  jakby  sam  tego 
jeszcze nie wiedział. Okolica jest piękna i nieskażona, ale biedna. Miejscowi politycy to także 
typowo małomiasteczkowe figury, wybierane na zasadzie protekcji.   

– Twojej ciotce Nettie nie podobał się ten system – zauważył Case.   
– Większości ludzi to się nie podoba, ale nie chcą przedsięwziąć odpowiednich kroków.   
– Na przykład? 
–  Co  cztery  lata  przez  ostatnie  dwie  dekady  wybierali  na  burmistrza  tego  samego 

człowieka  –  Bobby’ego  Sloane’a.  Lizus  i  krętacz,  handlował  kiedyś  używanymi 

samochodami.  Siedzi  w  kieszeni  u  Majora  Coopera,  właściciela  fabryki,  o  którym 
rozmawialiśmy  wczoraj.  Wszyscy  nienawidzą  Sloane’a,  ale  boją  się  głosować  przeciwko 
niemu.  W  listopadzie  staje  do  kolejnych  wyborów  i  chociaż  ja  nie  oddam  na  niego  głosu, 

jestem pewna, że znowu wygra.   

– To jakieś szaleństwo! – Case zasępił się i potrząsnął głową.   
– Tak wygląda polityka – przypomniała mu. – To samo na większą skalę odbywa się w 

Waszyngtonie.  A  wracając  do  naszego  miasta,  nasz  szeryf,  Buck  McAdams  to  jeszcze 
większa pomyłka. Wzór arogancji i niekompetencji.   

– A lokalna prasa? – zapytał Case. Zmarszczka na jego czole pogłębiła się. – Czy gazety 

nie próbowały dobrać się do tych ludzi? 

–  „Mitchell’s  Fork  Weekly  News”?  –  Maddie  uśmiechnęła  się  kwaśno.  –  Widziałeś  tę 

gazetkę? 

– No nie...   
–  Znajdziesz  tam  wyłącznie  informacje  o  tym,  że  do  pani  Underwood  przyjechała  z 

wizytą jej siostra z Cleveland, serdecznie powitana przez miejscowe kółko pań. Do tego co 
najmniej strona zdjęć: pani Carson w nowej kreacji, po którą wybrała się aż do Memphis, pani 
Bakerman  ze  swoim  słynnym  plackiem  truskawkowym,  pani  Nowlin  z  wnuczką  Heather  – 
tegoroczną miss Mitchell’s Fork i tak dalej...   

– Rozumiem, rozumiem – przerwał jej Case.   
– Mimo to nadal chcesz tu osiąść? 

background image

–  Tak.  Nie  uważasz,  że  nadeszła  pora,  żeby  parę  osób  zabrało  się  do  wprowadzania 

zmian? Jeżeli, jak mówisz, wszyscy nienawidzą tego systemu, to z pewnością...   

–  Nic  nie  pojmujesz,  Case  –  przerwała  mu  Maddie.  –  Jeżeli  chcesz,  żeby  cię 

zaakceptowali, trzymaj się od tego z daleka. Bez względu na to, jak bardzo ci ludzie narzekają 

na  ten  system,  nie  przyjmą  z  otwartymi  ramionami  obcego,  który  będzie  próbował 
wprowadzić tu jakieś zmiany. Fieldingowie – „Jankesi” też najpierw tego próbowali. Uwierz 
mi, Mitchell’s Fork nie pokochało ich za to.   

– Ale...   
–  No,  no,  kogo  my  tu  mamy?  Pan  Dozwolona  Prędkość!  Case  i  Maddie  spojrzeli 

jednocześnie w stronę drzwi. Danny Cooper wraz z dwoma kolegami zbliżał się w stronę ich 
stolika.  Cała  trójka  mierzyła  Case’a  wyzywającym  wzrokiem.  Siedemnastoletni  Danny  był 
niezwykle  przystojnym  chłopcem  –  aż  za  ładnym,  myślała  często  Maddie.  Miał  piękne, 
intensywnie  niebieskie  oczy  obramowane  długimi,  czarnymi  rzęsami,  ale  Maddie  nigdy  nie 
czuła  się  pewnie  pod  ich  spojrzeniem.  Na  dnie  ich  krystalicznej  głębi  czaiła  się  podłość. 
Towarzysze  Danny’ego  też  byli  jej  dobrze  znani.  Śniady  Kale  Sloane  –  syn  burmistrza  –  i 

Steve Langford – chudy, pryszczaty chłopak, zawsze chętny, by komuś dokuczyć. To właśnie 
ta trójka pobiła Jeffa. Jak to się stało, że Case już zdążył im się narazić? 

Case  spojrzał  na  chłopaków,  a  potem  udając,  że  ich  nie  rozpoznaje,  zwrócił  się  do 

Maddie: 

– Weź jeszcze kawałek pizzy. Zobacz, ile zostało. Danny’ego jednak to nie zniechęciło.   
– Podobno opowiada pan ludziom, że jest pan szpiegiem – powiedział z powątpiewaniem. 

– Ten picerski wóz i ta cała gadka, że chce pan kupić dom po Fieldingach – co za cyrk pan tu 
odstawia? 

– Mój stary mówi, że pan nie jest żadnym szpiegiem – wtrącił się Steve – i że to jakaś 

podejrzana sprawa.   

–  Mój  ojciec  jest  burmistrzem  tego  miasta  –  oświadczył  Kale,  żeby  nie  pozostawać  w 

tyle. – Nie chcemy tu kłamców i jakichś bandziorów.   

Maddie pogardliwie prychnęła. Z najwyższym trudem powstrzymywała się od tego, żeby 

nie  powiedzieć  Kale’owi,  co  myśli  o  jego  ojcu.  W  końcu  to  jeszcze  dzieciak,  uznała. 
Nieznośny i antypatyczny – to prawda, ale tylko dzieciak.   

Case  nadal  ich  ignorował,  ale  rysy  mu  stężały.  Maddie  zaczęła  się  zastanawiać,  czy 

chłopcy są aż tak głupi, że nie potrafią rozpoznać naprawdę niebezpiecznego przeciwnika. W 
końcu doszła do wniosku, że ich „odwaga” musiała się zrodzić po wypiciu kilku piw.   

–  Danny  Cooper,  jeżeli  nie  masz  zamiaru  nic  zamawiać,  lepiej  stąd  wyjdź!  –  JoNell 

groźnie ujęła się pod boki. – Nie chcemy tu dziś żadnej rozróby.   

– Wyjdziemy, jak skończymy – odkrzyknął  Kale, zsuwając z czoła kowbojski kapelusz 

ojca.   

Źrenice Case’a niebezpiecznie się zwęziły. Maddie szybko złapała go za rękę. Obawiała 

się, że Case zaraz wybuchnie.   

–  JoNell  umie  sobie  z  nimi  radzić  –  zapewniła  go.  Rzeczywiście,  kelnerka  ruszyła  w 

stronę chuliganów jak rozjuszona niedźwiedzica.   

background image

– Nudno tu – stwierdził Danny, wycofując się ku drzwiom. – Sami starcy.   
– Wynocha! – powtórzyła JoNell, wskazując na drzwi. Chłopcy ruszyli wolnym krokiem, 

który miał sugerować, że wychodzą z własnej woli.   

– Przepraszam was – zwróciła się JoNell do Maddie i Case’a. – Ktoś wreszcie powinien 

przywołać ich do porządku.   

– Dobrze, że mnie powstrzymałaś – powiedział Case – bo już mnie swędziała ręka.   
Nagle Maddie uświadomiła sobie, że wciąż trzyma go za rękę. Zarumieniła się i szybko ją 

cofnęła.   

– Chciałam mieć pewność, że nie zrobisz jakiegoś głupstwa – oznajmiła stanowczo. – W 

końcu  jesteś  dorosłym  człowiekiem,  a  to  tylko  banda  nieznośnych  dzieciaków.  Lepiej  nie 
wdawać się w niepotrzebne awantury.   

Case mruknął coś niezrozumiale, ale nie podjął wątku. Maddie odetchnęła i zabrała się do 

swojej pizzy z uczuciem, że kryzys został zażegnany.   

W  Mitchell’s  Fork  Case  Brannigan  nigdy  nie  będzie  się  czuł  we  własnym  żywiole, 

pomyślała ze smutkiem, i pewnie niedługo sam dojdzie do tego wniosku.   

 

Odwożąc Maddie do domu, Case wybrał dłuższą trasę. Maddie nie pytała go, dokąd jadą, 

chociaż rozpierała ją ciekawość.   

Skręcili na szosę prowadzącą nad jezioro, w którym mieszkańcy Mitchell’s Fork zwykli 

łowić  ryby.  Kręta  droga  prowadziła  przez  gęsty  las  i  kończyła  się  małą  przystanią.  Case 
zjechał na pobocze, zgasił światła i wyłączył silnik.   

W samochodzie było ciemno – na zewnątrz cała okolica tonęła w blasku księżyca. Prócz 

nich  nad  jeziorem  nie  było  nikogo.  Przez  otwarte  okna  dobiegało  rechotanie  żab,  cykanie 
świerszczy i pohukiwanie sowy.   

–  Odkryłem  to  miejsce  dziś  po  południu  –  odezwał  się  Case.  –  Kilku  starszych  panów 

łowiło ryby, a jakaś para pływała łódką. Panował tu taki spokój, że aż im pozazdrościłem.   

–  Wędkarstwo  to  ulubiony  sport  w  tych  okolicach  –  przyznała  Maddie.  –  Często 

łowiliśmy  tu  ryby  z  ojcem.  W  jeziorze  są  leszcze  i  okonie.  Co  roku  urządzamy  jesienią 
rodzinny piknik ze smażeniem ryb.   

– To musi być przyjemne.   
– O, tak. Lubisz łowić ryby? 
–  Nie  próbowałem  od  lat.  Nie  wiem  nawet,  czy  jeszcze  pamiętam,  jak  się  zakłada 

przynętę.   

– Na pewno sobie przypomnisz.   
– Tak, pewnie tak. – Case popatrzył  na taflę jeziora, połyskującą w świetle księżyca. – 

Może powinienem kupić sobie łódź.   

Maddie lekko się zaniepokoiła.   
– Uważam, że powinieneś trochę tu pomieszkać, zanim zdecydujesz się zainwestować w 

drogi sprzęt wędkarski – zaoponowała. – Może dojdziesz do wniosku, że ci się tu nie podoba.   

– Nie sądzę – mruknął Case.   
– To nie jest to idylliczne miasteczko, które sobie wymarzyłeś, Case. Sądziłam, że już się 

background image

o tym zdążyłeś przekonać.   

– Owszem, ma pewne wady – wzruszył ramionami Case. – Aleja też je mam. Jeżeli tutejsi 

ludzie przywykną do mnie, to i ja zdołam się do nich przyzwyczaić.   

Maddie potrząsnęła głową, zdumiona jego uporem.   
– Muszę przyznać, że cię nie rozumiem.   
– Wiem – Case odwrócił się do niej – ale z czasem zrozumiesz.   
– Och, Case – westchnęła Maddie. – Co ja mam z tobą począć? 
Pytanie było czysto retoryczne, ale Case potraktował je dosłownie.   
– Wyjdź za mnie. Westchnęła z rezygnacją. Case cicho się roześmiał.   
– No to mnie przynajmniej pocałuj.   
Pamiętała ten uwodzicielski ton z Canctin – tyle razy śnił jej się po nocach...   
– Case...   
–  Tylko  ten  jeden  raz,  Maddie  –  szepnął,  pochylając  się  w  jej  stronę.  –  To  chyba 

dozwolone na randce? 

– Ale tylko raz – zastrzegła.   
– Jasne. – Case błysnął zębami w uśmiechu i odpiął pas, którym Maddie była przypięta 

do siedzenia. Nim zdążyła zmienić zdanie, wziął ją w objęcia.   

Nie od razu zaczął ją całować. Najpierw odgarnął jej kosmyk włosów z policzka. Potem 

wolno  obwiódł  kciukiem  jej  usta.  Przysunął  się  bliżej.  Poczuła  jego  gorący  oddech.  I  to 
właśnie ona zdecydowała się pokonać ten niewielki dystans między nimi. Nie mając już siły 
dłużej czekać, przycisnęła wargi do jego ust.   

Pocałunek  Case’a  był  niespieszny  i  jakby  niewinny  –  taki  jak  pocałunki  na  pierwszej 

randce.  Maddie  poczuła  się  głęboko  zawiedziona.  Pamiętała  przecież  jeszcze,  jak  cudownie 
potrafił  całować.  Ten  słodki,  całkowicie  bezpieczny  pocałunek  mógłby  może  zadowolić 
dawną  Maddie  –  ale  ta  nowa  pragnęła  czegoś  więcej.  Zarzuciła  Case’owi  ręce  na  szyję  i 
wsunęła język między jego lekko rozchylone wargi.   

On  zdawał  się  tylko  czekać  na  jej  zaproszenie.  Nagle  jego  ramiona  oplotły  Maddie  tak 

ciasno, że nie mogła złapać tchu, a jego usta zmiażdżyły jej wargi w namiętnym pocałunku.   

Całował ją tak, że topniała w jego ramionach. Jego dłoń powędrowała wzdłuż jej pleców, 

ku  łagodnym  krągłościom  bioder,  a  potem  wzdłuż  kształtnego  uda.  Czuła  palący  dotyk 
poprzez  gruby  materiał  dżinsów.  Na  myśl  o  tym,  że  ta  twarda  dłoń  mogłaby  dotknąć  jej 
nagiego ciała, Maddie zaczęła drżeć.   

Oderwał  na  chwilę  usta,  ale  nim  zdążyła  cokolwiek  pomyśleć,  znów  zaczął  ją  całować. 

Dłoń musnęła jej policzek, potem szyję, ramiona, wreszcie spoczęła na piersi.   

Maddie ciasno przywarła do niego, czując, jak jego ręka wślizguje się pod koszulkę. Dłoń 

była cudownie gorąca i szorstka. Sunęła powoli w górę, aż dotarła do koronkowego stanika, 
odnalazła zapięcie i uporała się z nim z podejrzaną zręcznością.   

Palce zaczęły zataczać kręgi wokół twardniejących sut

KÓW

.

 

Maddie głośno westchnęła.   

– Maddie! – odezwał się Case stłumionym głosem, z ustami przy jej ustach. – Nie wiesz 

nawet, jak bardzo pragnąłem tak cię dotykać. Ile bezsennych nocy spędziłem, marząc o tobie.   

Położyła  mu  dłoń  na  piersi.  Pod  palcami  poczuła  głuche  bicie  jego  serca,  wtórujące  jej 

background image

własnemu sercu. Znowu podała mu usta do pocałunku. Tym razem całował ją tak zachłannie, 
że zaczęło jej się wydawać, że płonie. W piersi zabrakło jej tchu, a puls jakby osłabł.   

Boże,  jak  ona  go  pragnęła.  Pragnęła  go  już  wtedy,  w  Cancún,  i  nigdy  nie  przestała  go 

pragnąć. Pragnęła go tak rozpaczliwie, jak nigdy nikogo na świecie.   

To  lęk,  bardziej  niż  rozwaga,  sprawił,  że  w  końcu  się  opamiętała.  Co  ja  robię?  – 

pomyślała z przerażeniem. Przecież przyrzekła sobie, że nigdy więcej nie pozwoli Case’owi 
na  coś  takiego.  Przysięgała  sobie,  że  nie  da  się  zwieść  jego  pocałunkom  i  pieszczotom.  A 
teraz znowu drżała w jego ramionach, gotowa na wszystko, o co tylko ją poprosi. A przecież 
zgodziła się na jeden pocałunek. Wyrwała się jego objęć.   

– Pora, żebyś mnie odwiózł do domu, Case – powiedziała jakimś obcym głosem.   
Przez  chwilę  sądziła,  że  będzie  z  nią  dyskutował.  Przez  jego  twarz  przemknął  cień.  A 

potem odetchnął głęboko, chrząknął i skinął głową.   

– Dobrze. Jeżeli tego chcesz.   
Z uczuciem ulgi Maddie wsunęła koszulkę w spodnie, zapięła pas i odsunęła się możliwie 

jak najdalej od Case’a, który rzucił jej karcące spojrzenie, ale bez słowa przekręcił kluczyk w 

stacyjce.   

W  oknach  farmy  Carmichaelów  wciąż  paliły  się  światła.  Case  odprowadził  Maddie  do 

drzwi, ale nie czekał, żeby zaprosiła go do środka.   

– Zobaczymy się jutro? – zapytał.   
– Jutro pracuję.   
– Trudno. – Case zachmurzył się, ale skinął głową. – A w tygodniu? 
– Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł.   
– To tylko randka, Maddie – nie ustępował Case.   
– Tak. A tam nad jeziorem to był tylko jeden pocałunek – mruknęła.   
– Przecież przestałem, jak tylko mi kazałaś – przypomniał jej Case. – Obiecałem ci, że nie 

będę prosić o więcej, niż będziesz mi chciała dać.   

Znowu ma zamiar złamać mi serce,  pomyślała Maddie z rozpaczą.  Co mam robić,  żeby 

do tego nie dopuścić? 

–  Zadzwoń  do  mnie  za  parę  dni  –  powiedziała  znękana,  mając  nadzieję,  że  z  czasem 

odzyska dawną siłę woli.   

Case skinął głową.   
– Dobrze. Dobranoc, Maddie.   
– Dobranoc, Case.   
Przysunął  się  do  niej,  ale  wymknęła  mu  się  i  zniknęła  za  drzwiami,  zanim  zdążył  ją 

pocałować. Wyglądało to tak, jakby umyślnie zatrzasnęła mu drzwi przed nosem.   

Postał  jeszcze  chwilę  pod  drzwiami,  a  potem  usłyszała  jego  oddalające  się  kroki.  Po 

chwili dobiegł ją stłumiony warkot silnika, wreszcie zapadła cisza.   

Maddie  oparła  czoło  o  drzwi.  Stopniowo  zaczęły  do  niej  docierać  nowe  dźwięki  – 

odgłosy telewizji, rozmowy w salonie, lejąca się woda w kuchni.   

Wyprostowała się i  drżącą ręką przygładziła włosy. A potem z przyklejonym  do twarzy 

radosnym uśmiechem weszła do salonu.   

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Tego wtorku w porze lunchu zjawiło się znacznie więcej gości niż zazwyczaj. Maddie już 

po chwili zrozumiała dlaczego. Wszyscy chcieli dowiedzieć się czegoś więcej o tajemniczym 
mężczyźnie, który narobił tyle zamieszania w Mitchell’s Fork.   

– Czy to prawda, że on jest szpiegiem? – dopytywała się jakaś kobieta.   
–  Nie,  nigdy  nie  był  szpiegiem.  Służył  w  brygadzie  antynarkotykowej  –  wyjaśniła 

Maddie.   

– Słyszałem, że kupuje dom Fieldingów, żeby otworzyć w nim pensjonat dla turystów – 

powiedział z ukrytą dezaprobatą w głosie któryś z rdzennych mieszkańców miasta.   

– Nie ma zamiaru otworzyć tu żadnego pensjonatu. – Maddie poczuła, że jej cierpliwość 

już się kończy. – Jeżeli kupi dom Fieldingów, to tylko dla siebie.   

– Trochę duży jak dla kawalera, nie uważasz, Maddie?   
Maddie zaczerwieniła się.   
– To nie nasza sprawa.   
–  Słyszałem,  że  pobili  się  o  ciebie  z  Jacksonem  Babbitem  –  szepnął  jej  do  ucha 

miejscowy fryzjer, jeden z największych plotkarzy. – I to na oczach całej rodziny! 

–  To  śmieszne!  Co  za  bzdury!  –  wściekła  się  nagle  Maddie.  Zamawiasz  lunch  czy  nie, 

Hank? Inni goście też czekają.   

Mrucząc coś  pod nosem, Hank wybrał  danie dnia. Był  zły nie dlatego,  że Maddie zbyła 

go, ale że nie usłyszał żadnych pikantnych szczegółów.   

Następną klientką okazała się Jill.   
–  Coś  potwornego  –  szepnęła  Maddie  przyjaciółce  do  ucha,  prowadząc  ją  do  stolika  w 

rogu sali. – Nie uwierzyłabyś, co za plotki ludzie opowiadają! 

–  Owszem,  uwierzyłabym  –  radośnie  odpowiedziała  jej  Jill.  –  To  ja  rozpuściłam 

większość z nich.   

– Nie pora na głupie żarty – oburzyła się Maddie. – Ja tu umieram.   
– Przepraszam – zachichotała Jill. – Nie mogłam się powstrzymać. Oczywiście znamjuż 

te plotki. Usłyszałam je dziś rano w banku.   

Maddie z dezaprobatą pokręciła głową.   
– To mnie doprowadza do szaleństwa. Pomyśleć, że ludzie w tym mieście nie mają nic 

lepszego do roboty niż plotkować o moim życiu osobistym – albo Case’a...   

–  Uspokój  się,  Maddie.  Mitchell’s  Fork  nie  jest  jedynym  miastem,  w  którym  kwitnie 

plotka.  Jeżeli  pojawia  się  tu  jakiś  tajemniczy  nieznajomy,  ludzie  chcieliby  się  o  nim  czegoś 
dowiedzieć. To całkiem naturalne.   

– Raczej denerwujące.   
– A kto mówi, że ludzkość nie jest denerwująca? 
– Punkt dla ciebie – przyznała Maddie ze zbolałym uśmiechem. – Co będziesz jadła? 
Jill  skończyła  właśnie  składać  zamówienie,  kiedy  w  drzwiach  restauracji  stanął 

mężczyzna.   

background image

– O rany! – mruknęła Jill. – To chyba Case, prawda?   
Maddie spojrzała w tamtą stronę, a potem głośno przełknęła ślinę.   
– Tak – westchnęła. – To Case.   
– O Boże! Jesteś pewna, że go nie chcesz na męża? Bo jeżeli tak, to ja bardzo chętnie.   
– Nawet go nie znasz – obruszyła się Maddie.   
–  A  co  jeszcze  mam  wiedzieć?  –  Jill  wzruszyła  ramionami.  –  On  jest  fantastyczny. 

Wygląda na to, że ma pieniądze. Kupił piękny dom i chce założyć rodzinę. Nie widzę w nim 
żadnych wad – no, chyba że lubi nosić damską bieliznę. A nawet jeżeli, to nie szkodzi, pod 
warunkiem, że będzie ją sobie kupował, a moją zostawi w spokoju.   

–  Ty  naprawdę  masz  jakieś  wypaczone  poczucie  humoru  –  skrzywiła  się  Maddie.  –  A 

poza  tym,  błagam,  mów  trochę  ciszej,  bo  za  chwilę  rozejdzie  się  plotka,  że  Case  jest 

transwestytą...   

– Zdaje się, że przyszedłem w samą porę – odezwał się nagle Case zza pleców Maddie. – 

O czym ty mówisz? 

Maddie oblała się purpurowym rumieńcem, a Jill wybuchnęła śmiechem.   
– Case – powiedziała z rezygnacją Maddie, czując, że są w centrum uwagi całej sali – to 

jest moja eks-najlepsza przyjaciółka, Jill Parsons. Jill – to Case Brannigan.   

–  Nawet  nie  umiem  powiedzieć,  jak  bardzo  się  cieszę,  że  mogę  pana  poznać  – 

powiedziała rozpromieniona Jill, wyciągając rękę.   

Case zatrzymał ją dłużej, niż się to Maddie wydało konieczne.   
– Miło mi panią poznać.   
– Przyszedł pan na lunch? 
– Tak.   
– Jest pan sam? 
– Tak.   
Jill uśmiechnęła się.   
– Ja też. W takim razie może zjemy razem? 
Maddie  otworzyła  usta,  żeby  zaprotestować,  ale  w  tym  momencie  rozległy  się 

nawoływania od sąsiedniego stolika.   

– Hej, Maddie, chcielibyśmy coś zamówić.   
–  Dziękuję  za  zaproszenie  –  zwrócił  się  Case  do  Jill,  kierując  się  ku  wolnemu  krzesłu 

przy jej stoliku. – Z przyjemnością zjem z panią lunch.   

Maddie znowu usiłowała zaprotestować.   
– Ale...   
–  Maddie  –  odezwał  się  jej  ojciec,  który  właśnie  przechodził  obok  –  czwórka  się 

niecierpliwi.   

– Nie chciałbym cię odrywać od twoich zajęć, Maddie.   
– Case uśmiechnął się złośliwie. – Przynieś mi to samo, co zamówiła Jill.   
Maddie nie mogła już dłużej zwlekać. Wołano ją z kilku stron naraz. Rzuciła im ostatnie, 

piorunujące spojrzenie i odeszła. Bóg jeden wie, co ta Jill mu powie, i co usłyszy od Case’a, 
pomyślała.  To  oczywiście  nie  była  zazdrość,  no  bo  niby  czemu  miałaby  być  zazdrosna? 

background image

Chodziło raczej  o to, że nie miała do nich za  grosz zaufania, chociaż Jill  była jej najlepszą 
przyjaciółką, a Case...   

Szczerze mówiąc, sama już nie wiedziała, kim właściwie był dla niej w tej chwili Case. 

Jedno za to wiedziała na pewno – że dziwnie jej się nie podoba, kiedy Case tak swobodnie 
rozmawia z inną kobietą, nawet jeżeli jest nią tylko Jill.   

 

Po lunchu Jill wróciła do banku, a Case siedział nad kawą i deserem aż do drugiej, kiedy 

to zamykano restaurację – otwierano ją po przerwie o piątej po południu. Maddie zazwyczaj 
wykorzystywała te trzy godziny na papierkową robotę albo na zakupy. Dziś jednak miała co 
innego na głowie.   

Kelnerki  już  wyszły,  a  personel  kuchenny  zmywał  naczynia  i  pod  okiem  Mike’a 

szykował  dania  obiadowe.  Widząc,  że  wszystko  idzie  gładko,  Maddie  podeszła  do  stolika, 
przy którym wciąż siedział Case nad piątą filiżanką kawy.   

– Restauracja jest teraz zamknięta – oznajmiła.   
– Masz trochę czasu? 
– A o co chodzi? – spytała wprost.   
– Miałem nadzieję, że uda ci się stąd wyrwać na godzinkę. Chcę ci coś pokazać.   
–  Dobrze.  –  Maddie  powiedziała  sobie,  że  zgodziła  się  na  to  z  jednego  tylko  powodu: 

żeby  się  dowiedzieć,  o  czym  Jill  i  Case  tak  zawzięcie  dyskutowali  podczas  lunchu.  Ilekroć 
spoglądała w ich stronę, widziała ich nachylone ku sobie głowy. Miała wrażenie, że głównie 
mówiła  Jill,  ale  Case  słuchał  jej  bardzo  uważnie  i  uśmiechał  się  do  niej  w  taki  sposób,  że 
Maddie mimowolnie zaciskała pięści.   

Nie jestem wcale zazdrosna, mówiła sobie, jestem tylko podejrzliwa.   
Łatwość,  z  jaką  Maddie  przyjęła  zaproszenie,  zdumiała  Case’a.  Szybko  poderwał  się  z 

miejsca, jakby się obawiał, że zmieni zdanie.   

– No to chodźmy – powiedział.   
– Pójdę się przebrać. – Maddie wskazała na swoją dżinsową sukienkę. – Mogłabym...   
–  Świetnie  wyglądasz  –  zapewnił  ją  Case.  –  Czy  musisz  komuś  zameldować,  że 

wychodzisz? 

– Nie – stwierdziła z kwaśną miną. – To nie jest konieczne.   
Case  niemal  siłą  wyciągnął  ją  z  restauracji.  Nawet  nie  pytała,  dokąd  ją  zabiera. 

Zastanawiała się, jak zapytać go, o czym rozmawiali z Jill.   

Maddie  nie  okazała  zdziwienia,  kiedy  wjechali  na  drogę  prowadzącą  do  domu 

Fieldingów.   

– Czy to chciałeś mi pokazać? Case skinął głową.   
– Jill mówiła mi, że nigdy nie byłaś w środku.   
– Nie. Oglądałam dom tylko z zewnątrz, ale...   
– Wziąłem dziś rano klucze. Pomyślałem sobie, że będziesz chciała się rozejrzeć.   
– Case...   
– Nie będę nalegał, Maddie – obiecał, patrząc na nią – chcę tylko, żebyś obejrzała dom.   
Maddie głęboko westchnęła.   

background image

Dom  jest  rzeczywiście  piękny,  pomyślała,  kiedy  Case  zaparkował  na  półkolistym 

podjeździe. Przydałoby się go może odmalować, ale belki konstrukcji i deseczki pokrywające 
ściany  miały  ładny,  bladożółty  kolor,  a  detale  były  kremowe.  Owalne  witrażowe  okno  nad 
werandą  odbijało  promienie  słońca,  stanowiąc  miły  akcent  kolorystyczny  na  wiktoriańskiej 
fasadzie.   

Musiała  w  duchu  przyznać,  że  była  bardzo  zainteresowana,  jak  dom  prezentuje  się 

wewnątrz, choć nie wierzyła, iż Case postanowił tylko zaspokoić jej ciekawość.   

Może dlatego, że Jill już wcześniej jej o tym powiedziała, pierwszą rzeczą, jaką Maddie 

zauważyła  po  przekroczeniu  progu,  były  dziwaczne  kolory  –  koralowa  wykładzina,  zbyt 
jaskrawa jak na gust Maddie, oraz ściany pokryte farbą i tapetami w całej gamie pastelowych 

odcieni.  Dopiero  po  chwili  przestała  widzieć  te  detale  i  dostrzegła  piękno  ogólnego 

rozplanowania domu.   

–  Case,  tu  jest  cudownie  –  westchnęła,  gdy  zauważyła,  jak  wiele  światła  wpada  przez 

olbrzymie  okna,  odbijając  się,  mimo  wielomiesięcznej  warstwy  kurzu  w  lśniącym  drewnie 
podłogi  i  stolarki.  Natychmiast  wyobraziła  sobie  ośmiokątną  jadalnię  wytapetowaną  w 
kwieciste wzory, z kryształowym kandelabrem w miejscu, z którego zwisały teraz tylko nagie 

druty. W pokoju było też dość miejsca na długi stół, kredens i serwantkę.   

– Ładne miejsce na przyjmowanie gości, prawda? – zapytał Case.   
– Cudowne. To dziwne, bo przecież Fieldingowie żyli raczej na uboczu i rzadko kogoś 

przyjmowali.   

– Mieszkali tu tylko we dwoje? 
– Na ogół tak. Czasami odwiedzali ich synowie albo wnuki. Case potrząsnął głową.   
– To dom dla dużej rodziny – stwierdził.   
– A ty chcesz go kupić tylko dla siebie – wyrwało się Maddie.   
– No tak, ale mam nadzieję zapełnić go rodziną – przypomniał jej Case.   
Odwróciła się, żeby ukryć rumieniec, i udała się na zwiedzanie.   

Z  wyjątkiem  kolorów,  podobało  jej  się  wszystko.  Nie  mogła  się  powstrzymać  od 

okrzyków  zachwytu.  Zaraz  zaczęła  planować,  jakie  barwy  podkreśliłyby  szlachetną 
konstrukcję domu i jakie meble pasowałyby najlepiej do poszczególnych pokoi. Case szedł za 
nią z uśmieszkiem na ustach, wyrażając od czasu do czasu aprobatę albo prosząc o radę.   

–  Nie  znam  się  na  urządzaniu  domu  –  wyznał.  –  Dotychczas  wynajmowałem  tylko 

umeblowane mieszkania.   

–  Chcesz  powiedzieć,  że  nie  masz  własnych  mebli?  Żadnych  obrazów  ani  pamiątek?  – 

zdziwiła się Maddie.   

– Nie. Tylko ubrania i samochód – odparł. – Wydaje się, że będę musiał zacząć od zera. 

Talerze, garnki, pościel... Sam nie wiem, czego będę potrzebował.   

Zatrzymali się na środku pustego pokoju pana domu.   
–  Case,  czy  ty  na  pewno  wiesz,  co  robisz?  –  zapytała.  –  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  ile 

pieniędzy i wysiłku kosztuje utrzymanie takiego domu? Ile metrów kwadratowych...   

– Czterysta – powiedział. – W agencji podali mi dokładny metraż.   
– Dom stoi pusty od ponad roku. Skąd wiesz, czy dach nie przecieka, czy instalacje są w 

background image

porządku, czy nie ma grzyba albo pleśni i czy w kominie nie uwiły sobie gniazda ptaki? Masz 
siedem akrów ziemi wraz z ogrodzeniem do . utrzymania, na podwórzu jest okropny bałagan, 
klomby zarosły chwastami i...   

– Ja to wszystko wiem, Maddie – przerwał jej łagodnie Case. – O to mi właśnie chodzi.   
Maddie miała ochotę załamać ręce. Jak mógł być tak zdecydowany i pewny siebie? 

Porzucał przecież wszystko, czym dotąd żył, i zamierzał zacząć od zera w obcym mieście, 

z kobietą, którą znał zaledwie kilka dni...   

To  dziwne,  jak  łatwo  przychodziło  jej  wyobrazić  sobie,  że  jest  panią  tego  domu.  Miała 

ochotę z miejsca wziąć się do jego urządzania.   

Oczywiście  nie  zamierzała  zrezygnować  z  marzeń  o  wielkiej  przygodzie  po  to,  żeby 

wyjść  za  mąż  za  człowieka,  który  chciałby  zrobić  z  niej  kurę  domową  i  matkę  rodziny.  A 
Case najwyraźniej nosił się z takim zamiarem. Widocznie nie rozumiał, że ona pragnie czegoś 
więcej.   

Obronnym gestem skrzyżowała ręce na piersi.   
–  Jeżeli  chcesz  wziąć  na  siebie  wszystkie  te  obowiązki,  to  życzę  ci  szczęścia  – 

powiedziała obojętnym tonem. – Obawiam się, że wkrótce poczujesz się zmęczony.   

–  Nie  masz  racji  –  zaoponował.  –  A  jeżeli  boisz  się,  że  przez  nadmiar  obowiązków 

domowych nie będzie czasu na podróże i przyjemności, bądź spokojna. Zawsze będziemy...   

będę mógł wynająć kogoś do pomocy. Ludzie jakoś sobie radzą.   

Skoro wbrew obietnicy sugerował, że chce tu z nią zamieszkać, Maddie postanowiła mu 

dokuczyć.   

– Powinieneś przywieźć tu Jill – oświadczyła. – Ona uwielbia ten dom.   
– Tak – przyznał Case. – Wiem. Mówiła też, że nie podobają jej się kolory, w czym się z 

nią zgodziłem.   

– To świetnie. Jest już coś, co was łączy. Zaproś ją na randkę, Case – wybuchnęła nagle 

Maddie.  –  Jill  dojrzała  już  do tego,  żeby  założyć  rodzinę.  Mając  taki  piękny  dom  i  zasobne 

konto, bez trudu ją oczarujesz.   

– Myślałem, że Jill to twoja przyjaciółka – powiedział Case z chmurną miną.   
– Bo jest moją przyjaciółką.   
– No to dlaczego mówisz o niej w taki sposób? Maddie zamknęła oczy. Gorący rumieniec 

oblał jej twarz.   

Mój Boże, on miał rację. Jak mogła powiedzieć coś takiego o Jill? 

Może rzeczywiście była trochę zazdrosna.   

A może zaczynała powoli tracić głowę? 
–  Chyba  wszystko  już  obejrzeliśmy  –  odezwała  się  słabym  głosem.  –  Odwieź  mnie  do 

restauracji.   

– Pomożesz mi w urządzaniu domu? 
– Mam ci pomóc? O co ci chodzi?   
Case wskazał na pastelowe tapety.   
– Jak tylko podpiszę umowę, chciałbym zacząć remont. Nie wyobrażam sobie nawet, że 

potrafiłbym  wybrać tapety, dywany i meble sam. Będę potrzebował pomocy. Pomożesz mi, 

background image

Maddie? 

Miałaby urządzić ten dom, a potem z niego odejść? Maddie poczuła ucisk w gardle.   
–  Case  –  próbowała  się  bronić  –  nie  znam  się  na  tym.  Możesz  przecież  wynająć 

dekoratora...   

– Nie chcę. – Case potrząsnął głową. – To ma być prawdziwy dom, a nie jakaś wystawa.   
– A Jill? Ona ma wielki talent...   
– Jill jest bardzo miła – przerwał jej Case, podchodząc bliżej. – Nie wątpię, że jesteście 

przyjaciółkami zwłaszcza po tym, co mówiłaś przed chwilą. Ale ona nie jest kobietą, o którą 
mi chodzi. Ja chcę ciebie.   

– Żebym... ci pomogła...  urządzić dom? – próbowała się upewnić, ocierając o sukienkę 

wilgotne dłonie.   

Case milczał przez chwilę, a potem skinął głową.   
–  Między  innymi,  –  Och,  Case...  –  Maddie  zająknęła  się,  a  potem  powiedziała 

stanowczym tonem: – Nie jestem pewna, czy będę w stanie ci pomóc. To musi potrwać, a ja 
pewnie wyjadę. zanim skończysz. Przeglądałam wczoraj broszury w biurze podróży i...   

Dłonie Case’a łagodnie opadły na jej ramiona. Umilkła w pół zdania.   
–  Jak  długo  masz  zamiar  walczyć  ze  sobą,  Maddie?  Jak  długo  chcesz  udawać,  że  nie 

należymy do siebie? 

– Janie...   
Case musnął ustami jej wargi.   
– Pragnę cię bardzo, Maddie – wyszeptał. – I to od tak dawna.   
Maddie poczuła, że uginają się pod nią kolana. Jak dobrze jej było w ramionach Case’a.   

W uszach zadźwięczało jej pytanie Jill: „Czy jesteś pewna, że go nie chcesz na męża?” 

Chciała go. Wtedy, sześć miesięcy temu, i teraz też. Siła, z jaką go pragnęła, przerażała 

ją.   

– Case – westchnęła.   
–  Maddie  –  szepnął  z  ustami  przy  jej  ustach,  a  jego  ręce  zsunęły  się  na  jej  biodra. 

Przyciągnął ją do siebie. Zadrżała, czując, jak bardzo jest podniecony.   

Uniosła  głowę  i  spojrzała  mu  w  oczy.  Płonął  w  nich  żar.  Chłodną  dłonią  dotknęła  jego 

policzka. Był rozpalony.   

– Chyba naprawdę mnie pragniesz – mruknęła.   
– Nawet nie wiesz jak – jęknął Case. – To już tyle czasu...   
– Chcesz powiedzieć, że przez sześć miesięcy... – zająknęła się Maddie.   
– Dłużej – poprawił ją z nikłym uśmiechem. – To znaczy trochę dłużej.   
– Nie wierzę.   
– A ty... ? 
– Od wielu lat – powiedziała, rumieniąc się. Case cicho się roześmiał.   
– Ale z nas dobrana para.   
– Podchodzę do tych spraw poważnie, Case.   
– Wiem. Ja też. Przynajmniej od jakiegoś czasu.   
Stali, wciąż się obejmując, świadomi własnego podniecenia.   

background image

Maddie odniosła wrażenie, że ważą się teraz ich losy. Nagle zabrakło jej słów.   

Wtedy on zaczerpnął tchu, szybko ją pocałował, a potem wypuścił z objęć.   
– Trzeba wracać do restauracji – powiedział.   
–  Tak,  masz  rację  –  westchnęła,  głęboko  zawiedziona.  Nim  wyszli,  Case  jeszcze  raz 

rozejrzał się wokoło. W jego oczach malowały się smutek i tęsknota.   

Maddie wciąż czuła dziwny ucisk w gardle. Pod drzwiami restauracji czekała już Hazel.   
– Czemu wróciłaś tak wcześnie, Hazel? – zdumiała się Maddie. – Nie spodziewałam się 

ciebie przed piątą.   

– Wezwał mnie twój ojciec. Bob i ja mamy się wszystkim zająć dziś wieczorem.   
W szorstkim zazwyczaj głosie Hazel zabrzmiały jakieś łagodne tony, które zaniepokoiły 

Maddie.   

– Czy coś się stało? 
Jakby wyczuwając przestrach Maddie, Case położył jej rękę na ramieniu.   
–  Chodzi  o  twojego  dziadka,  kochanie  –  powiedziała  Hazel.  –  Zabrali  go  do  szpitala. 

Obawiam się, że to jakaś poważna sprawa.   

Maddie oparła się o Case’a.   
– Och, nie – szepnęła. – Muszę natychmiast iść do niego Case otoczył ją ramieniem.   
– Zawiozę cię – zaproponował.   
Tym razem z wdzięcznością przystała na jego propozycję.   

 

W  szpitalnej  poczekalni  zebrała  się  cała  rodzina.  Głębokie  bruzdy  poznaczyły  twarz 

ciotki Nettie. Poważnie martwiła się o brata – ostatniego prócz niej żyjącego krewnego z ich 

pokolenia.  Mike  i  Anita  usiedli  razem  w  rogu  sali  i  trzymając  się  za  ręce,  czekali  na 
wiadomość  o  stanie  zdrowia  ich  ojca.  Dan  stał  za  żoną.  Położył  jej  rękę  na  ramieniu  z 
wyrazem napięcia na twarzy. Lisa wraz z bliźniakami zajęła małą kanapę w kącie poczekalni. 
Kamy cicho płakała, a Jeff machinalnie przeglądał gazetę. Kiedy Maddie z Case’em weszli do 
poczekalni, wszyscy odwrócili się w ich stronę. Mike wyszedł im naprzeciw i wziął córkę za 
ręce.   

– Jak on się czuje? – spytała drżącym głosem.   
–  Jeszcze  nie  wiemy,  złotko,  ale  nie  wygląda  to  dobrze.  Maddie  głośno  jęknęła.  Mike 

objął córkę.   

– Możemy tylko mieć nadzieję – powiedział cicho.   
– Wiem – szepnęła Maddie. Pod powiekami poczuła wzbierające łzy. Wiedziała już od 

jakiegoś czasu, że stan zdrowia dziadka nie był najlepszy, ale gorąco go kochała i drżała na 
myśl o tym, że mogłaby go utracić.   

Podczas następnej godziny wszyscy starali się dodać sobie nawzajem otuchy. Case został 

z  nimi  –  podawał  kawę,  rozmawiał  z  Jeffem,  a  także  starał  się  uspokoić  Kathy.  W  końcu, 
kiedy dziewczyna przestała płakać, zostawił ją z babką, a sam podszedł do Maddie.   

– Jak się czujesz? – zapytał półgłosem.   
– W porządku – zapewniła go z westchnieniem. Case objął ją ramieniem.   
– Pewnie nic jeszcze nie wiadomo.   

background image

– Wiem. Tylko że... – głos jej zadrżał. Case mocniej ją przytulił.   
– Rozumiem, co czujesz.   
Oparła się policzkiem o jego ramię. Było takie ciepłe i silne. A ona w tym momencie tak 

bardzo potrzebowała wsparcia.   

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Wiadomość  o  zasłabnięciu  Carmichaela  seniora  szybko  rozeszła  się  po  mieście.  Przez 

szpitalną poczekalnię przewinął się tłum przyjaciół i znajomych, którzy przyszli dowiedzieć 
się  o  jego  zdrowie.  Pojawili  się  też  pracownicy  szpitala,  którzy  osobiście  znali  rodzinę 
Carmichaelów.   

Case  stał  z  boku,  patrząc,  jak  Maddie  serdecznie  wszystkich  wita  i  dziękuje  im  za 

przybycie.  Wiedział, że była zmęczona i  na wpół  żywa z niepokoju i  zastanawiał  się,  jak to 
możliwe, że udaje jej się zachować taki spokój. Potem uświadomił sobie, że to życzliwość i 
współczucie dawały jej tę siłę.   

To  oni  są  jej  rodziną,  pomyślał  zaskoczony.  Nie  tylko  ludzie,  z  którymi  łączą  ją  więzy 

krwi, ale także przyjaciele, znajomi i sąsiedzi – wszyscy, z którymi wiązała ją przeszłość.   

Było jasne, że bez względu na deklaracje Maddie o potrzebie wyrwania się z Mitchell’s 

Fork  i  przeżycia  czegoś  więcej,  niż  mogło  zaoferować  jej  życie  w  małym  miasteczku,  jej 
miejsce jest tutaj i tu jest jej dom.   

Zaczął się zastanawiać, czy i dla niego znalazłoby się tu miejsce.   

Nie mógł powstrzymać odruchu niechęci, kiedy w drzwiach stanął Jackson Babbit. Był w 

pstrokatej  koszuli,  obcisłych  dżinsach  i  wyglansowanych  butach,  a  jego  ciemne,  starannie 
ufryzowane włosy opadały w lokach na plecy. Podszedł do Maddie i wziął ją w ramiona tak 
spontanicznie, że Case aż zacisnął zęby.   

Potem  przypomniał  sobie  o  smutnych  okolicznościach,  w  których  to  się  działo,  i  zaczął 

sobie tłumaczyć, że Maddie tuli się tylko do starego przyjaciela i z pewnością robi to inaczej 
niż z nim przed chwilą.   

Mimo to pozwolił im tylko na krótkie sam na sam, a potem podszedł do Maddie. Objął ją 

i delikatnie, lecz stanowczo odciągnął od Jacksona.   

– Jak się czujesz? – zapytał, widząc, że jest blada i zmęczona. , – Dziękuję, dobrze.   
– Może chcesz jeszcze kawy? 
Maddie najpierw potrząsnęła głową, potem jednak zmieniła zdanie.   
– Tak, chyba tak – powiedziała.   
–  Ja  ci  przyniosę  –  zaofiarował  się  Jackson.  –  Czy  ktoś  jeszcze  ma  ochotę  na  kawę?  – 

zapytał, obchodząc poczekalnię.   

Zadowolony, że się go pozbył, Case został u boku Maddie, nawet kiedy Babbit wrócił z 

tacą  parujących  filiżanek.  Jak  spod  ziemi  wyrosła  nagle  Jill,  która  zaczęła  roznosić  gorące 
napoje.   

Minęło jeszcze z pół godziny, nim wreszcie pojawił się lekarz.   
– Wszystko wskazuje na to, że się z tego wyciągnie – oznajmił tęgi, łysiejący doktor. – 

Napędził nam niezłego stracha. Musimy zostawić go tu jeszcze na kilka dni.   

Maddie odwróciła się i ukryła twarz na piersi Case’a. Z trudem powściągnął chęć, by ją 

pocałować. Nie wypadało w takiej chwili wprawiać ją w zakłopotanie.   

Maddie tuliła się do niego przez krótką chwilę, uśmiechnęła się z wdzięcznością, po czym 

background image

odwróciła  się  i  podeszła,  żeby  uściskać  ojca.  A  potem  podbiegła  do  ciotki  Nettie,  która  na 
wieść o tym, że jej brat będzie żył, rozpłakała się po raz pierwszy tego dnia.   

– To dobra wiadomość, prawda? – odezwał się męski głos za plecami Case’a.   
Case odwrócił się i stanął oko w oko z Jacksonem Babbitem.   
– Tak – odpowiedział sucho. – Mam nadzieję, że nie będzie nawrotu.   
– Doktor Adcock jest przekonany, że staruszek z tego wyjdzie.   
Case  nie  przestawał  patrzeć  na  Maddie,  która  stała  w  kręgu  krewnych  i  znajomych. 

Sprawiała wrażenie bardzo zaaferowanej.   

–  Maddie  będzie  pewnie  teraz  dość  zajęta  –  odezwał  się  Babbit,  jakby  czytając  w  jego 

myślach. – Może wyskoczylibyśmy na chwilę? Strzelimy sobie razem jakieś piwko.   

Zdumiony tą propozycją, Case uniósł brwi.   
– Słyszałem, że tu się nie pije – mruknął.   
–  Należę  do  klubu,  który  ma  licencję  na  sprzedaż  alkoholu.  To  tylko  dwie  przecznice 

stąd.   

Case uważnie spojrzał mu w twarz, a potem zapytał wprost: 
– Dlaczego chcesz się ze mną napić? 
–  Mówi  się,  że  zamierzasz  osiąść  tu  na  stałe.  Wobec  tego  będziemy  się  pewnie  często 

widywać. Pomyślałem sobie, że nie od rzeczy byłoby bliżej się poznać.   

Po  krótkim  namyśle  Case  przyznał  mu  rację.  W  końcu  Maddie  spotykała  się  z  tym 

człowiekiem. Teraz nadarza się okazja, żeby dać Babbitowi jasno do zrozumienia, że Maddie 
jest już zajęta.   

– W porządku – powiedział. – Powiem tylko Maddie, że wychodzimy.   
Maddie spojrzała ze zdumieniem na Case’a, kiedy mówił jej, dlaczego wychodzi.   
– Idziesz się napić z Jacksonem? – powtórzyła, jakby chciała się upewnić, że dobrze go 

zrozumiała.   

– Tak. Widzę, że będziesz tu jeszcze przez jakiś czas zajęta. Nie chcę ci przeszkadzać.   
– Ale... ty i Jackson...   
– Co takiego? 
– Już nic – westchnęła Maddie. – Nie uważam, żeby to był dobry pomysł, ale w końcu to 

nie moja sprawa, z kim idziesz na piwo.   

– Nie martw się. Będę grzeczny – z uśmiechem zapewnił ją Case.   
– Akurat – prychnęła Maddie. – A kiedy kupię te twoje opowiastki, zaczniesz mi wciskać 

kawałek ziemi, tak? 

– Dom i siedem akrów – poprawił ją Case. – I nie chcę ci tego sprzedać, tylko dać.   
Maddie spłonęła rumieńcem.   
– Case...   
Case szybko uniósł rękę.   
–  To  wszystko.  Zajmij  się  teraz  swoją  rodziną,  Maddie.  Później  do  ciebie  zadzwonię, 

dobrze? 

–  Dobrze  –  skinęła  głową  i  odwróciła  się,  żeby  odejść,  a  potem  nagle  zatrzymała  się  i 

spojrzała przez ramię.   

background image

– Case! 
– Tak? 
–  Dziękuję  ci,  że  byłeś  ze  mną  przez  ten  cały  czas.  Case  z  uśmiechem  musnął  jej 

policzek.   

–  Przecież  tu  jest  moje  miejsce  –  powiedział  cicho.  A  potem  szybko  wyszedł,  zanim 

zdążyła  zaprotestować  przeciwko  jego  niezłomnemu  przekonaniu,  że  on  i  ona  są  już  sobie 
przeznaczeni i zawsze będą ze sobą – na dobre i złe.   

 

Jackson ze swobodą stałego bywalca wkroczył do tonącej w półmroku sali klubu. W ten 

wtorkowy  wieczór  było  dość  pusto.  Kilku  mężczyzn  skupiło  się  przed  ekranem  ogromnego 
telewizora,  żywo  dyskutując  na  temat  baseballowych  rozgrywek.  Jedyna  kobieta  na  sali 
wyglądała na kelnerkę, choć Babbit zapewnił Case’a, że nie był to czysto męski klub.   

– W tygodniu dziewczyny pokazują się tu raczej rzadko – powiedział, prowadząc Case’a 

do stolika w jednej z nisz.   

– Wolą przychodzić w weekendy, kiedy przygrywa orkiestra i są tańce.   
– Czy Maddie też przychodziła tu na tańce? – zapytał Case, patrząc na niewielki parkiet.   
–  Przyprowadziłem  ją  kilka  razy  –  odpowiedział  Babbit.  Case  skrzywił  się,  bo 

wyobraźnia natychmiast podsunęła mu obraz Maddie w objęciach tego eleganta.   

–  Hej,  Jackson,  jak  leci?  –  zaczepiła  ich  tleniona  blondynka  w  obcisłych  dżinsach  i 

obszytej cekinami bluzce.   

– Jak zawsze, Joannie. Znasz Case’a? 
– Nie, jeszcze nie. Case? Jestem Joannie – przedstawiła się z uśmiechem blondynka.   
– Miło mi – mruknął Case.   
– O, patrzcie, jakie ten facet ma maniery. Jak to się stało, że zadaje się z takim typem jak 

ty, Jackson? 

– Jest tu nowy – odpowiedział Jackson. – Nie zdążył jeszcze poznać nikogo lepszego.   
–  Case,  kotku,  musimy  porozmawiać  –  powiedziała  z  powagą  Joannie.  –  Uważaj  na 

Jacksona, bo cię wpakuje w tarapaty.   

– Niebezpieczny typ, co? 
–  Najgorszy  z  najgorszych  –  westchnęła  Joannie  –  ale  miłość  porządnej  kobiety  może 

zdziałać cuda.   

Jackson roześmiał się.   
– Kotku, byłem mężem dwóch porządnych kobiet i żadnej się to nie udało.   
– Nie trać nadziei. Kiedy znowu przyprowadzisz tu Maddie? 
Jackson ostentacyjnie chrząknął.   
– Nie powiedziałem ci jeszcze, że Case jest narzeczonym Maddie.   
Joannie wlepiła wzrok w Case’a.   
– Chcecie się pobrać? 
–  Wcale  nie  mówiłem,  że  chcą  się  pobrać  –  poprawił  ją  Jackson,  nim  Case  zdążył 

otworzyć  usta.  –  To  Case  twierdzi,  że  jest  jej  narzeczonym.  Natomiast  Maddie,  o  ile  mi 
wiadomo, nie bardzo się z tym zgadza.   

background image

– Jeszcze zmieni zdanie – mruknął Case. Miało to być ostrzeżenie.   
– Trzeba się będzie o to postarać – odparł Jackson, nie przestając się uśmiechać.   
– O Boże – jęknęła Joannie – jeżeli zaczniecie teraz łamać krzesła, ja za to oberwę.   
– Niczego nie połamiemy – zapewnił ją Case z uśmiechem.   
– Chyba że czyjąś rękę albo nogę – mruknął Jackson.   
– Zamawiacie coś, chłopcy? – chichocząc, spytała Joannie. – A może będziecie przez cały 

wieczór chrupać chipsy? 

– Piwo – natychmiast odpowiedział Jackson.   
– Dwa piwa – poprawił go Case. Joannie skinęła głową.   
–  Macie  zachowywać  się  przyzwoicie,  póki  nie  wrócę  –  powiedziała,  grożąc  im 

żartobliwie  palcem.  A  potem  znowu  zachichotała.  –  Nie  chciałabym  stracić  ciekawszych 
momentów.   

–  Wydaje  się  bardzo  miła  –  powiedział  Case,  kiedy  kelnerka  odeszła,  kołysząc  się  w 

biodrach. Przyszło mu na myśl, że może zdołałby namówić Jacksona, żeby zajął się Joannie, a 
Maddie zostawił w spokoju.   

–  Ona  jest  bardzo  miła  –  przyznał  Jackson,  a  uśmiech  zniknął  z  jego  twarzy.  –  Biedna 

dziewczyna.   

– Biedna dziewczyna? 
– Tak. Rok temu jej mąż spadł z konia i złamał kręgosłup. Jeździ teraz na wózku. Joannie 

podjęła dodatkowe zajęcie, ponieważ mają troje małych dzieci, ale i tak ledwo wiążą koniec z 
końcem.   

–  A  niech  to!  –  zaklął  Case,  patrząc,  jak  Joannie  wesoło  żartuje  z  barmanem,  który 

nalewał  piwo  do  kufli.  Pomyślał,  ile  bólu  i  cierpienia  musi  się  kryć  pod  tym  pozornie 
radosnym uśmiechem.   

– Wszyscy im tu pomagają, ale Bud, mąż Joannie, jest bardzo dumny. Nie chce nic brać 

od innych.   

– Nawet dla dzieci? 
– Tylko dla dzieci – poprawił go Jackson.   
Joannie postawiła przed nimi kufle i miseczkę orzeszków.   
– Jeszcze coś? – zapytała.   
– Na razie nie, dziękujemy – odparł Case.   
– Co za maniery – powtórzyła Joannie z uśmiechem. – Ucz się od niego, Jackson! – A 

potem odeszła, przywoływana przez kibiców.   

Case postanowił dać jej wysoki napiwek, kiedy będą wychodzić.   

Jackson pociągnął łyk piwa, wziął kilka orzeszków i żuł je przez chwilę w milczeniu.   
– Cieszę się, że dziadek Maddie wyjdzie z tego – powiedział w końcu. – Pewnie długo nie 

pożyje, ale myślę, że dla nich liczy się każdy dzień. To bardzo zżyta rodzina.   

Case nie znał swoich dziadków. Matka umarła, kiedy miał siedem lat – ledwo ją pamiętał 

–  a  ojca  nigdy  nie  poznał.  Do  osiemnastego  roku  życia  przebywał  w  sierocińcach  albo  w 
rodzinach  zastępczych.  Usamodzielnił  się,  kiedy  skończył  szkołę  średnią.  Pozbawiony 
korzeni i zobowiązań, stanowił doskonały materiał na tajnego agenta.   

background image

Kiedy  patrzył  na  rodzinę  Maddie,  tak  zespoloną  w  obliczu  nieszczęścia,  zadawał  sobie 

pytanie,  czy kiedykolwiek będzie mu dane odczuć ten rodzaj rodzinnych więzi. Bardzo tego 
pragnął.   

– Ożenię się z nią – powiedział nagle, bardziej do siebie niż do Babbita.   
– Ona się ciebie boi.   
Uwaga Babbita zdumiała Case’a. Nie takiej odpowiedzi oczekiwał.   
– Nie ma powodu.   
– Ona sądzi inaczej. Obawia się, że znowu ją zranisz.   
– Czy powiedziała ci, co się zdarzyło w Cancún? – zapytał Case.   
– Że zostawiłeś ją na lodzie? Tak, opowiedziała mi o tym.   
– Mówiłem jej, dlaczego musiałem wyjechać. Nie miałem wyboru.   
Babbit wzruszył ramionami.   
– Maddie jest przekonana, że wyświadczyłeś jej tym wielką przysługę.   
– Ona nie ma racji.   
– Hm. – Babbit znowu napił się piwa. Case nawet nie tknął swojego. Trzymając kufel w 

obu dłoniach, wpatrywał się w otwartą twarz Babbita. Zastanawiał się, kim właściwie był dla 
niego ten człowiek. Rywalem czy sprzymierzeńcem? Przyjacielem czy wrogiem? 

– Czy ty chcesz ożenić się z Maddie? – zapytał zmęczonym głosem.   
Babbit aż się wzdrygnął.   
– Byłem już dwa razy żonaty. To zupełnie wystarczy.   
– No to czego od niej chcesz? 
–  Maddie  jest  moją  przyjaciółką,  Brannigan.  Lubię  ją  i  szanuję,  a  o  niewielu  mogę  to 

powiedzieć. Dlatego nie chcę, żeby cierpiała.   

– Nigdy już nie zostawię jej na lodzie.   
– Możesz ją zranić na wiele innych sposobów. Na przykład traktując niektóre sprawy jako 

pewnik.   

– Nie mam zamiaru tego robić.   
– Już to zrobiłeś.   
Case  chciał  zaprotestować,  gdy  nagle  zrozumiał,  że  to  prawda.  Przyjeżdżając  tu  był 

pewny,  że  Maddie  wyjdzie  za  niego.  Kupując  dom,  nawet  nie  zapytał,  czy  jej  się  podoba. 
Oczywiście  wiedział,  że  jej  się  podoba,  nawet  nie  starała  się  ukryć  zachwytu,  kiedy  go 
wspólnie oglądali. To jednak nie zmienia faktu, że on już wcześniej zdecydował się na kupno.   

Szarpnął kołnierzyk koszuli.   
– Robiłem to nieświadomie – burknął. Nie miał ochoty tłumaczyć się przed Babbitem, ale 

w końcu to był przyjaciel Maddie i nie zaszkodzi mieć go po swojej stronie.   

– Może i tak – powiedział Babbit. – Ale na twoim miejscu myślałbym więcej o tym, co 

czuje Maddie, a mniej o swoich zachciankach. Chyba że chcesz ją utracić.   

Na myśl o tym Case poczuł skurcz w żołądku. Ścisnął kufel w dłoniach.   
– Po co mi to wszystko mówisz? – zapytał.   
–  Sam  nie  wiem  –  przyznał  Jackson.  –  Wiem  jedno:  Maddie  nie  byłaby  szczęśliwa, 

porzucając  to  miasto  i  podróżując  samotnie  po  Europie  czy  gdzieś  tam.  Ona  jest  bardzo 

background image

rodzinna.  Oczywiście  czuła  się  ostatnio  trochę  znudzona  i  rozdrażniona  –  może  dlatego,  że 
dobiega trzydziestki i wydaje jej się, że jeszcze nic nie przeżyła. Obawiam się jednak, że nie 
jest  przygotowana  na  to,  co  może  ją  spotkać,  jeśli  wyjedzie  sama  z  Mitchell’s  Fork.  Jest 

inteligentna i kiedy trzeba twarda – w końcu dbała o siebie, rodzinę i restaurację przez siedem 

lat.  Ale  jest  też  bardzo  wrażliwa.  Sam  widzisz,  co  się  stało,  kiedy  samotnie  wybrała  się  na 

wakacje. O mały włos nie wyszła za mąż za obcego faceta.   

Case  z  zażenowaniem  poczuł,  że  oblewa  się  rumieńcem.  Nie  było  mu  miło  słuchać 

własnych myśli, wypowiadanych ustami Babbita. A sugestia, jakoby miał być jednym z tych 
czyhających na Maddie niebezpieczeństw, mocno go oburzyła.   

– Mówiłem już, że to nie była pomyłka. Maddie i ja jesteśmy sobie przeznaczeni.   
– To nie mnie masz o tym przekonać – zauważył Babbit.   
– Masz rację... Więc po co tracę czas, gadając po próżnicy? – mruknął Case.   
– Wyglądasz mi na faceta, który potrzebuje przyjaciela.   
Case zasępił się. Oczywiście chciał mieć przyjaciół w Mitchell’s Fork. W końcu planował 

się tu osiedlić. Ale... Jackson Babbit? Lustrując wzrokiem wymyślną fryzurę i strój Babbita, 
pomyślał, że muszą dziwnie razem  wyglądać. Potem jednak przypomniał  sobie, jak lojalnie 
Jackson bronił Maddie i z jakim współczuciem mówił o nieszczęściu Joannie.   

Może  ten  facet  nie  był  aż  tak  beznadziejny  jak  na  pierwszy  rzut  oka?  Może  Maddie 

dostrzegła w nim coś więcej i za to go polubiła? 

– Jeden przyjaciel więcej nigdy nie zaszkodzi – powiedział ostrożnie.   
–  Jeszcze  jedno  pytanie  –  odezwał  się  Jackson.  –  Kto  jest  największym  piosenkarzem 

wszech czasów? 

–  George  Jones  –  natychmiast  odpowiedział  Case,  bo  rzeczywiście  tak  uważał,  a  poza 

tym, trudno było nie zgadnąć gustów Babbita.   

Babbit rozpromienił się.   
– Teraz ja stawiam – oświadczył. – Hej, Joannie, przynieś nam następną kolejkę.   
Dopiero  późnym  wieczorem  Maddie  udało  się  zobaczyć  dziadka.  Leżał  w  szpitalnym 

łóżku i wyglądał tak krucho i staro, że z trudem powstrzymała się od łez.   

– Cześć, dziadku – powiedziała, nachylając się, żeby go pocałować.   
– Maddie – odezwał się drżącym szeptem. – Co ty tu robisz? Czy nie powinnaś być teraz 

z tym młodym człowiekiem? 

– O jakiego młodego człowieka ci chodzi? 
– O twojego narzeczonego. On mi się podoba. Ma takie mocne spojrzenie.   
–  Powtórzę  mu  to  –  powiedziała  Maddie,  uznając,  że  jeszcze  nie  pora  informować 

dziadka, że wcale nie uważa się za oficjalnie zaręczoną. – Jak się czujesz? 

– Jestem wykończony – westchnął dziadek.   
– To sobie teraz odpocznij. Zobaczymy się jutro, dobrze? Dziadek skinął głową.   
– Będę w tym samym miejscu.   
– Wiem, doktor powiedział, że musisz zostać w szpitalu kilka dni.   
Dziadek mocno chwycił Maddie za rękę.   
– Tym razem myślałem, że już naprawdę idę się połączyć z moją Annabelle.   

background image

– Może jestem bardzo samolubna, dziadku – powiedziała Maddie drżącym głosem – ale 

nie dojrzałam jeszcze do tego, żeby pozwolić ci odejść.   

– No to będę musiał pobyć jeszcze trochę z wami – stwierdził dziadek. – A teraz idź już 

do domu, Maddie. Ładna dziewczyna ma lepsze rzeczy do roboty wieczorami, niż kręcić się 

po szpitalu.   

– Kocham cię, dziadku.   
Dziadek z uśmiechem poklepał ją po ręce i nim zdążyła wyjść zasnął.   

Po wyjściu ze szpitala Maddie wróciła z Jill do restauracji, żeby sprawdzić, czy wszystko 

w porządku. Hazel wraz z całym personelem zapewniła ją, że świetnie poradzili sobie bez niej 
i bez Mike’a. Gości nie było zbyt wielu – jak to w środku tygodnia.   

Po zamknięciu Jill i Maddie weszły jeszcze do biura na zapleczu.   
– Ciągle nie mogę w to uwierzyć, że Case poszedł się napić z Jacksonem – powiedziała 

Jill. – Dałabym wszystko, żeby usłyszeć, o czym rozmawiali.   

Maddie udała, że przegląda papiery na biurku.   
– Poszli na piwo, żeby się lepiej poznać. Co w tym dziwnego? Dwaj nieżonaci mężczyźni 

w podobnym wieku, którzy nie mają nic do roboty we wtorkowy wieczór.   

–  Dwaj  nieżonaci  mężczyźni,  którzy  uganiają  się  za  tą  samą  kobietą  –  złośliwie 

przypomniała jej Jill.   

Maddie speszyła się lekko.   
– Nie bądź śmieszna. Jackson wcale się za mną nie ugania. Jesteśmy tylko przyjaciółmi i 

ty dobrze o tym wiesz. A jeżeli chodzi o Case’a...   

– Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że Case się za tobą nie ugania? 
– Nie – westchnęła Maddie. – Myślę, że wystarczająco jasno się zadeklarował.   
– Ten facet namierzył sobie ciebie. Już mu się nie wymkniesz.   
– Uparł się, bo mu tak wygodnie – mruknęła Maddie.   
– Chyba nie sądzisz, że tylko dlatego – zaprotestowała Jill. – Nie powiedziałabym, żeby 

mu  było  aż  tak  wygodnie.  Popatrz,  ile  trudu  zadał  sobie,  odkąd  przyjechał  do  miasta.  A 
przecież jest tyle kobiet, które na pewno by mu się nie oparły.   

– Na przykład ty? 
Jill wzruszyła ramionami.   
–  Może,  gdyby  był  wolny.  Ale  nie  jest.  Tego  faceta  nie  interesuje  żadna  kobieta  prócz 

ciebie.   

Maddie chrząknęła i burknęła coś pod nosem.   
– Czy to dlatego tak mu się opierasz? – spytała Jill. – Czy podejrzewasz go, że chce się z 

tobą ożenić z jakichś złych pobudek? 

Maddie znowu utkwiła wzrok w papiery.   
– Dobrze wiem, dlaczego chce się ze mną ożenić. Bo chce mieć żonę. I dzieci. I dom.   
– A miłość? 
– O tym nic nie wspominał – sztywno stwierdziła Maddie.   
– Och – zreflektowała się Jill. – Nie zdawałam sobie sprawy...   
– To nie ma znaczenia – przerwała jej Maddie. – Jestem pewna, że za miesiąc Case’a już 

background image

tu nie będzie. Jeśli wcześniej nie umrze z nudów. Czy naprawdę myślisz, że mógłby żyć na 
prowincji? 

– To niewykluczone – orzekła po namyśle Jill.   
– Przecież on nigdy nie miał domu – ciągnęła Maddie.   
– Nie ma pojęcia, jak nudne mogą być wszystkie prace domowe. Myślę, że on nigdy w 

życiu nie kosił trawnika.   

– Na pewno nie bywał też na tych potwornie nudnych szkolnych zebraniach – dodała Jill. 

– Pamiętam, jak mój ojciec ich nienawidził.   

–  No  właśnie  –  stwierdziła  Maddie.  –  W  tym  mieście  nie  ma  też  prawie  żadnych 

rozrywek  kulturalnych  –  tylko  dwa  kina,  w  których  całymi  tygodniami  idą  jakieś  zgrane 

filmy.  Najbliższy  teatr,  balet  albo  stadion  sportowy  z  prawdziwego  zdarzenia  są  o  dwie 

godziny jazdy samochodem.   

–  To  prawda.  My  jeździmy  tam  najwyżej  raz  na  dwa  miesiące  –  przyznała  Jill.  –  A 

facetowi,  który  chce  mieć  wszystkie  te  rozrywki  w  zasięgu  ręki,  na  pewno  będzie  trudno  z 
tym się pogodzić.   

– To samo chciałam powiedzieć. – Maddie skinęła głową.   
– Jednak coś mi mówi, że Case znajdzie tu swoje miejsce – zauważyła z uśmiechem Jill.   
Maddie z westchnieniem załamała ręce.   
– A już myślałam, że mnie rozumiesz.   
–  Ależ  świetnie  cię  rozumiem.  Nie  jestem  tylko  pewna,  czy  masz  rację.  A  jak  ci  się 

podoba dom? 

Maddie spojrzała na nią zaskoczona.   
–  Case  powiedział  mi,  że  w  przerwie  obiadowej  chce  ci  pokazać  dom  Fieldingow  – 

wyjaśniła Jill. – Mówiłam mu, że nigdy nie byłaś w środku i że powinien najpierw sprawdzić, 
czy ci się ten dom podoba, zanim go kupi.   

– Tak mu powiedziałaś? No wiesz, Jill...   
– Wiem, jestem zdrajczynią i nędzną kreaturą. Ale pytam jeszcze raz – czy podobał ci się 

ten dom? Prawda, że kolory są okropne? 

– Rzeczywiście, są okropne, ale sam dom...   
– Jest cudowny, prawda? 
– Ten dom stwarza wielkie możliwości – odparła z namysłem Maddie ale ja...   
– Case powiedział, że chce cię poprosić, żebyś mu pomogła go urządzić. Zazdroszczę ci. 

Chciałabym się zabrać do czegoś takiego.   

– To świetnie. Zaproponuj mu swoje usługi. Jill potrząsnęła głową.   
– Już to zrobiłam. Mówię ci, Maddie, ten facet chce tylko ciebie. Na twoim miejscu nie 

lekceważyłabym jego uczuć. Coś mi mówi, że go nie doceniasz.   

Maddie  była  innego  zdania,  jednak  nie  zamierzała  teraz  dyskutować  na  temat  Case’a. 

Pamiętała, jak troskliwie zajął się nią w szpitalu. Potrzebowała go i on tam był, ale nie chciała 
się przyzwyczajać do myśli, że może go zawsze mieć pod ręką.   

Bo przecież to nie potrwa długo. Ile czasu upłynie, zanim Case poczuje, że ma dość jej i 

Mitchell’s Fork? Nim znowu porzuci ją ze złamanym sercem? 

background image

Wiedziała,  czego  Case  pragnął,  planując  małżeństwo  i  jakie  były  jego  potrzeby.  A  co  z 

nią, co z jej pragnieniami i potrzebami? 

Proponował  jej  piękny  dom  i  zabezpieczenie  finansowe.  Wiele  kobiet  uznałoby  to  za 

wystarczający  argument.  Jednak  Maddie  pragnęła  czegoś  więcej.  Miłości.  Przywiązania. 
Niewzruszonej lojalności i poświęcenia. Partnerstwa na całe życie.   

Czy Case był w stanie jej to zaoferować? A jeśli tak – czy mogła mu zaufać i uwierzyć, 

że dotrzyma przyrzeczenia? 

Była gotowa podjąć ryzyko. Gdyby tylko mogła w jakiś sposób sprawdzić, ile naprawdę 

znaczy dla Case’a.   

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Case  wprowadził  się  do  domu  w  ciągu  dwóch  tygodni.  Mimo  że  jego  oferta  została 

natychmiast przyjęta, załatwianie formalności przeciągało się, wobec czego zniecierpliwiony 
skontaktował się z dawnymi właścicielami i ustalił, że do czasu podpisania umowy będzie po 
prostu wynajmował dom. Nie był w stanie wytrzymać ani dnia dłużej w maleńkim hotelowym 
pokoiku.   

W  ciągu  tych  ostatnich  dwóch  tygodni  widział  się  z  Maddie  kilka  razy,  choć  nie  tak 

często, jakby sobie tego życzył. Zmuszał się, by nie spotykać się z nią czasami nawet przez 
kilka dni z rzędu i starał się dzwonić przed każdą wizytą. Choć szkoda mu było każdej chwili 
bez  Maddie,  tęsknił  za  nią  i  coraz  bardziej  jej  pragnął,  postanowił  udowodnić,  że  pewnych 
spraw nie uważał za oczywiste.   

Z dnia na dzień coraz lepiej poznawał obyczaje Mitchell’s Fork. Szybko nauczył się, że 

do dobrego tonu należą śniadania w Classy Cafe na Main Street. Wypijał tam kawę czarną jak 
smoła, zamawiał jajka na bekonie i grzanki i słuchał opowieści emerytów, szczęśliwych, że 
znaleźli nowego, wdzięcznego słuchacza. Wciąż był obcy, ale wszędzie witano go serdecznie.   

Było mu przyjemnie, choć czuł, że kryje się za tym przede wszystkim ciekawość.   

Strzygł się również na Main Street, w zakładzie fryzjerskim, który istniał od 1922 roku. 

Zauważył,  że  większość  sklepów  w  mieście  pochodziła  z  tego  okresu.  Jego  prosta  fryzura 
stała się źródłem kolejnych żartów i plotek, ale Case nic sobie z tego nie robił.   

Otworzył  rachunek  w  miejscowym  banku.  Jill  przedstawiła  go  dyrektorowi  –  panu 

Peacockowi.  Jeden  rzut  oka  na  sumę,  którą  Case  zamierzał  przelać  do  banku  w  Mitchell’s 

Fork,  wystarczył  Peacockowi,  by  wyzbyć  się  podejrzliwości  i  uznać  Case’a  za  swojego 

najlepszego przyjaciela. Zaprosił go nawet na uroczysty lunch organizowany przez miejscowy 
Klub  Rotariański  co  czwartek  w  specjalnie  zarezerwowanej  sali  w  restauracji  „U  Mike’a  i 
Maddie”. Case oczywiście natychmiast przyjął zaproszenie.   

Wszędzie,  gdzie  się  pojawił,  udzielano  mu  rad,  jak  powinien  się  starać  o  rękę  Maddie 

Carmichael. Odniósł wrażenie, że jej los leży wszystkim na sercu.   

–  Ma  już  prawie  trzydziestkę  i  ciągle  jest  wolna  –  mówił  jeden  ze  starszych  panów  w 

Classy Cafe. – To nienormalne. Taka śliczna dziewczyna. Niestety, jest zbyt wybredna. Już to 
mówiłem  jej  ojcu.  Żaden  z  miejscowych  chłopaków  jej  nie  zadowoli.  Poza  Jacksonem 
Babbitem, oczywiście. Tylko że on się z nią nie ożeni. Jego dwie poprzednie żony kompletnie 
go oskubały. Nie w głowie mu kolejne małżeństwo.   

– Niech pan nie daje się wodzić za nos – doradzają mu jakaś staruszka. – To ojciec tak ją 

rozpieścił. Po śmierci matki nie potrafił jej niczego odmówić. Maddie wyobraża sobie, że jest 
lepsza  od  innych.  Ufarbowała  włosy,  nosi  obcisłe  ciuchy,  spotyka  się  z  tym  Babbitem.  Jej 
matka na pewno przewraca się w grobie. Oczywiście Maddie potrafi być kochana.   

Zajmuje się dziadkiem i ciotką Nettie, a większość młodych ludzi nie ma dziś czasu dla 

starszych. Niech pan nie próbuje odciągać jej od rodziny, słyszy pan, panie Brannigan? 

– Maddie Carmichael będzie dobrą żoną i matką – znaczącym tonem powiedział fryzjer 

background image

Hank.  –  Pochodzi  z  dobrej  rodziny,  umie  gotować  i  prowadzić  gospodarstwo.  Jest  też 

inteligentna.  Ukończyła  nasze liceum  z najlepszym  świadectwem,  a potem  poszła do szkoły 

biznesu, żeby się nauczyć księgowości. Niektórzy twierdzą, że się zbiesiła, ale według mnie, 

potrzebny jej mąż i dzieci, żeby się miała czym zająć. Rozumie mnie pan, Brannigan? 

– Odrobinę  romansu – szeptała Jill, wydając mu  w banku nową książeczkę czekową.  – 

Kwiaty, poezje, muzyka... Maddie ma hyzia na punkcie romansów.   

– Brylanty – radził Peacock ze wzrokiem wlepionym w saldo bankowe Case’a. – Jeżeli 

pan chce, żeby poczuła się zaręczona, musi jej pan wsunąć brylant na palec. Mój brat ma tu 

sklep jubilerski. Przedstawię go panu na spotkaniu rotarian. Zrobi pan dobry interes.   

Case  uprzejmie  dziękował  za  rady,  ale  trzymał  się  własnego  planu.  Jednak  –  tak  na 

wszelki wypadek – starał się zapamiętać wszystko, co mu mówili.   

Niewykluczone, że zanim dopnie celu, będzie potrzebował jeszcze niejednej porady.   

 

Maddie wjechała na boczną drogę prowadzącą do domu  Case’a.  Na przednim siedzeniu 

leżał  gruby  katalog  tapet.  Próbki  dywanów  zajmowały  całe  tylne  siedzenie.  Wszystko 
pochodziło  z  miejscowej  hurtowni.  Maddie  wciąż  nie  wiedziała,  jak  doszło  do  tego,  że 
zgodziła się przyjechać do Case’a z tymi próbkami w poniedziałkowe popołudnie.   

Nie  była  w  stanie  mu  odmówić,  kiedy  poprosił  ją  o  przysługę.  Była  to  ta  sama  słabość 

charakteru, która omal nie doprowadziła jej do ołtarza z tym samym zresztą mężczyzną. Już z 
daleka  zobaczyła  Case’a.  Klęczał  przy  stopniach  prowadzących  na  werandę  i  wymachiwał 
młotkiem  z  entuzjazmem  grubo  przekraczającym  jego  umiejętności.  Miał  na  sobie  dżinsy  i 
tenisówki, ale zdjął koszulę. Popołudniowe słońce przedzierało się przez gęstą koronę starego 
dębu, tworząc wzór ze świateł i cieni na obnażonych plecach Case’a.   

Kiedy Maddie wysiadła z samochodu i zatrzasnęła drzwiczki, Case odwrócił się. Odłożył 

młotek i poderwał się na nogi, żeby ją przywitać.   

– Cześć! – zawołał, a w jego ustach zabrzmiało to niemal pieszczotliwie.   
– Cześć! – odpowiedziała, szybko obeszła wóz i  otworzyła tylne drzwi. – Przywiozłam 

próbki.   

Case narzucił na plecy błękitną koszulę i podszedł do Maddie.   
– Jestem ci bardzo wdzięczny. Potrzebuję twojej porady.   
Trzymając  w  ramionach  katalog,  odwróciła  się,  żeby  wręczyć  go  Case’owi.  Przy  okazji 

zerknęła  na  jego  nagi  tors,  prześwitujący  między  połami  rozpiętej  koszuli.  Nie  widziała  go 
rozebranego  od  czasów,  kiedy  kąpali  się  w  morzu  w  Cancún.  Wciąż  pamiętała,  jaki  był 

opalony i muskularny, i...   

Nagle głośno się zachłysnęła. Katalog wypadł jej z rąk.   
– Co ci się stało, Maddie? – zdumiał się Case.   
Przez moment stała ze wzrokiem wbitym w jego brzuch. A potem rozsunęła mu koszulę.   
– O mój Boże! – jęknęła, obchodząc go wokoło. – Och, Case! 
Po raz pierwszy zobaczyła jego blizny. Tuż ponad paskiem dżinsów widniała czerwona i 

spuchnięta  blizna  wlotowa  –  ślad  po  strzale,  który  o  mały  włos  nie  zrobił  z  Case’a  kaleki. 
Kula  przeszła  tuż  obok  kręgosłupa,  zostawiając  na  boku  postrzępione  blizny  po  ranie 

background image

wylotowej. Maddie poczuła, że robi jej się słabo.   

Pomyślała o nodze Case’a, z którą ostatnio było chyba trochę lepiej, bo mniej utykał. Na 

udzie  musiał  mieć  podobne  blizny.  Serce  ścisnęło  jej  się  na  myśl  o  tym,  co  przecierpiał.  Z 
jakichś powodów nie do końca wierzyła w opowieści Case’a. Aż do tej chwili.   

Case opuścił wzrok i skrzywił się.   
– Przepraszam. Wiem, że to wygląda ohydnie. Zaraz zapnę koszulę.   
Maddie wyciągnęła rękę i drżącymi palcami dotknęła świeżej blizny.   
– Musiało cię strasznie boleć.   
– No, nie było to przyjemne – stwierdził Case. – Ale blizny z czasem zbledną.   
– Nie chodzi mi o blizny! – wykrzyknęła Maddie, potrząsając głową.   
Spojrzał jej w oczy, a potem wziął w ramiona. Ukryła twarz na jego piersi.   
–  Przepraszam  –  szepnęła.  –  Byłeś  poważnie  ranny,  a  ja  potraktowałam  cię  tak  podle, 

kiedy chciałeś mi o tym opowiedzieć. Nie wiedziałam... nie zdawałam sobie sprawy...   

– Już dobrze – mruknął, muskając oddechem jej włosy – nie ma o czym mówić.   
Po raz pierwszy odważyła się pomyśleć o tym, co musiał przeżywać Case, kiedy leżał w 

szpitalu,  zagrożony  kalectwem.  Na  pewno  był  pełen  obaw  o  przyszłość  i  przeraźliwie 

samotny. Czy myślał wtedy o niej? 

–  Maddie  –  odezwał  się  Case,  unosząc  ku  sobie  jej  twarz  –  rany  się  zagoją.  Blizny 

zbledną. Było, minęło.   

Wcale nie minęło, pomyślała patrząc mu prosto w oczy. Case znowu był przy niej i chciał 

się żenić, chciał zamieszkać z nią w tym domu. A ona wciąż nie wiedziała, czy naprawdę ją 
kochał, czy tylko był zakochany w wartościach, które w niej widział.   

Nie  była  nawet  pewna  swoich  własnych  uczuć.  Pragnęła  go.  Fascynował  ją.  Nie  mogła 

znieść myśli o tym, że cierpiał. I bez względu na to, co mu mówiła, nie była sobie w stanie 
wyobrazić,  że  tak  po  prostu  powie  mu  „do  widzenia”  i  odejdzie,  i  nigdy  więcej  już  go  nie 
zobaczy. Chybaby jej pękło serce.   

Czy to miała być miłość? 

Podejrzewała, że tak.   
– Masz taką poważną minę – rzekł Case, gładząc ją po policzku. – O czym myślisz? 
– Zastanawiam się, co mam z tobą zrobić – powiedziała.   
– Wyjdź za mnie. Maddie tylko westchnęła.   
Case z uśmiechem pochylił się nad nią, żeby ją pocałować.   
– Chodźmy obejrzeć próbki tapet – powiedział, kiedy oderwał usta od jej warg.   
Wciąż oszołomiona jego pocałunkiem, bez słowa skinęła głową, wzięła próbki dywanów 

i ruszyła za Case’em do domu.   

Dom  był  równie  pusty  jak  wtedy,  kiedy  była  tu  przed  dwoma  tygodniami.  Tylko  w 

salonie leżał  śpiwór, plecak i  dwie walizki, z których wysypywała się zawartość. Cała jego 
garderoba, pomyślała.   

– Czy to wszystko, co masz? 
– Tak. – Case wzruszył  ramionami. – Muszę teraz kupić bardzo dużo rzeczy. Nie mam 

nawet wieszaków na ubrania.   

background image

– Umeblowanie tak dużego domu to wielkie przedsięwzięcie – stwierdziła Maddie.   
– Myślałem, żeby na początek urządzić kilka pokoi, a potem stopniowo zająć się resztą. 

Ale  dobrze  byłoby  od  razu  wytapetować  wszystkie  pomieszczenia  i  położyć  wykładzinę  w 
całym domu. Meble można kompletować później.   

– Można tak zrobić, jeśli nie przeszkadza ci, że przez jakiś czas będziesz mieszkać w nie 

wykończonym domu.   

– Mieszkałem w bardziej prymitywnych warunkach – mruknął Case.   
Maddie znów pomyślała, że tak naprawdę nie wie nic o jego dawnym życiu. Jak na tym 

tle wyglądało Mitchell’s Fork? 

Case rozłożył katalogi na podłodze.   
– Chcesz się napić czegoś zimnego? – zapytał.   
– Chętnie. Dziękuję odpowiedziała.   
Przeszli  do  kuchni.  Na  stole  piętrzył  się  stos  papierowych  talerzy.  Kuchnia  miała 

wbudowaną  lodówkę,  kuchenkę  z  piekarnikiem,  mikrofalową  kuchenkę  i  zmywarkę  do 
naczyń. Case dokupił elektryczny ekspres do kawy.   

– Co ty jadasz? – zapytała.   
Otworzył lodówkę. Zobaczyła jakieś konserwy, słoiczek musztardy, puszkowane napoje i 

kilka garnków, przykrytych folią.   

– Prawie co wieczór ktoś podrzuca mi coś do jedzenia. Myślę, że kryje się za tym twoja 

przyjaciółka  Jill.  Pierwszego  dnia,  kiedy  się  tu  wprowadziłem,  zjawiła  się  z  zapiekanką  z 
kury. Muszę przyznać, że to było bardzo smaczne.   

Maddie poczuła upokarzające ukłucie zazdrości.   
– Więc Jill przyszła cię tu odwiedzić? 
–  Uhm.  To  miło  z  jej  strony.  –  Case,  kryjąc  uśmiech,  sięgnął  do  lodówki.  –  Czego  się 

napijesz? Coli, piwa, soku? 

Maddie poprosiła o colę.   
– Będziesz musiała wypić z puszki albo z kubka – oświadczył Case. – Nie mam ani jednej 

szklanki.   

–  Może  być  z  puszki.  –  Maddie  podeszła  do  zlewozmywaka  i  wyjrzała  przez  okno. 

Wzdłuż  tej  strony  domu  ciągnęła  się  weranda  ze  skrzynkami  na  kwiaty.  Natychmiast 
wyobraziła  sobie  bluszcz  zwieszający  się  z  doniczek  pod  okapem  i  barwne  kwiaty  w 
skrzynkach. Pani domu będzie miała przyjemny widok z kuchni, pomyślała.   

– Słyszałam, że poznałeś już parę osób w mieście – powiedziała, odwracając się. – Ciągle 

ktoś mnie pyta o ciebie. Zdaje się, że zrobiłeś furorę w kawiarni.   

– Dają tam pyszne śniadania. – Case podszedł i wręczył jej puszkę. – Tutejsi ludzie są na 

ogół mili.   

Coś w jego tonie zaniepokoiło Maddie. Podniosła na niego wzrok.   
– Poznałeś kogoś, kto nie jest miły? 
– Dziś rano miałem okazję poznać waszego szeryfa.   
– Mc Adamsa? Chyba jeszcze nie zdążyłeś mu się narazić? 
–  W  zasadzie  nie.  Poszedłem  do  niego,  żeby  złożyć  doniesienie  o  przestępstwie.  To 

background image

kompletny idiota, prawda? 

– Tak. A co to było za przestępstwo? – spytała zaciekawiona.   
W szarych oczach Case’a pojawił się błysk wściekłości.   
– Jakiś gnojek porysował moje ferrari.   
– Jak to? 
–  Po  prostu  porysował.  Gwoździem  albo  kluczem,  po  obu  bokach.  Cholernie  się 

wkurzyłem.   

Maddie zdążyła już poznać Case’a na tyle dobrze, żeby wiedzieć, jak bardzo cieszył się 

ze swojego samochodu – jedynej ekstrawagancji, na jaką sobie pozwolił.   

– Mogę sobie wyobrazić. Kiedy to się stało? 
– Jadłem właśnie śniadanie.   
– Czy ktoś widział, kto to zrobił? 
– Wszyscy zaprzeczali – mruknął ze złością.   
– Ale ty podejrzewasz, że ktoś mógł to widzieć? 
– Tak. Odniosłem wrażenie, że parę osób widziało i miałoby ochotę mi to powiedzieć, ale 

się boją. Myślę, że zrobił to ten gówniarz Coopera i jego kumple. Szkoda, że nie przyłapałem 
ich na gorącym uczynku.   

–  Chyba  masz  rację  –  powiedziała  Maddie.  –  To  bardzo  podobne  do  Danny’ego. 

Zwłaszcza że mu się naraziłeś. Mówisz więc, że nikt nie chce zeznawać przeciwko niemu? 

–  Nikt.  A  ten  idiota  szeryf  mówi,  że  wobec  braku  dowodów  nic  się  nie  da  zrobić. 

Twierdzi, że to moja wina, bo po co mi taki drogi samochód.   

– Co za dureń! – obruszyła się Maddie.   
– To właśnie mu powiedziałem, plus jeszcze parę epitetów.   
Maddie nagle się przeraziła.   
–  Case,  jeżeli  na  serio  myślisz,  żeby  tu  osiąść,  nie  możesz  robić  sobie wroga  z  szeryfa 

albo z Cooperów. Mówiąc oględnie, obrzydzą ci tu życie.   

– Mam ich gdzieś.   
–  Wiem,  że  się  ich  nie  boisz,  i  świetnie  cię  rozumiem.  Ale...  nie  zmuszaj  ludzi,  żeby 

opowiedzieli się po czyjejś stronie, dobrze? W końcu jesteś dla nich obcy, nawet jeśli zdążyli 
już cię polubić. Cooperowie mieszkają tu od zawsze i dużo mogą.   

– Tylko dlatego, że ludzie boją się im przeciwstawić.   
– Może. Mimo to wolałabym, żebyś bardziej uważał.   
– Zrobię, co zechcesz – mruknął Case, wzruszając ramionami.   
Jego ton  sugerował,  że się z nią nie zgadza. Przecież próbuję go tylko  ostrzec,  żeby nie 

zadzierał z Cooperami i ich stronnikami, pomyślała Maddie z rozpaczą. Nic więcej nie mogę 
zrobić. Odwróciła się od okna i poszła do salonu.   

–  Myślę,  że  pora  zabrać  się  do  roboty  –  powiedziała.  Usiedli  na  podłodze  wyłożonej 

przeraźliwie pomarańczowym dywanem i pochylili się nad katalogami.   

Maddie  ze  zdziwieniem  stwierdziła,  że  Case  bardzo  poważnie  potraktował  swoją  rolę. 

Ciągle zgłaszał jakieś sugestie, a także dokładnie wiedział, czego nie chce.   

– Żadnych ptaszków ani kratek – oświadczył. – Nienawidzę tapet w ptaszki i w kratki.   

background image

– A mogą być ptaszki w kratkę? – spytała rozbawiona Maddie.   
Case  obrzucił  ją  spojrzeniem  i  wskazał  na  próbkę  w  dyskretny,  kwiatowy  wzór  w 

stonowanych odcieniach ciemnej zieleni i czerwieni.   

– To mi się podoba.   
–  Mnie  też  –  przyznała  Maddie  i  wyobraziła  sobie  taką  tapetę  na  ścianach  jadalni.  – 

Lubisz takie kolory? 

– Lubię błękit, zieleń i czerwień. Nie znoszę różów i fioletów.   
Maddie przygryzła wargi.   
– To zawęża nam wybór.   
– Kpisz sobie ze mnie, czy co? – Case spojrzał na nią podejrzliwie.   
– Broń Boże! 
– Widzę, że tak – stwierdził zrezygnowany. – Może wolisz zrobić to beze mnie.   
– Oczywiście, że nie – zaprzeczyła pośpiesznie. – W końcu to twój dom.   
– Mam nadzieję, że kiedyś będzie to nasz dom. I ty dobrze o tym wiesz.   
Maddie wbiła wzrok w rozłożone próbki.   
– Miałeś tego nie robić.   
– Obiecałem, że nie będę nalegał, ale nie mówiłem, że będę kłamać.   
– Case – westchnęła Maddie. – Nie ułatwiasz mi życia.   
– Masz rację – przyznał, wyciągając ręce. – Bo mi tak trudno nie przypominać ci każdego 

dnia,  że  powinniśmy  już  być  małżeństwem,  mieszkać  tu  i  razem  szykować  ten  dom  na 
przyjście na świat dzieci.   

Maddie położyła mu dłonie na ramionach.   
– Przestań, Case! 
– Maddie – szepnął. – Nic nie mogę na to poradzić. – Zamknął jej usta pocałunkiem.   
Maddie poczuła, że ulotnił się gdzieś jej zdrowy rozsądek,  a ona,  co  gorsza,  wcale tego 

nie żałuje.   

Pomarańczowy  dywan,  który  tak  bardzo  jej  się  nie  podobał,  okazał  się  wyjątkowo 

puszysty i miękki, kiedy Case pociągnął ją na podłogę i nakrył swoim ciałem.   

Zanurzył dłonie w jej włosach i zaczął miażdżyć jej usta zachłannymi pocałunkami.   
– Maddie – jęknął – pragnę cię, to mnie wykańcza. Maddie nie była w stanie dłużej mu 

się opierać.   

– Ja też cię pragnę – szepnęła i zaczęła rozpinać mu koszulę. – Teraz.   
Case zamarł, a potem przycisnął ją do siebie.   
– Chwała Bogu.   
Znów zaczął ją całować, aż zakręciło jej się w głowie. Szybko pozbyli się ubrań, a potem, 

rzucili się sobie w ramiona. Maddie jęknęła z rozkoszy. Nagle otworzyła oczy i przycisnęła 
dłonie do piersi Case’a.   

– Case, zaczekaj, nie możemy...   
– Maddie, błagam cię, nie teraz – jęknął.   
–  Wcale  nie  zmieniłam  zdania  –  zapewniła  go  pośpiesznie.  –  Tylko...  nie  jestem 

zabezpieczona. Masz coś? 

background image

– Tak – mruknął, krzywiąc się.   
– No więc? – nalegała niecierpliwie, kiedy się chwilę zawahał.   
– Niech ci będzie – mruknął, sięgając do plecaka.   
Coś w jego głosie zaniepokoiło Maddie. Uniosła się i podparła na łokciach, żeby na niego 

popatrzeć.   

– Już wcześniej o tym myślałeś – powiedziała oskarżycielskim tonem. – Nie zamierzałeś 

nic zrobić w tej sprawie, prawda? 

– Maddie, dobrze wiesz, że pragnę mieć z tobą dzieci. I to szybko. Ale jeżeli chciałabyś 

jeszcze z tym poczekać, możemy poczekać.   

Chwyciła  się  za  głowę.  On  oczywiście  uznał,  że  zdecydowała  się  z  nim  kochać  tylko 

dlatego, że wszystko zostało już wcześniej ustalone. Co za bezczelność! 

–  Tak  –  oświadczyła  z  naciskiem.  –  Zdecydowanie  chcę  zaczekać.  Szczerze  mówiąc, 

Case...   

Case popchnął ją delikatnie na dywan.   
– Później – szepnął, wsuwając rękę między ich ciała. Maddie głęboko zaczerpnęła tchu.   
– Jeżeli myślisz, że uda ci się mnie uwieść...   
Jego palce powędrowały niżej, a usta dotknęły jej ust.   
– Tak? – zapytał, kiedy umilkła.   
Maddie z westchnieniem zarzuciła mu ręce na szyję.   
– Później... – szepnęła.   
– Znacznie później – mruknął, wchodząc w jej ciało. Nagle zapomniała o dręczących ją 

wizjach przyszłości i całkowicie oddała się rozkoszom chwili obecnej.   

–  Co  sądzisz  o  tym  beżowym  dywanie,  kotku?  Tym  nazwanym  „szampan”.  Mnie  się 

podoba.   

– Case – powiedziała Maddie, usiłując pośpiesznie zapiąć dżinsy. – Nie podjęłam żadnej 

decyzji.   

Case odłożył próbkę na bok i sięgnął po następną.   
– Wiem. Ale na razie ta mi się najbardziej podoba. Maddie głośno westchnęła.   
– Nie mówię o dywanie.   
–  Przecież  nawet  jeszcze  nie  zaczęliśmy  wybierać  tapet.  Maddie  z  rozpaczą  załamała 

ręce.   

– Case, nie pora na żarty! Chcę porozmawiać o tym, co zaszło między nami.   
Popatrzył  na  nią,  a  potem  na  części  garderoby,  porozrzucane  na  podłodze.  Wielka 

brązowa  plama  na  pomarańczowej  wykładzinie  znaczyła  miejsce,  gdzie  przewrócili  puszkę 
coli.  Z  początku  tego  nie  zauważyli,  a  później  Case  stwierdził,  że  i  tak  chce  wymienić 
wykładzinę, chociaż ta też ma swoje niewątpliwe zalety.   

–  Niech  ci  będzie,  Maddie  –  powiedział,  widząc  jej  zdesperowaną  minę.  –  Mów,  co  ci 

leży na sercu.   

Ta nagła uległość wydała jej się podejrzana.   
– Tylko dlatego, że... że... – zaczęła.   
– Kochaliśmy się podsunął jej usłużnie.   

background image

– Tak. – Maddie głośno przełknęła. – Ach, nie, to brzmi zbyt wzniosie i zobowiązujące 

Tylko  dlatego,  że  przespaliśmy  się  ze  sobą  –  powiedziała,  ale  to  zabrzmiało  jeszcze  gorzej. 
Mimo  to  brnęła  dalej.  –  Nie  chcę,  żebyś  sobie  pomyślał,  że  zmieniłam  zdanie.  Nic  się  nie 
zmieniło.   

– Sama wiesz, że nie masz racji – rzucił jakby od niechcenia. – Bardzo dużo się zmieniło.   
– Próbuję ci powiedzieć, że wcale nie jesteśmy zaręczeni – prychnęła.   
Case patrzył jej przez chwilę w twarz, a potem skinął głową.   
– W porządku. Więc co sądzisz o tym szampańskim dywanie? 
– Nawet mnie nie słuchasz! – krzyknęła Maddie.   
–  Słyszałem  każde  twoje  słowo.  Nie  jesteśmy  zaręczeni.  Co  nie  zmienia  faktu,  że  chcę 

mieć nowy dywan.   

Zmierzyła  go  podejrzliwym  wzrokiem.  Dlaczego  tak  łatwo  przeszedł  nad  tym  do 

porządku? Czyżby nie miał zamiaru z nią dyskutować? Czy był nadal przekonany, że uda mu 
się nakłonić ją, by zmieniła zdanie? A może to on zmienił zdanie? Jeżeli tak, to dlaczego? To, 
co  się  przed  chwilą  zdarzyło  między  nimi,  było  dla  niej  najpiękniejszym,  najbardziej 
niewiarygodnym  przeżyciem,  jakiego  kiedykolwiek  doznała.  Jeśli  jednak  Case  myślał 
inaczej? 

Znużona  i  zdezorientowana,  postanowiła  przyjąć  jego  taktykę.  Były  pewne  sprawy,  o 

których  wolała  na  razie  nie  mówić.  Wykładziny  i  tapety  wydawały  się  tematem  o  wiele 
bezpieczniejszym.   

 

Przez następne kilka godzin usiłowała skupić się na tapetach i wykładzinach, ale nie było 

to łatwe. Za każdym razem, gdy nachylali się nad katalogiem, a ich palce i głowy się stykały, 
kiedy  Case  stawał  tuż  za  nią,  żeby  podyskutować  o  kolorze  ścian,  nachodziły  ją  słodkie 
wspomnienia.  Próbowała  zepchnąć  je  w  głąb  świadomości,  ale  przychodziło  jej  to  coraz 

trudniej.   

Późnym  popołudniem  zabrali  się  do  części  parteru,  przeznaczonej  dla  pana  domu.  Był 

tam  szczególnie  piękny  pokój  –  z  kominkiem,  rzeźbionymi  gzymsami  i  rozsuwanymi 
oszklonymi drzwiami prowadzącymi na werandę na tyłach domu. Obok znajdował się mały 
salonik  wychodzący  na  frontową  werandę,  garderoba  z  wbudowanymi  szafami  i  toaletką  o 
trzech  lustrach  oraz  łazienka  z  kabiną  prysznicową  i  wanną,  zdolną  pomieścić  co  najmniej 
trzy  osoby  –  gdyby  ktoś  miał  taką  zachciankę.  Całość  była  większa  niż  mieszkanie,  które 
Maddie wynajmowała, kiedy studiowała w szkole biznesu.   

Maddie  stanęła  na  środku  pustej  sypialni.  Oczyma  duszy  widziała  już  olbrzymie  łoże  z 

kolumienkami, antyczną sofę i płonący na kominku ogień.   

– To mój ulubiony pokój – odezwał się Case zza jej pleców i Maddie przeraziła się, że 

czytał w jej myślach.   

–  Rzeczywiście,  ładny  –  mruknęła,  nie  patrząc  w  jego  stronę.  –  Czy  chcesz  go  też 

urządzić w twoich ulubionych kolorach – to znaczy ciemnej zieleni i czerwieni? 

– A co ty byś wybrała, gdyby miał to być twój pokój? 
– Koronki – odparła – dużo koronek. Kolory delikatniejsze niż gdzie indziej. Łososiowy. 

background image

Kremowy.   

Płomienie  z  kominka  odbijające  się  w  kryształowych  szybkach.  Świece  migoczące  na 

toaletce.  Nagie  ciała,  wyciągnięte  na  atłasowej  narzucie.  Maddie  poczuła,  że  miękną  jej 

kolana.   

– To brzmi ciekawie – odezwał się Case schrypniętym głosem, jakby i on snuł podobne 

wizje.   

Odwróciła  się  pośpiesznie.  Stał  bliżej,  niż  myślała.  Tak  blisko,  że  ich  ciała  prawie  się 

dotykały.   

Case wyciągnął ręce, jakby chciał ją podtrzymać. Jego dłonie pozostały na jej ramionach 

nawet wtedy, kiedy było jasne, że Maddie pewnie stoi na nogach.   

– Maddie – mruknął, ze wzrokiem wbitym w jej usta. – Od wieków cię nie całowałem.   
– Tak – szepnęła, tuląc się do niego.   
– Nic dziwnego, że już się stęskniłem.   
Nie była w stanie niczego mu odmówić, kiedy tak się do niej zwracał.   

Znacznie  później  Case  uniósł  głowę  i  spojrzał  na  Maddie.  W  jego  stalowych  oczach 

płonął ogień.   

–  Kiedy  się  z  tobą  kochałem,  było  to  dla  mnie  najwspanialsze  przeżycie,  jakiego 

kiedykolwiek  doznałem  –  powiedział  gwałtownie.  –  Ale  to  mi  nie  wystarcza,  Maddie.  Nie 
rozumiesz, że nigdy nie będę miał dość? 

A potem znów ją całował, a jego pocałunki były namiętne i zaborcze, a zarazem dziwnie 

delikatne.   

Tyle  rzeczy  nie  zostało  powiedzianych,  tyle  spraw  nie  rozwiązanych.  Mimo  to  Maddie 

poczuła, że coś w niej drgnęło. Odrobina nadziei, a może lęk. A najpewniej i jedno, i drugie.   

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Co roku w Mitchell’s Fork bardzo uroczyście obchodzono Święto Niepodległości. Dzień 

zaczynał się paradą na Main Street, a kończył festynem w miejskim parku.   

W  ten  dzień  wesołe  miasteczko  zawsze  było  pełne  dzieci.  Wpuszczano  je  na  całe 

popołudnie. Miały tylko uważać i zachowywać się przyzwoicie. Porządku w parku pilnowało 
kilku  umundurowanych  policjantów,  którzy  mitygowali  zbyt  rozbawioną  młodzież, 

wyprowadzali  tych,  którzy  wypili  za  dużo,  oraz  tropili  złodziei  i  rozrabiaków,  gotowych 
popsuć każde zgromadzenie przyzwoitych obywateli. Ogólnie rzecz biorąc, był to miły dzień, 
w  którym  ciężko  pracujący  obywatele  Mitchell’s  Fork  mogli  sobie  odpocząć  i  trochę  się 
rozerwać.   

Odkąd Maddie sięgała pamięcią wstecz, wraz z całą rodziną uczestniczyła w tym święcie. 

Jednak w tym roku miało być zupełnie inaczej: Case obiecał wziąć udział w uroczystościach.   

Mike  i  Maddie  posadzili  ciotkę  Nettie  i  dziadka  na  wygodnej  ławeczce  w  zacienionej, 

odległej części parku, skąd staruszkowie mogli w spokoju obserwować rozbawiony tłum. Nie 
planowali zostać długo  –  Frank zobowiązał  się odwieźć ich do domu,  gdy tylko  poczują się 
zmęczeni. Mike i Maddie chcieli zostać dłużej. Mike był umówiony z nauczycielką, która w 
tym dniu prowadziła konkurs dla młodych talentów, a Maddie zamierzała spędzić bodaj część 
tego dnia z Case’em.   

– Jesteś pewny, dziadku, że nic ci nie trzeba? – spytała, kiedy wszystko zostało ustalone.   
Dziadek,  który  doszedł  już  do  siebie  po  niedawnej  chorobie,  siedział  z  kubkiem 

lemoniady  w  jednej  ręce  i  porcją  lodów  w  drugiej.  Zazwyczaj  nie  pozwalano  mu  jeść  zbyt 
dużo słodyczy, ale w dniu takim jak dziś można było zapomnieć o diecie.   

– Nic mi nie trzeba. – Dziadek potrząsnął głową. – A ty biegnij do swoich przyjaciół i 

baw się dobrze.   

– Trzymaj się z daleka od karuzeli – zawołała za nią ciotka Nettie. – Wiesz, że nie mam 

zaufania do tych urządzeń.   

Maddie uśmiechnęła się. Ciotka Nettie powtarzała jej te same słowa, odkąd Maddie była 

małą dziewczynką.   

– Nie pójdę na karuzelę, ciociu – zapewniła.   
Nie  przyznała  się  nikomu,  że  od  dawna  nienawidzi  karuzeli,  więc  ciotka  Nettie  zawsze 

była przekonana, że Maddie jest wyjątkowo posłuszną dziewczyną.   

– Tu jesteś, Maddie, szukaliśmy cię. – Jill podbiegła do niej z promiennym uśmiechem. 

Za nią nieco wolniej kroczył Jackson. Jill, z włosami związanymi w koński ogon i w szortach 
wyglądała  jak  nastolatka,  która  tylko  czeka,  by  z  młodzieńczym  zapałem  rzucić  się  w  wir 
rozrywki.   

– Idź się zabawić, Maddie – powiedział Frank. – Ja się zajmę staruszkami.   
–  Wiem,  Frank.  Dziękuję.  –  Maddie  uśmiechnęła  się  z  wdzięcznością,  a  potem 

pocałowała ojca w policzek. – Będę z Jill i Jacksonem.   

– Dobrze. Uważaj na siebie. Maddie zachichotała.   

background image

– Zapomniałeś, że mam już prawie trzydzieści lat? 
–  Nie,  ale  póki  nie  zjawi  się  twój  tak  zwany  narzeczony,  ja  jestem  za  ciebie 

odpowiedzialny.   

– Potem porozmawiamy o twoich przedpotopowych poglądach i wypaczonym poczuciu 

humoru – odcięła się Maddie. – I zapewniam cię, że nie będzie to przyjemna rozmowa.   

–  Chodź  już,  Maddie,  za  piętnaście  minut  zaczyna  się  pokaz  sztuk  magicznych. 

Słyszałam, że ten facet jest całkiem niezły – popędzała ją Jill.   

– Klub Optymistów organizuje barbecue – dodał Jackson, oblizując się na samą myśl o 

czekających na niego przysmakach. – Mam straszną ochotę na grzanki z boczkiem.   

Maddie roześmiała się i  pozwoliła wciągnąć w sam środek rozbawionego tłumu. Jednak 

nawet  gdy  zawzięcie  plotkowała  z  przyjaciółmi,  jej  oczy  wypatrywały  wysokiego, 
ciemnowłosego mężczyzny o stalowym spojrzeniu.   

 

Case  wyśledził  Maddie,  gdy  tylko  przyszedł  do  parku.  W  białej  bluzce  z  marynarskim 

kołnierzem i granatowych szortach wyglądała niesłychanie pociągająco. Z niezadowoleniem 
zauważył, że trzymała pod rękę Jacksona Babbita.   

A przecież wydawało mu się, że jasno postawił sprawę.   

Dopiero  potem  zauważył  Jill,  uczepioną  drugiego  ramienia  Babbita.  Cała  trójka 

zaśmiewała się, jakby mieli po kilkanaście lat.   

Jeden  facet  i  dwie  dziewczyny.  To  przecież  niesprawiedliwe,  pomyślał  i  natychmiast 

postanowił się do nich przyłączyć.   

Kiedy położył Maddie rękę na ramieniu, wiedziała, że to on, jeszcze zanim się odwróciła. 

Jej puls niespodziewanie przyśpieszył.   

Popatrzyła  na  niego  spod  długich  rzęs.  Case  uśmiechnął  się.  Pod  spojrzeniem  jego 

ciemnoszarych  oczu  zadrżała.  Wiedziała,  o  czym  myślał,  bo  ona  myślała  dokładnie  o  tym 
samym  –  o  wczorajszym  wieczorze,  który  zakończył  się  na  świeżo  położonym 
„szampańskim” dywanie w salonie.   

– Cześć! – powiedział, patrząc na jej usta.   
– Cześć! – mruknęła przez ściśnięte gardło.   
W  dżinsach  i  białej  koszuli  Case  wyglądał  tego  dnia  wyjątkowo  przystojnie.  Od 

przyjazdu  do  Mitchell’s  Fork  przytył  parę  kilo  i  prawie  już  nie  utykał.  Ciemne  włosy  jak 
dawniej  opadały  mu  na  czoło.  Maddie  miała  ochotę  rzucić  mu  się  w  ramiona  na  oczach 
całego miasta.   

– Maddie, obudź się, zejdź na ziemię – zachichotała Jill. Zarumieniła się, szybko puściła 

ramię Jacksona i odsunęła się od obu mężczyzn.   

– Dawno tu jesteś, Case? – spytała Jill.   
Case oderwał wzrok od Maddie i spojrzał na Jill.   
– Nie. Straciłem coś ciekawego? 
–  Tylko  finał  konkursu  piękności.  Wygrała  Alison  Derryberry.  Lucy  Stickling 

spodziewała  się,  że  wygra  jej  córka  i  po  konkursie  oświadczyła,  że  sędziowie  byli 
przekupieni.  Oczywiście  to  bzdura.  Gdyby  dało  się  przekupić  jury,  na  pewno  wygrałaby 

background image

Casey Cooper – córka Majora Coopera – siostra Danny’ego, którego zdążyłeś już poznać.   

Case zamrugał. Maddie widziała, że stara się nadążyć za tokiem myśli Jill. Zrobiło jej się 

go żal.   

– Nieważne – powiedziała – to tylko plotki. Co chcesz teraz robić? 
– Oprowadź mnie po parku – odparł, obejmując ją w talii i rzucając Jacksonowi zaczepne 

spojrzenie. – Idziemy we czwórkę, prawda? 

– Od razu wiedziałem, że to za dużo szczęścia naraz – roześmiał się Jackson. – Ja jeden i 

dwie tak urocze dziewczyny. Cóż, kotku – zwrócił się do Jill – będziesz moją damą do końca 
tego pięknego dnia? Jill zrobiła zabawną minę.   

– Z braku lepszych propozycji jestem zmuszona się zgodzić.   
Jackson poklepał się po gorsie haftowanej koszuli.   
–  Głęboko  mnie  zraniłaś,  ale  gotów  jestem  znosić  twój  ostry  język,  byle  tylko  móc  się 

pokazać w twoim towarzystwie.   

Jill zarumieniła się, a potem oświadczyła, że chce się czegoś napić i pociągnęła Jacksona 

do bufetu. Maddie i Case ruszyli za nimi wolnym krokiem.   

– Jak pies z kotem – stwierdził Case, patrząc za nimi.   
– Zawsze tak było – przyznała Maddie z uśmiechem. – No, prawie zawsze, bo kiedyś ze 

sobą chodzili.   

– Żartujesz! 
– Nie. Wydawało się, że świata poza sobą nie widzą. A potem Jill przyłapała Jacksona z 

Lindą Prince. Zerwała z nim i nie odzywali się do siebie całe lata. Jackson ożenił się z Lindą, 
ale ich małżeństwo nie trwało długo. Jill wyszła za faceta, którego poznała w banku. Wtedy 
Jackson ożenił się po raz drugi i znowu skończyło się to rozwodem.   

– A teraz oboje są wolni.   
– Tak. Jill zaklina się, że nie chce więcej słyszeć o Jacksonie, nawet gdyby był jedynym 

wolnym  facetem  w  całym  stanie.  Straciła  do  niego  zaufanie.  Jednak  ostatnio  spędza  z  nim 
dość  dużo  czasu,  chyba  dlatego,  że  on  jest  jedynym  wolnym  mężczyzną  w  jej  wieku  w 
Mitchell’s Fork.   

– Myślisz, że coś z tego będzie? 
– Kto to wie? – Maddie wzruszyła ramionami. – Albo coś będzie, albo się znienawidzą do 

końca życia.   

– Nie chcesz się w to mieszać, prawda? 
– O, nie. To najlepszy sposób, żeby stracić przyjaciółkę albo nawet parę przyjaciół.   
– Mądra uwaga. Jeżeli chodzi o mnie, wmieszałbym się tylko wtedy, gdyby Jackson robił 

sobie jakieś nadzieje w związku z twoją osobą.   

– Czy to ma być ostrzeżenie? – Maddie obrzuciła go podejrzliwym wzrokiem.   
– Nigdy w życiu – zapewnił ją Case z miną niewiniątka.   
Case  szybko  wczuł  się  w  atmosferę  tego  dnia.  Wraz  z  Jacksonem  rozpoczęli  mniej  lub 

więcej  przyjazną  rywalizację  w  rozmaitych  konkursach  –  strzelali  do  balonów,  rzucali 
piłeczkami do koszyków i dużymi piłkami przez zawieszone w powietrzu opony. Pod wieczór 
Maddie  i  Jill  zostały  obdarowane  całą  masą  nagród,  które  Maddie  schowała  do  bagażnika 

background image

samochodu.   

– Chodźmy się teraz na czymś przejechać – zaproponowała Jill, kiedy panom znudziły się 

konkursy.   

–  Byle  nie  na  karuzelę  –  roześmiała  się  Maddie,  a  potem  opowiedziała  Case’owi  o 

obawach ciotki Nettie.   

– Chyba nie odważysz się być nieposłuszna.   
– Jasne, że nie. Za karę zamknęłaby mnie w pokoju na tydzień.   
– Mnie by się też oberwało – westchnął Case. – Prawdę mówiąc, Maddie, ciotka Nettie 

jest jedyną osobą z twojej rodziny, która budzi we mnie lęk.   

– Całkiem słusznie – roześmiała się Maddie.   
Kiedy mijali przyozdobioną girlandami estradę, Case zauważył trzech mężczyzn, którzy z 

protekcjonalnym uśmiechem przypatrywali się rozbawionym tłumom.   

– Temu waszemu szeryfowi musi się wydawać, że pilnuje tu porządku i prawa – burknął 

Case.   

– Takie robi wrażenie – skrzywiła się Maddie.   
–  A  czy  któryś  ze  stróży  prawa  raczył  zauważyć  tych  trzech  smarkaczy  jeżdżących  na 

motocyklach po zatłoczonych alejkach parku? 

– Możesz być pewny, że tak – odparł Jackson. – Nie sądzisz chyba, że wyrzucą stąd syna 

Coopera. W końcu jego tatuś jest głównym sponsorem imprezy.   

Case z niesmakiem pokręcił głową, a potem znów spojrzał w stronę szeryfa.   
– A kim są ci dwaj nadęci faceci, którzy z nim stoją? 
– To burmistrz Sloane i Major Cooper – powiedziała Jill.   
– Ach, więc to jest Cooper – mruknął Case. – Właściciel połowy tego miasta, tak? 
–  Tylko  jednej  trzeciej  –  odparł  Jackson  z  niepewną  miną.  Podobnie  jak  większość 

miejscowych biznesmenów starał się obchodzić z daleka burmistrza i jego kumpli.   

– W jakich wojskach służył? Jill zachichotała.   
– W żadnych, Case. Major to jego imię, a nie stopień wojskowy.   
Danny’emu i jego kolegom znudziła się jazda po parku. Odstawili motory i wmieszali się 

w tłum. Maddie zobaczyła, że idą wprost na nich. No tak, pomyślała. Teraz Case zacznie z 
nimi awanturę na oczach zaślepionych tatusiów.   

Jednak  Case  nie  zareagował  na  ich  widok.  Objął  Maddie  i  pociągnął  ją  w  stronę 

diabelskiego młyna.   

– Chcesz się przejechać? – zapytał.   
– Czy to nie nasz szpieg? – ryknął Danny, zanim Maddie zdążyła odpowiedzieć. – Hej, 

Brawaigan. Słyszałem, że zamieniłeś swoje ferrari na dżipa.   

Case przystanął, a potem chłodno spojrzał na niego przez ramię.   
–  Oczywiście  dostałem  za  nie  mniej,  niż  chciałem.  Karoseria  była  porysowana,  –  Coś 

podobnego! – zarechotał Danny, a jego kumple mu zawtórowali.   

– Spuść im lanie, Case – szepnęła Jill.   
– Jill! Przestań! – skarciła ją Maddie,  choć wiedziała, że Jill  stara się tylko rozładować 

napięcie.   

background image

– Mam nadzieję, że dżipowi nic podobnego się nie przytrafi – powiedział Danny, patrząc 

wyzywająco na Case’a.   

– Tym razem ktoś na pewno za to zapłaci – odparł Case bezbarwnym tonem.   
– Na pewno? – Danny pokręcił głową.   
–  Możesz  się  założyć  o  swoje  zęby  –  warknął  Case  tak  groźnie,  że  stojący  w  pobliżu 

ludzie spojrzeli na niego ze zdumieniem.   

–  Co  się  tu  dzieje?  –  zainteresował  się  nagle  szeryf  McAdams.  Ruszył  w  ich  stronę,  a 

tłusty  brzuch  podskakiwał  mu  nad  szerokim,  skórzanym  pasem.  Burmistrz  Sloane  i  Major 
Cooper z oburzeniem popatrzyli na osobnika, który ośmielił się zaczepić ich synów.   

–  Brannigan,  czego  pan  chce  od  tych  chłopców?  Już  panu  mówiłem,  że  nie  ma  pan 

podstaw, żeby oskarżać ich o zniszczenie samochodu. Żadnych świadków, żadnych dowodów 
– jednym słowem nic. Ma ich pan zostawić w spokoju.   

– To nie Case ich zaczepił – oburzyła się Maddie. – To Danny zaczął...   
Case mocniej zacisnął palce na jej ramieniu.   
– Pozwól, że będę mówił za siebie.   
– Nie chcemy tu żadnych kłopotów, szeryfie – szybko wtrącił się Jackson. – Przyszliśmy 

się tylko zabawić.   

Szeryf przybrał mentorską minę, której Maddie serdecznie nienawidziła.   
– Wydaje mi się, że dorośli ludzie powinni mieć coś mądrzejszego do roboty niż zabawa 

w parku, no ale to oczywiście wasza sprawa. Proszę stąd odejść i nie robić zamieszania.   

Case przez niepokojąco długą chwilę patrzył  szeryfowi w oczy,  a potem nagle odwrócił 

się do niego plecami.   

– Chodźmy! – powiedział, biorąc Maddie za rękę.   
–  Człowieku  –  mruknął  Jackson,  kiedy  wmieszali  się  w  tłum  –  ale  ty  sobie  umiesz 

zjednywać przyjaciół.   

– Moim zdaniem Case zasługuje na pochwałę – broniła go Jill. – Ktoś wreszcie powinien 

spuścić  Danny’emu  porządne  lanie,  a  McAdams  to  nadęty  osioł.  Case  nie  będzie  się  im 
podlizywał.   

Jackson zaczerwienił się.   
– No tak, ale Case nie prowadzi tu interesów. Może stąd wyjechać, kiedy zechce. Chyba 

nie  muszę  ci  przypominać,  że  Cooper  jest  najpoważniejszym  klientem  waszego  banku.  Na 
jego jedno słówko Peacock natychmiast cię wyleje.   

– Niech tylko spróbuje! – powiedziała Jill, ale mina jej zrzedła.   
–  To  sprawa  między  mną  a  nimi  –  oświadczył  Case.  –  Żadne  z  was  nie  musi  się  w  to 

angażować.   

– To już zaczyna być śmieszne – stwierdziła Maddie. – Jesteś na to za poważny, Case, 

żeby się wdawać w awantury ze smarkaczami.  I nie ma powodu kłócić  się z McAdamsem. 
Lepiej trzymaj się od nich z daleka. Tak jak większość ludzi w Mitchell’s Fork.   

–  Z  rozwydrzonej  młodzieży  wyrastają  później  dorośli  przestępcy.  A  poza  tym,  nie 

możecie  lekceważyć  władz  waszego  miasta.  Co  zrobicie,  jeżeli  naprawdę  będzie  wam 
potrzebna policyjna ochrona? Albo jeśli zechcecie mieć swój udział we władzach miejskich? 

background image

– Dotąd jakoś sobie radziliśmy. – Maddie wzruszyła ramionami.   
– Może. – Case zdegustowany potrząsnął głową. – Ale to wcale nie znaczy, że musi mi 

się to podobać.   

– Wystarczy, że to zaakceptujesz.   
Coś  w  spojrzeniu  Case’a  mówiło  jej,  że  nie  dał  się  przekonać.  Z  westchnieniem 

pomyślała, że czekają ich trudne chwile.   

 

Wieczorem  zaczęły  się  tańce.  Miejscowa  orkiestra  country  przygrywała  ze  sceny,  a  za 

parkiet posłużyła mocno zadeptana arena.   

–  Nigdy  dotąd  nie  tańczyłem  w  parku  –  stwierdził  Case,  wywijając  z  Maddie  skoczną 

polkę.   

– Szybko się uczysz – uśmiechnęła się do niego.   
Po  następnym  tańcu  wrócili  do  stolika,  przy  którym  siedzieli  już  Jackson,  Jill  oraz 

kuzynka  Maddie  –  Lisa  ze  swoim  nowym  znajomym  Charliem  Campbellem  i  bliźniętami. 
Case natychmiast zaczął rozmowę ze wszystkimi, jakby znał ich już od dawna.   

Maddie  zauważyła,  że  cierpliwie  odpowiadał  na  wszystkie  pytania.  Po  raz  setny 

wyjaśniał, że pracował dawniej w służbach specjalnych, ale przeszedł na rentę, że planował 
otworzyć agencję doradztwa finansowego, że owszem, kupił dom Fieldingów i zamierza na 
stałe  osiąść  w  Mitchell’s  Fork.  Za  każdym  razem  kiedy  to  mówił,  wszyscy  wymownie 
spoglądali na Maddie. W końcu przestała zwracać na to uwagę. Niech sobie myślą, co chcą. 
Ona przecież nie musi się przed nimi tłumaczyć.   

Jeff siedział  naprzeciwko Case’a i  wpatrywał  się  w niego z zachwytem.  Widać było, że 

uważa go za bohatera. Maddie rozumiała chłopca. Jego ojciec opuścił rodzinę i zerwał z nią 
wszelkie kontakty, kiedy Jeff był jeszcze bardzo mały. A poza tym Jeff nie był zachwycony 

nowym przyjacielem matki, którego Maddie uważała za miłego, nieodpowiedzialnego lenia.   

Kilka  osób  zatrzymało  się  przy  ich  stoliku,  żeby  ukradkiem  pogratulować  Case’owi 

starcia z szeryfem, a przy tym życzliwie go ostrzec.   

–  Wdepnąłeś  w  gniazdo  os,  chłopcze  –  szepnął  mu  do  ucha  fryzjer  Hank.  –  Chyba  nie 

chcesz zaczynać z Cooperem i jego ludźmi? 

Case podziękował mu za uwagi i obiecał, że wkrótce przyjdzie się ostrzyc.   
–  Nikogo  nie  słuchasz  –  powiedziała  Maddie  z  wyrzutem.  Case  uśmiechnął  się  i  lekko 

pocałował ją w usta.   

– Ależ słucham – zapewnił ją. – Przestań się martwić.   
Ten ukradkowy pocałunek zauważyło wiele oczu. Maddie spuściła wzrok i zaczęła sączyć 

colę.   

Orkiestra  zagrała  wesoły,  ludowy  kawałek.  Jackson  pociągnął  Jill  na  parkiet.  Maddie 

przyglądała im się przez chwilę, a potem głośno chrząknęła i trąciła Lisę, bo zauważyła ojca, 
tańczącego z nauczycielką.   

–  Dobrana  para  –  powiedziała  Lisa  z  uśmiechem.  –  Chyba  będziesz  miała  macochę, 

Maddie.   

– Mona jest bardzo miła, a ojciec już wystarczająco długo był sam. Dzięki niej znowu jest 

background image

szczęśliwy – odpowiedziała Maddie, czując, że Case słucha ich z uwagą.   

Ścisnął Maddie za rękę. Podobała mu się jej odpowiedź. Nagle Lisa zmarszczyła brwi.   
–  Patrzcie,  kto  tam  jest  obok  nich  –  mruknęła.  –  Burmistrz  Sloane  za  swoją  żoną.  Ten 

facet tańczy, jakby miał w tyłku kaczan kukurydzy.   

Case wybuchnął śmiechem. Maddie westchnęła.   
–  Spędzasz  za  dużo  czasu  z  ciotką  Nettie  –  powiedziała  z  wyrzutem,  ale  nie  mogła 

powstrzymać  się  od  uśmiechu.  Burmistrz  Sloane  był  z  natury  bardzo  sztywny  i  przyszedł 
tylko po to, żeby wszyscy mogli podziękować mu za udział w tym święcie.   

Nagle  w  pobliżu  błysnął  flesz  i  Maddie  natychmiast  poznała  fotografa.  Był  to  jeden  z 

reporterów miejscowego tygodnika. Maddie wiedziała, czyje zdjęcia znajdą się na pierwszej 

stronie  najbliższego  numeru.  Burmistrz  miał  swój  stały  fotograficzny  kącik  na  pierwszej 
stronie  każdego  numeru  –  albo  ściskał  rękę  Majora  Coopera,  albo  przyjmował  bądź 
ofiarowywał fundusze na cele dobroczynne.   

– Pójdę jeszcze po lemoniadę – odezwał się Case, wstając. – Przynieść ci coś, Maddie? 
– Może być lemoniada – powiedziała, odsuwając pusty kubek po coli.   
– Czy ktoś jeszcze ma na coś ochotę? – uprzejmie zapytał Case.   
– Pójdę z panem – ochoczo poderwał się Jeff. – Zjadłbym hot doga.   
– Jeszcze jednego? – zaśmiał się Case. – Gdzie ty je mieścisz, chłopcze? 
– Ma żołądek bez dna – westchnęła Lisa. – Nie da się go zapełnić.   
Charlie przeprosił panie i poszedł porozmawiać z kimś przy innym stoliku. Maddie, Jill, 

Lisa i Kathy zostały same.   

– No więc jak? – odezwała się Lisa, gdy tylko Charlie się oddalił. – Jak to jest w wami? 

Jesteście zaręczeni czy nie? 

– Ani oficjalnie, ani nieoficjalnie – odparła Maddie. – Spotykamy się, to wszystko.   
– Moja droga Maddie, widziałam, jak na siebie patrzycie.   
On  szaleje  za  tobą,  a  ty  za  nim.  Nie  próbuj  mi  wmawiać,  że  jest  inaczej.  Więc  na  co 

czekacie? 

– To bardzo miły facet, Maddie – westchnęła Kathy. – Na co czekasz? 
Co miała im odpowiedzieć? Że czeka, aż Case wyzna jej miłość? Aż jej powie, że ceni ją 

dla niej samej, a nie dla wartości, które jego zdaniem uosabiała? 

Jak mogła im powiedzieć, że co noc tęskni za nim, a zarazem boi się, że znów złamie jej 

serce?  Jak  mogła  dać  wyraz  obawie,  że  wkrótce  znudzi  mu  się  zabawa  w  dom  i  zapragnie 
nowych przygód? 

Niepokoił ją nawet lekceważący stosunek Case’a do Coopera i jego ludzi. Może Case nie 

przejmuje  się  nimi,  bo  tak  naprawdę  nie  zamierza  zostać  na  dłużej  w  Mitchell’s  Fork?  Co 
prawda kupił dom i od nowa go urządzał, ale kto wie... Więc wciąż się martwiła – i czekała.   

– Nie możecie tego zrozumieć – mruknęła.   
– Ja cię chyba rozumiem. – Lisa spojrzała na nią przenikliwie. – On jest taki... inny niż 

wszyscy mężczyźni w tym mieście, prawda? 

Maddie  bez  słowa  skinęła  głową  i  spojrzała  w  stronę  bufetu.  Case  stał  w  kolejce  wśród 

rozchichotanych  panienek,  tęgawych  mężczyzn  w  średnim  wieku,  młodych  ludzi  w 

background image

baseballowych  czapeczkach  i  matek  z  małymi  dziećmi.  Na  tle  zwyczajnych  mieszkańców 
Mitchell’s Fork prezentował się niepokojąco – wręcz niebezpiecznie. Jak ktokolwiek mógłby 
uwierzyć, że Case znajdzie wśród nich miejsce dla siebie? 

Szczerze  mówiąc,  Maddie  też  nie  wiedziała,  czy  chce  w  to  uwierzyć.  Zakochała  się  po 

uszy  w  tym  pełnym  fantazji  zawadiace,  którego  spotkała  w  Cancún.  W  mężczyźnie,  dzięki 
któremu poznała, co to pasja i namiętność. Czyżby naprawdę chciała, żeby się upodobnił do 
tutejszych  mężczyzn?  Czy  nie  doszła  już  do  wniosku,  że  pragnie  od  życia  czegoś  więcej 
ponad to, co może znaleźć w ciasnych granicach Mitchell’s Fork? 

Tymczasem  Case  wracał  już  do  stolika,  z  papierowymi  kubkami  w  obu  rękach.  Kiedy 

pochwycił jej spojrzenie, uśmiechnął się jakimś niepokojącym, drapieżnym uśmiechem.   

Lisa ma rację, pomyślała Maddie i zadrżała. Case jest inny niż wszyscy mężczyźni, jakich 

dotąd znałam.   

Usiadł  przy  stoliku  i  przysunął  się  do  Maddie.  Poczuła  falę  gorąca,  która  sięgnęła  jej 

policzków.  Pragnąc  ukryć  rumieniec  przed  bystrym  okiem  kuzynki,  Maddie  głośno 
chrząknęła i powiedziała: 

– Później będą fajerwerki.   
Case znowu błysnął zębami w uśmiechu.   
– Mam nadzieję – powiedział półgłosem.   
Lisa zachichotała, a Maddie zrobiła się czerwona jak burak.   

Orkiestra zaczęła grać romantyczną balladę. Case wstał.   
– Zatańczysz ze mną? 
Podała  mu  rękę  i  pozwoliła  się  zaprowadzić  na  zatłoczony  parkiet.  Case  wziął  ją  w 

ramiona.  Nagle  cały  ten  tłum  i  zgiełk  gdzieś  się  rozpłynęły.  Zostało  tylko  ich  dwoje  i  żar, 
który między nimi narastał, kiedy łagodnie kołysali się do wtóru muzyki.   

–  To  był  cudowny  dzień,  Maddie  –  szepnął  jej  Case  do  ucha.  –  Podoba  mi  się  twoje 

miasto, twoje święto i twoi przyjaciele. I kocham...   

Nie dosłyszała, co powiedział, choć drżąc wstrzymała oddech. Wszystko zagłuszył głośny 

huk i trzask, po którym rozległy się pełne przerażenia okrzyki.   

Case  zamarł  na  sekundę,  a  potem,  zostawiając  Maddie,  popędził  w  kierunku,  z  którego 

dochodziły te hałasy. Maddie pobiegła za nim, czując, że ma w głowie kompletny zamęt.   

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Arenę  otaczały  stare,  drewniane  trybuny.  Ludzie  powoli  zaczynali  już  się  zbierać  w 

oczekiwaniu na pokaz sztucznych ogni, który miał się rozpocząć za dwadzieścia minut.   

Kiedy  Maddie  dobiegła  na  miejsce,  z  przerażeniem  spostrzegła,  że  jedna  z  trybun 

załamała  się  pośrodku,  a  cała  konstrukcja  niebezpiecznie  się  chwieje.  Na  górze  uwięziona 
została piątka dzieci, które teraz przeraźliwie krzyczały, uczepione trzeszczących belek.   

Dolne rzędy ławek zawaliły się już wcześniej,  tak że dzieci  niebezpiecznie balansowały 

jakieś pięć metrów nad ziemią. Słońce już zaszło i ciemność rozświetlały jedynie zawieszone 
u góry kolorowe lampki, co jeszcze pogłębiało grozę sytuacji.   

– O mój Boże! – wyrwało się Maddie. Oczyma duszy widziała już strzaskaną trybunę i 

pogrzebane pod nią dzieci.   

Ludzie  miotali  się,  płacząc  i  krzycząc  ze  strachu.  Nie  było  nikogo,  kto  potrafiłby 

zapanować nad sytuacją – McAdams i jego towarzysze kręcili się wśród tłumu, przerażeni i 
zdezorientowani.   

Nagle wszystko się zmieniło.   
– Hej, wy tam! – krzyknął Case do grupki starszych chłopaków, wśród których był i Jeff. 

– Podtrzymać rusztowanie! 

Chłopcy od razu go zrozumieli. Otoczyli chwiejące się pale i próbowali je naprostować. 

Kilku  mężczyzn  rzuciło  im  się  na  pomoc.  Maddie  nagle  otrząsnęła  się  z  paraliżującego 
strachu  i  wraz  z  paroma  kobietami  podbiegła  do  trybuny.  Chociaż  w  szóstkę  usiłowały 
podeprzeć rozchwianą belkę, czuła, jak cała konstrukcja drży, i wiedziała, że nie zdołają jej 
długo utrzymać.   

Spojrzała  w  górę.  Jeden  z  uwięzionych  chłopców  zrobił  ruch,  jakby  miał  zamiar 

zeskoczyć na stojących pod nim ludzi.   

– Nie! – ryknął Case. Dzieci zamarły. – Nie ruszaj się! – zawołał do chłopca. – Idę po 

ciebie.   

Maddie stłumiła okrzyk protestu. Case chciał się wspiąć na górę? A jeśli spadnie? Jeżeli 

trybuna  zawali  się  pod  jego  ciężarem  i  wszyscy  spadną?  Może  powinien  poczekać,  aż 
przyniosą drabinę? 

Konstrukcja  znowu  zadrżała  i  zatrzeszczała.  Maddie  i  ludzie  wokół  niej  mocniej 

przywarli do belek.   

–  To  się  zaraz  zawali!  –  rozległ  się  gdzieś  z  tyłu  okrzyk  McAdamsa.  –  Odsunąć  się, 

wszyscy! 

Jakaś  kobieta  rozpaczliwie  krzyknęła.  Maddie  rozpoznała  matkę  jednego  z  uwięzionych 

na górze chłopców.   

–  Wszystko  będzie  dobrze,  Carol  –  zawołała,  przekrzykując  tłum.  –  Case  sprowadzi 

dzieci na dół.   

Nagle  do  Case’a,  który  sprawdzał,  czy  wszystkie  belki  są  mocno  podparte,  podeszli 

Jackson  i  Mike.  Po  błyskawicznej  naradzie  wraz  z  dwoma  innymi  mężczyznami  podnieśli 

background image

Case’a do góry. Uchwycił się poziomej belki, żeby się przekonać, czy wytrzyma jego ciężar. 
Drewno zatrzeszczało.   

Maddie  wstrzymała  oddech.  Czuła,  że  naprężone  ramiona  zaczynają  jej  drżeć,  więc 

mocniej zaparła stopy w zdeptaną trawę.   

Z  wysiłkiem  uniosła  głowę.  Case  powoli  piął  się  w  górę,  uważnie  sprawdzając 

wytrzymałość każdej belki. Tłum, który przedtem krzyczał, teraz zamilkł. Zapadła grobowa 
cisza.   

–  Weźcie  stąd  tego  faceta!  –  ryknął  nagle  McAdams,  a  jego  głos  odbił  się  echem  w 

ciemności. – Zawali nam trybunę. Trzeba poczekać na ekipę ratowniczą! 

–  Konstrukcja  nie  wytrzyma  tak  długo  –  zaatakował  ktoś  szeryfa.  –  Brannigan  wie,  co 

robi.   

Case był już prawie na szczycie trybuny. Maddie pomyślała o jego chorej nodze. Czy nie 

odmówi mu posłuszeństwa? Co będzie, jeśli... ? 

Jęknęła,  kiedy  jedna  z  desek  załamała  się  pod  Case’em  i  upadła  tuż  obok  niej. 

Machinalnie odsunęła się, ale zaraz mocniej naparła na słup, świadoma, że tylko siła ludzkich 
ramion podtrzymuje rozchwianą trybunę.   

Case  wdrapał  się  na  górną  ławkę,  gdzie  czekały  na  niego  przerażone  dzieci,  i  po  chwili 

bezpiecznie do nich dotarł. Wszyscy odetchnęli z ulgą.   

Dzieci garnęły się do Case’a w panice, a on starał się je uspokoić.   
– W jaki sposób sprowadzi je na dół? – jęknęła przerażona matka za plecami Maddie. – 

Po co pozwoliłam Bobby’emu tam iść? 

– Nikt nie wiedział, że coś takiego się zdarzy – mruknęła Maddie. Nagle pomyślała, że 

przecież  ktoś  powinien  sprawdzić  wszystko  przed  imprezą.  Kto  jest  odpowiedzialny  za 
bezpieczeństwo w miasteczku? 

– O Boże, co on wyprawia! – szepnęła kobieta.   
Case  przechylił  się  przez  balustradę  i  krzyknął  coś  do  Jacksona.  Dwaj  mężczyźni 

natychmiast  podsadzili  Babbita  na  ramiona  potężnego  brodacza,  Andy’ego  Smitha,  który 
kiedyś był gwiazdą szkolnej drużyny piłkarskiej, a teraz bywał częstym gościem w restauracji 
Maddie.   

Case odwrócił się do Bobby’ego i przywołał go do siebie. Bobby z przerażeniem pokręcił 

głową. Maddie patrzyła, jak Case łagodnie tłumaczy coś chłopcu, a potem mocno obejmuje 
go w pasie i opuszcza w dół, wprost w ramiona Babbita.   

– Dzięki ci, Boże! – jęknęła Carol i rzuciła się do syna, który bezpiecznie wylądował na 

ziemi.   

W  oddali  rozległy  się  dźwięki  syren.  Maddie  dopiero  teraz  zauważyła,  że  ktoś  4eży  na 

trawie obok miejsca,  w  którym  załamały się trybuny i  że zebrała się tam  grupka ludzi.  Nikt 
nie mógł zrozumieć, jak doszło do wypadku.   

Case  podał  Jacksonowi  kolejną  trójkę  dzieci  i  został  na  górze  z  ostatnim  –  małą 

dziewczynką, która z płaczem kurczowo trzymała się jego nogi. Schylił się, żeby ją wziąć na 
ręce. Dziewczynka potrząsnęła głową.   

– Nie bój się, Polly – krzyknął ktoś z dołu. – Ten pan musi cię podać na dół.   

background image

– Pomóż mu, kochanie – zawołała drżącym głosem jakaś kobieta.   
Ale Polly potrząsnęła tylko głową i mocniej przywarła do Case’a.   

Belki  głośno  zatrzeszczały  –  to  zawaliła  się  kolejna  część  trybuny.  Ludzie  zaczęli 

przeraźliwie  krzyczeć.  Tych,  którzy  stali  najbliżej,  omal  nie  przygniotły  upadające  deski. 
Maddie została na swoim miejscu, modląc się, by podtrzymywany przez nich słup wytrzymał.   

Case  jedną  ręką  uchwycił  się  ławki,  a  drugą  złapał  dziecko  i  ostrożnie  opuścił  je  w 

ramiona Jacksona. Tłum zaczął wiwatować.   

Nagle trzask łamiącego się drewna zagłuszył radosne okrzyki.   
– Wali się! – krzyknął Case. Ławka, której się trzymał, niebezpiecznie się przechyliła. – 

Odsunąć się na bok! Maddie, odejdź! 

Martwi się, żeby nikomu nie stało się nic złego, pomyślała Maddie, ale nie ruszyła się z 

miejsca.  Zapominając  o  własnym  bezpieczeństwie,  Case  starał  się  przekonać  ludzi,  którzy 

podtrzymywali jeszcze tę część trybuny, na której stał, żeby się odsunęli.   

Tłum  rozstąpił  się  przed  strażakami,  którzy  biegli  niosąc  drabinę.  Maddie  czuła,  że  nie 

zdążą.  Mogła  już  tylko  się  modlić.  Czy  Case  przeżyje  upadek  z  tej  wysokości?  Czy  nie 
zmiażdżą go najeżone gwoździami belki? 

Jackson poderwał się i skinął na otaczających go mężczyzn.   
– Brannigan! – krzyknął. – Skacz! 
Case  bez  wahania  puścił  ławkę,  której  się  trzymał,  i  zeskoczył  w  dół.  Jackson,  Andy  i 

kilku  ubezpieczających  ich  mężczyzn  chwyciło  go  dokładnie  w  chwili,  kiedy  na  miejscu 
zjawiła się ekipa ratownicza.   

W  tym  momencie  runęła  pozostała  część  trybuny.  Wszyscy  rzucili  się  do  ucieczki. 

Maddie potknęła się i upadła, lądując na czyichś plecach, ale na szczęście nic jej się nie stało. 
Huk walącej się konstrukcji był ogłuszający. Potem w niebo wzniósł się tuman kurzu.   

Maddie  zobaczyła  przed  sobą  Case’a.  Rzuciła  mu  się  w  ramiona,  jakby  chciała  się 

upewnić, że jest zdrowy i cały.   

–  O  Boże,  ale  mnie  przeraziłeś!  –  wykrzyknęła,  kurczowo  chwytając  koszulę  na  jego 

piersi. – Wprost nie mogę uwierzyć, że ci się udało.   

– Nic ci się nie stało? – zapytał zdenerwowany jak ona. – Nie jesteś ranna? 
– Nie, wszystko w porządku – zapewniła go. Case znowu chwycił ją w ramiona.   
Nagle  otoczył  ich  tłum.  Rodzice  uratowanych  dzieci  ze  łzami  w  oczach  dziękowali 

Case’owi.  Inni chcieli mu  pogratulować zimnej  krwi. Reporter miejscowej  gazety zapragnął 
natychmiast przeprowadzić z nim wywiad, ale ktoś odepchnął go na bok.   

– Co się tu  dzieje? – szeryf McAdams  przedarł się przez tłum i  wkroczył  ze spóźnioną 

interwencją. – Jak to się stało? 

– To robota Kale’a Sloane’a – wykrzyknął jakiś chłopak. – Najechał motorem na jeden ze 

słupów podtrzymujących trybuny. Wtedy wszystko zaczęło się walić.   

Danny Cooper, który na wszelki wypadek chował się za ojca, natychmiast wysunął się do 

przodu.   

–  Kale  nie  zrobił  tego  naumyślnie!  –  krzyknął.  –  Poślizgnął  się  na  wilgotnej  trawie  i 

stracił panowanie nad kierownicą.   

background image

Maddie  spojrzała  w  stronę,  gdzie  sanitariusze  nachylali  się  nad  leżącym  na  ziemi 

człowiekiem. Obok leżał przewrócony motocykl, na wpół przywalony połamanymi deskami. 
Burmistrz i jego żona krążyli wokół syna.   

– Co z Kale’em? – spytała Maddie.   
– W porządku – odpowiedział ktoś z tłumu. – Chyba ma złamaną nogę, ale nic mu nie 

będzie. Zabierają go na pogotowie.   

Case odwrócił się do szeryfa. W jego oczach pojawiły się gniewne błyski.   
– Dlaczego, do cholery, nie powstrzymał pan tych chłopaków? Wiedziałem, że w końcu 

coś musi się stać.   

McAdams nie lubił, kiedy krytykowano go na oczach jego wyborców.   
– Nie robili niczego, co było niezgodne z prawem – oświadczył. – Trzymali się z daleka 

od tłumu. Chłopak stracił panowanie nad kierownicą. To był wypadek.   

–  Wypadek,  który  musiał  się  w  końcu  zdarzyć  –  stwierdził  z  naciskiem  Case.  –  Te 

trybuny  mają  z  pięćdziesiąt  lat.  To  cud,  że  nie  zawaliły  się  wcześniej.  Drewno  było 
spróchniałe.  Wszystko  trzymało  się  na  słowo  honoru.  A  co  do  jazdy  na  motocyklu  –  tylko 
idiota  szaleje  tak  po  parku  pełnym  dzieci!  Danny  powiedział  coś,  czego  Maddie  nie 
zrozumiała, i obrzucił Case’a pełnym nienawiści spojrzeniem.   

–  Pilnowałem  chłopców  –  wtrącił  się  Cooper.  –  Kazałem  im  trzymać  się  z  daleka  od 

ludzi.  To  był  wypadek.  A  poza  tym  –  nie  życzymy  sobie,  żeby  jakiś  obcy  wtrącał  się  do 
naszych  spraw  i  krytykował,  prawda?  –  zwrócił  się  do  widzów,  którzy  w  milczeniu 
przyglądali się starciu.   

Nikt się nie odezwał słowem, ku jego wielkiemu niezadowoleniu.   

Cooper  obrzucił  ich  groźnym  wzrokiem,  a  potem  odwrócił  się  do  swego  pobladłego  z 

wściekłości syna: 

– Chodźmy do Kale’a. Ludzie się trochę zdenerwowali, to wszystko.   
McAdams wciąż wpatrywał się w Case’a.   
– Cooper ma rację – powiedział. – Żaden obcy nie będzie nam mówił, co mamy robić.   
– Nie jestem tu obcy – odparł Case złowieszczym tonem.   
–  Jestem  właścicielem  nieruchomości  w  tym  mieście  i  wkrótce  będę  miał  prawo  głosu. 

Urząd szeryfa to urząd obieralny. Jeżeli nie jest pan w stanie poradzić sobie z chuliganami w 
tym  mieście  –  bez  względu  na  to,  ile  mają  pieniędzy  i  jakie  mają  tu  wpływy  –  pańscy 
wyborcy mogą sobie zażyczyć kogoś innego na to stanowisko.   

– Dobrze mu powiedziałeś, Case! – krzyknął ktoś z tłumu. Maddie rozpoznała głos Jill.   
McAdams poczerwieniał i zrobił groźną minę.   
– Rozejść się! – huknął. – Musimy zrobić miejsce dla ekipy ratowniczej.   
– A co z pokazem fajerwerków? Pewnie będzie odwołany? – zapytał jakiś chłopak.   
–  Nie!  –  odezwał  się  Cooper,  który  znowu  się  pojawił.  –  Organizacja  tego  święta 

kosztowała mnie masę pieniędzy i ten pokaz musi się odbyć. Niech będzie wyrazem naszej 
radości, że nie doszło do tragedii.   

Kilka osób zaczęło mu bić brawo, inni ulotnili się po cichu.   
– Ja już miałem dość atrakcji jak na jeden dzień – mruknął Case.   

background image

– Ja też – ochoczo zgodziła się z nim Maddie.   
– Idziemy stąd? 
Skinęła głową i chwyciła go pod rękę.   

Jednak  minęło  ponad  pół  godziny,  nim  wreszcie  udało  im  się  wyjść  z  parku.  Prawie 

wszyscy chcieli osobiście pogratulować Case’owi odwagi i zimnej krwi. Maddie zauważyła, 
że również Jackson znalazł się w centrum uwagi, z czego – w przeciwieństwie do Case’a – 
wydawał się bardzo zadowolony.   

W końcu, zniecierpliwiona, chwyciła Case’a za rękę i szepnęła: 
– Uciekamy stąd! 
– Co takiego? – zdumiał się Case.   
–  Uciekamy!  –  powtórzyła  i  pobiegła  w  stronę  parkingu.  Case  wreszcie  ją  zrozumiał  i 

popędził za nią.   

Maddie osunęła się bez tchu na siedzenie dżipa. Wóz bezszelestnie ruszył z miejsca. Po 

chwili zauważyła, że zmierzają w stronę domu Case’a, ale nie protestowała.   

–  Nadal  jesteś  pewny,  że  chcesz  zamieszkać  w  Mitchell’s  Fork?  – zapytała.  Nie  mogła 

wprost  uwierzyć,  że  po  tym  wszystkim  Case  wciąż  będzie  się  upierał  przy  swojej  wizji 
„normalnego  życia”.  –  Zazwyczaj  nie  mamy  tu  aż  tylu  atrakcji,  za  to  zawsze  są  plotki, 
hipokryzja  i  miejscowe  układy  oraz  to  wszystko,  co  wiąże  się  z  życiem  w  małych,  dość 
biednych miasteczkach.   

– Wiem, ale w tym miasteczku ludzie powitali mnie przyjaznym uśmiechem i sympatią. 

To miasteczko tłumnie odwiedzało szpital, w którym leżał twój dziadek. To tu ludzie patrzyli, 
jak dorastasz, a teraz troszczą się o ciebie. Tu chcę mieć swój dom. Z tobą, Maddie.   

Bez słowa wysłuchała jego gorącej obrony Mitchell’s Fork. Nie miała zamiaru ani ochoty 

spierać się z nim.   

Kiedy  zajechali  pod  dom,  na  werandzie  paliły  się  już  mosiężne  lampy.  Ich  złotawe 

światło  rozjaśniało  mrok.  Maddie  zrobiło  się  ciepło  na  sercu.  Nagle  poczuła  się  jak  we 
własnym domu.   

Mimo iż w środku prawie nie było mebli, a pokoje na górze były puste, bez trudu mogła 

sobie wyobrazić, że w tym pięknym domu wita ją kochająca rodzina. Czy Case myślał o tym 
samym,  kiedy  z  takim  zapałem  doprowadzał  dom  do  porządku?  Czy  ta  wizja  napełniała  go 
takim samym bólem i niewysłowioną tęsknotą? 

Case przekręcił kluczyk w stacyjce.   
– Mam ochotę na coś mocniejszego – mruknął.   
– Ja też – szepnęła z bladym uśmiechem. Pogładził ją po policzku.   
– Przecież ty nie pijesz – przypomniał jej.   
– Kiedyś trzeba zacząć.   
Nachylił się nad nią i musnął wargami jej usta.   
– Chyba będę ci mógł zaproponować coś bardziej relaksującego niż alkohol.   
Dotknęła jego szyi, czując pod palcami przyspieszony puls.   
– Jestem pewna, że tak.   
– Wejdźmy do środka – rzucił nagle, jakby zniecierpliwiony.   

background image

Stali  pośrodku wielkiego,  pustego salonu  i  patrzyli na siebie w milczeniu. Dom tonął w 

mroku, jedynie w holu paliło się przyćmione światło. Maddie oparła dłonie na piersi Case’a, a 
on objął ją w talii i musnął ustami jej czoło. Zamknęła oczy i zaczęła wdychać jego zapach. 
Serce zabiło szybciej. Na myśl o tym, co będzie za chwilę, poczuła gorący dreszcz.   

Kiedyś  pragnęła  przygód.  Case  Brannigan  był  najwspanialszą  przygodą,  jaka  mogła  jej 

się przytrafić.   

Uniosła  lekko  głowę.  W  odpowiedzi  na  to  nieme  zaproszenie  usta  Case’a  dotknęły  jej 

warg.   

Przygarnął  ją  ciasno  do  siebie.  Czuła  bijący  od  niego  żar  i  jego  podniecenie,  ale  Case 

wcale  się  nie  spieszył.  Całował  ją  powoli,  badając  koniuszkiem  języka  jej  usta.  Kiedy 
pocałunki  stały  się  bardziej  zachłanne,  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  Był  tak  silny  i  tak 
niewzruszony.  Taki  prawdziwy.  Niepodobny  w  niczym  do  wyimaginowanego  kochanka, 

którego obraz prześladował ją, odkąd wróciła z Cancún.   

Case mruknął coś, czego nie zrozumiała, i odsunął się lekko. Dopiero wtedy zorientowała 

się, że chce ją rozebrać. Zaczęła mu pomagać, ale w ciągu tej krótkiej chwili już zatęskniła za 
uściskiem jego ramion. Czy byłaby teraz w stanie znieść dłuższą rozłąkę? Jak może wciąż mu 
się opierać, skoro tak bardzo go pragnie i potrzebuje? 

Nagle z przeraźliwą jasnością uświadomiła sobie, że na zewnątrz, poza tym domem, nie 

uda jej się przeżyć niczego podobnego.   

Egzotyczne kraje? Case zabierał ją tam, ilekroć jej dotknął.   

Górskie wspinaczki? Kiedy się kochała z Case’em, miała wrażenie, że sięga nieba.   

Nowe,  podniecające  doświadczenia?  Case  dał  jej  ich  już  tak  wiele  –  a  ile  jeszcze  było 

przed nimi? 

Cóż warte są podróże, gdyby miały ją zaprowadzić tam, gdzie nie ma Case’a? Bez niego 

nie  byłaby  w  stanie  przeżyć  prawdziwej  przygody.  Wszystkie  emocje  bladły  w  obliczu 
radości, jaką sprawiały jej jego pieszczoty, jego uśmiech i sposób, w jaki wymawiał jej imię.   

Ubrania bezszelestnie opadły na dywan. Znowu się objęli, a ich ciała ogarnął żar. Maddie 

krzyknęła  z  rozkoszy  i  pożądania.  Obsypała  Case’a  bezładnymi  pocałunkami.  Jęknął  i 
pociągnął ją na dywan. Wygięła się w łuk, żeby go przyjąć. Eksplozja, która potem nastąpiła, 
była wspanialsza niż jakiekolwiek pokazy fajerwerków.   

Maddie  poczuła,  że  jej  oczy  napełniają  się  łzami.  Spojrzała  na  Case’a  i  ze  zdumieniem 

stwierdziła, że jego stalowe oczy też zwilgotniały. Czy to możliwe, że i dla niego to przeżycie 
było czymś tak absolutnie doskonałym? 

Czy  wiedział  już,  że  w  ciągu  ostatnich  kilku  godzin  została  podjęta  decyzja,  która  na 

zawsze odmieni ich życie? 

– Maddie – odezwał się schrypniętym głosem, drżącymi rękami obejmując jej twarz. – O 

Boże, Maddie, jesteś mi potrzebna. Chcę, żeby ten dom stał się prawdziwym domem. Naszym 
domem. Kiedy wreszcie przyznasz się, że pragniesz tego tak samo jak ja? 

– Teraz – szepnęła, poddając się temu co nieuniknione i modląc się w duchu, żeby nigdy 

nie musiała żałować swojej decyzji.   

– Chcesz powiedzieć, że... – Case zamilkł i uważnie spojrzał jej w oczy, jakby się bał, że 

background image

zleją zrozumiał.   

–  Chcę  powiedzieć,  że  zamierzam  spełnić  obietnicę,  którą  dałam  ci  w  Canoin  – 

powiedziała. – Wyjdę za ciebie, Case. Kiedy tylko zechcesz.   

Na czole Case’a niespodziewanie ukazała się głęboka zmarszczka.   
– Wyjdziesz za mnie tylko dlatego, że mi to przyrzekłaś? Że chcesz dotrzymać słowa? 
– Nie, Case – powiedziała. – Nie wychodzę za ciebie dlatego, że czuję się zobowiązana. 

Nie robię tego również dla twoich pieniędzy ani dla tego domu, ani dlatego, że tak mi kazał 
mój dziadek – dorzuciła z uśmiechem.   

– No to dlaczego? 
Maddie zebrała całą swoją odwagę.   
– Bo cię kocham – odpowiedziała – i nie mogę znieść myśli, że mogłabym żyć bez ciebie.   
– Maddie. – Tym  razem  nie miała cienia wątpliwości, że w jego oczach zalśniły łzy. – 

Nie  pożałujesz  tego  –  szepnął.  –  Przysięgam.  Wszystko,  co  mam,  jest  twoje,  Maddie 
Carmichael.   

A twoja miłość, Case, pomyślała. Co z twoją miłością? Czy ona też do mnie należy? 

Nie była w stanie zadać mu tego pytania. Może dlatego, że odpowiedź znaczyła dla niej 

więcej niż życie.   

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Był  letni  poranek  –  pierwsza  sobota  sierpnia.  Wiążąc  przed  lustrem  elegancki  krawat, 

Case  Brannigan  wesoło  pogwizdywał.  W  głębi  pokoju,  na  wielkim  łożu  z  kolumienkami  – 
jednym  z  pierwszych  mebli,  które  na  razie  kupili  z  Maddie  –  leżała  góra  od  czarnego 

smokingu.  Już  wcześniej  wsunął  do  kieszeni  potrzebne  dokumenty  i  prostą,  złotą  obrączkę. 
Na myśl  o zaręczynowym  pierścionku  Case uśmiechnął się. Kupił  go nazajutrz po tym, jak 
Maddie wreszcie zgodziła się zostać jego żoną.   

Nie widział jej od wczoraj – od generalnej próby ceremonii ślubnej. Prawdę mówiąc, była 

tak zajęta podczas tego miesiąca, który dał jej na przygotowania, że prawie sienie widywali. 
Nie mógł się wręcz doczekać, kiedy już będzie po wszystkim i Maddie będzie należała tylko 
do niego. Nareszcie! 

Spojrzał na zegarek i uniósł brwi. Do diabła, jeżeli się nie pośpieszy, spóźni się na własny 

ślub. Tego dnia wstał bardzo wcześnie, żeby pomalować jeden z pokoi na górze – ten, który 
wybrali na przyszłą sypialnię dla dziecka – i kompletnie stracił rachubę czasu.   

Jeżeli nie zjawi się w porę, Maddie na pewno go udusi. I trudno będzie ją za to winić.   

Klepiąc się po kieszeniach, żeby się upewnić, czy ma wszystko co trzeba, Case wybiegł z 

domu,  zamykając  na  klucz  frontowe  drzwi.  Po  ceremonii  wrócą  tu  z  Maddie  po  bagaże,  a 
potem  pojadą  na  lotnisko.  Na  wspomnienie  rozradowanej  miny  Maddie,  kiedy  dowiedziała 
się,  gdzie  spędzą  miodowy  miesiąc,  Case  uśmiechnął  się.  Nie  powiedział  jej  wszystkiego, 
chociaż  bardzo  nalegała,  ale  zapewnił,  że  spodobają  jej  się  niespodzianki,  które  dla  niej 
przygotował.   

Przed  domem  czekał  już  wspaniały  dżip  cherokee.  Jego  starannie  wypolerowana 

karoseria  lśniła  w  promieniach  słońca.  Na  razie  wszystko  szło  jak  w  zegarku,  z  satysfakcją 
pomyślał Case. Co prawda wyjeżdżał z domu dziesięć minut później, niż zaplanował, ale i tak 
miał jeszcze masę czasu, by...   

Nagle  jego  uwagę  przykuł  dobiegający  gdzieś  z  tyłu  głośny  trzask.  Odwrócił  się,  ale 

nikogo nie zauważył. Chwycił za klamkę wozu, a potem jeszcze raz się odwrócił. Coś było 
nie tak.   

Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie, z wyjątkiem jednej rzeczy...   

Marszcząc brwi, puścił klamkę i przyjrzał się komórce, wbudowanej w trawiaste zbocze 

na  tyłach  podwórza.  Dotychczas  raz  tylko  zajrzał  do  środka.  Stwierdził  wtedy,  że 
pomieszczenie nie jest w dobrym stanie. W przyszłości zamierzał wybudować na tym miejscu 

basen. Ostatnio, kiedy wszystko sprawdzał, podwójne drzwi były zamknięte na kłódkę. Teraz 
stały otwarte na oścież.   

Gdzieś  w  głowie  odezwał  się  jakiś  ostrzegawczy  sygnał.  Co  robić?  Jechać  na  ślub  czy 

jeszcze  raz  wszystko  sprawdzić?  Zawahał  się,  a  potem  z  westchnieniem  ruszył  przez 
podwórze. Nie wyjedzie, zanim się dowie, kto i po co wszedł na teren jego posiadłości.   

Maddie  na  pewno  mu  wybaczy  małe  spóźnienie,  kiedy  się  wyjaśni,  że  chodziło  o 

bezpieczeństwo ich domu.   

background image

Przy komórce nie było nikogo. Case przystanął obok otwartych drzwi. Ze środka dobiegał 

jakiś cichy, jednostajny odgłos.   

– Jest tam ktoś? – zapytał, żałując, że nie ma przy sobie broni.   
Nie było odpowiedzi, tylko wciąż ten sam bzyczący odgłos.   
– A niech to – mruknął, czując, że nie wolno mu wyjechać, zanim nie skontroluje, co się 

dzieje.   

Wszedł do środka.   

Później  twierdził,  że  presja  czasu  i  wizja  upojnej  nocy  poślubnej  sprawiły,  iż  na  chwilę 

zapomniał o latach doświadczenia i treningu. Nie spodziewał się zasadzki, bo niby czemu? 

Atak nastąpił,  gdy tylko  Case przekroczył  próg.  Choć  jego noga wzmocniła się w ciągu 

ostatnich miesięcy, siła uderzenia sprawiła, że ugięły się pod nim kolana. Wyciągając ręce, by 
utrzymać  równowagę,  poszybował  w  przód.  Wyrżnął  głową  w  coś  przeraźliwie  twardego. 
Ostry ból spłynął od karku wzdłuż kręgosłupa. Za plecami usłyszał szyderczy śmiech. Śmiech 
i  ból  zlały  się  w  jedno  i  zaczęły  wirować  gdzieś  w  głębi  jego  czaszki.  A  potem  zapadła 
ciemność.   

 

Maddie  stała  przed  wielkim  lustrem  w  garderobie  kościoła  i  z  niedowierzaniem 

spoglądała na własne odbicie. Czy ta piękna kobieta, spowita w obłok delikatnych koronek, to 
rzeczywiście ona, Maddie Carmichael? 

Suknię  kupiła  gotową,  w  Mitchell’s  Fork.  Nie  było  czasu  na  dłuższe  poszukiwania,  bo 

Case’owi  tak  się  spieszyło,  że  dał  jej  tylko  miesiąc  na  wszystkie  przygotowania.  Mimo  to 
suknia  była  przepiękna.  Mocno  dopasowana,  głęboko  wycięta  góra.  Szeroki,  zakończony 
trenem  dół.  Długie  koronkowe  rękawy  z  bufkami.  Całość  wyszywana  tysiącami  drobnych 
perełek.  Na  głowie  perłowy  diadem  z  długim,  powiewnym  welonem.  Prawdziwie 
romantyczny strój panny młodej. Maddie zawsze skrycie marzyła, że któregoś dnia stanie w 
takiej sukni przed ołtarzem.   

Case chciał,  aby ich ślub  był  w stu  procentach tradycyjny. Druhny,  małe dziewczynki  z 

kwiatami,  tort  weselny  i  szampan  –  wszystkie  te  miłe  szczegóły,  których  zabrakłoby  przy 
okazji pośpiesznej ceremonii w Cancún. Wybrał sobie nawet drużbę. Wielu osobom, łącznie z 
Maddie, wydało się zabawne, że poprosił Jacksona Babbita.   

– Która godzina? – zapytała Maddie. Pociągnięte różowym błyszczykiem usta poruszyły 

się w lustrze.   

Stojąca obok niej Jill, w długiej sukni z granatowej organdyny, spojrzała na zegarek.   
– Dziesiąta pięćdziesiąt sześć – odparła, a potem uniosła rękę, żeby poprawić wpięty w 

ciemne włosy kwiat. – Jeszcze tylko cztery minuty.   

Cztery  minuty.  Maddie  chrząknęła  i  przycisnęła  dłoń  do  piersi.  Ciotka  Anita,  która 

sprawowała pieczę nad całą ceremonią, zaraz przyśle po nich Mike’a.   

Jill zauważyła jej gest i roześmiała się.   
– Denerwujesz się? 
– Trochę – przyznała Maddie z uśmiechem. – Myślę o tych wszystkich, którzy czekają, 

żeby  zobaczyć,  jak  będę  szła  przez  kościół.  Może  trzeba  było  wziąć  gdzieś  cichy,  cywilny 

background image

ślub? 

– Twój tata byłby niepocieszony. Mówi, że przez całe lata czekał na chwilę, kiedy będzie 

mógł cię poprowadzić środkiem kościoła.   

– Wiem – odparła Maddie, a oczy jej zwilgotniały. – Mówi też, że mama będzie wtedy z 

nami.   

– Bo to prawda.   
Ciche pukanie do drzwi przerwało ich rozmowę.   
– Myślisz, że postanowili zacząć parę minut wcześniej? – zapytała Jill.   
– Życz mi szczęścia – szepnęła Maddie.   
Jill uśmiechnęła się i ucałowała chłodny policzek Maddie.   
– Nie muszę ci tego życzyć. Przecież masz Case’a.   
– Tak, racja – powiedziała Maddie z uśmiechem i nagle ogarnął ją spokój. Po raz ostatni 

spojrzała w lustro.   

Jill otworzyła drzwi i zdumiała się.   
– Jackson? Myślałam, że to Mike. Przecież miałeś być z Case’em w zakrystii.   
Maddie usłyszała, jak Jackson mówi coś półgłosem do Jill i zobaczyła, że Jill chwyta się 

za głowę.   

– Co się stało? – spytała.   
Jill przygryzła wargi, a Jackson niepewnie przestąpił z nogi na nogę.   
– Case’a jeszcze nie ma – wyjaśnił z zakłopotaniem. – Twój ojciec czeka ha niego przed 

kościołem.   

Maddie z rozpaczą potrząsnęła głową.   
– Jeżeli zabrał się za malowanie albo tapetowanie i zapomniał o bożym świecie, uduszę 

go własnymi rękami.   

– On by na pewno nie malował w dniu ślubu! – oburzyła się Jill.   
– Właśnie, że tak – mruknęła Maddie. – Ma obsesję na punkcie tego domu. Chce go jak 

najprędzej  wykończyć.  A  przy  tym  upiera  się,  że  musi  wszystko  zrobić  sam.  Mówi,  że  to 
zupełnie co innego niż wynająć kogoś obcego do tej roboty.   

– Co mamy  teraz robić? – zapytał  Jackson, próbując rozluźnić ciasny węzeł  krawata. – 

Wszyscy czekają. Twoja ciotka odchodzi od zmysłów.   

– Niech powie organiście, żeby zagrał jeszcze parę kawałków – zadecydowała Maddie. – 

Goście muszą uzbroić się w cierpliwość. Jestem pewna, że Case będzie tu lada chwila.   

Minęły  trzy  kwadranse,  a  pana  młodego  jak  nie  było,  tak  nie  było.  Maddie  odłożyła 

słuchawkę  i  odwróciła  się.  Sześć  par  oczu  wpatrywało  się  w  nią  z  najwyższym  napięciem. 
Ojciec, Jill, Jackson, pastor, ciotka Anita i kuzynka Lisa.   

Robi  się  tu  ciasno,  pomyślała  trochę  bez  sensu.  Brakowało  tylko  ciotki  Nettie,  ale 

Mike’owi udało sieją namówić, żeby zaczekała z dziadkiem w kościele.   

– Nadal nikt nie odbiera? – niepotrzebnie spytała Jill. Maddie potrząsnęła głową. Welon 

połaskotał jej policzki.   

– Nie.   
–  No  to  musi  być  w  drodze  –  usiłował  ją  pocieszyć  Jackson.  Jill  spojrzała  na  niego  z 

background image

wyrzutem.   

– Dzwonimy od ponad pół godziny. Z domu Case’a do kościoła nie jedzie się tak długo.   
– Może zepsuł mu się samochód? – powtórzyła po raz trzeci czy czwarty Anita.   
– Może – po raz trzeci czy czwarty zgodziła się Maddie, choć wcale w to nie wierzyła. 

Tego typu przeszkoda nie byłaby w stanie zatrzymać Case’a. W samochodzie miał telefon i w 
każdej chwili mógł zadzwonić, żeby ktoś po niego przyjechał.   

–  Maddie  –  odezwała  się  Lisa  niepewnym  tonem,  jakby  się  bała  poruszyć  ten  temat  – 

chyba nie myślisz, że on...   

Maddie  rozejrzała  się  wokoło.  Wszyscy  zgromadzeni  w  pokoju  świetnie  wiedzieli,  że 

Case  już  raz  postawił  ją  w  takiej  sytuacji.  W  ich  pełnych  miłości  i  niepokoju  oczach 
wyczytała to samo pytanie, którego Lisa nie odważyła się dokończyć.   

Zastanawiają  się,  czy  Case  znowu  zostawił  mnie  na  lodzie,  pomyślała.  To  dziwne,  ale 

taka możliwość w ogóle nie przyszła jej do głowy. A może... ? 

– Nie! – powiedziała dobitnym tonem. – Na pewno coś się stało.   
Case  nie  zostawił  jej.  Była  tego  pewna.  Czuła  to  swoją  kobiecą  intuicją.  Ufała  mu  bez 

reszty.   

Jego nieobecność mogła oznaczać tylko jedno...   
– O Boże – szepnęła, czując, że przenikają zimny dreszcz. – Coś mu się musiało stać. I to 

coś bardzo złego.   

– Jadę do niego – natychmiast zadecydował Jackson.   
– Jadę z tobą. – Maddie zrobiła krok w stronę drzwi.   
– Nie. Lepiej tutaj zaczekaj – radził Jackson. – Zadzwonię do ciebie od niego z domu.   
Maddie potrząsnęła  głową.  Jej  niepokój rósł z każdą sekundą.  Case miał jakieś  kłopoty. 

Nie  wiedziała,  co  się  stało,  ale  coś  z  pewnością  było  nie  w  porządku.  Czuła,  że  musi 
natychmiast do niego jechać.   

– Nie, jadę z tobą. Odwróciła się do ojca i ciotki.   
– Tato, ciociu Anito, wiem, że to głupie, ale proszę was, żebyście się tu wszystkim zajęli, 

póki nie wrócę.   

– Na pewno nie chcesz, żebym z tobą pojechał? – zapytał Mike.   
– Tutaj jesteś potrzebny – powiedziała, całując go w policzek.   
– Dobrze. – Mike odwrócił się i od razu wyprosił z pokoju wszystkich prócz Jill.   
Maddie z Jacksonem pobiegli do wyjścia.   
– Maddie, zaczekaj! – zawołała za nią Jill. – Nie chcesz się przebrać? Twoja suknia...   
Maddie  zawahała  się.  Spojrzała  w  dół  na  metry  koronek  i  pomyślała  o  tuzinach 

guziczków na plecach.   

– Nie. Proszę cię, jedźmy już, Jacksonie. Jackson skinął głową.   
– Mój samochód stoi przed kościołem.   
Maddie obiema rękami chwyciła fałdy sukni i pobiegła za nim.   
– Jadę z wami. – Jill rzuciła na stół swój bukiet i ruszyła za Maddie, omal nie nadeptując 

na tren sukni.   

Jackson już uruchomił silnik. Maddie wślizgnęła się na przednie siedzenie, zgarniając na 

background image

kolana  welon  i  dół  sukni.  Niecierpliwie  szarpnęła  diadem,  żeby  wyplątać  się  z  welonu,  a 
potem przerzuciła go przez swój fotel. Jill wsiadła z tyłu i Jackson, wciskając gaz, wyjechał z 
zatłoczonego parkingu.   

 

Kiedy  wjechał  na  drogę  prowadzącą  do  domu  Case’a,  Maddie  zauważyła  jakieś 

poruszenie w lesie, który rósł wzdłuż szosy. Odwróciła głowę i zdążyła jeszcze zobaczyć dwa 

motocykle, pędzące po leśnej ścieżce.   

–  To  Danny  –  powiedziała,  zwracając  się  do  Jacksona.  –  Jestem  pewna,  że  widziałam 

Danny’ego Coopera i Steve’a Langforda na motorach.   

– Ja też ich widziałem – stwierdził ponuro Jackson i mocniej wcisnął pedał gazu.   
– Jak myślicie, chyba nie zrobili nic złego Case’owi? – odezwała się z tyłu Jill. – Danny 

to straszny gnojek, ale...   

–  On  nienawidzi  Case’a  –  powiedziała  Maddie.  Dobrze  pamiętała  spojrzenie,  jakim 

chłopak obrzucił Case’a w parku, podczas festynu.   

Jackson z piskiem kół zahamował na podjeździe, tuż za dżipem Case’a.   
–  Skoro  jest  tu  jego  wóz,  on  też  tu  musi  być  –  stwierdziła  Maddie,  gramoląc  się  z 

samochodu. – Case? Case! – Pobiegła w stronę domu, potykając się o długą suknię.   

Drzwi  frontowe  były  zamknięte.  Zaczęła  głośno  stukać  i  dzwonić.  W  domu  panowała 

złowieszcza cisza. Jackson podbiegł do niej.   

– Sprawdziłem wszystkie drzwi – powiedział. – Są zamknięte na klucz.   
– O Boże, więc gdzie on jest?! 
– Muszę jakoś wejść do środka i przeszukam cały dom. A ty i Jill sprawdźcie podwórze i 

garaż.   

Maddie już biegła werandą, wzdłuż domu. Jill deptała jej po piętach.   

Drzwi  do  garażu  były  zamknięte,  ale  w  ścianie  znajdował  się  dodatkowy  szyfrowy 

zamek.  Maddie  wystukała  szyfr,  którego  nauczył  ją  Case.  Drzwi  otworzyły  się.  Garaż  był 

pusty.   

Trzymając  się  za  głowę,  obiegła  całe  podwórze.  Trawa  była  świeżo  przystrzyżona,  a 

klomby skopane i oczyszczone z chwastów. Case włożył w to tyle pracy, pomyślała, czując w 
sercu bolesne ukłucie.   

Co się z nim stało? 
– W środku go nie ma – zawołał Jackson. – Przeszukałem cały dom.   
– Myślę, że powinniśmy zadzwonić na policję – cicho powiedziała Jill.   
Maddie  przygryzła  wargi.  Podeszła  do  kuchennych  drzwi,  które  Jackson  otworzył  od 

środka, wchodząc do domu przez wybite okno. W progu odwróciła się i jeszcze raz omiotła 
wzrokiem podwórze.   

Wszędzie  panowała  cisza.  Na  niebie  świeciło  sierpniowe  słońce.  Nagle  coś  błysnęło, 

przykuwając uwagę Maddie – kłódka na podwójnych drzwiach komórki na tyłach podwórza.   

Pchnięta jakimś niewytłumaczalnym impulsem, Maddie postąpiła krok w tę stronę, potem 

jeszcze jeden, a potem puściła się biegiem.   

– Case? Case! 

background image

–  Co  się  dzieje,  Maddie?  –  Jackson  rzucił  się  za  nią,  a  za  nimi  biegła  Jill. Jej  wysokie 

obcasy grzęzły w miękkiej trawie.   

Maddie dobiegła do komórki. Wskazała na zdeptaną ziemię przy wejściu – dowód na to, 

że ktoś niedawno wchodził do środka – oraz ślady motocykla prowadzące do lasu.   

Jedno  spojrzenie  wystarczyło  Jacksonowi,  żeby  dojść  do  tych  samych  wniosków  co 

Maddie. Podbiegł do drzwi i zaczął w nie walić z całych sił.   

– Case! Jesteś tam? 
Z zapartym tchem czekali na odpowiedź, ale nikt się nie odezwał.   
– Może go tam nie ma – odezwała się Jill. – Nie dałby się tak zamknąć.   
–  Na  pewno  nie,  gdyby  się  tego  spodziewał  –  zgodziła  się  Maddie.  –  Ale  jeżeli  go 

zaskoczyli...   

Uklękła  i  przyłożyła  ucho  do  drzwi.  Oparła  dłoń  o  drewno.  Nagle  wydało  jej  się,  że 

gdzieś w podświadomości odezwały się jakieś wibracje.   

– On tam jest – szepnęła i podniosła wzrok na Jacksona. – Wiem, że tam jest.   
Jackson z niedowierzaniem pokręcił głową, ale jeszcze raz zastukał do drzwi.   
– Case! – zawołał. – Słyszysz nas? 
–  Wydaje  mi  się,  że  coś  usłyszałam  –  szepnęła  Maddie,  próbując  rozpoznać  cichy, 

przytłumiony odgłos. Czy to mógł być jęk? 

Nagle poderwała się i zaczęła gwałtownie szarpać za kłódkę.   
– Musimy otworzyć tę komórkę! – krzyknęła. – Muszę tam zajrzeć! 
Jackson położył jej dłonie na ramionach i odsunął od drzwi.   
– Przecież się nie włamiesz gołymi rękami. Potrzebny nam łom. Maddie, słyszysz mnie, 

czy Case ma gdzieś łom? Albo coś, czym mógłbym zerwać tę kłódkę? 

Zaczerpnęła tchu i zaczęła się zastanawiać.   
–  Sprawdź  w  garażu  –  rzuciła.  –  On  tam  trzyma  narzędzia.  Jackson  już  biegł  w  stronę 

garażu.   

Jill bez słowa otoczyła Maddie ramieniem. Nie wiedziała, co powiedzieć. Obie bały się, 

że jeśli Case rzeczywiście jest w środku, musi być powód, dla którego im nie odpowiada.   

Jackson  męczył  się  i  przeklinał  przez  dobre  piętnaście  minut,  zanim  wreszcie  udało  mu 

się  zerwać  kłódkę.  Otworzył  szeroko  drzwi  i  Maddie  weszła  do  środka.  Była  przerażona. 
Sama nie wiedziała, czego się bardziej boi – tego, że Case’a tam nie ma, czy tego, że Case 
tam jest. Promienie słońca oświetliły wnętrze ciemnej, wilgotnej piwnicy i wydobyły z mroku 
jakiś skulony kształt u podnóża prowadzących w dół betonowych schodów.   

– Case! – krzyknęła Maddie i rzuciła się przed siebie. Zaplątała się w halki i gdyby nie 

Jackson, który w ostatniej chwili ją złapał, byłaby wylądowała na nieruchomym ciele Case’a. 

Podtrzymywana przez Jacksona, ostrożnie zeszła po schodach.   

Nie  zważając  na  brud  i  pajęczyny,  uklękła  obok  Case’a  i  drżącą  ręką  dotknęła  jego 

zimnego policzka. Na twarzy i włosach miał krew, a jego lewa noga była dziwnie wykręcona. 
Dzięki Bogu, oddychał! 

– Case! – szepnęła, z ustami przy jego uchu. – Case, słyszysz mnie? 
Case jęknął. Powieki mu drgnęły.   

background image

– Case, to ja, Maddie. Otwórz oczy, kochanie.   
Case otworzył oczy. Spojrzenie miał zamglone i jakby nieprzytomne.   
– Maddie? – odezwał się. – Czy dobrze słyszałem, że powiedziałaś do mnie „kochanie”? 
Z ust Maddie wyrwało się coś jakby szloch albo urwany śmiech.   
– Tak – szepnęła. – Och, Case, nic ci się nie stało? 
– Skaleczyłem się w głowę. – Case ostrożnie uniósł głowę i rozejrzał się wokoło. Zaklął 

cicho, kiedy zaczęła mu wracać pamięć.   

Widząc,  że  z  Case’em  wszystko  w  porządku,  Jackson  przeszedł  przez  piwniczkę, 

uważając,  by  się  nie  uderzyć  o  niski  strop.  W  rogu  schylił  się  i  podniósł  tanie  radyjko  na 
baterie, które wydawało jednostajne, trzeszczące dźwięki.   

– Co to jest? – zapytał.   
Podtrzymywany przez Maddie i Jill, Case uniósł się i ponuro stwierdził: 
–  Tym  mnie  tu  zwabili.  Właśnie  miałem  wyjeżdżać  do  kościoła,  kiedy  zauważyłem 

otwarte  drzwi.  Podszedłem,  żeby  je  zamknąć  i  usłyszałem  ten  hałas.  Kiedy  wszedłem  do 
środka, ktoś mnie z tyłu popchnął. Uderzyłem głową w jakąś belkę i spadłem ze schodów. A 
niech to diabli! 

Maddie dotknęła policzka Case’a. Przeraziła się, że może mieć wstrząs mózgu.   
– Byłeś przez cały czas nieprzytomny? 
–  Niezupełnie.  Słyszałem  radio,  ale  nie  byłem  w  stanie  nic  z  tym  zrobić.  Teraz  na 

szczęście czuję się lepiej – dodał, żeby ją uspokoić.   

Jednak Maddie wcale nie była spokojna. Uznała, że trzeba natychmiast jechać do lekarza.   
– Wydaje mi się, że to był Danny z kolegą – powiedziała Jill z wściekłością w głosie. – 

Widzieliśmy ich w lesie, na motorach.   

– Zatłukę tego... – zaczął Case. Rysy mu stężały.   
– Zajmą się tym odpowiednie czynniki – stanowczo oświadczyła Maddie. – Jasne? 
–  Tak  –  westchnął  Case.  –  Ale  jeżeli  odpowiednie  czynniki  czegoś  z  tym  wreszcie  nie 

zrobią, ja się tym zajmę.   

– Na pewno coś zrobią – odezwał się Jackson. – A poza tym ja ci pomogę.   
– Wezwę pogotowie – powiedziała Jill i zaczęła wchodzić po schodach.   
Case  potrząsnął  głową,  a  potem  przycisnął  palce  do  skroni,  jakby  zakręciło  mu  się  w 

głowie.   

– Żadnego pogotowia – powiedział, a potem zapytał: – Która godzina? 
– Dwunasta trzydzieści  – odparł  Jackson, zerkając na zegarek. –  Zabieramy cię stąd na 

pogotowie, Brannigan.   

– Nie! – zaprotestował Case, kiedy Jackson pomógł mu wstać. – Mam inne plany. Spójrz 

tylko  na siebie  –  dorzucił,  patrząc na zmiętą i  zabrudzoną suknię Maddie.  –  Jak ty będziesz 
wyglądać na zdjęciu? 

–  Godzinę  temu  wyglądałam  wspaniale  –  zaprotestowała.  –  Zdaje  się,  że  po  raz  drugi 

zostałam na lodzie.   

– O, nie, najdroższa. – Case uśmiechnął się do niej tak, że zmiękło jej serce. – Po prostu 

ślub został po raz drugi przełożony.   

background image

Potem zrobił kilka chwiejnych kroków.   
– Chodźmy. Musimy złapać księdza, zanim pojedzie na ryby albo coś w tym rodzaju.   
– Chcesz wracać do kościoła? – zdumiała się Maddie. – Teraz? 
Case musnął ustami jej policzek.   
– Nie mam zamiaru dłużej czekać. Chcę, żebyś wreszcie została moją żoną. Kocham cię, 

Maddie.   

– Nigdy tego mi nie powiedziałeś – szepnęła.   
– Jak to nie? – oburzył się Case.   
– Nie.   
– Przecież musiałaś o tym wiedzieć.   
– Niezupełnie – przyznała. – Nabrałam pewności dopiero godzinę temu.   
–  Kiedy  nie  przyszedłem  na  ślub?  –  Case  spojrzał  na  nią  zdezorientowany.  –  I  to  cię 

przekonało o mojej miłości? 

– Wiedziałam, że przyjdziesz na pewno. A jeżeli cię nie było, mogło to  oznaczać tylko 

jedno – że stało się coś strasznego. Nie zrobiłbyś mi czegoś takiego naumyślnie.   

– Bo cię kocham – powiedział cicho Case. – Ponad życie. Maddie uświadomiła to sobie 

wreszcie, kiedy czekała  w kościele. Case chciał  się z nią ożenić nie dlatego, że było mu tak 

wygodnie. Niepotrzebnie zadręczała się takimi podejrzeniami. W końcu, gdyby chodziło mu 
tylko o żonę, mógł się ożenić z wieloma innymi kobietami – młodszymi, ładniejszymi, i tak 
dalej. Jednak to właśnie jej oświadczył się na plaży w Cancún. To o niej myślał w szpitalu. To 
za nią przyjechał do Mitchell’s Fork. I to dla niej urządzał dom, w którym z nią chciał założyć 
rodzinę.   

Pragnął jej – Maddie. Tylko jej. Ponieważ ją kochał.   

Powstrzymując się z trudem od łez, spróbowała po raz ostatni być praktyczna.   
– Przecież trzeba wezwać policję. Co zrobimy z Dannym i Steve’em? 
– Ktoś może zadzwonić z kościoła. Ja złożę zeznania, kiedy tylko powiem „tak”. A teraz 

idziesz czy nie? – Wyciągnął rękę i spojrzał jej w oczy. Dostrzegła w nich miłość, którą tak 
trudno było mu wyrazić słowami.   

Ujęła jego lekko drżącą dłoń i powiedziała: 
– Chodźmy.   
Większość gości wciąż czekała na nich w kościele, snując najróżniejsze domysły. Kiedy 

pojawiła się rozgorączkowana Anita, wszyscy z powrotem popędzili na swoje miejsca.   

Jeden z przyjaciół zasiadł przy organach, gdyż organista już wyszedł – miał inne plany na 

popołudnie. Małe dziewczynki, które miały nieść kwiaty, zasnęły na kolanach matek i trzeba 
je było budzić.   

Smokingi  pana  młodego  i  drużby  były  wygniecione  i  zakurzone,  a  pan  młody  miał 

rozdartą  nogawkę.  Kiedy  szedł  przez  kościół,  mocno  utykał.  Włosy  miał  zmierzwione  i 
posklejane krwią, a twarz bladą i podrapaną. Co prawda obmył twarz w zakrystii, ale tak się 
spieszył,  że  zapomniał  o  smudze  krwi  na  skroni.  Doktor  Adcock  czekał  już,  by  zbadać  go 
natychmiast po ceremonii. Mimo to pan młody się uśmiechał.   

Granatowa  suknia  druhny  była  zakurzona  u  dołu,  a  eleganckie  szpileczki  mocno 

background image

zabłocone.  Jej  bukiet  lekko  przywiądł  w  sierpniowym  upale,  podobnie  jak  bukiet  panny 
młodej.   

Panna  młoda  wyglądała  prześlicznie.  Nikt  nie  zauważył,  że  ma  pognieciony  welon,  a 

niesforne pasma włosów wymykały jej się spod diademu, że jedna z koronkowych falban była 
zabrudzona i  w kilku miejscach rozdarta. Nikt  też oczywiście nie  wiedział,  że w jej białych 
pończochach puściły oczka.   

Wiele  osób  mówiło  później,  że  był  to  najpiękniejszy,  najbardziej  wzruszający  ślub,  jaki 

zdarzyło im się oglądać.   

Maddie zawsze przyznawała im rację.   

background image

EPILOG 

 

– Gdzież jest ten Case? Co go zatrzymało? – denerwował się Mike, stojąc u wezgłowia 

szpitalnego łóżka.   

Słysząc panikę w głosie ojca, Maddie Brannigan z trudem zdołała się uśmiechnąć.   
– Nie martw się, tato. Case na pewno zdąży.   
– Mam nadzieję, złotko – powiedział Mike dość niepewnie. – Nie mam w tych sprawach 

doświadczenia. Za moich czasów mężczyźni nie uczestniczyli w tego rodzaju wydarzeniach.   

–  Czasy  się  zmieniły,  tato  –  zauważyła  Maddie,  a  potem  głośno  zaczerpnęła  tchu,  bo 

znów chwyciły ją bóle.   

Mike ze współczuciem poklepał ją po ręce i znów powtórzył, że chciałby, aby jego zięć 

był już na miejscu. Case wpadł do szpitala dziesięć minut później.   

– Nie spóźniłem się? – zapytał, pospiesznie naciągając na mundur biały kitel.   
– Nie – ze łzami w oczach zapewniła go Maddie. – W samą porę.   
Mike z westchnieniem ulgi ustąpił miejsca zięciowi.   
– Zawołajcie mnie, kiedy będzie po wszystkim – krzyknął od progu.   
Zachary  Michael  Brannigan  urodził  się  godzinę  później,  dziewięć  miesięcy  i  dwa 

tygodnie po ślubie swoich rodziców. Został poczęty w czasie długiej, pełnej przygód podróży 
poślubnej  po  Europie.  Miodowy  miesiąc,  mimo  wstrząsu  mózgu  i  skręconej  kostki  pana 
młodego, był dla panny młodej najpiękniejszym przeżyciem, do którego potem często wracała 
we wspomnieniach.   

Po  skandalu,  jaki  wybuchł,  Danny  Cooper  i  Steve  Langford  zostali  wysłani  do  szkoły 

wojskowej.  Chłopcy  przysięgali,  że  nie  chcieli  zranić  Case’a,  planowali  tylko  sprawić  mu 
niemiłą  niespodziankę,  zamykając  go  w  komórce  w  dniu  jego  ślubu.  Ulegając  namowom 
przyjaciół  i  znajomych,  Case  wystartował  w  kolejnych  wyborach  i  został  nowym  szeryfem 
Mitchell’s  Fork.  Twierdził później, że wcale nie miał  tego zamiaru,  bo chciał już zerwać ze 
służbą,  jednak  Maddie  podejrzewała,  że  praca  sprawiała  mu  więcej  satysfakcji,  niż  się 
przyznawał.   

Nieoczekiwanie  kandydaturę  Case’a  poparł  Major  Cooper,  który  wreszcie  uświadomił 

sobie, że jego rozpuszczony syn mógł nawet zabić Case’a. Cooper zaklinał się, że nie zdawał 

sobie sprawy, że Danny tak dalece wymknął się spod jego kontroli.   

To  Case  doradził  mu  szkołę  wojskową  dla  syna.  Przekonał  Coopera,  że  dyscyplina  i 

trening  przyniosą  Danny’emu  więcej  pożytku,  niż  gdyby  chłopak  został  narażony  na 
demoralizujący  wpływ  współwięźniów  w  zakładzie  karnym,  dokąd  Case  –  gdyby  chciał  – 
mógłby  go  z  łatwością  posłać  za  napad,  pobicie  i  parę  innych  przewinień.  Cooper  z 
wdzięcznością przyjął jego propozycję.   

Wsparta na poduszkach Maddie odpoczywała, patrząc, jak jej mąż z wyrazem zachwytu 

na twarzy kołysze w ramionach ich maleńkiego synka.   

– No co, szeryfie – westchnęła. – Co masz mi do powiedzenia tym razem? Po raz trzeci o 

mały włos nie zostawiłeś nas na lodzie – to znaczy mnie i twojego syna.   

background image

Case uśmiechnął się z zakłopotaniem.   
– Cysterna z chemikaliami przewróciła się na autostradzie. Nikomu nic się nie stało, ale 

ktoś musiał dopilnować porządku.   

– Ten ktoś to oczywiście ty?   
Case skinął głową.   
– Tak. Ale przecież zjawiłem się, gdy tylko Jackson znalazł mnie i powiedział, że rodzisz. 

Trzeba  trafu,  stało  się  to  dokładnie  wtedy,  kiedy  goście  zaczęli  wychodzić  z  kościoła  po 
ślubie jego i Jill. Strasznie się śpieszył, żeby mnie dowieźć na czas i jestem mu za to bardzo 
wdzięczny. Za nic na świecie nie chciałbym spóźnić się na urodziny własnego syna.   

– Wiem, mój kochany. – Maddie uśmiechnęła się. – Wiedziałam, że przyjdziesz.   
Spojrzał na nią z powagą, a potem na ich śpiącego synka. Kiedy znowu podniósł wzrok, 

jego oczy przepełniała miłość.   

– Kocham cię, Maddie.   
Nieczęsto  jej  to  mówił  –  tylko  przy  specjalnych  okazjach.  Takich  jak  ta.  Dlatego  jego 

słowa znaczyły tak wiele.   

Case  Brannigan  czuł  się  bardzo  szczęśliwy.  Miał  już  wreszcie  to,  za  czym  tęsknił  całe 

życie – swój własny dom i kochającą rodzinę.