background image

JESSICA STEELE

A jednak miłość

Seria wydawnicza: Harlequin Romance 

(tom 98) 

Tytuł oryginalny: His Woman

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Ile dwudziestolatek spędza w domu sobotnią 

noc, wsłuchując się w deszcz, strumieniami 
spływający po szybach? - dumała 

przygnębiona Leith. W chwilę później, czując, 
że zaczyna użalać się nad sobą, szybko 
przywołała się do porządku. Boże drogi, 
przecież większość życia spędziła na nauce, 

więc takie samotne sobotnie wieczory nie są 
jej obce.
Aby ostatecznie otrząsnąć się z 
przygnębienia, skierowała swoje myśli na 

background image

Rosemary, przyjaciółkę i sąsiadkę z drugiej 
strony korytarza, przybyłą z tego samego 
miasteczka. Gdyby Rosemary nie 
zdecydowała się właśnie dziś odwiedzić 

swoich rodziców w Hazelbury, teraz 
siedziałyby razem nad filiżanką kawy. 

Oczywiście, Travis Hepwood, sekretny 
przyjaciel Rosemary, byłby tu także, ale 
ponieważ Leith bardzo go lubiła, chętnie 
zabawiałaby również i jego.

Nowa fala ulewnego deszczu zalała szyby 
okienne, ale tym razem Leith nie usłyszała 
jej. Myśl o Rosemary obudziła wspomnienie 
dnia, kiedy jej brat Sebastian oznajmił, że na 

głównej ulicy Hazelbury zderzył się z 
Rosemary Green, a właściwie Rosemary 

Talbot, bo takie teraz nosiła nazwisko. 
Rosemary, o rok starsza od Leith, była 
koleżanką z klasy Sebastiana. Nigdy nie 
pozwalano jej uczestniczyć w zbiorowych 

szkolnych zajęciach, toteż nikt nie znał jej 
zbyt dobrze. Jednak, ku zaskoczeniu 
wszystkich, w wieku osiemnastu lat 

background image

Rosemary wyszła za mąż i opuściła 
miasteczko.
Od owego czasu mało kto wspominał jej imię.
Dopiero tamtego dnia ukochany, acz odrobinę 

nieodpowiedzialny braciszek z podnieceniem 
oznajmił:

- Właśnie skończyłem pogawędkę z Rosemary 
Green!
Leith zauważyła entuzjazm, ale ponieważ był 
on integralną częścią jego osobowości - nie 

zareagowała zbyt ochoczo.
- Prawdopodobnie przyjechała do rodziców.
- Właśnie - zgodził się z nią. - Wydawała się 
trochę przybita... czy ja wiem, nic 

konkretnego. W każdym razie - kończył - 
staliśmy przed Oliphants Cafe, więc 

zaproponowałem kawę i już za chwilę 
opowiadała mi o swoim życiu w Londynie...
Zawiesił głos, a Leith dała się złapać w tę 
klasyczną teatralną pułapkę.

- I co? - zapytała, czując w głębi ducha, że za 
chwilę tego pożałuje.
- I powiedziała mi, że w jej bloku zwalnia się 
mieszkanie.

background image

- O, nie - zaprotestowała Leith, choć przez 
głowę przemknęła jej kusząca myśl o 
zamieszkaniu w Londynie. - Od razu ci 
mówię, że mama się nie zgodzi.

- Zgodzi się, jeśli powiesz jej, że będziesz się 
mną opiekować... sprawdzać, czy umyłem 

szyję i zmieniłem skarpetki - uśmiechnął się 
przebiegle Sebastian. Miał wtedy dwadzieścia 
trzy lata i radośnie wykorzystywał 
nadmierną troskliwość matki.

- A poza tym - dodał z rozbrajającą 
szczerością - nie stać mnie na czynsz.
- A jeśli nie zechcę pojechać? - Leith usiłowała 
przyhamować nieco jego zapał.

- Pojedziesz! - przymilał się. - Wiesz, że 
pojedziesz. Jakoś nie protestowałaś, kiedy 

tato powiedział, że uczyłaś się pilnie przez 
tyle lat, a teraz w żadnej pobliskiej firmie nie 
możesz w pełni wykorzystać swoich 
kwalifikacji. Za to w Londynie...

Sebastian rozwijał temat jeszcze przez parę 
minut. Leith próbowała bronić swej pozycji, 
ale na każdy zarzut miał gotową odpowiedź i 
już po chwili poczuła się równie podniecona, 

background image

jak on. Rzeczywiście, pracowała ciężko, aby 
zdobyć kwalifikacje w kontraktowo-handlowej 
dziedzinie inżynierii, a w jej obecnym miejscu 
pracy nie wykorzystywano w pełni jej zdolno-

ści.
- Ja też będę miał większe pole do popisu - 

oznajmił Sebastian. Skończył uniwersytet i 
teraz pracował jako fotograf. - Zdaje się, że 
opstrykałem już wszystko w tej dziurze - 
dodał i powrócił do swojej śpiewki: „Za to w 

Londynie".
- Lepiej porozmawiajmy z rodzicami-ostudziła 
go Leith.
Ojciec zgodził się, że oboje są już w wieku, w 

którym ptaszki wylatują z gniazdka, ale 
matka, zaślepiona uczuciem do syna, 

potrzebowała trochę więcej czasu.
W niedzielę rano dostali jednak 
błogosławieństwo obojga rodziców i Sebastian 
poszedł do Greenów, żeby wyciągnąć od 

Rosemary coś więcej na temat mieszkania. 
Wrócił z ponurą miną.

background image

- Święty Henryku, to lodówka, a nie dom! - 
jęknął. - Przez cały czas ani jednego 
uśmiechu!
- Rosemary nie chce, żebyście mieszkali tak 

blisko niej? - zatroszczyła się matka. Z 
początku nie chciała, żeby jechał, ale teraz 

gotowa była o to walczyć.
- Tego nie powiedziała - odparł, ale jego 
energia wyraźnie zmalała. - Powiedziała 
jednak dość, żebym się zorientował, że i tak 

nie pojedziemy.
- A to dlaczego? - zapytała pani Everett.
- Rosemary wynajmuje mieszkanie pod 
nieobecność właściciela, a to sąsiednie można 

tylko kupić.
- No to co, w Londynie chyba jest więcej 

mieszkań do wynajęcia - zauważył ojciec i 
dodał, posyłając żonie czułe spojrzenie: - A 
poza tym, moja droga... cóż, sądzę, że dla tak 
dobrej sprawy powinniśmy zastanowić się 

nad tym, czy Leith i Sebastian nie mogliby 
dostać swojego spadku po dziadku przed 
ukończeniem dwudziestu pięciu lat.

background image

- Naprawdę? - zapytali oboje jednocześnie. 
Ojciec, jako wykonawca testamentu, miał 
prawo do wcześniejszego rozdysponowania 
spadku. W takiej sytuacji wynajmowanie 

mieszkania nie miałoby sensu.
- Zobaczymy - obiecała pani Everett i od tej 

chwili sprawy potoczyły się błyskawicznie.
Na wszelki wypadek obejrzeli kilka innych 
nieruchomości na sprzedaż. Kiedy jednak 
zobaczyli mieszkanie w ekskluzywnym bloku, 

które zajmowała Rosemary, okazało się ono 
poza wszelką konkurencją.
Leith i Sebastian byli wprawdzie zgodni co do 
zamiaru kupna mieszkania, musieli jednak 

pogodzić się z faktem, iż scheda po dziadku 
stanowiła tylko niewielką część potrzebnej 

kwoty.
- Zaciągniemy pożyczkę pod hipotekę, jak 
wszyscy - Sebastian nie zniechęcił się. 
Okazało się jednak, że nie mając stałego 

źródła dochodu nie może starać się o 
pożyczkę.
- Pójdę do prawdziwej pracy - zaparł się jak 
osioł. Leith także szukała nowego zajęcia. 

background image

Popytała tu i ówdzie, i wkrótce umówiła się 
na rozmowę w małej firmie o nazwie 
Ardis&Co.
W miesiąc później Sebastian zaczął pracować 

jako agent londyńskiego biura podróży. 
Mieszkał w pokojach hotelowych w dni 

robocze, na niedzielę i święta jeździł do domu, 
do Hazelbury, zaś Leith otrzymała pracę w 
Ardis &Co. Kiedy stwierdziła, że jest jedyną 
kobietą poproszoną na rozmowę, prawie 

straciła nadzieję. Była niemal pewna, że 
stanowisko dostanie się któremuś z męskich 
kandydatów, jako że dotychczas zajmował je 
mężczyzna, który miał w ciągu czterech 

miesięcy opuścić spółkę.
W cztery miesiące po podjęciu decyzji o 

przeprowadzce do Londynu oboje z 
Sebastianem zajęli nowe mieszkanie. Kredyt 
okazał się morderczy, ale oboje mieli pracę i 
szansę na awans - a zatem i podwyżkę 

zarobków - więc nie martwili się.
Podczas tych ostatnich miesięcy rzadko 
widywali Rosemary Talbot. W tydzień po 
przeprowadzce, kiedy Leith chciała zaprosić 

background image

Rosemary i jej męża na uroczystego drinka - 
dowiedziała się, że Derek Talbot już tam nie 
mieszka.
- Właściwie - wymamrotała Rosemary - mój 

mąż wyprowadził się.
Leith nie była pewna, kto jest w tym 

momencie bardziej zakłopotany, ona czy 
Rosemary.
- Cóż, tak czy owak, wpadnij na drinka - 
uśmiechnęła się.

Po tamtej rozmowie wypiły razem niejedną 
kawę. Rosemary z początku niechętnie 
mówiła o swoim małżeństwie, po jakimś 
czasie okazało się jednak, że Derek był 

zwyczajnym kobieciarzem i traktował żonę w 
karygodny sposób. Leith współczuła 

Rosemary, zwłaszcza kiedy odkryła, że jej 
przyjaciółka wychowana jest w przekonaniu o 
nierozerwalności więzów małżeńskich i nie 
przyjmuje do wiadomości rozpadu swego 

związku. Rodzice Rosemary nie uznawali roz-
wodu i gdy Derek go zażądał, nie omieszkali 
dobitnie oznajmić tego córce.

background image

Byli w Londynie już od miesiąca, kiedy 
Sebastian zdecydował, że najwyższy czas 
oblać mieszkanie.
- To nie będzie dużo kosztowało - dodał 

szybko, wiedząc, jakie kłopoty ma Leith z 
przyzwyczajeniem się do roli pani domu.

- Kogo zaprosimy? - zapytała, ponieważ sama 
nie znała w Londynie prawie nikogo.
- Mam kupę przyjaciół - odparł Sebastian. 
Rzeczywiście, z nich dwojga to on częściej 

wychodził, należał do kółka dramatycznego, a 
poza tym dłużej mieszkał w Londynie.
Leith zaprosiła Rosemary i namawiała ją tak 
długo, aż wreszcie nieszczęśliwa kobieta 

zgodziła się przyjść. Natychmiast została 
wciągnięta w wir przygotowań.

Jeżeli hałas oznacza sukces, to impreza udała 
się znakomicie. Około jedenastej Leith 
zatęskniła do łóżka, ale jako gospodyni miała 
swoje obowiązki. Od kwadransa nie widziała 

Rosemary, a nie chciała, żeby przyjaciółka 
poczuła się opuszczona. Znajomi Sebastiana 
nie musieli przypaść jej do gustu.

background image

Mimo wszystko miała nadzieję, że Rosemary 
nie poszła jeszcze do domu. Krążyła po 
pokoju, dopóki jej wzroku nie przyciągnęła 
niewielka sofa pod ścianą. Na owej sofie 

bowiem siedziała z lekka zarumieniona 
Rosemary, a obok niej, pogrążony w 

rozmowie, mężczyzna w wieku około 
dwudziestu sześciu-siedmiu lat. Leith 
usiłowała przypomnieć sobie jego nazwisko. 
Zdaje się, że został jej przedstawiony jako 

Travis jakiś tam. Zerknęła jedynie, czy 
Rosemary nie wygląda na niespokojną i 
wycofała się.
Tego wieczoru Rosemary nie była wprawdzie 

niespokojna, ale wkrótce potem historia z 
Travisem Hepwoodem okazała się 

wystarczającym źródłem stresu. Travis 
bowiem zakochał się w Rosemary od 
pierwszego wejrzenia. Leith czuła, że wbrew 
wszelkim oczekiwaniom Rosemary także nie 

pozostawała obojętna. W ich miłości pojawiła 
się jednak przeszkoda: wpajane Rosemary od 
dzieciństwa skrajne poczucie przyzwoitości. 
W jej pojęciu sytuacja, iż kocha się jednego 

background image

mężczyznę będąc żoną innego, była po prostu 
nie do pomyślenia. Nie czuła się na siłach, by 
rozwieść się z Derekiem, toteż jej szanse na 
szczęście z Travisem wyglądały raczej 

marnie.
W tydzień później, wciąż zaskoczona swymi 

uczuciami, Rosemary wyznała Leith, że 
istotnie jest zakochana w Travisie. Do tego 
stopnia, że wybrała się z nim nawet na 
kolację.

- Tak się cieszę - odparła Leith. Z oszczędnych 
informacji, jakie wymknęły się Rosemary, 
wiedziała, że jej przyjaciółka przeżyła 
koszmar, zanim Derek zdecydował się odejść.

- Nie ma powodu - mruknęła Rosemary.
- Nie zgadzacie się z Travisem? - 

zainteresowała się mocno zaskoczona Leith.
- Ależ zgadzamy się, cudownie - westchnęła 
Rosemary. - Ale miałam tak okropne poczucie 
winy... jakby rodzice stali nade mną i 

spoglądali z wyrzutem przez cały czas. Travis 
dzwonił zeszłej nocy... powiedziałam, że nie 
chcę go więcej widzieć.

background image

Postanowienie Rosemary dotyczące Travisa 
było bardzo silne - nie na tyle jednak, by 
istotnie więcej się z nim nie zobaczyła. W 
każdym razie nie były to spotkania umówione 

- i nigdy w jej własnym mieszkaniu. Travis 
zadzwonił bowiem do Leith i Sebastiana już w 

kilka dni później... „Pomyślałem sobie, że 
mógłbym wpaść na chwilę" nie zwiodło 
nikogo. Przypadkiem, tego samego wieczoru 
Leith zaprosiła Rosemary na kolację. Jej 

zdaniem byłoby nieuprzejmie poprosić 
Travisa, żeby wyszedł.
Od tej pory Travis regularnie przychodził na 
kolację. Sebastian raz był obecny, raz nie, ale

- cokolwiek mówiło na ten temat jej sumienie 
- Rosemary zjawiała się zawsze, w ostatniej 

chwili, buntując się przeciw własnym 
zasadom. Co więcej, nieraz nalegała, że sama 
przygotuje kolację i przyniesie do Leith - 
zawsze trochę więcej niż trzeba, na wszelki 

wypadek, gdyby pojawił się jakiś niespo-
dziewany gość. Travis z kolei, jako pracownik 
firmy importującej wina, przynosił jakiś 
wspaniały trunek.

background image

- Co się dzieje? - zagadnął Sebastian, kiedy po 
powrocie do domu późnym wieczorem zastał 
Leith na straży, przy drzwiach do kuchni.
- Tam są Rosemary i Travis - odparła.

- No to co?
- Być może nie zauważyłeś, ale oni są w sobie 

zakochani.
- A co się stało z mieszkaniem Rosemary?
- Ona nie chce go przyjmować u siebie.
- A dlaczegóż to?

- To... raczej nieostrożne - stwierdziła Leith, 
szczerze zaskoczona niewrażliwością brata.
- Kompletna bzdura! - wyraził własne zdanie 
Sebastian.

Poniewczasie Leith zrozumiała, że ten stan 
rzeczy nie może trwać wiecznie bez niczyjej 

krzywdy. Rosemary jednak wciąż unikała 
jawnych spotkań z Travisem, a ten 
zakochiwał się w niej coraz bardziej, tak że 
nie sposób było utrzymać go na odległość. 

Leith polubiła oboje i współczuła im, ale 
rozumiała, że sami muszą znaleźć jakieś 
wyjście z tej sytuacji.

background image

Pewnego wieczoru Travis pojawił się, jak 
zwykle, rozjaśniony nadzieją na spotkanie 
Rosemary. Sebastian także był w domu i 
zabawiał go rozmową. Rosemary jednak 

spóźniała się bardziej niż kiedykolwiek. 
Wreszcie Leith nie była w stanie ani chwili 

dłużej znosić tęsknych spojrzeń Travisa w 
stronę drzwi.
- Zobaczę, co ją zatrzymuje - oznajmiła i 
przeszła na drugą stronę korytarza. 

Nacisnęła dzwonek i czekała.
Rosemary otworzyła drzwi, ale pytanie: 
„Gotowa?" zawisło na ustach Leith. Przez 
ramię przyjaciółki dostrzegła mężczyznę.

Leith wyczuła napiętą atmosferę. Nieznajomy 
wstał i skierował się ku drzwiom. Coś w 

zachowaniu przyjaciółki zdawało się mówić, 
że jej gość nie powinien dowiedzieć się o 
planowanej wizycie.
- Eee... przepraszam, że przeszkadzam, 

Rosemary - improwizowała Leith. - Nnie... 
spodziewałam się, że masz gościa.
Uśmiechnęła się do krępego mężczyzny.

background image

- Nie przedstawisz mnie? - rzucił krótko do 
Rosemary, pożerając oczami gęste, 
kasztanowe włosy, zgrabną figurę i piękną 
twarz Leith.

- Oczywiście - odparła Rosemary. - Leith jest 
nową właścicielką mieszkania naprzeciw. 

Leith, to mój mąż, Derek.
Leith podała mu rękę, ale nie spodobał jej się 
sposób, w jaki bez przerwy gapił się na nią.
- J-ja tylko na chwilę, muszę nakarmić 

Sebastiana - bąknęła. - Chciałam pożyczyć 
trochę sosu Worcester...
Travis i Sebastian patrzyli na nią zezem, 
kiedy wróciła z butlą sosu, ale bez Rosemary.

- Gdzie Rosemary? - natychmiast zapytał 
Travis. Leith rozpaczliwie wysilała mózg, ale 

nie potrafiła wymyślić nic mądrego. Musiała 
powiedzieć prawdę.
- Nie przyjdzie - powiedziała i oboje z 
Sebastianem musieli niemal obezwładnić 

Travisa, kiedy ten dowiedział się o obecności 
męża Rosemary.
Sebastian nie bez trudu posadził go z 
powrotem i przygotował morderczego drinka. 

background image

Od tej chwili wieczór potoczył się jeszcze 
gorzej, niż się zaczął. Jedynie Sebastian miał 
ochotę na kolację. Travis wyraźnie 
potrzebował kolejnego, solidnego drinka, a 

Sebastian usłużył mu ochoczo. Alkohol 
rozwiązał mu język i Travis zaczął opowiadać 

o swojej miłości do Rosemary. O tym, że 
chciałby ją poślubić, ale nie wie, jak to zrobić, 
ponieważ poczucie przyzwoitości nie pozwala 
jej wychodzić z nim gdziekolwiek. Chciałby, 

żeby cały świat wiedział o jego miłości, ale czy 
ona pozwoli przedstawić się jego rodzicom?
Zanim wybiła jedenasta, Travis zaczaj 
bełkotać, a Leith wściekła się na Sebastiana, 

który przechylał butelkę, ilekroć w szklance 
gościa pokazywało się dno.

- Jasna cholera, ale się ululates! - wykrzyknął 
Sebastian, kiedy Travis chwiejnie podniósł się 
z miejsca i niepewnie ruszył przed siebie.
- Sądzę, że Travis nie powinien siadać za 

kierownicą w takim stanie - zauważyła Leith 
lodowatym tonem.
- Ja też piłem... nie mogę go odwieźć - 
stwierdził Sebastian. - A poza tym, on 

background image

mieszka gdzieś na peryferiach Essex i Bóg 
jeden wie, kiedy wróciłbym do własnego 
łóżka... nawet, jeśli przypadkiem pamiętałby 
swój adres. Niech się prześpi na tej kanapie - 

zaproponował najprostsze wyjście.
- A jego rodzice? Będą się martwić - zaprotes-

towała Leith, pamiętając, że kiedy Sebastian 
nie wracał do domu na noc, matka szalała z 
niepokoju.
- Do diabła, Leith, on dobiega trzydziestki! Na 

pewno nie pierwszą noc spędza na bańce!
Travis przespał zatem noc na kozetce i 
skorzystał na tym tylko tyle, że nazajutrz, z 
błędnym wzrokiem i skacowany jak diabli, 

mógł przed wyjściem zamienić kilka słów z 
Rosemary. Jego samopoczucie pogorszyło się 

jeszcze na wieść, że Derek Talbot znowu 
żądał rozwodu, a ona znowu odpowiedziała 
mu stanowczym nie. W bladym świetle 
poranka Rosemary oznajmiła Travisowi, że 

nie zamierza również nigdy więcej przyj-
mować zaproszenia na kolację u sąsiadów.
Powtórzyła to zresztą Leith, używając niemal 
tych samych słów. Leith poczuła, że nie ma 

background image

prawa się wtrącać, powinna jednak pozostać 
przy Rosemary, kiedy ta będzie potrzebowała 
bratniej duszy.
Wciąż spotykała się ze swoją przyjaciółką. 

Travis także wpadał od czasu do czasu - Leith 
wiedziała, że liczy jedynie na szansę ujrzenia 

ukochanej. Wyglądał coraz bardziej mizernie, 
a kiedy znów się pojawił, Leith miała 
ogromną ochotę zawołać Rosemary. Pohamo-
wała się jednak. Jeżeli nikt jej o to nie 

poprosił - nie będzie się wtrącać. Zwłaszcza że 
Rosemary powtórzyłaby Travisowi jedynie to, 
co już raz słyszał.
Potem Sebastian zaczął przebąkiwać o 

opuszczeniu pracy i Leith miała się czym 
martwić. Jeśli jej brat nie będzie pracował, to 

jak spłaci swoją część długu hipotecznego? I 
wówczas, jakby na dowód, że nieszczęścia 
zawsze chodzą parami, wydarzyła się kata-
strofa: Leith straciła pracę, choć nie ze swej 

winy.
Nie mogła w to uwierzyć. Była pracowita i 
pełna inicjatywy, a posada dawała jej dużo 
satysfakcji. Pracowała niemal wyłącznie z 

background image

mężczyznami, całkiem nieźle dogadując się z 
większością z nich. Nie ucieszyła się jednak, 
kiedy Alec Ardis, żonaty syn właściciela 
firmy, pewnego dnia zjawił się w biurze i bez 

żadnej zachęty z jej strony zaczął ją 
napastować. Nie pomogło stanowcze nie. 

Walcząc z uściskiem, który oplótł ją jak 
ośmiornica, wrzała gniewem. Kiedy wreszcie 
udało jej się uwolnić, była wściekła i 
upokorzona - tylko dlatego, że jest kobietą, 

syn szefa uważa, że może sobie pozwalać na 
wszystko - i dosłownie rzuciła się na niego z 
pazurami.
Była wstrząśnięta atakiem, ale nigdy nie 

opuściłaby pracy z własnej woli. Nie miała 
jednak wyboru. Pan Ardis senior przechodził 

właśnie, gdy dotarły do niego słowa: lubieżny, 
skretyniały, zboczony wieprz. Kiedy wszedł 
do pokoju, Leith wyrzucała z siebie kolejne 
epitety.

Zrobiło jej się niedobrze, kiedy pan Ardis - nie 
wierząc, że synalek mógł zaatakować bez 
żadnej zachęty z jej strony, a może jedynie 
kryjąc jego niechlubne słabości - dał jej 

background image

odprawę w wysokości miesięcznej pensji i z 
miejsca wyrzucił z pracy.
Wieczorem zadzwoniła do drzwi Rosemary. 
Wciąż jeszcze nie mogła otrząsnąć się z szoku, 

jaki wywołała w niej napaść i to, co potem 
nastąpiło.

- Nie robisz przypadkiem kawy? - zapytała.
- Wchodź - szybko zaprosiła ją Rosemary. - 
Wyglądasz fatalnie. Co się dzieje?
- Wylali mnie - oznajmiła Leith roztrzęsionym 

głosem i przy kawie zdała jej dokładną 
relację.
„Lubieżny, skretyniały, zboczony wieprz", 
zdaniem Rosemary, to bardzo delikatne 

określenie faceta, który myśli, że każda 
kobieta pracująca dla jego ojca jest 

potencjalną zdobyczą.
- Powinnaś była strzelić go w pysk - 
stwierdziła, oburzona niemal tak, jak Leith.
- Zrobiłabym to, gdybym miała wolne ręce - 

odparła Leith i pociągnęła jeszcze jeden łyk 
kawy.
Rosemary serdecznie współczuła przyjaciółce.

background image

- Oczywiście, to musiało się zdarzyć, prędzej 
czy później - stwierdziła.
Leith wytrzeszczyła oczy.
- Nie kojarzę - wyznała.

- Jesteś za... - Rosemary szukała 
odpowiedniego słowa, aż, ku całkowitemu 

zaskoczeniu przyjaciółki, oznajmiła: -... 
olśniewająca.
- Olśniewająca! - wykrzyknęła Leith, 
otwierając zielone oczy jeszcze szerzej.

- Nie miałaś o tym pojęcia, co? - miękko 
zapytała Rosemary i, jakby chcąc jeszcze 
mocniej wstrząsnąć Leith, ciągnęła: - A co 
powiesz o tych fantastycznych, kasztanowych 

włosach, wspaniałych oczach i cerze, nie 
wspominając o figurze, która jest wypukła 

dokładnie tam, gdzie należy? To było do 
przewidzenia, że prędzej czy później jakaś 
egoistyczna męska gadzina zechce wyciągnąć 
po ciebie łapy.

- Wielkie nieba! - jęknęła Leith słabym 
głosem. Ze słów Rosemary wynikało, iż 
powinna uważać się za szczęściarę, gdyż 
dobiegając dwudziestu dwóch wiosen nie 

background image

zaznała jeszcze wątpliwych awansów jakiegoś 
domorosłego supermana.
- Musisz po prostu trochę się przygasić - 
uśmiechnęła się Rosemary i rozmowa 

potoczyła się dalej, dopóki Leith nie 
wspomniała o konieczności znalezienia nowej 

pracy.
- Nie mogę nie pracować, zwłaszcza z tą 
morderczą hipoteką, którą z Sebastianem 
musimy spłacać co miesiąc - wyznała.

- No pewnie! - zgodziła się Rosemary i dodała:
- Gdyby nie to, że czynsz za to mieszkanie 
został zapłacony do końca roku, sama 
byłabym w kłopocie. Teraz oszczędzam, jak 

szalona, żeby mieć trochę grosza w zanadrzu, 
kiedy przyjdzie pora płacenia. Wracając 

jednak do ciebie... chyba nie powinnaś mieć 
kłopotów ze znalezieniem innej pracy.
- Moje kwalifikacje jeszcze ujdą - odparła 
Leith.

- Ale co z referencjami? Nie wyobrażam sobie, 
żeby pan Ardis wyrażał się o mnie w samych 
superlatywach.

background image

- Nie ma innego wyjścia, jak tylko uczciwie 
ocenić twoją pracę... o ile nie chce ci się 
narazić - oznajmiła Rosemary stanowczo.
W tydzień później, po zgłoszeniu swej 

kandydatury w trzech firmach, Leith 
dowiedziała się, że dwa ze stanowisk są już 

zajęte. W trzecim miała więcej szczęścia: 
zaproszono ją na rozmowę. Został jej jednak 
cały tydzień na przemyślenie paru spraw. 
Wciąż jeszcze nie otrząsnęła się z szoku 

wywołanego karesami Aleca Ardisa, a jawnie 
niesprawiedliwe zwolnienie z pracy zraniło ją 
bardzo. Mimo to, nawet jeśli uważała, że 
Rosemary przesadza, jej uwagi na temat 

wyglądu prześladowały ją nieprzerwanie. Za 
żadne skarby nie chciałaby znowu stać się 

obiektem obleśnych zalotów Ardisa juniora. 
Samo wspomnienie wywoływało koszmarne 
sny.
- Sebastianie - zwróciła się do brata w 

przeddzień rozmów w G Vasey Ltd. - Nie 
przypuszczam, żebyś miał jeszcze te okularki, 
w których udawałeś profesora w...

background image

- Mówisz o moim ostatnim publicznym 
występie - z wyższością poprawił ją 
Sebastian, mając na myśli bezdialogową rólkę 
w ostatniej sztuce kółka dramatycznego. - 

Cóż, właściwie...
Nazajutrz Leith ledwo rozpoznała się w 

lustrze, kiedy zwinęła bujne kędziory w 
surowy kok z tyłu głowy i włożyła okulary-
atrapy w rogowej oprawie.
Rozmowy w G Vasey Ltd potoczyły się gładko. 

Nikt nie nabrał podejrzeń i nie zadawał pytań 
na temat jej okularów. Zdjęła je zresztą 
natychmiast po wejściu do mieszkania, nagle 
zdając sobie sprawę z tego, że nikt od Vaseya 

nie widział jej bez nich.
Miała teraz przed sobą trudne dwa tygodnie 

wyczekiwania na odpowiedź. W G Vasey Ltd 
płacili lepiej, niż można to sobie wyobrazić, a 
praca wydawała się naprawdę ciekawa. 
Wszystko wskazywało na to, że o ile dostanie 

tę posadę, będzie musiała harować ciężej niż 
kiedykolwiek w życiu i jeszcze potrzebny jej 
będzie pomocnik.

background image

Wiadomość o tym, że została przyjęta, 
podziałała jak balsam na jej zranioną dumę - 
do tego stopnia, że w dniu, kiedy miała zacząć 
pracę, omal nie zapomniała skręcić włosów w 

ciasny kok i włożyć okularów.
Powoli jednak doszła do siebie i przypomniała 

sobie wszystko. Odpowiednio przygaszona, do 
tego stopnia nawet, że ukryła zgrabną figurkę 
pod luźnym strojem, wyruszyła w stronę G 
Vasey Ltd. Poranek spędziła na 

zaznajamianiu się z biurem i jego 
pracownikami. Przede wszystkim jednak 
zawarła znajomość z Jimmy Webbem, swym 
siedemnastoletnim asystentem, który okazał 

się prawdziwą kopalnią informacji o wszyst-
kim, co dzieje się wokoło.

Od niego też usłyszała niezbyt pomyślną 
nowinę, że Vasey został kilka miesięcy temu 
wchłonięty przez giganta Massingham 
Engineering. Leith natychmiast poczuła, że 

musi bardzo troszczyć się o swą pracę i 
pamiętać, że bez niej nie będzie w stanie 
spłacić swej części hipoteki.

background image

- Nie wiesz przypadkiem, czy... ktokolwiek z 
pracowników Massinghama przyjedzie tutaj? 
- zapytała Jimmy'ego, starając się stłumić 
niepokój. Zbyt dobrze orientowała się w 

zarządzaniu firmą, by nie wiedzieć, że 
pracownicy Vaseya nie utrzymają się, jeśli 

Massingham będzie w stanie wykonać tę 
pracę zatrudniając swoich ludzi.
- Massingham z całym interesem przenosi się 
na północ - poinformował ją wszechwiedzący 

Jimmy.
- Fabryka, biura, wszystko. Chodzą słuchy, że 
sprzedał już swoje zakłady tutaj i stworzył 
tam solidną bazę ekonomiczną. Tu przyjadą 

jedynie ludzie potrzebujący bazy w Londynie.
Chwilowo uspokojonej Leith opadły skrzydła.

- To znaczy kto? - zapytała z udaną 
obojętnością.
- Same grube ryby, jak mi się zdaje, panno 
Everett - odparł wesoło Jimmy. - I to 

nieprędko. Muszą jeszcze skończyć tylną 
przybudówkę i wyłożyć biura dywanami od 
ściany do ściany.
Odetchnęła z ulgą - nie była grubą rybą!

background image

- Wiesz już, jaki będzie kolor dywanów? - 
zażartowała.
Jej asystent wyszczerzył zęby w radosnym 
uśmiechu.

- Mam na imię Leith - dodała, ponieważ była 
od niego starsza tylko o pięć lat. - Czy możesz 

mi teraz udzielić informacji na temat tych 
dokumentów?
Jimmy, nie przestając się uśmiechać, 
przyciągnął swoje krzesło do jej biurka.

W krótkim czasie Leith doskonale 
orientowała się w nowym nabytku 
Massingham Engineering, który najwyraźniej 
na razie zamierzał nadal używać nazwy G 

Vasey Ltd. W kontrakcie, nad którym 
pracował jej poprzednik, znalazła się 

niesamowita bzdura, ale kiedy teczka 
wylądowała na jej biurku, sprawa była już 
zakończona. Nikt jej nie mógł nic zarzucić. 
Nawet Dave Smith, specjalista od 

kontraktów, musiał się z tym zgodzić. 
Niemniej Leith ze swym wysokim poczuciem 
odpowiedzialności stanowczo wolałaby, żeby 

background image

teczka Norwood & Chambers leżała u kogoś 
innego.
Życie potoczyło się teraz gładko i przyjemnie. 
Co prawda, pomimo swego przygaszenia, 

musiała ustawić na właściwym miejscu 
jednego Don Juana z zaopatrzenia, a drugiego 

ze zbytu, ponieważ zachowywali się zbyt 
śmiało, jak na jej upodobania. Ogólnie jednak 
była bardzo zadowolona ze swego losu. 
Pracowała ciężko i była za to odpowiednio 

wynagradzana.
Sprawy domowe szły równie gładko. Życie 
towarzyskie nie było zbyt urozmaicone, ale 
Leith w przeciwieństwie do swego brata, 

miała mniej stadnych instynktów i wolniej 
zawierała przyjaźnie. Co zaś się tyczy 

przyjaźni, Rosemary zdawała się cierpieć co 
najmniej tak samo jak Travis Hepwood. 
Mimo to, kiedy wybrał się on z wizytą do 
Leith i Sebastiana, wpadli na siebie w 

drzwiach zupełnie przypadkowo.
Później Rosemary wyznała Leith, że widok 
Travisa w tak żałosnym stanie poruszył jej 
serce. Nic dziwnego, pomyślała Leith, skoro 

background image

Rosemary nadal dokładała wszelkich starań, 
żeby nie dać ludziom powodu do plotek. 
Najbardziej bała się podejrzenia, iż związała 
się z kimś innym, co dałoby Derekowi 

pretekst do wystąpienia o rozwód z jej winy i 
skompromitowania w oczach rodziców. 

Nieśmiało zapukała do drzwi sąsiadów i 
wprosiła się na kawę wiedząc, że Travis jest 
w środku.
Po tym dniu Rosemary przyjęła jeszcze dwa 

zaproszenia na kawę do mieszkania Leith i 
Sebastiana. Nie została jednak nigdy nawet 
na kolacji.
Travis za każdym razem był tam także.

Leith pracowała w G Vasey Ltd już dwa 
miesiące,gdy Sebastian z właściwym sobie 

rozmachem wpadł do domu po pracy i 
oznajmił, że w piątek wyjeżdża do Indii na 
wakacje.
- Do Indii! - wykrzyknęła Leith. Słyszała o 

tym po raz pierwszy.
- Na Boga, Leith, to tylko dziewięć godzin 
lotu! Za dwa tygodnie będę z powrotem.

background image

- No to baw się dobrze - odparła, kiedy 
przyszła do siebie i zaczęła pomagać mu w 
pakowaniu...
Kolejna ciężka fala deszczu uderzyła o okna 

mieszkania i wyrwała Leith z ponurego 
zamyślenia. Spojrzała na zegarek i aż się 

skrzywiła. Wielkie nieba, to już po dziesiątej! 
Chyba całe wieki siedzi tu pogrążona we 
wspomnieniach ostatniego roku.
Wstała z fotela i poszła do kuchni nastawić 

mleko na czekoladę. Zastanawiała się, co 
spowodowało ten nagły nawrót wspomnień. 
Nie musiała długo dumać. Główną przyczyną 
jej problemów i cofania się myślami w 

przeszłość, był najdroższy braciszek 
Sebastian, który z właściwą sobie beztroską 

przysłał jej pocztówkę: „Indie są wspaniałe. 
Zostaję. Wiem, że dasz sobie radę."
W pierwszej chwili lekkomyślność brata 
rozzłościła ją. Oczywiste było, że nie zamierza 

płacić rat ani przez bank, ani w jakikolwiek 
inny sposób. Zadzwoniła do rodziców i 
dowiedziała się, że oni także dostali wiado-

background image

mość od Sebastiana. A kiedy jej matka 
zaczęła:
- Czy to nie podniecające? - Leith wiedziała 
już, że jeśli oczekuje poparcia, traci czas.

- Będzie mógł robić w Indiach cudowne 
zdjęcia, prawda? - kontynuowała matka i 

dopiero pod sam koniec rozmowy 
zainteresowała się hipoteką: - Ale przed 
wyjazdem uporządkował chyba swoje sprawy, 
nieprawdaż, kochanie?

Dla matki świat zaczynał się i kończył na 
Sebastianie, zawsze będzie go bronić. Poza 
tym rodzice bardzo pomogli im w urządzaniu 
mieszkania tuż po przeprowadzce, 

ofiarowując meble, wykładziny i inne 
potrzebne rzeczy. Naprawdę nie wypadało 

prosić ich, by pokryli wysoki dług hipoteczny 
Sebastiana.
- Znasz Sebastiana - oznajmiła więc niedbale, 
wiedząc, że matka widzi jedynego syna przez 

najbardziej różowe z różowych okularów.
Mleko zawrzało i Leith zaczęła 
przygotowywać sobie filiżankę czekolady, 
kiedy zabrzmiał dzwonek u drzwi. Nie 

background image

wiadomo dlaczego pomyślała natychmiast, że 
to Sebastian, chociaż on miał własny klucz. 
Chyba ten nieszczęsny dług gnębił ją zbyt 
mocno, skoro wierzyła, że samą myślą 

sprowadzi brata do domu.
Otworzyła drzwi - nie, to nie był Sebastian.

- Travis! - wykrzyknęła. Wyglądał strasznie i 
był kompletnie pijany. Zauważyła, że ocieka 
wodą.
- Wejdź - powiedziała zrezygnowana. Pomogła 

mu dojść do kuchni, posadziła przy stole,
a sama poszła po ręcznik.
- Przyszedłeś tu pieszo? - zagadnęła, kiedy 
wycierał twarz i włosy. Miała nadzieję, że nie 

prowadził samochodu w takim stanie.
- Stałem na zewnątrz całe wieki... chciałem 

wejść, a wiedziałem, że nie powinienem...
- Rosemary nie ma - cicho powiedziała Leith. - 
Wyjechała na weekend do rodziców.
Travis wydał z siebie potężne westchnienie.

- Na to wygląda - odparł i mięśnie jego twarzy 
zadrżały, jakby z całych sił walczył z 
załamaniem. Opanował się z trudem i wciąż 
zdenerwowany wyjawił:

background image

- Wczoraj... wszystko się we mnie nagle 
zagotowało i pomyślałem... pomyślałem, że 
nie wytrzymam związku, który... że nie mogę 
kochać kogoś, kto wprawdzie mnie także 

kocha i wiem o tym, ale kto ma to 
swoje...wychowanie, przesady, rodziców, 

konwenanse... boi się skandalu... 
przyzwoitość... nazwij to, jak chcesz. Dużo 
przeszedłem.
Leith wzięła z jego rąk zwinięty w kulę 

ręcznik i pomyślała, że kubek mocnej kawy 
dobrze by mu zrobił. Alkohol rozwiązał 
Travisowi język, mówił nieprzerwanie. 
Postawiła przed nim kawę, a on wyrzucał z 

siebie wszystko, co rozdzierało mu serce od 
chwili, gdy jego oczy po raz pierwszy spoczęły 

na Rosemary. Leith nie czuła zakłopotania, 
jedynie smutek, że miłość do jej przyjaciółki 
doprowadziła Travisa do tego stanu. Bojąc się 
stracić nawet tę drobną szansę, jaką miał u 

Rosemary, milczał, choć chciałby krzyczeć o 
swej miłości na cały świat. Tak bardzo 
pragnął opowiedzieć o niej swojej rodzinie, ale 
Rosemary zamierała w strachu na samą 

background image

wzmiankę o takiej możliwości. Wreszcie 
przyrzekł jej uroczyście, że poza tym domem 
imię jej nigdy nie padnie z jego ust.
- Wczoraj wreszcie poczułem, że zwariuję, 

jeśli coś się nie zmieni. Zadzwoniłem do niej i 
powiedziałem, że chcę z nią porozmawiać na 

osobności - zamilkł, myślami błądząc o całe 
mile stąd.
- Rosemary nie chciała się z tobą spotkać? - 
domyśliła się Leith.

Potrząsnął głową.
- Idiota ze mnie. Byłem na tyle głupi, żeby 
nalegać, chciałem ją przyprzeć do muru i 
powiedziałem... powiedziałem... o Boże, 

musiałem zupełnie zwariować... że jeżeli nie 
mogę zobaczyć się z nią na osobności, to nie 

chcę jej już nigdy widzieć.
- Och,Travisie - współczująco szepnęła Leith. 
- A co na to Rosemary?
- Nic - odparł drżącym głosem. - Odłożyła 

słuchawkę, a ja zrozumiałem - odetchnął 
spazmatycznie - że wszystko skończone.
- Tak mi przykro - były to jedyne słowa, które 
przyszły jej na myśl. Nagle Travis dźwignął 

background image

się z miejsca i zaczął mamrotać coś o powrocie 
do Essex.
- Gdzie twój samochód? - zawołała z 
niepokojem, kiedy zrobił kilka niepewnych 

kroków w stronę drzwi.
- Na zewnątrz... jak mi się zdaje.

Deszcz wciąż bębnił o szyby i Leith szybko 
podjęła decyzję. To naprawdę nie była noc, w 
którą można było wypuścić zamroczonego 
alkoholem przyjaciela. A już na pewno nie 

powinien prowadzić samochodu w takim 
stanie.
- Lepiej odpocznij trochę - powiedziała, 
prowadząc go do pokoju. Był jej za to 

wdzięczny, sądząc po tęsknym spojrzeniu, 
jakie rzucił w stronę kozetki.

- O, tym razem chyba znajdzie się coś 
lepszego - zauważyła i wymanewrowała go z 
salonu do sypialni Sebastiana.
W kwadrans później Travis spał słodko, jak 

niemowlę. Leith pomogła mu zdjąć 
marynarkę, krawat i buty, mając jedynie 
nadzieję, że nic mu nie będzie, jeśli prześpi 
się w wilgotnych spodniach i koszuli. Okryła 

background image

go kołdrą, a marynarkę powiesiła na 
wieszaku w przedpokoju, obok myśliwskiego 
kapelusza, który Sebastian zostawił przed 
wyjazdem do Indii.

Sama także położyła się do łóżka. W sumie 
nie był to aż tak nudny wieczór, pomyślała z 

ironicznym humorem, który jednak zniknął 
jak zdmuchnięty, gdy powróciła myśl o 
hipotece.
Usiłowała zająć głowę czymś innym, 

rozmyślając nad swą pracą u Vaseya. Dobrze 
się złożyło, że Jimmy Webb jest jej 
asystentem. Wspomnienie Jimmy'ego 
przywiodło jej na myśl piątkową informację - 

Jimmy zarzekał się, że to święta prawda - że 
grube ryby od Massinghama już w 

poniedziałek przeprowadzają się do nowego 
skrzydła. A to nie wszystko. Jeśli wierzyć 
Jimmy'emu, przeprowadzał się tam także 
sam wielki Massingham, władca całego 

imperium.
Leith nie sądziła, że kiedykolwiek spotka 
człowieka tak wysoko postawionego. Miała 
jedynie nadzieję, że jej posada jest 

background image

bezpieczna. Smutno wyglądałaby jej część 
hipoteki, gdyby straciła tę dobrze płatną 
pracę. O części Sebastiana lepiej w ogóle nie 
wspominać.

Myśli zaczęły jej umykać i mocno zasnęła. 
Obudził ją natarczywy dźwięk dzwonka, 

który ktoś bez przerwy naciskał. Zaspana 
wstała z łóżka, po drodze owijając się 
szlafrokiem i zapalając światła.
- Co się dzieje, do licha? - zwróciła się z 

gniewem do stojącego w drzwiach wysokiego, 
ciemnowłosego nieznajomego.
Nie odpowiedział, zdjął tylko palec z 
przycisku dzwonka i przyglądał się jej bez 

uśmiechu, obejmując spojrzeniem potargane 
kasztanowe włosy i śliczną, zaróżowioną od 

snu twarz. Obserwował jej delikatne rysy, 
przesuwając przenikliwy wzrok po zgrabnej 
figurze, uwydatnionej przez bawełniany 
szlafrok. Swą niespieszną inspekcję zakończył 

na obnażonych palcach stóp Leith.
Ona jednak miała dość. Nikt nigdy nie 
przyglądał się jej tak dokładnie.

background image

- Dobranoc - prychnęła i chciała zatrzasnąć 
mu drzwi przed nosem... ale zablokował je 
stopą.
- Co... - zaczęła, już zupełnie trzeźwa, czując 

pierwsze dotknięcia zimnych igieł strachu.
- Szukam Travisa Hepwooda - wycedził wyso-

ki mężczyzna. Choć nie wyglądał przez to ani 
trochę łagodniej, znajome nazwisko 
zmniejszyło jej lęk.
- Travis... - urwała, czując jak jej wrodzona 

rezerwa rozpływa się bez śladu. Nagle 
zapragnęła chronić Travisa, który nie był w 
stanie sam obronić się przed tym 
człowiekiem, najwyraźniej wściekłym z 

jakiegoś powodu. Na to przynajmniej 
wyglądał.

- Po co? - zawołała ostro, a kiedy nie uzyskała 
odpowiedzi, dodała: - Kim pan jest?
Nie dowiedziała się wprawdzie nazwiska 
nocnego gościa, ale doznała ulgi, kiedy 

odpowiedział:
- Jestem jego kuzynem. - I dodał, rozpraszając 
resztę jej wątpliwości: - Gdyby cię to 
interesowało, jego matka odchodzi od 

background image

zmysłów ze strachu o niego. To ona mnie tu 
przysłała.
Myśli Leith natychmiast skupiły się na jej 
własnej matce, która, gdyby chodziło o 

Sebastiana, też szalałaby z niepokoju.
- Proszę, niech pan wejdzie - odezwała się i 

cofnęła do przedpokoju. Mężczyzna, który na 
oko miał około trzydziestki, wszedł do środka. 
Jego oczy natychmiast powędrowały do 
wieszaka na płaszcze. Domyśliła się, że 

rozpoznał wiszącą tam marynarkę.
- Gdzie twoja sypialnia? - rzucił ostro.
Usta Leith otworzyły się ze zdumienia: ten 
facet myśli, iż spała z Travisem. W tej samej 

chwili doszła do wniosku, że ma już 
serdecznie dość pyskatego gościa. Próbowała 

jedynie pomóc Travisowi w ciężkich chwilach 
i proszę, jaka ją za to spotyka nagroda!
- A kto powiedział, że on chce wyjść? - 
warknęła, kiedy gwałtownie zerwał 

marynarkę z wieszaka.
Kuzyn jednak miał wstręt do odpowiadania 
na pytania inne niż te, które sam uważał za 
stosowne. Zignorował ją i agresywnie zapytał:

background image

- Naprawdę zależy ci na Travisie?
- Nie mam najmniejszego zamiaru wychodzić 
za niego, jeśli o to panu chodzi - odparła 
najspokojniej, jak mogła. Domyśliła się, że 

została posądzona o pobudki wyłącznie 
materialistyczne. Ktoś przecież musiał 

zapłacić za to eleganckie mieszkanie w dobrej 
dzielnicy. Kuzyn, zdaje się, wiedział 
dokładnie, kto wykłada pieniądze na ten cel.
Furia, jaką wywołał w niej ten diaboliczny 

facet, osiągnęła szczyt, kiedy zwrócił się po 
raz kolejny:
- Przyczepiłaś się do niego na chwilę, bo 
regularnie płaci czynsz, co? - syknął, tak 

przekonany o słuszności swego domysłu, że 
nawet nie zażądał odpowiedzi.

Mimo to odpowiedziała:
- Nie wynajmuję tego mieszkania. Kupuję je! - 
rzuciła. Nigdy dotąd nie spotkała równie 
obrzydliwego typa. Jednym tchem rzuciła mu 

w twarz informację, ile wynosi hipoteka 
mieszkania i już chciała dać upust kolejnej 
fali wściekłości, kiedy wpadł jej w słowo:
- Masz jakiś własny dochód?

background image

Wyraźnie dawał do zrozumienia, że ma prawo 
to wiedzieć!
- Pracuję! - syknęła Leith, mierząc go 
nieprzyjaznym wzrokiem, a jej zielone oczy 

ciskały błyskawice.
- Pracuję, cholernie ciężko haruję na każdego 

pensa, jakiego dostaję!
Objął aroganckim spojrzeniem jej płonącą 
twarz.
- Święcie w to wierzę - oznajmił zwięźle i 

wyniośle. Nigdy dotąd Leith nie miała takiej 
ochoty kogoś uderzyć. Odwróciła się szybko i 
pomaszerowała do pokoju Sebastiana. Kuzyn 
Travisa podążył za nią. Leith szybko zapaliła 

światło. Travis poruszył się we śnie i otworzył 
jedno nieprzytomne oko. Wzrok Leith jednak 

powędrował w bok. Widocznie w ciągu nocy 
zrobiło mu się gorąco i w zamroczeniu pozbył 
się ubrania, które leżało teraz na podłodze.
Znowu spojrzała na łóżko, kiedy kompletnie 

ogłupiały i zdezorientowany Travis 
wymamrotał:
- Skąd ja się tu wziąłem?

background image

Stojący u jej boku mężczyzna natychmiast 
rozpoznał i ocenił kondycję kuzyna:
- Sądząc po stanie, w jakim się znajduje – 
zauważył - niewiele dziś miałaś z niego 

pożytku.
Leith nabrała szczerej chęci, żeby mu 

przyłożyć i chyba zrobiłaby to, gdyby nie 
przesunął się w stronę łóżka.
- Czas do domu, staruszku - odezwał się 
łagodnie.

Wyniosła się do kuchni, z niedowierzaniem 
stwierdziła, że jest czwarta rano, i starannie 
zamknęła za sobą drzwi. Wkrótce jednak jej 
myśli podążyły w kierunku mężczyzny, który 

o tej porze wdarł się do jej mieszkania.
Ze sposobu, w jaki ten ohydny typ odzywał się 

do Travisa, wynikało, że rzeczywiście są 
krewnymi. Nie usprawiedliwiało to jednak 
wcale jego zachowania w stosunku do niej. 
Jak śmiał zwracać się do Leith jak do 

podrzędnej dziwki chwytającej się życiowej 
szansy!
Znowu nią zatrzęsło, ale nie ruszyła się z 
miejsca, dopóki nie usłyszała odgłosu 

background image

zamykanych drzwi. Smuciło ją wprawdzie, że 
może już nigdy nie zobaczyć Travisa, jeśli jego 
związek z Rosemary naprawdę jest 
skończony, ale o wiele bardziej cieszyła się z 

faktu, iż na pewno nigdy już nie ujrzy jego 
nadętego kuzyna.

Upewniła się, że jest w domu sama i nagle 
stwierdziła, że spotkanie z tym mężczyzną, 
choć niemiłe, doprowadziło ją do stanu 
dziwnego podniecenia.

ROZDZIAŁ DRUGI
W niedzielny poranek Leith wstała z łóżka 

niepewna, czy nocna wizyta po prostu jej się 
nie przyśniła. Zajrzała do pokoju Sebastiana. 

Był pusty, ale w łóżku niedawno ktoś spał. A 
zatem to wcale nie był sen.
Zajęła się codziennymi sprawami, ale myśli 
jej wciąż krążyły wokół kuzyna Travisa. 

Nawet gdyby był tylko snem, to wystarczająco 
koszmarnym. Ale... Przypomniała sobie 
idiotyczne wrażenie, że spotkanie pozostawiło 

background image

ją całą drżącą. Absurd. Jeśli w ogóle drżała, 
to na pewno wyłącznie ze złości.
Wbrew swojej woli myślała o tym paskudnym 
facecie przez cały lunch, a także potem. Z 

tego, co mówił, wynikało, że przyszedł szukać 
u niej Travisa na prośbę pani Hepwood. Ale 

na litość boską, skąd wiedział, gdzie szukać? 
Dlaczego ten ciemnowłosy mężczyzna nie 
poszedł do mieszkania Rosemary, tylko tu!? I 
jeszcze, jak sobie przypomniała, przekonany 

był, że Travis z nią sypia. Co za ohydny 
potwór!
Kiedy ciągle jeszcze zastanawiała się, jaki to 
genialny węch doprowadził agresywnego 

samca do jej drzwi, na jej progu stanął 
niezmiernie zakłopotany Travis. Wygląda jak 

upiór, pomyślała, zapraszając go do środka.
- Nie zabawię długo-zastrzegł się szybko, 
mimo to wszedł do salonu. Poprosiła, by 
usiadł.

- Przyszedłem po samochód, ale nie mogłem 
odjechać bez uprzednich przeprosin za moje 
zachowanie zeszłej nocy - oznajmił.

background image

- Zachowywałeś się całkiem dobrze – 
uśmiechnęła się Leith, współczując mu całym 
sercem. Był teraz spokojny, pełen godności, 
ale musiał bardzo cierpieć. Jego uczucia były 

wystawione na razy od chwili, gdy ujrzał swą 
ukochaną Rosemary.

- Miła jesteś - odparł bez uśmiechu. - 
Straciłem wątek, ale jakieś strzępki sobie 
przypominam.
Przez chwilę wydawał się błądzić myślami 

gdzieś daleko, po czym znów przypomniał 
sobie, gdzie jest.
- Chyba urwał mi się film i to już w piątek, 
kiedy Rosemary zerwała ze mną. Wtedy 

byłem jeszcze trzeźwy...
Leith poczuła się winna, ponieważ to ona do-

prowadziła do ich spotkania. Rosemary 
kochała go, to nie ulegało wątpliwości, ale 
miała swoje własne, prywatne piekiełko, w 
którym jej miłość do Travisa walczyła o lepsze 

z przesądami, w jakich została wychowana.
Nie była w stanie powiedzieć ani jednego 
pocieszającego słowa o ich przyszłości, 
ograniczyła się więc do pytania:

background image

- Czujesz się dzisiaj choć trochę lepiej?
- A jak wyglądam? - zapytał, tym razem z 
ledwie widocznym cieniem uśmiechu. - Nie, 
lepiej nie odpowiadaj! Moja matka twierdzi, 

że nawet głodny kot nie miałby na mnie 
apetytu.

- Matka bardzo martwiła się o ciebie - 
zauważyła Leith, przypominając sobie, że 
gdyby pani Hepwood nie odchodziła od 
zmysłów, ona sama nigdy nie miałaby okazji 

gościć, wbrew sobie, jego złośliwego i 
pyszałkowatego kuzynka, do tego o czwartej 
rano.
- Jestem jej najmłodszym synem - odparł 

Travis. Miało to chyba wyjaśnić, dlaczego 
matka tak niepokoi się o niego.

- Masz brata? - zapytała.
- Nawet dwóch, Hugo i Willa, ale obaj są 
żonaci i mają rodziny na utrzymaniu. Ojciec 
jest wspaniały, ale w trudnych chwilach 

działamy na siebie jak czerwona płachta na 
byka. Dlatego matka, naturalnie, od razu 
zwróciła się do Naylora.

background image

- Naylor to ten twój kuzyn... kawaler?-
dopytywała się Leith, wciąż nie rozumiejąc, 
dlaczego Naylor był osobą, do której 
naturalnie zwróciła się pani Hepwood.

- Właśnie - powiedział Travis. - Chociaż dla 
mnie jest on po prostu jak jeszcze jeden brat. 

- I tonem wyjaśnienia dodał: - Jego rodzice 
zginęli w wypadku tego samego roku, kiedy ja 
się urodziłem. Matka była bardzo 
przywiązana do swojej siostry, matki 

Naylora, i nalegała, żeby zamieszkał właśnie 
z nami.
- Rozumiem. - Leith uznała, że uchwyciła 
znaczenie słowa „naturalnie". -Naylor nadal 

mieszka z wami i kiedy twoja matka...
- Matka byłaby święcie obrażona, gdyby nie 

uważał Parkwood za swój dom, ale teraz ma 
mieszkanie w Londynie... Wciąż jednak często 
do nas przyjeżdża i regularnie dzwoni, żeby 
sprawdzić, czy wszyscy są zdrowi. - Leith nie 

mogła uwierzyć, że ten troskliwy kuzyn 
Naylor i agresywny brutal, z którym miała do 
czynienia ostatniej nocy, to jedna i ta sama 
osoba, kiedy Travis wyznał: - To matka 

background image

zadzwoniła do niego w piątek i chyba 
powiedziała mu... tak mi się zdaje... coś, co ja 
sam powinienem był zauważyć, ale byłem za 
bardzo zajęty, że bardzo martwi się o mnie od 

pewnego czasu. Naylor pojechał wtedy do 
Parkwood.

- I widziałeś się z nim w piątek wieczorem, po 
rozmowie z Rosemary.
- Nie - spokojnie zaprzeczył Travis. - Nie 
pamiętam, dokąd poszedłem, ale na pewno 

nie do domu. Przez cały ten czas Naylor 
próbował wyjaśnić matce, że jestem już 
dużym chłopcem, ale kiedy nie pojawiłem się 
także w sobotę, wszelkie wysiłki, żeby ją 

uspokoić, spełzły na niczym. Kiedy minęła 
północ, a mnie wciąż nie było, Naylor wybrał 

się po mnie.
- Powiedziałeś matce o Rosemary...
- Na litość boską, nie! - przerwał oburzony. - 
Rosemary tak się trzęsła o to, żeby rodzina 

nie miała pojęcia o naszej miłości, że 
zachowałem jej nazwisko w najgłębszej 
tajemnicy. Ojciec powiedział zresztą, że w 
pracy idzie mi dobrze, stąd też doszli do 

background image

wniosku, że musi w to być zamieszana 
kobieta, ale...
Tym razem Leith wpadła mu w słowo, 
naprawdę zaintrygowana:

- Ale... jeżeli nikomu nie powiedziałeś o 
Rosemary, to nie podałeś też nikomu jej 

adresu. Jak u licha twój kuzyn wiedział, gdzie 
szukać?
- Nie wiedział. Wściekła determinacja i 
niesamowite szczęście zaprowadziły go do 

twoich drzwi.
Leith nie była taka pewna tego szczęścia! 
Wolałaby, żeby go nie miał aż tyle, nie 
powiedziała jednak nic na ten temat.

- Jak to? - zapytała jedynie.
- Wygląda na to, że Naylor spędził całe 

godziny na sprawdzaniu moich dawnych 
znajomości bez rezultatu, kiedy ktoś 
przypomniał sobie, że często widywał mój 
samochód przed tym domem. Przyjechał i mój 

samochód stał tu rzeczywiście. Tak mnie 
odnalazł.

background image

Jak wiele potrafi zdziałać odrobina wściekłej 
determinacji, pomyślała Leith, po czym 
zapytała:
- A dlaczego zadzwonił akurat do moich 

drzwi? - przypomniała sobie, jak ten ohydny 
typ naciskał jej dzwonek przez dobrych parę 

chwil. - To nie jest przypadek, żeby w całym 
bloku trafić na to jedno, jedyne mieszkanie, w 
którym akurat byłeś.
- To nie przypadek, po prostu kolejny łut 

szczęścia. Nie wszystko pamiętam z 
przebiegu ostatniej nocy, ale wydaje mi się, że 
miałem wtedy odrobinę... hm... zachwianą 
równowagę. W takim stanie musiałem 

niechcący upuścić kluczyki od samochodu. 
Naylor wszedł do budynku i właśnie zaczął 

mnie szukać, kiedy zobaczył na wycieraczce, 
tuż pod twoimi drzwiami, komplet kluczy. 
Rozpoznał je po breloczku z alzackich winnic. 
- Wstał, zbierając się do wyjścia i dodał 

serdecznie: - Dziękuję, że zaopiekowałaś się 
mną ostatniej nocy, Leith.
- A od czego są przyjaciele? - uśmiechnęła się, 
odprowadzając go do drzwi.

background image

- Wybaczyłaś mi zatem?
- Oczywiście - zapewniła go wesoło, ale, 
tknięta nagłą myślą, zapytała jeszcze: - Czy... 
wyjaśniłeś może kuzynowi, że nie jestem 

twoją przyjaciółką... to znaczy, dziewczyną?
- Nie mogłem. Bałem się, że powiem za dużo i 

wspomnę o Rosemary i... - Travis urwał, po 
czym zapytał szybko: - Czy Naylor... 
zachowywał się uprzejmie ostatniej nocy?
- Uprzejmie? - zdziwiła się Leith.

- Pomyślałem sobie... wiesz, on potrafi 
czasami być... gwałtowny. Jeżeli myślał, że 
ty... - zawiesił głos. Wydawał się w tej chwili 
tak znużony i wyczerpany, że Leith nie miała 

serca powiedzieć mu, jak brutalnym draniem 
okazał się jego kuzyn.

- Był czarujący - skłamała bez żalu. Widać 
było, że mu ulżyło.
Następnego dnia zdążyła już dojść do siebie 
po tych niezwykłych wydarzeniach. Kiedy 

jednak ubrana w plisowaną spódnicę i 
obszerny żakiet jechała do pracy, myśli o 
kuzynie Naylorze, bo tak go teraz nazywała, 

background image

bez przerwy krążyły gdzieś na granicy 
świadomości.
Miała go przed oczami, kiedy skręcała na 
parking dla pracowników. „Gwałtowny" to 

było za słabe określenie jego zachowania! 
Oczywiście, jeśli ktoś spędził pół nocy na 

ulewnym deszczu w poszukiwaniu Travisa, 
na pewno nie mógł tryskać humorem. Zwłasz-
cza jeśli był to kuzyn Naylor.
W myślach cieszyła się - dobrze mu tak, 

szkoda, ze nie było oberwania chmury z 
huraganem - gdy nagle, po drugiej stronie 
parkingu, gdzie zwykle ustawiali swe wozy 
szefowie firmy, ujrzała nowy samochód. I to 

jaki! Jaguar był długi, smukły i jakby wprost 
z fabryki. Leith wysiadła z małej, wcale nie 

smukłej i pamiętającej lepsze czasy mini. 
Wtedy przypomniała sobie, ze dziś właśnie 
miały sprowadzić się tu wszystkie grube ryby 
od Massinghama.

Ruszyła w stronę biura. O ile Jimmy mówił 
prawdę- a jego źródła zwykle były pewne - 
pan Massingham również miał przyjechać. 

background image

Leith miała dziwne przeczucie, że jaguar 
należy właśnie do niego.
Wchodząc powiedziała „dzień dobry" kilku 
pracownikom, po czym skierowała się do 

biura swego kierownika działu, Roberta 
Drewera. Po drodze doszła do budującego 

wniosku. Nic dziwnego, że firma Massingham 
jest tak potężna i sprawna. Nie każdy szef 
przybywa do pracy jeszcze przed swoimi 
pracownikami. Ten facet musi być 

pracoholikiem!
Po krótkiej dyskusji z Robertem Drewerem 
zabrała kilka dokumentacji i przeszła do 
swojego pokoju, do którego właśnie wszedł 

także jej asystent.
- Dzień dobry, Jimmy - przywitała go. - 

Wygląda na to, że będzie masa roboty!
- A co nowego poza tym? - zapytał wesoło.
- Możesz połączyć mnie z Greatrix? - 
poprosiła i poprawiając rogowe okulary na 

nosie dodała: - Masz ładny krawat!
- Na cześć nowych kolegów - wyszczerzył 
zęby.
- Kto wie, może przyjdą nas sobie obejrzeć?

background image

Leith zabrała się do roboty, szczerze 
powątpiewając, czy obejrzą nowych kolegów 
choćby z daleka, uśmiechnęła się jednak na to 
niedbałe określenie wyższych rang.

Pomyliła się jednak, sądząc, że nie spotkają 
nikogo z nowego skrzydła. Około jedenastej 

wróciła do biura po krótkiej konsultacji z 
Dave'em Smithem i wtedy Jimmy oznajmił 
tryumfalnie:
- Wiedziałem, że nie na próżno wkładam 

krawat! Mieliśmy gościa!
- Kogoś z Massingham? - zapytała zaskoczona 
Leith.
- Samego szefa we własnej osobie! - odparł.

- Pana Massinghama? - dopytywała się, nie 
kryjąc zdumienia.

- Jak Bozię kocham! Przyszedł z kimś z kadr i 
panem Cathamem - ciągnął Jimmy, 
wspominając nazwisko szefa Vasey. - Pan 
Massingham chciał nie tylko spotkać się z 

wszystkimi kierownikami, ale także obejrzeć 
sobie każde biuro!
Leith żałowała trochę, że nie udało jej się 
zobaczyć szefa, ale wróciła do pracy. Była 

background image

jedynie małym kółeczkiem w ogromnej 
machinie i pan Massingham na pewno nie 
przyjdzie po raz drugi, a nawet jeśli ma dobrą 
pamięć do twarzy i tak nie będzie pamiętał, z 

kim się spotkał, a z kim nie.
Wkrótce potem tak zajęła się swoją pracą, że 

posłała Jimmy'ego po jakieś papierzyska i 
zapomniała zupełnie o panu Massinghamie.
Stała zwrócona plecami do drzwi, szukając w 
szafie potrzebnych papierów, kiedy usłyszała, 

że ktoś wchodzi do pokoju.
- Dobra, Jimmy - powiedziała, nie odrywając 
wzroku od trzymanych w dłoni dokumentów. 
Miała zamiar dodać jeszcze, że zaraz zabiorą 

się do rozpracowywania materiałów, które 
przyniósł, kiedy odezwał się jakiś głos, ale 

zdecydowanie nie był to głos Jimmy'ego.
- Leith Everett? - zapytał. Był wybitnie męski 
i na pewno nie należał do żadnego z 
pracowników biura... choć chyba go gdzieś 

słyszała i to zupełnie niedawno.
Powoli odwróciła się i podniosła głowę. I po 
raz drugi, od chwili poznania tego człowieka, 
otworzyła usta ze zdumienia. Szok 

background image

zamurował ją kompletnie, patrzyła 
nieruchomo na ciemnowłosego, ciemnookiego 
mężczyznę, który także zdawał się nie 
wierzyć własnym oczom.

- Bogowie - mruknął. - To nie możesz być ty!
- C-co pan tu robi? - wykrztusiła.

Już przedtem zorientowała się, że mężczyzna, 
którego przezwała Kuzynem Naylorem, 
odpowiada tylko na te pytania, które sam 
uzna za stosowne. Teraz także pozwolił, by jej 

pytanie zawisło w próżni. Podszedł bliżej, 
objął uważnym wzrokiem jej gładko 
ściągnięte do tyłu włosy i bez słowa zerwał jej 
z nosa okulary. Wyglądało na to, że chce 

sprawdzić, czy jej zielone oczy mają ten sam 
kolor, jaki miały we wczesnych godzinach 

niedzielnego poranka.
- Niech mnie piorun strzeli, ale wszystkich 
nabrałaś! -rzucił bezczelnie, wtykając jej 
okulary do ręki.

- A to co ma znaczyć? - zapytała wyzywająco.
- Nie mogę pojąć, jakim szatańskim cudem 
przez ten krótki czas, od kiedy tu pracujesz, 
zarobiłaś sobie na przezwisko Panny 

background image

Lodowatej - raczył odpowiedzieć wreszcie na 
jedno z jej pytań, choć nie była to miła 
odpowiedź.
Leith już chciała odpowiedzieć ozięble, że jest 

tu wyłącznie po to, by pracować, a nie 
flirtować z każdym, kto ma na to ochotę, 

kiedy nagle dotarł do niej prosty fakt, że 
skoro Naylor wie, jak długo tu pracuje, to 
znaczy, że ktoś z kadr lub pan Catham 
przedstawił mu w skrócie każdego 

pracownika.
- Czy ty... - zaczęła, ale wciąż nie chciała 
uwierzyć w to, co stawało się coraz bardziej 
oczywiste. - Ty nie możesz być... - spróbowała 

jeszcze raz. Znowu nabrała ochoty, żeby mu 
przyłożyć, kiedy na jego twarzy pojawił się 

drwiący wyraz.
- O, sądzę, że raczej jestem - wycedził i 
przedstawił się na wypadek, gdyby jeszcze to 
do niej nie dotarło:

- Jestem Naylor Massingham.
Żadne z nich nie wyciągnęło dłoni, więc dodał 
jeszcze:

background image

- Możesz mówić do mnie: „proszę pana". 
Niedoczekanie!
- A więc... - ciągnął, lustrując ją bezlitośnie. 
Jego wzrok na pewno nie ominął niczego, a 

zwłaszcza iskierek gniewu w jej oczach. - A 
więc powiedz mi, co taka miła dziewczynka - 

zaakcentował ironicznie - jak ty robi w takim 
miejscu?
Leith aż się zagotowała pod smagnięciami 
jego sarkastycznych uwag, ale starała się 

opanować. On jednak zdawał się czerpać 
piekielną radość ze znęcania się nad nią i 
Leith poczuła, że nie jest już w stanie 
pozostać pasywną, pokorną i cichą, zwłaszcza 

kiedy zachęcony jej milczeniem podjął swe 
rozważania.

- Płacą ci dobrze, jestem tego pewien, ale ty i 
tak...- objął spojrzeniem jej kostium, który 
wprawdzie maskował figurę, ale był drogi i w 
dobrym gatunku -... tyrasz pewnie po 

godzinach, żeby spłacić to kosztowne 
mieszkanie...

background image

- Jak spłacam moją hipotekę, to wyłącznie 
moja sprawa - odparowała Leith, tym razem 
naprawdę dotknięta do żywego.
- Nie wtedy, kiedy jest w to zamieszany 

członek mojej rodziny - cisnął jej w twarz już 
bez śladu szyderstwa.

- To nie dotyczy... - urwała. Przypomniała 
sobie, że Naylor podejrzewa swego kuzyna 
Travisa o płacenie jej rachunków 
hipotecznych.

- Ale dotyczy mnie! - ostro oznajmił 
Massingham.
- Masz zły wpływ na mojego kuzyna - dodał 
prosto z mostu. - Wczoraj znów przyszedł 

zalany w drobny mak!
- To nie moja wina.

- Chcesz mi wmówić, że nie widziałaś go, 
odkąd niemal wyniosłem go z twojego 
mieszkania?
- Nie, ale...

- Myślę, panno Everett-przerwał jej, zanim 
zdążyła wyjaśnić, że Travis wpadł tylko na 
chwilę, żeby ją przeprosić i zabrać samochód. 

background image

- Sądzę, że w pani interesie leży to, aby już 
nigdy więcej się z nim nie zobaczyć.
- W moim interesie? - powtórzyła, zanim to do 
niej dotarło. - Ja... - wyjąkała. - Pan nie 

może...
Usiłowała nie poddawać się panice. Jeśli 

dobrze zrozumiała - a nie miała pojęcia, czym 
innym mogłaby ją szantażować ta cholerna 
świnia - stawką była jej posada! I nagle 
przyszedł jej z pomocą gniew. Co za 

niesprawiedliwość!
- Moje życie prywatne - oznajmiła sucho, 
wyłącznie dla zasady - nie ma zupełnie nic 
wspólnego z pracą!

Naylor Massingham nawet nie raczył 
dyskutować.

- Tak sądzisz? - zapytał jedynie i wyszedł. 
Leith siedziała, zupełnie oszołomiona, z 
okularami
w dłoni, kiedy w minutę później wpadł Jimmy 

z naręczem papierów, po które go posłała.
- Przepraszam, że to tak długo trwało, 
musiałem czekać, aż Tom skończy rozmowę 
telefoniczną. - Po tych zdawkowych 

background image

przeprosinach już bez ogródek zapytał: - 
Widziałem, jak wychodził stąd pan Massing-
ham. Ominęło mnie coś ważnego?
- W twoim przypadku to po prostu 

niemożliwe, Jimmy - odparła wesoło, wzięła 
od niego papiery i udała, że studiuje je 

uważnie, choć nie docierało do niej ani jedno 
zdanie. „Tak sądzisz?" Massinghama 
brzmiało jej jeszcze w uszach, budząc 
niejasną obawę. Nie zagrzała tu miejsca 

nawet tak długo, jak na ostatniej posadzie, a 
wszystko wskazywało na to, że zaraz znów 
wróci na pozycję czytelniczki ogłoszeń.
Tego dnia potrzebowała wszystkich swych sił, 

żeby skupić się na pracy. Wieczorem jednak, 
kiedy wróciła do domu, mogła zrobić sobie 

filiżankę herbaty i swobodnie pomyśleć - 
oczywiście, o Naylorze Massinghamie.
Dlaczego od razu nie powiedziała mu, że nie 
jest przyjaciółeczką Travisa? I dlaczego, och, 

dlaczego Travis nie wspomniał nawet 
nazwiska swego kuzyna? Mogłaby wówczas 
spytać go, czy Naylor ma coś wspólnego z 
Massingham Engineering... i byłaby 

background image

przygotowana na to, co wydarzyło się dziś 
rano. Mogłaby uporządkować myśli, ułożyć 
sobie, co ma mu powiedzieć, gdyby 
przypadkiem się spotkali. Powiedziałaby mu, 

że jej sąsiadka Rosemary... I nagle 
przypomniała sobie, że istnienie Rosemary 

jest ciągle tajemnicą dla rodziny Travisa. Coś 
ją tknęło. Travis szalał z rozpaczy, że 
Rosemary go rzuciła, ale chyba sam w to nie 
wierzył. Gdyby rzeczywiście był tego pewien, 

na pewno nie ukrywałby jej tak zazdrośnie. 
Gdyby powiedział choć słowo, Rosemary na 
pewno nie chciałaby go więcej widzieć.
Leith zdjęła kostium i ubrała się w dżinsy i 

sweter. Zaraz potem odezwał się telefon. 
Dzwoniła Rosemary.

- U ciebie wszystko w porządku? - zapytała 
szybko Leith, wyobrażając sobie, że Rosemary 
siedzi po drugiej strome korytarza, w jakiś 
sposób unieruchomiona. Zazwyczaj to ona 

pierwsza wracała z pracy i zaglądała do 
Leith, jeśli miała ochotę na pogawędkę.
- Nie wróciłam. Wciąż jestem w Hazelbury - 
odparła Rosemary i wyjaśniła: - Matka nie 

background image

czuje się dobrze i postanowiłam zostać, aż 
będzie jej trochę lepiej. Do pracy już 
dzwoniłam i...
- Przykro mi słyszeć, że twoja matka źle się 

czuje. Co jej jest? - zapytała Leith, pamiętając 
panią Green jako osobę o końskim zdrowiu.

- Po prostu... źle się czuje - odrzekła 
Rosemary. - Nic określonego. Ojciec właśnie 
zabrał ją do lekarza,więc pomyślałam sobie, 
że zadzwonię. To nie znaczy, że nie mogłabym 

dzwonić, gdyby byli w domu - dodała 
pospiesznie, jakby wstydząc się, że robi coś 
ukradkiem.
- Naturalnie-równie szybko odpowiedziała 

Leith.
- Musiałaś po prostu odczekać, aż wrócę do 

domu. Natychmiast pożałowała, że chcąc 
podtrzymać na duchu Rosemary, wspomniała 
o pracy. Myśl o biurze przywiodła 
wspomnienie Naylora Massinghama. Nie-

pokoił ją ten facet.
- No więc, jak się masz? - zapytała, z trudem 
koncentrując się na rozmowie.

background image

- W porządku - westchnęła Rosemary. 
Najwyraźniej nie był to temat, który ją 
interesował. Leith domyśliła się, o kim 
chciała rozmawiać.

- Widziałam się ostatnio z Travisem - 
zaryzykowała.

- Jak on się czuje? - zapytała Rosemary, a 
poruszenie w jej głosie podpowiedziało Leith, 
że cokolwiek mówiła, serce Rosemary wciąż 
należało do Travisa.

- Mówiąc zupełnie szczerze, źle z nim - 
stwierdziła, niechętnie stawiając sprawę na 
ostrzu noża, ale co innego mogła 
odpowiedzieć?

Zapanowało długie milczenie.
- Opiekuj się nim w moim imieniu, Leith - po-

prosiła Rosemary i odłożyła słuchawkę.
Leith nagle poczuła się przygnębiona tą 
rozmową. Oto dwoje dorosłych, zakochanych 
w sobie ludzi, rozdzielonych przez nieugięte 

zasady moralne jednego z nich.
Niemal natychmiast telefon rozdzwonił się 
ponownie. Tym razem był to zaniepokojony 

background image

Travis, który bezskutecznie usiłował się 
dodzwonić do Rosemary.
- Zawsze o tej porze jest już w domu po pracy 
- zaczął. - Czy mogłabyś...

- Przed chwilą dzwoniła - wpadła mu w słowo 
Leith.

- Jak ona się czuje?
- W porządku. Jej matka jest chora... i 
Rosemary zostanie w Hazelbury jeszcze kilka 
dni - szybko uspokoiła go Leith.

Travis milczał przez chwilę, po czym odezwał 
się:
- Czy Rosemary... w ogóle wspomniała o 
mnie?

- Powiedziałam jej, że rozmawiałam z tobą w 
sobotę - odparła.

- Nie powiedziałaś chyba, w jakim byłem 
wtedy stanie? - zawołał, wyraźnie 
zaniepokojony.
- Oczywiście, że nie - zapewniła go 

natychmiast. Było to przykre, Travis wprost 
żebrał o odrobinę pociechy.
- Co mówiła... to znaczy, o mnie? - zapytał.

background image

- Pytała, czy dobrze się czujesz - odrzekła, 
niezbyt pewna, czy powinna ingerować w ich 
sprawy.
- A może coś jeszcze? - Travis domagał się 

więcej. Psiakrew, pomyślała wreszcie. 
Kochają się w końcu, czy nie? 

- Poprosiła mnie, żebym opiekowała się tobą 
w jej imieniu - poinformowała go.
Travis milczał przez chwilę, po czym spytał z 
niedowierzaniem:

- Więc ona nadal mnie kocha, mimo że jestem 
takim idiotą, żeby dawać jej ultimatum - 
wszystko albo nic?
- Nie sądziłam, że w ogóle możesz w to 

wątpić.
- Może... - zgodził się Travis i wyznał jej, jak 

bardzo chciałby zadzwonić do Rosemary do 
Hazelbury. Bał się jednak, że pogrzebałby w 
ten sposób nadzieję na poślubienie jej 
kiedykolwiek. Wpadł w rozpacz, jakby nagle 

oczami wyobraźni ujrzał przygnębiający obraz 
siebie samego, dokonującego żywota bez swej 
ukochanej. Opowiadał o swej samotności, o 
tęsknocie, o tym, że serce pęka mu z 

background image

nadmiaru słów miłości, których nie może 
wypowiedzieć. I nagle, jakby przypomniał 
sobie, że Leith ma się nim opiekować w 
imieniu Rosemary, zaprosił ją na kolację.

- Jeżeli coś ci wypada w tym czasie, to trudno 
-dodał szybko, kiedy nie odpowiedziała 

natychmiast.
Leith milczała jedynie dlatego, że jej mózg 
pracował już na pełnych obrotach. Wydawało 
jej się, że Travis ma ochotę przyjść do niej i 

pogadać trochę na temat Rosemary. Jeszcze 
dzisiejszego ranka nie zastanawiałaby się ani 
chwili... Kiedy jednak odkryła, kim jest 
naprawdę kuzyn Naylor, nie miała wielkiej 

ochoty powierzać swej posady ślepemu losowi. 
A nuż Naylor Massingham będzie przejeżdżał 

pod jej blokiem i zobaczy samochód Travisa 
na parkingu.
- Oczywiście, pójdę z tobą na kolację - 
odpowiedziała, ciągle zbuntowana. - Wezmę 

swój samochód. Gdzie się spotkamy?
Przygotowała się do kolacji w eleganckim 
hotelu z pełną świadomością, że nie może 
postąpić inaczej. Uważała Travisa za swego 

background image

przyjaciela, a poza tym musiała też spełnić 
prośbę Rosemary. Fakt, Naylor Massingham 
oznajmił matce Travisa, że to już duży 
chłopiec, ale biedak cierpiał okropnie, a przy 

tym leczył swoje smutki w sposób, który nie 
potwierdzał jego dorosłości.

Jechała na spotkanie, kiedy przypomniało jej 
się jeszcze jedno zdanie wypowiedziane przez 
Massinghama - tym razem pod jej adresem. 
Pamiętała wrogość w jego głosie, kiedy mówił: 

„Nie mogę pojąć, jakim szatańskim cudem 
przez ten krótki czas, od kiedy tu pracujesz, 
zarobiłaś sobie na przezwisko Panny Lodo-
watej". Nie musiała długo myśleć, skąd wziął 

się ten miły tytuł. Wciąż jeszcze czuła się 
urażona wyrzuceniem z pracy w Ardis & Co. 

za zbytnią poufałość w stosunku do 
kierownictwa, dlatego odprawiła dwóch 
panów z Vaseya, którzy interesowali się 
bardziej jej osobą aniżeli swoją robotą. 

Widocznie sprawa się rozniosła.
Travis wyglądał równie żałośnie, jak wczoraj, 
kiedy przyszedł po samochód.

background image

- Dzięki, że przyszłaś - powitał ją i 
poprowadził z foyer do jadalni. Stamtąd 
kierownik sali powiódł ich do ustronnego 
stolika w kącie sali w kształcie litery L.

- Jak ci minął dzień? - zapytała wesoło i 
pierwsze danie oraz pół drugiego zjadła 

słuchając, jak bardzo Travis musi się teraz 
skoncentrować na swej pracy. Stąd do 
wynurzeń na temat jego i Rosemary droga 
była już bardzo krótka.

Leith kończyła drugie danie, kiedy 
stwierdziła, że Travis już zbyt długo mówi 
ciągle o tym samym i zaczyna się powtarzać. 
Postanowiła zmienić temat.

- Ach, nie powiedziałam ci! - zawołała nagle, 
wpadając mu w słowo. - Wiesz o tym na 

pewno... no, ale ja nie wiedziałam. - A kiedy 
spojrzał na nią zaintrygowany, dodała: - 
Dopiero dzisiaj dowiedziałam się, że twój 
kuzyn Naylor i mój nowy szef to jedna i ta 

sama osoba!
- Naprawdę? - zapytał Travis i po raz 
pierwszy od dawna uśmiechnął się. - Teraz, 
kiedy o tym wspomniałaś, coś mi świta, że 

background image

czytałem o wchłonięciu Vaseya przez 
Massinghama, ale Naylor zawsze wplątuje się 
w jakieś negocjacje, więc pewnie wyleciało mi 
to z głowy.

- Więc on nie opowiada ci o swoich sukcesach?
- Może od czasu do czasu rozmawia o 

interesach z ojcem, dla którego czuje ogromny 
respekt, ale przecież nie mieszka w 
Parkwood, więc rzadko rozmawiamy.
No jasne - kwaśno pomyślała Leith, bez cienia 

sympatii do Naylora Massinghama. - Jakiż on 
czarujący! Wtem, jakby sens rozmowy dopiero 
teraz do niego dotarł, Travis zrobił 
przerażoną minę.

- Czekaj - rzucił szybko. - Chyba nie powiesz 
Naylorowi o Rosemary i o mnie, co? -I zanim 

Leith zdołała wykrztusić choćby słowo, żeby 
go uspokoić, dorzucił: - Nie wiem jeszcze, co 
wyniknie z naszego związku z Rosemary, ale 
ona na pewno ze mną skończy, jeśli dowie się, 

że ktoś jeszcze o nas wie.
- Rosemary zżerają wyrzuty sumienia. Jest 
mężatką, a kocha kogoś innego... no, ale na 
pewno...

background image

- usiłowała przywołać go do rozsądku.
- Przyrzeknij, że mu nie powiesz - przerwał jej 
i Leith już wiedziała, że może zagadać się na 
śmierć, a on i tak będzie obstawał przy 

swoim.
- Pewnie go już i tak nie zobaczę - mruknęła z 

nadzieją w głosie, ale Travis nie był 
zadowolony.
- Dobrze... przyrzekam. Natychmiast się 
rozluźnił.

- Dzięki, Leith - powiedział cicho i dodał 
gorąco:
- Boże, zawsze myślałem, że to cudownie być 
zakochanym. Wiesz co? To po prostu 

męczarnia!
Po chwili milczenia spróbował zmienić temat.

- Miałaś jakieś wieści od Sebastiana? 
Rozmowa o Sebastianie, choć bez 
napomykania
o finansowych problemach, zajęła im czas do 

końca posiłku.
- To była cudowna kolacja - oznajmiła Leith, 
odstawiając filiżankę po kawie i zbierając się 
do wyjścia.

background image

- Cieszę się - odparł Travis i zawołał kelnera, 
żeby uregulować rachunek.
Leith wzięła torebkę. Myślami była już w 
domu. Marzył jej się solidny, ośmiogodzinny 

wypoczynek.
Szli już obydwoje w stronę wyjścia, gdy nagle 

Leith przystanęła jak wryta. Tyle się 
namęczyła, żeby Naylor Massingham nie 
dowiedział się, że zlekceważyła jego 
ostrzeżenie. Mogła nie zadawać sobie tyle 

trudu. Naylor Massingham już wiedział. 
Siedział przy stoliku z piękną blondynką i 
patrzył wprost na Leith!
Jego spojrzenie przeniosło się na Travisa, 

który właśnie stanął u jej boku. Travis także 
spostrzegł kuzyna, choć w jego przypadku, 

zamiast przerażenia, widok ten wywołał 
szczerą radość.
- Naylor!-Travis wyrwał się do przodu, 
chwytając Leith za ramię tak, że musiała iść 

za nim choćby tylko po to, żeby zachować 
twarz i resztki godności.
Musiała przyznać, że szef Massingham miał 
w towarzystwie wspaniałe maniery. Wstał, 

background image

kiedy tylko zbliżyli się do jego stolika. Leith 
widziała, jak omiótł wzrokiem jej obcisłą 
koronkową bluzkę i zgrabnie uwypuklające 
biodra welwetowe spodnie. Nerwowo uniosła 

dłoń do okularów i nagle przypomniała sobie, 
że przecież nie ma ich na nosie, a gdy 

spojrzenie Naylora powędrowało do jej 
lśniących, rozpuszczonych włosów, poczuła się 
zupełnie bezbronna.
- Oczywiście, znasz Leith. - Travis również 

okazał się dobrze wychowany w chwili, kiedy 
najmniej tego oczekiwała. - Właśnie 
powiedziała mi, że pracujecie w tej samej 
firmie - dodał, oczekując, że wszyscy uznają to 

za dobry żart.
- Miło mi panią widzieć, Leith - uprzejmie 

odezwał się Naylor Massingham, ale choć jego 
piękne usta wygięły się w uśmiechu, twarde 
jak stal spojrzenie miało zupełnie inną 
wymowę.

- Mnie również - wymamrotała. Gdy odwrócił 
się by przedstawić swoją towarzyszkę, Olindę 
Bray, Leith trzęsła się w środku jak galareta. 
Wzrok Naylora jasno dawał jej do 

background image

zrozumienia, że długo już nie popracuje w 
jego firmie.

ROZDZIAŁ TRZECI
Następnego dnia rano, jadąc do pracy, 

zastanawiała się, czy już dzisiaj czeka ją 
wymówienie.
Zaparkowała samochód, nie przestając myśleć 
o długu hipotecznym. W chwili słabości 

uznała nawet, że powinna wbić do głowy 
Naylorowi Massinghamowi, iż nie jest 
przyjaciółką jego kuzyna, a także wyjaśnić, 
jakie są przyczyny ich częstych kontaktów. 

Ale czy on jej na to pozwoli? Przypomniała 
sobie błysk stali w jego oczach i doszła do 

wniosku, że powinna uznać się za szczęściarę, 
jeśli w ogóle da jej dojść do słowa.
Była na siebie zła za samą chęć tłumaczenia 
się przed Naylorem. Przecież pomiatał nią 

bez powodu.
- Cześć, Jimmy - przywitała swego asystenta, 
wchodząc do biura z postanowieniem, że 

background image

będzie pracować tu tak długo, dopóki nie 
usłyszy, że jest zwolniona.
Pomimo buntu, pierwsze godziny pracy 
upłynęły na podskakiwaniu za każdym 

razem, gdy zadzwonił telefon lub otworzyły 
się drzwi. Ciekawe, czy sam ogłosi wyrok, czy 

każe to zrobić personalnemu?
Nadeszło południe, a ona wciąż miała pracę u 
Vaseya i zaczynała już wątpić, czy Naylor 
Massingham będzie chciał ją wyrzucić. 

Wyszła na lunch z uczuciem, że może 
spokojnie patrzeć w przyszłość. Za cóż zresztą 
miałby ją wyrzucić? Jej praca była bez 
zarzutu!

Wróciła z lunchu za dziesięć druga, w 
zupełnie niezłym nastroju. Dokładnie o 

drugiej zadzwonił telefon. Odebrał Jimmy.
- To do ciebie - szepnął, zasłaniając dłonią 
słuchawkę. - Panna Russell.
Nazwisko nic jej nie powiedziało.

- Co za panna Russell? - zapytała.
Przez chwilę zastanawiał się i już myślała, że 
jej wszystkowiedzący asystent zawiódł, kiedy 
wyszeptał:

background image

- Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to panna 
Moira Russell, sekretarka pana 
Massinghama.
- Dzięki - uśmiechnęła się Leith. Jej dobry 

nastrój prysnął. - Leith Everett - 
przedstawiła się, opanowując nerwy.

- O, dzień dobry pani, panno Everett - 
grzecznie powitała ją Moira Russell. - Jestem 
sekretarką pana Massinghama - dodała na 
wszelki wypadek. - Pan Massingham chciałby 

widzieć się z panią...
- Teraz? - zapytała Leith pozornie spokojnym 
głosem, ale serce podskoczyło jej.
- Jest teraz bardzo zajęty. Jeżeli może pani 

nie oddalać się zbytnio i czekać na wezwanie, 
zadzwonię, kiedy uda mu się znaleźć dla pani 

czas - uprzejmie oznajmiła sekretarka.
Leith nie zapytała nawet, po co pan 
Massingham chce się z nią widzieć - nie 
musiała tego robić. Doskonale wiedziała, co 

jej powie.
- Dziękuję, postaram się - odparła równie 
uprzejmie i odłożyła słuchawkę. Aż trzęsła się 

background image

z gniewu, że ten typ wyrzuci ją z pracy, choć 
naprawdę nie ma za co.
Czekała, choć sama nie wiedziała dlaczego. 
Pewnie częściowo z powodu ogromnego długu 

hipotecznego, który ma do spłacenia. A może 
to upór i duma kazały jej czekać na wezwanie 

Moiry Russell. Ta sama duma, która każe jej 
zaraz zapytać Naylora Massinghama, czy ma 
lepszy powód do wyrzucenia jej z pracy niż 
miłosne perypetie jego kuzyna.

Nadeszła trzecia, potem czwarta, a Leith 
wciąż nie otrzymała wezwania i niepokoiła 
się coraz bardziej.
Około piątej zaczęła kląć swego pracodawcę w 

żywy kamień.
- Zostajesz, Leith? - Jimmy wiedział, że Leith 

nie liczy godzin pracy i nieraz zostaje, żeby 
wykończyć jakąś robotę.
- O, niedługo wychodzę - odparła lekko.
- Chcesz, żebym został?

- Idź, idź - odpowiedziała z uśmiechem. - Z 
tym powinnam poradzić sobie sama.
Czy aby na pewno? - zastanawiała się po jego 
wyjściu. Lubiła swoją pracę, potrzebowała jej, 

background image

towarzystwo budowlane, któremu spłacała 
hipotekę, też pewnie wolałoby, żeby 
utrzymała to dobrze płatne zajęcie. Ale nie 
miała pojęcia, jak to zrobić, jeśli ta świnia z 

nowego skrzydła powie jej: wynoś się.
O szóstej, kiedy nawet najwięksi maruderzy 

poszli już do domu, Leith zmieniła zdanie. W 
tej chwili gotowa była dość dokładnie 
powiedzieć Massinghamowi, gdzie ma tę 
posadę. W następnej minucie już zmieniła 

zdanie, ale jedno było pewne: należy zacząć 
działać.
Złapała słuchawkę telefonu. Szybko znalazła 
numer w spisie i - pewna, że Moira Russell 

już dawno poszła do domu - zadzwoniła.
- Sekretarka pana Massinghama - odezwał 

się jasny głos Moiry i Leith pojęła, że, 
podobnie jak szef, Moira pracuje do późna.
- Tu Leith Everett - oznajmiła oficjalnie i, nie 
dając sekretarce dojść do słowa, ciągnęła 

dalej. - Czy może pani przeprosić pana 
Massinghama? Muszę już wyjść... mam 
ważne spotkanie.

background image

Po co dodałam tę ostatnią bzdurę, 
zastanawiała się, kierując się w stronę 
parkingu. Może, mimo osobistego stosunku do 
Naylora Massinghama, uznała, że dobre 

wychowanie tego wymaga?
Wycofywała swój samochód, kiedy spostrzegła 

jaguara, którego po raz pierwszy ujrzała... 
Boże, czy rzeczywiście wczoraj rano? Jeżeli 
należy do Naylora Massinghama, a tego była 
niemal pewna, to znaczy, że jej szef jeszcze 

pilnie pracuje. Doskonale! To go będzie 
trzymać z dala od Olindy Bray!
Wielkie nieba! A to skąd mi się wzięło - 
zdumiała się Leith. Przecież w ogóle jej nie 

obchodzi, z iloma przepysznymi blondynkami 
się spotyka!

Nie była bardzo głodna, ale po powrocie 
zrobiła sobie filiżankę herbaty i kanapkę. 
Martwiła się, oczywiście, wiedziała, że będzie 
się martwić. Nie żałowała, że poszła do domu 

- w końcu, na litość boską, czekała całe 
popołudnie.
Czuła się tak, jakby ją ktoś przeżuł i wypluł, 
więc wzięła kąpiel, przebrała się w koszulę 

background image

nocną i bawełniany szlafrok, wyszczotkowała 
włosy. Było jeszcze za wcześnie, żeby kłaść się 
spać - zresztą wiedziała, że i tak będzie jej 
trudno zasnąć.

Kiedy zastanawiała się, czy jutro też będzie 
czekać na swój wyrok przez cały dzień, ktoś 

zadzwonił do drzwi. Poczuła dziwny ucisk w 
żołądku i zrozumiała, że wcale nie będzie 
musiała czekać do jutra.
Była jednak zaskoczona, kiedy ujrzała 

stojącego na progu Naylora Massinghama. 
Więcej - była tak roztrzęsiona, że zaprosiła go 
do środka, zaprowadziła do salonu i dopiero 
zdołała pozbierać myśli. Wtedy też 

spostrzegła, że musi mieć ze sobą jakieś 
poufne papiery, skoro zabrał teczkę na górę.

Jego wzrok przesunął się od lśniących, 
kasztanowych włosów, poprzez pozbawioną 
makijażu twarz, elegancki szlafroczek, aż po 
czubki bosych stóp. Leith zapomniała języka 

w ustach, a wewnętrznie aż drżała z 
niepokoju, co też usłyszy za chwilę. Rychło 
jednak odzyskała mowę, kiedy Massingham 

background image

odezwał się, mierząc ją sardonicznym 
spojrzeniem:
- W pełnej gali na niezmiernie ważne 
spotkanie - syknął, po raz kolejny obrzucając 

wzrokiem jej nocny strój, i dodał równie 
drwiąco: - A może gość jest już w środku?

- Wcale nie! - wybuchnęła Leith. Nienawidziła 
Naylora Massinghama całą swoją istotą... 
jego i tych obraźliwych pytań!
Podniosła błyszczące wrogością oczy. 

Niewzruszony, wytrzymał jej spojrzenie, nie 
spiesząc się z wyjawieniem celu swej wizyty, 
postawił teczkę i zapytał:
- Oczekujesz kogoś, prawda?

Leith zaczerpnęła tchu, żeby odzyskać spokój, 
po czym podjęła walkę - bo tak traktowała ich 

rozmowę -jego własną bronią.
- Nie mam dziś spotkania z Travisem, bo 
pewnie o to panu chodzi - oznajmiła chłodno.
- O tak, wiem - odparł łaskawie. - Wyjechał 

dzisiaj za granicę w interesach.
- W nadziei, że mu wywietrzeję? - zapytała, 
nie dając poznać po sobie zaskoczenia. 
Wczoraj jeszcze Travis nic nie wspominał o 

background image

wyjeździe. Gdzieś za tym kryła się ręka 
Massinghama. Travis powiedział, że kuzyn 
bardzo szanował jego ojca. Czy ten szacunek 
nie był przypadkiem wzajemny? A może 

zmówili się, że Travisowi dobrze zrobi krotki 
wyjazd?

- Wcale tego nie oczekuję - odparł i dodał 
ostro:
- Chciałem po prostu sprawdzić, ilu masz 
bliskich przyjaciół płci męskiej.

Leith zamrugała powiekami, słysząc tę 
bezczelność.
- Wiem, że w biurze nosisz etykietkę „nie 
dotykać eksponatu" - ciągnął tymczasem 

(przynajmniej tyle, pomyślała Leith) - ale 
powiedz mi, odkąd to nosisz kapelusz 

myśliwski?
- Kape... - urwała, przeklinając jego 
spostrzegawczość. Z salonu nie mógł widzieć 
wieszaka na płaszcze i kapelusze, a jednak 

wiedział co na nim wisi.
- Kapelusz nie należy do mnie-odparła z 
godnością.
- Niemożliwe - warknął.

background image

Leith rzuciła mu wymowne spojrzenie.
- Jeżeli już musi pan wiedzieć, kapelusz 
zostawił Sebastian, zanim... - zaczęła, ale 
urwała, bo Naylor Massingham przerwał jej 

brutalnie.
- A zatem Travis, którego tak zdawałaś się 

kochać jeszcze wczoraj, nie jest twoim 
jedynym kochankiem!
- Kochankiem?! - wykrzyknęła zaskoczona.
- Boże, jacyśmy niewinni! - zakpił 

Massingham.
Nagle w jego oczach zapaliło się demoniczne 
światełko. Ponieważ wyglądał na człowieka, 
który chętnie udowadnia własne teorie, 

postąpił dwa kroki do przodu i wyciągnął w 
jej stronę ramiona.

Nikt nigdy nie całował Leith w ten sposób. 
Być może, z powodu ciężkiej pracy, która nie 
zostawiała jej wiele czasu - ani chęci - by 
zajmować się takimi rozrywkami, całowała 

się rzadko i nigdy aż tak! Walczyła jak 
oszalała, pojęła jego zamiary od pierwszej 
chwili. Oplatające ją ramiona były jednak 
silne jak żelazna obręcz. Nie było od nich 

background image

ucieczki, podobnie jak nie było ucieczki od 
bliskości jego ciała. Wkrótce odkryła też, że 
nie można uciec od jego ust.
- Nie! - udało jej się krzyknąć, kiedy na 

moment uwolniła się spod władzy jego warg.
To było wszystko, co udało jej się powiedzieć, 

ponieważ znowu wziął w posiadanie jej wargi 
i całował ją jeszcze namiętniej. Czuła, jak 
mocniej przyciąga ją do siebie... i nagle, 
gdzieś wewnątrz jej ciała, odezwało się 

dziwne uczucie mrowienia. Usiłowała go ode-
pchnąć, ale zaskoczona poczuła, że tak 
naprawdę wcale nie ma na to ochoty.
Dłonie Naylora pieściły jej plecy, zsunęły się 

do talii, potem dosięgły bioder.
- Och... - westchnęła, czując, jak rozpalają się 

w niej iskierki pożądania. Uniosła ramiona, 
oplotła nimi jego szyję i już z własnej woli 
oddała pocałunek.
Pogrążyła się w nieświadomości, zapomniała, 

po co do niej przyszedł, jeszcze pół godziny 
temu uznawała go za najohydniejsze z 
męskich stworzeń.

background image

I wtedy nagle, niespodziewanie, 
znieruchomiał. W następnej chwili odepchnął 
ją od siebie.
Gapiła się na niego, powoli wracając do 

przytomności, nie wiedziała, co właściwie 
dzieje się wokół. Chwiała się jeszcze od 

niespodziewanej siły, z jaką działały na nią 
jego pocałunki, kiedy oznajmił drwiąco:
- Mów mi dalej, że nie należysz do każdego, 
kto tego zechce.

Słowa te podziałały na nią jak zimny 
prysznic. W jednej chwili odzyskała 
przytomność umysłu i, choć wciąż jeszcze 
miała na uwadze swoją posadę, zapragnęła 

nagle go udusić.
- Wiec dlaczego tu przyszedłeś?-syknęła 

gwałtownie. - Bo chyba nie po to, aby 
udowodnić niszczącą moc swego sex appealu?
Kipiała wściekłością i nie była pewna, czy nie 
rzuci się na niego z pazurami. I naraz jej 

świeżo nabyta skłonność do rękoczynów 
została skutecznie ostudzona: usta jej gościa 
wykrzywiły się leciutko, jakby jej sarkazm go 
rozbawił.

background image

Wkrótce przekonała się, że była w błędzie. 
Naylor Massingham nie wyglądał na 
rozbawionego, wręcz przeciwnie.
- Chciałem powiedzieć pani, panno Everett, że 

jeśli pani stosunek do pracy nie ulegnie 
zmianie, zostanie pani wylana! - rzucił ostro, 

mierząc ją mrocznym spojrzeniem.
- Wylana? - poderwała się Leith, gotowa 
walczyć o swą opinię. Wiedziała, że pracuje 
bardzo dobrze, a on usiłował jej wmówić coś 

wręcz przeciwnego.
- Co jest nie w porządku z moją pracą? - 
rzuciła wyzywająco.
Nie odpowiedział od razu, niewzruszenie 

spoglądając w jej rozwścieczone, zielone oczy. 
A potem zapytał miękko:

- A co powiesz o kontrakcie Norwood & 
Chambers?
- To nieuczciwe! - wybuchnęła Leith. - Prace 
nad kontraktem Norwood & Chambers 

zostały rozpoczęte na długo przed moim 
przyjściem do firmy. Ja tylko...

background image

- Dokończyłam go - wpadł jej w słowo i Leith 
wiedziała już, że przerzucił każdy papierek, 
aby tylko znaleźć jakiś błąd.
- Ale nie mogę brać odpowiedzialności za... - 

zaczęła i natychmiast dostała nauczkę.
- Jedną z zasad, jakie musi zaakceptować 

urzędnik, zajmujący tak eksponowane 
stanowisko - wycedził - jest ta, że kiedy sypią 
się gromy, bierzesz odpowiedzialność za 
wszystko, co opuszcza twoje biuro, czy 

podpisałaś to, czy nie!
Zadowolony z udzielonej lekcji dodał:
- Ponieśliśmy straty w transakcji Norwood & 
Chambers - wyjaśnił, po czym uprzejmie, zbyt 

uprzejmie, uzupełnił: - Zakończ znajomość z 
Travisem, a postaram się o tym zapomnieć.

- To szantaż! - oskarżyła go gniewnie i od 
razu stwierdziła, że nie przyjął tego najlepiej.
- Nazwij to jak chcesz, do diabła! - prychnął. 
Leith stoczyła krótką, wewnętrzną walkę. 

Była już
bliska wyjawienia, że Travis nie jest i nigdy 
nie był jej kochankiem, ale rzuciła przelotne 
spojrzenie w stronę Massinghama. Z jego 

background image

twardej, wojowniczej postawy 
wywnioskowała, że jej nie uwierzy. 
Przynajmniej dopóki nie opowie mu 
wszystkiego o Rosemary.

Po chwili wzięła się w garść. Do licha, 
przecież lubiła Rosemary i Travisa, uważała 

ich za swych przyjaciół, a jednak znalazła się 
o krok od zdrady.
Po drugim spojrzeniu na pracodawcę zdołała 
się opanować i znalazła dość sił, by wyjaśnić 

chłodno:
- Rozumiem, że chce mi pan dać do wyboru: 
albo zostawię Travisa, albo, o ile nie zdoła 
mnie pan dosięgnąć kontraktem Norwood & 

Chambers, będzie pan tak długo grzebał w 
umowach, w których miałam choćby 

minimalny udział, aż udowodni mi pan zanie-
dbania w pracy!
Nienawidziła kąśliwości, która znowu 
pojawiła się w jego głosie, gdy stwierdził:

- Równie zmyślna, jak śliczna! - po czym 
pochylił się i wziął do ręki aktówkę.
Przez chwilę z ulgą sądziła, że zabierze 
manatki i wyjdzie. Ale nie, on jedynie 

background image

otworzył teczkę i wydobył z niej opasłą 
dokumentację. Podał ją Leith bez słowa 
wyjaśnienia.
Otworzyła skoroszyt, obejrzała uważnie 

pierwszą stronę i podniosła na niego pytające 
spojrzenie:

- Palmer & Pearson? Zazwyczaj nie...
- Teraz tak - odparł stanowczo i polecił: - 
Popracuj sobie nad tym. Może swawole 
wywietrzeją ci z głowy.

Z tymi słowy, jakby uznał, że poświęcił jej 
wystarczająco dużo cennego czasu, odwrócił 
się i wyszedł. Gapiła się w ślad za nim z 
buntem w oczach. Miała dość roboty i bez 

tego, a w dodatku ta praca wyglądała na 
bardzo odpowiedzialną.

Nie mogła przyjść do siebie po tej wizycie. 
Zanim położyła się spać, w duchu przeklinała 
go razem z jego ostrzeżeniami. W normalnej 
sytuacji, gdyby takie ostrzeżenie było 

niezbędne, Naylor Massingham nie 
zawracałby sobie głowy wizytami, zlecając je 
jednemu ze swoich pracowników. Miała 
jednak dość ludzkich uczuć, by w całej tej 

background image

nieprzyjemnej historii dopatrzyć się paru 
pozytywnych zjawisk. Po pierwsze, 
wprawdzie udzielił jej ustnej nagany, ale 
jednocześnie dał do opracowania poważną 

dokumentację (nawet, jeżeli to uczynił 
wyłącznie dlatego, żeby nie miała czasu na 

inne zajęcia), co oznaczało, że słyszał 
pochlebne opinie na
temat jej pracy. Po drugie - nawet, jeśli z jego 
punktu widzenia nie miał to być komplement 

- powiedział o niej: Równie zmyślna, jak 
śliczna.
Czy właśnie te słowa złagodziły choć trochę 
jego brutalność? Leith, zasypiając, nie 

myślała jednak o słowach, jakie padły między 
nimi. Prześladował ją tamten pocałunek... i 

to, że nie zdołała mu się oprzeć.
Około piątku wspomnienie pocałunku z 
Naylorem Massinghamem zupełnie 
wywietrzało z głowy Leith. Zaprzątały ją 

inne, o wiele ważniejsze sprawy. Czuła, że 
wpadła jak śliwka w kompot. I to w bardzo 
gorący. Rosemary nie wróciła od rodziców, 
Travis albo był jeszcze za granicą, albo czuł 

background image

się lepiej, bo więcej się nie odezwał. O ile 
jednak z tej strony sprawy układały się po jej 
myśli, o tyle doskonale zdawała sobie sprawę 
z tego, że w nowym skrzydle siedzi sobie 

facet, który dokładnie śledzi jej najmniejsze 
potknięcia.

Dlatego też po dwa i trzy razy sprawdzała 
wszystko, co lądowało na jej biurku. Oprócz 
normalnych zajęć musiała poświęcić sporo 
czasu i wysiłku sprawie Palmer & Pearson, 

którą Naylor powierzył jej. Do tej pory 
pracowała od rana do wieczora, a teraz 
zostawała w biurze długo po godzinach i 
jeszcze zabierała do domu pękatą teczkę.

W piątkowy poranek pojawiła się w biurze po 
nocy spędzonej na pracy i rozmyślaniach nad 

zmianą posady. Na Vaseyu świat się nie 
kończy, zdecydowała i od razu zreflektowała 
się, że żadna inna firma nie zapłaci jej aż tyle. 
Zważywszy, że nie otrzymała od Sebastiana 

nie tylko pocztówki, a co dopiero przekazu 
pieniężnego, był to poważny argument.
Żeby już nic nie brakowało do szczęścia, 
zadzwonił Jimmy Webb. Prosił o zwolnienie z 

background image

powodów żołądkowych. Czytaj: ciężki 
przypadek kaca - pomyślała, wiedząc, że 
poprzedni wieczór spędził na przyjęciu 
urodzinowym u kolegów.

Był jednak doskonałym pracownikiem, więc 
choć wiedziała, że bez niego dzień będzie 

cięższy niż zwykle, współczująco poradziła 
mu, żeby wziął Alka-Seltzer i wracał do łóżka.
- Zobaczymy się w poniedziałek - powiedziała 
i wróciła do swej pracy, przerywanej 

odbieraniem telefonów, co zazwyczaj należało 
do obowiązków Jimmy'ego.
Wczesnym popołudniem miała już 
wszystkiego serdecznie dość. Było około wpół 

do trzeciej, kiedy musiała wyjść po 
dokumentację, którą w zwykłych warunkach 

przyniósłby jej Jimmy. Wracaj, Jimmy, 
wszystko ci przebaczyłam, myślała z lekkim 
rozbawieniem, wędrując po potrzebne 
papiery.

Mimo rozbawienia nie była w odpowiednim 
nastroju, aby przyjmować awanse Paula 
Fishera, który, nie zwracając uwagi na 
okulary i uczesanie w stylu starej panny, 

background image

zawsze gotów był okazać jej swe zainte-
resowanie. Tym razem nadchodzili 
jednocześnie: ona z jednej, on z drugiej 
strony. Leith usiłowała wyminąć go szerokim 

łukiem. On, zdaje się, miał całkiem odmienne 
zamiary. W korytarzu było dość miejsca dla 

obojga, a jednak Fisher manewrował tak, że 
zderzyli się i wpadła w jego ramiona. Obrócił 
ją ku sobie.
- Leith - zaczął tonem, który miał brzmieć 

uwodzicielsko. - Jeżeli chcesz przeżyć 
najpiękniejsze chwile swego życia...
- Precz z łapami! - warknęła. - Jeśli przyciśnie 
mnie tak, żeby znieść twoje karesy, zgłoszę 

się do ciebie. Tymczasem trzymaj swoje 
brudne macki z dala ode mnie!

Odpychała go z całej siły, nie obchodziło jej, 
że ktoś może zobaczyć lub usłyszeć. Jego 
wzrok powędrował nagle za jej plecy i 
natrętne ramiona opadły, a ich właściciel 

spiesznie poszedł w swoją stronę.
Leith z ulgą powitała wolność, ale 
nieprzyjemne wydarzenie sprawiło, że cała 

background image

się trzęsła. Odwróciła się - tylko po to, by 
zderzyć się z kimś po raz kolejny.
Mam naprawdę zły dzień, pomyślała, 
odpychając tego kogoś i znowu tracąc 

równowagę. Ramiona, które przytrzymały ją 
tym razem, nie miały niestosownych 

zamiarów. Leith szybko podniosła wzrok i 
napotkała czarne, jak noc, spojrzenie 
Naylora.
Przez długą chwilę wpatrywał się uważnie w 

zielone oczy.
- Cała drżysz! - zauważył.
Na ułamek sekundy zamurowało ją, w 
mrocznym spojrzeniu zdawała się czaić 

łagodność. A potem jego oczy powędrowały ku 
jej wargom i już wiedziała, że Naylor 

przypomniał sobie tamte pocałunki...
Gwałtownie wyrwała się z jego objęć.
- Mężczyźni! - syknęła wściekle.
Jego dłonie opadły natychmiast, a łagodność 

w spojrzeniu okazała się wyłącznie wytworem 
jej wyobraźni. Była tam już jedynie drwina.
- Nie mów mi, że się leczysz! - burknął 
pogardliwie. Leith wysoko uniosła głowę, 

background image

minęła go i odeszła. Miała dość biura na ten 
tydzień. Naładowała pełną teczkę spraw, nad 
którymi mogła popracować w domu i 
dokładnie o piątej zamknęła drzwi. 

Wychodząc z budynku spostrzegła Paula 
Fishera.

Miała zamiar minąć go, nie zaszczycając 
nawet spojrzeniem, ale nie udało jej się 
uniknąć spotkania.
- Dzięki! - rzucił jej prosto w twarz.

- Za co? - zapytała chłodno, nie zatrzymując 
się.
- Panna Niedotykalska! Dzięki tobie właśnie 
oberwałem od starego Drewera. 

Zaproponował mi skrócenie długoterminowej 
umowy z firmą, jeśli nie zaprzestanę napaści 

seksualnych.
- Nie mógł trafić lepiej! - parsknęła mu w nos, 
i skierowała się w stronę samochodu.
Najwyraźniej Paul Fisher uważał, że 

naskarżyła na niego do kierownika, ale 
przecież nie zrobiła tego. Właściwie nie miała 
nic przeciwko temu, żeby uchodzić za 
skarżypytę, jeśli miało to uchronić inne 

background image

kobiety przed znoszeniem jego wątpliwych 
awansów. Ktoś w końcu musiał na niego 
donieść, prawda?
Zerknęła w stronę jaguara, zaparkowanego 

na swoim stałym miejscu. Leciutki uśmieszek 
przemknął przez jej wargi. Czy Naylor 

Massingham nie był przypadkiem jedynym 
świadkiem tego zajścia? Wsiadła do 
samochodu i ruszyła z miejsca. Nie miała 
pojęcia, kto inny mógłby donieść na Fishera - 

i poczuła coś na kształt sympatii do swojego 
szefa.
Ciekawa była, jak długo im się przyglądał. 
Musiał widzieć całą albo prawie całą scenę, 

żeby mieć powód do posłania Paula Fishera 
na dywanik i przekonać Drewera, kto był 

winien zajściu.
Nagle uświadomiła sobie, że niemal przez 
całą drogę do domu myślała o Naylorze 
Massinghamie i w tejże samej chwili zadała 

sobie pytanie, które omal nie przyprawiło jej o 
zawrót głowy. Była wściekła, kiedy Alec Ardis 
ją objął, uściski Paula Fishera doprowadziły 
ją do mdłości... więc dlaczego nie czuła nic 

background image

podobnego wtedy, kiedy wziął ją w ramiona 
Naylor?
ROZDZIAŁ CZWARTY
Leith nie znalazła odpowiedzi na dręczące ją 

pytanie. W sobotę rano obudziła się z myślą, 
że ma inne, ważniejsze sprawy na głowie. 

Wypchana do granic wytrzymałości teczka 
przypomniała jej, w jaki sposób spędzi dwa 
wolne od pracy dni.
Po śniadaniu rozłożyła w jadalni stół, na 

którym poukładała zawartość teczki. Wtedy 
zadzwoniła jej matka.
- Miałaś wiadomości od Sebastiana? - 
brzmiało pierwsze jej pytanie.

- Ty chyba miałaś, co? - odparła Leith z 
uśmiechem.

- Dostałam dziś rano śliczny, długi list. 
Spotkał jakąś miłą dziewczynę, wiesz?
Sebastianowi zdarzało się to czasami.
- Wraca do domu? - zapytała Leith, zaciskając 

kciuki i z nadzieją czekała na odpowiedź.
- Jeszcze nieprędko. Sądzę, że możemy 
spodziewać się go dopiero około Bożego 
Narodzenia. - Matka radośnie pogrzebała 

background image

wszystkie nadzieje Leith. Boże Narodzenie 
będzie za siedem miesięcy! - Razem z Elise 
podróżują po Indiach, potem pojadą do 
Tajlandii i... - Leith na chwilę straciła wątek, 

myśląc z rozpaczą, że stanie się cud, jeśli 
Sebastian wróci i spłaci część hipoteki w Boże 

Narodzenie za dwa lata... - Co za cudowna 
okazja!
- Oczywiście, jasne - Leith z trudem wróciła 
do rzeczywistości. Matka prawdopodobnie 

miała na myśli cudowną okazję do zwiedzenia 
połowy świata.
- Mam nadzieję, że zwolnił się z pracy. Miało 
go nie być tylko dwa tygodnie.

- Na pewno, kochanie - odparła matka, 
zachwycona listem, który otrzymała od 

uwielbianego syna.
- Czy... hm... wspomniał, z czego będzie się 
utrzymywał? - zapytała Leith, pogrążona w 
nieustannej trosce o hipotekę.

- Wiesz, no... cóż - odparła matka z 
zażenowaniem i Leith szybko domyśliła się 
prawdy.
- Nie prosił cię chyba o pieniądze?

background image

- A nie powinien? - pani Everett stanęła w 
obronie syna. - Wysyłanie co miesiąc raty za 
hipotekę musi być dla niego poważnym 
obciążeniem. Napisał, że mógł biedować, 

kiedy był sam, ale teraz musi myśleć o Elise.
A Elise naturalnie nie ma ani grosza, żeby 

płacić za swoje wydatki - pomyślała Leith, ale 
powstrzymała się od komentarzy.
- A co na to ojciec? - zapytała.
- Eee... poszedł grać w golfa - odparła matka i 

szybko zmieniła temat. Zdaje się, że ojciec nie 
ma pojęcia o rodzinnych brakach finansowych 
- pomyślała Leith.
- A co u ciebie, może masz jakieś małe 

kłopoty, w których trzeba ci pomóc?
- Wszystko jest wspaniale. Ani śladu 

kłopotów - zaprzeczyła Leith, nie chcąc zatruć 
matce wspaniałego nastroju. W istocie 
musiała stawić czoło aż dwu problemom: 
hipoteka i Naylor Massingham.

- Zawsze byłaś takim mądrym dzieckiem - 
promiennie stwierdziła pani Everett. 
Naturalnie nie miała pojęcia, ile razy Leith 
skrywała przed nią swe dziecięce, a później 

background image

młodzieńcze troski, bo akurat w tym samym 
czasie Sebastian przeżywał jakieś wydarzenie 
lub miał problemy.
- Aha - ciągnęła matka. - Nie powiedziałaś mi, 

że Rosemary Green opuściła męża!
Leith na chwilę zaniemówiła. Jej rodzinne 

miasteczko, tak jak wszystkie inne, posiadało 
zwiadowczą siatkę plotkarzy, którzy chwytali 
najdrobniejszą sensację i nadymali ją jak 
balon. Rosemary byłaby jednak zrozpaczona, 

gdyby mówiono o jej kłopotach.
Stoczyła ciężką walkę ze swoim sumieniem, 
gdyż przyjaźń do Rosemary walczyła o lepsze 
z koniecznością bezczelnego kłamstwa.

- Rosemary nie opuściła męża-wydusiła 
wreszcie. Przynajmniej powiedziała prawdę! 

Równie dobrze mogła dokończyć zdanie i 
wyjaśnić, że to mąż Rosemary postanowił 
odejść, ale matka już wpadła jej w słowo:
- Nie mieszka przecież u siebie. Wróciła do 

domu!
- Jej matka jest chora.
- Na moje oko wyglądała wyjątkowo dobrze, 
kiedy spotkałam ją wczoraj rano!

background image

Nic nie można było na to poradzić.
- Nie wiedziałam, że z ciebie taka plotkara, 
mamuś - zażartowała Leith
- Wcale nie! - żachnęła się matka. - Ja tylko... 

Leith odeszła od telefonu z mieszanymi 
uczuciami.

Chętnie rozmawiała z rodzicami, ale tym 
razem wolałaby, żeby matka nie zadzwoniła. 
Niepokoiła się o Rosemary - rodzice są w 
stanie zatruć jej życie, jeśli dotrą do ich uszu 

plotki krążące po miasteczku. Zaś wiadomość, 
że Sebastian nie wróci przed końcem roku, 
była prawdziwym ciosem.
List nie załatwi sprawy. O tym wiedziała, 

zanim jeszcze sama myśl postała jej w głowie. 
Ze słów matki wynikało, że Sebastian będzie 

stale w podróży, więc wątpliwe, aby 
jakikolwiek list zdołał do niego dotrzeć. A 
poza tym, skoro prosił matkę o pieniądze, 
należało się spodziewać, że jest już bez 

grosza.
Spędziła ponad pół godziny na 
przyzwyczajaniu się do myśli, że będzie 
musiała spłacać obie połowy miesięcznej raty 

background image

przez co najmniej siedem miesięcy. Ale 
skądże ona, na Boga, ma wytrzasnąć tyle 
forsy? Prowadząc oszczędny tryb życia, 
poszcząc troszkę, przeżyje może miesiąc, 

może dwa, ale potem...
Zabrała się do pracy w nadziei, że utopi w 

niej swoje troski. I wówczas zdała sobie 
sprawę, że nie ma zamiaru wracać do 
Hazelbury, o ile nie będzie to absolutnie 
konieczne. Lubiła Londyn, swoją pracę, 

chciała zostać. I nagle, ni stąd, ni zowąd, 
stanęła jej przed oczami sylwetka Naylora 
Massinghama... Leith ze złością sięgnęła po 
skoroszyt. No to co? Lubi Londyn, lubi swoją 

pracę, ale...
Po południu zadzwoniła Rosemary.

- Kiedy wracasz? - szybko zapytała Leith, 
która mogła nie widzieć przyjaciółki 
tygodniami, ale teraz bardzo się za nią 
stęskniła.

- Jeszcze nieprędko. Rodzicom nie podoba się, 
że będę mieszkała sama w Londynie - 
wyznała.

background image

Wielkie nieba - pomyślała Leith i poczuła 
wdzięczność do losu za rodziców, jacy 
przypadli jej w udziale.
- Właśnie wyszli-ciągnęła Rosemary. Przez 

chwilę milczała, po czym zaczęła mówić 
bardzo szybko, jakby bała się, że wrócą, 

zanim zdąży wszystko powiedzieć. - Czy mogę 
cię prosić o grzeczność, Leith?
Leith uważała, że biedna, szarpana 
wyrzutami sumienia Rosemary zasługuje na 

wszystkie grzeczności.
- Oczywiście - odparła zachęcająco.
- Wiesz, Travis dzwonił przed chwilą.
- Travis?

- Tak... Z Włoch - odparła Rosemary i Leith 
wydawało się, że słyszy w głosie przyjaciółki 

cień uśmiechu. Zniknął jednak, gdy dodała: - 
Na szczęście moich rodziców nie było w 
domu... nie wiem, co by się działo, gdyby 
byli... To znaczy... tym razem miałam 

szczęście, ale musiałam powiedzieć 
Travisowi, żeby już nigdy do mnie nie 
dzwonił.

background image

- Ale ciągle go kochasz? - nieśmiało wtrąciła 
Leith.
- Tak, bardzo, bardzo - szepnęła miękko 
Rosemary po krótkiej chwili milczenia. - Ale 

moi rodzice są wściekli, że nie usiłuję 
pogodzić się z Derekiem.

- Nie powiedziałaś im, że mieszka z kimś 
innym?
- Powiedziałam, ale to nie robi żadnej 
różnicy... dostaliby szału, gdyby dowiedzieli 

się o Travisie. Dlatego właśnie dzwonię - 
wyznała wreszcie i dodała: -Tak bardzo 
tęsknię za jego głosem. Kiedy zadzwonił, 
poczułam się cudownie, ale nie mogę 

pozwolić, żeby zadzwonił znowu. Dlatego 
powiedziałam mu, że jeśli ma mi coś do 

powiedzenia, niech zadzwoni do ciebie, a ty 
mi to przekażesz. Zrobisz to, prawda?
- Naturalnie!-zawołała Leith bez wahania i 
natychmiast pojęła, że tą obietnicą nigdy nie 

zdoła, według słów Naylora Massinghama, 
skończyć z Travisem. Nie wątpiła w to, że 
Travis natychmiast się z nią skontaktuje.

background image

Skontaktował się. Był niedzielny wieczór, a 
on wciąż był we Włoszech.
- Leith, to ja... Travis - usłyszała w 
słuchawce.

- No i jak tam? - zapytała wesoło.
- Rozmawiałem z Rosemary.

- Wiem, dzwoniła do mnie.
- Naprawdę, kochane stworzenie! Poprosiła 
cię o... pomoc, prawda?
- Chętnie to zrobię - zapewniła go i 

natychmiast wczuła się w rolę posłańca. - 
Masz jakąś wiadomość do przekazania?
- Powiedz jej tylko, że ją kocham... chociaż 
ona i tak o tym wie - odparł Travis. - Nie 

musisz specjalnie do niej dzwonić, bo jej 
rodzice zaczną coś podejrzewać. Przebaczyła 

mi, że byłem takim durniem i postawiłem jej 
ultimatum. Chciałbym, żeby już wróciła do 
siebie - dodał z ciężkim westchnieniem.
- A kiedy wracasz do Anglii? - zapytała Leith, 

czując, że Travis zaczyna wpadać w ponury 
nastrój.

background image

- Ojciec dał mi furę roboty, ale powoli 
zaczynam dostrzegać koniec - odrzekł nieco 
weselej.
W poniedziałek rano Leith weszła do biura po 

całej niedzieli spędzonej nad dokumentami. 
Cieszyła się z tego poranka.

- Lepiej ci? - powitała Jimmy'ego.
- Nigdy więcej! - jęknął zawstydzony. - 
Dopiero wczoraj udało mi się otworzyć oczy.
Leith roześmiała się i posłała go po jakieś 

dane. W dziesięć minut później, kiedy 
zadzwonił telefon, było jej mniej wesoło.
- Tu Moira Russell - zaanonsowała się 
sekretarka doskonała. - Pan Massingham 

chciałby zobaczyć się z panią natychmiast, o 
ile jest pani wolna.

W uszach Leith zabrzmiało to jak rozkaz.
- Oczywiście - odpowiedziała z niejasnym 
uczuciem, że lepiej nie pytać, co by było, 
gdyby nie była wolna.

- Jesteś, Leith. - Jej asystent wparował do 
pokoju z informacjami, których potrzebowała.
- Zostaw to na moim biurku, Jimmy - 
poprosiła, biorąc dokumentację Palmer & 

background image

Pearson. - Pan Massingham chce się ze mną 
widzieć... nie zabawię długo.
Opuściła pokój z nieprzyjemnym wrażeniem, 
że spryciarz Jimmy zauważył jej lekki 

rumieniec.
Już przed gabinetem szefa stwierdziła, że 

cała się trzęsie. Nic dziwnego, u niej w domu 
Naylor Massingham nie był łatwym 
przeciwnikiem. Co będzie teraz, kiedy 
znalazła się w samej jaskini lwa? Zamknęła 

oczy, zapukała i weszła. Wysmukła, 
nieskazitelnie elegancka kobieta podniosła 
głowę znad papierów.
- Panna Everett? - zapytała uprzejmie. 

Uprzejmość nic nie kosztuje.
- Dzień dobry - uśmiechnęła się Leith. - Zdaje 

się, że pan Massingham chciał widzieć się ze 
mną.
- Proszę usiąść na chwilę. - Moira Russell 
uśmiechnęła się także, wstała i podeszła do 

drugich drzwi. Zapukała lekko i weszła. Ano 
właśnie - pomyślała Leith, widząc się już 
wysiadującą tu do południa. Na szczęście 

background image

Moira Russell wróciła niemal natychmiast. 
Serce Leith zabiło nieco mocniej.
- Pan Massingham przyjmie panią teraz - 
oznajmiła sekretarka.

Leith uśmiechnęła się lekko i wstała. Udało 
jej się zachować uśmiech na twarzy nawet 

wtedy, kiedy weszła do pokoju wyłożonego 
grubym dywanem. Spojrzała na wysokiego, 
smukłego mężczyznę, jej wzrok spoczął na 
chwilę na jego kształtnych wargach i - 

szalona -mogła myśleć już tylko o ich 
dotknięciu na swoich ustach.
- Dzień dobry, panie Massingham - z trudem 
opanowała się na tyle, by wypowiedzieć te 

słowa. Uśmiech na jej twarzy zbladł nieco, ale 
postanowiła, że będzie przynajmniej grzeczna 

i miła.
Przystanęła na środku pokoju. Jego ostry, 
badawczy wzrok zatrzymał się na skrytej za 
okularami twarzy i nietwarzowym kostiumie. 

Przyszło jej do głowy, że może powinna 
zachować się bardziej wojowniczo. Sądząc po 
jego minie, nie był w najlepszym nastroju, 
przynajmniej na pierwszy rzut oka.

background image

- Usiądź - zaproponował nadspodziewanie 
uprzejmie, wskazując fotel po drugiej stronie 
biurka.
Leith, wciąż jeszcze trochę roztrzęsiona, z 

wdzięcznością przyjęła propozycję. Wiedziała, 
że czas, jaki szef może jej poświęcić, jest 

ograniczony. Położyła na jego biurku pękatą 
teczkę.
- Sprawa Palmer & Pearson - zaczęła. - Mam 
zamiar zwrócić się do kilku firm, ale najpierw 

muszę uzyskać pewne cyfry z...
Podniosła głowę i speszyła się. Naylor 
Massingham patrzył na nią i najwyraźniej 
nie obchodziły go jej zamiary.

Poruszył się, ale zamiast zasiąść za biurkiem, 
podszedł do jej fotela.

- Próżność jest nieodłączną cechą kobiety - 
zauważył. - Myślałem, że szkła kontaktowe są 
hitem ostatnich lat?
- Eech... - nieświadomym, żeby nie 

powiedzieć: obronnym ruchem sięgnęła do 
okularów. Nagle pojęła, że ten mężczyzna ma 
na nią zbyt wielki wpływ.

background image

- Nie wszyscy mogą nosić szkła kontaktowe - 
palnęła bez namysłu i dodała z nutą 
szczerości: - Ja nie mogę.
Nie zdołała się uchylić, gdy znajomym już, 

gwałtownym gestem zerwał jej z nosa 
okulary. Instynktownie próbowała je złapać, 

ale był zbyt wysoki.
Chciała wstać, ale był zbyt busko, a ona 
doskonale pamiętała, co oznacza bliskość jego 
ciała. Zrezygnowała więc i wściekła 

obserwowała go spod oka. Tymczasem 
Massingham podniósł leżącą na stole 
dokumentację, wyjął z niej kartkę i przyjrzał 
się jej przez okulary. Po chwili papier 

powrócił do teczki, a Massingham odwrócił się 
do niej.

- Nie wiem, czy może pani nosić szkła 
kontaktowe, czy nie - stwierdził lodowatym 
tonem - ale na pewno nie potrzebuje ich pani. 
To zwykłe szkło -dodał spokojnie.

Leith milczała ciągle, kiedy jego wzrok 
powędrował ku jej pięknym włosom, 
ściśniętym w węzeł.

background image

- Ciekawe, dlaczego wspaniała kobieta, o 
równie wspaniałych włosach, kryje swą urodę 
za okularami, których nie potrzebuje, czesze 
się jak więźniarka, a przy tym próbuje 

odwrócić uwagę od swej figury, która, o ile 
dobrze pamiętam, jest rozkosznie doskonała 

w kształcie i proporcjach?
Leith na ułamek sekundy zapomniała, gdzie 
jest i znów poczuła dotyk jego rąk na swoim 
ciele. Odpędziła od siebie to wspomnienie i 

pomyślała, że rozmowa przybiera zbyt 
osobisty charakter.
- Potrzebuję tych okularów - zdecydowała się 
bronić tego, co w jego oskarżeniach wydawało 

się najmniej osobiste.
- A po co? - zapytał wyzywająco.

- Z całą pewnością nie po to, żeby przez nie 
patrzeć! - rzuciła bez ogródek.
- Czytałaś bez trudu, kiedy ci przyniosłem tę 
teczkę do domu... i nie miałaś okularów!

Niech cię cholera weźmie - pomyślała. Nagle 
znienawidziła go z całego serca. Przyglądał jej 
się tamtej nocy, kiedy czytała dokumentację. 

background image

Nie miała pojęcia, że zapomniała o 
okularach...
- Nieraz... - zaczęła, gotowa kłamać jak 
najęta, ale przerwał jej.

- Twoje usta zaprzeczają, że jesteś taką zimną 
kobietą, za jaką chcesz uchodzić... mam 

zresztą na to także inne dowody - przyciął jej 
złośliwie.
- A jakież to dowody? - odparowała i, niestety, 
zbyt późno pojęła, że w tym okrzyku było 

więcej agresji niż sensu.
- Nie licząc oczu ciskających błyskawice i 
namiętnego temperamentu - nie odmówił 
sobie przypomnienia jej tego - wcale nie byłaś 

lodowata, kiedy się do mnie tuliłaś tamtego 
wieczoru!

- Tu... tuliłam się? - prychnęła. Po namyśle 
jednak- a wspomnienia były zbyt żywe, żeby 
zajęło jej to więcej niż sekundę - uznała, że 
„tulenie" było odpowiednim określeniem.

- Nie mam ochoty mówić o tym! - rzuciła 
cokolwiek arogancko. Właściwie nie miała 
innego wyjścia.

background image

Jeżeli jednak spodziewała się, że ujdzie jej to 
na sucho, bardzo szybko przekonała się, że 
Massingham jeszcze niejedno ma w zanadrzu.
- Nieźle! - syknął wściekle. - Ja tu rządzę i 

skoro płacę za twój czas, mogę dyskutować o 
tym, co uznam za stosowne!

To wystarczyło, żeby zatrzęsła się ze złości, 
ale on jeszcze nie skończył.
- Na początek zatem powiesz mi, dlaczego, 
skoro wiem, że gościsz u siebie na przemian 

przynajmniej dwóch panów, tutaj starasz się 
uchodzić za Pannę Lodowatą. Okulary, 
uczesanie starej panny... dlaczego tak ci 
zależy na tej opinii?

- Jeśli już musi pan wiedzieć - wybuchnęła 
Leith, czując, że na wzmiankę o przynajmniej 

dwóch panach na przemian jej gniew 
przeradza się w furię - miałam nieprzyjemne 
doświadczenia z ostatniego miejsca pracy.
- Ardis&Co.? - zapytał z nagłym 

zainteresowaniem.
Najwidoczniej rozpracował ją bardzo 
dokładnie. Cóż, należało się tego spodziewać.
- Jakie doświadczenia? - nalegał.

background image

- Ktoś mnie... napastował... zaczął 
obmacywać...
- Masz na myśli napaść seksualną? - zapytał z 
poważną miną.

- Właśnie tak - odparła, czując, że spora część 
jej agresji ulotniła się nagle. - Trochę to mną 

wstrząsnęło.
- Sprawiło, że boisz się mężczyzn? - zapytał, 
ale sam widocznie w to nie wierzył, skoro 
sądził, że już po opuszczeniu Ardisa była w 

łóżku z jego kuzynem.
- Bać się? Nie... - odrzekła zupełnie uczciwie. - 
Nie... raczej jestem ostrożna.
- Rozumiem - skomentował to spokojnie, ale z 

jego miny Leith mogła wnioskować, że wcale 
mu się to nie podoba.

- Wiec złożyłaś Ardisowi wymówienie i 
zdecydowałaś się ukryć swoją kobie...
- Nie składałam wymówienia - wpadła mu w 
słowo Leith, nadal starając się być uczciwą.

- Zostałaś zwolniona? - zapytał.
Leith zorientowała się, że powiedziała dużo 
więcej niż trzeba.   .

background image

- To oznacza... - snuł swe rozważania Naylor 
Massingham, nie czekając nawet na jej 
odpowiedź - że osoba, która cię napastowała, 
musiała być dość wysoko postawiona.

Jego zdolność dedukcji jest doprawdy 
zadziwiająca -pomyślała Leith. Odkryła 

jednak coś jeszcze bardziej zadziwiającego.
- Pan mi wierzy? - zapytała. - Myślałam...
- Mam przed sobą cały materiał dowodowy, 
czyż nie? - zauważył i wyjaśnił swój tok 

rozumowania: -Personalny zwrócił się do 
Ardisa o referencje... dostał je bez trudu. Nie 
wspomnieli jednak o sposobie, w jaki została 
zerwana umowa. Ponieważ nie miało to nic 

wspólnego z twoją pracą, należało sądzić, że 
ktoś u Ardisa jest mocno zakłopotany tym, co 

ci się przydarzyło... i chce zachować 
milczenie. - Massingham zerknął na nią i 
ciągnął dalej: - Opuściłaś Ardisa i przyszłaś 
tutaj, świadomie ukrywając pod strojami 

swoją sylwetkę i twarz, mimo iż nie czułaś 
żadnych szczególnych zahamowań 
seksualnych. Zgadza się?

background image

Leith czując się zobowiązana do odpowiedzi 
wyznała z absolutną szczerością:
- Ciężko pracowałam nad zdobyciem 
kwalifikacji. Chcę być traktowana serio. To 

bardzo irytujące, kiedy wiem, że mam rozum, 
a niektórzy mężczyźni uważają mnie za 

pustogłowego kociaka, który... - urwała nagle. 
- To przez pana Paul Fisher dostał po nosie w 
zeszły piątek?
Kąciki ust Naylora Massinghama leciutko 

uniosły się w górę.
- Ty naprawdę myślisz - stwierdził.
- Niezależnie od kontraktu Norwood & 
Chambers, jestem dobra w tym, co robię! - 

odparła dumnie.
Wpatrywał się w jej błyszczące, zielone oczy.

- Nikt już nie nazwałby cię Panną Lodowatą, 
gdyby mógł cię teraz ujrzeć - powiedział mimo 
woli.
Okrążył biurko, usiadł i podał jej okulary.

- Nie wkładaj ich, dopóki jestem w pobliżu - 
polecił, zanim zdążyła umieścić je na nosie i 
pozbierać myśli. - Obrażają moje poczucie 
piękna. A wracając do sprawy, z powodu 

background image

której cię wezwałem... - dodał, nie czekając, 
aż Leith odzyska oddech po ostatnim zdaniu.
- Tak... eee... sprawa Palmer & Pearson-
przerwała mu, nagle zdając sobie sprawę, że 

przez cały czas, jaki tu spędziła, zaledwie 
przelotnie musnęli sprawy zawodowe.

Udał, że nie słyszy.
- Myślałem co nieco o naszym... problemie - 
oznajmił.
Leith spojrzała na skoroszyt na biurku.

- Palmer & Pearson? - zapytała, i 
natychmiast zorientowała się, że dopóki nie 
zaczęła się praca, nie może być żadnych 
problemów. - Ach, ma pan namyśli Norwood 

& Chambers?
Nic lepszego nie przyszło jej do głowy.

- No więc...
- Czy ty specjalnie udajesz, że nie wiesz, o co 
mi chodzi? - zapytał szorstko i, widząc jej 
pytające spojrzenie, wyjaśnił nagle bardzo 

agresywnym tonem: - Mówię o moim kuzynie! 
Czy dzwonił?
Trzymaj się, Leith - pomyślała, ale nie 
skłamała.

background image

- Dzwonił z Włoch - wyznała.
- Jak sądzę, nie poprzestał na jednym razie-
mruknął i nie wydawał się zadowolony, kiedy 
nie usłyszał odpowiedzi. Mogła jednak 

wytrzymać jego humory. O wiele bardziej 
niepokojąca i podejrzana była wyszukana 

grzeczność, z jaką się do niej zwracał.
- Po długim namyśle proponuję... - zaczął jed-
wabistym tonem, ociekającym wdziękiem i 
urokiem, ba, uśmiechnął się nawet - żebyś... 

została moją dziewczyną.
Leith natychmiast poderwała się na równe 
nogi.
- O, nie, tego szczęścia nie dostąpisz! - 

zawołała, a przerażenie chwyciło ją za gardło.
Nie mogła opanować tej, jak sama wyczuła, 

zbyt silnej reakcji, w dodatku nie miała 
pojęcia, co ją tak przeraziło.
- Żle mnie pani zrozumiała, panno Everett - 
odezwał się chłodno Massingham. Wstał i, 

mierząc ją aroganckim spojrzeniem, 
stwierdził autorytatywnie:

background image

- Gdybym miał dostąpić tego szczęścia, może 
pani być pewna, że zacząłbym wierzyć w 
przesądy.
Uświadomił jej w ten sposób, że gdyby 

istotnie miał się nią zainteresować, uznałby, 
że stracił resztki zdrowego rozsądku.

- Znam już odpowiedź, ale na wszelki 
wypadek chciałbym ją usłyszeć od pani - 
ciągnął dalej szorstkim tonem. - Czy bawi się 
pani Travisem dla czystej... hm... 

przyjemności, czy też jest w nim pani 
zakochana?
Ostatnie słowa wypowiedział jakby z 
odcieniem smutku.

- Ja... - zaczęła Leith, ale kiedy już miała 
powiedzieć, że nie kocha Travisa, 

przypomniała sobie, że nie może tego zrobić 
bez złamania obietnicy danej Rosemary. Nie 
miała wyboru.
- No wiec?-nalegał Naylor Massingham. Im 

dłużej zwlekała z odpowiedzią, tym bardziej 
się wściekał.
- Lubię Travisa... bardzo go lubię - oznajmiła i 
natychmiast dostrzegła w oczach 

background image

zwierzchnika niebezpieczne błyski. To 
upewniło ją, że na nic wszelkie wykręty.
- Nie - odparła szczerze.
- Nie kochasz go i nie masz zamiaru za niego 

wyjść?- nalegał.
- Nie prosił mnie... - znowu próbowała 

uników, ale urwała, bo zrobił gwałtowny krok 
w jej stronę.
- Nie - wyznała.
- To oznacza, że o ile on kompletnie zwariował 

na twoim punkcie, ty bawisz się nim jak kot 
myszą.
Dziwne: im bardziej jego słowa przeistaczały 
ją w samicę bez serca, tym większą czuła 

potrzebę wyznania mu prawdy.
- No i co? - warknął. Wzruszyła ramionami.

- Jeżeli chce pan widzieć to w ten sposób - 
odparła, czując, że doprowadziła go do szału, 
bo wsadził obie pięści w kieszenie, jakby bał 
się, że ją uderzy.

- Takie kobiety jak ty przyprawiają mnie o 
mdłości - wycedził. Najwyraźniej miał już jej 
serdecznie dość.

background image

- Nie wiem, dlaczego jeszcze nie wyrzuciłem 
cię z pracy. Miałbym święty spokój!
Leith ogarnęła dzika furia. Żaden mężczyzna 
nie wyleciałby z pracy z takiego powodu... 

gotowa była się założyć, że nie!
- Boi się pan chyba, że jako bezrobotna 

mogłabym wyjść za Travisa - wybuchnęła 
złośliwie. W gniewie nie dostrzegła nawet, że 
taka możliwość w jej przypadku w ogóle nie 
wchodziła w rachubę.

Jak się okazało za chwilę, nie jej jednej 
zrobiło się ciemno przed oczami.
- Co przez to rozumiesz? - syknął.
Leith była dość wściekła, żeby nie 

rezygnować.
- Chyba nie chciałby mnie pan widzieć w 

swojej rodzinie, co?
- Masz cholerną rację! - wycedził, ale nagle 
uspokoił się, choć w jego oczach wciąż jeszcze 
czaiły się niebezpieczne błyski.

- Skoro nie masz zamiaru wyjść za mojego 
kuzyna- dodał po chwili - przy następnym 
spotkaniu delikatnie wyjaśnisz Travisowi, że 
go nie kochasz.

background image

- Myśli pan, że jestem zdolna zrobić to 
delikatnie? - szyderczo zapytała Leith.
Massingham kompletnie zignorował jej 
pytanie.

- Potem - ciągnął dalej - powiesz mu, że od 
chwili kiedy mnie ujrzałaś, nie możesz o mnie 

zapomnieć.
- A on ma w tę bajeczkę po prostu uwierzyć? - 
wtrąciła bezczelnie.
Znowu ją zlekceważył. Następne jego słowa 

jednak sprawiły, że naprawdę zapomniała 
języka w buzi.
- Na czas, który będzie konieczny, abyś mu 
wywietrzała z mózgownicy, zostaniesz moją 

dziewczyną. I - dodał groźnie, zanim zdołała 
zaprotestować - jeżeli zależy ci na pracy, a 

wiem, że tak jest, nie piśniesz ani słowa o 
tym, że sprawa jest ukartowana.
Leith powoli otrząsnęła się z szoku. Sprawy 
zaszły już za daleko, żeby teraz wszystko 

wyznać, zresztą i tak nie mogłaby tego zrobić. 
Naylor przejrzał jej blef, a ona nic nie mogła 
na to poradzić - co za cholerna kreatura!

background image

- Musi... musi być jakiś inny sposób - 
powiedziała głośno i tknięta nagłą myślą 
dodała: - Przecież mogę powiedzieć Travisowi, 
że to koniec bez... bez tego przedstawienia.

Naylor potrząsnął głową, zanim jeszcze 
skończyła.

- Mówiłem ci, żebyś z nim skończyła, a ty nie 
posłuchałaś. Miałem czas przemyśleć sprawę. 
Musi być tak, jak powiedziałem. Travis wpadł 
po uszy i nie przyjmie do wiadomości niczego 

innego. A zatem, kiedy przyszedłem do ciebie, 
zakochałaś się we mnie od pierwszego 
wejrzenia. Od tej pory widywaliśmy się 
codziennie i...

- I to wszystko ma być takie jednostronne? - 
przerwała mu jadowicie. - Mówię o tym... 

zauroczeniu.
Znowu potrząsnął głową.
- W tym sęk. Oboje wiemy o tym, że i tak nie 
poślubiłabyś go, droga panno Everett. Travis 

bardzo kocha swoją rodzinę.
Ty też, dodała w myśli Leith.

background image

- Na pewno pozwoli ci odejść, kiedy dowie się, 
że darzysz miłością kogoś z jego rodziny i jest 
to miłość z wzajemnością.
- Mówi pan naturalnie o sobie!

- Naturalnie.
Leith ani trochę się to nie podobało. Szukając 

ratunku przypomniała sobie przystojną 
blondynkę, towarzyszącą mu na kolacji 
tamtego wieczoru.
- A co z pańską drugą dziewczyną? - rzuciła 

nieprzyjaznym tonem, dziwnie wzdragając się 
przed wypowiedzeniem imienia blondynki.
- Dziewczyną? - zdziwił się.
Leith pojęła, że Olinda była jedną z tłumu.

- Olinda Bray - wyjaśniła. - Tamtego wieczoru 
najwyraźniej pan się jej podobał.

- Wiesz, jak to jest - wzruszył ramionami. - 
Kupić nie kupić, potargować można...
Roześmiał się - trzeba przyznać - uroczo. 
Leith była zupełnie bezsilna.

- Wygląda na to - powiedziała - że nie mam 
wyboru i muszę zrobić to, co pan każe.
Zerknęła na niego i zobaczyła, że promienny 
uśmiech zniknął, a na jego miejscu pojawił się 

background image

dawny, nienawistny wyraz. Sprawiło jej to 
przykrość.
- Jeszcze jedno. - Leith uznała, że skoro 
sprawy zaszły już tak daleko, równie dobrze 

może wspomnieć i o tym.
- Co? - warknął, wyraźnie niezbyt zachwycony 

perspektywą wysłuchania jej warunków.
- Nie mam zamiaru iść z panem do łóżka, 
żeby utrzymać posadę! - palnęła prosto z 
mostu.

Wyczytała odpowiedź z jego twarzy, zanim 
zdążył otworzyć usta. Wyniosłe, władcze 
spojrzenie, jakie jej rzucił, mówiło samo za 
siebie. Uważał ją za piękną, przynajmniej tak 

twierdził, ale poza tym nie wywierała na nim 
żadnego wrażenia. Chyba to właśnie chciał jej 

dać do zrozumienia, kiedy wycedził:
- Czy uznasz mnie za nieuprzejmego, jeśli 
otrę czoło z zimnego potu i odpowiem ci: 
kamień z serca?

Leith uznała, że określenie „świnia", to dla 
niego komplement! Wyobrażała sobie jego 
minę, gdy pozna prawdziwy obiekt miłości 
Travisa. Będzie wściekły, że na próżno stracił 

background image

tyle energii. Zemsta ma smak miodu... Było 
tylko jedno ale...
- Czy może mi pan obiecać, że niezależnie od 
tego, jak skończy się ta... ta farsa, czy po 

pańskiej myśli, czy nie... pozostanę na mojej 
posadzie?

Objął ją beznamiętnym spojrzeniem.
- Masz na to moje słowo.
Tylko to chciała usłyszeć. Okręciła się na 
piecie, zmierzając w stronę drzwi. 

Dokumentacja Palmer & Pearson pozostała 
na blacie biurka.
- Jeszcze jedno - zawołał za nią, zanim 
wyszła. Przystanęła i obróciła się w jego 

stronę.
- Słucham? - rzuciła chłodno.

- Domyślam się, że nie jesteś w stanie 
zapłacić całej hipoteki za swoje mieszkanie. 
Mój kuzyn na pewno ci pomagał. Od tej chwili 
ja przejmuję to zobowiązanie.

Na szczęście znajdował się poza zasięgiem 
ciosu, bo wściekłość Leith przekroczyła punkt 
krytyczny. Była w stanie uderzyć go. 
Niestety, z tej odległości mogła jedynie 

background image

słownie wyrazić swoje zdanie na temat jego 
oferty.
- Poczekasz sobie! - syknęła.
Wcisnęła okulary na nos i wybiegła, 

trzaskając drzwiami. Jej stosunek do Naylora 
Massinghama nie budził już wątpliwości: 

nienawidziła go!

ROZDZIAŁ PIĄTY

W czwartek Leith zaczęła sadzić, że nigdy w 
życiu nie pracowała tak ciężko. W zeszłym 
tygodniu harowała jak niewolnica, ale teraz 
wydawało się, że na jej biurku ładowało 

więcej pracy niż kiedykolwiek. Może lepiej, że 
Rosemary jeszcze nie wróciła. Z taką masą 

roboty niewiele czasu pozostawało jej na 
kawę i plotki, nie mówiąc o życiu 
towarzyskim.
Życie towarzyskie! Wciąż jeszcze kipiała 

złością na Naylora Massinghama. Skoro ma 
być jego dziewczyną, to co jeszcze robi w 
domu każdego wieczoru? Nie, nie chciałaby, 
żeby się z nią skontaktował - precz, 

background image

nieposłuszne myśli! A w ogóle zbyt jest zajęta, 
żeby wyjść z nim wieczorem, nawet gdyby ją 
zaprosił. Na ile go zna, nie zaprosi jej nigdzie. 
Każe, poinformuje, poleci, ale nie poprosi.

W przerwach pomiędzy jednym a drugim 
napadem furii na Naylora zdawało jej się 

przeżywać dziwne chwile, kiedy z całego serca 
chciała mu wyznać, że nie jest uczuciowo 
zainteresowana jego kuzynem. Chwile te 
jednak nie trwały długo, bo zaraz na nowo 

dźwięczało jej w uszach układne 
oświadczenie, że postanowił, iż Leith zostanie 
jego dziewczyną.
Bez względu na jego groźbę powinna chyba 

coś wyjaśnić Travisowi, ale od telefonu z 
Włoch nie dał znaku życia. Jednak - fakt 

całkowicie dla niej niezrozumiały - czuła 
jakąś dziwną niechęć do takiego załatwienia 
sprawy. Czyżby w stosunku do Naylora 
Massinghama poczuwała się do lojalności? A 

może to lęk przed utratą pracy?
Postanowiła nie myśleć o tym.

background image

- Czy dziś znowu zostajesz po godzinach? - 
spytał Jimmy, wyrywając Leith z zadumy i 
kierując jej myśli na inny tor.
- Nie, Jimmy - odparła. - Dziś wychodzę o 

piątej. Zaspokoiła jego ciekawość i 
przypomniała sobie treść rozmowy z 

Naylorem. Był pewien, że ktoś płaci za jej 
mieszkanie, ponieważ jej samej na to nie stać. 
Ona także pogodziła się z myślą, że nie może 
pozwolić sobie na pozostanie w luksusowym 

apartamencie, zwłaszcza że nie mogła liczyć 
na Sebastiana. 
Musiała dokładnie przemyśleć całą sytuację.
Nie wymyśliła nic genialnego aż do chwili, 

kiedy przy małej przepierce przypomniała 
sobie, że Rosemary wynajmowała swoje 

mieszkanie. Po kilku minutach wiedziała już, 
co robić, a po dziesięciu następnych cały plan 
był gotowy. Kiedyś dowiedziała się od 
Rosemary, ile wynosi czynsz. Jeśli uda jej się 

otrzymać taką samą sumę za wynajęcie 
własnego mieszkania, na pewno spłaci 
hipotekę. Oznaczałoby to przeprowadzkę do 
mniej eleganckiej dzielnicy, ale kluczem do 

background image

całej sprawy było właśnie wynajęcie tańszego 
mieszkania.
Od dwóch dni poświęcała godziny lunchu na 
rozmowy z pośrednikami. O piątej zatem 

opuściła biuro, z kwaśnym uśmieszkiem 
odnotowując na parkingu obecność jaguara, i 

pojechała na oględziny mieszkania, na które 
mogłaby sobie pozwolić.
- Bardzo ładne - powiedziała miłej gospodyni, 
która wprawdzie nie opuszczała mieszkania 

na stałe, ale wyjeżdżała na północ pod koniec 
roku i chciała przed wyjazdem uporządkować 
sprawy. Mieszkanie było małe, położone w 
dzielnicy, której zupełnie nie znała. Była 

jednak w przymusowej sytuacji i nie miała 
wyboru, nawet jeśli odpowiadał jej jedynie 

czynsz.
- Wezmę je - zdecydowała natychmiast. Nie 
chciała wracać do swojego ogromnego 
apartamentu i znowu mieć wątpliwości.

Nad filiżanką herbaty omówiły warunki 
wynajmu. Później Leith jeszcze raz obejrzała 
mieszkanie.

background image

Było już po siódmej, kiedy dotarła do 
eleganckiej dzielnicy, w której mieszkała 
dotychczas.
Jadąc myślała o tym, że do nowego 

mieszkania będzie mogła przeprowadzić się 
dopiero za trzy miesiące. Oznaczało to, że 

musi skądś zdobyć pieniądze na 
trzymiesięczną spłatę hipoteki i na pokrycie 
czeku, którym zapłaciła czynsz za pierwszy 
miesiąc. Próbowała spojrzeć na to od bardziej 

optymistycznej strony. Trzy miesiące pozwolą 
jej na spakowanie rzeczy - swoich i brata - a 
może przyszły lokator jej mieszkania także 
zapłaci za miesiąc z góry.

Oczywiście, że zapłaci - pomyślała butnie. 
Czując nagły przypływ dobrego humoru 

skręciła na parking przed swoim blokiem i - 
spostrzegła znajomego jaguara. Za kierownicą 
siedział mężczyzna.
Ich spojrzenia spotkały się.

A niech to! Leith od razu zauważyła, że jest o 
coś wściekły. Minęła go i skręciła do garażu 
na tyłach domu. Jakże chętnie zmieni adres! 
Był tylko jeden problem: w kadrach Vaseya 

background image

będzie musiała podać nowy, a wtedy jej 
pracodawca i tak ją znajdzie!
Wprowadziła wóz do garażu i przez chwilę 
miała ochotę wejść do domu przez tylne 

drzwi. Czyżby była aż takim tchórzem? Już 
nieraz widziała Naylora w ataku furii. 

Zamknęła garaż, odwróciła się i stwierdziła, 
że nie musi już nigdzie iść. Naylor stał za nią, 
wysoki, chmurny i wyglądał raczej 
niesympatycznie.

Chciała coś powiedzieć, ale uprzedził ją:
- Gdzie byłaś, do cholery? - zapytał, zanim 
zdążyła otworzyć usta.
Ta jego bezczelność, ta cholerna bezczelność!

- Nie pańska sprawa - rzuciła przez ramię.
- Żebyś wiedziała, że moja! - wybuchnął. - 

Travis miał roboty na co najmniej trzy 
tygodnie, ale z twojego powodu musiał chyba 
pracować jak szalony. Jest już w mieście!
Leith wiedziała dobrze, że ten szalony 

wysiłek nie był bynajmniej spowodowany 
myślą o niej i wzruszyła ramionami.
- Pewnie zajrzał, kiedy mnie nie było - 
oznajmiła beztrosko.

background image

- Nieprawda! Od szóstej siedzę tu i obserwuję 
wejście.
Wizja dumnego Naylora Massinghama, 
wysiadującego na czatach przez całą godzinę, 

wydała się Leith szalenie miła. Tak miła, że 
omal się nie uśmiechnęła. Powstrzymała się 

w porę, ale ponieważ on zachowywał się 
agresywnie, sama też się nie krępowała.
- A co pan tu robi, jeśli wolno zapytać? - 
syknęła zjadliwie.

- Nie wstydź się... nazywaj mnie Naylorem! - 
ryknął i wtedy poczucie humoru Leith wzięło 
górę. Wybuchnęła serdecznym śmiechem, 
który zaskoczył go całkowicie. Wodził 

wzrokiem, od jej rozbawionych oczu do ust, z 
takim wyrazem twarzy, że zaczęła dzielnie 

walczyć o kontrolę nad sobą, pewna, iż Naylor 
lada moment rzuci się na nią i udusi. Jednak 
po kilku sekundach on także dostrzegł 
komizm sytuacji i... zawtórował jej!

Jak śmiech zmienia twarz - pomyślała Leith. 
Serce jej zatrzepotało leciutko na widok 
roześmianych ust, które zawsze lubiła - 
niezależnie od ich właściciela. Odwróciła się 

background image

pospiesznie i skierowała ku tylnemu wejściu 
do budynku. Poszedł za nią, co niezbyt ją 
zaskoczyło.
- Wejdź... jeśli właśnie nie miałeś zamiaru 

tego zrobić - zaprosiła.
- Jaka miła! - mruknął.

Leith domyśliła się, że powód jego długiego 
dyżuru pod jej domem pozna dopiero wtedy, 
gdy wpuści go do środka. Grzeczność nic nie 
kosztuje.

- Umieram z głodu - powiedziała już w 
przedpokoju. - Sądzę, że ty też nic nie jadłeś.
Jeśli nawet Naylor był zaskoczony tym 
niespodziewanym zaproszeniem, nie okazał 

tego.
- Czy mam nakryć do stołu? - zapytał.

Pół godziny później siedział na kanapie, 
pogrążony w lekturze prenumerowanego 
przez Leith czasopisma finansowego. W 
kuchence mikrofalowej rozmrażał się sernik, 

a w piekarniku grzało się lasagne domowej 
roboty. Leith uciekła na chwilę do sypialni, 
dopiero tam zdała sobie sprawę z tego, co 
wyprawia. Zaprosiła go na kolację! Na litość 

background image

boską, można by pomyśleć, że ma ochotę na 
jego wizytę!
Wiedziała dobrze, że to niemożliwe. Jeśli 
nawet zapomni o tym, czego już przez niego 

doświadczyła, to i tak skoczą sobie do oczu, 
zanim kolacja dobiegnie końca! Wzruszyła 

ramionami i poszła do kuchni, aby 
przygotować sałatkę.
Była w trakcie przyprawiania sosu, kiedy 
rozległ się dzwonek do drzwi. Przez krótki, 

słodki moment miała nadzieję, że to 
Sebastian wrócił do domu. Sebastian jednak 
miał klucz. Rosemary także jeszcze nie 
wróciła, a skoro Naylor wspomniał, że Travis 

przyjechał z Włoch... cóż, istniała spora 
szansa, iż niespodziewanym gościem jest 

właśnie kuzyn Naylora.
O, niech to! - pomyślała. Dzwonek rozległ się 
ponownie. Co teraz robić, u licha? Naylor 
myśli, że Travis jest jej kochankiem, a ona nie 

może zaprzeczyć, żeby nie wciągnąć w to 
Rosemary.
Wybiegła z kuchni otworzyć drzwi. Okazało 
się, niestety, że zastanawiała się zbyt długo, 

background image

bo kiedy dotarła do przedpokoju, ujrzała 
Naylora, chmurnego i zimnego jak góra 
lodowa. On także domyślił się, że 
nieoczekiwanym gościem jest Travis i 

zdecydował się otworzyć drzwi osobiście. 
Leith była w zbyt poważnych opałach, aby 

jeszcze wściekać się na jego swobodę.
- Dobry Boże! A ty co tu robisz?! - usłyszała i 
rozpoznała głos zaskoczonego Travisa.
Jeżeli spodziewała się, że Naylor zawaha się 

albo zrobi unik teraz, kiedy nadeszła chwila 
realizacji jego planu, spotkał ją gorzki zawód. 
Udowodnił za to, że rzeczywiście bardzo 
troszczy się o swoją rodzinę.

- Cześć, Travis - zawołał wesoło. - Chodź, 
Leith jest w kuchni, przygotowuje mi kolację.

To całkiem niegłupia myśl - doszła do 
wniosku Leith i cichaczem wróciła do kuchni, 
równie szybko, jak z niej wybiegła. Nie 
zdziwiła się także, kiedy po chwili pojawił się 

Naylor, ciągnąc za sobą Travisa.
- Travis! Jak miło cię widzieć - powiedziała z 
uśmiechem, nie zwracając uwagi na surową 
minę Massinghama.

background image

Travis wydawał się niezdolny wymówić 
słowa, więc, aby przerwać niezręczne 
milczenie, dodała:
- Chyba uda mi się z tego lasagne wycisnąć 

trzy porcje, jeśli...
Na szczęście Travis otrząsnął się już z 

osłupienia.
- Nie, Leith, dziękuję. Jadłem niedawno. 
Chciałem... chciałem tylko powiedzieć ci, że 
wróciłem.

O, moje biedactwo - pomyślała Leith, nagle 
zdając sobie sprawę, że musiał się bardzo 
stęsknić za Rosemary. Sądził widocznie, że 
wróciła i pozwoli zaprosić się na filiżankę 

kawy.
- Czy miałeś... - Leith chciała zapytać go o 

podróż, ale Naylor widocznie uznał, że dał im 
dość czasu na ochłonięcie.
- Mam nadzieję, że to nie moje lasagne tak 
pachnie spalenizną, kochanie - zauważył. 

Doprawdy, jego tupet zwalał z nóg!
Pobiegła do kuchni po to tylko, żeby 
przekonać się, że nic się nie przypala.

background image

- Zobaczymy się w czasie weekendu - mówił 
Naylor do Travisa. My! - Właściwie 
przyszedłeś akurat w chwili, kiedy miałem 
zaprosić Leith do Parkwood. Co o tym 

sadzisz, Leith?
Starczyło mu odwagi, żeby przywołać ją do 

porządku.
- Lasagne jest w porządku - wymamrotała, 
grając na zwłokę i cały czas myśląc o trzech 
ratach hipotecznych, które musi zapłacić, a 

których nie zapłaci na pewno, jeśli straci 
pracę. Nie, nie straci pracy. Będzie tańczyć 
tak, jak jej zagra pan Naylor Ja-mam-
wszystkie-asy Massingham. Zapomni o swoim 

buncie.
- To brzmi zachęcająco - odparła z 

uśmiechem. Pomyślała, że prowadząc Travisa 
w krainę szczęśliwości pali za sobą mosty. No 
i co z tego? Dobrze, że ma słowo Naylora, jeśli 
chodzi o pracę.

- Zostawiam was sam na sam z lasagne - 
odezwał się Travis.
- Zobaczymy się więc w weekend-oznajmiła 
Leith i nabrała ochoty, żeby zrobić swemu 

background image

pracodawcy jakiś brzydki kawał, kiedy ten, 
niby wytrawny pan domu, odprowadził 
Travisa do drzwi.
Wrócił za chwilę.

- Jak na człowieka, który był zakochany po 
uszy, przyjął to całkiem dobrze - zauważył z 

odcieniem podziwu. - Myślałem, że starczy 
mu męskości, żeby...
Leith miała jednak w głowie zupełnie coś 
innego.

- Jak śmiałeś zaprosić mnie do Parkwood w 
jego obecności? - wpadła mu w słowo. - Jak...?
- Wolałabyś, żebym zrobił to za twoimi 
plecami?

- Naylor odpowiedział agresją na agresję.
- Nie dałeś mi szansy! - wybuchnęła. - Żadnej 

szansy. Ty...!
- Nie przyszło mi do głowy, że zechcesz 
odmówić - rzucił znacząco.
Uznał jednak, że nie wyczerpał tematu.

- Możesz powiedzieć „nie", kiedy tylko 
zechcesz! - syknął po chwili.

background image

Tak, i stracić pracę - pomyślała, kipiąc 
złością. Świnia! W bezsilnej furii spróbowała 
zaatakować Naylora od innej strony.
- A co powiedzą rodzice Travisa? - zapytała 

nieprzyjaźnie.
- Na temat czego?

- Nie sądzisz, że zdziwią się, jeśli to ty 
przywieziesz mnie do Parkwood, a nie Travis?
- A dlaczegóż to? Travis nie wspomniał w 
domu ani słowem o pannie Leith Everett. Co 

prawda, ja także dowiedziałem się dopiero 
wtedy, kiedy zobaczyłem jego samochód przed 
twoim domem. O ile dobrze rozumiem takie 
zachowanie, byłaś dla niego niewiele 

znaczącą znajomością, na jedną noc.
Oddech u wiązł jej w piersi. Delikatnie 

powiedziane!
- Dzięki - syknęła przez zaciśnięte zęby. Zaraz 
wciśnie mu to lasagne do gardła, zamiast na 
talerz.

On chyba też stracił apetyt, bo wyszedł z 
kuchni, nie zaszczyciwszy spojrzeniem 
nieszczęsnego lasagne.

background image

Nie mogła się doczekać, żeby zatrzasnąć za 
nim drzwi. Pobiegła do przedpokoju. 
Zwrócony tyłem do niej położył dłoń na 
klamce i właśnie wówczas wpadł mu w oko 

kapelusz Sebastiana. Zatrzymał się i spojrzał 
na Leith, która w wojowniczej postawie stała 

na progu, najwyraźniej czekając na jego 
wyjście.
Nagle kapelusz ze świstem pomknął w jej 
kierunku. Złapała go odruchowo.

- Pozbądź się tego! - rozkazał Naylor i 
wyszedł. Kapelusz Sebastiana wisiał 
spokojnie na swoim
miejscu, kiedy na drugi dzień rano Leith 

wychodziła do pracy. Wciąż jeszcze była 
wściekła na Naylora. Jak on śmiał pomyśleć, 

że mogłaby być dla kogoś przygodą na jedną 
noc...? Nawet, jeśli wydawało mu się, że ma 
na to niezbity dowód. To... zabolało.
Buntowała się przeciwko niemu całe 

popołudnie. Arogancka małpa, myślała, 
piekląc się w duchu i miała szczerą nadzieję, 
że wczoraj poszedł do łóżka z pustym 
żołądkiem. Chociaż nie. To nie w jego stylu.

background image

W krótkich przerwach, między jednym 
napadem buntu a drugim, zastanawiała się, 
czy istotnie miał zamiar zabrać ją do 
Parkwood.

Około czwartej po południu dostała 
odpowiedź na swoje wątpliwości. Zadzwonił 

telefon. Słuchawkę podniósł Jimmy.
- Do ciebie - oznajmił tak służbiście, że od 
razu wiedziała, iż na drugim końcu linii musi 
być ktoś ważny.

Przypuszczała, że to jeden z wysoko 
postawionych urzędników firm, z którymi 
miewała kontakty. Dziwne było jedynie to, że 
Jimmy nie wymienił nazwiska.

- Leith Everett - oznajmiła służbiście.
- Bądź gotowa jutro o jedenastej! - polecił głos, 

który poznałaby wszędzie. Ton nie był ani na 
jotę przyjemniejszy niż ostatniej nocy.
- Tak, proszę pana! - odparła krótko i cisnęła 
słuchawkę na widełki.

Do diabła z nim, niech go piekło pochłonie! - 
myślała ze złością, kiedy pochwyciła 
spojrzenie Jimmy'ego. Od razu stwierdziła, że 
jej asystent wie, kto dzwonił. Wyraz twarzy 

background image

chłopca świadczył o palącej go ciekawości. Bo 
niby dlaczego sam wielki szef firmy miałby 
dzwonić do niej osobiście? Jeżeli jeszcze 
Jimmy przypomni sobie, że pan Massingham 

chciał rozmawiać z nią w zeszły poniedziałek, 
to Bóg jeden wie, co jego płodna wyobraźnia 

może wykombinować!
Jimmy otworzył usta, ale Leith uznała, że 
należy położyć kres wszelkim spekulacjom z 
jego strony.

- Nie pytaj! - ostrzegła surowo.
Zamknął usta. Nagle na jego twarzy wykwitł 
szeroki uśmiech.
- Nawet mi się nie śniło, słowo daję, Leith! - 

odparł.
Leith pracowicie sortowała swoją garderobę. 

Stwierdziła ze zdziwieniem, że choć do tej 
pory nigdy nie miała trudności z podjęciem 
decyzji, tym razem naprawdę nie wie, co ma 
wziąć ze sobą do Parkwood. W dalszym ciągu 

nie była zupełnie przekonana do tej podróży i 
nieraz zadawała sobie pytanie, po co w ogóle 
to robi. Odpowiedź przyszła niemal 

background image

natychmiast, nieuchronna i niezmienna - 
praca i hipoteka.
Wielkie nieba! - pomyślała i nagle straciła 
cierpliwość do samej siebie. Przecież to tylko 

na jedną noc, do diabła! Chwyciła ulubioną 
suknię i włożyła ją do walizki wraz z jakimiś 

spodniami i swetrem, na wszelki wypadek. 
Nagle odezwał się telefon.
- Tu Travis... czy jesteś sama?
Leith zrozumiała jego wahanie, natknął się tu 

przecież ostatnio na swojego ukochanego 
kuzyna...
- Tak, jestem sama - odpowiedziała.
- Zdębiałem, kiedy wczoraj Naylor otworzył 

mi drzwi - stwierdził Travis, uważając to za 
coś zupełnie naturalnego.

- Ja... często spotykam się z nim... od jego 
pierwszej wizyty - wykrztusiła Leith, a 
nieubłagane “jeśli zależy ci na pracy" znowu 
zadźwięczało jej w uszach.

- Zdążyłem to zauważyć, w końcu pracujesz w 
tym samym budynku i w ogóle. Naylor musi 
naprawdę myśleć o tobie poważnie - zauważył 
Travis, jakby chciał dać jej uczciwej naturze 

background image

jeszcze jeden twardy orzech do zgryzienia. - A 
co ty o nim sądzisz?
- J-jeszcze za wcześnie o tym mówić - zdołała 
wykrztusić. - Dlaczego sądzisz, że myśli o 

mnie poważnie?
- Nigdy przedtem żadnej kobiety nie 

przyprowadził do domu - szybko odparł 
Travis i dodał ciepłym głosem: - Tak się 
cieszę, że to właśnie ty, Leith.
- Och, Travis! - wybuchnęła bezradnie.

- Wiem, wiem, jeszcze za wcześnie o tym 
mówić... ale gdybyś miała jakieś wątpliwości, 
nie dopuściłabyś, aby sprawy zaszły tak 
daleko. Znam cię przecież.

Leith nie wiedziała, jak na to zareagować.
- Wiem, że to dla ciebie trudny okres - ciągnął 

Travis, wyraźnie przytłoczony własnymi 
problemami. -Wiem też, że nienawidzisz 
okłamywać Naylora, choć mam nadzieję, że 
już nie będziesz musiała tego robić... ale, czy 

mogę dalej liczyć na twoją dyskrecję?
Leith zawahała się i miała ogromną ochotę 
wyjaśnić mu wszystko. Już otworzyła usta, by 
opowiedzieć o swojej umowie z Naylorem, ale 

background image

ze zdumieniem stwierdziła, że nie jest w 
stanie tego zrobić.
- Mogę na ciebie liczyć, Leith? - nalegał 
Travis.

- Oczywiście i dobrze o tym wiesz - odparła, 
odkrywając, zeTravis ma ochotę na 

zwierzenia. Wczoraj wieczorem dzwonił do 
mieszkania Rosemary kilka razy, aż wreszcie 
doszedł do wniosku, że jego ukochana musi 
wciąż jeszcze być u rodziców.

- Nie miałem odwagi zadzwonić do niej 
wprost - wyjaśnił. - Przyszedłem do ciebie, 
ponieważ miałem nadzieję, że zadzwonisz do 
Rosemary w moim imieniu, a gdyby jej 

rodziców nie było w domu, pozwolisz mi z nią 
porozmawiać. Pewnie uznasz mnie za bezczel-

nego typa?
Biedny Travis - pomyślała Leith, czując, jak 
wzbiera w niej współczucie.
- Wcale nie uważam cię za bezczelnego typa - 

odezwała się łagodnie.
- Jeśli jesteś pewna... - zaczął i nagle zamilkł. 
- Nie zadzwoniłabyś do Rosemary teraz? 
Powiedz jej tylko, że o niej myślę.

background image

Porozumiała się z przyjaciółką natychmiast 
po zakończeniu rozmowy z Travisem. 
Przekazała jej wiadomość.
- To miło - odparła Rosemary i Leith 

zrozumiała, że jej rozmówczyni nie jest sama.
Idąc do łóżka miała pretensje do całego 

świata. Bardzo lubiła Rosemary i doceniała 
jej delikatność w stosunku do rodziców, 
Travis jednak był niezwykle cierpliwy... czy 
teraz nie mogłaby go wyciągnąć z piekła, w 

którym tkwi?
Ona sama także przeżywała katusze, kiedy w 
sobotę rano czekała na Naylora. I znowu 
powracało natrętne pytanie: dlaczego, u licha, 

tak pokornie poddawała się jego władzy? Nie 
znajdując odpowiedzi poczuła, że znowu się 

buntuje.
Bunt ten podpowiadał jej, by uczesała włosy 
w stylu starej panny i włożyła grube okulary, 
kiedy pojawi się Jego Lordowska Mość. Jeżeli 

w końcu tego nie zrobiła, to nie z obawy przed 
grubiańskimi uwagami, którymi mógłby... 
nie, nie mógłby - poprawiła się w myśli - 
którymi zasypałby ją zaraz przy drzwiach. 

background image

Raczej dlatego, że uważała, iż ten weekend 
będzie wystarczająco trudny bez 
prowokowania tego potwora zaraz na wstępie.
Naylor nie kazał jej długo czekać. Zadzwonił 

do jej drzwi tuż przed jedenastą.
- Dzień dobry - przywitała go sztywno i 

zaprowadziła do salonu. Miała zamiar zadać 
mu kilka pytań, zanim udadzą się 
gdziekolwiek.
Wzięła głęboki, uspokajający oddech i na 

moment wyzbyła się furii, gdy pochwyciła 
spojrzenie obejmujące jej zgrabną sylwetkę w 
eleganckim białym kostiumie z granatowymi 
lamówkami. Był ubrany z większą swobodą 

niż ona. Leith doszła do wniosku, że jeśli w 
garniturze prezentował się dobrze - ba, 

wspaniale! -to w tym niedbałym stroju jego 
wysmukła postać nabierała jeszcze większego 
wdzięku.
- Spakowałam torbę na jedną noc, ale przed 

wyjazdem... - zaczęła ostro, w tej jednak 
chwili przekonała się, że i on także ma coś do 
powiedzenia - i powie to, choćby miał jej 
przerwać w pół słowa.

background image

- Co powiedziałaś Travisowi? - rzucił.
- Kiedy? - zapytała, czując, że jej ręce już 
zaciskają się w pięści, a rozmawiali niecałe 
pięć minut!

- Chcesz powiedzieć, że nie kontaktował się z 
tobą od ostatniego czwartku?

- Chciałbyś sprawozdania punkt po punkcie? - 
zapytała, uznając, że najlepszą obroną jest 
atak. - A może wystarczy ci to, że Travis 
sądzi, iż jestem zakochana w tobie po uszy.

Naylor przez chwilę przyglądał się jej w 
milczeniu i bardzo nieprzyjaźnie.
- Gdzie twoja torba? - zapytał, wierny 
zasadzie, że odpowiada wyłącznie na wybrane 

pytania.
- Chwileczkę!

Nie miała zamiaru ruszyć się z miejsca, 
dopóki nie uporządkuje paru spraw.
- Czy to w porządku, że zapraszasz mnie do 
domu państwa Hepwood? - zagadnęła, 

wytrzymując jego złowieszcze spojrzenie.
- Na wszelki wypadek informuję cię... choć 
pewnie i tak o tym wiesz, że mieszkam z 
wujostwem od dziesiątego roku życia. Ich dom 

background image

jest moim domem- stwierdził lodowatym 
tonem. - Zraniłbym ich do żywego, gdybym 
myślał inaczej.
Leith mogła to sobie wyobrazić. Przyszło jej 

do głowy następne pytanie, na które 
wprawdzie znała odpowiedź, ale postanowiła 

je zadać.
- Ale nie mieszkasz z nimi przez cały czas?
- Wygodniej mi we własnym mieszkaniu w 
mieście - odparł krótko.

No pewnie - pomyślała Leith, ale nie mogła 
pojąć, dlaczego nagle odezwało się w niej coś, 
co dziwnie przypominało zazdrość. 
Wyobraziła sobie bowiem rząd blondynek 

defilujący przez jego mieszkanie.
- I jakże mnie przedstawisz? - zagadnęła 

kwaśno.
- Jako moją dziewczynę... a jakżeby inaczej?
- Nie masz wyrzutów sumienia, że ich 
oszukujesz?

- Po tym wszystkim, co dla mnie zrobili - 
syknął wściekle - miałbym więcej wyrzutów 
sumienia pozwalając, by ich najmłodszy, 

background image

ukochany syn zrujnował sobie życie, 
uganiając się za jakąś...
- Czy ktoś już powiedział ci, jak bardzo jesteś 
odrażający? - zawołała gniewnie... i doszła do 

wniosku, że może powtarzać obelgi do 
upadłego, a jego to nawet nie dotknie.

Nagle jednak gburowaty nastrój Naylora 
ulotnił się, a jego miejsce zajęła wszechobecna 
drwina. Kołysząc się na piętach zajrzał w 
ciskające pioruny zielone oczy.

- Ależ ty jesteś piękna, kiedy się wściekasz! - 
zawołał przekornie.

Parkwood był to duży dom, położony w 

uroczej posiadłości otoczonej lasami i polami. 
Leith uznała go za bardzo idylliczne miejsce. 

Przyjechali na około dwadzieścia minut przed 
lunchem, co wystarczyło akurat na ogólną 
prezentację. Potem Leith zdążyła jedynie 
obejrzeć swój pokój i umyć ręce, zanim dołą-

czyła do Naylora, Cicely i Guthrie 
Hepwoodów oraz Travisa. Wbrew własnym 
oczekiwaniom spodobała jej się atmosfera 
tego domu.

background image

- Naylor powiedział mi, że jesteś jedną z jego 
najlepszych pracownic - zauważyła podczas 
jedzenia Cicely Hepwood, schludna, miła 
kobieta.

Leith posłała Naylorowi wymowne spojrzenie. 
Siedział tuż obok niej i na to oczywiste 

kłamstwo nawet nie zaróżowiły mu się uszy! 
W końcu w jej oddziale było wielu starszych 
stażem pracowników.
- Pewnie dlatego polecił szefowi działu 

pilnować, żebym nie miała za dużo wolnego 
czasu - odparła swobodnie. Przyszło jej na 
myśl, że rosnąca sterta dokumentów na jej 
biurku może być zasługą jego troskliwości. 

Spojrzała na niego jeszcze raz - tym razem to 
on jej się przyglądał.

- Czy to prawda? - zapytała. Myśli musiała 
mieć wypisane na twarzy, bo bez trudu pojął, 
o co jej chodzi i nawet się uśmiechnął.
- Miałaś o tym nie wiedzieć... zrobiłem to, 

żeby nie przychodziły ci do głowy żadne 
głupie pomysły.
Ty diable! - pomyślała, ale uśmiechnęła się 
także, ponieważ byli w towarzystwie. 

background image

Doskonale pojęła, co chciał przez to 
powiedzieć. Uważa widocznie, że jeśli zadba o 
to, by nie brakowało jej pracy ani w biurze, 
ani w domu, to nie będzie miała dość czasu na 

spotykanie się z Travisem.
- Biedna Leith - wtrącił się Travis. - Naylor 

próbuje zrobić z ciebie pracusia.
Leith pochwyciła ostre spojrzenie, jakie 
Naylor posłał kuzynowi.
- Nie ma szans - zaśmiała się beztrosko i 

szybko zmieniła temat, chwaląc wino, które 
doskonale pasowało do posiłku. - Czy ten 
gatunek wina też pan importuje, panie 
Hepwood?

Wszyscy mieli w tym momencie nieco 
rozbawione miny i napięcie, które wyczuwała, 

zniknęło w magiczny sposób.
- Mój wuj nie pozwoliłby nigdy, żeby na jego 
stole znalazło się wino z innej piwnicy, niż 
jego własna - dobrodusznie wyjaśnił Naylor.

Posiłek dobiegł końca w przyjemnym 
nastroju.
Kilka minut spędzili na dyskusji nad tym, czy 
Cicely Hepwood powinna odwołać wizytę w 

background image

szpitalu u chorego przyjaciela, którą mieli 
zaplanowaną na popołudnie.
- Nie możesz tego zrobić! - stwierdził Naylor. 
– Nie wiedzieliście o wizycie Leith. A poza 

tym oboje mamy zamiar wybrać się na spacer.
To akurat było dla Leith nowiną, ale nie 

chciała pozwolić, by jej gospodarze zawiedli 
chorą osobę.
- Właśnie to planowaliśmy - potwierdziła. Już 
w chwilę potem Cicely powiedziała, że 

wyjeżdżają za pół godziny.
- A ty co będziesz robił, Travis? - zapytała 
młodszego syna z odcieniem niepokoju. Leith 
rozpoznała ten nastrój z czasów, gdy jej 

matka usiłowała być równie taktowna wobec 
Sebastiana.

Niecierpliwie czekała na odpowiedź. Miała 
wielką ochotę zaprosić Travisa, by 
towarzyszył jej i Naylorowi, ale jedno 
spojrzenie na partnera wystarczyło, by 

przekonać ją, że jeśli to zrobi, gorzko 
pożałuje.
- Coś tam będę robił - odpowiedział Travis.

background image

- A... będziesz na kolacji? - ostrożnie 
zagadnęła matka.
- Chyba się o mnie nie martwisz, mateczko? 
Cicely zaśmiała się wesoło.

- Idę na górę - oznajmiła. - Muszę się 
przebrać. Leith pomyślała, że to pomysł 

godny naśladowania, jeśli Naylor 
rzeczywiście chce ją zabrać na spacer.
- Przepraszam - bąknęła i wraz z gospodynią 
opuściła pokój.

Przebrała się w spodnie, lekki sweter i buty 
na płaskim obcasie. Jak dotąd sprawy toczyły 
się lepiej, niż przypuszczała. Och, nie 
przeoczyła ani jednego spojrzenia, które 

posyłał jej Naylor, gdy zwracała się do 
Travisa... no, ale chyba nie sądził, że będzie 

go ignorować.
Kiedy w dwadzieścia minut później zeszła ze 
schodów, Naylor już na nią czekał. Objął 
wzrokiem całą jej postać, kończąc dopiero na 

czubkach miękkich pantofli. Z pewnością ma 
zamiar wywlec ją na jakąś potworną, 
dziesięciomilową wędrówkę. Dziwne, że

background image

serce zatrzepotało jej tak nagle... Owszem, to 
prawda, sporo czasu upłynęło od dnia, kiedy 
po raz ostatni przeszła dziesięć mil... a nawet 
pięć - usprawiedliwiała to trzepotanie.

- Gotowa? - zapytał raczej uprzejmie, a jej 
serce wykonało kolejny dziwny skok.

- Czy mówimy komuś do widzenia? - zapytała.
- Jeśli masz na myśli Travisa, to możesz o 
nim zapomnieć - burknął gniewnie.
Bez słowa wyminęła go i pomaszerowała 

naprzód. Zrównał się z nią już po paru 
krokach.
- Miniemy stajnie, skręcimy i przetniemy pole 
- oznajmił.

- Wspaniale!
Następne dziesięć minut upłynęło w 

całkowitym milczeniu. Leith zatopiła się we 
własnych myślach. Naylor doskonale zna te 
tereny, zapewne bawił się tu, kiedy był 
dzieckiem. Wchodził na drzewa, pływał w 

rzece... nagle przypomniała sobie coś. Jego 
rodzice zginęli, kiedy miał zaledwie dziesięć 
lat. Wrogość w jej sercu rozpłynęła się w 
nagłej fali współczucia. Po śmierci rodziców 

background image

chyba raczej nie czuł pociągu do wspinania 
się na drzewa, ani do pływania.
- Naylor - zwróciła się do niego i na moment 
jego ból stał się jej własnym.

- Ona wie, jak mam na imię! - zauważył 
złośliwie. Leith w tej samej chwili zdała sobie 

sprawę, że po raz pierwszy zwróciła się do 
niego po imieniu.
- „Proszę pana" wymknęło mi się wtedy - 
wyznała.

- Tak myślałem - odparł. - Nagle uśmiechnął 
się do niej jednym kącikiem ust... i od razu 
poczuła się cudownie lekko i radośnie.
Speszona, szukała tematu, który otrzeźwiłby 

ją nieco.
- Z-zapomniałam zapytać o Palmera & 

Pearsona...- wykrztusiła.
- Nie rozmawiam o sprawach służbowych 
poza godzinami pracy - uciął, zanim 
dokończyła.

Obejrzała się na niego z półotwartymi ustami. 
Naylor beznamiętnie zniósł jej 
niedowierzające spojrzenie. Na litość boską, 
czyżby nie pamiętał, że sprawę Palmer & 

background image

Pearson przyniósł jej poza godzinami pracy, o 
sprawie Norwood & Chambers dyskutował z 
nią poza godzinami pracy, groził, że ją 
wyrzuci, poza godzinami pracy...

- Więc - Leith przełknęła przynajmniej cztery 
sprzeczności, które mogłaby mu wytknąć - o 

czym u licha chcesz mówić?
Spodziewała się, że jej sarkastyczne pytanie 
zostanie zignorowane, a w najlepszym 
wypadku dowie się -w ów rozkosznie 

bezpośredni sposób - że na spacerze rusza się 
nogami, a nie językiem. Dlatego zmyliła krok, 
kiedy zaproponował:
- A może porozmawiamy o tym, gdzie byłaś w 

czwartek, kiedy czekałem na ciebie przed 
domem?

Obejrzała się na niego zdumiona. Gdyby ktoś 
go słyszał, pomyślałby, że mieli randkę i 
Leith przyszła mocno spóźniona!
- Ja... Ale... - zaczęła, wzięła się w garść i 

stwierdziła, że nie ma powodu kłamać. - 
Szukałam mieszkania.

background image

- Dlaczego? - albo jej nie wierzył, albo był 
przyzwyczajony do bardziej wyczerpujących 
odpowiedzi.
Leith zatrzymała się gwałtownie.

- Moje obecne mieszkanie bardzo mi 
odpowiada - oznajmiła wyniośle. - Ale, jak 

pewnie zauważyłeś, spłacanie hipoteki 
przekracza moje możliwości finansowe. 
Szukałam czegoś tańszego...
- Powiedziałem ci, że się tym zajmę! - 

przerwał ostro, doprowadzając ją do szału.
- Słyszałam, a jakże! - syknęła z urażoną 
dumą.
- Ha! - mruknął i chyba szybko 

przeanalizował sobie wszystko, co do tej pory 
zostało powiedziane. -A więc zdecydowałaś się 

definitywnie zerwać z Travisem?
Hej, hej, za szybki jesteś dla mnie - 
pomyślała.
- Nie twoja sprawa! - parsknęła równie 

agresywnie.
- Och, daj spokój - warknął. Agresja byłaby 
zbyt delikatnym określeniem dla jego 

background image

nastroju. - A może masz kogoś innego, kto 
pomógłby ci spłacić hipotekę?
- Ach, ty...! - wrzasnęła Leith i straciła 
panowanie nad sobą. Szczupłe ramię 

zakreśliło w powietrzu łuk. - Skoro tak ciężko 
ci to zrozumieć - krzyczała pomiędzy jednym 

ciosem a drugim - musisz mi wierzyć na 
słowo, że w kolejce do płacenia moich 
rachunków jesteś dokładnie na szarym 
końcu!

Odkręciła się na pięcie i pobiegła w stronę 
domu. Nie zwracała uwagi na jego zdumienie, 
że ktoś tak drobnej postury może rzucić się na 
niego z taką siłą, a przede wszystkim, że się 

na to odważy!
Domyślała się, że jest zdumiony jej atakiem, 

ale najbardziej bolało ją to, że ma o niej tak 
niedobre zdanie. Jak w ogóle śmiał myśleć, że 
bierze pieniądze od Travisa? Jak mógł sądzić, 
że ma innych mężczyzn, którzy płacą jej 

rachunki?
Biegła bez tchu aż do samego Parkwood. 
Wbiegła przez frontowe drzwi i po schodach 
do swojego pokoju. Uczucia wrzały w niej, jak 

background image

w kotle piekielnym. Jak on śmiał? - 
rozpaczała. Spazmatycznie chwytając oddech 
opadła na łóżko i wiedziała już, że zła opinia 
w oczach Naylora nie bolałaby jej ani w 

połowie tak mocno, gdyby nagle nie odkryła, 
że jest w nim bez pamięci zakochana!

Nie warto było zastanawiać się, jak do tego 
doszło ani dlaczego tak się stało. Stało się i 
już! Była po uszy zakochana w Naylorze 
Massinghamie i nic, ale to absolutnie nic, nie 

była w stanie na to poradzić!
Uznała, że miłość to niezmiernie bolesne 
uczucie i natychmiast myśli jej powędrowały 
ku Travisowi, który okropnie cierpiał z tego 

samego powodu. Dopiero teraz, kiedy sama 
także kochała, zaczynała pojmować, przez co 

przechodzi Travis.
Ani przez chwilę nie przestawała myśleć o 
Naylorze. Ze zdumieniem przyglądała się 
swej dłoni. Jakim sposobem, kochając tak 

mocno, mogła go tak wściekle zaatakować?
Poczuła się przegrana. Nie odnajdzie w sobie 
dawnej niechęci. Kochała go i nie czuła 
gniewu. Właśnie to było przyczyną uczucia 

background image

zagrożenia, którego doznała, gdy Naylor po 
raz pierwszy oznajmił jej, żem być jego 
dziewczyną. Teraz już wiedziała, że ten 
niepokój wywodził się z przeczucia 

nieuchronnego cierpienia.
Nagle, kiedy wydawało jej się już, że nie 

istnieje dla świata, niepokój odezwał się 
znowu. Jak przez mgłę dotarło do niej, że ktoś 
puka do drzwi. Naylor! To na pewno on! Ale 
ona nie chce, żeby to był on. Nie jest jeszcze 

gotowa, by stawić mu czoło... Jeszcze nie...
Pukanie powtórzyło się, tym razem bardziej 
natrętne. Usłyszała, że ktoś wola ją po 
imieniu. Travis! Z ulgą podbiegła do drzwi.

- Przepraszam, że przeszkadzam - sumitował 
się Travis. - Ale widziałem, że wróciłaś bez 

Naylora.
Leith zaczęła zastanawiać się nad jakaś 
rozsądnie brzmiącą wymówką, ale rychło 
spostrzegła, że Travis pochłonięty jest bez 

reszty własnymi problemami.
- Kiedy przybiegłaś, siedziałem w bibliotece i 
myślałem o Rosemary, coraz bardziej 
przerażony tą sytuacją. Pomyślałem, że 

background image

można by do niej zadzwonić. Zrobisz to, 
prawda? - zapytał z takim błaganiem w 
oczach, że Leith nie miała serca odmówić.
- Gdzie jest telefon? - zapytała.

- Możemy zadzwonić z biblioteki, będziemy 
mieli spokój. - Twarz Travisa rozjaśniła się 

podnieceniem.
Zeszła za nim po schodach. Travis pierwszy 
wszedł do biblioteki i natychmiast zaczął 
wykręcać numer. Leith usiłowała wymyślić 

jakiś rozsądny pretekst, dla którego mogłaby 
dzwonić do Rosemary, kiedy podał jej 
słuchawkę.
- A... Dzień dobry, panie Green - trochę 

zaskoczona usłyszała głos ojca Rosemary. - Tu 
Leith Everett. Jak się pan miewa?

- Dziękuję, nieźle - brzmiała uprzejma, ale 
wcale nie sympatyczna odpowiedź.
- To dobrze - odparła Leith równie grzecznie. - 
Czy mogłabym rozmawiać z Rosemary?

- Nie jestem pewien, dokąd poszła... - odparł 
wykrętnie. - Może coś przekazać?

background image

Rzeczywiście! - pomyślała gniewnie Leith, 
przekonana, że ojciec Rosemary po prostu 
chciałby wiedzieć, w jakiej sprawie dzwoni.
- Mogę chwilę poczekać - oznajmiła z uporem. 

-Jesteśmy przyjaciółkami od dawna, nie 
widziałam jej całe wieki. Dzwonię, żeby 

troszkę poplotkować.
Spojrzała na Travisa wymownie, kiedy pan 
Green bez słowa odłożył słuchawkę i poszedł 
zawołać Rosemary. Travis wyglądał na 

przygnębionego. Widocznie uświadomił sobie, 
że skoro pan Green odebrał telefon, musi się 
przygotować na monolog.
- Halo? - odezwał się w słuchawce pokorny i 

cichy głos Rosemary.
- Tu Leith.

- Wiem, ojciec mówił.
- Jak leci?
- Matka czuje się dużo lepiej.
Och, nie pleć - pomyślała Leith. Miała niemiłe 

wrażenie, że rodzice chcą koniecznie 
przekonać Rosemary, iż zamężna kobieta nie 
miewa przyjaciółek!

background image

Obawiając się, że rozmowa może się skończyć 
w każdej chwili, dodała szybko:
- Travis jest tutaj... chce ci coś powiedzieć. 
Usłyszała szybkie, głośne westchnienie i czym 

prędzej oddała słuchawkę Travisowi.
- Witaj, Rosemary - zaczął miękko. - Wiem, że 

nie możesz mówić, chciałem tylko się 
przywitać.
Leith pomyślała, że właściwie powinna wyjść, 
ale rozmowa Travisa skończyła się w ciągu 

kilku sekund, co załamało go całkowicie.
- To nie fair! - oznajmił, odkładając 
słuchawkę. - Ona jest śmiertelnie 
wystraszona! Bóg jeden wie, co jej 

powiedzieli, ale chyba siedzą jej na karku 
dzień i noc, jeśli doprowadzili ją do takiego 

stanu. Boi się do mnie odezwać nawet przez 
telefon!
Musiał przeżywać okropne męczarnie, ale 
Leith nie była w stanie pomóc mu w żaden 

sposób.
- Przykro mi - powiedziała. Wiedziała, co robi 
z człowieka miłość, wiec rozumiała Travisa 
doskonale.

background image

- To podłość - stwierdził. Nie mógł już dłużej 
dusić tego w sobie. Musiał się wygadać. - 
Wiem, że Rosemary mnie kocha i rozwiodłaby 
się z mężem, gdyby jej na to pozwolili. Po 

prostu wiem o tym. Ale oni... szanowni 
państwo Green... swoim zachowaniem 

sprawiają, że najpiękniejsze uczucie nagle 
staje się ponure i grzeszne. A przecież nie ma 
w tym nic ponurego, ani grzesznego... 
dlaczego nie mogą zrozumieć, że Rosemary 

popełniła błąd i poślubiła drania? Na pewno 
nie chcą, żeby płaciła za to przez całe życie. 
Przez nich muszę trzymać moją miłość w 
tajemnicy przed rodzicami... nie mówiąc już o 

braciach. Mówię ci, Leith, zaczynam tęsknić 
za solidnym kawałkiem sznura!

- Och, Travis - żałośnie szepnęła Leith i, nie 
mogąc znaleźć słów pociechy, współczująco 
położyła mu dłoń na ramieniu.
Nie zdążyła jej cofnąć, kiedy drzwi biblioteki 

otworzyły się nagle. Leith podskoczyła, 
obejrzała się i oblała żywym rumieńcem. 
Ujrzała Naylora po raz pierwszy od chwili, 
kiedy zrozumiała, że go kocha. Serce zabiło jej 

background image

mocniej. Kiedy widzieli się po raz ostatni, 
okładała go pięściami z całej siły... a sądząc 
po gniewie, jaki wyzierał z jego oczu, nie 
miała najmniejszych szans na wybaczenie!

Płonące złością spojrzenie powędrowało ku jej 
dłoni, wciąż spoczywającej na ramieniu 

Travisa. Leith cofnęła ją szybko. Travis, 
równie zaskoczony jak ona, zdawał się 
odzyskiwać przytomność. Dotarło do niego, że 
nie zdoła już porozmawiać otwarcie o swoich 

problemach. Przygnębiony, postąpił w jedyny 
możliwy w tej sytuacji sposób.
- No to cześć - wymamrotał drżącym głosem i 
pospiesznie skierował się w stronę drzwi.

Leith miała ochotę pójść za jego przykładem, 
zdołała przebiec parę kroków, kiedy Naylor, 

rozwścieczony i gotowy na wszystko, zastąpił 
jej drogę.
Podniosła na niego chmurne spojrzenie i 
odkryła, że nie boi się już niebezpiecznego 

płomienia, który ciągle tlił się w jego oczach.
- Niech zgadnę - syknął. - Sądząc z tego, jak 
się obmacywaliście, na swój słodki sposób 

background image

starasz się pocieszyć go, ponieważ między 
wami wszystko skończone!
- Obmacywaliśmy się! - wykrzyknęła 
wściekła, że ta męska świnia, której w 

dodatku oddała serce, może myśleć o niej aż 
tak źle.

- Chcesz mi powiedzieć, że go nie 
prowokowałaś? -rzucił twardo. Żyłka na jego 
skroni pulsowała lekko. Wydawało się, że 
stacza ze sobą ciężką walkę, kiedy odstąpił od 

niej o krok.
- Nawet mi się nie śniło! - syknęła 
zapalczywie. Niepokój i miłość zalały ją jak 
fala. Wiedziała tylko, że musi uciec. Jak 

najdalej od niego.
- Wybacz mi - bąknęła. Nie wiedziała, czy jej 

wybaczy i nie miała zamiaru zostać nawet tak 
długo, żeby się o tym przekonać. Wybiegła z 
biblioteki.
Wbiegła do pokoju, całym sercem pragnąc być 

o mile od Parkwood. Sięgnęła nawet po 
torbę... ale jakże może wyjechać, kiedy chce 
być blisko Naylora? Nie wiedziała już, czy 
chce zatrzymać tę dobrze płatną pracę, czy 

background image

nie, ale choć wszystko wydawało się osnute 
mgłą, jedno było jasne i wyraźne: była w nim 
bardzo, bardzo zakochana.
Spędziła w pokoju resztę popołudnia. 

Słyszała, kiedy wrócili państwo Hepwood, ale 
nie miała odwagi na nich spojrzeć. Poczuła się 

winna dopiero w chwilę później, gdy Wendy, 
szesnastoletnia pomoc gospodyni, przyniosła 
jej tacę z podwieczorkiem.
- Kolacja będzie o ósmej - oznajmiła wesoło.

- Dziękuję, Wendy - Leith z trudem 
uśmiechnęła się. Stan bolesnego niepokoju 
nie opuszczał jej ani na chwilę.
Nalała sobie filiżankę herbaty i stwierdziła, 

że nie wypada jej wyjechać. Dobre 
wychowanie wymagało, żeby została. Państwo 

Hepwood uznaliby to za bardzo dziwne, że 
pierwsza dziewczyna, jaką przywiózł do domu 
ich siostrzeniec, zamierza opuścić ich jeszcze 
przed kolacją.

Podeszła do okna, ale choć przed jej oczami 
roztaczał się wspaniały widok, ona widziała 
jedynie zagniewaną twarz Naylora.

background image

Wróciła w głąb pokoju, pogrążona w 
rozmyślaniach i nagle zamarła. Jeśli Naylor 
uważa, że jeszcze nie skończyła swej 
znajomości z Travisem, równie dobrze może 

to uczynić za nią! Jest na to wystarczająco 
wściekły... i wystarczająco bezczelny.

Aż do kolacji zastanawiała się, jak postąpi 
Naylor i jak, w zależności od sytuacji, 
powinna się zachować. Za dziesięć ósma, 
wychodząc z pokoju, wciąż jeszcze nie znała 

odpowiedzi.
Przed wejściem do salonu jej serce zaczęło 
miotać się jak szalone. Usłyszała szmer 
miłych dla ucha głosów i domyśliła się, że 

przyszła ostatnia. Odetchnęła głębiej dla 
dodania sobie animuszu i weszła. Zachwiała 

się lekko, kiedy Naylor - śmiertelnie poważny 
- wstał z miejsca i podszedł do niej.
- Miałem już iść po ciebie, kochanie - 
uśmiechnął się, obejmując wzrokiem jej 

lśniące włosy, jedwabną sukienkę i całą 
postać. Ujął ją za łokieć mocną, władczą 
dłonią i wprowadził do pokoju.

background image

Kochanie! Leith jeszcze niezupełnie doszła do 
siebie, gdy wszyscy skierowali się do jadalni. 
Naylor coś knuł, była tego absolutnie pewna, 
tylko co?

Nie musiała czekać długo, żeby się 
dowiedzieć. Jadalnia Hepwoodów była 

elegancka i przytulna. Guthrie Hepwood 
usiadł przy jednym końcu stołu, z Leith po 
swojej prawej ręce i siedzącym obok niej 
Naylorem, Cicely, przy drugim, naprzeciw 

męża, z Travisem u boku.
- Mam tu bardzo szczególne wino, którego 
powinieneś skosztować, Naylorze - zwrócił się 
Guthrie do siostrzeńca, kiedy jedli 

przystawkę z małży zapiekanych w cieście 
francuskim.

- O ile znam twój gust, wujaszku, to musi być 
coś naprawdę godnego uwagi - odparł Naylor 
i nagle, ku wielkiemu zdumieniu Leith i 
wszystkich obecnych, zawahał się. - Chociaż 

właściwie...
Wszystkie oczy zwróciły się na niego. 
Najwidoczniej rodzina nie była 

background image

przyzwyczajona do tego, aby Naylor się 
wahał.
- Chociaż co? - zagadnął wuj.
Leith także z niepokojeni patrzyła na 

Naylora, kiedy ten odwrócił się i spojrzał na 
nią z uśmiechem, od którego serce zaczęło 

walić jej jak opętane. A potem miękkim, 
czułym głosem, jakim Travis zwykle opowia-
dał o swej miłości, wyszeptał:
- Leith, kochanie, trudno mi zachować 

milczenie... Pozwolisz?
- Hm... - to było wszystko, co zdołała z siebie 
wydobyć, zanim wzrok Naylora przeniósł się 
na pana Hepwooda.

- Wujku, zastanawiałem się po prostu - 
uśmiechnął się do człowieka, który po 

ojcowsku opiekował się nim od dziesiątego 
roku życia - co powiedziałbyś na 
poczęstowanie nas odrobiną tego doskonałego 
szampana, który chowasz w piwnicy?

- Szampana? - zdziwił się Guthrie, ale 
odpowiedzi udzieliła mu jego własna żona, 
kiedy z cichym okrzykiem radości zwróciła się 
do Naylora.

background image

- Och, Naylor... czy to znaczy... - szepnęła. 
Leith patrzyła jak zahipnotyzowana, zaledwie 
wierząc własnym uszom, kiedy Naylor 
odezwał się ciepło:

- Tak, cioteczko. Dziś po południu Leith 
zaszczyciła mnie obietnicą, że zostanie moją 

żoną!
Obietnica! Żona! Otworzyła usta ze 
zdumienia, ale koniec mocnych wrażeń 
jeszcze nie nastąpił. Naylor przysunął się do 

niej, umiejętnie maskując jej kompletne 
zaskoczenie delikatnym pocałunkiem w 
policzek.
- Leith nie mówiła mi, że chce wyjść za ciebie, 

kiedy... - wyrwał się Travis, otrząsając się z 
własnych, przykrych myśli.

- Jest bardzo nieśmiała, prawda, kochanie? - 
palnął Naylor.
Spojrzała na niego i dostrzegła coś, czego nie 
mógł widzieć nikt inny. Zmuszał ją, żeby 

zaprzeczyła ku swej własnej zgubie!
Miała dość. Naprawdę serdecznie dość. 
Najwyższy czas, żeby skończyć z tym, zanim 
wpadnie na dobre.

background image

- Właściwie... - bąknęła jedynie po to, by 
Naylor wpadł jej w słowo.
- Właściwie Leith miała zamiar robić karierę 
zawodową - i, zanim jeszcze zdążyła strawić 

tę perełkę, dodał z poufałym uśmiechem: - 
Nie spodziewała się, że zaakceptuję pracującą 

żonę, ale jeśli tego właśnie chce moje 
kochanie, nie mogę kwestionować jej wyboru.
Wyboru? Jakiego u diabła wyboru? 
Hepwoodowie pospieszyli z gratulacjami. 

Guthrie natychmiast zabrał Travisa do 
piwnicy, żeby wybrać odpowiedniego szam-
pana, a Leith dyszała zemstą.
Posiłek toczył się dalej, szampan został 

otworzony, rozlany, toasty wzniesione, a 
Leith uśmiechała się z trudem. W tej sytuacji 

nie mogła postąpić inaczej, ale wewnętrznie 
kipiała furią. Świnia! Przebiegła, chytra 
świnia! A więc w taki sposób zamierzał 
uświadomić Travisowi, że nie ma już 

dziewczyny! Pewnie, Travis kpi sobie z tego, 
ale tylko on. Leith musi się martwić, bo 
Naylor Rób-co-mówię Massingham, właśnie 
jakby oznajmił jej, że albo zamknie buzię na 

background image

kłódkę i będzie robiła to, co jej każe, nawet 
udawała jego narzeczoną, albo może pożegnać 
się z pracą! Znowu miała ochotę wstać i wyjść 
- ale oznaczałoby to, że jest bezrobotna. 

Wszechobecny wróg, nie zapłacona hipoteka, 
wisiał jak kłoda u szyi. Nie mogła pozwolić 

sobie na luksus uniesienia się honorem.
Sączyła więc szampana, uśmiechała się, 
jadła, a jej wściekłość na Naylora gotowała 
się na małym ogniu. Boże drogi, kilka minut 

temu czuła się niemal zawstydzona, że go 
uderzyła!
Klęła swego narzeczonego do samego końca 
kolacji.

Nagle jasno uświadomiła sobie, że nie jest tak 
źle. Przecież Travis jest dla niej jedynie 

dobrym kumplem, a ona, jak dotąd, nie 
straciła pracy. Zatem, kiedy przyjdzie koniec 
zabawy, to ona będzie się śmiała ostatnia. 
Ona - nie Jego Wysokość N. Massingham! Od 

tej chwili poczuła się znacznie lepiej.
- Może przejdziemy do salonu? - 
zaproponowała gospodyni. Leith zrobiła gest, 

background image

żeby wstać i natychmiast Naylor znalazł się 
przy niej, odsuwając jej krzesło.
Podniosła na niego oczy. Ty świnio - 
pomyślała i uśmiechnęła się czule. A potem, 

absolutnie pewna, że Naylor nie znosi 
przylepnych kobietek-kotek ujęła go pod 

ramię. Co za refleks - pomyślała, kiedy 
zobaczyła jego zaskoczone spojrzenie. Jego 
dłoń spoczęła na jej palcach. Razem weszli do 
salonu.

Razem usiedli na jednej z długich i szerokich 
sof, a chociaż było na niej tyle miejsca, że 
oboje mogliby się nawet położyć, Leith nadal 
kurczowo trzymała ramię Naylora. Chcesz 

koteczki? Masz koteczkę. Jakiś diabeł 
podpowiedział jej, że to jedyny sposób, w jaki 

może wziąć odwet za to narzeczeństwo.
Ten sam diabeł zmusił ją do przysunięcia się 
jeszcze bliżej Naylora. Uśmiechnął się - ale w 
głębi jego oczu wyczytała, że nie dał się 

nabrać.
- Znowu kogoś udajesz? - mruknął.
- No jasne - tchnęła mu wprost w ucho.

background image

- Jak cudownie widzieć cię tak szczęśliwym - 
wzruszyła się Cicely Hepwood i Leith poczuła 
wstręt do samej siebie, że ci mili ludzie tak 
cieszą się ze szczęścia, które w istocie jest 

jednym wielkim błazeństwem.
- Mieszkacie w cudownej okolicy - zauważyła.

- Tak, lubimy to miejsce - podjął Guthrie. - 
Przeprowadziliśmy się tu... Kiedy to było, 
Cicely?
- Dwadzieścia sześć lat temu - podsunęła, po-

trząsając głową pełną wspomnień. - Tuż 
przed tym, zanim Naylor zamieszkał z nami.
- Naylor miał wtedy dziesięć lat, prawda? - 
Leith sama była zaskoczona własnym 

pytaniem. Nie miała zamiaru pytać o nic 
podobnego, ale zrozumiała, że jej miłość do 

Naylora i wynikająca z niej chęć, by wiedzieć 
o nim jak najwięcej, stłumiła wściekłość 
wywołaną jego szalonym pomysłem.
- To piękny czas dla was obojga - promieniała 

Cicely. - Na pewno bez końca opowiadaliście 
sobie, czym było wasze życie, zanim się 
spotkaliście.

background image

- Było coś takiego - wtrącił Naylor z 
uśmiechem i czule spojrzał na Leith. - Jestem 
pewien, że jeszcze długo będę musiał uczyć się 
Leith.

- Nie tak wiele - zaśmiała się w odpowiedzi i 
nagle zorientowała się, że Cicely, z całą 

pewnością zupełnie bez złej myśli, zaczęła 
zadawać pytania, na które Naylor dawno już 
powinien znać odpowiedź.
- Czy mieszkasz w Londynie z rodzicami, 

Leith? - zapytała ciotka z zainteresowaniem.
Leith pochwyciła ostrzegawcze spojrzenie 
Travisa, ale nie miała najmniejszego zamiaru 
wymieniać imienia Rosemary, a tym bardziej 

miejsca, skąd pochodzi.
- Rodzice mieszkają w Dorset - tyle na pewno 

mogła powiedzieć bezpiecznie.
- Czy nie wspominałaś, że masz brata? - 
wtrącił Travis, zanim zdążyła powiedzieć coś 
więcej o swych powiązaniach z Dorset.

O, Boże, on panikuje - pomyślała. Ale do 
licha, prędzej odgryzie sobie język, niż 
pozwoli, żeby wyszło na jaw, iż Sebastian od 

background image

kapelusza to jej brat. Nie, jego imię też 
pozostawi w tajemnicy.
- Tak, ale nie widziałam go już całe wieki - 
spojrzała na panią Hepwood i dodała: - 

Mieszka w Indiach.
Szybko, zanim ktokolwiek inny zdołał się 

odezwać, położyła rękę na dłoni Naylora i 
zapytała słodko:
- Czy nigdy nie myślałeś o tym, by zająć się 
importem win, kochany?

Och, słowo daję - pomyślała, kiedy zaszczycił 
ją ciepłym spojrzeniem, na którego dnie czaił 
się błysk świadczący o tym, że jej miłość nie 
robi na nim żadnego wrażenia.

- Chciałem, żeby Naylor przeszedł do mojej 
firmy - odpowiedział za niego Guthrie. - 

Naprawdę, zaoferowałem mu nawet miejsce 
w spółce. Ale nie przyjął tej propozycji. Jak ci 
to już zresztą na pewno powiedział.
- Naylor na pewno nie powiedział zbyt wiele - 

ciepło wtrąciła Cicely. - To taki skromny 
chłopiec.
- Ciociu, zaraz się zarumienię! - rzucił wesoło 
Naylor.

background image

- To by było święto - mruknęła Leith 
wyłącznie do jego wiadomości i dodała: - 
Rzeczywiście, znam tylko najogólniejsze 
zarysy tej historii, jak...

Urwała zakłopotana. Na ten temat naprawdę 
nie miała nic do powiedzenia. Guthrie 

Hepwood przyszedł jej jednak z pomocą.
- Zainteresowania Naylora są zupełnie inne 
niż moje - oznajmił dobrodusznie. - To 
urodzony inżynier. Oczywiście, bardzo szybko 

zorientowałem się, że zaraz po studiach 
powinien założyć własną firmę. Ojciec 
zostawił mu trochę pieniędzy i Naylor szedł 
od sukcesu do sukcesu. Naturalnie pracował 

od rana do nocy.
- I dalej tak robi - wtrąciła Leith, 

przypominając sobie, że za każdym razem, 
kiedy opuszczała biuro, jaguar wciąż stał na 
parkingu.
- To się zmieni po ślubie - zapewnił Naylor, a 

jej serce zabiło wściekłą synkopą na samą 
myśl o małżeństwie z nim.
Niestety, świadomość lodowatej 
rzeczywistości przeważyła i Leith bardzo 

background image

szybko z romantycznego rozmarzenia 
powróciła do wściekłości, spowodowanej 
przymusowym udziałem w jego farsie.
- Obiecanki-cacanki - zaśmiała się czule, 

utrzymując się w roli słodkiej narzeczonej.
W ciągu następnej godziny nie przepuściła 

żadnej okazji, by z przyzwoitą dozą 
nieśmiałości miłośnie zaglądać mu w oczy. 
Znosił wszystko bardzo mężnie, musiała mu 
to przyznać.

Około jedenastej towarzystwo zaczęło 
przebąkiwać o udaniu się na spoczynek. 
Travis jednak, ku zaskoczeniu Leith (ale 
wyłącznie jej) oznajmił, że nie jest śpiący i 

wychodzi.
- Wychodzisz? O tej porze! - zatroskała się 

matka.
- Nie smuć się, to miłość. Wrócę niedługo i 
spędzę noc we własnym łóżku.
Leith ujrzała, jak usta Naylora zaciskają się. 

Widocznie nie spodobała mu się ta wymiana 
zdań. Nawet w najśmielszych marzeniach nie 
przypuszczała, że być może Naylor wspomina 

background image

zupełnie inną sobotnią noc, kiedy Travis nie 
spał we własnym łóżku.
- Nie hałasuj, kiedy wrócisz - ostrzegł Guthrie 
syna. Travis pożegnał się ze wszystkimi i 

wyszedł.
Cicely przybrała wesołą minę i taktownie 

postanowiła, że pozostawi świeżo upieczonych 
narzeczonych sam na sam.
- Guthrie i ja, przed pójściem spać, zajrzymy 
na chwilkę do stajni. Mamy teraz tylko dwa 

konie, ale one też lubią posłuchać nowinek z 
całego dnia.
Impulsywnie podbiegła i pocałowała Leith.
- Jestem bardzo szczęśliwa! - wyszeptała 

ciepło. - Naprawdę.
Po wyjściu gospodarzy Leith poczuła się 

okropnie. Opanowała ją większa niż dotąd 
złość na Naylora. Była tak wściekła, że chyba 
lepiej, aby nie przebywała z nim w jednym 
pokoju. W południe uderzyła go, ale teraz jej 

uczucia skłaniały ją ku morderstwu.
Bez słowa wymaszerowała z pokoju. Wcale 
nie poczuła się lepiej, kiedy Naylor znalazł się 
przy niej.

background image

- Wiesz na pewno, że Travis właśnie poszedł 
się pocieszać - zaatakował ją, kiedy ruszyli po 
schodach.
- I, oczywiście, to wyłącznie moja wina! - 

prychnęła, nie zatrzymując się. Wiedziała, że 
jeśli nawet Travis poszedł się pocieszać, to na 

pewno nie z jej powodu.
- A czyja? - warknął, kiedy dotarli do podestu.
- Przez cały wieczór robiłaś do mnie słodkie 
oczy!

- Hej, ty, uważaj! - wybuchnęła Leith, 
zatrzymując się przed drzwiami do sypialni. 
-Przecież to ty, a nie ja, ogłosiłeś nasze 
zaręczyny. Ty groziłeś mi utratą pracy, jeśli 

nie poprę cię we wszystkim, co mówisz! To 
było...

- Pewnie, popierałaś mnie wytrwale! - 
warknął. Przysięgłaby, że jest gotów do bójki, 
ale i tak wydawało się, że gryzie go jeszcze 
coś innego. - Niech mnie szlag trafi, wyraźnie 

odpowiadała ci ta gra!
Nagle urwał. Nigdy dotąd nie widziała go tak 
rozgniewanego.

background image

- Czy do niego też się tak lepiłaś? - 
wychrypiał. Rozwścieczona Leith miała 
powyżej uszu jego i tych drwin. Gwałtownie 
otworzyła drzwi, zapaliła lampę i odwróciła 

się, żeby oddać ostatni strzał, zanim za 
trzaśnie mu drzwi przed nosem.

- Lepić się? Chyba lepiej niż inni powinieneś 
wiedzieć - zasyczała - że w niektóre noce nie 
mogłam znieść nawet myśli o rozstaniu!
Trzymała rękę na klamce, gotowa zamknąć 

drzwi, ale nim zdążyła to uczynić, Naylor 
wydał z siebie krzyk oburzenia. Zanim 
zorientowała się w sytuacji, pchnął drzwi i 
wszedł do środka.

Na widok wyrazu jego oczu ogarnął ją lęk, 
który przeistoczył się w panikę, gdy Naylor 

znowu ruszył ku niej.
- Wynoś się! - wrzasnęła i cofnęła się szybko. 
Czuła, że Naylor nie ma zamiaru słuchać jej 
poleceń.

- Ani mi się śni, serduszko! - warknął jak 
dzikus.
- Prosiłaś się o to przez cały wieczór!

background image

W następnej sekundzie obręcz jego ramion 
zacieśniła się jeszcze, a jego wargi tak długo 
szukały jej ust, aż je wreszcie znalazły.
- Nie! - starała się wyrwać. Rychło jednak 

spostrzegła, że miał sposób na to, żeby 
utrzymać ją dokładnie w tej pozycji, której 

sobie życzył. W chwilę później porwał ją na 
ręce i uniósł w stronę łóżka.
- Nie, nie! - zawyła, ale stwierdziła, że tylko 
zdziera sobie gardło.

A potem poczuła, że brak jej tchu, kiedy rzucił 
ją na materac. Tylko o ułamek sekundy 
spóźniła się z ucieczką, bo gdy w chwilę 
potem usiłowała wygramolić się z łóżka, 

Naylor znalazł się tam wraz z nią i przygniótł 
całym swym ciężarem.

- No, a teraz pokaż mi, jak ładnie prosisz o 
jeszcze, tymi ogromnymi, zielonymi ślepiami - 
wydyszał.
- Idź do diabła! - wrzasnęła i wcale nie 

spodobał jej się uśmiech, który wykrzywił jego 
rysy.

background image

- Pewnie pójdę, ale przedtem będę cię miał - 
syknął. O Boże, nie - pomyślała Leith, 
usiłując opanować narastające przerażenie.
- T-ty chyba nie chcesz mnie zgwałcić? - 

wyszeptała trzęsącym się głosem.
- Nawet nie przyszło mi to na myśl, kochanie 

- zadrwił.
- Więc może lepiej od razu puść mnie, dobrze? 
- wyrzuciła z siebie, dopóki jeszcze zachowała 
resztki odwagi.

- Chcesz powiedzieć, że mogę cię wziąć 
jedynie gwałtem? - zapytał i, licząc na to, że 
jej ciało będzie mu bardziej posłuszne, 
wycisnął na jej szyi elektryzujący pocałunek.

- To właśnie chcę powiedzieć - odparła 
zduszonym głosem, czując, że ciało 

sprzeniewierza się jej haniebnie, zwłaszcza, 
kiedy dotknął jej warg ciepłymi ustami i 
zaczął całować je długo i leniwie. Kiedy 
wreszcie podniósł głowę i spojrzał na nią, jej 

paznokcie tkwiły głęboko w skórze dłoni.
- Kogo chcesz wykiwać? - zadrwił. Już czuł, że 
Leith jest o krok od odpowiedzi na jego 

background image

pocałunek, choć ona sama wciąż była tego 
nieświadoma.
Ale i ona wkrótce zrozumiała, że siła jej 
pożądania zmiotła wszystkie bariery i nie 

widziała już dla siebie ratunku. Pozostało jej 
odwołać się do jego honoru, który sprawi, że 

jeśli weźmie ją siłą, znienawidzi samego 
siebie.
Jego usta dotknęły jej warg i Leith znowu 
poczuła, jak jej ciało ożywa. Teraz musiała 

walczyć nie tylko z Naylorem, ale i ze sobą.
- Błagam, Naylor - jęknęła jednym tchem, a 
kiedy zawahał się i spojrzał w jej przerażone 
zielone oczy, wyjąkała raz jeszcze: - Proszę... 

nie.
- Podaj mi jakiś dobry powód - zaproponował. 

Wydawało jej się, że jego głos brzmi 
nienaturalnie nisko, jakby pod wpływem 
jakiejś silnej emocji.
- Jestem... jestem dziewicą - wyznała 

uczciwie. Drgnął mimo woli, jakby to 
wyznanie zaskoczyło go, chyba w ogóle nie 
brał tego pod uwagę. Natychmiast jednak 
odrzucił od siebie tę myśl.

background image

- Może kiedyś byłaś... gdy miałaś 
siedemnaście lat. Założę się, że masz to już za 
sobą - warknął i znów pochylił się nad nią.
W ciągu pół minuty Leith była zgubiona. 

Następne trzydzieści sekund upłynęło 
Naylorowi na okrywaniu pocałunkami jej szyi 

aż do rąbka dekoltu, a jej - na uwalnianiu 
ramion, by go nimi otoczyć.
Czas stracił swoje znaczenie. Dzielili ze sobą 
pocałunek za pocałunkiem. Naylor coraz 

mocniej wciskał ją w materac, a ona tuliła się 
do niego z coraz większą namiętnością.
Siła pocałunków złagodniała, kiedy odsunął 
się od niej. Ale ona nie chciała, by dzieliła ich 

nawet tak niewielka odległość i w 
zapamiętaniu przyciągnęła go do siebie. A 

potem poczuła jego palce na zamku 
sukienki...
Czuła się rozkosznie pozbawiona wstydu, gdy 
jej suknia jak jedwabny łachman spadła na 

ziemię, a on znowu wziął ją w ramiona.
- Cudowna Leith - wymruczał, zanurzając 
usta w lśniącej, kasztanowatej masie jej 
włosów.

background image

- Naylor - szepnęła i poznała większe jeszcze 
zapamiętanie, gdy znowu wziął w posiadanie 
jej usta, a jego ciepłe, delikatne dłonie okryły 
jej szyję i ramiona zmysłową, elektryzującą 

pieszczotą.
- Naylor! - jęknęła znowu, zupełnie tracąc 

głowę, i przylgnęła do niego całym ciałem. Nie 
uczyniła najmniejszego gestu, by go 
zatrzymać, gdy zdjął z niej biustonosz i zaczął 
pieścić nabrzmiałe, zwieńczone różowymi 

pączkami piersi.
Ogarnęło ją konwulsyjne drżenie i nie była 
pewna, czy znowu nie wyszeptała jego 
imienia. Wiedziała tylko jedno: pragnęła go 

każdą cząstką swego ciała. Więcej, musiała 
mu to wyznać.

- Pragnę cię! - zaszlochała, przepełniona 
miłością. - Och, Naylor - wzdychała, 
nieświadoma tego, co robi. - Tak bardzo cię 
pragnę!

- Czekaj, moja śliczna - wydyszał i oderwał 
oczy od jej pełnej pożądania, zaróżowionej 
twarzy po to tylko, by pożerać wzrokiem jej 
drżące piersi. Wyciągnął dłoń i długie, 

background image

wrażliwe palce dotknęły stwardniałych broda-
wek.
- Jesteś wspaniała, Leith - rzekł cicho. - Taka 
wspaniała...

I, jakby ta wspaniałość poraziła go, 
przymknął oczy.

Nagle dźwięk otwieranych i zatrzaskiwanych 
drzwi ściągnął omdlewającą Leith z 
powrotem na ziemię. Później doszła do 
wniosku, że Naylor odtrąciłby ją tak czy 

owak. W tej jednak chwili, gdy Cicely i 
Guthrie Hepwood wrócili ze stajni, wiedziała 
tylko, że - choć pragnie Naylora całą swą 
istotą - nie może pozwolić, żeby kochał się z 

nią. A w każdym razie nie tu, w domu jego 
wujostwa.

Z całego serca pragnęła powiedzieć mu o 
swoich niepokojach, ale uznała, że to zbędne. 
Kiedy bowiem znów spojrzała na Naylora, 
jego twarz wyglądała jak lodowata maska. 

Usiadł gwałtownie na drugim końcu łóżka i 
Leith wiedziała już, że wszelka myśl o miłości 
wywietrzała mu z głowy.

background image

Pochylił się, podniósł z podłogi sukienkę i 
okrył ją dbając, by jej piersi były dokładnie 
osłonięte. W tym momencie poczuła, że on też 
ma jej serdecznie dość. Potwierdził to w 

chwilę potem, kiedy w połowie drogi do drzwi 
obejrzał się, objął wzrokiem jej wciąż zaróżo-

wioną twarz i rzucił pogardliwie:
- A co do tego twojego dziewictwa, kochanie, 
to założę się, że wmawiasz je wszystkim 
swoim kochankom!

Kiedy drzwi zamknęły się za nim, Leith 
ukryła twarz w poduszce. Nienawidziła go, a 
jednocześnie tak bardzo kochała. Nie 
wstydziła się wyznać, że w głębi serca 

pragnie, by stał się jej jedynym partnerem w 
miłości.

Wstyd jednak przyszedł ogromną falą, gdy 
leżąc z otwartymi oczami czekała, aż noc 
dobiegnie końca. Sposób, w jaki traktował ją 
Naylor i jego przekonanie, że wystarczy na 

nią kiwnąć palcem, ciągle podtrzymywały w 
niej uczucie buntu.

background image

Zapadła wreszcie w niespokojny sen, 
zastanawiając się, czy może być coś gorszego 
niż niemądrze ulokowane uczucie?

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Po okropnej nocy Leith wstała bardzo 
wcześnie. Była niedziela. Wykąpana i ubrana, 
marzyła tylko o tym, żeby znaleźć się w 
swoim mieszkaniu. Wychodząc z pokoju była 

pewna, że ma przed sobą jeszcze co najmniej 
sześć godzin pobytu w Parkwood.
Naylor siedział z wujem w salonie. Kiedy 
weszła, obrzucił ją szybkim, ostrym 

spojrzeniem, a ona spuściła oczy. Podszedł do 
niej i, oczywiście, nie przepuścił okazji, żeby 

zmylić ją znowu.
- Dzień dobry, kochanie - powitał ją i na 
wypadek, gdyby nie zorientowała się, że to 
czułe słowo padło wyłącznie na użytek 

publiczności, dodał: - Właśnie mówiłem 
wujowi, że wyjeżdżamy zaraz po śniadaniu.
Zacisnęła zęby. Wcale nie chciała się z nim 
rozstawać...

background image

- Na pewno musicie wyjeżdżać tak wcześnie? - 
zatroskała się Cicely.
- Bardzo chcielibyśmy zostać, ciociu - odparł 
Naylor czarującym tonem i natychmiast 

postarał się o odwrócenie jej uwagi: - Czy 
Travis wrócił do domu wczoraj w nocy?

- O, tak - odparła i zwróciła się do Leith: - 
Travis nie zawsze pokazuje się na śniadaniu 
w niedzielę rano.
Leith uśmiechnęła się, ale odwracając głowę 

spojrzała wprost w oczy Naylora. Jego wzrok 
był zimny i wyniosły. Wiedziała, że myśli o 
tych niedzielnych porankach, kiedy Travis 
jadł śniadanie przy innym stole - i on dobrze 

wiedział, przy czyim!
Nie żywiła więc w stosunku do Naylora zbyt 

przyjaznych uczuć, kiedy wkrótce po 
śniadaniu opuszczali Parkwood. Sądząc po 
milczeniu, jakie panowało między nimi w 
czasie całej drogi powrotnej, on także nie czuł 

do niej cienia sympatii.
Wysiadła z samochodu bez słowa, kiedy tylko 
zatrzymał się przed jej domem... ale on zrobił 
to samo. Spojrzała na niego i przypomniała 

background image

sobie, że zostawiła torbę w bagażniku. 
Przeszła na tył samochodu i czekała, aż 
Naylor poda jej bagaż.
- Leith - odezwał się, ale nie wyglądał ani 

trochę cieplej, ani mniej arogancko niż rano. - 
Chyba nie... - zaczął i wydawało się, że 

zabrakło mu słów.
Nie czekała, aż dokończy zdanie.
- Masz rację, chyba nie! - stwierdziła. 
Wyrwała mu z ręki torbę i pomaszerowała w 

stronę domu.
Niedziela wydawała się wlec w 
nieskończoność. Leith, opanowana na 
przemian miłością i nienawiścią, nie mogła 

przestać myśleć o Naylorze.
Wreszcie zdecydowała się iść spać. Drepcząc 

przez przedpokój wiedziała już, że to będzie 
kolejna okropna noc. Nagle podskoczyła jak 
oparzona. Gdzie podział się kapelusz 
Sebastiana? Zaczęła go szukać, sądząc, że 

mógł gdzieś upaść, ale przepadł bez śladu!
I pozbądź się tego! - przypomniała sobie słowa 
Naylora... właściwie ryknął wtedy tak głośno, 
że pewnie słyszała go cała ulica.

background image

Wsunęła się do łóżka. Nie, nie mogło być 
innego wytłumaczenia. Powiesiła kapelusz 
Sebastiana na swoim miejscu i wisiał tam 
jeszcze wczoraj rano, kiedy Naylor po nią 

przyszedł. Więc jeśli nie było to włamanie - a 
poza kapeluszem nic nie zginęło - to znaczy, 

że Naylor po prostu go zabrał.
Przez jedną, szaloną chwilę pomyślała, że 
może Naylor pozbył się kapelusza Sebastiana 
z powodu zazdrości. Ta myśl jednak miała 

bardzo krótki żywot i natychmiast zastąpiła 
ją inna: Naylor usunął kapelusz tylko 
dlatego, że go nie posłuchała, więc uczynił to 
osobiście... bez jednego słowa!

Całe wieki upłynęły, zanim udało jej się 
zasnąć. Kiedy wreszcie zapadła w sen, była to 

raczej lekka, niespokojna drzemka. W ten 
sposób obudziła się po raz pierwszy długo po 
dzwonku budzika. Przespała go. W godzinę 
później ocknęła się ze świadomością, że w 

żaden sposób nie zdąży do biura na czas.
Szybko wzięła prysznic, ubrała się, wypiła 
pospiesznie kubek kawy i wsiadła do 
samochodu.

background image

Wpadła do budynku gratulując sobie, że 
nadrobiła trochę czasu i teraz była spóźniona 
tylko pół godziny. Weszła do biura i speszyła 
się ogromnie: oczy wszystkich zdawały się być 

zwrócone na nią!
O, nie - pomyślała. - Spóźniłam się pół 

godziny i zaraz dostaję manii prześladowczej. 
Oczywiście, że nikt na mnie nie patrzy!
- O-la-la! - zawołał Paul Fisher, kiedy go 
szybko mijała, ale dla niej to o-la-la miało 

tylko jedno znaczenie: najwidoczniej bura, 
jaką dostał w zeszłym tygodniu, wcale go nie 
poruszyła.
- Przepraszam za spóźnienie - rzuciła 

Jimmy'emu, kiedy wpadła do pokoju. - Czy 
nikt...

Urwała. Jimmy także gapił się na nią.
- Co...?
- Kiedy nie było cię o dziewiątej, myślałem, że 
już nie przyjdziesz.

Nim zdołała zapytać, co to ma znaczyć, dodał:
- Podoba mi się ta fryzura.
Podniosła dłoń do włosów. Dopiero teraz 
dotarło do niej, że rano, robiąc wszystko 

background image

całkiem automatycznie, zapomniała zwinąć je 
w kok, który zresztą nosiła dopiero od 
niedawna. No i zapomniała okularów.
- Dzięki-mruknęła. Już zaczęła się 

zastanawiać, co zrobić ze swoim wyglądem, 
gdy następna uwaga Jimmy'ego doprowadziła 

ją do szału.
- Miałaś gościa - zauważył wesoło. - Nie podał 
nazwiska, ale powiedział, że się odezwie.
Leith zaczęła gorączkowo myśleć, kto mógłby 

do niej dzwonić z innego działu, a kogo nie 
znałby Jimmy. Chłopiec tymczasem zwrócił 
ku niej roześmianą twarz:
- Mam gratulować tobie czy twojemu 

narzeczonemu?
Wybałuszyła na niego osłupiałe oczy.

- Nigdy nie wiem, komu się gratuluje, 
kobiecie czy mężczyźnie, ale bardzo się cieszę 
z twoich zaręczyn.
Leith jeszcze nie odzyskała mowy.

- Wszyscy się cieszymy! - dobił ją Jimmy.
- Wszyscy? - wykrztusiła.
- Chyba nie sądziłaś, że twoje zaręczyny z 
panem Massinghamem przejdą 

background image

niezauważone! - puszył się Jimmy. - Wszyscy 
wiedzą. Ja...
Przerwał mu dzwonek telefonu. Zanim 
podniósł słuchawkę, Leith częściowo 

opanowała zdumienie i właśnie zaczynała być 
wściekła.

- To do ciebie - oznajmił, a kiedy potrząsnęła 
głową, wyszeptał: - Pan Massingham.
Leith wzięła słuchawkę.
- Słucham?

- W moim biurze... natychmiast! Bang! Głos w 
słuchawce zamilkł.
- Pan Massingham chce mnie widzieć - 
powiedziała, wychodząc.

- Pewnie, sądząc po tym, jak wyglądasz! - wy-
szczerzył zęby.

Musiała przedrzeć się przez barykady 
kolejnych spojrzeń, które napotykała po 
drodze do nowego skrzydła. Wszyscy zdawali 
się wiedzieć już o jej zaręczynach. Vasey, jak 

inne biura, było siedliskiem plotek. A ta 
konkretna plotka nie mogła wyjść od nikogo 
innego, z wyjątkiem tego, który rozkazał jej: 
W moim biurze... natychmiast!

background image

Nie wydawał się zbyt zadowolony. Ona też 
nie była w najlepszym nastroju. Jak mógł 
oznajmić wszem i wobec, że są zaręczeni? Jak 
mógł?!

- Proszę od razu wchodzić! - wykrzyknęła 
Moira Russell, kiedy Leith, nie zatrzymując 

się, weszła przez jedne drzwi i już kierowała 
się ku następnym.
- Dzięki - rzuciła Leith i weszła bez pukania. 
Naylor stał przy swoim biurku. Leith 

zamknęła
drzwi z głośnym trzaskiem i nabrała 
powietrza, by krzyknąć... Nie zdążyła. On był 
szybszy.

- W co ty do diabła grasz? - ryknął.
- Ja? - Leith nie straciła kolejnej cennej 

sekundy. - Jak śmiesz ogłaszać...?
- Wiesz dobrze, że nasze zaręczyny były tylko 
na użytek rodziny! Ty...!
- Kto, na litość boską...?

- Ejże, posłuchaj, moja pani - jego agresja 
sięgała szczytu. - Nikt mnie tak nie złapie na 
haczyk...

background image

- Haczyk? Ty myślisz, że to ja...! - kompletnie 
ogłupiała Leith pojęła, że Naylor oskarża ją o 
rozgłoszenie ich zaręczyn wszem i wobec. - 
Nie pisnęłam nawet słów...

Urwała. Z jego agresywnej postawy 
wywnioskowała, że może zaprzeczać do 

śmierci, a on i tak jej nie uwierzy.
- Haczyk na ciebie! - parsknęła, usiłując 
ukryć, że rani ją każdym słowem. - 
Massingham, o ile pamiętam, wcale z ciebie 

nie jest aż tak wspaniały kochanek!
Te nieszczere przecież słowa musiały go 
dotknąć i nie spodobała mu się jej arogancja. 
Mimo to nie była przygotowana na tak 

dotkliwy cios, kiedy odparł:
- Skoro, mimo wszystko, pamiętasz te parę 

chwil, musiałem wywrzeć na tobie ogromne 
wrażenie - wysyczał z błyskiem w oku. - 
Chociaż, właściwie, wcale nie miałem na 
myśli naszych spraw łóżkowych, a jedynie 

twoje zainteresowanie moimi finansami!
- Och - jęknęła boleśnie, nie wierząc własnym 
uszom. Nie była pewna, czy przypadkiem nie 

background image

zbladła. Nagle okręciła się na pięcie. Musiała 
uciec, musiała ukryć swój ból.
On jednak już dostrzegł jej cierpienie, bo 
zaledwie zrobiła ruch w stronę drzwi, znalazł 

się obok niej.
- O, Boże - wymamrotał bez cienia złości i 

nieoczekiwanie objął ją ramionami.
Nie przeprosił za to, co powiedział. Nie 
oczekiwała tego. Jednak, kiedy stała sztywna 
i nieruchoma w jego objęciach, przyciągnął ją 

delikatnie - i nagle znalazła się tuż przy jego 
piersi. Wytrzymała jeszcze kilka sekund, po 
czym poddała się jego uściskowi.
Nie pocałował jej, zresztą nie miała na to 

ochoty. Wiedziała, że wkrótce odzyska 
zmysły, ale na razie rozkoszą było 

pozostawanie w jego ramionach.
- Rozpuściłaś włosy - wymruczał gdzieś 
sponad jej głowy.
- Zaspałam i w pośpiechu zapomniałam je 

spiąć - odparła po prostu.
- Podoba mi się to - szepnął i wcale nie była 
pewna, czy nie pocałował jej w czubek głowy.

background image

Leith przytuliła się do niego mocniej. Cała ta 
huśtawka - od miłości do nienawiści - 
uspokoiła się w niej nagle. Kochała go i 
chciała, by to wiedział. Podniosła głowę i 

powiedziała poważnie.
- Nie mówiłam nikomu o... o nas.

Serce biło jej jak zwariowany zegar, kiedy 
ujrzała w jego oczach wyraz równie czuły, jak 
jego dotknięcie.
- Ja też nie - odparł cicho.

Stali tak, spleceni ramionami, patrząc sobie 
w oczy, kiedy drzwi otworzyły się powoli.
- Więc kto...? - zaczął i oboje odwrócili się, 
czując nagle, że nie są sami.

- Travis! - krzyknęła Leith zaskoczona.
- Cześć, Leith, Naylor! - uśmiechnął się 

Travis.
Leith nagle zdała sobie sprawę z tego, jak 
muszą wyglądać, objęci i przytuleni, w oczach 
każdego wchodzącego. Odruchowo odsunęła 

się od Naylora. On wprawdzie jej nie 
zatrzymywał... ale i Travis nie widział nic w 
tym złego, że się obejmują. Odkryła też, że za 
ogłoszenie zaręczyn całej firmie mogą 

background image

podziękować nie komuś innemu, lecz właśnie 
Travisowi.
- Chyba się nie gniewasz, Naylor? - zapytał z 
błogim uśmiechem. - Byłem tu wcześniej, bo 

miałem coś do powiedzenia Leith. Nie 
mogłem się powstrzymać, żeby nie powiedzieć 

asystentowi Leith, że powodem spóźnienia 
mogą być wasze zaręczyny.
Leith była aż nadto świadoma wymownego 
spojrzenia, jakim Naylor obdarzył ją i 

Travisa... i wiedziała, dlaczego. Jak na kogoś, 
kto powinien być zmartwiony tym, że 
ukochana kobieta zaręczyła się z kimś innym, 
Travis trzymał się świetnie.

Przyszło jej do głowy, że skoro Naylor wie już, 
kto jest odpowiedzialny za rozgłoszenie 

informacji o zaręczynach, to właściwie może 
sobie pójść...
- Chyba lepiej popracuję trochę - oznajmiła.
- Ja też już muszę się zbierać - powiedział 

Travis. Leith wyskoczyła z gabinetu jak 
oparzona, nie czekając, aż kuzyni wymienią 
między sobą ostatnie żarciki.
Travis dogonił ją w korytarzu.

background image

- Przyszedłem tu specjalnie po to, żeby się z 
tobą zobaczyć - oświadczył.
- Rosemary? - domyśliła się.
- Tym razem nie chodzi o Rosemary, chociaż 

sytuacja się nie zmieniła - westchnął i 
wyjaśnił: - Wczoraj dotarło do mnie, że 

musiałem się zachować jak dureń, kiedy w 
sobotę ogłosiliście swoje zaręczyny.
- Ależ skądże - zapewniła go Leith. Nie 
potrafiła mu powiedzieć wprost, że był to 

tylko element gry.
Travis jednak już przepraszał, upierając się, 
że nie okazał wystarczającego entuzjazmu.
- Po tym wszystkim, co zrobiłaś dla Rosemary 

i dla mnie... i dalej robisz... pomyślałem sobie 
wczoraj, że mógłbym choć trochę okazać, jak 

bardzo się cieszę, że wyjdziesz za mojego 
kuzyna. Przyszedłem powiedzieć ci, że nie 
wyobrażam sobie lepszej żony dla Naylora.
- Och, Travis - jęknęła bezradnie.

- Nie było cię jeszcze, kiedy przyszedłem - 
ciągnął -więc wybrałem się na kawę. Kiedy 
wróciłem, asystent powiedział mi, że jesteś z 
Naylorem.

background image

Leith miała ochotę wyznać mu, że może 
zapomnieć o  nowej kuzynce, ale poczuła, że 
nie może.
- Jesteś kochany - oznajmiła po prostu. 

Wiedziała, że zjawił się tu tylko po to, by 
naprawić swój sobotni brak entuzjazmu.

W kilka minut później rozstali się. Po drodze 
do biura pochwyciła kilka przyjaznych 
spojrzeń. Nie była pewna, czy przypadkiem 
nie powinna zaprzeczać pogłosce, jakoby była 

zaręczona z władcą imperium Massinghama, 
ale doszła do wniosku, że jeżeli Naylor będzie 
miał na tę sprawę sprecyzowany pogląd, to da 
temu wyraz. Plotka ma krótki żywot, historię 

o ich zaręczynach spotka los innych nowinek. 
Tymczasem ma ważniejsze sprawy na głowie.

Pośród tych innych spraw najważniejsze było 
podejrzliwe spojrzenie, jakim Naylor obrzucił 
ją i Travisa w swoim biurze. Spokój kuzyna 
na pewno go zaskoczył, więc chyba dziś 

dojdzie do ostatecznych wyjaśnień.
Wybiła jednak piąta, a Naylor się nie 
odezwał. Leith poczuła ulgę. Wyszła z biura 
za piętnaście szósta i zauważyła jaguara 

background image

stojącego na parkingu. Przez moment poczuła 
słabość w kolanach. Otrząsnęła się jednak, 
wsiadła do samochodu i odjechała.
Przygotowując sobie kolację ciągle myślała o 

Naylorze. Dziś rano był taki czuły, kiedy 
dostrzegł, że zranił jej uczucia. Tak dobrze 

było zobaczyć tę drugą,delikatniejszą stronę 
jego charakteru. Ze wzruszeniem 
przypominała sobie jego pełne troski 
spojrzenie.

Myśli jej sennie krążyły wokół jednego 
tematu. Kiedy wspominała znowu, jak 
delikatnie tulił ją w ramionach dziś rano, 
nagle aż podskoczyła z przerażenia. Wielkie 

nieba, czy Naylor przypadkiem nie spostrzegł, 
jak bardzo jej na nim zależy?

Ogarnęła ją panika. Może znieść wszystko, z 
wyjątkiem myśli, że on wie o jej miłości. Przez 
kilka minut łamała sobie głowę, jak się o tym 
upewnić.

Dziesięć minut później ktoś zadzwonił do jej 
drzwi, i to dość gwałtownie. Czekała przez 
cały dzień na wezwanie - cóż, wszystko 

background image

wskazuje na to, że konfrontacja odbędzie się 
na jej własnym terenie.
Podeszła do drzwi i od razu wiedziała, że to 
on. Otworzyła z bijącym sercem. Na widok 

mężczyzny, którego tak kochała, serce 
wykonało następną ewolucję.

- Wejdź - zaprosiła go, wiedząc, że dopóki 
będzie stał w progu, nie usłyszy od niego ani 
słowa.
Po drodze do salonu obejrzała się i 

stwierdziła, że czułość i delikatność należą do 
przeszłości. Pojawił się za to gniew, z którym 
już się oswoiła.
- Co Travis miał ci do powiedzenia? - zapytał 

bez żadnych wstępów.
- Co miał mi do powiedzenia? - powtórzyła 

nieprzyjaznym tonem. - Chciał porozmawiać o 
naszych zaręczynach, twoich i moich, ot co!
- Jasne, że nie z nim jesteś zaręczona - 
warknął.

- To ty tak mówisz! - prychneła.
- Masz inne pomysły?
- Gdzieżbym śmiała?

background image

- Jak ci zależy na pracy, to nie! - syknął, 
bliski szału. - Czy wy macie jakąś sekretną 
umowę, o której ja nic nie wiem?
- O czym ty mówisz?

Jedynym sekretem, jaki dzieliła z Travisem, 
była Rosemary. Jak długo jeszcze będę 

trzymać jej istnienie w tajemnicy? - 
pomyślała.
- Jak to o czym? Czy ty przypadkiem nie 
prowadzisz podwójnej gry?

Z wyrazu jego oczu Leith wywnioskowała, że 
biada jej, jeśli zgadł.
- Wiem dobrze, co o mnie myślisz, ale czy 
sądzisz, że twój kuzyn chciałby dalej być 

moim... hm... kochankiem, wiedząc, że jestem 
z tobą zaręczona?

Naylor obrzucił ją nieprzyjemnym 
spojrzeniem.
- A więc skończyłaś z nim? - wywnioskował. 
Leith westchnęła głęboko. Już była 

zdecydowana
rzucić to krótkie tak, na które czekał, ale 
ugryzła się w język. Jeśli powie mu, że nie 

background image

kocha Travisa, może także uda jej się ukryć, 
kogo kocha naprawdę.
- Skończyłam z nim... Tak - powiedziała 
sztywno. - Ale dopiero teraz zrozumiałam, że 

Travis zawsze będzie dla mnie kimś 
szczególnym.

Naylor posłał jej spojrzenie pełne intensywnej 
nienawiści. Wydawało się, że chce ją 
przewiercić na wylot.
- Jeśli to tylko nie wpłynie na twoją pracę! - 

warknął i, jakby nie mógł ani chwili dłużej 
przebywać z nią w jednym pomieszczeniu, 
odwrócił się i wyszedł.
Leith opadła na fotel, gdy drzwi wejściowe 

zatrzasnęły się za nim. Była roztrzęsiona. 
Trudno znieść tyle antypatii, kiedy kocha się 

tak bardzo!
Tej nocy znowu nie spała dobrze. Myśli jej 
były zajęte Naylorem. Myślała o nim, o jego 
wściekłości i ledwie maskowanej groźbie, 

którą rzucił jej na odchodnym. Do tej pory tak 
dokładnie starała się wypełniać wszystkie 
jego polecenia, a jednak wciąż była zagrożona.

background image

Z tą smutną refleksją zasnęła, ale kiedy 
rankiem otworzyła oczy, uświadomiła sobie, 
że istnieje tylko jedno wyjście. Musi 
opanować miotające nią uczucia i złożyć 

wypowiedzenie.
Pojechała do pracy wciąż nie widząc innej 

alternatywy. Oczywiście, zostanie jej dług 
hipoteczny, ale nie była to tragedia. Zgodnie 
bowiem z jej umową z Vasey, z wyjątkiem 
przypadku, gdyby została zwolniona 

dyscyplinarnie, obie strony musiały złożyć 
wypowiedzenie z trzymiesięcznym 
wyprzedzeniem. Za trzy miesiące wyprowadzi 
się z mieszkania, pozostawiając je najemcy, 

który pokryje koszty spłaty hipoteki. W ciągu 
trzech miesięcy na pewno nie znajdzie pracy 

równie dobrze płatnej, ale w każdym razie coś 
znajdzie!
Natychmiast po wejściu do biura wysłała 
Jimmy'ego z jakimś poleceniem i napisała 

prośbę o zwolnienie. Wiedziała, że to będzie 
bolało, że w ten sposób traci szansę 
zobaczenia Naylora kiedykolwiek, ale w głębi 
duszy czuła, że robi słusznie. Nie wytrzyma 

background image

już dłużej jego ataków wściekłości, tego, że 
uważa ją za dziwkę. Najbardziej jednak bała 
się, by nie poznał jej prawdziwych uczuć.
- Idę do biura pana Drewera - oznajmiła 

Jimmy'emu, kiedy wrócił. Wzięła kopertę z 
wymówieniem i poszła do szefa działu.

- Pan Drewer wyszedł na kilka minut. Czy 
mogę w czymś pomóc? - zapytała sekretarka.
- Proszę mu to oddać, dobrze? - poprosiła 
Leith i wróciła do swego biura, gdzie przez 

następne dwadzieścia minut starała się 
pracować w skupieniu.
Nie zdołała na dobre zatopić się w swoich 
zajęciach, kiedy nagle Naylor wpadł do jej 

pokoju z takim impetem, że podskoczyła w 
miejscu.

- Wynoś się! - bezceremonialnie polecił 
Jimmy'emu.
- Tak, proszę pana! - bąknął Jimmy i wyleciał 
jak z procy.

- Właśnie rozmawiałem z Drewerem - 
warknął. -Zauważył, że niedługo pewnie ślub, 
więc spytałem, co znowu krąży po tutejszych 
liniach. Odpowiedział, że to jego osobisty 

background image

wniosek, który wyciągnął na widok twojego 
wymówienia.
Leith wiedziała, że Naylor nie będzie zbyt 
uszczęśliwiony jej rezygnacją, ponieważ 

wytrąca mu z ręki wszystkie atuty.
- Proszę mi powiedzieć, panno Everett - 

ciągnął groźnie - co do cholery pani sobie 
myśli, tak po prostu odchodząc?
- Nie możesz zabronić mi odejść! - odparła 
butnie.

- Nie mogę zabronić ci odejść, fakt - zgodził 
się, kipiąc gniewem - ale na pewno mogę 
postarać się o to, żebyś już nie dostała pracy 
w swoim zawodzie!

Leith otworzyła usta i wyszeptała z 
niedowierzaniem:

- Nie zrobiłbyś tego...
- Tylko spróbuj! - warknął. - Telefon, słówko 
szepnięte do właściwego ucha o tym jak 
zawaliłaś kontrakt Norwood & Chambers...

Nie musiał kończyć.
Leith nie mogła uwierzyć własnym uszom. 
Czyżby był rzeczywiście zdolny do takiej 
podłości?!

background image

- Ty sukinsynu! - syknęła.
Nie dotknęło go to. Nawet nie mrugnął.
- Wszystkiego najlepszego z okazji zaręczyn, 
kochanie! - wypalił.

ROZDZIAŁ ÓSMY
Przebrnęła jakoś przez środę i czwartek, ale 
w piątek, jadąc do pracy, wciąż nie była 
pewna, czy opuści Vaseya za trzy miesiące. 

Czuła się zbyt zniechęcona, aby szukać 
innego zajęcia. Nie miała żadnych perspek-
tyw na znalezienie odpowiedniej pracy. Każdy 
przyszły pracodawca zmuszony byłby zwrócić 

się do Vaseya o referencje, a nie ulegało 
najmniejszej wątpliwości, że Naylor 

Massingham dokładnie zna zawartość jej 
kartoteki. Zapewne poinstruował kadry, by 
informowały go o wszystkim co dotyczy jego 
„narzeczonej". Mógł jej zaszkodzić w każdej 

chwili.
Parkując samochód zastanawiała się, czy 
wciąż jeszcze jest z nim zaręczona? Od 

background image

ostatniego, jakże burzliwego spotkania nie 
dał znaku życia.
- Cześć, Jimmy! - rzuciła wesoło asystentowi. 
Nie pozwoli, by jej kłopoty stały się źródłem 

plotek.
- Witaj, Leith - odparł poważnie. - Naprawdę 

bardzo podoba mi się twoja nowa fryzura.
Leith wróciła do dawnego uczesania. 
Upieranie się przy nietwarzowym koku 
wydawało jej się idiotyczne. Zdjęła też 

okulary. Cielęce spojrzenie, jakim obdarzył ją 
Jimmy, przeraziło ją. Tylko tego teraz 
brakowało, żeby się w niej zadurzył.
- Dzięki - odparła krótko.

O jedenastej Jimmy poszedł na kawę i plotki. 
Leith pracowała jeszcze przez parę minut, po 

czym doszła do wniosku, że potrzebuje 
informacji z innego działu.
Była już w połowie korytarza, gdy ujrzała 
Naylora, zbliżającego się z przeciwnej strony.

Serce w niej zamarło w oczekiwaniu na 
spotkanie, ale jej narzeczony minął ją bez 
słowa, lodowate spojrzenie lokując gdzieś 
ponad jej głową.

background image

Do końca dnia nie mogła znaleźć sobie 
miejsca. Chyba nigdy dotąd nie pracowała tak 
nieudolnie. Ale jak mogła się skupić, gdy co 
chwila, zamiast rozłożonych przed sobą 

dokumentów, widziała twarz Naylora. Była 
taka zimna i obca...

Z zamyślenia wyrwał ją telefon.
- To chyba pan Massingham - oznajmił 
Jimmy scenicznym szeptem i podał jej 
słuchawkę.

Po chwili wahania wzięła ją do ręki.
- Halo - musiała mocno wziąć się w garść, 
kiedy okazało się, że Jimmy ma rację.
- Chciałbym się z tobą widzieć - powiedział 

Naylor beznamiętnie.
- Teraz? - zapytała, zastanawiając się 

jednocześnie, jak zajdzie gdziekolwiek na tych 
trzęsących się nogach.
- Dlaczego nie? - odparł i odłożył słuchawkę. 
Co za odmiana! - pomyślała, z lekka 

zaniepokojona. Czyżby znów coś knuł?
- Nie zabawię długo - powiedziała do 
Jimmy'ego. - Idę...
- Do nowego skrzydła?

background image

- Za bystry jesteś na tę pracę - mruknęła 
wyniośle. Ruszyła korytarzem, czując, że 
zaczyna wpadać w panikę. Czy wezwał ją do 
swego gabinetu po to, żeby dać jej burę za 

spotkanie w korytarzu dziś rano, 
zastanawiała się, podchodząc do drzwi Moiry 

Russell. W końcu on też ją zignorował. Nie, 
nie mógłby być aż tak nieprzyjemny - doszła 
do wniosku i weszła.
- Pan Massingham jest wolny - oznajmiła z 

uśmiechem Moira Russell.
- Dzięki - odpowiedziała Leith, mając 
nadzieję, że uśmiechem pokryje 
zdenerwowanie. Zapukała, wzięła głęboki 

oddech i weszła.
Naylor stał przy biurku, przeglądając jakieś 

papiery. Serce Leith zabiło mocno - Boże 
drogi, jakże ona go kocha!
- Dzień dobry - jakaś aktorka głęboko w jej 
wnętrzu powitała go uprzejmie na użytek 

sekretarki. Kiedy wreszcie podniósł oczy, 
zamknęła drzwi. - Chciałeś widzieć się ze 
mną?

background image

- Wejdź - zaprosił ją, a potem rzucił papiery 
na biurko i podszedł do okna. Milczał przez 
chwilę, jakby roztaczający się stamtąd widok 
był bardzo interesujący. Nagle otrząsnął się z 

zadumy i powiedział:
- Wygląda na to, że wujostwo chcą lepiej 

poznać kobietę, którą mam pojąć za żonę.
Leith odwróciła wzrok. Poczuła ukłucie bólu 
na myśl, że jeśli Naylor ożeni się, to na pewno 
nie z nią.

- Zapraszają nas na weekend do Parkwood- 
dodał. Nie! - pomyślała zrezygnowana Leith. 
Dość już tej całej farsy!
- Zacznijmy od tego-odezwała się-że nie wyjdę 

za ciebie i...
Urwała, kiedy dostrzegła pulsowanie żyłki na 

jego skroni i mimowolny ruch głowy w tył. Z 
ponurego błysku w jego oczach domyśliła się, 
że obraziła go.
- Mogłabyś przynajmniej poczekać, aż cię ktoś 

poprosi, zanim odmówisz - stwierdził 
lodowato.
Leith aż skurczyła się po tych brutalnych 
słowach. Pomyślała, że za żadne skarby nie 

background image

pojedzie z nim do Parkwood. Chyba wyczytał 
z jej twarzy ból i bunt, bo dodał już o wiele 
spokojniejszym tonem:
- Ciotka i wujek byli dla mnie jak rodzice... 

wiele im zawdzięczam...
- Czy dlatego ich okłamujesz? - rzuciła ostro, 

bo Naylor pielęgnując swoje uczucia rodzinne 
zdawał się nie zwracać uwagi na to, że czyni 
to jej kosztem.
- Wiesz, dlaczego muszę to robić - odparł. 

Miękkie nuty znikły z jego głosu.
- Odśwież mi pamięć!
- Czy muszę ci przypominać, że zabrałem cię 
do domu tylko po to, aby pokazać Travisowi, 

że kochasz kogoś innego - zwrot ten, 
dotyczący go w większym stopniu, niż sądził, 

trafił zbyt blisko celu. Leith instynktownie 
odwróciła się, żeby wyjść.
- Mogę z miejsca cię zwolnić! - wybuchnął 
Naylor, zanim zdołała zrobić choćby krok.

Stanęła nieruchomo i dopiero kiedy poczuła, 
że może już zapanować nad sobą, odwróciła 
się powoli. Nie musiał nawet mówić, że gdyby 
oskarżyła go o niesprawiedliwe wyrzucenie z 

background image

pracy, każdy sąd stanąłby po jego stronie. 
Stąd w jej oczach pojawiła się spora doza 
nienawiści.
- Bez zapłaty, oczywiście? - zapytała wrogo.

- Masz rację! - odparł zimno.
- Niech cię szlag trafi! - rzuciła mu w twarz. 

Wzruszył ramionami ignorując jej zranione 
uczucia.
- W każdym razie, dopóki nie zdecyduję 
inaczej, jesteś moją narzeczoną - warknął. - 

Przyjadę po ciebie jutro o jedenastej.
Leith przez chwilę spoglądała na niego z 
buntem w oczach. Los wyśmiał bezlitośnie 
żałosne zaklęcia, że nigdy więcej noga jej nie 

postanie w Parkwood.
Odwróciła się i uciekła.

Po powrocie do domu długo rozpamiętywała 
władczy sposób, w jaki ją potraktował. Nie 
mogła pojąć, dlaczego nie kazała, aby ją 
zwolnił, zostawił w spokoju i poszedł do 

wszystkich diabłów.
W sobotę rano nadal myślała, jaki sens ma 
wyjazd do Parkwood. Tydzień temu pojechała 
tam, żeby Travis nie myślał już o niej jako o 

background image

swej dziewczynie, było to zresztą ultimatum 
Naylora. Tym razem jedzie już nie jako 
dziewczyna, lecz jako jego narzeczona. Gdzie 
tu logika? Naylor zabiera ją, żeby wujostwo 

lepiej poznali jego przyszłą żonę, podczas gdy 
wie doskonale, że na pewno się nie pobiorą. O 

jedenastej zadźwięczał dzwonek u drzwi.
- Jestem gotowa - powiedziała chłodno. Nie 
czuła potrzeby zapraszania go do środka, więc 
tylko odwróciła się i poszła po torbę.

Naylor jednak wszedł bez zaproszenia.
- Jedna sprawa, zanim wyjdziemy – 
powstrzymał ją-
Przystanęła i spojrzała na niego pytająco. Nie 

rozumiała, o co chodzi, i czekała na 
wyjaśnienia do chwili, kiedy wyjął z kieszeni 

pierścionek i spróbował włożyć jej na palec.
Z zachwytem spoglądała na cacko z 
brylantów i szmaragdów. Nagle dotarło do 
niej, co oznacza ten gest i poczuła, że wzbiera 

w niej piekielna złość.
- O, nie! Na pewno nie będę tego nosić! - 
krzyknęła gwałtownie.

background image

- Co, nie dość dobry dla ciebie? - warknął. 
Była to kropla, która przepełniła miarę.
Wszystkie stresy, napięcia i cierpienia, jakie 
przeżyła w ciągu ostatnich tygodni, 

skumulowały się. Upuściła torbę na podłogę i 
ręką zakreśliła łuk. Naylor zareagował 

błyskawicznie i chwycił ją za przegub, zanim 
zdążyła dosięgnąć celu. Pozbawiona 
możliwości fizycznego wyładowania zawyła:
- Skoro nie możesz zrozumieć, że nie 

interesuje mnie zawartość męskiego portfela 
ani ile z tego będę miała, to ty potrzebujesz 
okularów! Jeśli... - nie zdołała dokończyć, bo 
uświadomiła sobie, że Naylor uspokaja ją, tuli 

w kojącym uścisku.
- Ciii - wyszeptał w jej włosy i Leith nagle 

poczuła się bezsilna.
Wkrótce jednak złapała drugi oddech i choć 
cudownie było czuć jego ramiona wokół siebie, 
nadludzkim wysiłkiem woli zdołała odsunąć 

się od niego.
Puścił ją, ale wciąż trzymał w palcach klejnot.

background image

- Przede wszystkim ciocia zwróci uwagę, czy 
nosisz pierścionek zaręczynowy - mruknął 
kusząco.
Leith trwała w swoim uporze.

- Ona mnie zna, Leith, wie, że włożę 
pierścionek na palec mojej narzeczonej w 

pierwszej dogodnej chwili.
Przeniosła spojrzenie z pierścionka na 
Naylora, dostrzegła wyczekiwanie w jego 
twarzy i znów spojrzała na klejnot. Czuła, że 

coś się na niej wymusza, ale nie miało to 
wielkiego znaczenia. Jednak jeśli ciotka ma 
zadawać niepotrzebne pytania, lepiej aby 
wzięła pierścionek. Wyciągnęła rękę.

- Czy one są prawdziwe... to znaczy, 
kamienie? -zapytała, z oczami wlepionymi w 

ogromny szmaragd pośrodku i dwa mniejsze 
brylanty po obu stronach.
- Czy ofiarowałbym mej miłości atrapę? - 
zażartował i Leith podziękowała mu za to 

mrożącym spojrzeniem. Nie był dusigroszem, 
więc pierścionek musi być prawdziwy. 
Zadrżała na myśl o tym, ile mógł kosztować!

background image

Wsunęła go na serdeczny palec - pasował 
świetnie. Sam fakt włożenia go sprawił, że 
nogi się pod nią ugięły. Potrzebowała czegoś 
na otrzeźwienie.

- Nie jestem przyzwyczajona do noszenia 
pierścionka stwierdziła kwaśno, żeby dodać 

sobie sił. - Nie miej pretensji, jeśli go zgubię.
- Nie będę miał - odparł bezbarwnym głosem.
- I dostaniesz go z powrotem w tej samej 
chwili, w której opuścimy Parkwood! - 

uzupełniła z czystej przekory.
- Niech mnie diabli! - zakpił. - Jesteśmy 
zaręczeni dopiero dwie minuty, a ona już mną 
pomiata!

Zanim Leith zdołała znaleźć na to właściwą 
odpowiedź, wziął torbę i razem wyszli z domu.

Sama myśl o tym, że ktokolwiek mógłby 
pomiatać Naylorem rozbawiła ją serdecznie i 
nareszcie rozluźniła się trochę.
- Leith, Naylor! - wykrzyknęła Cicely 

Hepwood, wychodząc im na spotkanie. 
Guthrie dołączył do nich minutę później i 
wymienili powitalne uściski.

background image

- Dałam ci ten sam pokój, co w zeszłym 
tygodniu - szczebiotała radośnie gospodyni. - 
Na pewno chcesz rozpakować się i umyć ręce 
przed lunchem, ale zanim pójdziesz... - 

zawahała się nagle. - Chyba masz pierścionek 
zaręczynowy? - powiedziała powoli.

Leith skinęła głową, w duchu przyznając 
Naylorowi medal za zdolność przewidywania. 
Nie mogła jednak oprzeć się fali wzruszenia, 
kiedy podała pani Hepwood lewą dłoń.

- Tak, i to bardzo piękny - stwierdziła 
szczerze. Podczas, gdy Cicely rozpływała się 
w zachwytach, Leith poczuła przemożną chęć 
spojrzenia na Naylora. Patrzył na nią: nie na 

ciotkę, nie na pierścionek, ale właśnie na nią - 
i wydawał się bardzo zadowolony.

Odwróciła wzrok, przekonana, że rozumie 
powód jego radości. Przewidział, że 
pierścionek będzie pierwszą rzeczą, o którą 
zapyta ciotka. Leith miała ochotę, aby znaleźć 

się gdzieś na tyle blisko, żeby zobaczyć jego 
minę, kiedy okaże się, że nie przewidział 
czegoś... i złapał się we własne sidła!

background image

Rozmyślając tak pobiegła na górę, żeby 
odzyskać równowagę ducha i przyczesać 
włosy przed lunchem. Siedząc w jadalni obok 
Naylora czuła się o wiele, wiele pewniej.

Rozmowa podczas lunchu była wesoła i 
sympatyczna. Nikt nie wspomniał Travisa, aż 

do chwili kiedy Guthrie poprosił Naylora o 
radę w sprawie kupna lasu.
- To pomysł Travisa. Wtedy pochłonięty był 
ochroną dzikiej przyrody, ale zdaje się, że 

ostatnio ma... inne sprawy na głowie.
- Mam nadzieję, że wszystko dobrze się 
skończy - uspokajająco wtrącił Naylor i 
pozornie niedbałym tonem zapytał: - A 

właściwie gdzie on jest?
Na to pytanie odpowiedziała ciotka. Leith 

zorientowała się nagle, że pod wesołą, 
uśmiechniętą maską kryje się bardzo 
zatroskana kobieta, która stara się ze 
wszystkich sił traktować ją jak członka 

rodziny.
- Travis był wczoraj bardzo niespokojny-
wyznała Cicely Hepwood. - Właściwie 
przeżywał coś przez cały tydzień. Wczoraj 

background image

jednak cierpiał bardziej niż zwykle i... - głos 
zadrżał jej lekko. Musiała przerwać na 
chwilę, żeby odzyskać panowanie nad sobą. - 
Ostatniej nocy zadzwonił, żebyśmy się nie 

martwili, ale w ogóle nie wróci do domu. To 
już druga noc, kiedy nie wiem, co się z nim 

dzieje.
W tym momencie Leith z całego serca 
zapragnęła uspokoić choć trochę panią 
Hepwood. Ale co mogła powiedzieć? Travis 

bardzo kochał Rosemary i myślał o niej bez 
przerwy... ale tego nie mogła powiedzieć 
nikomu.
W tej samej chwili Guthrie Hepwood zaczął 

uspokajać żonę, że syn zjawi się na pewno 
lada chwila. Leith uznała, że nie musi już 

głowić się nad sposobem wytłumaczenia 
Travisa. Przelotnie spojrzała na Naylora i aż 
się cofnęła. Wyglądał, jakby ogarniała go 
szewska pasja. Nigdy dotąd nie widziała w 

jego oczach takiej wrogości i to wyraźnie pod 
jej adresem!
Wstrząśnięta do głębi odwróciła wzrok i 
zastanawiała się, co u licha palnęła tym 

background image

razem. Minęło kilka sekund, odrętwiały 
umysł zaczął pracować i odpowiedź na 
pytanie przyszła sama. Naylor ciągle dobrze 
pamiętał, gdzie znalazł swego kuzyna tej 

pierwszej nocy. Był, zdaje się, zupełnie 
pewien, że znalazłby go tam i dzisiaj. Leith 

poczuła odradzającą się wściekłość. Miała 
dość tej koszmarnej podejrzliwości...
- Chyba pójdę się przebrać - oznajmiła. Zbyt 
była rozgorączkowana, żeby wytrzymać w 

bezpośredniej bliskości Naylora, kiedy 
przejdą do salonu. Z uśmiechem przeprosiła 
towarzystwo i wyszła.
Jeżeli była wściekła, to jej narzeczony z 

pewnością dzielił ten nastrój, bo także 
wymówił się i odszedł w tym samym 

kierunku.
Żadne z nich nie odezwało się ani słowem, 
dopóki nie znaleźli się przed drzwiami 
sypialni.

- I co? - warknął, gdy Leith miała już wejść do 
sypialni. Chwycił ją za ramię i niezbyt 
delikatnie zwrócił twarz ku sobie.

background image

Podniosła wzrok na jego agresywne, mroczne 
oczy.
- Co i co? - wybuchnęła.
- Widziałaś się z Travisem ostatniej nocy? - 

syknął.
- Chodzi ci o to, czy został na noc? A był tam, 

kiedy przyszedłeś po mnie rano? - odpaliła i 
zaczerpnęła tchu. - Oddać ci pierścionek? - 
zadrwiła. Była dość wściekła, żeby mieć na to 
odwagę. Odwróciła się tyłem.

Nie odeszła daleko. Zanim zdążyła dotknąć 
klamki, chwycił ją za ramiona i przycisnął do 
ściany.
- Nie! - zaprotestowała, ale on nawet nie 

udawał, że słucha. Całując, więził ją w 
żelaznym uścisku.

Jego pocałunki były brutalne i sprawiały ból. 
Usiłowała uwolnić się za wszelką cenę, ale to 
tylko wzmagało jego podniecenie.
Była równie wściekła na siebie, jak na niego. 

Wiedziała, że potrafi ją rozbroić. W chwili gdy 
jego złość nieco minęła albo może zmęczyły go 
pocałunki, zdołała uwolnić dłonie i wesprzeć 
je na jego piersi. Odepchnęła go z całej siły i - 

background image

nagle poczuła, że jest wolna. Nie czekała na 
wyjaśnienia. Błyskawicznie znalazła się w 
sypialni i zamknęła drzwi.
Oparła się o nie plecami w obawie, że zechce 

wejść. Nasłuchiwała ze wstrzymanym 
oddechem. Nie dobiegał żaden szmer, więc 

uznała, że musiał sobie pójść.
Podeszła do okna i spojrzała na 
rozsłoneczniony trawnik. Poczuła, że jest zbyt 
wzburzona, by siedzieć w pokoju do samej 

kolacji. Postanowiła udać się na przechadzkę 
- przy odrobinie szczęścia może uda jej się nie 
spotkać Naylora.
Niedyskretne pytania i brutalny pocałunek 

wciąż jeszcze tkwiły w jej pamięci. Doszła 
jednak do wniosku, że gdyby nawet 

próbowała dowiedzieć się, dlaczego był taki 
wściekły i omal jej nie pobił, prawdopodobnie 
odpowiedź nie byłaby zbyt miła. W końcu i 
tak wszystko okaże się jej winą!

Po drodze zauważyła, że drzwi do salonu są 
zamknięte. Miała ogromną ochotę wyjść nie 
mówiąc nikomu ani słowa, ale czuła, że winna 
jest gospodarzom tę grzeczność. Nawet, jeśli 

background image

nie będzie umiała odpowiedzieć na pytanie, co 
się stało z Naylorem.
Podeszła do drzwi salonu, przywołała na 
twarz miły uśmiech i weszła. Państwa 

Hepwood nie było w pokoju. Miała pecha, w 
salonie był właśnie Naylor.

Zatrzymała się raptownie i już miała wyjść, 
kiedy zawołał ją po imieniu. Wydawał się 
równie wzburzony, jak ona i natychmiast 
spojrzał na jej lewą dłoń.

- Szukałam pani Hepwood - powiedziała 
szybko przyłapując się na tym, że patrzy na 
jego usta, te same, które tak brutalnie ją 
całowały. Nagle zapragnęła podejść i 

pocałować go, tak jakby można było zetrzeć 
całe zło, które już się stało.

Pewnie uznałby ją za szaloną...
- Po co ci moja ciotka? - zapytał. Znowu był 
podejrzliwy.
- Nie zdradzę jej żadnej tajemnicy! - odparła 

kwaśno, porzucając swe pokojowe zamiary. - 
Powinna chyba wiedzieć, że idę na długi 
spacer.

background image

- Ciotka jest na górze - odpowiedział i Leith 
zrobiła krok w kierunku wyjścia. Ale on 
znowu zawołał ją po imieniu, więc odwróciła 
się niechętnie.

- Leith, ja... - zaczął powoli, ale nagle urwał. 
Coś, co zobaczył przez wysokie francuskie 

okno, nie pozwoliło mu dokończyć.
- Travis! - wykrzyknęła Leith, rozpoznając 
jego kuzyna. Pomyślała, że widok syna 
przyniesie pani Hepwood ogromną ulgę, kiedy 

u boku Travisa dostrzegła znajomą postać.
- Rosemary! - wyjąkała, kompletnie 
zaskoczona i pobiegła, żeby gorąco uściskać 
przyjaciółkę.

- Myślałem, że mama i tato będą tutaj, więc 
poszedłem na skróty przez trawnik - wyjaśnił 

Travis, roześmiany, najszczęśliwszy człowiek 
na świecie. - Cieszę się, że tu jesteś, Leith. 
Powinnaś wiedzieć pierwsza.
- Dzwoniłeś do Rosemary - domyśliła się.

- Jeszcze lepiej! - odparł, zaborczo obejmując 
ramieniem swoją miłość. - Po parszywej nocy 
pomyślałem, że oszaleję, jeśli czegoś szybko 
nie zrobię. Rano pojechałem do Dorset i...

background image

- Pojechałeś do Hazelbury? Do domu 
Rosemary? - dopytywała się zdumiona Leith.
- Nie mogłem dłużej wytrzymać - odparł. - 
Wydawało mi się, że im dłużej Rosemary 

zostaje z rodzicami, tym bardziej wpajają jej 
swoje przesądy. W każdym razie trząsłem się 

jak osika, kiedy oznajmiłem państwu Green, 
że zamierzam poślubić ich córkę i...
- Poślubić! - ten okrzyk padł z ust Naylora. 
Och, pomocy - pomyślała Leith, za chwilę ktoś 

zapłaci głową. Miała podstawy, by 
przypuszczać, że to będzie jej głowa.
- Ależ tak! - wykrzyknął entuzjastycznie 
Travis, najwyraźniej w siódmym niebie i 

niewrażliwy na czyjeś groźne miny.
- Słuchajcie, Rosemary była cudowna. Kiedy 

zapytałem jej rodziców, co bardziej kochają, 
szacunek sąsiadów czy własną córkę, pokazali 
mi drzwi. A wtedy ona powiedziała, że 
postanowiła dać Derekowi rozwód i idzie ze 

mną.
- Czy ktoś mógłby powiedzieć mi... - zbyt 
spokojnie wtrącił się Naylor - ... co się tu 
dzieje, do jasnej cholery?

background image

Przez moment Travis wydawał się wytrącony 
z równowagi pytaniem kuzyna, ale już po 
chwili rozpłynął się w uśmiechach.
- Wybacz mi, Naylor - sumitował się. - Jestem 

cały w skowronkach. Zapomniałem, że nie 
znasz Rosemary. Myślałem, że Leith, pomimo 

moich usilnych błagań o dochowanie 
tajemnicy, powiedziała ci o wszystkim.
- Dalej! - ponaglił Naylor. Jego głos był 
bardziej spokojny niż kiedykolwiek. Cisza 

przed burzą.
- Leith jednak była naprawdę lojalnym 
przyjacielem - przyznał radośnie Travis. - Od 
chwili, gdy spotkałem Rosemary po raz 

pierwszy, była dla nas obojga ogromną 
pomocą. A potem, kiedy Rosemary miała 

kłopoty i nie chciała się ze mną widywać, 
Leith była naszym posłańcem, koiła ból 
mojego serca i... wyznaję... pijaństwa. 
Szczególnie jednej nocy, kiedy byłem zbyt 

zalany, żeby prowadzić, położyła mnie do 
łóżka Sebastiana i pozwoliła wszystko 
odespać.

background image

Leith spojrzała na Naylora i dostrzegła, że 
ten aż kipi ze złości. O, Boże, to już koniec! - 
pomyślała.
- A więc... - zaczął Naylor dość groźnie, ale w 

tym momencie w salonie pojawili się rodzice 
Travisa.

- Travis! - zawołała Cicely i rozpromienionym 
wzrokiem spojrzała na młodą kobietę, którą 
jej syn wciąż obejmował ramieniem. - Widzę, 
że przywiozłeś przyjaciółkę!

- Rosemary to coś więcej niż przyjaciółka - 
dumnie odparł Travis. - Mamo, poznaj moją 
przyszłą żonę.
- TRAVIS!

Nagle wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. 
Leith spojrzała na ciągle otwarte francuskie 

okno. Właściwie teraz już może iść na ten 
długi spacer. Zerknęła na Naylora, był 
pochłonięty obserwowaniem rodziny.
Leith cichutko wyśliznęła się na zewnątrz. 

Spojrzała na drogę, którą zamierzała pójść i 
nagle poczuła się dziwnie zagubiona. Droga 
przecinała otwarte pole... a ona nie chciała 
być dostrzeżona.

background image

Nieco dalej, na lewo, znajdował się letni 
domek. W nadziei, że nie jest zamknięty, 
pobiegła ku niemu jak na skrzydłach.
Miała szczęście. Oszklone drzwi ustąpiły pod 

dotknięciem jej ręki. Weszła i przekonała się, 
że domek jest większy, niż wydawał się z 

zewnątrz.
Opadła na wyściełaną sofę. W głowie 
szumiało jej od wrażeń. Była szczęśliwa, że 
być może Travis i Rosemary nareszcie zaczną 

czerpać radość ze swej miłości.
Wkrótce Leith zapomniała o szczęśliwej 
parze. Znowu stanęła jej przed oczami 
wściekła mina Naylora. Było w niej coś 

groźnego. Naylor nie należał do ludzi, którzy 
zwlekają z wyciąganiem wniosków i Leith 

wiedziała, że chwila pokuty jest bliska.
Usłyszała kroki. Poderwała głowę, gdy cień 
padł na oszklone drzwi, i zamarła. 
Rozpoznała wysokiego mężczyznę, stojącego z 

dłonią na klamce i pojęła, że nadszedł czas 
wyjaśnień...
Nie odrywała od niego oczu, gdy z bezlitosną 
miną wszedł do domku.

background image

Stanął przed nią i przez długą chwilę po 
prostu patrzył z góry.
- No - odezwał się twardym, ostrym głosem. 
-Mów.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
- O... czym? - zapytała. Ta odpowiedź nie 
została przyjęta zbyt dobrze.
- Ostrzegam cię - rzekł lodowato. - Nie mam 

nastroju do zabawy.
Wskazał głową na dom.
- Możesz zacząć od wyjaśnienia mi, o co do 
cholery tam chodzi!

Leith starała się zachować spokój.
- To chyba mówi samo za siebie - odparła 

oschle. Oczy Naylora zwęziły się, ręce 
zacisnęły w pięści.
Przyciągnął do siebie fotel i usiadł naprzeciw 
niej. Zablokował jej w ten sposób drogę do 

drzwi. Przechylił się i wycedził gniewnie:
- Dobra, zaczynamy od początku. Kim u 
diabła jest Sebastian?

background image

Treść pytania tak zaskoczyła Leith, że o mały 
włos nie wyparła się własnego brata.
- On... mm... jest w... mm... Indiach, na... 
-zaczęła.

- Do jasnej cho... - Naylor zmełł w ustach 
przekleństwo. Zachowywał się jak człowiek, 

którego oszukano, i teraz nie pozwoli na 
dalsze kłamstwa. Chce mieć zatem wszystkie 
kropki nad I, wszystkie kreseczki nad T i nic, 
zupełnie nic nie pozostawiać domysłom. - 

Sebastian to twój brat, tak? Jedyny brat?
- Sebastian jest moim jedynym bratem - 
przyznała.
- Jak długo jest w Indiach? - rzucił Naylor, a 

Leith klęła swe zmieszanie. Teraz, kiedy 
chciała odpowiadać jak najszybciej, nie mogła 

sobie przypomnieć.
- Niezbyt długo - odpowiedziała.
- Rok? Kilka miesięcy? - dopytywał się. 
Skinęła głową. - Zanim wyjechał, 

mieszkaliście razem?
- Zgadza się - odparła ostro, zirytowana lekko 
jego dociekliwością. Wtedy pochwyciła błysk 
zrozumienia w jego oczach.

background image

- Hipotekę także spłacaliście razem? - nie 
zawahał się wleźć z butami także w jej 
finanse.
- Jeżeli musisz wiedzieć - wybuchnęła - 

chcieliśmy kupić razem to mieszkanie. Żeby 
oszczędzić ci pytań - dodała - złożyliśmy 

depozyt w postaci pewnej sumy, którą zapisał 
nam dziadek.
Naylor nie wydawał się ani trochę 
zainteresowany sumą, jaką złożyli, ani 

dziadkiem.
- A potem twój brat wyjechał i zostawił cię z 
całym długiem, nie dając żadnego zlecenia 
płatności pod jego nieobecność?

- Chyba zapomniał, że są... - Leith zaczęła 
bronić Sebastiana, ale urwała. - To ciebie nie 

dotyczy!
- palnęła bez namysłu. Kiedy spojrzała na 
wyraz jego twarzy domyśliła się, że to nie był 
dobry argument.

- To mnie cholernie dotyczy, kobieto! - ryknął.
- Zrobiłaś ze mnie kompletnego durnia. Nikt 
nie robi takich rzeczy bez powodu, nawet ty!
- Miałam doskonały powód - podniosła głos.

background image

- Jaki?
- Sam się o to prosiłeś!
- W jaki sposób?
- Masz kiepską pamięć! Od pierwszej chwili, 

od tamtej nocy, kiedy przyszedłeś po Travisa, 
zacząłeś...

- Do Travisa wrócimy za chwilę - uciął. - 
Przedtem jednak powiesz mi, dlaczego 
raczyłaś wprawdzie poinformować mnie, że 
masz brata, ale umyślnie nie powiedziałaś, że 

ma na imię Sebastian! To natychmiast 
rozwiązałoby sprawę innego mężczyzny w 
twoim życiu.
- Dawałeś mi jasno do zrozumienia, jaką 

masz o mnie opinię, powinnam chyba robić 
wszystko, żeby ją poprawić! - wybuchnęła.

- I, oczywiście, dlatego nigdy nie 
wspomniałaś, że do niedawna twój brat 
mieszkał z tobą i płacił połowę długu 
hipotecznego, dzięki czemu mogłaś sobie po-

zwolić na takie mieszkanie. I również dlatego 
pozwoliłaś mi myśleć, że to mieszkanie ma 
tylko jedną sypialnię, podczas gdy 
najwyraźniej są dwie. Co znaczy...

background image

- O ile pamiętam - przerwała mu ostro Leith - 
tamtej nocy, kiedy przyszedłeś po Travisa, nie 
byłeś w nastroju do wycieczki po moich 
nieruchomościach!

- Mogłaś mi wszystko wyjaśnić!
- Rzeczywiście, jak diabli! Bo ty miałeś ochotę 

słuchać wyjaśnień!
- Jakaś kobieta unieszczęśliwiała Travisa... 
był w twoim mieszkaniu, więc, na mój rozum, 
to musiałaś być ty!

- No więc dowiedziałeś się właśnie, że to nie 
ja.
- A ty czekałaś na ten dzień, co? - przerwał jej 
szorstko.

- Czekałam?
- Niech mnie piekło...! - wybuchnął. - Założę 

się, że nieraz miałaś ochotę roześmiać mi się 
w twarz!
- Jestem tylko człowiekiem! - odparła, 
pomijając milczeniem fakt, że częściej z jego 

powodu była bliska łez niż śmiechu.
Okazało się, że śledztwo dopiero się rozkręca.

background image

- Dlaczego pozwoliłaś mi sądzić, że jesteś 
kochanką mojego kuzyna? - zapytał. - 
Dlaczego...?
- Z tego, co sobie przypominam - ucięła wrogo 

-chyba nie uwierzyłbyś mi, gdybym 
powiedziała ci coś innego! Byłeś zdecydowany 

myśleć o mnie jak o jakiejś... jakiejś harpii, 
która czyha wyłącznie na portfel Travisa!
- Nawet nie próbowałaś przekonać mnie, że 
jest inaczej! - rzekł oskarżająco. - Nawet nie 

wspomniałaś o istnieniu tej dziewczyny.
- Rosemary nie chciała, aby ktokolwiek 
wiedział o jej związku z Travisem - stanęła w 
obronie przyjaciółki - a poza tym byłam 

święcie przekonana, że już nigdy więcej cię 
nie zobaczę.

- Hmmm - mruknął. Potarł dłonią podbródek 
w zamyśleniu. Wydawało się, że coś sobie 
przypomniał... i nagle rozluźnił się.
- To... dla mnie także była niespodzianka - 

wyznał dziwnym, tęsknym tonem. - 
Przechodząc, zajrzałem do pokoju i 
zobaczyłem twoją kasztanową głowę...
- Rozpoznałeś mnie?

background image

- Byłaś odwrócona plecami, uczesana inaczej, 
ale... -powiódł spojrzeniem po jej długich, 
lśniących lokach  ten fantastyczny kolor 
przyciągnął moją uwagę.

Leith nie była pewna, czy przypadkiem nie 
woli, kiedy jest bezczelny, wściekły i 

agresywny. Jego łagodność wytrącała jej broń 
z ręki.
- Ja... też nie wiedziałam, że jesteś... 
Naylorem Massinghamem, moim... szefem - 

wyjaśniła.
- A ja nie byłem pewny, że kobieta, którą 
nazywają Panną Lodowatą, jest tą samą 
brązowowłosą pięknością, z którą kłóciłem się 

w sobotę rano - odparł.
Och, Naylor, nie rób tego - myślała 

rozdygotana Leith. Teraz jeszcze cięższą 
walkę musiała stoczyć w poszukiwaniu 
odpowiedzi.
- Cóż, kiedy już się dowiedziałeś, nie miałeś 

żadnych skrupułów.
- Dużo mi to pomogło! - parsknął. Miękki ton 
znów gdzieś się zapodział. - Tego samego 
wieczoru, kiedy byłem na kolacji z 

background image

przyjaciółką, kogóż to ja widzę w tej samej 
restauracji? Mego kuzyna, otaczającego 
władczym ramieniem właśnie ciebie!
- Jeśli dobrze pamiętam, Travis jedynie 

prowadził mnie do twojego stolika.
- Ale skoro nie byłaś jego dziewczyną, 

dlaczego zgodziłaś się iść na kolację? - 
dopytywał się.
- Jeśli już chcesz wiedzieć - odparła - dlatego, 
że Rosemary pojechała do rodziców tydzień 

wcześniej i wtedy jeszcze nie wróciła. Jej 
rodzice są przeciwni rozwodowi, więc bała się 
powiedzieć im o Travisie.
- Ha! - chrząknął z niesmakiem Naylor, ale 

dalej naciskał: - To wciąż nie wyjaśnia, 
dlaczego jadłaś z nim kolację.

Leith nie była zaskoczona jego dociekliwością, 
ale szczerze zdziwił ją fakt, że nagle zaczął 
mówić, jak człowiek zazdrosny! Odsunęła 
jednak od siebie tę myśl.

- Poszłam z Travisem na kolację, ponieważ 
Rosemary prosiła, żebym się nim opiekowała, 
a poza tym był taki nieszczęśliwy... - 
wyjaśniła bezdźwięcznym głosem. - Lubię go. 

background image

Lubię ich oboje - ciągnęła z determinacją. - 
Kiedy Travis zadzwonił, nie miałam serca mu 
odmówić. Wiedziałam, że musi się komuś 
zwierzyć. Nigdy nie przyszło mi do głowy - 

dodała szczerze - że ty możesz spędzać 
wieczór w tym samym miejscu.

- Jasne, że nie! - napadł na nią Naylor. - Więc 
dlaczego nie wyjaśniłaś tego przy następnym 
spotkaniu?
Leith doskonale pamiętała to następne 

spotkanie. Przyszedł do jej mieszkania i 
całował ją...
- Nie mogłam - usiłowała odepchnąć od siebie 
te wspomnienia - ponieważ wtedy Travis 

poprosił, żebym nikomu nie mówiła o 
Rosemary.

Nagle opanowały ją wyrzuty sumienia.
- Ja wiem, że to boli... jesteście przecież 
rodziną -wyszeptała wzruszona - ale 
Rosemary była naprawdę w rozpaczliwej 

sytuacji. Ja... po prostu nie mogłam złamać 
danego mu słowa.
- Oczywiście! - przerwał jej gwałtownie. - 
Byłaś... Nagle urwał. Znieruchomiał, jakby 

background image

nieoczekiwanie zobaczył coś bardzo ważnego. 
Leith pozostała napięta. Nie wiedziała, o 
czym myśli, ale pamiętała jego niesamowitą 
zdolność kojarzenia faktów.

- Nie mogłaś złamać słowa danego Travisowi, 
- zaczął powoli - ponieważ go lubisz, tak?

- Hm... tak. Tak mi się wydaje - poddała się.
W dalszym ciągu nie wiedziała, o czym myśli 
Naylor. W jego wyglądzie było coś dziwnego, 
dziwny był także sposób, w jaki na nią 

patrzył, jakby nie chciał nic przeoczyć. To 
było nieco kłopotliwe.
- Z tego wynika - zaczął ostrożnie - że nie 
złamałabyś słowa danego mnie... z tego 

samego powodu?
Czyżby się czegoś domyślał?

- Czy mogę przyjąć, Leith, że... przynajmniej 
w pewnym stopniu... lubisz także i mnie? - 
ciągnął dalej.
- Tak... nie... oczywiście, że nie! - wyjąkała i 

zaraz przekonała się, że takie zaprzeczenie 
nie pomoże jej.
- A więc dlaczego - ciągnął uparcie - kiedy po-
prosiłem cię, byś nie mówiła Travisowi, że 

background image

nasze obustronne zauroczenie jest farsą... 
dlaczego milczałaś... i dotrzymałaś słowa?
Leith usiłowała wziąć się w garść. Wreszcie, z 
ulgą, przypomniała sobie najważniejszy 

argument:
- Wiesz przecież. Stawką była moja praca. 

Gdybym...
- Ale - wpadł jej w słowo - złożyłaś 
wypowiedzenie.
- Wiem, ale... - wykręcała się, czując, że traci 

grunt pod nogami. - Nie mogłam mu nic 
powiedzieć, ponieważ z nim nie rozmawiałam.
- Jestem pewien, że decyzji o porzuceniu 
pracy nie podjęłaś w poniedziałek, inaczej 

powiedziałabyś Travisowi wszystko, gdy 
przyszedł rano do biura.

Mam jeden wielki bałagan w głowie - 
pomyślała Leith. Zapomniała o tym, że 
widziała Travisa w poniedziałek.
- Ale - ciągnął dalej Naylor - może miałaś 

ochotę powiedzieć mu o tym, że nie jesteśmy 
naprawdę zaręczeni, teraz, w ten weekend?
- Nie wiem, o co ci chodi -wyjąkała dzielnie 
Leith.

background image

- Przyznam ci się, moja droga, że sam nie 
bardzo wiem, co się dzieje - wyszeptał. - Wiem 
tylko jedno - ciągnął - kocham Travisa jak 
brata, ale nigdy, przenigdy nie pozwoliłbym, 

żeby mi ciebie odebrał.
Leith wstrzymała oddech. Z trudem docierał 

do niej sens tych słów.
- Nie rozumiem... - wyszeptała.
- Jesteś bystra i inteligentna, Leith. Myślę, że 
rozumiesz mnie bardzo dobrze - stwierdził 

stanowczo.
Nadal się nie odzywała, serce biło jej zbyt 
mocno.
- Po tym wszystkim, co przeze mnie przeszłaś, 

myślę, że teraz ja powinienem coś z siebie 
dać... Zanim będę miał prawo oczekiwać...

Zielone oczy wpatrywały się w niego 
nieruchomo.
- Mówisz... - zaczęła, ale musiała przerwać. 
Spazmatycznie zaczerpnęła tchu i dokończyła 

ledwie słyszalnym głosem: - Mówisz... 
zagadkami.
- To mnie nie dziwi - zgodził się. - Odkąd cię 
poznałem, żyję jak na karuzeli.

background image

- Mówisz... poważnie? - wykrztusiła. Już nie 
miała ochoty uciekać od niego.
- Nigdy nie mówiłem poważniej.
Nie odrywał czujnego spojrzenia od jej 

twarzy.
- Od chwili, kiedy cię ujrzałem - oznajmił bez 

ogródek - czuję do ciebie pociąg, nawet jeśli 
sam tego nie chcę.
Leith zamknęła oczy. Tak bardzo 
potrzebowała takich słów. Po tych wszystkich 

ciosach, jakie jej zadał, mogła spodziewać się 
wszystkiego, ale nie takich wyznań. 
Nieważne, jakie będą tego skutki.
- N-naprawdę? - wyjąkała i przeszedł ją 

dreszcz
- Od pierwszej n-nocy w moim mieszkaniu?

- O, tak - odparł łagodnie. - Wtedy, 
oczywiście, sam nie chciałem przyjąć tego do 
wiadomości. Byłem zaślepiony nienawiścią do 
kobiety, która, jak sądziłem, zmieniła mego 

beztroskiego kuzyna w zapijaczony, 
storturowany wrak ludzki.
- On... naprawdę bardzo cierpiał - 
współczująco wyjaśniła Leith.

background image

- Ja też! - zawołał nagle. - Jeszcze o tobie nie 
zapomniałem, kiedy na drugi dzień, wracając 
do siebie po wizycie w dziale kontraktów, 
zobaczyłem twoją kasztanową głowę. Miałem 

przewodniczyć zebraniu, więc nie było czasu 
na zatrzymywanie się, żeby zawrzeć 

znajomość z jedynym pracownikiem, którego 
opuściłem. I cóż ja robię? Zapominam o 
spotkaniu i pędzę powiedzieć „Hallo" pannie 
Leith Everett!

- Z... hm... z powodu koloru moich włosów?
- Możesz mi wierzyć - odparł. - A potem, kiedy 
odwróciłaś się, byłem wstrząśnięty 
odkryciem, że tak wspaniałe włosy ma tylko 

jedna kobieta na świecie. Poszedłem na to 
zebranie, nie wierząc samemu sobie, że z 

miejsca cię nie zwolniłem, ba, nawet nie 
miałem tego zamiaru.
- Wydawało ci się... że powinieneś mnie 
zwolnić? - szybko zapytała Leith.

- To powinien być mój odruch - przyznał. - A 
ja ostrzegałem cię tylko, byś nigdy więcej nie 
widywała się z moim kuzynem... Jedynie po 

background image

to, żeby przekonać się, że jeszcze tego samego 
wieczoru poszłaś z nim na kolację.
Miał bardzo żałosną minę, kiedy to mówił.
- Byłeś... zły?

- Wściekły - wyznał. -I coś jeszcze.
- O? - zdziwiła się. Nastrój, jaki zaczynał ich 

ogarniać, w niczym nie przypominał tych 
dwojga ludzi, którzy przed chwilą kłócili się 
do upadłego.
- Jeśli chcesz wiedzieć, co jeszcze, to... - urwał, 

jakby nagle potrzebował chwili przerwy - ... to 
mogła być tylko zazdrość.
- Zazdrość! - wykrzyknęła Leith z 
niedowierzaniem.

- A cóż by innego? - potwierdził spokojnie. - To 
samo uczucie, które rozpętało się we mnie, 

kiedy następnego wieczoru przyszedłem i 
wydawało mi się, że w twojej sypialni jest 
mężczyzna...
- Wielkie nieba! - jęknęła słabym głosem. - 

Naprawdę byłeś zazdrosny. Pocałowałeś 
mnie! - przypomniała, bo chciała coś 
powiedzieć, aby potwierdzić tę nadzieję, która 

background image

nagle ożyła. To był właściwie jedyny fakt, jaki 
zapamiętała z tamtej nocy.
- Tak... - odparł miękko - to miał być chłodny, 
wyrachowany gest. Chciałem cię pocałować 

bez emocji, na zimno. I nagle ty zaczęłaś 
poddawać mi się, a ja musiałem walczyć jak 

diabli, żeby nie zapomnieć, że jesteś w moich 
ramionach... i nie dlatego, że jesteś piękna, a 
mnie ogromnie się ten pocałunek spodobał...
- Ja też nie spodziewałam się... nie mogłam 

uwierzyć... że tak ci odpowiedziałam... - 
wyznała Leith.
Naylor wyciągnął rękę i ujął jej dłoń, 
spoczywającą na kolanach. A potem cicho 

zapytał:
- Leith, czy to coś znaczy?

- C-cóż... - męczyła się okropnie, aż wreszcie 
przyznała nerwowo: - Ch-chyba tak.
- Na przykład? - ponaglił ją. Pochylił się i wy-
czekująco spojrzał jej w oczy. - Nie jesteś 

pewna, czy rozumiesz, co mówię, prawda?
Leith patrzyła na niego oszołomiona.
- Chyba powiedziałem dość? - zapytał.

background image

Leith odzyskała wreszcie zdolność mówienia. 
–To czy to, co mówisz, nie jest przypadkiem... 
częścią kary za to, że nie powiedziałam ci o 
Rosemary i...

- Kary! - wykrzyknął przerażony - Och, nie! 
Dokonałaś fantastycznych rzeczy, żeby 

utrzymać Travisa przy zdrowych zmysłach... - 
urwał. Serce Leith tłukło się jak oszalałe.
- Czy naprawdę czułabyś się ukarana, gdyby 
to, co powiedziałem, nie było prawdą?

- Nigdy nie lubiłam być okłamywana - 
odparła po paru chwilach wewnętrznej 
walki... i musiała przyznać Naylorowi, ze i 
ona nie była w porządku pod tym względem. 

Umyślnie nie powiedziała mu przecież, że są 
z Travisem jedynie przyjaciółmi.

To, co powiedział, wystarczyło jednak, by 
mocno ścisnęła jego dłonie i spojrzała na 
niego z miłością.
- Nie okłamuję cię, Leith. Poznałem gorycz 

zazdrości i nie chciałbym, aby dotykał cię 
inny mężczyzna. Pragnę cię tylko dla siebie.
- Pragniesz mnie? - wyszeptała drżącym 
głosem. Nie chciała, aby brzmiał tak 

background image

płaczliwie, ale ta nutka wzruszenia zdawała 
się rozczulać Naylora.
- Pragnę? Leith, jesteś moją miłością. 
Przecież to właśnie usiłuję ci powiedzieć - 

Naylor usiadł obok niej.
- Nie wierzę ci... - jednak jej oczy przeczyły 

słowom. Naylor dostrzegł ich prawdziwy 
wyraz i to dodało mu odwagi.
- A chcesz w to uwierzyć? - zapytał.
Leith w milczeniu wpatrywała się w niego, a 

kiedy głos znów odmówił jej posłuszeństwa, 
mogła zrobić tylko jedno. Skinęła głową.
- Więc sprawię, że uwierzysz! - wyszeptał 
miękko, a potem delikatnie, czule, objął ją 

ramionami.
Leith była bliska łez, tak cudowne to było 

uczucie, gdy Naylor przytulił ją i niemal z 
nabożeństwem dotknął ciepłymi, namiętnymi 
wargami jej ust.
- Och, Naylor - jęknęła, gdy przerwał 

pocałunek. Przyglądał się jej długo, pieszcząc 
wzrokiem jej twarz, a potem muśnięciami ust, 
lekkimi jak wietrzyk, zaczął okrywać jej oczy 
i czoło.

background image

- Kochasz mnie, najdroższa? - zapytał. 
Delikatnie, pieszczotliwie odgarnął włosy z jej 
czoła. - Chciałbym w to uwierzyć, ale choć 
twoje oczy zdradzają, co czujesz, muszę to 

usłyszeć, proszę...
Uśmiechnął się zachęcająco. Leith 

uśmiechnęła się także.
- Tak, bardzo cię kocham, Naylor - 
powiedziała.
- Moje kochanie! - wyszeptał.

W letnim domku na długie minuty 
zapanowała cisza, kiedy oboje przylgnęli do 
siebie, spleceni ramionami, i całowali się i 
tulili, i znów całowali. Odsuwali się od siebie 

tylko po to, by za chwilę znów czerpać radość 
z bliskości. I znowu obejmowali się mocno, aż 

wreszcie niedowierzanie stopniowo zmieniło 
się w wiarę. W gorącym uścisku nagle zaczęło 
do nich docierać, że to, co uważali za 
nieosiągalne, nagle stało się rzeczywistością.

- Moja słodka, słodka, uwielbiana Leith 
-mrukął, układając jej głowę wygodnie na 
swym ramieniu.

background image

- Wiem, że na to ani trochę nie zasłużyłem, 
ale... powiedz mi to jeszcze raz.
- Że... cię kocham?
- I jeszcze raz.

- Kocham cię - zaśmiała się Leith.
- Niewiarygodna kobieto! Należę do ciebie - 

rzekł gorąco.
- Jak to się stało, że mi to nigdy nie przyszło 
do głowy? - zażartowała, wciąż zawstydzona, 
choć wszystkie mury runęły już dawno.

- Nie powinno było - burknął z udanym 
gniewem. -I bez tego miałem dość problemów, 
żeby zrozumieć, co się ze mną dzieje. Nie 
chciałem, żebyś jeszcze ty - powód moich 

bezsennych nocy - znała moją słabość.
Leith nie mogła sobie wyobrazić słabego 

Naylora.
- Ty też miałeś bezsenne noce? - zagadnęła.
- A ty też? - zapytał z niedowierzaniem, a gdy 
przytaknęła, uśmiechnął się zadowolony.

- Mówiłeś, że nie możesz tego pojąć? Pragnęła 
wiedzieć o nim wszystko, co tylko można
wiedzieć, ale nie miała pojęcia, od czego 
zacząć.

background image

- Nic nie mogłem pojąć - odparł. - Dopóki nie 
zrozumiałem, dlaczego moje myśli wciąż 
pełne są ciebie, nie wiedziałem, czemu jeszcze 
cię nie wyrzuciłem. Dopiero później pojąłem, 

że nie dlatego, że nie chciałem, ale dlatego, że 
nie mogłem cię wyrzucić... Miałaś być tam, 

gdzie mógłbym na ciebie patrzeć.
- Naprawdę? - westchnęła Leith. - Ty 
potworze, a obiecywałeś, że mnie wyrzucisz, i 
to bez odprawy!

- Uległem panice.
- Panice? Ty?
- Nie potrafiłem znieść myśli o weekendzie 
bez ciebie, a kiedy odmówiłaś, straciłem 

głowę i zagroziłem, że cię wyrzucę.
- Och, Naylor - miękko wyszeptała Leith.

- Kochanie moje... obudziłaś we mnie uczucia, 
o które nawet się nie podejrzewałem. I to 
bardzo różnorodne: zazdrość, rozpacz, 
wściekłość, nadzieję. Nigdy dotąd nie 

odczuwałem, nie cierpiałem tak mocno. - 
Naylor przytulił policzek do jej włosów. - A 
gdy na dodatek pojawił się jeszcze jeden facet, 
jakiś Sebastian...

background image

- Co zrobiłeś z jego kapeluszem? - 
przypomniała sobie Leith.
- Dostanie inny - odparł Naylor, uśmiechając 
się beztrosko. - Chciałem wyeliminować 

wszystkich innych mężczyzn z twojego życia.
- Inni mężczyźni? Nie było innych mężczyzn! - 

zaśmiała się.
- Ja o tym nie wiedziałem - burknął. - Zżerała 
mnie zazdrość, kiedy zobaczyłem cię w 
ramionach tego Fishera...

- Byłeś zazdrosny o Paula? - jej głos zniżył się 
do szeptu.
Naylor przytaknął.
- Nawet kiedy zorientowałem się, że tak 

stanowczo odrzuciłaś jego zaloty, nie 
przestałem być zazdrosny.

- Naskarżyłeś na niego do Roberta Drewera - 
przypomniała sobie Leith.
- I jeszcze jak! Nie życzę sobie tego rodzaju 
napaści w mojej firmie, a zwłaszcza, kiedy 

dotyczą ciebie! Uważasz pewnie, że jestem 
bezczelny? Przecież ja także cię 
napastowałem... ale to była twoja wina, 
najdroższa!

background image

- Moja? - zawołała tonem urażonej 
niewinności.
- A o kim myślałem przez cały weekend?
- O mnie? - zapytała rozczulona.

- A o kim? - zaśmiał się. W jego uśmiechu było 
samo słońce. - Nic dziwnego, że nie mogłem 

się doczekać chwili, gdy przyjdziesz do mojego 
biura w poniedziałek rano.
Leith była szczęśliwa.
- Myślałam, że chcesz mnie przepytać z 

dokumentacji Palmer & Pearson, a ty 
powiedziałeś mi, że mam zostać twoją 
dziewczyną.
- A teraz mogę się tylko cieszyć, że zataiłaś 

przede mną twój prawdziwy stosunek do 
Travisa.

- Myślałam, że kiedy już się dowiesz, co 
zrobiłam... czego nie zrobiłam, zamordujesz 
mnie.
- Z całą przyjemnością, gdybym nie był w 

tobie tak zakochany - odparł z uśmiechem. - 
Zdecydowałem, iż jeśli tak bardzo zależy ci na 
pracy, że zażądałaś mojego słowa, to będziesz 
od tej pory miała furę zajęć.

background image

- I powiedziałeś mojemu szefowi, że 
powinnam mieć ich tyle, żeby zajęły mi dzień 
i noc? - zapytała ponuro.
- Wybacz, nie wiedziałem jeszcze wtedy, kim 

jest Sebastian. Byłem zbyt dumny, żeby 
zapytać, a z zazdrości nie chciałem, aby 

została ci choć odrobina czasu na kontakty 
towarzyskie. Zazdrość ciążyła na mnie jak 
przekleństwo. Jak nie Travis, to Sebastian...
A tego wieczoru, kiedy całą godzinę 

przesiedziałem na parkingu w oczekiwaniu 
na ciebie... ja, który nigdy nie czekałem na 
żadną kobietę dłużej niż kwadrans!... ciągle 
miałem przed oczami ciebie w towarzystwie 

innego mężczyzny!
- A ja szukałam mieszkania. Wróciłam do 

domu sama - wyszeptała.
- A kiedy się wściekłem, roześmiałaś mi się w 
nos... i wtedy już wiedziałem, że cię kocham.
- Wiedziałeś?

- Z całą pewnością - odparł czule. - Ale krótko 
byliśmy sami. Zaraz przyplątał się Travis. 
Byłem załamany myślą, że on był twoim 

background image

kochankiem i musiałem wyjść, zanim się 
zdradzę.
Leith spoglądała na niego czułym wzrokiem.
- Ze mną działo się to samo, zauważyłam u 

siebie jakąś dziwną awersję do twoich 
znajomych blondynek...

- Naprawdę? - roześmiał się uszczęśliwiony. 
Pocałował ją serdecznie.
- Wiedziałaś, co to było, kiedy po raz pierwszy 
poczułaś do mnie coś... innego niż nienawiść? 

- zapytał, zanim jej serce zdołało uspokoić się.
- Mogę ci dokładnie powiedzieć - odparła 
miękko. - Kiedy poczułam, że cię kocham. 
Ostatniej soboty. Poszliśmy na spacer, a ty 

powiedziałeś coś...
- Coś obraźliwego i bardzo nie na miejscu - 

przypomniał sobie.
- A ja cię uderzyłam i...
- I należało mi się.
- Kiedy się ze mną zgadzasz, wytrącasz mi 

broń z ręki - zaśmiała się.
- Będę o tym pamiętał - skinął głową... ale nie 
pozwolił na zmianę tematu. - Mów dalej.

background image

- To wszystko - uśmiechnęła się. - Pobiegłam 
do domu, wściekła, zraniona i zagniewana... i 
zrozumiałam, że nie dotknęłoby mnie to tak 
bardzo, gdybym cię nie kochała.

Naylor natychmiast przygarnął ją do siebie i 
ucałował tak czule, jakby chciał scałować 

wszystkie ślady ran, jakie jej zadał.
- Czy to ci pomoże przebaczyć mi, kochanie, 
jeśli powiem, że wiłem się potem w 
piekielnych mękach?

- Przebaczę ci wszystko - zaofiarowała się, ale 
coś jeszcze ją niepokoiło: - Nie cieszyłeś się z 
powrotu do domu?
- Nie o to chodziło. Zdałem sobie sprawę, że 

nienawidzę każdego spojrzenia i uśmiechu, 
jakim podczas lunchu obdarzałaś Travisa. A 

kiedy poszedłem za tobą i znalazłem cię w 
bibliotece wraz z nim... czule dotykającą jego 
ramienia....
- Och, Naylor - rozczuliła się. - Poszłam do 

biblioteki, żeby zadzwonić do Rosemary. 
Travis prosił mnie o to, na wypadek, gdyby jej 
rodzice byli w domu. I rzeczywiście byli - 
dorzuciła, gdy Naylor zrobił taką minę, jakby 

background image

chciał usłyszeć więcej. - Travis rozmawiał z 
Rosemary, ale rozmowa urwała się. Był 
zrozpaczony.
- I ja też - zauważył Naylor z półuśmieszkiem, 

który już zdążyła pokochać.
- I dlatego podczas kolacji powiedziałeś o 

naszych zaręczynach?
- Wydawało mi się, że nie masz zamiaru 
skończyć z Travisem, dlatego zdecydowałem 
się to zrobić za ciebie, ogłaszając, że jesteśmy 

zaręczeni. Na złość sobie, bo wściekłaś się i 
przez cały wieczór doprowadzałaś mnie do 
szału, udając zakochaną. Chciałem, żebyś 
była zakochana, a nie udawała - wyznał.

- Przepraszam - szepnęła miękko.
- To ja powinienem przepraszać - odparł 

szybko i ciągnął: - Jakiś diabeł we mnie 
wstąpił, kiedy przed drzwiami swojej sypialni 
wykrzyczałaś, że Travis nieraz zostawał u 
ciebie na noc. Poniosło mnie – głęboko 

zaczerpnął tchu, jakby tamto wspomnienie 
wciąż go prześladowało. - Przeraziłem cię, 
prawda?

background image

- Eee... nie tak bardzo - odparła, 
przypominając sobie, jak bardzo wtedy 
cierpiała jej urażona duma. -Tylko... tylko na 
początku.

Po tym wyznaniu urwała nagle, bo na jego 
twarzy dostrzegła wyraz bezgranicznego 

zmieszania.
- Co się stało? - zapytała. - Co ja takiego...?
- Tamtej nocy... - wykrztusił. -Tamtej nocy 
powiedziałaś, że jesteś dziewicą. Czy... to...?

- Prawda? - dokończyła za niego. Ze wzrokiem 
utkwionym w jej twarzy skinął głową.
- Cóż... - odpowiedziała. - Nigdy nie miałam... 
kochanka...

Wydawał się tak osłupiały, że musiała dodać 
parę wyjaśnień.

- Byłeś pierwszym - szepnęła wstydliwie - 
który zbliżył się do mnie najbardziej.
- Och, kochanie - jęknął. - Chodź tutaj. 
Przytulił ją mocno i zaczął okrywać 

delikatnymi
pocałunkami całą jej twarz.

background image

- Och, moje kochanie - wyszeptał znowu. - 
Moje zachowanie było naprawdę 
niewybaczalne!
- Nie rozumiem... - szepnęła matowym 

głosem, pozwalając przez długą chwilę 
trzymać się w ramionach. Jego uścisk dawał 

jej poczucie bezpieczeństwa. Dopiero potem 
przyszła pora na wyjaśnienia.
- Kiedy ciotka i wujek wrócili ze stajni, 
oprzytomniałem odrobinę i wróciłem do 

pokoju, aby przeżyć jedną z najbardziej 
koszmarnych nocy.
- Koszmarnych? - zdziwiła się, pamiętając 
własne cierpienia. Nie przyszło jej do głowy, 

że on mógł czuć to samo.
- A jakże inaczej? Wiedziałem, dlaczego 

straciłaś poprzednią pracę, jak reagowałaś na 
zaloty Fishera. To dało mi dowód twojej 
wrażliwości i dumy. I oto ja, zakochany w 
tobie jak wariat, dołączyłem do tej kolekcji. 

Przecież rzuciłem się na ciebie, a ty byłaś tym 
przerażona. Kiedy oprzytomniałem, omal nie 
spaliłem się ze wstydu i dlatego 
przyspieszyłem nasz wyjazd.

background image

- I to był ten powód? - wykrzyknęła zdumiona 
Leith. - Właściwie myślałam, że zostaniemy 
parę godzin dłużej, ale...
- Chciałem wyjechać po lunchu, ale kiedy 

zobaczyłem cię rano, a ty oblałaś się 
rumieńcem, przyspieszyłem wyjazd. Byłem 

przekonany, że ten rumieniec spowodował 
uraz i strach. Uznałem, że powinienem 
zabrać cię tam, gdzie poczujesz się 
bezpieczna. Później chciałem... właściwie 

próbowałem... powiedzieć ci, że nie musisz się 
mnie bać...
- Nie bałam się ciebie! - szybko zapewniła go 
Leith.

- Wiem, że zaczerwieniłam się wtedy w 
sobotę, ale... hm... rzadko zdarza mi się... 

hm... tulić do mężczyzny... prawie n-nago...
- Wstydziłaś się? - zawołał z 
niedowierzaniem. Wyraz jego twarzy 
złagodniał. - Wstydziłaś się, bo żaden 

mężczyzna nigdy przedtem cię tak nie 
oglądał! Najdroższa moja - wyszeptał i 
przytulił ją.

background image

- Nigdy nie bałam się ciebie, ani trochę - głos 
Leith był chropowaty ze wzruszenia, ale 
uważała, że powinna mu to powiedzieć. - W 
zeszły poniedziałek trzymałeś mnie w 

ramionach, a ja byłam bardzo szczęśliwa.
- Ty też? - wymruczał i wyznał: - Przylgnęłaś 

do mnie, wydawało mi się, że usłyszysz bicie 
mojego serca, bo tym razem tak nie udawałaś 
jak przy wujostwie... Ale moje serce biło 
mocno z innego powodu.

- Jakiego? - musiała się dowiedzieć.
- Znałem cię jako wrażliwą, ale pyskatą 
kobietę - odparł uszczęśliwiony. - A jednak 
brutalnie zasugerowałem, że interesują cię 

wyłącznie moje pieniądze, zobaczyłem w 
twoich oczach ból. Poczułem wtedy, że mogę 

cię zranić. Może to okrutne, ale czyżby 
znaczyło, że czujesz do mnie coś... cokolwiek, 
chociaż trochę?
- I co zdecydowałeś? - zapytała, przesuwając 

głowę tak, by widzieć jego twarz.
- Zanim zdążyłem to zrobić, pojawił się 
Travis, a mnie znowu zaczęła zżerać zazdrość 
i podejrzliwość. To, oczywiście, nie pomogło, 

background image

kobieto - warknął - bo tamtej nocy, kiedy 
przyszedłem do ciebie, powiedziałaś mi, że 
Travis zawsze będzie dla ciebie kimś 
specjalnym. Nie mogłem tego przełknąć. 

Musiałem wyjść, zanim zrobiłbym coś 
głupiego.

- Och, kochany! - zawołała Leith. - 
Powiedziałam to tylko ze strachu, że możesz 
domyślić się, kogo kocham naprawdę.
- Ty czarownico! - szepnął miłośnie. - A zaraz 

następnego dnia dobiłaś mnie wymawiając 
pracę. Nie mogłem pozwolić ci odejść. Dlatego 
zareagowałem tak gwałtownie.
- Raz-dwa przywołałeś mnie do porządku, 

czyż nie? - roześmiała się.
- Masz rację - zaśmiał się. - Ale i tak nie 

miałem pewności, czy po prostu nie 
odejdziesz, nie czekając na moją zgodę. Omal 
nie zwariowałem, zanim nie zobaczyłem cię w 
piątek.

- Przecież spotkaliśmy się wczoraj rano na 
korytarzu. Udałeś, że mnie nie widzisz - 
przypomniała mu.

background image

- Jak mogłem cię zaczepić? Twoja mina 
wskazywała, że nie masz ochoty na rozmowę - 
skontrował Naylor. - Ale i tak potem 
przyszedłem po ciebie!

- Serio? - podskoczyła.
- Serio - potwierdził. Po tym wszystkim nie 

wyobrażałem sobie, że mógłbym nie zobaczyć 
cię przez cały weekend. Nigdy przedtem nie 
tęskniłem za nikim. Co za potworne uczucie!
- I dlatego posłałeś po mnie wczoraj po 

południu? Skinął głową.
- Nie byłem pewien, czy mi uwierzysz, że 
wujostwo chcą cię lepiej poznać, ale tylko to 
mogłem wymyślić, żebyś się zgodziła.

- Kłamałeś!
- Tak i nie - odparł. - To prawda, że moja 

rodzina chce cię poznać... choć nigdy tego nie 
powiedzieli.
- Ty kłamczuchu! - uśmiechnęła się z 
uwielbieniem.

- To też prawda -zgodził się wesoło, choć jego 
twarz pociemniała na chwilę. - Zaledwie tam 
dotarliśmy, a już znowu z zazdrości 
traktowałem cię... no, brutalnie.

background image

Leith podniosła na niego oczy i zrozumiała, 
jak straszne przeżywał tortury.
- A ja - wyszeptała cichutko - gdy tylko 
zobaczyłam cię znowu, miałam ochotę zatrzeć 

wszystko, co było, o tak - i leciutko, bardzo 
leciutko pocałowała go.

- Naprawdę? - zapytał zdumiony.
- Słowo skauta! - uśmiechnęła się.
- Jesteś cudowna, będę ci to mówić 
codziennie. Wtedy, kiedy uciekłaś przede mną 

do sypialni, nie wiedziałem, co mam ze sobą 
zrobić. Bałem się, że skrzywdziłem cię mimo 
woli. Chciałem nareszcie skończyć tę farsę, 
wyznać, co czuję naprawdę. Ale nagle pojawił 

się Travis z inną kobietą, a ty zniknęłaś...
- Znalazłeś mnie bardzo szybko - zauważyła.

- Pewnie, że tak - odparł dumnie i podniósł do 
ust jej dłoń, całując palec z pierścionkiem.
- Zaraz ci go oddam - wymamrotała 
niezręcznie.

- Co?
- Pierścionek.
- Nie podoba ci się? Jeżeli nie, to...

background image

- Nie o to chodzi - przerwała. - Jest piękny. Po 
prostu, skoro nie jesteśmy zaręczeni, nie 
chciałabym...
- Nie jesteśmy zaręczeni? Bogowie, Leith, a 

jak sądzisz, o czym mówię od dłuższego 
czasu? Musimy się pobrać jak najszybciej.

- Pobrać? - wykrztusiła. - M-my?
- A nie chcesz? - zapytał na swój dawny, 
bezpośredni sposób.
Nie zastanawiała się ani chwili.

- Jasne, że chcę - odparła.
- Wyjdziesz za mnie?-upewnił się Naylor, jak 
zwykle chciał mieć wszystkie kropki nad I i 
kreseczki nad T.

- Jesteś pewien?
- Jak niczego na świecie - rzekł poważnie. - 

Wczoraj, kiedy śmiałaś powiedzieć, że nie 
wyjdziesz za mnie, sam byłem porażony siłą 
mojej reakcji. Wiedziałem, że nie spocznę, 
dopóki nie zostaniesz moją żoną. A teraz 

odpowiedz mi po prostu tak i przestań mnie 
już męczyć - poprosił.
- Tak, proszę pana - odparła posłusznie i roze-
śmiała się, a on razem z nią.

background image