background image

NORA ROBERTS 

DOWÓD MIŁO CI 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Cassidy  czekała.  Pani  Sommerson  rzuciła  w  jej  kierunku  trzeci   niezaakceptowan  

sukienk . 

-  To  po  prostu  nie  pasuje  -  mrukn ła  ze  zło ci ,  spogl daj c  na  ciemnoniebieski 

materiał. Zastanowiła si  przez chwil , po czym cisn ła kolejn  sukienk  na stos ubra , które 
trzymała Cassidy. 

Znosiła  to  z  anielsk   cierpliwo ci .  S dziła,  e  po  trzech  latach  pracy  jako 

sprzedawczyni w butiku The Best nauczyła si  panowa  nad nerwami. Ale to nie było wcale 
takie proste. Posłusznie pod yła za masywn  klientk  do nast pnego regału. Po dwudziestu 
siedmiu  minutach,  w  czasie  których  Cassidy  słu yła  za  wieszak  do  ubra ,  jej  z  trudem 
wypracowana cierpliwo  została nara ona na niemał  prób . 

-  Niech  b d   te  -  o wiadczyła  na  koniec  pani  Sommerson  i  pomaszerowała  do 

przymierzalni. 

Cassidy  zacz ła  odwiesza   pozostałe  sukienki,  narzekaj c  pod  nosem.  Ze  zło ci  

wpi ła  we  włosy  poluzowan   spink .  Julia  Wilson,  wła cicielka  sklepu,  miała  bzika  na 
punkcie  schludnego  wygl du.  Sprzedawcy  musieli  mie   zawsze  starannie  przygładzone 
fryzury. 

- Patrz c z dezaprobat  na ciemnoniebiesk  sukienk , Cassidy mrukn ła ze zło ci : 
- Schludno , porz dek i brak polotu. 
Na  swoje  nieszcz cie  była  niezorganizowana,  niekonwencjonalna  i  niestaranna. 

Osobowo  Cassidy najlepiej symbolizowały jej włosy: jasny, delikatny blond przechodził w 
ciemny  br z,  w  efekcie  daj c  barw   złota,  niczym  na  starych  malowidłach.  Długie,  ci kie 
pukle  stale  wymykały  si   spod  upi cia.  Podobnie  jak  Cassidy,  były  niesforne  i  uparte,  ale 
jednocze nie mi kkie i fascynuj ce. 

To  wła nie  dzi ki  oryginalnej  urodzie  zdobyła  t   prac ,  jako  e  do wiadczenie  nie 

było jej mocn  stron . Julia Wilson uznała jednak,  e zgrabna dziewczyna b dzie doskonał  
prezenterk  odwa niej szych kolekcji. Zwróciła te  uwag  na twarz Cassidy. Z pewno ci  nie 
odpowiadała  utartym  kanonom  pi kna,  była  jednak  niezwykle  intryguj ca.  Ostre,  wyraziste 
rysy sugerowały arystokratyczne pochodzenie, a wygi te w łuk brwi i długie rz sy stanowiły 
wspaniał  opraw  dla du ych oczu o zaskakuj cej fiołkowej barwie. 

Pani  Wilson  postanowiła  wi c  powierzy   Cassidy  funkcj   sprzedawczyni  w  butiku 

The Best, za zalety uznaj c urod  i wysoki głos, ale nalegała na noszenie starannej, gładkiej 

background image

fryzury.  W  innym  uczesaniu  -  zdaniem  pani  Wilson  -  nie  było  jej  do  twarzy.  Szczególnie 
kiedy rozpu ciła włosy, wygl dała zbyt wyzywaj co. 

Wła ciwie  Julia  powinna  by   zadowolona,  zwłaszcza  e  nowa  pracownica  tryskała 

energi   Szybko  jednak  odkryła,  e  Cassidy  zbyt  poufale  odnosi  si   do  klientów,  pozwala 
sobie nawet na niestosowne pytania, a niekiedy udziela nierzetelnych informacji. Cz sto te  
zdawała  si   my le   o  wszystkim  innym,  tylko  nie  o  tym,  czym  powinna  zajmowa   si   w 
czasie pracy. To sprawiało,  e Juli  zaczynały ogarnia  w tpliwo ci, czy panna Cassidy St. 
John jest wła ciw  osob  na tym stanowisku. 

Po odło eniu na miejsce odrzuconych przez pani  Sommerson ubra , zniecierpliwiona 

sprzedawczyni  stan ła  obok  przymierzami,  sk d  dobiegał  szelest  materiału.  Jej  my li 
natychmiast  poszybowały  tam,  dok d  zwykle  uciekały  w  ka dej  wolnej  chwili:  do 
maszynopisu rozło onego na biurku w mieszkaniu Cassidy. Le ał i czekał. 

Jak  daleko  si gała  pami ci ,  pisarstwo  zawsze  było  jej  pasj .  Przez  cztery  lata 

studiowała  pilnie,  by  pogł bi   wiedz ,  tak  potrzebn   komu ,  kto  chce  para   si   literatur . 
Kiedy miała dziewi tna cie lat, została bez rodziny i grosza przy duszy. Musiała podejmowa  
si  wielu dziwnych zaj ,  eby kontynuowa  studia. Ka d  chwil , której nie zajmowała jej 
nauka lub praca, po wi cała pisaniu pierwszej powie ci. 

Nie  my lała  o  karierze.  Zreszt   ilu  z  tych,  którzy  po wi caj   si   twórczo ci,  osi ga 

gło ny sukces? Była przekonana,  e jest to jej powołanie. Od dziewcz cych lat wszystkie jej 
emocje  znajdowały  uj cie  w  pisaniu.  Fascynowali  j   ludzie,  cho   było  niewielu,  z  którymi 
była  ci lej  zwi zana.  Mo na  by  rzec,  e  jej  wiedza  o  relacjach  mi dzyludzkich,  co  było 
głównym tematem jej utworów, pochodziła głównie z drugiej r ki, jednak Cassidy była wy-
j tkowo  przenikliwym  obserwatorem,  a  tak e  odznaczała  si   niezwykł   wra liwo ci   i 
wyobra ni ,  co  razem  wzi te  rekompensowało  stosunkowo  niewielki  zakres  bezpo rednich 

yciowych do wiadcze . 

Obecnie,  rok  po  uzyskaniu  dyplomu,  nadal  podejmowała  si   ró nych  zaj ,  eby 

zarobi  na czynsz. Pierwszy maszynopis kr ył od wydawnictwa do wydawnictwa, podczas 
gdy druga powie  powoli powstawała. 

Gdy  pani  Sommerson  otworzyła  drzwi  przymierzalni,  Cassidy  pogr ona  była  w 

my lach nad jedn  ze scen powie ci. Ujrzawszy sprzedawczyni  stoj c  w nale ycie usłu nej 
pozie, klientka pokiwała głow  z aprobat . 

- Ta powinna pasowa , nie s dzisz? 

background image

Wybór  padł  na  jaskrawoczerwony  jedwab.  Kolor  podkre lał  rumian   cer   pani 

Sommerson, a zarazem kontrastował z jej puszyst , czarn  grzywk . Sukienka byłaby du o 
bardziej odpowiednia, gdyby pani Sommerson wa yła kilkana cie kilogramów mniej. 

- Bez w tpienia b dzie pani przykuwa  wzrok. - Poniewa  materiał marszczył si  na 

obfitych biodrach, bo suknia została uszyta na szczuplejsz  osob , Cassidy dodała cicho, nie 
zdaj c sobie sprawy,  e my li na głos: - Tak, chyba mamy wi kszy rozmiar. 

- Słucham? 
Zamy lona Cassidy nie zauwa yła gro nie uniesionych brwi pani Sommerson. 
-  Wi kszy  rozmiar  -  powtórzyła  uprzejmie.  -  Ten  troch   le  le y  na  biodrach,  ale 

nast pny powinien pasowa  idealnie. 

- Słucham?! - Z natury czerwona pani Sommerson jeszcze bardziej poczerwieniała. - 

To wła nie jest mój rozmiar! 

- Zaraz odszukam wi ksz  sukienk . - Zatopiona w my lach Cassidy nie zauwa yła, 

jak bardzo klientka jest wzburzona. 

- To jest mój rozmiar! 
Dopiero  pełen  furii  krzyk  pani  Sommerson  na  dobre  przywrócił  Cassidy  do 

rzeczywisto ci. Wreszcie u wiadomiła sobie swój bł d. Wystraszyła si  nie na  arty. Zanim 
zd yła cokolwiek powiedzie  na swoje usprawiedliwienie, zza jej pleców wysun ła si  Julia. 

- Wspaniały wybór, pani Sommerson - orzekła wymodulowanym głosem, przypatruj c 

si  to zamo nej klientce, to niezdarnej sprzedawczyni. 

- Ta młoda dama sugeruje,  e  le dobrałam rozmiar - powiedziała pani Sommerson, a 

jej twarz nie była ju  czerwona, tylko purpurowa. 

- Ale  nie, prosz  pani - próbowała zaprotestowa  Cassidy, ale umilkła, widz c wzrok 

Julii. 

- Jestem przekonana,  e panna St. John chciała jedynie wyjawi  pani,  e ta seria ma 

przekłaman  numeracj . 

- Mogła sama to powiedzie , zamiast sugerowa ,  e potrzebuj  wi kszego rozmiaru. 

Powinna , Julio, lepiej wyszkoli  personel - odparła pani Sommerson i odwróciła si  w stron  
przymierzalni. 

Oczy  Cassidy  rozbłysły  na  widok  p kni cia  materiału  na  obfitych  kształtach 

rozjuszonej klientki, ale spojrzenie Julii momentalnie przywołało j  do porz dku. 

- Przynios  odpowiedni  sukienk  osobi cie, pani Sommerson - powiedziała łagodnie 

szefowa  -  Jestem  pewna,  e  b dzie  pani  zadowolona.  A  ty  -  zwróciła  si   dyskretnie  do 
pracownicy - zaczekaj w moim gabinecie. 

background image

Oniemiała  z  przera enia  Cassidy  udała  si   do  małego,  skromnie  urz dzonego 

gabinetu. Rozejrzała si  po pokoju i usiadła na małym, prostym krzesełku. 

Na  tym  krze le  siedziałam,  kiedy  dostałam  t   prac ,  siedz c  te   na  nim,  zostan  

wylana, pomy lała.  Oczami wyobra ni zobaczyła t  scen .  Za chwil  wejdzie pani Wilson, 
usi dzie przy pi knym biurku z drzewa ró anego, spojrzy na zdenerwowan  pann  St. John, 
po czym zacznie: 

- Cassidy, jeste  dobr  dziewczyn , ale nie masz serca do tej pracy. 
- Pani Wilson, pani Sommerson nie powinna nosi  rozmiaru czterna cie. Ja... 
-  Oczywi cie,  e  nie  powinna.  -  Cassidy  wyobraziła  sobie,  jak  Julia  przerywa  jej  z 

cierpliwym u miechem. - Nie pomy lałam nawet przez chwil , by sprzeda  jej tak  sukienk , 
ale - tu szefowa uniesie palec dla podkre lenia swych słów - naszym zadaniem jest realizowa  
wszystkie jej zachcianki i łechta  pró no . Takt i sztuka dyplomacji to podstawowe cechy 
dobrego sprzedawcy. Przed tob  jeszcze wiele nauki, zwłaszcza je li chcesz pracowa  w tym 
sklepie.  Musz   by   całkowicie  pewna  swojego  personelu.  Gdyby  to  był  pierwszy  taki 
incydent, mogłabym przymkn  oko, ale... - pani Wilson zrobi krótk  pauz  - ...ale nie dalej 
jak  w  zeszłym  tygodniu  o wiadczyła   pannie  Teasdale,  e  w  czarnej  krepie  wygl da  jak  w 

ałobie. To nie s  metody, jakie tu stosujemy. 

-  Oczywi cie,  prosz   pani  -  przytaknie  Cassidy.  -  Ale  przy  włosach  i  cerze  panny 

Teasdale... 

-  Takt  i  dyplomacja  -  powtórzy  Julia,  jeszcze  wy ej  unosz c  palec.  -  Mogła   na 

przykład  zwróci   uwag ,  e  niebieski  b dzie  podkre lał  kolor  jej  oczu,  albo  e  ró   b dzie 
dobrym  dodatkiem  do  jej  karnacji.  Klienci  musz   by   rozpieszczani.  Ka da  kobieta 
opuszczaj ca nasz sklep powinna czu ,  e wła nie zdobyła co  wyj tkowego. 

- Rozumiem, pani Wilson. Tylko  e po prostu nie mog  patrze , kiedy ludzie kupuj  

co , co nie jest dla nich odpowiednie. 

-  Masz  dobre  serce  -  powie  łagodnie  Julia.  -  Ale  nie  masz  talentu  do  tej  pracy.  W 

ka dym razie takiego, jakiego oczekuj . Zapłac  ci oczywi cie pensj  i dam dobre referencje. 
By   mo e  jednak  powinna   zacz   od  czego   łatwiejszego,  na  przykład  od  sklepu  z 
artykułami gospodarstwa domowego. 

W  tym  miejscu  scenariusza  przyszłych  zdarze   Cassidy  zmarszczyła  nos,  a  zaraz 

potem  otworzyły  si   drzwi  gabinetu,  weszła  Julia  i  zasiadła  za  swoim  biurkiem  z  drzewa 
ró anego. Spojrzała na zdenerwowan  pann  St. John, po czym zacz ła: 

- Cassidy, jeste  dobr  dziewczyn , ale... 

background image

Takim to sposobem godzin  pó niej panna St. John była ju  bez pracy. Wał sała si  

po  Nabrze u  Rybaków,  rozkoszuj c  si   panuj c   tu  atmosfer ,  jakby  ywcem  przej t   z 
wesołego miasteczka. Kochała t  obfito  zapachów, d wi ków i kolorów. I ten radosny tłum. 
I  ycie pulsuj ce w ci gle zmieniaj cych si  barwach. San Francisco było w oczach Cassidy 
idealnym miastem, ale Nabrze e Rybaków zdawało si  bajkow  krain . Marzenia i rzeczywi-
sto  zlewały si  tu w jedno . 

Min ła  stragan,  przepychaj c  si   pomi dzy  rozwieszonymi  błyskotkami,  muskaj c 

palcami jedwabne szale i chłon c wszystkimi zmysłami gr   wiateł, wesoły gwar, mieszanin  
zapachów  i  cał   jarmarczn   atmosfer .  Ci gn ło  j   do  zatoki,  wi c  ruszyła  w  jej  stron . 
Poczuła zapach ryb wypełniaj cy powietrze. Był w nim tak e aromat cebuli i przypraw. 

Przysłuchiwała si  handlarzom, którzy zachwalali swoje towary, i  patrzyła na kraby 

gotuj ce  si   w  kociołku  ustawionym  na  chodniku.  Na  nabrze u  było  mnóstwo  tanich 
restauracji i kramów. Panowały tu tandeta i tani blichtr, ale Cassidy uwielbiała włóczy  si  po 
Nabrze u Rybaków, bo miało w sobie co  przyjaznego i koj cego. 

Pogryzaj c  precle,  skierowała  si   w  stron   stoiska  z  rybami  i  ywymi  krabami. 

Smu ki  mgły  wiły  si   u  jej  stóp,  sło ce  zacz ło  chyli   si   ku  zachodowi,  a  podmuchy 
morskiej  bryzy  stawały  si   coraz  bardziej  dokuczliwe.  Szcz liwie  Cassidy  miała  na  sobie 
ciepł  marynark  w  liwkowym kolorze. 

Przynajmniej kupiłam sobie troch  ładnych ubra  ze sporym rabatem, pocieszała si  w 

my lach,  lecz  smutek  nadal  j   trapił.  Zmarszczyła  brwi  i  odgryzła  kolejny  kawałek  precla. 
Gdyby nie te przekl te biodra pani Sommerson, nadal miałaby prac . A przecie  chodziło jej 
tylko o dobro klientki. 

Ze zło ci  odpi ła spinki i cisn ła je do kosza na  mieci. Uwolnione włosy spłyn ły na 

ramiona długimi, lu nymi lokami. Odetchn ła z ulg . 

-  Cholera!  -  zakl ła  półgłosem  i  nerwowo  przełkn ła  kawałek  precla.  -  Naprawd  

potrzebowałam tej głupiej pracy. - Zacz ła ogarnia  j  depresja. 

Szła  przez  port  pomi dzy  przycumowanymi  łodziami,  zastanawiaj c  si   nad  swoj  

sytuacj  finansow . Czynsz miała opłacony tylko do nast pnego tygodnia, musiała te  kupi  
kolejn   ryz   papieru.  Na  podstawie  szacunkowych  kalkulacji  doszła  do  wniosku,  e  zdoła 
zaspokoi  obie te potrzeby, o ile drastycznie ograniczy wydatki najedzenie. 

Có ,  na  pewno  nie  b dzie  pierwsz   pisark   w  San  Francisco,  która  zaciska  pasa.  A 

teorie o zdrowym od ywianiu s  przereklamowane, pocieszała si  w my lach, ko cz c precel. 
Wiedziała,  e  ten  posiłek  musi  starczy   jej  na  długo.  U miechn ła  si ,  wsun ła  r ce  do 
kieszeni i ruszyła w stron  stacji znajduj cej si  na ko cu portu. 

background image

Zatok   zacz ła  spowija   mgła.  Tej  nocy  była  delikatna  i  niejednolita.  Nie 

przypominała g stej masy, która cz sto okrywa i wod , i miasto. Na zachodzie sło ce kryło 
si   w  falach,  rzucaj c  ostatnie  promienie.  Cassidy  czekała  na  ko cowy  złoty  błysk.  Humor 
powoli jej si  poprawiał. Była osob  pełn  nadziei i optymizmu, wiary i poczucia szcz cia. 
Wierzyła w przeznaczenie i była pewna,  e dla niej jest nim pisarstwo. Poniewa  gazety co 
jaki   czas  kupowały  od  niej  artykuły  i  krótkie  okazjonalne  opowiadania,  jej  marzenia  były 
wci   ywe.  Przez  cztery  lata  studiów  pracowicie  doskonaliła  literacki  kunszt,  podpo-
rz dkowała temu wszystko. Praca dawała jej utrzymanie, lecz nic wi cej dla niej nie znaczyła. 
Na  randki  chodziła  tylko  wtedy,  gdy  nie  zaplanowała  na  dany  wieczór  jakiej   lektury  lub 
pisania,  i  traktowała  je  niezobowi zuj co.  Dot d  nie  poznała  m czyzny,  który 
zainteresowałby  j   na  tyle  powa nie,  by  chciała  zej   z  obranej  cie ki.  Miała  jasno 
wyznaczony cel. Prosta droga, bez zakr tów i objazdów. 

Utrata pracy zasmuciła j  jedynie chwilowo. Kiedy wieczorne niebo ciemniało, a na 

nabrze u zacz ły rozbłyskiwa  lampy, jej nastrój był ju  du o lepszy ni  kilka godzin wcze -
niej. W ko cu była przecie  młoda i dzielna. 

Co   si   znajdzie,  pomy lała,  wychylaj c  si   przez  por cz.  Nie  potrzebowała  du ych 

pieni dzy i jakakolwiek praca pokryłaby jej potrzeby. Mo e sklep z artykułami gospodarstwa 
domowego  to  rzeczywi cie  dobre  rozwi zanie.  Ci ko  urazi   klienta,  sprzedaj c  mu  toster. 
Pocieszona t  my l , odsun ła od siebie smutki i przyjrzała si  mgle, która coraz zachłanniej 
wyci gała swoje lepkie palce w jej stron . 

Wieczorna  bryza  dała  zna   o  sobie.  Na  niebie  pojawił  si   ksi yc,  ptaki  ko czyły 

swoje  piewy, szykuj c si  do nocy. Cassidy u miechn ła si  i oddała marzeniom. Nagle a  
podskoczyła, gdy  czyja  r ka chwyciła j  za rami . Nie zd yła zareagowa , gdy stała ju  
odwrócona, patrz c na twarz nieznajomego m czyzny. 

Był wysoki, sporo wy szy od niej. Smukł  budow  podkre lały obcisłe d insy i czarny 

sweter. 

Zaskoczenie,  a  tak e  nastrój  wieczoru  nad  zatok   sprawiły,  e  Cassidy  zwróciła 

uwag ,  i   m czyzna  był  przystojny.  Jej  umysł  pracował  szybko,  próbuj c  ustali ,  czy 
powinna przygl da  mu si  pod k tem jego urody, czy traktowa  go jako zagro enie. 

Miał ciemne włosy, za to oczy intensywnie niebieskie. Czarne włosy okalały szczupł , 

ko cist   twarz  i  opadały  na  wysokie  czoło.  Nos  miał  długi  i  prosty,  usta  pełne  i  dołek  w 
brodzie. 

Jego twarz przykuwała uwag , wr cz fascynowała. 

background image

Przygl daj c mu si , Cassidy doszła jednak do wniosku,  e te rysy bardziej pasuj  do 

mrocznych zaułków Wybrze a Barbary ni  spokojnych okolic Nabrze a Rybaków. 

Kiedy  min ło  pierwsze  zaskoczenie,  przytrzymała  mocniej  swoj   torebk   i 

skrzy owała ramiona. 

- Mam tylko dziesi  dolarów - powiedziała stanowczo. - I potrzebuj  ich nie mniej 

ni  ty. 

- B d  cicho. - Jego oczy zw ziły si . 
Cassidy  próbowała  odgadn   intencje  nieznajomego.  Kiedy  uj ł  jej  brod ,  zadr ała, 

zwalczaj c  w  sobie  ch   ucieczki.  Bez  słowa  i  z  wielk   uwag   przygl dał  si   jej  twarzy. 
Wygl dał  jak  zahipnotyzowany,  od  czasu  do  czasu  marszcz c  jedynie  brwi.  Spróbowała 
wyszarpn  si  z jego uchwytu. 

-  Mo esz  si   nie  rusza ?  -  zapytał  tonem  nieznosz cym  sprzeciwu.  W  jego  niskim 

głosie słycha  było rozdra nienie, a palce mocniej zacisn ły si  na jej twarzy. 

- Posłuchaj - zacz ła spokojnie - mam czarny pas w karate i bez trudu połami  ci obie 

r ce,  je li  spróbujesz  mnie  skrzywdzi .  -  Mówi c  to,  spojrzała  ponad  jego  ramieniem, 
szukaj c  wiateł  restauracji,  które  gin ły  we  mgle.  Zorientowała  si ,  e  wokół  nie  było 
nikogo.  -  Bez  trudu  potrafi   goł   r k   złama   desk   o  grubo ci  dziesi ciu  centymetrów.  - 
Zauwa yła,  e mimo szczupłej budowy ramiona m czyzny były szerokie. - I potrafi  bardzo 
gło no krzycze  - kontynuowała. - Lepiej odejd . 

-  Doskonała...  -  Przesun ł  kciukiem  wzdłu   linii  jej  brody.  Serce  Cassidy  biło  na 

alarm. - Absolutnie doskonała. - W jednej chwili napi cie uciekło z jego oczu i u miechn ł 
si .  Zmiana  w  wygl dzie  była  tak  gwałtowna  i  zaskakuj ca,  e  Cassidy  zdziwiła  si  
niepomiernie. - Tylko po co miałaby  to robi ? 

- Co robi ? 
- Łama  goł  r k  tak  grub  dech . 
- O czym ty mówisz? - zapytała zdumiona, bo ze zdenerwowania zapomniała o swoim 

kłamstwie.  A  kiedy  sobie  o  nim  przypomniała,  zmieszała  si   bardzo.  -  A  tak,  to...  To  dla 
wprawy... - Przerwała, bo uderzył j  cały absurd tej sytuacji. Oto ona, przyszła pisarka, stoi w 
opustoszałym,  ton cym  we  mgle  porcie,  prowadz c  bezsensown   rozmow   z  jakim  
maniakiem, który trzyma j  za brod . - Naprawd  lepiej mnie pu  i odejd , zanim zrobi  ci 
co  złego. 

- Wła nie ciebie szukałem. - Kompletnie zignorował jej propozycj . 
W  jego  wymowie  zauwa yła  obce  naleciało ci,  nie  potrafiła  jednak  odgadn ,  sk d 

pochodził. 

background image

-  Raczej  nie  jestem  zainteresowana.  Mam  m a,  który  jest  obro c   w  dru ynie 

futbolowej. Ma metr dziewi dziesi t wzrostu i wa y sto kilogramów. Jest bardzo zazdrosny i 
b dzie tu lada moment. A teraz mnie pu  i mo esz wzi  sobie te cholerne dziesi  dolarów. 

- Co ty pleciesz, do diabła? - Uniósł brwi. Mgła g stniała za jego plecami. Wygl dał 

gro nie.  -  My lisz,  e  chc   ci   okra ?  -  Dreszcz  irytacji  przemkn ł  przez  jego  twarz.  - 
Dziecinko,  nie  zamierzam  pozbawi   ci   ani  twoich  dziesi ciu  dolarów,  ani  czci.  Chc   ci  
namalowa , a nie zgwałci . 

- Namalowa ? - Była wyra nie zaintrygowana. - Jeste  artyst ? Nie wygl dasz mi na 

takiego.  -  Przypominał  raczej  pirata,  ale  dyskretnie  to  przemilczała.  -  Naprawd   jeste  
malarzem? 

- I to znakomitym - stwierdził arogancko i uniósł odrobin  wy ej głow  Cassidy, by 

ksi yc o wietlił jej twarz. - Znanym i utalentowanym. - U miechn ł si  ujmuj co. 

-  Jestem  pod  wra eniem  tej  niezwykle  doniosłej  deklaracji.  -  Pomy lała,  e  bez 

w tpienia jest obł kany, ale nie zachowuje si  agresywnie i nawet potrafi by  na swój sposób 
sympatyczny. Jak jego u miech. Zapomniała nawet o strachu. 

- Wła nie tego si  spodziewałem. - Wreszcie pu cił jej brod . - Mieszkam na łodzi na 

obrze ach miasta. Pójdziemy tam i jeszcze dzi  zaczn  szkice. 

W oczach Cassidy pojawiła si  nutka rozbawienia. 
- Najpierw chciałabym zobaczy  jakie  twoje prace. Nie s dzisz,  e tak powinno by ? 
Na jego twarzy znów pojawiła si  irytacja. 
- Kobiety maj  chyba klapki na oczach i my l  tylko o jednym. Posłuchaj... Jak masz 

na imi ? 

- Cassidy - odparła odruchowo. - Cassidy St. John. 
-  O  nie!  Pół  Irlandka,  pół  Angielka.  No  to  mamy  niezł   mieszank   wybuchow .  - 

Wcisn ł  r ce  w  kieszenie.  Cały  czas  uwa nie  studiował  jej  wygl d.  -  Nie  interesuje  mnie 
twoje  dziesi   dolarów,  nie  zamierzam  te   nastawa   na  twoj   cnot .  Chc   jedynie  twojej 
twarzy. 

- Nie poszłabym na łód  z samym Michałem Aniołem, gdyby tak si  do tego zabrał. 
- W porz dku - rzucił niecierpliwie. - Wypijemy fili ank  kawy w dobrze o wietlonej 

i zatłoczonej restauracji. Czy to ci odpowiada? A je li spróbuj  zrobi  co  niestosownego, to 
zawsze b dziesz mogła połama  stolik swoimi wy wiczonymi gołymi r kami, czym zwrócisz 
na siebie uwag , i na pewno kto  przyjdzie ci z pomoc . 

- Na to mog  si  zgodzi  - odparła, u miechaj c si  szeroko. 

background image

Zanim  zd yła  powiedzie   co   jeszcze,  złapał  j   za  r k   i  poci gn ł  do  małej,  do  

obskurnej kafejki. Przez chwil  w milczeniu siedzieli przy stoliku, a on znowu badawczo j  
ogl dał.  Zauwa yła,  e  jego  oczy  były  jeszcze  bardziej  niebieskie,  ni   jej  si   wydawało 
poprzednio,  kontrastuj c  przy  tym  z  ciemn   karnacj   i  czarnymi  brwiami  i  rz sami. 
Próbowała  odgadn ,  jaki  człowiek  kryje  si   za  tym  niezwykłym  bł kitnym  spojrzeniem. 
Kelnerka przerwała jej rozmy lania. 

- Co zamawiacie? 
- Kaw ... Dwie kawy - dodała, poniewa  m czyzna nie odezwał si  słowem, a kiedy 

kelnerka  poszła  do  kuchni,  zapytała:  -  Dlaczego  ci gle  mi  si   tak  przygl dasz?  To 
niegrzeczne. I denerwuj ce. 

-  wiatło jest tu okropne, ale zawsze lepsze ni  w tamtej mgle. Nie wykrzywiaj si ! - 

nakazał. - Przez to powstaje niepotrzebna linia, o tutaj... - Zanim zareagowała, wyci gn ł r k  
i przesun ł palcem pomi dzy jej brwiami. - Masz niezwykł  twarz, tylko jeszcze nie wiem, 
czy twoje oczy s  jej zalet , czy te  wad . Jako  trudno uwierzy  tym fiołkowym oczom. 

Kiedy  Cassidy  próbowała  strawi   t   obraz ,  wróciła  kelnerka  z  kaw .  M czyzna 

u miechn ł si  do niej promiennie i wyci gn ł ołówek z jej kieszonki. 

- B d  tego potrzebował przez chwil . - Spojrzał na Cassidy. - Pij kaw , zrelaksuj si . 

To nie zaboli. 

Zacz ł szkicowa , a ona posłusznie zastosowała si  do jego polece . 
- Masz jak  prac , czy mo e twój fikcyjny mał onek ci  utrzymuje? 
- Sk d wiesz,  e fikcyjny? 
- Z tego samego  ródła, z którego wiem,  e miałaby  powa ne kłopoty, by połama  

desk  gołymi r kami - odparł, nie przerywaj c rysowania. - To jak, masz prac ? 

- Wylali mnie dzi  po południu - powiedziała ze smutkiem, patrz c w kaw . 
- To  wietnie - ucieszył si . - Nie marszcz czoła! Zapłac  ci standardow  stawk  za 

dwa miesi ce pozowania. To, co planuj  stworzy , nie powinno zaj  wi cej czasu. Nie b d  
taka  zdziwiona,  Cassidy.  Moje  intencje  od  samego  pocz tku  były  czyste  i  jasne.  To  tylko 
twoja wyobra nia tworzyła jakie  chore scenariusze. 

-  Moja  wyobra nia  zareagowała  całkiem  prawidłowo  na  obcego  faceta,  który 

niespodziewanie wyłania si  z mgły i wyci ga do mnie r ce. 

Przerwał na chwil  prac  i odparł cierpko: 
- Nie wydaje mi si ,  eby co  takiego miało miejsce. Chciała jeszcze co  powiedzie , 

ale jej wzrok zatrzymał si  na kartce papieru. Odstawiła fili ank . 

background image

-  To  jest  wspaniałe!  -  wyszeptała  z  niekłamanym  zachwytem.  -  W  kilku  miałych 

poci gni ciach osi gn ł nieprawdopodobny efekt. Zdołał uchwyci  nie tylko rysy jej twarzy, 
ale równie  wszystkie emocje, jakie ni  w tej chwili targały. - To wspaniałe... - powtórzyła. - 
Ty naprawd  masz talent. 

- Ju  ci o tym mówiłem. - Zabrał si  znów do szkicowania. 
Maj c  przed  oczyma  taki  efekt  jego  krótkiej  pracy,  Cassidy  nabrała  wiary  w  lepsze 

jutro. Stałe zatrudnienie przez najbli sze dwa miesi ce byłoby darem niebios. Po tym okresie 
powinna  ju   znale   jakiego   wydawc ,  który  zainteresowałby  si   jej  maszynopisem.  Nie 
musiała wi c handlowa  ani tosterami, ani sznurowadłami, ani mydłem i powidłem! Wolne 
wieczory na pisanie! Korzy ci mno yły si  jedna za drug . To przeznaczenie zesłało jej pani  
Sommerson. 

- Naprawd  chcesz,  ebym ci pozowała? 
- Tak, tego wła nie chc . - Sko czył drugi szkic. - Zaczynamy jutro rano, o dziewi tej. 
- Ale... 
-  Nie  spinaj  włosów,  nie  maluj  si   zbytnio.  Mo esz  troch   podkre li   oczy,  ale  nic 

wi cej. 

- Nie powiedziałam jeszcze... 
- Zaraz podam ci adres. - W ogóle nie zwracał uwagi na jej próby doj cia do głosu. - 

Dobrze znasz miasto? 

- Urodziłam si  tutaj. Aleja... 
-  wietnie,  wi c  bez  problemu  trafisz  do  mojego  studia  Nagryzmolił  adres  na 

serwetce.  Nagle  gwałtownie  uniósł  głow   i  uwa nie  obj ł  Cassidy  wzrokiem.  Przez  chwil  
wpatrywali si  w siebie nawzajem. 

Nie potrafiła nazwa  tego, co poczuła, ale była pewna,  e jeszcze nigdy czego  takiego 

nie do wiadczyła. Urwało si  to równie gwałtownie, jak zacz ło. 

M czyzna  wstał,  przypomniał  godzin   spotkania,  po  czym  wyszedł,  zostawiaj c 

pieni dze za kaw . 

Cassidy  podniosła  rysunki  i  zacz ła  im  si   przygl da .  Czy  rzeczywi cie  jej 

podbródek  tak  wygl da?  Uniosła  dłonie  do  twarzy,  przypominaj c  sobie,  jak  on  badał  jej 
rysy.  Nic  złego  si   nie  stanie,  je li  tam  pójdzie.  Zobaczy,  jak  to  wygl da,  i  najwy ej 
zrezygnuje. Zawsze mo e odmówi  i wyj . Z przekonaniem,  e tak wła nie w razie potrzeby 
post pi, schowała szkice i adres studia do torebki, po czym wyszła z kafejki na ulic . 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Poranek był cudownie czysty. Cassidy ubrała si  w zwykły, niezobowi zuj cy strój, 

nie  wiedziała  bowiem,  jak  powinna  zaprezentowa   si   pocz tkuj ca  modelka  na  pierwszej 
sesji. Doszła do wniosku,  e w d insach i białej koszuli z długimi r kawami b dzie wygl dała 
najbardziej  odpowiednio.  Zgodnie  z  poleceniem  nie  spi ła  włosów,  a  makija   był  prawie 
niewidoczny. Nie zdecydowała jeszcze, czy b dzie pozowała temu dziwnemu, intryguj cemu 
m czy nie, którego spotkała we mgle, ale ciekawo  kazała jej przyj  do studia. 

Przepisała adres do swojego notesu i pospieszyła na przystanek, aby złapa  tramwaj 

jad cy  do  centrum.  Nie  spodziewała  si ,  e  adres,  który  artysta  nagryzmolił  na  kartce, 
dotyczył  tak  ekskluzywnej  dzielnicy  miasta.  S dziła  raczej,  e  studio  b dzie  poło one 
niedaleko jej mieszkania w North Beach, gdzie panowała swobodna, artystyczna atmosfera. 
Cyganeria  -  pisarze,  muzycy  i  malarze  -  zajmowała  ten  rejon  miasta,  tworz c  jego 
niepowtarzalny klimat. Pomy lała,  e mo e jej malarz ma bogatego sponsora, który zało ył 
dla  niego  to  kosztowne  studio.  Nieznajomy  w  ogóle  nie  odpowiadał  jej  wyobra eniom  o 
artystach, a przecie  poznała ich całkiem sporo. Zmieniła jednak zdanie, kiedy zobaczyła jego 
r ce. To były najpi kniejsze dłonie, jakie Cassidy kiedykolwiek widziała. Długie i szczupłe, z 
w skimi  paznokciami  i  wyra nie  zaznaczonymi  ko mi.  Sprawiały  wra enie  delikatnych,  a 
zarazem silnych, o czym przekonała si , kiedy trzymał jej podbródek. 

Dobrze  zapami tała  jego  twarz  i  wielokrotnie  przywoływała  jej  obraz  w  my lach. 

Było w niej co  niepowtarzalnego - surowego i poci gaj cego zarazem. Cassidy pomy lała, 

e  gdyby  to  ona  była  malark ,  tak   wła nie  twarz  chciałaby  uwieczni   na  płótnie.  Miał 

bowiem wyraziste ko ci, a w niepokoj co niebieskich oczach czaiła si  jaka  tajemnica. 

D wi k dzwonka tramwaju wyrwał j  z rozmy la . 
Głupia  jestem,  wytkn ła  sobie  w  duchu.  Nawet  nie  wiem,  jak  on  si   nazywa,  a  ju  

zachwycam si  jego twarz . To on ma si  zachwyca  moj , a nie na odwrót. 

Wysiadła i zatrzymała si  na chodniku, rozgl daj c si  za wła ciwym numerem domu. 
Miałam racj  co do tej dzielnicy, pomy lała. 
Podobnie  jak  w  innych  rejonach  miasta,  była  tu  niesamowita  mieszanina  egzotyki  i 

kosmopolityzmu, romantyczno ci i praktyczno ci. Wielobarwne oblicze San Francisco wida  
było tu równie dobrze, jak w Chinatown czy Telegraph Hill. 

Dzie   był  pi kny  i  ciepły.  Cassidy  rozkoszowała  si   urokami  pogody,  a  jej  my li 

pod yły  do  maszynopisu,  który  zostawiła  na  biurku  w  domu.  Wróciła  do  rzeczywisto ci 

background image

dopiero w chwili, gdy zorientowała si ,  e stoi przed domem, którego szukała. I ogromnie si  
zdumiała. 

Galeria.  Cassidy  raz  jeszcze  sprawdziła,  czy  nie  pomyliła  adresu,  a  jej  zdumienie 

narastało. Czytała o tym miejscu zaledwie kilka miesi cy wcze niej, doskonale te  pami tała 
jego  otwarcie  przed  pi ciu  laty.  Od  tego  czasu  Galeria  zyskała  sobie  reputacj ,  jakiej 
zazdro ciła jej konkurencja. Była wizytówk  sztuki najwy szych lotów. Wernisa  w Galerii 
zapewniał rozwój kariery pocz tkuj cym artystom lub wzmacniał pozycj  znanych twórców. 
Kolekcjonerzy i koneserzy zbierali si  tu, aby podziwia  i krytykowa  prezentowane prace. 
W tym miejscu wypadało bywa . Podobnie jak wi kszo  budynków w mie cie, ten tak e był 
elegancki  i  niekonwencjonalny,  prosty  i  bezpretensjonalny.  Tymczasem  wewn trz 
znajdowały  si   skarby  malarstwa  i  rze by.  Cassidy  wiedziała  te ,  e  jednym  z 
najwybitniejszych twórców, których prace znajdowały si  w Galerii, był jej wła ciciel, Colin 
Sullivan.  Starała  si   przypomnie   sobie,  co  o  nim  czytała,  i  wszystkie  kawałki  układanki 
zacz ły do siebie pasowa . 

Był  imigrantem  z  Irlandii,  ale  mieszkał  w  Ameryce  ponad  pi tna cie  lat.  Karier  

rozpocz ł,  kiedy  miał  niecałe  dwadzie cia  lat.  Malował  głównie  farbami  olejnymi,  a  jego 
znakiem rozpoznawczym było niezwykłe operowanie  wiatłem i cieniem. Mówiono o nim,  e 
jest bardzo niecierpliwy, ale i błyskotliwy. Miał pewnie troch  powy ej trzydziestki. Nie był 

onaty,  cho   romansował  z  wieloma  kobietami.  Była  w ród  nich  i  ksi niczka,  i 

primabalerina.  Jego  obrazy  kupowano  za  bajo skie  sumy,  ale  rzadko  brał  prowizj   od 
sprzeda y.  Malował  dla  przyjemno ci.  Dopiero  teraz,  stoj c  w  cieple  porannego  sło ca  i 
składaj c w cało  plotki i zasłyszane informacje, Cassidy zdała sobie spraw , dlaczego twarz 
artysty  wydawała  si   jej  znajoma.  Widziała  jego  zdj cie  w  gazecie,  kiedy  Galeria  była 
otwierana, chyba pi  lat temu. 

Colin  Sullivan...  Wzi ła  gł boki  oddech  i  poprawiła  włosy.  Colin  Sullivan  chciał  j  

namalowa .  Odmówił  kiedy   wykonania  portretu  jednej  z  gwiazd  Hollywood,  a  chciał 
namalowa  Cassidy St. John, bezrobotn  pisark , której najwi kszym jak dot d osi gni ciem 
było opublikowanie kilku opowiada  w babskim magazynie. Nagle przypomniała sobie, jak z 
obawy,  e nieznajomy m czyzna zamierza na ni  napa , opowiedziała mu ró ne głupoty. 
Przygryzła wargi z irytacj  i za enowaniem. 

Mógł si  przecie  przedstawi , zamiast skrada  si  za mn  i mnie dotyka , pomy lała. 

Có , jak na takie okoliczno ci, Cassidy zachowała si  zupełnie naturalnie i nie było powodu, 
by czuła si  zakłopotana. Poza tym Colin Sullivan zaprosił j  do siebie. To on zaaran ował 

background image

cał   t   sytuacj .  Cassidy  przyszła  tu  tylko  po  to,  eby  podj   decyzj ,  czy  przyjmie  ofert  
pracy. 

Mocniej  chwyciła  torebk ,  ałuj c  przez  chwil ,  e  nie  ubrała  si   w  co   bardziej 

eleganckiego, i ruszyła w kierunku wej cia do Galerii. Drzwi były zamkni te. 

Nacisn ła  ponownie  klamk ,  ale  zdała  sobie  spraw ,  e  pora  była  zbyt  wczesna,  by 

Galeria  ju   działała,  zaraz,  Sullivan  mówił  co   o  studiu,  które  z  pewno ci   ma  osobne 
wej cie.  Cassidy  skr ciła  za  rogiem  budynku  i  spróbowała  otworzy   boczne  drzwi.  One 
jednak tak e nie drgn ły. Niezra ona poszła dalej, próbuj c dosta  si  do budynku drzwiami 
znajduj cymi si  z tyłu. Tak e bez skutku. Wówczas jej uwag  przykuły drewniane schody 
wiod ce na pi tro. 

Uniosła głow  i osłaniaj c oczy przed sło cem, przyjrzała si  rz dowi okien. Szyby 

odbijały  wiatło. Pomy lała,  e gdyby to ona była artyst  i miała swoje studio, z pewno ci  
byłoby  ono  na  pi trze.  Zacz ła  wspina   si   po  stromych  schodach.  Na  ich  szczycie 
znajdowały si  kolejne drzwi. Cassidy chwyciła za klamk , zawahała si  przez chwil , lecz 
zdecydowała si  zapuka . Spojrzała przez rami  i zorientowała si ,  e była bardzo wysoko. 

- Spó niła  si  - powiedział wyra nie zniecierpliwiony Colin, otwieraj c drzwi. Złapał 

j  za r k  i wci gn ł do  rodka, zanim zd yła odpowiedzie . 

Poczuła  zapach  terpentyny  i  farb.  Gospodarz  wygl dał  równie  gro nie  w  jasnym 

wietle dnia, jak i na przystani w g stej mgle. I podobnie jak wtedy przytrzymał jej podbródek 

silnymi dło mi. 

- Panie Sullivan... - zacz ła podenerwowana. 
- Ciii - Przechylił jej twarz w lew  stron  i zmru ył oczy. - Tak, wygl da jeszcze lepiej 

w dobrym  wietle. Podejd  tutaj. Musz  zrobi  wst pne szkice. 

- Panie Sullivan - spróbowała ponownie, kiedy prowadził j  przez du y, przestronny 

pokój,  wypełniony  płótnami  i  innym  sprz tem  malarskim.  -  Chciałabym  dowiedzie   si  
wi cej o tej pracy, zanim ostatecznie si  zdecyduj . 

- Usi d  tutaj. - Posadził j  sił  na stołku. - Nie garb si  - dodał. 
- Panie Sullivan, czy mo e mnie pan posłucha ? 
- Teraz b d  cicho. - Wzi ł do r ki szeroki szkicownik i ołówek. 
Skonfundowana, westchn ła i skrzy owała r ce na piersi. Mo e b dzie łatwiej, kiedy 

sko czy szkicowa , uznała i zacz ła rozgl da  si  po pokoju. Był du y, miał wiele szerokich 
okien oraz okno w dachu, co ogromnie jej si  podobało. 

Przestronne okna wpuszczały du o  wiatła słonecznego, drewniane podłogi były tu i 

ówdzie  pochlapane  farb .  Pod  kremow   cian   le ała  bezładnie  sterta  nienaci gni tych 

background image

płócien.  Tu  i  tam  stały  sztalugi,  a  wielki  stół  zawalony  był  ró nego  rodzaju  farbami, 
p dzlami, szmatkami i butelkami. 

- Wyjrzyj przez okno - powiedział Colin. - Potrzebny mi profil. 
Posłusznie  wykonała  polecenie.  Uczucie  irytacji  ust piło,  kiedy  zauwa yła  małego, 

zapracowanego wróbla na gał zi d bu. U miechn ła si  ciepło. 

- Co widzisz? - Colin przysun ł si  do niej. 
- Małego wróbla, o tam! - wyci gn ła r k  przed siebie. - Zobacz, jak bardzo si  stara, 

eby sko czy  to gniazdo. Buduje je z ró nych kawałków patyczków, nitek, trawy czy innych 

skarbów,  które  znajdzie.  Człowiek  potrzebuje  cegieł  i  cementu,  a  taki  mały  ptaszek  potrafi 
stworzy   równie  dobre  schronienie  bez  r k,  narz dzi  i  wykwalifikowanych  robotników. 
Wspaniałe, nie s dzisz? - Odwróciła si  z u miechem. 

Był bli ej, ni  si  spodziewała. Zakr ciło jej si  troch  w głowie. 
- By  mo e jeste  jeszcze wspanialsza, ni  my lałem. 
- Odsun ł kosmyk włosów z jej ramienia. 
Przypomniała sobie,  e powinna zachowywa  si  z rezerw . 
- Panie Sullivan... 
- Colin - przerwał, kontynuuj c układanie jej włosów. 
- Albo Sullivan, je li wolisz. 
- Colin - powiedziała spokojnie - wczoraj nie miałam poj cia, kim jeste . Dotarło to do 

ranie dopiero dzi , kiedy stan łam przed Galeri . - Poruszyła si , zmieszana faktem,  e nadal 
stał  tak  blisko  niej.  -  Oczywi cie  pochlebia  mi,  e  zamierzasz  mnie  namalowa ,  ale 
chciałabym wiedzie , czego ode mnie Oczekujesz i... 

- Oczekuj ,  e pozostaniesz w jednej pozycji przez dwadzie cia minut bez wiercenia 

si . - Przeło ył pasmo jej włosów ponownie do przodu. Jego palce dotkn ły jej szyi. Poczuła, 
jak przeszedł j  przyjemny dreszcz, lecz Colin zdawał si  tego nie zauwa a . - Oczekuj ,  e 
b dziesz  słuchała  moich  instrukcji  i  b dziesz  cicho,  dopóki  nie  powiem,  e  mo esz  ju  
mówi .  Oczekuj ,  e  b dziesz  punktualna  i  nie  b dziesz  marudziła,  e  musisz  wyj  
wcze niej, bo masz umówion  randk . 

- Byłam punktualnie - odparowała i obróciła głow , niwecz c mistern  prac  Colina 

nad uło eniem jej włosów. 

- Nie powiedziałe  mi,  e wej cie jest z tyłu budynku, wi c chodziłam dookoła, zanim 

znalazłam wła ciwe drzwi. 

-  Do  tego  jeste   bystra  -  powiedział  z  drwin .  -  Twoje  oczy  gwałtownie  ciemniej , 

kiedy wychodzi z ciebie irlandzka natura. Nazywasz si  Cassidy St. John, tak? 

background image

- To nazwisko rodowe mojej matki. Chciała doda  co  jeszcze, ale jej przerwał: 
-  Znałem  kilkoro  Irlandczyków  o  tym  nazwisku.  Uniósł  jej  r ce  i  zacz ł  si   im 

przygl da . 

-  Nie  znam  nikogo  z  rodziny  mojej  matki.  -  Nie  była  zadowolona  z  faktu,  e  jej 

dotyka. - Moja matka zmarła przy porodzie. 

- Rozumiem. - Uniósł jej dłonie. - Masz bardzo szczupłe r ce. A kim jest twój ojciec? 
- Jego rodzina pochodzi z Devonu. Zmarł cztery lata temu. Ale nie wiem, co to ma 

wspólnego z moj  prac  dla ciebie. 

- Wszystko ma znaczenie dla naszej wspólnej pracy. 
- Uniósł wzrok z jej dłoni, ale nadal trzymał je w swoich. 
-  Odziedziczyła   oczy  i  włosy  po  matce,  a  skór   i  budow   po  ojcu.  Jeste  

uciele nieniem sprzeczno ci, Cassidy St. John. I tym, czego ja potrzebuj . Twoje włosy maj  
wiele ró nych odcieni i wygl daj  tak naturalnie, jakby  dopiero wstała z łó ka. Masz na tyle 
rozumu,  e nie próbujesz ich układa  i ujarzmia . Barwa twoich oczu zmienia si  od bł kitu 
po fiolet, a w ich kształcie jest co  egzotycznego. S  stworzone do tego,  eby ci gle oddawa  
si  marzeniom. A budow  masz jak angielska arystokratka. Twoje usta s  gładkie, sugeruj , 

e  nale   do  osoby  zdolnej  do  pasji.  Skór   masz  czyst ,  odcie   ró u  pod  barw   ko ci 

słoniowej.  Obraz,  który  chc   namalowa ,  musi  zawiera   specyficzne  elementy.  Wymagam 
szczególnych  cech  od  moich  modelek.  Ty  je  wszystkie  posiadasz.  -  Przerwał  na  chwil   i 
pokiwał głow . - Czy to zaspokoiło twoj  ciekawo ? 

Wpatrywała  si   w  niego  jak  zahipnotyzowana,  próbuj c  wyobrazi   sobie  siebie  tak, 

jak j  opisał. Czy jej pochodzenie rzeczywi cie tak mocno wpłyn ło na to, jak wygl dała? 

- Raczej nie. - Westchn ła, po czym ponownie na niego spojrzała. - Ale jestem na tyle 

pró na,  e chc , by Colin Sullivan mnie namalował, i na tyle biedna,  e potrzebuj  tej pracy. - 
U miechn ła si . - Czy dzi ki temu obrazowi stan  si  nie miertelna? Zawsze chciałam by . 

Colin  roze miał  si .  Jego  miech  zabrzmiał  ciepło  i  rado nie.  U cisn ł  jej  dłonie  i 

niespodziewanie przytkn ł do swych ust. 

- Dla mnie b dziesz. 
Próbowała co  odpowiedzie , ale przerwała, kiedy otworzyły si  drzwi studia. 
- Colin, musz ... - Kobieta, która weszła do pokoju, przerwała gwałtownie i spojrzała 

uwa nie na Cassidy. - O, przepraszam! - powiedziała, gdy zauwa yła ich zł czone r ce. - Nie 
wiedziałam,  e jeste  zaj ty. 

background image

-  Wszystko  w  porz dku,  Gail  -  odparł  spokojnie.  -  Wiesz,  e  kiedy  pracuj ,  to 

zamykam drzwi studia na zamek. To jest Cassidy St. John, która b dzie dla mnie pozowa . 
Cassidy, to jest Gail Kingsley, niezwykle utalentowana artystka, która zarz dza Galeri . 

Gail  Kingsley  przyci gała  wzrok.  Była  wysoka  i  szczupła,  miała  trójk tn   twarz 

ukoronowan   jaskrawoczerwon   czupryn .  W  jej  wygl dzie  i  postawie  było  co   in-
tryguj cego.  Bystre,  zielone  oczy  miały  ciemn   opraw .  Szerokie  usta  malowała 
jasnoczerwon   szmink ,  a  w  uszach  nosiła  złote  kolczyki.  Sukienk ,  któr   miała  na  sobie, 
lu n  i zwiewn , uszyto z tkaniny o ró nych odcieniach zieleni. Ruchy  Gail były szybkie i 
gwałtowne. Zrobiła kilka kroków i wida  było od razu,  e jest to kobieta z nerwem i pełna 
energii. Naprawd  robiła wra enie. A  dech zapierało w piersiach. Przyjrzała si  badawczo 
twarzy Cassidy, co sprawiło,  e ta poczuła si  nieswojo. 

- Ładnie zbudowana - skomentowała Gail lekcewa co. - Ale kolor raczej nudny, nie 

s dzisz? 

- Nie mo emy wszyscy mie  czerwonych włosów - odpowiedziała Cassidy ze zło liw  

bezpo rednio ci . 

-  Nie  da  si   ukry   -  przytakn ł  Colin  z  rozbawieniem  i  zwrócił  si   do  Gail:  -  Czy 

czego  potrzebujesz? Chc  wróci  do pracy. 

Cassidy  pomy lała,  e  ludzi,  którzy  s   ze  sob   zwi zani,  otacza  szczególna  aura. 

Wida   to  w  ich  spojrzeniu,  ruchach  i  tonie  głosu.  W  chwili,  gdy  Gail  spojrzała  na  Colina, 
Cassidy natychmiast si  domy liła,  e s  lub byli kochankami. 

Poczuła lekkie rozczarowanie i bezskutecznie próbowała wyrwa  swoje dłonie z r k 

Colina. 

- Chodzi o „Portret dziewczyny" Higgina. Zaoferowali my za niego pi  tysi cy, ale 

Higgin nie chce zaakceptowa  tej ceny bez twojej zgody. Planuj  zamkn  t  spraw  jeszcze 
dzisiaj. 

- A kto zło ył ofert ? 
- Charles Dupres. 
-  Powiedz  Higginowi,  eby  si   zgodził.  Dupres  nie  b dzie  si   targował  i  na  pewno 

zachowa si  przyzwoicie. Co  jeszcze? 

Było co  odpychaj cego w jego głosie. Cassidy zauwa yła błysk w oczach Gail. 
- Nic, co nie mo e poczeka . Id  zadzwoni  do Higgina. 
-  wietnie. - Zanim Gail doszła do drzwi, odwrócił si  do Cassidy i ponownie zaj ł si  

jej włosami. - Nie mo e tak by  - oznajmił gniewnie, lustruj c j  od stóp do głów. 

background image

Zmieszana  jego  o wiadczeniem,  wstrz ni ta  tym,  co  odkryła  we  wzroku  Gail, 

Cassidy popatrzyła na Colina i poprawiaj c nerwowo włosy, zapytała: 

- Co jest nie tak? 
- Ten strój. - Machn ł niedbale r k . 
- Nie powiedziałe , jak chcesz,  ebym si  ubrała. Poza tym jeszcze nie zdecydowałam, 

czy  b d   dla  ciebie  pozowa .  -  Wzruszyła  ramionami,  poirytowana  tym,  e  musi  si  
usprawiedliwia .  -  Mogłe   da   mi  wskazówki  co  do  stroju,  a  ty  tylko  nabazgrałe   adres  i 
uznałe  spraw  za załatwion . 

-  Potrzebuj   czego   jednolitego  i  pofałdowanego,  bez  podkre lania  talii  czy  innych 

dodatków - rozmy lał na głos, ignoruj c jej uwagi. - Czego  w kolorze ko ci słoniowej, nie 
białego.  Długiego  i  l ni cego.  -  Gdy  uj ł  jej  tali   w  dłonie,  Cassidy  wprost  zamurowało.  - 
Bioder  prawie  nie  masz,  talia  jak  u  dziecka.  Szyja  b dzie  zakryta,  wi c  nie  ma  si   co 
przejmowa  brakiem rowka mi dzy piersiami. 

Czerwona z w ciekło ci, zeskoczyła ze stołka i odepchn ła Colina. 
- To moje ciało i mam w nosie twoje obserwacje. Mój rowek lub jego brak to tylko 

moja sprawa i nic ci do tego. 

- Nie b d  dzieckiem. - Energicznie posadził j  z powrotem na taborecie. - Jak na razie 

twoje  ciało  interesuje  mnie  tylko  z  artystycznego  punktu  widzenia.  Je li  si   to  zmieni,  to 
dowiesz si  o tym pierwsza. 

- Chwileczk ... - Zsun ła si  ponownie z krzesełka. 
-  Niesamowite.  -  Przytrzymał  jej  twarz,  eby  dobrze  go  widziała.  -  Wychodzi  twój 

charakterek, ale to nie jest stan, którego poszukuj . Mo e kiedy ... 

U miechn ła  si   łagodnie,  kiedy  jego  dłonie  zacz ły  masowa   jej  kark.  Było  to  dla 

niej  tak  nowe  doznanie,  e  nie  doko czyła  rozpocz tego  zdania.  Słowa  Colina  zabrzmiały 
równie pieszczotliwie, jak dotyk dłoni na jej skórze. Delikatny irlandzki akcent w jego głosie 
przybrał na sile. 

-  Szukam  złudzenia.  I  czego   realnego,  namacalnego.  Marzenia.  Czy  mo esz  by  

moim marzeniem, Cass? 

W tym momencie, kiedy  ich twarze były zaledwie centymetry od siebie, a ich ciała 

dotkn ły si  i Cassidy przenikn ło ciepło Colina, pomy lała,  e mogłaby by  wszystkim, o co 
by poprosił. Nic nie było niemo liwe. U wiadomiła sobie, na czym polega jego władza nad 
kobietami. Był czaruj cy, wygl dał troch  jak pirat, i pewnie dlatego wr cz oczekiwała,  e w 
jego mowie pojawi si  egzotyczne brzmienie. A w ogóle m ski i silny był ten Colin Sullivan. 
Wiedziała,  e był  wiadom tej władzy, jak  miał nad kobietami, i u ywał jej bez skrupułów. 

background image

Ale nawet to dodawało mu atrakcyjno ci. Czuła,  e ulega jego urokowi, a emocje przysłaniaj  
jej rozum. Zastanawiała si , jakie to byłoby uczucie, gdyby jego usta dotkn ły jej warg i czy 
ten  pocałunek  byłby  tak  ekscytuj cy,  jak  to  sobie  wyobra ała.  Broni c  si   przed  takimi 
my lami, poło yła r ce na piersi Colina i odsun ła si  na bezpieczn  odległo . I - Niełatwy z 
ciebie facet, Colin. - Wzi ła gł boki oddech, aby uspokoi  dr enie r k. 

- Masz racj . - Na jego twarzy wyraz irytacji mieszał si  z ciekawo ci . - Ile masz lat, 

Cassidy? 

- Dwadzie cia trzy. - Spojrzała mu w oczy. - Dlaczego pytasz? 
Wzruszył ramionami, wsun ł r ce do kieszeni i zacz ł spacerowa  po pokoju. 
-  Musz   wiedzie   o  tobie  wszystko,  zanim  zaczn   pracowa .  Portret  musi  pokaza , 

kim  jeste ,  na  tym  wła nie  trzeba  si   skupi .  Znajd   jak  najpr dzej  odpowiedni   sukienk . 
Chc  zacz  prac . Ju  pora. 

W  jego  ruchach  pojawił  si   po piech,  co  kontrastowało  z  tym  Colinem,  który 

dosłownie przed chwil  uwodził j  swym głosem. Kim jest Colin Sullivan, zastanawiała si  
Cassidy.  Wiedziała,  e  to,  co  odkryje,  mo e  okaza   si   niebezpieczne,  ale  pragn ła 
dowiedzie  si  o nim jak najwi cej. 

- My l ,  e wiem, jakiej sukni szukasz - zaryzykowała. - Wprawdzie nie całkiem jest 

koloru ko ci słoniowej, co  bli ej perłowego, ale fason ma prosty. Niestety kosztuje bardzo 
du o, bo to jedwab. 

- Gdzie j  mo na dosta ? - Zatrzymał si  przed ni . 
- Chod my j  zobaczy . 
Pospiesznie  uj ł  Cassidy  pod  r k   i  wyprowadził  tylnymi  drzwiami.  Schodziła 

ostro nie po stromych schodach, nie ryzykuj c połamania karku. 

- Któr dy teraz? - zapytał, kiedy doprowadził j  przed front budynku. 
- To tylko kilka domów st d. - Machn ła r k  w lewo. 
- Ale Colin... -  Zanim sko czyła my l, ju  prowadził j  pospiesznie we  wskazanym 

kierunku. - Colin, my l ,  e powiniene  wiedzie ... Bo e, nie nad am. Mógłby  zwolni ? 

- Masz długie nogi. - Nie zwolnił tempa. 
J kn ła zdegustowana i próbowała dotrzyma  mu kroku. 
- My l ,  e powiniene  co  wiedzie . Ta sukienka jest w sklepie, z którego zostałam 

wczoraj zwolniona. 

-  Sklep  odzie owy?  -  Ta  wiadomo   zainteresowała  go  na  tyle,  e  zwolnił  nieco  i 

przyjrzał si  uwa nie Cassidy. Odgarn ł jej włosy. - Co ty robiła  w sklepie z sukienkami? 

Posłała mu mro ce spojrzenie. 

background image

- Zarabiałam na  ycie, Sullivan. Niektórzy musz  tak robi ,  eby mie  co je . 
- Nie dra nij si  ze mn , Cass - poradził łagodnie. 
- Nie jeste  profesjonaln  sprzedawczyni . 
-  I  wła nie  dlatego  zostałam  zwolniona.  -  U miechn ła  si .  -  Nie  jestem  te  

profesjonaln  kelnerk , wi c straciłam prac  w barze, bo nie pozwalałam si  podszczypywa  i 
obrzuca   sałatk .  Nie  b d   ju   wspominała  mojej  krótkiej  kariery  operatorki  centrali 
telefonicznej. To smutna, wr cz  ałosna historia, a dzi  jest taki pi kny dzie . 

- Uniosła głow ,  eby u miechn  si  do Colina. 
Znów si  jej przygl dał. 
-  Je li  nie  jeste   ani  profesjonaln   sprzedawczyni ,  ani  kelnerk ,  ani  operatork  

centrali telefonicznej, to kim jeste , Cass? 

-  Walcz   o  to,  by  by   pisark ,  a  wygl da  na  to,  e  imałam  si   ró nych 

nieodpowiednich zaj , odk d sko czyłam szkoł . 

- Pisarka... - Pokiwał głow  patrz c w dół na Cassidy. - Co piszesz? 
-  Nowele,  których  nikt  nie  publikuje.  -  Ponownie  si   u miechn ła.  -  I  sporadycznie 

artykuły o tym, jaki wpływ maj  perfumy na nowoczesnych m czyzn. Musz  co  pisa ,  eby 
nie wyj  z wprawy. 

- Jeste  chocia  w tym dobra? - Omin ł kolejnego przechodnia, nie spuszczaj c z niej 

wzroku. 

-  Jestem  naturalna,  niezmanierowana,  drzemie  we  mnie  wielki  nieodkryty  talent.  - 

Odrzuciła  włosy  na  ramiona  i  wskazała  na  sklep.  -  Jeste my  na  miejscu.  Butik  The  Best. 
Ciekawa  jestem,  co  Julia  powie,  gdy  mnie  zobaczy.  Pewnie  pomy li,  e  jestem  twoj  
utrzymank  - Przygryzła wargi,  eby stłumi  chichot, po czym ponownie spojrzała na Colina: 
- Masz w zanadrzu kilka zniewalaj cych spojrze ? - Iskry rozbawienia ta czyły w jej oczach, 
kiedy zatrzymała si  przed wej ciem do sklepu. - Mógłby  posła  mi kilka i dałby  Julii temat 
do  rozmów  na  najbli sze  tygodnie.  -  Otworzyła  drzwi,  a  na  jej  pi knej  twarzy  pojawił  si  
u miech. 

Poprawna  jak  zawsze  Julia  powitała  Colina  z  przesadn   grzeczno ci   i  jedynie  z 

nieznacznym zaskoczeniem spojrzała na dawn  pracownic . Gdy dotarło do niej,  e zawitał 
do  jej  sklepu  sam  wielki  Sullivan,  jej  oczy  rozszerzyły  si   ze  zdumienia,  które  stało  si  
jeszcze wi ksze, gdy Cassidy poprosiła o sukienk  z perłowego jedwabiu. 

Wchodz c  do  przymierzalni,  u wiadomiła  sobie,  jak  dziwnie  wszystko  si   układa. 

Nieco ponad dwadzie cia cztery godziny temu stała na zewn trz tego du ego pomieszczenia, 
trzymaj c  nar cze  odrzuconych  przez  klientk   sukienek.  I  nie  my lała  nawet  o  Colinie 

background image

Sullivanie.  Teraz  zdawało  si ,  e  zdominował  jej  my li  i  czyny.  Cienki,  chłodny  jedwab 
oplótł jej ciało tylko dlatego,  e Colin tego zapragn ł. Jej serce biło szybciej, gdy  wiedziała, 

e czekał przed przymierzalni , chc c zobaczy   efekt.  Zapi ła suwak, wstrzymała oddech i 

odwróciła si . Jej odbicie wydawało si  patrze  na ni  z niekłamanym respektem. 

Sukienka  opadała  prost   lini ,  podkre lon   delikatno ci   materiału.  Ramiona 

prze witywały  przez  cienki,  przezroczysty  jedwab.  Cassidy  odetchn ła  powoli.  To  była 
wymarzona  suknia.  Romantyczna  i  prosta  zarazem.  Cassidy  wygl dała  w  niej  zarówno 
delikatnie, jak i niezmiernie elegancko. Nerwowo zwil yła wargi i wyszła z przymierzami. 

Colin  czarował  Juli ,  co  wzburzyło  Cassidy.  W  jego  oczach  pojawiły  si   chochliki, 

kiedy  uniósł  dło   Julii  do  swych  ust.  Cassidy  nauczyła  si   trzyma   nerwy  na  wodzy. 
U miechn ła si  nieznacznie. 

- Colin. 
Odwrócił si . U miech, który rozja niał jego twarz i oczy, natychmiast przygasł. Colin 

pu cił r k  Julii i zrobił kilka kroków naprzód. Cassidy, która ju  miała zamiar obróci  si , by 
mógł si  jej przyjrze , zamarła w bezruchu, zahipnotyzowana jego spojrzeniem. 

Jego wzrok powoli pow drował w dół i ponownie do góry, zatrzymuj c si  na twarzy 

Cassidy. Oblała si  rumie cem. Jak Colin to robił,  e czuła si  na zmian  tak pełna  ycia i tak 
słaba?  I  to  tylko  z  powodu  jego  spojrzenia.  Chciała  co   powiedzie ,  eby  przerwa   t  
niewygodn  cisz , ale nie mogła wydusi  z siebie ani słowa, poza tym,  e powtórzyła: 

- Colin? - Brzmiało to jak pytanie o akceptacj , cho  wcale tego nie chciała. 
Co  błysn ło w jego oczach, po czym szybko znikn ło, a koncentracja zmieniła si  w 

irytacj . 

-  Ta  sukienka  b dzie  dobra.  Ka   j   zapakowa   i  zabierz  ze  sob   jutro.  Wtedy 

zaczniemy. - Jego głos brzmiał odpychaj co. 

W głowie Cassidy kołatał milion pyta  i w tpliwo ci. 
- To wszystko? 
- Tak, to wszystko. Godzina dziewi ta jutro rano. Nie spó nij si . 
Cassidy  odetchn ła  ci ko.  Czuła  pogard   do  tego  faceta.  Patrzyli  na  siebie  przez 

kolejn  minut , a napi cie narastało w powietrzu. Po chwili Cassidy odwróciła si  i weszła do 
przymierzalni. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Cassidy  sp dziła  wi ksz   cz

  nocy  na  rozmy laniach  o  minionym  dniu  i  swoich 

emocjach,  i  do  rana  zd yła  wszystko  sobie  poukłada .  Nie  miała  najmniejszego  powodu, 

eby zło ci  si  na Colina. Jego reakcja, gdy Cassidy pokazała si  w jedwabnej sukni, była 

wła nie  taka,  jakiej  nale ało  si   spodziewa .  Jad c  tramwajem  przez  miasto  i  trzymaj c  w 
r ku paczk  z sukienk , obiecywała sobie,  e zachowa dystans wobec swego szefa. 

Bo  przecie   jest  jej  szefem,  skoro  zatrudnił  j   na  całe  dwa  miesi ce.  Ale  przede 

wszystkim jest artyst , i to obdarzonym du ym temperamentem. 

Wysiadła z tramwaju, aby reszt  drogi przej  piechot . Cassidy wiedziała,  e Colin 

zauwa ył  co   szczególnego  w  jej  twarzy,  i  zamierza  uwieczni   to  na  płótnie.  My li  o  niej 
jedynie w kategoriach zawodowych, tak jak i ona o nim.  Zreszt  jak mogłoby by  inaczej, 
skoro ledwie si  poznali. To, co wydarzyło si  wczoraj, było miłe i intryguj ce, ale na pewno 
nie mo na powiedzie ,  e co  zaiskrzyło mi dzy nimi. Byłaby to gruba przesada. Przecie  te 
sprawy nie dziej  si  w ten sposób, a na pewno nie tak szybko. Jedyne, co ich ł czy, to wi  
mi dzy artyst  i modelk . Wszystko inne to tylko kolejne scenariusze pisane przez jej umysł. 

Dotarła  do  studia  i  zapukała.  Jej  postanowienie  o  profesjonalnej  postawie  w  nowej 

pracy zachwiało si , kiedy drzwi otworzyła Gail. 

-  Cze   -  powiedziała  Cassidy  z  u miechem,  cho   we  wzroku  Gail  nie  było  nic,  co 

zach całoby do przyjaznych zachowa . 

W odpowiedzi zobaczyła tylko zapraszaj cy do wej cia gest r ki. Colina nigdzie nie 

było wida . Cassidy z jednej strony podziwiała styl Gail, z drugiej była rozczarowana, wr cz 
czuła  du y  dyskomfort,  e  to  nie  Colin  otworzył  drzwi.  Dodatkowo  miała  wra enie,  e  w 
d insach i sweterku wygl da przy Gail jak obdartus. 

- Przyszłam zbyt wcze nie? 
Gail, zanim odpowiedziała, powoli obeszła j  wokół, uwa nie si  przygl daj c. 
- Colin zaraz b dzie. Czy te loki s  naturalne, czy to efekt trwałej? 
- Naturalne - odparła wolno Cassidy. 
- A kolor? 
- Te  naturalny. Dlaczego pytasz? 
-  Tylko  z  ciekawo ci,  skarbie,  tylko  z  ciekawo ci.  Colina  bardzo  poruszyła,  wr cz 

zafascynowała twoja twarz. Wygl da na to,  e dopadł go jaki  romantyczny nastrój. Według 

background image

mnie  le to wró y przyszłemu dziełu. - Zw ziła oczy, jakby chciała dokładnie zapozna  si  z 
faktur  skóry Cassidy. 

- Chcesz policzy  z by? - spytała Cass. 
- Nie b d  zło liwa. Colin i ja cz sto wymieniamy si  modelkami. Patrz , czy si  do 

czego  nadajesz. 

- Nie jestem paczk  zapałek, panno Kingsley - uniosła si  Cassidy. 
-  Dobra  modelka  powinna  by   elastyczna  -  zganiła  j   Gail.  -  Mam  nadziej ,  e 

przynajmniej nie o mieszysz si  jak ta poprzednia. 

- Poprzednia? - zapytała zaskoczona Cassidy i zaraz tego po ałowała. Powinna była 

zachowa  dystans, nie okazywa  takiego zainteresowania. 

- Zakochała si  po uszy w Colinie. - Gail u miechn ła si  chłodno. Jej niecierpliwe, 

gwałtowne ruchy dra niły Cassidy. Była jak przyczajony, gotów do ataku kot. 

- Co gorsza, wyobraziła sobie,  e Colin tak e si  w niej zakochał. To było doprawdy 

enuj ce. Słodka mała laleczka. Skóra biała jak mleko i ciemne oczy. Oczywi cie na koniec 

Colin zachował si  wobec niej paskudnie. Taki ju  jest, gdy kto  próbuje go ogranicza . Nie 
ma nic gorszego ni  ci głe słuchanie czyich  westchnie , prawda? 

- Nie mam poj cia - odpowiedziała Cassidy łagodnie. 
- Ale nie musisz si  obawia , nie zamierzam zam cza  Colina moimi westchnieniami. 

On potrzebuje mojej twarzy, a ja potrzebuj  pracy. - Postanowiła od razu wszystko wyja ni , 
by potem nie było niepotrzebnych nieporozumie . - Nie sprawi  ci  adnych kłopotów, Gail. 
Jestem zbyt zaj ta,  eby wdawa  si  w romans z Colinem. 

Gail zatrzymała si  i zmarszczyła brwi, po czym ruszyła ponownie w kierunku drzwi. 
- To ułatwi nam współ ycie, nie s dzisz? Mo esz si  tu przebra . 
Gdy Gail wyszła, Cassidy odetchn ła gł boko i potrz sn ła głow . 
Jednak arty ci naprawd  s  zwariowani, pomy lała. 
Oburzona  zachowaniem  Gail,  ruszyła  w  kierunku  wskazanych  drzwi,  znalazła  mał  

garderob  i zacz ła si  przebiera . Podobnie jak wczoraj, dotyk jedwabiu sprawił,  e poczuła 
si  inn  osob . 

Czy  dlatego,  e  suknia  jest  tak  elegancka  i  prosta  zarazem?  -  pomy lała.  A  mo e 

dlatego,  e tak wła nie my li o mnie Colin? 

Jakkolwiek było, Cassidy nie mogła zaprzeczy ,  e czuła si  silniejsza, kiedy miała na 

sobie t  sukni  - bardziej pewna siebie i bardziej kobieca. Rzuciła okiem na swoje odbicie w 
lustrze, otworzyła drzwi i weszła do studia. 

- O, jeste  tutaj. 

background image

Udała  zaskoczenie,  kiedy  zobaczyła  Colina,  który  wpatrywał  si   w  czyste  płótno. 

Widziała tylko jego profil, gdy  nie odwrócił si  do niej. R ce trzymał w kieszeniach, ubrany 
był  zwyczajnie,  podobnie  jak  poprzedniego  dnia,  a  ten  strój  doskonale  podkre lał  jego 
budow . Był skupiony, zacisn ł usta, zw ził oczy. 

Jest bardzo atrakcyjny i wspaniale byłoby si  nim opiekowa , przemkn ło przez głow  

Cassidy. Zatrzymała si , pewna,  e nawet nie usłyszał, jak weszła. 

- Chc  od razu zacz  malowa  na płótnie - powiedział, nadal nie odwracaj c si  w jej 

kierunku. - Na stole le  fiołki. Pasuj  do twoich oczu. 

Cassidy zobaczyła małe kwiatki rzucone w artystycznym nieładzie. U miechn ła si  

uradowana. 

- Och, s  pi kne! 
Podeszła  do  stołu,  podniosła  fiołki  i  ukryła  twarz  w  ich  delikatnych  płatkach. 

Pachniały łagodnie i słodko. Oczarowana, uniosła oczy,  eby podzi kowa  Colinowi. 

-  Szukałem  czego ,  co  by  kontrastowało  z  sukienk   -  powiedział,  nie  zmieniaj c 

pozycji ani wyrazu twarzy. 

Przyjemne  uczucie  prysło  niczym  ba ka  mydlana.  Cass  spojrzała  na  kwiatki  i 

westchn ła.  Sama  była  sobie  winna.  Oczywi cie  kupił  je  jako  rekwizyt,  a  nie  dla  niej.  To 

mieszne,  e mogła pomy le  inaczej. Potrz sn ła głow  i podeszła do Colina. 

- Widzisz mnie ju  na tym płótnie? 
Odwrócił si  i spojrzał na ni , ale wyraz skupienia nie znikn ł z jego twarzy. 
- Tak, b d  pasowa . Sta  tam, chc  ci  zobaczy  w  wietle z okna. 
Kiedy  przesuwał  j   po  pokoju,  szukaj c  najlepszego  o wietlenia,  Cassidy  odwróciła 

głow  i spojrzała na niego. 

- Dzie  dobry, Colin - powiedziała czystym, słodkim głosem. 
- Kiedy pracuj , nie zawracam sobie głowy dobrymi manierami. - Zatrzymał si  przy 

oknie. 

- Jestem cholernie zadowolona,  e to wyja niłe . - U miechn ła si  uprzejmie. 
- Znany jestem równie  tego,  e na  niadanie po eram młode, przem drzałe dziewki. 
-  Dziewki!?  -  u miechała  si   ju   ponad  miar   słodko.  -  Brzmi  cudownie,  kiedy  tak 

mówisz. „Nami tne, młode dziewki" zabrzmiałoby jeszcze lepiej. 

- Ale to okre lenie do ciebie nie pasuje. - Jedn  r k  uniósł jej brod , a drug  odgarn ł 

włosy z ramienia. 

- Ach... - Cassidy poczuła si  ura ona. 

background image

- Kiedy ju  raz ci  ustawi , nie ruszaj si . Jak si  zdenerwuj , mog  rzuci  w ciebie 

sztalug . 

Mówi c  to,  ustawiał  jej  twarz  i  sylwetk .  Jego  dotyk  był  bezosobowy  i  chłodny. 

Cassidy  pomy lała,  e  traktował  j   jak  przedmiot.  Po  jego  oczach  zorientowała  si ,  e  jest 
całkowicie nieobecny my lami. Podczas pisania zachowywała si  podobnie. Te  zamykała si  
w swoim  wiecie i tworzyła. 

Odsun ł si  od niej i obserwował w milczeniu. Stała prosto i naturalnie. W dłoniach 

miała  bukiet.  Delikatnie  zgi te  w  łokciach  r ce  trzymała  lu no,  dłonie  były  na  wysoko ci 
bioder.  Włosy  spływały  na  ramiona.  Colin  poprawił  jeszcze  raz  uło enie  głowy  i  polecił 
Cassidy, by si  nie - odzywała, dopóki jej na to nie pozwoli. 

Zastosowała  si   do  nakazu,  ruszała  jedynie  oczami,  obserwuj c,  jak  Colin  stan ł 

ponownie za sztalugami i rozpocz ł prac . Wiele minut upłyn ło w ciszy. Cassidy patrzyła, 
jak poruszał r k , w której trzymał kawałek w gla. Ci gle taksował jej rysy i kształty, a jego 

widruj cy wzrok nieomal fizycznie przeszywał ciało. Czuła,  e kiedy tak patrzy jej w oczy, 

mo e  zajrze   do  duszy  i  prawdopodobnie  przeczyta   tam  wi cej,  ni   ona  sama  wiedziała. 

wiadomo  tego sprawiła,  e zamiast si  zdenerwowa , poczuła zaintrygowanie. Co widzi? 

Jak to przeleje na płótno? 

- W porz dku - powiedział nagle. - Mo esz przez chwil  rozmawia , ale nie zmieniaj 

pozycji. Opowiedz mi o tych swoich nieopublikowanych powie ciach. 

Kontynuował  prac   w  tak  wielkim  skupieniu,  e  Cassidy  uznała  zaproszenie  do 

rozmowy jako swoist  form  relaksu. Była pewna,  e nawet je li jej słowa dotr  do Colina, to 
jednym uchem wpadn , a drugim wypadn . 

- Prawd  mówi c, jest tylko jedna, no, jedna cała i pół nast pnej. Nad drug  obecnie 

pracuj ,  a  pierwsza  jest  przesyłana  z  wydawnictwa  do  wydawnictwa.  Opowiada  o 
dojrzewaj cej kobiecie, o wyborach, jakie podejmuje i bł dach, jakie popełnia. Czy wiesz, jak 
trudno rozmawia  bez gestykulowania r kami? Nigdy nie zwracałam na to uwagi. 

-  To  ta  twoja  celtycka  krew.  -  Spojrzał  na  ni   przez  chwil ,  by  zaraz  powróci   do 

pracy. - Czy b d  mógł przeczyta  twoj  powie ? 

Zaskoczona Cassidy dopiero po chwili pozbierała my li. 
- Tak, oczywi cie. Je li tylko zechcesz... 
-  wietnie. Przynie  j  jutro ze sob  Teraz b d  cicho. Musz  popracowa  nad twarz . 
Trwało jaki  czas, nim Colin odło ył w giel i potrz sn ł głow . 

background image

- Nie jest dobrze. - Spojrzał spode łba na Cassidy, upewniaj c si ,  e si  nie rusza i nie 

próbuje czego  powiedzie . - Nie zapewniasz mi odpowiedniego nastroju. Rozumiesz, o co 
mi chodzi? - spytał niecierpliwie. 

Nie odpowiedziała, pytanie było bowiem retoryczne. 
- Nie chc  złudzenia. Pragn  nami tno ci. Nami tno ci i pasji, które s  w tobie, Cass. 

Jest ich nawet wi cej, ni  potrzebuj  do tego obrazu. 

Spojrzał na ni  w taki sposób,  e zakr ciło jej si  w głowie. Serce zabiło mocniej. 
- Potrzebuj  obietnicy.  Kobiety, która kusi kochanka. Potrzebuj  nadziei i  wie o ci 

tryskaj cej  z  niewinno ci.  Nietkni tej  niewinno ci,  ale  nie  znaczy,  e  niemo liwej  do 
zdobycia.  Tego  wła nie  od  ciebie  oczekuj .  W  twoich  oczach  ma  by   płomie ,  twoje  usta 
maj  wygl da , jakby dopiero co były całowane i jakby oczekiwały kolejnych pocałunków. 
Jak te. 

Przycisn ł  gwałtownie  swoje  usta  do  jej  warg.  Obj ł  dło mi  jej  twarz  i  pogładził 

policzki. Jego usta były ciepłe i mi kkie. Całował szybko i zdecydowanie. Gdzie  gł boko z 
jej  rodka przyszła odpowied  na jego zarzuty. Tak wyczekiwana nami tno : najpierw tl ca 
si ,  wreszcie  buchaj ca  ogniem.  Poczuła  moc,  która  uwolniła  si ,  gdy  tylko  Colin  odsun ł 
usta. 

Chocia   nie  była  tego  wiadoma,  jej  ciało  wyra ało  wła nie  to,  czego  oczekiwał: 

wyczekiwanie, kuszenie, niewinno . Spojrzał na jej usta, po czym wrócił do sztalugi. 

Cassidy  próbowała  uspokoi   szalej cy  umysł.  Rozs dek  podpowiadał  jej,  e  ten 

pocałunek  nic  nie  znaczył,  ale  serce  my lało  inaczej.  W  ci gu  kilku  kolejnych  sekund  jej 
ciałem wstrz sały sprzeczne doznania. 

Była  dorosła.  Pocałunki  były  bardziej  powszechne  ni   u ciski  dłoni.  To  tylko 

zdradliwa  wyobra nia  próbowała  zmieni   to  w  co   innego.  Tylko  wyobra nia,  powtarzała 
sobie  w  my lach.  Colin  wzi ł  j   z  zupełnego  zaskoczenia.  Nie  miał  prawa  tego  zrobi , 
szczególnie  w  tak  władczy  i  intymny  sposób.  Wstrz sn ło  ni   to  tym  bardziej,  e  jeszcze 

adnemu  m czy nie  nie  przyzwoliła  na  co   takiego.  Próbowała  całe  zdarzenie  poukłada  

sobie w głowie, gdy nagle Colin odło ył w giel i zakomunikował,  e pora na przerw . Wytarł 
r ce i spojrzał na ni  w taki sposób, jakby zobaczył j  pierwszy raz. 

Kiedy  zmieniła  pozycj ,  ze  zdziwieniem  zdała  sobie  spraw ,  jak  Zesztywniałe  ma 

mi nie. 

-  Jak  długo  tak  stałam?  -  Przeci gn ła  si ,  poruszyła  ramionami.  -  Chyba  ponad 

dwadzie cia minut. 

- By  mo e. - Colin spojrzał na płótno. - Idzie nam całkiem nie le. Chcesz kawy? 

background image

-  Dwadzie cia  minut  to  całkiem  sporo.  Od  jutra  b d   przynosi   stoper.  A  kaw  

poprosz . 

- Przynios . 
- Mog  spojrze ? - Wskazała na obraz. 
- Nie. 
Cass westchn ła niezadowolona. 
-  A  co  z  pozostałymi?  -  Potoczyła  wzrokiem  po  płótnach,  które  znajdowały  si   w 

pokoju. - Czy one te  obj te s  tajemnic ? 

- Mo esz obejrze  wszystkie poza tym, nad którym pracuj . - Wyszedł. 
Odło yła bukiet i ruszyła w stron  płócien porozstawianych bez wyra nego porz dku. 

Niektóre były małe, inne tak du e,  e z trudem je odwracała. Z ka d  chwil  czuła wi kszy 
podziw dla talentu Colina. Zrozumiała, dlaczego nazywano go mistrzem koloru i  wiatła Na 
obrazach wida  było t  delikatno , któr  zauwa yła w jego dłoniach; szczero  emanowała z 
portretów, witalno  z wiejskich pejza y i miejskich scen; gra  wiatła i cienia o ywiała ka d  
prac . Zastanawiała si , czy malował to, co widział, czy to, co podpowiadało mu serce. Potem 
zrozumiała,  e była to mieszanina obu tych sfer. Colin widział  wiat inaczej ni  przeci tny 
człowiek i potrafił odda  to w swych dziełach. Jego obrazy poruszyły j  prawie tak mocno jak 
sam artysta. 

Ostro nie  odwróciła  kolejne  płótno.  Obraz  był  pi kny.  Przedstawiał  kobiet   le c  

niedbale w negli u na kanapie. Teraz ta sama kanapa stała pusta w ko cu studia. Na twarzy 
kobiety malowały si  leniwy u miech i pewno  siebie. Po skórze białej jak mleko i ciemnych 
oczach Cassidy rozpoznała modelk , o której mówiła Gail dzi  rano. 

- Pi kna, prawda? - zapytał nagle Colin, staj c za jej plecami. 
- Tak. - Odwróciła si  i wzi ła kubek z jego r k. - Nigdy nie widziałam pi kniejszej 

kobiety. 

- Jest niemal perfekcyjna i ma wspaniałe ciało. 
- Aha. - Cassidy próbowała ukry  rozdra nienie. 
- Jest bardzo zmysłowa i wida ,  e dobrze si  z tym czuje - dodał. 
- Tak - powiedziała łagodnie, s cz c kaw . - Uchwyciłe  to bardzo precyzyjnie. 
Ton głosu zdradził jej emocje. Colin u miechn ł si . 
-  Och,  Cass,  jeste   dla  mnie  jak  otwarta  ksi ga  i  z  pewno ci   jeste   najbardziej 

zachwycaj c  istot , jak  spotkałem w ostatnich latach. - W jego głosie słycha  było irlandzki 
akcent, który skusił, jak s dziła Cassidy, wiele pi knych kobiet. 

background image

- Nie mog  za tob  nad y , Sullivan. - Przygl dała mu si , kryj c si  za kubkiem z 

kaw . Sło ce prze wiecało przez jej włosy i kładło cienie na jedwabnej sukience. - Dlaczego 
osiadłe  w San Francisco? 

Spojrzał na ni . Zastanawiała si , czy widzi w niej ju  osob , czy nadal patrzy na ni  

jak na przedmiot. 

- To miasto jest jak  wiat w pigułce. Lubi  jego kontrasty i mroczn  histori . 
- I to,  e potrafi wykorzysta  t  mroczn  histori , zamiast za ni  przeprasza ... Ale nie 

t sknisz za Irlandi ? 

- Wracam tam od czasu do czasu. - Podniósł kubek i wypił łapczywie kilka łyków. - 

Irlandia dodaje mi nowych sił. Czuj  si  tam, jakbym wracał do korzeni. Tu znajduj  pasj , a 
tam spokój. Moja dusza potrzebuje i jednego, i drugiego. - Spojrzał na ni  ponownie. Barwa 
fioletu  w  jej  oczach  pociemniała.  Na  jej  twarzy  wymalowane  były  wszystkie  my li.  I 
wszystkie  dotyczyły  jego.  -  Ko cz  kaw .  Chc   dopracowa   wst pny  szkic  jeszcze  dzisiaj. 
Jutro zaczn  malowa  farbami. 

Poranek  min ł  niemal  w  całkowitej  ciszy.  Cassidy  wykorzystała  ten  czas  na 

przygl danie si  Colinowi. Wyczytała z jego diabelskiego wygl du i ognia w spojrzeniu nie-
bieskich  oczu,  e  nadal  tliła  si   w  nim  irlandzka  dusza,  teraz  jeszcze  bardziej  dla  niej 
fascynuj ca. 

Przypomniała sobie t  krótk  chwil  nami tno ci, kiedy to jego usta poł czyły si  z jej 

wargami.  Przez  moment  zastanawiała  si ,  jakie  to  byłoby  uczucie,  gdyby  trzymał  j   w 
ramionach,  gdyby  naprawd   co   ich  ł czyło.  Mimo  i   jej  do wiadczenia  w  kontaktach  z 
m czyznami  były  niewielkie,  instynkt  podpowiadał  jej,  e  Colin  Sullivan  jest  niebez-
piecznym  m czyzn .  Była  nim  stanowczo  za  bardzo  zainteresowana.  Jego  dominacja  była 
dla niej wyzwaniem, jego fizyczno  j  poci gała, a kapry no  - intrygowała. 

Cassidy  przypomniała  sobie  ci t   uwag ,  jak   Gail  Kingsley  wygłosiła  na  temat  jej 

poprzedniczki. Przed oczami zobaczyła obraz czerwonowłosej pi kno ci i czaruj cej modelki. 

Wiedziała jednak,  e nie jest podobna do  adnej z nich. Nie przyci gała uwagi swoim 

wygl dem, nie była te  szczególnie seksowna. A Colina - jako m czyzn , i do tego jeszcze 
artyst  - otaczaj  kobiety szczególne. 

Zganiła  si   za  ten  tok  my lenia.  Nie  byłoby  dobrze,  gdyby  zaanga owała  si   w 

kontakty z m czyzn  takim jak Colin Sullivan. 

Nie zabrnij zbyt daleko, przestrzegała si  w duchu. Nie otwieraj przed nim  adnych 

drzwi. Nie daj si  zrani . 

To ostrze enie zaskoczyło j . 

background image

Zrelaksuj si , nakazała sobie. 
Spojrzała  na  Colina  i  zauwa yła,  e  wpatruje  si   w  płótno.  Skoncentrowany  był  na 

tym, co tylko on mógł zobaczy . 

-  Przebierz  si   -  nakazał,  nie  podnosz c  wzroku.  My li  Cassidy  rozpłyn ły  si   na 

d wi k  jego  głosu.  Niegrzeczny,  to  najdelikatniejsze  słowo,  jakim  mo na  go  opisa , 
pomy lała. Trzymaj c nerwy na wodzy, poszła do garderoby. 

-  Moje  obawy  s   bezpodstawne  -  mrukn ła  do  siebie,  gdy  ju   zamkn ła  drzwi.  W 

istocie, Sullivan nikogo nie dopuszczał do siebie na tyle blisko, by mógł go zrani . Cassidy 
była wi c bezpieczna. 

Kilka  chwil  pó niej  wyszła  z  garderoby  w  swoim  ubraniu.  Pogr ony  w  my lach 

Colin stał, patrz c w okno, z r kami wsuni tymi w kieszenie. 

- Powiesiłam sukni  w tamtym pokoju - powiedziała chłodno. - Wychodz , bo widz , 

e ju  sko czyłe  prac . - Podniosła torebk  z krzesła. Przewiesiła j  przez rami  i odwróciła 

si  w kierunku drzwi, a wtedy Colin chwycił j  za r k . 

-  Znowu  marszczysz  brwi,  Cass.  -  Uniósł  palec,  aby  dotkn   jej  czoła.  -  Je li 

przestaniesz, kupi  ci lunch, zanim wyjdziesz. 

-  Nie  mów  do  mnie  takim  protekcjonalnym  tonem,  Sullivan.  -  Nachmurzyła  si  

jeszcze  bardziej.  -  Nie  jestem  pierwsz   naiwn ,  eby  mnie  głaska ,  nia czy   i  zabawia  
u miechami. 

Uniósł brew. 
- W porz dku. Nie ma sensu rozstawa  si  w zło ci. 
-  Nie  jestem  zła.  -  Próbowała  wyzwoli   si   z  jego  u cisku.  -  To  najnormalniejsza 

reakcja na twoj  bezczelno . Pu  moj  r k . 

- Jeszcze z tob  nie sko czyłem, Cass. Powinna  kontrolowa  swoje nerwy, kochanie. 

Wygl dasz z tym czaruj co, a ja nie potrafi  si  oprze  temu, czym jestem zauroczony. 

-  Wiem,  co  ci   we  mnie  poci ga.  Chodzi  ci tylko  o  obraz,  o  nic  wi cej,  wi c  daruj 

sobie te ró ne ozdobniki. 

-  Znów  spróbowała  uwolni   r k   z  jego  u cisku.  Krótkim  ruchem  nadgarstka 

przycisn ł j  do swej piersi. - Co ty wyprawiasz?! - krzykn ła oburzona. 

- Prowokujesz mnie, bym ci udowodnił,  e si  mylisz. 
- W jego oczach pojawiło si  rozbawienie i co  jeszcze, co sprawiło,  e jej serce zabiło 

mocniej. 

-  Do  niczego  ci   nie  prowokuj   -  odwarkn ła,  potrz saj c  głow   z  furi   Jej  włosy 

kołysały si  i unosiły, po czym znowu uło yły si  w naturalny sposób. 

background image

-  Ale   tak.  -  Woln   r k   zanurzył  w  jej  włosach  i  dotkn ł  karku.  -  Rzuciła   mi 

r kawic   tamtej  nocy,  kiedy  znalazłem  ci   we  mgle.  My l ,  e  najwy szy  czas,  bym  j  
podniósł. 

-  Jeste   mieszny.  -  Czuła,  e  nerwy  wymykaj   jej  si   spod  kontroli.  Kiedy  chciała 

ponownie co  powiedzie , Colin przywarł ustami do jej warg. Efekt był piorunuj cy. 

Chocia   wydała  z  siebie  cichy  j k  protestu,  to  zamiast  odepchn   Colina,  jej  palce 

przywarły do jego koszuli. Wiedz c,  e nie napotka oporu, obrócił j  tak,  eby przylgn ła do 
niego całym ciałem. Cassidy zareagowała, jakby całe  ycie czekała na tak  okazj . Zdawało 
si ,  e  zna  doskonale  ka dy  centymetr  ciała  Colina.  Przywarła  mocno  swoimi  mi kkimi 
wypukło ciami  do  jego  silnych,  napi tych  mi ni.  Przesun ła  dło mi  po  jego  karku, 
zatapiaj c  je  we  włosach.  Jej  usta  rozwarły  si   delikatnie,  przyzwalaj c  mu  na  mielsze 
działania.  Przycisn ł  j   mocno  do  siebie,  a  jego  wargi  natarły  ze  zdwojon   sił .  Stali  tak 
zł czeni w jedno ciało i tylko ich przyspieszone oddechy zakłócały cisz . 

To, co czuła Cassidy, wprawiało j  w zdumienie. Kolana jej dr ały, potrz sn ła głow , 

eby  odsun   od  siebie  to,  co  Colin  wła nie  w  niej  obudził. Co   tajemniczego  i  niezwykle 

silnego  szykowało  si ,  eby  w  niej  wybuchn .  Ta  moc  przera ała  j   i  jednocze nie 
poci gała.  Wci   jednak  strach  był  silniejszy  od  ciekawo ci.  Instynkt  podpowiadał,  e  to 
jeszcze nie ten czas. 

- Nie, Colin, nie mog .  - Oparła dłonie na jego  klatce piersiowej i spojrzała w jego 

ciemniej ce oczy. 

- Ale ja mog . - Natarł na ni  zachłannymi wargami. 
Umysł  Cassidy  zawirował.  Jej  ciało  i  my li  nie  potrafiły  sprosta   wyzwaniu,  przed 

jakim  postawiła  je  ta  sytuacja  Ale  razem  z  nami tno ci   rósł  w  niej  strach.  Kiedy  Colin 
uwolnił jej usta z nami tnego pocałunku, odetchn ła kilka razy gł boko i powiedziała cicho: 

- Pu  mnie, prosz . Boj  si . 
Wiedziała,  e mógł da  jej rozkosz. Jego oczy błyszczały, a ona nadal mu si  opierała 

Palce na jej szyi napi ły si , po czym rozlu niły i Colin pu cił j . Cassidy wykorzystała ten 
moment, odsun ła si  od niego i poprawiła włosy. 

Colin z uwag  obserwował j , po czym skrzy ował r ce na piersiach. 
- Zastanawiam si , czy wi cej trudno ci sprawia ci walka ze mn , czy z sam  sob . 
- Te  si  nad tym zastanawiam - wypaliła rozbrajaj co spontanicznie. 
Przekrzywił głow , zaskoczony jej odpowiedzi . 
- Jeste  wyj tkowo szczera, Cassidy. Uwa aj, bo mog  to wykorzysta . 

background image

-  Jestem  pewna,  e  tego  nie  zrobisz.  -  Wyprostowała  ramiona.  -  Nie  twierdz ,  e 

musimy na zawsze unika  tego, co mi dzy  nami zaszło, ale skoro mamy  to ju  poza sob , 
powinni my si  postara ,  eby na razie si  nie powtórzyło. 

- A niech to... - Colin potrz sn ł głow  i rykn ł homerycznym  miechem. 
- Powiedziałam co  zabawnego? 
- Cass, jeste  jedyna w swoim rodzaju. - Zanim zd yła odpowiedzie , przysun ł si  

do niej, przytrzymał jej ramiona i u cisn ł je po przyjacielsku. - Brytyjska praktyczno  b -
dzie w tobie zawsze walczy  z celtyck  nami tno ci . 

- Straszny z ciebie romantyk - zakpiła. 
-  Drzwi  zostały  otwarte,  Cassidy.  -  Jego  słowa  przypomniały  jej  o  wcze niejszych 

postanowieniach.  -  Pewnie  wolałaby ,  eby my  trzymali  je  zamkni te.  -  Potrz sn ł  ni  
gwałtownie. - Tak, stało si . Drzwi ju  si  nie zanikn . To si  jeszcze powtórzy. - Pu cił j , 
cofn ł si , ale nadal na siebie patrzyli. - Id  teraz, dopóki pami tam,  e si  mnie boisz. 

Silna pokusa, by si  do niego przytuli , przestraszyła j . Aby si  jej oprze , odwróciła 

si  szybko w stron  drzwi. 

- Jutro o dziewi tej - powiedział, kiedy naciskała klamk . 
Stał na  rodku pokoju, z kciukami zatkni tymi za przednie kieszenie spodni. Sło ce 

prze wiecało  przez  okno  w  dachu,  podkre laj c  ciemn   karnacj   Colina.  Cassidy  przeszło 
przez my l,  e gdyby była rozs dna, powinna wyj  i wi cej tu nie wraca . 

- Nie stchórzysz, Cass, prawda? - zadrwił, jakby czytaj c w jej my lach. 
Potrz sn ła głow  i zacisn ła z by. 
- O dziewi tej - o wiadczyła chłodno i zamkn ła za sob  drzwi. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Z ka dym dniem Cassidy czuła si  lepiej w roli modelki, mimo i  jej zdaniem ci ko 

byłoby  komukolwiek  zrelaksowa   si   w  obecno ci  Colina.  Był  nieprzewidywalny,  a  jego 
nastrój  zmieniał  si   jak  w  kalejdoskopie.  Szybko  si   zło cił,  ale  równie  szybko  wracał  mu 
dobry  humor.  Z  ka d   chwil ,  kiedy  poznawała  go  lepiej,  stawał  si   dla  niej  bardziej 
fascynuj cy. 

To  tylko  z  pisarskiego  obowi zku,  usprawiedliwiała  si   sama  przed  sob   za  tak 

wnikliw  obserwacj  Colina. I było w tym sporo prawdy, takiej bowiem postaci potrzebowała 
do swojej nowej powie ci - ró norodnej, nieobliczalnej,  miałej. Co chwila powtarzała sobie, 

e nic ich nie ł czy, oczywi cie poza wymian  przysług, jak to mi dzy artystami. 

Przez nast pne dni Colin zachowywał si  nadzwyczaj poprawnie. Je li nawet czasami 

dotkn ł Cassidy, to tylko wtedy, gdy ustawiał j  do pozowania. Burzliwy pocałunek pozostał 

ywym wspomnieniem... ale tylko wspomnieniem. 

Siedz c  nad  maszyn   do  pisania,  Cassidy  uznała,  e  jest  prawdziw   szcz ciar . 

Zdobyła  prac ,  która  podratowała  jej  sytuacj ,  a  Colin  Sullivan  był  całkowicie  pochłoni ty 
tworzeniem.  Była  szczera  ze  sob   na  tyle,  by  przyzna ,  i   Colin  naprawd   j   poci ga.  Ale 
có , tak bardzo był pochłoni ty malowaniem,  e fakt, i  Cassidy jest  yw  istot , z trudem do 
niego docierał. Chyba  e poruszyła si  podczas pozowania. Ale to lepiej,  e ignorował j  jako 
kobiet , uznała. 

Owszem,  poci gał  j ,  i  było  to  całkiem  naturalne,  lecz  nie  zamierzała  zachowa   si  

równie głupio jak jej poprzedniczka. O nie! Uwa ała,  e jest zbyt rozs dna, by zakocha  si  w 
Colinie. Powtarzała to sobie w my lach wielokrotnie, umacniaj c si  w swoim postanowieniu. 
Colin  Sullivan  ma  swoj   sztuk   i  swoj   Gail.  Ona  -  Cassidy  St.  John  -  ma  swoj   prac . 
Spojrzała na pust  kartk  i westchn ła. Obiecała sobie,  e sko czy rozdział, nie zaprz taj c 
sobie  głowy  ani  jedn   my l   o  Colinie.  Okazało  si   to  jednak  bardzo  trudne,  wr cz 
niewykonalne. 

Po pewnym czasie, kiedy rozdział był niemal sko czony, kto  zapukał do drzwi. 
- Kto tam? 
- Cze , Cass. - W progu pojawił si  rudobrody Jeff Mullans. - Masz chwil ? 
Jeff był s siadem, do którego miała słabo , wi c otworzyła szerzej drzwi, zapraszaj c 

go do wej cia. 

Jeff wpakował si  do  rodka razem z gitar  i sze ciopakiem piwa. 

background image

- Mog  troch  tego towaru schowa  w twojej lodówce? Moja tradycyjnie jest zepsuta, 

a skwar jak na pustyni. 

- Wiesz, gdzie jest kuchnia. 
- O rany. Czym ty si   ywisz? - wykrzykn ł Jeff, ujrzawszy w lodówce tylko karton 

soku,  dwie  marchewki  i  kawałek  papryki.  -  Chod my  do  knajpy  na  rogu,  to  poka   ci 
prawdziwe  arcie. Maj   wietne tacos i nie wie e p czki. 

- Brzmi wspaniale, ale naprawd  musz  wreszcie sko czy  ten rozdział. 
-  Nie  wiesz,  co  tracisz,  Cass.  -  Jeff  podrapał  si   po  brodzie.  -  Masz  jakie   wie ci  z 

Nowego Jorku? 

-  Na  razie  cisza.  Jeszcze  za  wcze nie  na  jaki   sygnał,  ale  cierpliwo   nie  jest  moj  

mocn  stron . 

-  Wierz ,  e  ci  si   uda.  Je li  powie   jest  równie  dobra  jak  ostatnie  opowiadanie  z 

magazynu, to jeste  na dobrej drodze. 

U miechn ła si , mile połechtana komplementem. 
-  A  ty  nie  chciałby   powalczy   o  stanowisko  redaktora  w  nowojorskim 

wydawnictwie? 

-  Nie  potrzebujesz  mojej  pomocy,  dziecinko.  Poza  tym  inaczej  zaplanowałem  sobie 

ycie. Zostan  znanym tek ciarzem i wykonawc . 

- Jasne. - Cassidy odchyliła si  na krze le i patrz c na Jeffa, doszła do  wniosku,  e 

byłby dobrym modelem dla Colina. - Masz jakie  koncerty w przyszłym tygodniu? 

- Dwa. A jak sesje z Sullivanem? Widziałem kilka jego prac, s  niesamowite. Jak si  

czujesz jako modelka jednego ze współczesnych mistrzów? 

- To dziwne uczucie, Jeff Prawd  mówi c, nigdy nie jestem pewna, czy on widzi mnie 

podczas malowania i czy to ja jestem na płótnie. By  mo e wykorzystuje tylko jakie  moje 
cechy do stworzenia tego obrazu. Tak samo robi  ja, gdy konstruuj  moich bohaterów. 

- Jaki on jest? - Jeff zauwa ył, jak bardzo zmieniaj  si  oczy Cassidy,  gdy zaczyna 

mówi  o Colinie Sullivanie. Blask padaj cy ze stoj cej na biurku lampki tworzył wokół jej 
głowy  wietlist  po wiat . 

-  Jest  fascynuj cy  -  szepn ła  jakby  do  siebie.  -  Wygl da  jak  pirat,  troch  

niebezpiecznie, troch  fantazyjnie. Ma najbardziej niesamowite oczy, jakie kiedykolwiek wi-
działam. A jego dłonie s  przepi kne. Nie znam słowa, które mogłoby je opisa . Po prostu 
s ... niesko czenie pi kne. - Jej głos stawał si  coraz bardziej mi kki i delikatny, a w oczach 
pojawiło si  rozmarzenie. - Emanuje niezwykł  zmysłowo ci , szczególnie kiedy maluje. Do 
pracy nap dza go jaka  wewn trzna siła. Zamyka si  wówczas w sobie i tworzy. Raz kazał mi 

background image

co  opowiedzie , wi c mówiłam to, co akurat przyszło mi do głowy. Nie wiem, czy w ogóle 
mnie  słuchał.  Tak  naprawd   to  jest  bardzo  trudnym  człowiekiem.  Ma  okropny  charakter,  a 
kiedy  si   zło ci,  co  zdarza  mu  si   cz sto,  w  jego  głosie  słycha   irlandzki  akcent.  - 
U miechn ła si . - Warto go podra ni ,  eby to usłysze . Jest bezczelny i niesko czenie pew-
ny  siebie,  arogancki  wprost  nie  do  wytrzymania,  a  jednocze nie  czaruj cy.  Z  ka d   chwil  
odkrywam w nim co  nowego. W tpi , czy kiedykolwiek zdołałabym pozna  go do ko ca, 
nawet gdybym miała na to wiele lat. 

Nastała cisza, przerywana jedynie brzd kaniem gitary Jeffa. 
- Widz ,  e si  w nim zabujała . 
Wzdrygn ła si . Jej ciemnoniebieskie oczy wyra ały zdziwienie. Wyprostowała si  na 

krze le. 

- Słucham? Nie! Z pewno ci  nie. Ja po prostu... Po prostu... - Po prostu co, Cassidy? 

Jak miała na to odpowiedzie ? - Po prostu interesuje mnie, bo jest niezwykły. To wszystko. 

- W porz dku, mała. Ty wiesz najlepiej. - Jeff wstał powoli, trzymaj c gitar  w r ku. - 

Tylko b d  ostro na. 

-  U miechn ł  si .  -  Sullivan  to  wietny  artysta,  ale  plotki  głosz ,  e  jest  ostrym 

facetem. Wiesz, o czym mówi , Cass. Jeste   liczn  dziewczyn , ale tak pokierowała  swoim 

yciem,  e  masz  niewiele  do wiadcze   z  m czyznami.  Wra liwa  samotnica...  Trzymasz 

dystans, ale je li go stracisz, łatwo ci  skrzywdzi . 

-  Naprawd   s dzisz,  e  jestem  tak  mało  do wiadczona?  Nie  zapominaj,  e 

studiowałam cztery lata w Berkeley - odparowała. 

- Tylko kto  kompletnie naiwny mo e w tak doskonały sposób unika  moich zalotów, 

nie  trac c  przy  tym  mojej  sympatii.  -  Jeff  zbli ył  si   do  niej,  zapraszaj c  do  pocałunku  w 
sposób  równie  miły  i  delikatny,  jak  jego  muzyka.  Serce  Cassidy  biło  spokojnie  i 
równomiernie. - Unikasz mnie, co? - Uniósł głow . - Pomy l, ile mogliby my zaoszcz dzi  na 
opłatach za czynsz, gdyby my zamieszkali razem. 

Poci gn ła go za brod . 
- Zale y ci tylko na mojej lodówce. 
- Co ty mo esz wiedzie ? Id  do domu. Napisz  co  smutnego. 
- No prosz , co chwila kogo  inspiruj . 
- Nie przeceniaj si . - Zamkn ł za sob  drzwi. U miech powoli znikn ł z jej ust, kiedy 

przypomniała sobie słowa Jeffa: „Widz ,  e si  w nim zabujała ". Co za bzdura! W  adnym 
razie nie zakochała si  w Colinie. Czy kobieta nie mo e bezinteresownie zainteresowa  si  ja-
kim   m czyzn ?  Czy  zawsze  b dzie  pos dzana  o  to,  e  chodzi  o  co   wi cej?  Odruchowo 

background image

dotkn ła  dolnej  wargi  i  wróciła  pami ci   do  pocałunku  Jeffa  Spokojny,  zwyczajny.  Co 
sprawia,  e pocałunek jednego m czyzny staje si  niezapomnianym doznaniem, a innego - 
co  najwy ej  jest  przyjemny?  Pomy lała,  e  rozs dna  kobieta  nie  pchałaby  si   w  zwi zek  z 
nawiedzonym, zapatrzonym w siebie artyst , który, cho  czasami bywa uroczy, tak naprawd  
potrafi jedynie zadawa  ból. 

Wróciła do maszyny do pisania i zabrała si  do pracy. Ledwie zdołała zebra  my li i 

skoncentrowa  si  na pisaniu, kto  ponownie zapukał do drzwi. 

- Chyba nie sko czyłe  ju  pisa  swojej smutnej piosenki? - rzuciła przez drzwi, nadal 

wal c w klawiatur . - A piwo z cał  pewno ci  jeszcze si  nie schłodziło. 

-  Nie  mog   podwa y   adnego  z  tych  stwierdze .  Odwróciła  si   gwałtownie  i 

spojrzała na Colina. Stał w otwartych drzwiach, niedbale opieraj c si  o futryn  i obserwuj c 
gospodyni . Był lekko rozbawiony, ale przede wszystkim zafascynowany. Cassidy miała na 
sobie obcisłe szorty i koszulk , która skurczyła si  w praniu.  Intensywne spojrzenie Colina 
wyra nie j  zawstydziło. Zaczerwieniła si . 

- Co ty tu robisz? 
- Podziwiam ten widok. - Wszedł do  rodka, zamykaj c za sob  drzwi. - Nie wiesz,  e 

bezpieczniej byłoby przekr ca  klucz w zamku? 

- Zawsze gdzie  gubi  klucze, wi c... - Przerwała, zdaj c sobie spraw , jak  miesznie 

to brzmi. Kiedy nauczy si  dwa razy pomy le , zanim co  powie? - Zreszt  nie ma tu nic, co 
warto by ukra . 

- Nawet nie wiesz, jak bardzo si  mylisz. Powie  sobie klucz na szyi, Cass, je li ci to 

pomo e, ale drzwi zawsze trzymaj zamkni te. 

My lała ju  nad celn  ripost , ale zanim zd yła j  wypowiedzie , Colin mówił dalej: 
- Za kogo mnie wzi ła , kiedy pukałem do drzwi? 
-  Za  mojego  s siada,  który  pisze  teksty  piosenek  i  ma  zepsut   lodówk .  Sk d 

wiedziałe , gdzie mieszkam? 

-  Twój  adres  był  na  maszynopisie.  -  Wskazał  na  kopert ,  któr   trzymał  w  r ku,  po 

czym odło ył j  na biurko. 

Cassidy  z  pewnym  zaskoczeniem  spojrzała  na  znajomy  plik  papierów.  S dziła,  e 

Colin zapomniał o maszynopisie chwil  po tym, jak mu go dała. Nagle zrozumiała, dlaczego 
nie zapytała Colina, czy ju  go przeczytał i co o nim s dził. Trudniej byłoby jej znie  jego 
krytyk   ni   uwagi  jakiego   bezosobowego  wydawcy.  Zdenerwowana  spojrzała  na  Colina. 
Oczekiwana krytyka nie nadeszła. 

background image

Spacerował  po  pokoju,  dotykaj c  zwi dłych  kwiatów,  wygl daj c  przez  okno  i 

przygl daj c si  zdj ciu w srebrnej ramce. 

-  Napijesz  si   czego ?  -  zapytała,  bo  tak  powinna  zachowa   si   gospodyni  i  zaraz 

przypomniała  sobie  uwagi  Jeffa  o  zawarto ci  jej  lodówki.  -  Na  przykład  kawy?  -  dodała 
szybko, bo tyle akurat mogła zaoferowa . Pod warunkiem,  e Colin ma ochot  na czarn . 

Odwrócił si  od okna i zacz ł ponownie spacerowa . 
- Masz niezłe wyczucie kolorów, Cass - powiedział. 
- I niezwykł  zdolno  tworzenia domowej atmosfery. Dokonała  tego nawet w takim 

mieszkaniu  jak  to,  tej  bezdusznej  klatce  zaprojektowanej  i  zbudowanej  pod  wynajem,  dla 
zysku.  A  jednak  nadała   mu  swoisty  charakter  i  nasyciła   prywatno ci .  -  Uniósł  małe 
lusterko w ramce z muszelek. - To z Nabrze a Rybaków? - Spojrzał na ni . 

- To musi by  dla ciebie szczególne miejsce. 
- Rzeczywi cie. Kocham to miasto w cało ci i bezwarunkowo, ale Nabrze e Rybaków 

to  dla  mnie  co   zupełnie  wyj tkowego.  -  U miechn ła  si .  -  Nie  jest  tam  zbyt  tłoczno, 
natomiast  pełno  łódek  przycumowanych  jedna  obok  drugiej.  Lubi   wyobra a   sobie,  sk d 
wracaj  lub dok d płyn . 

Gdy  tylko  to  powiedziała,  poczuła  si   strasznie  głupio.  A  tak  bardzo  starała  si  

udowodni   Colinowi,  e  nie  jest  romantyczk !  U miechn ł  si   do  niej,  a  jej  zakłopotanie 
przemieniło si  w co  bardziej niebezpiecznego. 

- Przygotuj  kaw  - powiedziała szybko. 
-  Nie  rób  sobie  kłopotu.  -  Poło ył  r k   na  jej  ramieniu  i  spojrzał  na  biurko.  Było 

zarzucone papierami i notatkami. - Przeszkadzam ci w pracy, a to nie jest w porz dku. 

-  Wygl da  na  to,  e  dzi   wieczorem  i  tak  ju   nie  popracuj .  -  U miechn ła  si , 

próbuj c  zapomnie   o  dyskomforcie,  który  czuła.  -  Ale  nic  nie  szkodzi,  bo  prawie 
sko czyłam. W przeciwnym razie zachowałabym si  tak samo niegrzecznie jak ty, kiedy kto  
ci przeszkadza. 

Poczuła zadowolenie, gdy ujrzała zaskoczenie w jego oczach. 
- Naprawd  zachowuj  si  niegrzecznie? To znaczy jak? Wyja nisz mi? 
- To wprost nie do opisania. Usi d , Colin. Te podłogi s  cienkie. Wydepczesz w nich 

dziur . - Wskazała na krzesło, ale on przysiadł na brzegu biurka. 

- Sko czyłem dzi  czyta  twoj  ksi k . 
- Domy liłam si , skoro odnosisz maszynopis. - Starała si  mówi  spokojnie, ale gdy 

Colin uparcie zwlekał ze swoj  recenzj , ogarn ła j  frustracja - Prosz , nie zn caj si  nade 
mn   Jestem  na  to  za  słaba.  Nie,  poczekaj.  -  Gestem  powstrzymała  go,  gdy  zacz ł  mówi . 

background image

Wstała  i  przeszła  si   po  pokoju.  - Je li  ci  si   nie  podobało,  b d   przygn biona  tylko  przez 
pewien czas. Jestem pewna,  e jako  to prze yj . No... prawie pewna. Chc ,  eby  był ze mn  
szczery. Nie potrzebuj  owijania w bawełn , tych ró nych gładkich słówek tylko po to,  eby 
nie  sprawi   mi  przykro ci.  I,  na  miło   bosk ,  nie  mów,  e  to  było  interesuj ce.  Nie  ma 
gorszego okre lenia! 

- Sko czyła ? - zapytał delikatnie. Zaczerpn ła tchu i skin ła głow . 
- Tak. To znaczy, tak s dz . 
- Podejd  do mnie, Cass. 
Zrobiła, jak prosił, gdy  jego głos był cichy i łagodny. Ich oczy spotkały si . Uj ł jej 

dłonie. 

-  Nie  wspominałem  wcze niej  o  twojej  ksi ce,  poniewa   chciałem  przeczyta   j  

spokojnie, kiedy nic mi nie b dzie przeszkadzało. S dziłem,  e lepiej nie rozmawia  o niej, 
dopóki nie sko cz . - Pogładził jej dłonie. - Masz w sobie niezwykle rzadk  cech , Cass. Co  
ulotnego. Talent. I to nie jest co , czego mogła  nauczy  si  na studiach w Berkeley. Ty si  z 
tym urodziła . Studia by  mo e doszlifowały twój warsztat, ale masz w sobie unikalny dar. 

Cassidy  westchn ła.  Uznała  za  zdumiewaj ce,  e  opinia  tego  m czyzny,  którego 

znała ledwie tydzie , miała dla niej tak du e znaczenie. Pozytywnego zdania Jeffa wysłuchała 
z przyjemno ci , ale to, co powiedział Colin, zaparło jej dech w piersiach. 

- Nie wiem, jak zareagowa . - Spojrzała na stos papierów na biurku. - Czasami mam 

ochot  to wszystko rzuci , bo nie jest warte tyle bólu i wysiłku. 

- Ale podj ła  decyzj ,  e b dziesz pisark . 
-  Nie.  Nigdy  nie  podejmowałam  takiej  decyzji.  -  Spojrzała  na  niego  swymi 

fiołkowymi oczami, ciemniej cymi w słabym  wietle lampki. - To po prostu było we mnie. 
Czy ty podj łe  decyzj ,  e b dziesz artyst , Colin? 

Przygl dał jej si  przez chwil , po czym pokr cił przecz co głow . 
- Nie. S  takie rzeczy, które si  dziej  niezale nie od nas, czy o nie prosimy, czy te  

nie. Wierzysz w przeznaczenie, Cass? 

- Tak - wyszeptała. 
-  Byłem  pewien,  e  wierzysz.  -  Pod  jego  uwa nym  spojrzeniem  jej  serce  zabiło 

jeszcze mocniej. - Czy s dzisz,  e jest nam przeznaczone, aby my zostali kochankami, Cass? 

Pokr ciła przecz co głow , niezdolna do wypowiedzenia cho by słowa. 
- Straszna z ciebie kłamczucha. - Uniósł jej podbródek i pocałował j . 
Jak e ró nił si  ten pocałunek od tego, który dał jej dzi  Jeff. Był mocny i wprowadzał 

w dr enie ka dy centymetr jej ciała. Odchyliła si  gwałtownie. 

background image

- Przesta ! 
- Dlaczego? - zapytał mi kko. - Pocałunek to po prostu spotkanie ust. 
-  Nie,  to  nie  jest  takie  proste  -  zaprotestowała,  cho   czuła,  e  jego  spojrzenie  j  

hipnotyzuje. - Bierzesz o wiele wi cej. 

Musn ł delikatnie wargami jej policzek. 
- Tylko tyle, ile zechcesz mi da , Cass. Tylko tyle. Nic wi cej. - Jego usta zbli yły si  

kusz co ku jej wargom, a  krew w niej zawrzała. Delikatnie gładził palcami jej policzek. - 
Smakujesz jak co , o czym dawno zapomniałem - wyszeptał. -  wie o  i młodo . Pocałuj 
mnie, Cass. Potrzebuj  tego. 

Rozdzierana  pomi dzy  pragnieniem  a  l kiem,  uległa  -  jego  pro bie,  czy  raczej 

daniu. Jej umysł wysyłał desperackie sygnały protestu, ale zignorowała je. Poczuła,  e i ona 

jego pragnie. Jej usta szukały jego pocałunków, podczas gdy r ce Colina poznawały jej ciało. 
L k, który czuła, pot gował jedynie podniecenie, które j  wypełniało. Powoli traciła kontrol  
nad swoim ciałem. Przepełniały j  zwierz ce instynkty. Wstrz sn ł ni  dreszcz, kiedy Colin 
zacz ł  całowa   jej  szyj ,  ale  odchyliła  głow ,  by  zaoferowa   wi cej.  Poczuła  delikatne 
k sanie. Ból, który jej zadawał, doprowadzał j  do szale stwa. Jego dłonie gładziły jej ciało 
pod obcisł  koszulk . Kciukami pie cił jej napi te piersi. 

Nogi ugi ły si  pod ni , oczekuj c wsparcia Colina. W chwili, gdy ich usta ponownie 

si  spotkały, wiedziała,  e niczego mu nie odmówi. Jej oddanie było pełne i bezwarunkowe. 
Powoli, z r kami na jej ramionach, Colin odsun ł si  od niej. Zamrugała kilka razy, zanim 
była w stanie otworzy  oczy. Jego r ce zacisn ły si . 

- Wygl da na to,  e miała  racj  - zacz ł, a głos mu dr ał z podniecenia. - Pocałunek 

to nie jest po prostu spotkanie warg. Pragn   ci , Cass, i ty sama wiesz najlepiej,  e nic na 

wiecie nie przeszkodzi mi doprowadzi  ci  tam, dok d zamierzam. - Jego u cisk zmienił si  

w pieszczot . 

-  Kiedy  sko cz   obraz,  nie  b dziemy  mieli  innego  wyj cia,  jak  odda   si   naszemu 

przeznaczeniu. 

- Nie! - Wystraszona intensywno ci  uczu , które przed chwil  j  wypełniały, Cassidy 

uwolniła  si   z  obj   Colina.  Przygładziła  włosy.  -  Nie...  Nie  zamierzam  by   kolejnym 
numerkiem na długiej li cie twoich kochanek. Co to, to nie! - Odsun ła si  na kilka kroków i 
dumnie wzruszyła ramionami. 

Jego oczy zw ziły si  nagle. Widziała, jak zło  w nim wzbiera. Przysun ł si  do niej, 

złapał j  za włosy, uniósł jej twarz i gwałtownie pocałował. Wszystko w niej zawrzało, ale nie 
pokazała tego po sobie. 

background image

-  Czas  poka e,  Cass.  A  teraz  jest  ju   pó no,  prawie  północ  i  lepiej,  ebym  sobie 

poszedł.  -  Uniósł  jej  dło   i  musn ł  wargami  palce.  -  Najbardziej  grzeszymy  po  północy.  - 
U miechn ł si  i ruszył w stron  drzwi. Przesun ł zatrzask tak, by samoczynnie si  zamkn ł 
po jego wyj ciu. 

- Znajd  klucze - rzucił rozkazuj co i znikł. 

background image

ROZDZIAŁ PI TY 

Min ł kolejny tydzie  współpracy Cassidy z Colinem. Mi dzy nimi nie było  adnych 

spi .  Nast pnego  dnia  po  wizycie  Colina  w  jej  mieszkaniu  Cass  przyszła  do  studia  z 
mocnym  postanowieniem,  e  nie  b dzie  ulega   jego  erotycznym  zakusom.  Jak  mu  to 
powiedziała, nie zostanie jego kolejn  kochank . 

Miała powa ne pogl dy na  ycie, nie zamierzała rozmienia  si  na drobne. Czekała na 

długotrwały,  gł boki  zwi zek  uczuciowy  z  idealnym  m czyzn ,  którego  wizerunek  sobie 
stworzyła, wi c  adne erotyczne przygody czy niepowa ne romanse nie wchodziły w gr . Nie 
wydumała  sobie  takiej  postawy,  tylko  przyj ła  j   na  podstawie  osobistych  do wiadcze . 
Wychowywał j  ojciec. Obserwowała jego przelotne znajomo ci z kobietami, z których  adna 
nie  stała  si   dla  niego  wa na.  Widziała,  jak  szedł  przez  ycie  zapatrzony  jedynie  w  swoj  
prac .  Cassidy  natomiast  obiecała  sobie,  e  znajdzie  kogo ,  z  kim  b dzie  chciała  dzieli  
szcz cie i troski. Tak my lała ju  jako mała dziewczynka, a kiedy dorosła, umocniła si  w 
tym  przekonaniu,  snuj c  rozwa ania  o  sensie  ycia,  złudnych  i  prawdziwych  jego  celach. 
Wiedziała,  e  to,  co  najwa niejsze,  kryje  si   w  duchowych  potrzebach,  które  s   ródłem 
prawdziwego,  trwałego  szcz cia.  Wbrew  pozorom  nie  była  nieuleczaln   romantyczk . 
Twardo  trzymała  si   swojej  drogi,  bez  reszty  po wi caj c  si   pisarstwu,  które  było  jej 
powołaniem, i czekała, a  spełni si  to, co najpi kniejsze. 

Teraz te , wbrew pokusom, nie zamierzała odst pi  od swego postanowienia. 
Colin rozmawiał z ni  niewiele, a kiedy ustawiał j  w odpowiedniej pozie, jego dotyk 

był pozbawiony uczucia. Ale wydawało si ,  e wewn trz t tni  w nim emocje. Czy była to 
twórcza pasja artysty, czy po danie? Tego Cassidy nie mogła wiedzie . 

Kolejne  dni  upływały  prawie  bez  słowa  Pod  koniec  tygodnia  nerwy  Cassidy  były 

napi te do ostateczno ci. Niezale nie od swoich rozterek i stanu psychicznego, nie wytrzymy-
wała wysiłku zwi zanego z pozowaniem. Zachowanie tej samej pozycji przez długi czas było 
bardzo wyczerpuj ce. 

Wpadaj ce przez okno sło ce grzało j  troch , mimo to czuła si  skostniała Colin stał 

za  sztalugami.  Wydawał  si   skupiony  wył cznie  na  malowaniu.  Mógł  tak  pracowa   go-
dzinami  bez  odpoczynku.  Cassidy  obserwowała  ruch  p dzla  od  palety  do  płótna.  Nie 
wyobra ała  sobie,  jak  wygl da  jej  wizerunek  przetworzony  przez  artystyczn   wizj .  Jak 
dalece  Colin  zdołał  wczu   si   w  jej  psychik ?  Czy  dotarł  do  prawdy,  czy  te   Cassidy  z 
portretu b dzie miała niewiele wspólnego z realn  pann  St. John? 

background image

Fantazja podsuwała jej zreszt  coraz to inne pytania. Czy b dzie na obrazie obna ona, 

jak poprzednia modelka, która le ała w negli u na kanapie? Czy ten obraz zawi nie w Ga-
lerii? By  mo e zostanie tutaj, w tym studiu, twarz  do  ciany, dopóki Colin nie zdecyduje, co 
z nim zrobi . Niewykluczone,  e zostanie sprzedany za astronomiczn  sum  i b dzie wisiał na 
jakim  angielskim dworze. Jaki Colin nada mu tytuł? Mo e „Kobieta w bieli" lub „Kobieta z 
fiołkami"?  Wyobra ała  sobie,  e  obraz  z  jej  podobizn   omawiany  jest  na  uniwersyteckich 
zaj ciach z historii sztuki. Albo  e za sto lat kto  zobaczy go w zakurzonej galerii i b dzie si  
zastanawiał,  kim  była  uwieczniona  na  nim  dziewczyna  lub  co  my lała,  kiedy  artysta  j  
malował... 

Nagle Colin przypomniał jej o sobie. Najpierw zakl ł pod nosem, potem cisn ł palet  

o podłog . 

-  Poruszyła   si !  -  Podszedł  do  Cassidy.  -  Nie  ruszaj  si ,  do  cholery!  -  Mocnym 

chwytem  ustawił  jej  ramiona  w  wymaganej  pozycji.  -  Nie  rozumiesz?  Nie  wolno  ci  si  
wierci ! 

Potulne  przeprosiny  zamarły  na  ustach  Cassidy.  Ogarn ło  j   wzrastaj ce 

zniecierpliwienie. 

-  Nie  mów  do  mnie  tym  tonem,  Sullivan!  -  krzykn ła,  •  odpychaj c  jego  dłonie  i 

ciskaj c bukiecik fiołków na parapet. - Nie wierciłam si . A je li nawet, to dlatego  e jestem 

yw  istot , a nie manekinem. - Odrzuciła w tył głow , skutecznie psuj c misterne uło enie 

włosów. - Oczywi cie trudno o wyrozumiało  dla zwykłego  miertelnika, skoro jest si  sam  
wzniosło ci  i wspaniało ci , ale trzeba przyj  do wiadomo ci,  e nie wszyscy s  tak bosko 
doskonali. 

-  Nie  interesuj   mnie  twoje  opinie  -  powiedział  chłodnym  tonem.  -  Jedyn   rzecz , 

jakiej oczekuj  od modelki, to pozowanie bez ruchu. - Ponownie zacz ł ustawia  jej ramiona. 
- Trzymaj nerwy na wodzy, kiedy pracuj . 

- W takim razie maluj lepiej drzewa albo wazony z kwiatami! - rzuciła z furi . - Nie 

ruszaj  si , a do tego nie wyra aj  opinii o twoim zachowaniu. 

Udała  si   w  kierunku  garderoby,  ale  Colin  chwycił  jej  rami   i  odwrócił  w  swoj  

stron . Był w ciekły. 

- Nikt ode mnie nie odchodzi. 
-  Czy by?  -  Cassidy  dumnie  uniosła  głow .  -  No  to  patrz  uwa nie.  -  Odwróciła  si  

ponownie w kierunku drzwi, ale zanim zdołała uj  dwa kroki, Colin ponownie j  chwycił. - 
Zostaw mnie! - Wprost kipiała ze zło ci. Dot d kontrolowała swoje zachowanie, ale miarka 

background image

si   przebrała.  -  Nie  mam  ci  nic  wi cej  do  powiedzenia.  Mam  do   twojego  grubia stwa  i 
siedzenia bez ruchu w jednej cholernej pozycji przez cały dzie . 

U cisk na jej ramieniu osłabł. 
-  wietnie. Ale przecie  mi dzy nami jest co  wi cej ni  tylko pozowanie, malowanie 

i rozmowy, prawda? - Przyci gn ł j  do siebie. 

Serce  Cassidy  podskoczyło,  kiedy  poczuła  dotyk  jego  palców.  Widziała,  e  Colin 

ulegał  swemu  dzikiemu  temperamentowi,  a  ona  ulegała  tej  sile.  Miał  tak   moc,  e  nie 
dopuszczał  najmniejszego  sprzeciwu.  Był  m czyzn   przepełnionym  pasj ,  która  mogła 
doprowadzi   ich  do  miejsca,  z  którego  nie  b dzie  odwrotu.  Cassidy  próbowała  jeszcze 
odsun  si  od Colina, ale ledwie si  poruszyła, a jego usta przywarły do niej. Posmakowała 
jego w ciekło ci. 

Stłumił  jej  j ki  protestu  i  skr pował  r ce,  eby  nie  mogła  si   wyrwa .  Jej  serce 

łomotało  coraz  mocniej.  Zdała  sobie  spraw ,  e  jest  zdana  całkowicie  na  jego  łask .  Jego 
pocałunki były gwałtowne i zdecydowane, wr cz brutalne. Kiedy próbowała odwróci  twarz, 
przytrzymał  j   za  włosy,  aby  nie  mogła  si   ruszy .  Usta  miał  twarde,  gor ce  i  bezlitosne. 
Oczy Cassidy zaszły mgł . Po raz pierwszy w  yciu poczuła,  e mo e zemdle . Protestowała 
coraz  słabiej,  niezdolna  do  dalszej  walki.  Colin  działał  gwałtownie  i  szybko,  a  ona  mu  si  
poddawała. Nie reagowała ju , kiedy zacz ł rozpina  jej sukni . Wr cz przeciwnie - jej ciało 
pochłaniał ogie  z ka dym jego dotkni ciem. 

Pukanie do drzwi studia zabrzmiało jak huk wystrzału. Colin zignorował to zupełnie i 

całował bez wytchnienia. 

- Colin! - zawołała Gail Kingsley. - Jest tu kto , kto chce si  z tob  zobaczy . 
Kln c  dziko,  Colin  pu cił  Cassidy  z  obj .  Jego  przekle stwa  nagle  ucichły,  kiedy 

zobaczył jej szeroko otwarte, przestraszone oczy. Jej usta dr ały. Na moment przylgn ła do 
niego i wtedy poczuł,  e jej piersi faluj  w szlochu. 

- Colin, nie drocz si  ze mn  - W głosie Gail słycha  było wymuszon  cierpliwo . - 

Na pewno ju  dawno sko czyłe  prac . 

- W porz dku, do diabła! - wrzasn ł w ciekle do Gail, ale nadal patrzył na Cassidy. 

Powiódł j  za rami  do garderoby. Wewn trz obrócił j  twarz  do siebie. Spojrzała na niego 
bez  słowa.  Próbowała  uspokoi   oddech.  Łzy  wzbierały  w  jej  oczach.  -  Przebierz  si   - 
powiedział  cicho.  Zawahał  si ,  jakby  chciał  powiedzie   co   jeszcze.  Odwrócił  si   jednak  i 
wyszedł, zamykaj c za sob  drzwi. 

Cassidy  płakała  odwrócona  twarz   do  ciany.  Po  kilku  minutach  usłyszała  głosy 

dobiegaj ce ze studia. Gail mówiła szybko, wyra nie zdenerwowana, natomiast głos Colina 

background image

był zupełnie spokojny, nie zdradzał cienia emocji i pasji, jakim ulegał przed chwil . Cassidy 
nie  zwracała  uwagi  na  to,  co  mówiono,  wyłapała  jednak  jeszcze  trzeci  głos.  M czyzna 
mówił z wyra nym włoskim akcentem. 

Spojrzawszy  w  lustro,  Cassidy  przeraziła  si   swoim  wygl dem.  Była  tak  blada,  e 

barwa jej policzków bliska była bieli sukienki, któr  miała na sobie. W oczach miała słabo  i 
udr k . Tak patrzyła kobieta, która poniosła kl sk . 

- Nie, nie, nie! - powiedziała do siebie, zakrywaj c r k  odbicie twarzy  w lustrze. - 

Nic nie osi gnie w ten sposób i musi o tym wiedzie . 

Zdj ła w po piechu sukni  i wło yła swoje ubranie. W prostej, klasycznie skrojonej 

bluzce wygl dała mniej krucho i słabo. I czuła si  nieporównanie lepiej. Głosy dobiegaj ce z 
s siedniego  pokoju  słycha   było  teraz  wyra niej.  Dopiero  po  chwili  zdała  sobie  spraw   z 
tego,  e nie wiadomie podsłuchuje rozmow . I jako  si  nie zawstydziła. 

- Interesuj cy dobór kolorów, Colin. Wygl da na to,  e osi gniesz niezwykły efekt - 

powiedziała Gail. 

A  wi c  rozmawiaj   o  obrazie.  Pozwolił,  by  Gail  go  obejrzała,  lecz  Cassidy  tego 

zabronił. Dlaczego? 

- Wydaje si  niemal sentymentalny. To b dzie zaskoczenie dla artystycznego  wiatka - 

kontynuowała Gail. 

- O tak, sentymentalny - odezwał si  Włoch. - Ale w tej  grze kolorów  wida  pasj . 

Jestem zaintrygowany, Colin. Nie mog  rozgry  twoich intencji. 

- Bo jest ich kilka - odpowiedział Colin swym suchym, ironicznym tonem. 
-  Sk d  ja  to  znam?  -  zachichotał  Włoch,  po  czym  dodał  z  zaciekawieniem:  -  Nie 

zacz łe  jeszcze twarzy. 

- Nie. 
Colin wyra nie chciał ju  zako czy  dyskusj  o powstaj cym dziele, ale Włoch mówił 

dalej: 

-  Intryguje  mnie...  I  ciebie  te .  To  wida .  Powinna  by   oczywi cie  pi kna  i 

wystarczaj co młoda,  eby pasowała do sukni i fiołków. Ale musi w niej by  co  jeszcze. 

Cassidy  czekała  na  odpowied   Colina,  ale  tej  nie  było.  Jednak  Włoch  si   nie 

zniech cał: 

- Nie poka esz mi jej, przyjacielu? 
- No wła nie, Colin, gdzie jest Cassidy? - W głosie Gail brzmiało rozbawienie. Oczy 

Cassidy zw ziły si . - Przecie  wiesz,  e b dzie zachwycona, gdy przedstawimy j  Vince'owi 
- za miała si . - Ona wygl da na słodk  istot . Tylko nie mów,  e j  spłoszyli my. 

background image

Rozdra niona na dobre t  protekcjonaln  uwag , Cassidy otworzyła nagle drzwi. 
- Nie spłoszyli cie mnie ani troch . - Obdarzyła cał  trójk  promiennym u miechem. - 

I z pewno ci  b d  zachwycona mo liwo ci  poznania Vince'a. 

Oczy Gail rozbłysły w ciekło ci . Spojrzała pytaj co na Colina, ale na jego twarzy nie 

mogła odczyta   adnej odpowiedzi. 

M czyzna,  który  stał  obok  Colina,  był  niemal  o  głow   ni szy  od  niego,  ale  jego 

szczupła budowa i godna postawa sprawiały,  e wydawał si  wysoki. Włosy miał tak ciemne 
jak Colin, tyle  e proste, oczy piwne, podkre lane przez oliwkow  barw  skóry. Twarz miał 
gładk  i przystojn , a kiedy si  u miechał, wygl dał czaruj co. 

-  Ach,  bella.  -  Przeszedł  przez  pokój  i  uj ł  obie  dłonie  Cassidy.  -  Bellisima. 

Oczywi cie,  e jest doskonała. Gdzie  tyj  znalazł, Colin? - Przygl dał si  jej z zachwytem. - 
Pojad  tam i zatrzymam si  tak długo, a  znajd  podobny skarb dla siebie. 

Cassidy za miała si , rozbawiona t  jawn  prób  flirtu. 
- We mgle - odpowiedziała, poniewa  Colin nadal milczał. - My lałam,  e Colin chce 

mnie okra . 

- Aniołku, on jest zdolny do czego  o wiele gorszego. - Vince z u miechem zerkn ł na 

Colina,  ale  nadal  trzymał  dło   Cassidy.  -  Jest  czarnym  irlandzkim  psem,  którego  obrazy 
kupuj , poniewa  nie widz  nic lepszego, na co mógłbym wydawa  moje pieni dze. 

Colin doł czył do nich, marszcz c brwi. 
- Vince, to jest Cassidy St. John. Cass, to jest Vincente Clemenza, ksi

 Maracanti. 

Cassidy otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. 
- Ach, teraz zaimponowałe  jej moim tytułem. - Vince wyszczerzył z by w u miechu. 

- Jestem do pani dyspozycji. - Szarmancko uniósł dłonie Cassidy do swych ust. 

-  To  wielka  przyjemno   pozna   panienk ,  signorina.  Czy  zostanie  panienka  moj  

on ? 

- Zawsze marzyłam,  eby wyj  za ksi cia. Czy powinnam dygn ? - U miechn ła si  

do niego znad ich zł czonych dłoni. - Nie jestem pewna, czy wiem, jak to si  robi. 

-  Vince  zwykle  oczekuje,  e  wszyscy  poni ej  hrabiego  kl kaj   przed  nim  i  całuj  

sygnet. - Colin niby  artował, ale wzrok miał pos pny. 

-  Przesadzasz,  przyjacielu.  -  Vince  pu cił  dłonie  Cassidy  i  poklepał  Colina  po 

ramieniu.  -  Jak  nigdy  dot d,  zazdroszcz   ci  twojego  daru.  Obiecaj,  e  b d   miał  prawo 
pierwokupu tego portretu. 

Colin przygl dał si  twarzy Cassidy. 
- Ju  kto  ci  ubiegł. 

background image

- Naprawd ? - Vince wzruszył z gracj  ramionami. 
-  Có ,  b d   musiał  przebi   jego  ofert .  -  Ton  jego  głosu  wskazywał,  e  jest 

m czyzn , który zwykle, otrzymuje to, na czym mu zale y. 

- Vince chciał zobaczy  „ Janeen" - uci ła t  pogaw dk  Gail i przeszła przez pokój, 

aby odszuka  obraz. 

- Je li pozwolicie zatem... - zacz ła Cassidy, ale Vince chwycił j  ponownie za r k . 
-  Nie,  madonna,  zosta .  Obejrzysz  ze  mn   dzieło  mistrza.  -  Nie  czekaj c  na 

odpowied , stanowczo poci gn ł Cassidy za r k . 

Gail podniosła płótno i umie ciła je na sztalugach. To był portret dziewczyny le cej 

w negli u na kanapie. Gail u miechn ła si  zło liwie. 

- Poprzedniczka Cassidy - oznajmiła, po czym cofn ła si ,  eby stan  obok Colina. 
Cassidy zrozumiała oczywist  wymow  tego gestu. Skupiła si  ponownie na obrazie, 

staraj c si  nie patrze  na Colina. 

- Pi kne stworzonko - zamruczał Vince. - Mo na powiedzie , kobieta w ka dym calu. 

Jest w niej jaka  niezwykle poci gaj ca grzeszno . - Odwrócił głow ,  eby u miechn  si  
do Cassidy. - Co s dzisz? 

-  Jest  wspaniała  -  odparła  natychmiast.  -  Sprawia,  e  czuj   si   niezr cznie. 

Zazdroszcz   jej  pewno ci  siebie  w  demonstrowaniu  swej  zmysłowo ci.  My l ,  e  mogłaby 
onie miela  wi kszo  m czyzn. To sprawiałoby jej przyjemno . 

-  Jak  widz ,  twoja  modelka  jest  doskonałym  znawc   ludzkich  charakterów  - 

powiedział Vince. - Tak, wezm  go. I jeszcze ten, który Gail pokazywała mi na dole. Bije z 
niego  nadzieja.  A  teraz...  madonna.  -  Odwrócił  si ,  aby  spojrze   ponownie  na  Cassidy.  W 
jego oczach wida  było zauroczenie. - Czy zjesz ze mn  kolacj ? W mie cie m czyzna czuje 
si  wyj tkowo samotnie, je li nie towarzyszy mu pi kna kobieta. 

Cassidy u miechn ła si , ale zanim odpowiedziała, Colin poło ył r k  na jej ramieniu. 
- Obrazy s  twoje, Vince, ale moja modelka nie. 
- Ach tak - odpowiedział znacz co Vince. 
Oczy Cassidy zw ziły si  ze zło ci. Colin odwrócił si , aby zdj  obraz ze sztalug. 
-  Popro   kogo ,  eby  spakował  ten  i  ten  z  dołu  dla  Vince'a  -  powiedział  do  Gail, 

wr czaj c jej płótno. - Zaraz zejd  do was i ustalimy wszystkie warunki. 

Gail  wyszła  bez  słowa.  Vince  odprowadził  j   zamy lonym  wzrokiem,  po  czym 

odwrócił si  do Cassidy. 

- Do widzenia, Cassidy St. John. - Ucałował jej dło  i westchn ł z  alem. - Wygl da 

na to,  e musz  sobie znale  we mgle własne szcz cie. Oczekuj  korzystnej ceny za obrazy, 

background image

co  nieco  złagodzi  gorycz  mego  rozczarowania,  przyjacielu.  -  Rzucił  okiem  na  Colina  i 
skierował  si   w  stron   drzwi.  -  Gdyby   kiedykolwiek  była  we  Włoszech,  madonna...  - 
Wyszedł, u miechaj c si  na po egnanie. 

W  chwili,  gdy  drzwi  si   zamkn ły,  Cassidy  odwróciła  si   do  Colina,  dr c  z 

w ciekło ci. 

-  Jak  miesz?  -  Po  blado ci  jej  policzków  zostało  tylko  wspomnienie.  -  Jak  miesz 

sugerowa  takie rzeczy? 

- Powiedziałem jedynie Vince'owi,  e mo e mie  moje obrazy, ale nie moj  modelk . 

- Colin przeszedł przez pokój i zakrył portret Cassidy. - Jakiekolwiek podteksty mogły by  
jedynie przypadkowe. 

- O nie! - Pod yła za nim nap dzana furi  - Tu nie było  adnego przypadku. Dobrze 

wiedziałe ,  co  robisz.  Nie  zamierzam  tolerowa   takiego  zachowania,  Sullivan.  Mog   si  
spotyka , z kimkolwiek zechc , niezale nie od twoich sugestii i podtekstów. 

Colin wsun ł r ce do kieszeni. Przez chwil  przygl dał jej si  w milczeniu. A kiedy 

si  odezwał, był całkowicie spokojny. 

-  Jeste   bardzo  młoda  i  nadzwyczaj  naiwna.  Vince  jest  moim  starym  i  dobrym 

przyjacielem. Jest tak e czaruj cym kobieciarzem. Nie ma skrupułów wzgl dem kobiet. 

- A ty masz? - rzuciła w ciekle. 
Zauwa yła,  e Colin zesztywniał. Jego oczy zapłon ły, a mi nie twarzy napi ły si . 

Po raz pierwszy dostrzegła, jak z trudem próbował pohamowa  swój temperament. 

-  To  twoja  sprawa,  Cass  -  powiedział  łagodnie.  -  Nie  przychod   do  czwartku.  - 

Odwrócił si  w kierunku drzwi. 

- Potrzebuj  kilku dni. 
Cassidy stała w pustym studiu. 
Osi gn łam to, co chciałam, pomy lała sm tnie. Ale to nie jest słodkie zwyci stwo... 
Była udr czona fizycznie i emocjonalnie. Wróciła do garderoby po torebk . Nie tylko 

Colin potrzebował kilku dni,  eby sobie wszystko poukłada . 

- Co za szcz cie,  e ci  jeszcze złapałam. - Gail pojawiła si  w drzwiach studia w 

chwili, gdy Cassidy opuszczała garderob . - Pomy lałam,  e powinny my pogada . 

- Lekko si  u miechn ła. - Tylko my dwie. 
Cassidy westchn ła z jawnym znu eniem. 
- Nie teraz. - Poprawiła torebk . - Mam dosy  na dzi . 
- W takim razie powiem krótko i mo esz sobie i . 
- Gail mówiła na pozór grzecznie, ale Cassidy czuła ukryt  niech . 

background image

Lepiej si  nie kłóci , pomy lała Cassidy. Lepiej wysłucha  jej spokojnie, zgodzi  si  

ze wszystkim, co powie, i spokojnie wyj . To najlepsze rozwi zanie. 

Obdarzyła Gail najmniej zaczepnym u miechem, na jaki było j  sta . 
- W porz dku, mów. Gail zaczerpn ła powietrza. 
- Wygl da na to,  e nie wyraziłam si  do  jasno... Na temat mnie i Colina. - Jej głos 

był opanowany. Mówiła cierpliwie jak nauczyciel do ucznia. 

Cassidy zignorowała rosn ce rozdra nienie i skin ła głow . 
- Colin i ja jeste my par  od pewnego czasu. Zaspokajamy wzajemnie ró ne potrzeby. 

Przez  te  lata  Colin  miał  kilka  romansów,  które  byłam  w  stanie  mu  wybaczy .  W  wielu 
przypadkach  te  zwi zki  były  rozdmuchane  przez  pras .  -  Wzruszyła  ramionami.  - 
Romantyczny wizerunek tworzy jego artystyczn  legend . Znios  wszystko, je li to pomo e 
mu w karierze. Rozumiem go. 

Gail nie była w stanie usiedzie  w jednym miejscu i zacz ła nerwowo przechadza  si  

po studiu. 

- Nie rozumiem, dlaczego mi o tym mówisz - zacz ła Cassidy. Ostatni  rzecz , jak  

chciała usłysze , była informacja, jak do wiadczonym kochankiem jest Colin Sullivan. 

-  Nie  rozumiesz?  Wi c  ci  to  wyja ni .  -  Gail  zatrzymała  si   i  spojrzała  na  Cassidy 

zimnymi jak lód oczami. - B d  ci  tolerowa  do czasu, a  Colin sko czy prac  nad twoim 
portretem.  Nie  zamierzam  przeszkadza   mu  w  pracy.  Ale  je li  wejdziesz  mi  w  drog ...  - 
Zacisn ła palce na pasku od torebki Cassidy. - Potrafi  pozbywa  si  tych, którzy wła  mi w 
parad . 

- Jestem pewna,  e potrafisz. - Je li Gail my lała,  e wystraszy Cassidy, to srodze si  

zawiodła. - Tak si  jednak składa,  e niełatwo si  mnie pozby . - Odgi ła palce Gail ze swojej 
torebki. - Wyja ni  ci co  jeszcze. Twój zwi zek z Colinem jest twoj  prywatn  spraw  i nie 
zamierzam  si   w  to  wtr ca .  -  Zauwa yła  u miech  satysfakcji  w  k cikach  ust  Gail,  wi c 
dodała: - I nie dlatego,  e mi grozisz. Nie zastraszysz mnie, Gail. Tak naprawd  to mi ciebie 

al. 

Gail fukn ła z oburzeniem, ale Cassidy kontynuowała: 
- Twój brak pewno ci siebie, gdy mowa jest o Colinie, wygl da  ało nie. Nie stanowi  

dla ciebie zagro enia. Nawet  lepy by zauwa ył,  e Colin my li tylko o tym, co tworzy na 
swoich  płótnach.  -  Wskazała  na  zakryty  portret.  -  Interesuj   go  tylko  jako  modelka,  taki 
swoisty przedmiot, a niejako osoba. - Poczuła ucisk zawodu, gdy dotarł do niej sens słów. - A 
on interesuje mnie wył cznie jako pracodawca. Nie zamierzam si  wtr ca  w wasz zwi zek, 
poniewa  nie jestem zakochana w Colinie, co wi cej, w ogóle mi to nie grozi. 

background image

Odwróciła  si   i  wybiegła  przez  tylne  drzwi  studia.  Dopiero  kiedy  nieco  ochłon ła, 

zdała sobie spraw ,  e skłamała. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Przez kolejne dwa dni Cassidy całkowicie pogr yła si  w pracy. Musiała odpocz  

od  Colina,  uspokoi   emocje.  Jednak  zwyczajna  przerwa  w  kontaktach  to  było  zbyt  mało. 
Cassidy wiedziała,  e powinna przesta  my le  o Colinie i o ich wzajemnych stosunkach. W 
tych rozwa aniach starała si  ignorowa  incydent z Gail. Mówiła sobie,  e mało j  obchodz  
osobiste sprawy tej kobiety i nie zamierzała bra  ich pod uwag , my l c o własnym  yciu. 
Przecie   nikt  nie  ma  prawa  wpływa   na  jej  uczucia,  a  tym  bardziej  stawa   im  na 
przeszkodzie. 

Pisała  z  pasj ,  bez  opami tania.  Wszystkie  obserwacje,  fascynacje  i  l ki  stanowiły 

nowe tworzywo literackie. Pracowała do pó na, zapominaj c o jedzeniu, a potem padała na 
łó ko i wyczerpana ci k  prac , twardo zasypiała. Była tak pochłoni ta swoim zadaniem,  e 
kiedy drugiego dnia poczuła dło  na ramieniu, wrzasn ła przera ona. 

- O rany! Przepraszam. - Jeff starał si  zachowa  powag . - Pukałem, dzwoniłem, ale 

zupełnie odpłyn ła . 

- Ju  w porz dku - wykrztusiła, trzymaj c r ce  na piersi, jakby starała si  utrzyma  

serce  w  miejscu.  -  Takie  emocje  dobrze  robi   na  kr enie,  krew  płynie  jak  szalona.  Co   z 
twoj  lodówk ? Jeff skrzywił si . 

-  Czy  naprawd   s dzisz,  e  tylko  po  to  tu  przychodz ?  Jestem  wra liwym  facetem, 

zapytaj mojej mamy. 

U miechn ła si . 
- Na pewno zapytam. Wi c co ci  przyniosło? 
- Mam dzi  koncert w kafejce na naszej ulicy. Chod  ze mn . 
- Och Jeff, chciałabym, ale... 
Szukaj c  wymówki,  ogarn ła  dłoni   papiery  na  biurku,  ale  Jeff  gwałtownie  jej 

przerwał: 

- Słuchaj, od dwóch dni  l czysz przykuta do tego biurka. Kiedy zamierzasz troch  si  

przewietrzy ? 

Wzruszyła ramionami i postukała palcem w słownik. 
- Jutro znowu mam by  w studiu i musz ... 
-  I  to  kolejny  powód,  by  zrobi   sobie  wolne  dzi   wieczorem.  Wyluzuj  troch , 

dziewczyno,  bo  si   zam czysz.  -  Przyjrzał  si   jej  uwa nie  i  zmienił  taktyk .  -  Wiesz,  po-

background image

trzebujemy przyjaznej osoby w ród publiczno ci. My, wschodz ce gwiazdy, nie mo emy by  
niczego pewni. 

Cassidy westchn ła, po czym u miechn ła si . 
- W porz dku. Ale nie zostan  długo. 
- Gram od ósmej do jedenastej. O północy mo esz by  ju  w łó ku. 
- Dobrze, b d  tam koło ósmej. A która jest wła ciwie godzina? - Spojrzała na zepsuty 

zegarek. 

- Po siódmej. Jadła  co  dzisiaj? 
- Prawd  mówi c, nie. 
- O Bo e. No dobra, wrzu  co  na siebie, bo pada. Przed koncertem zd ymy skoczy  

na hamburgera. 

- A mog  dosta  z serem? - spytała zachwycona propozycj . 
- Baby. Zawsze jakie  „ale"... - mrukn ł Jeff, zamykaj c za ni  drzwi. 

ciana  deszczu  nie  zrobiła  na  Cassidy  adnego  wra enia.  Po  dwóch  dniach  przy 

biurku  wie e  powietrze  było  wyj tkowo  orze wiaj ce,  a  hamburger  okazał  si   prawdziw  
uczt  bogów po ubogich posiłkach w domu. 

Siedz c w ko cu sali, piła kaw  z mlekiem i słuchała koncertu Jeffa Zrobiło si  ju  

pó no, kiedy zdała sobie spraw ,  e nagle i niespodziewanie powróciły my li o Colinie. Za-
mkn ła na chwil  oczy, łudz c si ,  e po ich ponownym otworzeniu obraz zniknie. Ale tak si  
nie stało, wi c uznała,  e szkoda jej energii na wyrzucanie go z umysłu. 

Zdawała sobie spraw ,  e Colin jest nadzwyczaj pewnym siebie facetem, który twardo 

i sprawnie kroczy przez  ycie, rzadko kiedy ogl daj c si  na innych. Niezbyt przepadała za 
takimi lud mi, wiedziała jednak,  e je li kto  obdarzony podobnymi cechami posiada ponadto 
jaki  talent, prawie na pewno zrobi karier . A Colin jest genialnym artyst  i z tego daru robi 
wspaniały  u ytek.  Przy  tym  jest  wra liwy  i  pełen  wdzi ku,  no  i  ma  dobrze  poukładane  w 
głowie.  Tworzyłoby  to  całkiem  zno n   mieszank ,  gdyby  nie  to,  e  jednocze nie  jest 
samolubny,  arogancki  i  kompletnie  zatracony  w  swojej  pracy.  Bywa  te   bezmy lny, 
dominuj cy i skory do przemocy. A to j  przera ało i odpychało od niego. 

Ale jest te  facetem, którego bezgranicznie kocham, pomy lała. 
Zadr ała i zapatrzyła si  w kaw . 
Jestem sko czon  idiotk , głupi  romantyczn  g sk , strofowała si  w duchu. I miała 

w  tym  du o  racji.  Wiedziała  przecie ,  e  Colin  ma  kochank ,  a  na  Cassidy  patrzy  jak  na 
obiekt, który zamierza przenie  na obraz. Wiedziała,  e miał wiele kobiet, ale z  adn  z nich 
nie stworzył prawdziwego zwi zku. Nawet z Gail, bo to byk wbrew jego naturze. Jak to si  

background image

wi c stało,  e zakochała si  w kim , kto zupełnie nie odpowiadał jej marzeniom' W kim , kto 
absolutnie  nie  nadawał  si   do  mał e stwa,  kto  nigdy  nie  stworzy  normalnej,  opartej  na 
zdrowych zasadach rodziny? Wspaniale, po prostu wspaniale. 

Uniosła powoli fili ank  i wypiła mały łyk kawy. 
Musi dotrwa , a  powstanie portret, bo umowa zobowi zuje. Spotykaj c si  dzie  w 

dzie , b d  musieli ze sob  rozmawia . Niebezpiecznie te  jest z nim walczy , bo w czasie 
ostrych  scen  ujawnia  si   swoje  emocje.  Nie  wiedziała,  jak  gł boko  potrafi  przenikn   j  
wzrokiem, ale nie zamierzała da  si  upokorzy  i przyzna ,  e okazała si  idiotk  i zakochała 
si  w nim. Najlepiej, jak b dzie zachowywa  si  naturalnie. Pozowa  jak nale y, odpowiada  
na pytania, i to wszystko. Praca posuwa si  sprawnie, wi c obraz powinien by  sko czony w 
ci gu kilku tygodni. Tyle była w stanie wytrzyma . A kiedy to ju  si  sko czy... 

Jej my li zatopiły si  w ciemno ciach sali. 
A kiedy obraz zostanie namalowany, to co wtedy? - pomy lała. Kiedy Colin zniknie z 

mojego  ycia, to przecie   wiat si  nie zawali. 

Potrz sn ła  głow ,  odrzucaj c  niechciane  my li,  i  doko czyła  kaw .  W  tle  leciały 

d wi ki  piosenki  Jeffa  Cassidy  stała  przed  studiem  i  przetrz sała  torb   w  poszukiwaniu 
klucza, który dostała od Colina. Mamrocz c przekle stwa, uniosła głow  wła nie w chwili, 
gdy Colin otworzył drzwi. 

- O, cze  - powiedziała speszona. 
Skin ł głow , po czym zatrzymał wzrok na jej dłoniach pełnych ró nych szpargałów. 
- Szukasz czego ? 
Cassidy pod yła za jego wzrokiem i zawstydzona wrzuciła wszystko do torby. 
- Eee, nie... Ja... Nie spodziewałam si ,  e b dziesz tak wcze nie. 
- Masz szcz cie,  e ju  jestem, prawda? Czy by  zgubiła klucz, Cass? 
U mieszek na jego twarzy sprawił,  e poczuła si  głupio. 
- Nie zgubiłam... Tylko nie mog  znale . 
Weszła do  rodka, zawadzaj c ramieniem o pier  Colina, co sprawiło,  e przeszedł j  

dreszcz. Pomy lała,  e realizacja jej postanowie  nie b dzie zbyt łatwa. 

- Przebior  si  - powiedziała i pospiesznie udała si  do garderoby. 
Kiedy  wróciła,  Colin  niemal  nie  zwrócił  na  ni   uwagi,  co  sprawiło,  e  poczuła  si  

pewniej. Tłumaczyła sobie,  e nie ma si  czego obawia . 

- Zamierzam popracowa  dzi  nad twarz  - o wiadczył, mieszaj c farby. 
Ta  bezosobowa,  rzucona  w  przestrze   informacja  była  kolejnym  dowodem,  e  jego 

my li s  z dala od niej. Troch  jej było przykro z tego powodu, ale w ciszy cierpliwie czekała, 

background image

a  sko czy malowa . Postanowiła nie stwarza   adnych problemów. Ale kiedy uj ł jej brod , 
zadr ała mimo woli. 

Oczy Colina zapłon ły. 
- Musz  ci  dotyka , by poczu , zrozumie  kształt twojej twarzy. Wzrok czasem nie 

wystarcza. Wiesz, co mam na my li? 

Przytakn ła.  Colin  odczekał  chwil ,  po  czym  dotkn ł  jej  brody  jeszcze  raz.  Tym 

razem delikatniej, jedynie opuszkami palców. Cassidy z trudem udało si  nie poruszy . 

-  Spokojnie,  Cass.  Pomy l  o  czym   miłym,  zrelaksuj  si .  Jego  delikatny,  cierpliwy 

głos zaskoczył j , wi c nie protestowała. Zadowolony Colin przesun ł palcami po jej twarzy. 

Dla niej było to nieprawdopodobne prze ycie. Jego dotyk był łagodny, chocia  Colin 

był bardzo skoncentrowany i spi ty. Zastanawiała si , czy wyczuwa narastaj ce w niej ciepło. 
Jego  palce  znaczyły  lad  od  podbródka  przez  policzki.  Cał   uwag   skupiała  na  miarowym 
oddychaniu. Próbowała sobie wmówi ,  e dotyk malarza - nie Colina, ale malarza - jest jej 
równie  oboj tny  i  bezosobowy,  co  dotyk  lekarza.  Ale  kiedy  pogładził  jej  policzek,  uniosła 
rozpalone oczy. 

- Zosta  w tej pozycji. - Energicznie odwrócił si  w stron  sztalugi. - Spójrz na mnie. - 

Uniósł p dzel i farby. 

Cassidy  zastosowała  si   do  polecenia,  staraj c  si   skoncentrowa   nie  na  Colinie,  a 

tylko  i  wył cznie  na  człowieku  maluj cym  obraz.  Ale  czuła,  e  to  niemo liwe.  Nie  mogła 
patrze  na niego i jednocze nie go nie dostrzega . Nie potrafiła by  z nim i zarazem daleko od 
niego. Nie mogła wymaza  go z my li, tak samo jak nie była w stanie wyrzuci  go z serca. 

Ale  chyba  mog   sobie  troch   pomarzy ,  uznała.  Pocieszy   si   tymi  drobinkami 

szcz cia,  które  spadaj   na  ni ,  gdy  jest  z  Colinem.  Smutek  i  tak  niedługo  przyjdzie,  wi c 
trzeba korzysta  z chwili... 

Obserwowała  go podczas pracy i uczyła si  na  pami  jego  wygl du.  Wiedziała,  e 

przyjdzie czas, kiedy b dzie mogła korzysta  jedynie z tych wspomnie . Patrzyła na ciemn  
g stw   włosów  opadaj cych  lokami  na  ramiona.  Przygl dała  si   ruchliwym  brwiom,  za 
pomoc   których  potrafił  wyra a   najprzeró niejsze  uczucia.  Fascynowała  j   gładko   jego 
twarzy.  Maluj c,  raz  po  raz  podnosił  oczy  ku  niej.  Cechowała  je  niebywała  koncentracja, 
która sprawiała,  e były jeszcze bardziej niebieskie ni  zwykle. 

Nie  widziała  jego  r k,  ale  potrafiła  je  sobie  wyobrazi .  Długie,  szczupłe  i  pi kne. 

Miała  wra enie,  e  czuje,  jak  dotykaj   jej  twarzy,  odkrywaj c  cechy,  których  ona  sama 
zapewne nigdy by nie dostrzegła. Je li ju  miała głupio si  w kim  zakocha , to nie mogła 
trafi  na bardziej doskonałego m czyzn . 

background image

Pracowali godzinami, robi c jedynie krótkie przerwy,  eby Cassidy mogła rozci gn  

zastałe  mi nie.  Colin  zawsze  niecierpliwie  d ył  do  ponownego  rozpocz cia  pracy. 
Wyczuwała jego nastrój i wiedziała,  e powstaje co  wyj tkowego. Całe studio wypełnione 
było jego podekscytowaniem. 

- Oczy - mrukn ł i odło ył palet . - Chod , musz  ci  mie  bli ej. - Przyci gn ł j  pod 

sam  sztalug . - Oczy... dusza portretu. 

Przytrzymał j  za ramiona, a jego twarz znalazła si  o centymetry od jej twarzy. Od 

farb i terpentyny zakr ciło jej si  w nosie. Wiedziała,  e gdy czas pozowania minie, pewnie 
nigdy nie poczuje ju  tego zapachu. 

- Patrz na mnie, Cass. 
Z niemałym trudem spojrzała na niego. Jego wzrok przeszywał j  na wylot. Zobaczyła 

swoje odbicie w jego oczach i pomy lała,  e wygl da w nich jak wi zie . Jego wi zie . 

Ich oddechy wymieszały si . Jej wargi rozchyliły si  zapraszaj co. Colin gwałtownie 

zrobił krok w tył, w stron  obrazu. 

- Co zobaczyłe ? - spytała bez zastanowienia. 
- Tajemnice - odpowiedział cicho. - Marzenia. Nie! Nie odwracaj głowy. Wła nie tego 

potrzebuj . 

Bezradna Cassidy spojrzała ponownie na niego. Nie była to pora na stawianie oporu. 

Odło ywszy  palet   i  p dzle,  Colin  przez  dłu sz   chwil   przygl dał  si   dziełu,  po  czym 
podszedł do Cassidy i szeroko si  u miechn ł. 

- Dała  mi to, czego potrzebowałem. 
- Czy to znaczy,  e sko czyłe ? - spytała z lekko wyczuwaln  obaw  w głosie. 
- Jeszcze nie, ale ju  niewiele zostało. - Uniósł jej dłonie i pocałował. - Wkrótce obraz 

b dzie gotowy. 

Okre lenie „wkrótce" nie przypadło Cassidy do gustu. 
- To znaczy,  e wszystko idzie dobrze. 
- Tak, bardzo dobrze! Wszystko idzie znakomicie. 
- Ale nadal nie mog  spojrze  na obraz? Dopiero jak go sko czysz? 
- Jestem przes dny. 
- Ale Gail poka esz. - W jej głosie słycha  było rozgoryczenie. 
- Gail jest artystk . - Pu cił jej dłonie i lekko poklepał j  po policzku. - A nie modelk . 
Cassidy westchn ła, uznaj c sw  pora k . 
- Musiałe  j  kiedy  namalowa . Jest taka intryguj ca i pełna  ycia. 
- Ale nie potrafi usta  pi ciu minut w jednej pozycji. 

background image

- Colin zacz ł czy ci  p dzle. 
U miechaj c si , Cassidy podeszła do okna. Przeci gn ła si  i uniosła włosy z ramion 

i  szyi  wysoko  do  góry,  by  po  chwili  pu ci   je  w  bezładzie  na  ramiona.  Promienie  sło ca 
prze lizn ły si  po chaotycznie rozrzuconych kosmykach. 

Kiedy  odwróciła  głow ,  eby  ponownie  u miechn   si   do  Colina,  zauwa yła,  e 

bacznie si  jej przypatruje. Co  mówiło jej,  eby do niego podej , ale zamiast tego ruszyła w 
drugi koniec pokoju. 

- Pierwszy twój obraz, jaki widziałam, to był jaki  irlandzki krajobraz. - Starała si , 

eby jej głos brzmiał naturalnie. - Spodobał mi si , bo dzi ki niemu wyobraziłam sobie moj  

matk . Czy to nie dziwne? - Odwróciła si  do niego pod wpływem niezrozumiałego impulsu. 
-  Mam  kilka  jej  fotografii,  ale  dopiero  ten  obraz  sprawił,  e  j   naprawd   zobaczyłam.  - 

ciszyła głos i dodała z delikatnym u miechem: - A czy twoi rodzice  yj ? 

- Tak. Mieszkaj  w Irlandii. 
- Musz  za tob  t skni . 
- By  mo e. Maj  tam jeszcze szóstk  dzieci, wi c nie s dz , by czuli si  samotni. 
- Szóstk ?! Twoja matka musi by  niezwykła. 
- O tak. Potrafiła jednym ruchem zdzieli  pasem trójk  dzieciaków. 
- Nie w tpi ,  e miała powody. 
- Pewnie miała. 
-  Mój  ojciec  prawił  mi  morały.  Prawd   mówi c,  wolałabym  dosta   lanie.  Takie 

kazania s  gorsze od spotkania z pasem. 

- Jak kazania profesora Eastermana w Berkeley? - spytał z u miechem. 
- Sk d o nim wiesz? - Spojrzała na niego zaskoczona. 
- W zeszłym tygodniu sama mi opowiadała , skarbie. 
- Nie s dziłam,  e mnie słuchasz. - Cassidy próbowała sobie szybko przypomnie , co 

jeszcze paplała podczas sesji. - Prawie nic nie pami tam z tego, co mówiłam. 

- Tak... a ja uwa nie słuchałem - powiedział cicho. - No dobra, znowu przeze mnie nic 

jeszcze  nie  zjadła ,  wi c  czuj   si   jak  zbrodniarz.  Głodzi   tak  szczupł   osob   to  przecie  
przest pstwo. Pozwolisz w siebie co  wepchn  w kuchni? A mo e chocia  wypijesz kaw ? 

-  Chyba  zrezygnuj   z  tych  wspaniałomy lnych  propozycji.  -  Ruszyła  w  kierunku 

garderoby. - Zaryzykuj  posiłek w domu. Mój s siad ma zapasy nie wie ych p czków. 

Zamkn ła  za  sob   drzwi  i  u miechn ła  si   do  siebie.  Pomy lała,  e  nie  jest  tak  le. 

Najwi ksze niebezpiecze stwo chyba min ło, ostatnie sesje powinny by  łatwe. 

background image

Nuc c pod nosem, zacz ła si  rozbiera . Kiedy ju  wydostała si  z sukienki, nucenie 

przerodziło si  w pisk przera enia, gdy drzwi gwałtownie si  otworzyły. Przycisn ła materiał 
do  nagiej  skóry  i  przytrzymała  mocno  obiema  r kami,  staraj c  si   jak  najwi cej  ochroni  
przed oczami Colina. 

- Co powiesz na kolacj ? - spytał i wsun ł si  przez uchylone drzwi. 
- Colin! 
- Tak? - spytał. 
- Colin, wyjd ! Nie jestem ubrana! - Przycisn ła sukienk  jeszcze mocniej do ciała. 
- Przecie  widz . Ale nie odpowiedziała  na moje pytanie. 
- Jakie pytanie? 
- Co z kolacj ? - Przesun ł wzrokiem po jej nagich ramionach. 
- Z jak  kolacj ?! 
- Nie mo esz  ywi  si  starymi p czkami, to niezdrowe - wyja nił z u miechem. 
- W porz dku, ma te  tacos. A teraz, czy mógłby  wyj  i zamkn  drzwi? 
- Tylko nie tacos. - Potrz sn ł głow , ignoruj c jej pro b . - Widz ,  e sam musz  ci  

nakarmi . 

- Czy by  zapraszał mnie na randk ? 
- Randk ? - Przez chwil  nic nie mówił, rozwa aj c odpowied . - No na to wła nie 

wygl da. 

- Kolacja? - upewniła si  Cassidy. 
- Tak, kolacja. 
- O której? 
- O siódmej. 
-  O  siódmej  -  powtórzyła  gło no,  zagłuszaj c  zdrowy  rozs dek.  -  A  teraz  wyjd , 

ebym mogła si  ubra . 

- Oczywi cie. - Jego oczy zapłon ły diabelskim blaskiem. - A przy okazji, chyba nie 

odniosła  całkowitego sukcesu. 

- Co? 
. - Nie zakryła  si  cała. - Zamkn ł za sob  drzwi. Cass odwróciła głow  i zauwa yła 

w lustrze,  e jest niemal naga. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Ubieraj c si  na randk , Cassidy błogosławiła czas sp dzony w sklepie Julii. Kreacja z 

delikatnego  szyfonu  warta  była  tych  wszystkich  godzin  po wi conych  doskonaleniu  sztuki 
cierpliwo ci.  Cieniutka  jak  mgiełka  sukienka  miała  mi kk ,  swobodn   lini .  Góra 
podtrzymywana  nad  biustem  elastyczn   ta m   była  zebrana  w  talii.  Szeroka,  kloszowa 
spódniczka  si gała  kolan.  Na  odkryte  ramiona  Cassidy  narzuciła  przypominaj ce  pelerynk  
bolerko, które lekko zwi zała w pasie. Uznała,  e kolor kompletu idealnie pasuje do jej oczu, 
podkre laj c  ich  niezwykł   barw .  To  miała  by   noc,  podczas  której  nie  chciała  si   czu  
zwyczajnie. 

W  ogóle  nie  powinna   tam  i ,  pomy lała  nagle.  Gwałtowniej  przeczesała  włosy 

szczotk   Nic  mnie  to  nie  obchodzi,  id   i  ju ,  zbuntowała  si   przeciwko  głosowi  rozs dku. 
B dziesz  ałowała, nie ust pował rozs dek. Pójd  czy nie, to i tak b d   ałowała, rezolutnie 
uci ła wewn trzn  kłótni  i szybkim ruchem wpi ła w uszy małe złote kolczyki w kształcie 
w zła kochanków. 

Musiała jednak do ko ca uciszy  rozs dek. 
- Czy nie mam prawa do ulotnej chwili szcz cia? 
- półgłosem zadała retoryczne pytanie. - Czy nie zasługuj  na to? 
Tak bardzo pragn ła sp dzi  z Colinem wieczór bez sztalug i palet. Chciała, by patrzył 

na ni  nie jak na modelk , nie jak na rekwizyt. Nie my lała o tym, co b dzie jutro, chciała 
korzysta   z  chwili,  mie   co   dla  siebie.  A  jeden  wieczór  to  wcale  nie  tak  du o.  By   mo e 
pó niej przyjdzie jej za to zapłaci , ale nie zamierzała rezygnowa  z wymarzonej randki. 

W  popłochu  spojrzała  na  zegarek.  Dochodziła  siódma.  Gor czkowo  zacz ła  szuka  

klucza.  Akurat  kl czała,  sprawdzaj c  zakamarki  pod  kanap ,  kiedy  usłyszała  stukanie  do 
drzwi. 

- Ju , chwileczk ! - Wyci gn ła r k  po co  błyszcz cego. - Mam ci . - Ucieszyła si , 

by po chwili westchn  zrezygnowana, kiedy zorientowała si ,  e w r ku ma monet , a nie 
klucz. 

- Przecie  powiedziałem,  e ja stawiam. 
Stał  w  wej ciu  do  pokoju,  zaskoczony  widokiem  kl cz cej  Cassidy.  Uniosła  si , 

odrzuciła włosy z twarzy i przyjrzała mu si . 

background image

Miał  na  sobie  elegancko  skrojony  czarny  garnitur.  Jego  linia  wietnie  akcentowała 

szczupł   sylwetk .  Cało   uzupełniała  nie nobiała  koszula  z  rozpi tym  kołnierzykiem. 
Cassidy pomy lała,  e Colin nigdy nie ograniczyłby sam siebie, wkładaj c krawat. 

-  Pierwszy  raz  widz   ci   w  garniturze.  Ale  ciesz   si   bo  wcale  nie  wygl dasz 

konwencjonalnie. 

- Jeste  niesamowita, Cassidy. - Wyci gn ł r k ,  eby pomóc jej wsta . 
- Tak uwa asz? - U miechn ła si . 
Te  si  u miechn ł i wci  trzymaj c jej dło , zrobił krok do tyłu. 
-  Wygl dasz  czaruj co.  Perfekcyjnie  i  cudownie.  Gdzie  jest  sypialnia?  -  spytał, 

obserwuj c j , jak przetrz sa ksi ki na półce w poszukiwaniu klucza. 

-  To  wła nie  jest  sypialnia.  -  Teraz  grzebała  w  doniczkach.  -  A  jednocze nie  pokój 

dzienny,  pracownia  i  salon.  Lubi ,  jak  wszystko  jest  w  jednym  miejscu,  oszcz dza  to 
niepotrzebnego chodzenia. - Westchn ła z rezygnacj , gdy znalazła kolejny przedmiot, który 
nie był kluczem. - No dobrze, spokojnie, znajd  ci . - Przymkn ła oczy, próbuj c odtworzy  
wydarzenia ostatnich dni. - Kiedy miałam go ostatni raz, byłam w sklepie, potem wróciłam z 
zakupami,  poszłam  do  kuchni  i  powkładałam  rzeczy  do  szafek  i  lodówki  i...  -  Otworzyła 
szeroko oczy i wybiegła z pokoju. 

Po chwili wróciła, triumfalnie przerzucaj c klucz z r ki do r ki. 
-  Zamarzł  na  ko ,  biedaczek.  Musiałam  my le   o  czym   innym,  kiedy 

rozpakowywałam torby. 

Zadowolona,  wrzuciła  klucz  do  torebki  i  ruszyła  w  stron   drzwi.  Colin  z  powa n  

min  podszedł do niej, uj ł jej twarz i powiedział: 

- Cass. 
- Tak? 
- Nie masz butów na nogach. 
- Och. - Wzruszyła ramionami. - Przypuszczam,  e mog  mi si  przyda . 
Pocałował j  w czoło. 
- Masz racj , lepiej by  przygotowanym na wszystko. Wło yła buty, potem upewniła 

si ,  e nie zapomniała o niczym wi cej, i wreszcie opu cili mieszkanie. 

Pierwsz  niespodziank  wieczoru było czekaj ce na nich czerwone ferrari. 
- Musi by  twoje. - Cassidy przesun ła wzrokiem po samochodzie. - Albo mój s siad 

wła nie odziedziczył fortun . 

-  Jedna  z  łapówek  od  Vince'a.  -  Otworzył  jej  drzwi.  -  Musiałem  za  to  namalowa  

portret jego siostrzenicy. 

background image

Cassidy  wcisn ła  si   w  siedzenie  i  patrzyła  na  Colina,  jak  obchodzi  samochód,  by 

zaj  miejsce za kierownic . Kopciuszek nigdy nie miał takiej karety. 

- S dziłam,  e nie malujesz, dopóki modelka nie wpadnie ci szczególnie w oko. 
- Vince nale y do tych paru osób, którym nie bardzo mog  odmówi . 
Silnik  ferrari  o ył.  Przez  ciało  Cassidy  przeszedł  dreszcz.  Colin  prowadził  pewnie 

przez miasto, omijaj c zatłoczone ulice. 

- Dok d jedziemy? - spytała, cho  tak naprawd  nie przywi zywała do tego zbyt du ej 

wagi. Najwa niejsze,  e była z nim. 

- Je . Umieram z głodu. 
- Jak na Irlandczyka nie jeste  zbyt gadatliwy. Spójrz. - Wyci gn ła r k  przed siebie. 

-  Mgła  spływa  na  miasto.  B d   dzi   u ywa   syren  mgielnych.  -  Spojrzała  ponownie  na 
Colina. - Zawsze ogarnia mnie dziwny smutek, kiedy słysz  ich d wi k. 

Odchyliła  głow   i  zapatrzyła  si   w  niebo.  Dojechali  na  miejsce,  a  na  jej  twarzy 

pojawiło si  zdziwienie. Ekskluzywne, snobistyczne Nob Hill. 

Drzwi samochodu otworzył parkingowy, nast pnie podał jej r k , pomagaj c wysi

-  Lubisz  owoce  morza?  -  spytał  Colin,  ujmuj c  j   za  rami   i  prowadz c  w  stron  

wej cia. 

- Dlaczego? Tak, ja... 
- To dobrze. Maj  tutaj naprawd  wyj tkowe specjały. 
- Tak słyszałam. 
Chwil   pó niej  wkroczyła  ze  wiata,  który  dobrze  znała,  w  rzeczywisto ,  o  której 

mogła jedynie czyta . 

Restauracja  była  ogromna  i  urz dzona  z  przepychem.  Wysoki  sufit,  zrobiony  z 

opalizuj cego  szkła,  ukoronowany  był  pi knymi  yrandolami.  Kosztowne  dywany  i 
zastawione  bogato  stoły  dopełniały  cało ci.  Kiedy  Colin  po  imieniu  wezwał  szefa  sali, 
Cassidy zrozumiała,  e bywa tu cz sto. 

Stolik  w  zacisznym  k cie  zapewniał  intymno ,  a  jednocze nie  pozwolił  Cassidy 

podziwia  cały splendor wn trza Była oszołomiona. 

- Wygl da na to,  e b d  jadła troch  wi cej ni  talerz tacos. 
- Jestem człowiekiem honoru. Słowo to rzecz  wi ta. Dlatego te  staram si  je dawa  

tak rzadko, jak to tylko mo liwe. Wina? - u miechn ł si  we wła ciwy mu, czaruj cy sposób. 
- Nie wygl dasz na stałego go cia takich miejsc. 

- Dlaczego tak uwa asz? 

background image

- Za du o jest niewinno ci w twoich du ych fiołkowych oczach. - Odsun ł kosmyk z 

jej twarzy. 

Ubrany na czarno kelner stał z nale ytym szacunkiem przy ich stoliku. 
-  Butelk   białego  Chateau  Haut  -  Brion  -  polecił  Colin,  nie  spuszczaj c  wzroku  z 

Cassidy. 

Spojrzała za oddalaj cym si  kelnerem, potem powiodła jeszcze raz wzrokiem po sali, 

próbuj c wyłapa  najdrobniejsze szczegóły. 

- Zauwa yłem na twoim biurku,  e pracowała . Jak idzie pisanie? 
Obserwowała  go  z  rosn cym  zaskoczeniem.  By   mo e  widział  o  wiele  wi cej,  ni  

przypuszczała. 

- Dobrze. Wszystko mi si  teraz dobrze układa. Takie chwile nie trwaj  długo, ale s  

bardzo produktywne. Czy tak samo jest z malowaniem? 

- Tak. S  dni, kiedy wszystko przychodzi bez najmniejszego wysiłku. A kiedy indziej 

skrobi   po  płótnie  bez  pomysłu  i  wiary.  -  Pogładził  jej  nadgarstek.  -  To  jak  l czenie  nad 
pust  kartk  papieru. 

Wrócił  kelner  z  winem,  wi c  rozpocz ł  si   rytuał  otwierania  i  próbowania  trunku. 

Cassidy obserwowała ceremoni  w milczeniu, staraj c si  uspokoi  puls, który pod wpływem 
dotyku  Colina  zdecydowanie  przyspieszył.  Kiedy  jej  kieliszek  został  napełniony,  podniosła 
go pewnie i spokojnie. Wino było delikatnie schłodzone i miało subtelny smak. 

- Smakuje ci? 
- Pyszne. Łatwo mogłabym si  uzale ni . 
- Opowiedz, o  czym piszesz. - Równie  uniósł kieliszek do ust, ale drug  r k  cały 

czas trzymał jej dło . 

- O dwójce ludzi i ich  yciu. 
- Romans? 
-  Skomplikowany.  -  Zmarszczyła  brwi,  patrz c  na  ich  zł czone  dłonie,  po  czym 

spojrzała Colinowi w oczy. Ogie   wiecy mienił si  złotem i fioletem. Przypomniała sobie,  e 
ma korzysta  z chwili i nie my le  o konsekwencjach. Uniosła kieliszek do ust. - Oboje s  
mało przewidywalni, wiesz,  ywiołowe, zmienne temperamenty, i czasami jak gdyby mi si  
wymykaj   Za wszelk  cen  pragn  pozosta  niezale ni, a jednak co  ich do siebie ci gnie. 
Chciałabym wierzy ,  e miło  pozwoli im jednak na pewn  niezale no . 

- W ka dej miło ci panuj  inne reguły. Zale  one od ludzi, których dopadła. To tak, 

jakby  ka dy  mecz  futbolowy  rozgrywany  był  według  ró nych  zasad,  dopasowanych  do 

background image

charakterów graczy. - Gładził delikatnie i czule jej dłonie. Niby nic powa nego, ale ten prosty 
gest sprawiał,  e jej serce biło jak oszalałe. - Czy b dzie szcz liwe zako czenie? 

-  Pewnie  tak...  -  powiedziała  cicho,  zapatrzona  w  bł kit  jego  oczu.  -  Ich  losy  s   w 

moich r kach. 

Nie odrywaj c od niej wzroku, uniósł jej dło  do swoich warg i spytał łagodnie: 
- A czy dzisiejszej nocy twój los jest w moich r kach? 
- Dzisiejszej nocy... - dług  chwil  patrzyła mu w oczy - ...tak. 
U miechn ł si  szelmowsko, uniósł wysoko kieliszek i wzniósł toast: 
- Oby ta noc trwała jak najdłu ej. 
To była bardzo luksusowa kolacja. Wino pobłyskiwało w kieliszkach. Cassidy starała 

si  zatrzyma  ka d  chwil  w pami ci. Je li miała sp dzi  ten jedyny wieczór z m czyzn , 
którego kochała, to powinna rozkoszowa  si  ka dym najdrobniejszym szczegółem. 

wiece ju  dogasały, kiedy wstawali od stolika. Cassidy wsun ła dło  w dło  Colina. 

Kiedy dotarli do korytarza, usłyszała,  e kto  woła go po imieniu. Rozejrzała si  i zauwa yła 
łysiej cego  grubaska,  który  zmierzał  wprost  do  nich.  U miechał  si   od  ucha  do  ucha  i 
rozło ył  ramiona  w  ge cie  kordialnego  powitania.  Gdy  ju   do  nich  dopadł,  jedn   r k  
entuzjastycznie  potrz sał  dłoni   Colina,  a  drug   klepał  go  po  ramieniu.  Cassidy  zauwa yła 
błysk brylantu osadzonego w pier cieniu na jego palcu. 

- Sullivan, hultaju, dobrze ci  widzie . 
- Jack. - Colin wyszczerzył z by w u miechu. - Co słycha ? 
- Jako  leci. Mam akurat robot  w mie cie. 
Jego wzrok zatrzymał si  na Cassidy. 
- Cass, to jest Jack Swanson, wielki rozpustnik. Jack, to Cassidy St. John, mój wielki 

skarb. 

Cassidy  z  jednej  strony  było  przyjemnie,  e  Colin  tak  j   przedstawił,  z  drugiej  nie 

bardzo  pasowało  jej  okre lenie  „rozpustnik"  do  wygl du  Jacka  Swansona,  tym  bardziej,  e 
ogromnie  go  szanowała  i  podziwiała,  cho   dot d  nie  znała  osobi cie.  W  ostatnim 

wier wieczu Jack stworzył kilka znakomitych filmów, które powoli stawały si  klasykami. 

-  Rozpustnik?  -  spytał  zaskoczony,  witaj c  si   z  Cassidy.  -  Nie  powinna   wierzy  

nawet połowie tego, co wygaduje ten nieokrzesany Irlandczyk. Jestem filarem społecze stwa. 

- Przynajmniej tak kazał napisa  na drzwiach do swojej nory - dodał Colin. 
- Nigdy nie miałe  nawet grama szacunku... - Powiódł wzrokiem po twarzy Cassidy. - 

Ale smak masz bez zarzutu. Nie jeste  aktork , prawda? 

- Nie licz c roli grzybka w szkolnym przedstawieniu, to nie. - U miechn ła si . 

background image

- Miałem do czynienia z mniej do wiadczonymi aktorkami. 
- Cass jest pisark . - Colin obj ł j  ramieniem. - Sam ostrzegałe  mnie,  ebym trzymał 

si  z dala od aktorek. 

- A od kiedy to słuchasz moich rad? - Swanson przygryzł wargi, przygl daj c si  z 

zainteresowaniem Cassidy. - Jak  pisark  jeste ? 

-  wietn , oczywi cie. - Znów si  u miechn ła. 
- Mam dzi  jeszcze jedno spotkanie, ale musimy zje  razem obiad, zanim wyjad  z 

miasta.  Je li  masz  ochot ,  mo esz  przyprowadzi   go  ze  sob .  -  Rzucił  okiem  na  Colina, 
kolejny raz klepn ł go w rami , po czym znikn ł w korytarzu. 

- Niezwykła posta , co? - spytał Colin, kieruj c j  w stron  wyj cia. 
-  Zdumiewaj ca.  -  U wiadomiła  sobie,  e  niedawno  ciskała  r k   prawdziwego 

włoskiego ksi cia, a teraz z kolei jednego z aktualnie panuj cych władców Hollywood. 

Wyszli na zewn trz w ciepłe  wiatło wieczoru. Sło ce ju  zaszło, ale na niebie wci  

było wida   lady po jego dziennej obecno ci. Cassidy w lizn ła si  do ferrari i westchn ła z 
zadowoleniem. Patrzyła na pierwsze gwiazdy. Ze zdziwieniem zauwa yła,  e Colin jedzie w 
kierunku, który nie prowadził do jej mieszkania. 

- Dok d jedziemy? 
- Jest takie jedno miłe miejsce. My l ,  e ci si  spodoba - stwierdził z u miechem. 
Klub, do którego przyjechali, był słabo o wietlony i zadymiony. Stoliki były małe i 

stały jeden przy drugim, a go cie ubrani byli zarówno w d insy, jak i wieczorowe kreacje. W 
rogu sali hała liwie przygrywał zespół, a na parkiecie ta czyło kilka par. 

Colin poprowadził Cassidy do zaciemnionego stolika w ko cu sali. Kiedy szli, kilka 

osób zawołało go po imieniu, ale odpowiedział jedynie powitalnym machni ciem r ki. 

- Cudownie. Jestem  wi cie przekonana,  e zaraz zabierzemy si  do przemytu broni 

lub diamentów. 

- To by ci si  na pewno spodobało, czy  nie? - Colin roze miał si  gło no. 
-  Jasne.  Królowa  podziemia,  Krwawa  Cassidy,  brzmi  nawet  nie le.  Bój  si , 

Irlandczyku. 

Przepchn ła si  do nich kelnerka i stan ła w niecierpliwej pozie przy ich stoliku. 
- Pani ma ochot  na szampana - powiedział Colin. 
- Kto nie ma - mrukn ła kelnerka i odpłyn ła w stron  baru. 
- Co za brak szacunku dla pana Sullivana - za miała si  Cassidy. 
-  To  wył cznie  sprawa  nastawienia.  W  odpowiednim  otoczeniu  lubi   nawet 

niegrzeczne  kelnerki.  -  Przycisn ł  jej  dło   do  ust.  -  Wiesz,  w  tych  zatłoczonych  knajpkach 

background image

ludzie s  blisko ze sob  Półmrok,  cisk, i tylko my dwoje. Mog  cieszy  si  twoim smakiem i 
zapachem, jakby my byli w przytulnym domu. - Nachylił głow  i pocałował j  ostro nie tu  
za uchem. 

- Colin. - Wyci gn ła r ce do jego ust w obronnym ge cie. 
Pocałował jej palce. 
W  tym  momencie  na  ich  stolik  dotarł  szampan.  Colin  wyci gn ł  rachunek  spod 

butelki, wr czył pieni dze kelnerce, która bez słowa znikła w tłumie. 

- Irytuj co szybka obsługa - mrukn ł i otworzył butelk . 
Zespół zagrał co  bardziej agresywnego, a Cassidy wypiła du y łyk szampana, maj c 

nadziej ,  e to uspokoi jej t tno. 

Pili  w  ciszy,  obserwuj c  nocne  ycie  tocz ce  si   wokół  nich.  Cassidy  odpłyn ła  w 

wiat marze . Wszystko było takie cudowne,  e zaczynała si  gubi , co jest jaw , a co snem. 

Kiedy Colin wzi ł j  za r k , wstała i dała si  poprowadzi  na parkiet. 

Ze  sceny  popłyn ły  wolne  bluesowe  d wi ki.  Poło ył  r ce  na  jej  biodrach,  a  ona 

oplotła ramionami jego szyj . Ich ciała zbli yły si  do siebie. Powietrze było ci kie od dymu 
i  zapachu  perfum.  Inne  pary  wydawały  si   nieobecne  w  przygaszonym  wietle.  Ruchy  ich 
przytulonych ciał ograniczały si  do powolnego kołysania. 

Odchyliła głow ,  eby popatrze  na Colina. Ich wzrok spotkał si , ich wargi niemal 

si  dotykały. Poczuła nagłe po danie. 

Muzyka ucichła. Nie mówi c słowa, Colin wzi ł j  za r k  i wyprowadził z tłumu. 
Ksi yc był w pełni. Chłodne powietrze ostudziło troch  jej krew i przegoniło chmury 

z my li. Ferrari mkn ło po szosie. Cassidy u miechn ła si  sama do siebie. Jest dobrze, jest 
wspaniale, niech nic si  nie zmienia. 

- Do mojego domu na łodzi - odpowiedział na pytanie, którego nie zd yła zada . - 

Mam co  dla ciebie. 

Cassidy  odczuła  lekki  niepokój.  Spojrzała  przez  okno  na  zasnut   mgł   zatok   i 

pomy lała,  e powinna poprosi  Colina o zawiezienie do domu. Ale przecie  noc si  jeszcze 
nie sko czyła. Cassidy obiecała sobie,  e ta noc b dzie nale e  do niej. 

Mgła nacierała coraz agresywniej na zatok  i drog . W oddali słycha  było pierwsze 

d wi ki syren ostrzegawczych. Cassidy straciła poczucie czasu. Colin zatrzymał samochód. 
Gdy  wysiedli,  poprowadził  j   w  stron   łodzi.  Piskliwy,  przenikliwy  krzyk  jakiego   ptaka 
zakłócił cisz . W ski most linowy zakołysał si  pod jej stopami.  Bryza  rozwiała na chwil  
zasłon  z mgły i Cassidy ujrzała łód . 

- Och, Colin. - Zatrzymała si  oszołomiona. - Jest cudowna. 

background image

Przed oczyma miała dwupoziomow , drewnian  budowl . 
Kiedy weszli do  rodka, potrz sn ła głow , str caj c krople z włosów. Colin zapalił 

wiatło i przeszli do salonu. Był to du y, niemal kwadratowy pokój z nisk  kanap  i stołem. 

- To niesamowite mieszka  na wodzie. - Odwróciła si  do niego i u miechn ła. 
- Kiedy noc jest spokojna, miasto wygl da wspaniale. Mgła dodaje mu tajemniczego, 

ba niowego  wygl du.  -  Podszedł  do  Cassidy  i  odrzucił  jej  loki  na  ramiona.  -  Masz  mokre 
włosy  -  powiedział  cicho.  -  Czy  wiesz,  ile  złotej  i  br zowej  farby  u yłem,  eby  je 
namalowa ?  Ich  kolor  zmienia  si   przy  ka dej  zmianie  wiatła.  To  nie  lada  wyzwanie  dla 
malarzaktóry próbuje odda  ich barw . - Zmarszczył czoło. - Musisz napi  si  brandy,  eby 
si  nie przezi bi . - Podszedł do barku. 

Obserwowała go, jak napełnia kieliszki, a kiedy podał jej ju  alkohol, odwróciła si , 

eby  przyjrze   si   pomieszczeniu.  Na  przeciwległej  cianie  wisiał  obraz  przedstawiaj cy 

zatok   o  wschodzie  sło ca.  Niebo  było  mieszank   kolorów,  głównie  czerwieni  i  złota. 
Wyczuwało si  w tym dziele  ywiołowo  i niepokój twórcy. A tak e drapie no  i agresj , 
jakby artysta w tym dziele chciał ujawni  cał  dr cz c  go nienawi  do  wiata. 

Cassidy nie musiała sprawdza , by wiedzie ,  e było to dzieło Gail Kingsley. 
- Jest nadzwyczaj utalentowana - stwierdził Colin. 
-  Tak  -  przyznała  uczciwie,  poniewa   obraz  naprawd   j   poruszył.  -  To  niezwykły 

wschód  sło ca,  pełen  emocji,  po  prostu  ekscytuj cy.  Nie  chciałabym  jednak  zaczyna  
ka dego dnia od takiej dawki przemocy, cho by nie wiem jak pi knej. 

- Mówisz o obrazie czy o jego autorce? Wzruszyła ramionami. Nie chc c dr y  tego 

tematu, powiedziała: 

- Mo na by pomy le ,  e artysta powinien pokry   ciany  obrazami, ale  ty masz ich 

tylko kilka. - Zacz ła je po kolei ogl da . Szczególnie jeden przykuł jej uwag . Był to typowy 
irlandzki krajobraz, o jakim ju  dzi  wspominała. 

- Ciekawy byłem, czy pami tała . - Stan ł za ni  i poło ył r ce na jej ramionach. 
- Oczywi cie. 
- Miałem dwadzie cia lat, kiedy go namalowałem. To była moja pierwsza podró  do 

Irlandii. 

- Czy to nie dziwne,  e wła nie dzi  rano o tym mówiłam? - wyszeptała. 
-  Przeznaczenie,  Cassidy.  -  Pocałował  j   w  głow .  Podszedł  do  ciany,  zdj ł  z  niej 

obraz i wr czył go jej. 

- Chc ,  eby  go zatrzymała. 
- Colin, nie mog ! - Była zdumiona. 

background image

- Nie? Wygl dało na to,  e ci si  podoba. 
-  Och,  wiesz,  e  bardzo.  Jest  pi kny,  cudowny,  ale  nie  mog   ot  tak  zabra   ze  sob  

twojego obrazu. 

- Nie zabierasz, przecie  ci go daj . To przywilej artysty. 
- Ale... - Spojrzała na pejza , a potem na Colina. - Nie trzymałby  go tak długo, gdyby 

wiele dla ciebie nie znaczył. Przecie  mógłby  go bez problemu sprzeda . 

- Pewnych rzeczy si  nie sprzedaje, tylko darowuje. 
- Wyci gn ł r ce z obrazem w jej stron . - Cass, nie odmawiaj, prosz . 
- Nigdy dot d nie słyszałam „prosz " z twoich ust. 
- Jej głos zadr ał ze wzruszenia. 
- Zachowuj  takie słowa na specjalne okazje. Przyjrzała mu si  uwa nie. Dał jej co  

wi cej ni  obraz. 

Co , co w magiczny sposób ł czyło j  z matk , której nigdy nie poznała. U miechn ła 

si  ciepło. 

- Dzi kuj . 
Przesun ł palcami po jej wargach. 
- Tyle w tobie pi kna i  czaru, ale twoje usta... - powiedział cicho. - Usi d , Cass, i 

wypij brandy. - Odstawił obraz na bok i wskazał kanap . 

- Czy tutaj te  malujesz? 
- Czasami. 
- Pami tam noc, kiedy ci  spotkałam. Namawiałe  mnie,  ebym przyszła tu z tob , bo 

chciałe  zrobi  wst pne szkice. 

-  A  ty  straszyła   mnie  m em  sportowcem.  Sto  dziewi dziesi t  wzrostu,  sto  kilo 

ywej wagi. 

- Nic innego nie przyszło mi do głowy. - Odwróciła si  do niego z u miechem i niemal 

zderzyła si  z jego twarz . 

Pochylił  si   jeszcze  bardziej,  by  musn   wargami  jej  policzek.  Przesun ł  głow   i 

pocałował j  w drugi policzek. Ich usta niemal si  dotkn ły. 

- Colin - wyszeptała i poło yła r ce na jego piersi. Ich wargi zł czyły si . Wiedziała, 

e ciepło, które czuje wewn trz, to nie brandy. 

- Cassidy. - Pocałował j  ostro nie, po czym odsun ł głow ,  eby móc na ni  spojrze . 

- Kiedy ostatni raz ci  całowałem, zraniłem ci .  ałuj  tego. 

-  Prosz ,  Colin,  nie  mówmy  o  tym.  -  Potrz sn ła  głow   -  Oboje  byli my  wtedy 

w ciekli. 

background image

-  Wiem,  e  ju   mi  wybaczyła ,  bo  taki  masz  charakter.  Ale  pami tam  wyraz  twojej 

twarzy. - Zsun ł dło  po jej ciele, a  ich r ce si  poł czyły. - Chc  pocałowa  ci  jeszcze raz, 
Cass, ale w sposób, w jaki powinna  by  całowana. Musisz mi jednak powiedzie ,  e równie  
ty tego wła nie chcesz. 

Wydawało si  takie proste powstrzyma  go teraz jednym krótkim „nie". Ale czuła si  

tak ubezwłasnowolniona, jakby była do niego przywi zana. 

- Tak - powiedziała i zamkn ła oczy. - Chc . 
Jego usta dotkn ły jej delikatnie. Rozchyliła wargi zach caj co. Całował j  mi kko i 

łagodnie.  Pozwoliła,  eby  zsun ł  bolerko  z  jej  ramion  i  oddała  si   pieszczotom.  Pocałunki 
stawały si  coraz bardziej natarczywe. Oplotła r ce wokół niego. 

- Cass. - Zwolnił silny u cisk, kiedy ich wargi rozł czyły si . 
Przywarła do niego z westchnieniem, pieszcz c wargami jego pier . 
- Tak? - wymruczała, unosz c głow ,  eby na niego spojrze . 
Zakl ł cicho i zamiast odpowiedzi pocałował j  mocno. 
W Cassidy zawrzała krew. Poczuła, jak opada na kanap  pod naporem napr onego 

ciała Colina. Jego dłonie gładziły jej nagie ramiona. Całował z pasj , a ona tylko j czała z 
rozkoszy. 

Uwolnił jej piersi spod materiału i pie cił je zdecydowanymi ruchami. Pasja i uczucie 

rozkoszy wypełniły j  całkowicie. Odchyliła głow  i j kn ła cicho. Całował jej szyj  i piersi. 
Dra nił  palcami  sutki.  Zadr ała,  kiedy  ponownie  przycisn ł  usta  do  jej  warg.  Otworzyła 
gwałtownie oczy, gdy przerwał pocałunek. 

Wyci gn ła  r k ,  eby  odsun   kosmyk  włosów  z  twarzy  Colina.  Wymówiła  cicho 

jego imi . Złapał j  za r k , a nast pnie poprawił jej strój i poci gn ł j  tak,  e oboje znów 
usiedli. 

-  Cass,  na  S dzie  Ostatecznym  za wiadczysz,  e  przynajmniej  raz  zachowałem  si  

szlachetnie. - Mówił chrapliwie, niemal słyszała, jak gło no bije jego serce. - Zabior  ci  teraz 
do domu. 

- Colin... 
-  Nie  mów  nic,  prosz .  -  Zdj ł  r ce  z  jej  ramion  i  wsadził  je  do  kieszeni  spodni.  - 

Powierzyła   mi  swój  los  na  dzisiejsz   noc.  Nast pnym  razem  sama  zdecydujesz,  ale  teraz 
zawioz  ci  do domu. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Sło ce było wysoko i  wieciło jasno. Le c w łó ku, Cassidy patrzyła, jak przedziera 

si  przez okno i kładzie cienie na podłodze. Spojrzała na obraz wisz cy po lewej stronie. Był 
tu  dopiero  od  dwóch  dni,  ale  znała  ka dy  jego  szczegół  i  ka de  poci gni cie  p dzla. 
Westchn ła i utkwiła wzrok w suficie. 

Wspominała  wieczór  sp dzony  z  Colinem,  od  chwili,  gdy  zobaczyła  go  w  swoim 

mieszkaniu, a  do szybkiego po egnania przy drzwiach. 

Kiedy  przyszła  do  studia  dzie   po  ich  randce,  Colin  zaj ty  był  prac .  Cassidy 

zdecydowała,  e cokolwiek wydarzyło si  pomi dzy nimi, nie b dzie miało dalszego ci gu. 
Jedna noc. Tylko jedna noc. 

Dla  niego  to  zamkni ty  rozdział,  pomy lała,  wpatruj c  si   w  portret.  Wiedziała 

jednak,  e w niej to wspomnienie pozostanie na zawsze. Powinna by  wdzi czna Colinowi,  e 
odwiózł j  do domu, bo gdyby została na łodzi... 

Wtedy  stałaby  si   jedn   z  jego  kochanek.  I  podzieliłaby  ich  los.  Ile  trwałby  ten 

romans?  Dwa  tygodnie,  miesi c,  mo e  trzy,  a  potem...  A  potem  Cassidy  byłaby  jeszcze 
bardziej  samotna  i  gł boko  nieszcz liwa.  A  tak  przynajmniej  mo e  wspomina   ten 
wyj tkowy wieczór. Wino,  wiece i muzyk . 

- Ale ze mnie głupia romantyczka - mrukn ła ze zło ci  i waln ła pi ci  w poduszk . 
Z rozmy la  wybiło j  stukanie do drzwi. 
- Cassidy! - Niezra ony brakiem odpowiedzi Jeff wtargn ł do pokoju. - Hej, Cassidy! 

- Zatrzymał si , patrz c na ni  z dezaprobat . - Jeszcze w łó ku? Ju  jedenasta. 

Podci gn ła kołdr  pod brod  i usiadła. 
- Tak, jeszcze jestem w łó ku. Pracowałam do wpół do czwartej. Wydawało mi si ,  e 

zamykałam drzwi. 

- No tak. - Jeff przysiadł na łó ku. Cassidy zarumieniła si . 
- Czuj si  jak u siebie w domu. - Wskazała na pokój. 
- Nie zwracaj na mnie uwagi. 
- Spójrz na to! Pisz  o tobie. 
-  Co  takiego?  -  Rzuciła  okiem  na  gazet ,  któr   Jeff  trzymał  w  r ku.  -  O  czym  ty 

mówisz? 

U miechn ł si . 

background image

- Cho  ostatnio krucho prz d , zaszalałem i kupiłem niedzielne wydanie. Warto było. 

- Tr cił palcem jej nos. 

- Bo kogo zobaczyłem w rubryce towarzyskiej? Moj  przyjaciółk  i s siadk , Cassidy 

St. John. 

-  artujesz!  -  Nerwowo  odrzuciła  włosy.  -  A  niby  jakim  cudem  Cassidy  St.  John 

miałaby si  znale  w rubryce towarzyskiej? 

- A takim,  e ta czysz z Colinem Sullivanem. - Jeff podsun ł jej gazet  pod nos. 
Od  razu  zobaczyła  to  zdj cie.  Przez  chwil   wpatrywała  si   w  nie  ze  zdumieniem,  a 

potem wyrwała Jeffowi gazet . 

- Poka  mi to! 
-  Prosz   bardzo  -  odpowiedział  uprzejmie.  Oparł  si   na  łokciu  i  przygl dał  pełnej 

emocji twarzy Cassidy. Wyrazisty rumieniec pokrył jej policzki. 

- Wygl da na to,  e przyłapano was w jakim  modnym klubie. W podpisie dodano te  

kilka  spekulacji,  kim  mo e  by   najnowsza  wybranka  Sullivana.  -  Poci gn ł  si   za  brod   i 
zachichotał. - A ona siedzi tutaj, w koszulce futbolowej z numerem pi dziesi t trzy, w której 
wygl da o niebo lepiej ni  nosz cy ten numer zawodnik. - Ponownie si  za miał. - Na tym 
zdj ciu zreszt  tak e  wietnie wygl dasz. 

-  Co  za  bzdury!  -  Cisn ła  gazet   i  wstała  z  łó ka,  odpychaj c  Jeffa.  -  Czytałe   ten 

artykuł? - Z furi  wkopała but pod szaf . - Jak oni maj  czelno  sugerowa  takie rzeczy? 

Jeff rozsiadł si  wygodnie, obserwuj c, jak Cassidy kr y w ciekła po pokoju. 
- Daj spokój, to tyko artykuł. Nie trzeba si  tym przejmowa . - Podniósł wygniecion  

gazet  i starannie j  rozprostował. - Zreszt  nadzwyczaj pochlebnie wypowiadaj  si  na twój 
temat.  Słuchaj,  nazywaj   ci ...  zaraz,  niech  znajd ...  o,  mam:  „Tajemnicza  pi kno ". 
Zgadzam  si .  „Wspaniała  figura".  Zawsze  to  mówiłem,  tylko  nie  chciała   mnie  słucha . 
„Fascynuj ca, oryginalna twarz". Słuchaj, ten dziennikarz musiał si  w tobie zakocha . Ale 
mu si  nie dziwi ... Słuchaj, to jest najlepsze: „Leniwie seksowne kocie ruchy, nieodgadnione 
spojrzenie  kryj ce  tajemn   obietnic ".  -  Jeff  rykn ł  miechem.  -  Do  zakochanego  malarza 
mo esz doda  zakochanego grafomana. Oj, narozrabiała , słodka Cass. Au! - Nast pny but, 
kopni ty! z niepoj t  sił  trafił Jeffa prosto w kolano. 

- Zabolało? To dobrze. Tak ci  rozbawił ten artykuł? No jasne, przecie  jeste  tylko 

facetem. Czyli durniem. 

- Otworzyła szuflad  i wyci gn ła par  krótkich d insów. Po chwili znowu kr yła po 

pokoju, wymachuj c szortami w kierunku Jeffa - My lisz,  e kilka, bardzo zreszt  w tpliwych 

background image

komplementów wszystko naprawi? - Ponownie podeszła do szuflady i wróciła z purpurowym 
podkoszulkiem. - Otó  nie naprawi! - Odrzuciła włosy z twarzy. 

- Mog  to zatrzyma ? - zapytała spokojniejszym tonem. 
- Jasne. - Jeff wstał i niepewnie wr czył jej gazet . 
-  B dzie  chyba  najlepiej,  je li  ju   sobie  pójd .  Jednak  Cassidy  go  nie  słuchała, 

ponownie wpatruj c si  w zdj cie. Jeff wymkn ł si  niezauwa ony. 

Niecał  godzin  pó niej Cassidy szła w dół molo, w kierunku łodzi Colina. W r ku 

trzymała  zmi t   niedzieln   gazet .  Cały  czas  wrzała  oburzeniem.  Przeszła  przez  w ski, 
kołysz cy si  trap i zastukała do drzwi kabiny. Odpowiedziała jej cisza i plusk fal. Rozejrzała 
si  dookoła i zauwa yła stoj ce opodal ferrari. 

-  Ach,  wi c  jeste   w  domu,  Sullivan  -  warkn ła  i  zapukała  ponownie,  tym  razem  z 

całej siły. 

-  Po  diabła  tak  łomoczesz?  -  zabrzmiał  głos  ponad  jej  głow .  Cassidy  zrobiła  kilka 

kroków w tył i osłaniaj c przed sło cem oczy, spojrzała w gór . 

Colin  przechylał  si   przez  reling  na  górnym  pokładzie.  Miał  na  sobie  tylko  obcisłe 

szorty. W r ku trzymał p dzel umazany niebiesk  farb . 

- Sullivan, musz  z tob  porozmawia . - Pomachała gazet . Jej głos nie brzmiał zbyt 

zach caj co. 

- W porz dku, wejd  na gór , ale sko cz z tym idiotycznym stukaniem. 
Znikn ł znad por czy, zanim zd yła odpowiedzie , wi c poszła w kierunku dziobu, 

a  dotarła do stromych schodów. Wspi ła si  po nich na górny pokład, stan ła za Colinem i 
stukn ła go w plecy. 

Siedział  na  trójnogim  krzesełku  przed  sztalugami,  maluj c  pewnymi,  szybkimi 

poci gni ciami  p dzla.  Popatrzyła  przed  siebie  i  zobaczyła  łodzie,  które  uwieczniał  na 
płótnie. 

- A wi c co ci  sprowadza, Cass? I dlaczego walisz w moje drzwi, jakby si  paliło? - 

mówił niewyra nie, bo w z bach, niczym piracki nó , trzymał p dzel. 

Pomachała mu przed nosem gazet . 
- To! 
Colin  odło ył  p dzle,  u miechn ł  si   do  Cassidy  i  wzi ł  do  r k  niedzielne  wydanie 

najpopularniejszego dziennika w San Francisco. 

- Całkiem dobre zdj cie. W naturze oczywi cie jeste  ładniejsza, ale naprawd  niezłe - 

powiedział po chwili. 

- Colin! 

background image

-  Ciii,  czytam.  -  Pogr ył  si   w  lekturze.  Zagryzała  z by,  tłumi c  przekle stwo,  i 

wielkimi krokami ruszyła po pokładzie w t  i z powrotem. 

Nagle  Colin  roze miał  si ,  zaraz  jednak  uniósł  r k ,  zakazuj c  Cassidy  mówi . 

Wykrzywiła si  do niego szpetnie i podj ła sw  w drówk . 

- No prosz  - powiedział po chwili. - Całkiem zabawne. - Był spokojny i rozlu niony. 
Obróciła si  w jego stron . 
- Zabawne? Zabawne?! To wszystko, co masz do powiedzenia o tym... tym chłamie? 
Colin wzruszył ramionami. 
-  Mogłoby  by   lepiej  napisane.  Dziennikarzyna  si   wysilał,  ale  mu  nie  wyszło. 

Napijesz si  kawy? 

- Czy ty w ogóle to przeczytałe ? - Podeszła bli ej. Wiatr rozwiewał jej włosy, wi c 

niecierpliwie  odrzuciła  je  na  plecy.  -  Przeczytałe ,  jakie  rzeczy  tu  wypisuj ?  -  Prychn ła, 
tupn ła nog  i waln ła go pi ci  w pier . - Do diabła, nie jestem twoj  najnowsz  zdobycz  
Sullivan! 

- Ach tak... 
Jej oczy zaiskrzyły si . 
-  Co  ma  znaczy   to  „ach,  tak"?  Zapami taj  sobie  raz  na  zawsze,  nie  jestem  twoj  

najnowsz  zdobycz ! W ogóle nie jestem  adn  zdobycz , ani now , ani star , ani twoj  ani 
czyj kolwiek. Za takie okre lenie powinno si  chłosta . W ogóle nie znosz  tego ob lizgłego 
j zyka,  tych  wszystkich  insynuacji,  e  jeste my  kochankami,  e  wijemy  sobie  gdzie  
gniazdko...  A  ciebie,  jak  widz ,  to  bawi!  -  Z  jej  oczu  posypały  si   błyskawice.  -  Co  to  za 
bzdurna logika,  e skoro ta czyli my ze sob , to od razu musimy by  kochankami. 

- Musisz przyzna ,  e ten pomysł si  pojawił - zachichotał, patrz c w rozognione oczy 

Cassidy. Wiatr rozrzucał jej włosy wokół twarzy. Colin odsun ł je, po czym poło ył r k  na 
jej ramieniu. - Chcesz zaskar y  gazet ? 

Wyczuła rozbawienie w jego głosie. 
- Chc ,  eby to odszczekali - powiedziała uparcie, wsuwaj c r ce w kieszenie. 
- Z jakiego powodu?  e kto  pstrykn ł zdj cie bez naszej zgody i napisał kilka plotek? 

Cass,  b d   powa na.  Gdyby  kto   napisał,  e  jeste   złodziejk   albo  morderczyni ,  to 
rozumiem,  ale  tak...  Poza  tym,  male ka,  to  zdj cie  mówi  samo  za  siebie.  -  Uniósł  gazet  
przed jej oczy. - Spójrz na tych dwoje! Widz  tylko siebie,  wiat dla nich nie istnieje. 

Cassidy podeszła do relingu. Wiedziała,  e miał racj . Przytuleni w ta cu, zapatrzeni 

w  siebie,  jej  r ce  splecione  wokół  szyi  Colina,  jego  usta  muskaj ce  jej  policzek...  Ciemny, 
zadymiony  klub  był  doskonałym  tłem  dla  tej  sceny.  adne  słowa  nie  były  potrzebne  do 

background image

opisania  tego  zdj cia.  Pami tała  ten  moment,  swoje  uczucia  i  intymno ,  któr   dzieliła  z 
Colinem. 

Ta fotografia była brutaln  inwazj  w jej prywatno , a tego nienawidziła. Nie znosiła 

plotkarskich rubryk towarzyskich, a teraz wła nie plotka poł czyła j  z Colinem. Dziennikarz 
nie  zdołał  nawet  ustali ,  jak  Cassidy  si   nazywa  i  kim  jest,  ale  bez  enady  nazwał  j  
„najnowsz  zdobycz  Sullivana". 

Cassidy zapatrzyła si  w wod  i przelatuj ce mewy. 
- Nie podoba mi si  to. Nie lubi  by  obiektem plotkarskich sensacji, które si  omawia 

nad  płatkami  niadaniowymi  i  kaw .  Nie  lubi ,  kiedy  kto ,  przez  swoj   bujn   wyobra ni , 
przedstawia mnie jako osob , któr  nie jestem. I nie lubi  by  opisywana jako... 

- Tajemnicza pi kno ? - usłu nie podsun ł Colin. 
-  Nie  widz   nic  zabawnego  w  tym  frazesie.  Sprawia,  e  czuj   si   idiotycznie.  - 

Skrzy owała  r ce  na  piersi.  -  To  nie  jest  komplement,  niezale nie  od  tego,  co  ty  i  Jeff  s -
dzicie. 

- A kim, do diabła, jest Jeff? 
- Jego zdaniem ten artykuł jest odjazdowy. Ryczał ze  miechu jak durny bawół... to 

zreszt  was ł czy. - Znów mocno si  nakr cała w swej zło ci. - Siedział dzisiaj rano na moim 
łó ku i tłumaczył mi,  e powinnam by  dumna,  e powinnam... 

- A mo e raczej powinna  powiedzie  mi, kim jest ten cały Jeff i dlaczego był dzi  

rano w twoim łó ku - przerwał jej Colin. 

- Nie w łó ku, ale na łó ku - rzuciła niecierpliwie. - I trzymaj si  tematu, Sullivan. 
- Chc  najpierw wyja ni  t  kwesti . - Podszedł do niej i złapał za podbródek. Jego 

palce były zaskakuj co silne. - No wi c kim dla ciebie jest Jeff? 

-  Mo esz  przesta ?  -  Wyszarpn ła  si   gwałtownie.  -  Jak  mog   cokolwiek  wyja ni , 

skoro wci  mnie dr czysz i poni asz? 

-  Dr cz   i  poni am?  -  Zaniósł  si   miechem.  -  To  jest  dopiero  wyra enie.  A  teraz 

słucham, kim jest Jeff. 

- Mo esz go zostawi  w spokoju? - Jej oczy ponownie rozbłysły. - Przyniósł mi ten 

artykuł.  Colin,  powtarzam  jeszcze  raz,  nie  zamierzam  znale   si   na  długiej  li cie  twoich 
kochanek. I nie dam si  wykorzysta  do podtrzymywania twojego wizerunku romantycznego 
artysty. 

- Zaraz, zaraz, co znaczy to ostatnie zdanie? - spytał zdumiony. - Bo poprzednie po 

prostu zignoruj . 

background image

-  My l ,  e  nie  trzeba  tego  tłumaczy .  To  zdanie  twierdz ce,  w  pierwszej  osobie 

liczby  pojedynczej  -  zadrwiła.  -  Do  diabła,  Colin,  mówi   powa nie:  nie  pozwol   na  to. 
Naprawd  nie  artuj . - W jej głosie zabrzmiała gro ba. 

- O tak. - Przyjrzał si  uwa nie Cassidy. - Widz ,  e nie  artujesz. 
Patrzyli na siebie w milczeniu. Była w pełni  wiadom   e najch tniej rzuciłaby mu si  

w ramiona i zapomniała o wszystkim w morzu pieszczot. By odp dzi  pokus  i zaprowadzi  
jaki taki ład w swej głowie, Cassidy odwróciła si  i przechyliła przez barierk . Przez chwil  
słuchała delikatnego plusku wody o drewniany bok łódki. Westchn ła gło no. 

- Jestem ubog , skromn  i prost  osob , Colin. Nigdy nie byłam poza naszym stanem, 

a najdalej wyjechałam kilkaset kilometrów poza miasto. Urodziłam si  w zwykłej rodzinie i 
wiod   zwyczajne  ycie.  Nie  jestem  tajemnicz ,  fascynuj c   kobiet .  -  Odwróciła  si  
ponownie  do  niego.  Wiatr  rozwiewał  jej  włosy.  -  Nie  lubi   by   brana  za  kogo ,  kim  nie 
jestem. Nie jestem tak  osob , jak  opisano. 

Zwin ł gazet , wcisn ł do tylnej kieszeni i podszedł do Cassidy. 
-  Jeste   z  pewno ci   o  wiele  bardziej  fascynuj ca  ni   kobieta,  jak   opisano  w  tym 

artykule. 

Cassidy potrz sn ła głow . 
- Nie powiedziałam tego po to,  eby  prawił mi komplementy. 
- To było jedynie stwierdzenie faktu. - Pocałował j , zanim zdołała zastanowi  si , czy 

si  zgodzi , czy nie. - Teraz czujesz si  lepiej? 

- Nie jestem dzieckiem, które miało napad zło ci. 
- Jeste  młod , pi kn  kobiet . 
- W San Francisco mówi  o mnie,  e jestem niebrzydka. - Zerkn ła po sobie. 
- I z pewno ci  młoda. 
- A wi c zgadzasz si ,  e tylko niebrzydka? A nie pi kna? - Posłała mu prowokuj ce 

spojrzenie. 

- Pi kna... nie, to ju  przesada. 
- Och! 
Colin za miał si  i chwycił jej podbródek. 
-  Ta  twarz...  -  Wpatrywał  si   intensywnie.  -  Twoja  twarz  jest  idealna.  Cudowne 

proporcje,  karnacja....  Bije  z  niej  siła,  a  zarazem  krucho .  A  ty  jeste   tego  całkowicie 
nie wiadoma.  „Pi kna"  to  banał,  to  nic  nie  znaczy.  Jeste   niepowtarzalna,  niezwykła  i 
fascynuj ca. 

background image

Cassidy  zarumieniła  si .  Zastanawiała  si ,  dlaczego  po  tylu  godzinach  pozowania 

Colinowi czuła teraz,  e krew szybciej w niej kr y, kiedy przygl dał si  jej twarzy. 

- Czaruj cy sposób,  eby si  zrehabilitowa  za obra liwe zachowanie - zadrwiła. - To 

pewnie ta twoja irlandzka dusza. 

- Znam wiele lepszych sposobów. 
Pocałunek  spadł  na  jej  usta  tak  nieoczekiwanie,  e  zanim  zd yła  pomy le ,  ju   go 

odwzajemniała.  Czuła  gor co  bij ce  od  sło ca  i  to  wewn trzne,  które  wypełniało  jej  ciało. 
Ogarn ło  j   po danie.  Zamiast  opiera   si   Colinowi,  przyci gała  go.  Pasja,  jak   w  niej 
wywołał, zmieniła jej uległo  w agresj . 

- Cassidy... - Obsypał jej twarz pocałunkami. - Urzekasz mnie. 
Jej r ce gładziły jego nagi tors i umi nione ramiona. Serce waliło mu jak młot pod 

dotykiem jej dłoni. Ich usta ponownie si  zł czyły. 

-  Wygl da  na  to,  e  przyszłam  nie  w  por .  Przestraszona  Cassidy  odsun ła  usta  od 

Colina,  ale  nie  była  w  stanie  uwolni   si   z  jego  u cisku.  Odwróciła  głow   i  ujrzała  Gail 
Kingsley,  która  stała  na  szczycie  schodów,  trzymaj c  si   jedn   r k   por czy.  Jedwabny, 
szmaragdowy szal, który miała na szyi, powiewał na wietrze. 

-  To  chyba  oczywiste  -  odpowiedział  Colin  spokojnie.  Zaczerwieniona  Cassidy 

walczyła, by si  wyswobodzi . 

- Wybacz, Colin, kochanie. Nie wiedziałam,  e masz towarzystwo. W ko cu rzadko 

zapraszasz go ci w niedziel . - U miechn ła si  do niego w sposób sugeruj cy,  e zna dobrze 
jego  zwyczaje.  -  Musz   odebra   płótna,  nie  pami tasz?  I  mamy  kilka  spraw  do 
przedyskutowania.  Poczekam  na  dole.  -  Przeszła  przez  pokład  i  otworzyła  drzwi  kabiny.  - 
Mam przygotowa  trzy kawy? - Znikn ła w  rodku, nie czekaj c na odpowied . 

Cassidy odwróciła głow  do Colina, jednocze nie odpychaj c si  od jego piersi. 
- Pu  mnie - sykn ła. - Pu  mnie natychmiast! 
- Dlaczego? Jeszcze przed chwil  była  bardzo szcz liwa i zadowolona. 
Jej próby wyszarpni cia si  spełzły na niczym. 
- Byłam za lepiona zwierz cym po daniem. Teraz, wrócił mi wzrok. 
-  Zwierz ce  po danie?  -  U miechn ł  si   szeroko.  Całkiem  interesuj ce.  Cz sto  ci  

dopada? 

- Nie drwij ze mnie, Sullivan. - Zabrzmiało to nad wyraz gro nie. - Nawet si  nie wa ! 
- Czasami naprawd  nie jest łatwo. - Wreszcie j  pu cił. Postanowiła nieco wyciszy  

atmosfer , dlatego powiedziała w miar  spokojnie: 

background image

- Zrozum, to dla mnie  enuj ce. Nie chc  całowa  si  z tob  na oczach Gail, która na 

dodatek u miecha si  z wy szo ci . - Wygładziła ubranie. 

- Dlaczego, Cass? Jeste  zazdrosna? - U miechn ł si  szerzej. - Pochlebia mi to. 
- Ty napuszony, przem drzały idioto! 
- Zaraz, zaraz, Cass. - Zni ył głos. - Przecie  pragn ła  mi si  odda , kiedy za lepiło 

ci  owo zwierz ce po danie... 

Cassidy zamachn ła si  pi ci , ale zrobił unik i złapał j  mocno w talii. 
- Kobiety policzkuj , a nie tłuk  jak bokser. 
- Guzik mnie to obchodzi - warkn ła i wyszarpn ła mu si . Chciała natychmiast st d 

wyj , ale Colin znów j  złapał i przyci gn ł tak mocno,  e si  z nim zderzyła. U miechn ł 
si  i pocałował j  w czubek nosa. 

- Dlaczego si  tak spieszysz? 
- Jest tłok. - Znów zacz ła si  wyrywa . 
- Cass, nie b d  głupia. - Zachichotał i poklepał j  po policzku. 
Wzniosła oczy do nieba. Ju  nawet nie chciało jej si  wrzeszcze . 
-  Wiesz  co,  Colin?  Maluj  dalej  te  swoje  aglówki  -  parskn ła  i  ruszyła  w  stron  

schodów wiod cych na dolny pokład. 

-  Dzi ki  za  rad .  A  tak  przy  okazji,  jeste   liczn   dziewczyn ,  Cassidy  St.  John  - 

zawołał za ni  z przesadnym irlandzkim akcentem. Odwróciła głow  i spojrzała na niego z 
błyskiem w oczach. Przechylił si  przez reling. - Przyjemniej patrze , jak zło  ci mija, ni  
jak  nadchodzi.  Nast pnym  razem  namaluj   ci   w  taki  sposób,  by  ukaza   twoje  bardziej 
czaruj ce oblicze. 

- Pr dzej mi tu kaktus wyro nie! - Przyspieszyła kroku. Z oddali słyszała jeszcze jego 

miech. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWI TY 

Cassidy  wiedziała,  e  obraz  był  ju   niemal  gotów.  Z  jednej  strony  czuła,  e  jego 

zako czenie przyniesie jej ulg . uwolni od napi cia, z drugiej strony starała si  zachowa  te 
chwile  w  pami ci.  Kiedy  siedziała  w  ustawionej  pozie,  była  pewna,  e  Colin  dopracowuje 
ostatnie szczegóły. Szybkie dot d ruchy p dzla stały si  powolne i dokładniejsze. 

Była mu wdzi czna,  e nie nawi zał ani słowem do jej niedzielnej wizyty.  Zdawała 

sobie spraw ,  e tym razem przesadziła. Powinna była pami ta , jak bardzo porywcza jest z 
natury.  Ale  có ,  nie  pami tała,  no  i  si   o mieszyła.  Dokładniej  mówi c,  zrobiła  z  siebie 
kompletn  idiotk . Zreszt  nie po raz pierwszy. 

Chocia   jej  reakcja  była  do  pewnego  stopnia  uzasadniona.  Gwałtowne  zako czenie 

cudownej  randki,  pozostawiaj ce  za  sob   bolesne  niespełnienie,  a  potem  ten  głupi  artykuł. 
Przypomniała  sobie,  co  Gail  mówiła  o  kreowanym  przez  media  romantycznym  wizerunku 
Colina.  Có ,  Cassidy  nie  b dzie  ju   musiała  wi cej  jej  słucha .  Najlepiej  zrobi,  jak  zaraz 
zacznie si  zbiera . Czas pomy le  o przyszło ci. I o jakiej  pracy, pos pnie dodała w duchu. 
To  b dzie  pocz tek  czego   zupełnie  nowego,  szybko  si   poprawiła.  Nowe  do wiadczenia, 
nowi ludzie. Samotne noce. 

- Na szcz cie twarz sko czyłem ju  wczoraj - wyrwał j  z zadumy Colin. - Bo dzisiaj 

pojawiaj  si  na niej coraz to nowe nastroje i emocje. - U miechn ł si  lekko. 

- Nie wiedziałem,  e w tak krótkim czasie potrafisz zrobi  tyle ró nych min. 
- Przepraszam, ja tylko... - Szukała odpowiednich słów, ale nie znalazła nic naprawd  

sensownego. - Ja tylko my lałam. 

- To si  dało zauwa y . - Uchwycił jej spojrzenie. 
- Jakie  smutne my li? 
- Nie, obmy lałam wła nie scen  z mojej ksi ki. 
- Yhm... - Colin odsun ł si  od sztalug. - I to niezbyt wesoł . 
- Wszystkie nie mog  by  przecie  wesołe. Sko czyłe , prawda? 
- Tak, prawie sko czyłem. - Krytycznie spojrzał na obraz. - Sama zobacz. - Odsun ł 

r ce od portretu, ale nadal wpatrywał si  w niego. 

Tak długo czekała na t  chwil . A teraz ogarn ł ja l k. 
- No chod , Cass! 
Zacisn ła  palce  na  bukiecie  i  ruszyła  w  kierunku  sztalug.  Uj ła  wyci gni t   dło  

Colina i nie miało spojrzała na obraz. 

background image

Podczas  pozowania  wiele  razy  próbowała  wyobrazi   sobie  swój  portret,  ale  to,  co 

zobaczyła, kompletnie j  zaskoczyło. Tło było ciemne, z gr  cieni i gł bi. Po rodku stała ona, 
rozja niona  przez  perłowobiał   sukni .  Bukiet  był  zaskakuj c   kolorystyczn   plam ,  która 
kierowała wzrok na kruche dłonie Cassidy. Duma biła z jej postawy, co w przedziwny sposób 
podkre lała lekko pochylona głowa. G ste włosy opadały swobodnie, uwypuklaj c biel sukni. 
Rysy twarzy były nadzwyczaj delikatne, z czego dot d nie zdawała sobie sprawy, lecz owa 
delikatno  mieszała si  z sił . Colin miał racj ,  e widział j  w sposób, w jaki nigdy na siebie 
nie patrzyła. 

Była powa na, lecz lekko rozchylone usta szykowały si  do u miechu. U miechu na 

powitanie kochanka To miało nast pi  zaraz, za chwil , i ten przyszły moment był wpisany w 
obraz, co nadawało mu niezwykł  dynamik . W wyrazie twarzy Cassidy było oczekiwanie na 
co , co miało si  wkrótce zdarzy . 

Poczuła  si   nieswojo.  Ilu  nieznanych  jej  m czyzn,  którzy  b d   ogl da   ten  obraz, 

zacznie  marzy   o  egzotycznej  pi kno ci,  która  za  chwil   z  u miechem wpadnie  w  ramiona 
ukochanego? 

Có , to nie jestem ja, to tylko wyobra enie Colina, pomy lała. 
Czy by? 
Oczy  zdradzały  wszystko.  Z  portretu  patrzyła  kobieta  przepełniona  miło ci   i 

niewinno ci . Lecz owa niewinno , tak słodka i czysta, była zarazem darem dla kochanka, 
darem, który za chwil  miała mu ofiarowa . 

Bo kobieta z portretu darzyła bezgranicznym uczuciem artyst , który j  namalował. 
Takie było przesłanie dzieła. 
Cassidy  otrz sn ła  si .  Nie  powinna  o  tym  my le   tak  osobi cie.  Czy  to  jednak 

mo liwe? Spróbuje. 

Odsun ła si  nieco i jeszcze raz zacz ła kontemplowa  obraz. Ogarn ł j  niedaj cy si  

uj  w słowa zachwyt. 

- Dlaczego nic nie mówisz, Cass? - Colin otoczył j  ramieniem. 
- Tego si  nie da opisa  - wyszeptała. - Wszystko zabrzmi jak pusty frazes. - Starała 

si   zapomnie ,  e  Colin  ujawnił  jej  uczucia,  wnikn ł  w  najgł bsze  tajniki  duszy.  Tak  jak 
zapowiedział, ukazał jej tajemnice i marzenia. 

Pocałował szyj  Cassidy i pu cił j . 
- Rzadko si  zdarza, by artysta po sko czeniu swej pracy był zdumiony,  e jego r ce 

stworzyły co  tak nadzwyczajnego. - Był ogromnie podniecony i zdziwiony, czego Cassidy 
zupełnie  si   po  nim  nie  spodziewała.  -  To  najwspanialszy  obraz,  jaki  kiedykolwiek 

background image

stworzyłem.  -  Odwrócił  si   do  niej.  -  Jestem  ci  niewymownie  wdzi czny.  Masz  niezwykła 
urod , Cassidy, ale to mało. To twoja dusza roz wietliła ten portret, dzi ki niej jest tak wspa-
niały. 

Cassidy  powinna  by   dumna  z  tych  pochlebnych  słów,  ale  wyznanie  Colina 

zaskoczyło j  i przytłoczyło. Desperacko starała si , aby jej głos brzmiał spokojnie. 

- Zawsze uwa ałam,  e to artysta nasyca swoj  dusz  tworzone przez siebie obrazy. - 

Odło yła bukiet na stolik i zacz ła kr y  po pokoju. Jedwab sukni szele cił przy ka dym jej 
kroku. - To twoja wyobra nia, twój talent. Ile ze mnie jest na tym płótnie? Nast piła długa 
cisza. 

- Nie wiesz? Odwróciła si  do Colina. 
- Moja twarz, moje ciało, to wszystko. Reszta jest twoja. Nie mog  zbiera  oklasków 

za twoj  prac . Namalowałe  mnie tak , jak  mnie widziałe . Miałe  wizj , chciałe  j  ukaza  
w tym obrazie i ci si  udało. To twoja iluzja. - Mówi c te słowa, poczuła wi cej bólu, ni  si  
spodziewała. Ale cieszyła si ,  e to powiedziała. 

- Czy tak to wła nie widzisz? - Na jego twarzy ukazała si  zło . - Ty tylko stała , a ja 

wykonywałem cał  prac ? O to ci chodzi? 

- Jeste  artyst , a ja tylko bezrobotn  pisark . 
Po  długiej  chwili  milczenia  podszedł  do  Cassidy  i  uj ł  jej  ramiona.  Znała  to 

poszukuj ce, badawcze spojrzenie. Zesztywniała, broni c si  przed nim. 

Palce Colina zacisn ły si . 
- Czy ta kobieta z obrazu ma z tob  co  wspólnego? - zapytał powoli. 
Cassidy poczuła,  e co   ciska j  w gardle. 
- Oczywi cie. Dlaczego pytasz? Przecie  wła nie ci powiedziałam... 
Potrz sn ł ni  tak gwałtownie,  e słowa zamarły jej w ustach. Zobaczyła furi  w jego 

oczach. Gwałtowno , która mogła przerodzi  si  w agresj . 

- Czy my lisz,  e potrzebowałem tylko twojej twarzy i figury? Tylko manekina? Czy 

uwa asz,  e nie ma w tym nic z ciebie, nic z twoich my li i marze ? Nic z twojej duszy? 

-  Czy  zawsze  musisz  mie   wszystko?  -  krzykn ła  z  rozpacz   i  gniewem.  -  A   taki 

jeste  zachłanny? - Jej głos dr ał z emocji. - Zm czyłe  mnie, Colin. Jestem wyczerpana. - 
Machn ła  r k   w  kierunku  płótna.  -  Dałam  ci  to,  co  mogłam  da .  Czego  jeszcze  chcesz? 
Nigdy na mnie nie patrzyłe ... nie mówi  o modelce, ale o Cassidy St. John... nigdy o mnie 
nie my lałe . - Odepchn ła go. - Chodziło ci tylko o ten portret, no to go masz. - Odrzuciła 
włosy  i  cisn ła  palcami  skronie.  -  Nie  dam  ci  ju   nic  wi cej.  Nie  mog .  Nie  ma  ju   nic 

background image

wi cej.  Wszystko  jest  ju   tutaj.  -  Wskazała  ponownie  na  obraz.  -  Bogu  dzi ki,  ju   po 
wszystkim... 

Wyszarpn ła si  gwałtownie z jego obj  i wybiegła ze studia. 
Cassidy  sp dziła  nast pne  dwa  tygodnie,  pilnuj c  mieszkania  przyjaciół,  którzy 

wyjechali  na  wakacje.  Zostawiła  krótki  li cik  dla  Jeffa,  spakowała  maszyn   do  pisania  i 
zagł biła si  w pracy. Odł czyła telefon, zamkn ła drzwi i przez czterna cie dni próbowała 
zapomnie ,  e istnieje inny  wiat ni  to mieszkanie, inni ludzie, inne miejsca, a tak e -  e ma 
jakie  wspomnienia. Zatraciła si  w tworzeniu powie ci, w konstruowaniu postaci z całym ich 

yciem i baga em do wiadcze , by zapomnie  o Cassidy St. John. Je li ona nie istniała, nie 

mogła te  odczuwa  bólu. Pod koniec tego okresu wa yła mniej o trzy kilogramy, zapisała 
setki stron i niemal doprowadziła do ładu swoje nerwy. 

Kiedy  wracała  do  siebie,  nios c  pod  pach   maszyn   do  pisania,  usłyszała  d wi ki 

gitary  Jeffa.  Zawahała  si ,  czy  nie  wst pi   do  niego,  by  wiedział,  e  ju   wróciła,  ale 
zrezygnowała i poszła prosto do swojego mieszkania. Nie była jeszcze gotowa odpowiada  na 
pytania. Rozwa ała te , czy nie zadzwoni  do Colina, by go przeprosi , ale tak e postanowiła 
tego nie robi . Skoro ju  dała upust swoim  alom, goryczy i rozczarowaniu, niech to jej przy-
niesie ulg . Koniec to koniec, trzeba my le  o przyszło ci a nie rozpami tywa , co by było, 
gdyby... 

No  wła nie,  gdyby.  Gdyby  rozstali  si   w  dobrych  stosunkach,  najpewniej  Colin 

chciałby  spotyka   si   z  ni   od  czasu  do  czasu,  a  ona  nie  potrafiłaby  znie   zwyczajnej 
przyja ni. 

Spakowała sukni , któr  miała na sobie, kiedy wybiegała ze studia. Wkładaj c j  do 

pudełka, pogładziła materiał. Tyle si  wydarzyło, odk d po raz pierwszy j  wło yła. Szybko 
zamkn ła wieczko. Ten etap jej  ycia te  był zamkni ty. 

Zadzwoniła do Galerii. Telefon odebrała Gail. 
- Mówi Cassidy St. John. 
- Witaj, Cassidy. Gdzie  ty uciekła? 
-  Mam  sukni ,  w  której  pozowałam  do  portretu,  i  klucz  do  studia  -  powiedziała, 

ignoruj c uszczypliwe pytanie. - Chciałabym,  eby kto  to dzisiaj ode mnie odebrał. 

-  Rozumiem...  Niestety  jeste my  bardzo  zaj ci,  moja  droga.  Ale  wiem,  e  Colin 

bardzo potrzebuje tej sukni. B d  tak mila i podrzu  j  do nas. Colina nie ma, a my mamy 
mnóstwo pracy. 

- Wolałabym tego nie robi . 

background image

-  Dzi kuj   ci,  kochana.  Musz   ko czy .  -  Rozł czyła  si ,  co  zapewne  dało  jej 

satysfakcj . 

Rozdra niona  Cassidy  odło yła  słuchawk .  Colin  wyjechał,  pomy lała,  unosz c 

pudełko. Nastał zatem czas,  eby wszystko ostatecznie zako czy . 

Niedługo potem otwierała drzwi studia. Otoczyły j  znajome zapachy, przywodz c na 

my l wspomnienia o Colinie. 

Szybko  jednak  pozbyła  si   tych  my li,  podeszła  do  stolika  i  poło yła  sukni   oraz 

klucz. 

Rozejrzała si  po pokoju. Sp dziła tu wiele godzin, całe dni. Ka dy szczegół wyrył si  

w  jej  pami ci.  Chciała  zobaczy   wszystko  ponownie.  Bała  si ,  e  mo e  co   kiedy  
zapomnie , cho by jaki  nieistotny drobiazg. 

Zaskoczyło j ,  e portret nadal stał na sztalugach. Zapominaj c o tym,  e miała szybko 

st d odej , spacerowała po studiu,  eby po raz ostatni mu si  przyjrze . 

Jak  Colin,  widz c  jej  twarz  patrz c   z  portretu,  mógł  uwierzy   w  to,  co  mu 

powiedziała na po egnanie? A jednak tak si  stało... i była mu za to wdzi czna. To dobrze,  e 
uwierzył jej słowom, a nie temu, co zobaczył. Temu, co namalowały jego r ce, gnane intuicj , 
jasnowidzeniem dost pnym tylko prawdziwym artystom. 

Wyci gn ła r k  ku portretowi i dotkn ła fiołków. 
Kiedy drzwi si  otworzyły si , cofn ła r k  i odwróciła si  gwałtownie. 
- Cassidy? - Do pokoju wszedł Vince. U miechał si  szeroko. - Co za niespodzianka. - 

Uj ł jej dłonie. 

- Witaj. - Mimo  e czuła si  bardzo niepewnie, zdołała si  u miechn . 
-  Cassidy...  -  Przyjrzał  si   jej  bladej  twarzy,  dostrzegł,  jak  bardzo  jest  spi ta  i 

zdenerwowana. - Wiesz,  e Colin ci  szukał? 

-  Nie.  -  Zacz ła  ogarnia   j   panika.  Wzrokiem  szukała  drzwi.  -  Nie,  nic  nie  wiem. 

Wyjechałam i pracowałam. Ja tylko... - Cofn ła r ce. - Tylko odniosłam sukni , któr  miałam 
na sobie podczas pozowania. 

Ciemne oczy Vince'a błysn ły przebiegle. 
- Ukrywała  si , madonna? 
-  Nie.  -  Odwróciła  si   i  podeszła  do  okna.  -  Oczywi cie,  e  nie.  Pracowałam.  - 

Zobaczyła  wróbla,  energicznie  karmi cego  swe  młode.  -  Nie  wiedziałam,  e  zamierzasz 
zosta  w Ameryce tak długo. Nie st skniłe  si  za ojczyzn ? Za włoskim niebem? - paplała, 
byle tylko nie my le  o Colinie. 

background image

- Och, st skniłem si , ale zostałem dłu ej, by przekona  Colina do sprzeda y obrazu, z 

którym tak uparcie nie chciał si  rozsta . 

Cassidy  mocno  chwyciła  si   parapetu.  Wiedziała ,  e  go  sprzeda,  pomy lała. 

Wiedziała  to od samego pocz tku. Wszystko, co z tego zostanie, to troch  pieni dzy. Czy 
oczekiwała ,  e go sobie zostawi i b dzie my lał o tobie? 

- Cassidy... - Vince dotkn ł delikatnie jej ramienia. 
- Nie powinnam była tu przychodzi  - wyszeptała. - Przecie  wiedziałam... 
Chciała uciec. Vince u miechn ł si  szerzej i odwrócił j  w swoj  stron . Przygl daj c 

si  jej, uniósł r k ,  eby pogładzi  jej policzek. 

- Prosz ... - Zamkn ła oczy. - Prosz , nie pocieszaj mnie. Tak jest jeszcze gorzej. Nie 

jestem taka silna, jak przypuszczałam... 

- Tak bardzo go kochasz. Rozumiem. Otworzyła gwałtownie oczy. 
- Nie, chodzi tylko o to,  e ja... 
-  Madonna.  -  Vince  poło ył  jej  palec  na  ustach.  -  Widziałem  portret.  On  mówi 

gło niej, ni  brzmi  najgło niejsze słowa. 

Cassidy opu ciła głow . 
- Nie chc ... Tak bardzo si  staram,  eby nie... Musz  i  - powiedziała szybko. 
- Cassidy. - Vince przytrzymał j  za ramiona. Jego głos był delikatny. - Musisz si  z 

nim zobaczy . Porozmawia  z nim. 

- Nie mog . - Poło yła r ce na jego piersi i potrz sn ła głow  z desperacj . - Prosz , 

nie  mów  mu.  Prosz ,  po  prostu  we   obraz  i  niech  to  si   wreszcie  sko czy.  -  Głos  jej  si  
załamał.  Nie  protestowała,  kiedy  kołysał  j   w  swych  ramionach.  -  Zawsze  wiedziałam,  e 
kiedy  to si  sko czy. -  Zamkn ła załzawione oczy, ale pozwoliła, aby Vince j  trzymał w 
obj ciach. Pogłaskał jej włosy, ale nic nie mówił, a  do chwili gdy poczuł,  e jej oddech si  
uspokoił. Delikatnie ucałował czubek jej głowy. 

- Cassidy, Colin jest moim przyjacielem. 
- To ciekawe. 
Odwróciła si  gwałtownie i ujrzała stoj cego w drzwiach Colina. 
- Witaj - powiedział szybko Vince. 
- A witaj, witaj... Te  s dziłem,  e jeste  moim przyjacielem. - Colin mówił cicho, z 

pozoru spokojnie. - Ale wygl da na to,  e si  myliłem. I to nie tylko wobec ciebie, Vince. - 
Spojrzał na Cassidy. - Gail powiedziała mi,  e ci  tutaj znajd . - Podszedł do nich. - Z moim 
przyjacielem. 

- Colin... - zacz ł Vince. 

background image

Ale ten przerwał mu gwałtownie: 
-  Zabierz  swoje  łapy  od  Cassidy.  Dopiero  jak  wyjd ,  b dziesz  mógł  zacz   od 

momentu, w którym wam przerwałem. - Jego oczy błysn ły dziko. 

Cassidy, nie chc c dopu ci  do awantury, wysun ła si  z obj  Vince'a i powiedziała 

do niego: 

- Prosz , zostaw nas na chwil  samych. - A gdy si  wahał, powtórzyła: - Prosz . 
Niech tnie zdj ł r k  z jej ramienia. 
-  W  porz dku,  cara.  -  Spojrzał  na  Colina  -  Nikt  nigdy  mi  nie  zarzucił,  e  kogo  

zawiodłem lub nadu yłem jego zaufania, przyjacielu! 

Wyszedł,  zamykaj c  cicho  drzwi.  Cassidy,  zanim  przemówiła,  odczekała  dłu sz  

chwil . 

- Przyszłam,  eby zwróci  sukni  i klucz. Gail powiedziała,  e wyjechałe . 
-  Jak  to  wygodnie  si   zło yło,  e  ty  i  Vince  akurat  w  tym  samym  czasie  tu  si  

zjawili cie. 

- Colin, przesta . 
- Jeste  ju  ksi n ? - zapytał chłodno. - Powinienem ci  ostrzec. Vince jest znany ze 

swej hojno ci, ale nie ze stało ci. Lecz tak czy inaczej, taka jak ty kobieta mo e nie le na tym 
wyj . 

- To poni ej twojego poziomu, Colin. 
Odwróciła  si   i  ruszyła  do  drzwi,  ale  Colin  złapał  j   za  włosy.  Krzykn ła,  a  potem 

spojrzała na niego. Jego oczy były ciemne, podobnie jak nieogolone policzki. Dotarło do niej, 
jak  bardzo  jest  wyczerpany,  a  przecie   nigdy  nie  okazywał  zm czenia,  nawet  po  wielu 
godzinach mozolnego malowania. 

Jego palce zacisn ły si  na jej włosach. 
- Colin! - Uniosła r k  w obronie. 
-  Taka  niewinna  -  powiedział  mi kko.  -  Taka  niewinna.  Jeste   sprytn   kobiet , 

Cassidy. - Szybko obj ł j  za ramiona. Patrzyła na niego z l kiem. - Jedna rzecz to kłama  
słowami, ale zupełnie inna to kłama  wygl dem i wyrazem oczu, dzie  po dniu. To niezwykle 
wyrafinowana forma oszustwa. 

-  Nie!  -  Potrz sn ła  głow ,  gdy   jego  słowa  ponownie  wywołały  łzy,  nad  którymi 

bezskutecznie starała si  zapanowa . - Nie, Colin, prosz . - Chciała powiedzie  mu,  e nigdy 
go nie okłamała, ale nie mogła wydusi  ani słowa Rozpłakała si  bezradnie. 

- O co prosisz? Czego chcesz ode mnie? - Jego głos złagodniał, gdy spojrzał na twarz 

Cassidy.  W  słonecznych  promieniach  dochodz cych  przez  wietlik  jej  oczy  i  pobladłe 

background image

policzki iskrzyły si  od łez. - Chcesz, bym zapomniał,  e patrzyłem na ciebie dzie  po dniu i 
widziałem co , czego nie dane mi było ujrze  nigdy dot d? 

-  Dałam  ci  to,  czego  chciałe   -  powiedziała  przez  łzy.  -  Prosz ,  pozwól  mi  odej . 

Dałam ci to, czego chciałe . Lecz wszystko ju  si  sko czyło. 

- Dała  mi powłok , mask . Czy nie to mi powiedziała ? - Przyci gn ł j  bli ej, sił  

przechylaj c  jej  głow   do  tyłu,  aby  na  niego  spojrzała.  -  A  reszta  była  moj   imaginacj . 
Wszystko  ju   si   sko czyło,  Cass?  Jak  cokolwiek  mo e  si   sko czy ,  skoro  nawet  si   nie 
zacz ło?  -  Kiedy  Cassidy  próbowała  opu ci   głow ,  ponownie  chwycił  j   za  włosy.  - 
Powiedziała ,  e ci  dr cz . Masz w ogóle poj cie, co te ostatnie tygodnie ze mn  zrobiły? - 
Potrz sn ł ni , a jej szloch stał si  gło niejszy. - Miała  racj , kiedy mówiła  mi,  e ten obraz 
to nic wi cej, jak tylko twoja twarz i ciało. Nie ma w tobie ciepła, nie ma w tobie uczu ... nie 
ma w tobie duszy. To ja stworzyłem t  kobiet  z obrazu. 

- Prosz , Colin. Wystarczy! - Zakryła dło mi uszy, aby zapomnie  jego słowa. 
- Uciekasz przed prawd , Cassidy? - Odci gn ł jej r ce, zmuszaj c j , by ponownie na 

niego  spojrzała.  -  Tylko  my  dwoje  b dziemy  wiedzieli,  e  ten  obraz  to  kłamstwo  i  e 
sportretowana kobieta tak naprawd  nie istnieje. Wzajemnie oddali my sobie przysług , czy  
nie tak? - Pu cił j , odsun ł od siebie i zakl ł pod nosem. - Wyjd  st d! 

Cassidy na o lep rzuciła si  do ucieczki. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESI TY 

Cassidy dotarła do swojego mieszkania długo po tym, jak obeschły jej łzy. Snuła si  

po  mie cie,  bo  chciała  samotnie  zatopi   si   w  tłumie.  Zm czenie  osłabiło  j  e  j  ból.  Kiedy 
dochodziła  do  domu,  rozpadało  si ,  ale  n  i  e  przyspieszyła  kroku.  Deszcz  był  chłodny  i 
delikatny. 

Gdy  weszła  do  budynku,  zacz ła  szuka   kluczyka  do  skrzynki  na  listy.  Chciała 

przestrzega   codziennego  porz dku,  nie  odst powa   od  przyzwyczaje .  Miała  nadziej ,  e 
dzi ki temu nie wpadnie w rozpacz i depresj , b dzie jako  funkcjonowa . Mogła prze y . 
Tak przynajmniej wymy liła podczas długiej popołudniowej włócz gi po mie cie. 

Uchyliwszy  drzwiczki  w skiej  skrzynki,  wyci gn ła  listy  i  ruszyła  po  schodach. 

Szybko  przejrzała  reklamy  i  rachunki,  i  nagle  zatrzymała  si   gwałtownie,  gdy  na  jednej  z 
kopert zobaczyła stempel nowojorskiej poczty. Ruszyła z powrotem do skrzynki i wrzuciła do 
niej  pozostał   korespondencj ,  a  potem  wpatrywała  si   w  kopert   z  nadziej   i  l kiem 
zarazem. 

To  pewnie  odmowa,  pomy lała.  Ale  w  takim  razie  dlaczego  nie  zwrócili 

maszynopisu? 

-  Och,  do  diabła  z  tym  -  mrukn ła,  rozerwała  kopert   i  przeczytała  list.  -  Dlaczego 

teraz? - szepn ła, nienawidz c si  za to,  e znowu płacze. - Nie teraz, kiedy... kiedy... 

I nagle uznała,  e jest akurat odwrotnie. Ten list nie mógł przyj  w lepszej chwili. 
Wepchn ła kopert  do kieszeni i wybiegła na deszcz. Dziesi  minut pó niej łomotała 

do drzwi Jeffa. Otworzył, trzymaj c gitar  w r ku. 

- Cassidy, wróciła ! Gdzie si  podziewała ? Napisała ,  e jaki  czas ci  nie b dzie, ale 

tak długo? Ju  chciałem dzwoni  na policj . - Zatrzymał si . - Hej, jeste  jak zmokła kura. 

-  Wcale  nie  jestem  -  zaprzeczyła,  cho   z  jej  ubrania  kapało  na  podłog .  Uniosła 

butelk   szampana.  -  Jestem  zbyt  niezwykła,  by  porównywa   mnie  do  jakiego   prze-
mokni tego  ptaszyska.  Znalazłam  swoje  miejsce  w  historii  literatury.  B d   wydawa   moje 
powie ci  i  sprzedawa   je  w  wielkich  nakładach,  wkrótce  znajdziesz  je  w  ka dej  bibliotece 
publicznej i w ka dym szanuj cym si  domu. Ha, i co ty na to? 

- Kupili twoj  ksi k ? - Jeff zawył niczym dzikus i pochwycił Cassidy w nied wiedzi 

u cisk, gniot c jej plecy gitar . 

Za miała si  i odsun ła od niego. 

background image

-  Och,  co  za  prostak!  Czy   tak  nale y  fetowa   historyczne  wydarzenia?  -  Odsun ła 

spadaj ce na twarz włosy. - Jednak e, mimo i  plebejusz, to zarazem dobry człek z ciebie, 
wi c ja, osoba z wy szych sfer, podziel  si  z tob  szampanem w moim stylowym salonie. 
Smoking nie jest konieczny. 

Ruszyła do swojego mieszkania. Jeff, odło ywszy gitar , poszedł za Cassidy. Pod jej 

drzwiami powiedział: 

-  Ja  otworz .  -  Wzi ł  od  niej  butelk .  -  A  ty  we   r cznik  i  osusz  si ,  bo  inaczej 

umrzesz na zapalenie płuc, zanim twoja pierwsza ksi ka trafi do ksi gar . 

Kiedy wróciła z łazienki owini ta w szlafrok frotte i w turbanie z r cznika na głowie, 

Jeff otworzył butelk . Szampan wystrzelił. 

-  Prysznic  z  szampana  słu y  dywanom  -  za artował  i  zacz ł  nalewa .  -  Znalazłem 

tylko te salaterki. 

- Moja kryształowa zastawa si  potłukła. - Uniosła swój kielich. - Za bardzo m drego 

człowieka - uroczy cie wzniosła toast. 

- Kogo masz na my li? 
- Mojego wydawc . - Za miała si  i wypiła łyk szampana. - Wspaniały rocznik. - Z 

zadum  przyjrzała si  b belkom skacz cym w jej salaterce. 

- Który to rok? - Jeff uniósł butelk ,  eby odczyta  dat  produkcji. 
- Obecny. - Cassidy napiła si  ponownie. - Kupuj  tylko młode wina. 
Jeff pochylił si  i pocałował j . 
- Moje gratulacje, male ka. - Zsun ł wilgotny r cznik z jej ramion. - Jakie to uczucie? 
- Nie wiem. - Odrzuciła głow  i przymkn ła oczy. - Czuj  si  tak, jakbym była kim  

innym. - Wypiła do dna. Wiedziała,  e powinna si  rusza  i co  mówi . Nie umiała spokojnie 
my le   o  tym,  co  wygrała  tego  dnia,  ani  o  tym,  co  straciła.  -  Powinnam  była  kupi   dwie 
butelki. To jest okazja co najmniej na dwie. - Wypiła ponownie, czuj c,  e alkohol uderza jej 
do głowy. - Ostatni raz, kiedy piłam szampana... - przerwała, staraj c si  sobie przypomnie , 
a  potem  potrz sn ła  głow .  -  Nie,  nie.  -  Machn ła  r k ,  jakby  odganiaj c  przykre  my li.  - 
Piłam szampana na weselu Barbary Seabright w Sausalito. Jeden z kelnerów przystawiał si  
do mnie w szatni. 

Jeff za miał si  i poci gn ł kolejny łyk. Nagle usłyszeli pukanie do drzwi. 
-  Prosz   wej   -  zawołała  Cassidy.  -  Wystarczy  dla...  -  Głos  jej  zamarł,  gdy  w 

otwartych drzwiach ujrzała Colina. Zbladła gwałtownie, a oczy jej pociemniały. Jeff zerkn ł 
na ni , potem na Colina i odstawił kieliszek. 

- Có , musz  si  zbiera . Dzi ki za szampana, male ka. Pogadamy pó niej. 

background image

- Nie, Jeff - zacz ła Cassidy. - Nie musisz... 
- Mam dzi  koncert. - Odsun ł jej dło  od swego ramienia. Zobaczyła, jak wymienił 

długie spojrzenie z Colinem, zanim znikn ł w drzwiach. 

- Cass. - Colin zrobił kilka kroków do przodu. 
- Colin, wyjd  st d. Prosz . - Zamkn ła oczy i przycisn ła do nich dłonie. Czuła kłucie 

w piersiach i łzy pod powiekami. Tylko nie płacz, nakazała sobie. 

- Wiem,  e nie mam prawa by  tutaj - powiedział niskim głosem. - Wiem,  e nie mam 

prawa prosi  ci ,  eby  mnie wysłuchała. Ale jednak prosz  o to. 

- Nie ma ju  nic do dodania. - Cassidy zmusiła si , by wsta  i spojrze  mu w oczy. - 

Chc ,  eby  natychmiast wyszedł z mojego mieszkania - powiedziała stanowczo. 

- Rozumiem... Ale nale  ci si  przeprosiny i wyja nienie. 
Dłonie miała zaci ni te. Powoli rozlu niła je i spojrzała na swoje palce. 
- Doceniam ten wspaniałomy lny gest - zadrwiła - ale wystarcz  szlachetne intencje. 

A teraz... - Uniosła oczy ku niemu. - Je li to wszystko... 

- Och, Cassidy, na miło  bosk  wyka  wi cej lito ci, ni  ja to zrobiłem. Przynajmniej 

pozwól mi przeprosi , zanim wyrzucisz mnie ze swego  ycia. 

Patrzyła na niego, niezdolna, by co  odpowiedzie . Colin wzi ł butelk  szampana. 
-  Jak  widz ,  wi towali cie  z  jakiego   powodu.  Przykro  mi,  e  wam  przerwałem.  - 

Odstawił butelk  i spojrzał na Cassidy. - Wydarzyło si  co  nadzwyczajnego? 

- Tak. - Starała si  mówi  spokojnie. - Moja ksi ka niedługo uka e si  drukiem. Dzi  

dostałam list w tej sprawie. 

- Cass. - Podszedł do niej i uniósł r k ,  eby dotkn  jej policzka. 
- Ani si  wa ! - Błyskawicznie si  cofn ła. 
Colin powoli opu cił r k . Wida  było,  e poczuł si  dotkni ty. 
- Przepraszam - powiedziała cicho. - A teraz wyjd . 
- Jeszcze chwil , Cass. I nie przepraszaj. Zraniłem ci , rozumiem,  e nie chcesz, bym 

tu był, ani tym bardziej, bym ci  dotykał... - Przerwał, spogl daj c na swoje dłonie. Po chwili 
znów  odszukał  jej  spojrzenie.  -  Poniewa   znam  ci   tak  dobrze,  jak  znam  samego  siebie, 
wiem, jak bardzo ci  zraniłem. I musz  z tym  y . Nie mam prawa prosi  ci  o wybaczenie, 
ale błagam, wysłuchaj mnie. 

- Dobrze, Colin - odpowiedziała zm czonym głosem. - Usi d . 
Skin ł głow , odwrócił si , podszedł do okna i wsparł r ce o parapet. 

background image

- Przestało pada  i nadci gn ła mgła. Nigdy nie zapomn , jak wygl dała  tamtej nocy, 

kiedy pierwszy raz ci  zobaczyłem. Stała  we mgle wpatrzona w niebo. My lałem,  e jeste  
złudzeniem - zako czył ledwie słyszalnie, jakby mówił do siebie. 

- Colin, to nie ma sensu. - Nie chciała, by snuł te wspomnienia. Były zbyt bolesne. 
Lecz do niego jakby nie dotarły jej słowa. 
- Od lat miałem wizj  doskonałej kobiety. Ta wizja wci  mnie nawiedzała, cho  była 

ledwie  uchwytna.  Gdy  próbowałem  nada   jej  konkretny  kształt,  ledwie  zarysowany  obraz 
rozmywał  si   ostatecznie,  znikał.  I  zaraz  znów  si   pojawiał,  konkretny,  jedyny,  a  zarazem 
prawie niewidoczny. Był jak owa my l, która uparcie kr y nam po głowie, a my wiemy,  e 
stanowi  jedyne  rozwi zanie  jakiej   zagadki,  jakiego   problemu,  lecz  nie  potrafimy  jej 
pochwyci .  Wreszcie  zrozumiałem,  e  musz   cierpliwie  czeka ,  a   w  ko cu  napotkam  na 
swej  drodze  nie  wizj ,  nie  mglisty  kontur,  lecz  ideał  uciele niony,  sko czone  pi kno 
przyobleczone  w  ciało.  Czekałem  długie  lata,  a   spotkałem  ciebie,  kobiet   doskonał . 
Wiedziałem,  e musz  ci  namalowa , bo taki dar artysta mo e otrzyma  tylko raz w  yciu. 

- Och... - szepn ła Cassidy. 
Na chwil  zapadła cisza. Colin zas pił si . 
- Kiedy zacz li my pracowa , odnalazłem w tobie wszystko, czego w  yciu szukałem. 

Dobro ,  prawdziw   dusz ,  inteligencj ,  sił ,  pasj .  Im  dłu ej  ci   malowałem,  tym  bardziej 
mnie  fascynowała .  Powiedziałem  ci  kiedy ,  e  mnie  urzekła .  Prawie  w  to  uwierzyłem. 
Nigdy nie znałem kobiety, której pragn łbym bardziej, ni  pragn  ciebie. - Odwrócił si ,  eby 
na  ni   spojrze .  -  Za  ka dym  razem,  kiedy  ci   dotykałem,  pragn łem  ci   bardziej.  Nie 
kochałem si  z tob  tamtej nocy na łodzi, poniewa  nie chciałem,  eby  my lała o sobie jako 
o jednej z moich kochanek. Nie chciałem wykorzysta  tego uczucia, którym mnie obdarzyła . 

- Mój Bo e... - Cassidy zamkn ła oczy. - Nie b d  tego słucha . 
-  Prosz ,  jeszcze  chwil .  W  dniu,  w  którym  uko czyłem  twój  portret,  zaprzeczyła  

wszystkiemu.  Powiedziała ,  e  to,  co  ujrzałem  w  tobie,  było  jedynie  dziełem  mojej 
wyobra ni. Mówiła  to tak chłodno i bez emocji. Niemal mnie zniszczyła . Nie s dziłem, by 
ktokolwiek mógł mie  nade mn  tak  władz  - zako czył mi kko. 

Znów zapadła cisza. Colin przymkn ł oczy, jeszcze raz rozpami tuj c tamte chwile. 

Cassidy siedziała jak skamieniała. Jej zwykle tak wyrazista twarz była teraz nieprzenikniona. 

Wreszcie znów zacz ł mówi : 
- To było dla mnie niezwykłe odkrycie. Byłem nim oszołomiony. W pierwszej chwili 

odrzucałem  twoje  słowa,  bo  rozpierało  mnie  szcz cie,  e  dotarłem  do  najwa niejszej 
tajemnicy  istnienia.  e  wreszcie  poj łem,  co  ludzi  naprawd   ł czy.  A  zarazem  pragn łem 

background image

wi cej, potrzebowałem wi cej. I nagle zrozumiałem to, co mi mówiła .  e nie masz dla mnie 
ju   nic.  Byłem  w ciekły,  kiedy  uciekła .  Najpierw  próbowałem  ci   zatrzyma ,  a   wreszcie 
pozwoliłem ci odej . - Znów przerwał na chwil . - Kiedy pó niej tu przyszedłem, ciebie nie 
było. Przez dwa tygodnie odchodziłem od zmysłów, nie wiedz c,  gdzie  si  podziewasz ani 
kiedy wrócisz. I czy w ogóle wrócisz. Twój s siad miał jedynie twój niewiele mówi cy li cik, 
i to wszystko. 

- Widziałe  si  z Jeffem? 
- Cassidy, czy ty nie rozumiesz? Znikn ła . Ostatni raz, kiedy ci  widziałem, uciekała  

ode mnie, a potem nagle znikn ła . Nie wiedziałem, gdzie jeste , bałem si ,  e co  ci si  stało. 
Powoli zaczynałem wariowa . 

Podeszła do niego. 
- Colin, przykro mi. Nie miałam poj cia,  e b dziesz si  przejmował... 
- Przejmował?! Umierałem z niepewno ci. Dwa tygodnie, Cassidy. Dwa tygodnie nie 

dała   znaku  ycia  dwa  tygodnie  bez  jednego  słowa  od  ciebie.  Czy  ty  rozumiesz,  jakie  to 
beznadziejne uczucie, je li mo esz jedynie czeka ? Nie do opisania. Przekopałem Nabrze e 
Rybaków  wzdłu   i  wszerz,  zwiedziłem  całe  miasto.  Gdzie  do  diabła  si   podziewała ?  - 
zapytał z desperacj , zaraz jednak uniósł r k , nim zd yła odpowiedzie . - Przykro mi nie 
spałem  ostatnio  zbyt  wiele.  Nie  panuj   nad  sob   -  Jego  ruchy  znów  stały  si   niespokojne. 
Uniósł  salaterk   z  resztk   szampana  i  przyjrzał  si   wzorków  na  ciance.  -  Oryginalny 
kieliszek... - Wzniósł toast: - Za ciebie, Cass. Tylko za ciebie. - Wypił. Cassidy spu ciła oczy. 

- Colin, przykro mi,  e si  martwiłe . Pracowałam i...  
- Nie tłumacz si  - przerwał jej. Ich oczy ponownie si  spotkały. - Nie musisz mi si  

tłumaczy .  Po  prostu  posłuchaj.  Kiedy  wszedłem  dzisiaj  do  studia  i  zobaczyłem  ci   z 
Vince'em, co  we mnie p kło. Stres, wyczerpanie , szale stwo, wszystko si  na to zło yło, ale 
nic nie usprawiedliwia słów, które do ciebie wypowiedziałem. - Spojrzał jej gł boko w oczy. - 
Gardz  sob  za to,  e doprowadziłem ci  do łez. Nienawidz  słów, które powiedziałem. Ale 
gdy  po  tylu  dniach  bezskutecznych  poszukiwa   nagle  ujrzałem  ci   w  mojej  pracowni  z 
Vince'em...  -  Przerwał,  potrz sn ł  głow   i  podszedł  do  okna.  -  Gail  wszystko  wietnie 
zaaran owała. Wiedziała, przez co przechodziłem przez ostatnie dwa tygodnie. Zna mnie na 
tyle  dobrze,  eby  przewidzie ,  jak  zareaguj ,  kiedy  zobacz   ci   sam  na  sam  z  Vince'em. 
Zanim  dotarłem  do  Galerii,  wysłała  go  do  studia  pod  byle  pretekstem.  Powiedziała  mi.  e 
macie tu schadzk . 

- Gail... - powiedziała cicho Cassidy. 

background image

- Tak, Gail. Kiedy  byli my ze sob ... zreszt  był to bardzo lu ny zwi zek... ale przed 

rokiem  ostatecznie  si   rozstali my.  Nadal  jednak  współpracowali my.  Powinienem  był 
pami ta ,  z  kim  mam  do  czynienia,  ale  popełniłem  bł d.  Kilka  dni  temu  odbyłem  z  Gail 
ostateczn  rozmow , w wyniku której postanowiła wyjecha  na Wschodnie Wybrze e i tam 
szuka   szcz cia.  -  Odwrócił  si   do  Cassidy.  -  Chciałbym,  eby   zrozumiała,  dlaczego 
zachowałem si  tak paskudnie. 

W ciszy rozbrzmiewały jedynie d wi ki gitary Jeffa dobiegaj ce zza cienkich  cian. 
- Colin. - Jej oczy szukały jego twarzy. - Jeste  taki wyczerpany. 
Wyraz jego twarzy nagle si  zmienił. 
-  Nie  wiem,  kiedy  zakochałem  si   w  tobie.  Chyba  od  razu,  gdy  spotkali my  si   we 

mgle. A mo e wtedy, kiedy po raz pierwszy wło yła  t  sukni . - Przymkn ł na chwil  oczy. - 
Nie, Cass, kochałem ci  od zawsze, od dnia moich narodzin, i tyle lat czekałem, by wreszcie 
ci  spotka . 

-  Miło ?  Ty  mówisz  o  miło ci?!  -  Była  zdumiona.  Artystyczna  fascynacja,  w  to 

mogła  uwierzy .  Niepokój  Colina,  gdy  po  burzliwej  scenie  znikn ła  jego  modelka,  te   był 
zrozumiały,  a  okrutn   scen   zwi zan   z  Vince'em  składała  na  karb  egoistycznej  zazdro ci 
artysty o ow  modelk . Ale miło ?! 

-  Tak,  miło .  -  U miechn ł  si   delikatnie.  -  Có ,  Cassidy,  niełatwy  ze  mnie  facet. 

Sama mi to kiedy  powiedziała . 

- Tak, pami tam. 
- Jestem samolubny i łatwo wpadam w zło . Nie mam cierpliwo ci do niczego poza 

moj   prac .  Nie  mog   obieca ,  e  ci   nie  skrzywdz ,  nie  rozzłoszcz ,  e  nie  b d  
zachowywał  si   irracjonalnie  i  gwałtownie.  Ale  mog   ci  obieca ,  e  nikt  nigdy  tak  ci   nie 
pokocha.  Nikt.  -  Czekał  na  jej  słowa,  lecz  ona  mogła  jedynie  patrze   na  niego  jak 
zahipnotyzowana. - Prosz  ci ,  eby  wbrew zdrowemu rozs dkowi została moj   on , moj  
kochank   i  matk   moich  dzieci.  Prosz   ci ,  eby   dzieliła  swe  ycie  ze  mn ,  bior c  mnie 
takim, jakim jestem. - Głos mu si  załamał. - Kocham ci , Cass. Teraz moje przeznaczenie 
jest w twoich r kach. 

Przygl dała mu si . W jego głosie usłyszała wi cej irlandzkiej nuty ni  kiedykolwiek. 
Wci  nie zrobił nawet kroku w jej stron , tylko stał nieruchomo na  rodku pokoju. 
Wolno  podeszła  do  Colina,  oplotła  r ce  wokół  jego  szyi  i  wtuliła  twarz  w  jego 

ramiona. 

- Przytul mnie. Obj ł j  delikatnie. 

background image

- Przytul mnie, Sullivan - za dała ponownie, mocno si  do niego przytulaj c. Potem 

szybko znalazła drog  do jego ust. 

Zacisn ł mocniej ramiona. 
-  Kocham  ci   -  wyszeptała  pomi dzy  pocałunkami.  -  Ju   tak  dawno  chciałam  ci  to 

powiedzie . 

-  Mówiła   mi  to  za  ka dym  razem,  kiedy  na  mnie  patrzyła .  -  Wtulił  głow   w  jej 

włosy. - Starałem si  nie dopu ci  do siebie my li,  e mogłem si  w tobie zakocha ,  e to 
mogło sta  si  tak szybko, tak bez wysiłku. Ale kiedy obraz był ju  niemal sko czony, dotarło 
do mnie,  e nie mog  bez ciebie  y . - Zni ył głos i przyci gn ł j  jeszcze bli ej. - Traciłem 
zmysły przez ostatnie dwa tygodnie, patrz c na twój portret i zastanawiaj c si , gdzie jeste  i 
czy w ogóle jeszcze kiedy  ci  zobacz . 

- Teraz jestem twoja - powiedziała cicho, nie sprzeciwiaj c si , kiedy wsun ł r ce pod 

jej bluzk . - A Vince ma portret. 

- Nie. Mówiłem ci,  e nie wszystko jest na sprzeda . Odmówiłem nawet Vince'owi. W 

tym obrazie jest zbyt du o nas, ciebie i mnie. 

- To dobrze,  e go nie sprzedałe . - Była szcz liwa,  e dowód miło ci pozostanie przy 

tych, którzy t  miło  odkryli i zamierzali nie  przez  ycie. - Bo my lałam... 

- Co my lała ? 
- Nie, ju  nic. - Pocałowała go. - Kocham ci . - Przycisn ła wargi mocniej do jego ust, 

ciesz c si ,  e teraz nale  do niej. 

- Cass. - Czuła, jak mocno bije jego serce, i jak Colin gładzi jej włosy. - Czy wiesz, co 

ty ze mn  robisz? 

- Poka  mi - szepn ła. 
Pocałował  j   ponownie.  Zawarł  w  tym  pocałunku  całe  usilnie  skrywane  pragnienie 

miło ci. Była gotowa, by mu si  odda . 

- Pobierzemy si  szybko. - Znowu gwałtownie j  pocałował. Przesun ł dło mi po jej 

plecach, potem przyci gn ł do siebie. - Bardzo szybko. 

-  Dobrze.  -  Zamkn ła  oczy,  rozkoszuj c  si   ciepłem  jego  ciała.  -  Mam  ju   nawet 

idealn  sukienk . - Wtuliła si  w niego. - Jak zatytułujesz obraz? 

- On ju  ma tytuł. - U miechn ł si . - „Dowód miło ci".