background image

 

 Pisarz francuski, światowej sławy autor baśni; członek Akademii 
Francuskiej. W głośnym sporze francuskich staroŜytników z 
nowoŜytnikami odrzucił prymat literatury antycznej na korzyść 
współczesnej. W poemacie Le siecle de Louis Le Grand (1687, Wiek 
Ludwika Wielkiego
) rozwinął tezę o wyŜszości literatury francuskiej 
nad literaturą antyku. W dziele Paralleles des Anciens et des 
Modernes 
(1688-97, Porównania staroŜytnych z nowoŜytnymi
podsumował dorobek kultury francuskiej stwierdzając, Ŝe jej 
osiągnięcia są równie wielkie jak osiągnięcia antyku. Występował 
przeciw uprawianiu twórczości w języku łacińskim, opowiadając się 
za uŜywaniem w literaturze języka francuskiego. Zasłynął przede 
wszystkim jako autor zbioru baśni i powiastek dla dzieci Bajki Babci 
Gąski
 (1697), zawierającego powszechnie znane, oparte na 
motywach ludowych utwory: 

Czerwony Kapturek

Ś

piąca królewna

Kopciuszek

Kot w butach

, Knyps z czubkiem, Ośla skórka, 

Sinobrody

Tomcio Paluch

WróŜki

. Baśnie Perraulta pełne były 

erotyzmu i okrucieństwa; pisane dla salonów francuskich docierały 
do dzieci zwykle w wersjach okrojonych lub jako adaptacje. 
 
 

 

 Charles Perrault Ŝył w okresie złotego wieku literatury francuskiej, 
kiedy to dwór Króla-Słońce rozlśniewał w Wersalu swoim 
najwspanialszym blaskiem. Będąc literatem i genialnym architektem, 
z pewnością nie przypuszczał nigdy, Ŝe całą przyszłą sławę będzie 
zawdzięczał zbiorowi jedenastu opowiastek dla dzieci: "Bajkom 
Babci Gąski", które zaprezentował na dworze jako dzieło swojego 
syna, sobie przypisując tylko krótkie wersy moralizatorskie 
zamykające baśnie. 
           Jego dzieło zapoczątkowało we Francji rozwój gatunku 
literackiego, który miał cieszyć się ogromnym powodzeniem. Stał się 
on domeną szlachetnie urodzonych dam i kawalerów, Ŝe wspomnimy 
tylko madame d'Aulnoy, Mademoiselle de la Force i hrabiego de 
Caylus. Ich opowiadania stały się w tamtej epoce prawdziwymi 
bestsellerami. Materiał do swoich baśni zaczerpnął Perrault z 
tradycji ludowej, lecz jego styl, doskonały w formie i lakoniczny w 
treści, sprawił, Ŝe jego opowiadania są niepowtarzalnymi klejnotami 
o urodzie równej mitom i metamorfozom, które wyszły spod piór 
największych autorów greckich i łacińskich. 
           W klimacie rozkwitu gospodarczego, w zbytkownym otoczeniu 
dworu Ludwika XIV, opowieści o wróŜkach przemieniły się w 
wyrafinowane historie, w których moŜna było rozpoznać 
najwspanialsze nazwiska Francji. 
           W tamtych czasach dzieci z najlepszych rodzin były 
powierzane nianiom i opiekunkom pochodzącym z ludu, które 
wieczorami, przed snem, opowiadały im historie o Oślej Skórce (tak 
nazywane były wszystkie bajki od tytułu najbardziej znanej baśni 
francuskiej). Były to proste opowiadania o tym świecie wieśniaków, 
w którym król i królowa musieli się cięŜko natrudzić, zanim uznana 
zostanie ich pozycja lub prysną czary magów czy kapryśnych i 
niestałych wróŜek. Owe czarodziejskie postacie, związane z naturą i 
mogące wpływać na ludzkie Ŝycie, przetrwały w wierzeniach 
ludowych sprzed okresu chrześcijaństwa i często pojawiały się w 

background image

opowieściach. To właśnie z tego materiału, przyswojonego w 
dzieciństwie w chwilach tuŜ przed zaśnięciem, czerpali natchnienie 
do swoich historii arystokraci z najświetniejszego dworu na świecie.  
         Cudownych zjawisk było zresztą w Wersalu wiele: ogromny 
park otaczający pałac powstał z niczego w tak krótkim czasie, Ŝe 
przywodził na myśl dotknięcie czarodziejskiej róŜdŜki; strumienie 
wody tryskające z fontann tworzyły niewiarygodne efekty, a 
wieczorami stroje skrzące się od drogocennych kamieni i lśniące 
tęczowym blaskiem jedwabie odbijały się w nieskończonej liczbie 
luster oświetlanych przez nieprzeliczoną ilość świec. Podczas 
przyjęć najwaŜniejszy był efekt zaskoczenia i oto nagle otwierały się 
sufity lub zapadały podłogi aby zmienić w mgnieniu oka dekoracje 
do kostiumowych występów dworzan. 
           MoŜemy sobie łatwo wyobrazić osłupienie młodych ludzi, 
którzy w tym zaczarowanym świecie stawiali swoje pierwsze kroki. 
Wszystko tam działo się pod hasłem uprzejmości, ale wystarczał 
jeden prawdziwy krok, aby okryć się śmiesznością, wzbudzić 
nienawiść czy Ŝywiołową zazdrość. Poparcie i rady dam dworu i 
dworzanina o mocnej pozycji, konieczne były dla młodych ludzi 
debiutujących w trudnej sztuce bycia dworzaninem. śyczliwe 
przyjęcie ze strony wysoko postawionej osoby gwarantowało młodej 
szlachciance dobre zamąŜpójście, a prowincjuszowi o błękitnej krwi 
ś

wietną karierę wojskową bądź wzrost dochodów. 

           W parku wersalskim i w salonach królewskiej siedziby 
wszystkie spotkania odbywały się według szczegółowej etykiety, 
która sprawiała, iŜ cała francuska arystokracja krąŜyła wokół swego 
władcy. Jednak spod cieniutkiej maski doskonałej uprzejmości, 
języki rzucały stalowe błyski sztyletu, a kto nie mógł wykazać się 
błyskotliwym dowcipem, musiał poŜegnać się ze wszystkimi 
nadziejami na sukces.  
          Łatwo więc było odnaleźć podobieństwa między ludowymi 
opowieściami a baśniowym klimatem panującym na dworze i 

przekształcić naiwne i proste historie w wyrafinowane opowiadania, 
w których skromne i uczciwe dzieweczki pod opiekuńczym skrzydłem 
wróŜki i pomimo knowań złej czarownicy, usidlały królewiczów i 
władców.  
         Baśnie wzbogacone są jednak o szczegóły obce tradycji; stroje 
Oślej Skórki nie pojawiają się dzięki czarom, lecz szyte są przez 
najzręczniejszych krawców na rozkaz króla, z taką samą biegłością, 
z jaką w królewskich pracowniach setki rzemieślników pracowały 
wyłącznie na potrzeby dworu Francji. 
         O ile w Paluszku pojawia się jeszcze Wilkołak, to w Białej 
Kotce, pióra Madame d'Aulnoy, królewicz, na wzór ówczesnych 
arystokratów, w pałacu pięknej koteczki zajmuje się 
kolekcjonowaniem medalionów i dzieł sztuki, w cudowny sposób 
napływających z całego świata. 
         Kiedy Król-Słońce się zestarzał, on i Markiza de Maintenon, 
jego druga Ŝona, połoŜyli kres wszystkim tym mrzonkom. Oddana 
dobroczynności i wychowaniu biednych dziewcząt ze szlachetnych 
rodzin nie dopuściła do ich uszu czarodziejskich baśni, którymi 
rozkoszowało się poprzednie pokolenie. Jej moralizatorska 
działalność przytłumiła blask dworu skupionego wokół starego 
króla, który Ŝył dłuŜej od swoich dzieci i od swojej wspanialej 
przeszłości. 
           Baśń powróciła tam, skąd przyszła, aby wieczorami 
przysiadać przy dziecinnych łóŜeczkach, strojna jednak w błyskotki i 
cuda pozostałe jej po pobycie na dworze. 
 
 

 

background image

         

B

yła sobie raz mała chłopeczka. Ze świecą ładniejszej 

szukać! Matka kochała ją okrutnie, a babka - więcej jeszcze. Babka-
poczciwina kazała jej uszyć czerwony kapturek, a ten tak się udał, 
tak jej było w nim ładnie, Ŝe odtąd nazywano ją wszędzie: Mały 
Czerwony Kapturek. Napiekła raz matka maślanych placuszków i 
powiada: 
         Idź, Mały Czerwony Kapturku, do babki i zapytaj, jak się 
miewa. Bo powiadali mi we wsi, Ŝe słabuje. Zanieś jej ten placuszek 
i garnuszek masła. 
         Mały Czerwony Kapturek ruszyła nie zwlekając do babki. A 

babka mieszkała w odległej 
wsi. Wchodzi Mały 
Czerwony Kapturek w las i 
spotyka Kuma-Wilka. Kum-
Wilk miał wielką chęć 
poŜreć od razu Małego 
Czerwonego Kapturka, ale 
Ŝ

e w lesie byli drwale, więc 

się nie odwaŜył. Pyta więc 
tylko, dokąd to wędruje. 
Mały Czerwony Kapturek 
nie wiedziała, nieboraczka, 
jak to niebezpiecznie 
przystawać i podawać ucho 

wilczym słówkom. Zatrzymała się więc i powiada: 
         - Idę odwiedzić babkę. Niosę dla niej placuszek i garnuszek 
masła od matki. 
         - A daleko to do babki? - pyta Wilk. 
         - O, szmat drogi! - rzecze Mały Czerwony Kapturek. - Trzeba 
iść aŜ do młyna, co go widać - o, tam! daleko! A potem dalej 
jeszcze, aŜ do pierwszej chaty we wsi. 

         - Ano - powiada Wilk na to - pójdę i ja do babki w odwiedziny. 
Ja ruszę tą dróŜką. Ty - idź tamtą. Zobaczymy, kto pierwszy u babki 
stanie. 
         Puścił się Wilk co duch krótszą dróŜką, a dziewuszka poszła 
dłuŜszą. Idąc, zbałamuciła chwilę, zrywając orzechy w olszynie, 
chwilę - goniąc za motylami, chwilę - rwąc napotkane w trawie 
drobne kwiatuszki i układając je w wiązanki. 
         Tymczasem Wilk nie 
mitręŜył i wnet stanął przed 
chałupką babki. 
         - Puk-puk.  
         - A kto tam? 
         - To ja, twoja wnuczka, 
babko, Mały Czerwony 
Kapturek - odpowiedział 
Wilk zmienionym głosem. - 
Przynoszę ci maślany 
placuszek i garnuszek masła 
od matki. 
         Babka-poczciwina słabowała trochę i leŜała. Zawołała więc nie 
wstając z łóŜka: 
         - Pociągnij zatyczkę z koziej nóŜki, a puści rygielek! 
         Pociągnął Wilk kozią nóŜkę - drzwi się otworzyły. Wilk rzucił 
się na babinkę i połknął ją w mgnieniu oka, bo juŜ trzy dni pościł. Po 
czym zamknął drzwi, wyciągnął się na łóŜku babki i czeka na 
Małego Czerwonego Kapturka. Wkrótce nadeszła dziewuszka i 
stuka do drzwi:  
         - Puk-puk. 
         - A kto tam? 
Mały Czerwony Kapturek strwoŜyła się bardzo, co to za gruby 
wilczy głos się odzywa. Ale sądząc, Ŝe babka zachrypła, powiada: 
         - To ja, twoja wnuczka, babko, Mały Czerwony Kapturek. 

background image

Przynoszę ci maślany placuszek i garnuszek masła od matki. 
         A Wilk na to słodziuchno, jak tylko moŜe: 
         - Pociągnij kozią nóŜkę, a puści rygielek. 
         Mały Czerwony Kapturek pociągnęła kozią nóŜkę. Drzwi się 
otworzyły. Na widok dziewczynki Wilk nurknął pod pierzynę i 
powiada z łóŜka: 

         - Schowaj do skrzyni 
placuszek i garnuszek z 
masłem. I chodź tu, moja 
miła. PołóŜ się przy mnie. 
Mały Czerwony Kapturek 
zdjęła kapotkę i wyciągnęła 
się obok babki, dziwując się 
jej posturze: 
- O moja babko, jakie to 

masz wielkie ręce! 
- śeby cię mocniej uścisnąć, moja ty dziecino! 
- O moja babko, jakie to masz długie nogi! 
- Aby cię prędko schwytać, moja ty dziecino! 
- O moja babko, jakie to masz wielkie uszyska! 
         - Aby cię dobrze słyszeć, moja ty dziecino! 
         - O moja babko, jakie ty masz wielkie oczy! 
         - Aby cię lepiej widzieć, moja ty dziecino! 
         - O moja babko, jakie ty masz wielkie zęby! 
         - Aby cię smacznie zjeść! 
         Zły Wilk warknął, dał susa z łóŜka i Małego Czerwonego 
Kapturka poŜarł. 

 

Morał stąd płynie - proszę słuchać, 

urocze, wdzięczne me dziewuszki 

-Ŝe obcych ludzi pogaduszki 

naleŜy puszczać mimo ucha. 

Pogwarki wprawdzie miła chwilka, 

lecz blisko stąd do paszczy wilka. 

Radzę wam zapamiętać, 

Ŝe jest podstępny wilk niektóry:  

ukrywa wilcze swe pazury, 

by słodkim słówkiem zwieść dziewczęta.  

Ani go poznać! Mina święta tkliwie, 

łagodnie patrzy w oczy,  

za panną uliczkami kroczy 

przymilny, słodki jak cukierek. 

Lecz wierzcie: to wilczysko szczere 

 

 

         

B

yli sobie raz król i królowa, którzy się bardzo niecierpliwili, 

Ŝ

e nie mają dzieci. Trudno powiedzieć jak bardzo. Jeździli po całym 

ś

wiecie do rozmaitych wód, składali śluby, pielgrzymowali - 

wszystko na próŜno. 
         Wreszcie jednak królowa urodziła córkę. 
         Wyprawiono piękne chrzciny. Na chrzestne matki zaproszono 
wszystkie wróŜki z całego królestwa, a było ich siedem. Król i 
królowa liczyli na to, Ŝe mała księŜniczka otrzyma od nich w darze 
najwspanialsze zalety. Czynić takie dary było wówczas we zwyczaju 

background image

wróŜek. 
         Po ceremonii chrztu cała kompania udała się do królewskiego 
pałacu, gdzie na cześć wróŜek odbyć się miała wspaniała biesiada. 
Przed kaŜdą z nich połoŜono bogate nakrycie i szczerozłote 
puzderko, a w nim złotą łyŜkę, złoty sztuciec i złoty nóŜ. Wszystko 
wysadzone suto diamentami i rubinami. 
         Nagle, gdy juŜ kaŜdy zajmował swoje miejsce za stołem, 
ujrzano wchodzącą starą wróŜkę, której wcale na biesiadę nie 
zaproszono, bo od pięćdziesięciu z górą lat nie opuszczała wieŜy. 
Wszyscy sądzili więc, Ŝe juŜ umarła lub Ŝe ją coś uroczyło. 
         Król rozkazał połoŜyć przed nią nakrycie, lecz nie sposób było 
dać jej szczerozłote puzderko, gdyŜ wyrobiono ich tylko siedem dla 
siedmiu wróŜek. 
         Starowina myślała, Ŝe ją postponują, zaczęła więc mruczeć pod 
nosem jakieś pogróŜki. Posłyszała to jedna z siedzących opodal 
młodych wróŜek i zatrwoŜyła się, aby starucha nie obdarzyła czymś 
zgubnym małej księŜniczki. Więc gdy tylko wstano od stołu, ukryła 
się za zasłoną, aby zabrać głos ostatnia i - jeśli zajdzie potrzeba - 
naprawić zło wyrządzone przez staruchę. 
         Tymczasem wróŜki rozpoczęły juŜ wręczanie darów 
księŜniczce. Pierwsza, najmłodsza, oznajmiła, Ŝe księŜniczka będzie 
najpiękniejszą w świecie osóbką. Druga - Ŝe będzie roztropna jak 
cherubinek. Trzecia - udzieliła jej daru czynienia wszystkiego z 
zadziwiającym wdziękiem, czwarta - daru najzwinniejszego tańca, 
piąta - słowiczego głosu, szósta - umiejętności doskonałej gry na 

wszystkich instrumentach. 
         Gdy przyszła kolej na 
starą wróŜkę, ta, trzęsąc 
głową, i to z gniewu, nie ze 
starości, powiedziała, Ŝe 
księŜniczka przekłuje sobie 
dłoń wrzecionem i umrze. 

         Straszliwy dar wróŜki przejął trwogą wszystkich 
zgromadzonych. Nie było nikogo, kto by nie płakał. Wtedy zza 
zasłony wystąpiła młoda wróŜka i donośnym głosem odezwała się w 
te słowa: 
- Bądźcie spokojni, królu i królowo. KsięŜniczka nie umrze. Nie 
mam wprawdzie tyle mocy, aby odwrócić zło, które sprowadziła 
moja starsza krewniaczka, i nie mogę mu przeszkodzić, więc 
księŜniczka przekłuje sobie dłoń wrzecionem. Nie umrze jednak, ale 
zapadnie w głęboki sen, który trwać będzie sto lat. Lecz gdy sto lat 
przeminie, zjawi się syn królewski i obudzi księŜniczkę. 
         Król, aby oddalić nieszczęście zapowiedziane przez starą 
wróŜkę, kazał natychmiast ogłosić edykt groŜący śmiercią kaŜdemu, 
kto by prządł na kołowrotku lub miał u siebie wrzeciono. 
Minęło lat piętnaście. Król i królowa udali się na wieś do swego 
letniego pałacyku, a młoda księŜniczka biegała po zamku sama. 
Wspinała się po schodach coraz to wyŜej, zaglądając do komnat, i 

wreszcie zapędziła się aŜ na szczyt zamkowej 
baszty, gdzie na poddaszu, w małej izdebce, 
siedziała jakaś starowinka i przędła kądziel na 
kołowrotku. Poczciwina nic nie wiedziała o zakazie 
królewskim tyczącym się wrzeciona. 
- Co to robicie, moja kobiecino? - zapytała 
księŜniczka. 
- Przędę, moja śliczna - odrzekła stara. 
- Ach, jak ładnie! Jak to się robi? Pozwólcie, abym 
i ja spróbowała. Lecz ledwo księŜniczka wzięła do 
ręki wrzeciono, czy to z przyczyny wrodzonej 
Ŝ

ywości, czy teŜ z woli wróŜek, przebiła sobie nim 

rękę i padła zemdlona. Wielce zaniepokojona 
starowinka jęła głośno przyzywać pomocy. Zbiegli 
się zewsząd dworacy, spryskiwali twarz księŜniczki 
wodą, rozluźnili jej gorsecik, natarli skronie 

background image

larendogrą. Nie odzyskała jednak przytomności. 
         Wówczas król, który zjawił się na ten gwałt i krzątaninę, 
przypomniał sobie przepowiednie wróŜek. Uznał, Ŝe tak stać się 
musiało, skoro tak orzekły wróŜki, i kazał ułoŜyć księŜniczkę w 
najpiękniejszej komnacie pałacu na wspaniałym łoŜu, pokrytym 
złotymi i srebrnymi koronkami. 
         Wydawała się aniołem - tak była piękna. ChociaŜ omdlała, nie 
straciła pięknych rumieńców, policzki jej były róŜane, a usteczka jak 
korale. Nie umarła jednak - chociaŜ oczy miała zamknięte; słychać 
było jej lekkuchne tchnienie. 
         Król rozkazał, by nic nie zakłócało spokoju śpiącej aŜ do 
chwili ocknienia. 
         Gdy ten przypadek zdarzył się księŜniczce, dobra wróŜka, 
która uratowała ją od śmierci, skazując na stuletni sen, znajdowała 
się w oddalonym o tysiąc dwieście mil królestwie Facecji. 
Wiadomość o tym, co się stało, przyniósł jej mały karzełek, co miał 
siedmiomilowe buty. (Gdy się w nie obuło - kaŜdy krok mierzył 
siedem mil.) WróŜka wybrała się natychmiast w drogę i juŜ po 
godzinie ujrzano ją w zamku, zbliŜającą się na ognistym wozie, 
oprzęŜonym w smoki. 
         Król podał jej rękę, gdy wysiadała, a wróŜka pochwaliła go za 
wszystkie poczynania. śe była to jednak wielce przewidująca dama, 
zatroszczyła się, by księŜniczce nie było nijako samej, gdy się 
zbudzi w tym starym zamczysku. I oto co uczyniła: pominąwszy 
króla i królową, jęła wszystko, co było w zamku, tykać swoją 
laseczką. Tknęła ochmistrzynię, panny słuŜące, garderobiane, 
szlachciców, oficerów, marszałków dworu, kuchmistrzów, 
kuchcików, chłopców na posyłki, dozorców, paziów, lokajów. 
Tknęła konie w stajniach, masztalerzy, wielkie kundle podwórzowe i 
małą Pufcię, suczkę księŜniczki, leŜącą na jej łoŜu. I wszystko w 
zamku, czego tknęła laseczka wróŜki, zapadało w głęboki sen, z 
którego ocknąć się miało wraz ze swoją panią, aby jej słuŜyć, gdy 

tego zaŜąda. Usnęły nawet, obracając się nad ogniem, roŜny z 
nadzianymi kuropatwami i baŜantami - a wraz z nimi usnął ogień. 
Wszystko to stało się w mgnieniu oka, bo wróŜki są zwinne w 
robocie. 
         Ucałowawszy ukochane dziecko, król i królowa wyszli z 
zamku i rozkazali ogłosić, Ŝe nikomu do niego zbliŜać się nie wolno. 
Nie trzeba było zresztą i tego zakazu, bo w ciągu kwadransa wyrosła 
wokół ogrodów zamkowych taka gęstwina wielkich i małych drzew, 
splątanych jeŜyn i głogów, Ŝe nie mógł przedrzeć się przez nią Ŝaden 
zwierz ani człowiek. Spoza gęstwiny zaledwie dostrzec moŜna było, 
i to z bardzo daleka, szczyty zamkowych wieŜ. Oczywiście nikt nie 
wątpił nawet, Ŝe była to 
jeszcze jedna czarodziejska 
sztuczka wróŜki, aby ktoś 
ciekawy nie zakłócił snu 
księŜniczki. 
         Minęło sto lat. Syn 
króla, który panował w tym 
kraju, a był on juŜ z innego 
rodu niŜ śpiąca księŜniczka, 
wybrał się w te strony na 
łowy i zapytał towarzyszy, 
co to za wieŜyce wznoszą się 
ponad wielkim i gęstym lasem. .KaŜdy opowiedział mu, co o tym 
słyszał. Jeden, Ŝe to stare zamczysko, w którym straszy, inny - Ŝe tu 
schodzą się okoliczni czarodzieje i wyprawiają swe harce. Ale 
najwięcej głosów było za tym, Ŝe w zamku mieszka wilkołak i 
porywa bezkarnie wszystkie dzieci, które tylko dopadnie. Nikt 
bowiem schwytać go nie moŜe, gdyŜ jedynie wilkołak jest w mocy 
przedrzeć się przez ten las. 
         KsiąŜę nie wiedział, komu wierzyć, gdy odezwał się stary 
chłop: - Et, wasza wysokość! JuŜ pięćdziesiąt lat temu słyszałem, jak 

background image

mój ojciec opowiadał, Ŝe w tym zamku jest księŜniczka. Piękniejszej 
ludzkie oczy nie widziały. Ponoć śpi ona juŜ sto lat, a obudzi ją syn 
królewski, któremu jest przeznaczona. 
         Na te słowa ognisty zapał porwał młodego księcia. JuŜ nie 
wątpił ani chwili, Ŝe to on musi rozegrać do końca tę niezwykłą 
awanturę. Rozgorzały miłością i Ŝądzą sławy postanowił przekonać 
się natychmiast, ile jest prawdy w tym wszystkim. ZbliŜył się do 
lasu i w tejŜe chwili wszystkie drzewa, wszystkie głogi i jeŜyny 
rozwarły się przed nim, czyniąc mu dogodne przejście. Ruszył więc 
ku zamczysku i wszedł w długą aleję. U jej końca widział majaczący 
zamek. Dziwiło go nieco, Ŝe nikt z jego asysty nie mógł mu 
towarzyszyć, bo gęstwina zamykała się za nim, gdy ją tylko 
przekroczył. Szedł jednak wytrwale przed siebie, bo młody 
zakochany ksiąŜę jest zawsze odwaŜny. Wreszcie wstąpił na wielki 
frontowy dziedziniec, którego widok mógł łatwo zmrozić krew w 
Ŝ

yłach. Panowała tu złowroga cisza. Wszystko zdawało się obrazem 

ś

mierci. LeŜący pokotem ludzie i zwierzęta nie dawali znaku Ŝycia. 

Lecz ksiąŜę poznał po pryszczastych nosach i czerwonych gębach 
straŜników, Ŝe nie umarli, a śpią. Ich szklanki, w których pozostało 
na dnie jeszcze parę kropel wina, świadczyły, iŜ zasnęli popijając 
sobie tęgo. 
         Wędrując dalej, ksiąŜę dotarł do brukowanego marmurem 
dziedzińca, wszedł na schody i do kordegardy, gdzie gwardziści, 
stojąc szpalerem z muszkietami na ramionach, chrapali w najlepsze. 
Po czym minąwszy wiele pokojów, gdzie stojąc, siedząc, spały 
damy i szlachcice, wszedł do złocistej komnaty. Tu, na łoŜu o 
uniesionych zasłonach, ujrzał najpiękniejszy widok, jaki oglądał w 

Ŝ

yciu. 

         Była to księŜniczka. 
Nie zdawała się liczyć 
więcej niŜ piętnaście lub 
szesnaście lat, a była piękna 

i świetlista jak bogini. KsiąŜę, zadziwiony, zbliŜył się drŜąc i padł 
przed księŜniczką na kolana. A Ŝe juŜ właśnie przyszła pora, by się 
ocknęła, czar prysnął i księŜniczka spojrzała na księcia tak tkliwie, 
aŜ to się zdawało dziwne przy pierwszym spotkaniu. Po czym 
rzekła: 
- Czy to ty, mój ksiąŜę? Długo czekałam na ciebie. 
         KsiąŜę oczarowany tymi słowy, a bardziej jeszcze wdziękiem, 
z jakim zostały wypowiedziane, nie wiedział, jak wyrazić swą 
wdzięczność i ukontentowanie. Zapewnił więc tylko, Ŝe kocha ją nad 
wszystko na świecie. Słowa rwały mu się, lecz tym bardziej 
podobały się księŜniczce. Dowodziły bowiem, Ŝe więcej w nich 
miłości niŜ krasomówczych sztuczek. 
         KsiąŜę zdawał się bardziej zakłopotany od księŜniczki. Nic w 
tym dziwnego. WszakŜe księŜniczka mogła przez sto lat śnić o tym, 
co ma mu powiedzieć. Powiadają bowiem, Ŝe wróŜka, aby umilić 
czas księŜniczce, sprowadziła jej błogie sny. 
         Tak czy owak, ksiąŜę i księŜniczka, choć juŜ od czterech 
godzin wiedli ze sobą rozmowę, nie powiedzieli sobie jeszcze i 
połowy tego, co chcieli powiedzieć. 
         Tymczasem wraz z księŜniczką obudził się cały dwór i kaŜdy 
chciał się brać do swoich obowiązków, ale wszyscy byli niezwykle 
głodni. Nie wszyscy bowiem byli zakochani. Pewna zgłodniała 
dama dworu zniecierpliwiła się wreszcie i oznajmiła księŜniczce, Ŝe 
podano pieczyste. KsiąŜę pomógł wstać księŜniczce, która była 
przecieŜ ubrana, i to nawet wspaniale. Przezornie jednak nic jej nie 
powiedział, Ŝe ma suknię z czasów prababek, zapiętą wysoko pod 
szyję. I w tym zresztą pięknie wyglądała. 
         Oboje przeszli do lustrzanej sali i spoŜyli tu wieczerzę, a 
usługiwali im adiutanci księŜniczki. Skrzypce i oboje grały stare 
pieśni zawsze jednako piękne, choć ich nie grano od stu lat. 
         Po wieczerzy kapelan królewski w zamkowej kaplicy dał ślub 
młodej parze, a dama dworu opuściła zasłony przy łoŜu księŜniczki. 

background image

Młodzi mało spali tej nocy - księŜniczka była przecieŜ bardzo 
wyspana. 
         O świcie poŜegnał ją ksiąŜę, aby udać się do miasta, gdzie 
oczekiwał go ojciec, zapewne bardzo zaniepokojony jego długą 
nieobecnością. KsiąŜę tłumaczył się, Ŝe zabłądziwszy w lesie 
podczas łowów, zmuszony był nocować w chacie smolarza, który 
ugościł go czarnym chlebem i serem. Ojciec, poczciwina, uwierzył, 
ale matka nie całkiem była o tym przeświadczona. Widząc zaś, Ŝe 
syn prawie co dzień wyrusza na łowy i dwie albo trzy noce spędza 
poza domem, zawsze mając pod ręką jakąś wymówkę, nabrała 
pewności, Ŝe wplątał się on w jakąś miłosną awanturkę. 
         Dwa lata upłynęło od ślubu księcia i miał on juŜ z księŜniczką 
dwoje dzieci: starszą córeczkę - Jutrzenkę, i młodszego od niej 
synka, którego nazwano - Poranek. Był on jeszcze piękniejszy od 
siostry. 
         Królowa-matka nieraz mawiała do syna, Ŝe Ŝycie winno mieć 
swoje uciechy, a to dlatego, by go skłonić do serdecznych zwierzeń. 
KsiąŜę jednak nie śmiał się przyznać do niczego. Bo chociaŜ kochał 
matkę, szczerze jej się lękał. Pochodziła ona bowiem z rodu 
wilkołaków, a król poślubił ją dla jej wielkich majętności. Szeptano 
sobie nawet na dworze, Ŝe odzywa się w niej krew wilkołacka i Ŝe 
wielki gwałt sobie zadaje, by nie dopadać drepcących dzieci. Tak 
więc ksiąŜę nie mówił jej o niczym. Lecz gdy po dwóch latach król 
zamknął oczy, a młody ksiąŜę objął panowanie, oznajmił wszem 
wobec o swym małŜeństwie. Po czym z wielką paradą wyruszył po 
Ŝ

onę do jej rodzinnego zamku. 

         Przybycie i wjazd królowej z dwojgiem dzieci odbyły się z 
niezwykłą okazałością. 
         Wkrótce potem młody król wyruszył na wojnę ze swoim 
sąsiadem, cesarzem Bigocji, ustanawiając swoją matkę regentką i 
polecając jej gorąco Ŝonę i dzieci. Spodziewał się, Ŝe zabawi na 
wojnie całe lato. 

         Gdy tylko wyruszył, królowa-matka wysłała swoją synową i 
jej dzieci na letnisko. Spodziewała się bowiem, Ŝe w ustronnym 
miejscu łatwiej zaspokoi straszliwy swój apetyt. Sama udała się tam 
w parę dni później i powiada do marszałka dworu: 
- Jutro podasz mi, asan, na obiad Jutrzenkę. - Olaboga, pani... - 
odezwał się marszałek 
- Tak mi się podoba - fuknęła królowa głosem wilkołaka, który ma 
apetyt na świeŜe mięso. - Chcę ją zjeść, i to w cebulowym sosie! 
Nieszczęsny marszałek, wiedząc dobrze, Ŝe z wilkołaczką igrać 
niebezpiecznie, wziął wielki nóŜ i ruszył do komnatki małej 
Jutrzenki. Miała ona zaledwie cztery lata i śmiejąc się i skacząc 
wybiegła mu naprzeciw i rzuciła się na szyję, prosząc o cukierki. 
Marszałek rozpłakał się z rozczulenia, upuścił z ręki nóŜ, po czym 
poszedł na podwórko i zarŜnął baranka. Przyprawił go w 
znakomitym sosie, a jego pani powiedziała mu, Ŝe nigdy nic równie 
smacznego nie jadła. Jednocześnie marszałek uniósł z zamku 
Jutrzenkę i powierzył opiece swojej Ŝony, przykazując by ją ukryła 
w domu przy końcu podwórka. 
         Po ośmiu dniach niegodziwa królowa powiada do marszałka 
dworu: 
- Podasz mi, asan, potrawę z Poranka na wieczerzę. 
         Tym razem marszałek ani się odezwał, bo zamierzał oszukać ją 
po raz wtóry. Poszedł więc po małe ksiąŜątko. Choć miało ono 
dopiero trzy lata, zastał je bijące się na flowery z wielką małpą. 
Znowu zaniósł dziecko do swojej Ŝony, która je ukryła wraz z małą 
Jutrzenką, a zamiast potrawy z Poranka podał na stół królowej 
koźlątko tak kruche, Ŝe nie mogła się dość nachwalić jego smaku. 
         Tak więc do tej pory wszystko szło gładko, gdy pewnego 
wieczoru powiada niegodziwa wilkołaczka do marszałka: 
- Mam apetyt na królową i to w takim sosie, jak jej dzieci. Tym 
razem nieszczęsnemu marszałkowi opadły ręce. Zwątpił, aby mu się 
udało podejść królową raz jeszcze. Młoda królowa bowiem miała 

background image

juŜ z górą lat dwadzieścia, nie licząc tych stu, które przespała. 
Skórka jej była więc juŜ nieco przytwarda, choć biała i gładka. Głów 
się tu, człowieku, jak znaleźć bydlątko o takiej skórze! A Ŝe 
marszałkowi chodziło teŜ i o własną, postanowił z bólem serca 
zarŜnąć królową. Ruszył więc zamaszyście do jej komnaty, by rzecz 
skończyć od razu. 
         Idąc podŜegał w sobie złość i wszedł do królowej z kordelasem 
w ręku. Chcąc jednak znaleźć się, jak naleŜy, przedłoŜył jej rozkaz 
królowej-matki z naleŜytą rewerencją. 
- AleŜ, proszę, bardzo proszę - rzekła królowa nadstawiając szyję. - 
Czyń pan, marszałku, co ci nakazano. Połączę się nareszcie z 
dziećmi, z moimi nieszczęsnymi dziećmi, które tak kochałam. 
         Tak mówiła królowa, gdyŜ od chwili porwania dzieci była 
pewna, Ŝe nie Ŝyją. 
- Nie! Nie! - powiada biedny marszałek szczerze wzruszony. - 
Wasza królewska mość będzie Ŝyła i spotka się ze swymi dziećmi - 
cała i zdrowa. I to w moim domu, gdzie je ukryłem. Raz jeszcze 
oszukam królową-matkę i podam jej pieczoną łanię zamiast waszej 
królewskiej mości. 
         Po czym natychmiast poprowadził królową do swego domu, 
gdzie mogła wreszcie uściskać swoje dzieci i wypłakać się z nimi. 
Sam zaś przyprawił łanię, którą stara królowa zjadła z takim 
apetytem, jakby to była jej synowa, i bardzo była z tego rada. A 
umyśliła sobie powiedzieć królowi po jego powrocie, Ŝe jego Ŝonę i 
dwoje dzieci poŜarły wściekłe wilki. 
         Któregoś wieczoru, gdy królowa-matka snuła się po 
dziedzińcach i podwórcach, węsząc swoim zwyczajem za świeŜym 
mięsem, posłyszała z jakiejś izdebki pracz małego Poranka, któremu 
matka dała w skórę, bo był niegrzeczny. Usłyszała teŜ głos 
Jutrzenki, ujmującej się za braciszkiem. Poznawszy głosy dzieci i 
ich matki, wpadła w straszliwą złość, Ŝe ją oszukano, i juŜ nazajutrz 
rozkazała głosem tak strasznym, aŜ wszystkich przeszły ciarki, aby 

na środku zamkowego podwórka ustawiono wielką kadź. Kadź tę 
kazała napełnić padalcami, ropuchami i Ŝmijami i wrzucić w nią 
królową i jej dzieci, marszałka, jego Ŝonę i posługaczkę. Rozkazała 
teŜ, by ich przyprowadzono z wykręconymi w tył i skutymi rękami. 
         Skazańcy nadeszli, a oprawcy juŜ się sposobili, by ich wrzucić 
do kadzi, gdy król, którego tak rychłego powrotu nikt się nie 
spodziewał, wpadł konno na dziedziniec. Przybył on z przednią 
straŜą i wielce zdumiony pyta, co ma znaczyć ten straszliwy widok. 
Gdy wszyscy milczeli, nie wiedząc, co odpowiedzieć, rozjuszona 
obrotem spraw wilkołaczka cisnęła się głową naprzód do kadzi. W 
jednej chwili poŜarły ją obmierzłe bestie, które sama do kadzi 
wsypać kazała. 
         Król strapił się tym, gdyŜ była przecieŜ jego matką. Lecz przy 
Ŝ

onie i dzieciach pocieszył się niezadługo. 

 

Gdy panna chce iść za mąŜ - niech będzie cierpliwa skromnej pannie 

obyczaj poczekać pozwala, gdy mąŜ ma być bogaty, rozumny i 

galant doprawdy, Ŝe opłaca się wtedy czekanie. Lecz czasami zbyt 

długie to czekanie bywa, jak to - stuletnie, chociaŜ w miłym śnie 

upływa. Dziś nie znajdzie się chyba tak szczęśliwych panien, bo 

kaŜda się dziś panna ku szczęściu wyrywa. 

Jedno jeszcze ta bajka powiedzieć się stara: Ŝe kiedy się wesele na 

później odłoŜy, szczęściu to nie przeszkodzi. Być moŜe - pomoŜe i 

na dłuŜszym czekaniu zyska młoda para. 

Lecz Ŝe ognista miłość nie cierpi czekania i spieszy zawsze z racji 

wielkiego zapału, więc oszczędzę wam przeto zrzędnego gadania i 

brzęczenia u uszu słowami morału. 

background image

 

           Był sobie raz pewien szlachcic, który oŜenił się powtórnie z 
jejmością wielce pyszną i zadzierającą nosa. Miała ona dwie córki, 
które kubek w kubek wdały się w matkę. MąŜ zaś miał po pierwszej 
Ŝ

onie córkę, niezmiernie łagodną i zacną dzieweczkę. Odziedziczyła 

te cnoty po swojej matce, najzacniejszej w świecie osobie.  
           Jeszcze nie skończyło się weselisko, a juŜ macocha 
pofolgowała swoim humorom. Kłuły ją bowiem w oczy cnoty 

dziewczątka, przy którym jej 
własne córki wydawały się 
bardziej jeszcze nieznośne. 
Obarczyła więc pasierbicę 
najpodlejszymi gospodarskimi 
zajęciami: musiała zmywać 
garnki, szorować schody, 
zamiatać izby i woskować 
posadzki w pokojach jejmości i 
jejmościanek. Sypiała na 
przygórku, pod dachem, na 
wiązce ostrej słomy, gdy 
siostry mieszkały w 
wykładanych posadzkami 
komnatach, miały łóŜka 
rzeźbione według ostatniej 
mody i wielkie zwierciadła, w 
których mogły się przejrzeć od 

stóp do głów. 
           NieboŜątko znosiło wszystko cierpliwie i nie śmiało nawet 
poskarŜyć się ojcu, aby jej nie ofuknął. Jejmość bowiem rządziła 
małŜonkiem, jak jej się podobało. 
           Sierota zaś, uporawszy się ze swoją robotą, przysiadała sobie 
w kącie komina na popielniku. Stąd wszyscy w domu nazywali ją 
Smolipupka. Jedynie młodsza siostra, obyczajniejsza od starszej, 
nazywała ją: Kopciuszek.  
           Kopciuszek mimo lichych sukienek była jednak sto razy 
piękniejsza od swoich sióstr, choć te były wspaniale wystrojone.  
           Zdarzyło się, Ŝe syn królewski postanowił wyprawić bal i 
zaprosił nań wszystkie osoby z eleganckiego świata. Nasze dwie jej 
mościanki zostały równieŜ zaproszone, uchodziły bowiem w okolicy 
za nie byle co. Rozumie się, Ŝe bardzo się uradowały i nuŜ wybierać 
suknie i stroje, w których było im najbardziej do twarzy. 
           Nowy kłopot dla Kopciuszka! Musiała bowiem prasować 
bieliznę sióstr i karbować im 
mankietki. Nie było juŜ 
mowy o niczym innym, 
tylko o strojach. 
- WłoŜę suknię czerwoną, 
aksamitną - powiada starsza 
siostra - a do niej przybranie 
według angielskiej mody. 
- A ja - rzecze młodsza - 
ubiorę się w skromną 
spódniczkę, ale narzucę 
płaszczyk w złote kwiaty i 
wepnę sobie broszkę diamentową, która niemało jest warta! 
           Posłały siostry po zgrabną modystkę, aby im poszyła 
czepeczki z podwójnymi szlarkami, i zakupiły mankietki u zręcznej 
hafciarki. Kupiły muszki z czarnego aksamitu u kobiety, co umiała 

background image

je zgrabnie wycinać, i upstrzyły nimi dowcipnie twarzyczki. Po 
czym przywołały Kopciuszka, aby zasięgnąć jej rady. Znała się 
bowiem na strojach. Kopciuszek doradziła im wszystko doskonale i 
nawet ofiarowała się, Ŝe im uczesze pięknie włosy, na co zgodziły 
się z ochotą. Przy czesaniu rozgadały się siostry. 
- Rada byś takŜe pójść na bal, prawda, Kopciuszku? 
- Chyba kpicie ze mnie, jejmościanki! Niestety - nic po mnie na 
balu! 
- Prawdę mówisz. Wszyscy uśmieliby się do rozpuku, gdyby 
Smolipupka na balu tańcowała! 
            KaŜda panna na takie pogaduszki ułoŜyłaby im włosy na 
bakier. Ale Kopciuszek miała dobre serce i uczesała siostry 
znakomicie. Pannice przez dwa dni nic jeść nie mogły z radości. 
Dwanaście sznurówek pękło, tak mocno się ściskały, aby być 
cienkie w pasie. I mizdrzyły się przed lustrem bez ustanku. 
            Nadszedł wreszcie upragniony dzień. Siostry pojechały na 
bal, a Kopciuszek patrzyła za nimi, póki nie znikły jej z oczu. Wtedy 
zapłakała. Zalaną łzami naszła chrzestna matka i pyta, co jej się 
przydarzyło. 

- Chciałabym... 
chciałabym... - Kopciuszek 
płakała tak rzewnie, Ŝe 
więcej powiedzieć nie 
mogła. 
Chrzestna matka była 
wróŜką. Powiada więc do 
Kopciuszka;  
- Chciałabyś pojechać na bal. 
Prawda? 
- Ach... chciałabym... 
niestety - westchnęła 
Kopciuszek. 

- Zrób, co ci kaŜę - rzecze chrzestna matka - a będziesz na balu. 
Po czym zabrała Kopciuszka do siebie i powiada:  
- Idź do warzywnika i przynieś mi dynię. 
           Kopciuszek podskoczyła szybko i przyniosła najpiękniejszą, 
jaką znalazła, zachodząc w głowę, jak to dynia na bal ją powiezie. 
Chrzestna matka wydrąŜyła dynię, pozostawiając tylko skórkę, i 
uderzyła w nią swoją laseczką. W tejŜe chwili dynia stała się piękną, 
szczerozłotą karocą. A chrzestna matka zajrzała do pułapki, gdzie 
siedziało sześć myszy. Wszystkie Ŝywiuteńkie jak skry. WróŜka 
kazała Kopciuszkowi unieść nieco drzwiczki i kaŜdą wymykającą 
się z pułapki mysz uderzała swoją laseczką. A myszy w mgnieniu 
oka przemieniały się, jedna po drugiej, w rącze konie. I - patrzcieŜ! - 
jest sześć pięknych cugantów u karocy! 
          Teraz chrzestna matka zafrasowała się, skąd wziąć woźnicę. 
- Zobaczę - powiada Kopciuszek - czy nie ma czasem w pułapce 
szczura. Byłby z niego woźnica nie od parady! 
- Pięknie - rzecze na to chrzestna matka. - Idź po szczura. 
Kopciuszek przyniosła pułapkę. Siedziały w niej trzy okazałe 
szczury. WróŜka wybrała wspaniałego wąsacza o bujnej sierści i 
tknąwszy go laseczką, przemieniła w woźnicę z siarczystym wąsem, 
jakich mało.  
            Po czym powiada: 
- Idź, Kopciuszku, do ogrodu. Zobaczysz tam za konwią sześć 
jaszczurek. Przynieś mi je. 
Zaledwie Kopciuszek przyniosła jaszczurki, chrzestna matka 
przemieniła je raz-dwa w sześciu hajduczków, którzy wskoczyli 
natychmiast za pudło karocy i lśniąc szamerowaniem kabatów, 
trzymali się za nim tak prosto, jakby całe Ŝycie nic innego nie robili. 

           Wtedy wróŜka 
powiada: 
- No cóŜ? Masz więc czym 
jechać na bal. Chybaś temu 

background image

rada?  
- Com rada, tom rada! Ale 
jakŜe będę tańczyć w tej 
sukienczynie? 
Na to chrzestna matka tknęła 
ją lekko swoją laseczką i 
natychmiast sukienczyna 
Kopciuszka stała się skrzącą 
szatą ze złotosrebrnej 

materii, naszywanej klejnotami. Chrzestna dała takŜe Kopciuszkowi 
najpiękniejsze w świecie pantofelki z popieliczej skórki. 
            Tak wystrojona siadła Kopciuszek do karocy, a chrzestna 
matka zaklęła ją na wszystkie świętości, aby na balu nie zmarudziła i 
nie bawiła ani chwilki dłuŜej niŜ do północy. Jeśli bowiem dłuŜej na 
balu pozostanie, karoca znowu stanie się dynią, konie zmienią się w 
myszy, hajduczkowie w jaszczurki, a piękna szata w łachmany. 
          Kopciuszek obiecała chrzestnej matce, Ŝe opuści bal przed 
północą, i nie posiadając się z radości - pojechała. 
          Gdy oznajmiono synowi królewskiemu, Ŝe przybyła jakaś 
nikomu nie znana i świetna księŜniczka, wybiegł przed pałac, aby ją 
powitać. Piękna pani wysiadała właśnie z karocy, więc syn 
królewski podał jej rękę i poprowadził do wielkiej komnaty, gdzie 
się zabawiali goście. 
          Gdy weszła, zapadła nagła cisza: zatrzymali się tancerze, 
umilkły skrzypce, a wszystkie oczy zwróciły się w podziwie ku 
pięknej nieznajomej. Po czym odezwał się pochlebny szmer głosów: 
- Ach, jaka śliczna! 
         Sam nawet król, choć dobrze juŜ stary, wodził za nią 
nieustannie wzrokiem i poszeptywał królowej, Ŝe nigdy nie widział 
tak pięknej i wdzięcznej twarzyczki. Wszystkie damy wypatrywały 
oczy, aby dobrze obejrzeć jej uczesanie i suknię. Zamyślały zaraz 
jutro kazać sobie uszyć takie same, jeśli tylko im się uda znaleźć 

równie piękną materię i zręczne modystki. 
         Syn królewski posadził Kopciuszka na pierwszym miejscu, po 
czym poprosił ją do tańca. Kopciuszek tańczyła z niezwykłym 
wdziękiem i coraz większy budziła podziw. 
         Wkrótce wniesiono smaczny poczęstunek, lecz młody ksiąŜę 
nie jadł nic, bo tylo się wpatrywał w Kopciuszka. 
         Kopciuszek przysiadła się do swoich sióstr i świadczyła im 
mnóstwo grzeczności: dzieliła się z nimi owocami i pomarańczami, 
którymi częstował ją młody ksiąŜę. Dziwiły się temu bardzo, bo 
miały ją za całkiem nieznajomą osobę. 
             KsiąŜę szeptał nieustannie Kopciuszkowi słodkie słówka, 
siostry się dziwowały i tak gwarzyli sobie razem. 
             Nagle usłyszała Kopciuszek, Ŝe zegar bije trzy kwadranse po 
jedenastej. Natychmiast więc złoŜyła kompanii głęboki ukłon i 
odeszła tak spiesznie, jak tylko wypadało. 
            Wróciwszy z balu pobiegła do chrzestnej matki i 
podziękowawszy pięknie, powiada, Ŝe chciałaby jutro jeszcze się tak 
zabawić. Zaprosił ją bowiem syn królewski. Po czym jęła 
opowiadać, co to się jej przydarzyło. 
             Gdy siostry zapukały do drzwi, Kopciuszek poszła im 
otworzyć i woła: 
- A toście się, siostry, zasiedziały! 
I trze oczy, przeciąga się, jakby się tylko co obudziła, choć odkąd się 
z nimi rozstała, ani nawet nie pomyślała o spaniu. 
- Gdybyś była na balu, nie nudziłabyś się ani chwili - powiada jedna 
z sióstr. - Była na nim piękna księŜniczka! Najpiękniejsza w 
ś

wiecie! Świadczyła nam tysiące grzeczności! Częstowała 

cytrynkami, pomarańczami! 
            Śmiać się zachciało Kopciuszkowi, ale pyta sióstr, jak się 
owa księŜniczka nazywa. Siostry na to, Ŝe nikt jej nie zna, a syn 
królewski bardzo się tym trapi i chętnie oddałby wszystko, aby się 
dowiedzieć, kto ona. 

background image

            Kopciuszek uśmiechnęła się i rzecze 
- Więc jest tak piękna! Miły BoŜe! JakŜeście szczęśliwe, Ŝeście ją 
widziały! CzemuŜ ja jej zobaczyć nie mogę! Niestety! O, 
jejmościanko, siostro, moja ty panno Gadulska, poŜycz mi, jeśli 
łaska, twoją codzienną Ŝółtą sukienkę, to się w niej na bal wybiorę! 
- Jeszcze czego! - ofuknie ją siostra Gadulska. - Akurat! PoŜyczać 
suknię takiej Smolipupce! Musiałabym mieć źle w głowie! 
             Kopciuszek spodziewała się takiej odprawy i nawet była jej 
rada. Byłaby bowiem w wielkim kłopocie, gdyby siostra chciała 
poŜyczyć jej sukienkę. 
             Nazajutrz znowu obie starsze siostry wybrały się na bal. 
Udała się tam i Kopciuszek, jeszcze bardziej strojna niŜ za 
pierwszym razem. Syn królewski nie odstępował jej ani na krok i 
bez ustanku szeptał jej słodkie słówka. Panna nie nudziła się ani 
chwilki i zapomniała o poleceniu chrzestnej matki, a gdy zegar 
zaczął wybijać północ, 
wydało jej się, Ŝe to dopiero 
jedenasta.Spostrzegła się 
jednak i zerwała szybko jak 
sarneczka. KsiąŜę pobiegł za 
nią, lecz umknęła mu i nie 
mógł jej schwytać. Gdy 
uciekała, spadł jej z nóŜki 
pantofelek z popieliczki, a 
ksiąŜę podniósł go ostroŜnie. 
              Kopciuszek wróciła 
do domu srodze zadyszana, 
piechotą, nie w karocy, bez asysty hajduczków, w swojej lichej 
sukienczynie. Ze wszystkich wspaniałości został jej tylko jeden 
pantofelek z popieliczej skórki. Taki sam jak ten, który spadł jej z 
nóŜki. 
              Tymczasem w pałacu rozpytywano wartowników, czy 

któryś z nich nie widział wychodzącej księŜniczki. Lecz Ŝaden nie 
zauwaŜył nikogo, oprócz obdartej dziewczyniny wyglądającej na 
chłopkę, nie na wysoko urodzoną jejmościankę. 
              Gdy i siostry powróciły z balu, zapytała ich Kopciuszek, 
czy i tym razem tak dobrze się bawiły i czy widziały piękną panią. 
Siostry odrzekły, Ŝe piękna pani była i tym razem w pałacu, lecz gdy 
tylko zegar zaczął bić północ, umknęła tak szybko, aŜ spadł jej z 
nóŜki najpiękniejszy w świecie pantofelek z popieliczej skórki. 
Podniósł go syn królewski i nic innego nie robił, tylko się w niego 
wpatrywał. Niechybnie zakochał się w pani, która pantofelek miała 
na nóŜce. 
              Prawdę mówiły siostry. Nie minęło parę dni, a syn 

królewski kazał obwieścić 
swoim trębaczom, Ŝe poślubi 
tę pannę, na której nóŜkę 
będzie ten pantofelek w sam 
raz. Zaczęły się więc 
przymiarki. Najpierw 
przymierzały pantofelek 
księŜniczki, potem - 
hrabianki, potem - wszystkie 
dworki. Na próŜno. 

Zaniesiono pantofelek i do obu sióstr, które czyniły, co mogły, aby 
weń wepchnąć stopki. Nie mogły się jednak z tym uporać. 
Kopciuszek, widząc to, roześmiała się i powiada: 
- NiechŜe i ja zobaczę, czy ten pantofelek wejdzie mi na nóŜkę!  
             Siostry parsknęły śmiechem i nuŜ kpić z Kopciuszka. Lecz 
dworak, który pannom pantofelek mierzył, spojrzał na Kopciuszka 
bystro i zauwaŜył, jaka z niej ślicznotka. Więc powiada, Ŝe słusznie 
jej się to naleŜy, bo otrzymał rozkaz zmierzyć pantofelek wszystkim 
dziewczętom. Poprosił ją, by usiadła, a włoŜywszy pantofelek na jej 
stopkę, przekonał się, Ŝe wchodzi bez trudu i leŜy jak ulał. 

background image

             JakŜe się zadziwiły siostry! Lecz nie koniec było 
niespodziankom. Kopciuszek bowiem wyciągnęła z kieszonki drugi 
pantofelek, od pary, i włoŜyła na drugą nóŜkę. Na to zjawiła się 
chrzestna matka i tknąwszy laseczką kopciuszkowej sukienczyny, 
przemieniła ją w szaty jeszcze piękniejsze od tych, w których 
oglądano ją na dworze. Wtedy dopiero poznały siostry, kim była 
spotkana na balu piękna dama. Padły do nóg Kopciuszka, 
przepraszając za wszystko zło, jakiego od nich doznała.  
            Kopciuszek podniosła je, uściskała i rzekła, Ŝe przebacza im 
z całego serca i prosi, by ją zawsze kochały. 
             Odzianą w paradną suknię odprowadzili wszyscy do księcia. 
A gdy ksiąŜę ją ujrzał, wydało mu się, Ŝe nigdy jeszcze nie była tak 
piękna. 
             Nie minęło parę dni, a juŜ było po weselu. 
             Kopciuszek, która była nie tylko piękna, ale i tkliwego serca, 
zabrała obie siostry do pałacu i jeszcze tego samego dnia wydała je 
za okazałych dworaków. 

 

Piękność jest skarbem panien. Prawda: skarb to rzadki. Nie 

dziw, Ŝe wszyscy piękność sławią nieustannie. Ale z wdziękiem, 

z urokiem, jeszcze piękniej pannie. Bowiem wdzięk więcej zdobi 

niźli buziak gładki. Chrzestna matka obdarza nim Kopciuszka 

tedy i uczy, jak szermować wdziękiem, jak nim władać, jak 

zdobyć serce księcia, jak dźwignąć się z biedy. Tyle morał tej 

bajki o wdzięku powiada. Pięknisie! DroŜszy wdzięk niŜ wasze 
szmatki. Ceńcie go bardziej niźli złota dźwięk. I Ŝyczcie sobie, 

aby chrzestne matki nieprzepłacony skarb wam dały: Wdzięk. 

  

 

Choć z losu łaskawej ręki macie i rozum, i wdzięki, choć ród 

wasz nie byle jaki, choć czarujecie buziakiem nie dosyć tego, 

panienki. 

Gdy chcecie dochrapać się czegoś, zabłysnąć, do celu dotrzeć, 

wierzcie: nie będzie nic z tego, gdy nie pomogą, kumotrzy.  

Przypis tłumaczki: 

            Jak w bajce przystało, do pantofelków Kopciuszka wkradł się chochlik, 
który pomylił szczegóły jej balowego stroju! Gdy w następnym (po 1697 roku) 
wydaniu składano tę uroczą ksiąŜkę - w drukarni zamazały się czcionki. Pan 
Perrault napisał, Ŝe Kopciuszek miała "pantoufles de vair" ("vair" - popielica) - 
lecz złoŜono "pantoufles de verte" ("verte" - szkło). Po czym - jedni czytelnicy 
widzieli ją oczyma wyobraźni w szklanych pantofelkach, inni w miękkich i 
popielatych. Ciekawe, Ŝe długo trwał ten zabawny "spór". Setki lat rozstrzygnęły 
go na korzyść miękkich pantofelków ze skórki, aczkolwiek wersja szklanych 
pantofelków teŜ się tu i ówdzie przyjęła. 
            Stronnicy pantofelków z popieliczki cytują szereg literackich porównań i 
łączą je z wielowiekową popularnością miękkich pantofelków ze sławnej bajki. 
Oto jedno z nich - H. Murgera: 
"Kamilla miała w ręku skromny płaszczyk... Jedynym zbytkowym szczegółem jej 
stroju były rękawiczki. Śliczne rękawiczki miękkie i delikatne - z rodu 
pantofelków Kopciuszka..." 
           W tłumaczeniu oparto się na pierwszym wydaniu. - Kopciuszek tańczy w 
pantofelkach z popieliczki, jak w 1697 roku.

 

 

          Pewien młynarz pozostawił dzieciom w spadku wszystkie 
swoje dobra. A miał on tylko młyn, osła i kota. Dzieci prędko tym 

background image

się podzieliły, nie wzywając sędziego ani notariusza. Ci bowiem 
zjedliby do cna ich ubogi spadek. 
         Syn najstarszy wziął młyn, średni osła, a dla najmłodszego 
pozostał kot. Najmłodszy był niepocieszony, Ŝe mu przypadł taki 
lichy udział. 
         - Moi bracia - powiedział - będą mogli we dwóch zarobić na 
przyzwoity kawałek chleba. Ja zaś, gdy zjem tego kota, a jego 
skórkę wyprawię na zarękawek, mogę tylko umrzeć z głodu. 

         Kot, słysząc tę 
przemowę, rzecze statecznie 
i powaŜnie: 
         - Nie trap się, 
gospodarzu. Daj mi tylko 
wór i kaŜ mi uszyć parę 
butów, abym mógł łazić po 
zaroślach, a zobaczysz, Ŝe 
twój udział w spadku nie jest 
taki marny, jak sądzisz. 
         ChociaŜ jego pan 
niewiele stawiał na to 
gadanie, przecieŜ rad był, Ŝe 

kot chce mu dopomóc w biedzie. Widział bowiem nieraz, jakich to 
zwinnych i szczwanych sztuk dokazywał łapiąc szczury i myszy, 
kiedy to krył się w mące i udawał trupa lub zawieszał się na łapach. 
         Gdy tylko kot otrzymał wszystko, o co prosił, z animuszem 
wciągnął buty, zawiesił worek na szyi, uchwycił go przednimi 
łapami za sznury i ruszył ku królikarni, gdzie było mnóstwo 
królików. Do worka napchał otrąb i sieczki i połoŜył się jak 
nieŜywy, czekając, aŜ zbliŜy się do niego jakiś mały, jeszcze 
nieświadom zdradliwości 
tego świata króliczek, aby 
wyjeść to, co kot do worka 

napchał. 
         Ledwo kot się połoŜył, juŜ miał uciechę; młody, nierozwaŜny 
królik wlazł mu do worka. 
         Imć kot pociągnął za sznurki, schwytał królika i bez 
miłosierdzia zrobił z nim koniec. Wielce pyszny ze swej zdobyczy, 
ruszył do króla i poprosił o posłuchanie. 
         Wezwano go tedy na komnaty jego królewskiej mości. Kot, 
wszedłszy, złoŜył królowi głęboki pokłon i powiada: 
         - Oto, Majestacie, królik z królikarni jaśnie wielmoŜnego pana 
Szarabana. - Tym imieniem bowiem podobało mu się nazwać swego 
gospodarza. - Jaśnie pan Szaraban polecił mi dostarczyć tego królika 
waszej królewskiej mości. 
         - Powiedz twemu panu - odrzekł król - Ŝe mu składam 
podziękowanie, gdyŜ wielce mnie tym ucieszył. 
         Wkrótce potem kot ze swoim rozwartym workiem ukrył się w 
zboŜu. Gdy do worka wpadły dwie kuropatwy, pociągnął za sznurki 
i schwytał je obie na raz. Po czym poszedł złoŜyć je w darze 
królowi, jak to był uczynił z królikiem z królikarni. 
         Król przyjął go z taką samą uciechą i dał mu na piwo. 
         I tak kot przez dwa czy trzy miesiące przynosił królowi coraz 
to inną sztukę zwierzyny od swego gospodarza. 
         Pewnego razu, dowiedziawszy się, Ŝe król wraz z córką, 
najpiękniejszą pod słońcem panną, ma się udać na przejaŜdŜkę nad 
brzeg rzeki, powiada kot do swego gospodarza: 
         

background image

- Jeśli zechcesz, panie, posłuchać mojej rady, to twój los wnet 
pięknie się ustali. Idź tylko wykąpać się w rzece, w miejscu, które ci 
wskaŜę. A na mnie zdaj resztę. 
         Jaśnie pan Szaraban postąpił, jak mu kot doradził, nie łamiąc 
sobie głowy, co z tego wyniknie. 
         Gdy zaŜywał kąpieli, nadjechał król. Kot jął krzyczeć z całej 
siły: - Na pomoc! Na pomoc! Jaśnie pan Szaraban tonie! 
         Na ten krzyk król wychylił głowę z drzwi karocy i ujrzawszy 
kota, który mu tylekroć przynosił zwierzynę, rozkazał swym 
gwardzistom, aby pospieszyli na pomoc jaśnie wielmoŜnemu panu 
Szarabanowi. 
         Gdy nieszczęsnego pana z wody wyciągano, kot zbliŜył się do 
karocy i powiada do króla, jak to w czasie kąpieli jego pana nadeszli 
złodzieje i porwali mu szaty, mimo Ŝe kot ile tchu piersi wrzeszczał: 
         - HajŜe na złodzieja!  
(A sam schował hultaj te szaty pod kamieniem.) 
         Natychmiast rozkazał król swym nadwornym szatnym, aby 
przynieśli co najpiękniejsze stroje dla jaśnie wielmoźnego pana 
Szarabana. Po czym jął prawić jaśnie panu mnóstwo grzecznych 
słówek, a Ŝe szaty, w które go przybrano, dodały blasku urodzie 
kawalera, spodobał się wielce córce królewskiej. Był bowiem 
przyjemnej twarzy i miał piękną posturę. 

         Gdy pan Szaraban rzucił na 
pannę dwa czy trzy razy pełnym 
szacunku, a z lekka omglonym 
tkliwością spojrzeniem, zakochała 
się w nim okrutnie. 
         Król zaś poprosił go, by wsiadł 
do jego karocy i zaŜył przejaŜdŜki z 
nim i z córką. 
         Kot, uradowany, Ŝe jego 
zamiary tak szybko spełniać się 
zaczynają, puścił się rączo naprzód. 
         Napotkawszy chłopów 
koszących łąkę, powiada do nich: 
         - Dobrzy ludzie! Kosiarze! Jeśli nie chcecie, by was 
wszystkich posiekano na drobne kawałki, jak mięso na pasztet, 
powiedzcie królowi, Ŝe łąka, którą kosicie, naleŜy do jaśnie 
wielmoŜnego pana Szarabana!  
         Król nie omieszkał zapytać kosiarzy, czyją to łąkę koszą. 
         - Jaśnie wielmoŜnego pana Szarabana! - odrzekli wszyscy 
chórem. Rzecz prosta dlatego, Ŝe pogróŜka kota wielce ich 
przeraziła. 
         - Piękne ma pan dziedzictwo, panie Szarabanie - rzekł król.  
         - I owszem, Majestacie - odpowiedział jaśnie pan. - Łąka ta, 
jak łacno moŜesz spostrzec, królu, daje rok w rok obfity plon. 
         Imć kot tymczasem, który maszerował wciąŜ przodem, 
napotkał Ŝeńców i powiada do nich: 
         - Dobrzy ludzie, którzy sprzątacie te zboŜa! Jeśli nie chcecie,

 

by was wszystkich posiekano na drobne kawałki, jak mięso na 
pasztet, powiedzcie, Ŝe zboŜa te naleŜą do jaśnie wielmoŜnego pana 
Szarabana! 
         Gdy za chwilę nadjechał król, zaciekawił się, czyje są te 
wszystkie leŜące przed nim pokotem zboŜa. 

background image

         - Jaśnie wielmoŜnego pana Szarabana! - odpowiedzieli Ŝeńcy, 
a odpowiedź ta ucieszyła wielce zarówno króla, jak i jaśnie 
wielmoŜnego. 
         Kot, maszerujący przed karocą, powtarzał wciąŜ to samo 
wszystkim ludziom, których napotykał na drodze. A król dziwował 
się rozległości dóbr jaśnie wielmoŜnego pana Szarabana. 
         Imć kot dotarł wreszcie do pięknego zamczyska, którego 
panem był wilkołak, bogacz niesłychany. Wszystkie bowiem ziemie, 
przez które przejeŜdŜał król, naleŜały do okręgu jego zamku. Kot, 
który juŜ przedtem nie omieszkał zebrać wieści o obyczajach i 
umiejętnościach tego wilkołaka, poprosił go o posłuchanie, mówiąc, 
iŜ przechodząc mimo tego wspaniałego zamku, pragnie prosić jego 
pana, by mu uczynił ten honor i pozwolił złoŜyć sobie pokłon. 
Wilkołak przyjął go wielce grzecznie jak na wilkołaka i poprosił, 
aby sobie spoczął. 
         - Słyszałem - powiada kot - Ŝe umiesz pan przemienić się w 
kaŜdą bestię. Ot, na przykład: Ŝe moŜesz pan stać się lwem czy teŜ 
słoniem. 
         - A pewno! - odrzekł wilkołak gburowato. - AŜebyś zaś asan 
nie wątpił o tym, zaraz ujrzysz, jak się staję lwem! 
         Kot tak się strwoŜył, ujrzawszy przed sobą lwa, Ŝe w mgnieniu 
oka wdrapał się na rynnę, co nie było ani łatwe, ani bezpieczne, 
zwaŜywszy, Ŝe był w butach, które licha są warte do chodzenia po 
dachach. 
         Gdy tylko kot zobaczył, Ŝe wilkołak przybrał znów zwykłą 
sobie postać, zszedł na dół i przyznał się szczerze, Ŝe zdrowo najadł 
się strachu. 
         - Zapewniano mnie jeszcze - powiedział - ale, zaiste, niełatwo 
temu wierzyć, Ŝe umie pan takŜe przybrać postać małych bestyjek: 
ot na przykład szczura czy tam myszy. Przyznać muszę, iŜ mi w to 
uwierzyć trudno. 
         - Trudno asanowi uwierzyć! - wpadł na niego wilkołak. -Zaraz 

się przekonasz! 
I w tejŜe chwili przemienił się w mysz, która puściła się biegiem po 
podłodze. A kot dał susa i zjadł mysz. 
         Tymczasem król, przejeŜdŜając mimo zamku wilkołaka, 
zapragnął wejść do wnętrza. 
Kot, posłyszawszy łoskot toczącej się po zwodzonym moście 
karocy, wybiegł naprzeciw i powiada do króla: 
         - Witaj, Majestacie, w zamku jaśnie wielmoŜnego pana 
Szarabana! 
         - Jak to? - wykrzyknął król. - I ten zamek naleŜy do ciebie, 
jaśnie wielmoŜny panie Szarabanie? Ach, co moŜe być 
piękniejszego nad ten podwórzec otoczony nadobnymi budynkami! 
Wejdźmy do środka, jeśli łaska! 
         Jaśnie pan podał rękę młodej księŜniczce i ruszyli za królem, 
który szedł pierwszy. Weszli do wielkiej komnaty, gdzie zastali 
zastawioną wspaniałą ucztę, którą był przygotował wilkołak dla 
swych przyjaciół. Mieli go bowiem odwiedzić jeszcze dziś. Lecz 
dowiedziawszy się, Ŝe król jest w zamku, nie odwaŜyli się wejść do 
ś

rodka. 

         Król na równi ze swą córką, która całkiem straciła głowę, 
oczarowany był niepowszednimi zaletami jaśnie wielmoŜnego pana 
Szarabana. Widząc nadto, jak wielkie dobra jaśnie pan posiada, król, 
łyknąwszy sobie pięć czy sześć dobrych kielichów powiedział: 
         - Jedynie od waszmości zaleŜy, by zostać moim zięciem! 
Honor, który mu uczynił król, przyjął jaśnie pan z głębokim 
pokłonem. I tego jeszcze dnia poślubił księŜniczkę. Kot zaś został 
szlachcicem i gonił myszy tylko dla igraszki. 

 

background image

Prawda: to korzyść oczywista, 

gdy moŜesz z ojców dóbr korzystać. 

Prawnie dziedziczyć - to nie wstyd.  

Lecz więcej niźli testamentom 

zawierz zdolnościom i talentom, 

a czasem - zdaj się i na spryt. 

  

 

Jeśli czasem na świecie taka rzecz się zdarza, 

Ŝe serce córki króla zyska syn młynarza 

i ta z nagła go darzy omdlałym spojrzeniem, 

wierzcie mi, iŜ zazwyczaj waŜą tu niemało 

- budząc miłość i tkliwym sprzyjając zapałom  

- młodość, zdobywcza postać i piękne odzienie. 

Sinobrody

Sinobrody

Sinobrody

Sinobrody    

         Był sobie raz pan na wielu zamkach. Miał je po wsiach i 
miastach. Miał teŜ srebrne i złote zastawy, sprzęty kryte 
złotogłowiem i szczerozłote karoce. Ale na nieszczęście miał teŜ - 
siną brodę. Szpeciła go wielce i dawała pozór tak srogi, Ŝe wszystkie 
panie i panny umykały przed nim ze strachu. 
         Jedna z jego sąsiadek, dama szlachetnego rodu, miała dwie 
córki - obie skończone piękności. Sinobrody poprosił o rękę jednej z 
nich, zostawiając wybór matce, którą chciałaby oddać mu za Ŝonę. 
ś

adna z córek nie Ŝyczyła sobie tego i odrzekały się go wzajem. 

ś

adna bowiem nie była skłonna zostać Ŝoną jegomości z siną brodą. 

Odstręczało je bardziej jeszcze, Ŝe był on wprzódy wielokrotnie 
Ŝ

onaty, a nikt nie wiedział, co się z jego Ŝonami stało. 

         Sinobrody, chcąc się lepiej poznajomić z pannami, powiózł je 
wraz z matką, trzema czy czterema najbliŜszymi przyjaciółkami i 
kilkoma młodymi sąsiadami do jednego ze swych wiejskich 
dworów. Bawiono tam cały tydzień. Cały teŜ tydzień trwały 
nieustanne przejaŜdŜki, wyprawy myśliwskie, połowy, nieustanne 
tańce, festyny, podwieczorki. Nikt się nie kładł spać, bo całe noce 
upływały na figlach, które sobie wzajemnie płatano. Jednym 
słowem, wszystko układało się tak pięknie, aŜ wreszcie młodsza 
siostra zauwaŜyła, Ŝe gospodarz nie ma tak bardzo sinej brody i Ŝe to 
pan wielce uprzejmy i elegancki. 
         Gdy wrócono do miasta, wkrótce odbył się ślub. 
         Minął miesiąc. Sinobrody oznajmił Ŝonie, Ŝe musi wyjechać na 
wieś co najmniej na sześć tygodni w bardzo waŜnej sprawie. Prosi ją 
więc, by sobie rozrywkami umilała czas jego nieobecności. Niech 
zaprosi do siebie przyjaciółki, niech je zabierze do któregoś z 
wiejskich dworów, jeśli jej przyjdzie ochota. Niech sobie niczego 
nie Ŝałuje. 
         - A oto - powiedział wreszcie - klucze. Od dwóch komór, gdzie 
są sprzęty, i klucz, na który zamykam moje złote zastawy. Oto 
klucze od skarbca, gdzie trzymam złote i srebrne talary. I klucze od 
skrzyni z klejnotami. Oto wreszcie klucz otwierający wszystkie 
komnaty. Co się zaś tyczy tego maluśkiego kluczyka - otwiera on 
pokój przy końcu długiego ganku na parterze. Wolno ci otwierać 
wszystkie komnaty i do wszystkich wchodzić, lecz do tego pokoju - 
wchodzić ci nie pozwalam. Zabraniam ci tego srogo! A jeślibyś się 
waŜyła pokój otworzyć, wpadnę w taki gniew, Ŝe moŜesz 
spodziewać się po mnie wszystkiego. 
         śona przyrzekła szanować męŜowskie polecenia, a Sinobrody 
uściskał ją, wsiadł do karocy i odjechał. 
         Sąsiadki i przyjaciółki Ŝony tak były ciekawe wszystkich jej 

background image

domowych bogactw, Ŝe zaraz wybrały się w odwiedziny, nie 
czekając nawet zaprosin. Do tej pory nie śmiały tego uczynić z 
powodu obecności męŜa, gdyŜ lękały się jego sinej brody. 
         Oczywiście, jęły zaraz przebiegać komnaty, pokoje, szatnie 
jedne piękniejsze od drugich. Wbiegły i do komór ze sprzętami, 
gdzie nie mogły się nachwalić nieprzebranego mnóstwa i piękności 
tkanin, łóŜ, kanapek, najwspanialszych świeczników oraz 
oprawnych w kryształ, srebro, złoto zwierciadeł, w których mogły 
się przejrzeć od stóp do głów. Nieustannie i bez miary zachwycały 
się wszystkim, zazdroszcząc szczęścia przyjaciółce. Jej jednak wcale 
nie bawiło oglądanie tych bogactw. Niecierpliwiła się, bo chciała 
czym prędzej otworzyć pokój na parterze. Tak ją ciekawość paliła, 
Ŝ

e nie bacząc na grzeczność względem gości, zbiegła po tajemnych 

schodach na dół, prędko, o mało nie skręciwszy ze trzy razy karku. 
         Dobiegła do drzwi i zatrzymała się przed nimi chwilę, 
rozmyślając o nakazie męŜowskim i o niebezpieczeństwie, na jakie 
się przez nieposłuszeństwo naraŜa. Ale pokusa była zbyt silna, by jej 
nie ulec. Wzięła maluśki kluczyk do ręki i drŜąc otworzyła drzwi 
pokoju. 
         W pierwszej chwili nie dojrzała nic, gdyŜ okna były 
zamknięte. Lecz po chwili spostrzegła, Ŝe całą posadzkę pokrywa 
skrzepła krew, w której odbijają się martwe ciała przywiązanych do 
ś

cian kilkunastu kobiet. Były to Ŝony Sinobrodego, które poślubił i 

jedną po drugiej pozarzynał. 
         Nieszczęsna o mało sama nie umarła ze strachu i upuściła 
klucz, który wyjęła z zatrzasku. 
         Gdy nieco zebrała myśli, podniosła klucz, zamknęła za sobą 
drzwi i poszła do swojej komnaty. Chciała jakoś przyjść do siebie, 
ale nie mogła uładzić myśli: nazbyt była poruszona. Spostrzegła teŜ, 
Ŝ

e krew splamiła klucz od pokoju. Jęła więc wycierać go. Krew 

jednak nie ustępowała. Daremnie myła klucz, a nawet tarła go 
piaskiem i gliną. Krew nie schodziła. Klucz był zaczarowany i nie 

sposób było całkiem go oczyścić. Gdy usunęła krew z jednej strony - 
występowała z drugiej. 
         Sinobrody powrócił z podróŜy juŜ tego wieczoru, gdyŜ 
dowiedział się z listów, które otrzymał w drodze, Ŝe sprawa, dla 
której wyruszył, pomyślnie się zakończyła. Jego Ŝona czyniła, co 
mogła, aby mu okazać, Ŝe bardzo jest uradowana z jego powrotu. 
         Nazajutrz Sinobrody poprosił, by mu zwróciła klucze. Oddała 
je, lecz tak drŜącą ręką, Ŝe Sinobrody odgadł bez trudu, co jej się 
przydarzyło. 
         - Co się stało - zapytał - Ŝe nie ma tu klucza od pokoju na 
parterze? 
         - Pewno zostawiłam go w mojej komnacie, na piętrze.  
         - Nie omieszkajŜe oddać mi go niebawem. 
         Po takich i owakich wykrętach trzeba było jednak przynieść 
klucz. Sinobrody spojrzał nań i powiada: 
         - Dlaczego ten klucz jest splamiony krwią? 
         - Nie wiem - odrzekła nieboraczka blada jak śmierć. 
         - Nie wie pani? - powtórzył z przekąsem Sinobrody. Ale ja 
dobrze wiem! Chciała pani -wejść do pokoju na parterze. Pięknie! 
Wejdzie więc pani i zajmie miejsce wśród tych dam, które pani tam 
widziała. 
         śona padła z płaczem do nóg małŜonka, prosząc o 
przebaczenie i szczerze Ŝałując swego nieposłuszeństwa. 
Wzruszyłaby skałę - była tak piękna, tak smutna. Lecz Sinobrody 
miał serce twardsze niźli skała. 
         - Nie ma co, proszę pani - powiada. - Musi pani umrzeć! I to 
zaraz! 
         - Skoro muszę umrzeć - odparła patrząc nań oczami we łzach - 
proszę o czas na modlitwę. 
         - Daję pani kwadrans czasu - odrzekł Sinobrody. - Ani chwili 
więcej. 
         Gdy Ŝona została sama, przywołała siostrę i powiedziała: 

background image

         - Siostro Anno (tak było siostrze na imię), siostro Anno, wejdź, 
proszę, na szczyt wieŜy i spójrz, czy nie przybywają nasi bracia. 
Przyrzekli bowiem, Ŝe mnie dziś odwiedzą. A gdy ich ujrzysz - daj 
im znak, by się pospieszyli. 
         Siostra Anna weszła na szczyt wieŜy, a udręczona nieboga 
wołała do niej co chwilę: 
         - Anno, siostro Anno, czy nic nie widzisz na drodze? A siostra 
Anna odpowiadała: 
         - Nie widzę nic. Tylko pył słońca drŜy nad ziemią, tylko trawy 
się zielenią. 
         Tymczasem Sinobrody, trzymając kordelas w garści, krzyczał 
z całych sił: 
         - Schodź no, pani, do mnie albo ja po panią przyjdę! 
         - Jeszcze chwilkę, jeśli łaska - odpowiadała Ŝona. I 
nawoływała niegłośno: 
         - Anno, siostro Anno, czy nic nie widzisz na drodze? A siostra 
Anna odpowiadała: 
         - Nie widzę nic. Tylko pył drŜy nad ziemią w słońcu, tylko 
trawy się zielenią. 
         - Schodź no, do licha! - krzyczał Sinobrody. - Schodź albo ja 
po ciebie przyjdę. 
         - JuŜ idę - odpowiadała Ŝona. I wciąŜ nawoływała niegłośno:  
         - Anno, siostro Anno, czy nic nie widzisz na drodze? 
         - Widzę wielką kurzawę, która się przybliŜa. - Czy to jadą 
bracia? 
         - Niestety, siostro. To stado baranów. 
         - Czy zejdziesz nareszcie? - krzyczał Sinobrody. 
         - Jeszcze małą chwilkę proszę - odpowiadała Ŝona i 
nawoływała niegłośno: 
         - Anno, siostro Anno, czy nic nie widzisz na drodze? 
         - Widzę dwóch jeźdźców, którzy ku nam pędzą. Ale są jeszcze 
daleko. 

         - Bogu dzięki! - krzyknęła po chwili. - Tak, to bracia! Daję im 
znak, by się pospieszyli. 
         Sinobrody tymczasem jął krzyczeć tak głośno, aŜ trząsł się cały 
dwór. 
         Nieszczęsna Ŝona zeszła do niego i spłakana, roztargana upadła 
mu do nóg. 
         - Nic to wszystko nie pomoŜe - rzekł Sinobrody. - Trzeba 
umierać, moja pani! 
         Po czym jedną ręką chwycił ją za włosy, a w drugiej uniósł 
kordelas, by jej uciąć głowę. Nieboga odwróciła się ku niemu i 
patrząc gasnącym wzrokiem, prosiła o chwilę zwłoki, by mogła się 
skupić. 
         - Nie! Nie! - krzyknął Sinobrody. - Lepiej od razu poleć duszę 
Bogu, bo... - i uniósł ramię. 
         W tejŜe chwili ktoś uderzył w drzwi z taką siłą, Ŝe Sinobrody 
powstrzymał cios. Drzwi rozwarły się i wpadło dwóch kawalerów, 
biegnąc wprost na Sinobrodego z wyciągniętymi szpadami w rękach. 
Sinobrody poznał braci swojej Ŝony: dragona i muszkietera. 
Wymknął się im z rąk. Lecz bracia popędzili za nim, następując mu 
na pięty, i dopadli go, nim wybiegł na ganek. Przekłuli go szpadami 
na wskroś i Sinobrody wyzionął ducha. 
         Biedna siostra była na wpół Ŝywa z trwogi i nie miała nawet 
sił, by powstać i powitać braci. 
         Jako Ŝe Sinobrody nie pozostawił spadkobierców, Ŝona została 
panią całej jego fortuny. Jedną jej część przeznaczyła na posag dla 
siostry Anny, którą wydała za młodego zakochanego szlachcica. 
Drugą część przeznaczyła na kupno rang kapitańskich dla swych 
dwóch braci, a z reszty wyposaŜyła się sama i poślubiła zacnego 
jegomościa, przy którym zapomniała rychło o awanturach z 
Sinobrodym. 

background image

 

Ciekawość urok ma - ni słowa, 

lecz często trzeba jej Ŝałować. 

Przykładów krocie na to mamy. 

Znika - gdy ją nasycić wreszcie a drogo za nią płacą damy. 

 

Gdy masz oleju nieco w głowie 

i dzieje świata znasz zwodnicze, 

tę opowiastkę w bajki wliczysz, 

jest ona starą bajką bowiem. 

Dziś - mąŜ tak się nie będzie sroŜył 

ni takich Ŝądań nie przedłoŜy, 

choć wrze zazdrością, choć się złości, 

bo - pod pantoflem tkwi jejmości. 

Więc trudno poznać, kto przewodzi, 

po takiej czy owakiej brodzie. 

 

 

 

         

 

B

yli sobie raz drwal i drwalowa. Mieli siedmioro dzieci - 

samych chłopców. Najstarszy miał zaledwie dziesięć lat, najmłodszy 
- siedem. 
         

 

MoŜe was to dziwi, Ŝe drwal doczekał się tylu dzieci w tak 

krótkim czasie. Ale dziwować się nie ma czemu: Ŝona drwala była 
prędka w robocie i miała co najmniej po dwoje naraz. Drwal i 
drwalowa byli bardzo ubodzy, a siedmioro dzieci przysparzało im 
niemało kłopotów, Ŝadne bowiem nie umiało jeszcze zapracować na 
chleb. Zwłaszcza troskali się rodzice o najmłodszego chłopca. Był 
on niewydarzonym chucherkiem i mało co gadał. Poczytywali mu to 
za dowód głupoty, choć było to dowodem rozsądku. Chłopczyna był 
malusieńki, a gdy się urodził, nie był większy od palca. Nazwano go 
więc: Paluszek. 
         

 

Biedny dzieciak był domowym popychadłem i nikt mu nigdy 

nie powiedział dobrego słowa. A po prawdzie był to największy 
spryciarz ze wszystkich braci i wielce roztropny chłopczyna. Sam 
mówił mało, ale słuchał wszystkiego uwaŜnie. 
         

 

Nastał nieurodzajny rok, a głód był tak wielki, Ŝe biedni ci 

ludziska postanowili pozbyć się z domu swoich dzieci. Więc 
pewnego wieczoru, gdy chłopaczkowie juŜ spali, drwal, siedząc z 
Ŝ

oną u komina, powiada ze ściśniętym sercem: 

         

 

- Widzisz sama, Ŝe wkrótce nie będzie co do gęby włoŜyć 

naszym dzieciom. Nie mógłbym patrzeć na ich śmierć głodową. 
Postanowiłem więc poprowadzić je jutro do lasu i tam je porzucić. 
         

 

Gdy się rozbawią przy zbieraniu chrustu, umkniemy im 

nieznacznie, nim się spostrzegą. 
         

 

- Olaboga! - krzyknęła Ŝona drwala. - JakŜe to? Mógłbyś 

porzucić własne dzieci? 
         

 

I nie chciała przystać na to. Daremnie przypominał jej mąŜ o 

wielkim niedostatku. Nędzarka była przecieŜ matką. W końcu 

background image

jednak na myśl, jaki ból sprawiłby jej widok konających z głodu 
dzieci - zgodziła się na zamiary męŜowskie i spłakana poszła spać. 
         

 

Paluszek wysłuchał wszystkiego, o czym mówili rodzice. 

LeŜał juŜ w łóŜku, gdy dobiegła go rozmowa o domowych 
kłopotach. Wstał więc po cichu i wśliznął się pod stołek ojca, gdzie 
ukryty, wysłuchał wszystkiego, o czym mówiono. Po czym połoŜył 
się do łóŜka z powrotem, lecz nie zmruŜył oka przez całą noc, 
rozmyślając, co mu uczynić wypada. Przed świtem wstał, poszedł na 

brzeg strumienia, naładował 
kieszenie białymi 
kamuszkami i wrócił do 
domu. 
         

 

Wyruszono do lasu. 

Paluszek nie puścił przed 
braćmi pary z gęby, Ŝe mu 
cośkolwiek wiadomo. 
         

 

Weszli wszyscy w 

gęsty las. Tak gęsty, Ŝe na 
dziesięć kroków nie moŜna 
było dojrzeć nikogo. 
         

 

Drwal wziął się do 

rąbania drzewa, a dzieci 
zbierały chrust. Ojciec i 
matka ujrzawszy, Ŝe się 
zajęły robotą, oddalili się 

nieznacznie i prędko umknęli krętą ścieŜyną. 
Gdy dzieci spostrzegły, Ŝe są same, jęły płakać i nawoływać głośno. 
Paluszek dał im się wykrzyczeć do woli, bo dobrze wiedział, jak 
trafić do domu z powrotem: idąc w las upuszczał po drodze białe 
kamuszki. 
         

 

- Nie bójcie się, braciszkowie - powiada wreszcie. - Ojciec i 

matka porzucili nas tutaj, ale ja zaprowadzę was do chaty z 

powrotem. Idźcie tylko krok w krok za mną. 
         

 

Braciszkowie poszli za nim, a Paluszek odprowadził ich do 

domu tą samą drogą, którą szli do lasu. Lecz gdy stanęli przed chatą 
- nie śmieli wejść do środka. Przysunęli się do drzwi i słuchali, co 
teŜ mówią z sobą ojciec i matka. A właśnie gdy ojciec i matka 
wrócili do chaty, dziedzic odesłał im poŜyczone dziesięć talarów. 
Więc biedni ludziska nabrali animuszu po długotrwałym 
głodowaniu. Natychmiast drwal posłał Ŝonę do rzeźnika, a poniewaŜ 
post dał się im dobrze we znaki, kobiecina kupiła trzy razy tyle 
mięsa, ile trzeba było dla nich dwojga na wieczerzę. Gdy suto sobie 
podjedli, powiada drwalowa: 
         

 

- O nieszczęście! Nieszczęście! GdzieŜ są teraz nasze biedne 

dzieci? JakŜeby się najadły tymi resztkami mięsa! A tyś zamyślił 
nasze dzieci zgubić, Wilusiu! A moŜe to nie miałam racji, gdym 
powiadała, Ŝe przyjdzie nam tego Ŝałować? BoŜe miłosierny -pewno 
je juŜ wilki poŜarły! Nieludzki z ciebie człowiek, by dać swoje 
dzieci na zatratę! O nieszczęście! Nieszczęście! 
         

 

Gdy tak ze dwadzieścia razy powtórzyła, Ŝe przyjdzie mu 

Ŝ

ałować i Ŝe miała rację, drwal stracił cierpliwość i zagroził Ŝonie 

kijem, jeśli nie zamilknie zaraz. Sam był strapiony jak i ona, lecz 
głowa pękała mu od gadania. Lubił on kobiety, co miewają rację, ale 
nudziły go takie, co zawsze mają rację. 
         

 

Drwalowa zaś zalewała się łzami. 

         

 

- O nieszczęście! Nieszczęście! Gdzie jesteście, dzieci moje? 

Moje nieboŜęta! 
         

 

Powiedziała to tak głośno, Ŝe usłyszały ją dzieci za drzwiami i 

zawołały wszystkie naraz: 
         

 

- Jesteśmy tu! Jesteśmy tu! 

         

 

Drwalowa porwała się, otworzyła drzwi i ściskając dzieci 

wykrzykiwała: 
- Jakam szczęśliwa, Ŝe was oglądam, moje kochane dzieciska! 

background image

Utrudziłyście się! Zgłodniały! A ty, Pietrku, jakŜeś się uszargał, 
synu! Chodź do mnie! Niech cię wyszoruję! 
         

 

Ten Pietrek był najstarszym z synów i drwalowa najwięcej go 

kochała. Był to mały rudzielec, a i Ŝona drwala była nieco rudawa. 
Zasiedli wszyscy razem za stołem. Dzieci ku uciesze rodziców jadły 
aŜ im się uszy trzęsły, i opowiadały jedno przez drugie, jakiego to 
strachu uŜyły w lesie. 
         

 

Poczciwi ludziska radowali się serdecznie, Ŝe dzieci są znowu 

z nimi razem. Radość ich trwała, póki nie wydali dziesięciu talarów. 
         

 

Gdy juŜ pieniędzy nie stało, popadli znowu w smutek. I 

znowu postanowili pozbyć się dzieci. 
         

 

Aby tym razem rzecz się udała, mieli zamiar wyprowadzić je 

głębiej w las. Nie sposób było jednak ukartować sprawę w tajemnicy 
przed Paluszkiem, który po raz drugi rozwaŜył sobie dokładnie, jak 
wybrnąć z nowego kłopotu. Ale - choć wstał jeszcze przed świtem, 
aby jak wprzódy nazbierać kamuszków, nie mógł jednak pójść po 
nie, bo drzwi chaty zamknięte były na dwa spusty. Rozmyślał 
właśnie, co tu począć, gdy drwalowa dała kaŜdemu z chłopców po 
kawałku chleba na śniadanie. Wtedy przyszło na myśl Paluszkowi, 
Ŝ

e chleb mógłby zastąpić kamuszki, gdyby go kruszył idąc leśną 

drogą. Schował więc chleb do kieszeni. 
         

 

Ojciec i matka powiedli dzieci w najmroczniejsze, najgęstsze 

ostępy leśne. A gdy się tam znaleźli, umknęli manowcami, 
pozostawiając dzieci same. 
         

 

Paluszek nie trapił się tym zbytnio, miał bowiem nadzieję, Ŝe 

łatwo znajdzie ścieŜkę, idąc za okruchami chleba. Zadziwił się więc 
srodze, gdy nigdzie nie mógł ich wypatrzyć. A to ptaki zleciały się 
zewsząd i zjadły wszystkie okruszyny. Dzieci bardzo się zatroskały. 
Im dalej szły, tym bardziej schodziły z drogi, tym głębiej 
zapuszczały się w las. 
         

 

Zapadła noc i zerwał się wicher, który napawał dzieci wielką 

trwogą. Zdawało się, Ŝe zewsząd dobiega do nich wycie wilków 
podchodzących blisko, by je poŜreć. Nie śmiały głośno odezwać się 
do siebie ani nawet się obejrzeć. Wreszcie lunął ulewny deszcz i 
przemoczył dzieci do nitki. Poślizgiwały się co krok i raz po raz 
padały w kałuŜę. Podnosiły się ubłocone i nie wiedziały, co począć 
ze zbrukanymi rękami. Paluszek wdrapał się więc na drzewo, aby 

rozejrzeć się po okolicy. Obracając 
głową na wszystkie strony, ujrzał 
w dali, za lasem, słabiuchny 
odblask świeczki palącej się gdzieś 
daleko. Lecz gdy opuścił się na 
ziemię - światełko znikło. Strapiło 
go to bardzo. Ruszył jednak z 
braćmi w stronę, gdzie je widział. 
Chłopcy szli czas jakiś, aŜ las się 
przerzedził. Światełko znowu 
zamigotało, Szli znów dalej i 
doszli wreszcie do domu, w 
którym paliła się świeczka. Ale 
niemało strachu najedli się w 
drodze, gdy opuszczali się w jakiś 
leśny jar i światełko znikało im z 
oczu. Stanęli przed drzwiami domu 
i zapukali. Otworzyła im jakaś 

jejmość i zapytała, czego sobie Ŝyczą. 
         

 

Na to odpowiedział Paluszek, Ŝe są biednymi, zabłąkanymi w 

le sie dziećmi, więc - na litość - niechŜe im nie odmawia noclegu. 
Jejmość, patrząc na ich wdzięczne twarzyczki, rozpłakała się i 
powiada: 
         

 

- Biada wam, nieszczęśni chłopaczkowie! DokądŜe to 

przyszliście nocą? Czy wiecie, Ŝe to dom wilkołaka, co poŜera 
dzieci? 

background image

         

 

- O nieszczęście, dobrodziejko! - rzecze Paluszek, drŜąc na 

całym ciele, jak i jego bracia. - CóŜ nam uczynić wypada? Toć w 
lesie nocą tak czy owak zjedzą nas wilki, jeśli nie znajdziemy 
schronienia pod waszym dachem! Skoro więc tak ma się sprawa, 
niech nas raczej jaśnie wielmoŜny pan wilkołak zje! Ale - moŜe 
ulituje się nad nami, jeśli go dobrodziejka poprosi? 
         

 

ś

ona wilkołaka, mając nadzieję, Ŝe uda jej się ukryć dzieci 

przed męŜem aŜ do ranka, wpuściła je do domu i poprowadziła do 
komina, gdzie buzował wielki ogień. Nad płomieniem obracał się na 
roŜnie cały baran dla wilkołaka na wieczerzę. 
         

 

Ledwo dzieciaki się 

nieco rozgrzały, posłyszały, 
Ŝ

e ktoś z całej siły wali w 

drzwi: raz, dwa i trzy razy. 
To wilkołak powracał do 
domu. Natychmiast jego 
Ŝ

ona kazała się dzieciom 

skryć pod łóŜkiem, a sama 
podskoczyła do drzwi, by je 
otworzyć. 
         

 

Wilkołak przestąpił 

próg i zaraz zapytał, czy 
wieczerza juŜ gotowa i czy 
utoczono wina z beczki. Po 
czym rozsiadł się za stołem. 
Pieczeń barania była jeszcze 
krwawa, ale tym bardziej 
przypadła mu do smaku. Węszył teŜ na prawo i lewo mówiąc, Ŝe 
czuje woń surowego mięsa. 
         

 

- Pewno tego wołu, com go sprawiła - odrzekła mu Ŝona. - 

Czuję surowe mięso, powiadam ci raz jeszcze! - burknął wilkołak, 
koso patrząc na Ŝonę. - Coś mi się tu nie podoba... Zobaczymy, co... 

- To mówiąc wstał od stołu i ruszył prościuteńko ku łóŜku. 
         

 

- Ho! Ho! - powiada. - Chcesz mnie oszukać, moja imość spod 

ciemnej gwiazdy! Nie wiem sam, czemu nie poŜarłem cię dotąd! 
Chyba Ŝeś stara, a głupia! PrzecieŜ ta zwierzyna jakby spadła nam z 
nieba! Mamy czym ugościć moich trzech kompanów- wilkołaków, 
którzy w tych dniach wybierają się do mnie w odwiedziny! 
         

 

I wyciągnął spod łóŜka dzieci, jedno po drugim. 

NieboŜęta padły przed nim na kolana, błagając o litość. Miały 
jednak do czynienia z najokrutniejszym z wilkołaków. Nic go to nie 
wzruszyło i poŜerając wzrokiem dzieciaki, pokrzykiwał do Ŝony, 

jakie to smakowite będą z 
nich kąski, gdy je przyrządzi 
w zawiesistym sosie. Po 
czym poszedł po wielki nóŜ i 
jął go ostrzyć na długim 
kamieniu. 
         

 

JuŜ i schwytał jednego 

chłopczynę, lecz 
powstrzymała go Ŝona, 
wołając: 
         

 

- Do czego to się 

bierzesz o tak późnej porze! 
Będzie czas na to jutro! - 
Cicho bądź, imość! - ofuknął 
ją wilkołak. - Do jutra 
nazbyt skruszeją ze strachu! 

         

 

- Masz przecie, panie męŜu, dość na dziś mięsiwa: masz wołu, 

dwa barany i pół świniaka - przedkładała mu Ŝona. 
         

 

- To prawda - zgodził się wilkołak. - Daj więc sutą wieczerzę 

tym dzieciakom, aby nie schudły, i połóŜ je spać. 
         

 

Poczciwa kobiecina odetchnęła z ulgą i dała dobrze podjeść 

background image

dzieciom. Ale dzieci nie mogły przełknąć ni kęsa, tak były 
strwoŜone. Co się tyczy wilkołaka, to zaczął sobie popijać, rad, Ŝe 
ma czym obficie ugościć swych kompanów, i łyknął sobie o 
dwanaście kielichów więcej, niŜ miał we zwyczaju. Ze łba kurzyło 
mu się nieco, więc poszedł spać. 
         

 

Wilkołak ten miał siedem córek. Były to jeszcze małe 

dziewuszki. Wilkołaczki miały gładkie gębusie, bo jak ich ojciec 
Ŝ

ywiły się surowym mięsem. Miały siwe, całkiem krągłe ślipki, nosy 

jak haczyki, usta od ucha do ucha, a w nich długie zęby szeroko 
rozstawione i bardzo ostre. Złość w nich jeszcze nie dojrzała, ale 
zapowiadała się wcale pięknie, bo kąsały juŜ małe dzieci, aby 
pociągnąć sobie nieco krwi. 
         

 

PołoŜono je wcześnie spać: wszystkie siedem do jednego 

łóŜka, a kaŜda z nich miała na głowie złotą koronę. W tej samej 
komnacie było drugie, równie obszerne łoŜe. W nim to Ŝona 
wilkołaka ułoŜyła do snu siedmiu chłopaczków. Po czym odeszła do 
męŜa. 
         

 

Paluszek lękał się, by wilkołak nie poŜałował, Ŝe nie zarŜnął 

ich juŜ z wieczora. ZauwaŜywszy złote korony na głowach córek 
wilkołaka, wstał o północy, zabrał czapki braci i swoją własną i po 
cichu nałoŜył je na głowy siedmiu wilkołaczek. Przed tym jeszcze 
zdjął im złote korony z głów, by ubrać w nich głowy swoich braci i 
swoją. A to na to, by wilkołak wziął jego braci za swoje córki, a 
córki za chłopaczków, których chciał zarŜnąć. 
         

 

Pięknie powiodło mu się wszystko. Wilkołak bowiem, 

zbudziwszy się około północy, poŜałował, Ŝe odłoŜył do jutra, co 
miał uczynić dziś. Dał więc susa z łóŜka i chwyciwszy nóŜ, 
powiada: 
         

 

- Chodźmy zobaczyć, co porabiają te wisusy, i skończymy 

rzecz od razu. 
         

 

I ruszył po omacku na piętro, do komnaty córek. ZbliŜył się 

do łoŜa, gdzie leŜeli chłopaczkowie i spali wszyscy z wyjątkiem 

Paluszka. Ten strwoŜył się bardzo, gdy poczuł dotyk dłoni 
wilkołaka, który przesuwał ją po głowach wszystkich braci. A gdy 
dotknął koron na ich głowach, mruknął: 
         

 

- Nie ma co! Pięknie bym się spisał! 

Widać, Ŝe za wiele popiłem wczoraj ! 
         

 

Po czym podszedł do łóŜka córek i 

pomacawszy dłonią po chłopczyńskich 
czapkach, powiada: 
         

 

- Aha! Są moje wisusy! NuŜe! 

Ś

miało do roboty! 

         

 

Co rzekłszy, pewną ręką poderŜnął 

gardła swoich córek i rad z wyczynu, 
połoŜył się spać obok Ŝony. 
         

 

Gdy tylko Paluszek posłyszał 

chrapanie wilkołaka, zbudził swych braci, 
rozkazał im odziać się szybko i ruszyć za 
nim. Ciszkiem wyszli do ogrodu i susem 
przesadzili mur. Po czym pognali przed 
siebie, gdzie ich oczy poniosą, i biegli 
przez całą noc. Tymczasem obudził się 
wilkołak i powiada do Ŝony: 
         

 

- Idź no, imość, na górę i oporządź 

mi pięknie tych wczorajszych urwipołciów. 
         

 

Wilkołakową zdumiała niezwykła dobroduszność męŜa, 

sądziła bowiem, Ŝe mówiąc o oporządzeniu, myśli o odzianiu 
chłopców. Poszła więc na górę i przeraziła się, ujrzawszy swoje 
córki we krwi, zarŜnięte. Oczywiście zemdlała, jak to jest 
zwyczajem wszystkich kobiet w podobnych przypadkach. 
         

 

Wilkołakowi zdawało się, Ŝe Ŝona nazbyt marudzi ze zleconą 

robotą, i ruszył po schodach na górę, aby jej dopomóc. Straszliwy 
widok poruszył go jak i jego Ŝonę. 

background image

         

 

- Ach, cóŜem uczynił! - krzyknął. - Zapłacicie mi za to, 

nędznicy! I to zaraz! 
         

 

Po czym chlusnąwszy pełnym cebrem wody prosto w nos 

Ŝ

onie, co ją wnet otrzeźwiło, huknął: 

         

 

- Dawaj mi prędko, imość, moje siedmiomilowe buty, abym 

ich w mig schwytał! 
         

 

I zaraz puścił się w pogoń za chłopaczkami. Z początku 

zapędzał się daremnie to w tę, to w ową stronę, lecz wreszcie trafił 
na drogę, którą wędrowały nieboŜęta. JuŜ tylko ze sto kroków 
dzieliło je od ojcowskiej chaty, gdy ujrzały wilkołaka, sadzącego 
wielkimi krokami z jednego górskiego szczytu na drugi. Wielkie 
rzeki przestępował lekko jak małe strumyki. 
         

 

Paluszek ujrzawszy tuŜ obok drogi małą skalną szczelinę, 

skrył się w niej wraz z braćmi i z ukrycia śledził, co czyni wilkołak. 
Ten zaś, znuŜony daremnym pościgiem w siedmiomilowych butach, 
które bardzo męczą człowieka, chciał sobie wytchnąć nieco. 
Przypadkiem przysiadł przy szczelinie skały, gdzie skryli się 
chłopaczkowie, a Ŝe bardzo opadł z sił, chrapnął sobie natychmiast. 
Chrapnął tak głośno, Ŝe biedne dzieciaki strwoŜyły się nie mniej niŜ 
wówczas, gdy dzierŜąc nóŜ w ręku, obiecywał im poderŜnąć gardła. 
Paluszek nie był jednak tak trwoŜliwy i kazał braciom, by 
korzystając ze snu 
wilkołaka, umykali co 
prędzej do domu, o niego nie 
troszcząc się wcale. 
         

 

Bracia posłuchali rady 

Paluszka i szybko dopadli do 
chaty, Paluszek zaś zbliŜył 
się do wilkołaka, pomaluśku 
i ostroŜnie ściągnął mu buty 
i sam się w nie obuł. Były to 
buty bardzo wysokie i 

bardzo przestronne. śe były takŜe i zaczarowane, mogły się 
zmniejszać i kurczyć do woli i przystawały zawsze do nogi kaŜdego, 
kto je wciągał, tak Ŝe i na Paluszka były w sam raz, jakby dla niego 
je szyto. Ruszył więc w nich prosto do domu wilkołaka, gdzie 
natknął się na jego Ŝonę, opłakującą zarŜnięte córki. 
         

 

- MąŜ dobrodziejki - powiada do niej Paluszek - wpadł w 

srogie opresje, napadła go bowiem zgraja złodziejaszków. Przysięgli 
oni, Ŝe go zabiją, jeśli im nie odda wszystkiego złota i wszystkich 
pieniędzy. Właśnie przyłoŜyli mu sztylet do gardła, gdy ujrzał mnie i 
błagał, bym dobrodziejce przyniósł wieść o jego połoŜeniu. Polecił 
mi teŜ, byś mi, pani dobrodziejko, oddała całe wasze mienie, nic 
przy sobie nie zatrzymując, inaczej bowiem złodziejaszkowie zabiją 
go bez miłosierdzia. Rzecz jest bardzo pilna, więc jaśnie wielmoŜny 
pan wilkołak kazał mi wdziać swoje siedmiomilowe buty, które pani 
widzi. Wdziałem je, by się jak najprędzej pospieszyć i byś mnie, 
pani, nie miała za krętacza. 
         

 

Kobiecina, wielce przeraŜona, oddała natychmiast Paluszkowi 

wszystkie swoje bogactwa. Widać stąd jasno, Ŝe wilkołak był 
zapobiegliwym męŜem, choć poŜerał małe dzieci. 
         

 

Paluszek, obładowany skarbami wilkołaka, powrócił do 

ojcowskiej chaty, gdzie go z 
wielką radością powitano. 
         

 

Co się tyczy tej 

ostatniej przygody - nie 
wszyscy w nią wierzą. 
Powiadają, Ŝe Paluszek 
bynajmniej nie obrył z 
bogactw wilkołaka. Nie 
widzą jednak nic w tym 
złego, Ŝe mu zabrał 
siedmiomilowe buty, w 
których wilkołak ścigał 

background image

dzieci. Ci, co tak sądzą, powiadają, Ŝe im to wiadomo z 
wiarygodnych ust, nieraz 
bowiem jedli i popijali u 
drwala, w jego chacie. 
Zapewniają teŜ, Ŝe gdy 
Paluszek wdział buty 
wilkołaka, udał się na dwór 
królewski, wiedział bowiem, 
Ŝ

e wielce tam się trapią 

losem wojsk stojących o sto 
mil i osaczonych w bitwie. 
Paluszek poprosił króla o 
posłuchanie i ofiarował się 
przynieść jeszcze przed 
wieczorem wieść z pola 
bitwy, jeśliby król sobie tego 
Ŝ

yczył. 

         

 

Król obiecał góry 

pieniędzy, jeśli rzecz się uda, 
a Paluszek przyniósł mu wieści przed wieczorem. 
         

 

Ten pierwszy wypadek uczynił go sławnym i odtąd miał 

wszystko, o czym zamarzył. Król opłacał go suto za noszenie 
wojskowych rozkazów, a nieprzebrane mnóstwo dam obdarowywało 
wszystkim, czym tylko chciał, byle tylko dostarczał im listów od 
ukochanych. Na tym najwięcej Paluszek zarabiał. 
         

 

Znalazły się i Ŝony, które go obarczały listami do męŜów, ale 

listów było mało, jejmoście licho płaciły i Paluszek niewiele miał z 
tego zysku. 
         

 

Parę ładnych lat pełnił obowiązki kuriera i zebrał wielki 

majątek. Po czym powrócił do ojcowskiej zagrody i trudno sobie 
wyobrazić, z jaką radością go tu powitano. 
         

 

Dzięki Paluszkowi cała rodzina opływała w dostatki. Kupił on 

w nowo utworzonych urzędach stanowiska dla ojca i braci i ustalił 
ich los znakomicie, co mu nie przeszkadzało być zręcznym 
dworakiem. 

 

Nikt się nie trapi swym potomstwem licznym,  

gdy są to dzieci rozumne i śliczne 

i blaskiem wdzięków olśniewają innych. 

Lecz gdy się niepozorne wśród nich trafi - gaśnie. 

Wezmą je na sztych Ŝartu, pogardy i drwiny. 

A przecieŜ często taki berbeć właśnie 

stanie się opatrznością i szczęściem rodziny. 

 
 
 

 

        

B

yła sobie raz pewna wdowa. Miała ona dwie córki. Starsza - 

była to wykapana matka, zarówno z twarzy, jak i z usposobienia. 
Jedna i druga były tak nieuprzejme, tak zawsze odęte, Ŝe nie sposób 
było z nimi wytrzymać. 
         Młodsza córka, istny obraz ojca - była miła i uprzejma, a 
ponadto - rzadkiej piękności dziewczyna. 
         śe w ludziach podoba nam się najbardziej to, co nas samych 
przypomina, matka do głupoty kochała starszą córkę, niezwyczajny 

background image

wstręt zaś czuła do młodszej. Kazała jej jadać w kuchni i pracować 
bez ustanku. 
         Biedne dziewczątko musiało dwa razy dziennie wędrować do 
strumienia po wodę i przynosić pełny dzban. 
         Gdy pewnego dnia młodsza córka stała nad brzegiem 
strumienia, ujrzała zbliŜającą się kobiecinę, która podszedłszy 
poprosiła, aby dziewczyna dała jej się napić. 
         - Napijcie się, matko - powiedziała piękna i wypłukawszy 
dzban, nabrała wody. Po czym podała dzban staruszce i 
podtrzymywała, gdy kobieta piła, aby miała w tym wygodę. 
Gdy staruszka zaspokoiła pragnienie, powiedziała: 
         - Jesteś piękna, miła i uprzejma. Chcę więc cię czymś 
obdarzyć. 
         A była to wróŜka, która przybrała postać wieśniaczki, aby się 
przekonać o uprzejmości dziewczyny. 
         - Oto, jaki dar ci przeznaczam - ciągnęła dalej wróŜka.  
         Za kaŜdym razem, gdy z ust twych padnie słowo, razem z nim 
padnie kwiat lub klejnot. 
         Gdy tylko piękna dziewczyna przestąpiła próg domu, matka 
jęła na nią fukać, Ŝe tak późno powraca znad strumienia. 
         - Przebaczcie mi, matko - odrzekła nieboraczka. - 
Zmarudziłam. 
         A gdy padły jej z ust te słowa, wraz z nimi padły dwie róŜe i 
dwa wielkie diamenty. 
         - Co to takiego? - zawołała zdumiona matka. - Albo mi się w 
oczach ćmi, albo naprawdę diamenty padają z ust tej dziewczyny! 
Jak to się dzieje, moja córko? 
         Pierwszy to raz nazwała ją swoją córką, a dziewczyna, sypiąc z 
ust diamentami, opowiedziała jej w prostocie ducha wszystko, co jej 
się przydarzyło. 
         - No, no! A to dopiero! - wykrzyknęła matka. - Muszę posłać i 
drugą córkę nad ten strumień. Chodź no, Franusiu! Spójrz, co to 

pada z ust twojej siostry wraz z kaŜdym jej słowem! Nie 
radowałabyś się to z takiego daru? Aby taki sam otrzymać - 
wystarczy pójść nad strumień i gdy ukaŜe się uboga kobiecina, dać 
jej uprzejmie napić się ze dzbana. 
         - Jeszcze czego! - powiada na to gburowata dziewczyna. 
         - Właśnie, Ŝe pójdziesz, bo ja ci kaŜę! - fuknęła matka. I to nie 
zwlekając ani chwili! 
         Ruszyła więc córka, ale naburmuszona. Wzięła z sobą 
najpiękniejszą srebrną flaszę z domowej zastawy. Nim jeszcze 
zbliŜyła się do źródła, ujrzała wychodzącą z lasu okazale wystrojoną 
damę, która poprosiła ją o nieco wody, była bowiem bardzo 
spragniona. 
Była to ta sama wróŜka, lecz tym razem przybrała postać i strój 
księŜniczki, aby przekonać się o uprzejmości dziewczyny. 
         - Albom tu przyszła po to! - powiada ta prostacko. - Akurat! 
Nie na to wzięłam z sobą tę srebrną flaszę, Ŝeby pani z niej piła! Pij 
jejmość wprost ze źródła, jeśli ci sucho w gębie. 
         - Bardzoś nieuprzejma - odpowiedziała wróŜka bez urazy. - No 
cóŜ? Skoroś tak nieuczynna - oto mój dar dla ciebie: wraz z kaŜdym 
słowem, które padnie z twoich ust, padnie z nich razem wąŜ lub 
ropucha. 
         Gdy tylko matka ujrzała powracającą córkę, wykrzyknęła do 
niej: - No i co, moja droga? 
         - Ano to, matko - odrzekła dziewczyna i z ust jej padły dwie 
Ŝ

mije i dwie ropuchy. 

         - Co widzę? O nieba! - wrzasnęła matka. - Ale to wina twojej 
siostry! Zapłaci mi za to! 
         I skoczyła, by wytłuc biedną córkę. 
         Ta umknęła przed nią szybko i uciekła do pobliskiego lasu. 
         W lesie napotkał ją powracający z łowów syn królewski i 
zdumiony jej urodą, zapytał, co czyni tu sama i czemu płacze. 
         - Biada mi, wasza wysokość, matka mnie z domu wygnała... - 

background image

odrzekła, a syn królewski ujrzał, jak wraz ze słowami padło z jej ust 
pięć czy sześć pereł i tyleŜ diamentów. 
Zdziwiony zapytał, co to znaczy, a dziewczyna opowiedziała mu o 
swoich przygodach. Syn królewski rozkochał się w niej w mgnieniu 
oka i osądziwszy, Ŝe taki dar wróŜek więcej jest wart niŜ najbogatsze 
wiano, zabrał dziewczynę na ojcowski zamek, gdzie ją poślubił. 
         Co się tyczy siostry, to tak ją wszyscy znienawidzili, Ŝe nawet 
rodzona matka nie chciała jej widzieć na oczy i wygnała z domu. 
Nieszczęsna, daremnie szukając schronienia, skończyła Ŝywot w 
ostępie leśnym. 

 

Sercami rządzą nierzadko 

talary i drogie kamienie. 

Lecz słówko uprzejme i gładkie w większej jest mocy i cenie. 

 

Uprzejmość - trudna to sztuka, 

lecz czasu na nią nie szkoda. 

Za nią cię spotka nagroda,  

choćbyś jej nawet nie szukał.