background image

       

         

 

 
 
 
 
   

background image

            BARBARA DELINSKY 
 
 
              Marzenia dla każdego 
 
          (MARZEŃ CIĄG DALSZY) 
 

 
 
Christine Gilette, utalentowana architektka wnętrz, przybywa do 
Crosslyn Rise, aby przedstawić swój projekt wykończenia domów na 
luksusowym osiedlu. Niestety jej pierwsza wizyta na placu budowy 
kończy się bardzo niefortunnie. Robotnicy zafascynowani urodą 
Christine zapominają o ostrożności. Spadająca belka niszczy nadproże. 
Gideon Lowe, jeden z członków zarządu, obwinia Christine o ten 
incydent. Grozi, że zrobi wszystko, by nie otrzymała zlecenia. 
Mimo jego gwałtownego sprzeciwu projekt Christine zostaje przyjęty. 
Początkowa niechęć Gideona z czasem ustępuje miejsca całkowicie 
odmiennym uczuciom. Talent i urok Christine zaczynają coraz bardziej 
go fascynować. Ona jednak woli skupić się na pracy, tak by ich relacje 
pozostały czysto zawodowe.

background image

ROZDZIAŁ 

Późnym wrześniowym popołudniem przed domem Elizabeth Abbott 
zatrzymały się trzy samochody. Jak na komendę wysiedli z nich trzej 
mężczyźni, zatrzasnęli drzwiczki i zdecydowanym krokiem ruszyli 
prowadzącą do wejścia ceglaną ścieżką. Gordon Hale nacisnął dzwonek. 
Już wcześniej postanowiono, że on właśnie będzie przemawiał w imieniu 
grupy, ponieważ był najstarszy, zorganizował konsorcjum Crosslyn Rise 
i w niczym się jeszcze nie naraził Elizabeth Abbott. 
Najbardziej na pieńku miał z nią niewątpliwie Carter Malloy, wschodząca 
gwiazda architektury, autor projektu, dzięki któremu do miasta mogli 
ściągnąć ludzie z dużymi pieniędzmi. Z Elizabeth znali się jako dzieci, w 
czasach, gdy Carter cieszył się powszechnie złą sławą. Zanim przeminęła, 
zdążył popełnić błąd: zdarzyło mu się pójść do łóżka z mściwą panną 
Abbott. Przysięgał, że dawno temu i tylko raz, choć Elizabeth nie miała 
nic przeciwko kontynuowaniu romansu. Teraz jednakże Carter zakochał 
się i miał zamiar poślubić Jessicę Crosslyn, co najwyraźniej nie 
spodobało się Elizabeth. Jako przewodnicząca komisji 

background image

urbanistycznej Rady Miejskiej odmówiła konsorcjum Crosslyn Rise 
pozwolenia na budowę, koniecznego do rozpoczęcia prac. 
Głównym wykonawcą inwestycji był Gideon Lowe, któremu bardzo 
zależało na powodzeniu całego przedsięwzięcia. Przede wszystkim 
podobał mu się projekt, który niewątpliwie był wyzwaniem dla 
budowniczego. Posiadłość Crosslyn Rise, na którą składała się rezy-
dencja i rozległe grunty, miała zostać zmieniona w eleganckie osiedle 
własnościowych segmentów mieszkalnych. Jeśli budowa zostanie dobrze 
wykonana, będzie świecić jak gwiazda na liście zawodowych osiągnięć 
Gideona. Był również trzeci powód, dla którego zależało mu na 
doprowadzeniu zadania do szczęśliwego końca: po raz pierwszy 
występował nie tylko jako wykonawca, ale i inwestor. Zaryzykował duże 
pieniądze, większość wieloletnich oszczędności, ale jeśli wszystko 
dobrze pójdzie, zostanie biznesmenem. Na tym najbardziej mu zależało. 
Dlatego też dał się namówić na wizytę u Elizabeth Abbott, zamiast po 
robocie iść na piwo z chłopakami. 
Drzwi otworzył służący. 
- Słucham panów? Gordon wyprostował się. 
- Nazywam się Gordon Hale. Ci panowie to Carter Malloy i Gideon 
Lowe. Panna Abbott nas oczekuje. 
- Owszem, proszę pana. - Służący cofnął się, zapraszając ich do holu. - 
Tędy proszę - wskazał kierunek, zamykając równocześnie drzwi. 
Gideon poszedł w milczeniu za towarzyszami przez hol i salon do 
bawialni, choć miał ochotę roześmiać się lub zakląć. Nie cierpiał fałszu. 
Nie znosił sztywnych manier. Gdyby było trzeba, poddawał się im, tak 
samo 

background image

jak w pewnych okolicznościach zmuszał się do nałożenia garnituru i 
krawata. Nie mógł jednak nie czuć niechęci do kobiety, która teraz 
spoglądała na nich wyniośle, siedząc na fotelu z wysokim oparciem. 
- Gordonie - powiedziała z uśmiechem, wyciągając rękę - jak miło cię 
widzieć. 
- Cała przyjemność po mojej stronie, Elizabeth. - Gordon ujął jej dłoń. 
Odwrócił się i powiedział od niechcenia: - Chyba znasz Cartera Malloya? 
- Owszem - skinęła wyniośle głową i Gideon pomyślał, że jednak ma 
klasę. Całkowicie nad sobą panowała. - Jak się masz, Carter? 
Carter natomiast nie ukrywał zdenerwowania. 
- Miałbym się lepiej, gdyby nie to nieporozumienie. 
- Nieporozumienie? - spytała, unosząc brwi w wyrazie niewinnego 
zdumienia. Przeniosła wzrok na Gordona. - Czyżby zaszło jakieś 
nieporozumienie? Wydawało mi się, że wszystko jest jasne. 
Gordon odchrząknął. 
- Owszem, co do odmowy. Ale nie co do jej przyczyn. Ale zanim 
zaczniemy - wskazał gestem Gideona - chciałbym ci przedstawić Gideona 
Lowe. Jest członkiem konsorcjum i równocześnie generalnym 
wykonawcą. 
Elizabeth zatrzymała na Gideonie spojrzenie perfekcyjnie umalowanych 
niebieskich oczu. W jej wzroku pojawiło się zainteresowanie. Skinęła 
głową i wyciągnęła rękę. 
- Gideon Lowe? Czy słyszałam już o panu? 
- Nie sądzę. - Dłoń miała chłodną, a uścisk silny, mało kobiecy. Gideon 
zrozumiał, dlaczego Carter miał dość po jednym razie. On osobiście nie 
był ani trochę zainteresowany, ale miał zamiar podjąć grę. - Do 

background image

tychczas pracowałem głównie w zachodnich hrabstwach. W tej części 
stanu jestem nowy - mówił jak miły, wiejski chłopak, nawet z lekko 
południowym akcentem. Kobiety przeważnie to lubiły, uważały za 
ujmujące, nawet czarujące, szczególnie gdy mężczyzna był tak wysoki i 
przystojny jak Gideon. 
- Zatem witam - powiedziała z uśmiechem. - A jak to się stało, że 
sprzymierzył się pan z tymi dwoma? 
- To dobre pytanie - odwzajemnił uśmiech, starając się, by wyglądał na 
szczery i słodki. - Chyba dałem się nabrać na obietnice pracy bez 
problemów. My, budowlańcy, jesteśmy przyzwyczajeni do opóźnień, ale 
to nie znaczy, że je lubimy. Moje ciężarówki czekają gotowe ruszać, a 
moi chłopcy przebierają nogami. Naprawdę żelazna z pani dama, jeśli 
potrafi pani zatrzymać taką gromadę mężczyzn. 
Elizabeth skrzywiła wargi w sposób oznaczający, że podoba jej się ta 
uwaga, ale powiedziała niewinnie: 
- Niestety, nie mogę sobie przypisać całej zasługi. Jestem tylko jednym z 
członków komisji. 
- Ale jesteś jej przewodniczącą - wtrącił Gordon. - Czy możemy usiąść, 
Elizabeth? 
Obróciła się ku niemu z wyrazem zniecierpliwienia. 
- Proszę bardzo, choć nic z tego nie wyniknie. Decyzja już zapadła. 
Zgodziłam się z wami spotkać z czystej uprzejmości, ale następne 
posiedzenie komisji odbędzie się dopiero w lutym. Przecież wyjaśniłam 
to wszystko Jessice. 
Słysząc imię narzeczonej, Carter zesztywniał. 
- Powiedziałaś tylko tyle, żeby ją zdenerwować. Może powtórzysz swoje 
argumenty nam, prosto 
w oczy. 

background image

- Carterowi chodzi o to - pospieszył załagodzić Gordon - że nie bardzo 
rozumiemy, w czym rzecz. Przez cały czas byłem w ścisłym kontakcie z 
Donaldem Swettem, który zapewniał mnie, że komisja nie widzi żadnych 
przeszkód i wydanie zezwolenia jest na jak najlepszej drodze. 
- Donald nie powinien był tego mówić. Można mu wybaczyć, ponieważ 
dopiero w tym roku został członkiem komisji, ale żaden wniosek nie 
może być „na najlepszej drodze", póki nie przestudiuje się wszystkich 
danych. Mamy poważne wątpliwości, czy to przedsięwzięcie przyniesie 
korzyści naszej społeczności. 
- Chyba żartujesz! - wybuchnął Carter. Gordon uspokajająco uniósł dłoń. 
- Propozycja, którą przedłożyliśmy komisji - zwrócił się do Elizabeth - 
zawierała również wyniki szczegółowych badań. Miasto może wiele 
zyskać, poczynając od zwiększonych wpływów z podatków. 
- Może również wiele stracić. - Elizabeth pokiwała głową. 
- Na przykład co? - rzucił Carter nieco grzeczniej. 
- Na przykład będziemy mieli tłok na nabrzeżu. Gordon pokręcił głową. 
- Przystań ma być niewielka i dostępna tylko dla upoważnionych. Poza 
tym sama cena miejsc cumowania zadziała odstraszająco. 
- Ta cena odstraszy również mieszkańców - zauważyła Elizabeth - którzy, 
pragnę przypomnieć, także płacą podatki. 
- No, nie - mruknął Carter pod nosem. - Czyżbyś martwiła się o zwykłych 
ludzi? - spytał głośno. - Od 

background image

kiedy to, Elizabeth? Nigdy nie obchodziło cię nic ani nikt... 
- Carter... - przerwał Gordon, ale Elizabeth nie dała mu dojść do słowa. 
- Jestem we władzach miasta. Teraz myślenie o innych to mój obowiązek. 
- Zignorowała pełne niedowierzania prychnięcie Cartera i zwróciła się do 
Gordona. Chodzi również o projektowane sklepy i ich wpływ na zyski już 
istniejących. Miasto jest coś winne dotychczasowym lojalnym kupcom. 
Więc, jak widzisz, chodzi nie tylko o pieniądze. 
- Ze wszystkiego, co dotychczas powiedziałaś, to jedno jest prawdą. - W 
Carterze aż się gotowało. - W ogóle nie chodzi o pieniądze. Ani o tłok na 
nabrzeżu czy o sklepy. Chodzi o to, że ty i ja... 
- Chyba odchodzimy od tematu - przerwał Gordon. 
- A czego się spodziewałeś? - wycedziła Elizabeth z wyższością. - 
Niektórzy ludzie nigdy się nie zmienią. Carter do nich należy. Jako 
chłopak był rozrabiaką i rozrabiaką pozostał. Może to również jest jedną z 
przyczyn, dla których moja komisja... 
- Twoja komisja nie ma żadnych zastrzeżeń. - Cartera poniosły nerwy. - 
Tylko ty je masz. Założę się, że komisja była tak samo jak my zaskoczona 
tym nagłym zwrotem. Przyznaj się, Lizzie, że to prywatna zemsta. 
Ciekawe, co twoja komisja albo mieszkańcy naszego miasteczka 
powiedzieliby na wiadomość, że 
ty i ja... 
- Carter! - uciął ostro Gordon i w tej samej chwili Gideon doszedł do 
wniosku, że sprawy zaszły za daleko. 

background image

- Hola, hola, spokojnie - powiedział powoli, gardłowym głosem. Znał 
Cartera. Gdy mu naprawdę na czymś zależało, nie ustąpił, póki nie 
postawił na swoim. Tak miała się sprawa z Jessicą. Całymi miesiącami 
nie dawał jej spokoju, aż w końcu zgodziła się wyjść za niego. Tak samo 
stało się z Crosslyn Rise, w którym spędził część dzieciństwa. 
Najwyraźniej tak samo, choć w negatywnym sensie, miało być z Eliza-
beth Abbott. Gideon w ciągu wielu lat pracy często miał do czynienia z 
osobami pokroju Elizabeth i wiedział, że im bardziej się naciska, tym 
bardziej będą się opierać. Rozsądek nie miał z tym nic wspólnego. 
Chodziło tylko i wyłącznie o dumę. 
Ale duma nie zapewni konsorcjum przychylności komisji, a Gideonowi 
zależało jedynie na pozwoleniu. Reszta go nie obchodziła. 
- Wydaje mi się - mówił dalej - że powinniśmy trochę ochłonąć. Może 
nawet więcej niż trochę. - Podrapał się w głowę. - Już późno. Nie wiem 
jak wy, panowie, ale ja cały dzień pracowałem. Jestem zmęczony. 
Wszyscy jesteśmy zmęczeni. - Spojrzał prosząco na Elizabeth. - Może 
lepiej odłóżmy tę dyskusję na jutro rano. 
- Niestety, jutro rano nie mam czasu - odparła. 
- Ani ja - oznajmił Gordon. 
- Jestem umówiony w Springfield - oświadczył ponuro Carter. 
- No to zjedzmy teraz razem kolację - nie poddawał się Gideon. - 
Umieram z głodu. 
Gordon ponownie potrząsnął głową. 
- Mary na mnie czeka. Już jestem spóźniony. 
- Nie mogę - odmówił Carter. 

background image

Gideon zerknął na Elizabeth. 
- A może porozmawialibyśmy przy kolacji we dwoje? Wiem o projekcie 
tyle samo co ci ważniacy, a będzie znacznie spokojniej. I milej - dodał 
miękko. - Więc jak? 
Widział, że Elizabeth ma ochotę przyjąć zaproszenie. Nie mogła jednak 
zbyt szybko się zgodzić, by nie wyglądało, że łatwo ustępuje. Dłuższą 
chwilę przyglądała mu się z namysłem, potem przeniosła spojrzenie na 
Gordona i Cartera, by w końcu wrócić wzrokiem do Gideona. 
- To chyba będzie odświeżająca odmiana - powiedziała w końcu. - Ma 
pan rację, będzie spokojniej. Wygląda pan na rozsądnego człowieka, wiec 
może się porozumiemy. - Spojrzała na delikatny złoty zegarek na swoim 
przegubie. - Ale musielibyśmy zaraz wyjść, bo o dziewiątej jestem 
umówiona. 
Nie było to zbyt taktowne, ale Gideonowi ta propozycja poprawiła 
humor. Po pierwsze wątpił, czy to prawda, wiec nie będzie musiał czuć 
zbyt silnych wyrzutów sumienia za słodkie słówka, które zapewne padną. 
Po drugie, pozwalało mu to wycofać się w odpowiedniej chwili. Dla 
dobra przedsięwzięcia był gotów karmić i poić Elizabeth Abbott, ale nie 
miał zamiaru posuwać się ani odrobiny dalej. Miał nadzieję, że do deseru 
uda mu się przełamać jej opór. 
Poszło mu lepiej, niż się spodziewał. Przeplatając rozmowę seksownymi 
uśmiechami, udzielając skąpych informacji o sobie i przemilczając dosyć, 
żeby rozbudzić ciekawość Elizabeth, udało mu się wyciągnąć od niej 
oświadczenie, że chociaż niektóre z jej zastrzeżeń mają sens, to w sumie 
plusy przebudowy 

background image

Crosslyn Rise przeważają nad minusami. Dzięki szczęśliwej gwieździe 
Gideona w tej samej restauracji jadło kolację jeszcze dwóch członków 
komisji z żonami. Elizabeth chciała popisać się przed Gideonem, jak 
wpływową jest osobą. Ujęła go pod rękę, przedstawiła kolegom i 
oznajmiła, że ostatecznie postanowiła nie sprzeciwiać się przebudowie 
Crosslyn Rise. Członkowie komisji wyglądali na zadowolonych, a 
Gideon uśmiechał się do ich żon tak samo ciepło jak do Elizabeth. 
Wiedział, że teraz już trudno byłoby jej się wycofać. 
Dumny z siebie, że tak zgrabnie załatwił sprawę, odprowadził Elizabeth 
do domu. Przy drzwiach frontowych podziękował jej za miłe 
towarzystwo. 
- Może to powtórzymy? - spytała. 
- Chętnie. Choć czułbym się nieco winny. 
- Winny? Dlaczego? 
- Nie powinienem spotykać się z panią, podczas gdy łączą nas sprawy 
służbowe. Ludzie mogą zacząć gadać, a przecież reprezentujemy 
sprzeczne interesy. 
- Nikt nic nie powie - oświadczyła Elizabeth. - Robię, co chcę. 
- W tym mieście tak. Ale ja pracuję w całym stanie. Elizabeth 
zmarszczyła brwi. 
- Czy to znaczy, że pańskim zdaniem nie powinniśmy się widywać, póki 
nie skończy pan z Crosslyn Rise? To śmieszne! Budowa może trwać całe 
lata! 
- Nie o to mi chodziło - zaprotestował miękkim, kuszącym głosem. - 
Proponuję tylko, żeby zaczekać do ostatecznego werdyktu komisji 
urbanistycznej. 
Zmarszczkę między brwiami Elizabeth wygładził uśmiech. 

background image

- Ach, to już żaden problem. Jutro o dziesiątej będzie pan miał swoje 
pozwolenie. - Pociągnęła go za klapę marynarki. - Jeszcze jakieś 
wątpliwości? 
Uśmiechnął się najbardziej uwodzicielskim ze swoich uśmiechów i 
zatrzymał wzrok na jej ustach. 
- Żadnych. Może zadzwonię za parę dni? Weekend mam zajęty, ale w 
tygodniu na pewno znajdziemy czas. - Spojrzał na zegarek. - Prawie 
dziewiąta. Pora, żebym uciekał. - Mrugnął porozumiewawczo. - Do zo-
baczenia. 
- No to jaka ona jest? - spytał Johnny McCaffrey następnego dnia po 
pracy. 
Jak zwykle, gdy Gideon zjeżdżał do w domu w Worcester, siedzieli „U 
Sully'ego". Za dnia „U Sully'ego" było jadłodajnią, wieczorami zmieniało 
się w bar, azyl miejscowych mężczyzn. Stąd właśnie, z Worcester, 
pochodzili pracownicy Gideona, tynkarze, murarze, zbrojarze. Z nimi 
grywał w piłkę - latem w baseball, w koszykówkę przez resztę roku. To 
byli jego najlepsi koledzy. 
Johnny stał się mu najbliższy ze wszystkich, a ich przyjaźń datowała się z 
czasów, gdy obaj mieli po osiem lat i kradli jabłka z ogrodu Drattlesów na 
przedmieściu. Johnny był brzydki jak noc, ale miał złote serce, dzięki 
czemu zdobył wspaniałą żonę. Absolutnie lojalny i godny zaufania, 
uwielbiał słuchać o podbojach Gideona. 
- Niesamowita - powiedział Gideon o Elizabeth, ale nie był to 
komplement. - Wszystko ma w najlepszym gatunku. Blond włosy, 
niebieskie oczy, zgrabną figurę, świetne nogi. A potem otwiera usta i 
wszystko, 

background image

co słyszysz, to koszmarna arogancja. I jest tępa, człowieku, 
nieprawdopodobnie tępa. Jaka współczesna kobieta by mnie nie 
przejrzała? No wiesz, nie byłem wcale subtelny w sprawie tego 
pozwolenia. Było jasne, że chcę mieć podpisany papier, zanim w ogóle jej 
dotknę. Nawet nie musiałem jej pocałować! 
- Jaka szkoda. 
- Nie. Nie działała na mnie. - Gideon wypił haust piwa. 
Johnny przechylił swój kufel i stwierdził, że jest pusty. 
- A dawniej właśnie ten typ cię rajcował. Chyba się starzejesz, kolego. 
Były czasy, gdy brałeś każdą, która ci się nawinęła, a im wyżej zadzierała 
nosa, tym lepiej. - Stuknął kuflem o kontuar. 
Gideon wyprostował się na stołku. 
- Ale teraz ja sam zadzieram nosa - odparł z kpiącym uśmiechem. - Nie 
potrzebuję blasku innych, świecę własnym. 
- Uważaj, bo sam w to uwierzysz - drażnił się z nim Johnny. - Nalej mi 
jeszcze, Jinko - zawołał do barmana. Znów zwrócił się do Gideona. - 
Wpadłem dziś na Sarę Thayer. Pytała o ciebie. 
Gideon skrzywił się. 
- Daj spokój, Johnny. To dziecko. 
- Ma dwadzieścia jeden lat. 
- Nie bawię się z małymi dziewczynkami. 
- Wcale nie wygląda na dziecko. Ma wszystko na swoim miejscu. I nie 
będzie czekać bez końca. 
Sara Thayer była kuzynką żony Johnny'ego. Gideon wpadł jej w oko dwa 
lata temu na przyjęciu bożonarodzeniowym, a Johnny, poczciwa dusza, 
usiłował od tego czasu bawić się w swata. Zdaniem 

background image

Gideona Sara była miłą dziewczyną, ale zdecydowanie za młodą, i to nie 
tylko z powodu wieku. 
Akurat podeszła do nich kelnerka i objęła Gide-ona za ramiona. On 
chwycił ją w pasie i przyciągnął bliżej. 
- To właśnie jest kobieta, jakiej potrzebuję - powiedział do Johnny'ego. - 
Solidna i dojrzała. No jak, Cookie? - zwrócił się do kelnerki. - Co byś 
powiedziała na małą przejażdżkę, tylko we dwoje? 
Cookie pomyślała chwilę, po czym pocałowała go w czubek nosa. 
- Nie dzisiaj. Pracuję do północy, a ty będziesz już wtedy mocno spał. 
Słyszałam, że dostałeś nową robotę. 
- Uhm. 
- Na wybrzeżu. 
- Uhm. 
- I po co ci to? Za każdym razem, gdy podpisujesz kontrakt na budowę 
gdzieś tam w świecie, w ogóle cię tu nie widujemy. Jak długo tym razem? 
- No, trochę to potrwa. Ale będę dojeżdżał, więc wpadnę od czasu do 
czasu. 
Cookie parsknęła z niedowierzaniem. 
- Dobrze by było. Dłuższe gapienie się na tego tutaj - wskazała 
Johnny'ego - uginającego się pod ciężarem wszystkich innych robót 
firmy, doprowadziłoby mnie do szału. 
- Johnny da sobie radę - stwierdził Gideon z całkowitą pewnością. Johnny 
był u niego majstrem od lat i nigdy go jeszcze nie zawiódł. - Tylko bądź 
dla niego miła, laleczko, to się będzie uśmiechał. Prawda, Johnny? 

background image

- Prawda - przytaknął Johnny. 
Cookie wypuściła balon gumy, a gdy trzasł, spytała: 
- Nie jesteście głodni? Mamy dziś naprawdę dobry gulasz. Co wy na to? 
- Nie dla mnie - odmówił Johnny. - Za pięć minut muszę ruszać do domu. 
Gideon też powinien wrócić do siebie, ale nie do kobiety czekającej z 
kolacją, lecz zawalonego papierami biurka. Nie było to jego ulubione 
zajęcie, więc kusiła go perspektywa odłożenia go jeszcze na pół godziny. 
- A świeży ten gulasz? - zapytał. Cookie dała mu w ucho. 
- To trochę zjem - zdecydował się. - Tylko szyb-, ko. - Klepnął kelnerkę 
po pupie i popchnął w stronę kuchni. 
- Masz pozwolenie w kieszeni i pewnie ruszysz z robotą od poniedziałku? 
- spytał Johnny. 
- Tak. W poniedziałek zaczniemy wykopy, w następnym tygodniu 
wylejemy fundamenty. Jeśli październik będzie mokry, to się cholernie 
umordujemy, ale chciałbym przed śniegami zamknąć stan surowy. 
- Dacie radę? 
Gideon zamyślił się. Projekt osiedla był skomplikowany, a jego ludzie - i 
on sam - będą dojeżdżać ponad godzinę w jedną stronę. Zastanawiał się 
już nad zatrudnieniem miejscowych podwykonawców, ale w gruncie 
rzeczy wolał mieć do czynienia z własnymi, zaufanymi robotnikami. 
Znali go, wiedzieli, czego wymaga, a on z kolei był zorientowany, na co 
ich stać. Oczywiście nie uda się uniknąć opóźnień, jeśli pogoda będzie 
kiepska albo natrafią na skały, które trzeba 

background image

16    •    MARZEŃ CIĄG DALSZY 
będzie wysadzać. Ale teraz, gdy pozwolenie na budowę miał w garści, 
jest szansa. 
- W każdym razie spróbujemy - powiedział. 
Pod nadzorem Gideona spychacze, koparki i buldożery przejechały 
ostrożnie po dziewiczej dotychczas ziemi Crosslyn Rise na teren nad 
kaczym stawkiem - pierwszy z trzech placów budowy. Projekt Cartera 
przewidywał w tym miejscu zespół ośmiu segmentów. Następnych osiem 
stanie w sosnowym zagajniku, a trzecia ósemka na łące. Gideon uważał, 
że teren przy kaczym stawku jest najpiękniejszy i cieszył się, że tu 
właśnie rozpocznie się budowa. Jeśli wszystko się uda, będzie wizytówką 
całości i zachętą dla klientów. O tym przede wszystkim myślał, gdy 
wielkie maszyny dotarły na miejsce i praca ruszyła. 
Projekt techniczny i prace przygotowawcze na terenie budowy były już 
dawno skończone. Razem z Carterem wymierzyli, wytyczyli i oznaczyli 
granice wykopu. Obaj pragnęli zachować jak najwięcej drzew, ale kilka 
trzeba było wyciąć, by zrobić miejsce pod zabudowę. Specjalistyczna 
brygada ścięła już drzewa, zostawiając buldożerom jedynie karpy. 
Najpierw usunięto górną warstwę żyznej ziemi i złożono obok, do 
wykorzystania przy późniejszej rekultywacji terenu. Wtedy dopiero 
buldożery zaczęły robić wykopy. Carter często przychodził sprawdzić 
postęp robót. Czasami towarzyszyła mu Jessica, choć widok posiadłości 
był teraz dla niej bolesny. Miała całkowite zaufanie do planów Cartera i 
do umiejętności Gideona, ale Crosslyn Rise było jednak jej gniazdem. Tu 
spędziła całe swoje życie, a kaczy stawek należał do jej ulubionych 
miejsc. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY    • 17 
Gideon rozumiał jej rozterki. Już podczas pierwszego spaceru po 
posiadłości zachwycił się niezwykłym pięknem tego zakątka. Jednakże 
gdy zaczęła się praca, miał tyle spraw na głowie, że musiał zapomnieć 
0 sentymentach. 
Im dziura w ziemi stawała się głębsza, tym bardziej budowa wciągała 
Gideona. Natykali się na skały, które można było usunąć bez wysadzania 
w powietrze, a przy jednej, której nie dało się rozbić, po prostu podnieśli 
poziom podłogi w małym fragmencie piwnicy. Nie natrafili jednak na 
wody podskórne, czego Gideon najbardziej się obawiał. Co prawda, 
próby nie wykazywały obecności wody, ale ileż to już razy test mówił 
jedno, a rzeczywistość drugie. Mieli szczęście, co oznaczało, że budynek 
może mieć tak głębokie fundamenty, jak planowano. 
Wykop był gotowy i szalunki do wylewania betonu ustawione, gdy dobra 
passa się skończyła. Przyszły deszcze. Trwały co prawda tylko trzy dni, 
za to były tak obfite, że dopiero w następnym tygodniu Gideon 
zaryzykował wylanie fundamentów. 
Podczas tej przymusowej przerwy w Crosslyn Rise 
1 tak miał mnóstwo roboty: kontrolował inne budowy, prowadzone przez 
jego firmę. Opóźnienie zresztą nie było wielkie, więc nie ono wpływało 
na jego kiepski ostatnio nastrój. Odpowiedzialna za zły humor Gideo-na 
była wyłącznie Elizabeth Abbott, która stale nękała go telefonami. 
- Nalega na spotkanie - pożalił się Gordonowi w następną sobotę, na 
przyjęciu weselnym Jessiki i Cartera. Stali w długim salonie rezydencji 
Crosslyn Rise i pili szampana, co się Gideonowi raczej podoba 

background image

18      •    MARZEŃ CIĄG DALSZY 
ło. Nie podobało mu się natomiast, że musiał włożyć frak. Jednakże 
Jessica nalegała na elegancki ślub, a Carter, zakochany po uszy, 
podporządkował się jej z ochotą. Na własny ślub -jeśli kiedykolwiek na-
stąpi - Gideon miał zamiar przyjść w dżinsach. 
W tej chwili jednak jego głównym problemem był nie ubiór, lecz 
Elizabeth Abbott. 
- Już się wykręciłem dwa czy trzy razy, ale ona wciąż dzwoni. Mówię ci, 
ta kobieta jest albo uparta, albo zdesperowana. Nie docierają do niej 
żadne aluzje. 
- Może powinieneś być bardziej brutalny - zasugerował Gordon. Gideon 
miał wrażenie, że jego rozmówcę bawi ta sytuacja. 
Gideonowi wcale nie było do śmiechu. Czuł wyrzuty sumienia, że tak 
zwodzi Elizabeth. Co prawda, od początku chodziło mu tylko i wyłącznie 
o uzyskanie pozwolenia, które uszczęśliwiło ośmioosobowe konsorcjum i 
wielu zniecierpliwionych podwykonawców, ale to nie oni byli 
prześladowani telefonami. 
- Jasne, mogę być bardziej brutalny - przyznał z przekąsem. - Powiedz mi 
tylko, czy nie ma jeszcze jakiejś sprawy, w której Elizabeth Abbott 
mogłaby zamącić. To mściwa kobieta, jak sam wiesz. Nie chciałbym 
wystawić projektu na niebezpieczeństwo. 
Gordon spoważniał. Zastanawiał się nad odpowiedzią, równocześnie 
śledząc wzrokiem Jessicę i Cartera, wirujących w walcu granym przez 
kwartet smyczkowy. 
- Niewiele już może zaszkodzić - odezwał się w końcu. - Mamy pisemne 
zezwolenia na każdą z kolejnych faz realizacji. Mogłaby zapewne cofnąć 
któreś z nich, ale chyba się nie odważy. Nie po tym, jak 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      • 19 
zgłosiła weto, a następnie się wycofała. Chyba nie życzyłaby sobie, by 
ludzie mówili, że przedtem chodziło o Cartera, a teraz o ciebie. 
- O mnie nie chodzi - zastrzegł się szybko Gideon. - Nie spałem z nią. 
Nawet się z nią nie spotykałem poza tą kolacją, ale to przecież tylko w 
interesach. 
- Najwyraźniej nie tylko - zauważył Gordon. 
- Chodziło o interesy - obstawał przy swoim Gideon. - Jeśli ktoś ci mówił 
coś innego, to były insynuacje. - Nie odrywał oczu od młodej pary, 
wirującej na parkiecie. - Gdzie, do diabła, Carter się tego nauczył? 
Przecież pochodzi z tych samych kręgów co ja. Skurczybyk musiał brać 
lekcje. 
- Możliwe - zaśmiał się Gordon. 
- Wyglądają na zakochanych. 
- Zgadzam się. 
- Szczęściarz z niego. Ona jest słodka. 
- Jeszcze jak. 
- Może ma jakieś siostry? 
- Niestety. Gideon westchnął. 
- W takim razie będę musiał poczarować tę rudą w błyszczącej sukience, 
żeby się trochę ze mną pokoły-sała. Kołysanie świetnie mi idzie. - Łyknął 
szampana, wsunął palec pod kołnierzyk, żeby go nieco rozluźnić, 
odstawił pusty kieliszek, odchrząknął i już go nie było. 
Ruda w błyszczącej sukience okazała się koleżanką Jessiki z Harvardu. 
Tej nocy tańczyli jeszcze wiele razy. Spotkali się potem dwukrotnie. 
Gideon polubił ją. Miała w sobie ikrę, jakiej nie spodziewałby się po 
wykładowczyni historii Rosji. Niestety miała również 

background image

20      •    MARZEŃ CIĄG DALSZY 
skłonności do wygłaszania mów, a gdy to robiła, Gideonowi wydawało 
się, że jest znów niecierpliwym siedemnastolatkiem, który nie może 
doczekać się końca szkoły, by zająć się tym, co zawsze chciał robić: 
budowaniem domów. 
Pozwolił więc, by ten związek - jeśli w ogóle można użyć tego słowa - 
zmarł śmiercią naturalną. Natomiast nie potrafił tak samo łatwo uporać 
się z Elizabeth Abbott. Gdy zadzwoniła pierwszy raz po ślubie Malloyów, 
powiedział, że ma już wcześniej umówione spotkanie. Za drugim razem 
oznajmił, że jest kobieta, z którą się widuje od pewnego czasu i są coraz 
bardziej zaangażowani. Za trzecim, że po prostu nie może chodzić na 
randki z innymi kobietami, póki nie będzie jasne, co go łączy z tą 
pierwszą. 
- Nie mówię, że musimy chodzić na randki - powiedziała Elizabeth, 
mrucząc w słuchawkę jak kotka. - Możesz po prostu wpaść do mnie 
któregoś wieczoru, a resztę zostawimy matce naturze. 
Zmusił się do śmiechu. 
- To nie najlepszy pomysł, Elizabeth. Matka natura ostatnio mnie nie 
rozpieszcza. Najpierw mieliśmy deszcze, teraz wczesny mróz. Może nie 
powinienem igrać ze swoim szczęściem. 
Nagle z rozmarzonej kotki zmieniła się we wściekłą i parskającą kocicę. 
- Wiesz, Gideonie, coś mi się tu zaczyna nie podobać. Czy cały ten czas 
robiłeś ze mnie idiotkę? 
Na szczęście miał przygotowaną odpowiedź. 
- Nie, naprawdę z przyjemnością zjadłem z tobą kolację. Jesteś bardzo 
ładna i seksowna. Tylko widzisz, kiedyś byłem śmiertelnie zakochany w 
Marie, a ona 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      • 21 
wyszła za innego. Teraz się rozwodzi. Byłem pewien, że między nami nic 
już nie ma, ale się myliłem. Więc oczywiście mógłbym gdzieś z tobą 
pójść albo wpaść do ciebie, ale to nie byłoby wobec ciebie w porządku. 
Zasługujesz na więcej niż faceta z połową serca. - Z połową serca. Nieźle, 
nieźle. 
Elizabeth nie wydawała się przejęta. 
- Skoro wyszła za mąż i się rozwodzi, to znaczy, że nie umie wygrywać. 
Słabe kobiety mają nieudane małżeństwa. Szukasz kłopotów, Gideonie. 
- Możliwe - powiedział, biorąc pod uwagę, że któregoś dnia Elizabeth 
dowie się, że w jego życiu nie ma nikogo specjalnego - ale muszę być 
pewien. Inaczej zawsze mnie to będzie prześladować. Chcę raz na zawsze 
przekonać się, czy mamy jakąś szansę. 
Pogodziła się z jego decyzją, choć na krótko. Co parę dni dzwoniła, 
dopytując się o przebieg romansu z Marie. Gideon nie lubił kłamać i nie 
podobała mu się ta sytuacja, ale Elizabeth nie dawała za wygraną. 
Czasami zastanawiał się, czy nie przyjął złej taktyki, czy nie lepiej byłoby 
przyjść do niej do domu i okazać się najgorszym kochankiem na świecie. 
Ale nie mógł tego zrobić. Nie mógł tak upokarzać siebie i jej. 
Więc Elizabeth wciąż dzwoniła, a on wciąż kłamał, przeklinając się za to, 
co robi, przeklinając Cartera i Gordona, że go tak wrobili, przeklinając 
Elizabeth za jej upór. Wściekłość aż go roznosiła, gdy pewnego dnia, w 
najgorszym możliwym momencie, Elizabeth pojawiła się na budowie. 
W każdym razie wydawało mu się, że to ona. Jasne włosy, strój raczej 
oficjalny, zgrabna figura, długie 

background image

22      •    MARZEŃ CIĄG DALSZY 
nogi. Poprzedniego dnia padało i w powietrzu unosiła się zacierająca 
kontury mgiełka. 
Stał na stropie nad parterem jednego z segmentów i pracował razem ze 
swoimi ludźmi, przygotowując się do podniesienia nadproża. Mężczyźni 
powoli dźwigali dużą, ciężką belkę, gdy z mgły wyłoniła się zgrabna 
sylwetka. 
- Fiuuu, a to co takiego? - gwizdnął jeden z robotników, odwracając 
uwagę sąsiada. Ten ułamek sekundy wystarczył, by belka zachwiała się i 
osunęła. 
- Spokojnie - krzyknął Gideon, napinając mięśnie, by wyprostować belkę. 
- Spo-koj... - Jednak nie udało im się odzyskać równowagi i w następnej 
chwili ciężkie nadproże runęło na ziemię. 
Gideon zaklął głośno raz i drugi. Sprawdził szybko, czy nikt nie spadł 
razem z belką. Podszedł do brzegu platformy i spojrzał z niechęcią na 
pęknięte drewno. A potem podniósł wzrok i wbił go w odpowiedzialną za 
wypadek kobietę. 

background image

ROZDZIAŁ 

Była cała w beżach, ale Gideon miał czerwono przed oczami. Okręcił się 
w miejscu, po prowizorycznych schodach zbiegł na parter i rozpędzając 
kaczki, ruszył szybko ku niej. Elizabeth Abbott od tygodni dawała mu się 
we znaki, ale dotychczas nie przeszkadzała mu w pracy. Miał zamiar 
powiedzieć jej tak do słuchu, by nigdy więcej nie przyszło jej do głowy 
szukać go na budowie. 
Dopiero gdy stanął przed winowajczynią, stwierdził, że to nie jest 
Elizabeth. Na pierwszy rzut oka mogłaby być jej bliźniaczą siostrą, tak 
bardzo ją przypominała. Gniew Gideona musiał znaleźć ujście. Bez 
względu na to, kim była, nie miała prawa stać tu, gdzie stała. 
- Co pani sobie, do jasnej cholery, wyobraża, przychodząc tu jakby nigdy 
nic! - wrzasnął z wściekłością, ujmując się pod boki. Kaczki nad stawem 
zakwakały głośniej w popłochu. - To jest teren prywatny i przy wejściu 
jest tablica! To znaczy, że nie można tu sobie tak po prostu łazić! Niech 
pani tylko spojrzy, co narobiła! Moi ludzie od rana pracowali nad tą 
belką, a teraz trzeba ją będzie robić od nowa i już nie zdążymy przed 
deszczem. Nie mówiąc o tym, że ktoś 

background image

24      •    MARZEŃ CIĄG DALSZY 
mógł spaść razem z nią! Jestem ubezpieczony, panienko, ale nie od ludzi 
wyzywających los. Ta belka mogła panią zabić. Mnie mogła zabić. Mogła 
zabić całe stado kaczek. To nie jest miejsce dla ciekawskich! 
Właściwie nie zabrakło mu tchu. Mógł wrzeszczeć dalej, rozładowując 
złość, ale coś go zastanowiło w wyglądzie tej kobiety. 
Tak, niewątpliwie przypominała Elizabeth. Miała jasną cerę, niebieskie 
oczy i blond włosy, związane w węzeł na karku. I była ubrana, jak 
zdaniem Gide-ona, mogłaby się ubrać Elizabeth. Stojąca przed nim 
kobieta miała na sobie długą, plisowaną kremową spódnicę. Szalik w tym 
samym kolorze owijał kołnierz kurtki, przypominającej jego starą kurtkę 
do baseballu, tyle że uszytej z cieńszego, delikatniejszego materiału. 
Kurtka, tak jak i buty, były ciemnoszare. Kremowe klipsy w uszach 
zrobiono albo z kości słoniowej, albo z plastiku - nawet na spokojnie 
Gideon nie potrafiłby dostrzec różnicy, a teraz wprost kipiał złością. 
Wciąż dygotał ze zdenerwowania. Sądząc z wyrazu twarzy kobiety, 
szeroko otwartych oczu i wciśniętych w kieszenie dłoni, ona także była 
wstrząśnięta. 
- Nie jestem ciekawską - zaczęła cicho. - Znam właścicielkę Crosslyn 
Rise. 
- Jeśli miała pani nadzieję ją tu znaleźć, to trudziła się pani na próżno. Ona 
jest na uczelni, a gdyby naprawdę była pani jej przyjaciółką, toby pani o 
tym wiedziała. 
- Tak, wiem. Ale nie przyszłam szukać Jessiki. Chciałam zobaczyć, jak tu 
wszystko wygląda. Powiedziała, że mogę. W gruncie rzeczy sama mnie 
zaprosiła. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      • 25 
Gideona zawsze doprowadzali do białej gorączki ludzie, którzy 
zachowywali spokój, gdy nim aż trzęsło. Opanowanie kobiety nie 
przydawało jej sympatii w jego oczach. 
- W takim razie powinna była mnie uprzedzić - burknął. - Ja jestem 
odpowiedzialny za budowę i powinienem wiedzieć, co się dzieje. Jeśli 
mamy spodziewać się gości, muszę ostrzec moich ludzi. Nie powinni być 
tak zaskakiwani jak dzisiaj. 
- Ma pan rację - przyznała. - Coś z nimi nie tak? Nigdy przedtem nie 
widzieli kobiety? 
Zachowywała się z pozoru niewinnie i bezpośrednio, a tą ostatnią uwagą 
dopiekła mu do żywego. Gideon utwierdził się w przekonaniu, że 
nieznajoma jest osobą pokroju Elizabeth. 
- Och, widywali kobiety, oczywiście, i założę się, że z bliska. Ale to, co 
pani zrobiła, to jak pojawienie się kobiety w męskim kiblu. 
Bezczelnie się roześmiała, ale nawet ten śmiech miał w sobie jakąś 
niewinność. 
- Zgrabne porównanie, choć nie całkiem odpowiednie. Tablica przy 
wejściu mówi „Droga prywatna", a nie „Tylko dla mężczyzn". Czy to 
moja wina, że pańscy ludzie na widok kobiety tracą nad sobą kontrolę? 
Niech pan spojrzy prawdzie w oczy. Powinien pan wrzeszczeć na nich, a 
nie na mnie. 
Miała rację, oczywiście, ale nie mógł przecież jej tego przyznać. Była w 
niej jakaś spokojna pewność siebie, której nie chciał dodatkowo podbu-
dowywać. 
- W każdym razie nieźle pani namieszała. 
- Bardzo mi przykro. 
- I co z tego, że pani przykro, skoro zło już się stało! 

background image

26    • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Lepsze są moje przeprosiny niż to, co słyszę do pana. Pan również 
mógłby mnie przeprosić. 
- Za co? 
- Za to, że mi pan nawymyślał i omal mnie nie zabił. Gdybym podeszła 
bliżej albo gdyby ta belka rozpadła się i rozprysła, leżałabym tu na ziemi 
we krwi. 
Przesunął po niej wzrokiem. 
- Nie byłoby to dobre dla pani ubrania. 
- Nie byłoby to dobre dla pana przyszłości, chyba że lubi pan procesy 
sądowe. 
- Nie ma pani podstaw do procesu. 
- No, nie wiem. Pan i pańscy ludzie najwyraźniej byliście nieuważni. 
Gideon wyprostował się na całą swoją blisko dwumetrową wysokość. 
- A więc jest pani sędzią? 
Ona też się wyprostowała, choć przy wzroście Gideona jej metr 
siedemdziesiąt nie wyglądało imponująco. 
- Nie, jestem projektantką wnętrz. Możliwe, że przyjmę propozycję 
Jessiki i podejmę współpracę. 
- Postaram się, żeby nic z tego nie wyszło - oznajmił, wciąż rozdrażniony 
spokojem. 
- Cóż - wzruszyła ramionami i odwróciła się, żeby odejść - w takim razie 
dobrze, że nie ma pan w tej sprawie nic do powiedzenia. Jeśli się 
zdecyduję, będę odpowiedzialna wobec konsorcjum Crosslyn Rise, a nie 
wobec jakiegoś majstra budowlanego, który nie potrafi dopilnować 
robotników. - Ruszyła przed siebie. 
Gideon omal nie zrezygnował z dalszej kłótni. Jego ludzie nie słyszeli 
wymiany zdań i nie musiał się martwić o zachowanie twarzy. Zostawała 
tylko kwestia jego 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      » 27 
własnej dumy. Wiele lat walczył o szacunek innych. Najtrudniej było 
zawsze z ludźmi pokroju tej kobiety: wykształconymi, kulturalnymi i 
nieprawdopodobnie aroganckimi. 
- A pani taka ważna, co? - zawołał za nią. Zatrzymała się, ale nie 
odwróciła. 
- Nie, wcale. Stwierdziłam tylko fakty. 
- Nie zna ich pani. 
- Wiem, że całe przedsięwzięcie jest pod kontrolą konsorcjum. To nie jest 
spółdzielnia. 
- W pewnym sensie jest. Carter Malloy jest członkiem konsorcjum, a on 
te domy zaprojektował. Nina Stone jest członkiem konsorcjum, a będzie 
prowadzić sprzedaż. 
- I co z tego? - spytała spokojnie. 
Już odczuwał satysfakcję z następnych swoich słów. 
- To, że ja też nie jestem tylko , jakimś majstrem budowlanym". Jestem tu 
generalnym wykonawcą i tak się składa, że również członkiem 
konsorcjum. 
Znieruchomiała na chwilę. Potem powoli odwróciła głowę i zmierzyła go 
wzrokiem. 
Dotknął palcami nie istniejącego daszka wełnianej czapki. 
- Nazywam się Gideon Lowe. Do zobaczenia na zebraniu konsorcjum. - Z 
tymi słowami odwrócił się do swoich ludzi i krzyknął: - No, do roboty, 
chłopaki, trzeba sprzątnąć ten bałagan. - Po czym sam ruszył sprężystym 
krokiem, by zabrać się do pracy. 
Christine Gillette odebrało mowę. Nie przyszło jej do głowy, że człowiek, 
który tak na nią nawrzeszczał, mógł być członkiem konsorcjum. Co 
prawda, mówił poprawniej niż większość robotników, z którymi miała 

background image

28      •    MARZEŃ CIĄG DALSZY 
do czynienia, ale był tak samo uparty i brutalny i zupełnie nie pasował do 
wytwornych mężczyzn siedzących wraz z Jessicą Crosslyn-Malloy wokół 
stołu konferencyjnego w biurze zarządu. 
Nie wiedząc, co zrobić czy powiedzieć, odwróciła się i odeszła. Podczas 
czterdziestominutowej jazdy do biura w Belmont rozmyślała o całym 
zdarzeniu i w końcu poczuła się naprawdę nieswojo. Nie należała do 
osób, które chętnie robią sarkastyczne uwagi. Tym razem jednak została 
sprowokowana, poza tym uważała, że ma rację. W dodatku przeprosiła. 
Co jeszcze mogła zrobić? 
Pozostawało jednak faktem, że za parę tygodni będzie musiała 
przedstawić swoją propozycję konsorcjum Crosslyn Rise. Gideon Lowe 
też tam będzie, niewątpliwie uśmiechając się z wyższością. Była prze-
konana, że zagłosuje przeciw niej. Pewni siebie, przystojni mężczyźni 
zawsze tacy byli - oceniali świat z męskiego punktu widzenia i na tej 
podstawie działali. Na pewno nie zaakceptuje jej pomysłów. 
Żałowała, że nie potrafi wzruszyć ramionami i uznać, iż Crosslyn Rise to 
po prostu kolejne zlecenie, jak wiele innych, i jeśli nic z niego nie 
wyjdzie, to trafi się następne. Crosslyn Rise mogło okazać się wy-
zwaniem, nie tylko ze względu na świetny projekt Cartera, ale również 
dlatego, że byłoby ogromnym krokiem naprzód w jej karierze 
zawodowej. Christine była projektantką wnętrz od blisko dziesięciu lat. 
Zaczynała od bardzo skromnych, nawet banalnych prac, stopniowo 
dostając coraz większe i bardziej prestiżowe zadania. Praca w Crosslyn 
Rise byłaby nie tylko największą i najważniejszą z dotychczasowych, ale 
również najbardziej interesującą dzięki możliwoś 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      • 29 
ciom, jakie stwarzało zestawienie tradycji z nowoczesnością. 
Te właśnie myśli wypełniały jej głowę, gdy dojechała do biura. Margie 
Dow, sekretarka, przywitała ją skinieniem głowy i wręczyła plik 
karteczek z pozostawionymi wiadomościami. Chris poszła do siebie, 
załatwiła najważniejsze sprawy, uprzątnęła papiery z biurka i z szuflady 
wyciągnęła grubą, kartonową tubę. Wyjęła z niej plany Crosslyn Rise i 
rozłożyła na stole. 
Carter był naprawdę znakomitym architektem, musiała mu to przyznać. 
Wykorzystał kolonialne motywy architektury rezydencji, zmodyfikował 
kolumny i balkony, przedłużył dach i dodał świetliki. Efekt był 
wspaniały. Domy tworzyły subtelne, eleganckie i doskonale 
zharmonizowane z krajobrazem zespoły. 
Westchnęła. Coś ją ciągnęło do tego projektu, coś co nie miało nic 
wspólnego z wyzwaniem, prestiżem czy pieniędzmi. Christine była pod 
wrażeniem Crosslyn Rise i panującej tam atmosfery. Skoro nie mogła tam 
mieszkać, chciałaby przynajmniej zaprojektować wnętrza. 
Marzyła o tej pracy. 
Podniosła słuchawkę i wykręciła numer Jessiki Malloy na Harvardzie. 
Wbrew temu, co powiedziała Gideonowi, nie znała jej zbyt dobrze. Miały 
wspólną przyjaciółkę, która pokazała Jessice prace Chris. Jessice się 
spodobały, więc zaproponowała spotkanie, podczas którego przypadły 
sobie do gustu. Chris wiedziała, że o pracę ubiegają się również inni 
dekoratorzy, ale uważała, że jest w stanie z nimi konkurować - chyba że 
Gideon Lowe wyrobi jej paskudną opinię. 

background image

30    » MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Dzień dobry - powiedziała do sekretarki, która odebrała telefon - mówi 
Christine Gillette. Szukam Jessiki. Czy wróciła już z podróży poślubnej? 
- Tak, jest już w pracy - odpowiedziała kobieta. - Zaraz ją poproszę. 
W chwilę później usłyszała głos Jessiki. 
- Cześć, Christine, co słychać? 
- W porządku. Przede wszystkim najlepsze życzenia z okazji ślubu. - Gdy 
rozmawiały poprzednio, Jessica była w trakcie szaleńczych przygotowań. 
Najwyraźniej Carter nie chciał czekać. - Wszystko dobrze poszło? 
- Znakomicie. 
Chris słyszała uśmiech w jej głosie i poczuła ukłucie zazdrości. 
- A podróż do Paryża? 
- Za krótka, ale i tak wspaniała. 
I zapewne szalenie romantyczna, pomyślała Chris. Nigdy nie była we 
Francji, ale wszyscy tak twierdzili. 
- Na pewno uda wam się jeszcze kiedyś tam pojechać. Może w 
pięćdziesiątą rocznicę? 
- Będziemy parą trzęsących się staruszków - roześmiała się Jessica i Chris 
znowu jej pozazdrościła. Wspaniale było mieć u swego boku kogoś 
kochanego i starzeć się razem z nim. 
- Nie martwiłabym się na zapas. Przed wami wiele szczęśliwych lat. 
Życzę wam obojgu wszystkiego najlepszego. 
- Dzięki, Chris, ale o mnie już dosyć. Co u ciebie? Zaprezentujesz nam 
swoje pomysły? 
- Owszem - przytaknęła Chris i odetchnęła głęboko. - Dziś rano miałam 
mały kłopot. Pojechałam do 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      • 31 
Rise, żeby sobie wszystko obejrzeć, i zdenerwowałam pracujących tam 
mężczyzn. 
- Ty ich zdenerwowałaś? To raczej oni ciebie mogliby zdenerwować. 
Mnie w każdym razie irytuje to, co robią z moją piękną posiadłością. 
- Wiesz przecież, że ten bałagan kiedyś się skończy. 
- Wiem, i naprawdę podobają mi się plany Cartera i to, co tam powstanie, 
i wiem, że nie miałam innego wyjścia, bo nie mogłam sobie pozwolić 
nawet na utrzymanie posiadłości, nie mówiąc już o remontach i 
renowacji... - złapała oddech. - Ale pęka mi serce, gdy ścina się choćby 
najmniejsze drzewo. 
- Rozumiem cię - powiedziała Chris z uśmiechem. Naprawdę polubiła 
Jessicę, także za to, że nie była pazerna. W tym sensie Chris się z nią 
identyfikowała. Budowa nowego osiedla w Crosslyn Rise niewątpliwie 
będzie zyskowna, ale jej naczelnym celem było zachowanie urody 
posiadłości, a nie zwiększenie konta Jessiki w banku. Chris podejmowała 
się lukratywnych zadań, jak aranżacja kancelarii prawniczej Stanleya 
Thompsona, projektowanie wnętrz domu Howardów na Vineyard czy - 
tak, także praca nad Crosslyn Rise - nie tylko z powodu pieniędzy. Jej 
osobiste potrzeby były skromne, chodziło natomiast o zachowanie i 
tworzenie piękna. 
- Ale opowiedz, co się wydarzyło. - Jessica wróciła do tematu. 
Chris opowiedziała, co się zdarzyło na placu budowy. 
- Słuchaj, naprawdę nie miałam zamiaru robić zamieszania. Nie przyszło 
mi do głowy, że komuś przeszkodzę, inaczej nigdy bym tam nie 
pojechała. Wydawało mi się, że nie zwracam niczyjej uwagi. Stałam 
sobie, nic nie mówiąc i tylko się rozglądałam, 

background image

32      » MARZEŃ CIĄG DALSZY 
ale któryś robotnik mnie zauważył, a potem spojrzał następny i tak to się 
stało. Naprawdę mi przykro. Próbowałam to powiedzieć waszemu 
kierownikowi budowy, ale chyba nic do niego nie dotarło. 
- Do Gideona? Jestem pewna, że się mylisz. To rozsądny facet. 
- Może kiedyjest opanowany, ale wściekł się, gdy spadła ta belka, i trudno 
mu się dziwić. Mogła kogoś zranić. Poza tym stracili czas a chcieli zdążyć 
przed deszczem. Wydaje mi się, że od razu nadepnęliśmy sobie na 
odciski. Był zły i powiedział coś, co mnie dotknęło, więc nie pozostałam 
mu dłużna i pewnie uznał, że jestem arogancka. Zwykle się tak nie za-
chowuję. 
- I boisz się, że sprzeciwi się powierzeniu ci zlecenia. 
- Owszem, albo że jeśli nawet je dostanę, nie będzie nam się dobrze razem 
pracowało. On należy do bardzo pewnych siebie mężczyzn, a ja niezbyt 
umiem sobie z takimi radzić. Łatwo mnie zastraszyć, więc na wszelki 
wypadek buduję wokół siebie mur, i wygląda, że zadzieram nosa. Jestem 
pewna, że to właśnie sobie o mnie pomyślał. 
- Zmieni zdanie, gdy się spotkacie w innym otoczeniu. 
- Tak, w towarzystwie innych, cywilizowanych ludzi. Ale nie zawsze tak 
będzie. Sporo czasu trzeba spędzać na budowie. Może obok będą 
robotnicy, ale sądząc po dzisiejszym starciu, nic mi nie przyjdzie z ich 
obecności. 
Jessica milczała dłuższą chwilę. 
- Czy to znaczy, że chcesz się wycofać? 
- Och, nie! Absolutnie! - zawołała Chris. - Marzę o tej pracy, naprawdę. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY    » 33 
- To dobrze, bo mnie się bardzo podobają twoje projekty. - Jessica robiła 
wrażenie, jakby jej ulżyło. - W twoich pracach jest wyczucie, którego nie 
dostrzegam u innych. Nie chcę, żeby Rise wyglądało sztucznie, 
nienaturalnie, sztywno. Powinno emanować ciepłem, roztaczać atmosferę 
spokoju. Twoje projekty to obiecują. Ty sama taka jesteś, moim zdaniem. 
- Och, mam nadzieję, przynajmniej jeśli chodzi o pracę. - Chris była 
głęboko wdzięczna Jessice za te słowa, ale nie zadzwoniła po pochwały. - 
A jeśli chodzi o sprzeczkę z Gideonem Lowe'em... 
- Nie przejmuj się tym niepotrzebnie, Chris. Pewnie mi nie uwierzysz, ale 
Gideon naprawdę jest dość zgodnym człowiekiem. 
- Masz rację. Nie uwierzę. 
- Ale tak jest - roześmiała się Jessica. - Tylko bardzo poważnie traktuje 
swoją pracę. Dziś rano może przesadził i zapewne teraz czuje się jak 
ostatni cham, ale to mu przejdzie. Ta budowa wiele dla niego znaczy. 
Zainwestował w nią własne pieniądze i zapewniam cię, że on pierwszy 
będzie nalegał, by zatrudniać najlepszych fachowców. 
- Czy dlatego sam prowadzi budowę? - Chris nie mogła powstrzymać się 
od kąśliwej uwagi. 
- Jest profesjonalistą. Widziałam już, co potrafi. Carter z nim przedtem 
pracował i też mówi, że na Gideonie można polegać. Ostatecznie postawił 
na szali nie tylko swoje pieniądze, ale i reputację. A jeśli po prezentacjach 
wszystkich projektów okaże się, że najlepsza jesteś właśnie ty, nie będzie 
się sprzeciwiać. 
- Na pewno? - Chris jakoś nie potrafiła sobie tego wyobrazić. 
- Na pewno. Zna się na rzeczy. 

background image

34      •    MARZEŃ CIĄG DALSZY 
W następnych dniach Chris często wracała myślami do zajścia na 
budowie. Doszła do wniosku, że Jessica miała rację. Gideon był 
profesjonalistą. Ale w jakiej dziedzinie? Był zawodowym budowniczym? 
Zawodowym biznesmenem? Zawodowym gburem? Zawodowym 
kochankiem? Niewątpliwie gdzieś tam czekała na niego żona z 
włączonym telewizorem i schłodzonym piwem, a on wracał do domu po 
pracy i zapadał się w pokryty plastikiem fotel. Chris mogła to sobie 
świetnie wyobrazić. Wyglądał na takiego typa: wielkiego, głośnego, 
niekwestionowanego pana we własnym domu. 
Ale przecież był członkiem konsorcjum. To jakoś nie pasowało do jego 
wizerunku. Do tego trzeba było mieć nie tylko pieniądze, ale i coś w 
głowie. W budownictwie niewątpliwie można było zarobić, ale nie 
wystarczały do tego silne mięśnie i szerokie ramiona. A Chris jakoś nie 
potrafiła uwierzyć, by horyzonty Gideona Lowe były szersze niż jego 
ramiona. 
W każdym razie w miarę jak zbliżał się dzień prezentacji projektów, 
nerwy coraz bardziej dawały 
0 sobie znać. Długo w noc robiła szkice, potem je przerabiała, usiłując 
utrafić w najwłaściwszy ton. Przemyślała jeszcze raz całą koncepcję, 
potem znów wprowadziła zmiany, nie zapominając o żadnym szczególe. 
Wiedziała, że przy negatywnym nastawieniu Gideona będzie musiała 
wywrzeć głębokie wrażenie na innych członkach konsorcjum. 
Dzień posiedzenia konsorcjum był piękny, chłodny 
1 słoneczny, jak to się czasami zdarza w listopadzie nad północnym 
Atlantykiem. Gideon czuł rozpierające go zadowolenie. Wbrew wszelkim 
przeciwnościom losu 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      • 35 
i pogody pierwsza część stropów była już na swoim miejscu, a następne 
powinny się tam znaleźć do końca tygodnia. Potem może sobie padać 
śnieg, a Gideona nie będzie to już obchodziło. 
Poza tym minęło już osiem dni bez telefonu od Elizabeth Abbott. 
Dlatego też, gdy ośmioro członków konsorcjum zebrało się na 
cotygodniowe posiedzenie w biurze Gordona w banku, Gideon tryskał 
energią. Witając się z innymi i siadając za stołem, pomyślał, że dobrze się 
czuje w tym towarzystwie. Początkowo wcale tak nie było. Był 
skrępowany, jakby kogoś udawał, a inni o tym wiedzieli. Teraz jednak 
rozmawiał ze wszystkimi jak równy z równymi. Co więcej, status 
generalnego wykonawcy dodawał mu autorytetu, bo to on właśnie był 
najściślej związany z realizacją projektu. 
Carter i Jessica siedzieli obok siebie. Za nimi zajęło miejsca trzech 
mężczyzn, których ściągnął Gordon: Bill Nolan z Papierni Nolanów w 
Maine, Ben Heavey, dobrze znany we wschodnich stanach inwestor, i 
Zach Gould, emerytowany bankier z wolnym czasem i dużymi 
pieniędzmi, który często przychodził na budowę. Poza tym do 
konsorcjum należał również John Sawyer, miejscowy księgarz, i Nina 
Stone, agentka obrotu nieruchomościami, która będzie odpowiedzialna za 
sprzedaż domów. 
Gideon początkowo zainteresował się Niną, wybrali się nawet razem na 
kolację, ale sprawa nie miała przyszłości, w każdym razie na pewno nie 
prowadziła do żadnego głębszego związku. Nina była stanowczą osóbką, 
agresywną i przebojową. Drobna, nieco dziwaczna, nie była w typie 
Gideona. Pozostali więc jedynie dobrymi znajomymi. 

background image

36      •    MARZEŃ CIĄG DALSZY 
Gordon, który również brał udział w posiedzeniach jako ktoś w rodzaju 
doradcy, poprosił wszystkich 
0 uwagę i przedstawił bilans dotychczasowych rozchodów, by następnie 
przekazać prowadzenie zebrania Carterowi. Carter kolejno zapraszał 
projektantów wnętrz starających się o pracę w Crosslyn Rise. 
Pierwsza weszła dekoratorka z Bostonu, która w ostatnich latach 
projektowała wnętrza kilku znanych zespołów mieszkaniowych. Gideon 
uważał, że jej projekt jest pretensjonalny. 
Drugi kandydat, mężczyzna, mówił bez końca o szkle, marmurze i 
walorach monotonicznych. Gideon pomyślał, że wszystko w tym facecie 
jest sterylne. 
Trzecią okazała się Christine Gillette. Gideon ani na chwilę nie oderwał 
od niej wzroku. Znów była ubrana na beżowo, tym razem w kostium, 
którego żakiet różnił się nieco odcieniem od bluzki i spódnicy, 
1 wyglądała naprawdę elegancko. Była trochę zdenerwowana, jeśli lekkie 
falowanie jedwabnej bluzki na piersi przypisać mocnemu biciu serca. 
Jednak nie straciła zimnej krwi i najwyraźniej dobrze się przygotowała. 
Prezentowała swój projekt szkic po szkicu, podkreślając konieczność 
zachowania atmosfery, dzięki której Crosslyn Rise było czymś 
wyjątkowym. Głos miała cichy, ale mówiła z przekonaniem. Naj-
wyraźniej sama wierzyła w swoje słowa. 
Ż wielką niechęcią Gideon musiał przyznać, że wywarła na nim wrażenie. 
Od czasu do czasu prześlizgiwała się po nim spojrzeniem, ale niczym nie 
zdradzała, że pamięta ich poprzednie spotkanie. Była chłodna, ale w 
pozytywnym sensie. Nie zarozumiała, ale pewna swoich racji. Ani trochę 
nie przypominała Elizabeth 
Abbott. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY 37 
Podziękowano jej w końcu, oznajmiając to samo co pozostałej dwójce: że 
decyzja zostanie podjęta w ciągu tygodnia. Jednakże preferencje 
członków konsorcjum były wyraźne. 
- Projekty Christine mają w sobie najwięcej ciepła 
- stwierdził John Sawyer. - Podoba mi się nastrój, jaki udało jej się 
stworzyć. 
- Mnie też się podoba - przytaknął Zach Gould. 
- Jej projekt nie jest tak przeładowany jak u tej pierwszej, ani tak zimny i 
sterylnyjak u tego drugiego. 
- Ale jest drogi - zauważył Ben Heavey, najbardziej konserwatywny 
członek konsorcjum. 
- Wszystkie trzy są kosztowne - powiedziała Nina 
- ale jeśli chcemy mieć wysoką jakość, będziemy musieli za nią zapłacić. 
Mam wrażenie, że z tej trójki Christine da nam najwięcej za najniższą 
cenę. Wydaje się najbardziej pomysłowa, najmniej zrutynizowana. 
- Chciałbym usłyszeć, co Gideon ma do powiedzenia - zabrał głos Carter, 
patrząc wprost na niego. 
- Będzie spędzał z projektantem wnętrz więcej czasu niż ktokolwiek z 
nas. Są takie rzeczy jak profile, drzwi, podłogi i tak dalej, które, co 
prawda, określiłem w planach, ale można je zmieniać. No więc, Gideonie, 
jakie jest twoje zdanie? 
Gideon wyciągnął się w fotelu, opierając łokieć na poręczy, a brodę na 
dłoni. Niewątpliwie Christine była z tej trójki najlepsza, ale miał 
wątpliwości, czy chciałby z nią współpracować. Było w niej coś, co go 
niepokoiło, choć nie potrafił dokładniej określić, o co właściwie chodzi. 
- Ma z nich wszystkich najmniejsze doświadczenie 
- powiedział w końcu, siadając prosto. - Jak wygląda sytuacja jej firmy? 

background image

38      • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
Odezwała się Jessica: 
- Christine ma własną, niezależną firmę. Biuro jest małe, z jedną 
sekretarką na stałe i dwoma asystentkami pracującymi na pół etatu. Obie 
asystentki skończyły architekturę wnętrz i mają małe dzieci. Dzielą się 
pracą. Im to odpowiada, a sądząc z tego, co mówi Chris, jej również. 
- Dzielą się pracą - powtórzył z uśmiechem John Sawyer. - To mi się 
podoba. 
Wszyscy wiedzieli, że John jest wdowcem. Chociaż był właścicielem 
księgarni, obsługiwał klientów jedynie wtedy, gdy jego synkiem 
zajmowała się opiekunka. Przez resztę dnia zastępowała go w księgarni 
sprzedawczyni. 
Gideonowi natomiast niezbyt się to podobało. Mężczyźni pracujący w 
budownictwie nie należeli do tych, którzy chętnie zwalniają się z pracy o 
pierwszej, by zaprowadzić dziecko na pływalnię. Zresztą ich szefowie i 
tak by na to nie pozwolili. 
Był ciekaw, jaka jest sytuacja rodzinna Christine Gillette. Przedstawiony 
przez nią życiorys nic nie mówił o życiu osobistym. Nie zauważył 
obrączki na jej palcu, choć w obecnych czasach to nic nie znaczyło. 
Zastanawiał się, czy w domu czeka na nią mąż, i ta myśl nieco go 
rozdrażniła. 
- A ona sama przypadkiem nie ma małych dzieci, z którymi będzie 
musiała zostawać w domu, gdy złapią katar? - spytał z wyraźną irytacją. 
- Hej, hej, spokojnie - powiedział John. - Trochę zrozumienia, 
przyjacielu. 
Gideon nie miał dzieci, a zrozumienia dla Christine było w tym pokoju aż 
nadto. 
- Carter ma rację. Jeżeli zdecydujemy się zatrudnić tę kobietę, to ja będę z 
nią współpracował. Dzielenie 

background image

_MARZEŃ CIĄG DALSZY    • 39 
się obowiązkami jest dobre, ale na pewno nie w budownictwie. Jeśli będę 
musiał zamówić armaturę łazienkową, a ona w tym czasie wyjedzie sobie 
do Disneylandu, bo dzieci akurat mają wakacje, to zaczną się opóźnienia. 
- Uważał, że jego argument jest uzasadniony. Najwyraźniej Christine jest 
w stanie oczarować całe konsorcjum, ale jeśli ma jej nie być na miejscu, 
to lepiej, żeby jej w ogóle nie było. - Nie lubię przestojów. Nie umiem tak 
pracować. Potrzeba mi ludzi dyspozycyjnych. 
- Chris będzie na miejscu - zapewniła go Jessica. - Nie ma małych dzieci. 
Z tego, co o niej słyszałam, i to z różnych źródeł, pracuje pięćdziesiąt 
godzin tygodniowo. 
- Niemniej - ostrzegł -jeśli pracuje sama... 
- Ma sekretarkę i asystentki - przypomniała Jessica. 
- No dobrze, nawet z sekretarką i asystentkami ona pozostaje główną siłą. 
Nasi pozostali kandydaci mają partnerów, którzy mogą przejąć 
obowiązki, gdyby coś się stało. 
- A co może się stać? - spytała Jessica. - Christine jest zdrowa. Kończy 
prace na czas, a nawet z wyprzedzeniem. Jest sprawna i skuteczna. I po-
trzebuje tej pracy. - Uniosła dłoń, zanim zdążył skomentować ostatnie 
zdanie. - Wiem, wiem. Zapytasz, dlaczego tak jej zależy. Nie, nie wpadła 
w żadne kłopoty. Ale to zlecenie mogłoby jej pomóc w karierze 
zawodowej, i o to jej chodzi. Zasługuje na nie. 
Gideonowi nie podobała się myśl, że Christine, ze swymi blond włosami, 
świeżością, opanowaniem i długimi nogami zasługuje na cokolwiek. 

background image

40 • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Słuchaj, nie prowadzimy instytucji dobroczynnej. Nie będziemy 
zajmować się szkoleniem na miejscu. 
- Gideon - Jessica zaczynała być zła - wiem o tym. Wiem o tym lepiej niż 
ktokolwiek w tym pokoju. To ja mieszkałam całe życie w Crosslyn Rise. 
To mnie najbardziej boli, że nie mogę go zachować w obecnej formie - 
przerwała na chwilę, bo coś dławiło ją w gardle. Carter położył jej 
uspokajająco rękę na ramieniu. - Skoro już tak jest, to chcę przynajmniej, 
żeby Rise było najwspanialszym osiedlem. Gdyby Chris nie była 
najlepsza, nie rekomendowałabym jej. 
- Jest twoją znajomą - zauważył Gideon. 
- Jest znajomą znajomej, ale zapewniam cię, że nie mam żadnego 
osobistego interesu w powierzeniu prac dekoratorskich właśnie Chris. Co 
więcej, gdy moja znajoma wspomniała mi o niej, byłam ostrożna, 
ponieważ robienie tego typu grzeczności nie leży w mojej naturze. Ale 
obejrzałam inne realizacje Chris. A teraz, patrząc na jej propozycje dla 
nas, jestem przekonana, że to właściwa osoba. - Przerwała, ale jeszcze coś 
przyszło jej do głowy. - Poza tym lepiej jest pracować z kimś o krótszej 
liście zamówień. To stary problem, czy lepiej być małą rybką w dużym 
stawie czy na odwrót. Ja osobiście wolę być dużą rybą w stawie Chris niż 
małą w czyimś innym, zwłaszcza że jej propozycję były zdecydowanie 
najlepsze. 
Gideon mógł się dalej upierać, ale dał spokój. Najwyraźniej pozostali 
zgadzali się z Jessicą, co zresztą potwierdziło głosowanie. Niemal 
jednogłośnie zaakceptowano Christine jako projektantkę wnętrz w 
Cros-slyn Rise. Gideon wstrzymał się od głosu. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      • 41 
- Dlaczego to zrobiłeś? — spytał cicho Carter po spotkaniu, gdy 
większość obecnych wyszła. 
Gideon nie wiedział, co odpowiedzieć. 
- Nie wiem. Może dlatego, że nie potrzebowała mojego głosu. 
Skaptowała was wszystkich. 
- Ale podoba ci się jej projekt? 
- Tak, podoba mi się. 
- Myślisz, że będziesz w stanie z nią współpracować? Gideon wcisnął 
ręce do kieszeni i zakołysał się na 
piętach. 
- Pracować? Pewnie tak. 
- No to o co ci chodzi? 
- Nie wiem. 
Carter przyjrzał się badawczo Gideonowi i zaczął coś podejrzewać. 
- Jest ładna i wolna. 
- Wolna? - Z jakiegoś powodu Gideon poczuł się jeszcze gorzej. 
- Wolna. Do wzięcia. Czy to zagrożenie? 
- Tylko jeśli kogoś szuka. 
- Nic mi o tym nie wiadomo. - Carter nachylił się bliżej. - Słyszałem, że 
żyje jak mniszka. 
Gideon rzucił mu niechętne spojrzenie. 
- Czy to miało zrobić na mnie wrażenie? 
- Powinno, jeśli się boisz, że cię zaatakuje. 
- Mnie? Zaatakuje? Ona? To ostatnia rzecz, jaką bym się martwił. 
Słuchaj, człowieku, znam mnóstwo kobiet, do których mogę 
zatelefonować, gdy mnie przyciśnie potrzeba. Wystarczy, żebym strzelił 
palcami, a już się pchają. 
- Christine taka nie jest. 
- No jasne. Ona sama zapewne strzela palcami. No, ale ja nie mam 
zamiaru się za nią uganiać, bez 

background image

42    • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
względu na jej urodę. Ostatecznie nie brakuje w okolicy ładnych nóg, 
piersi, pup i wielkich niebieskich oczu. A jeśli chodzi o te blond włosy, to 
i tak pewnie są farbowane. - Przerwał, żeby złapać oddech. - Mogę z nią 
pracować, jasne. Jak długo robi, co do niej należy, mogę z nią pracować. 
Ale jeśli zacznie tu jakieś gierki, jeśli zacznie stroić fochy, zadzierać nosa 
i patrzyć na mnie z góry, jeśli spróbuje się wtrącać do mojej roboty, 
będziemy mieli problem. Duży problem. 
W rzeczywistości Gideon już miał problem, ale zdał sobie z tego sprawę 
dopiero po trzech tygodniach, w czasie których nie mógł wyrzucić 
Christine Gillette z pamięci. Olśniło go dopiero, gdy zadzwoniła, by się z 
nim umówić na spotkanie, a on odłożył słuchawkę z bijącym sercem. 

background image

ROZDZIAŁ 

Christine nie czuła się najlepiej, gdy w czwartkowy ranek wyjeżdżała z 
Belmont do Crosslyn Rise. Zbuntował się jej żołądek. Ńie pomogła ani 
herbata, ani talerz płatków owsianych. 
Wmawiała sobie, że to nie zdenerwowanie, lecz podniecenie. Od 
gratulacyjnego telefonu Jessiki Christine była cała w skowronkach. 
Rzuciła się do pracy nad innymi zleceniami, by zakończyć je czym 
prędzej i poświęcić się już wyłącznie Crosslyn Rise. Może więc marne 
samopoczucie wynikało również ze zmęczenia. 
Choć niechętnie przyznawała się do tego nawet przed sobą, niepokoiła ją 
perspektywa pracy z kimś takim jak Gideon Lowe. Nawet wobec 
najbardziej onieśmielających klientów potrafiła zachować spokój, ale 
przy Gideonie jej opanowanie zawodziło. Był porywczy, ale i takich 
zdarzało jej się spotkać. Był męskim szowinistą, ale miewała do 
czynienia z bardziej tępogłowymi przypadkami. A jednak nie potrafiła 
przejść do porządku nad jego zachowaniem. Tkwił w jej myślach jak 
zadra, a ona nie wiedziała dlaczego. 
Zastanawiała się nad tym, jadąc na północ drogą numer sto dwadzieścia 
osiem. Zresztą od spotkania 

background image

44    • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
w banku trzy tygodnie temu Gideon pojawiał się nieproszony w jej 
myślach w każdej wolnej chwili. 
Wówczas, w banku, jego widok ją zaskoczył. Nie sama obecność 
Gideona, ale jego wygląd. Na placu budowy był robotnikiem, w 
oblepionych błotem butach, w wytartych dżinsach, ocieplanej kurtce na 
flanelowej koszuli, spod której wystawał jeszcze podkoszulek. Kosmyki 
włosów wysuwały się w nieładzie spod wełnianej czapki. Wyraźnie 
przydałby mu się prysznic i maszynka do golenia. 
W banku natomiast był oczywiście i umyty, i ogolony. Jego włosy, nieco 
dłuższe niż innych obecnych tam mężczyzn, były jednak fachowo 
obcięte. Ramiona robiły wrażenie tak samo szerokich pod swetrem z 
wielbłądziej wełny jak pod kurtką, a biodra - tak samo wąskich w szarych 
spodniach jak w znoszonych dżinsach. Najwyraźniej miał również dobry 
gust, jeśli sądzić po doborze krawata. 
Musiała przyznać, że był z niego bardzo przystojny mężczyzna, ale to nie 
jego fizyczna atrakcyjność wywoływała niepokój Christine. Ostatecznie 
na pewno był żonaty. Poza tym przecież wcale nie szukała mężczyzny. 
Miała już jednego w odwodzie. Nazywał się Anthony Haskell, był 
sympatyczny, spokojny i uprzejmy i gdy tylko miała dla niego czas, 
chętnie zabierał ją do teatru, kina lub na kolację, ale zdarzało się to 
najwyżej dwa, trzy razy w miesiącu. Był miłym towarzyszem, co 
Christine całkowicie satysfakcjonowało. 
A więc pod tym względem Gideon Lowe nie stanowił zagrożenia. 
Jednakże trudno było kobiecie nie czuć jego siły, jego fizyczności. No 
właśnie, i to ją onieśmielało, przyznawała Christine w duchu. Dlatego 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      • 45 
była taka roztrzęsiona. Chwyciła byka za rogi, dzwoniąc do Gideona z 
prośbą o spotkanie, ale starała się, by jej głos brzmiał pewnie i 
zdecydowanie. Gideon był typem drapieżnika: gdyby wyczuł jakąś 
słabość, natychmiast by ją wykorzystał. 
Skręciła na drogę biegnącą wzdłuż wybrzeża. Osobiście wolałaby 
spotkanie w banku lub w biurze Cartera, czyli w miejscu bardziej 
neutralnym, ale Gideon uznał, że powinni patrzeć na przedmiot swojej 
rozmowy. W pewnym sensie miał rację. 
Na szczęście dzień był jasny i słoneczny, choć mroźny - jak to w grudniu. 
Śnieg jak dotychczas nie stwarzał problemów. Christine ubrała się 
odpowiednio do pogody. Pod wełnianymi spodniami miała ciepłe 
rajstopy, szyję grzał jej gruby golf, a całe ciało otulał długi, wełniany 
płaszcz. Na siedzeniu obok leżały rękawiczki i nauszniki. W samochodzie 
było jej zdecydowanie za gorąco i dawno już zdjęłaby płaszcz, gdyby nie 
musiała zatrzymywać auta i tracić czasu. Nawet przy wyłączonym 
ogrzewaniu czuła spływającą miedzy piersiami strużkę potu. 
Wjechała na teren Crosslyn Rise i rozjeżdżoną przez ciężarówki drogą 
skierowała się wprost ku kaczemu stawkowi. Na budowie nikogo nie 
było. Spojrzała na zegarek. Umówili się na wpół do dziewiątej i właśnie 
tę godzinę pokazywały wskazówki. Mimo dość aroganckiego 
stwierdzenia Gideona, że praca na budowie zaczyna się godzinę 
wcześniej, wokół panował spokój i cisza. Słychać było jedynie kwakanie 
kaczek. 
Zawróciła samochód i z bocznej drogi skręciła w główny podjazd 
prowadzący do rezydencji. Zaparkowała w miejscu, skąd brukowana 
ścieżka wiodła pod obrośniętym bluszczem portykiem do drzwi 

background image

46    • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
wejściowych. Christine zajrzała przez okienko do środka. 
Dom był pusty. Jessica i Carter opróżnili w końcu wnętrza, część 
sprzętów oddając na przechowanie, resztę sprzedając na wielkiej aukcji. 
Robotnicy Gide-ona mieli w zimie zająć się domem, przebudowując go 
tak, by pomieścił klub, gabinet odnowy biologicznej i restaurację. 
Malloyowie nie zdecydowali jeszcze, czy kupią w Crosslyn Rise 
segment. Na razie Jessica wprowadziła się do mieszkania Cartera w 
Bostonie. 
Chris namacała w kieszeni otrzymany od Jessiki klucz i otworzyła drzwi. 
Po chwili stała w okrągłym holu. Przed nią łagodnym łukiem wznosiły się 
imponujące schody, drzwi po prawej prowadziły do salonu, oświetlonego 
przez sięgające sufitu okna, a po lewej, w bliźniaczym pomieszczeniu, 
znajdowała się jadalnia. 
Kroki Christine rozbrzmiewały echem w pustym domu. Na moment dała 
się ponieść wyobraźni, oczyma duszy widząc płonące światła, obrazy na 
ścianach, zastawiony jedzeniem stół i rozbrzmiewający w pokojach 
śmiech. Jednakże niemal natychmiast w ten obraz wdarł się głośny, 
niecierpliwy dźwięk klaksonu. 
Pospieszyła do frontowych drzwi. Gideon właśnie wyskakiwał z 
ciężarówki. Miał na sobie robocze ubranie i puchową kamizelkę. Jeśli nie 
było mu zimno przy tej mroźnej pogodzie, musiał być gorącokrwistym 
mężczyzną. 
- Przecież umówiliśmy się przy stawku - rzucił z irytacją zamiast 
powitania. - Czekam od dziesięciu minut. 
Rzuciła okiem na zegarek. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      » 47 
- Niemożliwe. Podjechałam tam pięć minut temu, a ponieważ pana nie 
było, postanowiłam się tu rozejrzeć. Gdzie są wszyscy? Myślałam, że w 
taki wspaniały, słoneczny dzień będzie wrzała praca. 
- Będzie - potwierdził Gideon, nie spuszczając wzroku z Christine. 
Podszedł na odległość paru kroków i wziął się pod boki. - Ludzie 
pojechali po materiały. - Skrzywił usta w wymuszonym uśmiechu. - Tak 
jest lepiej, nie sądzi pani? Możemy pogadać, o czym tam pani chciała ze 
mną mówić, a jak wrócą, to już pani tu nie będzie, więc nikt im nie 
przeszkodzi w robocie. 
Aluzja do jej pierwszej wizyty na budowie zirytowała Christine. 
- Rozumiem, że specjalnie tak pan to zaplanował. 
- W gruncie rzeczy - powiedział, drapiąc się w głowę - chłopcy i tak 
musieliby jechać, dziś lub jutro. A skoro umówiliśmy się na dzisiaj... 
- To szkoda, miałam nadzieję, że tu będą. Przecież powinni się 
przyzwyczajać do mnie. Jak się budowa rozkręci, będę tu przychodzić 
bardzo często. 
- Taaa... No... - Gideon przestał się uśmiechać. 
- Może pan być spokojny, mnie oni nie będą przeszkadzać - mówiła dalej, 
zyskując na pewności siebie. - Cały czas mam do czynienia z 
hydraulikami, tynkarzami, malarzami. Zapewne nie będą zachwyceni, że 
się kręcę tu i tam, ale jak przywykną do mego widoku, przestaną się 
niepokoić. 
- Moi ludzie nie byli zaniepokojeni - zaoponował Gideon - tylko 
odwrócono ich uwagę w krytycznym momencie. 
- Bo się mnie nie spodziewali. Nie wiedzieli, kim jestem. Lepiej więc by 
było, żebym ich poznała. 

background image

48      »    MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Wcale nie. Nic pani do nich nie ma. To ze mną ma pani współpracować. 
- Rzucił jej podejrzliwe spojrzenie. - A może chodzi pani o ochronę, co? 
Boi się pani być ze mną sam na sam, tak? Niepotrzebnie. - Uniósł obie 
dłonie. - Może być pani spokojna. Nie zadaję się z najemną siłą roboczą. 
Ani z blondynkami. 
- Miło mi to słyszeć - odparła, pomijając milczeniem obraźliwe określenie 
„najemna siła robocza", żeby nie prowokować kłótni. - A co jest nie tak z 
blondynkami? 
- Są sztuczne. 
- Tak samo, jak budowlańcy są nieokrzesani? Rzucił jej wściekłe 
spojrzenie, ale zanim zdążył coś 
powiedzieć, Chris spróbowała załagodzić sytuację. 
- Przepraszam. Nie przyjechałam się kłócić. Tak jak i pan, mam tu masę 
roboty. Uszczypliwości nie ułatwią nam współpracy. 
Wciąż nie spuszczał z niej niechętnego wzroku. 
- Czy to przeze mnie się pani denerwuje? 
- Oczywiście, że nie. Skąd to panu przyszło do głowy? 
- Na spotkaniu w banku była pani zdenerwowana. A jej się wydawało, że 
tak dobrze nad sobą panuje. 
- Było tam osiem osób. Dziewięć, licząc bankiera. Starałam się o pracę, 
na której mi zależy. Nic dziwnego, że byłam zdenerwowana. - Ciekawe, 
czy inni też to zauważyli. 
- Zaskoczyło panią, że dostała pani zlecenie? 
- Poniekąd. Pozostali kandydaci są bardziej znani. 
- Myślała pani, że będę głosował przeciw? - spytał niewinnie. 
- Przyszło mi to do głowy, owszem. 
- Ale nie głosowałem. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY    • 49 
- Dziękuję. 
- Wstrzymałem się od głosu. 
- Aha. - To zabolało. - Doceniam pańską szczerość. Dobrze wiedzieć, że 
tak wysoko ocenia pan moje kwalifikacje. 
Nawet nie mrugnął. 
- Uważam, że pani projekty są w porządku, ale nie podoba mi się, że 
mamy razem pracować. Działamy sobie na nerwy. Nie wiem dlaczego, 
ale tak jest. 
Cóż mogła na to poradzić? Stała więc w milczeniu, z rękami w 
kieszeniach płaszcza, czekając, co jeszcze powie. Pomyślała, że jeśli 
pozwoli mu się wygadać, to w końcu może uda im się dojść do 
porozumienia. 
Niestety, jego uwagi bolały. 
Wpatrywał się w nią długo i w milczeniu. Odpowiedziała tym samym. 
- I co, nie ma pani nic do powiedzenia? - spytał w końcu. 
- Nic. 
- Absolutnie nic? - Uniósł brwi. Potrząsnęła głową. 
- No to po co tu stoimy? Christine poczuła, że się rumieni. 
- Żeby porozmawiać o konkretach - odparła, usiłując zebrać myśli. - 
Chciałam zobaczyć, jak jest zaawansowana budowa. Pora zacząć 
rozważać dobór materiałów wykończeniowych, formę schodów i tak 
dalej. - Przerwała i odetchnęła głęboko. - Mówiłam o tym przez telefon. 
To był pana pomysł, żeby obejrzeć wszystko na miejscu, więc może tam 
pójdziemy? - Machnęła ręką w kierunku kaczego stawku. 
- Jasne. - Wzruszył ramionami i skierował się do ciężarówki. - Proszę 
wsiadać, podwiozę panią. 

background image

50 » MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Dziękuję, ale pojadę własnym autem. Przystanął i odwrócił się. 
- Powiedziałem, proszę wsiadać. Jak skończymy, przywiozę panią z 
powrotem. 
- Nie ma potrzeby - zaprotestowała, ale w jego wzroku .dostrzegła 
wyzwanie. Pewnie chciał ją wprawić w zakłopotanie wymuszoną 
bliskością w szoferce albo patrzeć z ostentacyjną uwagą, jak niezgrabnie 
się do niej wdrapuje. Tak czy owak, nie zamierzała dać mu satysfakcji. - 
Zresztą dobrze. Wezmę tylko torbę. - Z własnego samochodu wyjęła dużą 
skórzaną torbę, z wszystkimi potrzebnymi jej rzeczami: blokiem rysun-
kowym, ołówkami i piórem, a także portfelem, kalendarzykiem i 
chusteczką do nosa. Złapała również rękawiczki i nauszniki. Udając 
opanowanie, podeszła do ciężarówki, otworzyła drzwiczki i zgrabnym ru-
chem podciągnęła się do środka. 
- Gładko to pani poszło - zauważył Gideon. Rozsiadła się wygodniej. 
- Mój ojciec jest elektrykiem. Całe życie jeździłam ciężarówkami. 
- Naprawdę? Nie wygląda pani na taką. 
- Jaką? - Przełknęła ślinę. 
- Na córkę elektryka. Raczej bym sądził, że pani stary jest prezesem 
jakiejś międzynarodowej korporacji. 
Ton tych słów znowu ją zabolał. Christine najeżyła się. 
- To nie wstyd być elektrykiem. Mój ojciec uczciwie i ciężko pracuje. 
Jestem z niego dumna. A kimże pan jest, by mówić takie rzeczy? 
- Spytała pani, to odpowiedziałem - wzruszył ramionami. - I dalej myślę, 
że nie wygląda pani na osobę przyzwyczajoną do ciężarówek. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 51 
- Więc uważa pan, że kłamię? 
- Nic nie uważam. 
- To o co chodzi? 
- Wygląda pani na taką, co to się urodziła w koronkowym czepku, przez 
większą część życia pielęgnowała białe rączki, aż w końcu znudziła się 
tym i postanowiła pobawić się w projektowanie wnętrz. Kobiety, które 
chcą uchodzić za rzutkie i przebojowe, zajmują się właśnie albo 
urządzaniem wnętrz, albo sprzedażą nieruchomości. 
Ta złośliwość zabolała jeszcze bardziej niż poprzednie. \ 
- Nie ma pan pojęcia, o czym mówi - powiedziała. 
- Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Pełen wyższości ton i zadufana mina 
w końcu zrobiły swoje. Christine odwróciła się wprost do Gideona. 
- Nic się nie odzywa. Pańska uwaga była bez sensu i niegrzeczna. Ciężko 
pracuję, prawdopodobnie ciężej niż pan, tak samo zresztą jak większość 
znanych mi kobiet w obu tych zawodach. Właśnie dzięki takim facetom 
jak pan musimy pracować dwa razy więcej, w zamian zyskując połowę 
tego szacunku co mężczyźni. - Odetchnęła głęboko. - A jeśli chodzi o 
mnie, to nie miałam koronkowego czepka ani przy urodzeniu, ani 
kiedykolwiek. Moich rodziców nie stać było ani na koronki, ani na 
jedwabie, ani na srebra. Za to dali mi dużo, dużo miłości, czyli czegoś, co 
panu jest najwyraźniej obce. Współczuję pana żonie, dziewczynie czy 
innej osobie, która czeka na pana powrót wieczorem. - Chwyciła klamkę. 
- Jednak pojadę własnym samochodem. Przebywanie blisko pana jest 
zbyt deprymujące. - W mgnieniu oka znalazła się na ziemi. 

background image

52      » MARZEŃ CIĄG DALSZY 
Odwróciła się do Gideona. - Albo raczej odłóżmy tę dyskusję na inny 
dzień. Teraz jest mi niedobrze. 
Trzasnęła drzwiami szoferki i wskoczyła do własnego samochodu, 
trzęsąc się z gniewu i poczucia krzywdy przez całą drogę powrotną do 
Belmont. Gdy w biurze zamknęła już za sobą drzwi gabinetu i zasiadła 
przy biurku, poczuła także upokorzenie. 
Wygrał. Dokuczał jej, a ona się załamała, choć przecież zawsze uważała 
się za odporną. W minionych latach musiała pokonać wiele trudności, 
wysłuchiwać uwag jeszcze bardziej złośliwych i bardziej osobistych. A 
jednak nie wytrzymała. Czuła wstyd. 
A także lęk. Potrzebowała pracy w Crosslyn Rise, a uciekając zapewne 
nadwerężyła swoją wiarygodność. Współpraca z Gideonem od początku 
wydawała jej się trudna, a teraz może okazać się niemożliwa. Odkrył jej 
słaby punkt i będzie umiał to wykorzystać. 
Może również opowiedzieć dzisiejsze zdarzenie innym członkom 
konsorcjum, choć sam też nie był bez winy. A ponieważ pewnie nie 
chciałby stracić dobrej opinii, może nakłamać. Na przykład twierdzić, że 
umówiła się, ale zaraz uciekła. Albo że marnowała jego czas. Mógł nawet 
zasugerować, że jest niezrównoważona. 
Co robić? Christine siedziała sztywno przy biurku i rozważała różne 
możliwości. Zapewne mogłaby zadzwonić do Jessiki, ale raz już to 
uczyniła, więc powtórny telefon w podobnej sprawie zrobiłby z niej 
tchórza. Nie może również zadzwonić do Cartera, bo Gideon jest jego 
przyjacielem. 
No i telefon do samego Gideona też nie wchodzi w rachubę. Znowu by się 
pokłócili. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      • 53 
Ale musi coś zrobić, bo od tego zależy jej przyszłość. 
Usłyszała dzwonek telefonu. Światełko w aparacie świadczyło, że Margie 
podniosła słuchawkę. Christine rzuciła okiem na leżące przed nią różowe 
karteczki z zostawionymi w czasie jej nieobecności wiadomościami. 
Odezwał się brzęczyk interkomu. 
- Christine? Dzwoni niejaki Gideon Lowe. Odbierzesz czy mam zapisać 
wiadomość? 
Gideon Lowe. Nie chciała z nim teraz rozmawiać. Jej puls zwolnił, by po 
chwili przyspieszyć. Wciąż była podenerwowana. Zmieszana. 
Zawstydzona. 
Wzięła głęboki oddech. 
- Odbiorę - powiedziała do Margie. Jednak zanim drżącym palcem 
wcisnęła guzik przełącznika, zamknęła oczy i spróbowała się uspokoić. 
- Słucham. - Sama słyszała, że jej głos drży. Spodziewała się ostrych 
słów, ale w słuchawce panowała cisza. Czyżby ich rozłączono? - Halo? 
- Przepraszam - powiedział cicho. - To było obrzydliwe z mojej strony. 
Nie powinienem był mówić tego wszystkiego. 
- Więc dlaczego? - zawołała, zdając sobie nagle sprawę, jak bardzo 
osobiście potraktowała jego uszczypliwości. Przecież był dla niej tylko 
współpracownikiem. A jednak tak się przejęła, że nie potrafiła zachować 
profesjonalnego dystansu. - Czy masz mi coś konkretnego do zarzucenia? 
Czy zrobiłam coś, co by uzasadniało twoje zachowanie? Tak, tak, pojawi-
łam się na budowie, a twoi ludzie na mój widok spartaczyli robotę. Mimo 
że to nie była moja wina, przeprosiłam, ale to nic nie zmieniło. Od 
tamtego czasu czujesz do mnie złość. Czy jest coś, czego nie rozumiem? 
Czy przypominam ci kogoś, pewnie kogoś 

background image

54      »      MARZEŃ CIĄG DALSZY 
niemiłego, kto cię zranił czy zawiódł? Dlaczego mnie tak bardzo 
nienawidzisz? 
Zabrakło jej tchu. W nagłej ciszy usłyszała własne, gwałtowne słowa i 
skamieniała z przerażenia. Kompletnie zniszczyła swój zawodowy 
wizerunek. Miała ochotę odłożyć słuchawkę i schować głowę w koszu na 
śmieci, gdy usłyszała jego głos. Mówił cicho i jakby niepewnie. 
- Nie nienawidzę cię. Po prostu patrzę na ciebie i... coś się ze mną dzieje. 
Nie potrafię tego zrozumieć. Próbowałem, naprawdę. Pracowałem 
przecież z wieloma ludźmi, również z kobietami, i nigdy się tak 
paskudnie nie zachowywałem. Ludzie na ogół uważają, że jestem łatwy 
we współżyciu. 
Chris pamiętała, że Jessica też coś takiego mówiła. Trudno jej było w to 
uwierzyć. 
- Łatwy we współżyciu jak rozjuszony byk - mruknęła pod nosem. 
- Usłyszałem. Ale nie krępuj się, zasłużyłem sobie. Trochę złagodniała. 
- Skoro nigdy się tak nie zachowywałeś, to znaczy, że chodzi o mnie. Co 
robię nie tak? Naprawdę się staram. Próbuję się dostosować. Zgodziłam 
się spotkać z tobą na budowie. Usiłuję nie zwracać uwagi na twoje 
złośliwości, choć bardzo mnie bolą. Nie jestem znudzoną panienką, 
niczego w życiu nie dostałam za darmo, ciężko pracuję i jestem z tego 
dumna. Więc czemu tak bardzo działam ci na nerwy? 
Nie śpieszył się z odpowiedzią, a gdy już zaczął mówić, przerwała mu 
telefonistka. 
- Dobra,      dobra - mruknął. - Poczekaj chwilę, 
Chris. 
Usłyszała brzęk monet. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      • 55 
- Skąd dzwonisz? - spytała zaskoczona. 
- Z automatu. W Rise odłączono linię, a automaty na ulicy nie przyjmują 
kart kredytowych. Możesz w to uwierzyć? Budujemy supernowoczesny 
zespół mieszkaniowy w superstaroswieckim miasteczku. Chyba 
powinienem sprawić sobie telefon komórkowy w samochodzie. Masz 
taki? 
- Nie. Są drogie, a poza tym lubię ciszę, gdy prowadzę. Mogę wtedy 
przemyśleć różne sprawy. 
- Ludzie mi ciągle mówią, że mógłbym w czasie jazdy porozumiewać się 
z klientami, załatwiać zamówienia, nawet przyjmować nowe zlecenia. 
Christine znała te argumenty. 
- Jeśli ktoś jest tak niecierpliwy, że nie może zaczekać, aż wrócę do biura, 
to nie chcę dla niego pracować, bo to na pewno okaże się koszmarem. 
Nawet przy najprostszych zleceniach zdarzają się komplikacje, a jeśli 
klient życzy sobie, żeby wszystko było gotowe na przedwczoraj, to nie 
jest to robota dla mnie. Nie jestem cudotwórcą, niestety. 
- A gdybyś była, co byś zrobiła? 
- Zaczarowałabym cię tak, żeby znikło to coś, co cię we mnie drażni. 
Chcę zrobić dobrą robotę w Cros-slyn Rise. Jestem perfekcjonistką, ale i 
pacyfistką. Nie potrafię pracować w atmosferze wrogości. 
- Wcale się teraz nie czuję wrogo nastawiony. Pomyślała, że jakoś udaje 
im się rozmawiać uprzejmie. Głęboki głos Gideona działał wręcz kojąco. 
- Ja też nie. 
- To dlatego, że rozmawiamy przez telefon, a nie twarzą w twarz. 
- Cóż więc takiego mam w twarzy, co ci działa na nerwy? 

background image

56      •      MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Nic. Twoja twarz jest piękna. Niespodziewany komplement na chwilę 
odebrał jej 
mowę. Zanim udało jej się coś wyjąkać, Gideon mówił dalej: 
- Ale jedną rzecz dobrze odgadłaś. Ten pierwszy raz wziąłem cię za kogoś 
innego. A tamta tak mi zalazła za skórę, że chyba po prostu wyładowałem 
na tobie całą złość, którą czułem do niej. Później już bym cię z nią nie 
pomylił. Jesteście całkiem inne. 
Christine nie wiedziała, czy to następny komplement. Wciąż delektowała 
się pierwszym, choć co to miało za znaczenie, jeśli nawet uważał ją za 
piękną? 
- Hm... Chris? - Jego głos brzmiał niepewnie. 
- Tak? 
- Wydaje mi się, że jest jedna rzecz, którą powinniśmy sobie wyjaśnić. 
To, co powiedziałaś o żonie, dziewczynie czy... 
- Tak? - Serce znów łomotało szaleńczo. 
- Nie mam żony. Kiedyś byłem żonaty, dawno temu, przez krótki czas. 
Ale bardziej mnie interesowała zabawa niż małżeństwo; więc szybko się 
rozstaliśmy. 
Chris ogarnęła fala gorąca, nie mająca nic wspólnego z grubym golfem. 
Miała niemal za złe Gideonowi te słowa, choć gdzieś w głębi duszy czuła 
już przedtem, że nie jest żonaty. Obawiała się jednak, że teraz, gdy tak 
otwarcie powiedzał, że jest wolny, znowu będzie trudniej im się 
porozumieć. 
- Dlaczego mi to mówisz? 
- Bo wydaje mi się, że ta sprawa jest częścią problemu. W każdym razie 
dla mnie. Ja jestem wolny i ty jesteś wolna. Za każdym razem, gdy patrzę 
na ciebie, ogarnia mnie niepokój. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 57 
- Niepokój? - Jeśli chodziło mu o to, o czym myślała, to będą kłopoty. Już 
nie chciała nic więcej wiedzieć. - Słuchaj, nie denerwuj się. Nie będę cię 
napastować. Podrywanie nie leży w moim charakterze. 
- Nie to miałem na myśli... 
- A przede wszystkim - przerwała mu - nie szukam mężczyzny. Jest ktoś, 
z kim się od pewnego czasu spotykam. Naprawdę miły facet, ale szczerze 
mówiąc, nawet dla niego nie mam wiele czasu. Wszystkie wolne chwile 
poświęcam pracy. 
- A cóż to za sposób na życie? - spytał z oburzeniem. 
Chris wyprostowała się na krześle. 
- Bardzo dobry. Lubię moją pracę, poza tymi momentami, gdy mieszają 
mnie z błotem różni budowlańcy. 
- Nie robię tego specjalnie. Przecież właśnie próbuję ci to wyjaśnić. 
- To spróbuj czegoś innego. Postaraj się zmienić. Nie uprzedzaj się do 
mnie i nie osądzaj mnie z góry. Działam inaczej niż ty, ale to nie znaczy, 
że nie mam racji. Ja ci nie mówię, co powinieneś lubić, więc i ty mnie nie 
pouczaj. 
- Wcale tego nie robię - upierał się Gideon. - Wyrażam tylko własne 
zdanie. A że robię to w sposób, który uważasz za obraźliwy? No, to może 
jesteś zbyt wrażliwa. Nie spodobało ci się, co powiedziałem, więc 
uciekłaś. To niczego nie rozwiązuje, Chris. 
Zacisnęła dłoń na słuchawce. 
- Ach, wiedziałam, że prędzej czy później do tego dojdziemy. No dobrze, 
powiedz, co myślisz, zrzuć ten ciężar z serca. Ja już i tak jestem cała 
obolała, więc trochę więcej mi nie zaszkodzi. 

background image

58    • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
Nie odzywał się. 
- No dalej, Gideonie, wyrzuć to z siebie. Wiem, że nie możesz się 
doczekać. Powiedz, że jestem tchórzem. Powiedz, że wstrzymanie się od 
głosu było z twojej strony przejawem nadmiernego optymizmu. Powiedz, 
że szczerze wątpisz, czy potrafię doprowadzić do końca robotę w 
Crosslyn Rise. - Przerwała, czekając na jego komentarz. - Powiedz mi, że 
powinnam raczej zostać sekretarką. Albo nauczycielką. Albo kelnerką. 
-Znów przerwała. - N o  dalej, nie krępuj się. -W słuchawce wciąż 
panowała cisza. Po chwili spytała ostrożnie: - Gideon? 
- Skończyłaś? 
Odetchnęła z ulgą, że nie odłożył słuchawki. 
- Skończyłam. 
- Zjesz ze mną jutro lunch? 
Nie to spodziewała się usłyszeć. Zaskoczył ją całkowicie. 
- Może miałaś rację. Powinniśmy spotkać się na neutralnym gruncie. 
Więc powiedz gdzie. Wybierz coś. Mogę przyjechać do ciebie, możesz ty 
przyjechać do mnie, możemy spotkać się w połowie drogi. Ale oboje 
musimy coś zjeść. Możemy nawet płacić każde za siebie, jeśli chcesz. 
Chętnie ci postawię lunch, ale wy, kobiety, nie znosicie, gdy mężczyzna 
was zaprasza. 
- Nam chodzi o niemieszanie spraw prywatnych z interesami. 
- To dlaczego, gdy idę na obiad w interesach z innym facetem, zwykle 
płaci jeden z nas i jest jasne, że następnym razem zapłaci ten drugi? 
Łatwiej jest wpisać obiad w koszty niż dzielić rachunek na dwa. Ale 
nowoczesne kobiety lubią utrudniać. 

background image

_MARZEŃ CIĄG DALSZY      » 59 
- To po co się nami zajmujecie? 
- Zwykle tego nie robię. Naprawdę wolałbym sekretarkę, nauczycielkę 
czy kelnerkę. Im nie zależy, żeby podkreślać swoją niezależność. Lubią, 
gdy mężczyzna otwiera przed nimi drzwi, pomaga nałożyć płaszcz czy 
podsuwa krzesło Lubią być traktowane jak kobiety. 
- Ja też. 
- Szkoda, że tego nie widać. 
- To ty zaproponowałeś, żeby każde płaciło za siebie. Jeśli chcesz mi 
postawić obiad, to świetnie. I tak pewnie zarabiasz znacznie więcej niż ja. 
- Dlaczego tak sądzisz? - zapytał. 
- Przecież zainwestowałeś w Crosslyn Rise, prawda? 
- Tak. Do ostatniego centa. Jeśli chodzi o żywą gotówkę, jestem 
spłukany. 
- Czy to było mądre? 
- Może za dwa lata będę znał odpowiedź na to pytanie. Wiele zależy od... 
- Sygnał w słuchawce ponownie przerwał rozmowę, ale po chwili znów 
usłyszała głos Gideona. - Cholera, skończyły mi się drobne. Słuchaj, 
Chris, spotkamy się czy nie? 
- Hm... jutro? - Rzuciła okiem na kalendarz. - Nie dam rady przed drugą. 
Rano jestem bardzo zajęta. 
- Może być druga - powiedział pospiesznie, bo w telefonie znów odezwał 
się sygnał. - Gdzie? 
- „Joe's Grille" w Burlington, zaraz za zjazdem z autostrady Middlesex. 
- „Joe's Grille" o drugiej. Do zobaczenia. 
Nie była pewna, czy odłożył słuchawkę, czy telefonistka przerwała 
rozmowę, ale po chwili usłyszała normalne buczenie. Wydawało jej się, 
że jest głośne jak syrena alarmowa. Umówiła się z Gideonem! Tym 

background image

60    • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
razem w bardziej odpowiadających jej warunkach, ale i tak czuła się 
niepewnie. Lepsze byłoby spotkanie w banku, bo wspólny lunch w 
restauracji zapowiadał się zbyt... osobiście. 
Jednakże była zawodowcem i miała do wykonania pracę, więc się z nim 
spotka, będzie konkretna i opanowana i pokaże mu, że nie pozwoli sobą 
pomiatać. Przecież potrafi postawić na swoim. 

background image

ROZDZIAŁ 

Gideona cieszyła perspektywa wspólnego lunchu. Po rozmowie 
telefonicznej odniósł wrażenie, że są w stanie się porozumieć, a to było 
dla niego ważne. Christine go intrygowała. Początkowo niesprawiedliwie 
ją osądził i podejrzewał, że w dalszym ciągu ma o niej niewłaściwe 
zdanie. Była zagadką i Gideon miał ochotę ją wyjaśnić do końca. 
Podniecenie towarzyszące myśli o spotkaniu nie miało nic wspólnego z 
pracą nad Crosslyn Rise, bardzo natomiast przypominało czekanie na 
randkę z atrakcyjną kobietą. Bo bez względu na to, co sądziła Christine, 
ich wspólny lunch miał być przede wszystkim randką. Gideon chciał 
bliżej poznać Chris i zakładał, że nie skończy się na jednym spotkaniu. 
Oznajmiła co prawda, że nie ma czasu dla mężczyzn, więc będzie musiał 
postępować rozważnie, ale to również może być miłe. Z góry cieszył się 
na powolny, niosący coraz więcej przyjemnych chwil rozwój ich 
znajomości. 
Pierwsza randka była ważna, bo kładła podwaliny pod wszystkie 
następne. Dlatego też postanowił zachowywać się bez zarzutu i 
niezwykle uprzejmie. 

background image

62    • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
Żałował, że nie jest człowiekiem wytwornym i z klasą. Nie potrafił 
przekonująco udawać - mógł nabrać Elizabeth, ale Chris od razu by go 
przejrzała. Gideon nie chciałby zostać przyłapany na nieszczerości, gdy 
akurat nade wszystko pragnął zrobić dobre wrażenie. Będzie więc sobą w 
tym wydaniu, które zapewne najbardziej jej się spodoba. 
Przede wszystkim odpowiednio się ubrał. Choć przyjechał do Crosslyn 
Rise razem z robotnikami 
0 wpół do ósmej i ciężko pracował całe rano, w południe wrócił do domu, 
by się przygotować. Wziął prysznic, ogolił się i włożył szare spodnie, 
różową koszulę i sweter utrzymany w tych tonach, oraz mokasyny. 
Wszystkie te rzeczy kupił w Cambridge tego dnia, gdy postanowił 
zainwestować pieniądze w Crosslyn Rise. Christine zapewne doceni 
koszulę. Ostatecznie nieokrzesani budowlańcy nie nosili różowych 
koszul. 
Włożył również skórzaną kurtkę, jeden z nielicznych prezentów od matki, 
które lubił. Ciężarówkę zostawił na podwórzu, a sam wsiadł do 
furgonetki 
1 mając jeszcze trochę czasu, ruszył do Burlington. Podczas jazdy 
samochodem lubił rozmyślać, słuchając muzyki country w wykonaniu 
Hanka Juniora, Wil-lie'ego lub Waylona. 
Teraz jednakże Chris całkowicie wypełniała jego myśli. Była naprawdę 
ładna i bardzo kobieca mimo aury profesjonalizmu, jaką wokół siebie 
roztaczała. Pobudzała go. Tak, nie ma co ukrywać, że lekkie drżenie, 
jakie czuł wewnątrz, wynikało z czystego, nie zaspokojonego pożądania. 
Ponieważ jednak absolutnie nie chciał się z tym zdradzić, otworzył okna, 
włączył magnetofon i zaczął na cały głos śpiewać do wtóru. W rezultacie, 
gdy 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      • 63 
zjechał już z autostrady na parking przy „Joe's Grille", miał czerwone z 
zimna policzki, lekką chrypkę i drżące dłonie. Przeczesał włosy, 
naciągnął kurtkę, odetchnął głęboko i wysiadł. 
Do umówionej godziny brakowało jeszcze dziesięciu minut. Na wszelki 
wypadek zajrzał do środka, podał kelnerce swoje nazwisko i 
pięciodolarowy banknot, by zapewnić sobie dobry stolik, i skierował się 
ku pasażowi handlowemu. Do Bożego Narodzenia pozostały niecałe trzy 
tygodnie, więc sezon zakupów był w pełni. Sklepy prześcigały się w 
pomysłowych i przyciągających wzrok dekoracjach wystaw. Gideon 
ruszył do centrum pasażu, gdzie stała ogromna choinka, udekorowana nie 
tradycyjnymi bombkami, lecz świeżymi kwiatami. 
- Bardzo przepraszam - powiedział ktoś zdyszanym głosem tuż obok 
niego. Spojrzał w dół i zobaczył Chris. Miała rumiane policzki i nie 
mogła złapać tchu, ale na twarzy widać było cień uśmiechu. - 
Przyjechałam trochę wcześniej, żeby kupić parę prezentów, ale kasjerka 
coś namieszała, więc wszystko trwało długo, a sklep jest na drugim końcu 
pasażu. No i musiałam ruszyć biegiem. Czy długo czekasz? 
- Nie, dopiero co przyjechałem. Tak sobie chodziłem i patrzyłem. Bardzo 
tu ładnie. - Ale najładniejsza była Chris. Miała na sobie granatowy sweter 
i spodnie oraz długi, beżowy płaszcz z wełnianym szalikiem. Kilka 
kosmyków wymknęło się z węzła i wiło wokół twarzy, usta miały 
łagodny wyraz, a oczy lśniły jak niebo w słoneczny dzień. Podczas 
lunchu w interesach nie wypadało mówić partnerowi, że ślicznie 
wygląda, Gideon wrócił więc wzrokiem do choinki. 

background image

66      •      MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Nigdy nie widziałem choinki udekorowanej żywymi kwiatami - 
powiedział. - To bardzo efektownie wygląda. Jak to możliwe, że tak 
długo zachowują świeżość? 
Pytanie było właściwie retoryczne, ale Christine odpowiedziała. 
- Łodyga każdego kwiatu tkwi w malutkim pojem-niczku z wodą. Poza 
tym lilie długo żyją, jeśli tylko się je zetnie we właściwym czasie. 
- To są lilie? 
- Uhm. Wykorzystuję je często w kompozycjach ze sztucznych kwiatów 
w holach wejściowych, na kontuarach czy stolikach w restauracjach, bo 
wyglądają bardzo elegancko. 
- Robisz kompozycje ze sztucznych kwiatów? - Gideon spojrzał na nią 
bez entuzjazmu. 
- Nie, robi je dla mnie specjalistka, ale jak widzę efektowną dekorację z 
żywych kwiatów, zawsze jej o tym mówię, żeby mogła ją skopiować. 
- Nie znoszę kwiatów z jedwabiu. Są fałszywe. 
- To znaczy, że nigdy nie widziałeś naprawdę ładnych. 
- Zawsze potrafię je odróżnić. 
- Tak często miałeś z nimi do czynienia? 
- Dość, by wiedzieć, że chodzi o wilgoć. Nawet najlepszy jedwab nie 
oddycha tak jak prawdziwy kwiat, nie błyszczy, nie poci się. Prawdziwy 
kwiat jest pod tym względem jak ludzka skóra. - Opuszkiem kciuka 
musnął zaróżowiony policzek Christine, czując jego gładkość, ciepło i 
lekką wilgoć, wywołaną biegiem przez centrum handlowe. Poczuł 
również, że natychmiast budzi się jego ciało, więc odchrząknął i wbił ręce 
w kieszenie. - Jesteś głodna? 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 65 
Przytaknęła. 
- No to chodźmy coś zjeść. - Ruchem głowy wskazał restaurację. - Czy 
mogę ponieść ci tę paczkę? 
- zapytał, patrząc na zawiniątko, które Chris trzymała pod pachą. 
- Nie, dzięki, to nie jest ciężkie. Ruszyli w kierunku „Joe's Grille". 
- A co takiego kupiłaś? Czy to może sekret? Na przykład coś czarnego i 
seksownego dla twojej mamy? 
- Przerwał nagle, niepewny, czy nie strzelił gafy. 
- Ona... masz jeszcze matkę, prawda? 
Chris uśmiechnęła się ciepło na myśl o matce. 
- O tak, jest energiczną pięćdziesięciopięciolatką. Ale nie wiedziałaby, co 
zrobić z czymś czarnym i seksownym. Nie, to, co kupiłam, to prezent dla 
innego członka rodziny. Nawiasem mówiąc, nie mam pojęcia, co kupić 
mojej mamie. 
- A co lubi robić? - spytał Gideon. 
- Dużo czyta, ale książka to taki bezosobowy prezent. 
- I co jeszcze? 
- Haftuje, ale ma trzy rozpoczęte prace i na pewno nie potrzebuje 
czwartej. 
- Nic poza tym? 
- Sprząta i gotuje - powiedziała żartobliwie - nie sądzę jednak, by 
ucieszyła się szczególnie z butelki płynu do mycia okien lub słoiczka soli 
czosnkowej. 
Gideon wyobraził już sobie uroczą panią domu, z którą natychmiast 
znalazłby wspólny język. 
- A może kamionkowy garnek? 
- Kamionkowy garnek? - Chris uniosła brwi. Gideon otrzymywał pocztą 
całe naręcza katalogów, 
które ciasno zwijał i karmił nimi ogień na kominku. 

background image

68      •      MARZEŃ CIĄG DALSZY 
Od czasu do czasu podczas zwijania coś mu wpadało w oko. 
- Wiesz, taki, w którym robi się dania jednogarn-kowe i zapiekanki. 
Podobny do naczynia żaroodpornego, tyle że z kamionki. - Przytrzymał 
drzwi wejściowe do restauracji. 
- Skąd ty znasz się na takich rzeczach? - spytała, rzucając mu zdziwione 
spojrzenie. 
Kelnerka skierowała ich do stolika, zapewne najcichszego w całej sali. 
Niestety restaurację wypełniał tłum matek, które wybrały się z dziećmi na 
zakupy. Harmider był chwilami ogłuszający. 
- Pozwól, wezmę twój płaszcz - powiedział, zanim Chris usiadła. Pomógł 
jej zdjąć płaszcz, powiesił go na pobliskim wieszaku razem ze swoją 
kurtką i wrócił do stolika. Usiadł po prawej stronie Chris, tam, gdzie 
kelnerka położyła drugą kartę. Natychmiast zaczął się zastanawiać, czy 
nie popełnił błędu. Chris wyglądała na zmieszaną. 
- Czy podczas lunchu w interesach nie powinienem siedzieć naprzeciwko 
ciebie? - spytał, obracając sprawę w żart. 
- Chyba wtedy nie słyszałabym ani słowa z tego, co mówisz - odparła, 
rozglądając się. - Myślałam, że o tej porze będzie tu już pusto, ale 
widocznie w okresie przedświątecznym bez przerwy jest ruch. 
- Rozumiem, że już tu byłaś. 
- Uhm. Moja rodzina lubi tu przychodzić. 
- Rodzina oznacza ojca i matkę? - spytał lekkim tonem. 
- I całą resztę. Jestem najstarsza, a najmłodsze dziecko ma zaledwie 
piętnaście lat. Coraz trudniej zebrać wszystkich razem, ale spotykamy się, 
gdy tylko 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 69 
możemy. - Otworzyła kartę, ale nawet na nią nie spojrzała. - Mają tu 
dobre kilkupiętrowe kanapki. A także żeberka. Ja zwykle jem jakąś 
sałatkę, na przykład ze szpinaku. 
- Nienawidzę szpinaku. 
W końcu na niego spojrzała. 
- Tak samo jak nienawidzisz sztucznych kwiatów? 
- Mniej więcej. - Nie spuszczał z niej wzroku. Nie mogąc się 
powstrzymać, powiedział: - Ładnie wyglądasz. Do twarzy ci w 
granatowym. A może nie powinienem mówić takich rzeczy podczas 
rozmowy 
0 interesach? 
Wydawało się, że się odpręża. 
- Formalnie rzecz biorąc, to stwierdzenie pachnie seksizmem. 
- To komplement. 
- Czy prawisz komplementy swoim ludziom? 
- Oczywiście, że nie. Uniosła znacząco brew. 
- Nie zalecam się do ciebie - zaprzeczył Gideon, 
1 w jakimś sensie mówił prawdę. Powiedział jej komplement, ponieważ 
naprawdę mu się podobała, a on zazwyczaj był szczery. - Mówię tylko, że 
ładnie wyglądasz, i tak jest naprawdę. Poza tym mówię moim ludziom 
komplementy, tylko inne. 
- Na przykład? 
- Na przykład... no, stary, ale fajna koszula... albo... ale bajerancki 
kapelusz, chłopie. 
- Ach tak, męskie rozmowy - zauważyła. Spojrzała na jego koszulę, 
potem sweter i kącik jej ust wygiął się w tłumionym śmiechu. - Ciekawe, 
co by powiedzieli, widząc cię teraz. 

background image

70      »    MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Czy źle wyglądam? - spytał rozczarowany. 
- Nie, bardzo elegancko. Ale inaczej niż w Rise. 
- Dzięki, ale przecież nie jestem teraz na budowie 
- parsknął śmiechem. - Masz rację, chłopcy wykpiliby mnie bezlitośnie. 
Ale nie widzieli mnie w tym ubraniu, bo pojechałem do domu się 
przebrać. 
Rozważała przez chwilę tę informację. 
- A gdzie mieszkasz? 
- W Worcester. 
- W Worcester? - Otworzyła szeroko zdumione oczy. - Przecież stamtąd 
trzeba przejechać pół stanu. Chyba nie dojeżdżasz codziennie do 
Crosslyn Rise? 
- Pokonuję tę drogę w godzinę i kwadrans. 
- Przekraczając dozwoloną prędkość - odgadła. Wzruszył ramionami. 
- I przyjechałeś tu rano, potem wróciłeś do domu, potem znowu 
przyjechałeś, żeby się ze mną zobaczyć? 
- Przecież nie mogłem iść na spotkanie w roboczym ubraniu. Zresztą 
Crosslyn Rise leży bliżej Worcester. 
- Gdybym wiedziała, wybrałabym jakieś mniej oddalone miejsce. Tak mi 
przykro - powiedziała miękko. 
- Hej, nic wielkiego się nie stało - uśmiechnął się. 
- Prosiłem, żebyś wybrała miejsce. - Rozejrzał się. 
- Miło tu. 
Przy ich stoliku pojawiła się kelnerka. 
- Czy mogę zaproponować coś do picia? - spytała. Gideon spojrzał 
pytająco na Chris. 
- Dla mnie tylko herbata - powiedziała. Gideon chętnie napiłby się piwa, 
ale piwo nie 
pasowało do wizerunku, jaki pragnął stworzyć. Z kolei 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      • 71 
wino nie było w jego stylu. Poprosił więc o colę i coś do pogryzania. 
- Więc przychodzisz tu z rodziną. Czy bywasz tu również ze swoim 
przyjacielem? - zagadnął. 
- Przyjacielem? Ach, chodzi ci o Anthony'ego. Nie, on mieszka w 
Bostonie. I nie jest moim przyjacielem w tym sensie, o jakim myślisz. Nie 
mam czasu na tego typu przyjaciół, już ci mówiłam. 
- Więc może na przyjaciółki? - wymknęło mu się, zanim zdążył ugryźć 
się w język. 
Rzuciła mu pełne niechęci spojrzenie. 
- Dlaczego zawsze jesteś taki uszczypliwy - bardziej stwierdziła, niż 
zapytała. 
- Przepraszam - powiedział miękko, unosząc dłoń. - Po prostu lubię 
wiedzieć, co jest grane. Rozumiesz, ciekawi mnie, dlaczego tak piękna i 
utalentowana kobieta wciąż jest samotna. 
- Ty też jesteś samotny - odbiła piłeczkę. - Czym ty się tłumaczysz? 
- Już ci mówiłem. Raz mi nie wyszło. 
- Mówiłeś, że to było dawno temu. I więcej nie próbowałeś. 
- Ale spotykam się z kobietami. Bardzo często. Po prostu nie trafiłem 
jeszcze na taką, przy której chciałbym się budzić co rano. - Aluzja była 
przejrzysta, tak samo jak jej cel. Bardzo łatwo mógł sobie wyobrazić 
Chris w swoim łóżku. Ciekaw był, czy ona też o tym pomyślała. 
Nie robiła wrażenia szczególnie zainteresowanej. 
- Więc mieszkasz sam? - spytała po chwili. 
- Owszem. - Miał nadzieję, że naprawdę ją to ciekawi. 

background image

72    • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Masz mieszkanie? 
- Dom. Sam go zbudowałem. Uśmiechnęła się lekko. 
- Powinnam była się domyślić. Znów zamilkła. Gideon doszedł do 
wniosku, że nie 
wie, czy wypada zadawać osobiste pytania. 
- Pytaj - zachęcił ją. - Odpowiem. 
- Więc mieszkasz sam w dużym domu? 
- Nie jest duży, ale przytulny. Nic mi więcej nie trzeba. 
- I sam wszystko robisz? Gotujesz, sprzątasz, pierzesz? 
- Gotuję. Mam kogoś na przychodne, kto robi resztę. 
- Naprawdę umiesz gotować? 
- Na tyle, żeby przeżyć. Dlaczego pytasz? 
- Bo znasz się na kamionkowych garnkach - odparła z namysłem i nagle 
się rozpromieniła. - To niezły pomysł. Mama nie ma niczego takiego. To 
naprawdę dobry pomysł. Dziękuję. 
- Nie ma za co - roześmiał się. 
- Czy mogę już przyjąć zamówienie? - spytała kelnerka, stawiając przed 
nimi napoje. 
Chris rzuciła Gideonowi pytające spojrzenie, ale on nawet nie otworzył 
menu. 
- Jakąś kanapkę - powiedział. Zwrócił się do Chris: - Wybierz za mnie. 
Zamówiła dla niego potrójną kanapkę z indykiem, a dla siebie sałatkę. 
Natychmiast spojrzała na niego z niepewnym wyrazem twarzy. 
- Doskonale - uspokoił ją. Chris wyciągała właśnie z torby notatnik i 
pióro. - Co robisz? 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      » 73 
- Mam do ciebie pytania i chcę robić notatki. 
- Na mój temat? 
- Na temat Crosslyn Rise. 
- Ach tak. No dobrze, pytaj. - Jeśli podczas jedzenia załatwią sprawy 
zawodowe, potem będą mogli zająć się czymś bardziej interesującym. 
Musiał przyznać, że była dobrze przygotowana. Wiedziała dokładnie, o 
co jej chodzi, i zmierzała prosto do celu. 
- Czy myślałeś nad drewnianymi gontami na dach? 
- Nie - odrzekł natychmiast. - Następne pytanie. 
- Dlaczego nie? 
- Bo drewniane gonty są drogie i niepraktyczne. 
- Ale znakomicie wyglądają. 
- Cegła też, ale jest droga jak diabli. Nawet nie mrugnęła. 
- To miało być moje następne pytanie. Czy nie moglibyśmy użyć cegły w 
kilku wybranych miejscach? 
- Nie ma cegły w projekcie Cartera. On chce wykończenia w drewnie. 
- A jakie jest twoje zdanie? 
- Myślę, że powinnaś pogadać z Carterem. 
- Ale co ty o tym myślisz? 
- Że możemy się obyć bez takich wydatków. Następne pytanie. 
- Okna. Weneckie okna z tyłu wyglądałyby bajecznie, gdyby miały 
półkoliste nadświetla. 
Gideon też tak uważał, ale był realistą. 
- To wciąż jest sprawa kosztów - powiedział. - Oparłem swoją kalkulację 
na planach, które dał mi Carter. Półkoliste nadświetla są drogie. Jeśli 
przekroczę budżet, muszę pokryć niedobór z własnej kieszeni. 

background image

74      •    MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- A gdybyśmy znaleźli tańszego dostawcę? 
- Znasz takiego? 
- Trzeba by się rozejrzeć. Sądziłam, że masz odpowiednie kontakty. Nikt 
z twoich krewnych nie pracuje w branży? 
- Już nie. Mój ojciec był malarzem. Ale zmarł dziesięć lat temu. 
- Musiał być jeszcze młody. 
- Nie tak bardzo, ale na pewno za młody na umieranie. Miał wypadek, po 
którym nigdy nie wrócił do zdrowia. - Gideon rzucił jej wymowne 
spojrzenie. 
- Dlatego tak nie znoszę, gdy na mojej budowie zdarza się jakaś 
nieostrożność. 
Milczała chwilę. 
- Mogę to zrozumieć. - Odłożyła notatnik, oparła łokcie na stole i skupiła 
spojrzenie na twarzy Gideona. 
- Pracowaliście wówczas razem? 
- Nie. Pracowałem z nim jako szczeniak, ale gdy zdarzył się wypadek, 
miałem już własną firmę budowlaną. Wypadek zdarzył się na innej 
budowie. Załamało się rusztowanie. 
- Tak mi przykro - powiedziała szczerze. - Czy byliście sobie bliscy? 
- Gdy dorastałem, był całą moją rodziną. 
- A matka? 
- Odeszła, gdy miałem trzy lata. 
- Tak po prostu? - Chris ogarnęła zgroza. 
- Poznała kogoś bardziej obiecującego, wiec rozwiodła się z tatą, wyszła 
za tamtego i przeniosła się do Kali-foraii. Dobrze się ustawiła w życiu, 
muszę jej przyznać, Jest z niej teraz bardzo miła, elegancka pani domu, z 
bukietami sztucznych kwiatów w każdym pokoju. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 75 
- Aha, ale nie były to dobrze zrobione kwiaty, skoro wyglądały na 
sztuczne - uśmiechnęła się przelotnie i zaraz spoważniała. - Często się z 
nią widujesz? 
- Raz, najwyżej dwa razy do roku. Stara się utrzymać ze mną kontakt. 
Początkowo nawet chciała, żebym z nią zamieszkał, ale nie mogłem 
zostawić ojca. A potem, po jego śmierci, nie miałem ochoty się przenosić. 
Moje korzenie są tutaj, moja firma jest tutaj. - Skrzywił się. - Niezbyt jej 
się podoba to, co robię. Uważa, że to takie plebejskie zajęcie. Trudno. 
Zresztą Kalifornia i tak mnie nie nęci. Nie jestem typem plażowego 
chłoptasia. 
- Co, czyżbyś nie lubił surfingu? - Ironicznie uniosła brwi. 
- Jakoś nie. Wystarczy mi baseball i koszykówka. 
- Tak, mogę to sobie wyobrazić. 
- Ktoś z twojej rodziny też gra? - domyślił się. 
- Bracia. Mają fioła na punkcie koszykówki. 
- A ty? Uprawiasz jakiś sport? 
- Uhm. Chodzę na lekcje baletu. 
Balet. No tak. Nie miał baletu w zbyt wielkim poważaniu. 
- Występujesz gdzieś? 
- Och, nie, skądże. Nawet gdybym była młodsza i zdolniejsza, to i tak nie 
miałabym czasu. Chodzę tylko na trening dwa razy na tydzień. Na swój 
sposób jest to bardzo wyczerpująca gimnastyka. - Odetchnęła głęboko. - 
A dlaczego porzuciłeś malowanie dla budownictwa? 
Chciał się czegoś więcej dowiedzieć o niej, a Chris stale wypytywała. Nie 
miał zwyczaju mówić zbyt wiele 

background image

76      •      MARZEŃ CIĄG DALSZY 
na swój temat, w każdym razie nie o osobistych sprawach. Na przykład 
mało kto wiedział o jego matce. Z drugiej strony Chris wydawała się 
szczerze zainteresowana, a to ułatwiało zwierzenia. Nie osądzała go, po 
prostu była ciekawa. Jakby był zagadką, którą chciała rozwiązać. 
Więc niech jej będzie. Może zainteresuje się nim tak jak on nią. 
- Malowanie dla budownictwa? - Wrócił pamięcią do tamtych czasów. - 
Częściowo dla pieniędzy. W tamtym okresie firmy budowlane kwitły, a 
malarskie po prostu trwały i nie rozwijały się. Poza tym chciałem 
niezależności, a nie być tylko synem swego ojca. Ale w gruncie rzeczy 
głównie chyba chodziło o wyzwanie. - Zmrużył oczy. - Czy próbowałaś 
kiedyś malować dom? Dzień po dniu machać pędzlem? Gdy startowałem, 
uważałem, że to wspaniałe: cały dzień stać na drabinie i słuchać muzyki. 
A potem zacząłem się nudzić. Zdawało mi się, że mi mózg wysycha. Nie 
musiałem w ogóle używać głowy. 
- Teraz za to musisz. 
- Dziękuję. 
- Mówię serio. 
- Wiem. Wierz mi, przychodzą takie chwile, że mam tego wszystkiego 
dość, ale nie zamieniłbym budowania na żadne inne zajęcie. 
Chris wydawała się zdziwiona. 
- Przecież zainwestowałeś w Crosslyn Rise. Jesteś członkiem 
konsorcjum. Czy to nie oznacza przejścia na drugą stronę - od 
wykonawstwa do inwestowania? 
- W pewnym sensie siedzę w tej chwili okrakiem. 
- Więc to nie jest pierwszy krok ku zmianie zajęcia? 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY    • 77 
Gideon zamyślił się. Miesiąc temu miałby gotową odpowiedź, ale teraz 
sam już nie był pewien. 
- Zainwestowałem w Rise, bo nigdy przedtem tego nie próbowałem, a 
chciałem. - Utkwił wzrok w talerz z chrupkami i mówił dalej z namysłem. 
- No więc spróbowałem. I naprawdę, ale to naprawdę chcę, żeby 
wszystko dobrze poszło, a z tym związany jest stres. - Spojrzał jej w oczy. 
- Rozumiesz mnie? - Przytaknęła, a Gideon mówił dalej. - Ten stres nie 
jest szczególnie miły. Poza tym chodzi jeszcze o pracę w biurze, a nie na 
budowie. Lubię te zebrania w banku. Lubię mieć coś do powiedzenia na 
tym poziomie decyzji. Jednak gdy spotkanie dobiega końca, nie mam 
takiego poczucia spełnienia jak na budowie, gdy widzę, co zostało 
zrobione. Albo gdy kończy się budowa, a ja mogę patrzeć, jak ludzie się 
wprowadzają, urządzają dom i dbają o niego. Nie mógłbym porzucić 
budownictwa. Nie potrafiłbym wyrzec się tego typu satysfakcji. - 
Odchylił się do tyłu i oparł wygodnie. - To śmieszne, ale nigdy przedtem 
nie ubrałem tych myśli w słowa. Masz na mnie dobry wpływ. 
- Nie - zaprotestowała miękko. - Zrobiłbyś to prędzej czy później. Po 
prostu zadałam pytanie, które pobudziło ten ciąg myślowy. 
- Przypuszczam, że na wielu ludzi tak działasz. Tylko uważny słuchacz 
potrafi zadać właściwe pytanie. Jesteś dobrym słuchaczem. 
Wzruszyła ramionami, uniosła wzrok i szybko cofnęła ze stołu rękę, bo 
kelnerka właśnie przyniosła posiłek. Gdy zostali sami, podjęła temat. 
- W mojej pracy trzeba umieć słuchać. Jeśli nie dowiem się, czego 
oczekuje klient, nie mogę spełnić 

background image

78    • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
jego życzeń. - Wrzuciła torebkę herbaty do dzbanuszka z wrzątkiem. - Co 
mi przypomina, że mam jeszcze parę pytań na temat Crosslyn Rise. 
- Jeśli pociągają za sobą wydatki... 
- Oczywiście. - Spojrzenie jej niebieskich oczu było równocześnie 
poważne i kpiące. 
- No to możesz dać temu spokój - ostrzegł ją, ale łagodnie. - Ben Heavey 
uprzedzał, że nie wolno nam przekroczyć budżetu. To jeden z tych 
facetów, których widziałaś w banku. Ten to dopiero sknera! 
- A jeśli uda się oszczędzić na jednym, można będzie wydać na coś 
innego? 
- Jedz sałatkę. - Wskazał widelcem jej talerz. 
- Weź na przykład podłogi. Carter zaplanował wszędzie podłogi z 
dębowych desek, ale nie zdarzyło mi się jeszcze urządzać domu, którego 
właściciele nie chcieliby mieć w sypialniach wykładziny dywanowej. 
Gdybyśmy zastąpili dąb płytą pod wykładzinę choćby tylko w sypia-
lniach na piętrze, to za zaoszczędzone pieniądze moglibyśmy położyć na 
parterze ługowany dąb. A to dopiero dałoby fantastyczny efekt! 
- Bardzo trudno utrzymać ługowaną podłogę w czystości. 
- Tylko jeśli się ma małe dzieci... 
- Sam miałbym z tym kłopot... 
- ...albo duże dzieci, które zapominają wytrzeć nogi. Ale ile takich rodzin 
będzie mieszkać w Crosslyn Rise? Pomyśl o tym, Gideonie. Albo spytaj 
Niny Stone. Też ci powie, że chodzi nam o dojrzałego kupca. Nie 
emeryta, ale też nie o młodą rodzinę z gromadą dzieci. 
- A w twojej rodzinie jest ile dzieci? 
- Sześcioro. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY    » 79 
- Sześcioro - uśmiechnął się. - To musi być wesoło. Od piętnastu do ilu 
lat? 
Wyraz jej oczu powiedział mu, że go przejrzała. 
- Do trzydziestu trzech. Tyle mam lat. Co to ma wspólnego z Crosslyn 
Rise? 
- Czy chciałabyś tam zamieszkać? 
- Tak, gdybym miała zamiar przeprowadzić się w te okolice. Ale nie 
mam, bo jestem zadowolona z biura w Belmont. 
- A gdzie mieszkasz? - Na tej informacji bardzo mu zależało. 
- Też w Belmont - odparła po chwili wahania. 
- Żeby być blisko rodziny? 
- Można tak powiedzieć. - Pokiwała głową. 
- Bo tak jesteście zżyci - dodał szybko, żeby nie pomyślała, że jest 
zainteresowany tym, gdzie mieszka. - Masz pojęcie, jaka z ciebie 
szczęściara? Nigdy nie miałem rodzeństwa. W Dzień Dziękczynienia 
byłem sam z ojcem. W Boże Narodzenie byłem sam z ojcem. Na 
Czwartego Lipca byłem sam z ojcem. 
- Nie mieliście przyjaciół? 
- Mieliśmy, wielu, i często nas zapraszano. Ale to nie to samo co rodzina. 
- Uniósł kanapkę i odgryzł spory kęs. 
Przez chwilę jedli w milczeniu. 
- Moja rodzina wiele dla mnie znaczy - powiedziała po chwili Chris. - Nie 
wiem, co bym beż nich zrobiła. 
- Czy dlatego nie wyszłaś za mąż? Uniosła głowę. 
- Już ci mówiłam, że nie uważam małżeństwa za coś niezwykle ważnego. 

background image

80    • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Bo jesteś bardzo zajęta. Jednak znalazłaś czas na lunch ze mną. 
- Żeby porozmawiać o sprawach zawodowych. 
- Ale to również przyjemność. A przynajmniej tak mi się wydaje. Od 
dłuższego czasu z nikim tak miło mi się nie rozmawiało. -I to była 
prawda. Chris pociągała go fizycznie, ale okazała się również inteligentna 
i interesująca. 
Znów jedli w milczeniu. 
- No więc? - spytał, gdy już nie mógł wytrzymać ciszy. 
- No więc co? - uniosła wzrok. 
- Czy tobie jest przyjemnie? 
- W tej chwili nie. Czuję się niezręcznie. 
- Bo patrzę, jak jesz? 
- Bo czekasz, żebym powiedziała coś, czego nie chcę powiedzieć. - 
Powoli odłożyła widelec. - Gideo-nie, nie interesują mnie mężczyźni. 
Przecież oświadczyłam to wyraźnie. 
- To prawda, ale czy muszę traktować to śmiertelnie poważnie? 
- Tak. 
- Daj spokój, Chris. Lubię cię. 
- Cieszę się. Będzie nam łatwiej razem pracować. 
- A po pracy? Nie możemy się spotykać? 
- Nie, mówiłam ci przecież. Nie mam na to ani czasu, ani ochoty. 
Odchylił się w krześle do tyłu i popatrzył na nią uważnie. 
- Chyba blefujesz - stwierdził. Nie był psychologiem, nie zajmował się 
motywami ludzkich działań, ale usiłował rozszyfrować Chris, zrozumieć, 
dlaczego go 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY    • 81 
odrzuca. Miał pewność, że byłoby im razem dobrze. - Podejrzewam, że 
boisz się bliższego związku. Masz liczną rodzinę i zapewne ona zajmuje 
dużo miejsca w twoim życiu. Ale odnoszę wrażenie, że gdybyś spotkała 
właściwego człowieka, znalazłabyś dla niego mnóstwo czasu - pochylił 
się do przodu, by wciągnąć w nozdrza delikatny, kwiatowy zapach jej 
skóry - i mnóstwo namiętności. - Nie mogąc się powstrzymać, pocałował 
ją lekko w policzek. Wyprostował się po chwili. - Ja się łatwo nie 
poddaję, Chris. - Jego głos był niski, wibrujący. - Poczekam. Ja też mam 
mnóstwo czasu... i więcej namiętności, niż możesz sobie wyobrazić. 

background image

ROZDZIAŁ 

Chris nie potrafiła sobie później przypomnieć, jak dotrwała do końca 
spotkania. Nawet gdy Gideon w końcu ulitował się nad nią i zmienił 
temat, pozostała szokująco świadoma jego bliskości - szokująco, bo 
zauważała w nim rzeczy, które nie interesowały jej w żadnym 
mężczyźnie od czasu, gdy skończyła osiemnaście lat. 
Brant też miał osiemnaście lat. Był wyrośniętym i silnym chłopakiem, 
członkiem szkolnej drużyny futbolowej. Nie był wybitnym sportowcem, 
ale na tyle dobrym, by otrzymać stypendium na studia. Chris wciąż 
pamiętała czasy przed ukończeniem szkoły, ich wspólne noce spędzane w 
jego starym chevrolecie w zagajniku po drugiej stronie jeziora. 
Uwielbiała Branta i uważała za najpiękniejsze stworzenie na świecie. 
Miał czarne oczy i włosy, szerokie ramiona, dłonie, które doskonale 
wiedziały, co robić z jej piersiami. Pragnęła jedynie sprawiać mu przyje-
mność, więc pozwalała rozpinać swoją bluzkę i stanik, a gdy to nie 
wystarczyło - także dżinsy, a kiedy i tego było im mało, zaczęła nosić 
spódniczki, więc musiał tylko zdjąć jej majteczki i rozpiąć swoje 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY    » 83 
spodnie. Za pierwszym razem bolało, ale później było lepiej, dużo lepiej. 
Wspominając to wszystko, usiłując zrozumieć, jak mogła być tak 
łatwowierna, Christine zastanawiała się, czy nie zadecydował wtedy czar 
zakazanego owocu. Nie należała do zbuntowanych nastolatek, ale koń-
czyła już szkołę średnią i czuła się bardzo dorosła w domu pełnym 
młodszych braci. Poza tym chodziło 
0 samego Branta, który w tamtych czasach był ucieleśnieniem marzeń 
wszystkich jej koleżanek. 
Nie mogło być żadnego porównania między Bran-tem a Gideonem 
Lowe'em. Gideon był dojrzałym mężczyzną o silnym charakterze. 
Szczegóły jego wyglądu zapadły Christine w pamięć i powracały jeszcze 
długo po wyjściu z „Joe's Grille": cień zarostu na gładko wygolonej 
górnej wardze, przylegające do głowy uszy 
1 zawijające się za nimi włosy, długie, wyszorowane do czysta palce i 
blizna na najmniejszym z nich, dołek w policzku i zapach - czysty, męski 
i bardzo atrakcyjny. 
Była jednak absolutnie zdecydowana oprzeć się jego urokowi. 
Powiedziała Gideonowi prawdę: w jej życiu nie było miejsca dla 
mężczyzny. Kariera zawodowa i rodzina wypełniały cały jej czas. Do 
obiadu w Dzień Dziękczynienia zasiadło liczniejsze i bardziej hałaśliwe 
grono niż kiedykolwiek przedtem, bo Jason był już żonaty, Evan 
zaręczony, a Mark i Steven przywieźli z sobą przyjaciół z uczelni. Boże 
Narodzenie zapowiadało się równie licznie i hucznie. Także w pracy 
Chris czuła przedświąteczną gorączkę, bo klienci pragnęli mieć wszystko 
gotowe na święta. To oznaczało wiele dodatkowej bieganiny. Naprawdę 
nie miała czasu dla Gideona Lowe'a. 

background image

84      •    MARZEŃ CIĄG DALSZY 
Oczywiście Gideon nie przyjmował tego do wiadomości. Ledwo zdążyła 
wrócić do biura, zadzwonił, żeby się upewnić, czy dojechała bezpiecznie. 
Zatelefonował ponownie dwa dni później, że jeszcze niczego nie 
obiecuje, ale zaczął się rozglądać za półkolistymi nadświetlami. Trzy dni 
później zadzwonił znowu, by zaprosić ją na kolację. 
Na sam dźwięk jego głosu ogarniała ją fala gorąca. Nie wolno jej iść z 
nim na kolację. 
- Przykro mi, Gideonie, ale nie mogę. 
- Nie możesz czy nie chcesz? 
- Nie mogę, mam inne plany. 
- To je zmień. 
- To niemożliwe. - Tego wieczoru w szkole odbywał się koncert 
świąteczny. Za nic w świecie nie zgodziłaby się go opuścić. 
- No to jutro. Moglibyśmy pójść do kina czy coś w tym rodzaju. 
Zamknęła oczy i powiedziała łagodnie: 
- Nie mogę. Przykro mi. 
- W ogóle się nie zobaczymy? - spytał po chwili. 
- Nie powinniśmy. Pracujemy razem i niech tak zostanie. 
- Ale ja czuję się samotny. 
Uniosła w górę wzrok. Był rozbrajający, gdy się tak żalił. 
- Przecież mówiłeś, że spotykasz się z kobietami. Z wieloma kobietami. - 
Bardzo dobrze pamiętała jego słowa. 
- To prawda, ale te kobiety to po prostu znajome. Dobrze się z nimi 
spędza czas, ale nic ponadto. Nie działają mi na zmysły tak jak ty. 
- Dajże spokój, Gideonie - westchnęła. Mówił okropnie ckliwe rzeczy, a 
jej się to podobało. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY    • 85 
- Spotkaj się ze mną podczas weekendu. Wszystko jedno gdzie i kiedy. 
- Mam lepszy pomysł - powiedziała, usiłując odzyskać panowanie nad 
sobą i sytuacją. - Zadzwonię do ciebie za tydzień. Jest kilka spraw, 
których nie przedyskutowaliśmy podczas lunchu - o których całkowicie 
zapomniała, gdy ją pocałował - i mam kilka nowych pomysłów. Więc 
może zdzwonimy się za tydzień? 
- Za tydzień?! 
- Zrozum, to dla mnie okropny okres. Terminy mnie gonią, tkwię po uszy 
w zobowiązaniach i obietnicach. Za tydzień, proszę! 
Jej argumenty najwidoczniej do niego przemówiły, bo zgodził się 
zadzwonić w następny czwartek. Dlatego poczuła się wytrącona z 
równowagi, gdy we wtorek, między telefonami do fabryki mebli w 
Karolinie Północnej, importera kafelków z Delaware i wytwórcy 
dywanów w Maine, dobiegł ją z sekretariatu znajomy męski głos. 
Po chwili wiedziała już, co się dzieje. Margie, poinstruowana, by przez 
godzinę nikogo do niej nie wpuszczać i nie łączyć żadnych telefonów, 
broniła Gideonowi wstępu, a ten oczywiście się nie poddawał. 
Chris wstała zza biurka, otworzyła drzwi i oparła się o futrynę. 
- Co tu robisz, Gideonie? - spytała najsurowiej, jak umiała, nie zważając 
na przyspieszone bicie serca. 
Był w dżinsach, swetrze i sięgającej bioder kurtce. Zapewne przyjechał 
wprost z budowy, bo na jego policzkach ciemniał cień zarostu. Na jej 
widok oczy mu rozbłysły. 

background image

86      •      MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Cześć, Chris - powiedział, jakby zaskoczony - jak leci? 
- Co ty tu robisz? - powtórzyła, z trudem utrzymując powagę. Śmiesznie 
wyglądało, gdy wielki, nie-dźwiedziowaty facet usiłował udawać 
niewiniątko. 
Wepchnął ręce do kieszeni i wzruszył ramionami. 
- Byłem w okolicy i postanowiłem wpaść. Jak się czujesz? 
- W porządku. - Usiłowała nie poddawać się jego urokowi. 
- Jak minął weekend? 
- Dobrze. A twój? 
- Samotnie. Bardzo samotnie. Jak ci zresztą mówiłem. - Zrozumiała, że 
jeśli nie zaprosi go do gabinetu, Margie też dowie ze szczegółami o jego 
samotności. 
Chris chciała tego za wszelką cenę uniknąć. Jego smętnej opowieści 
wysłuchałaby nie tylko Margie, ale i Andrea, która w tej chwili 
rozmawiała z klientem w sąsiednim pokoiku. Oczywiście później nie 
obyłoby się bez komentarzy, pytań i docinków. Lepiej nie dopuszczać 
Gideona do głosu. 
Gestem zaprosiła go do siebie, ale gdy tylko zamknęła drzwi, posłała mu 
gniewne spojrzenie. 
- Mówiłam ci, że nie mam czasu się z tobą widzieć, Gideonie, i mówiłam 
to poważnie. Mam robotę. - Wskazała biurko. - Widzisz, co się tu dzieje? 
To się nazywa gorączka przedświąteczna. Co ty wyprawiasz? 
- Zdejmuję kurtkę. Gorąco tu. 
- Włóż ją z powrotem. Nie zapraszałam cię. 
- Chciałem porozmawiać o Rise. 
- Bzdura. Wcale nie o to ci chodzi i oboje dobrze o tym wiemy. - 
Najwyraźniej jej nie słuchał. Roz 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY    » 87 
glądał się po pokoju, oceniając wystrój utrzymany w morelowo-szarej 
tonacji. 
- Nieźle - stwierdził w końcu. Podszedł do sofy i rozsiadł się na niej 
wygodnie, jakby miał zamiar tam zostać co najmniej tydzień. 
- Gideonie, jestem zajęta - powtórzyła. Machnął ręką w stronę biurka. 
- Nie krępuj się, pracuj. Będę siedział cicho. 
- Nie mogę pracować, gdy tu jesteś. 
- Dlaczego? 
- Rozpraszasz mnie. 
- Nie musisz na mnie patrzeć. 
- I tak bym cię widziała. 
- Aaach - westchnął. - Nareszcie jakieś wyznanie. 
Zarumieniła się i zmarszczyła brwi. 
- Gideonie, proszę cię. 
Pochylił się do przodu, opierając łokcie na rozstawionych kolanach. Jego 
głos brzmiał nisko i żałośnie. 
- Widziałem cię zaledwie tydzień temu, a czuję się, jakby to był co 
najmniej miesiąc. Tak ślicznie wyglądasz. 
Chris miała na sobie sweter w kolorze czerwonego wina i kremową 
bluzkę, jedne z najstarszych swoich rzeczy. Wcale nie czuła się ładna i 
słowa Gideona ją krępowały. 
- Gideonie, proszę cię. 
- Ciągle o tobie myślę. Zastanawiam się, co robisz i z kim jesteś, czy 
pamiętasz o mnie. 
- Już ci mówiłam, że mam mnóstwo pracy. 
- A kiedy jesteś wieczorem sama w domu, czy wtedy o mnie myślisz? 

background image

88      •      MARZEŃ CIĄG DALSZY 
Przycisnęła dwa palce do ust. Ostatniej nocy śniło 
jej się, że ją całuje. 
- Nie chcę tego - szepnęła przez palce. 
- Ja też nie. Ale to się dzieje i nie mogę tego zignorować. Od lat nikt mnie 
nie pociągał tak jak ty. Usiłowałem trzymać się z daleka, ale nie umiem 
czekać. Możesz to nazwać niecierpliwością czy męskim 
zarozumialstwem, ale przywykłem robić, co chcę. A chcę cię znów 
zobaczyć. 
Chris zdała sobie sprawę, że Anthony Haskell właśnie cierpliwie czekał, 
żeby dała mu znak, a gdy te robiła, nie działo się nic nadzwyczajnego. 
Natomiast z Gideonem... Czuła, jak cała płonie. 
Schroniła się za biurkiem. 
- Przecież umówiliśmy się na telefon w czwartek - powiedziała nieco 
drżącym głosem. 
- Owszem. I to wciąż jest aktualne. Masz rację, że dzisiaj nie przyszedłem 
rozmawiać o Crosslyn Rise. I w czwartek też nie chcę o tym mówić. Nic 
się tam nie dzieje takiego, co nie mogłoby zaczekać do stycznia, 
szczególnie jeśli teraz jesteś tak zajęta, jak twierdzisz. 
- Naprawdę jestem. 
- Przecież ci wierzę - powiedział. - Ale od czasu do czasu musisz sobie 
zrobić przerwę. Dlaczego nie możesz spędzić jej ze mną? 
- Nie chcę. 
- Dlaczego? 
Przychodziły jej do głowy dziesiątki odpowiedzi, ale żadnej nie 
odważyłaby się wypowiedzieć na głos. Gideon nie miał takich oporów. 
- Nie lubisz mnie? 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY » 89 
Spojrzała niechętnie. 
- Lubię cię, oczywiście. Gdybym cię nie lubiła, wezwałabym już policję, 
żeby cię usunęła z mojego biura. Przeszkadzasz mi w pracy. Słuchaj, 
naprawdę nie mam teraz czasu z tobą rozmawiać. 
- Masz rację. Więc chodź dziś ze mną wieczorem na kolację. 
Pokręciła głową. 
- No to jutro. Przecież musisz coś jeść. 
- Jem, z moją rodziną. 
- Czy nie mogą się bez ciebie obyć choć jeden wieczór? 
Znów pokręciła głową. 
- No to pozwól rai przyjść do was na kolację. - Najwyraźniej spodobał mu 
się ten pomysł. - To dopiero byłoby fajne! Zawsze marzyłem o wielkich, 
rodzinnych posiłkach,. Przyniosę kwiaty dla twojej mamy, cygara dla 
twego ojca... 
- Nie pali. 
- No to piwo. 
- Nie pije. 
- No to orzeszki. 
- Niestety, lekarz mu nie pozwala. Gideon spojrzał na nią ze zgrozą. 
- Biedaczysko. Czy w ogóle ma jakieś przyjemności w życiu? 
- Kiedy sądzi, że nikt nie widzi, wymyka się do kuchni i kradnie całusy 
mamie, gdy ma ręce zajęte zmywaniem. 
Gideonowi odebrało mowę. Gapił się tylko na Chris, jakby nie rozumiał. 
Potem na jego twarzy pojawił się wyraz tęsknoty. 

background image

90      • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Zazdroszczę wam wszystkim - mruknął niewyraźnie, jakby do siebie. 
Chris zrobiło się żal Gideona. Przecież sam twierdził, że spotyka się z 
kobietami. Z wieloma kobietami. I miał w Kalifornii matkę, może także 
przyrodnie rodzeństwo? Niewątpliwie pod jego choinką będzie ciasno od 
paczuszek. Więc dlaczego wyglądał, jakby najlepszym prezentem był 
wieczór spędzony z jej rodziną? 
- Słuchaj - powiedziała, wzdychając bezradnie - moi rodzice co roku 
urządzają bożonarodzeniowe przyjęcie. - Dom będzie pełen ludzi, więc 
może bezpiecznie zrobić dobry uczynek. - W najbliższą niedzielę. 
Możesz przyjść, jeśli masz ochotę. 
Rozjaśnił się. 
- Przyjdę. Powiedz tylko, kiedy i dokąd. Napisała adres na odwrocie 
swojej służbowej wizytówki. 
- Dom będzie otwarty dla gości od trzeciej do siódmej, a najlepsze 
jedzenie trafia na stół koło szóstej. 
- Jaki strój? - spytał, wstając z kanapy. 
- Swobodny, ale bez przesady. W rodzaju tego, który miałeś na sobie 
podczas lunchu w zeszłym tygodniu. 
Spojrzał na wizytówkę i wsunął ją do kieszeni dżinsów. Chwycił kurtkę, 
narzucił na siebie, odsłaniając tym ruchem fragment nagiego ciała między 
spodniami a swetrem; i ruszył do drzwi. Odwrócił się jeszcze raz i 
szeroko uśmiechnął. 
- Dzięki, Chris. Będę się cieszył na to spotkanie i przez resztę tygodnia. 
Do zobaczenia. - Mrugnął do niej i już go nie było. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      •      91 
W niedzielny ranek Chris stwierdziła, że wcale nie jest gotowa na 
spotkanie z Gideonem. Zbyt silnie na nią działał. Wystarczyło, by o nim 
pomyślała, a już dłonie zaczynały jej drżeć, a skóra palić. 
Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Od piętnastu lat mężczyźni nie 
interesowali jej w najmniejszym stopniu. W pracy miała do czynienia z 
klientami, jej ojciec zapraszał do domu znajomych, bracia przywozili 
licznych kolegów z uczelni, ale nigdy żaden nie obudził jej uśpionych 
zmysłów. 
Natomiast Gideon Lowe pobudzał ją w takim stopniu, że Chris była 
przerażona. Modliła się, by przyjechał późno i został jak najkrócej. 
Gideon pojawiłby się punktualnie o trzeciej, gdyby furgonetka nie 
odmówiła posłuszeństwa. Wymyślał jej od najgorszych, grzebiąc pod 
maską, ale poskutkowała dopiero groźba, że zamieni ją na sportowy wóz. 
Dlatego też było już wpół do czwartej, gdy zaparkował w pobliżu domu 
rodziców Chris. 
Ulica była ładna, pełna drzew, a cała dzielnica stara i zadbana. Drewniane 
domy stały na niewielkich parcelach. Panował pogodny i świąteczny 
nastrój, także dzięki dekoracjom na drzwiach wejściowych i kolorowym 
lampkom świecącym się w niemal wszystkich oknach. Domy nie były 
duże, ale wydawały się przytulne. 
Przyjęcie najwyraźniej było już w toku. Przez otwarte drzwi frontowe 
ludzie wchodzili i wychodzili, a na schodkach ganku siedziała grupka 
młodzieży w wieku studenckim, najwyraźniej nieczuła na zimno. 
Gideon ruszył ścieżką, uniknął zderzenia z dwoma dziewczynami 
wybiegającymi do przyjaciół i wszedł do 

background image

92      » MARZEŃ CIĄG DALSZY 
środka. Czuł się trochę niepewnie. Bywał w domach ludzi znacznie 
zamożniejszych i bardziej wpływowych, ale żadna z tych wizyt nie miała 
dla niego takiego znaczenia jak właśnie ta. 
Najwyraźniej wyglądał na zagubionego, bo po chwili podszedł do niego 
wysoki, siwy mężczyzna. 
- Witamy - zawołał, przekrzykując gwar. - Proszę wejść dalej. 
- Pan Gillette? - Gideon wyciągnął rękę. 
- I owszem - potwierdził mężczyzna, potrząsając jego dłonią - ale pewnie 
nie ten, o którego panu chodzi. Jestem Peter. Jeśli szuka pan mego brata 
Franka, to akurat miesza koktajl jajeczny, co jest zajęciem poważnym i 
wymagającym skupienia, więc na pana miejscu nie przeszkadzałbym mu. 
Jeśli spaprze robotę, wszyscy na tym stracimy. 
- Właściwie szukam Christine - wyjaśnił Gideon, rozglądając się wokół. - 
Jestem jej znajomym, nazywam się Gideon Lowe. 
- Świetnie. - Peter uśmiechnął się szeroko. - Niech pan gdzieś upchnie 
swoją kurtkę, a ja tymczasem ją znajdę. 
Gideon ściągnął już skórzaną kurtkę, teraz powiesił ją w szafie. 
- Proszę się nie trudzić, sam jej poszukam. W którym kierunku 
powinienem iść? 
Peter zajrzał do jadalni po lewej, do salonu po prawej i z powrotem do 
jadalni. 
- Pewnie do kuchni. Skoro nie pomaga Frankowi, to pomaga Mellie. Tędy 
- wskazał jadalnię. 
Pokój był zapchany ludźmi pijącymi drinki lub częstującymi się 
ciasteczkami z licznych półmisków. Na jednym końcu stołu stała wielka 
szklana salaterka, 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      » 93 
do której postawny, szpakowaty mężczyzna - zapewne Frank - dolewał na 
zmianę ukręconych z cukrem jajek i brandy, mieszając ostrożnie. Mimo 
dobrodusznych żartów i uwag zgromadzonego wokół towarzystwa, był 
skupiony wyłącznie na swoim zajęciu. 
Gideon przecisnął się przez tłumek do drzwi w przeciwległej ścianie i 
przez malutką spiżarnię przeszedł do kuchni. Chris stała przy szafkach, 
odwrócona tyłem do wejścia, obok kobiety o podobnej budowie, wzroście 
i kolorycie - zapewne matki. Krajały na kawałki i układały na półmisku 
gorącą kiełbasę, wbijając w każdy kawałek wykałaczkę. 
Gideon podszedł do Chris i lekko pocałował ją za uchem. 
Wrzasnęła i podskoczyła. 
- Gideon! - zwróciła się do niego rozgniewana. 
- Nigdy więcej tego nie rób. Ojej - przycisnęła dłoń do serca - przez ciebie 
postarzałam się o co najmniej piętnaście lat! 
Wskazał gestem jej matkę, przyglądającą im się z ciekawością. 
- Jeśli za piętnaście lat będziesz wyglądać tak uroczo jak ta pani, to nie 
mam nic przeciwko temu. 
- Wyciągnął dłoń do Mellie. - Pani Gillette? Jestem Gideon Lowe. - Nie 
mogło być pomyłki. Miały takie same oczy, włosy, usta. Chris była 
szczuplejsza i - w szerokich spodniach i luźnej tunice - modniej ubrana, 
ale w sumie bardzo podobna do matki. 
- Mamo, Gideon jest kierownikiem budowy w Crosslyn Rise. Wpędzi 
mnie do grobu, zanim w ogóle wezmę się za ten projekt. - Spojrzeniem i 
tonem głosu przywoływała go do porządku. - Myślałam, że przyjedziesz 
później. 

background image

94 • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Powiedziałaś, że jeśli chodzi mi o jedzenie, powinienem przyjechać o 
szóstej. Uznałem, że przedtem przyda mi się trochę zgłodnieć. Miło mi 
panią poznać. 
- Serdecznie uścisnął dłoń Mellie i puścił, by mogła znów zająć się 
krojeniem. - To wielkie przyjęcie. Czy mogę w czymś pomóc? 
- Nie - odpowiedziały równocześnie kobiety. 
- W kuchni mojej mamy mężczyźni nie gotują 
- wyjaśniła Chris. - Nadają się tylko do sprzątania. 
- I kilku innych rzeczy - dodała pod nosem Mellie. Spojrzała na Gideona. 
- Ale nie chcę, żebyście tu siedzieli. Gideon jest gościem. Zostaw to, 
Chris, ja skończę, a ty przedstaw Gideona innym. 
Przez chwilę myślał, że Chris się sprzeciwi, ale widać było, że Mellie jest 
nieugięta. Opłukała więc ręce i wyprowadziła Gideona przez inne drzwi 
wprost do holu, biegnącego na przestrzał przez dom. Było tu mnóstwo 
ludzi, więc Gideon trzymał się blisko swojej przewodniczki. 
- Wyglądasz fantastycznie - szepnął jej do ucha. 
- Dzięki - odszepnęła. 
- A smakujesz jeszcze lepiej. 
- Och, proszę cię. - Zanim zdążył powiedzieć coś więcej, złapała go za 
łokieć i obróciła. - Gideonie, to mój brat Steven. Studiuje na 
uniwersytecie stanowym. Steven, poznaj Gideona Lowe'a, 
budowniczego, z którym pracuję. 
Gideon wymienił uścisk dłoni z wysokim blondynem. 
- Zapewne jesteś fanem koszykówki - powiedział. 
- Ty też? - roześmiał się Steven. 
- Jasne. Gdyby nie twoja fantastyczna siostra, siedziałbym przed 
telewizorem. Wiesz może, jaki wynik? 
- spytał, zniżając głos. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY      • 95 
- Gdy ostatnio zaglądałem na górę, Celtowie mieli ośmiopunktową 
przewagę - równie cicho odpowiedział Steven. - Jeśli cię to interesuje, 
telewizor jest włączony. 
- Dzięki, może później. 
- Żebyś mi się nie ważył - ostrzegła Chris, ciągnąc go za rękę. - To by 
było bardzo niegrzeczne. 
- Trzymaj mnie dalej za rękę, a nie ruszę się od twego boku - szepnął jej 
do ucha. - Ach, oto następny brat - dodał głośno. 
- To Jason - potwierdziła rozbawiona Chris. - Pracuje razem z tatą. Jego 
żona też tu jest... - stanęła na palcach, rozglądając się. - Jason, gdzie jest 
Cheryl? 
Jason uścisnął Gideonowi rękę. 
- Na górze, karmi małego. 
- Gideon Lowe - przedstawił się Gideon. - Jakiego małego? 
- Ich synka - wyjaśniła Chris. 
- Moje gratulacje! 
- Dzięki - powiedział Jason, ale najwyraźniej myślał o czym innym. - 
Chrissie, nie widziałaś może Marka? Davissonowie się śpieszą, a on 
zablokował im wyjazd swoim gruchotem. 
- Poszukaj na ganku. Widziałam, jak tam siedział z całą swoją gromadą. 
Jason zniknął w tłumie, ale zanim Chris i Gideon zdążyli się ruszyć, w 
jadalni rozległy się wiwaty. Chwilę później roześmiany Frank Gillette 
wyszedł do holu w asyście poklepujących go po plecach przyjaciół. Na 
widok Chris pospieszył w ich kierunku. 
- Idź spróbować, kochanie. Mówią, że jest lepszy niż kiedykolwiek. 

background image

96    •    MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Zaraz spróbuję. - Chris zacisnęła rękę na ramieniu Gideona. - Tato, to 
jest Gideon Lowe. Pracujemy razem. 
- Miło mi cię poznać - powiedział Frank. - Cieszę się, że mogłeś przyjść. 
Hej, Evan - zatrzymał przechodzącego następnego wysokiego blondyna. - 
Evan, przywitaj się z Gideonem Lowe'em. Gideonie, to mój drugi z kolei 
syn, Evan, i Tina, jego narzeczona. 
Uśmiechnął się na powitanie. Evan z dziewczyną przepychali się dalej do 
salonu. Gideon zaczynał się już zastanawiać, jak Chris była w stanie 
rozróżnić swoich braci, gdy obok przemknął następny, młodszy i szyb-
szy. Wymknąłby się przez drzwi frontowe, gdyby Frank nie złapał go za 
ramię. 
- Dokąd to tak spieszno? 
- Chcę zobaczyć przyjaciół Marka. Steve mówi, że są tam niezłe 
dziewczyny. 
Chris uśmiechnęła się do Gideona. 
- To Alex, najmłodsze dziecko. 
- Daj spokój, Chris, to nieładnie - nachmurzył się Alex. - Mam już 
piętnaście lat. Poza tym nie ja jestem najmłodszy, tylko Jill. 
- Jill? - Gideonowi zaczynało się kręcić w głowie. Chris powiedziała, że 
ma pięcioro rodzeństwa, a dotychczas poznał chyba dziesięcioro. - 
Jeszcze jedno dziecko? 
- Tak, właśnie idzie. - Alex wskazał schodzącą ze schodów dziewczynę i 
wymknął się na dwór. 
- Chodź tu, mała - powiedział Frank, ale Jill stanęła przy Chris, więc jej 
przypadła prezentacja. 
- Przywitaj się z Gideonem - powiedziała. - Jest kierownikiem budowy w 
Crosslyn Rise, ale uważaj, co mówisz. Jest także członkiem konsorcjum. 
- Ach, to ten? - roześmiała się Jill. 

background image

_MARZEŃ CIĄG DALSZY    » 97 
- Tak, to ten. 
Gideon nie mógł oderwać oczu od Jill. W odróżnieniu od pozostałych 
członków rodziny Gillette, miała brązowe włosy i oczy. Wyglądała na co 
najmniej siedemnaście lat i była prawdziwą pięknością. A jednak 
piętnastoletni Alex powiedział, że jest najmłodsza. . 
- Cześć, Jill. - Wyciągnął dłoń. 
Po chwili wahania uśmiechnęła się, zupełnie jak Chris. 
- Miło mi cię poznać. 
- Mnie też jest miło. Nieczęsto mam okazję przebywać w towarzystwie 
dwóch tak fantastycznych kobiet. 
Chris i Jill wymieniły znaczące uśmiechy. 
- O co chodzi? - Gideon zwrócił się do Franka. - Coś nie tak? Czy one 
obie nie są fantastyczne? 
- Są - przytaknął Frank - ale kimże jestem, by to osądzać? 
Gideon przenosił wzrok z twarzy Chris na Jill i z powrotem. 
- Sami blondyni i jedna brunetka - stwierdził z namysłem. - Ile masz lat? - 
spytał Jill. 
- Piętnaście. 
- Myślałem, że to Alex ma piętnaście. 
- Bo ma. 
- Więc jesteście bliźniętami? 
- Nie. Jill jest młodsza o pięć miesięcy - powiedziała Chris, wymieniając z 
Jill rozbawione spojrzenia. 
- Pięć miesięcy? - Gideon zmarszczył brwi. - To przecież niemożliwe... - 
przerwał, bo Chris i Jill wy-buchnęły śmiechem. Spojrzał pytająco na 
Franka. 
- Chris - skarcił ją Frank. - Mówiłem ci, żebyś tego nie robiła. Nieładnie 
tak mieszać ludziom w głowie. 

background image

98      » MARZEŃ CIĄG DALSZY 
Gideon patrzył na Chris, ale to Jill mu wyjaśniła. 
- Nie jestem jego - powiedziała, ruchem głowy wskazując Franka-tylko 
jej. - Dotknęła ręką Chris. 
Jej? Przez chwilę Gideon nie pojmował. A gdy wydawało mu się, że 
zrozumiał, odrzucił to wyjaśnienie jako niemożliwe. 
Chris ścisnęła mu dłoń. 
- Powiedz coś. - Jej spojrzenie było nadspodziewanie poważne. 
- Jesteś za młoda, a ona za duża. - Tylko to przyszło mu do głowy. 
- Miałam osiemnaście lat, gdy się urodziła. 
- Wyglądacie jak siostry. 
- Gdyby była moją siostrą, miałaby blond włosy. 
- Ale ma rodzinny uśmiech. 
- To mój uśmiech. Jest moją córką. 
Córką. Żadne z dwojga świadków tej rozmowy nie zaprzeczyło,więc 
Gideon w końcu pojął, że to prawda. 
- Jejku - westchnął. - Córką... 
- Zaskoczyłam cię? 
- Taaak - pokiwał głową. - Jeszcze jak. 
- To stawia sprawę w innym świetle, co? - spytała Chris, ale zanim zdążył 
się odezwać, wysunęła rękę z jego dłoni. - Przepraszam, muszę zobaczyć, 
co robi mama. 
- Chris... 
Zatrzymał go Frank, opierając dłoń na ramieniu Gideona. 
- Niech idzie. Wkrótce wróci. 
Ale Gideon nie odrywał wzroku od oddalającej się sylwetki. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY    • 99 
- Ale ona sobie źle wytłumaczy to, co powiedziałem. Na pewno tak 
będzie. Pomyśli, że jej nie chcę, bo ma dziecko, a mnie wcale nie o to 
szło. Chodziło mi o to, że, jasny gwint, zrobiła w życiu coś tak wspaniałe-
go, że nic, co ja zdołałem uczynić, się z tym nie równa. 
- Ale kwasisz - mruknęła Jill. 
Gideon spojrzał na nią z przerażeniem. Zupełnie zapomniał o jej 
obecności. 
- Strasznie przepraszam. Nie chciałem cię dotknąć. Ja naprawdę lubię... 
naprawdę podoba mi się twoja mama. A skoro jesteś jej córką, to ciebie 
też lubię. Do diabła, cała rodzina mi się podoba. Ja nie mam żadnej. 
- Żadnej rodziny? - Jill szeroko otworzyła oczy. Przy drzwiach wybuchło 
zamieszanie. Frank zerknął w tamtą stronę. 
- Wielkie nieba, tego skurczybyka nie widziałem chyba od dwudziestu 
lat! - wykrzyknął i zwrócił się do Jill: - Zajmij się Gideonem, kochanie. 
Jak już wyczerpiecie wszystkie tematy, wyślij go na górę przed telewizor. 
Jest fanem koszykówki. - Oddalił się, by przywitać przyjaciela. 
- Naprawdę nie masz żadnej rodziny? - powtórzyła Jill. 
Pokręcił głową. 
- Żadnej. 
- To okropne. I mieszkasz sam? 
- Sam. 
- Ojej, ja bym chyba tak nie mogła. Brakowałoby mi ludzi wokół i ruchu. 
Gideon usiłował sobie przypomnieć, co Chris mu 
o sobie opowiadała. Nie było tego wiele. Niektóre 

background image

1 0 0  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
pytania pominęła milczeniem, inne zbyła. Zapewne nie kłamała, ale 
najwyraźniej starannie dobierała słowa. Z tego, co mówiła, odniósł 
wrażenie, że ma własne mieszkanie, gdzieś w pobliżu rodzinnego domu. 
- Czy mieszkacie tutaj? W tym domu? 
- Och, nie. Mieszkamy obok, ale i tak jesteśmy tu prawie cały czas. 
- Obok? - Usiłował sobie przypomnieć, jak wyglądają sąsiednie domy. - Z 
prawej czy z lewej? 
- Z tyłu. Mieszkamy w garażu. 
- W garażu?! 
Jill rzuciła mu figlarne spojrzenie. 
- Chcesz zobaczyć? 
- Jasne. - Przyszło mu do głowy, że córka Chris jest kopalnią informacji 
na temat swojej matki, więc chciał to wykorzystać. 
Jill przeprowadziła go przez tłum gości do drzwi i oszronionym 
chodnikiem na podjazd. 
- Moi przyjaciele uwielbiają mój dom - powiedziała. - Wszyscy męczą 
rodziców, żeby im też coś takiego zrobili. 
Na pozór nie różnił się niczym od standardowych garaży na dwa 
samochody. Budowlana wyobraźnia Gideona zaczęła pracować, ale i tak 
nie był przygotowany na widok, jaki ukazał się jego oczom, gdy Jill 
otworzyła boczne drzwi i zapalając po drodze światło, wprowadziła go do 
środka. 
Garaż został przedłużony i przebudowany na mały domek. Cały dół był 
otwarty, zajmował go salon połączony z jadalnią i kuchenką. Na antresoli 
dwoje drzwi prowadziło zapewne do dwóch sypialni. Niedostatek okien 
kompensowała obfitość świateł, jak przystało w mieszkaniu córki i 
wnuczki elektryka. Ale 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 101 
największe, wrażenie na Gideonie wywarł wystrój wnętrza. Niemal 
wszystko było białe, a to, co nie było, miało odcień bladego błękitu. 
Całość robiła wrażenie jasnej, czystej przestrzeni. Trudno było uwierzyć, 
że są w garażu. 
- Tu jest fantastycznie - westchnął z podziwem. Jill się rozpromieniła. 
- Mama to zaprojektowała, a zrobili przyjaciele dziadka. Ja byłam jeszcze 
malutka, a mama się uczyła. W ten sposób mogła mnie w dzień zostawiać 
z babcią i Alexem, a w nocy byłyśmy same. 
Gideon wciąż się rozglądał, chłonąc wzrokiem drobne, intymne 
szczegóły - jak na przykład zdjęcia Jill w różnym wieku, oprawione każde 
w inną ramkę - ale słuchał uważnie słów dziewczyny. 
- Więc rosłaś razem z Alexem? 
- Uhm. Jak na wujka jest całkiem niezły - powiedziała z bardzo 
dojrzałym, ironicznym uśmieszkiem. 
- Aha, nieźle się przy tym bawisz, co? - Gideon przymrużył oko. 
- No. - Przysiadła na oparciu kanapy. - Ludzie nie wiedzą, co myśleć, gdy 
nas widzą razem. Jesteśmy w tej samej klasie i tak samo się nazywamy, 
ale w ogóle nie jesteśmy podobni. Gdy mówimy, jak jest naprawdę, nikt 
nie chce wierzyć. Robią strasznie głupie miny -jak ty przedtem. 
Zastanawiał się, czy nie spytać Jill o ojca, ale doszedł do wniosku, że 
powinien zwrócić się z tą sprawą do Chris. 
- Nie przeszkadza ci, że mama tyle pracuje? 
- Musi zarabiać na życie. - Jill wzruszyła ramionami. 
- Ale chyba ci jej brakuje. 

background image

1 0 2  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- I tak, i nie. Mam babcię i dom pełen wujków. Ajak mama wraca 
wieczorem, opowiada mi o wszystkim, co robiła przez cały dzień. 
- O wszystkim? Jill pokiwała głową. 
- Jesteśmy bardzo zżyte. Odniósł wrażenie, że to ostrzeżenie. 
- A co mówiła o mnie? - spytał niepewnie. Odpowiedziała bez wahania, 
jakby czekała na to 
pytanie. 
- Że jesteś szefem budowy i członkiem komisji, która przeprowadzała z 
nią rozmowę, i że jesteś prawdziwym twardzielem. - Roześmiała się na 
widok jego miny. - Żartowałam. Nic takiego nie mówiła. Powiedziała 
tylko, że jesteś przystojny i pewny siebie i że współpraca z tobą chyba nie 
będzie łatwa. Myślę, że cię lubi - dodała po chwili namysłu. 
- Wiem, że mnie lubi... 
- Rozumiesz, lubi cię - powtórzyła z naciskiem. Gideon spojrzał 
niepewnie. 
- Tak sądzisz? Skąd wiesz? 
- Uciekła, gdyśmy ci powiedziały o mnie. Denerwowała się, co sobie 
pomyślisz. Gdyby jej nie zależało, toby się nie przejmowała. No i ręce. 
- Co ręce? 
- Trzymała cię za rękę. Czy też pozwalała ci się trzymać. Zazwyczaj tego 
nie robi. 
- Zauważasz takie rzeczy? 
- Pewnie. Powinnam je zauważać. Jest moją matką i obchodzi mnie, co 
robi ze swoim życiem. 
Widział, że to prawda, i odnosił niejasne wrażenie, że rozmawia z matką 
Chris, a nie córką. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY •    10 3 
- Miałabyś coś przeciwko temu, żebym się z nią spotykał? 
- Nie. Powinna mieć więcej rozrywek. Za dużo pracuje. 
- A co z Anthonym? 
- Anthony to palant. 
- Aha. Więc nie stanowi konkurencji? 
- Żartujesz chyba. - Skrzywiła się zabawnie. 
O mało się nie roześmiał. Ale jego przyszłość z Chris to nie żarty. 
- Więc skreślamy Anthony'ego. Są jacyś inni, o których powinienem 
wiedzieć? 
- A mama mówiła, że są? 
- Nie. 
- Więc już wiesz. - Uniosła głowę. 
- I nie miałabyś nic przeciwko temu, żebym czasami z nią się umówił? 
- Dlaczego miałabym mieć? 
- Bo to by oznaczało, że mniej czasu spędza z tobą. Jill nie namyślała się 
długo nad odpowiedzią. 
- Czasami mam ochotę wyjść gdzieś z przyjaciółmi, ale czuję się winna, 
bo zostawiam mamę samą. Rozumiesz, kocham ją i tak dalej, ale moje 
przyjaciółki chodzą po zakupy albo do kina i fajnie spędzają czas. A poza 
tym, jak skończę szkołę, chciałabym gdzieś wyjechać na studia. Nigdy 
nie opuszczałam domu. Jednak nie będę mogła tego zrobić, bo mama 
zostałaby sama. 
Gideon podrapał się po głowie. 
- Wiesz, to brzmi niemal jakbyś chciała ją wydać za mąż. 
- Wcale nie - zaprotestowała, wstając z oparcia kanapy. - Nie mówiłabym 
tego byle komu. Ale ona ci 

background image

1 0  4    » MARZEŃ CIĄG DALSZY 
się podoba, a tyjej. Chodzi mi o to, że nie możesz mnie używać jako 
wymówki, żeby z nią nigdzie nie wychodzić. Jestem porządną 
dziewczyną. Nie palę, nie piję, nie biorę narkotyków. Za trzy lata wyjadę 
i nie będę ci stała na drodze. 
Gideon nie miał zbyt wielkiego doświadczenia w postępowaniu z 
piętnastoletnimi dziewczętami, ale rozumiał, że Jill jest wrażliwym 
stworzeniem, pod pewnymi względami dojrzałym, pod innymi wciąż 
jeszcze dziecinnym. 
- Nigdy nie będziesz mi stała na drodze, Jill - powiedział. - Nie wiem, co 
się zdarzy między twoją mamą a mną. Ledwośmy się poznali. Ale uwierz 
mi, że twoje istnienie jest plusem. Wielkim, wielkim plusem. Większość 
życia byłem sam, a chciałbym żyć w dużej rodzinie. 
- Rodzina czasami przeszkadza. 
- Nie mówiłabyś tego, gdybyś doświadczyła samotności tak jak ja. 
- Powiesz to mamie? 
- Jak tylko będę miał okazję. 
- Co tu się dzieje? - spytała Chris od drzwi. Jill odsunęła się od Gideona. 
- Oho, widzę, że okazja trafiła się wcześniej, niż; myślałeś. - Roześmiała 
się. - Cześć, mamo. Chyba wrócę do dużego domu i znajdę coś do picia. 
Jestem: kompletnie wysuszona. - Mijając Chris, dorzuciła: - Zaproś go na 
świąteczny obiad. Jest w porządku. - Zanim Chris zdążyła cokolwiek 
powiedzieć, już jej nie było. 

background image

ROZDZIAŁ 

- Czyj to pomysł, żeby tu przyjść? - spytała Chris. Nie była właściwie ani 
zła, ani zadowolona. Sama nie wiedziała, co czuje. 
- No... nie wiem. Chyba wspólny. , - Aha. - Chris zrozumiała natychmiast. 
- Kryjesz 
Jill. 
- Słuchaj, możliwe, że propozycja wyszła od niej, ale dopiero gdy 
zacząłem się dopytywać, gdzie mieszkacie - tłumaczył. Rozejrzał się 
wokół. - To fantastyczne miejsce, Chris. Bardzo mi się podoba. 
- Mnie też, ale to tylko mieszkanie. Natomiast Jill to żywa istota, która dla 
mnie jest najważniejsza na świecie. Nie chcę, by ją skrzywdzono. 
Gideon wyprostował się. 
- Uważasz, że mógłbym ją skrzywdzić? Właśnie tak myślała. 
- Mógłbyś stać się kimś naprawdę bliskim, a potem stracić 
zainteresowanie. Mówiłam poważnie, że Jill rzuca nowe światło na całą 
sprawę. 
- Czekaj, czekaj. Przecież nie uwodzę Jill. Chodzi o ciebie... 

background image

1 0 6  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Ale ona jest częścią mnie - przerwała Chris, chcąc wytłumaczyć 
Gideonowi, co dla niej jest najważniejsze. - To właśnie musisz 
zrozumieć. Chcesz się ze mną spotykać. Naciągnąłeś mnie, żebym 
zaprosiła cię tu dzisiaj. W porządku. Mogę się nawet z tobą umówić, ale 
musisz wiedzieć, jaka jest moja hierarchia wartości. Nie należę do kobiet 
kierujących się kaprysem. Nie jestem sama. Nie jestem wolna. 
- Ależ od samego początku byłaś poważna i konkretna - powiedział 
Gideon trzeźwo. - Jasno postawiłaś sprawę, jak ważna jest dla ciebie 
rodzina. 
- Jill to więcej niż rodzina. To ktoś, kogo stworzyłam... 
- Nie sama. 
- Ktoś, kogo z pełną świadomością wydałam na świat. Mam wobec niej 
obowiązki. 
- I uważasz, że jesteś wyjątkowa? - rzucił impulsywnie Gideon. - Czy 
inne matki nie czują tego samego? Dajże spokój, Chris, nie próbuję wejść 
między ciebie a twoją córkę. Może chciałbym dodać coś do życia was 
obu. Przyszło ci to kiedyś do głowy? Ja 
w każdym razie cholernie dobrze wiem, że próbuję dodać coś do mojego. 
- Zaklął pod nosem. -I ciągle tylko próbuję. Jesteś taka drażliwa, że nie 
bardzo mi się udaje coś osiągnąć. Chris, to wspaniale, że masz dziecko. 
Dowiedziałabyś się tego wcześniej, gdybyś nie uciekła. Ciągle to robisz, 
Chris, a to zły zwyczaj. Uciekasz, nie słuchając nawet wyjaśnień. 
- Nie ma tu nic do wyjaśniania - Chris stanowczo obstawała przy swoim - 
bo nic nie podlega dyskusji. Jill jest moją córką. Od piętnastu lat budzę się 
z myślą o niej i zasypiam z myślą o niej. Kobieta z dzieckiem to nie to 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY •      10 7 
samo co kobieta bez dziecka. I przemyśl to sobie dokładnie, zanim 
zaczniesz czarować wszystkich dookoła. - Ruszyła ku drzwiom, ale 
Gideon był szybszy. Odciął jej drogę i chwycił za ramię. 
- Nie tak szybko. Tym razem porozmawiamy. 
- Nie mogę z tobą rozmawiać - zawołała, usiłując się uwolnić. - Mam dom 
pełen gości. 
- Goście doskonale dają sobie radę sami - nie ustępował Gideon. - Poza 
tym w domu jest jeszcze pół tuzina gospodarzy. - Głos mu złagodniał, ale 
wciąż trzymał Chris za ramię, choć nie tak mocno. - Tylko chwileczkę, 
Chris. Nie zatrzymam cię długo, ale chciałbym ci jedno wytłumaczyć. 
Spojrzała mu w oczy i jej serce zmiękło. W jego wzroku było tyle 
łagodności. 
- Lubię cię - powiedział. - Diabli wiedzą dlaczego, bo nie jesteś łatwa w 
kontaktach, ale cię lubię. Mogłabyś mieć pięcioro dzieci i wcale by mi to 
nie przeszkadzało. Teraz, kiedy wiem o Jill, tym bardziej jestem pełen 
uznania dla ciebie, dla twoich sukcesów zawodowych i, najwyraźniej, 
osiągnięć rodzicielskich, bo bardzo miła z niej dziewczyna. - Przerwał na 
chwilę. - Zaskoczyłaś mnie, przyznaję, bo nigdy nie wspominałaś o 
dziecku. Wydawało mi się, że nie jesteś typem kobiety, która by... 
- Miała wpadkę? 
- Miała tak wcześnie dziecko. Chyba że z równie młodym chłopakiem. - 
Czoło przecięła mu pionowa zmarszczka. - Kim on był? - spytał cicho. 
- To nie ma znaczenia - odparła i znów próbowała skierować się do drzwi, 
ale Gideon przytrzymał ją także za drugie ramię. 

background image

1 0  8 »  MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Kochałaś go? - zapytał, wciąż cicho, niemal niepewnie. 
Chris spodziewała się słów krytyki, które zresztą często słyszała, od kiedy 
zaszła w ciążę. „Czy nie wiedzieliście, co robicie?" „Czy w ogóle się nie 
zabezpieczyliście?" „Czy nie zastanawialiście się nad konsekwencjami?" 
Rzadko pytano ją o uczucia. Spojrzała mu w głęboko w oczy i dostrzegła 
tam... troskę? 
- Tak mi się wydawało - odrzekła cicho. - Byliśmy w ostatniej klasie. On 
był przystojny i lubiany, miał mnóstwo uroku i fajnych pomysłów. 
Straciłam głowę. Nie mieliśmy gdzie chodzić, więc parkowaliśmy po 
drugiej stronie jeziora. Tam poczęliśmy Jill. 
Wydawało jej się, że Gideon powstrzymuje grymas niesmaku. 
- I co się stało później? 
- Nie chciał ani mnie, ani dziecka - stwierdziła po prostu. Już dawno 
przestała czuć się winna. Może wówczas kochała Branta, ale Brant na 
pewno kochał jedynie siebie. - Powiedział, że dziecko nie jest jego. 
Tym razem Gideon skrzywił się bardzo wyraźnie. 
- A cóż to za samolubny bydlak! Chris wzruszyła ramionami. 
- Dostał stypendium sportowe i nie chciał, żeby coś mu stanęło na drodze. 
- Więc wystawił cię do wiatru. Musiałaś być wściekła. 
- Wściekła, zrozpaczona, przerażona. 
- Ja jeszcze ciągle byłbym wściekły. 
- Dlaczego? Przecież w sumie to ja na tym lepię wyszłam. Mam Jill. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY            10 9 
Gideon milczał przez chwilę zaskoczony takim postawieniem sprawy. 
- Chyba to właśnie tak mi się w tobie podoba - powiedział w końcu 
zduszonym głosem. - Ty czujesz. Kochasz. 
Chris zdumiał i jego stłumiony głos, i malujący się w oczach podziw. Nie 
miała jednak czasu o tym myśleć, bo Gideon pochylił głowę do 
pocałunku. W każdym razie tak to wyglądało. Czuła już ciepło jego 
oddechu - ale właśnie wtedy Gideon cofnął głowę i jeszcze raz pytająco 
na nią spojrzał. Chris czuła, jak od tego spojrzenia coś się w niej zaczyna 
topić. 
- Zrób to - szepnęła, nagle zapragnąwszy smaku jego ust. 
Wargi miał gładkie i mocne. Najpierw muskał lekko jej usta w delikatnej 
pieszczocie, potem objął dłońmi twarz i przywarł do nich mocniej. Chris 
była wstrząśnięta. Śpiące od piętnastu lat zmysły nagle dały o sobie znać. 
Kolana jej drżały, serce biło mocno, krew uderzała do głowy. Zrobiło się 
jej słabo, więc uchwyciła sweter Gideona i mięła go w dłoniach. W końcu 
westchnęła cicho i rozchyliła wargi pod uporczywym naleganiem jego 
warg. Dała się uwieść ciepłu i zapachowi jego ciała, smakowi języka, 
delikatności dotyku. Gdy w końcu oderwał wargi od jej ust, poczuła się 
opuszczona. Dopiero po dłuższej chwili doszła do siebie na tyle, by 
zrozumieć, co się z nią dzieje i by wyczuć powstrzymywane drżenie jego 
ciała. Gideon obejmował ją ciasno ramionami, z twarzą wtuloną w jej 
włosy. 
- Gideon? - szepnęła, sama drżąca. 
- Ciii - odszepnął. - Daj mi chwilę. 
Dobrze wiedziała, dlaczego potrzebował czasu. Czuła to. Zszokowana i 
podniecona, zapragnęła jesz-

sipA43 

background image

1 1 0     • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
cze jednego pocałunku. Chciała, by jej dotykał. Chciała czegoś więcej, co 
by ukoiło głęboką, bolesną tęsknotę. 
- Wiedziałem, że tak będzie - szepnął znowu. 
- Nie wiedziałam, że w ogóle może tak być. Jęknął i przytulił ją jeszcze 
mocniej. 
- To nie pomoże. - Chris czuła przy ustach skórę jego szyi, gorącą, jędrną 
i cudownie, po męsku pachnącą. 
- Wiem, ale jeszcze nie mogę cię puścić. 
- Zaraz będziesz musiał. Ktoś może mnie szukać. Uniósł głowę i 
przytrzymał wzrokiem jej spojrzenie. 
- Wiesz, co bym zrobił, gdybym mógł? - spytał z trudem. - Oparłbym cię 
o drzwi i tak się tu z tobą kochał. 
Przez jej ciało przepływały fale gorąca. Musiała przełknąć, zanim udało 
jej się wykrztusić z siebie słowa. 
- Nie możesz. 
- Mogę, nie czujesz? - Zsunął dłoń najej pośladki i przycisnął lekko 
biodra. Chris zamknęła oczy. Oddychała z trudem. - Najpierw tu przy 
drzwiach. A potem na łóżku. Nigdy nie kochałaś się na łóżku, prawda? 
- Przestań, Gideonie - szepnęła, ale ramiona same objęły jego kark. 
Wspięła się na palce i praktycznie zawisła Gideonowi na szyi. Jej ciało 
doskonale wiedziało, czego chce. Problem był tylko z rozumem. - Muszę 
wracać do domu. 
- Przecież nie chcesz. 
- Muszę. - Ale ocierała się o niego, potrzebując go, pragnąc. 
- Chcesz zostać i kochać się ze mną. Tak, kochanie. Tak by nam było 
razem dobrze, tak dobrze. Nie 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY            11 1 
ponaglałbym cię, nie sprawiłbym ci bólu. Tak by nam było dobrze. - 
Przesunął dłoń z jej pośladka na udo i błądził nią coraz wyżej. 
- Nie - jęknęła, ale bez przekonania. Słowa Gideo-na i jego bliskość 
sprawiły, że płynęła, frunęła, wypalała się od środka. Gdy dotknął tego 
najczulszego miejsca - krzyknęła, a gdy zaczął ją pieścić, chwyciła go 
tylko mocniej za szyję. 
- Jesteś tu taka gorąca - szepnął. Chris jęczała cichutko, wyginając się ku 
jego dłoni, rozpadając się na kawałki. - Tak, maleńka. Właśnie tak. 
Czujesz to? Czujesz, jak nadchodzi? 
Była zgubiona. W chwili oślepiającej błogości niemal straciła 
przytomność. Nie mogła mówić, nie mogła oddychać. Gdy po chwili 
odzyskała świadomość, z nagłym szlochem wywinęła się z objęć 
Gideona, na oślep rzuciła się ku kanapie i wcisnęła w jej kąt, podciągając 
kolana i przywierając do nich twarzą. 
- Wszystko w porządku, kochanie - powiedział Gideon, głaszcząc ją po 
włosach. 
Cofnęłaby się, gdyby miała dokąd. 
- To nie powinno było się stać - wyszlochała. - Tak mi głupio. 
Nie zdejmując dłoni z jej głowy, Gideon obszedł kanapę i przykucnął 
przed Chris. 
- Daj spokój - powiedział. - Mnie nie. Mnie jest tak dobrze. 
- Nie może ci być dobrze. Ty nic... nic nie dostałeś. 
- Mylisz się. Bardzo się mylisz. Dostałem bardzo dużo. - Mocne dłonie 
obejmowały jej szyję, a głos, choć chrapliwy, był niezwykle czuły. 
Gideon pochylił się tak, że niemal dotykał policzka Chris. - Czy to 
pierwszy raz od... ojca Jill? 

background image

1 1 2 »  MARZEŃ CIĄG DALSZY 
Skinęła krótko głową, nie odrywając czoła od kolan. 
- Chris? - szepnął, a gdy nie odpowiadała, powtórzył: - Chris? 
- Co? 
- Chyba się w tobie zakochałem. 
- Nie mów tak. 
- Ale to prawda. 
Zasłoniła uszy dłońmi i potrząsnęła głową, ale Gideon chwycił jej ręce i 
zmusił, by usiadła prosto. 
- Nie powtórzę tego więcej, jeśli nie chcesz. Ja też jestem wstrząśnięty. 
Nie znamy się zbyt dobrze. - Przytaknęła lekkim ruchem głowy. - Jest na 
to sposób. Po prostu przestań się wykręcać i spotykajmy się częściej. 
- Nie wykręcam się. To dla mnie naprawdę najgorętsza pora roku. Poza 
tym różne rzeczy, które chcę robić z Jill... 
- Zaproś mnie też. Nie musimy być cały czas sami. Spojrzała na niego 
niedowierzająco. 
- Jakiż mężczyzna chciałby spotykać się w trójkę? Jego głos znów był 
gardłowy i cichy. 
- Taki, który odkrył, że jego kobieta ma w sobie ogień. Mogę czekać, jeśli 
wiem, że mój czas nadejdzie. 
Chris czuła, że się rumieni. 
- Nie pozwolisz mi zapomnieć, co? 
- Nie. Nigdy nie spotkałem kobiety, która reagowałaby tak pięknie, 
zmysłowo, naturalnie i spontanicznie. 
Musiała odwrócić wzrok. Wpatrywał się w nią zbyt gorąco. 
- Miałeś wiele kobiet? - spytała cichutko. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 113 
- Przez te wszystkie lata? Sporo. - Zmarszczył czoło. - Ale jeśli boisz się o 
sprawy zdrowotne, to nie musisz. Zawsze używałem prezerwatywy. 
Zawsze. Ze względu na ryzyko ciąży i w ogóle. Jestem czysty, 
. Chris. 
- Nie w tym rzecz - szepnęła ze wzrokiem utkwionym w splot jego swetra. 
Tak naprawdę chodziło jej o doświadczenie: poza Brantem nigdy z nikim 
nie była. 
- Z tobą nie chciałbym niczego używać. Spojrzała na niego spłoszona. 
- Musisz. Ja nie mam... Nie biorę... Delikatny pocałunek stłumił jej słowa. 
- Gdybyś zaszła ze mną w ciążę, nie uciekłbym. Wziąłbym pod swój dach 
i ciebie, i dziecko, i Jill, i całą rodzinę. Ożeniłbym się z tobą bez namysłu. 
Chris znów zabrakło tchu. 
- Ta rozmowa jest zdecydowanie przedwczesna. 
- Musisz wiedzieć, co czuję. 
- Jak możesz już teraz tak czuć? 
- Nie mam pojęcia, ale tak jest. 
- Chyba dajesz się ponosić fantazji. 
- To ty tak na mnie działasz. 
No i co można na to odpowiedzieć? 
- Muszę wracać. 
Gideon przysiadł na piętach. 
- Zostanę do końca przyjęcia. Czy potem będziemy mogli porozmawiać? 
- Nie. Uważam, że powinniśmy trochę ochłonąć. 
- To nie pomoże. Ten ogień płonie, czy jesteśmy razem          czy nie. 
Nawet gdy śpię. Wczoraj obudziłem się 
mokry... 

background image

1 1 4 »  MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Gideonie, przestań! 
- Ale to prawda. 
- Nie opowiadaj mi o tym! 
- Czemu? - spytał rozsądnie. - Wiem, że będziesz rozważać to, co się dziś 
stało, i będziesz się czuła skrępowana. Więc lepiej, żebyś wiedziała, że 
mnie też się zdarza stracić kontrolę... 
Przycisnęła dłoń do jego ust. 
- Nie mów nic więcej - prosiła szeptem. Zamilkł posłusznie, więc lekko 
przesunęła palcami po jego wargach. - Teraz wracam do gości. Możesz 
iść ze mną, jeśli chcesz. Pogadasz z ludźmi - Jessica i Carter pewnie już 
przyjechali - albo pooglądasz mecz w telewizji. Dostaniesz coś do 
jedzenia i możesz zostać, jak długo chcesz, ale nie licz, że z tobą wyjdę. 
Muszę pomóc mamie posprzątać, potem chcę spędzić spokojną chwilę z 
Jill i pójść spać. Jutro jest poniedziałek i jak zwykle będę cały dzień 
zabiegana. - Jej dłoń zsunęła się z ust Gideona na wystający nad swetrem 
kołnierzyk jego koszuli. 
- Jutro wieczorem? 
- Do ósmej muszę pilnować dostaw. 
- A Jill będzie tu z twoją rodziną? 
- W poniedziałki ma naukę jazdy. Zabiorę ją w drodze do domu. 
- Wtorek? Nie, nic z tego. Jestem umówiony z chłopakami na boisku. 
Może przyjdziesz popatrzeć? 
- W Worcester? 
- No tak, za daleko. 
- Poza tym mam balet. 
- W porządku. A środa? 
- Jill bierze udział w koncercie. 
- Przyjdę posłuchać. 

background image

_MARZEŃ CIĄG DALSZY » 1 1 5  
- Nic z tego. I tak się zawsze denerwuje, gdy gra przed publicznością. Nie 
potrzeba jej jeszcze nowego przyjaciela mamusi. 
- Nowy przyjaciel? - roześmiał się Gideon. - To mi się podoba. Lepsze to 
niż „budowniczy". - Spoważniał. - Ale ja jej nie zdenerwuję. Ona mnie 
lubi. 
- Lubi cię tutaj, teraz, dzisiaj, bo jesteś po prostu jedną z wielu osób na 
przyjęciu. Ale gdy się zorientuje, że coś jest między nami, może się 
poczuć zagrożona. 
- Już się orientuje. I nie czuje się zagrożona. Lubi mnie, naprawdę. Poza 
tym chce, żebyś chodziła na randki. Sama mi powiedziała. 
- Ona ci to powiedziała? 
- Tak. 
Chris poczuła się zdradzona. 
- I co jeszcze mówiła? 
- Nic, bo weszłaś. Chris, do diabła, nic nie ustaliliśmy. Kiedy możemy 
znów się spotkać? Doszliśmy do czwartku. 
- Nie, w czwartek nie. Znów mam balet, a potem idziemy po zakupy. 
- Pójdę z wami. 
Pokręciła przecząco głową. Świąteczne zakupy w ostatniej chwili były 
tradycją jej i Jill. 
- No dobrze, więc doszliśmy już do weekendu i Bożego Narodzenia. 
Zaprosisz mnie? - A gdy Chris nie odpowiadała, przypomniał: - Jill 
uważa, że powinnaś. 
- Jill nie wie, o czym mówi. 
- A jakie masz plany? 
- Kolacja, kolędy, pasterka i wielki obiad w pierwszy dzień świąt. 

background image

1 1 6  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Tylko z rodziną? 
- Nie - odpowiedziała zgodnie z prawdą. - Przyjaciele też przychodzą. - 
Westchnęła i spojrzała prosząco. - Ale to wszystko dzieje się za szybko, 
Gideo-nie. Nie możemy trochę przyhamować? 
- Czego ty się właściwie boisz, Chris? Co cię wstrzymuje? 
W ostatnich tygodniach często zadawała sobie to pytanie. Powoli uniosła 
powieki i spojrzała Gideonowi w oczy. 
- Boję się bólu. To, co zrobił Brant, bolało jak diabli. Jakoś się 
pozbierałam i ułożyłam sobie życie. Uważam, że jestem dobrą matką, 
wszystko toczy się swoją koleją i nie chcę tego zmieniać. 
- Nawet na lepsze? 
- Nie potrzeba mi niczego lepszego. 
- To nieprawda. Jest taki rodzaj bliskości, który może ci dać jedynie 
mężczyzna i którego, jak sądzę, potrzebujesz. Widać to po tym, jak 
trzymasz mnie za rękę, jak mnie dotykasz... Podświadomość jest czasem 
uczciwsza niż my sami. 
Coś w tym było. Mogła zaprzeczyć, ale nie byłoby to uczciwe. A jednak 
wciąż oszołomiało ją tempo wydarzeń. 
- Sylwester - powiedziała, spuszczając oczy. - Może masz już jakieś 
plany... 
- Żadnych. Co chciałabyś robić? Możemy uwzględnić plany Jill czy 
reszty rodziny. Dostosuję się. 
Z wahaniem uniosła wzrok. 
- Jill idzie na prywatkę do koleżanki. Muszę ją tam odwieźć, a potem 
przywieźć tu z dwoma przyjaciółkami na noc. 
- A co ja dostanę? 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 117 
- Kilka godzin, gdy Jill będzie na prywatce. Możemy gdzieś pójść 
potańczyć i coś zjeść. 
- Nie chcę gdzieś iść. Chcę zjeść tutaj. 
Był niepoprawny. Nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać. 
- Nie zapraszałam cię tutaj. 
- Ale tak będzie najlepiej, nie uważasz? - nalegał. -Wszystkie restauracje 
w sylwestra są zatłoczone i drogie, a obsługa powolna. Ty się będziesz 
denerwować, czy zdążysz wrócić, więc nie zdołasz się rozluźnić. A jeśli 
zjemy tu, będziemy mogli porozmawiać. Naprawdę powinniśmy 
porozmawiać, Chris, po prostu porozmawiać. Poza tym przed pójściem 
do restauracji musiałbym kupić coś do ubrania, a ja tego nienawidzę. 
Niestety, miałaś okazję widzieć już całą zawartość mojej szafy z lepszymi 
ubraniami. 
- Skoro nienawidzisz chodzenia po zakupy, to czemu chciałeś iść z Jill i 
ze mną? 
- O, bo to by było zabawne. Ja nie cierpię tylko kupować ubrań dla siebie, 
bo strasznie trudno mi znaleźć coś, co dobrze pasuje. Jestem za duży. 
Więc jak? Zjemy tu kolację? Spokojnie i bez pośpiechu? Mogę przynieść 
jakieś jedzenie. Albo powiedz mi, co mam kupić i ugotujemy coś razem. 
O, to dobry pomysł. 
Chris musiała się z nim zgodzić. Nie przepadała za wielkimi przyjęciami 
sylwestrowymi. 
- Dobrze - powiedziała. 
Jego twarz rozjaśnił uśmiech. Wstał, pociągając ją za sobą, i ruszył ku 
drzwiom. 
- O której mam przyjść? Czwarta? Piąta? 
- Raczej wpół do dziewiątej. - Przyjęcie Jill zaczynało się o ósmej, co 
pozwoli jej wrócić spokojnie do domu, przebrać się i przygotować. 

background image

1 1 8 »  MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Nie mam zamiaru czekać do wpół do dziewiątej, skoro wszystko 
zamyka się po południu. Wpół do szóstej. Przyjdę o wpół do szóstej i 
będę mógł pogadać z Jill, zanim wyjdzie. 
- Jill będzie całkowicie zajęta swoją fryzurą. 
- Więc powiem jej, jak świetnie wygląda. 
- Przyjdź o wpół do ósmej. Możesz razem ze mną odwieźć ją na przyjęcie. 
- O szóstej. Coś zjemy przed wyjściem. 
- Siódma, i to jest absolutnie najwcześniejsza godzina. 
- Przynieść szampana? 
- Wolę wino. I ubierz się w swoje eleganckie ciuchy. 
- Po co mam się ubierać elegancko, jeśli zostaniemy w domu? 
- Bo to sylwester. Skoro mamy mieć elegancką kolację z winem, musimy 
się do tego dostosować. Włóż blezer i wełniane spodnie. 
Westchnął, przytulił ją na moment i otworzył drzwi. 
- W porządku. Blezer i wełniane spodnie. -Wciągnął w płuca haust 
świeżego, zimowego powietrza. - Och, ale mi dobrze. 
Chris stwierdziła ze zdziwieniem, że jej też. 
To uczucie jej nie opuszczało. Może chodziło o świąteczną atmosferę, 
która w jej rodzinie zawsze niosła radość. W głębi duszy Chris wiedziała, 
że w tym roku ma ku temu i inne powody. Jill była szczęśliwa. Firma się 
rozwijała. I pojawił się Gideon. 
Nie pozwalał jej o sobie zapomnieć. Dzwonił co wieczór, zwykle koło 
dziesiątej. Nigdy nie trzymał jej 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 119 
długo przy telefonie, chciał tylko wiedzieć, jak jej minął dzień i 
opowiedzieć o swoim. Niemniej jednak te telefony były miłe. 
Jill wiedziała o ich codziennych kontaktach, bo czasami rozmowa toczyła 
się nawet w jej obecności. Chris zresztą nigdy nie usiłowałaby zachować 
ich w tajemnicy. Zdawała sobie sprawę, że skoro oczekuje od córki 
otwartości, sama musi być wobec niej szczera. Poza tym nie było czego 
ukrywać: Gideon ją lubi, więc dzwoni. 
Jill, oczywiście, chciała wiedzieć więcej. 
- Czy ty go lubisz? - zapytała kiedyś, gdy Chris już odłożyła słuchawkę i 
w nagłym przypływie energii zabrała się do robienia ciasteczek do 
dekoracji choinki. To zajęcie nie wymagało zbytniego wysiłku ani 
intelektualnego, ani fizycznego. 
- Jest miły - odpowiedziała, energicznie ucierając masło. - Trochę mnie to 
zdziwiło. Nasza znajomość rozpoczęła się niefortunnie. - Opowiedziała 
wówczas o tym Jill, nieco tonując swoje uczucia. - Zaskoczył mnie. Ale 
wciąż nie znam go zbyt dobrze. 
- Wygląda na to, że on chciałby to zmienić. 
- Uhm. - Chris też była tego zdania. 
- Dlaczego nie przyjdzie na Boże Narodzenie? 
- Bo go nie zaprosiłam - wyjaśniła Chris, nie przerywając zajęcia. 
- Dlaczego nie? 
- Bo jest zbyt nowy. Święta spędzamy z ludźmi, którzy są nam 
szczególnie bliscy. Nasza rodzina jest wyjątkowa. Jeśli do niej nie 
należysz, musisz sobie zasłużyć na zaproszenie - zażartowała, ale Jill nie 
podchwyciła lekkiego tonu matki. 

background image

1 2 0  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- On jest taki samotny. Będzie w święta całkiem sam. Pewnie nie ma 
nawet choinki. 
- Powiedział, że będzie sam? - Nie pozwoli, by Gideon wykorzystywał 
miękkie serce Jill. 
- Nie, ale mówił, że nie ma rodziny. 
- To prawda, ale, po pierwsze, mieszka w domu, który sam zbudował... 
- No to będzie siedział sam w domu. 
- Nie będzie, Jill, bo ma wielu przyjaciół. Jestem pewna, że spędzi 
wieczór z nimi. 
Nie pytała go o to, ale przecież był sympatycznym facetem i sam 
powiedział, że często chadza na randki. Na pewno coś sobie zaplanował. 
Oczywiście, gdyby go zaprosiła, przyszedłby na obiad w święta, tak 
samo, jak natychmiast przystał na wspólnego sylwestra. Najwyraźniej 
więc jego plany były dość luźne. 
Może umówił się z kolegami z pracy. 
Może z kolegami z boiska. 
- Myślisz, że mogłabyś go polubić? 
- Przecież powiedziałam ci, że go lubię. - Ciasto zaczynało chyba 
przywierać do ścianek miski. Za wolno uciera, powinna się bardziej 
skupić. 
- A pokochać? 
Chris pokręciła głową, choć w uszach wciąż brzmiało jej wyznanie 
Gideona. 
- Za wcześnie. Zdecydowanie za wcześnie. Zapytaj mnie o to za rok. 
- Jak miłość przychodzi, to przychodzi szybko. 
- Odezwał się ekspert. Kochanie, nie wyjęłam z szafki barwników do 
ciasta. Możesz mi podać zielony? 
Jill sięgnęła po małą buteleczkę, odkręciła i wyciągnęła rękę nad miską. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 1 2 1  
- Ile kropli? 
- Zacznijmy od czterech. 
Jill kapała, Chris mieszała i po chwili biaława masa nabrała zielonkawego 
odcienia. Jednakże Jill nie porzucała łatwo raz rozpoczętego tematu. 
- Kochałaś mojego ojca, gdy zaszłaś w ciążę. 
- Uhm. - Kilka lat wcześniej Chris, przy okazji wyjaśniania spraw 
związanych z dojrzewaniem i menstruacją, opowiedziała jej również o 
Brancie. Jill wiedziała więc, kim był jej ojciec, że wyprowadził się z 
rodzicami z Massachusetts przed jej urodzeniem, a obecnie handlował 
nieruchomościami w Arizonie. 
- A spotykałaś się z nim zaledwie od dwóch miesięcy. 
- Byłam młoda. Jak się jest młodym, szybciej wierzy się w takie rzeczy 
jak miłość. Jeszcze jedna kropla, dobrze? - Chris nie przestawała ucierać 
ciasta. 
- A nie sądzisz, że szybkie zakochanie jest bardziej romantyczne? 
Uważam, że to, co zdarzyło się tobie, było naprawdę romantyczne. 
Poznaliście się na lekcji angielskiego, zaczęliście razem odrabiać zadania 
domowe, zakochaliście się. Czy jest żonaty? 
- Prawdopodobnie. 
- Uważasz, że czasami myśli o mnie? 
- Na pewno. - Chris uśmiechnęła się ciepło do Jill. 
- Myślisz, że chciałby mnie poznać? 
- Sądzę, że nie śmie. - Chris usiłowała utrzymać lekki ton. - Gdyby cię 
poznał, musiałby sobie uświadomić, ile stracił. Znienawidziłby siebie. 
Jill zmarszczyła czoło. 
- Ale cóż to za rodzic, który nie chce znać własnego dziecka? 

background image

1 2  2 » MARZEŃ CIĄG DALSZY 
Chris też często zadawała sobie to pytanie i myślała jak najgorzej o 
charakterze Branta, ale dawno temu obiecała sobie nie oczerniać go przed 
Jill. 
- Przypuszczam, że sam sobie nie potrafi wybaczyć. Wie, że istniejesz. 
Sądzę, że często o tym myśli. - To był tylko domysł, i to mało 
prawdopodobny. 
Jill rozważała słowa matki, patrząc, jak wrzuca płatki kukurydziane do 
zielonego ciasta. 
- Poza tym pewnie ma własne życie - dodała Chris. - Jego rodzina 
mieszkała tu tylko trzy lata. Pochodzili ze Środkowego Zachodu i nie 
mieli tu żadnych krewnych. -I dobrze. Wcale nie chciałaby spotkać 
Branta i nie chciała, by Brant poznał Jill. Należała do niej i tylko do niej. 
- Ale gdyby cię kochał, mógłby się z tobą ożenić i tu zostać. 
Chris cieszyła się, że ma czym zająć ręce. Wysiłek fizyczny pomagał jej 
rozładować napięcie. 
- Miał inne plany. Chciał studiować. Dostał stypendium. 
- Ale gdyby cię kochał, toby się z tobą ożenił. Upór Jill zastanowił Chris 
bardziej niż jej słowa. 
Zostawiła drewnianą łyżkę w cieście i objęła dłońmi twarzyczkę córki. 
- Więc najwyraźniej mnie nie kochał - powiedziała cicho - a w każdym 
razie nie tak bardzo jak sobie wyobrażałam. Lepiej, że się nie pobraliśmy. 
Małżeństwo nie byłoby udane, nie bylibyśmy razem szczęśliwi, a ty byś 
na tym najwięcej ucierpiała. Czy tak bardzo brakuje ci ojca? 
- Nie, nie bardzo. Wiesz o tym. Po prostu czasami... zastanawiam się. 
Czasami myślę, że byłoby miło robić coś w trójkę. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 123 
- A co z babcią i dziadkiem? - zażartowała Chris. -I z Alexem? I całą 
resztą? 
Córka uśmiechnęła się lekko i wzruszyła ramionami. Chris pocałowała ją 
w czoło i chciała wrócić do mieszania ciasta, gdy Jill rzuciła stanowczo: 
- A jednak uważam, że powinnaś była zaprosić Gideona na świąteczny 
obiad. 
- Ojej, znów do tego wracasz? 
- Tak uważam. 
- A ja uważam, że to ciasto ma już dość ucierania. Mogłabyś posprzątać 
kuchnię? 
W jednej sekundzie Jill przybrała minę niewiniątka. 
- Ja? Mam jeszcze masę lekcji do odrobienia. 

background image

ROZDZIAŁ 

Chris spędziła święta, jak zwykle, w rodzinnym gronie. W miarę 
zbliżania się Nowego Roku coraz częściej w jej myślach gościł Gideon. 
Za każdym razem czuła, jak przez jej ciało przepływa gorąca fala 
pożądania. 
Dzwonił co wieczór, „żebyś mnie nie zapominała", jak mówił. To 
śmieszne - choćby nie wiem jak chciała, nie mogłaby go zapomnieć. Co 
więcej - wyobrażała sobie Gideona nagiego, na łóżku, obok siebie. 
Czasami aż się bała, że coś jest z nią nie w porządku, że przez tyle lat 
powściągliwości obniżyły się jej wymagania i teraz zadowoli się byle 
kim. Ale jednak nikt inny jej nie pobudzał - nawet Anthony Haskell, który 
dzwonił kilkakrotnie, proponując spotkanie, a ona delikatnie odmawiała. 
Jeszcze chyba nigdy w życiu nie czuła się tak pełna wigoru i tak kobieca, 
a uczucie to stawało się tym silniejsze, im bliżej było do sylwestra. 
Umówili się na siódmą. Całe szczęście, że była gotowa wcześniej, bo gdy 
za kwadrans siódma rozległ się dzwonek, nie miała wątpliwości, kto stoi 
za drzwiami. Otwierając, skarciła Gideona wzrokiem. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY •      12 5 
- Wyjechałem wcześniej, żeby uniknąć korków na drogach, ale na 
szczęście na żaden nie natrafiłem - usprawiedliwiał się. 
Jak mogłaby się gniewać, skoro sam jego widok zatykał jej dech w 
piersiach? W płaszczu z postawionym kołnierzem wyglądał niezwykle 
przystojnie. Policzki miał zarumienione, jakby drogę przebył pieszo, a nie 
w ogrzewanym samochodzie. 
- Miałem otwarte okno - wyjaśnił, gdy rzuciła jakąś uwagę na ten temat. 
Nie był w stanie oderwać od niej oczu, tak młodo i świeżo wyglądała. 
Włosy zostawiła rozpuszczone, sczesała je tylko na bok. - Inaczej nie 
byłbym w stanie skupić się na prowadzeniu. 
Zachwyt w jego oczach sprawił, że pogratulowała sobie kupna nowej 
sukienki. Co prawda od dawna już miała ochotę zafundować sobie nowy 
ciuszek, ale tak wyraźna aprobata Gideona sprawiła jej dodatkową 
przyjemność. 
- Mogę wejść? - zapytał. Zarumieniła się. 
- Jasne, przepraszam. - Wyciągnęła rękę, by odebrać od niego torbę z 
zakupami. Uzgodnili, że Gideon przywiezie świeże francuskie pieczywo i 
jakieś ciasto, ponieważ blisko domu miał dobrą piekarnię. Gideon 
jednakże wręczył jej dwie butelki wina, nie puszczając wyładowanej po 
brzegi torby. 
- Co ty tam masz? 
- Trochę mnie poniosło - przyznał. Zamknął łokciem drzwi i skierował się 
do kuchni. Postawił torbę na stole, odebrał od Chris wino i odwrócił się, 
by powoli i dokładnie przyjrzeć się gospodyni. 
- Wyglądasz wspaniale. - Miał nadzieję, że ton lepiej wyrazi jego zachwyt 
niż banalne słowa. 

background image

1 2 6  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Dzięki, ty też - powiedziała bez tchu. - Proszę, zdejmij płaszcz. - Gdy 
odwiesiła płaszcz Gideona do szafy i odwróciła się, stał tuż za nią. 
- Gdzie Jill? - szepnął. 
- Na górze - odszepnęła. 
- Wie, że tu jestem? 
- Musiała słyszeć dzwonek. 
- Czy mamy czas na pocałunek? 
- Bardzo króciutki. 
- Nie wiem, czy potrafię pocałować cię króciutko. Marzę o tym od 
dziesięciu dni. - Jego szept stawał się coraz bardziej gardłowy. - 
Myślałem raczej o czymś powolnym, głębokim i gorącym... 
- Hej, ludzie - usłyszeli donośny okrzyk schodzącej po schodach Jill. 
Dywan tłumił jej kroki. - O czym tam szepczecie? 
Chris przestraszyła się, jakby złapano ją na gorącym uczynku. Dopiero po 
chwili opanowała się na tyle, by powiedzieć sobie, że nic się nie stało. A 
nawet gdyby się stało, to przecież jest dorosła. 
- Gideon mówił coś absolutnie nie przeznaczonego dla tak delikatnych 
uszu jak twoje - powiedziała, przeciągając słowa i kierując się do kuchni. 
- Zrobisz coś dla mnie, kochanie? Dotrzymaj Gi-deonowi towarzystwa, a 
ja zajmę się przekąskami. 
- Mogę pomóc? - zawołał za nią Gideon. - Jestem całkiem zręczny. 
Potrafię robić jajecznicę, ubijać śmietanę i parzyć kawę. 
- Więc szkoda, że cię tu wcześniej nie było - zauważyła Jill. - Mama 
zmarnowała całe mnóstwo faszerowanych pieczarek, zanim zrobiła coś, 
co da się zjeść. A przecież to jej specjalność. Najpierw pomyliła proporcje 
składników, potem przypaliła mięso. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 127 
- Taka rozkojarzona? - Słowa Jill najwyraźniej sprawiły Gideonowi 
przyjemność. 
- Jeszcze jak. - Jill dała krok w tył. - Jak wyglądam? 
Przyjrzał się jej krytycznym okiem. 
- Fantastycznie. Świetna spódnica. Świetny sweter. Świetne nogi. Czy ta 
prywatka jest damsko-męska? 
Jill uniosła oczy do góry. 
- No pewnie! Jestem już dość duża! 
- W takim razie rzucisz ich na kolana - stwierdził, czując dumę, do której 
nie miał prawa. -I masz świetną fryzurę. 
- Jeszcze nic nie zrobiłam z włosami. 
- Ale wyglądają znakomicie. 
- Wyglądają nijako - zaprotestowała, przeczesując je palcami. - Chyba 
potrzebuję jakiejś klamry. I kolczyków. Mamo... 
- Jestem tu, Jill. - Chris właśnie wracała z kuchni. 
- Potrzebuję czegoś dużego i srebrnego. 
- Raz już pożyczyłam ci coś srebrnego - przypomniała Chris, myśląc o 
srebrnej bransoletce z breloczkiem - i nie dostałam tego nigdy z 
powrotem. Mogę ci coś pożyczyć jedynie pod warunkiem, że zwrócisz mi 
to natychmiast po powrocie. 
- Straszna z niej maruda - powiedziała Jill do Gideona i pobiegła na górę. 
Po chwili usłyszeli jej głos: - Mogę wziąć tę emaliowaną klamrę do 
włosów, którą kupiłaś w zeszłym roku na Vineyard? 
- Przecież chciałaś coś srebrnego -zawołała Chris. 
- Ale ta emaliowana ma kolczyki do kompletu. 
- A poza tym - szepnęła Chris do Gideona - kosztowała masę pieniędzy. 
Jill już od dawna miała ochotę ponosić te drobiazgi. Korzysta, że to 
sylwester i że mamy gościa. 

background image

1 2  8 • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Zawsze możesz odmówić - stwierdził Gideon. Chris parsknęła cicho i 
zawołała w stronę schodów: 
- Możesz je wziąć pod warunkiem, że będziesz bardzo, bardzo, bardzo 
ostrożna. - Zauważyła spojrzenie Gideona. - Nie patrz tak na mnie! 
- Zawsze tak łatwo ulegasz? 
- Nie. Ale tu chodzi tylko o klamrę do włosów i kolczyki. Gdyby 
poprosiła o szklaneczkę ginu, papierosa czy coś w tym rodzaju, 
powiedziałabym nie. Moim zdaniem nie warto walczyć o rzeczy mało 
istotne. 
- To brzmi rozsądnie - uznał Gideon po chwili namysłu. Rzucił okiem na 
kuchenkę. - Myślisz, że twoje pieczarki są już gotowe? 
- Nie, przed chwilą sprawdzałam. 
- To sprawdź jeszcze raz. - Popchnął ją delikatnie w najdalszy koniec 
kuchni, przycisnął do szafek, pochylił głowę i przywarł ustami do ust 
Chris. 
- Mamo? - dobiegł z góry głos Jill. 
Z głębokim jękiem zawodu Gideon odsunął się o krok. Chris kręciło się w 
głowie. Chwilę trwało, zanim oprzytomniała. 
- Tak? 
- Nie mogę znaleźć tej klamry. 
Chris westchnęła, zamrugała, rzuciła Gideonowi przepraszające 
spojrzenie i poszła na górę. Znalazła klamrę i kolczyki i jeszcze raz 
przypominając, by uważała, dała córce. 
- Idę na dół. Zejdź do nas, gdy będziesz gotowa. Powinnaś coś zjeść przed 
wyjściem. 
- Jeśli coś zostanie. Gideon wygląda na głodnego. Jeszcze jak! - 
pomyślała Chris. Była szczęśliwa, że 
Jill nie znała jeszcze tego rodzaju głodu. I tak już wkrótce zacznie się dla 
niej okres randek z coraz 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 129 
bardziej śmielszymi pieszczotami. Już wkrótce pozna namiętności, jakie 
łączą mężczyzn i kobiety w nie zawsze najlepszych okolicznościach. 
Sama Jill była najlepszą tego ilustracją, choć Chris nigdy, ani przez 
chwilę nie żałowała, że zdecydowała się ją urodzić. 
Czy byłaby szczęśliwsza z jej ojcem? Nie wiedziała. Czuła natomiast, że 
do Gideona ciągnie ją jakaś pierwotna siła, która nie poddaje się 
rozsądkowi. Chris była starsza i mądrzejsza, a jednak nie potrafiła 
opanować rosnącego podniecenia. 
Gideon stał w kuchni, napełniając kieliszki winem. Podał jej jeden. 
- Czy Jill ma już wszystko, co trzeba? 
- Tak. 
- A więc, za nas - powiedział, trącając jej kieliszek swoim i podchodząc 
bliżej. 
Chris poczuła, że drży. 
- Chyba powinniśmy usiąść. 
- Chyba powinniśmy coś zjeść. 
- Dobrze. - Odstawiła wino, nałożyła kuchenne rękawice i wyjęła blachę z 
piekarnika. Zsunęła pieczarki na półmisek, na którym leżał już ser i 
krakersy. Gideon zaniósł go do pokoju. 
- Mniam, warto było poczekać - stwierdził, zjadłszy jedną pieczarkę. - 
Podobno sporo zmarnowałaś? Czy to ja byłem przyczyną twojego 
roztargnienia? 
-. Oczywiście, że nie. - Chris utkwiła wzrok w krawat Gideona. - 
Myślałam o pracy. 
- Ja to też praca, czyż nie? 
- Nie całkiem. Jeszcze nie. 
- Dostałem półkoliste nadświetla. Otworzyła szeroko oczy. 

background image

- Naprawdę?! 
- Są nad weneckimi oknami, tak jak chciałaś. Wmurowaliśmy je w 
zeszłym tygodniu. 
- I nic mi nie powiedziałeś?! 
- Chciałem cię zaskoczyć. Miałem nadzieję, że dostanę za to całusa. 
Dostanę? - spytał nieco ochryple, wpatrując się w jej wargi. 
Bez wahania Chris pocałowała go lekko w usta. I powtórzyła pocałunek. 
- Jak ładnie pachniesz - szepnął Gideon przy jej wargach. - Założę się, że 
pachniesz tak wszędzie. -Westchnęła, a on to wykorzystał, by przycisnąć 
wargi mocniej, pełen namiętności i tęsknoty. Ledwo jednak Chris zdołała 
odpowiedzieć na ten pocałunek, oderwał się od niej. 
- Co się stało? - spytała nieco nieprzytomnie. 
- Zbyt      szybko - szepnął,        ciężko oddychając. 
- Zbyt gorąco. Zbyt publicznie - dodał, zerkając ku schodom. Odsunął się 
i pochylił do przodu, opierając łokcie na kolanach i usiłując uspokoić 
swoje ciało. 
- Ojej, nie zdawałam sobie sprawy - szepnęła Chris, wstrząśnięta, że 
mogła w ogóle zapomnieć o obecności Jill. Na ślepo sięgnęła po tacę z 
przekąskami. - Jedz, proszę. I powiedz mi, co się jeszcze dzieje w 
Crosslyn Rise. 
Gideon z przyjemnością zjadł następną pieczarkę, potem jeszcze jedną. 
- Bardzo mi smakują. - Pociągnął nosem. - Coś jeszcze smakowicie 
pachnie. 
- To kurczak po kreolsku w sosie pomarańczowym, na później - 
wyjaśniła. - Opowiedz mi o Rise 
- powtórzyła. Potrzebowała jakiegoś konkretnego tematu rozmowy. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY •    13 1 
Gideon zrozumiał. Dobre wychowanie nakazywało najpierw 
porozmawiać, zjeść, rozluźnić się. 
Zaczął więc opowiadać Chris o postępach na placu budowy w Crosslyn 
Rise, o wyłaniających się problemach i znalezionych rozwiązaniach. 
Temat tak ich wciągnął, że gdy kwadrans później dołączyła do nich Jill, 
byli pogrążeni w dyskusji na temat różnych typów schodów. 
- Wyglądasz wspaniale, kochanie - powiedziała Chris z uśmiechem. 
- Ale moje włosy są okropne. 
- Są piękne. 
- Powinnam je obciąć. 
- Ciągnęłabyś je za końce, żeby szybciej odrastały. 
- Nigdy nie chcą się kręcić tak, jak bym chciała. 
- Tylko ty o tym wiesz. Naprawdę wyglądasz świetnie. 
- Tak mówisz, bo jesteś moją matką. 
- Ja też tak uważam, a nie jestem twoją matką 
- wtrącił Gideon. 
Jill rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie. 
- Powiedziałbyś wszystko, żeby sprawić mamie przyjemność. 
- Wcale nie - zaprotestował. - Gdybyś zeszła na dół wcześniej, 
słyszałabyś, jak odmawiam wbudowania kręconych schodów w 
segmentach. 
- Ten facet jest skąpy - powiedziała Chris do Jill. 
- W rezydencji są wspaniałe, kręcone schody. Cudownie wyglądałyby ich 
pomniejszone wersje w segmentach. Nie uważasz? 
Jill zmarszczyła nos. 
- Kręcone schody pasują do długich sukni z trenem, ale teraz się ich nie 
nosi. 

background image

1 3  2 »  MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- To prawda - poparł ją Gideon. - Teraz ludzie wydają pieniądze na 
świetliki, wanny z masażem wodnym i zamrażarki. Nic z tego, Chris, 
jesteś przegłosowana. 
- No to tyle, jeśli chodzi o sprawianie mi przyjemności - powiedziała 
Chris do Jill, unosząc znacząco brew. 
- Czy to ja wywołałam tę kłótnię? - Jill przeniosła pełne niepokoju 
spojrzenie z matki na Gideona. 
- Oczywiście, że nie... 
- To nie była kłótnia... 
- Wyglądacie na zdenerwowanych. 
- Nie jestem zdenerwowana... 
- Nigdy się nie denerwuję... 
- Może w sylwestra nie powinniście rozmawiać 
0 pracy. 
- No, nie wiem... 
- Może... 
Jill zerknęła na zegarek. 
- Słuchajcie, moglibyśmy już jechać? 
- Zjedz coś najpierw - Chris wróciła do roli matki. 
- Na imprezie będzie jedzenie. 
- Uhm. Pizza, i to dopiero za kilka godzin. 
- Będą też różne przegryzki - upierała się Jill, wstając po płaszcz. - 
Zabierzemy po drodze Jenny 
1 Laurę, żeby mogły od razu włożyć swoje rzeczy do samochodu. - 
Zawahała się, znów przeniosła spojrzenie z matki na Gideona i z 
powrotem. - Czyim samochodem pojedziemy? 
- Może moją furgonetką? - zaproponował Gideon. - Będzie więcej 
miejsca. 
Wcześniej nie było mowy, że mają zabrać dwie inne dziewczynki. Chris 
domyśliła się, że córka podjęła decyzję w ostatniej chwili. Była ciekawa, 
czy wpłynęła na niąjakoś obecność Gideona. Żadna koleżanka Jill 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY •      1 3  3  
nigdy nie widziała Chris z mężczyzną. Może chciała pokazać 
przyjaciółkom, że jej matka też jest kobietą? 
W furgonetce Gideon rozmawiał z Jill o szkole, przyjaciołach i 
sylwestrowej zabawie, aż dotarli do domu Jenny, a potem Laury. Stamtąd 
było już niedaleko. 
- Baw się dobrze, kochanie. - Chris ucałowała Jill. - Przyjedziemy po 
ciebie o wpół do pierwszej. 
Jill zawahała się chwilę. 
- A wy będziecie cały czas w domu? Nie wybieracie się po kolacji do kina 
czy coś w tym rodzaju? 
- Nie, nigdzie się nie ruszamy. Gdyby coś się działo, po prostu zadzwoń, a 
zaraz przyjedziemy. 
- Dobra. Miłego wieczoru. - Obejrzała się jeszcze raz i zniknęła w 
otwartych drzwiach domu. 
- Jest zdenerwowana? - spytał Gideon, wrzucając bieg i ruszając. 
- Nie wiem, chyba tak. Pod niektórymi względami jest dorosła, ale pod 
innymi... 
Gideon rozumiał ją. Fizycznie Jill była dorosła, umiała się zachować, była 
opanowana. Ale od czasu do czasu zdradzało ją niepewne spojrzenie. 
- Wiesz, ona ma przecież tylko piętnaście lat. 
- Czasami o tym zapominam. Jesteśmy dobrymi przyjaciółkami. 
- To bardzo miła dziewczyna. - Ujął dłoń Chris, spragniony jej dotyku. - 
Chociaż przerwała jeden z najlepszych w moim życiu pocałunków. A co 
robią dzisiaj twoi rodzice? - spytał pozornie niedbale. 
- Jedzą kolację z przyjaciółmi. Mają tu krąg znajomych, z którymi od lat 
spędzają sylwestra. Zazwyczaj mama i tato wracali przed północą, żeby 
być z nami - ze mną i Jill - ale w tym roku wszyscy gdzieś poszli się 
bawić. 

background image

1 3  4 • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Poza tobą. 
- Poza mną. - Uścisnęła jego dłoń. Przyciągnął ją bliżej. 
- A ty też jesteś zdenerwowana? - zapytał. Przyjrzała się jego twarzy w 
miękkim półmroku 
wnętrza samochodu. 
- Odrobinę. 
- Ja też - powiedział po chwili. 
- Ty? Dlaczego? 
- Bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym. Chcę, żeby ci było dobrze. 
Przez myśli Chris przemknęły obrazy, które prześladowały ją od 
pewnego czasu. 
- Gideonie? - szepnęła. - Jest jedna rzecz, którą powinieneś wiedzieć. 
- Czyżbyś była dziewicą? - Nie odrywał oczu od drogi, usiłując 
skoncentrować się na prowadzeniu. 
- Nie żartuj - odpowiedziała szybko i cicho, opierając mu głowę na 
ramieniu. - Ale całe moje doświadczenie w tych sprawach nabyłam na 
tylnym siedzeniu starego chevroleta. 
Gideon roześmiał się. 
- Nigdy nie robiłem tego w samochodzie. - W różnych dziwnych 
miejscach, gdy był młody, ale nigdy w samochodzie. - Jak to się robi? - 
Przycisnął jej dłoń do swego uda. - Czy nie jest za ciasno? 
- Wymaga to pewnej pomysłowości... co do pozycji. - Przychodziły jej do 
głowy nieprawdopodobne pomysły. - Musiałbyś być częściowo na 
siedzeniu, częściowo poza... 
Sunął jej dłonią po swoim udzie, w górę i w dół, w górę i w dół. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY    •      13 5 
- Czy bylibyśmy rozebrani? Chris złapała oddech. 
- To by zależało od nas... Ale byłoby zimno. 
- Ja bym chciał. - Jego głos był niski, chropawy. - Chciałbym widzieć, jak 
wyglądasz. Potem bym cię rozgrzał. 
W przypływie pożądania przesunęła dłoń na sam szczyt uda Gideona. 
- Coś mi mówi, że nie musiałbyś mnie długo rozgrzewać. Już mi jest 
gorąco... 
- Nie trzeba nam wiele. 
- Właśnie. Nie rozumiem tego. Od tylu lat nie interesował mnie żaden 
mężczyzna. - Nie wiedziała, które z nich wykonało ten ruch, ale nagle 
przykrywała dłonią męskość Gideona. 
- Chris - jęknął z głębi duszy. Spłoszona, chciała cofnąć dłoń, ale ją 
przytrzymał. - Tak jest dobrze, bardzo dobrze. - Przełknął z wysiłkiem. - 
Czy jeszcze daleko? 
- Dwie przecznice - rzuciła, wyjrzawszy przez okno, z trudem skupiając 
wzrok. Spojrzała na napiętą twarz Gideona. Przesunęła się lekko i 
musnęła ustami jego policzek. - Wytrzymasz? - szepnęła, ogrzewając mu 
oddechem skórę. 
- Tak... Słuchaj, Chris, jeśli jest choć cień prawdopodobieństwa, że 
zechcesz się wycofać, powiedz mi to teraz. Pobiegam sobie przez chwilę, 
żeby ochłonąć. 
- Nie wycofam się - powiedziała z całkowitą pewnością. Zbyt była 
napięta, zbyt rozpalona. 
- A co z jedzeniem? 
- Poczeka. - Odetchnęła z trudem. - Gideonie, pamiętasz, co mówiłam o 
antykoncepcji? Wciąż nic w tej sprawie nie zrobiłam. Myślałam, żeby 
pójść do 

background image

1 3 6  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
ginekologa, ale potem nie byłam pewna, czy my... czy naprawdę... no, czy 
będziemy razem, i zrobiło mi się głupio. Czy ty coś masz? Skręcił w jej 
ulicę. 
- Mam. Pomożesz mi założyć? - wyszeptał ochryple. 
Poczuła ciężar w dole brzucha. 
- Nie umiem. 
- Nauczę cię. 
- Żebyśmy dzielili odpowiedzialność? 
- Nie o to mi chodziło. 
- A o co? 
- O twoje dłonie na moim ciele. - Sam się torturował, ale nie potrafił 
przestać. 
- Gideonie, próbowałam ci powiedzieć... Nie mam zbyt wielkiego 
doświadczenia. Nigdy nawet... 
- Ciii... - szepnął, skręcając na podjazd, zatrzymując samochód i 
otwierając drzwi. Wyskoczył na zewnątrz, pociągając ją za sobą i szybko 
prowadząc do wejścia. 
Gdy cały świat został za zamkniętymi drzwiami, przycisnął Chris do 
ściany i przesunął wargami od jej czoła przez nos do ust. Pachniała 
słodko, poddawała mu się, rozchylając usta, wyginając się zachęcająco. 
Wszystkie jej ruchy były naturalne, nie wyuczone, dogłębnie kobiece. 
Wszystkie budziły w nim męski instynkt posiadacza. 
- Wiem, że powinienem poczekać - wydyszał w jej włosy, równocześnie 
zsuwając płaszcz z ramion Chris - ale nie mogę. Za bardzo cię potrzebuję. 
- Płaszcz spadł na podłogę. Gideon przeniósł drżące dłonie z jej ramion na 
piersi. Pierwszy raz ich dotykał. Nawet przez sukienkę i stanik czuł, jakie 
są pełne i jędrne. 

background image

_MARZEŃ CIĄG DALSZY »    1 3  7  
Chris płonęła. Jęknęła cicho i przykryła dłonie Gideona swoimi. Mimo 
podniecenia zaniepokoił się natychmiast. 
- Boli? 
- Nie. Chcę więcej. - Była niecierpliwa i głodna jego ciała. Gideon 
rozpinał guziczki sukienki, potem chwilę mocował się z zapięciem 
stanika, w końcu rozsunął materiał i koronkę. Piersi miała jasne, zakoń-
czone różowymi czubkami, drżące przy każdym oddechu. Nigdy w życiu 
nie widział nikogo równie pięknego jak Chris. Kurczowo trzymała go za 
biodra, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w okolicę jego paska. Nie mogąc 
się powstrzymać, pochylił się i objął ustami jeden sutek. Gwałtownie 
wciągnęła powietrze. 
- Tak strasznie cię pragnę - szepnął. Oderwał się od niej z trudem, 
ściągnął blezer i krawat, rozpiął koszulę i natychmiast przypadł z 
powrotem do jej warg. 
- Chodź na górę. - Z trudem łapała oddech. - Chcę cię mieć w swoim 
łóżku. 
W pokoju było ciemno, ale nawet tego nie zauważyli. Gwałtownie 
szarpali ubrania, walcząc z guzikami, zamkami błyskawicznymi, 
plączącymi się rękawami. Śmiali się, szeptali i dyszeli. Siedziała na 
łóżku, ściągając pończochy, gdy opadł na materac koło niej. 
- Pomóż mi - poprosił, otwierając małą foliową torebeczkę. 
Zamarła na chwilę. Był nagi i bardzo podniecony. Zaskoczony Gideon 
uniósł wzrok. Przemknęło mu przez myśl, że Chris się boi, a to 
natychmiast pomogło mu się opanować. 

background image

1 3 8  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Nie sprawię ci bólu - szepnął, przyciągając ją bliżej. - Wiesz przecież. 
Już to robiłaś. 
- Ale nigdy nie widziałam - odszepnęła. - To właśnie usiłowałam ci 
przedtem powiedzieć. Nie było mnie już w domu, gdy moi bracia 
dojrzewali, a z Brantem... zawsze było ciemno. - Dotknęła lekko jego 
brzucha. - Nie boję się. Jesteś bardzo piękny. - Wzięła od niego 
prezerwatywę. - Pokaż mi, jak to się robi. 
Udało jej się zdumiewająco łatwo. Dumna i podniecona, objęła go za 
szyję. 
- Teraz będziemy się kochać? 
- Och, tak. - Gideon był u kresu wytrzymałości. Padając na łóżko, 
zagarnął Chris pod siebie. Wydawało się, że jego ręce są wszędzie: na 
piersiach, na biodrach, w tajemnych zakamarkach jej ciała. Otworzyła się 
dla niego. 
- Chodź do mnie! 
Drżąc z napięcia, Gideon uniósł się i powoli, powoli zanurzył w jej 
gorącym wnętrzu. 
- Ach, Chris. Nie sprawiam ci bólu? 
- Nie, nie. Kochaj mnie, Gideonie. Teraz. Kochaj się ze mną. 
Nie potrzebował dalszej zachęty. Wysunął się i z okrzykiem triumfu 
zagłębił na powrót, narzucając rytm, który wydawał się dla niej najlepszy. 
Chris poddała mu się, wzlatując wyżej i wyżej, aż w końcu, zamykając 
oczy i wyginając ciało w łuk, całkowicie zatraciła się w wybuchu 
niewypowiedzianej rozkoszy. 
Gdy po dłuższej chwili zaczęła dochodzić do siebie i otworzyła oczy, 
zobaczyła nad sobą uśmiechniętą twarz Gideona. Udało mu się zapalić 
lampkę przy 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 1 3  9  
łóżku, chociaż wciąż był w niej, wciąż ją wypełniał. Wyglądał na 
niezmiernie zadowolonego. 
Nie śpieszył się do osiągnięcia rozkoszy. Zbyt wielką przyjemność 
sprawiał mu widok Chris, leżącej pod nim z rozrzuconymi włosami, 
zarumienionej, z nabrzmiałymi wargami. Czuł się wspaniale po prostu 
leżąc, złączony z nią, wiedząc, że przez tę chwilę należy tylko i wyłącznie 
do niego. 
- Dobrze ci było? 
- Ledwo mnie dotknąłeś, a ja już... puff! Uśmiechnął się jeszcze szerzej. 
- To dobrze. Cieszę się. 
- A ty... ? 
- Za chwilę. - Odetchnął głęboko. - Wiesz, że cię kocham, prawda? 
Poczuła, jak zalewa ją fala gorąca. 
- Skąd wiesz? 
- Po prostu wiem. Na przykład mógłbym tak zostać i czuć się bardzo 
szczęśliwy. Przedtem, w samochodzie i na dole, myślałem, że eksploduję, 
jeśli cię nie będę natychmiast miał. Ale teraz mi się nie śpieszy. Patrzenie 
na ciebie sprawiło mi większą satysfakcję niż własna rozkosz. 
Oczy Chris wypełniły się łzami. 
- Jesteś naprawdę piękny - szepnęła, gładząc jego plecy, piersi, 
odszukując ukryte we włosach sutki, obejmując pośladki, podnosząc się, 
by przycisnąć usta do jego szyi. Powoli i delikatnie doprowadzała go do 
szału. Niezdolny powstrzymywać się dłużej, znów zaczął się poruszać, 
ale poddał się własnej namiętności dopiero, gdy poczuł, że po raz drugi 
doprowadził Chris na szczyt rozkoszy. 

background image

1 4  0 • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
Dużo, dużo później, gdy już powitali Nowy Rok toastem i pocałunkami, 
gdy przywieźli Jill i jej przyjaciółki, gdy pożegnali się, a Gideon 
wyruszył w samotną drogę do domu - Chris wróciła do łóżka, gdzie 
mogła przemyśleć to, co się zdarzyło. 
Gideon był niezwykły. Kochali się jeszcze dwukrotnie, ale to nie jego 
fizyczne atuty wywarły na niej takie wrażenie. Najbardziej podobało jej 
się, jak na nią patrzył, co mówił, jak sprawiał, by poczuła się uwielbiana i 
kobieca. 
Przy Brancie nigdy się tak nie czuła. I tej nocy, i w ciągu następnych, gdy 
odkładała słuchawkę po rozmowie z Gideonem, zastanawiała się, czy go 
kocha. Nie miała do siebie zaufania. Raz już popełniła pomyłkę i przez 
następne piętnaście lat musiała bardzo się starać, by jej błąd nie odbił się 
na Jill. Jeśli pozwoli sobie na związek z Gideonem, Jill nieuchronnie też 
zostanie w to wplątana. A gdyby się do niego przywiązała, a potem coś by 
się nie ułożyło, Chris nigdy by sobie tego nie wybaczyła. 
Pytanie tylko, czy powinna spróbować. Nie znała na nie odpowiedzi. 

background image

ROZDZIAŁ 

Ze wszystkich miesięcy Chris najmniej lubiła styczeń z jego krótkimi, 
zimnymi dniami. Luty był niewiele lepszy, ale przynajmniej nadchodziły 
ferie, a potem już dni się wydłużały i jakoś na wszystko patrzyła bardziej 
optymistycznie. 
Ale w tym roku styczeń był pełen radości. Po pierwsze mogła się już 
poważnie zabrać do pracy nad Crosslyn Rise. Długie godziny spędzała 
nad planami Cartera, często jeździła na budowę, by sprawdzić coś na 
miejscu, z namysłem studiowała próbki tapet i wykładzin, oglądała meble 
i armatury łazienkowe. Później będzie realizować życzenia konkretnych 
klientów, ale na razie jej zadaniem było przygotować jeden pokazowy 
apartament. Miała się również zająć wnętrzami samej rezydencji: 
restauracją, gabinetem odnowy biologicznej i salą spotkań. To było 
właśnie to, co Chris lubiła najbardziej. 
Po drugie - był Gideon. Zapewne właśnie z jego powodu tak często 
jeździła do Crosslyn Rise. W sprawach zawodowych często się kłócili, 
ale w granicach rozsądku. Przestała się w końcu upierać przy kręconych 
schodach, ale chciała mieć marmurowe płytki 

background image

1 4 2  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
w łazienkach, terakotę w kuchni i ściany kominkowe z pełnej, nie 
tynkowanej cegły. Gideon buntował się przeciw dodatkowym kosztom, 
ale nieodmiennie robił wszystko, żeby ją zadowolić. Czasami mu się 
udawało, czasami nie, ale zawsze próbował. Nie mogła żądać więcej. 
Spotykali się również po pracy, zazwyczaj w czasie weekendów, gdy Jill 
zajmowała się sobą. Tym razem jednak było czwartkowe popołudnie, a 
oni leżeli koło siebie na łóżku w małym motelu niedaleko Crosslyn Rise. 
Podczas wspólnej pracy odczuli taki przypływ pożądania, że musieli 
znaleźć dla siebie odosobnione miejsce. 
Gideona przestały zadowalać ukradkowe spotkania. Chciał spędzić z nią 
cały weekend. 
- Przecież Jill wie, co się dzieje. 
- Nie wie, że ze sobą śpimy. 
- Musi wiedzieć - upierał się. - To spostrzegawcza dziewczyna. Widzi, jak 
na siebie patrzymy, jak się dotykamy. Jestem pewien, że się domyśla. 
- Nie wiem, czego się domyśla. - Chris była nieco zdenerwowana. To 
prawda, nie miała odwagi porozmawiać z córką. - Na pewno czułaby się 
nieswojo, gdybyś miał u nas spędzić noc. Jeszcze za wcześnie. 
Dla Gideona na nic nie było za wcześnie. Coraz mocniej kochał Chris. 
Miał zamiar prosić ją o rękę, ale wyczuwał, że nie jest jeszcze gotowa. On 
sam tyle lat był wolny jak ptak, a jednak nagle zapragnął więzi. Odkąd 
poznał Chris, nie spotkał się z żadną inną kobietą. Wiedział jednakże, że 
Jill ma pierwszeństwo. 
- Czy pyta cię, co robimy? 
- Tylko takie ogólne pytania, gdzie byliśmy, co jedliśmy. 
- Myślisz, że mnie zaakceptowała? - Wiedział, że Jill go lubi. Ostatecznie 
dała mu swoje błogosławień 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 143 
stwo na spotykanie się z Chris. Ale teraz, gdy rzeczywiście zajmował jej 
matce sporo czasu, mogła zmienić zdanie. 
Chris przeczesała palcami włosy na piersi Gideona. 
- Akceptuje cię jako kogoś, z kim miło spędzam czas. 
- Ale nie jako twego kochanka? 
- Nie wie, że nim jesteś. 
- Może powinnaś jej powiedzieć? Jesteś młoda, zdrowa, dorosła. Masz 
prawo mieć mężczyznę. 
- Powinnam dawać jej przykład. 
Gideona przebiegł zimny dreszcz. Przyciągnął ją bliżej. 
- Nie robisz nic nielegalnego ani niemoralnego. Kochasz się z 
człowiekiem, na którym ci naprawdę zależy. - Ściszył głos. - Bo zależy ci, 
prawda? 
- Wiesz, że tak - powiedziała miękko. Na chwilę zatonęła spojrzeniem w 
jego oczach i zapragnęła, żeby tak już było zawsze. - Ale musisz 
zrozumieć, Gideo-nie, że jesteś pierwszym mężczyzną, z którym się 
spotykam. I to od niedawna. Gdybyś nagle został na noc, Jill mogłaby 
uznać, że można pójść z chłopakiem do łóżka już po paru randkach. 
- Czasami można. 
- Ale ona tego jeszcze nie wie! Ma tylko piętnaście lat! 
- A ty masz trzydzieści trzy. Jill jest na tyle bystra, że zrozumie różnicę. 
Jesteś dorosła, Chris. Jesteś kobietą pełną temperamentu. Nie mogę 
zrozumieć, jak ci się udało utrzymać ten temperament na wodzy przez 
tyle lat. 
- To proste. Nigdy nikogo nie pragnęłam tak bardzo jak ciebie. 
- Branta też nie? - nie mógł się powstrzymać. 

background image

1 4 4  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Branta też nie - potwierdziła i wiedziała, że mówi prawdę. To, co czuła 
do Gideona, nie miało nic wspólnego z dorastaniem i 
eksperymentowaniem. Tym razem w grę wchodziły dojrzałe pragnienia i 
głębokie uczucie. - Byliśmy młodzi. Zbyt młodzi. Nie chcę, by Jill 
popełniła ten sam błąd. 
- Przecież nie założysz jej pasa cnoty. 
- Ale mogę nauczyć ją chcieć czekać. 
- Chciałabyś, żeby wychodziła za mąż jako dziewica? 
- Nie miałabym nic przeciwko temu. 
- To nierealne, Chris. 
- Wiem. Ale mogę przynajmniej zachęcać ją, by zaczekała na kogoś 
naprawdę ważnego. Próbowałam jej wytłumaczyć, że kochanie się to coś 
wyjątkowego. 
- Bo tak jest. Więc dlaczego jej nie powiesz, że to robimy? 
- Nie mogę. Zacznie wyciągać wnioski. 
- To porozmawiaj z nią. Wytłumacz jej. Chris, czy ty sobie w ogóle 
zdajesz sprawę, jak bardzo chcę z tobą spać? Nie kochać się, po prostu 
spać. Czuć obok ciepło twego ciała. Budzić się z tobą wtuloną we mnie. 
- A co się stanie, jak się już obudzisz? - spytała trzeźwo. 
- Będziemy się kochać. 
- No właśnie. Z Jill za ścianą i łóżkiem rytmicznie stukającym o tę ścianę. 
- Odsuniemy łóżko. 
- Ono trzeszczy! 
- Jestem dobrym majsterkowiczem. Naprawię je. 
- Nie o to chodzi! 
- No to nie będziemy się kochać. Będę po prostu cierpiał w milczeniu... 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 145 
- Gideonie - prosiła cicho - potrzebuję czasu. To wszystko. Potrzebuję 
czasu, żeby Jill przyzwyczaiła się do mężczyzny w moim życiu. Jestem 
jej to winna, nie rozumiesz? 
Gideon uważał, że sobie też jest coś winna. No, ale ostatecznie nigdy nie 
miał dziecka. Nigdy nie czuł tego typu odpowiedzialności za drugą istotę. 
Kochał Chris, więc szanował jej uczucia. 
- Dobrze - poddał się. - To przejdźmy do planu B. 
- Planu B? 
- Wyjedźmy razem. Chris na moment odebrało mowę. 
- Słuchaj, czy do ciebie nie dotarło nic z tego, co mówiłam? 
- Wyjedźmy wszyscy troje. Za dwa tygodnie Jill ma ferie zimowe. 
Pojedźmy gdzieś. W ten sposób łatwiej przywyknie do myśli, że jesteśmy 
razem. 
- Ależ to się nie będzie różnić niczym od twojego nocowania u nas w 
domu! 
- Będzie, jeśli weźmiemy osobne pokoje. Ty i Jill zamieszkacie razem, a 
ja będę miał własny pokój. Możemy pojechać na północ na narty albo na 
południe po słońce. 
Chris zastanowiła się. Pomysł nie był zły. 
- Jeździsz na nartach? - spytała. 
- Jasne. Nie jestem mistrzem, ale nie robię z siebie widowiska. - Widział, 
że Chris zaczyna mieć na to ochotę. - Byłaś kiedyś w Stowe? 
Pokręciła głową. 
- Nie, to kawał drogi. Nigdy nie chciało mi się tak długo jechać. 
- A ze mną? 
- Nie mam nic przeciw temu. 

background image

1 4  6 • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- A Jill? 
- Zgodzi się. Bardzo chce pojechać na narty. 
- Umie jeździć? 
- Ledwie, ledwie. 
- Nie ma problemu, weźmiemy instruktora. Wolałabyś hotel czy 
pensjonat? 
- Pensjonat. 
- Będziesz mnie odwiedzać w moim pokoju? 
- Może - roześmiała się przekornie. 
- Tylko może?! - Gideon przekręcił się na plecy, pociągając za sobą Chris. 
Objął dłońmi jej twarz. Zatonęli w pocałunku. 
Na wiadomość o wyjeździe na narty buzia Jill rozjaśniła się z radości. 
Informacja, że Gideon będzie im towarzyszył, trochę tę radość przyćmiła. 
- Nie wiedziałam, że umie jeździć na nartach - powiedziała. 
- Ja też nie. Co więcej, był już kiedyś w Stowe, więc zna okolicę. 
- Będziemy mieszkać w hotelu? 
- Nie, wolę pensjonat. Będzie nam wygodniej. 
- Będę miała własny pokój? 
- Nie, ty i ja zamieszkamy razem. 
Jill wydawała się zaskoczona, ale najwyraźniej kamień spadł jej z serca. 
- Nie będziesz mieszkać z Gideonem? 
- Nie, z tobą - pokręciła głową Chris. 
- Nie wolałabyś pojechać z nim sama? 
- Pewnie, że nie. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. 
- A on? 
- A on jest mężczyzną, którego lubię i z którym się spotykam. 
- Kochasz go? 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY » 14 7 
- Już mnie o to pytałaś. Co ci odpowiedziałam? 
- Że za wcześnie na odpowiedź. Ale od tamtego czasu spotykaliście się 
bardzo często. Musisz chyba wiedzieć, co czujesz, albo co myślisz, że 
czujesz. Skoro jedziemy z nim razem... 
- Jedziemy razem, bo może być sympatycznie. 
- Mogłybyśmy pojechać same, we dwie. 
- Ale to był pomysł Gideona. - Chris spojrzała na córkę z nagłym 
niepokojem. - Czy nie chcesz, żeby z nami jechał? 
- Nie, dlaczego, może jechać. 
- Cóż za entuzjazm. - Chris starała się ukryć rozczarowanie. - Myślałam, 
że go lubisz. 
- Lubię. I cieszę się, że pojedziemy razem, naprawdę. Chciałabym tylko 
wiedzieć, czy go kochasz. 
Chris zamyśliła się na chwilę. 
- Nie wiem - powiedziała zgodnie z prawdą. - Czasami wydaje mi się, że 
tak, ale jest tyle różnych spraw... 
- Na przykład? 
- Na przykład, czy jest gotów grać drugie skrzypce. Ty zawsze będziesz 
dla mnie najważniejsza, Jill. Zawsze byłaś i zawsze będziesz. 
- Ale to nie fair w stosunku do ciebie. Może chcesz być z Gideonem? 
Może powinnaś z nim być? , 
- A gdybym była? Jak byś się wtedy czuła? Jill zastanowiła się. 
- Życzyłabym ci szczęścia. I Gideonowi także - odpowiedziała ostrożnie. 
- A ty sama byłabyś szczęśliwa? 
- Chyba tak. 
- Nie brzmi to przekonująco. 
- Sama nie wiem. - Jill utkwiła wzrok w swoje dłonie. - Zrozum, muszę 
się przyzwyczaić. Z jednej 

background image

1 4 8  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
strony jestem zadowolona, że nie muszę mieć wyrzutów sumienia, gdy 
cię zostawiam samą. 
- A dawniej miałaś? - Chris była zaskoczona. 
- Czasami. Z drugiej strony lubię wiedzieć, że tu jesteś, że na mnie 
czekasz. To samolubne, prawda? 
Chris odgarnęła ciemny kosmyk z twarzy Jill. 
- Wcale nie. Po prostu byłaś przyzwyczajona do pewnego układu, a teraz 
widzisz, że może ulec zmianie. Nie sądzisz, że mnie też to przeraża? Nie 
rozumiesz, że to też muszę brać w rachubę, gdy się zastanawiam, czy 
kocham Gideona? Ja też mam swoje przyzwyczajenia. Wcale nie jestem 
pewna, czy chciałabym coś zmieniać w moim - naszym - życiu. 
- Ale jeśli kochasz Gideona... 
- Nie jestem tego pewna. Także dlatego chciałabym, żebyśmy wyjechali 
we trójkę. Jeśli w moim życiu ma się pojawić mężczyzna, to muszę być 
przekonana, że ty i on dobrze się z sobą czujecie. Bo przede wszystkim 
jestem twoją matką. Zawsze będziesz dla mnie najważniejsza, nawet 
gdybym była zakochana w dziesięciu facetach. 
- Dziesięciu? - parsknęła Jill. - Coś ty. Taka z ciebie cnotka. 
- A cóż to ma znaczyć? - Oburzenie Chris tylko częściowo było udawane. 
- Przecież nawet nie poszłaś z Gideonem do łóżka! A to naprawdę 
fantastyczny facet. Więc czemu nie chcesz? 
Chris zamilkła. Dopiero rozmawiała na ten temat z Gideonem. Zdała 
sobie sprawę, że Gideon ma rację i naprawdę powinna wyjaśnić córce, jak 
wyglądają ich stosunki. Była z Jill bardzo blisko i zawsze uczyła ją 
prawdomówności i bezpośredniości. Najwyższy czas, żeby 
porozmawiały. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 149 
- Skąd wiesz, że nie poszłam z nim do łóżka? 
- spytała łagodnie po dłuższej chwili. 
- Przecież nie miałaś kiedy. 
- Jak się chce, zawsze można znaleźć czas. 
- No wiesz, niby kiedy miałabyś taką okazję? 
- Jak się chce, stwarza się okazje. Jill zamilkła. 
- No więc jak w końcu - kochałaś się z nim czy nie? 
- wyrzuciła z siebie po chwili. 
- Czy dla ciebie to jest takie ważne? 
- Nie, jeśli nie chcesz mi powiedzieć - wycofała się szybko dziewczyna. 
- Chcę. Chcę, bo przeżyłam z Gideonem kilka bardzo, bardzo pięknych 
chwil. Zawsze ci mówiłam, że kochanie się z właściwą osobą jest czymś 
cudownym. 
Jill wyglądała na skrępowaną. Spojrzała na Chris, jakby nagle ujrzała ją w 
innym świetle. 
- Więc jednak - szepnęła. 
- On jest...      zupełnie    wyjątkowy - powiedziała 
Chris. 
- Czy on cię kocha? 
- Tak. 
- Wyjdziesz za niego? 
Tego właśnie uczyła córkę: że nie powinno się iść do łóżka z mężczyzną, 
jeśli nie jest kimś wyjątkowym, z kim chciałoby się spędzić życie. Teraz 
jednak poczuła się złapana w pułapkę. 
- Nie wiem, kochanie. Pewnie tak, jeśli to, co do niego czuję, okaże się 
miłością. Ale nieprędko. 
- Dlaczego? 
- Bo nie zrobię niczego, póki ty nie skończysz szkoły. 
- Czy taki mężczyzna jak Gideon zechce tak długo czekać? 

background image

1 5  0 »  MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Jeśli mnie kocha, to zechce. Może to właśnie będzie próba? 
- A jeśli zajdziesz wcześniej w ciążę? 
- W ciążę?! Jill, uczyłam cię przecież o antykoncepcji. Nie myślisz chyba, 
że postępuję lekkomyślnie. - Tuż po Nowym Roku poszła do lekarza. 
- A czego używasz? 
- Jill! 
- Nie powinnam pytać? 
Chris zamknęła na moment oczy i sięgnęła po dłoń Jill. 
- Nie, dlaczego. Po prostu to dla mnie dość niezwykła rozmowa. 
- A gdybym to ja potrzebowała zabezpieczenia, nie chciałabyś, żebym to 
z tobą przedyskutowała? 
- Chciałabym. 
- A więc? 
- Mam kapturek. 
- Odpowiada ci to? 
- No, hm, wiesz... tak, no wiesz, jest bezpieczny i skuteczny, więc, hm, 
skoro już... 
Jill wy buchnęła śmiechem. 
- Co cię tak śmieszy? 
- Ty. Jesteś cała czerwona. 
- Bo to krępujące. 
- Dlaczego? Opowiadałaś mi już tyle rzeczy bez zażenowania. 
- Ale to co innego. - Chris usiłowała znaleźć właściwe słowa. - No wiesz, 
czuję się, jakbyś była moją matką. Tylko że z mamą nigdy tak nie roz-
mawiałam. 
- I dlatego przyszłam na świat. 
- I bardzo się z tego cieszę. Nigdy, absolutnie nigdy nie żałowałam, że cię 
urodziłam, choć czasami wolała 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY •      15 1 
bym , żeby to zdarzyło się w innych okolicznościach. Nie dałam ci 
własnej' rodziny, braci, sióstr... 
- Jeszcze możesz mieć dzieci. 
- Przecież właśnie ci powiedziałam, że stosuję antykoncepcję. 
- Ale możesz przestać. Jesteś na tyle młoda, że możesz mieć jeszcze wiele 
dzieci. Czy Gideon chciałby mieć dzieci? 
- Nie wiem, nie rozmawialiśmy o tym. 
- A ty? 
- Nie wiem. Dość trudno byłoby ci dorównać. 
- No myślę! - roześmiała się Jill. 
- Oczywiście - zawtórowała Chris. Odetchnęła głęboko. - Więc jak? 
Jedziemy na narty? 
Pensjonat był niewielki i przytulny, z sześcioma pokojami i dwoma 
łazienkami. Pokój Gideona sąsiadował z łazienką i Chris zapewne 
mogłaby się wymykać do niego, udając, że idzie się kąpać, nie chciała 
jednak oszukiwać: Jill i tak by się domyślała, a Chris czułaby się 
nieswojo. 
Jill zapisała się na kurs narciarski i popołudnia spędzała z instruktorem na 
stoku. To właśnie był czas, który Chris i Gideon mogli spędzić razem. Z 
perspektywą trzech najbliższych godzin dla siebie wrócili do jego pokoju. 
Ciało Gideona nieustannie budziło w Chris zachwyt. W narciarskim 
stroju wyglądał jak ucieleśnienie marzeń każdej kobiety. Bez tego stroju - 
był ucieleśnieniem marzeń Chris. Zdjęli ubrania i przytulili się, a jej ręce 
błądziły po jego ramionach, plecach i pośladkach. 
- Gdy jesteśmy na stoku - szeptała - kobiety nie mogą oderwać od ciebie 
oczu. Jesteś pełen gracji. 

background image

1 5 2  » MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Przysunęła się bliżej, przywierając do niego piersiami, brzuchem i 
udami. Rozchyliła usta i zostawiła ślad wilgotnych pocałunków na jego 
szyi. -Jesteś zupełnie nieprawdopodobny - szeptała we włosy na jego 
piersi, muskając dłońmi skórę na udach Gideona i powoli zbliżając się do 
najwrażliwszego miejsca jego ciała. 
Gideon był pewien, że umarł i znalazł się w raju. 
- Cały jestem twój - powiedział. Pochylił się, by równocześnie chwycić 
ustami jej wargi, a dłońmi pośladki i unieść Chris w górę. Wsunął się w 
nią ze swobodą i wprawą starego kochanka - i z podnieceniem nowego. 
Kochali się najpierw na stojąco, potem siedząc, potem leżąc. Ciszę 
pokoju przerywały westchnienia i jęki. W końcu zamilkli, zaspokojeni, 
spoceni, splątani, zachwyceni. 
- Wyjdź za mnie, Chris. 
- Hm? - Chris była na granicy snu. 
- Chcę się z tobą ożenić. 
- Wiem - mruknęła. 
- Wyjdziesz za mnie? 
Nie otwierając oczu, pocałowała go w miękkie miejsce pod pachą. 
- Spytaj mnie później. Teraz nie potrafię zebrać myśli. 
Gideon dał jej dziesięć minut, potem rozbudził ją pocałunkami. 
- Cześć - uśmiechnęła się. 
- Cześć. - Nie spuszczał z niej wzroku. Nigdy chyba nie nasyci się 
widokiem zaspokojonej Chris, ciepłej, wilgotnej i zmysłowej. - Obudziłaś 
się? 
Przytaknęła, wciąż senna. 
- Tak tu miło. Cieszę się, że przyjechaliśmy. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY » 15 3 
- Ja też. - Pomyślał, że może powinien być mniej bezpośredni. - Trudno 
uwierzyć, że tydzień zbliża się do końca. Mógłbym tak spędzić następne 
trzydzieści czy czterdzieści lat. 
Nawet w półśnie Chris zrozumiała, o co mu chodzi. 
- Jest coś takiego w górach. Czyste powietrze. Zimno. I ciepły dom. 
- Jak będę dużym chłopcem - powiedział Gideon - kupię sobie dom w 
górach. Na tyle blisko, żeby można w nim spędzać weekendy. - Przesunął 
palcem po brwiach Chris. - Co o tym sądzisz? 
- Jaki dom? - spytała rozmarzonym głosem. 
- Stary. Pełen uroku. 
- Wiktoriański domek na skraju gromadzkiej łąki, z białą wieżą kościółka 
po jednej stronie i kamiennym kominem biblioteki po drugiej? 
- No właśnie. W środku go przebuduję, żeby pomieścić różne 
nowoczesne udogodnienia. Wyburzę ściany, żeby była przestrzeń, 
kominek stanie w centralnym miejscu, żeby ze wszystkich stron było 
widać ogień. Będą tam świetliki i spiralne schody, i... 
- Wanna z masażem wodnym. 
- Chciałabyś? 
- Jasne. 
- Nigdy nie kochaliśmy się w takiej wannie. 
- Powinieneś był wbudować taką u siebie w domu. 
- Gdy go budowałem, nie znałem cię. Mężczyźni moczą się w wannie 
jedynie z kobietą, a ty jesteś jedyną kobietą, którą przyjmowałem. 
- Jedyną? 
- Jedyną. Kocham cię. 
- Wiem - uśmiechnęła się bezradnie. 
- A ty? 

background image

1 5 4  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Pracuję nad tym - usiłowała obrócić wszystko w żart. 
- I jak ci idzie? - Gideon był poważny. 
- Nigdy w życiu nie byłam tak szczęśliwa jak teraz z tobą. 
- Jak daleko jest od tego do miłości? 
- Chyba niedaleko. 
- Jak długo potrwa dojście od niedaleko do celu? 
- Nie wiem. - Wiedziała już, co nastąpi za chwilę. 
- Potrzebuję cię, Chris - powiedział schrypniętym głosem. - Przez resztę 
życia chcę spędzać z tobą noce i ranki. Pobierzmy się. 
Tym razem nie mogła go zbyć. Spojrzała mu w oczy i zabrakło jej tchu: 
było w nich tyle miłości i desperacji. Pochyliła się i pocałowała go lekko, 
nie spuszczając oczu. 
- Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, bo małżeństwo nie 
zajmowało dużo miejsca w moich planach, ale niemal mogę sobie 
wyobrazić, że za ciebie wychodzę. Niemal. Sama się czasami boję tego, 
co czuję do ciebie. 
- To miłość. 
- Może. Ale muszę być tego pewna. Ze względu na mnie samą, na ciebie i 
na Jill. Muszę wiedzieć, że to przetrwa. 
- Przetrwa. 
- Tak mówi każda para, wymieniając ślubne obrączki. Ale wystarczy 
poczytać statystyki rozwodów. Ja też już raz myślałam, że jestem 
zakochana. 
- Byłaś za młoda, żeby wiedzieć, co to jest miłość. Teraz jesteś starsza. 
- Oboje jesteśmy starsi. Ty masz już prawie czterdziestkę. Raz byłeś 
żonaty, nic z tego nie wyszło i przez długie lata unikałeś zobowiązań. Czy 
to, co 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY •      15 5 
do mnie czujesz, różni się od tego, co czułeś do pierwszej żony? 
- Całkowicie - powiedział z przekonaniem. - Nigdy nie chciałem spędzać 
z nią wolnego czasu. Nawet na samym początku. Wydzieliłem jej w 
swoim życiu ograniczone miejsce. Miałem swoich przyjaciół, pracę i 
sport i nie chciałem tego z nią dzielić. A teraz te wszystkie rzeczy 
odsunęły się na drugi plan, bo wolę być z tobą. 
- Nie powinieneś... 
- Ale chcę. Wolę być z tobą niż z kimkolwiek innym. Wolę być z tobą niż 
sam. Moje pierwsze małżeństwo nie dawało mi radości. Bycie z tobą daje. 
Wiesz, czego bym chciał najbardziej? 
- Czego? 
- Chciałbym cały czas pracować z tobą. Bylibyśmy partnerami. Ja buduję, 
ty projektujesz wnętrza. Co 
0 tym sądzisz? 
Bardzo by jej się to podobało, ale gardło miała tak ściśnięte, że mogła 
jedynie kiwnąć głową. Przesunął palcami po jej wargach. 
- Chciałbym, żebyś była szczęśliwa, Chris. Gdy byłem żonaty, nigdy nie 
zastanawiałem się, czy Julia jest szczęśliwa. Niemal demonstracyjnie 
chodziłem własnymi ścieżkami, jakby małżeństwo w ogóle się nie 
liczyło. A teraz moje życie zmieniło się zupełnie, choć nawet nie jestem 
jeszcze twoim mężem. - Uśmiechnął się kącikiem ust. - Johnny uważa, że 
jestem chory. Parę dni temu siedzieliśmy w knajpie, kiedy weszły dwie 
dziewczyny. Po jakimś czasie Johnny zaczął mi się podejrzliwie 
przyglądać. 
- Dlaczego? 
- Bo uważał, że jest na co popatrzeć, a ja w ogóle nie byłem 
zainteresowany. Zauważyłem, że są ładne, 
1 tyle. Nawet przestałem puszczać oko do Cookie! 

background image

1 5 6  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Biedna Cookie. 
- Tak, chyba czuje się dotknięta. 
- Masz moje pozwolenie na puszczanie do niej oka. Nie ma w tym nic 
złego. 
- Ale mruganie to jakby zachęta. A ja nie mam ochoty nikogo zachęcać. 
Oprócz ciebie. 
- Och, Gideonie. 
- Myślałem, jak rozwiązać sprawę mieszkania. Moglibyśmy kupić 
kawałek ziemi w połowie drogi między Worcester i Belmont. Coś 
naprawdę dużego, ładnego i zalesionego. Jest sporo osiedli z dobrymi 
szkołami dla Jill... 
- Nie mogę jej przenieść. 
- Dlaczego? 
- Bo jest już w szkole średniej, z przyjaciółmi, których zna od 
dzieciństwa. Właśnie wchodzi w najlepsze lata. 
- No to będziemy mieszkać w Belmont, póki Jill nie skończy szkoły, a 
tymczasem zbudujemy sobie wymarzony dom... 
Przycisnęła dłoń do jego ust. 
- Ciii. Jesteś zbyt uległy. 
- Nie rozumiesz? Kocham cię, więc chcę ci sprawiać przyjemność! 
- Ale ja nie mogę odpłacić ci tym samym! - zaprotestowała. - Masz rację, 
że miłość właśnie na tym polega, ale ja nie mogę tak kochać. Mam Jill i 
chcę, żeby przez następne kilka lat żyła bez wstrząsów. 
Gideonowi wydawało się, że zatoczyli kółko i wrócili do punktu wyjścia. 
Czuł się sfrustrowany, ale nie miał zamiaru się tak od razu poddać. 
- Ja też tego chcę. Nic się nie musi zmienić przez to, że wejdę w wasze 
życie. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY •    15 7 
- Musi, tego nie da się uniknąć. A jeśli coś pójdzie nie tak... 
- Co? 
- Nasze stosunki mogą się popsuć, będziemy spięci i zdenerwowani. Nie 
chcę Jill na to narażać. I tak dość, że rosła bez ojca. 
- Przecież możesz dać jej ojca - zauważył. - Mnie. 
- To nie to samo. 
Te słowa i wyraz twarzy Chris nieco wstrząsnęły Gideonem. 
- Czyżbyś miała poczucie winy? 
- Owszem, czuję się winna. Objął ją i przytulił. 
- Po wszystkim, co jej dałaś, nie masz żadnego powodu, by czuć się 
winna. Chris, przecież byłaś naprawdę święta. 
- Nie całkiem - szepnęła, choć te słowa sprawiły jej przyjemność. 
- Jill otrzymała więcej miłości niż większość dzieci z pełnych rodzin. 
Dlatego taka dobra z niej dziewczyna. 
- Chciałabym, żeby taka została. 
- Ja też - powiedział i zrezygnował z dalszej dyskusji. Wiedział już, że w 
sprawach Jill Chris jest nieugięta. Po prostu w najbliższych tygodniach i 
miesiącach będzie musiał udowodnić Chris, że jemu także dobro Jill leży 
na sercu. 

background image

ROZDZIAŁ 

Gideon starał się, jak mógł. Gdy szedł z Chris do kina, proponował, żeby 
zabrać również Jill z koleżanką. Gdy spadło tyle śniegu, że zamknięto 
szkołę, przywiózł z Worcester sanki i zaprosił je obie za miasto. Gdy Jill 
chciała kupić matce prezent na urodziny, objechał z nią trzy centra 
handlowe, zanim znalazła coś, co się jej spodobało. Co więcej, robił to 
wszystko z przyjemnością, bo naprawdę polubił Jill. I wydawało mu się, 
że ona także go lubi. 
Chris też się tak wydawało. Jill cieszyła się na spotkania z Gideonem. 
Jednak była jakby cichsza niż dawniej. Gdy odrabiała wieczorem lekcje 
przy kuchennym stole, a Chris rozmawiała przez telefon z Gideo-nem, 
często patrzyła na matkę w zamyśleniu, które nie miało nic wspólnego z 
podręcznikami. Chris wydawało się, że Jill jest smutna, ale dziewczynka 
zbywała wszelkie pytania na ten temat. 
Minął marzec, nadszedł kwiecień i Chris zaczęła się poważnie martwić. 
Jill po prostu nie była sobą. W szkole szło jej dobrze, życie towarzyskie 
kwitło, ale w domu zachowywała się zdecydowanie inaczej. Wciąż 
jednak twierdziła, że nie ma żadnych kłopotów. Chris 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 159 
doszła do wniosku, że chyba powinny spędzić trochę czasu tylko we 
dwójkę. 
- Myślałaś już o feriach wiosennych, Jill? - spytała więc pewnego 
wieczoru przy kolacji. - Co byś powiedziała na mały wypad do Nowego 
Jorku? 
- Do Nowego Jorku? 
- Uhm. We dwójkę. Mogłybyśmy pochodzić po sklepach, raz czy dwa 
pójść do teatru... Co ty na to? 
Jill grzebała widelcem w talerzu, ale po chwili odłożyła go i spojrzała na 
matkę. Wyglądała teraz bardzo dziecinnie i bezbronnie. 
- Myślałam, żeby wykorzystać te ferie na coś innego. 
- Mianowicie? 
- Chciałabym spotkać się ze swoim ojcem. Chris czuła, jak krew odpływa 
jej z twarzy. Tego się 
nie spodziewała. 
- Och, hm... a co... - odchrząknęła - skąd ci to przyszło do głowy? 
- Jestem ciekawa. - Jill wzruszyła ramionami. 
- To właśnie tak cię ostatnio męczyło? 
- Nie męczyło, po prostu dużo o tym myślałam. Chciałabym wiedzieć, 
jaki on jest. Chcę go poznać. 
Chris kręciło się w głowie. Odetchnęła głęboko. 
- Kochanie, nawet nie wiem, gdzie go szukać. 
- Mówiłaś, że mieszka w Arizonie - stwierdziła Jill oskarżycielskim 
tonem. 
- Tak kiedyś słyszałam - usiłowała załagodzić sytuację Chris. - To była 
wiadomość z drugiej czy trzeciej ręki. 
- Gdzie w Arizonie? 
- W Phoenix. 
- Czyli tam powinnam zacząć poszukiwania. 

background image

1 6  0 • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Osobiście?! 
- Skądże. Zadzwonię do informacji telefonicznej. Ostatecznie ilu może 
być Brantów Conwayów? 
- Sporo. 
- No dobrze, mówiłaś, że zajmuje się handlem nieruchomościami. Musi 
być jakaś stanowa lista osób, które mają licencję. Nawet jeśli 
wyprowadził się stamtąd dziesięć lat temu, to przecież musiał pracować z 
kimś, kto zachował z nim kontakt. Tego wszystkiego mogę dowiedzieć 
się telefonicznie. 
Chris zdała sobie sprawę, że Jill poważnie i dokładnie przemyślała 
wszystko, i to w bardzo dojrzały sposób. 
- No dobrze, i co dalej? 
- Dalej? Zadzwonię do niego i umówię się na spotkanie podczas ferii 
wielkanocnych. 
- A jeśli nie zechce? 
- To się umówię na inny termin. Musi być przecież jakiś sposób, żebyśmy 
się mogli spotkać. 
Chris nie odrywała oczu od serwetki, którą mięła w dłoni. 
- A przyszło ci do głowy, że on w ogóle może nie chcieć cię widzieć? 
- Tak. Jeśli nie zechce, to nie pojadę. - Jill była stanowcza. 
- Nie chcę, żebyś cierpiała, Jill. Zawsze próbowałam cię chronić. Wierz 
mi, Brant nie jest ci do niczego potrzebny. 
- Ale jest moim ojcem. 
- Jedynie biologicznym. Poza tym jest dla ciebie nikim. 
- Może być bardzo miłym facetem. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 161 
- Może, ale on ma swoje życie, a ty masz swoje. 
- Nie chcę wchodzić w jego życie. Chcę go tylko poznać. 
Chris nie była przygotowana na taką sytuację. Czuła się zdradzona. 
Wiedziała, że to głupie, ale tak właśnie było. 
- Czemu właśnie teraz? - rzuciła półgłosem, jakby kierowała to pytanie 
także do siebie. 
- Już ci powiedziałam. 
Nagle Chris przyszło do głowy straszne podejrzenie. 
- To ma coś wspólnego z Gideonem, prawda? 
- A cóż to może mieć z nim wspólnego? 
- To pierwszy mężczyzna, jakim się zainteresowałam. W ostatnich paru 
tygodniach stał się dla ciebie kimś w rodzaju ojca. - No tak, wiedziała, że 
tak będzie. Do diabła, przecież była pewna, że coś się stanie. - Mam rację, 
prawda? 
- Lubię Gideona. Lubię jego towarzystwo. 
- Ale to przez niego zaczęłaś myśleć o swoim ojcu. 
- To nie jest wina Gideona. 
Chris wstała gwałtownie i zaczęła przemierzać 
pokój. 
- Mówiłam mu, że wszystko idzie za szybko. Prosiłam, żeby zwolnił, ale 
oczywiście on wiedział lepiej, co jest dobre. 
- Mamo... 
- Tyle razy prosiłam go o cierpliwość. Mówiłam, że nie chcę, źeby coś cię 
niepokoiło. Mówiłam, że potrzeba ci czasu. 
- Mamo... 
- Ten specjalista od wtykania nosa w nie swoje sprawy... 

background image

1 6 2  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Mamo! -wybuchnęła Jill, obracając się na krześle. Gdy Chris wreszcie 
na nią spojrzała, dodała spokojniej: - To nie jest wina Gideona. Kocham 
Gideona. On kocha ciebie, ty kochasz jego. 
- Nie... 
- Tak! Widzę to co wieczór. Masz to wypisane na twarzy, gdy z nim 
rozmawiasz. I uważam, że to wspaniałe. Chcę, żebyś go kochała. Chcę, 
żebyś za niego wyszła. Uważam, że będziemy fajną rodziną. Nie mam 
zamiaru wchodzić w życie ojca. Odpowiada mi to, co mam. Po prostu 
postanowiłam go poznać, żeby zrozumieć, kim on jest i kim ja jestem. A 
potem mogę zostać pasierbicą Gideona. 
Chris poczuła przypływ niezwykłej dumy - z odrobiną pokory. Walcząc 
ze łzami, objęła Jill. 
- Jesteś fantastyczna. Jill przytuliła się mocniej. 
- Kocham cię, mamo. Zawsze będę cię kochała. Nie sądzę, żebym 
kiedykolwiek mogła pokochać ojca, ale chcę wiedzieć, jaki on jest. 
Chris opanowała się nieco i usiadła na powrót na krześle. Należałoby 
spokojnie przedyskutować sprawę. 
- Niewiele o nim wiem. Jak się będziesz czuła, jeśli ma gromadę dzieci? 
- W porządku. 
- A jeśli jest gruby i łysy? 
- Czy to nie ty uczyłaś mnie, żeby nie sądzić książki po okładce? 
- Ale to twój ojciec. Może sobie wyobrażasz, że jest jakimś półbogiem... 
- Gdyby nim był, on szukałby mnie, a nie na odwrót. - Jill odetchnęła 
głęboko, najwyraźniej zadowolona, że zrzuciła z siebie ten ciężar. - 
Mamo, ani nie 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY •      16 3 
szukam kogoś, kto mi zastąpi ciebie, ani innego domu. Po prostu chcę 
poznać mego ojca. Chcę wiedzieć, kim jest. I że naprawdę istnieje, i wie, 
że ja istnieję. A potem mogę spokojnie żyć dalej. 
Właściwie wszystko, co Jill mówiła, było rozsądne i zrozumiałe, ale Chris 
nie potrafiła przezwyciężyć ściskającego jej serce strachu. Jill wypełniała 
jej życie przez tyle lat, że myśl o pojawieniu się Branta była nie do 
zniesienia. Po raz pierwszy w stosunkach matki z córką pojawiła się rysa, 
naturalna wprawdzie w procesie dorastania, ale i tak Chris nie była na to 
przygotowana. Nie była też w nastroju do wieczornej rozmowy z 
Gideonem. 
- Wiesz, jestem naprawdę zmęczona. Może zdzwo-nimy się za parę dni. 
- Źle się czujesz? - zaniepokoił się natychmiast Gideon. 
- Nie, po prostu jestem zmęczona. Następnego wieczoru nie mówiła o 
zmęczeniu, ale 
odpowiadała półsłówkami. 
- Czy coś się stało? - zapytał w końcu. 
- Nie, a co się mogło stać? 
Nie miał pojęcia. Wiedział, że nie jest sobą, że coś ją dręczy, i bał się, że 
w jakiś sposób jej zły nastrój jest związany z jego osobą. 
- Jesteś zła. 
- Nie jestem zła, tylko zajęta. 
- O dziesiątej wieczorem? 
- Usiłuję uporządkować papiery. Mam teraz pięć różnych zleceń. 
- Sądziłem, że to Margie zajmuje się papierkową robotą. Chris, czemu tak 
ciężko pracujesz? 

background image

1 6 4  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Bo mam podpisane umowy. 
- Ale nie musisz pracować do późnej nocy. 
- Mam rachunki do zapłacenia - ucięła. - A gdybyś zapomniał, mam 
nastoletnią córkę, która też kosztuje. 
- Nie zapomniałem-powiedział spokojnie. -Chcę ci w tym pomóc. 
- Dość już mi napomagałeś! Zaległo ciężkie milczenie. 
- O czym ty mówisz? - spytał w końcu. 
- O niczym. 
- O czym, Chris? 
Westchnęła i potarła mięśnie karku. 
- O niczym. Słuchaj, jestem zmęczona i wszystko mnie irytuje. Lepiej by 
było, gdybyś mnie na jakiś czas zostawił w spokoju. 
Wcale mu się to nie podobało. 
- Jaki czas? 
- Kilka dni. 
- Nic z tego. Jutro jesteśmy umówieni na kolację. 
- Wiesz, to chyba nie jest dobry pomysł. 
- A ja myślę, że jest. - Przerwał na chwilę. -Jesteś zła. Co ja takiego 
zrobiłem? Cholera, Chris, jeśli mi nie powiesz, nie będę wiedział i nic nie 
będę mógł zrobić, żeby to naprawić. No, dalej. Powiedz mi. 
- Nie dzisiaj - odmówiła zdecydowanie. - Będę w biurze jutro po trzeciej. 
Zadzwoń do mnie, to zastanowimy się, co z tą kolacją. 
Gideon nie zadzwonił, tylko oczywiście czekał w jej biurze. Na jego 
widok zatrzymała się przy drzwiach, walcząc z przypływem czułości. 
Potrafił ją pobudzić, 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 1 6 5  
nawet gdy była na niego zła, i nie była to tylko fizyczna reakcja. Ciepło i 
miłość, które dojrzała w jego oczach, rozczuliły ją. 
- Cześć, laleczko - powiedział, uśmiechając się ciepło. Pocałował ją w 
policzek, potem spojrzał uważnie. - Ojej. Ciągle jestem w niełasce? 
Przecisnęła się obok niego, odłożyła na biurko teczkę i foldery. 
- Chris. - Z tonu głosu poznała, że Gideon zaczyna tracić cierpliwość. 
Opadła na fotel za biurkiem, splotła dłonie i powiedziała: 
- Jill chce skontaktować się ze swoim ojcem. Gideon nie tego oczekiwał, 
ale nie był zdziwiony. 
- Aha. I to cię denerwuje. Łagodnie powiedziane. 
- Pewnie, że mnie to denerwuje! Chce spotkać się z człowiekiem, który, 
według wszelkich znaków na niebie i ziemi, wcale jej nie chce znać! 
- Skąd wiesz? 
- Bo Jill ma piętnaście lat, a on nigdy nie usiłował jej zobaczyć. - Uniosła 
w górę dłonie. - Bardzo się z tego cieszę, bo ona go wcale nie potrzebuje! 
Ale nagle uznała, że chce go poznać. Będzie cierpieć, na pewno. - Splotła 
palce. - Tego się boję! 
Gideon rozumiał jej niepokój, choć nie całkiem go podzielał.' 
- Wcale nie musi cierpieć. Może będzie dla niej miły. Może się ucieszy. 
Chris czuła, jak strach łapie ją za gardło. 
- A wtedy będzie chciała się z nim często spotykać. I to dopiero ją całkiem 
rozstroi! 

background image

1 6 6  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Ją czy ciebie? 
- Co takiego? 
- Boisz się o nią - powtórzył cierpliwie - czy o siebie? 
Była wściekła, że Gideon potrafi zachować spokój, gdy jej świat rozpada 
się na kawałki. 
- O siebie?! - Aż podniosło ją z krzesła. - Uważasz, że jestem samolubna? 
- Nie, nie to... 
- Jak śmiesz coś takiego mówić! - Chris się gotowała ze złości. - Przez 
tyle lat to dziecko było najważniejszą częścią mojego życia! Samolubna? 
A kim ty jesteś, żeby mi to zarzucać? Nigdy nic nie poświęciłeś dla 
dziecka. Nigdy nic nie poświeciłeś dla nikogo! 
Gideon chciał się bronić, ale Chris nie dopuściła go do głosu. Zdał sobie 
sprawę, że musi po prostu dać się jej wygadać. Poza tym lepiej, żeby 
wiedział dokładnie, o co jej chodzi. Teraz więc oparł się o ścianę, splótł 
ręce na piersi i słuchał. 
- Żyłeś zawsze dla własnej przyjemności! - oskarżała go. - Jak czegoś 
chciałeś, to brałeś, mnie także. Nie było ci dość, że zaczęliśmy się 
spotykać, choć byłam temu przeciwna, ani nawet że poszliśmy do łóżka. 
Nie, koniecznie chciałeś małżeństwa, i to jak najszybciej. Gdy mówiłam, 
że martwię się o Jill, twierdziłeś, że nie ma sprawy, bo ona cię kocha. 
Może tak jest, ale to właśnie myślenie o tobie i o nas sprawiło, że 
zachciało jej się poznać Branta! 
Gideon czekał w milczeniu. Gdy Chris zamilkła, spytał: 
- Skończyłaś? 
- To przez ciebie, przez to, że wepchnąłeś się do naszego życia, przyszło 
jej do głowy, żeby do niego pojechać! 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 1 6 7  
Gideon wciąż milczał, choć przychodziło mu to z trudem. Dawniej nigdy 
by nie pozwolił żadnej kobiecie tak niesprawiedliwie się oskarżać. Albo 
podjąłby kłótnię, albo po prostu wyszedł. 
- Mogę już coś powiedzieć? - spytał znów, gdy zamilkła, ale to wywołało 
nowy wybuch. 
- Wszystko szło tak dobrze! Prowadziłyśmy spokojne, szczęśliwe życie. 
Jill nie ciągnęło do alkoholu ani narkotyków, jak niektóre dzieciaki z jej 
szkoły. Zaczynałam zarabiać przyzwoite pieniądze. A potem ty musiałeś 
się zjawić - po jej policzku potoczyła się łza - musiałeś się zjawić i 
wywrócić wszystko do góry nogami! 
Załamał go widok łez. Oderwał się od ściany i podszedł do Chris. 
- Kochanie, chyba postawiłaś sprawy na głowie - zaczął łagodnie, ale gdy 
wyciągnął ramiona, odepchnęła go. 
- Wcale nie! Od dwóch dni tylko o tym myślę! 
- I straciłaś dystans. 
- Nieprawda! 
- Może gdybyś powiedziała mi o tym wcześniej, zobaczyłabyś... 
- Co takiego bym zobaczyła? - zaszlochała. - Że rozwiążesz moje 
problemy? Że wystarczy, bym za ciebie wyszła i pozwoliła ci się stąd 
zabrać, a Jill odnajdzie ojca? 
- Wcale nie! Jill stanowi część naszego życia. Ty, ja i ona. Od początku 
tak było. 
- Ona nie! - zawołała Chris. - Ona jedzie do Arizony spotkać się z 
Brantem. - Oddychała z trudnością. - Nic już nie będzie tak jak przedtem! 
Gideon miał dość. Objął ją mocno i nie puszczał, mimo że z nim 
walczyła. Już po chwili jednak rozluźniła się, a po następnej - zaczęła 
cicho płakać. 

background image

1 6  8 • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Och, moja maleńka - powiedział, poruszony jej szlochem. Głaskał ją po 
głowie, rozcierał ramiona, przytulał, aż jej płacz ustał. Wtedy przysiadł na 
brzegu biurka i przytrzymał ją między udami. Zaczął cicho tłumaczyć. 
- Masz raq'ę, że nic już nie będzie takie samo. Ty i ja odnaleźliśmy się, Jill 
dorasta, Crosslyn Rise rośnie. To jest postęp. A ty się boisz, bo po raz 
pierwszy od dawna coś się zmienia w twoim życiu. Denerwujesz się. Ja 
też bym się pewnie denerwował, ale mogę się tylko tego domyślać, bo 
rzeczywiście nigdy niczego podobnego nie przeżywałem. Nie miałem 
dziecka, które bym wychowywał i któremu poświęciłbym życie. Więc nie 
wiem, jak to naprawdę jest, gdy nagle coś zaczyna się chwiać. 
- Tak się boję - zaszlochała. 
- Wiem, kochanie. - Objął ją mocniej. - Wiem. Ale jest kilka rzeczy, 
których nie wzięłaś pod uwagę. Po pierwsze, to, że Jill chce zobaczyć się 
z Brantem, nie oznacza, że nawiąże z nim jakieś trwalsze stosunki. 
- Nawiąże. Wiem, że tak będzie. 
- Skąd wiesz? - Nie odpowiedziała, więc ciągnął spokojnie: - Nie wiesz 
tego, bo nie wiesz, jaki Brant jest teraz. Poza tym nie doceniasz Jill. Nie 
zrobiłaby nic, co by sprawiło ci przykrość. 
- Chce się z nim spotkać! 
- Ona tego potrzebuje. To należy do dorastania, do tworzenia osobowości. 
Od dawna pewnie była ciekawa swego ojca, a teraz chce na własne oczy 
zobaczyć, kim on jest. Spotka się z nim, uzna sprawę za załatwioną i 
zajmie się własnym życiem. 
Te słowa brzmiały znajomo. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 169 
- Czy ty z nią o tym rozmawiałeś? - spytała podejrzliwie. 
- Żartujesz chyba - zaprzeczył Gideon. - Nie otworzyłaby się tak przede 
mną. Jeszcze nie. 
- Ale ona mówiła prawie to samo co ty. 
- Bo to właśnie czuje. 
- A skąd ty wiesz, co ona czuje? Starł kciukami łzy z jej policzków. 
- Przecież jako dziecko też przez to przeszedłem. Byłem młodszy niż Jill, 
inaczej pojmowałem te sprawy, ale potem ujrzałem je w takim właśnie 
świetle. Gdy byłem mały, moja matka przyjeżdżała w odwiedziny, ale to 
nie było to. W pewnej chwili chciałem - nie, musiałem pojechać do niej, 
zobaczyć, jak mieszka, gdzie i z kim żyje. - Uniósł brwi. - Myślisz, że 
memu tacie się to podobało? Był wściekły! Nie mógł zrozumieć, dlaczego 
chcę wydać tyle pieniędzy na podróż na drugi koniec kraju, by spotkać się 
z kobietą, której przecież niespecjalnie na mnie zależało. Wrzeszczał na 
mnie i wrzeszczał, aż w końcu zrozumiałem, że jest po prostu zazdrosny. 
- Nie jestem zazdrosna - zaprotestowała Chris, ale już spokojniej. 
Zupełnie zapomniała, że Gideon niegdyś przeżywał to samo co Jill. - Po 
prostu się boję. 
- Mój tata też się bał. Bał się, że zasmakuję w jej życiu i odrzucę go tak jak 
ona. Bał się, że przeniosę się do Kalifornii i zostawię go samego. A nie 
miał w ogóle nikogo, nie tak jak ty. 
- To nie pomaga - stwierdziła, opierając głowę na jego piersi. 
- Wiem, wiem - zapewnił ją. - Utrata dziecka zawsze jest bolesna. Ale tato 
mnie nie stracił. Obejrzałem sobie miejsce, w którym żyła moja matka. 
Jasne, miała 

background image

1 7 0  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
kupę forsy i mogłem sobie uwić wygodne gniazdko u jej boku, ale nie 
zamieniłbym miłości mego ojca nawet na całe jej bogactwo. - Przerwał na 
chwilę, gdy Chris objęła go w pasie i przywarła mocniej. - Myślisz, że Jill 
nie wie, że jesteś dla niej najlepsza? Myślisz, że nie zdaje sobie sprawy, 
jak bardzo cię kocha? 
- Tak, ale nie zdaje sobie sprawy, że byłabym zdruzgotana, gdyby 
postanowiła zostać z Brantem. To co on mnie - i jej - zrobił, było okropne. 
Coś się we mnie gotuje na samą myśl, że ona w ogóle się nim interesuje. 
Czuła na czole ciepły oddech Gideona. 
- Ale nie możesz jej tego powiedzieć ani okazać, więc wyładowałaś się na 
mnie. W porządku, Chris. Wolę, żebyś się wyładowywała na mnie niż na 
niej. Ale byłaś mi winna przynajmniej wyjaśnienie. Nie powinnaś mnie 
unikać, jak to robiłaś przez dwa ostatnie dni. Chcesz sobie popłakać i 
powrzeszczeć na mnie - w porządku. Po to tu jestem. Czasami tylko w ten 
sposób można wyrzucić z siebie gniew, strach czy zmartwienie. Ale 
nigdy więcej, do jasnej cholery, nie odgradzaj się ode mnie. Nie wyłączaj 
mnie ze swego życia. 
Chris przesunęła wyżej dłonie i schowała twarz na ramieniu Gideona. 
- Przepraszam - szepnęła. - Chyba nie mogłam znaleźć innego kozła 
ofiarnego. Tak się boję, od kiedy powiedziała mi o swoim zamiarze. 
Rozważam wszystkie możliwości... 
- Nie wszystkie. Tylko najgorsze. Wiedziała, że Gideon ma rację. 
- Ciągle myślę, że go polubi i zechce tam zostać albo że będzie go 
nienawidzić, ale on ją polubi 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 171 
i postanowi wejść w jej życie albo, nie daj Boże, będzie się domagać 
prawa do spotkań. Boję się, że ten wyjazd otworzy puszkę Pandory. Jill 
jest świetną dziewczyną. Nie chcę, żeby zaczęła mieć mętlik w głowie. 
- Nie będzie. 
- A te wszystkie dzieciaki, których rodzice są rozwiedzeni? - Spojrzała 
mu w oczy. 
- Co z nimi? 
- Mają różne odbicia. 
- Nie wszystkie. Poza tym twoja sytuacja nie jest taka sama. 
- Może być taka sama, jeśli nagle zacznie się walka między Brantem a 
mną. 
- Nie będzie żadnej walki. Jill nie zechce z nim mieszkać. Dobrze jej tu z 
tobą i przyjaciółmi, których zna od lat. Sama to mówiłaś, gdy 
proponowałem, że zbudujemy dom poza Belmont. Nie zechce nagle się 
przenosić. 
- A jeśli Br ant zechce? 
- Nie zechce. 
- A jeśli? 
- Odmówisz mu. 
- A jeśli wniesie sprawę? 
- Do sądu? Nie zrobi tego. - Gideon parsknął. - Jeśli pójdzie do sądu, 
pozwiesz go o zaległe alimenty. Myślisz, że zapłaci? 
- A jeśli zapłaci i zażąda prawa do odwiedzin? 
- Nie ma szans ich dostać. Piętnaście lat temu wiedział, że jego dziecko 
przyjdzie na świat. Odwrócił się od ciebie. Nie dał ci ani pieniędzy, ani 
pomocy. Żaden sąd nie spojrzy na niego łaskawym okiem. Poza tym Jill 
nie jest małym dzieckiem. Sama może powiedzieć, co myśli. 

background image

1 7 2  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- W sądzie. Och, nie. Nie chcę jej na to narażać. Gideon ujął twarz Chris 
w dłonie i postarał się 
mówić dobitnie i z przekonaniem. 
- Przestań się tak przejmować. Sprawa sądowajest tak mało 
prawdopodobna, że te wszystkie rozważania są absurdalne. 
- Dla mnie nie. Jestemjej matką. Troszczę się o nią. 
- Ja też, Chris - powiedział stanowczo - ale Jill nic z tego nie przyjdzie, 
jeśli doprowadzisz się do załamania nerwowego. Prawdopodobnie 
pojedzie, spotka się z nim i tyle. 
Po raz pierwszy Chris poczuła nikłą nadzieję, że właśnie tak będzie. 
- Wszystko bym dała, żeby to była prawda. Pocałował ją w nos. 
- Jill jest dobrą, rozsądną dziewczyną, podobną do swojej matki. 
Przypuszczam, że gdyby wiedziała, jak bardzo cię jej pomysł zdenerwuje, 
zrezygnowałaby ze swoich planów. Słuchaj, mówiłaś zdaje się, że 
Conway mieszka w Arizonie? 
- Kiedy ostatnio o nim słyszałam, był w Phoenix. Obiecałam Jill, że w ten 
weekend potelefonujemy. 
- A więc masz zamiar jej pomóc. 
- Oczywiście. Nie zostawię jej. 
- I pojedziesz tam z nią? Potwierdziła. 
- Zobaczysz go po raz pierwszy od... Znów potwierdziła. 
- Myślisz, że coś będziesz czuła? 
- To samo, co czułam, gdy mi powiedział, że nie jest pewien, czy to 
dziecko jest jego, i odszedł: gniew, i strach. - Dotknęła lekko policzka 
Gideona. - Nie martw się. On nic dla mnie nie znaczy. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY •      17 3 
- Może mógłbym pojechać z wami. 
- Jill byłaby skrępowana twoją obecnością. 
- To może pomogę wam go znaleźć. Mam kumpla w Phoenix... - 
przerwał, gdy potrząsnęła przecząco głową. - Dlaczego nie? To by 
ułatwiło sprawę. 
- Mogłaby uznać, że próbujesz się jej pozbyć. 
- Co ty wygadujesz? - Gideon nie wierzył własnym uszom. - Ona wie, że 
tak nie jest! Ale chyba ty tego nie wiesz - dodał, widząc wyraz twarzy 
Chris. - Kiedy wreszcie zrozumiesz, że chcę, żeby była z nami? 
- Długo mieszkałeś sam. Co innego jest zamieszkać z kobietą, co innego 
nagle odziedziczyć także jej nastoletnią córkę. 
- Czy ja się skarżę? - Gideona zabolały jej słowa. - Czy kiedykolwiek 
dałem ci podstawy do przypuszczeń, że jej nie chcę? 
- Pamiętam kilka dość frustrujących momentów... 
- Ja też je pamiętam, ale byłyby równie frustrujące, gdyby chodziło o 
nasze wspólne dziecko. Ale to nie znaczy, że jej nie chcę. Chcę mieć 
dzieci, Chris. Stosujemy antykoncepcję, bo nie jesteśmy jeszcze 
małżeństwem, a ty tym razem powinnaś dokonać świadomego wyboru, 
ale naprawdę chciałbym mieć dzieci. I dla nas, i dla Jill. Sama mi mówiła, 
że marzy o rodzeństwie. 
- Naprawdę? 
- Tak, kiedy byliśmy razem na zakupach. Powiedziała, że jesteś świetną 
matką i że dobrze by było, żebyś miała więcej dzieci, bo wtedy miałabyś 
się kim zajmować, gdy ona wyjedzie na studia. 
- Ojej, to będzie tak niedługo. - Chris zamknęła oczy i westchnęła 
bezradnie. - Dlaczego wszystko musi się zmieniać? 

background image

1 7 4  » MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Bo dojrzewamy. Jedne rzeczy zastępujemy innymi, lepszymi. Wiem, że 
to przerażające. Każda zmiana budzi strach. Ale pomyśl tylko: jeśli Jill 
pojedzie do Branta, przestanie być go ciekawa i będziesz miała raz na 
zawsze spokój. A jeśli się pobierzemy i przyjdą na świat dzieci, będziesz 
miała czym się zająć, gdy Jill wyfrunie z gniazda. 
- Wyfrunie z gniazda? Z tego, co mówisz, wynika, że chciałbyś to 
gniazdo zapełnić. 
- Nic się nie martw. Jestem budowniczym, powiększę je. - Wiedział, że 
ani miejsce, ani czas nie są właściwe, ale nie potrafił się oprzeć. - To co o 
tym myślisz? 
- O czym? 
- O dzieciach. 
- A co z moją karierą zawodową? 
- Trochę ograniczysz czas pracy. Ja też. I razem sobie poradzimy. - 
Przerwał, bojąc się mieć nadzieję. - Zastanowisz się nad tym? 
- Nie teraz. Teraz muszę tylko przetrwać tę wizytę Jill u Branta. 
- Przetrwasz, nie ma obawy - zapewnił ją, pochylając głowę i całując jej 
usta. Nie opierała się, więc zrobił to jeszcze raz, mocniej, ale gdy poczuł, 
że zaczyna mu odpowiadać, oderwał wargi. - Czy wciąż oskarżasz mnie o 
to, że Jill chce pojechać? 
- Jak mogę cię o cokolwiek oskarżać, gdy mnie tak całujesz? - szepnęła z 
zamkniętymi oczyma. 
- Nie będziesz się już ode mnie odgradzać? 
- I tak na to nie pozwalasz. 
- To co z dzisiejszą kolacją? Otworzyła oczy. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY •      17 5 
- Nigdy się nie poddajesz, co? W porządku, ale muszę być wcześnie w 
domu. Jill ma wrócić koło dziewiątej i nie chcę, żeby siedziała sama. 
Gideon kiwnął głową ze zrozumieniem. Przyglądała mu się przez dłuższy 
czas, zanim w końcu objęła go za szyję. 
- Dziękuję, Gideonie. 
- Za co? 
- Za to, że jesteś moim przyjacielem. - Zadumała się nad tym, jak bardzo 
go pokochała i jak bardzo zaczęła na nim polegać. Nie chciała tego, ale 
przestała już walczyć. Tak dobrze było mieć koło siebie silne męskie 
ramię. Oczywiście, zawsze mogła polegać na rodzicach i braciach, ale to 
nie to samo. Gideon był jej mężczyzną i tulenie się do niego było 
najlepszą rzeczą, jaka ją spotkała od dwóch dni. 

background image

ROZDZIAŁ 
10 
Gideon nie był przy tym, jak Chris telefonowała do Branta. Wiedział, że 
jest bardzo niespokojna, a nie chciał swoją obecnością potęgować jej 
zdenerwowania i komplikować sprawy. Starał się jednak podtrzymywać 
Chris na duchu, udowodnić, że potrafi jej wysłuchać, nawet gdy 
wyładowywała na nim swój gniew. 
Gdy po rozmowie z Brantem Jill w końcu poszła spać, Chris zadzwoniła 
do Gideona. Przede wszystkim czuła ogromne zmęczenie. 
- Okazało się to całkiem łatwe - mówiła cicho, leżąc już w łóżku. - 
Wystarczyło zadzwonić do informacji telefonicznej w Phoenix. Wciąż 
tam mieszka i nadal handluje nieruchomościami. 
- Kto rozmawiał, ty czy Jill? - Gideon chciał znać szczegóły. 
- Ja, oczywiście. Jill miała zamiar, ale jej nie pozwoliłam. Wiesz, jak by 
się czuła, gdyby oświadczył, że nie chce jej znać? 
- A tak zrobił? 
- Nie dałam mu szans. Zatkało go, gdy usłyszał moje nazwisko, dzięki 
temu od razu zyskałam nad nim 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY » 177 
przewagę. Oznajmiłam, że Jill ma piętnaście lat, że jest do niego podobna 
i że chce go poznać. Oświadczyłam, że przyjedziemy podczas ferii 
wiosennych. 
- A co on na to? 
- Zacząłsięjąkać,żemażonęidwóchmałychsynków, że pojawienie się Jill 
może mu skomplikować życie. 
- Bydlak - mruknął Gideon. -I co dalej? 
- Chętnie bym mu powiedziała, że ta wizyta to ostatnia rzecz, na jaką 
miałabym ochotę, ale Jill siedziała obok i słuchała. Więc po prostu 
powtórzyłam, że chce go poznać. Dałam mu do zrozumienia, że 
przyjedziemy bez względu na to, czy on sobie tego życzy, czy nie. 
Powiedziałam, że zatrzymamy się w hotelu, a on będzie mógł ją tam 
odwiedzić. 
- Zgodził się? 
- Niechętnie. Chyba zrozumiał, że nie ma wyboru. Miałyśmy jego telefon, 
mogłyśmy zdobyć także adres. Chyba przestraszył się, że pojawimy się 
na jego progu, zaskakując żonę i dzieci. 
Gideon usłyszał gorycz w jej głosie. 
- Czy to cię dręczy? To, że ma rodzinę? 
- Przypuszczałam, że ma - odparła Chris. Nie musiała zbyt głęboko 
analizować swych uczuć. - Mnie osobiście wcale to nie obchodzi. Nie 
chciałabym go teraz nawet za dopłatą. Drażni mnie tylko, że uznał dwoje 
dzieci, a Jill nie. 
- Przecież wiesz, że lepiej jej bez niego. 
- Wiem - westchnęła. - Szkoda tylko, że Jill tego nie wie. 
- Daj jej czas. Kiedy jedziecie? 
- W następny poniedziałek. We wtorek spotka się z Brantem, a w środę 
wracamy. 

background image

1 7 8  • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
Gideon pamiętał swoje wyprawy do matki. Leciał do Kalifornii, spędzał z 
matką dzień i wracał. Później żałował czasami, że przy okazji nie 
zwiedził kraju. 
- A może obejrzałybyście sobie Południowy Zachód? Podobno jest tam 
pięknie. Sprawiłabyś Jill frajdę. No bo skoro już macie jechać taki szmat 
drogi... 
- Myślałam o tym, jednak stwierdziłam, że to nie byłoby dobrze. 
- Dlaczego? 
- Z dwóch powodów. Po pierwsze nie chcę, żeby tamten rejon kojarzył jej 
się bezpośrednio z Brantem. Wolę, żeby zwiedzała kraj bez takich 
obciążeń. A po drugie... chodzi o ciebie. - Głos jej zmiękł. - Nie chcę się z 
tobą rozstawać na dłużej. 
Gideon zaklął pod nosem. 
- Do diabła, jak możesz mówić takie rzeczy przez telefon, kiedy nie mogę 
cię dotknąć ani kochać się z tobą? 
- Sam pytałeś. 
- To prawda. - Skoro Chris dziś chętnie odpowiada na pytania, powinien 
to wykorzystać. - Kochasz mnie? 
- Tak, Gideonie, kocham cię - westchnęła. 
- Od kiedy? 
- Nie wiem od kiedy. Od samego początku wiedziałam, że będą z tobą 
kłopoty. 
- Wyjdziesz za mnie? 
- Uhm. Kiedyś. 
- Kiedyś? A cóż to znaczy? 
- Najpierw muszę przebrnąć przez tę sprawę z Jill. Gideon zaczął liczyć. 
- W porządku. Mamy kwiecień, Wyjedziesz za dwa tygodnie. Czy 
możemy zaplanować ślub na maj? 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY •      17 9 
- Niczego nie możemy zaplanować; Nie wolno nam się śpieszyć. 
- Ale wyjdziesz za mnie? - Był gotów zgodzić się nawet na frak, jeśli 
zażąda. -. Wyjdziesz za mnie, Chris? 
- Tak. - Wyjdzie za niego. Stał się już nieodłączną częścią jej życia. - 
Kocham cię - powtórzyła, wiedząc, że chciałby to usłyszeć. 
- Aaaach - odetchnął głęboko i zaśmiał się. - Zrobiłaś ze mnie bardzo 
szczęśliwego mężczyznę, Chris. Stęsknionego, ale szczęśliwego. 
Następnego dnia, w sobotę, nadal był szczęśliwy i stęskniony. Tęsknotę 
ukoił wieczorem w zaciszu sypialni Chris, gdy Jill wyszła do kina z 
przyjaciółmi. A poczucie szczęścia po prostu cały czas rosło. 
Ale w niedzielny wieczór Chris zatelefonowała do niego w stanie ledwo 
tłumionej paniki. Wysokim głosem, szybko wyrzucała z siebie urywane 
zdania. 
- Brant zadzwonił przed chwilą. Byłam w wannie, więc Jill odebrała 
telefon. Nie uwierzysz, co on zrobił, ten bydlak! Sama nie mogę w to 
uwierzyć! 
- Ciii - usiłował ją uspokoić, choć serce zaczęło mu walić z niepokoju. - 
Opowiedz mi wszystko po kolei, kochanie. 
- Nie zaczekał, aż będę mogła podejść, tylko rozmawiał z Jill. Powiedział, 
że jego rodzice zapraszają ją do siebie. Ją. Mnie nie. Tylko ją. Powiedział, 
że ja w ogóle nie muszę przyjeżdżać, że wyjdzie po nią na lotnisko i 
zawiezie wprost do dziadków. - Chris zachłysnęła się tymi słowami. - Do 
dziadków! Przynajmniej przyznaje, że Jill jest jego. Ale nazywać tych 
ludzi dziadkami, kiedy przez te wszystkie lata w ogóle się nią nie 
przejmowali... 

background image

1 8 0     • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Ciii, Chris, uspokój się. Może nie wiedzieli. Cała się trzęsła, nie 
wiedziała - z gniewu czy ze 
strachu. 
- Nie o to chodzi. Nie mają do niej żadnego prawa! On też nie ma do niej 
prawa. W sprawach Jill ja decyduję. Powinien był uzgodnić wszystko 
najpierw ze mną. - Ze szlochem złapała oddech. - Co za bezczelność, 
żeby tak to załatwić za moimi plecami! 
- Po prostu nie zgadzaj się na to. 
- To właśnie zakomunikowałam Jill, a ona się zdenerwowała. 
Powiedziała, że był miły, że jest dość dorosła na samotną podróż i że tak 
właśnie to planowała na początku. - Zniżyła głos do szeptu, bo choć drzwi 
były zamknięte, bała się, że Jill może usłyszeć. - Ale jak ja mogę jej na to 
pozwolić, Gi-deonie? Jak mogę jej pozwolić samej pojechać do faceta, 
który przecież może okazać się zboczeńcem czy sadystą? Nie widziałam 
go od piętnastu lat. Wówczas sami byliśmy dziećmi. Nie mam pojęcia, 
jakim jest teraz człowiekiem. 
- Czy znałaś jego rodziców? 
- Spotkałam ich raz czy dwa. - Nie pamiętała nawet, jak wyglądali. - Co 
powinnam zrobić, Gi-deonie? 
Gideon milczał przez chwilę. Chciała usłyszeć jego zdanie, ale przecież 
jako ojciec był bardziej niż początkujący. 
- Pytałaś o zdanie swoich rodziców? 
- Jeszcze nie. Najpierw chcę usłyszeć twoją opinię. 
- Myślę - zaczął z namysłem - że przed podjęciem decyzji potrzebujesz 
więcej informacji. 
- Jasne. - Głos Chris ociekał sarkazmem. - Przydałby mi się kompletny 
życiorys tego faceta i analiza 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY » 1 8  1  
psychologiczna. Ale w tym celu musiałabym zatrudnić detektywa, a na to 
nie mam ani czasu, ani pieniędzy. 
- Mam w Phoenix kumpla - przypomniał jej Gideon. - Prowadzi tam 
przedsiębiorstwo budowlane. Jeśli nawet nie zetknął się z Conwayem 
osobiście, to na pewno zna kogoś, kto z nim pracował. Zadzwonię do 
niego, niech popyta i da nam znać, czego się dowiedział. 
Chris była wdzięczna Gideonowi za propozycję. Następnego dnia 
wieczorem zadzwonił już z informacjami. 
- Paul mówi, że Brant Conway cieszy się dobrą opinią. Odnosi sukcesy 
zawodowe, jest zamożny i ma ładny dom w Scottsdale. Nie jest żadną 
ozdobą towarzystwa, ale lubią go tam i szanują. Jego rodzice też 
mieszkają w Scottsdale. Wszystkim się dobrze powodzi. 
Chris wysłuchała tego z mieszanymi uczuciami. Gdyby informacje były 
nieprzychylne, mogłaby postawić się i odwołać wyjazd Jill. Z drugiej 
strony, skoro Jill ma jechać, to dobrze, że jej ojciec nie jest potworem. 
- Czy na twoim znajomym można polegać? 
- Można. 
- Uważasz, że powinnam pozwolić jej jechać? 
- Uważam, że jeśli jej zabronisz, będzie ci miała za złe. Skoro jej na tym 
zależy, to i tak prędzej czy później pojedzie, a byłoby bardzo źle, gdyby ta 
sprawa was poróżniła. Po prostu musisz jej zaufać, że będzie na siebie 
uważać i że zadzwoni, gdyby były jakieś problemy. 
Mniej więcej tego samego zdania byli rodzice Chris. Im także chciała się 
sprzeciwić, ale w gruncie rzeczy wiedziała, że mają rację. Jill nie jest 
dzieckiem. Zajmą się nią dziadkowie, którzy pewnie żywią wobec niej 

background image

1 8  2    • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
cieplejsze uczucia niż Brant. Co więcej, Jill ma dużo zdrowego rozsądku. 
Gdyby coś było nie tak, potrafi użyć telefonu. 
Z sercem w gardle Chris odwiozła w poniedziałek Jill na lotnisko. Brant 
zaproponował, żeby została do piątku. To także nie podobało się Chris, 
ale nie mogła protestować. Nie pozwoliła natomiast, by Gideon 
towarzyszył im na lotnisko. Jednakże zadzwonił, ledwo zdążyła wrócić 
do pracy, a gdy dotarła wieczorem do domu, czekał już na nią ze swoją 
pidżamą. 
Pierwszej nocy Gideon z premedytacją postanowił nie kochać się z Chris. 
Nie przyjechał po seks, ale żeby z nią być, podtrzymywać na duchu, 
zagadywać jej niepokój aż do telefonu od córki. 
Jill poinformowała, że lot był dobry, że dom rodziców Branta jest ładny, a 
Brant - miły. Chris byłaby spokojniejsza, gdyby wiedziała, że ich roz-
mowy nikt nie słyszy, ale ze sposobu mówienia córki mogła się 
zorientować, że nie jest sama. 
- Myślisz, że coś ukrywa? - spytała Gideona natychmiast po odłożeniu 
słuchawki. 
Gideon nie miał pojęcia, ale uważał, że zna Jill. 
- Słuchaj, twoja córka to nie żadna mimoza. Jeśli jest coś, co chciałaby ci 
powiedzieć, znajdzie na to sposób. - Wziął ją w ramiona i przytulił. - 
Chris, nie oczekuj najgorszego. Spróbuj uwierzyć, że rodzice Branta to 
mili ludzie, którzy właśnie poznają bardzo piękną wnuczkę. Jill da sobie 
radę. 
Telefon we wtorkowy wieczór był taki sam jak pierwszy, słodki i 
poprawny. Jill mówiła o pogodzie, pustyni i basenie w ogrodzie 
dziadków. 
- Widzisz? - powiedział Gideon, gdy Chris odłożyła słuchawkę. - Dobrze 
ją traktują. - Chciał uspo 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY » 18 3 
koić i Chris, i siebie. Mieszkanie z nią, wspólna codzienność, stawiało ich 
związek na nowej płaszczyźnie. Brakowało mu Jill. W gruncie rzeczy 
sam też był nieco niespokojny. - Skoro zabrali ją na wycieczkę na 
pustynię, najwyraźniej chcą jej umilić pobyt. 
- Rodzice Branta tak - uznała niechętnie. - Ale Jill nic nie mówi o Brancie. 
- Może to i lepiej. Poznała go i zaspokoiła ciekawość. Jeśli ta wyprawa 
ma mieć jakiś ciąg dalszy, to z dwojga złego lepiej, żeby Jill utrzymywała 
kontakty z dziadkami niż z ojcem. 
Chris uspokoiła się nieco, choć myśl o ponownych odwiedzinach Jill w 
Phoenix napawała ją lękiem. W każdym razie była na tyle opanowana, że 
nie rozkleiła się zupełnie, gdy Jill zadzwoniła w środę, a w jej głosie 
słychać było łzy. 
- Co się stało, kochanie? - spytała Chris łagodnie. 
- Tęsknię za tobą - powiedziała Jill po chwili przez ściśnięte gardło. 
- Och, kochanie, ja też bardzo za tobą tęsknię. - Łzy napłynęły Chris do 
oczu. Chwyciła mocno dłoń Gideona. - Nie bawisz się dobrze? 
- Nie, tu wszystko jest w porządku. - Jill mówiła ledwo słyszalnym 
szeptem. - Ale to obcy ludzie. Chyba przedtem nie wiedzieli o moim 
istnieniu, powiedział im dopiero po twoim telefonie. Nie mają pojęcia, co 
ze mną robić. - Głos się jej załamał. - Szkoda, że cię tu nie ma. Miałaś 
rację, powinnyśmy przyjechać razem i zamieszkać w hotelu. Sytuacja nie 
byłaby tak niezręczna. 
- Pojutrze będziesz już w domu. - Chris przełknęła łzy. - Będziemy czekać 
w piątek na lotnisku. 
- Gideon też? 

background image

1 8  4    • MARZEŃ CIĄG DALSZY 
- Też. Brak mu ciebie. 
- Mamo? 
- Co? 
Jill jeszcze bardziej ściszyła głos. 
- Cieszę się, że nie wyszłaś za Branta. Gideon jest 
0 niebo lepszy. 
- Och, kochanie... - Chris przycisnęła dłoń do drżących warg i spojrzała 
na Gideona przez łzy. 
- Co się stało? - szepnął. Miał dość siedzenia bez ruchu i odgadywania 
rozmowy z odpowiedzi Chris. Najwyraźniej Jill była zdenerwowana. 
Chętnie wyrwałby słuchawkę Chris i sam porozmawiał z Jill, nie wiedział 
jednak, czy to wypada. 
Zamiast odpowiedzi, Chris przeniosła palce z własnych ust na jego. 
- Dzięki, kochanie - powiedziała do Jill. - Powiesz mu to, gdy wrócisz. To 
jak, lepiej ci? 
- Chyba tak. 
- Jeśli zechcesz jeszcze zadzwonić, po prostu dzwoń. 
- Dobrze. 
- Nie zapomnij. 
- Nie zapomnę. 
- Pa, kochanie. Kocham cię. 
- Ja też cię kocham, mamusiu. Pa. - Odłożyła słuchawkę. 
Gideon patrzył na zapłakaną Chris, znów czując się wyłączony z jej życia. 
- Co się dzieje? - spytał. 
- Jest samotna. Nie znalazła wspólnego języka z tymi ludźmi. Żałuje, że z 
nią nie pojechałam. 
Zamyślił się na chwilę, a potem złapał telefon 
1 wykręcił numer. Przez parę następnych minut, gdy 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY          18 5 
rozmawiał, Chris wpatrywała się w niego z otwartymi ze zdumienia 
ustami. 
- Powinienem to zrobić od razu - oświadczył po zakończeniu rozmowy, 
patrząc niepewnie na Chris. 
- Zarezerwowałeś bilety na lot do Phoenix?! 
- Dla ciebie i dla mnie. Nie mogę tak tu siedzieć i martwić się. Ruszamy o 
świcie, przed południem będziemy na miejscu, zabierzemy Jill i 
zastanowimy się, co zrobić z resztą tygodnia. Osobiście głosuję za 
Wielkim Kanionem. Nigdy tam nie byłem, Jill się na pewno spodoba i po 
drodze też jest na co popatrzeć. A w niedzielę wrócimy do domu. 
Chris nie mogła uwierzyć w to, co zrobił. I w uczucie, które widziała w 
jego oczach. 
- Ale... ale przecież pracujesz - wyjąkała wreszcie. 
- Johnny mnie zastąpi. A zresztą praca może poczekać. W Rise 
wyprzedzamy trochę harmonogram. Mogę sobie pozwolić na małe 
wakacje. 
- Miałeś urlop w lutym. 
- Wszyscy wtedy mieliśmy wakacje. Zresztą to tylko dwa dni. 
Zasłużyłem sobie na nie. - Wbił ręce w kieszenie i zmarszczył brwi. - 
Powinienem był ci to od razu zaproponować. Wszystkim nam byłoby 
łatwiej. Ale bałem się cokolwiek powiedzieć, bo nie jestem ojcem Jill ani 
nawet twoim mężem. Ale, do cholery jasnej, jeśli mamy być rodziną, to 
bądźmy nią! To oznacza bycie z sobą w słońcu i w deszczu. To oznacza 
wspólne życie. To oznacza dzielenie się wszystkim. - Ostrzegawczo 
uniósł dłoń. - Słuchaj, jeśli tego nie chcesz, to powiedz mi od razu, bo w 
takim razie nie jestem mężczyzną dla ciebie. Ale jeśli chcesz, to 
pobierzmy się. Teraz. Nie mam zamiaru przez następne trzy lata siedzieć 
samotnie w domu i czekać, aż 

background image

1 8 6  • MARZEŃ CTĄG DALSZY 
poczujesz się opuszczona po wyjeździe Jill na studia. Albo mnie chcesz, 
albo nie. Albo mnie kochasz, albo nie. Na taką kobietę jak ty czekałem 
blisko czterdzieści lat i mam już dosyć. - Odetchnął głęboko. 
- Więc jak, Chris? Pobieramy się czy zrywamy? 
- Stawiasz mi ultimatum? - Spojrzała na niego spod oka. 
- No właśnie. I chcę usłyszeć odpowiedź od razu. I nie mów mi, że cię 
naciskam czy ponaglam, bo albo to tu czujesz - klepnął się w okolice 
serca - albo nie. Jeśli mnie kochasz i wierzysz w moją miłość, to damy 
sobie radę ze wszystkim, co nas spotka. 
- Jego twarz przybrała błagalny wyraz. - Nie rozumiesz, że to miłość 
najbardziej się liczy? 
Chris musiałaby być ślepa, głucha i bez serca, żeby nie dostrzec w 
Gideonie wrażliwości i przenikliwości, troskliwości, wspaniałomyślności 
i uczucia. Nie mogłaby sobie wymarzyć lepszego ojca dla Jill. To prawda, 
zburzył spokojny ład jej życia, ale równocześnie stał się nieodzowny. 
Będąc z nim, odczuwała ten rodzaj zjednoczenia, jakie obserwowała u 
swoich rodziców. Jeśli chciała kochanka, nie mogłaby sobie wymarzyć 
lepszego. Jeśli chciała męża... 
- Tak - powiedziała miękko, podchodząc do niego. - Rozumiem. 
Naprawdę rozumiem. - Objęła go ramionami za szyję i przytuliła się 
całym ciałem. 
- Kochamy się. Zróbmy to. 
W oczach Gideona błysnął przekorny ognik. 
- Zróbmy co? 
Roześmiała się, nareszcie z lekkim sercem. 
- Pobierzmy się. - Przechyliła głowę. -I to drugie też. 
Nie potrzebował więcej słów. Uniósł Chris w ramionach i ruszył ku 
schodom. 

background image

MARZEŃ CIĄG DALSZY • 187 
- Postaw mnie na ziemi! - zawołała ze śmiechem. - Mogę sama chodzić. 
To krepujące! 
Nie zatrzymał się. 
- Krępujące?! A ja myślałem, że romantyczne! 
- Demonstracyjnie męskie! 
- Ironia tej sytuacji zbija mnie z nóg. - Zatrzymał się na przedostatnim 
stopniu, nie wypuszczając Chris z ramion. - Dołączyłem do inwestorów 
Crosslyn Rise, by wizerunek twardego faceta o grubych muskułach 
zastąpić obrazem faceta z głową. A tymczasem usiłuję zrobić na tobie 
wrażenie siłą mięśni. - Śmiał się przekornie. - Ale wiesz co? Nigdy 
jeszcze nie zrobiłem niczego równie mądrego jak to, co robię w tej chwili. 
-I wciąż się śmiejąc, pokonał resztę schodów. 

KONIEC cz 2