background image

DAY LECLAIRE

Królewski prezent

background image

PROLOG
Pałac   króla   Hakema   bin   Abdul   Haidara,   królestwo 

Rahmanu

 - Zara, jak miło cię widzieć! Bardzo się cieszę, naprawdę 

ogromnie   się   cieszę,   że   już   teraz   do   nas   przyjechałaś!   - 
wykrzyknęła Rasha.

Po czym, mimo już bardzo mocno zaawansowanej ciąży, 

dość szybkim, energicznym krokiem podeszła do przybyłej i 
wyciągnęła na powitanie obydwie ręce.

  -  Wcale  nie  byliśmy   z  mężem   pewni,  czy   twój   ojciec 

pozwoli   ci   przyjechać   do   pałacu   jeszcze   przed   ceremonią 
zaślubin - dodała z ujmującym uśmiechem.

Zara usilnie starała się opanować emocje, tak właśnie, jak 

uczono   ją   w   domu   od   dziecka.   Powinna   reagować 
powściągliwie, jak najspokojniej.

 - A ja nie miałam pewności, czy będę tu, w pałacu, mile 

widziana... tak wcześnie - powiedziała cichym głosem.

 - Król Hakem, mój mąż... - Rasha przerwała w pół zdania, 

ponieważ wargi zaczęły jej nagle drżeć ze zdenerwowania i 
głos zaczął się załamywać.

  - Tak? - rzuciła dla zachęty Zara, chcąc jednak poznać 

opinię monarchy.

  -   Mój   mąż,   król   Hakem   bin   Abdul   Haidar...   i   ja, 

oczywiście również... - odezwała się Rasha po dłuższej chwili 
pełnego napięcia milczenia, kiedy już opanowała się na tyle, 
by   kontynuować   -   jesteśmy   naprawdę   zadowoleni,   że   już 
przyjechałaś.

  - Dziękuję. Najserdeczniej dziękuję. To z waszej strony 

bardzo miłe... - stwierdziła Zara i dyplomatycznie zawiesiła 
głos. Po czym dokończyła rozpoczęte zdanie, ale już tylko w 
myślach,   na   własny   użytek:   Chociaż,   według   mnie,   raczej 
mało prawdopodobne.

background image

  - Król Hakem, mój mąż, chciałby cię teraz zobaczyć - 

oznajmiła Rasha.

 - Jestem gotowa.
Zara wypowiedziała te słowa, szczerze dziwiąc się sobie, 

że   aż   tak   zręcznie   potrafi   kłamać.   Wcale   bowiem   nie   była 
gotowa na to spotkanie, nie chciała go, niczego nie pragnęła 
bardziej, jak tego, by nigdy do niego nie doszło!

Nie miała jednak wyboru.
Nie mogła, nie miała prawa sprzeciwić się żądaniu króla 

Hakema   bin   Abdul   Haidara.   Nikt   w   Rahmanie   nie   miał 
takiego   prawa,   a   już   zwłaszcza   młoda,   dwudziestoletnia 
kobieta   w   jej   sytuacji   -   zupełnie   pozbawiona   możliwości 
decydowania   o   swoim   losie.   Dlatego,   nawet   wbrew   sobie, 
musiała wyrazić gotowość.

  - Chodźmy więc, nie zwlekajmy już dłużej, zaprowadzę 

cię do komnaty króla - cicho rzekła Rasha.

Opuściły   pomieszczenie   rozświetlone   przez   promienie 

słońca,   swobodnie   wpadające   przez   szereg   przesłoniętych 
jedynie muślinowymi firankami okien, i ruszyły długim, dość 
mrocznym korytarzem w głąb pałacu.

Szły raczej wolno, pewnie ze względu na zaawansowaną 

ciążę królewskiej małżonki, a być może i dlatego, by zyskać 
na   czasie   i   maksymalnie   opóźnić   nieunikniony   moment 
spotkania nowo przybyłej z oczekującym na nią Hakemem bin 
Abdul Haidarem.

 - Jakże się miewa ostatnio twoja rodzina? - spytała Rasha 

po drodze.

 - Dziękuję, mój ojciec i moi bracia miewają się ostatnio 

całkiem   dobrze   -   odpowiedziała   Zara,   posługując   się 
zdawkową, grzecznościową formułką.

  - Było nam ogromnie przykro usłyszeć o przedwczesnej 

śmierci   twojej   matki   -   stwierdziła   Rasha   z   głębokim 
westchnieniem.

background image

Nawet   w   to   nie   wątpię,   pomyślała   z   goryczą   i   bolesną 

rezygnacją   Zara.   Gdyby   mama   żyła,   wszystko   z   pewnością 
potoczyłoby się inaczej, zupełnie inaczej, bo przecież mama 
na pewno powstrzymałaby mojego ojczyma przed podjęciem 
tej bezsensownej decyzji. A tak, po jej śmierci, ojczym, Kadar 
bin Abu Salman, zdecydował się złożyć mnie jako ofiarę na 
ołtarzu swoich politycznych ambicji.

  -   Było   nam   niesamowicie   przykro.   Naprawdę!   - 

powtórzyła Rasha, przerywając przedłużające się kłopotliwe 
milczenie.

  -   Bardzo  mi   mojej   mamy   brakuje   -   odezwała   się 

zdławionym  głosem  Zara.  -   Odkąd   moja   najbliższa  rodzina 
jest niepełna...

 - Teraz już my, to znaczy mój mąż i ja, będziemy twoją 

najbliższą   rodziną   -   stwierdziła   zdecydowanie   Rasha,   nie 
pozwalając jej dokończyć zdania.

Nie   bardzo   wiedząc,   co   powiedzieć   na   te   kategoryczne 

słowa   królewskiej   małżonki,   Zara   na   wszelki   wypadek 
zachowała milczenie i nie wyraziła opinii na temat swojego 
przymusowego   wejścia   w   koligacje   z   rodziną   Hakema   bin 
Abdul Haidara. Spojrzała tylko z ukosa na idącą obok niej 
Rashę.

Oto   kobieta   prawdziwie   piękna   i   w   pełnym  tego   słowa 

znaczeniu   ponętna!   -   pomyślała.   Zmysłowe   wydatne   usta, 
duże   migdałowe   oczy,   kruczoczarne   gęste   włosy,   cudowna 
złotooliwkowa   karnacja   i   kuszące,   zaokrąglone   kształty, 
jakich ja nie mam i nigdy w życiu nie będę miała.

Z faktu, że jej typ urody zdecydowanie odbiega od ideału 

uznawanego  w  Rahmanie,  zdała  sobie  sprawę  już  w  wieku 
dwunastu   lat.   Wtedy   była   smukłą,   zielonooką   i   złotowłosą 
dziewczynką. Nie przejmowała się tym jednak dotychczas ani 
trochę, bo ze swego wyglądu miała ten jeden przynajmniej 

background image

pożytek, że nie odpowiadała kolejnym mężczyznom, którym 
ojczym, Kadar bin Abu Salman, był skłonny oddać ją za żonę.

Myślała, że już zawsze tak będzie.
Uważała, że na jej szczęście nigdy nie będzie odpowiadała 

żadnemu rahmańskiemu mężczyźnie, za którego ojciec zechce 
ją wydać, a którego ona nie ma najmniejszej ochoty poślubić! 
Aż do chwili gdy...

 - Mój mąż, król Hakem bin Abdul Haidar, czeka na nas w 

swoich   apartamentach   -   odezwała   się   Rasha,   przerywając 
milczenie. - Wybieramy właśnie prezent urodzinowy dla jego 
kuzyna, szejka.

  -   Prezent   dla   szejka   -   powtórzyła   machinalnie   Zara, 

wyrwana   przez   królewską   małżonkę   z   dość   głębokiego 
zamyślenia.

  -   Tak,   dla   szejka   Malika   Haidara,   bliskiego   kuzyna 

mojego   męża.   Ty   go   chyba   nie   pamiętasz   z   dawnych   lat, 
prawda? - zapytała Rasha.

Zara   w   istocie   nie   pamiętała   szejka   Malika,   niemniej 

jednak doskonałe wiedziała o jego istnieniu. Często słyszała w 
swoim   rodzinnym   domu,   jak   mówiono   o   nim,   że   jest 
pozbawionym honoru człowiekiem, złym księciem, który chce 
zniszczyć królestwo Rahmanu, a także zrujnować jej ojczyma 
Kadara bin Abu Salmana i wszystkie jego dzieci, cały ród. Z 
powtarzanych konspiracyjnym szeptem opowieści wiedziała, 
że   jest   bezwzględnym,   cynicznym   mordercą   i   w   ogóle 
prawdziwym nieszczęściem całego królestwa.

  - Szejk Malik Haidar, kuzyn króla Hakema, był chyba 

niegdyś   pretendentem   do   rahmańskiego   tronu,   czy   tak?   - 
rzuciła   ostrożnie,   nie   chcąc   niepotrzebnie   ujawniać   niczego 
więcej ze swej wiedzy o szejku Maliku.

  - Owszem. Jako książę krwi, pierworodny syn i jedyny 

męski   potomek   poprzedniego   króla,   był   po   przedwczesnej 
śmierci swego ojca pierwszym w kolejności pretendentem

background image

  -  uściśliła  Rasha.   -   Na   szczęście   jednak   dobrowolnie 

zrezygnował z ubiegania się o tron.

  - Na szczęście zrezygnował. - Zara znowu machinalnie 

powtórzyła słowa swojej rozmówczyni.

 - Tak, na szczęście dla mnie, bo gdyby nie zrezygnował, 

to byłabym teraz jego żoną, a nie żoną Hakema - wyjaśniła 
Rasha.   -   A   zupełnie   nie   potrafię   sobie   wyobrazić,   że 
mogłabym   być   żoną   kogokolwiek   innego   niż   Hakem. 
Jakiegokolwiek innego mężczyzny - dodała.

Szczęśliwa   z   niej   kobieta,   skoro   prawdziwie   kocha 

mężczyznę, za którego wydano ją za mąż, a nawet wręcz go 
uwielbia! - pomyślała Zara z odrobiną rozżalenia i trudnej do 
stłumienia   zazdrości.   Po   czym,   przypomniawszy   sobie   raz 
jeszcze   wszystkie   straszliwe   opowieści   o   złym   szejku, 
zasłyszane w rodzinnym domu, zapytała tyleż zdziwiona, co 
strwożona:

  - Dlaczego twój mąż wysyła Malikowi prezenty? Rasha 

uśmiechnęła się pobłażliwie.

  - Nie powinnaś bezkrytycznie wierzyć we wszystko, co 

być może mówiono ci na jego temat - stwierdziła.

  -   Nie   zapominaj,  że   król   Hakem   i   szejk   Malik,   jako 

najbliżsi kuzyni, pozostają w dobrych, prawdziwie braterskich 
stosunkach.

 - Myślałam, że szejk Malik wyemigrował za granicę i na 

zawsze opuścił kraj - odezwała się Zara.

  -   Owszem.  Żeby   zapewnić   krajowi   pokój,   a   ludziom 

bezpieczeństwo   i   pomyślność,   szejk   Malik   dobrowolnie 
zrezygnował z królewskiego tronu i przeniósł się na stałe do 
Stanów   Zjednoczonych.   Król   Hakem   dość   często   go   tam 
odwiedza.

 - Doprawdy? - rzuciła ze zdziwieniem Zara.
Nie zdołała jednak powiedzieć już nic więcej, ponieważ 

akurat   w   tym   momencie   znalazły   się   przed   masywnymi 

background image

ozdobnymi   drzwiami.   Rasha   gestem   dłoni,   pełnym 
prawdziwie królewskiej godności, nakazała jej otworzyć. Zara 
posłusznie   nacisnęła   złotą,   misternie   rzeźbioną   klamkę. 
Nieśmiało, ostrożnie uchyliwszy odrzwia, przepuściła Rashę 
przodem, po czym wsunęła się za nią do środka.

Znalazły   się   w   obszernej   pałacowej   komnacie,   bez 

porównania większej niż ta, w której się wcześniej spotkały, 
ale równie jasnej, przesyconej słońcem.

Król Hakem bin Abdul Haidar siedział w ustawionym na 

środku komnaty fotelu i w skupieniu przyglądał się sześciu 
młodym,   urodziwym   kobietom,   stojącym   przed   nim   w 
karnym, nieruchomym szeregu.

Rasha podeszła do niego i odezwała się półgłosem:
 - Ona już tu jest.
Zara zatrzymała się tuż przy drzwiach i tak, jak ją uczono 

w   domu,   natychmiast   uklękła   z   pochyloną   nisko   głową   i 
wzrokiem   wbitym   w   marmurową   posadzkę.   Nie   widziała 
więc, tylko po trosze słyszała, a po trosze domyślała się, że 
król Hakem bin Abdul Haidar wstaje z fotela i krocząc bez 
pośpiechu, z prawdziwie monarszą godnością, podchodzi do 
niej.

  -   Powstań,   Zaro!   -   rozkazał,   zatrzymawszy   się   w 

niewielkiej odległości, na tyle blisko, że widziała już czubki 
jego butów.

Posłusznie podniosła się z klęczek.
  - Odsłoń oblicze! - polecił. - Czy nie powiadomiono jej 

jeszcze do tej pory - zwrócił się z zapytaniem do żony - że nie 
wymagam od kobiet noszenia kwefu i zasłaniania twarzy tu, w 
murach mojego pałacu?

  - Ona nosi kwef, bo Kadar bin Abu Salman, jej ojciec, 

tego od niej wymaga - wyjaśniła Rasha. - Jest bardzo surowy i 
rygorystycznie przestrzega tradycji - dodała.

background image

  - Rozumiem - mruknął Hakem, kiwając głową. I zaczął 

uważnie przyglądać się Zarze, która zdążyła już odrzucić do 
tyłu   gęsty   czarny   woal,   jeszcze   przed   chwilą   całkowicie 
przesłaniający jej twarz.

Miała jasną, a nawet bardzo jasną, alabastrową cerę, duże 

zielone   oczy   i   dość   długie,   lekko   kręcone   złociste   włosy. 
Ponieważ   w   pustynnym   królestwie   Rahmanu   panował 
zastarzały przesąd, że wszystkie blondynki są z natury skłonne 
do   niezbyt  moralnego   prowadzenia   się,   te   złociste   pukle   w 
większym   jeszcze   stopniu   niż   smukła,   dziewczęco   wiotka 
sylwetka, chroniły ją przed niechcianym zamążpójściem. To 
znaczy - do tej pory ją chroniły.

  - Zara, czy ty zgodziłaś się na to małżeństwo? - zapytał 

król.

  -   Czcigodny   panie!   Mój   ojczym   wyjaśnił   mi,   że 

powinnam się zgodzić z radością i wdzięcznością - odparta 
dyplomatycznie.

 - A co do twoich pragnień?
  -  Moi   najbliżsi,   ojczym  i  przyrodni  bracia,  pragną  dla 

mnie   prawdziwego   szczęścia,   czcigodny   panie.   Mam   już 
skończone dwadzieścia lat, moja matka nie żyje od roku. To 
małżeństwo   jest   dla   mnie   uśmiechem   losu   i   zaszczytem, 
jakiego absolutnie nie wolno mi odrzucić. Jest to pogląd całej 
mojej rodziny, to znaczy ojczyma i pięciu przyrodnich braci - 
dodała gwoli uściślenia.

Król Hakem ponownie pokiwał głową.
  - A co dzieje się z twoją amerykańską rodziną, Zaro? - 

zainteresował   się   nieoczekiwanie.   -   Kogo   masz   w   Stanach 
Zjednoczonych ze strony zmarłego ojca?

  - Z tego, co wiem od mojej zmarłej matki,  czcigodny 

panie, mam tam tylko jego ciotkę, która zresztą być może już 
nie żyje - odpowiedziała.

 - A ze strony matki?

background image

  -   Mam   babkę,   która   nie   chciała   znać   mojej   matki   od 

chwili jej ślubu z Kadarem i zerwała z nią wszelkie kontakty.

Król Hakem w zamyśleniu pokiwał głową po raz trzeci.
  -   Co   będzie,   jeżeli   ją   odeślę?   -   zwrócił   się   po   chwili 

milczenia z pytaniem do żony.

  - Kadar bin Abu Salman poczyta to sobie za  śmiertelną 

obrazę - odparła bez zastanowienia Rasha.

  - I ze złości wyda mnie za swojego owdowiałego wuja, 

czcigodny panie - wtrąciła Zara, nie zdoławszy się opanować i 
zachować   milczenia.   -   Za   swego   owdowiałego 
siedemdziesięcioletniego wuja!

Król Hakem bin Abdul Haidar pokiwał ze zrozumieniem 

głową i uśmiechnął się dobrotliwie.

 - A ty nie chcesz być żoną starca? - zapytał.
 - Nie chcę, czcigodny panie - odpowiedziała Zara.
  - Już wolisz być drugą żoną króla, chociaż on wcale jej 

nie potrzebuje, bo z całego serca kocha swoją pierwszą żonę? 
-   Hakem   postawił   kolejne   pytanie,   spoglądając   przy   tym   z 
ogromną czułością i bezgraniczną miłością na Rashę.

 - Z dwojga złego już wolę! - szepnęła Zara.
I   uzmysłowiwszy   sobie,   niestety   poniewczasie,   że 

popełniła   niewybaczalną   gafę,   padła   znowu   na   kolana,   aby 
pokorną postawą złagodzić, na ile tylko to będzie możliwe, 
słuszny królewski gniew.

W   pełnej   napięcia   ciszy,   jaka   zapanowała   w   komnacie, 

poszczególne sekundy zdawały się ciągnąć niczym godziny. 
Nieskończenie długo czekała więc wylękniona Zara na reakcję 
króla Hakema, spodziewając się, że na jej pochyloną nisko 
głowę   spadną   lada   moment   prawdziwe   gromy.   Ostatecznie 
doczekała się jednak tylko... gromkiego śmiechu!

  -   Jak   widzę   i   słyszę,   niesamowicie   rezolutna   z   ciebie 

dziewczyna!   Umiesz   dokonać   właściwego   wyboru   z   dwu 

background image

możliwości   -   stwierdził   rozbawiony   król.   -   Dlatego   wstań 
teraz...

Zara posłusznie podniosła się z klęczek.
  -   ...i   spróbuj   rozwiązać   nieco   trudniejsze   zadanie, 

dokonując właściwego wyboru spośród aż sześciu możliwości 
- dokończył przerwane zdanie Hakem.

  - To znaczy, czcigodny panie? - Speszona Zara, mimo 

wrodzonej   bystrości   umysłu,   nie   zdołała   samodzielnie 
rozszyfrować królewskich oczekiwań.

 - To znaczy pomóż mi wyszukać pośród zgromadzonych 

tu   sześciu   kobiet   -   król   wskazał   na   nieruchomy   szereg 
orientalnych   piękności   -   tę   najodpowiedniejszą   dla   mego 
kuzyna,   szejka   Malika   Haidara,   jako   prezent   z   okazji   jego 
przypadających   już   niebawem   okrągłych   trzydziestych 
urodzin.

  - Zamierzasz wysłać swemu kuzynowi w urodzinowym 

prezencie kobietę, czcigodny panie? - zdumiała się Zara.

 - Z innych dóbr tego świata ma on już chyba wszystko - 

rzekł   filozoficznym   tonem   król   Hakem.   -   A   że   tam,   na 
obczyźnie,   w   dalekiej   Ameryce,   w   Kalifornii,   z   pewnością 
czuje się trochę samotny, powinien się ucieszyć z towarzystwa 
urodziwej kobiety, pochodzącej na dodatek z jego rodzinnego 
kraju   i   posługującej   się   jego   ojczystą   mową,   a   nie   tylko 
językiem angielskim.

  -   Ale   czy   ona,   czcigodny   panie...   ta   kobieta,   którą 

ewentualnie wybiorę... czy ona również będzie się cieszyła z 
wyjazdu z rodzinnego kraju do dalekiej i obcej Ameryki? I jak 
ona będzie się czuła w roli prezentu dla szejka, którego nawet 
nie zna? - Zara wciąż była pełna wątpliwości.

  -   Wszystkie   te   piękne   i   mimo   młodego   wieku   już 

doświadczone w miłosnym kunszcie kobiety zgłosiły się do 
pałacu   dobrowolnie,   odpowiadając   na   mój   apel.   Sądzę,   że 
poczytują   sobie   za   honor   możliwość   ukojenia   tęsknoty 

background image

królewskiego   kuzyna   -   wyjaśnił   Hakem.   -   Szejka   Malika 
wprawdzie nie znają i nigdy nie widziały go na oczy, niemniej 
jednak wiedzą doskonale ze słyszenia, że jest on wyjątkowo 
przystojnym mężczyzną.

  -   A   ja   słyszałam...   -   nieopatrznie   odezwała   się   Zara, 

natychmiast jednak speszona umilkła.

Król   Hakem   bin   Abdul   Haidar   zmarszczył   czoło, 

nastroszył   groźnie   brwi   i   zmierzył   ją   przenikliwym 
spojrzeniem czarnych, roziskrzonych oczu.

 - Domyślam się, Zaro, co mogłaś słyszeć w domu swego 

ojczyma   Kadara   bin   Abu   Salmana   na   temat   szejka   Malika 
Haidara, mojego najbliższego kuzyna - stwierdził.

 - Tutaj, w pałacu Haidar, gdzie jako książę krwi przyszedł 

na świat i mieszkał przez pierwszych dwadzieścia lat swojego 
życia,   aż   do   chwili   wyjazdu   do   Ameryki,   radzę   ci   jednak 
zapomnieć   o   wszystkich   tych   złośliwych   pomówieniach   i 
wierutnych kłamstwach. Czy wyraziłem się dość jasno?

 - Tak, czcigodny panie - potwierdziła skwapliwie.
  - No więc nie ociągaj się już dłużej, tylko wybieraj!  - 

rozkazał król. - Jedną z tych sześciu urodziwych niewiast, jako 
prezent dla szejka!

Zara postąpiła kilkanaście kroków i stanęła naprzeciwko 

szeregu   atrakcyjnych   rahmańskich   kobiet,   oczekujących   w 
bezruchu   na   jej   decyzję.   Król   Hakem   bin   Abdul   Haidar 
wymienił   kolejno   ich   imiona,   a   ona   po   krótkim   namyśle 
wskazała   -   rozmyślnie   wskazała   -   na   tę   najmłodszą   i 
najszczuplejszą,   imieniem   Matana.   Wskazała   na   tę  kobietę 
zatem, która najbardziej była do niej podobna, przynajmniej 
jeżeli chodzi o sylwetkę.

Niespodziewanie przyszło jej bowiem do głowy, że z dwu 

możliwości można niekiedy wybrać... tę trzecią! A z sześciu 
kobiet,   gotowych   odegrać   rolę   urodzinowego   prezentu   dla 
szejka - tę siódmą.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY
San Francisco, Kalifornia
  -   Dziękujemy   ci,   że   zechciałeś   nas   przyjąć,   czcigodny 

książę.

Dwaj smagli, czarnoocy i czarnowłosi mężczyźni, ubrani 

w tradycyjne szaty królestwa Rahmanu - długie do ziemi luźne 
białe koszule i białe turbany, haftowane złotem na znak, że 
noszący je przynależą do królewskiego dworu - wsunęli się do 
gabinetu i zatrzymawszy się tuż przy drzwiach, równocześnie, 
jak na dany znak, pokłonili się w pas.

 - Bądź pozdrowiony, czcigodny książę - wypowiedział w 

rahmańskim języku powitalną formułę pierwszy z nich, nieco 
wyższy i tęższy

A drugi, drobniejszy i sądząc z powierzchowności, trochę 

młodszy, uzupełnił powitanie prezentacją:

 - Ja jestem Ali, a to Dżamil, do twoich usług, czcigodny 

książę. Jesteśmy wysłannikami króla Hakema.

Szejk   Malik   Haidar,   przystojny   mężczyzna   o   typowo 

orientalnej urodzie, a zatem, podobnie jak obydwaj przybysze, 
smagły,   czarnowłosy   i   czarnooki   -   ubrany   jednak  nie   w 
rahmańską szatę, tylko w klasyczny garnitur amerykańskiego 
biznesmena   -   skinął   głową   w   odpowiedzi   na   ich   głęboki 
ukłon.   Po   czym   uniósł   się   zza   biurka   i   odezwał   się 
uprzejmym,   ale   naznaczonym   pewną   rezerwą   tonem,   jakim 
zapewne zazwyczaj prowadził wstępne rozmowy o interesach:

  -   Miło   was   widzieć,   Ali   i   Dżamilu.   Z   czym   do   mnie 

przybywacie?

  - Ze specjalną przesyłką od jego królewskiej wysokości 

Hakema bin Abdul Haidara - odpowiedział Ali.

  -   To   znaczy   z   prezentem   urodzinowym   dla   ciebie, 

czcigodny książę, od króla Rahmanu - uściślił Dżamil.

Szejk Malik uśmiechnął się z zadumą.

background image

Kuzyn   Hakem,   na   rzecz   którego   przed   dziesięciu   laty 

dobrowolnie   zrzekł   się   tronu,   przysyłał   mu   corocznie   w 
dowód wdzięcznej pamięci o tym wielkodusznym geście jakiś 
cenny, ale całkowicie nieprzydatny podarunek. Na przykład 
kosztowny   klejnot,   którym   jako   pan   Haidar,   amerykański 
biznesmen,   nigdy   potem   nie   miał   okazji   się   przyozdabiać. 
Albo   orientalne   dzieło   sztuki,   którego   nigdy   potem   nie 
eksponował   ani   w   swoim   śródmiejskim   biurze,   ani   w 
położonej   na   przedmieściach   San   Francisco   prywatnej 
rezydencji. Nie chciał, by budziło w nim bolesną tęsknotę za 
utraconą bezpowrotnie ojczyzną.

  -   Jakiż   to   prezent?   -   zapytał,   nie   tyle  z   zaciekawienia 

przesyłką,   ile   przez   kurtuazję   dla   ofiarodawcy   i   jego 
niezwykle przejętych swoją rolą wysłanników, przybyłych z 
urodzinowym podarunkiem z drugiego końca świata.

  -   Jeśli   pozwolisz,   czcigodny   książę,   to   zamiast 

odpowiadać na to pytanie, za chwilę go tutaj przyniesiemy i 
zaprezentujemy   jako   niespodziankę,   zgodnie   ze 
szczegółowymi   instrukcjami   przekazanymi   nam   przez   jego 
królewską wysokość Hakema bin Abdul Haidara - odezwał się 
Ali.

  - Prezent jest dość pokaźny, czcigodny książę, więc nie 

chcieliśmy wchodzić z nim do biura bez twojego uprzedniego 
zezwolenia   i   zostawiliśmy   go   w   wynajętym   samochodzie 
bagażowym, który stoi na parkingu przed budynkiem - dodał 
gwoli dokładniejszego wyjaśnienia Dżamil.

Szejk Malik roześmiał się.
  - Gdybym nawet wcześniej nie był zainteresowany tym 

królewskim   prezentem,   to   w   tej   chwili   już   na   pewno   nie 
zdołałbym poskromić ciekawości - stwierdził. - Dlatego idźcie 
i jak najprędzej wracajcie!

Ali i Dżamil ponownie się pokłonili, po czym wyszli, a 

właściwie   wybiegli   z   gabinetu   pośpiesznym   truchcikiem. 

background image

Szejk Malik ruszył za nimi, dotarł jednak tylko do otwartych 
drzwi,   w   których   się   zatrzymał,   by   polecić   urzędującej   w 
przyległym frontowym pokoju sekretarce:

 - Proszę nie przełączać do mnie przez najbliższą godzinę 

żadnych telefonów, Alice. A kiedy znów zjawią się ci dwaj 
dżentelmeni   z   Rahmanu,   proszę   podać   do   mojego   gabinetu 
trzy kawy.

Dżentelmeni zjawili się niebawem, z wyraźnie widocznym 

wysiłkiem dźwigając na ramionach zwinięty luźno  w gruby 
rulon dywan. Z komicznie tajemniczymi minami położyli go 
na podłodze pośrodku gabinetu i powoli zaczęli rozwijać.

Oczom   księcia   najpierw   ukazał   się   misterny   orientalny 

wzór   wielobarwnego   kobierca,   pracowicie   utkany   przez 
najznakomitszych   rahmańskich   mistrzów,   a   na   koniec... 
rahmańska kobieta spowita w powłóczystą szatę, osłaniającą 
ją od stóp po sam czubek głowy, łącznie z twarzą!

Uwolniona z rulonu kobieta natychmiast zerwała się na 

równe nogi.

  -   Ci   dwaj   dranie   nie   uprzedzili   mnie,  że   będę   tak 

zapakowana!   -   jęknęła.   -   O   mało   się   nie   udusiłam   w   tym 
nagrzanym samochodzie, zawinięta w tę przeklętą wełnę!

Otrząsnęła się, chcąc jakoś uporządkować na sobie zmiętą 

w   czasie   nietypowego   transportu   szatę   z   cieniutkiej 
bawełnianej   tkaniny.   Tkanina   owa   -   rodzaj   muślinu   -   była 
czarna i całkiem przezroczysta. Osłaniała więc ciało kobiety 
na   tyle   tylko,   by   jeszcze   bardziej   pobudzić   pożądliwe 
zainteresowanie każdego patrzącego na nią mężczyzny.

Zaskoczony   niezwykłym   prezentem   szejk   Malik   musiał 

zrobić z wrażenia trudną do jednoznacznego zinterpretowania 
minę, bo Ali, zerknąwszy ostrożnie w jego stronę, spytał z 
obawą:

background image

  -   Czyżbyś   nie   był,   czcigodny   książę,   zadowolony   z 

urodzinowego   podarunku   od   jego   królewskiej   wysokości 
Hakema bin Abdul Haidara?

A Dżamil, nie czekając na odpowiedź, dodał szybko:
  -   Jeśliby   tak   było,   czcigodny   książę,   to   zostaliśmy 

upoważnieni   przez   króla   Hakema   do   odwiezienia   tego 
podarunku...   to   znaczy   tej   kobiety,   oczywiście   już   bez 
kobierca... z powrotem do Rahmanu.

  - Ależ, nie ma mowy! - wykrzyknął energicznie szejk, 

opanowawszy   się   błyskawicznie   i   odzyskawszy   dawny 
kontenans.   -   Złóżcie   królowi   Hakemowi   moje   stokrotne 
podziękowanie   za   jego   niezwykłą   hojność,   a   prezent 
zostawcie w spokoju.

Ali i Dżamil skłonili się, potwierdzając w ten sposób bez 

słów,   że   książęca   wola   zostanie   przez   nich   w   całej 
rozciągłości spełniona.

Kobieta w czerni również pochyliła się w ukłonie. I akurat 

w momencie, gdy cała egzotyczna trójka gięła się czołobitnie 
przed szejkiem, do gabinetu wkroczyła sekretarka z kawą. Nie 
bardzo   pojmując,   w   jaki   to   magiczny   sposób   z   trzech 
obecnych   dotychczas   w   gabinecie   osób   zrobiły   się   nagle 
cztery, w tym jedna płci żeńskiej, wykrztusiła:

  -   Czy   mam...   podać...   jeszcze   jedną...   dodatkową 

filiżankę, panie Haidar?

  - Dziękuję, Alice, nie trzeba - odparł łagodnym tonem 

szejk   Malik.   -   Proszę   raczej   zaprowadzić   tych   dwu 
dżentelmenów   -   wskazał   na   Alego   i   Dżamila   -   do   sali 
konferencyjnej i tam w moim zastępstwie wypić z nimi kawę, 
którą pani przygotowała.

 - Rozumiem, panie Haidar.
 - A mnie proszę zostawić sam na sam z tą młodą osobą, 

która przybyła z Rahmanu w tym oto „latającym dywanie". - 
Wskazał   z   lekkim   uśmiechem   na   efektowny   wielobarwny 

background image

kobierzec. - Ta młoda kobieta przybyła do San Francisco aż z 
Rahmanu   jako   mój   prezent   urodzinowy   od   mego   kuzyna, 
króla Hakema bin Abdul Haidara - dodał gwoli wyjaśnienia.

  -   Rozumiem,   panie   Haidar   -   powtórzyła   sekretarka, 

kobieta dobrze już po pięćdziesiątce. - Wszystko rozumiem.

Wyraz jej twarzy świadczył jednak o tym, że w istocie nie 

rozumiała   niczego,   a   co   najwyżej   przyznawała   w   duchu 
swemu pracodawcy prawo do egzotycznych obyczajów. Tak 
czy   inaczej,   zachowując   profesjonalną   powściągliwość,   nie 
próbowała jednak dowiedzieć się niczego poza tym, co szejk 
sam   zdecydował   się   jej   wyjawić.   I   zgodnie   z   poleceniem 
wyprowadziła z gabinetu Alego i Dżamila, zabierając tacę z 
filiżankami i kawą i dokładnie zamykając za sobą drzwi.

Szejk Malik Haidar pozostał sam na sam ze spowitą w 

czerń kobietą.

  - Podejdź bliżej - polecił jej, najpierw po angielsku, a 

potem,   na   wypadek   gdyby   nie   rozumiała   tego   języka,   w 
rodzimej mowie królestwa Rahmanu.

Posłusznie   postąpiła   kilka   drobnych,   trochę   niepewnych 

kroków w jego stronę.

 - Odsłoń twarz.
Kobieta westchnęła głęboko, jakby w obawie, że widok jej 

oblicza może szejka zaskoczyć, a nawet wręcz zdeprymować, 
po czym energicznym, po trosze desperackim gestem zrzuciła 
gęsty   czarny   welon,   osłaniający   ją   od   czubka   głowy   po 
ramiona.

Miała   świetliste   zielone   oczy   i   kruczoczarne   włosy, 

dziwnie   kontrastujące   z   jasną,   a   nawet   bardzo   jasną, 
alabastrową karnacją.

 - Pochodzisz z Rahmanu? - zapytał szejk, spoglądając na 

nią przenikliwie spod lekko zmarszczonych brwi.

background image

  -   Tak,   czcigodny   książę,   z   Rahmanu.   A   dokładnie,   z 

południowej   prowincji   -   odpowiedziała,   wyraźnie 
zdenerwowana.

 - To znaczy stamtąd, gdzie wszechwładnie rządzi niejaki 

Kadar bin Abu Salman?

Kiedy kobieta pochyliła się w niskim ukłonie, udzielając 

w ten sposób bez słów potwierdzającej odpowiedzi na zadane 
jej   pytanie,   spostrzegawczy   szejk   zauważył,   że   jej 
kruczoczarne   pukle   to...   najzwyklejsza   i   to   dość   tandetna 
peruka!

  - Dlaczego kryjesz przede mną swoje prawdziwe włosy, 

kobieto? - rzucił dość ostro.

  -  Bo   moje   prawdziwe   włosy   są   jasnoblond,   czcigodny 

książę! - jęknęła zakłopotana, zrywając z głowy perukę.

W   złocistym   obramowaniu   włosów   subtelna   uroda   jej 

twarzy   zajaśniała   naturalnym,   pełnym,   wspaniale 
harmonijnym blaskiem.

  -   Jesteś   niezwykle   piękna   -   stwierdził   szejk.   Kobieta 

zarumieniła   się,   zawstydzona   nieoczekiwanym 
komplementem.

 - I jak widzę, bardzo młoda - dodał Malik. W milczeniu 

skłoniła się po raz kolejny.

 - Ale wyglądasz raczej na Amerykankę niż na mieszkankę 

orientalnego Rahmanu.

Na   te   słowa   delikatny   rumieniec   na   twarzy   kobiety 

przeszedł,   najwyraźniej   pod   wpływem   zdenerwowania,   w 
ognisty pąs.

  -   Jestem   dziewczyną   z   Rahmanu,   czcigodny   książę,   z 

południowej   prowincji!   -   zdławionym   głosem   zapewniła 
szejka. - Na imię mam Zara. Król Hakem bin Abdul Haidar 
przysłał   mnie   tu   do   ciebie   do   Ameryki   jako   urodzinowy 
prezent.

background image

  -   No   dobrze   już,   dobrze...   -   mruknął   pojednawczym 

tonem Malik. - Znasz angielski?

Zara skinęła głową.
  - Więc powtórz w tym języku to samo, co powiedziałaś 

przed chwilą.

Angielszczyzna   Zary   okazała   się   bezbłędna,   wręcz 

doskonała, nieznacznie tylko zabarwiona obcym akcentem.

 - Zadziwiasz mnie - stwierdził szejk.
  -   Staram   się,   panie   -   odezwała   się   rezolutnie.   - 

Urodzinowy   królewski   prezent   powinien   przecież   być 
zadziwiający!

 - Cóż, racja - przyznał.
Zmierzył Zarę raz jeszcze przenikliwym wzrokiem.
Nie był tego do końca pewien, ale odniósł wrażenie, że 

poza   egzotyczną   czarną   szatą   z   leciutkiej   niczym   mgiełka 
bawełny   nie   ma   na   sobie   niczego   więcej,   żadnych 
dodatkowych osłon, kryjących łono, pośladki i biust, żadnej 
bielizny. Z całą pewnością nie miała też butów na nogach.

  -   Jak   na   pobyt   w   Ameryce,   nie   jesteś   najlepiej 

wyposażona   -   zauważył   z   lekka   ironicznie,   starając   się 
zachować   dystans,   utrzymać   temperament   na   wodzy   i   nie 
poddać   się   zbyt   wcześnie   zmysłowej   gorączce.  -  Dywan, 
peruka,   welon   i   ta   półprzezroczysta   orientalna   kreacja   to 
trochę   za   mało.   Trzeba   ci   będzie   sprawić   jakąś   garderobę, 
żebyś nie wzbudzała niepotrzebnej sensacji w San Francisco.

 - Och, czcigodny książę! - wykrzyknęła Zara, uradowana 

faktem, że Malik najwyraźniej akceptuje ją jako urodzinowy 
prezent i decyduje się zatrzymać ją w Stanach Zjednoczonych 
na   dłużej.   -   Jesteś   po   prostu   cudowny   w   swojej 
wspaniałomyślności!

 - Więc mnie pocałuj - zarządził szejk. Posłusznie ruszyła 

w   jego   stronę,   ale   nagle   zatrzymała  się   i   wyraźnie 
zawstydzona, nie wiedziała, co powinna zrobić.

background image

 - Nie udawaj, że nie potrafisz - mruknął zniecierpliwiony 

Malik. - Przecież król Hakem nie przysłałby mi z drugiego 
końca   świata   w   urodzinowym   prezencie   kobiety,   która   nie 
byłaby odpowiednio doświadczona w miłosnym kunszcie.

Zara zarumieniła się, po czym głęboko westchnęła i na 

chwiejnych nogach podeszła blisko do szejka Malika.

Pokonawszy   dystans,   jaki   ją   dzielił   od   mężczyzny, 

któremu   została   ofiarowana   w   urodzinowym   prezencie, 
musiała   jeszcze   pokonać   własne   skrępowanie.   Nie   mając 
innego wyjścia, zdobyła się jednak i na to. Przymknęła oczy, 
zarzuciła szejkowi ręce na szyję, przywarła do niego całym 
ciałem i z prawdziwie straceńczą brawurą wpiła się wargami 
w jego gorące usta.

W   pierwszym   momencie   powodował   nią   tylko   strach. 

Bała się, że jeśli nie zadowoli Malika, nie spełni jego żądania i 
wszystkich   jego   oczekiwań,   to   odeśle   ją   z   powrotem   pod 
kuratelą   Alego   i   Dżamila   tam,   skąd   przybyła,   czyli   do 
królestwa   Rahmanu,   na   monarszy   dwór   swego   kuzyna 
Hakema bin Abdul Haidara.

Hakem zaś, najsłuszniej rozgniewany tym, że potajemnie 

zastąpiła Matanę w roli prezentu urodzinowego dla szejka i 
bez   jego   królewskiej   zgody   opuściła   pałac,   udając   się   do 
dalekiej   Ameryki,   nie   zechce   jej   już   za   drugą   po   Rashy 
małżonkę, tylko natychmiast odeśle ją do ojczyma, Kadara bin 
Abu Salmana.

A   rozgniewany   Kadar   natychmiast   za   karę   wyda   ją   za 

lubieżnego   i   pokracznego   starca   z   pustynnej   osady,   swego 
owdowiałego siedemdziesięcioletniego wuja. I wobec takiego 
obrotu spraw jej pielęgnowane już od wielu lat dwa wielkie 
marzenia - o zaznaniu prawdziwej miłości oraz o odwiedzeniu 
Stanów   Zjednoczonych,   rodzinnego   kraju   zmarłej   matki   i 
odnalezieniu nieznanych amerykańskich krewnych - nigdy się 
już nie spełnią!

background image

W obawie przed tak fatalnym zakończeniem ryzykownej 

eskapady   Zara   zdecydowała   się   na   mniejsze   zło,   czyli   na 
pocałunek z szejkiem. Wprawdzie pod wpływem zasłyszanych 
w dzieciństwie pełnych grozy opowieści szejk Malik budził w 
niej lęk, był jednak naprawdę przystojnym mężczyzną i miał 
zaledwie trzydzieści lat.

Chcąc odegrać jak najlepiej rolę kobiety doświadczonej w 

sztuce miłości, przywarła do niego całym ciałem, wpiła się 
wargami w jego usta... i wtedy poczuła nagle, ku własnemu 
zdumieniu, że zaczyna dziać się z nią coś dziwnego. Opuszcza 
ją dotychczasowa niepewność! To, co uważała jeszcze przed 
chwilą jedynie za przykry obowiązek, staje się dla niej coraz 
intensywniejszą   przyjemnością,   a   jej   dotychczasowe 
skrępowanie, onieśmielenie i zawstydzenie przeradza się nagle 
w   gwałtowną,   niepohamowaną   namiętność,   w   zmysłową 
rozkosz!

Szejk,   zorientowawszy   się   bez   trudu,   że   nie   jest   mu 

niechętna, objął ją ramionami i przycisnął do siebie jeszcze 
mocniej.   A   po   chwili,   ciągle   złączony   z   nią   w   gorącym 
pocałunku,   zaczął   wędrować   wprawnymi   dłońmi   po   jej 
gibkim   ciele,   szukając   miejsc   szczególnie   wrażliwych   na 
dotyk i odnajdując je z zadziwiającą łatwością.

Szlak jego pieszczot biegł z początku w dół, od ramion 

Zary,   poprzez   jej   plecy,   ku   wypukłościom   pośladków. 
Następnie zmienił kierunek, aby minąwszy biodra, skierować 
się  w  górę,  ku  raczej  drobnym,  ale  cudownie  osadzonym i 
zadziwiająco   jędrnym   piersiom.   A   później   znowu   zszedł   w 
dół, dążąc, przez płaski brzuch i kształtny pępek, prosto ku 
miejscu, w którym czuła najsilniejszy, najintensywniejszy, ale 
zarazem   najsłodszy   i   najbardziej   obezwładniający   napór 
namiętności. .

Drżała   z   przejęcia   niczym   z   zimna,   choć   jednocześnie 

czuła,   jak   całe   jej   ciało   wypełnia   gwałtowny,   rozbuchany 

background image

ogień. Brakowało jej tchu, a serce biło w jej piersi z siłą  i 
częstotliwością werbla. Poddając się woli mężczyzny, który 
trzymał   ją   w   ramionach   i   doprowadzał   śmiałymi, 
wyrafinowanymi   pieszczotami   na   skraj   ekstazy,   na   granicę 
miłosnego   szaleństwa,   traciła   coraz   bardziej   zdolność 
kontrolowania sytuacji i panowania nad sobą.

I właśnie obawa, że już za chwilę pogrąży się całkowicie 

w   otchłani   namiętności,   podda   się   zmysłom   i   nie   będzie 
zdolna   do   jakichkolwiek   rozsądnych   poczynań   -   a   w   ten 
sposób być może zaprzepaści szansę uzyskania pomocy szejka 
w realizacji jej amerykańskich planów - otóż ta właśnie obawa 
nakazała jej pohamować się resztkami sił i podjąć rozpaczliwą 
próbę   powstrzymania   mężczyzny   przed   ostatecznym 
szturmem i dokonaniem łatwego, nazbyt łatwego, miłosnego 
podboju.

  -   Czcigodny   książę,   proszę   cię,   przestań!   -   szepnęła 

nieśmiało.

O dziwo, prośba została spełniona!
Szejk Malik Haidar oderwał gorące usta od jej warg i zdjął 

rozpaloną dłoń z jej łona.

A   po   chwili   odsunął   ją   od   siebie   na   odległość 

wyciągniętych  ramion   i   spojrzawszy   jej   głęboko   w   oczy,  z 
lekkim, melancholijnym nieco westchnieniem stwierdził:

  -   Masz   rację,   niezwykła   dziewczyno.   Dochodząc 

przedwcześnie do punktu, w którym nie będziemy się mogli 
już   powstrzymać,   uchybimy   dobrym   obyczajom   i... 
pozbawimy   się   niewątpliwej   przyjemności   oczekiwania   na 
najwyższą   rozkosz.   A   zatem   uchybimy   również   regułom 
sztuki miłości!

background image

ROZDZIAŁ DRUGI
Bez względu na to, jakimi pobudkami kierował się szejk, 

Zara   była   mu   głęboko   wdzięczna.   Nie   ukrywała   tego. 
Cofnąwszy   się   o   pół   kroku,   wciąż   jeszcze   podniecona, 
rozgorączkowana,   a   równocześnie   zaskoczona   i 
skonsternowana   niespodziewaną   gwałtownością   własnej 
reakcji na jego pieszczoty, skłoniła się i szepnęła:

 - Dziękuję ci, czcigodny...
 - Mów mi po prostu Malik - zaproponował, przerywając 

jej. - Albo pan Haidar, jeśli tak wolisz. Jesteśmy przecież w 
demokratycznej Ameryce, a nie w naszym królestwie. Tu nie 
obowiązują   rahmańskie   formułki   grzecznościowe   i   książęce 
tytuły.   Tu   wszystko   jest   znacznie   łatwiejsze   i   prostsze. 
Przekonasz się, gdy poznasz ten kraj.

  -   A   będę   mogła...   Malik?   -   spytała   Zara,   chcąc   się 

upewnić co do jego intencji. - Będę mogła choć trochę poznać 
Amerykę?

  -   Skoro   już   tutaj   jesteś,   to   moim   zdaniem   nawet 

powinnaś,   bo   Ameryka   to   naprawdę   ciekawy   kraj   - 
odpowiedział. - Spróbuję ci w tym pomóc. Czy jest coś, co 
szczególnie chciałabyś zobaczyć w San Francisco albo gdzieś 
indziej   w   Kalifornii?   A   może   chciałabyś   pojechać   również 
dalej, poza granice stanu?

  -   Och,   Malik!   Ja   chciałabym   zobaczyć   wszystko   i 

pojechać wszędzie! - wykrzyknęła.

Szejk roześmiał się i żartobliwie pogroziwszy jej palcem, 

powiedział z leciutką przyganą w głosie:

 - Ejże, Zara! Ty chyba tylko dlatego zdecydowałaś się tu 

do   mnie   przyjechać   jako   urodzinowy   prezent,   że   byłaś 
ciekawa Ameryki.

  - Nie, nie, Malik! - zaprzeczyła energicznie. - Ameryka 

intrygowała   mnie,   to   prawda.   Ale   ty   również.   Ty   przede 
wszystkim!

background image

 - Chciałaś mnie poznać? - zapytał szejk.
 - Oczywiście!
  - A słyszałaś coś o mnie tam, w królestwie Rahmanu? 

Speszona Zara milczała przez chwilę, nie bardzo wiedząc,

jak w dyplomatyczny sposób powinna odpowiedzieć.
Nie mogła przecież wyjawić Malikowi, że od dzieciństwa 

słuchała pełnych grozy opowieści o nim, jako o złym księciu, 
który chciał zniszczyć całe królestwo Rahmanu, a zwłaszcza 
jego południową prowincję, zarządzaną przez Kadara bin Abu 
Salmana.   Nie   mogła   wyjawić   mu,   że   w   domu   jej   ojczyma 
nazywano   go   nieszczęściem   Rahmanu   i   konspiracyjnym 
szeptem   oskarżano   o   morderstwo   Dżeba,   szóstego   z   jej 
przyrodnich braci, który - wedle oficjalnej wersji wydarzeń - 
zginął   przed   laty   w   tragicznym   wypadku   samochodowym, 
spowodowanym przez nieznanego sprawcę. 

 - Słyszałam - odezwała się w końcu, starannie, niezwykle 

ostrożnie   dobierając   słowa   -   że   mogłeś   zostać   królem 
Rahmanu, ale ustąpiłeś tron Hakemowi.

 - A wiesz może, dlaczego?
 - Ponoć dlatego, że chciałeś zapewnić krajowi pokój
 - odpowiedziała.
Szejk z powagą skinął głową.
  -   Zgadza   się!   Masz   o   mnie   właściwe   informacje   - 

potwierdził. Po czym zapytał: - I pewnie ciekawa byłaś, jak 
żyję   tu   w   Ameryce,   już   nie   jako   książę   krwi,   tylko   jako 
zwyczajny biznesmen, prawda?

 - Raczej byłam ciekawa, jaki jesteś jako mężczyzna
 - odpowiedziała Zara. - Czy naprawdę aż tak przystojny, 

jak   mówiono   o   tobie   w   Rahmanie   -   dodała   z   nieśmiałym 
uśmiechem.

 - I co? - wyraźnie zainteresował się szejk. - Jak wypadła 

konfrontacja opowieści z rzeczywistością?

background image

 

-   W   rzeczywistości   jesteś   chyba...   jeszcze 

przystojniejszy... niż sobie wyobrażałam - wykrztusiła.

  - A ty, Zaro, jesteś chyba jeszcze sympatyczniejsza, niż 

mogłem sobie to wyobrazić, w chwili kiedy wyskoczyłaś z 
dywanu - stwierdził ukontentowany jej słowami.

Mimo   zażenowania   komplementem,   zdobyła   się   na 

uśmiech.

  - Więc zatrzymujesz mnie na dłużej? - zapytała, wciąż 

niepewna swego dalszego losu i pełna najrozmaitszych obaw.

 - Oczywiście!
 - A na jak długo?
Zara   zadała   to   pytanie,   ponieważ   chciała   się   z   góry 

upewnić,   czy   będzie   miała   dość   czasu,   by   przygotować 
ucieczkę   z   książęcego   domu,   jaką   od   początku   planowała. 
Pragnęła   odnaleźć   amerykańskich   krewnych,   podjąć   jakąś 
pracę i pozostać w Stanach Zjednoczonych na stałe. Pytanie to 
zadała jednak chyba niepotrzebnie, bo szejk, zmarszczywszy 
gniewnie brwi, rzucił oschle:

 - Jak cię zapewne uprzedzano, mam prawo zatrzymać cię 

na tak długo, jak zechcę.

  -   Tak,   tak,   oczywiście   -   wtrąciła   skwapliwie,   chcąc 

zatrzeć popełnioną mimowolnie niezręczność.

  - Nie będę cię jednak zatrzymywał siłą - dodał Malik. - 

Drogę powrotu do Rahmanu masz w każdej chwili otwartą.

Słowa,   którymi   chciał   ją   uspokoić,   w   jej   uszach 

zabrzmiały niczym najstraszliwsza groźba.

 - Dziękuję - wykrztusiła jednak, by przypadkiem nie dać 

po sobie poznać, że ma zupełnie inne plany niż powrót do 
pustynnego królestwa.

  - Nie będę cię też siłą ciągnął do łóżka - powiedział z 

absolutną otwartością szejk. - Co jednak nie znaczy - uściślił - 
że   nie   będę   próbował   cię   uwieść.   Czy   zasady   gry,   jakie 
proponuję, są dla ciebie jasne?

background image

Skinęła głową.
 - I zgadzasz się na nie?
 - Tak - szepnęła.
  - Cieszę się, że się rozumiemy - podsumował. – Pójdę 

teraz pogadać z Alim i Dżamilem,  a tobie przyślę tu moją 
sekretarkę,   Alice,   żeby   ci   pomogła   zaopatrzyć   się   we 
wszystko, co niezbędne, przede wszystkim w garderobę. Zara 
zarumieniła się już po raz któryś tam z rzędu podczas nie tak 
znowu długiego pobytu w gabinecie szejka.

  - Kategorycznie nakazano mi tak właśnie się ubrać tuż 

przed zapakowaniem w dywan i przyniesieniem mnie tutaj - 
wyjaśniła. - Ale mam jeszcze inne rzeczy w walizce, którą Ali 
i Dżamil...

  - Nieważne  - szejk  przerwał jej  w pół  zdania.  -  Moja 

nieoceniona   sekretarka,   Alice,   zorganizuje   ci   wszystko,   co 
trzeba. Tylko spokojnie tu na nią zaczekaj.

Wyszedł, zostawiając ją samą.
Przysiadła w fotelu i spróbowała podsumować w myślach 

wszystko, co wydarzyło się w jej życiu w ciągu ostatnich kilku 
dni. A było tych wydarzeń sporo, tak wiele, jak chyba nigdy, 
od czasu gdy jako pięcioletnia dziewczynka znalazła się wraz 
z   matką,   Amerykanką   ze   Wschodniego   Wybrzeża,   w 
egzotycznym i pustynnym Rahmanie.

Po pierwsze, wyjazd z domu ojczyma do pałacu Hakema, 

gdzie miała pozostać na stałe jako druga po Rashy królewska 
małżonka.

Po wtóre, potajemna ucieczka z pałacu, dzięki zręcznemu 

podstępowi, który polegał na zamianie ról z Mataną, wybraną 
przez króla na prezent urodzinowy dla kuzyna.

Po   trzecie,   wymarzona   podróż   samolotem   do   Ameryki, 

niestety   w   nieodłącznym   towarzystwie   dwu   bezwzględnych 
cerberów, Alego i Dżamila.

background image

I wreszcie po czwarte - spotkanie z szejkiem w jego biurze 

w San Francisco! A szejk okazał się nie tylko przystojnym 
mężczyzną, ale również szlachetnym człowiekiem, w istocie 
kimś zupełnie innym niż „nieszczęście Rahmanu" czy też zły 
książę, o jakim ojczym i przyrodni bracia opowiadali jej w 
rodzinnym domu.

No   i   ten   pierwszy   pocałunek,   na   wspomnienie   którego 

jeszcze w tej chwili przechodził ją słodki dreszcz rozkoszy.

 - Czy można?
Retoryczne   pytanie,   zadane   przez   uchylone   drzwi 

profesjonalnie   grzecznym,   choć   równocześnie   dość 
stanowczym tonem przez Alice, wytrąciło Zarę z zamyślenia.

  -   Tak,   oczywiście,   proszę   wejść   -   odpowiedziała.   - 

Malik.., to znaczy pan Haidar - poprawiła się pośpiesznie - 
polecił mi tu czekać na panią.

 - Mam nadzieję, że czas oczekiwania nie dłużył się pani - 

rzuciła Alice, wkraczając do gabinetu z pokaźnym notesem w 
ręku i starannie zamykając za sobą drzwi.

 - Nie, nie, absolutnie nie!
  -   To  świetnie.   Przystąpmy   zatem   do   rzeczy,   czyli   do 

kwestii wprowadzenia zmian w pani garderobie. - Sekretarka 
obrzuciła   krytycznym   spojrzeniem   zwiewną   czarną   szatę   z 
przezroczystego muślinu, jaką Zara miała na sobie, taktownie 
powstrzymując się jednak od jakichkolwiek uwag na jej temat. 
- Czy ma pani jakieś ulubione kolory?

  - W zasadzie... nie... - wykrztusiła Zara, przywykła do 

konwencjonalnej   czerni   i   bieli,   kolorów   typowych   dla 
rahmańskich strojów.

Alice poczyniła stosowny zapisek w notesie.
 - A ulubione fasony? - zapytała.
 - Też chyba...
Adnotacja została dokonana błyskawicznie, zanim jeszcze 

Zara zdążyła dokończyć zdanie.

background image

  -   Pan   Haidar   uprzedził   mnie   -   wyjaśniała   sekretarka, 

zamknąwszy notatnik - że raczej trudno będzie pani podjąć 
decyzję odnośnie doboru strojów, odpowiednich do noszenia 
tu, w Ameryce.

 - Czy moja bezradność w tej dziedzinie, moja kompletna 

nieznajomość najnowszych trendów amerykańskiej mody, to 
dla pani duży kłopot? - z troską w głosie spytała Zara.

 - Skądże znowu, żaden - zaprzeczyła Alice. - Pan Haidar 

podyktował   mi   dość   dokładną   listę   zakupów,   jakie   mam 
zrobić dla pani...

  -   Naprawdę?!   -   wykrzyknęła   Zara,   zdumiona 

przezornością szejka.

 - ...ale polecił mi też nie mówić pani z góry, co się na tej 

liście   znajduje   -   dokończyła   sekretarka.   -   To   ma   być 
niespodzianka.

 - Naprawdę? - powtórzyła Zara.
Alice uśmiechnęła się dobrodusznie i pokiwała potakująco 

głową.

  - Jestem pewna,  że niespodzianka okaże się przyjemna, 

bo   pan   Haidar   jest   mężczyzną   obdarzonym   doskonałym 
gustem - stwierdziła.

 - Och, nie wątpię.
  -   I   słusznie!   Proszę   nadal   spokojnie   czekać   tutaj   w 

gabinecie - poleciła sekretarka, kierując się ku drzwiom.

  -   Niedaleko,   w   najbliższej   okolicy,   jest   kilka   dobrych 

butików   z   elegancką   damską   odzieżą,   więc   zakupy   nie 
powinny potrwać zbyt długo. Na pewno dostanie pani nowe 
rzeczy, zanim wróci pan Haidar, który w tej chwili musiał na 
pewien czas opuścić biuro.

 - Na długi czas? - zaniepokoiła się Zara.
  -   Nie,   nie   -   zaprzeczyła   pośpiesznie   sekretarka.   -   Na 

krótki.

 - To znaczy?

background image

  - Mniej więcej na godzinę, a najwyżej na dwie. Proszę 

spokojnie czekać - powtórzyła Alice. - Czy może podać pani 
tymczasem coś do zjedzenia albo do picia?

 - Nie, dziękuję - odmówiła Zara.
Była   wprawdzie   spragniona   i   dość   głodna   po 

wielogodzinnej podróży, miała jednak nieodparte wrażenie, że 
wciąż   jest   nazbyt   zdenerwowana,   by   zaryzykować 
konsumpcję czegokolwiek.

 - Proszę więc czekać. Ja wkrótce tutaj do pani wrócę
  -   zapewniła   Alice.   -   Pan   Haidar   również,   jak   się 

spodziewam - dodała już od drzwi. Po czym wyszła.

Zara   podniosła   się   z   fotela   i   kilkakrotnie   przemierzyła 

obszerne biurowe pomieszczenie tam i z powrotem. Uspokoiło 
ją   to   na   tyle,   że   poczuła,   jak   bardzo   jest   zmęczona.   A 
ponieważ   w   gabinecie   szejka   stały   nie   tylko   wygodne 
rozłożyste fotele, ale i dość obszerna sofa, postanowiła, że dla 
odprężenia, bodaj na krótką chwilę, położy się na niej.

Chciała   sobie   w   wygodnej   pozycji   to   i   owo   rozważyć, 

zaplanować.

Nim   jednak   zdążyła   zebrać   myśli,   znużona,   po   prostu 

usnęła,   zapominając   w   ten   sposób   nie   tylko   o   wszystkich 
swoich projektach, ale w ogóle o całym realnym świecie.

Gdy szejk Malik wrócił do swego gabinetu, w pierwszej 

chwili   nie   zauważył  śpiącej   Zary.  Nabrał   więc   natychmiast 
podejrzeń, że zniknęła. Zirytowany, już zaczaj sobie w duchu 
czynić   wyrzuty,   że   zostawił   ją   samą   w   swoim   biurze,   a 
sekretarkę   Alice   wysłał   w   tym   czasie   po   zakupy,   zamiast 
zlecić jej pilnowanie dziewczyny, gdy nagle dojrzał złocisty 
pukiel, wysuwający się zza wysokiego narożnika rozłożystej 
sofy.

Podszedł troszeczkę bliżej i przystanął.
W   spokojnym   i   głębokim   śnie,   jaki   ją   ogarnął,   Zara 

wyglądała   niesamowicie   kusząco.   Leżała   bowiem   w   dość 

background image

niedbałej   pozie,   odprężona   i   swobodna,   a   jedynym   jej 
okryciem była przezroczysta mgiełka muślinowego stroju, pod 
którym nie miała bielizny.

Szejk   przykląkł   przy   niej   i   leciutko   pogładził   ją   po 

złocistych włosach. Ich niezwykła - jak na kobietę orientu - 
barwa   elektryzowała   go   w   stopniu   niewiele   mniejszym   niż 
powabne   kształty   jej   smukłego   ciała.   I   nie   wiadomo,   co 
zrobiłby dalej ze swoim wspaniałym urodzinowym prezentem, 
porwany gwałtownie narastającą falą zmysłowej namiętności, 
gdyby   w   tym  akurat   momencie   nie   rozległo   się   lekkie,   ale 
zdecydowane pukanie do drzwi.

Na jego odgłos szejk zerwał się na równe nogi i szybko 

oddalił na dość dużą odległość od sofy.

 - Proszę - rzucił ściszonym głosem, by przypadkiem nie 

zbudzić śpiącej Zary.

Do gabinetu wsunęła się sekretarka.
  -   Panie   Haidar,   mam   już   garderobę   dla   pańskiego 

uroczego gościa - poinformowała szejka półgłosem.

  -   To  świetnie,   Alice,   dziękuję.   Proszę   wszystko   tutaj 

przynieść i zostawić, mój gość tymczasem śpi po podróży.

Sekretarka   cofnęła   się   i   po   chwili   wróciła   z   kilkoma 

pokaźnymi,   eleganckimi   reklamówkami,   które   ulokowała, 
jedną przy drugiej, na podłodze pod ścianą.

  -   Wciąż   śpi,   biedactwo   -   szepnęła   ze   współczuciem, 

zerkając   na   Zarę.   -   Musiała   być   bardzo   zmęczona.   Panie 
Haidar, czy może mam poszukać dla tej młodej damy jakiegoś 
wygodnego hotelu, żeby mogła sobie spokojnie odpocząć? - 
zwróciła się z pytaniem do szejka.

  - Nie, nie,  Alice,  dziękuję. Ta  młoda  dama  zamieszka 

tymczasem u mnie, w moim domu.

 - Rozumiem, zamieszka tymczasem u pana... - powtórzyła 

sekretarka z lekkim przekąsem.

background image

  - Ta dziewczyna przybyła z dalekiego kraju o zupełnie 

innej   niż   tutejsza   kulturze,   o   innych   obyczajach,   więc   w 
amerykańskim   hotelu   z   całą   pewnością   nie   czułaby   się 
bezpieczna - wyjaśnił.

  -   Rozumiem,   a   pan   jej   to   poczucie   bezpieczeństwa 

zapewni.

  -   Oczywiście!   -   syknął,   trochę   zirytowany   wyraźnie 

ironicznym tonem głosu Alice.

Sekretarka w zadumie pokiwała głową.
 - Czy będę panu jeszcze dzisiaj potrzebna? - spytała.
 - Nie, Alice, proszę już jechać do domu. Spotkamy się w 

biurze jutro rano, jak zwykle.

 - Zatem, do jutra, panie Haidar.
 - Do jutra, Alice. Do widzenia.
Sekretarka wyszła, starannie zamykając za sobą drzwi.
Malik zerknął na śpiącą Zarę, jednak nie podszedł już do 

niej, tylko zasiadł za swoim biurkiem i westchnąwszy kilka 
razy głęboko, zaczął w skupieniu studiować jakieś papiery.

Minęły pełne dwie godziny, nim Zara wreszcie ocknęła 

się, usiadła na sofie i zakłopotana wykrztusiła:

 - Przepraszam.
 - Ależ ja się wcale nie gniewam - rzucił szejk pół żartem, 

pół serio.

 - Zdrzemnęłam się.
  -   Nic   nie   szkodzi   -   powiedział,   unosząc   głowę   znad 

rozłożonych na blacie dokumentów.

 - Długo spałam? - spytała Zara.
 - Przy mnie pełne dwie godziny.
  -   Nagle,   w   pewnym   momencie   poczułam   się   bardzo 

zmęczona - wyjaśniła.

  - Zmęczenie to normalny objaw po długiej podróży. A 

teraz pewnie jesteś głodna?

 - Prawdę mówiąc, niesamowicie - przyznała.

background image

  -   Ja   zjadłem   już   lunch   z   Alim   i   Dżamilem,   zanim 

wyekspediowałem   ich   na   lotnisko,   by   mogli   jak   najprędzej 
wrócić do Rahmanu - wyjaśnił szejk.

 - A ja?
  - Ty możesz tymczasem coś przekąsić tutaj, w biurze. 

Moja nieoceniona Alice zawsze ma w lodówce, tak na wszelki 
wypadek,   jakieś   specjały.   A   później,   jak   już   się   trochę 
pokrzepisz, pojedziemy do domu na kolację.

 - Do czyjego domu? - zapytała Zara, wyraźnie spłoszona.
  -   Do   mojego,   oczywiście!   -   odparł.   -   Gdzie   miałbym 

ulokować   swój  prezent  urodzinowy,  jeżeli  nie   we   własnym 
domu? No, sama powiedz?

Zakłopotana Zara nie powiedziała nic, tylko w milczeniu 

pokiwała głową.

Szejk uniósł się zza biurka.
 - Pójdę i przyniosę ci coś do zjedzenia - oświadczył. - W 

tych   torbach   są   twoje   nowe   rzeczy   -   dodał,   wskazując   na 
szereg   ustawionych   pod   ścianą   pękatych   reklamówek.   - 
Przebierz się tymczasem!

 - A zdążę? - rzuciła niepewnie Zara.
 - Nie będę się przesadnie śpieszył. Dam ci trochę czasu. 

Szejk wyszedł, a Zara zaczęła z zaciekawieniem przeglądać 
zawartość toreb z zakupami.

Znalazła   białe   koronkowe   majteczki   i   natychmiast   je 

wciągnęła, a następnie jednym energicznym ruchem zrzuciła 
przez głowę swą orientalną szatę z muślinu i czym prędzej 
włożyła   biały   koronkowy   biustonosz,   na   który   również 
natrafiła w reklamówce z bielizną.

Odetchnąwszy z ulgą, że nie wygląda już jak egzotyczna 

odaliska   z   haremu,   tylko   jak   normalna   amerykańska 
dziewczyna w białej koronkowej bieliźnie, spokojniej już, bez 
dotychczasowego pośpiechu, ubrała się w długą do pół łydki 
bawełnianą   spódnicę   w   kolorze   kości   słoniowej   i   w 

background image

zharmonizowaną   z   nią   kolorystycznie   jedwabną   koszulową 
bluzkę. Przeglądając resztę zakupionej przez Alice odzieży, w 
jednej z toreb natknęła się również na grzebień i spinkę do 
włosów.   Uczesała   więc   swoje   rozpuszczone   i   mocno 
potargane jasne pukle i zebrała je w luźny węzeł na czubku 
głowy.

Ledwie   zdążyła   się   uporać   z   porządkowaniem   fryzury, 

gdy   wrócił   szejk,   niosąc   duży   talerz   osłonięty   porcelanową 
pokrywą.

  -   Widzę,   że   Alice   spisała   się   znakomicie   -   ocenił 

pozytywnie nowy, w stu procentach amerykański ubiór Zary.

 - Zapomniała tylko o butach.
 - Naprawdę? A ty nie miałaś żadnego obuwia?
  - Miałam sandały - odparła - ale przed zapakowaniem 

mnie w dywan, kazali mi je zdjąć i schować do walizki. Czy 
Ali i Dżamil nie zostawili ci mojej walizki?

  - Ano, nie! W pośpiechu widocznie zabrali ją ze sobą z 

powrotem   do   Rahmanu.   Ale   to   nic!   -   Szejk   lekceważąco 
machnął ręką. - Dokupimy później wszystko, czego ci będzie 
brakowało,   buty   również,   a   na   razie   jakoś   sobie   bez   nich 
poradzimy. Tymczasem usiądź przy biurku i zjedz co nieco.

Postawił   trzymany   w   ręku   talerz   na   skraju   blatu   i 

przysunął Zarze jeden z foteli. A sam usiadł po drugiej stronie 
pokaźnego   biurka   i   zaczaj   porządkować   porozkładane   dość 
niedbale papiery.

Podniosła pokrywę. Na talerzu stał kubek z jogurtem, a 

obok   leżały   apetyczne   małe   kanapki,   świeże   truskawki   i 
dojrzałe winogrona.

 - To wszystko dla mnie? - zapytała.
 - Tak - potwierdził. - Zjedz to, co ci przyniosłem, a potem 

napijemy się kawy.

background image

Zara   jadła   z   dużym   apetytem   i   w   niedługim   czasie 

opróżniła   talerz   do   czysta,   a   zaparzoną   przez   szejka   w 
ekspresie aromatyczną kawę wypiła z prawdziwą rozkoszą.

  - Może już teraz pojedziemy? - zagadnęła, odstawiając 

pustą filiżankę.

 - Tak ci się śpieszy? - rzucił z filuternym uśmiechem.
 - Ciekawa jestem, gdzie i jak mieszkasz.
 - Jedźmy więc!
Wstał zza biurka i nim Zara zorientowała się, co zamierza 

zrobić, podszedł do niej i... porwał ją na ręce.

  -   Chcesz   mnie   zanieść   do   swojego   domu?   -   zapytała 

zdziwiona.

 - Co to, to nie! Tylko do samochodu, który przewidująco 

zaparkowałem   tuż   przed   moim   biurem   -   odpowiedział   ze 
śmiechem.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI
Po mniej więcej trzydziestu minutach jazdy luksusowym 

książęcym autem - najnowszym modelem jaguara - dotarli do 
ekskluzywnej   dzielnicy   willowej,   położonej   zdecydowanie 
wyżej niż handlowo - biznesowe centrum San Francisco.

 - Jesteśmy na miejscu - oświadczył szejk, zatrzymując się 

w jednej z malowniczych bocznych uliczek.

Po czym otworzył pilotem bramę, wjechał na dziedziniec, 

zaparkował   samochód   i   wprowadził   zaciekawioną   Zarę   do 
domu,   który   wyróżniał   się   wśród   okolicznych   rezydencji 
nowoczesną,   szczególnie   wyrafinowaną   prostotą   formy 
architektonicznej. A kiedy znaleźli się już w środku, pozwolił 
jej swobodnie pozwiedzać wnętrze, nie komentując niczego, a 
tylko pilnie obserwując jej reakcję.

Zara   przechodziła   z   pomieszczenia   do   pomieszczenia, 

rozglądała się uważnie dookoła i coraz mocniej marszczyła 
brwi w grymasie... rozczarowania? A może raczej zdziwienia?

 - Czy coś nie tak? - zapytał w końcu szejk, nie będąc w 

stanie jednoznacznie zinterpretować wyrazu jej twarzy.

 - To nie jest to, czego się spodziewałam - odparła.
 - Czy to znaczy, że spodziewałaś się czegoś ciekawszego?
 - Nie, nie! - zaprzeczyła. - Ale, hm... - Zawahała się.
 - Tak?
  - Spodziewałam się zupełnie czegoś innego - przyznała 

po chwili.

 - A konkretnie... czego?
  - Po prostu czegoś zupełnie innego. - Zara najwyraźniej 

miała kłopoty ze skonkretyzowaniem swojej opinii na temat 
kalifornijskiej rezydencji Malika. - Bo tutaj wszystko jest takie 
jakieś... - Znów zawiesiła głos, nie znajdując odpowiedniego 
określenia.

  -   Ascetyczne?   -   podpowiedział   jej   szejk.   -   Istotnie, 

starałem   się,   żeby   mój   dom   nie   był   niepotrzebnie 

background image

przeładowany   meblami   czy   ozdobami.   Urządzając   go, 
świadomie dążyłem do maksymalnej prostoty...

  -   Prostota   wcale   mi   nie   przeszkadza   ani   też   mnie   nie 

dziwi - weszła mu w słowo Zara.

 - Co w takim razie budzi twoje zdziwienie? - spytał. Zara 

spojrzała   na   niego   przelotnie,   trochę   z   ukosa,   po  czym, 
opuściwszy w lekkim zakłopotaniu głowę, odpowiedziała po 
namyśle:

 - Dziwi mnie, że nie ma tu, w tych wnętrzach, absolutnie 

niczego,   co   mogłoby   się   kojarzyć   z   twoją   ojczyzną,   z 
królestwem Rahmanu.

 - Nie ma, to prawda - przytaknął szejk.
 - Z założenia?
 - Tak.
  -  Ależ,  Malik.  -   Zara   znów  popatrzyła  na  szejka,  tym 

razem zdecydowanie śmielej, wytrzymując przenikliwość jego 
wzroku. - Dlaczego?

  -   Bo   nie   potrzebuję   wokół   siebie   niczego,   co 

przypominałoby   mi   świat,   który   przed   dziesięciu   laty 
bezpowrotnie porzuciłem, z którym na zawsze się pożegnałem 
- wyjaśnił.

  -   Naprawdę   nie   potrzebujesz?   -   spytała   z 

niedowierzaniem.

  -   Naprawdę   -   potwierdził   bez   wahania.   -   Z   moim 

królestwem rozstałem się definitywnie.

 - Bez żalu?
 - Żal, jeśli nawet był, to po latach zniknął bez śladu.
  - A może raczej został siłą zdławiony? - zasugerowała 

ostrożnie   Zara.   -   I   właśnie   dlatego   zniknęło   z   twojego 
otoczenia wszystko, co mogłoby ci przypominać ojczyznę?

  -   Daj   spokój!   -   Szejk   najwyraźniej   nie   miał   ochoty 

rozmawiać   o   przeszłości.   -   Chodź,   obejrzysz   teraz   pokój 
gościnny, który tymczasem będzie twoim królestwem.

background image

 - Królestwo Rahmanu... - Zara nie dawała za wygraną.
 - Królestwo Rahmanu leży na drugim końcu świata, a my 

jesteśmy w Ameryce, w Kalifornii, w San Francisco!

  -   Ale   jakaś   cząstka   Rahmanu   tkwi   mimo   wszystko   w 

naszych sercach, w naszych duszach! - obstawała przy swoim 
Zara.

 - Daj spokój - mruknął posępnie szejk. - Nie przyjechałaś 

tu po to, żeby się troszczyć o moje serce czy duszę.

Powinnaś ofiarować mi zmysłową rozkosz i miły relaks, a 

nie   zamęczać   mnie   uwagami   godnymi   amerykańskiego 
psychoanalityka.

  - Chciałabym ofiarować ci prezent, Malik - oświadczyła 

Zara,   rozmyślnie   ignorując   jego   ostatnie   uszczypliwe 
stwierdzenie.

 - Przecież to ty jesteś moim prezentem! - obruszył się. - 

Dostałem cię na trzydzieste urodziny od króla Hakema.

  -   Od   króla   dostałeś   mnie,   ale   ode   mnie   nie   dostałeś 

jeszcze nic.

  -   To   prawda   -   przytaknął   zniecierpliwiony.   -   A 

powinienem dostać.

 - Trzy dni, Malik! Daj mi trzy dni - odważyła się zażądać 

Zara,   nie   bacząc   na   jego   narastające   zdenerwowanie.   -   I 
pozwól mi w tym czasie ofiarowywać ci takie prezenty, jakie 
sama dla ciebie wybiorę i przygotuję.

 - Ofiaruj mi je zaraz, teraz, zamiast niepotrzebnie czekać - 

zaproponował,   starając   się   nie   wpaść   w   gniew   i   próbując 
obrócić wszystko w żart.

 - Nie mogę - wyjaśniła całkowicie serio. - Nie mam ich 

przecież, nie mam niczego, muszę wszystko dopiero zdobyć, 
zaaranżować.

Szejk  ciężko  westchnął,  najwyraźniej  kapitulując  wobec 

jej nieustępliwego uporu.

background image

  - Potrzebujesz trzech dni, tak? - upewnił się. Skinęła na 

potwierdzenie głową.

  -   Dokładnie   za   trzy   dni   wypadają   moje   trzydzieste 

urodziny - zauważył.

 - Och, Malik, to świetnie! - ucieszyła się Zara.
  -   Czy   chcesz   przez   to   powiedzieć,   że   do   tego   czasu 

skończysz z eksperymentowaniem i dasz mi w końcu to, co 
powinnaś mi dać, czyli własne wspaniałe ciało?

 - Jeśli zechcesz - szepnęła.
  -   Ba!   Jeśli   nie   zamęczysz   mnie   wcześniej   nadmiarem 

żądań.

 - Będzie jeszcze tylko jedno, Malik - zastrzegła. - Tylko 

jedno.

 - Doprawdy? Jeszcze tylko jedno? - zakpił. - A jakie?
  - Chciałabym, żebyś oddelegował mi do pomocy swoją 

sekretarkę.

  - Moją nieocenioną Alice? Na całe trzy dni? - obruszył 

się.

  -   Nie,   nie,   każdego   dnia   najwyżej   na   kilka   godzin,   a 

nawet mniej, na godzinę, może dwie.

 - Czy to już wszystko?
  - No... prawie - wykrztusiła, w pełni świadoma tego, że 

wystawia cierpliwość i opanowanie szejka na bardzo ciężką 
próbę.

 - A jaki jeszcze masz problem?
Zara zarumieniła się, zawstydzona, nim odpowiedziała:
 - Problem wydatków. Malik wybuchnął śmiechem.
  - A to dobre! - wykrzyknął. - Więc to ja sam mam ci 

zapewnić środki na prezenty przeznaczone dla mnie?

 - Skoro król Hakem tego nie uczynił...
  - Widocznie nie przewidział, co zaczniesz wymyślać  po 

przyjeździe do Ameryki - mruknął szejk, ni to do Zary, ni to 
do siebie. - No, ale trudno - dodał, z rezygnacją machnąwszy 

background image

ręką.   -   Niech   już   będzie!   Upoważnię   Alice   do   pokrycia 
wszystkich   twoich   wydatków   z   mojego   konta.   Tylko   bądź 
rozsądna.

 - Obiecuję!
Uśmiechnął się i podszedł bliżej do Zary.
 - Obiecaj mi jeszcze - zażądał - że po tych trzech dniach 

eksperymentowania   nieodwołalnie   zaczniesz   robić   to,   co 
powinnaś, czyli dzielić ze mną łóżko.

Zbladła lekko z przejęcia, ale odważnie odwróciła się w 

jego stronę i stanąwszy z nim twarzą w twarz, powiedziała z 
powagą:

 - Masz moje słowo.
Malik   ujął   ją   za   rękę.   Przez   chwilę   miała   wrażenie,   że 

zerwie   umowę   i   pociągnie   ją   prosto   do   swej   sypialni,   nie 
czekając, aż upłyną trzy obiecane dni - tak bardzo gorącą miał 
dłoń i tak bardzo wydawał się spragniony miłości. On jednak 
zaprowadził ją tylko do przeznaczonego dla niej gościnnego 
pokoju.

  -   Wystawiasz   mnie   na   niesłychanie   ciężką   próbę, 

dziewczyno   -   wyznał.   -   Ale   cóż,   słowo   się   rzekło,   więc 
zostawiam cię samą do rana. Moja gospodyni, pani Parker, za 
chwilę przyniesie ci twoje bagaże, a potem poda jakąś kolację. 
Rozgość się, wypocznij. Do jutra!

 - Do jutra, Malik. Do zobaczenia - odpowiedziała Zara. - 

Śpij dobrze.

 - Nie drwij!
 - Przecież nie śmiałabym nawet. Dobranoc.
  - Dobranoc,  Zaro. Miłych snów! - I szejk wyszedł. Nim 

Zara zdążyła trochę dokładniej rozejrzeć się po swoim lokum, 
które  w  istocie   nie   było  pojedynczym  gościnnym  pokojem, 
tylko   dużym   apartamentem,   składającym   się   z   trzech 
pomieszczeń - saloniku, sypialni i łazienki, ktoś zastukał do 
drzwi. Był to Benjamin, nieśmiały nastoletni wnuk gospodyni 

background image

szejka.   Przyniósł   bagaże.   Po   chwili   zjawiła   się   sama   pani 
Parker   -   dość   korpulentna   starsza   kobieta   -   z   ciepłym 
posiłkiem na tacy.

  -  Życzę smacznego - " rzuciła, nie wdając się w żadną 

dłuższą konwersację.

 - Dziękuję - odpowiedziała Zara.
Zjadła   kolację   z   apetytem   i   poczekała,   aż   pani   Parker 

wróci   i   zabierze   tacę.   Po   czym   najpierw   rozpakowała 
wszystkie swoje rzeczy, lokując odzież w szafie, bieliznę w 
komodzie,   a   drobiazgi   kosmetyczne   w   łazience,   a   potem 
wzięła prysznic i ubrała się w nocną koszulę.

Była   zmęczona   i   zamierzała   od   razu   położyć   się   spać. 

Zanim doszła do łóżka, zatrzymała się jednak na moment przy 
oknie. Na granatowym nocnym niebie srebrzył się księżyc i 
połyskiwały gwiazdy. A na ziemi, jak okiem sięgnąć, jarzyły 
się liczniejsze od gwiazd światła nocnego San Francisco.

  -   Więc   tak   pięknie   wygląda   Ameryka?!   -   szepnęła   z 

podziwem.   -   Tak   pięknie   wygląda   mój   rodzinny   kraj,   do 
którego cudem udało mi się powrócić!

Od wielu lat,  żyjąc w pustynnym orientalnym królestwie 

Rahmanu, marzyła o podróży do Stanów Zjednoczonych. Jej 
ojczym, Kadar bin Abu Salman, nie chciał jednak nawet o tym 
słyszeć. Obawiał się, że jeśli Zara wyjedzie do Ameryki, to już 
nigdy z niej nie powróci na pustynię.

I   słusznie   się   obawiał!   -   pomyślała,   wciąż   stojąc   przy 

oknie i zachłannie kontemplując efektowną nocną panoramę 
kalifornijskiej metropolii. W Rahmanie musiałaby zostać albo 
drugą   żoną   króla,   nie   kochaną   przez   niego   i   poślubioną 
wyłącznie   z   politycznych   względów,   albo   żoną 
siedemdziesięcioletniego   starca.   A   tutaj,   w   Stanach,   będzie 
nowoczesną kobietą i całkowicie wolnym człowiekiem!

Droga   do   wolności   miała   wprawdzie   prowadzić   przez 

sypialnię   szejka   Malika,   ale   taka   perspektywa   jakoś   nie 

background image

wydawała   się   Zarze   zbytnio   przykra.   Trochę   się   bała,   to 
prawda, tym bardziej że była jeszcze dziewicą i o miłosnym 
kunszcie wiedziała tyle, co nic, ale wspomnienie cudownego, 
namiętnego,   elektryzującego   pocałunku,   jakim   obdarzył   ją 
szejk, dodawało jej odwagi i stwarzało nadzieję na przeżycie 
niezapomnianych   chwil.   A   może   nawet   na   przeżycie 
prawdziwej miłości, o której marzyła i za którą tęskniła od lat, 
równie mocno jak za Ameryką.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY
Zara przespała noc, śniąc słodko przez większą jej część, 

że   oczekuje   w   swojej   sypialni   na   przybycie   Malika.   Sen 
spełnił się rano, zaraz po przebudzeniu. Ledwie wstała z łóżka 
i zdążyła się umyć i ubrać, gdy szejk osobiście pojawił się w 
drzwiach jej pokoju.

  -   Dzień   dobry,   Zaro!   -   rzucił   z   lekkim,   ale   bardzo 

sympatycznym,   ciepłym   uśmiechem.   -   Jak   się   czujesz   po 
pierwszej nocy spędzonej w moim domu?

  -   Wspaniale!   -   odpowiedziała.   -   Spałam   wyjątkowo 

dobrze, noc minęła mi spokojnie, doskonale wypoczęłam po 
wczorajszym naprawdę ciężkim dniu.

 - I jesteś już gotowa, żeby zejść na śniadanie? - zapytał.
Zara,   ubrana   w   lekki,   doskonale   skrojony   bladozielony 

kostiumik z naturalnego jedwabiu prezentowała się naprawdę 
elegancko,   ale...   nie   miała,   niestety,   do   kompletu   żadnych 
butów.

Dlatego mruknęła:
 - Jeżeli mogę zejść na śniadanie boso.
  -   Mogłabyś,   ale   nie   będziesz   musiała!   -   rzucił   szejk 

Malik.

Po czym podszedł do niej i wziął ją w objęcia.
Czując,   że   za   chwilę   może   jej   być   już   zbyt   trudno 

powstrzymać   falę   błyskawicznie   narastającego   zmysłowego 
podniecenia, Zara szepnęła w odruchu samoobrony:

 - Obiecałeś... trzy dni.
  -   Wszystko   się   zgadza,   obiecałem   ci   trzy   dni   bez 

wspólnego łoża i świetnie o tym pamiętam - potwierdził szejk. 
- Ale nie obiecywałem przecież, że nie będę cię w tym czasie 
całował!

Pocałunek   był   równie   porywający,   zniewalający, 

obezwładniający,   elektryzujący,   słowem   -   równie 
nadzwyczajny, jak ten poprzedni. Zara całkowicie poddała się 

background image

cudownej   pieszczocie   warg   trzymającego   ją   w   ramionach 
mężczyzny.   I   całkowicie   poddała   się   własnym   zmysłom, 
własnej   burzliwej   namiętności,   niemal   natychmiast   tracąc 
kontrolę nad sobą i zapominając o wszelkich postanowieniach. 
Szejk panował jednak nad sytuacją i w pewnym momencie 
oderwał usta od jej warg.

  - Przestałeś... - rzuciła tonem ni to wdzięczności, ni to 

rozczarowania.

 - Zara, zmusiłem się najwyższą siłą woli, żeby przestać.. . 

a raczej, żeby poprzestać na pocałunku - wyjaśnił. - Dałem ci 
przecież słowo honoru, że nie przekroczę pewnych granic w 
ciągu najbliższych trzech dni.

 - Dałeś mi słowo... - powtórzyła z zadumą.
  -   A   danego   słowa   zawsze   należy   dotrzymać!   -   dodał 

dobitnie.

 - Czy to twoja niewzruszona zasada?
 - Tak - potwierdził bez wahania. - Nie wierzysz?
 - Nie mam żadnych podstaw, żeby ci nie wierzyć, ale... - 

Zawahała się i nagle umilkła.

 - Ale co? No mów, nie bój się! - zachęcił ją do szczerości.
  -   Nie   spodziewałam   się   tego   -   wyjaśniła   dość 

enigmatycznie.

  -   Czego,   Zaro?   Czego   się   nie   spodziewałaś?   -   zaczął 

niecierpliwie wypytywać.

  - Hm... - Nie bardzo wiedziała, jak powinna wyrazić to, 

co miała na myśli. - Nie spodziewałam się... to znaczy nie 
sądziłam...   że   jesteś   mężczyzną...   z   takimi   niewzruszonymi 
zasadami - wykrztusiła w końcu, mocno speszona.

 - Doprawdy? - zdziwił się szejk. - W takim razie musiałaś 

słyszeć o mnie coś niezbyt miłego.

 - Słyszałam różne rzeczy - rzuciła wymijająco.
  - Zapewne różne niestworzone rzeczy! - uściślił. Mocno 

zakłopotana   wzruszyła   bezradnie   ramionami   i   nie 

background image

wypowiedziawszy   ani   jednego   słowa,   głęboko   westchnęła. 
Zmierzył ją przenikliwym wzrokiem i zapytał:

 - Nie bałaś się mnie po tym wszystkim, co usłyszałaś w 

Rahmanie na mój temat?

 - Bałam się... trochę się bałam - przyznała.
  -   Więc   jesteś   bardzo   odważna,   skoro   mimo   to 

zdecydowałaś   się   tu   do   mnie   przyjechać!   -   stwierdził   z 
podziwem. - Bo przecież król Hakem, mój kuzyn, chyba cię 
do tego nie zmusił, prawda?

  -   Nie,   nie!   -   zaprzeczyła   energicznie.   -   Przybyłam   do 

Stanów Zjednoczonych... to znaczy... do ciebie - poprawiła się 
-   wyłącznie   z   własnej   woli,   z   własnej   chęci.   Chciałam   cię 
osobiście poznać, chciałam skonfrontować zasłyszane w domu 
opowieści z rzeczywistością.

 - I jak wypadła konfrontacja? - spytał z uśmiechem.
  -   Jak   na   razie,   jestem   bardzo   mile   zaskoczona!   - 

odpowiedziała.

 - Świetnie! - ucieszył się. - Mam nadzieję, że twoja opinia 

o mnie nigdy się nie zmieni.

 - Czas pokaże - rzuciła filozoficznie.
 - Jasne - przytaknął szejk. - Ale zanim pokaże, chodźmy 

na dół na śniadanie. Bez butów! - dodał.

Po czym, nie uprzedzając, co zamierza zrobić, wziął Zarę 

na ręce, żeby ją zanieść do pokoju jadalnego.

Z   ufnością   objęła   go   za   szyję.   Przekonała   się   przecież 

przed chwilą, że w większym stopniu może polegać na nim 
niż na sobie.

Po  śniadaniu, kiedy szejk wyjechał już do swego biura, 

zapowiadając powrót z pracy dopiero późnym popołudniem, 
Zara niezwłocznie skierowała się do królestwa pani Parker, 
czyli do kuchni.

  -   Chciałabym   dzisiaj   trochę   tutaj   popracować   - 

oświadczyła.

background image

  -   Tutaj,   panienko?   W   mojej   kuchni?   -   zdumiała   się 

gospodyni.

 - Proszę mówić mi Zara.
 - Czemu nie, bardzo chętnie - zgodziła się z uśmiechem 

pani   Parker.   -   A   właściwie,   co   ty   chcesz   tutaj   robić,   moje 
drogie dziecko?

  -   Chciałabym   przygotować   urodzinowy   upominek   dla 

Malika.

 - Już dzisiaj, w środę? - zdziwiła się gospodyni. - Przecież 

pan Haidar ma urodziny dopiero pojutrze, w piątek! Nie wiesz 
o tym, moje drogie dziecko?

 - Wiem, oczywiście, że wiem! - obruszyła się Zara.
  -   Ale   ja   chciałabym   mu   sprawić   jakąś   urodzinową 

niespodziankę każdego z trzech nadchodzących dni.

 - Za każdym razem w kuchni?
 - Nie, nie! W kuchni tylko dzisiaj.
 - No cóż, skoro już tak to sobie umyśliłaś... - Pani Parker, 

nie kończąc zdania, wzruszyła ramionami na znak niechętnego 
przyzwolenia. - Muszę ci jednak powiedzieć w zaufaniu, że 
pan  Haidar  w   ogóle   nie  przepada   za  świętowaniem   swoich 
urodzin.   Odkąd   u   niego   jestem,   a   we   wrześniu   tego   roku 
będzie już pełnych dziewięć lat, nigdy nie urządzał żadnego 
urodzinowego przyjęcia, nigdy nikogo do domu nie zapraszał. 
Jeśli się w ogóle z kimś ze znajomych z tej okazji spotykał, to 
najwyżej gdzieś na mieście, w lokalu. A życzenia i upominki 
dostawał tylko od tego swojego kuzyna z dalekich stron!

  -   Od   króla   Hakema   bin   Abdul   Haidara   z   Rahmanu  - 

wtrąciła Zara.

  - Tak, tak, ponoć od jakiegoś tam zamorskiego króla o 

strasznie   długim   i   wyjątkowo   dziwnym   nazwisku,   którego 
nigdy nie mogłam zapamiętać. Znasz go może, tego króla? - 
zaciekawiła się pani Parker.

background image

  -   Znam   -   potwierdziła   Zara.   -   Właśnie   król   Hakem 

przysłał mnie tutaj, do szejka.

 - W jakim celu?
  - Jako urodzinowy  prezent. To znaczy - poprawiła się 

pośpiesznie,   nie   chcąc   niepotrzebnie   szokować   starszej 
kobiety, kompletnie nie znającej rahmańskich obyczajów

  - przysłał mnie, żebym przygotowała dla szejka Malika 

jakiś urodzinowy prezent... a właściwie kilka prezentów... tu, 
w San Francisco, na miejscu.

 - To ten wasz zamorski król nie mógł postarać się o coś 

gotowego tam,  u siebie, jak to zawsze robił do tej pory?  - 
wypytywała zaintrygowana gospodyni.

  -   Mógł,   oczywiście,   że   mógł,   ale   tym   razem   chciał 

wprowadzić   troszeczkę   urozmaicenia   i   zrobić   kuzynowi 
niespodziankę.   I   dlatego   właśnie   jestem   tu   od   wczoraj   - 
wyjaśniła Zara.

 - Znałaś wcześniej pana Haidara?
 - Nie.
Pani   Parker   westchnęła   i   pokręciła   głową   na   znak 

dezaprobaty.

  - Jak na mój gust, to trochę dziwne macie zwyczaje w 

tym   swoim   kraju   -   stwierdziła.   -   Żeby   wysyłać   młodą 
dziewczynę   na   drugi   koniec   świata,   do   obcego   samotnego 
mężczyzny, na dodatek jeszcze bez butów?

 - Miałam sandały, ale zginęły mi w czasie podróży.
 - Mniejsza z tym - machnęła ręką pani Parker. – Tak czy 

inaczej,  ten  wasz król wysłał  cię  samą  do zupełnie obcego 
faceta! A co na to twoja matka?

  - Moja matka nie  żyje już od roku - odpowiedziała ze 

smutkiem Zara.

  - Moje biedactwo! - szczerze wzruszyła się gospodyni i 

przytuliła ją ze współczuciem. - Więc jesteś sierotą.

background image

  - Tak - potwierdziła Zara - bo mój ojciec zmarł, kiedy 

byłam jeszcze całkiem malutka. Mam teraz tylko ojczyma.

  -   Tylko   ojczyma,   rozumiem.   -   Gospodyni   z   powagą 

pokiwała głową. - No, ale powiedz mi tak całkiem szczerze, 
czy   gdyby   twoja   matka   żyła,   to   zgodziłaby   się   na   tę 
amerykańską eskapadę?

 - Chyba nie - odparła z lekkim zakłopotaniem Zara.
 - Rozumiem - powtórzyła z zadumą pani Parker. - Więc 

jesteś dobrze wychowana, tylko troszeczkę postrzelona.

 - Tak pani myśli?
  - Ja nie myślę, moje dziecko, ja to wiem! - stwierdziła 

autorytatywnie gospodyni. - I dlatego - dodała - pozwalam ci 
dzisiaj   popracować   w   mojej   kuchni,   chociaż,   szczerze 
mówiąc, nie lubię, żeby ktokolwiek mi się tutaj kręcił.

 - Zara?
Szejk   Malik,   zamknąwszy   za   sobą   drzwi   wejściowe, 

rozglądał   się   po   mrocznym   holu   i   nawoływał,   mając 
nieodparte   wrażenie,   że   czyni   to   zupełnie   niepotrzebnie, 
ponieważ   w   domu   nie   ma   absolutnie   nikogo.   Wokół   było 
cicho i ciemno.

 - Zara? - powtórzył. - Pani Parker?
Milczenie. Żadnej odpowiedzi.
Nagle   w   głębi   obszernego   domu   zabrzęczały   garnki. 

Najwyraźniej ktoś jednak był i urzędował w kuchni.

Ruszył przez hol w kierunku, z którego dobiegały odgłosy. 

Idąc,   wyczuł   w   pewnym   momencie   zapamiętany   z   lat 
dzieciństwa   zapach   jednej   z   najbardziej   popularnych 
rahmańskich potraw, pomieszany, niestety, z nieprzyjemnym 
swędem   spalenizny.   Ponieważ   pani   Parker   nigdy   nie 
próbowała   przyrządzać   czegokolwiek   orientalnego   ani   też 
nigdy niczego nie przypalała, szejk zaczął się domyślać, że 
niefortunną, choć pełną najlepszych chęci kucharką jest Zara.

Nie pomylił się.

background image

Gdy wszedł do kuchni, ujrzał ją stojącą przy garnkach i 

rondlach,   ustrojoną   w   zdecydowanie   zbyt   obszerny   fartuch 
gospodyni   i   najwyraźniej   mocno   zdenerwowaną.   Policzki 
miała zaczerwienione, a oczy załzawione. Całe pomieszczenie 
wypełnione było szarym dymem o ostrym zapachu spalenizny.

 - To ty już jesteś? - rzuciła spłoszona na widok szejka.
 - Byłbym nawet wcześniej, gdyby mnie w ostatniej chwili 

nie zatrzymał w biurze niespodziewany telefon od jednego z 
klientów - odpowiedział.

 - Boże, ty już jesteś, a tu wszędzie taki straszny bałagan! - 

jęknęła Zara. - Nie gniewaj się, ale jakoś nie mogę sobie ze 
wszystkim poradzić - poskarżyła się.

 - A gdzie jest pani Parker? - zainteresował się szejk.
 - Ma dziś wychodne, wolny dzień. Wybrała się ze swoim 

wnukiem Benjaminem w odwiedziny do jakichś krewnych i 
wróci dopiero późnym wieczorem.

 - A ty... co ty robisz w kuchni?
 - Gotuję dla nas dwojga obiad. To znaczy... właściwie. .. 

przypalam   go   -   wykrztusiła   Zara,   spostrzegłszy,   że   z 
elektrycznego piekarnika znowu wydobywa się pokaźny kłąb 
dymu.

 - Nie umiesz gotować? - spytał Malik.
  -   Umiem   gotować...   ale...   na   ognisku   -   odpowiedziała 

speszona. - Ta tutejsza nowocześnie wyposażona kuchnia ani 
troszeczkę nie chce mnie słuchać - dodała gwoli wyjaśnienia 
tonem   skargi.   -   Wszystkie   urządzenia   uparcie   robią   mi   na 
złość. Twoja gospodyni to chyba mnie zabije, kiedy wróci i 
zobaczy,   jakiego   strasznego   bałaganu   narobiłam!   Chyba   że 
wcześniej ty mnie zabijesz, jak skosztujesz moich nieudanych 
potraw.

Szejk uśmiechnął się dobrodusznie i przytulił zrozpaczoną 

Zarę do siebie.

background image

 - Nic się nie przejmuj - szepnął, całując jej przesiąknięte 

kuchennymi   zapachami   włosy.   -   Zaraz   zrobimy   tu   trochę 
porządku,   a   potem   zjemy,   co   się   da.   Mam   nadzieję,   że 
przyrządzasz coś orientalnego.

  -   Tak   -   potwierdziła.   -   Jagnięcinę   z   ryżem   i   różnymi 

dodatkami.

  -   Czyżby   pani   Parker   miała   w   spiżarni   wszystko,   co 

trzeba dodać do mięsa i ryżu, żeby zapach był dokładnie taki, 
jak ten, jaki pamiętam z dawnych lat i który teraz czuję? - 
zdziwił się szejk.

  -   Nie,   nie   -   zaprzeczyła   Zara.   -   Nie   miała   niczego   z 

potrzebnych   mi   rzeczy.   Musiałam   zrobić   przed   południem 
zakupy w takim specjalnym sklepie z żywnością dla chorych... 
nie,   inaczej...   dla   zdrowych...   -   zaczęła   się   plątać   w   nie 
znanym jej amerykańskim nazewnictwie.

 - Mówisz chyba o sklepie ze zdrową żywnością, prawda? 

- poprawił ją szejk.

 - O, właśnie! - potwierdziła. - Nawet nie wiedziałam, że 

w Ameryce takie sklepy istnieją, matka nigdy mi o nich nie 
opowia... - Zara przerwała nagle w pół słowa, zorientowawszy 
się, trochę za późno, że i tak z rozpędu powiedziała już zbyt 
wiele.

Oho, wygląda na to, że jej zmarła matka znała Amerykę! - 

wydedukował   w  myślach  szejk.   Może   nawet   była  rodowitą 
Amerykanką?

Przemilczał   jednak   tę   kwestię   i   udał,   że   niczego 

niezwykłego nie usłyszał. Zdecydował się bowiem dyskretnie 
sprawdzić   w   stosownym   momencie,   kim   tak   naprawdę   jest 
podarowana   mu   przez   króla   Hakema   rahmańska   kobieta   o 
blond włosach, zielonych oczach i jasnej karnacji. Nie chciał 
otwarcie pytać ją o to, budząc jej czujność i dając okazję do 
wymyślenia   naprędce   na   jego   użytek   jakiegoś   niewinnego 
kłamstewka.

background image

  - Więc powiadasz - zmienił temat - że umiesz gotować 

tylko na ognisku?

 - Tak - szepnęła.
 - No, to trzeba było rozpalić ogień na kominku w salonie i 

tam robić obiad!

Zara wybuchnęła śmiechem.
Szejk, zadowolony,  że żart mu się udał, pocałował ją w 

czubek głowy i uwolnił z objęć. Po czym zdjął marynarkę, 
rozluźnił   krawat,   zakasał   rękawy   koszuli   i   zaproponował 
pomoc przy uporządkowaniu kuchni i wspólne zjedzenie tego, 
co okaże się jadalne.

Zara, nie mając w gruncie rzeczy żadnego innego wyjścia, 

skwapliwie przystała na taki plan.

 - Orientalna sałatka z warzyw i owoców na pewno będzie 

dobra - zapewniła. - Przynajmniej ona mi się nie przypaliła.

Uśmiechnął   się   i   załadował   do   zmywarki   wszystkie 

naczynia,   łyżki   i   noże,   których   Zara   używała   podczas 
przygotowywania   potraw.   Ona   z   kolei   dokładnie   wytarła 
pobrudzony   mąką,   solą,   cukrem   i   przyprawami   blat 
kuchennego   stołu   i   zaczęła   wykładać   po   kolei   na   talerze   i 
półmiski wszystko, co przyrządziła.

Jagnięca   pieczeń   była   wprawdzie   z   jednej   strony   ciut 

zwęglona, z drugiej jednak - zupełnie dobra. Ryż na szczęście 
w ogóle się nie przypalił. Wyjęte z elektrycznego piekarnika 
pszenne placuszki okazały się takie, jak trzeba, a pikantny sos, 
w którym należało je zamaczać - wprost wyborny! W sumie, 
obiad był wystarczająco obfity, jak dla dwojga. I naprawdę 
smaczny!

Kiedy go zjedli, szejk wstał od stołu, podszedł do Zary i 

pocałował ją.

  -   Poobiedni   pocałunek   to   taka   amerykańska   tradycja  - 

wyjaśnił,   spostrzegłszy   jej   zaskoczoną   minę.   -   Tak   samo  - 

background image

zaczął   wyliczać   -   jak   pocałunek   na   dobry   wieczór,   na 
dobranoc, na dzień dobry.

 - Aż tyle tu takich tradycyjnych pocałunków? - zdumiała 

się jeszcze bardziej niż przed chwilą.

 - Mnóstwo - przytaknął ze śmiechem. - Chyba więcej niż 

gdziekolwiek indziej na świecie. Jest również taka tradycja, że 
po   obiedzie   rozmawia   się   w   domu   o   tym,   jak   każdemu   z 
domowników minął dzień.

 - Mnie minął na gotowaniu - stwierdziła. - A tobie?
 - Jak zwykle, na prowadzeniu interesów.
 - A jakie właściwie to są interesy? - zaciekawiła się Zara. 

- Ali i Dżamil nie chcieli mi o nich absolutnie nic powiedzieć.

Wzruszył ramionami.
  - Nie chcieli, mądrale - mruknął lekceważącym tonem  - 

bo   nie   mieli   o   nich   zielonego   pojęcia.   Musiałabyś   zapytać 
Alice,   moją   sekretarkę,   ona   jest   dokładnie   zorientowana   w 
specyfice biznesu, jakim się tutaj zajmuję.

  -   Czy   to   jakiś   tajemniczy   biznes,   powiązany   może   z 

międzynarodową polityką?

  -   Ani   trochę   -   zaprzeczył  szejk.   -   Najnormalniejsza   w 

świecie   działalność   finansowo   -   inwestycyjna.   Jestem 
amerykańskim   finansistą.   Staram   się   inwestować   pieniądze 
tak, by je pomnożyć.

 - Swoje pieniądze?
  -   W   przeważającej   mierze   cudze,   które   inwestuję   w 

ramach   świadczonych   przez   moje   biuro   usług.   Choć, 
oczywiście, własne też.

 - Dobrze ci idzie z tym inwestowaniem i pomnażaniem?
 - Nie najgorzej.
  - Uczyłeś się tego kiedyś, jeszcze w Rahmanie? Szejk 

Malik Haidar pokręcił przecząco głową.

 - W Rahmanie uczyłem się tylko rządzenia królestwem - 

wyjaśnił. - Ale reguły zarządzania państwem można, jak się 

background image

okazuje, z powodzeniem zastosować do zarządzania firmą. A 
ty, czego się uczyłaś, poza gotowaniem na ognisku? - zapytał.

  - Jak wszystkie kobiety w Rahmanie, właściwie niczego 

szczególnie   ciekawego   -   odpowiedziała   Zara,   wzruszając 
ramionami. - Uczono mnie przede wszystkim posłuszeństwa 
wobec   mężczyzn.   A   moimi   nauczycielami   byli   wyłącznie 
mężczyźni.

 - Wielu ich było?
 - Kilku. Ojciec, starsi bracia...
  -  Ach,  tak!   -  szejk  wyraźnie   ucieszył  się,  że  Zara  nie 

wylicza mu byłych mężów czy, o zgrozo, kochanków. - I co, 
nauczyli cię posłuszeństwa?

  - Do  pewnego  stopnia... - odpowiedziała wymijająco i 

dość mocno się zarumieniła.

 - Skoro tak mówisz i tak się czerwienisz - odpowiedział 

na   to   szejk,   patrząc   przenikliwie   prosto   w   jej   oczy   -   to 
domyślam   się,   że   twój   przyjazd   do   mnie   nastąpił   bez   ich 
aprobaty. Prawda?

Zara   głęboko   westchnęła   i   po   chwili   wahania 

przyświadczyła:

 - Ano prawda, bez. Nie było sensu prosić ich o zgodę na 

mój wyjazd, bo z całą pewnością by jej nie udzielili. Oni są 
strasznie   konserwatywni,   niesamowicie   staroświeccy.  Nigdy 
by się nie zgodzili na tę moją eskapadę do Ameryki.

  -   Cóż,   ważne,   że   uzyskałaś   zgodę   króla   -   rzucił   szejk 

rozmyślnie obojętnym tonem, starając się zasugerować jej, że 
kompletnie lekceważy całą sprawę.

W duchu jednak postanowił jak najprędzej zadzwonić do 

Hakema,   aby   dowiedzieć   się   o   niej   i   jej   konserwatywnej 
rodzinie czegoś więcej.

Kiedy   więc   tylko   do   końca   uporządkowali   kuchnię   po 

obiedzie, zaproponował Zarze, by zaparzyła kawę, a sam, pod 

background image

pretekstem zmiany ubrania z biurowego na domowe, wymknął 
się do swego pokoju, gdzie znajdował się aparat telefoniczny.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY
Po   pośpiesznym   wykręceniu   wielocyfrowego   numeru, 

szejk   ku   swemu   zdziwieniu   rozpoznał   w   słuchawce   głos 
samego Hakema bin Abdul Haidara, a nie któregoś z licznych 
królewskich adiutantów, sekretarzy czy doradców.

  -   Czy   to   naprawdę   ty,   kuzynie,   we   własnej   osobie?  - 

upewnił się.

 - We własnej osobie - mruknął naburmuszony król.
  -   Czy   ty   wiesz,   Malik,   która   jest   teraz   tu   u   nas,   w 

Rahmanie, godzina?

 - Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia - przyznał szejk.
 - Ciągle gubię się w przeliczeniach stref czasowych.
 - Bardzo późna! A właściwie to jest sam środek nocy! - 

dobitnie stwierdził król. - Ale mniejsza z tym. Czy ty wiesz, 
jakie ja mam tu teraz kłopoty?

 - Z czym?
 - Zapytaj raczej... z kim!
 - Zatem, z kim masz kłopoty, kuzynie?
  - Nietrudno chyba się domyślić, że ciągle z tym samym 

człowiekiem! Z Kadarem bin Abu Salmanem!

  -   A   co   takiego   znów   wymyślił   ten   stary   intrygant?  - 

zainteresował się szejk.

 - Wyobraź sobie, że przysłał mi tu do pałacu swoją córkę 

- wyjaśnił król.

 - Córkę? Do pałacu? A po co?
  -  Żebym ją zgodnie z tradycją zaślubił jako moją drugą 

żonę!

Szejk,   mimo   wieloletniego   pobytu   poza   rodzinnym 

krajem,   był   nadal   nieźle   zorientowany   w   najważniejszych 
sprawach   Rahmanu,   wiedział   więc,   że   pierwsza   małżonka 
króla Hakema bin Abdul Haidara, Rasha, wydała jak dotąd na 
świat trzy córki. Jeśliby więc ta druga żona urodziła królowi 
upragnionego syna, to właśnie on zostałby następcą tronu, a 

background image

jego dziadek, Kadar bin Abu Salman, zyskałby tym samym 
wyjątkowe wpływy na królewskim dworze.

Dlatego   szejk,   zbulwersowany   usłyszaną   wiadomością, 

wykrzyknął:

 - A to historia!
 - Prawda? - rzucił w słuchawkę król. - Niesamowita.
  -   Kuzynie,   a   czy   ty   nie   mogłeś   odmówić   Kadarowi 

przyjęcia tej jego córki na swój dwór? - zapytał Malik.

  - Odmówić mu, znaczyłoby to samo, co świadomie go 

obrazić - wyjaśnił Hakem - a tym samym sprowokować go do 
wszystkiego, co najgorsze... do intryg, spisku, a nawet buntu. I 
wtedy naraziłbym na szwank ten błogosławiony pokój, który z 
takim   trudem   i   poświęceniem,   przede   wszystkim   z   twojej 
strony,   Malik,   zapewniliśmy   naszemu   krajowi   przed 
dziesięciu laty.

 - No tak - przyznał szejk. - Ale...
 - Ale co, Malik?
Szejk   wahał   się   przez   moment   i   milczał,   ostatecznie 

jednak   zdecydował   się   zadać   królowi   to   dość   drażliwe 
pytanie:

 - Ale jak Rasha to wszystko przyjmuje, kuzynie?
  -   Rasha   bardzo   się   stara   przyjąć   to   wszystko   jak 

najspokojniej   -   odparł   Hakem.   -   Choć   bynajmniej   nie 
przychodzi jej to łatwo, zwłaszcza że jest w odmiennym stanie 
i oczekuje rychłego rozwiązania - dodał.

  -   Więc   może   zaczekałbyś   trochę   z   tymi   drugimi 

zaślubinami,   kuzynie,   przynajmniej   do   momentu,   aż   twoja 
pierwsza żona wyda na świat czwarte dziecko? - zasugerował 
szejk.

 - Cóż, mój drogi kuzynie, w tej chwili wszystko wskazuje 

na   to,   że   nawet   będę   musiał   zaczekać   -   powiedział   król, 
wyraźnie zafrasowany.

 - Dlaczego?

background image

 - Bo moja narzeczona niespodziewanie zniknęła z pałacu!
Szejk nie zdołał się opanować i wybuchnął śmiechem.
 - Żartujesz, kuzynie? - rzucił.
  -  Ech,  chciałbym...  -  westchnął  król  Hakem.   -  Ale  to, 

niestety,   najprawdziwsza   prawda,   a   nie   żarty.   Dziewczyna 
zniknęła z mojego pałacu, przepadła jak kamień w wodę! I 
teraz jej bliżsi i dalsi krewni zjeżdżają się tu, grożąc, że jeśli w 
najbliższym czasie jej nie odnajdę, to wtedy oni sami zaczną 
szukać.

 - Dają ci w ten sposób do zrozumienia, że pewnie celowo 

gdzieś ją ukryłeś, chcąc w ten sposób uniknąć małżeństwa?

 - Otóż to, Malik! - potwierdził król. - Moja sytuacja staje 

się w związku z tym dość niezręczna, z każdym dniem coraz 
bardziej kłopotliwa.

 - A co naprawdę stało się z tą dziewczyną? - wtrącił szejk, 

przerywając kuzynowi jego narzekania. - Jak sądzisz?

  -   Sądzę,   że   podobnie   jak   ja,   też   nie   chciała   tego 

bezsensownego małżeństwa, w jakie wplątał ją ojciec. I po 
prostu uciekła.

 - Z własnej inicjatywy?
 - Tak.
  - Miała odwagę sprzeciwić się Kadarowi? - zdziwił się 

szejk.

 - Na to wygląda - potwierdził król. - Bo widzisz, kuzynie, 

ona   jest...   hm...   -   Zawahał   się,   poszukując   w   myślach 
najodpowiedniejszego określenia.

 - Krnąbrna? Nieposłuszna?
  - Nie, nie! Powiedziałbym raczej: niezwykła... całkiem 

nietypowa jak na rahmańską kobietę.

 - Doprawdy? To zupełnie tak samo, jak dziewczyna, którą 

przysłałeś mi na urodziny - stwierdził szejk. - Wielkie dzięki 
za ten wspaniały prezent, kuzynie!

background image

 - Wyobraź sobie, że to właśnie córka Kadara wybrała ci tę 

dziewczynę, a zaraz potem zniknęła.

 - Jak to?
 - Po prostu. Wybrała ci jedną kobietę spośród sześciu, bo 

osobiście ją o to poprosiłem - wyjaśnił król.

 - Niesamowite! Wybrała prezent dla mnie i zaraz potem 

uciekła?

 - Właśnie!
 - Może z kochankiem? - zasugerował szejk.
 - Oby tak było! - westchnął król. - Kadar bin Abu Salman 

nie mógłby wówczas proponować mi jej za żonę, gdyby się 
okazało, że ma kochanka i nie jest już dziewicą.

  - Z całego serca życzę ci takiego właśnie obrotu spraw, 

kuzynie!

  -   A   ja  życzę   ci   wszystkiego   najlepszego   z   okazji 

trzydziestych urodzin!

 - Dziękuję.
 - Ja tobie również, Malik. I do ponownego usłyszenia!
  - Do usłyszenia, kuzynie! Spokojnych snów. Obydwaj - 

król w swoim pałacu w Rahmanie i szejk w swojej rezydencji 
w Ameryce - jednocześnie odłożyli słuchawki.

Malik   miał   wprawdzie   chęć   zadać   Hakemowi   jeszcze 

kilka   pytań   na   temat   Zary,   zrezygnował   jednak,   nie   chcąc 
dłużej   zakłócać   nocnego   wypoczynku   rahmańskiemu 
monarsze.

Cóż,   nie   mam   tu,   w   Kalifornii,   pałacu   i   tronu,   tylko 

gabinet biznesmena i zwykły fotel za biurkiem, ale nie mam 
też tych rozlicznych kłopotów, z jakimi musi się dzień w dzień 
borykać mój kuzyn, pomyślał szejk Malik nie bez satysfakcji. 
Jako   zwyczajny   pan   Haidar,   amerykański   finansista,   mogę 
robić,   co   chcę,   nie   oglądając   się   ani   na   tradycję,   ani   na 
powiązania polityczne, ani na rację stanu. Jestem wolny!

background image

 - A skoro tak, to mogę w dżinsach i podkoszulku wrócić 

do Zary na kawę - mruknął półgłosem do siebie.

Po   czym   przebrał   się   szybko   i   zbiegł   do   kuchni, 

stęskniony za swym niezwykłym „urodzinowym prezentem".

  -   Już   jedzie!   Wszyscy   na   miejsca!   -   zawołała   Zara, 

klasnąwszy głośno w dłonie.

 - Jest mały problem, proszę pani! - odkrzyknął jej z głębi 

domu Benjamin, wnuk pani Parker.

 - Babcia sama nie da sobie z nim rady?
 - Nie, potrzebujemy pani pomocy!
  -   Ale   pan   Haidar   już   przyjechał,   właśnie   wysiada   z 

samochodu.

Zara obserwowała ulicę przed domem i dziedziniec przez 

półprzezroczyste   bladoróżowe   szyby   umieszczone   we 
frontowych drzwiach. Obraz miała lekko zniekształcony, była 
jednak w stanie się zorientować, że szejk Malik podjeżdża, 
zatrzymuje samochód, wysiada, rozgląda się uważnie dookoła.

 - Panno Zaro, jest problem! - raz jeszcze zawołał z głębi 

domu Benjamin.

  -   Później,   bo   pan   Haidar   już   idzie!   -   odkrzyknęła   i 

otworzyła szejkowi drzwi.

Wszedł do środka, znów rozejrzał się dookoła, zupełnie 

jakby pierwszy raz widział wnętrze, w którym się znalazł.

 - Zara, co ty zrobiłaś z moim domem? - zapytał.
Z tonu jego głosu nie potrafiła wywnioskować, czy jest 

tylko   zadziwiony,   czy   może   zdegustowany   przygotowaną 
przez nią niespodzianką.

  -   To   wszystko   wynajęte,   wypożyczone,   ale   tylko   na 

dzisiaj, na jeden dzień - odpowiedziała pośpiesznie. - Już jutro 
twój dom znowu będzie wyglądał tak, jak zwykle.

 - Ale teraz wygląda jak... - Zawahał się i umilkł.
  -   Teraz   wygląda   jak   twój   pałac   w   Rahmanie!   - 

dokończyła za niego Zara.

background image

Bardzo się starała, żeby odtworzyć w kalifornijskim domu 

szejka   jak   najwięcej   elementów   orientalnego   wnętrza 
królewskiej rezydencji. Sprowadziła więc z kilku kwiaciarni 
całą   masę   bujnych   egzotycznych   roślin   w   pokaźnych 
donicach, żeby zrobić z nich zielony szpaler przed wejściem. 
Postarała się o dwa ogromne złociste leopardy, z cętkami ze 
sztucznych   onyksów   i   oczami   ze   sztucznych   szmaragdów, 
ponieważ takie same - tyle że przyozdobione autentycznymi 
kamieniami szlachetnymi ogromnej wartości - strzegły odrzwi 
królewskiej   siedziby   w   Rahmanie.   Hol   przyozdobiła 
mosiężnymi   wazami   i   wyłożyła   wielobarwnymi,   ręcznie 
tkanymi   kobiercami.   Ze   sklepu   zoologicznego   wypożyczyła 
dużą błękitno - zieloną papugę, ponieważ taka sama, imieniem 
Cash - Cash, witała gości w pałacu.

 - Nie do wiary, jest tu teraz całkiem tak samo, jak tam - 

stłumionym głosem odezwał się szejk.

 - Starałam się, żeby...
Zara   nie   dokończyła   zdania,   ponieważ   jej   słowa 

całkowicie zagłuszył przeraźliwy ptasi krzyk. Do holu dumnie 
wkroczył   paw,   prowadząc   za   sobą   cały   harem   pawic   i... 
Benjamina, który bezskutecznie usiłował przepłoszyć ptaki.

 - Sprowadziłaś nawet pawie?! - wykrzyknął szejk.
 - Tak, ale miały przebywać w ogrodzie - wyjaśniła Zara.
  - Kocur sąsiadów... zanadto się nimi interesował, panie 

Haidar, więc zapędziłem je do pralni, żeby były bezpieczne - 
wtrącił się zasapany i zakłopotany Benjamin, biegając po holu 
za ptaszyskami. - Ale babcia niepotrzebnie otworzyła drzwi i 
wypuściła   te   pawie...   i   one   wybiegły   z   pralni   i   wpadły   do 
domu, na pokoje.

Przy   współudziale   Zary   i   szejka,   po   kilku   minutach 

bieganiny, chłopak zdołał ponownie zamknąć hałaśliwe ptaki 
w pomieszczeniu gospodarczym.

background image

 - Benjamin, natychmiast zadzwoń do właściciela, żeby je 

sobie zabrał - polecił Malik.

  -   Oczywiście,   panie   Haidar.   Babcia   się   ucieszy,   bo   te 

pawie tak ją przestraszyły, jak wyskoczyły prosto na nią z tej 
pralni, że...

  -   Przejdźmy   może   dalej   -   zaproponowała   Zara, 

przerywając   Benjaminowi   wywód   z   obawy,   by   nie   ujawnił 
szejkowi   jakichś   kłopotliwych,   kompromitujących 
szczegółów.

  -   Czy   mam   się   spodziewać   dalszych   niespodzianek?   - 

zapytał Malik.

 - Tylko kilku.
  -   Cóż,   dobrze,   że   wiem.   O,   papuga!   -   Szejk   zwrócił 

uwagę   na  ptaka,   umieszczonego   w   klatce   zawieszonej   pod 
sufitem, w głębi holu.

Papuga,   jak   na   komendę,   wyrzuciła   z   siebie   w   tym 

momencie   głośną   serię   najohydniejszych   amerykańskich 
przekleństw.

  - Ona coś mówi! - ucieszyła się Zara. - Tylko jakoś nie 

bardzo rozumiem, co.

 - Na szczęście - mruknął Malik.
 - Dlaczego? - zdziwiła się.
 - Bo ona klnie, na czym świat stoi!
  - Niestety, nie znam amerykańskich przekleństw, tylko 

rahmańskie - przyznała z niejakim zakłopotaniem Zara.

 - Na szczęście - powtórzył szejk. - Zostawmy w spokoju 

tę   źle   wychowaną   papugę   i   wejdźmy   do   salonu   - 
zaproponował,   po   czym,   nie   czekając   na   odpowiedź   Zary, 
chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą.

W   salonie   całą   wolną   przestrzeń   wypełniały   większe   i 

mniejsze   klatki   z   ptakami.   Były   tu   zięby,   papużki   faliste, 
kanarki. Cała ptaszarnia!

background image

 - Moja matka uwielbiała ptaki i hodowała ich mnóstwo w 

pałacu - odezwał się półgłosem Malik, ni to do Zary, ni to sam 
do siebie.

 - Wiem, Rasha mi opowiadała.
 - Poznałaś Rashę, przebywając w pałacu? - zainteresował 

się szejk.

  - Tak, poznałam ją - potwierdziła Zara. - To cudowna, 

wspaniała kobieta, urodziwa, dobra i mądra.

  -   Ta   kobieta   najprawdopodobniej   byłaby   w   tej   chwili 

moją żoną, gdyby polityczne sprawy w Rahmanie potoczyły 
się inaczej - zauważył szejk. - A tak, jest żoną mojego kuzyna 
Hakema.

 - Żałujesz?
 - Nie.
  - To dobrze! - ucieszyła się Zara. - Mogłam wprawdzie 

zamienić twój dom w królewski pałac, ale nie dałabym rady 
sama zamienić się w Rashę.

 - Fakt - potwierdził Malik i uśmiechnął się. - Zupełnie nie 

jesteś podobna do Rashy, przypominasz raczej moją matkę. 
No, może nie z wyglądu, ale na pewno z usposobienia - dodał. 
-   Podobno   była   niezwykłą   kobietą,   inteligentną,   trochę 
ekscentryczną.

 - De miałeś lat, kiedy zmarła? - spytała Zara.
 - Pięć.
 - A ja miałam cztery, kiedy umarł mój ojciec.
  -  To  strasznie  przykre,  tracić  rodziców  tak  wcześnie  - 

zauważył szejk.

 - Fakt.
  - Chwileczkę! Ale ty przecież mówiłaś mi wczoraj, że 

ojciec uczył cię posłuszeństwa wobec mężczyzn, prawda?

  -   Malik,   spostrzegłszy   pewną   wyraźną   sprzeczność   w 

zwierzeniach Zary, nawiązał nieoczekiwanie do  rozmowy  z 
poprzedniego dnia.

background image

 - No... tak... - wykrztusiła speszona.
  -   Uczył   cię,   zanim   skończyłaś   cztery   lata?   I   ty   to 

pamiętasz? - zdziwił się.

Zara zaczerwieniła się gwałtownie.
Nieopatrznie powiedziała o sobie zbyt wiele i zupełnie nie 

miała teraz pojęcia, jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Nie 
wiedziała, co powinna potwierdzić, a czemu zaprzeczyć, aby 
jej   wyjaśnienie   zachowało   bodaj   pozory   konsekwencji   i 
prawdopodobieństwa,   i   aby   nie   wzbudziło   jakichś 
niepotrzebnych podejrzeń ze strony szejka.

Po   dłuższej   chwili   wahania   i   rozterki   ostatecznie 

zdecydowała się na... szczerość!

  -   Moi   rodzice   byli   Amerykanami   -   wyznała.   -   Kiedy 

miałam cztery lata, mój ojciec zmarł, a w rok później moja 
matka wyszła ponownie za mąż za przebywającego czasowo 
w   Stanach   Zjednoczonych   mężczyznę   z   Rahmanu.   I 
przeniosła   się   tam   razem   z   nim   i   ze   mną   na   stałe.   Odkąd 
skończyłam   pięć   lat   i   opuściłam   Stany   Zjednoczone, 
mieszkałam   w   Rahmanie,   w   południowej   prowincji   i 
wychowywałam się w domu ojczyma. I to właśnie on uczył 
mnie posłuszeństwa.

 - A więc to tak! - wybuchnął szejk. - Jak widzę, nie byłaś 

ze mną szczera - zauważył cierpko.

 - Malik, przecież cię nie okłamywałam! - broniła się Zara. 

- Przemilczałam tylko kilka faktów z mojego życiorysu i to 
wszystko. Do tego się sprowadza całe moje przewinienie.

Szejk   zmarszczył   brwi,  przymrużył  oczy   i   zamyślił   się, 

najwyraźniej   analizując   jej   i   swoje   racje.   Wreszcie,   nie 
ujawniając, czy uważa Zarę za godną potępienia kłamczuchę, 
czy też nie, zapytał ją:

 - Masz tu w Ameryce jakąś rodzinę?

background image

  -   Prawdopodobnie   mam   babcię,   matkę   mojej   matki  - 

odpowiedziała. - No i z pewnością mam jakieś ciotki, wujów, 
bliższych i dalszych kuzynów.

  - Chciałabyś pewnie ich odnaleźć. A z kim konkretnie 

chciałabyś   się   spotkać   spośród   twoich   amerykańskich 
krewnych?

 - Tak, bardzo bym chciała się spotkać z moimi kuzynami, 

najchętniej ze wszystkimi! - przyświadczyła z nie ukrywanym 
entuzjazmem. - Bardzo bym chciała ich poznać!

 - I tylko dlatego zdecydowałaś się na wyjazd do Stanów 

Zjednoczonych   w   roli   mojego   prezentu   urodzinowego, 
prawda? - zasugerował szejk.

Po krótkiej chwili wahania Zara potwierdziła:
 - Owszem, początkowo myślałam tylko o tym... ale kiedy 

cię   poznałam   -   dodała   -   sprawa   odnalezienia   mojej 
amerykańskiej   rodziny   straciła   dla   mnie   na   znaczeniu, 
przestała aż tak bardzo się liczyć.

 - Na rzecz...? - rzucił i znacząco zawiesił głos.
  - Na rzecz tego, co rozgrywa się w tej chwili pomiędzy 

nami! - Zara dokończyła rozpoczęte przez niego zdanie.

 - A co się teraz pomiędzy nami rozgrywa, według ciebie? 

- Szejk nie ustawał w indagacjach.

 - A czy musimy to w tej chwili nazywać po imieniu?
 - odpowiedziała pytaniem na pytanie. - Proszę cię, Malik
  - z emocji podniosła lekko głos - pozwólmy  sprawom 

toczyć   się   dotychczasowym   torem!   Kontynuujmy   to,   co 
rozpoczęliśmy,   zgodnie   ze   wspólnie   ustalonym   planem! 
Dzisiaj   jest   drugi   z   trzech   dni,   jakie   ofiarowałeś   mi   na 
przygotowanie dla ciebie urodzinowych niespodzianek. Jutro 
nastąpi dzień trzeci i ostatni.

 - I noc, którą spędzisz w moim łóżku! Pamiętasz o tym? - 

spytał cicho.

 - Tak, pamiętam - odpowiedziała lakonicznie.

background image

 - A co nastąpi potem? Rozstanie?
  - Niekoniecznie od razu - stwierdziła łagodnym, nieco 

melancholijnym   tonem.   -   Chociaż...   -   dodała   z   pewnym 
wahaniem   po   krótkiej   chwili.   -   Widzisz,   jeżeli   zechcę 
odnaleźć moich amerykańskich krewnych i poznać trochę całe 
Stany Zjednoczone, nie ograniczając się do Kalifornii, to w 
końcu będę musiała opuścić tę złotą klatkę, jaką jest dla mnie 
twoja rezydencja w San Francisco.

 - No cóż, pomogę ci odnaleźć twoją amerykańską rodzinę 

- zadeklarował szejk.

 - Nie musisz.
  -   A   jednak   ci   pomogę!   -   obstawał   przy   swoim.   -   I 

pozwolę ci odejść z mojego domu dopiero wtedy, kiedy się 
przekonam, że jesteś w tej rodzinie mile widziana, że masz w 
niej jakieś oparcie.

Zara milczała, nie próbując odbierać Malikowi ostatniego 

słowa w tej sprawie.

Perspektywa rozstania napełniała ją smutkiem. Ponieważ 

jednak   uważała,   że   jest   ono   w   ich   sytuacji   czymś 
nieuchronnym,   cieszyła   się   przynajmniej   z   tego,   że   szejk 
rozumie jej chęć poznania kraju, w którym przyszła na świat, i 
nie   grozi   jej   odesłaniem   do   Rahmanu   natychmiast   po 
zaspokojeniu własnych żądz.

To z pewnością dobry, uczciwy, wielkoduszny człowiek, 

przyznawała w myślach, stojąc przed nim i wpatrując się w 
jego czarne, pałające oczy. Opowieści, jakie o nim słyszała w 
domu   ojczyma,   musiały   być   kłamliwe.   To   wspaniały 
człowiek! Ktoś, kogo można polubić, ktoś, w kim można się 
nawet zakochać.

 - Zara, dlaczego milczysz? - zapytał szejk, podchodząc do 

niej i ujmując ją lekko za ramiona.

  -   Milczę,   bo   rozmyślam   -   odpowiedziała   zgodnie   z 

prawdą.

background image

 - A o czym?
 - O naszej jutrzejszej nocy.
 - Boisz się jej?
 - Już teraz nie - szepnęła.
I oczywiście nie protestowała, kiedy wziął ją w ramiona i 

zaczął namiętnie całować.

 - Pani Parker, co to ma znaczyć, że jej nie ma? Co to ma 

znaczyć, pani Parker? - powtarzał podniesionym głosem szejk 
Malik Haidar następnego dnia, gdy po powrocie z biura nie 
zastał Zary w swoim domu.

 - To ma znaczyć, że wyjechała, panie Haidar - ze stoickim 

spokojem wyjaśniła wzburzonemu pracodawcy gospodyni.

 - Jak to, wyjechała? - zdziwił się. - Tak po prostu?
 - Po prostu - potwierdziła pani Parker. – Wyjechała i już! 

Nie   jest   przecież   pańskim   więźniem,   a   ja   nie   jestem 
więziennym strażnikiem, żebym ją miała siłą trzymać, kiedy 
chciała wyjechać. Ale przed wyjazdem napisała do pana ten 
list - dodała, podając szejkowi zaklejoną kopertę.

Zdenerwowany wziął ją bez słowa i czym prędzej udał się 

do swojego gabinetu.

Nie chciał w obecności pani Parker czytać listu, w którym 

spodziewał   się   odnaleźć   tylko   słowa   pożegnania,   wolał 
uczynić to na osobności. Obawiał się bowiem, że nie zdoła 
zareagować   odpowiednio   powściągliwie   na   wiadomość   o 
ucieczce   Zary.   A   niestety,   takiej   właśnie,   a   nie   innej 
wiadomości spodziewał się w tym momencie.

Zamknąwszy   za   sobą   drzwi,  drżącymi   rękoma   rozerwał 

kopertę. Wydobył z niej pojedynczą kartkę białego listowego 
papieru, zapisaną mniej więcej do połowy, i zaczął czytać.

I niemal natychmiast wybuchnął głośnym śmiechem.
Śmiał się z samego siebie, z własnych nieuzasadnionych 

obaw, bo Zara bynajmniej nie żegnała się z nim w liście ani 

background image

też   nie   tłumaczyła,   dlaczego   zniknęła.   Podawała   natomiast 
wskazówki, jak ma ją odnaleźć!

Szejk wybiegł z gabinetu i wpadł do kuchni.
 - Wyjeżdżam, pani Parker - oświadczył gospodyni.
 - Pan też? - zdziwiła się.
 - Jadę do Zary!
 - To już pan wie, gdzie ona jest?
 - Dowiedziałem się z listu. Jadę do niej i wrócę dopiero 

razem z nią, pani Parker. Nie wcześniej niż jutro!

 - W takim razie życzę panu szerokiej drogi, panie Haidar 

-   powiedziała   z   dobrodusznym   uśmiechem   gospodyni.   -   I 
życzę panu wszystkiego najlepszego w dniu urodzin! - dodała. 
- Dużo szczęścia!

  -   Dziękuję,   pani   Parker!   -   odkrzyknął   już   z   holu, 

zdążywszy wypaść w pośpiechu z kuchni.

  -   Panie   Haidar,   chwileczkę!   -   zawołała   gospodyni   i 

wybiegła za nim, przypomniawszy sobie o czymś, co miała 
mu przekazać, kiedy wróci po pracy do domu. - Ten pański 
kuzyn, król Hakem, telefonował i mówił, że ma do pana jakąś 
ważną sprawę.

  - Zadzwonię do niego jutro, pani Parker! - rzucił przez 

ramię szejk, stojąc już w otwartych drzwiach.

  - Ale on mówił, że to pilne! - krzyknęła z głębi holu 

gospodyni.

Szejk   wybiegł   jednak   z   domu   i   wsiadł   do   samochodu 

nazbyt szybko, by mógł to ostatnie zdanie usłyszeć.

  - A może to i lepiej, że nie usłyszał i pojechał do Zary, 

zamiast wydzwaniać do tego zamorskiego kuzyna w koronie 
na głowie - mruknęła pół żartem, pół serio, machnąwszy ręką.

No, bo jakie tam królewskie sprawy mogą być ważniejsze 

i   pilniejsze   niż   zew   prawdziwej   miłości?   -   dodała   już   w 
myślach.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY
„Zew miłości" kazał szejkowi wciskać niemalże do oporu 

pedał   gazu   jaguara   i   pędzić   w   szaleńczym   tempie   nad 
niewielkie   górskie   jeziorko   położone   w   ustronnej   dolinie 
oddalonej   mniej   więcej   o   godzinę   szybkiej   jazdy   od   San 
Francisco. Tam, wedle wskazówek zawartych w liście, miał 
odnaleźć Zarę.

Istotnie odnalazł ją... w obozie Beduinów!
Najpierw,   z   daleka,   jeszcze   z   samochodu,   spostrzegł 

beduińskie   namioty,   rozstawione   nad   brzegiem   jeziorka,   na 
piaszczystej plaży, z całą pewnością sporządzonej sztucznie 
tylko   po   to,   by   nadać   scenerii   pewne   podobieństwo   do   tej 
oryginalnej, tworzonej przez piaski pustyni.

A   potem,   kiedy   podjechał   już   bliżej,   zaparkował   wóz   i 

wysiadł,   zauważył,   że   przed   każdym   z   namiotów   pali   się 
ognisko i krzątają się ludzie - mężczyźni, kobiety i dzieci - 
wszyscy bez wyjątku ubrani w oryginalne beduińskie stroje.

Beduiński obóz - zaaranżowany w Kalifornii - wyglądał 

zupełnie jak prawdziwy, nieopodal pasło się nawet stadko kóz. 
Jeśli   iluzja   nie   była   stuprocentowa,   to   jedynie   dlatego,   że 
brakowało wielbłądów.

Szejk nie zastanawiał się jednak nad tym, bo przecież nie 

wielbłądów   szukał,   tylko   Zary.   A   ponieważ   nie   dojrzał   jej 
nigdzie   na   zewnątrz,   ruszył   szybkim   krokiem   w   kierunku 
największego i najpiękniejszego z namiotów, ustawionego na 
uboczu, dość daleko od innych i oznakowanego królewskimi 
emblematami.

Skoro ja wywodzę się z królewskiego rodu - rozumował - 

to   ten   namiot   jest   z   pewnością   przeznaczony   dla   mnie.   A 
skoro Zara również została dla mnie przeznaczona, to powinna 
w nim na mnie czekać.

background image

W namiocie nie było jednak nikogo. Na szejka czekał tam 

tylko oryginalny męski strój noszony w Rahmanie: długa do 
ziemi, luźna biała koszula i haftowany złotem biały turban.

Miałbym to teraz włożyć, tak ni stąd, ni zowąd? - zamyślił 

się   szejk   Malik.   Przecież   od   dziesięciu   lat   ubierał   się   jak 
typowy Amerykanin; w pracy nosił garnitur, w domu dżinsy i 
sportowy   podkoszulek.   Owszem,   umiał   na   kilka   sposobów 
wiązać krawat, ale już chyba nawet nie pamiętał, jak wiąże się 
turban, żeby wyglądał tak, jak trzeba i żeby nie spadł przy 
pierwszym gwałtowniejszym ruchu głowy.

Po   dłuższej   chwili   wahania   zaryzykował   jednak.   Zdjął 

ubranie   i   przebrał   się   w   tradycyjny   strój   pustynnego 
koczownika.   A   raczej,   mówiąc   ściśle,   w   strój   władcy 
pustynnych   koczowników,   wkładając   na   głowę   turban,   na 
którym   złotą   nicią   były   wyszyte   emblematy   królewskiego 
rodu Haidarów!

Gdy   był   już   gotów   i   prezentował   się   jak   prawdziwy 

egzotyczny szejk, a nie jak amerykański biznesmen, usłyszał, 
że   przed   namiotem   ktoś   się   krząta,   najprawdopodobniej 
rozpalając   ognisko.   Natychmiast   wyszedł   na   zewnątrz.   ..   i 
ujrzał Zarę.

Miała   na   sobie   kuszący,   muślinowy   strój,   podobny   do 

tego, w którym została przywieziona w zrolowanym dywanie, 
z   tą   różnicą,   że   nie   był   czarny,   lecz   szmaragdowozielony, 
haftowany w złociste ptaki. I podobnie jak wtedy nie miała na 
sobie żadnych dodatkowych osłon, żadnej bielizny.

 - Jesteś! - wykrzyknął uradowany na jej widok.
  -   Jestem,   mój   władco   -   odezwała   się   z   figlarnym 

uśmiechem,   jednocześnie   składając   mu   przesadnie   niski 
ukłon. - Czekam na ciebie w pustynnym obozie Beduinów, 
dokładnie takim samym, jak prawdziwy, chociaż niestety bez 
wielbłądów. Chciałam je tu sprowadzić, ale Alice doszła do 
wniosku, że koszty byłyby niebotycznie wysokie, zupełnie jak 

background image

te   góry   dookoła.   -   Wskazała   na   otaczające   dolinę   strzeliste 
wierzchołki.

Szejk uśmiechnął się.
  - Dla kogoś, kto jak ja nie był w pustynnym obozie od 

przeszło dziesięciu lat, ta dekoracja, jaką tu stworzyłaś, jest 
wystarczająco sugestywna, nawet bez wielbłądów - stwierdził. 
- A najbardziej sugestywny ze wszystkiego jest twój strój - 
dodał, wpatrując się w przejrzysty niczym klarowna morska 
woda   szmaragdowy   muślin,   pod   którym   rysowały   się 
wdzięcznie kształty jej zgrabnego, smukłego ciała.

  - To strój nałożnicy z królewskiego haremu - wyznała, 

lekko się rumieniąc.

  - Właśnie! Skoro już się tak ubrałaś, to teraz pójdź w 

moje   ramiona   -   zażądał.   -   I   całuj   mnie,   Zaro,   całuj,   całuj, 
całuj!

 - Z przyjemnością, mój niecierpliwy władco. - Podbiegła 

do niego i zarzuciła mu ręce na szyję.

Objął ją wpół i przyciągnął mocno do siebie. Złączyli się 

wargami  w namiętnym, gorącym pocałunku i trwali w tym 
zespoleniu długo, bardzo długo. Aż w końcu oderwał usta od 
jej warg i rozgorączkowany wyszeptał:

  - Przejdźmy teraz do naszego namiotu. Tam będziemy 

mogli pozwolić sobie na więcej, na znacznie więcej niż tutaj, 
na oczach ludzi.

  -   Najpierw   zjedzmy   posiłek   -   zaproponowała   i 

poprowadziła go do ogniska.

Zasiedli   przy   ognisku,   na   rozesłanym   bezpośrednio   na 

pustynnym piasku wielobarwnym dywanie. Zaczęli posilać się 
egzotycznymi owocami i upieczonymi na rożnie soczystymi 
kawałkami   mięsa,   wybierając   dla   siebie   nawzajem 
najsmaczniejsze   kąski.   Płonące   żywiczne   polana   rytmicznie 
trzaskały   i   pachniały   niczym   balsam,   a   płomienie   ogniska 

background image

rozświetlały   purpurowym   blaskiem   coraz   głębszą   ciemność 
zapadającej stopniowo nocy.

W   którymś   momencie   z   oddali,   z   głębi   obozowiska, 

zaczęła dobiegać zmysłowa orientalna muzyka, wykonywana 
na egzotycznych instrumentach przez specjalnie sprowadzony 
na ten wieczór zespół.

 - Cudownie grają - zauważył szejk.
 - Są też niezwykle atrakcyjne tancerki, potrafią wykonać 

perfekcyjny taniec brzucha. Chcesz je zobaczyć? - zapytała go 
Zara.

Pokręcił przecząco głową.
 - Chcę zobaczyć tylko ciebie... całkiem nagą... w naszym 

namiocie   -   szepnął.   -   I   chcę   cię   wreszcie   posiąść   po   tych 
trzech   nieskończenie   długich   dniach   i   jeszcze   dłuższych 
samotnych nocach wyczekiwania.

Szejk zapalił nastrojową oliwną lampę i wprowadził Zarę 

do   namiotu.   Stanęła   pośrodku,   w   migotliwym   świetle 
niewielkiego płomienia, wyraźnie zawstydzona, zakłopotana, 
spłoszona.

 - Boisz się? - spytał ją szejk.
 - Tak. Nawet bardzo - szepnęła.
 - Dlaczego, Zaro? - zdziwił się.
  - Bo ta noc,.. Ta dzisiejsza noc może wiele pomiędzy 

nami zmienić. Bardzo wiele - wyjaśniła po chwili wahania.

 - Dlaczego, Zaro? - powtórzył.
 - Bo dotychczas byliśmy obydwoje wolni, niezależni, a ta 

noc   w   pewien   sposób   nas   połączy.   Tego,   co   się   pomiędzy 
nami   stanie,   nie   będzie   można   już   potem   ani   cofnąć,   ani 
wymazać. To będzie taki... nieodwracalny... akt zespolenia - 
wykrztusiła.

  - Obawiasz się mnie? - zapytał szejk. - Może z powodu 

tych mrożących krew w żyłach historii, jakie słyszałaś o mnie 
w domu swego ojczyma, w Rahmanie?

background image

  - Tak - potwierdziła Zara, nie chcąc nadal kłamać. - W 

domu   ojczyma   od   dziecka   słyszałam,   że   jesteś 
niebezpiecznym   człowiekiem,   zbrodniarzem,   zabójcą,   który 
uciekł z kraju w niesławie.

  -   Nikogo   nie   zabiłem   -   zapewnił   z   powagą.   -   Mogę 

przysiąc!

Spojrzała   przenikliwie   w   jego   czarne   oczy.  Nie   opuścił 

pałającego   wzroku,   patrzył   jej   prosto   w   twarz,   odważnie, 
dumnie, szczerze.

 - Nie musisz przysięgać, wierzę ci - szepnęła.
 - Dzięki!
 - Nie musisz mi też dziękować.
 - A mogę ci zadać pytanie?
 - Jedno pytanie? - próbowała się upewnić, ogarnięta nagłą 

falą   niepokoju,   że   szejk,   zamiast   gry   miłosnej,   podejmie 
indagacje i zmusi ją do powiedzenia o sobie całej prawdy, a 
zatem również tego wszystkiego, co jednak chciała przed nim 
ukryć.

 - Na początek jedno - odpowiedział wymijająco.
 - Proszę, pytaj - zgodziła się w obawie, że sprzeciw z jej 

strony tylko pobudzi jego dociekliwość. - Pytaj, o co tylko 
chcesz.

 - Jak to się stało, że znalazłaś się w pałacu króla Hakema?
 - Mój ojczym mnie tam wysłał - odparła.
  -   Po   co?   Chciał,   żebyś   została   moim   urodzinowym 

prezentem?

  - Nie - zaprzeczyła Zara. - Chciał, żebym została drugą 

żoną króla.

Usłyszawszy   te   słowa,   szejk   Malik   zmarszczył   brwi. 

Przypomniał sobie telefoniczną rozmowę z kuzynem i zaczął 
kojarzyć w myślach pewne fakty. Jednakże, starając się nie 
formułować   przedwcześnie   wniosków   idących   zbyt   daleko, 
stwierdził tylko:

background image

 - Hakem zbyt kocha Rashę, żeby brać ślub z jakąkolwiek 

inną kobietą.

  - Bardzo ją kocha, wiem - przytaknęła Zara. - Mimo to 

jego   ślub   z   inną   kobietą   jest   możliwy...   w   pewnych 
okolicznościach.

 - W jakich?
 - Pod przymusem.
 - Pod przymusem, powiadasz? - rzucił szejk, mrużąc oczy 

i wpatrując się podejrzliwie w jej zarumienioną pod wpływem 
zakłopotania   twarz.   -   A   któż   w   Rahmanie   mógłby,   twoim 
zdaniem, zmusić do czegokolwiek króla Hakema bin Abdul 
Haidara?

Zara wzięła głęboki oddech.
  - Kadar bin Abu Salman - odpowiedziała lakonicznie. - 

Zarządca południowej prowincji.

Szejk Malik podszedł do niej i ujął ją lekko za ramiona.
 - Jesteś jego córką? - zapytał.
 - Jestem jego pasierbicą.
 - Uciekłaś z pałacu Hakema?
 - Tak, do ciebie, do Ameryki.
 - W jaki sposób?
 - Podstępem.
 - Dlaczego?
 - Żeby nie sprawiać bólu Rashy, a satysfakcji Radarowi - 

wyjaśniła.   -   I   żeby   nie   pozwolić   mojemu   ojczymowi   na 
zdobycie zbyt wielkich wpływów na dworze króla Hakema. 
Kadar   przy   swoich   nadmiernie   wybujałych   politycznych 
ambicjach na pewno nie wykorzystałby ich dla dobra kraju, 
tylko   dla   zaspokojenia   własnej   niepohamowanej   żądzy 
władzy.

 - Więc poświęciłaś się dla Rahmanu?
 - W jakimś sensie, podobnie, jak niegdyś ty.
 - I poświęcasz się dla Rahmanu również teraz?

background image

 - Teraz już nie - odparła całkiem szczerze. - W ciągu tych 

trzech dni, które spędziliśmy razem, obudziłeś we mnie...

  -   Pożądanie?   -   podpowiedział   jej,   ponieważ   nagle 

umilkła.

  -   Właśnie!   -   przytaknęła   skwapliwie,   by   nie   mówić 

przedwcześnie o uczuciach i nie ujawniać szejkowi od razu 
wszystkich tajemnic swojego serca. - Teraz nie muszę już się 
poświęcać, bo naprawdę cię pragnę.

 - Jesteś tego w stu procentach pewna? - zapytał. - Bo jeśli 

nie,   to   gotów   jestem   pohamować   własną   namiętność   i 
zrezygnować...

  - Nie, Malik! - Nie pozwoliła mu nawet dokończyć. - 

Jestem stuprocentowo pewna, że cię pragnę! - krzyknęła w 
uniesieniu. - Weź mnie w ramiona! Jestem twoja! Tylko... - 
zawahała się. 

  -   Jaki   jeszcze   masz   problem,   najmilsza?   -   zapytał, 

obejmując ją. - Co cię trapi?

Oparła głowę na jego ramieniu, by w ten sposób ukryć 

mocny rumieniec zawstydzenia, który parzył jej twarz.

  -   Boję   się,   Malik   -   wykrztusiła   zdławionym   ze 

zdenerwowania   głosem   -   że   będziesz   rozczarowany   moją... 
kompletną...   nieporadnością   w   miłosnym   kunszcie.   Bo 
widzisz, ja... jeszcze nigdy... nie byłam... nie spędziłam nocy... 
z mężczyzną. Ja jestem jeszcze dziewicą! - wyznała.

  -   Król   Hakem   bin   Abdul   Haidar   wysłał   do   mnie 

dziewicę?   -   zdumiał   się   szejk.   -   To   przecież   wbrew 
rahmańskim obyczajom! Nie daje się w prezencie dziewic!

  -   Malik   -   zaczęła   wyjaśniać   -   król   Hakem   nic   nie 

wiedział. Ja podstępem zamieniłam się rolami z inną kobietą, 
młodziutką wdową, która miała na imię Matana.

  - Aha! Więc to tak się odbyło?! - Nareszcie wszystko 

zaczęło mu się układać w logiczną całość. - Cóż, więc raz 

background image

jeszcze   cię   zapytam,   moja   ty   odważna   dziewico.   Czy 
naprawdę chcesz spędzić ze mną tę noc?

  - Tak, Malik, tak! Bardzo chcę! - wyszeptała. I poddała 

się jego namiętnym pieszczotom.

Po cudownie upojnej miłosnej nocy obudził ją o świcie 

kuszący   zapach   kawy.   Wstała   naga   z   posłania   i   wyjrzała 
ostrożnie   z   namiotu.   Malik   przyrządzał   przy   ognisku 
aromatyczny   napar.   Poza   nim   nigdzie   w   pobliżu   nie   było 
nikogo,   ponieważ   statyści   z   San   Francisco,   którzy   udawali 
koczujących Beduinów, zostali zaangażowani tylko na jeden 
dzień   i   późnym   wieczorem   opuścili   sztuczną   plażę   nad 
jeziorem, zabierając wszystkie rekwizyty, łącznie z namiotami 
i kozami.

  - Spójrz, jesteśmy zupełnie sami - odezwała się cicho. - 

Tylko we dwoje.

Szejk uśmiechnął się do niej.
 - To wspaniale, najmilsza. W spokoju napijemy się kawy, 

a potem... - Znacząco zawiesił głos.

 - Co potem? - rzuciła kokieteryjnie.
Podszedł   do   niej   i   wziął   ją   -   taką   całkiem   nagą   -   w 

ramiona.

  -   Potem   będziemy   się   kochać...   -   zaczął   jej   szeptać 

pomiędzy jednym a drugim pocałunkiem.

 - I co jeszcze?
 - I kochać.
 - I jeszcze.
 - Kochać.
 - To wiesz co, Malik?
 - Słucham?
 - Darujmy sobie tę kawę - zaproponowała.
 - Zgoda! - przystał z ochotą.
I w tym momencie, nim zdążyli skryć się w namiocie i 

rozpocząć   miłosne   igraszki,   panującą   wokół   ciszę   zakłócił 

background image

warkot samochodowego silnika, z początku stłumiony, lecz z 
każdą chwilą coraz wyraźniej narastający.

 - Ktoś tu jedzie - szepnęła Zara.
  - Czy to może ma być jakaś twoja kolejna urodzinowa 

niespodzianka dla mnie? - zapytał żartobliwym tonem szejk.

  - Nie, Malik - zaprzeczyła z powagą. - Z nikim się nie 

umawiałam   na   dzisiaj   i   nikogo   tu   do   nas   nad   jezioro   nie 
zapraszałam.

 - W takim razie wejdź do namiotu i na wszelki wypadek 

ubierz   się   -   zarządził   -   a   ja   zaczekam   na   zewnątrz   na 
nieproszonych   gości   i   postaram   się   odprawić   ich   stąd   jak 
najprędzej.

Ogarnięta dziwnym niepokojem Zara bez słowa weszła do 

namiotu i w pośpiechu zaczęła wkładać na siebie wszystko, w 
czym   poprzedniego   dnia   przyjechała   nad   jezioro:   bieliznę, 
spódnicę, bluzkę, sportowe buty.

Nim   zdążyła   je   do   końca   zasznurować,   nadjeżdżający 

samochód zatrzymał się z piskiem opon gdzieś bardzo blisko 
namiotu.   Po   chwili   ktoś   z   niego   wysiadł,   trzasnąwszy 
drzwiami   i   zaczął   wykrzykiwać   coś   do   Malika...   po 
rahmańsku!

Przerażona Zara natychmiast rozpoznała ten podniesiony 

męski głos. Był to charakterystyczny, lekko schrypnięty głos 
Kadara bin Abu Salmana, jej ojczyma.

 - Gdzie ona jest? Mów, niegodziwcze! Mów zaraz, gdzie 

ona jest?! - wrzeszczał rozwścieczony Kadar.

Bojąc się, że w napadzie złości może zrobić Malikowi coś 

złego,   wyszła   natychmiast   przed   namiot,   gotowa   bronić 
szejka.   Ujrzała   zaparkowaną   nieopodal   limuzynę, 
rozgniewanego ojczyma, a także... swoich pięciu przyrodnich 
braci, z obnażonymi sztyletami z rękach.

 - Oddaj mi moją córkę, niegodziwcze! - zażądał groźnie 

Kadar.

background image

 - Twoją córkę? - rzucił dosyć prowokacyjnie Malik.
 - Nie udawaj, że nie wiedziałeś, kim ona jest!
 - Zara jest tylko twoją pasierbicą.
  - Cóż z tego, skoro ją kocham jak rodzone dziecko! - 

obruszył się Kadar. - I pragnę dla niej tylko samego dobra! To 
dlatego oddałem ją królowi Hakemowi za małżonkę!

 - A król Hakem, mój kuzyn, oddał ją mnie i ona teraz do 

mnie należy - stwierdził ze stoickim spokojem Malik.

  - Niedoczekanie twoje! Prędzej ty stracisz życie, niż ja 

stracę moją ukochaną córkę! - wykrzyknął Kadar i skinął na 
uzbrojonych w sztylety synów.

Otoczyli   bezbronnego   Malika   ciasnym   kręgiem, 

uniemożliwiając mu jakikolwiek ruch, jakiekolwiek działanie. 
A Kadar chwycił Zarę za rękę i siłą pociągnął do samochodu.

  -   Nawet   nie   próbuj   się   wyrywać,   bo   ten   niegodziwiec 

natychmiast zginie, przebity pięcioma ostrzami - przestrzegł 
ją.

 - Nie róbcie mu krzywdy, ja go kocham - jęknęła.
  -   Straciłaś   rozum,   dziewczyno?   -   syknął   ojczym, 

wpychając   ją   do   limuzyny   i   blokując   jej   drogę   ucieczki 
własnym ciałem. - Zadurzyłaś się w mordercy?

 - Malik nie jest mordercą, ojcze, to nieprawda.
  - Prawda, bez względu na to, co ci próbował wmawiać 

podczas tej kilkudniowej znajomości! On jest mordercą, Zara, 
jest  mordercą  twojego  brata  Dżeba!  -  Wypowiedziawszy   te 
złowrogie słowa, Kadar dał synom znak do odwrotu.

Nie opuszczając noży, posłusznie cofnęli się i wsiedli do 

obszernej   limuzyny.   Zatrzasnęli   za   sobą   drzwi.   Paz, 
najmłodszy z braci, usiadł za kierownicą i uruchomił silnik. 
Samochód ruszył i pomknął w stronę San Francisco, uwożąc 
zapłakaną Zarę.

A   bezradny   szejk   Malik   pozostał   sam   nad   jeziorem, 

zupełnie   nieoczekiwanie   pozbawiony   towarzystwa   pięknej 

background image

Zary,   która   była   prawdziwie   królewskim   prezentem 
urodzinowym.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY
Pałac   króla   Hakema   bin   Abdul   Haidara,   królestwo 

Rahmanu

  -   Ona   należy   do   mnie,   więc   chcę   ją   jak   najszybciej 

odzyskać!   -   oświadczył   kategorycznym   tonem   szejk   Malik, 
stanąwszy naprzeciwko królewskiego tronu.

Hakem   bin   Abdul   Haidar   zmierzył   go   ironicznym 

spojrzeniem.

 - W dosyć oryginalny sposób witasz swojego króla, Malik 

-   stwierdził   z   przekąsem.   -   Ech,   to   chyba   przez   te 
amerykańskie   demokratyczne   obyczaje,   którymi   zdążyłeś 
nasiąknąć   przez   te   dziesięć   lat!   -   dodał   z   westchnieniem, 
kręcąc głową na znak dezaprobaty.

  -   Wybacz,   kuzynie   -   zreflektował   się   szejk   i   złożył 

Hakemowi należny mu niski ukłon. - Bądź pozdrowiony!

Król z ukontentowaniem skinął głową.
 - Mimo wszystko, miło cię widzieć, Malik - powiedział. - 

Pozwól   ze   mną,   pójdziemy   tam,   gdzie   będziemy   mogli 
spokojnie   porozmawiać.   -   Wstał   i   wyprowadził   szejka   z 
przeznaczonego do oficjalnych audiencji salonu tronowego, w 
którym   się   spotkali   natychmiast   po  przyjeździe   Malika   z 
lotniska. Król poprowadził szejka w głąb swoich prywatnych 
apartamentów.

Pokoje, przez które kolejno przechodzili, należały niegdyś 

do   ojca   Malika   i   teraz   należałyby   do   niego,   gdyby   nie 
zrezygnował   przed   dziesięciu   laty   z   sukcesji   tronu   i   nie 
opuścił królestwa Rahmanu. Zdawał sobie z tego sprawę, a 
jednak nie odczuwał już ani żalu, ani gniewu.

Czyżby   to   czas   uleczył   moje   rany?   -   pytał   siebie   w 

myślach, idąc za królem doskonale zapamiętaną z dzieciństwa 
i   wczesnej   młodości   amfiladą   komnat.   Czy   raczej   pewna 
jasnowłosa,   zielonooka   dziewczyna   o   złotym   sercu   i 
przenikliwym umyśle?

background image

 - Usiądźmy tutaj - zadecydował Hakem, kiedy znaleźli się 

w   niewielkim,   ustronnym   gabinecie,   tworzącym   wraz   z 
salonikiem i sypialnią jego najbardziej osobiste królestwo.

Zajęli   miejsca   w   głębokich   skórzanych   fotelach, 

ustawionych   po   przeciwnych   stronach   okrągłego   niskiego 
stolika   o   bogato   rzeźbionych   nogach   i   blacie   misternie 
intarsjowanym   orientalną   mozaiką   z   najszlachetniejszych 
gatunków drewna.

 - Odmieniła cię ta Ameryka, Malik, nie sposób tego ukryć 

- odezwał się król.

  -   Moje   przystosowanie   się   do   tamtejszych   obyczajów 

było konieczne, kuzynie, skoro musiałem opuścić własny kraj 
- stwierdził szejk.

 - Nie tyle musiałeś, ile chciałeś.
  -   Raczej:   zdecydowałem   się   -   uściślił   Malik.   - 

Zdecydowałem się wyjechać, jak pamiętasz, pragnąc uchronić 
kraj   przed   sporami   i   waśniami,   a   może   nawet   przed 
bratobójczą walką. Pozostawiłem ci tron Rahmanu, kuzynie.

 - I wszystkie tutejsze problemy! - wtrącił król. - Owszem, 

straciłeś koronę, to prawda, ale w zamian zyskałeś w Stanach 
Zjednoczonych osobistą niezależność i święty spokój - dodał z 
leciutką, niemniej jednak wyraźnie słyszalną nutą zazdrości w 
głosie.

 - Zyskałem spokój, powiadasz. A cóż to, twoim zdaniem, 

znaczy? - spytał szejk.

 - A choćby to, Malik, że nie musiałeś przez te wszystkie 

lata myśleć o Kadarze bin Abu Salmanie, o jego niezdrowych 
ambicjach i niecnych intrygach.

 - Ale teraz muszę! - żachnął się szejk.
 - Fakt - przyznał Hakem. - Jeśli w istocie chcesz odzyskać 

tę jasnowłosą dziewczynę...

  - Ja ją muszę odzyskać, kuzynie! - wykrzyknął Malik, 

ośmielając się przerwać królowi.

background image

 - Musisz? - rzucił Hakem.
  - Zrozum,  że ja po prostu nie mogę bez niej żyć! Jeżeli 

Kadar nie odda mi jej po dobroci, to osobiście wyruszę na 
południe i odbiorę mu ją podstępem albo siłą.

Król w zadumie pokiwał głową.
  -   Strasznie   porywczy   jesteś,   Malik,   niesamowicie 

popędliwy   -   stwierdził.   -   Gdybyś   teraz,   kiedy   już 
doprowadziłeś Kadara do wściekłości, pojawił się na południu 
Rahmanu,   czyli   tam,   gdzie   on   ma   władzę   i   setki 
popleczników, to pewnie natychmiast zniknąłbyś bez śladu i 
tyle! Wedle oficjalnej wersji zarządcy prowincji zaginąłbyś na 
przykład na pustyni albo coś w tym rodzaju. Więc lepiej się 
tak nie śpiesz z wyprawą w tamte strony!

 - To co w takim razie mam robić?
  -   Przede   wszystkim   napij   się   ze   mną   kawy,   Malik, 

prawdziwie   orientalnej,   zaprawionej   kardamonem   i   innymi 
korzeniami,   takiej,   jakiej   z   całą   pewnością   nie   dostaniesz 
nigdzie   w   Ameryce   -   zaproponował   z   trochę   tajemniczym 
uśmiechem król Hakem.

 - A potem?
  -   A   potem,   gdy   już   ta   wspaniała   kawa   odpowiednio 

rozjaśni   nam   obydwu   umysły,   porozmawiamy   i   może   coś 
wspólnie zaplanujemy.

Król nie musiał dzwonić na służbę, bowiem aromatyczny 

mocny   napar   stał   już   zawczasu   przygotowany   w   wysokim 
srebrnym dzbanie. Osobiście nalał Malikowi i sobie kawy do 
filiżanek.

  - Dobra, prawda? - rzucił z uśmiechem, kiedy obydwaj 

wypili już po pierwszym łyku.

  -   Doskonała   -   przytaknął   szejk,   delektując   się 

wyśmienitym, niepowtarzalnym smakiem rahmańskiej kawy.

background image

Przez dłuższą chwilę pili kawę w milczeniu, popatrując na 

siebie od czasu do czasu. Aż w końcu król Hakem bin Abdul 
Haidar powrócił do przerwanej rozmowy.

  - Co do Kadara i jego jasnowłosej pasierbicy imieniem 

Zara...   -   odezwał   się.   -   Nawiązując   do   naszej   rozmowy 
telefonicznej   sprzed   kilku   dni,   winien   ci   jestem   kilka 
wyjaśnień. Otóż, Kadar bin Abu Salman ofiarował  mi Zarę 
jako drugą żonę w związku z faktem, że moja pierwsza żona, 
Rasha, wydała jak dotychczas na świat tylko trzy córki i nie 
dała mi, niestety, męskiego potomka.

 - Kadar dał ci swoją pasierbicę, żeby urodziła ci syna, czy 

tak? - upewnił się szejk.

  -   Właśnie!   -   przyświadczył  król.   -   Mnie   syna,   a   jemu 

wnuka, który w przyszłości przejąłby po mnie tron Rahmanu.

  - Kadar bin Abu Salman, jako dziadek następcy tronu, 

zyskałby ogromne polityczne wpływy w królestwie Rahmanu 
- zauważył szejk.

  -   Ma   się   rozumieć!   -   przytaknął   król   Hakem.   -   Na   to 

właśnie liczył i dlatego tak bardzo nalegał, żeby mój ślub z 
Zarą odbył się jak najprędzej, zanim jeszcze Rasha wyda na 
świat nasze czwarte dziecko.

 - Ale przeliczył się, stary intrygant!
  - Otóż to! Kadar przeliczył się, ponieważ Zara, zanim 

jeszcze   doszło   do   zaślubin,   zniknęła   bez   śladu   z   mojego 
królewskiego pałacu.

 - Naprawdę zniknęła z pałacu bez twojego królewskiego 

udziału,   kuzynie?   -   zapytał   z   odrobiną   niedowierzania   w 
głosie szejk. 

  -   Naprawdę,   Malik,   wyłącznie   z   własnej   inicjatywy   - 

potwierdził   z   powagą   król   Hakem.   -   Sama,   w   całkowitej 
tajemnicy, nakłoniła pewną kobietę imieniem Matana, młodą 
wdowę,   która   miała   być   urodzinowym   podarunkiem   dla 
ciebie,   by   ta   zrzekła   się   swojej   roli   na   jej   korzyść.   I   jako 

background image

„prezent dla szejka" wyjechała do Ameryki pod eskortą moich 
dworzan.

 - I miała zamiar pozostać w Ameryce na dłużej, kuzynie, 

być może nawet na zawsze, ale porwano ją i pod przymusem 
sprowadzono z powrotem do Rahmanu!  - wszedł królowi w 
słowo zbulwersowany szejk Malik.

 - Uczynił to jej ojczym wraz ze swoimi pięcioma synami!
Król Hakem bin Abdul Haidar pokiwał głową.
  - Cóż, Kadar miał prawo to uczynić, skoro okazała mu 

nieposłuszeństwo   i   wbrew   jego   woli   udała   się   w  zamorską 
podróż, na domiar złego na spotkanie z obcym mężczyzną  - 
rzucił.

  -   W   Ameryce   to,   co   Kadar   uczynił,   jest   karygodnym 

bezprawiem! - wykrzyknął z oburzeniem szejk.

Król machnął lekceważąco ręką.
 - Ale w myśl naszych rahmańskich praw Zara nie została 

skrzywdzona - stwierdził. - Tak czy inaczej, po tym, co zaszło, 
raczej nie kwalifikuje się już na królewską małżonkę.

  -   Martwi   cię   to,   kuzynie?   Hakem   uśmiechnął   się   i 

zaprzeczył.

 - Raczej nie, Malik. A ciebie? Szejk wzruszył ramionami 

i odparł:

 - Mnie również nie, skoro pragnę Zary dla siebie!
 - A zatem problem konfliktu pomiędzy nami dwoma nie 

wchodzi w grę - zauważył z nie ukrywanym zadowoleniem 
król Hakem.

  - Na szczęście nie ma mowy o konflikcie między nami, 

kuzynie - potwierdził, również nie kryjąc zadowolenia szejk 
Malik.

  - Pozostaje nam zatem do rozwiązania jedynie problem 

uwolnienia Zary z rąk Kadara - przypomniał król.

Szejk   wypił   resztkę   kawy,   odstawił   filiżankę   i   z 

rozmachem palnął się dłonią w czoło.

background image

  - Kuzynie! - wykrzyknął z entuzjazmem. - Mam chyba 

pomysł!

 - Mów szybko, jaki?! - żywo zainteresował się król.
 - A ja cały zamieniam się w słuch.
  -   Czy   naprawdę   słuch   mnie   nie   myli?!   -   wykrzyknęła 

zdumiona Zara do najmłodszego ze swoich przyrodnich braci, 
Paza,   gdy   ten   przekazał   jej   najświeższą   wiadomość   z 
królewskiego pałacu.

Paz pokręcił przecząco głową.
 - Wiem, że trudno ci w to uwierzyć - stwierdził - tak samo 

zresztą,   jak   mnie.   Jednak   król   Hakem   bin   Abdul   Haidar 
naprawdę   żąda,   abyś   niezwłocznie   stawiła   się   przed   jego 
obliczem.

  - Ale po co? - dziwiła się Zara. - W jakim celu mam 

stanąć przed królem?

  - Zdaniem naszego czcigodnego ojca, król Hakem albo 

chce,   żebyś   osobiście   mu   się   wytłumaczyła   ze   swego 
karygodnego wybryku i poprosiła o przebaczenie, albo...

 - Paz zawiesił znacząco głos.
  -   Albo   co?   -   rzuciła   niecierpliwie   Zara,   obawiając   się 

czegoś znacznie gorszego niż kajanie się przed królem, bodaj 
na klęczkach.

 - Albo zamierza mimo wszystko doprowadzić do swoich 

zaślubin z tobą, jako dragą po Rashy królewską małżonką.

  -   Nie,   nie,   to   niemożliwe!   -   wykrzyknęła   Zara.   - 

Królewskie zaślubiny są już absolutnie niemożliwe po tym, co 
zaszło między mną a szejkiem w Ameryce!

 - Więc jednak byliście kochankami? - spytał Paz.
  -   Miałeś   w   tej   kwestii   jakiekolwiek   wątpliwości?   - 

odpowiedziała pytaniem na pytanie.

Paz ciężko westchnął i bezradnie wzruszył ramionami.
 - Ja z tego prawie nic nie rozumiem, Zaro - przyznał.

background image

  -   Czy   ty   kompletnie   straciłaś   zdolność   odróżniania 

dobrych   uczynków   od   złych?   Czy   ty   zupełnie   straciłaś 
poczucie   honoru   i   poczucie   obowiązku   wobec   rodziny? 
Oddałaś się temu mężczyźnie, żeby...

  -  Żeby   uniemożliwić   ojcu   zmuszenie   mnie   do 

niechcianego małżeństwa z królem Hakemem! - weszła mu w 
słowo.

 - Do małżeństwa, którego król Hakem również nie chciał!
 - Jesteś tego pewna?
  - Tak - potwierdziła Zara z przekonaniem. - Tak samo, 

jak jestem pewna, że szejk Malik Haidar nie zabił naszego 
brata Dżeba.

Paz spojrzał na nią z ukosa.
 - Zabił go - mruknął, pośpiesznie opuściwszy głowę.
 - Nie wierzę! - wykrzyknęła. - Jak to się stało? Jak doszło 

do   tego   wypadku?   Opowiedz   mi!   -   domagała   się   od   brata 
dokładniejszych wyjaśnień.

  -   Nie   pamiętam   -   odparł   wymijająco   Paz,   -   Byłem 

wówczas jeszcze mały, nie pamiętam szczegółów.

 - Pamiętasz, Paz, tylko nie chcesz mówić. Dlaczego?
  -   Twoja   matka...   nigdy   nie   chciała...   żeby   ci   o   tym 

opowiadać... - wykrztusił.

  - Moja matka już nie żyje, więc mów! - zażądała. Paz, 

dziwnie   zdeprymowany   i   najwyraźniej   niezdolny  w   tym 
momencie do przeciwstawienia się przyrodniej siostrze, zaczaj 
niechętnie wspominać:

  -   To   było   przeszło   dziesięć   lat   temu.   Szejk   Malik 

przyjechał w odwiedziny do naszego brata Asima, z którym 
się wówczas blisko przyjaźnił i...

 - Tak?
  - ..  .i pokłócił się z  nim o  coś -  dokończył  po chwili 

wahania Paz.

 - O co się pokłócili? - spytała Zara.

background image

  -   Nie   pamiętam.   Może   chodziło   o   jakieś   sprawy 

polityczne? A może o kobietę? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, 
że to była bardzo gwałtowna kłótnia.

 - Czym się skończyła?
  -   Tym,  że   szejk   Malik   wpadł   we   wściekłość.   W 

prawdziwą furię!

 - I co robił?
  -   Krzyczał!   Przeklinał!   Odgrażał   się,   że   zniszczy   dom 

naszego   ojca!   I   cały   jego   ród!   W   końcu,   trzasnąwszy 
drzwiami,   wypadł   na   dziedziniec   naszego   domu.   A   na 
dziedzińcu bawił się pod drzewem nasz mały Dżeb.

  -   Nie   wierzę,   że   Malik   mógłby   go   zabić,   nawet   w 

największej   złości!   Nie   wierzę,   że   mógłby   zabić   niewinne 
dziecko! - wykrzyknęła Zara.

  - Dżeb bawił się wtedy pod drzewem, w jego cieniu - 

kontynuował Paz, ignorując ją całkowicie. - Kiedy nasz ojciec 
wybiegł   na   dziedziniec,   ujrzał   swojego   małego   synka 
przygniecionego do pnia przez terenowy wóz szejka Malika. 
Mały Dżeb umierał, a szejk stał obok i spokojnie przyglądał 
się temu.

Zara rozpłakała się.
 - To nie mogło być tak, jak ty mówisz! Musi być jakieś 

inne wyjaśnienie! To na pewno nie Malik zabił Dżeba! To na 
pewno nie on! - powtarzała z uporem przez łzy.

  - Dość! - wrzasnął zniecierpliwiony Paz. - Przyjmij do 

wiadomości to, co ci powiedziałem i nie próbuj z nikim innym 
o  tym  rozmawiać,  a   zwłaszcza  z   naszym  ojcem!   Chyba  że 
chcesz sprowadzić na siebie jeszcze większy niż dotąd jego 
gniew!   Bądź   chociaż   raz   rozsądna,   Zaro.   Nie   drażnij   ojca. 
Poproś go o przebaczenie.

Wciąż pochlipując, Zara przecząco pokręciła głową.
  -   To   Malika   powinnam   poprosić,   by   mi   wybaczył   - 

stwierdziła.

background image

 - On miałby ci coś wybaczyć? - zdumiał się Paz. - A cóż 

takiego?

Zara   otarła   łzy   i   patrząc   mu   śmiało   prosto   w   oczy, 

odpowiedziała:

 - To, że podstępem wdarłam się do jego domu - zaczęła 

wyliczać. - To, że nie powiedziałam mu, kim jestem. To, że go 
naraziłam na brutalną agresję ze strony ojca i was wszystkich, 
moich przyrodnich braci... nożowników!

  -   Przecież   nie   uczyniliśmy   mu   żadnej   krzywdy   tymi 

sztyletami.

  - Na szczęście! - wykrzyknęła Zara. - Bo jeślibyście to 

zrobili, gdyby szejk Malik zginął z ręki któregoś z was, to ja 
też bym się zabiła z rozpaczy.

 - Kochasz go? - spytał Paz.
 - Tak, kocham - potwierdziła Zara.
 - Więc musisz zdławić to uczucie w swoim sercu, musisz 

wyrzec się go jak najszybciej raz na zawsze.

 - Dlaczego?
  - Bo ojciec nigdy ci na to pozwoli. On, Kadar bin Abu 

Salman, nigdy nie pozwoli ci kochać człowieka, który zabił 
mu syna, nigdy nie pozwoli ci do niego odejść, choćby miał 
cię tu więzić do końca życia.

 - Sprzeciwię się mu! - wybuchnęła Zara. - Ucieknę!
  -   Już   raz   przecież   uciekłaś,   no   i   co   z   tego?   -   rzucił 

drwiącym tonem Paz. - Ojciec cię znalazł, nawet na drugim 
końcu   świata,   w   Kalifornii,   w   Stanach   Zjednoczonych. 
Odnalazł cię i sprowadził z powrotem. Jest zbyt potężny, byś 
mogła mu się skutecznie sprzeciwić. Zbyt wiele może. Pomyśl 
tylko,   co   zrobił   kiedyś   z   Malikiem,   prawowitym   następcą 
rahmańskiego  tronu!  Wygnał  go  z  kraju  i  nie  pozwolił  mu 
zostać   królem!   Z   tobą   tym   bardziej   może   zrobić,   co   tylko 
zechce.

background image

  -   A   jednak,   mimo   nacisków,   nie   zdołał   mnie   zmusić, 

żebym   została   drugą   żoną   króla   Hakema   -   zauważyła   z 
przekąsem Zara.

  -   Tak   myślisz?   A   jeśli   król   Hakem   wzywa   cię   teraz 

właśnie po to, aby wziąć z tobą ślub?

 - To po raz drugi znajdę sposób, żeby do tego ślubu nie 

doszło!

 - Ech, Zara! - westchnął Paz i lekceważąco machnął ręką. 

- Każdy cud ma to do siebie, że zdarza się tylko jeden raz. A 
nasz   ojciec,   Kadar   bin   Abu   Salman,   jest   już   takim 
człowiekiem, że zawsze, prędzej czy później, osiąga cel, który 
sobie wyznaczył.

 - Narobiłaś sporego galimatiasu, dziewczyno! - stwierdził 

król Hakem bin Abdul Haidar, gdy zalękniona Zara stanęła w 
milczeniu przed jego obliczem w sali tronowej pałacu. - I teraz 
trzeba znaleźć jakiś sensowny sposób na jego uporządkowanie 
- dodał z powagą. - Wciąż jeszcze się zastanawiam, co zrobić, 
ale myślę ostatnio coraz częściej, że sposobem najlepszym i 
najrozsądniejszym ze wszystkich możliwych byłby ślub.

  -   Czy...   nasz  ślub...   czcigodny   panie?   -   wykrztusiła 

zbulwersowana.

  - Wciąż jeszcze się zastanawiam, wciąż jeszcze myślę - 

powtórzył enigmatycznie król, - I wkrótce zapewne podejmę 
ostateczną   decyzję   -   dodał   po   chwili.   -   A   tymczasem 
postanowiłem,   że   nie   wrócisz   już   na   południe,   do   domu 
swojego ojca, Kadara bin Abu Salmana,  tylko pozostaniesz 
tutaj, w moim pałacu.

 - Czy mój ojciec się na to zgodził? - odważyła się zapytać 

Zara.

Król Hakem wzruszył ramionami i odparł:
 - Twój ojciec musiał się zgodzić, skoro taka właśnie jest 

moja wola, a ja jestem jego królem! A zatem...

background image

W   tym   momencie   do   tronowej   komnaty   wsunął   się 

dyskretnie   ktoś   z   pałacowej   służby   i   szeptem   przekazał 
Hakemowi jakąś wiadomość.

 - Pilne sprawy mnie wzywają, a zatem musimy przerwać 

naszą rozmowę - oznajmił monarcha, podnosząc się z tronu i 
nie   kończąc   poprzedniego   zdania   -   Pospaceruj   sobie 
tymczasem po ogrodzie, być może wezwę cię nieco później.

Zara   skłoniła   się   w   milczeniu   i   pośpiesznie   opuściła 

królewską komnatę.

Poczuła   ulgę,   znalazłszy   się   w   ogrodzie,   poza   murami 

pałacu,   wśród   bujnej,   wypielęgnowanej   roślinności.   Zieleń 
koiła   jej   wzrok,   śpiew   ptaków   zachwycał   słuch,   zapach 
kwiatów odurzał ją i wprawiał w stan rozmarzenia.

Zaczęła sobie wyobrażać, że oto w królewskim ogrodzie 

spotyka   nieoczekiwanie   ukochanego   mężczyznę.   Zaczęła 
sobie wyobrażać, że oto szejk Malik Haidar wyłania się nagle 
zza jakiejś zielonej ściany, idzie w jej stronę alejką, zbliża się 
coraz   bardziej   i   w   końcu,   stanąwszy   naprzeciwko,   w 
odległości   zaledwie   dwu   lub   trzech   kroków,   mówi   do   niej 
łagodnym tonem:

  -   Witaj,   najmilsza!   To   wspaniale,  że   znowu   się 

spotykamy!

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY
Wyobrażenie   było   tak   wyraziste,   tak   plastyczne,   tak 

namacalne,   że   usłyszawszy   słowa   szejka,   Zara   zaczęła   się 
gorączkowo   zastanawiać,   czy   wytwór   jej   imaginacji   nie 
urzeczywistnił się w zupełnie nieoczekiwany sposób.

  -   Czy   to   naprawdę   ty?   -   szepnęła   oszołomiona,   kiedy 

szejk Malik podszedł do niej jeszcze bliżej i ujął ją delikatnie 
za ramiona. - Czy może jednak tylko jakaś nierealna postać z 
moich marzeń?

  - To ja, moja najmilsza, jak najbardziej ja, we własnej 

najprawdziwszej   osobie   -   zapewnił   ją.   -   Przyjechałem 
specjalnie do ciebie, a właściwie to... po ciebie - poprawił się.

 - Czy król Hakem bin Abdul Haidar o tym wie? - spytała 

pośpiesznie,   zaniepokojona   w   najwyższym   stopniu   o   jego 
osobiste bezpieczeństwo.

 - Oczywiście! - odparł z uśmiechem szejk. - Jest przecież 

tutaj gospodarzem.

  - A ty przypadkiem nie jesteś nieproszonym gościem w 

Rahmanie? Nie jesteś kimś, kto mógłby zostać uznany przez 
króla na przykład za politycznego intryganta albo, co gorsza, 
za niebezpiecznego spiskowca? - próbowała się upewnić.

  - Nie jestem, z całą pewnością nie jestem - uspokoił ją 

szejk. - Przebywam w królewskim pałacu za zgodą mojego 
kuzyna Hakema.

  -   Chcesz   powiedzieć,   że   król   Hakem   cię   zaprosił?   - 

rzuciła z niedowierzaniem Zara.

Malik uśmiechnął się ponownie.
 - Mój kuzyn, król Hakem bin Abdul Haidar, nie zapraszał 

mnie   wprawdzie   do   Rahmanu,   ale   też   nie   zabronił   mi 
przyjazdu - wyjaśnił. - Najwyraźniej nie ma do mnie żadnych 
pretensji o to, co zaszło w Ameryce pomiędzy tobą a mną.

  -   Trochę   to   dziwne,   ale   do   mnie   też   chyba   nie   żywi 

szczególnej urazy o to, że podstępem wydostałam się z pałacu 

background image

i   poleciałam   do   Stanów   Zjednoczonych,   do   ciebie,   jako 
urodzinowy   prezent   -   powiedziała   z   lekką   zadumą   Zara.   - 
Rozmawiał   dzisiaj   ze   mną   całkiem   spokojnie,   wspominał 
nawet o ślubie.

  - Chciałabyś zostać jego drugą żoną? - spytał szejk, z 

wyraźną nutą niepokoju w głosie.

  - Nie, Malik! - zaprzeczyła energicznie Zara. - Przecież 

wiesz doskonale, że nie! Chcę tylko ciebie! - zapewniła ze 
łzami wzruszenia w oczach.

  -   Więc   broń   się   przed   królewskim   małżeństwem   - 

stwierdził szejk.

  - Tylko jak? - zafrasowała się. - Skoro król Hakem nie 

pogniewał się na mnie nawet o to, że uciekłam z Rahmanu i 
zostałam w Ameryce twoją kochanką...

 - ...to powiedz mu, że nosisz moje dziecko - zasugerował 

Malik, wchodząc jej w słowo.

Spojrzała   na   niego   z   ukosa   spod   zmarszczonych   brwi, 

najwyraźniej mocno zaskoczona tym, co usłyszała.

  - Przecież nie mogłabym wiedzieć już w tej chwili, że 

jestem z tobą w ciąży! - żachnęła się. - Nie mogłabym już 
teraz mieć pewności...

  - Powiedz,  że to przeczucie - przerwał jej znowu. - I że 

trzeba poczekać, czy się sprawdzi, czy nie.

 - A jeśli nie?
Szejk przyciągnął ją do siebie, objął mocno ramionami i 

szepnął jej czule do ucha:

 - Nic się nie bój, najmilsza. Po to właśnie tu jestem, żeby 

się   sprawdziło.   Będę   odwiedzał   cię   każdej   nocy   w   twoim 
pokoju.

 - Ale to przecież może być niebezpieczne dla ciebie i dla 

mnie! - Na samą myśl o takich nocnych spotkaniach w jaskini 
lwa, czyli w pałacu króla Hakema, Zara przelękła się do tego 
stopnia, że aż zadrżała w objęciach szejka.

background image

  -   Dlatego   niech   to   będzie   nasza   słodka   tajemnica   - 

powiedział Malik ze stoickim spokojem.

Po   czym,   złożywszy   na   ustach   Zary   namiętny,   gorący 

pocałunek,   zniknął   wśród   zielonego   ogrodowego   gąszczu 
równie niespodziewanie, jak się pojawił.

  -   Wiedziałaś   od   króla   Hakema,   że   szejk   Malik   jest   w 

Rahmanie? - spytała Zara pierwszą królewską małżonkę, gdy 
nieco   później   tego   samego   dnia   odwiedziła   ją   w   jej 
apartamencie.

 - Owszem, wiedziałam - przyznała Rasha.
 - Zatem wygląda na to, że ja dowiedziałam się ostatnia
 - stwierdziła Zara z nutką lekkiej pretensji w głosie.
Rasha uśmiechnęła się i przecząco pokręciła głową.
 - Ostatni dowie się Kadar bin Abu Salman, twój ojczym - 

wyjaśniła. - Takie przynajmniej są intencje króla.

 - Słuszne intencje, bardzo słuszne! - ucieszyła się Zara. - 

Kadar   jest   wściekły,   mógłby   znowu   zrobić   Malikowi   jakąś 
krzywdę.

 - Na pewno nie pod naszym dachem - uspokoiła ją Rasha. 

- Tutaj szejk jest całkowicie bezpieczny! A zresztą

  - odezwała się po chwili milczenia - czy  ty  naprawdę 

uważasz, że Kadar skrzywdził Malika?

 - No, przecież pozbawił go tronu.
 - Fakt, tronu go pozbawił. Równocześnie jednak uwolnił 

go   od   wszelkich   politycznych   kłopotów,   jakie   się 
nierozerwalnie wiążą ze sprawowaniem najwyższej władzy w 
państwie!   -   podkreśliła   Rasha.   -   Teraz   szejk   Malik   nie   ma 
wprawdzie   korony   Rahmanu,   ale   ma   w   Stanach 
Zjednoczonych firmę wartą wiele milionów dolarów, autorytet 
w   świecie   międzynarodowego   biznesu   i   stuprocentową 
osobistą   wolność.   W   odróżnieniu   od   Hakema   i   wszystkich 
innych monarchów, władców i prezydentów, może robić, co 
chce. I może przebywać, gdzie chce!

background image

 - Z wyjątkiem Rahmanu - wtrąciła nieśmiało Zara.
 - A któż ci to powiedział?
 - Myślałam...
 - W takim razie byłaś w błędzie - przerwała jej Rasha. - 

Szejk Malik nie jest politycznym banitą, wygnańcem, który 
miałby   raz   na   zawsze   odciętą   drogę   powrotu   do   ojczyzny. 
Wyjechał kiedyś z kraju, bo sam tego chciał, a skoro teraz 
zechciał wrócić, to, jak wiesz, wrócił.

 - Myślisz, że istotnie z mojego powodu?
  -  Nie  mam   pojęcia  -  odparła  dyplomatycznie  Rasha.  - 

Najlepiej sama go o to zapytaj.

  - A kogóż to Zara ma pytać i o co? - odezwał się król 

Hakem,   który   akurat   w   tym   momencie   stanął   w   progu 
komnaty.

 - Twego kuzyna, szejka Malika, o powody jego przyjazdu 

do Rahmanu - wyjaśniła małżonkowi Rasha.

 - Rahman jest jego ojczyzną, więc może przyjeżdżać tu, 

kiedy zechce, bez żadnych konkretnych powodów - stwierdził 
z powagą król Hakem. - Widziałaś się już z nim tu w pałacu? - 
zwrócił się z zapytaniem do Zary.

  -   Z   szejkiem   Malikiem?   Tak,   czcigodny   panie... 

widziałam   się   przypadkowo...   w   pałacowym   ogrodzie   - 
wykrztusiła zmieszana.

 - Co robiliście? - zaciekawił się król.
 - Rozmawialiśmy przez krótką chwilę.
 - Czy powiedziałaś mu, że niedługo wychodzisz za mąż? 

I co on na to? Gratulował ci?

 - Więc już zdecydowałeś, czcigodny panie? - pytaniem na 

pytanie odpowiedziała Zara.

 - Na razie zdecydowałem, że powinnaś wyjść za mąż. I to 

jak   najprędzej   -   odparł   król.   -   Nie   podjąłem   jeszcze   tylko 
decyzji, za kogo. - Wypowiedziawszy te wieloznaczne słowa, 

background image

król Hakem dał gestem znak, że chciałby teraz zostać sam na 
sam z małżonką.

Pośpiesznie wyszła więc i zamknęła za sobą drzwi. Jednak 

zamiast udać się do swego pokoju, zatrzymała się w korytarzu, 
mając   nadzieję,   że   kiedy   król   Hakem   zakończy   wizytę   u 
Rashy   i   wyjdzie   z   jej   komnaty,   to   może   zechce   z   nią 
porozmawiać   i   powie   coś   więcej   na   temat   jej   przyszłych 
losów.

Czekała   dość   długo,   pełna   męczącego   niepokoju   i 

napięcia.   Udręczona   niepewnością,   zdenerwowana   i 
zalękniona, musiała wyglądać wyjątkowo mizernie, bo kiedy 
król   wyszedł   z   komnat   małżonki   i   zauważył   ją   w 
korytarzowym wykuszu, zapytał:

  -  Czy   wszystko   z  tobą   w  porządku,  Zaro?   Dobrze  się 

czujesz?

 - Tak, czcigodny panie, czuję się dobrze, nic mi nie jest - 

odpowiedziała,   pośpiesznie   ocierając   łzy,   jakie   z   przejęcia 
zakręciły się jej w oczach. - Czy Rasha mnie potrzebuje?

 - Rasha w tej chwili odpoczywa, więc potrzebuje przede 

wszystkim spokoju - stwierdził król Hakem. - Natomiast ja 
miałbym do ciebie prośbę.

 - Tak, czcigodny panie?
 - Zwróć na nią baczną uwagę. Bo widzisz, ona nie chce 

mnie kłopotać swoimi sprawami, uważa je za nie dość ważne, 
bym   miał   się   nimi   zajmować   -   wyjaśnił.   -   Tymczasem...   - 
Zawiesił   na   moment   głos,   jakby   chciał   zastanowić   się   nad 
doborem dalszych słów. - Cóż, wszystko, co jej dotyczy, jest 
dla   mnie   niezwykle   ważne   w   tej   chwili...   oczywiście   ze 
względu   na   jej   odmienny   stan   i   na   bardzo   już   bliskie 
rozwiązanie - dokończył. - Dlatego, proszę cię, Zaro, obserwuj 
Rashę uważnie i informuj mnie na bieżąco o wszystkim, co się 
z nią dzieje.

background image

 - Możesz na mnie liczyć, czcigodny panie! - zgodziła się 

skwapliwie i złożyła Hakemowi niski ukłon.

 - Będę więc czekał na wiadomości od ciebie - powiedział 

król i ruszył korytarzem w kierunku swoich apartamentów.

  -   Czcigodny   panie,   ja   też   mam   prośbę!   Chciałabym 

dokończyć   naszą   wcześniejszą   rozmowę   -   odważyła   się 
zaproponować   Zara,   stawiając   wszystko   na   jedną   kartę   i   z 
rozmysłem biorąc na siebie ryzyko wzbudzenia królewskiego 
gniewu.

Zaskoczony   jej   zuchwałą   śmiałością   król   Hakem 

zatrzymał się.

  -   A   co   chciałabyś   mi   jeszcze   powiedzieć?   -   zapytał, 

odwróciwszy się w jej stronę.

Podeszła do niego bliżej.
 - Czcigodny panie... - wykrztusiła zdławionym głosem. - 

Czy wiesz... czy jesteś świadom faktu... że szejk Malik i ja... 
że doszło pomiędzy nami...

 - Chcesz mi powiedzieć, że zostaliście kochankami, tak? - 

Król   najwyraźniej   zniecierpliwił   się   jej   nieskładną   próbą 
owijania w bawełnę prostego faktu.

 - Właśnie! - potwierdziła.
 - Cóż, brałem to pod uwagę.
  -   Samo   miłosne   zbliżenie   to   jeszcze   nie   wszystko, 

czcigodny panie! - Zara zdołała się jakoś opanować i zaczęła 
mówić konkretniej, bardziej zdecydowanym tonem. - W grę 
mogą   przecież   wchodzić   również   konsekwencje   tego 
zbliżenia.

 - To znaczy? - Król Hakem domagał się nazwania rzeczy 

po imieniu.

  -  To znaczy,  że ja mogę być teraz w ciąży, czcigodny 

panie!

background image

  -   Cóż,   brałem   to   pod   uwagę.   -   Król   z   lekkim 

westchnieniem   powtórzył   wypowiedziane   już   przed   chwilą 
słowa. - To też! - podkreślił.

 - I co? - spytała Zara lakonicznie i nie całkiem zgodnie z 

dworskim protokołem.

Król Hakem bin Abdul Haidar zmierzył ją przenikliwym 

wzrokiem.

 - Tak szczerze mówiąc, dziewczyno - stwierdził z powagą 

- to miałem wyrzuty sumienia, że nie zdołałem cię ochronić 
przed   czymś,   co   może   teraz   przesądzić   o   całym   twoim 
dalszym życiu, o całej twojej przyszłości.

  -   Czcigodny   panie,   nie   powinieneś   czuć   się   niczemu 

winny!  -   wykrzyknęła.   -   Ja   przecież   wyjechałam   do   szejka 
Malika bez twojej wiedzy!

  - Wyjechałaś jednak z mojego domu, w którym miałem 

otoczyć cię opieką.

  -   Ale   wyjechałam   z   własnej   woli,   czcigodny   panie!   I 

również z własnej woli oddałam się szejkowi!

  -  Żeby uniknąć niechcianego małżeństwa ze mną? Zara 

zarumieniła się i głęboko westchnęła.

  -   Taki   był   mój   pierwotny   plan,   czcigodny   panie   - 

przyznała.   -   Jednak   później,   już   po   przyjeździe   do   Stanów 
Zjednoczonych... - Zawahała się.

 - Tak? - Hakem zachęcił ją do dalszych zwierzeń.
 - Później pokochałam szejka Malika - szepnęła i opuściła 

nisko głowę, kryjąc w ten sposób intensywny rumieniec, jaki 
wystąpił nagle jej na twarz.

  -   Pokochałaś   szejka.   I   wstydzisz   się   tego   uczucia?   - 

zapytał król.

  - Nie, panie, nie wstydzę się - odpowiedziała. - Ale nie 

jestem całkowicie pewna, czy mam do niego prawo - dodała.

background image

  - Cóż, prawo do miłości mają wszyscy na tym świecie, 

nawet   królowie   -   powiedział   łagodnym,   z   lekka 
autoironicznym tonem.

  -   Ale   czy   ma   takie   prawo   rahmańska   kobieta,   która 

zgodnie   ze   starym   rahmańskim   obyczajem   została 
podarowana   mężczyźnie   w   prezencie   i   w   związku   z   tym 
zobowiązana   sprawiać   mu   zmysłową   przyjemność,   a   nie 
uczuciowe kłopoty?

Zakłopotany   król   wzruszył   bezradnie   ramionami   na   te 

przesycone goryczą słowa.

 - Cóż, nigdy nie zastanawiałem się nad tym problemem - 

przyznał szczerze. - Ale, ale, jeśli mówimy już o prezentach! - 
Wykorzystując   chwilowe   milczenie   Zary,   dyplomatycznie 
zmienił   temat.   -   Szejk   Malik   wyznał   mi   natychmiast   po 
przyjeździe do Rahmanu, że tam,  w Ameryce, otrzymał od 
ciebie   jakieś   wspaniałe   podarunki   i   teraz   chciałby   się 
zrewanżować. No więc ja... - Zawiesił na moment głos.

 - Tak, czcigodny panie?
 - Zgodziłem się! - stwierdził król. - Dałem mu na to trzy 

dni, o które mnie prosił. Ten czas, który liczy się już od jutra, 
jest dla was, Zaro, tylko dla was, dla ciebie i szejka Malika, na 
uporządkowanie waszych spraw! Czy wyraziłem się jasno?

 - Tak, czcigodny panie! - przyświadczyła Zara i pochyliła 

się w niskim ukłonie.

Hakem bin Abdul Haidar nie powiedział już nic więcej, 

tylko   skinął   jej   lekko   głową   i   odszedł   korytarzem   w   głąb 
pałacu, do swoich królewskich komnat i swoich królewskich 
problemów.

Zara   została   sama,   wciąż,   tak   samo   jak   przedtem, 

niepewna   swoich   dalszych   losów.   Uradowana,   że   przez 
najbliższe trzy dni będzie mogła - za zgodą króla - przebywać 
w   towarzystwie   ukochanego   mężczyzny,   a   równocześnie 

background image

zasmucona   i   zaniepokojona   myślą   o   tym,   że   kiedy   te   trzy 
darowane dni miną, czeka ją wielka niewiadoma!

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Reszta   dnia   minęła   Zarze   jak   we   śnie.   Cały   czas   była 

rozgorączkowana,   półprzytomna   z   emocji,   pełna 
najrozmaitszych   -   dobrych   i   złych   -   oczekiwań.   Natomiast 
kiedy nadeszła noc, sen całkowicie ją odszedł, toteż przeleżała 
na posłaniu, nie zmrużywszy oka niemal do świtu, pogrążona 
w   męczących,   denerwujących   rozmyślaniach.   A   kiedy   nad 
ranem,   znużona   wielogodzinnym   czuwaniem,   zapadła 
wreszcie w kojącą drzemkę, niemal natychmiast została z niej 
obudzona   przez   służącą,   która   wkroczyła   do   jej   pokoju   i 
oznajmiła:

 - Książę Haidar panią wzywa! Proszę się ubierać, proszę 

się pośpieszyć!

 - Malik mnie wzywa do siebie? Szejk Malik? - upewniła 

się Zara.

 - Tak, szejk Malik Haidar, kuzyn naszego króla. Czeka na 

panią w gościnnym apartamencie - usłyszała w odpowiedzi.

Podekscytowana zerwała się z posłania.
  -   Proszę   powiedzieć   księciu,   że   przyjdę   do   niego   tak 

szybko, jak będę mogła - rzuciła.

Służąca wyszła, a ona zaczęła pośpiesznie robić poranną 

toaletę. Najpierw wzięła prysznic, rozczesała włosy i związała 
je w luźny węzeł na czubku głowy. Następnie włożyła białą 
koronkową bieliznę, długą spódnicę z naturalnego jedwabiu w 
kolorze   kości   słoniowej   i   koronkową   białą   bluzkę   w 
wiktoriańskim   stylu.   Po   czym   wybiegła   ze   swego   pokoju, 
kierując się w stronę komnaty szejka.

Przy   drzwiach   apartamentu   Malika   zatrzymała   się   na 

chwilę,   chcąc   odczekać,   aż   uspokoi   się   gwałtowne, 
intensywne   bicie   jej   serca.   Ponieważ   jednak   z   każdą 
upływającą sekundą stawało się ono coraz szybsze, machnęła 
ręką i zdecydowała się wejść.

background image

Uchyliła drzwi i wsunęła się do środka. W pokoju, który 

okazał   się   sypialnią,   dominowało   ogromne,   staroświeckie, 
bogato rzeźbione łoże z ozdobnym baldachimem ze złocistego 
jedwabiu.

Był   tam   również   kominek,   a   na   tym   kominku   płonął 

ogień!   Równocześnie   działał   na   najwyższych   obrotach 
klimatyzator, ponieważ w pustynnym Rahmanie, w połowie 
lipca,   w   rozkwicie   lata,   nie   tylko   nie   trzeba   ogrzewać 
pomieszczeń,   lecz   wręcz   przeciwnie,   należy   je   w   miarę 
możliwości chłodzić.

  -   No   i   co   o   tym   sądzisz,   Zaro?   -   spytał   szejk   Malik, 

wyłaniając się z głębi apartamentu.

  - Dlaczego ty tak... jednocześnie ogrzewasz i chłodzisz 

ten pokój? - wykrztusiła zdumiona, odpowiadając pytaniem na 
pytanie.

  -   W   tym   pozornym   szaleństwie   jest   mimo   wszystko 

pewien sens, pewna metoda - stwierdził dość tajemniczo.

Po czym wręczył jej trzymaną w ręku paczkę, owiniętą w 

pergamin i przewiązaną na krzyż kolorową wstążką.

 - Co to jest? - zainteresowała się Zara.
 - Coś dla ciebie... do przebrania się - odparł. - Bo widzisz 

-   dodał   gwoli   wyjaśnienia   -   twój   obecny   strój   nie   jest 
odpowiedni   do   tego,   co   zaplanowałem   jako   pierwszą 
niespodziankę dla ciebie.

  -   Czy...   tutaj   mam   się...   przebierać?   -   wyszeptała   tak 

zawstydzona, jakby zupełnie nie pamiętała w tym momencie, 
że przecież szejk Malik widział ją już nie tylko ubraną bardzo 
skąpo, w przezroczystą muślinową szatę, ale nawet całkowicie 
roznegliżowaną.

 - Możesz wejść do łazienki. - Wskazał na boczne drzwi.
Zara   z   ulgą   ukryła   się   za   nimi   i   drżącymi   ze 

zdenerwowania rękoma otworzyła paczkę. W środku znalazła 

background image

bawełnianą   nocną   koszulę   z   krótkimi   rękawami,   ozdobioną 
dużym, wielobarwnym wizerunkiem myszki Miki.

Roześmiała się na widok tej komicznej kreacji rodem z 

supermarketu,   absolutnie   odmiennej   od   eleganckiej   nocnej 
bielizny   z   ekskluzywnych   butików,   do   jakiej   była 
przyzwyczajona.

Dlaczego   szejk   chce,  żebym   włożyła   na   siebie   coś 

takiego?   -   zachodziła   w   głowę,   zdejmując   kolejno   bluzkę, 
spódnicę, biustonosz, majteczki i na koniec wciągając przez 
głowę tandetny nocny strój.

Nie znalazłszy odpowiedzi na to pytanie, wyszła w końcu 

z łazienki.

Malik   też   nie   miał   już   na   sobie   tradycyjnego 

rahmańskiego ubioru, w jakim powitał ją przed chwilą, tylko... 
kolorowe bawełniane bokserki w zabawny wzorek.

Na jego widok mimo woli roześmiała się znowu, jak przed 

chwilą.

 - No i z czego się tak cieszysz, kobieto? - mruknął z nie 

całkiem autentyczną irytacją. - Wskakuj do łóżka! - polecił jej, 
wskazując ręką na olbrzymi, rozłożysty mebel z jedwabnym 
baldachimem.

 - Do łóżka? Ale po co? - jęknęła przerażona. - Proszę cię, 

Malik, nie róbmy tego teraz, przecież król Hakem dał nam 
trzy   dni   na   uporządkowanie,   a   nie   na   dodatkowe 
skomplikowanie naszych spraw - próbowała argumentować, 
broniąc   się   przed   niepokojącą   perspektywą   sam   na   sam   z 
szejkiem.

 - Mój kuzyn Hakem dał mi trzy dni na przygotowanie dla 

ciebie   takich   niespodzianek,   jakie   tylko   zechcę.   Jestem 
pewien, że w związku z tym nie będzie wnikał w szczegóły 
tego, co robimy - wyjaśnił Malik. - Dlatego nie ociągaj się już 
dłużej i nie wyszukuj przeszkód, tylko grzecznie wskakuj do 
łóżka!

background image

Zara posłusznie wsunęła się pod koc.
  -   Trochę   się   posuń,   żebym   i   ja   się   zmieścił   -   wesoło 

zadysponował szejk.

Zrobiła mu miejsce u swego boku, a on natychmiast je 

zajął.

  -   Czego   ode   mnie   teraz   oczekujesz?   -   odważyła   się 

zapytać.

  -   Absolutnie   niczego   -   odparł.   -   To   ty   masz   przecież 

zostać obdarowana, a nie ja.

  - A co będzie tym podarunkiem dla mnie, poza nocną 

koszulą z myszką Miki? - zaciekawiła się Zara.

  -  Śniadanie!   -   Jakiś   obcy   mężczyzna,   chyba   ktoś   ze 

służby księcia, otworzył drzwi i pchając przed sobą barek na 
kółkach, przystanął w progu komnaty.

Zaskoczona i lekko przestraszona Zara dała nura pod koc, 

kryjąc się pod nim wraz z głową.

 - Proszę zostawić - polecił służącemu Malik.
A   kiedy   drzwi   się   zamknęły,   szepnął   wyraźnie 

rozbawiony:

  - Jesteśmy znowu sami, możesz wyjść z kryjówki. Zara 

ostrożnie wysunęła głowę spod koca.

 - Nie widział mnie? - zapytała.
  - Nie mam pojęcia - niefrasobliwie odpowiedział szejk, 

wyraźnie drocząc się z nią. - Może tak, a może nie.

  -   Boże!   -   jęknęła   Zara.   -   Przecież   jeśli   ten   człowiek 

widział   nas   razem   w   łóżku   i   doniesie   o   tym   królowi 
Hakemowi, to król nas zabije! A jeśli na dodatek poinformuje 
mojego ojczyma, to Kadar też nas zabije.

  -   Drugi   raz,   tak?   -   wszedł   jej   w   słowo   szejk   Malik   i 

wybuchnął głośnym śmiechem.

  -   No...   nie   -   wykrztusiła,   zorientowawszy   się,   że   ze 

zdenerwowania   plecie   głupstwa.   -   To   byłoby   raczej 
niemożliwe.

background image

 - A widzisz! Więc ani trochę się nie przejmuj - uspokoił 

ją - tylko śmiało korzystaj z mojego prezentu.

 - A gdzie jest ten prezent?
Malik wyskoczył z łóżka i przyciągnął ruchomy barek, na 

którym,   na   dużej   tacy,   znajdowało   się   trochę   rozmaitych 
wiktuałów i gazeta.

  -   Proszę,   oto   klasyczne   amerykańskie   śniadanie 

najczęściej   spożywane   w   niedzielny   poranek   -   wyjaśnił, 
wróciwszy na posłanie.

 - To znaczy?
  -   Naleśniki   z   syropem   klonowym,   owoce...   -   zaczął 

wyliczać.

 - I będziemy jedli to śniadanie w łóżku? - przerwała mu, 

nadal bardzo zdziwiona.

  -   Owszem   -   potwierdził   szejk.   -   Tak,   jak   to   robią 

wszystkie   amerykańskie   małżeństwa,   jeśli   już   nawet   nie   w 
każdą niedzielę, to przynajmniej raz w miesiącu. Będziemy 
jedli w łóżku niedzielne śniadanie i czytali na głos niedzielne 
wydanie gazety, na zmianę, trochę ty mnie, trochę ja tobie.

 - Twój pierwszy prezent dla mnie bardzo przypomina ten, 

który   ja   przygotowałam   tobie   zaraz   na   początku   naszej 
znajomości w San Francisco - zauważyła Zara. - Z tą różnicą, 
że wtedy nie jedliśmy śniadania, tylko obiad, a nasze menu nie 
było amerykańskie, tylko rahmańskie.

 - No i nie czytaliśmy w łóżku żadnej gazety! - dokończył 

ze śmiechem, wchodząc jej w słowo.

Następnego   dnia   szejk   Malik   przypomniał   sobie   o 

zniecierpliwionej   długim   wyczekiwaniem   Zarze   dopiero 
wieczorem, gdy zaszło słońce, wzeszedł księżyc, a niebo nad 
Rahmanem zrobiło się już całkiem ciemne. Wtedy to w jej 
pokoju zjawiła się służąca i wypowiedziała niemal dokładnie 
te same słowa, co poprzedniego dnia;

 - Książę Haidar panią wzywa! Proszę się pośpieszyć!

background image

 - Czy mówił coś na temat ubioru?
  -   Książę   wspomniał,   że   pani   wczorajszy   strój   byłby 

najstosowniejszy na dzisiejszą okazję - stwierdziła służąca i 
skłoniwszy się, wyszła.

Nie chodziło mu chyba o nocną koszulę z myszką Miki, 

tylko o to, w co sama się ubrałam, pomyślała Zara, wkładając 
jedwabną spódnicę i koronkową bluzkę.

Szejk Malik potwierdził słuszność jej przypuszczeń.
  -   Tak,   właśnie   o   to   mi   chodziło!   -   wykrzyknął   na   jej 

widok. - Ten strój będzie najlepszy na dzisiejszy wieczór.

 - Czy spędzimy ten wieczór we dwoje? - spytała.
 - I tak, i nie - odparł enigmatycznie.
 - Nie rozumiem.
 - Nie szkodzi. Zrozumiesz później, kiedy już dotrzemy na 

miejsce.

 - Czy to znaczy, że będziemy gdzieś wyjeżdżali?
 - Owszem - przytaknął. - Zapraszam cię do samochodu.
Ujął   Zarę   za   rękę   i   wyprowadził   ją   z   pałacu   na 

dziedziniec,   gdzie   zaparkowana   była   elegancka   biała 
limuzyna. Pomógł jej wsiąść do auta, sam zajął miejsce za 
kierownicą.   Uruchomił   pojazd   i   skierował   go   dość   wąską 
wewnętrzną drogą w odległy kraniec pałacowych włości króla 
Hakema bin Abdul Haidara.

W miejscu, w którym się znaleźli, wysoki kamienny mur 

oddzielał   i   osłaniał   królewską   posiadłość   od   napierającej   z 
zewnątrz   pustyni.   Naprzeciwko   tego   muru   stało   kilkanaście 
jeepów.   Wśród   nich,   pośrodku,   było   jeszcze   jedno   wolne 
miejsce   i   szejk   wprowadził   tam   swoją   białą   limuzynę. 
Zatrzymawszy   samochód,   wyłączył   silnik   i   zgasił   przednie 
światła.

  -   Już   zrozumiałam,   co   miałeś   na   myśli,   mówiąc,   że 

równocześnie   będziemy   i   nie   będziemy   sami   -   stwierdziła 
Zara.   -   W   tych   wszystkich   samochodach   są   przecież   jacyś 

background image

ludzie, ale ani my nie widzimy ich w tych ciemnościach, ani 
oni nas.

 - Właśnie! - potwierdził Malik.
  -  Ale  po  co  znaleźliśmy   się  pod  tym murem...  tak  po 

ciemku, my i oni? - spytała.

  - Poczekaj cierpliwie, zaraz zobaczysz. O, już! Ciemny 

mur rozjaśniło nagle coś w rodzaju silnego

reflektora, wyrysowując na nim światłem spory poziomy 

prostokąt. Z ukrytych gdzieś w pobliżu głośników buchnęła 
dość głośna muzyka.

 - Co to będzie, Malik?! - wykrzyknęła zdumiona Zara.
 - Kino - wyjaśnił szejk.
  -   Kino,   w   którym  widzowie   oglądają   film   na   wolnym 

powietrzu?

  - Owszem - przytaknął. - Ogląda się film,  siedząc we 

własnym  samochodzie.   To  taka  amerykańska  tradycja,  kino 
dla zmotoryzowanych. Czyli dla wszystkich, bo przecież w 
Stanach każdy ma jakiś tam wóz.

 - Amerykanie lubią filmy? - zaciekawiła się Zara. Malik 

roześmiał się.

 - Lubią kino, to pewne! - stwierdził rozbawiony.
 - A przecież w kinie ogląda się filmy.
 - Niekoniecznie.
 - A co jeszcze można robić?
Nie odpowiedział, tylko opuścił boczną szybę i odebrał od 

kogoś,   kto   krążył   pomiędzy   zaparkowanymi   samochodami, 
dwie   spore   torby   z   kolorowego   papieru   i   dwie   plastykowe 
butelki.

  - To prażona kukurydza, czyli popcorn, a do tego woda 

sodowa - wyjaśnił Zarze, podając jej torbę i butelkę. - Jak 
widzisz   -   nawiązał   do   postawionego   przez   nią   pytania   -   w 
amerykańskim   kinie   dla   zmotoryzowanych   można   poza 

background image

oglądaniem filmu także jeść i pić. A także... - Zawiesił głos, 
bo właśnie rozpoczął się film.

 - Także co? - dopytywała się, zaciekawiona. Malik jednak 

nic nie odpowiedział, tylko objął ją

i przytulił.
Film   miał   smutne   zakończenie   i   wzruszył   Zarę   do   łez. 

Jego bohaterowie kochali się, ale zmuszeni byli rozstać się 
wbrew   własnej   woli,   co   oczywiście   przypomniało   jej,   iż 
pozostał   im   jeszcze   tylko   jeden   wspólny   dzień, 
zagwarantowany wspaniałomyślnie przez króla Hakema.

A   potem   najprawdopodobniej   zostaniemy   na   zawsze 

rozdzieleni,   pomyślała   przybita   i   zatroskana.   On   wróci   do 
Kalifornii, do swego domu w San Francisco, a ja zostanę tutaj, 
w   Rahmanie,   w   królewskim   haremie   Hakema   bin  Abdul 
Haidara.   Doszła   jednak   do   wniosku,   że   zanim   to   nastąpi, 
powinni przynajmniej wyjaśnić sobie wszystko, co ważne, tak 
by mogli rozstać się bez niedomówień. I zapytała:

 - Opowiesz mi o Dżebie?
Na   dźwięk   imienia,   które   wypowiedziała,   szejk 

odruchowo odsunął się od niej i spojrzawszy na nią z ukosa, 
rzucił:

 - A co chciałabyś usłyszeć?
 - Chciałabym usłyszeć historię inną niż ta, którą ostatnio 

opowiedział mi Paz - stwierdziła.

 - A co ci mówił?
  -  Że tamtego strasznego dnia pokłóciłeś się z Asimem, 

wpadłeś w gniew, miotałeś groźby pod adresem wszystkich 
synów Kadara, a potem... - Zara umilkła, nie mając odwagi 
dokończyć.

 - A potem, co?
  -   A   potem...   rozjechałeś   swoim   terenowym 

samochodem... swoim jeepem... najmłodszego z nich, Dżeba. - 
wykrztusiła.

background image

Szejk   wziął   głęboki   oddech.   Widać   było   po   nim,   że   z 

najwyższym   trudem   opanowuje   się,   by   nie   wybuchnąć,   nie 
wykrzyczeć Zarze prosto w twarz swoich racji, nie wyładować 
na niej swojej złości. Zacisnął zęby, przygryzł wargi, odczekał 
w   najwyższym   napięciu   dłuższą   chwilę   i   wreszcie 
zdławionym, lekko schrypniętym z nadmiaru emocji głosem 
wyrzekł dwa słowa:

 - To kłamstwo!
 - To dobrze - szepnęła Zara i odetchnęła z ulgą.
 - Dlaczego dobrze? - zdziwił się.
  - Bo wolę, żeby to Paz był kłamcą, niż żebyś ty miał 

być... - Zawiesiła głos.

  - .. .mordercą - dokończył rozgorączkowany. - Czy tak? 

To straszne słowo miałaś zamiar wypowiedzieć, prawda?

Skinęła potakująco głową.
 - Jak już ci kiedyś mówiłem, Zaro, nie jestem mordercą - 

zapewnił. - Jeżeli chcesz, to opowiem ci wszystko, co sam 
wiem na temat wydarzeń tamtego strasznego dnia, w którym 
zginaj twój przyrodni brat Dżeb...

 - Nie chcę, Malik - przerwała mu.
 - Dlaczego?
 - Bo ci wierzę! Jeśli chcesz mówić, to opowiedz mi raczej 

coś innego - dodała.

 - A mianowicie?
  - W jaki sposób mój  ojczym, Kadar bin Abu Salman, 

zdołał zmusić cię do abdykacji przed dziesięciu laty.

Szejk westchnął.
 - No cóż.;. - zaczął. - Mój ojciec, znękany długą i ciężką 

chorobą,   zmarł   w   tym   samym   tygodniu,   w   którym   zginaj 
tragicznie   twój   przyrodni   brat   Dżeb.   A   ja   miałem   wtedy 
zaledwie   dwadzieścia   lat   i   zupełnie   brakowało   mi 
politycznego   doświadczenia.   Nie   potrafiłem   się   skutecznie 
bronić   przed   pomówieniami   Kadara.   Dlatego   on   bez 

background image

szczególnego   trudu   zdołał   przekonać   przedstawicieli 
większości najbardziej wpływowych rahmańskich rodów, że 
nie   jestem   człowiekiem   honoru   i   nie   nadaję   się   na   króla 
Rahmanu.

  -   Czy   nikt   nie   sprzeciwił   się   wówczas   mojemu 

ojczymowi? - spytała Zara. - Nikt nie stanął w twojej obronie?

  -   Tylko   Hakem   bin   Abdul   Haidar,   mój   kuzyn   -   rzekł 

melancholijnie   szejk.   -   Dlatego   zdecydowałem   się 
dobrowolnie oddać mu koronę.

 - Jako jedynemu sprawiedliwemu?
 - Otóż to!
 - I Kadar się zgodził na Hakema?
 - Owszem - przytaknął Malik. - Miał wobec niego pewien 

dług   wdzięczności,   mój   kuzyn   uratował   kiedyś   na   pustyni 
życie jego synowi.

 - Któremu?
  -   Pazowi   właśnie,   czyli   temu,   który   tyle   ci   o   mnie 

nakłamał.   Nieważne   zresztą.   -   Szejk   machnął   ręką.   -   W 
każdym razie Kadar się zgodził, a wraz z nim cała rodowa 
starszyzna   Rahmanu.   Hakem   również   się   zgodził   i   w   ten 
sposób zasiadł na tronie i został królem. A ja zasiadłem za 
biurkiem i zostałem biznesmenem. I rozpocząłem wszystko od 
nowa na obczyźnie, w Ameryce. I żyłem tam sobie w miarę 
spokojnie przez dziesięć lat, aż w moim życiu pojawiłaś się ty!

 - Pojawiłam się w twoim życiu, żeby zniknąć, i to niestety 

już pojutrze - odezwała się Zara ze smutkiem.

Malik ponownie objął ją i przytulił.
  -   Nie   myśl   o   tym,   co   może   być   pojutrze   -   szepnął.   - 

Pomyśl   raczej,   że   mamy   dla   siebie   jeszcze   cały   jutrzejszy 
dzień, zagwarantowany nam przez króla Hakema.

  -   Na   pewno   dobrze   się   czujesz?   -   z   troską   w   głosie 

zapytała Zara, gdy następnego dnia wczesnym popołudniem 

background image

odwiedziła   brzemienną   małżonkę   króla   Hakema   w   jej 
apartamentach.

 - Tak. Wszystko ze mną w najzupełniejszym porządku - 

odpowiedziała Rasha, która odpoczywała akurat, półleżąc na 
rozłożystej, wygodnej otomanie. - Nie przejmuj się ani trochę 
moim stanem, jest przecież całkowicie naturalny. Lepiej mi 
coś opowiedz o wczorajszym podarunku szejka.

 - Byliśmy w kinie - bąknęła Zara.
 - W prawdziwym kinie? Tu, w Rahmanie?
  -   Nie,   nie   -   zaprzeczyła   Zara.   -   W   takim   specjalnie 

urządzonym przez Malika... w typowo amerykańskim stylu. W 
kinie   dla   zmotoryzowanych,   na   wolnym   powietrzu. 
Siedzieliśmy w limuzynie szejka, oglądaliśmy film...

  -   Naprawdę   oglądaliście   film?   -   wtrąciła   ze   śmiechem 

Rasha, przerywając Zarze opowieść. - Czy może raczej...

Rozbawiona   małżonka   króla   Hakema   nie   zdążyła 

sformułować do końca drugiego pytania, bo w komnacie nagle 
pojawiła się służąca z wiadomością, że książę Haidar wzywa 
Zarę do siebie.

  - Idź więc, idź, moja droga, skoro szejk czeka, nie będę 

cię zatrzymywała ani chwili! - śmiała się Rasha.

 - A może jednak powinnam zostać z tobą? - Zara nie była 

pewna, czy ma prawo opuścić królewską małżonkę w sytuacji, 
kiedy dosłownie w każdej chwili mógł się u niej rozpocząć 
poród.

  - W  żadnym wypadku! - kategorycznie sprzeciwiła się 

Rasha. - W pałacu jest mnóstwo ludzi, którzy będą mogli mi 
pomóc w razie potrzeby, jest służba, są dworzanie, jest też 
lekarz. A ty masz dziś trzecią i ostatnią okazję otrzymania od 
Malika   specjalnego   prezentu   i   nie   powinnaś   tej 
niepowtarzalnej   okazji   zmarnować.   Zwłaszcza   -   dodała   po 
krótkiej chwili milczenia - że nie wiadomo przecież, co będzie 
z wami dalej.

background image

  -   Fakt,   nie   wiadomo   -   potwierdziła   z   zadumą   Zara.   - 

Wszystko zależy od jutrzejszej decyzji króla Hakema.

 - Wszystko, moja droga, zależy od wyroków losu, którym 

podlegają nawet królowie - uściśliła z lekkim, ale nad wyraz 
ciepłym i życzliwym uśmiechem Rasha. - Nie martw się więc 
zawczasu   o   jutro,   które   dopiero   nadejdzie,   tylko   raduj   się 
dniem dzisiejszym, który jest ci w tej chwili dany - dodała 
filozoficznie. - A teraz biegnij na spotkanie z Malikiem!

Zara   skłoniła   się   królewskiej   małżonce   i   wyszła   z 

apartamentu   na   korytarz,   kierując   się   szybkim   krokiem   w 
stronę swojego pokoju. Służąca wybiegła za nią i dogoniła ją 
tuż przed drzwiami.

 - Czy coś się stało? - przestraszyła się Zara.
  -   Nie,   nie!   Zapomniałam   tylko   powiedzieć,   że   książę 

Haidar życzył sobie, żeby ubrała się pani w sportowy strój, jak 
na wycieczkę.

 - Rozumiem - mruknęła Zara, chociaż w istocie nie miała 

pojęcia, dokąd szejk tym razem zechce ją zabrać.

Kiedy   już   weszła   do   pokoju   i   zaczęła   się   w   pośpiechu 

przebierać   w   dżinsy   i   koszulową   bluzkę,   pomyślała   w 
pewnym   momencie,   że   być   może   szejk   chce   ją   po   prostu 
porwać   z   pałacu   i   wywieźć   potajemnie   z   Rahmanu. 
Ostatecznie   odrzuciła   jednak   taką   ewentualność,   uznała 
bowiem,   że   szejk   jest   nazbyt   lojalny   wobec   swego 
królewskiego kuzyna, by tak uczynić. Honor by mu na to nie 
pozwolił. Więc może również ten sam honor nie pozwoli mu 
zostawić   mnie   na   pastwę   losu?   -   pomyślała   z   nadzieją, 
wychodząc z pokoju.

Szejk czekał na nią w saloniku swego apartamentu.
 - Wyglądasz właśnie tak, jak oczekiwałem - stwierdził na 

jej widok.

 - A czego ja mam oczekiwać? - zapytała.

background image

  -   Wiadomo:   trzeciej   niespodzianki!   -   odparł   z 

tajemniczym uśmiechem.

 - Podobnej do dwu poprzednich?
  -   Sama   wkrótce   ocenisz   -   wyjaśnił.   -   Musimy   tylko 

dotrzeć tam, gdzie ta dzisiejsza niespodzianka na ciebie czeka.

 - Pojedziemy samochodem? - zainteresowała się.
 - Tak.
 - Tym, co wczoraj?
 - Nie, innym.
 - A jakim?
 - Terenowym jeepem.
 - Czy to znaczy, że pojedziemy gdzieś dalej?
  -   Trochę   dalej   -   wyjaśnił   z   lekka   zniecierpliwiony 

indagacjami szejk.

 - A dokąd? - niestrudzenie wypytywała Zara.
 - Sama zobaczysz - uciął dyskusję. - Chodźmy już! Ujął 

ją za rękę i pociągnął za sobą. Wyszli z pałacu na wewnętrzny 
dziedziniec   i   wsiedli   do   zaparkowanego   tam   terenowego 
jeepa. Szejk uruchomił silnik i przez jedną z bocznych bram 
wyprowadził   samochód   poza   teren   królewskich   posiadłości, 
na otaczające pałac półpustynne bezdroże.

  - Sama widzisz - odezwał się do Zary - że limuzyną, z 

której   korzystaliśmy   wczoraj,   udając   się   do   kina,   nie 
zajechalibyśmy tędy daleko.

  -   A   długo   będziemy   jechali?   -   zapytała,   chcąc   z 

odpowiedzi   szejka   wywnioskować   cokolwiek   na   temat 
ostatecznego celu podróży.

 - Mniej więcej godzinę - stwierdził lakonicznie.
W   takim   razie   wygląda   na   to,   że   jedziemy   do   oazy 

Habbah,   pomyślała   Zara,   przypominając   sobie   niezwykłe 
miejsce, w którym była kilkakrotnie w dzieciństwie: otoczoną 
dość   wysokimi   skałkami   pustynną   enklawę,   pełną   zieleni   i 

background image

życia dzięki tryskającemu z głębi ziemi niezwykle wydajnemu 
źródłu krystalicznie czystej wody.

W istocie, po pięćdziesięciu kilku minutach szybkiej jazdy 

po   bezdrożach   przekonała   się,   że   jej   przypuszczenia   były 
słuszne.   W   oddali   zarysowały   się   bowiem   na   monotonnej 
płaszczyźnie skałki i sylwetki palm.

 - To miejsce nazywa się Habbah, prawda? - rzuciła, by się 

ostatecznie upewnić.

 - Tak - potwierdził szejk i jeszcze mocniej docisnął pedał 

gazu.

Z każdą chwilą byli coraz bliżej, poza wysokimi palmami 

mogli już dostrzec przez przednią szybę samochodu również 
niższe, ale niezmiernie bujne krzewy, a także ukryte wśród 
nich niewielkie białe chaty.

 - A gdzie są ludzie? Zniknęli? - zapytała ze zdziwieniem, 

kiedy dotarli już na miejsce i szejk zatrzymał wóz na skraju 
wyraźnie opustoszałej oazy. - Nikt nas nie wita, nikt na nas nie 
zwraca uwagi, a przecież tutejsi mieszkańcy chyba nieczęsto 
widują przyjezdnych!

  - Nie denerwuj się, wszyscy mieszkańcy Habbah są na 

pikniku nad jeziorkiem, tam, za tymi skałkami - uspokoił ją 
szejk   i   wskazał   na   szereg   kamiennych   stożków,   pomiędzy 
którymi   przebiegała   wąska   ścieżka.   -   Na   typowo 
amerykańskim pikniku - dodał. - Takim, na którym wszyscy 
wspólnie grillują, grają w baseball i w ogóle. Sama zobaczysz! 
Chodź!

Wysiedli   z   samochodu   i   ruszyli   w   stronę   niewielkiego 

wodnego zbiornika, nazywanego jeziorkiem trochę na wyrost.

 - Po co właściwie Amerykanie urządzają takie pikniki? - 

spytała Zara.

  -  Żeby się lepiej poznać - odparł Malik. - Na piknikach 

spotykają się sąsiedzi z tego samego osiedla albo pracownicy 

background image

tej   samej   firmy.   Wspólnie   wypoczywając,   mają   okazję   do 
lepszego poznania się, a nawet do nawiązania przyjaźni.

 - Pięknie to brzmi - zauważyła Zara.
 - Bo to jest piękne - stwierdził szejk.
Kiedy   minęli   przesłaniające   widok   skałki,   ujrzeli 

niewielki,   ale   bardzo   malowniczy   zbiornik   wodny,   wokół 
którego   biwakowały   całymi   rodzinami   mieszkańcy   Habbah. 
Dorośli   byli   zajęci   grillowaniem   i   rozmowami,   a   dzieci 
wspólną zabawą.

 - Dołączymy do nich? - spytała Zara.
  -   Nie,   nie,   jeszcze   nie   teraz   -   powiedział   lekko 

zniecierpliwionym   tonem   i   szybko   poprowadził   ją   na 
przeciwległy brzeg jeziorka.

Nie było tam nikogo poza jedną jedyną starszą kobietą w 

słomkowym kapeluszu, która siedziała nad wodą z wędką w 
ręku.

  -   Są   tutaj   jakieś   ryby?   Można   wędkować?   Można 

cokolwiek złowić? - zaciekawiła się Zara.

 - Najlepiej zapytaj tę panią - doradził jej szejk. Podeszli 

bliżej do kobiety z wędką.

 - Dzień dobry. Czy pani już coś złowiła? - odezwała się 

Zara.

  -   Przepraszam,   ale   nie   rozumiem   tutejszego   języka. 

Jestem Amerykanką - odpowiedziała po angielsku i spojrzała 
na Zarę spod szerokiego słomkowego ronda tak jakoś dziwnie 
miękko, czule, tkliwie, jakby przez łzy.

Amerykańska   turystka   z   wędką   tutaj,   w   Rahmanie,   w 

oazie Habbah, w samym środku pustyni, akurat teraz, kiedy i 
ja tu jestem? Co za niezwykły zbieg okoliczności! - zdumiała 
się w duchu Zara.

I zapytała:
 - Jak pani tutaj trafiła?

background image

A   wtedy   starsza   pani,   nie   będąc   w   stanie   już   dłużej 

panować nad emocjami, rozpłakała się i przez łzy wykrztusiła:

 - Przyjechałam do ciebie... Sarah.
Zara   potrzebowała   tylko   kilku   sekund,   żeby   skojarzyć 

prawidłowo   wszystkie   fakty   i   zrozumieć,   że   siwowłosa 
Amerykanka,   wędkująca   nad   jeziorkiem   w   pustynnej   oazie 
Habbah, to jej własna babcia, odnaleziona jakimś cudem w 
Stanach Zjednoczonych przez szejka Malika i specjalnie na 
dzisiejszą okazję zaproszona do Rahmanu. I to była ta trzecia 
najwspanialsza niespodzianka!

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
W ciągu następnych kilku sekund Zara również rozpłakała 

się ze wzruszenia.

Po czym rzuciła się w szeroko otwarte ramiona starszej 

damy   i   odwzajemniając   jej   serdeczne   uściski,   zaczęła 
powtarzać raz po raz:

 - Babcia, babcia, moja babcia.
 - Tak, jestem twoją babcią, moje dziecko, rodzoną matką 

twojej matki - potwierdziła starsza pani, cofnąwszy się o pół 
kroku,   na   odległość   wyciągniętych   ramion,   żeby   się   lepiej 
przyjrzeć cudownie odnalezionej wnuczce. - Masz właśnie po 
mnie   te   zielone   oczy,   bo   twoja   mama   miała   niebieskie,   a 
ojciec piwne. I te jasnoblond włosy też masz po mnie, bo twoi 
obydwoje rodzice byli ciemnymi blondynami, Sarah.

 - To ja mam na imię Sarah, a nie Zara?
  - Oczywiście, moje dziecko - odpowiedziała na pytanie 

wnuczki starsza dama. - Przynajmniej w Ameryce miałaś na 
imię   Sarah,   zanim   cię   tutaj   na   tej   pustyni   przechrzcili   po 
swojemu - dodała żartobliwym tonem.

 - A ty, babciu, jak masz na imię?
 - W dokumentach zapisali mi Caroline, ale wszyscy moi 

bliscy   nazywają   mnie   Lottie.   Więc   także   dla   ciebie,   moje 
dziecko, mam na imię Lottie.

  -   Babcia   Lottie.   Moja   babcia   Lottie   -   powtórzyła   z 

radosnym   uśmiechem   Zara,   ciesząc   się,   wręcz   delektując 
każdym wypowiadanym słowem.

Zerknęła na szejka Malika. Wycofał się dyskretnie i stał w 

pewnym oddaleniu, by nie przeszkadzać. Zara miała ogromną 
ochotę podzielić się z nim swoją radością, powiedzieć mu, jak 
bardzo   jest   szczęśliwa   i   jak   ogromnie   mu   wdzięczna   za 
odszukanie bliskiej krewnej, z którą nie utrzymywała żadnych 
kontaktów   i   której   nawet   nie   pamiętała   z   dzieciństwa.   Nie 

background image

chcąc   jednak   zostawiać,   choćby   na   moment,   cudownie 
odnalezionej babci Lottie, przesłała mu tylko uśmiech.

Starsza   pani   spostrzegła   ten   uśmiech   i   oczywiście   nie 

omieszkała zauważyć:

  - Ten twój Malik Haidar, to świetny chłopak, Sarah. To 

znaczy wspaniały mężczyzna - poprawiła się.

 - O, tak! - potwierdziła bez wahania Zara.
  -   Ogromnie   się   cieszę,   moje   dziecko,   że   sobie   kogoś 

takiego   znalazłaś.   Bo,   szczerze   mówiąc,   ilekroć   o   tobie 
myślałam,   zawsze   się   bałam,   że   zostaniesz   zmuszona   do 
jakiegoś niechcianego małżeństwa - wyznała.

Zara nie podjęła tego tematu i nie nawiązała do swego 

ewentualnego   mariażu.   Nie   chciała   przerażać   starszej   pani 
opowieścią o tym, że zależnie od decyzji, jaką podejmie w 
najbliższym   czasie   król   Hakem,   może   wkrótce   zostać  albo 
drugą

 

królewską

 

małżonką,

 

albo

 

żoną 

siedemdziesięcioletniego   wuja   swego   ojczyma,   albo   -   w 
najlepszym   razie   -   kochanką   szejka   Malika.   Wolała   więc 
zapytać o swą amerykańską rodzinę.

  -   Czy   mam   w   Stanach   Zjednoczonych   jeszcze   kogoś 

bliskiego   poza   tobą,   babciu   Lottie?   Jakieś   ciocie,   wujków, 
kuzynów?

  -   Oczywiście,   że   masz,   moje   dziecko   -   odpowiedziała 

starsza   pani.   -   Przywiozłam   ze   sobą   rodzinny   album   ze 
zdjęciami, więc zaraz ci ich wszystkich pokażę. Pomyślałam, 
że na pewno chętnie obejrzysz ich fotografie, zanim będziesz 
miała   okazję   poznać   swoich   amerykańskich   krewniaków 
osobiście!

 - A czy oni... zaakceptowaliby mnie, przyjęliby mnie do 

rodziny?   -   zapytała   Zara   trochę   niepewnie,   z   wyraźnym 
wahaniem.

 - Ma się rozumieć, moje dziecko, z otwartymi ramionami! 

- wykrzyknęła podekscytowana starsza pani.

background image

 - Tak samo, jak ja! Bo ja przez te wszystkie lata to wprost 

nie mogłam sobie darować - wyznała - że poróżniłam się z 
twoją mamą z zupełnie bezsensownych powodów i przez to 
straciłam z nią kontakt, niestety, już do końca jej życia. A 
przez to straciłam również kontakt z tobą.

 - Na szczęście spotkałyśmy się w końcu, babciu Lottie
 - szepnęła Zara, z najwyższym trudem tłumiąc łzy, które 

napłynęły   jej   do   oczu   na   myśl   o   straconych   latach   i 
przedwcześnie zmarłej matce.

 - Na szczęście - szepnęła starsza pani i ponownie wzięła 

wnuczkę w ramiona.

Kiedy   się  już  do   woli  wyściskały,  przez  dobrą   godzinę 

oglądały rodzinne zdjęcia.

W   tym   czasie   Malik   zarządził   dla   całej   trójki   kolację. 

Zjedli   ją   na   wolnym   powietrzu,   przy   świetle   pochodni, 
ponieważ właśnie zapadał już zmierzch i nagle całkowicie się 
ściemniło.

 - Niestety, robi się późno, muszę się chyba powoli z wami 

żegnać,   moi   drodzy   -   stwierdziła   po   posiłku   starsza   pani, 
spojrzawszy   na   zegarek.   -   Panie   Haidar   -   zwróciła   się   do 
szejka   Malika   -   bardzo   panu   dziękuję   za   to   wspaniałe 
spotkanie!   A   przede   wszystkim   za   to,   że   pomógł   mi   pan 
odzyskać wnuczkę.

 - Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiedział szejk 

i szarmancko pocałował babcię Lottie w rękę. Po czym dodał: 
- Proszę nie sądzić, że żegna się pani z nami na długo. Gdy 
tylko   wrócimy,   podam   memu   kuzynowi   Hakemowi   nazwę 
pani hotelu i poproszę go, by umożliwił pani dłuższy pobyt w 
pałacu, gdzie w tej chwili przebywamy obydwoje z Zarą.

  -   To   byłoby   cudownie!   -   ucieszyła   się   starsza   pani. 

Uścisnąwszy kordialnie dłoń Malikowi, podeszła  z kolei do 
wnuczki, by na pożegnanie wziąć ją w objęcia.

background image

 - To dobry człowiek - szepnęła jej do ucha. - Koniecznie 

trzymajcie się razem, moje dziecko!

  - Przecież to nie zależy tylko ode mnie, babciu - rzekła 

półgłosem Zara. - Niestety, to w ogóle nie zależy ode mnie.

 - Aha, więc on jeszcze ci się nie oświadczył, nie poprosił 

cię o rękę? - trafnie wywnioskowała starsza pani.

  -   Nie   przejmuj   się   tym,   moje   dziecko   -   pocieszyła 

wnuczkę.   -   Poprosi,   na   pewno   poprosi!   Przecież   z   daleka 
widać, jak bardzo mu na tobie zależy.

 - Babciu, to ja jutro zadzwonię do ciebie, do hotelu!
  - Zara szybko zmieniła temat, obawiając się, że Malik 

może usłyszeć ich rozmowę.

 - Będę czekała na telefon.
  -   A   ja   teraz   odprowadzę   panią   do   samochodu   - 

zaofiarował się Malik.

Podał   starszej   pani   ramię   i   odszedł   z   nią   w   kierunku 

zabudowań oazy.

Kiedy po kilkunastu minutach wrócił nad jezioro, miał ze 

sobą koc, który przyniósł z samochodu.

  -   To   dla   nas,  żebyśmy   -   mogli   wygodnie   przysiąść, 

patrząc na fajerwerki - poinformował.

 - To będą jeszcze fajerwerki dziś wieczorem? - zdziwiła 

się Zara.

  - Na zakończenie prawdziwego amerykańskiego pikniku 

muszą być. Koniecznie!

 - Czy tutaj będziemy je oglądali?
  -   Nie,   na   skraju   osady,   trochę   dalej   od   zabudowań   i 

ogrodów. Uznałem, że to będzie najlepsze, najbezpieczniejsze 
miejsce na pokaz sztucznych ogni - wyjaśnił szejk.

 - Chodź!
Wziął ją za rękę i zaprowadził w miejsce, gdzie zielona 

oaza Habbah graniczyła z otaczającą ją ze wszystkich stron 
pustynią. Tam rozłożyli koc i usiedli na nim.

background image

  -   Zaraz   się   zacznie   -   oznajmił   Malik,   obejmując   Zarę 

ramieniem.

Przytuliła się mocno do niego i szepnęła:
 - Chciałabym, żeby się nigdy nie skończyło.
 - Masz na myśli fajerwerki?
  -  Mam   na   myśli   wszystko  -  stwierdziła  z   zadumą.   Po 

czym   dodała   pośpiesznie:   -   Ogromnie   ci   za   to   wszystko 
dziękuję,   Malik,   za   piękne   trzy   niespodzianki   w 
amerykańskim stylu, a zwłaszcza za odnalezienie mojej babci 
Lottie.

  -   Właściwie   to   Alice,   moja   nieoceniona   sekretarka, 

odnalazła twoją babcię, to znaczy zdobyła jej adres - uściślił 
szejk. - Ja jej tylko złożyłem wizytę w Ameryce, opowie - 

działem o tobie i o sobie. No i zaprosiłem ją do Rahmanu. 

Pozostało tylko telefonicznie uzgodnić dzień jej przybycia.

 - Zrobiłeś dla mnie tak wiele, Malik - - szepnęła Zara. - 

Tak wiele!

  -   Ty   dla   mnie   też.   Tamte   trzy   dni,   które   spędziliśmy 

razem w Kalifornii, były wspaniałe!

  -   Te   też   są   wspaniałe,   Malik.   I   kończą   się   czymś   tak 

niezwykłym. Popatrz!

Na   ciemnogranatowym   niebie   rozbłysły   nagle   kaskadą 

wielobarwnych   świateł   fajerwerki.   Pokaz   trwał   długo, 
kilkanaście minut. Zara była nim zachwycona. Jeszcze nigdy 
w  życiu   czegoś   takiego   nie   widziała.   Kalejdoskopowo 
zmieniające się formy, rysowane na ekranie nieba za pomocą 
koloru   i   ognia,   wydawały   się   jej   tak   fantastyczne,   tak 
niezwykłe, tak wspaniałe, jak obrazy z najpiękniejszego snu. 
A kiedy światła zgasły i niebo znów pociemniało, cudowny 
sen   bynajmniej   się   nie   skończył,   bo   oto   Malik   wziął   ją   w 
ramiona i zaczął namiętnie całować.

Tak mogłoby już być do końca świata, myślała, poddając 

się   ulegle   pieszczocie   jego   ust   i   odwzajemniając   ją   w 

background image

potęgującym się gwałtownie z każdą chwilą podnieceniu. Tak 
mogłoby już pozostać na zawsze, aż po kres jej życia, aż po 
kres!

Spleceni w uścisku, zapomnieli o wszystkich problemach, 

o   upływającym   czasie,   o   królewskiej   decyzji,   która   miała 
zapaść nazajutrz. I nagle...

Nagle wokół znowu rozbłysły ostre światła!
Tuż obok nich zatrzymał się z piskiem opon samochód i 

wyskoczył z niego Kadar bin Abu Salman.

  -   Precz   z   rękoma   od   mojej   córki,   niegodziwcze!   - 

wrzasnął.

Malik uwolnił Zarę z objęć i wstał. Ona również zerwała 

się na równe nogi.

  -   Zostaw   ją,   niegodziwcze,   bo   pożałujesz!   -   zagroził 

szejkowi Kadar.

Malik   osłonił   roztrzęsioną   Zarę   własnym   ciałem   i 

odpowiedział:

 - Nigdy jej nie zostawię, bo jest moja. I nikt mi jej już nie 

odbierze, nawet ty.

  -   Mylisz   się,   głupcze   -   warknął   Kadar.   -   My   ci   ją 

odbierzemy, ja i moi synowie. - Wskazał na asystujących mu 
pięciu   młodych   mężczyzn.   -   Odbierzemy   ci   ją   i   oddamy 
królowi Hakemowi, któremu została przyrzeczona jako druga 
małżonka.  Ciebie  też odwieziemy  do  pałacu,  niegodziwcze, 
żeby król mógł cię osobiście odesłać do wszystkich diabłów, 
czyli do tej twojej Ameryki!

  -   Ojcze,   nie   kompromituj   się   zachowaniem   godnym 

rozbójnika - wybuchnęła Zara. - My sami wrócimy do pałacu. 
I   sami   podporządkujemy   się   decyzji   króla   Hakema,   bez 
nacisków   z   twojej   strony.   Ale   pamiętaj,   że   tylko   król   ma 
prawo stanowić o naszym przyszłym losie, nikt inny. A już na 
pewno nie ty!

background image

Kadar bin Abu Salman, porażony trafnością słów swojej 

krnąbrnej pasierbicy, spuścił nieco z tonu.

  -  Nie  działam   wbrew   królowi,  tylko   w  jego  imieniu   - 

rzucił.

  -   A   może   jednak   pozwolilibyśmy   królowi   działać 

samodzielnie we własnym imieniu? - odezwał się na to szejk.

 - A konkretnie, co proponujesz? - spytał Kadar.
  -   Stańmy   przed   jego   obliczem   i   wysłuchajmy   jego 

decyzji.

 - Zgoda - przystał Kadar. - Tylko nie próbuj przypadkiem 

żadnych niecnych sztuczek w drodze do pałacu!

  -   Po   pierwsze   -   wyjaśnił   szejk   -   już   wcześniej   dałem 

słowo Hakemowi, że dziś wieczorem wrócę z Zarą do pałacu, 
więc danego słowa nie złamię, a po drugie... Cóż, sam wiesz, 
że droga stąd, z oazy Habbah do królewskiej stolicy prowadzi 
przez pustynię, a ucieczka na pustynię może oznaczać tylko 
jedno... śmierć. Więc nie będziemy próbowali uciekać.

  - Zwłaszcza że i tak nie sposób uciec przed wyrokami 

losu - dodała Zara, przypomniawszy sobie mądre słowa, jakie 
wcześniej usłyszała od Rashy.

  - Jedźmy więc, zamiast tu stać i gadać - mruknął Kadar 

bin Abu Salman.

 - Jedźmy - zgodził się szejk.
Ujął Zarę za rękę. W asyście Kadara i jego synów wrócili 

piechotą do oazy, gdzie zostawili swój samochód. Wsiedli do 
niego i ruszyli w drogę, a ojczym Zary i jej przyrodni bracia 
pojechali   za   nimi   własnym   jeepem,   prowadzonym   przez 
pełniącego rolę kierowcy Paza.

Do królewskiego pałacu dojechali równocześnie.
I   równocześnie,   całą   ośmioosobową   gromadą,   stanęli 

przed królewskim obliczem w sali tronowej.

background image

 - Dobrze, że wszyscy tu jesteście - stwierdził z trudnym 

do ukrycia zadowoleniem Hakem bin Abdul Haidar. - Mam 
wam co nieco do zakomunikowania.

  -   Zamieniamy   się   w   słuch,   czcigodny   panie   -   rzucił 

Kadar.

 - Słuchamy cię z najwyższą uwagą, kuzynie - rzekł Malik.
 - Po pierwsze - rozpoczął król - muszę powiedzieć wam, 

że   moja   najukochańsza   małżonka   Rasha   przed   dwiema 
godzinami   szczęśliwie   powiła   dziecko   płci   męskiej,  mam 
zatem już męskiego potomka, następcę królewskiego tronu i 
nie muszę żenić się po raz drugi.

  - To wspaniale! - wykrzyknęła Zara, nie zdoławszy się 

opanować   przed   szczerym   wypowiedzeniem   tego,   co 
naprawdę myślała.

Król Hakem bin Abdul Haidar uśmiechnął się dobrotliwie.
  -   Tak   się   składa,   że   ja   też   nie   marzyłem   o   tym 

małżeństwie, tylko raczej czułem się do niego zobligowany 
przez   okoliczności   i   poniekąd   przymuszony   przez 
dyplomatyczne zabiegi twojego ojczyma - przyznał.

  -   Czcigodny   panie,   przecież   ty   unieszczęśliwiasz   moją 

córkę,   nie   chcąc   jej   -   odezwał   się   Kadar,   rozzłoszczony 
faktem, że sprawy przestały układać się po jego myśli.

  - Unieszczęśliwiłbym ją - odparował król - pozwalając 

tobie   stanowić   o   jej   losie,   bo   wiem,   że   jej   groziłeś 
małżeństwem   z   siedemdziesięcioletnim   starcem,   własnym 
owdowiałym   wujem.   Dlatego   postanowiłem   skorzystać   z 
królewskiego   przywileju,   który   pozwala   mi,   jako   ojcu 
wszystkich moich poddanych, zastąpić każdego ojca rodziny 
w podejmowaniu ważnych decyzji - oznajmił. - I korzystając z 
tego   przywileju,   postanowiłem   obecną   tutaj   Zarę   oddać   za 
małżonkę   również   tu   obecnemu   szejkowi   Malikowi 
Haidarowi,   mojemu   najbliższemu   kuzynowi,   księciu   krwi   i 
amerykańskiemu finansiście w jednej osobie.

background image

  - I jeszcze do tego mordercy! - wykrzyknął Kadar, nie 

mając już w zanadrzu żadnego innego argumentu, jaki mógłby 
wykorzystać dla storpedowania królewskiego postanowienia. - 
Mordercy przyrodniego brata swojej przyszłej żony!

  -   Ojcze,   szejk   Malik   nie   jest   mordercą   Dżeba!   - 

zaprotestowała z przekonaniem Zara. - Na pewno nie!

 - Któż więc mógłby nim być? - obruszył się Kadar.
 - Przecież to jego samochód zabił mojego syna, wszyscy 

widzieli.

 - Samochód tak, ale nie ja - odezwał się na to Malik.
  -   Nie   zaprzeczam,  że   to   mój   wóz   spowodował   ten 

nieszczęśliwy wypadek, w którym zginął Dżeb. Ale to nie ja 
siedziałem wtedy za jego kierownicą.

 - A kto? - warknął Kadar.
 - Tego nie wiem - odpowiedział szejk. - Kiedy po kłótni z 

Asimem wybiegłem wówczas z waszego domu, było już po 
wszystkim.   Dżeb   konał,   a   sprawca   wypadku   przepadł   bez 
śladu. Kto nim był, tego niestety nie wiem - powtórzył.

  -   A   któż   to   wie?   -   rzucił   Kadar.   Szejk   wzruszył 

ramionami.

 - Być może któryś z twoich synów widział i wie.
 - Jeżeli któryś z moich synów wie na temat śmierci Dżeba 

coś,   czego   ja   nie   wiem,   a   nie   wyjawi   nam   tego   teraz   w 
obecności króla - odezwał się na to Kadar bin Abu Salman, 
czerwieniejąc   na   twarzy   z   oburzenia   i   gniewu   -   to   niechaj 
będzie po stokroć przeklęty, a mnie i cały mój ród niechaj 
piekło pochłonie!

Po tych słowach, wypowiedzianych przez ojczyma Zary z 

najwyższą   powagą,   bardzo   groźnym,   a   równocześnie 
niezwykle   uroczystym  tonem,   w   sali   tronowej   pałacu   króla 
Hakema   zapadła   absolutna   cisza.   Nikt   nie   ośmielił   się   jej 
przerwać, nawet monarcha. Wszyscy czekali w napięciu na 
reakcję   synów   Kadara,   świadomi   faktu,   że   żyjąc   w   kraju, 

background image

gdzie w myśl uświęconego przez tradycję prawa wola ojca jest 
wolą najwyższą, żaden z nich nie ośmieliłby się zlekceważyć 
ojcowskiej klątwy.

Milczenie   trwało   kilka   minut,   które   w   sytuacji 

niecierpliwego   oczekiwania   i   gorączkowego   podniecenia 
wydawały się wszystkim zgromadzonym długie niczym lata, a 
nawet stulecia. Aż w końcu przerwał je zdławiony, jękliwy 
okrzyk:

  -   Ojcze,   wybacz!   Ojcze,   nie   przeklinaj   mnie, 

nieszczęsnego!

Spojrzenia   wszystkich   zgromadzonych   natychmiast 

zwróciły się w kierunku Paza, bo to właśnie on, pobladły z 
przestrachu   i   przejęcia   tak   bardzo,   jakby   mu   cała   krew   z 
twarzy odpłynęła, wyrzucił z siebie te dramatyczne słowa.

  - Zamiast podnosić lament, mów zaraz, synu, co jest ci 

wiadome - rozkazał Kadar.

 - Wiem, ojcze... że to nie Malik... zabił małego Dżeba - 

wykrztusił Paz.

 - Więc któż to uczynił?
 - Ja.
Tym razem Kadar bin Abu Salman zrobił się na twarzy tak 

blady   jak   białe   płótno,   z   którego   uszyta   była   jego   szata   i 
turban.

 - Jak to... ty... synu? - odezwał się, mówiąc z najwyższym 

trudem i niemal po każdym wypowiedzianym słowie biorąc 
głęboki   oddech.   -   Przecież   ty...   byłeś   wówczas...   jeszcze 
dzieckiem... małym chłopcem.

  - I jak wszyscy mali chłopcy, ojcze, lubiłem się bawić 

samochodami   -   grobowym   głosem   wyznał   Paz.   -   Malik 
zostawił   wtedy   kluczyki   w   stacyjce   swojego   jeepa. 
Postanowiłem więc skorzystać z okazji... chciałem uruchomić 
go i trochę pojeździć sobie nim dla zabawy po dziedzińcu.

 - I co? - jęknął Kadar.

background image

 - I na moje nieszczęście zdołałem wprawić auto w ruch, 

ale nie zdołałem go potem zatrzymać - odparł Paz, opuściwszy 
nisko głowę. - Najechałem rozpędzonym jeepem na Dżeba, 
który   bawił   się   pod   drzewem.   A   kiedy   już   to   się   stało, 
wpadłem   w   panikę   i   uciekłem,   zanim   Malik   po   kłótni   z 
Asimem   wybiegł   z   domu   na   dziedziniec.   Uciekłem   nie 
zauważony   przez   nikogo.   A   podejrzenie   o   spowodowanie 
wypadku   padło   na   Malika,   który   w   istocie   był   całkowicie 
niewinny!

 - Synu, dlaczego przez tyle lat nic mi nie powiedziałeś?! - 

zapytał podniesionym głosem Kadar.

  - Wybacz,  że tego nie uczyniłem, ojcze, ale śmiertelnie 

lękałem się twojego gniewu - szepnął Paz i padł przed ojcem 
na kolana.

Ponownie zapadła cisza.
Kadar   bin   Abu   Salman   najwyraźniej   nie   wiedział,   jak 

zareagować   na   synowski   akt   skruchy.   W   widoczny   sposób 
wahał   się,   czy   ma   ukarać   nieszczęsnego   Paza,   czy   raczej 
wybaczyć   mu   popełnioną   w   dzieciństwie   winę,   w   sytuacji, 
gdy nawet najstraszliwsza kara dla sprawcy wypadku i tak nie 
byłaby w stanie przywrócić życia jego ofierze. Milczał więc. I 
wszyscy w komnacie milczeli. Aż w końcu król Hakem bin 
Abdul   Haidar   zdecydował   się   skorzystać   ze   swoich 
monarszych uprawnień do rozstrzygania sporów i wydawania 
wyroków.

Zabrał więc głos, stwierdzając:
  -   Wybacz   synowi   jego   czyn,   Kadarze,   bo   kiedy   go 

popełnił, był dzieckiem, a skazując się na dożywotnie wyrzuty 
sumienia, sam się ukarał najstraszliwszą pokutą.

 - Niech stanie się właśnie tak, jak nakazujesz, czcigodny 

panie   -   skwapliwie   podporządkował   się   królewskiej   woli 
Kadar   bin   Abu   Salman.   -   Synu!   -   zwrócił   się   do   Paza.   - 
Wybaczam ci, wstań z kolan!

background image

Paz   posłusznie   wstał   i   natychmiast,   trawiony   wstydem, 

ukrył się za plecami stojących w szeregu, jeden przy drugim, 
pozostałych czterech braci.

 - Skoro spełniłeś już swoją ojcowską powinność, Kadarze 

- ponownie odezwał się król - to teraz błagaj o wybaczenie 
mego   kuzyna,   szejka   Malika   Haidara.   Przez   tyle   lat 
niesłusznie oskarżałeś go o zbrodnię, której nie popełnił.

 - Niech stanie się właśnie tak, jak nakazujesz, czcigodny 

panie. - Dumny wielmoża, rad nierad, zgodził się po raz drugi 
z   postanowieniem   monarchy.   -   Książę!   -   zwrócił   się   do 
Malika,   padając   przed   nim   na   kolana.   -   Zechciej   w   swojej 
dobroci mi wybaczyć!

 - Wybaczam ci - rzekł Malik. - Wstań.
Kadar dźwignął się i zaczął się cofać, najwyraźniej mając 

ochotę,   tak   jak   Paz,   czym   prędzej   schować   się   za   plecami 
synów.

Jednak król Hakem powstrzymał go słowami:
 - Jeszcze nie koniec, zaczekaj! Skoro wszystkie sprawy z 

przeszłości   zostały   wyjaśnione,   nadeszła   pora,   byśmy   zajęli 
się   tym,   co   przyniesie   jutro.   O   przyszłość   Rahmanu   nie 
musimy się już martwić, skoro mam syna i następcę tronu - 
podkreślił.   -   Zatroszczmy   się   jednak   o   przyszłość   dwojga 
młodych ludzi, których połączył najpierw zwykły przypadek, 
a   potem   uczucie   tak   silne,   że   wszyscy   inni   zakochani   w 
naszym   królestwie   i   na   całym   świecie   mogliby   im 
pozazdrościć.   Podejdź   tu   do   mnie,   Kadarze   -   polecił   -   i 
pobłogosławmy   obydwaj   Malikowi   i   Zarze,   zanim   zostaną 
mężem i żoną. Ty będziesz błogosławił w zastępstwie jej ojca, 
który   od   dawna   nie   żyje,   a   ja   w   zastępstwie   ojca   szejka 
Malika, poprzedniego króla Rahmanu, który również odszedł 
ze świata już przed laty.

Król   podniósł   się   z   tronu,   a   Kadar   bin   Abu   Salman 

posłusznie podszedł do niego i stanął obok.

background image

Malik   i   Zara   uklęknęli   przed   nimi,   pozwalając   obydwu 

wykonać   nad   ich   głowami   uświęcone   tradycją   znaki 
ojcowskiego błogosławieństwa.

Gdy   ceremonia   została   dokonana,   król   Hakem   nakazał 

narzeczonym powstać, po czym rzekł:

 - Skoro uczyniliśmy już wszystko, co było konieczne, by 

naszym rodom i całemu krajowi zapewnić szczęście i spokój, 
nadszedł   czas,   byśmy   zajęli   się   swoimi   sprawami.   Ty, 
Kadarze,   jedź   z   synami   na   południe,   do   swego   domu,   po 
stosowny posag dla Zary. Wiesz przecież, że należą się jej po 
matce klejnoty i różne piękne ozdoby.

  - Tak, czcigodny panie - rzucił krótko Kadar bin Abu 

Salman i skinąwszy na synów, bez zwłoki wycofał się wraz z 
nimi z tronowej komnaty.

 - Ja natomiast, moi drodzy - zwrócił się król do Malika i 

Zary - pójdę teraz do mojej najukochańszej małżonki Rashy, 
która odpoczywa po porodzie, i do mojego umiłowanego syna, 
któremu   w   szczęściu   i   zdrowiu   upływają   jedna   po   drugiej 
pierwsze godziny życia. .

  - Tak, czcigodny panie - odezwali się Malik i Zara w 

zgodnym   dwugłosie.   -   A   my   dokąd   mamy   iść   i   co   mamy 
robić?

 - A wy idźcie sobie, gdzie chcecie i róbcie, co chcecie! - 

rzucił Hakem już od drzwi i wyszedł.

Szejk Malik ujął Zarę za obydwie dłonie.
 - Dokąd będziemy chcieli pójść, najmilsza? - zapytał.
  -   Wiadomo,   do   twojej   sypialni   -   odpowiedziała   z 

uśmiechem bez chwili wahania.

 - A cóż będziemy chcieli tam robić?
  - Wiadomo, najdroższy - szepnęła lekko zawstydzona. - 

Będziemy się kochać.

background image

 - Tak, aż do rana! - potwierdził z entuzjazmem szejk. - I 

potem każdej nocy aż do dnia ślubu! I po ślubie każdej nocy 
aż do końca życia!

  -   A   na   pewno   będziemy   żyli   długo   i   szczęśliwie   - 

podsumowała Zara i rzuciła się Malikowi na szyję.