background image

DEBBIE MACOMBER 

Miłość i waśń 

 

OD AUTORKI 

Droga  Czytelniczko,  Witaj  w  Hard  Luck,  niewielkim  mieście  na 

Alasce!  Mam  nadzieję,  że  będziesz  mi  towarzyszyła  w  tej 

przechadzce,  podczas  której  poznamy  synów  północy,  ich  rodziny, 

przyjaciół i przyszłe żony. 

Nie  wiem,  czy  kiedykolwiek  spłacę  dług  wdzięczności  wobec 

pewnych  osób,  jak  się  okazuje,  osób  fikcyjnych.  Myślę  tu  o  Valerie, 

Stephanie  i  o  Norze,  trzech  siostrach,  o  których  pisałam  w  trylogii 

„Siostry  z  Orchard  Valley".  (Orchard  Valley).  Zarówno  praca  nad 

poszczególnymi  tomami,  jak  i  miejsce  akcji  oraz  bohaterowie  cyklu, 

wszystko  to  napełniało  mnie  miłością  i  entuzjazmem.  Odrębną  i  kto 

wie,  czy  nie  największą  satysfakcję  sprawiło  mi  wszakże  przyjęcie 

mojej trylogii przez Czytelniczki. 

Kiedy więc Wydawnictwo Harlequin zaproponowało mi napisanie 

sześciotomowego cyklu, byłam przejęta tym do głębi. Wkrótce potem 

ożyło  miasteczko  Hard  Luck,  bracia  O'Halloranowie  oraz  synowie 

północy.  Pracowałam  ciężko,  lecz  z  pracy  swej  czerpałam  tylko 

radość.  W  trosce  o  rzetelność  opisu  wybrałam  się  wraz  z  mężem  w 

podróż po Alasce.  

background image

I wiesz, Droga Czytelniczko, czym się to skończyło? Miłością do 

tego  północnego  stanu,  do  jego  niezmierzonych  przestrzeni,  do 

pełnych ciepła i osobistego uroku zamieszkujących go ludzi, wreszcie 

do całej atmosfery życia w tej najdalej wysuniętej na północ placówce 

naszej cywilizacji. 

A  teraz  zajmij.  Droga  Czytelniczko,  wygodne  miejsce  w  fotelu  i 

pozwól sobie przedstawić dumnych, upartych i cudownych mężczyzn, 

synów  Arktyki  i  tundry,  oraz  opowiedzieć  o  tym,  co  się  wydarzyło, 

gdy  natknęli  się  na  kobiety  swojego  życia.  Kobiety  z  południa. 

Dostatecznie  odważne,  by  zmienić  całe  swoje  dotychczasowe  życie  i 

podjąć ryzyko miłości. 

W gruncie rzeczy takie jak Ty i ja! 

Debbie 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Krótka historia Hard Luck na Alasce 

Hard  Luck,  miasteczko  rozciągnięte  wzdłuż  jednej  ulicy,  leży 

prawie sto kilometrów na północ od koła podbiegunowego, w pobliżu 

Brooks Range. Początek dali mu Adam O'Halloran i jego żona Anna, 

którzy jako pierwsi wybudowali tu swoje domostwo. Adam przybył na 

Alaską gnany gorączką złota, lecz działki, które nabył, nie przyniosły 

mu  fortuny.  Niemniej  O'Halloranowie,  pokochawszy  tą  północną 

surową  krainą,  postanowili  się  tu  osiedlić.  Mieli  dwóch  synów, 

Charlesa  i  Davida.  Pięcioletnią  córeczkę,  Emily,  utracili  w 

tragicznych i bardzo niejasnych okolicznościach.  

Wkrótce  w  pobliżu  domu  O'Halloranów  zaczęły  powstawać  inne 

domy.  Pierwsi  sąsiedzi  również  byli  poszukiwaczami  złota,  a 

niebawem  dołączyli  do  nich  także  kupcy  i  rzemieślnicy.  Rodzina 

Fletcherów przybyła w 1938 roku i otworzyła sklep tekstylny. 

W dzień  wybuchu drugiej  wojny  światowej  Hard  Luck liczyło  już 

prawie  pół  setki  mieszkańców.  Młodzi  mężczyźni,  włączając  obu 

O'Halloranów,  zgłosili  się  do  wojska.  Pierwszy  wyruszył  Charles; 

skierowano  go  do  Anglii.  W  dwa  lata  później  tą  samą  drogą  przebył 

David.  Charles  poległ  niemal  tuż  przed  zakończeniem  działań 

wojennych.  Do  domu  wrócił  tylko  David,  przywożąc  ze  sobą 

młodziutką  żoną,  Ellen,  Angielką.  A  przecież,  zanim  wdział  mundur, 

związał się słowem z Catherine Fletcher, dziewczyną do szaleństwa w 

nim zakochaną. 

David natychmiast rzucił się w wir pracy. Skończył kurs pilotażu, 

służył  jako  przewodnik  myśliwym  i  wędkarzom,  wybudował  kolonię 

background image

domków myśliwskich, a następnie hotel, który miał zapewnić turystom 

lepsze warunki pobytu. Niestety, w połowie lat osiemdziesiątych hotel 

spłonął.  David  i  Ellen  dochowali  się  trzech  synów,  chociaż  zostali 

rodzicami  stosunkowo  późno.  Charles  (imię  swoje  odziedziczył  po 

stryju)  urodził  się  w  1960  roku,  Sawyer  w  1963,  a  najmłodszy  - 

Christian - przyszedł na świat w dwa lata później. 

Hard  Luck  powoli  rozrastało  się  i  w  1970  roku  osiągnęło  setkę 

mieszkańców.  W  okresie  boomu  naftowego  władze  stanowe 

sfinalizowały  budowę  szkoły  i  budynku  gminy.  Przy  głównej  ulicy 

pojawił  się  szyld  restauracji,  a  wywiesił  go  Ben  Hamilton,  eks-

żołnierz,  który  przez  wiele  lat  walczył  w  Wietnamie.  Osoba 

restauratora  sprawiła,  że  lokal  prędko  stał  się  ośrodkiem  życia 

towarzyskiego w miasteczku. 

Pod  koniec  lat  osiemdziesiątych  bracia  O'Halloranowie  założyli 

lotnicze  przedsiębiorstwo  pasażersko-transportowe  pod  nazwą 

„Synowie Północy", które świadczyło najprzeróżniejsze usługi. Piloci 

dostarczali  i  odstawiali  pocztę,  zaopatrywali  miasteczko  w  paliwo  i 

inne niezbędne produkty, przewozili pasażerów. Najczęściej kursowali 

na  linii  Hard  Luck  -  Fairbanks,  najbliżej  położonym  miastem  z 

prawdziwego zdarzenia. 

W  chwili,  gdy  zaczynamy  naszą  opowieść,  Hard  Luck  liczy  sobie 

stu pięćdziesięciu mieszkańców - z przewagą mężczyzn... 

 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Więc to było Hard Luck. 

Lanni Caldwell  zarzuciła na ramiona skórzany plecak, dźwignęła 

walizkę  i  ruszyła  w  kierunku  podłużnego  baraku,  krytego  falistą 

blachą.  Tam,  jak  informował  wielki  czerwony  napis  na  ścianie, 

mieściło  się  biuro  „Synów  Północy",  prywatnej  linii  lotniczej, 

obsługującej północno-wschodnie rejony stanu Alaska.  

Nazwiska właścicieli dość często ostatnio pojawiały się w prasie, 

mówiono  o  nich  również  w  radiu  i  telewizji.  Zainteresowanie 

dziennikarzy wzbudziła rozwinięta przez nich kampania, której celem 

było ściągnięcie do Hard Luck, w zamian za obietnicę domów, ziemi i 

pracy, pewnej liczby młodych kobiet.  

Było  w  tym  niebanalnym  pomyśle  coś  z  dawnych  akcji 

osiedleńczych,  choć  środki  masowego  przekazu  najwyraźniej  starały 

się  go  skompromitować.  Nazywano  te  kobiety  „narzeczonymi  za 

zaliczeniem  pocztowym",  zaś  Hard  Luck  i  okolice,  niewątpliwie  w 

celu  przestraszenia  potencjalnych  ochotniczek,  „skutą  lodem 

północą".  I  tu  już  zbyt  daleko  odbiegano  od  prawdy,  przynajmniej 

jeśli pisano to na przełomie czerwca i lipca. 

Na  bezchmurnym  niebie  o  barwie  najczystszego  błękitu  świeciło 

letnie słońce, może bardziej złociste niż gdziekolwiek indziej. Tundrę 

zaścielał wzorzysty dywan z kwiatów, traw, mchów i ziół alpejskich. 

Suche, rześkie, a przecież ciepłe powietrze miło owiewało policzki. 

Lanni  od  urodzenia  mieszkała  w  Anchorage  i  była  tu  tylko  raz 

jako ośmioletnia dziewczynka. Mimo to Hard Luck wydawało się jej 

background image

bliskie  i  znajome.  Jej  babcia,  Catherine  Fletcher,  lubiła  opowiadać 

wnuczce  o  swoim  mieście  i  jego  mieszkańcach.  Wówczas  Lanni 

siadywała  na  jej  kolanach  i  cała  zamieniała  się  w  słuch,  jak  gdyby 

nagradzano  ją  właśnie  opowiadaniem  bajki.  Ale  wraz  z  upływem  lat 

wizyty  babci  stawały  się  coraz  rzadsze,  aż  wreszcie  całkiem  ustały. 

Staruszka zapadła na zdrowiu i, owszem, odwiedziła Anchorage, lecz 

tylko po to, by zostać w szpitalu. 

Lanni  uznała,  że  jest  to  być  może  ostatnia  okazja  wyjazdu  do 

Hard Luck i spędzenia tam wakacji. Od września zaczynała pracę jako 

praktykantka  w  redakcji  największego  w  Anchorage  dziennika. 

Zawsze  marzyła  o  tym,  by  zostać  dziennikarką,  i  oto  jej  marzenia 

miały się spełnić. 

Tak  naprawdę  jednak  to  znalazła  się  tutaj  dzięki  Sawyerowi 

O'Halloranowi, który kilkanaście dni temu nieoczekiwanie zadzwonił 

do  jej  matki,  Kate.  Matkę  zdumiał  ten  telefon,  a  nawet  trochę 

rozdrażnił.  Lanni  przyszło  odegrać  rolę  świadka,  który  czegoś  się 

domyśla, ale niewiele wie. 

Wiedziała,  że  babkę  i  O'Halloranów  dzieli  mur  wzajemnej 

niechęci,  a  być  może  nawet  wrogości,  co  się  jednak  tyczy  przyczyn 

tego stanu rzeczy, jej wiedza rozpływała się w domysłach. Po prostu o 

tej sprawie nie mówiło się w rodzinie. 

Ze  słów  Sawyera  O'Hallorana  wynikało,  że:  w  związku  z 

oczekiwanym  przyjazdem  do  miasta  kilku  młodych  kobiet  powstała 

paląca  kwestia  ich  zakwaterowania.  Dom  Catherine  stał  pusty,  czy 

background image

wobec  tego  Kate  byłaby  tak  uprzejma,  zapytywał  Sawyer,  i 

porozmawiała z matką o możliwości jego wynajęcia. 

Lanni  nie  była  do  końca  pewna,  czy  Kate  przedyskutowała  całą 

sprawę  z  babcią.  Pozostawiając  ją  jednak  w  nieświadomości,  chyba 

nie  dokonała  tu  żadnego  nadużycia,  gdyż  ostatnio  zdrowie  Catherine 

budziło  spore  obawy.  Po  co  niepotrzebnie  denerwować  schorowaną 

staruszkę? 

- Cześć. 

Pozdrowił  ją  piegowaty  chłopiec  na  rowerze,  który  z  fasonem 

zahamował  na  żwirowej  nawierzchni  pasa  startowego.  Towarzyszył 

mu duży husky, zziajany, że aż litość brała patrzeć. Pewnie przebiegł 

za pedałującym chłopcem co najmniej dwadzieścia kilometrów. 

- Przyjechałaś na wesele? - zapytał piegusek. 

- Na wesele? - powtórzyła jak echo. 

- Tak, moja mama wychodzi za Sawyera O'Hallorana. Dużo gości 

ma zjechać, niektórzy już są na miejscu. Ben udostępni lokal i zajmie 

się całym przyjęciem. 

- Ben? 

- Tak, właściciel restauracji. Ale nie jesteś dziennikarką czy kimś 

w tym rodzaju? 

- Nie. 

-  To  dobrze.  Bo  Sawyer  powiedział,  że  jak  tu  się  zjawią  ci 

pismacy, tak ich nazwał, to skopie im tyłki. 

Lanni  roześmiała  się.  W  tej  sytuacji  lepiej  było  nie  przyznawać 

się do dziennikarskiego dyplomu. 

background image

- Jestem Lanni Caldwell. 

- Scott Sutherland. - Ukazane w uśmiechu przednie zęby chłopca 

wydawały się trochę za duże. - Założę się, że jesteś tą, na którą czeka 

Sawyer. 

Nikt 

najmniejszą 

sugestią 

nie 

zobowiązał 

Lanni 

do 

skontaktowania  się  z  O'Halloranami,  lecz  chyba  nawiązanie  z  nimi 

stosunków  nie  mogło  przynieść  jej  ujmy.  Ostatecznie  to  oni  okazali 

się  sprężyną,  która  wypchnęła  ją  w  te  strony.  Była  im  nawet  za  to 

wdzięczna. Tegoroczne lato dawało niepowtarzalną szansę znalezienia 

odpowiedzi na pewne pytania, rozświetlenia zagadkowej przeszłości. 

Właściwie  niewiele  wiedziała  o  swojej  babce,  jeżeli  wiedzę  o 

osobie  pojmować  jako  znajomość  jej  najgłębszych  życiowych 

doświadczeń.  A  przecież,  jako  duchowa  dziedziczka  Catherine 

Fletcher, była do czegoś zobowiązana. 

- Czy chcesz, żebym zaprowadził cię do Sawyera? - zapytał Scott, 

jakby czytając w jej myślach. 

Kiwnęła głową i poszła za chłopcem w stronę baraku. 

- Sawyer - zawołał Scott, otwierając drzwi i wpadając do środka - 

przyprowadziłem Lanni Caldwell. 

Siedzący za biurkiem mężczyzna aż sapnął z ogromnej ulgi. 

- Dzięki Bogu. Christian powiedział mi, że mogę spodziewać się 

pani  dopiero  po  weselu.  Ogromnie  się  cieszę,  że  przyśpieszyła  pani 

swój przyjazd. 

Dla Lanni było oczywiste, że ten przystojny brodacz pomylił ją z 

jakąś inną osobą. 

background image

-  Proszę  posłuchać  -  ciągnął,  nie  zwracając  uwagi  na  jej 

zmieszaną  minę.  -  Muszę  iść  teraz  na  zebranie  rady  szkoły,  któremu 

zresztą  będę  przewodniczył.  Łatwo  zgadnąć,  że  moja  obecność  jest 

tam  nieodzowna.  Czy  wobec  tego  mogłaby  pani  zastąpić  mnie  przez 

jakiś czas? Wierzę, że da sobie pani radę. Wrócę za godzinę lub dwie i 

wtedy porozmawiamy. 

Już  wiedziała,  że  wziął  ją  za  sekretarkę,  której  przyjazdu 

oczekiwał.  I  właśnie  otwierała  usta,  by  sprostować  pomyłkę,  gdy 

Sawyer chwycił kurtkę i ruszył ku drzwiom. 

- Dzięki, stokrotne dzięki - rzucił w przelocie i już go nie było. 

Na jego miejscu za biurkiem rozsiadł się Scott. 

-  Ależ  go  poniosło.  Można  by  pomyśleć,  że  urodziło  mu  się 

dziecko - skomentował zniknięcie przyszłego ojczyma. 

- Nawet nie zdążyłam mu powiedzieć, że nie jestem sekretarką. - 

Lanni uwolniła się od plecaka. 

- To skąd się tu wzięłaś? Christian cię przysłał? 

-  Nie.  Przyjechałam,  by  zrobić  porządki  w  domu  mojej  babci. 

Ktoś ma w nim zamieszkać. 

-  Pewnie  jedna  z  tych  pań,  które  przeprowadzają  się  do  nas  z 

południowych stanów. Bo my, to jest ja, mama i moja siostra, Susan, 

zamieszkamy po ślubie w domu Sawyera. 

- Cieszysz się? 

- Sawyer to równy gość. Nigdy nie mówiłem o tym mamie, ale już 

od  dawna  chciałem  mieć  tatę.  Sawyer  zaadoptuje  mnie  i  Susan  i 

będziemy prawdziwą rodziną. 

background image

- To cudownie. 

Zadzwonił telefon. Lanni spojrzała z lękiem na aparat. 

-  Po  prostu  powiedz  „Synowie  Północy"  i  przyjmij  wiadomość  - 

poinstruował ją chłopiec. 

Wiadomość  została  przyjęta,  a  nawet  zanotowana  na  kartce 

wyrwanej z notesu. 

- Sawyer pewnie niedługo wróci. - Scott założył splecione dłonie 

za głowę, tak iż jego spiczaste łokcie celowały  w tej chwili w okno i 

drzwi.  -  Idę  o  zakład,  że  potraktuje  to  spotkanie  odrzutowo.  Ma  w 

głowie  tylko  ślub  z  mamą.  Przejmuje  się  tym  tak  bardzo,  że  nie 

zdziwiłbym się, gdyby zemdlał w kościele na oczach całego miasta. 

Obraz walącego się z nóg Sawyera musiał rozbawić Scotta, gdyż 

chłopak roześmiał się od ucha do ucha. 

- Ile kobiet przybyło dotąd do Hard Luck? - spytała. 

- Nie liczyłem, ale jest tego trochę. Mama była pierwsza. A potem 

pojawiła  się  ta  wysoka  blondynka,  o  której  wszyscy  mówili,  że 

pomyliła  nasze  miasteczko  z  Hollywood.  Nie  pobyła  jednak  długo. 

Christian  bardzo  się  tym  przejął,  również  dlatego,  że  musiał  szukać 

nowej sekretarki. W końcu ją znalazł, a my myśleliśmy,  że jesteś nią 

ty. 

- Błąd, który nietrudno naprawić. 

-  Dotty  przyleciała  w  zeszłym  tygodniu. Mieszka  u  pani  Inman  i 

uczy  się  od  niej,  jak  opiekować  się  zdrowiem  dzieci,  kobiet  i 

mężczyzn.  Szkoda,  że  również  nie  psów.  Nie  jest  tak  ładna  i  młoda, 

jak  ty  czy  moja  mama,  ale  wszyscy  są  z  niej  ogromnie  zadowoleni. 

background image

Pani Inman chce przenieść się do córki. Teraz znalazła zastępczynię i 

chyba  wreszcie  będzie  mogła  to  zrobić.  -  Chłopiec  przegiął  się  do 

tyłu, wypinając brzuch. - Jeśli chcesz, to mogę pokazać ci miasto. 

- Fajnie byłoby mieć takiego przewodnika. 

Lanni niewiele pamiętała z tamtych wakacji w Hard Luck sprzed 

kilkunastu  lat.  Faktem  pozostawało,  że  jej  matka,  Kate  Caldwell, 

unikała  częstych  kontaktów  z  jej  babką,  Catherine  Fletcher.  Ten 

rozdźwięk  między  nimi,  bo  jednak  można  było  tu  mówić  o  pewnym 

rozdźwieku, pogłębiał się z roku na rok. 

- A to jest Eagle Catcher, z którym na pewno wejdziesz  w dobrą 

komitywę. - Scott poklepał przyjaciela po masywnej szyi. - Dostałem 

go w prezencie od Sawyera. 

- Piękny pies. 

- Polubił cię, widzę to po jego minie. 

- Lubię być lubiana. 

Lanni  zanurzyła  palce  w  grubą  sierść  zwierzęcia.  Zajrzała  mu  w 

ślepia.  Zobaczyła  w  nich  swoje  mikroskopijne  odbicie.  Nić  sympatii 

już została nawiązana. 

Zadzwonił  telefon  i  od  tej  chwili  odzywał  się  mniej  więcej  z 

pięciominutową częstotliwością. W rezultacie Lanni co i raz chwytała 

za pióro i notatnik, by zapisać dla Sawyera otrzymaną informację czy 

też dyspozycję. 

Sawyer  dotrzymał  słowa.  Wrócił  po  godzinie  z  niewielkim 

kawałkiem. 

background image

-  Przepraszam,  że  wybiegłem  jak  do  pożaru  -  powiedział, 

przebiegając wzrokiem po zapisanych stronach. 

- Naprawdę nic nie szkodzi - odparła z miłym uśmiechem. - Czas 

zleciał  nam  szybko  i,  mam  nadzieję,  miło.  -  Spojrzała  na  Scotta  w 

nadziei,  że  znajdzie  na  jego  twarzy  potwierdzenie  tego  faktu  i  nie 

zawiodła się. 

-  Lanni  nie  jest  tą  nową  sekretarką  -  oświadczył  chłopak, 

ustępując miejsca Sawyerowi. 

Ten  jednak  nie  usiadł,  tylko  wytrzeszczył  oczy  z  bezbrzeżnego 

zdumienia. 

- Jak to? 

Lanni uśmiechnęła się i rozłożyła ręce. 

-  Nazywam  się  Lanni  Caldwell  i  jestem  wnuczką  Catherine 

Fletcher.  -  Odniosła  wrażenie,  jakby  na  dźwięk  imienia  babki 

spojrzenie  Sawyera  nabrało  zimnej  ostrości.  -  Przyjechałam  zrobić 

porządki w jej domu. 

-  Czy  to  oznacza,  że  Catherine  zgodziła  się  na  wpuszczenie 

lokatorów? 

- Szczerze mówiąc, myślę, że moja matka nie rozmawiała jeszcze 

z nią na ten temat. Stan zdrowia babci budzi pewne obawy. 

- Doprawdy, smutna wiadomość. 

Czy  mówił  szczerze?  Lanni  miała  co  do  tego  poważne 

wątpliwości. Obie rodziny nie pozostawały ze sobą, oględnie mówiąc, 

w najlepszych stosunkach. Wiele by  za to dała, by poznać przyczyny 

takiego stanu rzeczy. 

background image

-  Ale  jeżeli  już  wziął  mnie  pan  za  sekretarkę,  to  mogę  nią 

pozostać aż do przybycia tej prawdziwej - wypaliła, dziwiąc się samej 

sobie,  skąd  nagle  u  niej  to  umiłowanie  pracy.  Ktoś  jednak  musiał 

przecież  poczynić  jakieś  kroki  zmierzające  ku  oczyszczeniu 

atmosfery. 

- I podjęłaby się pani wszystkich związanych z tym obowiązków? 

- Sawyer spoglądał podejrzliwie. 

- Będę szczęśliwa, jeśli tylko uda mi się być w czymś pomocną - 

odparła z głębi serca. 

Codzienny  kontakt  z  O'Halloranami  dawał  większe  szanse 

poznania  rodzinnej  tajemnicy  niż  mycie  okien  czy  sprawdzanie 

zawartości zakurzonych pudeł. 

-  Chodzi,  ma  się  rozumieć,  o  pracę  tymczasową,  aż  sprawy  nie 

wrócą  do  normy.  -  Sawyerowi  nie  udawało  się  ukryć  wewnętrznego 

wahania. 

-  Wesele  za  dziesięć  dni  -  uściślił  Scott,  którego  najwyraźniej 

ekscytowała ta zapowiadająca się zmiana w jego życiu. 

- Czyli że wszystko jest jasne. 

Mówiono,  że  swoim  uśmiechem  mogłaby  oczarować  węża,  zaś 

usta  Lanni  były  jej  największym  atutem.  A  w  tej  chwili  te  pięknie 

wykrojone,  pełne  wargi  odsłaniały  dwa  rzędy  równych  i  białych 

zębów. 

Sawyer  również  się  uśmiechnął.  Wydawał  się  całkiem 

zawojowany. 

background image

- Bez Christiana mam tu prawdziwe urwanie głowy. A jeszcze ten 

ślub... 

- Zatem wyciągam pomocną dłoń. Przypominam, że mam na imię 

Lanni. 

- A ja Sawyer. Christian, mój młodszy brat, ma niebawem wrócić. 

Przebywa  chwilowo  w  Seattle  i  ma  w  planach  odwiedzić  jeszcze 

naszą matkę, mieszkającą w Kanadzie. 

-  A  jeżeli  prędko  nie  wróci,  to  Sawyer  obiecuje  skręcić  mu  ten 

jego mizerny kark - dorzucił złowieszczo Scott. 

Lanni roześmiała się. 

- Chcesz, żebym poniósł twoją walizkę? - zapytał ją chłopiec. 

- Jest dość ciężka. 

- Mimo że mam tylko dziesięć lat, to jednak siły mi nie brakuje. - 

Scott przyjął pozę kulturysty. 

-  Ależ  klata!  -  wykrzyknął  z  nabożnym  zdumieniem  Sawyer,  po 

czym już poważnie zwrócił się do młodej kobiety: 

- Lanni, czy mogłabyś przyjść jutro? 

Umówili  się  na  ósmą  i  przyjaźnie  pożegnali.  Sawyer  jednak  do 

końca miał minę, jakby niezupełnie wierzył w jej szczere intencje. 

 

Charles O'Halloran wszedł do biura „Synów Północy" i spojrzał z 

ukosa  na  brata.  Wciąż  nie  mógł  się  pogodzić  z  myślą,  że  Sawyer 

niebawem  zostanie  żonkosiem.  To  raczej  najmłodszy,  Christian, 

typowany  był  na  tego,  który  przedłuży  gałąź  O'Halloranów.  Ale  z 

pewnością nie Sawyer. 

background image

Charles i Sawyer dobrze wiedzieli, co małżeństwo może zrobić z 

dwojga  przyzwoitych  ludzi.  Doświadczyli,  by  tak  rzec,  na  własnej 

skórze, w jaką otchłań bólu i smutku mąż pociąga żonę, a żona męża. 

Dzieci to widzą, uczestniczą w rozpadzie związku i one może cierpią 

przede wszystkim.  

Charles ani myślał narażać się na takie ryzyko. Przykład rodziców 

działał  jak  memento.  Lecz  odkąd  i  dlaczego  przestał  w  ten  sposób 

działać  na  Sawyera?  Charles  dość  wcześnie  uzyskał  samodzielność. 

Tuż po maturze zaciągnął się do marynarki. Służba w marines łączyła 

się  z  pewnym  romantyzmem,  mitologią  dzielności,  lecz  w  końcu 

trzeba było pomyśleć o jakimś zawodzie. 

Zapisał się na uniwersytet na wydział geologii. Uzyskał dyplom i 

obecnie  pracował  dla  „Alaska  Oil".  Odpowiadała  mu  ta  praca. 

Badania geologiczne oznaczały włóczęgę po Alasce, krainie zasobnej 

w bogactwa naturalne, szczególnie zaś w ropę naftową i gaz  ziemny, 

praca ta pasowała więc do jego temperamentu i charakteru. 

-  Chcę,  żebyś  wiedział  -  zwrócił  się  do  brata  -  że  rozmawiałem 

dziś po południu z dwoma dziennikarzami. 

Sawyer  miał  minę  zbudzonego  kuksańcem  ze  snu  człowieka, 

który  jeszcze  nie  odzyskał  całkiem  przytomności  i  nie  wie,  po  co  go 

przebudzono. Spoglądał pytająco. 

- Próbowali wycisnąć ze mnie coś o tych kobietach. 

-  Więc  powinieneś  powiedzieć  im,  że  jedna  z  nich  przekroczyła 

już  pięćdziesiątkę.  To  w  każdym  razie  osłabiłoby  obecny  w  tej 

sprawie podtekst erotyczny. 

background image

-  Tak,  ale  inna,  pierwsza  z  szeregu,  podjęła  decyzję  o 

zamążpójściu, zanim jeszcze na dobre rozpakowała walizki. 

Charles nie zazdrościł szczęścia swemu bratu. Po prostu tyleż nie 

ufał  instytucji  małżeństwa,  co  nie  chciał,  żeby  Hard  Luck  stało  się 

pośmiewiskiem. 

- W rezultacie, co od ciebie wyciągnęli? 

-  To  tylko,  że  podałem  im  telefon  hotelu,  w  którym  aktualnie 

przebywa Christian. 

Sawyer aprobująco skinął głową. 

- Nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiał - kontynuował Charles - ale 

ten  pomysł  ze  ściąganiem  tu  kobiet  nie  wydaje  mi  się  szczęśliwy. 

Dostarczamy tylko żeru żądnym sensacji brukowcom. W prasie roi się 

od nagłówków, które są dla nas prawdziwą zniewagą. 

- Ja nie brałbym sobie tego tak bardzo do serca. Nie żałuję tamtej 

decyzji i nie wstydzę się jej. 

Charles rozumiał brata. Jak zresztą można żałować czegoś, dzięki 

czemu zdobywa się ubóstwianą żonę? 

- Ty też kiedyś się zakochasz i zrozumiesz pewne sprawy - dodał 

Sawyer. 

-  Broń  mnie  Panie  Boże  przed  tego  rodzaju  szaleństwem.  - 

Dlaczego  miałby  sam,  dobrowolnie,  wyrzekać  się  całkiem  znośnego 

życia w kawalerstwie? 

-  A  jednak  mocno  w  to  wierzę,  że  spotkasz  kobietę,  która 

doprowadzi cię do ołtarza. 

background image

- O nie, braciszku. - Charles wybuchnął śmiechem. - Ja stoję sobie 

na uboczu i patrzę, jak środkiem wali stado baranów wiedzionych na 

postronkach tej tak zwanej miłości. 

- Taką postawą tylko wyzywasz los. 

-  Posłuchaj,  naprawdę  się  cieszę,  że  znalazłeś  swoje  szczęście. 

Pokochałeś Abbey i jej dzieci, ale nie próbuj narzucać tego schematu 

innym. Poza tym, powtarzam, krytycznie odnoszę się do tego waszego 

pomysłu  przyjmowania  imigrantek.  Wzbudził  on  niezdrową 

ciekawość  środków  masowego  przekazu  i  idę  o  zakład,  że  na  twoim 

ślubie zjawi się cała banda fotoreporterów. 

- Niech się zjawia. Dociekliwe umysły powitamy chlebem i solą. 

- Chyba żartujesz? - Charles nie wierzył własnym uszom. 

-  Daleko  mi  do  żartów,  mam  stokroć  ważniejsze  sprawy  na 

głowie.  -  Sawyer  pogrzebał  w  leżących  na  biurku  papierzyskach  i 

pokazał  bratu  coś,  co  wyglądało  na  bilety  lotnicze.  Przycisnął  je  do 

ust. - Dwa tygodnie na Hawajach, z moją małżonką. - Na jego twarzy 

odbiła  się  wewnętrzna  ekstaza.  -  Wątpię,  by  można  było  znaleźć  się 

bliżej niebios. 

- A co z dziećmi? 

Sawyer wyszczerzył zęby. 

-  Ich  dziadkowie  fundują  im  Disneyland.  Wpadniemy  po  nie, 

wracając z Hawajów. 

Charles  nie  dzielił  entuzjazmu  brata  dla  wulkanicznych  wysp 

Pacyfiku. W okresie swojej służby w marynarce opłynął kawał świata. 

Dziś  wystarczało  mu  piękno  Alaski.  Innym  zostawiał  turystyczne 

background image

uniesienia,  rytuały  i  kłopoty.  Sam  zadowalał  się  krajobrazem  wokół 

siebie. Jego ojciec i dziad odczuwali tę samą jedność z surową tundrą 

i  północnym  niebem.  Co  zaś  się  tyczy  matki,  to  była  przede 

wszystkim  Angielką,  kobietą  kruchą  i  delikatną.  Bała  się  Alaski,  jej 

drapieżnych zim i nie kończących się nocy. 

- Nad czym tak się zadumałeś? - zapytał Sawyer. 

Charles wzruszył ramionami. 

-  Myślę  o  natręctwie  tych  dziennikarzy.  Założę  się,  że  nic  nie 

powstrzyma ich przed wtargnięciem na wasz ślub. 

Sawyer machnął lekceważąco ręką. 

- Im więcej gości, tym większa radość. 

Charles jednego był pewien. Jego brat w przeciągu ostatnich paru 

tygodni zmienił się nie do poznania. 

 

Kwadrans  później  najstarszy  z  braci  O'Halloranów  przekraczał 

próg lokalu Bena Hamiltona, gdzie o każdej niemal porze dnia i nocy 

można było napić się gorącej i mocnej kawy. Zajął miejsce za barem i 

wskazał brodą na przysadzisty czajnik, w którym bulgotała woda. Ben 

przyjął  zamówienie,  nie  zaprzestając  nucenia  pod  nosem  jakiejś 

neapolitańskiej pieśni. 

-  Chcę,  żebyś  mi  coś  wyjaśnił,  Ben.  Czy  tu  wszyscy  nagle 

powariowali, czy też ze mną jest coś nie tak? 

- Ku czemu zmierzasz? 

background image

-  Łatwo  się  domyślić.  Sprawa  tych  kobiet.  Wczoraj  rozkładam 

sobie gazetę, a tam, zaraz na drugiej stronie, sążnisty artykuł o moich 

braciach i ich zbzikowanym pomyśle. 

-  Doszło  do  mnie,  że  utworzyła  się  w  Anchorage  grupa  kobiet, 

która  protestuje  przeciwko  dyskryminacji,  jakiej  ulegają  tamtejsze 

niewiasty.  Christian  dokonuje  naboru  wyłącznie  poza  Alaską  i  to  się 

im bardzo nie podoba. 

- Chyba żartujesz? 

-  Po  prostu  powtarzam,  co  usłyszałem.  -  Ben  złożył  dłonie  na 

swym pokaźnym brzuchu. - Czy coś do tej kawy? 

Charles przecząco pokręcił głową. Miał oto czarno na białym, że 

jedyny  człowiek,  z  którym  wiązał  jakąś  nadzieję  na  sensowną 

rozmowę, był również zarażony bakcylem ogólnego szaleństwa. 

-  Nie  rób  takiej  nieszczęśliwej  miny  -  powiedział  Ben.  -  Sprawy 

nie stoją tak źle, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. 

Udzieliwszy  przyjacielowi  tego  zapewnienia,  dawny  kucharz 

okrętowy  wycofał  się  do  kuchni,  zostawiając  Charlesa  sam  na  sam  z 

gnębiącymi go zgryzotami. Nie było Bena co najmniej pięć minut, ale 

za to dawał znać o swoim istnieniu hurkotem garów i patelni. 

-  A  propos,  czy  już  ją  spotkałeś?  -  zapytał,  wyłaniając  się  ze 

swojego królestwa. 

- Niby kogo? 

-  Tę  nową  dziewczynę,  która  zjawiła  się  dziś  w  mieście.  Piękna 

jak majowy poranek. Długie jasne włosy, a nosek, że tylko ucałować! 

I prawdziwa młodość. Dwadzieścia trzy, najwyżej dwadzieścia cztery 

background image

lata.  Przyleciała  z  Dukiem,  który  głosi  wszem  i  wobec,  że  jest  pod 

wrażeniem. Nie ma co, Christian wybrał dla „Synów Północy" udaną 

sekretarkę. Szkoda, że nie wiedziałem wcześniej o jej przybyciu, gdyż 

upiekłbym tort. Ale tu wszystko schodzi na drugi plan przez ten ślub 

Sawyera  i  Abbey.  Trudno  zresztą  się  dziwić,  skoro  miejscowe 

ludziska nie tańczyli na weselu już dobre kilka lat. Więc jak, wpadłeś 

już na nią? 

- Nie - warknął Charles i zsunął się ze stołka. 

Wiedział  już,  że  znikąd  nie  może  spodziewać  się  pomocy  i 

zrozumienia.  Nawet  Benowi  prawdziwy  świat  rozłaził  się  w  palcach. 

Wszyscy jak jeden mąż polowali na szansę romansu. I byli śmieszni z 

tymi  łukami  i  strzałami  Amora  w  kołczanach,  obijających  się  o 

pośladki. 

- A przynajmniej wiesz, gdzie się zatrzyma? 

- Nie mam pojęcia. 

Ben zmarszczył brwi. 

-  Mam  nadzieję,  że  ktoś  się  nią  zajmie,  bo  jak  dotąd  zrobił  to 

tylko  ten  mały  huncwot  Abbey.  Nie  chciałbym,  żebyśmy  okazali  się 

niegościnni. 

Niech  się  nią  zajmuje,  kto  chce,  pomyślał  Charles,  opuszczając 

lokal. On w każdym razie nie przyłoży do tego ręki. 

Dochodził już do swojego domu, gdy usłyszał, że ktoś woła go po 

imieniu.  Obejrzał  się  i  zobaczył  Scotta  Sutherlanda,  pedałującego  na 

swoim  starym  rowerze,  który  należał  kiedyś  do  Sawyera.  Za  nim  na 

background image

bagażniku umieszczona była duża brązowa waliza, którą utrzymywała 

w równowadze idąca z boku szybkim krokiem młoda kobieta. 

Blondynka.  Niewątpliwie  ta,  o  której  mówił  mu  przed  kilku 

minutami  Ben.  Wiatr  zgarniał  jej  długie  włosy  na  twarz,  targając  też 

spódnicą  niebieskiej  letniej  sukienki.  Na  stopach  miała  skórzane 

sandały i poruszała się z naturalnym wdziękiem. Eagle Catcher dreptał 

po przeciwnej stronie roweru. 

Charles  pozdrowił  chłopaka  krótkim  machnięciem  ręki  i 

kontynuował marsz ulicą. 

- Wujku, zaczekaj. Musisz poznać Lanni. 

Lecz  wujek  nie  miał  najmniejszej  ochoty  wchodzić  w 

jakiekolwiek  kontakty  z  kolejną  ofiarą  obłędu  swych  braci.  Wolał 

udawać, że nie usłyszał wołania chłopca. Ten jednak okazał się uparty 

i  dotąd  wołał,  aż  osadził  Charlesa  w  miejscu.  Ośmieszyłby  się, 

czmychając jak zając. 

-  Jestem  Lanni  Caldwell  -  powiedziała  dziewczyna,  wyciągając 

rękę w przyjacielskim geście. 

- A ja Charles O'Halloran. 

Stary Ben miał rację. Była śliczna. Jej twarz jaśniała uśmiechem. 

Niebieskim  oczom  nadawały  głębi  niebieska  sukienka  i  niebieskie 

niebo. Usta były samą pokusą. 

Wymienili uścisk dłoni. Charlesowi nie chciało przyjść do głowy 

żadne sensowne słowo. Zresztą nie bardzo go szukał. Nie palił się do 

żadnych pogawędek. 

background image

-  Mama  zaprosiła  Lanni  na  obiad  -  powiedział  Scott.  -  Czy 

również przyjdziesz? 

Charles zawahał się i to wahanie zaskoczyło go. 

-  Przykro  mi,  ale  mam  na  dzisiejszy  wieczór  inne  plany  - 

wymówił się dość niezręcznie.  

Dobrze choć, że Scott nie okazał się pod tym względem bardziej 

dociekliwy. 

- Będzie pani Inman oraz Dotty. 

- Chciałbym, Scott, ale naprawdę nie mogę. 

Uchwycił  spojrzenie  Lanni.  Poczuł  się  nader  nieswojo.  Ona 

wiedziała. Przenikała go swoim spojrzeniem na wylot. 

- Jeśli nie przyjdziesz, mama zaprosi Duke'a. - Scott wyglądał na 

bardzo  nieszczęśliwego.  -  Gdzie  się  podziewałeś  przez  całe 

popołudnie? Mama wydzwaniała do ciebie, ale odpowiadała jej tylko 

automatyczna sekretarka. 

-  Synu,  mężczyźni  dzień  spędzają  na  pracy.  -  Nie  było  sensu 

wspominać teraz o utarczce z dziennikarzami. - Do zobaczenia, Lanni. 

- Do zobaczenia, Charles. 

Nie  minęła  godzina,  a Charles  już  zaczął  żałować,  że  nie  przyjął 

zaproszenia  Scotta  i  Abbey.  Czuł  się  całkiem  wyprowadzony  z 

równowagi. Najchętniej kopnąłby siebie w tyłek. 

Medytując  nad  sposobem  spędzenia  tego  wieczoru,  w  końcu 

zdecydował się na obiad w restauracji Bena. Idąc ulicą, natknął się na 

Duke'a,  który  zmierzał  wprost  ku  domowi  Christiana,  gdzie 

tymczasowo  mieszkała  Abbey  wraz  z  dziećmi.  Pilot  miał  gładko 

background image

przylizane włosy, a pod sportową marynarką czystą koszulę. Szedł w 

obłoku  wody  kolońskiej  i  wściekle  żuł  gumę,  jakby  pragnąc  w  ten 

sposób odświeżyć sobie oddech. Słowem, wypomadował się i wystroił 

jak na wiejską potańcówkę. 

Pozdrowili  się  charakterystycznym  gestem  synów  północy,  lecz 

minęli  bez  słowa.  Jeden  śpieszył  na  proszony  obiad  i  myślał  tylko  o 

czekających  go  tam  smakołykach,  a  drugiego  nurtował  irracjonalny 

gniew,  że  to  nie  on  usiądzie  przy  stole  w  towarzystwie  Abbey  i  tej 

nowej sekretarki. 

Charles  zamówił  u  Bena  spaghetti,  ale  nie  czuł  smaku  potrawy. 

Równie dobrze mógłby jeść trociny. 

-  Coś  nie  masz  dzisiaj,  chłopie,  apetytu  -  skomentował  Ben  jego 

ospałe gmeranie widelcem w makaronie. 

- Wsunąłem potężny lunch. - Zauważył, że staje się blagierem. 

Restaurator zaproponował grę w karty i Charles dość chętnie na to 

przystał. Bądź co bądź, był to jakiś sposób spędzenia tego ciągnącego 

się  niemiłosiernie  wieczoru.  Zasiedli  przy  stoliku  w  kącie  i  Ben 

odpakował nową talię.  

Po czwartym rozdaniu niespodziewanie zapytał: 

- Czy myślisz o ponownym otwarciu hotelu? 

- Hotelu? Co ci strzeliło do głowy? 

Hotel był wymysłem ojca. Zatrzymywali się w nim turyści, żądni 

poznania  uroków  dalekiej  północy.  Ojciec  umarł  i  interes  mocno 

podupadł, aż wreszcie w ogóle przestał istnieć wskutek pożaru, który 

strawił  część  budynku.  Odbudowa  i  modernizacja  musiałyby 

background image

pochłonąć masę czasu, energii i pieniędzy. Do podejmowania się tego 

zadania Charles ani nie czuł się powołany, ani też nie widział  w tym 

najmniejszego sensu. Jednak Ben patrzył na tę sprawę trochę inaczej. 

-  Te  kobiety,  które  ściągają  do  naszego  miasta,  muszą  przecież 

gdzieś  mieszkać.  Domki  myśliwskie  mogą  w  najlepszym  wypadku 

spełniać swoją rolę latem. Chyba nie oczekujesz, by jakaś wygrzana w 

miejskich kaloryferach młódka przetrwała w nich arktyczną zimę? 

Charles  nawet  nie  chciał  się  nad  tym  zastanawiać.  Cóż  go  to  w 

ogóle obchodziło, gdzie będą mieszkały te naiwne kobiety? 

-  Trafiłeś  ze  swoim  pytaniem pod  zły  adres,  Ben.  Zadaj  je  lepiej 

Sawyerowi  lub  Christianowi.  To  oni  przecież  za  wszystko  ponoszą 

odpowiedzialność. 

Ale w badawczym spojrzeniu Bena nie było nic prócz powagi. 

- Pytam ciebie. 

- Więc ja mogę ci tylko tyle odpowiedzieć, że zdaniem Christiana 

kobiety te dobrze wiedzą, na co się narażają, wybierając Alaskę. 

- Skoro tak twierdzisz - mruknął Ben. 

Charles  przegrał  partię.  Dostawał  w  rozdaniach  dobrą  kartę, 

jednak popełniał dziecinne błędy. Był najwyraźniej nie w formie. 

W  drodze  powrotnej  do  domu  spotkał  Lanni  Caldwell.  Było  to 

najdziwniejsze w świecie spotkanie, gdyż  właśnie o niej myślał. Szła 

przeciwną  stroną  ulicy  i  uśmiechnęła  się  do  niego.  Mimowolnie 

odwzajemnił  uśmiech.  Stanęli  i  patrzyli  na  siebie,  żadne  jednak  nie 

decydowało  się  na  krok  ku  drugiemu.  Była  w  Lanni  jasność,  której 

mogłyby pozazdrościć jej złociste pszczoły i gwiazdy na niebie. 

background image

Nagle  w  polu  widzenia  Charlesa  pojawił  się  Duke  Porter. 

Widocznie  został  w  tyle,  by  zawiązać  sznurowadło  lub  z  jakiegoś 

równie błahego powodu, i teraz dołączył do Lanni. Ujął ją za łokieć i 

wyrwał  z  zapatrzenia.  Raz  jeszcze  uśmiechnęła  się,  a  potem 

posłusznie dała się poprowadzić. 

Charles został sam na pustej ulicy. Czuł gorycz i ucisk w gardle, a 

na  wargach  drżenie.  Minął  swój  dom  i  powlókł  się  dalej.  W  miarę 

jednak  zbliżania  się  do  domu  Christiana  szedł  coraz  szybciej  i 

szybciej! Energicznie zastukał do drzwi. 

Otworzył  Sawyer  i  ujrzawszy  brata,  zmierzył  go  ironicznym 

spojrzeniem. 

- Okay - wydusił z siebie Charles. - Opowiedz mi coś o niej. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Sawyer  wyszedł  na  ganek.  Rozejrzał  się  po  pogodnym  niebie  i 

pustej  ulicy.  Potem  oparł  się  o  jedną  z  dwóch  kolumienek.  Zaczął 

trzeć  palcem  czubek  nosa.  Charles  stwierdził  w  duchu,  że  jeszcze 

trochę tego bezsensownego kręcenia się i przybierania myślicielskich 

póz, a zdzieli go pięścią. 

- Pewnie chodzi o Lanni Caldwell, czy tak? 

- Tak - wysapał Charles. 

- Więc, co konkretnie chcesz o niej wiedzieć? 

- Przede wszystkim, co robi w Hard Luck? 

Sawyer  zamyślił  się,  jakby  zadano  mu  pytanie  o  sens  istnienia 

świata. 

background image

- Tymczasowo jest moją sekretarką. 

Charles  zrezygnował  z  głębszej  analizy  słówka  „tymczasowo"  i 

parł dalej: 

-  Czy  umieściłeś  ją  w  jednym  z  tych  szałasów,  zwanych  dumnie 

domkami myśliwskimi? 

-  Nie.  Catherine  Fletcher  zgodziła  się  wynająć  swój  dom.  Tam 

właśnie Lanni zamieszkała. 

Było  to  pewną  pociechą.  Charles  wolał  nie  kłaść  się  dzisiaj  do 

łóżka  ze  świadomością,  że  Lanni  śpi  z  dala  od  miasta,  w  arktycznej 

głuszy,  a  pewnie  w  ogóle  nie  śpi,  tylko  nadsłuchuje  tajemniczych 

szmerów i kuli się ze strachu pod kołdrą. 

- Mam wrażenie, że ta mała Lanni uderzyła ci trochę do głowy - 

powiedział  Sawyer,  cedząc  słowa  i  rozkoszując  się  swoją  przewagą 

nad bratem. - Nie uświadamiasz sobie jednak... 

- Czego nie uświadamiam sobie? 

-  Mniejsza  z  tym.  -  Wciąż  miał  minę  człowieka,  który  czerpie 

satysfakcję  z  posiadania  jakichś  zastrzeżonych  informacji.  -  Czy 

pamiętasz,  co  ci  powiedziałem  o  kuszeniu  i  wyzywaniu  losu?  Otóż 

wyzwałeś los i teraz masz za swoje. 

Charles parsknął sardonicznym śmiechem. 

- Jak w ogóle może mnie pociągać ta młoda osóbka, skoro nawet 

jej nie znam? Chcę tylko, by nie przydarzyło jej się nic złego. Ostatnia 

rzecz, jakiej potrzebujemy, to ponowne na nas ataki w prasie. 

- O Abbey tak się nie troszczyłeś. 

background image

-  Wręcz  przeciwnie,  braciszku.  Gdy  tylko  przyjechałem  i 

zorientowałem się, jak się rzeczy mają, natychmiast poradziłem jej, by 

pakowała  walizki  i  wracała  do  Seattle.  Moja  troska  o  Lanni  wynika 

wyłącznie  z  poczucia  odpowiedzialności  za  wszystko,  co  dotyczy 

Hard Luck. 

Zabrzmiało  to  bardzo  patetycznie,  a  więc  bardzo  sztucznie. 

Sawyer  pochylił  głowę,  by  skryć  ironiczny  uśmieszek,  co  mu  się 

zresztą nie udało. Charles poczuł, że brat go rozszyfrował. 

-  Lanni  jest  słodką  dziewczynką  -  rzekł  tonem  kierownika 

przedszkola,  który  niejako  z  profesji  dba  o  milusińskich.  -  Trzeba 

dołożyć wszystkich starań, by czuła się u nas jak najlepiej. 

- Ona nie jest dzieckiem. To kobieta, Charles. 

Sawyer  najwidoczniej  celował  w  truizmach.  Przypominał  mu  o 

czymś, o czym nie sposób było zapomnieć. 

-  Sądzisz,  że  to  był  dobry  pomysł,  by  odprowadzał  ją  do  domu 

Duke? - zapytał z nutką niepokoju w głosie. 

Sawyer roześmiał się. 

-  Nie  obawiaj  się.  Duke  to  wbrew  pozorom  cywilizowane 

zwierzę. 

A jednak coś tu było nie tak. Charles zaledwie poznał Lanni, a już 

był o nią zazdrosny. I to o kogo? Niemalże o dziecko, jeżeli już miał 

odnosić  jej  wiek  do  swoich trzydziestu pięciu  lat.  Musi uciekać  stąd, 

zanim Sawyer na dobre zorientuje się, w co się wplątał. 

-  Wrócimy  do  tej  rozmowy  jutro  rano  -  powiedział  i  zbiegł  po 

schodkach ganku na ulicę. 

background image

- Lanni to nie tylko uroda - zawołał za nim Sawyer. - To również 

mnóstwo innych zalet. Inteligencja, dowcip i złote serce. 

„Złote serce"... Charles jako chłopiec słowa te często słyszał z ust 

babki. Anna O'Halloran doszukiwała się u innych tylko dobra, osobie 

zaś,  u  której  dostrzegała  szlachetność,  wielkoduszność  i  zdolność 

współodczuwania  z  innymi,  przypisywała  właśnie  „złote  serce".  Tak, 

Anna  O'Halloran,  pomyślał  Charles,  maszerując  środkiem  głównej 

ulicy Hard Luck, byłaby rada z przyjazdu Lanni Caldwell. 

 

Abbey  Sutherland  pojawiła  się  na  ganku  domu  i  podeszła  do 

swojego  przyszłego  małżonka.  Pozwoliła  mu  przytulić  się  i 

pocałować.  Chwilę  trwała  bez  ruchu  w  jego  ramionach,  czerpiąc 

szczęście z doznań zmysłowych. 

- Zdaje się, że słyszałam głos Charlesa? 

-  Spotkał  Lanni.  Nie  wie  jeszcze,  że  jest  wnuczką  Catherine. 

Powinienem był mu o tym powiedzieć, lecz chcę, by najpierw poznał 

Lanni niezależnie od tego. Niech oceni ją jako człowieka i kobietę, a 

nie członka rodziny, z którą nasza rodzina pozostawała zawsze w jak 

najgorszych stosunkach. 

Abbey przytuliła policzek do piersi narzeczonego. 

- Ale chyba coś jeszcze chciałeś uzyskać dzięki temu zatajeniu? 

Pogładził ją po włosach. 

- Lubię Lanni. 

- I na pewno nie można powiedzieć o niej, że jest potworem. 

background image

-  Otóż  to.  Wciąż  nie  mogę  dać  wiary,  że  ktoś  tak  piękny  i  miły 

może  być  spokrewniony  z  Catherine  Fletcher.  Mój  zatwardziały  w 

kawalerstwie  braciszek  chyba  połknął  haczyk.  Teraz  tylko  musi  to 

sobie jasno uświadomić. Gdyby dowiedział się, kto jest babką Lanni, 

mógłby  rozstrzygnąć  rzecz  całą  na  płaszczyźnie  rodzinnych 

resentymentów.  A  zależy  mi  na  tym,  by  Lanni  udzieliła  temu 

ignorantowi solidnej lekcji uczuć. Chociaż wolałbym... 

Abbey  uniosła  głowę  i  zatopiła  spojrzenie  w  niebieskoszarych 

oczach Sawyera. 

-  Chociaż  wolałbyś,  żeby  mimo  wszystko  tą  szczególną 

nauczycielką nie był nikt z rodziny Fletcherów. 

- Dokładnie tak. 

 

Minęła już północ, a Lanni wciąż nie mogła zasnąć. Winiłaby za 

to  słońce,  które  uparcie  stało  nad  horyzontem,  ale  urodziła  się  w 

Anchorage i letni triumf dnia nie był dla niej żadną nowością. 

Zamiast  więc  przewracać  się  z  boku  na  bok  i  tym  bardziej 

odganiać  sen,  zrobiła  sobie  herbatę  i  przeszła  z  filiżanką  do  salonu. 

Usiadła na szerokiej pluszowej otomanie i podwinęła nogi. Na wprost 

stał  telewizor,  pamiętający  bodaj  jeszcze  lata  pięćdziesiąte,  a  na  nim 

błyszczały spłowiałymi już trochę kolorami dwie oprawione  w ramki 

fotografie. 

Obie upamiętniały uroczystość wręczania świadectw maturalnych. 

Na jednej uśmiechał się jej starszy brat, Matt, na drugiej zaś ona sama. 

Widok tych zdjęć, pamiątek niedawnej przeszłości, znacznie poprawił 

background image

jej nastrój. Poczuła się u siebie, na swoich własnych śmieciach, a nie 

w  cudzym  domu,  do  którego  wślizgnęła  się  niemal  kuchennymi 

drzwiami.  

Bo  jak  by  nie  patrzeć,  ten  dom  był  dla  jej  babki  całym  światem. 

Tutaj  spędziła  życie  i  tutaj  chciała  umrzeć.  Zgodziła  się  na 

przewiezienie  do  szpitala  dopiero  po  długich  perswazjach.  Pobyt  w 

Anchorage  traktowała  jednak  jako  tymczasowy.  Nie  zdawała  sobie 

sprawy z faktycznego stanu swego zdrowia. I chyba tak było dla niej 

najlepiej. 

Lanni nie odrywała wzroku od fotografii. Catherine kochała swoje 

wnuki  i  pyszniła  się  tymi  zdjęciami przed  każdym,  kto  odwiedzał  jej 

dom.  Tu  jednak  pojawiały  się  kłopotliwe  pytania.  Bo  skoro  darzyła 

wnuki  miłością,  to  dlaczego  nie  przelała  swych  uczuć  w  żadne  inne 

formy oraz dowody dumy i zainteresowania?  

Być może wynikało to stąd, że była już starą, wypaloną od środka 

kobietą.  Osoby  takie  bywają  czasem  bardzo  złośliwe  i  trudne  we 

współżyciu.  Ileż  to  razy  jej  matka,  Kate  Caldwell,  skarżyła  się  na 

babkę, że tamta powiedziała jej to czy tamto. Ona, Lanni, wolała nie 

wnikać w te przykre sprawy. 

Spojrzała  uważniej  na  młodziutką  twarz  brata.  Dzisiaj  Matt  nie 

był  już  nastoletnim  chłopcem.  Zdążył  skończyć  studia,  ożenić  się  i 

rozwieść. Lanni martwiła się o niego. Przede wszystkim jednak trudno 

jej  było  pojąć,  jak  to  się  w  ogóle  dzieje,  że  dwoje  kochających  się 

ludzi  pozwala  rozpaść  się  swojemu  małżeństwu.  Bo  niewątpliwie 

background image

Matt  kochał  Karen,  a  Karen  kochała  Marta.  Zaważyły  nie  uczucia, 

lecz charaktery i okoliczności. 

Matt,  chociaż  aż  o  pięć  lat  starszy  od  Lanni,  zachował 

usposobienie 

rozkapryszonego 

dziecka. 

Zmieniał 

prace 

jak 

rękawiczki,  wciąż  szukając  swojego  miejsca  na  ziemi.  Od 

księgowości przerzucał się do rybołówstwa, od rybołówstwa do pracy 

w  szkolnictwie,  a  żadna  z  jego  prac  nie  trwała  dłużej  niż  sześć 

miesięcy.  Ta  ustawiczna  huśtawka  udręczyła  Karen,  niemalże 

wtrącając ją w nerwicę. Cóż, jej braciszek, mimo szlachetnego serca i 

sporej wrażliwości, potrafił zaleźć za skórę swoim najbliższym... 

A  jakim  człowiekiem  był  ów  Charles  O'Halloran,  którego 

spotkała  dziś  dwa  razy?  Czy  równie  rozkapryszonym  i  trudnym  do 

zdefiniowania jak Matt? Wiedziała o nim właściwie tylko tyle, że nie 

był  żonaty.  I  jeszcze  coś.  Że  oddziaływał  na  nią  niczym  magnes  na 

stalową blaszkę. Gdyby nie obecność Duke'a, pewnie przebiegłaby na 

drugą  stronę  ulicy  i  rzuciła  mu  się  w  ramiona.  O  ile  w  ogóle  by  je 

otworzył na jej przyjęcie. Kobieca intuicja podpowiadała jej, że chyba 

właśnie tak by zrobił. 

Uśmiechnęła  się.  Z  perspektywy  dwóch  godzin  wydawało  się  to 

śmieszne,  ale  nastrój  tamtego  spotkania  bardzo  przypominał  pokusę 

skosztowania zakazanego owocu. Charles nosił nazwisko O'Halloran. 

O'Halloranowie  byli  wrogami  Fletcherów.  Nie  znała  źródeł  tej 

wrogości,  ale  niewykluczone,  że  postąpiła  bardzo  nielojalnie, 

przyjmując zaproszenie na obiad do domu O'Halloranów. 

background image

Ale Charles wymówił się. Formalnie rzecz biorąc, również udział 

Sawyera  w tym proszonym obiedzie był  żaden. To Abbey uparła się, 

by  ją  ugościć.  Podczas  rozmowy  przy  stole  nikt  nie  dotknął  nawet 

spraw  związanych  z  przeszłością.  W  rezultacie  Lanni  ciągle  niczego 

nie wiedziała. 

Jeden  telefon  do  matki  mógłby  wszystko  wyjaśnić.  Miała  prawo 

znać  prawdę.  Bo  tylko  na  tej  podstawie  mogła  dokonywać  w 

przyszłości świadomych i trafnych wyborów. 

Sytuacja  skomplikowała  się.  Pomiędzy  nią,  Lanni,  a  Charlesem 

O'Halloranem  coś  się  narodziło.  Nawet  nie  przeprowadzili  ze  sobą 

żadnej  autentycznej  rozmowy,  a  tylko  wymienili  swoje  imiona  i 

uścisnęli sobie dłonie. Wystarczyło jednak, by odkrywała w tej chwili 

w sobie duchową więź z tym mężczyzną. Wyglądało to, doprawdy, na 

ingerencję przeznaczenia. 

Poczuła,  że  ciążą  jej  powieki,  a  w  ciało  wsącza  się  senna 

omdlałość.  Wstała  z  otomany  i  przeszła  do  sypialni.  Usypiając, 

pomyślała jeszcze, że sprzątnięcie tego domu i spakowanie osobistych 

rzeczy  babci  powinno  zamknąć  się  w  dwóch  tygodniach.  Czyli  że 

miała  przed  sobą  dwa  tygodnie  w  Hard  Luck.  Dwa  tygodnie 

poszukiwania  odpowiedzi  na  pytanie,  dlaczego  O'Halloranowie  tak 

nie znosili Fletcherów i... vice versa. 

 

Charles  przez  cały  ranek  wisiał  na  telefonie,  zaś  w  wolniejszych 

chwilach sam wynajdywał sobie zajęcia, by tylko nie myśleć o nowej 

sekretarce  braci.  A  jednak  wbrew  tym  próbom  narzucenia  sobie 

background image

autodyscypliny  jego  myśli  wędrowały  ku  barakowi  przy  płycie 

lotniska, gdzie od dzisiaj królowała Lanni Caldwell. Zacisnął szczęki 

na myśl, że tacy twardziele jak John, Ralph i Duke, nie mówiąc już o 

innych  pilotach,  nie  przepuszczą  tej  okazji,  by  złożyć  hołd  nowej 

królowej,  co  w  gruncie  rzeczy  mogło  sprowadzić  się  jedynie  do 

prymitywnych i oślich umizgów. 

Nie,  on,  Charles,  ani  myślał  dołączać  do  tej  sfory  domorosłych 

uwodzicieli.  Nie  zrobi  z  siebie  durnia,  uśmiechając  się,  skacząc  na 

jednej  nodze  i  opowiadając  wrażliwej  dziewczynie  mrożące  krew  w 

żyłach historyjki z życia synów północy. Po takiej kompromitacji nie 

mógłby spojrzeć w oczy mieszkańcom tego miasta. 

W  postanowieniu  tym  wytrwał  do  dziesiątej.  Minutę  później 

naciągnął w pośpiechu sweter i wybiegł z domu. 

-  Jak  się  masz.  -  Pete  Livengood  stał  przed  swoim  sklepikiem  i 

czekał na klientów. 

- Sie masz - rzucił Charles, nie zwalniając kroku. 

Ciekaw  był,  czy  do  Pete'a  dotarły  już  wieści  o  Lanni.  Słyszał  od 

Sawyera,  że  sklepikarz  zapałał  gorącym  uczuciem  do  Abbey  w  pięć 

minut po jej ujrzeniu. Skoro gość był tak łatwo zapalny, to na widok 

Lanni mógłby odrodzić się jak Feniks z popiołów.  

Ugodzony  zazdrością,  Charles  uświadomił  sobie  nagle,  że  stacza 

się  po  równi  pochyłej.  Otwierając  drzwi  biura,  słyszał  przyśpieszone 

bicie  swojego  serca.  Nie  przygotował  sobie  żadnego  wytłumaczenia 

tej wizyty. Jakkolwiek zaliczał się do współudziałowców firmy, swoją 

rolę pojmował jako drugoplanową. 

background image

Taką  też  była  w  sensie  obiektywnym.  Sawyer  i  Christian  rzadko 

konsultowali  się  z  nim  przy  podejmowaniu  decyzji.  Akceptował  taki 

stan  rzeczy  do  momentu,  gdy  jego  bracia  wpadli  na  ten  idiotyczny 

pomysł z kobietami! 

Lanni  siedziała  za  biurkiem,  trzymając  dłonie  nad  klawiaturą 

maszyny  do  pisania.  Zaczesane  do  tyłu  długie  blond  włosy  spięte 

miała na karku spinką. Nie okazała zaskoczenia, a tylko jej niebieskie 

oczy jak gdyby trochę się powiększyły. 

Charles  przybrał  minę  człowieka,  którego  przygnała  tu  jakaś  nie 

cierpiąca zwłoki sprawa. 

- Cześć. Czy zastałem Sawyera? 

-  Poleciał  rano  w  zastępstwie  Johna,  którego  dopadła  grypa. 

Powiedział, że wróci około pierwszej. 

Charlesa  natychmiast  naszło  podejrzenie,  czy  czasami  John 

Henderson  nie  symulował  grypy,  żeby  pozbyć  się  Sawyera  i  mieć 

wolniejszy  dostęp  do  Lanni.  John  bowiem  nie  owijał  rzeczy  w 

bawełnę  i  wyraźnie  sformułował  swoje  stanowisko:  albo  Hard  Luck 

zaludni się młodymi kobietami, albo on wymawia pracę i przenosi się 

do większego miasta. 

Charles  słyszał  o  skargach  również  innych  pilotów.  Szczególnie 

doskwierała im samotność podczas długiej i mrocznej zimy. Nacisk z 

ich  strony  musiał  być  tego  roku  wyjątkowo  silny,  skoro  Sawyer  i 

Christian potracili głowy i rzucili się w tę ryzykowną przygodę. 

-  Czy  może  mam  coś  powtórzyć  Sawyerowi,  gdy  wróci?  - 

zapytała Lanni, sięgając po notes i długopis. 

background image

Niestety, nie umiał na poczekaniu niczego wymyślić. 

-  Porozmawiam  z  nim  później  -  odparł  zdecydowanym  tonem.  - 

W każdym razie dziękuję. 

- Zostawię mu wiadomość, że wpadłeś. 

Nagle poczuł, że nie ma co zrobić z rękami. Wepchnął je więc do 

kieszeni spodni. 

- Czy już brałaś udział w wyprawie po złoto? - spytał ni z gruszki, 

ni z pietruszki. 

Potrząsnęła przecząco głową. W zasadzie nie zrozumiała pytania. 

Złoto  i  związane  z  nim  namiętności  wydawały  się  taką  przebrzmiałą 

historią. 

-  Bo,  widzisz, nadal istnieje działka mojego  dziadka  i  w  każdym 

momencie można rozpocząć na niej prace poszukiwawcze. Wybieram 

się tam dzisiaj po południu, więc gdybyś chciała zobaczyć na własne 

oczy, jak to wygląda i w ogóle... 

-  Z  miłą  chęcią  -  odparła,  ratując  go  tym  samym  przed  klęską 

jąkania się. - Kiedy wyruszasz? 

Charles odzyskał refleks. 

-  Każda  godzina  jest  dobra.  Zadzwoń  do  mnie,  gdy  skończysz 

pracę. 

Uśmiechnęła  się,  a  on  pomyślał,  że  zdolna  byłaby  stopić  tym 

swoim uśmiechem wszystkie lody Arktyki. 

- Dziękuję za zaproszenie, Charles. 

Prawie  nie  wierzył  własnym  uszom.  Zgodziła  się!  A  zatem 

przepadł z kretesem. Pobiegł do domu jak na skrzydłach i wrzucił na 

background image

platformę  swojej  ciężarówki  cały  niezbędny  do  tej  wyprawy 

ekwipunek.  Sprawdził  stan  oleju  w  silniku  oraz  płynu  w  chłodnicy. 

Wszystko grało. Pozostawało mu tylko czekać na telefon od Lanni. 

Skądś napatoczył się Scott. Oczywiście, był na swoim rowerze. 

- Dokąd jedziesz? 

-  Na  działkę  mojego  dziadka  ryć  ziemię  w  poszukiwaniu  złota  - 

wyjaśnił Charles, szczerząc zęby w uśmiechu. 

- Weźmiesz mnie ze sobą? 

- Innym razem, Scott - padła odpowiedź. 

- Słowo? 

- Słowo. Zabierzemy też twoją siostrzyczkę. 

-  Żadnych  dziewczyn  -  zaprotestował  chłopiec.  -  Dlaczego 

kobiety muszą zawsze wszystko zepsuć? 

Jeszcze  wczoraj  Charles  przyklasnąłby  tej  opinii.  Dzisiaj  był 

innym  człowiekiem.  Wybierał  się  właśnie  na  wycieczkę  z  kobietą  i 

fakt ten wprawiał go w stan euforii. 

-  Susan  wbiła  sobie  do  tej  swojej  głupiej  łepetyny,  że  mam  ją 

nauczyć jeździć na rowerze. Nie palę się do tego, bo kiedy już nauczy 

się  nie  tracić  równowagi,  nie  dopuści  mnie  do  mojego  własnego 

roweru.  -  Słysząc  czyjeś  kroki,  obejrzał  się  przez  ramię  i  jęknął:  -  A 

oto i sama mistrzyni od wiercenia dziur w brzuchu. 

Mała dziewczynka złapała Scotta za ramię. 

- Powiedziałeś, że dasz mi pojeździć na rowerze. 

- Przecież nie umiesz. Tylko poobcierasz sobie łokcie i kolana. 

- To moje zmartwienie. Każdy musi się kiedyś nauczyć. 

background image

- Poza tym ten rower jest za wysoki dla ciebie. Nie dosięgniesz z 

siodełka nogami do pedałów. 

- Znam sposób. Pojadę pod ramą. 

- Skoroś taka mądra, to próbuj. 

Scott  zeskoczył  z  roweru  i  gniewnym  gestem  przekazał  go 

siostrze,  po  czym  ostentacyjnie  odwrócił  się  plecami  do 

samobójczyni. 

- Nawet nie będę na to patrzył. Rozwali mi najlepszy rower, jaki 

kiedykolwiek  miałem.  A  wszystko  dlatego,  że  jest  dziewczyną. 

Zwykłą siusiumajtką. 

Charles  śmiał  się  do  rozpuku.  Ta  sprzeczka  pomiędzy  Scottem  a 

Susan  przypominała  do  złudzenia  tamte  kłótnie  sprzed  wielu  laty,  w 

których uczestniczyli on i Sawyer. Jedyna różnica polegała na tym, że 

wówczas,  jak  przystało  na  narwanych  chłopców,  dochodziło  między 

nimi do bokserskich popisów. 

-  Zmień  taktykę  -  poradził  chłopcu  ściszonym  głosem.  -  Im 

twardziej  będziesz  stawał  pomiędzy  nią  a  rowerem,  tym  bardziej 

będzie  go  pragnęła.  Kobiety  od  zawsze  interesowały  się  tylko 

zakazanymi owocami. 

- A co powiesz o mężczyznach? 

- Jesteśmy podobni, tylko trochę lepsi. Ale zachowaj to dla siebie, 

bo jeszcze Abbey mogłaby pomyśleć, że deprawuję jej syna. - Charles 

nie chciał wojny ze swoją przeuroczą szwagierką. 

- Będę milczał jak grób - przyrzekł chłopiec. 

background image

Charles  przytrzymał  „kozę",  a  Susan,  przełożywszy  prawą  nóżkę 

pod  ramą  na  drugą  stronę,  stanęła  na  pedałach.  Mocno  zacisnęła 

dłonie  na  kierownicy  i  z  odwiecznym  okrzykiem  desperatów... 

ruszyła.  I  stał  się  cud.  Początkowy  rozchwiany  wężyk  zmienił  się  po 

kilkudziesięciu metrach w jazdę zbliżoną do linii prostej. Z poczwarki 

narodził się motyl. 

Charles  klaskał  w  dłonie.  Scott  zajadle  rozgrzebywał  trampkiem 

ziemię. 

-  Jak  na  dziewczynę,  to  idzie  jej  całkiem  nieźle  -  mruknął  w 

końcu. 

-  Chłopie,  idzie  jej  wspaniale!  -  poprawił  surowego  krytyka 

rozentuzjazmowany Charles. 

Nagle  zamilkli.  Rower  zniknął  w  krzakach,  skąd  po  sekundzie 

dobiegł  ich  przeraźliwy  płacz.  Rzucili  się  w  tamtym  kierunku.  Po 

chwili Scott podnosił rower, a Charles przestraszoną i płaczącą Susan. 

Lecz o ile „kozie" nic się nie stało, co obwieścił chłopiec z błogim 

uśmiechem  na twarzy,  o  tyle  Susan zdobyła  insygnia  swojej  odwagi. 

Jej  lewy  łokieć  i  lewe  kolano  domagały  się  interwencji  jeśli  nie 

lekarza, to przynajmniej kogoś, kto przemyje i opatrzy zranienia. 

- Chodź, maleńka, obmyjemy to wodą utlenioną i zabezpieczymy 

plastrem z opatrunkiem. 

Upewniony,  że  rower  wciąż  się  nadaje  do  przełajowych 

szaleństw,  Scott  przeniósł  swoją  uwagę  na  siostrę.  Pomagał  nawet 

Charlesowi w opatrywaniu ran i czynił to z widocznym przejęciem. A 

jednak  tylko  jeden  z  nich  zaskarbił  sobie  wdzięczność  Susan,  która 

background image

wyraziła  ją, jak  tylko  mała  kobietka to  potrafi.  Zarzuciła  mężczyźnie 

ramiona na szyję i pocałowała go w policzek. 

- Dziękuję, wujku Charlsie. 

Wzruszony  wujek  Charles  musiał  aż  dwa  razy  przełknąć  ślinę, 

żeby  przyjść  do  siebie.  Długo  patrzył  za  oddalającymi  się  dziećmi,  z 

których  jedno  pedałowało  ile  sił  w  nogach,  drugie  zaś  biegło  w 

tanecznych podskokach. Tak, Sawyer wygrał  los na loterii. Nie tylko 

zakochał  się  z  wzajemnością  we  wspaniałej  kobiecie,  lecz  nadto 

wniosła mu ona w posagu dwójkę cudownych dzieci. 

W końcu zadzwoniła Lanni. Sawyer wrócił i była wolna. Umówili 

się  przed  domem  Catherine  Fletcher,  a  po  dwudziestu  minutach 

wyjeżdżali już z miasta drogą na północ. Zauważył, że przebrała się i 

to  bardzo  stosownie.  Była  teraz  w  klasycznych  dżinsach,  grubej 

flanelowej koszuli i butach z cholewkami powyżej kostek. 

-  Powiedziałeś,  że  twój  dziadek  eksploatował  kiedyś  tę  działkę  - 

odezwała się, gdy minęli ostatnie domy. 

-  Mój  dziad,  Adam,  i  jego  żona,  Anna,  osiedlili  się  w  tych 

stronach na początku lat trzydziestych. I jak tysiące kobiet i mężczyzn 

przed  nimi,  przyjechali  tu  z  nadzieją  spełnienia  marzeń  o  wielkim 

bogactwie,  Gruchnęła  wówczas  wieść,  że  w  pobliżu  Fairbanks 

natrafiono  na  fantastyczne  wręcz  pokłady  złota.  To,  co  z  początku 

wyglądało  na  plotkę  czy  legendę,  w  całości  potwierdziło  się. 

Właściciele  tamtejszych  działek  wydobyli  w  przeciągu  czterech, 

pięciu  lat  za ponad  dziesięć milionów  dolarów  szlachetnego  kruszcu, 

przy ówczesnej cenie jednej uncji o wiele niższej od obecnej. 

background image

- Wystarczająca suma, by uszczęśliwić jakąś rodzinę. 

-  Na  pewno.  Szczęście  leżało  nie  tyle  może  na  ulicy,  co  tuż  pod 

ziemią  w  tundrze.  Mój  dziad,  oczywiście,  nie  był  z  żelaza  czy  z 

kamienia  i  zaraził  się  gorączką  złota.  Obliczył  sobie  na  podstawie 

różnych  danych,  że  główna  żyła  kruszcowa  leży  bardziej  na  północ. 

Miał nadzieję nią zawładnąć. 

- I udało się? 

Charles westchnął. 

- Tylko w małej cząstce. Adam, ma się rozumieć, natrafił na złoto, 

ale  były  to  śladowe  ilości  w  porównaniu  z  oczekiwaniami.  Dokonał 

jednak  czegoś  więcej,  czegoś  bardziej  wartościowego.  Zbudował 

miasto, ucywilizował dziką przestrzeń. Założył podwaliny pod ludzką 

zbiorowość, która już dalej rozwijała się autonomicznie. W rezultacie 

mój  dziad  patronuje  następującym  tu  po  sobie  pokoleniom.  -  Na 

chwilę  zamilkł.  -  Jestem  głęboko  przeświadczony,  że  ta  bajeczna 

złotonośna  żyła  istnieje  i  nie  jest  urojeniem  rozgorączkowanego 

umysłu mojego dziadka. 

Pogrążyli się w pełnym zadumy milczeniu. 

Z  początku  dość  równa  i  przyzwoicie  oznakowana  droga  po 

jakichś  kilkunastu  kilometrach  stała  się  wyboista  i  praktycznie  zlała 

się z tundrą. Jechali teraz na drugim biegu, w tumanach kurzu i trochę 

kierując się intuicją. Nigdzie ani śladu domostw, ptaków czy pasących 

się zwierząt. 

Drogę przegrodziła im rzeka. 

- Ma piękną nazwę. Koyukuk River - poinformował Charles. 

background image

-  Koyukuk  -  powtórzyła  Lanni  z  widocznym  wysiłkiem.  -  Istny 

łamaniec językowy. 

Charles roześmiał się. 

-  Słowo  z  języka  Atabasków.  Widzisz  trzecią  co  do  wielkości 

rzekę  Alaski.  Ciągnie  się  na  przestrzeni  prawie  siedmiuset 

kilometrów. 

- Czyli najdłuższa musi być Yukon? 

- Tak. Yukon bierze początek w Kanadzie i przepływa przez całą 

Alaskę. 

- Lubię ogromne rzeki, niebotyczne szczyty i niezmierzone stepy. 

Spojrzał  na  nią  kątem  oka.  Fizycznie  drobna  Lanni  posiadała 

duszę, która wyrywała się ku nieskończoności. 

- Mam tu przyjaciela, Indianina z plemienia Atabasków. Mieszka 

niedaleko stąd, za tamtym płaskowyżem po drugiej stronie Koyukuk. 

Fred  jest  myśliwym,  nie  widziałem  go  już  całą  wieczność.  Czy  nie 

miałabyś nic przeciwko temu, żebyśmy do niego zajechali? 

- Ależ poznam Freda z prawdziwą przyjemnością. 

Charles  wprowadził  samochód  do  rzeki.  Jej  szerokość  nie  miała 

się  w  żadnych  proporcjach  do  głębokości.  Woda  na  środku  koryta 

sięgała  zaledwie  podwozia  ciężarówki.  Ale  to  był  bród.  Widać  było, 

że  forsując  rzekę  powyżej  lub  poniżej  tego  miejsca,  schowaliby  się 

wraz z dachem. 

Sklecona z bali chata Freda Susitna stała wśród kępki karłowatych 

drzew.  Rozległy  ganek  przystosowany  był  do  suszenia  skór 

upolowanych  zwierząt.  Na  ścianach  wisiały  naftowe  lampy,  które 

background image

służyły chyba bardziej do sygnalizacji podczas śnieżnych zamieci, niż 

do oświetlania terenu. 

Charles  zgasił  silnik  dopiero  wówczas,  gdy  w  drzwiach  pojawił 

się  Fred,  wybitnie  śniady  mężczyzna,  którego  wieku  nie  sposób było 

określić.  Mógł  mieć  tyleż  czterdzieści,  co  sześćdziesiąt  lat.  On  i 

Charles  wylewnie  się  uściskali.  Chwilę  później  Lanni  Caldwell 

znalazła  się  również  w  ramionach  myśliwego.  Rozbawiła  ją  i 

wzruszyła ta indiańska serdeczność.  

Fred  natychmiast  zakrzątnął  się  przy  posiłku.  Północna 

gościnność wymagała nakarmienia przybysza bez pytania go, czy jest 

głodny.  Poczęstowani  zostali  gorącą  kawą  i  grzankami  polanymi 

miodem.  Kawa  mogła  zwalić  z  nóg  nosorożca,  a  miód  pachniał 

kwiatami łąki. 

A  potem  Fred  pochwalił  się  przed  Lanni  swoimi  skórami.  Były 

tam skóry wszystkich niemal zwierząt Alaski, od karibu i niedźwiedzi 

po lisy i wiewiórki. Ich puszystość, miękkość i połysk przywodziły na 

myśl ulice wielkich miast, eleganckie sklepy i bogato ubrane kobiety. 

Mężczyźni  zagłębili  się  w  rozmowie  o  sposobach  podchodzenia 

zwierząt  oraz  rodzajach  potrzasków.  Lanni  miała  tysiąc  pytań,  które 

chciała  zadać  Fredowi,  ale  Charles  dał  sygnał  do  odjazdu.  Uznał,  że 

popełnił  błąd,  przyjeżdżając  tu  z  Lanni.  Fred  przejrzał  go  na  wylot  i 

swoje domysły przemycał w subtelnych aluzjach. Na szczęście na tyle 

subtelnych, że Lanni nie mogła niczego się domyślić. 

Niestety,  w  ostatnim  momencie,  gdy  już  się  żegnali  przy 

ciężarówce, Fred powiedział: 

background image

-  Cieszę  się,  że  zajrzałeś  do  mnie,  Charles.  Mam  nadzieję,  że 

wkrótce przyjedziesz tu ponownie razem ze swoją kobietą. 

Charles zmieszał się jak uczniak. 

- Lanni nie jest moją kobietą. 

-  Nie?  -  W  czarnych  jak  węgle  oczach  Indianina  zapaliły  się 

iskierki ironii. - Nigdy jeszcze  w rozmowie ze mną nie minąłeś się z 

prawdą, przyjacielu. 

Lanni  milczała  i  Charles  był  jej  za  to  wdzięczny.  Mógł 

przynajmniej pocieszać się myślą, że nie słyszała słów Freda. 

 

Działka, która  była  celem  ich  wyprawy,  znajdowała  się  zaledwie 

dziesięć kilometrów dalej, nad brzegiem rzeki. Gdy dotarli na miejsce, 

Lanni natychmiast pobiegła nad wodę i zapatrzyła się na połyskujący 

w  słońcu  nurt  Koyukuk.  Rzucały  się  jakieś  ryby,  być  może  łososie,  i 

wydawało  się,  że  są  one  ze  srebra  lub  rtęci.  Widok  zniewalał 

spokojem i tajemniczym pięknem. 

Charles  podszedł  do  Lanni  bez  najmniejszego  zamiaru 

pocałowania  jej,  lecz  kiedy  odwróciła  ku  niemu  głowę  i  ujrzał  jej 

rozmarzony uśmiech, stało się. Znalazła się w jego ramionach, zanim 

jeszcze  zdążył  pomyśleć,  jak  prześliczną  jest  istotą  i  jak  godną 

pożądania. 

I  rzecz  dziwna,  Lanni  przyjęła  jego  pocałunek.  Odpowiadała 

czułością  na  czułość,  namiętnością  na  namiętność.  Uległ  wrażeniu, 

czując ustami jej gorące usta, ciałem zaś jej lgnące do niego ciało, że 

pozwoliłaby mu na wszystko. 

background image

Przeląkł  się  tej  myśli.  Uznał,  że  popada  w  męskie  zadufanie. 

Wolał  poszukać  dowodów  na  jej  twarzy,  gdyż  zwątpił  w  możliwość 

słów. Oderwał więc wargi od jej warg i poszukał pięknych niebieskich 

oczu,  tych  zwierciadeł  duszy.  To,  co  zobaczył,  wprawiło  go  w 

rozterkę. 

- Lanni - wyszeptał, uderzony obrazem miłosnego uniesienia. 

-  Chyba  poszaleliśmy  -  powiedziała,  ale  takim  tonem,  jakby 

wolała po stokroć to szaleństwo od francuskiego szampana. 

- Nie może być inaczej. 

Zgodnym  ruchem  przytulili  się do  siebie  i  złączyli  w  ponownym 

pocałunku. Zaczął drżeć. On, Charles O'Halloran, zawsze opanowany 

i  jakby  pozbawiony  emocji,  rozważny  i  mentorski,  zaczął 

najzwyczajniej  w  świecie  drżeć.  Trafnie  przewidział,  że  przepadł  z 

kretesem. 

Woda szumiała i szumiała mu krew w uszach. 

- Muszę usiąść - wyszeptała Lanni. 

Jemu również nogi odmawiały posłuszeństwa. Opadli na pobliski 

głaz. 

- Charles, jest coś, co muszę... 

Każdym swym słowem, każdym spojrzeniem i każdym oddechem 

powiększała  jego  namiętność.  Zrozumiał  z  bólem,  iż  są  rzeczy, 

których nie sposób w pełni wyrazić. Jęknęła, gdyż dotknął jej piersi. A 

przecież dotknął ich prawie przypadkowo. 

- Chcę ci przypomnieć... 

background image

-  Cokolwiek  chcesz  mi  przypomnieć,  dziewczyno,  jest  to 

nieważne. Liczy się tylko chwila obecna. 

Pocałował  ją  z  taką  mocą  i  w  takim  natchnieniu,  jakby  chciał 

zatrzymać, zaczarować czas. 

-  Chcę  ci  przypomnieć  -  szepnęła,  łapiąc  oddech  -  że 

przyjechaliśmy tu po złoto. 

- I ja je już znalazłem. 

Rzuciła się jakaś ryba. Bryznęło srebrzysto-złocistym światłem. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Gdy  Lanni  wykręcała  numer  telefonu  domu  rodziców  w 

Anchorage, ręka jej drżała. Słuchawkę podniósł ojciec. 

- Cześć, tato. 

- Lanni, dobrze, że dzwonisz. Powiedz najpierw, jak tam układają 

się sprawy? 

- Wszystko gra. 

-  Mama  żałuje,  że  nie  wybrała  się  z  tobą.  Wiesz  jednak,  że  nie 

mogła. 

-  A  czy  nie  ma  tam  gdzieś  w  pobliżu  mamy?  Chciałabym  z  nią 

porozmawiać. 

- Przykro mi, kochanie. Pojechała do szpitala odwiedzić babcię. 

Lanni westchnęła, co od razu podchwycił ojciec. 

- A może ja mógłbym ci w czymś pomóc? 

Zagryzła wargę. 

- Chodzi o rodzinę O'Halloranów. 

background image

-  Czy  doznałaś  z  ich  strony  jakichś  przykrości?  -  Słysząc 

zaniepokojony  głos  ojca,  wyobraziła  sobie  jego  pobladłą  twarz.  - 

Więc przypomnij tym kowbojom, że zgadzając się na wynajem domu 

babci,  robimy  im  w  gruncie  rzeczy  łaskę.  Przynajmniej  mogliby 

poczuwać się do jakiejś wdzięczności. 

-  Tatusiu,  źle  mnie  zrozumiałeś.  Są  to  wspaniali  ludzie.  Już  w 

dniu mojego przyjazdu zostałam zaproszona na obiad przez Sawyera i 

jego  narzeczoną,  a  najstarszy  brat,  Charles,  zabrał  mnie  dziś  po 

południu  na  działkę  swojego  dziadka,  gdzie  być  może  ciągle  jest 

złoto. 

Najważniejsze jednak pominęła milczeniem. Nie zrobili użytku z 

zabranych  przez  Charlesa  łopat.  Za  to  pili  wino,  spacerowali  i 

rozmawiali ze sobą, ona zaś mówiła, jakby chciała odkryć przed nim 

całe  swoje  wnętrze.  Opowiedziała  mu  o  studiach na uniwersytecie  w 

Waszyngtonie i o pragnieniu zostania dziennikarką, o swoim bracie i 

o tym, jak bardzo się o niego martwi. Ale o babce nie napomknęła ani 

jednym słowem. 

Ojciec odchrząknął. 

- Cóż, cieszę się, że zajęto się tobą w tak serdeczny sposób. 

- Chciałabym poznać, tato - decyzję podjęła w ułamku sekundy - 

przyczyny  tej  nieprzyjaźni,  jaka  ciąży  nad  naszą  rodziną  i  rodziną 

O'Halloranów.  Właściwie  nic  o  nich  nie  wiem,  poza  niejasnymi  i 

nielicznymi uwagami mamy. 

- To już przestało być ważne, kochanie. Czas wszystko łagodzi. 

background image

-  Ale  teraz  widuję  się  codziennie  z  O'Halloranami  i  wolałabym 

stać na twardym gruncie. 

Ojciec przez jakiś czas milczał. 

-  Uważam,  że  powinnaś  zwrócić  się z  tym  do  matki.  Gdy  wróci, 

poproszę ją, by zadzwoniła do ciebie. 

- Jesteś cudowny, tatusiu. 

Porozmawiali  jeszcze  przez  chwilę,  po  czym  użyczywszy  sobie 

dobrej  nocy,  rozłączyli  się.  Zagadka,  którą  Lanni  spodziewała  się 

rozwiązać,  decydując  się  na  telefon  do  rodziców,  nadal  pozostawała 

niepokojącym wyzwaniem. 

Zrobiła sobie kanapkę i otworzyła drzwi sypialni babki. Panował 

tu  półmrok,  a  stare  meble  zdawały  się  wydzielać  z  siebie  zmęczenie 

przeżytymi  latami.  W  powietrzu  unosił  się  ledwie  uchwytny  zapach 

kurzu  i  waleriany.  Skrzypnęła  podłoga.  Przypominało  to  spóźnione 

echo dawno przebrzmiałego szlochu. 

Jakiś wewnętrzny głos kazał Lanni sięgnąć po pudło, które leżało 

na  szafie.  Okazało  się,  że  wypełnione  jest  czarno-białymi  zdjęciami. 

Lanni  zabrała  pudło  do  kuchni  i  zanurzyła  się  w  przeszłość.  Zdjęcia 

powiązane były w paczki. W pierwszej z takich paczek Lanni odkryła 

swoją  matkę  jako  małą,  większą  i  całkiem  już  dużą  dziewczynkę. 

Matka  nosiła  najpierw  warkocze,  a  potem  poszła  do  fryzjera  i  w  jej 

włosach pojawiła się kokarda. Kate lubiła się huśtać i jeździć sankami 

zaprzężonymi w husky. Lepiła też bałwany ze śniegu. 

Ale  Kate  była  tylko  na  jednym  zdjęciu  razem  z  ojcem  i  matką. 

Lanni  wiedziała,  że  jej  dziadkowie  dość  szybko  rozwiedli  się.  Kate, 

background image

bardziej  przywiązana  do  ojca,  wyjechała  z  nim  do  Anchorage. 

Odwiedzała matkę tylko podczas wakacji. 

A  potem  palce  Lanni  zajęły  się  rozwiązywaniem  sznurków  przy 

następnych  paczkach.  Posypały  się  na  kuchenny  stół  ludzkie  twarze, 

zdarzenia,  uroczystości.  Ot,  takie  sobie  zwykłe  pamiątkowe  zdjęcia, 

które z biegiem lat przestały już przemawiać pełnym głosem, a tylko 

szeptały coś niezrozumiałego o minionych czasach. Na swojej ślubnej 

fotografii Catherine ubrana była w piękną kremową suknię i trzymała 

w ręku bukiecik białych różyczek.  

W  pudle  znajdowała  się  też  koperta.  Lanni  już  dawno  ją 

zauważyła, lecz otwarcie jej pozostawiła sobie na sam koniec. I teraz 

nadeszła  ta  chwila.  Jak  gdyby  przez  umajoną  bramę  weszła  do 

zaczarowanej krainy szczęścia. Zdjęcia, które wysypały się z koperty, 

przedstawiały  Catherine  uśmiechniętą,  pogodną,  promienną.  Mogła 

mieć wówczas najwyżej dwadzieścia lat i oto uśmiechała się do widza 

w aureoli swej nieskalanej młodości. 

Na  jednej  z  fotografii  widniał  skreślony  atramentowym  piórem 

napis: „Najukochańszemu Davidowi", a pod nim: „Zachowaj mnie w 

sercu,  mój  Jedyny".  Kim  był  ów  David?  Nikt  dotąd  przy  niej  nie 

wymienił jeszcze tego imienia. 

I  znów  Catherine  w  ślubnej  sukni.  Ale,  rzecz  dziwna,  suknia  ta 

zasadniczo różniła się od sukni z poprzedniej fotografii. Była uszyta z 

białego atłasu i miała długi i suty tren. Czyżby więc babcia, pomyślała 

Lanni, dwa razy wychodziła za mąż? 

background image

Zadzwonił  telefon.  Lanni  rzuciła  się  do  aparatu.  Usłyszała  głos 

matki. Kate od razu przeszła do rzeczy. 

-  Ojciec  powtórzył  mi  twoją  prośbę.  Myślę,  że  już  najwyższy 

czas,  byś  poznała  tamtą  smutną  historię.  Otóż  przed  z  górą 

pięćdziesięciu  laty  twoja  babcia  zaręczona  była  z  Davidem 

O'Halloranem. 

-  Czy  to  ktoś  spokrewniony  z  właścicielami  firmy  „Synowie 

Północy"? 

-  To  ojciec  Charlesa,  Sawyera  i  Christiana.  Niestety,  wybuch 

drugiej  wojny  światowej  pokrzyżował  plany  Catherine  i  Davida. 

Babcia  wbrew  wszystkiemu  chciała  przyśpieszyć  datę  ślubu,  David 

jednak,  pamiętając  o  niepewnym  losie  żołnierza  na  froncie, 

zdecydował  się  nie  rozstrzygać  niczego  przedwcześnie.  Pojechał  na 

wojnę  i  zaczął  przysyłać  listy.  Babcia  na  każdy  odpowiadała  dwoma 

czy trzema. Byli w sobie ogromnie zakochani. On walczył, a ona szyła 

sobie  suknię  ślubną.  Posłała  mu  nawet  zdjęcie,  na  którym  była  w  tej 

sukni,  jak  gdyby  w  ten  sposób  chciała  mu  powiedzieć  -  Lanni 

spojrzała  na  trzymaną  w  dłoni  fotografię  -  że  już  jest  mu  poślubiona 

na  zawsze  i  po  wieczne  czasy.  Wtedy  właśnie  poległ  we  Francji 

Charles, brat Davida. David na trzy miesiące zamilkł. Babcia szalała z 

niepokoju. Wreszcie przyszła wiadomość, że jej ukochany wraca. Ale 

nie przyjechał sam. Przywiózł ze sobą żonę, Angielkę. Miała na imię 

Ellen. 

- Och, nie! - wykrzyknęła Lanni, zamykając oczy. 

background image

Poczuła gwałtowny ból, jakiego musiała doznać babcia na widok 

żony ukochanego, i chociaż ona, Lanni, jedynie współodczuwała w tej 

chwili  z  tamtą  młodą  i  zakochaną  do  szaleństwa  kobietą,  ów  ból 

wydawał się nie do zniesienia. 

- A teraz powiem coś dla usprawiedliwienia Davida, o ile w ogóle 

można go usprawiedliwić. Otóż, gdy doszła do niego wieść o śmierci 

Charlesa, kompletnie się załamał. To była śmierć naprawdę tragiczna, 

bo  niemal  w  ostatnim  dniu  wojny.  I  wówczas  pojawiła  się  ta 

Angielka,  siostra  w  smutku  i  pocieszycielka.  Ellen  w  jednym  z 

nocnych  bombardowań  Londynu  straciła  całą  rodzinę.  Ją  i  Davida 

łączyło  podobne  bolesne  doświadczenie,  oboje  byli  samotni  i  to  ich 

pchnęło  ku  sobie.  Oczywiście  Catherine  nawet  nie  chciała  słuchać 

tych tłumaczeń. 

- Biedna babcia. 

-  Nie  pokochała  już  żadnego  innego  mężczyzny.  Nie  wiem, 

dlaczego  zdecydowała  się  wyjść  za  twojego  dziadka.  Dla  niej 

wszystkich  mężczyzn  świata  przesłaniał  ten  jeden  człowiek,  David 

O'Halloran.  Usychała  z  tęsknoty  za  nim  również  po  jego  zdradzie,  a 

kiedy umarł, jej życie straciło wszelki sens. 

- Opowiedziałaś mi bardzo smutną historię, mamo. Ale historia ta 

wiele  wyjaśniała.  Także  i  to,  że  Kate,  jej  matka,  nie  była  dzieckiem 

miłości. 

-  Los  zrządził,  jak  zrządził  -  powiedziała  szorstkim,  prawie 

gniewnym głosem Kate. - Ale lepiej byłoby, żeby to David poległ na 

wojnie, a nie Charles. 

background image

Serce  Lanni  ścisnęło  się.  Gdyby  zginął  David,  nie  byłoby 

wówczas jego synów. Nie byłoby Charlesa! 

-  Ma  się  rozumieć,  nie  wiem  wszystkiego,  co  wydarzyło  się  po 

przyjeździe  Davida  i  Ellen.  Znam  moją  matkę  i  mogę  zasadnie 

przypuszczać, że zapałała do tej Angielki, swojej rywalki, autentyczną 

nienawiścią. Miała po swojej stronie mieszkańców Hard Luck i mogła 

wiele  zbudować  na  tej  zbiorowej  sympatii.  Jej  celem  było  uczynić 

życie  Ellen  piekłem  na  tej  ziemi  i  w  ten  sposób  upodobnić  je  do 

swojego. 

-  Dlaczego  nie  wyjechała  z  miasta?  Dlaczego  narażała  się  na 

codzienną torturę podglądania, że tak powiem, cudzego szczęścia? 

- Być może miała nadzieję, że małżeństwo Davida i Ellen rychło 

skończy  się  rozwodem.  Cierpliwie  czekała.  Ale  David  nigdy  nie 

porzucił żony. 

- Narzuca się wniosek, że mimo wszystko nigdy nie przestała go 

kochać. 

- W tamtych latach, sądzę, nawet najlepszy znawca ludzkiej duszy 

nie potrafiłby już rozróżnić pomiędzy miłością a nienawiścią. 

Przez dłuższą chwilę obie milczały. 

- Wiesz, mamo, poznałam dwóch synów Davida, trzeci przebywa 

w Seattle. Średni, Sawyer, bierze za kilkanaście dni ślub z kobietą, w 

której zakochał się od pierwszego wejrzenia. 

- To się czasami zdarza. 

background image

-  Abbey,  jego  narzeczona,  ma.  dwoje  dzieci  z  poprzedniego 

małżeństwa.  Ale gdy  obcuje się z całą czwórką, odnosi się wrażenie, 

że to właśnie Sawyer jest ich ojcem. 

-  Życzę  im  wszystkim  szczęścia.  -  W  głosie  matki  przebijał 

niepokój. - Ale nie zostaniesz tam dłużej, niż jest to niezbędne? 

- Wrócę, gdy tylko zrobię tu porządki. 

Odkładając  słuchawkę,  Lanni  czuła,  że  jednak  tą  ostatnią 

odpowiedzią  oszukała  matkę.  Skąd  brała  pewność  co  do  terminu 

powrotu,  skoro  kilka  godzin  wcześniej  zaskoczyło  ją  własne  serce.  I 

teraz to jej serce dyktowało warunki. 

 

W biurze „Synów Północy" Charles i Sawyer pili piwo. 

-  Niebawem  stracisz  brata  -  rzucił  Sawyer,  odkorkowując  nową 

butelkę - lecz za to zyskasz brata żonatego. 

-  Co  chcesz  przez  to  powiedzieć?  -  W  oczach  Charlesa  błysnęła 

podejrzliwość. 

-  Nic  ponad  to,  iż  pragnę,  żeby  ta  moja  przemiana  dokonała  się 

jak  najszybciej.  Mężczyźni  stworzeni  są  do  przyjmowania  na  swoje 

barki  odpowiedzialności.  Odpowiedzialność  męża  i  ojca.  Oto,  czego 

mi trzeba. 

Charles podniósł szklankę w geście toastu. 

- Obyś nie ugiął się, cherlaku, pod tym brzemieniem. 

- Miłość doda mi sił. 

Charles  nic  nie  odpowiedział.  Nigdy  jeszcze  dotąd  nie  był 

zakochany,  więc  nie  mógł  postawić  się  na  miejscu  brata.  A  może 

background image

mógł? Może tamte godziny nad Koyukuk dawały mu do tego prawo? 

Przypomniał  sobie  pełne  wyrazu  bławatkowe  oczy  Lanni  i  jej 

zaróżowione  policzki.  Lanni.  Przecież  trzymał  ją  w  ramionach  i 

obsypywał  pocałunkami.  A  potem  długo  ze  sobą  rozmawiali,  a  on 

słuchał jej głosu niczym najczystszej muzyki. Czy była to miłość? 

Drzwi  rozwarły  się  na  oścież  i  do  środka  wtargnął  John 

Henderson. 

- Ralph chce z tobą pogadać - rzucił w stronę Sawyera, witając się 

z Charlesem krótkim skinieniem głowy. 

- Jakieś kłopoty? 

- Żadnych, którym nie mógłbyś zaradzić. 

Sawyer dopił swoje piwo i wyszedł. To samo chciał uczynić John. 

- Zaczekaj chwilkę, John - osadził go  w miejscu Charles. - Mam 

jedno pytanie. 

- Pytaj. - Pilot podciągnął na biodrach dżinsy. 

- Poznałeś już Lanni Caldwell, prawda? 

- Poznaliśmy ją wszyscy. Wspaniała dziewczyna. 

Charles potarł dłonią brodę. 

- Więc dlaczego, chłopcy, nie oblegacie jej? 

-  Nie  widzimy  sensu  -  padła  natychmiastowa  odpowiedź.  - 

Łyknęła  bakcyla,  który  nazywa  się  Charles  O'Halloran.  - 

Powiedziawszy to, John trzasnął za sobą drzwiami. 

 

Lanni  rozprostowała  bolący  krzyż.  Pracowała  bez  przerwy  od 

wczesnych  godzin  porannych.  Efektem  tej  pracy  był  stos 

background image

wypełnionych  różnościami  pudeł,  piętrzących  się  pod  ścianą  w 

salonie. 

Ktoś  zapukał do drzwi. Uśmiechnęła się. Miała naprawdę wielką 

ochotę pogadać z jakąś bratnią duszą. Na progu stali Scott i Susan. Na 

ich twarzyczkach malowało się coś w rodzaju zażenowania. 

-  Pójdziesz  z  nami  na  łąkę  nazrywać  kwiatów?  -  zapytała 

dziewczynka. - Chcemy zrobić bukiet dla mamy i Sawyera, ale... 

-  Ale  mama  powiedziała,  że  tylko  z  dorosłą  osobą  możemy 

wybrać się w tundrę - dokończył za siostrę Scott. 

- I właśnie szukamy takiej dorosłej osoby - dodała dziewczynka. 

-  Nie  znamy  nazw  polnych  kwiatów,  więc  wzięliśmy  ze  sobą 

książkę z biblioteki. Zobacz. - Scott wręczył  Lanni starannie wydany 

atlas roślin Alaski. 

- Więc pójdziesz z nami? 

Chyba  tylko  człowiek  z  kamieniem  zamiast  serca  mógłby 

pozostać nieczuły na ten przymilny dziewczęcy głosik. 

-  Pójdę,  ale  muszę  wrócić  przed  piątą  -  odparła,  zerkając  na 

zegarek. Dzwonił Charles i zaprosił ją do siebie na szóstą na obiad. - 

A  poza  tym  myślę,  że  powinniśmy  wziąć  ze  sobą  wałówkę.  Nie 

jadłam jeszcze lunchu. 

Podczas  gdy  dzieci  licytowały  się  w  wymienianiu  zalet  Eagle 

Catchera, psa Scotta, Lanni robiła kanapki, napełniała termos sokiem 

pomarańczowym,  szukała  specjalnego  sprayu  do  odstraszania 

niedźwiedzi, a wreszcie pakowała to wszystko do torby. Szykował się 

prawdziwy piknik. 

background image

- Jeszcze tylko zmienię buty - rzuciła w ich kierunku. 

-  A  ja  pobiegnę  i  powiadomię  mamę,  że  idziesz  z  nami  - 

powiedział Scott, zrywając się z krzesła. 

Wrócił, jak to on, w rekordowym czasie. 

- Mama docenia twoją uprzejmość - krzyknął, wsuwając głowę w 

szparę pomiędzy drzwiami a framugą. 

- No, to w drogę, zuchy. 

Opuścili miasto, kierując się na południowy wschód. Widoczne na 

horyzoncie szczyty Brooks Range okrywały czapy wiecznego śniegu. 

Od tundry ciągnęło chłodną bryzą.  

Kwiatów nie musieli szukać. Rosły wszędzie. Najbardziej rzucała 

się  w  oczy  dywanowo  rosnąca  górska  arnika,  o  liściach  zebranych  w 

przyziemną  rozetę  i  złocistożółtych  kwiatach.  Dalej  czerwieniły  się 

duże,  wonne,  zebrane  w  grona  kwiaty  laku,  należącego  do  tej  samej 

rodziny co popularna gorczyca.  

Arktyczne  stokrotki  były  jak  melodia  wygrana  na  wiolinowych 

strunach,  zaś  czermień  błotna,  trująca  bylina  o  pełzających  kłączach, 

sercowatych  liściach  i  kolbowatych  kwiatostanach  otoczonych  białą 

pochwą  przywodziła  na  myśl  baśnie  o  duchach  i  czarownicach.  Ale 

ponad  wszystkie  inne  kwiaty  przypadły  całej  trójce  do  serca 

różnobarwne pierwiosnki. 

Szli wolnym krokiem, dość często zaglądając do atlasu i schylając 

się po jakiś kwiat. Bukiet pęczniał i piękniał, choć właściwie były to 

trzy bukiety, gdyż każde kierowało się własnym gustem i smakiem. 

background image

Nagle  Scott  wydał  okrzyk  i  wskazał  na  coś  na  ziemi.  Lanni 

pochyliła  się  i  zobaczyła  wyraźnie  odciśnięte  w  ziemi  ślady  łap 

niedźwiedzich.  W  pobliżu,  w  dużej  obfitości  rosły  jagody  i  one 

tłumaczyły niedawną obecność tutaj łakomego misia. 

Susan skrzywiła się, jakby miała za chwilę wybuchnąć płaczem. 

-  Nie  bój  się,  kochanie  -  próbowała  uspokoić  ją  Lanni.  - 

Spotykane  w  tych  stronach  niedźwiedzie  żywią  się  jagodami  i 

korzonkami, nie ludźmi. A poza tym mamy skuteczną przeciwko nim 

broń. - Wyjęła z torby puszkę pieprzowego sprayu. 

-  Zerwaliśmy  już  dość  kwiatów  -  odparła  dziewczynka, 

przeszukując zalęknionym wzrokiem okolicę. 

-  Czułbym  się  pewniej  ze  strzelbą  niż  z  tym  dezodorantem  - 

zauważył Scott. 

-  Skoro  tak, to  wracamy  -  zdecydowała  Lanni.  -  Ten  niedźwiedź 

trochę pomieszał nam szyki. Kanapki zjemy u mnie na ganku. 

Scott i Susan skwapliwie potaknęli głowami. Zawrócili, obierając 

kierunek  na  miasto.  Nie  uszli  jednak  nawet  pięćdziesięciu  metrów, 

gdy z prawej strony pojawił się nagle jakiś brązowy kształt, niewielki, 

ale też dość jeszcze daleki. Dzieci przylgnęły do Lanni, a ona objęła je 

ramionami. Stało się najgorsze. Spotkali się z niedźwiedziem. 

 

Charles  zadumał  się  nad  samym  sobą,  a  konkretnie  nad  swoim 

upadkiem. Zaprosił Lanni na obiad, który sam ugotował, usmażył i w 

ogóle  upichcił.  Do  czego  to  więc  kobieta potrafi  zmusić  mężczyznę? 

Do kucharzenia, jak w tym wypadku, lecz równie dobrze mogłaby go 

background image

zmusić  do  chodzenia  na  rękach  lub  wyczyniania  innych 

niestworzonych  rzeczy.  Mniejsza  z  tym  zresztą.  Najważniejsze,  żeby 

przygotowane potrawy okazały się jadalne.  

Zamieniając  się  w  kuchcika, Charles  zyskiwał  przynajmniej  tyle, 

że  mógł  pozostać  z  Lanni  w  domu.  W  przeciwnym  razie  byłby 

skazany na restaurację Bena i pokazywanie się całemu miastu, które i 

tak już pewnie trzęsło się od plotek na ich temat. Wolał intymność od 

wychodzenia  na  scenę  i  narażania  się  na  zaczepki  i  aluzje  stałych 

bywalców  lokalu,  to  znaczy  przede  wszystkim  takich  twardzieli  jak 

Sawyer. 

Zdecydował,  że  na  deser  poda  brzoskwinie  z  puszki  i  susz 

owocowy.  Chciał  jednak  jeszcze  na  wszelki  wypadek  poradzić  się 

kompetentnego  w sprawach kulinarnych Bena. Znalazł go tam, gdzie 

Ben zawsze przebywał. Za kontuarem baru. 

- Co cię sprowadza? - zapytał grubas, nie przerywając wycierania 

ścierką szklanek. - Trochę jeszcze za wcześnie na obiad. 

- Wpadłem z innego powodu. Chcę kogoś poczęstować obiadem i 

potrzeba mi twojej rady. 

-  A  kto  będzie  tym  twoim  gościem?  -  Ben  przechylił  głowę  na 

lewe ramię. 

- Ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła. 

- Pozwól więc, że zgadnę. Zagadka zresztą nie wydaje się trudna. 

Czy to czasami nie Lanni Caldwell? 

-  Ona  czy  ktoś  inny,  obojętne.  Chodzi  o  to,  czy  wypada 

poczęstować tę osobę pieczenia z łosia z makaronem? 

background image

Ben zachichotał. 

- Częstuj ją choćby razowym chlebem ze smalcem. Ważne, by na 

stole nie zabrakło świec, a z głośników płynęła słodka muzyka. 

Charles  wzruszył  ramionami.  Jednak  faceci  na  całym  świecie, 

pomyślał, są dokładnie tacy sami. 

W drodze powrotnej do domu natknął się na Sawyera. 

- Widziałeś gdzieś Scotta i Susan? - zapytał tamten. 

- Nie - odpowiedział, zaskoczony nutą niepokoju w głosie brata. 

- A Lanni? 

- Ostatnio widziałem ją wczoraj. Dlaczego pytasz? 

Sawyer przeciągnął dłonią po czole. 

-  Abbey  właśnie  powiedziała  mi,  że  całą  trójką  wybrali  się  w 

tundrę. Mieli nazrywać kwiatów na ślubny bukiet. 

- Kiedy wyruszyli? 

- Trzy godziny temu. A mieli wrócić po godzinie. Czuję, że stało 

się coś niedobrego. 

Charles zesztywniał. Zalał go strach, mimo iż nie uważał się dotąd 

za człowieka łatwo wpadającego w panikę. 

- W jakim poszli kierunku? 

- Abbey sądzi, iż najprawdopodobniej na południe. 

Po  kilku  minutach  obaj  mężczyźni  pędzili  już  przez  tundrę 

ciężarówką  Charlesa.  Sawyer  trzymał  przy  oczach  lornetkę.  Żadnego 

śladu żywych istot. 

Tundra  pochłonęła  już  jedno  życie  ludzkie  w  ich  rodzinie. 

Zaginęła  w  niej  bezpowrotnie  i  w  tajemniczych  okolicznościach 

background image

ciotka Sawyera i Charlesa, wówczas pięcioletnia dziewczynka. O niej 

właśnie obaj myśleli, przemierzając rozpędzonym i ryczącym wozem 

na pozór idylliczny tundrowy step. 

Charles  nie  należał  do  mężczyzn,  którzy  codziennie  rano  i 

wieczorem  odmawiają  pacierz.  A  jednak  teraz  pomyślał  o  Bogu  i 

zaniósł do Niego gorącą prośbę o ocalenie trzech niewinnych istot. 

-  Tam!  -  ryknął  w  pewnym  momencie  Sawyer,  pokazując  ręką 

bardziej na wschód. - Widzę Lanni, która niesie Susan na barana. 

Charles nacisnął klakson, skręcił w lewo i jeszcze dodał gazu. Po 

trzech  minutach  hamował  w  chmurze  pyłu,  z  przeraźliwym  piskiem, 

zgrzytem  i  chrobotem,  niczym  jakiś  legendarny  żelazny  jeździec  na 

żelaznym koniu. 

Dzieci z okrzykami radości natychmiast rzuciły się w nadstawione 

ramiona Sawyera. Lanni stała bez ruchu. Wydawała się zmęczona. Na 

jej bladym czole perliły się kropelki potu. 

-  Mieliśmy  spotkanie  z  niedźwiedziem  -  obwieścił  Scott 

podnieconym głosem. - Chciał nas spałaszować na obiad. 

- Ale Lanni uratowała wszystkich - pisnęła Susan.  

Jej  ramionami  wstrząsnął  dreszcz  na  wspomnienie  dopiero  co 

przeżytej przygody. 

-  Nigdy  jeszcze  tak  się  nie  bałam  -  powiedziała  Lanni, 

przykładając drżącą rękę do ust. - To był najprawdziwszy niedźwiedź. 

Wciąż jeszcze nie mogę w to uwierzyć. 

Charles podszedł i pogładził ją czule po włosach. 

- Teraz jesteście bezpieczni. Już nic się wam nie stanie. 

background image

Oddychał pełną piersią. Jego modły zostały wysłuchane. Czuł się 

wybrańcem.  I  ta  świadomość  Bożej  opieki  wprawiała  go  w  stan 

radosnego zachwytu. 

- Pojawił się  zupełnie niespodziewanie - zaczął opowiadać Scott, 

który chyba pierwszy ze wszystkich odzyskał duchową równowagę. - 

Najpierw był tylko brązową plamką, a potem, gdy zaczął kłusować w 

naszą  stronę,  stawał  się  coraz  większy  i  większy.  Zaczęliśmy 

uciekać... 

- I ja się przewróciłam - wtrąciła Susan. 

- Myślałem już - ciągnął chłopiec - że zostanie pożarta, ale Lanni 

zatrzymała się i podniosła ją z ziemi. Potem kazała nam się ukryć za 

dużym  kamieniem,  a  sama  stanęła  na  nim  i  zaczęła  krzyczeć  i 

wymachiwać  rękami  jak  jakaś  wariatka.  W  końcu  użyła  tego 

spryskiwacza. Zapach chyba nie spodobał się naszemu misiowi, gdyż 

jak niepyszny odszedł. Ale przedtem stanął jeszcze na tylnych łapach. 

Był  ogromny  jak  dom  i  miał  olbrzymie  pazury.  Można  byłoby 

wpakować  w  niego  cały  magazynek  kul,  a  on  by  nawet  tego  nie 

poczuł. 

-  Tak,  był  wielki  jak  wieża  kościelna  -  dorzuciła  swoją  ocenę 

Susan. 

-  Dziękuję,  że  się  zjawiliście  -  powiedziała  ściszonym  głosem 

Lanni, po czym znużona złożyła głowę na ramieniu Charlesa. 

Najwidoczniej teraz dopiero nastąpiła w niej reakcja i po wielkiej 

mobilizacji sił duchowych i fizycznych zaczął się ich odpływ. Objął ją 

background image

i  zaprowadził  do  ciężarówki.  Ale  zanim pomógł  jej  wsiąść,  poszukał 

ustami jej oczu, warg i policzków. 

- Lanni, moja Lanni - szeptał wśród pocałunków. 

- Co oni robią? - zapytała Susan. 

-  Nie  widzisz,  tępoto?  -  parsknął  pogardliwie  Scott.  -  Wujek 

Charles całuje Lanni. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Czy na to miasto padła zaraza zbiorowej epilepsji? - wykrzyknął 

Charles, wchodząc do restauracji Bena dwa dni później. 

-  Zgaduję,  że  mówisz  o  weselu.  -  Ben  napełnił  kubek  kawą  i 

postawił go przed Charlesem. 

- Inteligentny chłoptaś. 

Charles nie był dotąd świadkiem niczego podobnego. Cale miasto 

przystrajało się na to wydarzenie.  Ludziska kosili trawniki i na gwałt 

odchwaszczali klomby. Na tarasach wietrzyła się pościel. Myto okna. 

Wydawało się, że to sam prezydent zapowiedział swoją wizytę. 

Szkolna sala gimnastyczna, największe pomieszczenie w mieście, 

które  nie  dorobiło  się  jeszcze  magistratu,  udekorowana  już  była  z 

prawdziwą  pompą  i  przepychem.  Nawet  w  koszach  do  gry  w  piłkę 

umieszczono sztuczne kwiaty. 

Samoloty „Synów Północy" utrzymywały wręcz stały powietrzny 

most pomiędzy Hard Luck a Fairbanks. Piloci sprowadzali wszystko, 

od  smokingów  i  zastawy  po  papierowe  chusteczki.  A  jakby  tego 

jeszcze  było  za  mało,  Duke  Porter  wysłany  został  w  specjalnej  misji 

background image

po  gałązki  jodłowe,  uznano  bowiem,  że  bez  nich  weselny  stół  nie 

będzie  wyglądał  dostatecznie  okazale.  Słowem,  Charles  zaczynał 

wierzyć, że tylko on pozostał przy zdrowych zmysłach. 

- Jak wysoki tort zmajstrowałeś? - zapytał Charles restauratora. 

- Ciasta tym razem przypadły komuś innemu. - Ben podniósł ręce 

w geście męczennika. - Miałem dość kłopotów z opracowaniem menu 

całego przyjęcia. 

-  A  powiedz  mi,  gdzie  Sawyer  ma  zamiar  pomieścić  wszystkich 

gości?  Miasto  już  pęka  w  szwach,  a  na  przykład  rodzice  Abbey 

jeszcze nie przybyli. 

Pytanie  było  w  zasadzie  retoryczne.  Charles  wiedział,  że  Sawyer 

zamierza odstąpić przyjezdnym swój dom, a samemu przenieść się na 

tę jedną noc do niego. Ale nawet ta jedna noc z Sawyerem wydawała 

się  Charlesowi  prawdziwym  koszmarem.  Im  bliżej  było  ślubu,  tym 

jego brat stawał się coraz większą ruiną człowieka. Zachodziła obawa, 

że popadnie w kompletny idiotyzm. 

- Zasadniczo zgadzam się z tobą, zbzikowało całe towarzystwo - 

przyznał Ben. - Dobrze choć, że ty nie zamierzasz się żenić. 

Charles  umknął  w  bok  ze  spojrzeniem,  po  czym  odchrząknął  i 

obejrzawszy się przez ramię sprawdził, czy nikt ich nie podsłuchuje. 

- Chciałbym z tobą o czymś pogadać. 

Ben wyprostował się. 

-  Tylko  mi  nie  mów,  że  jesteś  następny  do  odstrzału.  Zadurzyłeś 

się w Lanni? 

- Broń Panie Boże! 

background image

Cóż on ostatecznie wiedział o miłości? Jeśli miał o niej sądzić na 

podstawie zachowywania się Sawyera, to miłość równoznaczna była. 

z ostrą postacią azjatyckiej grypy. 

-  Zbyt  głośno  protestujesz,  żebym  miał  ci  uwierzyć.  -  Ben 

wyszedł zza kontuaru i usiadł obok Charlesa.  

-  Czy  spotkałeś  kiedyś  kobietę  i  wiedziałeś  już  w  pierwszej 

sekundzie, że... że... Do diabła! Brakuje mi słów. 

- Że dostałeś kopa w brzuch? 

-  Dokładnie  tak  -  zgodził  się  Charles,  kurczowo  chwytając  się 

wersji przyjaciela. 

-  Mnie  też  wydarzyło  się  raz  coś  takiego  -  powiedział  grubas  i 

zapatrzył  się  w  nieokreśloną  dal.  -  Ale  to  było  dawno  temu.  Tak 

dawno, że aż wstyd się przyznać. Miała na imię Marilyn. Spędziliśmy 

ze sobą sześć tygodni. 

- Co potem? 

- Potem dostałem kartę poborową ze skierowaniem do Wietnamu. 

Marilyn  była  przeciwko  tej  wojnie.  Powiedziała,  że  jeśli  ją  kocham, 

znajdę  sposób  na  wykręcenie  się.  Ja  miałbym  się  wykręcać! 

Postępować  jak  ostatni  dekownik?  Doszło  między  nami  do  ostrych 

kłótni.  Palnąłem  kilka  słów,  których  później  bardzo  żałowałem. 

Powiedziałem  jej,  że  jest  dość  przeciętną  kobietką.  Bez  żadnego 

poczucia honoru i obowiązku. Srającą na patriotyzm i swoją ojczyznę. 

Defetystką i różową pacyfistką. No, słowem, usłyszała ode mnie taki 

słownik  obrzydliwości,  że  mogła  tylko  trzasnąć  drzwiami.  Co  też 

zrobiła. 

background image

- Zerwaliście ze sobą? 

-  Jak  najbardziej.  Napisała  jeszcze  do  mnie  dwa  razy,  ale 

odesłałem  jej  listy  bez  czytania  ich.  -  Na  twarzy  Bena  nie  było 

zaciekłości, malowała się na niej melancholia. 

- A spotkałeś ją po wojnie? 

-  Kiedy  wróciłem  do  kraju,  schowałem  dumę  do  kieszeni  i 

wykręciłem  jej  numer.  Dowiedziałem  się  od  jej  matki,  że  wyszła  za 

mąż.  Nie  zasypiała  gruszek  w  popiele.  Zaręczyła  się  już  po  czterech 

miesiącach  od  mojego  wyjazdu.  Jakby  mi  strzelił  między  ślepia 

komunistyczny  Wietnamiec.  Bądź  co  bądź,  te  sześć  tygodni  z  nią 

uważałem  za  najszczęśliwsze  w  moim  życiu.  Myślę,  że  kochałem 

Marilyn. I nadal przechowuję o niej ciepłe wspomnienie. 

Charles nie wiedział, co powiedzieć. Wydawało mu się, że miłość 

mężczyzny była w tym przypadku dużo silniejsza od miłości kobiety. 

W przeciwnym razie Marilyn nie znalazłaby tak szybko męża. 

-  Byliśmy  idealistami  -  dorzucił  Ben  -  choć  każde  idealizowało 

rzeczywistość  na  swój  własny  sposób.  Za  idealizm  zawsze  trzeba 

zapłacić. 

Charles  ciągle  milczał.  Ben  objawił  mu  się  od  zupełnie  innej 

strony.  Byli  starymi  przyjaciółmi  i  oto  Charles  uzyskał  dowód,  że 

nawet o przyjaciołach wie się niewiele. 

- Co wobec tego mi poradzisz? 

Ben coś tam przez chwilę rozważał w duchu. 

background image

-  Musisz  poznać  swoje  serce  i  zaufać  mu.  Spotkałeś  Lanni  i 

polubiłeś ją. To o czymś świadczy.  Ale bynajmniej nie o tym, że dla 

niej jesteś gotów skakać z mostu lub w rozkosze małżeństwa. 

Charles pomyślał o swoim młodszym bracie. Sawyer dokonał już 

tego skoku. A przecież należał do twardzieli, którym zamiast kobiety, 

nawet najpiękniejszej, wystarczał byle samolot. 

- A swoją drogą, to trochę zaskoczyłeś mnie, Charles. 

-  Czy  dlatego,  że  robiłem  taki  rejwach  w  związku  ze  ściąganiem 

do Hard Luck tych kobiet? 

-  Bynajmniej.  Po  prostu  uważałem  do  tej  pory,  że  jesteśmy 

uformowani z jednej bryły i podobni do siebie jak dwie krople wody. 

- Jak to? 

- Jesteś upartym facetem. 

- Nie przeczę. 

- I trochę samotnikiem. 

Charles kiwnął głową. 

-  Słowem,  myślałem,  że  żadnej  kobiecie  nie  uda  się  wstrząsnąć 

tobą do tego stopnia. 

- Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć? 

Ben zsunął się ze stołka. 

-  Prosiłeś  mnie  o  radę,  udzieliłem  ci  jej.  Z  decyzjami  nie  musisz 

się śpieszyć. Nic nie zapowiada jakichś gwałtownych zmian. Ciesz się 

Lanni i obserwuj swoje serce. 

- Trafiłeś w dziesiątkę. Cieszę się nią. 

background image

Może  nawet  cieszył  się  nią  za  bardzo.  I  to  był  jeden  z  jego 

przeklętych problemów. Wkrótce będzie musiał wyjechać w teren, by 

kontynuować  rozpoczęte  przed  miesiącem  badania.  Praca  ta,  uważał 

dotąd,  wymagała  samotności,  odosobnienia,  absolutnego  skupienia 

się.  Lecz  oto  zaczynał  przeczuwać,  że  tym  razem  samotność  nie 

zapewni mu poczucia harmonii ciała i umysłu.  

Pragnął  wyjechać  z  Lanni.  Co  gorsza,  gdyby  pozostała  w  Hard 

Luck, nie mógłby skupić się na pracy, gdyż myślałby przez cały czas 

o  Duke'u  i  jego  kumplach,  wyobrażając  sobie  ich  podchody  i 

nieokrzesane  umizgi.  Charlesa  nie  ma,  a  więc  wszystko  dozwolone  - 

pod  takim  zapewne  hasłem  rozpoczynaliby  każdy  dzień.  A  poza  tym 

niebawem  już  miał  zjechać  do  miasta  Bill  Landgrin  na  czele  swej 

bandy nafciarzy, ropiarzy, czy jak ich tam zwał. Charles ściągnął brwi 

i zazgrzytał zębami. Nie odda Lanni żadnemu innemu mężczyźnie. 

 

Sawyer  dosłownie  wbiegł  do  biblioteki,  chociaż  nie  miał 

dziesięciu lat i nie był Scottem. 

-  Abbey!  Na  śmierć  zapomniałem  o  mięcie!  -  wykrzyknął  i 

wszystko wskazywało na to, że jest przerażony tym faktem. 

- Jakiej mięcie? - Abbey odłożyła katalogowaną właśnie książkę i 

zamrugała oczami. 

-  Przecież  prosiłaś  mnie,  żebym  polecił  Johnowi  kupić  w 

Fairbanks gałązki świeżej mięty, ale zupełnie wypadło mi to z głowy. 

-  Nie  przejmuj  się  tym.  Daleko  ważniejszą  rzeczą  jest  to,  żeby 

odebrać jutro z lotniska moich rodziców. 

background image

-  Jutro  -  powtórzył,  jakby  pragnął  wyryć  to  sobie  rylcem  w 

pamięci. - Zrobione. 

-  A  co  z  twoją  matką  i  Robertem?  -  Imię  to  nosił  obecny  mąż 

Ellen. 

-  Mamę  przywiezie  Christian  w  sobotę.  Natomiast  Robert 

dzwonił, że bardzo żałuje, ale ze swoją złamaną nogą nie nadaje się do 

takich podróży. Przesłał nam też życzenia. 

- Mam nadzieję, że poznam go przy innej okazji. 

Sawyer z ciężkim westchnieniem opadł na krzesło. 

- Ale urwanie głowy z tym wszystkim. 

- Sam nastawałeś na ślub w przeciągu dwóch tygodni, więc mi tu 

nie wzdychaj. - Podeszła i pogładziła narzeczonego po zmierzwionych 

włosach. 

Chwycił ją wpół i posadził sobie na kolanach. 

- Powinniśmy byli uciec i wziąć ślub w Kalifornii. Wystarczyłaby 

jedna sugestia z twej strony.  A tak jestem ruiną człowieka. Podjąłem 

się rzeczy ponad swoje siły. 

- Przesadzasz, Sawyer. Radzisz sobie wspaniale. A co do ślubu w 

Hard  Luck  i  całej  tej  uroczystości,  to  uważam,  że  należy 

przywiązywać  wagę  do  takich  symboli.  Ta  ceremonia  ma  być 

publicznym  wyrazem  naszej  miłości  i  naszego  pragnienia  życia  w 

związku małżeńskim. Oznacza ona również początek nowego etapu na 

naszej  drodze.  Zbyt  cię  kocham,  by  zadowolić  się  jakimś  pokątnym 

ślubem i szybkim podpisaniem dokumentów. 

background image

-  A  ja  tak  cię  pragnę,  że  chyba  oszaleję.  -  Przytulił  twarz  do  jej 

falujących pod sweterkiem piersi. 

- Jeszcze tylko dwa dni, kochany. Krótkie dwa dni. 

-  Dla  kogo  krótkie,  dla  tego  krótkie  -  odparł  z  miną 

skrzywdzonego chłopca. 

- Cierpliwości, najdroższy. 

Spojrzeli sobie w oczy i odnaleźli u siebie taką samą namiętność. 

To Abbey zależało, żeby ich noc poślubna miała autentyczny wymiar, 

a Sawyer przystał na to. Zaskarbił tym sobie jej gorącą wdzięczność, 

gdyż potraktowała jego zgodę jako kolejny dowód miłości. 

-  Sądzę  -  powiedział  Sawyer,  przełykając  ślinę  -  że  jesteś  warta 

czekania. 

Roześmiała się i pocałowała go w czubek nosa. 

-  A  teraz  fora  ze  dwora.  Nie  będziemy  się  ściskać  w  bibliotece, 

miejscu zarezerwowanym dla innych rozkoszy. 

 

Było  piątkowe  popołudnie.  Dzwoniły  telefony.  Lanni  zwijała  się 

jak w ukropie. Miała już prawo czuć się pasowaną na sekretarkę biura 

„Synów Północy". Radziła sobie całkiem nieźle, a szef, który ostatnio 

zaniedbywał  pracę,  mając  na  głowie  swój  jutrzejszy  ślub,  był  z  niej 

zadowolony. 

Właśnie  zjawił  się  w  biurze  po  odwiezieniu  z  lotniska  do  domu 

Wayne'a  i  Marii Murrayów,  swoich przyszłych  teściów,  i  miał  minę, 

jakby wreszcie przypomniał sobie o firmie i podjął decyzję odrobienia 

zaległości. 

background image

-  Wracaj,  Sawyer,  do  swoich  gości.  Nie  jesteś  mi  tu  potrzebny  - 

starała się wyperswadować mu ten pomysł. 

-  Dręczą  mnie  wyrzuty  sumienia.  Ostatnio  pracujesz  prawie  na 

okrągło, bez chwili odpoczynku. 

-  Wolę  przyjmować  twoje  telefony  i  bawić  się  w  bardzo  ważną 

osobę,  niż  umierać  z  nudów  w  domu  babki  przy  pastowaniu  podłóg 

czy czyszczeniu mosiężnych klamek. 

- Skoro wspomniałaś o Catherine... Czy Charles już wie, że jesteś 

jej wnuczką? 

- Nie - odparła, spuszczając wzrok. 

- Ale chyba należy mu o tym powiedzieć? 

Milczała do tej pory przed Charlesem w tej sprawie, gdyż bała się 

jego  reakcji.  A  im  dłużej  milczała,  tym  trudniejsze  stawało  się 

przerwanie  tego  milczenia.  Najchętniej  zwaliłaby  to  na  Sawyera,  ale 

on zapytał: 

- Więc kiedy mu o tym powiesz? 

- Już wkrótce. 

Zrobi to po ślubie i weselu, kiedy życie w miasteczku powróci do 

jakiej takiej normalności.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  niepodobna było 

ciągnąć  tego  dłużej.  W  przeciwnym  razie  przemilczenie  stanie  się 

oszustwem i zwodzeniem. 

-  No,  to  uspokoiłaś  mnie  -  rzucił  Sawyer  i  zgodnie  z  ostatnio 

nabytym zwyczajem wypadł za drzwi. 

Te  jednak  prawie  natychmiast  znów  się  otworzyły  i  do  biura 

wszedł Charles. 

background image

Serce Lanni skoczyło i zaczęło bić w przyśpieszonym rytmie. Już 

dawno  uświadomiła  sobie  specyfikę  swojego  związku  z  Charlesem. 

Łączyło  ich  coś  w  rodzaju  obopólnego  zauroczenia,  które  jednakże 

bardzo trudno było przelać w zewnętrzne formy. Stąd bywały chwile, 

gdy całowali się z namiętnością kochanków, a i takie, gdy rozmawiali 

ze  sobą  co  najwyżej  jak  dobrzy  znajomi.  Nigdy  nie  wiedziała,  jak  to 

będzie przy następnym spotkaniu. 

- Cześć, czy zastałem Sawyera? - zapytał Charles. 

- Dopiero co był tutaj. Musieliście minąć się w drodze. 

- Przyszedłem zapytać go o tę próbę ślubnej ceremonii. 

Lanni rzuciła okiem na kalendarz. 

- Odbędzie się dziś o dziewiętnastej. 

-  To  wiem.  Interesuje  mnie  przede  wszystkim,  czy  muszę  zjawić 

się w smokingu. 

- Nie sądzę. To, w czym jesteś, zupełnie wystarczy. 

-  Skoro  tak  uważasz.  To  właściwie  drobny  problem,  a  przecież 

problem. 

- Ja również wezmę udział w tej próbie. Będę grać na fortepianie 

w  zastępstwie  orkiestry,  która  ma  przyjechać  z  Fairbanks  dopiero 

jutro. 

- To cudownie. A zatem mamy ślub... - Nabrał w płuca powietrza. 

-  Czy  nie  miałabyś  nic  przeciwko  temu,  żeby  wystąpić  na  tej 

uroczystości u mego boku... jako moja dziewczyna? 

Twarz Lanni zajaśniała uśmiechem. 

- Z prawdziwą ochotą. 

background image

-  Dzięki.  Spotkamy  się  zatem  w  kościele.  Wpadłbym  po  ciebie, 

ale ten Sawyer skuł mnie łańcuchami. Żadnej swobody ruchów. 

- Jesteś jego drużbą, a to zobowiązuje. 

-  Mam  nadzieję,  że  mój  braciszek  nie  zemdleje  przy  ołtarzu. 

Kierując  się  jego  wyglądem,  najrozsądniejszą  rzeczą  byłoby 

zarezerwować mu łóżko w szpitalu. 

Lanni wybuchnęła śmiechem. 

- Wytrwa. To twardy facet. 

- Obyś się nie myliła. 

Zapanowała  chwila  kłopotliwego  milczenia.  Lanni  zaczęła 

nerwowo  porządkować  leżące  na  biurku  papiery.  Charles  bawił  się 

guzikiem u  swojej  koszuli,  a  czynił  to  z  takim  zapamiętaniem,  jakby 

uparł się go urwać. 

-  Pójdziesz  ze  mną  po  próbie  na  obiad  do  Bena?  -  wydusił 

wreszcie z siebie. 

Skinęła  głową,  uświadamiając  sobie  nagle,  że  nie  było  dotąd 

takiej jego prośby, której by nie spełniła, i to z wielką radością. 

- Ale mogę się spóźnić - dodała szybko. - Obiecałam pomóc przy 

przystrajaniu kaplicy. 

- Będę trzymał dla ciebie krzesło. 

Uśmiechnęła się. 

- A więc do zobaczenia na próbie o siódmej. 

Kiedy  odszedł,  oparła  się  o  biurko.  Nie  wiedziała,  jak  długo  ze 

sobą rozmawiali, ale w czasie tym nie padło ani jedno słowo z tych, za 

jakimi tęskniła jej dusza. 

background image

Próba  ceremonii  kościelnej  pomyślana  była  po  to,  by  spełnić  w 

zasadzie  tę  samą  funkcję,  co  próba  teatralna.  Wszyscy  mieli 

przećwiczyć  wstawania  i  siadania,  właściwe  reakcje  na  określone 

słowa  i  wyuczone  kwestie,  miarę  kroku  i  miarę  oddechu. 

Sparaliżowany  Sawyer  miał  przede  wszystkim  wiedzieć,  w  którą 

stronę się odwrócić, by ujrzeć swoją narzeczoną, oraz jak powiedzieć 

to swoje „tak", by nie zabrzmiało jak „nie". 

Od  wszystkich  też  wymagano  odpowiedniego  skupienia  i  uwagi. 

Niestety,  Charles  pod  tym  względem  odróżniał  się  od  reszty.  Przez 

cały  czas  jego  spojrzenie  dryfowało  ku  siedzącej  za  czarnym 

instrumentem  Lanni.  Dlaczego  akurat  w  tej  chwili  pozwalał  sobie 

myśleć  o  jej  słodkich  ustach,  zupełnie  nie  miał  pojęcia.  Oddawał  się 

zmysłowym  doznaniom  w  świątyni  Pana i  to  nie  mogło  ujść  mu  bez 

kary. 

- Charles, czy mnie słuchasz? 

Oderwał  wzrok  od  Lanni  i  spojrzał  na  wielebnego  Wilsona, 

duchownego obsługującego cały ten obwód Alaski. 

- Przepraszam - bąknął, niczym przyłapany na psocie uczniak. 

-  Uważaj  -  szepnął  mu  do  ucha  Sawyer  -  niebawem  będę  cię 

potrzebował. 

Och,  ten  paradny  braciszek,  westchnął  w  duchu  Charles.  Czy 

zawsze skądinąd sensowni mężczyźni zachowują się w dzień swojego 

ślubu jak ostatnie niedorajdy? 

-  Myślę,  że  musimy  powtórzyć  wszystko  od  początku  -  zwrócił 

się  wielebny  Wilson  do  weselnego  zgromadzenia.  -  Wyczuwam  tu 

background image

pewne  skrępowanie,  wyraźną  sztywność  w  ruchach,  a  przecież 

będziemy  jutro  uczestniczyć  w  czymś  niewątpliwie  radosnym  i 

podnoszącym na duchu. 

Powtórka  trwała  ponad  dwa  kwadranse,  lecz  tym  razem  Charles 

stanął  na  wysokości  zadania.  Nawet  nie  zapomniał  w  odpowiedniej 

chwili szturchnąć w żebra gapowatego Sawyera. Raz tylko spojrzał na 

Lanni.  Wyglądała  prześlicznie  w  swojej  białej  sukience,  a  muzyka, 

jaka płynęła spod jej palców, spowijała ją niepowtarzalnym czarem. 

-  Wiesz,  zdecydowałem  się  poczekać  na  ciebie,  aż  skończysz  - 

rzekł,  podchodząc  do  fortepianu.  -  A  potem  pójdziemy  razem  do 

Bena. 

Lanni  spojrzała  na  Pearl  Inman,  która  stała  pod  filarem  z  torbą 

pełną białych wstążek. 

- Lepiej idź i trzymaj to krzesło, jak obiecałeś. Wiązanie kokard i 

zawieszanie ich na ławkach zajmie mi najwyżej kwadrans. 

-  Masz  rację  -  zgodził  się  bez  żadnych  dyskusji,  uświadamiając 

sobie,  że  towarzystwo,  które  udało  się  z  kościoła  prosto  do  baru, 

pewnie  rozgląda  się  za  drugim,  po  panu  młodym,  w  hierarchii 

ważności mężczyzną. 

I  tak  faktycznie  było.  Gdy  zjawił  się  u  Bena,  powitały  go  liczne 

okrzyki.  Lokal  był  już  odświętnie  udekorowany.  Z  sufitu  zwieszały 

się  różnobarwne  girlandy,  a  każdy  stolik  przybrany  był  świeżymi 

kwiatami.  Wskazano  mu  miejsce  przy  Abbey.  Przepychając  się  do 

stolika  młodej  pary,  chwycił  po  drodze  pierwsze  wolne  krzesło  i 

postawił je przy swoim. 

background image

- Dla kogo to krzesło? - zapytał Sawyer. 

- Dla Lanni - odparł z lekko wyzywającą miną. 

-  Oczywiście  -  rzekł  Sawyer  i  uśmiechając  się  pod  wąsem, 

szepnął coś do Abbey. 

Ta zareagowała stłumionym śmiechem. 

Charles  sapnął.  Jego  brat  i  przyszła  bratowa  zachowywali  się, 

jakby  nie  znali  podstawowych  zasad  grzeczności.  Ale  cóż,  w  takim 

dniu musiał im to wybaczyć. 

Z  kuchni  dochodziły  smakowite  zapachy.  Po  chwili  na  stolikach 

zaczęły  pojawiać  się  kopiaste  talerze,  roznoszone  przez  co  młodsze 

mieszkanki Hard Luck, zaś ubrany w biały fartuch i takąż czapkę Ben, 

niczym  Flap  grający  folę  kucharza,  ogarniał  pole  kulinarnej  bitwy  z 

niedościgłych wyżyn swych strategicznych koncepcji. Na jego twarzy 

gościł triumfalny uśmiech. 

W  drzwiach  stanęła  Lanni.  Charles  podniósł  rękę,  chcąc  zwrócić 

na  siebie  jej  uwagę,  ale  ubiegł  go  Ted  Richards,  jeden  z  nowo 

przyjętych  pilotów.  Podszedł  do  Lanni  i  z  uprzejmym  ukłonem 

wskazał na wolne miejsce przy swoim krześle. 

Ręka Charlesa znieruchomiała w powietrzu. 

- Wygląda na to, że Ted kradnie ci dziewczynę - dobiegł go z tyłu 

czyjś sarkastyczny głos. 

Poderwał się i jął przepychać ku drzwiom. 

- Lanni - rzekł, bezceremonialnie przerywając Tedowi jego karesy 

- trzymam dla ciebie wolne krzesło. 

background image

-  Właśnie  prosiłem  ją,  by  usiadła  przy  mnie  -  upomniał  się  o 

swoje Ted. 

- Ja byłem pierwszy. - W Charlesie wszystko dosłownie gotowało 

się. 

- Przykro mi, Ted - powiedziała Lanni przepraszającym tonem i z 

uśmiechem,  który  mógł  nawet  mordercy  wytrącić  nóż  z  ręki  -  ale 

Charles faktycznie był pierwszy. 

-  Co  się  dzieje  z  tymi  O'Halloranami?-  zapytał  głośno  Ted 

siedzącego obok pilota, gdy już ptaszek umknął mu z ręki. - Wołają na 

całą  Alaskę,  że  kobiety,  które  sprowadzają,  sprowadzają  z  myślą  o 

nas, swoich pilotach. A kiedy już dochodzi co do czego, zagarniają je 

dla siebie. 

Kilku  mężczyzn  pokiwało  głowami  na  znak  pełnej  aprobaty. 

Charles chciał zareagować i nawet już zaczął się podnosić, lecz Lanni 

powiedziała, że czuje się okropnie głodna. 

-  Ben  przeszedł  dziś  samego  siebie  -  powiedział  Sawyer.  - 

Skosztuj, proszę, tej wędzonej szynki i nie lekceważ tamtych sałatek. 

- Zjadłabym nawet konia z kopytami. 

-  Koń  z  kopytami  będzie  w  jadłospisie  dopiero  w  przyszłym 

tygodniu - powiedział Charles, który dość szybko odzyskał humor. 

Jedzenie  było  naprawdę  wspaniałe.  Zdumiewało  odwagą 

połączeń, subtelnością smaków, a nawet artystycznym doborem barw. 

Przyszedł  czas  na  komizm.  Goście  usłyszeli  cztery  pochwalne 

komediowe mowy. Drugą w kolejności wygłosił Charles. Przedstawił 

background image

brata  jako  człowieka,  który  wie,  czego  chce,  i  wie,  jak  to  osiągnąć. 

Nie wie tylko, co ze zdobyczą zrobić. 

Potem  Abbey  i  Sawyer  wstali,  by  podziękować  wszystkim 

zebranym  przyjaciołom.  Osobno  zwrócili  się  z  podziękowaniem  do 

tych,  dzięki którym  ten  i  jutrzejszy  dzień  stały  się  w  ogóle  możliwe. 

Gdy  padły  te  słowa,  na  twarzach  Scotta  i  Susan  pojawiły  się  tak 

chełpliwe uśmiechy, jakby to oni położyli największe zasługi. 

Nie bardzo wiedząc, co robi, Charles chwycił pod stolikiem dłoń 

Lanni. 

- Odprowadzę cię do domu - szepnął jej do ucha. 

- A co z wieczorem kawalerskim? 

- Trochę się spóźnię. Nic nie szkodzi. 

- Jesteś pewien? 

Kiwnął  z  przekonaniem  głową.  Miał  nadzieję,  że  Lanni  w 

równym stopniu chce spędzić z nim kilka chwil na osobności, jak on 

tego pragnął. Ich wspólne wyjście nie mogło oczywiście obyć się bez 

komentarzy, ale nie dbał o to. Nic a nic. 

Wstali  i  pożegnawszy  się,  opuścili  restaurację.  Charles  przyrzekł 

Sawyerowi  szybki  powrót.  Szli  ulicą,  trzymając  się  za  ręce.  W 

perspektywie rysował się masywny dom Catherine Fletcher. 

-  Powinieneś  był  mimo  wszystko  pozostać  na  przyjęciu.  Chyba 

wiesz, co będą mówić. 

- Nie wiem i nie chcę wiedzieć. 

Obdarzyła go prowokacyjnym uśmiechem. 

background image

- Słyszałam od Pearl Inman, że w Hard Luck zanosi się na nowy 

ślub. 

Charles  przełknął  ślinę.  Nowy  ślub.  Jego  i  Lanni?  Przypomniał 

sobie radę Bena. Cierpliwie czekać i obserwować. 

- Niech sobie ludzie gadają. Widocznie znajdują w tym rozrywkę. 

- Nie sądzę jednak, by Pearl ciebie miała na myśli. 

- Więc kogo? 

- Dotty Harlow i Pete'a Livengooda. 

- Dotty? Tę posuniętą już w latach nową pielęgniarkę? 

Wieczorna  bryza  bawiła  się  włosami  Lanni  i  jej  białą  sukienką. 

Piersi,  brzuch,  łono,  uda,  to  wszystko  było  teraz  jak  wyrzeźbione  w 

nieskazitelnej bieli. 

- Pete też nie jest już młodzieniaszkiem. 

- A ty jesteś piekielnie ładna. 

Spuściła  oczy  i  zarumieniła  się,  przez  co  stała  się  jeszcze 

piękniejsza.  Doszli  do  domu  Catherine.  Lanni  stanęła  na  pierwszym 

schodku i odwróciła się. Byli teraz równego wzrostu. 

- Dzięki za odprowadzenie. 

- Dzięki za pozwolenie mi na to. 

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, a potem pchnęło ich ku sobie 

to  samo  pragnienie.  Spletli  się  w  tak  spazmatycznym  uścisku,  jakby 

już czekał samolot i jedno z nich miało odlecieć na zawsze. Od Lanni 

bił żar, promieniujący z jej włosów, warg i nabrzmiałych sutek. Płonął 

też  Charles.  Drążył  jej  usta  językiem,  gniótł  dłońmi  plecy  i  biodra, 

bódł twardym podbrzuszem. Lanni pozwalała mu na wszystko. 

background image

I  nagle,  pchnięci  z  kolei  tą  samą  obawą,  odskoczyli  od  siebie. 

Dyszeli. Lanni drżącą dłonią odgarnęła włosy z twarzy. 

- Chyba powinieneś... dołączyć do swoich przyjaciół. 

To  była  rozsądna  rada,  tak  rozsądna,  że  aż  sprawiająca  ból. 

Dlaczego  człowiek  musi  być  opanowany?  Dlaczego  nie  może  iść  po 

prostu na pasku swych pragnień? 

- Jutro będą tańce - powiedział. 

- Tak, wiem. 

- Nie jestem najlepszym tancerzem. 

Milczała. 

- Zarezerwujesz pierwszy taniec dla mnie? 

Wyciągnęła  rękę,  żeby  pogładzić  go  po  policzku,  jednak  w 

ostatniej chwili zmieniła zamiar. 

- Och, ty dzieciaku. 

Po  chwili  Charles  znów  szedł  ulicą,  ale  tym  razem  sam.  Wracał 

do  Bena.  Spoglądał  w  swoje  serce.  To,  co  widział,  przerażało  go  i 

zachwycało zarazem. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Charles  zadarł  głowę.  Na  tle  błękitnego  nieba  schodził  do 

lądowania  dwusilnikowy  „Baron",  jeden  z  samolotów  „Synów 

Północy". Była w nim jego matka. Nie widział jej chyba pół roku. Nie 

uważał się za dobrego syna. Christian i Sawyer zostawili go pod tym 

względem  daleko  w  tyle.  Ellen  u  boku  Roberta,  swojego  drugiego 

background image

męża, jakby odżyła. Po blisko pięćdziesięciu latach udręki zasługiwała 

zresztą na pogodną starość. 

Samolot  dotknął  kołami  płyty  lotniska,  wyhamował  i  zaczął 

kołować.  W  końcu  się  zatrzymał.  Pierwszy  w  otwartych  drzwiach 

pojawił  się  Christian  i  pomógł  wysiąść  matce.  Duke  Porter,  który 

stanął  na  ziemi  ostatni, taktownie  uznał,  że  będzie  tu  raczej  zbędny  i 

machnąwszy im z uśmiechem ręką, poszedł w kierunku baraku. 

Przytrzymując  dłonią  przed  wiatrem  swój  słomkowy  kapelusik, 

Ellen  przez  chwilę  lustrowała  lotnisko  i  widoczne  w  oddali  Hard 

Luck.  I dopiero gdy oswoiła się na powrót z tym krajobrazem swego 

wieloletniego wygnania, przeniosła wzrok na Charlesa. 

Wydawała  się  niesłychanie  drobna  i  krucha  w  tej  swojej 

jasnoniebieskiej sukience i granatowym sweterku. Była kiedyś piękną 

kobietą,  delikatną,  rasową,  o  szlachetnych  rysach,  i  wciąż 

zachowywała ślady dawnej urody. Charles nigdy nie mógł zrozumieć, 

dlaczego  wybór  ojca  padł  właśnie  na  taką  istotę.  Jak  gdyby  ojciec 

wyniósł  orchideę  z  cieplarni  i  zasadził  ją  na  kamienistym  gruncie 

chłostanej lodowatymi wichrami tundry. 

-  Charles,  chłopcze,  ty  z  roku  na  rok  stajesz  się  coraz  bardziej 

przystojny - wykrzyknęła, całując na powitanie najstarszego syna. 

-  Nie  bądź  taką  komplemenciarą,  mamo  -  wtrącił  się  Christian.  - 

Widzisz  przecież,  że  jest  w  smokingu,  a  jest  to  ubiór,  który  jeszcze 

żadnemu mężczyźnie nie ujął urody. 

Charles  faktycznie  paradował  od  rana  w  smokingu  i  bynajmniej 

nie  czerpał  z  tego  żadnych  przyjemności.  Czuł  się  jak  w 

background image

średniowiecznej zbroi. Kołnierzyk koszuli wpijał mu się w szyję i na 

serio liczył się z możliwością, że udusi się do wieczora. 

- Na ciebie również czeka smoking. Jak widzicie, Sawyer myśli o 

wszystkich i wszystkim. 

Christian  spoważniał.  Nie  uśmiechała  mu  się  perspektywa  takiej 

przebieranki. 

- A jaka jest ta jego wybranka? - zapytała Ellen. 

- Na pewno polubisz Abbey, mamo. 

- Nie wiem, czy ją polubię, oby tak było, jednakże Abbey już ma 

u  mnie  dług  wdzięczności.  Dokonała  czegoś,  o  czym  myślałam,  że 

nigdy się nie zdarzy. 

- Mianowicie? 

Na  twarzy  Ellen  odmalowało  się  zdumienie.  Zawsze  sądziła,  że 

jej synom nie brakuje inteligencji. 

-  Sprawiła,  że  Sawyer  pożegnał  się  z  tymi  swoimi  bzdurnymi 

ideami  o  kawalerstwie  i  wyłącznym  poświeceniu  się  Alasce.  Nalała 

mu  oleju  do  głowy.  A  poza  tym,  nie  zapominajcie,  obdarzyła  mnie 

dwójką wnucząt. 

Teraz z kolei Charles okazał zdziwienie. 

- Tak się cieszysz ze swojej roli babki? 

-  W  moim  wieku  dobrze  jest  odgrywać  coraz  to  nowe  role.  To 

dodaje młodości i napełnia ochotą do życia. Długo czekałam na swoje 

pierwsze dziecko, ale przysięgam, z jeszcze  większą niecierpliwością 

oczekiwałam wnuczka. 

background image

-  Twój  wnuczek  ma  na  imię  Scott,  a  wnuczka  Susan.  Fajne 

dzieciaki. 

-  Będę  je  psuła,  aż  zupełnie  popsuję.  -  Radośnie  zachichotała.  - 

Ale  niech  jeszcze  raz  ci  się  przyjrzę.  -  Cofnęła  się  o  krok.  -  Och, 

Charles, wyglądasz jak książę Kentu. Jestem z ciebie dumna. 

Charles  nie  pamiętał,  by  jego  matka  kiedykolwiek  go  tak 

chwaliła. Tym większą więc jej słowa sprawiły mu teraz przyjemność. 

- Dziękuję, mamo. 

Ellen wzięła go pod ramię. 

-  A  teraz  prowadź  mnie  do  mojej  synowej.  Chcę  się  z  nią 

przywitać, zanim zaleję się łzami. 

-  Ależ,  mamo,  nie  mów  mi  tylko,  że  będziesz  płakać  na  weselu 

Sawyera. 

-  Właśnie  mam  taki  zamiar.  To  moje  prawo.  Prawo  matki. 

Zasłużyłam sobie na nie. 

Parafialny kościółek nabity był do ostatniego miejsca. Zjawili się 

wszyscy, gdyż każdy w jakimś stopniu czuł się odpowiedzialny za los 

młodej pary. Na twarzach malowała się podniosła radość. 

Szmerem  powitano  zjawienie  się  dwóch  braci,  Sawyera  i 

Charlesa. Obaj mężczyźni, z wyglądu książęta krwi, wolnym krokiem 

podeszli  do  ołtarza.  Tam  odwrócili  się  i  czekali,  aż  dołączy  do  nich 

panna młoda. 

Kościół  nie  miał  organów,  więc  pomyślano  na  ten  dzień  o 

orkiestrze. Składała się z pianisty, skrzypka, gitarzysty i akordeonisty. 

background image

Rozległy  się  dźwięki  weselnego  marsza.  Wszyscy  wstali  z  miejsc  i 

zwrócili się ku frontowym drzwiom. 

Nie  tyle  stanęła,  co  raczej  zaistniała  w  nich  Abbey,  cała  w 

puszystej brzoskwiniowej pianie swojej długiej sukni, z wianuszkiem 

różowopomarańczowych azalii we włosach. Wiązanka, którą trzymała 

w dłoni, była kompozycją kremowych róż i polnych kwiatów. Drugą 

ręką wspierała się na ramieniu ojca. 

Polne  kwiaty  przypomniały  Lanni  tamtą  przygodę  w  tundrze. 

Rzecz jasna, uciekając przed niedźwiedziem, porzucili swoje bukiety, 

które  miały  być  przechowywane  w  chłodnym  i  ciemnym  miejscu  do 

dnia  dzisiejszego.  A  jednak,  mimo  wszystko,  idea  ogarnięcia 

miłującym  sercem  całej  tej  polarnej  krainy  przetrwała  w  tych  kilku 

pierwiosnkach i stokrotkach w wiązance oblubienicy. 

Abbey,  jak  każda  panna  młoda,  jaśniała  urodą.  Biło  z  niej 

szczęście, które spływało również na zgromadzonych świadków. Lecz 

ona  nie  widziała  ich.  Patrzyła  na  Sawyera,  boleśnie  odległego  w 

perspektywie  nawy  głównej,  i  tylko  on  jeden  istniał  dla  niej  w  tej 

chwili. Przesłała mu uśmiech tak promienny, że Lanni aż zakręciły się 

łzy  w  oczach.  To  była  miłość,  najprawdziwsza  miłość.  Nie  było  w 

kościele człowieka, który nie chciałby tak kochać i tak być kochanym. 

Nie  tylko  Lanni płakała.  Ben  Hamilton,  który  stał  naprzeciwko  i 

którego  ledwie  co  dzisiaj  poznała,  tak  odmienił  go  włożony  na  tę 

okazję  elegancki  garnitur,  wyciągnął  chusteczkę  i  wydmuchał  w  nią 

nos. A potem, obejrzawszy się na wszystkie strony, czy czasami nikt 

go nie obserwuje, przeciągnął dłońmi po załzawionych oczach. 

background image

W  tym  momencie  Abbey  i  Sawyer  podali  sobie  dłonie  i  zwrócili 

się  twarzami  ku  wielebnemu  Wilsonowi.  Zabrzmiały  słowa  Pisma 

Świętego. Lanni nie wiedziała już, czego słuchać i na co patrzeć. Czy 

słuchać  podniosłych,  a  przecież  prostych  i  miłosiernych  słów 

Ewangelii, czy też głosu własnego serca? Czy patrzeć na parę młodą, 

czy też na Charlesa O'Hallorana? 

Wyglądał  dzisiaj  tak  wspaniale,  że  aż  duma  rozpierała  jej  piersi. 

Miało  się  wrażenie,  jakby  sam  czekał  na  oblubienicę.  I  serce 

podszepnęło Lanni, że miałaby prawo nią zostać, bo kochała, kochała 

go gorąco i bezgranicznie. 

Wielebny  Wilson  poprosił  Abbey,  by  powtarzała  za  nim  słowa 

przysięgi.  Abbey  wyprostowała  się.  Spojrzała  na  Sawyera.  Widać 

było, że tyleż jemu za chwilę będzie przysięgać, co samemu Bogu. 

„Przysięgam kochać cię aż do..." 

Kochać!  Słowo  to  zapadło  w  umysł  Charlesa  niczym  rozjarzona 

światłami  sonda,  rozpraszająca  podmorskie  ciemności.  Zrozumiał  w 

jednej  chwili,  dlaczego  Sawyer,  który  cierpliwie  czekał  trzydzieści 

trzy lata, nagle uznał, że musi wziąć ślub w przeciągu dwóch tygodni. 

Miłość  może  być  niespieszna  i  nierychliwa,  ale  gdy  się  już  pojawi, 

poraża z szybkością błyskawicy. Wtedy wszystko staje się oczywiste, 

a zwłoka naprawdę nie ma większego sensu. Trzy miesiące, rok, pięć 

lat - zaiste nic tu już nie zmienią. 

Zdumiewające,  ale  dlaczego  on,  Charles,  doświadczył  dopiero 

teraz  owego  porażenia?  Bo  przecież  go  doświadczył.  Nie  musiał  już 

czekać  i  obserwować  swojego  serca.  Ujrzał  wreszcie  prawdę, 

background image

zobaczył  swoją  miłość  i  miała  ona  na  imię  Lanni.  Powtarzał  w 

myślach słowa przysięgi wymawiane przez brata. 

Nadszedł wreszcie moment, gdy kapłan ogłosił Sawyera i  Abbey 

mężem  i  żoną  i  z  dobrodusznym  uśmiechem  na  twarzy  kazał  im  się 

pocałować.  Kościół  zahuczał  od  wiwatów.  Ludzie  śmiali  się,  płakali, 

krzyczeli, klaskali w dłonie. Ben ponownie wyjął chusteczkę i trzymał 

ją bardzo długo w okolicach nosa. 

Zaczęto  wstawać  z  miejsc  i  cisnąć  się  ku  wyjściu.  Tłum  rzucił 

Charlesa  na  Lanni.  Chwycił  ją  za  rękę,  a  ona  oddała  mu  uścisk. 

Żadnego  słowa,  żadnego  nawet  spojrzenia,  z  którego  można  byłoby 

coś  wyczytać.  Udało  mu  się  wyciągnąć  ją  z  ciżby  do  nawy  bocznej. 

Wiedział,  że  jest  potrzebna  Abbey  do  krojenia  tortu,  znał  również 

swoje obowiązki. A jednak musiał przekazać jej swoje przesłanie. 

Podniosła  ku  niemu  oczy.  Rozpaczliwie  pragnęła  go  dotknąć. 

Uniosła  rękę  i  o  ile  wczoraj  przy  pożegnaniu  zaniechała  pieszczoty, 

teraz  musnęła  opuszkami  palców  jego  ciepły,  wygolony,  twardy 

policzek. 

Bez słowa chwycił ją w ramiona. 

- Lanni... 

- Wiem, wiem... 

- Także to czujesz? 

- Całą sobą. 

- Teraz nie możemy. Później. 

Kiwnęła głową. 

background image

Puścił ją i odszedł szybkim krokiem. Po chwili wtopił się w tłum 

weselników.  Została  sama.  Chciało  się  jej  płakać  i  śmiać 

równocześnie.  Jak  ona  wytłumaczy  to  swoim  rodzicom?  Pewnie 

powiedzą  jej,  że  oszalała.  I  w  jakimś  tam  sensie  będą  mieli  rację. 

Chcieli, by doświadczyła w swym życiu miłości. Liczyli na to. Ale nie 

miłości do Charlesa O'Hallorana. 

Tak,  była  zakochana.  Jak  tylko  zakochana  może  być 

dwudziestotrzyletnia kobieta, kochająca po raz pierwszy. I jeśli nawet 

nie  zrozumieją  tego  rodzice,  zrozumie  to  Mart.  I  również  Karen,  jej 

była  szwagierka.  A  jeśli  uda  się  jej  przekonać  świat  o  swoim 

szczęściu, to rodzice z radością zaakceptują jej wybór.  

Największą  zagadką  była  babcia.  Jej  reakcji  nie  sposób  było 

przewidzieć.  Ale  zanim  powiadomi  Catherine  Fletcher  o  swojej 

miłości,  musi  najpierw  powiadomić  Charlesa  o  Catherine,  i  to  jak 

najszybciej. 

Był  zapewne  najgorszym  drużbą  w  całym  stanie  Alaska  w 

przeciągu  ostatnich  dziesięciu  lat,  pomyślał  później  Charles.  Witał 

gości,  wymieniał  z  każdym  jakieś  słowa,  ale  czynił  to  z  takim 

roztargnieniem,  że  nawet  nie  pamiętał,  co  mówił  i  czy  w  ogóle 

trzymało się to kupy.  

Dziwne zachowanie syna nie uszło uwagi stojącej przy nim Ellen. 

- Charles - wyszeptała, gdy strumień napływających gości zaczął 

wyraźnie rzednąć - co się z tobą dzieje? 

- A co ma się dziać? 

background image

-  Nie  patrzysz  na  swoich  rozmówców.  Wydaje  się,  jakbyś  kogoś 

szukał. 

Charles poczuł, że został przyciśnięty do muru. 

-  Spotkałem  kogoś  wyjątkowego,  mamo.  Gdy  skończy  się  część 

oficjalna, chciałbym przedstawić ci tę osobę. 

Ręka matki dotknęła ramienia syna. 

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że zakochałeś się? 

Już nie odczuwał wahań. 

- Tak. 

- Mój Boże! - Ellen przycisnęła dłoń do serca. - Kiedy? Kim ona 

jest? Dlaczego jeszcze nic o niej nie wiem? 

- Znam Lanni od kilkunastu dni. 

- Sawyer, jak wiesz, nie patrzył na kalendarz. Prędko sfinalizował 

sprawę. 

- Wiem, mamo. 

- I o ile mogę wyrazić swoje zdanie, uczynił trafny wybór. 

W oczach Charlesa błysnął sceptycyzm. 

- Powiedziałabyś tak, nawet gdyby ożenił się z szympansicą. 

- Nie kpij ze mnie, chłopcze. Pewnie, że cieszy mnie sam fakt, że 

jeden  z  moich  synów  założył  rodzinę.  Niemniej  w  ocenach  osób 

staram się być bezstronna i obiektywna. Abbey podbiła moje serce. 

- Oczywiście, mamo - padła komicznie potulna odpowiedź. 

- A teraz powiedz mi coś o tej twojej młodej lady. 

-  Jeszcze  nie  jest  moja.  Należy  do  kobiet,  które  zatrudnił 

Christian. Pracuje obecnie jako sekretarka w naszej firmie. Pochodzi z 

background image

Seattle lub przynajmniej ostatnio tam mieszkała. Ukończyła niedawno 

uniwersytet w Waszyngtonie. 

- Pokaż mi ją. 

Charles  pobiegł  spojrzeniem  ku  centralnemu  miejscu  na  sali 

gimnastycznej,  zamienionej  na  ten  wieczór  na  salę  balową,  gdzie 

Lanni kroiła tort, wręczając porcje podchodzącym gościom. Robiła to 

z  takim  ujmującym  wdziękiem,  że  człowiek  patrzyłby  na  nią  bez 

końca. 

- Czy to tamta blondynka? - spytała Ellen. 

- Tak. 

- Och, Charles, ona jest przeurocza. 

-  Fakt,  że  jeszcze  nigdy  dotąd  nie  spotkałem  takiej  dziewczyny. 

Trapię się tylko tym, że należymy niemal do dwóch różnych pokoleń. 

Ellen delikatnie poklepała syna po ramieniu. 

- Głupstwo. Pięć, sześć lat to żadna różnica. 

- Dwanaście. 

- Arytmetyka nie ma tu nic do rzeczy - rozstrzygnęła matka. 

-  Jest  jeszcze  jedna  rzecz.  Często  wyjeżdżam  w  teren  i  nie  ma 

mnie całymi tygodniami. Taką już mam pracę. 

- Czy dla niej stanowi to jakiś problem? 

- Nie wiem. Nie poruszyłem z nią jeszcze tego tematu. 

-  Więc  ją  zapytaj  -  poradziła  Ellen,  dając  tym  dowód  zdrowego 

rozsądku. 

background image

W sumie Charles czuł się w siódmym niebie, że matka tak łatwo 

zaakceptowała  Lanni,  i  to  widząc  ją  z  odległości  niemal  dwudziestu 

metrów. 

- Chcę, żebyś ją poznała. 

- Mam nadzieję, że stanie się to jeszcze tego wieczoru. 

Orkiestra,  która  przed  chwilą  skończyła  wiązankę  melodii  na 

powitanie  młodej  pary,  jak  również  weselników,  zaczęła  grać  teraz 

przebojowe  kawałki  taneczne.  Sawyer  i  Abbey  pierwsi  stanęli  na 

parkiecie.  Tworzyli  parę  godną  malarskiego  pędzla.  Kawaler  i  Róża, 

którzy dostali się w wir tajfunu. 

Charles  odprowadził  Ellen  na  jej  honorowe  miejsce  za  stołem, 

gdzie  od  razu  zajęła  się  nią  Pearl  Inman,  jedyna,  jak  się  wydawało, 

przyjaciółka  matki  w  Hard  Luck,  sam  zaś  pośpieszył  do  Lanni. 

Powitała go promiennym uśmiechem. 

- Tortu? 

- Oczywiście. Ale co z naszym tańcem? 

Lanni spojrzała na stojącą obok Louise Gold, mieszkankę miasta i 

bliską przyjaciółkę Abbey. 

-  Idźcie  tańczyć  -  powiedziała  Louise,  która  była  ponadto  matką 

najbliższego  kumpla  Scotta.  -  Wszyscy  już  prawie  dostali  swój 

kawałek tortu. 

Jej  syn,  Ronny,  wywijał  właśnie  na  parkiecie  z  małą  Chrissie 

Harris,  córką  miejscowego  szeryfa,  i  Louise  przyglądała  się  temu  z 

niejakim rozbawieniem. 

background image

- Tylko pamiętaj, uprzedzałem - zwrócił się Charles do Lanni - nie 

jestem Fredem Astaire'em. 

- A ja nie jestem Ginger Rogers. 

Przypadkiem,  a  może  zrządzeniem  losu,  orkiestra  grała  teraz 

przewodni 

motyw 

jednego 

najsławniejszych 

musicali 

hollywoodzkich, słodką melodię przypominającą walca. Charles objął 

w talii swoją partnerkę i... popłynęli. 

Lanni, z głową pochyloną na jedno ramię i zamkniętymi oczami, 

zdawała się w upojeniu unosić na falach melodii. Patrzył na nią i czuł, 

że coś rozsadza mu piersi. Chciałby natychmiast dać upust miłosnemu 

uniesieniu,  lecz  szkoda  mu  było  wyrywać  ją  z  tego  rozkosznego 

omroczenia. 

A  potem,  po  krótkiej  przerwie,  muzyka  stała  się  skoczna  i 

rytmiczna.  Nie  korespondowało  to  w  żadnym  stopniu  z  nastrojem 

Charlesa. Lanni również zrobiła rozczarowaną minkę. Chwilę stali bez 

ruchu,  by  następnie,  rozumiejąc  się  bez  słów,  opuścić  salę  i  w  ogóle 

szkolny  budynek.  Zwarli  się  w  pocałunku  w  kącie  boiska,  w  pobliżu 

huśtawek. A kiedy już nasycili pierwsze pragnienie, Lanni usiadła na 

jednej z nich. 

- Zawsze lubiłam się huśtać - powiedziała po chwili milczenia. 

Zrozumiał  ukrytą  w  tym  prośbę  i  kilkoma  mocnymi  pchnięciami 

rozbujał drewniane krzesełko. 

- Myślę, że Opatrzność nie jest tak zupełnie pozbawiona poczucia 

humoru  -  zauważył  Charles,  stając  z  boku,  żeby  Lanni  swobodnie 

mogła się huśtać. 

background image

- Jaśniej, panie geologu. 

- Nabijałem się z Sawyera, że tak łatwo dał się usidlić kobiecie. A 

teraz sam jestem w potrzasku. 

- Naprawdę tak znęcałeś się nad biednym Sawyerem? 

- Przeze mnie o mało co nie stracił Abbey. 

- Żartujesz? 

-  Gdy  wróciłem  do  Hard  Luck,  przeraziła  mnie  zmiana,  jaka 

zaszła w moim tak zrównoważonym zawsze braciszku. Posunąłem się 

nawet  do  tego,  że  zaproponowałem  Abbey  opłacenie  kosztów  jej 

powrotu do Seattle. Wiesz, wedle zasady, co z oczu, to i z serca. 

- Ale Abbey została. 

-  Na  szczęście.  A  teraz  ty  tu  jesteś  i  chyba  zastrzeliłbym  faceta, 

który namawiałby cię do wyjazdu. 

Uciekła w bok ze spojrzeniem. 

- Charles, muszę... 

-  Daj  mi  najpierw  dokończyć.  Zakochałem  się  w  tobie  od 

pierwszego  wejrzenia.  Tak  piszą  w  powieściach,  lecz  okazuje  się,  że 

to naprawdę jest możliwe. Nic do tej pory nie wiedziałem o miłości. A 

teraz wszystko, co wiem, wiem dzięki tobie. 

- Och, Charles. 

Wszystkiego  mógł  się  spodziewać,  ale  nie  tej  udręki,  jaka 

odmalowała się na jej twarzy. 

-  Wiem,  że  masz  masę  obowiązków  związanych  z  weselem,  ale 

musiałem  cię  tu  przyciągnąć,  by  odsłonić  przed  tobą  moje  serce, 

background image

Lanni.  Nie  wyznana  miłość  potrafi  bowiem  człowieka  wypalić  od 

środka, wydrążyć go niczym tykwę. 

- Ja też cię kocham, Charles. 

Napięcie ustąpiło. Otrzymał ów bezcenny dar, na który czekał. 

- I co zrobimy z naszą miłością? 

- A czy musimy coś z nią robić? 

- Masz rację. 

Aż zawstydził się, że powiedział to z taką ulgą w głosie. Nie był 

jeszcze  gotowy  na  małżeństwo.  Stan,  w  jakim  się  znalazł,  był  dla 

niego całkowitą nowością. Jak każdy człowiek, potrzebował czasu, by 

przywyknąć do pewnych rzeczy i oswoić się z nimi. Musiał ustrzec się 

błędu.  Nie  wyobrażał  sobie  bowiem  inaczej  małżeństwa,  jak  tylko  w 

tradycyjny sposób. Dla niego był to związek do grobowej deski. 

Nachylił się i pocałował Lanni. 

- Musimy chyba wracać na salę. 

- Tak. - W jej głosie nie wyczuwało się entuzjazmu. 

- Moja matka bardzo chce cię poznać. 

- No, to na co czekasz? 

Na  parkiecie  wirowało  kilkanaście  par.  Ben  Hamilton  i  John 

Henderson,  z  braku  partnerek,  walcowali  sami.  Było  to  tyleż 

pocieszne,  co  bardzo  sympatyczne.  Duke  Porter  spojrzał  na  Lanni, 

potem na Charlesa, jakby chcąc oszacować swoje szanse zatańczenia z 

dziewczyną, którą odprowadził kiedyś do domu po obiedzie u Abbey. 

Pożerali ją wzrokiem również inni samotni mężczyźni. 

background image

Ale to Christian pierwszy ośmielił się podejść. Nic dziwnego, był 

bratem szczęściarza. Mógł liczyć na pewne względy. 

- Czy mogę zagarnąć cię do tańca? - zapytał Lanni, udając, że nie 

zauważa Charlesa. 

Zawahała się. 

-  Może  później.  Obiecałam  coś  Charlesowi.  Chce  mnie 

przedstawić waszej mamie. 

- Okay, może być później. Lecz skoro już mowa o przedstawianiu 

sobie  ludzi,  to  byłbym  rad,  gdyby  mój  zapominalski  braciszek 

pomyślał  również  o  zapoznaniu  nas  ze  sobą.  Niby  się  znamy,  ale 

formalnym względom nie stało się zadość. 

Charles  nie  bardzo  rozumiał,  o  co  Christianowi  chodzi.  Przecież 

znał  Lanni  bardzo  dobrze.  Poznał  ją  pierwszy,  jeszcze  w  Seattle. 

Najwidoczniej  więc  wypił  dziś  o  jeden  kieliszek  za  dużo  i  teraz 

ponosiła  go  fantazja.  Zignorował  więc  prośbę  brata  i  powiódł  Lanni 

ku  Ellen.  Christian  jednak  nie  dał  za  wygraną.  Podreptał  za  nimi 

niczym pokojowy piesek. 

Charles  dokonał  prezentacji.  Ellen  Greenleaf  i  Lanni  Caldwell 

podały sobie ręce. 

-  Usiądź,  proszę  -  powiedziała  starsza  pani,  wskazując  na  wolne 

krzesło obok. - Charles niewiele mi o tobie powiedział. 

Christian pomrukami i chrząknięciami starał się zwrócić na siebie 

uwagę  towarzystwa,  a  kiedy  nie  odniosło  to  oczekiwanego  skutku, 

wypalił: 

background image

-  Nie  traktujcie  mnie,  jakbym  nosił  czapkę  niewidkę.  Jako 

pełnoprawny  obywatel  Stanów  Zjednoczonych  Ameryki  Północnej 

domagam się podobnej prezentacji. 

-  Tylko  mi  nie  mów,  że  nie  poznajesz  Lanni  -  powiedział  tyleż 

rozbawiony, co poirytowany Charles. 

-  Może  znaliśmy  się  w  poprzednim  życiu,  ale  na  pewno  nie  w 

obecnym. 

- Jest naszą sekretarką. Sam ją zatrudniłeś. 

Christian zdziwił się i natychmiast odzyskał powagę. 

-  Zatrudniłem,  owszem,  ale  inną  kobietę.  Nazywa  się  Mariah 

Douglas i przyjedzie do Hard Luck dopiero za tydzień. 

-  Myślę,  że  powinnam  się  wtrącić  i  wyjaśnić  pewne  sprawy  - 

odezwała  się  Lanni,  zaś  jej  drżący  głos  przykro  kontrastował  z 

wesołym gwarem wokół. 

-  Lanni,  co  tu  się  dzieje?  -  Charles  miał  minę  człowieka 

zagubionego w ciemnym lesie. 

-  Christian  mówi  prawdę.  Nie  jestem  tą  sekretarką  z  Seattle. 

Zastępuję  ją  chwilowo...  Przyjechałam  tu  z  Anchorage,  gdzie 

mieszkam...  Miałam  wysprzątać  dom  mojej  babci.  Sawyer  zamierza 

go  wynająć  dla  przyjezdnych  kobiet.  Moja  babcia  to  Catherine 

Fletcher. 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Charles, tu chyba zaszła jakaś pomyłka. - Policzki Ellen nabrały 

kredowej barwy. 

Charles i Lanni mierzyli się spojrzeniami. 

-  Żadna  pomyłka,  mamo.  Wygląda  na  to,  że  zrobiono  ze  mnie 

głupca. 

Powiedziawszy  to,  odwrócił  się  i  odszedł.  Lanni  nagle  opadła  z 

sił.  Zbyt  dużo  kosztowała  ją  chwila,  kiedy  mogła  obserwować  z 

bliska, jak wali się w gruzy dopiero co wzniesiona budowla. 

-  Przepraszam,  pani  Greenleaf  -  wyszeptała.  -  Naprawdę  nie 

chciałam sprawić pani przykrości w tym radosnym dla niej dniu. 

-  Przykro  mi,  Lanni,  nie  przeczę.  -  Oczy  starej  kobiety  zaszły 

smutkiem.  -  Wiele  zła  nagromadziło  się  między  naszymi  rodzinami. 

Tego nie można zmazać jednym pociągnięciem ręki. Nie życzę twojej 

babce źle, ale też nie chciałabym jej więcej widzieć... 

- Rozumiem. - W podtekście tych słów zostało powiedziane: „Jej 

ani nikogo z jej bliskich". - Cieszę się, że mogłam panią poznać. 

Ellen  nie  zdobyła  się  na  podobną  uprzejmość.  Po  prostu  skinęła 

głową. 

Lanni odwróciła się i odeszła. Nogi miała jak z ołowiu, i w gardle 

coś uwierało, jakaś grudka goryczy. Ludzie i przedmioty skryli się za 

matowym  szkłem.  W  instrumentach  orkiestry  zerwały  się  struny. 

Jedynie akordeon rzewnie zawodził. Dotarła do przeciwległego końca 

sali i opadła na krzesło. 

Usłyszała głos Abbey: 

background image

- Lanni, co się stało? Charles wybiegł gdzieś jak szalony. 

Czuła  się  winna.  Wprowadziła  dysonans  do  ogólnej  harmonii 

weselnego dnia. 

- Charles  właśnie dowiedział się, że  Catherine Fletcher jest moją 

babką.  Powinnam  była  już  dawno  mu  o  tym  powiedzieć,  ale  nie 

przywiązywałam  do  tego  faktu  większej  wagi.  Sądziłam  naiwnie,  że 

przeszłość  nas  nie  dotyczy,  że  możemy  chodzić  po  ziemi  bez  tego 

bagażu. 

Abbey uścisnęła jej dłoń. 

- Daj mu trochę czasu. 

Oczywiście,  że  da  mu  trochę  czasu.  Ale  też  nigdy  nie  zapomni 

błysku gniewu i obrażonej dumy w jego oczach. 

- Och, nie przejmuj się nami, Abbey. To jest twój dzień i nic nie 

powinno go zepsuć. 

-  I  nic  nie  zepsuje  -  zapewniła  ją  Abbey,  po  czym  odpłynęła  w 

swej brzoskwiniowej sukni do męża. 

Lanni  zachciało  się  pić.  W  pobliżu  na  stoliku  stała  waza  z 

ponczem. Wypiła duszkiem całą szklankę. Poczuła, że ktoś dotyka jej 

ramienia. Odwróciła się. Był to Sawyer. 

- Abbey wszystko mi powtórzyła - oznajmił. 

- Charlesowi potrzeba trochę czasu na oswojenie się z tą rewelacją 

- odparła możliwie lekkim tonem, by rozproszyć widoczny na twarzy 

Sawyera niepokój. 

- Powinienem był sam mu o tym powiedzieć. 

Nie traktuj tego w kategoriach obowiązku. 

background image

- Celowo pozwalałem mu wierzyć, że jesteś naszą sekretarką. Był 

taki nieprzyzwoicie krytyczny  wobec naszego pomysłu sprowadzenia 

tu  kobiet.  Więc  kiedy  zorientowałem  się,  że  właśnie  dzięki  temu 

pomysłowi  facet  zaczyna  nabierać  ludzkich  cech,  pomyślałem,  że 

trzeba  ułatwić  mu  tę  przemianę,  unikając  zbędnych  komplikacji.  - 

Pokręcił głową. - Jeśli chcesz, mogę z nim porozmawiać. 

Propozycja  była  nęcąca.  Ale  osoby  trzecie  w  takich  sprawach  z 

zasady niewiele mogą. 

- Dzięki, Sawyer. Ale ja i Charles sami musimy to załatwić. 

To znaczy, co załatwić? - zapytała siebie w duchu. Czy faktycznie 

miłość zdolna jest pokonać tak głęboko zakorzenione urazy? 

- To uparty gość. Musisz uzbroić się w cierpliwość. 

Pozostawiła  tę  uwagę  bez  komentarza.  Nie  mogła  tu  czekać  bez 

końca, w nadziei, że Charles wreszcie przejrzy na oczy i zmieni swoje 

stanowisko. Niebawem zaczynała pracę w redakcji dużego dziennika i 

nie zamierzała wyrzekać się tej szansy. 

Kiedy  Sawyer  odszedł,  wypiła  jeszcze  jedną  szklankę  ponczu. 

Poczuła  się  o  niebo  lepiej.  Owocowy  poncz  podziałał  kojąco  na  jej 

napięte  nerwy  i  mięsnie.  Wracając  na  swoje  miejsce  pod  ścianą, 

dostrzegła  Charlesa.  Stał  w  przeciwległym  końcu  sali,  samotny  i 

pobladły.  

Ich oczy spotkały się. Przesłała mu uśmiech, w którym starała się 

zawrzeć  wszystko,  co  odczuwała  w  tej  chwili.  A  przede  wszystkim, 

jak bardzo jej przykro z powodu tego, co zaszło. Ale on tylko nachylił 

się i powiedział coś do siedzącej obok Ellen, dając jej w ten sposób do 

background image

zrozumienia,  że  lojalność  wobec  swojej  rodziny  stawia  ponad 

wszystko. 

- Jak się masz, Lanni. 

Przed nią stał Duke Porter. 

- Cześć, Duke. 

-  Czy  nie  pomyślisz,  że  dostałem  zajoba,  jeśli  poproszę  cię  do 

tańca? 

- Oczywiście, że nie. 

-  No  bo  wiesz,  nie  chciałbym  robić  tu  bałaganu.  W  razie  czego 

ujmij  się  za  mną u  Charlesa.  Nie  to, że  się  go  boję,  ale  wywołaniem 

burdy  sprawiłbym  Abbey  i  Sawyerowi  przykrość,  a  wcale  tego  nie 

chcę. 

Lanni dumnie uniosła głowę. 

-  Nikt  nie  ma  prawa  wybierać  mi  partnerów  do  tańca.  Prowadź 

mnie, Duke. Chętnie z tobą zatańczę. 

 

Rozsadzał go niepohamowany gniew. Oszukała go Lanni, oszukał 

go brat. Sawyer z pewnością wszystko o niej wiedział. Ale Sawyer był 

zakochany  i  pragnął,  by  inni  poszli  w  jego  ślady.  Sawyerowi  można 

było wybaczyć. 

Pozostawała Lanni. 

Zastosowała  wobec  niego  taktykę  wyrachowanego  zwodzenia. 

Owszem, nie okłamywała go wprost, nie powiedziała na przykład, że 

pochodzi  z  Seattle  i  zatrudnił  ją  Christian.  Ale  przemilczała  tyle,  że 

równoznaczne to było z cynicznym kłamstwem. 

background image

W  rezultacie  wyszedł  na  kompletnego  głupca.  Zadurzył  się  we 

wnuczce kobiety, której nienawidził. Złożył u stóp Lanni swoje serce. 

A ona z pewnością śmiała się w duchu, że odwet można osiągnąć tak 

tanim  kosztem.  Bo  niewykluczone,  iż  rzecz  była  ukartowana  z  góry. 

Chodziło o pognębienie wroga i wydanie go na ludzkie pośmiewisko. 

On,  Charles,  dobrze  pamiętał  wszystkie  przewiny  Catherine 

Fletcher  wobec  rodziny  O'Halloranów.  Udało  się  jej  zniszczyć 

małżeństwo  rodziców  i  uczynić  życie  Ellen  i  Davida  prawdziwym 

koszmarem.  Tego  nie  można  było  zapomnieć,  a  tym  bardziej 

wybaczyć. 

A teraz widział Lanni tańczącą z Dukiem Porterem i tym większy 

chwytał  go  gniew.  Bo  jeszcze  nie  zdążył  oddzielić  się  całkowicie  od 

tej  zwodniczej  kobiety.  Wciąż  jego  zmysłowość  rościła  sobie do  niej 

prawo  i  stąd  nie  mógł  znieść  widoku  dłoni  Duke'a  Portera  na  jej 

biodrze. Zapragnął napić się piwa i sięgnął po butelkę. 

- Czy wszystko w porządku? - zapytał Christian, który również od 

tamtego epizodu nie mógł pochwalić się najlepszym humorem. 

- W idealnym porządku - odparł Charles sarkastycznie i przytknął 

butelkę do ust. 

Pił chciwie do samego dna. 

- Więc jak to będzie między tobą a Lanni? 

- Nikomu, cholera, nic do tego. 

- Spokojnie, spokojnie. - Christian podniósł obie ręce. -  Zadałem 

tylko zwykłe pytanie. 

background image

-  I dostałeś zwykłą odpowiedź. - Charles  wciąż patrzył na Lanni. 

Po prostu nie mógł oderwać od niej wzroku. 

Christian poszedł za jego spojrzeniem. 

-  Trzeba  przyznać,  że  jest  piękną  bestyjką.  Szkoda,  że  płynie  w 

niej krew Catherine. 

Powiedziawszy to, Christian odszedł i dołączył do grupy pilotów. 

Charles wręcz ucieszył się, że się go pozbył. Wolał być sam. Nie był 

w  towarzyskim  nastroju.  Sięgnął  po  drugą  butelkę.  Wtem  zauważył, 

że  dłoń  Duke'a  zaczyna  powoli  ześlizgiwać  się  z  biodra  Lanni  na jej 

pośladek.  Tego  już  było  za  wiele!  Ruszył  do  przodu  jak  byk 

wypuszczony z kojca na arenę. 

Niespodziewanie wyrósł przed nim Sawyer. 

- Czy jakieś kłopoty? 

-  O  kłopotach  za  chwilę  będzie  mógł  mówić  Duke.  Wybiję  mu 

wszystkie zęby. 

-  Lepiej  wyjdź  na  świeże  powietrze  trochę  ochłonąć.  -  Sawyer 

przywołał Christiana i obaj bracia wyprowadzili rwącego się do bójki 

Charlesa przed budynek szkoły. 

Słońce  nie  chciało  zachodzić  i  ciągle  oświetlało  ziemię.  Wobec 

słońca  na  niebie  wszystkie  ludzkie  sprawy  zyskiwały  od  razu  inny 

wymiar. 

-  To  ja  powinienem  był  ci  o  wszystkim  powiedzieć  -  rzekł 

Sawyer. - I to zaraz pierwszego dnia. 

- Masz cholerną rację. 

background image

-  Przyznaję,  że  popełniłem  błąd.  Lecz  szczerze  mówiąc,  Charles, 

czy nie wszystko jedno, z kim Lanni jest spokrewniona? Przecież ona 

nie  może  ponosić  odpowiedzialności  za  przeszłość.  Jest  odrębną 

osobą,  a  nie  cząstką  jakiejś  tam  większej  całości.  Obwinianie  jej  za 

grzechy Catherine wydaje się wręcz nieetyczne. Tak samo zresztą, jak 

obwinianie ciebie za błędy naszego ojca. 

- Są rzeczy, o których nie masz zielonego pojęcia! 

Charles  przeciągnął  dłonią  po  czole.  Orientował  się  lepiej  od 

Sawyera  i  Christiana  w  kulisach  całej  sprawy  i  stąd  dokładniej  mógł 

ocenić  krzywdę,  jaką  Catherine  wyrządziła  ich  rodzinie.  Pewnych 

krzywd nie da się naprawić, nie da się też wybaczyć. 

-  Niczemu  tu  chyba  nie  zaradzimy  -  zwrócił  się  Christian  do 

Sawyera. - Charles wie swoje i nie róbmy mu wody z mózgu. 

-  Chodzi  o  to,  czy  będzie  mógł  żyć  ze  świadomością 

konsekwencji  swojej  decyzji.  -  Na  czole  Sawyera  zarysowała  się 

pionowa zmarszczka. 

- To już moja sprawa, chłopaki. A teraz idźcie sobie. Nie potrzeba 

mi waszego towarzystwa. W ogóle dajcie mi święty spokój. 

Sawyer  i  Christian  wymienili  spojrzenia.  Było  dla  nich  jasne,  że 

najrozsądniej  będzie  nie  przeciągać  struny.  Odeszli,  zaś  Charles 

pomyślał, że najlepszą towarzyszką na taką chwilę jest tylko butelka. 

Jeszcze nigdy dotąd nie upił się celowo, by tak rzec, z premedytacją. 

A teraz właśnie miał taki zamiar. 

background image

Gdy  nastała  przerwa  w  tańcach,  konieczna,  by  muzycy  mogli 

czegoś  się  napić  i  coś  przekąsić,  Lanni  podziękowała  Duke'owi  i 

podeszła do Sawyera i Abbey. 

-  Życzę  wam  wiele  szczęścia  -  powiedziała,  ściskając  ich  i 

całując. - Zawsze będziecie mieli we mnie oddaną wam przyjaciółkę. 

Starała się mówić normalnym głosem i prawie jej się to udało. 

- Nie martw się, wszystko jakoś się ułoży - zapewniła ją Abbey. 

Lanni zdobyła się na uśmiech. 

- Jasne, nie ma spraw ostatecznie przegranych. 

-  Też  tak  myślę,  Lanni  -  powiedział  Sawyer,  lecz  jego  twarz  nie 

tchnęła bynajmniej optymizmem. 

Lanni zdawała sobie sprawę, że żegna się z Sawyerem i Abbey w 

istocie  na  zawsze.  Za  dwie  godziny  wylatywali  do  Fairbanks,  gdzie 

mieli  się  przesiąść  na  samolot  do  Honolulu.  Ich  pobyt  na  Hawajach, 

ów skrócony miesiąc miodowy, miał trwać dwa tygodnie. Gdy zatem 

wrócą do Hard Luck, jej już nie będzie, a nie wyobrażała sobie w tej 

chwili, by kiedykolwiek w przyszłości tu zajrzała. 

Raz  jeszcze  uściskali  się  i  Lanni  opuściła  budynek  szkolny.  Szła 

ulicą z poczuciem opuszczenia i samotności. Dom Catherine Fletcher, 

gdy się  w nim znalazła, przytłoczył ją swoją posępną ciszą. Zewsząd 

spozierały  na  nią  cienie  przeszłości,  a  każdy  szmer  wydawał  się 

okrutną  drwiną.  W  salonie  piętrzyły  się  pudła,  które  jak  najszybciej 

musiała wyekspediować do Anchorage. 

Na  dźwięk  telefonu  serce  Lanni  gwałtownie  załomotało.  Był  to 

dowód, że jej nerwy nie są w najlepszym stanie. Podniosła słuchawkę. 

background image

- Jak tam, siostrzyczko? Cała i zdrowa? 

- Matt! Jak to dobrze, że dzwonisz. 

- Pewnie stęskniłaś się za mną. 

Nawet  nie  domyślał  się,  jak  bardzo.  Zawsze  idealizowała 

starszego  brata,  wiele  mu  wybaczając  i  dostrzegając  tylko  to,  co 

chciała  dostrzec.  Dopiero  jego  nieudane  małżeństwo  ujęło  mu  w  jej 

oczach  coś  z  tej  wysublimowanej  doskonałości.  Lecz  nadal  przecież, 

patrząc nań, zadzierała głowę. 

-  A  więc  ostatnio  zadajesz  się  z  O'Halloranami  -  powiedział, 

przerywając jej zadumę. 

- Niezupełnie. 

-  Więc  chcesz  powiedzieć,  że  tylko  połową  siebie  sekretarzujesz 

Sawyerowi i spotykasz się z Charlesem, a drugą połowę zostawiasz w 

domu, czy tak? 

- Nie łap mnie za słowa, Matt. 

- A ty mów trochę jaśniej, siostrzyczko. 

-  Faktycznie  spotykam  się  z  Charlesem.  To...  przyzwoity 

człowiek. 

-  Mama  powiedziała,  że  w  tym  przyzwoitym  człowieku 

dopatrujesz się również innych zalet. 

-  Jak  tam  Karen?  -  Podjęła  rozpaczliwy  wysiłek  zmiany  tematu 

rozmowy. 

- Właśnie dowiedziałem się, że wyjechała na południe. 

- A konkretnie gdzie? 

- Do Kalifornii. 

background image

Był to dla Lanni prawdziwy cios. Waliły się w gruzy jej nadzieje, 

że  Karen  i  Matt  zejdą  się  ponownie  i  podejmą  próbę  odbudowania 

związku. 

- Kiedy to się stało? 

- W zeszłym tygodniu. Dostała cudowną ofertę pracy, wiesz, taką 

nie do odrzucenia. Przyjęła ją z entuzjazmem i mogę życzyć jej tylko 

powodzenia.  Tylko  powodzenia  -  powtórzył,  mimowolnie  dając  tym 

dowód, że serce jego bije wciąż dawnym rytmem miłości. 

- Wiem, że życzysz jej jak najlepiej. 

- Posłuchaj - powiedział, nagle ożywiając się. - Nie po to płacę za 

tę  rozmowę,  żeby  fundować  sobie  czarną  melancholię.  Słyszałem,  że 

w Hard Luck jest coś w rodzaju hotelu. 

-  Dobrze  powiedziałeś:  „coś  w  rodzaju".  Bo  jest  to  w  istocie 

częściowo spalona ruina. 

- Wspaniale! 

- Wydzierasz się, jakbyś spoglądał właśnie na czterogwiazdkowy 

hotel w San Francisco. A to tylko, powtarzam, ruina. 

- Jak sądzisz, czy O'Halloranowie pozbyliby się jej? 

- Niby chcesz ją kupić? 

-  Wyobraź  sobie,  że  tak.  Przecież  Hard  Luck  leży  w  sąsiedztwie 

Arktycznego Parku Narodowego. Hotel byłby  wyśmienitym punktem 

wypadowym dla turystów. 

No tak, stało się, jej brat dokumentnie oszalał! 

- Matt, tobie chyba pomyliły się szerokości geograficzne i całkiem 

zapomniałeś  o  zimie,  która  trwa  tu  z  górą  pół  roku.  Jaki  turysta, 

background image

turysta  przy  zdrowych  zmysłach,  przyjedzie  tu  w  grudniu  czy  w 

styczniu? 

- A ty zapominasz o całych rzeszach fanatyków przygody, którzy 

tylko szukają nowego dreszczyku emocji. Zapewnię im taką frajdę w 

śniegu  i  w  mrozie,  że  zapamiętają  to  do  końca  życia.  Na  przykład 

podróż przez tundrę na saniach zaprzężonych w psy. 

-  No  właśnie,  psy.  Trzeba  je  kupić,  a  wszystko,  co  jest  na 

sprzedaż, kosztuje. 

- Niekoniecznie. Psy i cały sprzęt można wynająć. Nie bądź taka 

sceptyczna.  Wpadłem  na  pomysł  życiowej  szansy  i  nie  chcę  jej 

zmarnować. 

Ileż  już  razy  Matt  wpadał  na  taki  pomysł?  Niemal  co  trzy 

miesiące. Ale ten pomysł był jeszcze bardziej szalony od poprzednich, 

choć,  jak  poprzednie,  dałaby  za  to  głowę,  rozwinie  się  i  zakończy. 

Fantastyczne  plany,  ogromne  podniecenie,  perspektywa  cudownej 

kariery,  a  potem  zniechęcenie,  samokrytyka,  czas  apatii.  Lanni  znała 

to równie dobrze jak tabliczkę mnożenia. 

- Czy porozmawiasz o tym z Charlesem? Zrób to dla mnie, Lanni. 

Przycisnęła rękę do czoła. 

- Wykluczone - odparła.  

Odmówiła mu po raz pierwszy w życiu. 

- Nie? 

-  Jeżeli  rzeczywiście  jesteś  tak  napalony  na  ten  hotel,  osobiście 

skontaktuj się z O'Halloranami. 

Z tamtej strony nastała chwila milczenia. 

background image

- Lanni, czy wszystko w porządku? 

-  W  jak  najlepszym.  Prawie  już  skończyłam  porządkować  i 

sprzątać  dom  babci.  Kto  wie,  może  uda  mi  się  wrócić  na  początku 

przyszłego tygodnia. 

-  Twoje  trele  wydają  mi  się  trochę  sztuczne,  Lanni.  Lepiej 

powiedz mi prawdę. 

- A ty odpowiedz mi na jedno pytanie. 

- Z miłą chęcią. Pytaj. 

Nabrała w płuca powietrza. 

-  Czy  wszyscy  mężczyźni  rodzą  się  draniami,  czy  też  muszą 

zapracować sobie na taką opinię? 

Mart zachichotał. 

-  Widzę,  że  O'Halloranowie  nastąpili  mojej  siostrzyczce  na 

odcisk. 

- Można tak powiedzieć. 

-  A  jeśli  chodzi  o  twoje  pytanie.  Ja na przykład,  zdaniem  Karen, 

gdybyś  spytała  ją  o  zdanie,  stopniowo  stawałem  się  draniem. 

Skądinąd  jednak  wiem,  że  trzeba  mieć  do  tego  wrodzone 

predyspozycje. 

 

Coś  tu  wyraźnie  zmieniło  się  na  gorsze,  pomyślał  Christian, 

siadając za biurkiem w baraku firmy. Jeden brat ożenił się i wyfrunął 

do  Honolulu,  drugi  zaś  zamknął  się  w  sobie  i  wcale  z  nim  nie 

rozmawia. 

background image

Ranek  był  czysty  i  jasny.  Na  niebie  ani  jednej  chmurki.  Lekki 

wiatr z zachodu. Pełnia arktycznego lata. Nagle rozległo się bzyczenie 

pszczoły.  Christian  spojrzał  przez  okno  na  niebo.  Na  błękitnym  tle 

pojawił  się  stalowy  owad.  Samolot.  Żaden  z  „Synów  Północy"  nie 

wyleciał  jeszcze  tego  ranka.  Oznaczało  to,  że  zniża  się  do  lądowania 

samolot innego przedsiębiorstwa pasażersko-transportowego. 

Wylądował.  Drzwi  otworzyły  się  i  stanęła  w  nich kobieta. Miała 

rude  włosy.  Tak  rude,  że  prawie  czerwone.  Zeszła  po  schodkach  na 

płytę lotniska, a za nią pilot z dużą skórzaną walizką, którą następnie 

przekazał  swojej  pasażerce.  I  nie  wiadomo,  czy  walizka  była  zbyt 

ciężka, czy też ta zamiana rąk nie wypadła zbyt zręcznie, dość że stało 

się nieszczęście. Walizka upadła na ziemię, otworzyła się i wysypały 

się  z  niej  najbardziej  intymne  części  kobiecej  garderoby.  Kilka  par 

koronkowych  majtek  pofrunęło,  niesione  podmuchem,  jaki  szedł  od 

śmigieł cessny.  

Kobieta  wydała  rozpaczliwy  okrzyk  i  rzuciła  się  w  pogoń  za 

swoją  garderobą,  niczym  entomolog  za  motylami.  Pilot,  któremu 

widocznie  nieobce  były  odruchy  serca,  poszedł  za  jej  przykładem.  I 

tak  uganiali  się  za  biustonoszami,  majtkami  i  fikuśnymi  koszulkami, 

aż wreszcie cała bielizna została z powrotem upchana w walizce. 

Christian  pokładał  się  ze  śmiechu  i  gdyby  w  tej  chwili  Pearl 

Inman zmierzyła mu ciśnienie, stwierdziłaby przekroczenie wszelkich 

norm.  W  końcu  cessna  odleciała,  a  Christian,  opanowawszy  się, 

wyszedł  na  spotkanie  nowo  przybyłej.  Zbliżywszy  się,  stwierdził,  że 

musiał  już  ją  kiedyś  spotkać,  ale  poza  tym  niczego  nie  kojarzył. 

background image

Przeprowadził rozmowy  w Seattle  z  taką liczbą kobiet, że ich twarze 

zaczęły mu się zlewać w pamięci. 

- Dzień dobry. Witamy w Hard Luck. 

- Dzień dobry. Jak to dobrze być wreszcie na miejscu. Wybierając 

się tutaj, nie wiedziałam, że lecę na koniec świata. 

- Pozwoli pani, że poniosę jej walizkę. 

-  Ale  ostrożnie,  ma  zepsuty  zamek.  Mam  nadzieję,  że  nie 

sprawiłam specjalnego kłopotu, przybywając dzień wcześniej. 

- Dzień wcześniej? 

-  Tak.  Jestem  Mariah  Douglas,  sekretarka,  którą  pan  zatrudnił. 

Nie przypomina mnie pan sobie? 

 

Ten  dzień  minął  pod  znakiem  bezbrzeżnego  smutku.  Lanni 

kontynuowała  domowe  porządki,  ale  już  nie  wkładała  w  to,  jak 

dotychczas,  całego  serca  i  energii.  Prędko  się  męczyła  i  wówczas 

siadała  na  jakimś  krześle  albo  wręcz  na  podłodze  i  siedziała  tak 

kwadrans, dwa lub trzy w odrętwiałym bezruchu. 

Odkurzając  książki  i  półki,  natknęła  się  na  sporych  rozmiarów 

brązową  kopertę.  Pomyślała,  że  musi  mieć  ona  związek  z  Davidem 

O'Halloranem. Nie pomyliła się. Ze środka wysypały się listy. Pisał je 

do  swojej  ukochanej  żołnierz  walczący  na  wojnie.  Lanni  nie  miała 

śmiałości  ich  przeczytać.  Rzuciła  tylko  okiem  na  pierwszy  akapit 

listu,  leżącego  na  samym  wierzchu.  Babcia  przecież  żyła  i  te  listy 

stanowiły  sferę  najgłębszej  jej  intymności,  a  więc  świętokradztwem 

byłoby wdzierać się tu nieproszoną. 

background image

Pod  wieczór  Lanni  uświadomiła  sobie,  że  przez  cały  dzień  nie 

miała  niczego  w  ustach.  Postanowiła  zjeść  coś  u  Bena.  Włożyła 

rozpinany z przodu sweter z kieszeniami i opuściła dom. Szła główną 

ulicą,  lekko  mrużąc  oczy  od  blasku  balansującego  nad  horyzontem 

słońca.  Nagle  otworzyła  je  na  całą  szerokość,  po  czym  na  ułamek 

sekundy zamknęła. W jej stronę szedł Charles. 

Przyśpieszyła kroku, jakby pragnąc, by chwila spotkania nastąpiła 

jak najszybciej. 

- Charles, jeśli wprowadziłam cię w błąd, to bardzo przepraszam - 

wyrzuciła z siebie, gdy zatrzymali się przed miejską biblioteką. 

- „Jeśli"? 

- Bo przecież nie miałam takiego zamiaru. Tak po prostu wyszło. 

Wiele  razy próbowałam ci o tym powiedzieć, ale akurat nie dałeś mi 

dojść  do  głosu.  Choć  z  drugiej  strony,  nie  przeczę,  bałam  się  twojej 

reakcji,  równocześnie  mając  nadzieję,  że  jak  się  bliżej  poznamy, 

przeszłość nie będzie miała dla nas znaczenia. 

Odpowiedział  uśmiechem,  w  którym  nie  było  śladu  wesołości, 

lecz za to dużo urażonej dumy. 

Wezbrał w niej gniew. 

-  Coś  tu  jest  nie  w  porządku.  Twój  ojciec  porzucił  moją  babkę 

niemal na stopniach ołtarza i oto ja teraz tłumaczę się i przepraszam. 

- Twoja babka zrujnowała życie mojemu ojcu. 

- Sam je sobie zrujnował. 

- Nic nie wiesz o pewnych rzeczach. 

background image

- Wiem dostatecznie dużo. Kochała go do tego stopnia, że posłała 

mu  swoje  zdjęcie  w  ślubnej  sukni,  jakby  mówiąc,  że  już  jest  mu 

poślubiona. Czy potrafisz wyobrazić sobie, jak się czuła, kiedy doszła 

do  niej  wiadomość  o  ślubie  Davida  z  Ellen?  A  może  tego  rodzaju 

zdrady są w waszej rodzinie czymś dziedzicznym? 

- O czym mówisz, do diaska? 

- O tobie! Powiedziałeś wczoraj, że mnie kochasz. Ale cóż znaczą 

słowa i przysięgi dla O'Halloranów! 

- Powinnaś była powiedzieć mi całą prawdę o sobie. 

- Zrobiłam to. Spójrz na mnie. Jestem Lanni Caldwell. Co chcesz 

jeszcze wiedzieć? 

Charles zamknął oczy, jak gdyby pragnąc w ten sposób odgrodzić 

się od niej. Lanni podjęła ostatnią próbę. 

- Co było, to było. To prawda, że moja babka nie zaliczała się do 

świętych tego świata, ale też nie zaliczał się do nich twój ojciec. Ty i 

ja również nie jesteśmy aniołami. Jesteśmy ludźmi, ale naprawdę nimi 

bądźmy. 

-  Przykro  mi,  Lanni,  ale  nie  mamy  sobie  nic  więcej  do 

powiedzenia. 

Wydała cichy jęk. 

- To przynajmniej miej odwagę powiedzieć to, patrząc mi prosto 

w oczy! 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Charles siedział w restauracji Bena nad kubkiem wystygłej kawy i 

myślał  o  Lanni.  Nie  powiedziała  mu,  że  jest  wnuczką  Catherine 

Fletcher, ale też on o nic jej nie pytał. Wiedział, że ukończyła studia w 

Waszyngtonie, a przecież nie zastanowiło go, dlaczego pracuje u nich 

jako  sekretarka.  Wszystko  bowiem  wydawało  się  nieistotne.  Ważna 

była tylko ona sama w swej cielesno-duchowej postaci. 

Do stolika dosiadł się Ben. 

- Zazwyczaj nie wtykam nosa w cudze sprawy, ale.. 

- Ale teraz masz zamiar to zrobić. Nie radziłbym; 

Byli przyjaciółmi i Charles nie chciał wystawiać ich przyjaźni na 

jakąś ciężką próbę. 

-  Trzymałbym  język  za  zębami,  gdyby  tu  chodziło  o  jakieś  tam 

bzdety.  Opowiedziałem  ci  o  Marilyn.  Nie  wymieniłem  głośno  jej 

imienia  przez  blisko  dwadzieścia  lat.  Zrobiłem  to  dopiero  dla  ciebie. 

W tej sytuacji jesteś mi coś winien. 

- Jestem ci winien zapłatę za tę kawę i nic ponadto. 

-  Nie  tym  razem,  Charlie.  -  Nikt  nie  nazywał  go  „Charlie"  i  Ben 

dobrze  o  tym  wiedział.  -  Lanni  opuszcza  nas.  Słyszałem,  że  już 

zamówiła lot do Fairbanks. 

Charles zacisnął dłonie na kubku. 

- To nieuchronne, nie sądzisz? 

Grubas głośno sapnął. 

background image

-  I  pozwolisz  jej  wynieść  się  tak  ze  swojego  życia  po  tym,  co 

powiedziałem  ci  o  sobie  i  Marilyn?  Jeżeli  tak,  to  siedzę  teraz  przy 

jednym stoliku ze skończonym durniem. 

- Myśl, jak chcesz. 

-  No  dobrze,  nie  jesteś  mi  nic  winien.  Ale  jesteś  coś  winien 

samemu sobie. Również Lanni. Ona zasługuje na coś lepszego. Choć 

może chcesz się jej po prostu pozbyć i znalazłeś pretekst. 

Charles zmienił się na twarzy. 

- Ben, zagalopowałeś się zbyt daleko. Radzę się cofnąć. 

Sprawy  między  mną  a  Lanni  nie  nadają  się  jako  temat  do 

publicznej dyskusji. 

Ben pokręcił głową. 

-  Widzę,  że  nie  rozwiążę  tego  rebusu.  Facet  wykształcony, 

oczytany,  nawet  dość  inteligentny,  a  gdy  bliżej  się  przyjrzeć,  uparty 

osioł. 

Równocześnie  wstali  od  stolika,  z  tym  że  Ben  wycofał  się  do 

kuchni, Charles zaś wyszedł szybkim krokiem na ulicę. 

 

Lanni  czekała  na  Duke'a  Portera,  który  miał  przyjechać  w 

południe  furgonetką  firmy  po  jej  czterdzieści  z  górą  paczek, 

przygotowanych  do  ekspedycji  do  Anchorage.  Wyniosła  je  z  salonu 

przed  dom  i  teraz,  siedząc  na  stopniach  ganku,  patrzyła  w 

perspektywę ulicy, skąd miał nadjechać Duke. 

W  oddali  pojawił  się  tuman  kurzu,  który  przybliżał  się  z  każdą 

chwilą.  Błysnął  chromowy  zderzak,  przód  ciężarówki  mignął 

background image

kratownicą  chłodnicy.  Za  kierownicą  siedział  wysoki  mężczyzna,  ale 

to  nie  był  Duke.  Rozpoznała  Charlesa.  Przejechał,  nawet  nie 

spojrzawszy  w  jej  stronę.  Jakby  nie  podbiegła  do  bramy,  gotowa  ją 

otwierać. 

Wróciła na stopnie ganku i ukryła twarz w dłoniach. Ból, który ją 

przeszył,  trzeba  było  przeczekać.  Jak  często  jej  babka  również 

nadsłuchiwała,  czy  nie  nadjeżdża  jakiś  samochód?  Czy  David 

O'Halloran zatrzymał się kiedykolwiek przed tym domem? Bo ona na 

pewno  czekała  na  niego.  Wypełniona  nadzieją.  Zbolała.  Miotana 

najsprzeczniejszymi uczuciami. Ta niespełniona miłość wyczerpała jej 

siły.  

Dzisiaj Catherine  umierała.  Nie  było  już  na  tym  świecie  Davida, 

który  był  jedyną  racją  jej  życia.  Kto  wie,  czy  nie  pragnęła  swojej 

śmierci, by jak najszybciej z nim się połączyć? 

Różniło jednak Charlesa od Davida coś bardzo istotnego. Nie było 

innej  kobiety  pomiędzy  nią,  Lanni,  a  Charlesem.  Na  drodze  ich 

miłości stanęła jedynie rodzinna solidarność. Charles wybrał rodzinę. 

I  teraz  ona,  Lanni,  opuszczała  Hard  Luck.  Jutro  wsiądzie  do 

samolotu i odleci na zawsze. Zrobi to zgodnie ze swoją wolą, choć nie 

bez  bólu  i  żalu.  Jak  również  z  dumnie  podniesioną  głową,  gdyż  nie 

widziała potrzeby przepraszać tu kogokolwiek za to, że jest tym, kim 

jest. Po prostu Lanni Caldwell. 

Przyjechał  Duke  i  wspólnie  załadowali  paczki  na  tył  furgonetki. 

Porozmawiała  z  nim  jeszcze  przez  chwilę,  a  kiedy  odjechał,  wróciła 

do domu. 

background image

Następne  kilka  godzin  spędziła  na  takiej  trochę  bezsensownej 

krzątaninie.  Wieczorem  znów  wyszła  przed  dom  i  usiadła  na 

stopniach ganku. Od tundry ciągnęło delikatną bryzą, pełną zapachów 

kwiatów  i  ziół.  Wokół  zalegała  prawie  niczym  nie  zmącona  cisza. 

Tylko co jakiś czas skrzypnęły drzwi w czyimś domu, zaśpiewał ptak, 

rozległ  się  płacz  dziecka.  Nieśmiało  zaczynały  odzywać  się 

świerszcze. 

Lanni  zamknęła  oczy.  Wciąż  myślała  o  babce.  O  jej  powolnej 

agonii  w  tym  mieście,  o  ludzkim  współczuciu  i  o  bezwzględnych 

wyrokach Opatrzności. Ktoś w sąsiedztwie otworzył furtkę, pisnęła na 

dawno  nie  oliwionych  zawiasach.  Ale  nie,  to  przecież  jej  furtka 

piszczała! Uniosła powieki i... zerwała się na równe nogi. 

Przed  nią  stał  Charles.  Miał  pobladłą  twarz  i  jakby  nie  wiedział, 

co zrobić z rękami. Zauważyła, że nie golił się tego ranka. 

- Nie powinienem był tu przychodzić. 

- Ale przyszedłeś. - Upajała się wręcz jego widokiem. - Zbliż się, 

usiądźmy razem na tych schodkach. 

Spełnił  jej prośbę, choć  wciąż  miała wrażenie,  że  zmaga  się  sam 

ze sobą. 

-  Niedaleko  pada  jabłko  od  jabłoni  -  powiedział  chrapliwym 

głosem. - Mój ojciec również nie mógł długo wytrzymać. 

Nie zrozumiała. Te słowa nie miały dla niej najmniejszego sensu. 

- Wiele lat temu - kontynuował Charles - moja matka wróciła do 

Anglii.  Zabrała  ze  sobą  Christiana.  Wyjechała  stąd  z  zamiarem 

pozostania  w  swojej  ojczyźnie  już  na  zawsze.  Ojciec  popadł  w 

background image

całkowitą apatię. Najpierw próbował znaleźć pocieszenie w butelce, a 

gdy to nie pomogło, po pociechę zwrócił się do... Catherine. A ona go 

szybko pocieszyła... 

Jeżeli  była  to  prawda,  to  Lanni  całkiem  już  nie  pojmowała, 

dlaczego  Charles  tak  bardzo  nienawidził  jej  babki.  Równocześnie 

wiadomość, że jednak w życiu Catherine zdarzyły się chwile szczęścia 

ze swym ukochanym, trochę ją zszokowała. 

-  Ojciec  nawet  nie  podejrzewał,  że  ja  i  Sawyer  doskonale  się 

orientujemy,  gdzie  udaje  się  każdego  wieczoru.  Catherine  stała  się 

jego nałogiem. 

- Dzieli nas od tamtych zdarzeń szmat czasu. 

- Nie mógł uwolnić się od Catherine, a ja nie mogę uwolnić się od 

ciebie.  -  Zabrzmiało  to  jak  najprawdziwsze  wyznanie.  -  Jestem  zbyt 

słaby, by oprzeć się tobie, Lanni. 

Dotknęła dłonią jego policzka. 

- Kocham cię, Charles. 

Nachylił  się  ku  niej  i  poszukał  jej  ust.  Uświadomiła  sobie,  że  ta 

chwila  może  zdecydować  o  całym  jej  życiu.  Oddała  mu  namiętny 

pocałunek, a potem wstała i ujęła go za rękę. 

- Chodź, kochany. 

Weszli  do  domu,  a  on  zamknął  frontowe  drzwi.  Usiadła na  sofie 

w salonie, ściągnęła sweterek i zaczęła rozpinać bluzkę. Śledził ruchy 

jej  dłoni,  oniemiały,  zafascynowany,  otwartymi  ustami  chwytając 

powietrze. A potem poprosiła go o pomoc, bojąc się, że zagubi gdzieś 

po  drodze  intymność  i  czułość.  Wzbraniał  się,  więc  wskazała  jego 

background image

dłoniom  kierunek.  Odpiął  haftki  biustonosza  i  uwolnił  jej  piersi.  Z 

cichym jękiem przywarł do nich ustami. 

Po  chwili  jednak  przyszło  otrzeźwienie.  Zrozumiał,  że  jeśli 

przekroczy  pewną  granicę,  nic  go  już  nie  powstrzyma.  Zarazem 

wyczuwał,  że  Lanni  gotowa  jest  na  przekraczanie  wszelkich  granic. 

Miłosny i półprzytomny wyraz jej twarzy mówił sam za siebie. 

- Musimy powstrzymać się - powiedział chrapliwym głosem. 

Spojrzała  mu  w  oczy  i  zobaczyła  w  nich  męską  determinację. 

Kiwnęła  głową  i  zaczęła  się  ubierać.  W  tym  momencie  czuła  się 

szczęśliwa,  a  równocześnie  trochę  rozczarowana.  Jego  samokontrola 

napełniała ją radością, gdyż oto miała dowód, że kocha prawdziwego 

mężczyznę.  Rozczarowanie  zaś  było  efektem  pobudzenia  i 

roznamiętnienia,  które  nie  znalazło  ujścia.  Utknęli  w  połowie  drogi. 

Nie  mogąc  dać  sobie  rady  z  dolnymi  guzikami,  po  prostu  zawiązała 

bluzkę na węzeł. 

Opadli na oparcie sofy. 

- Powiedz mi, Charles, co miałeś na myśli, mówiąc, że Davidowi 

nie udało się uwolnić od Catherine? 

- Mieli ze sobą romans. W przypadku mojego ojca był to romans 

pozamałżeński, osadzony na zdradzie. 

- Więc dlaczego ty i Ellen winicie tu moją babkę? 

Zasępił się i przez chwilę milczał. 

- Rzecz jest bardziej skomplikowana. Pewnego dnia otrzymaliśmy 

wiadomość  od  Ellen,  że  wraca  do  Hard  Luck.  Nie  chciała  rozwodu. 

Pragnęła odbudowania rodzinnego szczęścia. 

background image

Lanni zamknęła oczy. Cofnęła się w czasie do dnia, kiedy przybył 

ten  telegram  czy  list.  Wyobraziła  sobie  radość  dwóch  nastolatków 

oraz rozpacz babki. 

- Ojciec powiedział o tym Catherine w naszym domu. Odrabiałem 

właśnie lekcje i wszystko słyszałem. Wpadła w histerię. Wrzeszczała, 

płakała,  a  wreszcie  rzuciła  się  z  pięściami na  ojca.  Pobiegłem,  by  go 

bronić,  lecz  kazał  mi  się  wynosić  z  pokoju.  Tymczasem  Catherine 

krzyczała na cały dom, że on nie może jej tego zrobić. Nie może znów 

jej  wyrzucać  na  śmietnik.  W  końcu  wykrzyczała,  że  ojciec  jeszcze 

tego pożałuje, i wybiegła z naszego domu. 

Spojrzeli na siebie. Łzy w oczach Lanni kontrastowały z gniewem 

w oczach Charlesa. 

-  Po  jej  odejściu  ojciec  całkiem  się  załamał.  To  wtedy  po  raz 

pierwszy  i  ostatni  widziałem,  jak  płacze.  Płakał,  gdyż  kochał 

Catherine. Nigdy zresztą nie przestał jej kochać. 

- Więc dlaczego... - Nagle zalała ją fala sceptycyzmu. Któż zgłębi 

tajemnicę ludzkiego serca?  

Domyślił się, o co go chciała zapytać. 

-  Chciałbym  wierzyć,  że  ojciec  kochał  również  moją  matkę. 

Wierzą  w  to  moi  bracia,  lecz  ja  po  prostu  nie  wiem.  Wtedy  byli  już 

małżeństwem  od  prawie  trzydziestu  lat.  Prócz  synów  i  męża,  Ellen 

nikogo innego nie miała na świecie. Cała jej rodzina zginęła podczas 

wojny.  Wróciwszy  do  Anglii,  poczuła  się  bardzo  biedna  i  bardzo 

samotna. 

- Jak długo jej nie było? 

background image

- Osiemnaście miesięcy. Równe półtora roku. 

Biedna  Ellen.  Przynależała  do  dwóch  różnych  światów,  lecz  do 

żadnego całkowicie i bez reszty. 

-  Mama  zatęskniła  za  mną  i  Sawyerem.  Pragnęła  odbudować 

swoje małżeństwo oraz podjąć kolejną próbę wtopienia się w tutejszą 

zbiorowość.  I  wróciwszy, naprawdę przez jakiś czas robiła wszystko, 

by  to  osiągnąć.  Zaczęła  udzielać  się  społecznie,  zawiązywać 

przyjaźnie, łożyć fundusze na różne wspólne akcje... 

- Aż? 

- Aż Catherine wypełniła swoją groźbę. 

Lanni zesztywniała. 

-  Catherine  wystawiła  moją  matkę  na  ludzki  śmiech  i  drwiny. 

Przede  wszystkim  powiedziała  Ellen  o  swoim  romansie  z  Davidem, 

nie  szczędząc  jej  szczegółów.  Co  gorsza,  czerpała  rozkosz  z 

torpedowania  wszelkich  prób  moich  rodziców,  chcących  uzdrowić 

swój związek. 

- Nienawidzisz Catherine, prawda? 

-  Tak.  -  W  głosie  Charlesa  nie  było  ani  śladu  wahania.  -  Moja 

matka  nie  zasługiwała  na  takie  traktowanie.  Nie  było  jej  winą,  że 

zakochała się w moim ojcu i on poprosił ją o rękę. Nigdy nie pojmę, 

dlaczego się z nią ożenił. Widocznie ludzie podczas wojny, a więc  w 

krytycznych  sytuacjach,  zachowują  się  trochę  inaczej  niż  w  czasie 

pokoju. 

-  A  ja  nie  mogę  zrozumieć,  dlaczego  twój  ojciec  pozwalał 

Catherine dręczyć Ellen. 

background image

- Dręczyła nie tylko Ellen, dręczyła również Davida. Znasz chyba 

powiedzenie:  „Niczym  jest  piekło  wobec  furii  wzgardzonej  kobiety". 

Prawdę  zawartą  w  tym  aforyzmie  moi  rodzice  odczuli  na  własnej 

skórze.  Zawziętość  Catherine  przechodziła  wszelkie  granice.  Ale  w 

sumie najbardziej poszkodowaną osobą okazała się moja matka. Mąż 

zdradził  ją,  zaś  jego  kochanka  upokarzała  ją  przed  całym  miastem 

przez  długie  lata.  Czyż  więc  i  ja  mam  sprawić  jej  przykrość,  wiążąc 

się  z  kimś,  kto  siłą  rzeczy  będzie  przypominał  jej  o  tamtym 

koszmarze? 

Lanni drgnęła i odsunęła się od Charlesa na sam koniec sofy. Po 

chwili zapytała: 

- A co z moją babką? Postaw się na chwilę w jej sytuacji. Czy nie 

uważasz, że zasłużyła sobie na lepszy los? Dwa razy David wzgardził 

nią, nie licząc się w ogóle z jej uczuciami. Utrzymujesz, że ją kochał. 

Ośmielam się w to wątpić. Moim zdaniem używał jej wyłącznie jako 

środka. Przed wojną jej miłość zaspokajała jego męską próżność, zaś 

w  fazie  małżeńskiej  zdrady...  jego  głodne  zmysły!  Gdzież  więc  leży 

wina Catherine? Bo ty bez wątpienia ją winisz, i to głównie za to, że 

zrujnowała  małżeństwo  Ellen  i  Davida.  Absurd.  Kto  tu  kogo 

zniszczył,  kto  tu  komu  wyrządził  większe  zło?  Przecież  Catherine 

wyrzekła się nawet własnej córki, której pozwoliła wyjechać z ojcem, 

byleby  tylko  być  bliżej  Davida.  W  rezultacie  moja  matka  i  ja 

wyrosłyśmy  w  poczuciu  obcości  do  tej  kobiety.  A  wszystko  to  z 

powodu twojego ojca. 

Charles zapatrzył się w podłogę. 

background image

-  Więc  chyba  już  rozumiesz,  dlaczego  przed  nami nie  ma  żadnej 

przyszłości. Dobrze, że wyjeżdżasz. 

Zerwała się na równe nogi. Zaczęła krążyć po salonie. 

- Tylko uprzedzam, Charles. Nie mam zamiaru iść w ślady mojej 

babki i usychać z tęsknoty za tobą. Wracam do Anchorage, by podjąć 

pracę,  którą  lubię,  i  wyrzucić  z  pamięci  to,  że  kiedykolwiek  cię 

spotkałam. - Otarła łzę toczącą się po policzku. 

Charles również się podniósł. Przeczesał palcami włosy. 

- Tak chyba będzie najlepiej. 

- Skoro tak będzie najlepiej - powtórzyła, przedrzeźniając go - to 

zarazem  wszystko  się  wyrównuje.  Od  dzisiaj  ja  również  mam  prawo 

nienawidzić twojej rodziny. 

Odwrócił się i ruszył ku drzwiom. Wiedziała, że w tym momencie 

traci go z oczu na zawsze. 

 

Minęła  bezsenna  noc.  Rankiem,  w  drodze  na  lotnisko,  Lanni 

zaszła do restauracji Bena. 

- Dzień dobry, Ben - powiedziała, zdejmując plecak i kładąc go na 

podłodze obok walizki. 

- Witaj, Lanni. Wygląda na to, że opuszczasz nas. 

Melancholijnie się uśmiechnęła. 

- Zgadza się. Ale pomyślałam, że jeszcze wstąpię tu na kawę, no i 

żeby  się  z  tobą  pożegnać.  -  Wyciągnęła  ku  niemu  rękę,  a  on  ją  ujął 

między swoje dwie wielkie dłonie. 

- Będziemy za tobą tęsknili. 

background image

- Ja również będę za tobą tęskniła. 

- Za mną? Wątpię, czy faktycznie o mnie najpierw pomyślisz, gdy 

znajdziesz się w Anchorage. 

Spuściła głowę. 

-  Przeżyłam  tu  wiele  miłych  chwil  i  poznałam  mnóstwo 

wspaniałych  ludzi.  Pozdrów  ode  mnie  i  pożegnaj  synów  północy, 

moich cichych wielbicieli. 

-  Zrobi  się.  -  Postawił  przed  nią  kubek  z  kawą.  -  Szkoda,  że  tak 

wyszło między tobą a Charlesem. 

Wzruszyła ramionami. 

- Raz na wozie, raz pod wozem. Takie jest życie. 

-  Zdążyłaś  się  już  wtopić  w  pejzaż  naszego  miasteczka.  W  tym 

sensie  zdystansowałaś  już  wiele  kobiet,  które  zatrudnił  Christian. 

Niektóre  z  nich  przebywały  tu  o  wiele  za  krótko,  aby  dać  sobie  taką 

szansę, inne nawet nie wysiadły z samolotu. 

- Żartujesz! 

-  Bynajmniej.  Była  kiedyś  taka  nauczycielka.  Zapytaj 

kogokolwiek. 

- Nie muszę. Wierzę ci, Ben. 

- Cholerna szkoda, że musisz wracać. 

- Ja też, jak widzisz, nie skaczę z tego powodu z radości. 

- Kto cię odstawia do Fairbanks? 

-  Ralph.  -  Spojrzała  na  zegarek.  -  Na  mnie  chyba  już  czas. 

Chciałabym zgłosić się w biurze, zanim samolot odleci beze mnie. 

background image

- No, to trzymaj się, Lanni. - Pomógł jej przy zakładaniu plecaka. 

- Jesteś ładną i dobrą dziewczyną. Zasługujesz na szczęście. 

Przełknęła łzę, ale już nie mogła zdobyć się na słowa. Pomachała 

Benowi na pożegnanie ręką. Kiedy minęła granice miasta, zauważyła, 

że  przed  barakiem  lotniska  stoi  ciężarówka  Charlesa,  załadowana 

ekwipunkiem  potrzebnym  do  wyprawy  w  teren.  Zwolniła  kroku  i 

zawahała  się.  Nie  miała  ochoty  na  jeszcze  jedno,  w  gruncie  rzeczy 

całkowicie już zbędne spotkanie.  

Wtedy  zauważyła  Ralpha,  który  zbliżał  się  do  baraku  od  strony 

hangarów.  On  też  ją  zauważył  i  pomachał  jej  ręką.  Kiedy  zaś  doń 

podeszła,  stuknął  palcem  w  trzymaną  w  ręku  tabliczkę  z  rozkładem 

dnia. 

- Za chwilę odlatujemy. Wsiadaj do samolotu, a ja jeszcze skoczę 

do szefa po ostatnie dyspozycje. 

Drzwi  baraku  otworzyły  się  i  wyszedł  z  nich  Charles.  Na  widok 

Lanni  zatrzymał  się  w  pół  kroku.  Lanni  rzuciła  okiem  na  stojącą  na 

pasie startowym dwusilnikową cessnę. Właściwie pożegnała się już z 

Charlesem i nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia. Mogła śmiało 

zajmować swoje miejsce w samolocie. 

- Żegnaj, Charles. - Wyciągnęła rękę energicznym gestem kobiety 

sukcesu. 

Chwilę  patrzył  na  jej  wyciągniętą  dłoń,  zanim  w  końcu 

zdecydował  się  na  jej  uściśnięcie.  Uczynił  to  zresztą  jakoś  bardzo 

niezgrabnie. 

- Żegnaj, Lanni. 

background image

Rzuciła mu jeszcze dumny uśmiech i podjąwszy z ziemi walizkę, 

ruszyła  w  kierunku  samolotu.  Weszła  po  schodkach  do  środka  i 

usiadła na swoim miejscu. Zapięła pas bezpieczeństwa. 

Przez  jakiś  czas  siedziała  zapatrzona  w  siebie,  by  w  końcu  ulec 

sile,  która  kazała  jej  odwrócić  głowę  i  spojrzeć  przez  grubą  szybę 

bocznego  okienka.  Charles  stał  przy  drzwiach  ciężarówki  i  patrzył 

wprost na nią. Ale chyba nie mógł jej widzieć, tak jak i ona zaledwie 

go widziała przez gęstą zasłonę z łez. 

Pojawił  się  Ralph  i  usiadł  na  miejscu  pilota.  Rutynowo 

przypomniał jej przepisy związane z bezpieczeństwem lotu, lecz ona, 

słysząc  jego  głos,  nie  rozumiała  słów.  Ożyły  silniki,  furknęły  oba 

śmigła. Zaczęli się toczyć, nabrali rozpędu i oderwali się od ziemi. 

Wciąż patrzyła przez okno, coraz to bardziej i bardziej wykręcając 

szyję. Charles zmniejszył się do rozmiarów ołowianego żołnierzyka, a 

następnie  zlał  się  z  ciężarówką  i  ziemią.  Wszystko  na  dole 

przemieniło się w maleńkie kwadraty, trójkąty, prostokąty. Dosięgnęli 

nieba. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

- Dzień dobry, babciu. To ja, Lanni. 

Catherine  Fletcher  patrzyła  na  nią  jakimś  dziwnym  spojrzeniem, 

jakby  nie  rozpoznawała  wnuczki.  Przekroczyła  już  siedemdziesiątkę, 

lecz  wyglądała  dużo  starzej.  Głębokie  zmarszczki  na  jej  twarzy 

wyrzeźbione zostały przez gorycz i ból. 

- Wiem, kim jesteś. Gdzie Kate? 

background image

- Mama zaraz przyjdzie. 

-  Twoja  matka  nie  raczyła  odwiedzić  mnie  przez  cały  tydzień. 

Widocznie spisała mnie już na straty. Ale ja żyję. 

Dzień  nadejścia  śmierci  niełatwo  jest  matematycznie  wyliczyć. 

Lanni  wiedziała,  że  Kate  odwiedzała  Catherine  praktycznie 

codziennie.  Ciężar  tych  częstych  wizyt  znosiła  z  pogodą  ducha. 

Starała  się  zapewnić  matce  jak  największy  komfort,  psychiczny  i 

fizyczny. 

- Nie stój jak ten kołek - rzuciła stara kobieta kłótliwym głosem - 

tylko podaj mi szlafrok. Chcę wstać z tego przeklętego łóżka. 

Pomimo  całego  tego  pokrzykiwania  i  buńczucznego  tonu, 

Catherine  przedstawiała  sobą  żałosny  widok  gasnącego  życia.  Była 

chuda, wycieńczona i tak wątła jak pajęcza nić. 

-  Mamo,  wiesz  przecież,  że  nie  możesz  opuszczać  łóżka  bez 

towarzystwa  pielęgniarki.  -  Kate  stała  w  drzwiach  i  z  wyrzutem 

spoglądała na matkę. - I chyba nie ma powodu warczeć na Lanni. 

Catherine  potulnie  spuściła  wzrok,  a  Lanni  wyciągnęła  stąd 

wniosek,  że  ze  starymi  ludźmi  trzeba  niekiedy  postępować  jak  z 

małymi dziećmi i od czasu do czasu przywołać ich do porządku. 

-  Dobrze  byłoby  -  ciągnęła  Kate  -  umyć  dziś  włosy.  Nie 

zaszkodziłoby również wezwać fryzjerkę, żeby je trochę skróciła. 

- W żadnym wypadku - zbuntowała się nagle Catherine. - Nikomu 

nie pozwolę dotykać moich włosów. 

- Jak sobie życzysz, mamo. - Kate przeszła na ugodowy ton. 

background image

Kiedy  godzinę  później  opuszczały  szpital,  Lanni  była  pełna 

podziwu  dla  swojej  matki,  która  potrafiła  już  to  łagodnością,  już  to 

zdecydowaniem podporządkować sobie złośliwą i kłótliwą staruszkę. 

-  Wiesz,  powinnaś  pracować  jako  psycholog,  mamo.  Masz 

naprawdę świętą cierpliwość. 

-  Catherine  urodziła  mnie.  Może  nie  była  najlepszą  w  świecie 

matką,  ale  nie  była  też  najgorszą.  Miała  zawsze  niezależną  naturę  i 

pobyt  w  tym  szpitalu  jest  dla  niej  równoznaczny  z  pobytem  w 

więzieniu. 

- Ale ona jest taka... 

- Niewdzięczna? - podsunęła Kate. 

- Tak. 

-  To  tylko  pozory.  Niewiele  miała  szczęśliwych  chwil  w  swoim 

życiu.  A  teraz  ta  choroba  i  świadomość  śmierci.  Obawiam  się,  że 

niebawem stracimy ją na zawsze. 

Lanni wiedziała już, co to oznacza „stracić kogoś na zawsze". Nie 

było chwili, podczas której nie myślałaby o Charlesie. Od powrotu do 

Anchorage często nie mogła opanować łez. 

- A może zjemy razem lunch? - zaproponowała Kate, biorąc córkę 

pod ramię. 

Lanni  spodobał  się  pomysł.  Pojechały  do  ulubionej  restauracji 

Kate,  gdzie  podawano  ryby  i  frutti  di  mare.  Sęk  w  tym,  że  Kate 

wybierała ten lokal tylko w związku ze specjalnymi okazjami. 

-  Czy  będziemy  coś  świętować?  -  zapytała  Lanni,  rozkładając 

serwetkę. 

background image

- Jasne. Twój powrót do domu. 

- Nie było mnie prawie miesiąc. 

Dokładnie dwadzieścia siedem dni. I każdy z tych dni pozostawił 

w  jej  pamięci  ślad  nie  do  zatarcia.  Był  to  w  ogóle  wyjątkowy  i 

niepowtarzalny okres w jej życiu. Otwarta przestrzeń tundry, błękitne 

niebo,  kameralność  życia  w  lokalnej  społeczności  i  ta  miłość,  która 

spłynęła jakby z tego błękitnego nieba, miłość, można by rzec, łatwa i 

oczywista,  a  przecież  z  tragicznym  finałem.  Aż  trudno  było  w  to 

uwierzyć, jak nie wierzymy, idąc kwiecistą łąką, że za chwilę możemy 

nadepnąć na węża. 

-  Widzisz,  Lanni,  mam  wrażenie,  że  coś  się  wydarzyło  w  Hard 

Luck  -  powiedziała  matka,  patrząc  na  córkę  sponad  karty  dań.  -  Nic 

szczególnego  nie  usłyszeliśmy  od  ciebie,  ale  jest  dla  nas  oczywiste, 

dla ojca i dla mnie, że jesteś nieszczęśliwa. 

- Och, jak zwykle dramatyzujecie. 

-  Obawiam  się,  że  nie.  Kochanie,  wyglądasz  jak  cień. 

Zmizerniałaś, posmutniałaś, masz zaczerwienione oczy. Jestem twoją 

matką i jeśli sama nie będę mogła ci pomóc, znajdę kogoś, kto zaradzi 

kłopotom. Ale musisz otworzyć się przede mną. 

Pomiędzy  Lanni  a  Kate  zawsze  panowały  bliskie  i  serdeczne 

stosunki. Lanni musiała przyznać w duchu, że tym razem nie okazała 

się dobrą córką. Natomiast matka raz jeszcze udowodniła, jak bardzo 

ją kocha i troszczy się o jej szczęście. 

-  Cóż,  doświadczyłam  zwykłej,  choć  krępującej  trochę 

przypadłości  -  zaczęła  Lanni,  gniotąc  serwetkę,  którą  przed  chwilą 

background image

rozpostarła sobie na kolanach. - Zakochałam się. I to bardzo pechowo. 

Bo tym mężczyzną jest Charles O'Halloran. 

Matka na chwilę zamknęła oczy. 

- Syn Davida O'Hallorana? 

- Tak. Opowiedziałaś mi, co się wydarzyło pomiędzy Davidem a 

babcią. Charles dorzucił kilka faktów. 

- Na razie mniejsza z tym. Chciałabym wiedzieć, co się wydarzyło 

pomiędzy tobą a Charlesem? 

- Długo nie wiedział, że jestem wnuczką Catherine. Ukrywałam to 

przed nim. Kiedy poznał prawdę, zerwał ze mną wszelkie stosunki. 

- A to głupiec! - Kate oddychała jak po biegu. 

Lanni uśmiechnęła się. 

-  Jeśli  kiedykolwiek  jeszcze  go  spotkam,  co  wydaje  się  nader 

wątpliwe, powtórzę mu twoją ocenę. 

I nagle Lanni zaczęła opowiadać. Mówiła o faktach i najgłębszych 

przeżyciach.  Opisała  urok  wyprawy  nad  Koyukuk  oraz  grozę 

spotkania 

niedźwiedziem. 

Narastanie 

swojej 

miłości 

współdźwięczność  z  nią  miłości  Charlesa.  Na  koniec  zrelacjonowała 

ze szczegółami weselne przyjęcie i kulminacyjne na nim wydarzenie, 

kiedy to Charles dowiedział się bolesnej prawdy o jej rodzinie. 

-  Ale  najdziwniejsze  jest  to,  że  wcale  nie  żałuję  tej  swojej  do 

niego  miłości.  Z  pewnością  to  uczucie  zmieniło  moje  życie  i 

odmieniło  mnie  samą,  choć  jeszcze  stanowi  zbyt  świeże 

doświadczenie, bym mogła dokonać tu jakiejś rzetelnej oceny. Przede 

background image

wszystkim  muszę  nauczyć  się  żyć  ze  świadomością,  że  Charles  jest 

dla mnie stracony na zawsze. 

Kate otarła łzę. 

- Zdumiewasz mnie, Lanni. Kiedy i skąd nabyłaś tej mądrości? 

Lanni roześmiała się. 

- Nie czuję się mądra. Czuję się pusta w środku. 

- To tylko stan tymczasowy. 

Lanni zgadzała się z matką. Wiedziała, że czas goi rany. Rzecz w 

tym, jak dużo tego czasu miało upłynąć. 

Kate nagle zmarszczyła czoło. 

-  Próbuję  sobie  przypomnieć,  co  Mart  ostatnio  mi  mówił  o 

Charlesie  O'Halloranie.  Bo  że  napomknął  coś  o  nim,  jestem  tego 

pewna. 

-  Pewnie  chodziło  o  hotel  O'Halloranów  w  Hard  Luck.  Matt 

ostatnio usycha z pragnienia odkupienia od nich tej rudery. 

Kate głęboko westchnęła. 

- Czyli jest na dobrej drodze do setnej w swoim życiu porażki. 

- Tym razem może być inaczej. Mam nadzieję, że uda mu się ten 

interes.  -  Lanni  roześmiała  się,  po  czym  natychmiast  odzyskała 

powagę. - Pamiętasz, jak nagle strzeliło mu do głowy, żeby uczyć się 

sztuki kulinarnej? 

- Czyż mogłabym zapomnieć... 

Wówczas  to  na  całą  rodzinę  spadła  kara  pod  postacią  tortur 

degustacji. Matt  chciał  wymyślić  potrawę,  która  podbiłaby  świat,  oni 

background image

zaś, chcąc nie chcąc, brali udział w jego odważnych eksperymentach 

w roli zwierzątek doświadczalnych. 

- A to jego nagłe przedzierzgnięcie się w rybaka... 

- I równie nagłe w księgowego. Tak, Mattowi nigdy nie zbywało 

na  pomysłach.  Ale  może  tym  razem  mu  się  uda?  W  każdym  razie 

bardzo poważnie podchodzi do sprawy hotelu. 

-  Szkoda,  że  wcześniej  nie  stał  się  poważnym  człowiekiem  - 

zauważyła Kate. - Uratowałby w ten sposób swoje małżeństwo. 

Przez chwilę, zadumane, milczały. 

-  Dzisiaj  umówiona  jestem  z  Mattem  na  obiad  -  powiedziała 

Lanni. - Spróbuję zorientować się, jak daleko udało mu się posunąć do 

przodu tę ostatnią sprawę. 

A  przy  okazji,  dodała  w  myślach,  może  dowiem  się  czegoś  o 

Charlesie.  Nie,  nie  będzie  pytała  o  niego.  Charles  nieodwołalnie  stał 

się  elementem  składowym  przeszłości.  I  życzyła  sobie,  aby  ta 

przeszłość  jak  najszybciej  została  zamknięta  i  nie  rzucała  cienia  na 

dzień dzisiejszy. 

 

Charles stanął przed fasadą kilkupiętrowej kamienicy i spojrzał w 

górę.  Nie  był  do  końca  przekonany,  czy  to  spotkanie  naprawdę  było 

konieczne. Mart skontaktował się z nim telefonicznie i oświadczył, że 

muszą  jeszcze  przedyskutować  pewne  sprawy.  Zabrzmiało  to  dość 

enigmatycznie,  lecz  skoro  on,  Charles,  był  już  na  miejscu  w 

Anchorage, nie widział powodu, żeby odmówić bratu Lanni. 

background image

Polubił  zresztą  Marta.  Z  chęcią  przystał  na  jego  ofertę  kupienia 

hotelu.  Pozbywał  się  tej  rudery  jak  gdyby  w  geście  dobrej  woli. 

Pragnął  w  ten  bardzo  zakamuflowany  sposób  przekazać  Lanni,  że 

zawsze pozostanie jego jedynym ukochaniem. 

Spodziewał  się  pewnych  przeszkód  ze  strony  Christiana  i 

Sawyera, lecz obaj bracia sprawili mu miłą niespodziankę. Odetchnęli 

z  ulgą,  że  znalazł  się  ktoś,  kto  chce  niejako  kontynuować  ideę  ich 

ojca,  który  wybudował  ten  hotel.  Cenę  wyznaczyli  raczej 

umiarkowaną, a warunki i terminy płatności nadzwyczaj dogodne. 

Charles spojrzał raz jeszcze na trzymaną w dłoni kartkę. Z adresu 

wynikało,  że  musi  wjechać  windą  na  drugie  piętro.  Znalazł  się  w 

przestronnym  i  widnym  korytarzu.  Skręcił  w  lewo  i  stanął  przed 

mahoniowymi drzwiami. Nacisnął dzwonek. 

Ze  środka  odpowiedział  mu kobiecy  głos.  Głos  Lanni!  Po  chwili 

zobaczył  ją  samą.  Patrzyli  na  siebie,  jakby  nie  do  końca  mogli 

uwierzyć, że jest to jawa i że bynajmniej nie śnią. 

- Charles? 

- Lanni? 

Zapomniał  już,  jak  śpiewny  miała  głos,  i  teraz  odkrył  to  po  raz 

drugi  z  jakimś  radosnym  uniesieniem.  Poza  tym  była  szczuplejsza  i 

bledsza  niż  w  dzień  swojego  wyjazdu  z  Hard  Luck,  pozostawała 

wciąż jednak najpiękniejszą kobietą, jaką spotkał w życiu. 

Gestem ręki zaprosiła go do środka. 

- Wchodź, proszę. 

- Zastałem Marta? - zapytał, przekraczając próg. 

background image

- Marta? - Na jej twarzy odbiło się zaskoczenie. 

-  Dał  mi  ten  adres.  Mieliśmy  się  tu  spotkać,  aby  omówić  pewne 

sprawy związane z przejęciem przez niego hotelu. 

- Rozumiem. - Zamknęła oczy. 

- Co się stało? 

-  Wygląda  na  to,  że  zrobiono  z  nas  dudków.  -  Opadła  na  fotel, 

jakby nie mogła dłużej utrzymać się na nogach. - To moje mieszkanie. 

Matt miał zabrać mnie dzisiaj na obiad. 

-  Być  może  chciał  połączyć  spotkanie  z  tobą  ze  spotkaniem  ze 

mną. 

- Być może. Chociaż zaraz mogę się upewnić. Poczekaj tu chwilę, 

a ja zadzwonię do niego. 

Przeszła do sąsiedniego pokoju. Wróciła jeszcze bledsza, niż była. 

- Przepraszam, Charles. Mój brat zostawił dla mnie wiadomość na 

automatycznej sekretarce. Przyznaje się, że świadomie zaaranżował to 

nasze spotkanie. Dał ci mój adres, zaś umawiając się ze mną na obiad 

zyskał pewność, że będę w domu. 

- Sprytny  gość - skomentował Charles, bynajmniej nie czując się 

rozczarowany  takim  obrotem  rzeczy.  Dzięki  intrydze  Marta  mógł 

teraz patrzeć na swoje jedyne ukochanie. 

- Przywiozłem z Hard Luck kilka wieści. Sawyer i Abbey wrócili 

już z Hawajów, zaś Pearl Inman praktycznie siedzi już na walizkach. 

Lanni zaczęła przyglądać się bacznie swoim paznokciom. 

- A co ze sprzedażą Mattowi tego hotelu? 

Charles wzruszył ramionami. 

background image

- Prawdę mówiąc, Matt swoją propozycją rozwiązał za nas pewien 

dość kłopotliwy problem. 

- Ben wciąż poi was swoją kawą? 

-  Jakżeby  inaczej.  I  wciąż  stara  się  nam  wmówić,  że  pozjadał 

wszystkie rozumy świata. 

Uśmiechnęła się, a on poczuł miłe ciepło w okolicy serca. 

- Jak sobie radzi nowa sekretarka? 

-  Mariah  Douglas?  Wszystko  na  to  wskazuje,  że  zajmowała  się 

dotąd  raczej  sprzedażą  pończoch  w  jakimś  supermarkecie.  Christian 

musiał pokazać jej, jak się obsługuje zwykłą maszynę do pisania. 

- Ale została? 

Kiwnął głową. 

-  Poza  tym  to  dzielna  dziewczyna.  Upiera  się,  by  zamieszkać  w 

jednym  z  tych  myśliwskich  domków,  bo  widzi  w  tym  szansę 

uzyskania aktu własności na ziemię, którą obiecali jej moi bracia. 

- Życzę jej powodzenia. 

Zapadło  milczenie,  które  w  odróżnieniu  od  zakłopotanej  nim 

Lanni wcale nie przeszkadzało Charlesowi. 

- Jak ci się podoba Anchorage? - zapytała. 

- No cóż, to miasto jest dumą Alaski, jej oknem na świat. Można 

więc powiedzieć, że siedzę teraz w oknie i rozpiera mnie duma. 

Uśmiechnęła  się  i  znowu  przeniosła  wzrok  na  swoje  paznokcie. 

Sycił  się  jej  widokiem.  Subtelna  uroda  Lanni  przemawiała  do  jego 

duszy.  Ale kochał ją nie tylko za jej  urodę, bo również  za otwartość, 

szczerość i ciepłą bezpośredniość. 

background image

A  jednak  ta  otwarta  i  szczera  dziewczyna  ukryła  przed  nim  fakt, 

że  jest  wnuczką  Catherine  Fletcher.  Uczyniła  to  najpewniej  z  lęku 

przed  przewidywanymi  konsekwencjami.  Intuicja  nie  zawiodła  jej. 

Ellen  zareagowała,  jakby  otrzymała  cios  w  samo  serce.  On,  Charles, 

nie mógł przysparzać matce bólu. Inaczej każdy mógłby mu rzucić w 

twarz, że jest wyrodnym synem. 

- Gdy zadzwoniłeś, parzyłam właśnie kawę - powiedziała Lanni. - 

Napijesz się? 

Wiedział,  że  najrozsądniejszą  rzeczą  byłoby  wyjść  stąd 

natychmiast, lecz poczuł z wyjątkową ostrością, że świadomość i wola 

to dwie różne rzeczy. 

- Chętnie. 

Wstała i on wstał, by przejść razem z nią do kuchni. I wówczas to 

się  stało.  Po  prostu  znaleźli  się  zbyt  blisko  siebie.  Zadziałały  siły 

przyciągania,  którym  nie  sposób  było  się  oprzeć.  Zwarli  się  w 

pocałunku  namiętnym,  szalonym,  wręcz  dzikim.  Trwało  to  krótko, 

lecz dostatecznie długo, by wszystko odżyło i nabrało barw. 

Lanni wsparła czoło na jego ramieniu. 

- Charles... - wyszeptała. 

-  Wiem,  wiem,  najdroższa.  Przeraża  mnie  moc  i  gwałtowność 

mojego pragnienia. Kochajmy się, Lanni. 

Zesztywniała i potrząsnęła głową. 

- Tam, w Hard Luck, w przeddzień mojego wyjazdu chciałam się 

z tobą kochać. Teraz jest już za późno. 

Położył jej dłoń na swoim sercu. 

background image

- Ale pragniesz mnie, prawda? 

-  Tak,  z  tym  że  tą  drogą  nie  możemy  iść.  Jest  to  droga  donikąd. 

Nie  przestanę  być  wnuczką  Catherine  Fletcher,  a  ty  nie  przestaniesz 

być synem Davida i Ellen. 

Cóż on mógł na to odpowiedzieć? Mógł tylko milczeć i starać się 

zapanować nad swoim pragnieniem. 

-  Powiedz  mi,  Charles.  Czy  próbowałbyś  mnie  odszukać,  gdyby 

Matt nie wpadł na pomysł tej intrygi? 

Winien był jej prawdę i tylko prawdę. 

- Nie. 

Ugodził ją tym „nie", ponieważ drgnęła. 

- Ja również nie uwzględniałam w żadnej dającej się przewidzieć 

przyszłości spotkania z tobą. 

- Ale spotkaliśmy się i jest oczywiste, że się kochamy. 

-  Kocham  cię,  Charles,  lecz  nie  namówisz  mnie  do  sekretnego 

romansu, kiedy to spotykalibyśmy się chyłkiem i po kryjomu. Miłosne 

historie lubią się powtarzać, a ja nie chcę być dla ciebie tym, kim była 

moja babka dla Davida... przelotną, jednoroczną kochanką. 

- Nie mam żony. 

- Ale masz matkę, która nigdy mnie nie zaakceptuje. 

Nic nie odpowiedział. 

-  Przepraszam  za  Matta.  To  już  się  więcej  nie  powtórzy.  - 

Wskazała ręką na drzwi. - Może byłoby lepiej, gdybyś odszedł. 

Charles nerwowo uśmiechnął się. 

background image

- Przecież nie mogę tak odejść. Nie mogę cię zostawić... Chcę się 

napić kawy - powiedział takim tonem, jakby doznał olśnienia. 

Lanni  poczuła  się  wzruszona  tym  chłopięcym  zachowaniem 

trzydziestopięcioletniego mężczyzny. 

-  Napiję  się  z  tobą.  -  Przeszli  do  kuchni,  gdzie  zaraz  na  stoliku 

pojawiły  się  dwie  parujące  filiżanki.  -  A  w  ogóle  to  chcę  ci 

podziękować. 

- Podziękować mi? Za co? 

Czy za te podkrążone oczy? - pomyślał. Za tę bladość twarzy? Za 

ten smutek każdego spojrzenia? 

-  Podałeś  Mattowi  pomocną  dłoń.  Jemu  naprawdę  strasznie 

potrzeba jakiegoś drobnego choćby sukcesu. 

-  Sprzedałem  hotel  z  tysiąca  powodów.  Nie  wszystkie  przynoszą 

mi zaszczyt. 

- Nie rozumiem. 

-  Na  przykład  liczyłem  na  to,  że  twój  brat  jako  właściciel  hotelu 

będzie wiarygodnym i łatwo dostępnym źródłem informacji o tobie. 

- I o co byś go pytał? 

-  O  wszystko.  Jak  radzisz  sobie  w  pracy,  gdzie  spędziłaś  ostami 

urlop,  czy  dopisuje  ci  zdrowie,  czy  wyszłaś  za  mąż...  -  Na  myśl  o 

innym mężczyźnie w życiu Lanni Charles po prostu się dusił. 

Łzy zakręciły się w jej oczach. 

- Pewne rzeczy nigdy się nie wydarzą. 

Szybko  dopił  kawę.  Teraz  już  naprawdę  musiał  uwolnić  ją  od 

siebie. 

background image

-  Dlaczego  mi  to  zrobiłeś?  -  zapytała  Lanni,  gdy  usłyszała  w 

słuchawce głos brata. 

Matt w lot zorientował się, czego dotyczy to pytanie. 

-  Dlatego,  że  już  podczas  pierwszego  spotkania  z  O'Halloranem 

zorientowałem  się,  że  zaszłaś  facetowi  za  skórę.  O  tobie  nie  muszę 

mówić. Znam cię jak własną kieszeń i wiem, że go kochasz. 

Lanni  milczała.  Ten  jej  braciszek  najwidoczniej  kreował  się  na 

wielkiego znawcę duszy ludzkiej. 

- Ponieważ zachowujecie się jak para idiotów z wyciskającego łzy 

romansidła,  pomyślałem  więc,  że  ktoś  rozsądny  musi  ująć  sprawy  w 

swoje ręce. 

-  A  więc  dla  ciebie  cudza  prywatność  to  tyle,  co  przystanek 

autobusowy?  -  wybuchnęła,  bliska płaczu.  -  Sam  przecież  znajdujesz 

się w podobnej sytuacji. Kochasz Karen i... 

- Co Karen ma z tym wspólnego? 

- I ona cię kocha! 

-  Dobre  sobie!  Gdyby  mnie  kochała,  nie  popędziłaby  tak  szybko 

do adwokata, żeby załatwił jej rozwód. 

- Jakże często powodujemy się nastrojem i chwilowym impulsem. 

Powtarzam,  ona  cię  kocha,  Mart.  Jak  byś  się  zatem  czuł,  gdybym 

odwdzięczyła  ci  się  taką  samą  sztuczką  i  zaaranżowała  spotkanie 

między tobą a Karen? 

- Ani mi się waż, siostrzyczko - ostrzegł ją twardym głosem. 

- No więc teraz wiesz, co mi zrobiłeś. 

Matt nagle roześmiał się. 

background image

- Mam szczęście, że Karen wyjechała aż do Kalifornii. 

- I ty nazywasz to szczęściem? 

- Przynajmniej nie grozi mi, że zobaczę ją z innym mężczyzną. 

- W tym punkcie, niestety, masz rację. 

-  Wybacz,  jeśli  sprawiłem  ci  przykrość.  Chciałem  jak  najlepiej. 

Myślałem, że coś poprawię, a tymczasem tylko popsułem. Nie nadaję 

się na swata. 

- Bądź przynajmniej takim bratem, jakim byłeś do tej pory. Miej 

wzgląd na moje uczucia. 

- Przecież ty go kochasz. 

- Tak, ale ta miłość nie ma przed sobą perspektyw. Niczego tu nie 

poprawisz,  niczego  nie  wskrzesisz.  Przyrzeknij,  że  już  nigdy  więcej 

tak nie postąpisz. 

- Przyrzekam, Lanni. 

I Lanni mu uwierzyła. Po prostu zawsze wierzyła swojemu bratu. 

Wracając  w  południe  z  zakupów,  zajrzała  do  skrzynki  na  listy. 

Znalazła jeden, z kanadyjskim znaczkiem. Poszukała w pamięci, kogo 

zna w Kanadzie, i wyłowiła tylko jedną osobę. Ellen Greenleaf. 

Nawet  nie  skorzystała  z  windy.  Pobiegła  na  drugie  piętro, biorąc 

po dwa stopnie. Wpadła do mieszkania i rozdarła kopertę. 

Droga Lanni! 

Ten  list  będzie  z  pewnością  dla  Ciebie  dużym  zaskoczeniem. 

Sawyer  był  tak  miły,  że  dał  mi  Twój  adres.  Już  od  kilku  tygodni 

nosiłam się z zamiarem skontaktowania się z Tobą by w końcu uznać 

list za najlepsze rozwiązanie. 

background image

Przede  wszystkim  chcą  Cię  przeprosić  za  moje  zachowanie 

tamtego  wieczoru.  Wstrząsnęło  mną  do  głębi,  że  jesteś  wnuczką 

Catherine  Fletcher.  Nie  potrafiłam  wznieść  się  ponad  swój  ból  i 

zadawnione  urazy.  Mam  nadzieję,  że  wybaczysz  starej  kobiecie  jej 

słabość. 

Nie jestem pewna, jaka jest twoja wiedza o tym dramacie (kto wie, 

czy wnuki nie nazwą tego farsą?), w którym ja, Catherine i David, mój 

mąż,  graliśmy  przez  tyle  lat.  W  istocie  wraz  ze  śmiercią  Davida 

zapadła kurtyna i nikt nie ma prawa pisać dalszego ciągu.  

Nie  żywię  wobec  Twojej  babki  pragnienia  odwetu.  Tym  bardziej 

wobec  Ciebie.  Znam  mojego  syna  i  wiem,  że  Cię  kocha.  Ale  gdy 

próbowałam  przekonać  Charlesa,  że nikt  nie ponosi  winy  za  grzechy 

przodków, pozostał głuchy na moje argumenty. 

Moje  serce  boleje,  że  Opatrzność  nie  zechciała  dotąd  pokazać 

bardziej łaskawego oblicza. I dlatego będę Ci głęboko wdzięczna, jeśli 

zechcesz  spotkać  się  ze  mną.  Przyjadę  do  Anchorage  w  przyszłym 

tygodniu. Zatrzymam się w hotelu Holiday Inn. Serce mi podpowiada, 

że zadzwonisz do matki Charlesa, a wówczas umówimy się na lunch. 

Najwyższy czas, by pogrzebać przeszłość. 

Szczerze oddana 

Ellen Greenleaf 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Kiedy Abbey wróciła z pracy do domu, Sawyer wertował właśnie 

książkę kucharską. 

- No to jestem - ogłosiła, zmieniając buty na domowe bambosze. 

-  Dzięki  Bogu.  Bo  dla  mnie  te  kulinarne  przepisy  niczym  nie 

różnią się od sanskrytu. 

- A co chciałbyś dziś na obiad? 

-  Może  być  cokolwiek,  byleby  tylko  miało  ręce  i  nogi.  - 

Roześmiał  się,  rozbawiony  własną  wpadką  językową.  -  Tylko  nie 

myśl,  że  tęsknię  za  kanibalizmem.  Choć  za  kurczakiem,  owszem.  - 

Pocałował czule żonę i nalał jej kawy. - Wrócił Charles. 

- Ach, tak. - Miała trochę nieobecny wyraz twarzy. - Czy poprawił 

mu się nastrój? 

- Wręcz przeciwnie, pogorszył. Patrząc na niego, ma się wrażenie, 

że cierpi na kamicę nerkową. 

- Czy próbowałeś już z nim porozmawiać? 

- Dwa razy, ale zawsze z ryzykiem utraty życia. Do faceta trudno 

przystąpić, a co dopiero po ludzku z nim pogadać. 

- Być może wobec mnie nie będzie taki najeżony? 

-  Nie  radzę  ryzykować.  Trzeba  dać  mu  czas,  by  odpowiedział 

sobie na pewne pytania. Wciąż walczy ze swoim uczuciem do Lanni. 

Nigdy się nie spodziewał, że dopadnie go miłość. 

-  Ty  również  nie  uwzględniałeś  czegoś  takiego  w  rachunku  - 

przypomniała mu Abbey. 

background image

-  Tak,  ale  pomiędzy  mną  a  Charlesem  jest  jednak  pewna  drobna 

różnica.  Ja  zakochałem  się  po  prostu  w  dziewczynie  z  innego  stanu, 

on zaś we wnuczce Catherine Fletcher. To dlatego na siłę szuka teraz 

argumentów usprawiedliwiających zerwanie. A to Lanni jest dla niego 

za  młoda,  a  to  że  pasjonuje  się  swoją  dziennikarską  pracą,  a  więc 

nigdy  nie  osiądzie  na stałe  w  Hard  Luck, a  to  wreszcie  nasza  matka, 

pomimo całej swej wielkoduszności, nigdy jej nie zaakceptuje. 

- A równocześnie łączy go z Lanni autentyczna miłość. 

- Jak widać, miłość nie zawsze prostuje ścieżki. Często je wikła i 

zaciemnia. 

Do kuchni wpadł jak pocisk spocony i czerwony na twarzy Scott, 

a zaraz za nim zziajany Eagle Catcher. Dla  wszystkich od dawna już 

było oczywiste, że chłopak wziął sobie za punkt honoru, by zawsze i 

w  każdych  okolicznościach  śmigać  szybciej  od  samolotów  „Synów 

Północy". 

- Co na obiad? Umieram z głodu. 

-  Dziś  będzie  pieczony  kurczak  z  ryżem  i  sałatką  z  kukurydzy  i 

pomarańczy  -  odparła  Abbey.  -  Lecz  usiądziemy  do  stołu  dopiero  za 

jakąś godzinę. 

Scott omiótł krytycznym spojrzeniem rodziców. 

- Wy to albo się całujecie, albo bez końca o czymś rozmawiacie. 

A tu konaj, człowieku, bo nie masz co włożyć do ust. Chodź, piesku, 

zapolujemy sobie na myszy. 

 

background image

Lanni weszła do sali restauracyjnej hotelu Holiday Inn i rozejrzała 

się  wokół.  Prawie  wszystkie  stoliki  były  zajęte,  lecz  z  rozpoznaniem 

matki  Charlesa  nie  miała  większych  trudności.  Ellen  siedziała  przy 

oknie i spoglądała na zatokę. Sprawiała wrażenie osoby pogrążonej w 

myślach.  

Dostrzegła  Lanni  dopiero  w  momencie,  gdy  ta  stanęła  przy  jej 

krześle. Przywitały się i Lanni usiadła. Przez chwilę patrzyły na siebie 

w milczeniu. Dzieliła je przepaść czasu, ale obie kochały tego samego 

mężczyznę. I nieważne, że tak różna była to miłość. 

-  Jak  to  miło  z  twojej  strony,  że  zgodziłaś  się  ze  mną  spotkać  - 

zaczęła Ellen. 

-  Przede  wszystkim  serdecznie  dziękuję  za  list.  Wiele  po  jego 

lekturze zrozumiałam. Właściwie dumna jestem, że mogę w tej chwili 

siedzieć z panią przy jednym stoliku. 

Ellen  blado  się  uśmiechnęła.  Pojawił  się  kelner.  Zamówiły  lekki 

sałatkowy  lunch  i  to  raczej  po  to,  by  formalności  stało  się  zadość. 

Spieszno im było wrócić do dopiero co rozpoczętej rozmowy. 

-  Pamiętam  bardzo  dobrze  twoją  matkę,  Lanni  -  powiedziała 

Ellen,  kiedy  kelner  odszedł.  -  Kate  była  promienną  dziewczynką  z 

długimi  i  grubymi  warkoczami.  Widywałam  ją  tylko  latem  podczas 

wakacji, ale za to co roku. W tamtym okresie rozpaczliwie pragnęłam 

urodzić dziecko, zaś Catherine nigdy nie przepuściła żadnej okazji, by 

wytknąć mi moją jałowość i bezpłodność. 

- Tak mi przykro. 

background image

-  Nie  reaguj  w  ten  sposób  na  moje  słowa,  Lanni.  Bo  teraz  chcę 

przejść do własnych błędów i przewinień. 

- Z tego co  wiem od Charlesa i od innych, to obie strony zostały 

tu pokrzywdzone i mają powody do skarg. 

Ellen kiwnęła głową. 

-  Dokładnie  jest  tak,  jak  mówisz.  I  dlatego  trudno  dokonać  tutaj 

jednoznacznej oceny moralnej. 

- Moja babka już prawie nie wstaje z łóżka. 

- Wierz mi lub nie wierz, ale bardzo jej współczuję. 

- Wierzę pani. 

- Proszę, mów mi Ellen. 

- Wierzę ci, Ellen. 

- Otóż jest w tym pewna ironia losu, że za chwilę odsłonię przed 

wnuczką  Catherine  Fletcher  coś,  co  dotąd  ukrywałam  nawet  przed 

własnymi  synami  i  co  przez  blisko  pół  wieku  pozostawało  moim 

najlepiej strzeżonym sekretem. 

Lanni poruszyła się na krześle. Targnął nią niepokój. 

- Ale czy to konieczne? Przecież ja tylko... 

Ellen macierzyńskim gestem nakazała jej milczenie. 

-  Wszystko  zaczęło  się  już  pod  sam  koniec  ostatniej  wojny 

światowej.  Straciłam  rodziców  podczas  jednego  z  nocnych 

bombardowań  Londynu.  Mój  starszy  brat,  lotnik  i  nawigator, 

zestrzelony został nad terenem Niemiec w czerwcu 1943 roku. Z całej 

rodziny  pozostała  mi  tylko  kuzynka  Elizabeth,  z  którą  zresztą  nie 

utrzymywałam do tej pory bliższych kontaktów. 

background image

-  Boże,  jak  wojny  ciężko  doświadczają  ludzi.  Nie  wiem,  czy 

jestem w stanie wyobrazić sobie twoją samotność i rozpacz. 

-  Tak,  czułam  się  samotna,  opuszczona  i  bardzo  nieszczęśliwa.  I 

wówczas spotkałam pewnego młodego amerykańskiego żołnierza. 

Który, pomyślała Lanni, znajdował się wtedy w stanie krańcowej 

depresji po utracie brata. 

- Zakochaliśmy się w sobie. Była to w moim przypadku pierwsza 

tak  głęboka  i  wszechogarniająca  miłość.  Kurczowo  przywarliśmy  do 

siebie,  gdyż  jedno  dostrzegło  w  drugim  wybawienie  od  koszmaru 

wojny. - Ellen wyjęła  z torebki chusteczkę i otarła  wzbierające łzy.  - 

Wychowałam  się  w  rodzinie  autentycznie  religijnej,  w  moim  domu 

zasady  etyczne  niezmiennie  przyjmowały  formę  bezwzględnego 

dyktatu.  Ale  czasy  były  okrutne  i  szalone,  kochaliśmy  się  i  nikt  nie 

wiedział, co przyniesie dzień jutrzejszy. Stało się zatem to, co musiało 

się stać. Oddałam się ukochanemu mężczyźnie. Na konsekwencje nie 

trzeba było długo czekać. Zaszłam w ciążę. 

-  W  ciążę?  -  powtórzyła  Lanni  zdumionym  głosem,  dobrze 

pamiętając, ile lat Ellen czekała na swoje pierwsze dziecko. 

-  Nie  miałam  odwagi  powiedzieć  tego  kochankowi.  Podjęłam 

nawet próbę zniknięcia mu z oczu, ale odnalazł mnie. A gdy usłyszał, 

że  spodziewam  się  dziecka,  wpadł  w  radosną  ekstazę.  Chwycił  mnie 

w  ramiona  i  całował  i  ściskał  tak  mocno,  iż  omal  nie  straciłam 

przytomności.  Był  szczęśliwy,  a  ponieważ  on  był  szczęśliwy,  ja  też 

byłam  szczęśliwa.  Tego  dnia  postanowiliśmy  się  pobrać.  Pastor  miał 

nas  przyjąć  w  środę,  a  we  wtorek  mojego  narzeczonego  wysłano  na 

background image

front. Nigdy już go nie zobaczyłam.  Zginął, jak to się mówi, na polu 

chwały. 

Lanni potarła dłonią czoło. Czegoś tu nie rozumiała. 

- David zginął? 

-  Nie.  Zginął  ojciec  mojego  dziecka,  a  był  nim  Charles 

O'Halloran, brat Davida. 

Teraz  Lanni  wręcz  osłupiała.  Już  nawet  nie  próbowała  niczego 

rozumieć. Chciała jedynie słuchać tego, co mówiła jej ta stara kobieta. 

- Myślę, nie, wiem z całą pewnością, że nie przetrzymałabym tej 

kolejnej  ciężkiej  próby,  gdyby  nie  David  i  dziecko.  Śmierć  Charlesa 

zabrała mi całą ochotę do życia, ugodziła prosto w moją duszę. 

- A więc David odnalazł cię? 

-  Tak.  Charles  musiał  coś  przeczuwać,  gdyż  przed  bitwą 

skontaktował się z bratem i poprosił go, by w razie czego zaopiekował 

się mną i dzieckiem, a David zobowiązał się do tego słowem honoru. 

Lanni zamknęła oczy. Nie, tego stanowczo wnuki nie będą mogły 

nazwać farsą! 

-  Oczywiście,  David  bardzo  szybko  stanął  przed  pytaniem,  na 

czym miałaby polegać ta opieka. Czy powinien znaleźć mi męża, czy 

też  zabrać  mnie  do  swojej  ojczyzny  i  przedstawić  rodzinie  jako 

wdowę po bracie? Czy też sam powinien się ze mną ożenić?  

Wybrał to ostatnie, a wybrał dlatego, że widział mój stan i doszedł 

do wniosku, że tylko mając mnie na oku będzie w stanie obronić mnie 

przed  samą  sobą.  Kierował  się  poczuciem  honoru  i  miłością  do 

zmarłego  brata.  Lecz  ja  nie  powinnam  była  na  to  przystać.  W 

background image

późniejszych  latach  żałowałam  tego  setki,  jeśli  nie  tysiące  razy.  Na 

swoją  obronę  powiem  tylko,  że  balansowałam  wówczas  na  granicy 

życia  i  śmierci.  Ciąża nie  rozwijała  się  prawidłowo.  Panicznie  bałam 

się samotności. 

- Ale w końcu go pokochałaś? 

- O, tak, pokochałam go. - Ellen spojrzała przez okno na zatokę. - 

Gdy  wychodziłam  za  niego,  nic  nie  wiedziałam  o  Catherine.  Twoja 

babka zaistniała dla mnie dopiero dużo później. 

- A co się stało z dzieckiem? 

-  Dwa  miesiące  po  naszym  ślubie,  w  szóstym  miesiącu  ciąży, 

urodziłam  córeczkę.  Żyła  dwa  dni.  Pochowaliśmy  ją  na  jednym  z 

londyńskich cmentarzy. Miała na imię Emily, na pamiątkę zaginionej 

siostry  Charlesa  i  Davida.  Podczas  pogrzebu  David  stał  przy  mnie  i 

płakał  razem  ze  mną.  Potem  chciałam  go  uwolnić  od  małżeńskiej 

przysięgi,  ale  odmówił.  W  rezultacie  jako  nowożeńcy  wróciliśmy 

tutaj, na Alaskę. 

- I wtedy dowiedziałaś się o Catherine? 

- Tak. Z początku byłam oburzona, że David nie wspomniał mi o 

niej  ani  jednym  słowem.  Tłumaczył  się,  że  z  chwilą  gdy  podjął 

decyzję  ożenienia  się  ze  mną,  inne  względy  przestały  się  liczyć. 

Byliśmy  już  wówczas  kochankami,  kochankami  w  małżeństwie,  ale 

nie sądzę, by już wtedy łączyła nas miłość. Oddawałam się Davidowi, 

a widziałam Charlesa. 

- Bardzo długo byliście bezdzietnym małżeństwem. 

background image

-  Tak,  piętnaście  lat.  To  nie  był  nasz  wybór.  Lekarze  rozkładali 

ręce.  Pod  względem  fizycznym  wszystko  u  mnie  i  u  Davida  było  w 

jak  najlepszym  porządku,  a  jednak  nie  zachodziłam  w  ciążę.  Jest  w 

tym  bez  wątpienia  jakaś  tajemnica,  lecz  podejrzewam,  że  sprawy 

duchowe posiadają ogromny wpływ na ciało. Moja wersja jest taka, że 

musiałam najpierw ochłonąć po przeżyciach wojennych. Kiedy to się 

stało, urodziłam Charlesa. 

Nigdy  dotąd  żadne  imię  nie  wydawało  się  Lanni  tak  idealnie 

dopasowane do osoby. 

-  Rozpaczliwie  pragnęłam  córki,  ale  widocznie  było  moim 

przeznaczeniem wydać na świat trzech synów. 

-  Słyszałam,  że  przez  blisko  półtora  roku  ty  i  David  żyliście  w 

separacji. 

-  Tak.  Na  osiemnaście  miesięcy  wróciłam  z  najmłodszym 

Christianem  do  Anglii.  Nigdy  nie  czułam  się  dobrze  na  Alasce.  Z 

pewnością  ponoszę  za  to  część  winy,  jednak  w  co  najmniej  równej 

mierze przyczyniły się do tego osoby trzecie. 

Dla  Lanni  nie  ulegało  wątpliwości,  że  najważniejszą  z  tych  osób 

trzecich była Catherine Fletcher, jej babka. 

-  Tęskniłam  za  Anglią.  W  każdym  liście  od  mojej  kuzynki 

Elizabeth  znajdowałam  zachętę  do  odwiedzenia  mojego  rodzinnego 

kraju.  David  bardzo  długo  sprzeciwiał  się  temu  wyjazdowi. 

Dochodziło  między  nami  do  kłótni.  I  wówczas  pewnego  dnia 

wykrzyknął w gniewie, iż nie może odżałować tego związku ze mną. 

Zareagowałam  również  atakiem  wściekłości.  Rzuciłam  mu  w  twarz, 

background image

że nigdy go nie kochałam. Było to kłamstwo. Kobieta nie może spać z 

mężczyzną,  rodzić  mu  dzieci  i  dbać  o  wspólny  dom  a  równocześnie 

niczego  nie  czuć.  Tak  więc  skłamałam  i  zaraz  na  drugi  dzień 

spakowałam walizki. 

- David nie próbował cię przebłagać? 

- Jego duma mu na to nie pozwoliła. Pojechałam zatem do mojego 

kraju i już po tygodniu stwierdziłam, że doń nie przynależę. Również 

Christian czuł się, jakby został wyrwany z nurtu życia i odstawiony na 

półkę. Przetrwałam tam osiemnaście miesięcy tylko dzięki dumie. Ale 

były to trudne miesiące. 

- Byłaś w kontakcie z Davidem? 

-  Oczywiście,  z  powodu  chłopców.  Tęskniłam  za  nimi,  a  oni 

tęsknili za mną. Przed wyjazdem do Anglii wmówiłam sobie, że są już 

na tyle dorośli, iż matka nie jest im potrzebna. Myliłam się. 

- Co wpłynęło na twój powrót? 

Ellen blado się uśmiechnęła. 

-  Wyznałam  Davidowi,  że  tamte  słowa  wypowiedziałam  w 

gniewie  i  że  go  kocham.  Zawarliśmy  przymierze.  Zgodził  się,  bym 

wróciła. 

- I odnalazłaś wreszcie swoje szczęście? 

-  Tak,  na  jedną  krótką  chwilę.  W  pierwszym  okresie  po  moim 

powrocie  mieliśmy  wrażenie,  że  zaczynamy  wszystko  od  początku. 

Okazywałam  Davidowi  na  różne  sposoby,  jak  bardzo  jest  mi  bliski. 

Zresztą, o ile miłość do niego pojawiła się w późniejszej fazie naszego 

background image

małżeństwa,  to  od  początku  go  szanowałam.  Widziałam  w  nim 

dżentelmena, człowieka honoru. 

- I pewnego dnia Catherine zburzyła wasze szczęście? 

- Nie, to nie było tak. Rola Catherine w tym wszystkim jest raczej 

drugorzędna.  Zadecydowała  zdrada  Davida.  Zostałam  nią  głęboko 

zraniona. David miał wspaniały pretekst, by zażądać rozwodu... 

- A tymczasem ściągnął cię z Anglii. 

-  Właśnie.  Do  dzisiaj  nie  mogę  zrozumieć,  czym  się  kierował. 

Może troską o dzieci, a może pewnego typu idealizmem. Dość, że gdy 

dowiedziałam się o ich romansie, wyniosłam się ze wspólnej sypialni. 

Przestaliśmy  ze  sobą  rozmawiać,  zżerała  mnie  zazdrość,  doskwierała 

zraniona duma. O ile jednak wiem, od dnia mojego powrotu David ani 

razu nie przespał się z Catherine. 

- Czekała na niego. Liczyła, że wasze małżeństwo się rozpadnie i 

będzie go mieć wyłącznie dla siebie. 

- A ja wiedziałam o tym i zawsze wyobrażałam ją sobie jako sępa 

czekającego na moją śmierć. 

- Moja babka jest zgorzkniałą, nieszczęśliwą kobietą. 

Ellen wolno pokiwała głową. 

-  W  istocie  umarła  tamtego  dnia,  kiedy  David  wysiadł  ze  mną  z 

samolotu i przedstawił mnie jako swoją żonę. 

-  Ciągle  jednego  nie  rozumiem.  Dlaczego  mi  o  tym  wszystkim 

opowiedziałaś?  -  Lanni  patrzyła  w  tej  chwili  na  nietknięte  talerze  z 

lunchem i nawet trudno by jej było powiedzieć, kto i kiedy postawił je 

przed nimi. 

background image

- Mój syn cię kocha. 

- I ja go kocham. 

- Więc biegnij za nim, Lanni. Walcz o niego. Wyjdź za Charlesa z 

moim  błogosławieństwem.  Uczyń  go  szczęśliwym,  a  mnie  zrób 

babcią. 

- Charles jest bardzo upartym człowiekiem. 

-  Bądź  jeszcze  bardziej  uparta.  Ja  straciłam  mojego  Charlesa,  bo 

tak chciał los, więc przynajmniej ty nie strać swojego. 

Na twarzy Lanni odmalowała się determinacja. 

- Nie stracę go, Ellen. 

 

-  Przypuszczam,  że  już  słyszałeś  -  powiedział  Ben  do  Charlesa, 

kiedy ten zasiadł na swoim zwykłym miejscu przy barze. 

- O czym? 

- O tym, że Pete i Dotty ogłosili zaręczyny. 

Charles  pokiwał  głową.  Oczywiście  cieszył  się,  że  stary  Pete 

Livengood znalazł towarzyszkę  życia, lecz entuzjazmu dla tego faktu 

nie umiał z siebie wykrzesać. 

-  Niech  im  się  wiedzie.  -  Automatycznym  ruchem  wzniósł  toast 

kubkiem z kawą. 

- Ślub za dwa miesiące. 

- Może już dość o ślubach? 

- Wobec tego porozmawiajmy o hotelu. Podobno sprzedałeś go. 

- Zgadza się. 

- A kto jest nowym właścicielem? Ktoś, kogo znam? 

background image

- Wątpię. 

-  Posłuchaj,  Charles,  jeśli  rozmowa  z  przyjacielem  jest  ponad 

twoje siły, powiedz o tym wprost, a się zamknę. 

Charles wykrzywił się. 

- Przyszedłem na kawę, a nie na paplaninę. 

-  Jak  sobie  życzysz.  -  Ben  zniknął  w  kuchni,  skąd  zaraz  zaczął 

dochodzić rumor naczyń i garów. 

Charlesa  zaczęły  gnębić  wyrzuty  sumienia.  Ben  był  cholernie 

dobrym przyjacielem i zasługiwał na względy. 

-  Hotel  kupił  Matt  Caldwell  -  oznajmił,  gdy  grubas  z  powrotem 

pojawił się za barem. 

Cisza. 

- Matt jest bratem Lanni. 

Cisza, chociaż Ben bez wątpienia patrzył, ruszał się i oddychał, a 

więc z pewnością nie zapomniał mowy. 

Drzwi  otworzyły  się  i  wszedł  Mitch  Harris.  Usiadł  na  trzecim 

stołku od Charlesa, witając go skinieniem głowy. Mitch zamieszkał w 

Hard Luck stosunkowo niedawno, lecz Charles zdążył go już polubić. 

Autorytet  szeryfa  nie  ulegał  kwestii,  a  jego  uprzejmość  wypływała  z 

wrodzonej  kultury.  Poza  tym  obaj,  Mitch  i  Charles,  nie  lubili  rzucać 

słów na wiatr. 

Ben  zajął  się  szeryfem,  jak  gdyby  był  on  jedynym  klientem  w 

lokalu.  Mitch  jednak  wpadł  tylko  na  moment.  Wypił  szklankę  coli, 

kupił miętową gumę do żucia i zaraz się pożegnał. 

background image

-  W  porządku  -  wysapał  Charles,  gdy  za  szeryfem  zamknęły  się 

drzwi - jeśli czekasz na przeprosiny, uznaj, że już je otrzymałeś. 

Szeroki  uśmiech  Bena  mógłby  służyć  za  turystyczną  reklamę 

uroków Alaski. 

- Wiesz, jaki jest twój największy problem? 

Charles wiedział. Jego największy problem miał sto sześćdziesiąt 

pięć centymetrów wzrostu, długie blond włosy i oczy, w które można 

byłoby patrzeć bez końca. 

-  Wciąż  się  namyślasz,  więc  odpowiem  za  ciebie.  Twoim 

największym problemem jest piekielna kłótliwość. 

-  Dziękuję,  doceniam  twoją  troskę  o  mnie  -  odparł  Charles 

sarkastycznie. 

-  Jeżeli  chcesz  zapaskudzić  sobie  życie,  proszę  bardzo.  Lecz 

moim zdaniem... 

- Widziałem się z Lanni w Anchorage - przerwał mu Charles, nie 

do  końca  wiedząc,  dlaczego  uważa  poinformowanie  o  tym  Bena  za 

coś koniecznego. 

- No i? - Jeżeli ktoś kiedykolwiek dosłownie zamienił się w słuch, 

to tym kimś był teraz Ben. 

-  Zgodziliśmy  się  w  jednym  punkcie,  lecz  za  to  najważniejszym. 

Nie będzie chleba z tej mąki. 

Ben  wydął  wargi  i  już  chciał  dorzucić  swoje  trzy  grosze,  gdy  do 

restauracji wszedł Christian. 

- Masz coś mocniejszego od kawy? - spytał Bena. 

background image

- To nie jest knajpa „Pod Kogutem". Wiesz przecież, że sprzedaję 

alkohol tylko w piątki. 

-  Miałem  nadzieję,  że  wyjątkowo  dziś  dla  mnie  odstąpisz  od  tej 

twojej prohibicji. 

- A co się stało? - zapytał brata Charles. 

Tamten uraczył go miną nieszczęśnika. 

- Mariah Douglas. 

- I cóż z nią? Dostała wysypki? 

- Okazała się wybitnie niekompetentną sekretarką. 

- Wywal na bruk tę niekompetentną sekretarkę. 

-  Próbowałem,  lecz  niemal  utopiła  mnie  w  potoku  łez.  Błagała, 

bym  dał  jej  jeszcze  jedną  szansę.  Człowiek  jest  tylko  człowiekiem. 

Ma serce. 

- Czy Sawyer do tej sprawy podchodzi też tak miłosiernie? 

- Sęk w tym, że dla Sawyera ta Mariah, idę tu o zakład, pisałaby z 

szybkością stu znaków na sekundę, i to bez jednego błędu. 

- Lecz nie dla ciebie? 

-  Dla  mnie,  chłopaki,  przewidziała  inne  rozkosze,  takie  jak 

oblewanie  kawą  maszyny  do  pisania,  przerywanie  w  połowie 

telefonicznej  rozmowy  z  ważnym  klientem,  przewracanie  ważącej 

pięćdziesiąt kilogramów szafki prosto na moje nogi. 

-  Już  dawno  twierdziłem,  że  wywierasz  negatywny  wpływ  na 

kobiety. 

Christian wsparł głowę na rękach. 

- Najgorsze, że nie wiem, co zrobić w tej sytuacji. 

background image

- Nadal mieszka w tym domku myśliwskim? 

- Uparła się, a uparta kobieta zdolna jest zawlec biegun północny 

w okolice równika. 

Charles  uśmiechnął  się.  W  końcu  i  Christian  doświadczył 

kłopotów z płcią przeciwną.  

Młodszy brat jak gdyby czytał w jego myślach. 

- Na twoim miejscu nie byłbym tak z siebie zadowolony. 

- A to dlaczego? 

- Czy wiesz, że Matt Caldwell jest w mieście? 

-  Normalka.  Powiedział  mi  podczas  ostatniego  spotkania,  że 

chciałby  ruszyć  z  hotelem,  zanim  zmieni  się  pogoda,  i  widzę,  że  nie 

zasypia gruszek w popiele. 

-  Kto  tu  nie  zasypia  gruszek,  sam  zobaczysz,  kiedy  się  z  nim 

spotkasz. 

- Co masz na myśli? 

- Nieważne. - Christian zsunął się z wysokiego taboretu. - Dzięki 

za kawę, Ben. Niemal ugotowałem sobie w niej górną wargę. Pojawię 

się w piątek, gdy będziesz serwował coś chłodniejszego. 

Christian  ulotnił  się,  a  w  minutę  po  nim  wyszedł  też  Charles. 

Skoro  Matt  był  w  mieście,  to  wypadało  spotkać  się  z  nim.  Decyzji 

Matta, by jak najszybciej rozpocząć remont hotelu, można było tylko 

przyklasnąć,  chociaż  musiał  się  śpieszyć  z  robotami,  jeśli  chciał 

zamieszkać w nim przed zimą. Zima zjawiała się w Hard Luck bardzo 

wcześnie. Zdarzało się, że rzeki zamarzały już we wrześniu. 

background image

Zbliżając  się  do  hotelu,  usłyszał  stuk  młotków.  A  zatem  Matt 

musiał  przylecieć  z  całą  ekipą,  pomyślał  Charles,  pełen  podziwu  dla 

tempa,  w  jakim  postępowały  prace.  Odnalazł  Matta  w  holu  nad 

jakimiś dechami. 

-  O,  Charles!  Fajnie,  że  jesteś  -  wykrzyknął  Matt,  wstając  z 

klęczek. - Pewnie już wiesz o wszystkim. 

- To znaczy? 

- To znaczy - rozległ się z tyłu kobiecy głos - że przeniosłam się 

do Hard Luck. 

W drzwiach stała Lanni. Miała na sobie błękitne dżinsy, a w ręku 

trzymała młotek. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

-  Przeniosłaś  się  do  Hard  Luck?  A  co  z  twoją  pracą  w  redakcji 

dziennika? 

Wzruszyła ramionami, jakby zapytał ją o rzecz całkowicie błahą. 

Charles  był  innego  zdania.  Matt  w  którejś  z  ich  telefonicznych 

rozmów  wynosił  pod  niebiosa  dziennikarski  talent  siostry.  Wszystko 

wskazywało na to, że  Lanni skazana wręcz była na dziennikarstwo.  I 

w  dobrym  tego  słowa  znaczeniu,  dodał  w  myślach.  A  teraz 

dowiadywał się, że rezygnowała ze swojej życiowej szansy. 

- Do diabła, Lanni, co też ty wyprawiasz? 

Machnęła młotkiem. 

- Jak widzisz, przybijam gwoździe. 

- A powinnaś ślęczeć teraz nad jakimś artykułem. 

background image

- Złożyłam wymówienie, 

- Więc chyba kompletnie oszalałaś! 

-  Próbowałem  przemówić  jej  do  rozsądku  -  odezwał  się  Matt  - 

lecz nawet mnie nie słuchała. 

-  Zajmij  się,  Matt,  swoją  robotą  -  obrugała  brata.  -  Ta  rozmowa 

cię nie dotyczy. 

-  Mylisz  się,  siostrzyczko.  Dotyczy  mnie  o  tyle,  o  ile  obchodzi 

mnie twój los. Być może tobie, Charles, uda się wlać jej trochę oleju 

do głowy. 

- Wycofaj wymówienie! - warknął Charles. 

Nie  chciał  jej  w  Hard  Luck,  nie  chciał  jej  przy  sobie.  Bał  się 

codziennego  kontaktu  z  Lanni,  gdyż  dobrze  wiedział,  jaką  to  będzie 

dla niego męką. 

- On ma rację, Lanni. 

-  Matt!  -  ostrzegła  go  gniewnym  głosem.  -  Przypominam,  ta 

rozmowa dotyczy tylko mnie i Charlesa. 

-  Okay,  poddaję  się.  -  Uniósł  do  góry  ręce.  -  Myślę,  że  krótki 

spacer dobrze mi zrobi. 

-  No,  możemy  wreszcie  spokojnie  porozmawiać  -  odetchnęła 

Lanni,  pozbywszy  się  brata.  -  Usiądźmy.  -  Wskazała  ręką  na  dwa 

łuszczące się krzesła. 

-  Nie  mamy  o  czym  rozmawiać.  Sprawa  jest  jasna.  Powinnaś 

natychmiast wycofać swoje wymówienie. 

-  Wierzę,  że  zdołam  cię  przekonać  do  swojej  decyzji  - 

powiedziała spokojnym, cichym głosem. 

background image

-  Zwykła  strata  czasu.  Nie  powiem  na  czarne  białe,  a  na  białe 

czarne. 

- Ależ do czegoś takiego nie mam zamiaru cię zmuszać. 

- Wylatuję dziś po południu. 

Mówił prawdę. Zadzwoniła wczoraj do niego Ellen i powiedziała, 

że  koniecznie  musi  się  z  nim  widzieć.  Zaproponowała  spotkanie  w 

Fairbanks.  Zgodził  się  nie  bez  wahań,  choć  teraz  wdzięczny  był 

matce, że dostarczyła mu pretekstu do ucieczki. 

- Będę czekała na ciebie. 

- Obudź się, dziewczyno! Co się z tobą stało? 

Jasne, że nic się nie stało, i wiedział  o tym dobrze.  Kochała go i 

nawet  gdyby  planował  wyruszyć  w  tundrę  na  długie  miesiące,  jej 

czułe spojrzenie mówiło mu, że po powrocie zastanie ją tutaj, w Hard 

Luck,  kto  wie,  może  z  gorącą  szarlotką  na  stole  jako  symbolem 

powitania i wyrazem miłości. 

- Właśnie niedawno obudziłam się i pierwszą moją myślą było, że 

należymy  do  siebie,  Charles.  A  twoja  matka  bardzo  mi  pomogła  w 

uświadomieniu sobie tego... 

- Moja matka? - Nie umiał ukryć zaskoczenia. 

-  Dzięki  niej  wiele  zrozumiałam.  Nigdy  nie  wierzyłam  w  los, 

przeznaczenie,  Opatrzność,  nazwij  to,  jak  chcesz.  Ale  dzisiaj  na  te 

sprawy 

patrzę 

całkiem 

inaczej. 

Istnieje 

coś 

takiego 

jak 

przeznaczenie...  I  my  właśnie  jesteśmy  sobie  przeznaczeni,  Charles. 

Nie  spotkaliśmy  się  przypadkowo.  To  los  skrzyżował  nasze  drogi  i 

zrządził, że zakochaliśmy się w sobie od pierwszego wejrzenia. 

background image

-  Jeśli  natychmiast  nie  opuścisz  Hard  Luck,  znajdziesz  się  w 

sytuacji Catherine, która latami czekała na wybrańca swojego serca, a 

on nawet nie raczył zajrzeć, by spytać ją o zdrowie. 

Lanni  zbladła  i  zachwiała  się,  jakby  ugodził  ją  nożem,  nie 

słowem. 

-  Nie  próbuj  mi  wmówić,  Charles,  że  jestem  ci  obojętna.  Nie 

próbuj  też  zakłamywać  przeszłości.  David  kochał  Catherine,  a  ty 

kochasz  mnie.  Tyle  że  my  znajdujemy  się  w  dużo  lepszej  sytuacji. 

Oboje jesteśmy wolni i nie mamy powodów odgradzać się od siebie. 

-  Dobrze,  skoro  tak  tego  pragniesz,  możemy  zostać  kochankami. 

To  wszystko,  co mój  ojciec mógł  zaofiarować  Catherine,  i  wszystko, 

co ja mogę zaofiarować tobie. 

W oczach Lanni pojawił się bolesny wyrzut. Milczała. 

- Co w takim razie zamierzasz robić? - zapytał, po raz kolejny już 

opierając  się  pragnieniu  obsypania  jej  dłoni  i  twarzy  gorącymi 

pocałunkami. 

- To, co zaplanowałam sobie... Pomóc Mattowi. 

- A potem? - naciskał. 

Na jej wargach zakwitł dziewczęcy uśmiech. 

-  Potem  usiądę  na  ganku  domu  babki  i  zacznę  czekać  na  ciebie, 

Charlesie O'Halloranie. 

 

- Co jesteś taki zamyślony? - spytała Abbey męża. 

Sawyer oderwał wzrok od wypełnionego błękitem kwadratu okna. 

- Z moim bratem dzieje się coś niedobrego. 

background image

-  Wiem,  że  martwisz  się  o  Charlesa,  ale  chyba  jest  już  na  tyle 

dorosły, by samemu zadbać o swoje sprawy. 

-  Przypuszczam.  -  Położył  głowę  na  oparciu  fotela,  na  którym 

siedział,  zaś  Abbey  podeszła  i  zaczęła  gładzić  go  po  włosach.  - 

Dostałem wiadomość, że w następnym tygodniu przylatuje pierwsza z 

nowo przyjętych nauczycielek, niejaka Bethany Ross. 

Tak, zbliżał się wrzesień, a wraz z nim zbliżała się szkoła. Dzieci 

miały  już  kupione  nowe  tornistry,  jak  również  książki  i  zeszyty. 

Zresztą  najwyraźniej  tęskniły  już  za  szkołą.  Szczególnie  można  było 

to powiedzieć o Susan, która od pewnego czasu bawiła się w lekcje ze 

swoją  rówieśnicą  i  najserdeczniejszą  przyjaciółką,  Chrissie  Harris, 

córką Mitcha.  

Co zaś się tyczy Scotta, to jego koleżeństwo z Ronnym  Goldem, 

synem  Louise,  również  wydawało  się  być  oparte  na  mocnych 

fundamentach 

wspólnych 

zainteresowań 

podobnych 

temperamentów.  W  ogóle  łatwość,  z  jaką  jej  dzieci  wtopiły  się  w 

społeczność  Hard  Luck,  tyleż  zdumiewała  Abbey,  co  napełniała  ją 

radością.  Tego  właśnie  najbardziej  pragnęła  dla  Scotta  i  Susan  - 

licznych  i  serdecznych  międzyludzkich  kontaktów.  Wielkie  miasto, 

takie  jak  Seattle,  przekreślało  już  wręcz  z  definicji  uczestnictwo  w 

jakiejkolwiek wspólnocie. 

- Charles leci dziś po południu do Fairbanks - powiedział Sawyer, 

przerywając jej zadumę. - Ani pisnął, w jakim celu. 

- Chyba nie musi się opowiadać. 

- Tak, ale... 

background image

- Ale co? 

- Dawniej opowiedziałby się. Dziś nie jest to ten sam Charles. 

- Znasz go lepiej ode mnie. Skoro więc sądzisz, że tak się zmienił, 

może się to wiązać tylko z Lanni. 

- Jasne, że tak. Nie może jej wybaczyć powrotu do Hard Luck. 

-  To  znaczy,  nie  może  wybaczyć  jej  miłości  do  niego,  co 

oczywiście jest wierutną bzdurą. 

- Martwię się o niego. 

- Chyba całkiem niepotrzebnie. Wiem z doświadczenia z tobą, że 

takie sprawy same się układają. 

- Moja żona to wieczna optymistka. - Pocałował Abbey w czubek 

nosa. 

- Czy nie uważasz, że Charles i Lanni powinni jak najszybciej się 

pobrać?  -  zapytała,  pytaniem  tym  potwierdzając  swój  niezachwiany 

optymizm. 

-  Trudno  mi  powiedzieć.  Może  tak,  a  może  nie.  Sporo  tu  sam 

zawiniłem.  Powinienem  był  zaraz  na  początku  powiedzieć 

Charlesowi, kim jest Lanni. Ale ja zapragnąłem trochę ponapawać się 

jego podnieceniem i odurzeniem, a w sumie miłosnym pijaństwem. 

- Ty okrutniku! 

- Jaki tam ze mnie okrutnik. - Roześmiał się. - Chciałem go tylko 

zobaczyć  w  tej  samej  roli,  w  jakiej  występowałem  niedawno  wobec 

ciebie. A wyszło na to, że mój brat znalazł się w nie lada tarapatach. 

Tak czy inaczej, skazany jest na zgubę. 

background image

- Może byś łaskawie używał mniej drastycznych wyrażeń. Jestem 

pewna, że Charles i Lanni pobiorą się. 

- No właśnie. - Sawyer wyszczerzył zęby. - I dlatego uważam, że 

jest skazany na zgubę. 

Uraczyła go takim kuksańcem w żebra, że aż jęknął. 

 

Lanni wyszła przed hotel i usiadła na drewnianej ławce. Kończył 

się  sierpień  i  w  powietrzu  wyczuwało  się  chłód.  Ściślej  otuliła  się 

swetrem  i  wystawiła  twarz  na  słońce,  które  z  dnia  na  dzień  jakby 

wyczerpywało swoją energię. 

Jeszcze  dziś  rano  była  przeświadczona,  że  dobrze  zrobiła, 

wracając  do  Hard  Luck,  teraz  jednak  zaatakowały  jej  umysł  liczne 

wątpliwości.  Przede  wszystkim  znalazła  zagorzałego  krytyka  w 

swoim  własnym  bracie.  Twierdził,  że  szansa  otrzymania  dobrej 

posady  w  redakcji  liczącego  się  dziennika  może  już  więcej  się  nie 

powtórzyć,  zaś  szansa  zdobycia  Charlesa  O'Hallorana  kształtuje  się 

mniej więcej jak jeden do miliona. 

W  zasadzie miał rację. Gdyby jednak nie starała się wykorzystać 

nawet tej rozpaczliwie małej szansy, żałowałaby tego do końca życia. 

Wbrew  wszystkiemu,  nie  mogła  zapomnieć  błysku  w  oczach  Ellen, 

gdy ta zagrzewała ją do walki o ukochanego. Tylko jednego wtedy nie 

przewidziały  -  zaciekłości,  z  jaką  będzie  bronił  się  Charles.  Podjęła 

więc ryzyko upodobnienia się do swojej babki i wiele wskazywało na 

to, że tak właśnie się stanie. 

background image

Głęboko  westchnęła  i  otworzyła  oczy.  Najpierw  ujrzała  cień, 

długi i wychudzony, a dopiero później osobę. Na wprost w odległości 

kilku  metrów  stał  Charles.  Spoglądał  na  nią,  zachowując  milczenie. 

Jego oczy błyszczały, a na pobladłych policzkach znaczyły się cienie. 

Cienie smutku, namiętności i jakby desperacji. 

-  Nie  mam  już  siły  walczyć  w  tej  beznadziejnej  bitwie  - 

powiedział jakimś głuchym głosem. 

Wstała,  podeszła  doń  i  wspiąwszy  się  na  palce,  musnęła  ustami 

jego spierzchnięte wargi. 

- Chodź, usiądziemy razem na tej ławce. 

Dał się poprowadzić za rękę jak dziecko. 

- Widziałem się dzisiaj z moją matką - oświadczył, gdy usiedli. 

- Więc już wiesz o swoim wujku i jego córeczce? 

Kiwnął głową. 

-  Ellen  powiedziała  mi  o  waszym  spotkaniu  i  o  tym,  że  ojciec 

nigdy nie przestał kochać Catherine. 

- Ale jego miłość do brata okazała się jeszcze większa. Kochał też 

twoją matkę. 

-  Mówiłaś  mi  o  roli  przeznaczenia  w  ludzkim  życiu.  Po  tym,  co 

usłyszałem od matki, wszystko to zaczyna nabierać głębszego sensu. 

-  Tak,  najpierw  wyboru  za  nas  dokonała  Opatrzność,  a  dopiero 

potem my sami wybraliśmy siebie. 

- Musisz zostać moją żoną, Lanni. 

- Żoną? - zapytała z radosnym zdumieniem. 

- Tylko mi nie mów, że zmieniłaś zamiar. 

background image

Roześmiała się poprzez łzy. Tym razem były to łzy szczęścia. 

- Och, ty wariacie! 

- Mam nadzieję, że nie chcesz długiego narzeczeństwa. 

- Im krótsze, tym lepsze. 

- Jestem dużo starszy od ciebie. 

- A co ty sobie wyobrażasz? Że wyszłabym za chłoptasia? 

Charles  uśmiechnął  się.  Cienie  z  jego  twarzy  zniknęły  i  tylko 

pozostał ten nieodparty uśmiech. Pochyliła się ku niemu i podała mu 

swoje usta. Złączyli się w pocałunku na oczach całego miasta, jako że 

hotel  znajdował  się  w  samym  centrum  Hard  Luck.  I  nieważne,  że 

ulica  w  tej  chwili  była  pusta.  Liczyła  się  ich  gotowość 

zamanifestowania innym swej miłości. 

- Och, Lanni, kusicielko moja... 

- Kto tu kogo kusi - wyszeptała namiętnie. 

- To może zabrzmi dość dziwnie, lecz właśnie pomyślałem sobie, 

że mój ojciec jak gdyby przeze mnie odnalazł drogę do Catherine. 

- Wiem jedno, naszą miłość stworzyła inna miłość. W ogóle każda 

miłość jest glebą dla jakiejś innej miłości. 

-  A  co  postanowimy  w  związku  z  twoją  pracą  w  redakcji?  - 

zapytał nagle rzeczowym tonem. 

- Podejmiemy decyzję później. - Kariera dziennikarska wydawała 

się  w  tej  chwili  Lanni  czymś  równie  abstrakcyjnym,  jak  problem 

rozszerzania się wszechświata. 

- Skądinąd wiem, że już od dziecka chciałaś zostać dziennikarką. - 

Uzyskał tę informację od Marta. 

background image

- Tak było, ale teraz chcę zamieszkać w Hard Luck. Może kiedyś i 

tutaj będzie wychodziła jakaś gazeta? 

-  Szkopuł  w  tym,  Lanni,  że  studiowałaś  wiele  lat,  by  opanować 

teorię. Teoria jest rzeczą cenną, jednak należy zachować szacunek dla 

praktyki w zawodzie. Praktykę zdobędziesz jedynie w Anchorage. 

-  A  co  z  naszym  ślubem,  naszą  miłością,  naszą  rodziną?  Nie, 

praktykę zdobędę, wydając gazetę tu na miejscu. 

Powiedziałaś: rodziną? 

- Dziećmi, Charles. Chyba chcesz mieć dzieci, prawda? 

W jej oczach pojawił się cień niepokoju. 

Przez chwilę szukał słów. 

- Całą gromadę, najdroższa. 

-  Och,  Charles.  -  Czule  ujęła  jego  twarz  w  swoje  dłonie.  - 

Będziemy tacy szczęśliwi. 

-  Lanni  -  pocałował  ją  -  my  jesteśmy  po  prostu  skazani  na 

szczęście. 

 

We wrześniu ukaże się kolejny tom z cyklu „Synowie Północy "  

pt. „ Ożeń się, tato ". Szeryf, Mitch Harris, pozna Bethany Ross, nową 

nauczycielką  jego  małej  córeczki,  Chrissie,  która  pragnie  wyswatać 

ojca z...