background image

 

Dzieci Atomu 

Kornel Mikołajczyk 

 

 

1.

 

Mój atomobil 

Nowy samochód Henryka miał wszystko, łącznie z trzema parami kół, systemem GPS i 

napędem  atomowym.  Sprowadzony  z  zachodu  i  ochrzczony  na  taśmie  produkcyjnej  jako 

Renault Curie 88, prowadził się jak marzenie. Nie to, co te ruskie łady sputnik czy – co gorsza 

–  syrenki  elektron,  w  których  szczytem  nowoczesnych  zabezpieczeń  był  awarijnyj  wybros

prozaiczne  katapultowanie.  O  nie.  Ten  model  został  poddany  najbardziej  rygorystycznym 

testom bezpieczeństwa, dzięki którym dostawca reaktorów, NewClear Energetics, wiódł prym 

także na rynku motoryzacji. 

Atomobile  stały  się  rzeczywistością  od  czasu  pierwszego  Forda  Nucleona, 

niemożliwego  wynalazku,  który  fabryka  słynnego  przemysłowca  powołała  do  życia, 

poświęcając  dwadzieścia  lat  rozwoju  i  setki  milionów  dolarów.  Opłaciło  się  jednak:  atom 

przestał  kojarzyć  się  z  Hiroszimą,  a  zaczął  –  z  rozwojem  i  przyszłością.  Wkrótce  potem 

nastąpił,  nomen  omen,  Atomowy  Boom,  na  którym  Henryk  wzbogacił  się  nieznacznie, 

przemycając spod Berlina mikrofalówki i zasilane cezem zegary. Teraz, nareszcie, mógł sobie 

pozwolić na auto z klasą. 

Deska  rozdzielcza  przed  jego  nosem  migotała  przyjaźnie.  Temperatura  rdzenia  w 

normie,  promieniowanie  nie  ucieka  z  komory.  Bezpiecznie.  Henryk  uśmiechnął  się  i  wdusił 

gaz.  Przyspieszenie  było  nieziemskie:  na  światłach  zostawił  inne  samochody  daleko  w  tyle. 

Bez zwalniania, w kontrolowanym poślizgu, skręcił w potłuczony asfalt, wiodący do domu. 

Mijał  smutne  domy  w  jednej,  szarej  smudze.  Tam,  gdzie  na  zachodzie  mieli  już 

ołowiowe ściany, ekrany pochłaniające i zbiorniki porostów żywiących się promieniowaniem, 

w Polsce nadal królował beton. Wciąż jednak był to znaczny skok rozwojowy od szalonych 

lat PRL-u, gdy władze radzieckie gorąco popierały wyrób reaktorów rodzimych, dalece mniej 

bezpiecznych  i  gorzej  chronionych.  Henryk  pamiętał  ogólnokrajowy  strach  przed  atomem, 

prymitywne  bunkry  w  piwnicach,  gumowe  maski  gazowe  na  zajęciach  z  PO,  gorzki  smak 

jodyny… A potem wszystko jakoś minęło. Żadnej tragedii, żadnej apokalipsy. Tylko rozwój. 

Dzięki NewClear Energetics, przyszłości atomistyki. 

Dans 20 mètres – odezwał się nagle francuski GPS – tournez à gauche. 

background image

 

Tylko po ikonce poznał, o co chodzi. Przyhamował i skręcił w uliczkę koło parku. To 

już  blisko  domu.  Zastanawiał  się,  jak  tu  zaskoczyć  żonę  i  córeczkę.  Chyba  najlepiej  będzie 

podjechać od podwórka i ukryć auto w garażu. Dopiero im oko zbieleje, jak… 

Nagle  uderzyła  go  w  twarz  alarmowa  czerwień.  Licznik  Geigera  rozdarł  się 

wniebogłosy, włączyły się światła awaryjne, zablokowała kierownica. Zapaliła się kontrolka z 

napisem „Emergency Split”. 

Ze świeżej jeszcze pamięci Henryka wypłynęły słowa sprzedawcy: 

-  Zastanawiałeś  się  pan  pewnie,  czego  to  ustrojstwo  ma  sześć  kół.  Ano,  te  cztery 

trzymają przód, a te dwa – tył, gdzie reaktor. W razie krytycznej awarii, przód odłącza się od 

tyłu i wali przed się resztówką energii, coby pana oddalić od wycieków, czy – nie daj Boziu – 

wybuchu. Nazwalim to z chłopakami „rozpad połowiczny”, he, he. Kapujesz pan? Jak atom! 

Za oparciem fotela kliknęły złączki, porzucając reaktor. Przerażony na śmierć, Henryk 

rozejrzał się wokoło, szukając pomocy. 

Ze wszystkich lusterek przyglądały mu się dzieci. 

- Matko Przenajświętsza. – Wciągnął powietrze. – Plac zabaw. 

Rzucił  się  do  skrzyni  biegów,  ale  było  już  za  późno.  Przedni  moduł  wystrzelił  jak  z 

procy, zostawiając za sobą uszkodzony minireaktor. Henryk, ściskając kurczowo kierownicę, 

spojrzał  w  boczne  lusterko.  Dzieciaki  trzymały  dystans  od  tyłu  samochodu.  Nie  uciekały 

jednak  jak  powinny,  a  przyglądały  się  urządzeniu  z  ostrożnym  zaciekawieniem.  W  końcu 

nigdy wcześniej nie widziały takiego atomobilu. 

Henryk  zacisnął  powieki,  mknąc  w  nieznane,  kierowany  wewnętrznym  GPS-em  auta. 

Modlił  się  do  wszystkich  bogów,  których  imiona  przychodziły  mu  do  głowy,  żeby  zmienili 

bieg  zdarzeń;  żeby  Bezpieczeństwo  Atomowe  opanowało  sytuację,  zanim  stanie  się 

najgorsze. I powtarzał w umyśle jak mantrę: Mały reaktor, mało paliwa, małe szkody… Mały 

reaktor, mało paliwa, małe szkody… 

A potem usłyszał wybuch. 

 

2.

 

Dziewczyna w gazowej masce 

Michał stał oparty o kontuar, wpatrzony w zmieniające się liczby nowego geigerowca. 

Był  to  prymitywny  model  licznika  Biełła,  nabyty  od  Ruskich  po  okazyjnej  cenie.  Michał 

powiesił  go  nad  barem  obok  dziesiątek  innych.  Ich  kanciaste  kształty  i  nudne  odcienie 

plastiku całkiem psuły neonowy wystrój pubu, nie miało to jednak większego znaczenia. Do 

„Piwnego Schronu” tak czy inaczej przychodzili głównie Rakietowi, a ich nie obchodziło nic 

poza piciem, paleniem i wachą w dżetpaku. 

background image

 

Nie żyli, tak jak on, w ciągłym strachu przed napromieniowaniem… 

-  Niezła  kolekcja.  –  Dziwnie  stłumiony  głos  przebił  się  przez  jazgoczące  radio.  –  Jak 

gdzieś wybuchnie reaktor, pan będzie wiedział pierwszy. I to sto razy. 

Michał odwrócił się i stanął twarzą w twarz z najdziwniejszą kobietą, jaka przekroczyła 

próg  jego  pubu.  A  ściślej  mówiąc:  twarzą  w  szybkę,  gdyż  klientka  nosiła  na  twarzy 

nowoczesną,  przeciwgazową  maskę  z  silikonu,  zza  której  przyciemnianego  wizjera  ledwo 

było  widać  oczy.  Nad  częścią  twarzową  królowała  burza  kasztanowych  włosów,  a  pod 

pochłaniaczem – nienaturalnie głęboki dekolt. 

Michała  zaczęło  swędzieć  stare  znamię.  Jak  zawsze,  gdy  się  denerwował.  Oto  przez 

krótki  moment  poczuł  się  jak  bohater  apokaliptycznego  filmu:  rosnące  promieniowanie, 

maski gazowe, bar w betonowym schronie… Krótko mówiąc, jego najgorszy koszmar. 

Dziewczyna  czekała,  aż  coś  odpowie.  Odchrząknął  nerwowo,  chwycił  za  szmatkę  i 

zaczął przecierać kufle, jak w jego mniemaniu powinien prawdziwy barman. 

- Ekhm, kolekcja… Tak, dziękuję. Mam też medyczny dozymetr na szyi i aplikację na 

smartfona. Przezorny zawsze ubezpieczony. Pani pierwszy raz w „Schronie”? – zagaił i zaraz 

ugryzł  się  w  język.  No  pewnie,  że  pierwszy  raz!,  skarcił  się  w  myślach.  Zapamiętałbyś  ją 

chyba!  –  Z-zazwyczaj  w  poniedziałek  n-nie  mamy  wielu  gości.  Obawiam  się,  że  jest  tylko 

piwo i woda z reaktora. 

- Woda z reaktora? – zainteresowała się osobliwość, wsuwając się zgrabnie na stołek. 

-  A  tak.  Tak  moi  chłopcy  mówią  na  tanie  wino.  W  sensie,  klientela  –  wyjaśnił 

pospiesznie.  –  Nie  synowie  czy  nic.  Lokalna  banda  wyrostków.  –  Skinął  dłonią  na  koniec 

rzędu stolików, skąd unosiły się opary podejrzanie pachnącego dymu. – Rakietowi Chłopcy – 

dodał z lekką kpiną. –  Latają na dżetpakach po osiedlu i użynają się za pieniądze rodziców. 

Tyle dobrego, że płacą mnie… Podać pani coś? 

- Na dobry początek, informacje, panie Pokorski. 

- Michał. Mam nadzieję, że nie natury osobistej? 

- Poniekąd. 

Sięgnęła do płóciennej torebki i wydobyła z niej tajemniczą brązową teczkę. Michał stał 

ze szmatką w dłoni, czekając na wyjaśnienia. 

-  Nazywam  się  Katarzyna  Wagner  i  pracuję  dla  pewnej  zaniepokojonej  grupy,  blisko 

związanej z frakcją zielonych. 

Uścisnął  jej  dłoń,  spoglądając  uważnie  w  ciemny  wizjer.  Oczywiście,  jak  mógł  nie 

zauważyć tego wcześnie? Torba i ciuchy z biodegradowalnych materiałów; na bluzce słynny 

background image

 

Zegar  Zagłady  z  Chicago,  od  lat  stojący  na  minutę  do  dwunastej;  nie  wspominając  już  o 

masce. Pewnie też wszędzie jeździ rowerem, ratuje stare drzewa i żywi się surową kalarepą. 

- Wiesz, ja sam nie przepadam za tym atomowym monopolem – powiedział ostrożnie, 

wracając do brudnych kufli. – W zasadzie na każdym kroku oczekuję, że coś wybuchnie. Taki 

uraz. Ale to nie znaczy, że muszę na co dzień oddychać przez pochłaniacz. 

Katarzyna chrząknęła, co przez filtry zabrzmiało dość groteskowo. 

-  Maska  to  tylko  rodzaj  protestu.  Sposób  zwrócenia  uwagi  na  problem.  Jak  już 

powiedziałam,  pracuję  dla  zielonych.  Sprzeciwiamy  się  wszystkiemu,  co  ma  jakikolwiek 

związek  z  energetyką  jądrową.  A  naszym  głównym  wrogiem  jest,  rzecz  jasna,  NewClear 

Energetics. 

Ach,  NewClear  Energetics…  Michał  przypomniał  sobie  wszystkie  te  billboardy  i 

kampanie reklamowe: „A jak Atom”, „A New Clear Future”, „Wszyscy jesteśmy z atomu”, i 

setki,  setki  innych.  NewClear,  dawny  odłam  General  Electric,  od  lat  już  trzymało  w  szachu 

całą energetykę, dostarczając najbezpieczniejszych reaktorów na rynki światowe. Nie dało się 

włączyć do gniazdka lampki nocnej, żeby nie natknąć się na ich wpływy. 

- A co ja mam wspólnego z NCE? – zdziwił się, podnosząc kufel do światła. –  W razie, 

gdybyś  nie  zauważyła,  prowadzę  osiedlowy  pub.  –  Zastanowił  się,  czy  będzie  może  chciała 

zachęcić  go  do  udziału  w  jakieś  eko-manifie  pod  ratuszem.  A  później  ze  zdumieniem 

stwierdził,  że  nie  ma  pojęcia,  co  by  jej  odpowiedział.  Zgrabne  ciało,  ładny  zapach,  ogólna 

niechęć do atomistyki… Czego byś chciał więcej? 

Tymczasem  Katarzyna  otworzyła  swoją  teczkę  i  przesunęła  palcem  po  pierwszym 

dokumencie. 

-  W  wieku  lat  dwunastu,  dnia  12  maja  1996  roku,  wypisano  cię  z  kliniki  chorób 

popromiennych  pod  Warszawą  po  blisko  sześcioletniej  terapii.  Jak  wiele  pamiętasz  z  tego 

okresu? 

Z głośnym stuknięciem postawił kufel na kontuarze. 

- Niezbyt lubię o tym mówić. Byłem tak jakby w wypadku. Gość wjechał samochodem 

na plac zabaw i… 

- Nie pytałam o wypadek, a o pobyt w szpitalu. 

-  W  takim  razie,  jeszcze  mniej.  Wszystko  się  rozmyło  w  jedną,  wielką  plamę.  Białe 

pokoje, dekontaminacja, tabletki jodowe na śniadanie… Nie pozwalali mi nawet zobaczyć się 

z rodziną. Kompletna kwarantanna, miesiące badań. Raczej nieprzyjemne doświadczenie. 

Mógłby przysiąc, że uśmiechnęła się lekko na te słowa. 

- Nawet nie wiesz, jak nieprzyjemne. 

background image

 

Zmarszczył brwi. 

Dokument, który mu podsunęła, był kserokopią karty pacjenta. W lewym, górnym rogu 

Michał  ujrzał  samego  siebie  –  zgolonego  na  łyso  siedmiolatka,  mizernego  i  smutnego, 

przybranego  w  białe,  szpitalne  ciuchy.  Poniżej,  przez  całą  długość  dokumentu,  biegła  lista 

dawek promieniowania, podpisana zawsze tą samą, koślawą parafką. 

Na dole widniał słabo odbity stempel Проект: Дети Aтома

Projekt: Dzieci Atomu? – Uniósł wzrok. – Co to niby ma być? 

- Mamy powody, aby przypuszczać, że NewClear Energetics – współpracując z byłymi 

radzieckimi naukowcami – przeprowadzało eksperymenty z wykorzystaniem ofiar wypadków 

radiacyjnych, zwłaszcza dzieci. A ty byłeś jednym z nich. 

Michał  otworzył  usta,  ale  nie  wydobył  się  z  nich  żaden  dźwięk.  Przez  dłuższy  czas 

słychać  było  tylko  szum  radia  i  przebijające  się  z  oddali  głosisko  Zubera,  drażniące 

zatrzaśniętą świadomość Michała. 

I wtem ten odległy głos przemienił się w spokojny, lekarki monolog, zaś szum radia – w 

poszum  medycznych  aparatur.  Pamiętał…  coś.  Ból  w  ramieniu,  gdzie  dziś  było  już  tylko 

swędzenie; uporczywa szczepionka, drażniąca go od… tak, od czasu, gdy opuścił szpital. 

-  Izotop  ksenon-135  –  odezwała  się  Katarzyna,  widząc,  że  złapał  się  za  ramię.  – 

Zmniejsza  reaktywność,  pochłaniając  neutrony.  Myślimy,  że  aplikowano  go  wam  przed 

długotrwałą ekspozycją na promienie, usiłując wykorzystać jego właściwości do zapobiegania 

kancerogenom. Niestety, wyniki badań nie były konkluzywne. 

-  Curieterapia  –  powiedział  Michał  pustym  głosem.  –  Tak  to  nazywali.  Terapia.  To 

miała być część leczenia. A tymczasem… 

Urwał. Zrozumiał wreszcie, dlaczego przez większość życia czuł tak wielki psychiczny 

niepokój  –  jak  ktoś  prześladowany,  spychany  do  kąta;  mimo  że  nic  takiego  się  przecież  nie 

działo.  Dlaczego  tak  przerażało  go  promieniowanie.  To  wszystko  przez  NCE.  Przez 

energetycznego  molocha,  który  był  wszędzie:  w autach,  w  domach,  na  ulicach;  w  kraju  i  za 

granicą,  od  morza  do  morza.  Bezkarna  korporacja,  z  pozoru  rewolucjonizująca  nuklearne 

bezpieczeństwo, zaś za plecami karmiąca dzieci uranem. 

Drżącymi  dłońmi  położył  dokument  na  barze.  Nalał  sobie  piwa  z  kranu  i  napił  się 

duszkiem. Pomogło mu to nie pamiętać zbyt wiele: szczegóły eksperymentów kotłowały  się 

tuż pod czaszką, a on nie chciał dopuścić ich do głosu. 

- Jak długo mi zostało? – spytał krótko. 

-  Jak  już  wspomniałam,  wyniki  eksperymentów  pozostają  tajemnicą.  Mógłbyś  jednak 

zapytać dokładniej… kogoś, kto przez wiele lat był bliżej tematu. 

background image

 

Michał otarł z ust pianę po piwie. 

- Chcecie, żebym coś dla was zrobił, prawda? 

Katarzyna milczała przez chwilę, oddychając ciężko. Michał zapragnął nagle ujrzeć jej 

twarz;  zobaczyć,  czy  choć  trochę  współczuje  jego  utrudzonej  przeszłości,  czy  po  prostu 

wykonuje swoje zadanie. Ale nim zdążył ją poprosić o zdjęcie maski, ona już mówiła: 

- Niewiele można zrobić przeciwko sile takiej, jak NCE. Udało nam się jednak zdobyć 

nazwisko  jednego  z  czołowych  naukowców  Projektu  Dzieci  Atomu.  Tego,  który  aprobował 

podpisem wszystkie te naświetlenia. – Przesunęła palcem po kolumnie liczb. – Chcielibyśmy, 

abyś  spróbował  się  z  nim  skontaktować  i  przeciągnąć  na  naszą  stronę.  Sensacja  taka,  jak 

eksperymenty na dzieciach zdyskredytuje NCE i pomoże zielonej energetyce zająć pozycję na 

rynku.  Jednak  bez  twojej  pomocy,  profesor  może  równie  dobrze  wszystkiemu  zaprzeczyć. 

Potrzebujemy bezpośredniej konfrontacji. Wybór należy do ciebie. 

Michał wpatrzył się w kufel na wpół dopitego piwa. Faktycznie, wybór był jego. Mógł 

przecież  równie  dobrze  przejść  nad  tym  do  porządku  dziennego.  Upijanie  osiedla  od 

poniedziałku  do  soboty,  niedzielna  wizyta  u  rodziców,  wieczory  karaoke  we  wtorki  i 

czwartki…  Wszystko  znów  byłoby  tak,  jak  dawniej.  Zanim  dziewczyna  w  gazowej  masce 

zeszła do „Schronu”. 

Tyle  że  nie  do  końca.  Bo  za  każdym  razem,  gdy  spojrzałby  nad  bar,  ujrzałby  setki 

liczników Geigera, szydzących z jego radiofobii. 

Strachu,  którym  to  „Oni”  zarazili  jego  umysł.  A  kto  wie,  czy  nie  zniszczyli  też  jego 

ciała. 

Podjął decyzję. 

- Daj mi nazwisko – zażądał zdecydowanie. – Znajdę wam tego profesora. 

 

Następnego  wieczora  Katarzyna  przesłała  mu  na  smartfona  wszystkie  potrzebne  dane. 

Atomistyka na MGU, krótki staż w unijnym UNSCEAR, a później już praca w dziesiątkach 

instytucji  pod  egidą  NewClear.  Profesor  miał  naprawdę  bogate  resume.  Michał  długo 

wpatrywał  się  w  jego  stare  zdjęcie:  uśmiechniętego  szatyna  z  bródką,  stojącego  tuż  obok 

najmniejszego  reaktora  świata  w  Genewie.  W  bladych  oczach  lśniły  iskierki  młodzieńczego 

geniuszu. 

To nie jest zły człowiek, zrozumiał nagle Michał. Nie potrafił do końca powiedzieć, skąd 

wzięła się ta myśl. To człowiek nauki, owszem, ale z pewnością nie korporacji. Pokiwał głową 

w  zrozumieniu.  Tacy  ludzie  sprzeciwiali  się  tylko  raz.  A  później,  gdy  zagroziło  się  im 

background image

 

przerwaniem  badań,  cicho  wracali  do  kątka.  Nawet,  jeśli  musieli  patrzeć,  jak  dzieci 

pochłaniają śmiercionośne promienie nieważne jakieś greckiej litery. 

Mimo wszystko jednak musiał się dowiedzieć, czego powinien się spodziewać. 

Obietnicą  darmowych  kolejek  zwabił  do  siebie  Rakietowych  Chłopców  wraz  z  ich 

nieodłącznym kompanem: fetorem mieszanki paliwowej i zasiarczonego wina. Ryży i Zuber 

patrzyli  na  niego  raczej  podejrzliwie,  Metal  jak  zwykle  wydawał  się  mocno  nieobecny,  a 

Królik  przysłuchiwał  się  parze  dziewczyn,  które  w  kąciku  karaoke  zarzynały  przeboje 

Beatlesów. 

Był w połowie wyjaśniania im całej sytuacji, gdy przerwał mu Ryży, unosząc tatuowane 

ramię: 

- Misiek, powiedz mi, ile ty razy kryłeś nas przed pałami? 

Michał wzruszył ramionami. 

- Nie mam pojęcia. 

-  A  ja  mam,  stary.  Jedenaście.  Wiem,  bo  liczyłem.  Raz  nawet  skitrałeś  Metala  we 

własnym mieszkaniu, jak go szukali, jełopa, za glanowanie studencików. 

Metal uśmiechnął się do wspomnień. 

- A bo się tak fajnie glanuje z powietrza… 

Zuber trzepnął go w skroń, przywołując do porządku. 

- No – ciągnął Ryży. – Tak jak mówiłem. Jedenaście. Także ja nie muszę wiedzieć, co 

tam ci się przydarzyło. Pewnie i tak bym nie zajarzył. Ty po prostu mów, czego ci trzeba, a 

my ci to w zębach przyniesiemy. Takie z nas są chłopaki. 

Królik  wyszczerzył  się  w  potwierdzeniu.  Pozostali  zgodnie  skinęli  głowami.  Michał 

poczuł lekkie wzruszenie. 

-  W  normalnej  sytuacji,  poprosiłbym  was,  żebyście  wreszcie  pokończyli  liceum  – 

zażartował na własny użytek. – Ale nie dzisiaj. Potrzebuję znaleźć tego człowieka. – Podsunął 

im  smartfona,  wyświetlając  zdjęcie.  –  Profesor  Paweł  Ilicz  Jadiernow.  To  sprawa  życia  i 

ś

mierci. 

 

3.

 

Prometeusz 

Rakietowym  udało  się  namierzyć  profesora  Jadiernowa  niecałe  trzydzieści  kilometrów 

od Łodzi. Królik, który zamiast miasta przeczesywał Sieć, wygrzebał skądś świeży artykuł o 

zapobieżeniu  awarii  reaktora  Głowno-Mrożyczka  przez  niejakiego  Pawła  Tomickiego, 

technika  nuklearnego.  Porównywanie  zdjęć  wypadło  pozytywnie.  Jadiernow  ukrywał  się  w 

background image

 

miasteczku pod zmienionym nazwiskiem, pracując w lokalnej elektrowni. Znalezienie adresu 

było już tylko czystą formalnością. 

Niestety,  zazwyczaj  pomocny  GPS  w  smartfonie  tym  razem  zaprowadził  Michała  w 

kompletny  chaos.  Zabiegani  strażacy  ewakuujący  starszych  mieszkańców.  Sanitariusze 

sprawdzający  dawkę  pochłoniętą  promieniowania.  Rozszemrany  tłum,  zgromadzony  wokół 

okolonego taśmą policyjną bloku. Wszechobecny fiolet mundurów Bezatomu. 

A  pośrodku  „czarnej  zony”,  pod  pochłaniającą  promieniowanie  kopułą,  dymiący  się 

wrak starego fiata polon. 

- Tomicki? – pytał ktoś tuż obok. – Tak, pamiętam go. Starszy pan, parę złotych zębów. 

Zawsze z tym psem po osiedlu chodził. 

- No, no. 

- I pomyśleć, że wczoraj jeszcze ze mną pił. Ech, szkoda chłopa… 

-  Mówię  wam,  wszystkich  nas  uratował,  jak  ten  reaktor  okiełznał.  W  życiu  nie 

widziałem, żeby ktoś tak szybko te kontrolki przełączał. I to jedną ręką! Geniusz! 

- A teraz atom go załatwił. Ot, masz, ironia losu. 

Michał  stał  jak  wryty,  wgapiając  się  w  wrak.  Wszystkie  nadzieje  na  uzyskanie 

odpowiedzi ulatywały właśnie z dymem. Z dymem i promieniami. 

Wzdrygnął się i pod wpływem impulsu sięgnął do kieszeni. Zawsze nosił ze sobą parę 

listków  tabletek  jodowych,  na  wypadek  ataku  paniki.  Łykał  je  teraz  jedna  za  drugą.  Ich 

gorycz odpędzała demony radiacji. Próbował przy tym nie myśleć o goryczy porażki. 

Uspokoił  się  po  chwili  i  zmierzył  wzrokiem  kilkupiętrowy  blok.  Może  jeszcze  nie 

wszystko  stracone?  Mogę  tu  wysłać  chłopców  na  dżetpakach.  Wejdą  przez  balkon  do 

mieszkania Tomickiego i poszukają dowodów. Warto chyba zrobić chociaż tyle, co? Wiedział 

jednak  w  głębi,  że  nigdy  tego  nie  zrobi.  Chłopcy  mieli  już  dość  wykroczeń  na  koncie  i  nie 

musieli dodawać do listy włamania i wejścia. To nie pieprzone CV, tylko kartoteka policyjna. 

Wsadził dłonie w kieszenie, odwrócił się i ruszył w drogę powrotną. 

-  A  więc  to  tyle  –  powiedział  do  świata  jako  takiego.  –  Do  końca  życia  będę  żył  w 

radiofobii.  Bo  do  onkologa  przecież  nie  pójdę.  Rentgenów  też  się  boję.  Zeżre  mnie  rak  i 

nawet tego nie zauważę. 

Pomyślał o uśmiechniętym profesorze ze starego  zdjęcia. O człowieku, który teraz był 

stertą zwęglonych, promieniotwórczych szczątek na spalonym siedzeniu fiata. 

- Może i mu się należało? – mruknął pod nosem. – Za to, co mi zrobił? 

Zaraz jednak pokręcił głową. Nie potrafił tak myśleć o zmarłych. 

background image

 

Był  już  prawie  na  przystanku,  gotów  wrócić  do  Łodzi  i  do  zwyczajnego  życia,  gdy 

odezwał się dozymetr na łańcuszku. 

Michał spojrzał na niego, zaskoczony. Tak daleko od miejsca zdarzenia, nawet śladowe 

ilości promieniowania powinny zostać pominięte: Michał ustawił jego skalę raczej wysoko. A 

jednak urządzenie coś tu wykrywało. 

Wydobył  z  kieszeni  smartfona  i  uruchomił  aplikację  z  licznikiem.  Manipulując 

dokładniejszą skalą, wykrył kierunek promieniowania. Wąska uliczka prowadziła w niewielki 

zagajnik.  Spomiędzy  drzew  prześwitywały  ceglane,  szkolne  gmachy.  Dalej  były  już  tylko 

domy. 

Czyżby nielegalne składowisko odpadów? A może jednak… coś innego? 

Obejrzał  się  na  przystanek.  Do  odjazdu  autobusu  i  tak  miał  ponad  godzinę.  Odetchnął 

głęboko, starając się nie myśleć o szkodliwym dotyku promieni i ruszył tropem radiacji. 

  

Prometeusz spoglądał na profesora Jadiernowa z blaszanej ściany garażu. 

Był  to  wyjątkowo  stary  plakat  propagandowy,  lansujący  energetykę  jądrową  jeszcze 

zanim  powstało  NewClear  Energetics.  Z  jednej  strony  przedstawiał  stojącego  w  oddali 

człowieka  kromaniońskiego,  prymitywną  postać  w  zwierzęcych  skórach,  trzymającą 

pochodnię.  Z  drugiej  strony  stała  nowoczesna  figura  o  twarzy  Mona  Lisy,  wznosząca  ku 

niebu pulsujący atom. 

Poza  krzesłem  ogrodowym,  starą  etażerką,  chwiejącym  się  biurkiem  i  zapasem 

jedzenia, plakat był jedyną rzeczą, jaką Jadiernow zabrał do kryjówki po sfingowaniu śmierci. 

Zostawił  nawet  Maksyma,  choć  był  przekonany,  że  samotna  sąsiadka  z  piętra  chętnie  się 

zajmie  tak  przyjaznym  kundelkiem.  Ale  nie  plakat.  Nienawidził  go  z  całego  serca,  ale  w 

dziwny, masochistyczny niemal sposób nie potrafił się z nim rozstać. 

Dotknął powierzchni papieru starą, nieczułą dłonią. Atomowy Prometeusz przypominał 

mu  o  tym,  kim  powinien  był  zostać.  Prekursorem  wielkich  odkryć,  przynoszącym  ludziom 

czystą, tanią energię w imię budowania przyszłości. Kimś takim, jak pogardzany przez sobie 

współczesnych  geniusz,  Nikola  Tesla.  Tymczasem  Jadiernow  został  co  najwyżej  Edisonem. 

Człowiekiem,  który  wiedział,  jak  sprzedać  wynalazek  za  cenę  cudzych  cierpień.  Tak  to  już 

jest, gdy przyszłość energetyki oddaje się w ręce bezdusznej korporacji. 

Nalał sobie czystej i wzniósł kieliszek do plakatu. 

-  To  za  wolność, Romuś.  –  W  odruchu  honorności  powstrzymał  beknięcie.  –  Cieszmy 

się nią, póki nas nie przykuli do skał Kaukazu. 

background image

10 

 

Ktoś  zapukał  ostro  w  drzwi  garażu.  Jadiernow  zakrztusił  się  wódką,  zrywając  się  na 

równe nogi. Lewą, sprawną dłonią porwał z kąta ciężką, przedpotopową gaśnicę. Pot wstąpił 

mu na skronie. Poczuł, że gwałtownie trzeźwieje i wcale mu się to nie spodobało. 

Kto mógł mnie znaleźć tak szybko? Zieloni czy NCE? Ostatnio ci pierwsi odwiedzili go 

trzy  razy,  zaś  drudzy  –  pięć.  Jedni  chcieli,  żeby  sypał.  Drudzy  upewniali  się,  że  nie  sypnie. 

Instynktownie  wietrząc  niebezpieczeństwo,  profesor  zdecydował  się  na  trzecią  opcję  z 

odwiecznego problemu walki-ucieczki. Udawanie martwego. Ale i to, jak widać, średnio mu 

wyszło na dobre. 

Przysunął się ostrożnie do drzwi i zwolnił je z zasuwy. 

W szparze błysnęło zielone oko. 

- Oddaj mi broń – zażądał profesor, wyciągając prawicę. Głos zadrżał mu lekko, kiedy 

pojął absurd bronienia się gaśnicą śniegową produkcji radzieckiej. 

- Nie mam broni – odpowiedział mężczyzna. 

-  Więc  dawaj  telefon.  I  wszystkie  te  elektroniczne  gadżety.  I  właź  wreszcie,  duraku. 

Robisz tłok w opuszczonym garażu. 

Gość wcisnął mu w dłoń zdjęty z szyi dozymetr na łańcuszku oraz jedną z tych nowych, 

dotykowych  komórek.  Bez  słowa  wsunął  się  do  wnętrza.  W  świetle  halogenów  wyglądał 

trochę jak szkielet z włosami: chudy, wysoki, w przydużych ciuchach. Nie mógł mieć więcej, 

jak  trzydzieści  lat,  choć  zmarszczki  pod  oczami  mówiły  inaczej.  Neurotyczny  typ

skonstatował  profesor.  W  oczach  nieznajomego  czaił  się  jednak  dziwny  spokój,  kiedy 

uważnie skanował postać profesora, od siwiejących włosów, przez dziką tołstojowską brodę, 

aż po pokrytą ropnymi dziurami prawicę. 

- Co się panu stało? – zapytał sucho. 

Jadiernow odetchnął i odłożył gaśnicę na biurko. Samo pytanie wiele mu powiedziało o 

naturze  gościa.  NCE  wiedzieli  o  nim  wszystko,  od  daty  urodzenia  prababki  aż  po  ulubiony 

kolor krawata (bordo). Nie pytaliby go o znaki szczególne, bo po prostu znali je na pamięć. 

zatem zieloni

-  Radionekroza  –  wyjaśnił  profesor,  opuszczając  się  ciężko  na  krzesło.  –  Martwica 

popromienna – dodał, zorientowawszy się, iż ma do czynienia z laikiem. – Stare błędy, stare 

dzieje. Jeszcze z czasów… – Zawahał się. 

- Z czasów Dzieci Atomu? – podsunął chłodno mężczyzna. 

Jadiernow  westchnął  i  napełnił  sobie  szklankę.  Gościowi  wódki  nie  proponował.  I  tak 

miał tylko jedno naczynie. 

background image

11 

 

-  A  więc  wreszcie  się  do  tego  dokopaliście,  co?  Naszla  kosa  na  kamen.  Niestety,  jak 

pewnie zauważyłeś,  właśnie udało mi się z większym lub mniejszym sukcesem upozorować 

własną śmierć. Obawiam się, iż zeznania nieboszczyka wywołałyby swego rodzaju sensację, 

niezależnie  od  ich  treści.  Nie  chcę  mieć  na  karku  NCE.  Obawiam  się,  że  będziecie  musieli 

wrócić do tych swoich protestów i petycji, bo ja się stąd nie ruszam. 

-  Nie  jestem  z  zielonymi,  profesorze  Jadiernow  –  oznajmił  spokojnie  chudzielec.  – 

Nazywam się Michał Pokorski. Pacjent numer A84 w projekcie Dzieci Atomu. 

Ręka Jadiernowa zatrzymała się w pół drogi do ust. Martwe tkanki na prawicy zapiekły 

go,  jakby  na  nowo  potraktowane  promieniowaniem.  Mimo  wszystko  napił  się  jednym 

haustem. Ciepława wódka ściekła mu po gęstej brodzie. 

Spojrzał uważnie na gościa, na Michała Pokorskiego, z dziwnie bolesną nostalgią. 

- I przybyłeś tu bez broni, mój chłopcze? To rokuje lepiej, niż na to zasługuję. Co może 

zrobić dla ciebie ten stary człowiek? 

- Przypomnieć mi wszystko, o czym postaraliście się, żebym zapomniał. Co robiliście z 

nami w klinice? Chcę wiedzieć, jak bardzo powinienem się bać. Pamiętam tylko ciągłą gadkę 

o curieterapii. O leczeniu nas promieniowaniem. Niewiele poza tym. 

Jadiernow przesunął dłonią po twarzy. 

-  Cóż…  Obawiam  się,  że  była  to  tylko  przykrywka.  Na  użytek  reszty  personelu  – 

wyjaśnił. – Nasz projekt zakładał badanie osobników, którzy przyjęli nadprogramową dawkę 

promieni,  a  mimo  to  udało  się  im  wyzdrowieć.  Jednak  już  na  etapie  tablicy  i  kredy  NCE 

zażądało  dzieci, żeby  móc  badać  zmiany  rozwojowe.  Zawsze  myśleli  dziesięć  lat  w  przód – 

mruknął z przekąsem. – No i, jak się zapewne domyślasz, wszelkie moje ewentualne protesty 

spełzły na niczym. 

- Na czym polegała terapia? 

Jadiernow uśmiechnął się pod nosem. Na chwilę powrócił umysłem do gmachów MGU, 

do  krótkiego  okresu  wykładania  atomistyki,  gdy  wciąż  jeszcze  znajdował  się  na  ścieżce 

Prometeusza…  A  teraz,  proszę.  Zapędzony  do  blaszanego  garażu  nuklearny  guru, 

wykładający z katedry ogrodowych mebli. 

-  Eksperyment  zakładał  wszczepianie  kapsuł  z  izotopem  ksenon-135  –  powiedział  w 

końcu. – Nazywa się go trucizną reaktorową, gdyż pochłania wolne neutrony. Chcieliśmy w 

ten sposób zapobiec tak zwanej aktywacji neutronowej, w wyniku której ludzkie tkanki mogą 

zmienić się w radioaktywne izotopy. – Uniósł do światła własną dłoń, groteskowo przeżartą i 

odbarwioną. – Zdarza się to często podczas awarii reaktorów. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie nie 

lubią  słuchać,  że  ich  ukochane  auto  daje  im  raka  i  uszkadza  organy.  A  więc,  w  celu 

background image

12 

 

uspokojenia  nastrojów  społecznych,  NCE  zainicjowało  Dzieci  Atomu.  Nowe  pokolenie 

bezpiecznych kierowców. Jedna, wielka, nuklearna rodzina. 

Michał  spoglądał  na  niego,  pocierając  skronie.  Chyba  zrobiło  mu  się  słabo.  Jadiernow 

wcale  się  nie  dziwił.  Kątem  oka  wciąż  wychwytywał  karcące  spojrzenie  Prometeusza, 

wybijające go z równowagi. 

- Co za ponury absurd – stwierdził chłopak, opierając się dłonią o blaszaną ścianę. – To 

wszystko tylko po to, żeby móc dalej rozbijać się w nuklearnych autach? Dlaczego po prostu 

nie  jeździć  autem  na  benzynę,  jak  to  robią  na  Bliskim  Wschodzie?  Albo  na  ogniwa 

słoneczne?  Czemu  musimy  truć  się  promieniowaniem  i  szukać  na  nie  odtrutki,  zamiast  nie 

truć  się  od  początku?  –  Profesor  nie  czuł  się  zobligowany,  żeby  odpowiedzieć.  –  Ale  nie. 

Wypadki zakrywamy kopułami, ludzi zapędzamy do kwarantanny. I ot, problem rozwiązany. 

Zamiecione pod dywan. 

-  Atom  to  przyszłość,  chłopcze  –  nie  zgodził  się  Jadiernow.  –  To  zawsze  była 

przyszłość.  Tyle  że  ktoś,  gdzieś,  za  nas  zdecydował  o  jej  kształcie  w  bardzo  niekorzystny 

sposób.  Atomowy  Boom  nigdy  nie  powinien  był  dojść  do  skutku.  Samochody  z  reaktorem, 

liczniki  Geigera  w  każdym  domu,  kilometrowe  składowiska  odpadów  –  to  wszystko  nie 

powinno  nigdy  istnieć!  A  jednak  zaistniało.  Ford  nigdy  nie  porzucił  projektu  Nucleona. 

Naukowcy  prześcigali  się  w  coraz  mniejszych  i  coraz  wydajniejszych  reaktorach.  NewClear 

Energetics  wprowadziło  niezastąpiony  standard.  Coś,  co  powinno  nam  zająć  dwa  wieki 

ostrożnego  planowania,  ścisnęliśmy  do  pięćdziesięciu  lat!  –  Długie  mówienie  zmęczyło  go 

nieco. Przerwał i uspokoił oddech. A potem podjął dalej: – Szukałeś odpowiedzi, jak bardzo 

uszkodził  cię  atom?    Nie  mam  na  to  odpowiedzi,  mój  chłopcze.  Bardziej  niż  wszystkich? 

Mniej  niż  większość?  Kto  to  wie.  –  Pogładził  kciukiem  martwą  tkankę  dłoni.  –  Za  kilka 

pokoleń  i  tak  nie  będziemy  mieć  tego  problemu.  Fala  bezpłodności  zabije  nas  prędzej  czy 

później. Ale jestem pewny, że „Oni” już o tym wiedzą. 

Michał  Pokorski  milczał,  zamyślony,  drapiąc  się  nerwowo  po  szczepionce.  Po 

znamieniu  Dziecka  Atomu.  Bał  się.  Widać  to  była  na  pierwszy  rzut  oka.  Rak, 

promieniowanie,  eksperymenty,  reaktory  –  coś  w  samej  strukturze  tego  nie  najlepszego  ze 

ś

wiatów przerażało go na śmierć. Jadiernow chciałby zrobić dla niego więcej, ale pojęcia nie 

miał,  co.  Być  może  istniała  jeszcze  nadzieja?  Dawno  już  przestał  myśleć  w  kategoriach 

naiwnych ideałów, ale może powinien spróbować? 

Jednak,  z  drugiej  strony,  sprzeciwić  się  NCE  oznaczało  śmierć.  Dranie  nie  wahali  się 

ani  sekundy,  żeby  wcisnąć  w  łapę  unijnych  komitetów  walizki  pełne  euro  za  przeoczenie 

background image

13 

 

dzieci  w  komorze  gorąca.  Ani  by  się  obejrzał,  a  rozkładałby  się  razem  z  uranowymi 

odpadkami w betonowym grobie jakiegoś składowiska. 

Jego  znużony  wzrok  padł  na  biurko.  Dozymetr  Michała  pokazywał  nieznaczne 

promieniowanie,  pewnie  emanujące  od  samego  Jadiernowa,  który  babrał  się  przy 

minireaktorze  fiata.  Butelka  wódki  wchłaniała  kwanty  ciepła,  pokrywając  się  z  wolna 

perspiracją. Telefon wyświetlał godzinę – 18:37. 

I wtem jego niegdyś genialny umysł raz jeszcze popisał się iście atomową reakcją: 

- Komórka – powiedział wolno, podnosząc ją z blatu. – Masz na niej dyktafon? 

Mimo  oczywistej  rezygnacji,  Michał  wykrzesał  z  siebie  dość  energii,  by  spojrzeć  na 

niego jak na dinozaura. 

- To smartfon. Ma dostęp do sieci, kamerę, aparat, GPS, gry, licznik Geigera… 

- Tak, tak, amerykańska automata do wiązania krawata – rymnął ironicznie profesor. – 

Pytałem, czy jest dyktafon? 

- Jasne, że jest. 

- I wszyscy na pewno myślą, że zginąłem w tym fiaciku? 

-  Sam  w  to  uwierzyłem  –  przyznał  Michał.  –  Gdybym  wszędzie  nie  nosił  ze  sobą 

dozymetru, za nic bym pana nie znalazł. Do czego pan zmierza, profesorze? 

Jadiernow z uśmiechem oddał mu komórkę. 

- No to uruchom to ustrojstwo. Nagramy im moją przedśmiertną wiadomość. Nie ma co 

tak siedzieć z zasępioną miną. Może uda się nam jeszcze coś uratować. 

A  Prometeusz  patrzył  na  profesora  ze  ściany.  Już  nie  skrzywiony,  a  przyjaźnie 

uśmiechnięty. 

 

4.

 

Głęboki oddech 

Rakietowi  Chłopcy  siedzieli  przy  barze,  wgapieni  w  telewizor  za  jego  plecami.  Była 

niedziela,  nieco  po  szóstej  i  większość  klientów  opuściła  już  „Piwny  Schron”.  Metal 

przysypiał  na  ramieniu  Zubera,  który  prawie  na  ślepo  majstrował  przy  modułach 

sterowniczych dżetpaka. Ryży dogorywał pod kurhanem zużytych chusteczek. Pyliła brzoza, 

jego  odwieczny  wróg.  Dwa  stołki  dalej  Królik  sączył  tanie  wino  jak  najlepszego  merlota, 

czekając na prognozę pogody. To jest, dokładniej mówiąc, na prezenterkę. 

-  …  ogłosił  daleko  idące  plany  przerabiania  niektórych  elektrowni  nuklearnych  na 

geotermalne,  do  tej  pory  skutecznie  wyciszane  przez  NCE.  Zważywszy  jednak,  iż  blisko  75 

procent  elektrowni  krajów  rozwiniętych  jest  właśnie  atomowa,  byłby  to  wciąż  zaledwie 

niewielki procent odratowanej energii. 

background image

14 

 

Michał  słuchał  porannych  wiadomości  jednym  uchem,  przecierając  kontuar.  W 

milczeniu  wspominał  ostatni  list  od  profesora.  Jadiernow  wciąż  pozostawał  w  ukryciu, 

planował  jednak  wkrótce  przedostać  się  na  wschód,  do  rodziny.  Bezpieczny  za  tarczą  aktu 

zgonu, skrzywdzony idealista wreszcie wyrywał się ze szponów korporacji. Michał nie mógł 

mieć mu tego za złe, choć musiał przyznać, że trochę mu zazdrościł. 

-  Giełda  –  ogłosił  spiker,  szeleszcząc  notatkami.  –  Akcje  NewClear  Energetics  w 

ciągłym  spadku  od  czasu  „Afery  Dzieci  Atomu”.  Rzecznik  departamentu  medycznego 

korporacji,  Walter  Neumann,  odmawia  składania  oświadczeń.  Tymczasem  wczoraj  po 

południu  wpłynął  oficjalny  akt  oskarżenia  do  Europejskiego  Trybunału  Praw  Człowieka  w 

Strasburgu… 

Michał  usłyszał  skrzypnięcie  drzwi.  Uniósł  głowę  i  uśmiechnął  się  szeroko.  Do  pubu, 

pewnym krokiem, weszła Katarzyna, w masce gazowej jak zwykle na twarzy. Poznał jednak 

po  jej  sprężystych  ruchach,  że  jest  bardziej  niż  zadowolona.  Nie  było  czemu  się  dziwić:  oto 

doczekała się wreszcie upadku nuklearnego monstrum, dławiącego Matkę Ziemię. 

- Ekhm, chłopaki – mruknął do Rakietowych, wyciągając spod baru parę butelek wina. 

–  Nie  moglibyście  przenieść  się  gdzieś  na  klatkę?  I  tak  już  czas  zamykać,  a  chciałbym 

zamienić z nią jeszcze parę słów. 

Ryży  obejrzał  się  na  Katarzynę,  po  czym  spróbował  dyskretnie  stuknąć  się  w 

nabrzmiały nos, ale zamiast tego sprzedał sobie płaską. 

-  Jasna  sprawa,  Misiek  –  mruknął  Królik,  bezkarnie  gapiąc  się  w  biust  dziewczyny. 

Metal zachrapał, poderwał się gwałtownie na nogi i wytoczył się z pubu jak zombi. Rakietowi 

Chłopcy, dzwoniąc butelkami i targając za sobą dżetpaki, podążyli za nim. Zostawili po sobie 

dzikie pobojowisko szklanek, kufli, butelek, niedopałków i chusteczek. 

-  Złote  chłopaki  –  mruknął  z  niesmakiem  Michał.  Wtem  coś  zasłoniło  mu  widok  na 

bałagan. 

-  Chciałabym,  żebyś  to  przeczytał  –  oznajmiła  Katarzyna,  podsuwając  mu  pod  nos 

pomiętą kartkę w kratkę. Michał westchnął ostentacyjnie. 

-  Kolejne  dokumenty?  Ostatni  spowodował  chyba  wystarczająco  wiele  problemów. 

Chyba że skala światowa to dla ciebie za mało… 

Maska gazowa zasyczała w westchnieniu. 

- Po prostu przeczytaj. 

Posłusznie  rozwinął  kartkę.  Była  to  garść  chaotycznych  notatek.  Michał  natychmiast 

zauważył swoje nazwisko, a także imiona rodziców i stary adres, zapisane powyżej. Kreska w 

dół prowadziła do uwagi „19.10.1990 – Mój wypadek, 5 dzieci napromieniowane” i poniżej: 

background image

15 

 

„4  dekontaminacja,  w  domach,  zdrowe”.  Linia  pozioma  wiodła  do  adresu  kliniki  pod 

Warszawą, otoczonego znakami zapytania. Gdzieś przewijała się nazwa NewClear Energetics 

i  komentarz:  „Eksperymenty?”,  a  pod  spodem,  już  innym  charakterem  pisma,  ktoś  zapisał 

nazwisko profesora Pawła Ilicza Jadiernowa. 

Michał uniósł wzrok znad kartki i spojrzał pytająco na Katarzynę. 

-  Te  notatki  należały  do  mojego  ojca  –  wyjaśniła  poważnym  głosem.  –  Dwadzieścia 

dwa  lata  temu  mój  ojciec,  Henryk  Wagner,  miał  wypadek  w  pobliżu  placu  zabaw.  Awarię 

reaktora  spowodował  uszkodzony  system  chłodzenia,  produkcji,  rzecz  jasna,  NCE.  Ojciec 

długo  nie  mógł  się  po  tym  pozbierać,  postanowił  jednak  w  końcu  odwiedzić  rodziny 

napromieniowanych  w  tym  nieszczęsnym  incydencie  dzieci.  –  Katarzyna  wzięła  schemat  z 

jego dłoni i położyła go na blacie. – Niestety. – Stuknęła w jego imię. – Jedno z tych dzieci 

zabrano  do  odległej  kliniki,  o  której  nikt  wcześniej  nie  słyszał.  Nie  mogli  go  odwiedzać  ani 

rodzice, ani – tym bardziej – mój ojciec. Był już gotów się poddać i zostawić piąte dziecko w 

spokoju, gdy usłyszał pewne… niepokojące plotki od personelu kliniki. 

- „Eksperymenty” – odczytał cicho Michał. 

Katarzyna skinęła głową. 

-  Henryk  czuł  się  osobiście  odpowiedzialny  za  stan  tego  dziecka.  Ciebie.  –  Położyła 

dłoń  na  jego  drżącej  ręce.  Była  bardzo  gładka  i  ciepła  jak  słońce,  które  migotało  gdzieś  za 

oknem.  –  Desperacko  szukał  odpowiedzi,  ale  wszędzie  zamykano  mu  drzwi  przed  nosem. 

Wiesz  jak  to  jest,  spiskowcy  nigdy  nie  cieszą  się  wielkim  uznaniem.  Zanim  ciebie  samego 

wypisano ze szpitala, twoi rodzice uważali go za chorego na umyśle. Nigdy nie dopuścili go 

blisko ciebie. 

Michał  uśmiechnął  się  smutno,  wpatrzony  w  podłogę.  Dziwnie  było  stać  tak  i  słuchać 

tej  historii;  opowiadania  o  utrudzonym  człowieku,  który  walczył  o  prawdę.  I  to  z  jego 

powodu. 

- Pamiętam go teraz – oznajmił, pociągając nosem. – Siedziałem na ławce pod szkołą. 

Bałem się mojej klasy, bo byłem od nich całe sześć lat starszy. Nie wiedziałem, jak zareagują. 

Twój  ojciec  podszedł,  żeby  ze  mną  porozmawiać.  –  Nawet  nie  zauważył,  kiedy  kilka  łez 

spłynęło mu po policzku. – Musiał szukać okazji, żeby wypytać mnie o klinikę, ale gdy tylko 

dowiedział  się,  co  mnie gnębi,  nie  wspomniał  o  tym  ani  słowem.  Zaprowadził  mnie za  rękę 

pod  same  drzwi  klasy.  Tego  dnia  poznałem  chłopaków.  –  Zaśmiał  się,  wskazując  na  drzwi, 

przez które jeszcze przez chwilą wyszli Rakietowi Chłopcy. – I wszystko się zmieniło. 

- Mówił mi o tym przed śmiercią – wspomniała cicho Katarzyna. Michał zrozumiał, że i 

ona,  pod  maską,  płacze  ze  wzruszenia.  –  Do  końca  życia  nie  ustał  w  próbach  ujawnienia 

background image

16 

 

prawdy.  A  kiedy  już  nie  mógł  tego  zrobić,  przejęłam  po  nim  tę  misję.  Powiedziałam  ci,  że 

pracuję  dla  zaniepokojonej  grupy  zielonych  –  zachichotała  stłumionym  głosem.  –  Kto  by 

pomyślał, że z drobną pomocą dwuosobowa grupa obali nuklearną korporację. 

Michał czule ścisnął jej dłoń. 

- Ale udało ci się. 

- Udało mi się – powtórzyła jak echo. – I teraz, nareszcie, mogę swobodnie odetchnąć. 

Wyrwała się z jego uścisku i sięgnęła do maski. Płynnym ruchem zerwała ją z twarzy, 

odsłaniając oblicze. Nawet z zaczerwienionymi od płaczu oczami, spodobała mu się od razu. 

Oczy  miała  jasne  jak  gwiazdy,  nosek  wojowniczo  zadarty,  uśmiech  –  jednocześnie  ciepły  i 

lekko  zadziorny.  Promienie  słońca  zajrzały  przez  piwniczne,  witrażowe  okienko, 

podświetlając jej włosy jak boski nimb. 

Zdecydowanym ruchem położyła maskę na barze. Michał zdjął przez szyję łańcuszek i 

położył obok swój medyczny dozymetr. Uśmiechnęli się do siebie. Nie potrzebowali słów. 

Liczniki Geigera na ścianie wskazywały zero jednostek. 

 

 

Posłowie: 

Dżetpak to oczywiście jetpack – „plecak rakietowy” – tylko w wersji spolszczonej. Jako 

ż

e  spolszczono  już  astronomiczne  jet  (dżet),  a  także  słowa  takie  jak  nazwa  opakowania 

digipack  (digipak)  wyprowadzoną  z  tego  samego  źródłosłowu,  uznałem,  że  zapis  taki  nie 

uchybi naszej Obczyźnie Polszczyźnie.