background image

Lass Small LEPSZY BIERZE WSZYSTKO 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Ojciec  Lily  Baby  Trevor  sam  postanowił,  że  da  córce  na  imię  Lily.  Na  cześć 

swojej babki. 

Dla Susan, jego żony, dobrze ułożonej panienki, z domu Davie, był to prawdziwy 

szok.  Dwa  lata  po  ich  ślubie  babka  męża  wciąż  potrafiła  dopiec  jej  do  żywego. 
Była jak cierń tkwiący w stopie, jak ziarnko soli w oku. 

A  przecież  żaden  z  mężczyzn  w  tej  rodzime  nie  zorientował  się,  jaką  wiedźmą 

była  ta  kobieta.  Inna  rzecz,  że  bez  niej  nie  potrafili  dać  sobie  rady.  Łatwiej  więc 
było  im  nie  dostrzegać  jej  trudnego  charakteru.  Susan  była  prawie  pewna,  że 
starsza pani będzie żyć wiecznie. I niewiele się pomyliła. 

Przez wszystkie te lata Susan hodowała koty. Każdy z nich, kolejno, dostawał na 

imię Lilly. Przez dwa „l”. Była to jej zemsta na starej, podłej jędzy. 

Żyjąc  stale  wśród  kotów  o  takim  imieniu,  Susan  zawsze  powtarzała  z  niewinną 

miną, że dodanie Baby do imienia praprawnuczki służyło jedynie do odróżnienia, o 
którą Lily - przez jedno „l” - chodzi. 

Lily  Baby  natomiast  bardzo  długo  była  przekonana,  iż  nazwano  ją  tak  na  cześć 

któregoś z kotów. Gdy poznała prawdę, była szczerze niepocieszona. 

Dzięki energicznemu poparciu. Susan pomysł, by wynieść się z Teksasu, stał się 

faktem  dokonanym.  Zamieszkali  w  Indianie.  I  to  również  ona  wpadła  na  sprytny 
pomysł,  by  na  podwóreczku  za  ich  małym  domkiem  ustawić  wielką  przyczepę 
kempingową. Służyła ona nie tylko podczas wakacyjnych podróży. W niej właśnie 
mieszkali  prapradziadkowie,  gdy  przyjeżdżali  z  wizytą.  Zresztą  nie  tylko  oni. 
Przyczepa  była  prawdziwym  wybawieniem  w  sytuacji  nie  kończących  się 
rodzinnych odwiedzin. 

Od tamtych dni wiele wody upłynęło w rzece. Lily Baby skończyła dwadzieścia 

trzy lata. Była szczupła, średniego wzrostu. Miała bujne, czarne włosy i niebieskie 
oczy.  Stanowiła  śmiertelne  zagrożenie  dla  mężczyzn.  Lecz  nie  dostrzegała  tego. 
Ukończyła uniwersytet stanowy i z niepokojem myślała o przyszłości. Działo się to 
tego roku, kiedy jej prapradziadek połączył się znowu z pierwszą Lily. Niektórzy 
twierdzili  nawet,  że  spotkali  się  w  niebie.  A  Lily  Baby  odziedziczyła  zajazd 
„Imbryk”.  W  południowo-wschodniej  części  stanu  Teksas.  Na  obrzeżach  miasta 
San Antonio. 

- No tak - powiedziała ostrożnie jej matka. - I co ty na to? 
Jako nieodrodna córka swego ojca i potomkini Trevorów, Lily Baby zdecydowała 

się błyskawicznie. 

- Jadę. Zobaczę, jak to wygląda. 
Mówiąc  to  pomyślała,  że  właściwie  Baby  dodane  do  imienia  nie  jest  jej  już  do 

niczego potrzebne. 

Wydoroślała. 
Matka w zamyśleniu pokiwała głową. Ojciec zaś był bardzo poruszony. Nigdy nie 

prowadził motelu i miał na ten temat mgliste wyobrażenie. 

background image

- Chyba powinnaś pojechać tam i po prostu otworzyć go - powiedział. 
I tak oto, spędziwszy większość życia w Indianie, lecz przecież w domu dwojga 

Teksańczyków,  Lily  jechała  ku  południowo-wschodnim  krańcom  San  Antonio. 
Dawno temu dzielnica ta była odrębnym  miasteczkiem. Nazywało się ono wtedy, 
nie wiadomo dlaczego, Quatro. Potem wchłonęło je żarłoczne San Antonio. 

Dzięki mapie, którą dała jej matka, Lily łatwo znalazła drogę. Dotarła tam, gdzie 

ponad zielonym morzem postrzępionych koron jabłoszynów  wyrastał „Imbryk”. 

Zajazd  nie tylko nazywał się  „Imbryk”. Wyglądał jak  ogromny czajnik!  Wysoki 

na  dziesięć  metrów,  miał  z  jednej  strony  rączkę,  dach  w  kształcie  pokrywki  i 
dziobek - kryjący w sobie komin - pochylający się nad dystrybutorami paliwa. 

U wylotu dziobka wisiał szyld w kształcie dzbanuszka na śmietankę. 
Drzwi i okna były wysokie i szerokie, zwieńczone zgrabnymi łukami. Obecność 

górnych  okien,  nieco  mniejszych,  lecz  również  łukowatych,  wskazywała,  że  w 
budynku było także piętro. 

Lecz największa niespodzianka kryła się z tyłu monstrualnego czajnika. Stało tam 

półkolem  sześć  dużych,  pękatych,  odwróconych  dnem  do  góry  filiżanek, 
ustawionych na betonowych spodkach-podmurówkach. 

Mieściły się w nich pokoje gościnne. 
Niesamowite! 
Każda  filiżanka  miała  uszko,  drzwi  i  okna.  W  jednej  z  nich  była  pralnia.  Z 

dokumentów,  które  Lily  przejrzała  u  adwokata,  wiedziała,  że  był  tam  także  mały 
warsztat. 

Wysiadła z samochodu i rozglądała się z zainteresowaniem. Zielsko panoszyło się 

wszędzie całkiem bezkarnie. 

Gałęzie  drzew  wymagały  przycięcia  i  wyrównania.  Całość  robiła  wrażenie... 

zaniedbania. 

Jak prapradziadek odkrył tak cudowne miejsce? Uśmiechnęła się. Było doskonałe. 

Wymagało jedynie gruntownego wysprzątania. 

- Szukasz pokoju? - usłyszała. 
W  drzwiach  motelu  stał  mężczyzna.  Nie  był  przesadnie  zadbany.  Nie  golił  się 

przynajmniej przez tydzień, czarne włosy wiły się nieporządnie wokół głowy. Miął 
brązowe  oczy.  Przyglądał  się  jej  tak  intensywnie,  że  wokół  zmrużonych  oczu 
porobiły mu się białe zmarszczki. W kąciku ust trzymał wykałaczkę. 

Miał na sobie czysty podkoszulek. Duży dekolt odsłaniał czarne, kręcone włosy na 

piersi.  Mężczyzna  był  przewiązany  wokół  bioder  złożoną  po  przekątnej 
kwadratową, bawełnianą serwetą. 

- Kim jesteś? - spytała. 
- Kucharzem. Uśmiechnęła się. 
- A ja jestem praprawnuczką Toma Trevora. 
- Kto to taki? - spytał z rezerwą. 

                                                           

 Jabłoszyn baziowaty (Proposis julifera) - drzewo z rodziny mimozowatych, charakterystyczne dla pustynnych obszarów Arizony, 
Kalifornii i Teksasu (przyp. tłum.). 

background image

- Zapisał mi w spadku to wszystko. - Lily zatoczyła ręką szeroki łuk. 
- Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę? 
- Mam dokumenty. 
- Wejdź, napij się kawy. - Wszedł na betonowy stopień. - Czy jesteś dość dorosła, 

żeby pić kawę? 

- Owszem - odparła, nie ruszając się z miejsca. - Wolę jednak herbatę. 
- Angielka? - spytał. 
- Nie. - Weszła za nim na podest. - Jestem Teksanką. Z krwi i kości - dodała. 
- Wcale nie mówisz jak Teksanką. 
- Wychowałam się w Indianie - odparła, rozglądając się dookoła. 
- No to umrzesz tu z gorąca. 
- Nigdy nie słyszałam, by moi teksańscy rodzice uskarżali się na życie tutaj. 
- Pewnie zależało im, żebyś poprowadziła ten interes i wspomogła ich trochę. 
- Nie potrzebują tego. - Lily uśmiechnęła się lekko do siebie. Przezorny nigdy nie 

zdradza wszystkiego nieznajomemu. 

Mężczyzna  wciąż  przytrzymywał  zewnętrzne  drzwi,  czekając,  by  weszła  do 

środka. 

Wewnątrz  rozglądała  się  uważnie.  Ściany  wymagały  pomalowania.  Podłoga 

zszarzała,  lecz  była  czysta,  wymyta  i  wyszorowana.  Wysoko  pod  sufitem  wolno 
kręcił się wentylator. 

Dalej w głębi był bar i szereg wysokich stołków wspartych na grubych kłodach. 

Resztę pomieszczenia zajmowały gęsto ustawione stoliki. Wzdłuż jednej ze ściany 
wiły się wąskie schody, prowadzące na piętro. 

Kucharz wlał wrzątek do filiżanki. Na spodku położył torebkę z herbatą. Usiedli 

naprzeciw siebie przy jednym ze stolików. On pił kawę. 

- Dużo kawy pijesz? - spytała. 
- Mnóstwo. - Prawie się uśmiechnął. 
- Nie powinieneś.  Kawa szkodzi  - perorowała niepomna, że on na pewno był od 

niej o kilka lat starszy. - Powinieneś pijać sok z żurawin. 

- Rozkaz, szefie! 
- Właściwa postawa. 
Ta  uwaga  sprawiła,  że  w  końcu  naprawdę  się  uśmiechnął.  Miał  ładne  zęby  i 

ujmujący uśmiech. 

- Jesteś dobrym kucharzem? - spytała. 
- Jakoś nie było dotąd żadnych skarg. 
- Może dlatego, że wszyscy widzą twoje muskuły. 
- Ja mam muskuły?! - spytał zaskoczony. Roześmiała się. 
- To przez te omlety - powiedział konfidencjonalnie. - Potrafię obracać je dwiema 

rękami równocześnie. Na dwóch patelniach. Dlatego mam rozwinięte muskuły. 

-  Wspaniale.  - Spostrzegła, że zmienił nieco sposób mówienia. U  Teksańczyków 

było to zupełnie naturalne. Tym sposobem podkreślali swój rodowód, sięgający sta-
rych dobrych czasów. 

background image

- Masz tu kogoś do pomocy? - spytała. 
-  Po  południu  zmienia  mnie  syn  Teresy.  A  Teresa  sprząta  chaty,  jeśli  jest  taka 

potrzeba. 

- Jeśli... jest... taka potrzeba? - powtórzyła. 
- Owszem - przytaknął. - Będziesz mieszkać w filiżance? 
- To w nich da się mieszkać? - zainteresowała się. 
- W większości. 
- Która jest najlepsza? 
Odchylił się do tyłu i westchnął ciężko. 
- Typowa kobieta - powiedział. - Wszystko musi mieć najlepsze. 
A więc napotkała antyfeministę. I to kucharza. Widać było, że świetnie orientował 

się we wszystkim. Ale powinien zajmować się gotowaniem. 

- Wielu klientów tu jada? 
- Kilku. 
- Są z tego jakieś zyski? 
- Niespecjalnie - bąknął z rezerwą. 
Spojrzała za okno na stojące do góry dnem filiżanki. 
Były wąskie i wysokie. I miały uszka. Ich widok cieszył jej oczy. Uśmiechnęła się 

i spytała: 

- Czy potrafimy żyć tu we dwoje? 
-  Możemy  spróbować  -  bąknął  wymijająco.  Nie  zabrzmiało  to  szczególnie 

zachęcająco.  Zwłaszcza  dla  nowicjuszki.  Lecz  była  szczęśliwa,  że  „Imbryk”  był 
właśnie taki, z filiżankami, które służyły do mieszkania. Była gotowa. Pełna zapału 
do prowadzenia interesu. 

Skoro motel wciąż był otwarty, to znaczyło, że nie jest tak źle. 
- Masz klucze do domków? - spytała. 
- Oprowadzę cię. 
Ale najpierw urządził Lily Trevor wycieczkę po „Imbryku”. Zauważyła, że przez 

cały czas czujnie spoglądał w stronę dystrybutorów z paliwem i głównych drzwi. 

Pokazał jej wszystkie zakamarki. 
„Imbryk” miał piwnicę! Niezwykła to rzadkość w tych stronach. Było tam czysto, 

wysprzątane  starannie.  Za  zamkniętymi  na  porządne  skoble  drzwiami  znajdowała 
się prawdziwa chłodnia! 

- Stąd uzupełniam zapasy w lodówce na górze  - objaśniał. - Przywożą wszystko, 

kiedy zadzwonię. 

Lily kiwnęła głową. 
-  Codziennie  dostarczają  mleko.  Tyle,  ile  potrzebujemy.  Zawsze  jednak  mogą 

dosłać trochę więcej, gdyby pojawił się niespodziewanie tłum dzieciaków. 

Po  stromych,  krętych  schodach  przylegających  do  zewnętrznej  ściany  budynku 

poprowadził  ją  na  piętro.  Było  tam  dość  duże  biuro,  dwie  niewielkie  sypialnie  i 
bardzo mała łazienka. Tylko z prysznicem, bez wanny. 

Jestem bogata! pomyślała. 

background image

-  Nie  możesz  mieszkać  tutaj...  ze  mną...  pod  jednym  dachem  -  powiedział 

ostrożnie. Zaskoczył ją. 

-  Przecież  nie  będziemy  mieszkać  w  jednym  pokoju.  Na  samą  myśl  poczuł 

mrowienie w lędźwiach. 

- Ludziska w tych stronach są okropnie zacofani - powiedział bardzo poważnie. - 

Nie uwierzysz, jak bardzo, Nie możesz mieszkać tutaj. Musisz wynająć mieszkanie 
w Quatro. Poproś Teresę. Znajdzie ci coś odpowiedniego. 

- Czy ty nie mógłbyś wynająć sobie mieszkania, a mnie ulokować tutaj? W końcu 

to wszystko należy do mnie. 

-  Nie  możesz  sama  przebywać  nocą  w  motelu  -  tłumaczył  bardzo  rozsądnie.  - 

Mogłabyś spotkać naprawdę wstrętnych gości. Mną nikt się nie zainteresuje. 

Przyjrzała  mu  się  ostrożnie.  Wyraźnie  starał  się  umniejszyć  swoją  wartość.  A 

może  miał jakąś  ukrytą wadę? Skazę genetyczną? Okropne uszkodzenie łańcucha 
DNA, którego skutkiem była chorobliwa słabość do kobiet. 

- Ale ja jestem tu właścicielką - zaryzykowała. 
- Możesz zamieszkać z Teresą. Będziesz miała u niej własny pokój. 
- A nie mogłabym zamieszkać w którymś z domków? 
- Może i tak. Spytaj Teresę. 
- Ona tutaj rządzi? 
- Zna wszystkich... w tych stronach - odparł z rezerwą. Lily Baby rozważała przez 

moment jego słowa. 

- Co kraj, to obyczaj - powiedziała w końcu. 
- Świetnie! Właśnie o to chodzi. Nareszcie zrozumiałaś. 
- Opowiedz mi o sobie - poprosiła. 
-  Nazywam  się  Bryan  Willard.  -  Popatrzył  na  nią  z  uwagą.  Była  taka  młoda!  - 

Mam trzydzieści lat. Jestem dobrym kucharzem. 

- Jesteś... żonaty? 
- Nie. - Nagle zaschło mu w gardle. Zdawało mu się, że lada moment usłyszy: „W 

takim razie będziemy spać razem”. Nie doczekał się. 

- Gdybyś miał żonę, mogłaby chronić twoją reputację - usłyszał. 
- Przemyślę to - bąknął. 
Rzuciła  mu  karcące  spojrzenie.  Lecz  choć  starała  się  zachować  powagę,  nie 

zdołała powstrzymać uśmiechu. 

Przyglądał się jej uważnie. A było na co popatrzeć! Jeśli naprawdę zdecyduje się 

tu zostać, pomyślał, będę miał się z pyszna. Była młoda i niedoświadczona. I taka 
niewinna. Nie minie tydzień, gdy wszyscy mężczyźni w Quatro zaczną chodzić z 
jej powodu na rzęsach. 

Później będzie już tylko gorzej. Wiadomości o niej rozejdą się poza tę część San 

Antonio, a po dwóch miesiącach... 

Dla Bryana Willarda była to prawdziwa katastrofa. Ona może stać się pokusą dla 

wszystkich mężczyzn w południowym Teksasie już po trzech miesiącach! 

Wtem drzwi otwarły się  i do środka wszedł  młody  mężczyzna. Trzydziestoletni. 

background image

Miał na sobie ciemny garnitur, białą koszulę i krawat w dyskretny wzorek. Tylko 
prawdziwi ludzie interesu zawsze noszą krawaty. 

Co ktoś taki porabiał w „Imbryku”? Na pewno zgubił drogę. 
Przybysz  uśmiechnął  się  sympatycznie.  Miał  niebieskie  oczy  i  rudawe  włosy. 

Spojrzał  na  siedzących  przy  stoliku  i  uznał,  że  Lily  jest  tylko  gościem 
towarzyszącego jej faceta. Bez wątpienia kucharza. 

- Dzień dobry! Jestem Tim Morgan - przedstawił się uprzejmym tonem człowieka, 

który  świetnie  zna  swoją  wartość.  I  jest  przekonany,  że  wszyscy  ludzie  także  ją 
znają  i  wiedzą,  kim  on  jest.  Słychać  to  było  wyraźnie  w  tonie  rozbrajającej 
skromności,  jakim  wymienił  swoje  nazwisko.  Nie  zdołali  jeszcze  ochłonąć  z 
pierwszego wrażenia, gdy Tim ciągnął dalej: 

- Mam nadzieję, że znacie właściciela tego lokalu? 
-  Ja  jestem  właścicielką  -  powiedziała  Lily  Baby  i  Bryan  przekonał  się,  że 

prawidłowo ocenił jej życiowe niedoświadczenie. 

Tim był wyraźnie zaskoczony. 
Bryan dostrzegł to w jego oczach. Jednakże przybysz błyskawicznie przywołał na 

twarz  szeroki  uśmiech.  To  musi  być  jakiś  handlarz  czy  domokrążca,  pomyślał 
Bryan. 

- Świetnie! Ma pani trochę czasu? Chciałbym obejrzeć motel z tamtego wzgórza - 

rzucił i natychmiast nerwowo przygryzł wargę. 

Bryan nie uśmiechnął się ani nie poruszył. 
-  Po  co?  -  rzucił.  I  nie  było  to  właściwie  pytanie.  Tim  nie  był  nowicjuszem. 

Uśmiechając się do Bryana, wyciągnął dłoń ku Lily, by wstała z krzesła. Czas to 
pieniądz. 

- Muszę z panią porozmawiać - powiedział. Lily nie poruszyła się. Przyglądała się 

Timowi  z  pewnym  zainteresowaniem.  Bryan  wstał  wolno  i  wyprostował  się. 
Muskularne ramiona naprawdę robiły wrażenie. 

Zaintrygowana Timem Lily wcale nie zwróciła na to uwagi. 
- Napije się pan soku pomarańczowego? - spytała. 
-  Dziękuję.  Może  później.  Muszę  spotkać  się  z  klientem  dokładnie  za  półtorej 

godziny. Mamy zatem tylko tyle czasu, by porozmawiać. Proszę pójść ze mną, a ja 
wyjaśnię, o co mi chodzi. 

- Nigdzie z nim nie idź - przestrzegł ją Bryan. 
Tim zdziwił się. 
-  Proszę  -  powiedział  -  oto  moja  wizytówka.  Na  Bryanie  nie  zrobiło  to  żadnego 

wrażenia. 

-  Można  sobie  zamówić  takie  w  każdej  drukami  -  rzucił.  Lily  Baby  spojrzała  na 

Bryana. Zrozumiała, że nie ufał Timowi. 

- Ukończyłam stanowy uniwersytet w Muncie. Dam sobie radę - powiedziała. 
Bryan pokręcił głową z dezaprobatą. Nabrał głęboko powietrza, jakby chciał coś 

powiedzieć, lecz nie odezwał się. Oddychał płytko, wciąż wypinając szeroką klatkę 
piersiową. 

background image

Lily  Baby  pojęła,  że  w  ten  sposób  starał  się  ją  chronić.  Sprawiło  jej  to 

przyjemność,  chociaż  nie  rozumiała  tego.  Szła  dotąd  przez  życie,  nie  zauważając 
zupełnie, że zawsze gdy była w opałach, znajdował się przy niej jakiś mężczyzna, 
strzegący jej bezpieczeństwa. 

Bryan  bez  trudu  zorientował  się,  że  nigdy  nawet  jej  przez  myśl  nie  przeszło,  że 

największe  niebezpieczeństwo groziło jej właśnie ze strony strażników.  Stroili  do 
niej  słodkie  minki,  próbowali  różnych  podstępów,  byle  tylko  ją  zdobyć.  Była 
naprawdę naiwna. 

-  Wrócimy  niedługo  -  powiedział  Tim  lekceważącym  tonem.  -  Muszę  tylko 

dokładnie wyjaśnić sprawę. Jasne. Bryan posłał mu lodowate spojrzenie. 

- Nie idź dalej niż do filiżanek  - powiedział do Lily. Przez całe życie  mężczyźni 

robili jej podobne uwagi, dlatego nauczyła się je ignorować. 

- Nie bój się - powiedziała słodziutkim głosikiem. 
- Będę was obserwował. - Bryan ponuro spojrzał na Tima. Tamten uśmiechnął się, 

jakby chciał udowodnić, że jest całkiem niegroźny. 

- Powinieneś raczej pójść z nami - powiedział. - Mógłbyś dowiedzieć się czegoś. 
-  Swoje  wiem  -  mruknął  Bryan.  Ale  jednak  wyszedł  na  zewnątrz.  Stanął  na 

betonowym stopniu, wetknął do ust wykałaczkę i ponuro spoglądał za parą idącą w 
stronę wzgórza. 

Tim uśmiechał się do Lily Baby. 
- Gdzie znalazłaś takiego strażnika? - spytał. 
- Dostałam go wraz z motelem. 
Bardzo rozbawiło to Tima. Wesoły i radosny z natury, innym okiem spojrzał na 

Lily. Ujął ją pod ramię, by pomóc w marszu przez grząski piasek. 

- Ciekawy jestem, jak zdobyłaś takiego obrońcę? 
- Po prostu spotkałam go. 
- Opowiedz mi o tym. - Zatrzymał się, by wysłuchać uważnie jej relacji. 
- Odziedziczyłam to miejsce po prapradziadku. A pan Willard jest tu kucharzem. - 

Przyjrzała  się  Timowi  uważnie.  Potrafił  słuchać  w  skupieniu,  jeśli  coś  go 
interesowało. - I dlatego tu jestem - dodała. 

- Ukończyłaś studia? - spytał zaskoczony ogromnym entuzjazmem w jej głosie.  - 

Mówisz jak te nowoczesne kobiety, które nauczono myśleć w taki właśnie sposób. 

Uśmiechnął się. Po chwili udowodnił, że był naprawdę bardzo sprytny. 
-  To  wielkie  szczęście  spotkać  taką  kobietę  -  powiedział.  -  Wierzę,  że  zechcesz 

sprzedać „Imbryk”. Jaka jest twoja cena? 

Lily powoli pokręciła przecząco głową. 
-  Niedawno  tu  przyjechałam.  Nie  zdążyłam  jeszcze  rozejrzeć  się,  przejrzeć 

dokumentów, ocenić możliwości. 

Tim  spoważniał.  Pokiwał  głową.  Zrobił  wolno  kilka  kroków.  Z  natężeniem 

wpatrywał się w swoje stopy... Rozważał jej odpowiedź. 

- Zadzwonisz, kiedy już ocenisz możliwości tego motelu?  - spytał. - Proszę, weź 

kilka  moich  wizytówek.  Porozkładaj  je  w  różnych  miejscach,  to  nie  zapomnisz  o 

background image

mnie. 

Żadna kobieta nie mogła zapomnieć Tima Morgana. Ale ona przyglądała mu się, 

jakby dopiero rozważała, czy zachować go w pamięci, czy nie. Kobiety nie są takie 
głupie. 

Miał  wspaniały  uśmiech.  Oczy  pełne  tańczących  ogników.  Znajomość  z  nim  na 

pewno nie byłaby nudna. Lecz bez wątpienia był bardzo zajęty. Był człowiekiem 
czynu. Właśnie. W tym sęk! Dla kogo pracował? Czemu w ogóle ktoś chciał kupić 
„Imbryk”? 

Rozejrzała się. Wszystko wokół było nieco zaniedbane, wymagało wiele pracy i 

nakładów. Czemu ktokolwiek chciałby dawać pieniądze za motel mieszczący się na 
takim odludziu? 

- Myślę, że zdołamy uzgodnić niezłą cenę - odezwał się Tim. 
-  Jeszcze  się  nie  zdecydowałam.  Przyjechałam  tu  dopiero  dzisiaj.  Przedtem  w 

ogóle  nie  wiedziałam  nawet  o  tym  motelu.  Prapradziadek  zapisał  mi  go  w 
testamencie - powtórzyła. 

-  Nie  byłaś  tutaj  nigdy  przedtem?!  Nie  łączą  cię  z  tym  miejscem  żadne 

nostalgiczne wspomnienia? Nie przyjeżdżałaś tutaj w dzieciństwie? 

- Nie. I nie mam pojęcia zielonego pojęcia, ile to jest warte - odparła po prostu. - 

Muszę najpierw przejrzeć księgi. 

-  Wtedy  sama  zrozumiesz  na  pewno,  jaką  ulgę  przyniesie  ci  pozbycie  się  tego 

motelu jak najszybciej. Teraz. 

- Zastanowię się... 
- Nie wiem, jak długo jeszcze moja oferta będzie aktualna - dodał łagodnie. 
Spojrzała mu w twarz. Uśmiechał się przyjacielsko. Jakby był jej sojusznikiem. 
-  No  cóż,  zastanowię  się...  -  Taka  wymijająca  odpowiedź  była  charakterystyczna 

dla Teksańczyków. Gdy są nastawieni nieco bardziej wrogo, dodają zwykle: 

- Zobaczymy, co się da zrobić. 
Ruszyli  z  powrotem  do  motelu.  Przez  całą  drogę  Tim  skrupulatnie  lustrował 

wszystkie  szczegóły  posesji  i  zabudowań.  Sprawiał  wrażenie  pewnego  siebie. 
Jakby kupno „Imbryka” miał już załatwione. 

Lily zaś bardzo zastanawiało jedno. Tim w ogóle nie zainteresował się wnętrzem 

domków. Nie zajrzał do ani jednej filiżanki. 

Dotarli do „Imbryka”. Tim przytrzymał drzwi i przepuścił ją przodem. 
-  Czy  macie  może  pączki?  -  spytał,  uśmiechając  się  do  Bryana.  -  Nie  jadłem 

dzisiaj śniadania. 

Bryan wyciągnął z pudełka papierową serwetkę. Spod lady wydobył wielki pączek 

nadziewany dżemem pomarańczowym i położył go na ogromnym talerzu. Napełnił 
filiżankę  kawą  i  ustawił  to  wszystko  na  barze.  Timowi  bardzo  to  odpowiadało, 
gdyby bowiem panna Trevor nie usiadła z nim przy jednym stoliku, zostałby sam, 
całkiem z boku. A przy barze był nadal razem z nimi. 

Wbił zęby w ciastko i z wrażenia aż zamknął oczy. Głośno wyraził swój zachwyt. 

Otwarł oczy. Bryan nie zwracał na niego uwagi. Spytał więc Lily Baby: 

background image

- Gdzie zdobyłaś takie cudowne pączki? 
- Jak je zdobyłeś, Bryanie? - spytała. 
- Sam je usmażyłem. 
- Zostaniesz w „Imbryku” u nowych właścicieli? - spytał Tim. 
- Nie. 
- A więc zdradź mi przepis. 
- Nie. 
Lily Baby w zadumie patrzyła na Bryana, lecz się nie odezwała. 
- Mogę dostać jeszcze tuzin? Zabiorę je do domu - powiedział Tim. 
Bryan  bez  słowa  napełnił  torbę,  zawinął  górną  krawędź  i  postawił  ją  przed 

Timem. Ten zjadł ciastko i sięgnął po następne. 

- Jestem w kropce - powiedział. - Co powinienem zrobić, żebyś sprzedawał swoje 

pączki u nas, w San Antonio? 

Bryan potrząsnął głową. 
- Pracuję dla panny Trevor. 
-  To  może  wejdziemy  w  spółkę?  Przyłączycie  się  do  naszego  biura  handlu 

nieruchomościami, a my dostaniemy w ten sposób te wspaniałe pączki. 

- Ja nie mam ochoty - odparła Lily. - Nie interesuje mnie to. 
- A powinno  - Tim skarcił ją łagodnie.  - Musisz przecież sprzedać ten motel. Ile 

takich korzystnych propozycji mieliście w ciągu ostatnich pięciu lat? 

Lily zastanawiała się nad jego słowami. Był niezwykle przebiegły. Nie powiedział 

„chcemy  mieć  ten  motel”,  tylko  „musisz  go  sprzedać”.  Bardzo  sprytny  z  niego 
kupiec. Starał się wyrobić w nich przekonanie, że za wszelką cenę powinni pozbyć 
się zajazdu. 

Interesujące. 
Nie odezwała się. Za to Bryan był zaintrygowany może nawet bardziej niż ona. 
Tim sięgnął po trzeci pączek. 
- Utyjesz - rzuciła Lily. 
- Nie jadłem śniadania - przypomniał jej. 
-  Powinieneś  jadać  kaszki  zbożowe,  zamiast  tych  obrzydliwie  doskonałych 

pączków. 

Tim wybuchnął gromkim śmiechem. 
-  Co  za  kobieta!  -  zwrócił  się  do  Bryana.  -  Sprzedaje  pączki,  a  zaleca  zbożowe 

kaszki. 

- Ma rację. 
Kolejny paroksyzm śmiechu wstrząsnął Timem. 
-  Czemu  sprzedajecie  te  smakowite,  pączki,  jeśli  uważacie,  że  klienci  powinni 

jadać zupełnie co innego?! 

- Bo są smaczne - powiedział spokojnie Bryan. 
- Rozumiem - odparł Tim. - Przyjechałem tu, by kupić motel. Możemy wrócić do 

tej sprawy? 

- Nie - odpowiedziały mu dwa głosy. - Jeszcze nie przejrzałam ksiąg - dorzucił ten 

background image

żeński. 

- No to przynieś je tutaj. Obejrzymy je razem. 
-  Nie!  -  odezwały  się  znowu  dwa  głosy.  Otwarły  się  drzwi  i  do  baru  wszedł 

kierowca  ciężarówki.  Serdecznie  przywitał  się  z  Bryanem.  Potem  spytał,  czy 
towarzysząca mu młoda dama chce, by ją podwieźć. 

- Nie - usłyszał trzy głosy. 
O ile jednak odpowiedź Lily była czysto praktycznym przeczeniem, o tyle męskie 

„nie” były gwałtownym przejawem czujności i podejrzliwości. 

Kierowca roześmiał się. 
Lily nie zwróciła na niego uwagi. 
Kierowca wyszedł z torbą pełną pączków. 
- Ile tych pączków smażysz każdego dnia? - zainteresował się Tim. 
- To zależy. 
Tim  uśmiechnął  się.  Wrogość  Bryana  bawiła  go  szalenie,  gdyż  doskonale  ją 

rozumiał. Zauważył również, iż Lily zupełnie jej nie pojmowała. 

Kobiety  nie  są  istotami  szczególnie  kompetentnymi.  Zwłaszcza  gdy  chodzi  o 

mężczyzn. 

Nadeszła w końcu pora pożegnania. Dalsze przedłużanie wizyty byłoby już tylko 

natręctwem. Tim uścisnął im ręce, dał Lily jeszcze kilka wizytówek i wyszedł. 

Zanim doszedł do samochodu, wyjął z torby następny pączek. 
Siedząca w zajeździe Lily powiedziała do Bryana: 
- Powinniśmy nazwać go „Pączkarnia”. 
-  To  jest  „Imbryk”.  Czego  chciał  od  ciebie  ten  facet?  Gadał  przez  cały  czas  jak 

nakręcony. Co powiedział? 

- Że nie wie, jak długo jego oferta będzie ważna. 
- Podał jakiś termin? 
- Nie. 
- To i tak więcej, niż sądzimy. 
- A może mniej? 
Wreszcie Bryan uśmiechnął się. 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Siedzieli przy barze. 
-  Powinnaś  poradzić  się  prawnika,  nim  zrobisz  cokolwiek  z  tą  ofertą  -  mówił 

Bryan. - Morgan to przebiegły cwaniak. Praktycznie niczego ci nie zaproponował. 

-  W  San  Antonio  mieszka  moja  krewna.  Jest  pośredniczką.  Handluje 

nieruchomościami. Wypytam ją o wszystko. 

- Zrób to. Lily wstała. 
- Gdzie są księgi? - spytała. 
- W biurze. Na piętrze. 
- To logiczne. - Lily uśmiechnęła się. 
-  Od  kiedy  miasto  zagarnęło  cały  ten  teren,  starają  się  przekonać  nas,  że  też 

jesteśmy  jego  częścią  i  założyli  nam  telefon.  Możesz  zadzwonić  do  kuzynki.  To 

background image

będzie rozmowa miejscowa. 

- Idę do biura. 
- Masz wizytówkę Morgana? 
- Mam ich pięć. 
-  On  chce  kupić  ten  motel.  Zależy  mu  na  tym.  Zastanawiam  się...  -  Bryan  stał 

nieruchomo. Spoglądał na Lily Trevor jak na łakomy kąsek. 

-  Natychmiast  zadzwonię  do  kuzynki  -  powiedziała.  Krętymi  schodami  obok 

kontuaru weszła na piętro. Odruchowo otwarła pierwsze drzwi i zajrzała do środka. 
Był to pokój Bryana. 

Tym  razem  była  tu  sama,  mogła  zatem  obejrzeć  wszystko  dokładnie.  Nie 

zauważyła  niczego  niestosownego,  jak  fotografie  nagich  kobiet  czy  coś  w  tym 
stylu. 

Przeszła przez korytarz i znalazła się w biurze. 
Tymczasem na dole Bryan uważnie nasłuchiwał jej kroków, śledząc w ten sposób, 

co  robi.  Weszła  do  jego  pokoju  i  stała  bez  ruchu.  Próbował  zrozumieć,  czemu 
trwało  to  tak  długo.  Co  takiego  zobaczyła?  Będzie  musiał  spróbować  później 
uważnie obejrzeć swój pokój. 

Początkowo  nie  mógł  przypomnieć  sobie,  czy  zasłał  łóżko.  Zasłał.  Przecież 

pokazywał  jej  swój  pokój  już  wcześniej.  Czemu  zatem  oglądała  go  jeszcze  raz? 
Rzucił rozpaczliwe spojrzenie za okno. Gubił się w domysłach. 

Tymczasem Lily zadzwoniła z biura do swojej kuzynki, Marly Foster. Była zajęta. 

Rozmawiała z klientem. Obiecała oddzwonić. 

Cóż  można  było  zrobić?  Lily  odłożyła  słuchawkę  na  widełki.  Na  półce  nad 

biurkiem  stały  równym  szeregiem  książki  rachunkowe.  Czystość  i  porządek 
panujące w biurze były chyba największą niespodzianką tego dnia. Ciekawe, czy to 
zasługa Bryana, czy raczej tajemniczej Teresy? pomyślała. 

Czarne  księgi  zawierały  rejestr  zysków  i  wydatków.  Każda  miała  na  grzbiecie 

złote  cyfry  oznaczające  rok.  Aktualna  książka  prowadzona  była  bardzo  starannie. 
Lily przeżyła prawdziwy wstrząs. 

Jak to się stało, że przy tak zasobnym koncie w banku nikt nie doprowadził tego 

motelu do porządku? 

Początkowo  Lily  wyobrażała  sobie,  że  spędzi  kilka  dni  na  liczeniu,  szukaniu  i 

sortowaniu  informacji.  Tymczasem  zastała  wszystko  zapisane  skrzętnie  i  czysto. 
Wystarczyło tylko otworzyć księgi i wziąć kolorowy mazak. 

Bryan  był  naprawdę  uczciwy.  Zarabiał  bardzo  przyzwoicie.  Interes  prosperował 

nadspodziewanie  dobrze.  Gdy  siedziała  tak,  rozmyślając,  przed  motel  zajechał 
szkolny  autobus.  Wysypała  się  z  niego  chmara  hałaśliwych  dzieciaków,  które  z 
miejsca wypełniły wszystkie kąty. 

Lily zamknęła książkę i zeszła na dół. 
- Jak mogę pomóc? - spytała Bryana. 
- Umyj ręce. Nalewaj mleko do kubków. Podawaj łyżeczki i serwetki. 
Posłusznie  wykonywała  polecenia,  obserwując  uważnie  Bryana.  Był  naprawdę 

background image

świetny.  Znał  się  na  rzeczy.  Potrafił  sprawnie  i  szybko  nakarmić  ponad 
trzydzieścioro dzieciaków. 

Musiała przyznać, że sumiennie zapracowywał na swoją pensję. 
Szarańcza w postaci szkolnej dziatwy była wszędzie. Jadła i nieustannie  krążyła 

po całym pomieszczeniu. Czas płynie błyskawicznie, gdy ma się dużo roboty. Lily i 
Bryan nie narzekali na jej brak. 

Skończyły  się  pączki.  Wystarczyło  ich  akurat  dla  wszystkich  chętnych. 

Zaskoczyło to Lily. 

- Spodziewałem się, że przyjadą - wyjaśnił Bryan. - Byliśmy przygotowani. 
- Doskonale - pochwaliła. 
Tymczasem Bryan miesił kolejną porcję ciasta. 
- Znów będą potrzebne? - spytała. 
-  Teraz  usmażę  niewiele  pączków.  Za  jakieś  pół  godziny  zjawią  się  tu  kierowcy 

ciężarówek. A będę już miał gotowe ciasto na rano. 

- Mogę coś zrobić, pomóc? Może pozmywam naczynia? 
- Mamy zmywarkę. 
- Świetny pomysł. Sam na to wpadłeś? 
-  Twój  prapradziadek  dawał  się  przekonać.  On...  lubił  mnie.  Sam  podniósł  mi 

pensję. 

-  Mój  tata  uwielbiał  swego  pradziadka.  Mówił,  że  to  był  dobry  człowiek. 

Właściwie wcale go nie znałam. 

- Ja też. Spotkałem go raz, może dwa. Przysyłał mi tylko listy. Wpadał tu bardzo 

rzadko, żeby skontrolować księgi. Był bardzo zapracowanym szefem. 

- Czy zostaniesz tutaj? 
Nie podniósł oczu znad stolnicy. 
- To będzie zależało od tego, jakim ty będziesz szefem... i co się w ogóle wydarzy. 
- Co się... w ogóle... wydarzy? - powtórzyła zaintrygowana. 
- Zobaczymy, czy Morgan znów tu przyjedzie i co jeszcze zrobi. 
- Sądzisz, że coś się za tym kryje? 
- Zobaczymy... 
Zadzwoniła kuzynka Marly. 
-  Czegóż  więc  Piękna  oczekuje  od  Bestii?  -  Marly  była  kobietą  tak  piękną,  że 

mogła sobie pozwolić na takie uwagi o sobie. Nawet wobec innej kobiety. 

- Kim jest Tim Morgan i dlaczego chciałby kupić „Imbryk”? 
Pytanie zaskoczyło Marly. Słychać było, jak gwałtownie wciągnęła powietrze. 
- Tim? - spytała głosem cichym i bezbarwnym. - Widział się z tobą? 
- Chce kupić „Imbryk”. 
- Co ci zaproponował? - Zawodowa ciekawość wzięła górę. 
- Czy to nie ty przypadkiem zdobyłaś „Imbryk” dla prapradziadka? 
- Taaak. A on dał go tobie. 
Lily westchnęła z teatralną przesadą i powiedziała: 
- No dobrze. Lepiej powiedz mi, co ty dostałaś? 

background image

- Ich dom. 
Lily zdołała tylko wydać cichy okrzyk. 
- Chyba jesteśmy kwita, prawda? - powiedziała Marly. Lily roześmiała się. 
- Powiedz mi, czemu Timowi tak bardzo zależy na „Imbryku”? 
- Jesteście po imieniu?! 
- Nalegał. 
- On handluje - wyjaśniła Marly kwaśno. 
- To samo powiedział Bryan. 
- Kto to jest Bryan? - spytała Marly cicho. - Czy to nie ten motelowy kucharz? 
- Tak. 
- Mój Boże! 
- Wiesz, Marly, odnoszę wrażenie, że ty nadal lubisz... mężczyzn. 
- Co w tym złego? 
- Masz rację. 
- Powęszę trochę w tej sprawie - powiedziała Marly. - Może dowiem się czegoś. A 

ty uważaj na siebie. Jesteś zbyt młoda, by mierzyć się z kucharzem lub z Timem. 
Zrozumiałaś? Jestem starsza i mądrzejsza. Powinnaś mnie słuchać. 

- Gadka-szmatka! 
- Jeśli dobrze sobie przypominam, było to jedno z ulubionych powiedzonek twojej 

matki. 

- W skrótowy sposób wyjaśnia wszystko - odparła grzecznie Lily. 
- Z nieopierzonego kurczęcia wyrosłaś na osóbkę mądrą i sprytną. 
- Skończyłam studia. 
Marly westchnęła głęboko. 
- Chyba przegapiłam ostatni rok. Właśnie tego mi było trzeba, by przepełnić czarę 

goryczy. 

- Wierzę. 
-  Cieszę  się,  że  wydoroślałaś  i  wróciłaś  do  domu.  Będę  pilnie  nasłuchiwać 

wszelkich  ploteczek  o  Timie  i...  przekażę  je  Bryanowi.  W  którymś  z  domków  w 
motelu.  Po  ciemku.  Tylko  w  ten  sposób  będziemy  mogli  porozmawiać  bez 
podsłuchujących nas, zasmarkanych dzieciaków. 

-  A  ja  -  odparła  Lily  Baby  -  z  lekarskimi  słuchawkami  na  uszach  będę  robić 

notatki. 

- To do ciebie podobne. Pamiętam dobrze, jakim byłaś dzieckiem. 
- Ty byłaś wtedy wspaniale zapowiadającą się kobietą. Dobrze to pamiętam. 
Marly także pamiętała. 
- Miałaś wielkie oczy - powiedziała - ale jeszcze większe uszy. 
- Może cię to uspokoi: nauczyłam się być dyskretna. 
-  Rozumiem.  To  dlatego  powiedziałaś,  że  zostaniesz  na  zewnątrz,  gdy  ja  będę 

rozmawiała z Bryanem? 

- Oczywiście. - 
-  Widzę,  że  wydoroślałaś  na  tyle,  żeby  być  tolerancyjną.  -  Marly  zaśmiała  się.  - 

background image

Dowiem się, jakie Tim ma zamiary, i dam ci znać. Zjedz za mnie tuzin pączków. 

- Kiedy zdążyłaś dowiedzieć się o pączkach? 
- Kiedy sprawdzałam motel dla twojego prapradziadka. Sprawdziłam wtedy także 

Bryana. - Tym razem westchnienie miało siłę tornado. 

-  Taką  cię  właśnie  pamiętam.  Zdumiewająco  dramatyczną,  jeśli  chodzi  o 

mężczyzn. Nigdy potem nie spotkałam i kogoś, kto potrafiłby, tak jak ty, omdlewać 
i przewracać oczami. 

- Teraz jestem bardziej subtelna - wyznała Marly. 
- To chyba dobrze. Tak naprawdę mężczyźni nie znoszą przedstawień. Zwłaszcza 

w miejscach publicznych. 

- Jak to odkryłaś? - zainteresowała się Marly. 
- Mam doświadczenie. 
- Zawsze wiedziałam, że będziesz jedną z nas. 
- Jestem, jaka jestem - powiedziała Lily Baby delikatnie. - Nie jestem naiwna. 
- O rany! 
- Lepiej wyjdź z domu i odwiedź mnie. Pączki Bryana... 
- Wiem wszystko na temat możliwości Bryana. Przyjadę. 
Odłożyła słuchawkę. 
Gdy  Lily  schodziła  krętymi  schodami,  dwóch  klientów  właśnie  wychodziło,  a 

dwaj  inni  siedzieli  przy  stolikach.  Obaj  wychodzący  nieśli  w  rękach  pudełka  z 
pączkami. 

Ciekawe, czemu ludzie tu przyjeżdżają? zastanawiała się. Z powodu budynku w 

kształcie czajnika, jedzenia czy może... pączków? Jak on je robi? Będę musiała to 
podejrzeć. 

Włożyła  naczynia  do  zmywarki  i  powycierała  stoliki.  Jednocześnie  uważnie 

nadstawiała uszu. 

Bryan był naprawdę świetnym fachowcem. Doskonale wiedział, ile czasu należy 

gotować czy smażyć daną potrawę, kiedy obrócić ją na patelni i tak dalej. Był też 
pedantem.  Zamiótł  podłogę  wcześniej  nawet,  niż  naprawdę  było  to  konieczne.  I 
wciąż mył ręce. 

Stale  wycierał  blat  czystą  ściereczką.  Serwetę,  którą  był  przepasany,  zmieniał 

natychmiast,  gdy  tylko  pojawiła  się  na  niej  najmniejsza  choćby  plamka.  Zastąpił 
także  podkoszulek  białą  koszulą  z  podwiniętymi  rękawami.  Typowy  pedant. 
Zwykle chodził w podkoszulku, ale przecież tym razem w motelu była dama. 

Najstarszy syn Teresy przyszedł do pomocy zaraz po lekcjach. Na dwie godziny. 

Popołudniami  kierowcy  ciężarówek  bywali  już  zmęczeni  i  potrzebowali 
odpoczynku,  zatrzymywali  się  więc  w  zajeździe.  Młodzieniec  był  wyjątkowo 
małomówny, ale za to uważny i skupiony. Bryan mówił do niego Joe. Był dobrym i 
cierpliwym nauczycielem. 

I tak to szło. Nieustannie byli czymś zajęci aż do dziesiątej wieczorem. Wreszcie 

uspokoiło  się  nieco.  Bryan  kazał  Lily  usiąść.  Wrzucił  kilka  pomarańcz  do 
sokowirówki  i  podał  jej  szklankę  wspaniałego  napoju.  Był  chłodny  i  smakował 

background image

cudownie. 

Lily czuła się wykończona. 
Już  dawno  zlizała  szminkę  z  warg.  Tylko  włosy  przytrzymywane  przepaską 

wyglądały schludnie i porządnie. 

- Jak udaje ci się to przetrwać? - wysapała. 
-  Robię  to  od...  bardzo  dawna.  Twój  prapradziadek  wykołował  mnie,  zapisując 

motel tobie. Liczyłem, że będę mógł go kupić. 

- Ach tak! I ty także masz ochotę na „Imbryk”. 
- Także? - Wysoko uniósł brwi. 
- Tak jak Tim Morgan - odparła, nie zauważając jego zdumienia. 
- Ach, tak. 
Zrobiło  się  bardzo  późno.  Byli  też  już  okropnie  zmęczeni.  Dlatego  zamiast 

odsyłać ją do Teresy, Bryan zaprowadził Lily do jednej z filiżanek. Tam także było 
wysprzątane do czysta. 

- Z każdym dniem będzie łatwiej - powiedział Bryan łagodnie. 
Pokiwała głową. 
Położył paczkę z pościelą na składanym stelażu łóżka i stał nieruchomo. Jak mógł 

tak dać się usidlić?! To jeszcze taka młoda istota. Stanowiła niebezpieczną pułapkę 
prawdopodobnie dlatego, że nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jest pociągająca. 

Aby  zostać  z  nią  dłużej,  sprawdził  nawet,  czy  prysznic  działa  prawidłowo.  W 

końcu nie miał już żadnego pretekstu, by przebywać w filiżance. 

- Dobranoc - powiedział. - Gdybyś czegoś potrzebowała, będę w pobliżu. 
-  Dziękuję.  -  Lily  ziewnęła  przeciągle  i  wsparła  zmęczoną  głowę  na  rękach.  - 

Zadzwoń, kiedy wstaniesz. Muszę dobrze poznać to miejsce. 

- Zgoda - bąknął. 
Lily spała kamiennym snem. Gdy w końcu się  ocknęła, dochodziła już dziesiąta 

rano. Nie mogła pozbierać myśli. W pierwszej chwili zupełnie nie wiedziała, gdzie 
się znajduje i dlaczego. Spojrzała na zegarek i uświadomiła sobie, jak późna była 
już pora. Właściwie mogła nie wstawać. Świat i tak nie zmieni się z tego powodu. 

Przeciągnęła się ostrożnie. Poczuła, że bolą ją wszystkie kości. 
Świat nie zawali się, jeżeli nie wstanę, pomyślała. Wcale nie muszę się zrywać z 

łóżka. 

Leżała więc, rozkoszując się wygodnym materacem i czystą pościelą. Cały pokój 

wprost pachniał czystością. 

Było to naprawdę urocze miejsce. 
Poszła  wziąć  prysznic.  W  łazience  również  wszystko  lśniło  czystością.  Teresa 

była prawdziwym skarbem. Ciekawe, jaką ma pensję? Trzeba by jej dać podwyżkę, 
pomyślała. 

Włożyła jasnoniebieskie bawełniane spodnie i ciemnoniebieski sweterek. Czuła w 

kościach długą podróż z Indiany. I pracę u boku Bryana poprzedniego wieczoru. 

Myła podłogę, wycierała stoliki. Bryan kazał jej zmieniać ściereczki po wytarciu 

każdego blatu. Porcje bielizny do prania musiały być kolosalnej wielkości. 

background image

Obeszła  „Imbryk”  i  weszła  do  środka.  Na  jej  widok  Bryan  opuścił  gazetę. 

Przyglądał się jej z delikatnym uśmieszkiem. 

- Nie zbudziłeś mnie! - fuknęła oskarżycielko. Wystraszył się. 
- Niczego nie pamiętasz? Była piąta rano, gdy zdarłem z ciebie kołdrę i na rękach 

przyniosłem cię tutaj. Gotowałaś jajka i dosypywałaś do nich kaszkę. 

- Wcale nie. 
- Ależ tak! - odparł z fałszywą urazą. - Byłaś nieco nieprzytomna, to prawda, ale 

próbowałaś. Musiałem powstrzymywać cię przed polewaniem jajek miodem. 

- Nie jadłam jeszcze śniadania - powiedziała z gniewem. 
- Byliśmy trochę zajęci - ironizował. Już prawie była gotowa mu uwierzyć. 
-  Chcę  zjeść  kaszkę  z  orzechami,  rodzynkami,  morelami  i  winogronami  - 

powiedziała. 

- Rodzynki i winogrona, tak jest! Orzechów nie ma, morele mogą być suszone. 
-  Świetnie.  Jestem  głodna.  Nie  przypominam  sobie,  byśmy  jedli  coś  wczoraj 

wieczorem. 

- Kolację jadłaś o siódmej - tłumaczył cierpliwie. - No i furę pączków o dziesiątej. 
- Dlaczego mówisz w taki sposób? - zainteresowała się. 
- Starałem się nie podkreślać zbyt mocno, ile ich zjadłaś. 
- To dlatego jestem taka ociężała - sapnęła. - Prawie nie mogę się ruszać. 
-  To  tylko  mięśnie  -  rzucił  taktownie.  -  Nie  pracowałaś  w  taki  sposób  od  bardzo 

dawna... Twoja pomoc była naprawdę nieoceniona - dodał. 

Zezłościła  się.  W  delikatny  sposób  dawał  jej  do  zrozumienia,  że  tylko  mu 

przeszkadzała. 

- Przecież pomogłam - warknęła. 
- Ależ oczywiście! 
Rozbawiony, zagryzł wargi. Złożył gazetę, włożył ją w jej w dłonie i powiedział: 
- Poczytaj sobie. Przygotuję kaszkę. 
- Czy ty spałeś choć trochę tej nocy? - spytała. 
- Bez trudności. Zjawiła się jakaś dobra wróżka, skinęła różdżką i wszystko było 

już posprzątane. 

- To byłam ja. 
-  Ojej!  Rzeczywiście!  Dzwoniła  twoja  kuzynka  -  dodał  po  chwili.  -  Ma  bardzo 

kuszący głos. Aż trudno uwierzyć... 

- Marly? Uważaj na nią. Pożre cię żywcem - ostrzegła go Lily. 
- Rety! 
Lily Baby przyglądała mu się przez chwilę, mrużąc oczy. 
- Mężczyźni są dziwni - powiedziała. - Powinieneś być przerażony. 
- Ty mnie przerażasz - odparł cicho. 
- Gadka-szmatka! 
Gdy  Lily  w  końcu  pochłonęła  ogromną  michę  kaszki  i  z  apetytem  popiła  ją 

mlekiem,  poszła  do  biura,  żeby  zatelefonować  do  kuzynki  Marly.  Jak  było  do 
przewidzenia, automat kazał jej zostawić wiadomość. 

background image

Minęło już południe. Bryan wykorzystywał panujący  zwykle o tej porze  zastój i 

smażył pączki, gdy zadzwoniła Marly. 

-  Jak  dotąd  nic  -  powiedziała  do  Lily  -  ale  coś  mi  tu  bardzo  brzydko  pachnie. 

Będziemy w kontakcie. Powiedz adonisowi, żeby nie robił niczego, czego ja bym 
nie zrobiła. 

- Czego ma nie robić?! - dopytywała się Lily. - Co masz na myśli? 
Marly  wybuchnęła  śmiechem  i  odłożyła  słuchawkę.  Lily  zeszła  na  dół.  Teresa 

szorowała właśnie podłogę. 

Z trzaskiem przestawiała krzesła. 
- Witaj w domu! - zawołała na widok Lily. 
-  Ach,  Tereso,  jesteś  cudowna.  Domek  jest  czyściutki  jak  marzenie.  Robisz  tu 

naprawdę wiele dobrego. 

- Bryan też. 
- Cicho! Tylko nie mów mu, że jest geniuszem. Zepsujesz go zupełnie. 
Teresa roześmiała się i wzruszyła ramionami. Zawsze wzruszała ramionami. 
- On jest geniuszem - powiedziała. 
- Masz rację. A te jego pączki... 
- Zabieram do domu te nieudane. 
Lily stęknęła. 
-  To  on  robi  i  nieudane  pączki?!  -  Aż  cofnęła  się  o  krok,  porażona  takim 

odkryciem. 

Teresa zaśmiała się serdecznie. Z wściekłą furią dalej szczotkowała podłogę. 
Wyglądało na to, że jeszcze w nocy byli tu jacyś klienci. Zadziwiające! Mimo tak 

zapuszczonego  otoczenia  motel  wciąż  miał  gości!  Lily  zastanawiała  się  przez 
moment.  Ludzie,  którzy  tu  przyjeżdżali,  musieli  znać  to  miejsce.  Wiedzieli,  jak 
czysto  i  schludnie  jest  w  środku.  Dobre  jedzenie  też  ich  przyciągało. 
Zdumiewające! 

Pozostawiwszy  na  dole  Teresę,  na  wypadek  gdyby  zjawił  się  jakiś  klient,  Lily 

zabrała Bryana do biura. Był tak przekonany, że idą do jego pokoju, że gdy skręciła 
do  gabinetu,  nie  potrafił  ukryć  niezadowolenia.  Jednak  bez  wątpienia  byłby 
zaskoczony, gdyby zaczęła go prowokować. I to niemal w obecności Teresy! 

Mężczyźni mają ciężkie życie. 
Lily otwarła księgę. Tę samą, którą on doskonale znał. 
-  Musimy  zdobyć  się  na  wysiłek  i  wymuskać,  wypieścić  zajazd  -  powiedziała. 

Skinął głową i powiedział: 

- Teraz to twoje pieniądze. 
- Moje? - Zrobiła wielkie oczy. 
- Jak najbardziej. Zawdzięczasz to prapradziadkowi. On sam nigdy ich nawet nie 

dotykał. Procentowały tylko w banku. 

- Powinieneś był podjąć nieco gotówki i uporządkować całą posesję. 
Przyjrzał się jej uważnie. Po chwili powiedział cicho: 
- Lepiej niczego nie róbmy... Na razie. Poczekajmy i przekonajmy się, o co chodzi 

background image

Morganowi. Nie patrzył na nią, tylko na ścianę. 

- Aha - mruknęła. - Wcale nie jest tak, że musimy sprzedać to wszystko, prawda? 

Po prostu zamierzasz się dowiedzieć, dlaczego tak Morganowi zależy na tym mote-
lu. Chcesz, żebym czekała cierpliwie, a on... niech się poci. 

-  Tak  jest.  Zastanawiam  się,  czego  szukał  tu  ten  handlarz?  Wyglądało  na  to,  że 

najbardziej  interesowało  go  pobliskie  wzgórze.  To  o  nim  wspomniał.  Czemu? 
Może chodzi o wybudowanie czegoś właśnie tam? 

- Przecież ta dzielnica nie jest specjalnie droga. Czysta i schludna, ale skromna. 
- Ten motel zbudowano właściwie poza miastem. Możliwe, że Morgan przyjechał 

tu,  by  cię  wybadać.  -  Słowa,  które  wypowiedział,  poruszyły  go  tak  bardzo,  że 
dodał: 

- Nie pozwól mu zanadto zbliżyć się do ciebie. 
-  Myślisz,  że  Morgan  gotów  jest  próbować  uwieść  mnie,  byle  tylko  zdobyć 

„Imbryk”? - Lily nie mogła powstrzymać się od śmiechu. 

- Ja ciebie nawet nie dotknąłem. To ją zaskoczyło. 
- Oczywiście, że nie. Czemu miałbyś to zrobić? 
-  Jesteś  tutaj  dopiero  dwadzieścia  cztery  godziny.  Musisz  rozejrzeć  się  dookoła. 

Poznać  dokładnie  to  miejsce,  zrozumieć,  jak  ten  motel  funkcjonuje.  Raczej  mnie 
powinnaś chcieć sprzedać ów zajazd. 

-  Tobie?  -  Popatrzyła  zdezorientowana.  Czyżby  chciał  mieć  motel  tylko  dla 

siebie? Bez niej? Zrobiło się jej przykro. Milczała. 

- Jeśli koniecznie musisz sprzedać „Imbryk”, sprzedaj go mnie  - ciągnął Bryan. - 

Tamten  facet  gotów  wpuścić  tu  byle  kogo  i  wówczas  wszystko  przepadnie, 
zniszczeje. Razem z Teresą nadal będziemy prowadzić ten interes. Turyści, którzy 
byli  tu  kiedyś,  powrócą.  -  Zamyślił  się.  -  Mamy  doskonalą  opinię  wśród 
handlowców i kierowców ciężarówek - ciągnął. - Lubią to miejsce. Zatrzymują się 
tutaj. Fotografują. To jest coś, czego nie można zobaczyć gdzie indziej. 

Przerwał na chwilę. 
-  Wszystkie  filiżanki  są  zarezerwowane  na  kilka  miesięcy  naprzód.  Spójrz.  - 

Sięgnął  na  półkę.  -  To  jest  książka  rezerwacji  telefonicznych.  Przyjrzyj  się  tylko. 
Kiedy  Morgan  tu  wróci,  uważaj!  Bądź  ostrożna.  Nie  zdradź  mu  niczego,  co  już 
wiesz. Nie dawaj żadnych obietnic. Czekaj. 

- Rozumiem - powiedziała Lily Baby. - Wiesz o tym miejscu znacznie więcej niż 

ja. Postąpię, jak mi radzisz. 

- Twoja kuzynka może namawiać cię do sprzedaży tego motelu - ostrzegł. - Miej 

się na baczności. 

- Jeśli będę spotykać się z kimkolwiek z tej branży, to zawsze w twojej obecności 

- obiecała. - To jest przede wszystkim twoje miejsce pracy. 

Bryan potrząsnął głową. 
- To wszystko należy do ciebie - powiedział bardzo powoli. - Ja tu tylko pracuję. 
- Potrzebuję twojej pomocy - powiedziała równie poważnie. - Wiesz o tym motelu 

znacznie więcej niż ja. 

background image

- Przecież przeglądałaś księgi. 
-  Znalazłam  tam  więcej  pieniędzy,  niż  mogłam  oczekiwać  w  najśmielszych 

marzeniach. 

- Uzbierało się trochę  - powiedział.  - Już ci  mówiłem, że twój prapradziadek nie 

brał z zysków ani centa. Wszystko zostawił tobie. 

- Moglibyśmy uporządkować podwórze  - powiedziała. Długo przyglądał się jej z 

poważną miną. Wreszcie uśmiechnął się leciutko. 

- Mąż Teresy mógłby to zrobić - powiedział wreszcie. 
- Jak mogę się z nim skontaktować? 
- Zapytaj Teresę, kogo mogłabyś nająć i ile powinnaś zapłacić. 
- Zapytać... Teresę?! 
- Ona jest uczciwa. Na pewno doradzi ci. najlepiej, jak tylko można. 
- Och, Bryanie, co ja bym bez ciebie zrobiła? 
- Twój prapradziadek poradził sobie. 
- Byłeś tutaj, gdy kupił motel? - spytała. Bryan pokiwał głową. 
- Spróbował pączków - mruknął. 
- I to wystarczyło? 
- Tak. Przez te wszystkie lata, kiedy żył, dzień w dzień dostarczaliśmy  mu je do 

domu. To jest naprawdę dobry pokarm. 

- Ty draniu! Cały ten tłuszcz i cukier?! 
- To jest szalenie pożywne. 
Wybuchnęła śmiechem. 
- Nie odkrywaj kart - ostrzegł ją. - Bądź ostrożna nawet z kuzynką. W końcu ona 

też jest z tej branży. W interesach nie liczą się pokrewieństwa. 

- Wcale nie chcesz, żebym sprzedała zajazd. Powoli pokiwał głową. 
- Mam oszczędności, ale nie byłbym w stanie złożyć poważnej oferty. 
- Musimy pomalować „Imbryk”. 
-  To  twój  motel.  -  Spojrzał  na  nią  z  powagą.  -  Morgan  pomyśli,  że  starasz  się 

podbić cenę - dodał. 

- A co nas to obchodzi? Może sobie myśleć, co chce! 
Widząc jej zapał, zaśmiał się cicho. 
Lily  Baby  odnalazła  Teresę  w  jednej  z  filiżanek.  Chciała  pomóc  jej  przy  słaniu 

łóżek, ale tylko przeszkadzała tej kobiecie. Stała więc z boku i mówiła. O zielsku i 
chwastach,  o  połamanych  gałęziach  i  drzewach,  które  trzeba  by  przyciąć. 
Zagadnęła, jak by tu znaleźć kogoś, kto by to zrobił. 

Teresa popatrzyła na nią z politowaniem. 
- Mój chłop może to zrobić - powiedziała. - Powiem mu, żeby przyszedł. 
- Dziękuję. - Lily Baby uśmiechnęła się szeroko. Teresa wydęła wargi. 
- Zachowaj te sztuczki dla Bryana. Mojego chłopa zostaw w spokoju - ostrzegła. 
- Dobrze, psze... pani - bąknęła wystraszona nieco Lily. 
- Nie opowiadaj mu kawałów, nie śmiej się, nie kręć koło niego, nie rozmawiaj z 

nim, nie zadawaj pytań, nie wydawaj poleceń ani nic w tym rodzaju! Rozumiesz? 

background image

- Tak, psze... pani. 
- Bryan powie mu, co trzeba zrobić. 
- Dziękuję. 
- Trzymaj się od niego z daleka. 
- Dobrze, psze... pani. 
- Widzę, że mama dobrze cię wychowała. 
- Ciężko nad tym pracowała. 
- Nie wątpię. Bądź grzeczna! I uważaj na Bryana. Żebyś go nie skrzywdziła. 
- Ja... jego?! - Lily znieruchomiała zaskoczona. 
- Jesteś głupia? 
- Jak to... głupia? Dlaczego...? 
- Głupia! - wykrzyknęła Teresa, odwracając się z niesmakiem. - Idź sobie, zmykaj, 

wynocha! 

I tak oto Lily Baby została wyrzucona z własnej filiżanki. Roztrzęsiona wróciła do 

„Imbryka”. 

- Co się stało? - spytał Bryan. 
-  Teresa  zabroniła  mi  odzywać  się  do  jej  męża...  i  powiedziała  mi,  że  jestem 

głupia... i kazała mi się wynosić. 

Bryan  zagryzł  wargi,  ale  rozbawienia  malującego  się  w  oczach  nie  był  w  stanie 

ukryć. 

- To u niej normalne - bąknął. 
- Zawsze jest taka? 
-  Urąga  każdemu.  Lepiej  trzymaj  się  od  Juana  z  daleka.  Powiedz  mi,  czego  od 

niego chcesz, co ma zrobić, a ja mu to przekażę. Tak będzie lepiej dla wszystkich. 
Trzymaj się z daleka od męża Teresy. 

- Przecież nie zamierzam wadzić nikomu! - rozzłościła się Lily Baby. - Ale to jest 

mój motel. Powinnam chyba mieć tu coś do powiedzenia?! 

- Masz rację. Ale jeśli chcemy, aby Lamarowie tu pracowali, musimy postąpić tak, 

jak chce Teresa. Powiedz mi, co ma być zrobione - powtórzył - a ja przekażę to jej 
mężowi. 

Lily Baby odwróciła się ku schodom i rozłożyła szeroko ramiona. 
- Nie do wiary! - krzyknęła unosząc głowę. 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Następnego dnia Bryan znalazł gdzieś bambusowe pręty i powiązał je w długą, a 

zarazem lekką tyczkę. Na jej końcu umocował uchwyt do kredy. 

Lily  mogła  przystąpić  do  pracy.  Znaczyła  kredą  gałęzie  przeznaczone  do 

wycięcia. Nawet te najwyższe. 

Pracowała bardzo sumiennie. 
Bryan obserwował ją przez okno zajazdu. Był oczarowany powagą, z jaką zabrała 

się do dzieła. Urzekała go nieświadomie i całkiem od niechcenia. Zadrżał, kiedy to 
zrozumiał. 

Nigdy  przedtem  nie  zdarzyło  mu  się  przegrać.  W  każdym  tego  słowa  znaczeniu. 

background image

Natomiast w tej sytuacji mógł osiągnąć „zwycięstwo” jedynie zadowalając Lily. 

Przypuszczalnie  Tim  mógłby  być  mężczyzną  w  sam  raz  dla  niej.  By  się  o  tym 

upewnić, Bryan powinien obejrzeć Tima Morgana znacznie dokładniej. Lecz wcale 
nie  miał  na  to  ochoty.  Nie  chciał,  by  tamten  wrócił  i  kręcił  się  w  pobliżu.  Niech 
zniknie. Niech trzyma się jak najdalej od „Imbryka” i jego właścicielki. 

Lily tymczasem krążyła pośród rozrośniętych dziko drzew i krzewów, bez reszty 

pochłonięta  pracą.  Szło  jej  naprawdę  bardzo  dobrze.  Była  jednak  przy  tym 
niezwykle  niebezpieczna.  Prężyła  się,  by  dosięgnąć  koron  drzew,  nieświadoma 
zagrożeń, które stwarzała. 

Jak  to  możliwe?  myślał  zdumiony,  by  normalna  kobieta  nie  zauważała,  jakie 

wrażenie robi na mężczyznach? 

Odwrócił  się  od  okna.  Wszyscy  siedzący  na  sali  mężczyźni  obserwowali  Lily. 

Miny mieli równie poważne jak Bryan. 

To  potwierdziło  tylko  jego  przypuszczenia.  Mężczyźni  pożądali  jej.  Mieli  to 

wypisane  na  twarzach.  Byli  w  miarę  cywilizowani,  więc,  w  zasadzie,  nic  jej  nie 
groziło.  Ale  czy  równie  bezpiecznie  mogła  się  czuć  z  Bryanem  Willardem? 
Niezupełnie.  Jego  własny  ojciec  umarłby  ze  śmiechu  na  wieść,  że  Bryan  miałby 
chronić kobietę. 

Musiał bardzo poważnie zastanowić się i odpowiedzieć sobie na pytanie: Czemu 

właściwie  chciałby  bronić  Lily?  Czy  nie  chodziło  przypadkiem  o  to,  że 
podświadomie rezerwował ją dla siebie? 

A może dojrzał już na tyle, że potrafił cenić kobiety? 
Zastanawiał  się,  dlaczego  Lily  wzbudziła  w  nim  tyle  opiekuńczych  uczuć. 

Doszedł  do  wniosku,  że  sprawiła  to  jej  młodość.  I  różnica  wieku  między  nimi. 
Dzieliło ich przynajmniej siedem, może osiem lat. Gdyby ona miała lat trzydzieści, 
a  on  trzydzieści  siedem,  to  co  innego.  Ale  była  zaledwie  dwudziestotrzyletnią 
smarkulą. 

W  biurze  na  piętrze  rozległ  się  dzwonek  telefonu.  Bryan  sięgnął  po  słuchawkę 

stojącego pod barem drugiego aparatu. 

- Zajazd „Imbryk” - powiedział do rozmówcy po drugiej stronie linii. 
- Ty na pewno jesteś Bryan. Cześć! - usłyszał. 
- Kto mówi? 
- Dorosła kuzynka naszej dziecinki. Marly Foster. 
- Słucham panią. Czym mogę służyć? 
- A ile mamy czasu? - spytała. 
- Ani trochę - rzucił. - Lily jest na dworze. Znaczy drzewa do przycięcia. Powiem 

jej,  żeby  do  pani  zadzwoniła  -  dodał  i  rozłączył  się.  Był  zły  na  siebie.  Kiedyś 
potrafił  zachować  dystans  w  stosunku  do  kobiet.  Umiał  delikatnie  i  subtelnie 
maskować  emocje.  Czemu  więc  nagle  kuzynka  Lily  tak  bardzo  go  zirytowała? 
Każdy inny mężczyzna bez wahania podjąłby zaproponowaną przez nią grę. 

Wyjrzał przez okno. Pomyślał przez chwilę, co by było, gdyby to Lily wykonała 

jakiś  zachęcający  gest  w  jego  kierunku,  i  poczuł  mrowienie  w  całym  ciele.  No, 

background image

może nie w całym. 

Jednakże Lily była dla niego zbyt młoda. 
Zajęty przygotowywaniem potraw, widział, że również klienci nieustannie patrzyli 

w jej kierunku. I na pewno znowu przyjadą, żeby robić to samo. W. większości byli 
to poważni obywatele, dobrzy mężowie... Ale w końcu popatrzeć zawsze można. 

Zanim  Lily  skończyła  pracę,  ciężarówki  i  samochody  dostawcze  zdążyły  już 

dawno odjechać. Wróciła do zajazdu i poszła umyć ręce. 

-  Wszystkie  drzewa  pozaznaczałam  -  powiedziała.  -  Czy  mógłbyś  pójść  i 

sprawdzić, czy dobrze to zrobiłam? 

- Przyglądałem ci się - przyznał. - Myślę, że zrobiłaś to właściwie. 
-  Byłabym  spokojniejsza,  gdybyś  sprawdził  dokładnie.  Nie  wiadomo  dlaczego, 

zrobiło  mu  się  przyjemnie.  Fakt,  że  dbała  o  jego  opinię,  połechtał  jego próżność. 
No, ale cóż on wiedział o drzewach? Zupełnie nic! 

Lily nalała sobie wody do szklanki i przysiadła obok Bryana na całe pięć minut. 

Właśnie  ruszyła  do  drzwi,  gdy  przybyli  nowi  goście.  Kilku  mężczyzn  i  kobieta. 
Zatrzymali się, by przepuścić Lily. Nie odrywali od niej oczu, dopóki nie zniknęła 
wśród drzew. 

Bryan z ponurą miną także się przyglądał Lily, lecz w głowie ciągle kołatała mu 

się  myśl:  Dlaczego  właśnie  ona?  Taka  niewinna...  Czuł,  że  ma  coraz  mniejszą 
potrzebę, by ją chronić. 

Na domiar złego akurat musiał się zjawić Tim Morgan! Niech to wszyscy diabli! 
Bryan zauważył, jak rywal zbliża się do zaabsorbowanej pracą Lily. Nawet go nie 

dostrzegła.  Czego  on  tu  szuka?  pomyślał  z  niechęcią.  Przecież  dopiero  wczoraj 
nachodził Lily w sprawie sprzedaży „Imbryka”. Co sprawiło, że wrócił tak szybko? 
Przecież to jasne. Przyciągnęła go ta niewinna chudzina. Ni to dziecko, ni kobieta. 

Bryan zacisnął szczęki. Spojrzał na szykowane właśnie dania, na czekających na 

nie klientów i poczuł się tak, jakby znalazł się w pułapce. Uwięziony, mógł tylko 
patrzeć, jak Morgan zmierza w stronę nie spodziewającej się niczego dziewczyny. 

Świetnie  to  sobie  wykombinował.  Nie  zadzwonił  wcześniej,  nie  uprzedził.  Lily 

nawet nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. 

Co prawda, nie zdawała sobie sprawy również z tego, że wszyscy klienci zajazdu 

gapią się na nią jak sroka w gnat. Nie wyłączając kucharza Bryana Willarda. 

Tymczasem Tim Morgan stanął tuż przy Lily i, oczywiście, zaczął wypytywać, co 

też ona wyczynia? 

Bryan  był  pewien,  że  właśnie  o  to  zapytał.  Poznał  to  po  wymownych  gestach, 

jakimi Lily wspomagała swoją odpowiedź. 

Każdy zainteresowany nią mężczyzna powinien zadać jej pytanie. Potem mógł już 

patrzeć i słuchać. A właściwie wystarczyło tylko patrzeć. 

Tim stał, słuchając w skupieniu. A ona była taka bezbronna! Mógł ją ten cały Tim 

zaprowadzić do samochodu i w dziesięć minut wywieźć nie wiadomo dokąd. 

Mógł  jej  powiedzieć:  „Powinnaś  obejrzeć  okolicę”,  lub:  „Jesteś  tu  od  niedawna. 

Warto, byś poznała sąsiedztwo”. Albo: „Chciałbym pokazać ci coś bardzo interesu-

background image

jącego”. 

Mógł  powiedzieć  jej  cokolwiek,  a  potem  zabrać  ją  do  samochodu  i  odjechać  w 

takie miejsca, w których Bryan Willard w żaden sposób nie mógłby jej pomóc. 

Hamburger  na  ruszcie  spalił  się.  Bryan  zdrapał  resztki  mięsa  i  usmażył 

następnego.  Z  bezsilnej  złości  walnął  go  łopatką.  Nikt  w  zajeździe  niczego  nie 
zauważył. Oczy wszystkich skierowane były na zewnątrz. Bryan również ponownie 
spojrzał przez okno. 

Tim właśnie zdejmował marynarkę i rozluźniał krawat. Wziął do ręki bambusową 

tyczkę i machnął nią kilka razy. Rozglądał się przy tym po koronach drzew, jakby 
szukał kolejnych gałęzi do oznakowania. 

Bryan obrócił  hamburgera na drugą stronę. Potem zdjął z patelni inne potrawy i 

położył je na talerze. Szybko podał je klientom. 

- Nie dostałem kawy - poskarżył się któryś z gości. Otrzymał dwie filiżanki. 
Inny upomniał się o mleko. Również dostał dwie szklanki. 
- Wkurza cię ten facet, co, Bryan? - zagadnął jeden z mężczyzn. 
- Który facet? - spytał Bryan. 
- Ten, na którego wszyscy patrzymy. 
- Taki mydłek?! - rzucił Bryan drwiąco. - Ona zrobi z nim, co zechce. 
Rubaszne rechotanie wypełniło całe wnętrze zajazdu. 
Jednak całe to przedstawienie zaczęło irytować Bryana. Nic mnie to nie obchodzi! 

pomyślał. Niech się gapią. Gapili się. 

- Może - powinieneś pójść tam - odezwał się któryś - i powiedzieć temu bubkowi 

z miasta, żeby zmiatał do domu, do mamusi? 

- Tak uważasz? - bąknął. 
Rozmowa z gośćmi dała mu pretekst, żeby znowu wyjrzeć przez okno. 
Lily śmiała się. 
Nic tak nie drażni mężczyzny, jak kobieta śmiejąca się do innego faceta. To jest 

takie... intymne. Niezły spryciarz z tego Morgana. Widać było, że gotów jest zrobić 
wszystko, żeby Lily sprzedała mu motel. 

Cholera! 
Ale... 
Bryanowi wciąż nie dawała spokoju jedna myśl. Czemu komukolwiek mogłoby aż 

tak  zależeć  na  tym  motelu?  Dlaczego  Morgan  starał  się  i  zabiegał  o  tak  mało 
znaczącą dziewczynę i niewiele wart zajazd? 

Oczy Bryana spoczęły na wzgórzu wyrastającym ponad gęstwinę jabłoszynów. 
Gdy Morgan zjawił się po raz pierwszy, wspomniał coś o wzgórzu. Potem szybko 

usiłował przekonać wszystkich, że interesuje go tylko motel. A zatem komuś zależy 
na tym wzgórzu. Czyli na zlikwidowaniu „Imbryka”. 

No tak! 
Zastanawiał się nad całą sprawą, mrużąc oczy. Jeśli tylko Lily wystarczy odwagi, 

by poczekać trochę, sama na pewno dojdzie do podobnego wniosku. Jeżeli potrafi 
wykorzystać  czas,  który  dawał  jej  Morgan  w  nadziei,  że  przekona  ją  do  swoich 

background image

propozycji - wygra. 

Ale  Morgan  mógł...  uwieść  ją!  Wtedy  będzie  miękka  i  podatna  na  jego sugestie 

jak wosk. 

Morgan mógł wmówić Lily, że to o nią zabiega, że tylko na niej mu zależy. Wtedy 

ona  przestałaby  interesować  się  motelem,  a  w  tym  momencie  on...  przestałby 
interesować  się  nią.  W  ogóle  nie  brał  Lily  pod  uwagę  w  swoich  planach. 
Najprawdopodobniej i tak kręcił się koło córki szefa. 

Bryan poczuł w ustach gorzki smak żółci. 
Czy istniał jakiś sposób uratowania Lily i motelu? Jeśli sprawy miały się tak, jak 

przypuszczał, to mogło to być dla niej bardzo przykre. 

Wyszorował  patelnię,  trąc  ją  tak  zawzięcie,  że  aż  zgrzytał  metal.  Odwrócił  się  i 

spostrzegł, że jest sam. Wszyscy klienci wyszli, zostawiając na stołach pieniądze. 

Pozbierał  brzęczące  monety.  Przeliczył  je  odruchowo.  Uświadomił  sobie,  że  boi 

się o Lily. 

Dwudziestotrzyletnia  dziewczyna  nie  miała  dość  wiedzy,  by  rozszyfrować 

działającego podstępnie i skrycie mężczyznę. Podstępnie. O, tak! Ten Morgan mógł 
manipulować Lily do woli. 

Gdzie, u diabła, podziewała się ta jej nienasycona kuzynka?! 
Bryan  omiótł  spojrzeniem  całe  wnętrze  zajazdu.  Wszystko  było  w  należytym 

porządku. Wetknął do ust wykałaczkę i wyszedł przed dom. Stanął na betonowym 
stopniu i stamtąd, już otwarcie, przyglądał się Morganowi i Lily. 

Morgan zauważył go natychmiast, lecz zupełnie zignorował jego obecność. A Lily 

zawołała: 

- Bryanie! Co myślisz o mojej pracy? 
Podszedł bliżej, przyglądając się uważnie drzewom. 
- Wykonałaś kawał dobrej roboty - powiedział. 
- Witaj, pączkowy królu - odezwał się Morgan. 
Takie powitanie rozzłościło Bryana. 
- Cześć - warknął. 
- Rozmawiałeś z nią na temat sprzedania mi motelu? - spytał Tim. 
- Nie. 
-  Po  czyjej  ty  jesteś  stronie?  -  Tim  Morgan  roześmiał  się  głośno.  Naprawdę 

zależało mu na tej ziemi. Ciekawe, czy rzeczywiście chodziło o wzgórze? 

- Wcale nie jestem pewien - ciągnął dalej Tim leniwie - czy mój klient ma jeszcze 

ochotę na ten motel. No, ale przynajmniej dostarczył mi pretekstu, żebym mógł was 
odwiedzać. Co słychać? 

Bryan stał nieporuszony, z kamienną twarzą. Za to Lily paplała bez zahamowań. 
-  Bryan  to  prawdziwy  geniusz  -  mówiła.  -  Wszystko  potrafi.  Zrobił  mi  nawet 

przyrząd do znakowania gałęzi. 

- Ty to wymyśliłeś? - spytał Tim, wyraźnie poruszony i zaciekawiony. 
Bryan przemilczał pytanie. W końcu Lily wszystko już powiedziała. 
Podeszła  do  betonowego  schodka  i  stanęła  przy  Bryanie.  Ten  nic  nie  znaczący 

background image

odruch bardzo mu pomógł. Podniosło go to na duchu. Tymczasem Lily patrzyła w 
stronę drzew. 

- Nawet nie obejrzałeś wszystkiego, co zrobiłam - dąsała się. 
- Obejrzałem. Obserwowałem cię przez okno. 
Poniewczasie  ugryzł  się  w  język.  Mimo  wszystko  nie  było  powodu,  by  musiał 

mówić o tym głośno. 

-  Czy  mógłbyś  zadzwonić  do  pana  Lamara  i  poprosić  go,  żeby  przyjechał  tu 

omówić z tobą sprawę gałęzi i chwastów? - spytała. 

- Dobrze - odrzekł. 
- Może potrzebujecie pomocy? - zapytał Morgan z uśmiechem. 
- Nie od ciebie. 
Nawet Lily zwróciła uwagę na odpowiedź Bryana. Rzuciła mu szybkie spojrzenie. 

Jego mina była poważna i zacięta, więc nie odezwała się ani słowem. 

Wtedy Bryan pomyślał, że oni dwaj zachowują się jak koty w marcu. 
Tim wszedł do zajazdu i usiadł na stołku przy barze. 
- Chcesz, żeby sobie poszedł? - spytał Bryan Lily po cichu. 
- On jest całkiem nieszkodliwy. - Wzruszyła ramionami. 
W  tym  momencie  Bryan  całkowicie  zwątpił  w  jej  dorosłość.  Postanowił  więc 

nadal  jej  pomagać.  Uśmiechnął  się,  i  przytrzymał  jej  drzwi.  Weszli  do  środka. 
Morgan  czekał  cierpliwie.  Ciekawe,  czy  zwróciła  na  to  uwagę?  pomyślał  Bryan. 
Przecież  pośrednicy  nie  mają  czasu  na  przyjemności.  Morgan  czaił  się  i  czynił 
podchody. 

Lily rozglądała się po wnętrzu. 
- Czy zamówiłeś już malarzy? - spytała Bryana. Nieustanna podejrzliwość Bryana 

kazała mu spojrzeć w tym momencie w stronę Morgana. Dostrzegł dzięki temu, jak 
bardzo wstrząsnęło nim to pytanie. W tej sytuacji Tim Morgan będzie musiał pójść 
do swego szefa i powiedzieć: 

„Ta mała, która odziedziczyła <imbryk>, zamierza odmówić nam sprzedania tego 

obiektu.  Przedsięwzięcie  będzie  nas  kosztowało  nieco  więcej  zachodu,  niż 
sądziliśmy”. 

Bryan  poczuł  się  bardziej  pewny  siebie.  Zrozumiał,  że  Tim  Morgan  nie  jest  ani 

kimś przesadnie ważnym, ani zbyt ambitnym. Po prostu zwykły człowiek. 

Była to więc idealna chwila, by zadzwonić do Juana Lamara. Bryan nie poszedł do 

biura na piętrze, lecz skorzystał z telefonu stojącego pod kontuarem. 

-  Cześć,  Juan,  co  porabiasz?  Mógłbyś  do  nas  przyjechać?  Trzeba  zająć  się 

drzewami.  Lily  chce  je  trochę  poprzycinać.  To  całkiem  rozsądny  pomysł.  Teresa 
kazała zadzwonić do ciebie. 

Po niedługim czasie Juan był już w motelu. Przyjechał starą furgonetką. Uwielbiał 

stare samochody. Auto znieruchomiało na podjeździe i zapanowała cisza. 

- Spytaj go, ile będzie chciał za tę robotę - powiedziała Lily do Bryana. 
Iskierka  nadziei  rozbłysła  w  sercu  Morgana.  Pomyślał,  że  być  może  pytanie 

świadczy o tym, iż Lily nie ma pieniędzy. 

background image

Zgodnie z poleceniem Teresy to Bryan prowadził rozmowę. Lily trzymała się na 

uboczu. 

Tim  Morgan,  dla  którego  prowadzenie  pertraktacji  było  w  końcu  chlebem 

powszednim, miał nad wyraz interesujące widowisko. Przysłuchiwał się rozmowie 
w skupieniu. 

Juan,  kalecząc  potwornie  język  angielski,  spytał,  czemu  trzeba  poprzycinać 

niektóre drzewa. 

Twarz  Bryana  zastygła  jak  nieruchoma  maska.  Tylko  w  oczach  zamigotały 

iskierki rozbawienia. 

- Ciężarówki są wysokie - odparł z powagą. - Gałęzie zaczepiają je i niszczą. Te 

obrzydliwe jabłoszyny są potwornie kolczaste. 

Takie wytłumaczenie zadowoliło Juana. 
Ruszył więc, żeby przyjrzeć się, jakie zadanie go czeka. Wreszcie splunął, wytarł 

nos w czerwoną chustkę i z ciężkim westchnieniem powiedział, że zrobi wszystko 
za sto dolarów. 

Lily  Baby  uśmiechnęła  się,  gdyż  spodziewała  się,  że  zapłaci  o  wiele  więcej. 

Poruszyła się nerwowo, ale Bryan szybko chwycił ją za ramię, by milczała. 

Chodzili  dalej.  Oglądali  drzewa,  taksowali  grubość  gałęzi,  szacowali,  ile  czasu 

potrzeba na wykonanie całej pracy i targowali się. 

- Będzie z tego mnóstwo drewna na opał. Zabierzesz je sobie - powiedział Bryan. 

- Powinieneś zrobić całą robotę wyłącznie za to drewno. 

- Całą robotę! - wykrzyknął Juan. - Żartujesz sobie ze mnie? 
- Spytam Teresę, co ci powiedziała  - rzucił Bryan. Juan mruknął coś pod nosem. 

Zrobił  kilka  kroków.  Rozmyślał  nad  czymś  głęboko.  Spojrzał  gniewnie  na  Lily  i 
stojącego  za  nią  gogusia.  Wreszcie  wbił  wzrok  w  Bryana  i  powiedział  po 
hiszpańsku: 

- Siedemdziesiąt pięć i ani grosza mniej. 
- Siedemdziesiąt i tak będzie aż nadto. 
-  Ale  nie  powiesz  nic  Teresie  -  zaznaczył  Juan.  Lily  uczyła  się  hiszpańskiego  w 

szkole,  dlatego  bez  trudu  zrozumiała,  o  czym  mówili  mężczyźni.  Mocno  zagryzła 
wargę  i  z  ciekawością  czekała  na  wynik  transakcji.  Panowie  podali  sobie  ręce. 
Interes został ubity. 

- Mógłbym zrobić to i za połowę tej forsy - powiedział wtedy Juan. 
- Powiedz Teresie, że dostałeś pięćdziesiąt. 
Juan uśmiechnął się. 
Jeszcze raz uścisnęli sobie dłonie i Juan zaśmiał się głośno. 
Bryan spojrzał na Lily. 
- Kiedy? - spytała cicho. 
- Kiedy to zrobisz? - spytał Bryan. 
- Za parę dni. 
- Zrobisz to jutro albo wynajmę Roberta. 
- Jutro?! Muszę być w odpowiednim nastroju. Pojutrze. 

background image

- Teresa powiedziała, że jutro - nie ustępował Bryan. 
- Połowę teraz, połowę potem - rzucił Juan. 
- Wszystko po skończeniu roboty. 
- Dychę teraz. Sześćdziesiąt później - nalegał żałośnie Juan. 
- Nie. 
Juan westchnął ciężko. Zrozpaczony, uniósł ramiona i klepnął się po udach. 
- Jesteś człowiekiem bez serca - powiedział. 
- Tak - rzucił Bryan i spojrzał, by upewnić się, że Lily dobrze wszystko słyszała. 

Nie był człowiekiem, którego można lekceważyć. 

W  tym  momencie  jednak  Tim  Morgan  ujął  ją  za  rękę,  odwracając  jej  uwagę  od 

Bryana. 

-  Będziesz  musiała  wynająć  jakiś  nieduży  domek,  zanim  znajdziesz  coś 

odpowiedniego dla siebie - powiedział. - Jest taki niedaleko stąd, w Quatro. Chcesz 
go obejrzeć? 

- Właściwie... czemu nie. 
- Możemy zaraz tam pojechać. Mam trochę czasu. 
- Dobrze. Tylko się przebiorę. - Lily cofnęła się o krok. 
- Oczywiście. - Nie omieszkał uważnie przyjrzeć się jej figurze. - Zaczekam tutaj. 

- Uśmiechnął się. 

-  Na  długo  jedziesz?  -  spytał  cicho  Bryan.  Dlaczego  tak  cię  to  interesuje? 

pomyślała Lily. Czyżby ze względu na Tima? Przecież on jest zupełnie niegroźny. 

- Będę ci potrzebna? O której mam wrócić? - W ten sprytny sposób chciała zmusić 

Bryana, by to on określił czas jej powrotu. 

Bryan jednak stał zmieszany, nie wiedząc, co powiedzieć. 
- Czy wyprawa zajmie nam więcej niż godzinę? - spytała więc Tima. 
- Raczej nie - odparł. 
Lily uśmiechnęła się zatem do Bryana i powiedziała: 
- Na pewno wrócę wcześniej. 
Poszła do swojej filiżanki, przebrała się, umalowała usta i wróciła do czekających. 
- Niedługo wrócę. - Ponownie uśmiechnęła się do Bryana. 
On jednak nadal był nachmurzony. 
- Weź telefon do samochodu - powiedział. - Zadzwoń, jeśli będę ci potrzebny. 
Tim parsknął śmiechem. 
Jechali do Quatro szykownym autem Tima. W gniazdo zapalniczki wetknięta była 

wtyczka zasilania przenośnego telefonu, który spoczywał na kolanach Lily. 

Quatro leżało na uboczu, z dala od głównej szosy. Stały tam urocze, stare domy i 

te  nieco  nowsze,  zbudowane  zaraz  po  drugiej  wojnie  światowej.  Otoczone  były 
zadbanymi podwóreczkami, na których rosły wielkie, stare drzewa. 

Do  wynajęcia  były  trzy  domy.  Tim  znał  dobrze  ich  właścicieli.  Z  czarującym 

uśmiechem oprowadzał Lily po posesjach, jakby cały swój czas zarezerwował tylko 
dla niej. 

Gdy przechadzali się, oglądając wnętrze jednego z domów, spytała: 

background image

- Dlaczego chcesz kupić „Imbryk”? 
Niechętnie wzruszył ramionami. 
-  Już  ci  mówiłem.  Sądzę,  że  zdołam  go  sprzedać.  Znam  kogoś,  kto  mógłby  być 

nim zainteresowany. 

- Kim jest twój klient? 
Niezłe pytanie jak na tak nieobytą osóbkę. Tim uśmiechnął się. 
- Muszę sprawdzić, czy zechce się ujawnić. 
Zastanowiła ją ta odpowiedź. „Klient” wcale nie musiał mieć nazwiska. Kto wie, 

może Bryan ma rację? Może słusznie jest taki podejrzliwy? Zapytała znienacka: 

- Co się tam dzieje? 
- Gdzie? - Tim szeroko otworzył oczy. 
- W twojej głowie - odparła z uśmieszkiem. Nie musiała pytać. Widziała przecież, 

że był czymś bardzo zaabsorbowany. Nie ufała mu. Widać to było na pierwszy rzut 
oka. 

- Postaram się wytłumaczyć ci to wszystko  - powiedział. - Tylko nic nikomu nie 

mów. Niech to zostanie między nami, dobrze? 

- Zgoda. 
-  Daj  mi  tylko  trochę  czasu  -  poprosił.  Obejrzeli  uważnie  domy.  Wszystkie  były 

wspaniałe, lecz ona wolałaby jednak pozostać w swojej filiżance. 

- Muszę mieć trochę czasu do namysłu - powiedziała. 
-  No  cóż,  jeśli  rozważasz  sprawę  sprzedaży  motelu,  to  rzeczywiście  powinnaś 

wszystko dobrze przemyśleć. Znam jeszcze kilka świetnych domów w San Antonio 
- dodał po chwili. - Chcesz je obejrzeć? 

- Nie teraz. 
- Może razem zjedlibyśmy dziś kolację? 
- Muszę zastąpić Bryana. 
- Umiesz gotować? 
- Wyśmienicie. 
- Przyjadę więc po kolacji. 
- Nie dzisiaj. Znakowanie drzew całkiem mnie wykończyło. A jutro będę musiała 

dyskretnie nadzorować pracę Juana. Poproszę o pomoc Bryana, bo Teresa zabroniła 
mi rozmawiać z jej mężem. 

- Przyjadę popatrzeć - powiedział radośnie. 
- Zmarnujesz swój cenny czas. 
- Jakoś to zniosę. Chcę być blisko ciebie. 
- Schlebiasz mi. Czyżby na „Imbryku” zależało ci mniej niż na mnie? 
Wybuchnął  śmiechem.  Próbował  się  powstrzymać,  lecz  nie  dał  rady.  Zagryzł 

wargę, ale oczy nadal lśniły mu radośnie. 

- Sam widzisz - powiedziała. - Odpowiedz mi. To musi być bardzo interesujące. 
- Rzecz w tym, czy jesteś zainteresowana. Chciałbym, żebyś uznała, iż ja jestem. 
- Myślę, że jesteś tylko bardzo oszołomiony. 
Te słowa kazały mu spojrzeć na nią zupełnie innym okiem. 

background image

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

To,  że  Tim  Morgan  poważnie  zainteresował  się  Lily  Trevor  -  teksańskim 

kwiatuszkiem  wychowanym  w  Indianie  -  to  jedno.  Prawdziwą  niespodziankę 
przeżył jednak, gdy odkrył, jak silną ma osobowość. I jaka jest mądra. 

Kiedy  więc  odwiózł  ją  do  „Imbryka”,  natychmiast  wrócił  do  San  Antonio  i 

poszedł prosto do swego szefa. 

-  Co  powinienem  zrobić,  gdy  dziewczyna  jest  łebska  jak  diabli  i  oczekuje  ode 

mnie prawdomówności? - spytał. 

Starszy pan spojrzał na agenta, który zauroczył jego córkę, i spytał roztropnie: 
- Jakaż w ogóle kobieta może być łebska? 
-  Zna  pan  przecież  zajazd  „Imbryk”?  Niedaleko  Quatro,  przy  wzgórzu.  Nowa 

właścicielka  odziedziczyła  go  po  prapradziadku.  Bardzo  ją  interesuje,  dlaczego 
chcemy go kupić. 

-  I  co?  Rozpacza  nad  zaniedbaniem  i  fatalnym  stanem  motelu?  -  spytał  szef 

radośnie. 

- Nie, proszę pana. Zwąchała pismo nosem. 
- No, no. Jak to możliwe? Kobieta, a taka sprytna? 
- Niech pan uważa - ostrzegł Tim ostrożnie. - Nastały nowe czasy. Nie można już 

mówić wszystkiego otwarcie. Ona chwyta w lot. 

Starszy pan parsknął wyzywająco. 
Tim odważnie brnął dalej: 
- Ta Lily Trevor bardzo szybko  myśli. Spytała  mnie: „Dlaczego chcesz  mieć ten 

zajazd?” I co miałem na to odpowiedzieć? 

- A co odpowiedziałeś? 
- Powiedziałem, że chodzi o anonimowego kupca i że muszę sprawdzić, czy mogę 

go ujawnić. 

- Nie możesz. 
-  Wątpię,  czy  będzie  chciała  rozmawiać,  nie  wiedząc,  co  się  dzieje.  Ten  stary 

„Imbryk” stoi tam już od dawna. Bardzo jest  do niego przywiązana.  Snuje nawet 
jakieś plany z nim związane. Mają stałych klientów, którzy wciąż tam przyjeżdżają. 
Wie pan przecież o domkach-filiżankach? 

- Domkach... filiżankach? 
Tim ze zdziwieniem pokiwał głową. 
- Jest tam sześć domków - mówił zmęczonym głosem. - Wyglądają jak odwrócone 

filiżanki. Są naprawdę zgrabne. Ludzie uwielbiają to miejsce. 

- Musimy pozbyć się ich stamtąd. 
- Wiem o tym. Ale co będzie, jeśli nie zechcą nam sprzedać terenu? 
- Prawdopodobnie wyrzucę cię - mruknął szef. Tim zachował spokój. Wiedział, że 

jest dobry w swoim fachu i że nikt nie może być tak głupi, by go wylać z pracy. 
Trzeba  będzie  znaleźć  inne  rozwiązanie.  Szef  zadumał  się  głęboko.  Czy  istniała 
możliwość przeniesienia projektu na inne wzgórze? 

background image

Sama myśl o tym wydawała się okropna. 
Tymczasem Lily przemawiała do Bryana: 
- Przecież nie będzie chyba egoizmem z mojej strony, jeżeli zamieszkam w jednej 

z filiżanek! 

-  Zawsze  przecież  możemy  wynająć  klientom  ten  pokój  na  piętrze,  tu  w 

„Imbryku” - stwierdził ironicznie Bryan. 

-  Gdybyś  nie  był  tak  cholernie  zasadniczy,  ja  mogłabym  w  nim  mieszkać  - 

zrzędziła Lily. 

- Już by wtedy Teresa powiedziała, co o tym myśli - odparł ponuro. 
Lily starała się zachować spokój. 
- Drzwi do tego pokoju na górze mają zasuwkę - przypomniała. 
- Moje drzwi też... mają zasuwkę. - Uśmiechnął się pod nosem. 
- Widzisz! - krzyknęła. - Będziesz zupełnie bezpieczny! Wprowadzam się na górę. 
 Powstrzymał ją, unosząc rękę. 
- Musisz uzgodnić to z Teresą, dobrze? 
- To mój motel! 
-  To  nie  ma  nic  do  rzeczy.  -  Potrząsnął  głową.  Spojrzała  w  sufit  i  jęknęła 

rozpaczliwie. 

- Nie ma nic gorszego niż prowincjonalne dziury! - rzuciła. 
-  Ależ  złotko.  Czyż  nie  jesteśmy  dzielnicą  San  Antonio?  Muncie  w  Indianie  do 

pięt nie dorasta San Antonio. Rozumiesz? 

Przypomniało się jej, co matka mówiła o mężczyznach. Straszne to uczucie, gdy 

po latach trzeba przyznać, że matka miała rację. 

- Duby smalone! - parsknęła. 
- Skąd wytrzasnęłaś takie imponujące, tak pasujące do sytuacji słowa? 
- Od prababki ze strony mamy. Zaraz... jak jej było na imię? Elizabeth? Tak. Ona 

nigdy niczego nie owijała w bawełnę. Waliła prosto z mostu, kawę na ławę. Była 
absolutnie nieznośna. Mama uwielbiała ją. 

-  Nie  rozumiem,  jak  tak  dobrze  wychowana  kobieta  jak  twoja  mama  mogła 

uwielbiać tak okropną staruszkę. 

- Ponieważ kiedy już wyprowadziła się z naszego domu, tata zrozumiał, iż mama 

jest wspaniała, śliczna i urocza. Po prostu ideał. 

-  Bardzo  sprytna  jest  ta  twoja  mama.  Założę  się  o  każde  pieniądze,  że  one  się 

zmówiły. 

- Zmówiły się? 
-  Starsza  pani  starała  się  być  tak  przykra,  jak  to  możliwe,  by  po  cudownym 

zniknięciu wstrętnej harpii twoja mama mogła zabłysnąć jak słońce. 

- Wystraszyłeś mnie. Nigdy przedtem nie myślałam o tym w ten sposób, ale teraz 

przypominam sobie, że mama i babka często wymieniały tajemnicze uśmieszki. 

- No proszę, a nie mówiłem? 
- Skąd tak znasz się na ludziach? - spytała. 
- Jestem wśród nich całymi dniami. Słucham, obserwuję... 

background image

Następnego  dnia  zawitała  do  motelu  Marly  Foster.  Lily  i  Bryan  byli  akurat  w 

„Imbryku”. 

Na widok wchodzącej Marly Lily zerwała się z miejsca i rzuciła jej w ramiona. 
Kuzynka pocałowała powietrze koło policzka Lily i spytała: 
- Gdzie on jest? Mogłabym przysiąc, że słyszałam jego głos. 
Bryan zniknął! Rozpłynął się w powietrzu. Niczym Alicja w Krainie Czarów Lily 

zamrugała nerwowo powiekami, rozglądając się dookoła. Co się stało z kudłatym 
Kotem  z  Cheshire?  Jak  on  to  zrobił?  Dyskretnie  obejrzała  nawet  podłogę  w 
poszukiwaniu  zapadni,  ale  bez  skutku.  Nic.  Żadnego  śladu.  Lily  postanowiła 
koniecznie  dowiedzieć  się,  w  jaki  sposób  on  to  zrobił.  Kiedyś  może  się  jej  to 
przydać. 

Nalała Marly kawy do filiżanki i usiadły przy stoliku. 
-  Oczekuję  pytań  -  rzuciła  Marly.  W  taki  właśnie  sposób  Teksańczycy  zagajają 

rozmowę. - Wygląda na to, że każdemu w branży handlu nieruchomościami coś się 
obiło o uszy, ale nikt nie ma zielonego pojęcia, o co chodzi i kto się za tym kryje. 
To doprawdy wspaniałe! - Marly aż uniosła brwi. - Dziękuję, że zadzwoniłaś z tym 
do  mnie.  Mam  dziwne  wrażenie,  że  już  prawie  dotykam  czegoś,  ale  nie  mam 
pojęcia, co to jest, ani nawet jak mam to odkryć. 

- To bardzo pobudzające - mruknęła Lily. 
- Zwłaszcza w tak nudnej porze roku. 
- Właśnie. 
- No i co porabiasz? Kim jest ten wspaniały facet, który obcina gałęzie za domem? 

- Marly rzuciła pytania jednym tchem. 

- Obcina? Teraz?! - Lily poderwała się gwałtownie z miejsca i podbiegła do okna. 

Na ziemi za domem leżało mnóstwo pociętych gałęzi i połamanych patyków. - Dzi-
siaj?! - jęknęła. 

- Przecież to widać - powiedziała nieco zdezorientowana kuzynka. 
- Miał zacząć dopiero jutro. 
-  Jeden  dzień  wcześniej...  Przeszkadza  ci  to?  Nie  rozumiem  cię.  Chodźmy  lepiej 

sprawdzić, czy robi to dobrze. 

- Powinnyśmy raczej trzymać się z daleka. 
-  Przecież  to  wszystko  twoje  -  powiedziała  Marly  drwiącym  tonem.  -  Wolno  ci 

chodzić, dokąd tylko zechcesz. Możemy pójść oglądać którąś z filiżanek. Udawać, 
że jestem zainteresowana kupnem motelu. 

- Może raczej będziesz szukać noclegu? - zasugerowała Lily. 
- A któż by mnie tu ogrzał?! - uśmiechnęła się kuzynka. 
- Termofor. 
Marly westchnęła. Wiedziała, że to prawda. 
-  Chodźmy  lepiej  zobaczyć,  co  się  tam  dzieje...  Obejrzymy  filiżankę  - 

powiedziała. 

Wyszły. 
Zza  kontuaru  wynurzył  się  Bryan.  Skrył  się  w  znajdującym  się  tam  włazie 

background image

prowadzącym do piwnicy... i do ukrytej w niej, na wszelki wypadek, dubeltówki. 

Stanął przy oknie. 
Lily  przyglądała  się  koronom  drzew,  a  Marly  pracującemu,  półnagiemu 

mężczyźnie. 

Mężczyzna obejrzał się. 
Nigdy  przedtem  Lily  nie  widziała  kuzynki  kroczącej  z  taką  gracją  i 

dostojeństwem.  Dopiero  gdy  zorientowała  się  w  sytuacji,  omal  nie  parsknęła 
śmiechem. 

- Ależ, Marly! Zachowuj się! - mruknęła. 
- Zachowuję się - odparła Marly, patrząc na Lily wielkimi ze zdziwienia oczami. - 

Jak dama. 

- Jakiego rodzaju... dama? 
- Phi! 
Łańcuchową piłą Juan ciął na kawałki leżące na ziemi gałęzie i konary. Obok stała 

Teresa. Dyrygowała mężem, układając jednocześnie drewno w dwa sagi. 

- Uważaj, tam jest jego żona - mruknęła Lily ostrzegawczo. - Popatrzysz tylko na 

jej męża albo braci, a poderżnie ci gardło. Zachowuj się! 

Marly przyjrzała się Teresie badawczo i ustąpiła. Weszła do filiżanki i rozejrzała 

się z zaciekawieniem. 

- Ładnie tu. - Postała chwilę, po czym wyszła na podwórze i ruszyła do swojego 

samochodu. 

- Muszę jechać - oznajmiła. - Będziemy w kontakcie. 
Odjechała. 
Teresa pojawiła się jak gradowa chmura. 
- Co to za ladaco? - spytała groźnie. 
- Posłuchaj, Tereso - bąknęła Lily. - To moja kuzynka. 
- Niech się tu więcej nie kręci - powiedziała Teresa i wróciła do pracy. 
Układała  dwa  stosy  drewna.  Jeden  z  nich  przeznaczony  był  do  spalenia  w 

motelowym  kominku.  Kominek  był  niewielki,  a  dym  uchodził  przez  komin-
dziobek czajnika. Było to bardzo zabawne. 

Czujne  oczy  Teresy  wypatrzyły  wiele  gałęzi  oznakowanych  przez  Lily,  lecz  nie 

nadających się do obcięcia. Lily musiała się z tym pogodzić. 

Powoli  wieść  o  przyjeździe  Lily  rozeszła  się  wśród  wszystkich  jej  krewnych  i 

powinowatych  żyjących  w  San  Antonio.  Szczególnie  wśród  noszących  nazwisko 
Davie - kuzynów po kądzieli. 

Przyjeżdżali  do  „Imbryka”  i  odjeżdżali  z  pączkami.  Wkrótce  stało  się  to  niemal 

codziennością. 

A dni mijały na wytężonej pracy. 
Do motelu zaglądał także Tim. Przyjeżdżał w odwiedziny do Lily. Zjadał pączki i 

gawędził  z każdym, kto był akurat  pod ręką. Zdarzało się, że Lily wyjeżdżała  do 
San Antonio z kimś z rodziny. Wtedy Tim usychał i marniał w oczach. 

Bryan nie mówił jej o tym ani słowa, ale Teresa nie wahała się ani chwili. Zrobiła 

background image

to z całą premedytacją, gdyż bardzo chciała zobaczyć reakcję Lily. 

Rozczarowała się. Lily bąknęła jedynie coś pod nosem i spytała, co Teresa planuje 

robić dalej. 

-  Trzeba  posadzić  kwiaty  -  odparła  zapytana  i  pokazała,  w  których  miejscach 

należy to zrobić. Propozycje Teresy przypadły Lily do gustu. 

- Zaraz naszkicuję plan - powiedziała cicho. Jednak gdy ona rysowała pracowicie, 

Teresa wydała już mężowi stosowne polecenia. I sprawa została załatwiona. 

- Nie odnosisz czasem wrażenia, że nie kontrolujesz tutaj niczego?  - spytała Lily 

Bryana. - Że wszystkim rządzi Teresa? 

- Tak. 
- No to czemu się nie sprzeciwisz? 
-  Czekam,  aż  ty  to  zrobisz  -  odparł  grzecznie.  Jedynie  w  oczach  migotały  mu 

iskierki rozbawienia. - Ty jesteś właścicielką... i szefem. 

Lily Baby zirytowała się. 
Dni płynęły, a Lily wciąż mieszkała w najlepszej z filiżanek. 
Którejś  nocy  zajęte  były  wszystkie  pozostałe  domki  i  pokój  na  piętrze  w 

„Imbryku”, a w piwnicy spało w śpiworach jeszcze dwóch mężczyzn. 

-  Muszę  znaleźć  sobie  mieszkanie  -  powiedziała  Lily  do  Bryana.  -  Tamci  dwaj 

mogliby przenocować w moim domku. Kazałeś im zapłacić? 

- Połowę stawki - przytaknął. 
- Wychodzimy na okropnie chciwych. 
- Są bezpieczni, śpią twardo i buchnęli chyba z tuzin pączków ze spiżami na dole. 
- To straszne! - powiedziała ze zgrozą. 
- Możesz zrobić to lepiej - rzucił drwiąco. Zacisnęła pięści. Rozprostowała palce, 

jeden po drugim. Potem przyłożyła dłoń do czoła. 

- To straszne - powtórzyła słabym głosem. Bryan westchnął ciężko i wyjrzał przez 

okno. A Lily dalej pakowała pączki do pudełek. 

- Możesz zrobić to lepiej - powtórzył zirytowany. Spojrzała nań ze zdziwieniem w 

oczach. 

-  No,  dalej  -  rzucił.  -  Odegraj  to.  Znowu  złap  się  za  głowę.  Pokaż,  jak  bardzo 

jesteś wzburzona. Odegraj to! 

-  Idź  do  diabła!  -  wzdrygnęła  się  z  oburzenia.  Splotła  palce.  Przytknęła  rękę  do 

czoła. Odrzuciła głowę w tył i zamknęła oczy. 

- To już było - rzucił Bryan. 
Powróciła do pakowania pączków. Była wspaniała. Prawdziwy klejnot. 
Następnego  dnia  Bryan  zszedł  na  dół  po  krótkiej  drzemce.  Zastał  Lily  uważnie 

przyglądającą się przez okno poprzycinanym drzewom. 

- Coś nie tak? - spytał. 
-  To  nie  wygląda  naturalnie.  Jest  zbyt  uporządkowane.  Teresa  za  bardzo 

przerzedziła gałęzie. 

- Tam odbywają się przyjęcia i podwieczorki. - Bryan starał się pocieszyć Lily. - 

Niedobrze, gdyby liście i kwiaty... wpadały do kawy. 

background image

- Masz rację - przyznała po namyśle. 
Zaskoczyła go. Przyjęła wyjaśnienie i nie upierała się ani trochę. 
- Chyba jednak wolałam je takie nie strzyżone - powiedziała ze smutkiem. 
- Prawdziwe z ciebie dziecko natury - zadrwił. Lecz było to nieco wymuszone. 
- Chyba tak - westchnęła. 
Ale  nie  zamierzała  dręczyć  się  tym  zbyt  długo.  Prędko  wróciła  do  pakowania 

pączków. Zapełniła pudełko i sięgając po następne, spytała: 

- Ile pączków już sprzedaliśmy? 
- Nie wiem.  Nigdy nie liczę.  Po prostu dorabiam więcej, gdy zaczyna brakować. 

Przygotuję sobie kartkę i będę zapisywał. Tylko musisz mi o tym przypominać. 

- Naprawdę ciężko pracujesz. 
- Rzadko się nudzę. - Uśmiechnął się i przełknął ślinę. 
-  Chwilami  myślę,  że  w  twoich  sennych  koszmarach  pączki  maszerują  nie 

kończącymi się szeregami. 

Uniósł dłoń. 
- Nawet nie mów o tym! Bo wykraczesz! 
Nagle złapał się za głowę. Przerażenie wykrzywiło mu twarz. 
- Już wykrakałaś! Zaczyna się! Wszystko przez ciebie! usiałaś to powiedzieć?! 
Lily  zanosiła  się  śmiechem.  Na  twarzy  Bryana  wciąż  jeszcze  gościło  udawane 

przerażenie, gdy do zajazdu wszedł Tim. Nie spodobało mu się to, co zobaczył. 

- Co się dzieje? - spytał tonem, w którym wyczuwało się wrogość. 
Bryan spoważniał natychmiast, a Lily wciąż chichocz, odparła: 
- Miliony pączków, które zrobił przez całe życie, zaczynają właśnie  maszerować 

w jego głowie. Szereg za szeregiem. 

-  Taak  -  mruknął  Tim,  obserwując  uważnie  Bryana.  Usiadł  na  stołku  niedaleko 

Lily.  Bryan  stał  nieruchomo  z  rękami  ukrytymi  pod  białą  serwetą,  którą  był 
przepasany. 

Zapanowało niezręczne milczenie. 
Lily odstawiła na bok kolejne pudełko z pączkami i w końcu spytała: 
- Chcesz kawy? 
- Lemoniadę. 
Bryan wyjął dzbanek z lodówki i napełnił szklankę. Wystukał cenę na klawiaturze 

kasy i paragon wraz ze szklanką umieścił przed Timem. 

Lily sięgnęła po banknot Tima. Podeszła do kasy i wydala resztę. 
- Dobrze to zrobiłam? - spytała Bryana. 
- Owszem. 
- Coraz lepiej mi idzie - powiedziała z dumą. - Gdybym tak jeszcze umiała smażyć 

takie pączki jak ty, mógłbyś wziąć sobie wolny dzień. 

Na  moment  serce  Bryana  przestało  bić.  Przez  chwilę  sądził  bowiem,  że  chciała 

powiedzieć, iż potrafi dać sobie radę bez niego. Na szczęście powiedziała tylko o 
wolnym dniu. Tylko co, u licha, miałby on począć z wolnym dniem?! Siedzieć przy 
stoliku i gapić się na nią? Chyba tak. A właściwie dlaczego na nią? 

background image

Spojrzał na Tima. Z litością i niechęcią. Jego tu brakowało! 
Nienawidził go za samą jego obecność w motelu. Ale rozumiał, dlaczego tamten 

przyjechał.  I  czemu  sprawiał  takie...  nieporządne  wrażenie.  Po  prostu  z  rozpaczy 
potargał  sobie  włosy  i  nawet  nie  zwrócił  na  to  uwagi.  Wyglądał  zupełnie  inaczej 
niż tego dnia, kiedy po raz pierwszy spotkał naiwną nowicjuszkę. 

W  tym  momencie  Bryan  uświadomił  sobie,  że  oni  dwaj  byli  rywalami.  Pragnął 

Lily. Tim także. Jeden musiał przegrać. Tylko który? 

Mógł to być na przykład... Bryan Willard. 
Czy  w  ogóle  miał  jakiekolwiek  szanse  w  konfrontacji  z  Timem?  Czuł,  że 

powinien  ustąpić,  zrezygnować  z  Lily.  Natychmiast.  Zanim  sprawy  wymkną  się 
spod kontroli. I tak przegra. Był to najlepszy moment, by się wycofać. 

Tylko czy był w stanie? 
Popatrzył  na  Lily.  Wydało  mu  się  nagłe,  że  całą  jej  postać  otacza  tajemnicza 

poświata.  Jej  ruchy,  poczucie  humoru  -  były  doskonałe.  I  jej  skromność.  Nie 
odczuwała żadnej potrzeby dominowania, rządzenia. Żadna kobieta nie mogła się z 
nią równać. 

Bryan  wiedział,  że  był  w  stanie  przykuć  jej  uwagę,  zainteresować  swoją  osobą. 

Lily bowiem w ogóle garnęła się do ludzi. Nieraz obserwował ją, gdy obsługiwała 
gości. Nie kokietowała nikogo, nie kusiła, a i tak zawsze była w centrum uwagi. A 
przy tym wcale o to nie zabiegała. Przeciwnie. Gdyby dostrzegła, jak bardzo Bryan 
jest  nią zainteresowany, byłaby  w rozterce.  Nie chciałaby go urazić, lecz czułaby 
się dotknięta. 

Potrafiłby,  zapewne,  pokochać  ją  tak  mocno,  że  mógłby  się  wycofać.  Umiałby 

oszczędzić jej cierpień. Stać go było na to. 

Spojrzał  na  Tima.  Musiał,  przyznać,  że  tamten  byłby  chyba  dobrym  mężem. 

Widać było, że jest nią zainteresowany. I to bardzo. 

Nagła myśl przyszła Bryanowi do głowy i spiął się cały. A może Tim traktuje to 

tylko jak przygodę, którą zakończyć mogą igraszki na sianie? Niedoczekanie! On, 
Bryan, nigdy do tego nie dopuści. Nawet gdyby musiał kazać Teresie wszędzie za 
nimi jeździć. 

Tylko co na to Lily? Chyba nie przypadłyby jej do gustu randki z Teresą u boku. 
Niedobrze. 
Może  w  takim  razie  on  sam  powinien  wciąż  być  przy  niej?  Na  to  chybaby  się 

zgodziła. Ale Tim na pewno znalazłby jakiś sposób pozbycia się intruza. 

Rozmyślając tak, Bryan usmażył kolejną partię pączków i zaczął miesić ciasto na 

następną.  Chociaż  nie  potrzebowali  już  więcej  pączków.  I  on  o  tym  wiedział! 
Zaczynał tracić kontrolę nad sobą. Przez nią! Dlaczego jej prapradziadek zrobił coś 
takiego żyjącemu spokojnie na uboczu Bryanowi Willardowi? 

Czy  to  możliwe?!  pomyślał  nagle.  A  może  stary  zaplanował  to  wszystko? 

Specjalnie zostawił całą forsę w „Imbryku”, by zwabić tam Lily.  Żeby oni dwoje 
musieli się spotkać. Czyżby stary bałwan zabawił się na koniec... w swata? 

Może...  Może  rzeczywiście zaplanował sobie, że Bryan Willard  zostanie  mężem 

background image

Lily? Kto wie? Starszy pan podniósł mu pensję naprawdę bardzo wysoko. Zupełnie 
jakby chciał zatrzymać Bryana. Poruszony tą myślą inaczej spojrzał na Tima. Stał 
się  on  nagle  tylko  jeszcze  jednym  osobnikiem  w  spodniach,  kręcącym  się  w 
pobliżu. 

Tymczasem Tim namawiał Lily, by pojechała z nim oglądać następne mieszkania 

do wynajęcia. 

- Teraz nie mogę - odparła. - Bryan szykuje następne pączki. Muszę zaczekać, aż 

zupełnie wystygną, i zapakować je do pudełek. 

- Kupię całą partię, jeśli pojedziesz teraz ze mną - posiedział Tim z powagą. 
Lily spojrzała na Bryana. Z jego wzroku wyczytała, że nie chciałby, żeby jechała 

dokądkolwiek z Timem. Powiedziała więc: 

-  Możesz  dostać  wszystkie  pączki  z  dwuprocentowym  rabatem!  Ale  ja  i  tak 

nigdzie  teraz  nie  pojadę.  Niedługo  zjawi  się  tu  kolejna  grupa  dzieciaków...  Och, 
Bryanie,  nie  powiedziałam  ci...  Kiedy  odpoczywałeś,  zadzwonił  jakiś  kierowca. 
Powiedział, że dotrą do nas w ciągu godziny Miał skontaktować się z tobą. 

Uśmiechnęła się do Tima i poinformowała go: 
- Dostaniesz pączki, jeśli zostaniesz i pomożesz obsłużyć dzieci. 
Sprawdzała go. Czy był gotów zrobić to dla niej? Czy raczej zniknie, by nie dać 

się w nic wplątać? 

Lily patrzyła wyczekująco. 
-  Muszę  sprawdzić,  czy  w  domu,  który  sprzedaliśmy  niedawno,  jest  już  woda  - 

odparł. 

- Właściciele muszą być wściekli - powiedziała pogodnie. 
-  Jeszcze  się  nie  wprowadzili.  -  Zagryzł  wargi.  Potrząsnął  głową  i  westchnął 

ciężko. - Pojedź ze mną - poprosił wstając. 

- Dzieci będą tu za około... - spojrzała na zegarek - dwadzieścia minut. 
Tim nie mógł czekać tak długo. 
- Jeszcze tu wpadnę - oświadczył stanowczo i zdecydowanie. 
Lily uśmiechnęła się uprzejmie. 
-  Będziemy  mieli  świeże  pączki.  Tim  wyszedł.  Wsiadł  do  auta  i  ruszył  bardzo 

powoli... jakby spodziewał się, że Lily wybiegnie i pojedzie z nim nie wybiegła. 

-  Tim  pali  się  do  ciebie  -  powiedział  Bryan.  Ku  własnemu  zaskoczeniu. 

Szczęśliwy, że nie wyrwało mu się słowo „kocha”. 

-  Chciał  tylko  zabrać  mnie  do  tego  pustego  domu  -  rzuciła  drwiąco.  -  Potem 

mógłby  zechcieć  porównać  nasze  nagie  ciała,  byśmy  mogli  dostrzec,  jak  bardzo 
różnimy się od siebie. 

- Kto tego próbował? - warknął Bryan zaskoczony. 
- Miałam wtedy sześć lat - odparła wymijająco. 
- Inni też próbowali? 
- Byli bardzo sprytni, ale i tak domyśliłam się wszystkiego. Tak jak teraz. Timowi 

zdaje się, że zadurzył się we mnie. 

- Timowi... zdaje się? - Zdumienie niemal odebrało Bryanowi mowę. 

background image

- Pewnie nie zauważyłeś,  że kiedy Tim przyjeżdża tutaj, to tak naprawdę nie  ma 

nic  do  powiedzenia,  ale  ma  za  to  jeszcze  mnóstwo  innych  spraw,  które  musi 
załatwić. 

- Ty to wszystko wiesz? - Bryan nie mógł ukryć zdumienia. 
- Kobiety rozszyfrowują mężczyzn dużo wcześniej, nim oni w ogóle je zauważą - 

tłumaczyła. - Oczywiście, był kiedyś Billy D. Miał osiem lat. 

- Co zrobił Billy D.? - spytał Bryan z napięciem w głosie. - Pocałował mnie. 
- Wstrętny, niegodziwy chłopak! - Bryan poczuł, że znowu może się uśmiechać. - 

Ile ty miałaś lat? - spytał. 

- Sześć. 
- Już w wieku sześciu lat zaczęłaś uganiać się za chłopakami? 
- Uważałam, że pocałunek to coś w rodzaju grzechu. 
Potem bardzo, bardzo długo nie pozwoliłam już na to nikomu. 
Bryan odetchnął głęboko. Udając jednak, że współczuje przedstawicielom własnej 

płci, powiedział: 

- Prostacy! Niszczą kobietę, nie myśląc o tych, którzy pozostali. 
- Strasznie jesteś przebiegły. 
-  Mogę  zademonstrować  ci  pocałunki,  które  zostawiają  bardzo  przyjemnie 

wspomnienia - zaproponował. 

- Nie teraz. Zaraz przyjadą dzieci. 
Zadrżał. 
Powinno się zabronić kobietom robienia takich rzeczy. 
Lily  była  taka  młoda,  niedoświadczona.  To  właśnie  stanowiło  największe 

niebezpieczeństwo dla dojrzałego mężczyzny.  

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Autobus  przyjechał,  i  owszem,  ale  bez  dzieci.  Bryan  zastanawiał  się,  z  jakiego 

powodu Lily okłamała Tima. Doszedł do wniosku, że chciała po prostu, żeby sobie 
pojechał. 

Zamiast  tłumu  rozbrykanych,  wymagających  nieustannego  nadzoru  dzieciaków, 

autobusem  przyjechała  grupa  emerytów.  Wysiadali  powoli,  rozglądając  się  i 
gestykulując energicznie. 

„Imbryk”  uwielbiali  wszyscy.  Ale  ludzie  starsi  byli  nim  zauroczeni  szczególnie. 

Widok tego motelu przywoływał wspomnienia z zupełnie innych czasów. 

Posiłek  składał  się  z  zapiekanych  kanapek,  sałatki  i  kawałka  ciasta.  Tego  dnia 

Bryan podał napoleonkę. Wyśmienitą! 

Potem  goście  mogli  zwiedzić  jedną  z  filiżanek.  Większość  grupy  skorzystała  z 

okazji.  Po  zwiedzaniu  wszyscy  spacerowali  wśród  drzew  i  podziwiali  kwiaty 
Teresy.  Oglądali  motel,  domki-filiżanki,  fotografowali.  Zewsząd  dobiegały  głosy 
zachwytu; 

- Musimy ustawić tam kilka ławek - powiedziała Lily do Bryana. Mruknął coś pod 

nosem. 

background image

- Muszą być drewniane - dodała. 
- O, tak. 
- Z deseczek. 
Popatrzył  na  nią  uważnie.  Wyglądała  przez  okno.  Obserwując  spacerujących 

gości. 

- Powinniśmy kupić to wzgórze - powiedziała po chwili - i wybudować tam domy 

dla emerytów. 

- Żeby przychodzili tu do nas na posiłki? - domyślił się. 
- Właśnie. 
Pomysł  Lily  znowu  kazał  Bryanowi  zastanowić  się  nad  dziwnym  zachowaniem 

Tima  i  nad  wzmianką  o  wzgórzu,  która  nieopatrznie  wyrwała  mu  się  pierwszego 
dnia.  Wyrwała  się?  Czy  to  po  prostu  krajobraz  za  domem  tak  urzekł  i  oczarował 
Tima? 

Nigdy później Tim ani słowem nie wspomniał o wzgórzu. Wciąż nalegał tylko na 

sprzedanie mu motelu. 

Jaki mógł być powód, dla którego ktokolwiek chciałby posiadać „Imbryk”? Kogo 

naprawdę  reprezentował  Tim?  zastanawiał  się  Bryan.  Kto  jest  właścicielem 
wzgórza? 

Wiele  razy  Bryan  chodził  tam  na  spacery.  Było  to  cudowne  miejsce  do  takich 

przechadzek.  Ciche  i  spokojne.  Spotkał  tam  pancernika,  lisa,  żółwie,  króliki  i 
skunksa, I śmiejące się przeraźliwie kojoty. 

Czasami  pojawiał  się  tam  pies.  Zachowywał  się  całkiem.  uprzejmie  i  z 

zainteresowaniem przyglądał się intruzowi. Nigdy nie szczekał. Patrzył tylko, lecz 
nie zbliżał się zanadto. 

Bywało  także,  że  na  wzgórzu  pasły  się  konie.  Nie  raz  też  do  „Imbryka” 

dolatywało muczenie krów. 

Było tam źródełko. Nieduże, lecz nie wysychające nawet w czasie suszy. Dawało 

krystalicznie czystą wodę. 

Na dobry początek. 
 
Była  późna  noc.  Tego  dnia  w  „Imbryku”  odbyło  się  wielkie  przyjęcie.  Wszyscy 

byli  zmęczeni.  I  Lamarowie,  i  wielka  grupa  ich  krewnych  wynajętych  na  ten 
wieczór do pomocy. 

Było  to  przyjęcie  rocznicowe.  Jubilaci  byli  już  dziadkami,  lecz  dawno  temu 

właśnie  w  „Imbryku”  spotkali  się  po  raz  pierwszy.  A  teraz,  po  latach,  zjechali 
wielką grupą aż z Austin. 

Gdy  po  tak  długim  czasie  małżonkowie  znaleźli  się  w  tych  stronach,  nie  mogli 

uwierzyć, że „Imbryk” jeszcze stoi. Na tę okazję wynajęli jeden z domków i zaraz 
po uroczystym obiedzie w „Imbryku” przenieśli się tam. 

Pozostali goście bawili się wesoło, aż całkiem ochrypli. Zabawiali się rzucaniem 

podkowami  w  pokrywę  od  śmietnika.  Każde  trafienie  nagradzane  było  gromkimi 
okrzykami. Śmiali się i śpiewali, nie zawracając sobie zupełnie głowy jubilatami. 

background image

Klan Lamarów pomógł sprzątać i także poszedł do domów. 
-  Zostali  tylko  oni  dwoje  -  Bryan  i  Lily.  Przyglądali  się,  jak  zmęczeni  goście 

rozchodzą się do domków, do samochodów. Wszyscy byli w doskonałym nastroju. 
Wiele przyjęć w „Imbryku” kończyło się w ten właśnie sposób. Nowa ławka, także 
dzieło  Lamarów,  stała  pusta.  Bryan  i  Lily  przysiedli  na  niej,  by  złapać  oddech  i 
wsłuchać się w dzwoniącą w uszach ciszę. 

- Doskonałe przyjęcie - rzucił Bryan. Lily uśmiechnęła się. 
- Wspaniale jest mieć taką rodzinę. 
- Taak. 
- A gdzie jest twoja rodzina? - spytała Lily. Wcale nie chciała być wścibska. 
- Gdzieś - odparł z ociąganiem. 
- Gdzieś daleko? Czy gdzieś tu, w pobliżu? 
-  Większość  przebywa  gdzieś  daleko.  -  Wciąż  unikał  konkretnej  odpowiedzi.  - 

Odzywają się od czasu do czasu. 

- Od przypadku do przypadku? 
- Właśnie. 
Zamilkli. Po chwili, z pewnym przymusem, spytała: 
- Czy... tęsknisz za nimi? Pokręcił głową. 
- Nie mam na to czasu - odparł. Ciekawość kazała jej pytać dalej: 
- Czy umiałbyś być dobrym mężem i ojcem dla swoich dzieci? 
- W jakim sensie? - spytał ostrożnie. 
- Czy potrafiłbyś z nimi być, na co dzień? Milczał dłuższą chwilę. 
-  Nikt  się  mną  nigdy  nie  zajmował,  a  daję  sobie  radę  całkiem  nieźle  -  odparł. 

Zamyśliła się. Rozważała jego słowa. 

- To znaczy, że zupełnie nie masz pojęcia o wychowywaniu dzieci - rzuciła. 
- Prawdopodobnie nie - przyznał. 
- Och! - wyrwało jej się. 
Wolno obrócił głowę i popatrzył na nią. 
- Co miał znaczyć ten okrzyk? - spytał. 
- Że zrozumiałam cię. - Wstała powoli i przeciągnęła się. Nie tak jednak, jak on by 

sobie życzył. Potem powiedziała: 

- Wspaniale zorganizowałeś dzisiejsze przyjęcie. Wszyscy byli zadowoleni. Skąd 

miałeś takie nagrania? 

-  Pojechałem  do  studia  Pete’a  i  pożyczyłem  taśmy  z  muzyką  sprzed  czterdziestu 

lat. 

Wciąż stojąc, uśmiechnęła się do niego. 
- To było bardzo ładne z twojej strony, że pomyślałeś o tych taśmach. 
- Zrobiłem gościom niespodziankę. 
Jemu samemu ich szczęście dało wiele radości. 
- Sprawiłeś im nieopisaną wprost przyjemność. 
- Dostaliśmy całkiem niezły napiwek. Zapisałem to w księdze. 
-  Połowa  jest  twoja  -  powiedziała  Lily.  -  Napracowałeś  się  najwięcej  ze 

background image

wszystkich. Resztę daj Teresie. To ona ściągnęła tu tę bandę i miała na nich oko. 
Bez niej Lamarowie zawładnęliby całym przyjęciem. 

- Po prostu lubią się bawić - mruknął. 
-  Masz  rację.  -  Zastanawiała  się  przez  moment.  -  Musimy  wydać  przyjęcie  na 

cześć Teresy. 

- Zacznie protestować. 
- Ale będzie zadowolona. 
- Może i tak - przyznał po namyśle. - Ale pod warunkiem, że nie będzie musiała 

zajmować się niczym prócz poganiania i strofowania wszystkich. 

-  Być  może.  -  Lily  rozejrzała  się  dookoła.  -  Powinniśmy  przygotować  dla  niej  i 

Juana jakieś fotele. 

Po chwili milczenia Bryan spytał z zaciekawieniem: 
- Po co nam to przyjęcie? 
-  Dla  Teresy  -  odparła.  -  Pracuje  tu  bardzo  ciężko  i  jeszcze  angażuje  swoją 

rodzinę. 

- Płacimy im za to - zauważył. 
- I tak nie dość za to wszystko, co dla nas robią. 
- No to podziękuj jej. - Bryan wzruszył ramionami. 
- Już to zrobiłam. 
-  Wystarczy.  Uwierz  mi.  Wypraw  jej  przyjęcie,  a  doprowadzi  cię  do  szaleństwa 

swoją wdzięcznością. 

Lily wciąż stała. Bryan wciąż siedział. 
- Dobranoc - powiedziała w końcu. 
- Dobranoc - odparł. 
Odwróciła się i odeszła. 
Bryan wstał, by widzieć ją lepiej. Nie odrywał od niej oczu, dopóki nie weszła do 

swojego domku. Sama. 

Westchnął głęboko, odszedł od ławki i wepchnął ręce do kieszeni. Przygarbił się i 

zmrużył oczy. Stał, oddychając głęboko. 

Ciężko jest być mężczyzną. 
Następnego dnia Tim przyjechał wcześnie rano. 
-  Co  to  było  za  przyjęcie?  -  dopytywał  się.  -  Dlaczego  nie  zostałem  na  nie 

zaproszony? 

Lily Baby wybuchnęła śmiechem. 
- Nie byłeś członkiem rodziny - odpowiedział Bryan. 
- Widziałem tu wszystkich Lamarów - wykrzyknął z emfazą. - Jeśli oni należeli do 

rodziny, to ja tym bardziej. 

Teraz i Bryan śmiał się głośno. 
-  To  był  bal  z  okazji  czterdziestej  rocznicy  ślubu  pewnej  pary.  Tutaj  właśnie, 

przed laty, odbyło się ich przyjęcie weselne. W zeszłym roku odkryli, że „Imbryk” 
wciąż istnieje. I stąd ten bal. A Lamarowie obsługiwali gości i pomagali sprzątać. 

-  Ja  też  mogłem  pomagać  -  rzucił  Tim  z  żalem.  -  Wszyscy  śmieją  się  i  bawią 

background image

wesoło - poskarżył się. 

- Szykujemy następne przyjęcie, dla wybranych gości. 
- My? - spytał Tim ostrożnie. 
-  „Imbryk”.  Przejrzymy  rejestry  kasowe  i  sprawdzimy,  kto  odwiedza  nas 

najczęściej. 

- Ja! - wykrzyknął Tim głośno. 
- Ale za każdym razem dostajesz od Lily darmową kawę - mruknął Bryan. 
- Skąd wiesz? - spytał Tim. 
- Rozlicza mnie potem z każdego centa - poskarżył się żałośnie. 
Tim ze zrozumieniem pokiwał głową. Lily zaprotestowała gwałtownie i rzuciła w 

Bryana ścierką. 

- Lepiej nie zaczynaj - ostrzegł Bryan. Lily zrobiła wielkie oczy. 
- Czy on mi grozi? - rzuciła do Tima. 
- Należy ci się lanie - powiedział Tim poważnie. - Sam cię przytrzymam, gdy on 

wymierzy ci kilka klapsów. 

- Nie ma mowy - powiedziała Lily. 
- Nic z tego - rzucił równocześnie Bryan. Tim uniósł wysoko brwi. 
- Nie wierzysz w zbawienny wpływ kary na kobiety? - spytał. 
- Nie - odparł Bryan surowo. 
- Do diabła! Zupełnie nie znasz się na żartach; 
- Bawi mnie całkiem coś innego - powiedział Bryan z powagą. 
- Tylko nie to! - wykrzyknęła Lily. 
Teraz Tim spoważniał nagle. 
- Co to znaczy: „Tylko nie to”? - spytał podejrzliwie. 
-  Dla  niego  najlepszą  rozrywką  jest  szorowanie  patelni  i  czyszczenie  zlewu. 

Koszmar! - wyjaśniła. 

- Och! - stęknął Tim. 
Bryan uśmiechnął się do niego. 
-  Nie  pozwól  nikomu  wykorzystywać  się.  Ani  mężczyźnie,  ani  kobiecie.  Daj  mi 

znać, gdyby to się zdarzyło. Zajmę się tym - powiedział Tim do Lily naprawdę po-
ważnie. 

Lily Baby patrzyła zdumiona. 
- Nikt mnie nigdy nie wykorzystywał - oznajmiła. - I nigdy me będzie - dodała z 

przekonaniem. 

- Mądra dziewczynka - powiedział Tim. 
- Jestem dorosłą kobietą - powiedziała kategorycznie. 
- Dobrze. - Tim uśmiechnął się. I nie czekając, aż ktokolwiek mu przerwie, spytał: 

- Pojedziesz ze mną dzisiaj? 

Nie było to właściwie pytanie. Nie było to także polecenie. Raczej zaproszenie. 
- Dokąd? - spytała. 
- Muszę odwiedzić kilka miejsc - powiedział, wstając. 
- Będziemy mogli porozmawiać. 

background image

Lily odwróciła się do Bryana, popatrzyła na niego przeciągle i spytała: 
- Czy mam dzisiaj coś do roboty? Wbrew jej oczekiwaniom odparł: 
- Nie. Wszystko zostało zrobione. 
Dał  jej  w  ten  sposób  do  zrozumienia,  że  jest  naprawdę  wolna,  że  sama  kieruje 

swoim życiem. Tylko czy ona to zrozumiała? 

Mogła przecież pomyśleć, że miał już dosyć jej towarzystwa. 
Czy powinna pojechać z Timem? 
Z  pochyloną  lekko  głową  wpatrywała  się  w  Bryana  z  uwagą.  On,  równie 

poważnie, patrzył jej prosto w oczy. 

Co mam zrobić? pomyślała. 
Tim podniósł się z krzesła. 
- Świetnie - powiedział. - Tylko weź żakiet. Z powodu klimatyzacji w aucie jest w 

nim trochę chłodno. 

- To wspaniale. Tylko pamiętaj - ostrzegła. - Nie cierpię pieprznych dowcipów. 
- Nigdy nie słyszałem żadnego, więc ich nie znam. 
- Tim zrobił wielkie oczy. 
Nawet Bryan musiał uśmiechnąć się w tej chwili. Choć nie było mu do śmiechu. 

Ona  wyjeżdżała  z  tym  facetem!  Sama.  Pytania  tłukły  mu  się  po  głowie.  Co  Tim 
może  jej  zrobić?  Co  powiedzieć?  Tim  jest  komiwojażerem.  Może  próbować 
sprzedać jej... samego siebie. Przecież widać było, że jej pragnął. Tylko dlatego tak 
często przyjeżdżał do „Imbryka”. 

-  Jak  długo  cię  nie  będzie?  -  spytał  Bryan  nowicjuszkę.  Zamiast  odpowiedzieć, 

odwróciła się do Tima z pytającym wyrazem twarzy. 

-  Nie  oczekuj  jej  zbyt  wcześnie  -  odparł  tamten.  -  Znam  jedno  miejsce,  gdzie 

można zjeść wyśmienitą kolację. 

I komu on to mówił? Kucharzowi! 
Lily zdjęła fartuszek i za plecami Bryana przeszła do wyjścia. 
- Zachowuj się! - warknął, gdy go mijała. 
Zatrzymała się na  króciutką chwilkę i popatrzyła na niego wielkimi, niewinnymi 

oczami. 

Był to prawdziwy cud, że Bryan nie klepnął jej po tym słodkim tyłeczku. 
- Muszę się przebrać - rzuciła, przechodząc obok Tima. - Zaraz wrócę. 
Poszła  do  swojej  filiżanki.  A  Bryan  powiedział  to,  co  każdy  epuzer  mawia  w 

takiej sytuacji swemu rywalowi. 

- Trzymaj się od niej z daleka! 
- Przecież będziemy jechali jednym samochodem - odparł zaskoczony Tim. 
- Dobrze wiesz, co mam na myśli - powiedział Bryan pełnym gniewu głosem. 
-  Jestem  poważnym  człowiekiem.  Muszę  spędzić  z  nią  trochę  czasu,  żeby 

przekonać się, czy ona mogłaby mnie potraktować poważnie. 

- Trzymaj się od niej z daleka! - powtórzył Bryan. 
- Będziemy jechać jednym samochodem - stwierdził z uporem Tim. 
- Nie waż się jej dotknąć. 

background image

- Przecież będę musiał podać jej rękę przy wysiadaniu 
-  poskarżył  się  Tim  drżącym  głosem.  -  Będę  musiał  podtrzymać  ją  przy 

wchodzeniu po schodach... 

- Po schodach... dokąd? 
- Na werandę „Imbryka”. 
- Nie waż się jej skrzywdzić. Inaczej... ze mną będziesz miał do czynienia. 
- Znam jej rodzinę - powiedział Tim delikatnie. 
- Ciekawe, co oni o tobie myślą? - warknął Bryan. 
- Nie unikają mnie. - Wzruszył ramionami. 
- Na pewno nie wiedzą, że się wciąż za nią uganiasz. 
-  Wiedzą.  Spotkałem  jej  kuzynkę.  Marly.  Wszystkim  dokoła  opowiedziała,  że  tu 

bywam. O tobie także wiedzą - dodał. 

- Co to znaczy, że wiedzą o mnie?  - żachnął się Bryan. Aż pochylił się przy tym 

do przodu i zacisnął szczęki. 

- Wiedzą, że jesteś pełnoletni i że mógłbyś ją uwieść. Uwodzisz ją? 
- Nie. 
-  Kamień  spadł  mi  z  serca  -  Tim  uśmiechnął  się  szeroko.  -  Przez  ciebie  nie 

sypiałem po nocach. 

- Niby czemu? 
-  Możesz  mieć  każdą  kobietę,  którą  tylko  sobie  wybierzesz  -  powiedział  Tim 

szczerze. - Jest w tobie coś takiego... 

-  Tim  wykonał  szeroki  gest  ręką  -  tajemniczego.  Kobiety  pragną  uporządkować 

twoje życie. Uszczęśliwić cię. 

- Kto, u diabła, naopowiadał ci takich bredni?! 
-  Kuzynka  Marly.  Cierpiałem  bezsenne  noce,  od  kiedy  mi  to  powiedziała. 

Rozmawiałem  z  nią  o  Lily  prawie  codziennie.  Ale  ona  nudzi  się  szybko.  W  tym 
momencie Bryan się poddał. 

- Tylko musisz być pewien, że traktujesz ją poważnie - powiedział. 
- Myślę, że tak właśnie jest. 
Wtedy  otwarły  się  drzwi  i  weszła  Lily.  Jak  kwiaty  ku  słońcu,  obaj  mężczyźni 

zwrócili twarze w jej kierunku. 

Tim  poderwał  się,  sprawdzając  nerwowo,  czy  krawat  jest  na  swoim  miejscu. 

Uśmiechnął się lekko. 

- Warto było czekać - wykrztusił. Z wielce poważną miną Lily uniosła nieco rąbek 

spódnicy i ukłoniła się. Po chwili uśmiechnęła się do Bryana. 

- Jutro ty będziesz miał wolny dzień - powiedziała. 
- Nie - odrzekł. - Nigdy nie wiem, co ze sobą zrobić, kiedy stąd wyjadę. 
- Napiszemy ci program dnia - rzuciła z uśmiechem. Tim powstrzymał chichot. 
-  Postaram  się  coś  z  tym  zrobić  -  szepnął  do  Bryana  tak,  by  Lily  nie  mogła 

usłyszeć. Potem wziął ją pod ramię i poprowadził do wyjścia. 

- Mężczyzna w wieku Bryana - perorował - sam potrafi zadbać o swoje rozrywki. 

Nie potrzebuje żadnej pomocy. 

background image

Wciąż  obserwowani  przez  Bryana.  podeszli  do  samochodu.  Tim  otworzył  Lily 

drzwi, po czym obszedł auto i usiadł za kierownicą. Odjechali. 

W „Imbryku” zapanowała martwa cisza. Bryan uniósł głowę. Zamyślił się. Tak tu 

było  cicho  i  spokojnie...  dopóki  Lily  nie  przyjechała,  pomyślał.  Włączał  wtedy 
radio i czytał gazety. Prawdziwy relaks. A teraz. Przeszkadzała mu... cisza! 

Jechali  do  San  Antonio.  Po  drodze  Tim  gadał  bez  przerwy.  Pokazywał  domy, 

które sprzedał. Opowiadał o rodzinie Lily i o swoich znajomych. Ku zaskoczeniu 
Lily bardzo grzecznie i z dystansem wyrażał się o Marly. 

I nieustannie zadawał pytania. 
Bardzo  to  ją  bawiło.  Albo  musiał  kupić  sobie  jakąś  książkę  z  pytaniami,  albo 

spisywał  je  sobie  wcześniej  i  wkuwał  na  pamięć.  Sporo  wiedział  o  jej  rodzicach, 
sporo też opowiadał o swoich krewnych. 

Dzień  minął  im  bardzo  przyjemnie.  Ich  zainteresowania  były  zupełnie  różne. 

Mieli więc o czym opowiadać, mogli słuchać uważnie i potakująco kiwać głowami. 

Rozmawiało się im wspaniale. Głównie dzięki Timowi. Potrafił cudownie słuchać, 

zapytać o coś, gdy było trzeba, albo zmienić temat. 

Lily  rzetelnie  oceniała  wszystkie  domy,  które  odwiedzili.  Odkrywała  ich  wady  i 

usterki, a on notował je skrupulatnie. I ani słowem nie wspominał, że dostrzegł je 
już dużo wcześniej. Był taktowny i delikatny. 

Obiad zjedli w luksusowej, wykwintnie urządzonej restauracji. 
- Masz tu kartę członkowską? - Nie potrafiła ukryć zaskoczenia. 
-  Pośrednicy  w  handlu  posiadłościami  są  członkami  wielu  bardzo  różnych 

organizacji - odparł. - W ten sposób możemy wyszperać klienta. Krępuje cię to? 

- W Muncie był klub ziemski. Równie dobry jak ten - powiedziała stanowczo. 
Była czarująca. 
Jej maniery godne były damy. Jemu także niczego nie można było zarzucić. 
- Kto nauczył cię posługiwać się sztućcami? - spytała. 
- Mama. Jest strasznie surowa i wciąż wierciła mi dziurę w brzuchu. 
Pokiwała głową. 
- Moja robiła to samo - powiedziała. 
- W końcu wychowała się w San Antonio. Moja mama ją zna. 
- Skąd wiesz? 
-  Spytałem  ją.  Napisała  list  do  twojej  mamy.  -  Z  kieszeni  marynarki  wydobył 

kopertę. - Ale nie znamy adresu. - Podał jej pióro. 

Lily  napisała  adres,  uśmiechając  się.  Była  w  wyśmienitym  humorze.  Chociaż 

zauważyła, że kupiecka natura Tima nigdy nie zasypiała. 

-  Co  robisz  w  sobotę  wieczorem?  -  spytał.  -  Może  wybrałabyś  się  ze  mną  na 

przyjęcie, które wydaje jeden z moich znajomych. Będziemy tańczyć, rozmawiać. 

- Zobaczę, czy będę mogła przyjść. 
- Spróbuj - poprosił. 
Uśmiechnęła się. 
Po eleganckim obiedzie były tańce. W innym, równie eleganckim miejscu, gdzie 

background image

grała bardzo porządna orkiestra. Tim był wspaniałym tancerzem. 

- Gdzie nauczyłeś się tak tańczyć? - spytała. 
- „Szkoła tańca dla dzieci od lat dwunastu”. 
- Ja również ją ukończyłam! 
- No proszę - zaśmiał się. - Może poprowadzisz? Wiele kobiet próbuje prowadzić 

w tańcu. 

- Nonsens! 
- Wspaniale się z tobą tańczy. Masz naturalne poczucie rytmu. 
Przez  cały  czas  prawił  jej  komplementy.  Ale  nie  takie  trywialne,  że  ładnie 

wygląda  czy  że  jest  zgrabna.  Tim  był  sprytny.  A  przy  tym  nie  nadużywał  tego. 
Widać było od razu, że albo miał bardzo troskliwą matkę, albo starszą siostrę. 

Rozmowa toczyła  się gładko. Tim przeważnie  słuchał.  Wydawał opinie.  Zwykle 

nie zgadzał się z nią. 

Podświadomie Lily zaczęła porównywać go z Bryanem. 
Gdy  ruszyli  w  drogę  powrotną  do  „Imbryka”,  nie  było  jeszcze  późno.  Tim 

podjechał pod jej domek i otwarł drzwiczki. Poprosił o klucz i otwarł filiżankę. 

Z  „Imbryka”  przyglądał  się  im  Bryan.  Z  wyschniętymi  wargami  oczekiwał,  że 

Tim pocałuje Lily. 

Tim nie zrobił tego. 
- Przyjadę w sobotę około szóstej, dobrze? - spytał. 
- Raczej około siódmej - odparła. 
-  W  porządku.  -  Uśmiechnął  się.  -  Dziękuję  za  dzisiejsze  spotkanie.  To  był 

wspaniały dzień. 

- Było mi bardzo miło. 
- Chciałbym, żebyś się do mnie przyzwyczaiła - powiedział. 
Zaśmiała się cicho. 
Jednak Bryan to usłyszał. Odwrócił się, by nie patrzeć na pożegnalny pocałunek. 

Tylko  głowa  go  nie  usłuchała,  Jego  oczy  nie  mogły  oderwać  się  od  tamtych 
dwojga. 

Teraz. To był właściwy moment. Drzwi do jej domku były otwarte. Tim podawał 

jej klucze. Ale nie poruszył się. 

Lily powiedziała coś do niego i weszła do środka. Zamknęła drzwi. 
Tim  też  coś  powiedział.  Potem  pomachał  ręką  na  pożegnanie  i  wrócił  do 

samochodu. 

Bryan  nie  wierzył  własnym  oczom.  Na  pewno  cały  dzień  spędzili  w  łóżku.  Tim 

więc nie potrzebował już pożegnalnego buziaka. Oboje śmiali się! 

Bryan wolno ruszył ku schodom. Czuł się całkiem zdruzgotany. 
Tim  odjechał  rozradowany.  Mama  powiedziała  mu,  jak  powinien  postępować  z 

córką  Susan.  Zastanawiał  się,  czy  Bryan  czekał  na  ich  powrót.  Jeśli  oglądał  to 
cnotliwe  pożegnanie,  to  na  pewno  nabrał  przekonania,  iż  cały  dzień  spędzili  w 
łóżku i byli tak wykończeni, że pocałunek stał się już całkiem zbyteczny. 

Bryan  leżał  w  łóżku  i  nie  mógł  zasnąć.  Wciąż  te  same  myśli  tłukły  mu  się  po 

background image

głowie. Spojrzał na zegar. Była dopiero dziesiąta. 

Połknął  dwie  aspiryny  i  usnął  wreszcie.  Przebudził  się  o  zwykłej  porze.  Wziął 

prysznic i ubrał się. Dochodziła szósta rano. 

Lily  też  już  nie  spała.  Rześka,  szykowała  kawę.  Zaskoczony  Bryan  z  całej  siły 

zagryzł wargi, by nie spytać, jak spędziła czas z Timem. 

Czy... Czy Tim... Co robili przez tak długi czas, gdy byli razem? 
- Dzień dobry. - Uśmiechnęła się do niego. 
- Dobry - bąknął ponuro. 
Nie  odezwała  się  więcej.  On  czekał.  Przyglądał  się  jej.  Jak  mógł  zapytać  ją  o 

cokolwiek, skoro ona tak milczała. 

- Jak było? - nie wytrzymał. 
- Nic nie jadłam - powiedziała. Przeżył wstrząs. Nawet nie zjedli kolacji! Spędzili 

w łóżku cały, calusieńki czas? 

- Chcesz pączka? - spytała. - Piecze je jeden z moich przyjaciół. 
Zaczynała być irytująca. 
- Źle spałeś? - spytała. 
Skinął głową. 
Popatrzyła na niego uważnie, a on odwrócił głowę. 
- Dobrze się czujesz? - zaniepokoiła się. 
- Dlaczego pytasz? 
- Dziwnie wyglądasz. 
- Tak jak każdego dnia. - Słowa padały jak rzucane na stół karty. 
- Czy ktoś cię skrzywdził? Już ja mu pokażę! I kto to mówi?! 
-  Gdzie  byliście  wczoraj  wieczorem?  -  Pytanie  wyrwało  mu  się  z  ust,  zanim 

zdążył  zagryźć  wargi.  A  obiecywał  sobie,  że  nigdy  nie  zapyta  o  to,  co  robili 
poprzedniej nocy, 

- Odwiedziliśmy kilka domów, które Tim próbuje sprzedać  - odparła spokojnie. - 

To  było  interesujące.  Zapisywał  wszelkie  wady  i  usterki.  Ja  też  znalazłam  kilka. 
Potem  pojechaliśmy  na  obiad.  Jego  mama  chodziła  z  moją  do  szkoły,  więc 
oplotkowaliśmy  nasze  rodziny.  Tim  świetnie  tańczy.  Okazało  się,  że  chodziliśmy 
na lekcje tańca, prowadzone według tego samego podręcznika. Tylko że ja robiłam 
to w Indianie. 

Byli  ulepieni  z  tej  samej  gliny.  To  Bryan  Willard  nie  pasował  do  szacownej 

rodziny. Nie miał sojuszników, nie znał nikogo. W tej rywalizacji skazany był na 
porażkę. 

Konkurował o tę pannę? Jak do tego doszło? Dobry Boże, czyżby się zakochał w 

Lily?! 

Na pewno nie. 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Bryan Willard wpadł w panikę. I nie potrafił tego zrozumieć. A wszystko dlatego, 

że nigdy przedtem nie był związany z kimś tak blisko, by poprzez czyjeś uczucia 
móc ocenić swoje własne. 

background image

Milczenie przedłużało się. Wreszcie Lily spytała: 
-  Co  się  z  tobą  dzieje?  Czemu  jesteś  taki  rozdrażniony?  Próbujesz  zwrócić  na 

siebie moją uwagę? 

Oczy  Bryana  spotkały  oczy  Lily.  Wiedziała!  Z  rękami  na  biodrach  i  marsową 

miną stanęła przed nim. 

- Co się z tobą dzieje? - powtórzyła. - Źle się czujesz? 
- Nie - warknął. 
Jakby tego było mało, jeszcze Teresa wetknęła swoje trzy grosze. 
- Dać ci coś na przeczyszczenie? - spytała. Człowiek nie ma chwili spokoju wśród 

wścibskich bab, pomyślał Bryan. Był wściekły. Teresa przywołała Juana. Wspólnie 
molestowali Bryana o to, by wyznał, co mu dolega. 

-  Nic  mi  nie  jest!  -  krzyknął.  -  Dajcie  mi  spokój!  Teresa  przyłożyła  mu  dłoń  do 

czoła. 

- Chodzi o Lily - powiedziała do męża.  - Spotkała się wczoraj z Timem i stąd ta 

niemoc u naszego Bryana. 

Juan kiwał głową i uśmiechał się. On i Teresa poklepywali Bryana po ramionach i 

udzielali rad, jak opanować sytuację. 

- Chyba dobre byłyby kwiaty? - powiedział Juan do żony. 
Teresa zachichotała. 
- I bombonierka - dodała. 
- Cukier krzepi, wódka lepiej! - mruknął Juan. 
Teresa śmiała się do rozpuku. 
I z czego właściwie? Bryan zmarszczył brwi. 
- Co cię tak śmieszy? - spytał. 
- Ty mu powiedz - zwróciła się Teresa do męża. - Spocił się za uszami. 
Zawinęła się i już jej nie było. Jeszcze tylko w drzwiach odwróciła się na moment. 

Spod przymrużonych powiek rzuciła mężowi powłóczyste spojrzenie i uśmiechnęła 
się znacząco. 

- Prowokuje cię - powiedział Bryan do Juana. 
-  Si.  Zawsze  tak  robi,  kiedy  wpakuje  mnie  w  tarapaty.  Kobiety  już  takie  są  - 

westchnął ciężko. - Należy się jej pena, no wiesz, lanie. 

- Jeżeli zamierzasz uczyć mnie, jak należy karać kobiety, to możesz od razu iść do 

domu. Nie interesuje mnie to. Nie chcę żadnej kobiety. Komplikują życie mężczy-
znom... i ciągle chcą mieć te zasmarkane, wiecznie wrzeszczące dzieciaki. 

Juan usiadł i podrapał się po głowie. 
- Masz rację - przyznał - ale są i plusy. 
- Nie potrzebuję kobiety. 
- No to czemu jesteś enojo... wściekły? 
Juan spoglądał na Bryana z wyraźnym współczuciem. 
-  Powinieneś  spróbować.  Jak  ja  z  Teresą  -  powiedział.  -  Z  kobietami  to  wieczne 

utrapienie. 

- To czemu, u diabła, jesteś tu teraz? - krzyknął Bryan. 

background image

-  Żeby  cię  podnieść  na  duchu.  Wiem,  co  czujesz.  -  Pokiwał  głową.  -  Choćbyś 

nawet uważał, że nie ma na świecie nic gorszego niż Teresa dla Juana. 

Zamilkli. Po długiej chwili Juan westchnął. Spróbował rozweselić Bryana. 
-  Winni...  -  powiedział  rozmarzony.  -  Ta  była  słodziutka.  -  Odchylił  głowę  i 

uśmiechnął się do Bryana. - Teresa podrapała jej carne, twarz. 

Bryan nie zrozumiał. 
- Co Winni zrobiła Teresie? - spytał. 
- Biły się. No i Teresa wygrała. - Spojrzał za okno z uśmiechem. - Wygrała mnie! 
-  Rzeczywiście  wygrała  -  powiedział  Bryan  poważnie.  -  Niezwykły  z  ciebie 

człowiek. 

Si. 
I  Juan  zakończył  rozmowę.  Rozsiadł  się  wygodniej  i  zaczął  czytać  gazety. 

Meksykańską i hiszpańskojęzyczną z San Antonio. Nie odzywał się. Spoglądał na 
Bryana,  lecz  milczał.  Uświadomił  Bryanowi,  jak  się  sprawy  mają,  a  reszta  i  tak 
była w rękach kobiet. 

Si. Zawsze decydują kobiety, pomyślał i uśmiechnął się. 
Tego  wieczora  Tim  zabrał  Lily  na  uroczyste  otwarcie  nowego  biurowca  swojej 

firmy.  Miała  na  sobie  elegancki,  czarny  żakiet,  a  pod  nim  satynową  bluzkę  w 
perłowym kolorze. U góry wykończoną falbaną. 

Jechali autostradą. Prowadził Tim. Zamiast patrzeć na szosę, co chwila zerkał na 

Lily. Wreszcie nie wytrzymał. 

- Czy to, co masz na sobie, to jest tylko szeroka wstążka wokół... torsu? - spytał. - 

Wygląda wspaniale, ale muszę wiedzieć, czy mogłaby opaść przypadkiem. 

Lily  westchnęła.  Bez  słowa  pochyliła  się  do  przodu  i  zsunęła  nieco  żakiet  z 

ramion, by pokazać rękawy bluzki. 

Tim  niemal  zupełnie  przestał  patrzeć  na  drogę.  Śledził  poczynania  Lily,  nie 

wiedząc, do czego zmierza. 

- W porządku? - spytała, unosząc wysoko brwi. 
-  Omal  nie  dostałem  zawału  serca  -  powiedział.  Znowu  mógł  prowadzić 

samochód, Lily przyjrzała się sobie uważnie. 

- Wyglądam bardzo przyzwoicie - powiedziała. 
- Myślę, że nawet w sukni prababki przyprawiałabyś mnie o dreszcze. 
- Cóż za uroczy komplement. 
- To nie jest komplement. To prawda. Nie zauważyłaś, jak wiele czasu spędzałem 

ostatnio w „Imbryku”? Chciałem; byś zdążyła się do mnie przyzwyczaić. 

- Wcale nie zwracałeś na mnie uwagi - zauważyła pół-żartem. 
- Byłem porażony. Wystarczyło jedno twoje spojrzenie i przestawałem wierzyć, że 

jesteś  prawdziwa.  -  Posłał  jej  długie  spojrzenie.  -  Siłą  musiałem  zabraniać  sobie 
wysiadywania tam i gapienia się na ciebie. Jesteś czarodziejką. 

- Świetnie sobie z tym radzisz. Nie strasz mnie. 
-  To  ty  mnie  straszysz!  -  powiedział  oburzony.  -  Ale  ładnie  z  twojej  strony,  że 

podzielasz mój strach. Czy dostrzegasz... moje... wady? 

background image

- Postaram się - uśmiechnęła się. 
- Odkąd cię poznałem, jestem wrakiem człowieka - skarżył się. - Nie mogę się na 

niczym skoncentrować - westchnął bezsilnie. - Moja mama powiedziała, żebym dał 
sobie z tobą spokój, zanim będzie za późno, bo... 

- Twoja matka?! - spytała. 
- Ja też byłem zaskoczony - powiedział spokojnie. - A mama nie tyle nawet była 

zaskoczona,  co  przestraszona,  Kiedy  zrozumiała,  o  czym  chciałem  z  nią 
porozmawiać, bardzo się przestraszyła i zdenerwowała. Nie potrafię wytłumaczyć, 
dlaczego, ale... tak... rozmawiałem o tobie z moją mamą. 

- Co jej powiedziałeś... o mnie? - spytała ostrożnie. 
- Że jesteś wspaniała - odparł natychmiast. 
- Wielkie nieba! Co ona sobie o mnie pomyśli? 
- Pokiwała głową - oznajmił. Uprzejmie pozwolił Lily w milczeniu przetrawić tę 

nowinę. - Musisz wiedzieć, że ona nigdy nie mówi zbyt wiele - dodał. 

- Ani trochę nie jestem zaskoczona. 
-  Powiedziałem  jej  to  samo,  co  i  tobie  -  kontynuował.  -  Że  muszę  spotkać  się  z 

tobą. Sprawdzić, czy to jest prawdziwe. Że nie jestem gotowy na poważny związek. 

- Ja także - powiedziała cicho. 
-  No  i  wpadłem.  Jeśli  odrzucisz  mnie,  stanę  się  wrakiem  człowieka.  Poddam  się 

rozpaczy, stracę panowanie nad sobą. I apetyt. 

- Wszystko naraz? 
- Już zapomniałaś o moich staraniach i zabiegach? 
- Wszystko toczy się tak szybko. Zamilkli. 
- Potrzebujesz czasu - powiedział w końcu Tim. 
- Tak. 
Wolno pokiwał głową. 
- Moja mama mówiła, że możesz potrzebować czasu. Zna twoją mamę. 
- Wiem. Mówiłeś. 
-  Tak  było  ze  wszystkim,  co  później  robiłem.  Nawet  mój  szef  zapytał  w  końcu: 

„Kim ona jest”? 

- Co powiedziałeś? 
- Spytałem: „Kto”? 
- A co on na to? - ponagliła. 
- Powiedział: „Ta kobieta, która przeszkadza ci w pracy”. 
- Co odpowiedziałeś? - Znowu musiała go ponaglić. 
- Spytałem: „W jakiej pracy”? Pomyślał, że żartuję, i poklepał mnie po ramieniu. 

Chciałby ożenić mnie ze swoją córką. Uważa, że wciąż jestem wolny. 

Westchnął ciężko. 
Lily wysoko uniosła głowę. 
- Przecież jesteś wolny. 
Przybrał zbolały wyraz twarzy i nie patrząc na nią, zamruczał: 
- Jestem rozdarty... 

background image

- Stanowczo zbyt wcześnie popadasz w rozpacz - stwierdziła, potrząsając głową. 
- Wiem - przyznał. 
- Jeśli wiesz, to dlaczego powiedziałeś mi to wszystko? 
-  Nie  wiem  -  odparł.  -  To  właśnie  powiedziałem  mamie.  Wysłuchała  mnie  bez 

słowa. Potem zadzwoniła do twojej mamy. 

- Święci anieli! 
-  To  jest  powiedzonko  twojej  praprababki  ze  strony  ojca.  Mama  znała  ją  także. 

Wspomniała mi o tym przy jakiejś okazji. 

- Moja mama nie przepadała za nią. 
- Wszyscy o tym wiedzą. I zdają sobie sprawę, dlaczego. - Zaśmiał się głośno. 
- Z twojej matki będzie taka teściowa, że...! 
- Ustąpiłaś! Wszystko idzie po mojej... 
- Zaraz, zaraz. - Lily uniosła rękę. - Chyba się zagalopowałeś. 
- Zagalopowałem się? Jak to? 
- Spotkaliśmy się, jak dotąd, tylko dwa razy. 
-  Należy  mi  się  pocałunek.  Takie  są  zasady.  Na  drugiej  randce  chłopak  dostaje 

całusa. 

- Nie jestem tego pewna. Muszę to najpierw sprawdzić. Ale wątpię. 
- Przekonam cię - westchnął rozmarzony. 
-  Nie  strasz  mnie  -  powiedziała  grobowym  głosem.  Przesłał  jej  tylko  promienny 

uśmiech i zaraz znowu skupił się na prowadzeniu samochodu. 

Wieczór  był  bardzo  interesujący.  Wszyscy  współpracownicy  Tima  doskonale 

wiedzieli, z kim przyjechał. 

- Cześć, Lily - wołali. 
Za to ona była przytłoczona ogromną liczbą obcych ludzi, którzy wiedzieli o niej 

wszystko,  a  których  ona  nie  była  w  stanie  nawet  zapamiętać.  Było  to  nieco 
irytujące. 

Tim  trzymał  ją  za  rękę  i  uśmiechał  się.  Do  wszystkich  wokół  i  do  niej.  Aż 

pojaśniały mu oczy. Wyglądał wspaniale. Był od niej sporo wyższy. 

Wszyscy zagadywali do Tima. On do każdego zwracał się po imieniu. Zbyt wiele 

wymienił tych imion, by Lily mogła je zapamiętać. 

- W jaki sposób poznałeś tylu ludzi? - spytała. Był już późny wieczór. 
- Interesy - wyjaśnił. - Kupujemy, sprzedajemy. Handel. - Wzruszył ramionami. - 

Znamy tutejszych mieszkańców. Wszystkich. Wiemy, kto co kupił i za ile. 

- O rany! 
- To jest naprawdę ciekawe - powiedział. 
- Czyżbyś zamierzał zająć się polityką? 
-  Skąd!  -  oburzył  się.  -  Nie  interesuje  mnie  to.  Ale  za  to  pomogłem  niektórym 

politykom.  Widzisz  tego  tam,  przy  drzwiach?  To  Ricardo.  Wspierałem  jego 
kampanię. Wygrał. 

-  A  więc  pomogłeś  mu  zwyciężyć  -  powiedziała  Lily.  -  Ale  on  i  tak  musiał 

wygrać, prawda? 

background image

- Chodzi ci o to, żebym wymienił tych, którym pomagałem i nie wygrali, tak? W 

porządku. Najpierw był Ja... 

- Nie, nie to miałam na myśli. Zastanawiałam się tylko, czy przypadkiem nie było 

to tak, że przyłączyłeś się do armii kroczącej po pewne zwycięstwo. 

- Wcale nie - zaprotestował. - Byłem z nim od samego początku. Dużo mówiłem, 

jeszcze  więcej  słuchałem.  To  było  bardzo  interesujące.  Moim  zdaniem  z  punktu 
widzenia mieszkańców najważniejsze jest zaangażowanie polityka w to, co robi. 

- Myślałeś o ubieganiu się o nominację? 
- Nie. - Gwałtownie potrząsnął głową. - Nie nadaję się do tego. 
Nie ma róży bez kolców, nie mogło więc zabraknąć zgrzytu podczas tak udanego 

wieczoru. Niespodziewanie pojawiła się przy nich uwodzicielska i ponętna kobieta. 
Przytuliła się do Tima i powiedziała gardłowym głosem: 

- Witaj, kochanie. Tęskniłeś za mną? 
Tim zaśmiał się i odsunął. Wciąż trzymał dłoń Lily. 
- Oto kobieta z moich marzeń - stwierdził. - Ma na imię Lily. 
Podniósł złączone dłonie i wskazał przybyłą, mówiąc: 
- To Winona Harding. 
-  Jak  się  masz?  -  przywitała  ją  grzecznie  Lily.  Takie  oto  były  skutki  dobrego 

wychowania jej przez mamę. 

-  Jestem  zagubiona  -  usłyszała.  A  co  na  to  Tim?  Uniósł  wolną  rękę  w  górę,  jak 

policjant  na  skrzyżowaniu,  i  oznajmił:  -  Właśnie  wychodzimy!  Już  jesteśmy 
spóźnieni. Nie nalegaj. 

Kusicielka była wyraźnie oburzona. A Lily zastanawiała się, ile też Winona mogła 

mieć  lat.  Natomiast  Tim  chwycił  ją  za  rękę  i  prawie  ciągnął  do  wyjścia.  Lily 
odwróciła głowę i powiedziała przez ramię: 

- Przepraszam, że wychodzimy tak szybko, ale on nie pochodzi z rodziny Davie, 

rozumiesz? 

- Ty jesteś Davie? - zdumiała się Winona. Tim pociągnął Lily tak gwałtownie, że 

nie zdążyła odpowiedzieć. 

-  Jak  możesz  prawić  takie  uprzejmości  komuś,  kto  dokucza  mi  w  twojej 

obecności? - spytał Tim. 

- Tak zostałam wychowana - odparła. - Grzeczność zawsze i wszędzie. 
Roześmiał się. 
-  To  dowodzi,  że  posiadasz  wielką  siłę  moralną  -  powiedział  po  chwili  całkiem 

poważnie. - To twoja kolejna zaleta. Czy ty w ogóle masz jakieś wady? 

- Pogadaj o tym z moją mamą. 
-  Nic  z  tego.  Prawdopodobnie  jest  okropną  pedantką.  Na  pewno  ze  zgrozą 

odpowiedziałaby mi, że gdy upadnie ci łyżeczka, mieszasz herbatę łyżką. 

- Właśnie tak. 
- Zupełnie jak moja matka - westchnął głośno. - Jeszcze jedna pedantką. Czy masz 

zamiar tak samo traktować nasze dzieci? 

- To nasze drugie spotkanie - zauważyła. 

background image

-  Wiem,  wiem.  Ale  przecież  mamy  pewien  plan.  No  więc,  zamierzasz 

wychowywać nasze pociechy tak, jak nasze matki nas wychowywały? 

- Przekonamy się później - odparła zrezygnowana. 
-  O,  właśnie!  Dokładnie  to  samo  powiedziałyby  nasze  mamy.  Już  widzę,  co  się 

będzie działo. Aż wreszcie przyjdą do mnie nasze maleństwa i zapytają: „Tatusiu, 
czemu mamusia wciąż zmusza nas do robienia wszystkiego tak, jak ona chce”? 

Zamilkł. 
- I co odpowiesz? - ponagliła go. 
- Westchnę tylko i powiem:  „Jeżeli będziecie słuchać mamy, to zrobicie w życiu 

karierę”. 

Musiała wybuchnąć śmiechem. 
Śmiała się tak głośno, że zgromadzeni w pobliżu ludzie zainteresowali się nimi. 
- Co was tak śmieszy? - pytali. 
- Powiedziałem jej, że będziemy mieli cały tabun dzieci. 
- Cały tabun? - spytał poważny kobiecy głos. 
-  Tak  mu  się  tylko  marzy  -  powiedziała  Lily  Baby.  Kobiety  spoglądały  na  nią  z 

martwym wyrazem twarzy. 

A mężczyźni wybuchnęli śmiechem i poklepywali Tima po plecach. 
Lily poczuła, że musi wyjaśnić sytuację. 
- To nasze drugie spotkanie - powiedziała. Mężczyźni wyrazili zachwyt. 
- Postarajcie się o nie jak najwcześniej i wychowajcie należycie - powiedział jeden 

z nich. 

Większość  życia  Lily  Baby  spędziła  w  Indianie.  Stąd  jej  znajomość  wszystkich 

odgałęzień  klanu  Davie  była  bardzo  znikoma.  A  tu  wciąż  zagadywali  ją  jacyś 
ludzie i pytali: 

- Kim są twoi rodzice? 
- Czemu pytasz? - dziwiła się. 
- Jestem Davie. Ale nigdy dotąd nie spotkałem kogoś takiego jak ty.  - Ten akurat 

kuzyn natychmiast próbował dostać całusa. 

Za to kobiety z rodziny Davie! To dopiero były osobliwe postaci. Nic na świecie 

nie  było  w  stanie  naruszyć  ich  przekonania  o  własnej  wyższości  nad  całym 
światem. Przyjrzały się Lily, oszacowały ją i uznały za swoją. 

W końcu Lily Baby została odwieziona do „Imbryka”, pod samą filiżankę. Było 

późno. Bardzo. Kto mógłby wyczekiwać jej powrotu i bez przerwy wyglądać przez 
okno? 

Ale doczekał się. Zobaczył pocałunek. 
Stali blisko siebie. Bryan wyraźnie widział skupioną twarz Tima. 
Nie zauważył natomiast, by Lily stawiała Timowi opór. Jak więc mógł jej bronić? 

Jego cierpiąca dusza zatkała. Lecz patrzył dalej. 

Po chwili Tim oderwał usta od warg Lily. Uniósł głowę i cofnął się o krok. Był 

bardzo z siebie dumny, że zdobył się na taki wyczyn. 

Żarty zawiścią Bryan przyglądał się, jak Tim oparł dłonie na masce samochodu, 

background image

nisko zwiesił głowę i pchnął auto z całej siły. Wiedział, że nie da rady poruszyć go, 
więc mógł to zrobić bezpiecznie. 

Potem wsiadł do samochodu i powoli odjechał. 
Po  odjeździe  Tima  Bryan  odzyskał  zdolność  oddychania.  Z  ponurym  wyrazem 

twarzy i oczami bez wyrazu gapił się na filiżankę Lily. 

Nagle drzwi jej domku otwarły się! 
Lily stanęła w progu i rozejrzała się dookoła. W pobliżu nie było nikogo. Stanęła 

przed domkiem i patrzyła przed siebie. 

Dlaczego? 
Serce Bryana załomotało. Patrzył chciwie. Czyżby szła... do niego? 
Chwycił szklankę i gwałtownie odkręcił kran. Nabrał wody do ust, by przepłukać 

gardło.  Potem  zwilżył  wargi.  Odstawił  szklankę  i  ruszył  do  drzwi.  Szarpnął  je  i 
wypadł na dwór. 

Rozejrzał się gorączkowo. Czy Lily zauważyła ten szalony pośpiech? 
Lecz ona odeszła. Drzwi jej domku były zamknięte. 
Wolnym  krokiem  wrócił  do  ciemnego  motelu.  Był  załamany.  Pocałunek  Tima 

poruszył ją tak mocno, że musiała ochłonąć. Zauroczył ją. 

Ciekawe, gdzie byli tak długo? 
Niepotrzebne  pytanie.  Tim  zabrał  ją  około  szóstej,  a  już  była  północ.  Sześć 

godzin. Co robili przez cały ten czas? 

To była bezsenna noc. Do wschodu słońca Bryan zdrzemnął się może na godzinę. 

Rano w fatalnym humorze podniósł się z łóżka. 

Przyszło mu na myśl, czyby nie opuścić „Imbryka” i nie wyjechać dokądkolwiek? 

Lecz  wtedy  znów  musiałby  zaczynać  od  nowa.  Znowu  byłby  tylko  obcym, 
przybyszem.  Na  pewno  potrafiłby  żyć  bez  kąśliwego  języka  Teresy  i  wścibstwa 
Juana. 

Ale  nie  potrafiłby  zostawić  Lily.  Nie  umiałby  żyć  bez  jej  obecności,  bez  jej 

widoku. 

Gdyby nawet wyszła za Tima i wyprowadziła się z „Imbryka”, i tak pozostałaby 

jego właścicielką. Przyjeżdżałaby, żeby skontrolować księgi, porozmawiać. Z nim. 

I miałaby z Timem dzieci. 
Bryan wiedział, że zapewne nigdy się nie ożeni. Ani nie opuści „Imbryka”. Będzie 

musiał zadowolić się obserwowaniem z boku życia Lily. 

W  końcu  nic  nie  trwa  wiecznie.  Bardzo  często  kobieta  ulega  urokowi 

mężczyzny...  który  nie  jest  jej  własnym  mężem.  Wtedy  przeżywa  wstrząs. 
Uświadamia  sobie,  że  życie  jest  takie  krótkie,  a  ona  ślubowała  wierność  tylko 
jednemu. 

Zdarzają  się,  z  rzadka,  mężowie,  którzy  nawet  w  takich  przypadkach  wciąż 

powtarzają, że ona jest jedna, jedyna. Na ogół jednak górę bierze zdrowy rozsądek. 
Mówią wtedy sobie, że zawsze można znaleźć inną kobietę. 

Rano przyjechał Tim. Oczy same zamykały mu się z niewyspania, ale uśmiechał 

się  bez  przerwy.  Tylko  Lily  nie  przychodziła.  Nawet  Tim  wiedział,  że  nie  wolno 

background image

budzić zbyt wcześnie kobiety, o którą się  zabiega. Nie odrywając oczu  od drzwi, 
wypił  więc  dwie  kawy.  Potem  Bryan  podał  mu  jeszcze  lemoniadę.  Potem  sok 
pomarańczowy. 

Wreszcie Tim zostawił w zaklejonej kopercie liścik do Lily i wyszedł. 
Chyba  nie  czuł  się  dobrze  po  wypiciu  tych  kaw,  lemoniady  i  pomarańczowego 

soku. 

W końcu zjawiła się i Lily. Wpadła do „Imbryka” jak burza mówiąc: 
-  Chyba  zepsuł  mi  się  budzik.  Nie  zadzwonił!  Spałam  jak  zabita.  Dlaczego  nie 

zatelefonowałeś do mnie? Wszystko zrobiłeś sam. 

- Zanim tu przyjechałaś, zawsze wszystko robiłem sam - zauważył cierpko. 
- No tak. - Uniosła palec. - Ale teraz jestem udziałowcem tego motelu. 
-  Co  robiłaś  wczoraj  wieczorem?  -  spytał.  Było  w  tym  pytaniu  głównie 

szyderstwo. Odpowiedziała szczerze. Poinformowała, gdzie odbyło się przyjęcie i 
kto na nim był. Wspomniała o kuzynach. O swoim zdumieniu, że jest ich tak wielu. 

Bryanowi przyszło wtedy do głowy, że nigdy nie stanie się częścią jej życia. No 

bo jak mogłaby wprowadzić zwykłego kucharza między takich ludzi? Mimo to nie 
potrafił  oderwać  od  niej  wzroku.  Migotliwe  ogniki  w  niebieskich  oczach 
podkreślały jeszcze jej niezwykłą urodę. 

Przewiązała włosy szeroką, białą szarfą, by nie przeszkadzały w pracy, i gadała. 

Jakby rozmawiała z kolegą z akademika, jakby go te sprawy w ogóle interesowały. 
Miał już tego dość! 

Lecz wciąż gapił się na nią. W końcu mówiła do niego. Śmiała się. Plotkowała. 
Opowiadała  o  tłumie  mężczyzn,  którzy  koniecznie  chcieli  ją  poznać  i  prosili  o 

podanie  numeru  telefonu.  Zaśmiewała  się,  kiedy  mówiła,  że  podała  im  numer 
Bryana. 

- Co mam im mówić, gdy zadzwonią? - spytał zimno. 
- Może... - Uniosła głowę - Że jestem zajęta? 
Czystą ściereczką wytarła do sucha blat przy barze i poszła czyścić stoliki. 
Odkąd  Lily  zjawiła  się  w  „Imbryku”,  Bryan  doświadczał  niezwykłych  przeżyć. 

Całym  ciałem  wyczuwał  każde  jej  poruszenie,  każdy  krok.  Wiedział,  czy 
wychodziła z budynku, wiedział, kiedy schodziła do piwnicy. Wiedział także, gdzie 
była, kiedy wyszła na zewnątrz. 

Na przykład kiedy poszła pomóc komuś zatankować paliwo. 
Zwykle  ludzie  sami  nalewali  paliwo  do  swoich  aut.  Kiedy  coś  się  popsuło, 

pojawiał się  Juan. Znał  się  na samochodach.  Okazało się  jednak, że Lily  również 
potrafiła dokonywać jakichś niewielkich napraw. 

- Skąd wiesz tyle o samochodach? - spytał ją nawet Bryan. 
-  To  dzięki  tacie  -  odparła.  -  Uważał,  że  nie  może  dopuścić  do  tego,  byśmy 

kiedykolwiek znalazły się gdzieś na autostradzie same i bezradne. Ja i moje siostry 
potrafimy naprawić wszystko. 

A serca? pomyślał. Czy potrafisz naprawiać serca? Popatrzył na nią ze smutkiem. 

 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Niczego  nie  da  się  porównać  ze  zrozpaczonym  mężczyzną,  gdy  powodem  jego 

żalu jest kobieta. Kobieta, na której nieustanne towarzystwo jest skazany. Kobieta, 
która w dodatku w ogóle nie zauważa, że mężczyzna cierpi. Czy można być aż tak 
ślepą? 

Bryan doszedł do wniosku, iż Lily jest po prostu tak głupiutka, że nie zdaje sobie 

sprawy, co robi... że rani mu duszę, pozbawia poczucia wartości. 

Nawet średnio inteligentna kobieta zauważyłaby, że Bryan cierpi. Ona nie. Wciąż 

paplała słodziutko, stale kręciła się wokół niego. Bez przerwy. 

Jego wytrzymałość dobiegała kresu. 
Jaki człowiek zniósłby coś takiego? 
A Bryan siedział cicho. Nie protestował. Nie skarżył się. Zachowywał się godnie. 

Wzdychał. Powłóczył nogami. Wspierał obolałą głowę na rękach. 

Zauważyła  to?  Skądże!  Trajkotała  o  krewnych  bliższych  i  dalszych  i  o 

spodziewanej wizycie siostry. 

Jej siostra przyjeżdża?! pomyślał z lękiem, 
To było to. Można by wykorzystać siostrę, by odciągnąć Tima od Lily! 
Nic z tego, pomyślał po chwili. Żaden mężczyzna nie da się od niej odciągnąć. 
Żal znów ścisnął mu serce. 
Lily niczego nie zauważała.  Nie poświęciła  mu  ani odrobiny uwagi. Kręciła się, 

pracowała,  mówiła  o  nieważnych  sprawach.  Żyła  na  swojej  małej,  bezludnej 
wyspie. 

Wieczorami Bryan stawał w ciemnym pokoju i patrzył przez okno, jak Lily idzie 

między drzewami. Nigdy nie poprosiła, by ją odprowadził. Nie, nie ona. Po prostu 
wychodziła,  jakby  niepodzielnie  rządziła  na  tym  terenie.  Jakby  żaden  głupi  osioł 
nie mógł zaczaić się i napaść na nią. 

Tak więc Bryan musiał obserwować ją każdego wieczora. No, może z wyjątkiem 

tych,  kiedy  wychodziła...  Wtedy  Tim  odprowadzał  ją  pod  same  drzwi  filiżanki. 
Całował ją na dobranoc. 

Tak było również tamtej nocy. Bryan obserwował w ciemnościach, jak Tim przez 

kwadrans  błagał  Lily,  by  wpuściła  go  do  swego  pokoju.  Płaszczył  się,  przymilał, 
prosił i nalegał. To było straszne. Bryan czuł żar w płucach, a każdy oddech jeszcze 
ten ogień podsycał. Cały płonął. 

Nie  wytrzymał.  Ruszył  do  drzwi,  trzymając  w  ręce  wyjęty  spod  lady  kij 

baseballowy. Nim jednak zdążył wyjść, Tim odjechał. 

Sam czy z nią? pomyślał Bryan. Zaczynał tracić rozum. Pobiegł za odjeżdżającym 

samochodem. Dojrzał jednak tylko, że auto skręciło do San Antonio. 

Stał, dysząc ciężko. Nie wiedział, co robić. Nie krzyczała, gdy odjeżdżali. Zresztą 

Tim nie miał czasu, by siłą zaciągnąć Lily do samochodu. 

Zatem pojechała dobrowolnie. 
Poczuł ucisk w gardle. I wilgoć w oczach. Nie. To nie były łzy. Po prostu wilgoć. 

Ale zrobiło mu się przykro. 

background image

Nagle  usłyszał  jakiś  dźwięk.  Drzwi  domku  otwarły  się  i  wyszła  z  nich  Lily. 

Podeszła do ławki i usiadła, kładąc ręce na oparciu. 

Nie pojechała z Timem! 
Cicho  podszedł  do  niej.  Zamierzał  ją  nastraszyć.  Udowodnić,  że  powinna  być 

bardziej ostrożna, że przecież nie mogła być pewna, kto... 

- Czyżby poplątały ci się ścieżki? - spytała. Zastygł bez ruchu. Wiedziała! 
- Skąd miałaś pewność, że to nie jakiś gwałciciel podkrada się do ciebie? 
- Widziałam, jak wyszedłeś z zajazdu. Czemu nie umówisz się z moją kuzynką i 

nie pojedziesz z nami? 

- Nie chcę umawiać się z twoją kuzynką - odparł zgodnie z prawdą. 
- Skąd ta niechęć? Przecież właściwie wcale jej nie znasz. 
- Jest bardzo przystojna. 
- Jest prawie w twoim wieku. 
- Ja jestem bardzo staroświecki. 
-  Wcale  nie.  Jesteś  tylko  dojrzały...  w  niektórych  sprawach.  W  innych  zaś 

irytująco dziecinny. 

Usiadł  koło  niej.  Nie  poruszyła  się.  Nie  przytuliła  się,  nie  poskarżyła  na  chłód 

nocy. 

Oczywiście wcale nie było zimno. Otaczała ich wspaniała teksańska noc. 
- Lubisz Tima? - spytał. Znowu westchnęła. 
-  On  zna  wszystkich  w  całym  stanie  -  powiedziała.  Czekał.  Nie  powiedziała  nic 

więcej. 

-  Czy...  przyjaźnisz  się  z  nim?  -  spytał.  Kątem  oka  dostrzegł  ruch  jej  głowy. 

Popatrzyła na niego i powiedziała: 

- Jesteś potwornie nudny i tak głupi, że wcale mnie nie dziwi, iż rodzina nie chce 

cię znać. 

- To nieprawda! - zaprotestował gwałtownie. - Wciąż się spotykamy. Przy każdej 

okazji. 

- Kiedy była ostatnia taka... okazja? - spytała złośliwie. 
- Nie pamiętam. 
- W tym roku? 
- Nie - warknął. 
- W ubiegłym? 
- Co cię to, u diabła, obchodzi? - żachnął się. 
- Po prostu podtrzymuję rozmowę  - odparła słodziutko. - Nie interesuje mnie ani 

trochę, czy i dlaczego rodzina wyrzuciła cię z domu. 

- Skąd wiesz? 
- A więc jednak - westchnęła. - Może to ty byłeś tym zbójem w czarnej masce, o 

którym wszyscy mówili dwa lata temu? 

- Idź do diabła! 
- Byłeś? - nalegała. 
- Posłuchaj, Lily, moja rodzina nie jest taka jak twoja - powiedział szczerze. - Nie 

background image

jesteśmy uzależnieni od siebie, nie potrzebujemy się nawzajem. Każdy robi swoje, i 
tyle. 

- Strasznie to dziwaczne. 
-  W  twojej  rodzinie  wszyscy  traktują  się  bardzo  życzliwie.  Prawdopodobnie  nikt 

nigdy nie ostrzegał cię, żebyś nie rozmawiała z obcymi i... 

- Nie - poprawiła go. - Rodzice bardzo to podkreślali. 
- Rozmawiasz ze mną - rzucił z przyganą w głosie. 
- Nie jesteś obcy - odparła. - Jedynie dziwny - dodała z udawaną drwiną. 
- Wcale nie! 
- Nawet moja mama nie wysiadywałaby w ciemnym pokoju, żeby sprawdzić, czy 

wracam do domu o właściwej porze. 

Świadomość, że wiedziała o wszystkim, rozwścieczyła go. 
- Wcale nie czekałem, aż wrócisz do domu! 
-  No  to  czemu  zawsze  gdy  spotykałam  się  z  Timem,  kładłeś  się  spać dopiero  po 

moim powrocie? 

- Skąd wiesz? - spytał po chwili. 
- Widziałam, jak szedłeś po schodach, kiedy tylko zamknęłam drzwi. 
-  Po  prostu  tak  się  składa,  że  kładziemy  się  spać  o  tej  samej  porze  -  powiedział 

słabym głosem. Nie dała mu spokoju. 

- Przecież wracałam o różnych porach - zauważyła. 
- Uważasz, że kłamię! 
- Owszem. 
Zerwał się na równe nogi. 
- To oburzające! - powiedział. - Jak w ogóle mogłaś pomyśleć coś podobnego? 
- Dlaczego mnie śledzisz? - spytała, patrząc mu w oczy. 
Był od niej o sześć lat starszy. Nie musiał się tłumaczyć. 
- Czuję się odpowiedzialny za ciebie - wyjaśnił. - Znalem twojego prapradziadka. 
Wydęła wargi i parsknęła ironicznie. 
- Takiemu rozumowaniu brakuje i logiki, i sprytu - powiedziała. 
- Sprytu? - Szybko skorzystał z okazji, by zmienić temat. - Czy twój tata był takim 

spryciarzem w zagarnianiu zdobyczy? 

- Och, tak.  - Zmarszczyła brwi.  - Do dzisiaj  mama  musi dotknąć go od czasu do 

czasu, by upewnić się, że jest prawdziwy. 

- W moje poczynania wkroczyła babcia. Zupełnie nie wiedziałem, o co chodzi, ale 

teraz jestem jej za to wdzięczny. 

- Chciałabym poznać twoją babcię. 
- Na pewno byłaby dla ciebie miła. Lubi damy. 
- A co z twoją mamą? - spytała. - Czy i ona polubiłaby mnie? 
- Moja mama wyjechała z pewnym ranczerem, gdy jeszcze byłem dzieckiem. Od 

tamtej  pory  nie  widzieliśmy  jej  ani  razu.  Jeden  z  moich  braci  pojechał  kiedyś 
szukać jej. On też nigdy już nie wrócił. Przysyła tylko kartki świąteczne. Ale nie 
podał swojego adresu. 

background image

- Uciekłeś z domu. 
- Wiedzą, gdzie jestem. 
Lily pokiwała głową. 
- Odkąd przyjechałaś tutaj, też nie byłaś w domu - stwierdził. 
Popatrzyła na niego uważnie. 
- To prawda - powiedziała z namysłem. 
- Widzisz? Nawet ty. 
- Ale ja wciąż bywam z wizytami u różnych krewnych. Rozmawiam z rodzicami 

przez telefon. Po prostu nie byłam tam gdzieś. 

- Stajesz się coraz bardziej Teksanką. Mówisz „tam gdzieś”. 
- Chyba zapomniałeś, że oboje moi rodzice byli Teksańczykami. 
- Czyli nie składasz wizyt - powiedział zamyślony. - Po prostu wracasz do domu? 
- Tak. 
Rozsiadł  się  wygodniej  na  ławce.  Skrzyżował  nogi,  a  ręce  rozłożył  szeroko  na 

oparciu. Niemal dotykał ramienia Lily. 

-  Tak  właśnie  jest  w  naszej  rodzinie  -  powiedział.  -  Jesteśmy  w  domu.  Nie 

potrzebujemy spotykać się i urządzać z tego powodu uroczystości. 

Przeciągnęła się. 
Był to widok porywający dla każdego mężczyzny. 
-  Pora  wziąć  prysznic  i  iść  do  łóżka  -  powiedziała.  Nie  zaoponował,  by  jej  nie 

zrazić. Powiedział tylko: 

- Jesteś mi winna całusa na dobranoc. 
- A to dlaczego? - Była szczerze zdziwiona. 
- Tyle czasu przesiedziałem na tej twardej ławce zabawiając cię, że należy mi się 

pocałunek za ten trud - wyjaśnił. 

- Za siedzenie tutaj?! - rzuciła szyderczo. - To nawet nie przypominało randki! 
-  Ależ  tak.  Siedzieliśmy  na  tej  ławce  razem.  Księżyc  świeci  na  niebie. 

Rozmawialiśmy. Bardzo długo. Jesteś mi dłużna całusa na dobranoc. A ja pozwolę 
ci się pocałować, a potem bezpiecznie odprowadzę cię pod same drzwi. 

- Brednie! 
-  Wcale  nie.  Tylko  rzetelne  i  uczciwe  potraktowanie  obowiązujących  w  takich 

sytuacjach dobrych obyczajów. Zapewniłem ci na tej naszej randce bezpieczeństwo 
i towarzystwo... 

-  To  nie  jest  żadna  randka  -  zaprotestowała.  -  Ja  już  tu  byłam,  gdy  przyszedłeś  i 

przysiadłeś się. 

- Chociaż faktycznie nie siedziałem na tej ławce, to jednak byłem tu. Zamierzałem 

podumać w samotności... A tu przyszłaś ty i usiadłaś. Jestem jednak na tyle dobrze 
wychowany,  że  podszedłem,  by  się  przywitać  i  poświęciłem  sporo  czasu  na 
rozmowę z tobą. 

- To ładnie z twojej strony. 
- Owszem, proszę pani. Mama mogłaby być ze mnie dumna. 
- A to czemu? 

background image

- Przez cały ten czas nie dotknąłem cię nawet palcem... jeszcze. 
- Mógłbyś... 
- Dobrze! - Pochylił się gwałtownie, chwycił ją w ramiona, przycisnął do piersi i 

pocałował. Naprawdę pocałował. 

Protestowała cicho, szarpała się... na początku. Potem czekała, co będzie dalej. 
Był naprawdę dobry. 
Umiał  całować.  Kto  nauczył  go  tego  wszystkiego?  Tylko  ręce  miał  nieco 

niesforne. Trzepnęła jedną z tych dłoni. Potem objęła go za szyję. 

Naprawdę umiał całować. 
Gdy wreszcie pozwolił jej złapać oddech, spytała: 
- Gdzie nauczyłeś się tak całować? 
- Ćwiczyłem na swojej ręce. 
- Na swojej... ręce? - Nigdy nie słyszała czegoś podobnego. 
-  O,  tak  -  zademonstrował.  -  Układasz  kciuk  wzdłuż  dłoni  i  już  masz  szczelinę, 

którą możesz całować. Widzisz? Możesz nawet wsunąć w nią język! 

Zachichotała. 
- To ci dopiero desperacja! - rzuciła. Westchnął ciężko. 
- Mężczyźni mają ciężkie życie - powiedział. 
- Dlaczego tak sądzisz? - wykrztusiła. - Przecież to kobiety wciąż muszą walczyć 

z wami. Mężczyźni nigdy nie ustają. 

- Czy Tim...? 
- Oczywiście, że nie - zaprzeczyła. - On jest dżentelmenem! 
- Na razie. 
Odwrócił głowę i spojrzał jej prosto w oczy. 
- Czekasz na coś? - spytał. 
-  Niezupełnie.  Przyszłam  tu,  by  cieszyć  się  ciszą  i  spokojem.  Czekam,  aż 

zostawisz mnie samą. 

-  Całowałaś  dzisiaj  dwóch  mężczyzn  -  powiedział  cicho.  -  Przynajmniej  o  tylu 

wiem. Jak było? 

- Czyżby ktoś jeszcze czekał w kolejce? - rzuciła zaczepnie. 
Usłyszała zduszony jęk. Wiedziała, iż postępuje nierozważnie, że powinna wstać i 

odejść. 

Nie zrobiła tego. Siedziała w napięciu. Milczeli. Słyszała oddech Bryana. Płytki i 

stłumiony.  Nie  poruszył  się.  Lily  poczuła  nagle  zaciekawienie.  Co  powie?  Co 
zrobi? pomyślała. 

- Czy mam ściągnąć tu wszystkich mężczyzn z okolicy? - spytał po chwili. - Czy 

też dokonasz jakiejś selekcji? 

W napięciu czekał na odpowiedź. 
Wzruszyła ramionami. 
-  Jesteś  tym  samym  mężczyzną,  który  całował  mnie  przed  chwilą.  Czyli  wciąż 

było ich tylko dwóch. 

Bryan zachichotał zabawnie i przytulił ją. Mocno. Zachłannie. 

background image

- I nawet nie zaprosiłem cię do kina - powiedział. 
- Nie zabrałeś mnie nawet na kolację. 
- Przygotowałem ci pączki. 
-  To  prawda.  -  Próbowała  się  oswobodzić.  -  Ale  musisz  z  tym  skończyć. 

Zaczynam tyć. 

Objął jej wiotką kibić i powiedział: 
- Wcale nie. 
Zmierzwiła mu włosy i rzuciła: 
- Muszę już iść do łóżka... 
- Chodźmy do mojego pokoju. 
Zaśmiała  się  niepewnie.  Nie  wiadomo  -  drażniła  go,  czy  usiłowała  ukryć 

zmieszanie. 

- Pewnie znasz to lepiej - powiedziała. 
- Twoje łóżko? Moje jest lepsze. Węższe. 
- Węższe?! 
- Ja będę leżał na tobie - wytłumaczył rzeczowo. - Ale możesz leżeć na mnie ty - 

dodał. - Wygodnie się na mnie śpi. 

- Och! Kto...? 
- Nasza kotka - odparł szybko. 
- Feline? 
-  Oczywiście!  -  krzyknął  głosem  pełnym  oburzenia.  Udawał.  -  Jestem  miłym 

chłopakiem z Teksasu. Trzeba mnie prowadzić za rączkę. Powiedz mi, jak mam cię 
uwieść? - spytał z poważną miną. 

- Do diabła! Sama nie wiem. 
- Możemy dojść do tego razem. 
Uśmiechnęła się. 
-  Maszeruj  do  swojego  pokoju  i  sto  razy  powtórz:  „Będę  zachowywał  się 

przyzwoicie”! 

- A to pomoże? - dopytywał się. 
- Diabli wiedzą. Ale tak właśnie powiedzieli moi rodzice. 
- Co zrobiłaś?! - Bryan drgnął ze zdziwienia. 
- Obcięłam siostrze włosy. To by już właściwie wystarczyło... ale jakoś nie miała 

pretensji.  Ale  ja  ogoliłam  kota.  To  było  strasznie  gorące  lato.  Biedaczek  ledwo 
dyszał.  Chciałam  mu  pomóc.  Rodzice  byli  przerażeni.  Kot  dostał  udaru 
słonecznego. Weterynarz miał z nim mnóstwo roboty. 

- Ile miałaś lat? - spytał słabym głosem 
- Sześć. 
- Nie próbuj nawet zostać pielęgniarką - rzucił. 
- Ale śmieszne! - warknęła. - To samo powiedziała moja mama. 
Pocałował ją znowu. Przytulił. Mocno. 
Gdy  skończył,  kiedy  oderwał  usta  od  jej  warg,  czuła  się  słaba  i  wiotka.  Na 

szczęście nie rozluźnił uścisku. 

background image

- Jesteś taka słodka - powiedział z czułością. 
Zlękła się. Nie słyszała przedtem takich słów. Żaden mężczyzna nie mówił do niej 

w ten sposób, przyciskając ją z całych sił. Nie zdawała sobie nawet sprawy, jakie to 
uczucie tulić się do mężczyzny. Zarumieniła się. 

Ponieważ była chłodna i opanowana, uważała, że Bryan nie mógł tego dostrzec. 

Światła z motelu nie docierały do ławki, a gęste drzewa do reszty pogłębiały mrok. 

Panowanie  nad  sobą  w  obecności  mężczyzny  przypomina  trochę  niezauważanie 

myszy.  Mysz,  której  kobieta  nie  dostrzega,  nie  istnieje.  Mężczyźni  nie  są  tacy 
subtelni. Są zachłanni. Kiedy poczują głód, przytulają kobietę. Mocno. Dopóki nie 
nasycą się. Przez cały ten czas udają, że całkowicie panują nad sobą. 

Bryan nie nasycił się jeszcze. Oddychał nierówno, naprężył wszystkie mięśnie. 
Zrozumiała  to.  Odepchnęła  jego  ramiona  i  uniosła  się.  Pojął  natychmiast,  że  nie 

była to zmiana pozycji, próba wygodniejszego ułożenia się na jego kolanach. Ona 
uciekała. 

Nie mógł na to pozwolić. 
Zacisnął  ramiona  i  delikatnie  przyciągnął  ją  do  siebie.  Lily  Baby  spojrzała  mu 

prosto w twarz. 

- Puść - powiedziała. 
Zamruczał  i  przycisnął  ją  jeszcze  mocniej.  Przesunął  swoje  twarde  dłonie  na  jej 

plecy i oddychał. Ciężko i szybko.. 

- Puść - powtórzyła. 
- Dopiero zacząłem. 
- Nie. 
Uścisk jego ramion zelżał odrobinę. Westchnął i uwolnił ją. 
- Jesteś bez serca. 
- To prawda. 
- Zaskakujesz mnie. Zawsze myślałem, że jesteś łagodna i czuła. 
- Nie jestem taka. 
- Przypuszczam, że jesteś taka dla Tima - mruknął. 
- Chyba że... 
- Chyba że... co? - Nie ułatwiała mu niczego. Wprost przeciwnie. 
- Czy jego także przywołałaś do porządku? 
- Wcale nie musiałam przywoływać go do porządku! - zaprotestowała gwałtownie. 

- On nie jest taki zuchwały jak ty. 

- Nigdy tak nie myślałem. Ty zadziwiłaś mnie, ale jego nienaganne maniery... to 

dopiero prawdziwy wstrząs! 

- Tim jest dżentelmenem - powiedziała, wysoko unosząc głowę. 
- Jeszcze jak! - mruknął wrogo. 
- Doprawdy, czepiasz się. 
-  Taki  się  urodziłem  -  warknął.  Czyżby  dążył  do  kłótni?  Dlaczego?  Czy  uraziła 

go? Może pomyślał, że go nie lubi? 

- Przepraszam - odezwał się. - Nie chciałem być natrętny. 

background image

Długo przyglądała mu się w milczeniu. 
-  Do  zobaczenia  rano  -  powiedziała.  Delikatnie  uwolniła  się  z  jego  objęć.  Wstał 

niezgrabnie. Poczuł nagle straszną pustkę. W ramionach i w duszy. Nie spuszczała 
z niego wzroku. 

- Dobranoc. 
- Dobranoc - odparł głucho. 
Odwróciła się i poszła w stronę swojej filiżanki. 
Bezwiednie  ruszył  za  nią.  Po  co?  zapytał  w  myślach  samego  siebie.  Chciał  po 

prostu znaleźć się u jej drzwi. Wraz z nią. 

Przekręciła gałkę. Odwróciła się. 
- Nie były zamknięte! - zawołał ze zgrozą, wskazując drzwi. 
- Nie. Nie były. Otwarłam je, kiedy wróciłam do domu. 
- Pozwól, że sprawdzę  - powiedział.  - Byliśmy trochę zajęci i jakiś  zły  człowiek 

mógł dostać się do środka. 

Zaskoczona,  popatrzyła  na  filiżankę.  To  prawda,  pomyślała.  Przecież  wszystko 

jest możliwe. 

- Czy nic mi tutaj nie zagrozi, kiedy będziesz zaglądał pod łóżko? - spytała. 
- Nie. 
- Skąd wiesz? 
- Gdy ty natrząsałaś się ze mnie, ja rozejrzałem się dookoła. 
- Nie naśmiewałam się z ciebie! 
- Ktoś wbił mi niedawno ostrą szpilę. 
- Na pewno nie ja! 
- Odsuń się - powiedział. - Nie możesz stać w przejściu, gdybym musiał stamtąd 

uciekać. 

- Gdybyś musiał...? 
-  Powiedziałem,  że  rozejrzę  się  tylko!  Nie  twierdziłem,  że  zrobię  cokolwiek. 

Tylko  popatrzę.  Ale  lepiej  nie  stój  mi  na  drodze.  Z  kąta  może  nagle  zaatakować 
mnie jakiś potwór. 

- To może zostaniesz tutaj, a ja się rozejrzę? - zaproponowała. 
- Nie. Gdybym wpadł w potrzask, będziesz mogła zadzwonić na policję. 
- Nie nauczyłeś się jeszcze posługiwać telefonem? 
- Niespecjalnie. 
Bryan nawet przez moment nie przypuszczał, że ktoś jest w domku. Zgrywał się 

tylko.  Ostrożnie  skradał  się  do  drzwi.  Lily  z  przejęciem  oblizała  wargi.  Niezły  z 
niego spryciarz, pomyślała. Zdumiewający. I pociągający. 

Potrafił całować jak nikt na świecie. To było przeżycie! On... 
Pojawił się nagle w ciemnych drzwiach i szepnął: 
- Szybko! 
- O co chodzi? - wyszeptała przerażona. Chwycił ją za ramię i pociągnął. 
- Szybko! - powtórzył jeszcze ciszej. 
Najbardziej przykuł jej uwagę tym, że wcale nie podniósł głosu. 

background image

Jak burza wpadła do środka, nerwowo rozglądając się na boki. 
- Co się stało? - szepnęła. 
- Nic. 
Odgarnęła włosy z twarzy i popatrzyła na niego przeciągle. 
- Nic? To dlaczego...? 
Uśmiechnął się. 
- Nie pomogło? Wciąż chce ci się spać? - spytał. 
- O Boże! - jęknęła. 
- Założę się, że Tim nigdy cię tak nie ożywił. 
- On jest normalnym, porządnym człowiekiem. 
- Ja też jestem porządny. 
- Wcale nie. Powiedziałeś... 
-  Wcale  nie  podniosłem  głosu  -  przypomniał  tonem  wymówki.  -  Mama 

powiedziała mi kiedyś, że dżentelmen nigdy nie krzyczy. 

- Ty nigdy nie krzyczysz. Nawet kiedy tamten szofer upierał się, że zabierze mnie 

razem z pudełkiem pączków. 

- Byłem siny ze strachu - przyznał z powagą. 
- Dałabym sobie radę. 
- Wcale nie. 
- Właśnie że tak. Potrafię sama zadbać o siebie. 
- Udowodnij to - powiedział stanowczo. 
- Mam przestać całować mężczyzn? 
-  Ależ  nie!  Przeciwnie.  Powinnaś  ćwiczyć  jak  najwięcej.  Możesz  natychmiast 

pocałować  mnie.  Ale  musisz  przestać  całować  Tima.  Nigdy  więcej  na  to  nie 
pozwolę. 

- Będę całowała, kogo tylko zechcę! - rzuciła oburzona. 
- Nie Tima. Oczekuję kolejnych kandydatur. Wysłucham i doradzę. 
-  Nikt,  nigdy,  w  żaden  sposób  nie  będzie  mówił  mi,  co  i  jak  mam  robić!  -  Lily 

denerwowała się coraz bardziej. 

- Porozmawiamy o tym jutro. 
- Nie jesteś moim strażnikiem - przypomniała mu. 
- W pewnym sensie jestem. Zamierzam dopilnować, żebyś wyszła za właściwego 

człowieka. Tim nie spełnia tego kryterium. Teraz zaleca się do ciebie. Poświęca ci 
mnóstwo  czasu  i  uwagi.  Pragnie  cię.  Ale  potem  zamknie  cię  w  domu,  obdarzy 
dzieciakami i samochodem. Będziesz samotna i sfrustrowana. Nie podoba mi się to. 

- Czyżbyś zamierzał zająć się wyszukaniem mi idealnego męża? 
- Zobaczę, co się da zrobić. Och! Zupełnie zapomniałem, jak potrafisz całować. A 

to jest rzecz absolutnie podstawowa, kiedy człowiek zabiera się... Chyba zanudzam 
cię, co? 

Wciąż jeszcze sapała z oburzenia, gdy zrobił krok do przodu i wziął ją w ramiona. 

Przycisnął, przytulił i namiętnie pocałował. 

Potem poklepał ją po pupie i powiedział: 

background image

- Śnij o mnie. 
Wyszedł, gwiżdżąc, nim zdołała ochłonąć. 
Patrzyła za nim, aż zniknął w drzwiach „Imbryka”. Rozejrzała się dokoła, jakby 

nie wiedziała, gdzie się znajduje i dlaczego. 

Nagle zadzwonił telefon. Podniosła słuchawkę. 
- Czy to ty, Lily Baby, czy może znowu Bestia? - usłyszała głos Bryana. 
Syknęła wściekle do słuchawki i rozłączyła się. 
Spojrzała  w  lustro  i  uśmiechnęła  się  do  swego  odbicia.  Rozebrała  się  i  wzięła 

prysznic. Położyła się spać nago. 

Tej nocy miała erotyczne sny. 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Gdy  następnego  ranka  Lily  Baby  weszła  do  „Imbryka”,  Bryan  krzątał  się 

gorączkowo, szykując śniadanie dla dziesiątki szoferów, wśród których były dwie 
kobiety. Wszyscy spojrzeli na nią, lecz ona w ogóle nie zwróciła na to uwagi. 

- W czym mogę pomóc? - spytała Bryana. 
- Nalewaj kawę i przynieś sok. - Uśmiechnął się do niej. 
Tak też uczyniła. 
Czas  płynął.  Jedni  przychodzili,  inni  wychodzili:  Jak  na  wielkość  motelu,  obrót 

był  zupełnie  dobry.  Dla  każdego  przybysza  znalazło  się  miejsce  do  siedzenia. 
Prawie każdy wychodził z pudełkiem lub torbą pączków. 

W końcu przyjechał Tim. 
- Cześć - przywitała go Lily z uśmiechem. Tim nie dostrzegł zmiany, która w niej 

zaszła. Zbyt był wyczerpany bezsenną nocą, spędzoną na rozmyślaniach o niej. 

- Dzień dobry - powiedział cicho. 
Bryan,  rzecz  jasna,  natychmiast  zrobił  się  czujny.  Tylko  przyspieszony  oddech 

zdradzał  targające  nim  emocje.  Poruszał  się  wolno  i  ostrożnie,  gotów  w  każdej 
chwili odeprzeć atak Tima. 

Tim nie zaatakował go jednak. Nie zamówił także niczego do jedzenia. Usiadł ze 

zbolałą miną i nie odrywał oczu od Lily. 

Tego samego dnia rano wezwał go szef i zażądał natychmiastowego zakończenia 

sprawy  „Imbryka”.  Jakby  nie  dość  mu  było  zmartwień.  Tim  ciągle  pamiętał  o 
usychającej z tęsknoty córce szefa. W milczeniu kiwał głową, gdy szef mówił: 

- Posłuchaj, Tim... musisz skończyć z tym cholernym „Imbrykiem”. 
- Pracuję nad tym. 
- Zależy  mi na tej sprawie  -  wycedził szef przez zęby.  - Albo zrobisz, co trzeba, 

albo poszukam sobie kogoś innego. 

-  To  niezwykle  delikatna  materia  -  tłumaczył  Tim.  -  Potrzebuję  trochę  czasu. 

Wybieram się tam dzisiaj. Skontaktuję się z panem. 

Powiedział  to  tak  stanowczo,  jakby  bez  reszty  zaangażował  się  w  wykonanie 

powierzonego mu zadania. 

I  tak  też  było.  Był  zainteresowany.  Ale  niebieskooką,  ciemnowłosą  nimfą  z 

motelu. Wodził za nią rozmarzonym wzrokiem, gdy krążyła po sali zajazdu. 

background image

Jego  ciało  pałało  pożądaniem.  Skoro  nie  mógł  inaczej,  pożerał  ją  oczami, 

rozkoszował się jej widokiem. 

Ciężkie jest życie mężczyzny. 
Tymczasem Bryan zwijał się jak w ukropie, sprawnie obsługując gości, lecz przez 

cały  czas  obserwował  tamtych  dwoje.  I  cóż  dostrzegł?  Lily  ignorowała  Tima! 
Zaskoczyło  go  to.  Właściwie  zaczął  nawet  współczuć  Timowi.  Nigdy  dotąd  nie 
litował się nad innym mężczyzną, którego pokonał w walce o kobietę. 

Na  koniec  dotarło  do  Bryana,  że  przez  całe  życie  uważał  siebie  za  człowieka 

przegranego.  Tymczasem  już  za  moment  mogło  się  zdarzyć,  że  to  Tima  spotka 
klęska. 

Krzątając  się  po  kuchni,  Bryan  zrozumiał,  że  Tim  jest  naprawdę  zdruzgotany. 

Potrafił zrozumieć uczucia tamtego i nie bardzo czuł się na siłach, by powiedzieć 
mu, że przegrał. 

Ale znalazł wyjście z sytuacji. Poczekać. Niech zrobi to Lily! 
Lily  promieniała.  Uśmiechała  się.  Telefonowała.  Pakowała  pączki.  Wydawała 

resztę  i  przyjmowała  napiwki.  Krzątała  się  energicznie.  To  dotknęła  Bryana,  to 
dolała Timowi kawy. Krążyła po sali. 

Przez cały ten czas Bryan ani na moment nie spuścił jej z oka. Chociaż nie. Raz to 

zrobił, kiedy zeszła do piwnicy po pączki. 

Tylko  że  wtedy  poruszyło  to  wszystkich.  Zeszła  na  dół,  a  po  krótkiej  chwili 

krzyknęła! 

Prawie wszyscy mężczyźni rzucili się w stronę schodów. Ale Bryan był szybszy. 

Chwycił się poręczy i jednym susem pokonał całą drogę na dół. 

To  nie  była  mysz.  Kobiety  często  natykają  się  na  myszy.  Tym  razem  jednak 

chodziło o węża. Zwinięty wygodnie leżał na środku podłogi. 

Bryan  chwycił  go  w  odpowiedni  sposób  i  ostrożnie  wyniósł  na  podwórze. 

Mężczyźni zarechotali głośno. Wąż, który połknął mysz, był niegroźną zabawką? 

Owszem, był... ale nie tym razem. 
Przekonał  się  o  tym  Bryan,  gdy  chciał  przytulić  Lily,  uspokoić  ją.  Odtrąciła  go 

gwałtownie.  Nie  pozwoliła  dotknąć  się  rękami,  na  których  pozostał  choćby  tylko 
zapach węża. Timowi również nie pozwoliła się do siebie zbliżyć. 

- Daj spokój! - powiedziała. 
Kazała  Bryanowi  umyć  ręce.  Poszła  za  nim  i  pilnowała,  by  wyszorował  je 

dokładnie.  Patrzyła  uważnie,  jak  mydlił  je,  płukał  i  wycierał  starannie.  Wtedy 
pozwoliła, by ją pocieszył. 

Tim  widział  to  wszystko.  Niespodziewanie  przyszło  nań  otrzeźwienie.  No  cóż, 

wszak ciągle jeszcze spotykał się z June. Na dodatek była też usychająca z tęsknoty 
córka szefa. 

Tymczasem Bryan tłumaczył Lily: 
-  Nazywa  się  Śliski.  Zjada  myszy  i  szczury.  Szkoda,  że  nie  chce  konsumować 

karaluchów. Ale dobre i to. Często tu przychodzi. Zupełnie o nim zapomniałem. 

Lily  Baby  oddychała  z  trudem.  Była  blada  i  piękna.  Tim  podszedł  bliżej.  Choć 

background image

naburmuszony. ponownie spróbował ją objąć, uspokoić. 

- Daj spokój! - usłyszał znowu. Nie spodziewał się tego. 
- Usiądź sobie - powiedziała. - Przyjdę za moment. Coś ci pokażę. 
Zdziwił  się,  lecz  usłuchał.  Wrócił  posłusznie  do  stolika  i  usiadł.  Czujnie  śledził 

każdy gest Lily. Ona nie zwracała na niego uwagi. Nalewała wodę do jego szklanki 
i  kawę  do  jego  filiżanki,  w  ogóle  na  niego  nie  patrząc.  Podobnie  jak  na  innych 
klientów. Z tą tylko różnicą, że jemu nie przynosiła rachunków. 

Dlaczego więc Timothy Morgan siedział w tym zajeździe? Dla kucharza była taka 

miła. Tim dostrzegł nieznaczny skurcz na twarzy Bryana, gdy Lily dotknęła go. 

Tim musiał w końcu przyznać, że po prostu traci czas. Wtedy... drzwi otwarły się i 

weszła  porażająco  piękna,  młoda,  wysmukła,  wspaniała  kobieta.  To  nie  był  sen! 
Emanowała  energią  i  życiem.  Rzuciła  się  w  ramiona  Lily  i  obie  roześmiały  się 
radośnie. 

Wymachując  rękami,  Lily  mówiła  coś  szybko  do  nowo  przybyłej.  Kobieta 

rozglądała się powoli, aż jej wzrok dotarł do Tima i... zatrzymał się na nim. Było to 
bardzo niepokojące spojrzenie. Tim poczuł dziwne skrępowanie. 

Tymczasem  Lily  poprowadziła  przybyłą...  prosto  do  stolika  Tima.  Jak  na 

dżentelmena przystało, poderwał się na równe nogi. 

- To jest Tim - powiedziała Lily. - Tim, to moja kuzynka, Joyce Davie. 
Najwidoczniej  uznała,  że  to  wystarczy,  gdyż  po  prostu  odeszła.  Położył  rękę  na 

oparciu krzesła i stał bez ruchu. Wcale nie był pewien, czy Joyce Davie także nie 
zamierza odejść. 

Nie zamierzała. Opadła na krzesło i czekała, by on usiadł także. 
Usiadł.  Ostrożnie.  Nerwowym  ruchem  rozluźnił  nieco  krawat.  Co  za  włosy! 

pomyślał.  Rzucił  okiem  w  stronę  Lily.  Tłumaczyła  coś  Bryanowi.  Spojrzał  na 
kuzynkę. Boże! pomyślał. Co za rodzina! 

Joyce gawędziła swobodnie, słuchała uważnie. Była urocza. Co ją tak bawiło? 
Nie zdobył się na odwagę, by spytać ją o to. 
Czas mknął jak szalony i nagle Tim poczuł, że siedzi w „Imbryku” już zbyt długo. 
-  Miło  mi  się  z  tobą  rozmawia  -  zwrócił  się  do  Joyce  -  ale  muszę  już  wracać  do 

miasta. 

Uśmiechnęła się. 
-  Lily  powiedziała,  że  masz  samochód.  Mógłbyś  podrzucić  mnie  do  przystanku 

autobusowego? 

- Dokąd jedziesz? 
- Daleko. Mieszkam w północnej części miasta. 
- Właśnie tam jadę. Mogę cię podwieźć. 
-  Ale...  To  bardzo  miło  z  twojej  strony.  Pożegnanie  kuzynek  było  bardzo 

serdeczne.  Śmiały  się  głośno.  Jak  dla  Tima  -  zbyt  głośno.  Nie  szkodzi.  Na  od-
chodnym spojrzał na Bryana. 

- Zachowuj się! - usłyszał. 
Oparty o kontuar, z jedną ręką na biodrze, Bryan dorzucił bezczelnie: 

background image

- Sprawdzę! 
W  drodze  do  San  Antonio  Joyce  nie  była  już  tak  rozmowna.  Rzucała  jakieś 

zdawkowe uwagi, a Tim odpowiadał grzecznie. 

- Jak dotarłaś do „Imbryka”? - spytał w pewnym momencie. 
- Taksówką. 
- Musiała kosztować majątek. 
- O, tak - odparła niedbale. Zamilkli. 
- Co właściwie robisz? - spytał powoli. - Czy jesteś tylko pięknym kwiatem, który 

wszyscy podziwiają? 

Roześmiała się. 
- Ładnie powiedziane. Właśnie kończę studia ekonomiczne i szukam niewielkiego 

domu. W dzielnicy północno-zachodniej. Może mógłbyś mi pomóc? 

-  Tak  się  szczęśliwie  składa,  że  jestem  pośrednikiem  handlu  nieruchomościami. 

Myślę, że znam pewien dom w sam raz dla ciebie. 

- To wspaniale. 
- Kiedy masz czas? 
- Może być jutro? 
- Świetnie - powiedział. - Muszę zadzwonić do biura. 
Joyce... Miała ładne imię i była śliczna. I bardzo sympatyczna. Poza tym patrzyła 

na niego tak, jakby był kimś szczególnym. 

Rozmawiali  o  domu,  jakiego  szukała.  Tim  odkrył,  że  Joyce  jest  prawie  tak 

wspaniała jak jej kuzynka. 

Uśmiechnął się. 
Tymczasem  w  zajeździe  zrobiło  się  cicho  i  pusto.  Południowy  zastój.  Bryan 

przygotowywał następne pączki, a Lily skrupulatnie wycierała stoły i ladę. 

Przyglądał  się  jej.  Była  pogodna  i  wesoła.  Nie  wyglądała  na  zdziwioną  tym,  co 

zdarzyło się Timowi... i kuzynce. Była zupełnie spokojna. 

Bryan czuł się tym zaniepokojony. 
- Dlaczego twoja kuzynka przyjechała tutaj taksówką? - spytał. 
-  Poprosiłam  ją  o  to  -  odparła  jasno  i  zwięźle.  Choć  ani  na  chwilę  nie  przerwała 

pracy, rzuciła mu wyczekujące spojrzenie. Jakby spodziewała się kolejnych pytań. 
Po chwili milczenia Bryan spytał: 

- No to jak zamierzała wrócić? Znowu taksówką? 
- Ależ skąd. Tim miał ją zabrać. Był tu i przecież musiał dotrzeć do miasta. 
Powrócił do lepienia pączków. 
- Ukartowałaś to - stwierdził po chwili. Stanęła przed nim, nie kryjąc zdumienia. 
- Ukartowałam?! Oczywiście, że nie! - skłamała. - Ktoś musiał podwieźć Joyce. A 

ja nie miałam na to czasu. Jej autobus zatrzymał się tuż za rogatką. 

-  Ponieważ  ona  jest  twoją  kuzynką,  a  Tim  zabiega  o  twoje  względy,  zawiózł  ją, 

dokąd tylko chciała. Wiesz o tym dobrze. 

-  Może  -  rzuciła  hardo.  -  I  tak  wszystko  zależy  od  tego,  dokąd  jechał  - dodała.  - 

Jeżeli było mu po drodze, dowiózł ją do domu. Jeśli nie, złapała autobus. 

background image

Zapanowała długa cisza. W końcu Bryan powtórzył oskarżycielskim tonem: 
- Ukartowałaś to! 
-  Nigdy  nie  mieszam  się  w  sprawy  innych  ludzi  -  odparła  z  miną  niewiniątka.  - 

Robię tylko to, co trzeba. Byliśmy zajęci. Joyce musiała jechać. Nie miałam dotąd 
czasu, by ją odwiedzić. Tak jak nie miałam czasu, by ją odwieźć. Jej przyjazd był 
dla mnie niespodzianką - dodała. 

- Bardzo dziwna pora jak na wizytę, nie uważasz? 
- Sama jestem zdziwiona. Może nie mogła spać w nocy? Uznała, że to doskonała 

okazja, by zobaczyć, gdzie pracuję. 

- Prosiłaś, żeby przyjechała i przyjrzała mi się, tak? 
- Czyżbyś zamierzał zmienić pracę? 
- Ja? Nie. To ty próbujesz pobyć się mnie. 
- Pozbyć się człowieka, który potrafi wyczarowywać... 
Zamarł w oczekiwaniu. 
- ...takie pączki?! - dokończyła. 
- Jesteś wstrętna. 
- Wcale nie - zaprzeczyła, sunąc wolno szczotką po podłodze. 
- Ściągnęłaś tu kuzynkę, żeby uwiodła Tima? 
- Co za wspaniały pomysł! - wykrzyknęła. - Będę musiała spróbować następnym 

razem. 

Nie spuszczał z niej wzroku. A- ona nie przerwała zamiatania. Całą uwagę skupiła 

na podłodze. Oblizała wargi, lecz nawet nie spojrzała w jego stronę. 

Może rzeczywiście była niewinna? Może spotkanie Tima z kuzynką było zupełnie 

przypadkowe? Tim był w motelu, gdy pojawiła się Joyce. Potem potrzebny był jej 
kierowca. To wszystko. 

- Zamieszkasz ze mną? - spytał. 
- Panie Willard! Cóż za pomysł?! 
- Całkiem dobry. 
- Nic z tego. Zostałam wychowana bardzo starannie i zawsze postępuję zgodnie z 

zasadami. 

- Jakimi, na przykład? 
- Zawsze przedstawiam rodzicom tego, z kim umawiam się na randkę. 
- Ja nie. 
- Wiem - przyznała. - A powinieneś. Opowiedziałam im wszystko o tobie i o tym, 

co tu robisz - dodała po chwili.  - Tata uwielbia pączki. Posłałam  mu  kilka twoich 
wypieków. On myśli, że masz około osiemdziesiątki i że jesteś geniuszem. 

- Nie powiedziałaś mu, ile mam lat? 
- No, cóż. My dwoje... tutaj... Nie chciałam, by wyobrażał sobie Bóg wie co. 
- Sądzi, że mam osiemdziesiąt lat? 
-  Mam  wrażenie...  Tak.  Tak  jest  chyba  najlepiej.  W  przeciwnym  wypadku 

prawdopodobnie rzuciłby pracę i przyjechał tutaj. 

- Są tacy ojcowie - uśmiechnął się. 

background image

- To jest straszny ciężar. 
- Jesteś dziewicą, prawda? - spytał miękko. 
- To był straszny ciężar - westchnęła. 
- Ilu... miałaś? - nalegał. 
- Żadnego. 
- Żartujesz! - fuknął. - Całujesz jak doświadczona kobieta. 
- Chciałabym zwrócić uwagę, jak ty całujesz. Powinno się nalepić na ciebie wielki 

znak ostrzegawczy! 

- Zgadzasz się więc, że jestem świetny? - Posłał jej uśmiech. 
- Nie wiedziałam, że pocałunek może być... aż taki - powiedziała, kręcąc głową. 
- No to spróbujmy jeszcze raz. 
- Teraz? 
- Przecież nie ma nikogo. Chodź tu. Muszę pilnować pączków. 
Wydęła wargi. 
-  Wcale  nie  jestem  przekonana,  że  taki  pośpieszny  pocałunek  będzie  wart  tyle 

samo, co któryś z tamtych na ławce. 

- Chodź tu - ponaglił głosem pełnym rosnącego pożądania. 
Podeszła.  Stanęła  przed  nim,  złożyła  ręce  na  plecach  i  spojrzała  mu  w  oczy. 

Uśmiechnęła się leciutko. Nerwowo oblizała wargi. 

Rozejrzał  się  dokoła.  Potem  przyciągnął  ją  do  siebie  i  pocałował.  Gwałtownie  i 

dziko.  Drżał  cały,  ręce  mu  dygotały.  Oddychał  ciężko,  chrapliwie.  Po  krótkiej 
chwili - za krótkiej! - odsunął ją energicznie, odepchnął prawie. 

Zatoczyła się i wpadła na kontuar. 
Podtrzymał  ją  drżącymi  rękami.  Twarz  miał  zupełnie  bez  wyrazu.  Nigdy,  przez 

trzydzieści  lat  swego  życia,  nie  czuł  się  tak  jak  w  tym  momencie.  Dotąd  żadna 
kobieta nie dokonała tego, co ta mała. Był zdruzgotany. Pomyślał wtedy, że dobrze 
byłoby, gdyby znowu mógł oddychać. 

Udało  się,  choć  z  jego  krtani  wydobywały  się  jakieś  chrapliwe  odgłosy.  Był 

przestraszony. 

Szczęśliwym trafem Lily także. Nie umiała nawet nazwać tego, co się z nią działo. 

Z  twarzą  jak  nieruchoma  maska  bezskutecznie  usiłowała  odzyskać  wewnętrzną 
równowagę. 

Jak  kulawy  prowadzący  ślepca  na  obrazie  Brueghela,  Bryan  podał  jej  pomocną 

dłoń. 

-  Dobrze  się  czujesz?  -  spytał.  Po  takim  pocałunku  nawet  to  niewinne  pytanie 

wzbudziło w nich nową falę pożądania. 

Bryan uśmiechnął się słabo. 
Lily  odchyliła  głowę  do  tyłu,  by  móc  spojrzeć  na  niego  spod  zbyt  ciężkich 

powiek. 

- Sama nie wiem, jak to się stało, że lepiej zniosłam twoje pocałunki wczoraj niż 

dzisiaj - powiedziała. 

- Zobaczymy - mruknął. 

background image

To mogło oznaczać wszystko. Ale była to odpowiedź. Cokolwiek oznaczała, taka 

odpowiedź  była  dobra.  Tym  bardziej,  że  słowa  i  tak  nie  miały  znaczenia.  Byli 
razem. Sami... 

Wielka ciężarówka zjechała z autostrady i zatrzymała się na podjeździe. 
Lily niczego nie zauważyła. Bryan, jako mężczyzna, tak. 
- Ktoś idzie - powiedział. 
- Tatuś? - spytała, obracając z trudem oczy w stronę okna. 
Doskonale  wiedziała,  że  robili  rzeczy,  które  tatusia  przyprawiłyby  o  palpitacje 

serca. 

- Szofer - powiedział uspokajająco Bryan. 
- Och! - westchnęła z ulgą Lily. 
Tak  to  już  jest  na  tym  świecie,  że  gdy  kobieta  może  odpłynąć  w  otchłań 

zapomnienia,  mężczyzna  musi  zachować  zimną  krew  i  zdolność  logicznego 
rozumowania. 

Zwłaszcza  w  miejscach  publicznych.  Wystarczy  spytać  któregokolwiek. 

Potwierdzą, bez wahania. 

Tak  więc  kiedy  Lily  Baby  przyciskała  chłodną  ściereczkę  do  rozpalonej  twarzy, 

Bryan walczył z drżeniem rąk i nierównym oddechem. 

Gdy szofer wszedł do środka, natychmiast dostrzegł tych dwoje. Stojących twarzą 

w twarz, milczących i niespokojnych. 

Bardzo  powoli  usiadł  przy  barze.  Kobieta  przyciskała  do  twarzy  wilgotny 

gałganek.  Płakała?  Mężczyzna  w  skupieniu  rozglądał  się  dookoła.  Nie 
odpowiedział na powitanie. Ani słowem. 

Szofer  rozluźnił  się.  To  tylko  miłość,  pomyślał.  Całowali  się.  A  on  im 

przeszkodził. 

- Przepraszam - powiedział, uśmiechając się do Bryana. 
-  Nie  ma  sprawy  -  padła  automatyczna  odpowiedź.  Kierowca  roześmiał  się. 

Podniósł  z  talerza  pączek  i  wbił  w  niego  zęby.  Dostał  pączek  i  kawę,  jak  każdy 
klient. 

Kierowca  miał  pogodne usposobienie  i  wiele  życzliwości  dla  świata.  Opowiadał 

mnóstwo  ploteczek  zasłyszanych  w  podróży.  Ale  choć  mówił  wyraźnie,  Lily  nie 
zrozumiała  ani  słowa.  Właściwie  wcale  go  nie  słyszała.  Sercem  i  duszą  była 
zupełnie gdzie indziej. 

Tymczasem Tim pokazał Joyce jeszcze kilka domów. Potem odwiózł ją i pojechał 

do biura. Szefa nie było. Usiadł więc w jego gabinecie i czekał. Przed oczami miał 
fotografię jego córki. Westchnął. Dobrze wiedział, że gdyby nawet zdobył Lily, to i 
tak z czasem ich związek uległby rozluźnieniu. On był handlowcem z powołania. 
Duszą i ciałem. A to zabierało mnóstwo czasu. 

Spojrzał  na  zdjęcie.  Jerry  była  jedynaczką,  przyzwyczajoną  do  długich 

nieobecności ojca w domu. Na pewno więc i od męża nie oczekiwałaby zbyt wiele. 
Kto wie? To mogło się udać. 

A Lily? Musiał uczciwie przyznać, że nie szalała za nim nieprzytomnie. Nie miał 

background image

natomiast  cienia  wątpliwości,  że  jej  kuzynka,  Joyce  Davie,  była  zjawiskiem 
wyjątkowym.  Tylko  znów  to  samo  pytanie.  Czy  ktoś,  tak  jak  on  oddany  pracy, 
miałby dla niej dość czasu? 

Znów spojrzał na fotografię.  Jerry. Była taka słodziutka. Dałby radę  pokierować 

nią bez trudności. Mogłoby być całkiem przyjemnie. 

Tim poczuł się nagle jak w potrzasku. 
Usiadł  przy  biurku  szefa,  na  krześle  dla  klientów,  i  z  telefonu  pryncypała 

zadzwonił do jego córki. Rozpuszczonej, zepsutej jedynaczki, Jerry. 

- Halo? - Jej głos był aż lepki od słodyczy. 
- To ja, Tim Morgan. Czekam właśnie na twojego ojca, w jego gabinecie, i patrzę 

na twoją fotografię. Naprawdę jesteś taka słodka i urocza, czy to tylko retusz? 

- Nie wiem - szepnęła. Tim zachichotał cicho. 
- Czemu czekasz na tatusia? - spytała. - Znowu byłeś okropny i nieposłuszny? 
-  Jestem  dobrym  człowiekiem.  Nigdy  nie  bywam  okropny  ani  nieposłuszny. 

Nawet nie wiem, jak to się robi. Może ty mnie tego nauczysz? 

-  Mogę  cię  nauczyć  -  powiedziała,  głucho.  Jakby  leżała  całkiem  naga  w 

skotłowanej pościeli. 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

W  „Imbryku”  życie  toczyło  się  jak  zwykle.  Wciąż  nowi  podróżni  zatrzymywali 

się na popas i dwoje zawiedzionych przymusową rozłąką ludzi obsługiwało ich w 
milczącym  cierpieniu.  Przybysze  byli  dla  nich  intruzami,  których  należało 
nakarmić i napoić. 

Nie  ma  straszliwszej  kary  niż  rozdzielenie  zakochanych.  Zwłaszcza  zaś  tych, 

którzy może jeszcze nie całkiem są zakochani, ale bardzo chcą być. Jak metalowe 
opiłki  za  magnesem,  tak  spojrzenie  Bryana  podążało  za  Lily.  Tak  to  się  zawsze 
zaczyna. Czasami potrafi trwać przez całe życie. 

Czy w przypadku Lily i Bryana było to takie właśnie magiczne zauroczenie, czy 

może tylko przypadkowe zbliżenie? 

Nie  zastanawiali  się  nad  tym.  Nie  interesowało  ich,  czemu  właściwie  lgną  do 

siebie  i  jak  długo może  to  trwać.  Po  prostu  byli  razem.  Nie  patrząc  nawet,  jedno 
zawsze wiedziało, gdzie jest drugie. Jakby łączyła ich jakaś niewidzialna nić. 

Tylko  dlaczego  właśnie  oni?  Jak  to  się  stało?  Jak  z  wszechobecnego  chaosu 

wyłonili  się  nagle  jedno  przy  drugim?  Stara  gadanina  o  dwóch  połówkach  tego 
samego owocu? Bzdury. 

A może wszystko było dziełem jej przebiegłego prapradziadka? Czy to możliwe, 

że znalazł jej idealnego mężczyznę i sprawił, że zamieszkała pod jego bokiem? Na 
pewno  nie.  Przecież  staruszek  w  ogóle  nie  mógł  przewidzieć  takiego  rozwoju 
wypadków. A poza tym sam był mężczyzną. Czy mógłby zastawić taki potrzask na 
innego mężczyznę? 

To było przeznaczenie. 
Musiało być. Nie było żadnego innego wytłumaczenia. 

background image

-  Zdrzemnij  się  trochę  -  mruknął  Bryan.  -  Prawdopodobnie  zajmę  ci  dzisiaj  całą 

noc. 

Zdecydowanie nie była tego dnia w najwyższej formie. 
- Będziemy robić pączki? - spytała. 
- Nie pączki - odparł. 
Uśmiechnęła się, mrużąc oczy, aż poczuł ciarki na plecach. 
- Imię Bryan zupełnie nie pasuje do człowieka wstrętnego - powiedziała. 
Przyjrzał się jej badawczo. 
- Uważasz zatem, że jestem... wstrętny? 
Zamruczała jak kotka, nim powiedziała: 
- Uważam, że jesteś piękny. 
- Kobiety nie mawiają czegoś takiego dorosłym mężczyznom - skarcił ją. 
- Dlaczego? - zainteresowała się. 
-  Mężczyzna  może  być  przystojny,  ładny  albo  interesujący.  W  żądnym  wypadku 

piękny! - wyjaśnił tonem wykładowcy. 

-  Jesteś  piękny.  -  W  jej  oczach  błysnęły  łobuzerskie  iskierki.  -  Chciałabym 

pogłaskać włosy na twojej piersi. Są takie pokręcone i gęste. Chciałabym przesunąć 
po nich własnymi piersiami, poczuć je na skórze. 

Bryan gwałtownie wciągnął powietrze. 
- Obawiam się, że nie przeżyję - stęknął. 
- Nie przeżyjesz... czego? 
- Oczekiwania chwili, gdy zabiorę cię do mojego łóżka. 
- Każesz mi się wspinać po schodach do twojego pokoju? - oburzyła się. 
-  To  chyba  jednak  bardziej  stosowne,  niż  gdybym  zaciągnął  cię  do  twojej 

filiżanki. - Rzucił jej spojrzenie, od którego serce Lily zmiękło jak wosk. - Gdybym 
tylko wszedł do twojego domku, Teresa wiedziałaby o tym po pięciu minutach. Po 
następnych dwóch byłaby już tutaj. Mielibyśmy zbyt mało czasu na to, byś mogła 
pogładzić...  moją  pierś...  swoimi...  -  zabrakło  mu  tchu  -  piersiami  -  dokończył  z 
trudem. 

- Co ci się stało? - spytała z niepokojem. 
- Nie mogę oddychać. 
- Masz astmę? 
- Nie. To ten twój pomysł głaskania mojej włochatej piersi twoimi... 
- Mnie się ten pomysł podoba. 
- Mnie też - wydusił przez ściśnięte gardło. 
Ludzie  przychodzili  i  odchodzili.  Zachowywali  się,  jakby  nic  się  nie  stało.  A 

obsługująca ich para bujała w obłokach. Uśmiechali się jedno do drugiego, wodzili 
za sobą oczami. Szczęście, że Bryan miał tak duże doświadczenie, iż nie popełnił 
jakiegoś błędu. 

Za  to  Lily  Baby  była  prawie  nieprzytomna.  Myliła  ludzi.  i  zamówienia.  Każdy 

nowy  klient  już  po  kilku  minutach  spostrzegał,  że  gospodarze  mają  ogromne 
trudności ze skupieniem się na pracy. 

background image

Niektóre kobiety prowokowały Bryana, próbowały zwrócić na siebie jego uwagę. 

Na próżno. 

Lily w ogóle nie zwracała uwagi na nikogo. Poza Bryanem. 
To  był  długi,  męczący  dzień.  Oboje  żeglowali  po  gorącym  oceanie  pożądania. 

Gdy  w  pewnym  momencie  bar  opustoszał  na  chwilę,  Bryan  przytulił  Lily 
gwałtownie do siebie. 

Cichy jęk, ni to bólu, ni cierpienia, wyrwał się z jego piersi. 
- Stało się coś? - spytała Lily. 
- Jest środek dnia. Ludzie będą przyjeżdżać tutaj aż do wieczora - jęknął. 
- Jesteś taki zmęczony - powiedziała. - Co właściwie robiłeś? 
- Gapiłem się na ciebie i uśmiechałem - odparł natychmiast. 
Roześmiała się. 
- To przecież nie mogło cię tak wykończyć. 
- To nie jest wyczerpanie. - Miał na myśli swoją miłość. - To kompletna ruina. 
Lily  naprawdę  była  bardzo  niedoświadczona.  Podczas  studiów  całkowicie 

poświęciła się nauce, zdobyciu dyplomu. Przebywała przeważnie wśród koleżanek. 
A skoro nadal była dziewicą, to znaczy że z mężczyznami stykała się niewiele i nie 
przywykła do słuchania aluzji i insynuacji. 

- Ruina? - spytała. - A to czemu? Może dokuczyło ci już to wszystko? Chcesz coś 

zmienić w swoim życiu? Przestaniesz robić pączki? To by było straszne! 

- Nie. Chcę iść z tobą do łóżka. 
-  Tak  szybko?!  -  Lily  była  wstrząśnięta.  -  Nie  pozalecasz  się  do  mnie  nawet... 

przedtem? 

- Zrobimy inaczej. Pozalecam się... potem. 
-  No,  nie!  Nie  możemy  być  tacy  w  gorącej  wodzie  kąpani.  Najpierw  zaloty. 

Potem,  kiedy  pomyślnie  przejdziesz  wszystkie  próby,  będziesz  mógł...,  pozwolę, 
żebyś mnie pocałował, i... 

-  Rety!  -  krzyknął,  unosząc  wysoko  ręce.  Nagle  mocno  chwycił  się  kontuaru.  - 

Czy to trzęsienie ziemi? - zapytał. - Ależ mną wstrząsnęło! 

Uśmiechnęła się. 
-  Nie.  Obiecałam  ci  tylko  pocałunek...  kolejny.  Pamiętasz  chyba,  że  całowałeś 

mnie już. Na ławce. 

Niektórzy mężczyźni potrafią tak postępować z kobietami, że wydaje się im, iż to 

one w pełni kontrolują sytuację. 

-  Któż  potrafiłby  zapomnieć  twoje  pocałunki?  -  odparł.  Miał  kamienną  twarz, 

nawet mu powieka nie drgnęła. 

Lily  stała  tuż  przed  Bryanem,  a  on  nie  odrywał  od  niej  oczu.  Uniosła  dłoń  i 

odgarnęła mu z twarzy kosmyk włosów. 

- Czyżbyś nie spał ani trochę tej nocy? - spytała. 
- Marzyłem o tobie - odparł z powagą. 
- To dlatego jesteś taki zmęczony? Nie pozwalałam ci zasnąć? Kłóciliśmy się? 
- Robiłaś mi wymówki - powiedział jeszcze poważniej. 

background image

- Zbeształam cię? - rzuciła kpiąco. - Za co? 
Z uśmiechem czekała na odpowiedź. 
- Chciałaś mnie zmusić. 
- Zmusić ciebie?! Do czego? - spytała. 
- Żebym się z tobą kochał - przyznał szczerze trochę zachrypniętym głosem. 
- Co...? Nie do wiary! - wykrzyknęła. - I co? Usłuchałeś? 
-  Chwyciłem  cię  w  ramiona  i  pocałowałem.  Byłaś  strasznie  sucha.  Ściskałem 

poduszkę  -  dodał  po  chwili.  Wybuchnęła  śmiechem.  Naprawdę  ją  rozbawił. 
Wyglądało na to, że ten dzień będzie trwał wiecznie. 

Wciąż spoglądali na zegar, liczyli minuty i godziny. 
Po obiedzie Lily zdrzemnęła się nieco. Z bólem serca Bryan obserwował, jak szła 

do filiżanki. Oczyma wyobraźni widział ją leżącą w łóżku. Była naga. Niczym nie 
przykryta. Spała niespokojnie, kręciła się, czekając na niego. Tak sobie wyobrażał. 

O pół do trzeciej wróciła do „Imbryka”. Oczy miała jeszcze zaspane, uśmiechała 

się łagodnie. Poczuł, że ogarnia go szaleństwo. 

Wreszcie, o dziesiątej w nocy, wszyscy już sobie poszli. Zakochani zostali sami. 
On patrzył na nią poważnie, z kamienną twarzą. 
Ona śmiała się. Promieniała radością. 
Bryan  był  wystarczająco  mądry,  więc  objął  ją,  przytulił  i  pocałował.  Łagodnie, 

delikatnie i jakże słodko. 

Uniosła głowę. 
- Kocham cię, Lily - powiedział. 
Uśmiechnęła się. Jej oczy rozbłysły tajemniczym blaskiem. 
Zamknęli bar i ruszyli ku schodom, do pokoju Bryana. 
Bryan  objął  ją  mocno  i  uniósł  do  góry.  Choć  schody  były  wąskie  i  kręte,  szedł 

pewnie,  nie  tracąc  równowagi.  Popisywał  się.  Bez  wysiłku  pokonał  wszystkie 
stopnie. 

Ale oddychał coraz głośniej. 
- Jestem za ciężka? - spytała. 
- Nie. 
- Strasznie sapiesz - zauważyła. 
- Pragnę cię - powiedział. 
- Dostajesz zadyszki, gdy pragniesz kobiety? 
- To przez ciebie moje płuca są tak pobudzone. Całe moje ciało jest niespokojne i 

naprężone. 

Odchyliła głowę i uśmiechnęła się zalotnie. 
- Masz pobudzone płuca? - zdziwiła się. 
- Inne członki też. 
- Jakie... członki? Stopy? Może ramiona? 
- Pokażę ci. 
Zagryzła wargi, bowiem i jej oddech stał się trochę szybszy i niespokojny. 
Pocałował  ją.  Obrzydliwy  zdrajca.  Poczuła  zupełną  pustkę  w  głowie.  Jak  to  się 

background image

mogło stać? 

Dotarli na górę i Bryan postawił ją ostrożnie. Kolana ugięły się pod nią. Musiała 

wesprzeć się na Bryanie. 

Nie zaprotestował. 
Znowu ją pocałował. 
-  Jak  to się  stało, że  tak  nagle  stałam  się  kimś  zupełnie  innym?  -  spytała  słabym 

głosem. 

Zatrzymał się w pół kroku. Zamrugał nerwowo powiekami. Nagle uśmiechnął się. 

Zrozumiał. Stała się kimś innym. Zmieniła się. On ją zmienił! By utrwalić w niej tę 
przemianę, pocałował ją natychmiast. I nie był to jakiś pierwszy lepszy całus, lecz 
pocałunek-zabójca. Bez żadnych granic i zahamowań. 

Powinien  się  wstydzić.  Żadna  kobieta  nigdy...  Czego  właściwie  nigdy  nie  robią 

kobiety? zastanowił się. Lecz nie dociekał dalej. Wziął ją, omdlewającą, na ręce, i 
zaniósł do swojego pokoju. 

Zdjął  z  niej  ubranie.  Było  to  jak  powolne  odsłanianie  klejnotu.  Łapał  powietrze 

krótkimi, płytkimi haustami. Oczy przysłoniła mu delikatna mgiełka. 

Uśmiechnęła się. 
Zaczęła niezgrabnie szarpać się z jego ubraniem. 
Chciała  go  rozebrać?  To  chyba  logiczne.  Sam  zaczął  rozpinać  koszulę.  Nie  szło 

mu to. Dziwnie oporne nagle guziki nie poddawały się sztywnym palcom. Szarpnął 
więc  za  kołnierz  i  ściągnął  koszulę  przez  głowę.  Grad  guzików  zadźwięczał  we 
wszystkich kątach. 

Lily wydało się, że to dźwięk dzwonka u drzwi. 
- Ktoś nas potrzebuje - powiedziała. 
- Tak - uśmiechnął się. Ściągnął spodnie razem ze slipkami. 
Taksowała go wzrokiem. Uważnie  i  spokojnie. Dostrzegła nawet,  że  miał pewne 

kłopoty z nałożeniem prezerwatywy. Czyżby także robił to po raz pierwszy? 

Gdy  pokonał  już  wszystkie  przeszkody,  wziął  ją  na  ręce  i  położył  na  swoim 

wąskim łóżku. Odruchowo poprawił jej poduszkę pod głową. 

Po  chwili  leżał  na  niej.  Jego  zarośnięty  tors  dotknął  jej  gładkich  i  delikatnych 

piersi. Pojękiwali z rozkoszy. 

Oddychał  coraz  szybciej,  coraz  chrapliwiej.  Drżał  cały.  Dygotał.  Pocił  się.  Jego 

ręce były drżące, lecz delikatne. Jego gorące usta parzyły jak ogień. Całe jego ciało 
płonęło. Nie, nie był chory. Tylko zakochany. 

Kochał ją. 
Ten pierwszy raz trwał tak krótko, że nawet nie zdołała odpowiedzieć najeźdźcy, 

gdy już było po wszystkim. 

Leżał  obok  niej,  dygocąc  i  dysząc  ciężko.  Poczuła  rosnące  rozczarowanie. 

Przecież ona dopiero zaczęła! 

Leżał bez ruchu. Oddychał tak ciężko, jak ciężkie było jego ciało. 
Delikatnie pogłaskała go po głowie. Wciąż była podniecona. Z wolna próbowała 

opanować emocje. Nie odzywała się. 

background image

Bryan był jak królik. Króliki są takie szybkie. 
Wciąż z trudem łapiąc oddech, powiedział: 
- Następnym razem będzie lepiej. Postaram się bardziej uważać. 
Nie  bardzo  zrozumiała,  co  miał  na  myśli.  Oddech  Bryana  uspokajał  się, 

wyrównywał. 

-  Wszystko  zaczęło  się,  kiedy  tylko  weszłaś  do  „Imbryka”  -  powiedział.  -  Od 

tamtej pory przeżywałem straszne katusze. 

-  Och!  -  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  O  czym  on  mówił?  O  co  mu  chodziło? 

Zachowywał  się  tak  dziwnie.  Czyżby...  spadła  mu  prezerwatywa?  Dobry  Boże! 
Przecież to mogło skończyć się ciążą! 

Poruszyła się gwałtownie, nerwowo. 
Pogłaskał ją. 
- Następnym razem odbędziesz cudowną podróż - obiecał. 
I znów nie pojęła, co miał na myśli. A była zbyt niedoświadczona, by zapytać. 
Odsunął się od niej. A ona uniosła głowę i patrzyła niespokojnie. 
Prezerwatywa była na swoim  miejscu. Z głośnym westchnieniem ulgi opadła na 

poduszkę. 

-  Pierwszy  raz  widzisz  mężczyznę?  -  spytał.  Uśmiechał  się  przy  tym  ciepło  i 

przyjaźnie. 

Zbyt mało go znała, więc zdobyła się tylko na przeciągłe: 
- Uhm. 
Delikatnie i czule pogłaskał ją po szyi. Dotknął ust. 
- Wiem, że byłaś niewinna - powiedział. - Poczujesz się lepiej... następnym razem. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Bryan  wrócił  do  pokoju  i  ułożył  się  wygodnie  obok  Lily.  Wiercił  się  przez 

moment, objął ją czule i... zasnął. Zasnął! 

Tymczasem  Lily  wcale  nie  czuła  się  senna.  Była  ożywiona  i  podniecona. 

Zawiedziona i rozczarowana. A on spał! 

A  przecież  tak  cudownie  było  leżeć  tuż  przy  nim.  Uwielbiała  jego  owłosione 

ciało.  Głaskała  je  delikatnie,  dotykała.  Pachniał  tak  podniecająco.  Oddychał 
powoli, spokojnie. Był. Żywy, prawdziwy i... śpiący. Głębokim, kamiennym snem. 

Lily  płonęła.  Naga  skóra  piekła  ją  i  paliła.  Ostrożnie  pogłaskała  Bryana  po 

owłosionej  piersi.  Wsłuchując  się  w  jego  oddech,  przesunęła  dłoń  na  brzuch. 
Poruszył się niespokojnie. Odczekała chwilę i przesunęła rękę jeszcze niżej... 

Stęknął. Rytm jego oddechu zmienił się, mięśnie stężały. 
Gwałtownie cofnęła rękę. Zastygła nieruchomo i tylko z fascynacją obserwowała 

jego reakcje. 

Prychał  i  sapał.  Wiercił  się.  Lecz  się  nie  obudził.  Po  chwili  znowu  oddychał 

miarowo i cicho. 

Lily nie mogła się uspokoić. Potrzebowała spełnienia. Może pomogłyby ćwiczenia 

gimnastyczne? Powinna pójść na spacer. Potem postara się zasnąć. 

background image

Niezwykle ostrożnie spróbowała usiąść. 

Niestety.  Było  zbyt  ciasno.  Wąski,  jednoosobowy  tapczan  nie  pozwalał  jej 

swobodnie  się  poruszać.  Bryan  też.  Choć  wciąż  spał  twardo,  nadal  pilnował  jej 
zachłannie. Gdy tylko drgnęła, automatycznie wyciągnął ku niej ręce i przyciągnął 
ją do siebie. 

Jak mógł? Jakim prawem ją więził? Hę kobiet doświadczyło już czegoś takiego? 
W jaki sposób poznać prawdę? 
Najzwyczajniej w świecie mogła spytać go: „Z iloma kobietami już spałeś?” 
Właściwie  czemu  miałaby  pytać  go  o  sprawy  tak  intymne?  Byłoby  to  przecież 

zwykłe wścibstwo. 

No, ale z drugiej strony, czemu nie?! 
Było  wiele  powodów,  dla  których  należałoby  się  dowiedzieć,  jakim  był 

człowiekiem. Powinna wiedzieć, z iloma kobietami sypiał i czy były zdrowe! 

Co  prawda  było  już  trochę  zbyt  późno  na  takie  obawy,  ale  w  ten  sposób  mogła 

uzasadnić  swoją  ciekawość.  Kto  lepiej  od  niego  mógł  wiedzieć,  ile  ryzykowała, 
idąc z nim do łóżka? 

Tylko  dlaczego  nie  zainteresowała  się  tym  wszystkim  przedtem?!  Dlaczego  nie 

zadała mu tych pytań? 

Bo były bardzo intymne. 
A uprawianie miłości nie było? 
Ostrożnie uwolniła się z objęć Bryana. Zamruczał coś przez sen, zachrapał, a po 

chwili spokojnie spał dalej. 

Przyglądała  mu  się  zafascynowana.  Był  jak  wyłączone  urządzenie.  Można  było 

trącać  go  i  potrząsać  nim,  można  było  mówić  do  niego  i popychać  go. A  on nic. 
Poruszał rękami, dotykał jej, kręcił się. Lecz przez cały czas we śnie. 

Musiał  być  naprawdę  śmiertelnie  zmęczony.  Wciąż  w  napięciu,  ciągle 

skoncentrowany. 

Dopiero sen wygładził mu rysy twarzy, nadał im spokój. 
Uniosła prześcieradło i ostrożnie zsunęła stopy na podłogę. Potem, starając się nie 

zbudzić Bryana, wyśliznęła się z łóżka. Była wolna. 

Bryan  usiadł,  gwałtownie  zamachał  ramionami,  po  omacku  przeszukując 

opustoszałe łóżko. Lecz oczy wciąż miał zamknięte. Po chwili opadł na poduszkę. 

Kiedy  jego  oddech  uspokoił  się  i  wyrównał,  Lily  ostrożnie  pozbierała  swoje 

ubranie i buty. Cichutko wymknęła się z pokoju i zeszła na dół. 

Ubrała się szybko i otwarła drzwi. Nie były zamknięte na klucz. Jak zwykle. W 

końcu gdyby komuś naprawdę zależało na dostaniu się do środka i tak zrobiłby to 
bez trudu. 

Samotne  spacery  w  środku  nocy  zawsze  dostarczają  szczególnych  wrażeń. 

Żadnych  głosów.  Żadnych  ludzi  dokoła.  Nie  słychać  ptasich  treli.  Cały  świat 
zamarł w bezruchu. Tylko kilka ciężarówek przemknęło autostradą, zostawiając za 
sobą gasnący, głuchy pomruk. Cisza. 

Lily spacerowała przez kilka minut, nim poszła do swojej filiżanki. Była markotna 

background image

i zadumana. I rozczarowana. 

Wzięła prysznic. Miała przy tym dziwne wrażenie, że myje nie tylko siebie, ale że 

zmywa także ulotne ślady Bryana ze swej skóry. Zrobiło się jej smutno. 

Włożyła  pidżamę  z  cienkiego  jedwabiu.  Ze  zdziwieniem  stwierdziła,  że  nie  ma 

jeszcze nawet jedenastej. 

Położyła  się.  Przez  chwilę  przyglądała  się  tańczącym  po  ścianie  cieniom  gałęzi. 

Potem przewróciła się na bok i zapadła w kamienny sen. Kobieta, która przez cały 
dzień czeka, by w końcu zaznać tylko częściowego zaspokojenia, ma prawo czuć 
się wyczerpana. 

W środku nocy zrobiło się zbyt gorąco. Przebudziła się z myślą, że musi zrzucić z 

siebie  jeden  z  koców.  W  tym  momencie  poczuła,  że...  jest  uwięziona  w  czyichś 
ramionach!  Porażający  strach  na  chwilę  odebrał  jej  mowę.  Ale  po  chwili 
zorientowała się, że w jej łóżku leży Bryan! Jak się tam dostał?! 

Na  pewno  użył  kluczy,  którymi  Teresa  otwierała  wszystkie  domki,  kiedy 

zamierzała je posprzątać. 

Ale  jak  to  się  stało,  że  Lily  niczego  nie  zauważyła?!  Wzdrygnęła  się  na  samą 

myśl,  że  przecież  nieraz  ktoś  obcy  mógł  grasować  po  jej  pokoju,  nie  zostawiając 
żadnych śladów. Zawsze czuła się taka bezpieczna, aż tu, proszę, budzi się nagle i 
spostrzega mężczyznę śpiącego w jej łóżku. 

- Tak się wiercisz, że w ogóle nie można spać - usłyszała ponure mruknięcie. 
- Nie możesz zostać w moim pokoju! Co sobie Teresa pomyśli? 
- Pomyśli, że wyjątkowo dużo czasu zajęło ci wciągnięcie mnie do łóżka. 
- Teresa? Powiedziałaby coś takiego? 
-  Pewnie.  Zaraz  potem  zakręciłaby  się  gorączkowo  i  popędziła  szukać  swojego 

męża. 

- To okropne! - wyszeptała. 
- Dlaczego wymknęłaś się z mojego łóżka? Przebudziłem się i zobaczyłem, że jest 

puste. 

- Twoje łóżko jest za małe. 
- Ale to jest całkiem niezłe - powiedział. - Sprawdźmy, czy się nada. 
- Tak mnie zaskoczyła twoja obecność, że nie jestem zainte... Co ty robisz?! 
- Szukam tego tak słodko smakującego miejsca - usłyszała stłumiony glos. 
- Przestań! 
- Dobrze. Za chwilkę. 
Ale wcale nie przestał. Robił, co chciał. A ona tak była zaskoczona, że wcale nie 

protestowała.  Nawet  pomagała  mu.  Było  to  doprawdy  fascynujące  przeżycie.  I 
takie...  cudowne.  Jak  to  możliwe,  że  tyle  lat  przeżyła,  nie  zaznawszy  tego?  To 
proste. Nie spotkała dotąd Bryana. 

Jego ręce doskonale wiedziały, co robić. Jego usta także. Gdzie się tego nauczył? 

Był niesamowity. Fantastyczny. Drżała, gwałtownie chwytała powietrze. Tuliła się 
do niego. Pojękiwała i wzdychała. I pomagała mu we wszystkim. 

Doprowadzał ją do szaleństwa. 

background image

Wszedł, gdzie trzeba, i zabrał ją do raju. 
Nie ulegało wątpliwości, że ziemia była przeludniona. 
Zmęczeni kochankowie oddychali głęboko. Przeciągali się leniwie, pomrukiwali z 

zadowolenia. Przytulali się do siebie. 

Usnęli z uśmiechami na twarzach. 
Następnego  dnia  do  motelu  wpadł  Tim.  Znowu  nie  zdołał  przekonać  ich,  by 

sprzedali  mu  „Imbryk”.  A  przecież  był  z  nimi  szczery  i  życzliwy.  Jasno  jak  na 
dłoni wyłożył im wszystkie powody, dla których powinni być szczęśliwi, że mogą 
pozbyć się tego miejsca i wynieść się dokądkolwiek. 

Lecz oni właściwie wcale go nie słuchali. Uśmiechali się uprzejmie, obsługiwali 

jak należy, ale w ogóle nie byli zainteresowani transakcją. 

Czas  płynął.  Tim  siedział  nad  pustym  talerzykiem,  z  którego  zmiótł  ostatni 

pączek, i pustą filiżanką po kawie. Uważnie obserwował Bryana i Lily. 

Byli  zakocham.  Nie  miał  najmniejszych  wątpliwości.  Jeśli  nawet  jeszcze  nie 

sypiali ze sobą, to wkrótce zaczną. Było to widać po Lily. Po jej lśniących oczach i 
nieobecnych uśmiechach. Nawet nuciła pod nosem! 

Zastanawiał  się  tylko,  jak  to  się  stało,  że  nie  potrafił  zainteresować  jej  w  takim 

stopniu  sobą?  Był  taki  ostrożny  i  delikatny,  grzeczny  i  uczynny.  A  ona  zamiast 
majętnego  i  powszechnie  znanego  Timothy’ego  Morgana  wybrała  kucharza. 
Dlaczego?! 

Każda  kobieta  to  zagadka.  Każda  też  jest  lekkomyślna.  Lecz  mężczyźni 

potrzebują ich. Samo tylko przyglądanie się im dostarcza niezapomnianych wrażeń. 
Nawet  mężczyźnie  nasyconemu.  Jak  Bryan,  który  wodził  wzrokiem  za  Lily  i 
uśmiechał się przeciągle. 

Niech to diabli! 
Tim  rozsiadł  się  na  krześle,  wyciągnął  nogi  i  z  kwaśną  miną  przyglądał  się 

zakochanej  parze.  Beształ  się  w  myślach,  że  w  ogóle  robił  sobie  kiedykolwiek 
jakieś nadzieje. Nigdy nie miał żadnych szans, aby być z Lily. 

Z drugiej strony może to i dobrze, pomyślał. Przecież gdyby związał się był z nią, 

na  pewno  spędzałby  z  nią  mnóstwo  czasu.  Kochając  ją.  Przyglądając  się  jej. 
Spełniając jej życzenia. 

A  wtedy,  prawdopodobnie,  straciłby  pozycję  najlepszego  fachowca  w  swojej 

branży.  Od  tak  dawna  był  najlepszy,  że  nikt  już  nawet  nie  próbował  myśleć,  że 
mógłby  go  pokonać.  Jednak  gdyby  wpadł  w  sidła  Lily,  wtedy  mogłoby  się  to 
zdarzyć. Miłość niszczy mężczyznę. 

No i niech tak zostanie. Lily Davie Trevor ma swojego kucharza. 
Podniósł  się  z  krzesła,  zapłacił  za  te  wszystkie  przeklęte  pączki  i  zamyślony 

wsiadł do samochodu. Pojechał do San Antonio, do biura. 

Posiedział przy swoim biurku, pomyślał, a potem poszedł do gabinetu szefa. Jak 

zwykle  nie  było  tam  nikogo.  Sięgnął  po  stojącą  na  biurku  fotografię  córki 
pryncypała i przyglądał się jej długą chwilę. 

Jerry wyglądała na słodką i... uległą. 

background image

Ale kiedy dzwonił do niej, nie wydawała się tak potulna. Zawahał się. Wreszcie 

uznał, że była to z jej strony zwykła kokieteria. 

Sięgnął po telefon i wybrał numer Jerry. Zrobił to z czystej ciekawości. 
Odezwała się tak, jakby wyrwał ją z głębi erotycznego snu. 
- Co robisz? - spytała zmysłowym głosem. 
-  Siedzę  w  gabinecie  twojego  ojca  i  czekam  na  niego  -  odparł  natychmiast.  -  To 

twoje  urocze  zdjęcie  na  jego  biurku  kazało  mi  zadzwonić  do  ciebie.  Powinnaś 
zrobić  sobie  inną  fotografię.  W  stroju  górnika,  cała  wysmarowana  węglowym 
pyłem. 

- Dobrze - obiecała. 
- Wszyscy koledzy będą ci za to niezmiernie wdzięczni. Odzyskamy dzięki temu 

odrobinę spokoju. 

- Odrobinę... czego? 
Jeszcze raz rzucił okiem na fotografię, wziął głęboki oddech i spytał: 
- Może zjadłabyś ze mną obiad? 
- Nie dzisiaj. 
- Kiedy? 
Usłyszał szelest przewracanych kartek. 
-  Mogę  przełożyć  niektóre  spotkania  i  zobaczyć  się  z  tobą  jutro  -  usłyszał  po 

chwili. 

- O której? 
Wyznaczyła  godzinę  i  pożegnała  go  z  cichym  śmiechem,  od  którego  poczuł 

mrowienie na plecach. Tak szybko? pomyślał. 

Może  powinien  jeszcze  rozpaczać  po  stracie  Lily?  Nic  z  tych  rzeczy.  Zapewne 

podświadomie  od  dawna  wiedział,  że  Lily  nie  była  poważnie  zainteresowana 
Timem Morganem. 

W  tym  samym  czasie,  w  zajeździe,  kochankowie  przeżywali  udręki,  skazani  na 

obserwowanie się  z tylko daleka. Ich oczy lśniły jak  kryształy. Po ustach błąkały 
się  nieobecne  uśmiechy.  Pracowali,  wypełniali  wszystkie  obowiązki,  lecz  myśli 
zajęte  mieli  tylko  jednym.  Wyczekiwaniem  na  godzinę  dziesiątą,  kiedy  pogaszą 
światła w barze i pójdą do filiżanki Lily. 

Jak to zwykle bywa, kolejny ciągnący się jak guma dzień skończył się wreszcie. 

Kiedy znaleźli się w jej domku i Bryan rozebrał ją, Lily przestała oddychać i miała 
wrażenie, że zaraz zemdleje. Była zdenerwowana. Drżała. 

Bryan śmiał się wesoło. 
- Tak długo marzyłem o tym, by mieć cię w swoim łóżku - powiedział. 
- To jak to się stało, że to ty znalazłeś się w moim? 
- Tęskniłem za tobą. Porzuciłaś mnie ostatniej nocy. 
- Twoje łóżko jest za wąskie, byśmy mogli spać w nim razem - odparła zgodnie z 

prawdą. 

- Czyżbyś zamierzała pozwolić mi pozostać na noc w twoim? - droczył się. 
-  Chyba  tak.  Boję  się  tylko,  co  będzie,  gdy  ktoś  odkryje,  że  tu  jesteś.  Jeśli,  na 

background image

przykład, zdarzy się jakiś wypadek i będziesz potrzebny. Wybuchnie skandal, gdy 
wybiegniesz z mojego pokoju. 

- Pewnie! A pomyśl tylko, co by było, gdyby ktoś znalazł mnie w środku! 
To  była  noc  pełna  miłości.  Przekonali  się  przy  tym,  że  w  jej  łóżku  mogli  spać 

spleceni w uścisku. I wciąż mieli się w zasięgu rąk. Bryan był strasznie zachłanny. 
Lily  wciąż  karciła  go  i  usiłowała  bić  po  rękach,  lecz  za  każdym  razem  potrafił 
przekonać ją, by tego nie robiła. 

Rankiem wyśliznął się z łóżka i czułym gestem nakrył ją kołdrą. Zrobił to bardzo 

powoli,  dumny,  że  zdołał  powstrzymać  się  przed  wskoczeniem  z  powrotem  do 
łóżka. 

Poprawiło  mu to humor. Ubrał się i stanął zapatrzony w śpiącą Lily. Wysiłkiem 

woli zmusił się da wyjścia z jej pokoju. Poszedł do „Imbryka”. 

Dużo  później,  gdy  akurat  miał  wolną  chwilę,  wrócił  do  Lily.  Uśmiechnął  się 

widząc, że wciąż śpi jak zabita. 

Leżała bez ruchu. Na plecach. Oczy miała zamknięte, usta delikatnie rozchylone. 

Spała z szeroko rozrzuconymi ramionami. Śliczna jak marzenie. 

Pochylił  się  i  pocałował  jej  delikatne  wargi.  Była  tak  wyczerpana,  że  nawet  nie 

drgnęła. Poczuł przez chwilę wyrzuty sumienia, że to przez jego zachłanność. Lecz 
szybko zapomniał o winie. Zostały tylko duma i satysfakcja. To on nauczył ją, jak 
trzeba kochać. 

Rozejrzał  się  za  jej  ubraniem,  położył  je  na  widocznym  miejscu  i  wrócił  do 

motelu, gdzie czekała już hałaśliwa grupa wygłodniałych klientów. 

Tymczasem  w  San  Antonio  Tim  znowu  wszedł  do  pustego  gabinetu  szefa  i 

zatelefonował do Jerry. 

Dzień  wcześniej  zabrał  ją  na  obiad.  Pojechali  tam,  gdzie  naprawdę  mogła  się 

pokazać.  Do  restauracji  odwiedzanej  przez  najbogatszych  ludzi  interesu.  Było 
wspaniale. 

Jerry  odebrała  telefon.  Przez  moment  rozmawiali  o  niczym,  wesoło  i  trochę 

frywolnie. 

- Co powiesz na kolejny obiad? - spytał w końcu. - Może jutro? 
- Nie. Obiecałam zawieźć kilkoro dzieci ze szkoły do dentysty. Może pojutrze? 
- Jestem już umówiony z klientem. Chyba że zamienimy obiad na kolację? 
- Pojutrze? Tak. Może być. Już zapisuję: Tim, kolacja - powiedziała. 
-  Na  nazwisko  mam  Morgan  -  przypomniał.  -  Trafiają  się  jeszcze  inni  Timowie. 

Nie chciałbym, żebyś poszła na kolację z kimś innym, kto przypadkowo ma na imię 
tak jak ja. 

- Morgan - usłyszał w słuchawce, jakby zapisywała dalej. 
Kobiety  zawsze  robią  tak  delikatnym,  spragnionym  i  usychającym  z  tęsknoty 

mężczyznom.  Zależy  im  na  tym,  żeby  mężczyzna  myślał,  iż  musi  się  ciężko 
napracować, by je zdobyć. 

Kiedy  ojciec  Jerry  wszedł  do  swego  gabinetu,  przeszył  Tima  groźnym 

spojrzeniem. Tim przywykł już do tego. Nie robiło to na nim żadnego wrażenia. 

background image

- Mam nowy, fantastyczny pomysł - powiedział. - Na pewno się panu spodoba. 
Długą chwilę patrzyli sobie prosto w oczy. Na koniec Tim się uśmiechnął. 
Podczas kolejnego spotkania Tim  postanowił pokazać  Jerry „Imbryk”. Motel był 

tak niezwykły, że musiał urzec ją natychmiast. Zwłaszcza filiżanki. 

Opowiadał jej o czajniku i filiżankach w czasie jazdy. 
- Chciałabym wynająć jedną na tydzień... z tobą - powiedziała. 
Zmieszał się, zaskoczony. Jakie to życie jest dziwne. Marzył, by pobyć tam z Lily. 

Ale z córką szefa?! 

Oderwał  jedną  rękę  od  kierownicy  i  patrząc  srogo  na  Jerry,  położył  ją  na  sercu. 

Nienaturalnie przerażonym i słabym głosem powiedział: 

-  Ty  wstrętna  bestio!  Jestem  porządnym  chłopcem!  Nie  mógłbym  zrobić  czegoś 

podobnego przed naszym ślubem. 

Patrząc na Tima, Jerry zanosiła się śmiechem. 
Jednak podczas  dalszej  drogi Tim rzucał jej znad kierownicy surowe  spojrzenia. 

Coraz  bardziej  dochodził  do  przekonania,  że  mógłby  zaryzykować  małżeństwo  z 
taką kobietą. Chyba. Potem pomyślał, że powinien raz jeszcze przyjrzeć się  Lily. 
Porównać je obie. 

Gdy  zajechali  przed  „Imbryk”,  Jerry  aż  krzyknęła  z  zachwytu.  Wyskoczyła  z 

samochodu i z radosnym uśmiechem rozglądała się dookoła. 

-  To  jest  wspaniałe  -  powiedziała  po  jakimś  czasie.  Dobrą  chwilę  trwało,  nim 

weszli do środka i stanęli twarzą w twarz z gospodarzami. 

Gdy dokonano już prezentacji, Jerry spytała: 
- Jesteś spokrewniona z rodziną Davie z San Antonio? 
- Tak - rzuciła Lily gardłowo, jakby od urodzenia nie opuszczała Teksasu. 
- Znam dobrze twoją kuzynkę, Patty - powiedziała Jerry. 
- No to masz najprawdziwszy skarb za przyjaciółkę - odparła Lily. 
-  Tak  -  przyznała  Jerry  z  tym  samym  teksańskim  akcentem  i...  już  były 

przyjaciółkami. Po prostu. 

Kiedy  ruch  w  zajeździe  zmniejszył  się  nieco,  cała  czwórka  wdała  się  w  wesołą 

pogawędkę.  Łatwość,  z  jaką  kobiety  nawiązały  kontakt,  zmieszała  trochę  obu 
panów. Ale tak naprawdę zetknęli się już z takimi zjawiskami. 

Po obiedzie zadzwonili po Petera, syna Teresy. Kiedy zajął się barem, ruszyli na 

spacer. Przeszli przez trawnik, i zaczęli wspinać się na wzgórze. 

Dzień  był  piękny.  Ponieważ  do  San  Antonio  było  daleko,  obecność  ludzi 

najbardziej  dziwiła  zwierzęta.  Dość  długo  szedł  za  nimi  pies.  Nie  zbliżał  się,  ale 
obserwował ich uważnie. 

Tim zagwizdał. Pies stanął w miejscu, lecz kilka razy kiwnął ogonem na znak, że 

przyjął  do  wiadomości  ich  przyjazne  zamiary.  Uznał,  że  ci  ludzie  nie  stanowią 
zagrożenia, i zniknął. 

Szli  dalej.  Prowadził  Bryan,  który  najlepiej  znał  tu  wszystkie  ścieżki.  Kiedy 

doprowadził  ich  do  źródełka,  napili  się  wszyscy.  Obserwowali  ptaki  i  słuchali 
szelestu traw. 

background image

Było to urzekające popołudnie. Zwłaszcza dla Jerry. 
-  Nigdy  nie  wyjeżdżałam  z  miasta  -  powiedziała.  -  Macie  wielkie  szczęście,  że 

możecie tu żyć. 

I wtedy Tim powiedział: 
- Ta ziemia została wykupiona. Cała zostanie zabudowana. 
- Ach tak! - rzucił Bryan. - To dlatego tak ci zależało na „Imbryku”. 
Tim westchnął ciężko. 
-  Staną  tu  bardzo  eleganckie  domy  -  obwieścił  z  powagą.  -  Motel  będzie  musiał 

zniknąć. 

- Nie! - powiedzieli równocześnie Lily i Bryan. 
- Nie! - ku zaskoczeniu wszystkich dodała Jerry. 
- Co będzie, to będzie - stwierdził Tim. - Plany budowniczych są imponujące. 
- Nie! - Tym razem trzy głosy zabrzmiały chórem. 
-  Początkowo  sądziłem,  że  komuś  zależy  na  motelu  -  powiedział  Bryan.  -  Lecz 

kiedy wspomniałeś o tym wzgórzu, zrozumiałem, że tak nie jest. 

-  Wymknęło  mi  się  -  przyznał  Tim.  -  Po  raz  pierwszy  w  życiu.  Widocznie 

podświadomie chciałem was ostrzec. 

Wracali do zajazdu w milczeniu. Ku zdziwieniu Lily Tim i Jerry weszli do środka. 

Sądziła, że będą czuli się skrępowani czy zażenowani. A jednak nie. Usiedli przy 
stoliku i poprosili o mrożoną herbatę. 

Jerry  nie  odzywała  się.  Kręciła  tylko  głową  i  patrzyła.  Przysłuchiwała  się 

rozmowom gości i puszczała mimo uszu uwagi Tima, że powinni już jechać. 

Przesiedzieli  tak  ponad  godzinę.  Kiedy  odjeżdżali,  Jerry  uściskała  Lily. 

Uśmiechnęła się do niej serdecznie i spytała: 

- Czy będę mogła jeszcze kiedyś was odwiedzić? 
- Zawsze, dopóki tu będziemy - odparła Lily z powagą. 
- Dziękuję - powiedziała Jerry równie poważnie. Lily długo zastanawiała się nad 

tym, co ujawnił Tim. W końcu powiedziała do Bryana: 

- Tim powiedział, że to ma być elegancka, luksusowa dzielnica. Nasz motel będzie 

tu pasował jak wół do karety. 

- Nikt nie zdoła nas stąd wyrzucić! - powiedział Bryan twardo. 
Spojrzała,  na  ukochanego.  Jakie  to  wszystko  dziwne,  pomyślała,  że  zakochałam 

się  właśnie  w  tym  mężczyźnie.  Prapradziadek  musiał  dobrze  wiedzieć,  że  Bryan 
jest  właśnie  taki.  Inaczej  nigdy  nie  zapisałby  mi  „Imbryka”  i  nie  spotkałabym 
Bryana. 

Uśmiechnęła się do niego czule i powiedziała: 
- Co będzie, to będzie. Ale ty jesteś mój na zawsze. 
Chwycił ją w objęcia, a w oczach miał łzy. Tulili się do siebie, nie słysząc owacji, 

jaką zgotowała im klientela. 

Dzień,  może  dwa  dni  później  Jerry  weszła  do  biura  ojca  z  pudełkiem  pączków 

Bryana. Żeby ojciec nie przejadł się zbytnio, idąc do gabinetu, rozdała część ciastek 
pracownikom. Wreszcie usiadła przed ojcem po drugiej stronie biurka. 

background image

-  Musisz  zachować  zajazd  „Imbryk”  -  oznajmiła.  -  Nie  niszcz  go.  Zostaw 

wszystko tak, jak jest. 

Z poważną miną ojciec wbił zęby w pączek. 
- Nie chcą ustąpić ani o krok - powiedział. 
- To pączek od nich. 
Zaskoczony, pokręcił głową. 
-  Nie  mogą  się  dowiedzieć,  że  zjadłem  choćby  jeden  -  powiedział  z  prośbą  w 

głosie. 

- Sama im powiem. 
Popatrzył na ciastko, jakby było robaczywe. 
- Charakterek to masz po mamusi - stwierdził. 
- Wiem - odparła z zadowoleniem. Zrobiło się cicho. Bardzo cicho. Słychać było 

tylko, jak ojciec delektował się pączkiem. 

- Jeszcze jeden?! - spytała zdumiona, gdy sięgnął po pudełko. 
-  Podoba  mi  się  „Imbryk”  -  dodała  po  chwili.  -  Zbuduj  na  wzgórzu  kilka 

eleganckich pałacyków myśliwskich. 

Ojciec poczerwieniał na twarzy i zerwał się na równe nogi. 
Jerry  przestraszyła  się?  Skądże  znowu.  Spokojnie  posadziła  go  w  fotelu  i 

powiedziała: 

-  Takie  myśliwskie  pałacyki  sprzedasz  jak  świeże  bułeczki...  albo  jak  pączki 

Bryana. 

Dużo jeszcze wody miało upłynąć w rzekach, nim idea Jerry mogła się ziścić. 
Tymczasem mieszkańcy „Imbryka” mogli być spokojni. Ich ukochanemu miejscu 

nic nie zagrażało. Jerry opowiedziała im wszystko. Pałacyki i zajazd pasowały do 
siebie idealnie. Prawie tak jak Jerry i Tim. Zupełnie jak Bryan i Lily.