background image

Eva Rutland

Ponad granicami

 

background image

Rozdział 1

Rae Pascal, gnana przerażeniem, biegła przez szpitalny korytarz. Boże, spraw, 

żeby   to   nie   było   nic   groźnego!   Na   myśl   o   Kevinie   ściskało   ją   w   gardle.   Ten 
zrównoważony,   spokojny   chłopiec   z   Anglii   mieszkał   z   nimi   zaledwie   od   dwu 
tygodni, a już zdołał podbić jej serce.

Co teraz będzie? Telefonowała do szpitala, ale odpowiedź brzmiała lakonicznie. 

Uległ   wypadkowi.   Jechał   rowerem   i   został   potrącony   przez   samochód.   Lekkie 
zaburzenia   świadomości.   Nie   określono   jeszcze   rozmiarów   obrażeń.   Leży   w 
szpitalu   od   trzech   godzin,   wciąż   pod   obserwacją.   Biedny   Kevin!   Ranny, 
wystraszony, sam wśród obcych! A jej przy nim nie ma! Zaburzenia świadomości! 
Przeszył   ją   zimny   dreszcz.   Boże,   spraw,   by   nie   stało   się   nic   złego   –   błagała, 
dławiona poczuciem winy. Że też właśnie dzisiaj musiała wyjechać! Przyspieszyła, 
ścigana wspomnieniem ostrzeżeń matki: „Uczeń? Z zagranicy? Chyba oszalałaś! 
Ile ma lat? Szesnaście?! Doprawdy, Rae, mało ci kłopotów z własną dwójką?”

To   moja   wina   –   myślała.   –   Nie   spodziewałam   się   czegoś   takiego.   Biedny 

Kevin!   Powinnam   być   przy   nim!   Zdruzgotana   poczuciem   winy,   owładnięta 
przerażeniem, minęła biegiem wysokiego mężczyznę, który stał w pobliżu recepcji.

–   Kevin   McKenzie...   –   zwróciła   się   do   recepcjonisty   ochrypłym   głosem.   – 

Czy... Gdzie... W jakim jest stanie?

–   McKenzie...   –   Recepcjonista   wpisał   nazwisko   w   komputer.   –   Jest   na 

radiologii, proszę pani.

– Ale czy... – Rae z trudem wydobywała słowa. Zasychało jej w gardle – ... to 

nic poważnego? Chciałabym spytać...

– Proszę zwrócić się do doktora Langstona. Zaraz tu będzie.
–   Tak,   rozumiem.   –   Jasne,   że   recepcjonista   nie   może   nic   powiedzieć.   Nie 

oznacza to przecież najgorszego. O Boże, niech tylko Kevin z tego wyjdzie!

– Przyjechałam najszybciej, jak mogłam. Wyjeżdżałam z miasta i dopiero po 

powrocie zastałam tę wiadomość. – Po co ja to mówię? – myślała, sięgając drżącą 
ręką   do   eleganckiej   skórzanej   torebki,   przewieszonej   przez   ramię.   –   Mam   tu 
niezbędne dokumenty. Kartę zdrowia i polisę ubezpieczeniową.

–   Wszystko   w   porządku,   proszę   pani.   –   Recepcjonista   spojrzał   na   nią 

współczująco. – Te sprawy są już załatwione.

– Jak to? – nie pojmowała.  W jaki sposób? Matka chłopca jest przecież w 

Anglii. Zapewne... – Czy powiadomiono matkę?  – wyszeptała przez zaschnięte 

background image

wargi.

– Nie, to nie było konieczne – rozległ się za nią głęboki męski głos. Obróciła 

się gwałtownie.

– Pan jest lekarzem? Czy Kevin...
–  Nie, ale  rozmawiałem   już z  doktorem Langstonem.   Twierdzi,  że to  lekki 

wstrząs mózgu. Robią jeszcze badania. Chcą uzyskać pełny obraz sytuacji.

– Rozumiem... – ale napięcie nie opadało. Wciąż nie przestawała drżeć.
– Musimy po prostu czekać. Czemu pani nie siądzie? – Mężczyzna troskliwie 

wziął ją pod ramię i poprowadził w stronę krzesła. Uświadomiła sobie niejasno, że 
jest wysoki, ma na sobie sportową koszulę oraz sportowe spodnie i mówi z jakimś 
śpiewnym, obcym akcentem. Szkot? Skąd się tu wziął?

Usiadła, by po chwili znów się zerwać. Przyszło jej na myśl, że to ten człowiek 

potrącił chłopca.

– Czy pan... czy pan widział wypadek?
– Nie, przyjechałem tu przed godziną. Jestem ojcem Kevina.
– Proszę? – Czyżby źle zrozumiała?
– Nazywam się Nick McKenzie. Kevin jest moim synem.
– Myślałam... – urwała. Myślała, że ojciec Kevina nie żyje. Ale przecież nie 

wypadało mu tego mówić. W stertach dokumentów dotyczących przyjazdu Kevina 
nie było ani jednej wzmianki o jego ojcu. Sam Kevin również nie wspomniał o nim 
ani razu. Mówił jedynie o swojej matce i ojczymie, lordzie i lady Fraserach, z 
którymi mieszkał w Londynie. A także o dziadkach w Szkocji. Ach tak... stąd ten 
akcent. Jakże odmienny od starannej angielszczyzny Kevina.

Ojciec? Przecież ten człowiek do tej pory w ogóle nie istniał! Może powinna 

zażądać   jakiegoś   dowodu   tożsamości?...   Ogarniała   ją   na   zmianę   to   histeryczna 
potrzeba śmiechu, to znów płaczu. Jak zdołał dotrzeć tu przed nią? Z Anglii? Ze 
Szkocji? I to właśnie teraz, gdy Kevin miał wypadek.

– Lekki wstrząs? – spytała z obawą. – Czy widział pan Kevina? Czy nie ma 

obaw, że...

– Nie bądźmy pesymistami, proszę pani. Jeśli się nie mylę, mam przyjemność z 

panią Pascal, prawda?

Przytaknęła,   zastanawiając   się,   skąd   ten   człowiek   o   niej   słyszał.   A   skoro 

słyszał, to czemu wygląda na tak zaskoczonego? Zresztą nieważne – uznała. Nic 
nie jest ważne prócz tego chłopca. Nie spędził jeszcze miesiąca pod jej opieką, a 
już... Znów sparaliżował ją lęk I poczucie winy.

– Jest w szoku. Uderzenie było silne. Na domiar złego ten głuptas jechał bez 

background image

kasku. Ale nic mu nie będzie – stwierdził McKenzie z głębokim przekonaniem.

Kogo chce uspokoić? Mnie czy siebie? – zastanawiała się Rae.
– Jak do tego doszło? – spytała.
– Wyjdźmy stąd. Opowiem pani tyle, ile sam wiem.
Rae nie uświadamiała sobie niemal obecności innych ludzi w sali recepcyjnej – 

jakiś   mężczyzna   chrapliwie   kaszlał,   kobieta   spokojnie   dziergała   na   drutach, 
zawodziło   dziecko.   Pozwoliła   wyprowadzić   się   na   stosunkowo   spokojny,   długi 
korytarz. Spacerowali tam i z powrotem, a on opowiadał jej o tym, czego sam 
zdołał się dowiedzieć. Z raportu policji wynikało, że chłopiec chciał ominąć psa i 
skręcił z pasa dla rowerzystów prosto pod nadjeżdżającą ciężarówkę.

– Chwała Bogu, jechała wolno, ale to był wóz o dużym tonażu... – Rozłożył 

ręce. – No cóż, Kevin wyleciał w górę, spadł, złamał rękę i...

– O Boże!
– Proszę się uspokoić. Rękę łatwo nastawić.
– Tak, wiem. – Zarówno on, jak i ona zdawali sobie sprawę, że nie złamanie 

ręki budzi największe obawy. Najgroźniejszy był wstrząs mózgu. – Mam nadzieję, 
że to nie jest... – próbowała się opanować, lecz wciąż dygotała. – Skoro uznali, że 
należy pana zawiadomić...

–   Nic   podobnego!   –   zaprzeczył   energicznie.   –   Po   prostu   bez   upoważnienia 

opiekuna nie mogli podjąć żadnych działań. A ponieważ nie znaleźli pani ani matki 
Kevina... – wzruszył ramionami – moja była żona, Jan, i lord Fraser podróżują po 
Australii... więc zadzwonili do moich rodziców, do Szkocji. Ci z kolei zawiadomili 
mnie. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności byłem na miejscu.

Patrzyła   na   niego   usiłując   zrozumieć.   A   więc   ten   człowiek...   nie   wiedziała 

nawet o jego istnieniu...

– Pan był tut aj?
– Tak, niedaleko, w Pebble Beach.
Znów na niego spojrzała. A więc w Stanach. Spędzał wakacje w Pebble Beach i 

nawet   nie   próbował   porozumieć   się   z   synem?   Najwyraźniej   miała   przed   sobą 
jednego   z   tych   niedzielnych   ojców,   którym  nie   zależało   na   żadnym  kontakcie, 
którzy   nie   telefonowali   i   nie   pisali,   nie   mówiąc   już   nawet   o   wzajemnych 
odwiedzinach.

Uśmiechnął się, wyraźnie nieświadomy pogardy, jaką w niej wzbudził.
– Bogu dzięki, zdołałem wynająć samolot i przylecieć na miejsce. W gruncie 

rzeczy   miałem   zamiar   odwiedzić   Kevina   w   przyszłym   tygodniu.   Myślałem,   że 
sprawię mu niespodziankę.

background image

I  mnie   też  –  pomyślała   Rae.   A  więc  planował  wizytę.   Ładna  historia!  I  to 

skrycie, bez zapowiedzi. Zapewne chciał ją sprawdzić. Właściwie jakim prawem?! 
Czuła, że ogarnia ją wściekłość. Pewnie niewiele łączyło go z synem, skoro przez 
dwa tygodnie Kevin nawet nie wspomniał, że ma ojca. Na myśl o rannym chłopcu 
jej wściekłość pobudzona odruchem samoobrony zupełnie ostygła. Powinna być na 
miejscu wówczas, gdy najbardziej jej potrzebował.

– To straszne, że mnie nie było! To naprawdę straszne! – jęknęła na wpół do 

siebie. Ale cóż, narada w odległym o dwie godziny Modesto  zakończyła się o 
piątej.   Wyjechała   natychmiast,   mimo   że   Jack   Weston   zapraszał   ją   na   kolację. 
Zanim jednak odebrała Joeya i zrobiła zakupy... Dopiero po dziewiątej usłyszała 
wiadomość nagraną przez automat zgłoszeniowy.

– Byłam pewna, że chłopcy są zupełnie bezpieczni – rozważała na głos. Czuła 

potrzebę wytłumaczenia się przed kimś, choćby nawet przed tym mężczyzną, który 
nie zasługiwał na żadne wyjaśnienia. – Mój dziesięcioletni Joey został u opiekunki, 
a Greg miał wieczorem zajęcia sportowe. Sądziłam, że Kevin pójdzie razem z nim. 
Widzi pan, te zajęcia nigdy nie kończą się przed dziewiątą i chłopcy zazwyczaj...

–   wiedziała,   że   plecie,   ale   nie   była   w   stanie   zatamować   potoku   słów   –   ... 

zazwyczaj po zajęciach idą na hamburgery. Myślałam, że Kevin... Tak, to moja 
wina! Nie przyszło mi na myśl, że wsiądzie na rower w godzinach szczytu.

–   Spokojnie,   spokojnie...   –   Ujął   jej   ręce   w   swoje   dłonie.   –   Proszę   się   nie 

obwiniać. Mój dziadek mawiał: Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.

Jego śpiewny głos nieco ją uspokoił. Podniosła ku niemu głowę.
– Może to i słuszne, ale w tym wypadku...
– W tym wypadku na pewno słuszne – potwierdził.
– Pani wyjeżdżała służbowo, a Kevin załatwiał swoje sprawy.
Zaczęła protestować, ale on podniósł rękę, by ją uciszyć.
– Kevin nie jest dzieckiem. Ma szesnaście lat. To niemal mężczyzna. Mogę się 

założyć, że gdyby nawet była pani w domu, nie na konferencji, również pojechałby 
rowerem. Pewnie wybrał się do biblioteki lub do kliniki weterynaryjnej. A przecież 
–   jego   usta   lekko   się   wygięły   –   ten   głuptas   zawsze   zlekceważy   własne 
bezpieczeństwo dla każdego zwierzaka, który wejdzie mu w drogę.

Próbował   ją   pocieszać.   Rae   ogarnęło   dziwne   wzruszenie.   Po   raz   pierwszy 

przyjrzała mu się uważniej. Mógł mieć trzydzieści pięć, może czterdzieści lat – 
pomyślała. Surowe rysy twarzy, jakże różne od konwencjonalnych wyobrażeń o 
męskiej   urodzie.   Głęboka   opalenizna,   niezwykle   bujne   czarne   włosy   i   tak 
intensywny błękit oczu, jakiego dotąd nigdy nie spotkała. Były to oczy ciepłe, oczy 

background image

rozumiejące drugiego człowieka.

– Dziękuję – powiedziała, zniewolona ich ciepłem.
–   Mam   chyba   kompleks   winy.   Moja   matka   uważa,   że   nie   powinnam   była 

przyjmować żadnych dodatkowych zobowiązań. Widzi pan, jestem sama. Mój mąż 
umarł wkrótce po przyjściu na świat Joeya.

– Współczuję pani, to musiało być bardzo bolesne.
– Tak – odparła, rumieniąc się pod narastającym ciężarem winy. Nigdy dotąd 

nikomu, nawet własnej matce, nie wspomniała o rozmowie, którą odbyli z Tomem 
w dzień przed jego tragicznym atakiem serca. Ale Nick McKenzie miał rację. To 
było bolesne. Wróciła do domu rodziców. Dziadek zastąpił chłopcom ojca, a gdy 
trzy   lata   temu   i   on   zmarł,   odczuli   tę   stratę   w   dwójnasób.   –   W   zeszłym   roku 
zwrócono się do mnie z pytaniem, czy nie chciałabym przyjąć do siebie ucznia, 
który   przyjeżdża   w   ramach   wymiany   zagranicznej.   Czemu   nie?   –   pomyślałam. 
Mamy tyle miejsca!

– Rok temu jej matka wyszła powtórnie za mąż i przeniosła się do Oregonu. 

Rae dzieliła z nią radość, ale po jej wyjeździe czuła się bardziej osamotniona, 
mocniej   przygniatała   ją   odpowiedzialność.   –   Pomyślałam,   że   jeszcze   jeden 
mężczyzna   w   domu...   –   przerwała.   –   Nie,   prawdę   mówiąc   powód   był   bardzo 
egoistyczny. Mój Greg, o rok młodszy od Kevina, jest dobrym chłopcem, ale w 
tym roku pochłania go wyłącznie koszykówka, a właściwie futbol. W każdym razie 
na pewno nie książki. Przyszło mi więc na myśl, że chłopiec o takich wynikach w 
nauce jak Kevin, a przy tym jego rówieśnik, mógłby mieć na Grega dobry wpływ.

Uśmiechnął się, z powątpiewaniem kręcąc głową.
– To próba łączenia ognia i wody.
– O nie, Greg i Kevin doskonale się rozumieją – zaprotestowała, by zawahać się 

po   chwili.   Greg   szalał   na   boisku,   podczas   gdy   Kevin   zmierzał   do   biblioteki 
uniwersyteckiej. – Może jednak nie był to dobry pomysł... – powiedziała cichym 
głosem. – I na pewno kierował mną egoizm.

– Dzięki niemu Kevin uczęszcza do znakomitej prywatnej szkoły średniej w 

Stanach. Na dodatek w jej sąsiedztwie leży Dansby School, uczelnia weterynaryjna 
o światowej sławie. Kevin zamierza studiować weterynarię, jak zapewne już pani 
wie. I jestem przekonany, że bez względu na pani motywy jest pani wdzięczny.

– Mam nadzieję, że w dalszym ciągu – powiedziała ponuro. – Czemu to tak 

długo trwa? Czy myśli pan...

–   Nastawienie   złamanej   ręki   wymaga   czasu   –   odparł,   zupełnie   ignorując 

możliwość poważnego urazu głowy. – Proszę się nie martwić. Przypuszczam, że 

background image

Kevin   zniesie   to   lepiej   od   pani.   Może   mógłbym   czymś   służyć?   Czy   przynieść 
kawę?

– Nie, dziękuję – odrzekła, ale była mu wdzięczna za propozycję. Podniosła 

wzrok i po raz pierwszy dostrzegła, jak był ubrany. Kosztownie, lecz z pewną 
swobodą – sportowe pantofle od Gucciego, znakomicie skrojone spodnie, koszulka 
polo. Wszystko równie eleganckie i odpowiednie na wakacje w Carmel, jak moja 
ciemnozielona suknia z gabardyny na służbowe spotkanie – stwierdziła. Sprawiał 
wrażenie zupełnie spokojnego. Tak spokojnego jakby wciąż leżał na plaży, a nie 
stał tutaj i wyczekiwał odpowiedzi na pytanie, czy jego syn odzyskał przytomność 
– myślała z lekką irytacją. Potrząsnęła głową. Jestem niesprawiedliwa. Przecież 
natychmiast przyjechał.

– Dziwny początek znajomości – zauważył z uśmiechem, który złagodził jego 

rysy, sprawiając, że wydawał się teraz przystojny. – Mam jednak nadzieję, że odtąd 
będziemy się często widywać.

– Możliwe  – odparła niepewnie. Odruch radości, którym zareagowała na tę 

możliwość,  wprawił  ją  w  lekkie   rozdrażnienie.  Dobrze  znała   tych  niedzielnych 
ojców. A poza tym w jej życiu nie było miejsca dla mężczyzny. Jak w ogóle mogła 
o tym myśleć teraz, gdy Kevin...

– Pan McKenzie?
Serce w niej zamarło na widok nadchodzącej pielęgniarki. Mężczyzna obok 

zesztywniał, jego twarz wyrażała czyste przerażenie. A więc zapewnienia, że to nic 
groźnego,   miały   tylko   uśmierzyć   jej   lęki?   Gdy   pielęgniarka   prowadziła   ich   do 
gabinetu   lekarskiego,   McKenzie   był   równie   wystraszony,   jak   i   ona.   Obrzucił 
Kevina niespokojnym spojrzeniem. Rae czuła, że wznosi się w nim fala ulgi, ta, 
której właśnie doświadczała. Lewa ręka chłopca znajdowała się w gipsie, on sam 
zaś był nieco blady, ale ponad wszelką wątpliwość przytomny.

– No, mój synu, jak się czujesz?! – Głos McKenzie’ego drżał.
– Tata! Ty tutaj? – Wyraźne zdumienie  chłopca kryło w sobie ton szczerej 

radości.

– Oczywiście, że tutaj. Śmiertelnie wystraszyłeś babcię. – McKenzie odsunął 

lok, który opadł Kevinowi na czoło. Rae zauważyła, że zrobił to tak delikatnie, 
jakby bał się dotknąć własnego syna.

Kevin sprawiał wrażenie lekko speszonego.
– Przecież nie chciałem... To przez tego psa. Wbiegł mi pod koła i... Chyba go 

uderzyłem? Co?

– Jaja nie wiem... – McKenzie spojrzał na lekarza.

background image

– W raporcie policji jest wzmianka o psie – potwierdził doktor Langston – ale 

odnotowano   tylko,   że   chciałeś   go   ominąć   i   wówczas   doszło   do   wypadku.   Na 
szczęście nie było to zderzenie czołowe, uderzyłeś bokiem.

–   Naprawdę   miałeś   szczęście.   –   Twarz   McKenzie’ego   zachmurzyła   się   z 

gniewu. – Jak mogłeś zjechać z pasa dla rowerzystów! Nieźle cię poturbowało, co?

W oczach Kevina na ułamek  sekundy zapalił się błysk szczęścia.  Ukrył go 

jednak tak szybko, że Rae zastanawiała się, czy nie uległa złudzeniu. Usłyszała, jak 
chłopiec tępo mamroce: „Co za niezdara ze mnie... „

– Nie. Ale tego mogłem po tobie oczekiwać – powiedział McKenzie marszcząc 

brwi i obrócił się do lekarza, wypytując z niepokojem o syna. Nie zwrócił uwagi na 
twarz chłopca. Wyrażała ona ból, który Kevin musiał odczuwać, a równocześnie 
malował się na niej dziecięcy przestrach. Rae zapragnęła wziąć go w ramiona i 
przytulić, jakby to był Joey.

– Szybko o wszystkim zapomnisz – pocieszała, lekko głaszcząc go po ramieniu. 

– Wiem, że to było straszne, ale niedługo zabierzemy cię do domu. Czy nie jesteś 
głodny? – Potrząsnął głową, ale wciąż wyglądał jak mały, cierpiący chłopiec. Rae 
chciała powiedzieć: – Słuchaj, twojemu ojcu chodziło o to, że nigdy nie potrąciłbyś 
psa, a nie o to, że jesteś niezdarą. – Czuła, że między McKenzie’em i jego synem 
stoi coś, czego ona nie potrafi pojąć, że dzieli ich jakiś dystans, choć byli tak do 
siebie   podobni.   Te   same   ciemnobłękitne   oczy,   te   same   czarne   włosy,   te   same 
nieregularne rysy... Jak mogła, widząc Nicka, nie dostrzec tego podobieństwa?

Tymczasem McKenzie skierował całą uwagę na lekarza, którego bombardował 

pytaniami. Gdy się już upewnił, że wstrząs nie był silny, że wszystkie badania 
wypadły korzystnie i że wykluczono krwotok wewnętrzny, skoncentrował się na 
złamanej ręce. Jaki charakter ma złamanie, jak długo kość będzie się zrastać, jakie 
środki ostrożności...

– Chwileczkę – lekarz uniósł rękę i uśmiechnął się. – Tak, wiedziałem, że Nick 

McKenzie   zwróci   na   to   szczególną   uwagę.   –   Wymówił   nazwisko   z   takim 
podziwem i sympatią,  że Rae ogarnęło zdumienie.  Kim był McKenzie? Dalsze 
słowa   lekarza   jeszcze   bardziej   ją   zadziwiły.   –   Nigdy   nie   przypuszczałem,   że 
poznam pana osobiście. Oglądałem to wspaniałe widowisko w ubiegłą sobotę w 
telewizji. Niezapomniane! Naprawdę niezapomniane!

– Dziękuję – McKenzie z roztargnieniem potrząsnął jego dłonią. – Ale co do 

złamanej ręki...

– Mamy szczęście – powiedział lekarz. – To bardzo proste złamanie, żadnych 

przemieszczeń.  – Zaordynował leki i udzielił wskazówek  dotyczących dalszego 

background image

postępowania. Rae uważnie słuchała. Mimo wszystko Kevin wciąż znajdował się 
pod jej opieką.

Gdy wyszli z gabinetu lekarskiego, McKenzie spojrzał na zegarek.
– Musimy zadzwonić do dziadków – zwrócił się do Kevina. – Sam im powiesz, 

że jesteś zdrów i cały.

– Zadzwońcie ode mnie z domu – zaproponowała Rae. Zbliżała się północ; 

pragnęła, by Kevin znalazł się jak najszybciej w łóżku. Sprawiał wrażenie bardzo 
wyczerpanego. – Chyba że... – spojrzała na McKenzie’ego. Może nie zamierzał do 
niej wstępować ani zatrzymywać się dłużej w mieście?

– Dobry pomysł – szybko podchwycił jej propozycję. – Zabieram Kevina i jadę 

za panią.

Dansby to małe miasteczko uniwersyteckie. Droga ze szpitala do domu trwała 

krótko. Natomiast myśli Rae na przemian mknęły wprzód i zbaczały, pokonując 
dużo większą przestrzeń.

Chłopcy... Helen na pewno zapędziła już do łóżka swoją trójkę i Joeya. Jutro 

jest sobota, więc zostawi go tam do rana. Greg powinien być w domu. Dzięki Bogu 
przychodzi na czas. Pomoże Kevinowi rozebrać się i położyć. Może zresztą zrobi 
to ojciec? Czy też zostawi chłopca i odjedzie? Dziwne, że nic o nim nie wiedziała. 
Dziwne także, że lekarz zwracał się do niego, jak do kogoś ważnego i znanego. I 
to, że McKenzie przyjmował jego podziw, jako rzecz normalną, coś, do czego jest 
przyzwyczajony. Z jakiegoś powodu musi być sławny. I zbyt zajęty tą sławą, by 
przejmować  się  synem.  Ale przecież  to nie o niego jej chodzi, lecz o Kevina. 
Lekarz radził, by dać mu przed snem coś ciepłego. Może zupę. Biedny dzieciak. 
Miał ciężki dzień.

Dla   niej  ten   dzień   też   był  trudny.  Męcząca   jazda   tam  i  z   powrotem.   Dwaj 

pracownicy   banku   w   Sacramento   mogli   wprawdzie   zabrać   ją   do   Modesto,   ale 
zostawali tam na noc, ona zaś musiała wracać do chłopców. Konferencja też ją 
zmęczyła. Filia miała kłopoty, poważne kłopoty. Miło byłoby dla odprężenia pójść 
wieczorem na kolację z Westonem. Prosił ją o to. O nie! Na szczęście jest zbyt 
zajęta, by zadawać się z takimi jak on.

Boże, padam ze zmęczenia – myślała. Dom przewrócony do góry nogami i jak 

zawsze zaczną się kłótnie o sobotni plan zajęć. Greg ma swój futbol o dwunastej, a 
więc nie zdąży wrócić na pierwszą, na urodzinowe przyjęcie Joeya. Na szczęście 
ustaliła   wcześniej   organizację   całej   imprezy   z   klubem   Gęgacza.   Mają   tam 
miniaturowe   pole   golfowe.   Cierpła   jednak   na   samo   wyobrażenie   piętnaściorga 
rozhukanych   dziesięciolatków,   tratujących   bezlitośnie   te   wypieszczone,   niczym 

background image

wyjęte z dziecinnych bajek, trawniki przeznaczone do gry w golfa. Kevin obiecał, 
że   jej   pomoże,   ale   teraz,   gdy   złamał   rękę...   No   cóż,   jakoś   z   tego   wybrnę   – 
próbowała się nie poddawać. Tak czy inaczej ma sobotę z głowy.

Jeśli będzie miała szczęście, to w niedzielę znajdzie czas, by przejrzeć dane 

dotyczące fuzji oddziałów przed poniedziałkową naradą. Nie, nie ma co liczyć na 
szczęście. Musi się przygotować, by nie wykazać się ignorancją, której oczekuje po 
niej jej nowy dyrektor, Harrison Bowers. Dobrze się stało, że zdążyła awansować, 
zanim jeszcze otrzymał nominację na obecne stanowisko.

Coś podobnego! Jesteśmy  już w domu! Wysiadła. Ruszyła pierwsza. Z tyłu 

szedł Kevin z ojcem, który zaparkował tuż za jej samochodem. Przeprowadziła ich 
drzwiami   prowadzącymi   z   garażu   do   pokoju   bawialnego,   gorączkowo 
zastanawiając się, czy aby Greg nie rzucił na sam środek brudnych tenisówek lub 
wyszarganej po meczu koszulki gimnastycznej.

– Cześć, mama! – Wybiegł do nich Greg, zapalając światła. – Kev, jak się... 

Nick McKenzie?!

background image

Rozdział 2

Nie bardzo wypada, myślała Rae wyjmując puszkę zupy, wypytywać ledwie 

poznanego mężczyznę, kim on właściwie jest. Z trudem jednak powstrzymywała 
ciekawość.   Najpierw   ten   lekarz,   a   teraz   Greg...   Wprawdzie   Greg,   przejęty 
Kevinem, zdołał jakiś czas wyczekać, ale już po chwili orzekł:

– Masz  pecha, stary! – i natychmiast  przeniósł całą swoją uwagę na Nicka 

McKenzie.

– Czemu nigdy nie powiedziałeś, że to twój ojciec?!
– pytał Kevina, wskazując mężczyznę przy telefonie.
– Myślałem, że wiesz. – Kevin kręcił się z zakłopotaniem, jakby zawstydzony 

tym pokrewieństwem.

– Chodź no tu i powiedz babci, że nic ci nie jest – przywoływał go do telefonu 

McKenzie. Po chwili Kevin wdał się w ożywioną konwersację z dziadkami ze 
Szkocji. Rae odniosła jednak wrażenie, że rozmowa w większym stopniu dotyczy 
niektórych zwierząt z farmy niż złamanej ręki.

McKenzie został dopóty, dopóki jego syn nie znalazł się w łóżku, Rae nie miała 

więc okazji, by swobodnie pomówić z Gregiem.

– Greg – zapytała, gdy tylko zamknęły się drzwi za ojcem Kevina – kto to jest?
– Mamo, to Nick McKenzie!
– Dziękuję. Wiem, jak się nazywa.
– Chyba żartujesz! Nie mogę uwierzyć, że nie wiesz, kim jest Nick McKenzie!
– A ja nie mogę uwierzyć, że znów zostawiłeś tenisówki na środku pokoju! – 

Cisnęła nimi w jego stronę.

– Oj, mamo! – jęknął, łapiąc je z trudem.
– Ile razy powtarzałam! Zostawiasz ślady jak ślimak. Proszę i proszę, gdybyś 

tylko... Szkoda słów – westchnęła z rezygnacją. – Powiedz mi, czemu wszyscy 
wybałuszają oczy na tego człowieka. Czy to gwiazda filmowa? – Nie była w kinie 
od lat. Z trudem udawało jej się obejrzeć dziennik telewizyjny.

– Coraz cieplej, mamo. – Uśmiechał się Greg. – To rzeczywiście gwiazda. Czy 

nigdy nie słyszałaś o kijach McKenzie’ego?

– O kijach? – Nic z tego nie rozumiała.
–   Kijach   golfowych.   Kije   sygnowane   przez   McKenzie’ego   są 

bezkonkurencyjne.

– Rozumiem, to jakiś mistrz gry w golfa, tak?

background image

– To mistrz mistrzów. Wygrał kolejno trzy mistrzowskie turnieje organizowane 

przez Związek Golfowy, zdobył dwie zielone kurtki na turniejach Masters, a teraz 
bierze udział w turnieju Binga Crosby’ego w Pebble Beach.

– To imponujące! – Zaimponowała jej wszakże nie tyle oczywista sława Nicka 

McKenzie’ego, ile elokwencja, jaką przejawił nagle jej rodzony syn. Zazwyczaj 
posługiwał   się   pomrukami   i   monosylabami.   Teraz   jednak   niczym   zawodowy 
komentator   sportowy   terkotał   na   temat   golfa,   Związku   Golfowego   i   jakichś 
zielonych kurtek.

– Jestem pewny, że się wycofał. – Kiwał głową Greg. – To fatalne, bo cały czas 

był na topie.

– Na topie? Co to znaczy?
–   Prowadził,   mamo,   prowadził!   Zostawić   Pebble   Beach,   to   wyrzucić   sto 

pięćdziesiąt tysięcy. A gdyby nawet nie był pierwszy, zdobyłby na pewno drugie 
lub trzecie miejsce, co daje jakieś siedemdziesiąt pięć, osiemdziesiąt tysięcy. W 
każdym razie wielka forsa!

Turniej golfowy. A więc nie wakacje. I tyle pieniędzy...
– Tylko za grę w golfa? – spytała.
– Można dostać za to i dwieście tysięcy. A Nick McKenzie... o rany... – Greg 

podrapał się w ucho tenisówką. – I właśnie teraz się wycofał!

– Może jeszcze nie? – powiedziała Rae, podnosząc z podłogi koszulkę Joeya i 

piłkę   futbolową.   –   Mówił   chyba,   że   przyleciał   wynajętym   samolotem.   – 
Wydarzenia tego dnia toczyły się tak szybko, że nie wszystko zapamiętała. – Jeśli 
ma tyle pieniędzy, to może znów zamówić samolot i...

– Nie da rady. Przepisy są naprawdę ostre. Żadnych przerw ani tym podobnych. 

Przepuszczasz kolejkę i wypadasz z gry. Nawet jeśli spóźnisz się na stanowisko o 
dwie minuty.

– Ale to sytuacja wyjątkowa, nagły wypadek – oponowała Rae ziewając. – 

Skoro, jak mówisz, to taka gruba ryba, na pewno coś wymyśli. W każdym razie 
zanieś to do pokoju Joeya i uciekaj do siebie. Jutro mamy ważny dzień, a tu już 
prawie północ.

Padała ze zmęczenia. Ale wzdragała się na myśl o tym, że rano wejdzie do 

brudnej kuchni. Sprzątnęła więc ze stołu i nakryła do śniadania. Podniosła rondelek 
z resztkami rosołu, zastanawiając się, czy je wylać, czy może zostawić na jutro. 
Wtem rozległ się dzwonek. Podskoczyła, omal nie upuszczając rondla.

Kto,   u   licha,   o   tej   porze...   Ostrożnie   podeszła   do   drzwi,   po   czym   lekko   je 

uchyliła.

background image

– To ja, Nick McKenzie, proszę pani. Znalazłem tego psa.
– Psa, którego potrącił Kevin? – Szeroko otworzyła drzwi, patrząc na niego i na 

małe zwierzę, które trzymał na rękach.

– Bardzo przepraszam – powiedział pospiesznie. – Wiem, że jestem natrętem, 

ale nie umiałem o tej porze znaleźć weterynarza, a sam mieszkam w hotelu. – 
Bezradnie rozłożył ręce. – Pomyślałem więc, że może u pani znalazłoby się jakieś 
pudło i gazety...

Uświadomiła sobie nagle, że blokuje wejście i cofnęła się w głąb mieszkania.
– Oczywiście, proszę wejść. Zaraz czegoś poszukam.
–   Tak,   mama   miała   rację   –   mruczała   do   siebie,   wchodząc   do   garażu.   – 

Musiałam   stracić   rozum.   –   Ale   przecież   chodziło   jej   o   to,   by   wziąć   do   siebie 
spokojnego,   dobrego   ucznia,   który   przyjechał   tu   w   ramach   międzynarodowej 
wymiany. Nie przypuszczała, że uczeń wpadnie pod ciężarówkę. I doprawdy nie 
marzyła o poranionym psie.  W każdym razie nie teraz, po dniu takim jak ten. 
Znalazła w końcu mocne tekturowe pudło, pozbierała gazety i wróciła do domu, 
starając się ukryć rozdrażnienie. Tego było za wiele!

Nie potrafiła jednak oprzeć się wzruszeniu patrząc, jak McKenzie czule układa 

psa w pudle i troskliwie prostuje mu łapy.

– Kevin tak się martwił – tłumaczył. – Wciąż mówił, że potrącił psa. Chciał się 

zatrzymać w drodze do domu. Ale powinien był jak najprędzej znaleźć się w łóżku, 
toteż wówczas się nie zatrzymałem. Wiedziałem jednak, że przez cały czas myśli o 
tym psie. Postanowiłem go więc poszukać.

– I leżał tam przez cały czas?
– Wiedziałam,  że jeśli jest ranny, to go tam znajdę. Zwierzęta często  mają 

więcej rozsądku niż ludzie. Leżą spokojnie i czekają, aż natura sama uleczy rany. 
Wczołgał się pod krzak.

–   Biedactwo.   Tak   długo   i   cierpliwie   czekał.   –   Wyobraziła   sobie   tego 

mężczyznę, szukającego  w ciemnościach.  A przecież  musiał  być zmęczony  tak 
samo jak ona. Pies, jakby wszystko rozumiejąc, leżał bardzo spokojnie, patrząc 
ufnie   na   swego   dobroczyńcę   dużymi,   ciemnymi   oczyma   i   od   czasu   do   czasu 
merdając ogonem. Rae delikatnie pogładziła go palcem po uchu, usuwając liść ze 
splątanej, brudnej sierści. Nie miał obroży. – Myśli pan, że to poważne obrażenia?

– Nie wiem, jak wyglądają obrażenia wewnętrzne, ale dwie tylne łapy są na 

pewno złamane. Rano zabiorę go do weterynarza. Czy mógłbym go tu zostawić 
tylko na tę jedną noc?

–  Oczywiście.   Może  dać  mu  wody  albo aspirynę?  –  Nie  wydawał  żadnego 

background image

głosu, ale na pewno cierpiał.

– Tak, to dobra myśl. Może kawałek chleba? A czy nie zostało trochę tej zupy?
Nick McKenzie jest człowiekiem naprawdę wrażliwym, myślała nieco później 

Rae, wsuwając się do łóżka. Ona zapomniała o psie. On pamiętał. Wiedział, że 
myśl o tym dręczy Kevina i wrócił, by szukać zwierzęcia. Zasypiając miała przed 
oczyma jego mocne delikatne dłonie, które łyżeczką wlewały w psi pyszczek wodę 
z rozpuszczoną aspiryną, moczyły chleb w zupie, a następnie cierpliwie czekały, aż 
wyliże go złakniony, ufny język.

Atmosfera   poranków,   nawet   w   sobotę,   była   zawsze   nerwowa.   Tym   razem 

jednak obecność psa spotęgowała jeszcze chaos.

– O! Pies! Mamo, skąd się wziął? Mówiłaś, że już nigdy nie będzie u nas psa! – 

głośno wołał Joey.

Rzeczywiście tak mówiła. Przyrzekła to sobie opłakując Taffy, ich pięknego 

collie, który rok temu zginął pod kołami samochodu.

– To nie nasz pies. Pan McKenzie przyniósł go w nocy, bo jest ranny i...
– Potrąciłem go, wiedziałem,  że go potrąciłem.  I tata po niego pojechał? – 

Kevin szeroko otwierał oczy. – Prosiłem, żeby się zatrzymał, ale nie chciał.

– Bo chciał, żebyś jak najszybciej poszedł do łóżka. Nie podnoś go, Joey!
– Nie, Joey, boli go. Ma chyba złamaną łapę – tłumaczył Kevin. – Może nawet 

obie łapy.

– Zostawcie go w spokoju – radziła Rae. – Myjcie ręce i chodźcie na śniadanie.
Kevin chciał jednak koniecznie pierwszy zająć się psem. Ponownie dostrzegła 

podobieństwo między nim i ojcem, kiedy klęcząc, troskliwie wlewał łyżką ciepłą 
owsiankę w psi pyszczek.

Zwierzę   spowodowało   takie   zamieszanie,   że   ucieszyła   się,   gdy   przyjechał 

McKenzie, by je zabrać. Z niepokojem spojrzał na Kevina.

– Jak się czujesz?
–   Dobrze.   Słuchaj,   możemy   zawieźć   go   do   kliniki   weterynaryjnej.   Ja...   ja 

pokażę ci, gdzie to jest – zaproponował z wahaniem.

– Jasne. Chodźmy więc. – McKenzie pochylił się, by podnieść pudło.
– Ja też pojadę – włączył się błagalnie Joey, wciąż jeszcze w piżamie.
– Nie, ty nie – interweniowała Rae. – Nie posprzątałeś jeszcze swojego pokoju i 

nie jesteś ubrany.

– Dziś są moje urodziny. Czy i dziś mam pracować?
– Tak, bo w dzień urodzin także jesz, śpisz i kąpiesz się – odparła.
Usta Nicka drgnęły, powstrzymując uśmiech.

background image

– Będziemy się nim opiekować – zapewnił Joeya.
– I przywieziecie go tu z powrotem? Mamo, pozwól go zatrzymać!
Rae i Nick wymienili znaczące spojrzenia.
–   Trzeba   zostawić   go   w   klinice   weterynaryjnej   na   kilka   tygodni   –   Nick 

przyszedł jej z pomocą. – Tam go przebadają i wyleczą. Potem zdecydujecie z 
mamą, co robić dalej.

W końcu wyszli zabierając psa, a Rae zdołała zmusić chłopców, by zabrali się 

do codziennych obowiązków. Nie zamierzała  sama  sprzątać po dwu zdrowych, 
leniwych chłopcach, którzy przecież domagali się solidnych świadczeń.

Wkładając   ręczniki   do   pralki,   usłyszała   szum   kosiarki.   A   jednak   wyszła 

zwycięsko z potyczki. Wiedziała, że Greg odczuwa brak Kevina, zwłaszcza przy 
wykonywaniu   prac   w   ogrodzie.   Zaśmiała   się   cicho,   wsuwając   do   zmywarki 
naczynia   po   zjedzonym   śniadaniu.   Istniała   zasada,   wedle   której   uczeń 
przybywający z zagranicy miał być traktowany jak członek rodziny. Okazało się 
wszakże, iż Kevin, najwyraźniej przywykły w Londynie do sztabu służby, nie ma 
nawet pojęcia, jak posłać własne łóżko. Natomiast w ogrodzie działał sprawnie i 
energicznie jak dynamo.

– Zawsze pomagam dziadkowi na farmie – wyjaśnił. Przed wyjazdem do kliniki 

oświadczył,   że   ręka   nie   dolega   mu   ani   trochę   i   że,   oczywiście,   pomoże   w 
organizacji urodzin Joeya. Bardzo na to liczyła. Kevin znakomicie radził sobie z 
Joeyem i jego kolegami, a nie było to towarzystwo łatwe do okiełznania.

Po jakimś czasie, kiedy chłopcy posprzątali już pokoje, a Rae właśnie kończyła 

czyścić zlew, rozległ się dzwonek do drzwi. Wrócili. Zdjęła gumowe rękawice i 
zeszła do holu, by otworzyć.

– Nie ma obrażeń wewnętrznych – poinformował Nick.
– Bardzo się cieszę – powiedziała, po raz pierwszy dostrzegając jego promienny 

uśmiech, który mówił, że wszystko toczy się jak najlepiej na tym świecie.

– Proszę wejść. Napije się pan kawy?
– Chciałbym zabrać panią i chłopców na lunch – oznajmił, podążając za nią w 

stronę kuchni. – Wyjeżdżam jutro rano, więc nie będzie więcej okazji, żeby...

– Dziękuję, to bardzo miłe z pana strony, ale dziś nie możemy. Mamy przyjęcie 

z okazji urodzin.

– Tak, a ja obiecałem, że pomogę – dodał Kevin.
– Nie, dziecko – powiedziała Rae. – Twój ojciec zostaje tutaj tylko dziś. Idźcie 

razem na lunch. Dam sobie radę sama.

Gdy jednak Kevin oświadczył, że nie zamierza jej opuszczać, zwróciła się do 

background image

Nicka:

– A wiec może i pan przyłączy się do nas? Tylko ostrzegam, że trudno to 

wytrzymać. Przyjęcie odbędzie się na miniaturowym polu golfowym i... – jej głos 
przycichł,   po   czym   dodała   niepewnie:   –   Piętnaścioro   dziesięciolatków   na   tym 
śmiesznym trawniku... Nie wiem, czy mogę pana na to narażać.

– Bardzo chętnie przyjdę. Może na coś się przydam? Mimo wszystko golf to 

moja specjalność.

–   Świetnie,   tato.   Jeśli   mnie   zastąpisz,   będę   mógł   pojechać   do   kliniki   – 

zdecydował Kevin. – Może mnie tam zatrudnią. To właśnie do kliniki jechałem 
wczoraj wieczór. Doktor Williams powiedział, że potrzebują pomocy do karmienia 
małych zwierząt i czyszczenia wybiegów.

McKenzie zmarszczył brwi.
– Tego gnoju? Z tą ręką? Czy to dla ciebie nie za ciężka robota?
– Nie. Chodzi tylko o dwie godziny dwa razy w tygodniu. – Na twarzy Kevina 

pojawił się wyraz uporu.

– W gruncie rzeczy doktor Williams przyrzekł mi już tę pracę. Nie chcę stracić 

szansy. – Obrócił się do Rae – Jeśli tata mnie zastąpi...

– Jasne. – Nick szybko wysunął rękę, by klepnąć syna po ramieniu.
– W takim razie idę się przebrać – powiedział Kevin.
– Chciałbym sprawić dobre wrażenie.
Rae dostrzegła rozczarowanie, z jakim McKenzie odprowadzał go wzrokiem.
– Czy ta ręka mu nie dokuczała? – spytał.
– Mam wrażenie, że ani trochę. – Gestem wskazała mu krzesło, nalała do kubka 

kawę i postawiła przed nim. – Miał pan rację. Zniósł to wszystko dużo lepiej niż 
my. Cukru? Śmietanki? – Gdy potrząsnął przecząco głową, napełniła swój kubek i 
usiadła obok przy kuchennym stole. – Myślałam, że pan wraca do Pebble Beach. 
Syn powiedział mi, że bierze pan udział w turnieju Binga Crosby’ego.

–   Owszem,   brałem,   ale   wypadłem.   –   Wzruszył   ramionami,   kwitując   tym 

stratę... jaką to sumę wymieniał Greg? Sto tysięcy dolarów?... jakby to nie miało 
znaczenia.

– Przykro mi, że musiał się pan wycofać – powiedziała – ale cieszę się, że 

Kevin nie jest mocno poturbowany.

–   No   właśnie.   Zresztą   i   tak   zamierzałem...   –   Przerwał,   gdyż   przed   domem 

rozległ się klakson i Greg niczym huragan zbiegł po schodach, wołając:

– Wychodzę, mamo! – Znów rozległ się klakson, potem trzask wejściowych 

drzwi, jakieś okrzyki i odgłos ruszającego samochodu.

background image

– Przepraszam, ale ten dom w soboty, jak zresztą co dzień, jest...
–   Mamo!   Nie   mogę   znaleźć   szortów!   –   Wtoczył   się   Joey   w   samych   tylko 

majtkach.

– Mówi się: przepraszam – podpowiedziała.
–   Pszepszam   –   wyrzucił   Joey   jednym   tchem,   odrzucając   w   tył   pasmo 

wilgotnych blond włosów – ale tych białych szortów, które kazałaś mi włożyć, nie 
ma w mojej szufladzie.

– Pewnie dlatego, że nie mają nóg – westchnęła Rae. Nick zachichotał, gdy 

wstała, by zniknąć w przyległej pralni. Podobało mu się jej poczucie humoru. A 
przy tym była atrakcyjna. Poprzedniego wieczoru miał zbyt wiele kłopotów, by to 
dostrzec. Zapowiadało się naprawdę miłe popołudnie. A może uda mu się później 
spędzić trochę czasu z Kevinem? Może w końcu zdołają swobodnie i spokojnie 
porozmawiać? Tylko bez żadnych nacisków – przestrzegał sam siebie.

– Mój brat mówi, że pan gra w golfa najlepiej na świecie. – Uwagę Nicka 

przyciągnął chłopiec, który patrzył na niego z podziwem, stojąc na jednej nodze, 
drugą o nią pocierając. – Czy to prawda?

– Nie całkiem. Ale robię, co mogę.
– Kevin nic nam nie powiedział.
Oczywiście, że nie – pomyślał z żalem Nick.
– A co ty robisz? Czy grasz w golfa?
– Ja? – pełne przejęcia błękitne oczy spojrzały na niego niedowierzająco. – 

Przecież ja mam dziesięć lat!

Właśnie zamierzał powiedzieć, że to dobry wiek, by zaczynać, kiedy wróciła 

Rae i wręczyła Joeyowi starannie złożony stos ubrań.

– Przecież prosiłam, żebyś to zebrał i schował.
– Zapomniałem – chłopiec błyskawicznie się oddalił.
– Załóż czerwoną koszulkę! – zawołała w ślad za nim. Po chwili spojrzała na 

zegarek. – Ja też muszę się przebrać. Za sekundę wracam. – Wyszła w momencie, 
gdy Kevin schodził na dół.

–  Cieszę   się,  że   mogę   cię  zastąpić   –  zaczął   Nick,  bacznie  przyglądając   się 

synowi. Chłopiec wyglądał tak zdrowo, jak gdyby nigdy nic mu się nie stało. – Czy 
na pewno chcesz rozpocząć pracę? Wszystko tu jest dla ciebie takie nowe, i na 
dodatek ta złamana ręka...

– To bez znaczenia. Zupełnie mi nie przeszkadza. Naprawdę nie chcę stracić tej 

szansy. – Wyjaśnił, że zamierza studiować na uniwersytecie w Stanach, i że jego 
wybór padł na Dansby ze względu na Wyższą Szkołę Weterynaryjną. Jeśli da się 

background image

wcześniej   poznać,  łatwiej  będzie   o  przyjęcie.  –  Niezbędna   jest  wysoka  średnia 
ocen, wiesz.

– Słyszałem – odparł Nick, czując, że ogarnia go optymizm. Gdyby Kevin tu 

został na czas studiów... – Chcesz, żebym cię podwiózł?

– Nie, to niedaleko. Pójdę pieszo. – I dodał po chwili wahania: – Dziękuję, tato, 

że przywiozłeś psa. Martwiłem się, że leży tam ranny.

– Wiem.
– I tak mi przykro, że przerwałeś ten turniej. Nie musiałeś tu przyjeżdżać. W 

każdym razie nie z powodu tego... – poruszył ręką na temblaku.

– Musiałem zobaczyć, co się stało. Jesteś ważniejszy niż jakikolwiek turniej 

golfowy. – Bez względu na to, czy zdajesz sobie z tego sprawę, czy też nie, myślał 
McKenzie,   patrząc   za   odchodzącym   synem.   –   Do   zobaczenia   wieczorem!   – 
krzyknął. Będą jeszcze inne okazje, by się spotkać. Już ja o to zadbam, dodał sam 
do siebie.

Z chwilą, gdy się dowiedział, że Kevin w ramach szkolnej wymiany wyjeżdża 

na rok do Dansby, postanowił przenieść się w te strony i zostać tu co najmniej do 
lata. Mógłby  ćwiczyć  na pobliskich  znakomitych  terenach  golfowych. I po  raz 
pierwszy w życiu nie miałby konkurencji. Nie było tu ani jego ojca, ani farmy. 
Zachichotał. Ale jest uczelnia weterynaryjna.

Mimo wszystko – myślał, nalewając sobie drugą filiżankę kawy – powinienem 

się cieszyć, że mój syn z pasją oddaje się pożytecznym zainteresowaniom, jeśli 
nawet odbiegają one od moich. Nie chciał, by ta rozbieżność przekształciła się w 
konflikt,   który   istniał   między   nim   a   jego   ojcem.   Tak,   to   prawda,   że   w   końcu 
osiągnęli porozumienie. Jednak stało się to dopiero, kiedy dobiegał trzydziestki, 
kiedy już żył własnym życiem i robił karierę. Nie chciał, by tak samo stało się z 
Kevinem.

Tak,   ojciec   długo   nie   mógł   przeboleć,   że   syn   porzucił   farmę.   Ale   Nick 

przyznawał teraz, że i on długo nie mógł zrozumieć racji swego ojca. Ojciec musiał 
bardzo cierpieć, patrząc, jak jego jedyny syn włóczy się z dziadkiem po polach 
golfowych, podczas gdy farma dogorywa. Farma, którą dziadek doprowadził do 
ruiny.

W   końcu   Nick   porzucił   pola   golfowe,   by   w   poczuciu   winy,   z   niechęcią   i 

rozpaczą zająć się farmą. Przysiągł sobie wówczas, że nigdy nie dopuści do tego, 
by jego własny syn czuł się nieszczęśliwy i żył w poczuciu winy. Jeśli bardziej 
interesują go zwierzęta niż gra w golfa, niech i tak będzie.

Usta Nicka drgnęły w uśmiechu, gdy zbierał ze stołu dwa kubki po kawie, by 

background image

wstawić je do zlewu. Ani ojciec, ani on sam nie przypuszczali, że gra w golfa 
przyniesie o wiele większe pieniądze, niż kiedykolwiek mogłaby dać farma. I że 
właśnie te pieniądze uratują ją i zapewnią jej opłacalność.

– Ależ bardzo dziękuję – powiedziała Rae, która właśnie weszła do kuchni, 

ciągnąc za sobą Joeya.

– Widzę, że jest pan dobrze wyszkolony.
– To szkocki chów. Mój ojciec wyznawał etykę pracy. – Odwrócił się tyłem do 

zlewu   i   na   widok   Rae   omal   się   nie   zakrztusił.   Ależ   te   dżinsy   podkreślają   jej 
kształtne biodra...

– Nie chciałabym pana zmuszać – zaczęła przepraszającym tonem. – Naprawdę 

nie musi pan tam iść. Poradzę sobie sama.

– Nie ma mowy. Cieszę się, że będę mógł pomóc – odpowiedział i było to 

szczere.   Przybył   tu   tylko   ze   względu   na   syna.   Nie   spodziewał   się   dodatkowej 
atrakcji  w  osobie  Rae  Pascal,  tej  istoty   o wielkich  orzechowych  oczach,  lekko 
zadartym nosku i lśniących, krótko obciętych, brązowych włosach, które nadawały 
jej   niemal   chłopięcy,   wdzięczny   wygląd   elfa.   Przypominała   po   trosze 
czarodziejskie postaci z bajek, jakie opowiadała mu matka.

– Pojedziemy moim samochodem? – zapytał.
Rae zastanowiła się przez chwilę.
– Nie – zdecydowała. – Wolałabym jechać naszym, oczywiście jeśli zdoła pan 

to wytrzymać. Muszę zabrać jeszcze dwu chłopców i wstąpić do piekarni.

Jadąc w kierunku pola golfowego, słuchał z rozbawieniem sprzeczki między 

trójką chłopców, którym szło o to, kto siądzie przy oknie. Stanowiło to dla niego 
zupełnie nowe doświadczenie. Rozwiedli się z Jan, gdy Kevin był jeszcze małym 
dzieckiem.  W miesiącach  letnich, kiedy to Nick sprawował opiekę nad synem, 
Kevin   zawsze   zostawał   pod   opieką   dziadków.   W   tym   czasie   bowiem   Nick 
wyjeżdżał   na   turnieje   golfowe.   Teraz   Kevin   był   wystarczająco   duży,   by   mu 
towarzyszyć, a jednak wolał spędzać czas na farmie. Nick westchnął. Śmieszne! 
Widać w jego rodzinie upodobania występują przemiennie co dwa pokolenia.

– Czy już pan żałuje? – zapytała, ruchem głowy wskazując znacząco gromadkę, 

która siedziała z tyłu.

–   Ależ   skąd.   Po   prostu...   myślałem   o   czymś   innym.   Mam   nadzieję,   że   to 

przetrwam.

Jednakże, gdy dotarli do klubu Gęgacza, ogarnęły go wątpliwości. W ciągu 

dziesięciu minut rodzice podrzucili im około tuzina rozbrykanych chłopców. Dwu 
ojców   i   co   najmniej   jedna   matka   rozpoznały   McKenzie’ego.   Uśmiechał   się,   z 

background image

roztargnieniem odpowiadał na ich komplementy. Trudno było prowadzić rozmowę 
pośród chłopięcych wrzasków i śmiechów. Joey w połączeniu ze swymi kolegami 
przypominał   minę,   która   wybuchała   raz   po   raz.   Zdesperowany   McKenzie 
gwałtownym,   ostrym   gwizdem   zdołał   w   końcu   poskromić   całe   towarzystwo. 
Ucichli.

– Dobra, chłopaki! Chodźcie tutaj – zawołał, biorąc za rękę zdumionego Joeya. 

– W tym miejscu zaczynamy.

Obejmując przywództwo, zdawał sobie sprawę, że Rae Pascal uśmiecha się do 

niego z uczuciem wdzięczności.

Gwizd McKenzie’ego i komenda: Tutaj, chłopaki! – wprowadziły natychmiast 

dyscyplinę i porządek. Wywarło to na niej silne wrażenie. Przypuszczała, że na tym 
malutkim,   jakby   z   bajki   wyjętym   polu   golfowym,   okaże   się   bezradny   wobec 
chłopców. Przyglądała się z rozbawieniem, jak ustawiał ich w kolejce do dołka 
numer jeden i wprowadzał każdego w technikę gry.

– Trzymaj kij w ten sposób. Tak... Spokojnie. Dobre uderzenie, chłopcze... No, 

teraz twoja kolej.

Cierpliwie prowadził ich po stoku, wzdłuż którego stały rzeźbione podobizny 

Siedmiu Krasnoludków, i wskazywał, jak omijać przeszkody, by w końcu trafić w 
złożone dłonie Królewny Śnieżki. I choć w trakcie pokonywania zbocza więcej 
było   uderzeń   chybionych   niż   udanych,   Nick   sprawiał   jakoś,   że   posuwali   się, 
ustępując miejsca innym zbierającym się grupom dzieci i udręczonych dorosłych. 
Dzięki   niemu   uwaga   chłopców   nie   słabła,   rodziło   się   miedzy   nimi   zdrowe 
współzawodnictwo. Rae, która dopingowała każdego z nich i zbierała porozrzucane 
piłki,   znakomicie   bawiła   się   tym,   co   wcześniej   uważała   za   dopust   boży.   Przy 
piątym   dołku   Nick   trzymał   już   wszystkich   chłopców   w   garści,   Joey   natomiast 
pękał z dumy, że to jego znajomy.

– Ale Kevin ma fajnego tatę, co? – szepnął do Rae. Czy on zostanie u nas, aż 

Kevin wyzdrowieje, mamo?

– Nie, kochanie – odparła – Jutro rano wyjeżdża.
–   Chciałbym,   żeby   został   –   mruknął   Joey.   Rae   uśmiechnęła   się   tylko.   Nie 

przyznawała się nawet przed sobą, że myśli podobnie. Niemożliwe, by właśnie 
bliskość tego mężczyzny wyzwoliła to przepełniające ją uczucie ciepła i słodyczy. 
Zaważył na tym radosny nastrój i niezwykła sceneria urodzinowej zabawy, a Nick, 
jako   ojciec   Kevina,   dobrowolnie   pomagał   w   jej   organizacji.   Musiała   jednak 
przyznać, że ukradkowe spojrzenia, jakimi ją obrzucał, wcale ojcowskie nie były. 
Tak patrzy mężczyzna na kobietę. A rumieniec,  który wystąpił na jej policzki, 

background image

również nie był wynikiem słonecznego ciepła.

Jack i Jill, dołek dziewiąty i ostatni, okazał się dość trudny, umieszczono go 

bowiem na spadku zbocza, a nie na jego wzniesieniu. Piłka miała przelecieć po 
powierzchni wypełnionego wodą wiadra Jacka, ominąć pułapkę i wpaść do wiadra 
Jill. Do tej pory tylko dwaj chłopcy zdołali tego dokonać, a i to po sześciu lub 
siedmiu próbach. Teraz przyszła kolej na Todda. Rae wstrzymała oddech. Biedak 
nie zdobył dotąd nawet punktu i pozostali chłopcy bezlitośnie z niego kpili. Wlókł 
się na samym końcu, czemu trudno się było dziwić. Ciężkawy i niezdarny, miał 
kiepskie wyniki sportowe i często stanowił przedmiot drwin kolegów.

– Chodź no tu, chłopcze, spróbuj – nalegał Nick, pochylając się nad nim. – Kto 

nie   próbuje,   ten   nie   wygrywa.   A   teraz   stań   tutaj   i   spójrz   na   piłkę...   –   Rae   z 
podziwem patrzyła, jak łagodnie go ośmiela, jak cierpliwie poucza.

Todd słuchał. Wyraz lęku i napięcia na jego twarzy wyraźnie znikał. Mocno 

ujął kij i pewnie uderzył, wkładając w to dokładnie tyle siły, ile należało. Piłka 
przeleciała nad wiadrem z wodą, ponad płotkiem, przez puste wiadro Jill i wpadła 
w dołek. Na chwilę wszyscy zamilkli z wrażenia, po czym rozległy się okrzyki i 
gratulacje.   Był   to   sportowy   wyczyn   dnia.   Todd   okazał   się   tym,   który   trafił   za 
jednym uderzeniem. Rae uśmiechnęła się widząc, jak grubasek sapie z triumfem, a 
jego oczy odzyskują pewność siebie.

Ogarnęło ją wzruszenie.
– Dziękuję – zdołała szepnąć McKenzie’emu, gdy zaganiali swoją gromadę w 

stronę stołu z różnymi przysmakami. – Bardzo tego potrzebował.

– Wiem – odparł. – Cieszę się, że trafił.
Ty to sprawiłeś – pomyślała. I nie tylko Todd, lecz każdy z obecnych chłopców, 

pozostawał pod silnym wrażeniem i nie mniej silnym wpływem osoby Nicka. Stal 
się on bezsporną gwiazdą tej uroczystości. Przyglądała się jego wysokiej sylwetce, 
gdy z zawodową lekkością i wdziękiem lawirował wśród chłopców, słuchała, jak z 
nimi żartuje i serdecznie się śmieje. Można pomyśleć, że bardzo go to bawi i że 
woli być tutaj niż grać o sto tysięcy dolarów na prawdziwym polu golfowym.

Gdy wracali do domu, czuła, że jej serce wypełnia coś więcej niż zwyczajna 

wdzięczność. Przyglądając się jego twarzy doszła do przekonania, że początkowo 
nie miała racji. Nick był zdecydowanie przystojny. Podobał jej się naturalny nieład 
jego gęstych, czarnych włosów, spokojna radość głębokich, niebieskich oczu, pełne 
usta, które zawsze wydawały się skore do śmiechu. Nagle ogarnęło ją nieodparte 
pragnienie, by te usta całować, by poczuć... Wciągnęła głęboki oddech, zdołała 
zapanować nad swoimi emocjami.

background image

– Proszę, niech pan wejdzie – zaprosiła go do środka. – Kevin powiniem być 

już w domu.

Kevin przywitał ją radosnym okrzykiem.
– Mam tę robotę, mamciu! O, cześć tato!
– To wspaniale, chodź tu i opowiedz nam wszystko.
–   Ej,   Kev,   chcesz   zobaczyć,   co   dostałem?   –   wołał   Joey   z   głową   ledwie 

wystającą znad stosu pakunków.

– Mam nową grę komputerową. Zagrasz?
– Mógłbyś najpierw pomóc Joeyowi? Weź to, co trzyma tata, i wnieście te łupy 

na górę. Nie, Joey, teraz nie będziecie grać. Kevin chce porozmawiać z ojcem – 
dokończyła, wprowadzając Nicka do bawialni. Dostrzegła, że jego brwi drgnęły ze 
zdziwienia,   gdy   usłyszał,   jak   zwraca   się   do   niej   Kevin.   Skorzystała   więc   z 
możliwości wyjaśnienia. – Uznałam, że „pani Pascal” brzmi zbyt ceremonialnie, 
skoro   powierzono   mi   tymczasowe   matkowanie.   Jednocześnie   wrodzona 
delikatność Kevina utrudnia mu nazywanie mnie po imieniu. Stanęliśmy więc na 
„mamci” Mam nadzieję, że nie ma mi pan tego za złe.

– Oczywiście, że nie. Dlaczegóż bym miał mieć? – odparł i uśmiechnął się 

swoim zachwycającym uśmiechem, który powiadał, że wszystko toczy się najlepiej 
na tym świecie.

Kevin zszedł i poinformował, że ze względu na swoją rękę nie dostał pracy przy 

oporządzaniu i karmieniu  zwierząt, natomiast  dwa razy w tygodniu przez dwie 
godziny   po   szkole   ma   zastępować   recepcjonistę.   Wydawał   się   zadowolony. 
Przecież   i   tak   będzie   miał   styczność   ze   zwierzętami.   Zarówno   Rae   jak   i   Nick 
odetchnęli z ulgą na wiadomość, że Kevin dostał pracę przy biurku. Rae zaprosiła 
Nicka na kolację i wyruszyła na zakupy, zostawiając go sam na sam z synem.

Gdy wróciła dwie godziny później, Nick wciąż jeszcze nie wyszedł. Razem z 

trójką   chłopców   siedzieli   przed   telewizorem,   pochłonięci   rozwojem   turnieju 
golfowego   w   Pebble   Beach.   Greg,   wyładowując   zrobione   przez   nią   zakupy, 
powiedział:

– Prowadzi Jasper Henley. Nick mówi, że to faworyt, a ma dopiero dwadzieścia 

trzy lata. Czy kije dziadka są dalej na strychu, mamo? Nick mówi, że każdy może 
grać.

Jeszcze jeden rodzaj sportu jest tak potrzebny Gregowi jak dziura w moście – 

myślała  Rae, układając przywiezione produkty. Chyba, że golf wyprze futbol... 
Marzenia! Nie ma o tym mowy, dopóki uchodzi za najlepszego obrońcę Elm High.

Wielka   bawialnią   mieściła   się   o   stopień   niżej   od   kuchni.   W   trakcie 

background image

przygotowywania kolacji Rae z przyjemnością przysłuchiwała się pogawędkom na 
temat sportu. Nie chcąc psuć im przyjemności, postawiła na dużym okrągłym stole 
do   kawy   talerz   meksykańskich   placków,   świeżo   przyrządzoną   sałatę,   ser, 
hamburgery w meksykańskim sosie, pomidory, chipsy i przyprawy. Każdy nałożył 
sobie porcję, a Rae przyłączyła się do nich, siadając na podłodze i przysłuchując się 
dyskusjom. Zdumiewało ją, jak błyskawicznie Nick, do którego chłopcy zwracali 
się teraz po imieniu, zaprzyjaźnił się z Gregiem i Joeyem.

Tylko Kevin był spięty. Nagle zdała sobie sprawę z tego, ze prawie nie bierze 

udziału   w   rozmowie.   Dziwne,   że   z   takim   dystansem   odnosił   się   do   ojca, 
mężczyzny, który zjednywał sobie wszystkich, przystępnego i łatwo nawiązującego 
kontakt nawet z obcymi ludźmi. Przypominał Toma, jej męża. Ręka niosąca do ust 
widelec zamarła w pół drogi. Spojrzała na Nicka. Śmiał się z czegoś, co powiedział 
Greg, i wskazywał na ekran, komentując ruchy zawodnika. Greg i Joey chłonęli 
każde jego słowo.

Tak samo jak ona chłonęła kiedyś to, co mówił Tom. Poznała go na pierwszym 

roku studiów uniwersyteckich i zupełnie straciła głowę. Miał tyle wdzięku, był taki 
ujmujący, tak... bardzo ją kochał. Nic i nikt, a zwłaszcza rodzice, nie mogli jej 
powstrzymać, gdy ten nieskazitelny ideał zaproponował jej małżeństwo. Była do 
tego stopnia zadurzona, iż dopiero po latach pojęła, że Tom jest ambitnym egoistą, 
który demonstruje swój wdzięk, tylko wtedy, gdy mu na tym zależy. A więc wtedy, 
gdy chce podkreślić swoje walory albo zrealizować własne ambicje. Dla własnej 
rodziny szkoda było fatygi.

Poruszyła   się   niespokojnie,   dręczona   wiecznymi   wątpliwościami.   Łatwo 

obwiniać o nieudane małżeństwo  kogoś, kto nie może  się już bronić. No więc 
dobrze, nie byłam najlepszą z żon. Gdybym była, czy chciałby mnie porzucić? 
Wielki   Boże!   Czemu   teraz   o   tym   myślę?   Tom   nie   żyje   od   dziewięciu   lat. 
Powinnam była pogrzebać mój ból razem z nim.

Nie, nie miała prawa porównywać Nicka McKenzie’ego z Tomem. Ale czemu 

syn Nicka odnosi się do ojca z taką rezerwą i chłodem?

background image

Rozdział 3

Był poniedziałek, dziesiąta rano. Posiedzenie trwało od godziny. Przewodniczył 

Leon   Waters,   wiceprezydent   korporacji   Coastal   Banks,   który   kierował 
przejmowaniem   banków   Peabody’ego.   Przyleciał   z   centrali   w   Los   Angeles,   by 
omówić   sytuację   oddziałów   w   Rejonie   Północnym.   Pewne   banki   Peabody’ego 
należało   zachować,   inne   połączyć,   jeszcze   inne   zamknąć.   W   luksusowej   sali 
konferencyjnej   Północnego   Regionu   Coastal   Banks   w   Sacramento   dominował 
wielki, lśniący, dębowy stół, za którym zasiadali dyrektorzy wszystkich oddziałów. 
Zgodnie   z   regulaminem   korporacji   tuż   za   każdym   z   dyrektorów   siedział   jego 
zastępca, by w razie potrzeby informować na temat szczegółów, o które mógłby 
indagować prezes. Podczas dyskusji na temat  korzyści utrzymywania kolejnych 
filii Rae,  która  siedziała za  Harrisonem Bowersem,  uważnie słuchając,  wodziła 
wypolerowanym   paznokciem   pośród   czerwonych   punktów   na   mapie, 
odpowiadających   poszczególnym   filiom.   W   myślach   porządkowała   te   filie   ze 
względu na ich położenie i ze względu na uzyskiwane z nich wpływy. Tymczasem 
jej lewa ręka, uciskając skroń, próbowała zapobiec początkom bólu głowy, który 
zawsze towarzyszył napięciu.

Napięcie to nie miało jednak nic wspólnego z toczącą się dyskusją. Rae znała 

na   pamięć   wszystko,   co   dotyczyło   tych   banków.   Zanim   miesiąc   temu   objęła 
funkcję zastępcy dyrektora, kierowała programem kredytów dla całego regionu. 
Doskonale orientowała się w potencjale kredytowym każdej filii Coastal Banks, 
posiadała   również   pewną   wiedzę   na   temat   konkurencji,   dawnych   banków 
Peabody’ego.   Pomyślała,   kwaśno   się   uśmiechając,   że   pewnie   wszystkie 
przedstawiane teraz zalecenia opierają się na jej sprawozdaniach.

Napięcie, które usztywniło mięśnie jej szyi, przyprawiając ją o ból głowy, miało 

źródło gdzie indziej. Przyczyną był Greg. Pomimo krzyków przez pół godziny nie 
mogła wyciągnąć go z łóżka. Oczywiście nie zdążył zjeść śniadania i na pewno 
spóźnił się do szkoły. Tego dnia, zgodnie z umową między rodzicami, wypadała jej 
kolej   na   odwiezienie   dzieci   do   szkoły.   Jeden   z   bliźniaków   Helen   zapomniał   o 
drugim   śniadaniu   i   stroju   gimnastycznym.   Musiała   więc   wrócić   i   powtórnie 
odwozić do szkoły trójkę chłopców. Omal sama się nie spóźniła. Na domiar złego 
otrzymała właśnie telefon od wychowawcy Grega. Tym razem chodziło o biologię. 
Greg jest leniem i głupotą było sądzić, że jakiś pracowity chłopiec może wywierać 
na niego wpływ. Zapraszając Kevina, wzięła sobie na głowę dodatkowy kłopot. 

background image

Nie, to nieprawda, Kevin nie sprawiał kłopotu, chłopcy świetnie się rozumieli. Ale 
jak tu, na Boga, wpłynąć na Grega?! Może powinna zabronić mu grania w futbol? 
Nie, nie mogła tego zrobić. Byłby załamany.

– Zupełnie tego nie rozumiem. – Ostry głos pana Watersa wtargnął nagle w jej 

myśli. – Sugeruje pan likwidację oddziału we wschodniej części Lodi. To duży 
oddział,   a   w   tym   rejonie   i   w   jego   sąsiedztwie   nie   ma   ani   jednego   z   naszych 
banków.   –   Waters   odmierzał   słowa   z   regularnością   metronomu,   wyrzucając   z 
siebie pytania na temat celowości tego posunięcia. Pytania te stawiał nie jej, lecz 
Harrisonowi   Bowersowi,   dyrektorowi   oddziału   rejonowego,   który   plątał   się 
bezradnie w odpowiedziach.

– Teren ulega degradacji – szepnęła.
Bowers obrócił się do niej, by uzyskać rzeczową informację na temat zmian w 

planie przestrzennym miasta, wyłączeniu terenów pod budowę autostrady i kilku 
innych czynnikach, o czym następnie poinformował wiceprezydenta korporacji.

Waters spojrzał z namysłem na Rae, po czym dalej rozważał kwestię. W miarę 

rozwijania się dyskusji tempo  pytań, dotyczących kolejnych rozwiązań, ulegało 
przyspieszeniu   i   Bowers   musiał   raz   po   raz   zwracać   się   do   Rae.   Udzielała 
dokładnych, fachowych informacji, czując jednocześnie, że jest coraz bardziej z 
siebie zadowolona.

Ależ się popisuję – pomyślała samokrytycznie, opanowując chichot. Może już 

darować Bowersowi. Gdy przedstawiano mu ją jako jego zastępcę, powiedział: „Ta 
praca wymagać będzie czegoś więcej niż dobrze skrojonych sukni, pani Pascal”. 
Ale   wciąż   ją   to   rozdrażniało.   Niepostrzeżenie   pociągnęła   wiązadełko   swojej 
jedwabnej bluzki, tak, jakby chciała zacisnąć mu je na szyi. Czy dlatego, że stara 
się ładnie wyglądać, ma on prawo uważać, że...

Ponowna eksplozja argumentów Watersa wyrwała ją z roztargnienia.
– To doprawdy głupia propozycja, panie Bowers! Dwa banki oddalone o trzy 

budynki   jeden   od   drugiego?   Proszę   wziąć   pod   uwagę   koszty   utrzymania,   nie 
mówiąc już o podwójnej liczbie personelu. – Gdy i tym razem Bowers zwrócił się 
do Rae, Waters machnął ręką gestem rezygnacji. – Po co się w to dłużej bawić?! Ta 
pani... pani... ? – wskazał ją palcem.

– Pascal – odpowiedziała.
– Dobrze, a więc pani Pascal, skoro to pani orientuje się w tej sprawie, proszę 

przysunąć krzesło i uzasadnić wasze propozycje oraz wyjaśnić, jakie zyski mogą 
one przynieść naszej korporacji?

Rae z zażenowaniem przełknęła ślinę. Chciała udowodnić Bowersowi, że jest 

background image

fachowcem, ale nigdy nie zamierzała podważać jego kompetencji.

– Pan Bowers dokładnie omawiał ze mną tę kwestię – kłamała, starając się 

ratować   sytuację.   –   Doszliśmy   do   wniosku,   że   należy   utrzymać   oba   te   banki 
przynajmniej na jakiś czas. Oba mają regularne wpływy, głównie ze względu na 
dużą liczbę niezawodnych, starych klientów, którzy mogliby niechętnie odnosić się 
do zmian – kontynuowała wysuwając dalsze argumenty, które wydawały się go 
zadowalać.   Kolejne   pytania   kierował   wyłącznie   do   niej,   ale   Rae   starała   się 
odpowiadać w imieniu Bowersa, to powołując się na konsultację z nim, to znów na 
jego rady.

Gdy wszyscy rozeszli się na lunch, Rae wraz z nimi opuściła salę. Odszukała 

swoją sekretarkę, Core Steele, która przeglądała jakieś dane razem z Ruth Cook, 
sekretarką Bowersa.

– Jak poszło? – Cora spojrzała na nią spoza okularów w rogowej oprawie.
– Ciężko – odparła Rae. – I nie zapowiada się lepiej.
– Ojej! – jęknęła Ruth. – Harrison i tak szalał. Powinnam... O, czy pan mnie 

szuka? Właśnie miałam...

– Nie, szukam Rae – przerwał jej Bowers. – Czy zechcesz zjeść z nami lunch? – 

spytał, gdy Rae odwróciła się do niego.

– Dziękuje, nie – odparła. Wiedziała, że nie włączono jej na listę ważniaków z 

Los   Angeles,   których   podejmowano   lunchem.   Ale   nie   czuła   się   urażona   zbyt 
późnym zaproszeniem. – Mam jeszcze sporo roboty. Zjem kanapkę przy biurku.

– Jak ci wygodniej – powiedział zawiedzionym głosem. – I dziękuję ci, Rae – 

dodał wychodząc. – Jestem naprawdę wdzięczny.

Ruth obrzuciła ją natychmiast ostrym, jadowitym spojrzeniem.
– Twoje stare numery, co? Nowy facet do wzięcia w polu widzenia! Warto się 

zakręcić. No i widzę, że zdobywasz punkty.

– Wykonuję swoje obowiązki.
– Oczywiście! Tylko dlaczego założyłaś tę szałową bluzkę? – syknęła Ruth, 

wypadając z pokoju.

–   Bo   lubię   jaskrawe   kolory.   –   Rae   dotknęła   turkusowego   jedwabiu.   –   Jej 

sukienka   jest   wprawdzie   czarna,   ale   na   pewno   bardziej   wyzywająca   niż   moja 
bluzka.

– Pewnie. Przecież o to jej chodzi – śmiejąc się potwierdziła Cora. – Masz tu 

sprawozdania oddziałów, o które prosiłaś.

Rae wzięła je i uśmiechnęła się sama do siebie. Nie obchodziło jej, co o niej 

mówiono. Wiedziała dobrze, że to opracowany przez nią program kredytowania, 

background image

główne źródło dochodów banku, zdobył uznanie Roscoe Cowana, poprzedniego 
szefa, zapewniając jej stanowisko jego zastępcy. Cowan natomiast otrzymał awans. 
Przeniesiono go do centrali. Jego miejsce zajął Bowers – pomyślała z żalem. Plotki, 
że   do   awansu   przyczyniła   się   jej   aparycja,   nawet   zjadliwa   uwaga   Bowersa   o 
„dobrze   skrojonych   sukniach”,   w   nią   przecież   wymierzona,   rozbrzmiewały   jak 
muzyka w uszach Rae, choć nie przyznałaby się do tego nikomu. Były balsamem 
wylanym na rany zadane przez jej zmarłego męża. To właśnie on mówił: „Chyba 
nie zamierzasz włożyć tej starej szmaty? Czy zawsze musisz wyglądać jak szara, 
zaniedbana kura domowa?”. A tak się starała. Ale Joey miał kolkę, i jeszcze to 
poronienie...   Zresztą   wszystkie   dodatkowe   dochody   szły   i   tak   na   elegancką 
garderobę Toma, niezbędną „ze względu na interesy”, na country club, do którego 
przynależność była również niezbędna, „gdyż ułatwiała kontakty”.

Znowu to samo! Obwinia o przegraną tego, kto dawno odszedł. I to teraz, gdy 

powinna skupić się na teraźniejszości.

– Muszę przejrzeć te sprawozdania, Córo. Czy schodzisz do delikatesów?
Cora skinęła głową, ale najwyraźniej myślała o wcześniejszej rozmowie.
–   Nie   tylko   sprzątnęłaś   jej   sprzed   nosa   łakomą   posadkę,   ale   teraz   jeszcze 

wpadłaś w oko nowemu szefowi, na którego ostrzy sobie pazurki.

–   Och,   Córo!   –   wykrzyknęła   z   lekkim   rozdrażnieniem   Rae.   –   Bowersa 

interesuje we mnie znajomość  wykresów i cyfr, to dzięki czemu działa cała ta 
instytucja. Niech go sobie Ruth łapie. Zrozum raz wreszcie, że obchodzi mnie on 
wyłącznie jako dyrektor, a nie jako mężczyzna.

– Nie przecz, kochanie. Myślę, że ta żmija, nasza Ruth, ma nosa. Ten facet to 

łakomy kąsek. Młody, przystojny i... kawaler! A poza tym, jak twierdzi Ruth, jego 
rodzina od pokoleń siedzi na ciężkiej forsie. Ruth gotowa jest skoczyć za niego w 
ogień. Ale ja trzymam z tobą, Rae. Jesteś dużo ładniejsza, a poza tym masz klasę. 
Ta napalona blondyna byłaby bez szans, gdybyś tylko śmielej w to poszła. Więcej 
kokieterii, trochę pochlebstwa, więcej przymilności...

Rae zachichotała.
– Nie interesuje mnie to, Coro. Poza tym nie stosuję takich metod. – Nawet jeśli 

tu, w biurze, sądzą inaczej, pomyślała.

– Mówię tylko, że jak się coś ma, to trzeba umieć to sprzedać – oświadczyła 

Cora, nie zrażona tym, że sama nie była zdolna zwrócić niczyjej uwagi. I że jest tak 
mało atrakcyjna, iż nikogo nie może zainteresować, myślała Rae, uśmiechając się 
w odpowiedzi.

–   Słuchaj,   mam   jeszcze   sporo   pracy.   Możesz   przynieść   mi   kanapkę   z 

background image

delikatesów?

–   To   jest   właśnie   problem   z   kobietami   na   stanowisku!   Wystarczy,   że 

dostaniecie   trochę   władzy,   a   już   uderza   wam   to   do   głowy!   –   Cora   niezwykle 
udatnie   naśladowała   Ruth.   –   Jestem   kierownikiem   sekretariatu,   a   nie   kimś   do 
przynoszenia...

– Szynki i sera – dokończyła Rae, znikając ze śmiechem w drzwiach swojego 

gabinetu.

–   Chwileczkę!   –   krzyknęła   za   nią   Cora.   –   Masz   wiadomość   na   biurku! 

Zamiejscowy telefon od Nicka McKenzie’ego. Czy to czasem nie ten słynny mistrz 
golfa?

– Tak, to on. Jest ojcem Kevina.
Zdumiona Cora wcisnęła głowę w drzwi.
– A ty nigdy nie pisnęłaś o tym ani słowem? Kiedy? Co? Jak?
– Coro, muszę przeczytać te sprawozdania. Później ci opowiem. Przynieś mi 

tylko kanapkę, żebym wytrzymała drugą część posiedzenia.

– Powiedz „proszę”.
– Proszę, pani kierowniczko sekretariatu! I sok pomidorowy. Proszę!

Z   przekazanej   wiadomości   wynikało,   że   zadzwoni   później.   Było   wpół   do 

szóstej i właśnie zbierała się do wyjścia, gdy zadzwonił telefon. Cora już wyszła, 
więc Rae sama odebrała telefon.

– Pani Pascal? – Z miejsca rozpoznała ten niski, śpiewny głos.
–   Tak,   panie   McKenzie.   Przykro   mi,   że   nie   mogłam   odebrać   poprzedniego 

telefonu. Byłam...

– Wiem. Bardzo zajęta. A ja dzwonię, by zająć pani jeszcze więcej czasu.
– Tak?
– Czy moglibyśmy jutro wieczorem zjeść wspólnie kolację?
–   Ja...   –   zawahała   się.   Unikała   wszelkich   randek,   wszelkich   prywatnych, 

towarzyskich   spotkań   z   mężczyznami,   nigdy   nie   wychodziła   wieczorem   w   dni 
powszednie, jeśli nie wiązało się to z pracą. Musiała sprawdzić, jak Joey odrobił 
lekcje, a teraz trzeba dopilnować Grega... – Przykro mi, ale niestety nie zdołam. 
Chłopcy...

– Bardzo proszę. Muszę z panią porozmawiać. Chodzi o Kevina.
– Ach, tak... Rozumiem. Proszę więc do nas wstąpić. Mógłby pan...
–   Nie,   muszę   porozmawiać   z   panią   w   cztery   oczy.   Następnego   dnia   rano 

wylatuję do Północnej Karoliny. Bardzo proszę, to naprawdę ważne.

background image

Jego głos brzmiał tak... tak błagalnie.
– No cóż, może jakoś zdołam.
– Wspaniale. Czy mógłbym odebrać panią z biura? Proszę tylko powiedzieć, 

gdzie to jest i o której godzinie.

Rae spojrzała na zegarek. Wpół do szóstej. Dokładnie o tej porze umówiła się z 

Nickiem McKenzie’em. Tymczasem wyglądało na to, że zebranie jeszcze potrwa, 
ponieważ   wiceprezydent   chciał   obejrzeć   plastyczną   mapę,   której   wykonanie 
zamówiła. Przedstawienie lokalizacji obiektów w trzech wymiarach miało ułatwić 
podjęcie dokładniejszych decyzji. Sporządzenie mapy było przedsięwzięciem dość 
kosztownym, toteż dopiero obejrzenie jej w pełnym kształcie pozwalało określić, 
na ile wydatek jest celowy. Całe grono przeniosło się zatem z sali konferencyjnej 
do gabinetu Rae. Szła pierwsza, za nią Bowers, wiceprezydent i inni. W sumie 
siedem osób.

McKenzie nie zauważył idącej za nią grupy. Gdy Rae zbliżała się, wstał.
– Czy jest pani gotowa...
Przerwała mu w pół zdania, poczerwieniała i odwzajemniła ukłon.
– Proszę mi wybaczyć opóźnienie, panie McKenzie. Jeszcze przez chwilę będę 

zajęta. Czy może pan zaczekać? To nie potrwa długo – wyrzucała szybko słowa.

Wiceprezydent   i   pan   Bowers,   obaj   zapaleni   miłośnicy   golfa,   natychmiast 

rozpoznali Nicka McKenzie’ego. Na jego widok Waters zatrzymał całą procesję.

– Pan McKenzie! – wykrzyknął z przejęciem.
– We własnej osobie – odparł Nick. – Ale dzisiaj prywatnie. Umówiłem się z tą 

damą – dodał wyciągając rękę. – Mam przyjemność z...

– Leon Waters – padła odpowiedź, gdy mężczyźni wymieniali uściski rąk. – 

Pracuję w Coastal Banks. A to jest Harrison Bowers, dyrektor regionu Północnej 
Kalifornii. Panią Pascal, jak widzę, już pan zna. Obiecuję, że nie będzie pan długo 
czekał. – Nastąpiła dalsza wymiana uścisków dłoni i wszyscy przeszli do gabinetu 
Rae.

Nick   usiadł   w   towarzystwie   Cory,   która   poprosiła   o   autograf.   Dziesięć   po 

szóstej   wymaszerowali   wszyscy   z   wyjątkiem   Watersa   i   Bowersa.   O   szóstej 
piętnaście ukazała się Rae w towarzystwie obu szefów. Mężczyźni wdali się w 
przyjazną pogawędkę z McKenzie’em, po czym serdecznie pożegnali się i wyszli.

Rae, zbierając przed wyjściem rzeczy, ze zdumieniem spojrzała na Córę, która 

wciąż siedziała za biurkiem. – Jeszcze tu jesteś? Czekałaś na mnie do tej pory?

– Nie na ciebie, na Franka – odparła Cora, która czekała na swojego chłopaka. – 

background image

Zostawiłam samochód w warsztacie. Frank przyjedzie po mnie, gdy tylko skończy 
pracę. Zresztą nie żałuję ani chwili spędzonej w tak wspaniałym towarzystwie! – 
Uśmiechnęła się szelmowsko do McKenzie’ego.

– Dziękuję – odparł z uśmiechem – ale to w równym stopniu i mnie dotyczy.
– Jak miło z pana strony! – gruchała Cora. – I ja dziękuję. Niech no tylko Ruth 

dowie się, że spędziłam prawie godzinę z królem golfa! – mrugnęła do Rae. – Czy 
nie byłoby ci na rękę, gdybym odstawiła do domu twój samochód? Jeśli chcesz, po 
drodze odbiorę Joeya. Frank może jechać za mną.

– Naprawdę, Coro? Mogłabyś to zrobić?
– Oczywiście.
Jeszcze szybki telefon do Grega, by przypomnieć mu o obowiązkach niańki, o 

spaghetti w lodówce i – na miłość boską – o nauce... Wreszcie Rae znalazła się sam 
na sam z McKenzie’em w windzie zjeżdżającej na dół.

– Jestem pod wrażeniem – powiedział.
Spojrzała na niego zdumiona.
– Pod wrażeniem?
Skinął głową.
–   Bardzo   silnym.   Od   razu   coś   poczułem,   gdy   wprowadzano   mnie   do   pani. 

Recepcjonistka, dwie sekretarki... A gdy wkroczyła pani na czele całej tej elity 
władzy...

– Co za nonsens – przerwała mu Rae. – Pan sobie kpi.
– Ani trochę. – Wyszli z windy i przeszli przez hol.
–   Stwierdzam   tylko   fakty.   Muszę   jednak   przyznać,   że   jestem   trochę 

zawiedziony.

– Tak?  – Rzuciła mu  ostre spojrzenie. – Nie lubi pan kobiet, które zrobiły 

karierę zawodową?

–   Nie,   nie.   Ale   życzyłbym   sobie,   aby   była   pani   trochę   mniej...   niezależna, 

dysponowała mniejszą władzą.

– Tak? – Zatrzymała się i spojrzała na niego, gdy otwierał drzwi samochodu. – 

Dlaczego? Co pan ma na myśli? – Próbowała coś wyczytać z jego pociemniałych 
oczu. Mówił serio? Żartował? Bawił go płaski flirt?

Zmarszczył brwi.
– Nie potrafię tego wyrazić. Odnoszę wrażenie, że mam przed sobą kobietę 

całkowicie samowystarczalną. Odnosi sukcesy zawodowe, cieszy się autorytetem. 
Nie potrzebuje niczyjej pomocy. A ja – dodał z prostotą – miałem nadzieję, że 
mógłbym się na coś przydać.

background image
background image

Rozdział 4

Do diabła! – myślał Nick, wyjeżdżając z parkingu.
– Źle mi to wyszło. Wygląda na spłoszoną. Czyżbym ją obraził? Tego za nic nie 

chciałbym uczynić.

Umiał obchodzić się z kobietami. Lubił je wszystkie. Te zaś, które poznawał, 

odwzajemniały sympatię, a nawet – od kiedy stał się sławny – ubiegały się o jego 
względy. Wyrobił sobie lekki, żartobliwy styl – zgoda!

– styl uwodziciela, lecz, choć chętnie schlebiał i flirtował, zawsze zostawiał 

sobie   drogę   odwrotu.   Od   czasu   rozwodu   unikał   wszelkich   poważniejszych 
związków, choć... gdyby znalazł kobietę, która by go naprawdę pociągała... Gdyby 
i ona...

No   tak,   Rae   Pascal   była   bardzo   pociągająca,   ale   co   ona   właściwie   czuje? 

Zerknął na nią. Siedziała wyprostowana, a jej zaciśnięte usta wyrażały dezaprobatę.

Co   ja   takiego   powiedziałem?   „Miałem   nadzieję,   że   mógłbym   się   na   coś 

przydać”. Zabawne, ale mówił dokładnie to, co naprawdę czuł. A jednak rozumiała 
go inaczej, przynajmniej w części inaczej – przyznał nie bez ironii pod własnym 
adresem. Cóż, powinien był wtedy dodać: „ponieważ chciałbym mieć udział w 
życiu mego syna”.

Manewrując   samochodem   w   wieczornym   ruchu,   Nick   zastanawiał   się,   jak 

sformułować to, co chciał powiedzieć.

–   Zarezerwowałem   miejsca   w   „Rondzie”   –   zaczął.   –   Koledzy   z   klubu 

golfowego powiedzieli mi, że leży w pół drogi pomiędzy Dansby i pani biurem w 
Sacramento. Czy to pani odpowiada?

– Tak – odparła bez entuzjazmu.
Znów obrzucił ją krótkim spojrzeniem. Była nie tylko obrażona. Była zupełnie 

wyczerpana.   Odbijało   się   to   na   jej   twarzy.   A   jednak   siedziała   wyprostowana, 
spięta, z wysoko uniesioną głową, gotowa do podjęcia walki. Jej zmęczenie było 
czymś   więcej   niż   tylko   reakcją   na   jego   niezręczne   uwagi.   Teraz   nie   miał   już 
wątpliwości. O czym, u diabła, rozmawiali na tym ważnym spotkaniu wysokiego 
szczebla?!   Czy   ta   dziewczyna   nie   umie   się   odprężyć?   Tak   się   tym   przejął,   że 
zapomniał   o   własnych   problemach.   Traktuje   życie   zdecydowanie   zbyt   serio   – 
myślał.   Zapewne   nigdy   nie   wychodzi   z   domu   dla   samej   przyjemności   czy   dla 
rozrywki.

Co za bzdury! – zreflektował się po chwili. Taka kobieta? Na pewno nie cierpi 

background image

na brak mężczyzn, którzy marzą tylko o tym, by jej towarzyszyć. A może jest w jej 
życiu ktoś szczególnie ważny? Cóż ja, u licha, o niej wiem? Przecież poznałem ją 
dwa dni temu!

– To następna przecznica – poinformowała. – Proszę teraz zmienić pas.
Restauracja była spokojna i tylko w połowie zapełniona. Od razu zaprowadzono 

ich do stolika. Kelner przyniósł wino i przyjął zamówienia. Nick spojrzał poprzez 
stół   na   Rae,   wciąż   niepewny,   jak   z   nią   rozmawiać.   W   końcu   zdecydował,   że 
niczego nie będzie skrywał.

–   Powiedziałem,   że   wolałbym,   by   nie   była   pani   osobą   tak   niezależną.   I 

mówiłem szczerze.

– Tak? – Odpowiedź niewiele różniła się od poprzedniej.
– W tej sytuacji mam poczucie winy, prosząc o pomoc w rozwiązaniu moich 

problemów, skoro sam niczym nie mogę się pani zrewanżować.

– Pan ma jakiś kłopot?
– Tak. Chodzi o Kevina.
Odstawiła   kieliszek.   Na   jej   twarzy   pojawił   się   wyraz   zdziwienia,   a   nawet 

niepokoju. Wyciągnęła rękę poprzez stół, by dotknąć jego dłoni.

– Panie McKenzie, zapewniam pana...
– Na imię mam Nick.
– A więc Nick, zapewniam, że każda sprawa związana z Kevinem to również 

moja sprawa. Dopóki mieszka z nami, jestem za niego całkowicie odpowiedzialna.

Tak, to oczywiste, myślał, patrząc na nią uważnie. Dotrzyma obietnicy wobec 

wszystkich, wobec każdego wypełni swój obowiązek.

– A więc powiedz mi, proszę, o co chodzi – zmarszczyła brwi z namysłem. – 

Kevin sprawia wrażenie zupełnie zdrowego, normalnego, szczęśliwego chłopca.

– Bo tak jest. – Nick westchnął. – To ja borykam się z sytuacją, z której nie 

mogę wybrnąć od dwunastu lat.

– O co chodzi?
– Mój syn mnie nienawidzi. – Gdy przyszło głośno rzecz wyrazić, nie potrafił 

zdobyć się na dłuższą wypowiedź. Ale wiedział, że to, co mówi, jest prawdą.

Nie spodziewał się wszakże gwałtownej reakcji, która odbiła się na jej twarzy.
– Nie wolno ci tak myśleć! To niemożliwe!
– Czy, zanim przyjechałem do szpitala, kiedykolwiek o mnie mówił?
– Nie, ale...
– A potem, czy wspomniał choćby słowem?
Wolno potrząsnęła głową, szeroko otwierając oczy ze zdumienia.

background image

–   Przypuszczam   także,   że   zauważyłaś,   jak   się   usuwa,   jak   mnie   unika,   gdy 

jestem w pobliżu. I jak niewiele ma mi do powiedzenia, jeśli już w ogóle chce ze 
mną rozmawiać – No cóż... – Jej równe, białe zęby lekko przygryzły dolną wargę, 
jak gdyby nie chciała uznać za prawdę tego, co słyszy.

Rozłożył ręce.
– Teraz rozumiesz?
Oboje zamilkli na widok kelnera, czekając w pełnym chwilowej ulgi milczeniu, 

aż ustawi na stole sałatki i przyprawy.

Rae przez chwilę grzebała w sałatce, po czym podniosła wzrok.
– Czy nienawiść to nie jest zbyt silne określenie?
– No dobrze, powiedzmy, że ledwie mnie toleruje.
– Czy jest jakiś... – poprawiła się – czy on uważa, że jest jakiś powód?
Uśmiechnął się, doceniając jej takt.
– Tak. Rozwód. Miał wtedy dopiero cztery lata, ale przypuszczam, że w jego 

przeświadczeniu po prostu go porzuciłem.

Spojrzała mu prosto w oczy. Czyżby dostrzegł w nich oskarżenie?
– I tak było?
– Nie. Odszedłem od żony.
– Czy to nie to samo?
–   W   żadnym   wypadku.   Mój   dziadek   zwykł   mawiać:   Złe   małżeństwo   to 

śmiertelna   choroba.   Gdy   zrozumiałem,   że   na   nasz   związek   nie   ma   lekarstwa, 
odszedłem. I nie chodziło mi nawet o to, że Jan zdradzała mnie z Fraserem.

– Rozumiem.
– Ale nigdy nie opuściłem mojego syna – ciągnął, dotknięty jej oskarżycielskim 

spojrzeniem. – Moja była żona, Jan, no cóż... nie idzie mi na rękę. Stara się, jak 
tylko może, odciągnąć chłopca ode mnie. Nie dlatego, że tak bardzo troszczy się o 
niego,   lecz   po   to,   by   się   odegrać.   Nasz   rozwód   nie   przebiegał   w   atmosferze 
wzajemnego zrozumienia.

– Zażarta walka?
– Niestety. – Nie zapomniała o swych pretensjach nawet wtedy, gdy w końcu 

zdołała skłonić Frasera do małżeństwa. I wpoiła te pretensje Kevinowi. Zjadliwe 
uwagi, które stale sączyła mu w uszy, wyrządziły zapewne więcej szkody niż moja 
nieobecność, spowodowana licznymi obowiązkami – ciągnął w myślach Nick.

Rae przełknęła łyk wina.
–   Ale   przecież   jako   ojciec   musisz   mieć   jakieś   prawa.   Mówię   o   wspólnie 

spędzanym czasie.

background image

–  Tak,  oczywiście.   Teoretycznie  spędzamy   razem miesiące   letnie  i  niektóre 

święta. Ale tu właśnie leży problem, a w każdym razie leżał.

– Jaki?
– Wtedy terminarz moich zajęć jest najbardziej napięty. Na ogół wyjeżdżam w 

lecie   do   Stanów.   Kevin   zawsze   spędzał   ten   okres   z   moimi   rodzicami.   Mają 
niewielką farmę w Szkocji.

– Tak, rozumiem... – zawahała się – ale przecież teraz, gdy jest starszy, może ci 

towarzyszyć.

– Tylko, że on nie znosi golfa – albo mnie, dodał w duchu Nick. – Natomiast 

uwielbia   farmę.   Sadzę,   że   ze   względu   na   zwierzęta.   Często   towarzyszy 
miejscowemu weterynarzowi i jest bardzo silnie związany z moim ojcem. Zresztą 
mój ojciec marzył, że taki właśnie będzie jego syn.

– Założę się, że nie przepadałeś za farmą?
Uśmiechnął się ze smutkiem.
–   Powiedzmy   raczej,   że   wolałem   grać   w   golfa.   –   Odsunął   się,   gdy   kelner 

zabierał talerz z nie tkniętą przez niego sałatką. Na długą chwilę, podczas gdy 
ustawiano   na   stole   przekąski,   wrócił   myślami   na   farmę   –   do   scen   dojenia, 
sianokosów i wiecznych utarczek z ojcem. Wciąż starał się pamiętać o przeszłości i 
nie   dopuścić,   by   rzecz   powtórzyła   się   w   jego   stosunkach   z   Kevinem.   Czyżby 
przesadził w drugą stronę? Gdyby zmuszał Kevina do towarzyszenia mu w czasie 
turniejów golfowych, może chłopiec nauczyłby się lubić, a przynajmniej rozumieć 
ten sport? I czy miał prawo odbierać swemu ojcu wnuka, którego ten tak bardzo 
kochał i który tak bardzo dziadka przypominał?

– To dziwne – mruczała, wodząc widelcem po talerzu z łososiem.
– Co takiego?
– Ze ktoś wychowany na farmie produkującej mleko został mistrzem golfa.
Zaśmiał się.
– Ależ nic w tym dziwnego! Chyba wiesz, że ten sport wywodzi się ze Szkocji.
– Nie – odparła ze zdziwieniem. – Nie wiedziałam.
– Nasz dom leży w pobliżu słynnych terenów golfowych St. Andrews. Mój 

dziadek namiętnie grał w golfa, a ja wszędzie mu towarzyszyłem już od piątego 
roku   życia.   Oczywiście   przeznaczano   mnie   na   farmera.   Ale  w   szkole   rolniczej 
zostałem   wciągnięty   do   drużyny   golfowej   i   już   na   pierwszym   roku   zwróciłem 
uwagę Johna Spanglera. Rzuciłem wtedy szkołę i... farmę.

– Kim jest John Spangler?
–   Niestety   już   nie   żyje.   To   założyciel   wielkiej   firmy   Spangler   Sporting 

background image

Equipment. Jej siedzibą jest Londyn. Od początku był moim sponsorem, a teraz 
jego firma produkuje, wśród wielu innych towarów, kije golfowe sygnowane moim 
nazwiskiem. Tak, to był udany związek. – Westchnął, po czym odkroił kawałek 
steku. – Związek z jego córką nie był równie udany.

– Z twoją żoną?
Skinął twierdząco.
Siedziała w milczeniu, odrywając kawałek bułki i smarując ją masłem. Potem 

podniosła na niego wzrok.

– Panie McKen... Nick, prosiłeś mnie o pomoc, ale ja nie wiem, co mogłabym 

zrobić?

– Czy nie rozumiesz, że to dla mnie szansa? Mój syn będzie przez cały rok 

tutaj, w Stanach, a nie z matką w Anglii! I nie na farmie, lecz blisko mnie. Mogę 
mieć z nim stały kontakt!

Skinęła głową.
– I na dodatek mieszka z wdową, która też ma dwu synów i której mógłbym w 

wielu sprawach pomóc. Na przykład naprawić kran, skosić trawnik... – zaczął się 
trochę plątać – pójść z chłopcami na mecz czy do McDonalda... Uczyć ich gry w 
golfa – dodał z uśmiechem. – Co się da. Mógłbym zastępczo odgrywać rolę kogoś 
w rodzaju ojca. – Mówiąc to zastanawiał się jednocześnie, czy ktoś już tej roli nie 
pełni.

– Bądź ostrożny! – parsknęła śmiechem. – Sporządzam właśnie listę usterek. 

Cieknie umywalka w łazience chłopców, pękła główka w prysznicu...

– Zrobię wszystko, czego sobie życzysz. Pozwól mi tylko stać się częścią twojej 

rodziny.

Sprawia wrażenie jakby naprawdę to przeżywał – myślała Rae. – I bardzo mu 

chyba na tym zależy.

– Dobrze, zawieramy umowę – powiedziała. – Ale, mówiąc serio, jak mogłoby 

to wpłynąć na twoje stosunki z Kevinem?

– Miałbym jakąś szansę, jakiś powód, by być blisko niego. Może po prostu 

powinniśmy wspólnie spędzać trochę czasu? Na ogół łatwo nawiązuję kontakt z 
młodzieżą.

–   Tak,   mogę   to   poświadczyć   –   przytaknęła,   wspominając   urodziny   Joeya. 

Uśmiech,   którym   obdarzyła   teraz   Nicka,   miał   dodać   mu   otuchy.   –   Dobrze, 
spróbujemy. Jak często zamierzasz bywać w Dansby?

– Chcę się tu osiedlić. Właśnie prowadzę rozmowy na temat kupna domu w Del 

Rio Country Club.

background image

– No, no... – To wywarło na niej wrażenie. Była zaskoczona. Rezydencje na 

terenie stosunkowo nowego, elitarnego klubu nie były łatwo dostępne. Oczywiście, 
pomyślała, gwiazda golfa ma przewagę nad zwykłym śmiertelnikiem.

– Są tam znakomite tereny golfowe. Mógłbym trenować. No i jeszcze jedno. 

Wprowadzę chłopców. Pływanie, tenis, racquetball; będą mieli wszystko, czego 
zapragną.

– Zdaje się, że wyjdę na tym interesie lepiej od ciebie.
– Nie wiesz nawet, ile to dla mnie znaczy. Prawdę mówiąc, gdy zobaczyłem cię 

dziś wieczorem, ogarnęło mnie poczucie winy, że obarczam cię swoimi kłopotami. 
Wyglądałaś na śmiertelnie zmęczoną.

– Tak,  byłam zmęczona  – przyznała. – Cały dzień dokuczał mi  ból głowy. 

Wciąż mi zresztą dokucza. Ale nie rób sobie wyrzutów. Nie wiem, czy to dzięki tej 
świetnej kolacji, której nie musiałam sama gotować – z uśmiechem wskazała talerz 
– czy sprawiło to wino, czy może  dlatego, że skupiłam się na kłopotach innej 
osoby, czuję się dużo lepiej.

– Zapewne ciąży na tobie ogromna odpowiedzialność – powiedział, patrząc na 

nią   ze   współczuciem   i   nie   udawaną   troską.   –   Wszystkie   te   poważne   sprawy 
finansowe...

– Mówisz o banku? – Niemal się roześmiała. To był drobiazg w zestawieniu z 

wychowaniem chłopców. Zwłaszcza kłopoty z Gregiem nie dawały jej spokoju. Jak 
on się dostanie na uczelnię? – W najbliższym czasie zamierzamy dokonać fuzji 
kilku z naszych oddziałów, jest z tym trochę zamieszania – wyjaśniła. Po czym 
dodała wzruszając ramionami: – Ale nic poważnego.

–   No   cóż,   liczę   na   dużo   cieknących   kranów   i   zepsutych   pryszniców   – 

powiedział   ze   śmiechem.   –   Mógłbym   się   pewnie   przydać,   gdybyś   miała   dwu 
prawdziwych zabijaków, wymagających męskiej  ręki, a nie spokojnych, dobrze 
wychowanych chłopców, dla których będę tylko natrętem.

– O, nie jestem tego pewna. – Teraz śmiała się ona.
– Jak radzisz sobie z biologią?
– No cóż, to zależy od... – Nagle zrezygnował z żartu, który mu się nasuwał. 

Nie   był   w   stylu   Rae.   Już   o   tym   wiedział.   Wtem   przyszło   mu   coś   na   myśl. 
Wyprostował się, patrząc na nią z rozjaśnioną twarzą.

– Kevin znakomicie radzi sobie z biologią. Ojciec opowiadał mi, że asystuje 

weterynarzowi w trakcie operacji, a także przy cieleniu się krów.

Parsknęła.
– Naprawdę nie musisz mnie przekonywać, jaki mądry jest Kevin! Mówiłam ci 

background image

już, że właśnie dlatego postanowiłam przyjąć w ramach wymiany takiego ucznia 
jak on. Ale sam twierdzisz, że trudno pogodzić ogień z wodą. I masz rację.

Uśmiechnął się.
– A więc chłopcy nie odrabiają razem lekcji?
– Jakich lekcji? Greg korzysta z każdej okazji, by się wywinąć. Dziś rano jego 

wychowawczyni dzwoniła do mnie w sprawie biologii, a jutro otrzymam pewnie 
telefon w związku z innym przedmiotem.

– Zmarszczyła czoło. – To naprawdę żenujące. Za każdym razem, gdy idę do 

szkoły na rozmowę, chciałabym zabrać świadectwa Joeya, ma same dobre stopnie, 
i powiedzieć: Widzi pani, nie jestem złą matką. To nie moja wina, że... – przerwała, 
gdyż Nick pokładał się ze śmiechu. Jednocześnie zdała sobie sprawę, jak zabawne 
jest to, co mówi, i również się roześmiała. A przecież, mimo  wszystko... – To 
wcale nie jest wesołe – wykrztusiła.

– Wiem, wiem. – Sięgnął poprzez stół, by wziąć ją za rękę. – Ale to naprawdę 

nie twoja wina. Zdaje się, że zbyt wiele od siebie wymagasz, a także i od Grega. 
Może trochę się leni, ale to w gruncie rzeczy dobry chłopak.

– O tak, na pewno – zgodziła się Rae. – Poza tym nie ma z nim żadnych innych 

kłopotów. Gdyby jeszcze poświęcił nauce połowę tej uwagi, którą poświęca grze w 
futbol...   Trener   mówi,   że   nigdy   nie   miał   równie   dobrego   obrońcy.   Ale   ja 
zastanawiam się, czy nie wycofać go z drużyny, jeśli, oczywiście, szkoła mnie nie 
uprzedzi.

– Ależ nie możesz tego zrobić! – gorąco zaprotestował Nick. – Greg wymaga 

dyscypliny, musi uprawiać sport i wierzyć w to, że jest w czymś naprawdę dobry.

–   Może   masz   rację.   Ale   potrzebny   mu   jest   również   jakiś   bodziec.   Coś,   co 

skłoniłoby go do tego, by choć spojrzał w stronę książek. To nie jest chłopiec tępy. 
Szkoda, że nie widziałeś referatu, który przygotował na historię.

– Taki dobry?
– Napisał go w jedno popołudnie. Rano był u dentysty, a potem uprosił mnie, 

żebym pozwoliła mu spędzić resztę dnia w bibliotece uniwersyteckiej, zamiast w 
szkole. Oczywiście, jak zawsze, referat miał być gotów nazajutrz, toteż musiałam 
przepisywać   go   w   nocy.   Ale   dobrze   napisał.   Naprawdę   dobrze.   –   Gdy   o   tym 
myślała,   rosło   w   niej   serce.   –   Dołączył   bibliografię   i   cytował   niektóre   z 
wymienionych   prac.   Potrafił   zebrać,   zrozumieć   i   przetworzyć   wszystkie   te 
informacje w pomysłowo skomponowaną i zręcznie napisaną całość... – Przerwała 
z zażenowaniem. – Teraz ja się przechwalam.

– Nie widzę w tym nic złego. Poza tym przyszło mi coś na myśl.

background image

– Co takiego?
– Czy pomyślałaś, żeby wciągnąć w to Kevina?
– Pytasz, czy prosiłam, żeby pomógł Gregowi w nauce? Wiesz, myślałam o tym 

nawet, ale w końcu zrezygnowałam.

– Nie, pytam, czy próbowałaś namówić Kevina, żeby zwrócił się o pomoc do 

Grega?

– Jaką pomoc?!
– Powiedziałaś mi przed chwilą, że Greg dobrze pisze.
– Sądzisz, że Kevin ma z tym jakieś trudności?
Nick potarł brodę i mrugnął do niej.
– Mój dziadek mawiał, że mądry może czasem udać głupiego.
– Twój dziadek był skarbnicą mądrości.
– Był. I trafiał w sedno równie celnie, jak piłką golfową w dołek.
– Też tak dobrze grał w golfa?
– A jak myślisz, kto mnie nauczył? Ale wracając do Kevina... – Tłumaczył jej, 

że kilkunastoletni chłopcy niechętnie proszą o pomoc. Ale gdy zwróci się o nią 
rówieśnik, oferując ją w innej dziedzinie, sprawa przybiera nową postać.

– Poprosisz Kevina, żeby to zrobił? – spytała.
– Nie, ty to zrobisz. W ciągu dwu tygodni zdołałaś nawiązać z nim lepsze 

stosunki, niż ja przez całe jego życie – powiedział ze smutkiem.

–   Ale   teraz   musimy   to   zmienić   –   oświadczyła   stanowczo   i   równocześnie 

przyrzekła sobie, że zrobi wszystko, by w tym pomóc.

Gdy   odwoził   ją   do   domu,   pomyślała,   że   nigdy   z   żadnym   mężczyzną   nie 

spędziła   równie   dziwnego   wieczoru.   Jedynym   przedmiotem   rozmowy   byli   ich 
chłopcy i związane z nimi kłopoty. Dzielili się tymi kłopotami, unikając wzajemnej 
krytyki i pouczeń. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuła, że opuszcza ją napięcie.

– Bardzo dziękuję za naprawdę miły wieczór – powiedziała, gdy otworzył przed 

nią drzwi i odprowadzał w półmrok holu. Dom pogrążony był w ciszy i spokoju. 
Nie   zdawała   sobie   sprawy   z   tego,   że   jest   tak   późno.   Jednocześnie   z   niechęcią 
myślała   o   tym,   że   Nick   za   chwilę   wyjdzie.   –   Miałbyś   może   ochotę   na   kawę? 
Brandy? – spytała.

– Nie, dziękuję. To był dla ciebie męczący dzień. I, zdaje się, jutro czeka cię 

taki sam. A ja rano wylatuję. – Stał jednak nieruchomo, patrząc na nią intensywnie, 
badawczo.

– Tak, rzeczywiście – lekko się zmieszała. – Następny turniej? W takim razie 

życzę szczęścia.

background image

– Miałem już szczęście dziś wieczór. Nie wyobrażasz sobie, jak wiele dla mnie 

znaczy nasz układ – powiedział, wyjmując z jej rąk torebkę i kładąc ją obok na 
stoliku. – Czy możemy go przypieczętować?

– Tak, oczywiście – odparła z uśmiechem, podając mu rękę. Ujął jej dłoń, ale 

tylko po to, by przyciągnąć Rae do siebie, nachylić się i dotknąć ustami jej ust. Był 
to pocałunek delikatny, pocałunek krótki, ale miał w sobie tyle ciepła, tyle czułości, 
że do głębi nią poruszył. Pod wpływem impulsu chciała zarzucić ręce na szyję 
Nicka, oprzeć głowę na jego ramieniu i...

–   Dziękuję   ci,   Rae.   Odezwę   się.   Dobranoc.   –   Musnął   palcem   jej   policzek, 

obrócił się i wyszedł.

background image

Rozdział 5

Rae wbiegała po schodach, szczęśliwa, beztroska, lekko oszołomiona. Czyżby 

działało tak wino? Chociaż... zazwyczaj wino przyprawiało ją o senność, ale teraz 
nie czuła senności. Była ożywiona i pobudzona. Wypełniało ją radosne uniesienie. 
Może   to   nie   wino   –   nerwowo   zachichotała   –   lecz   ekscytujący   finał   tego 
niezwykłego wieczoru.

Życie nie stworzyło jej wielu możliwości porównań, ale to spotkanie okazało 

się   zdarzeniem   naprawdę   niezwykłym.   Właściwie   niemal   przez   cały   czas 
rozmawiali   na   temat   dzieci.   Nick   McKenzie   nie   należał   do   mężczyzn,   którzy 
zabiegaliby   o   nią   dla   własnej   rozrywki   i   egoistycznych   celów,   myślała   Rae, 
zrzucając buty z nóg. Początkowo, gdy wyjeżdżając z parkingu wystąpił z owym: 
„Miałem   nadzieję,   że   mógłbym   się   przydać”,   odniosła   wrażenie,   że   to   zwykły 
frazes, chwyt uwodziciela. Była jednak w błędzie. Nick naprawdę tego pragnął. I 
nie chodziło mu o jej względy. Zdjęła bluzkę i kostium, po czym automatycznie 
powiesiła je w szafie. Gdyby tak chłopcy chcieli mnie naśladować... – westchnęła. 
Tak, Nick pragnął dzielić z nią to, co naprawdę miało znaczenie. Zarówno dla 
niego, jak i dla niej. Najważniejsze były dzieci. Rodzina. Chciał dobra Kevina, 
chciał nawiązać z synem prawdziwie bliską więź. Nie wątpiła w szczerość tych 
deklaracji.   Ani   w   jego   rozpacz,   gdy   wyznał:   „Mój   syn   mnie   nienawidzi”.   Już 
wcześniej dostrzegła dzielący ich dystans. Dostrzegła jednak również krótki błysk 
szczęścia,   który  zalśnił   w  oczach   Kevina,  gdy  tamtego  wieczoru  ujrzał  ojca  w 
szpitalu. A Nick? Czyż na wiadomość o wypadku syna natychmiast nie przerwał 
jednego   z   najważniejszych   turniejów?   Czy   nie   szukał   o   północy   psa,   którym 
zamartwiał się Kevin? I czy teraz nie przenosi się do Dansby, by zamieszkać obok 
chłopca.   Tak,   bez   wątpienia   coś   ich   dzieli.   Ale   na   pewno   się   kochają.   Zrobię 
wszystko, co w mojej mocy, by ich z sobą pojednać – postanowiła.

Włożyła koszulę nocną. Myślała o tym, że ledwie tylko zdołała napomknąć mu 

o własnych kłopotach, a już zmalały, stały się mniej poważne. Ktoś przejął się jej 
sprawami, dodawał odwagi, próbował doradzić. Ktoś sprawił, że... że nie była już 
samotna.

Leżała w łóżku. Nie mogła  zasnąć,  pogrążona w myślach.  Nie krążyły one 

jednak wokół spraw, które wspólnie omawiali. Wciąż czuła dotyk jego ust i upajała 
się   od   nowa   dawno   zapomnianym   oczekiwaniem   –   przeczuciem   czegoś 
cudownego, czegoś, co dopiero ma się wydarzyć. To doznanie od dawna było jej 

background image

obce. Od czasu...

Gwałtownie siadła, wstrząśnięta samą myślą. Tak, od czasu pierwszej randki z 

Tomem!

Mój   Boże,   zupełnie   straciła   głowę!   Tak   jej   pochlebiało,   że   ten   przystojny, 

rozchwytywany przez wszystkich student ostatniego roku prawa chciał się z nią 
umówić.   Jeszcze   teraz   pamiętała   nieokiełznane   uczucie   radosnego   oczekiwania. 
Euforia   trwała   równo   trzy   lata.   Następne   trzy   lata,   ostatnie   trzy   lata   stały   się 
koszmarem, jaki zawsze pociąga za sobą próba ratowania utraconych złudzeń.

Leżała,   usiłując   sobie   przypomnieć   to,   co   Nick   McKenzie   mówił   o   swoim 

małżeństwie:   „Choroba,   na   którą   nie  ma   lekarstwa”.   Ale   jedno  było   jasne.   On 
odszedł. On. Sam to przyznał. Czy zostawił żonę równie nieszczęśliwą i złamaną 
jak Rae? Czy był już wtedy sławny i bogaty? Zepsuty względami innych pięknych 
kobiet jak ongiś Tom?

Na miłość boską! Co mnie to obchodzi? Mam się zająć jego synem, na którym 

na pewno mu zależy!

Pragnie   naprawić   ich   wzajemne   stosunki   i   dlatego   prosił   o   pomoc.   To 

wszystko! Kobiety na pewno szaleją za Nickiem McKenzie’em. Nie, nie chcę być 
jedną   z   nich   –   myślała.   Przez   dziewięć   lat   budowała   od   nowa   swoje   życie, 
poświęcając je chłopcom i karierze zawodowej. Nie miała zamiaru burzyć teraz 
wszystkiego.  A związek  z  takim mężczyzną  jak  Nick McKenzie   to ryzykowna 
sprawa. Wiedziała o tym z własnego doświadczenia, wiedziała, jak taki człowiek 
może zranić i jaką wyrządzić krzywdę.

Parokrotnie klepnęła poduszkę, obróciła się na bok i spróbowała zasnąć.

Nazajutrz   wieczorem,   gdy   Greg   wyszedł   na   trening   futbolowy,   Rae   zdołała 

złapać   Kevina.   Chętnie   zgodził   się   pomóc   w   ułożeniu   rzeczy,   które   wyjęła   z 
suszarki. Kiedy jednakże zaproponowała, by pomógł Gregowi w biologii, udając, 
że   sam   potrzebuje   pomocy   w   zakresie   literatury,   uśmiechnął   się,   jak   ojciec, 
kącikiem ust.

– Greg nie da się nabrać. Wie, że mam z literatury celujący.
– Niech cię diabli, Kevin – roześmiała się. – Dlaczego ty we wszystkim musisz 

być doskonały?

– Nie we wszystkim. Mam trudności z algebrą – wyznał wzdychając. – I Greg 

też o tym wie.

– No cóż... – zawahała się. – Kłopot w tym, że algebra nie jest jego mocną 

stroną. Stopnie Grega to prawdziwa karuzela. W jednym miesiącu piątka, w drugim 

background image

jedynka. – Chociaż... zastanawiała się, zwijając parę skarpetek, stopnie były ściśle 
uzależnione od tego, czy Greg otworzył podręcznik, czy też nie tknął go wcale. 
Gdyby więc skłonić go do pracy... – Słuchaj, Kevin, co powiedziałbyś na taką 
wymianę usług... ?

– Jaką? – Kevin był zdumiony. – Co za co?
– Ty pomożesz mu w biologii, a on tobie w algebrze. Rozumiesz?
Kevin z powątpiewaniem wzruszył ramionami.
– No tak, ale Greg nie jest dużo lepszy...
–   Wiem,   wiem   –   przerwała   –   ale   nie   sądzę,   by   się   do   tego   przyznał,   gdy 

poprosisz o pomoc. Kevin, musimy coś zrobić, żeby zabrał się do roboty!

– Dobrze. A więc ja... my... spróbujemy. Z pewnością potrafię pomóc mu w 

biologii. W pracowni biologicznej pracuje się parami. Poproszę panią Morris, żeby 
posadziła mnie z Gregiem.

–   Wiesz   co,   Kevin?   –   Rae   z   uśmiechem   wręczyła   mu   stos   podkoszulek.   – 

Bardzo się cieszę, że do nas przyjechałeś.

– Ja też – odparł z głupią miną. – Mam to zanieść do pokoju Joeya?
– Tylko nie kładź na łóżko, włóż do szuflady!
Nie wierzyła własnym uszom, gdy dwa wieczory później usłyszała, jak Greg 

kłóci   się   –   nie,   omawia   z   Kevinem   równanie   algebraiczne.   Głos   Grega 
rozbrzmiewał głośno i pewnie.

– Nie, stary, trzeba tak... rozumiesz? – Instynkt rywalizacji wkroczył w życie 

szkolne. Nareszcie. A tydzień później nauczyciel stwierdził, że Greg podciągnął się 
z biologii. Rae pragnęła uściskać Kevina.

Zatelefonowała do matki, do Oregonu.
– Myliłaś się, mamo! Ten uczeń, który przyjechał tu z zagranicy na wymianę, to 

najlepszy pomysł w moim życiu!

Nie wspomniała jednak o ojcu ucznia i nie przyznała, nawet przed sobą, że 

czeka na telefon od Nicka.

Zadzwonił   w   dniu,   w   którym   wrócił   z   Południowej   Karoliny.   Na   dźwięk 

śpiewnego akcentu wstrzymała oddech.

– Cieszę się, że cię złapałem przed wyjściem z biura. Pomyślałem, że mogłabyś 

dziś wieczór przyjechać z chłopcami na obiad do klubu.

–   Wielkie   nieba!   –   powiedziała,   zerkając   na   Córę,   która   bacznie   jej   się 

przyglądała.   Ona   również   rozpoznała   ten   głos   i,   nim   wręczyła   słuchawkę   Rae, 
zamieniła z Nickiem kilka słów. – Nie lubisz tracić czasu, prawda?

– Nie stać mnie na to. Chciałbym pokazać tobie i chłopcom mój dom. Co o tym 

background image

sądzisz?

Błyskawicznie odtworzyła w pamięci plan zajęć chłopców.
– Tak, to dziś możliwe. Joey gra w piłkę nożną, więc zaraz potem. Co z... Jaki 

strój obowiązuje?

– Powiedz im tylko, żeby nie wkładali szortów i tenisówek. Mogą przyjść w 

swetrach.

– Dobrze. A więc spotkamy się w...
– Przyjadę po was. Może trochę przed szóstą?
– Świetnie. – Odwiesiła słuchawkę nie patrząc na Córę. Ale Cora nie dała się 

zbyć.

– Znów randka z przystojnym królem golfa?
– Żadna randka. Chodzi mu o chłopców. Chce im pokazać swój dom.
– Jego dom? – Cora wywróciła oczy do góry. – Co się tu dzieje? Zostaje na 

stałe? A więc romans na całego!

– Na miłość boską! Nikt nie zostaje i nie ma żadnego romansu. Nick chce po 

prostu mieszkać bliżej syna, który spędzi tu cały rok.

– A więc czemu, jeśli wolno spytać, nie do syna dzwoni? I na pewno nie w syna 

wpatrywał się wtedy, kiedy...

– Oj, daj wreszcie spokój! – Rae złapała torebkę i ruszyła do wyjścia. – Może 

posprzątasz ten bałagan? Muszę odebrać Joeya.

– Jasne  – zachichotała Cora. – Wreszcie naprawdę uczciwe randki. Tak się 

cieszę.

– Mówiłam już, to nie randki. To tylko... och, nieważne – Rae westchnęła. 

Obracając się, ujrzała roześmianą twarz Cory.

– Niezłe miejsce – zauważył Nick, gdy zamknęła się za nimi potężna, żelazna 

brama i ruszyli przez tereny Del Rio Country Club. – Oprócz pól golfowych jest tu 
kilka   kortów   tenisowych,   basen   o   olimpijskich   wymiarach,   a   także   sale   do 
raoquetball i sale gimnastyczne w domu klubowym.

–   Czy   jest   boisko   do   koszykówki?   –   dopytywał   się   Greg,   wyglądając   w 

napięciu przez okno samochodu.

– Tego nie wiem. Sprawdzę. – Nick zaparkował samochód i poprowadził ich do 

restauracji.   Była   to   przestronna   sala,   w   której   panowała   pogodna,   spokojna 
atmosfera. Stłumione głosy gości wznosiły się i opadały. To zapewne w większości 
tutejsi   mieszkańcy   –   pomyślała   Rae.   Sięgające   od   sufitu   do   podłogi   okna 
wychodziły   na   rzęsiście   oświetlony   taras,   gdzie   kilku   biesiadników   odważnie 

background image

stawiało czoło wczesnojesiennemu wieczorowi.

– Jemy na tarasie? – spytał Joey, a jego wysoki głosik wzbił się nad dźwięk 

porcelany i szczęk sreber, wywołując na sali szmer rozbawienia.

– Nie – szepnęła Rae. – Jestem wprawdzie rodowitą Kalifornijką, ale wiem, 

kiedy nie należy wychodzić na dwór.

– Po obiedzie pokażę wam mój dom – zaproponował Nick, gdy Rae zdołała 

przekonać Joeya, że nie ma tu hamburgerów, i gdy wreszcie złożyli zamówienia.

–   Twój   dom?   –   spytał   zdumiony   Kevin.   Poza   zamówieniem   złożonym 

kelnerowi były to jedyne słowa, które wypowiedział od chwili, gdy Nick po nich 
przyjechał. Rae przypomniała sobie pytanie Cory: „Czemu więc nie dzwoni do 
swego syna?”.

– Tak, kupiłem dom – odparł Nick. – Są tutaj znakomite tereny golfowe, więc 

w przerwach między turniejami będę mieszkał blisko was.

– Aha – cicho powiedział Kevin.
Nick   obiecał   załatwić   karty   wstępu   dla   całej   trójki,   żeby   chłopcy   mogli 

swobodnie i o dowolnej porze korzystać z wszystkich klubowych udogodnień.

– Ale super! – wykrzyknął Greg. – Czy grasz w tenisa?
– Nie najlepiej – wyznał Nick z szerokim uśmiechem. – I nie zamierzam z 

wami przegrywać. Ale co byście powiedzieli na kilka lekcji golfa?

– O rany! Mówisz serio? – Greg promieniał. – Ale super!
– Czyja też mogę? – spytał Joey. Buzia mu się jednak wydłużyła, gdy Greg 

oświadczył:

– Jesteś za mały. – W chwilę później znów się jednak rozjaśnił, gdyż Nick temu 

zaprzeczył, mówiąc, że sam był młodszy, kiedy zaczynał.

Przez całą kolację chłopcy Rae zarzucali go pytaniami na temat lekcji golfa i 

różnorodnych, dostępnych w klubie atrakcji. Nick wesoło odpowiadał na pytania, 
nie zrażony, lub pozornie nie zrażony, brakiem zainteresowania ze strony Kevina.

Wyniosłe dęby rzucały cień na tereny mieszkalne, otoczone soczystą zielenią 

pól golfowych. Żwirowane ścieżki wysadzane drzewami wiły się pośród domów, 
nadając całemu terenowi naturalny, wiejski charakter. Rae ze zdumieniem ujrzała, 
że Nick prowadzi ich w stronę oddzielnie stojącego, dużego, piętrowego domu. 
Pierwsze piętro, poza niewielką toaletą i średniej wielkości kuchnią, zajmowała 
otwarta przestrzeń połączonej jadalni i livingu.

– Ależ to wspaniałe! – wyszeptała Rae, patrząc na olbrzymi kamienny kominek 

i wygodne, eleganckie wyposażenie wnętrza, utrzymane w tonacji beżu i brązu. 
Zastanawiała się, jak zdołał w tak krótkim czasie urządzić dom.

background image

– To jest gotowy dom – wyjaśnił, czytając w jej myślach. – Kupiłem wszystko 

w całości.

– Rozumiem. – Jak to przyjemnie być w takiej sytuacji, pomyślała. Jakże to 

upraszcza wszelkie decyzje.

–   Mamo!   Mamo!   –   wrzeszczał   Greg.   –   Chodź,   zobacz!   W   sypialni   jest 

kominek! Ale super!

– Mamo, jak tu fajnie! – wołał Joey, patrząc na nią z balkonu nad bawialnią.
– Tak, ale nie przechylaj się przez balustradę – ostrzegła. Spojrzała na Nicka. – 

Obawiam się, że moi chłopcy zanadto się panoszą.

– Nic nie szkodzi. Chodź na górę. Chciałbym ci pokazać resztę domu, zanim się 

wprowadzę i narobię wszędzie bałaganu.

Trzy sypialnie i dwie łazienki prezentowały się równie imponująco jak dół. To 

nie był dom przeznaczony dla samotnego mężczyzny, lecz dla całej rodziny. Nick 
zadał   sobie   wiele   trudu   i   poniósł   wielkie   koszta,   myślała   Rae,   obserwując   ze 
smutkiem Kevina, który – jedyny spośród nich – zachowywał się obojętnie.

Zaczęli zbierać się do wyjazdu, gdy wtem Joey zapytał:
– Kiedy pojedziemy odebrać Rudego?
– Rudego? – powtórzył McKenzie.
–   Psa.   Tak   go   nazywamy,   bo   jest   rudy,   prawda?   Kevin   mówi,   że   już 

wyzdrowiał. Odwiedza go, gdy jest w pracy, ale tylko raz tam byłem i Rudy nie 
zna mnie tak dobrze jak Kevina. Ale przyzwyczaiłby się, gdybyśmy go zabrali do 
domu. Czy już można go zabrać?

– Myślę, że należy spytać o to naszego specjalistę – odparł Nick patrząc na 

Kevina. – Co ty na to?

Kevin zaczerwienił się, ale szybko odpowiedział:
– Pies już jest zdrowy. Trochę nawet podskakuje. Wyprowadzałem go kilka 

razy, gdy byłem na kampusie.

– Widzisz, widzisz! Czy teraz możemy zabrać go do domu?
– No cóż... ja... sama nie wiem. – Nick spojrzał na Rae, ona zaś zareagowała 

wzruszeniem   ramion,   jakby   z   pretensją   chciała   powiedzieć:   to   ty   mnie   w   to 
wrobiłeś. Uśmiechnął się.

– Przecież tu jest mnóstwo miejsca. Jutro po niego pojadę i...
– Nie! – krzyknął Joey. – Chcemy, żeby mieszkał w naszym domu! Prawda, 

Greg? Zgadzasz się, mamo?

– Tak, mamo – włączył się Greg. – Liczyliśmy na to. Kevin spojrzał na nią 

błagalnie.

background image

–   Ojciec   tak   często   wyjeżdża.   A   Rudy   potrzebuje   teraz   szczególnej   opieki. 

My... ja obiecuję, że nie będzie sprawiał ci kłopotów.

Rae była po części uradowana, a po części rozżalona tym, że chłopcy uknuli w 

sekrecie cały plan dotyczący przyszłości psa. Nie dziwiła się teraz, że nie zarzucali 
jej dotąd błaganiami i żądaniami. Uśmiechnęła się i skapitulowała. Jakąż by była 
matką, odmawiając dzieciom psa, nawet jeśli to tylko kundel, a nie rodowodowy 
zdobywca medali, taki jak Taffy.

Nazajutrz   Rudy   został   członkiem   rodziny   Pascalów.   Widząc,   jak   Kevin 

opiekuje się nim podczas rekonwalescencji, Rae uznała, że chłopiec ma wszelkie 
zadatki   na   lekarza   weterynarii.   Nawet   zawadiacki   Joey   cierpliwie   i   delikatnie 
wykonywał polecenia Kevina. Rudy był nie tylko karmiony i leczony, ale również 
kąpany,   codziennie   czesany   i   głaskany.   Zdobył   serca   wszystkich,   nim   jeszcze 
zrosły mu się połamane łapy. Jest taki wdzięczny za naszą pomoc, myślała Rae. I 
bardziej kochający, a więc i bardziej kochany niż wyniosły arystokratyczny Taffy.

Ponadto rodzina Pascalów wzbogaciła się o jeszcze jedną osobę. Był nią Nick. 

Zgodnie z umową odwiedzał ich za każdym razem, gdy przyjeżdżał do miasta. 
Chłopcy z radością witali jego obecność. I chętnie pomagali w wykonywaniu zadań 
powierzonych mu przez Rae. Nick miał zresztą szczególny dar wciągania ich w 
różne czynności domowe. „Podaj no tę zasuwę, Joey, i poświeć nad nią latarką” – 
mówił. Albo: „Weź szwedzki klucz, Greg. Widzisz, jak dobrze pasuje”. Chłopcy 
uczyli   się   przy   nim   drobnych   napraw.   I   w   dodatku   to   polubili.   Stało   się   tak 
zapewne dzięki wesołej, żartobliwej atmosferze, jaką stwarzał Nick. Zabierali się 
teraz do różnych rzeczy, o które Rae ich nawet nie prosiła.

Jednakże Kevin, który robił to, co i oni, wciąż zachowywał dystans. Aż dziwne, 

że chłopiec, który z taką łatwością przylgnął do ich rodziny, zaczynał się z niej 
wycofywać,   gdy   tylko   wkraczał   jego   ojciec.   Zauważyła   również,   że   Nick   zbyt 
ostrożnie odnosi się do Kevina. I że nigdy go nie strofuje tak jak jej chłopców. „Do 
diabła,   Greg,   jak   wygląda   samochód   mamy!   Łap   odkurzacz,   Joey,   a   ty,   Greg, 
zajmij się wężem do polewania!” Rae uświadomiła sobie, że pod jego nieobecność 
odczuwa pustkę, że nasłuchuje czekając, aż rozlegnie się gwizdana przez niego 
melodyjka lub serdeczne: No co słychać?

Było   to   z   początkiem   października,   w   pewne   sobotnie   popołudnie.   Kevin 

wyjechał z Gregiem na zajęcia sportowe za miasto, a Joey z drużyną skautów na 
całonocny kemping. Rae wyszła przed dom, by grabić liście. Towarzyszył jej tylko 
Rudy. Zagrabiała liście w sterty, śmiejąc się na widok psa, który wskakiwał w 

background image

każdy nowy stos, a następnie się w nim tarzał. Uwielbiała ciepłe tchnienie złotej 
jesieni   połączone   z   wilgotnym   zapachem   ziemi,   który   drażnił   nozdrza, 
przypominając   o   zbliżającej   się   zimie.   Wtem   na   podjeździe   rozległ   się   odgłos 
samochodu Nicka. Podniosła głowę w chwili, gdy zamykał drzwi i ruszał w jej 
stronę.

– Co się tu dzieje? – spytał przystając, by pogłaskać radośnie szczekającego 

psa, który skakał na powitanie.

– Czemu robisz to sama? Gdzie są chłopcy?
Wyjaśniła, że wyjechali, po czym dodała:
– Myślałam, że jesteś na Florydzie.
– Wróciłem dzisiaj rano. A więc wszyscy cię opuścili?
– Nie mam nic przeciw temu. Zdarza się to tak rzadko, że bardzo lubię podobne 

chwile.

–   No   tak,   ale   ja   wróciłem   i   nie   musisz   już   teraz   sama   z   tym   walczyć   – 

powiedział, sięgając po jej grabie.

– Nie, zostaw – roześmiała się, mocniej je ujmując.
–   Jeśli   już   musisz,   to   weź   drugie   grabie   z   garażu.   Grabienie   liści   to   moje 

ulubione zajęcie.

– Jak ci poszło? – spytała, gdy wrócił i zabrał się do roboty. – Wygrałeś?
– Tak. Ale nie musisz ze mną rozmawiać. Nie chcę zakłócać ci spokoju.
– Co? Ależ nie żartuj! Mówiąc szczerze, przypuszczam, że lubię to, ponieważ 

najszczęśliwsze chwile w życiu spędziłam właśnie przy grabieniu z kimś liści – 
powiedziała wspominając, jak ojciec pozwalał jej wskakiwać w wielkie, zagrabione 
sterty.

Rzucił jej szybkie spojrzenie.
– Mówisz o mężu?
– O Tomie? Ależ skąd! Nikt go nigdy nie widział z grabiami w ręce. – Ani też 

brodzącego w liściach, które mogłyby zabrudzić jego drogie spodnie od Brooksów, 
tak   jak   teraz   brudzą   eleganckie,   kremowe   spodnie   Nicka   –   myślała,   ogarnięta 
poczuciem winy.

– Ale zastanawiałem się... Czy to nie w tym domu mieszkaliście z mężem, 

zanim...

–  Z  Tomem?   – powtórzyła  pytanie.  – Nie.  Byliśmy  małżeństwem   zaledwie 

sześć lat. Tom dopiero zaczynał. Nie zdołalibyśmy utrzymać tak dużego domu. To 
był dom moich rodziców. Tu się wychowałam.

– Rozumiem.

background image

–   I   tu   wróciłam,   bo   nie   mogłam   sama...   dać   sobie   rady   –   skończyła, 

zawstydzona tym wyznaniem.  Przegrała jako żona, a  potem,  po śmierci  Toma, 
okazała się całkiem bezradna.

– To zrozumiałe – wtrącił Nick. – Sama z dwójką małych dzieci. Nie było 

innego wyjścia.

Powoli, w trakcie wspólnej pracy, dowiadywał się coraz więcej. Wróciła na 

uczelnię, podczas gdy jej matka zajmowała się dziećmi. Zaczęła pracować w banku 
jako kasjerka. Śmiejąc się opowiadała o różnych komicznych przeprawach, które 
pokonywała, awansując w dziedzinie zdominowanej przez mężczyzn.

Pokiwał głową.
– Chylę czoło, bo ja nie potrafiłbym nawet obliczyć stanu mojego konta.
Opowiedziała, jak przed trzema laty spadła na nich śmierć jej ojca. Jak rok 

temu matka wyszła ponownie za mąż.

– A więc teraz żyjesz samodzielnie – powiedział.
– Uważam, że wspaniale sobie radzisz. Prowadzisz dom, wychowujesz dwu 

udanych chłopców, w tej chwili nawet trzech, wykonujesz pracę, przy której bym 
osiwiał i na dodatek wyglądasz jak Miss Ameryki.

–   Chcesz   mi   sprawić   przyjemność   –   uśmiechnęła   się.   Nie   wspomniała   o 

gimnastyce, o regularnych wizytach w salonie kosmetycznym, o uporze, z jakim 
walczy o to, by nie ustępować urodą żadnej z tych pięknych kobiet, które podziwiał 
Tom. – Za to, że jesteś taki miły, a także w nagrodę za ciężką pracę – spojrzała na 
sterty zgrabionych liści – przygotuję wyśmienitą kolację.

– O nie, nic z tego. To ja zabieram cię na kolację. Włóż buty, w których możesz 

tańczyć. Wrócę za godzinę.

Nic dziwnego, że chłopcy za nim szaleją, myślała Rae wchodząc pod prysznic. 

Nick McKenzie ma swoje sposoby, by podnieść człowieka na duchu, a poza tym 
stwarza poczucie takiego bezpieczeństwa.

Zabrał ją do Capri, nocnego klubu nad rzeką. Kolacja była znakomita, wybór 

win   doskonały.   I   znów,   jak   poprzednio,   oddaliło   się   napięcie,   a   równocześnie 
senność. Opowiadał jej o Szkocji i życiu na farmie. O tym, jak słońce spala ziemię 
w   lecie   i   jak   w   zimie   zalewają   ją   powodzie.   Mówił   o   konflikcie   ze   swym 
praktycznym ojcem – typowym Szkotem, domagającym się od niego, by karmił 
bydło, doił krowy i wyrzucał gnój, a nie trafiał głupią, małą piłką w idiotyczną 
małą   dziurę.   Teraz,   gdy   zmodernizowano   budynki   gospodarcze,   zainstalowano 
elektryczne dojarki i zatrudniono odpowiednich pomocników, praca stała się dużo 
łatwiejsza.   Nie   wspomniał   wszakże   o   tym,   że   wprowadzenie   tych   innowacji 

background image

umożliwiły fundusze uzyskane z gry w golfa. Dodał natomiast, że przerzucanie 
siana wyrobiło mu zapewne odpowiednio silną rękę.

Grał znakomity zespół. Tańczyli. Nie robiła tego od tak dawna... Sądziła, że już 

nie potrafi. Tymczasem bez trudu przypomniała sobie krok rumby, cza-czy, tanga. 
Kloszowa spódnica szyfonowej, czerwonej sukni wdzięcznie wirowała w rytm jej 
bioder, a czerwone sandałki delikatnie postukiwały w podłogę, gdy poddawała się 
lekkim ruchom Nicka.

– Nie powiedziałeś, że jesteś także zawodowym tancerzem – żartowała.
– Nic podobnego. Ale musisz wiedzieć, że moja matka jest Irlandką. I kocha 

taniec tak, jak ojciec swoją pracę. A czy tobie sprawia to taką przyjemność, jak 
grabienie liści?

– Prawie taką samą – roześmiała się.
I tym razem, gdy odwiózł ją do domu, z żalem pomyślała, że zaraz odejdzie. 

Tego wieczoru przyjął jednak zaproszenie na lampkę koniaku. Zdjął marynarkę, 
rozluźnił krawat. Rae zrzuciła sandałki i z podwiniętymi nogami siadła na sofie, 
sącząc koniak.

– Nigdy tego nie piję. – Marszcząc nos zastanawiała się nad jego smakiem.
– Jest chyba wiele rzeczy, na które nigdy sobie nie pozwalasz – zauważył, 

wyciągając swoje długie nogi. Przypominasz mi skrzaty z bajek mojej mamy.

– W czym?
– One też pracują, pracują i pracują.
– Są chyba bardzo nudne.
– Nic podobnego. Wszystko robią z radością, chętnie się śmieją i posiadają moc 

czynienia czarów. Wynagradzają stokrotnie każdego, kto sprawi im przyjemność.

Uśmiechnęła się.
– Naprawdę opowiadała ci to mama?
– Wiele, wiele razy. Nie wyobrażasz sobie, jak starałem się wejść w ich łaski. – 

Wypił łyk koniaku, odstawił kieliszek na stół i przysunął się bliżej. – Czy zdołałem 
sprawić ci przyjemność, mój skrzacie? Czy dobrze się bawiłaś?

Wyprostowała nogi, udając, że rozważa tę kwestię.
–   Daj   mi   pomyśleć.   Moja   ulubiona   pora   roku,   ulubione   zajęcie,   wspaniała 

kolacja... i tańce. Tak, dobrze się bawiłam.

– Ja też. – Wyjął z jej rąk kieliszek, odstawił go na stolik i nachylił się, by ją 

pocałować.   Zrobił   to   delikatnie,   zaledwie   muskając   wargami   jej   usta.   Ale   ten 
pocałunek miał w sobie magnetyczną siłę – siłę, która przeniknęła ją do głębi, 
przyciągnęła ku niemu i pogrążyła w rozkosznym omdleniu. Bezwiednie owinęła 

background image

ramiona wokół jego szyi, w chwili gdy z westchnieniem zawładnął jej ustami w 
pocałunku, który pozbawił ją poczucia miejsca i czasu. Długo oddawała pocałunki 
w namiętnym uniesieniu, od tak dawna głęboko w niej uśpionym, że teraz uległa 
bez   reszty   fali   uczucia,   rozkoszując   się   jedynie   szczęściem   tego   doznania.   Z 
czułością gładziła palcami jego szyję, dotykała ust, pieściła owal twarzy.

Jego   czułość   tak   ją   obezwładniła,   tak   zapamiętała   się   w   czysto   erotycznej 

rozkoszy, że gdy myślała o tym później, nie umiała powiedzieć, co sprawiło, że 
nagle   się   ocknęła.   Może   dreszcz   pożądania,   który   ją   zelektryzował,   gdy   palce 
Nicka  wślizgnęły   się  pod cienkie  ramiączko   głęboko wyciętej sukni,  delikatnie 
pieszcząc jej piersi? Gwałtownie siadła, przerażona, uwalniając się z jego objęć. 
Czuła się naprawdę głupio. To ona tego chciała, ona go sprowokowała.

– Widzisz, ja nie mogłabym, nie mogę... – Nie mogła posunąć się dalej.
–   Wybacz   mi,   Rae.   Do   diabła,   tak   na   mnie   działasz!   Obawiam   się,   że... 

przestałem nad sobą panować.

Ale to ona straciła kontrolę nad sobą. Zagryzła wargi, usiłując opanować swoje 

emocje, wdzięczna mu za to, że wziął całą winę na siebie.

– Chodzi mi... o chłopców... ja... nie mogę się angażować.
– Rozumiem – powiedział, odgarniając lok jej włosów. – Naprawdę rozumiem. 

I nie chcę tracić twojej sympatii. Będzie więc lepiej, jeśli już pójdę. – Wstał, by 
włożyć marynarkę, po czym wrócił i spojrzał na nią. – Dziękuję ci, mój skrzacie, za 
bardzo szczęśliwy dzień.

Uśmiechnęła się milcząco. W chwilę później usłyszała, jak zamykają się za nim 

drzwi.

background image

Rozdział 6

Jak mogłam  pomyśleć,  ze Nick McKenzie daje poczucie bezpieczeństwa!  – 

myślała. Ten mężczyzna jest niebezpieczny. Przez dziewięć lat starannie unikała 
wszelkich związków, tymczasem wystarczyło, by otworzył ramiona, a natychmiast 
w   nie   wpadła!   Tak,   jestem   uosobieniem   wygłodzonej   seksualnie   wdowy,   która 
łapczywie szuka nowego partnera. Trudno mu się dziwić, że... Spurpurowiała na 
myśl o swoim zachowaniu. W gruncie rzeczy sama go sprowokowała, by potem, 
czując się jak idiotka, przybrać pozę skromnisi. Trudno się dziwić rozczarowaniu i 
zdziwieniu, które wyrażała jego twarz.

Trzeba   mu   jednak   oddać,   że   znalazł   się   jak   dżentelmen   i   wykazał   więcej 

opanowania niż ona. Gdyby nalegał, i gdyby ustąpiła – a przecież tego pragnęła – 
czym by się to skończyło? Rozczarowaniem? Jeszcze teraz paliło ją wspomnienie 
słów Toma. Tej nocy, gdy doszło do rozmowy – ile ich już było? – na temat, aha, 
Lisy Fitzgerald, oświadczył: „Wiem, chciałabyś, żebym wracał na noc do mojej 
oziębłej żoneczki, ale czy sądzisz, że seks z zimną rybą sprawia mi przyjemność?” 
Przestań   wreszcie   wspominać!   –   niecierpliwie   przywołała   się   do   porządku, 
manewrując samochodem w poniedziałkowym rannym tłoku. Nie, nie może tak po 
prostu i bez wahania wiązać się z kimś. Powiedziała Nickowi prawdę. W jej życiu 
nie było miejsca na takie związki. Odtąd zachowa wobec niego dystans.

Jak mogła pozwolić, by tak łatwo wszedł w jej życie! No cóż, zrobił to otwarcie 

i miał po temu rzetelny powód, zastanawiała się, wjeżdżając na parking.

Początkowo sprawa wyglądała beznadziejnie, ale w miarę upływu czasu więź 

między ojcem i synem zdawała się zacieśniać. O dziwo, na poprawę stosunków 
między nimi wpłynął Rudy. Tak się szczęśliwie złożyło, że obaj byli w pokoju 
obok,   gdy   zakrztusił   się   i   z   trudem   zaczął   łapać   powietrze.   Nick   dopadł   go 
pierwszy,   a   wtedy   Kevin   krzyknął:   „Zostaw   mi   go,   tato!   Coś   utkwiło   mu   w 
gardle!” Nick natychmiast ustąpił synowi. Kevin szybko i fachowo wyjął kurzą 
kostkę,   którą   Rudy   wyciągnął   z   kuchennego   wiadra,   a   wówczas   ojciec   zaczął 
rozpływać się w pochwałach. „Nie wiem, co by się stało, gdyby cię tu nie było, 
synku. „

– To dobrze, że sam skorzystałeś z udzielonej mi kiedyś rady – powiedziała do 

niego Rae, gdy zostali sami.

– Jakiej rady? – spytał.
– Mówiłeś kiedyś, że mądry człowiek może czasem udać głupiego. – A gdy 

background image

wciąż nie rozumiał, parsknęła śmiechem. – Słusznie zrobiłeś, pozwalając Kevinowi 
wyjąć tę kość, choć równie dobrze mogłeś zrobić to sam.

– Ach, o to ci chodzi... – Ze zdziwieniem dostrzegła, że poczerwieniał.
– Tak, o to. I tak właśnie trzeba postępować. Aż miło patrzeć, jak Kevin upaja 

się twoimi pochwałami.

– Naprawdę? A czy nie uważasz, że bardzo zręcznie to zrobił?
– Uhm... – Spojrzała na niego z namysłem. – Ale i on nie jest doskonały, wiesz?
– Oczywiście, że nie jest.
– Ani tak delikatny, jak ci się zdaje.
– O czym ty mówisz?
– O tym, że boisz się na niego krzyknąć, tak jak krzyczałeś na Grega, kiedy 

zostawił na deszczu twój kij golfowy.

– Aa... widzisz, ja po prostu nie chcę, by powtórzyła się historia ze mną i moim 

ojcem. Wciąż toczyliśmy wojny.

– Teraz jednak przesadzasz w drugą stronę.
– Pewnie tak.
– Czemu nie traktujesz go, jak Grega i Joeya? Ten chłopiec nie jest ze szkła. 

Myślę, że to zmniejszy dystans między wami.

Dostrzegła później, że Nick stara się stosować do rad, których mu wówczas 

udzieliła i odniosła wrażenie, że daje to pewne rezultaty. Stał się równie ważny w 
życiu Kevina, jak ważny był w życiu jej chłopców i jej samej. Miał w sobie... Co to 
właściwie było? Charyzma? Tak, miał w sobie bardzo wiele z charyzmy, myślała, 
zatrzaskując drzwiczki samochodu i ruszając w stronę biura.

Ale   nie   tylko   charyzmę.   Również   i   charakter.   A   także   poczucie 

odpowiedzialności, które, korzystając ze sportowych zajęć i lekcji golfa, umiejętnie 
przekazywał chłopcom. Bardzo ją to cieszyło. Tak, była mu wdzięczna za wpływ 
na synów i nigdy nie chciałaby ich tego pozbawić. Czuła, że to ona, na wiele 
różnych sposobów, czerpie korzyści z układu, który wcześniej zawarli.

Weszła   do   windy,   uśmiechając   się   do   współpracowników   i   chwilę   z   nimi 

gawędząc, po czym w myślach zrekapitulowała czekające ją obowiązki.

– Dzień dobry – radośnie powitała ją Cora. – Jak się udał weekend?
– Wspaniale. Uwielbiam tę porę roku. A tobie?
– Tak sobie. Frank musiał wyjechać. Widziałaś się z gwiazdą golfa?
Rae, która właśnie wchodziła do swego gabinetu, obróciła się do niej z kpiącą 

miną.

–   To   właśnie   cały   problem   z   sekretarkami,   przepraszam,   kierownikami 

background image

sekretariatu, które podlegają przełożonym płci żeńskiej. Sądzą, że mają prawo do 
ingerencji w prywatne życie szefa. Gdybym była mężczyzną...

– Niedotykalska! – parsknęła śmiechem Cora. – Pytałam tylko, czy widziałaś 

pewnego pana. Co do wtykania nosa, to powinnaś słyszeć, jak węszy nasza żmija 
wokół swego przystojnego szefa,  który, nawiasem mówiąc, wydaje się bardziej 
zainteresowany twoją osobą.

–   Tak?   –   spytała   obojętnie  Rae   i  weszła   do  gabinetu.   Cora  ruszyła  za   nią, 

taszcząc stertę korespondencji.

– Dzwonił już dwa razy. Trochę się spóźniłaś. Pytał, o której powinnaś przyjść i 

co masz dziś do załatwienia.

–   Rozległ   się   telefon,   który   odebrała   Cora.   –   Tak,   panie   Bowers,   właśnie 

przyszła.   –   Podała   Rae   słuchawkę,   unosząc   znacząco   brwi,   położyła 
korespondencję na biurku i wyszła.

–   Otrzymałem   niespodziewany   telefon   z   Los   Angeles   –   mówił   Harrison 

Bowers. – Chodzi o przejęcie przez nas oddziałów Peabody’ego. Okazuje się, że 
naruszamy   ustawę   antymonopolową.   Wyznaczono   konferencję   na   dziś   po 
południu. O pierwszej mamy samolot.

– My?
– Biję się w piersi, ale wiesz na ten temat więcej niż ja. Jesteś mi potrzebna. I 

licz się z koniecznością noclegu. Wygląda na to, że konferencja przeciągnie się na 
cały jutrzejszy dzień.

Jadąc do domu, by się spakować, cały czas myślała o chłopcach. Wiedziała, że 

Helen zajmie się Joeyem, a Greg i Kevin dadzą sobie radę sami, ale nie lubiła 
zostawiać ich bez opieki na noc, a może nawet dwie noce. Nick? Jest na miejscu. 
Może zgodziłby się pomóc?

Nick był zachwycony.
– Wspaniale! – wykrzyknął, gdy zadzwoniła. – Mogą przenieść się do mnie. 

Przyjadę po nich zaraz, skoro tylko wrócą ze szkoły. Joeya też zabiorę.

Taka sytuacja utrzymywała się z przerwami około trzech tygodni. W świetle 

ustawy antymonopolowej kwestia przejęcia oddziałów Peabody’ego budziła wciąż 
nowe   zastrzeżenia.   Powstawały   liczne   pytania.   Jaki   procent   majątku   banków 
Peabody’ego   może   wchłonąć   korporacja   Coastal   Banks,   by   nie   stać   się 
monopolistą? A co za tym idzie, jakie walory należałoby przejąć z korzyścią dla 
niej, a jakie sprzedać. W miarę przeciągania się rozmów precyzyjna wiedza Rae na 
temat obu holdingów Północnego Regionu, ich potencjału i bieżących wyników, 
czyniła   jej   obecność   niezbędną   nie   tylko   dla   Harrisona   Bowersa,   lecz   i   dla 

background image

przedstawicieli zarządu korporacji. Prawdę mówiąc, świadomość roli odgrywanej 
w procesie podejmowania decyzji dawała jej wiele satysfakcji.

– To mi raczej pochlebia – wyznała Córze.
– A żmiję doprowadza do wściekłości – relacjonowała Cora. – Teraz już jest 

pewna, że sypiasz z jej wybrankiem.

– Niech i tak będzie. To chory móżdżek. Nie pozwolę, by przeszkadzała mi w 

pracy swoją plugawą gadaniną.

Nie   zamierzała   również   zezwolić   na   to,   by   odrywał   ją   od   zajęć   Harrison 

Bowers.   Doskonale   zdawała   sobie   sprawę   z   tego,   jak   dalece   zmienił   się   jego 
stosunek do niej, a także z tego, że podziw dla jej fachowej wiedzy zdawał się tu 
wiązać z zainteresowaniami osobistej już natury. Zawsze przyjeżdżał, by zabierać 
ją na konferencje regionu, a wieczorem odwoził do domu. Często wstępował do 
niej, by zasięgnąć jakiejś informacji, a w czasie kilkudniowych narad za wszelką 
cenę   starał   się   jadać   w   jej   towarzystwie.   Nie   przejmowała   się   tym   specjalnie. 
Nawykła do męskich zabiegów, umiała sobie radzić nawet wtedy, gdy przybierały 
pozory   czysto   zawodowych   kontaktów.   Harrison   Bowers   to   nie   był   poważny 
problem.

Poważny problem stanowił Nick McKenzie. Wmawiała sobie, że cieszy się, iż 

ciągłe konferencje rozluźniają ich wzajemne kontakty. A także z tego, że dotrzymał 
słowa i nie dążył do spędzania czasu tylko z nią, we dwoje. Nie robił już żadnych 
romantycznych propozycji. Nie mogła jednak zaprzeczyć, że serce stawało jej w 
piersi za każdym razem, kiedy rozlegało się trzaśniecie drzwiczek jego samochodu, 
a potem radosne: Co słychać? I że przepełniała ją zazdrość i tęsknota, gdy zabierał 
chłopców na lekcje golfa czy na wycieczkę. Musiała przyznać, że spędza bezsenne 
noce, przypominając sobie, jak czuła się w jego ramionach tamtego wieczoru.

Może dlatego właśnie tak dobrze rozumiała Kevina. Pewnego dnia dostrzegła, 

że stoi przy oknie w kuchni i obserwuje Nicka, który był w ogrodzie z Gregiem i 
Joeyem.

Chłopcy spędzali teraz dużo czasu w domu Nicka i nocowali tam, ilekroć Rae 

wyjeżdżała. Związek między nim a Kevinem stawał się coraz bliższy, a stosunki 
bardziej   naturalne.   Jednakże   z   jakiegoś   powodu   Kevin   niezmiennie   odmawiał 
udziału w lekcjach gry w golfa.

Ale przecież on rozpaczliwie tego pragnie – uświadomiła sobie nagle Rae, gdy 

podniosła głowę znad ciasta, które wyrabiała, i zobaczyła, że Kevin stoi przy oknie. 
Czytała   to   w   jego   oczach,   obserwując   zarys   opuszczonych   ramion,   bezruch,   z 
jakim śledził grę. Spojrzała ponad jego głową i dostrzegła Nicka, który ujął małą 

background image

rękę Joeya, demonstrując dziecinnym kijem golfowym,  jak uderzyć w piłkę na 
przygotowanym przez nich prowizorycznym pólku.

– Czemu się nie przyłączysz do nich? – spytała, usiłując mówić jak najbardziej 

naturalnym tonem. – Twój ojciec bardzo się ucieszy.

– Nie! – Odwrócił się gwałtownie, jakby przyłapano go na jakimś wykroczeniu. 

– Mnie to w ogóle nie ciekawi.

– Daj spokój, Kevin, założę się, że masz wrodzony talent do golfa.
– Nie, wcale nie mam.
Do diabła, palnęłam głupstwo. Oczywiście wszyscy oczekują po nim Bóg wie 

czego, a on wstydzi się, że mógłby zawieść ich oczekiwania.

– Przynieś mi to pudełko – poprosiła, wskazując stojący na stole pojemnik i 

zastanawiając się, jak tu nawiązać do poruszonej przed chwilą kwestii.

– Hmm... – mruczał Kevin, wyjmując z piekarnika blachę pełną ciasteczek. 

Cały pokój napełnił się słodkim aromatem. – Mogę jedno skosztować?

–  Ile  tylko  chcesz.  Umyj  ręce  i  włóż  ciastka  do  pudełka.  To   na  wieczorek 

skautów. Masz tu łopatkę, będzie ci łatwiej. – Układając na blasze następną porcję 
zaczęła jakby od niechcenia. – Widzisz, Kevin, nie ma ludzi równie dobrych we 
wszystkim. Ty, na przykład, umiesz obchodzić się ze zwierzętami. Widziałam, jak 
kurowałeś połamane łapy Rudego i jak wyciągałeś mu kość z gardła.

– Uhm – Kevin żuł drugie ciastko. – Czy przekładać warstwy pergaminem?
– Nie musisz. Chcę przez to powiedzieć, że człowiek który lubi zwierzęta, nie 

musi być lekarzem weterynarii. Twój ojciec doskonale gra w golfa, ale większość 
ludzi uprawia ten sport dla zwykłej przyjemności. – Ciągnęła dalej w tym duchu, 
niepewna, czy zdążyła wyjaśnić swe intencje, zanim przerwała, bo do domu wpadli 
pozostali chłopcy, by pożreć ciastka i wypić mleko.

Może   Nick   zdoła   go   przekonać,   że   nie   musi   być   chodzącą   doskonałością. 

Dlaczego, na miłość boską, nie wywrze na nim presji?

– Ponieważ – wyjaśnił przyparty do muru jej pytaniem Nick – nie chcę zmuszać 

syna, by szedł w moje  ślady. Ojciec mnie  unieszczęśliwił,  próbując wychować 
sobie farmera.

–   Och!   –   jęknęła.   –   Przecież   nie   będziesz   go   zmuszać,   żeby   został 

zawodowcem.  Ale moglibyście grać z sobą dla zwykłej przyjemności.  Przecież 
zależy ci na zacieśnieniu stosunków.

– Tak, zależy. I dlatego pozwalam mu robić to, na co on ma ochotę, a nie 

wymagam tego, czego pragnąłbym ja.

Nie potrafiła go przekonać i nie odważyła się więcej poruszać tematu Kevina. 

background image

Mężczyźni są tacy uparci.

Tymczasem   Rae   zauważyła,   że   odbierając   telefon   coraz   częściej   słyszy   w 

słuchawce   dziewczęce   głosy:   „Czy   mogę   mówić   z   Gregiem?”   albo   też: 
„Przepraszam,  czy jest Kevin?” No cóż, myślała, nadszedł czas. To naturalne i 
nieuchronne   zainteresowanie   dziewczętami   będzie   się   potęgować.   Cieszyło   ją 
jednak,   że   jak   dotąd,   Greg   ma   szeroki   wachlarz   zainteresowań,   i   że   wszystko 
sprowadzało się głównie do potwornie długich rozmów przez telefon. Natomiast 
upodobania Kevina były ściśle umiejscowione i skoncentrowane na Trudy Austen, 
której rodzice kupili niedawno dom w bliskim sąsiedztwie. Każdą chwilę wolną od 
pracy Kevin spędzał z Trudy, to w jej domu, to w domu Rae. Rae nie była temu 
przeciwna. Lubiła mieć pod okiem chłopców i ich przyjaciół, starała się z nimi 
rozmawiać i bliżej ich poznawać.

Trudy była dość gadatliwa, a rozmowa z nią okazała się wielce pouczająca.
– Ta Candy nie wierzy, jak człowiek coś jej mówi. No więc jest w telewizji 

Nick McKenzie, wie pani, pokazują turniej golfowy. I ja mówię: To ojciec Grega. 
A Candy do mnie: Zalewasz. A mnie to wkurza! Więc mówię: Kevin, to twój tata, 
no nie? Ale ona mu też nie wierzy, wie pani?

Po dwu takich rozmowach Rae nie miała wątpliwości, że choć przedmiotem 

zainteresowań Kevina była Trudy, to Trudy interesował wyłącznie sławny Nick 
McKenzie.   Przekonała   się   o   tym   ostatecznie,   gdy   usłyszała,   że   Kevin   po   raz 
pierwszy zwraca się do ojca z prośbą.

–   Tato,   Trudy   pyta,   czy   pozwoliłbyś   dziewczętom   uczestniczyć   w   lekcjach 

golfa?

– Kto taki? – spytał Nick, który znów wyjeżdżał na turniej i nie miał pojęcia o 

rozkwitającym romansie.

– Trudy. To jest... moja koleżanka. Chciałaby spytać, czy pozwoliłbyś...
–   Z   całą   pewnością   nie!   –   oświadczyła   Rae,   patrząc   znacząco   w   oczy 

zdziwionego Nicka. – I dziwię ci się, że w ogóle pytasz o to ojca.

– Ale... – zaprotestował Kevin, obracając się do niej ze zdumieniem – przecież 

tata uczy Grega i Joeya.

– Tylko z twojego powodu, Kevin. Dlatego, że mieszkasz z nami, a Greg i Joey 

to twoi przyjaciele.

Pamiętaj,  że ojciec zrobi wszystko, o co go poprosisz, a więc tym bardziej 

musisz go chronić.

– Hmm...
– Wiesz, jaki jest sławny i jaki zajęty. Jasne, każdy chciałby się chełpić, że 

background image

bierze u niego lekcje, za które, nawiasem mówiąc, twój ojciec mógłby jednorazowo 
inkasować setki dolarów, gdyby w ogóle chciał sobie zaprzątać tym głowę. Ale nie 
chce.   Naprawdę   wymagasz   zbyt   wiele,   próbując   załatwić   darmowe   lekcje   dla 
każdego Toma, Dicka czy Susie, którzy trafią się wśród twoich kolegów. Wiesz, 
Kevin, bardzo ci się dziwię!

To brzmiało dość bezwzględnie, ale takie prośby muszę ukrócić, myślała Rae.
– Przykro, nie chciałem... Trudy mówi, że chce się uczyć, a ja...
– A więc ucz ją sam! – dokończyła Rae.
– Ja? – Kevin rzucił szybkie spojrzenie na Nicka, który był zbyt zaskoczony 

obrotem sprawy, by cokolwiek powiedzieć. – Ja nie umiem grać w golfa.

– Jedna lub dwie lekcje dadzą ci i tak dużą przewagę nad Trudy. A to nie 

zajmie twemu ojcu czasu, bo możesz się przyłączyć do Grega i Joeya.

– No tak... – Kevin wahał się, lecz nie potrafił ukryć, że bardzo mu na tym 

zależy. – Ale oni ćwiczą od tygodni..

– Żaden kłopot – powiedział Nick, który zaczynał wreszcie rozumieć. – Mogę 

dorzucić kilka prywatnych korepetycji.

– Chyba jestem zbyt daleko w tyle – mruczał Kevin.
– Wszystko trzeba kiedyś zacząć, synu – spokojnie powiedział Nick. – Mój 

dziadek   mawiał,   że   praca   rozpoczęta   jest   już   na   wpół   skończona.   –   Wstał.   – 
Idziemy na pole golfowe?

Kiedy Kevin wychodził z ojcem, Rae zauważyła, jak w oczach chłopca lśnił 

błysk szczęścia. Po raz pierwszy widziała ich samych, tylko we dwóch. Mocno 
zacisnęła kciuki.

Nie było jednak powodów do niepokoju. Może sprawiła to stosowana przez 

Nicka swobodna, wprowadzana jakby od niechcenia technika ćwiczeń, a może fakt, 
iż obaj jednakowo czekali na to, by stało się coś takiego. I w dodatku Kevin miał 
naprawdę   wrodzony   talent.   Odziedziczył   po   ojcu   swobodny   wdzięk   i   po   kilku 
zaledwie lekcjach, nieźle sobie radził. Zaczął uczyć Trudy, ale, jak przypuszczała 
Rae, panienkę fascynował słynny Nick McKenzie, a nie Kevin czy gra w golfa. 
Kevin zresztą niezbyt się tym przejął. Przeniósł swoje afekty na Crystal Cummings, 
wesołą   szesnastolatkę,   która   mieszkała   z   rodzicami   w   Del   Rio   Club.   Był   to 
niewątpliwie jeden z powodów, dla których zostawał częściej w domu ojca, gdzie 
zainstalował się na dobre we własnym pokoju. W każdym razie związek Kevina z 
Nickiem   bardzo   się   umocnił,   dawne   konflikty   zostały   zażegnane,   a   urazy 
zapomniane.

– Miałaś rację – wyznał Nick, gdy pewnego dnia znalazł Rae samą. – Kevin 

background image

unikał   golfa   z   obawy,   że   nie   zdoła   mi   dorównać.   Teraz   zrozumiał,   że   to   bez 
znaczenia. Potrafi grać dla samej przyjemności gry.

– Bardzo się cieszę – odparła Rae. – Z radością patrzę, jak się razem bawicie.
–   O,   to   znacznie   więcej   niż   zabawa.   Kevin   polubił   mnie,   zaczął   mi   ufać. 

Dziękuję, że oddałaś mi syna – powiedział poważnie. Schylił się, by delikatnym 
pocałunkiem wyrazić swą wdzięczność. Tymczasem jej usta odpowiedziały z takim 
żarem, że poczuł, jak ogarnia go niepohamowana żądza. Przyciągnął Rae do siebie, 
wchłaniając świeżą, ostrą słodycz perfum, rozkoszując się słabnącym oporem jej 
ciała,   coraz   bardziej   mu   powolnego.   Zapamiętywał   się   w   tym   pocałunku, 
uszczęśliwiony, że jej namiętność jest równie gwałtowna, równie zaborcza. Nigdy 
dotąd żadna kobieta nie działała na niego w ten sposób. Chciał ją posiąść, słyszeć, 
jak krzyczy  z  rozkoszy,  czuć  w ekstazie   spełnienia  słabnące   napięcie  jej ciała. 
Upojony oczekiwaniem łagodnie pieścił policzek Rae, patrząc w szeroko otwarte, 
rozpalone rozkoszą orzechowe oczy. I wtedy wróciła pamięć. Ocknął się.

Przecież  mu  zaufała.   Otworzyła   przed   nim swój   dom.   Dzięki  niej  odzyskał 

syna.

Niech   to   wszyscy   diabli!   Sam   to   sobie   przyrzekł.   Gdy   tamtego   wieczoru 

wyszeptała: „chłopcy”, zrozumiał, że nie wolno mieszać romansu z wychowaniem 
dzieci. To oczywiste. Zamierzał uszanować jej stanowisko. Delikatnie odsuwając ją 
od siebie, próbował opanować podniecenie, które trawiło go jak głód, przeszywało 
niczym ostry ból.

–   Zdaje   się,   że   przesadnie   wyraziłem   wdzięczność   –   wyszeptał.   –   Do 

zobaczenia – powiedział, delikatnie całując czubek jej nosa, zanim się oddalił.

background image

Rozdział 7

– Nie ulega wątpliwości, że pan Harrison Bowers jest tobą mocno zajęty... – 

sugerowała Cora. – Wciąż o tobie mówi.

– W związku ze sprawami służbowymi – ucięła Rae.
– Możliwe, ale pan Cowan nie domagał się twego udziału w każdej konferencji, 

na którą go wzywano.

– Bo nie musiał. – Miała szczęście, że to właśnie Roscoe Cowan, poprzedni 

dyrektor oddziału, wprowadzał ją w zagadnienia bankowości. – Wiedział o banku 
wszystko.   Natomiast   Bowers,   wierz   mi   Coro,   przepadłby   beze   mnie   na 
konferencjach dotyczących fuzji oddziałów.

Cora prychnęła.
–   Bo   dostał   stanowisko,   które   ty   powinnaś   zajmować.   Gdybyś   była 

mężczyzną...

– Oj, dajże spokój!
– Najwyższy czas, żeby kobiety wypowiadały się w takich sprawach jak...
– Wiem, wiem. Ale nie zajmę stanowiska w tej sprawie. Mówiłam już, że nie 

chcę pełnić funkcji dyrektora. To się wiąże z koniecznością zbyt częstych podróży.

– Ale teraz i tak wciąż wyjeżdżasz, tyle że, pozwól zauważyć, bez podwyżki i 

premii.

– Miej litość! Nie zależy mi na tym. Zresztą teraz fuzja jest zakończona i na 

pewno wyjazdy też.

Nie   miała   racji.   W   ciągu   następnych   dwu   tygodni   uczestniczyła   w   trzech 

naradach, kończących się późnym wieczorem, i w jednej całodobowej konferencji, 
którą Harrison Bowers równie dobrze mógł obsłużyć sam.

– Tym razem naprawdę nie byłam mu potrzebna – żaliła się Córze, opiekującej 

się   chłopcami   pod   jej   nieobecność.   Nick   wyjechał   na   turniej.   –   To   się   staje 
denerwujące.

– A może zapowiada się romans, co?
– Och, przestań wreszcie! Pleciesz bzdury!
Gdy Cora w odpowiedzi uniosła znacząco brwi, Rae uśmiechnęła się.
– No dobrze, myślę, że mnie lubi... Ale nigdy nie był natarczywy, nigdy się nie 

narzucał.   Jest   po   prostu   miły   i   troskliwy...   –   westchnęła.   –   Tak,   dał   mi   do 
zrozumienia, że pragnąłby bliższego związku między nami.

– A więc czemu nie? Jest przystojny, czarujący i, co najważniejsze, wolny.

background image

– Nie jesteśmy dla siebie stworzeni. Bardzo go lubię, ale zupełnie na mnie nie 

działa. Nie to, co... – wbiła wzrok w sprawozdanie, które trzymała w ręce.

Ale Cora dostrzegła jej wahanie.
– Nie to, co Nick McKenzie?
– Nic mnie nie obchodzi Nick McKenzie! – żachnęła się Rae. – Poza tym, 

Coro, w moim życiu nie ma w tej chwili miejsca dla mężczyzny.

–   Większość   kobiet   dałaby   się   nawet   posiekać,   byle   tylko   zdobyć   względy 

Harrisona Bowersa. – Cora demonstracyjnie wzruszyła ramionami. – I zapewne 
dlatego   upatrzył   sobie   twardy   orzech   do   zgryzienia   w   twojej   osobie.   Nasza 
przyjaciółka, ta żmija, nie może się dobrać ani do jego pieniędzy, ani do niego 
samego i ze wściekłości zaczyna kąsać. Opowiada wszystkim naokoło, że dostał 
stanowisko dzięki wpływom ojca, któremu zależało na tym, żeby syn przez parę lat 
poznał prawdziwy smak życia, zarabiając na własne utrzymanie.

Rae kiwnęła głową.
– Wiem, że brak mu doświadczenia w tym zawodzie. I dlatego mnie potrzebuje.
– Najwyraźniej nie tylko dlatego. Szkoda jednak, że masz za mało rozumu, 

żeby skorzystać z sytuacji – kpiła Cora, wycofując się do swojego pokoju.

„Korzystanie z sytuacji” nie leżało jednak w naturze Rae. Zajęła się więc tym, 

co powinna była zrobić. Taktownie i dyplomatycznie zaczęła uczyć, a zarazem 
osłaniać Harrisona Bowersa. Pewnego wieczoru, po konferencji w Chicago, a przed 
czekającą ich długą jazdą do Dansby, skłonił ją, by zjedli wspólnie kolację. Tego 
wieczoru   przekonała   się,   że   choć   człowiek   ten   wie   niewiele   z   dziedziny 
bankowości, w innych dziedzinach wykazuje wiedzę i bystrość. Uświadomiła sobie 
również, że Harrison widzi i w pełni docenia to, co ona robi dla niego.

–   Jesteś   niezwykłą   kobietą,   Rae   –   zaczął,   gdy   znaleźli   się   w   spokojnej, 

eleganckiej sali restauracyjnej.

– Dzięki tobie znoszę jakoś moją kadencję w Coastal Banks. – Jego przystojna 

twarz stała się poważna.

– I winien ci jestem przeprosiny.
– Przeprosiny?
– Tuż po objęciu mojej funkcji potraktowałem cię dość niegrzecznie – mówił 

bez   wahania.   –   Zachowałem   się   tak   ze   strachu.   Dzięki   rodzinnym   stosunkom 
otrzymałem   stanowisko   przerastające   moje   możliwości.   Gdy   zetknąłem   się   z 
zastępcą,   który   najwyraźniej   wiedział   dużo   więcej   ode   mnie...   –   wstrzymał   ją 
gestem dłoni. – Zaczekaj. I nie krzycz. Pozwól mi skończyć. I który na dodatek 
zaćmiewa swym wyglądem przeciętnego bankowca...

background image

–   Daj   z   tym   spokój   –   prychnęła.   –   Robię,   co   mogę,   żeby   wyglądać,   jak 

przystało urzędnikowi banku.

– To prawda – uśmiechnął się. – Myślę, że sprawia to po prostu twoja osoba, 

twoja   młodość,   smukłość,   twoje   szeroko   otwarte,   niewinne   oczy.   Przyznaję 
również,   że   słyszałem,   jakoby   twój   szybki   awans   nie   był   tylko   następstwem 
kompetencji.

Odczekała, aż pomocnik kelnera napełni kieliszki winem.
– No cóż, nie musisz teraz schlebiać. Jak mogłeś mnie oceniać na podstawie 

plotek! Tego ci nie wybaczę.

– Przecież już wybaczyłaś! – odparł, nie reagując na jej figlarny uśmiech. – 

Natychmiast. I nie masz urazy. Filie Coastal Banks w tym regionie przetrwały, nie, 
rozwinęły   się,   tylko   dlatego,   że   był   tu   ktoś   taki   jak   ty.   Ktoś,   kto   przejął 
kierownictwo   w   momencie,   gdy   ostrożna,   racjonalna   polityka   była   najbardziej 
potrzebna.   Jeśli   zaś   chodzi   o   mnie,   to   byłaś   doskonałym   i   taktownym 
nauczycielem. Jestem ci naprawdę wdzięczny. Dziękuję.

– Nie musisz dziękować. Wykonywałam tylko swoje obowiązki.
– Nie. I powtarzam, jesteś niezwykłą kobietą, Rae. Niewielu ludzi zachowałoby 

się na twoim miejscu tak, jak ty. Osłaniając mnie, nie reklamowałaś siebie.

– Ależ... – protestowała zażenowana.
– To jednak niezupełnie ci się powiodło – ciągnął dalej wciąż serio. – Myślę, że 

chcą mi cię zabrać.

– Kto?
– Centrala. Zrobiłaś cholerne wrażenie na Leonie Watersie. Zresztą znów krążą 

plotki.

– No tak... – powtórzyła zdumiona i niepewna, czy cieszy ją to, co mówił. Było 

to bez wątpienia pochlebne. Mogło zapowiadać awans. Ale Los Angeles?

Wyciągnął rękę przez stół, by ująć jej dłoń.
– Nie chcę cię stracić, Rae. I nie tylko biuro mam na myśli.
Wysunęła dłoń z jego rąk.
– Proszę, nie mów nic więcej. Ja...
– Nie. Wysłuchaj mnie.  Wiem,  że  mnie  unikasz, tak  jak zapewne musiałaś 

unikać wielu mężczyzn, którzy liczyli na romans z tobą. Musisz wiedzieć, że nie o 
to mi chodzi. Naprawdę, podziwiam cię, Rae. Daj mi tylko szansę, spróbuj poznać 
mnie lepiej...

–   Nie.   Proszę   –   szybko   mu   przerwała.   –   Lubię   cię,   ale   jesteś   moim 

zwierzchnikiem. I niech tak zostanie. A teraz mam po prostu zbyt wiele zajęć. Moi 

background image

chłopcy i praca pochłaniają cały mój czas.

Ponownie zamilkli, gdy kelner podawał sałatki. Kiedy odszedł, Bowers odezwał 

się, jakby od niechcenia, bawiąc się liściem sałaty.

– Często się zastanawiałem, czy ten mistrz golfa, McKenzie... No cóż, Rae, nie 

mam prawa pytać, ale chciałbym wiedzieć, czy jest ktoś w twoim życiu?

– Nie, nie ma nikogo – oświadczyła z naciskiem, kryjąc ból, który tak często ją 

nękał. Od dawna nie widziała już Nicka.

– A wiec nie zrezygnuję – oświadczył Bowers. – Nie obawiaj się, nie będę się 

narzucał.

Rozmowa   oczyściła   atmosferę.   Rae   czuła   się   teraz   przy   nim   zupełnie 

swobodnie. Niemniej obowiązki związane z pracą wcale nie zmalały. Utrwalił się 
pewien  układ.  Harrison  Bowers   w  dalszym  ciągu  zdawał  się   na  Rae,   a  ona  w 
dalszym   ciągu   robiła   wszystko,   co   robić   należało.   Dotyczyło   to   nie   tylko 
wyjazdów, lecz wielu obowiązków należących zarówno do niej, jak i do niego. 
Przez   cały   czas   musiała   sobie   radzić   z   normalnymi   kłopotami   biurowymi, 
urozmaicanymi przez zjadliwe insynuacje Ruth. W domu natomiast czuwała nad 
codziennym, gorączkowym rozkładem zajęć, związanym z wychowaniem trzech 
normalnych, żywych i dalekich od ideału chłopców. Tak, była Nickowi wdzięczna 
za   zdumiewająco   silny   wpływ,   który   przy   całej   swej   beztrosce   wywierał   na 
chłopców. Wdzięczna za to, że wciąż poświęcał im tyle uwagi. Tłumaczyła sobie, 
że jest po prostu przemęczona. I że smutek, który stale jej towarzyszy, nie ma nic 
wspólnego z faktem, że Nick prawie jej nie dostrzega.

Była   w   błędzie.   Wprawdzie   starał   się   zachować   dystans,   wciąż   jednak 

pochłaniała jego uwagę. Toteż pewnego niedzielnego popołudnia, gdy przyjechał, 
by zabrać chłopców na lekcję golfa, doszedł do wniosku, że to, co widzi, przestaje 
mu się podobać. Myślał o tym jadąc do klubu, a także instruując chłopców podczas 
treningu.   Rae   coraz   bardziej   chudła,   wydawała   się   stale   zmęczona,   a   pod   jej 
olśniewającymi   oczyma   wystąpiły   głębokie   cienie.   Oczywiście   ma   zbyt   wiele 
obowiązków.

– Wyprostuj lewą rękę, Joey – przypominał, myśląc jednocześnie, że z całej 

trójki Joey ma największe możliwości. – Nie, synu – odpowiedział Kevinowi – 
teren jest stanowczo zbyt grząski, by rozgrywać na nim mecz. Patrz na piłkę, Greg. 
–   Ale   nawet   żartując   z   chłopcami   i   udzielając   im   wskazówek,   nie   przestawał 
myśleć o Rae.

Nie,   naprawdę   nie   podobało   mu   się   to,   co   widział.   Lubił,   gdy   radosna   i 

roześmiana jednym ciętym powiedzeniem przywoływała chłopców do porządku. 

background image

Pamiętał entuzjazm, z jakim grabiła liście w tamten wczesnojesienny dzień. Chciał 
znów widzieć wdzięczne i śmiałe, prowokujące ruchy jej bioder w czasie tańca, 
chciał czuć w ramionach jej ciało, jak wówczas, gdy przez chwilę była taka gorąca, 
namiętna, uległa... No cóż, nie powinien o tym myśleć. Teraz jej oczy straciły swój 
blask, policzki kolory, a z miękko wykrojonych ust zniknął uśmiech. Nie, wcale 
mu się to nie podobało.

Kiedy   wrócili,   była   w   kuchni.   Nakrywała   na   następny   dzień   do   śniadania. 

Uśmiechnął się, patrząc, jak starannie odmierza witaminy dla każdego z chłopców. 
Czysta Doskonałość.

– Widzę, że jak zawsze witamy dzień przed porankiem – zażartował.
Podniosła głowę, jakby zdziwiona, że się do niej zwraca.
– To dlatego, że rano jest u nas zawsze taki pośpiech, sam wiesz.
– Wiem. Czy nie sądzisz, że powinnaś zwolnić nieco tempo?
Westchnęła, podnosząc oczy do góry.
– Marzenia.
– Czasem marzenia stają się rzeczywistością – powiedział. – Myślę o Święcie 

Dziękczynienia.

– Ach, tak. – Wstawiła buteleczkę z witaminami do kredensu. – Chłopcy nie 

mogą się doczekać. – Nick obiecał zabrać całą trójkę, a także Rudego, do domku 
myśliwskiego w górach na weekend w Święto Dziękczynienia. Rae zamierzała w 
tym czasie nadrobić zaległości: zapoznać się z nowymi wytycznymi i opracować 
projekt sprawozdania.

– Jedź razem z nami – zaryzykował.
Odwróciła się, sprawiając wrażenie jeszcze bardziej zdziwionej.
– Nie wiem – odparła z wahaniem.
– Czemu nie chcesz? Powinnaś wypocząć. – To jej dobrze zrobi, pomyślał. – 

Mógłbym przedłużyć wynajem domku na cały tydzień. Pojechalibyśmy na kolację 
w Święto Dziękczynienia, nie musiałabyś więc gotować. Co ty na to?

Tym   razem   on   był   zdumiony.   Przyjęła   to   nie   tylko   ochoczo,   lecz   wręcz 

entuzjastycznie. Obiecała, że spróbuje wziąć urlop.

– Ale ja nie jeżdżę na nartach – znów się zawahała.
– Nic nie szkodzi. Gdy my będziemy na stoku, możesz siedzieć przy kominku i 

odpoczywać. Myślę, że spodoba ci się ta chata.

Była nią zachwycona. Chata leżała wysoko w górach nad jeziorem Tahoe i 

okazała się luksusowym domem z czterema sypialniami i trzema łazienkami na 

background image

parterze. Na piętrze jedna ściana ogromnej bawialni była całkowicie przeszklona, a 
okna wychodziły na taras, z którego rozciągał się wspaniały  widok na jezioro. 
Wielkie wygodne krzesła i kanapy zapraszały, by na nich spocząć. Rae spędzała 
godziny przed kamiennym kominkiem, rozkoszując się ciepłem ognia, pogrążona 
w książkach, których na co dzień nie miała kiedy czytać.

To był tydzień pełen radości i spokoju. Jeden z najpiękniejszych w życiu Rae. 

Naprawdę wypoczywała. Gdy nie wychodzili na posiłki, jedzenie, jakby za sprawą 
czarów,   pojawiało   się   bądź   przynoszone,   bądź   przygotowane   przez   Nicka   i 
chłopców w dobrze zaopatrzonej kuchni. Chłopcy znakomicie jeździli na nartach, 
toteż cały  dzień  spędzali  na  stoku,  wieczorami   natomiast   gromadzili   się  wokół 
kominka, grając z sobą w „Monopol”, grę, którą znaleźli w szafce. Rae spędziła 
kilka   godzin   na   stoku   dla   początkujących,   ale   wolała   długie   spacery   z   psem, 
podczas których upajała się ciszą, spokojem i czystym powietrzem gór. Czasami 
wychodziła sama, biorąc aparat fotograficzny, by robić zdjęcia, uchwycić cudowną 
perspektywę gór, jeziora i lśniących w słońcu, pokrytych śniegiem drzew. Kiedyś 
dostrzegła nawet jelenia, a innym razem królika niemal niewidocznego na białym 
tle śniegu.

Któregoś dnia razem z Nickiem ulepili dla Joeya bałwana, a później Nick zabrał 

ją   na   przejażdżkę   snowmobilem.   Wiedziała,   że   jest   namiętnym   narciarzem   i 
doceniała   każdą   godzinę,   którą   jej   poświęcał.   W   jego   obecności   doznawała 
prawdziwego zadowolenia. Przedostatni dzień pobytu w górach spędzili we dwoje 
w domu, podczas gdy chłopcy wyszli na narty.

Nick odprowadził ich na stok, a potem wrócił i wyciągnął talię kart.
– Zagramy w „gin rummy”? – spytał.
Lubiła   z   nim   grać.   Był   zaciętym,   ale   dobrodusznym   przeciwnikiem.   Gdy 

wygrywał, głośno triumfował, przegrywał natomiast z nonszalancją, wynikającą z 
pewności siebie.

Grali w karty całe przedpołudnie. Potem Rae przygotowała kanapki, a Nick 

otworzył   butelkę   wina.   Jedli   lunch   siedząc   przed   kominkiem   i   beztrosko   się 
przekomarzając. Była w świetnym nastroju, toteż gdy nagle wziął do ręki książkę, 
zrobiło jej się przykro.

–   Zamierzam   skończyć   ją   przed   wyjazdem   –   powiedział,   wyciągając   się   w 

fotelu.

Posprzątała talerze i zwinęła się na kanapie, sącząc resztkę wina i zastanawiając 

się, dlaczego w towarzystwie Nicka wino jej nie usypia, lecz przeciwnie, ożywia. 
Sprawiał   wrażenie   zatopionego   w   lekturze,   toteż   sięgnęła   po   swoją.   Ale   choć 

background image

położyła   ją   na   kolanach,   to   nie   ona   przykuwała   wzrok   Rae,   lecz   Nick.   W 
migotliwym   świetle   ognia   jego   ogorzała   od   wiatru   i   słońca   twarz   o   surowych 
rysach wydawała się jeszcze przystojniejsza, a niesforne włosy jeszcze ciemniejsze. 
Blask ognia wydobywał zmysłowość, kryjącą się w powolnym ruchu jego rzęs, w 
linii ust. Wzbierające w niej uczucie stawało się przemożne, boleśnie erotyczne. 
Chciała je wykrzyczeć. Chciała, by wziął ją w ramiona, całował, dotykał...

Ale on nie przestawał czytać.

background image

Rozdział 8

Wróciła świeża i wypoczęta. Ale wkrótce znów odezwał się dawny ból. Nick. 

Było im razem dobrze. Czuli się jak dawni koledzy, starzy przyjaciele. A teraz? 
Czy znów się oddalili?

Gdy trzy  dni później zaprosił  ją do kina, ogarnęło  ją podniecenie. Od razu 

przystała na propozycję, choć słaniała się ze zmęczenia – miała wyjątkowo ciężki 
dzień w pracy. Po filmie zjedli deser w kawiarence obok kina, a Rae, ku swemu 
zdumieniu, przestała odczuwać zmęczenie.

W ciągu kolejnych tygodni kilkakrotnie zapraszał ją na kolację, do kina lub po 

prostu na spacer – samą, bez chłopców. Pewnego piątku, po wyczerpującym dniu, 
w pośpiechu wróciła do domu, by przygotować kolację. Nick wszedł w momencie, 
gdy cedziła spaghetti.

– Niech Greg się tym zajmie – powiedział. – My idziemy na spacer.
Spojrzała na niego zdumiona.
– Przecież leje jak z cebra.
– A więc ubierz się odpowiednio. Spacer w deszczu to prawdziwa frajda.
Miał   rację.   W   miarę   jak   brnęli   przez   kałuże,   a   deszcz   zalewał   im   twarze, 

odzyskiwała radość i dawną energię. Na koniec zatrzymali się, by zjeść smażoną 
rybę z frytkami w jednym z łańcucha podobnych sobie barów. Rae stwierdziła, że 
ani gumowce, ani płaszcz nieprzemakalny nie uchroniły jej przed zmoknięciem.

Spojrzała na niego, kiwając głową.
– Masz zupełnie szalone pomysły.
– I mogę je dzielić tylko z kimś takim jak ty – odparł. Czuła się ogromnie rada i 

lekko   podniecona,   gdy   poufałym   gestem   przesunął   palcem   po   jej   policzku,   by 
otrzeć krople deszczu. Mimo że teraz spędzał z nią więcej czasu niż poprzednio, 
nigdy nie zbliżył się do niej w sensie fizycznym. Uznała wiec, że to ona mu się 
narzucała.   Nie   potrafiła   jednak   stłumić   gorzkiego   uczucia   zawodu.   Prosił   ją   o 
pomoc w wyborze gwiazdkowych prezentów dla chłopców, a Rae zaprosiła go na 
świąteczne śniadanie. Chętnie na to przystał, uszczęśliwiony, że po raz pierwszy od 
dłuższego czasu spędzi Boże Narodzenie z synem. Kevin miał wrócić na Święta do 
Londynu, ale zmienił plany. Postanowił zostać i, wraz z Joeyem i Gregiem, wybrać 
się na ostatni tydzień ferii do Oregonu, gdzie mieszkała matka Rae.

Od pewnego czasu utarł się zwyczaj, że gdy Nick trenował, Rae spacerowała po 

polu golfowym. Którejś niedzieli złapał ich deszcz. W pośpiechu wrócili więc do 

background image

domu Nicka.

– Sadzę, że na dzisiaj koniec – orzekł, zdejmując kurtkę i zaczął rozpalać ogień.
– Cieszę się, że mówisz to ty. – Klęcząc przed kominkiem, suszyła włosy. – 

Mógłbyś uznać golfa w deszczu za wyjątkową przyjemność. A ja nie do wszystkich 
szaleństw jestem zdolna. Straciłbyś więc towarzystwo.

Sama myśl o tym mocno go poruszyła. Nie chciał jej stracić. Nigdy. Pochylił 

głowę i patrzył, jak mokra i rozczochrana, wciąż śmieje się i żartuje.

– Bardzo bym tego nie chciał – powiedział poważnie i ukląkł obok niej.
– Czego byś nie chciał? – spytała, siadając na piętach i odrzucając w tył włosy, 

by na niego spojrzeć.

Niewinny   wyraz   szeroko   otwartych   oczu,   soczystość   pełnych,   lekko 

rozchylonych warg zniweczyły jego postanowienia. Bóg świadkiem, że długo się 
powstrzymywał. Choćby  wtedy, w Tahoe,  gdy zagrzebał się w książce, by nie 
zaciągnąć jej do sypialni.

– Nie chciałbym cię stracić – wyszeptał, biorąc ją w ramiona i zamykając jej 

usta pocałunkiem,  który wzniecił w nim tak gwałtowny poryw namiętności,  że 
niemal   utracił   nad   sobą   kontrolę.   Czuł,   jak   mu   się   poddaje,   gdy   jej   dłonie 
przystawały, by pieścić jego tors, gdy błądziły po szyi i wplątywały się we włosy. 
Tchnęła słodyczą, ciepłem, cudownym przyzwoleniem. Jego wargi zatrzymały się 
na jej ustach, gdy spytał:

– Będziemy przyjaciółmi?
– O tak... – odparła niskim,  gardłowym,  prowokującym głosem.  Wstrzymał 

oddech.

Oderwał się od jej ust, by wędrować dalej wargami po jej policzkach i szeptać:
–  Lubisz  popełniać   ze  mną  szaleństwa?   –  Czuł,  jak  drgnęło  mu   serce,   gdy 

przytaknęła, dotykając ustami jego szyi. – Mam jeszcze wiele świetnych pomysłów 
–   mruczał,   lekko   kąsając   koniuszek   jej   ucha   i   wsuwając   dłoń   pod   bluzkę,   by 
delikatnie pieścić jej pierś. Wydała ciche westchnienie rozkoszy, ale czuł, że drży z 
lęku, mimo iż przyciskał ją do siebie. Jej drżenie przywołało go do przytomności. 
Obiecał   sobie,   że   nie   będzie   Rae   ponaglał,   niech   sama   podejmie   decyzję. 
Niechętnie wysunął dłoń, odrywając się od kuszącej miękkości ciała, wciąż jednak 
silnie trzymał ją w objęciach. Odgarnął w tył wilgotny lok i lekko pocałował Rae w 
czoło.

– Co byś powiedziała na następne wakacje? – spytał.
– Przecież właśnie wróciliśmy z urlopu – odpowiedziała. Zamierzała usiąść.
– Nie uciekaj – wzmocnił uścisk. – Chcę cię trzymać w ramionach. Tym razem 

background image

myślę o przerwie świątecznej . Chłopcy wyjeżdżają po Świętach na cały tydzień do 
Oregonu.

Przytaknęła, patrząc na niego badawczo.
– Zamierzałem przez tydzień trenować na piaskach w Monterey.
– Na piaskach?
– Tak. Pamiętasz, opowiadałem ci kiedyś o różnicach między tutejszymi polami 

golfowym a terenami w Szkocji?

– Tak.
–   Zdemoralizowały   mnie   te   gładkie   pola.   Muszę   dla   utrzymania   formy 

potrenować trochę w innych warunkach.

– Rozumiem.
Pocałował ją w czubek nosa.
– Czy mój przyjaciel zechce mi towarzyszyć podczas treningów?
Uśmiechnęła się niepewnie.
– W okresie  świątecznym zapewne  w banku niewiele się  dzieje. Co o tym 

myślisz?

– To... to zapowiada się wspaniale – powiedziała.
– I na pewno będzie wspaniale. Obiecuję. – Nie potrafił ukryć błagalnego tonu, 

szepcąc jej do ucha: – Zarezerwować dwa pokoje czy jeden?

–   Jeden   –   odparła   i   schowała   twarz   na   jego   piersi   niczym   małe,   bardzo 

nieśmiałe dziecko.

Jeden pokój... odpowiedź na pytanie Nicka wyrwała jej się bez chwili namysłu, 

zupełnie spontanicznie. Dyktowało ją tylko pragnienie, by być przy nim. Czyżby 
podjęła decyzję pod wpływem chwilowego uniesienia? Ależ nie. To, co czuła w 
tamtej   chwili,   trwało   nadal   i   potęgowało   się   w   ciągu   następnych   dni,   podczas 
których Rae ogarniało falami oczekiwanie, radość i paląca tęsknota.

Tak dalece poddała się emocjom, że gdy wreszcie doszła do głosu racjonalna 

myśl, Rae odepchnęła ją od siebie. Nie, nie zamierzała niczego analizować, niczym 
się   zadręczać.   Podda   się   biegowi   wydarzeń.   Czyż   nie   tak   postępuje   kobieta 
współczesna?   Rae   nie   chciała   być   staromodna,   nie   należała   jednak   do   klanu 
wolnomyślnych zwolenniczek swobody seksualnej. Nie przypominała Ruth, która 
lądowała   w   łóżku   wszystkich   mężczyzn,   jacy   jej   się   podobali.   Ani   też   Cory, 
całkiem zadowolonej ze swego wieloletniego związku z Frankiem – związku, który 
donikąd nie prowadził. „To mi odpowiada – twierdziła uparcie. – Nie mam ochoty 
na gotowanie ani pranie brudnych skarpetek” – powtarzała.

background image

Nie   jestem   przecież   niedoświadczoną,   nieodpowiedzialną   nastolatką, 

tłumaczyła sobie Rae. Na miłość boską, ma trzydzieści cztery lata, podejmuje za 
siebie decyzje, kieruje własnym losem... Ma prawo do czerpania przyjemności ze 
spędzenia urlopu z mężczyzną, którego lubi.

Którego kocham? – rozważała. – Być może.
A on? Z pewnością ją szanuje, z pewnością lubi.
Nie, nie będzie zadawać pytań. Nie będzie niczego żądać. Dławiąc ukłucie lęku, 

całkowicie zdała się na emocje.

Jak czyniła to zawsze, Rae i tym razem wcześniej zaczęła przygotowywać się 

do wyjazdu. W trakcie gorączkowych świątecznych zakupów wybierała dla siebie 
kolorowe swetry i spodnie, a także skromne na pozór sukienki, odpowiednie do 
kolacji przy świecach. Prezentowała się w nich nader ponętnie. Nie zapomniała 
również   o   wykwintnej,   bardzo   kobiecej   i   kuszącej   bieliźnie,   zaopatrzyła   się 
ponadto w niewielki zapas środków antykoncepcyjnych.

Wszyscy   wyjeżdżali   w   drugi   dzień   Świąt   rano.   Chłopcy   samolotem   do 

Oregonu, Rae z Nickiem samochodem do Monterey. Nick spędził z nimi pierwszy 
dzień Świąt. Przyjechał na śniadanie, po którym odbyło się rozdawanie prezentów. 
Wśród   płynów   do   kąpieli,   perfum   i   chusteczek   do   nosa   –   podarków,   jakie 
zazwyczaj   chłopcy   kupowali   Rae   za   swoje   kieszonkowe   –   leżały   dwa   małe 
pudełeczka   od  jubilera.  W  pierwszym  znalazła  krótki  sznur  idealnie  dobranych 
pereł, prezent od Nicka; w drugim, mniejszym, maleńki, wysadzany brylantami 
wisior   w   kształcie   litery   „R”.   Na   dołączonym   bileciku   widniał   napis:   „Od 
kochających Cię – Grega, Joeya i Kevina. „

–   Wisior   i   perły   to   całość   –   wyjaśnił   Nick,   łącząc   wisior   z   naszyjnikiem. 

Następnie założył go na szyję Rae.

– Ja... Och! Jakie to piękne! – wyszeptała. – Dziękuję. Bardzo wam wszystkim 

dziękuję – powiedziała, ale patrzyła tylko na niego.

–   Powinnaś   raczej   powiedzieć:   kwituję   odbiór.   To   tobie   należą   się 

podziękowania... za wszystko.

Ogarnęło ją wzruszenie. Wiedziała, że w ten sposób Nick chciał wyrazić jej 

wdzięczność za to, że jego stosunki z Kevinem stały się serdeczniejsze. Jak miło, 
że   wśród   ofiarodawców   wymienił   również   jej   chłopców.   Była   szczęśliwa,   że 
spędził z nimi ten dzień. Dzięki niemu Święta stały się Świętami.

Podczas gdy Nick odwoził chłopców na lotnisko, Rae oddawała markotnego 

Rudego   do   przechowalni   dla   psów.   Zdołali   jednak   wyjechać   do   Monterey 
stosunkowo wcześnie. W zimnym, ostrym powietrzu unosiła się lekka mgiełka, od 

background image

czasu do czasu przez chmury przezierało słońce. Rae odetchnęła z ulgą, gdy mgła 
zaczęła znikać – samolot chłopców odleci bez opóźnienia. Z trudem skłoniła Joeya, 
by zostawił w domu prezent od Nicka – torbę na sprzęt do golfa. Przecież będą 
jeździć   na   nartach.   Matka   informowała,   że   warunki   narciarskie   w   Oregonie   są 
znakomite.

– Wiem,  że zamierzasz  sporo trenować w Monterey. Mam nadzieję, że nie 

czeka   nas   deszczowy   tydzień.   –   Głośno   wyrażała   myśli,   świadoma,   że   swą 
paplaniną pokrywa rosnące przerażenie.

– O, mnie deszcz nie przeraża – odparł Nick. – Nie będę trenować przez cały 

czas. – Dostrzegła w jego uśmiechu coś, co sprawiło, że momentalnie zamilkła.

Nick, jak zawsze, był świetnym towarzyszem podróży. Zachowywał się z tak 

niewymuszoną  swobodą,  że gdy  dotarli do graniczącego  z terenami  golfowymi 
hotelu, Rae zdołała się jakoś opanować. Był to uroczy, jasny i przestronny zajazd z 
belkowaną   powałą   i   ciężkimi,   staroświeckimi   meblami.   Gościnny   właściciel 
wskazał im pokój.

– Macie stąd państwo piękny widok na ocean – powiedział, rozsuwając zasłony. 

– Noce bywają chłodne, proszę więc włączyć ogrzewanie. Można też rozpalić w 
kominku. – Dostrzegła, że na palenisku leżało przygotowane drewno.

Niemal nie słyszała tego, co mówił. Patrzyła na bagaże Nicka złożone obok jej 

walizek i czuła się coraz bardziej nieswojo.

– Musisz być głodna. Zejdziemy teraz na lunch – zaproponował Nick.
Jedzenie było znakomite, ale nie sprawiało jej żadnej przyjemności. Zaledwie 

tknęła sałatę  i omal  nie zakrztusiła się winem,  próbując zagłuszyć wewnętrzny 
niepokój nerwowo wyrzucanymi z siebie banalnymi zdaniami.

– Podoba mi się ten zajazd, jest przytulny i oryginalny. Znakomicie wybrałeś. 

Czy... czy kiedyś tu już byłeś? – pytała, dodając w myślach: Czy mieszkałeś z inną 
kobietą w tym pokoju na górze?

– Nigdy. Ktoś mi go polecił. A więc za nasz pierwszy pobyt tutaj. – Nick uniósł 

kieliszek. – Niechaj będzie udany!

– Tak – odparła rumieniąc się, gdy brzęknęły o siebie ich kieliszki. Musi być 

udany. Przecież jestem kobietą doświadczoną. – Nie sądzisz, że to te serwetki w 
czerwoną kratkę stwarzają domową, ciepłą atmosferę? – ciągnęła wbrew swojej 
woli.

–   Uhm   –   Nick   koncentrował   się   na   swoim   talerzu   i   wyposażenie   wnętrza 

niezbyt go zajmowało.

Rozejrzała się wokół.

background image

– Jak na początek tygodnia i miejsce tak odludne jest tu sporo osób. – Zwróciła 

uwagę na właściciela, który przechadzał się po sali jadalnej, od czasu do czasu 
przystając i gawędząc z gośćmi, jak gdyby znał tu wszystkich. – Czy sądzisz, że to 
stali bywalcy?

–   Jeśli   nawet   nie,   to   nasz   szacowny   gospodarz   dba   o   to,   by   ich   sobie 

przysporzyć.

Rae uśmiechnęła się potakująco. Przełknęła łyk wina i wbiła wzrok w serwetkę. 

Chciała   wykrzesać   z   siebie   coś   dowcipnego,   zabawnego,   ale   bez   skutku.   Nie 
potrafiła nic wymyślić. Odetchnęła, gdy Nick skończył łososia i oświadczył, że 
chciałby teraz obejrzeć tereny golfowe.

– Pójdziesz ze mną? – spytał.
– Nie, nie dzisiaj. Myślę... myślę, że powinnam odpocząć. – Patrzyła z ulgą, jak 

się   oddalał.   Teraz   będzie   miała   trochę   czasu.   Spróbuje   przystosować   się   do 
sytuacji, odegnać cienie i wyczekiwać radości.

Kiedy   jednak   znalazła   się   sama   w   pokoju,   który   miała   dzielić   z   Nickiem, 

panika, która dojrzewała w niej przez cały dzień, zalała ją potokiem mrocznych 
wspomnień.

„Kto chciałby w łóżku żonę drętwą jak kłoda?! – Znów widziała szyderczą 

twarz   Toma...   Maskę   wyrażającą   rozczarowanie.   –   Coś   niedobrze   z   tobą,   Rae. 
Frygida! Zimna jak lód!”

Podeszła do okna, spojrzała na ocean, który uderzał o skały.
Tom był jedynym mężczyzną, z którym łączyły ją intymne stosunki. I to ona 

zawiodła.

Ależ, na miłość boską. To było ponad dziewięć lat temu.
I cóż się zmieniło?
Tylko pozory.
O tak, Rae Pascal. Mogłaś zmienić włosy, paznokcie, pracę. Mogłaś schudnąć i 

kupić nowe stroje. Ale czy potrafisz zadowolić mężczyznę?

Przez dziewięć lat – perswadowała sobie – byłam zbyt zajęta. A przecież nie 

tylko dlatego unikała bliższych kontaktów z mężczyznami. Działo się tak, gdyż 
zdawała sobie sprawę z tego, jaka jest... i jaka nie jest. Tom...

Ale Nick nie był Tomem. Przylgnęła twarzą do framugi okna i myślała o Nicku. 

Jednakże   nie   o   jego   wysokiej,   muskularnej,   męskiej   sylwetce,   jego   ciemnych 
oczach,   w   których   odbijała   się   wrażliwość,   ani   o   przystojnej,   opalonej   twarzy. 
Kochała   to,   co   było   jego   wnętrzem   –   ciepło,   którym   promieniował,   zdolność 
rozumienia innych, lekkość, a zarazem stanowczość, z jaką sterował chłopcami, a i 

background image

nią samą. Delikatność. Odpowiedzialność. Humor.

Kochała   Nicka.   Po   raz   pierwszy   szczerze   to   przyznała,   a   świadomość   tego 

uczucia uderzyła w nią z siłą nadciągającego przypływu. Serce biło jej tak mocno, 
jak   uderzające   w   skały   fale   oceanu.   Po   raz   ostatni   czuła   się   podobnie   mając 
osiemnaście lat. Kochała Nicka z równą gwałtownością, z jaką kochała Toma.

Odsunęła się od okna, przyciskając dłoń do ust. Nie. To, co czuła do Toma, 

było dziecinną fascynacją w zestawieniu z miłością do Nicka. Nigdy przedtem nie 
doświadczyła   takiej   czułości,   takiego   zachwytu,   tak   namiętnego   pragnienia. 
Chciała mu się podobać, należeć do niego. Ale czy to możliwe? Zawiodła swego 
męża   w   tym,   co   stanowi   najważniejszy   element   związku   między   mężczyzną   i 
kobietą. Czyż Tom nie mówił o tym nieustannie?

Nie mogła znieść myśli, że mogłaby zawieść Nicka, że mógłby spojrzeć na nią 

tak jak Tom, nie mogła dopuścić, by się o tym przekonał.

Podniosła słuchawkę i zamówiła samochód, po czym w pośpiechu nabazgrała 

kartkę:   „Bardzo   przepraszam   –   nagła   wiadomość.   Muszę   natychmiast   wracać. 
Wyjaśnię później”.

background image

Rozdział 9

Nick cicho pogwizdywał wbiegając po schodach. Delikatnie zapukał do drzwi, 

ale nikt nie odpowiedział. Wsunął więc klucz w zamek, przekręcił i wszedł do 
środka. Stąpał na palcach, sądząc, że Rae zasnęła.

Pokój   znajdował   się   w   idealnym  porządku.   Sprawiał   wrażenie   nietkniętego. 

Spowijał go obłok ciszy. Gdzie jest Rae? Na dole? Wyszła na spacer? Postawił 
torbę ze sprzętem do gry w golfa i rozejrzał się wokół. Wtem dostrzegł leżącą na 
biurku kartkę.

Podniósł ją i w miarę czytania marszczył czoło. Nagła sprawa? Gdyby chodziło 

o chłopców, zostawiłaby wyjaśnienie. Praca? Spojrzał na telefon. Nie, nie będzie 
przecież dzwonić do banku, jak gdyby chciał ją sprawdzać. Zresztą nie dotarła 
jeszcze do domu, chyba że wynajęła samolot. Może spytać w recepcji, kiedy i jak 
wyjechała? Dowiedzieć się, czy ktoś do niej telefonował? Nie, do diabła! Nic nie 
będzie robił.

Nie   chodziło   mu   o   to,   co   pomyśli   recepcjonista.   Ogarnęło   go   po   prostu 

paraliżujące   przygnębienie,   przenikająca   do   głębi   świadomość,   że   utracił   coś 
istotnego. Jak gdyby z jego życia nieodwołalnie wyrwano coś więcej niż tydzień 
wakacji. Rae Pascal dokonała wyboru.

Wyciągnął się na łóżku, założył ręce na kark i patrzył w sufit. W ciągu ostatnich 

kilku tygodni robił sobie wielkie nadzieje. Bardzo się zbliżyli. Liczył na to, że ten 
tydzień zwiąże ich z sobą jeszcze silniej. Ale dziś... Nie umiał tego nazwać, czuł 
jednak jakąś różnicę w jej zachowaniu. Starała się coś ukryć, wyrzucając z siebie w 
tempie karabinu maszynowego banalne spostrzeżenia. Nie, to nie była ta sama Rae, 
dowcipna, wesoła, obdarzona ciętym językiem. Coś wyraźnie ją dręczyło.

No cóż, McKenzie. Spójrz prawdzie w oczy. Wiedziałeś  przecież, że takiej 

kobiecie jak Rae nie może brakować wielbicieli. I o tym, że podobne jej osoby nie 
prowadzą podwójnej gry. Zapewne należy do jednego mężczyzny i nie pozwala 
sobie na wakacyjne wypady z innym. Chyba że pod wpływem impulsu, którego 
potem żałuje. Pewnie się pokłócili? I teraz on do niej zadzwonił...

Do cholery! Przecież może chodzić o bank, o przyjaciółkę w kłopotach, o Bóg 

wie co... Ale czemu nie zaczekała, czemu nie chciała, żeby ją odwiózł? Długo się 
zastanawiał i próbował uporządkować sytuację, jednakże z wszelkich  rozważań 
wyłaniało się widmo Harrisona Bowersa.

background image

Nie  upłynęło  nawet dziesięć   minut  od  jej wejścia   do domu,  gdy  zadzwonił 

telefon. Z lekkim uczuciem niepokoju podniosła słuchawkę.

– Halo?
– Widzę, że dojechałaś szczęśliwie! – W jego nabrzmiałym gniewem głosie 

przebijał ton ulgi. – Dzwonię od godziny.

– Bardzo przepraszam, ale niepotrzebnie się niepokoiłeś. Droga była...
– Co, u licha, przyszło ci do głowy! Jak mogłaś sama wyjechać! Przecież bym 

cię odwiózł.

A ja musiałabym wyjaśniać to, czego wyjaśnić nie potrafię.
– Ja... nie chciałam przerywać ci treningów.
– Co za bzdura! Nie zostawiłbym cię samej. Ale co się stało?!
– Coś... musiałam natychmiast wracać.
– Taak?
– Chodzi o bank. Zostałam wezwana. Muszę stawić się tam jutro rano.
– Rozumiem. – Wyraźnie jej nie wierzył.
Jąkała się i plątała w wyjaśnieniach. Tłumaczyła, że do bankowych rozliczeń 

wkradły się poważne błędy, a ich wyjaśnienie potrwa co najmniej tydzień.

– Tak mi przykro, że musiało się to stać właśnie teraz – zakończyła.
– Rozumiem. – Nie zadawał dalszych pytań. Czuła jednak, że jest zaskoczony, 

pełen podejrzeń. Rozgniewany?

– Jest mi... naprawdę... bardzo przykro – jej głos nagle się załamał. – Naprawdę 

się cieszyłam...

– No cóż. Bywa i tak. To fatalnie.
Nie   zapytał:   Może   więc   innym   razem?   Nie   napomknął,   że   odezwie   się   po 

powrocie. Cieszyło go, że szczęśliwie dojechała, był pewien, że kłopoty bankowe 
da się rozwiązać, zakończył krótkim: Do widzenia. W jego głosie brzmiało coś 
rozdzierająco ostatecznego, coś, co sprawiło, że niemal wybuchła płaczem.

Ale nie była w stanie płakać. Ogarnęła ją zbyt wielka rozpacz. Kryła się pod 

powiekami   suchych   oczu,   ściskała   krtań,   trawiła   jej   wnętrze.   Ze   znużeniem 
otworzyła walizkę i zaczęła wyjmować swoje stroje. Piękne stroje. Miały uświetnić 
wspaniały tydzień z mężczyzną, którego kochała.

I   od   którego   uciekła.   Czy   straciła   go   na   zawsze?   Może   gdyby   teraz 

zadzwoniła...   Ale   co   mu   powie?   Przepraszam,   sprawa   się   wyjaśniła.   Mogę   już 
wrócić... Nie, to idiotyczne. Przytuliła do policzka koronki swojej bielizny i wbiła 
wzrok w telefon. Mogłaby powiedzieć...

Jak przez mgłę dostrzegła, że czerwone światełko automatu  zgłoszeniowego 

background image

nieustannie mruga. Mrugało zapewne przez cały czas. Była jednak tak pochłonięta 
myślami, że go nie zauważyła. Matka? A może Nick zostawił wiadomość, gdy 
dzwonił poprzednim razem? Gorączkowo włączyła automat.

– Kevin, pani Pascal? Mówi Jan Fraser. – To była matka Kevina. Sprawiała 

wrażenie mocno poirytowanej. – Począwszy od wieczoru wigilijnego próbowałam 
się   połączyć,   ale   ten  świąteczny   bałagan...   A   teraz,   gdy   uzyskałam  połączenie, 
telefon nie odpowiada. Będę wdzięczna, jeśli pani lub Kevin zechce zadzwonić 
natychmiast po otrzymaniu tej wiadomości.

Ojej!   Dwukrotnie   przypominała   Kevinowi,   żeby   zadzwonił   do   matki,   ale 

wszyscy byli tak pochłonięci Świętami... No cóż, napisał do niej o zmianie planów 
i wysłał prezenty. Jeśli nie mogła się połączyć, on zapewne też miałby trudności. 
Równie   dobre   usprawiedliwienie,   jak   każde   inne,   myślała   Rae,   podnosząc 
słuchawkę i wykręcając numer.

Została   zasypana   taką   lawiną   pretensji,   że   nie   wiedziała,   co   począć.   Nie 

potrafiła   pojąć,   czego   dotyczą   –   czy   trudności   związanych   z   uzyskaniem 
telefonicznych   połączeń   w   okresie   Świąt,   czy   też   zwracają   się   przeciw 
bezmyślnemu   synowi,  który   nie  poinformował  matki  o  swoich   planach  na  tyle 
wcześnie, by nie przeszkodzić w jej zamierzeniach.

– Przecież Kevin wysłał list – broniła go Rae, pewna, że chłopiec napisał.
– Owszem – zgodziła się lady Fraser – ale list dotarł w Wigilię, tuż po naszym 

powrocie   do   Londynu.   Tymczasem   obowiązki   zatrzymywały   nas   w   Brukseli... 
Ach, te misje dyplomatyczne są bardzo wyczerpujące – westchnęła. – Lord Fraser 
uważa, że mój udział w licznych spotkaniach towarzyskich, które organizuje, i na 
których   bywa,   to   absolutna   konieczność.   Ale   syn   jest   dla   nas   najważniejszy, 
zwłaszcza w okresie Świąt! A więc przyjechaliśmy w pośpiechu tylko po to, by się 
dowiedzieć, że w ostatniej chwili, pod wpływem jakiegoś kaprysu, Kevin zmienił 
plany.

Poprzez jej głos przebijało tyle irytacji, że Rae usiłowała wytłumaczyć chłopca.
– To nie był tylko kaprys. Kevin chciał spędzić te Święta z ojcem, ponieważ...
– Ze swoim ojcem? – Lady Fraser wymówiła to tak, jak gdyby szło o kogoś z 

innej planety. – Czy to znaczy, że Kevin ma kontakty z Nickiem?

– Tak, oczywiście. – Chyba ci ludzie porozumiewają się z sobą? Przecież w 

ciągu ostatnich czterech miesięcy Kevin musiał wspomnieć o Nicku? – Widują 
się... dość często.

– Doprawdy? – Rae słyszała, jak Jan bębni palcami w stół i mamroce do siebie: 

– Mogłam to przewidzieć... Czy ma pani numer telefonu pana McKenzie?

background image

– Oczywiście. – Rae nie widziała powodu, by temu  przeczyć. Nie widziała 

również powodu, by ją informować, gdzie można znaleźć Nicka i nie wystąpiła z 
propozycją podania adresu w Oregonie, nie chcąc psuć ferii Kevinowi. Zresztą lady 
Fraser o nic więcej nie pytała. Kevin jakby przestał ją interesować. Podziękowała i 
szybko skończyła rozmowę.

To był smutny tydzień – bez chłopców i bez Nicka. Towarzystwa dotrzymywał 

jej tylko Rudy, też znudzony i wytrącony z równowagi. Rae wróciła do banku, tym 
bowiem uzasadniała swój wyjazd z Monterey, ale jej powrót nie miał wielkiego 
sensu.   Połowa   pracowników   wzięła   urlopy,   a   pozostali   wciąż   jeszcze   żyli 
atmosferą Świąt bądź też przygotowywali się na przyjęcie Nowego Roku. Rae, jak 
zawsze, spędziła noworoczny wieczór grając w brydża w zorganizowanym przez 
Helen klubie brydżowych par. I chociaż nigdy dotąd nie zainteresowała się żadnym 
z   atrakcyjnych   partnerów,   których,   nie   tracąc   nadziei   na   ostateczny   sukces, 
dobierała jej Helen, na ogół dobrze bawiła się w ich towarzystwie. W tym roku 
było jednak inaczej. Nie potrafiła skoncentrować się na grze i wciąż myślała o tym, 
co robi Nick.

Po tygodniu nart i rozkoszowania się smakołykami z babcinej kuchni chłopcy 

wrócili w znakomitych humorach do domu. Zaczęła się szkoła. Praca w banku 
również   nabrała   normalnego   tempa.   Nick   wciąż   nie   wracał.   Dzwonił   tylko   do 
Kevina, który bardzo zmartwił się wiadomością, że ojca nie będzie jeszcze przez 
jakiś czas.

Rae wmawiała sobie, że przedłużająca się nieobecność Nicka dobrze jej zrobi, 

że   potrzebuje   czasu.   Czasu   na   co?   Na   przestudiowanie   poradnika   technik 
seksualnych?   Na  wymyślenie   czegoś,  co  pozwoliłoby  odtworzyć tę  więź,  która 
właśnie zaczęła ich łączyć i tak nagle została zerwana? Czy na pogodzenie się z 
myślą, że wszystko minęło, przepadło, skończyło się bezpowrotnie. Tak, skończyło 
się raz na zawsze. W przeciwnym razie Nick zatelefonowałby po raz drugi.

Tymczasem po raz drugi zadzwoniła lady Fraser.
– Chodzi mi o numer Nicka, który pani podała. Dzwonię tam bez przerwy, ale 

nigdy go nie ma.

– Wiem, że wyjechał – ostrożnie wyjaśniła Rae.
– Proszę mi więc powiedzieć, gdzie go szukać – zażądała lady ostrym głosem.
– Przykro mi, ale nie mam pojęcia.
–   Numery   kierunkowe   telefonów   pani   i   Nicka   są   takie   same.   Byłam 

przekonana, że wyjeżdżając do Stanów Nick zatrzymuje się na Florydzie.

– Tak? Sądzę, że zamieszkał tutaj ze względu na Kevina.

background image

– Co za bezczelność! Mam nadzieję, że się nie wtrąca.
– Wtrąca?
– W wychowanie Kevina. Nie życzę sobie, żeby podważał te wartości, które 

lord Fraser i ja staraliśmy się wpoić naszemu synowi.

–   Wartości?   –   O   czym,   na   Boga,   ona   mówi?   –   Ależ   skąd!   –   odparła 

rozdrażniona Rae. „Nasz syn”! Jak gdyby Kevin był wyłączną własnością Jan i jej 
lorda. Zrozumiała teraz, dlaczego początkowo odniosła wrażenie, że ojciec Kevina 
nie żyje. – Kevin świetnie się czuje. To wspaniały chłopiec. Bardzo się cieszymy z 
jego obecności, a sądzę, że pobyt tutaj jest i dla niego korzystny.

– Czy nie zaniedbał się w naukach?
– Ależ skąd! Poza tym jeździ na nartach, gra w golfa i dorywczo pracuje w 

klinice   weterynaryjnej   –   relacjonowała   entuzjastycznie   Rae.   I   wywołała 
niezamierzony efekt.

–   Golf!   Coś   podobnego!   Jak   pani   mogła   pozwolić   mu   pracować!   Na 

weterynarii!

Rae, nieco zaskoczona, odparła, że Kevin tego właśnie pragnął.
– Skoro jego ojciec wyraził zgodę...
– Jego ojciec! Cóż on ma do powiedzenia!
Rae oniemiała. Nie odpowiedziała ani słowem. Ale lady Fraser najwidoczniej 

nie   spodziewała   się   odpowiedzi.   Wygłosiła   kilka   ledwie   słyszalnych   uwag   w 
rodzaju: „Mogłam się tego spodziewać!” i zakończyła:

– Trudno, muszę się tym natychmiast zająć.
W   sobotni   poranek   lady   Jan   Fraser   przybyła   do   Dansby.   Była   kobietą 

uderzająco   piękną.   Jej   bujne,   starannie   ułożone,   jedwabiste,   czarne   włosy 
podkreślały  niezwykłe rysy twarzy gładkiej i bladej jak marmur.  I jak marmur 
zimnej.   Przyjechała   do   domu   Rae   taksówką,   nie   zapowiadając   się   wcześniej,   i 
przez ułamek sekundy jej chłodne, czarne oczy podejrzliwie penetrowały wnętrze, 
jak gdyby wypatrując jakiegoś kompromitującego dowodu, który zdemaskowałby 
rodzinę Rae. Po chwili okazała niemal wylewną serdeczność, choć zachowywała 
się nieco protekcjonalnie.

– Sądzę, że mam przyjemność z panią Pascal? Jestem lady Fraser. Jakże się 

cieszę, że mogę poznać panią osobiście!

– Cóż za miła niespodzianka! Kevin tak się ucieszy!
–   udawała   entuzjazm   Rae,   speszona   brakiem   makijażu   i   swoim   roboczym 

strojem, właśnie włożyła stary dres i, jak co sobota, zabierała się do sprzątania. 
Gdy zabawiała gościa, do domu wpadła trójka umorusanych chłopców, a za nimi 

background image

rozbawiony pies. Właśnie grali w koszykówkę w sąsiednim parku.

Kevin   sprawiał   wrażenie   bardziej   zaskoczonego,   niż   uradowanego,   gdy 

podchodził do matki, by pocałować ją w policzek.

– Mamo, nie powiedziałaś, że zamierzasz przyjechać!
– Jest kilka spraw, o których ty mi też nie powiedziałeś – odparła lady Fraser, 

obejmując syna gestem posiadacza. Wygłosiła parę zdawkowych uprzejmości pod 
adresem Grega i Joeya, po czym znów zwróciła się do Kevina, pytając: – Gdzie jest 
twój ojciec? – tak, jakby pytała o znanego kryminalistę. Gdy Kevin odparł, że nie 
ma pewności, ale chyba w Auguście, ironicznie wzruszyła ramionami.

– Cóż za włóczęga! – Po dalszej wymianie grzeczności z rodziną Rae, kazała 

synowi doprowadzić się do porządku i zabrała go do hotelu na lunch i „rozmowę”.

Rae   patrzyła,   jak   odjeżdżali,   z   uczuciem   osoby   nawiedzonej   przez   trąbę 

powietrzną. Gdy Kevin wrócił w dość ponurym nastroju, nie zadawała mu pytań. 
Zastanawiała się jednak, czy wobec matki czuł się równie skrępowany, jak wobec 
ojca. I co, na Boga, zrobiła lady Fraser, by tak popsuć mu humor.

Pragnąc okazać gościnność, a zarazem dowieść, że Kevin jest zadowolony i 

dobrze się miewa, zadzwoniła nazajutrz do lady Fraser, by zaprosić ją do siebie na 
kolację.

– To bardzo uprzejme z pani strony, ale ja też zamierzałam zaprosić panią na 

kolację. Samą. Właśnie miałam w tej sprawie telefonować. – Wyjaśniła, że pewne 
ważne   zobowiązania   wymagają   jej   natychmiastowego   powrotu   do   Anglii,   ale 
chciałaby przed wyjazdem omówić kilka spraw.

– Proszę mi wierzyć, że to, co mam do powiedzenia, nie dotyczy osoby pani – 

oświadczyła lady Fraser, gdy usiadły w hotelowej restauracji. – Widzę, że Kevin 
jest szczęśliwy i nie moglibyśmy zapewnić mu lepszej opieki. Zresztą tego właśnie 
oczekiwaliśmy   –  dodała,  obdarzając  Rae  uśmiechem   pełnym  samozadowolenia, 
choć   zabarwionym   lekkim   poczuciem   winy.   –   Muszę   wyznać,   że   zanim 
zdecydowaliśmy   się   powierzyć   pani   Kevina,   lord   Fraser   dokładnie   zbadał   pani 
dane.

– Mój Boże! Mam nadzieję, że przeoczył moje ciotki.
– Pani ciotki? Co z ciotkami? – spytała lady Fraser ze śmiertelną powagą.
– Żartowałam – szybko powiedziała Rae. Powinna była wiedzieć, że poczucie 

humoru   jest   tej   kobiecie   obce.   –   Cieszę   się,   że...   że   zdołałam   sprostać 
wymaganiom.

– Owszem. – Lady Fraser miała nieco niepewną minę. – Chodzi mi wszakże o 

to, że pojawił się Nick. To wielce niepożądane.

background image

– Pojawił się?
– Można by rzec, jak grom z jasnego nieba. Lord Fraser i ja, na ile to możliwe, 

staramy się trzymać Kevina z dala od Nicka. Nick nie ma cienia ambicji.

– Nie ma ambicji? Przecież wygrywa turnieje...
Lady Fraser lekceważąco machnęła ręką.
– Ten człowiek nie ma poczucia rzeczywistej skali wartości. Nick posiada tytuł 

szlachecki, wie pani.

– Nie, nie wiem. – Rae nie ukrywała zdziwienia.
– Oczywiście. Nigdy o tym nie mówi. Ja też bym nie wiedziała, gdybym sama 

tego nie odkryła. Któryś z jego przodków, chyba jakiś nierozgarnięty pradziadek, 
zrzekł   się   tytułu   i   przekształcił   posiadłość   w...   farmę   nastawioną   na   produkcję 
mleka.   Podczas   jednego   z   moich   nielicznych   tam   pobytów   znalazłam   drzewo 
genealogiczne i kroniki rodzinne. Może pani wyobrazić sobie moje zdumienie!

–   Owszem   –   odparła   Rae.   –   Mogę.   –   Widziała   już   te   wścibskie   oczy, 

myszkujące wśród rodzinnych sekretów.

– Oczywiście tytuł barona przysługuje tylko ojcu Nicka. Starałam się wszakże 

uświadomić   Nickowi,   że   nawet   wzmianka   o   tytule   stosunkowo   nie 
najświetniejszym   stanowi   przepustkę   do   właściwych   kręgów   towarzyskich.   Nie 
zdołałam   go   jednak   przekonać,   jak   wielką   wagę   ma   odpowiednia   pozycja 
społeczna, tym bardziej, że jest do niej uprawniony i że tak wiele może to znaczyć 
dla Kevina. Nick myśli tylko o swoim golfie i kobietach!

Słysząc o kobietach, Rae poczuła w sercu ukłucie, ale zdołała je zlekceważyć.
– Golf to jego zawód – powiedziała.
Lady Fraser uniosła brwi.
–   Zawód?   Golf?   To   wyłącznie   sposób   na   zapewnienie   sobie   środków 

finansowych. Ale skoro już je zdobył... – Potrząsnęła głową. – Majątek, tytuł i 
odpowiednie koneksje... O, mógłby zajść bardzo daleko. Ale nigdy tego nie chciał. 
A   teraz   usiłuje   wpoić   swoje   drobnomieszczańskie   poglądy   Kevinowi,   mimo   iż 
dotąd nigdy się nim nie zajmował.

– Ależ  to nieprawda! W każdym razie  od czterech miesięcy  obserwuję coś 

wręcz   odwrotnego   –   oświadczyła   Rae.   –   Sprawia   wrażenie   szczerze 
zaangażowanego   w   sprawy   syna.   Przecież   wkrótce   po   jego   wypadku   Nick 
przeniósł się tutaj, by być bliżej Kevina.

– Tak o nim myśli?
– Tak. Sam to powiedział.
– Ależ, moja droga, jak można być tak naiwną?

background image

– przerwała jej Jan. – Teraz, gdy widzę, jak wygląda Rae Pascal, nie mam 

żadnych wątpliwości,  że nie o Kevina tu chodzi, lecz o panią. – Spojrzała tak 
znacząco, że Rae oblała się rumieńcem.

– Nie, to nieprawda – zaprzeczyła ostrym tonem. A następnie dodała powoli, z 

ironicznym uśmiechem:

–   Czyżby   w   tym   komplemencie   kryła   się   nagana,   lady   Fraser?   To   chyba 

dyplomatyczne  faux pas! Efekt był natychmiastowy. Jan niemal się zakrztusiła, a 
jej   marmurową   twarz   oblał   szkarłat.   Przez   co   najmniej   pięć   sekund   trwała   z 
półotwartymi ustami, po czym krótko się roześmiała.

–   Przepraszam   –   poddała   się   spokojnie.   –   Ale,   Rae...   czy   mogę   tak   cię 

nazywać?   Ty   naprawdę   zasługujesz   na   komplementy.   Nade   wszystko   jednak 
chciałabym cię ostrzec. Znam dobrze Nicka. To zawsze tak wyglądało.

– To? O co pani chodzi?
–   Ładna   buzia,   zgrabna   figurka   i,  voila,  nowy   przedmiot   zainteresowań.   Z 

pewnością zauważyłaś, jak potrafi demonstrować swoje wdzięki. Nie wyobrażasz 
sobie, przez co przeszłam od niemal pierwszych miesięcy naszego małżeństwa. 
Kilka romansów i tabuny panienek na jedną noc.

Rae   patrzyła   na   nią   ze   zdumieniem.   Zachowanie   Nicka   w   niczym   nie 

potwierdzało tego, co mówiła Jan.

– Nie sądziłam, to znaczy, odniosłam zupełnie inne wrażenie.
Pełen   współczucia   wyraz   twarzy   lady   Fraser   zdawał   się   potwierdzać   to,   co 

powiedziała wcześniej: „Jak możesz być tak naiwna?”. Potrząsnęła głową.

–   Moja   droga,   gdy   mężczyzna   znajdzie   się   w   centrum   publicznego 

zainteresowania, pojawiają się liczne... okazje. I nie mam wątpliwości, że Nick z 
tych   okazji   korzysta.   –   Zaczęła   snuć   opowieść   o   tym,   jak   lekceważył   sobie 
obowiązki   wobec   niej   i   Kevina,   opowieść,   która   tak   żywo   przypomniała   Rae 
historię jej małżeństwa, że zupełnie wytrąciła ją z równowagi. No cóż, znała Nicka 
zaledwie   kilka   miesięcy.   A   ta   kobieta   była   jego   żoną.   Tom   też   potrafił   być 
czarujący dla innych kobiet. Musiała przyznać, że jeśli Nick chciał ją oczarować, to 
osiągnął swój cel. Czyżby zwiódł ją tak samo, jak wówczas, gdy miała osiemnaście 
lat, uczynił to za sprawą swej energii i wdzięku zdradliwy Tom Pascal? Próbowała 
się skoncentrować na rozmowie  z lady Fraser, która teraz wróciła do Kevina i 
zapowiadała, że nie będzie tolerować ingerencji Nicka w wychowanie syna.

– A więc rozumiesz, czemu odwołuję się do ciebie?
– Do mnie?
O czym ona mówi? – zastanawiała się Rae. Była zbyt przepełniona własnymi 

background image

wątpliwościami i obawami, zbyt głęboko pogrążona w rozpaczy.

– Nie życzę sobie, by Kevin tracił czas na grę w golfa i by go do tego zachęcać. 

Kazałam mu również rzucić tę idiotyczną pracę. Nie zamierzam aprobować jego 
pomysłów. Ładna historia! Weterynarz! Kevin, podobnie jak jego ojczym, zostanie 
dyplomatą. Nie życzę sobie, by Nick się wtrącał, i proszę mu to przekazać!

Rae spojrzała na nią. Nie zamierzała niczego przekazywać, a gdyby nawet...
– Dlaczego sądzi pani, że Nick będzie się ze mną liczyć?
– Och, on zawsze liczy się z kobietami, które są mu, powiedzmy, bliskie – 

odparła lady Fraser, a Rae znów nie była pewna, czy to zniewaga, czy komplement. 
Mało ją to zresztą obchodziło. I choć zaangażowanie wobec Nicka bardziej niż 
kiedykolwiek potęgowało jej obawy i uczucie zagubienia, jednego była pewna – 
chłopiec ma prawo znać swojego ojca. A mężczyzna – swojego syna.

background image

Rozdział 10

Zaczęły kursować plotki, że Harrison Bowers odchodzi. Jedni przypuszczali, że 

awansuje, że będzie w zarządzie korporacji. Nie – powiadali inni – przenoszą go na 
pomniejsze stanowisko w jakiejś prowincjonalnej dziurze. Nie – twierdzili jeszcze 
inni – Bowers rzuca bank dla firmy maklerskiej. A wszystkim owym sprzecznym 
pogłoskom towarzyszyły spekulacje związane z tym, kto zajmie fotel dyrektora 
północnego regionu. Będzie nim zastępca dyrektora regionu południowego. Ależ 
nie!   Jeden   z   wiceprezesów   zarządu   korporacji.   Rae   Pascal?   Bzdura.   Nikt   z 
pracowników nigdy nie otrzymał tak wysokiego stanowiska. I nigdy kobieta nie 
była   dyrektorem   regionu.   A   jednak...   Utorowała   sobie   drogę   do   stanowiska 
zastępcy  dyrektora. Czyż  nie tak?  Słyszano,  jak  Ruth  mówiła:  To  cicha  woda. 
Straszna intrygantka. Zrobi wszystko, dosłownie wszystko, byle tylko awansować.

–   Jeśli   dostaniesz   to   stanowisko   –   oświadczyła   Cora,   informując   Rae,   co 

rozpowiadała o niej Ruth – mam nadzieję, że dopilnujesz, by wylano tę żmiję.

Rae wzruszyła ramionami. Plotki i złośliwości były cząstką tutejszego życia. 

Mówiła   już   Bowersowi,   że   trzeba   będzie   awansować   Ruth   na   szefa   działu 
kredytów. Ruth wykazywała inicjatywę, była przebojowa, zdolna. Jej kwalifikacje 
przerastały pozycję, którą zajmowała. Nic dziwnego, że czuła się zawiedziona.

Rae   zastanawiała   się   nad   tym,   czy   promocja   Ruth   nie   urazi   Cory.   Może. 

Chociaż z drugiej strony nie musi jej urażać. Cora świetnie dawała sobie radę jako 
szef sekretariatu. Z tej pracy wywiązywała się doskonale. A jej pretensje do Ruth 
wynikały z lojalności wobec Rae.

– No w końcu mogliby cię zrobić dyrektorem – oświadczyła Cora. – Przecież i 

tak wykonujesz całą pracę. Gdybyś była mężczyzną, miałabyś już od dawna to 
stanowisko – dodała, rozpoczynając tyradę przeciw męskiemu szowinizmowi.

Rae słuchała jednym uchem. Skupiała się nad rosnącym deficytem w obrocie 

kredytowym dwu oddziałów w Chico. Oszczędność czy złe zarządzanie? Mimo 
nowego menedżera obiecująca przecież filia w San Francisco nie przynosiła takich 
obrotów, jakich od niej oczekiwano. Czy więc menedżera należało przenieść? Rae 
westchnęła.   Musi   być  zmęczona.   Praca   stanowiła  dla  niej  zawsze   podniecające 
wyzwanie. A teraz nagle poczuła znużenie wciąż tymi samymi sprawami, które 
nieustannie   powracały,   a   których   przyczyn   miała   dociec.   Było   ono   wywołane 
manipulowaniem   podległymi   jej   urzędnikami   –   mieli   działać   skutecznie   i 
równocześnie   czerpać   z   tego   satysfakcję.   Było   też   spowodowane   unikami   i 

background image

manewrami, jakie musiała wykonywać w swej niełatwej pracy.

Myślała o Nicku. Być może dlatego, że zawsze istniał on w jej świadomości, a 

być   może   dlatego,   że   marzyła,   by   wyruszyć   z   nim   gdzieś   daleko,   oddychając 
świeżym powietrzem i rozkoszując się słońcem. Westchnęła, zazdrosna o to, że 
grając   w   golfa   można   zarabiać   na   życie.   Człowiek   jest   na   powietrzu,   spędza 
przyjemnie czas, nie przejmuje się kwestiami biurowej taktyki ani też nawałem 
pracy...

A jednak brakowało jej Nicka. Powtarzała sobie, że powinna być szczęśliwa, bo 

go nie ma. Ze to, co słyszała od jego eks-żony, nakazuje trzymać się zdała od 
niego, a mimo to... nieobecność Nicka skazywała ją na pustkę, której nic poza nim 
nie potrafiło wypełnić. Ani praca, ani chłopcy, nic. Tęskniła za nim. Chciała go 
zobaczyć.   Nigdy   nie   była   kibicem.   Nie   interesowała   się   też   golfem.   Nawet 
wówczas, gdy poznała Nicka. Ale teraz zaczęła się kręcić koło telewizora, ilekroć 
transmitowano turniej, w którym brał udział. Na samym początku chciała tylko 
spojrzeć   na   niego.   Wkrótce   jednak   wciągnęła   się   w   grę.   Stała   się   równie 
namiętnym kibicem, jak jej chłopcy. Wstrzymywała oddech, ilekroć Nick szykował 
się do uderzenia kijem w piłkę. Wówczas jej serce ponaglało go do zwycięstwa.

Jakże   się   myliła.   To   nie   tylko   była   zabawa,   którą   na   świeżym   powietrzu 

spontanicznie cieszył się Nick. Ależ tak. Lubił grać. Jednakże ta gra wymagała 
umiejętności, planowania, ryzyka. Oczywiście był to inny rodzaj napięcia aniżeli 
ten, którego doświadczała w czasie swej pracy w banku. Niemniej napięcie było 
takie samo. Podziwiała spokój Nicka.

W jedną z niedziel, gdy zwyciężył w prestiżowym turnieju Western Open w 

Pebble Beach, przyglądała się, jak z wdziękiem przyjmuje nagrodę i zobaczyła, jak 
całuje go uderzająco atrakcyjna młoda kobieta, której następnie przekazał wygraną.

– Któż to jest? – pytali na głos sprawozdawcy telewizyjni, a cały świat mógł to 

usłyszeć.

Komentator zaryzykował domysł.
– Może ktoś ważny dla McKenzie’ego? O ile mi wiadomo, nie jest on żonaty.
Rae siedziała wyprostowana. Oddychała z trudem. Czuła w sobie kompletną 

pustkę, tak jakby coś z niej wydarto. Chłopcy zniknęli w kuchni z triumfalnym 
wrzaskiem,  rozradowani  zwycięstwem  Nicka.  Ale   Rae  nadal   wpatrywała  się  w 
ekran, licząc na to, że po reklamach powrócą żartobliwe komentarze i że wówczas 
padną informacje dotyczące owej tajemniczej kobiety.

Niestety. Pojawiły się tylko napisy kończące transmisję. Rae była coraz bardziej 

przygnębiona. W tak wielkim uniesieniu wzlatywała ku niebu, oglądając tryumf 

background image

Nicka.   I   tak   boleśnie   runęła   na   ziemię,   widząc   ten   pocałunek   i   wraz   z   całym 
światem pytając: Któż to jest?

W tydzień później w niedzielne popołudnie Rae stała przy kuchennym zlewie, 

zmywając po obiedzie. Właśnie podwiozła chłopców do pobliskiego kina. W domu 
panowała cisza. Tylko deszcz wciąż bębnił w kuchenne okna. „Spacer w deszczu to 
prawdziwa frajda”.

Zaczęła   energicznie   czyścić   zlew,   starając   się   odgrodzić   od   głosu,   który 

rozbrzmiewał echem w jej umyśle, od wspomnienia kropel padających na twarz, 
kiedy rozpryskując wodę brnęli poprzez kałuże. Cały  tydzień próbowała o tym 
zapomnieć. Pogrążała się w pracy po to, by odegnać wszelkie myśli o Nicku.

Ale odegnać ich nie mogła. Tak, jak nie mogła usunąć ze świadomości obrazu, 

który   przez   krótką   chwilę   zamigotał   na   telewizyjnym  ekranie...   Tamta   kobieta, 
pocałunek, gest, którym brała nagrodę, tak jakby należała do niej. Rae pogrążała 
się w niewytłumaczalnym żalu za czymś, co utraciła, a równocześnie narastał w 
niej gniew. Czemu, skoro w jego życiu istniał „ktoś ważny”, Nick zabiegał o nią? I 
dlaczego z taką skwapliwością reagowała na te zabiegi?

Bo sprawiało jej to radość, przyznała zrywając zeschłe liście z rośliny stojącej 

na   oknie.   Właśnie   dlatego.   Lubiła   jego   obecność.   Lubiła   przebywać   z   nim, 
rozśmieszać go, całować. Czuła pulsowanie gorącej krwi w skroniach, brakowało 
jej   tchu   na   wspomnienie   jego   spojrzeń,   jego   objęć.   Myślała,   że   ich   wzajemne 
stosunki... no, powiedzmy, że coś znaczą.

„Moja droga, jak pani może  być tak  naiwna?” – przez mgłę  dotarł do niej 

chłodny głos lady Fraser. Głos ten ją ostrzegał: „Nick korzysta z takich okazji... 
Bywa wtedy uroczy”.

Rae zauważyła, że Rudy sadowi się u jej stóp. Pochyliła się więc, by pogłaskać 

jego   miękką   sierść.   Jakże   mogła   myśleć,   że   jest   czymś   szczególnym   w   życiu 
Nicka? Tylko dlatego, że spędził z nią kilka chwil, że jej pochlebiał, że się do niej 
wdzięczył... Ach, jakże była głupia! Chwała Bogu, nie została dłużej w Monterey.

„Jego   kobiety”...   tak   mówiła   Jan.   Oczywiście.   Nick   był   przystojny,   męski, 

sławny. Naturalnie, przyciągał kobiety piękne, uwodzicielskie, prowokujące.

Rae   stała   prawie   nieruchomo,   kurczowo   zaciskając   palce   na   brzegu   zlewu. 

Wyrazisty obraz pojawił się przed nią. Oszałamiająca blondyna z odrzuconymi w 
tył   włosami   przybliżała   zachęcająco   usta,   obejmując   Nicka.   A   on   wziął   ją   w 
ramiona i...

Nie, nie będzie zastanawiać się nad Nickiem McKenzie’em, nad tym oszustem. 

Dzwonek do drzwi wdarł się w jej myśli. Otworzyła. Stał w progu z uśmiechem, 

background image

który zapowiadał, że wszystko jak najlepiej toczy się na tym świecie.

– Dzień dobry, Rae.
– Cześć.
–   Rudy,   dobry   pies   –   powiedział   z   roztargnieniem,   szorując   butami   o 

wycieraczkę i otrząsając się z deszczu.

– No, co się tu dzieje? – zapytał i powiesił kurtkę w szafie tak, jakby przez cały 

czas był tutaj, jakby nikt publicznie go nie całował.

–   Wszystko   po   staremu   –   odrzekła,   zadowolona,   że   jej   głos   zabrzmiał 

nonszalancko. – Marnowaliśmy czas, kiedy ty zdobywałeś pieniądze i nagrody. – 
Nie wspomniała o niczym więcej.

– Mały szczęścia łut... – zanucił, zręcznie naśladując pana Doolittle z My Fair 

Lady. – Gdzie są chłopcy?

– W kinie. Ale to nie tylko łut szczęścia sprawił, że wygrałeś w Pebble Beach.
W jego oczach zapaliły się iskierki zadowolenia.
– Oglądałaś turniej w telewizji?
Przytaknęła.
–   Sprawozdawcy   mówili   o   twojej   sile   i   umiejętności,   za   co   dostaniesz   w 

nagrodę kawę – lecz nie pocałunek, myślała z gorzką ironią.

– Jednakże przede wszystkim była to sprawa szczęścia – upierał się Nick. – Ale 

kawę wypiję z chęcią – dodał, idąc za nią do kuchni.

– Czy jadłeś lunch? – zapytała. Postanowiła być gościnna, lecz chłodna i pełna 

rezerwy. – Mam sałatkę z kartofli i szynkę.

–   To   wspaniale,   bo   w   samolocie   nie   karmiono   nas   najlepiej   –   powiedział, 

wślizgując się na siedzenie przy kuchennym stole.

Wydawało się, że zabrakło im słów. Czuła się niezręcznie, świadoma tego, że 

Nick patrzy na nią. Jego oczy zadawały pytania za każdym jej poruszeniem – gdy 
wsuwała   croissanty   do   pieca   i   gdy   wyjmowała   sałatkę,   którą   przed   chwilą 
uprzątnęła. Musiała się odezwać.

– Może lepiej będzie, jak ty to pokroisz – powiedziała, rozwijając szynkę.
Wstał i wciąż milcząc zastosował się do jej rady.
Postawiła przed nim talerz, wyjęła croissanty z piekarnika, nalała jemu i sobie 

kawy.

– Twoja... lady Fraser złożyła nam wizytę – powiedziała siadając.
– Słyszałem o tym.
– Od Kevina?
– Złapał mnie w Miami. Był bardzo zdenerwowany, ponieważ żądała, by rzucił 

background image

pracę. Śmieszne.  Powiedziałem mu,  że jeśli chce, może  tam zostać. Wspaniała 
sałatka – powiedział, nabierając widelcem potężną porcję.

–   Bardzo   dziękuję   –   Rae   myślała   wciąż   o   lady   Fraser.   –   Była   taka...   taka 

zdecydowana.

Nick wzruszył ramionami.
–  Kevin ma  dobre stopnie,  lubi  swoją  pracę  i  jest  na tyle  dorosły,  by  sam 

podejmować   decyzje.   Nie   chcę   o   tym   mówić   –   oświadczył,   nagle   odkładając 
serwetkę. – Wyjaśniłaś ten błąd w rozliczeniach?

– Jaki błąd?
– A no ten, który wymagał twojej obecności w banku. Czyżbyś tak szybko o 

tym zapomniała?

– Ależ tak, to znaczy nie – powiedziała straszliwie zakłopotana, a równocześnie 

rozdrażniona tym, że ją zaskoczył. Miała nadzieję, że nie poruszy tej sprawy.

– A może był jakiś inny, dotychczas nie wyjaśniony powód, dla którego mnie 

wówczas opuściłaś.

Niemalże zakrztusiła się kawą. Byłoby to dla niej żenujące, gdyby odgadł.
– O co... o co ci chodzi.
– Myślę, że znakomity pan Bowers musi doceniać twoją pracowitość.
– Bowers? – zdziwiła się. – A cóż on ma z tym wspólnego?
–   Przecież   jest   twoim   szefem.   A   może   przedmiotem   romantycznego 

uwielbienia? A może jednym i drugim? Z pewnością musisz mu poświęcać wiele 
czasu, aż za wiele. – Jego chłodny, pełen dezaprobaty głos pobrzmiewał gniewem. 
Spojrzała na niego ze zdumieniem.  – Ach, u diabła, nie chciałem cię urazić – 
powiedział szorstko. – Ale kiedy zostawiłaś mnie bez słowa wyjaśnienia, byłem... 
No   cóż,   wyprowadziło   mnie   to   z   równowagi   i   wprawiło   w   zakłopotanie.   Nie 
myślisz, Rae, że już najwyższy czas, żebyś była ze mną szczera.

Ton, jakim to powiedział, wzbudził jej gniew.
– Szczera z tobą?
– Tak. Nigdy nie traktowałem cię jak zabawki. I nie podoba mi się, że wodzisz 

mnie za nos.

Ja? Wodzę go za nos? Jak on śmie tak mówić! Obraz, który prześladował ją 

przez  cały  tydzień,  przemknął  przed  jej oczami  jak  błyskawica.  Odpowiedziała 
porywczo:

– A mnie się nie podoba, że nie jesteś ze mną szczery.
– O co ci chodzi?
– A o to właśnie. Przychodzisz i opowiadasz, że chcesz być częścią mojego 

background image

życia, by zbliżyć się do Kevina.

–  Tak,  to prawda  – powiedział  z  niewinnie  zdziwionym wejrzeniem.   To  ją 

rozwścieczyło.

– Ale przecież chodziło ci o coś innego. Chciałeś zaciągnąć mnie do łóżka – 

przerwała, zatrwożona sama sobą. – Ach, sam wiesz, o co ci chodziło!

Spojrzał na nią spokojnie.
– Owszem, ale przecież nie tylko o to mi chodziło.
– Może pan sobie wybić to z głowy, panie McKenzie. Ja nie mam zamiaru być 

panienką na jedną noc, bo przecież dla takich panienek rzuciłeś swoją żonę!

– Jak widać, moja zapobiegliwa eks-żona rozmawiała nie tylko z Kevinem.
– Zjadłyśmy wspólnie lunch i odbyłyśmy rozmowę, w czasie której sporo się 

dowiedziałam.

–   Dowiedziałaś   się?   To   znaczy,   że   uwierzyłaś   we   wszystkie   te   kłamstwa   i 

insynuacje?

– Czyżbyś chciał przeczyć temu, że ją porzuciłeś?
–   Ależ   tak,   u   diabła!   Ani   jej   nie   porzucałem,   ani   nie   rozbijałem   naszego 

małżeństwa.   Po   prostu   odszedłem.   Uciekłem   tak,   jak   się   ucieka   przed 
grzechotnikiem.

– Patrzyli na siebie poprzez stół niczym dwaj przeciwnicy. Nick podniósł głos. 

– Nie opuściłem też swojego syna. Ja, nie, my oboje przerwaliśmy tę farsę, daliśmy 
spokój temu małżeństwu. To nie miało nic wspólnego z Kevinem.

– A panienki na jedną noc?
– Tego rodzaju insynuacje uważam za uwłaczające.
– Był tak wzburzony, że przez chwilę się wystraszyła. Odsunął talerz. Starał się 

zapanować nad sobą. – No dobrze, nie ślubowałem celibatu. Lubię towarzystwo 
kobiet. Było ich kilka w moim życiu, ale jedno chciałem ci powiedzieć, działo się 
to zawsze za obopólnym porozumieniem i zawsze jedna ze stron mogła odejść, 
kiedy tylko zechciała. – Podniósł się. Patrzył teraz na nią, pochyliwszy  głowę. 
Dodał z naciskiem: – I nikt nie musiał uciekać.

Postawił filiżankę. Wielkimi krokami ruszył ku drzwiom i bez słowa wyszedł.

background image

Rozdział 11

W   drodze   do   domu   Nick   powoli   się   uspokajał.   Ta   mściwa   wiedźma,   Jan, 

zasypała   Rae   tysiącem   kłamstw.   Czy   nigdy   nie   uwolni   się   od   jej   złośliwego 
wścibstwa?

A   jeśli   chodzi   o   Rae...   To   zagadka.   Musiał   przyznać,   że   mu   się   podobała. 

Dowcipna, towarzysko urocza, inteligentna, a przy tym diablo ładna. I do tego taka 
dobra matka... Jej dom był właściwym środowiskiem dla Kevina. A teraz w to 
wszystko Jan musiała wsadzić swój nos. Żądała, żeby Kevin rzucił pracę, którą 
lubił, ponieważ uważała, że to zajęcie jest poniżej jego godności. Och tak, znał ją 
dobrze.   Nigdy   nie   chciała   przyznać   się,   że   jego   rodzice   to   zwykli   farmerzy. 
Roześmiał się na głos, gdy przypomniał sobie, jak go błagała, żeby odgrzebał tytuł, 
zapomniany od lat. Wydawało się jej, że może go odkurzyć i otoczyć się nim jak 
aureolą,   która   posłuży   im   jako   przepustka   do   „właściwych   kręgów”.   Sporo   go 
kosztował   ten   jej   idiotyczny   pomysł.   Jan   gotowa   była   zrobić   wszystko,   byle 
postawić na swoim.

Zmarszczył brwi. I tym razem gotowa będzie zrobić wszystko, nawet zawlec 

Kevina do Anglii. Może rzeczywiście Kevin powinien rzucić tę pracę? Ostatecznie 
chodził tam zaledwie na kilka godzin w tygodniu.

Nie! Tu chodzi o zasadę. Kevin musi się nauczyć, jak postępować ze swoją 

matką. Musi sam podejmować decyzje. On, Nick McKenzie, dopilnuje już tego. 
Nikt nie będzie wywierał presji na chłopca. Nie będzie żądał działań sprzecznych z 
jego naturalnymi, zdrowymi skłonnościami.

Pozostanie z nim w ścisłym kontakcie, chociaż przez kilka najbliższych tygodni 

będzie   grał   w   jednym   turnieju   po   drugim.   Zaproszono   go   na   Spy   Glass   w 
Kalifornii, na The Dunes w Newadzie i na Dorel na Florydzie. Ale znajdzie trochę 
wolnego czasu przed turniejem Masters w Auguście, postara się coś zaplanować 
dla Kevina, siebie i chłopców Rae, oczywiście, jeśli matka im pozwoli. Ale na 
pewno pozwoli. Elaine mi w tym pomoże.

Jeśli  chodzi o Rae... Również  i jej nie należy do niczego zmuszać,  myślał, 

wprowadzając   samochód   do   garażu   i   wyłączając   silnik.   Siedział   przez   dobrą 
chwilę,   wpatrując   się   w   przestrzeń.   Czuł   się   tak   osamotniony   jak   wówczas,   w 
Monterey, gdy wrócił do hotelu i nie znalazł już Rae.

Chciała pobiec za nim i przywołać go z powrotem. Przecież nie myślała tego, 

background image

co powiedziała. W każdym razie powiedziała więcej, niż myślała. Zdawała sobie 
sprawę, że nie zamieszkał tu z jej powodu, lecz z powodu Kevina. Nick naprawdę 
troszczył   się   o   niego.   Świadczyła   o   tym  ilość   czasu,   który   mu   poświęcał,   tak, 
Kevinowi, a także jej chłopcom.

Załóżmy, że był... no dobrze, że mu się podobała. On też jej się podobał. Nie 

ma co ukrywać. Nigdy się nie narzucał, zawsze spełniał jej życzenia. To nie jego 
wina, że ona... że nie mogła... że była do niczego.

Spojrzała na nie dokończony przez niego lunch, I pomyślała wówczas, że to, co 

mówiła, mówiła broniąc siebie. Nie chciała odsłonić swoich niedostatków i winę, 
którą za nie ponosiła, pragnęła przerzucić na niego.

Oczywiście i on nie był całkiem bez winy. Jan powiedziała... Nie, Rae nie do 

końca wierzyła temu, co mówiła lady Fraser, mimo że z chwilą, gdy jej słuchała, 
ponura przeszłość stawała przed nią jak żywa. Przeszłość złączona z Tomem. Mój 
Boże, Tom nie żył już od dziewięciu lat. Powinna odrzucić wpływ, który wywarł 
na jej życie. W głębi swego serca wiedziała, że Nick nie jest taki, jak Tom. Nick 
był szczery, uczciwy.

Ale ona w stosunku do niego nie była szczera. Okłamała go, podając zmyślone 

przyczyny, dla których wyjechała z Monterey. A dzisiaj... ukrywając prawdę o 
sobie, ślepo powtarzała insynuacje lady Fraser, nie zadając pytania, dręczącego ją 
przez cały tydzień. Kim była kobieta, która go całowała? Kim była dla niego?

Zapewne   odpowiedziałby.   Ale   nie   zapytała,   ponieważ   bała   się   odpowiedzi. 

Teraz było jej przykro, że tak z nim rozmawiała. Przeprosi go, gdy tylko nadarzy 
się po temu okazja.

Jednakże okazja nie nadarzała się w ciągu nadchodzących dni. Nie byli już na 

tej samej przyjacielskiej stopie i jakoś nie układały się okoliczności. Długo go nie 
było. Wyjeżdżał. A kiedy wracał... Cóż, jakby starał się jej unikać.

Utrzymywał   jednak   kontakt   z   chłopcami,   a   zwłaszcza   z   Kevinem.   Kevin 

znajdował   się   w   sytuacji   nie   do   pozazdroszczenia.   Matka   dzwoniła   do   niego 
trzykrotnie i była oburzona, że jeszcze nie rzucił swojej pracy. Za trzecim razem 
zadzwoniła do Rae.

– Moja droga, z niejasnych dla nas powodów Kevin wciąż kultywuje swoje 

związki z tym punktem weterynaryjnym. Życzyłabym sobie, by pani natychmiast 
na to zareagowała.

– Lady Fraser, to zajmuje mu raptem kilka godzin w tygodniu. – Tyle hałasu o 

taki drobiazg... Nie, dla Kevina nie był to drobiazg. – A przy tym tak bardzo go to 
cieszy i tak mu zależy...

background image

– Na nieposłuszeństwie wobec moich zaleceń – warknęła lady Fraser.
– Nie, na tym, żeby zostać weterynarzem. A i na uczelni zwrócono uwagę na 

Kevina. Pozwalają mu przyglądać się operacjom i tak dalej. Jego ojciec sądzi...

– Jego ojciec nie ma tu nic do powiedzenia. Spodziewam się, że dopilnuje pani, 

by Kevin spełniał moje życzenia.

No tak, jej życzenia, a nie swoje.
– Lady Fraser, trudno, będąc w mojej sytuacji...
–   Och,   z   całą   pewnością   będąc   w   pani   sytuacji   można   tego   dopilnować. 

Polegam więc na pani, moja droga. Jako matka z pewnością dobrze pani wie, co 
czuję.

Muszę teraz kończyć rozmowę, ale proszę o telefon, kiedy pani się już z tym 

upora. Tak sobie cenię pani pomoc, moja droga. – Odłożyła słuchawkę, zanim Rae 
zdążyła ponownie zaprotestować.

Wargi Rae zaciskały się na samo wspomnienie tej rozmowy. Nie lubiła sytuacji, 

w której stawiano jej ultimatum. A przy tym z pewnością nie należało do jej zadań 
przeobrażanie   szczęśliwego   chłopca   w   kogoś,   kto   jest   nieszczęśliwy.   Może 
powinna omówić to z Nickiem? Gdyby choć raz odezwał się do niej... Ale to Kevin 
pierwszy poruszył tę kwestię.

– Matka nalega, żebym rzucił pracę – powiedział.
– A ja nie chcę. Lubię tę pracę i... – zawahał się – myślę, że i mnie tam lubią. A 

ponieważ chcę studiować na tutejszej uczelni...

– Och, Kevinie, jakże się cieszę! – Nie wiedziała, że zamierza  starać się o 

przyjęcie na weterynarię w Dansby.

– To świetnie, że zostaniesz z nami! Dobrze robisz. To znaczy... nie sądzę, żeby 

ta praca przeszkadzała ci w nauce. Może powinieneś omówić to z ojcem. – On, w 
przeciwieństwie do twojej matki, pomyślała, ma na względzie twoje dobro.

Tymczasem Leon Waters wyznaczył spotkanie w Los Angeles i zażądał, żeby 

Rae   pojawiła   się   na   nim   razem   z   Harrisonem   Bowersem.   Coś   się   miało 
rozstrzygnąć.  Była  tym  zdenerwowana.  Nie  rozumiała,  dlaczego.   Zazwyczaj  na 
wszystko, co zdarzało się w pracy, reagowała spokojnie, bez obaw.

– Mamo! – powiedział Joey, wynurzając się spod jej łokcia. – Todd mówi, że 

na wyprzedaży są deskorolki i że...

– Nic mnie nie obchodzi, gdzie są – przerwała mu zirytowana. – Mówiłam już, 

że teraz nie kupię ci deskorolki. – Wciąż tonął w prezentach, które dostał na Boże 
Narodzenie.

– A Gregowi to kupiłaś nowe buty do koszykówki.

background image

– Nie ja je kupiłam. Greg sam sobie kupił za pieniądze, które zarobił.
– Ale mnie nikt nie da pracy! Mam przecież dziesięć lat.
–   O   tak,   to   rzeczywiście   kłopot   –   powiedziała.   Pieszczotliwym   ruchem 

zmierzwiła mu włosy i zanuciła: – Aaa, kotki dwa. Szare, bure, obydwa... – Joey 
szarpnął się i pobiegł do swojego pokoju. Zrobiło jej się przykro. Nie powinna była 
z niego kpić. Może nawet należało kupić mu tę deskorolkę? Nie, nie wolno go 
rozpuszczać. To źle, że nie może znieść, gdy się z niego żartuje. Na litość niebios, 
co się z nią dzieje? Niepokoi się każdym głupstwem. Spotkaniem w Los Angeles, 
Kevinem, Joeyem.

Wiedziała, że za tym wszystkim kryje się udręka spowodowana nieobecnością 

Nicka. Może, gdyby usłyszała, jak wesoło gwiżdże albo zobaczyła jego spokojny, 
ufny uśmiech, zdarzenia nie nabierałyby takich... takich przesadnych rozmiarów. 
Wszystko stałoby się lekkie i niepoważne. Żałowała, że zraziła go do siebie. Tak, 
ale gdyby nie zraziła? Czyż istniałaby jakaś różnica? Przecież i tak wyjeżdżałby na 
turnieje. Zastanawiała się wciąż, czy ta kobieta była z nim. Tej myśli nie mogła się 
oprzeć. Nie oglądała w telewizji turnieju Spy Glass. Chłopcy powiadali, że Nick 
zajął w nim drugie miejsce. Ale nie chciała go oglądać. Nie chciała też pytać, czy 
ta kobieta znowu go całowała.

Odetchnęła głęboko i wzruszyła ramionami. Niezależnie od tego, jakim było to 

życie,   toczyło   się   ono   dalej.   Trzeba   zacząć   się   pakować.   Pewnie   będą   musieli 
przenocować w Los Angeles.

Czekał, aż minie ósma. Chciał wtedy zatelefonować, bo wiedział, że wówczas 

Rae będzie w domu. Elaine radziła, by raczej zaprosił chłopców na turniej Masters 
niż   na   wcześniejszy   weekend.   Nie   chodzili   do   szkoły,   gdyż   mieli   ferie 
wielkanocne. Celowo unikał wszelkich kontaktów z Rae i miał zamiar postępować 
tak dalej. Zależało mu tylko na uzyskaniu jej zgody i na skoordynowaniu planów. 
Dlaczegóż więc czuł się tak niespokojny jak chłopiec, który chce umówić się na 
pierwszą randkę. Gdy zaczął wykręcać numer telefonu, serce biło mu jak szalone. 
Tak bardzo chciał usłyszeć jej głos. Aż nie mógł w to uwierzyć.

– Halo – zgłosił się Joey i Nick poczuł, jak rozwiewają się jego nadzieje.
– Cześć! Co słychać?
– Nic takiego. Czy jesteś w domu, Nick? Wracasz?
– Nie. Jestem w Reno. Chciałem zapytać...
– Eee, myślałem,  że wracasz. Oglądaliśmy  cię w niedzielę. Tak chcieliśmy, 

żebyś wygrał. Greg powiedział, że gdyby ten facet chybił...

background image

– Tak, nie wyszło. Słuchaj, Joey, gdzie jest... gdzie są wszyscy?
–   Greg   i   Kevin   poszli   na   koncert   do   szkoły,   a   pani   Steele   jest   w   wannie. 

Powiedziała, żebym odebrał telefon.

– Pani Steele?
– Tak. Jest u nas, bo mamy nie ma. Pan Bowers przyjechał po nią wcześnie 

rano i pojechali do Los Angeles. Co się stało? Co to za hałas, Nick?

– Nic, nic, Joey. Tylko... upuściłem szklankę  z drinkiem.  Straszna ze mnie 

niezdara!  –  Bowers,  Los  Angeles...  A,  do  diabła!  Chociaż...   Gdyby  zamierzała 
częściej wyjeżdżać na noc, musiałaby lepiej to zorganizować. Wziąć stałą gosposię, 
a nie ściągać to jedną przyjaciółkę, to drugą. Nieudolna amatorszczyzna. Zresztą 
cóż go obchodzi, ile nocy była poza domem i z kim.

– Nick, jesteś jeszcze?
– Tak, Joey, tak. Słuchaj, miło mi było z tobą porozmawiać. Jeszcze zadzwonię, 

dobra? – Odłożył słuchawkę. Psiakrew! Nie potrzebował przecież  rozmawiać  z 
Rae. Mógł poprosić Elaine, żeby zadzwoniła i załatwiła wszystko.

Gdy wchodzili do samolotu, Rae czuła, że Harrison Bowers jej się przygląda. 

Steward wskazał im wygodne miejsca w pierwszej klasie, wziął od nich okrycia i 
zapytał, czy mają ochotę wypić drinka, zanim pozostali pasażerowie wsiądą. Oboje 
odmówili, a gdy steward odszedł, Harrison powiedział to, co miał na końcu języka 
przez całe popołudnie.

– Nie wyglądasz na kogoś, kto właśnie otrzymał ofertę roku.
– Wiem – westchnęła i przypomniała sobie zdumienie na twarzy Watersa, kiedy 

mu   powiedziała,   że   musi   się   zastanowić   nad   jego   propozycją.   Spojrzała   na 
Bowersa.   –   Wiem,   że   takich   propozycji   się   nie   odrzuca,   ale   nie   chcę   być 
malowanym wiceprezesem.

–   Wiceprezes,   który   się   zajmuje   zagranicznymi   pożyczkami   i   inwestycjami 

żadną miarą nie może być malowaną figurą.

– Wiem.
–   I   nie   zapominaj   o   dodatkowych   korzyściach   z   racji   tego   stanowiska. 

Przynajmniej raz do roku będziesz objeżdżać świat z prezesem, że już nie wspomnę 
o służbowych kolacjach, podróżach i kontaktach. Możesz zaprezentować wszystkie 
swoje zalety. To niewiarygodna wprost okazja dla każdego, kto chce zrobić karierę.

– Masz rację. Niewłaściwie powiedziałam: „malowana figura”. Ale nie zależy 

mi na podróżach i nie chcę przenosić się do Los Angeles. Chcę być tam, gdzie 
jestem. – Pomyślała o Gregu, który za rok miał skończyć szkołę. Wreszcie zabrał 

background image

się do nauki. Dobrze mu się układały stosunki z kolegami ze szkolnej drużyny. A 
Joey?   Miał   tylu   przyjaciół.   To   nie   jest   właściwy   czas   na   przenoszenie   ich   do 
obcego miasta. – Nie rozumiesz? Ja mam dwu synów i muszę ich wychować.

– Wiem. Ale widzisz, Rae, w naszej firmie albo kierujesz, albo słuchasz, albo 

wypadasz z gry. Zawsze wykonywałaś i nadal solidnie wykonujesz swoje o bo” 
wiązki.   Ta   propozycja   dowodzi,   że   nie   zależy   im   na   takiej   minimalistycznej 
postawie. A jako twój bezpośredni przełożony chciałbym ci poradzić, żebyś się 
dobrze zastanowiła, zanim propozycję tę całkowicie odrzucisz.

W tym momencie przygotowania do startu dobiegły końca i ryk pracujących na 

pełnych obrotach silników odrzutowca na chwile przerwał rozmowę.

Kiedy samolot wzbił się i wreszcie wyrównał poziom lotu, Rae pomyślała o 

tym, co powiedział Bowers. Uznała, że miał rację pod każdym względem. Powie 
mu to, gdy tylko znów się do niej zwróci.

– Może – zaczął miękko – jesteś bardziej matką niż bankowcem? I w gruncie 

rzeczy potrzebujesz męża, nie awansu. – W jego słowach pobrzmiewała miłosna 
aluzja. Już chciała go ostudzić, kiedy Bowers położył jej palec na ustach. – Nie 
powinienem tak mówić. Oboje wiemy, jakie jest moje miejsce w twoim życiu. To 
po   prostu   uwaga   kogoś,   komu   na   tobie   zależy.   Ale,   Rae,   nie   można   mieć 
wszystkiego naraz.

Rae   Pascal   rzadko   kiedy   odbierało   mowę.   Stało   się   to   jednak   teraz. 

Niespokojnie poruszyła się w swoim fotelu, westchnęła i w końcu wyszeptała.

– Masz rację, Harrison, ale do tej pory udawało mi się równocześnie robić 

zawodową karierę i zajmować się dziećmi. I, prawdę mówiąc, nadal mogłabym 
pogodzić jedno i drugie, gdyby pozwolono mi zostać w Dansby.

Harrison   przytaknął.   Wzruszył   ramionami.   Potem   obrócił   się   ku   oknu, 

poprawiając poduszkę przed drzemką.

– Rzecz w tym, czy ci pozwolą.
Rae  siedziała przy oknie mrużąc  oczy, by nie pokazały się w nich łzy. Od 

dawna już nie płakała... A niech to, dlaczegóż by nie miała płakać, skoro tego chce. 
Odpięła pasy, przeszła do toalety i zamknęła drzwi. Teraz nie musiała już hamować 
łez. Czuła się bardzo głupio. Nie wiedziała nawet, dlaczego płacze. Nagle wszystko 
wydało się nie ustalone, nie rozstrzygnięte. Lubiła swoją pracę w banku i każdy 
awans ją cieszył. Ale w tej chwili... Bowers miał rację. Na pewnym poziomie nic 
już   nie   jest   stabilne.   Człowiek   awansuje,   odnosi   sukcesy   albo   wypada   z   gry. 
Rozstrzyga o tym bank, nie on sam. I co z chłopcami? Może zanadto starała się 
nimi opiekować? Przecież muszą się dostosować do społeczeństwa, w którym żyją, 

background image

a   to   jest   mobilne   społeczeństwo.   A   może   starała   się   uchronić   siebie   samą? 
Trzymała się kurczowo domu, w którym spędziła sielskie dzieciństwo i w którym 
podczas ostatnich czterech miesięcy otarła się o prawdziwe szczęście.

To był rzeczywisty powód. Dlatego właśnie płakała... Bała się myśleć o tym, co 

utraciła. I nie wiedziała, czy stało się tak z racji jej wad, czy też z powodu pięknej 
blondynki, która miała prawo obejmować go i...

Rae wyprostowała się, otarła łzy. Przecież każdy z widzów, ogarnięty euforią, 

mógł rzucić się na Nicka i ucałować go. Nie musiała to być...

Ale wręczył jej nagrodę.
Teraz Rae miała ochotę się roześmiać. Jakaż ze mnie idiotka! Zapomniałam o 

tej nagrodzie, a to było znacznie ważniejsze niż pocałunek. Ta kobieta musiała być 
związana   z   Nickiem.   Bardzo   blisko   związana,   skoro   mogła   rozporządzać   jego 
wygraną.

Nieoczekiwanie dla niej samej, Rae ogarnął gniew. Nie była pewna, na kogo się 

gniewa – na Nicka, czy na siebie? To głupie siedzieć tu, piekląc się z powodu 
mężczyzny, który jest związany z kimś innym!

Gniew   pomógł.   Znów   była   tą   samą,   pewną   siebie,   samowystarczalną   Rae 

Pascal. Znów wszystkim stała się dla niej zawodowa kariera i jej synowie. Nic poza 
tym   się   nie   liczyło.   Musi   odpocząć,   przemyśleć   sytuację,   powziąć   decyzję. 
Poprawiła makijaż i wróciła na swoje miejsce.

Gdy dotarła do domu, wszyscy trzej chłopcy zbiegli się wokół niej nad miarę 

podnieceni, przekrzykując jeden drugiego.

– Chwileczkę, proszę, nie wszyscy naraz – błagała.
– Tata dzwonił – powiedział Kevin. – Zaprosił mnie, Grega i Joeya, jeśli ich 

puścisz, na turniej Masters do Augusty.

Osaczał ją chór okrzyków:
– Zgadzasz się, prawda? Możemy jechać, co? – Greg dodał, że mają wtedy ferie 

wielkanocne,   więc   nie   muszą   opuszczać   szkoły.   Szybko   ich   spacyfikowała   i, 
oczywiście, zgodziła się na ten wyjazd. Pośród okrzyków radosnego uniesienia 
Kevin   zdołał   przekazać   jej,   że   jakaś   pani   Cummings   zadzwoni   do   niej   w   tej 
sprawie.

W kilka dni potem otrzymała telefon od pani Cummings. Doszła do wniosku, że 

ta kobieta o miłym głosie to ktoś z biura podróży. Do turnieju brakowało jeszcze 
pięć tygodni, ale pani Cummings ustaliła już ciąg połączeń lotniczych i rezerwacje 
hoteli. Na polecenie pana McKenzie miała się dowiedzieć, czy pani Pascal jest z 
tych ustaleń zadowolona. Rae powiedziała, że tak, owszem, i podziękowała jej.

background image

To ładne ze strony Nicka. Bo zawsze w czasie wakacji czy świąt, kiedy chłopcy 

nie chodzą do szkoły, trudno ułożyć im czas, zwłaszcza że wówczas jest w pracy. 
A w dodatku Nick zadbał o to, by sprawić im prawdziwą frajdę. Mieli obejrzeć na 
własne oczy turniej Masters. To dla nich wielkie przeżycie.

Nie było najmniejszego powodu, dla którego miał ją zapraszać razem z nimi. 

Ale   też   nie   było   powodu,   dla   którego   miałaby   pogrążać   się   w   przygnębieniu. 
Pracowała   teraz   ciężej   niż   kiedykolwiek,   stale   ważąc   argumenty   przeciw   i   za 
przeniesieniem   się   do   Los   Angeles.   Ale   mimo   wszystko   nie   potrafiła   odegnać 
dziwnego uczucia smutku i tęsknoty.

Nastrój ten wzmagał się, ilekroć Nick przyjeżdżał do Dansby. Miała nadzieję? 

Oczekiwała?   Wszystko   to   niedorzeczne...   Widywała   go   przelotnie,   kiedy 
przychodził po chłopców. Nigdy nie zatrzymywał się w jej domu. Wiedziała, że 
jest to pora roku, w której bywa najbardziej zajęty. Zjawiał się w Dansby na dzień 
albo   dwa   w   przerwie   między   turniejami.   Ale   nigdy   nie   zapominał   o   tym,   by 
zadzwonić do chłopców, bez względu na miejsce, w którym się znajdował.

– Tata mi powiedział, żebym koncentrował się na tym, czego chcę, i już od tego 

nie odstępował – donosił jej Kevin, który raz na tydzień albo na dwa tygodnie 
otrzymywał telefony od swojej matki, wciąż nękającej go swymi żądaniami. – Tata 
mówi, że jak wiesz, czego chcesz, i wszelkimi siłami starasz się to osiągnąć, musi 
ci się powieść.

Czy ta zasada stosuje się również do miłosnych związków? – zastanawiała się 

Rae. Gdyby tak spróbowała odzyskać Nicka? Ale jak mogła to zrobić, kiedy w 
ogóle go nie widywała.

– Nick powiedział, że miałaś, mamo, rację – pewnego dnia oznajmił jej Joey, 

spoglądając na nią potulnie. – Nie można oczekiwać, że każdy da mi to, czego 
chcę. Trzeba pracować. Ja pracuję. I kupię sobie deskorolkę.

– Co? – zachichotał ironicznie Greg. – Ktoś ci dał pracę?
– Nie, ja sam prowadzę interes – napuszył się Joey. – Widzisz? Mam już pięć 

dolarów. – I ku ich zdumieniu pokazał im pieniądze, a także objaśnił, że zarobił je 
brodząc po kolana w wodzie, by wyłowić z niej piłki golfowe, a następnie sprzedać 
je w klubie graczom. – Nick i kierownik klubu, pan Johnson, powiedzieli, że mogę 
to robić, że mogę przychodzić, kiedy chcę, nawet gdy nie ma Nicka. Weźmiesz 
mnie tam w sobotę, mamo? Bo Nick wyjeżdża jutro wieczorem i nie będzie go 
bardzo długo.

Rae   uśmiechając   się,   przytaknęła.   Patrzyła   na   swoje   dziecko,   które   zaczęło 

prowadzić   własny   interes   i   przestało   się   już   dąsać,   że   czegoś   tam   od   niej   nie 

background image

dostanie. Nick. To on sprawił. Była mu wdzięczna.

Poczuła nagle przemożne pragnienie, by to właśnie powiedzieć. Jemu. Teraz. 

Słowa Joeya: „Nie będzie go bardzo długo” rozbrzmiewały echem w jej uszach.

Może to więcej niż wdzięczność? Może poza nią kryła się próba odnowienia 

dawnych związków? Chciała odnowić przyjaźń, co najmniej przyjaźń, i chciała 
podziękować, a także wymazać te gorzkie słowa, które kiedyś padły z jej ust.

– Wychodzę dziś trochę wcześniej – powiedziała Córze, zbierając swoje rzeczy. 

Nie wiedziała, o której wyjeżdża Nick. Joey mówił, że dziś wieczór, ale może, jeśli 
się pospieszy...

Nick   otworzył   drzwi   i   ze   zdziwieniem   zobaczył   swoją   dobrą   znajomą,   a 

zarazem   doradcę   finansowego,   Elaine   Cummings.   Stała   w   progu   z   aktówką   i 
walizką.

–   Próbowałam   cię   złapać   telefonicznie.   Chciałam   ci   powiedzieć,   że 

przyjeżdżam, ale ty jesteś nieuchwytny. – Odrzuciła w tył swoje blond włosy i 
szeroko uśmiechnęła się do niego. – No co, nie wpuścisz mnie do środka? W końcu 
przejechałam kawałek drogi z Miami.

– Ależ oczywiście, wchodź – powiedział, biorąc jej walizkę. – Właśnie robiłem 

kawę. Ale skąd wzięła się taka samotna piękność, tutaj, w tej okolicy? – zapytał, po 
kowbojsku cedząc słowa przez zęby.

– Ścigam ciebie.
–   Oto   mnie   masz.   –   Mimo   butów   na   miękkiej   podeszwie   wykonał   popis 

stepowania.  Parsknęła  śmiechem.  –  Co  się  stało?   – zapytał poważniejszym  już 
tonem.   Jego   stosunki   z   Elaine,   mimo   jej   urody,   sprowadzały   się   wyłącznie   do 
interesów. I w istocie musiało się stać coś ważnego, bo inaczej nie składałaby mu 
niespodziewanej wizyty, podobnie zresztą jak i nie składałby jej on.

– Spotkanie uprzywilejowanych akcjonariuszy w San Francisco. Dostałam o 

tym wiadomość na czterdzieści osiem godzin przedtem. Gdzie jest ta kawa?

– Już się robi. Chodź ze mną.
Poszła za nim do kuchni, niosąc z sobą aktówkę.
– Pamiętasz, że upoważniłeś mnie do inwestowania w ten zespół baseballowy, a 

także w jego ośrodek sportowy.

– W „Monarchów”? Chyba dobrze im idzie.
– Owszem. Ale szykuje się tam niekorzystna dla nas zmiana zarządu. Zwołują 

na jutro w Sacramento konferencję wszystkich głównych akcjonariuszy. Musimy 
porozmawiać.

background image

–   Naturalnie.   Usiądźmy   wiec   i   zastanówmy   się,   co   robić.   Muszę   dać   ci 

upoważnienie. Przecież, jak wiesz, jutro mam turniej w Dorel.

– Wiem, dlatego tak się spieszyłam. – Sięgnęła po kubek z kawą, siadła przy 

stole   i   otworzyła   aktówkę.   –   Nie   zarezerwowałam   nawet   hotelu.   Trzeba   teraz 
zadzwonić.

– Zostań tutaj. Są cztery sypialnie. Możesz wybierać.
– Dzięki. To dla mnie dużo wygodniejsze. Cztery sypialnie, mówisz? Więcej tu 

miejsca niż w twoim domu na Florydzie. Tyle pokoi dla ciebie jednego? No i, jak 
przypuszczam, dla twojego syna? – Znacząco uniosła brew.

– Daj spokój przypuszczeniom. Kevin i chłopcy Rae lubią zapraszać kolegów.
– Rozumiem.  Musi ci być przyjemnie, że masz  ich koło siebie. No, ale do 

roboty. – Wyjęła z aktówki dokumenty. Rozważali różne warianty i możliwości. W 
końcu wspólnie podjęli decyzję. Nick podpisał upoważnienie. Potem objaśnił ją, 
jak ma się poruszać w najbliższej okolicy, spakował się, zostawił jej kluczyki do 
samochodu i wsiadł do taksówki, która zawiozła go na lotnisko.

Skręcając ku klubowym terenom, Rae poczuła niepokój. Była piąta i mógł już 

wyjechać.   Ale   kiedy   znalazła   się   naprzeciw   jego   domu,   spostrzegła   samochód 
Nicka. A więc był.

Jej niepokój wzrósł jeszcze bardziej.
Zadzwoniła.
Żadnej odpowiedzi.
Znów zadzwoniła.
Elaine, która właśnie weszła pod prysznic, usłyszała dźwięk dzwonka. Och, 

pewnie   Nick   czegoś   zapomniał,   a   ja   mam   jego   klucze,   pomyślała.   Chwyciła 
ręcznik, owinęła się nim i zawołała.

– Już idę, Nick!
Czyżbym się pomyliła? – Rae sprawdziła numer domu.
Nie. Numer się zgadzał. Nagle chciała uciekać.
Ale już było za późno. Rozległ się trzask zamka i drzwi otworzyły się szeroko. 

Obie kobiety patrzyły na siebie, nic nie mówiąc. Odezwały się równocześnie. Jedna 
powiedziała:

– Och, myślałam, że to Nick.
Druga zaś:
– Och, szukam pana Mc...
Potem znowu zaczęły. Najpierw Elaine:

background image

– Proszę wejść. Jak pani widzi, byłam pod prysznicem. To pani pewnie jest Rae 

Pascal?

Rae wkroczyła niepewnym krokiem, jak pijana.
Zdołała tylko wykrztusić: – Tak.
Elaine ruszyła w stronę łazienki, mówiąc przez ramię:
– Musiała pani minąć się z Nickiem. Wyszedł zaledwie pięć, najwyżej dziesięć 

minut temu. Zaraz będę gotowa. Nazywam się Elaine Cummings. Rozmawiałyśmy 
przez   telefon.   I   nawet   chciałam   odwiedzić   panią,   póki   tu   jestem.   Proszę   mi 
wybaczyć, ja zaraz się ubiorę.

Rae   z   ulgą   przyjęła   jej   nieobecność.   Miała   czas,   by   zebrać   się   w   sobie. 

Tajemnicza kobieta przestała być sekretem. Była tutaj, rzeczywista i namacalna. 
Piękna blondynka... Młodsza ode mnie, pomyślała Rae.

Doznała wstrząsu. Pogrążyła się w poczuciu całkowitej zatraty.
Wszystko wskazywało na to, że tę kobietę łączył z Nickiem trwały związek. 

Nie była to panienka na jedną noc.

W   nagłym   przypływie   bezsilnego   gniewu   Rae   zastanawiała   się,   czy   Elaine 

zawsze   odgrywała   taką   rolę   w   życiu   Nicka.   Raz   jeszcze   pomyślała   o   swym 
infantylnym odruchu – ucieczce z przytulnego zajazdu w Monterey. Teraz mogła 
sobie pogratulować. To, co zrobiła, było posunięciem przewidującym i mądrym.

Wróciła Elaine i czesząc  włosy, opowiadała o swej  gorączkowej  podróży  z 

Florydy. Miała szczęście, że zdążyła złapać Nicka. I dobrze się złożyło, że Rae 
wpadła tutaj.

– Chciałam panią zapewnić, że nie powinna się pani niepokoić o swoich synów, 

kiedy pojadą na turniej Masters. Ja tam będę i dopilnuję ich tak, jak Kevina.

– Dziękuję. Jestem ogromnie wdzięczna – powiedziała Rae. Nie zdradziła się 

nawet mrugnięciem oka. A przecież to, że ta olśniewająca piękność pojawi się na 
turnieju, było jak cios nożem w serce.

– Ależ cała przyjemność po mojej stronie. Bilety lotnicze są już zarezerwowane 

i   dopilnuję,   żeby   pani   otrzymała   je   na   tydzień   wcześniej.   Och,   mój   Boże, 
zapominam  o obowiązkach gospodyni! Może ma  pani ochotę na kawę albo na 
drinka?

– Nie, nie, dziękuję. Nie mam czasu. Muszę jeszcze coś załatwić – Rae kłamała, 

pospiesznie zbierając cię do wyjścia.

– Tak mi przykro, że pani rozminęła się z Nickiem – powiedziała piękna Elaine. 

– Może mu coś przekazać? Będę rozmawiać z nim jutro wieczór.

–   Nie,   dziękuję.   To...   nic   ważnego.   Nie   ma   co   zawracać   mu   głowy.   –   A 

background image

zwłaszcza nie trzeba mu mówić, że tu byłam, pomyślała Rae. Ale tego nie mogła 
powiedzieć Elaine, choć bardzo powiedzieć by to chciała. Uprzejmie się pożegnała 
i dość pospiesznie wyszła.

Wracała do domu, wściekła na siebie. To powinno oduczyć ją uganiania się za 

Nickiem!

Nie śmiała go zapytać. I nagle dziś stanęła twarzą w twarz z ową tajemniczą 

kobietą.   Elaine   Cummings   była   bez   wątpienia,   jak   to   powiedział   telewizyjny 
komentator, kimś ważnym w życiu Nicka. Bardzo ważnym!

background image

Rozdział 12

Następnego dnia Bowers znowu apelował do niej, by przyjęła pracę w zarządzie 

korporacji.

– Tu nie ma miejsca na wahania, Rae. Istnieje długa lista chętnych. Wiesz o 

tym.

Wiedziała,   ale   miała   jeszcze   dwa   tygodnie   na   podjęcie   decyzji.   Musiała 

starannie rzecz przemyśleć.

– Wciąż się nad tym zastanawiam – powiedziała mu.
–   Dobrze   się   zastanów   –   odrzekł.   –   Mówiłem   ci   już,   że   nie   można   mieć 

wszystkiego naraz. Jeśli  odrzucisz  tę propozycję, możesz  raz na zawsze  zostać 
skreślona z listy awansów.

Zdawała   sobie   z   tego   sprawę.   Kusiła   ją   praca,   którą   jej   proponowano. 

Podwyżka   pensji   również   miała   swoje   znaczenie,   zważywszy,   że   Gregowi 
brakowało   jeszcze   dwu   lat   do   skończenia   szkoły.   Ale   ciągłe   wyjazdy   będą 
wymagały wzięcia stałej pomocy domowej. Czy znajdzie kogoś, na kim będzie 
mogła polegać? A z kolei życie w Los Angeles, w tak wielkiej metropolii, gdzie 
wszędzie   czają   się   kłopoty   i   trudności...   Wolała   atmosferę   stosunkowo   cichej, 
uniwersyteckiej mieściny, jaką było Dansby.

Tak więc wciąż wahała się z podjęciem decyzji.
Co do Nicka McKenzie’ego, to postanowiła o nim nie myśleć. Jednak trudno 

było dotrzymać słowa. Od czwartku, pierwszego dnia turnieju Heritage, codziennie 
pojawiał się w sportowym programie telewizyjnym. Greg i Kevin oglądali go bez 
przerwy,   a   ona,   na   przekór   swej   woli,   nie   mogła   odejść   od   odbiornika.   Było 
niedzielne popołudnie. Telewizja transmitowała finał turnieju. Tego dnia Nick nie 
wygrał,   ale   w   czasie   rozmowy   ze   sprawozdawcą   był   nastrojony   pogodnie   i 
optymistycznie.   Zajęcie   drugiego   miejsca   przynosiło   mu   sumę   około 
osiemdziesięciu pięciu tysięcy dolarów.

–   Nieźle   –   powiedział,   szczerząc   zęby,   Greg.   –   Za   trzy   dni   pracy,   którą 

naprawdę lubi.

Stwierdzenie to skłoniło Rae do refleksji. Praca, którą naprawdę lubi... Kredyty 

i   inwestycje   stanowiły   taką   dziedzinę.   W   niej,   zdaniem   Watersa,   osiągnęła 
szczególną biegłość. Wiceprezes do spraw kredytów zagranicznych i inwestycji to 
atrakcyjne stanowisko. To praca, która by ją naprawdę pochłaniała.

Ale pochłaniało ją też wychowanie chłopców. Lubiła przyglądać się postępom, 

background image

jakie   czynili   w   nauce   i   ich   zabawom.   Chciała   być   przy   nich   w   tych   latach 
dojrzewania.   Może   Harrison   miał   rację?   Może   bardziej   była   matką   niż 
bankowcem?

W każdym razie miała jeszcze tydzień na podjęcie decyzji.
W poniedziałek po południu Nick wrócił do Dansby. Zadzwonił do Kevina i 

zaproponował mu, że zjedzą razem późny obiad. Zaprosił też Grega.

– Mogę iść, mamo? – zapytał Greg.
– Oczywiście. – Chciała, żeby przebywał z Nickiem tyle, ile tylko mógł w tym 

krótkim czasie, który dzielił ich od czerwca. Bo w czerwcu Kevin miał wyjechać, a 
z nim Nick. Tak przynajmniej wyobrażała sobie.

Żałowała, że chłopcy czekali już gotowi na dole, kiedy Nick przyjechał po nich. 

Miała   nadzieję,   że   chociaż   przez   chwilę   zostanie   z   nim   sama.   Chciała   mu 
powiedzieć przynajmniej część tego, co zamierzała mu oświadczyć wówczas, gdy 
przyszła do niego i go nie zastała. Chciała też wyrazić mu swoje współczucie z 
racji przegranej. Przegrał przecież turniej w Południowej Karolinie.

Ale chłopcy byli już przy nim, już go otaczali, krzycząc jeden przez drugiego. 

Nick przywitał się z nią chłodno i ceremonialnie. Poczuła się tym zdruzgotana i 
wszystko, co chciała powiedzieć, uwięzło jej w gardle.

Jednakże z chwilą, gdy miał już odjeżdżać, zdołała wydobyć z siebie słowa 

współczucia z racji jego przegranej.

– To naprawdę straszne. Byłeś już tak bliski zwycięstwa.
Odpowiedział na to nonszalanckim wzruszeniem ramion.
–   Nie   ma   się   czym   przejmować.   Czasem   się   wygrywa,   a   czasem,   kiedy 

człowiek   najmniej   się   tego   spodziewa,   przychodzi   przegrana.   Przegrałem   w 
Południowej Karolinie, wygrałem na Florydzie i... – powiedział patrząc prosto w 
jej oczy – ... poniosłem ciężką klęskę w Monterey. – Wyszedł. Jego słowa zawisły 
w powietrzu.

Patrzyła na zamknięte drzwi. Słyszała, jak Kevin pyta:
– Tato, kiedy przegrałeś w Monterey?
Nie wiedziała, co Nick odpowiedział, ale wiedziała, że nie o golfie mówił. A to, 

jak patrzył na nią... z żalem, z bólem?

Ach,   wielkie   nieba!   Znów   wróciło.   Znów   starała   się   nadać   znaczenie   kilku 

słowom, spojrzeniom. Gdyby chciał naprawić stosunki między nimi, to zaprosiłby 
na obiad ją, a nie Grega. Westchnęła z rezygnacją. Przypuszczenie, że interesuje się 
nią nadal, rozwiało się ostatecznie w ciągu minionego miesiąca.

Musi się teraz pilnować, żeby nie wyjść na idiotkę, kiedy będzie odwiedzał 

background image

chłopca, pomyślała, spoglądając na zegarek. Najwyższy czas zabrać Joeya, który 
poszedł na zbiórkę skautów.

Wróciła   pół   godziny   później.   Właśnie   dzwonił   telefon.   Dopadła   go   przy 

czwartym dzwonku, niemal potykając się o Rudego, gdy biegła do kuchni.

– Już miałam odłożyć słuchawkę – usłyszała głos Jan Fraser. Rae powiedziała, 

że dopiero weszła. Jan zaś na to, że cieszy się, iż ją zastała. – Nie chciałabym pani 
zaskakiwać,   toteż   dzwonię,   by   powiedzieć,   że   załatwiłam   wszystkie   sprawy 
związane   z   powrotem   Kevina   do   domu.   Ma   rezerwację   na   Intercontinental. 
Odlatuje w piątek o...

– W piątek? Ależ to niemożliwe. Szkoła trwa do czerwca.
– Zdaję sobie z tego sprawę. Ale ten kwartał i tak już dobiega końca. Jestem 

przekonana,   że   Kevin   otrzyma   zaświadczenie,   stwierdzające,   co   zaliczył 
dotychczas, i będzie mógł kontynuować naukę w Anglii.

–   Nie   rozumiem   –   powiedziała   Rae.   O   co   chodzi   tej   kobiecie?   –   To   takie 

nagłe... Czy coś się zdarzyło?

–   Nic   się   nie   zdarzyło.   Proszę   mi   wybaczyć,   pani   Pascal,   ale   ponieważ 

pozwoliła  pani  Kevinowi  na  całkowite   zlekceważenie   moich   życzeń,   myślę,  że 
najlepszym wyjściem będzie uwolnienie go spod pani opieki.

Przeklęta baba! Czy rzeczywiście chodzi jej o pracę Kevina, czy po prostu chce 

za wszelką cenę postawić na swoim?

– Ależ lady Fraser, mówiłam pani, że nie do mnie należy podejmowanie takiej 

decyzji. To sprawa pomiędzy Kevinem i jego... – pohamowała się w porę. Każda 
wzmianka o Nicku wyprowadzała lady Fraser z równowagi.

– Być może, ma pani rację, moja droga. Zdaję sobie sprawę, że znajduje się 

pani w niezręcznej sytuacji i mam nadzieję, że nie będzie pani traktować mego 
posunięcia   jako   wymierzonego   w   panią.   Wykazała   pani   tyle   serca.   Kevin 
opowiadał mi, że jest bardzo zadowolony ze swego pobytu w pani domu. – Lady 
Fraser   żałowała   widać,   że   na   samym   początku   mówiła   tonem   uszczypliwym,   i 
zasypywała teraz Rae nic nie znaczący ni grzecznościami.

Ale Rae nie słuchała. Gorączkowo starała się znaleźć sposób, który odwiódłby 

tę jadowitą kobietę od jej zamysłów wobec Kevina.

– Prosiłabym, żeby pani rozważyła to jeszcze raz. Kevinowi zostało zaledwie 

kilka tygodni do końca kwartału. Jego wyjazd sprawiłby moim chłopcom wielką 
przykrość. Ułożyli już sobie plany na kwiecień, na przerwę wielkanocną...

– Wiem. – Znowu powrócił ostry ton. – Ale, żeby powiedzieć prawdę, pani 

Pascal,   wiadomość   o   tych   planach   wcale   mnie   nie   uradowała.   Nigdy   bym   nie 

background image

pozwoliła   Kevinowi   na   udział   w   takich   imprezach.   Te   tłumy,   ta   atmosfera,   to 
wszystko nie przyczynia się... do doskonalenia wartości.

A wiec o to chodzi! Nie o tłumy ani o atmosferę, ani nawet o pracę. Chodzi o 

ojca.   Z   jakichś   tam   osobistych   powodów   ta   intrygantka   chciała   odseparować 
Kevina od Nicka. Nic dziwnego, że obaj sprawiali wrażenie obcych sobie ludzi. To 
zasługa Jan. Gdyby jej na to pozwolić, z całą pewnością znów by ich rozdzieliła.

Byłaby to wielka szkoda. Teraz, gdy tak się zbliżyli...
– Czy pani rzeczywiście uważa, że to rozumne posunięcie? – zaoponowała, 

starając się, by słowa jej brzmiały rozsądnie, a głos wskazywał na opanowanie. – 
Wyznaczenie Kevina do międzynarodowej wymiany uczniów stanowi przywilej i 
zaszczyt.   Ma   to   wielkie   znaczenie   dla   późniejszych   starań   Kevina.   Byłoby   mi 
bardzo   przykro,   gdyby   ta   decyzja   zaważyła   na   jego   opinii.   Powstaje   przecież 
pytanie, dlaczego wyjechał w połowie roku.

– Moja droga, nie powinna pani popełniać tej pomyłki, jaką jest niedocenianie 

naszej pozycji. Nigdy nie wyłoni się żadne pytanie co do kwalifikacji mojego syna, 
jedynego   syna   lorda   i   lady   Fraser.   –   Jej   pompatyczny   głos,   podobnie   jak   i 
niebywała zuchwałość  stwierdzeń sprawiły, że Rae zatrzęsła  się z oburzenia. – 
Moja   decyzja   jest   nieodwołalna.   Powiadomiłam   już   o   niej   koordynatora 
międzynarodowej wymiany uczniów w pani rejonie. Skomunikuje się z panią. Ze 
względów   czysto   kurtuazyjnych   uznałam   za   stosowne   powiadomić   panią 
wcześniej. Teraz muszę już kończyć. Jeszcze raz dziękuję za miłą współpracę. – I 
bez jednego słowa lady Fraser odłożyła słuchawkę. , Wstrząśnięta Rae spoglądała 
na słuchawkę zaciśniętą kurczowo w jej ręce. Rzuciła ją na widełki w przypływie 
wściekłości, której nie mogła wyładować na lady Fraser. Miała teraz przed sobą 
wyraźny obraz jędzy, jej bezsensownych uprzedzeń. Zrozumiała, dlaczego Nick 
odszedł od tej kobiety.

Ale Kevin nie mógł od niej odejść. Wciąż padał ofiarą jej złośliwych kaprysów. 

Z   jakichś   powodów   Jan   dążyła   z   bezwzględnym   egoizmem   do   rozerwania 
związków łączących Nicka z synem.

Oddech Rae stawał się coraz szybszy w miarę, jak w jej umyśle furia splatała 

się w jedno z postanowieniem. Ojciec ma też prawa, bez względu na to, czy pani 
wie o tym, lady Fraser, czy też nie. A ja zrobię wszystko, co jest w mojej mocy, by 
nie dopuścić do rozdzielenia ojca z synem!

Ale cóż mogła zrobić? Jedynie ostrzec Nicka, gdy tylko wróci.
Później, słysząc chłopców, sadzących wielkimi susami ku drzwiom, pognała co 

sił, by go złapać. Okazało się jednak, że wysadził ich z samochodu i natychmiast 

background image

odjechał.   Nic   nie   szkodzi,   pomyślała.   Kevin   nie   powinien   być   świadkiem   ich 
rozmowy.

Odczekała   jakiś   czas,   a   potem   zadzwoniła   do   Nicka,   do   domu.   Nikt   nie 

odpowiadał.

Czekała z niepokojem. Należało szybko skontaktować się z nim, gdyż zostało 

tylko kilka dni, by zapobiec wyjazdowi Kevina. Zadzwoniła raz jeszcze. Znów nikt 
nie odpowiadał. Było już późno, bardzo późno. Odczuła bolesne ukłucie zazdrości. 
Czy   był   teraz   z   Elaine   Qimmings?   A   może   spędzał   tę   noc   z   inną   kobietą? 
Ostatecznie cóż wiedziała o jego życiu prywatnym? Dręczące uczucie zazdrości 
sprawiło, że przez większą część nocy nie zmrużyła oka. Ale nie zmieniło to jej 
postanowienia. Ból, którego doznawała, był niczym w zestawieniu z troską o Nicka 
i Kevina.

Kiedy następnego dnia zadzwoniła wcześnie rano i znowu nikt nie odpowiadał, 

z niby to obojętną miną zapytała chłopców, czy Nick nie wyjechał na nowy turniej.

– Nie – powiedzieli. Zdecydował się nie brać w nim udziału. Chciał odpocząć i 

potrenować przed Hawaian Open.

Nadal starała się go uchwycić, dzwoniąc z biura, ale bez powodzenia. Musiał 

być na polu golfowym. W każdym razie miała taką nadzieję. W końcu o dziesiątej 
przekazała wiadomość automatycznej sekretarce, prosząc o telefon w związku z 
ważnymi wiadomościami od Jan.

W pół godziny później połączyła się z nią Cora.
– Rae, pani Cummings do ciebie.
A więc był z nią! Musiała sprawdzić to, co nagrała automatyczna sekretarka.
– Dobrze, daj mi ją – powiedziała Rae, tłumiąc niechęć.
– Halo, pani Pascal? Tu Elaine Cummings. Przepraszam, że przeszkadzam w 

pracy,   ale   chciałam   z   panią   porozmawiać   w   sprawie...   och,   przepraszam   na 
chwilkę. – Rae usłyszała przytłumione: – Dobrze, kochanie. – Potem jakby odgłos 
pocałunku. Na koniec padło: – Tak, będę w domu. – Po czym wyraźny głos Elaine 
znów rozległ się w słuchawce. – Przepraszam za tę przerwę. Proszę pani, nastąpiła 
zmiana  w rozkładzie lotów. Chłopcy  będą musieli  wylecieć o dzień wcześniej, 
toteż chciałam porozumieć się z panią, zanim...

–   Tak,   dziękuję.   Ale   chwileczkę,   jest   jeszcze   jedna  sprawa.   Muszę   z   panią 

porozmawiać, a właściwie powinnam porozmawiać z Nickiem, jeśli pani nie ma 
nic   przeciwko   temu.   –   Nie   otrzymali   mojej   wiadomości.   Ale   w   końcu   go 
znalazłam, myślała Rae, czekając aż Elaine poprosi Nicka do telefonu.

– Coś się stało? Jeszcze raz przepraszam. – Tym razem Rae dobiegło: – Tam, 

background image

na biurku, kochanie. – Potem głos Elaine ponownie rozległ się w słuchawce. – Ach, 
ci mężowie! Mój zawsze musi gubić klucze.

Mężowie?   Nick?   –   Oszołomioną   Rae   ogarniały   na   przemian   to   ból,   to 

rozczarowanie. Ale spróbowała raz jeszcze.

– Pani Cummings,  czy mogłaby pani powiedzieć Nickowi, że muszę z nim 

porozmawiać? Natychmiast.

– Tak, naturalnie, ale pewnie pani zobaczy go wcześniej. – W głosie Elaine 

pobrzmiewało zdziwienie. – W przeciwnym razie skontaktuję się z nim i przekażę 
mu  tę wiadomość.  Chwileczkę,  teraz  powinien  być w samolocie,  ale wraca do 
Dansby gdzieś po południu. Czy mogłabym coś dla pani zrobić?  Sprawia pani 
wrażenie zdenerwowanej. Chyba nie zamierza pani odwołać wyjazdu chłopców?

– Nie, ja nie chcę odwołać, ale... – Głos Rae przycichł. Starała się zebrać myśli. 

Nick leciał samolotem. Inny mężczyzna był mężem Elaine. Ale dlaczego spotkała 
ją wówczas, wychodzącą spod prysznica Nicka w jego płaszczu kąpielowym? Rae 
poczuła się słabo. Była wytrącona z równowagi. – Lady Fraser zadzwoniła do mnie 
wczoraj wieczór. Starałam się więc złapać Nicka. Zostawiłam mu wiadomość, a 
kiedy pani zadzwoniła, to pomyślałam, że być może jest z panią.

–   Nie.   Wczoraj   wieczorem   wyjechał   do   Reno.   Jeden   z   jego   faworytów, 

chłopiec, który mu nosił kije golfowe, miał wypadek. Nick pojechał do niego. Ale 
okazało się, że nie było to tak poważne, jak pierwotnie donoszono. Toteż jest już w 
drodze powrotnej. Mówi pani, że Jan dzwoniła... Znowu jakieś kłopoty?

Znowu?   Rae   zastanawiała   się,   na   ile   Elaine   jest   zorientowana   w   sprawach 

Nicka.

– Ona... no cóż, ustaliła, że Kevin wraca do Anglii. W piątek.
– W piątek? W tym tygodniu? Pewnie usłyszała, że Kevin jedzie z Nickiem na 

Masters.

– Tak myślę – powiedziała Rae. A więc Elaine wiedziała.
– Pani Pascal, może pani nie zdaje sobie z tego sprawy, ale rozwód państwa 

McKenzie nie przebiegał w miłej atmosferze. Jako finansowy doradca Nicka wiem, 
ile on płacił na rzekome utrzymanie i wychowanie syna. I przypuszczam, że Jan 
zrobi wszystko, by rozerwać związki Nicka i Kevina.

W   Rae   równocześnie   wstąpiły   wdzięczność,   ożywienie   i   ochota   do   życia. 

Gdyby Elaine Cummings siedziała obok, rzuciłaby się jej na szyję. Elaine nie była 
kochanką   Nicka.   Była   szczęśliwą   mężatką.   Owszem,   bliską   znajomą 
McKenzie’ego, kimś, kto administrował jego pieniędzmi. Co więcej, zdawała sobie 
sprawę, że lady Fraser to mściwa wiedźma, choć wypowiadając się o niej używała 

background image

uprzejmiej szych słów.

– Pani musi powiadomić Nicka o groźbach Jan, zaraz gdy tylko wróci.
– O tak, powiadomię, powiadomię. Bardzo dziękuję. – I dziękuję ci za to, że nie 

jesteś częścią życia Nicka. W każdym razie nie tą częścią, którą stałaś się w moich 
wyobrażeniach, a którą ja chciałabym zostać.

Ta   sama   myśl   powracała   raz   po   raz   poprzez   zamęt,   jaki   ją   ogarnął. 

Przypomniała   sobie   prorocze   słowa   Nicka,   wypowiedziane   tamtej   nocy   na 
parkingu: „Chciałbym stać się częścią twojego życia”. Czy nadal miała po temu 
szanse?   Czy   wciąż   się   nią   interesował?   Ten   wyraz   jego   oczu,   gdy   mówił: 
„Poniosłem ciężką klęskę w Monterey”. Może, może... Drżała z tęsknoty i nadziei, 
które niemalże przesłoniły niepokój o Kevina.

Tymczasem zadzwonił Nick. Była tak zdenerwowana, że ledwie mogła mówić.
– Och, Nick – wykrztusiła. – Próbowałam cię złapać. Wybiegłam za tobą, kiedy 

odwiozłeś chłopców, a potem dzwoniłam...

– Przykro mi, ale wyjechałem od razu z domu. Dostałem wiadomość o Tedzie. 

Wiesz, to chłopiec, który zajmuje się moim sprzętem. Ale mówiłaś, że dzwoniła 
Jan? – zapytał. Rozpoznała w jego głosie nutę obawy. – Co się stało?

Opowiedziała mu.
– A, cholera! Tym razem posunęła się za daleko!
– urwał, a kiedy odezwał się ponownie, mówił już tonem zdecydowanym i 

chłodnym.   –   Nie   przejmuj   się.   Sam   to   załatwię.   Kevin   zostanie   tutaj,   nawet 
gdybym miał zrezygnować z udziału w turniejach aż do końca roku.

– Tak się cieszę – powiedziała Rae. Poczuła ulgę i odzyskała pewność siebie. – 

Przecież wszyscy go bardzo kochamy. – Chciała jeszcze dodać, że Kevin stał się 
teraz częścią ich życia, a może nawet dać do zrozumienia, że jest nią również Nick. 
Ale on grzecznie zbył ją, mówiąc, że musi zadzwonić do adwokata. I przerwał 
rozmowę, by zająć się losem swojego syna.

Rae wolno odłożyła słuchawkę na widełki. Zgasły jej promienne nadzieje.
Jan,   przecież   krzywdzisz   tego   mężczyznę   i   jego   syna.   Krzywdzisz   go   z 

premedytacją. Dlaczego?

Wciąż zastanawiała się nad tym, gdy głos Harrisona Bowersa wdarł się w jej 

myśli.

– Masz chwilkę, Rae? – Podniosła wzrok. Zobaczyła, jak powoli zamyka za 

sobą drzwi do jej gabinetu.

– Sporo myślałem  nad tym,  co ci kiedyś mówiłem.  Może jest jeszcze  inne 

rozwiązanie? Może da się połączyć jedno i drugie? – Patrzyła na niego, starając się 

background image

wrócić myślą do spraw banku. Na litość boską! O czym on mówi?

–  Wiesz  zapewne  lepiej  niż  ktokolwiek  inny,  że nigdy  nie darzyłem  banku 

prawdziwym uczuciem – powiedział, sadowiąc się w rogu jej biurka. – Znaczną 
część swoich sukcesów zawdzięczam temu, że moja rodzina ma dwadzieścia osiem 
procent udziałów w Coastal.

– Uśmiechnął się i dodał: – Zostałem bankowcem w rezultacie nacisków ojca.
– Rozumiem.
Zamyślony patrzył na nią przez chwilę.
– Wiele się od ciebie nauczyłem, Rae. Nie tylko w sprawach bankowości.
– Tak?
– Nie pociągała cię nawet ta wspaniała oferta ze strony zarządu korporacji. 

Myślałaś o tym, co da ci szczęście. A szczęście daje ci pozostanie tutaj, w Dansby.

– Chyba masz rację – powiedziała.
– I ja postanowiłem robić to, co daje mi szczęście. A tego z pewnością nie daje 

mi praca w banku. Widzisz, ja jestem architektem.

– Żartujesz! – wykrzyknęła zdumiona. – Cóż zatem robiłeś w banku?
– Mój ojciec nie chciał, żebym zajmował się architekturą – wyjaśnił. – Bank 

przynosi   więcej   pieniędzy,   a   i   większy   prestiż.   Ale   teraz...   Textralle   Buildings 
International proponuje mi pracę. Oczywiście na podrzędnym stanowisku, ale będę 
się   zajmował   tym,   co   potrafię   i   co   lubię.   Myślę,   że   to   szansa   dla   nas   obojga. 
Rozumiesz?

– Nie rozumiem – powiedziała, szczerze zdumiona.
–   Możesz   zająć   moje   stanowisko.   Tutaj.   W   banku.   A   kiedy   spotkasz 

właściwego mężczyznę...

– Ależ Harrison, ja nie szukam ani właściwego, ani niewłaściwego mężczyzny. 

–   Niemalże   mimowolnie   dotknęła   brylantowego   wisiorka,   przypiętego   do 
naszyjnika z pereł, okalających jej szyję. – Ja po prostu chcę pracować. Zostać tu, 
gdzie jestem, w tym samym miejscu, i wychować swoich synów. – Uśmiechnęła 
się do niego. – Będzie mi  ciebie brakowało. A bez względu na to, czy znajdę 
właściwego   mężczyznę,   czy   też   nie,   mam   nadzieję,   że   ty   znajdziesz   właściwą 
kobietę. Kobieta, z którą się zwiążesz, wygra wielki los. A co do objęcia przeze 
mnie   twojego   stanowiska...   –   Ton   głosu   i   wyraz   jej   twarzy   odzwierciedlały 
zwątpienie.

–   Ależ   doskonale   dawałaś   sobie   z   tym   radę,   nawet   wówczas,   gdy   ja   ci 

przeszkadzałem – powiedział ze śmiechem.

– Och, Harrison. – Uśmiechnęła się kącikami ust. – Tak, myślę, że dałabym 

background image

sobie radę. Ale długa droga dzieli usta od brzegu pucharu.

– Jeśli tylko wyjdzie mi z Textralle, ty zajmujesz moje stanowisko. Chyba, 

żebyś odmówiła.

Rozmawiali dłużej na ten temat. Rae przypomniała mu, że nigdy jeszcze nie 

wybrano   kobiety   na   dyrektora   regionalnej   filii.   Harrison   zaś   mówił,   że   na   to 
stanowisko nie nadaje się nikt oprócz niej. Może zarząd korporacji nie uświadamia 
tego sobie, ale on o tym wie. A z całą pewnością on i jego dwadzieścia osiem 
procent udziałów mają tu pewne znaczenie.

– Oczywiście możesz nadal przyjąć wcześniejszą propozycję. Chciałem tylko, 

byś wiedziała, że masz wybór – zakończył. – Zastanów się nad tym.

Zastanawiała się, oczywiście o tyle, o ile mogła. Jej myśli zwracały się w inną 

stronę. W stronę Nicka. Jakże to byłoby wspaniale, gdyby stał się częścią jej życia. 
Tak. Kochała go. Wiedziała już teraz, że jego i Elaine Cummings nie łączy romans. 
Wiedziała też z niezachwianą pewnością, że w niczym nie przypomina on Toma. 
Wyobrażała sobie, czym byłoby jej życie z Nickiem.

Ale długa droga dzieli usta od brzegu pucharu.

background image

Rozdział 13

Rae spędziła bezsenną noc. Niczego prawie nie widząc, dotarła rano do pracy. 

Wypełniała swe obowiązki starannie, lecz mechanicznie.

Mimo to telefon od niejakiego pana McKenzie’ego natychmiast ją ożywił.
–   Chciałem   ci   tylko   powiedzieć,   że   możesz   się   uspokoić   –   zabrzmiało   w 

słuchawce. – Miałem właśnie dłuższą  konferencję z moim adwokatem i z Jan. 
Kevin zostanie tutaj. Może nawet dłużej, jeśli będzie tego chciał. Ja już to załatwię.

To „dłużej” odebrało jej oddech. Czyżby to znaczyło?...
– Co za ulga... tak bardzo się cieszę – łapała powietrze. – Lady Fraser mówiła w 

sposób... tak stanowczy. Bałam się, że...

–   Że   będę   musiał   ustąpić?   –   zachichotał.   –   Mówiłem   ci,   żebyś   się   nie 

przejmowała.   W   gruncie   rzeczy   cieszę   się,   że   Jan   to   zrobiła.   Mimowolnie 
doprowadziła do unormowania sytuacji. Od tej pory ulegnie ona znacznej zmianie.

– Tak? Mam nadzieję, że Kevin będzie spędzał więcej czasu z tobą.
– Też tak myślę. Czy chciałabyś o tym porozmawiać?
– Ależ tak. Bardzo – mówiła w pośpiechu. – Dziś wieczór – dodała skwapliwie. 

– Może wpadłbyś na kolację? Koło szóstej?

– Nie. Wolałbym, żebyś przyjechała do mnie. Nie masz nic przeciwko temu? 

Nie chciałbym rozmawiać przy Kevinie.

– Rozumiem. Przyjadę bezpośrednio z pracy.
Wydawało się, ze wszystko zwraca się przeciw niej. Nieustannie rozlegał się 

telefon albo zatrzymywały ją sprawy, które musiała załatwić, tak, ze dopiero po 
szóstej opuściła bank.

Zadzwoniła   do   domu   i   wydała   stosowne   polecenia   chłopcom,   mówiąc,   że 

będzie u Nicka po siódmej. W domu wszystko toczyło się normalnym torem. Kevin 
oświadczył, że był na spacerze z Rudym i odebrał Joeya od Helen. Greg miał 
przygotować hamburgery.

Przyjechała   do   Nicka.   Spojrzała   na   jego   samochód,   stojący   w   garażu. 

Przypomniała   sobie   chwilę,   w   której   była   tu   po   raz   ostatni.   Buchnął   płomień 
wspomnień. Zaczerpnęła głęboko tchu. Wszystko wyglądało inaczej, niż sądziła.

Serce biło jej jak szalone, gdy naciskała dzwonek. Potem Nick otworzył drzwi i 

znikła wszelka myśl o niej samej.

Sprawiał   wrażenie   zmęczonego.   Pragnęła   wygładzić   zmarszczki   wokół   jego 

oczu. Pragnęła chwycić go w ramiona i trzymać blisko przy sobie.

background image

– Czy miałeś trudną przeprawę z Jan? – spytała.
– Bardziej nerwową niż trudną. – Uśmiechnął się Nick. Już sam widok Rae 

wprawiał go w dobry nastrój. Wyglądała tak wytwornie i elegancko w tej prostej, 
ciemnozielonej   sukni,   odpowiedniej   dla   kobiety   pnącej   się   po   szczeblach 
zawodowych   sukcesów.   Pracowała   cały   dzień,   lecz   wydawało   się,   że   właśnie 
wyszła   spod   prysznica.   Świeża,   ładna   i...   piekielnie   pociągająca.   Nikt   by   nie 
odgadł, że jest aż tak chłodna. A może tylko chłodna wobec mnie? – pomyślał z 
rezygnacją, wskazując jej miejsce na kanapie.

–   Siadaj,   odpocznij.   Pozwól,   że   przygotuję   ci   coś   zimnego   do   picia. 

Przyrządziłem słabe daiquiri. Chcesz spróbować?

– Jak ci wygodniej. – Wystarczała jej sama jego obecność. Niemal wystarczała. 

Poszedł do kuchni, a Rae sięgnęła po kolorowy tygodnik, który leżał na stoliczku 
do kawy i zaczęła go przeglądać. Ale niczego przed sobą nie widziała. Powtarzała, 
że jest dorosłą kobietą i że powinna się zachowywać jak dorosła kobieta. Ma być 
spokojna, ma być wyrafinowana i... Co należy zrobić, by wyglądać kusząco?

Nick   wrócił   i   podał   jej   oszronioną   szklankę,   wypełnioną   po   brzeg   barwną 

miksturą z truskawek, wódki, kruszonego lodu i czegoś tam jeszcze, czego nie 
mogła rozpoznać.

– Świetne – powiedziała, próbując.
– Dziękuję. – Postawił tacę z na wpół wypełnioną karafką na stoliku do kawy. – 

Potrzebuję tego bardziej niż ty – zauważył, siadając obok niej i wyciągając nogi.

– Miałem piekielny dzień. Chciałem coś ugotować dla ciebie. Ale od naszej 

rozmowy byłem przez cały czas zajęty. Rozmawiałem ze swoim adwokatem, z 
doradcą finansowym i z sekretariatem Związku Golfowego na temat wycofania się 
z   najbliższego   turnieju.   Mam   nadzieję,   że   wybaczysz   mi   pizzę   gourmet,   którą 
ośmieliłem się zamówić.

– Ależ oczywiście. – Jedzenie było ostatnią rzeczą, o której myślała. – A co z 

Jan? Doszliście do polubownego porozumienia?

Uśmiechnął się do niej szeroko.
– Widzę, że wątpisz.
–   Ach,   nie   –   powiedziała   w   pośpiechu.   –   Ale   wiem...   To   jest,   odniosłam 

wrażenie, że ona może być kobietą...

– Rae ugryzła się w język. Złośliwą, mściwą, pomyślała, podłą. – Trudną we 

wzajemnych stosunkach – dokończyła.

Nick   wybuchnął   tak   gwałtownym   śmiechem,   że   aż   zakrztusił   się   swoim 

drinkiem.

background image

– Widzę, że doświadczyłaś na sobie jej ostrego języka. Ale to wszystko jeszcze 

odbywało się w rękawiczkach. Powinnaś zobaczyć ją bez nich. Muszę przyznać, że 
była mocno wściekła. Ale w tym wypadku nic nie mogła  zrobić. Staram się o 
powierzenie mi wyłącznej opieki nad Kevinem. Mój adwokat myśli, że sąd mi ją 
przyzna   teraz,   gdy   Kevin   jest   dostatecznie   duży,   by   mógł   dokonać   wyboru.   A 
chyba wiem, jaki to będzie wybór. Zawdzięczam to wydarzeniom tego roku. A i 
tobie to zawdzięczam – dodał, zbliżając swoją szklankę do jej szklanki.

– Nie mnie. Sobie. Kiedy cię poznał... Nie mogę zrozumieć, jak pozwoliłeś tej 

kobiecie... – urwała.

–   Jest   jego   matką.   –   Napełnił   ponownie   szklanki.   –   Ale   to   nie   był   jedyny 

powód. – Gdy powoli sączyli swoje drinki, wyjaśniał całą sprawę. Jego podróże i 
przymusowa nieobecność pozbawiały Kevina ustabilizowanego domu. Ponadto w 
Londynie   były   dobre   szkoły,   istniała   też   nieprzebrana   wielość   instytucji 
kulturalnych,   takich   jak   teatry,   biblioteki,   sale   koncertowe.   Chociaż   chłopak 
przedkładał nad nie wakacje spędzane na farmie dziadka.

– A teraz, kiedy Kevin jest już duży – Nick kończył swój wywód – chodzi o to, 

by   sam   dokonał   wyboru.   Jest   to   jedna   z   przyczyn,   dla   których   chciałem 
porozmawiać z tobą dziś wieczór. Uczelnia weterynaryjna zaproponowała mu w 
lecie pracę w pełnym wymiarze godzin. A on ma ochotę przyjąć tę propozycję. Dał 
mi nawet do zrozumienia, że wolałby tutaj skończyć szkołę, niż wracać do Anglii. 
Widzisz, ja wciąż sporo jeżdżę, on jest taki młody i...

Położyła swoją dłoń na jego ręce.
–   Nawet   nie   powinieneś   o   to   pytać.   Kevin   jest   mi   równie   bliski,   jak   moi 

synowie. Może u nas zostać tak długo, jak długo tylko będzie chciał.

– Dziękuję, Rac. Pobyt w twoim domu był najszczęśliwszym wydarzeniem, 

jakie go spotkało. I jakie spotkało mnie. To pozwoliło nam wzajemnie się poznać. 
Na   tyle   zbliżyć,   by   wspólnie   omawiać   nasze   sprawy   i   wspólnie   podejmować 
decyzje. Nie wiem, czym mogę ci się za to odpłacić.

–   Możesz   mi   zrobić   jeszcze   jedno   daiquiri   –   powiedziała   zarumieniona   z 

radości, jaką sprawiły jej te słowa.

– Zaraz wracam. – Nick wziął ze stolika pustą karafkę.
Patrzyła w ślad za nim, gdy szedł do kuchni. Czuła się lekka jak obłok, radośnie 

płynący  po  niebie.  Kevin   nie   wyjedzie.  I  nie  wyjedzie  też   Nick.  Ale  jeśli  ona 
przyjmie pracę w zarządzie korporacji i przeniesie się do Los Angeles, czy razem z 
nią przeniosą się i oni? Ostatecznie wszędzie są pola golfowe... W jej głowie myśli 
wirowały z zawrotną szybkością w takt miksera, który Nick uruchomił w sąsiedniej 

background image

kuchni. Musi z nim omówić całą sprawę. Cieszyła się, że może zrobić to teraz, gdy 
znów byli na przyjacielskiej stopie.

– Jest jeszcze coś, co powinniśmy rozważyć – powiedziała, kiedy wrócił, niosąc 

pełną karafkę.

– A co?
–  Zaproponowano  mi  nową  pracę.  –  Zrzuciła  pantofle,  podwinęła  nogi pod 

siebie i opowiedziała mu o wszystkim.

– A podoba ci się ta praca? – bezceremonialnie zapytał Nick.
– W pewnym stopniu tak. – Sączyła drinka w zamyśleniu. – Byłby to swego 

rodzaju sprawdzian. Z drugiej strony martwię się o chłopców – zwierzyła się ze 
swoich  wątpliwości.  –  Ale Harrison  myśli,  że  jeśli  nie  przyjmę  tej  propozycji, 
skończą się moje awanse.

Nick jakby zesztywniał.
– Harrison?
– Pan Bowers. Mój szef.
–   Wiem,   kto   to   jest.   –   Postawił   szklankę   szorstkim   gestem.   –   A   on   także 

wyjeżdża do Los Angeles?

– Harrison?  – zapytała zdziwiona. Czyżby  Nick patrzył na nią z gniewem? 

Potrząsnęła   głową   tak,   jakby   chciała   wyjaśnić   tę   kwestię,   odpowiadając 
równocześnie na jego pytanie. – Nie, chociaż on też się przenosi.

– Ale nie razem z tobą? – Wydawało się, że do przenosin Nick przywiązuję 

wielką wagę.

– Ach, nie. Przenosi się do innej pracy. W zupełnie innej dziedzinie. – Z jakichś 

powodów   cała   rzecz   stała   się   dla   niej   śmieszna,   toteż   zaczęła   chichotać, 
opowiadając o tym, co mówił jej Bowers. – On myśli, że mogłabym zająć jego 
stanowisko, aleja...

– Mniejsza o to. Jeśli ty i Bowers nie jesteście... Mniejsza o to – powtórzył. 

Postawił   szklankę   na   stoliku   i   ujął   jej   dłonie.   –   Powiedz   mi,   Rae,   dlaczego 
zostawiłaś mnie wtedy w Monterey?

– Ja? – zawahała się, zaskoczona tak bezpośrednim pytaniem. – Mówiłam ci. W 

związku z bankiem...

– Nie. To było w czasie Świąt. Załatwiłaś sobie urlop na cały tydzień. Powiedz 

mi prawdę. Jesteś mi winna prawdę.

Odsunęła się od niego i potrząsnęła głową. Nie chciała, żeby znał prawdę.
– Dobrze – powiedział łagodnie. – Jeśli ja cię nic nie obchodzę...
– Ależ przeciwnie! Obchodzisz mnie! – Patrzyła na niego szeroko rozwartymi 

background image

oczami. W oszołomieniu, jakby nie była sobą, rozpaczliwie próbowała ocalić tę 
bliskość, którą właśnie zdołała odzyskać. Nie mogła przecież pozwolić na to, by 
myślał,   iż   nic   ją   nie   obchodzi.   Z   trudem   dobywała   słów.   –   Obchodzisz   mnie 
bardziej,   niż   myślisz.   –   Jej   głos   osłabł   aż   do   szeptu.   –   Ja   chyba...   ja...   ja   cię 
kocham. – Jej słowa ledwie go dobiegały, ale musiał je słyszeć, ponieważ objął ją 
delikatnie ramionami, tak jak gdyby chciał zatrzymać na zawsze.

–   Tak,   jak   ja   ciebie   kocham?   –   zapytał.   Jego   wargi   dotykały   jej   skroni, 

ożywiając, podniecając, pieszcząc.

– Bardziej. – Poczuła przypływ radosnego uniesienia. – Bardziej niż myślałam, 

że można kogoś kochać.

– A więc powiedz, moja miła, dlaczego zmarnowaliśmy tyle czasu? Dlaczego 

opuściłaś mnie tego dnia w Monterey?

Potrząsnęła głową, kryjąc twarz na jego piersi.
– Zaufaj mi, najmilsza – prosił.
– Bałam się – westchnęła.
– Mnie? – W jego głosie zabrzmiała nuta niedowierzania.
– Nie. Siebie. – Usiadła, odsuwając się od niego. Lepiej było powiedzieć mu 

przedtem... zanim... Ale gdyby wiedział, czy nadal by jej pragnął? Sięgnęła po na 
wpół   opróżnioną   szklankę.   Wypiła   kilka   łyków   –   Prawda   wygląda   tak,   że   nie 
jestem... nie mogę... no, że jeśli chodzi o seks, to jestem zbyt oziębła. – Przesuwała 
palcem po brzegu szklanki, nie patrząc na niego.

–   Rozumiem.   –   Mówił   spokojnie.   Głos   jego   brzmiał   bardzo   poważnie.   – 

Przypuszczam, że w tym względzie opierasz się na bogatym doświadczeniu?

– Proszę cię, nie sprawiaj mi większej przykrości.
–   Wpatrywała   się   w   niego.   Przed   jej   oczami   przesuwały   się   przykre 

wspomnienia. – Nie potrafiłam zadowolić swojego męża.

– Tak? A on cię zadowalał?
– Nie wiem. – Nigdy się nad tym nie zastanawiała. – Ja... nie pamiętam. Ja 

niewiele wiem o... seksie.

– Wiedziała tylko tyle, że wszystko kończyło się ponurym fiaskiem, że jej mąż 

szukał szczęścia i zadowolenia u innej kobiety. Zakrztusiła się niemal, przełykając 
ciepłe już daiquiri, które ogromnie przyczyniło się do rozwiązania jej języka. – Tak 
się   wstydziłam,   że   nie  mówiłam   o  tym  nikomu,   nawet   mojej   matce.   Ale   Tom 
wystąpił o rozwód. Na dzień przed atakiem serca. Chciał się ożenić z kimś innym. 
– Z piękną, żywą, pociągającą Leslie Powers, przypomniała sobie. – Z kobietą, 
która była... no, była tym wszystkim, czym ja nie jestem.

background image

– Rozumiem. – Pod jego bacznym spojrzeniem czuła się niepewnie. To było 

trudne wyznanie, ale wymagała tego jej uczciwość.

–   Zawiodłam   Toma   –   powiedziała,   próbując   zachować   spokojny   ton   głosu. 

Odetchnęła głęboko, spojrzała na niego. – I tego dnia w zajeździe... Nick, ja nie 
mogłam znieść myśli, że cię zawiodę. Dlatego wyjechałam.

– Rozumiem.
Była jakby owinięta kokonem nieszczęścia, z którego nie mogła się wydobyć. 

Siedziała nieruchomo, podwinąwszy pod siebie nogi. Trudno, powiedziała mu.

Właśnie wtedy nachylił się i pocałował ją, zatrzymując wargi na jej ustach.
– Kocham cię – szepnął. – Czy zechcesz wyjść za mnie?
Patrzyła na niego ze zdumieniem.
– Słyszałeś przecież. Ja...
– Czy ty mnie słuchasz? – Ujął jej twarz w obie dłonie, by znów ją pocałować, 

tkliwie, ze świadomością nowych do niej praw. Ciałem Rae wstrząsnął dreszcz 
pożądania.

– Najdroższa, straciliśmy zbyt wiele czasu. Pragnę, byś była moja, szybko. Czy 

się zgadzasz?

– Tak. Ach tak! – Radość wybuchła z taką siłą, że przesłoniła wszelkie inne 

sprawy. Być jego żoną, należeć do niego, mieć go tylko dla siebie... Prawie nie 
słyszała dźwięku dzwonka do drzwi.

– Zdaje się, że przynieśli naszą kolację. – Musnął palcem jej policzek i ruszył w 

stronę drzwi, wyciągając z kieszeni banknoty. W chwilę później wrócił z pizzą, a 
unoszące się w powietrzu pikantne wonie, uświadomiły Rae, że jest śmiertelnie 
głodna.

– Joey wciąż mówi o zawodach jakichś modeli samochodowych. Co to jest? – 

spytał Nick, krojąc pizzę i nalewając kawę.

– Och, to inicjatywa drużyny skautów. Montują samochody, a potem organizują 

wyścigi.

–   Rozumiem.   Używają   gotowych   do   montażu   kompletów,   które   są   w 

sprzedaży?

– Ależ skąd! Zaczynają wszystko od zera. Zdaje się, że dozwolony jest tylko 

zakup kół i niezbędnych elementów w sklepie z częściami, ale samochód należy 
własnoręcznie wyrzeźbić z drewna i...

– Żartujesz! A Joey ma nadzieję, że mu pomogę!
– Sprawiał wrażenie tak przerażonego, że Rae wybuchła śmiechem. Czuła się 

teraz dużo lepiej. Jedzenie i kawa przyniosły natychmiastowy skutek. Ożywiła się i 

background image

odzyskała siły.

Podczas   kolacji   Nick   w   dalszym   ciągu   mówił   o   sprawach   dotyczących   ich 

obojga,  choć  nie  dotyczących  osobiście.  W  miarę  rozmowy  Rae   odprężała   się, 
ogarniał ją spokój. To błogie uczucie zakłócały jednak wzbierające w niej obawy. 
Czy  Nick właściwie ją zrozumiał?  Czy też, jak ongiś Tom,  gorzko się na niej 
zawiedzie? Nie, to niemożliwe. Przecież nie może się tak stać, skoro pragnie tylko 
tego, by go uszczęśliwić.

Gdy skończyli jeść, zsunęła nogi na podłogę i zaczęła zbierać naczynia.
– Nie, nie będziesz tego robić. – Z powrotem posadził ją na sofie. – Musimy 

porozmawiać, kochanie.

A więc teraz... Spłoszona, lekko się od niego odsunęła.
– Nie uciekaj. To godzina szczerości. Chcę cię mieć blisko, gdy spojrzymy 

prawdzie w oczy. – Obrócił ją do siebie. – Chcę widzieć twoją twarz, gdy będę 
mówił, dlaczego cię kocham.

– O, Nick, naprawdę? Naprawdę mnie kochasz? Wciąż jeszcze? – Wpatrywała 

się w niego badawczo, dręczona obawą, że dojrzy cień zwątpienia.

– Tak. Wciąż jeszcze. Zdumiewające, prawda? – westchnął dramatycznie. – 

Staram się to jakoś uzasadnić. Nie ulega wątpliwości, że jesteś doskonałą matką, 
ale z tego korzyść mają dzieci, nie ja. Jesteś również znakomitym bankowcem. 
Otrzymałaś przecież ofertę awansu. Co mi przypomina... – Nagle spoważniał. – 
Czy zamierzasz ją przyjąć?

– Tę pracę? – Była to ostatnia sprawa, która w tej chwili zaprzątała jej uwagę.
– Tak, pracę w Los Angeles. Wydaje mi się, że niepokoisz się głównie tym, że 

ta zmiana niekorzystnie odbije się na chłopcach.

Pokiwała niezdecydowanie głową.
– Wiesz, to przecież można zorganizować. Zamieszkamy tam, gdzie zechcesz, a 

ja zrezygnuję z kilku turniejów i w czasie twoich wyjazdów będę zajmować się 
chłopcami.

Spojrzała na niego w osłupieniu.
–   Naprawdę   byś   to   zrobił?   Przeniósł   się,   gdzie   zechcę?   Zrezygnował   z 

turniejów?

– Oczywiście. – Sprawiał wrażenie zaskoczonego tym, że tak ją to przejęło.
Zarzuciła mu ręce na szyję i obsypała pocałunkami.
–   Wiesz,   co   o   tobie   myślę?   Jesteś   najwspanialszym   mężczyzną   na   całym 

świecie! Nie, nie przyjmę pracy, która oddalałaby mnie od ciebie i chłopców. Nie 
chcę, żebyś rezygnował z udziału w turniejach. Chcę patrzeć, jak grasz, i być tą, 

background image

która cię potem całuje, bez względu na to, czy wygrasz, czy przegrasz. Chcę... 
Chcę   zostać   tutaj,   w   Dansby,   nawet   jeśli   nie   obejmę   funkcji   Harrisona...   – 
Przerwała, czując, że jej oczy wzbierają łzami. – O, Nick, jestem taka szczęśliwa. I 
tak się boję. Nie rozumiem, dlaczego mnie kochasz. Nie jestem...

Zamknął jej usta pocałunkiem, który wprawił ją w słodkie, rozkoszne drżenie. 

Poczuła nagły żal, gdy oderwał wargi od jej ust.

– A teraz pozwól mi wyliczyć powody, dla których cię kocham. Po pierwsze, 

śmieję   się  przy  tobie.  Przepadam za  twoim poczuciem humoru.  Jesteś   również 
znakomitą tancerką. Pamiętasz, jak bawiliśmy się tamtego wieczoru?

Skinęła   głową,   niezdolna   odpowiedzieć.   Mówił   szeptem,   muskając   ustami 

koniuszek jej ucha, a ją na wskroś przenikało drżenie.

– Tak – westchnęła, gdy wargi Nicka, wędrując po jej szyi, dotarły tam, gdzie 

gorączkowo pulsowała krew.

– Odgadujesz potrzeby innych – ciągnął. – Natychmiast dostrzegłaś, na czym 

polega problem Kevina. Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, że bał się porównań ze 
sławnym ojcem. Masz dar rozumienia, wrażliwość i wielkoduszność. To wszystko 
w tobie kocham. – Pieszczota jego rąk wprawiała Rae w dziwne odrętwienie.

– O, Nick, ja... – szeptała, wplątując mu palce we włosy i przyciągając jego usta 

do swoich warg.

– No i, oczywiście, będziemy musieli pomówić o tej „oziębłości”. – Powiedział 

to lekkim, kpiącym tonem, który sprawił, że zadrżała.

– Nie! Nie żartuj z tego! – Powinna zmusić go, by uświadomił sobie wagę 

problemu. Nawet za cenę jej własnej klęski. – Musisz to zrozumieć, Nick. Może 
nawet ponownie przemyśleć całą sprawę. Ja jestem... Tom... Tom powiedział, że... 
że jestem frygidą. Och, przestań – zaprotestowała, gdy machnął ręką, kompletnie 
lekceważąc jej skrupuły. – Nie mogę pojąć, dlaczego tak lekko to traktujesz.

–   A   ja   nie   potrafię   pojąć,   że   tak   długo   mogłaś   wierzyć   w   coś   równie 

absurdalnego. I że bez zastrzeżeń przyjęłaś to, co mówił twój eks-mąż. – Spojrzał 
na nią nieco poważniej. – Czy nigdy nie słyszałaś, że nie ma kobiet oziębłych? To 
tylko mężczyźni bywają nieudolnymi kochankami.

Patrzyła na niego, oniemiała, niezdolna odezwać się choćby jednym słowem. 

Nie, nigdy o tym nie słyszała. I nigdy nie wątpiła w to, co mówił Tom. Nigdy też z 
nikim nie rozmawiała na ten temat. Zresztą nie widziała potrzeby. Do tej pory w jej 
życiu nie było żadnego mężczyzny.

–   Tak   właśnie   wyglądają   fakty   wedle   opinii   licznych   specjalistów   w   tej 

dziedzinie. – Uniósł brew. – Czy kiedykolwiek konsultowałaś się z którymś z nich?

background image

– Nie, nigdy.
Cmoknął i pobłażliwie potrząsnął głową.
–   Nie   martw   się,   kochanie.   Będziemy   się   razem   uczyć.   W   chwilę   później 

całował   ją   czule   i   coraz   bardziej   zachłannie,   wyzwalając   w   niej   równie 
niepohamowane   pragnienie   –   nieznaną   dotąd   tęsknotę,   która   ponaglała, 
obiecywała, wypierała wszelkie zwątpienie.


Document Outline