background image

 

Alexandra Sellers 

 

Tylko razem z żoną! 

 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Pilnie poszukuję osoby z obywatelstwem kanadyjskim, która wkrótce wybiera 

się do Samirabii.   

Bardzo proszę o kontakt o dowolnej porze, tel. 555-1679. 

 

Wydarte z gazety ogłoszenie wypadło z portfela na stół, gdy Ezra Jagger się-

gnął po kartę kredytową. Wpatrywał się w nią przez chwilę, zanim sobie przypo-

mniał: zauważył to ogłoszenie obok kolumny z anonsami towarzyskimi, którą po-

kazywała mu Miranda, i wyrwał z ciekawości, a później zupełnie o nim zapomniał. 

Bezmyślnie obrócił skrawek gazety między palcami, a potem wsunął go z 

powrotem do portfela i popadł w zadumę, patrząc na kartę kredytową. Angela wy-

szła do łazienki, a kelner bez pytania przyniósł mu rachunek. Czy powinien od razu 

zapłacić, czy też zaczekać i zapytać ją, czy ma ochotę na coś jeszcze, na przykład 

na kawę albo na likier? Jej zachowanie nie dało mu żadnej wskazówki. Nie miał 

pojęcia, czy dobrze się bawiła w jego towarzystwie, czy też zanudził ją na śmierć. 

On sam czuł się raczej spięty niż znudzony. Angela była ładna. Pod tym 

względem Miranda miała rację. Prawdopodobnie była również inteligentna, lecz 

Ezra czuł się tak nieswojo, że z trudem posługiwał się nożem i widelcem, toteż nie 

potrafił powiedzieć, czy dziewczyna podoba mu się, czy nie. 

- Już jestem - odezwała się wysokim głosem z charakterystycznym przyde-

chem.   

Uniósł głowę. Stała nad nim, uśmiechając się lekko. Ten uśmiech również go 

zaniepokoił. Czy oznaczał, że Ezra jej się podoba, czy też, że uważa go za kretyna? 

Boże, jak on tego nie znosił! Nie cierpiał umawiać się nawet z kobietami, które 

znał. Dlaczego dał się namówić Mirandzie na to spotkanie? 

Podniósł się i czekał, aż Angela usiądzie. Kelner, nie spuszczając pożądliwe-

go spojrzenia z karty kredytowej, krążył w pobliżu z tacą, na której leżał rachunek. 

R  S

background image

Naraz Ezra poczuł przypływ irytacji. 

- Dam panu znać, kiedy skończymy, dobrze? - rzekł, z trudem siląc się na 

spokój. 

Kelner natychmiast zniknął. 

- Przestraszyłeś go - zauważyła Angela z satysfakcją. 

- Dlaczego? - zdziwił się Ezra. - Chyba właśnie o to ci chodziło? 

Chodziło mu tylko o odrobinę spokoju, by mógł się zastanowić, co ma robić 

dalej. Restauracja była niezła i dość droga, ale goście zajmowali zaledwie połowę 

stolików i Ezra nie mógł zrozumieć, dlaczego miałby wychodzić na życzenie kel-

nera. Jeszcze nawet nie minęła dziesiąta. Irytacja sprawiła, że zapomniał o skrępo-

waniu. 

- Chciałem tylko, żeby stąd poszedł. Wypisał już rachunek, ale może miałabyś 

ochotę na coś jeszcze? Napijesz się kawy albo likieru? 

Angela zaniemówiła. Dobrze wiedziała, dlaczego kelner przyniósł rachunek. 

Sama prosiła go o to ukradkiem, wychodząc do toalety. Chyba jeszcze nigdy w ży-

ciu nie spotkała mężczyzny, który miałby mniej do powiedzenia niż Ezra Jagger. 

Kolacja była dla niej pasmem udręki i chciała zakończyć ją jak najszybciej. Teraz 

jednak zobaczyła Ezrę w innym świetle. Gdy zdenerwował się na kelnera, nieocze-

kiwanie stał się męski i atrakcyjny, jakby opadła z niego maska konwenansu, uka-

zując jego prawdziwe oblicze. Był wysoki i postawny, przystojny, choć w niczym 

nie przypominał hollywoodzkich amantów. Miał ciemne, gęste włosy i pełną dolną 

wargę. Zauważyła to dopiero w tej chwili i stwierdziła, że chyba nie warto jeszcze 

się poddawać. Zignorowała więc kelnera, który usunął się dyskretnie na bok, i po-

słała promienny uśmiech w stronę Ezry. 

- To byłoby bardzo miłe. Chętnie napiję się cointreau. 

Na widok uniesionej dłoni Ezry kelner natychmiast podszedł do stolika, ale 

jego uśmiech zgasł, gdy usłyszał: 

- Poprosimy o cointreau i jeszcze jedną kawę. 

R  S

background image

Kelner spojrzał z potępieniem na Angelę. Na jej prośbę pogwałcił zasady 

swego zawodu i obawiał się, że straci przez to napiwek. Rzuciła mu pełen skruchy 

uśmiech, obiecując sobie w duchu, że przy wyjściu ukradkiem wsunie mu do kie-

szeni pięć dolarów. 

- Powiedz mi, dlaczego Miranda szuka dla ciebie dziewczyny - odezwała się, 

sięgając po kieliszek z likierem. 

- Może wiesz, jak mógłbym ją przed tym powstrzymać? - Ezra zaśmiał się 

serdecznie.   

Jego śmiech miał przyjemne brzmienie i Amanda pomyślała, że chyba jednak 

Miranda nie przesadziła w swoich zachwytach nad tym mężczyzną. 

- Czy to twoja krewna? Wyjaśniała mi to, ale prawie niczego nie pamiętam. 

- To przyszła teściowa mojej siostry. Skojarzyła swojego syna z Sam przez 

jakieś ogłoszenie i od tej pory wydaje jej się, że potrafi połączyć w pary wszystkich 

ludzi na świecie. Przyjechałem do domu na Boże Narodzenie z Arabii Saudyjskiej i 

nagle okazało się, że jestem następny na jej liście. 

- A więc nie prosiłeś jej o pomoc? - roześmiała się Angela. 

- O ile pamiętam, prosiłem ją, żeby tego nie robiła. 

- Ale dlaczego ona uważa, że sam nie potrafisz znaleźć sobie kobiety? Nie 

sprawiasz takiego wrażenia. 

- Dlatego, że na następny kontrakt wyjeżdżam do Samirabii i Andy uważa, że 

byłbym szczęśliwszy, gdybym mógł zabrać ze sobą żonę. 

- A ty co o tym myślisz?   

Ezra wzruszył ramionami. 

- To prawda, że w krajach muzułmańskich nie ma wiele okazji, by spotykać 

kobiety - zauważył.   

Spędził w tych krajach ostatnie pięć czy sześć lat, nie miał jednak zamiaru 

żenić się tylko po to, by zapewnić sobie zmysłowe rozrywki na niegościnnej pusty-

ni. 

R  S

background image

- A czy podoba ci się narzeczony twojej siostry? 

- Ben podoba mi się o wiele bardziej niż Justin McCourt - przyznał Ezra. - 

Moja siostra była jego dziewczyną, dopóki Andy nie wzięła się do roboty. 

- Twoja siostra była zaręczona z Justinem McCourtem? - zdumiała się Ange-

la, szeroko otwierając oczy. 

- Tak. Znasz go? 

- To mój profesor z uniwersytetu. Ze względu na niego zaczęłam żałować, że 

nie piszę pracy z angielskiego zamiast z arabskiego. 

Ezra słuchał o pracy z arabskiego przez cały wieczór. Był to jeden z powo-

dów, dla których Miranda uznała Angelę za świetną kandydatkę na jego żonę, on 

zaś nie miał serca powiedzieć jej, że o niczym nie marzy bardziej niż o dniu, w 

którym wreszcie będzie mógł sam decydować o tym, dokąd chce pojechać. Do 

czego Angeli przydałby się arabski w Albercie albo w Oregonie? Albo nawet w 

Albanii? 

- Cóż, cieszę się, że Sam nie wychodzi za McCourta - mruknął. - Nigdy się 

nie mogłem do niego przekonać. 

- Naprawdę? - zdumiała się Angela. - A dlaczego? 

Ezra tylko wzruszył ramionami. Wiedział, że wszystkie bez wyjątku kobiety 

na całym świecie wolałyby zjeść kolację w towarzystwie przystojnego, czarującego 

Justina McCourta niż z nim, ale nawet gdyby się nad tym zastanawiał przez tysiąc 

lat, nadal nie miałby pojęcia, dlaczego. 

- To nie jest typ mężczyzny, którego lubią inni mężczyźni - odrzekł, ale zaraz 

zauważył, że Angeli to wyjaśnienie nie zadowoliło. 

- Czasami właśnie tacy stają się najlepszymi mężami - stwierdziła. 

- Sam tysiąc razy lepiej wyjdzie na małżeństwie z Benem. 

- Więc zgodziłeś się, żeby Miranda spróbowała swojej szczęśliwej ręki rów-

nież na tobie? 

- Nic nie wiem o szczęśliwej ręce Mirandy. Zresztą chyba udało się jej połą-

R  S

background image

czyć Sam i Bena zupełnie przypadkiem. Miała na oku inną dziewczynę dla swojego 

syna. Nie mam pojęcia, dlaczego uznała się za świetną swatkę. 

- Hm - mruknęła Angela, sącząc likier.   

Znów zapadło milczenie. Niepokój Ezry powrócił. Trzeba z tym skończyć, 

pomyślał stanowczo. Lubił Mirandę i nie chciał jej ranić, ale cena była zbyt wyso-

ka. 

Rozmowa utknęła w martwym punkcie i w kilka minut po dziesiątej Ezra za-

trzymał samochód przed drzwiami domu Angeli. Dziewczyna spojrzała na niego 

wyczekująco, ale nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie jej pocałować. Nie miał 

pojęcia, czy ona ma na to ochotę. Była ładna i wydawało mu się, że dostrzega w jej 

wzroku zaproszenie, ale po prostu nie był tego pewien. 

- No cóż, dziękuję ci bardzo - odezwała się po chwili. - Dobrze się bawiłam. 

Szybko wysiadła z samochodu i Ezra odetchnął z ulgą. 

 

- Jak ci poszło? - zawołała Sam z sypialni, dokąd przeniosła komputer na czas 

pobytu brata. 

- Tak samo jak ostatnim razem - odrzekł Ezra z żałosnym uśmiechem, wzru-

szając ramionami. - Miranda ma dobry gust, ale... A tobie jak idzie? 

Sam pracowała nad artykułem, który musiał być gotowy na następny ranek. 

- Nieźle. Napisałam już najważniejszą część, teraz tylko kilka uzupełnień i po 

wszystkim. 

Zapisała tekst w pamięci komputera, odsunęła klawiaturę i wstała. 

- Masz ochotę na kawę? 

- A mamy piwo? - zapytał Ezra.   

Zdjął krawat i rzucił go na sofę. W ślad za krawatem poszła marynarka. Sam 

przyniosła mu piwo. Ezra pociągnął długi łyk prosto z butelki, nie zwracając uwagi 

na szklankę. 

- Ezra, te wieczory cię wykańczają. Dlaczego nie powiesz o tym Mirandzie? - 

R  S

background image

zapytała siostra ze współczuciem. 

- Sam nie wiem. - Wzruszył ramionami. - Może dlatego, że... Wiesz, zastana-

wiam się czasem, czy mama też by się tak zachowywała. 

Sam skinęła głową, mieszając kawę. 

- Ja też się nad tym zastanawiam. 

- Te intrygi Andy są nawet zabawne, ale gdy już jem kolację z obcą kobietą, 

zaczynam rozmyślać, dlaczego dałem się wpakować w taką sytuację. 

- Podejrzewam, że to wszystko przez babcię i dziadka. 

- Jak to? - zdziwił się Ezra. 

- Pamiętasz przecież, jak nieustannie opowiadali o niebezpieczeństwach 

przebywania sam na sam z osobą płci przeciwnej. 

- Nie pamiętam - mruknął Ezra. - Naprawdę tak było?   

Na twarzy Sam odbiło się zdziwienie. 

- Oczywiście. Wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale teraz widzę, że to 

się zaczęło, gdy tylko weszliśmy w wiek dojrzewania. Ciągle ci powtarzali, że teraz 

już nie możesz ufać sobie w towarzystwie dziewczyny... Naprawdę tego nie pa-

miętasz? 

- Rzeczywiście, coś takiego sobie przypominam - odparł Ezra. - Ale chyba nie 

miało to na mnie większego wpływu. 

- Na mnie miało. Wciąż się zastanawiałam, jak to możliwe, by ktoś nagle 

zmienił się w zwierzę. Najgorzej było przed wyjściem na randkę. To było bardzo 

nieprzyjemne. Przypuszczam, że dziadkowie po prostu nie umieli sobie poradzić z 

problemem edukacji seksualnej. 

Ezra znów wzruszył ramionami. Pamiętał tylko, że od początku nie znosił 

umawiać się z dziewczynami. Dopił piwo i zerknął na zegarek. Dziesiąta trzydzie-

ści. Naraz przypomniał sobie o ogłoszeniu w portfelu. Gdyby teraz zadzwonił, to 

miałby szansę trafić na automatyczną sekretarkę i może dowiedziałby się czegoś o 

osobie, która zamieściła taki anons w gazecie. Poczekał, aż Sam znów zniknie w 

R  S

background image

sypialni, i sięgnął po słuchawkę. 

- Halo? - odezwał się kobiecy głos, dźwięczny i stanowczy, w którym nie 

wyczuwało się żadnych idiotycznych przydechów. Jego właścicielka mogła mieć 

od dwudziestu do pięćdziesięciu lat. No cóż, nie miał szczęścia trafić na sekretarkę. 

- Zamieściła pani ogłoszenie w „Globe and Mail" - powiedział Ezra. 

- Czy pan jest dziennikarzem? 

- Przykro mi, ale nie. Jestem inżynierem budowlanym. 

- Och, to świetnie! I wyjeżdża pan do... - Kobieta zachłysnęła się. - Kiedy? 

- Za kilka tygodni - odparł Ezra wymijająco. - Czy może mi pani wyjaśnić, o 

co chodzi? 

- Ale nie przez telefon - odrzekła zdecydowanie. - Gdzie pan teraz jest? Czy 

może się pan ze mną spotkać? 

Ezra zmarszczył brwi i rzucił okiem na zegarek. 

- Teraz? 

- O ile jest pan w mieście. 

- Jestem w College and Spadina. 

- Naprawdę? To wspaniale się składa! Czy zna pan kawiarnię Imam Bayaldi 

na rogu Dean? 

- Znajdę ją. 

- Będę tam najdalej za dwadzieścia minut. Czy zgodzi się pan ze mną zoba-

czyć? 

Podniecenie w jej głosie było tak wyraźne, że Ezra powiedział tylko: 

- Dobrze. 

- Nie wymieniajmy nazwisk przez telefon. Mam ciemne włosy i włożę czer-

wony szalik - rzekła dziewczyna i odłożyła słuchawkę. 

Gdy Ezra pojawił się w korytarzu, Sam uśmiechnęła się do niego zza biurka. 

Oczywiście wszystko słyszała. 

 

R  S

background image

- Kolejna randka w ciemno? 

Ezra wyjął ogłoszenie z portfela i podał jej. Sam przebiegła je wzrokiem, 

unosząc brwi. 

- O co tu może chodzić? 

- Nie mam pojęcia. Zauważyłem to przypadkiem, gdy przeglądałem anonse 

Mirandy. 

- Ktoś pewnie chce, żebyś coś ze sobą zawiózł albo kogoś odwiedził. 

- Wkrótce się przekonam - powiedział Ezra.   

Nie zawracał sobie głowy wkładaniem marynarki ani płaszcza, tylko sięgnął 

po lotniczą kurtkę i owinął szyję szalikiem. 

- Uważaj na terrorystów - ostrzegła go Sam. 

- Zawsze jest jakieś ryzyko - stwierdził, zamykając za sobą drzwi.   

Owszem, sytuacja w Samirabii stawała się niebezpieczna, ale kto zawracałby 

sobie głowę zwykłym inżynierem? 

Na zewnątrz znów zaczął padać śnieg; wielkie, gęste płatki. Ezra dał sobie 

spokój z jazdą firmowym samochodem. Od kawiarni dzielił go zaledwie dziesię-

ciominutowy spacer, a nie był w ojczyźnie od tak dawna, że śnieg sprawiał mu 

przyjemność. Na pustyni w końcu zaczynało się tęsknić za zimą. Wciągnął w płuca 

chłodne powietrze, napawając się jego świeżością. 

Zazwyczaj starał się unikać takich lokali jak Imam Bayaldi. Nie po to przyje-

chał do Toronto, by spędzać czas w arabskich kawiarniach. Ale gdy wszedł do 

środka, zauważył, że to miejsce nie jest takie złe. Małe stoliki, dobre oświetlenie. 

Siedziało tu sporo samotnych osób, pogrążonych w lekturze. Ezra zajął miejsce w 

kącie i patrzył na drzwi. Po chwili pojawiła się w nich szczupła, ciemnowłosa 

dziewczyna w czerwonym szaliku. Stanęła w przejściu i rozejrzała się dokoła. Ezra 

z uśmiechem uniósł dłoń. Dziewczyna skinęła głową i podeszła do stolika. 

Wyglądała przeciętnie. Miała niewiele ponad dwadzieścia lat, brązowe oczy i 

ciemne włosy sięgające ramion, założone za uszy. Siadając, obojętnie strząsnęła na 

R  S

background image

podłogę płatki śniegu z włosów. 

- Bardzo dziękuję, że pan przyszedł - powiedziała, rozpinając kurtkę.   

Zupełny brak kokieterii w jej zachowaniu sprawił, że Ezra natychmiast poczuł 

się swobodnie. 

- Nie ma za co - odrzekł, zauważając, że dziewczyna jest blada i ma podkrą-

żone oczy. Najwyraźniej była zbyt prostolinijna na to, by go uwodzić przez telefon. 

W gruncie rzeczy sprawiała wrażenie osoby, która mogłaby czuć się szczęśliwa, 

dojąc krowy. 

- Mam na imię Pawnee - przedstawiła się, wyciągając do niego chłodną, 

wciąż lekko wilgotną dłoń. 

- A ja Ezra. 

- Czy mogę zadać ci kilka pytań, zanim cokolwiek wyjaśnię? 

Ezra milczał przez chwilę. 

- Nie mogę ci obiecać, że na nie odpowiem. 

- W porządku. Jasne. Jesteś zatrudniony w Samirabii? 

- Jeszcze nie. Przyjechałem do domu na urlop i dowiedziałem się, że w na-

stępnej kolejności mam pojechać właśnie tam. 

- Do jakiego miasta jedziesz? 

- Do stolicy. Maqamallah. 

Dziewczyna jednocześnie westchnęła i uśmiechnęła się. 

- To świetnie! Właśnie tam muszę dotrzeć. Posłuchaj, czy... czy nie zechciał-

byś mnie zabrać ze sobą jako pomoc domową albo kogoś w tym rodzaju? 

- Jako pomoc domową? 

- Tak - skinęła głową. - Masz dzieci? Może... - zamilkła, krzywiąc się bole-

śnie na widok jego przeczącego gestu. - Jaka szkoda. Byłoby najprościej, gdybym 

mogła pojechać jako niańka do dzieci. To by wyglądało zupełnie naturalnie. Jakie-

go rodzaju pracę będziesz tam wykonywał? 

Ezra pochylił się nad stolikiem, opierając splecione ramiona o blat. 

R  S

background image

- Chyba nadszedł moment, w którym musisz mi wyjaśnić, o co ci chodzi. 

Dziewczyna przez chwilę przyglądała mu się uważnie, jakby chciała oszaco-

wać, z kim ma do czynienia. To spojrzenie nie miało żadnych erotycznych podtek-

stów. Ezra wcale nie poczuł się speszony. 

- Nic o tobie nie wiem - powiedziała w końcu. - Czy mogę ci zaufać? To zna-

czy, jeśli coś ci powiem i okaże się, że nie możesz mi pomóc, to czy mogę liczyć na 

to, że zachowasz tajemnicę? 

Ezra odpowiedział jej podobnym spojrzeniem, również próbując osądzić, kim 

jest jego rozmówczyni. Na twarzy Pawnee malowała się szczerość i zatroskanie. 

Dziewczyna nie wyglądała na przemytniczkę, osobę zajmującą się rozprowadza-

niem narkotyków ani na działaczkę radykalnej organizacji politycznej. 

- Czy jest to coś nielegalnego, niemoralnego albo nieuczciwego? - zapytał. 

Pawnee znów się skrzywiła. 

- Nie... właściwie nie. 

- Obawiam się, że nie mogę ci pomóc - odrzekł Ezra, odchylając się na opar-

cie krzesła. 

Pawnee impulsywnie wyciągnęła do niego rękę. 

- Nie, zaraz! Poczekaj chwilę, proszę! Jesteś moją największą szansą. Pozwól 

mi przynajmniej wyjaśnić, o co chodzi! 

Może ujął go jej zupełny brak kokieterii. Zwykle, gdy kobiety wydymały usta, 

trzepotały rzęsami czy spoglądały na niego z błagalnym wyrazem twarzy, miał 

wrażenie, że nim manipulują, i tracił wtedy grunt pod nogami. Pawnee jednak pa-

trzyła na niego jak mężczyzna. 

- Jeśli jest to cokolwiek zbliżonego do narkotyków, to nie licz na moje mil-

czenie - ostrzegł ją. 

- Nie, nie! - zawołała niecierpliwie. - Nic z tych rzeczy. Posłuchaj... - Rozej-

rzała się niespokojnie, ale rozmawiali cicho, a w tle grała jakaś arabska muzyka. 

Głosy sąsiadów zupełnie zagłuszało zawodzenie śpiewaka. - Czy słyszałeś o Cree 

R  S

background image

Walker? 

Oczywiście, że Ezra słyszał o Cree Walker. Wszyscy Kanadyjczycy o niej 

słyszeli. Było to nazwisko kobiety przetrzymywanej jako zakładniczka przez terro-

rystów w Samirabii. Ezra miał dodatkowy powód, by je zapamiętać. Właśnie nie-

pokoje w Samirabii spowodowały, że monarcha postanowił jak najszybciej wybu-

dować nowy meczet. Firma, w której Ezra pracował, Polygon Engineering, musiała 

dodatkowo ubezpieczyć wszystkich pracowników wyjeżdżających tam na kontrakt. 

Podejmowano również inne środki bezpieczeństwa. 

- Tak - potwierdził krótko. 

- To moja siostra - oznajmiła Pawnee. - Nikt nie chce ruszyć nawet palcem w 

jej sprawie. Muszę tam sama pojechać i przywieźć ją do domu. 

 

R  S

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Ezra popatrzył na nią ze zdumieniem. Przez chwilę nie mógł złapać tchu. 

- Czyś ty zwariowała? - zawołał w końcu, tak głośno, że najbliżej siedzące 

osoby z zaciekawieniem podniosły wzrok znad książek. Zreflektował się i ciągnął 

już ciszej: - Co ty właściwie zamierzasz zrobić? Chcesz poradzić sobie na własną 

rękę z bandą terrorystów jak bohaterka jakiegoś durnego filmu? I co, wejdziesz 

tam, weźmiesz siostrę za rękę i tak po prostu ją wyprowadzisz? Zabiją was obie i 

tyle ci z tego przyjdzie! 

Pawnee nie dała się zbić z tropu. 

- Nie mam zamiaru robić niczego pochopnie. Najbardziej zależy mi na wia-

domościach. Nikt nam nic nie mówi. Moi rodzice są chorzy ze zdenerwowania i... 

- Na pewno poczują się znacznie lepiej, gdy obydwie ich córki znajdą się w 

tej samej sytuacji! - przerwał jej Ezra z ironią. 

- Posłuchaj - powiedziała Pawnee ze spokojem. - Czy mógłbyś się skupić na 

własnych problemach? Nie potrzebuję opiekuna. Wiem, co chcę zrobić, a od ciebie 

muszę tylko usłyszeć, czy zgodzisz się mi pomóc. 

Nie była nieuprzejma, tylko prostolinijna i stanowcza. 

- Przepraszam - mruknął Ezra. - Trochę jestem spięty przed tym wyjazdem. 

Następne cholerne królestwo na pustyni, bez którego świetnie mógłbym się obejść. 

Wtłaczają nam do głowy tyle zasad zachowania, że będę się tam obawiał nawet 

splunąć, a ty tu siedzisz i opowiadasz mi, że chcesz bez niczyjej pomocy rozgromić 

bandę pomylonych rewolucjonistów, którzy trzymają cały ten kraj w garści. 

- Zdawało mi się, że Samirabia to liberalne państwo w zachodnim stylu - 

zdziwiła się Pawnee. 

- Owszem, wcześniej tak było, ale teraz monarchia kiepsko się trzyma. Rząd 

ustępuje przed żądaniami rewolucjonistów. W zasadzie jest to kolejny wyjazd do 

kraju, gdzie można zostać skazanym na śmierć za przewiezienie przez granicę bu-

R  S

background image

telki piwa. 

- No widzisz! - zawołała Pawnee z podnieceniem. - Przez cały czas mówię, że 

nikt nic nie robi, żeby znaleźć Cree! Wszyscy czekają nie wiadomo na co, a mnie 

się to wcale nie podoba, bo tu chodzi o moją siostrę! 

Ezra podniósł na nią wzrok. 

- Nie mam pojęcia, co ty zdołasz z tym zrobić. A zresztą przecież możesz tam 

po prostu polecieć! Po co ta konspiracja? 

- Bo popełniłam głupi błąd i zdradziłam swoje plany w Ministerstwie Spraw 

Zagranicznych. Odpowiedzieli mi bez ogródek, że nie powinnam tam jechać, bo to 

by mogło naruszyć „delikatną równowagę" i zirytować rząd. Tego rodzaju bzdury! 

Jeśli się zorientują, że zlekceważyłam ich dobre rady, to wymyślą jakiś sposób, że-

by mnie zatrzymać w kraju. 

- Na przykład jaki? Przecież jesteś wolną obywatelką Kanady. Ottawa nie za-

wiesiła jeszcze połączeń lotniczych z Samirabią, bo gdyby tak było, to ja bym tam 

nie jechał. 

- Gdyby im się nie udało odebrać mi paszportu, to przypuszczam, że zawia-

domiliby władze Samirabii i nie dostałabym wizy wjazdowej. 

- No, tak. Sądzę, że mogłoby się tak stać. 

- Właśnie dlatego ty mi jesteś potrzebny - tłumaczyła Pawnee . - Jeśli polecę 

jako twoja gosposia, niańka czy ktoś w tym rodzaju, to może nikt mnie nie zauwa-

ży. 

- Nikt nie zauważy kobiety o imieniu Pawnee? - zdziwił się Ezra ironicznie. 

- Wszystko przez te świetne pomysły mojej matki! - wymamrotała Pawnee z 

irytacją. - Jest bardzo dumna z domieszki indiańskiej krwi. Ale, widzisz, nikt mnie 

nie będzie szukał wśród nianiek. Nazwisko, na szczęście, noszę dość popularne. 

Walker. A w Samirabii prawdopodobnie w ogóle nie wiedzą o moim istnieniu. 

Rozmawiałam głównie z Ottawą. Naprawdę nie mam zamiaru pakować się w kło-

poty, tylko chcę się na własne oczy przekonać, co się tam właściwie dzieje. 

R  S

background image

Ezra ze zrozumieniem pokiwał głową.   

Przypadek Cree Walker poruszył wyobraźnię wszystkich Kanadyjczyków. 

Dziewczyna zatrudniła się jako guwernantka w rodzinie bogatego arabskiego dy-

plomaty i wyjechała do Samirabii. Tam została porwana, lecz arabska rodzina nie 

zgłosiła władzom zniknięcia Cree. Dopiero gdy buntownicy poinformowali o wzię-

ciu zakładniczki, pracodawcy przyznali, że nie widzieli jej od czterech dni, sądzili 

jednak, że po prostu porzuciła pracę. W końcu była kobietą Zachodu, a więc nie za-

sługiwała na zaufanie. Najbardziej prawdopodobne wydawało im się to, że uciekła 

z jakimś mężczyzną. Strona kanadyjska przyjęła tę wypowiedź z oburzeniem. 

Dziennikarze bili na alarm. Ministerstwo Spraw Zagranicznych zachowało większą 

powściągliwość, nie zapominając o kwestii ropy naftowej. 

Ezra bezradnie uniósł dłonie. 

- Jestem w stanie to zrozumieć, ale w żaden sposób nie mogę ci pomóc. 

Pawnee znów spojrzała na niego jak mężczyzna. 

- Dlaczego nie? 

- Bo nie dość, że nie mam dzieci, to w dodatku nie jestem nawet żonaty. W 

związku z tym nie mogę zabrać ze sobą do Samirabii kobiety. Strona arabska uzna-

łaby, że przyjechałaś ze mną w niemoralnych celach, i stałbym się persona non 

grata

- Nie mógłbyś chociaż spróbować? Jestem dobrą organizatorką i potrafię nie-

źle gotować. To znaczy, mogłabym udawać, że prowadzę ci dom - rzekła Pawnee z 

desperacją, ale Ezra znów potrząsnął głową. 

- Ten numer nie przejdzie w Polygonie. Moi szefowie pierwsi pomyśleliby, że 

zabieram cię ze sobą jako kochankę. Siła robocza w krajach arabskich jest tak tania, 

że mogę wynająć służącego na pół roku i będzie mnie to kosztowało mniej niż twój 

bilet na samolot. 

W końcu Pawnee poddała się. Ezra czuł się jak potwór, ale wszystko, co mó-

wił, było prawdą. Jego zwierzchnicy w Polygonie przez lata pracy widzieli już 

R  S

background image

wszelkie możliwe sztuczki. Nie warto było próbować niczego, co gwałciłoby miej-

scowe zasady współżycia społecznego. 

- Posłuchaj - dodał. - Wiem, że to trudne, ale spróbuj spojrzeć na jaśniejsze 

strony całej sytuacji. Jak do tej pory, hezbudini nie wyrządzili krzywdy żadnemu 

zakładnikowi, chociaż przez ostatnie lata mieli ich sporo. Zazwyczaj udaje im się 

osiągnąć jakiś kompromis z rządem i wtedy wypuszczają zakładników całych i 

zdrowych. 

- Cree jest kobietą - odrzekła Pawnee bezbarwnym tonem. Usta jej drżały i 

Ezra wyraźnie widział, że zbiera jej się na płacz. Poczuł się jeszcze gorzej. - Jest 

pierwszą przetrzymywaną przez nich kobietą. 

- Wiem - odrzekł Ezra cicho. 

Pawnee wzięła się w garść i udało jej się nawet uśmiechnąć. 

- No cóż, w każdym razie dziękuję za to, że mnie wysłuchałeś. Ojej, nawet nie 

napiliśmy się kawy! Czy mogę ci coś zamówić, zanim znów wyjdziesz na ten 

śnieg? 

Ezra rozejrzał się. W tej kawiarni chyba nie podawano alkoholu. 

- Wypiłem już dzisiaj za dużo kawy - odparł. 

- Trudno - westchnęła Pawnee, zapinając kurtkę.   

Ezra poczuł, że nie ma ochoty rozstawać się z nią w taki sposób. Musiała być 

bardzo rozczarowana, chociaż dobrze to ukrywała. 

- Posłuchaj, gdybyś chciała... - zająknął się - to znaczy, ja tam przecież poja-

dę. Będę miał oczy otwarte i spróbuję się rozejrzeć... 

- To bardzo miłe z twojej strony, ale na pewno nie zechcesz się narażać - od-

rzekła z uprzejmym uśmiechem. 

- Mówię poważnie. Nie mogę zrobić tego, co ty masz w planach, ale chciał-

bym okazać się przydatny. Może... 

Zauważył, że wzbudził jej zainteresowanie. Jej oczy zabłysły i w jednej chwi-

li twarz Pawnee z przeciętnej zmieniła się w niemal piękną. 

R  S

background image

- Mówiłeś chyba, że to nowa inwestycja? - zapytała, pochylając się nad stoli-

kiem. 

- Tak. 

- Czy twoja firma zabiera tam, na przykład, sekretarki? 

- Wszyscy pracownicy muszą być mężczyznami. 

- Och - jęknęła z rozczarowaniem, po chwili jednak znów się ożywiła: - Ale 

jadą tam chyba jakieś małżeństwa? To znaczy, żonaci mężczyźni mogą zabrać ze 

sobą żony? 

- Tak, oczywiście. 

- Czy znasz tych ludzi, z którymi jedziesz? 

- Poznałem ich wszystkich na szkoleniu adaptacyjnym - rzekł Ezra, wiedząc 

już, co usłyszy za chwilę. 

- Czy mógłbyś... Czy jest wśród nich ktoś, kogo znasz na tyle dobrze, żeby z 

nim porozmawiać i wyjaśnić, o co mi chodzi? Mam na myśli czyjąś żonę. Jestem 

pewien, że kobieta potrafiłaby mnie zrozumieć. 

Ezra spojrzał na nią, zaskoczony. 

- Do diabła! Naprawdę cię rozumiem! Przecież ci to powiedziałem! Tylko że 

to, o co prosisz, jest niemożliwe. 

- Przepraszam. Bardzo mi przykro. Źle się wyraziłam - zawołała, kładąc dłoń 

na jego ramieniu. Odniósł wrażenie, że Pawnee ma zwyczaj uspokajania ludzi do-

tykiem, i po raz pierwszy zastanowił się, w jaki sposób zarabia na życie. Musiało to 

być jakieś zajęcie, które mogła rzucić z dnia na dzień. - Ale wspominałeś przecież, 

że rodzina może kogoś ze sobą zabrać? 

- Czy jesteś pielęgniarką? 

- Nie. O tym też myślałam, ale zdobycie koniecznych kwalifikacji zajęłoby mi 

zbyt wiele czasu. 

- A czym się zajmujesz? 

Znów napotkał jej spokojne, szacujące spojrzenie. Proste, ciemne brwi nada-

R  S

background image

wały jej twarzy wyraz szczerości i bezpośredniości. Podobało mu się to. 

- Pracuję na farmie - odrzekła. - A w każdym razie pracowałabym, gdybyśmy 

tej farmy nie stracili. Miałam ją przejąć po ojcu po ukończeniu studiów rolniczych. 

Teraz robię wszystko, co przynosi jakieś dochody. Przy tym stanie gospodarki ko-

biecie nie jest łatwo znaleźć odpowiednią pracę. Mogłabym zostać gosposią, ale na 

to nie mam ochoty. Chcę zarządzać farmą. 

- To zbyt ciężka praca... 

- ...jak dla kobiety - dokończyła za niego bez wrogości. - Tak, ale może za-

uważyłeś, że jestem twardą zawodniczką. 

- Na pewno nieustraszoną - dodał i uśmiechnął się.   

Naraz uświadomił sobie, że rozmawiają już od pół godziny, a on jeszcze na-

wet przez chwilę nie poczuł się skrępowany ani nie brakowało mu słów. Rozma-

wiał z nią jak z mężczyzną. 

- W każdym razie nie wyrzucaj kartki z moim numerem telefonu, proszę - 

powiedziała w końcu. - I zadzwoń, jeśli znajdziesz kogoś, kto zechciałby mi po-

móc. 

- Dobrze, pod warunkiem, że rozumiesz... - westchnął Ezra z rezygnacją. 

- Rozumiem - przerwała mu. - Ale nigdy nie wiadomo, prawda? A ty... czy 

możesz dać mi swój numer? 

Wiedział, że pakuje się w coś, czego będzie później żałował. Jeśli stanie się 

jej ostatnią deską ratunku, to zapewne Pawnee będzie do niego wydzwaniać po 

sześć razy dziennie. Usłyszał jednak własny głos dyktujący jej numer telefonu Sam. 

Pawnee zapisała go w schludnym notesiku. 

Wsunął do kieszeni skrawek papieru z jej nazwiskiem i numerem. Wyszli na 

dwór. Śnieg wciąż padał. 

- Dziękuję bardzo, Ezro - powiedziała Pawnee. - Odezwę się. 

- Do widzenia - odrzekł i skinął głową. - Życzę ci powodzenia. Jestem pe-

wien, że twoja siostra odzyska wkrótce wolność. 

R  S

background image

- Możesz się założyć - mruknęła na odchodnym.   

Ezra został sam wśród sypiących się z nieba płatków. Postawił kołnierz kurtki 

i zadrżał. Temperatura spadała. 

 

- Jak ci poszło wczoraj wieczorem? - zapytała Miranda następnego dnia. - 

Spodobała ci się? 

- Owszem, ale nic nie mogę dla niej zrobić - odrzekł Ezra.   

Siedział na swoim zwykłym miejscu po lewej stronie Mirandy. Rodzina 

zgromadziła się w komplecie, jak zwykle w niedzielny wieczór, ale wszyscy zajęci 

byli rozmowami i Andy udało się zwrócić tylko do niego. 

- Nic nie możesz dla niej zrobić? - powtórzyła ze zdziwieniem. - A co miałbyś 

robić? Nie spodobałeś się jej? 

Ezra naraz uświadomił sobie pomyłkę. 

- Och! Przepraszam. Chodzi ci o Angelę. Owszem, wszystko w porządku, ale 

jakoś nie wywarliśmy na sobie piorunującego wrażenia. 

Miranda nie wyglądała na załamaną. 

- No cóż, to dopiero początek - stwierdziła z uśmiechem. - Przejrzałam wczo-

rajsze i dzisiejsze gazety i znalazłam kilka bardzo interesujących anonsów. W 

weekendy jest więcej ogłoszeń. 

- Naprawdę? 

- Och, tak, to oczywiste. Ludzie mają więcej czasu na czytanie gazet, a poza 

tym czują się bardziej samotni niż zwykle i chcą coś z tym zrobić. 

Mirandzie nie sposób było się oprzeć. 

- Skąd ty o tym wszystkim wiesz? - uśmiechnął się Ezra. 

- Po prostu z obserwacji. Lubię czytać ogłoszenia towarzyskie i kojarzyć ludzi 

w pary. Czasami - ale nie mów o tym nikomu, bo będą się ze mnie śmiać - czasami 

piszę do kogoś i pytam, czy zauważył jakieś konkretne ogłoszenie. Załączam je i 

piszę, że, moim zdaniem, ta osoba byłaby dla niego lub dla niej odpowiednia. 

R  S

background image

- Udało ci się kiedyś skojarzyć ze sobą jakąś parę? - zapytał rozbawiony Ezra. 

- Skąd mam wiedzieć! Nigdy nie pomyślałam o tym, żeby dołączyć swój ad-

res i poprosić o odpowiedź. Może powinnam. 

- A może lepiej nie. Gdyby się okazało, że to była wielka pomyłka, to cała 

wina spadłaby na ciebie. 

- Och, nie sądzę! Popatrz tylko na swoją siostrę i Bena. Sam mówiłeś, że są 

doskonale dobrani. 

- Tak, ale przecież chciałaś wyswatać Bena z Judith, prawda? 

- Cicho bądź! - syknęła Andy, rzucając zaniepokojone spojrzenie w stronę 

syna. 

- Andy, przecież wszyscy o tym wiedzą - zaśmiał się Ezra. - Usłyszałem o 

tym po raz pierwszy przy tym właśnie stole. 

- Ale nie ma sensu wciąż tego przypominać. Przypadek jest bardzo dziwną 

rzeczą. Ja sama nie wierzę w przypadki. Myślę, że to moja podświadomość wymy-

śliła sposób na znalezienie Sam. Wiesz przecież, że była zaręczona z tym okrop-

nym synem McCourtów. Nigdy by nie odpowiedziała na prawdziwe ogłoszenie. 

Postawiła Ezrę w niezręcznej sytuacji. Andy zrozumiała jego wymowne mil-

czenie i zmieniła taktykę. 

- A kim jest ta osoba, dla której nic nie możesz zrobić? 

- Obiecałem zachować tajemnicę - odrzekł Ezra z powagą. 

- Och! - mruknęła Miranda, biorąc do ręki kieliszek z winem. - Skoro tak, to 

trudno... Czy to jakaś twoja dawna znajoma? 

- Nie, spotkałem ją po raz pierwszy. 

- Och! Czy to ma coś wspólnego z twoją pracą? 

Ezra wybuchnął śmiechem. Czuł się znakomicie. Po raz pierwszy od lat ktoś 

naprawdę interesował się jego życiem. Dziadkowie pytali go tylko, czy odrobił lek-

cje i czy nie zgwałcił dziewczyny, z którą się umówił. „Ezra, czy odrobiłeś już lek-

cje?" „Tak, babciu". „To dobrze". „Ezra, mam nadzieję, że dziś wieczorem zacho-

R  S

background image

wywałeś się przyzwoicie". „Tak, dziadku". „To dobrze". Sam miała rację, choć 

Ezra dopiero teraz sobie o tym przypomniał. W czasach licealnych przed i po każ-

dej randce miała miejsce upokarzająca scena. Nic dziwnego, że nadal bał się spo-

tkań z kobietami. 

- Owszem, chyba można tak powiedzieć - odrzekł. 

- A skoro już o tym mówimy, to co zrobiłeś z tym drugim ogłoszeniem? 

A niech to! Ezra poruszył się niespokojnie. Może Miranda rzeczywiście miała 

jakiś czujnik w podświadomości. Coś go jednak ostrzegło, by nie opowiadać jej o 

problemie Pawnee. Gdyby te dwie kobiety sprzysięgły się przeciwko niemu, nie 

miałby żadnych szans i w końcu zapewne zrobiłby coś, na co nie miał najmniejszej 

ochoty i wskutek czego mógłby stracić pracę. 

- Z jakim drugim ogłoszeniem? - zapytał z miną niewiniątka. 

- No z tym, pamiętasz, które zauważyłeś w gazecie, gdy przeglądaliśmy ru-

brykę towarzyską. Ktoś poszukiwał kontaktu z osobą jadącą do Samirabii. 

Ezra dwukrotnie kopnął Sam pod stołem. Był to ich stary sygnał, jeszcze z 

czasów dzieciństwa, który oznaczał prośbę o natychmiastową pomoc. Tym razem 

sytuacja zupełnie nie przypominała okropnych kolacji w domu dziadków, ale Ezra 

był w równie wielkiej potrzebie. 

Sam drgnęła i natychmiast odwróciła się do nich. 

- Och, Andy! Zapomniałam ci powiedzieć, że... że... Czy słyszałaś już, że 

Michael Welsh za dwa miesiące znów będzie miał wystawę w Johnson Gallery? 

- Tak, a o co chodzi? 

- Bo zaproponowałam „Kobiecie", że napiszę recenzję z tej wystawy. Może 

udałoby mi się porozmawiać z Welshem osobiście? 

- Boże, a co cię opętało? 

- Miałam nadzieję, że... że może mogłabyś w moim imieniu poprosić go o 

wywiad. 

- Sam, wybij to sobie z głowy. Bardzo sobie cenię znajomość z Michaelem, a 

R  S

background image

on nie znosi publikacji na swój temat. 

- Nie mogłabyś spróbować tylko ten jeden raz? 

- Posłuchaj, on mi powie, że jeśli się znasz na sztuce, to możesz pisać o jego 

pracy, a jeśli się nie znasz, to lepiej, żebyś nie pisała w ogóle. Oznaczałoby. to 

również, że proszę go o przysługę, a przysługa ze strony Michaela może mi się 

jeszcze kiedyś przydać. 

Sam z wdziękiem ustąpiła. 

- Szkoda, że nie będziesz mógł tam ze mną pójść, braciszku. Czy masz już 

wyznaczoną datę odlotu? 

- Ciągle są jakieś opóźnienia - mruknął Ezra.   

Sam, ukryta za plecami Mirandy, dała mu oczami sygnał, który oznaczał, że 

już nic więcej nie potrafi wymyślić. Usta jej drżały z powstrzymywanego Śmiechu 

i naraz obydwoje zaczęli się śmiać głośno, tak jak kiedyś. W dzieciństwie był to ich 

jedyny sposób obrony; mieli podobne poczucie humoru i zawsze potrafili roz-

wścieczyć tym dziadków. Ale Andy w niczym ich nie przypominała. 

- Och, Boże, Jaggerowie znów w akcji - odezwał się Jude z rozpaczą w głosie. 

Wszyscy zamilkli i utkwili w nich wzrok. 

- Tym razem śmieją się ze mnie, ale nie mam pojęcia, dlaczego - poskarżyła 

się Andy bez cienia pretensji w głosie. 

- Nie, nie, Andy! - wykrztusiła Sam między salwami śmiechu. - Proszę, nie 

bierz tego do siebie. To nasz stary, bardzo stary... 

Ben spojrzał na twarz Ezry i lekko uniósł brwi. Oczywiście, musiał się zo-

rientować, co się dzieje, gdy Sam raptownie przerwała toczącą się rozmowę. 

- Mamo, gdybyś tak nie przyciskała ludzi do muru, to nie musieliby wzywać 

posiłków - rzekł ironicznie. 

- Och, Ben, ty zawsze mówisz takie rzeczy! Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. 

Nie przyciskałam Ezry do żadnego muru, tylko po prostu zapytałam go o kobiety, 

które poznał przez ogłoszenia. 

R  S

background image

- Poddaję się - jęknął Ben, unosząc ręce do góry. 

- Naprawdę nie rozumiem, dlaczego mówisz o przyciskaniu ludzi do muru - 

ciągnęła Miranda z urazą w głosie. - Ezra bardzo się cieszy z tego, co robię, praw-

da? 

Ezra szybko podniósł do ust kieliszek z winem. Wiedział, że w żaden sposób 

nie potrafi jej wyjaśnić swoich ambiwalentnych uczuć. Z jednej strony miał dość 

wystawiania się na odstrzał. Nie chciał spotykać się z nieznajomymi kobietami i 

ujawniać wszystkich swoich towarzyskich niedociągnięć. Z drugiej jednak strony, 

troska Andy sprawiała mu wiele radości i właśnie dlatego na samym początku nie 

poprosił jej, żeby zostawiła go w spokoju. 

Pomiędzy brwiami Andy zaczęła się formować znacząca zmarszczka. 

- Owszem, można tak powiedzieć - rzekł pośpiesznie.   

Zebrani wybuchnęli śmiechem. 

- Dobrze wiem, co Ezra miał na myśli - wyjaśniła Miranda z godnością. - I 

obydwoje będziemy wam wszystkim bardzo wdzięczni, jeśli zechcecie się w to nie 

wtrącać. A więc, Ezro - ciągnęła, odwracając się plecami do reszty członków ro-

dziny i znów skupiając na nim uwagę - nie chcesz mi nic powiedzieć o tej kobiecie, 

z którą się spotkałeś. Dobrze, nie będę zadawać żadnych pytań. Czy jest atrakcyj-

na? 

 

R  S

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

- Oczywiście kobiety w Samirabii praktycznie nie mają żadnych praw, po-

dobnie jak we wszystkich innych krajach arabskich - perorowała Althea. - U pod-

staw problemu leży fakt, że mułłowie nie chcą się zmierzyć z koniecznością nowej 

interpretacji prawa zwyczajowego. Jest to walka z nieuniknionym. 

Ezra już nie pamiętał, w którym momencie zupełnie się wyłączył. W każdym 

razie ta rozmowa nie była trudna: wystarczyło tylko słuchać. 

Althea zamilkła na chwilę i zapaliła kolejnego papierosa. Odłożyła na stolik 

złotą zapalniczkę, zaciągnęła się i wypuściła z ust kłąb dymu. 

- Nowa interpretacja prawa zwyczajowego, oparta na tym, co Mahomet rze-

czywiście powiedział o kobietach, przewróciłaby do góry nogami wszelkie dotych-

czasowe zasady obowiązujące w krajach islamskich. Wiedziałeś o tym? 

- Nie, raczej nie - odrzekł Ezra. 

- Nikt o tym nie wie, ale tak jest. To wszystko jest napisane w Koranie. Za-

mierzałam pojechać w celach badawczych do takiego właśnie miejsca jak Samira-

bia, gdzie współczesne, laickie prawa kobiet negowane są przez bojowników is-

lamskich zagrażających strukturom władzy. Chcę obejrzeć ten proces z bliska. Sa-

mirabia to idealne miejsce, bo ów proces już się rozpoczął, ale wciąż jeszcze pozo-

staje w bardzo wczesnym stadium. To znaczy, kobiety nie muszą tam jeszcze nosić 

czarczafów, prawda? 

Nagłe pytanie zaskoczyło Ezrę. 

- Och... nie wiem. 

Niebieskie oczy Althei spojrzały na niego z niedowierzaniem. 

- Nie wiesz? - powtórzyła takim tonem, jakby jej rozmówca właśnie ujawnił 

przed nią bezmiar swej ignorancji. 

Ezra spocił się ze zdenerwowania. Naraz okazało się, że samo słuchanie nie 

wystarczy. 

R  S

background image

- To znaczy... przecież ja tam jeszcze nie byłem.   

Althea skinęła głową i nie patrząc na niego, wypuściła z ust kolejny kłąb dy-

mu. 

- Tak, rozumiem. Przepraszam, ale wydawało mi się, że wspominałeś coś o 

jakimś kursie adaptacyjnym. Czy on się jeszcze nie zaczął? 

Ezra uwolnił się od niej dopiero po dwóch godzinach. Gdy wysiadał z windy 

przed drzwiami mieszkania Sam, czuł się tak słaby, jakby miał za chwilę zemdleć. 

W mieszkaniu było ciemno. Gdy otworzył drzwi, czujnik alarmu przypomniał mu 

piskiem, że musi wprowadzić kod. Sam pewnie wyszła do Bena. Przesunął dłonią 

po ścianie, szukając wyłącznika światła. Siostra zazwyczaj zostawiała zapaloną 

lampę w przedpokoju, gdy wychodziła. Naraz Ezra uświadomił sobie, że nie ma 

pojęcia, gdzie ten wyłącznik może się znajdować. Buczenie alarmu stawało się co-

raz głośniejsze. 

- A niech to jasna cholera! - zaklął.   

Buczenie przeszło w przeciągły jęk. Wiedział, że ma jeszcze trzydzieści se-

kund, by wprowadzić kod. Dioda oświetlała klawiaturę na tyle, by dało się dostrzec 

cyfry. Otworzył szeroko drzwi na klatkę schodową i rzucił się do urządzenia, natra-

fił jednak na pozostawiony na podłodze telefon, zaplątał się w kabel i upadł. 

Naraz w przedpokoju rozbłysło światło i ktoś zapytał: 

- Ezra? Czy mogę ci w czymś pomóc? 

Trzask i łomot wywabiły z mieszkania Marie, sąsiadkę Sam. Dziewczyna 

podbiegła i wystukała numer na klawiaturze alarmu. Pisk ucichł. 

- Proszę odłożyć słuchawkę. Proszę odłożyć słuchawkę - powiedział inny 

głos.   

Przeciągły jęk dobiegał tym razem od strony telefonu. Marie położyła słu-

chawkę na widełkach i odsunęła aparat pod ścianę. 

- Cześć - uśmiechnęła się, przysiadając na podłodze. - Usłyszałam twój krzyk 

i pomyślałam, że masz jakieś problemy z alarmem. Znów zapomniałeś, jaki jest 

R  S

background image

numer kodu? 

- Nie, tylko nie mogłem znaleźć wyłącznika po ciemku - poskarżył się Ezra. 

- Sam widocznie wyszła, gdy jeszcze było widno - powiedziała Marie, odplą-

tując kabel z jego nóg.   

Wstała i wyciągnęła do niego rękę.   

Ezra uniósł brwi. Marie ważyła chyba nie więcej niż czterdzieści pięć kilo, ale 

przez uprzejmość wyciągnął rękę i pozwolił się pociągnąć do góry. 

- Dobranoc - powiedziała z uśmiechem. - Właśnie wybierałam się do łóżka. 

Jutro wcześnie rano mam zdjęcia. 

- Przepraszam, że ci przeszkodziłem. I dziękuję za ratunek.   

Ledwie Marie zamknęła za sobą drzwi, zadzwonił telefon. 

W słuchawce odezwał się zdziwiony głos Mirandy. 

- Czy Sam... Ezro, czy to ty? 

- Tak, Andy, to ja. Sam wyszła. 

- A co ty robisz w domu? Przecież miałeś się dzisiaj spotkać z tą Altheą! 

Rany boskie! Tylko tego brakowało! - pomyślał Ezra z desperacją i zerknął na 

zegarek. Do dziesiątej brakowało jeszcze dziesięciu minut. 

- Tak. Spotkałem się. 

Miranda natychmiast zorientowała się w sytuacji. 

- Och, Boże! A mnie się wydawało, że jest taka miła i inteligentna. 

- Jesteś bardzo inteligentna - zgodził się Ezra. 

- I tak dużo wie o Samirabii. Nie mówiła ci? 

- Przez cały wieczór - odrzekł sucho. 

Miranda zachichotała. To właśnie Ezra lubił w niej najbardziej: nigdy nie 

próbowała walczyć z nieuniknionym. 

- No cóż, zastanawiałam się, czy nie jest trochę za bardzo... Zresztą to nie ma 

znaczenia! Niejedno drzewo w lesie, jak to mawiała moja matka, i muszę ci po-

wiedzieć, że znalazłam dla ciebie naprawdę cudowną dziewczynę. Umówiłam cię z 

R  S

background image

nią na czwartek. Czy mógłbyś poprosić Sam, żeby zadzwoniła do mnie jutro? To 

nic ważnego, chodzi tylko o zaproszenia na ślub. Wiesz, mój przyjaciel Harold ma 

je wydrukować. 

- Dobrze, powiem jej. 

Ezra od rana miał na sobie garnitur i już nie mógł się doczekać chwili, kiedy 

wreszcie będzie mógł go zdjąć. Zaczął się rozbierać, gdy telefon znów zadzwonił. 

- Co znowu się stało? - zawołał ze złością i podniósł słuchawkę. - Tak? 

- Ezra? Czy to Ezra Jagger? - zapytał kobiecy głos.   

Ezra wiedział, że już go kiedyś słyszał. Mogła to być któraś z dziewczyn od 

Mirandy. Przymknął oczy. Na dzisiaj miał już zupełnie dość. 

- Nie - skłamał bez przekonania. - Nie ma go tu. 

- W takim razie ma pan bardzo podobny głos. Przepraszam, że dzwonię tak 

późno. Czy mógłby mu pan powtórzyć, że dzwoniła Pawnee Walker? To pil... 

- Och, Pawnee! - zawołał Ezra z ulgą, zanim zdążył ugryźć się w język. 

- Ezra? Czy to ty? Och, to świetnie! Dzwoniłam przez cały wieczór, ale nikt 

nie odbierał, a potem było zajęte. Omal nie oszalałam. Posłuchaj, Ezra, czy jesteś 

teraz zajęty? Czy moglibyśmy się spotkać i porozmawiać? 

Nie wypomniała mu kłamstwa. Gdyby to zrobiła, poczułby się zażenowany. 

Rozmowa z kobietą, która nie wykorzystywała każdej okazji, by wpędzić go w po-

czucie winy, sprawiała mu wielką ulgę. Może dlatego, choć jeszcze przed dwiema 

minutami gotów byłby przysiąc, że tego wieczoru nie zdobędzie się już na żaden 

wysiłek, teraz tylko zerknął na zegarek i odrzekł: 

- Oczywiście. W tym samym miejscu? Za piętnaście minut? 

- Świetnie. Tym razem przynajmniej postawię ci kawę. 

Śnieg przestał padać. Wieczór był pogodny, gwiazdy lśniły jak świeżo wy-

myte, a powietrze miało wspaniały zapach, gdyż ruch na ulicach był niewielki. 

Spacer przez sięgający kostek, sypki śnieg był samą przyjemnością. 

Gdy wszedł do kawiarni, Pawnee wciąż miała zaróżowione od chłodu policz-

R  S

background image

ki i zacierała ręce, przyszła więc do kawiarni zaledwie przed chwilą. Uśmiechnęła 

się i podniosła rękę, choć nie mógł jej nie zauważyć; w kawiarni siedział jeszcze 

tylko jeden mężczyzna. 

- Zamówiłam ci kawę. Nie masz chyba nic przeciwko temu? - zapytała, gdy 

Ezra zdejmował kurtkę. - I coś do jedzenia. 

Poprzednim razem było mi głupio. Siedzieliśmy tu tak długo, a ty niczego się 

nie napiłeś ani nie zjadłeś. 

- Nic nie szkodzi - odrzekł. - Jakiś przechodzień dał mi dolara, więc nie zginę 

z głodu. 

Rzadko żartował z kobietami, bo zazwyczaj brały wszystko serio, a on nie 

znosił wyjaśnień. Pawnee jednak roześmiała się ze szczerym rozbawieniem. Chyba 

zdarzyło mu się to po raz pierwszy w życiu. 

- Czyżbyś miał wrażenie, że słyszysz swoją matkę? Przepraszam. Ale na-

prawdę powinnam... 

Zamilkła, gdy do stolika przyniesiono parującą kawę i talerze z arabskimi 

przekąskami. Gdy ruch był większy, zamówienia, składano i odbierano przy barze, 

ale teraz barman i kelner w jednej osobie przyniósł je osobiście. 

- Czy już wiesz, kiedy wyjeżdżasz? - zapytała Pawnee.   

Zanurzyła kawałek arabskiego chleba w humusie i dopiero wtedy podniosła 

na niego wzrok. Althea nie spuszczała z niego oczu przez cały wieczór. Ezra czuł 

się przy niej jak motyl na szpilce. 

Potrząsnął głową i również zajął się jedzeniem. Bardzo lubił arabską kuchnię. 

Jedzenie nie było przyczyną jego niechęci do krajów Bliskiego Wschodu. Było 

najlepszą stroną wszelkich wyjazdów. W gruncie rzeczy Ezra miał za złe firmie to, 

że w stołówce serwowano wyłącznie kanadyjskie potrawy, niezależnie od tego, 

gdzie akurat przebywali. 

- Mieliśmy wylecieć w przyszłym tygodniu, ale termin został przesunięty o 

trzy dni. Nikt nie powiedział nam, dlaczego. 

R  S

background image

- Och, to świetnie! W takim razie wystarczy nam czasu - ucieszyła się   

Pawnee. 

- Na co? - zdziwił się Ezra, łowiąc uparcie wymykającą mu się czarną oliwkę. 

- Na to, żeby wziąć ślub i żeby nie wyglądało to za bardzo podejrzanie. 

Ezra poczuł, że zamienia się w posąg. Bardzo powoli odłożył pitę na talerz i 

wytarł palce w serwetkę, a potem milczał jeszcze przez kilka sekund. 

- O kurczę! - jęknęła Pawnee. - Wiedziałam, że powiem to nie tak jak trzeba! 

Ezra wreszcie popatrzył na nią. 

- Chyba nie było na to dobrego sposobu - powiedział ostrożnie. - To znaczy, 

zrobiłaś to nie gorzej niż ktokolwiek inny, tylko że trudno jest proponować ślub 

zupełnie obcemu mężczyźnie. Jestem po prostu oszołomiony i chyba musisz mi to 

szerzej wyjaśnić. Zdaje się, że przeoczyłem jakiś fragment naszej znajomości. 

Pawnee zaśmiała się bezradnie, opierając czoło na rękach. 

- A niech to! A niech to! Nie, niczego nie przeoczyłeś, oczywiście, że nie, 

tylko nie wiedziałam, jak mam ci to powiedzieć, i dlatego zaczęłam od końca. Na 

pewno uważasz, że zupełnie zwariowałam, ale przysięgam, że nie! Po prostu przy-

szło mi to do głowy nagle. To było jak olśnienie, absolutnie doskonałe wyjście, i 

wiedziałam, że muszę ci to powiedzieć jak najszybciej, bo później już się nie od-

ważę. Dzwoniłam do ciebie przez cały wieczór i modliłam się, żebyś wrócił, zanim 

stchórzę albo zanim będzie za późno na telefonowanie. No i wróciłeś. 

Uśmiechnęła się i przez krótką chwilę Ezra poczuł przypływ absurdalnej na-

dziei, że Pawnee zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Natychmiast 

uświadomił sobie, że na pewno chodzi jej o coś innego, ale dziwne wrażenie nie 

ustępowało. Potarł nos i napił się kawy. 

- Posłuchaj - odezwała się znów Pawnee - pozwól, że ci to wyjaśnię, dobrze? 

Daję ci słowo honoru, że to dobry pomysł, tylko trzeba było inaczej zacząć. Ze-

chcesz mnie wysłuchać? - zapytała błagalnie. 

- Jasne - odrzekł Ezra.   

R  S

background image

Wiedział, że przy pierwszym kontakcie zwykle podobał się kobietom: był 

wysoki, silny i przystojny. Zmieniały zdanie dopiero później, gdy się przekonywa-

ły, że nie potrafi flirtować, prawić komplementów ani wprawnie uwodzić. Jeśli 

Pawnee była przekonana, że zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, to jego 

obowiązkiem było wyjaśnić, iż szybko jej to przejdzie. 

Patrzył na nią w milczeniu, gdy szukała odpowiednich słów. Nie była brzyd-

ka, nawet mu się podobała i przypuszczał, że miała wielu mężczyzn, choć faceci 

nie tłoczyli się w kolejce pod jej drzwiami. Włosy miała nieco potargane, a twarz 

bardzo bladą. Chyba była zbyt szczupła; zauważył, że przełknęła tylko kęs jedzenia 

i już więcej nie zwracała na nie uwagi. Jej duże, ciemne oczy były podkrążone, a 

paznokcie poobgryzane. Teraz również skubała je zębami, głęboko zamyślona. 

Może nie była zniewalająco atrakcyjna, ale zdążył już ją polubić. Gdyby wy-

znała mu miłość, kto wie, jak by zareagował? Musi być miło być kochanym, nawet 

jeśli czuje się do tej osoby tylko sympatię. 

Wszystkie te myśli przemknęły mu przez głowę w kilka sekund, gdy czekał, 

aż Pawnee zacznie mówić. W końcu odsunęła rękę od ust i odezwała się: 

- Posłuchaj, to bardzo proste. Jeśli się ożenisz, to naturalnie zabierzesz żonę 

ze sobą i nikogo nie będzie to dziwić. 

To była prawda. Wszyscy pracownicy Polygonu przyśpieszali śluby, by móc 

zabrać swoją wybrankę na kolejny wyjazd. Tylko małżeństwa dostawały małżeń-

skie kwatery. 

- Na razie wszystko jasne. 

- Czy zatem nie widzisz, że to najlepszy sposób? Jeśli będę chodzić i prosić 

wszystkich po kolei, żeby mnie ze sobą zabrali, to prędzej czy później ktoś powie o 

tym dziennikarzom albo nawet decydentom w Ottawie, nie sądzisz? Po prostu 

uświadomiłam sobie, że nie mogę wtajemniczać w swoje plany już nikogo więcej. 

- A ilu osobom powiedziałaś o tym dotychczas?   

Pawnee zwiesiła głowę. 

R  S

background image

- Tylko tobie. Nikt więcej nie zadzwonił. Chociaż właściwie był jeden facet, 

jakiś inżynier od odsalania czy czegoś takiego, ale... sama nie wiem. Nie poszła-

bym z nim nawet po gazetę. Więc nic mu nie powiedziałam. Ale gdy zobaczyłam 

ciebie, od razu wiedziałam, że mogę ci zaufać - rzekła, nie spuszczając oczu z jego 

twarzy. Nie wspomniała o tym, że to właśnie za przyczyną kontrastu między tymi 

dwoma mężczyznami uświadomiła sobie, iż czuje zaufanie do Ezry i nie obawia 

się, że może zostać przez niego wykorzystana w Samirabii. - Po spotkaniu z tym 

mężczyzną zrozumiałam nagle, na jakie ryzyko się narażam. 

- Przecież już ci o tym mówiłem. 

- I wtedy uznałam, że to musisz być ty i nikt inny - ciągnęła Pawnee, nie 

zważając na jego słowa. - A sam mówiłeś, że jest tylko jeden sposób na to, byś 

mógł zabrać ze sobą kobietę. Proszę cię, Ezro, ożeń się ze mną i zabierz mnie tam 

jako swoją żonę! Muszę znaleźć Cree. Proszę, zgódź się! 

- A co zrobisz, gdy już ją znajdziesz? - zapytał Ezra spokojnie. 

- Przywiozę ją do domu - westchnęła.   

Przez chwilę siedział w milczeniu. 

- Nie sądzisz, że w twoich planach jest pewna luka? - zapytał wreszcie, tłu-

miąc gniew. 

- Jaka? - zdziwiła się, znów podnosząc na niego wielkie, przelęknione oczy. 

Zauważył, że Pawnee wygląda o wiele gorzej niż przy pierwszym spotkaniu. 

Była wycieńczona ze zmartwienia. Podsunął jej talerz z jedzeniem, ale nie zwróciła 

na to najmniejszej uwagi. 

- Co takiego przegapiłam? 

- Chcesz znaleźć siostrę i przywieźć ją do domu. Świetnie! A potem ty sta-

niesz się bohaterką wszystkich reportaży, a ja będę musiał stanąć przed szefem i 

opowiedzieć mu, jak ze względu na ciebie oszukałem firmę oraz urząd imigracyjny 

Samirabii. Jak sądzisz, czy będą tym zachwyceni? 

- Możemy załatwić to po cichu. Będę unikać rozgłosu, a ty... 

R  S

background image

- A ja wyjdę na faceta, który nie potrafi utrzymać przy sobie świeżo poślu-

bionej żony. 

- Och - jęknęła Pawnee, opuszczając ramiona. - Och, Boże, masz rację! W 

ogóle o tym nie pomyślałam. Przepraszam. Pewnie uważasz mnie za skończoną 

egoistkę i możliwe, że masz rację, ale gdybyś tylko mógł zobaczyć, co dzieje się z 

moimi rodzicami! Strata farmy była dla nich bardzo bolesna, ale jakoś to przeżyli. 

Uwięzienia Cree nie zniosą, jeśli to jeszcze trochę potrwa. A czasami takie sytuacje 

trwają wiele miesięcy. Nie mogę przestać myśleć o Cree, o tym, przez co ona teraz 

przechodzi... 

Ezra poruszył się niespokojnie na krześle. 

- Przecież już ci mówiłem, że postaram się coś zrobić, gdy się tam znajdę. 

Zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy. 

- Jak długo tam będziesz, Ezro? Czy zostaniesz do samego końca realizacji 

kontraktu? 

- Zostanę przeniesiony gdzie indziej, gdy do akcji wkroczą dekoratorzy 

wnętrz. Nie jestem jeszcze szefem tego przedsięwzięcia. Tylko oni muszą być przy 

inwestycji od pierwszego do ostatniego dnia. Wyjeżdżają dopiero wtedy, gdy ostat-

ni dywan znajdzie się na swoim miejscu. 

- A więc jak długo tam będziesz?   

Ezra wzruszył ramionami. 

- Jeśli miejscowi pracownicy znają się na swojej robocie, to jakieś pół roku. 

- Obiecuję ci, że zostanę z tobą, dopóki nie wyjedziesz, niezależnie od tego, 

co się będzie działo z moją siostrą. To chyba trochę zmieniłoby twoją sytuację? 

Gdy wrócimy, możemy udawać, że się nam nie układa, a potem wyjedziesz na na-

stępny kontrakt i wszystko pójdzie w zapomnienie. Czy nie mam racji? Proszę cię, 

Ezro, ożeń się ze mną! 

 

Gdy Ezra wrócił do mieszkania Sam, czuł się tak, jakby ktoś go obił kijem 

R  S

background image

baseballowym. 

- Cześć! - zawołała jego siostra z łazienki.   

Była już w piżamie i myła zęby. Włosy miała związane gumką na czubku 

głowy, twarz jasną i świeżą. Cała promieniała szczęściem. Najwidoczniej niedawno 

pożegnała się z Benem. Kontrast z nieszczęśliwą, ściągniętą troską twarzą Pawnee 

był niemal bolesny. 

- Już po północy. Chyba dobrze się bawiłeś - zauważyła Sam z uśmiechem. 

- Niezupełnie - mruknął Ezra.   

Cieszył się, że już jest w domu. Podczas wyjazdów czuł się samotny i każdy 

powrót do ojczyzny był dla niego radością. Przez chwilę zastanawiał się, czy po-

wiedzieć siostrze o Pawnee; miał ochotę usłyszeć jej zdanie, doszedł jednak do 

wniosku, że nie ma prawa zdradzać cudzych sekretów. Tym bardziej że odmówił 

prośbie tej zdesperowanej dziewczyny, co nie było łatwe. Pod koniec rozmowy 

Pawnee powtarzała już tylko: proszę, proszę. Ezra czuł się jak worek treningowy, 

był jednak przekonany, że ma rację. Ta dziewczyna nie zdawała sobie sprawy z te-

go, na co chce się narazić. 

- Czy słyszałeś wieczorne wiadomości? - zapytała Sam, niosąc z kuchni tacę 

ze świeżo zaparzoną kawą. Postawiła ją na stoliku i usiadła na sofie, najwidoczniej 

przygotowana na dłuższą pogawędkę. - Jest bezkofeinowa - uspokoiła go, nalewa-

jąc kawę do kubków. 

- Nie słyszałem - odrzekł Ezra. 

- To pewnie usłyszysz jutro. Niepokoje w Samirabii nasilają się. Mówili, że ta 

kanadyjska zakładniczka jest bardzo chora czy coś takiego. Jeśli król nie ustąpi 

przed żądaniami rebeliantów, pozwolą jej umrzeć. Twierdzą, że to nie będzie ich 

wina, tylko wola Boga - zakończyła Sam głosem nabrzmiałym grozą i podniosła na 

niego zatroskane spojrzenie. - Ezra, sprawy w tym kraju wyglądają coraz gorzej. Ta 

sytuacja nie może trwać wiecznie. Czy musisz tam jechać? 

Ezra patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem, próbując sobie wyobrazić 

R  S

background image

twarz Pawnee w chwili, gdy ta wiadomość do niej dotrze. Poczuł, że robi mu się 

niedobrze. Jej plan był zupełnie niedorzeczny, ale Ezra rozumiał, że musiała zrobić 

cokolwiek. 

Po dłuższej chwili zdał sobie sprawę z przedłużającej się ciszy i potrząsnął 

głową. 

- Tak, muszę jechać. Skoro wybiera się tam cała ekipa, to mogę tylko poje-

chać razem z nimi albo zrezygnować z pracy. Nie martw się. Polygon nigdy jeszcze 

nie miał poważniejszych problemów. Jeśli sytuacja za bardzo się zaostrzy, to pro-

jekt i tak zostanie anulowany. 

Sam nie wyglądała na uspokojoną. 

- Ben mówi, że to nie wygląda dobrze, a wiesz, że on ma , duże doświadcze-

nie w takich sprawach. Uważa, że monarchia upadnie, a potem będzie wojna do-

mowa. Jeśli do tego dojdzie, to czy uda ci się stamtąd wydostać?   

Ezra skrzywił się. 

- Sam, nie będziemy żyli na pustyni, tylko mieszkali w stolicy, która ma po-

rządne, nowoczesne lotnisko. Zanim zakończy się szturm na pałac, my już będzie-

my siedzieć w samolocie. Martwią mnie tylko te wiadomości o Cree. 

Sam spojrzała na niego ze zdumieniem. 

- Mówię o Cree Walker, zakładniczce - wyjaśnił. 

- Coś takiego! Znasz ją? Nigdy o niej nie wspominałeś. 

- Nie znam jej. Ale... trochę znam jej siostrę. 

- Aha, to ta, która nieustannie monituje w Ottawie, żeby coś zrobili w sprawie 

tej biednej Cree. Musi przeżywać piekło. W dodatku nic nie może zrobić, prawda? 

Jak ona to znosi? 

- Źle - odrzekł Ezra, myśląc o podkrążonych oczach i obgryzionych paznok-

ciach Pawnee. - To ją wykańcza. Wpadła na idiotyczny pomysł, żeby... - zawahał 

się. - Sam, chyba nie muszę cię prosić o zachowanie tajemnicy, prawda? Widzisz, 

to byłaby znakomita historyjka dla prasy brukowej. 

R  S

background image

Jego siostra tylko uśmiechnęła się lekko. 

- Nie, nie musisz mnie prosić, Ez. 

- Pawnee chce tam pojechać i wytropić grupę, która przetrzymuje jej siostrę - 

westchnął Ezra. - Chce przywieźć Cree do domu. Uważa siebie chyba za kogoś bę-

dącego żeńską wersją Rambo. Zupełnie zwariowała. 

- To naturalne. Gdybyś to ty tam był, ja chodziłabym po ścianach. 

- Tak, ale czy próbowałabyś tam pojechać i mnie uwolnić? 

- A skąd mogę wiedzieć, co bym zrobiła? Na pewno chciałabym cię uwolnić, 

gdybym tylko uważała, że mam jakiekolwiek szanse. Co ona zamierza zrobić, gdy 

już się znajdzie w Samirabii? 

Ezra uświadomił sobie, że właściwie wcale Pawnee o to nie zapytał. Dopiero 

teraz przyszło mu do głowy, że ta desperatka musi mieć jakiś plan działania, oparty 

na czymś, o czym mu nie powiedziała. 

- Nie mam pojęcia. Wiem tylko, jak chce się tam dostać. Chce, żebym się z 

nią ożenił i zabrał ją ze sobą. 

Sam z wrażenia wylała kawę na spodnie od piżamy. 

- Jak to? 

Ezra tylko skinął głową. 

- O rany, Ezro, czy... zgodzisz się? 

- Nie. Powiedziałem jej to. Bo... gdyby wpakowała się w jakieś kłopoty, gdy-

by ją też porwali, to, Sam... 

W zielonych oczach siostry błysnęło zrozumienie. 

- Tak, jestem pewna, że masz rację. 

- Naprawdę? Sam, czy naprawdę tak myślisz? 

- Sama nie wiem - odrzekła po chwili. - A dlaczego pytasz? 

- Bo czuję się jak ostatnia świnia. Jestem pewien, że mam rację, ale dlaczego 

w takim razie czuję się tak podle? Gdybym tam zabrał tę dziewczynę, to mogłaby 

zginąć. 

R  S

background image

Sam spojrzała na niego uważnie. 

- Czy jesteś w niej zakochany i dlatego tak się o nią martwisz? 

Ezra zamrugał powiekami. 

- Nie, oczywiście, że nie! Przecież nie trzeba być zakochanym, żeby pragnąć 

ocalić kogoś od pewnej śmierci! 

- No, może nie. Ale przecież mówiłeś, że ta sytuacja i tak tę biedaczkę wy-

kańcza. Dlaczego ma siedzieć bezpiecznie w domu, gdy jej siostra być może wła-

śnie teraz umiera? 

- Więc myślisz, że powinienem to zrobić? - zapytał Ezra ze zdumieniem. 

- Tego nie powiedziałam. Mówię tylko, że może jej osąd sytuacji jest lepszy 

od twojego. Skoro nie jesteś w niej zakochany, to dlaczego chcesz ją powstrzymać 

przed oddaniem życia za coś, w co wierzy? 

- Dobre pytanie - mruknął Ezra. Wcześniej nie patrzył na to w taki sposób. 

Teraz pomyślał, że to właśnie Pawnee usiłowała mu wytłumaczyć. Chyba nie słu-

chał jej uważnie, bo zbyt był przekonany o słuszności własnych racji. - Nie wiem, 

Sam - westchnął. - To bardzo skomplikowane. 

- Ez, ja wcale nie twierdzę, że powinieneś się z nią ożenić - sprostowała Sam 

z niepokojem. Mówię tylko, że jej punkt widzenia jest całkiem uzasadniony. Mo-

że jest zahartowana i fizyczne niebezpieczeństwa jej nie przerażają. I możliwe jest 

również to, że znacznie łatwiej będzie jej przez to przejść, jeśli będzie wiedziała, że 

zrobiła wszystko, co było w jej mocy. 

 

- Cześć - szeptał miękki, gardłowy głos z głośnika telefonu. - Mam na imię 

Doro. Powiedziano mi, że mam cztery minuty i nie chcę stracić ani sekundy. A 

więc do rzeczy! Jestem szczupła wszędzie oprócz miejsc, w których to nie jest mile 

widziane. Jestem blondynką dzięki niewielkiej pomocy przemysłu kosmetycznego, 

mam niebieskie oczy bez niczyjej pomocy i metr sześćdziesiąt pięć wzrostu. Po-

dobno jestem ładna i miła, a moje zęby przypominają prawdziwe perty. 

R  S

background image

- Nie wiem, czy rozpoznajesz cytat z piosenki - wtrąciła Andy szybko. - Ona 

naprawdę ma poczucie humoru. 

Ezra spojrzał na nią bez słowa. Nie podobał mu się ten głos, brzmiał fałszy-

wie, a w dodatku dziewczyna mówiła z przydechem. W jego umyśle powstał obraz 

rozchichotanej blondynki, pozbawionej choćby odrobiny zdrowego rozsądku. 

Właśnie takie kobiety wprawiały go w największe zdenerwowanie. Na przykład 

Pawnee miała zupełnie inny głos. Jeszcze zanim ją zobaczył, wiedział, że jest 

praktyczna i rzeczowa, choć jej późniejszy pomysł z małżeństwem trudno było 

nazwać rozsądnym. 

- A więc, jakiego mężczyzny potrzebuję? To nie jest łatwe pytanie. Lubię du-

żych mężczyzn, ale nie mam zamiaru mówić „nie" tylko dlatego, że ktoś nie urósł 

do metra osiemdziesięciu. Lubię... 

Ezra nacisnął guzik. Taśma zatrzymała się. Miranda spojrzała na niego pyta-

jąco. 

- Nie? - rzekła, nie kryjąc rozczarowania. - Dalej jest lepiej. 

- Już teraz jest nieźle, ale ja nie... Przepraszam cię, Mirando. - Ezra wziął 

głęboki oddech i potrząsnął głową. - Chyba nie jestem w odpowiednim nastroju. 

- Och, Ezro, tak chciałam, żebyś znalazł sobie kogoś, zanim wyjedziesz! 

- Andy, nie znajdę żony w ciągu dwóch tygodni. 

- Wiem - westchnęła. - Wiem, że teraz mamy za mało czasu, ale pomyślałam 

sobie, że nawet gdybyś miał kogoś, do kogo mógłbyś pisać i wracać, byłoby o wie-

le łatwiej. Ludzie czasami zakochują się w sobie korespondencyjnie. 

- Nie jestem dobry w pisaniu listów. Zapytaj. Sam. Może odłożymy to do 

mojego następnego urlopu. 

- Wtedy będzie wesele i nie będę miała czasu, żeby myśleć o twoich spra-

wach. 

- Mam na myśli prawdziwy urlop. Z okazji ślubu dostanę najwyżej dwa dni 

wolnego - rzekł Ezra.   

R  S

background image

Ślub Sam i Bena miał się odbyć w dzieli świętego Walentego. Jego siostra 

miała wyjść za mąż za mężczyznę, którego kochała i który za nią szalał. Ezra za-

stanowił się, co wtedy będzie robić Cree Walker i jak będzie brzmiał głos Pawnee, 

jeśli do niej zadzwoni. Raczej niezbyt radośnie. 

- Masz rację - odezwała się Miranda. - Za bardzo naciskam. Powinnam cię 

zostawić w spokoju. Niedługo wyjeżdżasz i na pewno nie masz ochoty spędzać 

wszystkich wieczorów z obcymi kobietami. 

- Nie mam nic przeciwko temu, co robisz - zapewnił ją Ezra wielkodusznie. - 

Ale jedna kandydatka na tydzień w zupełności by wystarczyła. 

Miranda poklepała go po kolanie. 

- Dobrze, Ezro, rezygnuję. No, chyba że akurat trafię na tę właściwą. 

Nie mogła zrozumieć, dlaczego na te słowa Ezra wybuchnął gromkim śmie-

chem. 

- Przypuszczam, że słyszałeś już wiadomości.   

Serce Ezry zaczęło głośno dudnić. 

- Tak. Tak, słyszałem. 

- Moja babcia ma cukrzycę. Rodzice obawiają się, że Cree też mogła zacho-

rować na cukrzycę z powodu stresu, nieodpowiedniego jedzenia czy złej wody. A 

ponieważ do tej pory była zdrowa, nikt się nie zorientuje, w czym rzecz. Rodzice są 

przekonani, że ona umrze. 

Ezra nie odpowiedział. W słuchawce panowała cisza. 

- Pawnee - odezwał się w końcu. 

- Ezro, zrobię wszystko, co zechcesz. Zostanę tak długo, jak będziesz sobie 

życzył. Mogę udawać, że to ty ze mną zrywasz i że umieram z rozpaczy. Jestem 

dobrą kucharką. Umiem robić wiele rzeczy. Nie będziesz żałował. 

Z niewiadomego powodu Ezra wpadł we wściekłość. 

- A co dokładnie proponujesz? - wybuchnął i usłyszał, że Pawnee wstrzymała 

oddech. 

R  S

background image

- A czego dokładnie chcesz? 

- Na pewno nie chcę, żebyś się sprzedawała jak tania... 

- Nie uważam, żebym sprzedawała się tanio - przerwała mu Pawnee cicho, 

lecz stanowczo. - Życie mojej siostry znaczy dla mnie bardzo wiele. 

- Ale ja nie chcę, żebyś mi oferowała seks z obowiązku, po to tylko, żebym 

się zgodził na coś, czego nie mam ochoty robić! Jeśli tego nie zrobię po to, żeby ci 

pomóc, to nie zrobię również tego w zamian za seks! 

- Ezro, nie proponowałam ci seksu - zauważyła chłodno Pawnee. - To ty po-

ruszyłeś ten temat. 

- Nie potrzebuję również kucharki! - zawołał. - Za kogo ty mnie właściwie 

uważasz? 

- W tej chwili jesteś jedynym człowiekiem na świecie, który może mi pomóc. 

A to oznacza, że możesz ustalić swoją cenę. 

Ezra jeszcze nigdy w życiu nie był tak wściekły. 

- Niech cię wszyscy diabli! Powiedziałem ci przecież, że ja nie mam ceny! 

Oświadczyłem stanowczo, że tego nie zrobię! Przestań ze mną rozmawiać tak, jak-

bym był kapitalistą-krwiopijcą! Powiedziałem: nie! 

- Tak, wiem - poddała się nagle Pawnee.   

W jej głosie słychać było wyczerpanie i przygnębienie. 

Ezra w tej chwili był bardziej zły na siebie niż na nią.   

Seks? Po co właściwie poruszał ten temat? Ona na pewno pomyślała sobie... 

- I tak nic tam nie zdziałasz! Ci faceci trzymają Cree gdzieś na pustyni! Jak 

chcesz ich wytropić, będąc w samym środku Maqamallah? - wykrzyknął ze złością. 

- Nie masz żadnego planu, żadnej wskazówki! 

- Nie - powiedziała po chwili, Ezra jednak usłyszał w jej głosie wahanie i na-

brał przekonania, że Pawnee coś przed nim ukrywa.   

Miała jakiś plan. Przez to sytuacja stawała się jeszcze bardziej niebezpieczna i 

tym bardziej nie powinien sobie zawracać głowy wątpliwościami. Pawnee, która 

R  S

background image

miała plan, stanowiła znacznie większe ryzyko od Pawnee bezradnej. Zamierzał po 

raz ostatni powiedzieć jej: nie, odłożyć słuchawkę i od tej chwili zdać się wyłącznie 

na automatyczną sekretarkę. 

- Pawnee - zaczął stanowczo. 

- Tak, Ezro - odrzekła cicho, jakby wiedząc, co musi za chwilę nadejść. 

- Pawnee... Ach, do diabła! Pawnee, czy wyjdziesz za mnie? 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Panna młoda była ubrana na biało. Miranda rozumiała potrzebę pośpiechu, ale 

za żadne skarby nie chciała dopuścić do tego, by narzeczeni wzięli ślub w ratuszu 

miejskim, jakby chodziło o papierowe małżeństwo z nielegalną imigrantką. 

Jedynie Sam i Ben znali prawdziwe przyczyny tego małżeństwa. Im mniej 

wtajemniczonych, tym lepiej, myślał Ezra, ale przez to jakoś argumenty Mirandy 

stawały się trudne do zniesienia. 

Ślub odbył się więc w salonie Harrisów w słoneczny niedzielny poranek, na 

dwa dni przed wylotem państwa młodych do Samirabii. Pawnee wyglądała na 

zmęczoną, lecz szczęśliwą w kremowobiałym kostiumie, który Sam pożyczyła dla 

niej od przyjaciółki i w dobranym do niego kapelusiku, który Miranda kupiła po-

przedniego dnia w ekskluzywnym butiku, rzekomo przypadkiem, a tak naprawdę 

po czterech godzinach poszukiwań, do czego jednak nie miała zamiaru się przy-

znawać. Całości dopełniały beżowe szpilki oraz bukiet czerwonych i różowych po-

insecji. 

Ezra nie wyglądał na szczęśliwego. Znać było po nim zdenerwowanie i prze-

jecie. Gdy Miranda zauważyła, jak Pawnee na niego patrzy - jakby ten olbrzym u 

jej boku był jej wybawcą - przygryzła wargę. Wiedziała, że w większości mał-

żeństw jedna strona kocha bardziej niż druga, ale zawsze sądziła, że stroną kocha-

jącą bardziej powinien być mężczyzna. Kobiety uczyły się kochać i ufać w miarę 

R  S

background image

upływu czasu. Co do mężczyzn, Miranda nie miała takiej pewności. 

Oczywiście rodzina stawiła się w komplecie. Rodzice Pawnee pojawili się w 

ostatniej chwili. Zamierzali przyjechać poprzedniego wieczoru, ale w sobotę pogo-

da w Peterborough była okropna i pługi śnieżne oczyściły drogi dopiero późnym 

popołudniem. Na szczęście rano drogi były przejezdne. Jack Walker oddawał swoją 

córkę panu młodemu równie zdziwiony pośpiechem, jak wszyscy pozostali. 

Nadeszła chwila włożenia obrączek. Ben i Sam byli świadkami. Sam miała na 

sobie czerwoną sukienkę, która dobrze pasowała do bukietu panny młodej. Ben 

rzadko nosił garnitur, ale tego dnia ubrał się bardzo elegancko. Położył obrączkę na 

trzymanej przez pastora otwartej Biblii. Ezra wziął ją do ręki. Pawnee włożyła dłoń 

w jego dłoń i uśmiechnęła się nerwowo, jakby się obawiała, że Ezra w ostatniej 

chwili może zmienić zdanie, on jednak wsunął obrączkę na jej szczupły palec i spo-

jrzał prosto w jej oczy. 

- Biorę ciebie za żonę - powiedział pastor, a Ezra powtórzył za nim: - Biorę 

ciebie za żonę. 

Zmarszczył czoło i zamrugał powiekami, jakby obudził się ze snu. Jego dłoń 

bezwiednie zacisnęła się na obrączce, a w oczach pojawił się wyraz, na który Mi-

randa przez cały czas czekała. Naraz zrozumiał, dlaczego małżeństwa nie wolno za-

wierać pochopnie i lekkomyślnie. Uświadomił sobie, że patrzy na swoją żonę. 

Miranda pociągnęła nosem i w jej oczach zebrały się łzy. 

Pastor nie mógł zostać na przyjęciu, ale większość gości jego zniknięcia pra-

wie nie zauważyła. Najpierw wzniesiono toast szampanem, a potem wręczono 

młodej parze prezenty. Pawnee była przerażona. Nie spodziewała się, że obcy lu-

dzie będą jej wręczać podarunki. 

- Och, niepotrzebnie zadaliście sobie tyle kłopotu! - zawołała na widok straty 

paczek. 

- Nie ma o czym mówić! - uśmiechnęła się Miranda. - Nie znamy się dobrze, 

ale teraz należysz do naszej rodziny i możesz się do tego powoli przyzwyczajać. 

R  S

background image

Zresztą to tylko niewielkie drobiazgi. Nic kosztownego. 

Pawnee przeniosła wzrok na Ezrę, ale on posłał jej spojrzenie bez żadnego 

wyrazu. Jakże teraz żałowała, że nie wzięli ślubu w ratuszu! W obliczu tak ser-

decznego powitania poczuła się jak oszustka. Nie miała jednak wyboru, musiała 

otwierać prezenty i grać rolę szczęśliwej panny młodej. Zresztą była szczęśliwa, 

choć z innego powodu, niż wszyscy przypuszczali. Była jednocześnie szczęśliwa i 

śmiertelnie przerażona; przypuszczała, że prawdziwa panna młoda musi się czuć 

podobnie. 

Ponieważ wszyscy wiedzieli, że młoda para wkrótce odleci do Samirabii, ku-

pili rzeczy szczególnego rodzaju. Kalendarz z datami zachodnimi i islamskimi, 

dwie gry w opakowaniu podróżnym, składane kapelusze przeciwsłoneczne. Pawnee 

otwierała wszystkie paczki po kolei, a Ezra siedział obok niej na sofie, z uśmie-

chem dziękując ofiarodawcom. Ostatni na stercie był prezent od Luke'a i Carol. 

Pawnee rozerwała taśmę i zamarła. Zawartość paczki wysunęła się i spadła na pod-

łogę. Ezra pochwycił ją i podniósł do góry. Dokoła nich rozległy się śmiechy i 

brawa 

Był to delikatny komplet bielizny z kremowego jedwabiu i koronek, coś, co 

panna młoda mogła nałożyć na noc poślubną. Choć bielizna nie była wulgarna, lecz 

bardzo seksowna, Pawnee jednak opuściła wzrok, a Ezra zaczerwienił się jak burak 

i w jednej chwili wszyscy goście pojęli, że ci dwoje jeszcze nie byli razem w łóżku. 

W pokoju zapadła cisza. Pawnee wyrwała prezent z rąk Ezry i szybko zawi-

nęła bieliznę z powrotem w bibułkę. Harrisowie, którzy z natury byli jowialni i 

bezpośredni, lecz nie pozbawieni wrażliwości i taktu, zaczęli mówić wszyscy jed-

nocześnie. 

Późnym popołudniem Ben i Sam odwieźli nowożeńców do mieszkania Sam. 

Pawnee poprzedniego dnia zwolniła wynajmowany pokój i przeniosła tu bagaże. 

Ezra spędził ostatnią noc u Bena. 

Rodzice Pawnee pojechali za nimi, by zabrać do Peterborough niepotrzebne 

R  S

background image

już rzeczy córki, która oczywiście nie powiedziała im prawdy, bo gdyby poznali jej 

plany, nigdy w życiu nie pozwoliliby jej zrobić tego, co zamierzała. Matka miała 

jakieś podejrzenia, Pawnee jednak starała się ze wszystkich sił robić dobrą minę do 

złej gry. Rodzice i tak mieli dosyć zmartwień. 

- Poznaliśmy się, bo rozmawiałam z każdym, kto wiedział cokolwiek o Sami-

rabii - wyjaśniła im przez telefon. - No i zakochaliśmy się w sobie. Tak się czasem 

zdarza. 

- Nie sprawiasz wrażenia zakochanej. Wydaje mi się raczej, że ukrywasz coś 

przed nami - zauważyła matka. - Ale nie będę nic mówić ojcu. I tak jest chory ze 

zmartwienia. Dobrze, Pawnee, przyjedziemy na ślub, choć pośpiech, z jakim się 

pobieracie, wcale mi się nie podoba. 

Ezra, Ben i Sam zajęli się znoszeniem pudeł i walizek do samochodu, a Paw-

nee została sama z matką. 

- Do widzenia, mamo. Napiszę - obiecała.   

Objęły się, a potem spojrzały sobie w oczy. Pawnee zastanawiała się, czy wi-

dzi matkę po raz ostatni, i poczuła ucisk w gardle. Jej matka była spokojną, prak-

tyczną osobą, opoką dla całej rodziny, nieco staroświecką żoną farmera. Nie mó-

wiła zbyt wiele o uczuciach, ale jej kuchnia zawsze była dla wszystkich bezpiecz-

nym miejscem. Przyjęła stratę farmy jak kamienny słup, który uderzenie młota 

wbiło o cal głębiej w ziemię. Sprawa Cree to było jednak zupełnie coś innego. Gdy 

rodzice dowiedzieli się o porwaniu córki, Pawnee po raz pierwszy w życiu widziała 

matkę wstrząśniętą. Może to właśnie wtedy postanowiła bez względu na wszystko 

sprowadzić siostrę do domu. 

- Ezra to dobry, solidny mężczyzna - stwierdziła matka. - Teraz już się o cie-

bie nie martwię. Mam nadzieję, że go posłuchasz, zanim zrobisz cokolwiek głu-

piego. 

- Cieszę się, że ci się spodobał - odrzekła Pawnee, unikając bezpośredniej 

odpowiedzi. 

R  S

background image

- Chcę ci tylko powiedzieć, że strata ciebie nie wynagrodzi nam straty Cree - 

dodała matka, jakby czytała w myślach córki. 

- Jestem pewna, że chodzi ci po głowie coś, o czym nie mamy pojęcia. Nie 

rób nic głupiego. Wiem, że przyzwyczaiłaś się chronić Cree przed nią samą, ale 

tym razem musisz się pogodzić z tym, że nic nie możesz zrobić. 

Pawnee zakaszlała i szybko podeszła do drzwi. 

- Tak, mamo, słyszę, co mówisz. 

- Mam nadzieję - powiedziała matka. - Pawnee, ty nawet nie wiesz, jak bardzo 

ojciec cię kocha On nie potrafi tego wyrazić, ale zawsze był z ciebie dumny. Poczuł 

się załamany, gdy stracił farmę, bo chciał ją przekazać tobie. I nie przeżyłby utraty 

ciebie. Pawnee, jesteś nie tylko jego ulubienicą; teraz jesteś całym jego życiem. 

Pamiętaj o tym i wróć bezpiecznie do domu. 

Gardło Pawnee znów się ścisnęło. W milczeniu skinęła głową. 

Miranda zaplanowała wszystko, włącznie z przeprowadzką Sam do Bena na 

dwa dni, które pozostały do odlotu. W tym czasie Ezra i Pawnee zajmowali jej 

mieszkanie. Gdy ten plan raz ustalono, nie sposób było już go zmienić. Pawnee lub 

Ezra mogli co najwyżej przenieść się potajemnie do hotelu, ale, choć żadne z nich 

nie powiedziało tego głośno, oboje wiedzieli, że im szybciej przywykną do wspól-

nego mieszkania, tym lepiej. Pawnee żałowała jednak, że nie wymyślili jakiegoś 

innego rozwiązania tylko na tę jedną noc - noc poślubną. 

Jej rodzice odjechali. Za kilka godzin Sam i Ben mieli zabrać ich na kolację. 

Było naturalne, że Sam chce spędzić z bratem jego ostami wieczór w Toronto, 

Pawnee jednak wiedziała, że chodzi również o to, by zaoszczędzić nowożeńcom 

niezręcznej samotności. W prawdziwym małżeństwie pierwsza wspólna kolacja 

byłaby radosnym wydarzeniem, Ezra jednak patrzył na nią pustym wzrokiem, do-

datkowo zwiększając poczucie winy Pawnee. 

I tak czuła się przygnębiona. Od chwili gdy Ezra zgodził się na małżeństwo, 

dręczyły ją wątpliwości. A jeśli jej plan nie wypali? Jeśli wszystko skończy się 

R  S

background image

tym, że obydwie z Cree znajdą się w niewoli i słuch o nich zaginie? A jeśli, pomi-

mo wszystkich podjętych środków ostrożności, Ezra straci przez nią pracę? Tego 

nie byłaby w stanie znieść. Był dobrym, szlachetnym mężczyzną, łagodnym ol-

brzymem. Nie chciała, by wielkoduszność miała go kosztować utratę pracy. 

- Napijesz się kawy? - zapytała, gdy Ezra wrócił do mieszkania. 

Zatrzymał się w drzwiach, oparty plecami o futrynę, i patrzył na nią z nie-

przeniknionym wyrazem twarzy. Zapanowała nieznośna cisza. Pawnee nerwowo 

obracała obrączkę na palcu. 

- Nie, dziękuję, nie mam ochoty na kawę - odrzekł w końcu.   

Wyprostował się i zaczął zdejmować krawat. Obydwoje nadal mieli na sobie 

ślubne ubrania. 

- Przyzwyczaiłem się już do tej sofy - dodał Ezra. - Możesz zająć sypialnię. 

Wstawiłem tam twoje bagaże. 

Pawnee odebrała to jako sygnał, że powinna już odejść. 

- Pójdę się przebrać - powiedziała. 

Ezra mylił się, sądząc, że kolacja w towarzystwie Sam i Bena pomoże w roz-

ładowaniu napięcia Nawet gdyby myślał nad tym przez rok, nigdy by mu nie przy-

szło do głowy, że jego uczucia wobec jakiejkolwiek kobiety mogą się zmienić tylko 

dlatego, że włożył jej na palec obrączkę. Nie potrafił tego zrozumieć. A towa-

rzystwo siostry i jej narzeczonego tylko pogarszało sytuację. 

Sam promieniała. Chyba nigdy od czasów dzieciństwa Ezra nie widział jej ta-

kiej radosnej. Wiedział, że to zasługa Bena; nic tak nie upiększa kobiety jak miłość 

i Sam wyglądała teraz zupełnie inaczej niż w obecności tego sztywnego manekina, 

który wcześniej był jej narzeczonym. Ezra poczuł zupełnie irracjonalny żal, że 

Pawnee tak nie wygląda. Małżeństwo stało się dla niej rozwiązaniem wielkiego 

problemu, ale nadal była przygnębiona, spięta i wyraźnie było widać, że coś ją 

martwi. Przypuszczał, że im mniej czasu dzieli ją od realizacji obmyślonego planu, 

tym bardziej się denerwuje. Postanowił bacznie ją obserwować i nie pozwolić jej 

R  S

background image

zrobić niczego, co mogłoby okazać się niebezpieczne. 

Z jednej strony żałował, że zgodził się na ślub, a z drugiej irytowało go, że 

kobieta, z którą dopiero co się ożenił, wyglądała tak, jakby odczytano jej wyrok 

śmierci. W końcu była jego żoną! 

Włosy miała ściągnięte w węzeł z tyłu głowy. Zmiana fryzury wyszła jej na 

dobre. Dopiero teraz Ezra mógł docenić kształt jej twarzy: mocne kości policzkowe 

i drobny, lecz stanowczo zarysowany podbródek. Ponadto była umalowana. Z ma-

kijażem wydawała się bardziej odległa, atrakcyjna, lecz niedostępna, pogrążona we 

własnych myślach. Nie wiadomo dlaczego to również irytowało Ezrę. 

Wcześniej zgadywał, że Pawnee jest zbyt szczupła, ale nie mógł tego stwier-

dzić na pewno, gdyż zawsze nosiła luźne swetry i za duże dżinsy. Tego wieczoru 

ubrana była w obcisłą czarną sukienkę i żakiet, który chyba pożyczyła od Sam. 

Ezra przekonał się, że rzeczywiście jest bardzo szczupła, ale, o dziwo, ciało miała 

bardzo kształtne, zaokrąglone we wszystkich właściwych miejscach. 

Pawnee poruszyła się niespokojnie i znów skrzyżowała nogi, gdy Ezra za-

trzymał wzrok na jej udach wyłaniających się spod zbyt krótkiej sukienki. Na 

pewno myślał, że ten strój jest dla niej nieodpowiedni, i miał rację. Pawnee jednak 

zostawiła sobie tylko letnie ubrania, a resztę oddała rodzicom, Sam bowiem obie-

cała zaopatrzyć ją we wszystko, co okaże się niezbędne na pozostałe dwa dni w 

Toronto. 

Poprzedniego dnia odwiedziły razem sąsiadkę Sam, Marie, modelkę będącą 

posiadaczką wielkiej szafy. Marie miała wszystkie ubrania w trzech rozmiarach, bo 

jej waga wciąż się wahała. Wyciągnęła kilka ciuchów, przeważnie wściekle eks-

trawaganckich. Pawnee wybrała tę właśnie czarną sukienkę, sądząc, że jest ona w 

rzeczywistości dłuższa. Gdy odkryła pomyłkę, było już za późno, by prosić Marie o 

znalezienie czegoś innego. 

Pawnee wychowała się na farmie i nigdy zbyt wiele nie zastanawiała się nad 

własną garderobą. Spódnicę nakładała tylko wtedy, gdy szła na rozmowę do banku 

R  S

background image

ojca Po bankructwie fermy pracowała przeważnie jako kelnerka w restauracjach, w 

których kobietom wolno było nosić spodnie, i tak właśnie wyglądał zestaw ubrań, 

które zamierzała zabrać ze sobą do Samirabii: bawełniane spodnie i luźne koszulki. 

Źle się czuła w śliskich rajstopach i w sukience, którą przy każdym ruchu trzeba 

było obciągać. Musiała wyjść do toalety, to jednak oznaczało konieczność przejścia 

przez całą restaurację i nie miała odwagi zrobić tego samotnie. 

W końcu Sam podniosła torebkę i spojrzała pytająco na swoją nową szwa-

gierkę. Pawnee wstała z ulgą i razem wyszły na korytarz. 

- Boże, ta kiecka jest taka obcisła! - zawołała zaraz za progiem toalety, za-

trzymując się przed wielkim lustrem. Sukienka miała również duży dekolt, który 

jednak dało się zasłonić żakietem. - Nie sądzisz, że jest na mnie za mała? 

- Naprawdę tak myślisz? - zapytała Sam ze zdziwieniem. - Wyglądasz wspa-

niale. Niewygodnie ci w niej? 

- Jest za krótka! 

Sam zaśmiała się i stanęła obok Pawnee. Była o kilka centymetrów wyższa i 

brzeg jej sukienki również znajdował się o pięć centymetrów wyżej, co oznaczało, 

że ich sukienki miały mniej więcej tę samą długość. Pawnee spojrzała na podwójne 

odbicie i również się roześmiała. 

- Chyba nigdy nie miałam okazji przywyknąć do miejskiej mody - wymamro-

tała. - Naprawdę dobrze wyglądam? 

- Wyglądasz jak modelka. Przypominasz mi Marie w szczytowej formie, tylko 

że ty jesteś pełniejsza. Marie czasami podobna jest do szkieletu. Ty wyglądasz po 

prostu elegancko. 

Pawnee spojrzała aa swe odbicie świeżym okiem. 

- Nikt mi tego wcześniej nie mówił. Twój brat na pewno uważa, że ta sukien-

ka jest za krótka. 

- Teraz jesteś jego żoną. Może nie podobają mu się spojrzenia innych męż-

czyzn. 

R  S

background image

Z niewiadomego powodu policzki Pawnee pokryły się czerwienią. 

- Nikt na mnie nie patrzy! - zaprotestowała. - A gdyby nawet, to co Ezra 

mógłby mieć przeciwko temu? 

Sam z uśmiechem wzruszyła ramionami. 

- Ty mi to powiedz. 

Ezra i Pawnee zostawili Sam i Bena w restauracji i wrócili do domu. Oby-

dwoje mieli ochotę zaprosić ich do siebie, wiedzieli jednak, że nie miałoby to żad-

nego sensu. Następnego dnia mieli zbyt wiele do zrobienia, by zarywać noc. 

Padał gęsty śnieg. Ezra prowadził samochód, który firma wypożyczyła mu na 

czas pobytu w Toronto. 

- Mam nadzieję, że to nie potrwa długo - mruknął, włączając wycieraczki. 

- Tegoroczna zima była śnieżna - odrzekła Pawnee. 

To były jedyne słowa, jakie wymienili przez całą drogę do mieszkania Sam. 

Pawnee miała na nogach lekkie szpilki. Gdy Ezra zatrzymał samochód, na 

parkingu leżało już dziesięć centymetrów śniegu. 

- Boże, czemu włożyłam dziś szpilki - jęknęła, spoglądając na swoje nogi. 

- Lepiej cię zaniosę, bo zupełnie zniszczysz sobie buty - odparł Ezra, zanim 

zdążył pomyśleć. 

Podszedł do drzwi od jej strony. Pawnee zarzuciła mu ręce na szyję. Jej udo, 

przysłonięte tylko cienkim nylonem rajstop, oparło się na ramieniu Ezry. Była lek-

ka, a on silny. Gdyby w tej chwili chciał ją pocałować, nie mogłaby stawiać oporu. 

Gdy ta myśl przemknęła mu przez głowę, poczuł, że robi mu się gorąco. Za-

raz za drzwiami budynku postawił ją na podłodze, ale jego dłoń zaplątała się w tka-

ninę sukienki i podciągnęła ją wysoko do góry. Niepewnie mamrocząc przeprosiny, 

wyjął klucze i otworzył wewnętrzne drzwi. Pawnee obciągnęła sukienkę, nie pa-

trząc na niego. 

Winda jeszcze nigdy nie wydawała mu się tak ciasna ani tak powolna. Paw-

nee wpatrywała się w podłogę, bawiąc się kosmykiem włosów. Po raz pierwszy w 

R  S

background image

życiu Ezra zrozumiał, dlaczego mężczyźni całują kobiece dłonie. 

Po otwarciu drzwi mieszkania odezwał się alarm. Pawnee pierwsza weszła do 

holu i wystukała numer kodu na klawiaturze. Ezra powiesił kurtkę i pomógł jej 

zdjąć płaszcz. Hol również wydawał się zbyt ciasny. Przez niemożliwie długą 

chwilę stali bez ruchu obok wieszaka, patrząc na siebie. 

W końcu Pawnee odwróciła głowę i wyszeptała: 

- Dobranoc. 

Ezra poczuł nieprzepartą ochotę, by jej dotknąć, powstrzymał jednak dłoń i 

pozwolił jej odejść. Drzwi sypialni zamknęły się cicho. 

Gdy Pawnee się obudziła, pokój wypełniał blask. Natychmiast zrozumiała, co 

to oznacza, i podbiegła do okna. Cały świat był biały. Nocą spadło prawie pół me-

tra śniegu i z nieba wciąż sypały się białe płatki. 

Upewniła się, że łazienka jest pusta, pochwyciła ubranie i na palcach wsunęła 

się do środka. Przechodząc obok salonu, usłyszała dźwięk telewizora. A więc Ezra 

również już wstał. 

Gdy wyszła z łazienki, w mieszkaniu roznosił się zapach kawy. 

- Cześć - powiedziała, stając w drzwiach salonu. 

Ezra, ubrany w niebieskie dżinsy i takąż koszulę, siedział na sofie z telefonem 

w jednym ręku i pilotem od telewizora w drugim. Przed nim stał kubek z kawą. 

Telewizor był ściszony. Podawano akurat prognozę pogody. Zegar w rogu ekranu 

wskazywał za dwie minuty ósmą. 

Ezra skinął jej głową i zaczął mówić do słuchawki. Pawnee słyszała jego głos 

z kuchni, gdzie weszła, żeby nalać sobie kawy. 

- Ted? Tu Ez. Słuchałeś tego? Tak, tak, tak. Nie. Nie, wiem tylko tyle, ile po-

wiedzieli w wiadomościach. Nie mogę o tej porze budzić Norma. - Ezra umilkł. 

Niepokój w jego głosie wzbudził czujność Pawnee. Chyba opóźnienie wylotu o 

dzień czy dwa nie mogło go do tego stopnia wytrącić z równowagi? 

- Nie wiem, Ted, ale, moim zdaniem, nie wygląda to dobrze. Tak, mnie się też 

R  S

background image

tak wydaje. Poczekaj. 

Na ekranie pojawiła się czołówka porannych wiadomości. Ezra nastawił gło-

śniej telewizor. 

- Dzień dobry. Oto poranne wiadomości - rzekł spiker.   

Ezra patrzył w ekran jak zahipnotyzowany. Dopiero teraz Pawnee przyszło do 

głowy, że chyba chodzi o coś poważniejszego niż tylko opóźnienie się odlotu. 

- Wczoraj późnym wieczorem rebelianci islamscy z ugrupowania hezbudinów 

zaatakowali i zdobyli pałac oraz budynki rządowe w stolicy Samirabii. Według nie 

potwierdzonych jeszcze doniesień, bunt mógł zakończyć się przejęciem władzy. 

Premier rządu kończy dzisiaj wizytę w... 

Ezra wyłączył dźwięk i znów zaczął coś mówić do słuchawki. Pawnee sie-

działa jak ogłuszona, wpatrując się znieruchomiałym wzrokiem w telewizor. Po 

chwili obróciła głowę i spojrzała na Ezrę. Był jej zupełnie obcy. Wyszła za niego 

niecałe dwadzieścia cztery godziny temu i oto teraz się okazało, że to małżeństwo 

nie było jej do niczego potrzebne. Obiecała mu jednak, że... co ona właściwie 

obiecała? 

 

R  S

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Jeszcze nigdy w życiu Pawnee nie robiła tak niewiele, gdy wokół niej działo 

się tak wiele. Samirabią wstrząsała rewolucja, projekt budowy meczetu został anu-

lowany, a ona mogła jedynie siedzieć na kanapie przed telewizorem w salonie Sam 

i godzina po godzinie słuchać wciąż tych samych wiadomości na kanałach infor-

macyjnych. Nie mogła nawet pojechać do domu, do rodziców, którzy, rzecz jasna, 

spodziewali się, że pozostanie u boku męża. 

Przez dwa dni właściwie nikt nic nie wiedział. Wszystkie serwisy informa-

cyjne powtarzały w kółko tę samą wiadomość: coś się stało, i nadal się dzieje, w 

Samirabii. 

„Jak dotychczas, nie mamy żadnych wiadomości o Cree Walker, młodej ka-

nadyjskiej zakładniczce przetrzymywanej przez ugrupowanie, które dokonało za-

machu stanu", obwieścił spiker po raz piętnasty tego dnia. Pawnee w przypływie 

złości wyłączyła telewizor i poszła do kuchni, by nalać sobie kawy. Coraz bardziej 

przyzwyczajała się do niewielkiego mieszkania Sam. Było przytulne. Może po 

stracie farmy popełniła błąd. Może trzeba było osiąść gdzieś na stałe i urządzić so-

bie podobny dom. Już niemal od dwóch lat wiodła koczownicze życie, pracując to 

w tym, to w tamtym hotelu. W lecie przenosiła się na wieś, a w zimie do ośrodków 

narciarskich. Chyba czas już nadszedł, by podjąć pewne decyzje. 

Nie chciała myśleć o tym, że teraz w swych decyzjach musi brać pod uwagę 

Ezrę. Desperacja skłoniła ją do złożenia niedorzecznych obietnic. Zastanawiała się, 

co zrobi, jeśli Ezra zażąda od niej dotrzymania słowa. Była pewna, że przyrzecze-

nia złożone w tak wielkim stresie nie mogą być prawnie wiążące. 

Zadzwonił telefon. Pawnee omal nie wypuściła z rąk dzbanka z kawą. Pobie-

gła do salonu i podniosła słuchawkę. 

- Cześć. To ja, Ez. 

Po tonie głosu Ezry Pawnee poznała, że ma jakieś nowiny. Zacisnęła mocno 

R  S

background image

palce na słuchawce. 

- Ezro, co się stało? 

- Mam dobre wiadomości. Siedzisz czy stoisz?   

Pawnee poczuła, że kolana uginają się pod nią. 

- Siedzę - szepnęła, opadając na kanapę. 

- Cree najprawdopodobniej jest wolna. Samolot Polygonu ma ją przywieźć 

razem z naszą ekipą, która przygotowywała inwestycję. Podobno samolot już wyle-

ciał i jest w drodze do Emiratów, ale potwierdzenie uzyskamy dopiero wtedy, gdy 

wylądują. 

Pawnee poczuła, że po jej policzkach spływają strumienie łez. Płakała po raz 

pierwszy od chwili, gdy usłyszała, że Cree została zakładniczką. 

- Bogu dzięki! Och, Ezro, Bogu dzięki! Och, to wspaniale, to cudownie! 

- Polygon przez cały czas starał się wydostać stamtąd swoich pracowników. 

Zdaje się, że Cree przywieziono na lotnisko i tam uwolniono. Nasz samolot czekał 

akurat na start i pilot zgodził się ją zabrać. Jeszcze nie przekazano tej wiadomości 

mediom. 

Pawnee szlochała tak gwałtownie, że nie była w stanie mówić. 

- Och, podziękuj pilotowi, kiedy go zobaczysz! Podziękuj im wszystkim ode 

mnie! Ezro, czy mogę zadzwonić do rodziców? 

- Może lepiej poczekać, aż usłyszymy pierwsze wiadomości od pilota? Gdy 

opuści przestrzeń powietrzną Samirabii, dowiemy się na pewno, co się właściwie 

zdarzyło. Wiesz, jak to bywa, Pawnee, może się jeszcze okazać, że to wszystko... - 

zamilkł i dokończył: h Nic jeszcze nie jest pewne. 

- Rozumiem. Chyba masz rację. Tak będzie najlepiej. Zadzwonisz do mnie, 

kiedy uzyskasz potwierdzenie? Chciałabym powiedzieć o tym rodzicom sama, za-

nim usłyszą wiadomości w telewizji. 

- Obiecuję ci to, Pawnee - rzekł Ezra łagodnie.   

Następne godziny ciągnęły się nieznośnie. Pawnee jeszcze nigdy w życiu nie 

R  S

background image

czuła się tak bezużyteczna. Mogła tylko chodzić w kółko po mieszkaniu i czekać. 

Sam przyjechała, by dotrzymać jej towarzystwa; oczywiście Ezra zadzwonił do 

siostry i podzielił się z nią nowinami. Obydwie kobiety siedziały razem przed tele-

wizorem, na przemian pocieszając się, że wiadomości Ezry okazują się prawdziwe, 

i martwiąc, że ktoś coś przekręcił. 

W końcu pilot Polygonu połączył się z kontrolerami ruchu na niezależnym 

terytorium i Ezra zadzwonił z potwierdzeniem swoich nowin. Cree była wolna i 

znajdowała się na pokładzie samolotu, który leciał do Rijadu. 

- Oczywiście kontrola lotów w Arabii Saudyjskiej przekazała już wiadomość 

mediom - powiedział Ezra - więc odkładam słuchawkę, żebyś zdążyła zadzwonić 

do rodziców. 

Pawnee znów wybuchnęła płaczem i w końcu to Sam musiała przekazać no-

winy państwu Walker. W dwie minuty później dwa kanały, Newsworld i CCN, 

jednocześnie podały wiadomość o uwolnieniu zakładniczki, a wszystkie pozostałe 

stacje wyświetlały ją w formie napisu na dole ekranu. 

- Cree Walker, zakładniczka przetrzymywana od czterech miesięcy przez sa-

mirabskich rebeliantów, jest już wolna - rzekła spikerka z zadowoleniem w głosie. - 

Otrzymaliśmy wiadomość, że znajduje się na pokładzie wojskowego samolotu Ka-

nadyjskich Sił Powietrznych, który za około trzy godziny ma wylądować w Istam-

bule. 

Sam i Pawnee uścisnęły się, na przemian śmiejąc się głośno i płacząc. 

- Popatrz, jak to jest - powiedziała Sam, ocierając oczy. 

- Zawsze wierzy się dokładnie w to, co podają w wiadomościach, a tymcza-

sem sama widzisz, jak oni wszystko przekręcają. 

- Wszystko mi jedno. Dla mnie Cree może nawet lecieć zeppelinem do Rey-

kjaviku, byle tylko wydostała się z Samirabii - odparła Pawnee i obie dziewczyny 

znów wybuchnęły niepohamowanym śmiechem. 

Barney McNab, szef CCN, czyli Kanadyjskich Wiadomości Kablowych, wy-

R  S

background image

słał do Rijadu po Cree odrzutowiec swojej firmy. Na pokładzie samolotu znalazła 

się jedna z czołowych reporterek jego sieci, która akurat przebywała w Londynie, 

oraz grupa ratowników brytyjskich i oczywiście ekipa telewizyjna. 

Następną rzeczą, jaką usłyszał świat, był wywiad z podnieconą, szczęśliwą 

Cree przeprowadzony dla CCN na pokładzie samolotu i przekazany drogą sateli-

tarną. Dziewczyna nie doznała żadnej krzywdy. Nie przetrzymywano jej w od-

osobnieniu ani też nigdy nie była poważnie chora. 

Zanim Ezra wrócił do domu, Pawnee i jej rodzice dzięki uprzejmości CCN 

zdążyli już porozmawiać z Cree prywatnie za pośrednictwem łącz telefonicznych 

znajdujących się na pokładzie samolotu i upewnić się, że dziewczyna naprawdę 

czuje się dobrze. 

Pawnee po raz dziesiąty oglądała te same wiadomości, gdy usłyszała zgrzyt 

klucza w zamku. Pobiegła do holu i bez zastanowienia rzuciła się w ramiona Ezry. 

- Och, Ezro, czy to nie cudowne? Och, jakie to szczęście, że był tam samolot 

twojej firmy! Powiedziałeś im, jaka jestem szczęśliwa? 

- Wspaniałe wiadomości - zgodził się Ezra, otaczając ją mocno ramionami. 

- Ależ jesteś zimny! - zdumiała się.   

Ezra puścił ją i zdjął kurtkę. 

- Sam już poszła? 

- Tak. Zaczęła coś pisać na komputerze Bena, więc poszła to skończyć. Masz 

ochotę na kawę albo na piwo? 

- Owszem, chętnie napiję się piwa - odrzekł Ezra, zacierając ręce. Poszedł do 

salonu i usiadł przed telewizorem, gdzie znów pokazywano rozmowę z Cree. 

- Patrząc na twoją siostrę, można by pomyśleć, że wraca z wyprawy dokoła 

świata, a nie z niewoli - zauważył. 

- Wiem, wiem. Chyba rzeczywiście nic złego jej nie zrobili. Kiedy z nią roz-

mawiałam, jej głos brzmiał tak jak zwykle! Och, Ezro, tak bardzo dziękuję ci za 

wszystko! - zawołała, podając mu piwo. 

R  S

background image

- Ja niczego nie zrobiłem - uśmiechnął się. - Wszystko ułożyłoby się tak sa-

mo, gdybyśmy się w ogóle nie spotkali. Pilot, który podejmował decyzję, nie wie-

dział, że jesteś moją żoną. 

Podjął ją ze zwykłych ludzkich pobudek. Oczywiście musiał złamać kilka 

przepisów. Cree nie ma żadnych dokumentów, wizy wyjazdowej ani niczego ta-

kiego. Kto inny może wolałby się asekurować i zostawiłby ją na lotnisku. 

- Ten pilot powinien dostać Order Kanadyjski. 

Ezra uśmiechnął się do niej szeroko. Podobało mu się to, że Pawnee tak bar-

dzo kocha swoją siostrę i potrafi to okazywać. Byłaby dobrą matką. I żoną, o ile 

poślubiłaby kochanego przez siebie mężczyznę. Była lojalna. Wybrany, przez nią 

mężczyzna nigdy nie musiałby się martwić... Ezra zabronił sobie o tym myśleć. 

Czas na refleksję przyszedł później, gdy jedli przygotowaną przez Pawnee 

kolację. 

- Czy kontrakt na budowę meczetu został definitywnie anulowany? - zapytała 

dziewczyna. 

- Tak. - Ezra skinął głową. - Zaczęli już przydzielać nam nowe zadania. 

- I co my teraz zrobimy? 

Ezra właśnie delektował się nie znaną mu dotychczas kombinacją warzyw. 

Pawnee miała rację: rzeczywiście była bardzo dobrą kucharką. 

- Nie wiem - przyznał niechętnie. Nie miał ochoty rozmawiać na ten temat, 

choć sam nie wiedział, dlaczego. Trzeba było jednak wymyślić jakieś wyjście z sy-

tuacji. Im szybciej, tym lepiej. 

- Czy to nie dziwne? Gdybyśmy zaczekali jeszcze tylko jeden dzień... gdy-

byśmy brali ślub w ratuszu, to musielibyśmy zaczekać do poniedziałku! Ale po-

zwoliliśmy, żeby Miranda wszystkim się zajęła, i w rezultacie wzięliśmy ślub o je-

den dzień za wcześnie, zanim się okazało, że nie był on nam do niczego potrzebny. 

Co za dziwny przypadek! 

Ezra z niewiadomych powodów poczuł się zirytowany. 

R  S

background image

- Miranda mówi, że przypadki nie istnieją.   

Pawnee chyba go nie usłyszała. 

- Ezro, co my teraz zrobimy? 

- Na razie nie martwmy się o nic. Poczekajmy, aż twoja siostra wróci do do-

mu. 

- Ale lepiej od razu wymyślić jakąś historyjkę. Może powiesz swojemu sze-

fowi, że odwołaliśmy ślub? 

Teraz wreszcie Ezra pojął, dlaczego ten temat wzbudzał w nim taką niechęć. 

- Powiedziałem mu już o ślubie. Koledzy robią składkę na prezent. 

- Och, nie! - zawołała Pawnee z przerażeniem, odkładając widelec.   

Ezra nie mógł zrozumieć, dlaczego robi z tego taki dramat. 

- Nie sądzisz, że to miło z ich strony? - zapytał cierpko. 

- Ale... Ezro, jak im to wyjaśnisz? 

- Co mam im wyjaśniać? 

- Przecież wkrótce wyślą cię w jakieś inne miejsce i będą się spodziewali, 

że... 

Przez chwilę przy stole panowała naładowana napięciem cisza. 

- Zdaje się, że już podjęłaś decyzję, tak? - zapytał wreszcie Ezra dziwnie 

spokojnym głosem. 

- Na litość boską, chyba nie myślisz, że... 

- Masz wszystko, czego chciałaś, więc możesz odwołać swoje obietnice, jeśli 

dobrze cię rozumiem? 

Pawnee wpatrywała się w niego, zdumiona. Nigdy jeszcze nie widziała go w 

takim stanie. Zwykle był bardzo łagodny, ale teraz wydawało się, jakby jego osoba 

wypełniała cały pokój. 

- A czego się spodziewałeś? 

- Spodziewałem się, że zastanowisz się odrobinę dłużej, zanim zostawisz 

mnie z całym tym bałaganem na głowie - odrzekł. 

R  S

background image

- Jakim bałaganem? Co się stało? - zapytała zaskoczona. Nigdy w życiu nie 

przyszłoby jej do głowy, że on będzie oczekiwał od niej, by... - Przecież powie-

działeś, że wkrótce wyjedziesz! Nie mogę tak po prostu pojechać z tobą. 

- To znaczy, że nie chcesz. 

Zupełnie nie to miała na myśli. Poczuła, że ogarnia ją gniew. 

- Uważam, że jesteś wielkim egoistą, skoro się spodziewasz, że w tej sytuacji 

nadal będę grała rolę twojej żony! Mam zawiesić swoje życie na kołku i pojechać z 

tobą do jakiejś zabitej dechami dziury, gdzie ty będziesz budował most? I dlacze-

go? Tylko po to, żeby ocalić cię przed docinkami kolegów? 

- Tego nie powiedziałem! - wykrzyknął Ezra. 

- Ale to przecież miałeś na myśli! Fakt, że moje życie zupełnie wypadło z to-

rów i chciałabym je poukładać na nowo, jest dla ciebie niczym w porównaniu z 

tym, iż jeśli się teraz rozstaniemy, to ludzie pomyślą, że źle nam poszło w łóżku w 

noc poślubną! 

- Dobrze wiesz, że pomyślą, nie tylko to. 

- A co jeszcze mogą pomyśleć? Że jesteś impotentem, dewiantem albo zbo-

czeńcem? Jaki może być gorszy cios dla mężczyzny? Że jesteś potworem seksual-

nym? 

- Równie dobrze mogą uznać, że to ty jesteś oziębła - odrzekł Ezra. Pawnee 

była wstrząśnięta chłodem w jego głosie. - Albo że wmanipulowałaś mnie w mał-

żeństwo tylko po to, by znaleźć się bliżej siostry. - Albo - zamilkł na chwilę i do-

kończył cicho i powoli - mogą uznać, że nadużyłem zaufania firmy, godząc się na 

oszustwo, które mogłoby narazić Polygon na poważne kłopoty, gdyby informacja o 

nim przedostała się na zewnątrz. 

Pawnee była rozsądną osobą, ale ton głosu Ezry po prostu ją rozwścieczył. 

- Och, nie gadaj bzdur! - wybuchnęła. 

- Rozumiem - pokiwał głową. - Nasza umowa od początku była jednostronna. 

Ani przez chwilę nie miałaś zamiaru dotrzymać słowa. Chciałaś zniknąć, gdy tylko 

R  S

background image

rozstrzygnie się los twojej siostry, niezależnie od tego, co by to oznaczało dla mnie. 

Opracowałaś piękny plan manipulacji i od początku miałaś zamiar jedynie mnie 

wykorzystać. 

- To nie było tak! 

- Czy choć przez chwilę zamierzałaś dotrzymać przyrzeczenia?   

Pod ciężarem oskarżycielskiego spojrzenia Ezry Pawnee nie była w stanie 

wydusić z siebie ani słowa. 

- Odpowiedz! - ponaglił ją. 

- Nie miałam zamiaru zostawić cię w taki sposób, jak przypuszczasz! 

Ezra odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął głośnym, niepowstrzymanym śmie-

chem. 

- Ale chciałaś złamać słowo.   

Pawnee znów nie odpowiedziała. 

- Przyznaj się wreszcie, Pawnee! Powiedz prawdę! - zawołał Ezra niecierpli-

wie. Czuł się upokorzony. Przypuszczał, że Pawnee miała jakiś plan, ale zaufał jej 

obietnicy; wierzył, że dziewczyna dotrzyma słowa. - Nie jesteś przecież tchórzem! 

Powiedz, co tak naprawdę zamierzałaś zrobić? 

W końcu wyznała mu swoją tajemnicę, choć wcześniej nie miała zamiaru z 

nikim się nią dzielić. 

- Nie chciałam cię tak po prostu opuścić, Ezro. Skoro już musisz to wiedzieć, 

to chciałam... chciałam zaproponować im wymianę. Siebie za Cree. 

Po tych słowach nastąpiła zupełna cisza. Ezra patrzył na nią z niedowierza-

niem, owładnięty skłębionymi, sprzecznymi emocjami. 

- A jak właściwie chciałaś to przeprowadzić? - wyjąkał po długiej chwili. 

- Miałam... Znałam hasło rebeliantów. Pewnego dnia wymknęło się komuś 

podczas rozmowy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Wiedziałam, jak się z 

nimi potajemnie skontaktować. 

- I ty naprawdę... - Ezra był za bardzo zły, żeby mówić dalej.   

R  S

background image

Wziął głęboki oddech, odłożył widelec i nóż i ścisnął dłońmi skronie, a potem 

wymamrotał stek przekleństw, które zdumiały Pawnee. 

- Mógłbym cię udusić - rzekł wreszcie swobodnym tonem.   

Pawnee nie obawiała się z jego strony fizycznej agresji, wyczuwała w nim 

jednak głęboki gniew. 

- Ale nie rozumiem, dlaczego. Co to ma wspólnego z tobą?   

Ezra zacisnął zęby i odwrócił głowę. 

- Co to ma wspólnego ze mną? - powtórzył z niedowierzaniem. 

Niespodziewanie obydwoje zaczęli krzyczeć. Spokojna wymiana zdań z 

chwili na chwilę przerodziła się w prawdziwą awanturę. Poczucie winy wzbudziło 

w Pawnee reakcję obronną, Ezra zaś, choć najbardziej ze wszystkiego przeraziła go 

myśl o tym, w jakie niebezpieczeństwo Pawnee chciała się dobrowolnie wpakować, 

zmieszał ją z błotem za zamiar niedotrzymania warunków umowy. Nie oszczędzili 

sobie wzajemnych ocen charakteru, moralności, pochodzenia i motywów. Oby-

dwoje byli przy tym zdumieni potęgą własnego gniewu i ślepi na siłę, która ów 

gniew napędzała. 

- Dobrze, możesz dostać rozwód! - wrzasnął w końcu Ezra. - Nie zabrałbym 

cię ze sobą nawet do sklepu spożywczego, a cóż dopiero do obcego kraju, gdzie 

każdej nocy byłbym skazany na zapewniane przez ciebie rozrywki! 

- Zawsze wiedziałam, że widzisz kobiety tylko w takim świetle! - odparowała 

Pawnee. - Nie jestem dostarczycielką rozrywki! 

- Nie musisz mi tego mówić, sam wiem! Wolałbym po raz setny oglądać to 

cholerne „Przeminęło z wiatrem", niż liczyć na dobrą zabawę w twoim towarzy-

stwie! 

- W gruncie rzeczy - odparła słodko Pawnee - najbardziej odpowiadałaby ci 

któraś z głupich, ale biuściastych blondynek Mirandy. Dziwię się, że jeszcze ci tu 

żadnej nie przyprowadziła. 

- Nie pozwoliłem jej na to, bo byłem zajęty odgrywaniem przed tobą roli ry-

R  S

background image

cerza na białym koniu! - wybuchnął Ezra. - Po raz drugi na pewno nie popełnię te-

go samego błędu! 

- Biedactwo! Teraz nie masz nikogo, kto mógłby cię pocieszyć bezmyślnym 

szczebiotem podczas upalnych nocy. Tak mi przykro! Idź do Mirandy i powiedz 

jej, że jestem zbyt inteligentna jak na twoje potrzeby. Może zdąży ci jeszcze kogoś 

załatwić przed wyjazdem! 

Ezra zatrzymał na niej wzrok. 

- Nie jesteś zbyt inteligentna, Pawnee - rzekł tonem, od którego przeszył ją 

dreszcz. - Po prostu brakuje ci sumienia. I nie musisz się martwić o to, że zaciągnę 

cię na siłę do jakiejś dziury na końcu świata po to, żeby ocalić swoją reputację. 

Najgorsze było to, że gdy kłótnia się skończyła, żadne z nich nie miało dokąd 

odejść. Musieli korzystać z tej samej łazienki, wymijając się w kamiennym milcze-

niu. Musieli położyć się spać w odległości kilku metrów od siebie, dobrze wiedząc, 

że nie uda im się zasnąć. Każde z nich przewracało się na łóżku i słyszało, jak to 

drugie robi to samo za ścianą. 

Obydwoje żałowali wypowiedzianych słów, ale nie mogli wśliznąć się do 

łóżka tej drugiej osoby i w ciemnościach wyszeptać słowa „przepraszam". 

- Cześć, Ez! - zawołał Norman, wchodząc do swojego gabinetu.   

Usiadł w wielkim, wyściełanym czarną skórą fotelu i rzucił na biurko karto-

nową teczkę. Ezra pojawił się tu zaledwie chwilę wcześniej, ale nawet to minutowe 

oczekiwanie nie było przyjemne. Nie miał pojęcia, jak wyjaśnić swoją sytuację 

osobistą. Czoło miał spocone. 

- Norm... - zaczął niepewnie. 

- Wspaniałe wiadomości na temat twojej szwagierki! Żałuję, że sam nie będę 

mógł pojechać na lotnisko, żeby zobaczyć jej powrót. Zanosi się na wielką imprezę. 

CCN stawia wszystkim szampana. 

- Wiedzą, jak sobie zrobić reklamę - zgodził się Ezra sucho. 

- Twoja żona na pewno już pojechała na lotnisko? A ty nie wybrałeś się tam 

R  S

background image

razem z nią? 

Ezra tylko potrząsnął głową. 

- Domyślam się, że słyszałeś różne plotki i chciałeś się jak najszybciej do-

wiedzieć, co się właściwie dzieje. Nie winię cię za to, chociaż mogłeś zostawić to 

mnie. - Ezra spojrzał na Normana ze zdumieniem, ten zaś ciągnął: - Owszem, to 

prawda. Na szczęście nic poważnego, tylko złamana noga. Nie powinno być żad-

nych komplikacji, ale to wystarczy, żeby na jakiś czas wyłączyć go z pracy. 

Ezra uśmiechnął się bezradnie. 

- Norm, nie mam pojęcia, o czym mówisz. 

Jego przełożony ze zdziwieniem podniósł głowę znad papierów. 

- Myślałem, że wiesz już o wypadku Gerry'ego i dlatego tu przyjechałeś! 

- Nic nie wiem! Gerry miał wypadek? Przykro mi to słyszeć. Co się stało? 

Norm zawahał się, pocierając twarz. 

- No cóż... Tego właśnie nie jesteśmy pewni. Wiesz, że na Kaha Akua pano-

wała pewna wrogość wobec projektu budowy hotelu. Ger jest prawie pewny, że to 

był zwykły wypadek, ale nie możemy wykluczyć sabotażu. Może wolałbyś się nad 

tym przez jakiś czas zastanowić, bo to by, oczywiście, oznaczało, że zabierzesz 

żonę ze sobą. 

Ezra wpatrywał się w szefa nieruchomo. 

- O czym ty mówisz, Norm? - zapytał powoli. 

- Mówię, że jesteśmy gotowi awansować cię na szefa projektu i wysłać na 

Hawaje na miejsce Gerry'ego. Chyba nie powinienem ci o tym wspominać, ale po-

przednio nie pojechałeś tylko dlatego, że byłeś kawalerem. Ze względu na proble-

my z miejscową ludnością obiecałem właścicielowi, że wyślemy kogoś z ustabili-

zowaną sytuacją osobistą, czyli żonatego mężczyznę, który zabierze żonę ze sobą. 

Hawajskie kobiety stanowią wielką pokusę dla mężczyzn i dlatego musi tam być 

ktoś, kto będzie potrafił trochę utemperować pracowników. - Norm zamilkł i potarł 

nos. - Oczywiście nie mogłem ci tego powiedzieć wcześniej, bo zacząłbyś szukać 

R  S

background image

żony na siłę, ale właśnie z tego powodu przeszło ci już koło nosa kilka wyjazdów, 

na które miałeś ochotę. A teraz, kiedy już masz żonę, możesz uważać się za szefa 

realizacji projektu na Hawajach. Oczywiście, o ile się zgodzisz! 

Zaśmiał się cicho na widok twarzy Ezry, na której zdumienie mieszało się z 

przerażeniem. 

- Idź do domu i porozmawiaj z żoną. Możliwe, że pomysł spędzenia, pół-

rocznego miesiąca miodowego na Wyspie Duchów nie przypadnie jej do gustu - 

dokończył i roześmiał się, jakby powiedział świetny dowcip. 

 

R  S

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Śnieżyca w Peterborough w ciągu nocy zmieniła się w zawieję i nawet sam 

Barney McNab nie potrafił sprawić, by limuzyna sieci CCN przedarła się przez za-

spy do rodziców Cree. 

- Prawdę mówiąc, nie jesteśmy tym szczególnie zmartwieni - oznajmiła Chris 

Walker swojej córce przez telefon o szóstej rano, gdy już wiadomo było na pewno, 

że w żaden sposób nie uda im się dotrzeć nawet do stacji kolejowej. - Ani ojciec, 

ani ja nie mamy ochoty na ten spektakl przed kamerami. Wolimy zaczekać na Cree 

tutaj i porozmawiać z nią sam na sam. Ty jedź, Pawnee. 

Tak oto Pawnee stała się jedyną reprezentantką rodziny na lotnisku. Kilka na-

stępnych godzin przeżyła jak we śnie. Pozwolono jej przywitać się z Cree sam na 

sam w kabinie na pokładzie samolotu CCN. Spędziły prawie godzinę, ściskając się 

i płacząc. Potem do akcji wkroczyły kamery telewizyjne. 

Z całego dnia Pawnee zapamiętała właściwie tylko to, co obejrzała w telewi-

zyjnych powtórkach. Pojawiła się na szczycie schodków w drzwiach samolotu, tuż 

za plecami siostry. Cree uśmiechała się od ucha do ucha i wymachiwała rękami jak 

szalona. Potem była jazda limuzyną z Cree i słynnym reporterem CCN, przybycie 

na wypełniony po brzegi stadion w centrum miasta, dum, który wiwatował, jakby 

chciał ogłuszyć radością cały świat, przemowy i łzy... aż w końcu Cree oznajmiła 

stanowczo: 

- Teraz jadę z moją siostrą do domu. Chcę w końcu poczuć się normalnie. 

Nakręcono już dość materiału i CCN zgodziły się spełnić życzenie Cree. 

Obydwie kobiety odjechały potajemnie nie rzucającym się w oczy samochodem, 

podczas gdy kilka limuzyn ostentacyjnie udało się w przeciwnym kierunku, by od-

ciągnąć samochody dziennikarzy. Tylko CCN znały adres sióstr i nie miały zamiaru 

nikomu go zdradzać. 

W końcu, na tylnym siedzeniu trzyletniego forda kombi, Pawnee znowu po-

R  S

background image

czuła się sobą i przypomniała sobie, że ma równie wiele do opowiadania jak Cree. 

- Boże, ty schudłaś bardziej niż ja! - wykrzyknęła Cree, gdy Pawnee zdjęła 

płaszcz i powiesiła go w szafie Sam. W obecnej sytuacji wydawało się niedorzecz-

ne, że wciąż mieszka z Ezrą w mieszkaniu jego siostry, ale ze względu na śnieżycę 

w Peterborough nie miała się dokąd wynieść, Sam zaś nalegała, by Pawnee przy-

wiozła siostrę tutaj. 

- No tak, bardzo się o ciebie martwiliśmy - odrzekła Pawnee po prostu. - Ja-

koś nie było czasu na jedzenie, chociaż właściwie jedyne, co mogliśmy zrobić, to 

wydzwaniać co pięć minut do Ottawy. 

- A co to takiego? - wykrzyknęła Cree, podnosząc dłoń siostry do oczu. Paw-

nee mogła ściągnąć obrączkę razem z rękawiczkami, ale zupełnie o tym zapomnia-

ła. - Czyżby to była ślubna obrączka? Wyszłaś za mąż? Rany boskie, za kogo? 

No cóż, trzeba to było wyjaśnić. 

Cree wyczuła wahanie siostry i uważnie się jej przyjrzała. 

- Hm... no tak, muszę ci o tym opowiedzieć - zaczęła Pawnee niepewnie, 

prowadząc siostrę do salonu. - Na pewno uznasz, że to zupełnie niedorzeczne, więc 

spróbuj po prostu wysłuchać wszystkiego do końca, bo inaczej dnia nam nie wy-

starczy. 

Cree posłusznie zwinęła się w kłębek w rogu sofy, skrzyżowała ręce na po-

dołku, przechyliła głowę na bok i jak zwykle w takich sytuacjach powiedziała: 

- Cała zamieniam się w słuch. 

Pawnee ze łzami w oczach zarzuciła siostrze ramiona na szyję. 

- Och, tak się cieszę, że wróciłaś! Nie masz pojęcia, jak się martwiliśmy! Tak 

się bałam tego, co mogli z tobą zrobić... Nie wiedzieliśmy, czy cię jeszcze kiedyś 

zobaczymy. 

Cree odwzajemniła uścisk. 

- Tak, chyba mogę sobie to wyobrazić. Ale czy to ma coś wspólnego z twoim 

małżeństwem? 

R  S

background image

Biorąc pod uwagę wszystkie komplikacje, Pawnee opowiedziała siostrze całą 

historię w zdumiewająco krótkim czasie. Cree słuchała w milczeniu, reagując tylko 

mimiką. Oczy miała szeroko otwarte, podobnie jak usta, które zasłoniła obiema 

dłońmi. 

Przerwała opowieść siostry tylko raz. 

- Powiedział: tak? - zdumiała się. - O rany! Czy on oszalał, czy też jest do te-

go stopnia miły? 

Pawnee nie odpowiedziała, tylko ciągnęła swoją opowieść. 

- Ale nie mogę zrozumieć, co właściwie chciałaś tam zrobić! - powiedziała w 

końcu Cree. 

Pawnee poruszyła się niespokojnie. 

- Mówiłam ci, po prostu chciałam być w Samirabii. Tu prawie niczego nie by-

liśmy w stanie się dowiedzieć... 

Cree jednak stanowczo potrząsnęła głową. 

- Skarbie, przecież znam cię od urodzenia! Nie znosisz bezczynności, a jesz-

cze gorzej byłoby ci ją znieść tam, na miejscu. Musiałaś mieć jakiś plan działania, 

bo inaczej nigdzie byś się nie wybierała. Co chciałaś zrobić? 

- Mówiłam ci, że... 

- I ten plan musiał być bardzo niebezpieczny, bo gdyby nie, to już byś mi o 

nim opowiedziała. Co to miało być, Pawnee? Czy tak jak z Dawidem i Jonatha-

nem? Chciałaś im zaproponować wymianę albo coś w tym rodzaju? 

Pawnee otworzyła usta, ale kłamstwo nie przeszło jej przez gardło i tym ra-

zem to w oczach Cree zabłysły łzy. 

- Pawnee, jak mogło ci to w ogóle przyjść do głowy! Dlaczego myślałaś, że ja 

się zgodzę na wymianę? A gdyby nic z tego nie wyszło? Gdyby ciebie również 

uwięzili? 

- Myślałam, że jeśli trzymają cię w odosobnieniu, bo przecież często tak ro-

bią, to w każdym razie jest szansa, że znajdziemy się razem, a to już by trochę po-

R  S

background image

lepszyło sytuację. 

- Dla mnie może tak, ale nie dla mamy i taty! Przecież ojca na pewno by to 

zabiło! Chcesz powiedzieć, że oni się na to zgodzili? 

- Nie, i to jest właśnie najważniejsza sprawa. Nic im nie powiedziałam, myślą, 

że wyszłam za mąż, bo się zakochałam. Mama coś podejrzewa, więc gdyby zaczęła 

cię wypytywać, to musisz udawać, że nic nie wiesz. 

- A czy Ezra im się spodobał? 

- Tato chyba go zaakceptował. Wiesz, jak on zawsze patrzył na chłopców, z 

którymi się spotykałyśmy. Od razu było wiadomo, że nie uważa ich za prawdzi-

wych mężczyzn. 

- A tak! Patrzył tak na Petera! I na Mike'a - zaśmiała się Cree. - Właściwie to 

na wszystkich chłopców, z którymi się widywałam. 

- Otóż na Ezrę tak nie patrzył, tylko mocno potrząsnął jego dłonią i poklepał 

go po ramieniu. 

- Naprawdę? Tato obdarzył Ezrę męskim uściskiem dłoni? - zawołała Cree z 

niedowierzaniem. - O rany! Pawnee, lepiej trzymaj się tego faceta! Kiedy go po-

znam? 

Pawnee drgnęła niespokojnie. 

- No właśnie. Tego ci jeszcze nie powiedziałam. Nie wiem, czy on wróci do 

domu, czy... 

- Do domu! To znaczy, że mieszkasz tutaj razem z nim? - zdumiała się Cree. 

Pawnee powiedziała jej wcześniej, że to mieszkanie udostępniła jej tymczasowo 

przyjaciółka. 

- Tak, to jest mieszkanie jego siostry - przyznała teraz.   

Oczy Cree osiągnęły wielkość spodków. 

- Sypiasz z nim? 

- Nie, oczywiście, że nie! - oburzyła się Pawnee. 

- Och, przepraszam, ale skąd miałam wiedzieć? To jest takie dziwne, że moż-

R  S

background image

na się pogubić! 

- Mniejsza o to. Jeszcze nie powiedziałam ci wszystkiego. Wczoraj wieczo-

rem strasznie się pokłóciliśmy i zgodziliśmy się na rozwód. Oczywiście o tym też 

nie mówiłam mamie i tacie. 

Cree wpatrywała się w nią nieruchomo. 

- O rany! A mnie się wydawało, że to ja przeżywam niezwykłe rzeczy! 

Ezra miał ochotę zapukać, ale byłoby to zbyt głupie, skoro miał klucz. Zresztą 

w końcu było to mieszkanie jego siostry. Nie rozmawiał jednak z Pawnee od 

wczorajszej kłótni i głupio się czuł, wchodząc do środka bez zapowiedzi. 

Pawnee była w kuchni i zmywała naczynia przy cicho grającym radiu. Ezra 

stanął w drzwiach, nie zdejmując kurtki. 

- Cześć - powiedział. 

Pawnee odwróciła się raptownie i talerz wyśliznął jej się z rąk. 

- Och, Ezra! Zaskoczyłeś mnie - odrzekła, rumieniąc się. 

- Przepraszam - wymamrotał.   

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. 

- Jak się czuje twoja siostra? 

- Dobrze. Zasnęła po kolacji. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś pochło-

nął tyle jedzenia naraz - rzekła Pawnee z bladym uśmiechem. Ezra zauważył, że 

jego obecność przyćmiła jej radość, i poczuł irytację. W końcu po to się z nią oże-

nił, żeby ratować Cree! Przyleciała do kraju samolotem Polygonu! Czy ona na-

prawdę nie... 

Odsunął od siebie te bzdurne myśli, ale wywołana przez nie złość dała mu si-

łę, by jej opowiedzieć, co się zdarzyło. 

- Posłuchaj, co do wczorajszego wieczoru...   

Pawnee przygryzła wargę i wpadła mu w słowo. 

- Tak, Ezro, bardzo mi przykro, że... 

- To dobrze - przerwał jej. - Bo odwołuję to, co mówiłem o rozwodzie. Wła-

R  S

background image

śnie zaproponowano mi stanowisko na Hawajach. 

Nie miał zamiaru walić tak prostu z mostu, ale obawiał się, że jeśli nie powie 

jej od razu, to potem zabraknie mu odwagi. 

- Och, to świetnie! 

- Znakomicie. Jedyną skazą na tym świetlanym obrazie jest to, że oferta do-

tyczy wyłącznie żonatego mężczyzny. I wiesz co, Pawnee? Zdaje się, że to ty jesteś 

moją żoną. 

Znów wybuchła awantura, tym razem cichsza ze względu na Cree. Nie doszli 

do porozumienia. Ezra wybiegł z domu, ale po chwili wrócił; nie zauważyli, że nad 

miastem rozpętała się burza śnieżna. Na jakiś czas byli na siebie skazani. 

- Powiedz im, że twoja żona nie chce jechać na Hawaje! Wytłumacz, że dla 

mnie tam jest za gorąco! - wykrzyknęła Pawnee w pewnej chwili. 

Rozwścieczony Ezra tylko prychnął pogardliwie. 

- Mam im powiedzieć, że kobieta, która gotowa była pojechać ze mną do Sa-

mirabii, nie może znieść upałów na Hawajach? Pomyślą, że ożeniłem się z wariat-

ką! 

Pawnee spróbowała zmienić strategię. 

- Proszę cię, Ezro, spróbuj mnie zrozumieć. Od kiedy moi rodzice stracili 

farmę, żyłam jak we śnie. To już prawie dwa lata. A gdy wreszcie poczułam, że 

czas podjąć jakieś decyzje, porwano Cree i niczego nie mogłam planować. A teraz 

ty mówisz, że mam czekać następne pół roku, zanim zdecyduję, co ze sobą zrobić. 

- Nie, tego nie powiedziałem. 

- W takim razie o co ci chodzi? 

- Mówię, że w twojej sytuacji jedyną słuszną decyzją jest wyjazd ze mną na 

Hawaje. Co ci się nie podoba w tym pomyśle? 

Pawnee sapnęła ze złością. 

- Ezro, to nie jest decyzja, która zmieni moje życie. To tylko odkładanie wła-

ściwej decyzji. 

R  S

background image

- Dlaczego nie chcesz zrobić sobie dłuższych wakacji, zanim postanowisz, co 

zrobić z własnym życiem? 

Pawnee usiłowała się opanować. 

- Posłuchaj, Ezro, jestem pewna, że jeśli się wspólnie zastanowimy, to wymy-

ślimy jakieś wiarygodne wyjaśnienie tego, że z tobą nie pojadę. Twój szef wie, że 

jestem siostrą Cree, tak? Czy nie możesz mu powiedzieć, że na razie chcę z nią zo-

stać w domu i przyjadę do ciebie później? 

- Dobrze, a co będzie później? 

- Kiedyś w końcu o całej sprawie zapomną.   

Ezra z desperacją potrząsnął głową. 

- Nie zapomną. Mówiłem ci, chcą na szefa projektu mężczyznę, który jest 

żonaty i którego żona pojedzie tam razem z nim. Jeśli nie zjawisz się szybko, za-

czną zadawać pytania. 

- Nie mogę jechać. Nie mogę nawet uwierzyć, że mnie o to prosisz. 

- Ale kiedy tobie było potrzebne małżeństwo na niby, to nie wahałaś się ani 

przez chwilę. 

Pawnee poczuła ulgę, gdy Cree wreszcie się obudziła. Obecność trzeciej oso-

by zmusiła ich do zawieszenia broni. 

- Sądzę, że opowiedziałaś już siostrze o wszystkim - rzekł Ezra w jakiś czas 

później, jedząc kolację. 

- Tak! - zawołała Cree. - Przedziwna historia! - Spojrzała na Ezrę z przyja-

znym uśmiechem, próbując rozładować napięcie. 

- Ale ja nie znam jeszcze żadnych szczegółów. Gdzie cię więziono? 

Cree wybuchnęła głośnym śmiechem. 

- A, mnie! Och, tak, rzeczywiście, o tym też rozmawiałyśmy! Naprawdę masz 

ochotę o tym posłuchać? 

- O ile ty masz ochotę opowiadać - odrzekł Ezra. - Wiem, że czasami ludzie 

nie chcą mówić o sprawach, które były naprawdę... no cóż, przypuszczam, że nie 

R  S

background image

wyglądało to tak różowo, jak mówiłaś w telewizji. 

Cree zastanowiła się przez chwilę. Najtrudniejszy do zniesienia był upał i 

brak żywności. Hezbudini, wywodzący się z prostego ludu, oddali ją pod opiekę 

wiejskim kobietom. Ezra uważnie słuchał jej relacji. Pawnee pomyślała, że potrafi 

być wdzięcznym słuchaczem, o ile nie zachowuje się jak twardogłowy egoista. 

Później, gdy siostry leżały obok siebie w sypialni i tak jak w dzieciństwie 

spędzonym na preriach słuchały wycia wiatru za oknem, Cree wyszeptała: 

- Myślę, że zupełnie zwariowałaś. 

- Jak to? 

- Naprawdę nie chcesz jechać z tym facetem na Hawaje? Przecież on jest 

uroczy. Wielki, łagodny miś. Dziwię się, że żadna go jeszcze nie usidliła. Mówiłaś 

chyba, że ma dwadzieścia osiem lat? 

- Mam wrażenie, że kobiety go onieśmielają. 

- Ja go nie onieśmielałam - zauważyła Cree rozmarzonym tonem. 

- Nie, rzeczywiście nie - przyznała Pawnee, myśląc: to tylko dlatego, że jesteś 

moją siostrą. 

- Mam świetny pomysł - powiedziała cicho Cree. 

- Jaki? 

- Poznałaś już kogoś z Polygonu? Szefa Ezry albo kogoś innego? 

- Nie, nie było na to czasu. Zamachu dokonano w dniu, gdy wybieraliśmy się 

do firmy. 

Cree z zadowoleniem pokiwała głową. 

- To znakomicie. 

- Dlaczego? - zdziwiła się Pawnee. 

- Ty nie chcesz jechać na Hawaje, a Ezra musi tam pojechać z żoną. Rozwią-

zanie jest proste: mogę udawać, że jestem tobą, i pojechać z nim. Szczerze mówiąc, 

skarbie, z największą przyjemnością wybiorę się na pół roku na Hawaje z twoim 

uroczym mężem. Nie sądzisz, że to świetny pomysł? 

R  S

background image

Pawnee była odmiennego zdania. Uznała, że to jeden z najbardziej idiotycz-

nych pomysłów, jakie słyszała w życiu, i była pewna, że Ezra się na to nie zgodzi. 

Ale gdyby jednak się zgodził, to proszę bardzo, nie miała nic przeciwko temu. 

- Nie - rzekł Ezra stanowczo. 

- Och. - Cree wydęła usta, choć w gruncie rzeczy nie spodziewała się innej 

odpowiedzi. - Nie podobam ci się? 

Zawieja minęła i jaskrawe światło słoneczne, odbite od grubej warstwy śnie-

gu, wpadało przez okno do kuchni, gdzie wszyscy troje jedli śniadanie. 

- Owszem, podobasz mi się - odrzekł Ezra z kamienną twarzą. 

- W takim razie to jest najlepsze rozwiązanie. Dlaczego nie chcesz się zgo-

dzić? 

Ezra przeniósł wzrok na Pawnee. 

- A czy ty też uważasz, że to najlepsze rozwiązanie? - zapytał z odcieniem 

irytacji.   

Nie podobało mu się, że siostry w taki sposób go traktują. W dodatku dener-

wowało go to, że Cree nie ma nic przeciwko temu, by z nim zamieszkać, podczas 

gdy Pawnee nawet nie chce o tym rozmawiać. 

Pawnee tylko wzruszyła ramionami. 

- To nie był mój pomysł. 

- Ale byłaby mi bardzo wdzięczna - wtrąciła Cree. - Widzisz, Ezra, Pawnee to 

poważna osoba. Musisz to zrozumieć. Z nas dwóch to ja zawsze kochałam się ba-

wić, a ona musiała zajmować się wieloma obowiązkami, bo miała odziedziczyć 

farmę. Gdyby to ją porwano, zwariowałaby z bezczynności albo zreorganizowałaby 

życie całej wsi. Kazałaby im naprawić studnię i tak dalej. A ja po prostu siedziałam 

sobie i plotkowałam na migi z kobietami, które się mną opiekowały. Sama myśl o 

życiu na Hawajach musi być dla Pawnee odrażająca. Słońce, morze, palmy i piña 

colada... przez cały czas słyszałaby, jak ojciec ją pyta, dlaczego nie zajmuje się 

swoimi obowiązkami. Ja z kolei należę do osób, które po prostu chcą się dobrze 

R  S

background image

bawić. A więc, co na to powiesz? 

- Nic z tego - powtórzył Ezra z uporem.   

Owszem, zauważył, że Cree należała do kobiet, które oczekiwały od niego 

prób uwodzenia. Ale jej plan i tak był nie do przyjęcia. 

- A dlaczego nie? 

- Bo przecież każdy wie, kim jesteś! Twoje zdjęcie od tygodni ukazywało się 

we wszystkich gazetach, wczoraj przez cały dzień pokazywali cię w telewizji, a 

przez najbliższe dwa tygodnie będziesz bohaterką wielu programów. W jaki sposób 

mogłem się z tobą ożenić w ostatnią niedzielę, skoro wtedy jeszcze byłaś w Sami-

rabii? 

- Też mi coś! Amerykanie nigdy nie oglądają kanadyjskich wiadomości. Na 

Hawajach na pewno nikt nie słyszał o kanadyjskiej zakładniczce w Samirabii. 

- Może nie. Ale mój szef jest Kanadyjczykiem i wie wszystko o tej historii. 

Wie również, że ożeniłem się z siostrą Cree Walker. 

- Wiesz co? Ludzie wcale nie są tacy bystrzy. Twój szef widział nas razem w 

telewizji, prawda? Jeśli powiemy mu, że to ja jestem Pawnee, w ogóle nie zauważy 

różnicy. Mogę podróżować z jej paszportem. Jesteśmy do siebie bardzo podobne. - 

Cree przysunęła twarz do twarzy siostry i zrobiła pochmurną minę. - Widzisz? 

Zwłaszcza że teraz obie jesteśmy bardzo szczupłe. 

Ezra przeniósł wzrok z jednej twarzy na drugą. Rzeczywiście siostry były 

podobne, ale wiedział, że nie udałoby mu się zwieść Norma, i tylko wzruszył ra-

mionami. 

- Miałem już dość kłopotów z udawaniem, że Pawnee jest moją prawdziwą 

żoną - powiedział do Cree. - Nie mam zamiaru teraz jeszcze udawać, że to ty jesteś 

Pawnee. 

- A gdybyś wyjaśnił, że ty i ja już wcześniej byliśmy w sobie zakochani i 

ożeniłeś się z Pawnee po to, żeby ją ze sobą zabrać i wspólnie z nią wymyślić jakiś 

sposób na uwolnienie mnie? Moglibyśmy z tego zrobić romans stulecia. Szefowie 

R  S

background image

CCN byliby zachwyceni. 

- Owszem - odparł sucho Ezra. - Jakie by to było romantyczne, gdybym stra-

cił pracę dlatego, że zakochałem się na zabój w siostrze własnej żony. 

- Przecież nie wyrzuciliby cię z pracy za coś takiego! 

- Wolę tego nie sprawdzać - mruknął Ezra.   

Zauważył, że Pawnee przez cały czas tylko patrzyła na swój talerz i nawet nie 

próbowała udawać, że cokolwiek je. Nic dziwnego, że jest taka szczupła, pomyślał 

z nagłą troską. Trzeba ją będzie trochę odkarmić. Właściwie dobrze się złożyło, że 

musi z nim pojechać, bo gdyby ją tu zostawił samą, prawdopodobnie popadłaby w 

anoreksję. 

- Nie - powtórzył po raz kolejny. - Twoja siostra złożyła mi obietnicę i do-

trzyma jej. Koniec dyskusji! 

 

R  S

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

- Będziecie zachwyceni! - mówiła Miranda z rozmarzeniem, przeciskając się 

w towarzystwie Sam, Ezry i Pawnee przez tłum na lotnisku w stronę stanowiska 

odpraw. - Artur i ja spędziliśmy na Hawajach miesiąc miodowy. Boże, ileż to już 

lat! Ciekawa jestem, co się tam zmieniło? Ale sądzę, że jest równie wspaniale jak 

wtedy, w każdym razie na Kaha Akua, bo ta wyspa zawsze była prywatną własno-

ścią. A Barney McNab na pewno jej nie zdewastował. On nie jest taki, jak niektó-

rzy ludzie. Szanuje przyrodę. 

Nikt się nie odezwał. 

- Ach, te plaże o zachodzie słońca, księżyc i góry, zapach kwiatów i te 

gwiazdy! - entuzjazmowała się Miranda. - Pawnee, to najbardziej romantyczne 

miejsce na świecie. Nie mogłabyś sobie wymarzyć lepszego miesiąca miodowego. 

Pawnee wzięła głęboki oddech, przekonana, że jeśli usłyszy jeszcze jedno 

słowo na temat miodowego miesiąca i romantycznych zachodów słońca na Hawa-

jach, to będzie musiała dać komuś w zęby. 

W końcu poddała się. Po wielu kłótniach doszła do wniosku, że Ezra co do 

jednego miał rację: dała mu słowo. Mogła mówić, co chciała, i powiedziała wiele 

różnych rzeczy, ale przyrzekła, że nie wycofa się z małżeństwa od razu, gdy tylko 

Cree będzie bezpieczna. 

Ta decyzja nie przyszła jej łatwo. W gruncie rzeczy, im bardziej zaczynała 

akceptować ją wewnętrznie, tym głośniej przeciwko niej protestowała. Sama nie 

rozumiała, dlaczego tak się dzieje. 

- Przecież mówiłeś, że gdybyś się nie ożenił, to w ogóle nie dostałbyś tego 

awansu! - argumentowała. - Nie możesz mnie oskarżać o to, że zrujnuję ci karierę, 

bo po rozwodzie stracisz stanowisko! 

- Mam już po dziurki w nosie pustyni! - krzyczał Ezra. - I tak się szczęśliwie 

złożyło, że mogę teraz pojechać gdzie indziej, ale tylko razem z tobą! Możesz 

R  S

background image

krzyczeć, ile zechcesz, Pawnee, ale jesteś moją żoną i pojedziesz ze mną na Hawa-

je! 

- A jeśli nie? 

Ezra z groźną miną skrzyżował ramiona. 

- W takim razie bądź przygotowana na bardzo drugie małżeństwo. 

- Co to znaczy? - zapytała z wściekłością. 

- Dokładnie to, co mówię. Zrobię wszystko, co tylko będzie w mojej mocy, by 

nie dopuścić do rozwodu. Więc jeśli zakochasz się w kimś innym, będziesz musiała 

mnie zatłuc młotkiem, by móc ponownie wyjść za mąż! 

Pawnee spojrzała na niego z przerażeniem. Nie miała pojęcia, jak wyglądają 

regulacje prawne dotyczące rozwodu; nigdy się tym nie interesowała. Wiedziała, że 

rozwód za zgodą obu stron można było otrzymać bardzo szybko, ale co się dzieje, 

jeśli jedno z małżonków nie zgadza się na rozstanie? 

A jednak w ostatecznym rozrachunku to nie ten argument zadecydował. 

Pawnee uległa, bo dała słowo i wiedziała, że powinna go dotrzymać. Nie mogła 

jednak wybaczyć Ezrze, że ją do tego zmusił. Powinien był pozwolić jej odejść. Nie 

potrafiła przezwyciężyć niechęci oraz rozczarowania i popadła w długotrwale 

przygnębienie. A opowieści Mirandy o miodowym miesiącu były ostatnią kroplą 

przepełniającą czarę goryczy. Doskonałe miejsce, by rozpocząć życie małżeńskie? 

Pawnee wolałaby pojechać do miejsca, gdzie mogłaby je zakończyć. 

- Nie mogę już się doczekać, kiedy was tam odwiedzę - wtrąciła Sam, szczę-

śliwie przerywając wywody Mirandy, i zapowiedziała, że może wkrótce wpadną 

obydwoje z Benem na kilka dni, a może przyjadą dopiero po ślubie. 

W końcu Pawnee i Ezra znaleźli się w samolocie, wysoko nad pokrytym bielą 

światem, i na kilka miesięcy pożegnali Mirandę oraz śnieg. Pawnee znów przypo-

mniała sobie słowa Cree: „Nie bądź głupia! Naprawdę masz ochotę spędzić zimę 

stulecia w Toronto? Przed tobą miodowy miesiąc. Jedź i baw się dobrze, nie trać 

okazji! To świetny facet i chętnie bym się z tobą zamieniła". 

R  S

background image

Zerknęła na profil Ezry, który siedział obok niej, udając, że czyta instrukcję 

dla pasażerów. Odwrócił głowę w jej stronę i ich oczy się spotkały. Policzki Paw-

nee natychmiast pokryły się rumieńcem. Gdy Cree wychwalała Ezrę pod niebiosa, 

Pawnee zawsze przypominała sobie z niezwykłą dla niej zaborczością, że to w 

końcu jej mąż! A potem ogarniała ją złość, bo przecież ich ślub nie miał żadnego 

znaczenia i Ezra był wolny, podobnie jak ona sama, więc jeśli podobał się Cree, a 

ona jemu, była to wyłącznie sprawa ich dwojga. 

- Czy nie mogłabyś się trochę rozchmurzyć? - zapytał Ezra z irytacją. - Prze-

cież to twój miesiąc miodowy! 

- A kto to rozgłosił? - prychnęła Pawnee.   

To Miranda zdradziła stewardesom, że leci z nimi para nowożeńców. Podró-

żowali pierwszą klasą, gdzie obsługa potrafiła się znaleźć w takiej sytuacji. Już w 

pięć minut po starcie stało przed nimi wiaderko z szampanem. 

- Dobrze wiesz, kto. Czy, twoim zdaniem, mam zwyczaj zwierzać się całemu 

światu ze swoich spraw? - skrzywił się Ezra. 

- Sądziłam, że stać cię na wszystko, żeby zmusić mnie do dotrzymania słowa 

- odparowała Pawnee słodko. Sama nie wiedziała, dlaczego tak się odnosi do Ezry. 

Była to przecież jej pierwsza w życiu podróż za granicę i w dodatku leciała pierw-

szą klasą, a mimo to wciąż na niego warczała. Po raz pierwszy w życiu nie mogła 

zrozumieć samej siebie. Westchnęła ciężko, wzruszyła ramionami i odwróciła się 

do okna. Pod nimi rozpościerał się zwarty kobierzec białych chmur. 

Ezra patrzył na nią, nachmurzony, i zastanawiał się, dlaczego Pawnee tak się 

zachowuje. Czy naprawdę nie cieszyła ją ta przygoda? Jak wiele kobiet mogło so-

bie pozwolić na sześciomiesięczne wakacje na prywatnej wyspie? 

- Przykro mi, że muszę cię oderwać od tak fascynującego widoku - rzekł po 

chwili, walcząc z gniewem - ale muszę ci to dać. - Otworzył teczkę i wyjął z niej 

gruby, lśniący folder w błękitno-złotej okładce ze znakiem firmowym Polygonu. 

„Przewodnik po Kaha Akua" - przeczytała Pawnee. Otworzyła folder i w 

R  S

background image

środku znalazła list. 

Droga pani Jagger! 

Witamy na Kaha Akua i mamy nadzieję, że załączone informacje okażą się 

pomocne... 

Z zaciekawieniem podniosła wzrok na twarz Ezry. 

- Polygon zawsze przygotowuje pakiet informacyjny dla żony szefa realizacji 

projektu - wyjaśnił. 

Jak napisano w folderze, Kaha Akua jest prywatną wyspą, mniej więcej o po-

łowę mniejszą od Maui. Od abdykacji ostatniej królowej Hawajów zawsze pozo-

stawała w prywatnych rękach, a ostatnio kupił ją Barney McNab, kanadyjski król 

mediów. 

Wyspa miała kształt ósemki rozciągniętej ze wschodu na zachód. Znajdowały 

się na niej dwa mniej więcej tej samej wielkości wygasłe wulkaniczne szczyty, po 

jednym na każdej połówce. Dolina między nimi była gęsto porośnięta dziką roś-

linnością. Fotografie przedstawiały wspaniałe wodospady i górskie jeziora leżące 

wśród tropikalnych lasów oraz piękne, białe plaże otoczone stromymi urwiskami. 

Nad jedną z tych plaż znajdowała się prywatna posiadłość Barneya McNaba, a na 

drugiej, położonej w pobliżu i większej, Polygon budował pierwszy na wyspie ho-

tel. Turyści jednak bywali tam wcześniej. W miejscu zwanym Sunrise, przy za-

toczce we wschodniej części wyspy, leżało miasteczko. Kiedyś był to port rybacki, 

teraz przybijały tam również motorówki i jachty bogaczy. Znajdowała się tam nie-

zliczona ilość butików słynnych projektantów, a także kilka znakomitych restaura-

cji. 

Zachodni brzeg wyspy nazywał się Sunset. Nad oceanem górowały tu strome, 

zielone skały i rozciągały się niewielkie plaże, do których można było dotrzeć tylko 

od strony morza. Tu znajdowały się stare plantacje trzciny cukrowej i ananasów, 

stopniowo przekształcane w rejony innych upraw, dzięki którym wyspa stawała się 

samowystarczalna. Hodowano tu nawet bydło. 

R  S

background image

Pawnee nie mogła uwierzyć własnym oczom. Spędziła całe życie na farmie w 

Manitobie i trudno jej było przyjąć do wiadomości istnienie takiego miejsca. 

Oczywiście, od czasu do czasu widywała zdjęcia z dalekich krajów, ale nigdy nie 

myślała, że znajdzie się w jednym z tych malowniczych zakątków. Patrząc na foto-

grafie, odnosiła wrażenie, że przeniosła się do którejś z czytanych w dzieciństwie 

bajek. 

- Czy to naprawdę tak wygląda? - wyrwało jej się.   

Ezra podniósł głowę znad papierów. 

- Co? 

- Kaha Akua... czy tam naprawdę jest tak... 

- Jak? 

- No, tak jak na zdjęciach. 

Ezra zatrzymał wzrok na fotografii wysokiego, kryształowo czystego wodo-

spadu otoczonego ciemnozieloną roślinnością i barwnymi kwiatami. 

- No cóż, wkrótce się przekonamy - odrzekł z uśmiechem. 

Pawnee odwzajemniła uśmiech i naraz ogarnęło ją przeczucie przygody oraz 

wrażenie, że Ezra będzie najlepszym owej przygody towarzyszem. 

Willa, otoczona tropikalnym lasem, położona była nad urwiskiem w kształcie 

podkowy, które otaczało plażę. Niżej i bliżej plaży stał drugi, mniejszy budynek z 

pokojami gościnnymi. Tam właśnie miał zamieszkać szef realizacji projektu Poly-

gonu i jego żona. 

Do tego niewielkiego raju można było się dostać na dwa sposoby: od strony 

oceanu albo samochodem po nierównej leśnej drodze. Odpływ odsłaniał trzecią 

drogę: wąski skrawek piasku wzdłuż skalistego urwiska prowadził na sąsiednią 

plażę, na której budowano hotel. 

Ezra i Pawnee dotarli na miejsce przez las, dżipem, który firma wypożyczyła 

im na czas pobytu. Drogę wskazywał nowy asystent Ezry. Po dwóch tygodniach 

burz śnieżnych skóra Pawnee zachłannie chłonęła promienie słońca. Dziewczyna 

R  S

background image

nie mogła oderwać oczu od bujnej zieleni. 

- Och, Ezro, popatrz! - wołała co chwila na widok barwnego kwiatu lub ptaka. 

Dom był drewniany, kryty strzechą i składał się głównie z otwartych prze-

strzeni. Wyglądał jak przeniesiony z ubiegłego stulecia, z czasów gdy technologia 

nie zaczęła jeszcze oddzielać człowieka od natury. Nie było tu sięgających od 

ściany do ściany wykładzin dywanowych ani szumu klimatyzatora, tylko drewniane 

podłogi z rzuconym tu i ówdzie dywanikiem w polinezyjskie desenie oraz szerokie, 

ocienione werandy, które chroniły przed słońcem. 

Z jednej z nich schodki prowadziły na wąską ścieżkę, która nikła w gęstej 

zieleni, a potem znów pojawiała się na dole pod urwiskiem i wiodła na białą, 

piaszczystą plażę, wtuloną między skały. W domku słychać było szum morza. 

Pawnee, która dotychczas nie znała tego dźwięku, była nim oczarowana. 

- Posłuchaj, Ezro - szepnęła. - To jest właśnie to, prawda? Szum morza! 

Stała jak zahipnotyzowana, patrząc z zachwytem na fale Pacyfiku. 

Na stole leżała kartka. Ich gospodyni, Beth, informowała, że przyjdzie później 

i przygotuje kolację, tymczasem zaś Ezra i Pawnee mogą skorzystać z zawartości 

lodówki wypełnionej przekąskami oraz drinkami z rumem. 

Każdy Kanadyjczyk instynktownie wie, co należy robić, gdy w środku zimy 

znajdzie się w tropikach. Już po półgodzinie Ezra i Pawnee, ubrani w cienkie ko-

szulki i szorty, leżeli wygodnie wyciągnięci na leżakach na werandzie i zaopatrzeni 

w drinki oraz przekąski patrzyli na słońce zachodzące za płaskim, wulkanicznym 

szczytem o nazwie Sunset. 

- Gdzie byłeś ostatnio? - zapytała Pawnee. 

- W Arabii Saudyjskiej. 

- Przypuszczam, że tam jest inaczej niż tutaj. 

- Zupełnie inaczej - zgodził się Ezra, unosząc szklankę. - Jak się nazywają ci 

faceci, którzy więzili twoją siostrę? 

- Hezbudini. 

R  S

background image

- Wypijmy za hezbudinów i wszystkich ich przyjaciół - oświadczył Ezra uro-

czyście. - Oby nigdy już nie był im potrzebny kolejny meczet. 

- Za hezbudinów - zgodziła się Pawnee i wypiła, może niezupełnie z tych sa-

mych powodów, ale z równym zapałem. 

- Cześć! - odezwał się przyjazny głos za ich plecami. Zobaczyli niedużą, krę-

pą kobietą o prostych, czarnych włosach i czarnych oczach. - Jesteście gotowi do 

kolacji? 

Pawnee była zachwycona spotkaniem z rodowitą mieszkanką Hawajów. Beth 

wyjaśniła im swoje pochodzenie, przygotowując pikantny ryż i owoce morza. 

- Ze strony matki jestem w jednej ósmej Szkotką, w jednej ósmej Walijką, w 

jednej ósmej Norweżką i w jednej ósmej Chinką, a ze strony ojca w jednej czwartej 

Hawajką, w jednej ósmej Irlandką i w jednej ósmej Włoszką. Wychowałam się na 

Hawaii ale mój mąż pochodzi z tej wyspy. Razem z rodzicami hoduje bydło na 

farmie w Sunset. 

- Ja też wychowałam się na farmie - ucieszyła się Pawnee. Przez kilkanaście 

następnych minut kobiety porównywały znane im metody pracy na roli, Ezra zaś 

zadawał typowe pytania mieszczucha. 

Beth wyszła zaraz po podaniu głównego dania. Obiecała pokazać się rano i 

uzgodnić z Pawnee plan dnia. 

- No tak, rzeczywiście nie potrzebowałbyś gospodyni! - zaśmiała się Pawnee 

po jej wyjściu. - Czy to jeden z przywilejów szefa projektu? 

- Zdaje się, że zatrudnia ją Barney McNab - odrzekł Ezra. - Beth zajmuje się 

obydwoma domami, niezależnie od tego, czy ktoś w nich mieszka, czy nie. 

Pawnee odruchowo skinęła głową, myśląc o czymś innym. 

- Ciekawa jestem, czy nie potrzebują jakiejś pomocy na farmie - mruknęła do 

siebie. 

- Na przykład jakiej? 

- Och, przy przeganianiu bydła, znakowaniu... Nie wiem, co tam jest w tej 

R  S

background image

chwili do roboty. W tym klimacie pracuje się w innym rytmie. Będę musiała zapy-

tać Beth. 

- Po co? - zapytał Ezra z zaskoczeniem. 

- Bo to ciekawsze niż praca w hotelu czy w restauracji. Przywykłam do pracy 

na świeżym powietrzu. Niezbyt lubię przebywać z ludźmi, w zamknięciu. 

- To zresztą tylko czcze rozważania, prawda? 

Pawnee wsunęła do ust kolejny kęs znakomitej potrawy i przeżuła ją staran-

nie, głęboko się nad czymś zastanawiając. Już od dawna nie jeździła konno. Jak 

dobrze będzie znów znaleźć się w siodle. Wcześniej, gdy pracowała w hotelach za 

miastem, kilkakrotnie udało jej się wynająć konia w jednej z okolicznych stajni, ale 

nie była to wielka przyjemność. Przeważnie były to zmęczone chabety, a poza tym 

nie lubiła jeździć w zorganizowanych grupach. Perspektywa pracy w siodle bardzo 

ją ucieszyła. 

Słońce zaszło i werandę wypełniły typowo nocne odgłosy. Słychać było 

brzęczenie owadów i zwierzęta przedzierające się przez poszycie lasu. Doleciał do 

nich mocny zapach; to jakiś kwiat przywabiał do siebie owady. Na niebie pojawiły 

się błyszczące gwiazdy, a wkrótce potem wzeszedł księżyc. Włosy Pawnee i Ezry 

muskał lekki wietrzyk, w dali szumiało morze. 

Ezra rozlał resztę wina do kieliszków. Wpatrzona w niebo Pawnee uniosła 

rękę i niechcący musnęła przegub jego dłoni palcami. Trwało to tylko sekundę, ale 

obydwoje mieli wrażenie, jakby poraził ich prąd. Pawnee zatrzymała się w pół ru-

chu z ręką uniesioną do włosów i spojrzała na Ezrę. Po chwili odwróciła głowę, on 

jednak nie mógł oderwać oczu od jej ramienia i odsłoniętego zarysu piersi. Krew 

uderzyła mu do głowy tak gwałtownie, że przeraził się i głośno odstawił butelkę na 

stół, jakby go parzyła. Jezu, czyżby jego dziadek od samego początku miał rację? 

Kobiety nie były dla Ezry nowością, ale zawsze zachowywał się wobec nich 

w sposób cywilizowany. Uważał, że miłość polega na powolnym budowaniu na-

pięcia. Nigdy jeszcze nie doświadczył tego, co jego biedny, znerwicowany dziadek 

R  S

background image

nazywał „bestią drzemiącą w duszy mężczyzny". Dopiero Pawnee, ze swoim zbyt 

szczupłym ciałem, bladą twarzą i zapadniętymi oczami, źle obciętymi włosami i 

badawczym, przenikliwym spojrzeniem... Ezra znów poczuł to spojrzenie na sobie i 

pospiesznie napił się wina. 

- Co się stało? - zapytała Pawnee cicho. 

- Coś mnie ugryzło - skłamał. 

Opuściła wzrok i na jej twarzy pojawił się dziwny grymas. 

- Może wejdziemy do środka - mruknął Ezra.   

Pawnee poczuła rozczarowanie, choć nie wiedziała, dlaczego.   

- Barry przyjedzie po mnie wcześnie rano. 

W zwykłych okolicznościach pomógłby jej włożyć naczynia do zmywarki, 

wiedział jednak, że teraz nie byłby w stanie znieść jej bliskości, i poszedł prosto do 

sypialni. Pomieszczenie było dyskretnie oświetlone, a na rozścielonym łóżku leżała 

jego piżama i koronkowy komplet Pawnee. Prezent ślubny od brata Bena. 

Ezra chwycił piżamę i wyszedł na korytarz. Następne drzwi prowadziły do ła-

zienki, a dalej znajdowała się jeszcze jedna sypialnia. Co prawda na łóżku nie było 

pościeli, ale Ezra jej nie potrzebował. Rozebrał się i położył na materacu pod ba-

wełnianym kocem, zastanawiając się, jak zareagowałaby Pawnee, gdyby w nocy 

przyszedł do niej. 

 

R  S

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Nic nie może się równać z przebudzeniem wśród zapachu kwiatów ananasa, 

w jasnym blasku słońca przedzierającego się przez żaluzje wespół z lekkim po-

wiewem znad morza i śpiewem ptaków. Ezra i Pawnee obudzili się niemal równo-

cześnie na dźwięk głosu tego samego ptaka. 

Spotkali się w łazience. Ezra wycofał się pośpiesznie, zdążył jednak zauwa-

żyć, że Pawnee ma na sobie długą, jasnozieloną koszulkę, nie zaś koronkowy kom-

plet, który zapakowała jej Miranda. Z kolei Pawnee zauważyła, że Ezra spał w sa-

mych spodniach od piżamy i że jego potężnie umięśniony tors bez ubrania prezen-

tuje się znacznie lepiej. Ezra był szczupły w biodrach i w pasie. Z potarganymi 

włosami i zaspaną twarzą wyglądał groźniej, mniej łagodnie niż zwykle. 

Szybko umyła twarz i zęby; nie miała zamiaru wchodzić pod prysznic, skoro 

czekał na nią wspaniały ocean. Przed wyjściem zastukała do pokoju Ezry i zawoła-

ła: 

- Łazienka wolna! 

Zachowywała się tak samo, jak w mieszkaniu Sam, tu jednak wszystko na-

bierało nowego odcienia intymności. Wróciła do swojej sypialni i szybko przebrała 

się w czarny jednoczęściowy kostium. 

W pięć minut później wyszła na werandę i przekonała się, że Ezra wpadł na 

ten sam pomysł. Stał tam już, w spodenkach kąpielowych i z ręcznikiem na szyi. 

Razem zeszli po schodkach i w niemal religijnym uniesieniu ścieżką dotarli na 

brzeg morza. Zaciszna plaża otoczona była z dwóch stron skalnymi ramionami, 

tworzącymi zatoczkę. Dalej morze stawało się bardziej niespokojne; duże fale roz-

pryskiwały się o wulkaniczne skały. Pawnee nigdy jeszcze nie widziała morza, ale 

dobrze pływała i kochała wodę. Z podnieceniem zanurkowała w fale i wynurzyła 

się, plując i prychając, zdziwiona niezwykłym smakiem w ustach. 

- Co to takiego? - zapytała, przecierając oczy. - Co to za dziwny smak? 

R  S

background image

Kołyszący się na fali Ezra zaśmiał się głośno. 

- Sól! - wyjaśnił. - Przyzwyczaisz się. 

- Sól! No jasne! Wspaniałe! - unosiła się Pawnee. - Wiesz, że jeszcze nigdy 

nie pływałam w słonej wodzie? 

- No to chodź! - zawołał Ezra i dał się ponieść następnej fali. Rytmicznie 

uderzał długimi ramionami, coraz bardziej się od niej oddalając. Pawnee popłynęła 

za nim. 

Śniadanie składało się z kawy i ananasa. Zjedli je na werandzie, rozmawiając 

o błahostkach. Jeszcze z żadną kobietą Ezra nie czuł się tak swobodnie jak z Paw-

nee, pod warunkiem, że akurat się nie kłócili. Już w pięć minut po rozmowie nie 

pamiętał, czego ona dotyczyła, ale właśnie o to chodziło: wszystko działo się samo. 

Przypomniał sobie randki zaaranżowane przez Mirandę i wiele innych podobnych 

spotkań z przeszłości. Dobrze pamiętał tamte rozmowy i towarzyszącą im nie-

odmiennie przytłaczającą świadomość, że nie wie, co powiedzieć ani jak się za-

chować. Pawnee stwarzała pewne problemy, ale nie dotyczyły one rozmów. 

Gdy pojawił się Barry, Ezra jeszcze nie był ubrany. Musiał zostawić swego 

nowego asystenta z Pawnee na tarasie i pobiec do sypialni. 

- Czy dostanę od twojej żony filiżankę kawy? - zapytał Barry. 

- Oczywiście - uśmiechnęła się Pawnee. - Zaraz ci przyniosę. 

Ezra poczuł miłe zadowolenie. Jego żona w roli gospodyni domu. Tworzyli 

wspólnotę. 

- Jesteś żonaty? - zapytał Barry'ego w drodze na budowę. 

- Nie, ale Gord ma żonę - odrzekł asystent. - Sonia bardzo się zmartwiła, gdy 

Gerry i jego żona, Susan, musieli wyjechać. Przypuszczam, że wkrótce tu przyj-

dzie, żeby poznać Pawnee. 

- To dobrze - ucieszył się Ezra. - Pawnee nudziłaby się tu sama. 

- Wierz mi, nie będzie się nudzić w towarzystwie Sonii. Gord twierdzi, że je-

go żona jest jak leszczynowy pręt w rękach różdżkarza: możesz ją zabrać na pusty-

R  S

background image

nię, a Sonia najdalej po godzinie znajdzie miejsce, w którym można coś kupić. 

Pawnee jednak wzięła swój los we własne ręce. O dziesiątej uzgodniła z Beth 

plan dnia, który odpowiadał im obydwu, i zapytała o pracę na farmie jej męża. 

- Ja się zajmuję domem, a farma to sprawa Berta - wyjaśniła Beth. - Od czasu 

do czasu korzysta z pomocy, ale nie wiem, czy teraz kogoś potrzebuje. Może któ-

regoś dnia zajrzysz do nas i sama z nim porozmawiasz? 

- Pojadę z tobą teraz - zaproponowała Pawnee i wkrótce potem obydwie ko-

biety jechały terenowym samochodem przez teren farmy. Po raz pierwszy od 

dwóch długich lat Pawnee poczuła się jak w domu. 

Bert był pod wrażeniem jej kwalifikacji. Wybrali się konno na oględziny far-

my i przekonał się na własne oczy, jak pewnie Pawnee siedzi w siodle. 

- Jeśli chcesz, to możesz wykonywać wszelkie prace, przy których będę po-

trzebował pomocy - powiedział z wahaniem, bowiem nigdy jeszcze nie zatrudniał 

kobiety. Pawnee natychmiast się zgodziła. - No dobrze. Jesteś Kanadyjką, tak? W 

takim razie muszę sprawdzić, czy masz certyfikat H2, a potem pewnie trzeba bę-

dzie wypełnić jakieś formularze. 

- Jaki certyfikat H2? 

- O ile taki posiadasz. Może masz coś innego? To jest wiza upoważniająca do 

wykonywania prac nie wymagających szczególnych kwalifikacji. 

- Aha! Jestem pewna, że nie będzie z tym żadnych problemów. Porozmawiam 

z mężem. Jego firma na pewno jakoś to załatwi. 

Pawnee wróciła do domu w znakomitym humorze, zadowolona z siebie i z 

perspektywy ciekawej pracy. Uświadomiła sobie, że wcześniej miała zbyt duże 

wymagania. Ponieważ ukończyła studia rolnicze, chciała od razu zostać zarządcą 

farmy. Trzeba było jednak przez ostatnie dwa lata zatrudniać się jako pomoc, za-

miast pracować w hotelach i restauracjach. 

Spodziewała się pełnych dniówek na ranczu, sądziła więc, że niewiele czasu 

pozostanie jej na opalanie, toteż po powrocie do domu szybko przebrała się w ko-

R  S

background image

stium, chwyciła ręcznik i pobiegła na plażę. 

Ezra znalazł ją tam w godzinę później. Nurkowała jak delfin. Nałożył 

spodenki i dołączył do niej. 

- Cześć! - zawołała Pawnee, zadowolona z towarzystwa. - Przyszedłeś tylko 

na lunch, czy już skończyłeś pracę? 

- Na lunch. Pomyślałem, że zobaczę, jak sobie tutaj radzisz.   

Pawnee wynurzyła się z wody, odgarniając włosy z oczu. 

- Zgubiłam gumkę - stwierdziła obojętnie. - Pewnie leży gdzieś na dnie. 

- Gdzie się nauczyłaś tak pływać? - zapytał Ezra w kilka minut później, gdy 

wracali na werandę. Wydawało się dziwne, że nie wie tak podstawowych rzeczy o 

własnej żonie, choć miał wrażenie, że zna ją od zawsze. 

- W szkolnym basenie - wyjaśniła. - W liceum startowałam w zawodach, ale 

później było zbyt wiele pracy na fermie, więc zrezygnowałam z treningów. Potem, 

na studiach, gdy nie miałam nic innego do roboty, chodziłam popływać. - Po wielu 

latach ciężkiej pracy studia wydawały się Pawnee rozrywką, pomimo że przez cały 

czas pracowała, by je opłacić. Błąkała się po uniwersytecie jak zagubiona dusza, 

dopóki nie odkryła, że jest tam basen. - Ale tu to zupełnie co innego. A ty gdzie się 

nauczyłeś pływać? 

- Podobnie jak ty. Ja też startowałem w zawodach, ale jestem za duży, a przez 

to byłem za wolny. Nigdy nie zdobyłem żadnego indywidualnego tytułu. 

Byli już w domu. Pawnee przygotowywała lunch, a Ezra nakrywał do stołu na 

werandzie. 

- Wiesz, że przy tym drugim domu jest basen? - zawołała Pawnee. - Beth 

mówiła mi dzisiaj, że możemy z niego korzystać, o ile nikt tam akurat nie mieszka. 

To znaczy, wszystko jest w porządku, jeśli jest to Barney McNab z żoną, ale gdy 

zapraszają jakiegoś gościa, to lepiej tam nie chodzić. 

- Byłaś już w tym drugim domu? 

- Nie, jeszcze nie - odrzekła Pawnee, stawiając na stole tacę z jedzeniem. - 

R  S

background image

Bert mówi, że jest przepiękny. Może wybierzemy się tam wieczorem. 

Posiłek składał się z sałatki, zimnego mięsa, chleba z masłem i owoców. 

Wieńczyła go znakomita kawa. Ezra przypomniał sobie wszystkie posiłki, jakie ja-

dał w stołówkach na pustyni - lurowatą kawę rozpuszczalną, pozbawione smaku i 

zapachu, nasączone chemikaliami mięso i warzywa przywiezione z kraju w postaci 

paczek, puszek oraz mrożonek i przyrządzone przez pozbawionych polotu kucharzy 

firmy, a potem popatrzył na Pawnee i pomyślał, że jak do tej pory jego małżeństwo 

nie ma żadnych ujemnych stron. 

- Gord mówił mi rano, że jego żona chciałaby cię poznać. Ma zamiar zajrzeć 

tu po południu. Zaprowadzi cię do wszystkich najlepszych sklepów. 

- Dobrze - uśmiechnęła się Pawnee.   

Ezra odchrząknął. 

- I chciałbym... Wiesz, możesz sobie kupić, co zechcesz. Ja tu naprawdę do-

brze zarabiam i nie mam na co wydawać tych pieniędzy. Chciałbym, żebyś kupiła 

sobie trochę ładnych rzeczy. 

Mówił szczerze. Przywlókł ją tutaj wbrew jej woli, więc mógł przynajmniej 

odwdzięczyć się jej za to jakąś przyzwoitą garderobą. Zauważył, że jej ubrania były 

przeciętnej urody i mocno znoszone. Wyglądało na to, że farma jej rodziców prze-

żywała poważne kłopoty finansowe jeszcze na długo przed bankructwem. Prawdo-

podobnie więc była to jedyna szansa Pawnee, by się dobrze ubrać. Poza tym miał 

ochotę zafundować coś ładnego własnej żonie. Przypomniał sobie sukienkę, w któ-

rej wystąpiła w restauracji przed przyjazdem, i miał nadzieję, że teraz wybierze coś 

równie seksownego. 

- Dziękuję - skinęła głową. - Na pewno przydadzą mi się porządne dżinsy i 

koszule do pracy. 

- Dżinsy? - zdumiał się Ezra. 

- Tak. Nie zgadłbyś, co robiłam dziś przed południem. Znalazłam sobie pracę! 

- Uśmiechnęła się szeroko, przekonana, że Ezra podzieli jej entuzjazm. - Na ranczu 

R  S

background image

Berta i Beth! Czy to nie wspaniałe? Zaczynam w poniedziałek. 

- Pracę? Co to ma być za praca? 

- Wszystko, co trzeba akurat zrobić. Reperacja płotów, znakowanie bydła i 

przeganianie go na pastwiska... zawsze coś się znajdzie. Bert ma nie tylko krowy, 

uprawia też ziemię, tak jak mama i tato, więc moje kwalifikacje bardzo mu odpo-

wiadają. 

Ezra patrzył na nią z otwartymi ustami. 

- O co ci chodzi? - zapytała Pawnee, marszcząc czoło. 

- Nie przeczytałaś swojej broszury informacyjnej - odrzekł cicho. 

- Owszem, przeczytałam jej większą część. 

- W takim razie pominęłaś stronę, na której jest napisane, że twój mąż ma wi-

zę H1, co automatycznie daje ci wizę H4. 

- A co to znaczy? 

- To znaczy, że nie masz prawa podejmować tu żadnej pracy. 

- O czym ty mówisz? Przecież to nie jest kraj arabski, tylko Stany Zjedno-

czone! Mamy umowę o wolnym handlu! 

- Pawnee, to jest obcy kraj - powtórzył Ezra powoli i wyraźnie - i nie masz 

prawa tu pracować. A jeśli przyjdzie ci do głowy robić to nielegalnie, to ja wylecę z 

pracy, gdy tylko Barney McNab się o tym dowie, a bądź pewna, że nastąpi to naj-

później po trzech minutach. To mała wyspa. 

- Bert był przekonany, że nie będzie żadnych kłopotów! Powiedział, że muszę 

tylko zdobyć wizę H2 i wszystko będzie w porządku! - zawołała Pawnee. - Czy są-

dzisz, że nie zna przepisów obowiązujących w jego kraju? 

- Jestem pewien, że zna. O wizę H2 trzeba się starać przed przyjazdem tutaj. 

Mogłabyś teraz pojechać na Oahu i złożyć tam aplikację, bo ślub odbył się w po-

śpiechu, więc masz dobre wyjaśnienie, dlaczego nie zdążyłaś tego zrobić wcze-

śniej. Ale cała procedura prawdopodobnie zajmie kilka miesięcy i zakończy się 

odmową. Wizy H2 przeznaczone są dla krótkoterminowych, niewykwalifikowa-

R  S

background image

nych pracowników i wydaje się ich bardzo mało. 

Pawnee powoli odłożyła widelec. 

- Chcesz mi powiedzieć, że w ogóle nie mogę pracować? - zapytała z przera-

żeniem. 

Ezra skinął głową. 

- Zawsze tak było. Polygon bardzo ściśle przestrzega tej zasady, a plotki mó-

wią, że Barney McNab jest pod tym względem nieprzejednany. 

- Ale przecież mnóstwo Amerykanów pracuje w Kanadzie! W hotelach zaw-

sze pracowali ze mną Amerykanie i Australijczycy. 

Ezra tylko wzruszył ramionami. Nic nie mógł zrobić i Pawnee wiedziała o 

tym. Musiała po prostu wypuścić z siebie parę. 

- A czy mogę pracować jako kelnerka w kawiarni? - zapytała z desperacją. 

- W ogóle nie wolno ci pracować w tym kraju - powtórzył Ezra stanowczo. 

- Ale co ja mam w takim razie robić, na litość boską? - obruszyła się, wstrzą-

śnięta.   

Przez całe życie pracowała! Odkąd skończyła dwanaście lat, nigdy nie miała 

prawdziwych wakacji, gdyż właśnie wtedy oprocentowanie kredytów bankowych 

zaczęło rosnąć w astronomicznym tempie. Wszystkie wakacje spędzała na farmie, 

usiłując wymyślić jakiś sposób, by uchronić rodziców przed bankructwem, a gdy te 

wysiłki na nic się nie zdały, gdy wszystko zawiodło i przedstawiciel banku wkro-

czył na teren farmy i wypowiedział te okropne słowa, wtedy Pawnee wyjechała z 

domu i znalazła pracę. Nie było to trudne dla kogoś, kto przyzwyczajony był do 

wysiłku i długich dniówek. 

Oprócz kilku tygodni, gdy Cree przebywała w niewoli, Pawnee nigdy w życiu 

nie pozostawała bez pracy. 

- Ezro, co ja mam robić? - zapytała z przerażeniem. 

On zaś poczuł chęć, by ją chronić i opiekować się nią. Wydawało mu się nie-

sprawiedliwe, że taka drobna, szczupła kobieta przez całe życie ciężko harowała i 

R  S

background image

nie potrafiła się odnaleźć w obliczu bezczynności. Miał wrażenie, że gdyby wcze-

śniej był przy niej, potrafiłby o nią zadbać. 

- Jeśli policzysz sobie po dwa tygodnie wakacji od czasu, gdy skończyłaś 

dwanaście lat, to wyjdzie ci akurat pół roku - stwierdził. - To proste. Po prostu po-

traktuj pobyt tutaj jak zaległy urlop. A wierz mi, Pawnee, nie ma na świecie lep-

szego miejsca na urlop niż Hawaje. 

- Och, nie martw się, tu można robić mnóstwo rzeczy! - zapewniła ją Sonia 

później po południu. - Nauczyłam się nurkować z aparatem tlenowym i bardzo się 

podciągnęłam jako tenisistka... Tu ciągle coś się dzieje, bo przypływa dużo jach-

tów. Umiesz grać w tenisa? 

W tenisa? Tenis to była rozrywka dla bogaczy, którzy nie mieli nic innego do 

roboty. 

- Nie - odrzekła Pawnee krótko. 

- John jest świetnym trenerem i na pewno znajdzie dla ciebie trochę czasu. No 

i jeszcze... - Sonia rzuciła okiem na włosy Pawnee. Wyglądały, jakby ostatnio ob-

cinano je przed lustrem w łazience nożyczkami do paznokci. - Jestem pewna, że bę- 

dziesz zachwycona, gdy się przekonasz, co Caroline potrafi zrobić z włosami! Li-

czy sobie bardzo drogo, bo szkoliła się w Paryżu, ale robi wspaniałe rzeczy. Jestem 

umówiona jutro na podcięcie włosów - skłamała gładko. - Może zadzwonię do niej 

i umówię również ciebie? 

Na to Pawnee mogła się zgodzić. Włosy były trochę za krótkie na koński 

ogon i przeszkadzały jej w pływaniu. 

- Wystarczy mi, że trochę je skróci - rzekła, ale Sonia tylko się uśmiechnęła. 

Miała zamiar wcześniej dokładnie poinstruować Caroline przez telefon. Włosy 

Pawnee wymagały odżywienia. 

- W takim razie może pójdziemy od razu na całość? Mogę zamówić masaż i 

kosmetyczkę w salonie Frankie. 

- No, dobrze - westchnęła Pawnee z nieszczęśliwą miną.   

R  S

background image

Byłaby jeszcze bardziej nieszczęśliwa, gdyby wiedziała, że Sonia już obmyśla 

całkowitą transformację jej osoby. Na szczęście nowa przyjaciółka zachowała ten 

pomysł dla siebie, ale do wieczora zdążyła już wciągnąć w konspirację wszystkich 

właścicieli butików w Port Sunrise. 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Basen przy willi był cudem myśli technicznej wspomagającej naturę bez 

oglądania się na koszty. Za domem znajdował się niewielki wodospad, pod którym 

inżynierowie zbudowali „naturalny" dwupoziomowy basen z kamieni. Woda z 

wodospadu wpadała do niego, zmieniała bieg i zataczała krąg wśród skał, a potem 

ginęła w lesie. 

Basen był nieco odsunięty od willi. Z jednej strony ograniczała go skalna 

ściana, a z pozostałych stron otoczony był drzewami. Roztaczał się stad widok na 

ocean. Woda była kryształowo czysta i chłodna. Pawnee i Ezra przekonali się 

szybko, że pływanie tutaj to najlepszy sposób na rozpoczęcie dnia. 

Pawnee spędzała większą część dnia w wodzie. Prawie codziennie chodziła 

na lekcje nurkowania z aparatem tlenowym w pobliże Port Sunrise. Tam woda była 

na wpół przyjacielem, a na wpół wrogiem, którego należało szanować, zachowy-

wać wobec niego ostrożność, który ujawniał swoje tajemnice i magię tylko wta-

jemniczonym. Pływała również łodzią ze szklanym dnem nad płytką rafą koralową 

w pobliżu szkoły nurkowania. Była to swego rodzaju obietnica, przedsmak tego, co 

zobaczy z bliska, gdy już nauczy się wprawnie nurkować. Tam woda stawała się 

zupełnie innym światem, który pozwalał zapomnieć o istnieniu czasu i niemal po-

czuć się innym gatunkiem stworzenia. 

Późnym popołudniem często wracała na plażę pod domem i znów pływała w 

morzu, a potem jeszcze raz, gdy Ezra wracał z pracy. Zachodzące słońce zabarwia-

ło wodę na złoty kolor, a woda stawała się jedwabiście gładka. W takich chwilach 

R  S

background image

Pawnee czuła się jednością już nie tylko z podwodnym światem, lecz z samą wodą, 

z istotą nazywaną oceanem. 

Po zachodzie słońca nie było rozsądnie pływać w morzu. Czasami kończyli 

dzień w taki sam sposób, jak go zaczęli. Po zmierzchu wspinali się ścieżką i pływa-

li w basenie przy świetle gwiazd. 

Często rozmawiali do późna w nocy, siedząc nieruchomo w mroku, patrząc na 

niebo i słuchając szumu wodospadu. Ezra odkrył, że mówi o rzeczach, z których się 

nigdy nikomu nie zwierzał. Opowiadał jej o śmierci rodziców, o niechęci, jaką 

wzbudziła w nim przeprowadzka do Toronto, o chłodzie, jakim po rodzinnym życiu 

na zachodzie emanował dom dziadków. Mówił też o innych rzeczach, które fascy-

nowały Pawnee. Opowiadał o krajach, które odwiedził, i o dziwnych zwyczajach w 

nich panujących. Także słuchał - o jej dzieciństwie, miłości do ziemi, o utracie 

farmy. 

Oczywiście wiele spraw pozostawało nie wypowiedzianych, wielu Ezra nie 

potrafił ubrać w słowa, jeszcze innych nie pamiętał. Czasami długo siedzieli w ci-

szy. Ezra miał wówczas wrażenie, że swoim milczeniem mówi Pawnee równie 

wiele jak słowami. 

Pawnee zdumiona była odkryciem, jak bardzo można być zajętym, nie robiąc 

właściwie nic pożytecznego. Gdy nie pływała, chodziła na zakupy albo na lunch z 

Sonią. Dwa razy w tygodniu miała lekcje tenisa. Często zapraszano ją na drinka 

na pokład jachtów. Ich pasażerowie głodni byli nowych twarzy i chętnie plotkowali 

o Barneyu McNabie, jego nowej wyspie i hotelu. 

Nie tylko pasażerowie jachtów mówili o hotelu. Pawnee już po kilku dniach 

przekonała się, jak wiele wrogości otaczało ten projekt. Nie dziwiło jej to. Hotel był 

o wiele za duży jak na tę wyspę. Miał się składać z głównego budynku na plaży i z 

całej grupy pawilonów oraz z wielkiego basenu. Plaża, na której trwała budowa, 

wcześniej była ulubionym miejscem miejscowych posiadaczy łódek, którzy ucieka-

li tam z większej i łatwiej dostępnej plaży przy Port Sunrise. A teraz miał ją zepsuć 

R  S

background image

budynek z betonu i szkła, wypełniony tysiącem turystów. Przyroda ulegała znisz-

czeniu. Całe tuziny drzew wyrywano z ziemi z korzeniami. 

Pawnee słyszała o tym wszystkim, gdyż wiele osób nie zdawało sobie sprawy, 

że jest w jakiś sposób związana z budową. Uważano ją za turystkę z któregoś jach-

tu, toteż nikt nie liczył się przy niej ze słowami. Na wyspie panowała nienawiść do. 

Barneya McNaba i ludzi, którzy dla niego pracowali. 

Pawnee nie wspominała o tym wszystkim Ezrze, bo cóż on mógł zrobić? 

Podjął pracę, która już była rozpoczęta; powiedział jej kiedyś, że betonowe funda-

menty zostały już wylane... Nawet gdyby zrezygnował z posady, nic by to nie dało, 

bo Polygon po prostu zastąpiłby go kimś innym. Pawnee jednak nie potrafiła się z 

tym pogodzić. Przypomniała sobie zaufanie Mirandy do Barneya McNaba i serce 

jej się ścisnęło z żalu. Bogacze są jednak wszędzie tacy sami i nigdy się nie zmie-

nią. 

Ezra jechał powoli, z trudem zmuszając się do koncentracji. Teraz żałował, że 

nie zgodził się, by przywiózł go Barry. Czuł, że ma zwolnione reakcje. Na szczę-

ście droga była krótka i o tej porze zwykle pusta. 

Martwił się. Wypadki na budowach zawsze się zdarzają, ale dwa wypadki pod 

rząd, które spotkały dwóch kolejnych szefów realizacji projektu, to zbyt wiele jak 

na zbieg okoliczności. Wiedział o wrogości ze strony miejscowych; uważali, że 

budowa hotelu oznacza dla nich koniec spokojnego życia. Nie mieli nic przeciwko 

Port Sunrise; to miasteczko istniało od dawna i w niczym im nie przeszkadzało, ale 

hotel ich przerażał. Byli pewni, że będzie to wysoki, stumetrowy budynek z betonu 

i szkła. 

Ezra wiedział, że ci z miejscowych, którzy podjęli pracę na budowie, spotkali 

się z towarzyskim potępieniem; czyżby któryś z nich próbował dowieść swej lojal-

ności sabotażem? A może firma już na samym początku zatrudniła sabotażystę? 

A może rzeczywiście był to zwykły wypadek. Spadła na niego cegła. Ezra w 

porę zauważył cień i zdążył się odsunąć na tyle, że cegła tylko lekko trąciła go w 

R  S

background image

głowę i zatrzymała się na ramieniu. Bogu dzięki, kość nie była złamana. Lekarz 

zrobił, co mógł, a mógł niewiele i do czasu otrzymania wyników badań odesłał 

Ezrę do domu. Trzeba było sprawdzić, czy nie wystąpił wstrząs mózgu. 

Ezra miał nadzieję, że Pawnee będzie w domu. Sądząc z tego, co mu mówiła, 

ostatnio rzadko tam bywała w ciągu dnia. Miał dość mgliste pojęcie o tym, czym 

właściwie zajmuje się jego żona: nurkowała, kupowała jakieś ubrania, a poza tym 

zwiedzała wyspę. To było wszystko, o czym wiedział. Pomyślał, że jeśli jej nie za-

stanie, to po prostu zrobi sobie drinka i rozciągnie się wygodnie na werandzie. Wo-

lałby jednak, żeby była. 

Samochód, w który zaopatrzył ich Barney McNab, stał obok ścieżki, to jednak 

jeszcze niczego nie przesądzało. Ezra wiedział, że Sonia czasami zabierała Pawnee 

do miasta swoim samochodem. Zaparkował i wytoczył się na ścieżkę. Ramię bolało 

go coraz bardziej, głowa też. Obok leżaka stała pusta szklanka, ale na werandzie nie 

było nikogo. 

- Ezra! 

Pawnee była w kuchni i nie usłyszała podjeżdżającego samochodu. Na widok 

Ezry stanęła jak wryta i zaczerwieniła się aż po czubki uszu. Przyjrzał się jej spod 

przymrużonych powiek. Dwa tygodnie opieki Sonii uczyniły cuda z wyglądem 

Pawnee. Ezra zauważał te zmiany stopniowo, teraz jednak po raz pierwszy dotarła 

do niego pełnia jej metamorfozy. Krótko obcięte włosy otaczały jej głowę jak 

lśniący hełm, podkreślając indiański zarys kości policzkowych i szczęki. Przytyła 

nieco i jej ciało składało się teraz z gładkich, smukłych zaokrągleń, które jednak nie 

skrywały mocnych mięśni. Była opalona na orzechowy kolor. Pachniała olejkiem 

kokosowym i była prawie naga. Dopiero po chwili Ezra zauważył malutki dół od 

bikini, wysoko wycięty na udach, a poniżej pępka zwinięty w rulonik. Całości gar-

deroby dopełniała koralowa bransoletka. Ezra wpatrzył się w jej obnażone piersi. 

Po pierwszej chwili zawstydzenia Pawnee dostrzegła bandaż na jego głowie. 

- Co się stało? Czy jesteś ranny? - zapytała z troską, wyciągając do niego rę-

R  S

background image

kę. 

- Do cholery, czy nie możesz czegoś na siebie nałożyć? - wybuchnął Ezra. 

Pawnee zaczerwieniła się jeszcze bardziej i wybiegła na werandę, chwytając 

po drodze rozpinaną koszulę bez rękawów. Z punktu widzenia Ezry tak było o 

wiele lepiej. Koszula miała z przodu tylko dwa guziki i sięgała zaledwie pępka. 

Wycięcia przy rękawach i dół były wystrzępione. Pawnee brakowało tylko sztyletu 

u pasa. 

- Ja Tarzan - powiedział Ezra odruchowo. - Ty Jane.   

- Jesteś ranny - odrzekła Pawnee. - Usiądź. 

Zaciągnęła markizę nad leżakami i zapytała: 

- Masz ochotę na sok ananasowy? 

Gdy Ezra skinął głową, zniknęła w kuchni i po chwili wróciła z tacą, na której 

stał dzbanek kremowobiałego soku i talerz ze świeżo pokrojonymi owocami. Po-

chyliła się nad nim, stawiając tacę na stoliku. Na wysokości oczu Ezry znalazły się 

jej długie, opalone nogi i zgrabne ramiona. Pomyślał, że chyba rzeczywiście byłoby 

lepiej, gdyby Pawnee pracowała na farmie i nosiła dżinsy i robocze koszule. 

- Co się stało? - zapytała po raz kolejny, podając mu szklankę. 

- Spadł na mnie kawałek betonu - wyjaśnił Ezra lekko.   

Nie sądził, że Pawnee tak się przejmie jego wypadkiem. Nigdy jeszcze żadna 

kobieta tak się o niego nie troszczyła. Sam, oczywiście, interesowała się jego pracą, 

ale to było zupełnie coś innego. 

Pawnee głośno wciągnęła oddech. 

- Ezra! - szepnęła z przejęciem. - Czy to był...? 

- Nazywamy to wypadkiem - odrzekł spokojnie. - Może rzeczywiście był to 

tylko wypadek. 

- Czy nie powinieneś się położyć? 

Ezra przymknął oczy, walcząc z bestią we własnej duszy. Pawnee mylnie 

zrozumiała jego grymas i naraz poczuł jej dłoń na swym czole i policzku. 

R  S

background image

- Czy mogę coś dla ciebie zrobić? Dostałeś jakieś środki przeciwbólowe? 

Otworzył oczy i z bliska spojrzał prosto w jej twarz. Pawnee poczuła, jak to 

spojrzenie przeszywa ją aż do głębi duszy. Ujął ją za rękę i wtulił usta we wnętrze 

dłoni. Poczuł na wargach dotyk chłodnego metalu obrączki, którą sam jej nałożył, 

obrączki, która oznaczała, że... 

Pawnee siedziała nieruchomo, ogarnięta falą gorąca, patrząc, jak oczy Ezry 

zasnuwają się mgłą pożądania. Podniósł głowę i zobaczył tę samą mgłę w jej 

oczach. Objął ją drugą, wolną ręką, przytulił do siebie i wycisnął na jej ustach po-

całunek. Pawnee nie opierała się, westchnęła tylko cicho, gdy dłoń Ezry odnalazła 

jej pierś i wsunęła się pod koszulę. Po chwili dłoń zastąpiły usta. Zamknięta w sta-

lowym uścisku Pawnee mogła tylko jęczeć cicho, upajając się siłą Ezry. On zaś 

jeszcze nigdy nie pragnął żadnej kobiety równie mocno. Wzbierająca w nim fala 

pożądania zagarniała całą jego duszę; czuł, że zupełnie traci rozsądek. 

„Mam nadzieję, Ezro, że nie zachowałeś się dzisiaj jak zwierzę. Strzeż się be-

stii we własnej duszy!" 

Naraz okazało się, że siedzi na skraju leżaka i trzyma Pawnee na odległość 

wyciągniętego ramienia 

- Ezra? - szepnęła dziewczyna.   

Przymknął oczy i zaklął pod nosem. 

- Przepraszam, Pawnee. Cholera, przepraszam cię. Tego nie było w naszej 

umowie, prawda? 

Łagodny wietrzyk na trasie nagle wydał jej się zimny. 

- Nie, tego nie było w umowie - przyznała cicho. 

- Przykro mi. Czy bardzo cię przestraszyłem? 

- Nie, nie przestraszyłeś mnie - odrzekła, przecierając oczy ręką.   

Wstała, choć nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Nie była pewna, na ile ujaw-

niła swoje uczucia, sądziła jednak, że Ezra ma dość doświadczenia, by odgadnąć 

siłę jej pragnień. Czuła się głęboko upokorzona; nie rozumiała, dlaczego zaczął i 

R  S

background image

dlaczego przestał. 

- Nie rób tego więcej - rzekła cicho. 

- Nie - zgodził się.   

Miał ochotę rzucić czymś ciężkim o ścianę.   

Co on właściwie, do diabła, narobił? 

Rano ramię przybrało sinoczarny kolor i wciąż go bolało, okazało się jednak, 

że wstrząs mózgu nie wystąpił. Głowa była tylko lekko zadrapana. Ramię stało się 

dobrym pretekstem, by zrezygnować z pływania w basenie. Ezra w nieznośnym 

milczeniu wypił kubek kawy i wszedł z domu. 

Pawnee zgarnęła ręcznik i udała się do swego raju, ale tego dnia pływanie nie 

sprawiało jej przyjemności. Uprzytomniła sobie, że kiedyś to wszystko stanie się 

tylko wspomnieniem, bezpowrotnie utraconą przeszłością. Wiedziała, że najbar-

dziej będzie jej brakowało chwil spędzonych w tej wodzie z Ezrą, gdy magia tego 

miejsca zdawała się obiecywać jej zupełnie inną przyszłość. 

Do tej chwili jednak nie zdawała sobie z tego sprawy. Wszystkie jej marzenia 

pozostawały w sferze nieświadomości; nie wiedziała nawet, że marzy. Aż do tego 

dnia nie miała pojęcia, że zakochuje się we własnym mężu. 

Przez większą część nocy leżała bezsennie, przewracając się z boku na bok i 

wciąż na nowo przeżywając upokorzenie. Po raz pierwszy w życiu została odrzu-

cona. Teraz dopiero pojęła, jak wielkie znaczenie w tym rajskim zakątku miała dla 

niej obecność Ezry. 

Jej problem - o czym Ezra prawdopodobnie wiedział - polegał na zupełnym 

braku doświadczenia seksualnego. Za to odpowiedzialne były dwa czynniki: ojciec 

oraz kryzys gospodarczy. Wszyscy chłopcy, z jakimi się dotychczas spotykała, 

śmiertelnie obawiali się jej ojca. Wzrok, jakim ich obrzucał, mówił im wyraźnie, że 

jeśli niewłaściwie potraktują jego córkę, będą mieli z nim do czynienia. W ciągu 

dwóch lat, gdy wszyscy dokoła eksperymentowali z wielką tajemnicą płci, Pawnee 

i Cree wracały do domu pod eskortą chłopców, którzy wiedzieli, że będą musieli 

R  S

background image

spojrzeć w oczy Jackowi Walkerowi. 

A potem kraj ogarnęła recesja i ojciec z desperacją walczył o utrzymanie far-

my, zżeranej przez nieprawdopodobnie wysokie odsetki od kredytów zaciągniętych 

na początku lat osiemdziesiątych. Życie towarzyskie Pawnee niemal przestało ist-

nieć. Od rana do nocy zajęta była pracą. W końcu, za namową ojca, niechętnie 

zgodziła się rozpocząć studia rolnicze. Teraz rozumiała, że ojciec już wtedy prze-

widywał, co się może wydarzyć, i chciał jej zapewnić niezależność materialną. 

Może nawet miał nadzieję, że jego córka wyjdzie za mąż za syna jakiegoś farmera. 

Ona jednak widziała w studiach wyłącznie sposób na zmodernizowanie i ocalenie 

farmy. 

Miała wówczas już dziewiętnaście lat i od przeszło dwóch z nikim się nie 

spotykała. Czuła się jak zapóźnione w rozwoju dziecko, jakby cała reszta świata 

znała sekret, którego jej nigdy nie udało się zgłębić. A poza tym nic nie wiedziała o 

muzyce, filmach, bardzo niewiele o polityce... dlatego też odrzucała zaproszenia, 

nie chcąc wyjść na zupełną ignorantkę. 

Potem odkryła na uczelni basen i choć zdawała sobie sprawę własnych mo-

tywów, pływanie okazało się dobrym ujściem dla energii i od tej pory życie stało 

się łatwiejsze. Gdy już nie mogła znieść dziwnego napięcia, szła popływać. Ale 

pływanie w towarzystwie mężczyzny, który wzbudzał w niej seksualne napięcie, 

było czymś zupełnie innym.   

Dzień po dniu Pawnee patrzyła na Ezrę, zdrowego, dojrzałego mężczyznę o 

lśniącej skórze i silnych mięśniach, aż w końcu przekaz, który płynął do niej z głębi 

własnego ciała, dotarł do świadomości i zupełnie ją ogłuszył. 

Nałożyła maskę i zanurkowała głęboko w tajemniczą, zieloną głębinę. Więk-

szy basen był w zasadzie naturalnym zagłębieniem między skałami, które tylko 

nieco powiększono. Przy skalnej ścianie pływały małe rybki, skubiąc porastające 

ścianę wodorosty. 

Pawnee uświadomiła sobie ze zdziwieniem, że te rybki nigdy nie opuściły 

R  S

background image

rajskiego ogrodu. Żyły tak samo jak ich przodkowie sprzed tysięcy lat, w świecie 

pełnym obfitości. Wystarczyło tu tylko wyciągnąć rękę, by otrzymać wszystko, 

czego się pragnęło. Uświadomiła sobie, że raj to właśnie miejsce, w którym dostaje 

się wszystko, nie wiedząc nawet, że właśnie tego się potrzebuje. 

Pawnee do tej pory żyła w tym raju, teraz zaś została z niego boleśnie wyrzu-

cona. Było bowiem jasne, że choć Ezra również doświadcza seksualnych pragnień, 

nie uważa jej jednak za kobietę, która mogłaby je zaspokoić. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Tego ranka Ezra zachowywał się jak ranny niedźwiedź i to nie tylko z powo-

du fizycznych dolegliwości. Bardziej niż ciało bolała go dusza. Co go właściwie 

opętało? Pawnee pragnęła go, całowała go, był pewien jej pożądania, czego więc 

się przestraszył? Na samo wspomnienie poprzedniego popołudnia znów zaczynało 

w nim wzbierać pożądanie. Czuł w sobie zarazem dzikość i frustrację, jak pantera 

zamknięta w klatce. Nigdy jeszcze nie czuł się tak sfrustrowany. 

„Nie rób tego więcej, Ezro" - powiedziała Pawnee poprzedniego wieczoru. 

Przypomniał sobie te słowa i potrząsnął głową. Czego ma nie robić? Nie próbować 

się do niej zbliżyć czy też nie przerywać tego, co zaczął? Był pewien, że jeśli taka 

sytuacja się powtórzy, to po raz drugi nie będzie w stanie się zatrzymać. Trucizna 

dziadka przestała wreszcie działać. Ezra nie obawiał się już siebie. Po wielu latach 

spotkał się w końcu oko w oko z bestią ukrytą we wnętrzu własnej duszy i przeko-

nał się, że pragnęła ona tylko jednego: jak największej przyjemności dla siebie oraz 

dla Pawnee. 

Przypuszczał, że jego dziadek nigdy nie zrozumiał, iż kobietom seks może 

sprawiać przyjemność, i może dlatego nauczył się uważać swoje pragnienia za zło. 

Ezra jednak zrozumiał jego przekaz inaczej; nieświadomie uznał, że „bestia" skryta 

w jego duszy jest zła z natury. Dla siedemnastolatka była to przerażająca wizja. 

R  S

background image

Kobiety w przeszłości skarżyły się, że Ezra za bardzo się kontroluje, a on nie 

mógł zrozumieć, o co im chodzi. Wydawało mu się, że każda normalna kobieta 

pragnie, by jej partner nie tracił głowy. Przy Pawnee jednak przestawał panować 

nad sobą i teraz już rozumiał, że kontrola wcale nie była potrzebna. Pawnee była 

spięta, ale nie bała się go, nie miała po temu żadnego powodu. Musiał ją tylko 

przekonać, że znów jej nie odepchnie, sprawić, by zechciała się przed nim otwo-

rzyć tak jak poprzedniego dnia. 

Musiał znaleźć jakiś sposób, by uwieść własną żonę. 

Odpływ odsłonił wąski skrawek piasku biegnący wzdłuż urwiska. Pawnee 

wiedziała, że prowadzi on do sąsiedniej zatoki, nad którą budowano hotel, ale nig-

dy nie próbowała tędy przejść, bo nie miała ochoty patrzeć na dewastację przyrody. 

Późnym popołudniem siedziała na plaży, gdy naraz fala opadła, odsłaniając różową 

ścieżkę prowadzącą do Ezry. Pokusa była zbyt wielka. Nie zastanawiając się wiele 

nad konsekwencjami tego kroku, Pawnee wstała i ruszyła przed siebie. 

Wkrótce miał się zacząć przypływ. Wiedziała, że nie zdąży wrócić, zanim 

woda zakryje piasek, nie myślała o tym jednak. Spragniona była widoku Ezry. Mu-

siała go zobaczyć. 

Okrążyła skalny załom i stanęła w miejscu, patrząc z niedowierzaniem na 

rozrzucone między drzewami budynki. Kompleks składał się z tuzina niewielkich, 

nie wykończonych jeszcze chat i przypominał dwustuletnią wioskę rybacką. W za-

głębieniu terenu, wtulony między skały, zaczynał już być widoczny spory, ośmio-

kątny basen. Ze skalnej ściany spadał wodospad i rozpryskiwał się w serii zagłę-

bień otoczonych bujną roślinnością. 

Po terenie budowy krzątali się mężczyźni w kapeluszach. Przy brzegu basenu 

stały żółte baraki i dźwig. Na drzwiach jednego z baraków przybita była tabliczka z 

napisem: Biuro. 

Pawnee nie miała pojęcia, co robić dalej. Zdenerwowanie wyrwało ją z transu. 

Ezra nigdy jej nie proponował, by go odwiedziła w pracy, nie była więc pewna, jak 

R  S

background image

ją przyjmie, szczególnie po wczorajszym dniu. Czy będzie sobie wyobrażał, że 

Pawnee rozpaczliwie zatęskniła za jego względami? Po co właściwie tu przyszła? 

Było już jednak za późno na takie rozważania. Fale przypływu zakryły skra-

wek piasku, odcinając jej odwrót. 

Ezra, George i Gord stali na brzegu jednego z basenów, zastanawiając się, jak 

rozwiązać problem, który wyniknął w trakcie pracy nad wodospadem. Robotnicy 

poskładali już narzędzia i zbierali się do odejścia. 

Gord, architekt, realizował już kilka projektów McNaba w różnych miejscach 

na świecie i zafascynowany był wodospadem za willą, toteż zaproponował, by 

stworzyć podobny od podstaw. Zaprojektował zamknięty obieg wody: baseny, sys-

tem filtrów, wodospad. Ezra wiedział, że projekt pięknie wygląda na papierze, lecz 

w trakcie pracy na pewno pojawią się jakieś przeszkody, które zmuszą ich do prze-

kroczenia budżetu. 

- Czy to syrena? Skąd ona się tutaj wzięła? - zapytał nagle George.   

Ezra odwrócił głowę i z wrażenia omal nie wpadł do basenu. 

- To Pawnee - wyjaśnił Gord.   

Ezra schodził już na plażę. 

- Pawnee! - zawołał, biegnąc w jej stronę.   

Prawie wszyscy mężczyźni na budowie stanęli i patrzyli na niego. Pawnee 

również się zatrzymała, obserwując go bacznie. 

- Cześć! - powiedział, podchodząc do niej.   

Przez chwilę patrzyli na siebie. 

- Cześć - odrzekła. Ezra ubrany był w kask, koszulę z krótkimi rękawami, 

szorty koloru khaki i robocze buty. Na jego ciele lśniły kropelki potu. - Zdaje się, 

że przeszkodziłam ci w pracy. 

Potrząsnął głową. 

- Chodź, obejrzysz wszystko z bliska. 

Otoczył ją ramieniem i poprowadził w stronę domków. Przy dotknięciu wy-

R  S

background image

czuł jej lekki opór. A więc nie pójdzie mu tak łatwo. Będzie musiał postępować 

powoli i ostrożnie. No cóż, miał dużo czasu. Całe życie, o ile właściwie rozegra 

sytuację. 

- Jesteś boso - zauważył, prowadząc ją najpierw do biura, i pomyślał, że bę-

dzie musiał uważać, by nie nastąpiła na żaden gwóźdź. 

Pawnee zdążyła już poznać Gorda, Barry'ego i jeszcze paru mężczyzn. Nie-

którzy odwiedzili ich w domku, innych spotkała w Port Sunrise. Teraz Ezra przed-

stawił jej pozostałych, a potem w towarzystwie Gorda poszli na budowę. 

Nigdy jeszcze mężczyźni nie okazywali Pawnee tyle przepełnionej szacun-

kiem uprzejmości. W Kanadzie robotnicy budowlani na jej widok zwykle gwizdali 

i wołali, tu jednak traktowali ją jak wielką damę. Wszyscy wiedzieli, że Ezra gotów 

był połamać kości każdemu mężczyźnie, który ośmieliłby się odezwać niestosow-

nie do jego żony. 

- Jakie to wszystko jest piękne! - wykrzyknęła Pawnee, gdy po powrocie do 

biura stanęli przy makiecie hotelu. - Absolutnie doskonałe! Ile osób ma pomieścić 

ten hotel? 

- Dwadzieścia cztery osoby w domkach i dwanaście w głównym budynku. 

Razem trzydzieści sześć - odrzekł Goni. 

- A gdzie jest wieżowiec?   

Gord potrząsnął głową. 

- Nie będzie żadnego wieżowca. Nazywamy tak dwupiętrową część głównego 

budynku. 

Pawnee spojrzała na niego z niedowierzaniem 

- Ale w mieście wszyscy mówią o betonowych, koszmarnych wieżowcach! 

Czy ludzie wiedzą, co wy tu właściwie budujecie? 

- Chyba tak - powiedział Ezra, niepewnie marszcząc czoło. - Na pewno wie-

dzą. McNab musiał im przecież pokazać makietę, prawda, Gord? 

Gord tylko wzruszył ramionami. 

R  S

background image

- Pokazywał ją inwestorom. Wiem, bo byłem przy tym. Nie mam pojęcia, kto 

z miejscowych ją widział. 

- Ale gdyby ludzie mogli to zobaczyć - zawołała Pawnee z podnieceniem - 

gdyby się przekonali, że nie niszczycie tego miejsca, że wszystkie drzewa zostaną z 

powrotem posadzone po skończeniu robót... Ezro, ty chyba nie wiesz, co ja słyszę! 

Tutejsi nie mają pojęcia, kim jestem, przeważnie myślą, że przypłynęłam na jach-

cie, więc rozmawiają ze mną zupełnie swobodnie. Większość z nich jest przekona-

na, że budujecie tu dziesięciopiętrowy wieżowiec z różowego betonu! 

Zdecydowali się wydać popołudniowe przyjęcie dla wszystkich, którzy ze-

chcą wsiąść na firmowy prom, przypłynąć na miejsce budowy, napić się szampana i 

obejrzeć makietę. Oczywiście goście mieliby wstęp wyłącznie do biura, stąd jednak 

było widać, że po ukończeniu hotel naprawdę będzie wyglądał tak jak na makiecie. 

Usunięto wiele drzew, wszystkie one jednak leżały na plaży z korzeniami owinię-

tymi w mokre plandeki i po ukończeniu robót miały na powrót zostać posadzone 

pomiędzy domkami. 

Pawnee była pewna, że wodospad, prawie ukończony, wzbudzi powszechny 

zachwyt. Miejscowi, co prawda, słyszeli, że ma tu zostać zbudowany wielki basen, 

na pewno jednak nikomu nawet się nie śniło, iż będzie to tak piękna konstrukcja. 

Od tej chwili wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko. Odwlekanie sprawy 

oznaczałoby ryzyko kolejnego „wypadku", który tym razem mógł się okazać po-

ważniejszy w skutkach. Pawnee odwiedziła budowę po raz pierwszy we wtorek, 

zaś przyjęcie miało się odbyć w sobotę. 

Nie trzeba było długich tłumaczeń, by Barney McNab pojął, w czym rzecz, i 

zaakceptował pomysł. Przez trzy kolejne dni Ezra zajmował się organizowaniem 

przepraw promowych z różnych miejsc, rozpowszechnianiem nowiny i przygoto-

waniem miejsca na przyjęcie gości. 

Pawnee i Sonia dzielnie mu sekundowały. Opowiadały o przyjęciu wszędzie: 

u fryzjera, na kortach tenisowych, w szkole nurkowania i w butikach. One same 

R  S

background image

oczywiście również miały tam być, 

- I, moim zdaniem, oznacza to, że musimy kupić nowe sukienki! - obwieściła 

Sonia w piątek. 

Pawnee nie sprzeciwiała się. Po raz pierwszy w życiu odkryła, jak wielkie 

znaczenie odgrywa strój, i również po raz pierwszy, dzięki hojności Ezry, miała 

środki, by kupić sobie odpowiednie ubrania. Poza tym chciała mieć nową sukienkę. 

Pragnęła pomóc Ezrze, a także pragnęła stać się w jego oczach tak atrakcyjna, by 

zapomniał o skrupułach. 

Myślała o tym długo i w końcu doszła do wniosku, że jej mąż mógł mieć tyl-

ko jeden powód, by ją odepchnąć, a mianowicie nie chciał komplikować ich ukła-

du. Problem jednak polegał na tym, że dla Pawnee sytuacja i tak już była bardzo 

skomplikowana. Zakochała się w swoim mężu i była pewna, że ona również go po-

ciąga. A w przypadku mężczyzny taki pociąg mógł prowadzić do miłości. W końcu 

była jego żoną, więc chyba miała prawo uwieść własnego męża? 

Sukienka, którą znalazła, nawet Sonii zaparła dech w piersiach. Sprzedaw-

czyni w butiku stwierdziła tylko: 

- No cóż, zdaje się, że uszyto tę suknię w niebie specjalnie dla pani. 

- Dzwonił do mnie Barney - oznajmiła Beth tego wieczoru, nakrywając stół 

dla Pawnee do samotnej kolacji. - Chyba słyszałaś, że przyjeżdża razem z żoną na 

jutrzejsze przyjęcie. Mają przywieźć gościa, jakąś ważną osobistość. 

- Rozumiem - uśmiechnęła się Pawnee.   

Ta wiadomość oznaczała, że nie powinni korzystać z basenu, dopóki gość bę-

dzie mieszkał w willi. 

Ezra zapowiedział, że nie wróci na kolację. Zajęty był doglądaniem ostatnich 

przygotowań przed przyjęciem. Był jednak z tego zadowolony, bo wolał na razie 

nie przebywać zbyt blisko Pawnee. Chciał mieć całą tę sprawę z głowy i dopiero 

wtedy skoncentrować się na żonie. 

Następnego ranka wypił tylko w pośpiechu kawę i wybiegł z domu. Pawnee 

R  S

background image

była z tego zadowolona, bo ona również miała swoje plany. 

Najpierw długa, chłodna kąpiel w aromatycznych olejkach, których Pawnee 

stała się wielką miłośniczką i po których jej złocista skóra stawała się jedwabiście 

gładka. Poprzedniego dnia w salonie fryzjerskim podcięto jej włosy, a potem oby-

dwie z Sonią zrobiły sobie manicure i pedicure. Teraz na jej paznokciach błyszczał 

różowy lakier. 

Umyła włosy i nałożyła odżywkę. Włosy były w świetnym stanie, lśniły i bez 

trudu układały się w piękną fryzurę. 

Potem bielizna: kilka centymetrów kwadratowych chyba najdroższej na świe-

cie koronki. Pawnee zarumieniła się, wkładając ją, ale nawet własna wstydliwość 

nie mogła jej powstrzymać. Wiedziała, że jeśli przyjęcie się uda, Ezra będzie 

szczęśliwy, odprężony i wdzięczny za pomoc. To była jedyna okazja i Pawnee za-

mierzała ją wykorzystać. 

Przed domem zatrzymał się samochód. Pawnee narzuciła na ramiona szlafrok 

i pobiegła do drzwi. Młoda kobieta wyładowywała z dżipa dwa wielkie pudła. 

- Cześć! - zawołała. - Mamy mnóstwo czasu. Na wszelki wypadek przyjecha-

łam wcześniej. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu. 

Pawnee potrząsnęła głową i usiadła przed toaletką, która wyglądała tak, jakby 

zrobiono ją z wyrzuconych przez morze na brzeg kawałków nieheblowanego 

drewna. 

- Boże, jak tu ładnie! Czy ten hotel rzeczywiście będzie taki sam? - zawołała 

Holly, otwierając pudła, w których mieściły się setki cieni do powiek, pudrów, sło-

iczków i pędzli. Pawnee do tego stopnia już przywykła do życia w luksusie, że za-

mówiła wizytę profesjonalnej wizażystki. 

- Zrób tak, żebym była piękna - poprosiła teraz.   

Holly z uśmiechem uniosła brwi. 

- Nic trudnego. Szkoda, że nie widziałaś niektórych moich klientek. Taka 

młoda skóra to sama przyjemność. 

R  S

background image

Pawnee miała wrażenie, że robienie makijażu trwa wieczność. Oczywiście 

Holly musiała najpierw zobaczyć sukienkę, by dobrać do niej odcienie kosmety-

ków. Pawnee wysłuchała szczerych zachwytów, a potem usiadła przed lustrem i z 

fascynacją obserwowała ruchy wizażystki. Holly najpierw oczyściła jej twarz i 

szyję, wklepała w nie krem nawilżający, a potem otworzyła pudełeczka i słoiczki z 

najrozmaitszymi kremami i podkładami w różnych odcieniach. 

- Gotowe! - oznajmiła Holly w końcu, zdejmując ręcznik z karku Pawnee i 

przepaskę z jej włosów. Pawnee wzięła głęboki oddech i spojrzała do lustra, a po-

tem westchnęła z zachwytu. 

Przez ostatnie dziesięć minut zaczynała się już obawiać, że makijaż będzie 

zbyt mocny. Okazało się jednak, że te obawy były bezpodstawne. Jej twarz wyglą-

dała jak nie umalowana, lecz jakby promieniała. Makijaż oczu, utrzymany w jasno-

zielonych odcieniach, był tak subtelny, że żaden mężczyzna nigdy by nie odgadł, 

ile w tym delikatnym podkreśleniu było sztuki, a ile natury. Nawet usta były tylko 

delikatnie zaróżowione. 

- Jesteś niesamowita - westchnęła Pawnee. 

- To przecież twoja twarz - zaśmiała się Holly. - Moje zadanie polega tylko na 

pokazaniu, jaka naprawdę jesteś. Włóż sukienkę, zobaczymy, jak wygląda całość. 

Sukienka, ciasno opinająca piersi i rozszerzająca się ku dołowi, była z mięk-

kiego jedwabiu w kolorach angielskiego lata. Blade zielenie, róże, żółcie i błękity 

przenikały się wzajemnie jak polne kwiaty na łące. Z dekoltu wyłaniały się opalone 

na oliwkowy brąz ramiona Pawnee, szczupłe, lecz zaokrąglone, i ciemna głowa 

pokryta lśniącymi lokami. Dwa kosmyki włosów, zaczesane na policzki, wtulały 

się we wgłębienia pod kośćmi policzkowymi. Przy tej fryzurze ciemne oczy Paw-

nee wydawały się egzotycznie skośne. Wyglądała jak leśna nimfa przebrana za 

ludzką istotę. W uszach miała malutkie kolczyki w kształcie kwiatów, a na stopach 

miękkie sandałki z zielonej skóry. Poza tym jedyną ozdobą, jaką miała na sobie, 

była wypolerowana do połysku obrączka. 

R  S

background image

- Ojej! - zawołała Holly, gdy wyszły na werandę. - Gdy zawieje wiatr, su-

kienka opina cię tak, jakbyś nie miała nic pod spodem! 

Pawnee spojrzała w lustro tylko raz. Obawiała się, że jeśli będzie patrzeć zbyt 

długo, to stchórzy i nie pójdzie na przyjęcie. Gdy Holly odeszła, zdenerwowana 

czekała na przyjazd Sonii, modląc się, by nerwy jej nie zawiodły. 

Ezra popijał drinka, słuchając męża Beth, który rozprawiał o uprawie ziemi, 

gdy wtem zauważył w progu baraku wchodzącą Pawnee. Wyglądała na kobietę z 

wielkiego świata, na jedną z dziewcząt, które przypływały tu jachtami, i Ezra ze 

ściśniętym sercem uświadomił sobie, że tego wieczoru będzie to mnóstwo bogatych 

mężczyzn. Jeśli Pawnee zapragnie popłynąć do Japonii albo na Tahiti, jak uda mu 

się ją powstrzymać? 

Uśmiechała się szeroko do Barry'ego i z tym uśmiechem wyglądała jak istota 

z bajki, jak elf tańczący przy księżycu, który znika, zanim ktokolwiek zdąży go 

pochwycić... 

- Przepraszam, Bert - powiedział Ezra, nie zważając na to, że przerywa swe-

mu rozmówcy. - To jest moja żona. 

Bert odwrócił się do drzwi i mruknął tylko: 

- A niech mnie! 

Tłum rozstąpił się przed Ezrą jak Morze Czerwone przed Mojżeszem, on zaś 

nigdy jeszcze nie czuł się tak wielki, tym razem jednak własne fizyczne rozmiary 

nie wydawały mu się przytłaczające. Przeciwnie, miał wrażenie, że dzięki swojej 

sile będzie potrafił rozgromić konkurentów jednym spojrzeniem, obronić Pawnee 

przed wszelkimi niebezpieczeństwami, posadzić ją sobie na dłoni i zanieść do swo-

jej jaskini. Nigdy jednak, nawet w chwili najgorszego szaleństwa, nie byłby w sta-

nie jej skrzywdzić. Jego siła należała do niej. 

- Pawnee - powiedział, a potem, dlatego że mógł, dlatego że ona nie mogła 

mu się opierać przy obcych, dlatego że była jego niedawno poślubioną żoną i 

wszyscy o tym wiedzieli, i wreszcie dlatego, że bardzo tego chciał i nie potrafił się 

R  S

background image

powstrzymać, otoczył ją ramieniem, przyciągnął do siebie i mocno pocałował. 

Dokoła nich rozległ się cichy aplauz. Ezra wypuścił Pawnee z ramion, ale 

wciąż otaczał dłonią przegub jej ręki. Pawnee oparła się o jego ramię i razem ru-

szyli w gęstniejący tłum. 

Byli piękną parą. Wszyscy mężczyźni przenosili wzrok z rozjaśnionej uśmie-

chem twarzy Pawnee na makietę hotelu i bez trudu dawali się przekonać do pro-

jektu. Wszystkie kobiety spoglądały z podziwem na potężne ciało Ezry i również 

nie zgłaszały sprzeciwów. 

- Tak, to prawdziwa strzecha - wyjaśniał Ezra. - Ułożą ją fachowcy z Walii. 

Na niektórych obszarach Walii i Devonu wciąż kryje się dachy strzechą, 

- Tak, system filtrowania wody oparty jest na energii słonecznej. Musieliśmy 

opracować... 

A więc to jednak musiała być prawda, co mówiono o Barneyu McNabie, że 

jest to kapitalista z wrażliwą duszą, człowiek przedkładający dobro naturalnego 

środowiska nad zyski, prawdziwy Kanadyjczyk. Jak pięknie ten hotel i basen wra-

stały w otoczenie! Jakie to miłe, że zaproszono wszystkich tu obecnych na otwarcie 

basenu... i jakże pociągająca była myśl, że Pawnee wystąpi wówczas w jeszcze 

bardziej skąpym stroju, a Ezra odkryje nagą pierś... 

- Owszem, Barney McNab miał zamiar przyjechać - wyjaśniał Ezra. - Jego 

żona, Jade Sweet, również, jest przecież podporą CCN. Mieli przywieźć jeszcze 

kogoś, jakąś ważną osobistość, ale nie wiem kogo. Tylko że wczoraj w Toronto 

znów była zawieja i żaden samolot dzisiaj nie wystartował. 

Pasażerowie jachtów byli niezmiernie rozczarowani nieobecnością McNa-

bów. Właściciele CCN należeli do międzynarodowej elity finansowej. Oczywiście 

mieli jacht, ale byli zapracowanymi samotnikami, toteż rzadko nadarzała się oka-

zja, by ich poznać. Mieszkańcy wyspy jednak widywali ich dość często. 

- A czy przyjadą, gdy pogoda się poprawi? 

- Raczej nie, skoro już stracili dzisiejsze przyjęcie - odrzekł Ezra.   

R  S

background image

On sam żałował, że tak się stało, bo obecność McNaba zwolniłaby go z obo-

wiązku pozostania na przyjęciu, dopóki nie wyjdzie ostatni gość. 

- Muszę zostać do końca - mruknął do Pawnee, gdy do plaży przybijał kolejny 

prom. 

- Wiem - odparła i uśmiechnęła się.   

Właściwie nigdzie jej się nie śpieszyło. Nadal była spięta. W gruncie rzeczy 

czuła się jak panna młoda. Zastanawiała się, czy Ezra wie o tym, że jego żona jest 

dziewicą, lub czy odgadnie to w porę? A może powinna mu powiedzieć? Znów na-

piła się szampana. 

W końcu ostatni goście pożegnali się i wsiedli na prom. W baraku panował 

nieopisany bałagan. Wszędzie stały puste kieliszki, makieta trochę się przekrzywi-

ła, podłoga wysmarowana była kawiorem i łososiem. 

- Idź do domu, Ez - zlitował się Barry. - Prosiłem kilku ludzi, żeby pomogli 

nam w sprzątaniu. Nie jesteś już tu potrzebny. Ogromny sukces, co? Pawnee po-

winna dostać premię od firmy. 

Słońce właśnie zachodziło. Pawnee i Ezra w milczeniu zeszli na plażę i po-

dziwiali niezwykły widok. 

- Popatrz - odezwała się nagle Pawnee. - Akurat jest odpływ. Woda się cofnę-

ła. Chodźmy do domu ścieżką. 

Zdrowy rozsądek podpowiadał Ezrze, że chyba obydwoje wypili trochę za 

dużo szampana, by zaryzykować tę drogę, nie potrafiłby jednak w tej chwili od-

mówić Pawnee niczego, nawet gdyby go poprosiła, żeby podążył z nią do Chin. 

Pochylił się, podwinął nogawki spodni i zdjął buty. Pawnee również zsunęła san-

dały i pochyliła się, by wziąć je do ręki. 

- Oho! - zaśmiała się cicho. - Chyba wypiłam więcej szampana, niż mi się 

zdawało! 

Wzięła go za rękę i poprowadziła przez pas wody pozostały między plażą a 

odsłoniętą łachą piasku. Lekka bryza owinęła jej sukienkę dokoła ciała. Naraz 

R  S

background image

wszystko było tak, jak w opowieściach Mirandy: zachód słońca, piasek i woda... i 

zapach perfum Pawnee. Z jachtu płynącego do przystani w Port Sunrise dobiegała 

uwodzicielska pieśń, która niosła się nad wodą niczym śpiew kobiety oczekującej 

na kochanka. Stali w milczeniu, słuchając i patrząc, aż zarys łodzi zniknął, a potem 

odpływ zmienił się w przypływ i świat ogarnęły ciemności. 

Teraz to miejsce stało się dzikie, święte i zaczarowane. Woda delikatnie ła-

skotała ich stopy. Ruszyli przed siebie. Pawnee odwróciła się, by spojrzeć na Ezrę 

w blasku gwiazd, i straciła równowagę. 

To zabawne, pomyślał Ezra, czego można się dowiedzieć, stojąc pośród takiej 

nocy i patrząc na zachód słońca. Dziwne, że taka chwila może powiedzieć czło-

wiekowi coś, co powinien sobie uświadomić już dawno - że to uczucie, którego 

doznaje patrząc na swoją żonę, to miłość. 

Choć niebezpieczeństwo nie było wielkie, pochylił się błyskawicznie i wy-

rwał Pawnee z objęć morza. Wziął ją na ręce, ociekającą wodą, i poniósł przed sie-

bie, do domu, do łóżka. 

 

R  S

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Ezra stał na brzegu morza, pogrążony w myślach. Dwanaście godzin wcze-

śniej w tym samym miejscu patrzył na zachód słońca. Teraz słońce wschodziło po 

przeciwnej stronie nieba. Czuł rytm przyrody odbity w rytmie własnego ciała. Ski-

nął głową, jakby odpowiadał komuś na pytanie. 

Zrozumiał, że starożytni Grecy mieli rację: Apollo w swoim ognistym powo-

zie schodził na noc do świata podziemi. Ostatniej nocy Ezra również zstąpił do 

swego podziemnego świata i po raz pierwszy w życiu stanął twarzą w twarz z be-

stią żyjącą w jego duszy. Potraktował Pawnee tak, jak nigdy jeszcze nie traktował 

żadnej kobiety. Zawsze dotychczas trzymał popędy na wodzy, ostatniej nocy jed-

nak okazało się to niemożliwe. Gdyby próbował z nimi walczyć, z góry znalazłby 

się na przegranej pozycji. Pozwolił więc im się nieść i zabrał Pawnee do miejsc, o 

istnieniu których nie miał wcześniej pojęcia. Przez cały czas słyszał muzykę, jakby 

jej ciało śpiewało mu pieśń. Podążał za tą muzyką i przekonał się, że jest to melo-

dia, którą zawsze pragnął usłyszeć. 

Oczywiście wiedział o tym wszystkim o wiele wcześniej, tylko że był zbyt 

głupi, by to zrozumieć. Już w dniu, gdy nałożył jej obrączkę na palec, wiedział, 

czuł to w głębi duszy, choć nie zdawał sobie sprawy, co właściwie czuje... 

Pawnee była dziewicą. Ezra wiedział, że do końca życia nie zapomni chwili, 

gdy sobie to uświadomił. Wcześniej słyszał w jej okrzykach zdziwienie i wdzięcz-

ność, która się pojawia, gdy rozkosz po raz pierwszy odnajduje przypisane sobie 

szlaki, sądził jednak, że oznacza to tylko tyle, iż wcześniej miała kiepskich ko-

chanków. Przeklinał ich głupotę i tym bardziej pragnął obdarzyć ją całą przyjem-

nością, z jakiej okradziono ją wcześniej. W końcu jednak zrozumiał, że droga do jej 

wnętrza jest zamknięta. Obydwoje byli wstrząśnięci i zdumieni. Zatrzymał się w 

pół ruchu, wsunął rękę pod kark Pawnee i uniósł jej głowę, aż jej oczy, przepełnio-

ne mieszaniną bólu i rozkoszy, zatrzymały się na jego twarzy. 

R  S

background image

- Pawnee - wyszeptał z trudem. - Pawnee.   

Uśmiechnęła się i wymruczała cicho: 

- Wszystko w porządku. Wiedziałam, że to będzie trochę bolało. 

Wtedy właśnie bestia w jego duszy przebudziła się na dobre i gdy ich ciała 

splotły się, Ezra pojął, iż bestia nie jest jego przekleństwem, lecz powodem do 

chwały. 

Teraz jednak, gdy słońce wspinało się coraz wyżej po niebie, poczuł pierwsze 

wątpliwości. Czy nie przestraszył Pawnee? Może to było dla niej zbyt wiele jak na 

pierwszy raz? Gdyby wiedział wcześniej... Teraz, gdy było już po wszystkim, łatwo 

było mu myśleć, że zabrał ją ze sobą. Może dziadek właśnie to miał na myśli? 

Oczywiście z czasem udałoby mu się rozwiać jej lęk. Ale jeśli naprawdę ją 

przestraszył, to jak zdoła jej teraz powiedzieć, że ją kocha i że pragnie spędzić z nią 

życie? 

- Ezraaaa! Ezraaaa! - rozległo się wołanie za jego plecami.   

Głos wołającej osoby był mu obcy. Ezra nie mógł uwierzyć własnym uszom. 

Zacisnął mocno powieki, by powstrzymać dudnienie serca. 

- Ez! 

Kroki zbliżały się do niego. W końcu odwrócił się i spojrzał na nią. 

- Cree! - wykrzyknął ze zdumieniem i niedowierzaniem. - Cree?! 

Dziewczyna przebiegła kilka ostatnich metrów i rzuciła mu się w ramiona. 

- Cześć! - zawołała z podnieceniem. - Zdziwiony jesteś moim widokiem? 

- Bardzo - mruknął. - Skąd się tu wzięłaś? 

- Ez, nie uwierzysz, kiedy ci opowiem! Miałam przyjechać razem z Barneyem 

McNabem i Jade Sweet, ale oni zrezygnowali! - Ezra nagle sobie przypomniał, że 

Barney McNab jest właścicielem CCN. - Pogoda była taka, że diabli wzięli cały 

rozkład lotów i dotarłam tu dopiero wczoraj późno w nocy. Boże, ależ to fanta-

styczne miejsce! To trzeba zobaczyć na własne oczy! Gdzie jest Pawnee? Śpi jesz-

cze? Miałam zamiar przyjść później, o jakiejś bardziej cywilizowanej porze, ale zo-

R  S

background image

baczyłam cię tu na plaży. Chyba Pawnee nie będzie miała nic przeciwko temu, jeśli 

ją obudzę? 

Ezra poczuł w głębi duszy smutek na myśl, że nie będzie mógł obudzić żony 

tak, jak sobie wymarzył: łagodnie, czekając na pierwsze jej spojrzenie, które po-

wiedziałoby mu to, czego chciał się dowiedzieć... Razem z Cree zaczął się wspinać 

na urwisko. 

- Nie, nie będzie miała nic przeciwko temu. Zwykle o tej porze już jesteśmy 

na nogach, nawet w niedzielę, ale wczoraj było to przyjęcie i obydwoje wypiliśmy 

sporo szampana. 

Właściwie mógł jeszcze to zrobić. Mógł wejść do domu pierwszy i pozostać 

przez chwilę sam na sam z Pawnee. To by zupełnie wystarczyło... 

- Cree? zawołał zaspany głos. Pawnee stała nad nimi na werandzie. - Cree, 

co ty tu... Jak się tu dostałaś?! 

Po chwili siostry ściskały się ze śmiechem, wydając niezrozumiałe okrzyki 

przypominające głosy morskich ptaków. Ezra stał tuż za plecami Cree. Pawnee 

mogła podnieść na niego wzrok, gdyby chciała, ale nie spuszczała oczu z twarzy 

siostry. 

A niech to wszyscy diabli! 

Obudziła się w pokoju pełnym słońca i poczuła się tak, jakby krew w jej ży-

łach również miała kolor złota, jakby światło przenikało ją od wewnątrz i od ze-

wnątrz jednocześnie. 

Opowieści o seksie przeczytane w książkach przypominały relację z dobrego 

posiłku. Ale to było coś znacznie więcej. To było jak spacer przez Dolinę Śmierci 

bez cienia lęku, jak znalezienie się twarzą w twarz ze źródłem światła i miłości i 

przekonanie się, że są one tym samym. To była świadomość, że na jakimś bardzo 

głębokim poziomie ona i Ezra są tym samym... stanowią jedność. 

Była jednością z Ezrą. Rozłąka z nim oznaczałaby zerwanie podstawowej 

więzi z wszechświatem, tak, jakby człowiek był odbiornikiem boskiej łaski. Gdy 

R  S

background image

zbyt wiele połączeń zostanie przerwanych, radio przestaje odbierać. 

Powoli wracała jej świadomość. Odwróciła głowę i zobaczyła obok siebie pu-

ste miejsce na poduszce. Zarumieniła się na wspomnienie ostatniej nocy. Nie my-

ślała o niczym oprócz własnej przyjemności, pokazała mu część siebie, której 

wcześniej sama nie znała, i zrobiła to bez odrobiny wstydu, ale teraz... 

Pomięta sukienka leżała na podłodze. Pawnee przeskoczyła ją i sięgnęła po 

plażowy strój. Narzuciła go na nagie ciało i wyszła na korytarz. Ezry nie było w 

domu. Wyjrzała na werandę. Liście przy ścieżce drżały, jakby przed chwilą ktoś 

tędy przechodził. Pawnee zadrżała. Czy on... ostatniej nocy zatrzymał się, gdy to 

odkrył, i spojrzał na nią, wypowiadając jej imię takim tonem, że zakręciło jej się w 

głowie i straciła resztki świadomości. Co wtedy powiedziała? Dlaczego teraz Ezra 

wstał i wyszedł, nie budząc jej? 

A potem usłyszała radosną paplaninę jakiejś kobiety i z niedowierzaniem 

dojrzała sylwetkę Cree. 

- Naprawdę to bardzo dziwne uczucie stać się sławną z dnia na dzień, choć 

niczego się właściwie nie zrobiło - powiedziała Cree przy śniadaniu, które jedli na 

werandzie. - Ależ tu jest pięknie, zupełnie jak w raju! - westchnęła z zachwytem 

typowym dla Kanadyjki wypuszczonej z więzienia zimy.   

Pawnee i Ezra uświadomili sobie nagle, co tak niedawno zostawili za sobą. W 

tutejszym klimacie słowo „zamieć" stawało się zupełnie nierealne, jak koszmarny 

sen. 

- Jak to było? - zapytała Pawnee, by uniknąć przerwy w rozmowie.   

Nie była w stanie spojrzeć na Ezrę. Czuła na sobie jego spojrzenie, ale nie 

mogła podnieść wzroku. Nie teraz. Później, gdy znajdą się sami. 

- Może inaczej czuje się aktorka czy piosenkarka, albo ktoś, kto napisał 

książkę, ale dla mnie to wszystko było po prostu bardzo dziwne. Zapraszają mnie 

do programów telewizyjnych, przysyłają reporterów i fotografów, robią ze mną 

wywiady. Wyobraźcie sobie, że nawet otworzyłam nowe skrzydło szkoły! I musia-

R  S

background image

łam mówić do uczniów o „odwadze w warunkach presji"! 

- Boże drogi! Co im powiedziałaś? 

- Powiedziałam, że na taki temat kazano mi mówić, ale moje doświadczenia 

nie wymagały tego rodzaju odwagi co doświadczenia innych zakładników, więc nie 

mnie należy o to pytać. Powiedziałam jeszcze, że mogę im opowiedzieć o odwadze 

kobiet z wioski, w której mnie przetrzymywano, bo to one każdego dnia muszą 

walczyć z nieprzyjaznym otoczeniem... i tak dalej. - Cree prychnęła. - Nie będę 

wam tego wszystkiego powtarzać. Muszę przyznać, że to było bardzo zabawne. 

Poznałam ludzi, o których wcześniej mogłam sobie tylko poczytać. Przedziwne, jak 

łatwo zostać zaakceptowanym przez szeregi ważnych osobistości! 

- Naprawdę - zdziwiła się Pawnee.   

Ezra rzadko się odzywał, siedział tylko i obserwował obie siostry. Z chwili na 

chwilę Pawnee było coraz trudniej odezwać się do niego. 

Cree westchnęła i znów rozejrzała się dokoła. 

- Nikt mi wcześniej nie mówił, że tu jest tak fantastycznie. 

Później pojechali do Port Sunrise i zjedli lunch w ekskluzywnym barze, czę-

sto odwiedzanym przez pasażerów jachtów. Pawnee była pewna, że to miejsce 

spodoba się Cree, nie wzięła jednak pod uwagę popularności siostry. Kilka opalo-

nych, obwieszonych złotem kobiet natychmiast ją rozpoznało i podeszło do stolika, 

by pogratulować jej odwagi i uwolnienia. 

- Nie miałam pojęcia, że to twoja siostra - zdziwiła się jedna z nich, której 

jacht Pawnee odwiedziła kilka dni wcześniej. - Dlaczego nam nie powiedziałaś? 

- Jakoś mi to nie przyszło do głowy - przyznała Pawnee. 

- Musicie wpaść do nas na drinka. Proszę, przyjdźcie - nalegała kobieta. - Czy 

macie już jakieś plany na dzisiejszy wieczór? Jeśli nie, to wpadnijcie na kolację. 

Mamy wspaniałego szefa kuchni. Nie rozumiem, po co w ogóle schodzimy na ląd! 

- Dziękujemy bardzo, ale dzisiaj nie - odrzekła Cree stanowczo. - Nie widzia-

łam się z siostrą od miesięcy. 

R  S

background image

- W takim razie wpadnijcie jutro. Będę na was czekać około szóstej. Wypły-

niemy kawałek w morze i obejrzymy sobie zachód słońca. 

Cree nie była jeszcze wystarczająco wyrobiona towarzysko, by odmówić, ry-

zykując nieuprzejmość. 

- Bardzo was przepraszam - wymamrotała, gdy kobieta wróciła do swojego 

stolika. - No i czy to nie jest absurdalne? Przecież niczego nie zrobiłam, zachowy-

wałam się zupełnie biernie. Uwięziono mnie, a potem wypuszczono. To wszystko. 

- No i podpisałaś kontrakt na wyłączność z Barneyem McNabem - zauważyła 

Pawnee. 

- No tak - zaśmiała się Cree. - I dobrze mi za to zapłacił! Nie mówię, że mo-

głabym ci już kupić farmę, ale coś na pewno da się wymyślić. Poza tym poznałam 

mnóstwo bardzo bogatych ludzi. Niektórzy z nich sami nie wiedzą, co robić z pie-

niędzmi. Będziemy się musiały zastanowić. Na pewno uda się sfinansować jakiś 

niewielki biznes. 

Pawnee opuściła wzrok, a potem uśmiechnęła się z wysiłkiem. 

- Dzięki! - zawołała fałszywie lekkim tonem. 

Ezra starał się być cierpliwy i dać jej trochę czasu, teraz jednak poczuł, że 

zamienia się w kamień. Siedział jak głaz i wpatrywał się w Cree takim wzrokiem, 

jakby lada chwila miał zamiar ją udusić. 

- Ale przecież to wszystko nie będzie trwało wiecznie. Już niedługo przestanę 

być atrakcyjna, a wy zostaniecie tu jeszcze tylko kilka miesięcy, więc trzeba korzy-

stać z okazji, zanim będzie za późno. 

Pawnee w końcu odważyła się zerknąć na Ezrę. Miała ochotę zapytać go, co o 

tym myśli, ale jego twarz nie wyrażała absolutnie niczego. Nawet jednym spojrze-

niem nie okazał, że jej przyszłość obchodzi go choć w najmniejszym stopniu. Od-

wróciła wzrok. 

- Tak, trzeba będzie o czymś pomyśleć - mruknęła.   

Teraz już wiedziała, dlaczego wcześniej nie była w stanie na niego spojrzeć. 

R  S

background image

Musiała poczekać, aż zdoła znieść świadomość, że ostatnia noc nic dla niego nie 

znaczyła. 

Później, gdy siostry znalazły się same w willi dla ważnych osobistości, Cree 

zapytała: 

- Więc jak wygląda sytuacja między tobą a Ezrą? Ułożyło wam się jakoś? 

Pawnee westchnęła. 

- Oczywiście, że nie. 

- Oczywiście? Jakie „oczywiście"? Czyś ty zwariowała? Poważnie chcesz 

mnie przekonać, że masz zamiar pozwolić, by taki facet się zmarnował? 

Pawnee milczała, szukając odpowiednich słów. 

- Mów - zachęciła Cree. 

- Nie mam nic do opowiadania - potrząsnęła głową jej siostra. - Cree, to tylko 

kontrakt! Od początku tak było i już na zawsze tak pozostanie! - Z bolesnym 

drgnieniem serca przypomniała sobie obojętną twarz Ezry ostatniego przedpołu-

dnia. Nawet drgnieniem powieki nie zdradził, że ma wobec niej jakieś plany na 

przyszłość. To tylko dowodziło, jak głupie były jej nadzieje. Ezra mógł przecież 

mieć każdą kobietę, jakiej zapragnął. Wczoraj na przyjęciu wszystkie panie wpa-

trywały się w niego jak stado głodnych hien. Ostatnia noc oznaczała więc tylko ty-

le, że Pawnee rzuciła się na niego, on zaś posłusznie zabrał ją do łóżka. 

- Nie rozumiesz, jak bardzo wszystko by się skomplikowało, gdybyśmy... 

gdyby cokolwiek się między nami wydarzyło? - wybuchnęła. - Gdyby któreś z nas 

zakochało się w tym drugim bez wzajemności? 

Cree spojrzała na nią uważnie. 

- Czy Ezra zakochał się w tobie? Patrząc na ciebie w tym nowym wcieleniu, 

bez trudu mogę w to uwierzyć! Czy o to właśnie chodzi? Chcesz go utrzymać na 

dystans? Czy on ci się naprawdę nie podoba? 

Pawnee powtarzała tylko „nie" w odpowiedzi na wszystkie pytania oprócz 

ostatniego, ponieważ jednak jej odpowiedzi nadchodziły z opóźnieniem, Cree źle ją 

R  S

background image

zrozumiała i z jękiem zdumienia opadła na kanapę. 

- Boże, ależ ciebie trudno zadowolić! Spotkałaś kogoś bogatego, kto pływa na 

jachcie, tak? 

- Nie - powtórzyła Pawnee po raz kolejny.   

Nie było już odwrotu. Teraz nie mogła powiedzieć nawet własnej siostrze: To 

nie on się we mnie zakochał, tylko ja w nim... 

- Wyglądasz tak, że nie mogę wyjść z podziwu. Nigdy cię jeszcze takiej nie 

widziałam. To tylko dowodzi, co można osiągnąć, mając trochę pieniędzy. Kocha-

nie, wyglądasz tak, jakbyś była zakochana. Cała promieniejesz! Co takiego robiłaś i 

ile to kosztuje? 

Pawnee z ulgą powitała zmianę tematu. Rozmawiały do pierwszej w nocy, a 

potem zdecydowała pozostać w willi do rana i nie wracać do domu, do Ezry. Roz-

mowa z Cree była prawdziwym wybawieniem; pozwalała jej nie myśleć. 

 

Ezra czekał na powrót Pawnee godzina po godzinie, aż w końcu zrozumiał, że 

jego żona nie wróci tego wieczoru do domu. To była jej odpowiedź na wydarzenia 

poprzedniej nocy. 

Stał na skraju werandy. Ponad urwiskiem widział światła w rezydencji Mc-

Naba. Stał i patrzył, walcząc z gniewem i niedowierzaniem, a gdy światła zgasły, 

wrócił do domu, wyciągnął z barku butelkę whisky oraz szklankę i usiadł, wpa-

trzony w to samo morze, które tak odmiennie powitało go rankiem. Pił, aż w końcu 

zasnął. 

 

R  S

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

- Mam pomysł - powiedziała Cree, popijając kawę następnego dnia. 

Z willi prawie nie było widać domu, ale Pawnee mimo to przez cały czas spo-

glądała w dół poprzez wierzchołki drzew, jakby tam spodziewała się znaleźć od-

powiedź na swoje problemy. Poprzedniego wieczoru długo rozmawiały i późno 

położyły się spać. Teraz Ezra był już na budowie. 

- Powiedziałam, że mam pomysł - powtórzyła Cree. 

- To świetnie. A jaki? 

- Mogę zdjąć ci z głowy kłopot z Ezrą. 

- Zaraz... - wymamrotała Pawnee, z trudem przełykając kawę. Zakrztusiła się i 

po chwili dodała: - Co takiego powiedziałaś? 

- Przecież to świetny pomysł, nie sądzisz? Ezra zawsze mi się podobał! Nie 

można go tak zostawić na lodzie, skoro pospieszył nam na ratunek jak rycerz w 

lśniącej zbroi! 

To mój rycerz w lśniącej zbroi, pomyślała Pawnee z oburzeniem, ale nie 

odezwała się, tylko patrzyła na siostrę jak na dziwoląga. 

- No i co o tym myślisz? 

- Co myślę o czym? 

- Przecież właśnie ci powiedziałam! O tym, żebym zajęła się pocieszaniem 

Ezry, skoro ty go nie chcesz. 

- Ezra nie potrzebuje pociechy - odrzekła Pawnee ostrożnie. - Wcale do mnie 

nie wzdycha. 

- Tym lepiej! Muszę przyznać, że nie lubię być artykułem zastępczym, ale dla 

Ezry gotowa byłam zrobić wyjątek - odrzekła Cree i zaśmiała się pogodnie. 

- Jestem pewna, że nie byłabyś dla niego artykułem zastępczym - wymamro-

tała Pawnee. Przez chwilę miała ochotę zawołać: on jest mój, trzymaj się od niego z 

daleka. Wówczas jednak już nie miałaby wyjścia, musiałaby opowiedzieć całą tę 

R  S

background image

żałosną historię i wypłakać się Cree w rękaw. A nie była w stanie z nikim rozma-

wiać o sobotniej nocy, nawet z siostrą, którą przecież kochała. 

- Co włożysz dziś wieczorem? - zapytała, zmieniając temat. 

- Zdaje się, że przyjechałam akurat w samą porę, nie sądzisz? 

Pawnee była w wodzie. Gdy Ezra wrócił z pracy, jak zwykle poszli się wyką-

pać. Potem trzeba było przebrać się i pojechać na kolację, na którą żadne z nich nie 

miało ochoty. 

Ezra przemierzył dystans do końca zatoki i z powrotem. Cree wyszła z wody 

równocześnie z nim. Gdy zadała to pytanie, właśnie wycierał ręcznikiem włosy. Na 

dźwięk jej słów znieruchomiał. 

- W samą porę na co? 

Cree uśmiechnęła się uwodzicielsko. 

- Przecież nie można pozwolić, żebyś zakochał się w Pawnee i skomplikował 

ten klarowny układ, prawda? Nigdy nie należy mieszać interesów z przyjemnością. 

Nie słyszałeś o tym? 

- Owszem, słyszałem. 

- No właśnie! - odparła Cree i mrugnęła do niego. 

Naraz odniosła wrażenie, że Ezra urósł co najmniej dwukrotnie, i cofnęła się o 

krok. Nie była już pewna, czy ma ochotę uprawiać z nim jakiekolwiek gry. 

- Czy twoja siostra skarżyła się na mnie? - zapytał chłodnym, spokojnym to-

nem, przekonany, że musiało tak być. Cree nie traktowałaby go w taki sposób, 

gdyby nie miała przyzwolenia Pawnee. Miał ochotę rzucić się z pięściami na skały, 

rozerwać je na kawałki i wrzucić do oceanu. 

- Pawnee nic mi nie mówiła - odrzekła Cree z niepokojem.   

Ezra z niedowierzaniem pokiwał głową. 

- Sama do tego doszłaś, tak? Siostrzana intuicja? 

- Coś w tym rodzaju. 

Zatrzymał na niej wzrok i choć jego twarz nawet nie drgnęła, Cree wyczytała 

R  S

background image

wszystko w jego oczach. Od początku dobrze odgadła: Ezra nie na żarty zakochał 

się w Pawnee. 

Głęboko wciągnęła powietrze w płuca, ale zanim zdołała coś powiedzieć, on 

obrócił się na pięcie i poszedł do domu. 

Pawnee ubrała się prawie tak samo jak w sobotę, ale tym razem rytuał przy-

gotowań zupełnie nie przypominał poprzedniego, choć zmyła z włosów sól, na-

smarowała ciało kremem i podobnie się umalowała. Wtedy jednak dygotała z pod-

niecenia, a teraz czuła się odrętwiała jak drewniana kłoda. 

Beth wcześniej tego dnia starannie uprała i wyprasowała jej sukienkę. Pawnee 

nałożyła ją, a na nogi wsunęła złote sandałki, Jeden z zielonych, które miała na so-

bie w sobotę, zsunął jej się z nogi i zniknął w morzu, gdy Ezra uniósł ją w ramio-

nach. 

Wzięła do ręki kolczyki w kształcie kwiatów i serce jej się ścisnęło. Odłożyła 

je z powrotem do pudełka i wybrała inne, duże złote koła, bardziej odpowiednie na 

dzisiejszą okazję. 

Czekała na Ezrę na werandzie. Długo nie wychodził spod prysznica. Pomy-

ślała, że spóźnią się i nie zobaczą zachodu słońca na morzu, ale za bardzo jej to nie 

obeszło. Może byłoby lepiej, gdyby już nigdy więcej nie oglądała zachodu słońca w 

towarzystwie Ezry. 

Wreszcie wyszedł z domu i zatrzymał się przed nią z ciężkim westchnieniem. 

- Gotowa jesteś? - zapytał. 

Skinęła głową, wzięła do ręki torebkę i pierwsza zeszła po schodkach. Wstą-

pili po Cree. 

- Cześć. 

To było wszystko, co powiedziała jej siostra, wsiadając do samochodu. Ta 

małomówność była dla niej bardzo nietypowa, ale Ezra i Pawnee w ogóle tego nie 

zauważyli. W zupełnym milczeniu dojechali do Port Sunrise. 

Gospodyni przyjęcia zaprosiła połowę pasażerów wszystkich jachtów stoją-

R  S

background image

cych w Port Sunrise. Główną atrakcją wieczoru miało być spotkanie z kanadyjską 

zakładniczką, o której istnieniu dowiedzieli się teraz nawet Amerykanie. 

Gdy honorowy gość wreszcie się pojawił, drinki już od dłuższego czasu ser-

wowano na pokładzie jachtu i Helbigowie zdecydowali, że nie będą zawracać sobie 

głowy płynięciem dokądkolwiek. Mieli dobre miejsce przy nabrzeżu, a zachód 

słońca można było obejrzeć ponad masztami innych zacumowanych tu jachtów. 

- Jak śmieli uwięzić Kanadyjkę! - oburzała się Sylvia Helbig w rozmowie z 

Cree. - Nigdy nie zrobiliśmy nikomu żadnej krzywdy, a poza tym w Kanadzie 

przebywa przecież wielu Samirabijczyków! Jestem pewna, że przyjechali tu z eko-

nomicznych powodów. 

Cree tylko wzruszyła ramionami, ale odpowiedź nie była konieczna. Sylvia 

gadała jak najęta. 

- Co myśmy im takiego zrobili? To przecież kanadyjscy inżynierowie wymy-

ślili sposób na wygaszenie tych płonących szybów naftowych, które zapalił Sad-

dam Hussein! Czy oni o tym nie wiedzą? 

- To było w Kuwejcie - wtrąciła Cree delikatnie.   

Sylvia tylko wzruszyła ramionami. 

- No i co z tego? Przecież to wszystko jedno.   

Cree wzniosła oczy do nieba. 

Ezra nie był pewien, czy odzywa się we właściwych momentach. Kobieta, z 

którą rozmawiał, mówiła bardzo stanowczym, chłodnym głosem i bezustannie pa-

trzyła mu w oczy. Była lekko opalona, miała długie, gładkie jasne włosy i biżuterię, 

która świadczyła o tym, że kiedyś identyfikowała się z hipisami, teraz zaś, nawet 

jeśli się wzbogaciła, to w każdym razie dumna była z tego, że się nie sprzedała. 

- Prawda jest taka, że w sprawach seksualnych to kobiety podejmują decyzję - 

mówiła właśnie. - Zawsze mają rozstrzygający głos, o ile tylko chcą. Ale większość 

kobiet woli, by było inaczej. Pragną, by to mężczyźni o nie zabiegali. - Na krótką 

chwilę zatrzymała spojrzenie na jego piersi i zaraz znów je podniosła na twarz. - To 

R  S

background image

głupie, nie sądzisz? 

Ezra sądził, że Pawnee nie życzy sobie, by o nią zabiegał. Pragnąłby, by było 

inaczej, ale okazała mu to wystarczająco wyraźnie. Skoro prosiła siostrę, by mu 

powiedziała...   

Wpatrzył się w przestrzeli i pomyślał, że dziadek mimo wszystko miał rację. 

Nie trzeba było ujawniać przed nią swojego pragnienia, palącego, gorącego pożą-

dania. Trzeba było ukryć je jak najgłębiej. Uśmiechnął się i skinął głową duchowi 

dziadka. Śmiej się, śmiej, ty stary hipokryto. Masz do tego prawo. Śmiejesz się 

ostatni. 

- Wspaniale - powiedziała jego rozmówczyni z satysfakcją i jeszcze głębiej 

zajrzała mu w oczy.   

Ezra z opóźnieniem zdał sobie sprawę, że chyba skinął głową w nieodpo-

wiednim momencie. 

Ktoś przyciemnił światła w salonie i za przeszklonymi drzwiami Ezra naraz 

ujrzał swoją żonę. Stała na pokładzie i pozwalała, by obmacywał ją jakiś cholerny 

playboy. 

- Od jak dawna jesteś mężatką? 

Pawnee wpatrzyła się w swój kieliszek. Może jeśli wypije wystarczająco du-

żo, to alkohol zadziała jak środek przeciwbólowy? Wypiła jeszcze jeden łyk. Na 

razie nie było żadnych efektów. 

- Wzięliśmy ślub w ubiegłym miesiącu - odrzekła i znów się napiła. 

- Tak niedawno? - zdziwił się mężczyzna.   

Pawnee niechętnie podniosła na niego wzrok. Był przystojny, dobrze zakon-

serwowany i bardzo opalony. Znów spuściła oczy. 

- Wyglądasz na tak rozczarowaną, jakby minęło już co najmniej pół roku - 

rzekł jej towarzysz i zaśmiał się cicho. Był angielskim arystokratą, bardzo bogatym, 

jak głosiły szeptane wokół plotki. 

- Nie jestem rozczarowana - powiedziała Pawnee, pochylając głowę.   

R  S

background image

Musiała uważać na słowa, bo każde mogło sprowadzić strumień łez. 

- Nie? 

Opalona dłoń dotknęła jej podbródka, zmuszając Pawnee do uniesienia gło-

wy. Dotyk był zdecydowanie męski i silny. Przypomniał jej Ezrę i sobotnią noc. 

Otworzyła oczy, czując, że zebrały się w nich niechciane łzy. Mężczyzna 

westchnął. 

- Mogę cię stąd zabrać - wymruczał, nie cofając ręki z jej twarzy. - Możemy o 

świcie podnieść kotwicę i zniknąć. 

Niespodziewanie Pawnee przypomniała sobie jego imię i ze zdławionym 

śmiechem rzekła: 

- Dominic... 

- Ręce precz od mojej żony! - wymruczał niski głos za plecami Dominika 

Partona. Ten odwrócił się i spojrzał na Ezrę z niewzruszonym spokojem. 

- Oczywiście - odrzekł, wsuwając dłoń do kieszeni spodni. - Ale dotknąłem 

jej tylko jedną ręką, chłopcze. To nie był groźny zamach. 

- I nie miej nadziei na nic więcej - dodał Ezra, nie cofając się nawet o krok. 

Parton lekko skinął głową. 

- Rzecz jasna. - Uniósł brew i zwrócił się do Pawnee: - Moja droga, nie miał-

bym nic przeciwko czynnej obronie twojego honoru. Wystarczy mi jedno twoje 

słowo. On jest duży, ale z tego, co wiem, upadek taki ludzi jest bardzo bolesny. 

Pawnee nie była w stanie odpowiedzieć mu żartem, choćby jej życie miało od 

tego zależeć. Rozumiała tylko tyle, że Ezra patrzy na nią wzrokiem rannego niedź-

wiedzia, a jej serce wali jak młot pneumatyczny. Co właściwie ugryzło Ezrę? Chy-

ba nie przypuszczał, że... Przygryzła usta, znów opuściła wzrok na kieliszek i wy-

piła kolejny solidny łyk. To był bardzo dobry szampan. Słyszała zachwyty innych 

gości na widok etykiety, ona jednak piła go jak wodę sodową. 

- To na pewno doda ci odwagi - rzekł Dominic Parton bez cienia ironii. - W 

takim razie zostawiam cię tu, moja droga. 

R  S

background image

Zapanowało niezręczne milczenie. Pawnee nerwowo wypiła resztę szampana. 

Zanim zdążyła się poruszyć, jakiś człowiek w białych szortach i czarnej koszulce 

polo z wyhaftowaną nazwą jachtu znów napełnił jej kieliszek. 

- Rozchorujesz się - zauważył Ezra. 

Podniosła na niego wzrok, czując, że Dominic miał rację. Szampan rzeczywi-

ście dodawał jej odwagi. 

- Naprawdę? - zapytała prowokująco. 

- Albo wypijesz tyle, że w końcu powiesz „tak" następnemu starzejącemu się 

adoratorowi, który zechce zostać twoim wybawcą i zabrać cię stąd swoim pozłaca-

nym jachtem. 

- Starzejącemu się? On ma najwyżej czterdzieści lat! 

- To znaczy, że jest o dwanaście lat starszy ode mnie, a o siedemnaście od 

ciebie - zauważył Ezra. 

Był zły. Dlaczego? Pawnee z pełną świadomością znów przytknęła kieliszek 

do ust, nie spuszczając wzroku z Ezry. Czyżby był zazdrosny? 

- Jest młodszy niż większość obecnych tu bogaczy - stwierdziła. - I zdaje się, 

że nie ma żony. 

Jej uśmieszek rozwścieczył Ezrę. 

- Ale ty masz męża! 

Serce w piersi Pawnee zatrzymało się na chwilę. Patrzyła na niego bez słowa. 

Był tak blisko, zbyt blisko. Dlaczego jej nie dotknie? Gdyby dotknął jej choć koń-

cem palca tak jak Dominic, wtedy wszystko by wiedziała. On jednak tylko patrzył 

na nią rozjarzonym wzrokiem. Musiała szybko coś zrobić, bo zaczynała fantazjo-

wać, widzieć to, co pragnęła zobaczyć. Wiedziała, że jeśli się pomyli, to zrobi z 

siebie zupełną idiotkę. 

- Przykro mi, jeśli ludzie sobie myślą, że twoja żona nie jest ci wierna - wy-

mamrotała, ściskając kieliszek kurczowo obiema rękami. 

W końcu jej dotknął: dostała, czego chciała. Pochwycił przegub jej ręki i nie 

R  S

background image

pozwolił podnieść kieliszka do ust. 

- Czy myślisz, że interesuje mnie choćby w najmniejszym stopniu, co ci lu-

dzie sobie pomyślą? - wymruczał przez zaciśnięte zęby.   

Przyciągnął jej dłoń do twarzy i wtulił w nią usta, drżąc na całym ciele.   

On mnie kocha, pomyślała Pawnee w nagłym błysku objawienia, i poczuła, że 

roztapia się jak wosk. Ezra w porę otoczył ją ramionami, ratując przed upadkiem, 

tak jak w sobotę, i przyciągnął do siebie. Zarzuciła mu ręce na szyję. 

- Przepraszam, że przeszkadzam - odezwał się niespodziewanie jakiś głos. - 

Ale może nie zauważyliście, że stajecie się główną atrakcją wieczoru? 

Światła w salonie były przyćmione, ale mimo to jakieś dwadzieścia osób 

przypatrywało im się przez szybę szeroko otwartymi oczami. Wśród nich była do-

brze zakonserwowana blondynka, której Ezra niedawno coś obiecał - tylko że nie 

miał pojęcia, co. 

 

R  S

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

 

- Wychodzimy - szepnęła Pawnee do siostry.   

Cree zerknęła na zegarek. 

- Dopiero wpół do dziewiątej. Jeszcze nie podali kolacji! - zdziwiła się. 

- Wiem. Czy nie masz nic przeciwko temu, żeby zostać? Jeśli zostaniesz, na-

sze wyjście nikogo nie obejdzie. Ktoś cię odwiezie do domu. 

Cree była w kiepskim nastroju i również pragnęła wyrwać się stąd jak naj-

szybciej, ale wiedziała, że Pawnee ma rację. Skinęła głową, patrząc na siostrę 

uważnie. Skoro wychodzą wcześniej, to może... 

- Wiesz przecież, że Ezra cię kocha, Pawnee - powiedziała cicho. - A twoja 

niesłychanie tępa siostra w końcu zauważyła, że ty też szalejesz na jego punkcie. 

Pawnee uśmiechnęła się niepewnie, wciąż nie dowierzając słowom. 

- Przeze mnie pomyślał sobie... - ciągnęła Cree. - Nie jestem pewna, co do-

kładnie, ale pomyślał, że ty mi coś powiedziałaś... Wyjaśnij mu, że to wynik mojej 

głupoty i nieświadomości, dobrze? 

Pawnee uścisnęła jej dłoń i zniknęła. 

- Arabowie to chyba wyjątkowo jurna rasa? - zapytała jakaś kobieta ze szcze-

rym zaciekawieniem. 

- Przebywałam wyłącznie w towarzystwie kobiet - odrzekła spokojnie Cree. - 

A pani powinna dostać nagrodę! 

- Za co? 

Cree uśmiechnęła się promiennie. 

- Jest pani tysięczną osobą, która zadała mi to pytanie. Liczyłam! 

Ezra poprosił jednego z członków załogi, by niespostrzeżenie przewiózł ich 

łódką na brzeg, i dał mu suty napiwek. Może i było to nieuprzejme, ale miał szcze-

ry zamiar zostać teraz sam na sam z własną żoną. 

Gdy szli do samochodu, na niebie pojawił się księżyc. Wietrzyk owinął su-

R  S

background image

kienkę Pawnee wokół ciała. W blasku księżyca jeszcze bardziej przypominała elfa. 

Szła o krok przed nim. Nagle Ezra pochwycił ją za rękę, jakby chciał się upewnić, 

że Pawnee za chwilę nie zniknie. Zwolniła nieco i zrównała się z nim. 

Zatrzymała się przy samochodzie, czekając, aż Ezra znajdzie kluczyki. Żadne 

z nich nie miało pojęcia, jak to się stało, że już w następnej chwili całowali się jak 

szaleni. 

- Wynośmy się stąd - mruknął Ezra, unosząc głowę znad jej twarzy. 

- Ezra - szepnęła Pawnee. Szampan mocno szumiał jej w głowie. - Ezra! 

Całe jego ciało zareagowało gwałtownie na tęsknotę w jej głosie. Otwórz 

drzwi, możesz przecież kochać się z nią w samochodzie, szeptał jakiś głos w jego 

głowie. Ezra w porę zauważył, do czego zmierza, i odsunął się o krok. 

- Ezra - wyjąkała Pawnee jeszcze raz.   

Uniósł ręce w geście desperacji. 

- Nie, nic nie mów. A szczególnie nie wypowiadaj mojego imienia. Musimy 

jak najszybciej dojechać do domu. 

Udało mu się wreszcie otworzyć drzwiczki samochodu. 

- Kocham cię - mówiła Pawnee, nie mogąc się powstrzymać. - Czy ty mnie 

kochasz? Powiedz mi to teraz. Nie dojadę do domu, jeśli się nie dowiem. Jeśli mnie 

nie kochasz, to zrozumiem to, ale muszę wiedzieć. Ezro, muszę to wiedzieć. 

Obawiał się, że za chwilę oszaleje. Pochylił się i zachłannie pocałował ją w 

usta, a potem wziął ją na ręce, wepchnął do samochodu i zatrzasnął drzwiczki. 

Jakoś udało mu się okrążyć samochód i wsiąść z drugiej strony. Znów trza-

snął drzwiami, zaklął, porwał Pawnee w ramiona i pocałował, a potem z wysiłkiem 

oderwał się od niej i przekręcił kluczyk w stacyjce. 

Dojechali do domu w milczeniu. Pawnee nie otrzymała odpowiedzi na swoje 

pytanie, ale wyczytała ją z jego reakcji Gdy samochód wreszcie się zatrzymał, Ezra 

pochwycił ją za rękę, zaprowadził do domu, zatrzasnął drzwi i natychmiast przy-

ciągnął ją do siebie, całując z zachłannością wygłodzonego drapieżnika. Sukienka 

R  S

background image

ustąpiła pod natarczywą dłonią i usta Ezry odnalazły pierś Pawnee okrytą jedynie 

warstwą cieniutkiej koronki. 

- Kocham cię - wydyszał, unosząc głowę. - Naprawdę nie wiesz o tym? Mu-

sisz wiedzieć, przecież jesteś moją żoną! 

Leżał na łóżku, a ona spoczywała na nim. Żadne z nich nie miało pojęcia, jak 

dostali się do sypialni. Cienka sukienka nie była żadną przeszkodą dla jego poszu-

kiwań. Objął jej biodra i przycisnął do swego ciała. 

- Czy ja cię kocham? A jak ci się wydaje? 

Znów przywarł ustami do jej piersi. Pawnee krzyknęła i mocniej przytuliła go 

do siebie. 

- Ezra! 

Jego dłonie były już pod sukienką, dotknęły gładkich ud i bez wahania odsu-

nęły na bok delikatną bieliznę. 

- Aaach! - westchnęła Pawnee, czując, jak całe jej ciało drży spazmatycznie. 

Ezra nie spuszczał wzroku z jej twarzy. Drugą ręką wciąż przyciskał jej bio-

dra do swoich ud. Po chwili przesunął ją tak, że leżała teraz na łóżku, on zaś po-

chylał się nad nią. 

- Kochasz mnie - szepnął, zachłannie patrząc na jej twarz. 

- Tak! - wykrzyknęła. 

- Powiedz to - zażądał. - Powiedz to! 

- Kocham cię, Ezro. Och, tak bardzo cię kocham! 

- Jesteś moją żoną. Powiedz to. 

- Jestem twoją żoną. Och, Ezro, och, kochanie, jakie to cudowne! 

- I nie odejdziesz ode mnie. 

- Och, och, Ezro! 

- Nie odejdziesz ode mnie. Powiedz to! 

- Ja... Och, Ezro... - wydyszała Pawnee. - Nie odejdę od ciebie, jeśli tego nie 

zechcesz, Ezro, kocham cię. Ach, Ezro... 

R  S

background image

Nie był już w stanie znieść tego dłużej. Zerwał z siebie ubranie i zanurzył się 

w jej gorącym, zachęcającym uścisku. 

Była północ. Księżyc lśnił wysoko na niebie. Siedzieli na werandzie i nie-

spiesznie jedli wspólnie przygotowaną kolację. Pawnee nadal wyglądała jak elf, ale 

teraz należała do niego. Dała słowo i wiedział, że go dotrzyma. 

- Powinienem to wiedzieć od początku - odezwał się Ezra. - Już wtedy, gdy 

wkładałem ci na palec obrączkę, powinienem wiedzieć, że to nie jest żaden kon-

trakt. Nawet wtedy nasze małżeństwo było dla mnie rzeczywiste. 

Pawnee jednocześnie westchnęła i uśmiechnęła się. 

- Gdy powiedziałaś, że nie przyjedziesz tu ze mną, powinienem zrozumieć, że 

nie chodzi mi tylko o pracę. 

- Groziłeś, że nie dasz mi rozwodu - przypomniała mu z satysfakcją. - Byłam 

na ciebie wściekła, ale chyba już wtedy w głębi duszy chciałam tu z tobą przyje-

chać. Powiedziałeś, że nie pozbędę się ciebie. 

- Bo się nie pozbędziesz - zaśmiał się. - Do końca życia.   

Przechyliła głowę i w blasku księżyca spojrzała na niego wzrokiem, od któ-

rego serce przestało mu bić. 

- Niech tak będzie - szepnęła. 

Pochylił się, by ją pocałować. Po chwili znów spojrzeli na morze, które szu-

miało w ciemnościach. 

- Pięknie tu, prawda? - zapytała Pawnee cicho. 

- Tak. 

- Czy jest gdzieś na świecie drugie takie miejsce?   

Ezra wzruszył ramionami. 

- Chyba nie. 

- W takim razie mieliśmy szczęście.   

Przez chwilę obydwoje milczeli. 

- Moje szczęście zaczęło się już wcześniej - powiedział w końcu Ezra. 

R  S

background image

- Naprawdę? - zapytała Pawnee. 

- Wiesz przecież, że tak było. 

- Tak - szepnęła Pawnee. - Moje też. 

 

               

 

R  S


Document Outline