background image

 

AGATHA CHRISTIE 
    
    
TAJEMNICA REZYDENCJI „CHIMNEYS” 
    
TŁUMACZYŁA URSZULA GUTOWSKA 
TYTUŁ ORYGINAŁU: THE SECRET OF CHIMNEYS 
    
Mojemu siostrzeńcowi 
   Na pamiątką pewnego napisu 
   w Zamku Compton 
   oraz dnia spędzonego w ZOO 
 
ROZDZIAŁ PIERWSZY 
ANTHONY CADE ANGAŻUJE SIĘ DO PRACY 
    
   — Dżentelmen Joe?! 
   — Nie  do  wiary,  toż  to  poczciwy  Jimmy  McGrath!  Elitarna  wycieczka  biura  podróży 
„Castle”,  w  której  skład  wchodziło  siedem  niewiast  o  zatroskanych  twarzach  oraz  trzech 
spoconych  mężczyzn,  przyglądała  się  im  z  prawdziwym  zainteresowaniem.  Nie  ulegało 
wątpliwości, że pan Cade spotkał starego przyjaciela. Wszyscy oni uwielbiali pana Cade’a, 
zachwycali  się  jego  wysoką,  szczupłą  sylwetką,  opaloną  na  brąz  twarzą,  wesołym 
sposobem bycia,  lekkością, z jaką potrafił prowadzić rozmowę, co wprawiało  turystów  w 
doskonały  nastrój.  Ten  jego  przyjaciel  to  człowiek  o  powierzchowności  dość  dziwnej. 
Prawie  tego  samego  wzrostu  co  pan  Cade,  ale  krępy  i  zdecydowanie  nie  tak  przystojny. 
Typ  mężczyzny, który występuje w powieściach jako właściciel saloonu. Mimo wszystko 
interesujący.  W  końcu  dlatego  wyjeżdża  się  za  granicę  —  żeby  sobie  obejrzeć  te  różne 
dziwne  rzeczy,  o  których  czyta  się  w  książkach.  Aż  do  dziś  w  Bulawayo  strasznie  się 
nudzili.  Słońce  prażyło  niemiłosiernie,  hotel  nie  miał  wygód,  nie  warto  było  nigdzie  się 
ruszać aż do  momentu wyjazdu do Matoppos. Całe szczęście, że pan Cade zaproponował 
widokówki. Zaopatrzenie w widokówki było znakomite. 
   Anthony Cade wraz z przyjacielem odłączyli się trochę od reszty. — Co ty tu, do diabła, 
robisz z tą kupą babsztyli? — zapytał McGrath. — Zakładasz harem czy co? 
   — Harem  z  tymi  kilkoma  sztukami?  —  rzekł  z  uśmiechem  Anthony.  —  Czy  ty  im  się 
dobrze przypatrzyłeś? 
   — Oczywiście. I pomyślałem sobie, że musiałeś stracić wzrok. 
   — Wzrok  mam  jak  zawsze  idealny.  Nie,  to  jest  elitarna  wycieczka  biura  podróży 
„Castle”: ja jestem tu „Castle”, lokalnym naturalnie. 
   — Co ci przyszło do głowy, żeby brać się za taką robotę? 
   — Chroniczny brak forsy. Ale możesz mi wierzyć, że bardzo mi to nie leży. 
   Jimmy uśmiechnął się kpiąco. 
   — Nigdy  nie  miałeś  zacięcia  do  regularnej  pracy.  Anthony  zignorował  to  oszczercze 
pomówienie. 
   — Liczę, że w niedługim czasie coś się odmieni — zauważył optymistycznie. — Zawsze 
tak bywa. 
   Jimmy roześmiał się. 

background image

 

   — Gdy zanosi się na jakieś kłopoty, to Anthony Cade prędzej czy później musi ściągnąć 
je sobie na łeb, nie mam co do tego wątpliwości — powiedział. 
   — Masz  absolutnego  nosa  do  wynajdywania  rozrób  i  wtedy  klops.  Gdzie  moglibyśmy 
pogadać? 
   Anthony westchnął ciężko. 
   — Chcę tym gdaczącym kwokom pokazać grobowiec Rhodesa. 
   — Pierwszorzędnie — rzekł aprobująco Jimmy. 
   — Wrócą  po  tej  wycieczce  wyboistą  drogą  poobijane  do  żywego,  posiniaczone,  i  tylko 
będą  marzyć  o  łóżku,  żeby  lizać  rany.  Wtedy  my  zyskamy  kapkę  czasu  na  wymianę 
informacji. 
   — Dobra. Cześć, Jimmy! 
   Anthony  dołączył  do  swego  stada  owieczek.  Panna  Taylor,  najmłodsza  w  grupie  i 
najbardziej filuterna, z miejsca go zaatakowała: 
   — Czy to był pana dawny przyjaciel? 
   — Tak. Jeden z druhów mojej nieskazitelnej młodości. 
   Panna Taylor zachichotała. 
   — To moim zdaniem bardzo przystojny mężczyzna. 
   — Powtórzę mu to. 
   — Pan jest doprawdy nieznośny! Coś podobnego! Jak on pana nazwał? 
   — Dżentelmen Joe. 
   — Właśnie. A pan ma na imię Joe? 
   — Przecież pani wie, że Anthony. 
   — A niech pana nie znam!! — zawołała kokieteryjnie panna Taylor. 
   Anthony  do  tej  pory  świetnie  wywiązywał  się  ze  swoich  obowiązków.  Poza 
wykonywaniem  niezbędnych  przed  podróżą  czynności  winien  był  również  uspokajać 
zirytowanych  starszych  panów,  których  godność  została  narażona  na  szwank,  dbać,  by 
starsze  panie  jak  najczęściej  miały  możność  kupowania  pocztówek,  oraz  flirtować  z 
możliwie  każdą  damą  przed  feralną  czterdziestką.  To  ostatnie  zajęcie  sprawiało  mu 
stosunkowo najmniej kłopotu, a to dlatego, że panie z wielką werwą wychwytywały czułe 
aluzje z jego najniewinniejszych napomknień. 
   Panna Taylor znów przypuściła atak: 
   — No to dlaczego nazwał pana Joe’em? 
   — Pewno dlatego, że tak się właśnie nie nazywam. 
   — A dlaczego dżentelmen Joe? 
   — Z tego samego powodu. 
   — Och,  proszę  pana  —  zaprotestowała  wielce  stropiona  panna  Taylor.  —  Zupełnie  nie 
ma  pan  racji.  Nie  dalej  jak  wczoraj  wieczorem  papa  mówił  o  pana  dżentelmeńskich 
manierach. 
   — To bardzo miłe ze strony pani ojca. 
   — Wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że jest pan prawdziwym dżentelmenem. 
   — Czuję się zażenowany. 
   — Nie ma potrzeby, naprawdę tak uważam. 
   — Tkliwe  serca  bardziej  się  liczą  niż  korony  królewskie  —  stwierdził  Anthony 
zdawkowo, nie zastanawiając się nad znaczeniem swej wypowiedzi i marząc tylko o tym, 
by jak najszybciej była pora na lunch. 
   — Jest taki piękny wiersz… Czy dużo wierszy pan zna? 

background image

 

   — Mogę wyrecytować w razie potrzeby: Chłopiec stal na płonącym pokładzie. A więc: 
„Chłopiec stał, pokład płonął, wszyscy zwiali, tylko nie on.” To wszystko, co umiem, ale 
jeśli pani sobie życzy,  mógłbym  to  nieco  zilustrować. „Chłopiec stał, pokład płonął” szu, 
szu, szu (to płomienie). „Wszyscy zwiali, tylko nie on”, biegam jak pies tam i z powrotem. 
   Panna Taylor ryknęła śmieciłem. 
   — Ojej, spójrzcie na pana Cade’a! Jest kapitalny! 
   — Najwyższy  czas  na  poranną  herbatę  —  rzekł  ten  energicznie.  —  Proszę  tędy.  Na 
następnej ulicy mamy wspaniałą kawiarnię. 
   — Domniemywam  —  powiedziała  pani  Caldicott  tym  swoim  głębokim  głosem  —  że 
koszt posiłku jest wliczony do wycieczki? 
   — Poranna herbata, proszę pani — odparł Anthony w sposób profesjonalnie uprzejmy — 
jest ekstra. 
   — To nieprzyzwoite! 
   — Życie bardzo często nas doświadcza — powiedział pocieszająco Anthony. 
   — Oczy pani Caldicott rozbłysły; zauważyła tonem człowieka skaczącego na minę: 
   — Podejrzewałam coś takiego i byłam na tyle przewidująca, że dziś rano przy śniadaniu 
odlałam trochę herbaty do dzbanka. Podgrzeję ją sobie na maszynce spirytusowej. Chodź, 
tatuśku. 
   Państwo Caldicott pożeglowali triumfalnie w stronę hotelu, a postać damy aż promieniała 
zadowoleniem z własnej zapobiegliwości. 
   — O, Boże — mruknął Anthony — ileż komicznych postaci chodzi po tym świecie. 
   Resztę towarzystwa skierował w stronę kawiarni. Panna Taylor nie odstępowała go ani na 
krok i znów wróciła do tematu: 
   — Dawno pan się widział z tym swoim przyjacielem? 
   — Przeszło siedem lat temu. 
   — A poznał go pan w Afryce? 
   — Tak,  ale  nie  w  tej  części.  Po  raz  pierwszy  zobaczyłem  Jimmy’ego  McGratha  wtedy, 
gdy  był  już  związany,  gotowy  do  pieczenia.  Musi  pani  wiedzieć,  że  niektóre  plemiona  w 
interiorze uprawiają ludożerstwo. Przybyliśmy w samą porę. 
   — I co się stało dalej? 
   — Bardzo ładna mała awanturka. Paru typów załatwiliśmy, reszta wzięła nogi za pas. 
   — Och, jakie pan miał bogate, pełne przygód życie! 
   — Wiodłem żywot bardzo spokojny, zapewniam panią. 
   Ale panna Taylor najwyraźniej mu nie uwierzyła. 
   Była  mniej  więcej  dziesiąta  wieczór,  gdy  Anthony  Cade  wszedł  do  małego  pokoiku,  w 
którym Jimmy McGrath manipulował rozmaitymi butelkami. 
   — Zrób  coś  mocnego,  James  —  poprosił  gość.  —  Zaręczam  ci,  że  ogromnie  jest  mi  to 
potrzebne. 
   — Wierzę ci, chłopie. Ja za żadne skarby świata takiej roboty bym nie przyjął. — Daj mi 
inną, to w jednej chwili mnie tu nie będzie. 
   McGrath  nalał  sobie,  wypił  duszkiem  i  zabrał  się  do  przyrządzania  następnej  porcji.  A 
potem zapytał niespiesznie: 
   — Mówisz serio, stary? 
   — O czym? 
   — Że rzucisz w diabły tę pracę, jak będziesz miał inną? 
   — A bo co? Chcesz przez to powiedzieć, że dajesz mi posadę żebraka? Jak masz robotę, 
to czemuś sam jej nie złapał? 

background image

 

   — Złapałem, ale za bardzo się na niej nie wyznaję i dlatego proponuję tobie. 
   Anthony wzmógł czujność. 
   — A  dlaczego  ci  ona  nie  odpowiada?  Przecież  nie  kazali  ci  nauczać  w  szkółce 
niedzielnej? 
   — Myślisz, że ktoś by zaryzykował taką ofertę? 
   — Ktoś, kto cię dobrze zna, na pewno nie. 
   — To naprawdę świetna robota, niczego złego się nie dopatruj. 
   — Czy  może  szczególnym  trafem  w  Ameryce  Południowej?  Mam  chętkę  na  Amerykę 
Południową. W jednej z tych republik szykuje się całkiem fajna rewolucja. 
   McGrath uśmiechnął się szeroko. 
   — Zawsze  byłeś  pies  na  rewolucje,  pasuje  ci  wszystko,  co  prowadzi  do  porządnej 
rozróby. 
   — Czuję, że moje zdolności byłyby tam docenione. Powiadam ci, Jimmy, przydam się w 
każdej  rewolucji,  obojętnie,  po  której  stronie  bym  się  znalazł.  Wszystko  lepsze  od  tego 
nudnego, codziennego bytowania. 
   — Zdaje  się,  że  o  tej  swojej  skłonności  już  mi  mówiłeś.  Nie,  nie  daję  ci  roboty  w 
Ameryce Południowej, tylko w Anglii. 
   — Anglia?  Powrót  bohatera  do  stron  rodzinnych?  Po  siedmiu  latach  nie  zgarną  mnie 
chyba za te rachunki, jak myślisz, Jimmy? 
   — Nie sądzę. No więc słuchasz mnie dalej? 
   — Słucham, jak najbardziej. Niepokoi mnie tylko, dlaczego sam nie wziąłeś tej roboty. 
   — Powiem ci, dlaczego. Ja, Anthony, szukam złota, hen, w interiorze. 
   Anthony gwizdnął i spojrzał na niego uważnie. 
   — Zawsze  przepadałeś  za  złotem,  Jimmy,  odkąd  cię  znam.  To  twoja  słabość,  takie 
specyficzne,  małe hobby. Wydeptałeś nieskończoną liczbę fantastycznych ścieżek, nie ma 
takiego drugiego faceta. 
   — I w końcu złapię ślad, przekonasz się. 
   — No tak, każdy ma jakieś hobby. Moje to rozróba, twoje — złoto. 
   — Zaraz ci opowiem, co trzeba. Mam nadzieję, że wiesz wszystko o Herzoslovakii? 
   Anthony obrzucił go bystrym spojrzeniem. 
   — Herzoslovakia? — zapytał i dziwna nuta zadźwięczała w jego głosie. 
   — Tak. Wiesz coś o tym kraju? 
   Minęła dłuższa chwila, zanim Anthony udzielił odpowiedzi. Rzekł powoli: 
   — Tylko  to,  co  wiedzą  na  ogól  wszyscy.  To  jedno  z  bałkańskich  państw,  mam  rację? 
Główne rzeki — nie znane. Główne pasma górskie — też nie znane, chyba sporo ich jest. 
Stolica  Ekarest.  Ludność  —  przeważnie  bandyci.  Ich  hobby  to  mordowanie  królów  i 
robienie rewolucji. Ostatni król, Nicholas Czwarty, zamordowany około siedmiu lat temu. 
Od  tej  pory  kraj  jest  republiką.  W  sumie  bardzo  interesujący.  Mogłeś  mi  na  początku 
powiedzieć, że chodzi o Herzoslovakię. 
   — Nie chodzi, chyba że pośrednio. Anthony spojrzał na niego bardziej ze smutkiem niż z 
gniewem. 
   — Musisz coś z tym zrobić, James. Zapisz się na kurs korespondencyjny czy co. Gdybyś 
w  dawnych  dobrych  czasach  wstawiał  taką  mowę,  powieszono  by  cię  do  góry  nogami  i 
złojono skórę łub uraczono czymś równie, nieprzyjemnym. 
   Jimmy ciągnął dalej, nie zrażony krytyką: 
   — Słyszałeś kiedyś o hrabim Stylptitchu? 

background image

 

   — To  rozumiem  —  powiedział  Anthony.  —  Ludzie,  którzy  nigdy  nie  mieli  pojęcia  o 
Herzoslovakii, na dźwięk tego nazwiska doznaliby olśnienia. Wielki Starzec na Bałkanach, 
najmądrzejszy  mąż  stanu  naszych  czasów.  Najgroźniejszy  łotr,  który  uniknął  stryczka. 
Punkt  widzenia  zależy  od  gazety,  którą  weźmiesz  do  ręki.  Ale  jedno  jest  pewne,  James, 
hrabia Stylptitch pozostanie w ludzkiej pamięci długo potem, kiedy my już się rozsypiemy 
w  proch  i  pył.  Za  każdą  akcją  i  kontrakcją  na  Bliskim  Wschodzie  stał  od  lat  dwudziestu 
hrabia Stylptitch. Był dyktatorem i patriotą, i mężem stanu — lecz właściwie nikt nie wie 
dokładnie, kim naprawdę był, poza tym, że był królem najdoskonalszej intrygi. No więc co 
masz mi o nim do powiedzenia? 
   — Był premierem Herzoslovakii, i dlatego właśnie najpierw o nim ci wspomniałem. 
   — Nie  masz  wyczucia  proporcji,  Jimmy.  Herzoslovakia  w  zestawieniu  ze  Stylptitchem 
ma znaczenie drugorzędne. Jest tylko miejscem jego urodzenia i krajem, w którym zajmuje 
się sprawami publicznymi. Ale myślałem, że on już nie żyje? 
   — I  dobrze  myślałeś.  Umarł  w  Paryżu  jakieś  dwa  miesiące  temu.  To,  o  czym  mówię, 
zdarzyło się przed paroma laty. 
   — Pytanie tylko, co to jest to, o czym mi mówisz. 
   Jimmy przełknął docinek i przyspieszył relację: 
   — A więc było to tak. Przebywałem w Paryżu, dla ścisłości dodam, że działo się to przed 
czterema  laty.  Pewnego  wieczoru  przechadzam  się  samotnie  w  dość  odludnej  dzielnicy 
Paryża  i  widzę,  jak  sześciu  francuskich  chuliganów  nalewa  nobliwie  wyglądającego 
starszego pana. Nie znoszę być biernym widzem, toteż błyskawicznie wdałem się w bójkę i 
zacząłem  okładać  tych  drani.  Śmiem  twierdzić,  że  nigdy  do  tej  pory  nie  oberwali  tak 
solidnie. Zmiękli jak plastelina! 
   — Jeden zero dla ciebie, James — powiedział ciepło Anthony.  — Szkoda, że moje oczy 
tego nie oglądały. 
   — Drobiazg — wyrzekł skromnie Jimmy. —  Ale ten starszy  facet był  mi bezgranicznie 
wdzięczny. Na pewno był po paru kieliszkach, nie mam co do tego wątpliwości, był jednak 
na  tyle  trzeźwy,  że  zapisał  sobie  moje  nazwisko  i  adres  i  nazajutrz  przyszedł,  żeby  mi 
podziękować. Pokazał klasę, oczywiście. I wtedy właśnie się dowiedziałem, że uratowałem 
życie hrabiemu Stylptitchowi. Miał dom przy ulicy Bois. 
   Anthony skinął głową. 
   — Tak,  po  zamordowaniu  króla  Nicholasa  Stylptitch  przeniósł  się  do  Paryża.  Później 
namawiano  go,  żeby  wrócił  i  został  prezydentem,  ale  odmówił.  Pozostał  wierny  swoim 
monarchistycznym  ideałom,  choć  powiadają,  że  trzymał  rękę  na  pulsie  wszystkich 
politycznych spraw, jakie rozgrywały się na Bałkanach. Świętej pamięci hrabia Stylptitch. 
   — Nicholas  Czwarty  miał  ponoć  dziwaczny  gust,  jeśli  idzie  o  kobiety,  prawda?  — 
zapytał nagle Jimmy. 
   — Tak  —  odparł  Anthony.  —  I  to  biedakowi  bokiem  wyszło.  Była  popychadłem  w 
jednym  z  paryskich  music–halli,  nawet  by  nie  pasowała  do  morganatycznego  związku. 
Lecz Nicholas cholernie się do niej napalał, a ona wychodziła wprost ze skóry, żeby zostać 
królową.  Wygląda  to  jak  bajka,  ale  jakoś  to załatwili.  Hrabia  ogłosił,  że  ona  jest  księżną 
Popoffsky czy coś w tym sensie i że w jej żyłach płynie krew Romanowów. Nicholas wziął 
z  nią  ślub  w  katedrze  w  Ekareście,  a  udzieliła  mu  go  gromada  niechętnych  temu 
przedsięwzięciu  arcybiskupów,  i  małżonka  została  ukoronowana  jako  królowa  Varaga. 
Nicholas żył w zgodzie ze swoimi ministrami i moim zdaniem uważał, że tylko to się liczy 
—  nie  wziął  pod  uwagę  społeczeństwa.  W  Herzoslovakii  ludzie  są  bardzo  zacofani  i 
uwielbiają  arystokrację.  Życzą  sobie,  żeby  ich  królowie  i  królowe  byli  z  prawdziwego 

background image

 

kruszcu.  Szemrano,  wyrażano  głośno  swoje  niezadowolenie,  władze  bezlitośnie  stłumiły 
bunt, po czym wybuchło prawdziwe powstanie, atak na pałac, zabójstwo króla i królowej i 
ogłoszenie  republiki.  Ta  funkcjonuje  po  dziś  dzień,  ale  podobno  stale  się  tam  kotłuje. 
Zamordowano  jednego  czy  dwóch  prezydentów  po  prostu  po  to,  by  zaznaczyć  swoją 
obecność.  Jednakże  revenons  á  nos  moutons*z  Dotarłeś  do  tego,  jak  hrabia  Stylptitch 
obwołał cię swoim wybawicielem. 
   — Tak. No dobrze, i to byłby koniec całej sprawy. Wróciłem do Afryki i nigdy więcej o 
tym nie myślałem, i dopiero przed dwoma tygodniami otrzymałem cudacznie wyglądającą 
paczkę, która podążała za mną z miejsca na miejsce, Bóg jeden wie, jak długo. Wyczytałem 
w  gazecie,  że  hrabia  Stylptitch  umarł  niedawno  w  Paryżu.  No  i  ta  paczka  zawierała  jego 
wspomnienia, czy jak to się nazywa. Był tam zapis mówiący, że jeśli dostarczę rękopis do 
pewnej  firmy  wydawniczej  w  Londynie  do  trzynastego  października  włącznie,  będą 
zobowiązani wręczyć mi tysiąc funtów. 
   — Tysiąc funtów? Powiedziałeś tysiąc funtów, Jimmy? 
   — Tak jest, synu. Mam w Bogu nadzieję, że to żaden żart. Kursuje takie powiedzonko, że 
politykom ani arystokratom wierzyć  nie  należy. Otóż to. No  i  w ten sposób rękopis gonił 
mnie po świecie i teraz nie mam już czasu do stracenia. Mimo wszystko szkoda byłoby mi 
zrezygnować. Mam zaplanowaną wycieczkę do  interioru  i tylko o  niej  marzę. Druga taka 
okazja już mi się nie trafi. 
   — Niepoprawny z ciebie facet, Jimmy. Tysiąc funtów w garści warte jest więcej niż cała 
masa mitycznego złota. 
   — A  jeżeli  to  oszustwo?  Tak  czy  owak  jestem  tutaj,  bilet  mam  załatwiony  i  wszystko 
inne, teraz do Cape Town, a potem dalej! 
   Anthony wstał i zapalił papierosa. 
   — Zaczynam  rozumieć  twój  zamysł,  James.  Ty  pojedziesz,  tak  jak  zaplanowałeś,  na  te 
swoje złote polowanie, a ja mam zagarnąć dla ciebie tysiąc funtów. Ile z tego będę miał? 
   — Co powiesz na jedną czwartą? 
   — A więc proponujesz dwieście pięćdziesiąt funtów wolne od podatku? 
   — Zgadza się. 
   — Umowa  stoi,  ale  żeby  cię  pognębić,  oznajmiam  ci,  że  i  za  stówę  bym  to  zrobił. 
Pozwól,  że  powiem  ci  jeszcze  i  to,  Jamesie  McGrath,  iż  źle  skończysz,  prowadząc  taką 
gospodarkę finansową. 
   — A czy to nie jest dobry interes? 
   — Jest, oczywiście. I przyjmuję propozycję. Na pohybel elitarnej wycieczce! 
   Spełnił uroczyście toast. 
 
ROZDZIAŁ DRUGI 
DAMA W KŁOPOCIE 
    
   — Tak  to  wygląda  —  powiedział  Anthony  wychyliwszy  szklankę  i  odsuwając  ją  od 
siebie. — Jakim statkiem miałeś płynąć? 
   — „Granarth Castle”. 
   — Przejazd zabukowany na twoje nazwisko, będzie więc chyba lepiej, gdy podam się za 
Jamesa McGratha. Wyrośliśmy już dawno z paszportowej biurokracji, prawda? 
   — Bez znaczenia. Jesteśmy wprawdzie zupełnie do siebie niepodobni, ale na pewno opis 
naszych  postaci  na  tych  diabelstwach  będzie  identyczny.  Sześć  stóp  wzrostu,  włosy 
brązowe, oczy niebieskie, nos przeciętny, rysy twarzy przeciętne. 

background image

 

   — Nie szafuj tak tą przeciętnością. Musisz wiedzieć, że „Castle” wybrało mnie spośród 
kilku kandydatów wyłącznie z racji przyjemnego wyglądu i dobrych manier. 
   Jimmy zachichotał. 
   — Obserwowałem dziś rano te twoje maniery. 
   — No i dobrze. 
   Anthony wstał i przeszedł się po pokoju tam i z powrotem. Zmarszczył brwi i parę minut 
upłynęło, zanim przemówił: 
   — Jimmy — rzek! w końcu. — Stylptitch umarł w Paryżu. Jaki ma więc sens przesyłanie 
rękopisu z Paryża do Londynu via Afryka? 
   Jimmy potrząsnął bezradnie głową. 
   — Nie wiem. 
   — Dlaczego nie zapakować go ładnie i nie przesłać paczki pocztą? 
   — Całkiem to mądrze brzmi, w pełni się z tobą zgadzam. 
   — Oczywiście  —  kontynuował  Anthony  —  wiem  doskonale,  że  królów  i  królowe  oraz 
dostojników  państwowych  obowiązuje  etykieta  wykluczająca  postępowanie  najprostsze, 
zgodne  z  rozsądkiem.  Stąd  posłańcy  królewscy  i  tak  dalej.  W  średniowieczu  dawałeś 
chłopakowi  sygnet  jako  znak  rozpoznawczy.  Sezamie  otwórz  się.  „Królewski  sygnet! 
Droga wolna!” A zazwyczaj był to ktoś, kto zdążył już go skraść. Zawsze się zastanawiam, 
dlaczego żaden obrotny facet nie wpadł na pomysł skopiowania sygnetu, zrobienia z tuzina 
takich pierścieni, które by potem sprzedał po sto dukatów sztuka. Wygląda na to, że ludzie 
żyjący w średniowieczu nie odznaczali się inicjatywą. 
   Jimmy ziewnął. 
   — Moje  wywody  na  temat  średniowiecza  najwyraźniej  cię  nudzą.  Wróćmy  zatem  do 
hrabiego  Stylptitcha.  Z  Francji  do  Anglii  via  Afryka  to  trasa  nawet  jak  na  dyplomatę  co 
najmniej  dziwna.  Gdyby  chciał  tylko  mieć  pewność,  że  dostaniesz  owe  tysiąc  funtów, 
mógłby ci je zapisać w testamencie. Bogu dzięki ani ty, ani ja nie jesteśmy na tyle dumni, 
żeby nie przyjąć spadku. Ten cały Stylptitch musiał mieć bzika. 
   — Naprawdę tak uważasz? 
   Anthony, zmarszczywszy czoło, ciągle chodził w tę i z powrotem po pokoju. 
   — Czy ty w ogóle to przeczytałeś? — zapytał niespodziewanie. 
   — Niby co? 
   — Rękopis. — Mój Boże, nie! Sądzisz, że mam ochotę na czytanie takich rzeczy? 
   Anthony uśmiechnął się. 
   — Tak  sobie  tylko  pomyślałem,  to  wszystko.  Wiesz,  pamiętniki  przysparzają  niekiedy 
moc kłopotów. Różne rewelacyjne niedyskrecje i tak dalej. Ludzie, którzy przez całe życie 
byli  milczący  i  zamknięci  w  sobie,  z  wielkim  upodobaniem  myślą  o  tym,  że  po  własnej 
śmierci  dostarczą  kłopotów  swoim  bliźnim.  Sprawia  im  to  złośliwą  satysfakcję.  Jimmy, 
jakim  człowiekiem  był  hrabia  Stylptitch?  Poznałeś  go  i  rozmawiałeś  z  nim,  a  jesteś 
skądinąd wytrawnym znawcą  ludzkiej natury. Czy  nie zaliczyłbyś  go do  gatunku starych, 
mściwych drani? 
   Jimmy potrząsnął głową. 
   — Trudno powiedzieć. Widzisz, tej pierwszej nocy był wyraźnie na bańce, a nazajutrz już 
odgrywał  rolę  czcigodnego  starszego  pana  o  wykwintnych  manierach,  zasypał  mnie 
komplementami, że nie wiedziałem, gdzie oczy podziać. 
   — A jak był pijany, nie powiedział nic interesującego? 
   Jimmy cofnął się myślami do owego momentu i po swojemu zmarszczył brwi. 
   — Powiedział, że wie, gdzie jest Koh–i–noor* — oznajmił Jimmy niepewnym tonem. 

background image

 

   — Daj  spokój  —  powiedział  Anthony  :—  to  wiemy  wszyscy.  Trzymają  klejnot  w 
Tower,  nieprawdaż?  Za  grubym  szkłem  i  żelazną  kratą,  a  wokół  stoi  mnóstwo 
dżentelmenów w strojach historycznych i tylko patrzą, czy czegoś nie podwędzisz. 
   — To fakt — zgodził się Jimmy. 
   — Nie wygłupiaj się, stary. To, co powiedziałeś, jest bardzo ważne. 
   Podszedł do okna i stał tam chwilę, wyglądając na zewnątrz. 
   — A  kto  to  jest  ten  Król  Victor?  —  chciał  wiedzieć  Jpnmy.  —  Też  jakiś  bałkański 
monarcha? 
   — Nie — odparł Anthony powoli. — On nie należy do tego typu królów. 
   — No to co on za jeden? 
   Zapadła cisza, a potem Anthony rzekł: 
   — To  kanciarz,  Jimmy.  Najsławniejszy  w  świecie  złodziej  klejnotów.  Fantastyczny, 
nieprawdopodobnie  odważny  facet,  który  nikogo  się  nie  lęka.  Król  Victor  to jego  ksywa, 
pod tą ksywą znany był w Paryżu. W Paryżu właśnie była kwatera główna jego gangu. Tam 
go złapali i wsadzili na siedem lat, za jakieś drobne przestępstwa. Nic ważnego nie mogli 
mu udowodnić. Wkrótce wyjdzie z ciupy albo może już wyszedł. 
   — Czy uważasz, że hrabia Stylptitch mógł mieć coś wspólnego z jego zapuszkowaniem? 
Czy dlatego ten gang napadł na niego? Akt zemsty? 
   — Nie  mam  pojęcia  —  powiedział  Anthony.  —  Fakty  jednak  świadczą,  że  jest  to  mało 
prawdopodobne.  O  ile  mi  wiadomo,  Król  Victor  nigdy  nie  ukradł  klejnotów  z  korony 
Herzoslovakii. Ale ta cała sprawa daje sporo do myślenia, prawda? Śmierć Stylptitcha, jego 
pamiętniki, hałas podniesiony w prasie — wszystko to zagmatwane, lecz bardzo ciekawe. I 
kolejna pogłoska nawiązująca do tego, że w Herzoslovakii dowiercono się do nafty. Czuję 
przez  skórę,  James,  że  lada  dzień  ludzie  zaczną  się  interesować  tym  niewielkim,  mało 
znaczącym krajem. 
   — Jacy ludzie? 
   — Żydzi. Żółtoskórzy finansiści w wielkich biurowcach. 
   — Do czego ty właściwie zmierzasz? 
   — Wychodzę z założenia, że po co sobie ułatwić, skoro można utrudnić, to wszystko. 
   — Nie  chcesz  chyba  przez  to  powiedzieć,  że  wręczenie  rękopisu  wydawcy  może 
nastręczyć jakieś trudności? 
   — Nie — powiedział Anthony z ubolewaniem. — Nie przewiduję w tej kwestii żadnych 
problemów.  Ale  chciałbym  cię  poinformować,  James,  dokąd  zamierzam  się  udać  z  tymi 
dwustu pięćdziesięcioma funtami. 
   — Ameryka Południowa? 
   — Nie,  chłopie,  Herzoslovakia.  Udzielę  poparcia  republice.  Bardzo  prawdopodobne,  że 
skończy się to tym, iż zostanę prezydentem. 
   — To ogłoś się przy okazji najważniejszym Obolovitchem i zasiądź na tronie. 
   — Nie,  Jimmy.  Królowie  są  na  stałe.  A  prezydenci  biorą  posadę  na  cztery  lata  czy  coś 
koło  tego.  Bardzo  by  to  było  zabawne,  gdybym  przez  cztery  lata  porządził  sobie  takim 
państwem. 
   — Trzeba dodać, że królowie pracują przeciętnie o wiele mniej — wtrącił Jimmy. 
   — Przewiduję, że będzie  mnie nęciło, by sprzeniewierzyć tę twoją część tysiąca funtów. 
Kiedy wrócisz obwieszony grudkami złota, nie będzie ci ta forsa potrzebna. Zainwestuję ją 
dla  ciebie  w  herzoslovackich  szybach  naftowych.  Wiesz,  James,  im  dłużej  o  tym  myślę, 
tym bardziej mi się podoba ten twój pomysł. Gdybyś nie wspomniał o Herzoslovakii, nawet 

background image

 

by  mi  ona  nie  przyszła  do  głowy.  Jeden  dzień  spędzę  w  Londynie,  odbiorę  łup  i  zaraz 
wsiadam do Balkan–Expressu. 
   — Nie  musisz  się  tak  szybko  zwijać.  Nie  zdążyłem  ci  napomknąć,  że  chcę  ci  zlecić 
jeszcze jedno cholerne zadanie. Anthony usiadł na krześle i spojrzał na niego surowo. 
   — Cały czas czułem, że  kryje się za tym jakaś ciemna sprawka. Zaraz wyjdzie szydło z 
worka. 
   — Absolutnie się mylisz. Chodzi o pomoc dla pewnej damy. 
   — Zapamiętaj  sobie,  James,  raz  na  zawsze,  że  nie  chcę  mieć  nic  wspólnego  z  twoimi 
aferami miłosnymi, nie mieszaj mnie w to. 
   — To  nie  jest  żadna  afera  miłosna.  Nigdy  tej  kobiety  nie  widziałem.  Opowiem  ci 
wszystko od początku. 
   — Jeżeli  mam  wysłuchać  jednej  z  tych  twoich  ciągnących  się  w  nieskończoność 
historyjek, zrób mi jeszcze drinka. 
   Pan domu spełnił gościnnie prośbę Anthony’ego, po czym przystąpił do opowieści: 
   — Wydarzyło  się  to  podczas  mego  pobytu  w  Ugandzie.  Był  tam  pewien  Amerykanin 
obcego pochodzenia, któremu uratowałem życie… 
   — Na twoim  miejscu — przerwał  Anthony —  napisałbym książkę pod tytułem:  Ludzie, 
którym uratowałem życie. To już jest drugi wypadek, o którym dziś słyszę z twoich ust. 
   — Oj, to nie był żaden szczególny czyn. Po prostu wyciągnąłem tego faceta z rzeki. Jak 
wszyscy obcy nie umiał pływać. 
   — Chwileczkę, czy ta historia ma coś wspólnego ze sprawą? 
   — Niewiele,  aczkolwiek,  dziwna  rzecz,  teraz  to  sobie  uświadamiam,  ten  człowiek  był 
Herzoslovakiem. Nazywaliśmy go Dutch Pedro. 
   Anthony skinął głową obojętnie. 
   — Dla obcego każda ksywa jest dobra — zauważył. — No, ciągnij dalej, James. 
   — Facet  należał  do  gatunku  wdzięcznych.  Chodził  za  mną  jak  pies.  Pół  roku  później 
zmarł na febrę. Byłem przy nim do końca. Ostatnia rzecz, jaką zrobił umierając, to kiwnął 
na  mnie  i  wyszeptał  w  podnieceniu  mało  zrozumiałym  żargonem  o  pewnej  tajemnicy  — 
kopalni  złota,  tak  do  odebrałem.  Wetknął  mi  do  ręki  ceratowy  pakuneczek,  który  zawsze 
nosił  na  piersi.  Wtedy  nie  poświęciłem  temu  wiele  uwagi.  Dopiero  po  jakimś  tygodniu 
otworzyłem  paczuszkę.  Muszę  przyznać,  że  byłem  ciekaw,  co  zawiera.  Nie  sądziłem,  by 
Dutch  Pedro w ogóle się orientował, co to jest kopalnia złota  — ale kto to wie, szczęście 
chadza różnymi drogami… 
   — A na samą myśl o złocie dostałeś jak zwykle palpitki — przerwał mu Anthony. 
   — Nigdy w życiu  nie przeżyłem takiego rozczarowania. Kopalnia złota, też coś! Śmiem 
przypuszczać,  że  dla  tego  drania  była  to  kopalnia  złota.  Masz  pojęcie,  co  zawierała  ta 
paczuszka?  Listy  od  kobiety,  tak,  listy  od  kobiety,  i  w  dodatku  Angielki.  Ten  łajdak  ją 
szantażował — i miał czelność mnie obarczyć tym całym świńskim kramem! 
   — Z  przyjemnością  obserwuję  twoje  święte  oburzenie,  James,  ale  pozwól,  że  ci 
uzmysłowię, iż obcy to zawsze obcy. Facet słusznie rozumował. Uratowałeś mu życie, a on 
za  to  przekazał  ci  w  testamencie  obfite  źródło  czerpania  gotówki  —  twój  szacowny, 
brytyjski umysł nie jest w stanie tego pojąć? 
   — I  co  ja,  do  diabła,  mam  z  tym  zrobić?  W  pierwszym  odruchu  chciałem  spalić  te 
szpargały.  Zdałem  sobie  jednak  sprawę,  że  ta  nieszczęsna  niewiasta,  nic  nie  wiedząc  o 
zniszczeniu listów, całe życie będzie drżała ze strachu, iż pewnego dnia facet znowu z tym 
wyskoczy. — Nie posądzałem cię o tak bujną wyobraźnię — stwierdził Anthony zapalając 

background image

 

10 

papierosa.  —  Przypuszczam,  że  sprawa  nastręczy  więcej  trudności,  niż  to  wygląda  na 
pierwszy rzut oka. A gdyby przesłać jej to pocztą? 
   — Podobnie jak wszystkie kobiety,  nie stawiała w  listach daty ani  nie  podawała adresu. 
Na jednym — w miejscu adresu — napisane było jedno dziwne słowo: „Chimneys”. 
   Anthony przerwał proces gaszenia zapałki, a potem rzucił ją gwałtownie, bo sparzyła mu 
palec. , — „Chimneys”? — zapytał. — Dziwna historia! 
   — Dlaczego? Coś ci o tym wiadomo? 
   — To jedno z szacownych domostw w Anglii, mój drogi Jamesie. Rezydencja, do której 
zjeżdżają na weekendy królowie i królowe, gdzie zbierają się i dyskutują dyplomaci. 
   — Jeszcze jeden powód, dla którego tak się cieszę, że ty zamiast mnie jedziesz do Anglii. 
Ty się znasz na tych wszystkich ceregielach — powiedział szczerze Jimmy. — Gość mego 
pokroju,  wywodzący  się  z  kanadyjskich  ostępów,  mógłby  przy  takiej  okazji  palnąć  jakąś 
gafę. Ale człowiek jak ty, który uczył się w Eton i Harrow… 
   — Tylko w jednym z tych college’ów — sprostował skromnie Anthony. 
   — Ty sobie z tym  poradzisz. Pytasz, dlaczego  nie wyślę  tych  listów pocztą. Widzisz, to 
moim  zdaniem  byłoby  raczej  niebezpieczne.  Pewne  dane  świadczą  o  tym,  że  pani  ma 
zazdrosnego  męża.  I  dajmy  na  to  przez  pomyłkę  mąż  otwiera  paczkę.  Co  wówczas 
biedaczkę czeka? Albo też może już nie żyć — sądząc po listach, były pisane dosyć dawno. 
Toteż  w  wyniku  przemyśleń  doszedłem  do  wniosku,  że  jedyne  wyjście,  to  takie,  by  ktoś 
zabrał te listy do Anglii i wręczył je tej damie osobiście. 
   Anthony odrzucił papierosa, podszedł do przyjaciela i poklepał go czule po ramieniu. 
   — Jesteś  prawdziwym  błędnym  rycerzem,  Jimmy.  Kanadyjczycy  z  ostępów  leśnych 
powinni być z ciebie dumni. A z tym zadaniem ty byś się uporał o wiele lepiej niż ja. 
   — Ale weźmiesz te listy? 
   — Oczywiście. 
   McGrath wstał z miejsca, wyciągnął z szuflady plik listów i położył je na stole. 
   — Oto one. Rzuć na nie okiem. 
   — Czy to konieczne? Wolałbym się tym nie zajmować. 
   — Tylko że z tego, co powiedziałeś o „Chimneys”,  można wnosić, że ta dama stale tam 
nie przebywa. Przejrzyjmy lepiej te listy, może znajdziemy w nich jakąś wskazówkę, gdzie 
ona obecnie mogłaby mieszkać. 
   — Chyba masz rację. 
   Starannie  wszystkie  listy  przewertowali,  ale  nie  znaleźli  w  nich  tego,  na  co  liczyli. 
Anthony w zamyśleniu zaczął je układać. 
   — Biedne stworzenie — powiedział. — Musiała być śmiertelnie przerażona. 
   Jimmy skinął głową. 
   — Masz nadzieję ją odnaleźć? — zapytał z zaniepokojeniem. 
   — Nie  wyjadę  z  Anglii,  póki  do  niej  nie  dotrę.  Bardzo  cię  ta  nieznana  dama  obchodzi, 
James? 
   Jimmy wodził w zadumie palcem po jej podpisie. 
   — Piękne imię — rzekł usprawiedliwiającym tonem. — Virginia Revel. 
 
ROZDZIAŁ TRZECI 
NIEPOKÓJ W WYŻSZYCH SFERACH 
    
   — Oczywiście, mój drogi, oczywiście — powiedział lord Caterham. 

background image

 

11 

   Powtórzył  już  te  słowa  trzykrotnie,  za  każdym  razem  mając  nadzieję,  że  położą  one 
kres popisowi oratorskiemu i pozwolą mu się ulotnić. Ogromnie nie lubił być zmuszony do 
stania  na  stopniach,  przed  wejściem  do  ekskluzywnego  klubu,  którego  był  członkiem,  i 
słuchania ciągnącego się w nieskończoność popisu krasomówczego szanownego George’a 
Lomaxa. 
   Clement  Edward  Alistair  Brent,  dziewiąty  markiz  Caterham,  był  dżentelmenem 
niewielkiego  wzrostu,  fatalnie  ubranym,  i  jego  wygląd  stanowił  absolutne  zaprzeczenie 
powszechnego  wizerunku  markiza.  Miał  wyblakłe,  niebieskie  oczy,  cienki,  smętny  nos  i 
dość niedbale, acz nienaganne maniery. 
   Głównym nieszczęściem lorda Caterhama było to, że przed czterema laty przejął sukcesję 
po swoim bracie, markizie ósmym. Albowiem poprzedni lord Caterham był człowiekiem w 
całym tego słowa znaczeniu wyróżniającym się — jak Anglia długa i szeroka. Swego czasu 
sekretarz stanu Ministerstwa Spraw Zagranicznych odgrywał znaczącą rolę podczas narad 
na szczeblu imperium, a jego wiejska siedziba „Chimneys” słynęła z wielkiej gościnności. 
Na zręcznie sterowanych przez jego żonę, córkę księcia Perth, przyjęciach weekendowych 
tworzono i przetwarzano historię, i nie było 
   w Anglii, a nawet w Europie, co wybitniejszej osobistości, która by wcześniej czy później 
nie przekroczyła progu „Chimneys”. 
   Życie  toczyło  się  pomyślnie.  Dziewiąty  markiz  Caterham  obdarzał  wielką  czcią  pamięć 
swego brata. W kwestii ceremonii Henry był zawsze niedościgniony. Lord Caterham  miał 
jedynie zastrzeżenia co do tego, że „Chimneys” z prywatnej, wiejskiej siedziby przemieniło 
się w posiadłość społeczną. Nic bardziej nie nudziło lorda Caterhama niż polityka, chyba że 
politycy. Stąd to jego zniecierpliwienie wobec  niekończącej się  mowy George’a  Lomaxa. 
Ten  krzepko  zbudowany  mężczyzna,  George  Lomax,  z  wyraźną  skłonnością  do  tycia, 
czerwoną twarzą i wytrzeszczonymi oczami, był głęboko przekonany o własnej wielkości. 
   — Pojmujesz  sedno  sprawy,  Caterham?  My  nie  możemy,  po  prostu  nie  możemy  teraz 
dopuścić do żadnego skandalu. Sytuacja jest nadzwyczaj delikatna. 
   — Zawsze bywa delikatna — nie bez nuty ironii stwierdził lord Caterham. 
   — Mój drogi, ja mam orientację! 
   — Oczywiście, oczywiście — rzekł lord, wracając do poprzedniej linii obrony. 
   — Jeden  błąd  w  sprawie  Herzoslovakii  i  jesteśmy  załatwieni.  Najważniejsze  jest,  by 
koncesja na ropę naftową przypadła Towarzystwu Brytyjskiemu. Chyba to rozumiesz? 
   — Oczywiście, oczywiście. 
   — W  końcu  tygodnia  przyjeżdża  książę  Michael  Obolovitch  i  dokonamy  dzieła  w 
„Chimneys”, pod pozorem polowania. 
   — Zamierzałem  w  tym  tygodniu  jechać  za  granicę  —  powiedział  lord  Caterham.  — 
Nonsens, mój drogi, któż wybiera się za granicę na początku października? 
   — Mój  lekarz  uważa,  że  jestem  w  nie  najlepszej  kondycji  —  oznajmił  Caterham, 
spoglądając tęsknie za odjeżdżającą taksówką. 
   Żadną  miarą  nie  mógł  jednak  uczynić  skoku  do  wolności,  albowiem  Lomax  miał 
nieprzyjemny zwyczaj niewypuszczania ze swoich sideł osoby, z którą prowadził poważną 
rozmowę  —  niewątpliwie  skutek  długich  doświadczeń  w  tej  dziedzinie.  W  tym  wypadku 
trzymał mocno w garści klapę płaszcza lorda Caterhama. 
   — Mój  drogi,  oświadczam  ci  autorytatywnie.  W  czasach  kryzysu  ogólnonarodowego, 
który zbliża się szybkimi krokami… 
   Lord  Caterham  aż  się  cały  skurczył.  Uświadomił  sobie  nagle,  że  wolałby  wydać  moc 
przyjęć  niż  słuchać  George’a  Lomaxa  cytującego  samego  siebie  z  którejś  wygłoszonej 

background image

 

12 

mowy.  Wiedział  z  doświadczenia,  że  Lomax  jest  zdolny  gadać  tak  bez  przerwy 
dwadzieścia minut. 
   — No  dobrze  —  powiedział  pospiesznie.  —  Zgadzam  się  na  to  polowanie.  Mam 
nadzieję, że stroną organizacyjną zajmiesz się ty. 
   — Mój  drogi,  co  tu  jest  do  organizowania?  „Chimneys”,  poza  swoimi  związkami  z 
historią,  ma  fantastyczne  położenie.  Będę  w  „Abbey”,  odległym  stamtąd  niecałe  siedem 
mil. Nie byłoby najlepiej, gdybym mieszkał u ciebie. 
   — Oczywiście,  że  nie  —  zgodził  się  lord  Caterham,  nie  mając  wprawdzie  pojęcia, 
dlaczego nie byłoby tak właśnie najlepiej, ale mało go to obchodziło. 
   — Może chciałbyś mieć pod ręką Billa Eversleigha? Przydałby ci się, sprawnie wykonuje 
polecenia. 
   — Z przyjemnością będę go widział — odparł lord Caterham wyraźnie ożywiony. — Bill 
to dobry strzelec, Bundle go lubi. 
   — Strzelanie w tym wypadku nie jest takie ważne. To tylko pretekst, w pewnym sensie. 
   Lord Caterham znów miał strapioną minę. 
   — I to byłoby wszystko. Książę, jego świta, Bill Eversleigh, Herman Isaacstein… 
   — Kto? 
   — Herman Isaacstein. Przedstawiciel syndykatu, o którym ci mówiłem. 
   — Syndykatu Ogólnobrytyjskiego? 
   — Tak. A bo co? 
   — Nic, nic, tak tylko zapytałem. Dziwne ci ludzie mają nazwiska. 
   — Przydaliby  się  jeszcze  oczywiście  z  dwaj  cudzoziemcy,  nadaliby  całej  imprezie 
wiarygodności.  Już  lady  Eileen  zatroszczy  się  o  to  —  młodzi  ludzie,  nastawieni  raczej 
bezkrytycznie i nie mający o polityce zielonego pojęcia. 
   — Na pewno Bundle załatwi to jak należy. 
   — Zastanawiam  się  jeszcze  nad  jednym.  —  Wyglądało  na  to,  że  Lomaxowi  przyszedł 
nagle  do  głowy  jakiś  nowy  pomysł.  —  Pamiętasz  o  tej  sprawie,  o  której  ci  niedawno 
mówiłem? 
   — Mówisz zawsze o tyłu sprawach… 
   — Daj spokój, mam na myśli tę fatalną historię — zniżył głos do tajemniczego szeptu — 
te pamiętniki, pamiętniki hrabiego Stylptitcha. 
   — Moim  zdaniem  nie  masz  racji  —  rzekł  lord  Caterham  przemagając  ziewanie.  — 
Ludzie ubóstwiają skandale. Niech to diabli, sam czytam teraz wspomnienia i bardzo lubię 
ten gatunek. 
   — Nie  chodzi  o  to,  czy  ludzie  będą  je  czytać,  czy  nie,  na  pewno  zresztą  pochłoną 
pamiętniki  tego  typu,  ale  opublikowanie  ich  w  tych  okolicznościach  może  wszystko 
zniszczyć, wszystko. Naród Herzoslovakii dąży do restauracji monarchii — chcą ofiarować 
koronę księciu Michaelowi, który cieszy się poparciem i sympatią rządu Jego Królewskiej 
Mości… 
   — I który jest skłonny udzielić koncesji panu Ikeyowi Hermansteinowi i spółce w zamian 
za pożyczkę miliona albo za osadzenie go na tronie… 
   — Caterham,  Caterham  —  szeptał  Lomax  błagalnie.  —  Dyskrecja,  proszę  cię.  Nade 
wszystko dyskrecja! 
   — A sęk tkwi w tym — kontynuował lord z niejakim upodobaniem, choć na gorący apel 
interlokutora  zniżył  głos  —  że  niektóre  fragmenty  pamiętników  Stylptitcha  mogą  narobić 
komuś  bigosu.  Tyrania  i  złe  prowadzenie  się  rodziny  Obolovitchów,  tak?  Interpelacje  w 
Izbie  Lordów?  Dlaczego  zamieniać  światłe  i  demokratyczne  rządy  na  anachroniczną 

background image

 

13 

tyranię?  Polityka  dyktowana  przez  krwiożerczych  kapitalistów.  Precz  z  rządem.  Tak  to 
się przedstawia, nieprawdaż? 
   Lomax skinął głową. 
   — A  może  być  jeszcze  gorzej  —  wydyszał.  —  Załóżmy,  tylko  załóżmy,  że  należałoby 
wspomnieć o tym… o tym nieszczęsnym zniknięciu, wiesz, co mam na myśli. 
   Lord Caterham spojrzał na niego. 
   — Nie, nie wiem. O jakim zniknięciu mówisz? 
   — Musiałeś  o  tym  słyszeć.  To  się  zdarzyło,  gdy  oni  byli  w  „Chimneys”.  Henry  był 
strasznie zdenerwowany. Zrujnowało mu to niemal karierę. 
   — Zaintrygowałeś mnie niebagatelnie — powiedział lord Caterham. — Kto zniknął, czy 
też co zniknęlo? 
   Lomax przyłożył usta do ucha lorda Caterhama. Ten ostatni odsunął gwałtownie głowę. 
   — Na litość boską, nie gwiżdż mi w ucho! 
   — Słyszałeś, co powiedziałem? 
   — Tak,  słyszałem  —  odparł  z  ociąganiem  lord.  —  Przypominam  sobie,  że  w  swoim 
czasie coś o tym słyszałem. Bardzo interesująca historia. Ciekawe, kto to zrobił. Nigdy tego 
nie odzyskano? 
   — Nie.  Działaliśmy  naturalnie  zachowując  najwyższą  dyskrecję.  Nie  wolno  było 
dopuścić, by wymsknęła się na zewnątrz najmniejsza nawet aluzja o stracie. Ale Stylptitch 
był tam  wówczas.  Coś  musiał wiedzieć.  Nie  wszystko  oczywiście.  Posprzeczaliśmy  się  z 
nim  parę  razy  na  temat  kwestii  tureckiej.  Może  z  czystej  złośliwości  postanowił,  że  cały 
świat dowie się o sprawie?  Pomyśl o skandalu, o daleko  idących konsekwencjach. Każdy 
zapyta: dlaczego to zostało zatuszowane? 
   — Oczywiście, że zapyta — potwierdził lord z widomą satysfakcją. 
   Lomax, którego głos rozbrzmiał teraz wysokimi tonami, postanowił wziąć się w garść. 
   — Muszę zachować spokój — mruknął. — Muszę zachować spokój. Ale pytam cię, mój 
drogi:  jeśli  nie  miał  nic  złego  na  myśli,  to  dlaczego  wysłał  ten  rękopis  do  Londynu  tak 
bardzo okrężną drogą? 
   — To rzeczywiście dziwne. A czy te dane są absolutnie pewne? 
   — Jak najbardziej. Mieliśmy… hm… w Paryżu swoich agentów. Parę tygodni przed jego 
śmiercią pamiętniki zniknęły w sposób tajemniczy. 
   — Tak,  wygląda  na  to,  że  coś  w  tym  jest  —  powiedział  lord  Caterham  z  taką  samą 
satysfakcją, jaką zamanifestował poprzednio. 
   — Wytropiliśmy,  że  zostały  wysłane  do  człowieka  imieniem  Jimmy,  czyli  Jamesa 
McGratha, Kanadyjczyka przebywającego obecnie w Afryce. 
   — Afera  na  miarę  imperium,  prawda?  —  zapytał  wesoło  lord.  —  James  McGrath 
przybywa tu jutro, w czwartek, statkiem „Granarth Castle”. 
   — I co zamierzasz dalej z tym począć? 
   — Musimy oczywiście od razu go dopaść, wyłuszczyć mu, czym to ewentualnie mogłoby 
grozić, i prosić go na wszystkie świętości, by publikację pamiętników odłożył przynajmniej 
na miesiąc i by przy publikowaniu kierował się… hm… rozsądkiem. 
   — Załóżmy, że on odpowie: „Nie, moi panowie” albo: „Niech was piekło pochłonie”, lub 
coś  równie  błyskotliwego  i  świadczącego  o  bystrości  umysłu  —  wyraził  przypuszczenie 
lord Caterham. 
   — Tego  właśnie  się  lękam  —  powiedział  Lomax  szczerze.  —  I  powodowany  tą  obawą 
pomyślałem  sobie,  że  może  byłoby  dobrze  zaprosić  go  do  „Chimneys”.  Będzie  się  czuł 

background image

 

14 

zaszczycony, gdy się dowie, że wśród gości znajduje się również książę Michael, dzięki 
czemu łatwiej nam będzie nim właściwie pokierować. 
   — Nie zamierzam go zapraszać — rzekł pospiesznie lord Caterham. — Nie mam zamiaru 
zadawać  się  z  Kanadyjczykami,  szczególnie  z  takimi,  którzy  mieszkają  przeważnie  w 
Afryce. 
   — A może uznasz, że to wspaniały chłopak, bez ogłady, ale wartościowy? 
   — Nie, Lomax. Nie zmienię swojego stanowiska. Niech ktoś  inny weźmie  na siebie ten 
kram. 
   — Pomyślałem  sobie  —  zaczął  Lomax  —  że  w  tej  sytuacji  bardzo  by  się  przydała 
kobieta. Trochę by się jej powiedziało, ale nie za wiele, rozumiesz. Kobieta pokierowałaby 
sprawą delikatnie, z taktem, wyłożyłaby mu całą kwestię nie wywołując w nim gniewu. Nie 
znaczy  to,  że  przeceniam  rolę  kobiet  w  polityce  —  Saint  Stephen  zamieniło  się  w  ruinę, 
kompletną ruinę. Lecz kobiety w wąskim —zakresie mogą czynić cuda. Weź choćby żonę 
Henry’ego i to, co ona dla niego zrobiła. Marcia jest kapitalną, doskonałą, jedyną w swoim 
rodzaju upolitycznioną panią domu. 
   — Nie zamierzasz chyba zapraszać Marcii na to przyjęcie? — zapytał słabnącym głosem 
lord, blednąc na samo wspomnienie tej swojej koszmarnej szwagierki. 
   — Nie, źle mnie zrozumiałeś. Ja mówię generalnie o roli kobiet. A jeśli idzie o tę sprawę, 
to mam na myśli młodą kobietę, czarującą, piękną, inteligentną. 
   — Nie  Bundle?  Z  Bundle  nie  byłoby  żadnego  pożytku.  Jeśli  w  ogóle  jest  kimś,  to 
zacietrzewioną socjalistką, i skonałaby ze śmiechu na taką propozycję. 
   — Nie myślałem o lady Eileen. Twoja córka, Caterham, jest urocza, po prostu urocza, ale 
to  jeszcze  dziecko.  Potrzebny  nam  jest  ktoś  o  nienagannych  manierach,  zrównoważony, 
bywały w świecie. No i oczywiście silna osobowość. Moja kuzynka Virginia. 
   — Pani  Revel?  —  Oblicze  lorda  Caterhama  rozjaśniło  się.  Poczuł,  że  to  przyjęcie 
mogłoby  mu  nawet  sprawić  radość.  —  Bardzo  rozsądny  pomysł,  Lomax.  Nie  ma  w 
Londynie kobiety tak czarującej jak ona. 
   — Dobrze  się  również  orientuje  w  sprawach  Herzoslovakii.  Jej  mąż,  jak  pamiętasz, 
pracował  tam  w  naszej  ambasadzie.  A  ponadto,  jak  słusznie  zauważyłeś,  to  kobieta  o 
niespotykanym wdzięku. 
   — Urocze stworzenie — mruknął lord Caterham. 
   — Wobec tego sprawa załatwiona. 
   Pan  Lomax  puścił  klapę  lorda  Caterhama,  z  czego  ten  ostatni  nie  omieszkał  szybko 
skorzystać. 
   — Cześć, Lomax, stronę organizacyjną bierzesz na siebie, tak? 
   Dał  nura  do  taksówki.  Tak  dalece,  jak  to  przystoi,  by  jeden  szacowny,  chrześcijański 
dżentelmen nie lubił drugiego szacownego, chrześcijańskiego dżentelmena, lord Caterham 
nie lubił George’a Lomaxa. Nie lubił jego nalanej, czerwonej twarzy, ciężkiego oddechu  i 
wybałuszonych,  niebieskich,  zawsze  poważnych  oczu.  Pomyślał  o  nadchodzącym 
weekendzie  i  westchnął.  Przykra,  obrzydliwa  historia.  Ale  zaraz  myśl  jego  pobiegła  ku 
Virginii Revel  i to go  nieco podniosło  na  duchu.  — Urocze stworzenie — powtórzył pod 
nosem. — Niebywale urocze. 
 
ROZDZIAŁ CZWARTY 
WPROWADZENIE DO AKCJI UROCZEJ LADY 
    

background image

 

15 

   George  Lomax  udał  się  prosto  do  Whitehall.  Gdy  przekraczał  próg  urządzonego  z 
przepychem  biura,  w  którym  załatwiał  sprawy  rangi  państwowej,  doszedł  go  stamtąd 
odgłos szurania. 
   Bill Eversleigh przekładał teraz z zapałem papiery, ale stojący przy oknie, wygodny fotel 
był jeszcze ciepły od kontaktu z ludzkim ciałem. 
   Bardzo  sympatyczny  młody  człowiek  z  tego  Billa  Eversleigha.  W  wieku  około 
dwudziestu pięciu lat, wysoki, o niezgrabnych ruchach, miał miłą, ale raczej brzydką twarz, 
dwa rzędy wspaniałych, białych zębów i brązowe, poczciwie spoglądające oczy. 
   — Czy Richardson wysłał raport? 
   — Nie, sir. Mam iść do niego w tej sprawie? 
   — Nieważne. Były jakieś telefony? 
   — Większość przyjmowała panna Oscar. Pan Isaacstein zapytywał, czy jutro w „Savoyu” 
zje pan z nim lunch. 
   — Powiedz  pannie  Oscar,  żeby  sprawdziła  w  kalendarzu.  Jeśli  nie  jestem  na  tę  godzinę 
umówiony, niech do niego zadzwoni, że przyjmuję zaproszenie. 
   — Tak jest, sir. 
   — Aha,  Eversleigh,  połącz  mnie  teraz  z  numerem…  Zajrzyj  do  książki  telefonicznej. 
Pani Revel, Pont Street czterysta osiemdziesiąt siedem. 
   — Tak, sir. 
   Bill  chwycił  książkę  telefoniczną,  przebiegł  niewidzącym  wzrokiem  kolumnę  pań, 
zamknął  książkę  z  trzaskiem  i  podszedł  do  stojącego  na  biurku  aparatu.  Z  ręką  na 
słuchawce stał krótką chwilę, jak gdyby coś sobie nagle przypomniał. 
   — Och,  proszę  pana,  właśnie  sobie  przypomniałem.  Ona  ma  uszkodzony  telefon.  Mam 
na myśli panią Revel. Próbowałem już się do niej dodzwonić. 
   George Lomax zmarszczył brwi. 
   — To przykre — powiedział — doprawdy bardzo przykre. — Niezdecydowanym gestem 
uderzał ręką w blat stołu. 
   — Jeżeli  to  coś  ważnego,  sir,  to  wezmę  taksówkę  i  pojadę  do  niej.  O  tej  porannej 
godzinie na pewno jest w domu. 
   George  Lomax  wahał  się,  rozważał  w  myślach  problem.  Bill  stał  wyczekująco,  gotów 
natychmiast się poderwać, gdy padnie pozytywna odpowiedź. 
   — Tak,  to  chyba  najlepsze  wyjście  —  powiedział  w  końcu  Lomax.  —  Weź  więc 
taksówkę, jedź i zapytaj panią Revel, czy dziś o czwartej po południu będzie w domu, bo 
mam z nią do omówienia niezwykle ważną sprawę. 
   — Dobrze, sir. 
   Bill chwycił kapelusz i już go nie było. 
   Po  dziesięciu  minutach  wysiadł  z  taksówki  przed  domem  numer  487  przy  Pont  Street. 
Zadzwonił, a potem zastukał głośno kołatką. Drzwi otworzył ponury służący, którego Bill 
pozdrowił kiwnięciem głowy, jak dobrego znajomego. 
   — Dzień dobry, Chilvers, pani w domu? 
   — Zdaje się, sir, że właśnie zamierza wyjść. 
   — To  ty,  Bill?  —  dał  się  słyszeć  głos  ponad  balustradą.  —  Poznałam  cię  po  mocnym 
stukaniu. Chodź na górę i powiedz, z czym przyszedłeś. 
   Bill zadarł głowę i spojrzał na śmiejącą się do niego kobietę, która zawsze była w stanie 
doprowadzić  go  —  i  nie  tylko  jego  —  do  stanu  totalnego  rozkojarzenia.  Pobiegł, 
przeskakując  po  dwa  stopnie,  i  zamknął  w  swoich  silnych  dłoniach  wyciągnięte  doń  ręce 
Virginii Revel. 

background image

 

16 

   — Cześć, Virginio! 
   — Cześć, Bill! 
   Wdzięk  to  cecha  nader  swoista;  setki  młodych  kobiet,  nawet  piękniejszych  od  Virginii, 
mogłoby wypowiedzieć owo „Cześć, Bill” w identycznej prawie intonacji, nie wywarłoby 
to  jednak  na  nim  żadnego  wrażenia.  Natomiast  te  dwa  słowa,  wyartykułowane  przez 
Virginię, podziałały na Billa upajająco. 
   Virginia  Revel  skończyła  właśnie  dwadzieścia  siedem  lat.  Była  wysoka  i  fantastycznie 
szczupła  —  doprawdy,  można  by  było  napisać  poemat  na  temat  jej  szczupłości,  tak 
cudownie  proporcjonalnie  była  zbudowana.  Włosy  miała  brązowe  —  z  lekkim  zielonym 
połyskiem na tle złota. Delikatne rysy twarzy, zgrabny nos, nieco skośne, niebieskie oczy, 
które spod uchylonych powiek rzucały chabrowe błyski, i rozkoszne, nie dające się wręcz 
opisać usta — jeden ich kącik opadał ku dołowi, co w Anglii określa się mianem „podpisu 
Wenus”. Jej twarz była cudownie wyrazista, a ona sama promieniowała żywotnością, która 
przykuwała  uwagę  wszystkich  wokół.  Niezwrócenie  na  nią  uwagi  było  absolutnie 
niemożliwe. 
   Zaciągnęła Billa do małego saloniku o barwach bladoróżowej, zielonej i żółtej — niczym 
zadziwiający kolorami krokus na łące. 
   — Bill, kochanie — powiedziała Virginia — czy aby Ministerstwo Spraw Zagranicznych 
nie  tęskni  za  tobą?  Zdaje  się,  że  oni  nie  potrafią  się  bez  ciebie  obejść.  —  Przynoszę  ci 
wiadomość od starego. — W ten dość lekceważący sposób Bill określał swego szefa. — A 
przy okazji, Virginio, jeżeli zapyta, to pamiętaj, że dziś rano miałaś uszkodzony telefon. 
   — Ale nie miałam. 
   — Wiem. Powiedziałem mu jednak, że nie działał. 
   — Dlaczego? Wyjaśnij mi, co to ma wspólnego z Ministerstwem Spraw Zagranicznych? 
   Bill obrzucił ją pełnym wyrzutu spojrzeniem. 
   — Dzięki temu jestem u ciebie. 
   — Och, kochanie, jaka ze mnie idiotka! I jak to pięknie z twojej strony! 
   — Chilvers powiedział, że wychodzisz. 
   — Miałam  zamiar,  na  Sloane  Slreet.  Przy  tej  ulicy  sprzedają  kapitalne,  nowoczesne 
gorsety. 
   — Gorsety? 
   — Tak, Bill, gor–se–ty. Podkreślają linię bioder. 
   — Wstyd  mi  za  ciebie,  Virginio.  Jak  możesz  opowiadać  o  swojej  bieliźnie  młodemu 
człowiekowi, z którym nie łączą cię więzy rodzinne? To nieskromne z twojej strony. 
   — Drogi  Billu,  biodra  nie  są  niczym  nieskromnym.  Wszystkie  kobiety  noszą  gorsety, 
tylko  że  za  wszelką  cenę  starają  się  zataić  ten  fakt.  Gorset,  o  którym  wspomniałam,  jest 
zrobiony z czerwonej gumy i sięga trochę powyżej kolan, tak że właściwie nie można się w 
nim poruszać. 
   — Okropne! — rzekł Bill. — Dlaczego chcesz go mieć? 
   — Och,  to  daje  upust  szlachetnemu  uczuciu  cierpienia  w  imię  urody.  Ale  nie 
rozmawiajmy o gorsecie. Co ma mi George do przekazania? 
   — Pyta, czy będziesz w domu o czwartej po południu. 
   — Nie.  Będę  wtedy  w  Ranelagh.  Cóż  to  za  formalna  wizyta?  Ma  wobec  mnie  jakieś 
plany, wiesz coś o tym? 
   — Wcale bym się nie zdziwił. 
   — Jeśli  tak,  to  możesz  mu  powiedzieć,  że  wolę  mężczyzn  działających  pod  wpływem 
impulsu. 

background image

 

17 

   — Takich jak ja? 
   — U ciebie to nie jest impuls, Bill. To przyzwyczajenie. 
   — Virginio, a może byśmy… 
   — Nie, nie, Bill. Nigdy nie w godzinach porannych, przed lunchem. Spróbuj pomyśleć o 
mnie  jako  o  zbliżającej  się  do  wieku  średniego  matronie,  której  twoje  sprawy  naprawdę 
leżą na sercu. 
   — Tak cię kocham, Virginio. 
   — Wiem,  Bill,  wiem.  A  ja  po  prostu  kocham  być  kochaną.  Czy  to  nie  straszne  i  nie 
obrzydliwe z mojej strony? Chciałabym, żeby każdy przystojny mężczyzna na świecie był 
we mnie zakochany. 
   — Większość prawdopodobnie jest — rzekł Bill ponuro. 
   — Przypuszczam jednak, że George się we mnie nie kocha. Myślę, że nie stać go na coś 
takiego jak miłość. Jest tak pochłonięty własną karierą. Co jeszcze mówił? 
   — Że to ogromnie ważne. 
   — Coraz  bardziej  mnie  to  intryguje.  Przerażająco  skromna  jest  liczba  spraw,  które 
George  uznaje  za  ważne.  Będę  musiała  zrezygnować  z  Ranelagh.  Mogę  tam  w  końcu 
jechać każdego  innego  dnia. Powiedz George’owi, że o czwartej będę  na  niego  grzecznie 
czekała. 
   Bill spojrzał na zegarek. 
   — Wygląda  na  to,  że  nie  warto  mi  wracać  do  biura  przed  lunchem.  Chodź,  Virginio, 
pójdziemy coś przekąsić. — Wybieram się na lunch w innym składzie. 
   — To nie ma znaczenia. Daj sobie dzisiaj wolne i chodź ze mną. 
   — Mogłoby być naprawdę uroczo — powiedziała z uśmiechem Virginia. 
   — Virginio,  jesteś  przez  wszystkich  rozpieszczana.  Powiedz  mi,  ty  mnie  chyba  lubisz, 
prawda? Bardziej niż innych? 
   — Uwielbiam  cię,  Bill.  Gdybym  musiała  kogoś  poślubić,  właśnie  musiała,  gdyby  na 
przykład tak jak w powieści jakiś niegodziwy mandaryn powiedział mi: „Poślub kogoś, bo 
w  przeciwnym  wypadku  umrzesz  w  wyniku  wyrafinowanych  tortur”,  od  razu  wyszłabym 
za ciebie, naprawdę. Poprosiłabym go: „Daj mi małego Billa”. 
   — No to… 
   — Tylko że ja nie chcę za nikogo wychodzić za mąż. Ubóstwiam podły status wdowy. 
   — Robiłabyś  identycznie  to  samo.  Miałabyś  pełną  swobodę.  Nie  narzucałbym  ci  się  w 
domu ze swoją osobą. 
   — Bill, ty nic nie rozumiesz. Należę do kobiet, które, jeżeli w ogóle wychodzą za mąż, to 
nie czynią tego z entuzjazmem. 
   Bill jęknął głucho. 
   — Któregoś dnia strzelę sobie w łeb — mruknął posępnie. 
   — Nie zrobisz tego, kochanie. Zaprosisz na kolację ładną dziewuszkę, tak jak to zrobiłeś 
dwa dni temu. 
   Pan Eversleigh był wyraźnie zmieszany. 
   — Jeżeli  masz  na  myśli  Dorothy  Kirkpatrick,  niech  to  licho,  to  całkiem  miła  babka, 
dobrze ustawiona. Nie widzę w tym nic złego. 
   — Kochanie,  oczywiście,  że  nie  ma  w  tym  nic  złego.  Ubóstwiam,  kiedy  ty  jesteś 
zadowolony. Ale nie udawaj, że konasz z powodu złamanego serca, to wszystko. 
   Bill Eversleigh odzyskiwał powoli poczucie własnej godności. 
   — Ty nic absolutnie nie rozumiesz, Virginio — powiedział z powagą. — Mężczyźni… 

background image

 

18 

   — Są  poligamiczni!  Wiem  o  tym.  Czasami  i  ja  podejrzewam  siebie  o  podobne 
skłonności. Jeżeli istotnie kochasz mnie, Bill, zabierz mnie tylko na lunch. 
 
ROZDZIAŁ PIĄTY 
PIERWSZA NOC W LONDYNIE 
    
   Nawet  w  najlepiej  opracowanym  planie  zdarzają  się  luki.  George  Lomax  popełnił  jeden 
błąd  — w swoich przygotowaniach  nie  uwzględnił  istnienia słabego punktu. Tym słabym 
punktem był Bill. 
   Bill  Eversleigh był chłopakiem bardzo sympatycznym. Dobrze  grał w  krykieta, w golfa, 
miał poprawne  maniery  i sympatyczny sposób bycia,  lecz swoją pozycję w Ministerstwie 
Spraw  Zagranicznych  zawdzięczał  nie  tyle  swoim  zdolnościom,  ile  koneksjom.  Toteż 
nadawał się w pełni do roboty, jaką wykonywał. A był czymś w rodzaju psa George’a. Nie 
plamił  się  pracą  odpowiedzialną  ani  wymagającą  wysiłku  myślowego.  Jego  rola  to 
nieodstępowanie  szefa,  przeprowadzanie  rozmów  z  mało  ważnymi  osobami,  których 
George nie chciał widzieć, wykonywanie różnych poleceń, krótko mówiąc, musiał być na 
każde zawołanie, stale pod ręką. Te wszystkie obowiązki Bill wypełniał dość skrupulatnie. 
Pod  nieobecność  George’a  rozsiadał  się  w  największym  fotelu  i  czytał  wiadomości 
sportowe, co z biegiem czasu stało się tradycją. 
   George wysyłał zazwyczaj Billa, polecając mu załatwienie różnych drobnych spraw, więc 
i tym razem kazał mu jechać do Union Castle i dowiedzieć się, kiedy przypływa „Granarth 
Castle”.  Podobnie  jednak  jak  większość  młodych,  wykształconych  Anglików,  Bill  miał 
miły  głos,  ale  słabą  dykcję.  Każdy  nauczyciel  retoryki  stwierdziłby,  że  błędnie  wymawia 
słowo „Granarth”. W jego wydaniu niewiele  miało z tą nazwą wspólnego. Toteż  urzędnik 
zrozumiał je jako „Carnfrac”. 
   — Wchodzi  do  portu  w  czwartek.  —  Tak  powiedział  urzędnik.  Bill  podziękował  mu  i 
wyszedł. Powiadomił o tej dacie George’a Lomaxa, który stosownie do tego ułożył swoje 
plany. Niewiele wiedział o statkach Union Castle, więc przyjął za dobrą monetę informację, 
że James McGrath przypływa do Anglii w czwartek. 
   Zatem  gdy  w  środę  znęcał  się  na  stopniach  klubu  nad  guzikiem  lorda  Caterhama, 
wiadomość,  że  poprzedniego  popołudnia  „Granarth  Castle”  rzucił  kotwicę  w  porcie 
Southampton, wielce by go zdziwiła. 
   O  drugiej  po  południu  Anthony  Cade,  podróżujący  pod  nazwiskiem  Jimmy  McGrath, 
wysiadł z pociągu na dworcu Waterloo, przywołał taksówkę i po chwili wahania kazał się 
wieźć do hotelu „Blitz”. 
   — Dlaczego nie miałbym zapewnić sobie wygody — mruknął do siebie, przyglądając się 
z zainteresowaniem miastu z okien samochodu. 
   Minęło dokładnie czternaście lat, odkąd ostatnio przebywał w Londynie. 
   Wszedł  do  hotelu,  załatwił  sobie  pokój,  a  potem  wybrał  się  na  krótki  spacer  wzdłuż 
Bulwaru.  Przyjemnie  mu  było  znaleźć  się  znowu  w  tym  mieście.  Wszystko  oczywiście 
uległo zmianie. Tuż za mostem Blackfriars znajdowała się kiedyś mała restauracja, w której 
często jadał obiady  w  towarzystwie  drugiego,  równie  poważnie  myślącego  chłopaka.  Był 
wówczas socjalistą i nosił suto upięty, czerwony krawat. Jakże był młody! 
   Zawrócił  niebawem,  kierując  się  w  stronę  hotelu  „Blitz”.  Właśnie  przechodził  na  drugą 
stronę jezdni, gdy wpadł na niego jakiś facet i Anthony o mało nie stracił równowagi. Obaj 
szybko się pozbierali i facet burknął słowa przeprosin, obrzucając badawczym spojrzeniem 

background image

 

19 

twarz  Anthony’ego.  Był  to  niski,  krępy  mężczyzna,  typowy  robotnik,  ale  coś  w  jego 
wyglądzie świadczyło o tym, że nie jest Anglikiem. 
   Anthony  zmierzał  w  stronę  hotelu,  zastanawiając  się,  co  by  też  mogło  znaczyć  owo 
badawcze spojrzenie mężczyzny. Prawdopodobnie nic. Mocno opalona twarz Anthony’ego 
była  czymś  niezwykłym  wśród  bladych  londyńczyków  i  widocznie  to  przykuło  uwagę 
faceta. Poszedł do swego pokoju i powodowany nagłym impulsem skierował się w stronę 
lustra i stał przed nim chwilę, studiując pilnie swe oblicze. Czy spośród wielu przyjaciół z 
tamtych lat — a była ich zaledwie garstka — znalazłby się ktoś, kto spotkawszy się z nim 
twarzą w twarz, byłby w stanie go poznać? Potrząsnął głową z powątpiewaniem. 
   Miał  osiemnaście  lat,  gdy  opuszczał  Londyn  —  był  jasnowłosym,  lekko  pucołowatym 
chłopakiem  o  bałamutnie  anielskim  wyrazie  twarzy.  Znikoma  możliwość,  by  w 
wychudłym, opalonym  na  brąz  mężczyźnie o kpiarskim  błysku w oku rozpoznać tamtego 
chłopca. 
   Zadzwonił telefon przy łóżku i Anthony, podszedłszy do aparatu, ujął słuchawkę. 
   — Halo? 
   Odezwał się głos recepcjonisty: 
   — Pan James McGrath? 
   — Przy aparacie. 
   — Przyszedł do pana pewien dżentelmen. 
   Anthony’ego wprawiło to w zdumienie. 
   — Do mnie? 
   — Tak, sir. Cudzoziemiec. 
   — Jak się nazywa? 
   Zapadła cisza, po czym recepcjonista rzekł: 
   — Wyślę do pana boya z jego wizytówką. 
   Anthony odłożył słuchawkę i czekał. Po paru minutach rozległo się pukanie do drzwi i na 
progu pojawił się mały goniec niosący na tacy wizytówkę. 
   Anthony  wziął  ją  do  ręki.  Na  całej  powierzchni  wizytówki  wypisane  było  nazwisko: 
Baron Lolopretjzyl. 
   Zrozumiał teraz w pełni chwilę milczenia recepcjonisty. 
   Przez jakiś czas stał wpatrzony w wizytówkę, a potem podjął decyzję: 
   — Wprowadź tego dżentelmena. 
   — Tak, sir. 
   Po  upływie  paru  minut  baron  Lolopretjzyl  wkroczył  do  pokoju  —  wysoki  mężczyzna  z 
ogromną, czarną brodą w kształcie wachlarza i wysokim czołem. 
   Strzelił obcasami i skłonił się. 
   — Panie McGrath — powiedział. 
   Anthony w miarę swych sił próbował naśladować jego ruchy. 
   — Panie baronie — powiedział. — Po czym, przesunąwszy krzesło: — Proszę, niech pan 
siada. Nie mam, to znaczy nie miałem przyjemności poznania pana? 
   — Tak jest — zgodził się baron siadając. — Moja wielka strata — dodał uprzejmie. 
   — Moja również — powiedział Anthony w tej samej tonacji. 
   — Ale teraz do rzeczy przejdźmy  — zaproponował baron.  — Reprezentuję w  Londynie 
Herzoslovacką Partię Lojalistów. 
   — I czyni pan to wspaniale, nie ulega wątpliwości — mruknął Anthony. 
   Dając dowód wdzięczności za komplement, baron skłonił się nisko. 
   — Jest pan uprzejmy bardzo — rzekł sztywno. 

background image

 

20 

   — Proszę pana, nie będę przed panem niczego ukrywał. Wobec stanu zawieszenia, jaki 
panuje  w  kraju  od  czasu  męczeńskiej  śmierci  świętej  pamięci  najłaskawszego  króla 
Nicholasa Czwartego, nie ulega kwestii, że nastał czas restauracji monarchii. 
   — Amen — mruknął Anthony. — Tak, słyszę, słyszę. 
   — Tron  obejmie  Jego  Wysokość  książę  Michael,  który  poparciem  rządu  brytyjskiego 
cieszy się. 
   — Świetnie — odrzekł Anthony. — Bardzo pan łaskaw, że mi to wszystko mówi. 
   — Cała sprawa zaplanowana jest, i wtedy pan przybywa, żeby robić kłopoty. 
   — Drogi baronie… — zaprotestował Anthony. 
   — Tak, tak, wiem, co mówię. Ma pan ze sobą pamiętniki zmarłego hrabiego Stylptitcha. 
   Utkwił w Anthonym oskarżycielski wzrok. 
   — A  jeżeli  tak,  to  co  z  tego?  Co  mają  wspólnego  pamiętniki  hrabiego  Stylptitcha  z 
księciem Michaelem? 
   — Wywołają skandal. 
   — Przeważnie  z  pamiętnikami  tak  się  dzieje  —  powiedział  Anthony  uspokajającym 
tonem. 
   — O  wielu  tajemnicach  wiedział  on.  Jeżeli  ujrzy  światło  dzienne  choć  jedna  czwarta 
tego, Europa w wojnie może się pogrążyć. 
   — Zaraz, zaraz — powiedział Anthony. — Na pewno nie będzie tak źle. 
   — Fatalna opinia o Obolovitchu rozprzestrzeni się w zagranicznych krajach. Bo przecież 
tacy z Anglików demokraci! 
   — Mogę  sobie  wyobrazić  —  zaczął  Anthony  —  że  Obolovitch  bywał  czasem  nieco 
arbitralny.  Miał  to  we  krwi.  Anglicy  zresztą  uważają,  że  to  charakterystyczna  cecha 
mieszkańców Bałkanów. Nie wiem, na jakiej podstawie tak sądzą, ale fakt jest faktem. 
   — Pan nic nie rozumie — oświadczył baron. — Pan w ogóle nic nie rozumie. A na moich 
ustach jest pieczęć. 
   — Westchnął ciężko. 
   — Czego się pan właściwe obawia? — zapytał Anthony. 
   — Nie  wiem,  dopóki  nie  przeczytam  pamiętników  —  wyznał  szczerze  baron.  —  Tam 
musi być coś. Ci wielcy dyplomaci są tacy niedyskretni. Zawsze narobią komuś bigosu, jak 
to się u was mówi. 
   — Głowę  daję,  proszę  pana  —  oznajmił  łagodnie  Anthony  —  że  podchodzi  pan  do 
sprawy  zbyt  pesymistycznie.  —  Wiem,  jacy  są  wydawcy  —  siedzą  na  maszynopisach  jak 
kura na jajach. Upłynie co najmniej rok, zanim ukaże się to w druku. 
   — Jest  pan  człowiekiem  albo  bardzo  zakłamanym,  albo  łatwowiernym  niezmiernie. 
Wszystko jest załatwione,  by pamiętniki ukazały się  natychmiast w  niedzielnym wydaniu 
gazet. 
   — O!  —  Anthony  był  wyraźnie  zaskoczony.  —  Ale  pan  przecież  może  wszystkiemu 
zaprzeczyć — powiedział w dobrej wierze. 
   Baron potrząsnął smętnie głową. 
   — Nie,  nie,  głupstwa  pan  plecie.  Przejdźmy  do  rzeczy.  Ma  pan  dostać  tysiąc  funtów, 
prawda? Sam pan widzi, jakie ja mam dobre informacje. 
   — Gratuluję lojalistom wydziału śledczego. 
   — Więc  ja  panu  ofiarowuję  tysiąc  pięćset.  Anthony  popatrzył  na  niego,  a  potem 
potrząsnął odmownie głową. 
   — Obawiam się, że nic z tego — rzekł z żalem. 
   — Hm. No to ja panu daję dwa tysiące. 

background image

 

21 

   — Kusi mnie pan, baronie, kusi mnie pan. Ale ja obstaję przy tym, że to niemożliwe. 
   — Pana  suma,  proszę  wymienić.  —  Zdaje  się,  że  nie  pojmuje  pan  sytuacji.  Jestem 
skłonny  wierzyć  panu  bez  zastrzeżeń,  że  ma  pan  anielskie  intencje  i  że  te  pamiętniki 
przyniosą  szkodę.  Ja  jednakże  wziąłem  na  siebie  pewien  obowiązek  i  muszę  się  z  niego 
wywiązać.  Rozumie  pan?  Nigdy  na  to  nie  pójdę,  by  strona  przeciwna  mogła  mnie 
przekupić. To nie wchodzi w grę. 
   Baron  słuchał  z  wielką  uwagą.  Pod  koniec  przemówienia  Anthony’ego  kiwnął  głową 
kilka razy. 
   — Rozumiem. Honor Anglika, tak? 
   — Nie ująłbym tak tego — powiedział Anthony. 
   — Ale śmiem sądzić, że pomijając różnicę w sposobie wyrażania się,  mamy to samo  na 
myśli. 
   Baron wstał z miejsca. 
   — Dla honoru angielskiego ogromny mam szacunek — oznajmił. — Spróbujemy w inny 
sposób. Życzę panu przyjemnego dnia. 
   Znowu strzelił obcasami, ukłonił się i sztywno wyprostowany wymaszerował z pokoju. 
   „Ciekawe, co on miał na myśli?” — zastanowił się Anthony. „Czy to była groźba? To się 
po mnie nie pokaże, żebym się zląkł starego Lollipopa*. Pasuje do niego to nazwisko. Będę 
go nazywał baronem Lollipopem.” 
   Przespacerował się parę razy tam i z powrotem po pokoju, nie bardzo wiedząc, co ze sobą 
począć. Do ostatniego terminu dostarczenia pamiętnika miał jeszcze przeszło tydzień. Dziś 
był  5  października.  Anthony  zamierzał  wręczyć  go  adresatowi  w  ostatnim  momencie. 
Mówiąc prawdę, płonął chęcią przeczytania tych wspomnień. Chciał to zrobić na statku, ale 
zmogła go gorączka i nie miał nastroju do odcyfrowywania niewyraźnego, słabo czytelnego 
pisma, gdyż żadna część nie była przepisana na maszynie. Teraz więc postanowił naocznie 
się przekonać, o co jest tyle szumu. 
   Ciążył na nim ponadto jeszcze inny obowiązek. 
   Pod  wpływem  impulsu  sięgnął  po  książkę  telefoniczną  i  zaczął  szukać  nazwiska  Revel. 
Było sześć osób  noszących  to nazwisko:  Edward  Henry Revel, chirurg, zamieszkały przy 
Harley  Street;  James  Revel  i  S–ka,  rymarz;  Lennox  Revel,  rezydencja  Abbotbury, 
Hampstead;  panna  Mary  Revel,  mieszkanka  Ealing;  szanowna  pani  Timothy’owa  Revel  z 
Pont  Street  numer  487;  i  pani  Willis  Revel,  Cadogan  Square  42.  Po  wyeliminowaniu 
rymarza i panny Mary Revel pozostały do rozwikłania cztery nazwiska — zresztą kto może 
zaręczyć,  że  właściwa  pani  Revel  istotnie  mieszka  w  Londynie?  Zatrzasnął  książkę, 
potrząsając głową z dezaprobatą. 
   — Na razie zdajmy się na przypadek — powiedział. — Coś się na pewno wyklaruje. 
   Szczęście ludzi typu Anthony’ego Cade’a wynika z pewnym sensie z ich wiary w to, że je 
posiadają.  Anthony  miał  okazję  przekonać  się  o  tym  po  niespełna  półgodzinie,  gdy 
przerzucał  na  dole  pewien  ilustrowany  magazyn.  Natrafił  tam  na  fotografię  z  imprezy 
organizowanej przez księżną Perth. Pod zdjęciem głównej postaci, kobiety przyodzianej w 
szatę Wschodu, widniał napis: „Szanowna pani Timothy’owa Revel jako Kleopatra. Przed 
ślubem pani Revel nosiła nazwisko Virginia Cawthron; jest córką lorda Edgbaslona.” 
   Anthony  przyglądał  się  fotografii  dłuższą  chwilę,  ściągając  powoli  usta,  jakby  miał 
zamiar zagwizdać. Następnie wyrwał całą stronę, złożył ją i wsunął do kieszeni. Wrócił na 
górę, otworzył walizkę i wyciągnął z niej pakiet listów. Wyjął z kieszeni złożoną stronicę i 
wsunął ją na samo dno. 

background image

 

22 

   Nagle  jakiś  dźwięk  za  jego  plecami  —  odwrócił  się  gwałtownie.  W  progu  stał 
mężczyzna,  typ  człowieka,  który  w  wyobraźni  Anthony’ego  mógł  istnieć  tylko  jako 
chórzysta opery komicznej. Ponury typ z pękatą, ordynarną gębą, cofniętym podbródkiem i 
złym uśmiechem. 
   — Co pan tu, do diabła, robi? — zapytał Anthony. 
   — I kto panu pozwolił tutaj wejść? 
   — Wchodzę, gdzie mi się podoba — odparł przybysz. 
   — Głos miał gardłowy,  mówił z obcym akcentem, choć potoczną angielszczyzną władał 
poprawnie. 
   Znowu  jakiś  mieszaniec,  pomyślał  Anthony.  —  Wynoś  się  pan,  zrozumiano?  — 
powiedział głośno. 
   Oczy mężczyzny utkwione były w pliku listów, który Anthony trzymał w ręku. 
   — Wyniosę się dopiero wtedy, kiedy da mi pan to, po co przyszedłem. 
   — A po co pan przyszedł, jeśli wolno spytać? 
   Mężczyzna zrobił krok do przodu. 
   — Po pamiętniki hrabiego Stylptitcha — wysyczał. 
   — Nie sposób traktować pana serio — powiedział Anthony. — Jest pan zdeklarowanym 
łobuzem. Ma pan kapitalne zagrywki. Kto pana tu przysłał? Baron Lollipop? 
   — Baron?… — Mężczyzna wydobył z siebie dźwięk, na który składały się nieprzyjemnie 
brzmiące spółgłoski. 
   — Tak  to  pan  artykułuje,  no  właśnie!  Coś  pomiędzy  odgłosem  płukania  gardła  a 
szczekaniem  psa.  Ja  bym  tego  nie  wymówił,  moje  struny  głosowe  nie  są  do  tego 
przystosowane. Jestem więc zmuszony nazywać go Lollipop. To on pana tu przysłał, tak? 
   Przybysz  gwałtownie  zaprzeczył.  Posunął  się  nawet  tak  daleko,  że  słysząc  powyższe 
słowa splunął w sposób bardzo realistyczny. Po czym wyciągnął z kieszeni arkusz papieru i 
rzucił go na stół. 
   — Patrz pan — powiedział. — Patrz pan i drżyj pan, cholerny Angliku! 
   Anthony  spojrzał  na  ów  papier  z  niejakim  zainteresowaniem,  nie  zamierzając  jednak 
spełnić tego drugiego polecenia. Na kartce papieru widniał zrobiony czerwonym ołówkiem 
nieudolny szkic ręki. 
   — Przypomina  to  rękę  —  zauważył.  —  Ale  jeśli  pańskim  zdaniem  jest  to  kubistyczny 
obraz  przedstawiający  zachód  słońca  na  Biegunie  Północnym,  chętnie  przyznam  panu 
rację. 
   — Jest to godło Towarzyszy Czerwonej Ręki. Ja jestem Towarzyszem Czerwonej Ręki. 
   — Co  pan  mówi?!  —  powiedział  Anthony,  spoglądając  na  niego  z  coraz  większym 
zainteresowaniem.  —  Czy  inni  towarzysze  są  do  pana  podobni?  Ciekawe,  co  by  na  to 
powiedziało Towarzystwo Eugeniczne. 
   Mężczyzna bruknął coś z wściekłością. 
   — Pies!  —  powiedział.  —  Gorzej  niż  pies.  Płatny  niewolnik  zgrzybiałego  monarchy. 
Niech pan da te pamiętniki, a włos z głowy panu nie spadnie. Braterstwo są wielce łaskawi. 
   — Bardzo  to  szlachetnie  z  ich  strony  —  rzekł  Anthony.  —  Obawiam  się  jednak,  że 
zarówno  pańskie,  jak  i  ich  poczynania  są  wynikiem  nieporozumienia.  Ja  otrzymałem 
bowiem polecenie dostarczenia rękopisu nie pańskiemu sympatycznemu Towarzystwu, lecz 
określonej firmie wydawniczej. 
   — Ha!  —  Facet  roześmiał  się  głośno.  —  Czy  pan  uważa,  że  pozwolimy  panu  dotrzeć 
żywcem do tej firmy? Dość tej durnej paplaniny. Oddaj rękopis albo strzelam! 
   Wyciągnął rewolwer i wymachiwał nim w powietrzu. 

background image

 

23 

   Lecz  nie  docenił  Anthony’ego  Cade’a.  Nie  przywykł  widocznie  do  ludzi  działających 
błyskawicznie,  szybciej,  niż  zdążą  pomyśleć.  Anthony  nie  czekał,  aż  facet  w  niego 
wyceluje.  Niemal  z  taką  szybkością,  z  jaką  tamten  wyciągnął  broń  z  kieszeni,  skoczył  i 
wytrącił  mu  ją  z  ręki.  Siła  ciosu  była  taka,  że  drab  okręcił  się  w  kółko,  pokazując  plecy 
swemu napastnikowi. 
   Szansa  była  zbyt  wielka,  by  ją  przegapić.  Jednym  dobrze  wymierzonym  kopniakiem 
wyprowadził gościa przez próg na korytarz, gdzie ten runął jak kłoda. 
   Anthony  wyszedł  za  nim,  ale  dzielny  Towarzysz  Czerwonej  Ręki  miał  już  wyraźnie 
wszystkiego  dość.  Poderwał  się  szybko  na  nogi  i  uciekł  korytarzem.  Anthony  nie  miał 
zamiaru go ścigać — wrócił do swego pokoju. 
   „Tyle,  jeśli  idzie  o  Towarzyszy  Czerwonej  Ręki”,  stwierdził  w  duchu.  „Wygląd 
malowniczy,  ale  nie  wytrzymują  akcji  bezpośredniej.  Ciekawe,  jak  się  ten  typ  tu  dostał. 
Jedno  nie  ulega  teraz  najmniejszej  wątpliwości  —  nie  będzie  to  taki  łatwy  orzech  do 
zgryzienia,  jak  przypuszczałem.  Stoczyłem  już  potyczkę  zarówno  z  lojalistami,  jak  i  z 
Partią Rewolucyjną. Niebawem, jak sądzę, wyślą do  mnie swoich delegatów narodowcy  i 
niezależni  liberałowie.  Rzecz  jest  bezdyskusyjna:  dziś  wieczorem  zabiorę  się  za  ten 
rękopis.” 
   Spojrzawszy na zegarek Anthony przekonał się, że dochodzi dziewiąta, i postanowił zjeść 
kolację  na  miejscu.  Nie  przewidywał  już  żadnych  niespodziewanych  wizyt,  ale  czuł,  że 
powinien  trwać  na  posterunku.  Nie  zamierzał  dopuścić  do  tego,  by  jego  walizka  została 
ograbiona,  w  czasie  gdy  on  będzie  się  posilał  w  barze  na  dole.  Zadzwonił,  poprosił  o 
jadłospis,  wybrał  parę  dań  i  zamówił  butelkę  chambertina.  Kelner  przyjął  zamówienie  i 
wycofał się. 
   Anthony,  czekając  na  kolację,  wydostał  paczkę  z  rękopisem  i  położył  ją  na  stole  obok 
listów. 
   Rozległo  się  pukanie  do  drzwi  i  wszedł  kelner  pchając  przed  sobą  mały  stolik  z 
nakryciem. Anthony skierował się w stronę kominka. Stał przy nim, plecami do pokoju, a 
twarzą do lustra, i zauważył, wpatrując się w lustro pilnie, bardzo dziwną rzecz. 
   Oczy  kelnera  utkwione  były  w  rękopis.  Rzuciwszy  wzrokiem  w  prawo  i  lewo,  widząc 
Anthony’ego odwróconego doń plecami, trwającego w nie zmienionej pozycji, okrążył po 
cichutku stół. Ręce  mu drżały, zwilżał językiem wyschnięte wargi.  Anthony przyjrzał  mu 
się  dokładniej.  Był  to  wysoki  mężczyzna,  giętki  na  kelnerską  modłę,  mocno  opalona, 
ruchliwa twarz. „Włoch”, pomyślał Anthony, „nie Francuz.” 
   W momencie krytycznym Anthony obrócił się niespodziewanie. Kelner lekko drgnął, ale 
udawał, że coś robi przy solniczce. 
   — Jak się nazywasz? — zapytał z nagła Anthony. 
   — Giuseppe, monsieur. 
   — Włoch, tak? 
   — Tak, monsieur. 
   Anthony  zagadnął  go  w  tym  języku  i  mężczyzna  odpowiedział  dość  płynnie.  W  końcu 
Anthony  odprawił  go  skinieniem  głowy,  lecz  cały  czas,  gdy  jadł  wspaniałe  potrawy, 
zaserwowane mu przez Giuseppego, myślał intensywnie. 
   Czyżby  się  pomylił?  Może  zainteresowanie  kelnera  rękopisem  było  zwykłym 
wścibstwem?  Niewykluczone, ale  na wspomnienie jego  nerwowego podniecenia  Anthony 
zmienił zdanie. W każdym razie bardzo go ta sprawa zaintrygowała. 
   — A  niech  to  licho  porwie  —  powiedział  sam  do  siebie.  —  Przecież  nie  każdy  musi 
polować na ten przeklęty rękopis! Może mam po prostu bujną wyobraźnię? 

background image

 

24 

   Zjadł  kolację,  a  gdy  uprzątnięto  naczynia,  zabrał  się  do  czytania  pamiętników. 
Ponieważ  nieboszczyk  hrabia  miał  bardzo  niewyraźny  charakter  pisma,  lektura  szła 
Anthony’emu  dość  powoli.  Częstotliwość  jego  ziewnięć  podejrzanie  się  zwiększyła.  W 
końcu przy czwartym rozdziale dał sobie spokój. 
   Jak  dotąd  pamiętniki  te  były  nie  do  zniesienia  nudne,  o  żadnym,  nawet  najmniejszym 
skandalu nie mogło być mowy. 
   Zebrał  listy  i  wraz  z  opakowaniem  rękopisu,  znajdującym  się  obok  na  stole,  schował  je 
do walizki. Następnie zamknął drzwi na klucz i jako dodatkową ochronę przystawił do nich 
krzesło. Na krześle postawił przyniesioną z łazienki karafkę. 
   Popatrzył na swoje dzieło z niejaką dumą, po czym rozebrał się i położył do łóżka. Rzucił 
jeszcze  okiem  na  pamiętniki  hrabiego,  czując  jednak,  że  powieki  same  mu  się  zamykają. 
Wsunął rękopis pod poduszkę, zgasił światło i niemal natychmiast zapadł w sen. 
   Po  mniej  więcej  czterech  godzinach  nagle  się  obudził.  Pod  wpływem  czego,  nie  miał 
pojęcia,  może  obudził  go  jakiś  dźwięk,  może  przeczucie  zbliżającego  się 
niebezpieczeństwa, instynkt silnie rozwinięty u ludzi o tak bujnym życiorysie. 
   Przez  chwilę  leżał  nieruchomo,  starając  się  uporządkować  wrażenia.  Uszu  jego  dobiegł 
ledwo słyszalny szelest i wtedy  uświadomił sobie  gęstniejącą ciemność  między  łóżkiem  a 
oknem,  na  podłodze,  przy  walizce.  Anthony  gwałtownie  wyskoczył  z  łóżka  i  zapalił 
światło. Klęcząca postać poderwała się. 
   To  był  kelner  Giuseppe.  W  jego  prawej  ręce  błyszczał  długi,  cienki  nóż.  Rzucił  się  na 
Anthony’ego, który zdawał już sobie sprawę z grozy sytuacji. Nie miał broni, Giuseppe zaś 
potrafił na pewno zrobić użytek ze swojej. 
   Anthony  uskoczył  w  bok  i  nóż  Giuseppa  trafił  w  próżnię.  W  następnej  minucie  obaj 
mężczyźni  w  zwartym  uścisku  turlali  się  po  podłodze.  Anthony  skoncentrował  całą  swą 
uwagę  na tym, by nie puszczać prawej ręki Giuseppego,  uniemożliwiając  mu tym samym 
posłużenie się nożem. Powoli wykręcał mu rękę do tylu. W tym samym momencie poczuł, 
że Włoch drugą ręką ściska go za gardło, dusi go. Ale mimo to tym rozpaczliwiej wykręcał 
mu do tyłu prawe ramię. 
   Padający  na  podłogę  nóż  zadźwięczał  przenikliwie.  W  tym  samym  czasie  Włoch 
wyśliznął  się  giętkim  ruchem  z  uchwytu  Anthony’ego.  Anthony  też  zerwał  się  na  równe 
nogi,  ale  popełnił  błąd,  bo  skoczył  ku  drzwiom,  by  odciąć  Giuseppemu  drogę  ucieczki. 
Zbyt późno zauważył, że krzesło i karafka stały na tym samym miejscu. 
   Giuseppe  wszedł  przez  okno  i  przez  to  samo  okno  teraz  uciekł.  W  chwili,  gdy  Anthony 
skierował  się  ku  drzwiom,  Włoch  wyskoczył  na  balkon,  przeskoczył  na  balkon  sąsiedni  i 
zniknął w sąsiednim oknie. 
   Anthony  wiedział,  że  pogoń  za  nim  nie  ma  najmniejszego  sensu.  Droga  jego  odwrotu 
była niewątpliwie dobrze obstawiona. Anthony popadłby jedynie w dodatkowe tarapaty. 
   Podszedł do łóżka, sięgnął pod poduszkę i wyciągnął pamiętniki. Całe szczęście, że były 
tam, a nie w walizce. A potem otworzył walizkę i zajrzał do środka, by wyjąć listy. 
   Zaklął pod nosem. 
   Listów w walizce nie było. 
 
ROZDZIAŁ SZÓSTY 
SZLACHETNA SZTUKA SZANTAŻU 
    
   Była  dokładnie  za  pięć  czwarta,  kiedy  Virginia  Revel,  której  obecna  punktualność 
wynikała  z  prostej  ciekawości,  wróciła  do  domu  mieszczącego  się  przy  Pont  Street. 

background image

 

25 

Otworzyła  drzwi  kluczem  i  weszła  do  hallu,  gdzie  natychmiast  złożył  jej  meldunek 
flegmatyczny Chilvers: 
   — Przepraszam panią, ale pewna… pewna osoba złożyła pani wizytę. 
   W pierwszej chwili Virginia nie zwróciła uwagi na subtelną frazeologię, w jaką Chilvers 
przystroił swoją wypowiedź. 
   — Pan Lomax? Gdzie on jest? W salonie? 
   — O nie, proszę pani, nie pan Lomax. — W głosie Chilversa dał się wyczuć ton wyrzutu. 
— Osoba ta… Niechętnie go wpuściłem, ale powiedział, że ma bardzo ważną sprawę… ma 
to  związek  ze  świętej  pamięci  kapitanem.  Tak  zrozumiałem.  Dlatego  przypuszczał,  że 
zechce go pani przyjąć. Wprowadziłem go… do gabinetu. 
   Virginia  stała  chwilę  zbierając  myśli.  Była  już  wdową  od  ładnych  paru  lat,  fakt  zaś,  że 
rzadko  wspominała  swego  małżonka,  niektórzy  odbierali  w  ten  sposób,  iż  ów  pozornie 
beztroski styl bycia kryje wciąż krwawiącą ranę. Inni znów tłumaczyli to wręcz odwrotnie, 
że  Virginia  nigdy  w  istocie  nie  przepadała  za  Timem  Revelem  i  że  demonstrowanie 
smutku, którego nie czuła, byłoby czystą obłudą. 
   — Muszę  zaznaczyć,  madame  —  kontynuował  Chilvers  —  że  ten  człowiek  sprawia 
wrażenie cudzoziemca. 
   Ciekawość  Virginii  nieco  się  powiększyła.  Jej  małżonek  pracował  w  dyplomacji  i  tuż 
przed sensacyjnym morderstwem króla i królowej Herzoslovakii byli oboje z mężem w tym 
kraju. Ów mężczyzna to prawdopodobnie Herzoslovak, jakiś stary sługa, który znalazł się 
w potrzebie. 
   — Dobrze  zrobiłeś,  Chilvers  —  powiedziała  kiwnąwszy  aprobująco  głową.  —  Mówisz, 
że wprowadziłeś go do gabinetu? 
   Przeszła  przez  hali  lekkim,  tanecznym  krokiem  i  otworzyła  drzwi  do  małego  pokoju 
sąsiadującego z jadalnią. 
   Gość siedział na fotelu przy kominku. Gdy weszła, uniósł się z miejsca i stał ze wzrokiem 
w nią utkwionym. Virginia miała doskonałą pamięć do twarzy i była absolutnie pewna, że 
nigdy  przedtem  nie  widziała  tego  człowieka.  Przybysz  był  ciemnowłosy,  wysokiego 
wzrostu, dobrze zbudowany i nie ulegało kwestii, że to cudzoziemiec. Według niej jednak 
nie słowiańskiego pochodzenia. Określiła go w myślach jako Włocha albo Hiszpana. 
   — Pan chciał się ze mną widzieć? — zapytała. — Jestem Virginia Revel. 
   Minutę  lub dwie  mężczyzna  milczał. Przyglądał się  jej, jakby poddając ją skrupulatnym 
oględzinom.  Jego  sposób  bycia  cechowała  tajona  bezczelność,  którą  Virginia  od  razu 
wyczuła. 
   — Proszę mi wyjawić cel pańskiego przybycia — rzekła z nutą zniecierpliwienia. 
   — Pani jest panią Revel? Panią Timothy’ową Revel? 
   — Tak. Już to panu powiedziałam. 
   — No  właśnie.  Bardzo  dobrze,  że  zgodziła  się  pani  mnie  przyjąć.  W  przeciwnym 
wypadku, jak wspomniałem pani lokajowi, będę zmuszony załatwić sprawę z pani mężem. 
Virginia spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale coś jej kazało powstrzymać się od ostrych 
słów, które cisnęły się jej na usta. Ograniczyła się do suchej uwagi: 
   — Miałby pan z tym niejakie trudności. 
   — Nie sądzę. Jestem bardzo uparty. Ale przejdźmy do rzeczy. Czy pani to poznaje? 
   Machnął  jej  czymś  przed  oczami.  Virginia  spojrzała  na  to  coś  bez  specjalnego 
zainteresowania. 
   — Może mi pani powiedzieć, madame, co to jest? 

background image

 

26 

   — Wygląda  na  list  —  odparła,  będąc  już  teraz  przekonana,  że  ma  do  czynienia  z 
człowiekiem niespełna rozumu. 
   — I zauważyła pani chyba, do kogo jest adresowany? — zapytał wiele znaczącym tonem, 
wyciągając w jej stronę kopertę. 
   — Owszem — odparła uprzejmie. — Do kapitana O’Neilla zamieszkałego w Paryżu przy 
Rue de Quenelles piętnaście. 
   Mężczyzna szukał zachłannie w jej twarzy czegoś, czego nie znajdował. 
   — Niech pani przeczyta. 
   Virginia  wzięła  od  niego  kopertę,  wyjęła  list,  rzuciła  nań  okiem  i  niemal  natychmiast 
zwróciła mu kartkę papieru. 
   — To prywatny list, na pewno nie przeznaczony dla moich oczu. 
   Mężczyzna roześmiał się sardonicznie. 
   — Gratuluję  pani  znakomitego  aktorstwa.  Świetnie  odgrywa  pani  swoją  rolę.  Mimo  to 
jednak nie wyprze się pani chyba własnego podpisu? 
   — Podpisu? 
   Przerzuciła  stronicę  i  oniemiała  ze  zdumienia.  Podpis  wykonany  drobnym,  pochyłym 
charakterem pisma brzmiał: Virginia Revel. Dławiąc okrzyk zdziwienia, który wyrywał jej 
się z  gardła, wróciła  do początku  listu  i przeczytała  go  uważnie od  pierwszej do ostatniej 
linijki.  Stała  potem  chwilę  pogrążona  w  myślach.  Treść  listu  określała  niewątpliwie 
charakter wizyty. 
   — Co  pani  na  to,  madame?  —  zapytał  mężczyzna.  —  To  pani  nazwisko  widnieje  na 
końcu, prawda? 
   — Tak  —  odparła  Virginia.  —  Moje.  —  Ale  nie  mój  charakter  pisma,  mogłaby  dodać. 
Zamiast  tego  zwróciła  się  do  gościa  z  promiennym  uśmiechem:  —  Może  usiądziemy  — 
powiedziała uprzejmym tonem — i omówimy całą sprawę? 
   Mężczyzna  wyraźnie  się  zmieszał.  Nie  spodziewał  się  po  niej  takiego  zachowania. 
Instynkt mu podpowiadał, że ona wcale się go nie boi. 
   — Przede wszystkim chciałabym się dowiedzieć, w jaki sposób pan mnie odnalazł. 
   — To nie nastręczało trudności. 
   Wyjął  z  kieszeni  stronę  wydartą  z  ilustrowanego  magazynu  i  wręczył  Virginii.  Anthony 
Cade rozpoznałby ją od razu. 
   Zwróciła mu tę stronicę z świadczącym o zadumie, lekkim zmarszczeniem brwi. 
   — Tak —: powiedziała — rzeczywiście było to łatwe. 
   — Jak się pani zapewne domyśla, nie jest to jedyny list. Mam również inne. 
   — O Boże — rzekła Virginia — wygląda na to, że byłam potwornie nierozważna. 
   Ponownie zauważyła, że jej lekki ton wprawił go w zdumienie. Jak na razie świetnie się 
bawiła. 
   — W każdym razie — ciągnęła, słodko się do niego uśmiechając — bardzo to uprzejme z 
pańskiej strony, że pofatygował się pan, by mi zwrócić te listy. 
   Upłynęła  dłuższa  chwila,  zanim  głos  wydobył  mu  się  z  gardła:  —  Jestem  biednym 
człowiekiem, proszę pani — powiedział w końcu przydając głosowi powagi. 
   — Co, jak ludzie powiadają, ułatwi panu niewątpliwie wstęp do królestwa niebieskiego. 
   — Nie stać mnie na to, żeby zwrócić pani te listy za darmo. 
   — Zachodzi tu poważne nieporozumienie. Te listy należą do osoby, która je pisała. 
   — Niby  tak,  proszę  pani,  ale  w  tym  kraju  jest  takie  powiedzonko:  „Posiadanie  stwarza 
korzystną sytuację prawną”. Czy w takim razie zamierzałaby się pani odwołać do pomocy 
prawa? 

background image

 

27 

   — Prawo jest surowe wobec szantażystów — przypomniała mu Virginia. 
   — Nie  jestem  frajerem,  proszę  pani.  Czytałem  te  listy  —  pisała  je  kobieta  do  swego 
kochanka, drżąc ze strachu, żeby mąż o niczym się nie dowiedział. Czy pani chce, bym je 
pokazał pani mężowi? 
   — Pewnej  ewentualności  nie  wziął  pan  pod  uwagę.  Listy  te  były  pisane  parę  lat  temu. 
Może w tym czasie owdowiałam? 
   Potrząsnął głową przekonany o swej racji. 
   — Gdyby tak było, gdyby nie miała pani powodu do obaw, nie siedzielibyśmy tutaj i nie 
omawiali problemu. 
   Virginia uśmiechnęła się. 
   — Jaką proponuje pan cenę? — zapytała tonem biznesmena. 
   — Za tysiąc funtów wręczę pani cały pakiet listów. Moje żądania są bardzo skromne, wie 
pani, nie lubię takich spraw… 
   — Ani  mi  się  śni  dawać  panu  tysiąc  funtów  —  oświadczyła  Virginia  zdecydowanym 
tonem. 
   — Nie zamierzam się targować, proszę pani. Tysiąc funtów i listy są pani. 
   Virginia zastanowiła się chwilę. 
   — Proszę mi dać czas do namysłu. Nie będzie mi łatwo zgromadzić taką sumę. 
   — Może  dostanę  kilka  funtów  zaliczki,  powiedzmy,  pięćdziesiąt,  i  zgłoszę  się  za  parę 
dni? 
   Spojrzała na zegar. Było pięć po czwartej i wydało się jej, że słyszy dzwonek. 
   — Dobrze — powiedziała z pośpiechem. — Niech pan przyjdzie jutro, ale o późniejszej 
porze.  Około  szóstej.  —  Podeszła  do  stojącego  przy  ścianie  biurka,  otworzyła  jedną  z 
szuflad  i  wyciągnęła  garść  banknotów.  —  Tu  jest  jakieś  czterdzieści  funtów.  Musi  panu 
wystarczyć. 
   Rzucił się chciwie na pieniądze. 
   — A teraz proszę już iść — rzekła Virginia. 
   Posłusznie  opuścił  pokój.  Przez  otwarte  drzwi  Virginia  dostrzegła  w  hallu  George’a 
Lomaxa,  którego  Chilvers  wprowadzał  właśnie  na  górę.  Gdy  trzasnęły  frontowe  drzwi, 
Virginia zawołała: 
   — Wejdź, George! Chilvers, bądź taki dobry i przynieś nam tutaj herbatę. 
   Otworzyła  na  oścież  oba  okna  —  i  gdy  George  Lomax  wszedł  do  pokoju,  stała 
wyprostowana, oczy miała rozbiegane i rozwiane przez wiatr włosy. 
   — Za  chwilę  zamknę,  George,  ale  musiałam  wywietrzyć  pokój.  Zauważyłeś  w  hallu 
szantażystę? 
   — Kogo? 
   — Szantażystę, George. Szan–ta–żys–tę! Tego, który szantażuje. 
   — Moja droga, zachowuj się poważnie! 
   — Jestem jak najbardziej poważna! 
   — Ale kogo on tu przyszedł szantażować? 
   — Mnie. 
   — Coś ty takiego zrobiła, moja droga Virginio? 
   — Otóż  właśnie.  Tak  się  składa,  że  przynajmniej  tym  razem  nie  mam  nic  na  sumieniu. 
Ten człowiek pomylił mnie z kimś innym. 
   — Przypuszczam, że zadzwoniłaś na policję? 
   — Nie. Uważasz, że powinnam była? 

background image

 

28 

   — Hm…  —  George  namyślał  się  głęboko.  —  Nie,  raczej  nie,  chyba  słusznie 
postąpiłaś.  Mogłabyś  się  wplątać  w  nieprzyjemną  historię.  Zażądano  by  na  przykład,  byś 
udowodniła… 
   — Bardzo by mi to odpowiadało — oświadczyła. — Strasznie bym chciała stanąć przed 
obliczem  sądu,  przekonałabym  się  wtedy,  czy  sędziowie  istotnie  płatają  takie  podłe 
psikusy,  o  jakich  czyta  się  w  książkach.  Byłoby  to  fascynujące.  Przed  paroma  dniami 
byłam  na  Vine  Street,  by  się  dowiedzieć  o  moją  brylantową  broszkę,  którą  zgubiłam; 
urzędował  tam  kapitalny,  uroczy  inspektor,  nigdy  nie  spotkałam  bardziej  czarującego 
mężczyzny. 
   George przeczekiwał zazwyczaj wszelkie tego typu dywagacje. 
   — Ale co zrobiłaś z tym łajdakiem? 
   — No więc George… pozwoliłam mu na to. 
   — Na co?! 
   — Na szantażowanie mnie. 
   Na  twarzy  George’a  odmalowało  się  tak  bezgraniczne  przerażenie,  że  Virginia  aż 
przygryzła dolną wargę. 
   — Chcesz przez to powiedzieć, czy dobrze cię zrozumiałem, że  nie wyprowadziłaś go z 
błędu? 
   Virginia kiwnęła głową, spoglądając na niego z ukosa. 
   — Wielkie nieba, Virginio! Ty chyba oszalałaś! 
   — Faktycznie, możesz odnieść takie wrażenie. 
   — Ale dlaczego? Na litość boską dlaczego? 
   — Z  kilku  powodów.  Zacznę  od  tego,  że  robił  to  bardzo  ładnie,  to  znaczy  ładnie  mnie 
szantażował… Nie cierpię przerywać artystom, którzy tak dobrze wykonują swoją pracę. A 
poza tym, widzisz, nikt mnie jeszcze nigdy nie szantażował… 
   — Mam nadzieję. 
   — I chciałam się przekonać, jak człowiek się czuje w takiej sytuacji. 
   — Na próżno staram się pojąć, o co ci chodzi. 
   — Wiedziałam, że mnie nie zrozumiesz. 
   — Nie dałaś mu chyba pieniędzy? 
   — Trochę drobnych — przyznała Virginia pokornym tonem. 
   — Ile? 
   — Pięćdziesiąt funtów. 
   — Virginio! 
   — Mój  drogi,  to  zaledwie  tyle,  ile  mnie  kosztuje  suknia  wieczorowa.  Kupno  nowego 
doświadczenia jest tak samo ekscytujące, jak kupno nowej sukni, albo nawet bardziej. 
   George  Lomax  potrząsnął  tylko  głową,  i  w  tym  momencie  pojawił  się  Chilvers  z 
dzbankiem herbaty, co powstrzymało George’a przed wypowiedzeniem paru gorzkich słów 
ilustrujących  stan  jego  uczuć.  Gdy  herbata  stalą  już  na  stole  i  zwinne  palce  Virginii 
sięgnęły po ciężki, srebrny czajniczek, znowu wróciła do tematu: 
   — Kierował  mną  jeszcze  jeden  motyw,  George,  bardziej  oczywisty  i  świadczący  o 
dobrych  intencjach. Nas, kobiety,  uważa się często za jędze, tymczasem dziś po południu 
wyświadczyłam innej kobiecie poważną przysługę. Ten człowiek nie zamierza z pewnością 
szukać  innej Virginii Revel. Jest przekonany, że  ma ptaszka w garści.  Biedne stworzenie, 
kiedy  pisała  ten  list,  musiała  się  panicznie  bać.  Dla  pana  szantażysty  byłoby  to 
najłatwiejsze zadanie w jego życiu. Teraz, jednak, choć o tym nie wie, ma twardy orzech do 
zgryzienia. Wchodząc do gry z przewagą nienagannego życia, zabawię się tym łajdakiem i 

background image

 

29 

doprowadzę go do zguby, jak piszą w książkach. Podstęp, George, wezmę go podstępem! 
George wciąż potrząsał głową z niedowierzaniem. 
   — Nie podoba mi się to — powiedział z naciskiem. — Bardzo mi się nie podoba. 
   — Nie przejmuj się, kochanie. Ale nie przyszedłeś tutaj, aby rozmawiać o szantażystach. 
Właśnie, po co przyszedłeś? Prawidłowa odpowiedź brzmiałaby: „Żeby zobaczyć ciebie”. 
Z  akcentem  na  słowie  „ciebie”,  ponadto  znaczący  uścisk  dłoni,  chyba  że  jadłbyś 
przypadkiem  grubo  posmarowaną  masłem  bułkę,  i  w  takiej  sytuacji  musiałbyś  operować 
tylko wzrokiem. 
   — Otóż to, przyszedłem, żeby cię zobaczyć  — rzekł poważnie. — I cieszę się, że jesteś 
sama. 
   — Och, George, tak mnie zaskakujesz — powiedziała przełykając rodzynek. 
   — Chcę  cię  prosić  o  pewną  przysługę.  Zawsze  uważałem  cię  za  kobietę  niesłychanie 
czarującą. 
   — Och, George! 
   — A także niesłychanie inteligentną. 
   — Coś takiego! Jak dobrze ten pan mnie zna! 
   — Moja  droga,  jutro  przybywa  do  Anglii  pewien  młody  człowiek,  z  którym  chciałbym, 
żebyś się spotkała. 
   — W porządku, George, ale to twój gość, żeby nie było nieporozumień. 
   — Gdybyś  zechciała,  mogłabyś,  a  jestem  o  tym  przekonany,  wypróbować  na  nim  swój 
niebywały wdzięk. 
   Virginia przechyliła głowę nieco na bok. 
   — George,  kochanie,  jak  ci  wiadomo,  nie  traktuję  mego  wdzięku  profesjonalnie.  Wielu 
ludzi  darzę  sympatią  i  wielu  ludzi  lubi  mnie.  Nie  wyobrażam  sobie  jednak,  bym  z  zimną 
krwią przystąpiła do czarowania bezbronnego cudzoziemca. To nie w moim stylu, George, 
stanowczo nie w moim stylu. Istnieją zawodowe kusicielki, które zrobią to lepiej ode mnie. 
   — To  nie  wchodzi  w  rachubę,  Virginio.  Ten  młody  człowiek,  zresztą  Kanadyjczyk, 
nazywa się McGrath… 
   — Kanadyjczyk szkockiego pochodzenia — wydedukowała bezbłędnie. 
   — …  i  jest  prawdopodobnie  zupełnie  nie  przyzwyczajony  do  przebywania  w  wyższych 
sferach  Anglii.  Bardzo  by  mi  zależało,  żeby  ocenił  wdzięk  i  dystynkcję  prawdziwej 
angielskiej damy. 
   — To znaczy mnie? 
   — Otóż to. 
   — Dlaczego? 
   — Słucham? 
   — Pytam dlaczego? Nie reklamujesz czaru prawdziwie angielskiej damy wobec każdego 
kanadyjskiego  przybłędy,  który  postawi  stopę  na  Wyspach  Brytyjskich.  Co  się  za  tym 
kryje, George? Mówiąc brutalnie, co ty z tego masz? 
   — To w żadnym razie ciebie nie dotyczy. 
   — Nie  będę  spędzać  z  kimś  wieczoru,  uwodzić  kogoś,  dopóki  nie  poznam  dokładnych 
przyczyn tego przedsięwzięcia. 
   — Stosujesz bardzo oryginalną interpretację, Virginio. Ktoś mógłby pomyśleć… 
   — A nie mógłby? No, George, powiedz mi coś więcej na ten temat. 
   — Kochanie,  w  pewnym  kraju  Europy  Środkowej  panuje  od  niedawna  dość  napięta 
sytuacja.  Jest rzeczą  niezmiernie  ważną  —  z  przyczyn  pozamaterialnej  natury  —  by  tego 

background image

 

30 

pana…  hm…  McGratha  przekonać,  że  restauracja  monarchii  w  Herzoslovakii  jest 
bezwzględnym warunkiem pokoju w Europie. 
   — Ten fragment o pokoju w Europie to bzdura — powiedziała Virginia ze spokojem  — 
ale  ja  zawsze  jestem  za  monarchią,  szczególnie  jeśli  idzie  o  naród  tak  malowniczy  jak 
Herzoslovacy. Ty wprowadzisz króla na tron Herzoslovakii, tak? Kto nim będzie? 
   George  ociągał  się  z  odpowiedzią,  zdawał  sobie  jednak  sprawę,  że  się  od  niej  nie 
wymiga.  Rozmowa  nie  przebiegała  tak,  jak  ją  sobie  zaplanował.  Wyobrażał  sobie,  że 
Virginia  okaże  się  posłuszną,  pojętną  wykonawczynią,  chwytającą  w  lot jego  aluzje  i  nie 
zadającą  zbędnych  pytań.  Rzeczywistość  okazała  się  całkiem  inna.  Virginia  domagała  się 
stanowczo  informacji,  tego  zaś  George,  mając  poważne  zastrzeżenia  co  do  kobiecej 
dyskrecji,  chciał  za  wszelką  cenę  uniknąć.  Omylił  się.  Virginia  nie  nadawała  się  do  tego 
typu spraw. Mogła przysporzyć poważnych kłopotów. Jej relacja z rozmowy z szantażystą 
ogromnie go zaniepokoiła. Niezależna osóbka, która nigdy niczego nie traktuje poważnie. 
   — Książę Michael Obolovitch — odparł, gdyż Virginia wyraźnie czekała na odpowiedź. 
— Ale proszę cię, niech to zostanie między nami. 
   — Nie  bądź  niemądry,  George.  Moc  jest  już  w  prasie  różnorodnych  aluzji  i  artykułów 
wychwalających dynastię Obolovitchów, w których jest mowa o zamordowaniu Nicholasa 
Czwartego,  jak  gdyby  był  skrzyżowaniem  świętego  z  bohaterem,  a  nie  małym 
człowieczkiem, otumanionym przez trzeciorzędną aktorkę. 
   George  skrzywił  się.  Coraz  bardziej  był  przekonany,  że  licząc  na  pomoc  Virginii, 
popełnił wielki błąd. Musi ją czym prędzej odsunąć od tej sprawy. 
   — Masz rację, droga Virginio  — powiedział pospiesznie  i wstał, by się z  nią pożegnać. 
—  Nie  powinienem  był  ci  tego  proponować.  Pragnęlibyśmy  jednak,  aby  dominium 
podzielało  nasz  pogląd  na  kryzys  u  Herzoslovakii,  a  pan  McGrath,  jak  sądzę,  ma  duże 
wpływy w kręgach dziennikarskich. Pomyślałem więc sobie, że byłoby całkiem rozsądne, 
gdybyś ty, jako zaciekła monarchistka, a przy tym osoba znająca kraj, spotkała się z nim. 
   — To ma być wytłumaczenie? 
   — Tak, lecz z tego widać, że on nie wzbudziłby twojego zainteresowania. 
   Virginia patrzyła na niego przez chwilę, po czym wybuchła śmiechem. 
   — George — powiedziała — jesteś kiepskim łgarzem! 
   — Virginio! 
   — Kiepskim, 

zdecydowanie 

kiepskim!  Gdybym  ja  miała  twoją  zaprawę, 

sprokurowałabym  o  wiele  lepszą  wersję,  bardziej  wiarygodną.  Ale  ja  wszystkiego  się 
dowiem w tej kwestii, mój ty poczciwcze. Możesz być pewny. Tajemnica pana McGralha! 
Nie zdziwiłabym się, gdyby w czasie weekendu w „Chimneys” wpadło mi w ucho to i owo. 
   — W „Chimneys”? Jedziesz do „Chimneys”? 
   George nie potrafił ukryć zmieszania. Liczył na to, ze uda mu się w porę uprzedzić lorda 
Caterbama, by nie zapraszał Virginii. 
   — Dziś rano Bundle dzwoniła do mnie z zaprosinami — oznajmiła. 
   Lomax podjął ostatnią próbę: 
   — Będą nudy na pudy, tak mi się wydaje — rzekł. 
   — Nie w twoim guście, Virginio. 
   — Mój  drogi,  dlaczego  nie  powiesz  mi  prawdy  i  nie  zaufasz  mi?  Nie  jest  jeszcze  za 
późno. 
   — Powiedziałem  ci  prawdę  —  rzek!  chłodno,  nie  patrząc  na  nią.  —  Już  lepiej  — 
pochwaliła  go Virginia.  — Choć  nie całkiem dobrze. Głowa do  góry, George, zachowam 
się  w  „Chimneys”  jak  należy,  wypróbowując  swój  „niebywały  wdzięk”,  jak  raczyłeś  się 

background image

 

31 

wyrazić.  Życie  stało  się  nagle  bardzo  zajmujące.  Po  pierwsze,  szantażysta,  a  potem 
George uwikłany w dyplomatyczne matlactwa. Czy opowie on wszystko pięknej kobiecie, 
która  prosi  z  takim  patosem,  aby  obdarzył  ją  zaufaniem?  Nie,  aż  do  ostatniej  chwili  nie 
odsłoni rąbka tajemnicy. Do widzenia, George. Spojrzyj na mnie czule, zanim odejdziesz! 
Nie? Och, George, kochanie, nie dąsaj się na mnie z tego powodu! 
   Gdy tylko George, stąpając ciężko, przekroczył próg frontowych drzwi, Virginia pobiegła 
do telefonu. 
   Podała numer, otrzymała połączenie i poprosiła do aparatu lady Eileen Brent. 
   — To  ty,  Bundle?  Jutro  przyjeżdżam  do  „Chimneys”.  Co?  Będę  się  nudziła?  Nie,  nie 
będę. Bundle, żadna siła mnie nie powstrzyma! Koniec, kropka! 
 
ROZDZIAŁ SIÓDMY 
PAN MCGRATH NIE PRZYJMUJE ZAPROSZENIA 
    
   Listy przepadły. 
   Uświadomiwszy sobie ten fakt, doszedł do wniosku, że nie pozostaje mu nic innego, jak 
tylko pogodzić się z losem. Anthony zdawał sobie sprawę, że nie będzie ścigać Giuseppego 
po korytarzach hotelu ,,Blitz”. Czyn taki wywołałby wielce niepożądany rozgłos, efekt zaś 
byłby prawdopodobnie ten sam. 
   Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że Giuseppe pomylił listy, znajdujące się w 
oddzielnym opakowaniu, z pamiętnikiem. Było więc całkiem możliwe, że kiedy dostrzeże 
swoją pomyłkę, ponowi próbę zdobycia pamiętnika. Na tę okoliczność Anthony zamierzał 
solidnie się przygotować. 
   Przyszło  mu  również  do  głowy,  by  dać  dyskretne  ogłoszenie  w  sprawie  zwrotu  pakietu 
listów. Przy założeniu, że Giuseppe jest emisariuszem Towarzyszy Czerwonej Ręki lub — 
co  według  Anthony’ego  było  bardziej  prawdopodobne  —  funkcjonariuszem  partii 
lojalistów,  listy  nie  przedstawiały  dla  jego  mocodawców  żadnej  wartości  i  mógłby 
wykorzystać szansę otrzymania niewielkiej sumki za ich zwrot. 
   Przemyślawszy  to  sobie  dokładnie,  Anthony  wrócił  do  łóżka  i  spał  snem  spokojnym  aż 
do  rana.  Nie  przypuszczał,  by  Giuseppe  miał  ochotę  na  drugi  skok  tej  samej  nocy.  Wstał 
nazajutrz  z  dokładnie  już  obmyślanym  planem  kampanii.  Zjadł  dobre  śniadanie,  przejrzał 
gazety,  w  których  pełno  było  wiadomości  o  nowych  źródłach  ropy  naftowej  w 
Herzoslovakii,  po  czym  zażądał  rozmowy  z  dyrektorem  hotelu;  będąc  zaś  Anthonym 
Cade’em,  który  umie  postawić  na  swoim  działając  z  przepojoną  spokojem  determinacją, 
osiągnął to,  o  co  prosił.  Dyrektor,  Francuz,  człowiek  o  niesłychanie  uprzejmym  sposobie 
bycia, przyjął go w swoim prywatnym gabinecie. 
   — Czym mogę panu służyć, panie… McGrath? 
   — Przybyłem  wczoraj  po  południu  do  pańskiego  hotelu  i  zamówiłem  kolację  z  dostawą 
do pokoju, a zaserwował mi ją kelner o imieniu Giuseppe… — przerwał. 
   — Owszem, mamy kelnera, który nosi to imię — przyznał obojętnie dyrektor. 
   — Uderzyło mnie coś w sposobie bycia tego człowieka, ale wówczas nie zastanawiałem 
się  nad  tym  dłużej.  W  nocy  natomiast  obudziły  mnie  odgłosy  skradania  się.  Zapaliłem 
światło i ujrzałem tegoż Giuseppego, jak przetrząsa moją skórzaną walizkę. 
   Dyrektor w jednej sekundzie przestał demonstrować obojętność. 
   — Pierwsze  słyszę!  —  wykrzyknął.  —  Dlaczego  wcześniej  nikt  mnie  o  tym  nie 
powiadomił? 

background image

 

32 

   — Stoczyliśmy  z  kelnerem  drobną  potyczkę,  nawiasem  mówiąc,  był  uzbrojony,  miał 
nóż. W efekcie on odniósł zwycięstwo, uciekając przez okno. 
   — Co pan potem zrobił? 
   — Sprawdziłem zawartość walizki. 
   — Co z niej zginęło? 
   — Nic… ważnego — powiedział wolno Anthony. Dyrektor z westchnieniem odchylił się 
na oparcie krzesła. 
   — Całe  szczęście  —  stwierdził  —  Ale  pozwolę  sobie  wyrazić  pogląd,  że  nie  bardzo 
rozumiem pańską postawę. Nie podniósł pan alarmu? Żeby ścigać złodzieja? 
   Anthony wzruszył ramionami. 
   — Jak  już  panu  powiedziałem,  nic  cennego  mi  nie  ukradł.  Zdaję  sobie  oczywiście 
sprawę, że formalnie rzecz biorąc, należałoby zawiadomić policję. 
   Zamilkł, a dyrektor wymamrotał bez zbytniego entuzjazmu: 
   — Należałoby zawiadomić policję… naturalnie. 
   — W  każdym  razie  byłem  absolutnie  pewny,  że  kelner  dobrze  obmyślił  trasę  swojej 
ucieczki, a skoro nic nie zginęło, po co zawracać głowę policji? 
   Dyrektor uśmiechnął się niewyraźnie. 
   — Widzę,  że  pan  rozumie,  iż  bynajmniej  nie  marzę  o  kontakcie  z  policją.  Z  mojego 
punktu widzenia  ma to zawsze fatalne skutki. Jeżeli  gazety dobiorą się do jakiejś sprawy, 
która ma związek z dużym, modnym hotelem, idą na całego, bo to się opłaca, bez względu 
na znikomą wagę problemu. 
   — Otóż właśnie — zgodził się Anthony. — Jak już panu powiedziałem, nic cennego mi 
nie  zginęło,  i  w  pewnym  sensie  jest  to  szczera  prawda.  Nic,  co  przedstawiałoby  jakąś 
wartość  dla  złodzieja;  wszedł  on  jednak  w  posiadanie  czegoś,  co  dla  mnie  jest  ogromnie 
ważne, 
   — Mianowicie? 
   — Listy, sam pan rozumie. 
   Wyraz  boskiej  wręcz  dyskrecji,  dostępnej  tylko  Francuzowi,  zagościł  na  obliczu 
dyrektora 
   — Rozumiem — mruknął. — Doskonale rozumiem. Oczywiście, że to nie jest sprawa dla 
policji. 
   — W tej materii jesteśmy całkowicie zgodni. Ale chyba zdaje pan sobie sprawę, że mam 
szczery  zamiar  odzyskać  te  listy.  W  tej  części  świata,  z  której  pochodzę,  ludzie  są 
przyzwyczajeni działać na własną rękę. Jedyne, czego od pana oczekują, to możliwie pełnej 
informacji o tym kelnerze. 
   — Nie widzę po lenni żadnych przeszkód — powiedział dyrektor po chwili milczenia. — 
Nie  od  razu  oczywiście,  lecz  jeśli  pofatyguje  się  pan  do  mnie  za  pól  godziny,  wszystkie 
dane będą do pańskiej dyspozycji. 
   — Dziękuję panu uprzejmie. Bardzo mi odpowiada takie rozwiązanie. 
   Po upływie pół godziny Anthony stawił się w gabinecie i stwierdził, ze dyrektor nie rzuca 
słów  na  wiatr.  Na  kartce  papieru  wypisane  były  wszystkie  istotne  fakty  dotyczące 
Ginseppego. 
   — Zgłosił  się  do  nas  jakieś  trzy  miesiące  temu  wykwalifikowany  kelner,  z  dużym 
doświadczeniem. Wszyscy byli z  niego zadowoleni.  Przebywał w  Anglii  od  mniej  więcej 
pięciu lat. 
   Obaj  panowie  przebiegli  wzrokiem  listę  hoteli  i  restauracji,  w  których  Włoch  był 
zatrudniony.  Pewien  fakt  wydał  się  Anthony’emu  dość  znaczący.  W  dwóch  z 

background image

 

33 

wymienionych hoteli w czasie, w którym Giuseppe Manelli tam pracował, dokonano serii 
napadów rabunkowych, jednak na Włocha nie padł wówczas nawet cień podejrzenia. Mimo 
to fakt ów dawał do myślenia. 
   Czy Giuseppe był po prostu sprytnym złodziejem hotelowym? Czy przetrząsanie walizki 
Anthony’ego  .wchodziło  w  zakres  jego  zwykłych  czynności  zawodowych?  Mogło  tak  się 
zdarzyć, że w chwili gdy Anthony zapalił światło, Giuseppe miał w ręku pakiet z listami i 
automatycznie  wsunął  je  do  kieszeni,  by  mieć  obie  ręce  wolne.  W  takim  wypadku 
należałoby to uznać za najzwyczajniejszy rozbój. 
   Przeciwko temu przemawiało wyraźne podniecenie Włocha poprzedniego wieczoru, gdy 
dostrzegł  leżące  na  stole  papiery.  Nie  było  tam  pieniędzy  ani  żadnych  innych  cennych 
przedmiotów, które mogłyby pobudzić zachłanność pospolitego złodzieja. 
   Tak, Anthony był przekonany, że Giuseppe jest narzędziem w rękach jakiejś zagranicznej 
agentury.  Dzięki  informacjom,  jakich  dostarczył  mu  dyrektor,  dowie  się  może  czegoś  o 
życiu  prywatnym  Włocha,  co  w  ostatecznym  rachunku  pomoże  mu  trafić  na  jego  ślad. 
Wziął tę kartkę papieru i wstał. 
   — Bardzo  serdecznie  panu  dziękuję.  Pytanie,  przypuszczam,  zupełnie  zbędne:  czy 
Giuseppe wciąż pracuje w tym hotelu? 
   Dyrektor uśmiechnął się. 
   — Jego łóżko jest nie naruszone, ale wszystkie rzeczy są. Musiał uciec zaraz po tym, jak 
pana  zaatakował.  Moim  zdaniem  niewielką  mamy  szansę  na  ponowne  zobaczenie 
Giuseppego. 
   — Tak  też  i  ja  uważam.  No,  to  bardzo  panu  dziękuję.  Na  razie  pozostanę  w  pańskim 
hotelu. 
   — Życzę, by pan osiągnął swój cel, chociaż mam po temu poważne wątpliwości. 
   — Ja zawsze z nadzieją patrzę w przyszłość. 
   Pierwsze,  co  Anthony  uczynił,  to  przepytał  paru  kelnerów,  którzy  przyjaźnili  się  z 
Giuseppem,  ale  niewiele  wniosło  to  do  sprawy.  Tak  jak  sobie  zaplanował,  napisał  także 
ogłoszenie  i  wysłał  je  do  paru  najbardziej  poczytnych  gazet.  Zamierzał  właśnie  wyjść  i 
udać  się  do  restauracji,  w  której  Giuseppe  był  poprzednio  zatrudniony,  gdy  zadzwonił 
telefon. Anthony podniósł słuchawkę. 
   — Halo, kto mówi? 
   Matowy głos odpowiedział pytaniem: 
   — Czy mani przyjemność z panem McGrathem? 
   — Tak. Kim pan jest? 
   — Tu firma „Balderson i Hodgkins”. Proszę chwileczkę zaczekać. Połączę pana z panem 
Baldersonem. 
   „Nasi  czcigodni  wydawcy”,  pomyślał  Anthony.  „Czyżby  się  niepokoili?  Niepotrzebnie. 
Jeszcze mam cały tydzień.” 
   Nagle wdarł mu się w ucho rześki głos: 
   — Halo! Czy to pan McGrath? 
   — Przy aparacie. 
   — Moje  nazwisko  Balderson,  z  firmy  ,,Balderson  i  Hodgkins”.  Co  się  dzieje  z 
rękopisem? 
   — A co się ma dziać? — zapytał Anthony. 
   — Wszystko  jest  możliwe.  Ja  wiem,  proszę  pana,  że  przyjechał  pan  do  tego  kraju  z 
Afryki Południowej. I w związku z tym nie jest pan w stanie zrozumieć sytuacji. Mogą być 

background image

 

34 

kłopoty  z  rękopisem,  poważne  kłopoty.  Czasami  żałuję,  że  podjęliśmy  się  wydania 
pamiętników. 
   — Doprawdy? 
   — Proszę  mi  wierzyć,  że  tak  jest.  Obecnie  chciałbym  jak  najszybciej  dostać  je  w  swoje 
ręce,  by  móc  sporządzić  parę  kopii.  Wówczas,  jeżeli  oryginał  zostanie  zniszczony,  cóż, 
niewielkie zmartwienie. 
   — O Boże — powiedział Anthony. 
   — Tak,  zdaję  sobie  sprawę,  że  w  pana  uszach  brzmi  to  absurdalnie.  Lecz  zapewniam 
pana, że nie docenia pan grozy sytuacji. Czynione są wysiłki, by nie dopuścić do tego, aby 
rękopis  znalazł się  w  naszym  biurze  wydawniczym.  Mówię  panu  zupełnie  szczerze  i bez 
przesady,  że  jeśli  spróbuje  pan  osobiście  dostarczyć  nam  ten  rękopis,  to  ma  pan  jedną 
szansę na dziesięć dotarcia tutaj. 
   — Nie sądzę — rzekł Anthony.— Tam gdzie chcę dotrzeć, zawsze docieram. 
   — Kryją  się  za  tym  bardzo  niebezpieczni  ludzie.  Przed  miesiącem  sam  bym  w  to  nie 
uwierzył. Powiadam panu, chciano nas przekupić, próbowano prośby i groźby, dopadał nas 
to jeden  nicpoń,  to drugi  i  już  w  ogóle  nie  wiedzieliśmy,  na  jakim  świecie  żyjemy.  Moja 
rada,  niech  pan  nie  próbuje  przynosić  nam  rękopisu.  Jeden  z  naszych  pracowników 
wpadnie do pana do hotelu i weźmie paczkę. 
   — A jak wiadoma szajka go załatwi? — spytał Anthony. 
   — To  odpowiadać  za  to  będziemy  my,  a  nie  pan.  Pan  oddał  rękopis  naszemu 
pracownikowi.  Czek  na…  hm…  tysiąc  funtów,  jaki  jesteśmy  zobowiązani panu  wręczyć, 
otrzyma pan nie wcześniej niż w następną środę, zgodnie z warunkami umowy zawartej z 
wykonawcami  testamentu  świętej  pamięci…  hm…  autora,  wie  pan,  kogo  mam  na  myśli, 
ale jeśli pan nalega, prześlę panu przez posłańca pieniądze z mojego konta. 
   Anthony  zastanawiał  się  minutę  lub  dwie.  Zamierzał  zatrzymać  pamiętniki  aż  do 
ostatniego  dnia,  bo  chciał  naocznie  się  przekonać,  o  co  tyle  szumu.  Uświadamiał  sobie 
jednak siłę argumentów wydawcy. 
   — No dobrze — powiedział z lekkim westchnieniem. — Zrobimy tak, jak pan proponuje. 
Proszę  przysłać  swego  człowieka.  I  jeśli  nie  ma  pan  nie  przeciwko  temu,  to  wolałbym 
dostać ten czek, bo w następną środę może mnie już nie być w Anglii. 
   — Oczywiście,  proszę  pana.  Jutro  rano  nasz  pracownik  stawi  się  w  pańskim  hotelu. 
Będzie  rozsądniej,  jeśli  nie  przyjdzie  bezpośrednio  z  wydawnictwa.  Nasz  pan  Holmes 
mieszka  na  południu  Londynu.  Zamiast  do  biura  wstąpi  najpierw  do  pana  i  da  panu  na 
piśmie potwierdzenie odbioru paczki. Radzę, żeby dziś wieczór  umieścił pan jej atrapę w 
sejfie dyrektora. Pańscy wrogowie dowiedzą się o tym, co powstrzyma ich przed napaścią 
na pana apartament. 
   — Słusznie,  postąpię  w  myśl  pana  wskazówek.  Anthony,  głęboko  zamyślony,  odłożył 
słuchawkę. 
   Niebawem  znowu  podjął  działania  mające  na  celu  zdobywanie  wieści  o  ryzykancie 
Giuseppem.  ‘Zawiódł  się  jednak  na  całej  linii.  Włoch  pracował  wprawdzie  we 
wzmiankowanej  restauracji,  ale  nikt  nic  nie  wiedział  ani  o  jego  życiu  prywatnym,  ani  o 
środowisku, w jakim się obracał. 
   — Dostanę cię, draniu — mruczał Anthony przez zęby. — Dostanę cię. To tylko kwestia 
czasu. 
   Jego druga noc w Londynie upłynęła nadzwyczaj spokojnie. 
   Nazajutrz o godzinie dziewiątej dostarczono mu do pokoju bilet wizytowy pana Holmesa, 
pracownika firmy wydawniczej „Balderson i Hodgkins”, po czym zjawił się na górze sam 

background image

 

35 

pan  Holmes.  Niewysoki  blondyn  o  łagodnym  sposobie  bycia.  Anthony  wręczył  mu 
rękopis,  a  w  zamian  otrzymał  czek  opiewający  na  tysiąc  funtów.  Pan  Holmes  włożył 
rękopis do przyniesionej ze sobą małej, brązowej torby, życzył Anthony’emu miłego dnia i 
wyszedł. Wszystko potoczyło się bez zakłóceń. 
   — A  może  zamordują  go  po  drodze?  —  mruknął  pod  nosem  Anthony  wyglądając 
bezmyślnie przez okno. — Ciekawe, bardzo ciekawe. 
   Włożył czek do koperty, napisał na kartce kilka linijek, dołączył ją do czeku i dokładnie 
kopertę  zakleil.  Jimmy,  gdy  spotkali  się  w  Bulawayo,  był  raczej  przy  forsie  i  dał  mu 
całkiem pokaźną zaliczkę, której Anthony do tej pory prawie nie naruszył. 
   — Jedna  sprawa  z  głowy,  ale  druga  nie  —  powiedział  do  siebie.  —  Jak  na  razie 
spartaczyłem robotę. Lecz klamka jeszcze nie zapadła. W stosownym przebraniu udam się 
teraz na Pont Street. 
   Spakował rzeczy, zszedł na dół i zapłacił rachunek, następnie polecił, by zaniesiono jego 
bagaż do taksówki. 
   Opłaciwszy sowicie wszystkich, którzy znaleźli się na jego drodze, aczkolwiek większość 
z nich niczym się nie przyczyniła do zapewnienia mu komfortu, już, już miał odjechać, gdy 
zobaczył małego boya zbiegającego po stopniach z listem do niego. 
   — Właśnie  nadszedł  w  tej  sekundzie,  sir.  Anthony  z  westchnieniem  wysupłał  jeszcze 
jednego szylinga. Taksówka stęknęła ciężko i skoczyła do przodu ze straszliwym zgrzytem 
biegów, Anthony zaś otworzył kopertę. 
   Był  to  doprawdy  interesujący  dokument.  Anthony  musiał  go  przeczytać  czterokrotnie, 
zanim  zrozumiał,  o  co  w  nim  chodzi.  Po  przełożeniu  go  na  język  potoczny  (list  nie  był 
pisany  językiem  potocznym,  tylko  owym  specyficznym,  zagmatwanym  stylem,  typowym 
dla pism wychodzących spod pióra oficjeli) pojął, że wyrażano w tym piśmie pogląd, iż pan 
McGrath  przybywa  z  Afryki  Południowej  do  Anglii  dziś,  we  czwartek,  że  nawiązywano 
mętnie do pamiętników hrabiego Stylptitcha i proszono pana McGratha, aby przed poufną 
rozmową  z  panem  George’em  Loinaxem  i  innymi  osobami,  o  których  znaczeniu 
wspomniano mgliście, nic w kwestii pamiętników nie przedsiębrał. List ów zawierał także 
jasno  sprecyzowane  zaproszenie  do  „Chimneys”  na  dzień  następny,  piątek,  gdzie  pan 
McGrath miał być gościem lorda Caterhama. 
   Tajemnicze przesianie, zupełnie niezrozumiałe, wprawiło Anthony’ego w dobry humor. 
   — Poczciwa  stara  Anglia  —  burknął  z  czułością.  —  Dwa  dni  po  czasie,  jak  zwykle. 
Szkoda.  Nie  mogę  jechać  do  „Chimneys”  pod  nie  swoim  nazwiskiem.  Ciekawe,  czy  jest 
tam w pobliżu jakiś hotelik? Pan Anthony Cade mógłby się tam zatrzymać bez zwracania 
niczyjej  uwagi.  Wychylił  się  z  okna  wozu  i  polecił  taksówkarzowi  jechać  w  innym 
kierunku, co ten skwitował pogardliwym chrząknięciom. 
   Taksówka  zatrzymała  się  przed  jednym  z  najbardziej  ponurych  londyńskich  zajazdów. 
Opłata za przejazd dostosowana była jednak do rangi hotelu, sprzed którego wyruszyli. 
   Wynająwszy  pokój  na  nazwisko  Cade,  Anthony  przeszedł  do  obskurnego  hallu,  wyjął 
papier listowy z napisem „Hotel Blitz” i nakreślił szybko parę zdań. 
   Wyjaśnił,  ze  przybył  do  Anglii  w  ubiegły  wtorek,  że  przekazał  wiadomy  rękopis  firmie 
wydawniczej  „Balderson  i  Hodgkins”,  że  bardzo  żałuje,  iż  nie  może  przyjąć  zaproszenia 
lorda Calcrhama, albowiem opuszcza właśnie Anglie. Podpisał list: ,,Z poważaniem, James 
McCrath”. 
   — A  teraz  —  powiedział  przyklejając  znaczek  na  kopercie  —  do  dzieła!  Znika  James 
McGrath, a pojawia się Anthony Cade. 
 

background image

 

36 

ROZDZIAŁ ÓSMY 
TRUP 
   W tenże czwartek po południu Virginia Revel grała w Ranelagh w tenisa. Całą powrotną 
drogę  na  Pont Street przebyła  rozpierając  się  wygodnie  w  długiej,  luksusowej  limuzynie, 
lekki uśmiech błąkał się na jej ustach, gdy rozmyślała o czekającej ją rozmowie. Mogło się 
oczywiście  okazać,  że  szantażysta  się  nie  zjawi,  ale  Virginia  była  niemal  pewna  jego 
ponownej  wizyty.  Starała  się  przecież  wywrzeć  wrażenie,  że  będzie  łatwym  łupem.  Cóż, 
może tym razem trochę go zaskoczy! 
   Gdy wóz zajechał przed dom, nie wysiadła, zwróciła się do szofera: 
   — Jak się czuje twoja żona, Walton? Zapomniałam cię zapytać. 
   — Chyba  lepiej, dziękuję,  madame.  Lekarz obiecał, że około  wpół do siódmej  wpadnie. 
Czy samochód będzie pani dziś jeszcze potrzebny? 
   Virginia zastanowiła się chwilę. 
   — Wybieram  się  na  weekend.  Wyjadę  o  szóstej  czterdzieści  z  Dworca  Paddington,  ale 
nie  będę  cię  potrzebować,  wezmę  taksówkę.  Porozmawiaj  z  lekarzem.  Jeśli  orzeknie,  że 
przyda się twojej żonie wyjazd na weekend, zabierz ją gdzieś. Pokryję wszelkie koszty. 
   Przerwała  niecierpliwym  ruchem  głowy  litanię  podziękowań,  wbiegła  po  schodkach, 
sięgnęła do torebki po klucz, przypomniała sobie, że nie wzięła  go, wychodząc z domu,  i 
szybko  zadzwoniła  do  drzwi.  Nie  było  zrazu  odpowiedzi  i,  gdy  tak  czekała,  jakiś  miody 
mężczyzna wszedł po stopniach na górę. Był nędznie ubrany, a w ręku trzymał plik ulotek. 
Wyciągnął  jedną  w  stronę  Virginii  —  napis  na  niej  był  wyraźnie  widoczny:  Dlaczego 
służyłem swojemu krajowi? W lewej ręce miał puszkę. 
   — Nie  będę  w  ciągu  jednego  dnia  kupować  aż  dwóch  tych  koszmarnych  poematów  — 
powiedziała Virginia błagalnym tonem. — Rano już kupiłam. Naprawdę, słowo honoru. 
   Młody  człowiek  odrzucił  głowę  do  tyłu  i  roześmiał  się.  Virginia  mu  zawtórowała. 
Obrzucając  go  niedbałym  spojrzeniem,  pomyślała  sobie,  że  ma  o  wiele  przyjemniejszy 
wygląd  niż  przeciętni  londyńscy  bezrobotni.  Spodobała  się  jej  opalona  na  brąz  twarz 
nieznajomego  oraz  bijąca  z  całej jego  postaci  męskość.  Posunęła  się  nawet tak  daleko,  iż 
pomyślała, że chętnie zatrudniłaby go u siebie. 
   W  tym  jednak  momencie  drzwi  się  otworzyły  i  Virginia  w  jednej  chwili  zapomniała  o 
problemie bezrobocia, gdyż ku jej zdziwieniu drzwi otworzyła pokojówka Elise. 
   — Gdzie Chilvers? — zapytała ostro, gdy tylko przekroczyła próg hallu. 
   — Pojechał, madame, razem z innym. 
   — Jakimi innymi? Dokąd pojechał? 
   — Do Datchet, madame, do wiejskiego domu, tak jak było w pani depeszy. 
   — W mojej depeszy? — spytała Virginia kompletnie zbita z tropu. 
   — To  pani  nie  wysłała  depeszy?  Nie  ma  mowy  o  żadnej  pomyłce.  Nadeszła  jakąś 
godzinę temu. 
   — Żadnej depeszy nie nadawałam. Co w niej było? 
   — Leży chyba jeszcze na stoliku. 
   Elise odeszła wskazując palcem kierunek, a po chwili wróciła niosąc z triumfem depeszę. 
   — Voil?, madame! 
   Telegram  zaadresowany  był  do  Chilversa  i  brzmiał  jak  następuje:  „Weź  domowników  i 
jedźcie  zaraz  do  domu  wiejskiego,  przygotujcie  przyjęcie  weekendowe.  Złapcie  pociąg  o 
5.49.” 
   Nie  było  w  tym  nic  dziwnego,  zawiadomienia  podobnej  treści  wysyłała  dość  często, 
ilekroć  przyszło  jej  do  głowy  urządzić  przyjęcie  w  swoim  położonym  nad  rzeką 

background image

 

37 

bungalowie. Ściągała tam zawsze całą służbę, zostawiając jakąś starszą kobietę na straży 
londyńskiego  domu.  Toteż  telegram  nie  był  dla  Chilversa  żadnym  zaskoczeniem  i  jako 
wytrawny służący wykonał ściśle polecenia Virginii. 
   — Co  się  tyczy  mnie,  ja  zostałam  —  wyjaśniła  Elise  —  bo  madame  będzie  mnie 
potrzebować przy pakowaniu. 
   — To  jakiś  idiotyczny  kawał!  —  wykrzyknęła  Virginia,  ciskając  ze  złością  depeszę  na 
podłogę. — Dobrze przecież wiesz, Elise, że wybieram się do „Chimneys”. Dziś rano ci o 
tym powiedziałam. 
   — Myślałam, że pani zmieniła zdanie. Czasem to się pani zdarza, prawda, madame? 
   Virginia  skwitowała  uśmiechem  ów  zawierający  źdźbło  prawdy  zarzut.  Zachodziła  w 
głowę,  jaki  też  mógł  być  powód  tego  zadziwiającego  psikusa.  Elise  wysunęła  pewne 
przypuszczenie: 
   — Mon  Dieu!  —  zawołała  załamując  ręce.  —  A  jeśli  to  dzieło  złoczyńców,  złodziei?! 
Wysyłają lipny telegram, pozbywają się z domu wszystkich jego mieszkańców i dokonują 
rabunku! 
   — Możliwe — zgodziła się Virginia, choć w głosie jej brzmiało powątpiewanie. 
   — Tak,  tak,  proszę  pani,  tak  właśnie  musiało  być.  Codziennie  czyta  się  w  gazetach  o 
takich  wypadkach.  Madame,  niech  pani  zaraz  zadzwoni  na  policję,  natychmiast,  nim  oni 
przyjdą i poderżną nam gardła. 
   — Nie  podniecaj  się  tak,  Elise.  O  szóstej  po  południu  nikt  nam  gardła  nie  będzie 
podrzynał. 
   — Madame,  błagam  panią,  niech  mi  pani  pozwoli,  polecę  i  złapię  jakiegoś  policjanta, 
teraz, od razu! 
   — Po co, na litość boską? Nie bądź głupia, Elise. Idź na górę i spakuj moje rzeczy przed 
wyjazdem  do  „Chimneys”,  jeżeli  jeszcze  tego  nie  zrobiłaś.  Tę  nową  wieczorową  suknię, 
białe  cr?pe  marocain  i  oczywiście  czarną  aksamitną,  czarny  aksamit  nosi  się  w  sferach 
politycznych, prawda? 
   — Madame wygląda zachwycająco w eau de nil satin — zasugerowała Elise. I tym razem 
wykazała się profesjonalizmem. 
   — Nie,  nie  wezmę  tej  sukni.  Pospiesz  się,  Elise,  bądź  taka  dobra.  Mamy  bardzo  mało 
czasu. Zadepeszuję do Chilversa w Datchet, a jak wyjdziemy, pogadam z policjantem, żeby 
rzucił  okiem  na  dom.  Nie  rób  min,  Elise.  jeżeli  lak  się  wszystkiego  boisz,  to co  by  było, 
gdyby nagle z jakiegoś ciemnego kąta wyskoczył człowiek i dopadł cię z nożem w ręku? 
   Elise  pofolgowała  sobie,  wydając  przeraźliwy  pisk,  i  w  błyskawicznym  odwrocie 
pobiegła schodami na górę, oglądając się nerwowo w trakcie ucieczki. 
   Virginia wykrzywiła się na widok tej rejterady i przeszedłszy przez hali skierowała się do 
małego  gabinetu,  gdzie  był  telefon.  Pomysł  Elise,  żeby  zadzwonić  na  policję,  uznała  za 
trafny i postanowiła niezwłocznie wprowadzić go w czyn. 
   Otworzyła drzwi gabinetu i podeszła do aparatu. I zamarła z ręką na słuchawce. Na fotelu 
siedział  mężczyzna  ze  zwieszonymi  bezwładnie  ramionami.  W  tej  pełnej  emocji  chwili 
zupełnie  zapomniała  o  zapowiedzianych  odwiedzinach.  Szantażysta  przyszedł 
prawdopodobnie wcześniej i czekając na nią zasnął. 
   Zbliżyła  się  do  fotela  z  lekko  figlarnym  uśmieszkiem  na  ustach.  Ale  ów  uśmieszek 
momentalnie zniknął. 
   Mężczyzna nie spał. Był martwy. 

background image

 

38 

   Od razu to pojęła, wyczuła instynktownie, zanim jeszcze jej wzrok spoczął na małym, 
lśniącym  rewolwerze,  który  leżał  na  podłodze,  na  ledwo  widocznym  otworze  tuż  nad 
sercem człowieka, otworze z ciemną obwódką, oraz na okropnie opadającej szczęce. 
   Jakiś  czas  stała  w  milczeniu,  z  rękami  wspartymi  na  biodrach.  Wśród  panującej  wokół 
ciszy usłyszała zbiegającą ze schodów Elise. 
   — Madame! Madame! 
   — Tak, o co chodzi? 
   — Virginia podbiegła do drzwi. Powodowana instynktem chciała zataić przed Elise to, co 
się  wydarzyło,  przynajmniej  na  razie.  Pokojówka  na  pewno  wpadłaby  w  histerię,  a  jej 
przede  wszystkim  potrzebny  był  spokój  i  cisza,  by  mogła  sobie  dokładnie  przemyśleć 
ostatnie wydarzenia. 
   — Madame,  czy  nie  byłoby  dobrze,  gdybym  zabezpieczyła  drzwi  łańcuchem?  Ci 
złoczyńcy lada chwila mogą się pojawić. 
   — Owszem, czemu  nie. Rób, co uważasz za stosowne. Usłyszała brzęk  łańcucha, potem 
kroki Elise biegnącej na górę, i z jej piersi wyrwało się westchnienie ulgi. 
   Popatrzyła  na  mężczyznę  w  fotelu,  potem  na  telefon.  Było  jak  najbardziej  oczywiste: 
musi natychmiast zadzwonić na policję. 
   Ale wciąż  nie dzwoniła. Stała  nieruchomo, sparaliżowana  lękiem,  i  moc sprzecznych ze 
sobą  podejrzeń  przychodziło  jej  do  głowy.  Fałszywy  telegram!  Czy  ma  z  tym  coś 
wspólnego?  Załóżmy,  że  Elise  nie  było  w  domu.  Ona,  Virginia,  weszłaby  oczywiście, 
zazwyczaj  miała  przy  sobie  klucz,  i  znalazłaby  się  sam  na  sam  z  zamordowanym 
człowiekiem,  któremu  tak  niedawno  pozwoliła  na  szantaż.  Naturalnie  motyw  swego 
postępowania mogłaby wyjaśnić; im dłużej zastanawiała się jednak nad tym motywem, tym 
bardziej  stawał  się  dla  niej  mglisty.  Pamiętała  przecież,  że  George  nie  usiłował  nawet 
udawać,  iż  jej  wierzy.  Czy  inni  też  by  nie  uwierzyli?  Te  listy…  oczywiście,  ona  ich  nie 
pisała, ale czy byłoby łatwo to udowodnić? 
   Przyłożyła do czoła splecione mocno dłonie. — Muszę to przemyśleć — powiedziała. — 
Muszę to wszystko sobie przemyśleć. 
   Kto  wpuścił  tego  człowieka?  Z  pewnością  nie  Elise.  Gdyby  to  zrobiła,  od  razu 
powiadomiłaby o tym Virginię. Im dłużej Virginia myślała, tym cała sprawa stawała się w 
jej odczuciu bardziej tajemnicza. Jedno nie ulegało kwestii — trzeba zawiadomić policję. 
   Wyciągnęła rękę w stronę telefonu i nagle pomyślała o George’u. Mężczyzna  — to było 
jej  teraz  najbardziej  potrzebne  —  zrównoważony,  nie  poddający  się  emocjom  człowiek, 
który  widzi  zjawiska  we  właściwych  proporcjach  i  wytyczy  dla  niej  najwłaściwszą  drogę 
postępowania. 
   Potrząsnęła  jednak  głową.  Nie  George.  Pierwsze,  o  czym  on  pomyśli,  to  jego  własna 
pozycja. Nie będzie chciał być wmieszany w coś takiego. George absolutnie się nie nadaje. 
   Twarz jej się rozjaśniła. Bill, oczywiście! Bez zbędnych wahań zatelefonowała do Billa. 
   Poinformowano ją, że Bill przed godziną pojechał do ,,Chimneys”. 
   — Niech to szlag! — krzyknęła Virginia rzucając słuchawkę. Koszmarna historia  — być 
sam na sam z trupem i nie mieć do kogo słowa przemówić! 
   I w tej właśnie chwili zadzwonił dzwonek u drzwi. 
   Virginia  aż  podskoczyła.  Po  minucie  dzwonek  odezwał  się  znowu.  Wiedziała,  że  Elise 
pakuje na górze rzeczy i nie może słyszeć dzwonka. 
   Wyszła  do  hallu,  odpięła  łańcuch,  odsunęła  wszystkie  rygle,  jakie  Elise  uruchomiła  w 
swej nadgorliwości. Zrobiła głęboki wdech i otworzyła drzwi. Na stopniach stał ów młody 
bezrobotny. 

background image

 

39 

   Napięte nerwy puściły i Virginia, odetchnąwszy z ulgą, poszła na całego. 
   — Proszę wejść — powiedziała. — Zdaje się, że będę miała pracę dla pana. 
   Zaprowadziła  go  do  jadalni,  podsunęła  mu  krzesło,  sama  usiadła  naprzeciw  i  zaczęła 
wpatrywać się w niego w wielkim skupieniu. 
   — Przepraszam — zaczęła — pan jest… to znaczy… 
   — Po Etonie i Oxfordzie — odparł młody mężczyzna. — O to chciała mnie pani zapytać, 
prawda? 
   — Coś w tym rodzaju — przyznała Virginia. 
   — Źle  ląduję  w  życiu  głównie  dlatego,  że  nie  potrafię  się  zmusić  do  podjęcia  żadnej 
regularnej pracy. Ale mam nadzieję, że pani mi takiej nie oferuje. 
   Przez chwilę uśmiech zagościł na twarzy Virginii. 
   — To praca bardzo nieregularna. 
   — Wspaniale — rzekł młody mężczyzna tonem pełnym satysfakcji. 
   Virginia zaś oceniła przychylnie jego opaloną twarz i szczupłą, wysportowaną sylwetkę. 
   — Widzi  pan  —  rzekła.  —  Znalazłam  się  niejako  w  tarapatach,  a  większość  moich 
przyjaciół  zalicza  się,  że  tak  powiem…  do  wyższych  sfer.  Oni  zawsze  mają  coś  do 
stracenia. 
   — Ja nie mam. Niech pani mówi dalej. Co za kłopoty? 
   — W  pokoju  obok  jest  trup  —  powiedziała  Virginia.  —  Został  zamordowany,  a  ja  nie 
wiem, co z tym fantem zrobić. 
   Wyrzuciła z siebie te słowa z taką szczerością, na jaką tylko dziecko byłoby stać. Sposób, 
w  jaki  młody  przybysz  przyjął  to  oświadczenie,  zaimponował  Virginii  —  mężczyzna 
bardzo  urósł  w  jej  oczach.  Jak  gdyby  podobne  wieści  dane  mu  było  codziennie 
otrzymywać. 
   — Świetnie — oznajmił z entuzjazmem. — Cale życie  marzyłem o tym, by popracować 
trochę  w  charakterze  detektywa–amatora.  Dokonamy  oględzin  zwłok,  czy  też  najpierw 
poda mi pani garść faktów? 
   — Chyba  najpierw  fakty.  —  Milczała  jakiś  czas,  zastanawiając  się  nad  najbardziej 
zwięzłą relacją, po czym spokojnie i rzeczowo przedstawiła przebieg wydarzeń. 
   — Ten człowiek przyszedł do  mnie wczoraj po raz pierwszy. Miał ze sobą plik listów… 
listów miłosnych, podpisanych moim imieniem i nazwiskiem… 
   — Których jednak pani nie pisała — dokończył ze spokojem młody mężczyzna. 
   Virginia spojrzała na niego z niejakim zdziwieniem. 
   — Skąd pan wie? 
   — Och, wydedukowałem. Ale proszę mówić dalej. 
   — Zaczął mnie szantażować i… nie wiem, czy pan to zrozumie… i ja na to poszłam. 
   Popatrzyła na niego błagalnie, — on zaś uspokajająco skinął głową. 
   — Oczywiście, że rozumiem. Chciała się pani przekonać, jak się człowiek czuje w takiej 
sytuacji. 
   — Bardzo mądrze pan to ujął. Właśnie o to mi chodziło. 
   — Bo  ja  jestem  mądry  —  rzekł  skromnie  młody  człowiek.  —  Ale  proszę  sobie 
uświadomić,  że  niewiele  osób  zrozumie  pani  punkt  widzenia.  Większość  ludzi,  niestety, 
cechuje brak wyobraźni. 
   — Tak  też  i  ja  sądzę.  Powiedziałam  temu  typowi,  żeby  przyszedł  dziś  o  szóstej.  Po 
powrocie  do  domu  z  Ranelagh  stwierdziłam,  że  w  wyniku  otrzymania  fałszywego 
telegramu cała służba z wyjątkiem mojej pokojówki opuściła domostwo. Po czym weszłam 
do gabinetu i zastałam tam tego człowieka z kulą w piersi. 

background image

 

40 

   — Kto go wpuścił? 
   — Nie  mam  pojęcia.  Gdyby  wpuściła  go  moja  pokojówka,  na  pewno  by  mi  o  tym 
powiedziała. 
   — Czy ona wie, co się stało? 
   — Nic jej jeszcze nie mówiłam. 
   Młody mężczyzna kiwnął głowa i wstał. 
   — A teraz oględziny zwłok — oznajmił energicznie. — Ponadto powiem pani taką rzecz: 
na ogół zawsze jest lepiej mówić prawdę. Jedno kłamstwo pociąga za sobą stek kłamstw, a 
trwanie w ciągłym kłamstwie jest potwornie nudne. 
   — Więc radzi mi pan zadzwonić na policję? 
   — Raczej tak Najpierw jednak obejrzmy sobie faceta. 
   Wyszli z pokoju. Na progu Virginia stanęła i obejrzała się na niego. 
   — A propos — rzekła — nie powiedział mi pan, jak się nazywa. 
   — Jak się nazywam? Nazywam się Anthony Cade. 
 
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
ANTHONY POZBYWA SIĘ ZWŁOK 
    
   Anthony  podążał  za  Virginią,  uśmiechając  się  pod  nosem.  Wypadki  przybrały 
niespodziewany  obrót.  Lecz  gdy  pochylił  się  nad  postacią  w  fotelu,  twarz  mu 
spochmurniała. 
   — On  jest  jeszcze  ciepły  —  powiedział  ostro.  —  Zastrzelono  go  przed  niespełna 
półgodziną. 
   — Tuż przed moim powrotem? 
   — Właśnie. 
   Anthony  stał  wyprostowany,  ze  ściągniętymi  ponuro  brwiami.  I  zadał  pytanie,  którego 
sens nie od razu dotarł do Virginii: 
   — Pani pokojówka nie była oczywiście w tym pokoju? 
   — Nie. 
   — A czy wiedziała, że pani tam weszła? 
   — No… tak. Stanęłam w drzwiach, by zamienić z nią kilka słów. 
   — Po znalezieniu przez panią ciała? 
   — Tak. 
   — I nic jej pani nie powiedziała? 
   — Co by to pomogło? Pomyślałam sobie, że zacznie histeryzować  — to Francuzka, wie 
pan,  łatwo  ulega  emocjom  —  a  ja  uważałam,  że  najlepiej  będzie,  jak  to  wszystko  sama 
spokojnie rozważę. 
   Anthony skinął głową w milczeniu. 
   — Pana zdaniem źle się stało, tak? 
   — Owszem,  niefortunny  układ,  pani  Revel.  Gdyby  pani  oraz  jej  pokojówka  natrafiły  na 
denata  natychmiast po  pani powrocie,  bardzo  by  to całą  sprawę  uprościło.  Nie  ulegałoby 
wtedy kwestii, że mężczyzna został zabity przed pani powrotem do domu. 
   — A więc teraz ktoś może powiedzieć, że został zabity po… Rozumiem. 
   Anthony  obserwował,  jak  Virginią  w  lot  chwyta  jego  myśl,  co  potwierdzało  pierwsze 
wrażenie,  jakie  odniósł,  gdy  rozmawiała  z  nim  stojącym  na  schodach  przed  drzwiami. 
Oprócz urody cechowała ją odwaga i była niewątpliwie mądra. 

background image

 

41 

   Virginia  tak  była  pochłonięta  problemem,  jaki  Anthony  jej  uzmysłowił,  że  nawet  nie 
zastanowił jej fakt, iż ów obcy mężczyzna posłużył się jej nazwiskiem. 
   — Ciekawe, dlaczego Elise nie usłyszała wystrzału? — mruknęła. 
   Anthony wskazał na otwarte okno — w przejeżdżającym właśnie aucie strzelił gaźnik. 
   — Otóż to. W Londynie nikt nie zwraca uwagi na strzały. 
   Virginią z lekkim drżeniem obróciła się w stronę fotela, na którym spoczywało ciało. 
   — Przypomina trochę Włocha — zauważyła. 
   — Bo  to  Włoch  —  powiedział  Anthony.  —  Mógłbym  jeszcze  dodać,  że  był  z  zawodu 
kelnerem. Szantaż uprawiał poza godzinami pracy. A imię jego brzmiało prawdopodobnie 
Giuseppe. 
   — Wielkie  nieba!  —  wykrzyknęła  Virginią.  —  Czy  mam  do  czynienia  z  Sherlockiem 
Holmesem? 
   — Nie — odparł z żalem. — Obawiam  się, że z miernym amatorem. Wkrótce wszystko 
pani  opowiem.  Więc  mówi  pani,  że  ten  człowiek  pokazał  pani  kilka  listów  i  żądał 
pieniędzy. Dała mu je pani? — Owszem. 
   — Ile? 
   — Czterdzieści funtów. 
   — Niedobrze  —  orzekł  Anthony,  nie  wykazując  jednak  nadmiernego  zdziwienia.  — 
Proszę mi pokazać ten telegram. 
   Virginia  wzięła  depeszę  ze  stołu  i  wręczyła  mu  ją.  Twarz  Anthony’ego,  gdy  przyglądał 
się świstkowi papieru, stawała się coraz bardziej ponura. 
   — O co chodzi? — zapytała. 
   Wyciągnął ku niej depeszę, wskazując w milczeniu źródło swego niepokoju. 
   — Barnes  —  rzekł.  —  A  tego  popołudnia  była  pani  w  Ranelagh.  Kto  zaręczy,  że  sama 
pani nie nadała tej depeszy? 
   Virginię zamurowało. Czuła się jak w siatce, która coraz bardziej zaciska się wokół niej. 
Anthony  zmuszał  ją,  by  stanęła  oko  w  oko  z  faktami  majaczącymi  mętnie  w  jej 
świadomości. 
   Wyjął chustkę, owinął nią rękę i podniósł z podłogi rewolwer. 
   — My,  parający  się  kryminalistyką,  musimy  zachowywać  wielką  ostrożność  —  rzekł 
tonem usprawiedliwienia. — Pani rozumie, odciski palców. 
   Virginia dostrzegła nagle, że Anthony jakby cały zesztywniał. Gdy odezwał się, głos miał 
zmieniony. Szorstki, nieprzyjemny. 
   — Czy widziała pani już kiedyś ten rewolwer? 
   — Nie — odparła ze zdziwieniem. 
   — Jest pani tego pewna? 
   — Najzupełniej. 
   — Ma pani własny rewolwer? 
   — Nie. 
   — Czy kiedykolwiek pani miała? 
   — Nie, nigdy. 
   — Jest pani tego pewna? 
   — Najzupełniej. 
   Wpatrywał  się  w  nią  chwilę  skupionym  wzrokiem,  a  Virginia  patrzyła  ha  niego, 
zdumiona brzmieniem jego głosu. 
   Po pewnym czasie odetchnął z ulgą i odprężył się. 
   — Dziwna historia — powiedział. — Jak pani się na to zapatruje? 

background image

 

42 

   Podał jej rewolwer. Był  mały, zgrabny,  prawie jak zabawka, ale zdolny do wykonania 
śmiercionośnego aktu. Wygrawerowane było na nim imię Virginia. 
   — To niemożliwe! — krzyknęła. 
   Jej  zdziwienie  było  tak  szczere,  że  Anthony’emu  nie  pozostawało  nic  innego,  jak  jej 
uwierzyć. 
   — Proszę usiąść — powiedział spokojnie. — Sprawa ta ma więcej aspektów, niż to się z 
początku mogło zdawać. A więc, przystępując do rzeczy, jaka jest pani hipoteza? Są tylko 
dwie  możliwości.  Istnieje  oczywiście  druga  Virginia,  ta  od  listów.  Mogła  tego  typa  jakoś 
wytropić,  zastrzelić,  porzucić  rewolwer,  zabrać  listy  i  wynieść  się.  Wersja  całkiem 
możliwa, prawda? 
   — Też tak uważam — odpowiedziała z ociąganiem Virginia. 
   — Druga wersja jest znacznie bardziej interesująca. Ktokolwiek chciał zabić Giuseppego, 
zamierzał jednocześnie rzucić podejrzenie na panią — i kto wie, czy to nie było głównym 
jego  celem.  Mógł  dosięgnąć  faceta  w  obojętnie  jakim  miejscu,  ale  on  czy  oni  podjęli 
ogromny wysiłek, pokonali niebywałe trudności, by dopaść go właśnie tutaj, i kimkolwiek 
ci ludzie są, wiedzą o pani wszystko, o pani domu w Datchet, o pani układach ze służbą i o 
tym,  że  tego  popołudnia  przebywała  pani  w  Ranelagh.  Pytanie  może  się  wydawać 
absurdalne, ale czy pani ma wrogów? — Ależ skąd, w każdym razie nie tego typu. 
   — Teraz pytanie, co dalej robić — rzeki Anthony. 
   — Mamy  dwie  możliwości.  A:  zadzwonić  na  policję,  opowiedzieć  całą  historię, 
przekonać  ich  o  pani  nienagannej  reputacji  i  życiu  bez  skazy.  B:  próbować  z  moim 
udziałem  pozbyć  się  skutecznie  ciała.  Moje  osobiste  skłonności  sprzyjają  planowi  B. 
Zawsze  chciałem  się  przekonać,  czy  byłbym  na  tyle  przebiegły,  by  ukryć  zbrodnię,  choć 
mam idiotyczną awersję do przelewu krwi. Ogólnie jednak rzecz biorąc uważam, że plan A 
jest najrozsądniejszy. Ale trzeba trochę okroić scenariusz. Telefon na policję et cetera, lecz 
usuniemy  rewolwer  i  będące  przedmiotem  szantażu  listy,  jeżeli  denat  ma  je  wciąż  przy 
sobie. 
   Anthony przeszukał szybko kieszenie nieboszczyka. 
   — Oczyszczono go dokumentnie — oświadczył. 
   — Nie  ma  dosłownie  nic.  A  o  te  listy  będą  się  brali  za  łby.  O,  a  co  to?  Dziura  w 
podszewce? Ktoś coś złapał, szarpnął gwałtownie i został tylko skrawek papieru. 
   Mówiąc te słowa rozprostował skrawek i podniósł do światła. Virginia stanęła obok. 
   — Szkoda, że tylko tyle — wymamrotał Anthony. 
   — „Chimneys”, jedenasta czterdzieści pięć, czwartek. Wygląda jak termin spotkania. 
   — „Chimneys”! — zawołała Virginia.:— Niebywale! 
   — Niebywałe? Za wysokie progi dla faceta niskiej kondycji, prawda? 
   — Dziś wieczór jadę do „Chimneys”. Przynajmniej miałam jechać. 
   Anthony zwrócił nagle głowę w jej stronę. 
   — Co? Proszę to powtórzyć. 
   — Dziś  wieczór  miałam  zamiar  jechać  do  „Chimneys”  —  powiedziała  Virginia  jeszcze 
raz. 
   Anthony wybałuszył na nią oczy. 
   — Zaczynam  rozumieć.  Mogę  się  naturalnie  mylić,  ale  coś  w  tym  jest.  Czy  ktoś  nie 
usiłował wyperswadować pani wyjazdu do „Chimneys”? 
   — Tak,  mój  kuzyn  George  Lomax  —  odparła  z  uśmiechem.  —  Lecz  nie  podejrzewam 
raczej George’a o morderstwo. 
   Na twarzy Anthony’ego nie było uśmiechu. Pogrążony był w głębokiej zadumie. 

background image

 

43 

   — Jeśli zadzwoni pani na policję, to o wyjeździe do „Chimneys” nie ma  mowy  — ani 
dziś, ani nawet jutro. A ja chciałbym, żeby pani się tam udała. Przypuszczam, że to popsuje 
szyki naszym nie znanym przyjaciołom. Czy gotowa jest pani złożyć swój los w moje ręce? 
   — Oznacza to plan B, tak? 
   — Tak. Pierwsza rzecz, to musi pani pozbyć się z domu pokojówki. Da się to zrobić? 
   — Bez trudu. — Virginia wyszła do hallu i zawołała z dołu: — Elise! Elise! 
   — Słucham madame? 
   Uszu  Anthony’ego  dobiegła  szybka  rozmowa,  po  czym  drzwi  frontowe  otworzyły  się  i 
zamknęły. Virginia wróciła do pokoju. 
   — Poszła.  Posłałam  ją  po  pewien  specjalny  rodzaj  perfum  i  powiedziałam,  że  ten  sklep 
jest otwarty  do  ósmej.  Oczywiście,  że  będzie  zamknięty.  A  ona  ma  już  nie  wracać,  tylko 
jechać do „Chimneys” najbliższym pociągiem. 
   — Dobrze  —  pochwalił  ją  Anthony.  —  Możemy  teraz  przystąpić  do  usuwania  zwłok. 
Istnieje metoda, która wytrzymała próbę czasu, ale muszę przedtem zapytać panią, czy jest 
w tym domu jakiś kufer. 
   — Naturalnie, że jest. Chodźmy do sutereny i tam pan wybierze odpowiedni egzemplarz. 
W suterenie było kufrów do wyboru, do koloru.  Anthony wybrał solidny, we właściwych 
wymiarach. 
   — Ta część przedsięwzięcia należy do mnie — powiedział z dużym taktem. — Proszę iść 
na górę i być w pogotowiu. 
   Virginia  zastosowała  się  do  polecenia.  Wyskoczyła  ze  swoich  tenisowych  łaszków  i 
włożyła  miękki,  brązowy  strój  podróżny,  przepiękny  pomarańczowy  kapelusz  i zeszła  do 
czekającego już w hallu Anthony’ego, przy którym stał porządnie przewiązany sznurkiem 
kufer. 
   — Chętnie bym pani opowiedział  historię swojego życia  — oświadczył — ale obawiam 
się, że czeka nas bardzo pracowity wieczór. A oto co powinna pani teraz zrobić: wezwać 
taksówkę  i  umieścić  w  niej swój  bagaż  łącznie  z  kufrem.  Jechać  na  dworzec  Paddington, 
złożyć kufer w  przechowalni bagażu. Ja będę na peronie. Przechodząc obok  mnie, proszę 
upuścić kwit z przechowalni. Podniosę go i niby podam pani, bo w rzeczywistości zostanie 
przy mnie. Niech pani jedzie do „Chimneys”, a resztę zostawi mnie. 
   — To bardzo miłe z pańskiej strony — powiedziała. 
   — Natomiast okropnie  niemiłe z  mojej,  że obarczam zupełnie  obcego człowieka  trupem 
w kufrze. 
   — Odpowiada mi to — rzucił Anthony nonszalancko. 
   — Gdyby  był  tu  jeden  z  moich  przyjaciół,  Jimmy  McGrath,  nie  omieszkałby  pani 
powiedzieć, że ja przepadam za tego typu przygodami. 
   Virginia utkwiła w nim pytający wzrok. 
   — Jakie  nazwisko  pan  wymienił?  Jimmy  McGrath?  Anthony  spojrzał  na  nią  równie 
przenikliwie. 
   — Tak. A bo co? Mówi ono coś pani? 
   — Tak…  Ktoś  bardzo  niedawno  wypowiedział  to  nazwisko…  —  Umilkła 
niezdecydowana, a po chwili ciągnęła: — Panie Cade, muszę z panem porozmawiać. Niech 
pan jedzie ze mną do „Chimneys”. 
   — Wkrótce się zobaczymy, obiecuję to pani. A teraz konspirator A wychodzi ukradkiem 
drzwiami  od  tyłu.  Konspirator  B  natomiast,  w  aureoli  chwały,  przekracza  próg  drzwi 
frontowych i zmierza do taksówki. 

background image

 

44 

   Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Anthony wsiadł do następnej taksówki, zjawił 
się  na  peronie  i  we  właściwym  czasie  podniósł  kwit  bagażowy.  Po  czym  udał  się  po 
swojego  używanego  morrisa,  którego  nabył  tegoż  dnia  we  wcześniejszych  godzinach, 
przewidując, że może mu się przydać w jego planach. 
   Wrócił  tym  wozem  na  dworzec  Paddington,  wręczył  kwit  strażnikowi,  który  wyciągnął 
kufer z przechowalni, on zaś z całym spokojem  umieścił ten kufer  na tylnym siedzeniu.  I 
odjechał. 
   — Celem  jego  teraz  było  wydostanie  się  z  Londynu.  Przez  Notting  Hill,  Shepherd’s 
Bush,  w  dół  Goldhawk  Road,  potem  przez  Brentford  i  Hounslow,  aż  wyjechał  na  szosę 
łączącą Hounslow ze Staines. Była to szosa ogromnie ruchliwa, samochody jeździły nią bez 
przerwy.  Odróżnienie  śladów  butów  czy  opon  było  wykluczone.  Po  pewnym  czasie 
Anthony zatrzymał auto. Pierwsze, co zrobił po wyjściu, z wozu, to zamazał błotem tablicę 
rejestracyjną.  Odczekał  i  złapał  moment,  gdy  ruch  na  szosie  ustał  na  chwilę,  otworzył 
kufer, wyciągnął zeń ciało Włocha i ułożył je sprytnie w dole za poboczem, w łuku zakrętu, 
tak by światła przejeżdżających samochodów nie wychwyciły zwłok. 
   Następnie wsiadł do wozu i odjechał. Cała ta czynność zajęła mu półtorej minuty. Zrobił 
objazd, skręcił na prawo i wracał teraz do Londynu szosą wiodącą przez Burnham Beeches. 
Tam znowu się zatrzymał, upatrzył sobie najwyższe drzewo i z całym spokojem wspiął się 
na nie. Był to nie lada wyczyn, nawet jak na Anthony’ego. Do jednej z szczytowych gałęzi, 
tuż koło pnia, przymocował małą, brązową paczuszkę. 
   — Kapitalny sposób pozbycia się broni  — powiedział do siebie z przechwałką w głosie. 
— Każdy szuka  na ziemi albo bagruje zbiorniki wodne. Ale  niewielu jest w Anglii  ludzi, 
którzy wdrapaliby się na takie drzewo. 
   Potem  —  —  z  powrotem  do  Londynu  i  na  dworzec  Paddington.  Zostawił  tu  kufer,  tym 
razem  w  innej  przechowalni,  od  strony  peronów,  którymi  pociągi  wjeżdżają  na  dworzec. 
Pomyślał z tęsknotą o czymś takim jak stek wołowy, soczyste, drobno posiekane jarzyny i 
do  tego  ogromne  ilości  frytek.  Spojrzawszy  jednak  na  zegarek  pokręcił  smętnie  głową. 
Napoił morrisa benzyną i wyruszył w drogę ponownie. Tym razem na północ. 
   Dochodziło wpół  do dwunastej,  gdy pozwolił samochodowi odpocząć  na poboczu  szosy 
przylegającej do parku „Chinmeys”. Zegar w oddali wybił głośno trzy kwadranse. 
   Jedenasta czterdzieści pięć — godzina wypisana na skrawku papieru. Anthony wszedł na 
taras i obserwował dom. Pogrążony był w ciemności i wszędzie panował spokój. 
   — Ci politycy wcześnie chodzą spać — mruknął pod nosem. 
   I  nagle  jakiś  dźwięk  wraził  mu  się  w  uszy  —  odgłos  strzału.  Obrócił  się  dokoła 
błyskawicznie.  Dźwięk  dobiegał,  z  wnętrza  domu  —  nie  ulegało  dla  niego  wątpliwości. 
Odczekał  minutę,  ale  wszędzie  panowała  martwa  cisza.  Podszedł  wreszcie  do  jednych  z 
wielu oszklonych drzwi wychodzących na taras — wydawało mu się bowiem, że gdzieś z 
tej  strony  rozległ  się  ów  strzał,  który  go  zaalarmował.  Nacisnął  klamkę.  Drzwi  były 
zamknięte.  Naciskał  również  klamki  innych  drzwi,  nasłuchując  pilnie.  Lecz  ani  jeden 
dźwięk  nic  zmącił  ciszy.  Doszedł  w  końcu  do  przekonania,  że  ten  strzał  musiał  być 
wytworem  jego  wyobraźni  albo  też  się  pomylił  —  i  to  jakiś  kłusownik  strzelał  w  lesie. 
Odwrócił się i skierował swe kroki do parku  — był  niezadowolony  i  nurtował go dziwny 
niepokój, 
   Obejrzał się na dom i w tym momencie w jednym z okien na pierwszym piętrze mignęło 
światło.  Po  chwili  pojawiło  się  znowu,  a  następnie  cały  dom  pogrążył  się  ponownie  w 
ciemności. 
 

background image

 

45 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
„CHIMNEYS” 
    
   Inspektor  Badgworthy  siedzi  w  swoim  gabinecie.  Godzina  ósma  trzydzieści  rano. 
Wysoki,  tęgi  mężczyzna  o  ciężkich,  równo  odmierzanych  ruchach.  W  chwilach 
wzmożonego  zawodowego  napięcia  ma  trudności  w  oddychaniu.  Asystuje  mu 
posterunkowy Johnson, nowicjusz w policji, o wyglądzie nic opierzonego kurczaka. 
   Stojący  na  biurku  telefon  zadzwonił  ostro  i  inspektor  podniósł  słuchawkę  z 
charakterystyczną dla niego złowieszczą powagą. 
   — Tak. Posterunek policji Market Basing. Przy telefonie inspektor Badgworlhy. Co?! 
   Niewielka zmiana w sposobie bycia inspektora. Tak samo jak on góruje nad Johnsonem, 
inni górują nad inspektorem Badgworthym. 
   — Słucham,  szanowny  panie.  Przepraszam,  szanowny  panie.  Niedokładnie  usłyszałem, 
co pan był łaskaw powiedzieć. 
   Długa  przerwa,  w  czasie  której  inspektor  słucha  uważnie.  Różne  uczucia  malują  się  na 
jego zazwyczaj beznamiętnym obliczu, w końcu kładzie słuchawkę po krótkim: „Tak jest, 
szanowny panie”. 
   Zwraca się do Johnsona, który aż napęczniał w przeczuciu wagi wydarzeń: 
   — Od jego lordowskiej mości… w „Chimneys”… morderstwo. 
   — Morderstwo — powtórzył Johnson, będąc pod stosownym do chwili wrażeniem. 
   — Morderstwo, otóż to — powiedział inspektor z ogromną satysfakcją. 
   — No tak… dawno  nie  mieliśmy tu żadnego  morderstwa, przynajmniej ja  nic o tym  nie 
wiem, od czasu kiedy Tom Pearse zastrzelił swoją ukochaną. 
   — A w dodatku to wcale nie było morderstwo, tylko pijaństwo  — powiedział inspektor, 
wyraźnie deprecjonując znaczenie tego faktu. 
   — Tak,  nie  zawisł  za  to  na  szubienicy  —  zgodził  się  ponuro  Johnson.  Ale  tym  razem 
rzecz jest konkretna, prawda, sir? 
   — Jak  najbardziej,  Johnson.  Jeden  z  gości  lorda,  zagraniczny  dżentelmen,  dostał  kulkę. 
Były otwarte drzwi na taras i ślady stóp na zewnątrz. 
   — Jeśli to naprawdę cudzoziemiec, to wielka szkoda — oświadczył Johnson z żalem. 
   Fakl  ów  jego  zdaniem  odrealniał  w  pewnym  sensie  morderstwo.  Johnson  uważał,  że 
cudzoziemcy sami się wystawiają na strzały. 
   — Jego  lordowska  mość  jest  bardzo  wzburzony  —  kontynuował  inspektor.  — 
Wpadniemy do doktora Cartwrighta i weźmiemy go ze sobą. Dobrze by było, żeby nikt nic 
starł tych śladów stóp. 
   Badgworthy był w siódmym niebie. Morderstwo! W „Chimneys”! Inspektor Badgworlhy 
prowadzi śledztwo! Policja wpadła na trop! Sensacyjne aresztowanie. Awans i sława wyżej 
wzmiankowanego inspektora. 
   — Właśnie — rzekł do siebie inspektor Badgworthy. 
   — Jeżeli tylko Scotland Yard się nic wtrąci… 
   Ta  myśl  wpędziła  go  w  depresję.  Albowiem  w  tych  okolicznościach  taka  ewentualność 
była wielce prawdopodobna. Zatrzymali się przed domem doktora Cartwrighta, człowieka 
stosunkowo  młodego,  który  okazał  wielkie  zainteresowanie  sprawą.  Jego  reakcja 
pokrywała się niemal całkowicie z reakcją Johnsona. 
   — Coś podobnego! — wykrzyknął. — Od czasu Toma Pearse’a nie mieliśmy tu żadnego 
morderstwa. 

background image

 

46 

   Trójka mężczyzn wsiadła do małego wozu doktora i ruszyli ostro w stronę „Chimneys”. 
Gdy przejeżdżali koło zajazdu „Wesoły Krykiecista”, doktor zwrócił uwagę na stojącego w 
drzwiach człowieka. 
   — Cudzoziemiec  —  stwierdził.  —  Nawet  całkiem  przystojny  facet.  Ciekawe,  od  jak 
dawna tu mieszka i co tu robi. Nigdy go nie widziałem. Musiał przyjechać wczoraj wieczór. 
   — Ale nie pociągiem — powiedział Johnson. 
   Brat  Johnsona  pracował  na  najbliższej  stacji  jako  bagażowy  i  stąd  Johnson  był  świetnie 
zorientowany, kto przyjechał, czy też kto wyjechał. 
   — A kto wczoraj przyjechał, by udać się do „Chimneys”? — zapytał inspektor. 
   — Lady  Eileen,  przybyła  o  piętnastej  czterdzieści,  wraz  z  nią  dwaj  panowie,  jeden 
Amerykanin, a drugi wojskowy, młody chłopak, wszyscy bez służby. Jego lordowska mość 
przyjechał  z  cudzoziemskim  dżentelmenem  —  prawdopodobnie  tym,  który  został 
zastrzelony  —  o  godzinie  siedemnastej  czterdzieści,  i  ze  służącym  tego  cudzoziemskiego 
dżentelmena.  Pan  Eversleigh  przybył  tym  samym  pociągiem.  Pani  Revel  o  dziewiętnastej 
dwadzieścia  pięć;  tym  samym  pociągiem  przyjechał  jeszcze  inny  dżentelmen,  o 
cudzoziemskim wyglądzie, łysy, z haczykowatym nosem. Pokojówka pani Revel przybyła 
o dwudziestej pięćdziesiąt sześć… 
   Johnson przerwał zadyszany. 
   — A nikt nie przyjechał do „Krykiecisty”? 
   Policjant potrząsnął głową przecząco. 
   — Wobec  tego  ten  facet  przyjechał  samochodem  —  powiedział  inspektor.  —  Johnson, 
pamiętaj, w drodze powrotnej przesłuchaj właściciela zajazdu. Musimy wszystko wiedzieć 
o  każdym  obcym  przybyszu.  Tamten  dżentelmen  był  mocno  opalony.  Niewykluczone,  że 
także zagranicznik. 
   Inspektor  kiwał  głową,  a  wzrok  miał  niebywale  przenikliwy,  co  miało  świadczyć,  że 
należy do typu ludzi szczególnie czujnych, którzy w żadnych okolicznościach nie dadzą się 
zaskoczyć. 
   Samochód  minął  bramę  parku  „Chimneys”.  Opis  tego  historycznego  miejsca  można 
znaleźć  w  każdym  przewodniku.  A  także  w  trzecim  numerze  Pałaców  historycznych 
Anglii, cena 21 szylingów. We czwartki z Middlingham przyjeżdżają autobusami ludzie  i 
zwiedzają te części rezydencji, które są udostępnione publiczności. Wobec tych wszystkich 
ułatwień opis „Chimneys” wydaje się zupełnie zbyteczny. 
   W  drzwiach  przywitał  ich  siwowłosy  kamerdyner  o  doskonałych  wręcz  manierach.  — 
Nie  przywykliśmy  —  zdawał  się  mówić  całą  swoją  postacią  —  by  w  murach  tego  domu 
ktoś popełnił morderstwo. Przyszły na nas złe dni. Musimy uporać się z tym nieszczęściem, 
zachowując absolutny spokój, i za wszelką cenę sprawiać wrażenie, że nic nadzwyczajnego 
się nie wydarzyło. 
   — Jego  lordowska  mość  —  powiedział  kamerdyner  —  oczekuje  panów.  Tędy,  bardzo 
proszę.  Zaprowadził  ich  do  małego,  przytulnego  pokoju,  który  stanowił  schronienie  lorda 
Caterhama przed panującą wszędzie bombastycznością, i zameldował: 
   — Policja wraz z doktorem Cartwrightem. 
   Lord  Caterham  chodził  tam  i  z  powrotem,  w  najwyższym  stopniu  zemocjonowany.  — 
No, inspektor! Nareszcie pan się pojawił. Jestem panu bardzo wdzięczny. Jak się pan  ma, 
doktorze? To jest piekielna historia, moi panowie. Piekielna historia! 
   I lord Caterham, gdy tak stał wyprostowany i gestem szaleńca czochrał dłonią czuprynę, 
w  wyniku  czego  dzieliła  się  na  poszczególne  kępki,  mniej  niż  zazwyczaj  przypominał 
członka Izby Lordów. 

background image

 

47 

   — Gdzie jest ciało? — zapytał lekarz krótko i z profesjonalną rzeczowością. 
   Lord obrócił się  i odnosiło się wrażenie, iż  fakt, że ktoś zadał  mu bezpośrednio pytanie, 
podziałał na niego kojąco. 
   — W  sali  obrad…  tam  gdzie  je  znaleziono…  Nie  ruszałem  zwłok…  Chyba  słusznie 
postąpiłem? 
   — Oczywiście,  lordzie  —  rzekł  inspektor  tonem  aprobaty.  Wyjął  notes  i  ołówek.  —  A 
kto znalazł ciało? Pan? 
   — O  Boże,  nie  —  odparł  lord  Caterham.  —  Nie  sądzi  pan  chyba,  że  wstaję  o  tak 
nieludzko  wczesnej  godzinie?  Służąca  natknęła  się  na  zwłoki.  Musiała  wrzasnąć 
wniebogłosy.  Ale  ja  tego  nie  słyszałem.  Przyszli  do  mnie  z  tą  wieścią,  ja  oczywiście 
wstałem i zszedłem na dół, no i zobaczyłem… 
   — Zidentyfikował pan zwłoki, był to ktoś z pańskich gości, tak? 
   — Tak, inspektorze. 
   — Nazwisko? 
   To  tak  proste  pytanie  wyraźnie  wyprowadziło  lorda  z  równowagi.  Otworzył  usta  raz  i 
drugi, zamknął je. W końcu zapytał słabym głosem: 
   — Ma pan na myśli… ma pan na myśli, jak on się nazywał? 
   — Tak, milordzie. 
   — Hm  —  mruknął  lord  Caterham,  rozglądając  się  na  wszystkie  strony,  jak  gdyby 
oczekiwał  natchnienia.  —  Nazywał  się…  chyba  tak…  tak,  na  pewno  tak…  hrabia 
Stanislaus. 
   Lord  Caterham  zaczął  się  tak  dziwnie  zachowywać,  że  inspektor  przerwał  notowanie  i 
utkwił  w  nim  zdumiony  wzrok.  Lecz  w  tym  momencie  zdarzyło  się  coś,  co 
zaambarasowany par powitał z wielkim zadowoleniem. 
   — Drzwi się otworzyły  i do pokoju weszła dziewczyna. Wysoka, smukła, ciemnowłosa, 
atrakcyjna, o nieco chłopięcej urodzie i nadzwyczaj zdecydowanym sposobie bycia. Była to 
lady  Eileen  Brent,  zwana  powszechnie  Bundle,  najstarsza  córka  lorda  Caterhama.  Skinęła 
głową obecnym i zwróciła się bezpośrednio do ojca: 
   — Dorwałam go — oświadczyła. 
   Był  moment,  że  inspektor  zaczął  przypuszczać,  iż  młoda  lady  przyłapała  mordercę  na 
gorącym uczynku, natychmiast jednak zrozumiał, że ma ona na myśli coś zupełnie innego. 
   Lord Caterham wydał pełne ulgi westchnienie. 
   — Dobra robota. Co powiedział? 
   — Zaraz tu będzie. Musimy zachować „jak najdalej idącą dyskrecję”. 
   Ojciec wydał odgłos świadczący o zaniepokojeniu. 
   — George  Lomax  może  wygadywać  niestworzone  rzeczy.  Jak  on  się  tu  zjawi,  ja 
umywam ręce od wszystkiego. 
   Ta perspektywa sprawiła lordowi wyraźną przyjemność. 
   — A więc zamordowany nazywał się hrabia Stanislaus? — rzucił pytanie doktor. 
   Ojciec  i  córka  wymienili  znaczące  spojrzenie,  po  czym  ten  pierwszy  rzekł  z  godnością: 
— Tak. Już to powiedziałem. 
   — Zapytałem, bo poprzednio  nie był pan tego taki pewny  — wyjaśnił Cartwright. Oczy 
mu podejrzanie rozbłysły i lord Caterham spojrzał na niego z wyrzutem. 
   — Zaprowadzę panów do sali obrad — powiedział dość ostro. 
   Podążyli  za  nim,  inspektor  zamykał  pochód,  obrzucając  wszystko  po  drodze 
błyskawicznym  spojrzeniem,  jak  gdyby  liczył  na  to,  że  w  ramie  obrazu  lub  za  drzwiami 
znajdzie rozwiązanie zagadki. 

background image

 

48 

   Lord  Caterham  wyjął  klucz  z  kieszeni,  otworzył  zamek  i  gwałtownym  ruchem  pchnął 
drzwi.  Weszli  do  dużego  pokoju  wyłożonego  dębową  boazerią,  z  trojgiem  oszklonych 
drzwi  wychodzących  na  taras.  Na  środku  stał  duży,  prostokątny  stół,  sporo  dębowych 
skrzyń,  piękne,  stare  krzesła.  Na  ścianach  portrety  tak  zmarłych,  jak  i  żyjących 
Caterhamów, a także osób nie z rodziny. 
   Po lewej stronie, blisko ściany, gdzieś w połowie drogi między drzwiami wejściowymi a 
oszklonymi, mężczyzna leżał na wznak, z rozrzuconymi ramionami. 
   Doktor  Cartwright  ukląkł  przy  zwłokach.  Inspektor  na  odmianę  pomaszerował  rączo  do 
oszklonych  drzwi  i  uważnie  przyjrzał  się  wszystkim  trojgu.  Środkowe  były  przymknięte, 
ale  nie  zamknięte.  Na  schodkach  zewnętrznych  widniały  ślady  stóp  —  jedne  wiodły  do 
drzwi, drugie w stronę przeciwną. 
   — Jasna sprawa — powiedział inspektor kiwnąwszy głową. — Lecz ślady stóp powinny 
być również w pokoju. Na parkiecie byłyby świetnie widoczne… 
   — Zaraz to panom wytłumaczę — przerwała Bundle. — Dziś rano służąca wypastowała 
pół  podłogi,  zanim  zauważyła  ciało.  Rozumiecie,  panowie,  gdy  przyszła  do  tego  pokoju, 
było jeszcze całkiem ciemno. Od razu podeszła do oszklonych drzwi,  rozsunęła zasłony i 
zabrała się za podłogę, no i oczywiście nie spostrzegła zwłok, które z tamtej strony pokoju 
zasłaniał stół. Zobaczyła ciało dopiero wtedy, gdy niemal się o nie potknęła. 
   Inspektor kiwał ze zrozumieniem głową. 
   — No tak — powiedział lord Caterham, który już się rwał do ucieczki.  — Zostawiam tu 
pana,  inspektorze.  Jeśli  będzie  mnie  pan…  hm…  potrzebował,  znajdzie  mnie  pan. 
Niebawem  przyjeżdża  z  „Wyvern  Abbey”  pan  George  Lomax,  a  on  znacznie  więcej  ode 
mnie będzie mógł panu wyjaśnić. To jego sprawa. Nic więcej panu nie powiem. On to zrobi 
osobiście. 
   Lord Caterham dokonał błyskawicznego wycofania się — nie czekając na odpowiedź. 
   — Nieładnie  ze  strony  Lomaxa  —  narzekał.  —  Tak  mnie  w  to  wrobił!  Co  takiego, 
Tredwell? 
   Siwowłosy kamerdyner wyprężył się z szacunkiem. 
   — Pozwoliłem  sobie,  milordzie,  zarządzić  śniadanie,  gdy  tylko  będzie  pan  wolny. 
Wszystko jest w jadalni przygotowane. 
   — Absolutnie sobie nie wyobrażam, bym mógł coś przełknąć  — powiedział ponuro lord 
Caterham, kierując kroki w stronę jadalni. — Absolutnie. 
   Bundle wsunęła mu rękę pod ramię i oboje przekroczyli próg jadalni. Na kredensie stało 
dziesięć  ciężkich,  srebrnych  waz,  które  dzięki  pomysłowemu  urządzeniu  długo  trzymały 
temperaturę. 
   — Omlet  —  powiedział  lord  podnosząc  kolejno  każdą  pokrywę.  —  Jajka  na  bekonie, 
cynaderki,  drób,  ryba,  szynka,  bażant  na  zimno.  Nic  z  tych  rzeczy  mi  nie  odpowiada, 
Tredwell. Powiedz kucharzowi, żeby ugotował mi jajko bez skorupki! 
   — Tak jest, milordzie. 
   Tredwell  wyszedł.  Lord  Caterham  z  roztargnioną  miną  radził  sobie  skutecznie  z 
nakładaniem  na  talerz  obfitej  ilości cynaderek,  bekonu,  nalał kawy  do  filiżanki,  po  czym 
usiadł przy stole. Bundle była już całkowicie zaabsorbowana kopiatym talerzem jajecznicy 
na bekonie. 
   — Jestem cholernie  głodna  — powiedziała z pełną buzią jedzenia.  — Widocznie  z tych 
nerwów. 
   — Tobie to odpowiada — rzekł z wyrzutem ojciec. 

background image

 

49 

   — Wy  młodzi  lubicie  takie  ekscytujące  sytuacje.  Ale  ja  jestem  człowiekiem  słabego 
zdrowia.  Unikać  wszelkich  zmartwień,  powtarza  zawsze  sir  Abner  Willis,  unikać 
zmartwień. Łatwo to powiedzieć komuś, kto siedzi w swoim gabinecie przy Harley Street. 
Jakże  ja  mam  się  nie  martwić,  skoro  ten  osioł  Lomax  wpakował  mnie  w  takie  tarapaty. 
Powinienem był wtedy być bardziej stanowczy. Nie ustępować na krok. 
   Smętnie potrząsnąwszy głową wstał i ukrajał sobie kawałek szynki. 
   — Tymczasem to on wykazał się stanowczością — zauważyła wesoło Bundle. — Mówił 
przez telefon bardzo chaotycznie. Zjawi się tu za parę minut i będzie plótł trzy po trzy na 
temat dyskrecji i zatuszowania sprawy. 
   Lord Caterham jęknął głucho wobec takiej perspektywy. 
   — Czy on był już na nogach? — zapytał. 
   — Tak — odparła Bundle. — Powiedział, że od siódmej dyktował listy i memoranda. 
   — Ma  się  czym  chwalić  —  burknął  ojciec.  —  Te  osoby  publiczne  to  ogromnie 
egoistyczny  gatunek.  Zmuszają  swoje  nieszczęsne  sekretarki  do  wstawania  o 
nieprawdopodobnej  wręcz  porze  po  to  tylko,  by  dyktować  im  różne  bzdury.  Gdyby 
uchwalono ustawę zmuszającą ich do pozostawania w łóżku do godziny jedenastej, cóż by 
to  było  za  błogosławieństwo  dla  narodu!  Nie  miałbym  nic  przeciwko  nim,  gdyby  nie 
ględzili  o  takich  banialukach.  Lomax  mówi  zawsze  o  mojej  „pozycji”.  Jak  gdybym  miał 
takową. Kto w dzisiejszych czasach chce być parem? 
   — Nikt  —  odrzekła  Bundle.  —  Każdy  woli  być  właścicielem  dobrze  prosperującej 
knajpy. 
   Pojawił  się  milczący  Tredwell  niosąc  w  małej,  srebrnej  miseczce  dwa  ugotowane  bez 
skorupki jajka, które umieścił na stole przed lordem. 
   — Co to takiego? — zapytał ten ostatni, patrząc na jajka z lekkim obrzydzeniem. 
   — Ugotowane we wrzątku jajka bez skorupki, milordzie. 
   — Nie cierpię takich jajek  — oświadczył Caterham zrzędzącym tonem. — Są  mdłe. Nie 
mogę nawet na nie patrzeć. Zabierz je szybko, Tredwell. 
   — Tak jest, milordzie. 
   Tredwell wraz z jajkami zniknęli równie bezszelestnie, jak się pojawili. 
   — Bogu niech będą dzięki, że nikt w tym domu nie wstaje tak wcześnie — powiedział z 
gorliwością  lord  Caterham.  —  Gdyby  ktoś  miał  ten  zwyczaj,  musielibyśmy  go  tego 
oduczyć. — Westchnął ciężko. 
   — Ciekawe, kto go zamordował? — zadała pytanie Bundle. — I dlaczego? 
   — Chwała  Bogu to  nie  nasza sprawa  —  powiedział  lord. — Policja się tym zajmie. Nie 
sądzę jednak, by Badgworthy był w stanie cokolwiek wykryć. Ja osobiście przypuszczam, 
że kryje się za tym Nosystein. 
   — Co to takiego? 
   — Ogólnobrytyjskie konsorcjum. 
   — Dlaczego  pan  Isaacstein  miałby  go  zamordować,  skoro  tu  przyjechał,  by  się  z  nim 
spotkać? 
   — Wielkie  finanse  —  powiedział  wymijająco  lord.  —  A  to  mi  uświadamia,  że  nie 
powinienem  być  zdziwiony,  gdyby  Isaacstein  okazał  się  rannym  ptaszkiem.  Lada  chwila 
może  się  tu  zwalić.  Takie  są  miejskie  obyczaje.  Niezależnie  od  zamożności  ludzie  są  w 
stanie zdążyć na pociąg odchodzący o dziewiątej siedemnaście. 
   Przez otwarte okno dal się słyszeć warkot jadącego z dużą szybkością auta. 
   — Lomax! — krzyknęła Bundle. 

background image

 

50 

   Ojciec  wraz  z  córką  wychylili  się  z  okna  i  pomachali  właścicielowi  wozu,  który 
zajechał właśnie przed wejście. 
   — Wchodź,  mój  drogi,  wchodź!  —  zawołał  lord  Caterham  przełykając  w  pośpiechu 
szynkę. 
   George  nie  miał  zamiaru  ładować  się  przez  okno.  Znikł  więc  w  drzwiach  od  frontu  i 
pojawił się prowadzony uroczyście przez Tredwella, który natychmiast się ulotnił. 
   — Zjesz z nami śniadanie? — zapytał lord Caterham, ściskając mu dłoń. — Co powiesz 
na cynaderki? 
   George odsunął ze zniecierpliwieniem ważkę z cynaderkami. 
   — Strasznie nieszczęście, coś okropnego, koszmar! 
   — Faktycznie. Może rybki? 
   — Nie, nie. To musi być zatuszowane, za wszelką cenę! 
   Jak Bundle przewidziała, George zaczął pleść trzy po trzy. 
   — Rozumiem twoje uczucia — powiedział ciepło lord. — Spróbuj jajecznicy na bekonie 
albo trochę ryby. 
   — Wypadek,  którego  skutków  nie  sposób  przewidzieć!  Klęska  narodowa!  Zagrożone 
koncesje! 
   — Powoli, powoli — rzekł lord. — Nabierz sobie jedzonka. Tego ci potrzeba, żebyś miał 
siłę wziąć się w garść. Może jajeczka bez skorupek? Gdzie one są, przed chwilą tu były? 
   — Nie  chcę  żadnego  jedzenia  —  powiedział  George.  —  Jadłem  śniadanie,  a  nawet 
gdybym nie jadł, nic bym teraz nie mógł przełknąć. Musimy zastanowić się, co robić. Nic 
jeszcze nikomu nie powiedzieliście? 
   — Nikomu.  Wiemy  tylko  my  z  Bundle.  I  lokalna  policja.  I  doktor  Cartwright.  I 
oczywiście cała służba. 
   George jęknął przeciągłe. 
   — Weź  się  w  kupę,  drogi  chłopcze  —  powiedział  po  przyjacielsku  lord  Caterham.  — 
Nawiasem  mówiąc,  wolałbym,  żebyś  coś  zjadł.  Chyba  nie  myślisz,  że  można  by  ukryć 
zwłoki? Musi się odbyć pogrzeb i tak dalej. Niestety, tak to się przedstawia. 
   George nagle jakby odzyskał spokój. 
   — Masz  rację,  Caterham.  Powiadasz,  że  wezwałeś  lokalną  policję?  To  nie  wystarczy. 
Musi być Battle*. 
   — Walka, morderstwo i  nagła śmierć?  — dopytywał się lord Caterham z  malującym się 
na twarzy zdumieniem. 
   — Nie, nie, źle mnie zrozumiałeś, Caterham. Mam na myśli inspektora Battle ze Scotland 
Yardu. Człowiek niebywale dyskretny. Współpracował z nami podczas tej żałosnej afery z 
funduszem partii. 
   — A co to było? — Lord Caterham przejawił niejakie zainteresowanie. 
   Wzrok George’a spoczął na Bundle, do połowy wychylonej z okna, i Lomax w samą porę 
przypomniał sobie o dyskrecji. Wstał. 
   — Nie wolno nam tracić czasu. Muszę natychmiast wysłać kilka telegramów. 
   — Napisz treść, a Bundle nada je przez telefon. 
   George  wyciągnął  wieczne  pióro  i  potem  z  niewiarygodną  szybkością  pisa}  coś.  Tekst 
pierwszej depeszy wręczył Bundle, która przeczytała go z wielkim zaciekawieniem. 
   — Boże, cóż to za nazwisko! — zawołała. — Baron jaki? 
   — Baron Lolopretjzyl. Bundle zamrugała powiekami. 
   — Ja już chwyciłam, ale poczta będzie miała z tym kłopot. 
   George pisał dalej. Następnie, wręczywszy kartki Bundle, zwrócił się do pana domu: 

background image

 

51 

   — Najmądrzej postąpisz, Caterham… 
   — Tak? — wtrącił z obawą lord. 
   — … jeśli zostawisz to wszystko mnie. 
   — Oczywiście — potwierdził lord skwapliwie. — Tak też sobie myślałem. Policjantów i 
doktora  Cartwrighta  znajdziesz  w  sali  obrad.  Również…  hm…  ciało.  Lomax,  mój  drogi, 
cale „Chimneys” stawiam do twojej dyspozycji. Rób, co uważasz za właściwe… 
   I  już  znikał  dyskretnie  za  jednymi  z  dalszych  drzwi.  Bundle  ze  smętnym  uśmiechem 
obserwowała ten jego odwrót. 
   — Wyślę zaraz te depesze — powiedziała. — Trafi pan do sali obrad? 
   — Tak, dziękuję, lady Eileen. 
   George szybkim krokiem wyszedł z pokoju. 
 
ROZDZIAŁ JEDENASTY 
PRZYBYWA INSPEKTOR BATTLE 
    
   Z takim zapałem zastosował się lord Caterham do rady George’a, że cały ranek spędził na 
obchodzie  swojego  majątku.  Jedynie  męka  głodu  skierowała  jego  kroki  w  stronę  domu. 
Również i to, że uświadomił sobie, iż do tej pory najgorsze na pewno już minęło. 
   Wśliznął się chyłkiem do domu przez małe, boczne drzwi. A potem przemknął ukradkiem 
do swego gabinetu. Pochlebił sobie w duchu, że nikt nie zauważył jego wejścia, ale tu się 
pomylił. Czujnemu Tredwellowi nic nie ujdzie uwagi. Pojawił się w progu. 
   — Proszę mi wybaczyć, milordzie. 
   — Co jest, Tredwell? 
   — Pan Lomax pragnie pana widzieć, jak tylko pan wróci — czeka w bibliotece. 
   Tą  delikatną  aluzją  Tredwell  dal  do  zrozumienia,  że  lord  Caterham,  jeżeli  takie  ma 
życzenie, może jeszcze nie wrócić. 
   Lord wstał z westchnieniem. 
   — Prędzej czy później i tak tego nie uniknę. W bibliotece, powiadasz? 
   — Tak jest, milordzie. 
   Wciąż  wzdychając  lord  Caterham  przemierzył  wielkie  przestrzenie  swego  rodowego 
domostwa i doszedł w końcu do drzwi biblioteki. Były zamknięte. Nacisnął klamkę, ktoś je 
od  wewnątrz  otworzył,  uchylił  i  w  szparze  ukazało  się  podejrzliwe  oblicze  George’a 
Lomaxa. Na widok lorda wyraz jego twarzy uległ zmianie. 
   — A, Caterham, wejdź. Zastanawialiśmy się właśnie, co się z tobą stało. 
   Wchodząc  pokornie  boczkiem,  lord  Caterham  mamrotał  coś  niewyraźnie  o  doglądaniu 
majątku  i  świadczeniach  na  rzecz  dzierżawców.  W  pokoju  znajdowały  się  jeszcze  dwie 
osoby.  Pierwsza  to  pułkownik  Melrose,  okręgowy  komisarz  policji.  Drugą  osobą  był 
mężczyzna w średnim wieku, krępej budowy, z twarzą tak dokładnie pozbawioną wyrazu, 
że aż nie do wiary. 
   — Inspektor  Battle  przybył  przed  godziną  —  wyjaśnił  George.  —  Przeprowadził 
wnikliwą  rozmowę  z  inspektorem  Badgworthym,  spotkał  się  z  doktorem  Cartwrightem. 
Teraz chce parę danych od nas. 
   Lord  Caterham  przywitał  się  z  pułkownikiem  Melrose,  który  przedstawił  mu  inspektora 
Battle, po czym wszyscy usiedli. 
   — Nie  potrzebuję  chyba  pana  uprzedzać,  inspektorze  —  zaczął  George  —  że  w  tej 
sprawie należy zachować jak najdalej idącą dyskrecję. 
   Inspektor skinął głową zdawkowo, co lordowi przypadło raczej do gustu. 

background image

 

52 

   — Naturalnie,  panie  Lomax.  Ale  przed  nami  żadnych  przemilczeń.  Rozumiem,  że 
nieboszczyk nazywał się Stanislaus, hrabia Stanislaus, przynajmniej pod takim nazwiskiem 
znała go służba. A jakie było jego prawdziwe nazwisko? 
   — Książę Herzoslovakii Michael. 
   Oczy Battle’a odrobinę się powiększyły, ale poza tym nie dał nic po sobie poznać. 
   — A  jeśli  mogę  zapytać,  w  jakim  celu  tutaj  przybył?  Czyżby  wyłącznie  w 
rozrywkowym? 
   — Nie tylko, Battle. Ale to ścisła tajemnica. 
   — Rzecz jasna, proszę pana. 
   — Pułkowniku Melrose? 
   — Oczywiście. 
   — No  więc  książę  Michael  miał  tutaj  w  trybie  pilnym  spotkać  się  z  panem  Hermanem 
Isaacsteinem. Chodziło o omówienie warunków pożyczki. 
   — Jak one brzmiały? 
   — Nie  znam  szczegółów.  W  istocie  nie  doszło  do  rozmowy  na  ten  temat.  W  wypadku 
gdyby  książę  zasiadł  na  tronie,  zobowiązałby  się  do  przyznania  niektórych  koncesji 
naftowych  tym  towarzystwom,  które  wchodzą  w  zakres  zainteresowań  pana  Isaacsteina. 
Rząd brytyjski gotów był poprzeć aspiracje tronowe księcia Michaela z racji jego wyraźnie 
probrytyjskich sympatii. 
   — Tak  —  powiedział  inspektor  Battle.  —  To  mi  już  powinno  wystarczyć.  Księciu 
Michaelowi zależało  na pieniądzach, panu Isaacsteinowi  na nafcie, a rząd brytyjski chciał 
odegrać  rolę  dobrego  wujaszka.  Jeszcze  jedno  pytanie.  Czy  ktoś  poza  tym  zabiegał  o  te 
koncesje? 
   — Przypuszczani, że grupa amerykańskich finansistów czyniła próby u Jego Wysokości. 
   — Które spełzły na niczym, tak? Lecz George nie dał się sprowokować. 
   — Książę Michael miał zdecydowanie probrytyjskie nastawienie — powtórzył. 
   Inspektor Battle nie naciskał więcej w tej kwestii. 
   — Przejdźmy teraz, lordzie Caterham, do wydarzeń z dnia wczorajszego. Spotkał się pan 
z  księciem  Michaelem  w  mieście  i  razem  przyjechaliście  panowie  tutaj.  Księciu 
towarzyszył  lokaj,  Herzoslovak,  Boris  Anchou—koff,  natomiast  jego  koniuszy,  kapitan 
Andrassy, pozostał w Londynie. Po przybyciu na miejsce książę oświadczył, ze jest bardzo 
zmęczony, i oddalił się do przygotowanego dlań apartamentu. Obiad podano mu tam, toteż 
nie miał okazji spotkać nikogo spośród uczestników weekendowego przyjęcia. Zgadza się? 
   — Co do joty. 
   — Dziś  rano  około  siódmej  czterdzieści  pięć  pokojówka  natknęła  się  na  ciało.  Na 
podstawie badań doktor Cartwright orzekł, że śmierć nastąpiła wskutek strzału oddanego z 
rewolweru. Broni nie odnaleziono i nikt w całym domu nie słyszał rzekomo huku strzału. 
Ponadto zegarek denata został podczas jego upadku rozbity i wskazówki zatrzymały się na 
godzinie  piętnaście  po  jedenastej,  określając  niezbicie  porę  dokonania  zbrodni.  A  więc  o 
której godzinie udali się państwo wczoraj na spoczynek? 
   — Wcześnie.  Coś  szwankowało  w  całym  przedsięwzięciu,  rozumie  pan,  inspektorze,  co 
mam na myśli. Poszliśmy na górę mniej więcej o wpół do jedenastej. 
   — Dziękuję.  A  teraz  poproszę  pana,  milordzie,  by  zechciał  mi  pan  scharakteryzować 
wszystkie przebywające w tym domu osoby. 
   — Proszę  mi  wybaczyć,  ale  sądziłem,  że  człowiek,  który  tego  dokonał,  przyszedł  z 
zewnątrz. 
   Inspektor Battle uśmiechnął się. 

background image

 

53 

   — Tak  też  i  ja  uważam.  Tak  uważam.  Niemniej  muszę  wiedzieć,  kto  w  tym  czasie 
znajdował się w domu. Rutynowe przesłuchanie, pan rozumie. 
   — No więc książę Michael i jego lokaj, pan Herman Isaacstein. Wszystko pan o nim wie. 
I jeszcze pan Eversleigh… 
   — Który  jest  zatrudniony  w  moim  departamencie  —  wtrącił  George  protekcjonalnym 
tonem. 
   — I który znał prawdziwy powód goszczenia tutaj księcia Michaela? 
   — Nie,  tego  bym  nie  powiedział  —  odrzekł  z  wahaniem  George.  —  Niewątpliwie  czul 
pismo nosem, nie uznałem jednak za wskazane obdarzać go aż takim zaufaniem. 
   — Rozumiem. Niech pan mówi dalej, milordzie. 
   — Aha, jeszcze pan Hiram Fish. 
   — Kto to jest? 
   — Pan Fish jest Amerykaninem. Przywiózł list polecający od pana Luciusa Gotta. Słyszał 
pan o Luciusie Gotcie? 
   Inspektor  skinął  z  uśmiechem  głową.  Któż  by  nie  słyszał  o  Luciusie  Gotcie, 
multimilionerze? 
   — Był  ogromnie  ciekaw  moich  pierwszych  edycji.  Kolekcja  pana  Gotta  jest  oczywiście 
niezrównana, ale ja też mam kilka prawdziwych skarbów. Ten pan Fish to istny entuzjasta. 
Pan  Lomax  sugerował,  żebym  specjalnie  zaprosił  na  ten  weekend  jeszcze  parę  osób,  aby 
wyglądało bardziej naturalnie.  Skorzystałem  z  okazji i ściągnąłem  tu pana  Fisha. To tyle, 
jeśli  idzie o panów. Co zaś tyczy się pań, to jest tu tylko pani Revel,  i przypuszczam, że 
przywiozła ze sobą pokojówkę albo coś w tym sensie. Jeszcze moja córka, no i rzecz jasna 
dzieci, ich niańki, guwernantki oraz służba. 
   Lord Caterham przerwał wyliczanie, nabierając w płuca haust powietrza. 
   — Dziękuję — powiedział detektyw. — Zwykłe, rutynowe pytania, niemniej potrzebne. 
   — Nie  ulega  chyba  wątpliwości  —  powiedział  George  posępnie  —  że  morderca  wszedł 
przez oszklone drzwi. 
   Battle milczał chwilę, nim, z namysłem, udzielił odpowiedzi: 
   — Ślady  stóp  prowadzą  do  tych  drzwi  i  z  powrotem.  Wczoraj  wieczorem  o  jedenastej 
czterdzieści  przed  bramą  parku  zatrzymał  się  jakiś  samochód.  O  godzinie  dwunastej  do 
zajazdu  „Wesoły  Krykiecista”  przyjechał  autem  młody  mężczyzna  i  zajął  jeden  z  pokoi. 
Wystawił na korytarz buty do wyczyszczenia — były przemoknięte i zabłocone, jak gdyby 
chodził w parku po sięgającej łydek trawie. 
   George pochylił się do przodu z malującym się na twarzy zaciekawieniem. 
   — A czy można te buty porównać ze śladami? 
   — Już to zostało zrobione. 
   — I co? 
   — Pasują jak ulał. 
   — To  przesądza  sprawę!  —  zawołał  George.  —  Mamy  mordercę.  Ten  młody  człowiek, 
no właśnie, jak on się nazywa? 
   — W zajeździe podał nazwisko Anthony Cade. 
   — Więc tego Anthony’ego Cade’a trzeba natychmiast złapać i aresztować. 
   — Nie trzeba go łapać — oznajmił inspektor Battle. 
   — Dlaczego? 
   — Bo wciąż mieszka w tym hotelu. 
   — Co?! 
   — Interesujące, prawda? 

background image

 

54 

   Pułkownik spojrzał przenikliwie na inspektora. 
   — Co pan o tym sądzi, Battle? Proszę się wypowiedzieć. 
   — Mogę  tylko  powtórzyć,  że  przypadek  jest  bardzo  interesujący.  To  wszystko.  Młody 
człowiek, który powinien wziąć  nogi za pas i uciec  gdzie pieprz rośnie, nie bierze nóg za 
pas  i  nie  ucieka  gdzie  pieprz  rośnie.  Jest  na  miejscu  i  daje  nam  możliwość  porównania 
swoich butów ze śladami. 
   — I co pan na to? 
   — Nie  mam  pojęcia,  co  o  tym  wszystkim  myśleć.  A  taki  stan  umysłu  ogromnie 
doskwiera. 
   — Czy  pan  sobie  wyobraża…  —  zaczął  pułkownik  Melrose,  ale  przerwał  słyszące 
delikatne pukanie. 
   George  podszedł  do  drzwi.  Tredwell,  cierpiąc  w  duchu  z  powodu  tego,  że  sytuacja 
zmusza  go  do  tak  pokornego  stukania,  stał z  godnością  w  progu,  a  potem  zwrócił  się  do 
swego pana: 
   — Proszę  mi  wybaczyć,  milordzie,  ale  jakiś  dżentelmen  chce  się  z  panem  widzieć  w 
sprawie pilnej i nie cierpiącej zwłoki, związanej, jak przypuszczam, z tragedią, jaka się dziś 
rano wydarzyła. 
   — Jak się ten facet nazywa? — zapytał raptem Battle. 
   — Anthony Cade, lecz twierdzi, że jego nazwisko nic nikomu nie powie. 
   Wyglądało na to, że owo nazwisko przemówiło do wszystkich czterech znajdujących się 
w pokoju panów. Byli zdumieni, choć każdy w różnym stopniu. 
   Lord Caterham zachichotał: 
   — Zaczyna mnie to w końcu bawić. Dawaj go tu, Tredwell. Dawaj go tu natychmiast! 
 
ROZDZIAŁ DWUNASTY 
OPOWIEŚĆ ANTHONY’EGO 
    
   — Pan Anthony Cade — zaanonsował Tredwell. 
   — Ów podejrzany obcy mężczyzna z wiejskiego zajazdu — dorzucił Anthony wchodząc. 
   Z  rzadkim  u  obcych  wyczuciem  skierował  swe  kroki  w  stronę  lorda  Caterhama. 
Oszacował jednocześnie w myślach trzech pozostałych mężczyzn: l — Scotland Yard, 2 — 
miejscowy  dygnitarz,  prawdopodobnie  okręgowy  komisarz  policji,  3  —  dociekliwy 
dżentelmen na krawędzi apopleksji, niewykluczone, że związany z rządem. 
   — Chciałbym przeprosić — mówił Anthony pod adresem lorda Caterhama — za wdarcie 
się  tu  niemal  przemocą.  Ale  aż  huczy  od  plotek  w  „Wesołym  Psie”,  czy  jak  ten  tutejszy 
zajazd się nazywa, że w pańskim domu popełniono morderstwo, a ponieważ ja mogę rzucić 
na tę sprawę trochę światła, więc postanowiłem przyjść. 
   Dobrą chwilę nikt nie przemówił ani słowa. Inspektor Battle  — bo będąc człowiekiem o 
ogromnym doświadczeniu wiedział, że nieskończenie lepiej jest pozwolić ludziom mówić, 
jeśli już są do tego skłonni, pułkownik Melrose — bo z natury był człowiekiem milczącym, 
George — ponieważ przywykł, że zawczasu go o czymś takim uprzedzano, lord Caterham 
zaś  —  gdyż  nie  miał  najmniejszego  pojęcia,  co  powiedzieć.  Jednakże  milczenie 
pozostałych trzech panów, a także fakt, że słowa przybysza skierowane były bezpośrednio 
do niego, zmusił tegoż do zabrania głosu: 
   — Hm…  no  tak…  no  tak…  —  bąkał  nerwowo.  —  Czy  nie  zechciałby  pan…  hm… 
usiąść? 
   — Dziękuję — rzekł Anthony. 

background image

 

55 

   George odchrząknął złowieszczo. 
   — Taaa… Co pan miał na myśli mówiąc, że może pan rzucić trochę światła…? 
   — To  mianowicie  —  odparł  —  ze  ubiegłej  nocy  około  godziny  za  piętnaście  dwunasta 
wkroczyłem  na  teren  posiadłości  lorda  Caterhama  —  co,  jak  mam  nadzieję,  zostanie  mi 
wybaczone — i słyszałem strzał. Mogę w każdym razie dokładnie określić czas popełnienia 
zbrodni. 
   Rozejrzał  się  dokoła,  popatrzył  po  kolei  na  trzech  panów,  zatrzymując  wzrok  na 
inspektorze Battle, którego obojętny wyraz twarzy nie uszedł jego uwagi. 
   — Ale wydaje się, że nic nowego panom nie oznajmiłem — dodał uprzejmie. 
   — Co pan chce przez to powiedzieć? 
   — Właśnie to: dziś rano włożyłem półbuty. A później, kiedy poprosiłem, by przyniesiono 
mi  moje  trzewiki,  okazało  się,  że  ich  nie  ma.  Pewien  młody,  przystojny  inspektor 
pofatygował  się  po  nie.  Toteż  kiedy  skojarzyłem  sobie  jedno  z  drugim,  natychmiast 
pospieszyłem tutaj, by w miarę możności obronić swoje dobre imię. 
   — Bardzo rozsądne posunięcie — rzekł Battle zdawkowo. 
   Oczy Anthony’ego lekko rozbłysły. 
   — Wysoko  oceniam  pańską  powściągliwość,  inspektorze…  Bo  mam  przyjemność  z 
inspektorem, prawda? 
   Tu wtrącił się lord Caterham. Ten Anthony zaczynał mu się podobać. — Inspektor Battle 
ze Scotland Yardu, pułkownik Melrose, nasz komisarz okręgowy, i pan Lomax. 
   Anthony spojrzał szybko na George’a. 
   — Pan George Lomax? 
   — Tak. 
   — Wobec tego miałem zaszczyt otrzymać od pana wczoraj list. 
   George wytrzeszczył na niego oczy. 
   — Nie sądzę — rzekł lodowatym tonem. 
   Wiele by jednak dał za to, żeby panna Oscar tutaj była. Panna Oscar pisała mu wszystkie 
listy  i  zawsze  pamiętała,  do  kogo  są  adresowane  i  jaka  jest  ich  treść.  Wielcy  ludzie  jego 
pokroju nie są w stanie zapamiętać wszystkich tych nudnych szczegółów. 
   — Zdaje  mi  się,  panie  Cade  —  powiedział  —  że  nosił  się  pan  z  zamiarem  wyjaśnienia 
nam, że tak powiem, co ubiegłej nocy, za piętnaście dwunasta, robił pan na tym terenie! 
   A z jego tonu można było odczytać: cokolwiek powiesz, i tak w to nie uwierzymy. 
   — Właśnie, co pan tu robił? — zapytał z ożywieniem lord Caterham. 
   — Tak — zaczął Anthony  głosem pełnym  ubolewania.  — Będzie to  niestety dość długa 
opowieść. — Wyciągnął papierośnicę. — Mogę zapalić? 
   Lord skinął głową przyzwalająco, Anthony zapalił papierosa i zebrał siły przed czekającą 
go ciężką próbą. 
   Był  w  pełni  świadom  niebezpieczeństwa,  w  jakim  się  znalazł.  W  ciągu  zaledwie 
dwudziestu  czterech  godzin  został  wmieszany  w  dwa  morderstwa.  Jego  poczynań 
związanych  z  pierwszym  nie  można  by  żadną  miarą  połączyć  z  drugim.  Po  rozważnym 
usunięciu zwłok i tym samym pokrzyżowaniu planów organom sprawiedliwości pojawił się 
na  scenie,  na  której dokonano  drugiej zbrodni,  i to akurat w  momencie  jej  dokonywania. 
Doskonała okazja dla młodego człowieka szukającego guza. 
   Nawet jak na Amerykę Południową, pomyślał Anthony, to po prostu rzecz niebywała! 
   Już  zadecydował,  jaką  przyjmie  metodę.  Będzie  mówił  prawdę  —  w  jednym  wypadku 
stosując drobne odstępstwo, w drugim — tuszując poważnie to i owo. 

background image

 

56 

   — Wszystko  się  zaczęło  —  mówił  Anthony  —  około  trzech  tygodni  temu,  w 
Bulawayo.  Pan  Lomax  wie  oczywiście,  gdzie  to jest…  ta  wysunięta  placówka  imperium. 
„Co  my  wiemy  o  Anglii,  jeśli  znamy  tylko  Anglię?”  i  tak  dalej.  Rozmawiałem  właśnie  z 
moim przyjacielem, niejakim Jamesem McGrathem… 
   Wymówił  wolno  to  nazwisko,  utkwiwszy  w  George’u  zamyślony  wzrok.  George 
podskoczył jak oparzony i ledwo się pohamował, by nie krzyknąć. 
   — Wynikiem  naszej  rozmowy  był  mój  przyjazd  do  Anglii,  gdzie  miałem  do  spełnienia 
pewną  misję  dla  pana  McGratha,  który  osobiście  nie  mógł się  stawić.  Ponieważ  bilet był 
zabukowany  na  jego  nazwisko,  odbyłem  tę  podróż  jako  James  McGrath.  Nie  wiem,  do 
jakiego  rodzaju  wykroczeń  to się  zalicza  —  mam  nadzieję,  że  pan  inspektor  poinformuje 
mnie o tym i jeśli uzna za stosowne, zapakuje mnie na parę miesięcy do ciupy. 
   — Proszę  trzymać  się  tematu,  jeśli  łaska  —  powiedział  Battle,  ale  na  krótką  chwilę  w 
jego oczach zapaliły się ogienki. 
   — Po  przybyciu  do  Londynu  zamieszkałem  w  hotelu  „Blitz”,  oczywiście  jako  James 
McGrath. Moja  misja polegała  na tym, że pewnej firmie  wydawniczej  miałem  dostarczyć 
pewien rękopis, ale prawie natychmiast zgłosiły się do mnie delegacje reprezentujące dwie 
partie polityczne pewnego królestwa. Metody jednej były absolutnie zgodne z konstytucją, 
drugiej  —  wprost  przeciwnie.  Obydwie  delegacje  załatwiłem  odmownie.  Lecz  to  nie  był 
koniec  moich  kłopotów.  Tej  nocy  włamano  się  do  mojego  pokoju,  a  sprawcą  włamania 
okazał się jeden z kelnerów hotelu „Blitz”. 
   — Przypuszczalnie nie zgłosił pan tego faktu policji? 
   — Ma pan rację. Nie zgłosiłem. Widzi pan, nic mi nie zginęło. Natomiast opowiedziałem 
wszystko  dyrektorowi  hotelu,  który  potwierdzi  prawdziwość  moich  słów,  powie  panom 
również, że rzeczony kelner w środku nocy dał drapaka. Nazajutrz wydawcy zatelefonowali 
z  propozycją,  że  jeden  z  pracowników  firmy  zgłosi  się  do  mnie  po  odbiór  rękopisu. 
Zgodziłem  się  i  na  drugi  dzień  rano  sprawa  została  zgodnie  z  planem  załatwiona.  A 
ponieważ  nikt się do  mnie więcej nie zgłaszał,  uznałem, że  rękopis dotarł bezpiecznie  do 
wydawnictwa. Wczoraj, wciąż jako James McGrath, otrzymałem list od pana Lomaxa… 
   Anthony urwał. Bawiło go to już setnie. George zaczął się głupio wykręcać: 
   — Przypominam  sobie  —  mamrotał.  —  Taką  mam  liczną  korespondencję.  Trudno 
wymagać, żebym znał wszystkie nazwiska. Ale moim zdaniem… — George podniósł nieco 
głos  w  poczuciu  swej  moralnej  nieugiętości  —  …  ale  uważam  tę  maskaradę…  to 
podszywanie się pod kogoś innego za w najwyższym stopniu niewłaściwe. Sądzę, nie ulega 
dla mnie żadnej kwestii, że w bardzo poważnym stopniu naruszył pan prawo. 
   — W  tym  liście  —  kontynuował  Anthony  niewzruszenie  —  pan  Lomax  czynił  kilka 
sugestii co do znajdującego się w moim posiadaniu rękopisu. Był nawet na tyle uprzejmy, 
że w imieniu lorda Caterhama zaprosił mnie tutaj na weekendowe przyjęcie. 
   — Rad  cię  widzę,  mój  drogi  —  powiedział  arystokrata.  —  Lepiej  później  niż  wcale, 
prawda? 
   George skrzywił się pod jego adresem. Inspektor Battle utkwił w Anthonym nieruchome 
spojrzenie. 
   — Czy to ma tłumaczyć pańską tu obecność ubiegłej nocy? — zapytał. 
   — Oczywiście,  że  nie  —  odparł  Anthony  z  ożywieniem.  —  Jeśli  jestem  zaproszony  do 
czyjejś wiejskiej posiadłości, to nie będę przecież późną nocą forsował muru, przemierzał 
parku, naciskał klamek u drzwi. Podjechałbym przed front domu, zadzwonił, wytarł nogi w 
wycieraczkę. Ale do rzeczy. Odpisałem panu Lomaxowi, że rękopis nie znajduje się już w 
moim  posiadaniu,  wobec  czego  muszę  niestety,  z  prawdziwym  żalem,  odmówić  lordowi 

background image

 

57 

Caterhamowi,  który  raczył  mnie  do  siebie  zaprosić.  Po  wysłaniu  listu  przypomniałem 
sobie  jednak  pewną  rzecz,  która  umknęła  mojej  pamięci…  —  Nie  dokończył.  Poruszy 
zaraz  temat  wielce  delikatnej  natury.  —  Muszę  tu  wspomnieć,  że  w  czasie  zmagań  z 
kelnerem Giuseppem wyrwałem mu skrawek papieru z umieszczonym nań napisem. Wtedy 
nic mi jeszcze nie mówił, ale zachowałem ów skrawek, i potem nazwa „Chimneys” wydała 
mi  się  znajoma.  Wyjąłem  kartkę,  rzuciłem  na  nią  okiem.  Było  tak,  jak  przypuszczałem. 
Oto,  panowie,  ten  skrawek  papieru,  proszę  przekonać  się  na  własne  oczy.  Napis  brzmi: 
„Chimneys,  czwartek,  godzina  dwudziesta  trzecia  czterdzieści  pięć”.  Battle  przyjrzał  się 
kartce uważnie. 
   — Oczywiście  —  ciągnął  Anthony  —  słowo  „Chimneys”  może  nie  mieć  z  tym  domem 
nic wspólnego. Ale może i mieć. I niewątpliwie ten Giuseppe to kawał szubrawca i rabuś. 
Więc  umyśliłem  sobie,  że  przyjadę  tu  wczoraj  wieczór  samochodem,  przekonam  się,  że 
wszystko w porządku, zamieszkam w miejscowym hotelu, a nazajutrz rano zatelefonuję do 
lorda  Caterhama  i  powiem  mu,  żeby  miał  się  na  baczności,  gdyż  w  ciągu  tego  weekendu 
może się przydarzyć jakieś nieszczęście. 
   — No właśnie — powiedział lord Caterham życzliwym tonem. — No właśnie. 
   — Przybyłem  tu  jednak  za  późno,  zabrakło  mi  trochę  czasu.  Dlatego  zatrzymałem  wóz, 
przelazłem przez  mur  i pobiegłem parkiem  w stronę domu. Gdy znalazłem się  na tarasie, 
cały dom był pogrążony w ciemności, a wokół panowała martwa cisza. Miałem już wracać, 
gdy usłyszałem strzał. Wydawało mi się, że rozległ się wewnątrz domu, więc  podszedłem 
szybko do oszklonych drzwi.  Były jednak zamknięte  i żaden odgłos z domu  nie docierał. 
Poczekałem  chwilę,  ale  wszystko  dokoła  tonęło  w  grobowej  ciszy,  toteż  doszedłem  do 
wniosku,  że  musiałem  się  pomylić,  że  prawdopodobnie  strzelił  gdzieś  kłusownik  —  w 
określonych okolicznościach konkluzja całkiem logiczna, pomyślałem. 
   — Całkiem logiczna — powtórzył machinalnie inspektor Battle. 
   — Pojechałem  do  hotelu,  przespałem  się  i  rano  usłyszałem  tę  wiadomość.  Zdaję  sobie 
naturalnie sprawę, że w tej sytuacji stałem się osobnikiem podejrzanym, toteż stawiłem się 
tutaj,  by  całą  historię  państwu  opowiedzieć,  żywiąc  nadzieję,  iż  nie  zakończy  się  ona 
zatrzaśnięciem się kajdanków na przegubach moich dłoni. 
   Zapadło milczenie. Pułkownik Melrose spojrzał kątem oka na inspektora Battle’a. 
   — Pańska opowieść wygląda dość przekonująco — zauważył. 
   — Tak — zgodził się Battle. — Nie zrobimy dziś chyba użytku z kajdanków. 
   — Ma pan jeszcze jakieś pytania, inspektorze? 
   — Jednego chciałbym się dowiedzieć. Co to był za rękopis? 
   Spojrzał na George’a, który ociągając się wydusił z siebie: 
   — Pamiętniki zmarłego hrabiego Stylptitcha. Rozumie pan… 
   — Nie musi pan nic dodawać — powiedział Battle. 
   — Wszystko  świetnie  rozumiem.  —  Zwrócił  się  do  Anthony’ego:  —  Czy  pan  wie,  kim 
był ten zastrzelony człowiek? 
   — W „Wesołym Psie” mówiono, że to hrabia Stanislaus czy coś takiego. 
   — Proszę mu powiedzieć — rzekł krótko Battle do George’a Lomaxa. 
   George wyraźnie się do tego nie kwapił, ale nie miał innego wyjścia. 
   — Dżentelmenem,  który  przebywał  tu  incognito,  jako  hrabia  Stanislaus,  był  Jego 
Wysokość książę Michael z Herzoslovakii. 
   Anthony gwizdnął przeciągle. 
   — Diabelnie niezręczna sytuacja — zauważył. 

background image

 

58 

   Inspektor  Battle,  który  pilnie  obserwował  Anthony’ego,  chrząknął  krótko,  jak  gdyby 
coś niepomiernie go usatysfakcjonowało, po czym raptownie zerwał się na równe nogi. 
   — Chciałbym  zadać  jeszcze  parę  pytań  panu  Cade’owi  —  powiedział.  —  Jeżeli  można, 
zabrałbym go do sali obrad. 
   — Oczywiście, oczywiście — rzekł lord Caterham. 
   — Niech go pan zabiera, dokąd pan chce. Anthony wraz z detektywem wyszli. 
   Ciało  już  usunięto,  poza  ciemną  plamą  na  podłodze  nic  nie  wskazywało  na  to,  że 
rozegrała się tu tragedia. Słońce wpadało  przez troje oszklonych  drzwi,  napełniając pokój 
światłem,  uwypuklając  bujne  barwy  starego  malarstwa.  Anthony  rozejrzał  się  dokoła  z 
podziwem. 
   — Bardzo ładnie — skomentował. — Prawdziwa stara Anglia. 
   — Jak  się  panu  wydaje,  czy  właśnie  w  tym  pokoju  oddano  strzał?  —  zapytał  inspektor 
ignorując słowa pochwały. 
   — Zaraz zobaczę. 
   Anthony otworzył drzwi, wyszedł na taras i ogarnął wzrokiem dom. 
   — Tak,  w  tym  na  pewno  —  odparł.  —  Pokój  jest  częściowo  usytuowany  w  wykuszu  i 
zajmuje cały róg domu. Gdyby strzał padł gdzie  indziej, odgłos dotarłby do  mnie z lewej 
strony,  a  tak  usłyszałem  go  nieco  z  tyłu  i  raczej  z  prawa.  Dlatego  przyszedł  mi  na  myśl 
kłusownik.  Pokój  jest  na  samym  końcu  skrzydła  budynku,  jak  pan  widzi.  —  Wszedł  do 
środka i zapytał nagle, jakby dopiero teraz uprzytomnił sobie ten fakt: — Ale dlaczego pan 
pyta? Przecież pan wie, gdzie popełniono zbrodnię? 
   — Och! — westchnął inspektor. — My nigdy nie wiemy tyle, ile chcielibyśmy wiedzieć. 
Tak,  on  tutaj  został  zastrzelony,  istotnie.  Pan  coś  wspomniał  o  naciskaniu  klamek  tych 
oszklonych drzwi, prawda? 
   — Tak, były zamknięte od wewnątrz. 
   — Ile klamek pan naciskał? 
   — Wszystkie trzy. 
   — Jest pan tego pewien? 
   — Mam taki zwyczaj, że jestem pewny tego, co mówię. Dlaczego pan pyta? 
   — Śmieszna rzecz — powiedział inspektor. 
   — Jaka śmieszna rzecz? 
   — Kiedy  rano  stwierdzono  popełnienie  zbrodni,  środkowe  drzwi  nie  były  zamknięte, 
nawet na klamkę, otóż to. 
   — Fiu,  fiu,  fiu!  —  Anthony  usiadł  na  ławeczce  w  wykuszu  i  wyjął  papierośnicę.  —  To 
bomba.  Trzeba  więc  spojrzeć  na  to  pod  całkiem  innym  kątem.  Mamy  taką  alternatywę. 
Albo  książę  został  zabity  przez  kogoś  przebywającego  w  tym  domu  i  ten  ktoś  po  moim 
odejściu otworzył  drzwi,  żeby  wyglądało,  iż  zbrodnię  popełnił człowiek  z  zewnątrz,  albo 
też, nie owijając w bawełnę, ja kłamię. Śmiem przypuszczać, że pan się skłania do drugiej 
możliwości, ale słowo honoru, że nie ma pan racji. 
   — Powiem  panu  tylko  tyle,  że  nikt  nie  ma  prawa  opuścić  tego  domu,  dopóki  nie 
zakończę sprawy — oświadczył ponuro inspektor Battle. 
   Anthony  .obrzucił  go  bystrym  spojrzeniem.  —’—  Od  jak  dawna  pan  podejrzewa,  że  to 
dzieło kogoś z domowników? 
   Battle uśmiechnął się. 
   — Cały czas miałem takie odczucie. Pana osoba zbyt jaskrawo rzucała się w oczy, jeżeli 
mogę  to  tak  ująć.  Moje  wątpliwości  zaczęły  się  w  chwili,  gdy  się  okazało,  że  to  ślady 
pańskich butów. 

background image

 

59 

   — Brawo dla Scotland Yardu! — powiedział wesoło Anthony. 
   W  tym  jednak  momencie,  kiedy  Battle  najwyraźniej  wykluczył  osobę  Anthony’ego  z 
udziału w  zbrodni,  ten  ostatni  uświadomił  sobie,  że  teraz  bardziej  niż  kiedykolwiek  musi 
się mieć na baczności. Inspektor Battle był oficerem o wnikliwym umyśle. Nie było z nim 
żartów. 
   — Stało  się  to  tam,  prawda?  —  zapytał  Anthony  wskazując  głową  ciemną  plamę  na 
podłodze. 
   — Tak. 
   — Zastrzelono go z rewolweru? 
   — Tak,  nie  wiemy  tylko  jeszcze,  z  jakiego,  póki  podczas  sekcji  zwłok  nie  wyłuskają 
pocisku. — Jeszcze go nie wyjęli? 
   — Nie. 
   — Żadnych innych poszlak? 
   — No, mamy to. 
   Metodą niemal kuglarza  inspektor wyczarował pół arkusika papieru. I znowu kątem oka 
— udając, że tego nie czyni — obserwował badawczo Anthony’ego. 
   Lecz  Anthony  nie  okazał  śladu  zmieszania  czy  też  zdziwienia,  rozpoznając  rysunek  na 
tym skrawku. 
   — O, znowu  Towarzysze Czerwonej Ręki. Jeżeli zamierzają  rozrzucać to w charakterze 
ulotek,  powinni  zrobić  sobie  odbitki.  Sporządzanie  każdego  egzemplarza  oddzielnie  to 
potwornie nudna robota. Gdzie tę kartkę znaleziono? 
   — Pod zwłokami. Już pan to kiedyś widział? 
   Anthony opowiedział szczegółowo o swoim przelotnym kontakcie z owym obywatelsko–
duchowym stowarzyszeniem. 
   — Nasuwa się myśl, że Towarzysze go zabili. 
   — Dopuszcza pan taką możliwość, sir? 
   — To by współgrało z  głoszoną przez nich propagandą. Ale jak  uczy doświadczenie, ci, 
co głośno krzyczą o krwi,  nigdy  tak  naprawdę nie  mieli do czynienia z jej przelewaniem. 
Co  wcale  nie  oznacza,  że  nie  są  odważni.  Ponadto  to  ludzie  bardzo  malowniczy.  Nie 
wyobrażam  sobie  żadnego  z  Towarzyszy  jako  czcigodnego  gościa  wiejskiej  rezydencji. 
Zresztą kto to wie… 
   — Całkiem  słusznie,  panie  Cade.  Kto  to  wie.  Anthony  z  miną  nagle  rozbawioną 
powiedział: 
   — Przednia  myśl!  Otwarte  drzwi,  ślady  stóp,  podejrzany  obcy  człowiek  w  miejscowym 
hoteliku. Mogę jednak pana zapewnić, drogi inspektorze, że kimkolwiek jestem, to jestem, 
lecz w żadnym razie agentem Czerwonej Ręki. 
   Inspektor uśmiechnął się nieznacznie. A potem zagrał swoją ostatnią kartą: 
   — Nie ma pan żadnych obiekcji, żeby obejrzeć ciało? — wypalił niespodziewanie. 
   — Absolutnie żadnych — odparł Anthony. 
   Battle wyjął z kieszeni klucz i idąc przodem wzdłuż korytarza zatrzymał się przed jakimiś 
drzwiami i otworzył je. Był to jeden z małych saloników. Zwłoki leżały na stole, przykryte 
prześcieradłem. 
   Inspektor  zaczekał,  aż  Anthony  stanie  obok  niego,  i  wówczas  nagłym  szarpnięciem 
ściągnął prześcieradło. 
   Oczy  mu  rozbłysły,  gdy  Anthony  drgnął  i  z  ust  jego  wyrwał  się  zduszony  okrzyk 
zdziwienia. 

background image

 

60 

   — A  więc  rozpoznaje  go  pan?  —  zapytał  głosem,  w  którym  starał  się  wyciszyć  nutę 
triumfu. 
   — Tak,  miałem  okazję  go  poznać  —  rzekł  Anthony  biorąc  się  w  garść.  —  Ale  nie  jako 
księcia  Michaela  Obolovitcha.  Powiedział,  że  przybywa  z  polecenia  wydawnictwa 
„Balderson i Hodgkins” i że nazywa się Holmes. 
 
ROZDZIAŁ TRZYNASTY 
GOŚĆ Z AMERYKI 
    
   Inspektor  Battle  przykrył  z  powrotem  ciało  prześcieradłem  —  wyglądał  jak  człowiek 
zbity nieco z tropu, któremu nie wypalił najpewniejszy chwyt. 
   Anthony stał obok z rękami w kieszeniach, pogrążony w zadumie. 
   — A  więc  to  miał  na  myśli  stary  Lollipop  mówiąc:  „spróbujemy  w  inny  sposób”  — 
mruknął do siebie. 
   — Mówił pan coś? — spytał inspektor. 
   — Nie,  nic  takiego.  Proszę  mi  wybaczyć  roztargnienie.  Widzi  pan,  mnie,  a  właściwie 
mego przyjaciela Jimmy’ego McGratha bardzo sprytnie pozbawiono tysiąca funtów. 
   — Tysiąc funtów to okrągła sumka — stwierdził Battle. 
   — Niby  to  niewiele,  ale  zgadzam  się  z  panem,  że  sumka  jest  okrągła.  Na  samą  myśl  o 
tym  dostaję  szału.  Jak  ostatni  cymbał  sam  mu  oddałem  ten  rękopis.  Strasznie  przykre 
uczucie, inspektorze, naprawdę strasznie przykre. 
   Detektyw milczał. 
   — No  tak  —  powiedział  Anthony  —  co  się  stało,  to  się  nie  odstanie,  ale  może  nie 
wszystko  jeszcze  jest  stracone.  Między  dniem  dzisiejszym  a  środą  muszę  przechwycić 
wspominki tego poczciwego starucha Stylptitcha i po kłopocie. 
   — Przejdźmy  znowu,  jeśli  pan  pozwoli,  do  sali  obrad  —  rzekł  inspektor.  —  Chciałbym 
zwrócić pańską uwagę na jeszcze jedną drobną rzecz. 
   W sali obrad detektyw pomaszerował od razu do środkowych drzwi. 
   — Tak sobie myślę, wie pan… Właśnie te drzwi z trudem się otwierają, z dużym trudem. 
Mógł  się  pan  pomylić  twierdząc,  że  były  zamknięte.  Mogły  być  tylko  zatrzaśnięte.  Tak, 
jestem niemal pewien, że pan się pomylił. 
   Anthony spojrzał na niego badawczo. 
   — A jeśli panu powiem, że ja jestem absolutnie pewien, iż się nie pomyliłem? 
   — Nie sądzi pan, by to było możliwe? — zapytał Battle patrząc na niego surowo. 
   — No dobrze, chcąc sprawić panu przyjemność, inspektorze, odpowiem twierdząco. 
   Battle uśmiechnął się zadowolony. 
   — Ma  pan  szybki  refleks.  I  nie  będzie  pan  miał  żadnych  obiekcji,  by  w  odpowiednim 
momencie równie beztrosko udzielić takiej odpowiedzi? 
   — Żadnych. Ja… 
   Przerwał,  bo  Battle  chwycił  go  mocno  za  ramię.  Potem  pochylił  się  do  przodu, 
nadsłuchując.  Gestem  ręki  nakazując  Anthony’emu  ciszę,  podszedł  na  palcach, 
bezszelestnie, do drzwi i gwałtownym ruchem otworzył je na oścież. 
   Na  progu  stał  wysoki  mężczyzna  —  miał  czarne  włosy  z  pedantycznie  rozdzielonym 
przedziałkiem  pośrodku,  porcelanowoniebieskie  oczy  o  wybitnie  niewinnym  wyrazie  i 
dużą, łagodną twarz. 

background image

 

61 

   — Przepraszam,  panowie  —  powiedział  powoli,  cedząc  słowa,  z  wyraźnym 
transatlantyckim  akcentem.  —  Czy  wolno  obejrzeć  miejsce  popełnienia  zbrodni? 
Domyślam się, że obaj panowie są ze Scotland Yardu? 
   — Ja,  niestety,  nie  mam  tego  zaszczytu  —  rzekł  Anthony.  —  Ale  ten  dżentelmen  to 
inspektor Battle ze Scotland Yardu. 
   — Doprawdy? 

—  upewnił  się  Amerykanin,  sprawiając  wrażenie  wielce 

zainteresowanego.  —  Miło  mi  pana  poznać.  Ja  się  nazywam  Hiram  Fish  i  pochodzę  z 
Nowego Jorku. 
   — A co życzyłby pan sobie, zobaczyć? — zapytał detektyw. 
   Amerykanin  wszedł  ostrożnie  do  pokoju  i  z  ogromnym  zaciekawieniem  spojrzał  na 
ciemną plamę na podłodze. 
   — Interesuje  mnie  zbrodnia,  to  jedno  z  moich  hobby.  Napisałem  artykuł  do  pewnego 
naszego tygodnika pod tytułem Degeneracja i przestępczość. 
   Co  mówiąc  omiatał  wzrokiem  pokój,  jak  gdyby  notował  sobie  w  myślach  każdy  jego 
szczegół. Odrobinę dłużej zatrzymał spojrzenie na oszklonych drzwiach. 
   — Ciało — powiedział inspektor Battle, konstatując fakt oczywisty — zostało usunięte. 
   — Jasna rzecz — rzekł pan Fish. Jego oczy błądziły po wyłożonych boazerią ścianach. — 
Widzę tu, panowie, kilka pięknych obrazów. Holbein, dwa Van Dycki i jeśli się nie mylę, 
Velasquez. Interesuję się malarstwem, podobnie jak pierwszymi edycjami. Lord Caterham 
był taki uprzejmy, że zaprosił mnie do siebie właśnie po to, bym obejrzał jego kolekcję. 
   Westchnął ledwie słyszalnie. 
   — Rozumiem,  że  teraz  to  nie  wchodzi  w  grę.  I  chyba  goście  postąpiliby  najsłuszniej, 
gdyby natychmiast wrócili do miasta. 
   — Na  razie  jest  to  niemożliwe,  proszę  pana  —  powiedział  inspektor  Battle.  —  Przed 
przesłuchaniem nikomu nie wolno opuścić tego domu. 
   — Co pan mówi? A kiedy odbędzie się to przesłuchanie? 
   — Może  jutro,  a  może  dopiero  w  poniedziałek.  Musimy  zarządzić  sekcję  zwłok, 
skontaktować się z koronerem. 
   — Rozumiem — powiedział pan Fish. — Znajdujemy się w określonej sytuacji, chociaż 
trzeba przyznać, że weekend będzie raczej smętny. 
   Battlet skierował się ku drzwiom. 
   — Lepiej wynieśmy się stąd — rzekł. — Ten pokój trzymamy teraz pod kluczem. 
   Poczekał,  aż  pozostała  dwójka  przekroczy  próg,  następnie  włożył  klucz  do  zamka  i 
przekręcił. 
   — Zdaje mi się — zaczął pan Fish — że panowie szukacie odcisków palców. 
   — Możliwe —’powiedział lakonicznie inspektor. 
   — Ze  swej  strony  chciałbym  dodać,  że  w  nocy  takiej  jak  wczorajsza  intruz  powinien 
zostawić ślady stóp na podłodze. 
   — W pokoju nie było, tylko na zewnątrz, mnóstwo. 
   — Moje — wyjaśnił wesoło Anthony. 
   Pan Fish omiótł go spojrzeniem swoich niewinnych oczu. 
   — Młody człowieku — rzekł — pan mnie zadziwia. 
   Doszli do rogu, skręcili i znaleźli się w dużym, przestronnym hallu  — podobnie jak sala 
obrad wyłożonym starą, dębową boazerią — z obszerną galerią u góry. W końcu tego hallu 
zamajaczyły dwie postacie. 
   — Oho — powiedział pan Fish. — Nasz uroczy gospodarz. 

background image

 

62 

   Określenie tyczące lorda Caterhama było tak absurdalne, że Anthony  musiał odwrócić 
głowę, by ukryć uśmiech. 
   — A  towarzyszy  mu  —  ciągnął  Amerykanin  —  pewna  lady,  której  nazwiska  wczoraj 
wieczór nie dosłyszałem. Jest inteligentna, bardzo inteligentna. 
   Obok lorda Caterhama stała Virginia Revel. Anthony przewidywał, że dojdzie do takiego 
spotkania. Nie wiedział, jak się zachować. Niech Virginia przejmie ster w swoje ręce. Choć 
nie  wątpił  w  przytomność  jej  umysłu,  nie  miał  jednak  zielonego  pojęcia,  jaką  przyjmie 
metodę postępowania. Krótko jednak trwał w tej niewiedzy. 
   — No proszę, pan Cade — powiedziała. Wyciągnęła ku niemu obie ręce. — Więc mimo 
wszystko zdecydował się pan przyjechać! 
   — Droga  pani,  nie  wiedziałem,  że  pan  Cade  jest  z  panią  zaprzyjaźniony  —  powiedział 
lord Caterham. 
   — Jest  moim  starym  przyjacielem  —  oznajmiła  Virginia  uśmiechając  się  do 
Anthony’ego,  a  w  oczach  jej  pojawił  się  złośliwy  ognik.  —  Spotkałam  go  wczoraj 
przypadkowo i powiedziałam mu, że dziś tutaj będę. 
   Anthony błyskawicznie przejął pałeczkę. 
   — Tłumaczyłem  pani Revel —  mówił  — że  nie  mogłem  przyjąć pańskiego  uprzejmego 
zaproszenia, gdyż było skierowane do kogoś całkiem innego. I nie potrafiłbym podstępem 
narzucać panu swojej osoby. 
   — Dobrze,  już  dobrze,  mój  drogi  —  powiedział  lord  Caterham.  —  Co  było,  to  nie  jest. 
Poślę kogoś do „Krykiecisty” po pana bagaż. 
   — Bardzo to milo z pańskiej strony, milordzie, ale… 
   — Nonsens,  musi  pan być w „Chimneys”. Ten „Krykiecista” to podła  dziura, tak  mi się 
wydaje. 
   — Oczywiście, że powinien pan być z nami — rzekła ciepło Virginia. 
   Anthony  spostrzegł,  że  stosunek  do  niego  zmienił  się  radykalnie.  Ta  kobieta  wiele  dla 
niego zrobiła. Dzięki niej .przestał być zagadkowym przybyszem. Miała tak mocną pozycję 
w środowisku, nie do podważenia, że każdy człowiek, którego polecała, był automatycznie 
akceptowany.  Pomyślał  o  ukrytym  na  drzewie  w  Burnham  Beeches  rewolwerze  i 
uśmiechnął się w duchu. 
   — Poślę  kogoś  po  pana  manatki  —  powiedział  lord  Caterham  do  Anthony’ego.  — 
Przypuszczam, że w tej sytuacji polowanie się nie odbędzie. Szkoda. Ale nie nią rady. Nie 
wiem tylko, co, u diabła, począć z tym Isaacsteinem. Fatalnie się składa. 
   Zdeprymowany par westchnął ciężko. 
   — Wobec tego sprawa załatwiona — powiedziała Virginia. — Wykaże pan swoją wielką 
tu przydatność, zabierając  mnie  nad jezioro. Panuje tam  niebiański spokój, daleko jest od 
miejsca  zbrodni  i  tak  dalej.  To  potworne  przeżycie  dla  lorda  Caterhama,  że  zbrodni 
dokonano w jego domu. Ale to wina George’a. On urządza to weekendowe przyjęcie, jak 
.panu wiadomo. 
   — Och jej! — westchnął lord Caterham. — Nie powinienem był ulec George’owi. 
   Przybrał pozę silnego człowieka, który wyjątkowo okazał słabość. 
   — Przed  George’em  nie  sposób  się  obronić  —  orzekła  Virginia.  —  Trzyma  człowieka 
mocno  i  żadną  miarą  nie  można  się  uwolnić  od  jego  uchwytu.  Mam  zamiar  opatentować 
pomysł doczepianej klapy marynarki. 
   — Byłoby  wspaniale!  —  powiedział,  chichocząc,  pan  domu.  —  Rad  jestem,  że  przybył 
pan do nas, Cade. Potrzebuję wsparcia. 

background image

 

63 

   — Wysoko sobie cenię pańską  uprzejmość, lordzie Caterham  — powiedział  Anthony. 
— Tym bardziej — dodał — że jestem tak podejrzanym indywiduum. Ale mój pobyt tutaj 
jest na rękę panu Battle. 
   — W jakim sensie? — zapytał detektyw. 
   — Łatwiej jest mieć mnie na oku — wyjaśnił grzecznie Anthony. 
   A z szybkiego mrugnięcia powiek inspektora wywnioskował, że trafił w dziesiątkę.  
 
ROZDZIAŁ CZTERNASTY 
MÓWIĄCY GŁÓWNIE O POLITYCE I FINANSACH 
    
   Poza  owym  mrugnięciem  powiekami  inspektor  Battle  wykazywał  kamienny  spokój. 
Jeżeli nawet zdziwił go fakt, że Virginia i Anthony się znają, nie dał tego po sobie poznać. 
Stał wraz z  lordem Caterhamem  i obserwował tych dwoje wychodzących do  ogrodu. Pan 
Fish również odprowadzał ich wzrokiem. 
   — Miły młody człowiek — powiedział lord. 
   — Pani  Revel  musiała  się  ucieszyć,  że  spotkała  starego  przyjaciela  —  mruknął 
Amerykanin. — Znają się, jak sądzę, już dość długo, prawda? 
   — Na to wygląda — powiedział lord Caterham. 
   — Nigdy  jednak  nie  słyszałem,  by  wspomniała  o  nim  choć  raz.  O  właśnie,  inspektorze, 
pan Lomax pytał o pana. Jest w błękitnym pokoju. 
   — Dziękuję, milordzie. Zaraz tam idę. 
   Battle  bez  trudu  odnalazł  drogę  do  błękitnego  pokoju.  Zdążył  się  już  zaznajomić  z 
topografią domu. 
   — No, jest pan nareszcie — powiedział Lomax. Chodził niecierpliwie od jednego końca 
dywanu do drugiego. W pokoju znajdowała się jeszcze jedna osoba  — wysoki mężczyzna 
siedzący  na  fotelu  przy  kominku.  Ubrany  był  w  nienaganny,  angielski  strój  myśliwski, 
który  mimo  wszystko  dziwnie  na  nim  leżał.  Miał  tłustą,  żółtą  twarz  i  czarne  oczy,  tak 
przenikające na wskroś jak oczy kobry. Nos miał z pokaźnym garbkiem, a jego ogromna, 
kwadratowa szczęka świadczyła o sile. 
   — Proszę wejść, inspektorze  — powiedział  Lomax, wyraźnie zirytowany.  — I zamknąć 
drzwi za sobą. To jest pan Herman Isaacstein. 
   Battle skłonił z szacunkiem głowę. 
   O  panu  Isaacsteinie  wiedział  wszystko  i  —  choć  wielki  finansista  siedział  w  milczeniu, 
podczas gdy Lomax chodził tam i z powrotem i usta mu się nie zamykały — inspektor nie 
miał wątpliwości, kto dysponuje tu największą władzą. 
   — Możemy  teraz  porozmawiać  swobodniej  —  powiedział  Lomax.  —  Przy  lordzie 
Caterhamie  i  pułkowniku  Melrose  wolałem  zbyt  wiele  nie  mówić.  Rozumie  pan, 
inspektorze? Te sprawy nie mogą nabrać rozgłosu. 
   — Tak już niestety jest — rzekł Battle — że tym bardziej właśnie stają się głośne. 
   Na  tłustej,  żółtej  twarzy  pojawił  się  cień  uśmiechu.  Jak  szybko  się  pojawił,  tak  szybko 
zniknął. 
   — I co pan myśli o tym młodym człowieku, o Anthonym Cadzie?  — zapytał George. — 
Podtrzymuje pan, że jest niewinny? 
   Battle wzruszył nieznacznie ramionami. 
   — To, co  mówi,  brzmi  uczciwie.  Część jego  relacji  można  zweryfikować.  Jego  słowa  o 
przyczynie obecności tutaj ubiegłej nocy można by przyjąć za dobrą monetę. Zadepeszuję 
oczywiście do Afryki Południowej, by dowiedzieć się czegoś o jego przeszłości. 

background image

 

64 

   — Uważa pan, że jest poza wszelkimi podejrzeniami? 
   Battle uniósł swoją dużą, kwadratową dłoń. 
   — Nie tak szybko! Tego nie powiedziałem. 
   — Jaka  jest  pańska  wersja  wydarzeń,  inspektorze?  —  odezwał  się  po  raz  pierwszy 
Isaacstein. 
   Miał  głęboki  i  dźwięczny  głos,  w  pewnym  sensie  ujmujący.  W  latach  młodości  bardzo 
mu  to  na pewno pomagało podczas różnych konferencji.  — Na to  jest grubo za wcześnie, 
proszę pana. Nie odpowiedziałem sobie jeszcze na podstawowe pytanie. 
   — Jak ono brzmi? 
   — Zawsze tak samo. Motyw. Komu śmierć księcia Michaela przyniosłaby korzyść? Nim 
cokolwiek podejmiemy, musimy mieć odpowiedź na to właśnie pytanie. 
   — Rewolucyjna partia Herzoslovakii… — zaczął George. 
   Inspektor  Battle  przerwał  mu  machnięciem  ręki,  co  niewiele  miało  wspólnego  z  typową 
dla niego, pełną rewerencji postawą. 
   — — To nie dzieło Towarzyszy Czerwonej Ręki, jeżeli ich pan ma na myśli, sir. 
   — A kartka z namalowaną czerwoną ręką? 
   — Specjalnie podrzucona, by skierować na nich podejrzenie. 
   George poczuł się nieco urażony. 
   — Nie rozumiem doprawdy, inspektorze, jak można twierdzić to z taką pewnością. 
   — Daję  słowo,  panie  Lomax,  że  my  o  Towarzyszach  Czerwonej  Ręki  wiemy  wszystko. 
Mamy  ich  na  oku,  od  kiedy  książę  Michael  wylądował  w  Anglii.  Tego  typu  działania 
stanowią  podstawę  naszej  pracy.  Nie  pozwolilibyśmy  im  zbliżyć  się  do  niego  nawet  na 
milę. 
   — Zgadzam się z  inspektorem  Battle’em  — powiedział Isaacstein.  — Trzeba skierować 
wzrok w inną stronę. 
   — Widzi pan — zaczął Battle, ośmielony udzielonym mu poparciem — my w tej sprawie 
mamy bardzo mało danych. O ile nie wiemy, kto zyskuje na jego śmierci, to wiemy, kto na 
niej traci.  
   — To znaczy? — zapytał Isaacstein. Spojrzenie jego czarnych oczu wpiło się w twarz 
   Battle’a. Jeszcze bardziej teraz przypominały inspektorowi ślepia kobry. 
   — Pan  oraz  pan  Lomax,  nie  mówiąc  już  o  Herzoslovackiej  Partii  Lojalistów…  Jeśli 
wybaczy mi pan określenie, sir, to znaleźliście się panowie w podbramkowej sytuacji. 
   — Istotnie, inspektorze — potwierdził George wstrząśnięty do głębi. 
   — Dalej, inspektorze — powiedział Isaacstein. — Sytuację podbramkową można bardzo 
dokładnie określić. A pan jest człowiekiem inteligentnym. 
   — Zamierzaliście  mieć  króla.  I  straciliście  króla,  właśnie  tak!  —  Strzelił  tymi  swoimi 
grubymi  palcami.  —  Musicie  szybko  znaleźć  innego  kandydata.  A  to  wcale  nie  jest  takie 
proste.  Nie,  ja  nie  chcę  znać  szczegółów  waszego  planu,  prowizoryczny  zarys  mi 
wystarczy, ale, jak rozumiem, to jest duży interes, tak? 
   Isaacstein skłonił powoli głowę. 
   — Bardzo duży. 
   — Nasuwa mi się zatem drugie pytanie. Kto jest kolejnym następcą tronu Herzoslovakii? 
   Spojrzenia  Lomaxa  i  Isaacsteina  skrzyżowały  się.  Ten  ostatni  odpowiedział  z  niejakim 
oporem i sporą dozą wahania: 
   — Kolejnym  następcą…  byłby…  tak…  według  wszelkiego  prawdopodobieństwa  książę 
Nicholas. 
   — Aha! — rzekł Battle. — A co to za książę? 

background image

 

65 

   — Kuzyn księcia Michaela. 
   — Aha! Proszę mi zatem wszystko opowiedzieć o księciu Nicholasie, przede wszystkim, 
gdzie on się teraz znajduje. 
   — Niewiele o nim wiemy — odparł Lomax. — W młodości wyznawał dziwaczne ideały, 
związał  się  z  socjalistami  i  republikanami,  działał  w  sposób  wysoce  nie  licujący  z  jego 
pozycją. Wydalono go z Oxfordu za jakiś, jak przypuszczam, dziki wybryk. Przed dwoma 
laty  gruchnęła  wieść,  że  zmarł  w  Kongo,  ale  to  były  plotki.  Przed  paroma  miesiącami 
pojawił się na horyzoncie, kiedy rozeszła się fama o odnowieniu monarchii. 
   — Doprawdy? — spytał inspektor. — A gdzie on się pojawił? 
   — W Ameryce. 
   — W  Ameryce?  —  Battle  odwrócił  się  w  stronę  Isaacsteina,  rzucając  jedno  krótkie 
słowo: — Nafta? 
   Finansista skinął głową. 
   — Twierdził,  że  jeśli  Herzoslovacy  zechcą  mieć  króla,  będą  woleli  jego  niż  księcia 
Michaela,  gdyż  on  sympatyzuje  z  nowoczesnymi,  światłymi  prądami,  zwracał  uwagę  na 
swoje  wcześniejsze,  demokratyczne  poglądy,  na  sympatię  dla  ideałów  republikanów.  W 
zamian za poparcie finansowe był gotów udzielić koncesji pewnym grupom amerykańskich 
finansistów. 
   Inspektor Battle do tego stopnia zapomniał o typowej dla niego obojętności, że dał sobie 
folgę i przeciągle gwizdnął. 
   — To  ci  dopiero  —  mruknął.  —  A  tymczasem  lojaliści  poparli  księcia  Michaela.  I 
wydawało się niemal pewne, że wygra. No i wtedy to się wydarzyło. 
   — Nie przypuszcza pan chyba… — zaczął George. 
   — To był duży interes — powiedział Battle. — Tak twierdzi pan Isaacstein. A skoro on 
uważa, że interes jest duży, to jest duży. 
   — Często używa się  niegodziwych  metod  — powiedział Isaacstein ze spokojem.  — Jak 
na razie Wall Street wygrywa. Ale nie skończyli jeszcze ze mną. Inspektorze .Battle, jeśli 
chce pan przysłużyć się swojemu krajowi, niech pan odnajdzie zabójcę księcia Michaela. 
   — Jedno  wydaje  mi  się  ogromnie  podejrzane  —  wtrącił  George.  —  Dlaczego  nie 
przyjechał wczoraj razem z księciem jego koniuszy, kapitan Andrassy. 
   — Dowiadywałem się w tej kwestii — odparł Battle. 
   — To  całkiem  proste.  Został  w  mieście,  by  w  imieniu  księcia  Michaela  umówić  go  z 
pewną  panią  na  następny  weekend.  Baron  miałby  mu  za  złe  takie  sprawy,  uważa,  że  w 
obecnej  sytuacji  byłoby  to  wielce  nieroztropne,  toteż  Jego  Wysokość  musiał  działać 
potajemnie.  Miał  skłonności,  jeżeli  mogę  się  tak  wyrazić,  do…  raczej  hulaszczego  trybu 
życia. 
   — Niestety tak — powiedział głuchym głosem George. — Niestety tak. 
   — Jest jeszcze jedna rzecz, którą moim zdaniem należy wziąć pod uwagę  — powiedział 
Battle z niejakim ociąganiem. — Przypuszcza się, że Król Victor jest w Anglii. 
   — Król Victor? 
   Lomax ze zmarszczonym czołem szukał czegoś w pamięci. 
   — Ten znany francuski przestępca, sir. Otrzymaliśmy ostrzeżenie z S?reté w Paryżu. 
   — Rzeczywiście — powiedział Lomax. — Teraz sobie przypominam. Złodziej biżuterii, 
prawda? No cóż, to jest człowiek… 
   Nagle  przerwał.  Isaacstein,  który  ze  ściągniętymi  brwiami  i  roztargnioną  miną  stał  przy 
kominku, trochę za późno podniósł wzrok i nie zauważył ostrzegawczego spojrzenia, jakie 

background image

 

66 

inspektor  Battle  przesłał  George’owi.  Lecz  jako  człowiek  wyczulony  na  wibracje, 
świadom był narastającego napięcia. 
   — Nie będę ci już potrzebny, Lomax? — zapytał. 
   — Nie, dziękuję. 
   — Czy nie zburzy to pańskich planów, inspektorze Battle, jeśli powrócę do Londynu? 
   — Niestety tak — odparł  uprzejmie inspektor.  — Widzi pan, jeśli pan odjedzie,  inni też 
będą chcieli pójść w pańskie ślady. A to jest wykluczone. — Rozumiem. 
   Wielki finansista opuścił pokój zamykając za sobą drzwi. 
   — Fantastyczny facet z tego Isaacsteina — mruknął George od niechcenia. 
   — Ogromnie wpływowa osobistość — dodał inspektor Battle. 
   George znowu zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoju. 
   — To, co pan powiedział, bardzo mnie zaniepokoiło — rzekł. — Król Victor! Myślałem, 
że on jest w więzieniu. 
   — Wyszedł  przed  paroma  miesiącami.  Francuska  policja  zamierzała  deptać  mu  po 
piętach,  ale  on  był  chytrzejszy  i  wymknął  się  im.  Rzadko  się  spotyka  faceta  z  takim 
tupetem. Z jakichś względów Francuzi przypuszczają, że jest teraz w Anglii, i dali nam o 
tym znać. 
   — A co on by miał w Anglii do roboty? 
   — To już proszę samemu sobie na to odpowiedzieć — rzekł znacząco inspektor. 
   — Pan  uważa…?  Ma  pan  na  myśli…?  Tak,  zna  pan  tę  historię,  oczywiście,  tak,  tak, 
wiem, że pan zna. W owym czasie nie pracowałem naturalnie, ale dowiedziałem się o tym 
od poprzedniego lorda Caterhama. Niebywała katastrofa. 
   — Koh–i–noor — powiedział z zadumą Battle. 
   — Sza,  inspektorze!  —  George  rozejrzał  się  z  lękiem  dokoła.  —  Tylko  proszę  bez 
wymieniania nazw! Tak będzie bezpieczniej. A jeśli musi pan już o tym  mówić, to jako o 
sprawie ,,K”. 
   Z twarzy inspektora znów nic nie można było wyczytać. 
   — Czy łączy pan osobę Króla Victora z tą zbrodnią? — zapytał Lomax. 
   — Zakładam  taką  możliwość,  to  wszystko.  Jeśli  cofnie  się  pan  myślą  o  kilka  lat, 
przypomni pan sobie, że istniały cztery miejsca, gdzie.—., pewien królewski— gość mógł 
ukryć  klejnot.  Jednym  z  tych  miejsc  było  „Chimneys”.  Król  Victor  został  aresztowany  w 
Paryżu trzy dni po… że się tak wyrażę, zniknięciu „K”. Zawsześmy się łudzili, że pewnego 
dnia facet zaprowadzi nas do tego klejnotu. 
   — Przecież „Chimneys” było sto razy przetrząśnięte od podłogi do sufitu. 
   — Owszem — zgodził się Battle z przemądrzałą miną. — Ale żadne poszukiwanie nie da 
wyniku, jeśli się nie wie, gdzie szukać. Istnieje na razie tylko domniemanie, że Król Victor 
przybył tutaj w poszukiwaniu wiadomej rzeczy, zdziwił się, zastawszy tu księcia Michaela, 
i zastrzelił go. 
   — Całkiem  możliwe  —  rzekł  George.  —  Najbardziej  prawdopodobne  rozwiązanie 
zagadki. 
   — Ja bym tak daleko się nie posuwał. Tylko możliwe, nic ponadto. 
   — Dlaczego? 
   — Ponieważ Król Victor nie znosi mokrej roboty — powiedział poważnie Battle. 
   — Ojej, człowiek taki jak on… niebezpieczny kryminalista… 
   Inspektor potrząsnął głową, absolutnie nie przekonany. 
   — Kryminaliści,  panie  Lomax,  działają  zawsze  w  sposób  dla  nich  typowy.  To  dziwne. 
Mimo wszystko jednak… 

background image

 

67 

   — Tak? 
   — Chciałbym zadać parę pytań służącemu księcia. Celowo zostawiłem  go sobie  na sam 
koniec. Jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu, poprosiłbym go tutaj. 
   George wyraził zgodę. Inspektor zadzwonił. Tredwell stanął w drzwiach na ten sygnał, po 
czym oddalił się z poleceniami inspektora. 
   Wrócił  niebawem  wraz  z  wysokim,  jasnowłosym  mężczyzną  o  wystających  kościach 
policzkowych, głęboko osadzonych, niebieskich oczach i obojętnym wyrazie twarzy  — w 
tej dyscyplinie mógł śmiało konkurować z inspektorem Battle’em. 
   — Boris Anchoukoff? 
   — Tak. 
   — Był pan lokajem księcia Michaela? 
   — Tak, byłem lokajem Jego Wysokości. 
   Mówił biegle po angielsku, choć z wyraźnym, twardym, obcym akcentem. 
   — Czy wiadomo panu, że pański chlebodawca został ubiegłej nocy zamordowany? 
   Gardłowe  jakby  zwierzęce  warknięcie  było  jedyną  odpowiedzią  tego  człowieka. 
Przeraziło to George’a, który cofnął się zapobiegliwie w stronę okna. 
   — Kiedy ostatnio widział pan księcia? 
   — Jego Wysokość udał się na spoczynek o wpół do jedenastej. Ja, jak zawsze, spałem w 
przedpokoju  obok  jego  sypialni.  Musiał  wyjść  innymi  drzwiami,  tymi,  co  wychodzą  na 
korytarz, i potem zejść na dół. Nic nie słyszałem. Niewykluczone, że mnie uśpiono. Złym 
byłem sługą, spałem, kiedy mój pan się obudził. Jestem po stokroć przeklęty. 
   George spojrzał na lokaja urzeczony jego słowami. 
   — Kochał pan swojego pana, prawda? — zapytał Battle obserwując bacznie Borisa. 
   Twarz skurczyła mu się boleśnie. Dwukrotnie przełknął ślinę. A gdy w końcu przemówił, 
w jego chrapliwym głosie wyczuwało się wzruszenie. 
   — Mówię to wam, angielskim policjantom, ja oddałbym za niego życie. A skoro on jest 
martwy,  a  ja  wciąż  żyję,  moje  oczy  nie  zaznają  snu,  moje  serce  ukojenia,  póki  go  nie 
pomszczę.  Jak  pies  będę  węszył  mordercę,  a  kiedy  go  dopadnę…  och!  —  W  oczach 
zapaliły  mu się  iskierki. Wyciągnął  nagle spod poły  marynarki ogromny  nóż  i zaczął  nim 
wywijać ponad głową. — Nie od razu go zabiję, o nie! Najpierw utnę mu nos, potem uszy, 
potem oczy mu wyłupię i dopiero wtedy, wtedy, pachnę go nożem w to jego czarne serce! 
   Schował szybko nóż, odwrócił się i wyszedł z pokoju. Oczy George’a Lomaxa, z natury 
wytrzeszczone, teraz wyskakiwały niemal z orbit, gdy patrzył na zamknięte już za lokajem 
drzwi. 
   — Żywiołowy  Herzoslovak  —  mruknął.  —  Naród  na  niskim  poziomie  cywilizacji. 
Bandyckie plemię. 
   Inspektor Battle zerwał się żwawo z miejsca. 
   — Albo  ten  człowiek  jest  szczery  —  powiedział  —  albo  to  największy  blagier,  jakiego 
dane mi było w życiu spotkać. Jeżeli to pierwsze, to Boże miej w swojej opiece mordercę 
księcia Michaela, kiedy dostanie się w łapy tego wściekłego psa! 
 
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 
CZŁOWIEK Z FRANCJI 
    
   Virginia  i  Anthony  szli  ścieżką  prowadzącą  do  jeziora.  Parę  minut  po  wyjściu  z  domu 
trwało między nimi milczenie. Przerwała je Virginia, mówiąc ze śmiechem: 

background image

 

68 

   — O  Boże,  czy  to  nie  straszne?!  Tyle  słów  ciśnie  mi  się  na  usta,  o  tylu  sprawach 
chciałabym się dowiedzieć, że po prostu nie wiem, od czego zacząć. Po pierwsze — zniżyła 
głos — co pan zrobił z ciałem? Brzmi to okropnie, prawda? Nigdy nie przypuszczałam, że 
będę zamieszana w morderstwo. 
   — Ma pani, jak sądzę, dziewicze doznania — zgodził się Anthony. 
   — A dla pana to zwykła rzecz? 
   — Co prawda, nigdy dotąd nie pozbywałem się zwłok. 
   — Proszę mi opowiedzieć, jaki to miało przebieg. 
   Krótko  i  zwięźle  Anthony  opisał  krok  po  kroku  swoje  poczynania  z  ubiegłej  nocy, 
Virginia słuchała z wielką uwagą. 
   — Mądrze pan postąpił — powiedziała, gdy skończył opowieść. — W drodze powrotnej 
odbiorę  kufer  z  przechowalni  dworca  Paddington.  Jedyny  problem  może  powstać  wtedy, 
gdy zaczną pana pytać, gdzie pan był wczoraj wieczór. 
   — Nie  przewiduję  takiej  ewentualności.  Ciało  mogli  najwcześniej  odnaleźć  wczoraj 
późną  nocą  lub  dziś  rano.  W  przeciwnym  wypadku  byłoby  coś  ha  ten  temat  w  prasie 
porannej.  I  cokolwiek  by  o  tym  pisano  w  powieściach  kryminalnych,  lekarze  nie  są  aż 
takimi magikami, żeby dokładnie określić, od jak dawna człowiek nie żyje. Toteż nie ustalą 
precyzyjnie  godziny  jego  ;  śmierci.  Znacznie  bardziej  by  mi  się  przydało  alibi  na 
wczorajszą noc. 
   — Wiem. Lord Caterham wszystko mi opowiedział. Ale ten człowiek ze Scotland Yardu 
jest absolutnie przekonany o pańskiej niewinności, prawda? 
   Anthony nie od razu odpowiedział. 
   — Nie wygląda na szczególnie bystrego — zauważyła Virginia. 
   — Nie powiedziałbym — rzekł wolno Anthony. 
   — Odnoszę  wrażenie,  że  inspektor  Battle  nie  jest  w  ciemię  bity.  Wszystko  wskazuje  na 
to, że wierzy w moją niewinność, ale nie jestem tego pewny na sto procent. Głowi się teraz 
nad pozornym brakiem motywu z mojej strony. 
   — Pozornym?!  —  wykrzyknęła  Virginia.  —  A  cóż  by  pan  miał  za  cel  w  mordowaniu 
nieznanego sobie zagranicznego arystokraty? 
   Anthony spojrzał na nią ostro. 
   — Swego czasu była pani w Herzoslovakii, prawda? — zapytał. 
   — Tak. Z mężem, przez dwa lata, w naszej ambasadzie. 
   — Tuż  przed  zamordowaniem  króla  i  królowej?  Zetknęła  się  pani  może  z  księciem 
Michaelem Obolovitchem? 
   — Z  Michaelem?  Oczywiście.  Niezły  był  z  niego  numer.  Pamiętam,  że  proponował  mi, 
bym go morganatycznie poślubiła. 
   — Doprawdy? A co proponował, by pani zrobiła ze swoim mężem? 
   — Och, on zwykł działać według pewnego schematu… 
   — Jak pani zareagowała na tę jego uprzejmą ofertę? 
   — No  wie  pan  —  rzekła  Virginia.  —  W  życiu  trzeba  być  niestety  dyplomatą.  Biedny, 
mały Michael, nie powiedział tego wprost. Mimo to wycofał się głęboko urażony. Ale skąd 
to zainteresowanie Michaelem? 
   — Typową  dla  mnie  krętą  drogą  zaczynam  do  czegoś  dochodzić.  Rozumiem,  że  nie 
spotkała pani tutaj tego zamordowanego człowieka? 
   — Nie.  Mówiąc  językiem  powieści:  „natychmiast  po  przyjeździe  oddalił  się  do  swoich 
apartamentów”. 
   — I nie widziała pani zwłok? 

background image

 

69 

   Virginia  potrząsnęła  przecząco  głową,  spoglądając  na  Anthony’ego  z  dużym 
zainteresowaniem. 
   — A pozwolono by pani je obejrzeć, jak pani sądzi? 
   — Dzięki  wpływom  na  wysokim  szczeblu,  mam  na  myśli  lorda  Caterhama,  chyba  by 
pozwolono. Ale dlaczego pan pyta? Czy to rozkaz? 
   — Broń  Panie  Boże!  —  odrzekł  Anthony  głosem  pełnym  przerażenia.  —  Czyżbym 
według  pani  miał  dyktatorskie  zapędy?  Nie,  chodzi  po  prostu  o  taką  rzecz.  Hrabia 
Stanislaus to pseudo księcia Michaela z Herzoslovakii. 
   Zdumiona Virginia zrobiła wielkie oczy. 
   — Rozumiem.  —  I  nagle  uśmiechnęła  się  dziwnie,  asymetrycznie.  —  Chyba  pan  nie 
sugeruje, że Michael poszedł od razu do swoich pokoi tylko dlatego, by  uniknąć spotkania 
ze mną? 
   — Coś  w  tym  sensie  —  przyznał  Anthony.  —  Widzi  pani,  jeżeli  mam  rację 
przypuszczając,  że  ktoś  chciał  pani  przeszkodzić  w  przyjeździe  do  „Chimneys”,  to  z 
pewnością dlatego, że była pani w Herzoslovakii. Czy zdaje sobie pani sprawę z faktu, iż 
jest pani jedyną osobą, która znała księcia Michaela? 
   — Czy pan  uważa, że ów zamordowany człowiek  nie był tym, za kogo się podawał?  — 
spytała ostro Virginia. 
   — Taka  ewentualność  przyszła  mi  do  głowy.  Gdyby  udało  się  pani  skłonić  lorda 
Caterhama do pokazania pani zwłok, sprawa od razu by się wyjaśniła. 
   — Zastrzelono  go  o  jedenastej  czterdzieści  pięć  —  powiedziała  z  zadumą.  —  Godzina, 
która była wypisana na tym skrawku papieru. Wszystko to jest strasznie tajemnicze. 
   — Coś sobie przypomniałem. Czy tam jest okno pani pokoju? Drugie od końca nad salą 
obrad? 
   — Nie, mój pokój mieści się w skrzydle elżbietańskim, po drugiej stronie. Dlaczego pan 
pyta? 
   — Po  prostu  dlatego,  że  kiedy  ubiegłego  wieczoru  odchodziłem  stąd  po  usłyszeniu 
strzału, w tamtym pokoju zapaliło się światło. 
   — Ciekawe! Nie wiem, kto go zajmuje, ale mogę zapytać o to Bundle. Może ten ktoś też 
usłyszał strzał? 
   — Jeżeli tak, to się z tym nie zdradził. Zdaniem inspektora nikt w całym domu nie słyszał 
strzału. To jest jedyny ślad, jaki udało mi się chwycić, na pewno lichy, lecz bez względu na 
wszystko zamierzam się go trzymać. 
   — To naprawdę ciekawa rzecz — powiedziała Virginia w zamyśleniu. 
   Doszli do przystani nad jeziorem i oparci łokciami o balustradę rozmawiali. 
   — Mimo  jednak  całej  tej  historii  —  zaczął  Anthony  —  powiosłujemy  sobie  miło  po 
jeziorze,  dalecy  od  wścibskich  uszu  Scotland  Yardu,  gości  z  Ameryki  i  ciekawskich 
służących. 
   — Lord  Caterham  coś  mi  wspominał  —  powiedziała  —  ale  dość  mętnie.  A  więc  do 
rzeczy:  kim  pan  właściwie  jest,  Anthonym  Cade’em  czy  Jimmym  McGrathem?  Po  raz 
drugi  tego  poranka  Anthony  przedstawił  swoje  dzieje  z  ostatnich  sześciu  tygodni,  z  tą 
różnicą, że relacja składana Virginii nie wymagała modelowania. Zakończył rozpoznaniem 
przez siebie w ofierze zabójstwa „pana Holmesa”. 
   — A propos, droga pani — dodał jeszcze. — Nie zdążyłem pani —podziękować za to, że 
narażając na szwank swoje dobre imię, zaliczyła mnie pani w poczet starych przyjaciół. 
   — Bo jest pan moim starym przyjacielem! — zawołała Virginia. — Czy pan sądzi, że po 
wspólnym pozbywaniu się trupa będę pana traktowała jako po prostu znajomego? Co to to 

background image

 

70 

nie! — zamilkła na chwilę. — Wie pan, co mnie w tym wszystkim najbardziej nęka? Że 
za tymi pamiętnikami kryje się jeszcze jakaś tajemnica, której nie zdołaliśmy zgłębić. 
   — I ja tak sądzę — zgodził się. — Chciałbym dowiedzieć się od pani pewnej rzeczy. 
   — Jakiej? 
   — Dlaczego  pani  się  zdziwiła,  gdy  wczoraj  na  Pont  Street  wspomniałem  nazwisko 
Jimmy McGrath? Znała je pani? 
   — Owszem,  Sherlocku  Holmesie.  George,  mój  kuzyn,  to  znaczy  George  Lomax, 
odwiedził  mnie  pewnego  dnia  i  zaczął  opowiadać  o  jakichś  idiotycznych  sprawach. 
Chodziło  mu  mianowicie  o  to,  bym  przyjechała  do  „Chimneys”  i  była  sympatyczna  dla 
tego  właśnie  McGratha,  i  żebym  jakimś  cudem  wydobyła  od  niego  pamiętniki.  Tak  tego, 
rzecz  jasna,  nie  formułował.  Wygadywał  bzdury  o  angielskich  arystokratkach  i  jeszcze  o 
czymś tam ględził, ale prawdziwy sens jego słów jawił mi się dość wyraźnie. Biedny stary 
George  knuje  coś  paskudnego.  A  kiedy  okazało  się,  że  chcę  za  dużo  wiedzieć,  usiłował 
zbyć mnie żałosnymi kłamstwami, na jakie żadne dziecko nie dałoby się nabrać. 
   — W  każdym  razie  wygląda  na  to,  że  jego  plan  jest  w  trakcie  realizacji  —  zauważył 
Anthony. — Jestem tutaj, tak jak na to liczył, jest pani, i wyraźnie obdarza mnie sympatią. 
   — Tylko  że  na  nieszczęście  biednego,  starego  George’a  nie  ma  pamiętników!  Teraz  ja 
zadam panu pytanie. Kiedy powiedziałam, że to nie ja pisałam te listy, pan odrzekł, że tak, 
wie pan o tym. Skąd pan o tym wiedział? 
   — Wiedziałem — odparł z uśmiechem. — Znam się trochę na psychologii. 
   — Znaczy to, że pańska wiara w moralną nieskazitelność mojego charakteru… 
   Anthony energicznie potrząsnął głową. 
   — Nic  z  tych  rzeczy.  O  moralnej  nieskazitelności  pani  charakteru  nic  mi  nie  jest 
wiadomo.  Mogła  pani  mieć  kochanka  i  mogła  do  niego  pisać.  Nigdy  jednak  nie 
pozwoliłaby  się  pani  szantażować.  Sądząc  z  tych  listów,  Virginia  Revel  była  śmiertelnie 
przerażona. Pani zaś w takiej sytuacji podjęłaby walkę. 
   — Ciekawe,  kim  jest  ta  Virginia  Revel,  gdzie  mieszka.  Doznaję  głupiego  uczucia, 
jakbym miała sobowtóra. 
   Anthony zapalił papierosa. 
   — A  czy  pani  wie,  że  jeden  z  listów  był  pisany  w  „Chimneys”?  —  zapytał  po  dłuższej 
chwili. 
   — Co?! — Virginia była wstrząśnięta. — Kiedy? 
   — Nie miał daty. Dziwna historia, prawda? 
   — Jestem  absolutnie  pewna,  że  żadna  inna  Virginia  Revel  nigdy  nie  przebywała  w 
„Chimneys”.  Jeżeli  przebywała,  to  Bundle  lub  lord  Caterham  wspomnieliby  mi  coś  na 
temat  tej  niesamowitej  zbieżności  nazwisk.  —  Tak,  to  rzeczywiście  zastanawiające.  Ale 
wie pani co? Ja zaczynam poważnie wątpić w istnienie tej drugiej Virginii Revel. 
   — Osoba raczej nieuchwytna — zgodziła się Virginia. 
   — Zdecydowanie  nieuchwytna.  Przychodzi  mi  do  głowy,  że  autorka  tych  listów 
posłużyła się tendencyjnie pani nazwiskiem. 
   — W jakim celu?! — niemal krzyknęła. — Co to miałoby za sens? 
   — To jest właśnie pytanie. Przyczyn może być cholernie dużo. 
   — Kto  pana  zdaniem  zabił  Michaela?  —  zapytała  nagle  Virginia.  —  Towarzysze 
Czerwonej Ręki? 
   — Może  i  oni  —  odparł  niepewnie.  —  Tego  typu  zabójstwa  są  dla  nich 
charakterystyczne. 

background image

 

71 

   — Do  dzieła  —  powiedziała  szybko.  —  Lord  Caterham  i  Bundle  wyszli  właśnie  na 
spacer.  Pierwsza  rzecz  to  należy  definitywnie  ustalić,  czy  nieboszczyk  to  istotnie  książę 
Michael. 
   Anthony dowiosłował do brzegu i po paru minutach oboje dołączyli do lorda Caterhama i 
jego córki. 
   — Obiad  się  opóźnia  —  powiedział  jego  lordowska  mość  zdeprymowanym  tonem.  — 
Inspektor Battle obraził prawdopodobnie kucharza. 
   — To mój przyjaciel — powiedziała Virginia do Bundle. — Bądź dla niego miła. 
   Bundle  przez  kilka  minut  mierzyła  Anthony’ego  uważnym  spojrzeniem,  po  czym 
powiedziała do Virginii, jak gdyby jego przy tym nie było: 
   — Skąd  wytrzasnęłaś  takiego  przystojnego  mężczyznę?  Jak  ty  to  robisz?  —  zapytała  z 
zazdrością. 
   — Możesz  go  sobie  wziąć  —  oświadczyła  Virginia  wielkodusznie.  —  Ja  biorę  lorda 
Caterhama. 
   Uśmiechnęła  się  do  wysoce  tym  pochlebionego  para,  wsunęła  mu  rękę  pod  ramię  i 
oddalili się krok za krokiem. 
   — Potrafi pan rozmawiać? — zapytała Bundle. — Czy też jest pan wyłącznie milczący i 
silny? 
   — Rozmawiać?  —  powtórzył  Anthony.  —  Ja  paplam.  Mamroczę.  Szemrzę  niczym 
strumyk. A czasem nawet zadaję pytania. 
   — Jakie na przykład? 
   — Kto zajmuje drugi pokój od końca po lewej stronie? 
   Co mówiąc wskazał ręką kierunek. 
   — Pytanie dość niezwykłe  — rzekła Bundle. — Pan mnie zaciekawia. Zaraz, zaraz, tak, 
to  pokój  mademoiselle  Brun,  francuskiej  guwernantki.  Usiłuje  trzymać  w  ryzach  moje 
młodsze siostry. Dulcie i Daisy, jak w tej piosence, wie pan. Sądzę, że następną nazwaliby 
Dorothy May. Ale naszą matkę zmęczyło wydawanie na świat samych dziewczyn i umarła. 
Pomyślała sobie, że kto inny powinien podjąć się wydania na świat spadkobiercy. 
   — Mademoiselle  Brun  —  powtórzył  Anthony  w  zamyśleniu.  —  Od  jak  dawna  jest  u 
państwa? 
   — Od dwóch miesięcy. Przyjechała tu, kiedy byliśmy w Szkocji. 
   — Hm! — mruknął. — Czuję pismo nosem. 
   — Ja  osobiście  wolałabym  czuć  nosem  obiad  —  powiedziała  Bundle.  —  Czy  mam 
zaprosić  na  obiad  tego  faceta  ze  Scotland  Yardu,  jak  pan  uważa?  Pan  jest  człowiekiem 
światowym,  pan  zna  się  na  policyjnej  etykiecie.  A  jak  dotąd  nigdy  w  tym  domu  nie 
popełniono morderstwa. To jest emocjonujące, prawda? Szkoda, że dziś rano oczyszczono 
pana z wszelkich podejrzeń. Zawsze marzyłam o tym, żeby spotkać mordercę i przekonać 
się  na  własne  oczy,  czy  ci  mordercy  są  rzeczywiście  tacy  sympatyczni  i  czarujący,  jak 
opisują to niedzielne wydania gazet. O Boże, a to co? 
   — „To”  było  taksówką  zmierzającą  w  stronę  domu.  Siedzieli  w  niej  dwaj  pasażerowie, 
jeden łysy z czarną brodą, a drugi niższy i młodszy, z czarnymi wąsami. Anthony rozpoznał 
pierwszego z wymienionych  i domyślił się, że to on  —  nie zaś pojazd —  wyrwał  okrzyk 
zdumienia z ust jego towarzyszki. 
   — Jeżeli się nie mylę — zauważył — to jedzie tu mój stary przyjaciel, baron Lollipop. 
   — Baron jaki? 
   — Dla  wygody  nazywam  go  Lollipopem.  Wymawianie  jego  prawdziwego  nazwiska 
podnosi mi ciśnienie. 

background image

 

72 

   — A  dziś  rano  jego  brzmienie  uszkodziło  niemal  telefon  —  stwierdziła  Bundle.  —  A 
więc  baron,  tak?  Przewiduję,  że  po  południu  będę  musiała  się  nim  zająć,  a  cały  ranek 
zablokował  mi pan Isaacstein.  Niechby George sam odwalał tę swoją brudną  robotę, i  do 
diabła z polityką. Proszę  mi wybaczyć, panie Cade, że pana opuszczę, ale  muszę trwać  u 
boku mojego biednego ojca. 
   Bundle oddaliła się szybko w stronę domu. 
   Anthony  przez  parę  minut  odprowadzał  ją  wzrokiem,  po  czym,  pogrążony  w  zadumie, 
zapalił papierosa. W trakcie tej czynności uszu jego dobiegł jakiś odgłos tuż obok. Stał przy 
samej przystani, a ten odgłos docierał do niego jakby zza rogu. Gdyby chciał go określić, 
powiedziałby, że wyglądało to tak, jakby jakiś człowiek usiłował powstrzymać kichnięcie. 
   — Ciekaw  jestem  —  mruknął  pod  nosem  Anthony  —  bardzo  jestem  ciekaw,  kto  może 
być za tą przystanią. Trzeba się będzie samemu o tym przekonać. 
   Wprowadzając słowa w czyn, rzucił zgaszoną uprzednio zapałkę i lekkim, bezszelestnym 
krokiem pobiegł za róg budynku. 
   Wpadł na człowieka, który klęczał na ziemi i czynił wysiłki, żeby wstać. Mężczyzna ów 
był wysoki, miał na sobie jasny płaszcz, na nosie okulary, krótką, czarną bródkę w szpic i 
odznaczał się nieco afektowanym sposobem bycia. Był między trzydziestką a czterdziestką 
i ogólnie rzecz biorąc, wyglądał bardzo szacownie. 
   — Co pan tu robi? — zapytał Anthony. 
   Był absolutnie pewien, że ten mężczyzna nie zaliczał się do grona gości lorda Caterhama. 
   — Proszę  mi  wybaczyć  —  rzekł  ów  człowiek  z  wyraźnym  obcym  akcentem, 
wykrzywiając  usta.  w  niby  to  przyjacielskim  uśmiechu.  —  Wracając  do  „Wesołego 
Krykiecisty” zabłądziłem. Czy monsieur byłby tak dobry i wskazał mi kierunek? 
   — Oczywiście — zapewnił Anthony. — Ale przez wodę raczej pan się tam nie dostanie. 
   — Co? — zapytał cudzoziemiec tonem człowieka zbitego z pantałyku. 
   — Powiedziałem  —  powtórzył  Anthony,  spoglądając  znacząco  na  przystań  —  że  drogą 
wodną  pan  się  tam  nie  dostanie.  Najprościej  byłoby  przez  park,  niedaleko  stąd,  ale  to 
wszystko jest prywatna posiadłość. Naruszył pan jej granice. 
   — Ogromnie  mi  przykro.  Musiałem  zgubić  kierunek.  Zamierzałem  tutaj  uzyskać 
informację. 
   Anthony powstrzymał się przed uwagą, że klęczenie za przystanią to dość dziwny sposób 
zdobywania informacji. Dotknął delikatnie ramienia mężczyzny. 
   — Proszę iść tędy — powiedział. — Na prawo, dokoła jeziora i potem prosto, niech pan 
tylko  nie  przeoczy  ścieżki.  Jak  pan  do  niej  dojdzie,  proszę  skręcić  na  lewo,  i  ta  ścieżka 
doprowadzi pana do wioski. Pan, zdaje się, mieszka w „Krykieciście”, tak? 
   — Tak,  monsieur.  Od  dziś  rana.  Wielkie  dzięki,  że  był  pan  tak  uprzejmy  i  wskazał  mi 
drogę. 
   — Bardzo mi było miło — rzekł Anthony. — Mam nadzieję, że się pan nie zaziębił? 
   — Słucham? — spytał cudzoziemiec. 
   — Od  klęczenia  na  wilgotnej  ziemi  —  wyjaśnił  Anthony.  —  Wydawało  mi  się,  że  pan 
kichał. 
   — Właśnie miałem kichnąć — sprostował mężczyzna. 
   — Otóż właśnie — powiedział Anthony. — Nie powinien pan powstrzymywać kichania. 
Mówił mi o tym kiedyś jeden ze sławnych lekarzy. To piekielnie niebezpieczne. Trudno mi 
określić, jaką szkodę wyrządzi to panu, może źle wpłynie na krążenie krwi, tak czy owak 
proszę tego nigdy nie robić. Do widzenia. 
   — Do widzenia, monsieur, i dziękuję za wskazanie mi drogi. 

background image

 

73 

   — Drugi  podejrzany  cudzoziemiec  w  wiejskim  hoteliku  —  wymamrotał  Anthony 
obserwując  oddalającą  się  sylwetkę.  —  I  pierwszy,  którego  nie  potrafię  rozszyfrować. 
Aparycja francuskiego kupca obwoźnego. Nie wygląda mi na Towarzysza Czerwonej Ręki. 
A  może  reprezentuje  trzecią  partię  w  tej  niespokojnej  Herzoslovakii?  Francuska 
guwernantka  zajmuje  pokój,  którego  okno  jest  drugie  od  końca.  Tajemniczy  Francuz 
kręcący  się  po  okolicy  i  podsłuchujący  rozmowy  nie  przeznaczone  dla  jego  uszu.  Głowę 
daję, że coś się za tym kryje. 
   Pogrążony  w  rozmyślaniach  skierował  kroki  ku  domowi.  Na  tarasie  ujrzał  lorda 
Caterhama,  przygnębionego  stosownie  do  sytuacji,  oraz  dwóch  nowych  gości.  Na  widok 
Anthony’ego lord ożywił się nieco. 
   — No,  jest  pan  nareszcie  —  stwierdził.  —  Pozwoli  pan,  że  go  przedstawię  baronowi… 
hm… tego… a także kapitanowi Andrassy’emu. Pan Anthony Cade. 
   Baron patrzył na Anthony’ego z rosnącą podejrzliwością. 
   — Pan Cade? — zapytał oschle. — Nie sądzę. 
   — Słówko na osobności, panie baronie — rzekł Anthony. — Wszystko panu wyjaśnię. 
   Baron skinął głową i obaj panowie poszli wzdłuż tarasu. 
   — Panie  baronie  —  zaczął  Anthony  —  zdaję  się  na  pana  łaskę  i  niełaskę.  Tak  dalece 
nadszarpnąłem honor angielskiego dżentelmena, że przybyłem do tego kraju pod nie swoim 
nazwiskiem.  Przedstawiłem  się  panu  jako  James  McGrath  —  lecz  musi pan  przyznać,  że 
popełnione przez mnie oszustwo ma znikomą rangę. Zna pan niewątpliwie dzieła Szekspira 
i  jego  uwagi  na  temat  tego,  jak  nieważne  są  nazwy  poszczególnych  gatunków  róż. 
Podobnie  ta  sprawa.  Człowiek,  z  którym  chciał  się  pan  widzieć,  był  posiadaczem 
pamiętników. Ja byłem tym człowiekiem. Świetnie się pan ponadto orientuje, że pamiętniki 
zmieniły  już  właściciela.  Zręczny  chwyt,  baronie,  bardzo  zręczny  chwyt.  Czyj  to  był 
pomysł, pana czy pańskiego zwierzchnika? 
   — To był pomysł Jego Wysokości. I tylko on mógł sobie pozwolić na wprowadzenie go 
w czyn. 
   — Zrobił to wspaniale! — powiedział Anthony z uznaniem. — Nigdy bym nie pomyślał, 
że to nie dzieło Anglika. 
   — Książę  otrzymał  wykształcenie  godne  angielskiego  dżentelmena  —  wyjaśnił  baron. 
Takie obyczaje panują w Herzoslovakii. 
   — Żaden  profesjonalista  nie  świsnąłby  tego  rękopisu  w  sposób  bardziej  doskonały.  Czy 
będę  niedyskretny,  jeśli  zapytam,  co  się  z  nim  stało?  —  Mówiąc  między  nami 
dżentelmenami… — zaczął baron. 
   — Jest  pan  bardzo  uprzejmy,  baronie  —  burknął  Anthony.  —  Nigdy  tak  często  nie 
nazywano mnie dżentelmenem, jak w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. 
   — Powiem to panu: przypuszczam, że zostały spalone. 
   — Pan przypuszcza, ale nie wie na pewno, tak? 
   — Jego Wysokość trzymał je przy sobie. Miał zamiar je przeczytać, a potem spalić. 
   — Rozumiem —  rzeki  Anthony. — Mimo wszystko te pamiętniki  nie są  lekturą  łatwą  i 
nie można ich przekartkować w ciągu pół godziny. 
   — Wśród rzeczy mojego zamęczonego pana nie znaleziono tego rękopisu, więc rozumie 
się samo przez się, że spalony został. 
   — Hm —  mruknął Anthony. — Kto to wie? — Chwilę milczał, a potem powiedział:  — 
Zadałem  panu  te  pytania,  baronie,  ponieważ,  jak  pan  może  słyszał,  również  i  mnie 
wplątano  w  tę  zbrodnię.  Muszę  się  oczyścić  z  wszelkich  zarzutów,  żeby  najmniejsze 
podejrzenie na mnie nie ciążyło. 

background image

 

74 

   — Niewątpliwie — powiedział baron. — To jest kwestia pańskiego honoru. 
   — Otóż  właśnie  —  rzekł  Anthony.  —  Dobrze  pan  to  ujął.  Ja  tak  nie  potrafię.  Ale 
wracając  do  rzeczy:  tylko  znalezienie  prawdziwego  mordercy  oddali  ode  mnie  wszelkie 
podejrzenia,  lecz  abym  mógł  wziąć  się  za  to,  muszę  mieć  trochę  faktów.  Sprawa 
pamiętników  jest  bardzo  istotna.  Wydaje  mi  się  całkiem  prawdopodobne,  że  motywem 
zbrodni była chęć zdobycia pamiętników. 
   Czy pańskim zdaniem, baronie, nie posuwam się za daleko w swoich przypuszczeniach? 
   Baron chwilę się zastanawiał. 
   — Czytał pan te pamiętniki? — zapytał w końcu przezornie. 
   — Dziękuję  za  odpowiedź  —  rzekł  Anthony  z  uśmiechem.  —  A  teraz,  panie  baronie, 
jeszcze  jedno.  Chciałbym  mianowicie  uczciwie  pana  uprzedzić,  że  nie  odstąpiłem  od 
zamiaru dostarczenia rękopisu wydawcom w najbliższa środę, trzynastego października. 
   Baron wytrzeszczył na niego oczy. 
   — Przecież pan już ich nie ma! 
   — W środę, powiedziałem. Dzisiaj mamy piątek. Zostało mi pięć dni na ich odzyskanie. 
   — A jeśli zostały spalone? 
   — Nie sądzę. I mam ważkie powody, by tak przypuszczać. \ 
   Pogrążeni  w  rozmowie  zawrócili  przy  końcu  tarasu.  I  ujrzeli  zbliżającą  się  ku  nim 
masywną postać. Anthony, który nie oglądał do tej pory pana Hermana Isaacsteina, spojrzał 
nie niego z niemałym zainteresowaniem. 
   — Och, baronie — rzekł Isaacstein wymachując wielkim, czarnym cygarem — to fatalna 
sprawa, doprawdy fatalna. 
   — Kogo ja widzę, mojego starego przyjaciela, pana Isaacsteina! — wykrzyknął baron. — 
Cała nasza wspaniała budowla leży w ruinie. 
   Anthony  odszedł  taktownie  od  wylewających  żale  dżentelmenów  i  zaczął  spacerować 
wzdłuż tarasu. 
   Nagle  zatrzymał  się.  Z  samego  środka  cisowego  żywopłotu  unosiła  się  w  powietrze 
cienka spirala dymu. 
   Między dwoma rzędami  musi być puste miejsce, pomyślał  Anthony. Słyszałem o czymś 
takim. 
   Spojrzał szybko na prawo i lewo. Lord Caterham z kapitanem Andrassym znajdowali się 
na drugim końcu tarasu. Odwróceni byli do niego plecami. Anthony pochylił się i dal nura 
pomiędzy bujne cisy. 
   Miał  rację.  Żywopłot  składał  się  z  dwóch  rzędów  —  z  wąskim  przejściem  pośrodku. 
Wejście do tego korytarza było trochę dalej, przy bocznej części domu. Nie kryła się za tym 
żadna  tajemnica,  ale  osoby,  które  patrzyły  na  żywopłot  od  frontu,  nigdy  by  na  to  nie 
wpadły. 
   Anthony spojrzał wzdłuż tej wąskiej alejki. Mniej więcej w jej połowie siedział człowiek, 
wygodnie rozparty w trzcinowym fotelu. Do połowy wypalone cygaro leżało na poręczy, a 
dżentelmen sprawiał wrażenie śpiącego. 
   — Hm — mruknął Anthony. — Widocznie pan Hiram Fish woli cień. 
 
ROZDZIAŁ SZESNASTY 
HERBATA W POKOJU LEKCYJNYM 
    
   Anthony  wrócił  na  taras  z  nękającym  go  uczuciem,  że  jedyne  miejsce,  gdzie  można 
spokojnie porozmawiać, to środek jeziora. 

background image

 

75 

   Z wnętrza domu  rozległ się donośny dźwięk  gongu  i  w bocznych drzwiach  ukazał się 
Tredwell, zachowując pełną godności postawę. 
   — Podano do stołu, milordzie. 
   — No! — powiedział lord ożywiwszy się nieco. — Obiad! 
   W tym momencie dwójka dzieci wypadła z domu. Były to pełne wigoru młode kobietki w 
wieku  dziesięciu  i  dwunastu  lat  i  chociaż  mogły  nosić  imiona  Dulcie  i  Daisy,  jak 
sugerowała  Bundle,  znane  były  powszechnie  jako  Guggle  i  Winkle.  Wykonały  coś  w 
rodzaju tańca wojennego, urozmaiconego przenikliwymi wrzaskami, póki nie pojawiła się 
Bundle, która położyła temu kres. 
   — Gdzie jest mademoiselle? — zapytała ostro. 
   — Ma migrenę, migrenę, migrenę! — zaśpiewała Winkle. 
   — Huraaa! — dołączyła się Guggle. 
   Lordowi Caterhamowi udało się zagnać do domu większość gości. A potem powstrzymał 
przed tym Anthony’ego, kładąc mu dłoń na ramieniu. 
   — Wejdźmy do mego gabinetu — wysapał. — Mam tam coś ekstra. 
   Skradając  się  przez  hali  lord  Caterham  bardziej  przy—  pominął  złodzieja  niż  pana  tego 
domu  i  niebawem  dotarł  do  azylu,  jakim  był  jego  gabinet.  Tam  otworzył  szafę  i 
zademonstrował Anthony’emu serię butelek. 
   — Rozmowa  z  cudzoziemcami  zawsze  budzi  we  mnie  pragnienie  —  wyjaśnił 
przepraszającym tonem. — Nie mam pojęcia dlaczego. 
   Rozległo się pukanie i w szparze drzwi ukazała się głowa Virginii. 
   — Dostanę mój ulubiony cocktail? — zapytała. 
   — Oczywiście — odparł lord z całą serdecznością. 
   — Proszę do środka. 
   Następnych parę minut zajął rytuał picia. 
   — To  właśnie  było  mi  potrzebne  —  rzekł  lord  Caterham  z  westchnieniem,  odstawiając 
szklankę na stół. 
   — Jak już wspomniałem, rozmowa z cudzoziemcami jest dla mnie bardzo wyczerpująca. 
Pewno dlatego, że są tacy uprzejmi. Chodźmy. Pożywimy się trochę. 
   Udał się do jadalni. Virginia przytrzymała ramię Anthony’ego, dając mu znak, by zwolnił 
nieco kroku. 
   — Dokonałam  wyczynu  —  szepnęła.  —  Namówiłam  lorda  Caterhama,  by  mi  pokazał 
ciało. 
   — No i? — zapytał niecierpliwie Anthony. Jego teoria albo się teraz potwierdzi, albo nie. 
Virginia potrząsnęła przecząco głową. 
   — Nie miał pan racji. To książę Michael. 
   — Coś  takiego…  —  Anthony  był  prawdziwie  zmartwiony  —  a  mademoiselle  miała 
migrenę — dodał głośniej, z wyraźnym niezadowoleniem. 
   — Co to ma z tym wspólnego? 
   — Prawdopodobnie nic, ale chciałbym ją zobaczyć. Widzi pani, udało  mi się stwierdzić, 
że okno mademoiselle jest drugie od końca, a w tym oknie ubiegłej nocy ujrzałem światło. 
   — Ciekawe. 
   — Przypuszczalnie nic się za tym nie kryje. Mimo to jednak chciałbym dzisiaj zobaczyć 
się z nią. 
   Obiad  był  swego  rodzaju  męką.  Nawet  tolerancyjnej  i  pogodnej  Bundle  nie  udało  się 
stworzyć  dobrego  nastroju  wśród  tak  różnorodnego  towarzystwa.  Baron  i  Andrassy  byli 
poprawni,  oficjalni,  napompowani  etykietą  i  mieli  takie  miny,  jakby  spożywali  posiłek  w 

background image

 

76 

mauzoleum. Lord Caterham był ospały i przygnębiony. Bill Eversleigh spoglądał tęsknie 
na Virginię. George, pomny trudnej sytuacji, w jakiej się znalazł, prowadził lekką rozmowę 
z baronem i panem Isaacsteinem. Guggle i Winkle, nie posiadające się z radości, że w ich 
domu  popełniono  morderstwo,  trzeba  było  ciągle  upominać  i  strofować.  Pan  Hiram  Fish 
natomiast  powoli  przeżuwał  pokarm,  wypowiadając  oschłe  uwagi  w  sobie  tylko  znanym 
dialekcie. Inspektor Battle dyskretnie się ulotnił i nikt nie wiedział, co się z nim stało. 
   — Dzięki  Bogu  skończyło  się  —  mruknęła  Bundle  do  Anthony’ego,  gdy  wstawali  od 
stołu. — A George po południu zabiera cudzoziemski kontyngent do „Abbey”, by omówić 
tajemnice państwowe. 
   — Może to oczyści atmosferę — rzucił Anthony. 
   — Nie mam nic przeciwko temu Amerykaninowi — ciągnęła Bundle. — On i mój ojciec 
mogliby  z  równym  zapałem  dyskutować  o  swoich  pierwszych  edycjach  w  pewnym 
zacisznym miejscu. Panie Fish — rzekła, bo osoba, o której była mowa, właśnie się zbliżała 
— zaplanowałam dla pana spokojne popołudnie. 
   Amerykanin skłonił się. 
   — Bardzo to uprzejme z pani strony, lady Eileen. 
   — Pan Fish — wtrącił Anthony — miał również bardzo spokojny poranek. 
   Amerykanin obrzucił go szybkim spojrzeniem. 
   — Aha, widział mnie pan w moim ustroniu? Bywają chwile, proszę pana, kiedy człowiek 
miłujący  spokój  marzy  tylko  o  tym,  by  być  jak  najdalej  od  rozszalałego  tłumu.  Bundle 
odpłynęła,  pozostawiając  Anthony’ego  sam  na  sam  z  Amerykaninem.  Ten  ostatni  zniżył 
trochę głos mówiąc: 
   — Moim zdaniem kryje się za tym wszystkim jakaś wielka tajemnica. 
   — Cała masa tajemnic — powiedział Anthony. 
   — Ten łysy facet jest prawdopodobnie krewnym? 
   — Coś w tym sensie. 
   — Narody Europy Środkowej podnoszą alarm — powiedział pan Fish. — No bo chodzą 
słuchy, że ten nieboszczyk to Jego Królewska Wysokość. Czy to prawda, nie wie pan? 
   — Przebywał tutaj jako hrabia Stanislaus — odparł Anthony wymijająco. Czego pan Fish 
już nie skomentował, rzucił tylko wieloznacznie: 
   — O rany! 
   Po czym na parę chwil pogrążył się w milczeniu. 
   — Ten wasz kapitan policji — zauważył w końcu — Battle czy jak mu tam, jest dobry w 
tych sprawach? 
   — Scotland Yard uważa, że tak — odpowiedział sucho Anthony. 
   — Według  mnie  to  człowiek  bez  polotu  —  stwierdził  pan  Fish.  —  I  ślamazarny. 
Najważniejsze dla niego było to, by nikt nie opuszczał domu, i co to ma za sens? 
   W trakcie mówienia zmierzył Anthony’ego ostrym wzrokiem. 
   — Jutro rano wszyscy zostaną przesłuchani. 
   — I o to tylko chodzi, tak? Nieważne, że goście lorda Caterhama stają się podejrzani? 
   — Drogi panie! 
   — Czułem  się  trochę  głupio  jako  cudzoziemiec.  Ale  przecież  zrobił  to  ktoś  z  zewnątrz, 
przypominam sobie teraz. Oszklone drzwi były tylko przymknięte, prawda? 
   — Tak — przyznał Anthony ze wzrokiem utkwionym w przestrzeń. 
   Pan Fish westchnął. Po minucie lub dwóch odezwał się zrzędzącym tonem: 
   — Młody człowieku, czy panu wiadomo, w jaki sposób odwadnia się kopalnię? 
   — Nie. 

background image

 

77 

   — Za pomocą pompowania, ale to ogromnie ciężka praca… Obserwuję sylwetkę mego 
czcigodnego gospodarza, jak odłącza się od grupki osób. Idę do niego. 
   Gdy pan Fish godnie się ulotnił, Bundle znowu przypłynęła do Anthony’ego. 
   — Zabawny typ, prawda? — zapytała. 
   — Owszem. 
   — Szukanie Virginii na nic się nie zda — powiedziała Bundle nieprzyjemnym tonem. 
   — Ja jej nie szukałem. 
   — Nieprawda.  Nie  wiem,  jak  ona  to  robi.  Nie  jest  ważne,  co  mówi,  a  nawet  sądzę,  że 
nieważne jest, jak wygląda. Ale, mój Boże… zawsze ma, kogo chce. Tak czy siak na razie 
jest zajęta. Prosiła mnie, żebym była dla pana mila, toteż będę, nawet przy użyciu siły, jeśli 
zajdzie taka potrzeba. 
   — Użycie  siły  nie  jest  przewidziane  —  zapewnił  ją  Anthony.  —  Ale  jeśli  nie  sprawi  to 
pani różnicy, wolałbym, żeby była pani dla mnie miła na jeziorze, w łódce. 
   — Myśl jest celna — orzekła Bundle z zamyślonym wyrazem twarzy. 
   I powędrowali razem w stronę jeziora. 
   — Zanim  przejdziemy  do  bardziej  interesujących  tematów  —  zaczął  Anthony  wiosłując 
niespiesznie  —  chciałbym  pani  zadać  jedno  pytanie.  Najpierw  obowiązek,  potem 
przyjemność. 
   — O  czyjej  sypialni  chciałby  pan  się  teraz  dowiedzieć?  —  zapytała  z  pełną  rezygnacji 
cierpliwością. 
   — Na  razie  żadna  sypialnia  nie  wchodzi  w  grę.  Chciałbym  się  natomiast  dowiedzieć, 
skąd wytrzasnęliście państwo tę francuską guwernantkę. 
   — Rzucono na pana urok — stwierdziła Bundle. 
   — Wytrzasnęłam  ją  z  agencji,  płacę  jej  sto  funtów  rocznie,  ma  na  imię  Genevieve. 
Jeszcze panu mało? 
   — No dobrze, z agencji — powiedział. — A co z jej referencjami? 
   — Och, co za żar uczuć! Przez dziesięć lat przebywała z hrabiną Oby Nie. 
   — Oby Nie to znaczy?… 
   — Hrabina de Bretuil, Chateau de Bretuil, z Dinard. 
   — Czy  spotkała  się  pani  z  hrabiną  osobiście?  Czy  też  wszystko  się  odbyło  drogą 
listowną? 
   — Tak, ustaliłyśmy listownie. 
   — Hm… 
   — Pan  mnie  intryguje  —  oświadczyła  Bundle.  —  Niesamowicie  wręcz.  Czy  chodzi  o 
miłość, czy zbrodnię? 
   — Najwidoczniej jest to czyste wariactwo z mojej strony. Dajmy temu spokój. 
   — „Dajmy temu spokój” mówi tonem niedbałym, wyciągnąwszy już ode mnie wszystkie 
dane, o jakie  mu chodziło. A  kogo pan właściwie podejrzewa? Bo ja Virginię jako  osobę 
najbardziej nieprawdopodobną. Albo Billa. 
   — A co się tyczy pani? 
   — Arystokraci  przyłączają  się  potajemnie  do  Towarzyszy  Czerwonej  Ręki.  Ale  byłaby 
sytuacja! 
   Anthony  roześmiał  się.  Bundle  mu  się  podobała,  choć  lękał  się  trochę  tych  jej 
przenikliwych, przewiercających na wskroś szarych oczu. 
   — Musi pani być  dumna z tego wszystkiego  — powiedział  niespodziewanie, wskazując 
dłonią wielki dom majaczący w oddali. 
   Bundle przymknęła powieki i przechyliła na bok głowę. 

background image

 

78 

   — Tak…  może  odrobinę.  Człowiek  się  przyzwyczaił  do  tego,  co  ma.  Zresztą  nie 
przebywamy tutaj za często — piekielne  nudy. Całe  lato byliśmy w Cowes i Deauville,  a 
potem  znowu  w  Szkocji.  Przez  pięć  miesięcy  w  roku  „Chimneys”  jest  przykryte 
pokrowcami.  Raz  na  tydzień  zdejmuje  się  te  pokrowce  i  przyjeżdżają  autokary  pełne 
turystów i ci turyści gapią się na Tredwella i słuchają, co on mówi. „Po prawej ręce widzą 
państwo portret czwartej markizy Caterham pędzla Joshuy Reynoldsa” i tak dalej, a Ed czy 
Bert,  największy  kawalarz  na  tej  wycieczce,  trąca  łokciem  swoją  dziewczynę  i  powiada: 
„Wiesz, Gladys, mają tu dwa warte sporo grosza obrazy”. Idą dalej, patrzą na inne obrazy, 
ziewają,  szurają  nogami  i  marzą  tylko  o  tym,  by  już  nareszcie  nadszedł czas  powrotu do 
domu. 
   — Podobno dwa czy trzy razy dokonywała się tutaj historia? 
   — Widać, że słuchał pan George’a — rzekła ostro Bundle. — On zawsze wygaduje takie 
rzeczy. 
   Tymczasem Anthony wsparł się na łokciu i spoglądał ku brzegowi. 
   — Czy  moje  oczy  widzą  trzeciego  podejrzanego  cudzoziemca,  który  stoi  strapiony  koło 
przystani? A może to jeden z gości? 
   Bundle uniosła głowę z czerwonej poduszki. 
   — To Bill — powiedziała. 
   — Wygląda, jakby czegoś szukał. 
   — Prawdopodobnie mnie — rzekła bez entuzjazmu. 
   — Mam wiosłować w przeciwnym kierunku? 
   — Propozycja  nader  prawidłowa,  choć  powinna  być  wypowiedziana  z  większym 
zapałem. — Po takiej naganie będę wiosłował ze zdwojoną energią. 
   — W  żadnym  razie  —  zaprotestowała.  —  Mam  swoją  dumę.  Dopłyńmy  do  miejsca, 
gdzie stoi ten młodociany osioł. Ktoś powinien zatroszczyć się o niego. Virgipia na pewno 
dała  przed  nim  drapaka.  Pewnego  dnia,  choć  wydaje  się  to  absolutnie  niepojęte,  mogę 
wyrazić  chęć  poślubienia  George’a,  więc  muszę  ćwiczyć  postawę  „jednej  ze  znanych  w 
świecie polityki pań domu”. 
   Anthony posłusznie powiosłował ku brzegowi. 
   — Ale  proszę  mi  powiedzieć,  co  się  stanie  ze  mną?  —  zapytał  żałosnym  tonem.  — 
Wolałbym nie być piątym kołem u wozu. Czy tam daleko idą dzieci? 
   — Tak. Ale ostrożnie z nimi, bo nie dadzą panu spokoju. 
   — Ja  lubię  dzieci  —  oświadczył  Anthony.  —  Mógłbym  je  nauczyć  paru  spokojnych, 
ćwiczących umysł gier. 
   — W porządku, tylko proszę pamiętać, że pana ostrzegałam. 
   Po  rozstaniu  się  z  Bundłe,  która  miała  otoczyć  opieką  strapionego  Billa,  Anthony 
powędrował  w  kierunku,  skąd  dobiegały  różnorodne  wrzaski,  zakłócające  spokój 
popołudniowych godzin. Przyjęto go z entuzjazmem. 
   — Umiesz bawić się w Indian? Jesteś w tym dobry? — zapytała Guggle surowo. 
   — Raczej tak — odpowiedział Anthony. — Słuchajcie, jakie wydaję okrzyki, kiedy mnie 
skalpują. O, takie. 
   — Zademonstrował. 
   — Nieźle  —  orzekła  Winkle,  zachowując  wstrzemięźliwość.  —  A’  teraz  wydaj  ryk 
skalpującego. 
   Anthony  uczynił  zadość  żądaniu  krzykiem  mrożącym  krew  w  żyłach.  Chwilę  potem 
zabawa w Indian była w pełnym toku. 

background image

 

79 

   Mniej  więcej  po  upływie  godziny  Anthony  otarł  czoło  i  zaryzykował  pytanie  o 
migrenę,  na  jaką  cierpiała  mademoiselle.  Miło  mu  było  usłyszeć,  że  pani  czuje  się  już 
całkiem dobrze. Taką zyskał sympatię dziewczynek, że bardzo stanowczo zaprosiły go na 
herbatę w pokoju lekcyjnym. 
   — Opowiesz nam wtedy o tym powieszonym człowieku — nalegała Guggle. 
   — Mówiłeś, że masz ze sobą kawałek tego sznurka? — upewniła się Winkle. 
   — Mam, w walizce—rzekł Anthony tonem uroczystym. 
   — Każda z was dostanie kawałek. 
   W tej samej chwili Winkle wydała indiański ryk zadowolenia. 
   — Musimy  teraz  iść  i  umyć  się  —  powiedziała  ponuro  Guggle.  —  Przyjdziesz  na 
herbatę, prawda? Nie zapomnisz? 
   Obiecał solennie, że nic go nie powstrzyma przed stawieniem się na umówione spotkanie. 
Zadowolone  dziewczynki  ruszyły  w  stronę  domu.  Anthony  stał  chwilę  odprowadzając  je 
wzrokiem  i właśnie  wtedy  zobaczył jakiegoś  mężczyznę  wychodzącego  z  kępy  drzew  po 
drugiej  stronie,  a  potem  idącego  spiesznie  przez  park.  Był  niemal  pewny,  że  to  ten  sam 
czarnobrody  cudzoziemiec,  którego  spotkał  dziś  rano.  Podczas  gdy  wahał  się:  iść  za  nim 
czy nie, krzewy przed nim rozchyliły się i pojawił się przed nim w całej krasie pan Hiram 
Fish. Na widok Anthony’ego drgnął lekko. 
   — Czy popołudnie minęło panu spokojnie? — zapytał Anthony. 
   — O, tak, dziękuję. 
   Jednakże  pań  Fish  nie  tchnął  takim  spokojem  jak  zazwyczaj.  Twarz  miał  zarumienioną, 
oddech krótki, jak gdyby dopiero co biegł. Wyciągnął zegarek. 
   — Coś  mi  się  zdaje—powiedział  przytłumionym  głosem  —  że  zgodnie  z  waszym 
brytyjskim  obyczajem  będziecie  państwo  niebawem  pić  popołudniową  herbatę. 
Trzasnąwszy wiekiem zegarka, pan Fish statecznym krokiem powędrował w stronę domu. 
   Anthony stał pogrążony w zadumie  i teraz on drgnął  na widok wyrastającego przed nim 
jak  spod  ziemi  inspektora  Battle’a.  Najsłabszy  nawet  szelest  nie  zapowiedział  jego 
pojawienia się, zupełnie jakby się zmaterializował, zstąpiwszy z przestrzeni kosmicznej. 
   — Skąd pan się tu wziął? — zapytał Anthony z irytacją. 
   Lekkim ruchem głowy wskazał Battle niewielką kępę drzew za nimi. 
   — Dziś po południu to modne miejsce — zauważył Anthony. 
   — Pan był nieobecny myślami — stwierdził inspektor. 
   — Istotnie.  Czy  pan  wie,  co  mnie  tak  pochłaniało,  inspektorze?  Usiłowałem  dodać  do 
jednego  dwa,  potem  pięć,  potem  trzy,  żeby  mi  wyszło  cztery.  Ale  to  jest  niemożliwe, 
inspektorze, po prostu niemożliwe. 
   — Problem jest trudny — zgodził się detektyw. 
   — Bardzo  mi  właśnie  zależało  na  spotkaniu  z  panem.  Inspektorze,  chciałbym  się  stąd 
urwać. Da się to załatwić? 
   Zgodnie  z  swoim  obyczajem  inspektor  Battle  nie  okazał  po  sobie  ani  zdziwienia,  ani 
ciekawości. Odpowiedź jego brzmiała szczerze i rzeczowo: 
   — Zależy, proszę pana, dokąd zamierza pan się udać. 
   — Powiem  panu  otwarcie,  inspektorze.  Wyłożę  karty  na  stół.  Zamierzam  udać  się  do 
Dinard, do hrabiny de Breteuil. Da się zrobić? 
   — Kiedy pan chce jechać? 
   — Dajmy na to jutro po południu. Byłbym z powrotem w niedzielę wieczorem. 
   — Rozumiem — powiedział inspektor ze szczególnym naciskiem. 
   — I co pan na to? 

background image

 

80 

   — Nie mam zastrzeżeń, pod warunkiem, że udaje się pan tam, gdzie pan powiedział,  i 
stamtąd prosto wróci pan lulaj. 
   — Jest  pan  człowiekiem  absolutnie  wyjątkowym,  inspektorze.  Albo  czuje  pan  do  mnie 
dużo sympatii, albo jest pan niezwykle przebiegły. Gdzie leży prawda? 
   Inspektor Battle uśmiechnął się nieznacznie, lecz nic nie odpowiedział. 
   — Tak,  tak  —  zaczął  Anthony.  —  Przewiduję,  że  podejmie  pan  środki  ostrożności. 
Dyskretni  funkcjonariusze prawa będą śledzić  moje  mocno podejrzane poczynania. Niech 
będzie. Ale wolałbym wiedzieć, po co to wszystko. 
   — Nie wiem, o co panu chodzi. 
   — Pamiętniki, o to ten cały kram. Czy tylko pamiętniki? A może chowa pan coś jeszcze 
w zanadrzu? 
   Battle znowu się uśmiechnął. 
   — Niech pan posłucha. Idę panu na rękę, ponieważ wywarł pan na mnie dobre wrażenie. 
Chciałbym, abyśmy współpracowali w tej sprawie. Amator i profesjonalista to dobra para. 
Pierwszego cechuje, że się tak wyrażę, bardzo osobisty stosunek do zagadnienia, drugi ma 
doświadczenie. 
   — Nie  muszę  dodawać  —  rzekł  powoli  Anthony  —  że  zawsze  chciałem  .wypróbować 
swoje możliwości w ujawnianiu tajemnicy zbrodni. 
   — Ma pan jakieś sugestie dotyczące tej sprawy? 
   — Mnóstwo — odparł Anthony. — Ale to głównie znaki zapytania. 
   — Na przykład? 
   — Kto zajmie miejsce zamordowanego? Według mnie to bardzo ważne. 
   Inspektor  uśmiechnął  się  krzywo.  —  Ciekaw  byłem,  czy  pan  na  to  wpadnie.  Książę 
Nicholas  Obolovitch  jest  bezpośrednim  spadkobiercą,  bratem  stryjecznym  tego 
dżentelmena. 
   — A  gdzie  on  obecnie  się  znajduje?—  zapytał  Anthony  odwracając  się,  by  zapalić 
papierosa. — Tylko proszę mi nie mówić, że pan nie wie, bo nie uwierzę panu. 
   — Mamy  pewne  podstawy,  by  przypuszczać,  że  jest  w  Stanach  Zjednoczonych.  W 
każdym razie ostatnio tam był. Podnosił pieniądze na poczet spadku. 
   Anthony dał upust zdziwieniu, gwiżdżąc przeciągle. 
   — Rozumiem  —  rzekł.  —  Michael  miał  poparcie  w  Anglii,  Nicholas  w  Ameryce.  W 
obydwu  państwach  grupa  finansistów  zabiegała  o  koncesje  naftowe.  Partia  Lojalistów 
przyjęła  kandydaturę  Michaela  —  teraz  muszą  szukać  gdzie  indziej.  Panowie  Isaacstein  i 
spółka oraz pan George Lomax zgrzytają zębami. Radość na Wall Street. Mam rację? 
   — Jest pan tej racji bardzo bliski — odparł inspektor Battle. 
   — Hm  —  mruknął  Anthony.  —  Mógłbym  przysiąc,  że  wiem,  co  pan  robił  w  tej  kępie 
zarośli. 
   Detektyw uśmiechnął się, ale nie wyrzekł ani słowa. 
   — Polityka  międzynarodowa  to  rzecz  bardzo  fascynująca  —  powiedział  Anthony.  — 
Lecz ja muszę niestety pana opuścić. Mam spotkanie w pokoju lekcyjnym. 
   Ruszył  ostro  w  kierunku  domu.  Tam  pełen  godności  Tredwell  pokazał  mu  drogę  do 
pokoju lekcyjnego. Zapukał do drzwi, wszedł, a powitały go okrzyki radości. 
   Guggle  i  Winkle  momentalnie  go  dopadły  i  doprowadziły  z  triumfem  przed  oblicze 
mademoiselle w celu dokonania prezentacji. 
   Po raz pierwszy ogarnął Anthony’ego niepokój. Mademoiselle Brun była niską kobietą w 
średnim  wieku,  o  ziemistej  cerze,  szpakowatych  włosach  i  dobrze  zapowiadających  się 
wąsach. 

background image

 

81 

   Zupełnie nie pasowała do wizerunku słynnej zagranicznej awanturnicy. 
   Zdaje  się,  stwierdził  w  duchu  Anthony,  że  wyszedłem  na  durnia.  Nie  ma  rady,  muszę 
jakoś przez to przebrnąć. 
   Był dla mademoiselle nadzwyczaj  miły, ona zaś ze swej strony demonstrowała zachwyt, 
że  taki  przystojny,  młody  człowiek  wtargnął  do  jej  królestwa.  Poczęstunek  był 
fantastyczny. 
   Jednakże  tegoż  wieczoru,  gdy  Anthony  był  już  sam  ze  swoimi  myślami  w  uroczej 
komnacie sypialnej, potrząsnął kilkakrotnie głową z niezadowoleniem. 
   — Pomyliłem się — rzekł do siebie. — Po raz drugi się pomyliłem. W każdym razie nie 
mogę się w tym wszystkim połapać. 
   Chodził w tę i z powrotem po pokoju i raptem stanął. 
   — Co za diabeł…? 
   Drzwi  delikatnie  się  otworzyły.  W  następnej  chwili  do  pokoju  wśliznął  się  mężczyzna  i 
stanął tuż za progiem w pozie pełnej szacunku. 
   Był  to  silnie  zbudowany,  wysoki  mężczyzna  z  jasnymi  włosami,  typowymi  dla  Słowian 
wystającymi kośćmi policzkowymi i marzycielsko–fanatycznym spojrzeniem. 
   — Kim pan jest, u diabła? — spytał Anthony patrząc na niego ze zdziwieniem. 
   Mężczyzna odpowiedział w bezbłędnej angielszczyźnie: 
   — Jestem Boris Anchoukoff. 
   — Służący księcia Michaela? 
   — Tak. Służyłem memu panu. On nie żyje. Teraz służę panu. 
   — Bardzo  to  uprzejme  z  pańskiej  strony  —  rzekł  Anthony  —  ale  ja  nie  potrzebuję 
kamerdynera. 
   — Pan jest teraz moim panem. Będę panu wiernie służył. 
   — Proszę posłuchać: ja nie potrzebuję kamerdynera. Nie stać mnie na to. 
   Boris Anchoukoff spojrzał na Anhtony’ego z lekkim odcieniem pogardy. 
   — Mnie  nie  zależy  na  pieniądzach.  Służyłem  memu  panu.  Teraz  będę  służyć  panu,  do 
śmierci. 
   Postąpił  szybko  do  przodu,  uklęknął  na  jedno  kolano,  złapał  rękę  Anthony’ego  i 
przyłożył  ją,  sobie  do  ust.  Po  czym  wstał  błyskawicznie  i  wyszedł  z  pokoju  równie 
niespodziewanie, jak się w nim pojawił. 
   Anthony  spoglądał  za  nim  szeroko  otwartymi  oczami,  cała  jego  twarz  wyrażała 
bezgraniczne zdumienie. 
   — Cholernie dziwna sprawa — powiedział do siebie. — Facet wierny jak pies. Osobliwe 
ci ludzie mają instynkty. 
   Wstał z miejsca i znowu zaczął przemierzać pokój tam i z powrotem. 
   — Mimo  wszystko  —  szepnął  —  to  bardzo  niewygodne,  diabelnie  niewygodne, 
zwłaszcza teraz. 
 
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY 
PRZYGODA O PÓŁNOCY 
    
   Nazajutrz  rano  odbyło  się  przesłuchanie.  Zupełnie  niepodobne  do  przesłuchań,  o  jakich 
się  czyta  w  sensacyjnych  powieściach.  Zadowoliło  nawet  George’a  Lomaxa,  który  dążył 
uparcie do tuszowania wszelkich interesujących szczegółów. Pracujący wspólnie inspektor 
Battle  oraz  koroner,  wspomagani  przez  okręgowego  komisarza  policji,  jak  mogli, 

background image

 

82 

ograniczali  postępowanie,  dzięki  czemu  poziom  nudy  utrzymał  się  w  granicach 
przyzwoitości. 
   Natychmiast po przesłuchaniu Anthony dyskretnie się ulotnił. 
   Jego  wyjazd  okazał  się  dla  Billa  Eversleigha  jedynym  w  ciągu  tego  dnia  jasnym 
promykiem. George Lomax, przejęty obsesyjnym lękiem, że jakaś rzecz przynosząca ujmę 
jego  instytucji  może  wyjść  na  jaw,  dwoił  się  i  troił.  Panna  Oscar  i  Bill byli  stale  do  jego 
dyspozycji. Sprawy ważne i interesujące załatwiała panna Oscar. Natomiast zadaniem Billa 
było  bieganie  tam  i  siam  na  różne  posyłki,  rozszyfrowywanie  telegramów  i  słuchanie 
godzinami powtarzającego się stale George’a. 
   Gdy  w  sobotę  wieczorem  rzucił  się  na  łóżko  był  kompletnie  wyczerpany.  Wskutek 
wzmożonych  wymagań  George’a  przez  cały  dzień  nie  miał  praktycznie  możliwości 
porozmawiania  z  Virginią.  Chwała  Bogu,  że  ten  kolonialny  facet  się  wyniósł.  Virginia 
poświęcała mu stanowczo zbyt wiele czasu. No i oczywiście, jeżeli George Lomax będzie 
nadal  tak  się  błaźnił…  Billa  ogarnęła  wściekłość  i…  zasnął.  Sen  przyniósł  mu  ukojenie. 
Śniła mu się Virginia. 
   Był  to  sen  bohaterski,  sen  o  pożarze,  a  on  odgrywał  w  nim  rolę  dzielnego  wybawcy. 
Zniósł Virginię  na  rękach z ostatniego piętra. Była  nieprzytomna. Położył  ją  na trawie.  A 
sam  udał  się  w  poszukiwaniu  kanapek.  To  było  bardzo  ważne  —  zdobyć  pudło  z 
kanapkami.  George  miał  je,  ale  zamiast  wręczyć  kanapki  Billowi,  zaczął  mu  dyktować 
depeszę. Znajdowali się obecnie w zakrystii jakiegoś kościoła i lada chwila miała przybyć 
Virginia, by wziąć z nim ślub. Koszmar! On ma na sobie piżamę! Musi natychmiast biec do 
domu  i znaleźć stosowny strój. Pędzi do samochodu. Samochód  nie chce zapalić. Nie  ma 
benzyny  w  baku.  Billa  ogarnia  rozpacz,  l  wówczas  podjeżdża  autobus  i  wysiada  z  niego 
Virginia,  trzymając  pod  rękę  łysego  barona.  Jest cudownie  spokojna  i  świetnie  ubrana,  w 
szarą suknię. Podchodzi do niego i szarpie figlarnie za ramię. „Bill — mówi. — Och, Bill!” 
Szarpie go mocniej. „Bill, obudź się, ojej, obudź się!” 
   Bill  obudził  się  oszołomiony.  Był  w  swojej  sypialni  w  „Chimneys”.  Ale  sen  częściowo 
jeszcze trwał. Virginia pochylała się  nad  nim  i w różnych wariantach powtarzała to samo 
zdanie: 
   — Obudź się, Bill! Ojej, Bill, obudź się! 
   — Hej — powiedział Bill siadając na łóżku. — Co się stało? 
   Virginia odetchnąla z ulgą. 
   — Chwała  Bogu!  Myślałam,  że  już  się  ciebie  nie  dobudzę.  Szarpałam  cię  i  szarpałam. 
Czy już się naprawdę obudziłeś? 
   — Chyba tak — odrzekł niepewnie. 
   — Ty niezguło! Żeby sprawić mi tyle kłopotu! Ręce mnie bolą! 
   — Nie  zasłużyłem  sobie  na  takie  obelgi  —  oświadczył  Bill  z  godnością.  —  Muszę  ci 
powiedzieć,  Virginio,  że  twoje  zachowanie  jest  wysoce  niestosowne.  Absolutnie  nie 
przystoi młodej damie. 
   — Nie bądź idiotą, Bill! Dzieją się różne rzeczy… 
   — Jakie? 
   — Dziwne. W sali obrad. Wydawało mi się, że słyszę trzaśniecie drzwiami, i zeszłam na 
dół. I dostrzegłam światło w sali obrad. Poszłam cichutko korytarzem i zajrzałam tam przez 
szparę  w  drzwiach.  Wiele  nie  mogłam  zobaczyć,  ale  to,  co  zobaczyłam,  było  tak 
niesamowite,  że  postanowiłam  zobaczyć  więcej.  Wtedy  uświadomiłam  sobie  nagle,  że 
chciałabym mieć obok przystojnego, wysokiego, silnego mężczyznę. A że nie znam nikogo 

background image

 

83 

przystojniejszego,  wyższego  i  silniejszego  od  ciebie,  więc  przyszłam  i  próbowałam  cię 
delikatnie obudzić. Ale delikatne budzenie trwałoby wieki. 
   — Rozumiem  —  powiedział  Bill.  —  Co  zatem  chcesz,  żebym  zrobił?  Wstał  i  złapał 
włamywacza? 
   Virginia zmarszczyła brwi. 
   — Nie  wiem,  czy  to  są  włamywacze.  Bill,  to  bardzo  dziwna  sprawa…  Ale  nie  traćmy 
czasu na gadanie. Wstawaj! 
   Bill posłusznie wygramolił się z łóżka. 
   — Poczekaj,  włożę  buty,  te  wysokie,  podbite  ćwiekami.  Wprawdzie  jestem  przystojny  i 
silny, ale nie zamierzam łapać zatwardziałych kryminalistów na bosaka. 
   — Ładną  masz  piżamę  —  powiedziała  Virginia  marzycielsko.  —  Żywe  barwy,  ale  w 
dobrym tonie. 
   — Jeżeli już o tym mowa — rzekł Bill sięgając po drugi but — to bardzo mi się podoba 
ten twój ciuszek. Piękny odcień zieleni. Co to właściwie jest? Chyba nie szlafrok, prawda? 
   — To rodzaj peniuaru — odparła Virginia. — Cieszę się, Bill, że prowadziłeś taki czysty 
żywot. 
   — Wcale nie prowadziłem czystego żywota — odparował Bill z oburzeniem. 
   — Zdradziłeś się. Jesteś ogromnie  miły i lubię cię. Powiem więcej: jutro rano, dajmy na 
to  o  godzinie  dziesiątej  —  to  dobra,  bezpieczna  pora,  hamująca  nadmierne  emocje  — 
mogłabym cię nawet pocałować. 
   — Zawsze  sądziłem,  że  te  rzeczy  najlepiej  wychodzą,  gdy  się  działa  spontanicznie  — 
wyraził opinię Bill. 
   — Mamy co innego na głowie—powiedziała Virginia. 
   — Jeżeli  nie  zamierzasz  włożyć  maski  przeciwgazowej  ani  kolczugi,  to  możemy 
zaczynać. 
   — Jestem  gotów  —  oznajmił  Bill.  Wśliznął  się  w  jedwabny,  bladoniebieski  szlafrok  i 
sięgnął po pogrzebacz. 
   — Broń ortodoksów — dodał. 
   — Chodź  i  nie  rób  hałasu  —  powiedziała  Virginia.  Wyszli  chyłkiem  z  pokoju,  potem 
korytarzem,  a  potem  na  dół  szerokimi  schodami.  Gdy  już  byli  na  parterze,  Virginia 
skrzywiła się z niezadowoleniem. 
   — Te twoje buty to naprawdę nie cichostępy! 
   — Ćwieki są ćwiekami — stwierdził Bill. — Chciałem jak najlepiej. 
   — Musisz je zdjąć — oświadczyła Virginia stanowczo. 
   Bill jęknął. 
   — Możesz  je  nieść  w  ręku.  Ciekawa  jestem,  czy  się  zorientujesz,  co  się  dzieje  w  sali 
obrad.  Bill,  to  niesamowicie  tajemnicza  historia.  Dlaczego  włamywacze  rozbierają  na 
części rycerza w zbroi? 
   — Hm, sądzę, że trudno byłoby  go wynieść w całości. Rozbiorą  go  na części  i zgrabnie 
zapakują. 
   Virginia z dezaprobatą potrząsnęła głową. 
   — Po  co  im  te  stare,  zaśniedziałe  części  zbroi,  do  czego  im  są  potrzebne?  Przecież  w 
„Chimneys” jest pełno innych skarbów, łatwiejszych do wyniesienia. 
   Bill z kolei potrząsał głową. 
   — Ilu ich tam jest? — zapytał, ściskając mocno rączkę pogrzebacza. 
   — Nie  widziałam  dokładnie.  Wiesz,  co  można  zobaczyć  przez  dziurkę  od  klucza.  Mieli 
tylko latarkę. 

background image

 

84 

   — Mam nadzieję, że już sobie poszli — wyraził przypuszczenie Bill. 
   Siedział  na  najniższym  stopniu  i  ściągał  buty.  Po  czym,  trzymając  je  w  ręku,  ruszył 
chyłkiem korytarzem prowadzącym do sali obrad. Virginia podążała za nim. Zatrzymali się 
przed  masywnymi,  dębowymi  drzwiami.  Panowała  za  nimi  cisza,  lecz  nagle  Virginia 
ścisnęła  rękę  Billa,  a  on  skinął  głową  potakująco.  Dziurka  od  klucza  zabłysła  na  minutę 
jasnym światłem. 
   Bill  opuścił  się  na  kolana  i  przyłożył  oko  do  dziurki.  To,  co  zobaczył,  wprawiło  go  w 
skrajne  zdumienie.  Główna  scena  rozgrywającego  się  w  sali  dramatu  znajdowała  się  po 
lewej stronie, poza polem jego widzenia. Rozlegające się co jakiś czas stłumione dźwięki 
świadczyły o tym, że grabieżcy wciąż mocowali się z rycerzem w zbroi. Było ich dwóch, 
jak  stwierdził  Bill.  Stali  przy  ścianie,  tuż  pod  portretem  Holbeina.  Światło  latarki  było 
najwidoczniej  skierowane  na  przedmiot  ich  działania,  wskutek  czego  reszta  pokoju 
pogrążona  była  niemal  w  ciemności.  Raz  jedna  z  osób  mignęła  Billowi  w  jego  polu 
widzenia, lecz było zbyt mroczno, by zauważył cokolwiek  istotnego. Mógł to być  równie 
dobrze mężczyzna, jak i kobieta. Po paru minutach postać przesunęła się znowu i ponownie 
rozległy  się  owe  przytłumione  dźwięki.  Niebawem  doszedł  do  tego  nowy  dźwięk,  słabe 
stuknięcie, jakby ktoś uderzał o drewno. 
   Bill odchylił się raptem i usiadł na piętach. 
   — Co się stało? — szepnęła Virginia. 
   — Nic.  Po  prostu  to,  co  robimy,  nie  ma  sensu.  Nic  praktycznie  nie  możemy  zobaczyć  i 
nie domyślamy się nawet, co to wszystko znaczy. Muszę tam wejść i popędzić im kota.  — 
Włożył buty  i wstał. —  Posłuchaj mnie, Virginio. Jak  można  najciszej otworzymy  drzwi. 
Wiesz, gdzie jest wyłącznik światła, prawda? 
   — Tak, przy drzwiach. 
   — Nie sądzę, by ich było więcej niż dwóch. A może być tylko jeden. Wejdę do pokoju. A 
kiedy powiem: „już”, zapal światło. Wszystko jasne? 
   — Jak najbardziej. 
   — I nie piszcz, i nie zemdlej ani nic w tym sensie. Nie pozwolę, by stało ci się coś złego. 
   — Ty mój bohaterze! — mruknęła Virginia. 
   Bill  spojrzał  na  nią  podejrzliwie,  przebijając  wzrokiem  ciemność.  Uszu  jego  dobiegł 
cichy dźwięk, który  mógł być zarówno szlochem, jak  i śmiechem. Po chwili  ujął  mocniej 
pogrzebacz i wyprostował się. Zdawał sobie w pełni sprawę z grozy sytuacji. 
   Cichutko  nacisnął  klamkę.  Drzwi  ustąpiły  i  uchyliły  się  bezszelestnie.  Bill  czuł  tuż  za 
sobą obecność Virginii. Wśliznęli się po cichu do pokoju. 
   W drugim jego końcu latarka oświetlała obraz Holbeina. Na jego tle rysowała się postać 
mężczyzny,  który  stal  na  krześle  i  uderzał  delikatnie  w  boazerię.  Był  oczywiście 
odwrócony do nich plecami i z mroku wyłaniał się jego monstrualny cień. 
   Trudno  powiedzieć,  co  mogliby  jeszcze  zobaczyć,  gdyż  w  tym  momencie  but  Billa 
zaskrzypiał  na  parkiecie.  Mężczyzna  obrócił  się  gwałtownie,  kierując  na  nich  promień 
światła latarki, czym prawie ich oślepił. Bill nie wahał się ani chwili. 
   — Już! — ryknął pod adresem Virginii i gdy ona posłusznie zapaliła światło, on rzucił się 
na  tego  mężczyznę.  Wielki  kandelabr  powinien  był  zapłonąć  wszystkimi  światłami;  lecz 
jedyne,  co  nastąpiło,  to  głuchy  trzask  wyłącznika.  Pokój  w  dalszym  ciągu  tonął  w 
ciemnościach. 
   Virginia usłyszała, jak Bill klnie soczyście. W następnym momencie powietrze wypełniły 
odgłosy bójki, sapanie. Latarka upadła na podłogę i wskutek tego zgasła. W dalszym ciągu 
słychać było odgłosy desperackiej walki, ale kto był górą, a także kto w istocie brał w niej 

background image

 

85 

udział,  Virginia  nie  miała  pojęcia.  Czy  oprócz  mężczyzny  stukającego  w  boazerię  był 
ktoś jeszcze w pokoju? Całkiem możliwe. Tylko na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, 
że ten człowiek jest sam. 
   Virginia  czuła  się  jak  sparaliżowana.  Nie  wiedziała,  co  robić.  Nie  odważyłaby  się 
włączyć do walki. Prawdopodobnie zamiast pomóc, zaszkodziłaby tylko Billowi. Przyszło 
jej  na  myśl,  by  stanąć  w  drzwiach  i  starać  się  nie  dopuścić,  aby  ktoś  mógł  tą  drogą  się 
ulotnić.  I  właśnie  w  tej  samej  chwili,  wbrew  zaleceniom  Billa,  wrzasnęła  przeraźliwie, 
wzywając pomocy. 
   Usłyszała,  jak  na  górze  otwierają  się  drzwi  i  zaraz  rozbłysło  światło  w  hallu  i  na 
schodach.  Żeby  tylko  udało  się  Billowi  przytrzymać  tego  człowieka,  zanim  nadejdzie 
pomoc. 
   Lecz w tej sekundzie rozległ się potworny  łoskot. Walczący  musieli widocznie upaść na 
jednego  ze  zbrojnych  rycerzy,  bo  ten  zwalił  się  na  podłogę  z  ogłuszającym  hałasem. 
Virginii mignęła postać zmierzająca ku oszklonym drzwiom, potem usłyszała przekleństwa 
Billa, który wyplątywał się z poszczególnych części zbroi. 
   Wtedy  po  raz  pierwszy  opuściła  swój  posterunek  i  rzuciła  się  z  impetem  ku 
wychodzącym na taras drzwiom. Były już widocznie uprzednio otwarte. Intruz nie musiał 
się  więc  zatrzymywać  i  manipulować  zamkiem.  Wyskoczył,  pobiegł  tarasem  i  zniknął  za 
rogiem  domu.  Virginia  popędziła  za  nim.  Była  młoda  i  wysportowana  —  i  dobiegła  do 
końca tarasu w niewiele sekund po uciekającym. 
   I  w  tym  momencie  wpadła  prosto  na  mężczyznę,  który  wychodził  właśnie  z  małych 
bocznych drzwi. Tym mężczyzną okazał się pan Hiram Fish. 
   — Ho,  ho,  ho,  lady  we  własnej  osobie!  —  wykrzyknął.  —  Przepraszam  panią  bardzo. 
Myślałem, że to jeden z tych zbirów uciekających przed sprawiedliwością. 
   — Właśnie  tędy  przebiegał!  —  wykrzyknęła  Virginia  ledwo  dysząc.  —  Może  go  razem 
złapiemy! 
   Ale  już  w  trakcie  mówienia  wiedziała,  że  jest  za  późno.  Mężczyzna  biegł  teraz  przez 
park, a noc była ciemna, bezksiężycowa. Skierowała więc swe kroki ku sali obrad, pan Fish 
u  jej  boku,  opowiadający  monotonnym,  sennym  głosem  o  obyczajach  włamywaczy  w 
ogóle, w której to kwestii zdawał się mieć ogromne doświadczenie. 
   Lord  Caterham,  Bundle  oraz  kilkoro  przestraszonej  służby  stało  przed  drzwiami  sali 
obrad. 
   — Co się, do diabła, dzieje? — zapytała Bundle. 
   — Czy  to  byli  włamywacze?  Co  wy  tu  robicie  z  panem  Fishem?  Zażywacie  spaceru  o 
północy? 
   Virginia zrelacjonowała wydarzenia tego wieczoru. 
   — Cholernie podniecająca historia — orzekła Bundle. 
   — Rzadko  się  zdarza,  aby  w  ciągu  jednego  weekendu  zdarzyło  się  i  morderstwo,  i 
włamanie. Ale co z tym światłem? Wszędzie jest. 
   Tę tajemnicę wkrótce wyjaśniono. Po prostu korki zostały wykręcone i leżały rzędem na 
podłodze.  Wspiąwszy  się  na  schodki  Tredwell,  szacowny  nawet  w  negliżu,  doprowadził 
światło do pozbawionych go pomieszczeń. 
   — Nie  ulega  dla  mnie  wątpliwości  —  powiedział  lord  Caterham  ze  smutkiem, 
rozglądając się dokoła — że ten pokój padł ofiarą czyjejś gwałtownej działalności. 
   Było  w  tym  trochę  racji.  Wszystko,  co  tylko  mogło  być  przewrócone,  zostało 
przewrócone. Na podłodze poniewierały się połamane krzesła, stłuczona porcelana, części 
zbroi. 

background image

 

86 

   — Ilu było tych złoczyńców? — zapytała Bundle. 
   — Wygląda na to, że toczyła się tu zaciekła walka. 
   — Moim zdaniem jeden — powiedziała  Virginia,  lecz już w trakcie  mówienia zawahała 
się  trochę.  Na  pewno  jedna  osoba,  mężczyzna,  wyszła  przez  oszklone  drzwi.  Gdy  jednak 
Virginia  rozpoczynała  za  nim  pościg,  odniosła  niejasne  wrażenie,  że  ktoś  przebiegł  tuż 
obok.  Jeśli  tak,  to  drugi  najeźdźca  mógł  uciec  drzwiami  wychodzącymi  na  korytarz.  A 
może ten szelest był tylko wytworem wyobraźni? 
   Za drzwiami, na tarasie, pojawił się Bill. Nie mógł złapać tchu, ledwo dyszał. 
   — Niech  szlag  trafi  tego  typa!  —  wykrzyknął  z  wściekłością.  —  Uciekł!  Przeszukałem 
cały teren. Ani śladu po nim! 
   — Nie przejmuj się. Bill — powiedziała Virginia. 
   — Następnym razem będziesz miał więcej szczęścia. 
   — No tak — zaczai lord Caterham. — I co według was powinniśmy teraz zrobić? Wrócić 
do  łóżek?  O  tej  porze  nie  złapię  Badgworthy’ego.  Tredwell,  ty  znasz  hierarchię  potrzeb, 
stosuj się do niej. 
   — Tak jest, milordzie. 
   Westchnąwszy z ulgą, lord Caterham szykował się do odejścia. 
   — Ten  cały  Isaacstein  śpi  jak  zabity  —  powiedział  z  odcieniem  zazdrości.  —  A 
należałoby  sądzić,  że  awantura  na  dole  wyciągnie  go  łóżka.  —  Spojrzał  z  ukosa  na  pana 
Fisha. — A pan, jak widzę, zdążył się nawet ubrać — dodał. 
   — Wrzuciłem  na  siebie  parę  sztuk  odzieży  —  wyjaśnił  Amerykanin.  —  Bardzo  to 
rozsądne z pana strony — rzekł lord Caterham. — Bo w piżamie cholernie zimno. 
   Ziewnął. W przygnębionym nastroju towarzystwo powędrowało do łóżek. 
 
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY 
DRUGA PRZYGODA O PÓŁNOCY 
    
   Pierwszą  osobą,  którą  Anthony  zobaczył,  gdy  nazajutrz  po  południu  wysiadł  z  pociągu, 
był inspektor Battle. Jego twarz rozpromienił uśmiech. 
   — Wracam zgodnie z umową — oświadczył Anthony. 
   — Czy przybył pan tu specjalnie po to, by się o tym przekonać? 
   Battle potrząsnął głową. 
   — Nie budziło to we mnie niepokoju, proszę pana. Jadę do Londynu, to wszystko. 
   — Pan ma taki ufny charakter, inspektorze? 
   — Tak pan sądzi? 
   _—  Nie,  sądzę,  że  skomplikowany,  bardzo  skomplikowany.  Cicha  woda,  jak  panu 
wiadomo, i tak dalej. A więc jedzie pan do Londynu? 
   — Zgadza się. 
   — Ciekawe, po co? Detektyw nie odpowiedział. 
   — Pan jest bardzo rozmowny — stwierdził Anthony. 
   — Lubię to u pana. 
   W oczach inspektora pojawiło się coś, co przypominało ogniki. 
   — A jak daleko pan się posunął? — zapytał. — Jak panu idzie? 
   — Niewypał, inspektorze. Fatalnie się pomyliłem. Przykra historia. 
   — W  czym  się  pan  pomylił,  jeśli  wolno  spytać?  —  Podejrzewałem  francuską 
guwernantkę. Na podstawie, po pierwsze: że jest ostatnią osobą, której można by przypisać 

background image

 

87 

dokonanie  morderstwa,  zgodnie  z  zasadą  tworzenia  fikcji.  Po  drugie:  w  nocy,  kiedy 
wydarzyła się tragedia, w jej pokoju zapaliło się światło. 
   — Niewiele miał pan punktów zahaczenia. 
   — To prawda. Niewiele. Ale ustaliłem, że pracuje tu od niedawna, a także stwierdziłem, 
że kręci się tu jakiś podejrzany Francuz. Zebrał pan o nim wszelkie dane, jak przypuszczam 

   — Ma  pan  na  myśli  człowieka,  który  mówi,  że  się  nazywa  Chelles?  Zatrzymał  się  w 
„Krykieciście”. Komiwojażer. Handluje jedwabiem. 
   — Ach tak! I co dalej? Co sądzi o nim Scotland Yard? 
   — Że zachowuje się podejrzanie — wyrzekł inspektor beznamiętnym tonem. 
   — Powiedziałbym,  że  bardzo  podejrzanie.  No  więc  podsumujmy:  guwernantka, 
Francuzka, w domu; cudzoziemiec,  Francuz, poza domem. Uznałem, że oni tworzą  sitwę, 
toteż pospieszyłem do pewnej lady, u której mademoiselle Brun przez ostatnie dziesięć lat 
była zatrudniona, by rozpytać ją o Francuzkę. Byłem absolutnie nastawiony na to, że owa 
lady  nigdy  nie słyszała o  mademoiselle  Brun, ale  myliłem się,  inspektorze. Mademoiselle 
to produkt autentyczny. 
   Battle skinął głową. 
   — Muszę  dodać  —  ciągnął  Anthony  —  że  w  miarę  jak  rozmawiałem  z  guwernantką, 
nabierałem  niejasnego  przekonania,  że  stawiam  na  fałszywego  konia.  Sprawiała  wrażenie 
typowej przedstawicielki swego zawodu. 
   Battle ponownie skinął głową. 
   — Mimo  to  —  powiedział  —  nie  może  pan  nie  brać  pod  uwagę  tej  ewentualności. 
Kobiety za pomocą makijażu dokonują cudów. Znałem piękną dziewczynę, która zmieniła 
kolor włosów, umalowała policzki na kolor ziemisty, pociągnęła lekko różem powieki i — 
co dało największy efekt — ubrała się niechlujnie; skutek był taki, że większość znajomych 
dziewczyny  nie poznawała jej… Mężczyźni  nie  mają aż takich  możliwości. Zrobi pan coś 
ze  swoimi  brwiami,  no  i  oczywiście  odpowiednio  dobrane  sztuczne  zęby  —  to  zmienia 
całkowicie wyraz twarzy. Ale pozostają uszy — uszy, proszę pana, ogromnie wiele mówią 
o charakterze człowieka. 
   — Proszę się tak w moje nie wpatrywać, inspektorze  — powiedział Anthony. — Bardzo 
mnie. to denerwuje. 
   — Nie  mówię  o  sztucznej  brodzie  czy  szmince  —  ciągnął  Battle.  —  To  dobre  na 
powieść. Tak, jest niewielu mężczyzn, którzy potrafią uniknąć identyfikacji i wyprowadzić 
człowieka  w  pole.  W  gruncie  rzeczy  znam  tylko  takiego  jednego,  który  ma  prawdziwy 
talent do nadawania sobie innego wyglądu. Król Victor. Słyszał pan o Królu Victorze? 
   Detektyw  zadał  to  pytanie  w  sposób  tak  nagły  i  tonem  tak  ostrym,  że  Anthony 
powstrzymał się od odpowiedzi, którą miał już na końcu języka. 
   — Król Victor? — powtórzył zamiast tego, z wyraźnym namysłem. — Coś mi się obiło o 
uszy. 
   — Jeden  z  najsłynniejszych  na  świecie  złodziei  klejnotów.  Ojciec  Irlandczyk,  matka 
Francuzka.  Włada  co  najmniej  pięcioma  językami.  Odsiadywał  wyrok,  ale  przed  paroma 
miesiącami wyszedł na wolność. 
   — Doprawdy? A gdzie on teraz jest? 
   — To właśnie chcielibyśmy wiedzieć, proszę pana. 
   — Sprawa  wikła  się  coraz  bardziej  —  powiedział  Anthony  lekkim  tonem.  —  Nie  ma 
raczej  szans,  żeby  tutaj  się  pojawił,  prawda?  Ponadto,  jak  przypuszczam,  pamiętniki 
polityka go nie interesują, tylko klejnoty. 

background image

 

88 

   — Trudno powiedzieć — rzekł inspektor Battle. 
   — Wbrew temu, co jest nam wiadome, może już tu być. 
   — Przebrany za drugiego kamerdynera.  Kapitalne! Rozpozna  go pan po  uszach  i okryje 
się sławą! 
   — Nie zbywa panu na dowcipie. A propos, co pan sądzi o tym interesującym wydarzeniu 
w Staines? 
   — Staines? — powtórzył Anthony. — A co się tam takiego wydarzyło? 
   — Pisała  o  tym  sobotnia  prasa.  Myślałem,  że  pan  czytał.  Przy  szosie  znaleziono 
zastrzelonego człowieka. Cudzoziemca. Dziś również było o tym w gazetach. 
   — Tak,  rzeczywiście,  wpadło  mi  to  w  oko  —  powiedział  Anthony  od  niechcenia.  — 
Zdaje się, że to nie było samobójstwo. 
   — Nie.  Nie  znaleziono  przy  nim  broni.  Na  razie  ów  mężczyzna  nie  został 
zidentyfikowany. 
   — Pan  jest  tym  bardzo  przejęty  —  rzekł  z  uśmiechem  Anthony.  —  Czy  ma  to  jakiś 
związek ze śmiercią księcia Michaela? 
   Ręka  mu  nie  zadrżała.  Nad  oczami  także  panował.  Czy  mu  się  tylko  wydawało,  że 
inspektor Battle wpatruje się w niego szczególnie intensywnie? 
   — Wygląda to niemal na epidemię — powiedział inspektor. — Nie, chyba oba wypadki 
nie mają ze sobą nic wspólnego. 
   Odwrócił  się  machnąwszy  ręką,  albowiem  pociąg  londyński  nadjeżdżał  właśnie  z 
łoskotem. Anthony odetchnął z ulgą. 
   Szedł  przez  park  pogrążony  w  nietypowej  dla  niego  zadumie.  Celowo  obrał  ten  sam 
kierunek, z którego podchodził do rezydencji owej fatalnej czwartkowej nocy, i gdy był już 
całkiem  blisko,  popatrzył  w  górę  na  okna,  wysilając  pamięć,  by  ustalić  już  z  całą 
pewnością,  gdzie  wówczas  zobaczył  światło.  Czy  aby  na  pewno  było  to  okno  drugie  od 
końca? 
   I w trakcie tej gimnastyki myślowej dokonał odkrycia. 
   Róg  domu  był  spłaszczony,  toteż  znajdujące  się  tam  okno  było  jak  gdyby  na  trochę 
dalszym  planie.  Komuś  stojącemu  w  jednym  miejscu  to  okno  wydawało  się  pierwsze,  to 
zaś  nad  salą  obrad  —  drugie,  lecz  gdy  odszedł  parę  jardów  w  prawo,  ta  część  nad  salą 
obrad  wyglądała  jak  narożna  część  budynku.  Pierwsze  okno  było  wtedy  poza  polem 
widzenia,  a  dwa  ponad  salą  obrad  można  było  uznać  za  pierwsze  i  drugie  od  końca.  W 
którym miejscu dokładnie stał Anthony, gdy spostrzegł zapalające się światło? 
   Precyzyjne  jego  określenie  było  rzeczą  niezwykle  trudną.  Jard  dalej  czy  bliżej  — 
stanowiło to już ogromną różnicę. Jedno nie ulegało najmniejszej wątpliwości: okazało się 
oto, że  mógł się pomylić  mówiąc,  iż zobaczył światło w drugim oknie  od końca. Równie 
dobrze mogło być trzecie. 
   A  więc  teraz:  kto  zajmował  trzeci  pokój?  Anthony  postanowił  możliwie  jak  najszybciej 
ustalić  ów  fakt.  Szczęście  mu  sprzyjało.  W  hallu  Tredwell  stawiał  właśnie  na  swoim 
miejscu na tacy masywny, srebrny dzban. Nikogo poza nim nie było. 
   — Jak  się  masz,  Tredwell  —  rzekł  Anthony.  —  Chcę  cię  o  coś  zapytać.  Kto  zajmuje 
trzeci pokój od końca w zachodnim skrzydle domu? Nad salą obrad? 
   Tredwell chwilę się zastanawiał. 
   — Ten amerykański dżentelmen, pan Fish. 
   — Aha. Dzięki. 

background image

 

89 

   — Drobiazg,  sir.  —  Miał  już  odejść,  ale  się  zatrzymał.  Chęć,  aby  być  pierwszym 
człowiekiem serwującym nowinę, zmogła nawet świątobliwego kamerdynera. — Może pan 
już słyszał, co się wydarzyło wczoraj w nocy? 
   — Nie. A co się wydarzyło? 
   — Napad rabunkowy. 
   — Niemożliwe? Co zginęło? 
   — Nic.  Złodzieje  rozbierali  rycerza  w  zbroi  w  sali  obrad,  gdzie  zostali  zaskoczeni  i 
zmuszeni do ucieczki. Zdołali niestety zbiec. 
   — Niesamowite  —  orzekł  Anthony.  —  Znowu  sala  obrad.  Włamali  się  tak  jak 
poprzednio? 
   — Prawdopodobnie wyważyli oszklone drzwi. 
   Rad,  że  jego  informacje  wywołały  takie  zainteresowanie,  Tredwell  ponownie  szykował 
się  do  odejścia,  lecz  jeszcze  chwilę  się  zatrzymał,  by  z  nadętą  miną  wypowiedzieć  słowa 
przeprosin: 
   — Proszę mi wybaczyć. Nie słyszałem, kiedy pan wchodził, i nie wiedziałem, że stoi pan 
tuż za mną. 
   Pan Isaacstein, który padł ofiarą kolizji, machnął przyjacielsko dłonią w stronę Tredwella. 
   — Nie  szkodzi.  Zapewniam  cię,  że  nic  mi  się  nie  stało.  Tredwell  przestał  mieć  nadętą 
minę, Isaacstein zaś wszedł do środka i zagłębił się w klubowym fotelu. 
   — Cześć, Cade, a więc wrócił pan! Słyszał pan już o tym nocnym spektaklu? 
   — Tak — odparł Anthony. — Weekend mamy raczej urozmaicony, prawda? 
   — Przypuszczam,  że  tym  razem  było  to  dzieło  miejscowych  łobuzów  —  powiedział 
Isaacstein. — Niechlujna, amatorska robota. 
   — Czy ktoś w okolicy kolekcjonuje zbroje? — zapytał Anthony. — Ustalenie tego faktu 
byłoby interesujące. 
   — Bardzo  —  zgodził  się  pan  Isaacstein.  —  Chwilę  milczał,  a  potem  rzekł  powoli:  — 
Cała sytuacja tutaj jest ogromnie niefortunna. 
   W jego tonie wyczuwało się jakąś groźną nutę. 
   — Nie bardzo rozumiem — powiedział Anthony. 
   — Dlaczego  nas  tu  trzymają?  Przesłuchiwanie  wczoraj  się  skończyło.  Zwłoki  księcia 
zostaną przewiezione do  Londynu,  gdzie poda się do publicznej wiadomości, że umarł na 
serce.  I  wciąż  nikomu  nie  wolno opuszczać  tego  domu.  Pan  Lomax  wie  tyle  samo  co  ja. 
Odsyła mnie do inspektora Battle’a. 
   — Inspektor Battle ma coś w zanadrzu — oświadczył Anthony z namysłem. — I wydaje 
mi się, że najważniejsze dla jego planu jest to, by nikt stąd nie wyjechał. 
   — Ale, bardzo przepraszam, pan przecież wyjechał? 
   — Z aniołem stróżem depczącym mi po piętach. Nie ulega dla mnie kwestii, że cały czas 
byłem śledzony. Nie miałbym szansy na pozbycie się rewolweru lub coś w tym sensie. 
   — Ach, rewolwer — powiedział w zamyśleniu Isaacstein. — Nie odnaleziono go, jak się 
zdaje? 
   — Jeszcze nie. 
   — Może zbrodniarz wrzucił go do jeziora? 
   — Bardzo możliwe. 
   — Gdzie jest inspektor Battle? Dziś po południu go nie widziałem. 
   — Pojechał do Londynu. Spotkaliśmy się na stacji. 
   — Do Londynu? Co pan mówi? Powiedział, kiedy wraca? 
   — O ile dobrze zrozumiałem, jutro wczesnym rankiem. 

background image

 

90 

   Do  hallu  weszła  Virginia  z  lordem  Caterhamem  i  panem  Fishem.  Uśmiechnęła  się  do 
Anthony’ego na powitanie. 
   — No, jest pan z powrotem. Słyszał pan o naszych nocnych przygodach? 
   — Faktycznie,  panie  Cade  —  rzekł  Hiram  Fish.  —  To  była  istna  nerwowa.  Doszło  do 
pana, że wziąłem panią Revel za jednego ze zbirów? 
   — A tymczasem — zaczął Anthony — ten zbir… 
   — Dał drapaka — dokończył ponuro pan Fish. 
   — Proszę  nalewać…  —  powiedział  do  Virginii  lord  Caterham.  —  Nie  wiem,  gdzie  jest 
Bundle. 
   Virginia spełniła jego prośbę. Po czym usiadła blisko Anthony’ego. 
   Po  herbacie  niech  pan  przyjdzie  na  przystań  —  powiedziała  ściszonym  głosem.  —  Ja  i 
Bill mamy panu mnóstwo do opowiedzenia. 
   I włączyła się do ogólnej rozmowy. 
   Spotkanie na przystani odbyło się zgodnie z planem. 
   Virginia  i  Bill  prześcigali  się  w  opowieściach.  Wszyscy  troje  się  zgodzili,  że  środek 
jeziora jest najbezpieczniejszym miejscem na poufną rozmowę. Gdy, wiosłując, znaleźli się 
w  odpowiedniej od  brzegu  odległości,  Anthony  wysłuchał  całej  historii  z  ubiegłej,  pełnej 
przygód  nocy.  Bill  był  z  lekka  nadąsany.  Wolałby,  żeby  Virginia  nie  wtajemniczała  we 
wszystko tego kolonialnego faceta. 
   — Dziwna  sprawa  —  rzekł  w  końcu  Anthony.  —  Co  pani  o  tym  sądzi?  —  zapytał 
zwracając się do Virginii. 
   — Musieli  czegoś  szukać  —  odparła  szybko.  —  Teoria  o  złodziejach  jest  według  mnie 
absurdalna. 
   — Sądzili, że to coś, czego szukają, jest ukryte w zbroi, to jasne. Ale dlaczego stukali w 
boazerię? A może szukali tajemnych schodów albo czegoś w tym sensie? 
   — W  „Chimneys”  jest  „księża  jama”,  to  wiem  —  powiedziała  Virginia.  —  Równie 
dobrze  mogą  więc  ‘być  i  tajemne  schody.  Lord  Caterham  powie  nam  o  tym.  Ale  ja 
chciałabym się dowiedzieć, czego oni szukają. 
   — Na pewno nie pamiętników. To duża, nieporęczna paczka. Musi to być coś małego. 
   — Mam  nadzieję,  że  George  wie  —  powiedziała  Virginia.  —  Ciekawe,  czy  udałoby  mi 
się  wyciągnąć  to  od  niego.  Od  początku  miałam  wrażenie,  że  coś  się  za  tym  wszystkim 
kryje. 
   — Mówiła  pani,  że  był  tam  tylko  jeden  człowiek  —  ciągnął  Anthony  —  ale  równie 
dobrze mogło być ich dwóch, bo odniosła pani wrażenie, że w czasie gdy doskoczyła pani 
do oszklonych drzwi, ktoś przemknął ku drzwiom wychodzącym na korytarz. 
   — Szelest był ledwo słyszalny — rzekła. — Może zrodził się tylko w mojej wyobraźni… 
   — .  Niewykluczone,  ale  gdyby  tak  istotnie  było,  oznaczałoby  to,  że  druga  osoba  jest 
domownikiem. Zastanawiam się… 
   — Nad czym? — zapytała Virginia. 
   — Nad pedanterią pana Hirama Fisha, który, słysząc z dołu wołania o pomoc, ubiera się 
od stóp do głów. 
   — Coś w tym jest — zgodziła się. — No i z drugiej strony ten Isaacstein, który przesypia 
całą hecę. To też jest podejrzane. Trudno sobie wyobrazić, by się nie obudził. 
   — Jeszcze  ten  Boris  —  powiedział  Bill.  —  Ma  wygląd  skończonego  łotra.  Mówię  o 
służącym Michaela. 
   — W  „Chimneys”  aż  się  roi  od  podejrzanych  typów  —  stwierdziła  Virginia.  —  Głowę 
daję,  że  w  oczach  innych  też  jesteśmy  podejrzani.  Wolałabym,  żeby  inspektor  Battle  nie 

background image

 

91 

wybrał  się  do  Londynu.  Moim  zdaniem  postąpił  niemądrze.  A  propos,  kilka  razy 
widziałam tego cudacznego Francuza myszkującego po parku. 
   — Popełniłem błąd — przyznał Anthony. — Pojechałem, i daremny trud. Wyszedłem na 
durnia. Według  mnie cała kwestia sprowadza się do tego: czy ci  ludzie znaleźli to,  czego 
ostatniej nocy szukali? 
   — Sądzę, że nie — powiedziała. — A właściwie to jestem przekonana, że nie. 
   — Skoro tak, to wrócą. Wiedzą albo dowiedzą się niebawem, że Battle jest w Londynie. 
Zaryzykują i dziś w nocy znowu złożą nam wizytę. 
   — Naprawdę tak pan uważa? 
   — Jest  taka  możliwość.  Nasza  trójka  powinna  stworzyć  zespół  operacyjny.  Ja  i 
Eversleigh ukryjemy się, z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, w sali obrad… 
   — A  co  ze  mną?  —  przerwała  Virginia.  —  Czy  aby  nie  zamierzacie  mnie  z  tego 
wyłączyć? 
   — Słuchaj, Virginio — powiedział Bill. — To jest męska robota… 
   — Nie wygłupiaj się, Bill. Ja już przez to przeszłam. Pamiętaj o tym. A więc nasz zespół 
będzie dziś w nocy trzymał straż. 
   Decyzja zapadła i omówiono szczegóły planu. Gdy towarzystwo udało się na spoczynek, 
członkowie zespołu zeszli potajemnie na dół. Każdy był uzbrojony w latarkę elektryczną, a 
w kieszeni marynarki Anthony’ego spoczywał rewolwer. 
   Anthony  powiedział,  iż  jest  przekonany,  że  zostanie  podjęta  kolejna  próba  znalezienia 
tego czegoś. Nie przypuszczał jednakże, że podejmie ją ktoś z zewnątrz. Zakładał bowiem, 
że Virginia odniosła słuszne wrażenie, iż ktoś wczorajszej nocy przemknął obok niej, toteż 
ustawił się w cieniu starej, dębowej szafy, wzrok miał skierowany na drzwi wychodzące na 
korytarz,  a  nie  na  oszklone,  wiodące  na  taras.  Virginia  przykucnęła  przy  przeciwległej 
ścianie, za rycerzem w zbroi, Bill zaś zajął miejsce koło oszklonych drzwi. 
   Minuty  wlokły  się  w  nieskończoność.  Wybiła  pierwsza  godzina,  potem  pół  do  drugiej, 
druga, pół do trzeciej. Anthony’emu zesztywniały kości, zdrętwiał cały. Dochodził powoli 
do przekonania, że się pomylił w swoich wyliczeniach. Nikt dziś w nocy nie ponowi próby. 
   Nagle  zamienił  się  w  słuch.  Postawił  w  stan  alarmu  wszystkie  swoje  zmysły.  Usłyszał 
kroki  na  tarasie.  Znowu  cisza,  i  delikatne  skrobanie  w  szybę.  Raptem  wszystko  ucichło  i 
oszklone  drzwi  otworzyły  się.  Do  pokoju  wkroczył  mężczyzna.  Chwilę  stał  całkiem 
nieruchomo, rozglądając się wokół, nasłuchując. Po paru minutach, jak gdyby zadowolony 
z sytuacji, zapalił  latarkę, którą  miał ze sobą, i szybko omiótł światłem pokój. Widocznie 
nic szczególnego nie zauważył. Trójka wartowników wstrzymała oddech. 
   Podszedł do tego samego fragmentu obitej boazerią ściany, który obstukiwał poprzedniej 
nocy. 
   — I wówczas Bill zesztywniał ze zgrozy; zachciało mu się kichać. Szybki marsz ubiegłej 
nocy  przez  podmokły,  nisko  położony  park  sprawił,  że  się  przeziębił.  Cały  dzień  kichał 
prawie bez przerwy. Teraz właśnie też zebrało  mu się  na to kichanie  i nic  na świecie  nie 
mogłoby go powstrzymać. 
   Zastosował wszelkie środki, o jakich mu było wiadomo. Przygryzł górną wargę, głęboko 
oddychał, odrzucił głowę do tyłu i wpatrywał się w sufit. Ostatnią deską ratunku było to, że 
z całej siły ścisnął palcami nos. Wszystko na próżno. Kichnął. 
   Przytłumione,  powstrzymywane,  głuche  kichnięcie,  lecz  wśród  martwej  ciszy  pokoju 
zabrzmiało jak wystrzał. 

background image

 

92 

   Człowiek  obrócił  się  gwałtownie  dokoła  i  w  tej  samej  chwili  Anthony  wkroczył  do 
akcji. Zapalił latarkę i rzucił się na przybysza. W następnym momencie obaj tarzali się po 
podłodze. 
   — Światło! — krzyknął Anthony. 
   Virginia stała tuż przy wyłączniku. Tym razem wszystkie żarówki rozbłysły. Anthony był 
górą, nad tym człowiekiem. Bill pochylił się, by mu przyjść z pomocą. 
   — A teraz — powiedział Anthony — zobaczymy, coś ty za jeden, kochasiu! 
   — Odwrócił swoją ofiarę twarzą do góry. Był to ten schludny, czarnobrody cudzoziemiec 
z „Krykiecisty”. 
   — Dobra robota — rozległ się brzmiący aprobatą głos. Rozejrzeli się ze zdumieniem. W 
progu zobaczyli zwalistą sylwetkę inspektora Battle’a. 
   — Sądziłem, że jest pan w Londynie, inspektorze — odezwał się Anthony. 
   W oczach inspektora zapaliły się światełka. 
   — Naprawdę?  —  zapytał.  —  Pomyślałem  sobie,  że  będzie  dobrze,  jeżeli  ktoś  będzie 
sądził, iż pojechałem. 
   — I  słusznie  —  zgodził  się  Anthony,  spoglądając  na  swojego,  leżącego  plackiem 
przeciwnika. 
   Ku jego zdziwieniu na twarzy tegoż pojawił się cień uśmiechu. 
   — Czy mogę wstać, panowie? — zapytał. — Jest was trzech na jednego. 
   Anthony  pomógł  mii  uprzejmie  stanąć  na  nogi.  Intruz  poprawił  marynarkę,  podniósł 
kołnierz, po czym spojrzał ostro na inspektora. 
   — Domagam się przeprosin  — powiedział. —  Ale czy  dobrze zrozumiałem, że jest pan 
ze Scotland Yardu? 
   — Jak najbardziej — odparł Battle. 
   — Wobec tego przedłożę panu  moje listy  uwierzytelniające.  — Uśmiechnął się smętnie. 
— Powinienem był być na tyle mądry, by uczynić to znacznie wcześniej. 
   Wyjął z kieszeni kilka dokumentów  i wręczył  je detektywowi  Scotland Yardu. Odchylił 
zarazem klapę marynarki i pokazał coś, co było tam przypięte. 
   Battle  wydał  okrzyk  zdziwienia.  Przejrzał  papiery  i  z  lekkim  ukłonem  zwrócił  je 
właścicielowi. 
   — Przykro  mi,  że  został  pan  poturbowany,  monsieur  —  powiedział  —  ale  sam  pan  jest 
sobie winien. — Uśmiechnął się odnotowując w myślach zdumienie, jakie odmalowało się 
na  twarzach  pozostałych  osób.  —  To  jest  nasz  kolega,  którego  od  pewnego  czasu 
oczekujemy — rzekł. — Pan Lemoine z S?reté w Paryżu. 
 
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY 
TAJEMNICZA HISTORIA 
   Wszyscy  wytrzeszczyli  oczy  na  francuskiego  detektywa,  który  odwzajemnił  się 
uśmiechem. 
   — Tak — powiedział. — Taka jest prawda. 
   Milczeli chwilę, porządkując myśli. Następnie Virginia zwróciła się do inspektora: 
   — Wie pan, co sobie myślę, inspektorze Battle? 
   — Co mianowicie, szanowna pani? 
   — Że najwyższy czas, by pan nas cokolwiek oświecił. 
   — Oświecił? Nie bardzo panią rozumiem, pani Revel. 
   — Inspektorze,  świetnie  mnie  pan  rozumie.  Przypuszczam,  że  pan  Lomax  polecił  panu 
obwarować  się  dyskrecją,  to  do  George’a  podobne,  ale,  doprawdy,  lepiej  jest  nam 

background image

 

93 

powiedzieć niż dopuszczać do tego, byśmy wciąż natykali się na tajemnice i może nawet 
krzywdzili kogoś niepomiernie. Czy zgodzi pan się ze mną, monsieur? 
   — Madame, w całej rozciągłości. 
   — Nie  sposób  działać,  trzymając  wszystko  w  ukryciu  —  powiedział  Battle.  —
Oświadczyłem to panu Lomaxowi. Pan Eversleigh jest sekretarzem pana Lomaxa, nie mam 
więc  żadnych  obiekcji,  żeby  poznał  fakty,  jakie  są  do  poznania.  Co  zaś  się  tyczy  pana 
Cade’a,  to  on  nolens  volens  został  wciągnięty  w  tę  sprawę,  i  uważam,  że  ma  prawo 
wiedzieć, na czym stoi. Ale… — urwał. 
   — Wiem  —  wtrąciła  Virginia.  —  Kobiety  są  tak  niedyskretne.  George  często  wygłasza 
taką opinię. 
   Lemoine  obserwował  Virginię  z  uwagą.  Po  chwili  powiedział  do  funkcjonariusza 
Scotland Yardu. 
   — Czy zwracał się pan do tej madame, wymieniając nazwisko Revel? 
   — Tak się nazywam — powiedziała Virginia. 
   — Pani  małżonek  pracował  w  dyplomacji,  prawda?  I  przebywała  pani  z  nim  w 
Herzoslovakii tuż przed zamordowaniem króla i królowej? 
   Lemoine nawiązał do poprzedniego tematu : 
   — Moim  zdaniem,  madame  ma  prawo  poznać  całą  historię.  Jest  pośrednio  w  nią 
wmieszana.  Ponadto…  —  jego  oczy  rozbłysły  —  w  kołach  dyplomatycznych  dyskrecja 
madame ma wysokie notowania. 
   — Cieszę  się  z  tak  dobrej  opinii  —  powiedziała  Virginia  ze  śmiechem.  —  I  cieszę  się 
także, że nie zamierza mnie pan wykluczyć z tej sprawy. 
   — A  jak  się  panowie  zapatrujecie  na  małe  pokrzepienie?  —  zapytał  Anthony.  —  Gdzie 
odbędzie się ta konferencja? Tutaj? 
   — Jeżeli pan pozwoli — rzekł Battle — to wolałbym do rana nie opuszczać tego pokoju. 
Po usłyszeniu opowieści będzie pan wiedział dlaczego. 
   — Wobec tego idę po zaopatrzenie — oświadczył Anthony. 
   Poszli razem z Billem  i wrócili ze szklankami, syfonami  i  innymi  niezbędnymi do życia 
akcesoriami. 
   Powiększony zespół  ulokował się wygodnie  przy owalnym, dębowym stole, stojącym  w 
rogu, obok oszklonych drzwi. 
   — Jest oczywiście samo przez się zrozumiałe — zaczął Battle — że wszystko, o czym tu 
będzie  mowa, jest objęte ścisłą tajemnicą. Nie  może być żadnego przecieku. Wiedziałem, 
że  pewnego  dnia  sprawa  ujrzy  światło  dzienne.  Dżentelmeni  w  rodzaju  pana  Lomaxa, 
którzy zawsze pragną wszystko tuszować, podejmują większe ryzyko, niż są w stanie sobie 
wyobrazić. Początek całej tej historii miał miejsce siedem lat temu. Wiele się wtedy działo, 
szczególnie  na  Bliskim  Wschodzie  (tam  nazywa  się  to  przebudową).  Ale  przyczyn  wielu 
wydarzeń należy szukać w Anglii. To tu mieszkał ten stary dżentelmen, hrabia Stylptitch, 
który pociągał za sznurki. Wszystkie państwa bałkańskie były stronami zainteresowanymi, 
a  w  tym  samym  czasie  przebywało  w  Anglii  wiele  osobistości  królewskiego  rodu.  Nie 
zamierzam  wdawać  się  w  szczegóły,  ale  zniknęła  pewna  rzecz  —  i  to  w  sposób  wręcz 
niewiarygodny, jeżeli nie weźmie się pod uwagę dwóch faktów: że złodziej był kimś z rodu 
królewskiego  i  że  robota  była  wykonana  z  najwyższą  klasą  profesjonalną.  Pan  Lemoine 
opowie państwu, jak to się stało. Francuz skłonił się kurtuazyjnie i podjął opowieść: 
   — Bardzo  możliwe,  że  wy  w  Anglii  nawet  nie  słyszeliście  o  słynnym,  ekscentrycznym 
Królu  Victorze.  Jak  brzmi  jego  prawdziwe  nazwisko,  nikt  nie  wie,  ale  to  człowiek 
niezwykle  mężny,  włada  pięcioma  językami  i  jest  niedoścignionym  mistrzem  w  sztuce 

background image

 

94 

maskowania się. Jego ojciec, jak głosi fama, był albo Anglikiem, albo Irlandczykiem, on 
jednak  pracuje  głównie  w  Paryżu.  Właśnie  tam  prawie  osiem  lat  temu,  jako  kapitan 
O’Neill, przeprowadził kilka brawurowych napadów rabunkowych. 
   Z ust Virginii wyrwał się słaby okrzyk. Pan Lemoine obrzucił ją uważnym spojrzeniem. 
   — Zdaje się, że wiem, co zdenerwowało madame. Za chwilę dowiecie się państwo. My z 
S?reté przypuszczaliśmy, że ów kapitan O’Neill to nie kto inny, tylko Król Victor, lecz nie 
mogliśmy  zdobyć  żadnego  na  to  dowodu.  Przebywała  wówczas  w  Paryżu  pewna  młoda, 
zdolna aktorka z Folies Bergeres, Angele Mory. Od jakiegoś czasu podejrzewaliśmy, że ma 
coś wspólnego z działalnością Króla Victora. Ale i w tej kwestii zabrakło nam dowodu. 
   W  owym  mniej  więcej  czasie  Paryż  przygotowywał  się  do  wizyty  młodego  króla 
Herzoslovakii,  Nicholasa  Czwartego.  Otrzymaliśmy  w  S?reté  specjalne  instrukcje,  jaki 
mamy  obrać  kierunek  działań,  by  zapewnić  bezpieczeństwo  Jego  Królewskiej  Mości. 
Szczególną uwagę polecono nam zwrócić na działalność pewnej rewolucyjnej organizacji, 
która  przybrała  nazwę  Towarzysze  Czerwonej  Ręki.  Jest  już  teraz  niemal  pewne,  że  ci 
Towarzysze  dotarli  do  Angele  Mory  i  ofiarowali  jej  pokaźną  sumę  za  udzielenie  im 
pomocy. Winna była mianowicie rozkochać w sobie młodego króla i ściągnąć go w pewne, 
uzgodnione  z  nimi  miejsce.  Angele  Mory  przyjęła  propozycję  i  obiecała  odegrać 
wzmiankowaną rolę. 
   Lecz  młoda  dama  była  sprytniejsza  i  bardziej  ambitna,  niż  to  zakładali  jej  mocodawcy. 
Zdołała usidlić króla, który śmiertelnie się w niej zakochał i wręcz zarzucił ją klejnotami. I 
wówczas właśnie powzięła postanowienie, że nie zostanie kochanką króla, tylko królową. 
Jak  wiadomo,  zrealizowała  swoje  plany.  Przedstawiono  ją  w  Herzoslovakii  jako  hrabinę 
Varagę  Popoleffsky,  z  bocznej  linii  Romanowów,  i  została  w  końcu  królową  Varagą, 
monarchinią Herzoslovakii. Nieźle, jak na paryską aktorkę. Słyszałem, że grała swoją rolę 
znakomicie.  Ale  jej  triumf  nie  trwał  długo.  Towarzysze  Czerwonej  Ręki,  rozwścieczeni 
zdradą  aktorki,  dwukrotnie  dokonywali  zamachu  na  jej  życie.  Wreszcie  doprowadzili  ten 
kraj  do  takiego  stanu,  że  wybuchła  tam  rewolucja,  w  której  wyniku  para  królewska 
poniosła  śmierć.  Odnaleziono  ich  zwłoki,  straszliwie  sprofanowane,  prawie  nie  do 
poznania,  co  świadczyło  o  nienawiści  społeczeństwa  do  cudzoziemskiej,  niskiego  rodu 
królowej. 
   Wydaje  się  pewne,  że  królowa  Varaga  przed  rewolucją  wciąż  utrzymywała  kontakt  ze 
swoim  sprzymierzeńcem,  Królem  Victorem.  Możliwe,  że  od  samego  początku  on  był 
autorem  tego  śmiałego  planu.  Wiadomo,  że  stale  z  nim  korespondowała,  z  dworu 
królewskiego,  stosując  tajemny  szyfr.  Dla  większego  bezpieczeństwa  listy  były  pisane  po 
angielsku  i  podpisywane  nazwiskiem  angielskiej  lady,  przebywającej  w  tym  czasie  w 
ambasadzie brytyjskiej w Herzoslovakii… Gdyby doszło do jakiegokolwiek śledztwa w tej 
sprawie  i  owa  lady  zaprzeczyłaby  autentyczności  podpisu,  prawdopodobnie  nie 
uwierzonoby  jej,  bo  listy  miały  zdecydowanie  miłosny  charakter.  Posługiwała  się  pani 
nazwiskiem, pani Revel. 
   — Wiem  —  powiedziała  Virginia.  Czerwieniła  się  i  bladła  na  przemian.  —  A  więc  tak 
wygląda prawda o tych listach. Bez przerwy się zastanawiałam, co to ma znaczyć. 
   — Co za nikczemny pomysł! — wykrzyknął z oburzeniem Bill. 
   — Listy  były  adresowane  do  kapitana  O’Neilla  zajmującego  apartament  w  Paryżu,  a 
główny  ich cel wyjdzie  na jaw dzięki pewnemu  interesującemu  faktowi, który później się 
ujawni.  Po  zamordowaniu  króla  i  królowej  liczne  koronne  klejnoty,  które,  rzecz  jasna, 
wpadły  w  ręce  motłochu,  zawędrowały  do  Paryża  i  okazało  się,  że  przytłaczająca 
większość  najokazalszych kamieni stała się towarem wymiennym  — a proszę zważyć, że 

background image

 

95 

wśród  klejnotów  Herzoslovakii  znajdowało  się  kilka  znanych  w  świecie.  Albowiem 
królowa, Angele Mory, nie zaprzestała dawnej działalności. 
   Widzicie  państwo,  dokąd  zaszliśmy.  Nicholas  Czwarty  i  królowa  Varaga  przybyli  do 
Anglii i byli gośćmi świętej pamięci markiza Caterhama, sekretarza stanu w Ministerstwie 
Spraw Zagranicznych. Herzoslovakia jest małym krajem, ale nie można było zlekceważyć 
tego  państwa.  Królową  Varagę  trzeba  więc  było  przyjąć?  I  tu  mamy  koronowaną  głowę  i 
zarazem wytrawnego złodzieja. Nie ulega także wątpliwości, że… hm… ktoś, kto potrafił 
tak  wspaniale  oszukiwać  każdego  z  wyjątkiem  prawdziwego  znawcy,  był  ukształtowany 
przez Króla Victora, i  faktycznie cały plan, bezczelny  i śmiały, świadczył, że on był jego 
twórcą. 
   — I co dalej? — zapytała Virginia. 
   — Sprawę  zatuszowano  —  odpowiedział  lakonicznie  inspektor  Battle.  —  Do  dziś  nie 
ujawniono  tego  faktu.  Pracowaliśmy  z  całym  oddaniem,  ale  bez  rozgłosu,  i  zrobiliśmy 
znacznie więcej,  niż  możecie sobie państwo wyobrazić. Wypracowaliśmy  godne podziwu 
metody.  Mogę  państwu  tylko  tyle  powiedzieć,  że  tego  klejnotu  królowa  Herzoslovakii  z 
Anglii nie wywiozła. Tak, Jej Królewska Mość gdzieś go ukryła, ale gdzie, nie byliśmy w 
stanie  tego  dociec.  Nie  zdziwiłbym  się  jednak  —  inspektor  Battle  rozejrzał się  spokojnie 
dokoła — gdyby ten skarb znajdował się w tym pokoju. 
   Anthony zerwał się na równe nogi. 
   — Co!? Po tylu latach? — wykrzyknął z niedowierzaniem. — To wprost niemożliwe! 
   — Nie  zna  pan  towarzyszących  temu,  specyficznych  okoliczności,  monsieur  —  odparł 
szybko Francuz. — Zaledwie dwa tygodnie później w Herzoslovakii wybuchła rewolucja i 
para  królewska  została  zamordowana.  Aresztowano  także,  w  Paryżu,  kapitana  O’Neilla  i 
dostał  jakiś  mały  wyrok.  Liczyliśmy  na  to,  że  w  jego  mieszkaniu  znajdziemy  pakiet 
zaszyfrowanych  listów,  okazało  się  jednak,  że  zdążył je  już  ukraść  pewien  herzoslovacki 
pośrednik.  Ów  mężczyzna  pojawił  się  w  Herzoslovakii  tuż  przed  rewolucją,  a  potem 
wszelki ślad po nim zaginął. 
   — Prawdopodobnie  wyjechał  za  granicę  —  powiedział  Anthony  z  zadumą.  — 
Najpewniej do Afryki. l strzegł ich jak źrenicy oka. Bo to dla niego swego rodzaju kopalnia 
złota. Dziwne, jak sprawy się toczą  na tym świecie! Nazywano  go  tam Dutch Pedro albo 
coś w tym sensie. 
   Zawisło na nim obojętne spojrzenie inspektora Battle’a. Anthony uśmiechnął się. 
   — Nie  jestem  jasnowidzem,  inspektorze  —  powiedział  —  choć  takie  to  może  sprawiać 
wrażenie. Wszystko panu opowiem. 
   — Jednej  rzeczy  pan  nie  wyjaśnił  —  odezwała  się  Virginia,  zwracając  się  do  Francuza. 
—  Jak  to  się  ma  do  pamiętników?  Musi  być  chyba  jakiś  związek  między  tymi  dwiema 
sprawami, prawda? 
   — Myśl madame biegnie bardzo szybko  — powiedział z aprobatą Lemoine. — Tak, jest 
związek. Hrabia Stylptitch również przebywał w owym czasie w „Chimneys”. 
   — I mógł o wszystkim wiedzieć? 
   — Parfaitement!* 
   — No  i  oczywiście  —  zaczął  Battle  —  jeśli  wyjawił  ten  sekret  w  swoich  cennych 
pamiętnikach,  wsadził  kij  w  mrowisko.  Tym  bardziej  że  sprawa  swego  czasu  została 
zatuszowana. 
   Anthony zapalił papierosa. 
   — Czy nie wchodzi w rachubę taka ewentualność, że w pamiętnikach znajduje się klucz 
do zagadki, gdzie ten klejnot został ukryty? — zapytał. 

background image

 

96 

   — Jest to mało prawdopodobne — rzekł Battle z przekonaniem. — On nie był nigdy z 
królową w dobrej komitywie. Robił co mógł, by to małżeństwo nie doszło do skutku. Nie 
wydaje się, by obdarzyła go aż takim zaufaniem. 
   — Ani  przez  chwilę  nie  miałem  tego  na  myśli  —  powiedział  Anthony.  —  Ale…  jak 
słyszę,  był  to  stary,  szczwany  lis.  Może  dokonał  odkrycia,  gdzie  Varaga  schowała  ten 
klejnot? W takim wypadku, państwa zdaniem, jak by się zachował? 
   — Nie dałby za wygraną — rzekł inspektor po chwili zastanowienia. 
   — Zgadzam  się  z  panem  —  powiedział  Francuz.  —  Drażliwa  sprawa,  państwo 
rozumiecie. Anonimowy zwrot klejnotu nastręczałby masę trudności. Ale wiedza o miejscu 
ukrycia  dawała  mu  wielką  moc,  a  on  to  lubił,  ten  —  stary  dziwak.  Nie  tylko  trzymał  w 
garści  królową,  dysponował  także  bronią,  gdyby  doszło  kiedykolwiek  do  jakichś 
negocjacji.  Nie  była  to  jedyna  tajemnica,  jaką  chował  w  zanadrzu,  o,  nie!  On 
kolekcjonował  tajemnice  jak  niektórzy  ludzie  rzadkie  okazy  porcelany.  Podobno  raz  czy 
dwa  razy,  niedługo  przed  śmiercią,  chwalił  się,  że  jeżeli  przyjdzie  mu  taka  fantazja,  to 
pewne  sprawy  poda  do  publicznej  wiadomości.  A  innym  razem  znów  oświadczył,  że  w 
swoich  pamiętnikach  zamierza  dokonać  wstrząsającego  odkrycia.  Tak  więc  —  Francuz 
uśmiechnął się raczej smętnie — najważniejsza rzecz to dostać je w swoje ręce. Nasza tajna 
policja miała ten chwalebny zamiar, lecz hrabia tuż przed śmiercią postarał się je upłynnić. 
   — Wciąż jednak nie ma podstaw do przypuszczeń, że właśnie ta tajemnica była mu znana 
— oświadczył Battle. 
   — Przepraszam  —  powiedział  Anthony  ze  stoickim  spokojem.  —  Przedstawię  państwu 
jego własną wypowiedź. 
   — Co?! 
   Obaj detektywi spojrzeli na niego ze zdumieniem, nie wierząc własnym uszom. 
   — Gdy pan McGrath wręczył mi ten rękopis, bym go zawiózł do Anglii, opowiedział mi, 
w  jakich  okolicznościach  dane  mu  było  się  spotkać  z  hrabią  Stylptitchem.  Było  to  w 
Paryżu. W sytuacji szczególnie dla  niego  niebezpiecznej. Pan McGrath  uratował  hrabiego 
przed  bandą  łobuzów.  Był  on,  jak  się  domyślałem,  łagodnie  mówiąc,  pod  gazem.  W  tym 
stanie ducha uczynił dwa dość interesujące spostrzeżenia. Jedno brzmiało, że on wie, gdzie 
znajduje się  Koh–i–noor — do tego  oświadczenia  mój przyjaciel  nie przywiązał większej 
wagi.  Powiedział  także,  że  ta  banda  to  ludzie  Króla  Victora.  Te  dwa  stwierdzenia  razem 
wzięte są dość znaczące. 
   — O  Boże!  —  wykrzyknął  inspektor  Battle.  —  Jak  najbardziej!  Nawet  morderstwo 
księcia Michaela przedstawia się teraz w innym świetle. 
   — Król Victor nie uznaje mokrej roboty — przypomniał mu Francuz. 
   — Może książę go zaskoczył, gdy ten poszukiwał klejnotu? 
   — A  więc  on  jest  w  Anglii,  tak?  —  zapytał  ostro  Anthony.  —  Mówiliście  panowie,  że 
zwolniono go przed paroma miesiącami. Macie go na oku? 
   Francuski detektyw wykrzywił usta w ponurym uśmiechu. 
   — Staraliśmy  się,  monsieur.  Ale  to  jest  diabeł,  nie  człowiek.  Stale  i  wciąż  nam  się 
wymyka.  Zakładaliśmy  oczywiście,  że  uda  się  prosto  do  Anglii.  Ależ  skąd!  Pojechał… 
dokąd, jak państwo myślicie? 
   — No dokąd? — powtórzył Anthony. Wpatrywał się we Francuza, bawiąc się bezmyślnie 
pudełkiem z zapałkami. 
   — Do Ameryki. Do Stanów Zjednoczonych. 
   — Co? 
   W głosie Anthony’ego zabrzmiało niekłamane zdumienie. 

background image

 

97 

   — Tak, i jak pan  myśli, pod czyim  nazwiskiem? Jaką rolę tam odgrywa? Rolę księcia 
Herzoslovakii Nicholasa. 
   Pudełko  z  zapałkami  wypadło  Anthony’emu  z  rąk,  lecz  równie  zdumiony  był  inspektor 
Battle. 
   — Niemożliwe! 
   — Owszem,  przyjacielu.  Rano  też  dowiecie  się  o  tym.  Kolosalny  blef!  Swego  czasu 
rozeszła się plotka, że książę Nicholas umarł parę lat temu w Kongo. Nasz przyjaciel Król 
Victor skorzystał z okazji — no bo akt śmierci przed laty trudno tam udowodnić. Wskrzesił 
więc księcia Nicholasa i odgrywając jego rolę zamierzał zdobyć ogromną kwotę w dolarach 
amerykańskich  —  na  konto  domniemanych  koncesji  szybów  naftowych  —  i  po  cichu  się 
ulotnić.  Lecz  zwykły  przypadek  sprawił,  że  został  zdemaskowany  i  musiał  w  pośpiechu 
opuścić  kraj.  Wtedy  przyjechał  do  Anglii.  I  dlatego  właśnie  jestem  tutaj.  Wcześniej  czy 
później Król Victor zawita w „Chimneys”. Jeżeli oczywiście już tego nie uczynił. 
   — Zakłada pan taką możliwość? 
   — Przypuszczam,  że  był  tutaj  tej  nocy,  gdy  książę  został  zamordowany,  a  także 
wczorajszej. 
   — Ponowna próba, tak? — zapytał Battle. 
   — Tak jest, ponowna próba. 
   — Jeśli o mnie idzie, to byłem niespokojny — ciągnął inspektor — co się stało z panem 
Lemoine.  Miałem  cynk  z  Paryża,  że  jest  w  drodze  do  mnie,  i  zachodziłem  w  głowę, 
dlaczego się nie zjawia. 
   — Serdecznie pana przepraszam  — rzekł  Lemoine. — Wie pan, przyjechałem  nazajutrz 
rano po morderstwie. I od razu sobie pomyślałem, że będzie lepiej, gdy poobserwuję scenę 
wydarzeń z nieoficjalnego stanowiska, bez ujawniania się jako pański kolega. Sądziłem, że 
. otworzą się przede mną znacznie większe możliwości. Zdawałem sobie naturalnie sprawę, 
że  stanę  się  automatycznie  osobą  podejrzaną,  ale  to  w  pewnym  sensie  sprzyjało  mojemu 
planowi,  gdyż  nie  alarmowało  ludzi,  których  śledziłem.  Zapewniam  panów,  że  w  ciągu 
tych dwóch dni widziałem mnóstwo interesujących rzeczy. 
   — No dobrze — powiedział Bill — ale co się wczoraj w nocy naprawdę wydarzyło? 
   — Zdaje się — odparł Lemoine — że zadałem państwu zbyt wyczerpujące ćwiczenie. 
   — A więc to ja pana ścigałem? 
   — Tak.  Przedstawię  panu  przebieg  wydarzeń.  Przyszedłem  tutaj,  by  poobserwować  to  i 
owo, albowiem  byłem  przekonany, że  tajemnica związana jest z  tym pokojem, skoro tam 
właśnie zamordowano księcia. Stałem na zewnątrz, na tarasie. Niebawem coś w pokoju się 
poruszyło. Od czasu do czasu migało mi światło latarki. Pchnąłem środkowe drzwi — były 
otwarte.  Czy  ten  człowiek  wszedł  właśnie  tędy,  czy  też  zostawił  sobie  drogę  odwrotu,  w 
razie  gdyby  coś  mu  się  przydarzyło,  nie  wiem.  Po  cichutku  przymknąłem  drzwi  i 
wśliznąłem się do pokoju. Posuwałem się krok po kroku, póki nie znalazłem się w miejscu, 
z którego mogłem obserwować akcję, nie narażając się na zdemaskowanie. Mężczyzny nie 
widziałem dokładnie. Był odwrócony do mnie plecami i podświetlał go blask latarki, tak że 
widziałem  wyraźnie  tylko  zarys  jego  sylwetki,  lecz  jego  poczynania  napawały  mnie 
zdumieniem.  Rozebrał  na  części  pierwszą,  a  potem  drugą  zbroję,  badając  szczegółowo 
każdy jej fragment. Kiedy doszedł do wniosku, że nie znajdzie tu tego, czego szukał, zaczął 
obstukiwać  boazerię  pod  obrazem.  Jaka  byłaby  jego  kolejna  czynność,  nie  mam  pojęcia. 
Nastąpiła przerwa. Za pana przyczyną — spojrzał wymownie na Billa. 
   — Mieliśmy  dobre  intencje,  ale  wszystko  wypadło  żałośnie  —  powiedziała  Virginia  z 
zadumą. 

background image

 

98 

   — W  pewnym  sensie  tak,  madame.  Ten  człowiek  zgasił  latarkę,  ja  zaś,  nie  chcąc  być 
zmuszonym  do  ujawnienia  się,  skoczyłem  ku  drzwiom  wychodzącym  na  taras.  W 
ciemności  zderzyłem  się  z  tymi  dwoma  i  upadłem  jak  długi.  Po  chwili  zerwałem  się  i 
wybiegłem na taras. Pan Eversleigh uznał mnie za swego napastnika i pobiegł za mną. 
   — Ja pobiegłam pierwsza — powiedziała Virginia. — Bill był w tym wyścigu na drugim 
miejscu. 
   — A  drugi  facet  był  na  tyle  rozsądny,  że  się  przyczaił,  a  potem  wymknął  się  drzwiami 
wychodzącymi na korytarz. Aż dziw, że się nie natknął na ludzi zdążających na ratunek. 
   — Żaden  problem  —  powiedział  Lemoine.  —  Mógł  w  każdej  chwili  przyłączyć  się  do 
nich. 
   — Czy  doprawdy  pan  uważa,  że  ten  Arsene  Lupin  to  jeden  z  domowników?  —  zapytał 
Bill, a oczy błyszczały mu z emocji. 
   — Czemuż  by  nie?  Może  równie  dobrze  być  tu  służącym.  Na  przykład  taki  Boris 
Anchoukoff, zaufany kamerdyner świętej pamięci księcia Michaela. 
   — Tak, to dziwny typ — zgodził się Bill. Na co Anthony uśmiechnął się szeroko. 
   — Pan zasługuje na lepszy łup, monsieur — rzekł uprzejmie. 
   Francuz uśmiechnął się także. 
   — Teraz  pan  go  sobie  przysposobił,  tak?  —  zapytał  inspektor  Battle  zwracając  się  do 
Anthony’ego. 
   — Chylę  przed  panem czoło,  inspektorze. Pan wszystko wie.  Ale,  mówiąc ściślej, to on 
przysposobił sobie mnie, a nie ja jego. 
   — Jak to? Dlaczego? 
   — Sam nie wiem. Kwestia gustu, może spodobała mu się  moja twarz. A może myśli, że 
to ja zamordowałem jego pana, i ustawia się w odpowiedniej pozycji, by dokonać na mnie 
zemsty? 
   Wstał, podszedł do oszklonych drzwi, rozsunął zasłony. 
   — Dnieje — powiedział z dyskretnym ziewnięciem. — Więcej emocji już nie będzie. 
   Lemoine wstał również. 
   — Na razie opuszczam państwa. Prawdopodobnie w ciągu dnia spotkamy się znowu. 
   Skłoniwszy się z gracją w stronę Virginii, wyszedł na taras. 
   — Łóżko!  —Virginia  ziewnęła  smacznie.  —To  wszystko  było  ogromnie  ekscytujące. 
Bill,  idź  do  łóżka  jak  mały,  grzeczny  chłopczyk.  Obawiam  się,  że  nasza  obecność  przy 
śniadaniu jest co najmniej wątpliwa. 
   Anthony  stał  przy  oszklonych  drzwiach  i  obserwował  oddalającą  się  sylwetkę  monsieur 
Lemoine’a. 
   — Pewno  pan  nie  uwierzy  —  powiedział  Battle  stając  za  nim  —  ale  on  jest  chyba 
najzdolniejszym we Francji detektywem. 
   — Dlaczego  miałbym  nie  uwierzyć  —  rzekł  Anthony z wyrazem zamyślenia  na twarzy. 
— Wierzę, że tak jest. 
   — Tak  —  stwierdził  inspektor  —  rzeczywiście  koniec  już  przygód.  A  propos,  czy  pan 
pamięta  moją  opowieść  o  tym  zastrzelonym  człowieku,  którego  znaleziono  w  pobliżu 
Staines? 
   — Pamiętam. A bo co? 
   — Nic wielkiego. Zidentyfikowano  go, to wszystko. Zdaje się, że się  nazywał Giuseppe 
Manelli. Był kelnerem u „Blitza” w Londynie. Interesujące, prawda? 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY 

background image

 

99 

BATTLE I ANTHONY ODBYWAJĄ NARADĘ 
    
   Anthony  milczał.  W  dalszym  ciągu  wyglądał  przez  oszklone  drzwi.  Inspektor  Battle 
obserwował jakiś czas jego nieruchomą sylwetkę. 
   — No  to  dobranoc  panu  —  powiedział  w  końcu  i  skierował  się  ku  drzwiom 
prowadzącym na korytarz. 
   Anthony drgnął. 
   — Chwileczkę, inspektorze. 
   Battle  zatrzymał  się  posłusznie.  Anthony  odszedł  od  wychodzących  na  taras  drzwi. 
Wyciągnął  papierosa  z  papierośnicy  i  zapalił.  I  dopiero  wówczas,  między  dwoma 
dmuchnięciami, powiedział: 
   — Pana, zdaje się, bardzo interesowała ta sprawa w Staines? 
   — Za mocno powiedziane. Jest nietypowa, ta wszystko. 
   — Czy pan przypuszcza, że ten człowiek został zastrzelony  tam,  gdzie znaleziono ciało, 
czy  też  pana  zdaniem  zabójstwa  dokonano  gdzie  indziej,  zwłoki  zaś  umieszczono  w  tym 
niezwykłym miejscu dopiero potem? 
   — Sądzę,  że  został  zamordowany  gdzie  indziej,  a  potem  przewieziono  tam  ciało 
samochodem. 
   — Tak też i ja uważam — powiedział Anthony. 
   Coś  w  tonacji  głosu  Anthony’ego  spowodowało,  że  detektyw  spojrzał  na  niego 
badawczo. 
   — Ma pan jakieś przemyślenia na ten temat? Może pan wie, kto przewiózł tam zwłoki? 
   — Tak — padła odpowiedź. — Ja. 
   Anthony’ego zbił nieco z tropu kamienny spokój, jaki zachował inspektor. 
   — Muszę przyznać, inspektorze, że jest pan odporny na wstrząsy — zauważył. 
   — „Nigdy  nie okazuj emocji”. Tę zasadę ktoś kiedyś  mi polecił  i bardzo  mi się w życiu 
przydaje. 
   — Stosuje  pan  ją  z  wielkim  powodzeniem  —  powiedział  Anthony.  —  Chyba  nigdy  nie 
widziałem, żeby coś pana wzburzyło… No tak, czy mam panu opowiedzieć całą historię? 
   — Jeśli jest pan tak uprzejmy… 
   Obaj  panowie  usiedli  na  fotelach  i  Anthony  zrelacjonował  wydarzenia  z  ubiegłego 
czwartku i następującej po nim nocy. 
   Battle  słuchał  z  niewzruszoną  twarzą.  Gdy  Anthony  skończył,  w  oczach  inspektora 
pojawiły się ledwo zauważalne ogniki. 
   — Jak się pan domyśla, pewnego dnia popadnie pan w tarapaty. 
   — Czy mam przez to rozumieć, że nie zaaresztuje mnie pan po raz drugi? 
   — Zazwyczaj dajemy człowiekowi pełną swobodę działania. 
   — Bardzo ładnie pan to ujął — rzekł Anthony. 
   — Jednego  nie  mogę  pojąć  —  zaczął  Battle.  —  Dlaczego  właśnie  teraz  postanowił  pan 
wyjawić mi prawdę? 
   — Trudno  mi  to  będzie  wytłumaczyć.  Widzi  pan,  inspektorze,  nabrałem  wysokiego 
mniemania o pańskich kompetencjach. Zjawia się pan zawsze w odpowiednim  momencie. 
Tak jak dzisiejszej nocy. I przyszło  mi do głowy, że nie dzieląc się z panem swoją wiedzą 
na ten temat, psuję panu szyki. Pan w pełni zasługuje na to, by mieć dostęp do wszystkich 
faktów.  Robiłem,  co  mogłem,  ale  jak  do  tej  pory,  tylko  wszystko  pogmatwałem.  Aż  do 
dzisiejszej  nocy  sądziłem,  że  ze  względu  na  panią  Revel  nie  wolno  mi  mówić.  Teraz 
jednak, kiedy zostało definitywnie udowodnione, że te listy nie  mają z nią nic wspólnego, 

background image

 

100 

podejrzewanie  ją  o  współudział  nie  ma  najmniejszego  sensu.  Być  może  źle  jej  wtedy 
doradziłem,  ale  kiedy  mi  oznajmiła,  że  miała  taką  fantazję  i  zapłaciła  część  okupu  za 
wycofanie listów, zasiało to we mnie niejakie wątpliwości. 
   — Zasiałoby także w sędziach przysięgłych  — zgodził się  Battle. — Ci  ludzie  nie  mają 
za grosz wyobraźni. 
   — A  pan  by  to  przyjął  bez  żadnych  zastrzeżeń?  —  zapytał  Anthony  patrząc  z 
zaciekawieniem na inspektora. 
   — Widzi pan, ja pracuję głównie wśród tych ludzi. To znaczy wśród ludzi z tak zwanych 
wyższych sfer. Większość przeciętnych obywateli zawsze się zastanawia, co sobie  o  nich 
pomyślą  sąsiedzi.  Ale  włóczęgi  i  arystokraci  —  nie!  Ich  to  nie  obchodzi,  robią  to,  na  co 
mają ochotę, i nie zawracają sobie głowy tym, co inni sądzą na ich temat. Nie mam tu na 
myśli bogaczy–próżniaków, ludzi, którzy wydają tylko wielkie przyjęcia i tak dalej. Myślę 
o  tych,  którzy  od  pokoleń  wychowywani  są  w  przeświadczeniu,  że  liczy  się  jedynie  ich 
zdanie.  Zawsze  tę  wyższą  sferę  oceniam  jednakowo  —  są  to  ludzie  nieulękli, 
prawdomówni, a czasem wręcz niewiarygodnie głupi. 
   — Bardzo  interesujący  wykład,  inspektorze.  Przypuszczam,  że  pewnego  dnia  zasiądzie 
pan do pisania wspomnień. Warto je będzie przeczytać. 
   Inspektor przyjął tę uwagę z uśmiechem, ale nie wyrzekł ani słowa. 
   — Chciałbym pana o coś zapytać — powiedział Anthony. — Czy z aferą w Staines łączył 
pan moją osobę? Z pana zachowania wnosiłem, że tak. 
   — Słusznie.  Miałem  takie  wrażenie.  Lecz  żadnego  konkretnego  dowodu.  Jeśli  mogę  się 
tak  wyrazić,  pański  sposób  bycia  nie  nastręczał  żadnych  podejrzeń.  Nigdy  pan  nie 
przesadzał w okazywaniu braku zainteresowania. 
   — Cieszy mnie to — stwierdził Anthony. — Bo ja miałem takie uczucie, że od początku 
naszej  znajomości  zakłada  pan  na  mnie  mnóstwo  małych  pułapek.  Toteż  starałem  się 
zawsze je ominąć, ale stan ciągłego napięcia to rzecz bardzo nękająca. 
   Battle wykrzywił twarz w uśmiechu. 
   — I dlatego w końcu połknął pan haczyk. Pozwolić facetowi na działanie, niech się miota 
w  tę  i  w  tamtą  stronę,  i  mieć  na  niego  oko,  prędzej  czy  później  nerwy  go  zawiodą  i  już 
masz go w ręku. 
   — Wesoły z pana chłopak, inspektorze. Ciekawe, kiedy będzie pan miał mnie w ręku. 
   — Pełna swoboda działania — zacytował siebie Battle. — Pełna swoboda działania! 
   — A tymczasem — wtrącił Anthony — wciąż mam być amatorem–pomocnikiem? 
   — Tak jest, proszę pana. 
   — Watsonem Sherlocka w pańskiej osobie? 
   — Powieści  sensacyjne  to  na  ogół  bzdura  —  rzekł  Battle  z  całym  spokojem.  —  Ale 
ludzie je lubią — dodał refleksyjnie. — Czasami też przynoszą korzyść. 
   — W jakim sensie? — zapytał Anthony? 
   — Potwierdzają  powszechnie  panującą  opinię,  że  policjanci  są  głupi.  Gdy  mamy  na 
warsztacie  zbrodnię  dokonaną  przez  dyletanta,  na  przykład  morderstwo,  taka  opinia  jest 
bardzo pożyteczna. 
   Anthony  przyglądał  mu  się  w  milczeniu  ładnych  parę  minut.  Battle  siedział  prawie 
nieruchomo,  mrugając od czasu do czasu  powiekami, a jego kwadratowa, spokojna  twarz 
pozbawiona była wszelkiego wyrazu. Niebawem wstał. 
   — Nie ma sensu iść teraz spać — zauważył. — Jak tylko jego lordowska mość wstanie, 
chciałbym zamienić z nim kilka słów. Kto chce, może już teraz dom opuścić. Jednocześnie 

background image

 

101 

byłbym  lordowi  wielce  zobowiązany,  gdyby  poprosił  swoich  gości  o  pozostanie  w 
rezydencji. Pan będzie taki miły i przyjmie zaproszenie, pani Revel również. 
   — Czy znalazł pan rewolwer? — zapytał Anthony niespodziewanie. 
   — Mówi  pan  o  broni,  z  której  został  zastrzelony  książę  Michael?  Nie,  nie  znalazłem. 
Musi być gdzieś w domu albo w najbliższej okolicy. Wezmę sobie do serca pańską aluzję i 
wyślę paru chłopaków na poszukiwanie. Gdyby udało się znaleźć rewolwer, posunęlibyśmy 
się  odrobinę  naprzód.  Rewolwer  i  plik  listów,  twierdzi  pan,  że  był  wśród  nich  list  z 
nadrukiem „Chimneys”? Byłby to ten ostatni. Zaszyfrowane wskazówki dotyczące ukrycia 
diamentów zawarte były w tym właśnie liście. 
   — Jaka jest pańska teoria na temat zabójstwa Giuseppego? 
   — Moim  zdaniem  to  złodziej,  który  został  skaptowany  albo  przez  Króla  Victora,  albo 
przez  Towarzyszy  Czerwonej  Ręki,  i  działał  na  ich  zlecenie.  Wcale  bym  się  nie  zdziwił, 
gdyby się okazało, że Towarzysze i  Król  współpracują ze sobą. Organizacja  ma  mnóstwo 
forsy  i  dysponuje  znaczną  siłą,  ale  umysłowo  —  słabizna.  Zadaniem  Giuseppego  było 
ukraść  pamiętniki  —  nie  mogli  wiedzieć,  że  w  pana  posiadaniu  znajdowały  się  listy, 
nawiasem mówiąc, bardzo to dziwny zbieg okoliczności. 
   — Wiem — zgodził się Anthony. — Ciekawe, że dopiero teraz przyszło to panu na myśl. 
   — Giuseppe  kradnie  listy  zamiast  pamiętników.  Z  początku  jest  zmartwiony.  Potem 
wpada  mu  w  oko  wycinek  gazety  i  przychodzi  mu  do  głowy  genialny pomysł,  by  już  na 
własne  konto  szantażować  nimi  pewną  lady.  Nie  ma  oczywiście  pojęcia,  jaką  naprawdę 
przedstawiają  wartość.  Towarzysze  dowiadują  się  o  jego  poczynaniach,  dochodzą  do 
wniosku,  że  wystawił  ich  do  wiatru,  i  wykonują  na  nim  wyrok  śmierci.  Przepadają  za 
egzekucjami zdrajców. Jest to impreza widowiskowa i przemawia im do wyobraźni. Czego 
zupełnie  nie  potrafię  wyjaśnić,  to  wygrawerowanego  na  rewolwerze  napisu  „Virginia”. 
Zbyt  to  finezyjne  jak  na  Towarzyszy.  Oni,  mają  taką  zasadę  —  i  radzi  ją  stosują  —  że 
zostawiają  znak  czerwonej  ręki,  aby  siał  panikę  w  sercach  ewentualnych  zdrajców.  Tak, 
wygląda  mi  na  to, że tym  razem wkroczył do akcji Król Victor.  Ale jaki przyświecał mu 
cel,  nie  wiem.  Sprawia  to  wrażenie,  jak  gdyby  usiłował  obarczyć  panią  Revel  winą  za 
morderstwo,  lecz,  nie  wgłębiając  się  w  szczegóły,  nie  wydaje  się  to  przypuszczenie  zbyt 
sensowne. 
   — Miałem pewną teorię — powiedział Anthony — ale wzięła w łeb. 
   Opowiedział  inspektorowi  o  tym,  że  Virginia  rozpoznała  w  zastrzelonym  Michaela. 
Battle skinął głową. 
   — O, tak, identyfikacja jego osoby nie nasuwa żadnych wątpliwości. A propos, ten stary 
baron  jest  o  panu  nadzwyczaj  wysokiego  mniemania.  Wyraża  się  o  panu  w  samych 
superlatywach. 
   — Bardzo  to  mile  z  jego  strony  —  powiedział  Anthony.  —  Szczególnie  po  tym,  kiedy 
udzieliłem  mu  poważnego  ostrzeżenia,  że  zrobię  wszystko,  co  w  mojej  mocy,  by  przed 
środą odzyskać utracone pamiętniki. 
   — Dopnie pan swego — powiedzał Battle. 
   — Tak.  Tak  pan  sądzi?  Wydaje  mi  się,  że  Król  Victor  i  spółka  weszli  w  posiadanie 
listów. 
   Inspektor skinął głową. 
   — Odebrali  Giupeppemu  tegoż  dnia  na  Pont  Street.  Świetnie  zaplanowana  robota,  otóż 
to. Tak, dostali je w swoje ręce, rozszyfrowali i teraz wiedzą, gdzie szukać. 
   Obaj panowie zamierzali właśnie opuścić pokój. 
   — Tutaj? — zapytał Anthony odwracając głowę. 

background image

 

102 

   — Tak,  tutaj.  Nie  zdobyli  jeszcze  łupu,  ale  aby  osiągnąć  cel,  gotowi  są  podjąć 
największe ryzyko. 
   — W pana wyrafinowanym umyśle narodził się już chyba plan działania? 
   Battle  pominął  to  milczeniem.  Miał  szczególnie  tępy  i  nieinteligentny  wyraz  twarzy.  Po 
chwili przymknął powoli powieki. 
   — Potrzebuje pan pomocy? — zapytał Anthony. 
   — Tak, pana i jeszcze czyjejś. 
   — Czyjej? 
   — Pani Revel. Może pan to już zdołał zauważyć, że jest kobietą o niezwykle czarującym 
sposobie bycia. 
   — Owszem,  zdołałem  —  odparł  Anthony.  Spojrzał  na  zegarek.  —  Podzielam  pański 
pogląd, inspektorze, że nie warto już iść spać. Skok do jeziora, a potem solidne śniadanie to 
rozwiązanie o wiele właściwsze. 
   Wbiegł  lekko  po  schodach  do  swojej  sypialni.  Gwiżdżąc  pod  nosem  zrzucił  z  siebie 
wieczorowy garnitur, włożył szlafrok, sięgnął po ręcznik kąpielowy. 
   I nagle, przed toaletką, stanął jak w ziemię wryty, wpatrując się w przedmiot, który leżał 
sobie skromnie przed lustrem. 
   Przez moment nie mógł uwierzyć własnym oczom. Wziął go do ręki, przypatrzył mu się z 
bliska.  Tak, pomyłka  nie wchodziła w  grę. Był to plik  listów podpisanych przez Virginię 
Revel. Nietknięty. Nie brakowało ani jednego. 
   Anthony, z listami w raku, opadł na fotel. 
   — Mózg mi chyba wysiada — mruknął. — Nie mogę pojąć nawet części tego, co dzieje 
się w tym domu. Dlaczego nagle pojawiły się te listy? Jakby za przyczyną jakiejś cholernej 
magicznej sztuczki? Kto położył je na toaletce? I dlaczego? 
   Lecz na żadne z tych ważkich pytań nie mógł znaleźć zadowalającej odpowiedzi. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY 
WALIZKA PANA ISAACSTEINA 
    
   O  godzinie  dziewiątej  tegoż  ranka  lord  Caterham  wraz  z  córką  spożywali  śniadanie. 
Bundle sprawiała wrażenie bardzo zamyślonej. 
   — Ojcze — powiedziała w końcu. 
   Lord Caterham, pogrążony w lekturze „Timesa”, nie zareagował. 
   — Ojcze — powtórzyła tonem już ostrzejszym. Oderwany od interesującej go zapowiedzi 
sprzedaży rzadkich książek, popatrzył na córkę nieprzytomnym wzrokiem. 
   — Coś mówiłaś? — zapytał. 
   — Tak. Kto już zdążył zjeść śniadanie? 
   Wskazała  głową  miejsce,  z  którego  ktoś  dzisiaj  korzystał.  Reszta  nakryć  była  nie 
naruszona. 
   — No, jak się ten ktoś nazywa? 
   — Tłusty Iky? 
   Bundle  i  jej  ojciec  tak  byli  ze  sobą  zaprzyjaźnieni,  że  ogarniali  sens  podawanych  sobie 
wzajemnie, cokolwiek bałamutnych informacji. 
   — Tak. 
   — Czy się nie mylę, przed śniadaniem rozmawiałeś z detektywem? 
   Lord Caterham westchnął. 

background image

 

103 

   — Owszem,  wiercił  mi  dziurę  w  brzuchu.  Moim  zdaniem  pora  przed  śniadaniem 
powinna być święta. Wyjadę za granicę. Moje nerwy… 
   Bundle przerwała mu bezceremonialnie: 
   — Co ci powiedział? 
   — Że każdy, kto chce, może się wynieść. 
   — No tak — rzekła Bundle — w porządku. Masz to, czego chciałeś. 
   — To  prawda.  Ale  nie  poprzestał  na  tym.  Powiedział  mianowicie,  że  chciałby,  żebym 
poprosił wszystkich, by zostali. 
   — Nie rozumiem — powiedziała Bundle marszcząc nos. 
   — Takie to wszystko pokrętne i sprzeczne ze sobą, i w dodatku przed śniadaniem. 
   — A co ty na to? 
   — Oczywiście, że się zgodziłem. Z dyskusji z tymi ludźmi nigdy nic dobrego nie wynika, 
szczególnie  przed  śniadaniem  —  orzekł  Lord  Caterham,  nawiązując  do  swojej  głównej 
pretensji. 
   — Kogo do tej pory poprosiłeś? 
   — Cade’a. Dziś wstał bardzo wcześnie. Zamierza, zostać. Nie mam nic przeciwko temu. 
Żadną miarą nie mogę tego chłopaka rozszyfrować, ale go lubię. Nawet bardzo. 
   — Virginia też go lubi — powiedziała Bundle, rysując widelcem na stole jakiś wzór. 
   — Słucham? 
   — Ja  zresztą  też.  Ale  to  nie  ma  nic  do  rzeczy.  —  Poprosiłem  też  Isaacsteina  —  ciągnął 
lord. 
   — No i? 
   — Na  szczęście  musi  wracać  do  Londynu.  O,  właśnie,  nie  zapomnij  zamówić  auta  na 
dziesiątą pięćdziesiąt. 
   — Dobrze. 
   — Żeby  mi  się  tylko  udało  pozbyć  Fisha  —  rzekł  lord,  i  nastrój  wyraźnie  mu  się 
poprawił. 
   — Myślałam, że lubisz z nim dyskutować o tych twoich stęchłych, starych książkach. 
   — Lubię, lubię. A  raczej lubiłem.  Ale kiedy człowiek  musi  gadać za dwóch, staje się to 
nieco nudne. Fish jest bardzo zainteresowany problemem, woli jednak na ogół nie zabierać 
głosu. 
   — To lepsze niż być zmuszonym do słuchania. Tak jak z George’em Lomaxem. 
   Lord Caterham wzdrygnął się na samo wspomnienie. 
   — George jest dobry na trybunie — powiedziała Bundle. — Sama go oklaskiwałam, choć 
wiedziałam, że plecie straszne dyrdymały. Jestem w końcu socjalistką… 
   — Wiem, moja droga, wiem — rzucił pospiesznie lord Caterham. 
   — Zgoda,’  nie  będę  wprowadzać  do  domu  polityki.  Tego,  co  robi  George:  publiczne 
mowy w życiu prywatnym. Powinno to być zakazane ustawą parlamentarną. 
   — Masz rację — zgodził się lord. 
   — A Virginia? Czy ją też masz poprosić, by nie wyjeżdżała? 
   — Battle powiedział, że dotyczy to wszystkich. 
   — Ostro sobie poczyna! Zapytałeś już Virginię, czy zechce zostać moją macochą? 
   — Nie sądzę, by to miało jakąś szansę powodzenia — powiedział ponuro lord Caterham. 
—  Choć  wczoraj  wieczór  mówiła  do  mnie  „kochanie”.  To  jest  najgorsze  u  tych 
atrakcyjnych,  młodych  kobiet  o  czułym  usposobieniu.  Mogą  powiedzieć  wszystko,  ale  to 
absolutnie nic nie znaczy. 

background image

 

104 

   — Tak — potwierdziła Bundle — o wiele lepiej by rokowało, gdyby rzuciła w ciebie 
pantoflem albo gdyby chciała cię ugryźć. 
   — Wy,  nowoczesna  młodzież,  macie  takie  niemiłe  podejście  do  problemu  uprawiania 
miłości — rzekł lord zrzędliwym tonem. 
   — To  dlatego  że  czytamy  Szeika  —  powiedziała  Bundle.  —  Zawiedziona  miłość. 
Porzucił ją i tak dalej. 
   — Co to za książka ten Szeik? — zapytał lord. — Czy to są poezje? 
   Bundle  spojrzała  na  niego  z  niewysłowionym  współczuciem.  Po  czym  wstała  i 
pocałowała go w czubek głowy. 
   — Mój poczciwy staruszek — powiedziała i lekkim krokiem wyszła z pokoju. 
   Lord Caterham wrócił do swego „Timesa”. 
   Aż  podskoczył,  gdy  usłyszał  głos  pana  Hirama  Fisha,  który  swoim  zwyczajem  wszedł 
bezszelestnie do pokoju. 
   — Dzień dobry, milordzie. 
   — O, dzień dobry—rzekł lord. — Dzień dobry. Ładną mamy pogodę. 
   — Wspaniałą — potwierdził pan Fish. 
   Nalał sobie kawy, wziął grzankę. 
   — Czy dobrze  usłyszałem, że embargo zostało odwołane?  — zapytał po  paru  minutach. 
— Więc każdy z nas może stąd wyjechać? 
   — Tak… no tak — zaczął lord. — W gruncie rzeczy liczyłem, to znaczy byłbym wielce 
rad — brnął dalej — byłbym doprawdy zachwycony, gdyby pan został jeszcze jakiś czas. 
   — No cóż, milordzie… 
   — To  była  koszmarna  wizyta,  wiem  —  podjął  szybko  lord  Caterham.  —  Fatalna.  Nie 
będę miał panu za złe, jeśli zechce pan stąd uciec. 
   — Nie  docenia  mnie  pan,  milordzie.  Okoliczności  były  tragiczne,  nie  da  się  temu 
zaprzeczyć.  Ale  sielskie  życie  w  Anglii  dla  mnie,  mieszkającego  w  dużym  domu 
czynszowym,  stanowi  olbrzymią  atrakcję.  Z  zainteresowaniem  obserwuję  warunki 
tutejszego  życia.  Tego  właśnie  brak  nam  w  Ameryce.  Z  prawdziwą  rozkoszą  przyjmuję 
pańskie, bardzo uprzejme zaproszenie. 
   — No  tak  —  powiedział  lord  Caterham.  —  Otóż  właśnie.  Z  prawdziwą  rozkoszą,  mój 
drogi, z prawdziwą rozkoszą. 
   Uczyniwszy  zadość  pełnemu  zakłamania  towarzyskiemu  obyczajowi,  lord  Caterham 
wymamrotał  coś  w  rodzaju  usprawiedliwienia,  że  musi  się  zobaczyć  ze  swoim  rządcą,  i 
umknął z pokoju. 
   W hallu zobaczył schodzącą ze schodów Virginię. 
   — Mogę panią zabrać na śniadanie? — zapytał czule. 
   — Zjadłam w łóżku, dziękuję, milordzie, byłam rano straszliwie zaspana. 
   Ziewnęła. 
   — Miała pani fatalną noc? 
   — Nie  całkiem.  Z  jednej  strony  ta  noc  była  zdecydowanie  dobra.  Och,  milordzie…  — 
Wsunęła  mu dłoń pod ramię. — Świetnie  mi było u pana. Był pan taki kochany, że mnie 
zaprosił. 
   — Wobec  tego  zabawi  tu  pani  jeszcze  trochę,  prawda?  Battle  zniósł  to…  embargo,  ale 
bardzo mi zależy, by pani jeszcze nie wyjeżdżała. Bundle podziela moje stanowisko. 
   — Oczywiście, że zostanę. Miło z pańskiej strony, że prosi mnie pan o to. 
   — Coś takiego! —rzekł lord. Westchnął. 

background image

 

105 

   — Co  za  tajemnicza  sprawa  pana  gnębi?  —  zapytała  Virginia.  —  Czy  ktoś  panu 
dokuczył? 
   — Otóż właśnie — rzekł posępnie lord Caterham. 
   Virginia spojrzała nań ze zdziwieniem. 
   — Czy przypadkiem nie czuje pan potrzeby rzucenia we mnie butem? Nie, widzę, że nie. 
Nieważne, to nie ma żadnego znaczenia. 
   Lord  Caterham  ulotnił  się  ze  smętną  miną,  Virginia  zaś  bocznymi  drzwiami  wyszła  do 
ogrodu. 
   Chwilę stała nieruchomo, wdychając rześkie, październikowe powietrze, które — przy jej 
niewątpliwym zmęczeniu — znakomicie ją odświeżało. 
   Lekko drgnęła,  gdy tuż obok pojawił się  inspektor  Battle.  Ten człowiek  miał  niebywały 
talent do niespodziewanego pojawiania się ni stąd, ni zowąd, jakby wyrastał spod ziemi. 
   — Dzień dobry. Bardzo jest pani zmęczona? 
   Virginia potrząsnęła głową. 
   — To była pasjonująca  noc  — powiedziała. — Warto było zrezygnować ze snu. Jedyny 
minus to ten, że nazajutrz człowiek jest nieco ospały. 
   — Pod  tym  cedrem  jest  przyjemny  cień  —  zauważył  inspektor.  —  Czy  mogę  przynieść 
tam krzesło dla pani? 
   — Jeżeli  pan  uważa,  że  będzie  to  dla  mnie  najlepsze  wyjście…  —  rzekła  z  patosem 
Virginia. 
   — Pani jest bardzo bystra. Tak, to prawda, chciałbym zamienić z panią parę słów. 
   Wziął długi fotel wiklinowy i niósł go przez trawnik. Virginia szła za nim z poduszką pod 
pachą. 
   — Ten  taras  jest  ogromnie  niebezpieczny  —  stwierdził  detektyw.  —  Jeżeli  oczywiście 
człowiek zamierza spokojnie porozmawiać. 
   — Znowu wprawia mnie pan w stan ekscytacji, inspektorze. 
   — Och, to nic ważnego. — Wyjął duży  zegarek  i spojrzał  nań.  — Pół  do jedenastej. Za 
dziesięć  minut  jadę  do  „Wyvern  Abbey”,  by  zdać  sprawozdanie  panu  Lomaxowi.  Moc 
czasu. Chciałbym, żeby pani powiedziała mi coś więcej o panu Cadzie. 
   — O panu Cadzie? Virginia wyraźnie się zlękła. 
   — Tak, gdzie spotkała go pani po raz pierwszy, jak długo pani go zna i tak dalej. 
   Battle  miał swobodny i przyjemny sposób bycia. Powstrzymał się nawet od patrzenia na 
nią, i ów drobny fakt ogromnie ją speszył. 
   — Sprawa jest bardziej skomplikowana, niż się panu wydaje — powiedziała w końcu. — 
Wyświadczył mi swego czasu wielką przysługę..’. 
   Battle przerwał jej: 
   — Zanim  pani  powie  coś  więcej,  chciałbym  wtrącić  kilka  zdań.  Otóż  wczoraj  w  nocy, 
gdy  pani  i  pan  Eversleigh  udali  się  na  spoczynek,  pan  Cade  opowiedział  mi o  listach  i  o 
człowieku, który został zabity w pani domu. 
   — Doprawdy?! — wyrzuciła z siebie zdumiona Virginia. 
   — Tak,  i  postąpił  bardzo  rozsądnie.  To  wiele  wyjaśnia.  Ale  jednego  mi  nie  powiedział: 
jak długo panią zna. Mam na ten temat własną teorię. Pani mi powie, czy się mylę, czy nie. 
Według  mnie  zobaczyła  go  pani  po  raz  pierwszy  w  dniu,  w  którym  przyszedł  na  Pont 
Street. Aha. Widzę, że mam rację. Tak to się więc odbyło. 
   Virginia  milczała.  Po  raz  pierwszy  poczuła  lęk  przed  tym  flegmatycznym  mężczyzną  z 
twarzą  bez  wyrazu.  Zrozumiała,  co  Anthony  miał  na  myśli  mówiąc,  że  ten  człowiek  jest 
zawsze bez zarzutu. 

background image

 

106 

   — Czy powiedział pani coś o sobie?  —  ciągnął detektyw. — Co robił,  nim wyjechał 
do  Afryki  Południowej?  Był  w  Kanadzie?  A  przedtem  Sudan?  A  może  coś  o  swoim 
dzieciństwie? 
   Virginia potrząsnęła przecząco głową. 
   — A jednak gotów jestem się założyć, że ma coś w zanadrzu godnego opowieści. Twarz 
człowieka,  który  wiódł  ryzykowne  i  pełne  przygód  życie,  nosi  szczególne  piętno.  Gdyby 
zebrało się mu na szczerość, mógłby opowiedzieć pani wiele interesujących rzeczy. 
   — Jeśli  chce  się  pan  dowiedzieć  czegoś  o  jego  przeszłości,  to  dlaczego  nie  zadepeszuje 
pan do tego jego przyjaciela, pana McGratha? — zapytała Virginia. 
   — O,  depeszowaliśmy,  ale  on  jest  gdzieś  w  terenie.  Fakt  jest  faktem,  że  zgodnie  ze 
słowami pana Cade’a przebywał on Bulawayo. Ciekawi mnie natomiast, co porabiał, zanim 
przyjechał  do  Afryki  Południowej.  Około  miesiąca  pracował  w  firmie  „Castle”.  — 
Inspektor znów wyciągnął zegarek. — Muszę już iść. Samochód czeka. 
   Virginia  odprowadziła  go  wzrokiem  aż  do  drzwi.  Ale  nie  ruszyła  się  z  fotela.  Miała 
nadzieję, że przyjdzie Anthony i usiądzie przy niej. Tymczasem pojawił się Bill Eversleigh, 
ziewając z zapałem. 
   — Dzięki  Bogu,  mam  wreszcie  możność  przebywania  w  twoim  towarzystwie  — 
powiedział z wyrzutem. 
   — Tylko bądź dla mnie miły, kochanie, bo się rozpłaczę. 
   — Czy ktoś się nad tobą znęcał? 
   — Nie  dosłownie.  Ale  wwiercał  mi  się  w  mózg  i  wywracał  go  na  nice.  Czułam  się  tak, 
jakby słoń na mnie skoczył. 
   — Nie Battle? 
   — Tak, Battle. To naprawdę okropny człowiek. 
   — Nie przejmuj się nim… Virginio, ja cię tak kocham… 
   — Nie  dziś  rano,  Bill.  CałkieYn  osłabłam.  Zawsze  powtarzam,  że  dobrze  wychowani 
ludzie  nie  oświadczają  się  przed  śniadaniem.  —  Virginia  drgnęła.  —  Bill,  staraj  się  być 
przez chwilę rozsądnym i inteligentnym chłopcem. Potrzebuję twojej rady. 
   — Jeśli  poweźmiesz  wreszcie  właściwą  decyzję  i  zgodzisz  się  mnie  poślubić,  poczujesz 
się o całe niebo lepiej, jestem pewien. Zyskasz szczęście i większe poczucie stabilizacji. 
   — Bill,  daj  spokój.  Oświadczanie  się  mnie  stało  się  twoim  hobby.  Wszyscy  mężczyźni 
wyznają  miłość, kiedy się  nudzą  i nie  mają innego tematu do rozmowy. Nie zapominaj o 
moim wieku i wdowieństwie i poderwij jakąś młodą, sympatyczną dziewczynę. 
   — Kochanie… O, psiakrew! Ten idiota Francuz wali do nas! 
   Był  to  rzeczywiście  pan  Lemoine,  facet  z  czarną  brodą  i  o  nienagannych  jak  zwykle 
manierach. 
   — Dzień dobry, madame. Mam nadzieję, że nie jest pani zmęczona? 
   — Nic a nic. 
   — Świetnie. Dzień dobry panu — powiedział Francuz w stronę Billa. — Jak się państwo 
zapatrujecie na mały spacer w trójkę? 
   — Co ty na to, Bill? — zapytała Virginia. 
   — Dobrze — zgodził się z ociąganiem młody człowiek. 
   Podniósł się z trawy i cała trójka ruszyła wolno przed siebie. Virginia pośrodku. Od razu 
wyczuła  dziwne,  podskórne  napięcie  Francuza,  choć  nie  miała  pojęcia,  jaka  była  tego 
przyczyna. 
   Z  właściwą  sobie  zręcznością  spowodowała  wkrótce,  że  się  rozluźnił  —  zadawała  mu 
pytania,  słuchała  jego  odpowiedzi  i  dzięki  temu  stopniowo  go  rozruszała.  Niebawem 

background image

 

107 

opowiedział  jej  parę  anegdot  z  życia  słynnego  Króla  Victora.  Opowiadał  barwnie, 
aczkolwiek  gdy  opisywał  rozmaite  metody,  jakich  używano,  by  wyprowadzić  w  pole 
detektywa, z jego słów przebijała gorycz. 
   Przez  cały  jednak  czas,  mimo  niekłamanego  zaangażowania  Lemoine’a  we  własne 
opowieści,  Virginia  miała  uczucie,  że  detektywowi  przyświeca  całkiem  inny  cel.  Mało 
tego,  odnosiła  wrażenie,  że  Lemoine,  ciągnąc  swoje  relacje,  wytycza  konkretną  trasę 
spaceru.  Nie  szli  sobie  ot  tak,  gdzie  oczy  poniosą.  Detektyw  prowadził  ich  w  określonym 
kierunku. 
   Nagle  przerwał  opowieść  i  rozejrzał  się  dokoła.  Stali  w  miejscu,  gdzie  aleja  przecinała 
park,  przed  ostrym  zakrętem  obejmującym  kępę  drzew.  Lemoine  wpatrywał  się  ze 
zdziwieniem w zbliżający się od strony domu pojazd. 
   Virginia podążyła za jego wzrokiem. 
   — To  wózek  bagażowy  —  powiedziała.  —  Zawozi  na  stację  bagaż  Isaacsteina  i  jego 
służącego. 
   — Naprawdę?  —  upewnił  się  Lemoine.  Spojrzał  na  zegarek  i  aż  podskoczył.  — 
Przepraszam  po  tysiąckroć.  Zeszło  mi  dłużej,  niż  przypuszczałem,  w  tak  miłym 
towarzystwie… Jak państwo myślicie, czy mógłbym się tym wózkiem zabrać do wioski? 
   Stanął na środku alei i dał ręką znak. Wózek zatrzymał się i po paru słowach wyjaśnienia 
Lemoine wsiadł. Eleganckim gestem uchylił przed Virginia kapelusza i odjechali. 
   Virginia  i  Bill  z  malującym  się  na  twarzach  zakłopotaniem  obserwowali  oddalający  się 
pojazd. Gdy ten na zakręcie nieco się przechylił, wypadła z niego walizka i leżała na środku 
alei. Wózek pojechał dalej. 
   — Chodź  —  powiedziała  Virginia  do  Billa.  —  Zapowiada  się  ciekawie.  Z  wózka 
wypadła walizka. 
   — Nikt  tego  nie  zauważył  —  dorzucił  Bill.  Pobiegli  aleją  ku  leżącemu  na  środku 
pakunkowi.  Gdy  już  byli  przy  walizce,  zza  zakrętu  wyłonił  się  Lemoine.  Był zgrzany  od 
szybkiego marszu. 
   — Musiałem  wrócić  —  powiedział  z  ożywieniem.  —  Stwierdziłem,  że  zapomniałem 
czegoś. 
   — Tego? — zapytał Bill wskazując na walizkę. 
   Była ładna, ze świńskiej skóry, z inicjałami „H.I.” na wierzchu. 
   — Jaka  szkoda  —  stwierdził  kurtuazyjnie  Lemoine.  —Widocznie  wypadła.  Weźmiemy 
ją? 
   Nie czekając na odpowiedź podniósł walizkę i zaniósł ją między drzewa. Stanął nad nią, 
coś błysnęło mu w dłoni i zamek odskoczył. 
   Przemówił, a głos jego brzmiał zupełnie inaczej, mówił szybko, rozkazującym tonem. 
   — Samochód będzie tu za minutę — powiedział. — Widać go już? 
   Virginia obejrzała się w stronę domu. 
   — Nie. 
   — Świetnie. 
   Zwinnymi  dłońmi  wyrzucał  rzeczy  z  walizki.  Butelka  ze  złotą  zatyczką,  jedwabna 
piżama,  kilka  par  skarpetek.  Nagle  cały  zesztywniał.  Miał  w  ręku  coś,  co  wyglądało  jak 
zrolowana jedwabna bielizna, i szybkim ruchem rozwinął ten węzełek. 
   Z ust Billa wyrwał się słaby okrzyk. W zwoju bielizny znajdował się ciężki rewolwer. 
   — Słyszę  klakson  —  powiedziała  Virginia.  Lemoine  zapakował  walizkę  błyskawicznie. 
Rewolwer owinął własną chustką do nosa i wsunął do kieszeni. Zatrzasnął zamki walizki, 
po czym zwrócił się do Billa: 

background image

 

108 

   — Proszę  ją  wziąć.  Madame  niech  idzie  z  panem.  Niech  pan  zatrzyma  samochód  i 
powie, że ta walizka wypadła z wózka. O mnie ani słowa. 
   Bill szybko ruszył ku alei i wkroczył na nią w chwili, gdy wielka limuzyna „Lanchester” 
z Isaacsteinem w środku wyjechała zza rogu. Szofer przyhamował i wówczas Bill wrzucił 
mu na siedzenie walizkę. 
   — Wypadła z wózka — powiedział. — Przypadkowo zauważyliśmy. 
   Przez chwilę mignęła mu żółta, przerażona twarz finansisty i utkwione w niego oczy  — i 
samochód pojechał dalej. 
   Wrócili  do  Lemoine’a.  Stał  z  rewolwerem  w  dłoni,  a  twarz  jego  promieniała 
niekłamanym zadowoleniem. 
   — Trudna sprawa — rzekł. — Bardzo trudna. Ale udało się. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI 
CZERWONY SYGNAŁ 
    
   Inspektor Battle stał w bibliotece w „Wyvern Abbey”. 
   George  Lomax  siedział  przy  zawalonym  papierami  biurku,  z  brwiami  groźnie 
zmarszczonymi. 
   Inspektor  Battle  rozpoczął  od  złożenia  krótkiego  i  rzeczowego  raportu.  W  późniejszej 
rozmowie wypowiadał się głównie George, inspektor zaś zadowalał się lakonicznymi i na 
ogół jednosylabowymi odpowiedziami na zadawane mu pytania. 
   Na biurku przed George’em leżał plik listów, które Anthony znalazł na toaletce. 
   — Nic  z  tego  nie  rozumiem  —  powiedział  George  z  irytacją,  chwytając  ów  plik.  — 
Powiada pan, że są zaszyfrowane? 
   — Tak, sir. 
   — A gdzie on niby je znalazł? Na toaletce? 
   Battle  powtórzył  słowo  w  słowo  relację  Cade’a,  w  jaki  sposób  wszedł  on  w  posiadanie 
listów. 
   — I  od  razu  przyniósł  je  panu?  Całkiem  prawidłowe  posunięcie…  całkiem  prawidłowe. 
Ale kto mógłby je zanieść do jego pokoju? 
   Inspektor potrząsnął głową. 
   — Takie rzeczy powinien pan wiedzieć — powiedział z wyrzutem George. — Wszystko 
to  wygląda  bardzo  podejrzanie,  bardzo  podejrzanie.  Co  my  w  końcu  wiemy  o  tym 
człowieku o nazwisku Cade? Zjawia się w tajemniczych okolicznościach, a my nic o nim 
nie  wiemy.  Ja  osobiście  mogę  powiedzieć,  że  nie  przepadam  za  jego  sposobem  bycia,  to 
wszystko. Mam nadzieję, że starał się pan zebrać o tym człowieku jakieś informacje? 
   Inspektor Battle pozwolił sobie na wyrozumiały uśmiech. 
   — Zadepeszowaliśmy  natychmiast  do  Afryki  Południowej  i  tam  potwierdzono  w  stu 
procentach  jego  opowieść.  W  podanym  przez  siebie  okresie  faktycznie  przebywał  w 
Bulawayo z panem McGrathem. Do czasu ich spotkania zatrudniony był w firmie „Castle”, 
agencji turystycznej. 
   — Tak  też  przypuszczałem  —  powiedział  George.  —  Cechuje  go  swoisty  rodzaj 
pewności siebie, który w określonej profesji bardzo jest przydatny. A co do tych listów, to 
należy przedsięwziąć odpowiednie kroki, niezwłocznie, niezwłocznie… 
   Potężny mężczyzna sapnął i nadął się z ważną miną. Inspektor Battle otworzył już niemal 
usta, ale George go uprzedził: 

background image

 

109 

   — Nie wolno pozwolić sobie na zwłokę. Listy muszą być natychmiast rozszyfrowane. 
Jak  się  nazywa  ten  człowiek?  Jest  taki,  związany  z  British  Museum.  Wie  wszystko,  co 
dotyczy szyfrów. Prowadził ten dział w czasie wojny. Gdzie jest panna Oscar? Ona będzie 
wiedziała. Nazywa się chyba na Win… Win… 
   — Profesor Wynwood — podpowiedział Battle. 
   — Słusznie, Teraz sobie przypominam. Trzeba do niego od razu zadepeszować. 
   — Już to zrobiłem, przed godziną. Przyjeżdża o dwunastej dziesięć. 
   — Wspaniale, wspaniale. Dzięki  Bogu jedną rzecz  mam  już z  głowy. Muszę być  dzisiaj 
w Londynie. Da pan sobie radę beze mnie, mam nadzieję? 
   — Tak mi się wydaje, sir. 
   — Świetnie, inspektorze, proszę robić, co w pana mocy. A teraz bardzo się spieszę. 
   — Oczywiście, sir. 
   — Ale, ale, dlaczego pan Eversleigh nie przyjechał razem z panem? 
   — Jeszcze spał. Jak panu mówiłem, byliśmy całą noc na nogach. 
   — Tak, prawda. Mnie samemu często się to zdarza. Wykonywanie roboty przewidzianej 
na  trzydzieści  sześć  godzin  w  ciągu  godzin  dwudziestu  czterech  to  niemal  moja 
codzienność! Jak tylko pan wróci, proszę natychmiast przysłać do  mnie pana Eversleigha. 
Dobrze? 
   — Przekażę mu pana polecenie. 
   — Dzięki, inspektorze. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że musiał pan obdarzyć go pewną 
dozą  zaufania.  Ale  czy  istotnie  było  to  niezbędne,  że  dopuścił  pan  do  konfidencji  moją 
kuzynkę, panią Revel? 
   — Owszem, jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że listy były podpisywane jej nazwiskiem. 
   — Przykład  horrendalnej  bezczelności  —  mruknął  George,  patrząc  ze  zmarszczonym 
czołem  na  plik  listów.  —  Pamiętam  nieboszczyka  króla  Herzoslovakii.  Uroczy  facet,  ale 
słaby,  rozpaczliwie  słaby.  Narzędzie  w  ręku  kobiety  bez  skrupułów.  Domyśla  się  pan, 
jakim cudem wróciły te listy do pana Cade’a? 
   — Moim zdaniem, jeśli ludzi zawodzi jeden sposób, imają się drugiego. 
   — Nie za bardzo pana rozumiem — powiedział George. 
   — Ten oszust Król Victor doskonale się już orientuje, że sala obrad jest strzeżona. Wobec 
tego  pozwala  nam  odzyskać  te  listy,  pozwala,  byśmy  je  rozszyfrowali,  pozwala  nam 
znaleźć kryjówkę. I tu problem! Ale my z Lemoine’em zajmiemy się tym. 
   — Ma pan plan działania? 
   — Za  mocno  powiedziane.  Mam  natomiast  pewien  pomysł.  Pomysł  to  czasami  rzecz 
nadzwyczaj pożyteczna… 
   Co mówiąc inspektor Battle oddalił się. 
   Nie zamierzał bowiem dopuszczać George’a do dalszej konfidencji. 
   Wracając zobaczył idącego szosą Anthony’ego i zatrzymał się. 
   — Chce mnie pan podrzucić? — zapytał Anthony? — To świetnie. 
   — Gdzie pan był? 
   — Na stacji, dowiedzieć się o godziny odjazdu pociągu. 
   — Znowu gdzieś się pan wybiera? 
   — Nie tak zaraz — odparł Anthony ze śmiechem. 
   — Ciekawe, co tak wzburzyło pana Isaacsteina? Przyjechał autem na stację w momencie, 
gdy stamtąd odchodziłem, i wyglądał, jakby przeżył solidny wstrząs. 
   — Pan Isaacstein? 
   — Tak. 

background image

 

110 

   — Nie  twierdzę  tego  z  całą  pewnością,  mam  jednak  wrażenie,  że  nie  zalicza  się  do 
ludzi, którzy łatwo ulegają wstrząsom. 
   — Zgadzam się z panem — powiedział Anthony. 
   — To silny psychicznie, zamknięty w sobie człowiek interesu. 
   Battle nagle się pochylił i dotknął ramienia szofera. 
   — Zatrzymaj  się  tu  i  zaczekaj  na  mnie.  Wyskoczył  z  samochodu  —  ku  wielkiemu 
zdziwieniu  Anthony’ego.  Po  minucie  jednak  ten  ostatni  dostrzegł  Lemoine’a  spieszącego 
na  spotkanie  angielskiego  detektywa,  i  wywnioskował,  że  to  na  znak  Francuza  inspektor 
kazał  szoferowi  zatrzymać  wóz.  Nastąpiła  między  nimi  szybka  wymiana  zdań,  po  czym 
inspektor  wrócił,  wskoczył  do  auta  i  polecił  kierowcy  jechać  dalej.  Miał  kompletnie 
zmieniony wyraz twarzy. 
   — Znaleźli rewolwer — powiedział lakonicznie. 
   — Co takiego? — Anthony wytrzeszczył na niego oczy. — Gdzie? 
   — W walizce Isaacsteina. 
   — Niemożliwe! 
   — Nie ma rzeczy niemożliwych — rzekł Battle. — Trzeba stale o tym pamiętać. 
   Siedział całkiem spokojnie, klepiąc się w kolano. 
   — Kto go znalazł? 
   Inspektor spojrzał szybko przez ramię. 
   — Lemoine. Łebski facet. W S?reté wysoko go cenią. 
   — A nie podważyło to pańskich domysłów? 
   — Nie  —  odparł  wolno  inspektor.  —  Tego  bym  nie  powiedział.  Z  początku  zaskoczyło 
mnie to trochę, przyznaję. Ale to bardzo współgra z jedną z moich teorii. 
   — Z którą? 
   I tu Battle gwałtownie zmienił temat: 
   — Byłby  pan  taki  uprzejmy  i  odnalazł  pana  Eversleigha?  Mam  dla  niego  polecenie  od 
pana Lomaxa. Niech zaraz jedzie do „Abbey”. 
   — Dobrze  —  odparł  Anthony.  Samochód  zatrzymał  się  właśnie  przed  głównym 
wejściem. — Prawdopodobnie jeszcze śpi. 
   — Nie  sądzę  —  rzekł  detektyw.  —  Jeśli  pan  się  rozejrzy,  zobaczy  pan,  jak  spaceruje 
wśród drzew z panią Revel. 
   — Ale pan  ma  oko,  inspektorze  — powiedział  Anthony  i oddalił się, by  uczynić zadość 
jego prośbie. 
   Przekazał polecenie Billowi, który był nim wielce zdegustowany. 
   — Niech to szlag trafi — gderał maszerując w stronę domu. — Dlaczego nie da mi chwili 
spokoju?  I  dlaczego  ten  cholerny  kolonista  nie  został  w  swoich  koloniach?  Po  co  oni  tu 
przyjeżdżają  i podrywają co  lepsze dziewczyny? Mam już tego wszystkiego po dziurki  w 
nosie! 
   — Słyszał  pan  o  rewolwerze?  —  zapytała,  łapiąc  oddech,  Virginia,  gdy  tylko  Bill  się 
oddalił. 
   — Battle mi powiedział. Niebywała historia, prawda? Isaacstein wczoraj strasznie już się 
palił  do  odjazdu,  ale  myślałem,  że  to  po  prostu  nerwy.  Zaliczałem  go  do  osób  będących 
poza wszelkimi podejrzeniami. Czy widzi pani  motyw, dla którego Isaacstein chciałby się 
pozbyć księcia Michaela? 
   — Rzeczywiście coś tu nie pasuje — zgodziła się Virginia z zadumą. 

background image

 

111 

   — Nic do niczego nie pasuje  — stwierdził smętnym tonem Anthony. — Marzyłem o 
rozpoczęciu kariery detektywa–amatora, a jedyne, co zrobiłem, to naraziłem się na zbędny 
trud i zbędne wydatki przy prześwietlaniu tej guwernantki z Francji. 
   — To dlatego pojechał pan tam? — zapytała Virginia. 
   — Tak,  udałem  się  do  Dinard  i  odbyłem  rozmowę  z  hrabiną  de  Bretuil,  zachwycony 
własną  mądrością  i  absolutnie  przekonany,  że  otrzymam  odpowiedź,  iż  hrabina  nigdy  o 
mademoiselle  noszącej  nazwisko  Brun  nie  słyszała.  Zamiast  tego  oświadczono  mi,  iż 
wzmiankowana pani w ciągu  ostatnich siedmiu  lat zajmowała się domem  hrabiny. Należy 
więc uznać, iż moja genialna teoria legła w gruzach, chyba że hrabina też jest oszustką. 
   Virginia zaprzeczyła ruchem głowy. 
   — Madame de  Bretuil jest  nieskazitelnie uczciwa.  To  moja dobra znajoma,  i wydaje  mi 
się,  że  widziałam  w  pałacu  mademoiselle.  Na  pewno  jej  twarz  jest  mi  znana,  tak  jak  są 
znane  twarze  guwernantek,  pań  do  towarzystwa  oraz  ludzi,  którzy  siedzą  naprzeciwko 
siebie w przedziale kolejowym. To straszne, ale ja nigdy tak naprawdę na nich nie patrzę. A 
pan? 
   — Tylko wtedy, kiedy są to piękne kobiety — oznajmił Anthony. 
   — W  takim  wypadku…  —  urwała.  —  Co  się  stało?  Anthony  wpatrywał  się  w  postać, 
która  wychynęła  z  kępy  krzewów  —  mężczyzna  stał  sztywno,  na  baczność.  Był  to 
Herzoslovak Boris. 
   — Proszę  mi  wybaczyć  —  powiedział  do  Virginii.  —  Muszę  chwilę  pogadać  z  moim 
psem. 
   Zbliżył się do miejsca, w którym stał Boris. 
   — O co chodzi? Czego chcesz? 
   — Pan — rzekł Boris kłaniając się nisko. 
   — No dobrze, dobrze, ale nie musisz za mną łazić. To wygląda co najmniej dziwacznie. 
   Boris  bez  słowa  wyciągnął  kawałek  przybrudzonego  papieru,  najwidoczniej  kartka 
wyrwana z listu, i wręczył go Anthony’emu. 
   — Co to jest? — zapytał ten ostatni. 
   Na tym skrawku nagryzmolony był adres, nic ponadto. 
   — Upuścił to — powiedział Boris. — I ja przynoszę to memu panu. 
   — Kto upuścił? 
   — Cudzoziemski dżentelmen. 
   — Ale dlaczego mnie to przynosisz? 
   Boris spojrzał na Anthony’ego z wyrzutem. 
   — W porządku, idź już sobie — powiedział Anthony. 
   — Jestem zajęty. 
   Boris  zasalutował,  odwrócił  się  sprężyście  i  odmaszerował.  Anthony  zaś  dołączył  do 
Virginii, wsunąwszy skrawek papieru do kieszeni. 
   — Czego on chciał? — spytała z zaciekawieniem. 
   — I dlaczego nazwał go pan swoim psem? 
   — Dlatego  że  tak  się  zachowuje.  —  Anthony  odpowiedział  najpierw  na  drugie  pytanie. 
— W swoim poprzednim wcieleniu na pewno był psem myśliwskim. Przyniósł mi skrawek 
listu,  który,  jak  powiada,  upuścił  cudzoziemski  dżentelmen.  Sądzę,  że  ma  na  myśli 
Lemoine’a. 
   — Prawdopodobnie — zgodziła się Virginia. 
   — Zawsze chodzi moim tropem — ciągnął Anthony. 

background image

 

112 

   — Jak  pies.  Prawie  się  nie  odzywa.  Tylko  patrzy  na  mnie  tymi  swoimi  wielkimi, 
okrągłymi oczyma. Nie potrafię go rozszyfrować. 
   — A  może  on  miał  na  myśli  Isaacsteina?  —  wyraziła  przypuszczenie  Virginia.  — 
Isaacstein jako żywo wygląda trochę z cudzoziemska. 
   — Isaacstein — mruknął Anthony z irytacją. — Jaką on tu, u diabła, odgrywa rolę? 
   — Czy  nigdy  nie  miał  pan  sobie  za  złe,  że  wplątał  się  w  tę  aferę?  —  zapytała 
niespodziewanie. 
   — Za  złe?  Ależ  skąd?!  Ja  to  ubóstwiam.  Większość  życia  spędzam  na  szukaniu 
kłopotów. Ale tym razem spadło ich na mnie chyba więcej, niż się spodziewałem. 
   — Przecież  największe  kłopoty  ma  pan  już  za  sobą  —  powiedziała  Virginia,  zdziwiona 
niezwyczajnie poważnym tonem Anthony’ego. 
   — Niezupełnie. 
   Parę minut szli w milczeniu. 
   — Są  ludzie  —  zaczął  Anthony  przerywając  ciszę  —  którzy  nie  reagują  na  sygnały. 
Zwyczajna,  dobrze  funkcjonująca  lokomotywa  zwalnia  albo  zatrzymuje  się,  gdy  widzi 
czerwone światło.  Być  może ja jestem  daltonistą. Bo  na widok czerwonego sygnału walę 
do przodu. W końcu, jak wiadomo, pociąga to za sobą katastrofę. Nieuchronnie. I słusznie. 
Albowiem, ogólnie rzecz biorąc, daltonizm jest bardzo niebezpieczny dla ruchu. 
   Wciąż mówił z ogromną powagą. 
   — Mam wrażenie — powiedziała Virginia—że często w życiu pan ryzykował? 
   — Prawie wszystko jest u mnie ryzykiem, oprócz małżeństwa. 
   — To brzmi cynicznie. 
   — Nie  myślałem  w  tym  sensie.  Małżeństwo,  takie,  o  jakim  marzę,  byłoby  największą 
przygodą w moim życiu. 
   — Ładnie pan to ujął — rzekła Virginia rumieniąc się. 
   — Tylko jeden typ kobiety wchodzi w rachubę, taką chciałbym poślubić, której charakter 
o całe nieba różniłby się od  mojego. I co byśmy wtedy poczęli? Ona przystosowałaby się 
do mojego stylu życia czyja do jej? 
   — Gdyby pana kochała… 
   — Sentymentalizm, droga pani. Wie to pani równie dobrze jak ja. Miłość to nie narkotyk, 
który  pani  zażywa,  by  stać  się  ślepą  na  wszystko,  owszem,  może  pani  ją  do  tego 
sprowadzić,  ale  szkoda  miłości,  warta  jest  o  wiele  więcej.  Jak  pani  sądzi,  co  żebraczka  i 
król  myśleliby  o  swoim  małżeństwie  parę  lat  po  ślubie?  Czy  ona  nie  żałowałaby  swoich 
łachmanów  i bosych stóp,  i beztroskiego  żywota? Na pewno. Czy  gdyby on zrezygnował 
dla  niej  z  korony,  wynikłaby  z  tego  jakaś  korzyść?  Żadna.  Stałby  się  cholernie  złym 
żebrakiem. A żadna kobieta nie uszanuje mężczyzny, który robi coś cholernie źle. 
   — Czy pan się zakochał w żebraczce? — zapytała ciepło Virginia. 
   — Wręcz przeciwnie, ale zasady są te same. 
   — I nie ma żadnego wyjścia? 
   — Jakieś  zawsze  jest  —  odparł  Anthony  ponuro.  —  Stoję  na  stanowisku,  że  człowiek 
może osiągnąć to, czego chce, jeżeli zapłaci określoną cenę. A czy pani wie, jaka to jest na 
ogół cena? Kompromis. Kompromis jest obrzydliwy, lecz zarzuca sidła na człowieka, gdy 
ten wkracza w wiek średni. Właśnie teraz na mnie przyszła kolej. By zdobyć kobietę, jakiej 
pragnę, gotów jestem nawet podjąć stałą pracę. Virginia roześmiała się. 
   — Przygotowano mnie do zawodu. 
   — I porzucił pan ten zawód? 
   — Tak. 

background image

 

113 

   — Dlaczego? 
   — Z przyczyn zasadniczych. 
   — Hm… 
   — Pani jest kobietą niezwykłą — powiedział nagle, zwracając ku niej głowę. 
   — Dlaczego? 
   — Bo potrafi się pani powstrzymać od zadawania pytań. 
   — Dlatego że nie zapytałam pana, jakiego rodzaju zawód pan obrał? 
   — Właśnie. 
   Dalej  szli  już  w  milczeniu.  Zbliżali  się  do  domu,  przechodząc  obok  pachnącego  słodko 
ogrodu róż. 
   — Śmiem  twierdzić,  że  pani  doskonale  rozumie,  o  co  chodzi  —  powiedział  Anthony 
przerywając ciszę. — Pani wie, kiedy mężczyzna zakochuje się w pani. Domyślam się, że 
pani na mnie nie zależy, ani na nikim innym, ale, jak Boga kocham, zmuszę panią do tego! 
   — Sądzi pan, że udałoby się to panu? — Zapytała przytłumionym głosem. 
   — Może nie, lecz dołożę wszelkich starań. 
   — Żałuje pan, żeśmy się spotkali? — spytała nagle. 
   — Nie,  na  Boga!  Wtedy  właśnie  zapaliła  się  czerwona  lampka.  Kiedy  po  raz  pierwszy 
panią  zobaczyłem,  wtedy,  na  Pont Street,  wiedziałem,  że  podejmuję  ryzyko  narażenia  się 
na  śmieszność.  Pani  twarz  wywarła  na  mnie  takie  wrażenie,  właśnie  twarz.  Jest  w  pani 
jakaś  siła  magiczna,  od  stóp  do  głów,  niektóre  kobiety  mają  taką  właściwość,  ale  nigdy 
jeszcze nie spotkałem takiej, w której tej siły magicznej byłoby aż tyle. Poślubi pani kogoś 
godnego szacunku i zamożnego, jak przypuszczam, a ja wrócę do swojego niecnego życia, 
lecz zanim odejdę, pocałuję panią, przysięgam! 
   — Teraz  pan  nie  może  —  powiedziała  miękko  Virginia.  —  Inspektor  Battle  obserwuje 
nas z okna biblioteki. 
   Anthony spojrzał na nią. 
   — Szatan z pani, Virginio  — powiedział tonem  raczej obojętnym.  —  Ale słodki szatan. 
—  Po  czym  pomachał  beztrosko  dłonią  w  stronę  inspektora.  —  Złapał  pan  dziś  jakichś 
kryminalistów? 
   — Na razie nie. 
   — To dobrze rokuje. 
   Battle z zadziwiającą  jak  na tak  flegmatycznego człowieka zwinnością wyskoczył  przez 
okno biblioteki i dołączył do nich już na tarasie. 
   — Udało  mi  się  ściągnąć  profesora  Wynwooda  —  oznajmił  szeptem.  —  Właśnie 
przyjechał. Rozszyfrowuje listy. Chcecie państwo zobaczyć go przy pracy? 
   Mówił  to  tonem  zachwalającego  wystawę  marchanda.  Otrzymawszy  pozytywną 
odpowiedź, zaprowadził ich pod okno i poradził, by zajrzeli do środka. 
   Przy  zarzuconym  listami  stole  siedział  niewysoki,  rudowłosy  mężczyzna  w  średnim 
wieku i pisał coś zawzięcie na dużym arkuszu papieru. Mruczał gniewnie do siebie jakieś 
słowa i od czasu do czasu pocierał gwałtownie nos, którego barwa skutecznie rywalizowała 
z kolorem włosów. 
   Niebawem uniósł wzrok znad stołu. 
   — To pan, inspektorze? Po to mnie pan tu ściągnął, bym zajmował się takimi bzdurami? 
Przecież  każde  dziecko  poradziłoby  sobie  z  tym.  Dwuletni  szkrab.  I  to się  nazywa  szyfr? 
Sens aż bije w oczy. 
   — Cieszę się, profesorze — powiedział łagodnie Battle. — Ale, wie pan, my nie jesteśmy 
tacy mądrzy. 

background image

 

114 

   — Tu  nie potrzebna żadna  mądrość  —  warknął profesor.  — Wystarczy  rutyna. Chce 
pan,  bym  rozpracował  wszystkie  listy?  To  zajmie  dużo  czasu,  wymaga  solidnego 
przyłożenia  się,  bacznej  uwagi  i  żadnej  inteligencji.  Zrobiłem  ten  list  datowany  w 
„Chimneys”,  który,  jak  pan  powiedział,  jest  najważniejszy.  Mogłem  zabrać  resztę  do 
Londynu i przekazać mojemu asystentowi. Na takie rzeczy szkoda mojego czasu. Oderwał 
mnie pan od bardzo poważnej pracy i chcę jak najszybciej do niej wrócić. 
   Oczy mu rozbłysły. 
   — Dobrze, profesorze — zgodził się Battle. — Przykro mi, że zawracaliśmy panu głowę 
taką  bagatelką.  Wytłumaczę  to  panu  Lomaxowi.  Cały  rwetes  powstał  z  powodu  tego 
właśnie listu. Lord Caterham spodziewa się prawdopodobnie, że zostanie pan na obiedzie. 
   — Nie  jadam  obiadów  —  powiedział  profesor.  —  To  zły  zwyczaj.  Banan  i  sucharek  to 
wszystko, co zdrowy na ciele i umyśle człowiek powinien jeść w środku dnia. 
   Chwycił  płaszcz,  który  leżał  na  oparciu  fotela.  Battle  wyszedł  przed  dom  i  po  paru 
minutach Anthony i Virginia usłyszeli odgłos odjeżdżającego samochodu. 
   Inspektor  podszedł  do  nich  trzymając  w  ręku  pół  arkusika  papieru,  który  profesor  mu 
wręczył. 
   — Zawsze tak się zachowuje — rzekł Battle nawiązując do wyjazdu profesora. — Wciąż 
w piekielnym pośpiechu. Ale mądry człowiek. No więc mamy tu treść listu Jej Wysokości. 
Chcecie państwo rzucić na to okiem? 
   Virginia  sięgnęła  po  arkusik,  Anthony  zaś  czytał  jej  przez  ramię.  Jak  pamiętał,  była  to 
długa  epistoła,  tchnąca  namiętnością  i  rozpaczą.  Geniusz  profesora  Wynwooda 
przekształcił ją w lakoniczny, rzeczowy komunikat: 
   „Operacja  przebiegła  pozytywnie,  ale  S  nas  przechytrzył.  Przesunął  kamień  z  kryjówki. 
Nie w jego pokoju. Szukałam. Odnalazłam następującą notatkę, która moim zdaniem ma z 
tym związek: RICHMOND SIEDEM PROSTO OSIEM NA LEWO TRZY NA PRAWO”. 
   — S?  —  odezwał  się  Anthony.  —  Oczywiście  Stylptitch.  Szczwany  lis.  Zmienił 
kryjówkę. 
   — Richmond? — powtórzyła z namysłem Virginia. 
   — Czyżby klejnot był ukryty gdzieś w Richmond? 
   — To ulubione miejsce członków rodziny królewskiej — zauważył Anthony. 
   Battle potrząsnął przecząco głową. 
   — A ja bym się upierał przy tym, że odnosi się to do jakiegoś punktu w tym domu. 
   — Wiem! — wykrzyknęła nagle Virginia. Obaj mężczyźni zwrócili ku niej wzrok. 
   — Obraz  Holbeina  w  sali  obrad.  Właśnie  pod  nim  obstukiwali  ścianę.  A  to  jest  portret 
hrabiego Richmond. 
   — Trafiła  pani  w  dziesiątkę  —powiedział  Battle  i  klepnął  się  po  udzie.  Mówił  dalej  z 
niezwykłym  u  niego  ożywieniem.  —  To  jest  punkt  wyjściowy,  obraz,  ale  przestępcy 
wiedzą  tyle  samo  co  my,  do  czego  odnoszą  się  wymienione  w  liście  cyfry.  Dwaj zbrojni 
rycerze  stoją  akurat  pod  obrazem,  i  pierwszą  myślą  złoczyńców  było  to,  że  klejnot  jest 
ukryty  w  jednej  ze  zbroi.  Cyfry  mogłyby  oznaczać  cale.  Ta  teoria  wzięła  w  łeb,  następna 
zaś  dotyczyła  tajemnego  przejścia  lub  klatki  schodowej,  lub  schowka  w  ścianie.  Czy  o 
czymś takim jest pani wiadomo? 
   Virginia zaprzeczyła ruchem głowy. 
   — Wiem  o  „księżej  jamie”  i  o  przynajmniej  jednym  tajemnym  przejściu  —  odparła.  — 
Swego  czasu  pokazywano  mi  je,  ale  doprawdy  mało  co  pamiętam.  O,  jest  Bundle,  ona 
będzie wiedziała. 
   Bundle szybkim krokiem zbliżała się do nich. 

background image

 

115 

   — Po  obiedzie  biorę  panharda  i  jadę  do  miasta  —  oznajmiła.  —  Może  kogoś 
podrzucić? Nie miałby pan ochoty? — zwróciła się do Cade’a. — Zdążymy obrócić przed 
kolacją. 
   — Nie dziękuję — rzekł Anthony. — Spędzam tu czas zarówno miło, jak i pracowicie. 
   — Ten człowiek boi się mnie — powiedziała Bundle. 
   — Albo  mnie  jako  kierowcy,  albo  mojego  fatalnego  uroku.  Co  zatem  wchodzi  w 
rachubę? 
   — To drugie — odparł Anthony. — Nie ulega żadnej wątpliwości. 
   — Bundle,  kochanie  —  zaczęła  Virginia  —  czy  istnieje  jakieś  tajemne  przejście 
prowadzące z sali obrad? 
   — W  pewnym  sensie  tak.  Ale  z  dawien  dawna  nie  używane.  Zdaje  się,  że  łączy 
„Chimneys” z „Wyvern Abbey”. To znaczy łączyło kiedyś, w zamierzchłych czasach, teraz 
jest zamurowane. Można tylko nim przejść jakieś sto jardów. To na górze, w Białej Galerii, 
jest o wiele bardziej interesujące, no i niezła jest „księża jama”. 
   — Aspekt  artystyczny  nas  nie  interesuje  —  wyjaśniła  Virginia.  —  Chodzi  o  konkret. 
Jakie jest połączenie z salą obrad? 
   — Przez drzwi w boazerii. Jeżeli chcecie, to po obiedzie wam zademonstruję. 
   — Dzięki — powiedział inspektor Battle. — Dajmy na to o wpół do trzeciej, dobrze? 
   Bundle spojrzała na niego z uniesionymi w górę brwiami. 
   — Coś tu nie gra? 
   Na tarasie pojawił się Tredwell. 
   — Podano do stołu — oznajmił. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI 
SPOTKANIE W OGRODZIE RÓŻ 
    
   O  wpół  do  trzeciej  towarzystwo  spotkało  się  ponownie  w  sali  obrad:  Bundle,  Virginia, 
inspektor Battle, Lemoine i Anthony Cade. 
   — Nie będziemy czekać, aż uda nam się ściągnąć pana Lomaxa  — powiedział inspektor 
Battle. — Tego typu sprawy trzeba załatwiać szybko. 
   — Jeżeli pan sądzi, że książę Michael został zamordowany przez kogoś, kto dostał się tu 
tą drogą, to jest pan w błędzie — powiedziała Bundle. — To zupełnie niemożliwe. Wejście 
z drugiej strony jest zamurowane. 
   — Nie  o  to  nam  chodzi,  milady  —  powiedział  szybko  Lemoine.  —  O  coś  całkiem 
innego. 
   — Szukacie  czegoś,  tak?  —  spytała  niezwłocznie  Bundle.  —  Czy  przypadkiem  nie 
jakiegoś historycznego drobiazgu? 
   Lemoine był wyraźnie zaintrygowany. 
   — Wytłumacz, co masz na myśli — poprosiła Virginia. — Ty jak zechcesz, to potrafisz. 
   — No…  jak  mu  tam  —  zaczęła  Budle.  —  Ten  historyczny  klejnot  książąt  krwi,  który 
ktoś buchnął w zamierzchłych czasach, zanim wkroczyłam w dojrzałe lata. 
   — Skąd pani o tym wie, lady Eileen? — zapytał Battle. 
   — Zawsze wiedziałam. Kiedy miałam dwanaście lat, powiedział mi o tym któryś z lokai. 
   — Lokaj! — powiedział inspektor. — O Boże! Szkoda, że pan Lomax tego nie słyszy! 
   — Czy  to  jedna  z  pilnie  strzeżonych  tajemnic  George’a?  —  zadała  pytanie  Bundle.  — 
Komiczna  historia!  Nie  przypuszczałam,  że  to  prawda.  George  to  istny  osioł!  Musi  się 
wreszcie dowiedzieć, że służba wie wszystko. 

background image

 

116 

   Podeszła do obrazu  Holbeina, dotknęła  ukrytej  gdzieś z boku sprężyny  i  natychmiast 
część boazerii rozwarła się ze zgrzytem, odsłaniając ciemny otwór. 
   — Entrez,  messieurs  et  mesdames  —  powiedziała  Bundle  teatralnym  tonem.  — 
Wchodźcie, wchodźcie, najdrożsi! Superwidowisko sezonu i tylko za sześć pensów! 
   Zarówno Lemoine, jak i Battle zaopatrzyli się już w latarki. Wkroczyli w ciemność jako 
pierwsi, reszta szła za nimi, depcząc im niemal po piętach. 
   — Powietrze przyjemne i świeże — zauważył Battle. — Gdzieś musi być wentylacja. 
   Szedł  na  czele.  Podłoga  była  wybrukowana  nierównymi  kamieniami,  lecz  ściany  były 
murowane.  Tak  jak  Bundle  powiedziała,  korytarz  miał jakieś  sto  jardów  długości.  Potem 
gwałtownie  się  kończył  —  zwałowiskiem  gruzu.  Battle  upewnił  się,  że  z  boku  nie  ma 
żadnego przejścia, po czym powiedział ku idącym za nim: 
   — Wracamy,  jeśli  państwo  pozwolą.  Chciałem  tylko,  że  tak  powiem,  dokonać  inspekcji 
terenu. 
   Po paru minutach byli z powrotem przed sekretnym wejściem. 
   — Zaczynamy stąd — oznajmił Battle. — Siedem prosto, osiem na lewo, trzy na prawo. 
Pierwsze traktujemy jako kroki. 
   Odmierzył dokładnie siedem kroków i pochylił się, badając grunt pod nogami. 
   — Chyba w porządku. Niezadługo pojawi się znak  robiony kredą. Teraz osiem  na lewo. 
To już nie odnosi się do kroków, przejście jest tak wąskie, że można iść tylko gęsiego. 
   — Może do cegieł? — podsunął Anthony. 
   — Słusznie.  Osiem  cegieł  od  góry  lub  dołu  po  lewej  stronie.  Spróbujmy  od  dołu,  to 
łatwiejsze. 
   Odliczył osiem cegieł od dołu. 
   — Teraz od tego miejsca trzy na prawo. Raz, dwa, trzy. O, co to? 
   — Na pewno za chwilę zacznę krzyczeć — powiedziała Bundle. — Co to takiego? 
   Inspektor  Battle  majstrował  coś  ostrzem  noża  przy  jednej  z  cegieł.  Doświadczonym 
okiem dostrzegł bowiem od razu, że ta cegła jest inna niż pozostałe. Parę minut wysiłku  i 
wyrwał ją. Z tyłu było niewielkie, ciemne wgłębienie. Battle wsadził tam rękę. 
   Wszyscy wstrzymali oddech. 
   Inspektor wyciągnął rękę z wgłębienia. 
   Z jego ust wyrwał się okrzyk zdumienia i gniewu. 
   Pozostali  skupili  się  wokół  niego  i  wpatrywali  nic  nie  rozumiejącym  wzrokiem  w  trzy 
przedmioty  na  jego  dłoni.  Przez  moment  wydawało  się,  jak  gdyby  własnym  oczom  nie 
mogli uwierzyć. 
   Karton  małych,  perłowych  guziczków,  kwadratowy  kawałek  szorstkiej  dzianiny  oraz 
skrawek papieru, na którym wypisano cały rząd dużych liter E. 
   — No tak! — powiedzial Battle. — Jestem załatwiony! Co to wszystko oznacza? 
   — Mon Dieu! — mruknął Francuz. — Ça c’est un peu tropfort!* 
   — Ale co to oznacza?! wykrzyknęła Virginia, całkiem zdezorientowana. 
   — Co to oznacza? — powtórzył Anthony, — Może to oznaczać tylko jedno. Nieboszczyk 
hrabia Stylptitch musiał mieć niezłe poczucie humoru. Ja osobiście nie uważam, by to tyło 
takie zabawne. 
   — Czy  mógłby  pan  przedstawić  swoją  teorię  nieco  bardziej  przejrzyście?—  zapytał 
inspektor Battle. 
   — Naturalnie.  To  był  mały  żart  hrabiego.  Przewidywał  widocznie,  że  jego  notatka 
zostanie  odczytana.  Kiedy  złoczyńcy  przyszli  po  klejnot,  znaleźli  w  tym  miejscu  bardzo 
zmyślną zagadkę. Rodzaj maski, którą się nakłada, by ludzie człowieka nie poznali. 

background image

 

117 

   — Czy coś się za tym kryje? 
   — Niewątpliwie  tak.  Gdyby  hrabia  chciał  być  tylko  złośliwy,  zostawiłby  kartkę  z 
napisem „sprzedane” albo fotografię osła czy coś równie mało subtelnego. 
   — Kawałek  materiału,  kilka  dużych  liter  E  i  sporo  guzików  —  wymamrotał  Battle 
zdegustowany. 
   — C’est  inoui*—  powiedział  ze  złością  Lemoine.  Szyfr  numer  dwa  —  zaczął  Anthony. 
— Zastanawiam się, czy profesor Wynwood nie popełnił tutaj błędu. 
   — Kiedy  ostatnio  ktoś  korzystał  z  tego  przejścia?  —  zapytał  Francuz  zwracając  się  do 
Bundle. 
   Bundle namyślała się chwilę. 
   — Moim zdaniem od przeszło dwóch  lat nikt tu  nie wchodził.  Amerykanom  i wszelkim 
innym turystom wystarcza „księża jama”. 
   — Ciekawe — mruknął Francuz. 
   — Co ciekawe? 
   Lemoine nachylił się i podniósł coś z podłogi. 
   — To  —  odparł.  —  Ta  zapałka  nie  leżała  tu  przez  dwa  lata.  Czy  może  ktoś  z  państwa 
rzucił ją na ziemię? 
   Odpowiedź wszystkich była przecząca. 
   — No dobrze — powiedział inspektor Battle. 
   — Zobaczyliśmy wszystko, co było do zobaczenia. Możemy już śmiało stąd się wynieść. 
   Propozycja zyskała ogólną aprobatę. Tajemne drzwi były zamknięte, ale Bundle pokazała 
im,  gdzie  jest  zamek  od  wewnątrz.  Nacisnęła  klamkę,  drzwi  otworzyły  się  na  oścież, 
Bundle wskoczyła w otwór i wyładowała z łoskotem w sali obrad. 
   — Niech  to  licho!  —  wykrzyknął  lord  Caterham  zrywając  się  z  fotela,  w  którym 
widocznie ucinał sobie drzemkę. 
   — Biedny staruszku — powiedziała Bundle. — Przestraszyłam cię? 
   — Nie  mogę  pojąć  —  rzekł  lord  Caterham  —  dlaczego  w  obecnych  czasach  ludzie  nie 
odpoczywają  po  jedzeniu.  Wielka  strata.  Bóg  świadkiem,  „Chimneys”  jest  wystarczająco 
duże,  ale  nawet  tu  trudno  znaleźć  miejsce,  gdzie  człowiek  zaznałby  odrobinę  spokoju.  O 
Boże,  ile  was  tam  jest?  Przypomina  mi to  pantomimy,  na  jakie  chodziłem  jako  chłopiec, 
kiedy to chmary demonów wyskakiwały z drzwi zapadowych. 
   — Demonie numer siedem — powiedziała Virginia zbliżając się do niego i gładząc go po 
głowie. — Proszę się nie gniewać. Badamy tajemne przejście, to wszystko. 
   — Wygląda  na  to,  że  tajemne  przejścia  mają  dzisiaj  powodzenie  —  stwierdził  lord 
Caterham  niezbyt  jeszcze  udobruchany.  —  Całe  rano  musiałem  oprowadzać  po  nich  tego 
Fisha. 
   — Kiedy to było? — zapytał szybko Battle. 
   — Tuż  przed  obiadem.  On  słyszał  chyba  tylko  o  jednym  przejściu.  Pokazałem  mu  je,  a 
potem zaprowadziłem go do Białej Galerii, a zakończyliśmy zwiedzanie na „księżej jamie”. 
Lecz  w  tym  czasie  jego  entuzjazm  wyraźnie  zmalał.  Miał  minę  człowieka  śmiertelnie 
znudzonego. Zmusiłem go jednak, by dotrwał do końca. — Lord Caterham zachichotał na 
samo wspomnienie. 
   Anthony położył rękę na ramieniu Lemoine’a. 
   — Wyjdźmy na dwór — powiedział cicho. — Muszę z panem porozmawiać. 
   Dwaj  panowie  wyszli  oszklonymi  drzwiami.  Kiedy  byli  już  w  dostatecznej  od  domu 
odległości,  Anthony  wyciągnął  z  kieszeni  ów  skrawek  papieru,  który  dziś  rano  Boris  mu 
wręczył. 

background image

 

118 

   — Proszę spojrzeć — powiedział. — Czy pan to zgubił? 
   Lemoine wziął kartkę do ręki i przyjrzał się jej z umiarkowanym zainteresowaniem. 
   — Nie — odparł. — Widzę ją po raz pierwszy. A bo co? 
   — Jest pan tego pewien? 
   — Absolutnie, monsieur. 
   — Bardzo dziwne. 
   Powtórzył Lemoine’owi słowa Borisa. Francuz słuchał z wielką uwagą. 
   — Nie, nie zgubiłem tej kartki. Powiada pan, że on ją znalazł wśród krzewów? 
   — Wywnioskowałem to z jego wypowiedzi, ale on tak dokładnie tego nie określił. 
   — Całkiem  możliwe,  że  wyfrunęła  z  walizki  pana  Isaacsteina.  Niech  pan  powtórnie 
zapyta o to Borisa. 
   — Zwrócił Anthony’emu kartkę. Po paru minutach rzekł: 
   — Co panu właściwie o tym Borisie jest wiadomo? Anthony wzruszył ramionami. 
   — Zrozumiałem, że był zaufanym służącym świętej pamięci księcia Michaela. 
   — Możliwe,  ale  proszę  zadać  sobie  trud  i  to  sprawdzić.  Niech  pan  zapyta  kogoś 
kompetentnego, na przykład barona Lolopretjzyla. Może tego człowieka przyjęto do pracy 
zaledwie przed paroma tygodniami? Na  mnie sprawił  wrażenie  uczciwego  faceta. Ale kto 
wie? Król Victor byłby w stanie przeistoczyć się niezwłocznie w zaufanego sługę. 
   — Czyżby pan sądził…? 
   Lemoine przerwał mu: 
   — Będę z panem zupełnie szczery. Król Victor stał się moją obsesją. Wszędzie go widzę. 
Nawet teraz zadaję sobie w duchu pytanie, czy człowiek, z którym rozmawiam, jest panem 
Cade’em, czy może Królem Victorem… 
   — Mój Boże! — powiedział Anthony. — Musiał porządnie dać się panu we znaki. 
   — Co mnie obchodzi klejnot?!  Albo wykrycie  mordercy księcia Michaela? Powinienem 
to zostawić moim kolegom ze Scotland Yardu, to ich sprawa. Przyjechałem do Anglii tylko 
po  to,  tylko  jeden  cel  mi  przyświecał,  by  złapać  Króla  Victora,  złapać  go  na  gorącym 
uczynku. Nic innego mną nie powodowało. 
   — I pana zdaniem dopnie pan swego? — spytał Anthony zapalając papierosa. 
   — Bo ja wiem? — odparł Lemoine z nagle ogarniającym go zwątpieniem. 
   — Hm! — mruknął Anthony. 
   Wrócili na taras. Inspektor Battle stał przy oszklonych drzwiach nieruchomo, niczym słup 
soli. 
   — Proszę spojrzeć na tego poczciwca inspektora — powiedział Anthony. — Chodźmy go 
pocieszyć. — Po chwili milczenia dodał: — Swoją drogą dziwak z pana, panie Lemoine. 
   — Dlaczegóż to? 
   — Na pana  miejscu zapisałbym obowiązkowo ten adres z kartki, którą panu pokazałem. 
Może  on  nie  mieć  żadnego  znaczenia  i  prawdopodobnie  nie  ma.  Ale  z  drugiej  strony  nie 
sposób wykluczyć, że to element bardzo istotny. 
   Lemoine spoglądał na niego w skupieniu minutę lub dwie. Po czym, z lekkim uśmiechem 
na ustach, podciągnął lewy rękaw marynarki. Na białym mankiecie koszuli widniał napis: 
„Hurstmere”, Langly Road, Dover. 
   — Przepraszam  —  powiedział  Anhony.  —  Spudłowałem.  —  Dołączył  do  inspektora 
Battle. — Bardzo pan zadumany — zauważył. 
   — Mnóstwo mam rzeczy do przemyślenia, panie Cade. 
   — Wyobrażam sobie. 
   — Obraz jest niespójny. Absolutnie niespójny. 

background image

 

119 

   — To rzeczywiście ciężka sprawa  — rzekł  Anthony ze współczuciem. —  Ale  głowa 
do góry, inspektorze! W najgorszym wypadku zawsze pan może aresztować mnie. Ma pan 
podstawy — ślady moich stóp, jak pan pamięta. 
   Lecz inspektor nie skwitował tego uśmiechem. 
   — Ma pan tutaj jakichś wrogów, wie pan coś o tym? — zapytał. 
   — Odniosłem  wrażenie,  że  jeden  z  lokai  nie  darzy  mnie  sympatią  —  odparł  Anthony 
lekkim  tonem.  —  Robi,  co  może,  aby  zapomnieć  podać  mi  co  wymyślniejsze  warzywa. 
Dlaczego pan pyta? 
   — Otrzymałem anonimy — powiedział inspektor Battle. — A właściwie jeden anonim. 
   — Na mój temat? 
   Battle bez słowa wyjął z kieszeni złożony arkusik taniego papieru w kratkę i wręczył go 
Anthony’emu. Niewprawnym charakterem pisma nabazgrane tam były słowa: „Uwarzaj na 
pana Cade. Nie jest tym, za kturego się podaje”. 
   Anthony, śmiejąc się nierfasobliwie, zwrócił mu kartkę. 
   — To  wszystko?  Niech  się  pan  nie  przejmuje,  inspektorze.  Jak  panu  wiadomo,  jestem 
mistrzem charakteryzacji. 
   Ruszył w stronę domu, gwiżdżąc wesoło. Lecz gdy wszedł do swojej sypialni i zamknął 
za  sobą  drzwi,  zmienił  się  nie  do  poznania.  Twarz  mu  stężała,  przybrała  surowy,  zacięty 
wyraz. Usiadł na skraju łóżka i wpatrzył się ponuro w podłogę. 
   — Sytuacja staje się poważna — powiedział do siebie. 
   — Trzeba  coś  z  tym  zrobić.  Cholernie  niefortunny  układ.  Siedział  tak  parę  minut,  a 
następnie podszedł do okna. 
   Stał  chwilę,  wyglądając  bezmyślnie  na  zewnątrz,  i  nagle  jego  spojrzenie  zatrzymało  się 
na czymś — i twarz mu się rozjaśniła. 
   — Oczywiście — szepnął. — Ogród róż! No właśnie! Ogród róż? 
   Zbiegł  na  dół  i  wyszedłszy  na  dwór  bocznymi  drzwiami,  skierował  się  do  ogrodu. 
Zmierzał tam drogą okrężną. Po obydwu stronach ogrodu znajdowały się niewielkie bramy. 
Wszedł przez tę dalszą  i zbliżył się do zegara słonecznego położonego  na wzniesieniu,  w 
samym środku ogrodu. 
   Raptem stanął jak w ziemię wryty, wytrzeszczając oczy na drugiego gościa ogrodu, który 
sprawiał wrażenie równie jak on zdziwionego. 
   — Nie wiedziałem, że interesuje się pan różami — powiedział uprzejmie Anthony. 
   — Bardzo się interesuję — odparł pan Fish. Mierzyli się wzajemnie czujnym spojrzeniem 
niczym oceniający swe siły przeciwnicy. 
   — Ja też — oznajmił Anthony. 
   — Doprawdy? 
   — Mówiąc szczerze, uwielbiam róże do szaleństwa — rzekł Anthony patetycznie. 
   Lekki  uśmiech  rozjaśnił  twarz  pana  Fisha,  i  w  tym  parnym  czasie  Anthony  uśmiechnął 
się również. Napięcie jak gdyby minęło. 
   — Niech  pan  spojrzy  na  tę  piękność  —  powiedział,  pan  Fish  i  nachylił  się,  by  pokazać 
kwiat szczególnej urody. 
   — Zdaje się, że to jest Madame Abel Chatenay. Tak, mam rację. Ta biała róża była przed 
wojną  znana  jako  Frau  Carl  Drusky.  Przypuszczam,  że  ją  przemianowali.  Chyba  lekka 
przesada, ale w duchu szczerego patriotyzmu. La France jest zawsze popularna. Czy pan w 
ogóle lubi czerwone róże? Jasnoczerwone… 
   Cedzącemu  monotonnie  słowa  panu  Fishowi  przerwano.  Z  okna  na  pierwszym  piętrze 
wychylała się Bundle. 

background image

 

120 

   — Chce pan wyskoczyć do miasta, panie Fish? Właśnie jadę. 
   — Dziękuję, lady Eileen, ale bardzo mi tu dobrze. 
   — A  pan  nie  da  się  namówić?  —  zwróciła  się  do  Anthony’ego.  Ten,  roześmiawszy  się, 
potrząsnął przecząco głową. 
   Bundle zniknęła. 
   — Bardziej  odpowiada  mi  sen  —  rzekł  Anthony  ziewając.  —  Solidna,  poobiednia 
drzemka. — Wyjął papierosa. — Ma pan może zapałki? 
   Pan Fish wręczył mu całe pudełko. Anthony przypalił sobie i zwrócił zapałki ze słowami 
podzięki. 
   — Róże  są  piękne  —  powiedział.  —  Ale  nie  pociągają  mnie  dziś  specjalnie  problemy 
ogrodnicze. 
   Pan  Fish  z  rozbrajającym  uśmiechem  pokiwał  głową.  Zza  domu  dobiegł  ogłuszający 
łomot. 
   — Ten jej wóz ma niezły silnik — zauważył Anthony. 
   — O, tam… 
   W ich polu widzenia pojawił się szybko jadący aleją samochód. Anthony znowu ziewnął 
i skierował się w stronę domu. 
   Wszedł  głównym  wejściem.  Gdy  już  znalazł  się  wewnątrz,  to  jakby  szatan  w  niego 
wstąpił. Przebiegł galopem hali, przez jedno z dalszych oszklonych drzwi wypadł na dwór i 
dalej  sunął  parkiem.  Bundle,  jak  wiedział,  musi  zrobić  solidny  objazd,  koło  domku 
myśliwskiego, a potem przez wieś. 
   Biegł jak szalony. Był to wyścig z czasem. Dobiegł do muru parku, gdy usłyszał warkot 
samochodu jadącego szosą. Wspiął się na mur i skoczył na drogę. 
   — Hej! — zawołał. 
   Zdumiona  Bundle  zboczyła  gwałtownie  z  kursu.  Udało  jej  się  jakoś  uniknąć  wypadku. 
Anthony  biegł  za  wozem,  później  otworzył  drzwiczki  i  wskoczył  na  przednie  siedzenie, 
obok Bundle. 
   — Jadę z panią do Londynu! — powiedział. — Od początku miałem ten zamiar. 
   — Dziwny z pana facet — rzekła Bundle. — Co pan trzyma w ręku? 
   — Zapałkę — odparł. 
   Przyglądał  się  jej  z  namysłem.  Była  różowa,  z  żółtym  łebkiem.  Anthony  rzucił  nie 
zapalonego papierosa, a zapałkę schował z pietyzmem do kieszeni. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY 
DOM W DOVER 
    
   — Mam  nadzieję,  że  nie  będzie  pan  miał  nic  przeciwko  temu,  jeśli  dodam  gazu?  — 
zapytała Bundle. — Wyjechałam później, niż zamierzałam. 
   Anthony sądził, że osiągnęli już szczyt prędkości, ale niebawem się przekonał, że była to 
fraszka w porównaniu z tym, co Bundle potrafiła wycisnąć z panharda. 
   — Niektórzy  ludzie  —  odezwała  się,  gdy  podczas  przejazdu  przez  wieś  zwolniła  tempo 
— są przerażeni moją jazdą. Na przykład ojciec. Nic go nie jest w stanie zmusić, by wsiadł 
do tej mojej landary. 
   Osobiście  Anthony  uważał,  że  stanowisko  lorda  Caterhama  jest  zdecydowanie 
uzasadnione. Jazda z Bundle to rodzaj sportu, którego starsi, nerwowi panowie nie powinni 
uprawiać. 

background image

 

121 

   — Ale  pan  na  nerwowego  nie  wygląda  —  orzekła  Bundle  tonem  aprobaty,  biorąc 
brawurowo zakręt. 
   — Jak pani widzi, jestem w całkiem dobrej formie — oświadczył Anthony z powagą. — 
Ponadto — dodał po namyśle — ja również się spieszę. 
   — Dodać jeszcze gazu? — zapytała uprzejmie. 
   — Broń  Boże!  —  zaprzeczył  co  tchu.  —  Robimy  średnio  około  pięćdziesięciu  mil, 
wystarczy. 
   — Płonę  z  ciekawości,  jaka  jest  przyczyna  pańskiego  tak  nagłego  wyjazdu  — 
powiedziała  Bundle  po  wykonaniu  koncertu  na  klakson,  który  wywołał  na  pewno 
przejściową  głuchotę  okolicznych  mieszkańców.  —  Ale  chyba  nie  potrzebuję  o  to pytać? 
Pan nie ucieka przed wymiarem sprawiedliwości, prawda? 
   — Nie jestem tego taki pewny — odparł. — Niebawem się przekonam. 
   — Ten  gość  ze  Scotland  Yardu  zna  się  na  rzeczy,  jak  się  wydaje  —  rzekła  Bundle  w 
zamyśleniu. 
   — Battle to równy chłop — zgodził się Anthony. 
   — Pan  powinien  być  dyplomatą  —  zauważyła.  —  Nie  ma  pan  we  zwyczaju  udzielać 
komuś za wiele informacji, prawda? 
   — Zawsze uważałem się za gadułę. 
   — Och jej! Czy przypadkiem nie omotał pan mademoiselle Brun? 
   — Nie przyznaję się do winy! — oświadczył Anthony z ferworem. 
   Nastąpiła  parominutowa  przerwa  w  rozmowie,  kiedy  to  Bundle  dogoniła  i  wyprzedziła 
trzy samochody. Po czym zapytała nieoczekiwanie: 
   — Jak długo zna pan Virginię? 
   — Zadała  mi  pani  bardzo  trudne  pytanie  —  odpowiedział  zgodnie  z  prawdą.  —  Nie 
widywaliśmy się często, ale wydaje mi się, że znam ją od dawna. 
   Bundle skinęła głową. 
   — Virginia  jest  mądra  —  stwierdziła  szorstkim  tonem.  —  Często  wygaduje  bzdury,  ale 
ma głowę na karku. Przypuszczani, że w Herzoslovakii robiła furorę. Gdyby żył Tim Revel, 
miałby przed sobą nie lada karierę, i to głównie dzięki niej. Pracowała na ten jego sukces z 
całą zaciętością. Nie było rzeczy, której by dla niego nie zrobiła, i wiem, dlaczego. 
   — Bo jej na nim zależało — powiedział ze wzrokiem utkwionym przed siebie. 
   — Nie, bo jej na nim nie zależało. Rozumie pan? Nie kochała go, nigdy go nie kochała, 
więc  robiła  wszystko,  co  było  w  jej  mocy,  by  mu  to  wynagrodzić.  To  cała  Virginia.  Ale 
fakt ten nie ulega kwestii. Virginia nigdy nie była zakochana w Timie Revelu. 
   — Pani wypowiedzi są bardzo autorytatywne — powiedział obracając się ku niej. 
   Drobne  dłonie  Bundle  obejmowały  kierownicę,  a  jej  wysunięty  do  przodu  podbródek 
świadczył o stanowczym usposobieniu. 
   — Wiem to i owo. Kiedy oni brali ślub, byłam smarkata, ale co nieco obiło mi się o uszy, 
a znając Virginię, łatwo można było połączyć pewne fakty. Tim Revel stracił dla niej głowę 
—  był  Irlandczykiem,  bardzo  przystojnym  mężczyzną  i  miał  prawdziwy  talent 
krasomówczy. Virginia była młoda — osiemnaście lat. Nie mogła się nigdzie ruszyć, żeby 
nie natknąć się na malowniczo rozpaczającego Tima, który zaklinał się, że palnie sobie w 
łeb albo stoczy się w alkoholizm, jeśli ona nie zechce  go poślubić. Dziewczyny wierzą w 
takie  rzeczy  —  albo  wierzyły,  bo  w  ciągu  ostatnich  ośmiu  lat  osiągnięto  w  tej  dziedzinie 
pewien  postęp.  Virginia  dała  się  porwać  uczuciu,  o  którym  sądziła,  że  zostało  przez  nią 
zainspirowane. Wyszła za  niego za  mąż  —  i do końca była  dla  niego aniołem. Gdyby  go 
kochała,  ani  w  połowie  nie  byłaby  taka  anielska.  W  Virginii  wiele  jest  z  szatana.  Ale 

background image

 

122 

powiem  panu  jedno:  ona  cieszy  się  swoją  wolnością’  I  ktoś,  kto  zechciałby  ją  tej 
wolności pozbawić, miałby twardy orzech do zgryzienia. 
   — Po co pani mi to opowiada? — zapytał wolno Anthony. 
   — Czy nie jest ciekawe dowiedzieć się czegoś o ludziach? O niektórych oczywiście. 
   — Chciałem o niej wiedzieć coś więcej — przyznał. 
   — A ona by panu nic nie powiedziała. Ale może mi pan wierzyć na sto procent. Virginia 
to kochana  dziewczyna.  Nawet  kobiety  ją  lubią,  bo  nie  ma  w  sobie  nic  z  jędzy.  Tak  czy 
owak — zakończyła niezbyt zrozumiale — trzeba w życiu postępować rzetelnie, prawda? 
   — Naturalnie  —  zgodził  się  Anthony.  Wciąż  jednak  nurtował  go  niepokój:  nie  miał 
zielonego pojęcia, co skłoniło Bundle, by — nie pytana — udzieliła mu tak szczegółowych 
informacji. Mimo to nie mógł zaprzeczyć, że ogromnie był temu rad. 
   — Tu  już  są  tramwaje  —  powiedziała  z  westchnieniem.  —  Będę  musiała  bardziej 
uważać. 
   — Raczej tak — zgodził się. 
   Ich  poglądy  na  ostrożną  jazdę  trudno  by  było  uznać  za  zbieżne.  Mieli  już  za  sobą 
przedmiejskie ulice i niebawem znaleźli się na Oxford Street. 
   — Nieźle, co? — zapytała Bundle spoglądając na zegarek. 
   Anthony gorliwie przytaknął. 
   — Gdzie mam pana wysadzić? 
   — Gdziekolwiek. Którędy pani jedzie? 
   — Przez Knightsbridge. 
   — Świetnie. Wysiądę przy Hyde Park Corner. 
   — Do  widzenia  —  powiedziała,  gdy  dojechali  do  wskazanego  miejsca.  —  A  co  z 
powrotem? 
   — Jakoś sobie poradzę. Dziękuję. 
   — Napędziłam panu stracha. 
   — Nie  poleciłbym  znerwicowanym  starszym  damom  kierowcy  w  pani  osobie,  ale  mnie 
pani  jazda  się  podobała.  Ostatnim  razem  równie  zagrożony  byłem  wówczas,  gdy 
szarżowała na mnie sfora dzikich słoni. 
   — Jest  pan  wyjątkowo  nieuprzejmy  —  stwierdziła  Bundle.  —  Nie  mieliśmy  przecież 
nawet żadnej stłuczki. 
   — Przykro  mi,  jeżeli  z  mojego  powodu  musiała  się  pani  ograniczać  —  odciął  się 
Anthony. 
   — Zawsze wiedziałam, że mężczyźni nie grzeszą odwagą — powiedziała. 
   — Jest pani wyjątkowo złośliwa — oświadczył. — Odchodzę głęboko urażony. 
   Bundle kiwnęła mu głową i odjechała. Anthony zatrzymał przejeżdżającą taksówkę. 
   — Dworzec Victoria — powiedział, gdy znalazł się wewnątrz wozu. 
   Przed dworcem zapłacił taksówkarzowi, po czym zasięgnął informacji, kiedy odjeżdża do 
Dover najbliższy pociąg. Fatalnie się złożyło, że pociąg do Dover właśnie odszedł. 
   Zdecydował  się  na  przeszło  godzinne  czekanie  i  zmarszczywszy  brwi  chodził  tam  i  z 
powrotem po peronie. Parokrotnie z wyraźnym zniecierpliwieniem potrząsnął głową. 
   Podróż  do  Dover  przebiegła  bez  zakłóceń.  Po  przybyciu  na  miejsce  szybko  opuścił 
zabudowania  stacyjne  i  wówczas,  jak  gdyby  coś  sobie  nagle  przypomniał  —  wrócił  na 
dworzec.  Na  jego  ustach  błąkał  się  lekki  uśmiech,  gdy  pytał  o  drogę  do  „Hurstmere”, 
Langly Road. 
   Wspomniana  ulica  była  długa  —  stanowiła  drogę  wyjazdową  z  miasta.  Zgodnie  z 
uzyskaną informacją „Hurstmere” był domem ostatnim. Anthony parł niezmordowanie do 

background image

 

123 

przodu.  Między  oczami  pojawiła  mu  się  zmarszczka.  W  jego  zachowaniu  wyczuwało 
się  jednak  swoisty  rodzaj  podniecenia  —  jak  zawsze  wobec  zbliżającego  się 
niebezpieczeństwa. 
   Jak  mu  powiedziano  na  stacji,  „Hurstmere”  był  ostatnim  domem  przy  tej  ulicy.  Stał  w 
głębi,  na  zarośniętym  i  zaniedbanym  terenie.  Zdaniem  Anthony’ego  musiał  być  nie 
zamieszkany  przez  ładnych  parę  lat.  Duża,  żelazna  brama  skrzypiała  na  zardzewiałych 
zawiasach, a nazwisko właściciela na tabliczce było prawie nieczytelne. 
   — Bezludzie — mruknął Anthony pod nosem. — W sam raz. 
   Chwilę się wahał, spojrzał szybko w górę i w dół ulicy  — absolutnie pustej — po czym 
wśliznął  się  przez  skrzypiącą  bramę  do  środka  i  ruszył  zarośniętą  aleją.  Przeszedł  kilka 
kroków  i  stanął  nasłuchując.  Wciąż  jeszcze  dzieliła  go  od  domu  spora  odległość.  Znikąd 
najmniejszego  dźwięku.  Jakieś  przedwcześnie  pożółkłe  liście  oderwały  się  od  jednego  z 
drzew  i  spadły  z  łagodnym  szelestem,  który  w  panującej  wokół  ciszy  zabrzmiał  wręcz 
złowrogo. Anthony drgnął, ale zaraz się uśmiechnął. 
   — Nerwy — powiedział do siebie. — Do tej pory nie wiedziałem, że je mam. 
   Ruszył dalej aleją. Niebawem, gdy aleja skręciła, wszedł w zarośla i kontynuował marsz, 
niewidoczny z domu. Raptem stanął i z zarośli dokonał lustracji terenu. W oddali szczekał 
pies, lecz odgłos, który zwrócił uwagę Anthony’ego, dobiegał z dość bliska. 
   Słuch  go  nie  mylił.  Zza  rogu  domu  wyszedł  szybko  człowiek,  krępy,  przysadzisty,  o 
wyglądzie  cudzoziemca.  Nie  zatrzymał  się,  szedł  dalej  krokiem  zdecydowanym,  okrążył 
dom i zniknął. 
   — Wartownik  —  mruknął  Anthony.  —  Dobra  robota!  Gdy  odszedł,  Anthony  podjął 
marsz, kierując się bardziej w lewo, a tym samym podążając śladem wartownika. 
   Posuwał się do przodu całkowicie bezszelestnie. 
   Dom miał z prawej strony i wkrótce dotarł do miejsca, gdzie na żwirowaną ścieżkę padał 
snop światła. Stąd wyraźnie było słychać rozmawiających ze sobą kilku mężczyzn. 
   — O Boże, co za skończone osły! — wymamrotał Anthony. — Trzeba ich postraszyć, w 
pełni sobie na to zasłużyli! 
   Zakradł  się  pod  okno  —  pochylił  się  trochę,  żeby  nie  być  widocznym.  Potem  podniósł 
powoli głowę do poziomu parapetu i zajrzał do środka. 
   Sześciu chłopa siedziało, wygodnie rozpartych, dokoła stołu. Czterej z nich to byli krępi 
mężczyźni o wystających kościach policzkowych  i na  modłę  węgierską skośnych oczach. 
Pozostali dwaj to drobni, o szczurzej fizjonomii ludzie, gestykulujący szybko. Posługiwano 
się językiem francuskim, ale ci czterej duzi mówili francuszczyzną niewprawną, głos mieli 
ochrypły, gardłowy. 
   — Szef? — zapytał któryś. — Kiedy ma tu być? Jeden z małych wzruszył ramionami. 
   — W każdej chwili. 
   — W jakiejś chwili na pewno — wymamrotał ten pierwszy. — Nigdy tego waszego szefa 
nie  widziałem,  ale,  o  rany,  przez  ten  czas  jałowego  czekania  ile  znakomitych  wyczynów 
moglibyśmy dokonać! 
   — Ty  frajerze  —  powiedział  drugi  mały  zgryźliwym  tonem.  —  Dokonałbyś  z  tą  swoją 
bandą  tylko tego,  że  dalibyście  się  zapuszkować  przez  policję.  Ty  i  ci  twoi  niedowarzeni 
goryle! 
   — No,  no!  —  ryknął  jeden  z  krępych.  —  Nie  obrażaj  Towarzyszy!  Bo  ci  naznaczę 
gardziołko piętnem czerwonej ręki! 
   Uniósł się z miejsca, spoglądając groźnie na Francuza, lecz jeden z jego kumpli pchnął go 
i ten usiadł z powrotem. 

background image

 

124 

   — Żadnych  kłótni  —  burknął.  —  Mamy  razem  pracować.  Z  tego,  co  słyszałem,  ten 
Król Victor nie toleruje nieposłuszeństwa. 
   W  ciemności  Anthony  usłyszał  znowu  kroki  wartownika,  który  robił  kolejną  rundkę,  i 
skrył się za krzakiem. 
   — Kto tam chodzi? — dał się słyszeć głos mężczyzny wewnątrz domu. 
   — Carlo, robię obchód. 
   — Aha. A co z więźniem? 
   — W porządku. Szybko wraca do siebie. Wygrzebuje się po tym ciosie w łeb, cośmy mu 
zadali. 
   Anthony, równie bezszelestnie, oddalił się nieco. 
   — O rany, tego już za wiele! — mruknął do siebie. 
   — Rozmawiają o sprawach przy otwartym oknie, a ten dureń Carlo… robi obchód, rusza 
się  jak  słoń  i  cierpi  chyba  na  kurzą  ślepotę!  A  już  szczytem  wszystkiego  jest  to,  że 
Herzoslovacy i Francuzi zaczynają brać się za łby! Kwatera główna Króla Victora staje się 
miejscem zgoła niebezpiecznym. Z rozkoszą, z prawdziwą rozkoszą dam im nauczkę! 
   Stał chwilę niezdecydowany, uśmiechając się do siebie. 
   Skądś z góry doszedł go zduszony jęk. 
   Anthony uniósł głowę. Jęk rozległ się znowu. 
   Rozejrzał się błyskawicznie dokoła. Carlo tym  razem  nie  robił  rundki.  Anthony chwycił 
się  grubego  pnącza  dzikiej winorośli  i  podciągnął  się  zwinnie  aż  do  parapetu.  Okno  było 
zamknięte, ale wyjąwszy z kieszeni odpowiednie narzędzie, szybko się z nim uporał. 
   Minutę nasłuchiwał, po czym wskoczył lekko do pokoju. W odległym kącie stało łóżko, a 
na łóżku leżał człowiek 
   — jego  sylwetka  była  w  mroku  ledwo  widoczna.  Anthony  podszedł  do  łóżka  i  puścił 
snop  światła  latarki  na  twarz  tego  człowieka.  Nie  znał  go  —  mężczyzna  był  blady  i 
wymizerowany, a głowę miał szczelnie owiniętą bandażem. 
   Człowiek  ów  leżał  ze  związanymi  rękami  i  nogami.  Popatrzył  na  Anthony’ego 
oszołomionym wzrokiem. 
   Anthony’pochylił się  nad  nim  i  w trakcie tej czynności  usłyszał za plecami jakiś odgłos 
— odwrócił się gwałtownie, a jego ręka powędrowała do kieszeni marynarki. 
   Lecz słowa, jakie padły powstrzymały go: 
   — Ręce  do  góry,  kochasiu!  Nie  spodziewałeś  się  ujrzeć  mnie  tutaj,  ale  na  Dworcu 
Victoria zdążyłem złapać ten sam pociąg co ty. 
   Był to pan  Hiram  Fish we własnej osobie  — stał w drzwiach, a w  jego ręku połyskiwał 
duży, niebieski rewolwer. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY 
WTORKOWY WIECZÓR W „CHIMNEYS” 
    
   Lord  Caterham,  Virginia  i  Bundle  siedzieli  po  obiedzie  w  bibliotece.  Działo  się  to  we 
wtorek  wieczorem.  Upłynęło  około  trzydziestu  godzin  od  raczej  dramatycznego  wyjazdu 
Anthony’ego. 
   Już  przynajmniej  po  raz  siódmy  Bundle  powtarzała  jego  słowa,  jakie  wypowiedział  na 
pożegnanie przy Hyde Park Corner. 
   — „Jakoś sobie poradzę” — powtórzyła Virginia w zamyśleniu. — Można z tego wnosić, 
że nie zamierzał długo być nieobecny. No i zostawił wszystkie swoje rzeczy. 
   — Nie powiedział ci, dokąd się wybiera? 

background image

 

125 

   — Nie  —  odparła  Virginia  ze  wzrokiem  utkwionym  przed  siebie.  —  Nic  mi  nie 
powiedział. 
   Po tych słowach zapadła cisza. Przerwał ją lord Caterham. 
   — Ogólnie  rzecz  biorąc  —  powiedział  —  właściciel  hotelu  ma  niejaką  przewagę  nad 
właścicielem wiejskiej rezydencji. 
   — To znaczy… 
   — Na  ogół  wie,  co  się  dzieje  w  jego  pokojach.  Goście,  którzy  zamierzają  się  wynieść, 
mają obowiązek zawiadomić właściciela przed godziną dwunastą. 
   Virginia uśmiechnęła się. 
   — Prawdopodobnie  —  ciągnął  lord  —  jestem  nieco  staroświecki  i  mam  nadmierne 
wymagania.  Wiem,  że  to  taka  moda  wpadać  i  wypadać  z  domu  gospodarzy.  Tak  jak  w 
hotelu, pełna swoboda działania, z tym że bez rachunku na odjezdnym. 
   — Ale  z  ciebie  zrzęda  —  powiedziała  Bundle.  —  Masz  Virginię  i  mnie.  Czego  więcej 
potrzebujesz? 
   — Niczego, absolutnie  niczego  — pospieszył z zapewnieniem  lord Caterham. To  nie to. 
Chodzi mi o zasadę. Taki fakt przyprawia człowieka o niepokój. Chciałbym zaznaczyć, że 
minione  dwadzieścia  cztery  godziny  były  niemal  idealne.  Spokój,  cudowny  spokój. 
Żadnych  włamań  czy  innych  czynów  przestępczych,  żadnych  detektywów,  żadnych 
Amerykanów. Jedyne, na co mógłbym się skarżyć, to to, że o wiele bardziej bym się z tego 
cieszył, gdybym mógł mieć świadomość całkowitego bezpieczeństwa. Tymczasem sytuacja 
przedstawia  się  tak,  że  powtarzam  sobie  w  duchu:  ten  albo  tamten  spośród  moich  gości 
powinien lada chwila się pojawić. I wtedy wszystko bierze w łeb! 
   — Ale nikt się nie pojawił — powiedziała Bundle. — Zostaliśmy sami, opuszczeni przez 
wszystkich,  taka  jest  prawda.  W  dziwny  sposób  ulotnił  się  Fish.  Czy  nic  nikomu  nie 
powiedział? 
   — Ani  słowa.  Ostatni  raz  widziałam  go  wczoraj  po  południu,  jak  chodził  tam  i  z 
powrotem po ogrodzie róż, paląc to swoje koszmarne cygaro. Potem jakby się zapadł pod 
ziemię. 
   — Może ktoś go porwał? — zapytała Bundle z nutą nadziei w głosie. 
   — Przypuszczam,  że  w  ciągu  dwóch  dni  zjedzie  tu  Scotland  Yard,  by  przeczesywać 
jezioro w poszukiwaniu ciała — powiedział ponuro jej ojciec. — Mam za swoje. W moim 
wieku  powinienem  wyjechać  sobie  spokojnie  za  granicę  dla  podreperowania  zdrowia,  a 
zamiast tego dałem się wciągnąć w te bzdurne sprawy George’a Lomaxa. Ja… 
   W tym momencie pojawił się Tredwell. 
   — Co takiego? — zapytał z irytacją lord. — Co się stało? 
   — Czeka  tu  ten  francuski  detektyw,  milordzie,  i  byłby  wdzięczny,  gdyby  poświęcił  mu 
pan chwilę. 
   — A nie mówiłem? — powiedział lord Caterham. 
   — Było  zbyt  piękne,  żeby  mogło  długo  trwać.  Przekonacie  się,  znaleźli  zwłoki  Fisha  w 
stawie złotej rybki. 
   Tredwell  we  właściwy  sobie,  pełen  szacunku  sposób  skierował  uwagę  lorda  ku 
problemowi, z jakim przyszedł. 
   — Czy mam mu powiedzieć, że pan go przyjmie? 
   — Tak, tak. Wprowadź go. 
   Tredwell odszedł. Wrócił po paru minutach i grobowym tonem zaanonsował: 
   — Pan Lemoine. 

background image

 

126 

   Francuz  wszedł  do  pokoju  szybkim,  lekkim  krokiem.  Ten  jego  chód,  bardziej  niż 
wyraz twarzy, zdradzał, że jest czymś wielce zemocjonowany. 
   — Dobry wieczór — powiedział lord Caterham. 
   — Życzy pan sobie drinka? 
   — Nie,  dziękuję.  —  Detektyw  skłonił  się  ceremonialnie  przed  paniami.,—  Nareszcie 
zaczynam  odnosić  sukcesy.  W  tym  stanie  rzeczy  doszedłem  do  wniosku,  że  należy 
zapoznać  pana  z  moimi odkryciami,  bardzo  poważnymi odkryciami,  jakich  dokonałem  w 
ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. 
   — Tak też sądziłem, że dzieje się gdzieś coś ważnego — oznajmił lord. 
   — Wczoraj  po  południu  jeden  z  pana  gości  opuścił  ten  dom  w  dość  dziwaczny  sposób. 
Muszę  panu  powiedzieć,  że  od  samego  początku  coś  podejrzewałem.  Oto  przebywa  tu 
człowiek z głuszy. Dwa miesiące temu był w Afryce Południowej. A przedtem gdzie? 
   Virginia  nabrała  w  płuca  haust  powietrza.  Przez  chwilę  Francuz  patrzył  na  nią  nieufnie. 
Po czym ciągnął: 
   — A  przedtem  gdzie?  Nikt  tego  nie  wie.  A  on  jest  właśnie  takim  typem  człowieka, 
jakiego  poszukuję  —  wesoły,  z  tupetem,  trochę  zwariowany,  facet,  którego  stać  na 
wszystko.  Wysyłam  depeszę  za  depeszą,  ale  nie  dowiedziałem  się  nic  o  jego  przeszłości. 
Przed  dziesięcioma  laty  był  w  Kanadzie,  to  fakt,  lecz  od  tego  czasu  —  biała  karta.  Moje 
podejrzenia wzmagają się.  Któregoś dnia  podniosłem skrawek papieru, który  upuścił.  Był 
tam  adres,  numer  domu  w  Dover.  Później,  niby  przypadkowo,  ja  upuściłem  ów  świstek. 
Kątem oka obserwowałem tego  Borisa, Herzoslovaka  — podniósł papier  i zaniósł swemu 
panu. Cały czas byłem pewny, że ów Boris jest emisariuszem Towarzyszy Czerwonej Ręki. 
Wiadomo  nam  jest  bowiem,  że  Towarzysze  współpracują  w  tej  dziedzinie  z  Królem 
Victorem.  Jeżeli  Boris  rozpoznał  w  panu  Anthonym  Cadzie  swego  szefa,  to  czy  nie 
postąpiłby tak, jak postąpił — czy nie oddałby się do jego dyspozycji? Podejrzana historia, 
powiadam  panu,  bardzo  podejrzana…  Lecz  niemalże  zostałem  rozbrojony,  bo  Anthony 
Cade  przynosi  mi  ten  sam  kawałek  papieru  i  pyta,  czy  go  nie  zgubiłem.  Powiedziałem: 
niemalże rozbrojony, więc  nie całkowicie. Bo  mogło to znaczyć, że on jest niewinny, ale 
mogło  też,  że  jest  bardzo,  bardzo  sprytny.  Zaprzeczyłem  oczywiście  —  ten  papierek  nie 
należy do mnie ani go nie zgubiłem. Tymczasem przeprowadzam intensywne dochodzenie. 
Dopiero  dziś  zdobyłem  pewne  wiadomości:  ten  dom  w  Dover  został  pospiesznie 
opuszczony, a do wczorajszego popołudnia zajmowała go grupa cudzoziemców. Nie ulega 
wątpliwości,  że  była  to  kwatera  główna  Króla  Victora.  Niech  pan  weźmie  pod  uwagę 
wymowę  tych  faktów.  Wczoraj  po  południu  pan  Cade  wynosi  się  stąd  w  wielkim 
pośpiechu. Odkąd zgubił ten papierek, wiedział, że cały plan spalił na panewce. Jedzie do 
Dover i rozwiązuje natychmiast gang. Jakie będzie jego następne posunięcie, nie wiem.  Z 
całą  pewnością  natomiast  pan  Cade  tutaj  nie  powróci.  Znając  jednak  Króla  Victora  nie 
wątpię, że póki nie podejmie kolejnej próby zdobycia klejnotu, gry nie zaniecha. I właśnie 
wtedy go dopadnę. 
   Virginia  nagle  wstała.  Przecinając  pokój  podeszła  do  kominka  i  przemówiła  lodowatym 
jak stal głosem: 
   — Pewnego  faktu  nie  bierze  pan  pod  uwagę,  panie  Lemoine.  Anthony  Cade  nie  był 
jedynym spośród gości, który tajemniczo się ulotnił. 
   — To znaczy, madame? 
   — Że to wszystko, co pan powiedział, może się równie dobrze odnosić do innej osoby. A 
mianowicie do pana Hirama Fisha. 
   — Och, pan Fish! 

background image

 

127 

   — Tak,  pan  Fish.  Czy  tej  pierwszej  nocy  nie  powiedział  nam  pan,  że  Król  Victor 
przybył niedawno z Ameryki do Anglii? A właśnie pan Fish przybył do Anglii z Ameryki. 
Co  prawda  miał  ze  sobą  list  polecający  od  powszechnie  znanej  osobistości,  ale  dla 
człowieka takiego jak  Król Victor załatwienie sobie owego  listu to naprawdę drobnostka. 
On na pewno nie jest tym, za kogo się podaje. Lord Caterham uczynił takie spostrzeżenie, 
że kiedy pojawia się temat pierwszych edycji, które rzekomo były celem jego tu przyjazdu, 
on  zawsze  tylko  słucha,  nigdy  w  tej  kwestii  nie  zabiera  głosu.  Jeszcze  kilka  faktów 
przemawia przeciw niemu. W nocy, kiedy popełniono morderstwo, w jego pokoju paliło się 
światło.  A  teraz  ten  wieczór  w  sali  obrad.  Gdy  spotkałam  go  na  tarasie,  był  kompletnie 
ubrany. Właśnie on  mógł  upuścić tę kartkę. Pan  nie widział, by  uczynił to pan Cade. Pan 
Cade  może  i  pojechał  do  Dover.  Jeśli  tak,  nietrudno  będzie  to  ustalić.  A  jeśli  został  tam 
uprowadzony? Moim zdaniem poczynania pana Fisha są o wiele bardziej podejrzane. 
   Głos Fancuza zabrzmiał ostro: 
   — Z  pani  punktu  widzenia,  madame,  może  to  tak  i  wygląda.  Nie  będę  się  wdawał  w 
dyskusję. I przyznaję pani rację, że pan Fish nie jest tym, za kogo się podaje. 
   — Więc kim? 
   — Widzi pani, pan Fish jest… amerykańskim detektywem. 
   — Co?! — wykrzyknął lord Caterham. 
   — Tak,  milordzie.  Przyjechał  tu,  by  schwytać  Króla  Victora.  Ja  oraz  inspektor  Battle 
wiemy o tym dopiero od niedawna. 
   Virginia  nie  odezwała  się  słowem.  Usiadła  powoli  na  swoim  miejscu.  Te  kilka  słów 
obróciły w perzynę całą strukturę, którą z takim pietyzmem budowała. 
   — My  wszyscy  zakładaliśmy,  proszę  pani  —  ciągnął  Lemoine  —  że  Król  Victor 
przybędzie  do  „Chimneys”.  Jest  to  jedyne  miejsce,  gdzie  uda  się  nam  go  złapać  —  nie 
mieliśmy co do tego wątpliwości. 
   Virginia spojrzała na niego dziwnie rozjarzonymi oczami i nagle roześmiała się. 
   — Jeszcze go pan jednak nie schwytał — rzekła. 
   Lemoine popatrzył na nią z zaciekawieniem. 
   — Nie, madame. Ale schwytam. 
   — On jest, zdaje się, znany z tego, że umie wyprowadzać ludzi w pole, prawda? 
   Twarz Francuza pociemniała z gniewu. 
   — Tym razem stanie się inaczej — wycedził przez zęby. 
   — To  bardzo  atrakcyjny  chłopak  —  stwierdził  lord  Caterham.  —  Bardzo.  Ale,  ale, 
Virginio, dlaczego powiedziałaś, że on jest twoim starym przyjacielem? 
   — Otóż właśnie — rzekła Virginia z kamiennym spokojem. — Dlatego przypuszczam, że 
pan Lemoine nie ma racji. 
   I  zmierzyła  ostrym  spojrzeniem  detektywa,  który  absolutnie  nie  wyglądał  na  człowieka 
zbitego z tropu. 
   — Czas pokaże, madame — powiedział. 
   — Czy pan sugeruje, że to on zastrzelił księcia Michaela? — zapytał po chwili. 
   — Oczywiście. 
   Virginia energicznie potrząsnęła głową. 
   — Nic  podobnego!  —  powiedziała.  —  Nic  podobnego!  Tej  jednej  rzeczy  jestem 
całkowicie pewna. Anthony Cade nie zabił księcia Michaela. 
   Lemoine bacznie ją obserwował. 
   — Niewykluczone,  za  ma  pani  rację,  madame  —  wyrzekł  powoli.  —  Istnieje  po  prostu 
taka możliwość, to wszystko. Wykonawcą jego rozkazów mógł być ten Herzoslovak Boris, 

background image

 

128 

który oddał strzał. Kto to wie, książę Michael mógł mu wyrządzić jakąś wielką krzywdę 
i facet szukał zemsty. 
   — Ma  wygląd  typa  spod  ciemnej  gwiazdy  —  zgodził  się  lord  Caterham.  — 
Przypuszczam, że służące piszczą, gdy mija je na korytarzu. 
   — Muszę już iść — powiedział Lemoine. — Moim obowiązkiem było powiedzieć panu, 
milordzie, jak się sprawy przedstawiają. 
   — Bardzo  to  miłe  z  pańskiej  strony  —  odrzekł  lord  Caterham.  —  Z  pewnością  nie 
reflektuje pan na drinka. Wobec tego dobranoc. 
   — Nie  cierpię  tego  człowieka  z  tą  jego  wymuskaną  czarną  bródką  i  binoklami  — 
oświadczyła Bundle, gdy tylko drzwi się za nim zamknęły.  — Mam nadzieję, że Anthony 
go  wykiwa.  Chciałabym  zobaczyć,  jak  się  wije  z  wściekłości.  A  co  ty,  Virginio,  o  tym 
wszystkim sądzisz? 
   — Nie wiem — odparła Virginia. — Jestem zmęczona. Idę spać. 
   — Niezła myśl — stwierdził lord Caterham. — Jest już wpół do dwunastej. 
   Gdy  Virginia  przemierzała  obszerny  hali,  zdołała  dostrzec  czyjeś  szerokie  plecy,  chyba 
skądś jej znane, których właściciel wymknął się dyskretnie bocznymi drzwiami. 
   — Inspektorze Battle! — zawołała władczym tonem. 
   Inspektor, bo to istotnie był on, z niejakim ociąganiem zmienił kierunek. 
   — Słucham panią. 
   — Był  tu  pan  Lemoine.  Oznajmił  nam…  Proszę  mi  powiedzieć,  czy  tak  jest  w  istocie, 
czy to prawda, że pan Fish jest amerykańskim detektywem? 
   Inspektor Battle skinął głową. 
   — Tak, to prawda. 
   — Wiedział pan o tym od początku? 
   Inspektor znowu potwierdził. Virginia zawróciła w stronę schodów. 
   — Rozumiem — powiedziała. — Dziękuję panu. 
   Aż do tej chwili nie mogła w to uwierzyć. 
   A teraz…? 
   Siedząc  w  swoim  pokoju  przed  toaletką  zastanawiała  się  dogłębnie  nad  całą  sprawą. 
Każde  wypowiedziane  przez  Anthony’ego  słowo  nabierało  teraz  dla  niej  nowego 
znaczenia.  Co  on  wówczas  rozumiał  pod  określeniem  „zawód”?  Porzucił  zawód.  A 
potem… 
   Dziwny  dźwięk  zakłócił  tok  jej  medytacji.  Drgnęła  i  uniosła  głowę.  Jej  mały,  złoty 
zegarek wskazywał godzinę pierwszą z okładem. Prawie dwie godziny siedziała pogrążona 
w myślach. 
   Dźwięk rozległ się znowu. Ostry stuk w szybę. Virginia podeszła do okna i otworzyła je 
na oścież. W dole stał na ścieżce wysoki mężczyzna, który schylił się, już na jej oczach, po 
garść żwiru. 
   Przez  chwilę  serce  Virginii  biło  szybszym  rytmem,  ale  zaraz  rozpoznała  masywną, 
prostokątną sylwetkę Herzoslovaka Borisa. 
   — Halo — powiedziała cicho. — O co chodzi? 
   W  tym  momencie  nie  wydało  jej  się  dziwne,  że  Boris  o  tak  późnej  nocnej  porze  rzuca 
żwirem w jej okno. 
   — O co chodzi? — powtórzyła ze zniecierpliwieniem. 
   — Przychodzę od mojego pana — mówił Boris stłumionym głosem, ale mimo to bardzo 
wyraźnie. — Przysłał mnie po panią. 
   Wygłosił ten komunikat tonem niezwykle rzeczowym. 

background image

 

129 

   — Po mnie? 
   — Tak. Mam panią do niego zaprowadzić. Napisał kartkę. Rzucę ją pani. 
   Virginia cofnęła się nieco i obciążony kamyczkiem skrawek papieru upadł dokładnie u jej 
stóp.  Rozwinęła  kartkę  i  przeczytała,  co  następuje:  „Moja  droga  —  pisał  Anthony  — 
znalazłem  się  w  sytuacji  krytycznej,  ale  liczę  na  to,  że  się  wykaraskam.  Zaufasz  mi  i 
przyjedziesz?” 
   Parę minut Virginia stała bez ruchu, czytając raz po raz te same słowa. 
   Uniosła  głowę,  wodząc  wzrokiem  po  z  przepychem  urządzonej  sypialni,  jak  gdyby 
widziała to wszystko po raz pierwszy. 
   Następnie wychyliła się z okna. 
   — Co mam robić? — zapytała. 
   — Detektywi są po drugiej stronie domu, przy drzwiach sali obrad. Niech pani zejdzie na 
dół i wyjdzie na zewnątrz bocznymi drzwiami. Będę tam. Samochód czeka na szosie. 
   Virginia skinęła głową w milczeniu. 
   Szybko  się  przebrała  w  beżowy,  trykotowy  strój  i  włożyła  na  głowę  mały,  beżowy, 
skórzany kapelusik. 
   Po czym, uśmiechając się kącikiem ust, napisała krótki list, zaadresowała go do Bundle i 
przypięła do poduszeczki na szpilki. 
   Zeszła  chyłkiem  po  schodach  i  odryglowała  boczne  drzwi.  Chwilę  stała  nieruchomo, 
następnie  zaś,  z  uniesioną  dumnie  głową,  podobnie  jak  to  czynili jej  przodkowie  udający 
się na wyprawę krzyżową, przekroczyła próg. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY 
TRZYNASTY PAŹDZIERNIKA 
    
   Trzynastego  października  o  dziesiątej  rano,  w  środę,  Anthony  Cade  wszedł  do  hotelu 
Harridge’a i zapytał o barona Lolopretjzyla, który zajmował tutaj apartament. 
   Po  odpowiednio  długim  i  nakazującym  szacunek  okresie  oczekiwania  poproszono 
Anthony’ego do wzmiankowanego apartamentu. Baron stał na dywaniku przed kominkiem 
w pełnej godności, sztywnej postawie. Mały kapitan Andrassy, zachowując postawę równie 
nienaganną, choć wyczuwało się w nim pewien odcień niechęci, był także obecny. 
   Nastąpiły  zwykłe  w  takiej  sytuacji  ukłony,  trzaskanie  obcasami  oraz  inne  związane  z 
etykietą poczynania. Anthony, jak na razie, wykazywał pełną znajomość konwenansów. 
   — Mam  nadzieję,  baronie,  że  wybaczy  mi  pan  te  wczesne  odwiedziny  —  powiedział 
wesoło,  kładąc  na  stoliku  kapelusz  i  laskę.  —  Chcę  panu  bowiem  zaproponować  pewien 
mały interes. 
   — Ha! Jakiż to? — zapytał baron. 
   Kapitan  Andrassy,  który  nigdy  się  nie  pozbył  podejrzliwości,  z  jaką  od  początku 
traktował Anthony’ego, spojrzał czujnie na gościa. 
   — Interes  —  ciągnął  Anthony  —  opiera  się  na  dobrze  znanym  prawie  podaży  i  popytu. 
Pan potrzebuje czegoś, co jest w posiadaniu drugiego człowieka. Jedyne, co należy ustalić, 
to cena. 
   Baron spojrzał na niego z uwagą, ale słowem się nie odezwał. 
   — Szlachcic  z  Herzoslovakii  i  angielski  dżentelmen  nie  powinni  mieć  problemów  z 
uzgodnieniem warunków — powiedział szybko Anthony. 

background image

 

130 

   Co  mówiąc,  nieco  się  zarumienił.  Takie  słowa  nie  przychodzą  Anglikowi  łatwo,  ale 
zaobserwował  już  przy  innych  okazjach,  że  tego  typu  frazeologia  wywiera  na  barona 
ogromny wpływ. Tak też się stało i tym razem — baron chwycił przynętę. 
   — Otóż właśnie — wyrzekł, kiwając z aprobatą głową. 
   — Absolutnie się z panem zgadzam. 
   Nawet kapitan Andrassy trochę się rozchmurzył i również skinął głową. 
   — Wspaniale — rzekł Anthony. — Nie będę więc owijał w bawełnę… 
   — Co takiego? — przerwał baron. — W jaką bawełnę? Nie rozumiem! 
   — To  tylko  takie  powiedzenie,  baronie.  Wyrażając  się  wprost,  pan  potrzebuje  tego,  co 
my  mamy.  Okręt  jest  gotów,  ale  brakuje  mu  kapitana.  Mówiąc  o  okręcie,  mam  na  myśli 
Partię  Lojalistów  Herzoslovakii.  W  chwili  obecnej  pański  program  polityczny  jest 
pozbawiony  najważniejszego  punktu.  Zabrakło  panu  księcia.  I  załóżmy,  powtarzam, 
załóżmy, że ja panu tego księcia dostarczę… 
   Baron wytrzeszczył na niego oczy. 
   — Nic a nic pana nie rozumiem — oświadczył. 
   — Proszę  pana—powiedział  kapitan  podkręcając  wąsa  gwałtownym  ruchem.  —  To,  co 
pan mówi, jest obraźliwe! 
   — Nic  podobnego  —  zaprzeczył  Anthony.  —  Staram  się  tylko  panu  pomóc.  Popyt  i 
podaż, pan rozumie. Sprawa jest czysta jak łza. Dostarczam książąt autentycznych, zgodnie 
z zasadą handlową. Jeżeli dogadamy się co do warunków, przekona, się pan, że wszystko 
jest w jak największym porządku. Otrzymuje pan towar pierwszej jakości, bez pudła! 
   — Żadną miarą nie mogę pana pojąć — powtórzył baron. 
   — To doprawdy nie ma znaczenia — rzekł Anthony łagodnym tonem. — Ważne jest, by 
oswoił  się  pan  z  tą  ideą.  Mówiąc  bez  ogródek,  mam  coś  w  zanadrzu.  Tylko  brać.  Pan 
potrzebuje księcia. Po spełnieniu określonych warunków podejmuję się go panu dostarczyć. 
   Baron i Andrassy wpatrywali się w niego ze zdumieniem. Anthony wziął kapelusz, laskę 
i szykował się do odejścia. 
   — Niech  pan  to  sobie  przemyśli.  Jeszcze  jedno,  baronie.  Dziś  wieczór  musi  pan 
przyjechać  do  „Chimneys”,  wraz  z  kapitanem  Andrassym.  Wydarzy  się  prawdopodobnie 
sporo  ciekawych  rzeczy.  Możemy  się  umówić?  Powiedzmy,  o  godzinie  dziewiątej  w  sali 
obrad. Dziękuję panom, liczę, że panowie nie zawiodą. 
   Baron postąpił krok do przodu i spojrzał pytająco na Anthony’ego. 
   — Mam nadzieję — zaczął z godnością — że pan nie stroi sobie ze mnie żartów? 
   Anthony obrócił ku niemu pełne powagi spojrzenie. 
   — Panie baronie — powiedział, a w jego głosie zabrzmiała osobliwa  nuta  —  gdy  minie 
ten  wieczór,  pan  pierwszy  przyzna,  że  ta  sprawa  zawiera  o  wiele  więcej  elementów 
poważnych niż żartobliwych. 
   Złożywszy ukłon opuścił pokój. 
   Następnie  udał  się  do  śródmieścia,  gdzie  przekazał  swoją  wizytówkę  panu  Hermanowi 
Isaacsteinowi. 
   Po  paru  godzinach  Anthony  został  przyjęty  przez  elegancko  ubranego,  bladego 
młodzieńca o ujmujących manierach. 
   — Chciał  się  pan  widzieć  z  panem  Isaacsteinem,  tak?  —  zapytał  młody  człowiek.  — 
Niestety dziś rano jest bardzo zajęty, posiedzenia komisji i inne tego typu sprawy. Może ja 
mógłbym coś dla pana zrobić? 
   — Muszę się z  nim  widzieć  osobiście  — powiedział  Anthony  i dodał od  niechcenia:  — 
Przyjechałem właśnie z „Chimneys”. 

background image

 

131 

   Wzmianka o „Chimneys” sprawiła, że młody człowiek nieco się zawahał. 
   — Ach tak… — rzekł głosem niepewnym. — Zobaczę, co się da zrobić. 
   — Proszę mu powiedzieć, że to ważne — dorzucił Anthony. 
   — Posłanie od lorda Caterhama? — poddał młody człowiek. 
   — Coś  w  tym  sensie  —  odparł  Anthony.  —  Ale  niezbędne  jest,  bym  natychmiast 
zobaczył się z panem Isaacstełnem. 
   Po  upływie  dwóch  minut  zaprowadzono  Anthony’ego  do  urządzonego  z  przepychem 
prywatnego  gabinetu,  gdzie dosłownie  go  poraził ogrom  i  niebywała  głębia skórą obitych 
foteli. 
   Pan Isaacstein powstał na jego powitanie. 
   — Proszę mi wybaczyć, że tak uparcie nalegałem, by się z panem spotkać  — powiedział 
Anthony.  —  Wiem,  że  jest  pan  człowiekiem  bardzo  zajętym,  ale  zajmę  panu  tylko  tyle 
czasu, ile okaże się to konieczne. Jest pewna drobna sprawa, którą chcę panu przedłożyć. 
   Isaacstein przyglądał mu się chwilę ż uwagą tymi swoimi oczkami jak paciorki. 
   — Cygaro? — zapytał niespodziewanie, wyciągając pudełko w stronę Anthony’ego. 
   — Dziękuję.  Nie  mam  nic  przeciwko  temu.  —  Wziął  cygaro.  —  Chodzi  o  sprawę 
związaną z Herzoslovakią — ciągnął, gdy gospodarz przypalił mu. Zauważył nagły błysk w 
jego  chłodnym  spojrzeniu.  —  Morderstwo  księcia  Michaela  pokrzyżowało  chyba  czyjeś 
plany? 
   Pan  Isaacstein  podniósł  jedną  brew,  mruknął  pytającym  tonem:  „Tak?”,  po  czym 
przeniósł wzrok na sufit. 
   — Nafta  —  powiedział  Anthony,  przyglądając  się  z  zadumą  błyszczącemu  blatowi 
biurka. — Cudowna rzecz ta nafta! 
   Wyczuł, że finansista drgnął lekko. 
   — Niech pan przystępuje do rzeczy, panie Cade. 
   — Proszę  uprzejmie.  Wydaje  mi  się,  że  gdyby  te  koncesje  zostały  przyznane  innemu 
towarzystwu, nie byłby pan tym zachwycony, prawda? 
   — Co pan proponuje? — zapytał patrząc Anthony’emu prosto w oczy. 
   — Odpowiedniego pretendenta do tronu o probrytyjskim nastawieniu. 
   — Skąd go pan wytrzaśnie? 
   — To już moja sprawa. 
   Isaacstein przyjął słowa Anthony’ego z lekkim uśmiechem, lecz jego spojrzenie stało się 
ostre, nieprzyjemne. 
   — Pewny towar? Nie mogę uczestniczyć w niepoważnych transakcjach. 
   — Absolutnie. 
   — Uczciwa gra? 
   — Uczciwa. 
   — Trzymam pana za słowo. 
   — Niewiele panu trzeba — powiedział Anthony spoglądając na niego z zaciekawieniem. 
   — Nie  byłbym  tym,  kim  jestem,  gdybym  nie  wiedział,  czy  człowiek  mówi  prawdę  czy 
kłamie — odparł po prostu. — Jakie pan stawia warunki? 
   — Taka  sama  zaliczka  i  na  tych  samych  warunkach,  jakie  pan  oferował  księciu 
Michaelowi. 
   — A co pan ma dla mnie? 
   — Na razie nic poza prośbą, by przyjechał pan dziś wieczór do „Chimneys”. 
   — Niestety — odrzekł Isaacstein stanowczo. — Nie mogę. 
   — Dlaczego? 

background image

 

132 

   — Idę na kolację. Ważną. 
   — Niemniej będzie pan chyba musiał ją odwołać, dla własnego dobra. 
   — Co chce pan przez to powiedzieć? 
   Anthony przyglądał mu się dobrą minutę, a potem powiedział wolno: 
   — Czy pan wie, że znaleźli rewolwer, z którego zastrzelono Michaela? A wie pan, gdzie 
znaleźli? W pańskiej walizce. 
   — Co?! 
   Isaacstein omal nie spadł z fotela. Twarz jego miała dziki wyraz. 
   — Co pan powiedział? Co to wszystko znaczy? 
   — Zaraz panu opowiem. 
   Anthony  ochoczo  zrelacjonował  wydarzenia  związane  ze  znalezieniem  rewolweru.  Gdy 
mówił, twarz gospodarza stawała się wskutek krańcowego przerażenia ziemistoszara. 
   — Czyste  oszukaństwo  —  wychrypiał,  gdy  Anthony  skończył  mówić.  —  Nigdy  go  tam 
nie kładłem. Nic mi na ten temat nie wiadomo. To jakiś spisek. 
   — Niech  się  pan  nie  denerwuje  —  powiedział  uspokajająco  Anthony.  —  Jeżeli  istotnie 
tak jest, łatwo pan udowodni swoją niewinność. 
   — . Udowodnię? W jaki sposób? 
   — Ja  na  pana  miejscu  —  zaczął  łagodnie  Anthony  —pojechałbym  dziś  wieczór  do 
„Chimneys”. 
   Isaacstein spojrzał na niego z niedowierzaniem. 
   — Tak mi pan radzi? 
   Anthony  pochylił  się  i  coś  mu  szepnął.  Finansista  cofnął  się  gwałtownie,  porażony 
zdumieniem i utkwił w nim wzrok. 
   — Pana zdaniem… 
   — Proszę przyjechać i przekonać się na własne oczy — rzekł Anthony. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY 
TRZYNASTY PAŹDZIERNIKA (CIĄG DALSZY) 
    
   Zegar w sali obrad wybił godzinę dziewiątą. 
   — No i tak — powiedział lord Caterham z głębokim westchnieniem. — Stado bawiących 
się w chowanego, latają jak oszalali. — Rozejrzał się smętnie po pokoju. 
   — Kataryniarz  z  małpą  —  mruknął  utkwiwszy  wzrok  w  baronie.  —  Wścibski  typ  ze 
Throgmorton Street*. 
   — Jesteś wobec barona niesprawiedliwy — orzekła Bundle, która musiała tych zwierzeń 
wysłuchiwać. 
   — A  on  mi  powiedział,  że  jego  zdaniem  jesteś  wśród  angielskiej  haute  noblesse* 
szczytem gościnności. 
   — Skłonny  jestem  twierdzić  —  powiedział  lord  Caterham  —  że  on  zawsze  wygaduje 
takie rzeczy. Dlatego rozmowa z nim jest szczególnie męcząca. Ale  muszę ci powiedzieć, 
że nie jestem  już teraz takim  gościnnym angielskim dżentelmenem jak dawniej. Jak tylko 
okaże się to możliwe, wynajmę „Chimneys” jakiemuś przedsiębiorczemu Amerykaninowi, 
a sam zamieszkam  w  hotelu. Jeśli tam ktoś  mnie będzie zadręczał, poproszę o rachunek  i 
wyprowadzę się. 
   — Nie  upadaj  na  duchu  —  powiedziała  Bundle.  —A  co  do  pana  Fisha,  to  chyba 
straciliśmy go bezpowrotnie. 

background image

 

133 

   — Zawsze odnosiłem wrażenie, że jest człowiekiem sympatycznym  — oznajmił  lord 
Caterham, który odznaczał się przekornym charakterem.  —  Tylko że to twój  nieoceniony 
przyjaciel naciągnął mnie na to wszystko. Dlaczego to całe spotkanie musiało się odbyć w 
moim domu? Dlaczego nie wynajął „The Larches” albo „Elmhurst” lub jakiejś innej ładnej 
willi czy rezydencji jak ta w Streatham i nie urządził tam tego przyjęcia? 
   — Nie ta atmosfera — powiedziała Bundle. 
   — Mam  błogą  nadzieję,  że  nikt  nie  zamierza  spłatać  nam  figla?  —  zapytał  lord 
podenerwowanym tonem. 
   — Nie  podoba  mi  się  ten  Francuz  Lemoine.  Francuską  policję  stać  na  różne  dziwne 
wyskoki.  Kładą  człowiekowi  na  ramię  gumowe  opaski  i  odtwarzają  przebieg  zbrodni,  i 
człowiek  drga,  i  zostaje  to zarejestrowane  na  termometrze.  Wiem,  że  kiedy  oni  zawołają: 
„Kto  zabił  księcia  Michaela?”,  mój  rejestr  wykaże  sto  dwadzieścia  dwa  albo  równie 
przerażającą liczbę, i od razu wsadzą mnie do więzienia. 
   Otworzyły się drzwi i Tredwell zaanonsował: 
   — Pan George Lomax. Pan Eversleigh. 
   — Pan,  a  za  nim  jego  wierny  pies  —  mruknęła  Bundle.  Bill  podbiegł  prosto  do  niej, 
podczas  gdy  George  Lomax  witał  się  z  lordem  jowialnie,  którą  to  manierę  stosował  w 
czasie publicznych wystąpień. 
   — Mój drogi — powiedział potrząsając jego dłonią. 
   — Przekazano mi twoją prośbę i oczywiście zjawiam się natychmiast. 
   — Bardzo  to  ładnie  z  twojej  strony,  drogi  chłopie,  bardzo  ładnie.  Ogromnie  rad  cię 
widzę.  —  Lord  Caterham,  im  gorzej  był  wobec  kogoś  usposobiony,  tym  większą  mu 
okazywał życzliwość. — To nie była moja prośba, ale nie ma to żadnego znaczenia. 
   Tymczasem Bill, zniżywszy głos do szeptu, atakował Bundle: 
   — Co  się  tu  dzieje?  Podobno  Virginia  pomknęła  gdzieś  w  środku  nocy?  Co  to  ma 
znaczyć? Czy ktoś ją porwał? 
   — Ależ  skąd  —  odparła  Bundle.  —  Zostawiła  kartkę  i  starodawnym  zwyczajem 
przypięła ją do poduszeczki na szpilki. 
   — Czy uciekła z kimś? Może z tym kolonialnym Johnnym? Nigdy nie darzyłem sympatią 
faceta i z tego, co słyszę, to podobno taka ewentualność wchodzi w grę, że właśnie on jest 
tym superoszustem. Ale nie wydaje mi się to możliwe. 
   — Dlaczego? 
   — Ten Król Victor jest Francuzem, a Cade to Anglik. 
   — Widzę, że nie dotarło do ciebie, że Król Victor jest znakomitym  lingwistą, a ponadto 
pół–Irlandczykiem. 
   — O Boże! I dlatego zwiał? 
   — O tym, że zwiał, nic mi nie wiadomo. Jak wiesz, przedwczoraj zniknął. Ale dziś rano 
otrzymaliśmy  od  niego  depeszę,  że  o  godzinie  dziewiątej  wieczór  tu  będzie,  zaznacza  w 
niej także, by Lomax był również obecny. Wszyscy ci ludzie stawili się w komplecie — na 
prośbę pana Cade’a. 
   — Doborowe  towarzystwo  —  powiedział  Bill  rozglądając  się  wokół.  —  Francuski 
detektyw  przy  oknie,  angielski  przy  kominku.  Obca  siła.  Ale  Gwiazdy  i  Paski  nie  są 
reprezentowane? 
   Bundle potrząsnęła głową. 
   — Pan  Fish  ulotnił  się  jak  kamfora.  Virginii  też  nie  ma.  Lecz  reszta  się  stawiła,  i  czuję 
przez skórę, Bill, że zbliżamy się nieuchronnie do momentu, kiedy ktoś powie: „kurtyna w 
górę” i cała sprawa zostanie wyjaśniona. Czekamy teraz tylko na Anthony’ego Cade’a. 

background image

 

134 

   — On się tu nie pokaże. 
   — To po co całe to towarzyskie spotkanie, jak je określa mój ojciec? 
   — Kryje  się  za  tym  jakiś  poważny  zamysł.  Możesz  być  pewna.  Chciał  zgromadzić  nas 
wszystkich w jednym miejscu, podczas gdy on będzie w tym czasie gdzie indziej, znasz te 
metody… 
   — Sądzisz więc, że on nie przyjedzie? 
   — Nie  ma  obawy!  Miałby  sam  włazić  w  paszczę  lwa?  Przecież  tutaj  aż  się  roi  od 
detektywów i innych oficjałów. 
   — Mało  wiesz  o  Królu  Victorze,  jeżeli  uważasz,  że  mogłoby  go  to  powstrzymać. 
Zgodnie z panującą o nim opinią ubóstwia takie sytuacje i zawsze wychodzi obronną ręką z 
opałów. 
   Bill Eversleigh potrząsnął głową z powątpiewaniem. 
   — Tym  razem  nie  będzie  to  takie  proste,  z  tym  ładunkiem  przeciwko  niemu…  On 
nigdy… 
   Drzwi znowu się otworzyły i Tredwell zaanonsował: 
   — Pan Cade. 
   Anthony podszedł od razu do pana domu. 
   — Milordzie  —  powiedział.  —  Przysporzyłem  panu  moc  kłopotów,  bardzo  pana  za  to 
przepraszam. Ale ja naprawdę jestem przekonany, że dziś wieczór tajemnica się wyjaśni. 
   Wyglądało  na  to,  że  lord  Caterham  dał  się  udobruchać.  W  skrytości  ducha  zawsze  miał 
słabość do Anthony’ego. 
   — Nie ma problemu — powiedział ciepło.  
   — Ogromnie pan łaskawy — powiedział Anthony. — Jesteśmy, zdaje się, w komplecie. 
A zatem mogę zaczynać. 
   — Nie rozumiem  — powiedział z powagą George  Lomax.  — Nic z  tego  nie  rozumiem. 
To  wszystko  jest  nienormalne.  Pan  Cade  to  człowiek  bez  pozycji,  bez  żadnej  pozycji.  A 
sytuacja jest bardzo trudna. Stoję na stanowisku… 
   Potok  wymowy  George’a  został  zatamowany.  Przysuwając  się  dyskretnie  do  wielkiego 
człowieka, inspektor Battle szepnął mu do ucha parę słów. George był wyraźnie zdumiony i 
zbity z pantałyku. 
   — W  porządku,  jeżeli  pan  tak  uważa  —  stwierdził  z  chłodną  wstrzemięźliwością.  — 
Wszyscy na pewno chętnie posłuchamy, co ma nam do powiedzenia pan Cade. 
   Anthony zignorował protekcjonalny niewątpliwie ton Lomaxa. 
   — Mam  pewien  pomysł,  to  wszystko  —  powiedział  pogodnie.  —  Prawdopodobnie 
państwo  wiedzą,  że  przed  paru  dniami  odczytaliśmy  list  pisany  szyfrem.  Było  tam 
wzmiankowane  Richmond  i  parę  cyfr.  —  Zamilkł  na  chwilę.  —  Próbowaliśmy  rozwikłać 
ten węzeł i spudłowaliśmy. Następnie w pamiętnikach świętej pamięci hrabiego Stylptitcha 
(traf  chciał,  że  je  przeczytałem)  mowa  jest  o  pewnym  obiedzie,  „kwietnym”  obiedzie, 
którego  każdy  uczestnik  nosił  odznakę  symbolizującą  określony  kwiat.  Sam  hrabia  miał 
przypięty dokładny  duplikat tego  interesującego  godła, które odkryliśmy w zagłębieniu w 
tym  tajemnym  przejściu.  Symbolizował  różę.  Jak  państwo  pamiętają,  znaleźliśmy  tam 
szereg różnych rzeczy — karton guzików, kartkę z literami E i wreszcie kawałki dzianiny. 
Teraz, panowie, pytanie, co w tym domu stoi w rzędzie? Książki, nieprawdaż? Dodajmy do 
tego  fakt,  że  w  katalogu  biblioteki  lorda  Caterhama  widnieje  książka  zatytułowana  Życie 
hrabiego  Richmonda  i  już  mamy  bardzo  zasadnicze  domniemanie,  gdzie  znajduje  się 
kryjówka.  Zaczynając  od  wzmiankowanego  tomu  i  posługując  się  liczbami  odnoszącymi 

background image

 

135 

się  do  półek  i  książek,  stwierdzą  państwo,  jak  przypuszczam,  że  obiekt  waszych 
poszukiwań jest ukryty w atrapie książki lub w zakamarku za określoną książką. 
   Anthony  rozejrzał  się  dokoła  ze  skromnym  wyrazem  twarzy,  oczekując  najwyraźniej 
aplauzu. 
   — Słowo daję, sprytnie pomyślane! — powiedział lord Caterham. 
   — Bardzo sprytnie — przyznał łaskawie George. — Pozostaje teraz… 
   Anthony się roześmiał. 
   — Przekonać  się  na  własne  oczy,  tak?  Dobrze,  niedługo  to  państwu  umożliwię.  — 
Zerwał się na równe nogi. — Idę do biblioteki. 
   Nie uszedł daleko. Ruszył ku niemu spod okna monsieur Lemoine. 
   — Chwileczkę,  panie  Cade.  Czy  pan  pozwoli,  milordzie?  Podszedł  do  biurka  i  napisał 
szybko  kilka  zdań.  Włożył  kartkę  do  koperty,  po  czym  zadzwonił.  Na  odgłos  dzwonka 
pojawił się Tredwell. Lemoine wręczył mu kopertę. 
   — Proszę przypilnować, żeby bezzwłocznie dostarczono list. 
   — Dobrze, sir — odpowiedział Tredwell. Typowym dla niego, pełnym godności krokiem 
wyszedł z pokoju. 
   Anthony, który stal chwilę nie wiedząc, co począć, usiadł z powrotem. 
   — Jaki ma pan celny pomysł, Lemoine? — zapytał nagle potulnie. 
   Nagle atmosfera w pokoju stała się napięta. 
   — Jeżeli klejnot znajduje się w miejscu, w którym pan powiedział, to świetnie, leżał tam 
przez ponad siedem lat, więc kwadrans wcześniej czy później nie odgrywa roli. 
   — Niech  pan  mówi  dalej  —  rzekł  Anthony.  —  To  nie  wszystko,  co  miał  mi  pan  do 
zakomunikowania. 
   — Słusznie.  W  tym  stanie  rzeczy  byłoby  z  mojej  strony  nierozsądne,  gdybym  pozwolił 
jakiejkolwiek  osobie  opuścić  ten  pokój.  Szczególnie  jeżeli  przeszłość  tej  osoby  jest  co 
najmniej niejasna. 
   Anthony uniósł pytająco brwi i zapalił papierosa. 
   — Domyślam się, że żywot wagabundy nie budzi w panu szacunku — powiedział z nutą 
zadumy. 
   — Dwa miesiące temu był pan w Afryce Południowej. To jest sprawdzone. A gdzie pan 
był przedtem? 
   Anthony odchylił się na oparcie krzesła i puszczał od niechcenia kółka dymu. 
   — Kanada. Dziki północo–zachód. 
   — Czy aby na pewno nie w więzieniu? Francuskim? 
   Inspektor  Battle  automatycznie  postąpił  w  stronę  drzwi,  jak  gdyby  chciał  odciąć  drogę 
uciekającemu, ale Anthony nie zdradzał ochoty do żadnego dramatycznego czynu. 
   Przeciwnie, spojrzał uważnie na francuskiego detektywa, a następnie wybuchł śmiechem. 
   — Nieszczęsny  z  pana  człowiek!  Jest  pan  doprawdy  monomanem!  Wszędzie  pan  widzi 
Króla  Victora.  Więc  pan  istotnie  przypuszcza,  że  ja  jestem  tym  interesującym 
dżentelmenem? 
   — Zaprzecza pan temu? 
   Anthony strząsnął popiół z rękawa marynarki. 
   — Nigdy  nie  zaprzeczam  temu,  co  mnie  bawi  —  powiedział  lekkim  tonem.  —  Lecz  to 
oskarżenie jest już zbyt zabawne. 
   — Tak pan uważa? — Francuz pochylił się do przodu. Twarz skurczyła mu się boleśnie, 
a zarazem robił wrażenie człowieka skonfundowanego i zawiedzionego, jak gdyby sposób 

background image

 

136 

bycia Cade’a wprawiał go w zakłopotanie. — A co pan na to powie, monsieur, że tym 
razem, tym razem schwytam Króla Victora i nic mnie przed tym nie zdoła powstrzymać? 
   — Bardzo to chwalebne — ocenił Anthony. — Miał pan ten zamiar już przedtem, ale go 
pan  nie  zrealizował,  prawda,  Lemoine?  On  okazał  się  lepszy.  I  czy  pan’  się  czasem  nie 
obawia, że historia się powtórzy? Podobno! i to niezwykle sprytny facet. 
   Rozmowa przekształciła się w dialog  między detektywem  i  Anthonym.  Atmosfera  pełna 
była  napięcia  i  każdy  zdawał  sobie  z  tego  sprawę.  Trwała  walka  do  upadłego  między 
śmiertelnie  poważnym  Francuzem  i  człowiekiem  palącym  spokojnie  papierosa,  który, 
sądząc po jego słowach, absolutnie niczym się nie przejmował. 
   — Gdybym  był  na  pana  miejscu  —  ciągnął  Anthony  —  zachowałbym  daleko  idącą 
czujność. Przedsięwziąłbym wszelkie środki ostrożności i temu podobne. 
   — Tym razem — oświadczył posępnie Lemoine — nie popełnię błędu. 
   — Zdaje się, że jest pan bardzo tego pewny — powiedział Anthony. — Ale jak pan wie, 
istnieje taka rzecz jak dowód. 
   Lemoine  uśmiechnął  się  i  coś  w  tym  uśmiechu  przykuło  uwagę  Anthony’ego. 
Wyprostował się i zgasił papierosa. 
   — Widział  pan,  że  coś  pisałem,  prawda?  —  zapytał  francuski  detektyw.  —  Pisałem  do 
moich  ludzi  w  zajeździe.  Wczoraj  otrzymałem  z  Francji  odciski  palców  i  namiary  Króla 
Victora,  tak  zwanego  kapitana  O’Neila.  Poleciłem,  by  mi  je  tu  przysłano.  Za  parę  minut 
dowiemy’ się, kim pan naprawdę jest! 
   Anthony przyjrzał mu się uważnie. I po chwili lekki uśmiech rozjaśnił mu twarz. 
   — Pan  jest  rzeczywiście  łebski  facet,  Lemoine.  Nigdy  bym  nie  przypuszczał.  Otrzyma 
pan  dokumenty,  każe  mi  pan  włożyć  palce  do  atramentu  albo  do  czegoś  równie 
paskudnego, zmierzy mi pan uszy i poszuka na moim ciele znaków szczególnych. I jeżeli 
wszystko będzie się zgadzało… 
   — No? — zapytał Lemoine. — Jeżeli wszystko będzie się zgadzało? 
   Anthony, siedząc na krześle, pochylił się do przodu. 
   — A  więc,  jeżeli  wszystko  będzie  się  zgadzało  —  powtórzył  bardzo  spokojnie  —  to  co 
wówczas? 
   — Co  wówczas?  —  Detektyw  sprawiał  wrażenie,  jakby  zapomniał  języka  w  gębie.  —
Wtedy… udowodnię, że jest pan Królem Victorem! 
   Po raz pierwszy w jego zachowaniu wyczuwało się cień niepewności. 
   — To  niewątpliwie  będzie  dla  pana  wielka  satysfakcja  —  powiedział  Anthony.  —  Ale 
nie  bardzo  widzę,  żeby  miało  to  zagrażać  mojej  osobie.  Ja  się  do  niczego  nie  przyznaję, 
lecz  przypuśćmy  —  w  celu wszczęcia  polemiki  —  że  jestem  Królem  Victorem…  Wtedy 
próbowałbym chyba okazywać skruchę. 
   — Skruchę? 
   — Otóż  to.  Niech  się  pan  postara  wejść  w  skórę  Króla  Victora.  Proszę  uruchomić 
wyobraźnię. Właśnie wyszedł pan z więzienia. Dobrze się panu powodzi. Minęły już panu 
ciągoty  do  awanturniczego  życia.  Powiedzmy  nawet,  że  poznał  pan  piękną  dziewczynę. 
Myśli pan o ożenku i osiedleniu się gdzieś na stałe, i uprawianiu warzyw. Postanawia pan, 
że  od  tej  chwili  będzie  się  pan  prowadzić  nienagannie.  Czy  może  się  pan  wczuć  w  jego 
sytuację? 
   — Nie widzę takiej potrzeby — odparł Lemoine z sardonicznym uśmiechem. 
   — Nie potrafiłby pan  — orzekł  Anthony. — Ale  też  nie jest pan  Królem  Victorem. Nie 
ma pan prawdopodobnie pojęcia, co on może czuć. 
   — To, co pan wygaduje, to czysty nonsens! — wyrzucił z siebie Francuz. 

background image

 

137 

   — O,  nic  podobnego!  Słuchaj,  Lemoine,  gdybym  był  jednak  Królem  Victorem,  to 
jakie zarzuty by pan  w końcu  mi wytoczył? O  ile wiem, od  najdawniejszych czasów, nie 
może pan zdobyć potrzebnych dowodów. Odsiedziałem wyrok, to wszystko, co ma pan do 
powiedzenia. Może mógłby mnie pan aresztować za francuski odpowiednik „wałęsania się 
z zamiarem popełnienia przestępstwa”, ale satysfakcję miałby pan mierną, nieprawdaż? 
   — Zapomniał  pan  o  Ameryce!  —  powiedział  Lemoine.  —  Co  pan  powie  o  tej  sprawie 
dotyczącej  zdobywania  podstępem  pieniędzy  i  podawania  się  za  księcia  Nicholasa 
Obolovitcha? 
   — Pudło, Lemoine — rzekł Anthony. — W tym czasie nie otarłem się nawet o Amerykę. 
I  mogę  to  łatwo  udowodnić.  Jeśli  Król  Victor  podszywał  się  w  Ameryce  pod  księcia 
Nicholasa, to ja nie jestem Królem Victorem. Czy jest pan pewien, że się podszywał? Że to 
nie był on we własnej osobie? 
   Nagle wtrącił się inspektor Battle: 
   — To był istotnie oszust, panie Cade. 
   — Nie  będę  się  z  panem  sprzeczał,  inspektorze  —  powiedzą!  Anthony.  —  Zgodnie  z 
pańskim  zwyczajem  pan  ma  zawsze  rację.  Czy  pan  również  twierdzi,  że  książę  Nicholas 
zmarł w Kongo? 
   Battle spojrzał na niego z zainteresowaniem. 
   — Głowy bym nie dał. Ale takie jest powszechne mniemanie. 
   — To się nazywa ostrożny człowiek. Jak brzmi pańska dewiza? Swoboda działania, tak? 
Wziąłem  z  pana  przykład.  Dałem  panu  Lemoine’owi  swobodę  działania.  Nie  odpierałem 
jego  oskarżeń.  Lecz  mimo  to obawiam  się,  że  się  rozczaruje.  Widzi  pan,  ja  zawsze  lubię 
mieć  coś  w  zanadrzu.  Na  wszelki  wypadek,  gdyby  miały  wyniknąć  jakieś  drobne 
nieprzyjemności, byłem  na tyle przezorny, by zabrać ze sobą swoją kartę atutową. Ona, a 
właściwie on jest na górze. 
   — Na górze? — powtórzył lord Caterham wielce zaintrygowany. 
   — Tak. Biedny chłop przeżywał ostatnio ciężkie chwile. Ktoś zadał mu paskudny cios w 
głowę. Pielęgnowałem go. 
   Rozległ się nagle głęboki bas pana Isaacsteina: 
   — Czy mamy zgadywać, kto to jest? 
   — Jeśli państwo sobie tego życzą — odparł Anthony. 
   — Tylko że… 
   Lemoine przerwał mu zaskakująco gwałtownie: 
   — Wszystko to są bzdury. Znowu chce mnie pan zrobić w konia. Może i prawda, że nie 
był pan w Ameryce. Jest pan za sprytny, by kłamać w takiej kwestii. Ale tu wchodzi w grę 
inna  sprawa.  Morderstwo!  Tak,  morderstwo.  Morderstwo  księcia  Michaela.  Wszedł  do 
pokoju tej nocy, kiedy pan szukał klejnotu. 
   — Lemoine,  czy  panu  nie  wiadomo,  że  Król  Victor  nie  uznaje  mokrej  roboty?  —  Głos 
Anthony’ego brzmiał ostro. — Wie pan dobrze, lepiej niż ja, że on nigdy nikogo nie zabił. 
   — Kto inny jak nie pan mógłby go zamordować!  — wrzasnął Lemoine. — Proszę mi to 
powiedzieć! 
   Ostatnie  słowo  zamarło  mu  na  wargach,  gdyż  z  tarasu  rozległ  się  przenikliwy  gwizd. 
Anthony podskoczył. Cała jego nonszalancja zniknęła. 
   — Pyta mnie pan, kto zamordował księcia Michaela?! — krzyknął. — Nie powiem panu, 
ale  panu  pokażę.  Czekałem  na  ten  gwizd,  to  był  sygnał.  Morderca  księcia  Michaela 
znajduje się obecnie w bibliotece. 

background image

 

138 

   Wybiegł  przez  oszklone  drzwi,  reszta  ruszyła  za  nim,  aż  dotarli  tarasem  do  drzwi 
biblioteki. Pchał je, ustąpiły pod naciskiem jego dłoni. 
   Odchylił delikatnie grubą zasłonę, by wszyscy mogli zajrzeć do pokoju. 
   Stojąca  przy  szafie  ciemna  postać  wyciągała  pospiesznie  książki  lub  przesuwała  je  z 
miejsce na miejsce, i tak była tym pochłonięta, że nie docierał do niej żaden dźwięk. 
   I  wówczas,  gdy  tak  stali  wpatrzeni  w  sylwetkę  rysującą  się  niewyraźnie  na  tle  blasku 
trzymanej  przez  tę  osobę  latarki,  starając  się  rozpoznać,  kto  to  jest  —  ktoś  wydał  za  ich 
plecami dziki wrzask. 
   Latarka  upadła  na  ziemię,  zgasła  i  w  pokoju  rozległy  się  odgłosy  zaciekłej  walki.  Lord 
Caterham doszedł po omacku do wyłącznika i zapalił światło. 
   Dwie  postacie  przymierzały  się  do  ataku.  I  wtedy  nastąpił  koniec.  Krótki,  ostry  strzał  z 
pistoletu i mniejsza postać skuliła się i upadła. Druga postać obróciła się twarzą do nich  — 
był to Boris, jego oczy miotały wściekłe błyski. 
   — Ona zabiła  mego pana!  — ryknął. — A teraz chciała mnie zastrzelić. Odebrałbym jej 
pistolet  i zastrzelił  ją, ale w trakcie walki  broń sama wypaliła. Święty Michael tak chciał. 
Zła kobieta nie żyje. 
   — Kobieta?! —wykrzyknął George Lomax. 
   Podeszli  bliżej.  Na  podłodze,  z  pistoletem  wciąż  zaciśniętym  w  dłoni,  z  zastygłą  na 
twarzy złością leżała — mademoiselle Brun. 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY 
KRÓL VICTOR 
    
   — Od  samego  początku  ją  podejrzewałem  —  tłumaczył  Anthony.  —  Tej  nocy,  gdy 
popełniono morderstwo, w jej pokoju paliło się światło. Potem zacząłem mieć wątpliwości. 
Pojechałem do Bretanii, by zaciągnąć o niej informacji, i wróciłem zadowolony, że okazała 
się tą osobą, za jaką się  podawała. Byłem głupi. Mademoiselle  Brun  istotnie pracowała  u 
hrabiny  de  Bretuil,  która  wyrażała  się  o  niej  nadzwyczaj  pochlebnie,  ale  skąd  mogłem 
przypuszczać, że prawdziwa mademoiselle Brun w drodze do nowego chlebodawcy została 
porwana  i  że  na  jej  miejsce  podstawiono  kogoś  innego.  Tak  więc  wszystkie  swoje 
podejrzenia przeniosłem  na osobę pana  Fisha. Dopiero kiedy pojechał za  mną  do Dover  i 
odbyliśmy  szczerą  rozmowę,  przejrzałem  na  oczy.  Skoro  dowiedziałem  się,  że  jest 
amerykańskim  wywiadowcą,  tropiącym  Króla  Victora,  moje  podejrzenia  zwróciły  się 
znowu ku temu oryginalnemu obiektowi. 
   Najbardziej  nękał  mnie  fakt,  że  pani  Revel  stwierdziła  z  całą  stanowczością,  iż 
rozpoznała  tę  kobietę.  Potem  sobie  przypomniałem,  że  stało  się  to  dopiero  wtedy,  gdy 
napomknąłem,  iż  mademoiselle  Brun  była  guwernantką  u  pani  de  Bretuil.  Jedyne,  co 
wówczas  pani  Revel  powiedziała,  to  to,  że  widocznie  stąd  twarz  kobiety  jest  jej  znana. 
Inspektor Battle powie państwu, że uknuto wymyślną intrygę, by powstrzymać panią Ravel 
przed  przyjazdem  do  „Chimneys”.  Posłużono  się  w  tym  celu  ni  mniej,  ni  więcej,  tylko 
trupem.  I  choć  morderstwo  było  dziełem  Towarzyszy  Czerwonej  Ręki,  mszczących  się 
prawdopodobnie  za  zdradę,  sposób,  w  jaki  to  zainscenizowali,  oraz  brak  pieczęci 
Czerwonej Ręki wskazują niezbicie na wybitnie inteligentnego organizatora całej operacji. 
Od początku podejrzewałem, że istnieją tu jakieś powiązania z Herzoslovakią. Pani Revel 
była  jedyną  osobą  spośród  gości,  która  swego  czasu  przebywała  w  tym  kraju.  Myślałem 
najpierw,  że  ktoś  podszywa  się  pod  księcia  Michaela,  ale  ta  hipoteza  okazała  się 
całkowitym niewypałem. Kiedy zastanawiałem się, czy czasem mademoiselle Brun nie jest 

background image

 

139 

owym przestępcą,  i dodałem do tego słowa pani Revel, że twarz  mademoiselle  jest jej 
znana,  zacząłem  przeglądać  na  oczy.  Naturalnie  ogromnie  ważną  rzeczą  było  to,  aby 
mademoiselle  nie  została.  rozpoznana,  a  pani  Revel  była  jedyną  osobą,  która  mogłaby  to 
uczynić. 
   — Ale kim ona jest? — zapytał  lord Caterham.  —  Kobietą, którą pani Revel poznała  w 
Herzoslovakii? 
   — Sądzę, że baron zechce nam to wyjaśnić — powiedział Anthony. 
   — Ja?  —  Baron  spojrzał  na  niego  stropiony,  po  czym  przeniósł  wzrok  na  leżącą 
nieruchomo niewiastę. 
   — Niech pan nie da się zwieść makijażowi — uprzedził Anthony. — Proszę pamiętać, że 
była aktorką. 
   Baron znów wytrzeszczył na niego oczy. Raptem drgnął. 
   — Boże święty! — wy sapał. — Przecież to niemożliwe! 
   — Co  jest  niemożliwe?  —  zapytał  George.  —  Kim  jest;:  ta  pani?  Poznaje  pan  ją, 
baronie? 
   — Nie,  nie,  to  niemożliwe  —  mruczał  pod  nosem  baron.  —  Ją  zamordowano.  Oboje 
zostali zamordowani! Na stopniach pałacu. Znaleziono jej zwłoki. 
   — Okaleczone i nie do zidentyfikowania — przypomniał Anthony. — Dzięki temu udało 
jej  się  dokonać  pewnej  mistyfikacji.  Przypuszczam,  że  wyjechała  do  Ameryki  i  ładnych 
parę  lat  ukrywała  się,  nękana  śmiertelną  obawą  przed  Towarzyszami  Czerwonej  Ręki. 
Proszę  pamiętać,  że  to  oni  wywołali  w  Herzoslovakii  rewolucję  i  zawsze  mieli  do  tej 
kobiety  pretensje.  Po  pewnym  czasie  zwolniono  z  więzienia  Króla  Victora,  i  postanowili 
razem  zdobyć  klejnot.  Tej  właśnie  nocy,  szukając  skrytki,  wpadła  niespodziewanie  na 
księcia  Michaela,  który  ją  rozpoznał.  W  zwykłym  trybie  możliwość  spotkania  go  była 
raczej  znikoma.  Utytułowani  goście  rezydencji  nie  mają  kontaktu  z  guwernantkami, 
ponadto  zawsze  mogła  zamknąć  się  u  siebie,  wymawiając  się  migreną,  tak  jak  to  zrobiła 
tego dnia, gdy przybył tu pan baron… Jednakże spotkała się z księciem Michaelem twarzą 
w  twarz  w  momencie  zupełnie  nieoczekiwanym.  Została  zdemaskowana,  groziło  jej 
najgorsze.  Zastrzeliła  go.  To  ona  umieściła  broń  w  walizce  Isaacsteina,  by  zmylić  ślad,  i 
ona właśnie podrzuciła listy. 
   Lemoine postąpił parę kroków do przodu. 
   — Powiada  pan,  że  tej  nocy  zeszła  na  dół,  by  szukać  klejnotu?  —  zapytał.  —  A  może 
zamierzała spotkać się ze swoim kumplem, Królem Victorem, który przybywał z zewnątrz? 
Co pan na to? 
   Anthony westchnął. 
   — A pan wciąż swoje, mój drogi Lemoine! Uparty z pana człowiek.— Nie przyjął pan do 
wiadomości, że zawsze mam w zanadrzu kartę atutową? 
   George, którego umysł pracował na wolnych obrotach, wtrącił: 
   — Mam  kompletny  chaos  w  głowie.  Kim  jest  ta  pani,  baronie?  Zdaje  się,  że  pan  ją 
rozpoznał? 
   Baron uniósł głowę i wyprostował się na całą swoją wysokość. 
   — Myli się pan, panie Lomax. O ile pamiętam, nigdy przedtem tej pani nie widziałem. Ta 
osoba nie jest mi znana. 
   — Ale… 
   George spojrzał na niego ze zdumieniem, kompletnie zbity z tropu. 

background image

 

140 

   Baron  zaciągnął  go  do  kąta  i  szepnął  mu  coś  na  ucho.  Anthony  przyglądał  się 
uradowany,  jak  twarz  George’a  staje  się  purpurowa,  oczy  wyłażą  mu  z  orbit  i  sprawia 
wrażenie, jakby miał zaraz dostać apopleksji. Dotarł do niego gardłowy pomruk: 
   — Niewątpliwie…  niewątpliwie…  a  jakże…  nie  ma  potrzeby…  skomplikowana 
sytuacja… najdalej posunięta dyskrecja. 
   — Ale  mnie  to  nic  nie  obchodzi!  —  Lemoine  walnął  pięścią  w  stół.  —  Morderstwo 
księcia Michaela to nie moja sprawa. Ja muszę mieć Króla Victora! 
   Anthony potrząsnął nieznacznie głową. 
   — Przykro mi w pana imieniu, Lemoine. Pan jest naprawdę zdolny facet. Jednakże traci 
pan chyba węch. Niebawem zagram moją atutową kartą. 
   Przemierzył pokój i zadzwonił. W drzwiach pojawił się Tredwell. 
   — Dziś  wieczór  przyjechał  tu  ze  mną  pewien  dżentelmen  —  powiedział  do  niego 
Anthony. 
   — Tak, sir, cudzoziemski dżentelmen. 
   — Zgadza się. Poproś go, żeby możliwie najszybciej przyszedł tu do nas. 
   — Dobrze, sir. Tredwell zniknął. 
   — Odkrycie pierwszej karty atutowej to tajemniczy monsieur X — oznajmił Anthony. — 
Kim on jest? Kto zgadnie? 
   — Logicznie  rozumując  —  zaczął  Herman  Isaacstein  —  jeśli  się  weźmie  pod  uwagę 
pańskie  tajemnicze  aluzje  dzisiaj  rano,  a  także  stanowisko,  jakie  pan  zajął  dzisiejszego 
popołudnia, nie powinno się mieć żadnych wątpliwości. W jakiś niewytłumaczalny sposób 
udało się panu przechwycić księcia Nicholasa z Herzoslovakii. 
   — Czy podziela pan ten pogląd, baronie? 
   — Tak. Jeżeli oczywiście nie podstawia pan kolejnego oszusta. Ale nie sądzę. Jeśli idzie 
o mnie, to grał pan honorowo. 
   — Dziękuję,  baronie.  Będę  miał  w  pamięci  pańskie  słowa.  Wszyscy  państwo  są  tego 
samego zdania na temat monsieur X? 
   Przesunął  wzrokiem  po  kręgu  otaczających  go  twarzy.  Jedynie  Lemoine  nie  zareagował 
— siedział z posępną miną. Oczy miał utkwione w blacie stołu. 
   Wyostrzony słuch Anthony’ego wyłowił odgłos kroków w hallu. 
   — I  wyobraźcie  sobie  państwo  —  rzekł  z  dziwnym  uśmiechem  —  że  wszyscy  są  w 
błędzie. 
   Podążył szybko ku drzwiom i otworzył je szeroko. 
   Na  progu  stał  mężczyzna  —  z  ładnie  przystrzyżoną  czarną  bródką,  w  binoklach,  o 
wymuskanej prezencji, które to wrażenie psuł nieco bandaż owinięty wokół głowy. 
   — Pozwólcie państwo, że przedstawię wam prawdziwego monsieur Lemoine’a z S?reté. 
   Zakotłowało  się  w  pokoju,  powstał  straszliwy  harmider,  po  czym  od  strony  oszklonych 
drzwi rozległ się głos pana Hirama Fisha, brzmiący sympatycznie i uspokajająco: 
   — Nie,  synku,  nie  tędy.  Trwałem  na  tym  stanowisku  przez  cały  wieczór,  a  przyświecał 
mi zbożny cel zapobieżenia twojej ucieczce. Przekonasz się, że moja broń świetnie jest w 
ciebie wycelowana. Przybyłem tu, żeby cię dostać, i dostałem cię — ale faktycznie zuch z 
ciebie! 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY 
DALSZE WYJAŚNIENIA 
    

background image

 

141 

   — Winien  nam  pan  jednak  wyjaśnienie  —  powiedział  tegoż  wieczoru,  lecz  trochę 
później, Herman Isaacstein, zwracając się do Anthony’ego. 
   — Nie  ma  specjalnie  co  wyjaśniać  —  odrzekł  ten  skromnie.  —  Pojechałem  do  Dover, 
Fish  podążył  za  mną,  podejrzewając,  że  to  ja  jestem  Królem  Victorem.  Zastaliśmy 
uwięzionego  tam  tajemniczego  cudzoziemca  i  gdy  opowiedział  nam  swoją  historię, 
byliśmy już w domu. Ten sam motyw, jak państwo widzą. Osobę autentyczną porwano, a 
podstawiona — w tym wypadku Król Victor — odgrywa jego rolę. Wydaje mi się jednak, 
że  inspektor  Battle  miał  do  swego  francuskiego  kolegi  jakieś  zastrzeżenia,  skoro 
zadepeszował do Paryża, prosząc o jego odciski palców i inne znaki szczególne. 
   — Ach tak! — wykrzyknął baron. — Odciski palców. Namiary, o których mówi ten łotr! 
   — To był mądry pomysł — powiedział Anthony. 
   — Tak  mi  się  spodobał,  że  postanowiłem  go  wykorzystać.  Poza  tym  moje  poczynania 
zabiły klina fałszywemu Lemoine’owi. Skoro tylko podałem informację o „rzędach” i gdzie 
naprawdę  klejnot  jest  ukryty,  robił  wszystko,  by  te  wieści  dotarły  do  jego  wspólniczki, 
trzymając  nas  zarazem  w  tym  pokoju.  List  był  istotnie  przeznaczony  dla  mademoiselle 
Brun. Polecił Tredwellowi dostarczyć  go jej natychmiast, co Tredwell  uczynił,  niosąc list 
na  górę,  do  pokoju  lekcyjnego.  Lemoine  oskarżył  mnie,  że  jestem  Królem  Victorem, 
zwracając  w  ten  sposób  uwagę  wszystkich  w  złym  kierunku  i  motywując  tym  zakaz 
opuszczania pokoju. Gdy sprawa się wyjaśniła i udaliśmy się do biblioteki w poszukiwaniu 
klejnotu,  cieszył  się  w  duchu  tym,  że  klejnotu  już  tam  nie  odnajdziemy.  George 
odchrząknął. 
   — Muszę  przyznać,  panie  Cade  —  powiedział  pompatycznie  —  że  osądzam  pańską 
działalność  w  tej  materii  jako  wysoce  naganną.  Gdyby  pańskie  plany  uległy  bodaj 
najdrobniejszemu  zakłóceniu,  jeden  z  naszych  skarbów  narodowych  mógłby  zostać 
bezpowrotnie stracony. To szaleństwo, proszę pana, niesłychane szaleństwo! 
   — Wygląda na to, że nie pojął pan sedna sprawy ^cedząc słowa odezwał się pan Fish.  — 
Ów historyczny klejnot nigdy nie znajdował się w bibliotece, między książkami. 
   — Jak to?! 
   — Nigdy! 
   — Widzi pan — podjął Anthony — posługując się drobnym wybiegiem hrabia Stylptitch 
w  istocie  rzeczy  wskazywał  na  różę.  Gdy  w  poniedziałek  po  południu  zaświtała  mi  w 
głowie ta myśl, pospieszyłem od razu do ogrodu róż. Pan Fish wpadł już na to wcześniej. 
Jeżeli, stojąc tyłem do zegara słonecznego, odmierzymy siedem kroków do przodu, potem 
osiem  na  lewo  i  trzy  na  prawo,  dojdziemy  do  krzaka  jasnoczerwonych  róż  o  nazwie 
Richmond. W poszukiwaniu kryjówki przetrząśnięto cały dom, ale nikomu nie przyszło do 
głowy przetrząsnąć ogród. Proponowałbym jutro rano zabawić się w kopanie. 
   — A ta historia o książkach w bibliotece… 
   — Zastawiłem pułapkę na ową panią. Pan Fish trzymał straż na tarasie i w odpowiednim 
momencie zagwizdał. Śmiało mogę powiedzieć, że wraz z panem Fishem zarządziliśmy w 
domu  w  Dover  stan  wojenny,  dzięki  czemu  udało  się  zapobiec  kontaktom  Towarzyszy  z 
fałszywym Lemoine’em. Ten przesłał im rozkaz, by się ulotnili, i otrzymał wiadomość, że 
tak się stało. Tak więc przystąpił radośnie do dalszej realizacji swego planu, a mianowicie 
do zdemaskowania mnie. 
   — No  dobrze,  dobrze  —  powiedział  ochoczo  lord  Caterham  —  wszystko  się  przecież 
szczęśliwie wyjaśniło. 
   — Z wyjątkiem jednej rzeczy — rzekł pan Isaacstein. 
   — Jakiej? 

background image

 

142 

   Wielki finansista obrzucił Anthony’ego poważnym spojrzeniem. 
   — Po  co  mnie  pan  tu  ściągnął?  Bym  jako  widz  asystował  temu  dramatycznemu 
spektaklowi? 
   Anthony potrząsnął głową. 
   — Nie,  proszę  pana.  Pan  jest  człowiekiem  interesu,  dla  pana  czas  to  pieniądz.  Jaki  był 
pierwotny cel pana tu przyjazdu? 
   — Negocjacje w sprawie pożyczki. 
   — Z kim? ‘ 
   — Z księciem Michaelem z Herzoslovakii. 
   — No  tak.  Ale  książę  Michael  nie  żyje.  Czy  jest  pan  nastawiony  na  to,  by  taką  samą 
pożyczkę na tych samych warunkach zaoferować jego kuzynowi Nicholasowi? 
   — Zamierza go pan stworzyć? Sądziłem, że został zabity w Kongo. 
   — Słusznie, został zabity. Ja  go zabiłem. Och,  nie,  nie jestem  mordercą. Mówiąc, że  go 
zabiłem,  miałem  na  myśli  to,  że  rozpowszechniłem  wiadomość  o  jego  śmierci.  Obiecuję 
panu księcia. Zgoda? 
   — Pan…? 
   — Tak, ja nim jestem. Nicholas Sergius  Alexander  Ferdinand Obolovitsch.  Za długie to 
było  jak  na  mój  przyszły  tryb  życia,  wobec  tego  wyłoniłem  się  z  Kongo  jako  zwykły 
Anthony Cade. 
   Mały kapitan Andrassy aż podskoczył. 
   — Nie do wiary, wprost nie do wiary — bełkotał. 
   — Sam pan nie wie, co mówi! 
   — Mogę  panu  dostarczyć  mnóstwo  dowodów  —  powiedział  Anthony  spokojnie.  — 
Myślę też, że uda mi się przekonać pana barona. 
   Baron uniósł w górę rękę. 
   — Tak,  mogę się przyjrzeć pańskim dowodom. Ale one  mi  niepotrzebne. Pańskie słowo 
mi  wystarcza.  Ponadto  do  swojej  angielskiej  matki  podobny  pan  jest.  Wszem  wobec 
głosiłem: Ten młody człowiek po mieczu lub kądzieli wysoko jest na pewno urodzony. 
   — Pan zawsze ufał moim słowom, baronie — przyznał Anthony. — Zapewniam pana, że 
w dniach, które nadejdą, będę o tym pamiętał. 
   Tu  spojrzał  na  inspektora  Battle’a,  którego  twarz,  jak  zawsze,  była  kompletnie  bez 
wyrazu. 
   — Domyśla  się  pan  —  rzekł  Anthony  z  uśmiechem  —  że  moja  sytuacja  była  w 
najwyższym stopniu ryzykowna. Ja jeden  spośród  gości tego  domu  mogłem  mieć powód, 
by  źle  życzyć  Michaelowi  Obolovitchowi,  albowiem  byłem  następnym  kandydatem  do 
tronu.  Przez  cały  czas  ogromnie  się  obawiałem  inspektora  Battle’a.  Wciąż  czułem,  że  on 
mnie podejrzewa i tylko brak motywów wiąże mu ręce. 
   — Ani  przez  chwilę  nie  sądziłem,  że  pan  go  zastrzelił  —  oświadczył  inspektor.  —  W 
takich  sprawach  mamy  nosa.  Wiedziałem  jednak,  że  pan  się  czegoś  obawia,  a  ponadto 
intrygował  mnie  pan.  Gdybym  wiedział  wcześniej,  kim  pan  naprawdę  jest,  może  wtedy, 
pod presją okoliczności, aresztowałbym pana. 
   — Rad jestem wobec tego, że zataiłem przed panem ten obciążający mnie fakt. Wszystko 
inne gładko pan ze mnie wydobył. Jest pan cholernie dobrym fachowcem, inspektorze. Od 
tej pory będę żywił dla Scotland Yardu głęboki szacunek. 
   — Zdumiewające!  —  mamrotał  George.  —  Równie  zdumiewającej  historii  w  życiu  nie 
słyszałem. Z trudem… Z trudem daję temu wiarę. Ma pan absolutną rację, baronie, że… 

background image

 

143 

   — Drogi panie Lomax — powiedział Anthony odrobinę surowym tonem. — Nie mam 
zamiaru  prosić  Brytyjskiego  Ministerstwa  Spraw  Zagranicznych,  by  poparło  moje 
roszczenia bez  uprzedniej prezentacji  najbardziej przekonujących dokumentów. Proponuję 
natomiast  omówienie  z  panami  —  z  panem,  panem  baronem  i  panem  Isaacsteinem  — 
warunków wiadomej pożyczki. 
   Baron zerwał się na równe nogi i trzasnął obcasami. 
   — Będzie to najdonioślejszy moment w moim życiu — powiedział uroczyście — gdy się 
przekonam, że został pan królem Herzoslovakii! 
   — O  właśnie,  baronie  —  rzekł  od  niechcenia  Anthony,  biorąc  go  pod  ramię.  — 
Zapomniałem panu powiedzieć. Jest jeszcze jedna sprawa. Jestem żonaty, wie pan… 
   Baron cofnął się dwa kroki. Na jego twarzy odmalowało się zakłopotanie. 
   — Czułem, że coś złego się szykuje! — huknął. 
   — Święty Boże w niebiesiech! On się ożenił w Afryce z czarną kobietą! 
   — Chwileczkę,  chwileczkę,  nie  jest  aż  tak  źle  —  powiedział  Anthony  ze  śmiechem.  — 
Ona jest biała, dzięki Bogu, biała od stóp do głów. 
   — Całe szczęście. A więc godna szacunku morganatyczna połowica. 
   — Nic podobnego. Ona będzie królową przy moim  majestacie. Potrząsanie głową na nic 
się  nie  zda.  Ta  osoba  ma  pełne  kwalifikacje  do  zajęcia  takiego  stanowiska.  Jest  córką 
angielskiego  para,  którego  rodowód  sięga  czasów  Wilhelma  Zdobywcy.  Modne  są  wśród 
królów małżeństwa z arystokratkami, a ponadto ona zna co nieco Herzoslovakię. 
   — O Boże! — wykrzyknął George Lomax, nie dobierając już swoim zwyczajem słów. — 
Czyżby… czyżby Virginia Revel? 
   — Tak — odparł Anthony. — Virginia Revel. 
   — Drogi  chłopcze!  —  zawołał  lord  Caterham.  —  To  znaczy,  wielce  szanowny  panie, 
moje gratulacje. Z całego serca. To urocze stworzenie. 
   — Dziękuję, milordzie — rzekł Anthony. — Ma pan rację, nawet po stokroć. 
   Pan Isaacstein tymczasem przyglądał się Anthony’emu z zaciekawieniem. 
   — Wybaczy mi wasza wysokość pytanie, ale kiedy owo małżeństwo zostało zawarte? 
   Anthony uśmiechnął się spoglądając w jego stronę. 
   — Szczerze mówiąc — odparł — to wzięliśmy ślub dziś rano. 
 
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY 
ANTHONY ANGAŻUJE SIĘ DO NOWEJ PRACY 
    
   — Idźcie, panowie, a ja za chwilę do was dołączę — powiedział Anthony. 
   Poczekał,  aż  wymaszerują  z  pokoju,  po  czym  ruszył  w  stronę  inspektora  Battle’a 
pochłoniętego najwyraźniej oglądaniem boazerii. 
   — Chciałby mnie pan o coś zapytać, inspektorze, tak? 
   — Owszem, ale skąd pan o tym wie? Od dawna zauważyłem, że  ma pan szybki  refleks. 
Rozumiem, że lady, która nie żyje, to świętej pamięci królowa Varaga? 
   — Tak,  Battle.  Mam  nadzieję,  że  uda  się  to  zatuszować.  Rozumie  pan,  że  mam  uraz  na 
punkcie trupów w rodzinie. 
   — W tej kwestii proszę zaufać panu Lomaxowi. Nikt o niczym się nie dowie. To prawda, 
sporo ludzi wie już o tym, ale rzecz się dalej nie rozejdzie. 
   — Czy chodziło panu o królową Varagę? 
   — Nie,  tamto  pytanie  zadałem  mimochodem.  Ciekawi  mnie  mianowicie,  jeżeli  nie  za 
wiele sobie pozwalam, co pana zmusiło do wyrzeczenia się własnej osoby? 

background image

 

144 

   — Absolutnie nie za wiele. Powiem panu. Zabiłem siebie z prostych powodów. Moja 
matka była Angielką, ja się wychowałem w Anglii i o wiele bardziej bliska mi była Anglia 
niż Herzoslovakia. Czułem się idiotycznie, wędrując po świecie z tym komicznym, niczym 
w farsie, tytułem na karku. Kiedy byłem młody, wie pan, wyznawałem ideały demokracji. 
Wierzyłem  w  tę  ideę,  że  wszyscy  ludzie  są  równi.  A  najwięcej  miałem  zastrzeżeń  do 
królów i książąt. 
   — A potem? — pytał dociekliwie Battle. 
   — Och,  potem  podróżowałem  po  świecie,  przyglądałem  się  mu.  Cholernie  mało  jest  w 
nim  równości.  Proszę  wziąć  pod  uwagę  fakt,  że  ja  wciąż  wierzyłem  w  demokrację.  Ale 
trzeba silną ręką zmuszać do niej ludzi, no i zanudzać ich na śmierć. Ludzie nie chcą być 
braćmi, może kiedyś zechcą, lecz nie teraz. Moja wiara w braterstwo człowieka skończyła 
się  w  ubiegłym  tygodniu,  w  dniu  przybycia  do  Londynu,  kiedy  obserwowałem  ludzi 
stojących  w  wagonie  metra,  którzy  nie  chcieli  posuwać  się  do  przodu,  by  zrobić  miejsce 
wsiadającym.  Odwoływanie  się  do  drzemiącej  w  człowieku  dobroci  nie  przemieni  go  w 
anioła,  stosując  natomiast  silę  w  rozsądnych  granicach,  można  go  zmusić  do  mniej  lub 
bardziej przyzwoitego zachowania się i wzajemnego szacunku. Wciąż wierzę w braterstwo, 
ale  to  jeszcze  pieśń  przyszłości.  Kwestia  jakichś  dziesięciu  tysięcy  lat.  Nie  wolno  tracić 
cierpliwości. Ewolucja to proces długotrwały. 
   — Ma  pan  interesujące  poglądy,  sir  —  powiedział  Battle  z  błyskiem  w  oku.  —  I  jeżeli 
pozwoli mi pan na takie sformułowanie, to będzie pan tam świetnym królem. 
   — Dziękuję, inspektorze — powiedział Anthony z westchnieniem. 
   — Nie wygląda pan na szczęśliwego z tej racji. 
   — Bo ja wiem… To może się okazać całkiem zabawne. Tylko że się wiąże ze stałą pracą. 
Jak dotąd udawało mi się jej uniknąć. 
   — Ale jednak skusiła pana ta funkcja. 
   — Skądże!  Co  za  pomysł!  Kobieta!  Dla  mnie  zawsze  najważniejsza  jest  kobieta. 
Rzuciłbym do jej stóp nie tylko królestwo. 
   — No właśnie. 
   — Tak  to  zorganizowałem,  że  baron  i  Isaacstein  nie  mogą  narzekać.  Jeden  chce  króla, 
drugi  nafty.  Obaj  dostaną,  co  sobie  życzą,  a  ja,  o  Boże,  Battle,  czy  był  pan  kiedyś 
zakochany? ‘ 
   — Jestem bardzo przywiązany do pani Battle. 
   — Bardzo  przywiązany  do  pani…  ojej,  pan  nic  a  nic  nie  rozumie.  To  jest  zupełnie  coś 
innego! 
   — Przepraszam, sir, ale ten pański człowiek czeka za drzwiami. 
   — Boris?  Taki  on  już  jest.  Wspaniały  chłopak.  Łaska  boska,  że  rewolwer  wypalił  w 
czasie walki i zabił lady. W przeciwnym wypadku Boris jak amen w pacierzu ukręciłby jej 
kark  i  pan  by  go  powiesił.  Jego  przywiązanie  do  dynastii  Obolovitchów  jest  wprost 
niebywałe. Zadziwiające było to, że z chwilą śmierci Michaela przywiązał się momentalnie 
do mnie, choć przecież nie mógł wiedzieć, kim ja naprawdę jestem. 
   — Instynkt — powiedział Battle. — Jak u psa. 
   — Swego  czasu  uważałem,  że  ten  instynkt  jest  bardzo  niefortunny.  Bałem  się,  że  może 
dać panu sporo do myślenia. Ale pójdę zobaczyć, czego on chce. 
   Wyszedł oszklonymi drzwiami. Inspektor Battle został sam — przez chwilę odprowadzał 
go wzrokiem, po czym powiedział: 
   — Poradzi sobie. 
   Za drzwiami czekał Boris. 

background image

 

145 

   — Proszę pana — zaczął i ruszył wzdłuż tarasu. 
   Anthony podążył za nim, zastanawiając się, dokąd zmierzają. 
   Niebawem Boris zatrzymał się i pokazał coś palcem. Świecił księżyc, i Anthony zobaczył 
kamienną ławę, na której siedziały dwie osoby. 
   — On  naprawdę  jest  psem  —  mruknął  Anthony  pod  nosem.  —  A  w  dodatku 
myśliwskim. 
   Ruszył do przodu. Boris rozpłynął się w powietrzu. Na widok Anthony’ego dwie postacie 
uniosły się z miejsca. Pierwszą była Virginia, a drugą… 
   — Hej, Joe — rozległ się znajomy głos. — Kapitalną masz dziewczynę! 
   — Jimmy McGrath, niewiarygodne! — wykrzyknął Anthony. — Jakim zrządzeniem losu 
tu się znalazłeś? 
   — Ta moja wyprawa do interioru spaliła na panewce. Potem kilku cudzoziemców zaczęło 
mnie  nachodzić.  Chcieli,  żebym  im  sprzedał  ten  rękopis.  Jeszcze  później  o  mało  nie 
dostałem  nożem  w  plecy.  Wtedy  sobie  pomyślałem,  że  zleciłem  ci  robotę  o  wiele 
trudniejszą.  i  przyszło  mi  do  głowy,  że  może  potrzebujesz  pomocy,  i  wypuściłem  się  za 
tobą następną łajbą. 
   — Czy  to  nie  cudowne  z  jego  strony?  —  zapytała  Virginia.  —  Dlaczego  nigdy  mi  nie 
wspomniałeś, że z niego taki fantastyczny facet? Jesteś kochany, Jimmy, naprawdę. 
   — Przypadliście sobie do gustu, jak widzę — rzekł Anthony. 
   — Jasna  rzecz  —  potwierdził  Jimmy.  —  Węszyłem  wszędzie,  żeby  dowiedzieć  się 
czegoś  o  tobie,  i  natrafiłem  na  tę  panią.  Wcale  nie  była  taka,  jak  sądziłem,  że  będzie  — 
nadęta, wyniosła dama z towarzystwa, która, ma człowieka za nic. 
   — Opowiedział  mi  wszystko  o  listach  —  rzekła  Virginia.  —  I  zrobiło  mi  się  nawet 
wstyd, że nie przejęłam się nimi specjalnie, podczas gdy on wykazał taką rycerskość. 
   — Gdybym wiedział, jaka pani jest — odezwał się Jimmy szarmancko — nie dałbym mu 
tych  listów.  Przyjechałbym  sam  i  wręczył  je  pani  osobiście.  Powiedz,  chłopie,  czy  już 
zabawa naprawdę się skończyła? Czy nic nie masz dla mnie? 
   — Na Jowisza — powiedział Anthony — mam! Poczekaj chwilę. 
   Wszedł  do  domu.  Po  paru  minutach  pojawił  się  niosąc  paczkę,  którą  rzucił  w  ramiona 
Jimmy’ego. 
   — Idź do garażu i wybierz sobie jakiś ładny wóz. Pogazuj nim do Londynu i dostarcz tę 
paczkę do domu numer siedemnaście przy Everdean Square. To prywatne mieszkanie pana 
Baldersona. Wręczy ci w zamian tysiąc funtów. 
   — Co? Czyżby to były pamiętniki? Myślałem, że szlag je trafił! 
   — Za kogo ty mnie masz? — spytał ostro Anthony. — Nie sądzisz chyba, że zawaliłbym 
taką  sprawę?  Od  razu  zadzwoniłem  do  wydawców,  potem  miałem  fałszywy  telefon  i 
odpowiednio  się  zabezpieczyłem.  Zrobiłem  lipną  paczkę,  zapakowałem  ją  według 
wskazówek.  A  prawdziwą  schowałem  w  sejfie  dyrektora  hotelu,  tamtemu  zaś  wręczyłem 
lipną. Pamiętniki zawsze były w moim posiadaniu. 
   — Kapitalny z ciebie facet, synku — powiedział Jimmy. 
   — Och,  Anthony!  —  wykrzyknęła  Virginia.  —  Chyba  nie  dopuścisz  do  tego,  żeby  je 
opublikowano? 
   — Nie da się tego uniknąć. Nie mogę wystrychnąć na dudka chłopaka takiego jak Jimmy. 
Ale nie przejmuj się. Miałem czas, żeby przez nie przebrnąć, i teraz wiem, dlaczego ludzie 
gadają,  że  ważne  osobistości  same  nie  piszą  swoich  wspomnień,  tylko  zlecają  tę  robotę 
murzynom. Stylptitch jako  pisarz jest śmiertelnie  nudny. Ględzi o dyplomacji, ale pomija 
wszelkie  pikantne  szczegóły  i  niedyskretne  anegdoty.  Jego  pryncypialna  tajemniczość 

background image

 

146 

trzyma  go  w  ryzach  do  końca.  W  pamiętnikach  nie  ma  ani  słowa,  od  pierwszej  do 
ostatniej strony, które by odebrało spokój najbardziej opornym politykom. Dzwoniłem dziś 
do Baldersona i ustaliliśmy, że przed północą dostarczę mu rękopis. Lecz skoro Jimmy tu 
jest, niech sam wykona tę robotę. 
   — Zgoda — powiedział Jimmy.  —  Te tysiąc  funtów ogromnie  mi  leżą, tym bardziej że 
spisałem je już na straty. 
   — Chwileczkę  —  rzekł  Anthony.  —  Muszę  ci,  Virginio,  coś  wyznać.  Coś,  co  jest  już 
powszechnie wiadome, ale czego ci jeszcze nie powiedziałem. 
   — Nie  przejmuję  się  tymi  wszystkimi  kobietami,  które  do  tej  pory  kochałeś,  skoro  nie 
wspomniałeś mi o nich. 
   — Kobiety!  —  wykrzyknął  Anthony  z  niewinną  miną.  —  Chodzi  ci  o  kobiety?  Zapytaj 
Jamesa, jakie kobiety mnie otaczały, gdy widział mnie po raz ostatni. 
   — Megiery—rzekł  Jimmy  uroczyście.  —  Istne  megiery.  Żadna  poniżej  czterdziestki 
piątki. 
   — Dziękuję  ci,  Jimmy.  Jesteś  moim  prawdziwym  przyjacielem.  Nie,  Virginio,  chodzi  o 
coś gorszego. Oszukałem cię, bo ci nie podałem swego prawdziwego nazwiska. 
   — Czy  jest  takie  straszne?—zapytała  Virginia  z  zaciekawieniem.  —Coś  w  rodzaju 
Pobbles, tak? Wyobrażam sobie, jak bym się czuła będąc panią Pobbles. 
   — Zawsze jesteś o mnie najgorszego zdania. 
   — Przypominam,  iż  swego  czasu  cię  posądzałam,  że  jesteś  Królem  Victorem,  ale  tylko 
przez półtorej minuty. 
   — Ale,  ale,  Jimmy,  mam  dla  ciebie  pracę,  poszukiwanie  złota  w  skalistych  kryjówkach 
Herzoslovakii. 
   — A czy tam jest złoto? — zapytał z ożywieniem Jimmy. 
   — Na pewno — odparł Anthony. — To cudowny kraj. 
   — Więc posłuchałeś mojej rady i tam się udajesz? 
   — Tak. Twoja rada była cenniejsza, niż przypuszczałeś. A teraz przejdźmy do wyznania. 
Mamka mnie nie zamieniła, nie wydarzyło się też nic równie romantycznego, ale mimo to 
jestem najprawdziwszym księciem Nicholasem Obolovitchem z Herzoslovakii. 
   — Och, Anthony! — wykrzyknęła Virginia. — To dopiero świetny kawał! A ja wyszłam 
za ciebie! Co teraz z tym poczniemy? 
   — Pojedziemy do  Herzoslovakii  i będziemy odgrywać króla  i królową. Jimmy McGrath 
powiedział  kiedyś,  że  w  tym  kraju  przeciętny  okres  sprawowania  władzy  królewskiej  to 
cztery lata. Mam nadzieję, że cię to nie zraża? 
   — Zraża? — powtórzyła Virginia. — Jestem wprost zachwycona. 
   — Kapitalna  dziewczyna!  —  mruknął  Jimmy.  Po  czym  zniknął  dyskretnie  w  mroku 
nocy. Po paru minutach dał się słyszeć warkot oddalającego się samochodu. 
   — Najlepiej, jak się faceta skłoni, by sam wykonał tę swoją brudną robotę  — powiedział 
Anthony  z  satysfakcją.  —  A  poza  tym  musiałem  się  go  pozbyć.  Od  zawarcia  małżeństwa 
nie byliśmy ani chwili sami. 
   — Będziemy .mieli moc uciechy — rzekła Virginia. 
   — Perswadowanie bandytom, żeby nie rabowali, mordercom, żeby nie mordowali, no i w 
ogóle podnoszenie poziomu moralnego kraju. 
   — Ubóstwiam  takie  idealistyczne  teorie—oświadczył  Anthony.  —  Mam  wtedy  uczucie, 
że moja ofiara nie poszła na marne. 
   — Nie opowiadaj — rzuciła Virginia ze spokojem. 

background image

 

147 

   — Cieszysz  się,  że  zostaniesz  królem.  Masz  to  we  krwi.  Przygotowywano  cię  do 
zawodu,  a  ponadto  jesteś  w  tym  kierunku  uzdolniony,  tak  jak  hydraulicy  przejawiają 
naturalną skłonność do robót hydraulicznych. 
   — Nigdy ich o taką skłonność nie podejrzewałem — powiedział. — Ale niech szlag trafi 
hydraulików,  nie  będziemy  tracili  czasu  na  gadanie  o  nich.  Czy  wiesz,  że  właśnie  teraz 
powinienem  uczestniczyć  w  arcypoważnej  naradzie  z  Isaacsteinem  i  starym  Lollipopem? 
Chcą  rozmawiać  o  ropie  naftowej.  Nafta,  mój  Boże!  Mogą  sobie  poczekać  na  moją 
królewską  uprzejmość. Pamiętasz, Virginio, jak kiedyś ci  mówiłem, że będę się cholernie 
starał, by ci na mnie zależało? 
   — Pamiętam — rzekła ciepło. — Ale inspektor Battle wyjrzał właśnie przez okno. 
   — Teraz  go  nie  ma  —  przypomniał  Anthony.  Przytulił  ją  szybko  do  siebie,  całował  jej 
oczy, usta, jasne złoto jej włosów. 
   — Tak cię kocham, Virginio — szeptał. — Tak cię kocham… A czy ty mnie kochasz? 
   Spojrzał  na  nią  pewny  odpowiedzi.  Z  głową  wspartą  na  jego  ramieniu,  cichym, 
wzruszająco drżącym głosem odparła: 
   — Ani trochę. 
   — Ty mała diablico! — zawołał, znów ją całując. 
   — Teraz już jestem pewien, że będę cię całował aż do śmierci. 
 
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY 
RÓŻNE DROBNE SZCZEGÓŁY 
    
   Rzecz  dzieje  się  w  „Chimneys”,  godzina  jedenasta  przed  południem,  czwartek. 
Posterunkowy Johnson, bez płaszcza, kopie. 
   Coś jest w powietrzu z nastroju pogrzebu. Przyjaciele i krewni stoją wokół mogiły, którą 
kopie Johnson. 
   George  Lomax  wygląda  jak  wyznaczony  przez  nieboszczyka  główny  beneficjent.  Z 
nieruchomego  oblicza  inspektora  Battle’a  daje  się  wyczytać,  że  jest  zadowolony,  iż 
uroczystości  pogrzebowe  przebiegają  tak  sprawnie.  Jako  organizatorowi  przynosi  mu  to 
zaszczyt.  Lord  Caterham  ma  typowy  dla  Anglików,  biorących  udział  w  ceremoniach 
religijnych, uroczysty i z lekka napięty wyraz twarzy. 
   Pan Fish nie pasuje do całości obrazu. Nie jest dostatecznie ponury. 
   Johnson nachyla się nad łopatą. Nagle wyprostowuje się. Słychać szmer zaniepokojonych 
głosów. 
   — Wystarczy, synku — powiedział pan Fish. — W sam raz. 
   Natychmiast się wyczuło, że pełni funkcję domowego lekarza. 
   Johnson  odchodzi.  Pan  Fish  z  godną  chwili  powagą  pochyla  się  nad  wykopem.  Chirurg 
przystępuje do operacji. 
   Wyjmuje  małą,  owiniętą  w  płótno  paczuszkę.  Wręcza  ją  ceremonialnie  inspektorowi 
Battle’owi.  Ten  z  kolei  podaje  zawiniątko  George’owi  Lomaxowi.  Stało  się  zadość 
wymaganej w tej sytuacji etykiecie. 
   George  Lomax  odwija  płótno,  rozcina  pod  nim  jedwab,  przebiera  palcami  w  środku. 
Przez chwilę trzyma coś na dłoni, po czym szybko kładzie to coś z powrotem. 
   Chrząka. 
   — W tej tak dobrze rokującej godzinie… — zaczyna w sposób świadczący o wytrawnym 
mówcy. 
   Lord Caterham dokonuje błyskawicznego odwrotu. Na tarasie spotyka córkę. 

background image

 

148 

   — Bundle, czy twój wóz jest sprawny? 
   — Tak. A dlaczego? 
   — Zawieź mnie natychmiast do Londynu. Jadę za granicę, zaraz, dzisiaj. 
   — Ależ, ojcze… 
   — Nie dyskutuj ze mną, Bundle. George Lomax powiedział mi dziś rano po przyjeździe, 
że  chce  ze  mną  pogadać  na  bardzo  ważny  temat.  Dodał,  że  niebawem  przyjeżdża  do 
‘Londynu król Timbuctoo. Nie zamierzam znowu przeżywać czegoś podobnego, słyszysz, 
Bundle?  Nawet  dla  pięćdziesięciu  George’ów  Lomaxów.  Jeżeli  „Chimneys”  jest  takie 
ważne  dla  narodu,  to  niech  naród  je  kupi.  W  przeciwnym  razie  sprzedani  je  jakiemuś 
konsorcjum, który przerobi rezydencję na hotel. 
   — Gdzie jest teraz Lomax? 
   Bundle staje na wysokości zadania. 
   — Obecnie —  mówi  lord Caterham spoglądając na zegarek  — od co  najmniej piętnastu 
minut działa dla dobra imperium. 
   Inny obrazek. 
   Przy telefonie Bill Eversleigh, który nie został zaproszony na ceremonię. 
   — Nie,  naprawdę…  myślałem,  że…  Daj  spokój,  nie  złość  się.  Właśnie,  idziesz  dziś 
wieczór na kolację… Nie, ja nie. Harowałem jak dziki osioł. Nie masz pojęcia, jaki jest ten 
Lomax… Doiły, słuchaj, doskonale się orientujesz, co o tobie  myślę. I że nigdy  na nikim 
innym  mi  nie  zależało…  Tak,  przyjdę  najpierw  na  pokaz.  Jak  brzmi  ten  stary  szlagier? 
„Dziewczę robi, co może…” 
   Niesamowite odgłosy. Pan Eversleigh usiłuje zanucić wspomniany refren. 
   Tymczasem przemówienie George’a dobiega końca: 
   — … wieczny pokój i pomyślność Imperium Brytyjskiego. 
   — Moim  zdaniem  —  zaczął  półgłosem  pan  Hiram  Fish  do  siebie  i  wszem  wobec  — 
przeżyliśmy kapitalny tydzień. 
     *z fr. Przejdźmy do rzeczy. 
     * Nazwa słynnego brylantu w koronie brytyjskiej. 
     * ang. Lizak 
     * ang. Walka, bitwa. Nieprzetłumaczalna gra słów. 
     * fr. Doskonale! 
     * fr. Mój Boże l To już trochę za wiele! 
     * fr. Niesłychane. 
     * Przy tej ulicy znajduje się giełda londyńska 
     * fr. Szlachta, wyższe sfery.