background image

Chrzest ognia
     

     Muszę wyrazić swoje ubolewanie, że tak wielu wcześniejszych i mniej konsekwentnych w 
pracy   akademickiej   historyków   analizujących   dzieje   Wojny   o   Sektor   Gothic   preferowało 
koncentrację swej uwagi na doskonale już znanych wydarzeniach związanych z późniejszymi 
etapami tego konfliktu, miast poświęcić swe wysiłki zbadaniu szeregu faktów historycznych 
pochodzących z pierwszych chwil wojny. Nie mam tu rzecz jasna na myśli doskonale już 
opracowanych zagadnień związanych z heroiczną obroną Oraru przez Compela Basta czy 
bohaterskiej bitwy admirała Varusa na Platei, ponieważ te akurat wydarzenia były badane 
wielokrotnie i niemal każdy nowy adept nauk historycznych próbuje w nich bezskutecznie 
odnaleźć coś bardziej ciekawego i odkrywczego od dokonań swych poprzedników (chociaż 
muszę w tym miejscu prosić Cię, czcigodny czytelniku, abyś nie okazał wobec mnie takich 
samych obiekcji, gdy w dalszych rozdziałach tego opracowania nawiążę do owych faktów). 
      Nie, ja chciałbym tutaj opowiedzieć o szeregu mniej istotnych ze strategicznego punktu 
widzenia   akcji   militarnych,   które   miały   miejsce   w   pierwszych,   najmroczniejszych   dniach 
wojny   –   gdy   eskadry   Abaddona   uderzyły   na   zaskoczone   i   nieprzygotowane   do   obrony 
zgrupowanie Floty Gothic. Chociaż wielu badaczy uważa za bezcelowe analizowanie faktów 
związanych z pojedynkami pojedynczych okrętów wojennych na tle konfliktu zawierającego 
w   sobie   bitwy   kosmiczne   na   skalę   porównywalną   jedynie   z   Herezją   Horusa,   ja   jednak 
uważam, że tylko zgromadzenie związanej z nimi wiedzy pozwoli lepiej poznać dwie nazwy 
posiadające nie tylko ogromne znaczenie dla przebiegu Wojny o Gothic, lecz także na trwałe 
zapisane w annałach historii marynarki kosmicznej Segmentum Obscurus.
     Chodzi mi oczywiście o Leotena Sempera i jego okręt, Lorda Solara Machariusa...

        Emerytowany skryba Rodrigo Konniger, W szczęki śmierci, w paszczę piekieł: historia 
Wojny o Sektor Gothic, 143149.M41

     - Udanych łowów, Macharius – były to pierwsze od kilku godzin wypowiedziane głośno 
słowa   na   mostku   HDMS   Lord   Solar   Macharius.   Zjawisko   takie   jak   całkowita   cisza   jest 
pojęciem   obcym   dla   okrętu   imperialnej   marynarki   kosmicznej,   na   którego   pokładach 
ustawicznie   rozbrzmiewa   głuchy   pomruk   masywnych   plazmowych   turbin,   a   w   każdym 
korytarzu, hangarze i kabinie można usłyszeć głosy któregoś z dziesięciu tysięcy spoconych, 
mozolących się nad swą codzienną pracą członków załogi. Lecz na pokładach krążownika 
panował zadziwiający spokój i nawet obsada mostka porozumiewała się między sobą jedynie 
szeptem, przekazując sobie wzajemnie rozkazy i wyniki odczytów kontrolnych napływające 
kanałami radiowymi z setek lokalizacji w obrębie kadłuba okrętu klasy Dictator.
     Stojący w centralnej części mostka kapitan Leoten Semper usłyszał znaczące chrząknięcie 
i   dźwięk   kroków   za   swymi   plecami.   Charakterystyczny   akcent   pierwszego   oficera   był 
jedynym odstępstwem od jego perfekcyjnie beznamiętnego tonu.
 - Komunikat z pokładu Indefatigable, kapitanie. Czy życzy pan sobie odpowiedzieć ?
         Semper odwrócił się przesuwając spojrzeniem po rysach twarzy swego zastępcy. Hito 
Ulanti, pomyślał. Nazwisko necromundiańskiej arystokracji. To rzadkość, by kogoś takiego 
można było spotkać na okręcie marynarki kosmicznej. A dzieci arystokracji zawsze słynęły z 
ambicji. Będzie trzeba na niego uważać. Semper pamiętał, że w mrocznych latach Wieku 
Apostazy   skrytobójstwo   było   jedną   z   popularniejszych   metod   awansu   wykorzystywanych 
przez ambitnych młodych oficerów floty.

background image

         Przestał myśleć o mało istotnych faktach przypominając samemu sobie, iż pełni rolę 
kapitana tego okrętu i nie może sobie pozwolić na luksus bezwartościowych dywagacji.
  -   Proszę   potwierdzić   odbiór   przekazu   z   Indefatigable,   panie   Ulanti.   Standardowe 
podziękowania dla kapitana i oficerów załogi oraz wyrazy nadziei, iż spotkamy się znów po 
powrocie na Stranivar.
     Pierwszy oficer strzelił obcasami i skinął głową potwierdzając przyjęcie rozkazu.
         Semper odwrócił twarz w stronę przeszklonej ściany mostku, wpatrując się w swoje 
odbicie. Był to widok niemalże łudząco przypominający któryś z tuzina portretów rodzinnych 
wiszących   na   ścianach   rezydencji   Semperów   na   Cypra   Mundi   –   te   same   jastrzębie   rysy 
twarzy elitarnego rodu oficerskiego, podobne dumne blizny (Leoten zdobył swoją podczas 
akcji abordażowej na orczy okręt, którą poprowadził w randze młodszego porucznika), ten 
sam uniform floty Segmentum Obscurus – lecz spojrzenie Sempera najbardd
 
dziej przyciągały gwiazdki lśniące na wysokim kołnierzu jego munduru. Wielu członków 
jego rodziny służyło w marynarce kosmicznej od czasów Wieku Apostazy. Będąc ostatnim w 
linii potomkiem rodu kapitana zastanawiał się uporczywie, czy w przeciwieństwie do swych 
przodków   pożyje   dostatecznie   długo,   aby   powrócić   na   Cypra   Mundi   i   ujrzeć   na   ścianie 
rezydencji   swój   własny   portret.   Skupił   spojrzenie   na   otaczającej   go   pustce   szukając 
zmrużonymi oczami sylwetki Indefatigable. Na tle czerni kosmosu rozbłysła jaśniej plamka 
ognia.   Fregata   typu   Sword   zwiększyła   prędkość   i   zaczęła   oddalać   się   od   Machariusa 
zmierzając w stronę kordonu statków strażniczych patrolujących obrzeża systemu Stranivar.
         Kapitan zaklął w myślach zastanawiając się, gdzie były te środki ostrożności, kiedy 
armada Chaosu wyszła z Osnowy zaskakując Grupę Floty Stranivar w orbitalnych dokach. 
Atak okazał się niszczycielski w skutkach, ponieważ wyeliminował z akcji ponad dwie trzecie 
stranivarskiej   flotylli.   Co   gorsza,   był   to   zaledwie   wstęp   do   znacznie   poważniejszych 
wydarzeń.   Z   wszystkich   systemów   Gothica   napływały   alarmujące   raporty.   Atak   nie   był 
odosobnionym rajdem. Oko Grozy wyrzuciło ze swej otchłani inwazyjną armadę Chaosu i 
okręty marynarki w obrębie całego sektora znalazły się znienacka w obliczu otwartej wojny. 
Krytycznie   ważne   stało   się   jak   najszybsze   przejście   do   kontruderzenia,   pasywna   taktyka 
groziła rychłą  utratą kontroli nad całym  sektorem. Lord admirał Ravensburg domagał się 
natychmiastowej   relokacji   swych   sił,   toteż   będący   jedynym   nieuszkodzonym   okrętem   w 
eskadrze Macharius  został zmuszony do wyjścia  z doków i tranzytu  do pustego systemu 
Dolorosa, gdzie oczekiwała już na niego eskadra niszczycieli typu Cobra. Po połączeniu sił 
grupa miała udać się do systemu Bhein Morr, punktu zbornego imperialnej marynarki. Tam 
na   krążownik   czekały   uzupełnienia   w   postaci   myśliwców   przechwytujących   Fury   i 
bombowców   głębokiej   przestrzeni   Starhawk,   wprowadzanych   w   miejsce   przestarzałych 
Interceptorów i Marauderów. Opuszczając doki Macharius prześlizgnął się niczym mroczny 
cień obok dryfujących w próżni wypalonych wraków swych siostrzanych jednostek.
     Był to sfrustrowany, potencjalnie niepokorny okręt i Semper zdawał sobie z tego sprawę. 
W swym  otoczeniu wyczuwał wściekłość, żądzę zemsty,  ale i strach. Lęk przed tym,  co 
czekało na marynarzy w Osnowie i obawy o kompetencje nowego dowódcy krążownika. Była 
to   pierwsza   jednostka   pod   komendą   Sempera,   a   nieoczekiwany   wybuch   wojny   na   skalę 
niespotykaną   od   czasu   Herezji   Horusa   w   najmniejszym   stopniu   nie   ułatwiał   kapitanowi 
zmagań z codziennymi problemami świeżo upieczonego dowódcy. Ta wojna miała stać się 
chrztem ognia dla kapitana, jego krążownika i jego załogi – albo scali ich razem w żarze 
militarnych zmagań albo spopieli w wojennej zawierusze pustoszącej światy Gothica.
     Semper odwrócił się od okna i przeciągnął wzrokiem po rzędach wpatrujących się w niego 
wyczekująco twarzy.
  - Astronawigacja ! – rzucił twardym tonem wyuczonym kilkanaście lat temu w kolegium 
kadetów na Cypra Mundi – Oczekiwany czas lotu do punktu skokowego ?

background image

  -   Jeden   koma   trzy   godziny,   kapitanie   –   padła   odpowiedź   oficera   pochylonego   nad 
migoczącym runami pulpitem astronawigacyjnego terminala.
  - Bardzo dobrze – skinął głową Semper i krótkim ruchem ręki polecił stojącemu opodal 
oficerowi komunikacyjnemu otwarcie pokładowego radiowęzła – Kapitan Semper do magosa 
Castaborasa.   Skok   podprzestrzenny   za   jeden   koma   trzy   godziny.   Rozpocząć   natychmiast 
stosowne przygotowania. Potwierdzić.
         Po chwili ciszy w głośniku rozległ się głos najstarszego rangą techkapłana  Adeptus 
Mechanicus, silnie zniekształcony zarówno szumem  radiowym  jak i filtrem  dźwiękowym 
jednego z wielu cybernetycznych wszczepów używanych przez wyznawców Boga Maszyny.
 - Potwierdzam.
     Głowy pracujących na mostku oficerów uniosły się na dźwięk następnych słów Sempera.
-   Jeszcze   jedna   sprawa,   czcigodny   Castaborasie.   Nie   wiem   jak   w   poniższej   kwestii 
zachowywał się mój poprzednik na stanowisku kapitana tej jednostki, ja jednak życzę sobie 
stałej obecności Technis Majoris lub jednego z jego starszych rangą braci na mostku okrętu. 
Stanowiąc   integralną   część   załogi   musimy   współpracować   w   bezpośredni   sposób.   Czy 
wyraziłem się jasno ?
       Tym razem milczenie trwało dłużej, a kiedy wreszcie padła odpowiedź, techkapłan nie 
potrafił ukryć do końca zaskoczenia w swym głosie.
 - Jak pan sobie życzy, kapitanie. Niezwłocznie zjawię się osobiście na mostku.
         Semper dostrzegł nieme skinięcia głów, jakie wymienili między sobą jego oficerowie. 
Marynarka   kosmiczna   musiała   polegać   na   wiedzy   Adeptus   Mechanicus   obsługujących 
pokładową maszynerię okrętów, ale stosunki między obiema formacjami nie zawsze należały 
do poprawnych.
     Okręt wojenny może mieć kilka autorytetów, ale tylko jeden z nich jest kapitanem, Semper 
wspomniał słowa swego dawnego mentora, admirała aaaa

Haasena.   Jeśli   chcesz   sprawować   autentyczną   władzę   nad   okrętem,   musisz   pokazać   jego 
załodze, że to właśnie ty jesteś jedynym liczącym się zwierzchnikiem.
          Oczy  Sempera   omiotły   mostek   przesuwając   się  po   rzędach   milczących   serwitorów, 
obsługujących   stacje   robocze   ustawione   w   równych   szeregach   na   podwyższeniach 
otaczających   mostek.   Konsoleta   kapitańska   znajdowała   się   pośrodku   nawy,   na   jej 
krawędziach zaś tkwiły boczne skrzydła mostka. Tam pracowali starsi oficerowie, tam też 
znajdowały się sekcje Artylerii, Astronawigacji, Kontroli Lotów i Monitoringu. Podnosząc 
wzrok  ku  górze  Semper   dostrzegł   platformy   robocze   pełne  dron  serwitorskich   i  zajętych 
swymi obowiązkami techkapłanów, kontrolujących poprawność pracy wybranych elementów 
Ducha Maszyny, który krążył w obwodach systemów krążownika. 
     Galeryjki robocze ciągnęły się niemal pod sam sufit mostka, jakieś dwadzieścia metrów w 
górę od konsolety kapitana, jednakże Semper dostrzegł szukaną przez siebie postać na jednym 
z   niższych   podpokładów.   Mężczyzna   stał   przy   balustradzie   jednego   z   pomostów 
łącznikowych  obserwując  bacznie  pracę  sekcji oficerskich  okrętu. Padająca z  pobliskiego 
ekranu   poświata   odbijała   się   migotliwie   na   zdobiących   epolety   człowieka   srebrnych 
czaszkach. Semper zauważył, że tylko nieliczni członkowie załogi zapuszczali się w tamten 
obszar mostka. Rozprawiwszy się dyplomatycznie  z Magos Technicus  kapitan postanowił 
wziąć się za bary ze znacznie poważniejszym dla siebie wyzwaniem.
 - Komisarzu Kyogen ! – zawołał w stronę stojącej w półmroku postaci – Zamierzam dokonać 
inspekcji   okrętu   przed   skokiem   w   Osnowę.   Zechce   mi   pan   towarzyszyć   ?   Panie   Ulanti, 
mostek jest pański.

*  *  *  *  *

background image

          Przypominający   kształtem   grot   strzały   Contagion   dryfował   w   próżni   opodal   wciąż 
płonącego  wraku niszczyciela  typu  Cobra.  Po pozostałych  trzech  okrętach  należących  do 
lojalistycznej eskadry pozostały jedynie trzy rozchodzące się w kosmicznej pustce chmury 
rozżarzonego gazu i drobnych odłamków, odległe o kilka tysięcy kilometrów od krążownika. 
Na mostku Contagiona panował półmrok, ponieważ kapitan już dawno doszedł do wniosku, 
że standardowe  oświetlenie  zbyt  boleśnie  podrażnia  jego zdeformowane  źrenice,  lecz  dla 
większości członków załogi nie stanowiło to większego problemu. Ten sam kapitan – Hendrik 
Morrau, niegdyś jeden z najsłynniejszych oficerów w historii Zgrupowania Floty Gothic – 
położył   pomarszczoną   dłoń   na   runicznej   klawiaturze   pulpitu,   przesuwając   wzrokiem   po 
rzędach znaków składających się na raport podsumowujący starcie. Sapnął z zadowoleniem, 
przekonany, iż w żaden sposób nie zdołałby efektywniej rozegrać niedawnego pojedynku. 
Zmniejszając dystans dzielący krążownik od płonącego niszczyciela zamierzał potraktować 
wrak   jako   obiekt   treningowy   dla   swoich   baterii   artyleryjskich,   wtedy   jednak   skanery 
krótkiego zasięgu odkryły znacznie bardziej emocjonującą rozrywkę: jeńców. Część załogi 
Cobry wciąż żyła, uwięziona w odciętych od siebie hermetycznie przedziałach pokładowych.
         Morrau natychmiast wysłał na wrak oddziały abordażowe złożone w głównej mierze z 
pokrytych chityną demonicznych bestii, hodowanych specjalnie na takie okazje i trzymanych 
na co dzień w cuchnących ładowniach okrętu. Przykuty do mostka swymi dalece posuniętymi 
mutacjami,   Morrau   obserwował   na   ekranach   skanerów   postępy   stworów   i   z   niecierpliwą 
ekscytacją wsłuchiwał się w dzikie wrzaski błagających o litość marynarzy. Grupki rozbitków 
były lokalizowane i rozdzierane na strzępy jedna po drugiej. Morrau nie skąpił swej załodze 
rozrywki, lecz przed abordażem dał swym podkomendnym wyraźnie instrukcje nakazujące 
pochwycenie kilku ofiar żywcem i dostarczenie ich w ręce pokładowego śledczego. Kapitan 
uśmiechnął się diabolicznie na myśl o tym, że nieszczęśnicy wzięci żywcem szybko zaczną 
żałować, iż nie podzielili losu swych wymordowanych na wraku niszczyciela towarzyszy.
     Jakby na zawołanie, za swymi plecami usłyszał zbliżający się odgłos ciężkich kroków. Od 
czasu,   gdy   ciało   kapitana   zaczęło   zrastać   się   z   fotelem,   pokrywając   się   kościanymi 
wypustkami   i   giętkimi   mackami,   które   tworzyły   swoisty   żywy   pomost   pomiędzy   jaźnią 
Morrau i demoniczną esencją wypełniającą elektroniczne obwody krążownika, nie mógł on 
już   opuszczać   swego   miejsca,   nie   potrzebował   jednak   wzroku,   by   rozpoznać   tożsamość 
zbliżającego się osobnika. Adolphus Torque, pokładowy śledczy. Torque przystanął tuż za 
kapitanem,   jego   cuchnący   oddech   zmieszał   się   z   ciężkim   odorem   rozkładu   panującym 
niepodzielnie na mostku Contagiona. W głębi duszy Morrau był szczerze wdzięczny losowi 
za to, iż nie musiał spoglądać już więcej na swego śledczego, pewne deformacje fizyczne 
czyniły go bowiem wyjątkowo odrażającym nawet dla dowódcy okrętu poświęconego służbie 
Plugawego Boga. 
 - Czy więźniowie przynieśli ci stosowną satysfakcję ? – zapytał kapitan.
 - Dużą satysfakcję – wymamrotał niewyraźnie Torque, z trudem formułujący

cy   ludzkie   słowa   z   powodu   rozdwojonego   języka   –   Jeden   z   nich   zdradził   mi   coś 
interesującego, mój panie. Zaatakowane przez nas okręty nie przeładowywały tutaj swych 
napędów   podprzestrzennych,   jak   początkowo   sądziliśmy.   One   czekały   na   spotkanie   z 
imperialnym okrętem liniowym.
          Morrau   rozszerzył   z   ekscytacji   nozdrza,   wdychając   w   płuca   miriady   zapachów 
składających się na gęstą atmosferę wypełniającą wnętrze okrętu. Po zakończeniu kosmicznej 
bitwy, kiedy wywietrzniki statku wtłaczały do tuneli wentylacyjnych gazy będące efektem 
ubocznym zużytej energii, powietrze wewnątrz krążownika nabierało specyficznego aromatu. 
Dla Morrau, weterana setek bitew, był to zapach zwycięstwa.
 - Co to za okręt ?

background image

  -   Lord   Solar   Mac...   Macharius,   kapitanie   –   wydukał   Torque,   ledwie   zmuszając   się   do 
wypowiedzenia na głos nazwiska jednego z największych bohaterów Imperium.
  -   Macharius...   –   mruknął   pod   nosem   Morrau,   rozpierając   się   wygodniej   w   fotelu   i 
przeszukując zasoby swej pamięci. Z trudem przypomniał sobie wspólną akcję z tym okrętem 
przeciwko   pirackim   eskadrom   Fra’al   w   klastrze   Osiris.   Contagion   nosił   wówczas   miano 
Vengis, a kapitanem Machariusa był Rutgen Jago, lecz wydarzenie to miało miejsce sześćset 
lat temu wedle kalendarza Imperium i wiele się od tego czasu zmieniło. Ktokolwiek piastował 
teraz komendę nad Machariusem, nie miał żadnych szans w konfrontacji z doświadczeniem i 
talentem dowódcy Contagiona.
 - Zapis przesłuchania jeńców ?
 - Jest tutaj, przyniesiony dla pańskiej przyjemności – Torque wysunął przed siebie szponiastą 
dłoń, w której ściskał krystaliczny nośnik informacji wciąż jeszcze śliski od ludzkiej krwi. 
Morrau   wsunął   kryształ   w   jeden   z   wilgotnych   czytników   danych   na   obudowie   pulpitu 
kontrolnego. Nośnik zniknął wewnątrz obudowy z głośnym mlaśnięciem. Planując zasadzkę 
na   Machariusa   kapitan   zamierzał   kontemplować   jednocześnie   zapis   video   ze   scenami 
przesłuchań.

*  *  *  *  *

          Leoten   Semper   czuł   wyraźnie   pierwsze   objawy   migreny,   będącej   częstym   efektem 
ubocznym skoków w Osnowę. Starożytne generatory silników podprzestrzennych pracowały 
na   coraz   większych   obrotach   przesycając   umysły   członków   załogi   nieprzyjemnymi 
mentalnymi wibracjami. Wszędzie wokół dowódcy trwały ostatnie przygotowania do skoku. 
Gdzieś w głębi maszynowni techkapłani naciskali kolejne rzędy runicznych przycisków na 
panelach sterujących  pracą napędów podprzestrzennych,  w powietrzu rozchodził  się ostry 
zapach   kadzideł   zdradzający   obecność   kleryków   Ministorum   krążących   po   korytarzach   i 
pokładach krążownika w celu pobłogosławienia okrętu i jego załogi na czas podróży przez 
dominium demonów. Z wysokiej galerii górującej nad gigantyczną metalową halą przedniej 
prawoburtowej sekcji artyleryjskiej Semper i komisarz Kyogen mogli śledzić wzrokiem pracę 
setek zziajanych, lśniących od potu ludzkich sylwetek ciągnących za łańcuchy przesuwanych 
po kolejowych podkładach dział lub wieszających się na ogromnych wajchach zasuwających 
grube pancerne tarcze na luki strzeleckie. 
      Semper zerknął z ukosa na masywną postać Koby Kyogena. Komisarz był prawdziwym 
olbrzymem   o   ponad   dwumetrowym   wzroście.   Semper   zdawał   sobie   sprawę   z   faktu,   że 
mundur   komisarza   Floty   –   błyszczące   skórzane   oficerki,   czarna   kabura   pistoletu,   czarny 
płaszcz  z  epoletami   oznakowanymi  trupimi  czaszkami  oraz  wysoka  czapka   z daszkiem  i 
emblematem Imperialnego Orła – miał za zadanie wzbudzać należny respekt i lęk wśród 
marynarzy, lecz i bez niego komisarz wciąż robiłby wrażenie. Semper przesunął wzrokiem po 
baretkach   odznaczeń   na   uniformie   swego   towarzysza,   dostrzegając   wśród   nich 
charakterystyczne kolory Gwiazdy Gothica, takie same jak te zdobiące jego własny mundur. 
Skóra na twarzy komisarza była silnie pomarszczona, naznaczona śladami po oparzeniach od 
plazmowej detonacji, część rysów twarzy Kyogena wykrzywiał sarkastyczny grymas będący 
pozostałością po pośpiesznej i nie do końca profesjonalnej operacji chirurgicznej. 
     Dumnie noszone medale i blizny, pomyślał Semper. To nie tchórz, ten komisarz, ale jak 
bardzo mogę na nim polegać ?
     Kapitan wskazał dłonią panujący w hali ruch.
 - Pańska opinia, komisarzu ? Ocena jednostki i jej załogi ?
 - Mamy dobrą kadrę wyższego szczebla oraz oficerów porządkowych doskonale znających 
okręt,   ale   wśród   najniższych   szarż   zbyt   wiele   luk   zapchano   niewyszkolonymi   rekrutami, 
którzy nie odbyli nawet jednego skoku podprzestrzennego. Mamy też zbyt wielu skazańców 

background image

wpakowanych tu przez zespoły werbunkowe, ale ci akurat szybko zaczną żałować, że nie 
pozostali w swoich obozach pracy na Lubiyance, niech tylko dojdzie do pierwszej otwartej 
akcji bojowej.
  -   Semper   pokiwał   głową   mile   zaskoczony   pragmatyczną   szczerością   ukrytą   w   słowach 
komisarza. Być może faktycznie trafił mu się utalentowany ofice
cer polityczny, a nie kolejny automat wykreowany przez Schola Progenium.
 - A co z pańską opinią na temat kapitana okrętu ?
     Kyogen odwrócił głowę i spojrzał prosto w oczy Sempera.
  -   Pańskie   dossier   wskazuje   na   wysoce   uzdolnionego   oficera   marynarki   i   trudno   byłoby 
polemizować z decyzją admirała Haasena o pierwszym pana przydziale liniowym – z dołu 
dobiegł   znienacka   przeraźliwy   krzyk,   który   urwał   się   równie   raptownie,   kiedy   jeden   z 
marynarzy upadł i natychmiast został zmiażdżony przez wielkie koła artyleryjskiej platformy. 
Śmiertelne wypadki wśród szeregowych członków marynarki były tak częste, że nikt już nie 
zwracał   na   nie   uwagi   –   Wykazał   się   pan   w   trakcie   obrony   Stranivaru,   lecz   w   obliczu 
oczywistego braku doświadczenia bojowego i wyjątkowo poważnego zagrożenia dla całego 
sektora ze strony nieprzyjaciela zrozumiałe są pewne obiekcje i obawy co do kompetencji 
człowieka otrzymującego komendę nad tak silną jednostką w czasie tak groźnego kryzysu.
     W komunikatorach rozległ się dźwięk klaksonu alarmowego. Piętnaście minut do skoku w 
Osnowę.   Kyogen   rozejrzał   się   wokół   niecierpliwie,   najwyraźniej   pragnąć   natychmiast 
powrócić do swych obowiązków.
 - Jeszcze jedna sprawa, komisarzu – powiedział Semper wyczuwając ukrytą frustrację oficera 
politycznego – Kto w przypadku mojej śmierci bądź krytycznych obrażeń obejmie komendę 
nad okrętem ?
         W pytaniu kapitana kryła się niewypowiedziana aluzja do faktu, iż jedną z możliwych 
przyczyn  zgonu dowódcy mógł być sam komisarz: każdy oficer polityczny Floty posiadał 
prawo do egzekucji kapitana marynarki, jeżeli ten złamał w jego opinii obowiązujący we 
Flocie regulamin.
 - Pierwszy oficer Ulanti jest następną osobą w układzie hierarchicznym – odparł komisarz 
krzywiąc   się   jeszcze   bardziej   podczas   wymawiania   nazwiska   zastępcy   Sempera   –   Lecz 
powiedzmy   to   sobie   szczerze:   arystokratyczny   tytuł   czy   też   nie,   wciąż   jest   to   tylko 
necromundiańska   szumowina.   Dla   ludzi   z   tych   industrialnych   mrowisk   jest   miejsce   na 
pokładach okrętów marynarki, w gangach roboczych. Żaden starszy oficer z obsady mostka 
nie będzie respektował poleceń wydanych przez takiego kapitana, bez względu na to, jak 
wysoce urodzonym arystokratą będzie się on mianował.
     Semper nie okazał żadnych emocji słysząc opinię komisarza.
 - Kogo zatem mianuje pan dowódcą w mym zastępstwie ?
 - Siebie, kapitanie. W przypadku pańskiej śmierci przejmę komendę nad okrętem. A teraz, 
jeśli to już wszystko, pozwolę sobie sprawdzić resztę przygotowań do procedury skoku.
     Komisarz zasalutował krótko i odwrócił się odchodząc w głąb korytarza. Semper pozostał 
jeszcze   przez   chwilę   na   galeryjce,   rozmyślając   na   temat   człowieka,   w   którego   rękach 
spoczywało życie i śmierć kapitana Machariusa.

*  *  *  *  *

         Na  podłodze  sekcji artyleryjskiej   Maxim  Borusa poderwał  głowę  ku  górze,  śledząc 
wzrokiem   sylwetki   dwóch   spacerujących   po   galeryjce   widokowej   oficerów   do   chwili,   w 
której silny kopniak Gogola nie zwrócił jego uwagi na wykonywaną pracę.
  -   Bierz   się   do   roboty,   Borusa,   albo   do   końca   wyrżnę   ci   na   grzbiecie   ten   tatuaż,   który 
zacząłem   na   Lubiyance   –   nadzorca   grupy  roboczej   splunął   na   skazańca   i   kopnął   go   raz 
jeszcze,   by   podkreślić   wagę   swych   słów.   Maxim   chwycił   mocniej   jeden   z   łańcuchów 

background image

oplatających platformę artyleryjską i zaczął ją ciągnąć wraz z resztą grupy. Skrzywił się na 
myśl o bliznach pokrywających jego plecy, pamiątce po spotkaniu z Gogolem i jego bandą i 
zabawie   gangstera   z   użyciem   rozpalonego   do   czerwoności   noża.   Uciekł   im   wtedy   i 
prawdziwie przeklęty los sprawił, że kilka lat później spotkali się ponownie, gdy schwytany 
przez gang werbowników Maxim trafił prosto w objęcia czekającego na Machariusie Gogola. 
         Maxim wychował się w słynących z bezprawia podziemnych częściach stranivarskich 
metropolii i przeżył piekło gułagu na więziennym księżycu Lubiyanka, ale nawet on nie miał 
złudzeń do co swego losu na pokładzie imperialnego krążownika. Nie z Gogolem czyhającym 
ustawicznie za jego plecami.

*  *  *  *  *

      - Spiritus Machina – zaintonował skryty za metalową maską magos Castaboras, okryty 
błyszczącymi   ceremonialnymi   szatami   –   Przygotować   się   do   włączenia   napędu 
podprzestrzennego na mój znak.
         Procedura skoku w Osnowę mogła być przeprowadzana wyłącznie przez najwyższych 
rangą przedstawicieli Adeptus Mechanicus na pokładzie jednostki, ponieważ tylko oni znali 
prawidłowe   rytuały   i   sekwencje   w   kodach   tetragramatycznych   zrozumiałe   dla   awatara 
BogaMaszyny   zamieszkującego   wnętrze   krążownika.   Stojący   nieruchomo   na   mostku   i 
otoczony   świtą   adeptów   techkapłan   czekał   na   milczący   ruch   Sempera   zezwalający   na 
rozpoczęcie procedury skokowej.
 - Quinque...
 - Quattuorum...
 - Tres...
 - Due...
 - Unus...
 - Engagus !
     Na rozkaz magosa prawdziwie kosmiczne rezerwuary energii ukryte dotąd w plazmowych 
reaktorach zostały raptownie przetransferowane do silników podprzestrzennych, wyrywając w 
powłoce  wymiaru   materialnego  wielką  dziurę   i  wpychając  w   nią  bryłę  krążownika.   Pole 
Gellera – przypominający gigantyczną kroplę kokon pola siłowego chroniący okręt i jego 
załogę   przed   furią   podprzestrzeni   –   trzeszczało   donośnie   pod   wpływem   fal   energii 
uderzających w jego powierzchnię. Macharius dygotał wyraźnie, od dziobu po rufę. Nowi 
rekruci kulili się w przerażeniu na pokładach okrętu, krzycząc przeraźliwie i nie zważając na 
ochronne   wersety   recytowane   przez   ich   bardziej   doświadczonych   towarzyszy   niedoli. 
Konfesorzy,   młodsi   komisarze   i   uzbrojeni   w   strzelby   oficerowie   porządkowi   krążyli   po 
pokładach okrętu pocieszając spanikowanych marynarzy i polecając ich protekcji Imperatora, 
a   jednocześnie   czujnie   wypatrując   wśród   rzesz   ludzkich   twarzy   jakiegokolwiek   śladu 
demonicznej obecności.

*  *  *  *  *

     Na mostku krążownika techkapłan ukłonił się w milczeniu kapitanowi sygnalizując w ten 
sposób zakończenie swej części zadania. Od tej chwili los jednostki spoczywał w rękach innej 
osoby.
         Zamknięty w swym kokonie i strzeżony przez fanatycznych żołnierzy Navis Nobilite, 
którzy bez pozwolenia swego mistrza nie dopuściliby do niego nawet kapitana okrętu, główny 
Nawigator Solon Cassander zamknął oczy i zdjął z głowy opaskę zakrywającą jego trzecie, 
mistyczne oko, znajdujące się pośrodku wysokiego czoła.

background image

         Spoglądając w otchłań Osnowy legendarnym wzrokiem podprzestrzennym, Cassander 
dostrzegał   wyraźnie   kształt   całego   okrętu.   Znajdująca   się   w   jego   tyle   sekcja   napędowa 
składała   się   na   jedną   trzecią   mierzącego   trzy   kilometry   kadłuba,   ale   główny   element 
Machariusa   znajdował   się   pod   jego   nogami:   bryła   metalu   najeżona   lufami   artyleryjskich 
wieżyczek,  antenami  systemów  komunikacyjnych  i  skanerów.  Na każdej  burcie jednostki 
ciągnęły   się   luki   strzeleckie   ciężkiej   artylerii   i   wrota   hangarów   pokładowego   lotnictwa. 
Daleko   z   przodu   dostrzegał   potężny   adamandytowy   taran   przeznaczony   do   dekompresji 
kadłubów   nieprzyjacielskich   okrętów,   tam   też   znajdował   się   najistotniejszy   arsenał 
krążownika:   sześć   wyrzutni   mogących   miotać   ze   swych   gardzieli   mierzące   trzydzieści 
metrów plazmowe torpedy.
         Siła ognia Machariusa wzbudzała słuszne wrażenie, ale Cassander wiedział, że była 
niczym   wobec   potęgi   żywiołu   szalejącego   w   bezkresie   Osnowy.   Nawigator   rozluźnił   się 
oczyszczając   umysł   ze   zbędnych   myśli   i   sięgnął   mistycznym   wzrokiem   dalej,   w   głąb 
Immaterium, kierując się sygnałem Astronomicanu jako podstawą do określenia bieżącego 
kursu okrętu.  Chociaż  wszystkie  korekty astronawigacyjne  musiały być  przekazywane  na 
mostek  krążownika  w celu ich odnotowania,  w trakcie  najbliższych  dni tranzytu  poprzez 
Osnowę prawdziwym władcą Machariusa był Nawigator Cassander.
         Siedząc na swym fotelu Semper wpatrywał się z niemą fascynacją w ekran jednego z 
terminali,   wyświetlającego   na   monitorze   elektronicznie   przekształcony   obraz   pływów 
Osnowy rejestrowany przez zewnętrzne czujniki okrętu. Nawigatorzy twierdzili, że niektórzy 
z   nich   potrafią   na   podstawie   tych   wirujących,   ustawicznie   zmieniających   kształt   skupisk 
energii   przepowiadać   przyszłość.   Obserwując   bezradnie   energetyczne   zaburzenia   Semper 
zastanawiał się, jak też przyszłość czekała Zgrupowanie Floty Gothic.
     Udanych łowów. Tradycyjne pozdrowienie wysyłane okrętom wychodzącym na patrol lub 
spotykającym   się   w   trakcie   tranzytu   przez   Osnowę   teraz,   w   obliczu   armad   Chaosu 
opuszczających cały czas Oko Grozy i mających na swym koncie blisko tuzin zniszczonych 
baz   marynarki   w   sektorze,   nabierało   zupełnie   innej,   złowieszczej   wymowy.   Semper 
zastanawiał się, kto też w tej wojnie będzie myśliwym, a kto ofiarą.

*  *  *  *  *

          Contagion   dryfował   z   wyłączoną   większością   systemów   pokładowych,   zasilany   na 
najniższym   dostępnym   trybie   pracy   reaktorów   w   celu   zminimalizowania   swej   zazwyczaj 
silnej   radarowej   sygnatury.   Ponieważ   refleks   pozostającego   w   organicznej   symbiozie   z 
okrętem   kapitana   również   uległ   znaczącemu   spowolnieniu,   Morrau   dopiero   po   kilku 
sekundach zorientował się, że ktoś obok niego stoi. Heretycki nawigator. Twarz mężczyzny 
pokryta była mrowiem nabrzmiałych, cieknących śluzem pęcherzy i bąblami wrzodów.
 - Wybacz mą impertynencję, kapitanie, ale...
  -   Wiem   –   machnął   ręką   Morrau   przerywając   słowa   swego   opętanego   demonicznie 
Nawigatora – Też to wyczułem. Moce Osnowy ostrzegają nas, że zwierzyna nadciąga. 
     Morrau zmienił swą pozycję w fotelu rozkoszując się wizją rychłej konfrontacji.

*  *  *  *  *

     Na krańcach systemu Dolorosa zapłonęło miniaturowe drugie słońce, bardziej oślepiające 
od prawdziwej gwiazdy tworzącej serce układu. Fale energii omiatały rozdarcie materialnej 
powłoki   znacząc   miejsce   pojawienia   się   trzykilometrowego   metalowego   lewiatana 
wdzierającego się z powrotem do rzeczywistości. Tarcze siłowe okrętu pracowały na granicy 
całkowitego przeciążenia. HDMS Lord Solar Macharius dotarł szczęśliwie do swego punktu 
przeznaczenia.

background image

     Pozostawiając dziękczynne modlitwy konfesorom i techkapłanom, Leoten Semper usiadł 
na swym fotelu za kapitańską konsoletą. Okręt był w tym krytycznym momencie najbardziej 
odsłonięty i bezbronny, ponieważ jego systemy zasilania były właśnie resetowane, a wielka 
energetyczna   anomalia   powstała   w   miejscu   wyjścia   z   Osnowy   zdradzała   obecność 
krążownika wszystkim potencjalnym urządzeniom namierzającym w obrębie systemu.
  -   Astronawigacja   !   –   rzucił   szorstkim   tonem   kapitan   –   Określić   nasz   kurs   i   pozycję. 
Monitoring ! Zlokalizować koordynaty eskadry Mako i skontrolować przestrzeń pod kątem 
obecności innych  obiektów. Kapitan do załogi ! Podnieść tarcze ochronne i przygotować 
systemy bojowe.
      Przez chwilę siedział bezczynnie obserwując pracę swych podwładnych, potem zaczęły 
napływać pierwsze odpowiedzi.
  -   Zgłasza   się   Astronawigacja.   Potwierdzam   wyjście   w   systemie   Dolorosa.   Szacunkowa 
poprawność   skoku   wynosi   89.7   procent   –   Semper   zanotował   w   pamięci,   że   musi   przy 
najbliższej   okazji   pochwalić   swego   głównego   Nawigatora.   Każdy   tranzyt   kończący   się 
skokiem   o   dokładności   większej   niż   70   procent   świadczył   o   mistrzowskim   talencie 
Nawigatora.
 - Zgłasza się Monitoring. Wciąż silne zaburzenia magnetyczne wywołane procedurą wyjścia 
z Osnowy. Nie możemy zlokalizować eskadry Mako.
 - Zgłasza się Komunikacja. Żadnej odpowiedzi na nasze kodowane wezwania. Brak sygnału 
na wszystkich standardowych częstotliwościach marynarki.
     Semper spojrzał na czerń kosmosu widoczną za przeszkloną ścianą mostku, z której zdjęto 
już   mechanicznie   płyty   tarcz   ochronnych.   Mniejsza   z   raportami   sekcji   skanerów 
dalekosiężnych,   za   pomocą   urządzeń   optycznych   pracujących   na   mostku   powinni   byli 
dostrzec te niszczyciele gołym okiem. 
     Na Złoty Tron, gdzie oni się podziali ?

*  *  *  *  *

         Kilkaset tysięcy kilometrów za rufą Machariusa Contagion zbliżał się do ofiary. Moc 
przepływająca przez systemy krążownika stopniowo ulegała zwiększeniu. Hendrik Morrau z 
trudem tłumił dziką ekscytację widząc coraz bliższą plamkę połyskującą na wyświetlaczu 
pasywnego skanera.
  - Utrzymać  bieżący kurs i zwiększyć  prędkości do dwa koma  zero. Pozostawać w jego 
śladzie podprzestrzennym. Dziobowe baterie i lance do połowy stanu mocy. Tarcze siłowe 
wyłączone, dopóki nie zmienię rozkazu.
          Morrau   nie   odrywał   wzroku   od   ekranu   skanera.   To   była   taktyka,   którą   lata   temu 
dopracował   do   perfekcji   –   użycie   strumienia   energetycznych   zakłóceń   ciągnącego   się   za 
statkiem   wychodzącym   z   Osnowy   w   celu   zamaskowania   własnej   obecności   i   skrytego 
podejścia pod rufę ofiary. Kiedy wróg w końcu zorientuje się, że coś jest nie tak, Contagion 
znajdzie   się   na   dogodnej   pozycji   do   oddania   salwy   prosto   w   jego   sekcję   napędową. 
Unieruchomiony imperialny okręt zostanie następnie przejęty przez oddziały abordażowe i 
ograbiony.   Morrau   drżał   na   myśl   o   następnych   jeńcach,   zwłaszcza   zaś   o   możliwości 
pochwycenia   lojalistycznego   kapitana.   Śledczy   Torque   otrzymał   już   precyzyjne   i   bardzo 
specyficzne   instrukcje   dotyczące   zachcianek   kapitana   względem   procedury   przesłuchania 
dowódcy   Machariusa,   jeśli   ten   okazałby   się   dostatecznie   głupi,   by   trafić   w   ręce   Morrau 
żywcem.

*  *  *  *  *

background image

     - Odkryto potencjalną anomalię w procedurze monitoringu – beznamiętny głos jednego z 
serwitorów przykuł natychmiast uwagę kapitana.
 - Identyfikacja !
      Oficerowie zebrali się pośpiesznie przy stanowisku roboczym wiedząc, że ich dowódca 
woli usłyszeć raport z ust normalnego człowieka, a nie półmechanicznej organicznej maszyny 
obliczeniowej, jednej z wielu pracujących na pokładzie krążownika. Hito Ulanti przyjrzał się 
uważnie runicznym symbolom połyskującym na ekranie skanera.
  - Cały czas mamy silne szumy energetyczne w strefie rufowej, ale czujniki zlokalizowały 
potencjalny obiekt piętnaście do dwudziestu tysięcy kilometrów za nami. Odległość szybko 
maleje... to może być okręt kosmiczny !
     Semper podjął decyzję w ułamku chwili.
 - Sternik, cała na prawo ! Maszynownia, odpalić prawoburtowe silniki korekcyjne i przesłać 
do nich pełną moc !

*  *  *  *  *

          -   Cel   skręca   w   prawo.   Wzrost   poziomu   mocy   w   jego   sygnaturze   energetycznej   – 
zaskrzeczał żabiogłowy sternik Contagiona.
 - Wykrył nas ! – wrzasnął z wściekłością Morrau – Pełna moc do przednich baterii. Strzelać 
po osiągnięciu gotowości !
  -   Kapitanie   !   Tarcze   siłowe   !   Musimy...   –   krzyknął   jeden   z   renegackich   techkapłanów 
Contagiona, zanim należący do osobistej straży Morrau Marine z Legionu Gwardii Śmierci 
nie zastrzelił go na znak dany przez swego pana.
 - Nie ma czasu ! – zawył Morrau – Namierzyć cel przednimi bateriami i strzelać !

*  *  *  *  *

         Macharius zaczął obracać się w przestrzeni, pokrywające jego prawą burtę wizerunki 
gargulców   pluły   plazmowym   ogniem   silników   manewrowych.   Na   ekranach   terminali 
bojowych   Contagiona   pojawiła   się   chmura   gorących   gazów   dezorientująca   systemy 
strzeleckie krążownika. Salwa przednich baterii ominęła nieszkodliwie przesuwający się w 
bok lojalistyczny okręt.
  -   Podnieść   tarcze   siłowe   !   –   krzyknął   Morrau   świadom   faktu,   że   manewr   Machariusa 
przemieści   go   na   dogodną   pozycję   do   odpalenia   części   baterii   artyleryjskich   przed 
włączeniem dostatecznej liczby generatorów pól siłowych Contagiona. W przypadku takiego 
dystansu między jednostkami nie można było mówić o uszkodzeniach krytycznych, niemniej 
jednak krążownik Chaosu otrzymał kilka trafień penetrujących, zanim kokon pól siłowych nie 
okrył go migotliwą powłoką absorbującą energię laserowych wiązek.
     Moment zagrożenia minął. Hendrik Morrau rozparł się w fotelu mile zaskoczony reakcją 
swego przeciwnika. Być może ten pojedynek miał mu dostarczyć znacznie lepszej rozrywki, 
niż pierwotnie zakładał.

*  *  *  *  *

          Semper   śledził   wzrokiem   sygnaturę   nieprzyjacielskiego   okrętu   przesuwającą   się   po 
ekranie   skanera,   wychodzącą   poza   zasięg   pokładowych   baterii   Machariusa.   Wstępna 
wymiana   ognia   dobiegła   końca,   obie   jednostki   przystąpiły   do   manewrów   mających 
wyprowadzić   je   na   nowe   pozycje   do   kolejnego   ataku.   Zyskali   nieco   czasu   na   zdobycie 
większej ilości informacji o niespodziewanym napastniku.
 - Monitoring, zidentyfikujcie obiekt według klasy i nazwy, jeśli potraficie.

background image

     Dowódca sekcji Monitoringu zaczął porównywać odczyty skanerów z niezwykle obszerną 
i liczącą setki lat bazą danych w bankach pamięci swego terminala. 
  -   Obiekt   to   ciężki   krążownik   typu   Hades.   Jego   układ   identyfikacji   radiowej   nadaje 
zmodyfikowane   sygnały   starego   systemu   identyfikacji   Floty   Segmentum   Obscurus,   ale 
będziemy mogli... na Klątwę Vandire, to Vengis !
     Przez mostek przebiegła fala zduszonych, pełnych niedowierzania pomruków, przerwana 
ostrym napomnieniem ze strony jednego z oficerów.
  -   Nieprzyjacielski   okręt   otworzył   kanał   komunikacyjny,   sir.   Jego   kapitan   życzy   sobie 
rozmowy z panem.
 - Dajcie go na główny ekran – polecił Semper dostrzegając kątem oka jak Kyogen odpina 
dyskretnie swą kaburę.
 - Bądźmy dobrej myśli, komisarzu – uśmiechnął się bez cienia wesołości kapitan – Być może 
nasz antagonista pragnie przedyskutować warunki swej kapitulacji.
         Pomimo  silnych  radiowych  szumów  obsada mostka z miejsca zdała  sobie sprawę z 
nieludzkiego   wymiaru   głosu   rozbrzmiewającego   w   głośnikach   komunikatora.   Był   to   głos 
pełen jadu, a każde wymówione przezeń słowo wydawało się bulgotać w ustach opasłego 
cielska pękającego od nadmiaru krążących w nim trucizn.
  -   Moje   gratulacje,   kapitanie   –   oświadczył   rozmówca   –   Sporo   czasu   minęło...   mówiąc 
szczerze kilkaset lat, od chwili kiedy widziałem ostatni raz tak poprawnie wykonany Manewr 
Immermana.
  -   Mówi   kapitan   Leoten   Semper,   dowódca   HDMS   Lord   Solar   Macharius.   Podaj   swoją 
tożsamość.
     Głos w komunikatorze roześmiał się w oślizgły sposób.
  - Żałuję, że nie możemy się wzajemnie zobaczyć, kapitanie, ale jestem pewien, że moja 
obecna aparycja znacząco odbiega od zawartości portretów i po
popiersi wciąż stojących w Port Maw. Jestem kapitan Hendrik Morrau, dowódca jednostki, 
którą wy zapewne wciąż jeszcze znacie pod mianem Vengisa.
 - To niemożliwe ! – parsknął Semper – Morrau i jego załoga przepadli bez śladu w Osnowie 
po pogromie Ślepego Buntu sześćset lat temu !
 - Przepadli ? – zadrwił głos Morrau – Takie zapewne można było odnieść wrażenie, kiedy 
błądziliśmy w Immaterium, a plaga i zaraza pustoszyła nasze pokłady, lecz nasze cierpienia 
przyniosły ocalenie ze strony Potęgi, która dalece przewyższa swym boskim majestatem trupa 
spoczywającego  na Złotym  Tronie. Ten okręt zwie się teraz Contagion, kapitanie, a jego 
załoga z oddaniem służy Wielkiemu Ojcu, który odnalazł nas w wirach Osnowy i uczynił na 
swe boskie podobieństwo.
          Tkwiący   na   mostku   Contagiona   Morrau   kontemplował   wzrokiem   świetlny   punkt 
przedstawiający   pozycję   Machariusa   i   wsłuchiwał   się   w   głuchy   syk   milczącego 
komunikatora.
  -   Zamknęli   kanał   radiowy,   panie   –   zameldował   jeden   z   członków   obsady   mostka   – 
Nieprzyjacielski okręt zmienia kurs i oddala się od strefy bojowej.
 - Pozwólmy im uciekać. Daleko nie odlecą – oświadczyła rozkładająca się żywcem postać 
siedząca na fotelu kapitana – Przesłać więcej mocy do silników. Kiedy spróbują skoczyć w 
Immaterium, pójdziemy ich tropem.

*  *  *  *  *

         - Jakieś propozycje ? – zapytał Semper spoglądając na zgromadzonych wokół siebie 
oficerów   i   zaraz   uświadomił   sobie,   że   takie   liberalne   zachowanie   może   być   przez   nich 
odebrane jako dowód słabości kapitana.

background image

         Pierwszy odezwał się Remus Nyder, wieloletni weteran marynarki dowodzący sekcją 
Kontroli Lotów i zarazem najstarszy stażem oficer pokładowy Machariusa.
  - Bez eskadr bombowych nasze możliwości są dalece ograniczone, a nawet z kompletem 
szwadronów   Starhawków   okręt   klasy   Hades   wciąż   miałby   nad   nami   znaczącą   przewagę 
ogniową.   W   obecnej   sytuacji   pańska   decyzja   o   uniknięciu   konfrontacji   ze   znacznie 
silniejszym przeciwnikiem była jedynie słuszną i osobiście szczerze ją popieram.
     Grupa mężczyzn przytaknęła słowom Nydera kiwając głowami i pomrukując z akceptacją, 
lecz pierwszy oficer nie odezwał się ani słowem. Semper wyczuł jego wątpliwości.
 - Ma pan na ten temat odmienne zdanie, panie Ulanti ?
  - Proszę mi wybaczyć obiekcje, kapitanie, lecz jeśli nieprzyjacielski okręt faktycznie jest 
Vengisem, a jego kapitan podał nam swą prawdziwą tożsamość, to prawdopodobnie wciąż 
znajdujemy   się   w   niebezpieczeństwie   –   młody   komandorporucznik   urwał   na   moment 
zbierając   w   myślach   swe   argumenty,   po   czym   spojrzał   prosto   w   surową   twarz   swego 
przełożonego – Wykłady Morrau na temat taktyki marynarki wciąż są elementem materiałów 
szkoleniowych   w   akademiach   Floty,   a   historia   jego   pościgu   i   zniszczenia   eldarskiego 
krążownika Changelling stała się prawdziwą legendą marynarki. Nie potrafię uwierzyć, by 
Morrau, jeśli to faktycznie on, tak łatwo zrezygnował z walki, już prędzej skoczy za nami w 
podprzestrzeń. Od dawna wiemy, że opętane przez demony istoty kierujące takimi okrętami 
posiadają zmysły pozwalające przemieszczać im się w Osnowie w sposób dalece bardziej 
efektywny od możliwości Navis Nobilite. Nie mamy żadnej gwarancji na pomyślne zgubienie 
wroga   w   Osnowie,   nie   w   taki   sposób,   jakiego   używamy   w   stosunku   do   zwykłego 
przeciwnika.
         Zgromadzeni na mostku oficerowie spojrzeli na kapitana oczekując jego odpowiedzi, 
Semper jednak pogrążył się w milczeniu rozpatrując uwagi swego zastępcy.

*  *  *  *  *

      - Nieprzyjacielski kontakt. Znowu nas znalazł ! Wszystkie pokłady, przygotować się na 
wstrząsy !
         Minęły trzy dni od spotkania  z Contagionem  w  systemie  Dolorosa. Trzy dni pełne 
awaryjnych   skoków   podprzestrzennych   ustawicznych   pojedynków   ogniowych   z  jednostką 
Chaosu. Macharius nie potrafił zgubić swego prześladowcy. Nie mogąc mierzyć się z siłą 
ognia   oponenta   lojalistyczny   krążownik   skoczył   w   Immaterium,   gdzie   zgodnie   z 
podejrzeniami   porucznika   Ulanti   był   nieustannie   tropiony   przez   pilotowany   z   pomocą 
demonów   okręt   wroga.   Raz   za   razem   nieprzyjacielski   krążownik   wynurzał   się   z   wirów 
Osnowy otwierając ogień i zmuszając Machariusa do natychmiastowego awaryjnego wyjścia 
z podprzestrzeni gdzieś w otwartej pustce kosmosu. Statek Morrau wyskakiwał do wymiaru 
materialnego   zaraz   za   lojalistami   nie   dając   im   czasu   na   pełne   przeładowanie   napędu 
podprzestrzennego albo też czaił się w Immaterium w oczekiwaniu na ich powrót. Contagion 
trzymał   się   tropu   Machariusa   w   sposób   nieosiągalny   dla   jakiegokolwiek   ludzkiego 
Nawigatora.
     Zamiast wymiany ognia pomiędzy artyleryjskimi bateriami pojedynek prz
przerodził   się   w   walkę   na   potencjał   silników   podprzestrzennych   i   żelazne   nerwy   załóg. 
Leoten Semper pojmował coraz lepiej, że przegrywa w tym starciu. Systemy zasilania okrętu 
ledwie wytrzymywały przeciążenia ustawicznych skoków, podobnie jak umysły marynarzy.
         Contagion zbliżał się ponownie, jego znajoma już sygnatura energetyczna płonęła na 
ekranach czujników wyświetlających  zawirowania prądów Osnowy.  Pomimo  zamkniętych 
szczelnie pokryw na wszystkich lukach Semper potrafił bez trudu wyobrazić sobie tę scenę: 
złowieszczy trójkątny kształt krążownika Chaosu mknął w ich kierunku, jego wysoka wieża 
cięła   energię   eterycznego   wymiaru   niczym   płetwa   rekina,   ciężkie   baterie   strzeleckie 

background image

pulsowały   zgromadzoną   w   generatorach   mocą.   Macharius   zadygotał   ugodzony 
skoncentrowaną salwą i przez ułamek chwili mostek okrętu, odcięty od świata zewnętrznego 
opuszczonymi   na   okna   płytami   tarcz,   z   wyłączoną   większością   monitorów   w   celu 
oszczędzania   energii,   przypominał   bardziej   podziemny   bunkier   niż   centrum   kontroli 
potężnego okrętu wojennego. 
  - Penetracja tarcz siłowych, lewa burta – uznał szef sekcji Kontroli Lotów Remus Nyder 
oceniając   słuchem   dźwięk   bezpośredniego   trafienia   –   Brak   uszkodzeń   krytycznych,   ale 
przynajmniej jedna z baterii artyleryjskich wypadła z użytku.
         Za dobrą  minutę  miały napłynąć  oficjalne  meldunki  potwierdzające  słowa weterana 
marynarki, suche raporty zawierające szczątkowe informacje o losie setek nieszczęśników 
mających pecha pracować w baterii ugodzonej salwą laserowych wiązek, ciężkich pocisków 
burzących i plazmowych kul ognia.
      Na polecenie Sempera Macharius odpowiedział ogniem z reszty lewoburtowych baterii. 
Obydwa   okręty   wymieniły   kilka   salw   mijając   się   bokami.   Walka   w   Osnowie   była 
ograniczona do niezwykle małego dystansu, zasięg pracy skanerów i systemów kierowania 
ogniem wynosił zaledwie setki, a nie zwyczajowe dziesiątki tysięcy kilometrów. Przestrzeń 
pomiędzy   krążownikami   została   wypełniona   potencjałem   rażenia   zdolnym   całkowicie 
zrównać z ziemią duże miasto. Przeciążone pola siłowe paliły się jaskrawym blaskiem na 
ekranach czujników.
  -   Ostrzeżenie   !   Awaria   systemów   zasilania   !   –   oświadczył   jakiś   adept   Mechanicus 
przekrzykując ryk klaksonów. Semper zaklął z rozpaczą. Albo do końca zarżnęli pracujące na 
granicy   przeciążenia   generatory   mocy   albo   ostatnie   trafienie   uszkodziło   żywotną   część 
okrętu. Tak czy owak, krótki okres sprawowania komendy nad Machariusem zbliżał się do 
nieuchronnego   końca.   Krążownik   posiadał   co   prawda   rezerwowe   generatory   energii 
przeznaczone do podtrzymania Pola Gellera, ale czas ich uruchomienia był znacznie dłuższy 
od czasu potrzebnego załodze Contagionu na zbliżenie się do ofiary i rozniesienie jej ogniem 
artyleryjskim w gwiezdny pył.
         Wszyscy ludzie na pokładzie Machariusa byli już w zasadzie trupami i Semper pojął 
znienacka, że martwy człowiek niczym nie ryzykuje.
 - Obniżyć Pole Gellera do poziomu sześćdziesięciu procent ! – krzyknął głośno – Nadwyżkę 
mocy przesłać do sekcji napędowej i trzymać w rezerwie !
  - Nie ! – zszokowany magos  Castaboras pierwszy zareagował  na nieoczekiwany rozkaz 
Sempera  – Komisarzu  Kyogen,  powstrzymaj  go ! Bez protekcji Pola Gellera  zostaniemy 
rozerwani na strzępy wirami Osnowy !
         Semper odwrócił się w miejscu na czas, by ujrzeć podnoszoną w swym kierunku lufę 
broni, ale  wtedy Hito  Ulanti znalazł  się znienacka  pomiędzy swym  dowódcą  i masywną 
sylwetą komisarza spoglądając z nienaturalnym spokojem w lufę boltowego pistoletu.
 - Jako drugi rangą oficer na tym okręcie popieram pomysł kapitana. Zastrzel nas obu, jeśli 
musisz, ale to tylko przyśpieszy twoją własną śmierć. Kapitan daje nam ostatnią szansę na 
podjęcie walki.
     Ręka Kyogena nie drgnęła nawet o cal.
 - Magosie Castaborasie, czy taka taktyka ma szanse powodzenia ?
  - Cóż, być może... jeśli nieprzyjaciel zostanie zwabiony dostatecznie blisko. Lecz istnieje 
znacznie większe ryzyko...
 - Dziękuję, magosie. To wszystko, co chciałem usłyszeć – komisarz opuścił uzbrojoną dłoń – 
Kapitanie, może pan kontynuować.
          Semper   obserwował   świetlny   punkt   na   wyświetlaczu   głównego   ekranu.   Contagion 
zawrócił i podchodził teraz do nich od strony lewej burty, gotowy na dobicie ofiary strzałami 
baterii dalekiego zasięgu.

background image

          Pozwól   bliżej,   arogancki   sukinsynu,   pomyślał   Semper.   Przecież   właśnie     tego   tak 
naprawdę chcesz. Dlatego tak zaciekle walczyłeś przez te ostatnie kilka dni. Podejdź bliżej i 
ciesz się swoim tryumfem.

*  *  *  *  *

     - Systemy zasilania celu tracą moc. Pole Gellera pracuje na dwóch trzecich potencjału – 
zameldował jeden z heretyckich techkapłanów.
         Morrau pochylił się do przodu w fotelu i spojrzał przez odsłonięte okna mostku na 
widoczny w falach Osnowy kształt imperialnego okrętu. Słudzy C
Czterech Potęg nie opuszczali w trakcie tranzytu pokryw ochronnych na okna, ponieważ nie 
musieli obawiać się widoku Immaterium. Kapitan próbował odgadnąć prawdziwe intencje 
swego  przeciwnika   węsząc   w  jego  nietypowym  zachowaniu   jakiś   podstęp.   Lecz  przecież 
tylko całkowity szaleniec ryzykowałby wieczne przekleństwo swej duszy tak desperackim 
gambitem. Dowódca krążownika Chaosu miał już kilkakrotnie sposobność ujrzeć na własne 
oczy efekty kolapsu Pola Gellera i żadnego z tych przypadków nie potrafiłby zapomnieć. Cała 
struktura   materialna   okrętu   była   wówczas   nawiedzana   przez   drapieżne   demony   Osnowy 
przybierające realny kształt na czas żerowania na duszach marynarzy.
         Morrau uśmiechnął się do swych wspomnień i położył podobną do szkieleciej dłoń na 
pulpicie panelu kontrolnego, cały czas próbując odkryć prawdę schowaną za migoczącymi 
runami wyświetlacza.

*  *  *  *  *

         - Nie chwycił  przynęty.  Musimy podnieść stawkę wyżej ! Obniżyć  Pole Gellera do 
poziomu czterdziestu stopni ! – rozkazał Semper próbując opanować drżenie głosu. Zewsząd 
dobiegał go przeciągły jęk maltretowanego metalu: to kadłub krążownika zaczynał wyginać 
się   niebezpiecznie   pod   naporem   energii   Osnowy   naciskającej   na   ledwie   działające   Pole 
Gellera.   Wielu   obecnych   na   mostku   techadeptów   upadło   na   kolana   słysząc   te   dźwięki, 
przekonanych, że to sam Duch Maszyny okrętu wyje rozwścieczony czynami ludzi. Magos 
Castaboras   uciszył   niezwłocznie   ich   krzyki   rozpoczynająć   pośpiesznie   modlitwę.   Starszy 
stopniem  techkapłan  wiedział  doskonale,  że  na takim poziomie  zasilania  tarcza  ochronna 
wytrzyma zaledwie jedną czy dwie minuty.
     Semper wpił się wzrokiem w sygnaturę świetlną Contagiona, próbując zmusić ją myślami 
do zbliżenia się na mniejszą odległość. Hendrik Morrau był godnym szacunku i niezwykle 
doświadczonym   oponentem,   ale   Semper   pamiętał   też   inne   strony   charakteru   legendy 
Zgrupowania Floty Gothic. Morrau był okrutnym i bezwzględnym dowódcą, który potrafił 
kiedyś patrzeć z zadowoleniem jak trzy tysiące buntowników są wyrzucane bez skafandrów w 
kosmiczną pustkę lub ciskane żywcem prosto do plazmowych reaktorów. Był człowiekiem 
czerpiącym radość z cierpienia innych żywych istot jeszcze w czasach poprzedzających jego 
zdradę. Czy mógł się oprzeć pokusie spektaklu, który lada moment miał się rozegrać przed 
jego oczami ?
 - Nieprzyjacielski okręt zbliża się do nas.
     Zanim jeszcze oficer nadzorujący sekcję Monitoringu skończył mówić, Semper wydawał 
już pośpieszne rozkazy.
 - Wykorzystać rezerwę energetyczną i przywrócić integralność Pola Gellera. Sternik, odpalić 
prawoburtowe silniki korekcyjne i odwrócić nas w lewo. Panie Nyder...
 - Torpedy, kapitanie ?
         Dziki uśmiech na twarzy Sempera był niemal identyczny z grymasem na ustach jego 
podwładnego.

background image

 - Tak, panie Nyder, torpedy.

*  *  *  *  *

     - Cel zmienia pozycję !
      Hendrik Morrau nie potrzebował ostrzeżenia swego sternika, by pojąć istotę pułapki, w 
którą go wciągnięto. Z nagłym skurczem żołądka patrzył jak opancerzony dziób imperialnego 
krążownika   odwraca   się   w   jego   stronę,   prosto   w   sylwetę   Contagiona.   Stary   weteran 
kosmicznych wojen odniósł wrażenie, że spogląda w lufę nabitego boltowego pistoletu. A 
raczej   sześciu   pistoletów,   ponieważ   w   tym   samym   momencie   klapy   zamykające   wyloty 
wyrzutni torpedowych Machariusa rozsunęły się na boki. Lojalistyczny krążownik odpalał już 
wcześniej torpedy w pojedynkach ze swym prześladowcą, ale wszystkie przepadały wśród 
wirów Immaterium przed dotarciem do swego celu.
     Tym razem miało być inaczej. Dystans okazał się zbyt krótki, by mogły chybić. Odpalone 
w równoczesnej sekwencji, wszystkie plazmowe głowice trafiły bryłę Contagiona pośrodku 
masywnego kadłuba, przełamując renegacki krążownik wpół. Jedna z nich nie eksplodowała 
od razu, tylko  przebiła  prawie  tuzin  pokładów  zatrzymując  się  dopiero w  pomieszczeniu 
generatorów pola ochronnego. 
     Hendrik Morrau został wyrwany ze swego fotela impetem pierwszego wybuchu. Zwijał się 
na podłodze mostku w koszmarnych cierpieniach przez te kilka długich sekund dzielących 
pierwszą detonację od wybuchu torpedy wbitej w generator pól siłowych. Wtedy wszystkie 
demony Osnowy rzuciły się na niego chcąc odebrać duszę, którą nieświadomie tak dawno 
temu im obiecał.

*  *  *  *  *

          -   Cel   zniszczony   !   –   potwierdził   oficer   sekcji   Monitoringu.   Leoten   Semper   śledził 
wzrokiem odczyty skanera próbując sobie wyobrazić koszmar, jaki właśnie rozgrywał się po 
drugiej stronie zamkniętych okien mostka. Wielki rebeliancki krążownik był rozdzierany na 
strzępy przez głodne istoty przybyłe po dusze jego przeklętej załogi.
     Wyłączył monitor i spojrzał na swego zastępcę. Znienacka uświadomił sobie, że od kilku 
dni nie zmrużył oczu. Zasypiał na stojąco.
 - Rozkazy, sir.
  -   Oszacować   poziom   uszkodzeń   i   użyć   reszty   dostępnej   energii   do   wyjścia   z   Osnowy. 
Przeładujemy   generatory   energii   i   dokonamy   prowizorycznych   napraw   przed   dalszym 
tranzytem do Bhein Morr. Mostek jest pański, panie Ulanti.

*  *  *  *  *

      Maxim Borusa stąpał starannie przez wciąż płonącą i zasłaną ludzkimi szczątkami halę 
baterii artyleryjskiej. Sąsiednia bateria otrzymała  bezpośrednie trafienie w trakcie bitwy i 
dzielące  obie hale hermetyczne  wrota nie zdążyły  opaść na czas, by powstrzymać  ścianę 
ognia   przed   wtargnięciem   do   wnętrza   podpokładu.   Maxim   zareagował   z   nieludzkim 
refleksem, chwytając za ubrania dwóch swych towarzyszy i zasłaniając się nimi niczym żywą 
tarczą.,   kiedy   podmuch   rozpalonego   powietrza   przewalił   się   ponad   jego   przewróconą   na 
podłogę postacią.
          Wyczołgując   się   spod   zwęglonych   trupów   pomyślał,   że   jest   jedynym   ocalałym   z 
katastrofy. I wtedy znalazł Gogola.

background image

         Przywódca gangu roboczego leżał pod przewróconym metalowym filarem, jego nogi 
zostały zmiażdżone. Konstrukcja ocaliła go przed najgorszym  podmuchem żaru, ale i tak 
stracił wzrok. Wyczuwając przy sobie czyjąś obecność Gogol podniósł głowę.
 - Kto tam ? – wycharczał – Nie stój tak ! Pomóż mi. Znajdź jakiegoś medyka !
 - Zaczekaj – powiedział Maxim i zaczął przetrząsać pobliskie rumowisko. Po chwili powrócił 
z celem swych poszukiwań w rękach. Trzymał w nich długi na półtora metra klucz francuski 
służący do mocowania podkładów kolejowych.
     Gogol nigdy nie dowiedział się, co go trafiło.
         Trzy szybkie uderzenia   połączone z mile brzmiącym dźwiękiem miażdżonej czaszki i 
szanse Maxima na przeżycie marynarskiej służby wydatnie wzrosły. Zadowolony z siebie, 
usiadł na stercie złomu oczekując spokojnie przybycia ekip ratunkowych.

*  *  *  *  *

     Sześć dni później HDMS Lord Solar Macharius wyskoczył z Osnowy na krańcu systemu 
Bhein   Morr.   Systemy   namierzania   sekcji   Monitoringu   niemal   natychmiast   zarejestrowały 
kilka tuzinów aktywnych kanałów komunikacyjnych marynarki. Okolice punktu skokowego 
patrolowała eskadra monitorów i jeden z nich opuścił formację prowadząc przybyły właśnie 
krążownik przez pas niedawno położonych  pól minowych  chroniących  gromadzące się w 
systemie okręty imperialnej marynarki.
 - Mieliście udane łowy, Macharius ? – zasygnalizował kapitan monitora zauważając liczne 
szramy na kadłubie krążownika. 
 - Wystarczająco dobre – odparł dowódca Machariusa – Wystarczająco dobre.

Kwestia honoru
     

          Ponownie   ryzykując   lawinę   krytyki   ze   strony   akademickich   antagonistów,   usilnie 
podważających   zasadność   moich   naukowych   preferencji   muszę   powrócić   do   tematu 
krążownika Machariusa oraz kapitana Leotena  Sempera. Czytelnicy nie dość dostatecznie 
biegli w dziedzinie historii Wojny o Gothic zapewne będą się głowić, dlaczego tak wiele 
uwagi   poświęcam   jednej   spośród   setek   jednostek   marynarki   biorących   udział   w   tym 
konflikcie. Pragnę w tym miejscu prosić o cierpliwość, ponieważ analizowane przeze mnie 
wydarzenie, całkowicie pominięte przez innych historyków, posiada wyjątkowe znaczenie dla 
przebiegu pierwszej fazy konfliktu. Leoten Semper, służący na pierwszej linii frontu, nie miał 
rzecz   jasna   pojęcia   o   prawdziwych   motywach   działania   członków   załogi   zbuntowanego 
krążownika   Bellerophon   ani   wartości   zdobyczy,   jaką   zamierzali   oni   przekazać   w   ręce 
nieprzyjaciela, z pewnością jednak istnieli wyżsi rangą oficerowie marynarki, którzy w akcie 
dezercji Bellephorona dostrzegli finalny element pewnego planu, rozpoczętego cztery lata 
wcześniej, jeszcze przed wybuchem wojny, a zainaugurowanego niszczycielskim rajdem na 
imperialny   posterunek   strzegący   Arx   Gap   w   roku   139.M41.   Gdyby   wówczas   odkryto 
prawdziwe   znaczenie   owego   planu,   istniała   możliwość   uratowania   od   zagłady   miliardów 
ludzkich istnień oraz uniknięcia przerażającego niebezpieczeństwa, które obecnie cały czas 
zagraża naszemu mocarstwu.

        Emerytowany skryba Rodrigo Konniger, W szczęki śmierci, w paszczę piekieł: historia 
Wojny o Sektor Gothic, 143149.M41

background image

     Na pokładach okrętu zamierał stopniowo bitewny zgiełk. Dźwięk wystrzałów i szczęk stali 
zastąpiły radosne okrzyki i przeraźliwe wrzaski. Okrzyki wydawali zwycięzcy polujący w 
labiryncie korytarzy i kajut na nielicznych ocalałych przeciwników, wrzaski zaś oznaczały, że 
właśnie dopadli kolejnego z nich.
      Komandorporucznik Pava Magell szedł głównym korytarzem wiodącym do okrętowego 
arsenału,   przyjmując   saluty   zmęczonych,   ale   szczęśliwych   marynarzy   i   kierując   słowa 
pocieszenia pod adresem rannych. To tutaj ich przeciwnicy stworzyli ostatni punkt oporu, 
barykadując   się   w   arsenale   i   próbując   w   desperackim   akcie   obrony   zdetonować   skład 
amunicji.   I   to   Magell   osobiście   poprowadził   atak,   który   wyeliminował   obrońców 
uniemożliwiając im wysadzenie całego okrętu w powietrze.
         W jednym z bocznych korytarzy okrzyki tryumfu wybuchły ze zdwojoną siłą. Magell 
ujrzał gromadę podekscytowanych ludzi biegnącą w jego kierunku. Nad głowami nieśli coś 
przypominającego   ubrany   w   podarte   szmaty   kawał   mięsa   zdjęty   z   rzeźnickiego   haka, 
uniesiony w powietrzu na ostrzach bagnetów i kordów. Magell patrzył, jak biegnąc kopią coś 
mniejszego,   ale   równie   skrwawionego   po   podłodze.   Mały   obiekt   wylądował   z   miękkim 
mlaśnięciem u stóp oficera i nowy dowódca okrętu spojrzał na niego z mieszaniną odrazy i 
ciekawości. Skopana ciężkimi butami na krwawą miazgę i pozbawiona jednego oka, głowa 
okrętowego komisarza Brandta wciąż jeszcze była rozpoznawalna.
 - Sir ?
     Magell odwrócił się do tyłu. Oficer wachtowy Kelto stanął na baczność przed dowódcą. 
Był młody i zbyt jeszcze niedoświadczony, by piastować tak odpowiedzialną funkcję, ale 
Magell   uznał,   że   ambitny   podoficer   zasłużył   sobie   na   to   stanowisko   mordując   swego 
poprzednika   podczas   rewolty   na   kapitańskim   mostku.   Mundur   Kelto   był   podarty   i 
skrwawiony, ale komandorporucznik z zadowoleniem zauważył, że bystry młodzik zdążył już 
zerwać   z   piersi   srebrny   emblemat   w   kształcie   Imperialnego   Orła   i   podobne   naszywki 
zdobiące dotąd jego rękawy. 
 - Wszystkie pokłady meldują zwycięstwo, sir – wyszczerzył w uśmiechu zęby młody oficer – 
Ostało się jeszcze paru lojalistów ukrytych gdzieś w zakamarkach okrętu albo ukrytych w 
naszych szeregach, ale szybko ich wytropimy. Niech będzie pochwalony Abaddon, kapitanie. 
Statek jest nasz.

*  *  *  *  *

         Wnętrze hangaru wypełniał szczęk stali uderzającej o stal. Pokład lotniczy, największe 
pomieszczenie na Machariusie, z reguły tętnił życiem, rozbrzmiewał rykiem kontrolowanych 
turbin, okrzykami podoficerów nadzorujących pracę marynarzy, głuchym pomrukiem wind 
przywożących amunicję z położonych niżej składów, śpiewnymi recytacjami techkapłanów 
błogosławiących ustawione w szeregach maszyny. Tego dnia jednak prace w hangarze zostały 
odwołane. Piloci i ludzie z obsługi technicznej zebrali się w ciasnej gromadzie pod ścianami 
pomieszczenia. Z setek mężczyzn stojących a

na pokładzie lub tłoczących się na wąskich pomostach jedynie serwitorzy nie zwracali uwagi 
na   rozgrywające   się   w   centrum   hangaru   wydarzenia,   monotonnie   wykonując 
zaprogramowane wcześniej funkcje.
     Komandorporucznik Hito Ulanti uskoczył w tył wychodząc z zasięgu ostrza przeciwnika, 
zwinnie unikając brudzących pokład kałuż paliwa i oleju. W jego domu, w gigantycznych 
metropoliach Necromundy,  pojedynki uważane były za formę sztuki praktykowanej  przez 
członków   arystokratycznych   klanów   i   stanowiły   wyzwanie   dla   każdego   ambitnego 
młodzieńca   chcącego   wykazać   się   w   świecie,   gdzie   skrytobójstwa   i   rywalizacja 

background image

wewnątrzklanowa były równie powszechne jak arystokratyczne rytuały i wyszukana etykieta. 
W imperialnej marynarce panowały odmienne zwyczaje. Tutaj nie było miejsca na baletowe 
popisy pełne precyzyjnie wykonanych sekwencji szermierczych. W marynarce walka wręcz 
sprowadzała się do krwawych  akcji abordażowych,  toczonych  w ciasnych  korytarzach  za 
pomocą rozmaitych broni i narzędzi.
         Ulanti  przeciął  powietrze  serią  eleganckich  ruchów  parując  uderzenia  przeciwnika  i 
zmuszając go do przerwania szarży. Cięższa od wersji necromundiańskiej, szabla Ulantiego 
była przystosowana do odmiennych warunków walki bronią białą panujących w marynarce. 
Wykonana na specjalne zamówienie i pod kątem osobistych preferencji właściciela, stanowiła 
broń idealnie dopasowaną zarówno do potrzeb necromundiańskiego arystokraty jak i oficera 
kosmicznej floty, teraz zaś Ulanti miał okazję pierwszy raz przetestować ją w pojedynku. 
Pierwsza krew przelana nową bronią stanowiła od zawsze istotne wydarzenie dla każdego 
prawdziwego wojownika i fakt, że miała to być krew lojalistycznego oficera, a nie wroga 
Imperium w najmniejszym stopniu młodego komandoraporucznika nie martwiła.
 - Metropolitalna szumowino ! Gangsterski śmieciu ! – wysyczał jego przeciwnik zataczając 
koło po obwodzie ringu – Czemu nie podejdziesz bliżej ? Dam ci lekcję na temat stylu walki, 
który przystoi oficerowi Floty !
      Ulanti skoczył do przodu. Zacisnął zęby nie pozwalając, by gniew zaczął górować nad 
chłodną   kalkulacją.   Udał,   że   traci   równowagę   na   plamie   oleju   i   przeciwnik   chwycił   tę 
przynętę ruszając w jego stronę, by zakończyć starcie. Ulanti ugiął się w nogach i przechylił 
w bok unikając pchnięcia  adwersarza,  po czym  wbił własne ostrze w gruby kombinezon 
lotniczy mężczyzny. Wyćwiczonym ruchem ręki skierował szpic broni w klatkę piersiową 
przeciwnika i przebił jego serce, po czym cofnął się natychmiast w tył pozwalając trupowi 
upaść na podłogę hangaru. Jasnoczerwona krew zaczęła mieszać się z tęczowo błyszczącym 
olejem. 
     Ulanti wyprostował się i zasalutował skrwawioną szablą w kierunku oficera wachtowego 
Brotona Styre, czuwającego nad prawidłowym przebiegiem pojedynku. Styre odpowiedział 
milczącym   skinięciem   głowy.   Ulanti   schował   broń   i   ruszył   w   stronę   wyjścia   z   hangaru, 
poprzedzany   przez   młodego   oficera   pełniącego   rolę   sekundanta.   Jedynym   dźwiękiem 
rozbrzmiewającym   w   pomieszczeniu   były   uderzenia   butów   obu   mężczyzn   o   metalowy 
pokład. Ulanti czuł unoszącą się w powietrzu atmosferę głębokiej niechęci emanującej z oczu 
obserwujących   go   w   milczeniu     członków   załogi.   Wszyscy   odprowadzali   wzrokiem 
wychodzącego z hangaru zabójcę jednego ze swych towarzyszy broni.
         Dwaj   serwitorzy  ruszyli   z  miejsca  widząc   krótki  gest  ręki  nadzorującego  ich  pracę 
techkapłana   i   podnieśli   z   pokładu   hangaru   ciało   zabitego   dowódcy   eskadry.   Ich 
zlobotomizowane pseudomechaniczne umysły nie były w stanie pojąć znaczenia ludzkiego 
dramatu, który rozegrał się przed momentem w jaskrawo oświetlonym pomieszczeniu.

*  *  *  *  *

     - Ubolewa pan nad moim pojedynkiem z dowódcą eskadry Luccianem, kapitanie ?
  -   Ubolewam   nad   stratą   zdolnego   i   doświadczonego   pilota   Starhawków, 
komandorzeporuczniku. Wydawało mi się, że zabijanie lojalnych obywateli Imperium jest 
domeną naszych wrogów, a nie mojego własnego zastępcy.
          Ulanti   stał  wyprostowany   przed  dowódcą.   W  prywatnej   kwaterze   Leotena  Sempera 
panował półmrok, ale bystry wzrok młodego oficera dostrzegał wyraźnie wszystkie szczegóły 
pomieszczenia. Zauważył, że pokój jest urządzony w wyjątkowo spartańskim stylu, znacznie 
skromniejszym od kwatery Ulantiego. Nawet kapitańskie łóżko przypominało do złudzenia 
prycze   przydzielane   najniższym   rangą   kadetom   Schola   Progenium.   Nigdzie   nie   było   też 
widać subtelnych oznak kobiecej obecności: drobnych ozdób czy porzuconych fatałaszków. 

background image

Nic poza gołymi szarymi ścianami i metalowymi meblami. Oficerowie Zgrupowania Floty 
Gothic mogli zabierać kochanki na pokłady swych okrętów i powiadano, że sam lord admirał 
Ravensburg   utrzymywał   harem   złożony   z   pięćdziesiątki   dziewcząt   na   swoim   flagowym 
pancerniku Divine Right. Ulanti do niedawna również miał konkubinę, żywiołową panienkę 
ze Stranivaru, ale znużony jej dzikim temperamentem bez żalu przegrał ją w grze w kości ku 
radości jednego z młodszych  oficerów  Remusa  Nydera.  Nie potrafił sobie wyobrazić,  by 
kapitan Semper mógł przy
przywiązywać  jakiekolwiek  znaczenie   do tak  przyziemnych   przyjemności,  a     widok jego 
prywatnego apartamentu jedynie komandoraporucznika w tym przekonaniu umocnił.
      Oficer liniowy, żyjący tylko i wyłącznie dla chwały marynarki, pomyślał Ulanti. Każda 
minuta poświęcona relaksowi jest dla niego straconym czasem, bo nie może w tym czasie 
poświęcić uwagi kochanemu okrętowi.
     Wzrok komandoraporucznika padł na wielkie biurko, jedyny mebel wart uwagi w całym 
pomieszczeniu. Jego blat zasłany był mapami i stronicami raportów. Ulanti rozpoznał na nich 
charakterystyczne   staranne   pismo   kapitana.   Z   trudem   oderwał   wzrok   od   dokumentów 
opatrzonych sekwencją Wyłącznie dla oczu upoważnionego oficera i popatrzył na ścienne 
półki. Dostrzegł tam przedmiot, który wydawał się zupełnie nie pasować do reszty wystroju 
kapitańskiej kwatery.
         Była to czaszka, większa od ludzkiej, z masywną szczęką ozdobioną dwoma wielkimi 
kłami.   Oczodoły   były   niewielkie,   głęboko   skryte   pod   grubokościstym   czołem.   Ulanti 
dostrzegł   strzaskany   wierzch   czaszki,   który   musiał   pęknąć   dawno   temu   pod   wpływem 
potężnego   uderzenia.   Semper   podążył   za   wzrokiem   swego   zastępcy   i   sięgnął   po   obiekt 
budzący zauważalną fascynację młodego oficera.
 - Pamiątka z pierwszej akcji abordażowej, którą poprowadziłem – wyjaśnił obracając czaszkę 
w   dłoniach   –   To   był   uszkodzony   orczy   statek   korsarski,   jeden   z   bandy   grasującej   na 
obrzeżach klastra Cyclops. Byłem przerażony i zdecydowany raczej zawieść przełożonych niż 
dać się zabić w imię Imperatora. W finalnym momencie akcji znalazłem się twarzą w twarz z 
tym stworem, jednym z przywódców bandy. Podarował mi to – Semper przeciągnął palcami 
jednej dłoni po długiej poszarpanej bliźnie przecinającej wąski policzek – Jak pan widzi, ja 
odwdzięczyłem   mu   się   w   nieco   cięższy   sposób.   Zdobyliśmy   okręt,   a   ja   swoje   pierwsze 
odznaczenie. Był to co prawda tylko Karmazynowy Medalion, ale dla mnie znaczył tyle co 
Obscuras Honorifica.
     Semper odłożył na półkę trofeum i spojrzał ostro na swego zastępcę.
 - Panie Ulanti, wciąż jeszcze pamiętam, co to znaczy być młodym i ambitnym oficerem o 
gorącej krwi i braku rozsądku. Ale proszę zrozumieć jedno: dopóki w tym sektorze toczy się 
wojna,   nie   będzie   więcej   pojedynków   na   śmierć   pomiędzy   moimi   podwładnymi.   I   ja   i 
Imperator wolimy, gdy zabijacie naszych wrogów, a nie siebie wzajemnie.
 - Broniłem mojego honoru jako oficer Floty Jego Boskiego Majestatu – odparł natychmiast 
Ulanti   –   Jako   drugi   po   panu   oficer   na   tym   okręcie,   posiadam   autorytet   pochodzący 
bezpośrednio od kapitana. Jeśli jakikolwiek członek załogi podważa moje rozkazy, okazuje 
jednocześnie brak respektu wobec pana. Zrobiłem to, co nakazywał honor, stosując się ściśle 
do edyktów lorda admirała Ravensburga i dbając o respekt należny dowództwu tego okrętu.
         Semper usiadł na swoim fotelu rozważając w myślach słowa komandoraporucznika. 
Podobnie jak dowódca Zgrupowania Floty Gothic, Ulanti był wysoko urodzonym arystokratą, 
ale podczas gdy lord admirał Ravensburg pochodził z najlepszych błękitnokrwistych rodów 
oficerskiej kadry marynarki na Cypra Mundi, Ulanti wywodził się spośród dumnych klanów 
szlacheckich   Necromundy,   okrytego   złą   sławą   świata   przemysłowego   Imperium.   Wedle 
starego   tradycyjnego   podejścia   oficerów   marynarki   kosmicznej   wszyscy   mieszkańcy 
przemysłowych metropolii byli śmieciami, żałosnymi wyrzutkami zdatnymi wyłącznie do roli 
mięsa  armatniego  w  Gwardii albo niewolniczej  pracy na najniższych  pokładach  okrętów. 

background image

Oficerowie pochodzący z takich planet rzadko pojawiali się w szeregach kadry Zgrupowania 
Floty Gothic, a już żaden nie zdołał wspiąć się tak wysoko na szczeblach drabiny hierarchii 
jak Hito Ulanti. Semper wiedział, że jego zastępca nie walczył de facto z bliźnim oficerem, 
tylko skostniałą tradycją imperialnej marynarki kosmicznej.
  -   Nie   wiem,   jak   takie   sprawy   załatwia   się   na   Necromundzie,   ale   tutaj,   w   Segmentum 
Obscurus,   w   szeregach   Zgrupowania   Floty   Gothic,   respekt   ze   strony   innych   oficerów 
zdobywa się ciężką pracą, a nie udziałem w pojedynkach. Zdobywa się go poprzez lojalność. 
Lojalność wobec Imperatora, marynarki, towarzyszy.  Zdobywa się go w walce przeciwko 
wrogom   Imperium.   Poprzez   poświęcenie,   poprzez   często   trudne   decyzje,   które   musimy 
podejmować   w   służbie   ludzkości.   Do   diabła   z   edyktami   Ravensburga   !   Może   sobie   być 
dowódcą   Zgrupowania   Gothic,   ale   to   ja   jestem   kapitanem   na   tym   okręcie   i   póki   nim 
pozostaję, nie będzie tu dalszych pojedynków. Rozmawiałem już na ten temat z komisarzem 
Kyogenem i podziela on moje zdanie. Utarczki i bójki są surowo karane pośród najniższych 
rangą   marynarzy,   dlatego   tym   bardziej   naganne   wydają   się   w   przypadku   oficerów,   bez 
względu na formę, jaką przyjmują.
     Kapitan zrobił kilka kroków po pokoju dostrzegając twardy niebezpieczny błysk w oczach 
komandoraporucznika.   Obraziłem   go,   uświadomił   sobie.   Na   jego   świecie   porównanie 
arystokratów z miliardami robotniczych mrówek traktowane było jak najcięższa zniewaga. I 
dobrze.   Skoro   usłyszał   już   wersety   Księgi   Sprawiedliwych,   nadszedł   czas   powrotu   do 
realiów.

  - Jeśli szukasz krwi i chwały,  komandorze, istnieje szansa, byś mógł się wykazać przed 
swymi   towarzyszami.   Właśnie   dlatego   pana   tutaj   wezwałem.   Krótko   przed   pańskim 
przybyciem przełożony astropatów Rapavna przyniósł mi pilny przekaz mentalny wysłany do 
nas z Port Maw. Jego treść była przeznaczona wyłącznie dla moich uszu, ale postanowiłem 
pana wtajemniczyć. Adepcie Rapavna ?
     Semper starannie ukrył uśmiech, który pojawił się na jego ustach jednocześnie z błyskiem 
zaskoczenia w oczach Ulantiego. Komandorporucznik podskoczył w miejscu słysząc miękki 
tupot stóp w ciemności pokoju tuż za swymi plecami. Postać w zielonym płaszczu stanęła 
obok młodego oficera, który nie miał najmniejszego pojęcia, że astropata znajduje się przez 
cały   czas w kącie apartamentu. Teoretycznie nie wypadało udzielać poważnej reprymendy 
wysokiemu rangą oficerowi w obecności osób trzecich, ale Semper nie sądził, aby zasada ta 
dotyczyła   również   Rapavny.   Astropaci   byli   niezbędną   częścią   Imperium,   służyli   u   boku 
każdego kapitana marynarki, mistrza Adeptus Astartes i planetarnego gubernatora. Stąpali w 
półmroku sal obrad Wielkiej Rady Terry słuchając w milczeniu, jak ich władcy debatują nad 
problemami dotyczącymi losu bilionów ludzi. Niewiele istniało w Imperium tajemnic, które 
nie przeszłyby wpierw przez umysły astropatów i Semper uznał, że przywołanie do porządku 
młodego porywczego oficera nie jest zagadnieniem, które w jakimkolwiek stopniu mogłoby 
zainteresować jednego ze strażników największych sekretów mocarstwa.
          Astropata   stanął   przy   biurku   kapitana,   skinął   głową   komandorowi.   Ulanti   zdradzał 
wyraźny niepokój i zmieszanie wywołane tak bliską obecnością psionika. Egzystencja całego 
Imperium   opierała   się   na   istnieniu   mentatów   takich   jak   astropaci   czy   też   zmutowanych 
Nawigatorów, ale żyjący na milionie imperialnych światów obywatele od dni narodzin byli 
uczeni nienawiści i strachu wobec tych szczególnie utalentowanych ludzi. Semper zauważył z 
pewną ironią, że im wyżej awansował w hierarchii marynarki, tym częściej miał do czynienia 
z osobami, które poprzez opinię publiczną obłożone były klątwą i publicznymi szykanami.
     Kamienna twarz Rapavny zmieniła się nieznacznie, gdy mężczyzna wpadł w rodzaj transu 
umożliwiającego przywołanie z głębi umysłu treści ukrytego tam przekazu. Jego ciemnoskóra 
twarz pokryta była pajęczyną  tatuaży o sakralnym znaczeniu, mającymi  chronić go przed 

background image

demonami  Osnowy. Zamknął powieki zakrywając mlecznobiałe ślepe oczy.  Stracił wzrok 
dawno temu, w trakcie bolesnego rytuału mentalnego połączenia z jaźnią Imperatora, ale na 
wierzchniej części powiek miał wytatuowane stylizowane oczy mające stanowić wizualny 
substytut utraconego organu. Głos wydobywający się z ust Rapavny nie był jego własnym 
głosem.   Semper   wychwycił   w   nim   również   szepty   innych   astropatów,   pełniących   rolę 
przekaźników na drodze Port MawMacharius oraz odległe echo głosu oficera sztabowego, 
który pierwszy wypowiedział głośno treść przekazu.
  -   Czas   imperialny   0274143.M41.   Okręt   liniowy   Bellerophon,   lekki   krążownik   klasy 
Dauntless przydzielony do grupy bojowej Fularis w podsektorze Bhein Morr, zaatakował i 
zniszczył  stację  orbitalną   Adeptus   Mechanicus  w   systemie   Oreicha.   Załoga   Bellerophona 
została oskarżona o dezercję i przejście na stronę wroga. Podejrzewa się, że ważne informacje 
techniczne   zostały   skradzione   z   Oreichy   przed   zniszczeniem   stacji.   HDMS   Lord   Solar 
Macharius   ma   przechwycić   i   zniszczyć   Bellerophona.   Misja   ma   najwyższy   priorytet 
ważności. Ave Imperator.
     Rapavna przestał mówić i spojrzał na oficerów. Rysy jego twarzy zmieniły się nieznacznie 
obwieszczając   wychodzenie   z   transu.   Bez   zbędnych   dalszych   słów   astropata   ukłonił   się 
Semperowi i wyszedł z pomieszczenia. Mężczyźni wymienili zamyślone spojrzenia, w ich 
oczach błyszczały iskierki podniecenia. Macharius od dobrych paru miesięcy pełnił służbę 
eskortową   wokół   Bhein   Morr.   Obaj   oficerowie   zdawali   sobie   sprawę   z   konieczności 
utrzymania   bezpiecznych   szlaków   zaopatrzeniowych   i   chronienia   desperacko   potrzebnych 
konwojów przed bandami piratów, ale w głębi serc płonęli gorączkową żądzą zmierzenia się z 
równorzędnym przeciwnikiem.
  - Wygląda na to, że nasze zwycięstwo nad Vengisem jednak nie przeszło niezauważone – 
powiedział Semper rozkładając na blacie biurka mapę – Wreszcie otrzymaliśmy godną tego 
okrętu   misję.   Odzyskanie   skradzionych   informacji   to   ważne   zadanie,   ale   pozwolenie   na 
ucieczkę zbuntowanej załodze albo dopuszczenie, aby dołączyła do szeregów wroga to hańba 
dla całej marynarki. Nie wolno nam popełnić błędu, bo nasze niepowodzenie okryje niesławą 
Zgrupowanie Gothic.
 - Rzecz jasna – dodał mocując mapę na zatrzaskach – niosąc karę wrogom Imperium musimy 
ich   najpierw   odnaleźć.   Pańskie   sugestie,   panie   Ulanti   ?   –   kapitan   odsunął   się   od   stołu 
zachęcając młodego oficera do podejścia bliżej jego blatu.
      Ulanti zaczął studiować powierzchnię mapy definiując w myślach potencjalne kierunku 
lotu Bellerophona. 
  - Możemy przyjąć, że nie posiadają na pokładzie nawigatora – oświadczył i zobaczył, że 
kapitan potwierdza kiwnięciem głowy jego sugestię. Navis Nobilite była jedną z najstarszych 
i najbardziej poważanych organizacji Imp

perium,   i   wiadomo   było,   że   w   przypadku   udanego   abordażu   nieprzyjaciela   wojskowi 
Nawigatorzy niemal zawsze popełniali samobójstwo nie chcąc wpaść żywcem w ręce wroga.
  -   To   znaczy,   że   mogą   wykonywać   tylko   krótkie   ślepe   skoki   nie   dłuższe   niż   kilka   lat 
świetlnych – kontynuował Ulanti wskazując palcem grupę systemów słonecznych położonych 
w górnej części mapy – Ich ostatnia pozycja to Oreicha, a najbliższe terytorium kontrolowane 
przez wroga znajduje się w KillianAtor. Prawdopodobnie to tam się kierują. To oznacza, że 
muszą wykonać sześć lub siedem skoków podprzestrzennych omijając systemy kontrolowane 
przez Imperium i szlaki patrolowe marynarki.
     Ulanti spojrzał na kapitana, ale ten tylko skinął potakująco głową.
  - Uwzględniając naszą obecną pozycję oraz najbardziej prawdopodobny kurs rebeliantów, 
powinniśmy przechwycić ich tutaj – palec komandora zatrzymał się na mapie. Najlepsze i 
najstarsze mapy nawigacyjne wykonane były podobno z ludzkiej skóry, ale ta wyglądała na 
sporządzoną z mniej egzotycznego substytutu.

background image

  -   Tutaj   –   jego   palec   przykrył   samotną   gwiazdę   położoną   z   dala   od   utartych   szlaków. 
Umieszczony   na   mapie   opis   identyfikował   ją   jako   umierającego   czerwonego   karła, 
obieganego przez cztery skaliste i niezamieszkane planetoidy.
 - Delphi. Możemy przechwycić ich w systemie Delphi.
     Semper usiadł w fotelu uśmiechając się pod nosem.
  - Też tak uznałem, podobnie jak Nawigator Cassander, kiedy konsultowałem z nim moje 
wnioski. Proszę wrócić na swoje stanowisko, panie Ulanti. Za czterdzieści minut skaczemy w 
Osnowę.

*  *  *  *  *

      - Połowa prędkości, panie Kelto. Natychmiast wstrzymać zbędne emisje energetyczne i 
uruchomić wszystkie systemy śledzące – wydał rozkaz Pava Magell.
          Bellerophon   wszedł   ostrożnie   w   granice   systemu   skanując   okolicę   w   poszukiwaniu 
sygnatur   energetycznych   innych   okrętów   przebywających   potencjalnie   w   obrębie   punktu 
skokowego.   Delphi   był   dzikim,   niezdatnym   do   kolonizacji   systemem,   jednym   z   wielu 
układów   słonecznych   rozsianych   w   sektorze   Gothic,   nowy   dowódca   Bellerophona   nie 
zamierzał jednak podejmować  zbędnego ryzyka.  Kilka krótkich, ale niezwykle  krwawych 
godzin buntu poprzedziły długie dni precyzyjnego planowania w niewielkim kręgu zaufanych 
i   obdarzonych   trzeźwymi   umysłami   oficerów.   Imperium   przegrywało   wojnę   w   sektorze 
Gothic   i   Magell   szybko   odkrył,   że   wielu   młodych   kadetów   marynarki   podziela   jego 
pesymistyczny pogląd, pałając wrogością do schematycznych i pozbawionych elastyczności 
procedur   działania   dowództwa.   Każdy   z   nich   dostrzegał   potęgę   reprezentowaną   przez 
marszałka Abaddona i przewagę, jaką uzyskał on nad lojalistami. Żywy trup uwięziony w 
Złotym Tronie wydawał się bezsilny w obliczu armii pochodzącej z otchłani Oka Grozy. 
Najpierw sektor Gothic, potem całe przeżarte korupcją i dekadencją mocarstwo, uśmiechnął 
się   w   myślach   Magell,   a   nowi   władcy   Imperium   będą   pamiętali,   kto   im   dopomógł   w 
osiągnięciu celu.
          Magell   przypomniał   sobie   pierwszą   chwilę   zwątpienia   w   opatrzność   Imperatora, 
wspominając cuchnący karcer Bellerophona  i chrapliwy szept więźnia, którego porucznik 
miał przesłuchać. Osobiście wykonał później egzekucję na jeńcu, obserwowany bacznie przez 
komisarza Brandta, lecz ziarno zwątpienia i buntu zostało już zasiane w młodym  umyśle 
człowieka. Skazaniec, jeden z czarownikównawigatorów floty Abaddona, dostrzegł rozterki 
lojalisty, umocnił jego przekonania i nauczył systemu sekretnych znaków używanych przez 
czcicieli Czterech  Potęg. Podczas rutynowego postoju na imperialnym  świecie górniczym 
Magell nawiązał pierwszy kontakt z kultystami. Porucznik uśmiechnął się ponownie do siebie 
wspominając szokującą łatwość w odnalezieniu agentów Chaosu. Ciekawe, co powiedziałby 
lord admirał Ravensburg wiedząc, jak wiele kultów działa na każdym zamieszkanym świecie 
w sektorze Gothic i na pokładach imperialnych okrętów.
          Po   pieczołowitym   opracowaniu   planu   rebelii   Magell   i   jego   konspiratorzy   zaczęli 
przeciągać na swoją stronę załogę, co nie było specjalnie trudne, jeśli wzięło się pod uwagę 
nienawiść   marynarzy   do   kapitana   Aagena   Blothe,   fanatycznie   przestrzegającego   żelaznej 
dyscypliny   na   pokładzie   swego   krążownika.   Magell   spędził   ten   czas   oczekując   poleceń 
swoich nowych władców rezydujących w Oku Grozy. Kiedy rozkazy już do niego dotarły, 
pojął, co musi  uczynić,  by zostać  powitanym  z szacunkiem w szeregach  floty marszałka 
Abaddona.
      Komadorporucznik rozluźnił się i rozsiadł wygodnie w kapitańskim fotelu, przesuwając 
dłonią po panelu kontrolnym  i zdrapując machinalnie pokrywającą go warstwę zakrzepłej 
krwi.   Stary   głupiec   Blothe   ciągle   jeszcze   żył,   gdy   Magell   rzucił   go   w   ręce   czekających 

background image

marynarzy. Zastanowił się leniwie, czy dotrzymali danej wtedy obietnicy, zobowiązując się 
do utrzymania kapitana przy życiu przy jednoczesnym zmuszeniu go, by błagał cały czas

czas   o   miłosierdzie   i   śmierć.   Postukał   palcami   w   błyskające   kontrolki   myśląc   o 
wykradzionych   techkapłanom   informacjach,   zapisanych   w   bankach   pamięci   głównego 
komputera krążownika. Wykona misję zleconą przez swych panów, gdy dotrze na terytorium 
kontrolowane przez Chaos, a wówczas osobiście dostarczy te rejestry Abaddonowi. Rzecz 
jasna większość załogi nie miała pojęcia o prawdziwej naturze tajemniczych sojuszników, ale 
Magell nie dbał o ich los, kiedy...
 - Rufowe czujniki namierzyły nieznany statek idący kursem zbliżeniowym. Dystans osiemset 
czterdzieści tysięcy kilometrów – pozbawiony jakichkolwiek emocji głos serwitora przerwał 
panującą   na   mostku   krążownika   ciszę,   błyskawicznie   wyrywając   nowego   kapitana 
Bellerophona z zamyślenia.
  - Oficer wachtowy ! Potwierdzić i zidentyfikować ! – warknął Magell nie ufając słowom 
cybernetycznego niewolnika.
          Komandorporucznik   Kelto   pochylił   się   nad   jednym   z   monitorów,   słaba   poświata 
emitowana z ekranu oświetliła jego twarz. 
  - Blokuje emitery swoich kodów rozpoznawczych, ale sygnatura reaktora wskazuje, że to 
statek imperialny, niemal na pewno krążownik albo cięższa jednostka.
     Pomimo niespodziewanego zagrożenia Magell odprężył się z uśmieszkiem ulgi. Jako lekki 
krążownik   zwiadowczy,   Bellerophon   był   znacznie   gorzej   uzbrojony   od   standardowych 
okrętów   marynarki,   ale   nawet   wewnętrzne   uszkodzenia   i   ciężkie   straty   pośród   załogi 
poniesione w trakcie rebelii nie przeszkadzały mu w ucieczce przed znacznie wolniejszym 
przeciwnikiem.   W   zasadzie   istniał   tylko   jeden   sposób,   by   lojalistyczny   okręt   zdołał   ich 
zatrzymać i –
  - Zmiany w sygnaturze energetycznej obiektu ! – wrzasnął panicznym tonem Kelto – Od 
obiektu oddzielają się mniejsze cele ! To lotniskowiec, wysyła przeciwko nam bombowce !

*  *  *  *  *

     Dowódca eskadry Milos Caparan skontrolował dokładnie ekran panelu komunikacyjnego i 
wyszeptał   bezgłośne   podziękowanie   widząc,   że   runy   symbolizujące   wszystkie   dziesięć 
Starhawków eskadry płoną zielonym światłem. Wyjrzał za okno kokpitu patrząc, jak jego 
skrzydłowi   zajmują   swe   miejsca   w   formacji.   Obaj   byli   oddaleni   od   maszyny   dowódcy 
dziesiątki  kilometrów,   ale  wyraźnie  dostrzegał   jaskrawe  płomienie  ich  dysz   napędowych, 
odcinające   się   na   tle   czerni   kosmosu.   Za   bombowcem   dowódcy   pozostałe   siedem 
Starhawków manewrowało ostrożnie  zajmując swe miejsca w szyku,  za całą eskadrą zaś 
podobną procedurę wykonywały maszyny eskadr Firedrake, Harbinger i Mantis. Bombowce 
formowały wielkie skrzydło zbliżając się szybko do celu. Czterdzieści Starhawków.
         Ave Imperator, pomyślał Caparan włączając główny kanał komunikacyjny. Niech nasi 
wrogowie się strzegą.
  -   Nemezis   Jeden   do   Machariusa.   Wszystkie   systemy   w   gotowości.   Odległość   do   celu 
dwieście tysięcy kilometrów i maleje.
 - Zrozumiałem, Nemezis – Caparan rozpoznał głos Remusa Nydera, oficera sekcji Kontroli 
Lotów Machariusa – Życzymy wam udanego polowania.

*  *  *  *  *

background image

         Zajmując swoje miejsce w centralnej części mostku kapitan Leoten Semper przesunął 
wzrokiem   po   przemieszczających   się   na   powierzchni   głównego   ekranu   kontrolnego 
znaczkach symbolizujących bombowce i ich ofiarę. 
  - Eskadry w zasięgu broni pokładowej przeciwnika – zameldował Remus Nyder. Sekcja 
bojowa mostku tętniła pośpiesznym, ale kompetentnym ruchem. Zespoły oficerów i ubranych 
w   szare   szaty   techkapłanów   monitorowały   wszystkie   informacje   spływające   z   eskadr 
bombowych – Meldują ogień zaporowy.
  - Panie Ulanti ? – Semper spojrzał na swego zastępcę. Necromundianin uaktywnił swoją 
konsolę oglądając pomniejszoną kopię głównego ekranu
 - Są ostrzeliwani, ale dotąd nie ponieśli żadnych strat. To marynarka wojenna Jego Boskiego 
Majestatu, a nie motłoch z Imperialnej Gwardii ! My nie panikujemy na pierwszy ślad oporu. 
Proponuję kontynuować lot w kierunku celu i wystrzelić pociski w najbardziej optymalnej 
odległości.
     Semper skinął głową i odwrócił się w kierunku oficera Kontroli Lotów.
  - Przekazać wszystkim eskadrom,  by kontynuowały podejście do celu. Pan Ulanti wyda 
rozkaz otwarcia ognia w momencie, który uzna za odpowiedni.

*  *  *  *  *

          -   Na   zęby   Vandire   !   –   zmełł   w   ustach   przekleństwo   Milos   Caparan   i   uruchomił 
prawoburtowe dopalacze, by zmusić dwustutonowy bombowiec do ominięcia rozległej na 
kilometr eksplozji, wykwitającej ognistą kulą na tle kosmosu. Wokół mknącego Starhawka 
śmigały jaskrawe wiązki energii. Na takim dystansie, blisko sto tysięcy kilometrów od celu, 
trafienie bezpośrr 

rednie   byłoby   wyłącznie   fatalnym   zbiegiem   przypadku,   ale   każdy   wystrzelony   przez 
obrońców ładunek rozpraszał się w przestrzeni emitując przy tym promieniowanie zabójcze 
zarówno dla załogi bombowca jak i jego systemów elektronicznych, a rozrywające się wokół 
antyrakiety siały na wszystkie strony ostrymi jak brzytwa odłamkami. 
     Caparan nacisnął jeden z runów na panelu komunikatora wysyłając automatyczny sygnał 
wzywający   wszystkie   maszyny   do   kontrolnego   raportu.   Wiedział,   że   pozostali   dowódcy 
eskadr   robią   teraz   właśnie   to   samo.   Otwarty   kanał   komunikacyjny   zaczął   rozbrzmiewać 
głosami pilotów.
  -   Nemezis   Trzy   do   Nemezis   Jeden.   Pokładowa   elektronika   wysiadła   po   ostatniej 
radioaktywnej emisji, komputer celowniczy też. Techadept Eliphas próbuje go naprawić.
 - Zgłasza się Nemezis Pięć. Drastyczny spadek mocy reaktora. Jakiś szrapnel musiał uderzyć 
w sekcję napędową. Nie damy rady tego naprawić. Do celu dociągniemy,  ale powrót na 
Machariusa będzie ciężki.
  -   Nemezis   Dziewięć...   ciężkie   uszkodzenia...   prawa   dysza   zniszczona...   włączyliśmy 
zapasowy   obwód   podtrzymywania   życia...   ...iąt   procent   strat...   ...am   szczęścia,   Nemezis 
Jeden... kkkkkkkkkkk...
     Caparan przełączył pośpiesznie kanał komunikacyjny.
 - Nemezis Jeden do Machariusa – warknął nie próbując nawet ukrywać wściekłości w swym 
głosie - Tracę tutaj ludzi ! Proszę o pozwolenie na otwarcie ognia !
  -   Macharius   do   Nemezis   –   odezwał   się   irytująco   opanowany   i   beznamiętny   głos   – 
Kontynuować podejście. Pozwolenie zostanie wydane, gdy uznamy je za uzasadnione.
          Caparan   wymienił   zaskoczone   spojrzenie   ze   swym   drugim   pilotem,   rozpoznając 
natychmiast głos swego rozmówcy.
 - To Ulanti – sapnął Madik Torr, weteran mający na swoim koncie ponad sześćdziesiąt misji 
bojowych – Ten śmieć zabił Lucciana, a teraz usiłuje wykończyć resztę naszych.

background image

          Obaj   piloci   powrócili   do   kontrolowania   otoczenia,   próbując   przewidzieć   najbliższe 
posunięcia   artylerzystów   Bellerophona.   Potężne   bombowce   głębokiej   przestrzeni   mknęły 
poprzez   mur   eksplozji   dzielący   ich   od   zbliżającego   się   błyskawicznie   krążownika 
rebeliantów. 
     Osiemset kilometrów. Oślepiający rozbłysk ognistej kuli po prawej stronie. Caparan rzucił 
okiem na pulpit. Kontrolka Nemezis Dwa zapłonęła czerwonym światłem.
          Siedemset   kilometrów.   Przeraźliwy   krzyk   rozdzierający   komunikator.   Przerażony, 
bezimienny głos szepczący żałobny psalm przerwany w połowie słowa suchym trzaskiem 
radiowych zakłóceń.
     Sześćset kilometrów. Maszyna Caparana zadygotała trafiona falą uderzeniową pobliskiej 
eksplozji. Pilot walczył zażarcie ze sterami próbując wprowadzić bombowiec na pierwotny 
kurs.   Jak   przez   mgłę   dostrzegał   migające   czerwone   diody   na   kokpicie.   Wnętrze   kabiny 
wypełnił szarpiący nerwy ryk klaksonu alarmowego.
  -   Przebicie   kadłuba   –   oświadczył   wypranym   z   emocji   głosem   techadept   Shanyin   Ko 
demonstrując   poziom   empatii   zaledwie   odrobinę   wyższy   od   maksymalnej   skali   uczuć 
czterech pokładowych serwitorów – Zalecam korzystanie z rezerwowego obwodu tlenowego 
do chwili usunięcia usterki.
     Pięćset kilometrów. Podczas walki w kosmosie dystans taki oznacza odległość krytyczną, 
nieledwie   samobójczą.   Z   umieszczonej   w   nosie   bombowca   sekcji   celowniczej   dobiegały 
głosy   nawigatora   i   bombardiera,   zagłuszane   piskiem   lokujących   się   na   celu   układów 
śledzących rakiet. 
 - Macharius do wszystkich eskadr. Macie pozwolenie na otwarcie ognia.
      Trzydzieści pięć Starhawków odpaliło z dystansu czterystu osiemdziesięciu kilometrów 
połowę   niesionego   na   zaczepach   ładunku.   W   trzech   bombowcach   zawiodły   uszkodzone 
systemy elektroniczne i głowice nie zostały wystrzelone, czwarty zaś zamienił się w chmurę 
zjonizowanego gazu, gdy zaktywizowane rakiety eksplodowały na zaczepach.
          Pokładowa   artyleria   Bellerophona   natychmiast   umilkła.   Systemy   śledzące   obrony 
antyrakietowej wymagały czystego odczytu danych, nie zakłócanego radioaktywnymi falami 
eksplozji i skondensowanymi  wiązkami energii. Na pokładach krążownika zgasły światła, 
wyłączyła   się   większość   niepotrzebnych   systemów   energetycznych.   Komputery   okrętu 
potrzebowały maksymalnej mocy obliczeniowej do określenia prędkości, trajektorii i punktu 
kolizyjnego z chmarą rakiet, nadlatujących w stronę Bellerophona z szybkością dziesiątek 
kilometrów na sekundę. Skuleni w półmroku stanowisk bojowych buntownicy mogli jedynie 
zanosić modły do swych nowych bogów i ślepo zawierzyć  starożytnej  technologii, której 
zasad działania praktycznie nie rozumieli. W obliczu fali rakiet odległych o setkę kilometrów 
i   sekundy   lotu   krążownik   uruchomił   ostatni   system   obronny.   Komputer   bojowy   przejął 
kontrolę   nad   zewnętrznymi   stanowiskami   strzeleckimi   i   przesłał   do   nich   informacje   o 
parametrach   nadlatujących   pocisków.   Obrotowe   wieżyczki   multilaserów,   baterie   broni 
maszynowej,   wyrzutniki   plazmy   oraz   miotacze   wabików   stworzyły   ścianę   ognia   i   stali 
pomiędzy okrętem i nadlatującymi rakietami.

         Każdy Starhawk wystrzelił połowę z dziesięciu niesionych na zaczepach plazmowych 
głowic. Trzydzieści procent zawiodło i nie zablokowało się na celu przelatując nieszkodliwie 
obok krążownika. Dalsze dwadzieścia procent zniszczyła obrona antyrakietowa Bellerophona. 
Ze stu pięćdziesięciu pięciu rakiet niecałe osiemdziesiąt dosięgło rebeliancki okręt, ale tylko 
niewielka ich część zdołała przebić gruby na kilka metrów pancerz krążownika i eksplodować 
w środku.
         Niszczycielski potencjał tych kilku głowic wystarczył, by lojaliści osiągnęli pożądany 
rezultat.

background image

*  *  *  *  *

      - Starhawki meldują trafienie celu – oświadczył z nutką dumy w głosie Remus Nyder – 
Potwierdzają to odczyty skanerów. Reaktor wrogiego statku pracuje w trybie skokowym o 
dużej   amplitudzie   zmian   mocy,   a   jego   tarcze   siłowe   nie   działają.   Wszedł   w   tryb 
niekontrolowanego dryfu. Piloci Starhawków proszą o pozwolenie na wykonanie drugiego 
podejścia i zniszczenie celu.
         Nyder spojrzał wyczekująco na kapitana. Długa tradycja obowiązująca w marynarce 
przyznawała   zaszczyt   zadania   ostatecznego   ciosu   załogom   Starhawków,   ale   decyzja 
niezmiennie należała do samego kapitana. Czasami zdarzało się, że pozwolenie na dobicie 
przeciwnika   otrzymywali   artylerzyści   lub   operatorzy   wyrzutni   torped,   aby   tym 
dyplomatycznym zabiegiem nie czuli się pokrzywdzeni, iż to piloci bombowców zgarniają 
wszystkie laury. Jeśli Nyder kiedykolwiek poczuł się zawiedziony decyzją kapitana, nigdy 
tego nie okazał.
 - Panie Ulanti, pan posiada taktyczną komendę nad tym starciem. Jaka jest pańska decyzja ?
         Pomimo zaskoczenia Hito Ulanti nawet nie mrugnął, natychmiast udzielając chłodnej 
odpowiedzi:
 - Niech Starhawki wracają na pokład Machariusa. Kapitanie, w chwili obecnej Zgrupowanie 
Floty   Gothic   jest   bardzo   osłabione   i   zniszczenie   okrętu   przeciwnika   pozwala   wyrównać 
nieznacznie dysproporcje w liczebności naszej i wroga. Jest jednak jeszcze lepszy sposób, by 
pomóc naszym przełożonym w osiągnięciu przewagi.
 - Proszę wyrażać się jaśniej, panie Ulanti – skarcił go szorstko Semper – Co pan właściwie 
sugeruje ?
     Komandorporucznik spojrzał na swojego dowódcę z błyskiem ekscytacji w oczach.
 - Akcję abordażową, kapitanie. Którą poprowadzę osobiście, jeśli pan pozwoli. Wejdziemy 
na pokład Bellerophona, przywrócimy go pod imperialną banderę i odzyskamy skradzione 
dane.

*  *  *  *  *

       - Akcja abordażowa ! Uśmiechnijcie się, bydlaki ! Bierzcie swoje bronie i do grup ! – 
potężni oficerowie porządkowi o byczych karkach wpadli do kwater marynarzy wymachując 
pałkami i poszturchując każdego załoganta, który ich zdaniem nie poruszał się dostatecznie 
szybko. Maxim Borusa podniósł się na łokciach ze swej koi i splunął gęstym strumieniem 
śliny   zmieszanej   z   sokiem   tajii,   zaledwie   o   centymetr   chybiając   wypolerowanych   butów 
swego nie lubianego mentora, oficera porządkowego Dobrzyna.
 - Na nogi, Borusa – wyszczerzył w sadystycznym uśmiechu zęby Dobrzyn – Czas pokazać 
jak   wiernie   służysz   Imperatorowi,   a   przy   okazji   będziemy   mogli   przetestować   twoją 
legendarną nieśmiertelność !
         Maxim usiadł na koi machinalnie spoglądając na szpecące jego nadgarstki blizny po 
kajdanach.   Miesiące   minęły   od   czasu,   gdy   nosił   kajdanki.   Od   czasu,   gdy   bezpośrednie 
trafienie wrogiego pocisku zabiło blisko dwustu innych niewolników pracujących w stacji 
artyleryjskiej pozostawiając jego jedynego przy życiu. To wtedy stał się maskotką załogi, 
fetyszem mającym przynosić szczęście innym marynarzom. Mimo przeniesienia do lepszej 
grupy roboczej nadal czuł na rękach chłód niewidocznych obręczy wcinających się boleśnie 
w mięśnie.
     Splunął ponownie oczyszczając gardło z gorzkiego posmaku owocu tajii. Niech ci nadęci 
idioci myślą sobie, co chcą, uznał milcząco. Sam wiedział, że w życiu szczęście ma tylko ten, 
który sam je sobie wypracuje. Zeskoczył z łóżka i zajrzał pod nie wyciągając ze schowka 
swój   talizman,   blisko   półtorametrowy   metalowy   klucz   francuski.   Oficerowie   porządkowi 

background image

wydawali marynarzom wyznaczonym do abordażu siekiery, pałki, bagnety czy nawet miecze 
łańcuchowe,   ale   Maxim   zdecydowanie   wolał   swoje   wielkie   narzędzie.   Uśmiechnął   się 
szeroko   podrzucając   w   rękach   klucz   i   wspominając   suchy   trzask   pękającej   czaszki 
poprzedniego człowieka, który zlekceważył Maxima Borusę.

*  *  *  *  *

          Pierwsza   zasada   walk   kosmicznych   mówi:   zawsze   kontroluj   aktualną   pozycję 
nieprzyjaciela, ale Pava Magell nie musiał obserwować czujników, by wiedzieć, gdzie teraz 
znajduje się Macharius. Patrząc przez panoramiczne okno na mostku dryfującego bezwolnie 
okrętu   widział   sylwetę   imperialnego   krążownika   obracającą   się   bokiem   do   rebelianckiej 
jednostki. Baterie artyleryjskie na burcie Bellerophona milczały zniszczone rakietową salwą, 
ale Magell dostrzegał  wyraźnie działa  Machariusa wymierzone w jego okręt. Widział też 
otwarte   luki   startowe   hangaru,   gotowe   do   wyrzucenia   w   kosmos   następnej   grupy 
bombowców.  Wiedział,   że  Macharius   może   w  każdej   chwili  zniszczyć   Bellerophona,   ale 
obserwując powolne manewry lojalistów zrozumiał odmienne intencje wrogiego kapitana.
 - Wystrzeliwują kapsuły abordażowe ! – powiedział Kelto cofając się od swej konsoli, a w 
jego głosie krył się strach – Nie mamy szans. Powinniśmy wysłać sygnał kapitulacji. Karą za 
bunt jest śmierć, ale przy tym poziomie strat, jakie poniosła Flota, Ravensburg nie może 
wykonać egzekucji na całej załodze. Być może...
      Pojedynczy strzał przerwał jego słowa. Magell schował pistolet do kabury i przekroczył 
nad   nieruchomym   ciałem   swego   oficera   wachtowego.   Przy   tylu   trupach   zaścielających 
pokłady Bellerophona jeden więcej nie robił już różnicy. Wyjął z pochwy oficerską szablę i 
opuścił mostek ruchem ręki nakazując swym towarzyszom, by podążyli za nim. Nie musiał 
patrzeć   przez   okno,   aby   wiedzieć,   że   chmara   promów   i   kapsuł   desantowych   mknie   w 
kierunku jego okrętu. Lada chwila dotrą do burt krążownika, przetną kadłub i wyrzucą do 
wnętrza statku napastników.
         Komandorporucznik Magell wiedział, że jego krótka kariera kapitańska na pokładzie 
Bellerophona właśnie dobiegła końca. Zagrał o najwyższą stawkę i wszystko przegrał. Teraz 
pozostała mu jedynie pozbawiona szans na zwycięstwo walka w obronie własnego honoru.

*  *  *  *  *

         Po raz drugi w ciągu kilku ostatnich dni pokłady Bellerophona spłynęły ludzką krwią. 
Korytarze wypełniły się szczękiem stali i przeraźliwymi krzykami walczących.
     Hito Ulanti uskoczył przed wyjącym łańcuchowym mieczem, który przeciął powietrze tuż 
przed jego nosem.  Była  to niebezpieczna  broń, ale  też  zwodnicza  dla swego właściciela, 
ponieważ często pozwalała  mu pokładać zbytnią ufność w jej destruktywnej  mocy,  a nie 
własnych umiejętnościach szermierskich. Ulanti odbił w bok ostrze miecza swą szablą, po 
czym wbił jej czubek w gardło przeciwnika. Rebeliant, sądząc z opancerzonego kombinezonu 
jakiś   inżynier   okrętowy,   upadł   na   podłogę   krztusząc   się   zalewającą   krtań   krwią.   Ulanti 
przesadził skokiem jego ciało, dla pewności przygniatając ciężkim butem twarz konającego 
mężczyzny.
          Przed   sobą   dostrzegł   następną   grupę   obrońców   Bellerophona   biegnącą   najbliższym 
korytarzem. Zaczął strzelać do nich z trzymanego w lewej dłoni pistoletu, dopóki laser nie 
przegrzał się parząc zaciśnięte na kolbie palce. Cisnął pistoletem bluźniąc plugawo i ujmując 
mocniej szablę podbiegł do resztek swej grupy abordażowej walczącej w korytarzu opodal. 
Wystrzelony ze strzelby śrutowy ładunek urwał głowę marynarza stojącego tuż przy nim, 
powalając   na   podłogę   jeszcze   jedno   drgające   ciało.   Jakaś   ręka   chwyciła 

background image

komandoraporucznika za kostkę. Ciął szablą w dół nie patrząc nawet czy zabija wroga czy też 
własnego podwładnego. Krew ciekła z czoła młodego oficera, ale ten nie miał pojęcia, kiedy 
został zraniony; czuł też, że poparzona dłoń piecze go coraz bardziej.
          Ulanti   słyszał   kiedyś   o   taktyce   abordażowej   preferowanej   przez   Adeptus   Astartes. 
Polegała   ona   na   desantowaniu   małych   oddziałów   Kosmicznych   Marines   za   pomocą 
teleportów i torped abordażowych i przejmowaniu kontroli w poszczególnych sekcjach okrętu 
przez wyznaczone drużyny. Walka tocząca się na pokładach krążownika w niczym tego nie 
przypominała. Była to brutalna rzeź, w której zwyciężyć mogli jedynie ci, którzy bez litości 
wymordowali  swych   przeciwników.   W  akcji  uczestniczyli  również   inni   wyżsi  oficerowie 
Machariusa – Ulanti wiedział, że drugą falę uderzeniową poprowadził komisarz Kyogen – ale 
nie miał pojęcia, gdzie się teraz znajdowali. 
     Wielkie drzwi na końcu korytarza otworzyły się z metalicznym szczękiem wypuszczając z 
windy gromadę rebeliantów. Obrońcy i napastnicy zwarli się ze sobą pośród krzyku i łomotu 
stali.   Ulanti   skoczył   do   przodu   dostrzegając   wśród   buntowników   znajome   karmazynowe 
insygnia   noszone   przez   prowadzącego   kontratak   mężczyznę.   Był   to   uniform 
komandoraporucznika,   zdradzający   obecność   najwyższego   stopniem   rebelianta,   jakiego 
Ulanti   spotkał   dotąd   w   korytarzach   przechwyconego   krążownika.   Młody   lojalista   zaczął 
machać szablą z nowym wigorem wycinając sobie drogę do wrogiego przywódcy.

*  *  *  *  *

     Maxim Borusa napluł rebeliantowi w twarz. Mężczyzna zawył przeciągle czując jak sok 
tajii wżera się w jego oczy.  Potężny marynarz  doskoczył  do niego i uderzył  z całej siły 
czołem w czoło. Trzasnęła pękająca kość i oszołomiony buntownik cofnął się w tył tworząc 
przestrzeń, w której stranivarski gangster mógł wykorzystać swój klucz. Jeden cios. Głowa 
przeciwnika rozprysła się pośród krwawej chmury. 
 - Macharius ! Do mnie, Macharius !
          Maxim   rzucił   spojrzenie   przez   ramię   i   dostrzegł   oficera   porządkowego   Dobrzyna 
szarżującego na trójkę rebeliantów. Bez chwili zastanowienia skoczył w tamtą stronę wbijając 
łokieć w plecy najbliższego buntownika. Przygniótł go do metalowej ściany, uderzył pięścią 
w nerki. Potykając się o jakieś ciało stracił równowagę i nie zdążył zablokować ciosu innego 
przeciwnika. Syk bólu wydarł się z jego zaciśniętych ust, gdy ostrze miecza przecięło głęboko 
mięśnie   ramienia   mężczyzny.   Błyskawicznym   ruchem   uderzył   przeciwnika   w   tchawicę. 
Rebeliant zachwiał się na nogach próbując desperacko zatamować strumień krwi bryzgającej 
z przeciętego gardła. Maxim obrócił w dłoni skrywany tam krótki, ale ostry sztylet. Trzeci 
zdrajca skoczył  na niego wymachując metalowym  hakiem. Borusa pochwycił  go za rękę, 
złamał   ją   z   głuchym   trzaskiem,   odebrał   hak   i   wbił   go   w   żołądek   krzyczącego   z   bólu 
przeciwnika. 
     Ciało oficera porządkowego Dobrzyna leżało na podłodze korytarza. Maxim pochylił się 
nad   nim   szukając   śladów   życia   i   wyczuł   słaby   puls.   Doskonale,   pomyślał   z   satysfakcją 
podnosząc   nieprzytomnego   oficera   na   nogi   i   ciągnąc   go   w   kierunku   najbliższej   grupy 
lojalistów.
 - Pomóżcie mi ! – krzyknął – Pomóżcie oficerowi Dobrzynowi !
          Ręce   wyciągnęły   się   natychmiast   w   jego   kierunku   odbierając   bezwładne   ciało 
przełożonego.   Pośród   zamieszania   nikt   nie   zauważył   jak   Borusa   wyciąga   swój   sztylet 
spomiędzy żeber Dobrzyna, nikt też nie spostrzegł, że oficer porządkowy już nie żyje. Patrząc 
pod nogi Maxim dostrzegł ciemnoniebieską opaskę przełożonego, zdartą widocznie podczas 
walki. Podniósł ją i zawiązał na ramieniu próbując powstrzymać krwawienie, po czym otarł 
czoło i skoczył w wir bezlitosnej walki.

background image

*  *  *  *  *

          Pchnięcie.   Blok.   Cięcie.   Parowanie.   Riposta.   Styl   fechtunku   prezentowany   przez 
przeciwnika  był  niebezpiecznie  obcy dla  Magella,  ale jego bazowe układy w niewielkim 
stopniu   odbiegały   od   tysięcy   innych   stylów   walki   mieczem   praktykowanych   przez 
niezliczone kasty imperialnych szermierzy. Wrogi komandorporucznik może i był lepszym 
fechtmistrzem, ale Magell miał nad nim pewną przewagę. Nic już więcej nie mógł stracić, a 
człowiek pogodzony z nieuchronną śmiercią był bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem. 
      Wszędzie wokół ludzie walczyli i umierali, i trudno było jednoznacznie stwierdzić, kto 
wygrywa,   ale   Magell   wiedział,   że   ostateczne   zwycięstwo   będzie   należało   do   lojalistów. 
Standardowa załoga Bellerophona  liczyła  kilka tysięcy mniej  osób od ludzi służących  na 
okręcie klasy Dictator, blisko jedna trzecia załogantów zginęła podczas buntu, a dalszy tysiąc 
w chwili ataku bombowców. Byli zgubieni, ale Magell miał zamiar dać z siebie wszystko, 
zanim przyjdzie na niego kolej.
       Jeden z rebeliantów skoczył tuż obok komandoraporucznika, w jego oszalałych oczach 
paliło   się   pragnienie   mordu   na   imperialnym   oficerze.   Magell   odepchnął   go   natychmiast 
zdecydowany samemu dokończyć pojedynek, ale delikatna równowaga sił została przerwana. 
Przeciwnik błyskawicznie wykorzystał okazję. Magell nawet nie próbował parować, wykręcił 
jedynie w bok ciało przyjmując nieuniknione pchnięcie. Poczuł eksplozję gorącego bólu w 
miejscu, gdzie ostrze wbiło się w jego bok. Zignorował z trudem falę cierpienia. Wiedział, że 
wbijając w jego ciało szablę imperialny oficer praktycznie sam się rozbroił. Jednym ruchem 
ciął go w ramię trzymające broń, pociągnął ostrzem po barku. Trysnęła krew, lojalista cofnął 
ze zdławionym krzykiem upuszczając szablę, upadł na podłogę. Magell odbił się na piętach i 
ignorując   tkwiące   nadal   w   boku   ostrze   podniósł   rękę   do   ciosu.   W   tej   samej   chwili   coś 
chwyciło go za łokieć w uścisku przypominającym do złudzenia szczęki utrzymujące okręty 
w   orbitalnych   dokach,   miażdżąc   kość   i   wytrącając   szablę   z   pozbawionych   nagle   czucia 
palców. Poczuł jak coś ostrego i zimnego wbija się w jego plecy wchodząc głęboko w ciało. 
Jeden raz, drugi, trzeci, szybko. Nogi ugięły się pod rebeliantem, ale nadal stał w miejscu 
unoszony w powietrzu niczym marionetka, trzymany za wyciągniętą w górę ręką. Wtedy 
uchwyt zelżał i umierający Magell upadł bezwładnie na podłogę tracąc resztki świadomości.

*  *  *  *  *

         Poprzez łzy bólu Hito Ulanti spojrzał na pomagającego mu wstać olbrzyma.  Gigant 
delikatnie   chwycił   go   pod   ręce   i   postawił   na   nogi.   Komandorporucznik   widział   rytualne 
blizny gangu wycięte na policzkach marynarza i a
więzienne tatuaże pokrywające jego ręce, ale nie rozpoznawał ich pochodzenia.
 - Jestem Maxim Borusa, sir – rozległ się chrapliwy głos z akcentem, który mógł pochodzić 
wyłącznie   z   podziemnych   metropolii   Stranivaru   –   Załoga   Machariusa,   sir.   Jest   pan 
bezpieczny pod moją opieką.
 - Mam... mam u ciebie dług – wymamrotał Ulanti próbując skoncentrować zamglony wzrok 
na   ciemnoniebieskiej   opasce   swego   towarzysza   –   Jestem   ci   bardzo   wdzięczny...   oficerze 
porządkowy Borusa.
     Maxim Borusa uśmiechnął się szeroko. Nie rozpoznawał twarzy oficera, któremu właśnie 
uratował życie, ale jego mundur świadczył o przynależności do obsady mostku. Wdzięczność 
wyższego oficera gwarantowała bilet do lepszego życia, z dala od ciężkiej pracy na dolnych 
pokładach.
 - Skoro pan tak uważa, sir. Skoro pan tak uważa.

background image

*  *  *  *  *

         - Bellerophon do Machariusa. Nowa załoga  na miejscach.  Przywróciliśmy do stanu 
używalności maszynownię i napęd podprzestrzenny. Okręt jest gotowy do rejsu na waszą 
komendę.
         Szwadron rebelianckich okrętów zwiadowczych typu Idolator dryfował z wyłączonymi 
systemami   aktywnego   skanowania   na   obrzeżach   systemu   Delphi,   nasłuchując   pilnie 
przechwyconych transmisji radiowych. Szwadron przybył zbyt późno na umówione spotkanie 
ze zbuntowanym krążownikiem i teraz jego załogi mogły jedynie obserwować z ukrycia jak 
niedoszła zdobycz marszałka Abaddona powoli odlatuje z powrotem w kierunku terytorium 
lojalistów. Dowódca szwadronu zdawał sobie sprawę z faktu, iż trzy jego rajdery nie mają 
szans   w   starciu   z   imperialnym   krążownikiem   i     bombowymi   eskadrami,   ale   wątpił,   by 
marszałek   przyjął   do   wiadomości   jego     argumenty.   Stojąc   w   zamyśleniu   na   mostku 
patrolowca i okrywając się szczelniej ciemnym płaszczem kapitan obserwował sygnatury obu 
lojalistycznych okrętów wychodzących poza zasięg czujników rajdera. Odwrócił się w stronę 
czekającego opodal mentata.
  -   Wyślij   wiadomość   do   marszałka.   Powiadom   go,   że   informacje   przewożone   przez 
rebeliancki okręt pozostały w rękach nieprzyjaciela.
         Demoniczna istota zamieszkująca ciało opętanego kultysty zasyczała gniewnie, zaczęła 
prężyć się pod skórą człowieka jakby już czuła nieuchronny gniew Abaddona na wieść o 
porażce.   Na   całym   mostku   zapadła   ciężka   cisza,   członkowie   załogi   starali   się   znaleźć 
jakiekolwiek zadanie, by tylko nie patrzeć na zgubionego kapitana.

*  *  *  *  *

          -   Moje   podziękowania,   magosie   Castaborasie.   Proszę   kontynuować   swoją   pracę   – 
techkapłan   skłonił   się   nisko   ukrywając   twarz   za   metalową   maską,   po   czym   dołączył   do 
oczekujących na korytarzu towarzyszy opuszczając bez słowa kabinę Sempera.
     Kapitan usiadł przy biurku pocierając wskazującym palcem orczą bliznę. Przymknął oczy 
rozmyślając o tym, czego się właśnie dowiedział. Wykradzione informacje techniczne zostały 
skopiowane   z  banków  pamięci   Bellerophona  i   przeniesione   na  pokład   Machariusa,  gdzie 
zajęli   się   nimi   techkapłani   Adeptus   Mechanicus.   Natychmiast   wysłano   astropatyczną 
wiadomość do dowództwa, potwierdzając odzyskanie danych i rekomendując do wysokiego 
odznaczenia rannego komandoraporucznika. Sztab Zgrupowania Gothic potwierdził odbiór 
wiadomości   w   bardzo   lakoniczny   i   zdawkowy   sposób.   Najstarszy   rangą   techkapłan   na 
pokładzie  okrętu, Castaboras, przeprowadził  częściową analizę  tajemniczych  materiałów  i 
zapoznał z ich treścią kapitana. Tylko oni dwaj znali zawartość skopiowanych plików, ale 
zdobyte informacje pociągnęły za sobą jeszcze więcej pytań, na które nie znali odpowiedzi. 
Pliki   zawierały   informacje   związane   z   kosmicznymi   fortecami   Blackstone,   sześcioma 
starożytnymi   konstruktami   nieznanego   pochodzenia   stanowiącymi   podstawę   imperialnej 
marynarki w sektorze Gothic. Każda forteca pełniła rolę samowystarczalnej bazy dla własnej 
floty okrętów i każda z osobna dysponowała wystarczającą siłą ognia, by rozprawić się z 
armadą marszałka Abaddona. Przechwycone informacje zawierały wiele poufnych danych, 
ale nigdy w historii Zgrupowania Floty Gothic żadna forteca Blackstone nie wpadła w ręce 
nieprzyjaciela i Semper nie wierzył, by Abbadon tracił swe siły na daremne próby zdobycia 
tych konstruktów.
 - Na Imperatora – mruknął studiując naniesione na mapę pozycje wszystkich fortec. Co to 
mogło znaczyć ?

*  *  *  *  *

background image

      Gdzieś wewnątrz Oka Terroru, gdzie materia i podprzestrzeń przenikały się wzajemnie, 
marszałek Chaosu Abaddon, Niszczyciel Światów i Legat Horusa, patrzył na zmieniające się 
bezustannie  kształty maelstromu.  Co tam  dostrzegał,  jakie  sekrety i  tajemnice  odkrywały 
przed nim Moce Mroku, aaaa

tylko   on   wiedział.   Odwrócił   się   od   okna   komnaty   audiencyjnej   i   odesłał   zmutowanego 
posłańca jednym ruchem ręki. Kurier natychmiast wycofał się tyłem gnąc ciało w pokłonach, 
świadom   faktu,   iż   nieznacznie   odmienny   gest   ręki   marszałka   oznaczałby   sygnał   dla 
czekających w niemym bezruchu przerażających istot w pancerzach Terminatorów, gotowych 
wykonać natychmiastową egzekucję na posłańcu przynoszącym niepomyślne wieści. Miecz 
ukryty   w   pochwie   przytroczonej   do   pasa   marszałka   wydał   z   siebie   przeciągły   pomruk 
wyczuwając posępny nastrój swego pana. Abaddon położył dłoń na jego rękojeści mrucząc 
coś pod nosem. 
         Gniew marszałka miał zostać niebawem zaspokojony. Wydano już stosowne rozkazy i 
załogi eskortowców wkrótce miały ponieść konsekwencje swej porażki. Abaddon wiedział, że 
utrata   planów   technicznych   fortec   nie   miała   większego   wpływu   na   jego   pieczołowicie 
przygotowany   plan.   Spojrzał   ponownie   w   przestronne   okno   patrząc   z   pokładu   swego 
tymczasowego okrętu flagowego w głąb maelstromu. Pośród jego gazowych mgieł dostrzegał 
cienie poruszające się w Osnowie, niezliczone małe statki i platformy konstrukcyjne. Widział 
kształty wielkiego obiektu, wokół którego się uwijały niczym mrówki, złowieszcze kształty 
tkwiące   w   bezruchu   w   podprzestrzeni.   Prace   były   już   na   ukończeniu.   Jego   nowy   okręt 
flagowy.   Nowa   przerażająca   broń.   Mój   Niszczyciel   Planet,   pomyślał   Abaddon   sycąc   się 
prymitywnym brzmieniem tej nazwy, tak prostej i pełnej mocy zarazem.
         Jego myśli powróciły do sześciu tajemniczych  nagród, dla których w rzeczywistości 
rozpętał wojnę w sektorze Gothic. Już wkrótce Niszczyciel Planet zostanie wystawiony na 
widok nieprzyjaciół. Czciciele żywego trupa zamieszkującego Złoty Tron będą umierać ze 
strachu na samą myśl o tym, jakich zniszczeć może dokonać ten okręt. Niech tkwią w swoim 
samozadowoleniu, pomyślał. Niech myślą, że stoją już twarzą w twarz z najgorszym. A kiedy 
nadejdzie właściwy czas i wszystkie elementy układanki znajdą się na swoich miejscach, 
zrozumieją, że najgorsze dopiero nadejdzie.

Pierwsze salwy
     

     Niszczyciel Planet ! Nawet teraz, po tylu długich latach od zakończenia Wojny o Gothic, 
kiedy szczegóły tamtych wydarzeń dawno już wyparł z żywej pamięci nieubłagany bieg czasu 
czyniąc   je   jedynie   chwalebnym   rozdziałem   historycznych   annałów   –   nazwa   ta   wzbudza 
dreszcz   lęku   i   przerażenia.   Słyszałem   kiedyś,   że   na   światach   położonych   daleko   poza 
granicami   Segmentum   Obscurus,   gdzie   Wojna   o   Gothic   nie   wywarła   żadnego   istotnego 
wpływu na bieg życia czy też praktycznie jej nie zauważono, samo wspomnienie Niszczyciela 
Planet   wywołuje   u   autochtonów   skrajną   grozę.   Miałem   sposobność   spotkać   czcigodnego 
członka Missionarus Galaxia, który opowiedział mi o swych podróżach i naukach głoszonym 
dzikim   barbarzyńcom   wciąż   egzystującym   w   różnych   odludnych   miejscach   naszego 
ogromnego   Imperium.   Wspomniał   wówczas   o   prymitywnych   szczepach   zamieszkujących 
jeden   z   takich   światów,   co   noc   wystawiających   straże   mające   za   zadanie   obserwować 
rozgwieżdżone   niebo   i   modlić   się   do   Wielkiego   Ojca   (którym   to   terminem   owi   dzikusi 
określają   naszego   boskiego   Imperatora),   by   ten   strzegł   ich   od   enigmatycznego 
niebezpieczeństwa   zwanego   „Mieczem   Abaddona”.   W   jaki   sposób   ci   barbarzyńcy,   nie 

background image

wiedzący   nic   o   Imperium   ani   otaczającym   ich   wszechświecie,   zdołali   zdobyć   taką 
specyficzną wiedzę, nie wiadomo, mój rozmówca zapewnił mnie jednak, że przedmiotem 
lęku tubylców była bez wątpienia przerażająca broń ostateczna Abaddona. 
         Kiedy analizuję najczarniejsze godziny historii Wojny o Gothic, chwile, gdy potworna 
potęga   najnowszej   broni   Abaddona   stała   się   już   powszechnie   znana   lojalistom,   zawsze 
przypominam   sobie   tamtą   opowieść   misjonarza,   zwłaszcza   zaś   jeden   jej   fragment, 
pochodzący z mitów wykreowanych w wyobraźni mieszkańców barbarzyńskiego świata, a 
mówiących o kosmicznym terrorze znanym nam pod mianem Niszczyciela Planet. Ogromny 
lęk tych ludzi przed nieznanym im bliżej niebezpieczeństwem jest bardzo podobny w swej 
skali do lęku miliardów cywilizowanych obywateli Imperium świadomych faktu, iż kształt 
Niszczyciela przemierza właśnie kosmiczną pustkę dzielącą globy Sektora Gothic.
     „I stał się on Śmiercią, Niszczycielem Światów”.

        Emerytowany skryba Rodrigo Konniger, W szczęki śmierci, w paszczę piekieł: historia 
Wojny o Sektor Gothic, 143149.M41

       Niczym zauroczony, Abadonn patrzył jak widoczna w dole planeta zaczyna dygotać w 
ostatnich przedśmiertnych spazmach.
     Rozległe oceany wyparowały już kilka godzin temu pozostawiając po sobie suche spękane 
dna dawnych morskich zbiorników. Powierzchnię planety pokrywała siateczka krzyżujących 
się ze sobą jaskrawoczerwonych linii: rzeki, jeziora czy nawet wręcz całe oceany płynnej 
skały wyciekającej poprzez olbrzymie szczeliny w skorupie rozpadającej się planety. Cała 
południowa hemisfera stała w ogniu, pokryta morzem magmy wytryskującej na powierzchnię 
lądów  przez  gigantyczne  rozdarcia  wielkości  całych  kontynentów  poczynione  w  skorupie 
globu pokładową bronią Niszczyciela Gwiazd. Olbrzymie trzęsienia ziemi przemieszczały się 
wzdłuż   południków   od   bieguna   do   bieguna,   ustawicznie   przekształcając   topografię 
umierającego świata i tworząc pojawiające się kolejno po sobie nowe wizje ognistego piekła. 
Biosfera   planety   przestała   istnieć   po   tym   jak   pierwsza   salwa   baterii   Niszczyciela 
doprowadziła   do   samozapłonu   bogatej   w   tlen   atmosfery   i   Abaddon   uznał,   że   życie   na 
skazanym świecie praktycznie znikło. Być może garstka mieszkańców przeżyła ogniste burze 
przewalające się po powierzchni świata chowając się do głębokich bunkrów, lecz nic nie 
mogło   uciec   przed   sejsmiczną   katastrofą   wywołaną   energetycznym   strzałem   zdolnym 
spenetrować skorupę planety aż do jej płynnego jądra.
         Abaddon wykrzywił usta w upiornym grymasie wspominając inne chwile podobnego 
tryumfu, inne równie ekscytujące spektakle zniszczenia. Pamiętał swoją wartę u boku Horusa 
na mostku flagowej barki marszałka wojny, kiedy śledził wzrokiem kolejne fale głowic z 
bronią   biologiczną,   odpalanych   w   kierunku   widocznego   za   pancernymi   oknami   świata. 
Podczas   Oczyszczania   Istvaanu   III   zginęło   dwanaście   miliardów   ludzi,   a   ich   mentalny 
przedśmiertny   krzyk   przytłumił   na   pewien   czas   nawet   jednostajny   i   wszechobecny   puls 
Astronomicanu. Lecz to dopiero był początek.
         Niech galaktyka stanie w ogniu, polecił marszałek wojny, a Abaddon i inni dowódcy 
Legionów   Astartes   stojących   po   jego   stronie   skrupulatnie   ten   rozkaz   wypełnili.   Pamiętał 
doskonale płonące planety, przestrzeń kosmiczną zapchaną wrakami zniszczonych okrętów, 
fronty wojenne długie na tysiące mil, bezlitosne walki pomiędzy Kosmicznymi  Marines i 
machinami Collegia Titanica, a ich niedawnymi braćmi, toczące się na tysiącu różnych świa

background image

tów, w promieniach tysiąca różnych słońc. Pamiętał doskonale ryk tryumfu, który wydarł się 
z miliona gardeł, kiedy on sam, Abaddon, Pierwszy spośród Wybranych Horusa, poprowadził 
szarżę nad zniszczonymi murami Zewnętrznego Pałacu i uderzył na serce kompleksu.
     Gruba na kilka metrów ceramitowa podłoga pod nogami Abaddona zadrżała silnie, przez 
opancerzone   pokłady   gigantycznego   okrętu   przebiegł   głuchy   grzmot   wstrząsu.   Marszałek 
ocknął się z głębokiego zamyślenia.
  -   Panie   –   wycharczał   garbaty   renegat   w   szatach   techkapłana   kłaniając   się   nisko   przed 
obliczem   Abaddona   –   Rdzeń   planety   zaczyna   ulegać   kolapsowi   wywołując   gwałtowne   i 
nieprzewidywalne reakcje w obrębie jej pola magnetycznego – Heretyk  umilkł na chwilę 
nerwowo oblizując wąskie usta rozdwojonym językiem – Być może rozsądnym wyjściem 
byłoby wycofanie okrętu poza strefę oddziaływania pola.
     Abaddon zasyczał z irytacją, rozdrażniony zuchwałością istoty zakłócającej jego spokój. 
Wyczuwając nastrój swego pana, ukryty w pochwie demoniczny miecz wydał z siebie głęboki 
drapieżny   pomruk.   Abaddon   ujął   w   dłoń   wyrzeźbioną   na   podobieństwo   ludzkiej   czaszki 
głowicę   rękojeści   uspokajając   jaźń   uwięzionego   w   ostrzu   demona.   Jeden   z   masywnych 
Terminatorów tworzących straż przyboczną marszałka postąpił krok do przodu, trzeszczące 
cicho szpony energetyczne wysunęły się z jego rękawic gotowe natychmiast wyeliminować 
źródło niezadowolenia mistrza.
         Kolejny wstrząs wprawił w drżenie pokłady Niszczyciela podkreślając dobitnie słowa 
skamieniałego z grozy techkapłana. Spoglądając za pancerne okno Abaddon dostrzegł słupy 
magmy   wystrzeliwujące   wysoko   ponad   powierzchnię   świata   i   eksplodujące   jaskrawymi 
rozbłyskami na orbicie niestabilnej grawitacyjnie planety. 
          Widząc   krótki   gest   marszałka   Terminator   cofnął   się   z   powrotem   na   swoje   miejsce 
zajmując pozycję w kręgu milczących opancerzonych sylwetek legionistów. Dygocząc wciąż 
z przerażenia techkapłan umknął w bezpieczny półmrok komnaty.
     Odwracając się plecami do przeszkolonej ściany Abaddon stanął pośrodku komnaty, a jego 
Terminatorzy   zmienili   pozycję   tworząc   wokół   swego   pana   ochronny   krąg.   Techkapłani, 
akolici i mutanci umykali na wszystkie strony schodząc z drogi bezwzględnym olbrzymom.
     Despoiler machnął ponownie ręką i środkowa część podłogi komnaty widokowej zaczęła 
opadać w dół z głuchym łoskotem, zjeżdżając na niższe pokłady okrętu. Niewypowiedziana 
komenda marszałka została już przekazana dalej i kiedy ciężka winda sunęła w dół szybu, z 
jej platformy wyraźnie widać było pracującą gorączkowo załogę okrętu. Abaddon wiedział, 
że na pokładach statków tworzących eskortę Niszczyciela Planet panowała podobna szaleńcza 
gonitwa,   popędzana   przez   kapitanów   dziękujących   mrocznym   bogom   za   łaskę   w   postaci 
zgody na oddalenie się od konającego globu.
      Żaden z tysięcy pracujących na okręcie niewolników pod groźbą kary śmierci nie mógł 
spojrzeć   na   twarz   marszałka   Chaosu,   toteż   słyszący   znajomy   dźwięk   opadającej   windy 
nadzorcy zaczęli rozglądać się wokół szukając śladu nieposłuszeństwa. Większość więźniów 
również   wiedziała,   co   oznacza   zbliżający   się   metaliczny   łoskot.   Dygocząc   z   przerażenia 
zgodnie   wlepili   swój   wzrok   w   skute   łańcuchami   stopy   przerywając   na   chwilę   mozolną 
harówkę odwracając twarze od przejeżdżającej obok nich wielkiej platformy i stojącej na niej 
postaci.   Niektórzy   pracowali   dalej   spoglądając   w   kierunku   windy   pustymi   oczodołami. 
Przydzieleni do zadań nie wymagających użycia wzroku, nieszczęśnicy ci zostali przez swych 
oprawców pozbawieni w brutalny sposób oczu.
     Jeden skuty kajdanami robotnik, wciąż jeszcze noszący na sobie świadczący o niedawnym 
trafieniu   do   niewoli   nowy   mundur   oficerski   imperialnej   marynarki,   albo   nie   zrozumiał 
chrapliwych ostrzeżeń swych nadzorców albo świadomie je zignorował. Za krótkie spojrzenie 
na platformę windy został natychmiast powalony na podłogę pokładu przez swego strażnika, 
olbrzyma noszącego czerwony pancerz siłowy ozdobiony emblematami Legionu Pożeraczy 
Światów. Sycząc z wściekłości niczym zwierzę Marine jednym ciosem łańcuchowego topora 

background image

odrąbał głowę krzyczącego przeraźliwie niewolnika i podniósł ją za włosy do góry, oddając 
za pomocą odrażającego trofeum salut przejeżdżającemu marszałkowi. Martwe oczy ofiary 
mogły już spoglądać na obraz, który żywym więźniom oglądać zakazano.
         Abaddon Despoiler, marszałek wojny Chaosu, przywódca Legionów Adeptus Astartes 
nazywanych   przez   sługusów   fałszywego   Imperatora   zdradzieckimi,   przemierzał   pokłady 
swego okrętu mijając niezliczone rzesze podwładnych. Nie dbał o to jak długo pożyją i w jaki 
sposób umrą, nie dbał o ich oddanie i poświęcenie dla wielkiej sprawy – wystarczało, że 
trwali przy nim lojalnie skuci niewidzialnymi pętami strachu.

* * * * *

          Platforma   przejechała   przez   sufit   głównego   pokładu   wsuwając   się   do   gigantycznej 
mrocznej komnaty, której posadzka i ściany nikły całkowicie aa

w   ciemnościach.   Pośród   głośnego   metalicznego   huku   winda   zatrzymała   się   w   wycięciu 
większej   platformy,   wiszącej   na   gigantycznych   łańcuchach   przytwierdzonych   do   sufitu 
pomieszczenia. Widząc marszałka gromada techkapłanów powitała go głębokimi ukłonami i 
pełnymi respektu gestami czci. 
  -   Pokażcie   –   zażądał   Despoiler   mówiąc   tonem   równie   lodowatym   i   nieubłaganym   jak 
kosmiczna próżnia.
          Jeden   z   techkapłanów   położył   swą   zmutowaną   dłoń   na   kryształowych   kontrolkach 
niskiego pulpitu i zaczął przesuwać po nich palcami przypominającymi ociekające śluzem 
ssawki. Gdzieś  w głębi sali rozległo się dudnienie włączonego przekaźnika  mocy i zaraz 
potem   sala   znikła.   Otaczająca   platformę   ciemność   wypełniła   się   niezliczonymi   ognikami 
gwiazd,   planet,   konstelacji,   mgławic,   pól   asteroidów   i   dziesiątkami   innych   fenomenów 
astronomicznych. 
      Po wielu godzinach spędzonych w tym pomieszczeniu Abaddon wiedział doskonale, co 
przedstawia trójwymiarowa holograficzna mapa. Sektor Gothic, perfekcyjnie odtworzony w 
każdym  detalu, nie tylko  w trzech standardowych  wymiarach,  lecz również w czwartym, 
przedstawiającym   dzięki   niezwykłym   możliwościom   zagadkowych   maszyn   sterujących 
hologramu przewidywane zmiany pływów Osnowy. Ów niezwykły wynalazek pochodził bez 
wątpienia z czasów preimperialnych i najprawdopodobniej nie był wytworem ludzkich rąk, 
jego pochodzenie jednak w najmniejszym stopniu marszałka nie interesowało. Znalezioną w 
dryfującym kosmicznym hulku komnatę projekcyjną wycięto w całości, po czym wbudowano 
w kadłub Niszczyciela Planet.
     Abaddon śledził wzrokiem hologram odnotowując w pamięci ostatnie zmiany w pozycjach 
swej   armady   i   sił   marynarki   lojalistów.   Port   Maw   był   jasnoniebieskim   skupiskiem 
kontrolowanych przez Imperium światów i zgrupowań floty, ale marszałek uśmiechnął się ze 
złowieszczą satysfakcją widząc pierścień czerwonych ikon zaciskający się wokół głównej 
bazy Zgrupowania Floty Gothic.
     Konstelacje czerwonych i niebieskich punktów mieszały się ze sobą w obrębie projekcji 
dając   pewien   obraz   bezlitosnych   walk   gorzejących   w   strategicznie   ważnych   systemach 
sektora.   Wzrok   Abaddona   prześlizgiwał   się   po   szmaragdowych   ikonach   symbolizujących 
konwoje   zaopatrzeniowe   wroga   przemieszczające   się   pomiędzy   obleganymi   światami. 
Znaczniki elitarnych jednostek myśliwskich Chaosu czających się w Osnowie przy szlakach 
komunikacyjnych   płonęły   karmazynowym   blaskiem,   podczas   gdy   wilcze   stada   złożone   z 
piratów i przemytników sprzyjających Abaddonowi miały kolor słabego fioletu.
         Abaddon zmarszczył  z niesmakiem twarz dostrzegając strumień niebieskich punktów 
opuszczający podsektor Orar, wypychający z tego rejonu mapy czerwone znaczniki. Bhein 
Morr również płonął silnym niebieskim kolorem sygnalizując rosnący opór ze strony wroga, 

background image

natomiast   większość klastra   Cyclops  spowijał   nieczytelny  mrok   kontrastujący  wyraźnie  z 
precyzyjnymi  detalami reszty wielowymiarowej mapy. Pojedynczy marker ostrzegał, że ta 
część sektora jest zajęta przez orki, a nieoczekiwanie zażarty poziom oporu stawiany przez 
zielonoskórych zarówno lojalistom jak i eskadrom Chaosu tak dalece zniechęcił marszałka 
wojny, że zaniechano tam nawet dalszych prób infiltracji obszaru w celu uzupełnienia braków 
mapy.
     Na obszarze sektora pulsowało złotym blaskiem sześć rozrzuconych po mapie markerów. 
Niecierpliwe   spojrzenie   Abaddona   raz   za   razem   powracało   do   tych   punktów,   umysł 
marszałka   rozbrzmiewał   uporczywie   ich   nazwami   powtarzanymi   w   myślach   niczym 
dziwaczna mantra, której znaczenie tylko on pojmował.
     Fularis.
     Anvil 206.
     Fier.
     Rebo.
     Schindlegeist.
     Brigia.
  - Oczekujemy na rozkazy, mistrzu. Co jest naszym następnym celem ? Przygotowaliśmy 
wykaz strategicznie istotnych światów wciąż znajdujących się pod kontrolą nieprzyjaciela...
         Gniewny syk Abaddona z miejsca uciszył  nadgorliwego akolitę. Heretyk pośpiesznie 
wycofał się w głąb grupy swych towarzyszy, ale laserowe celowniki Terminatorów płonęły 
cały czas czerwonymi plamkami na jego szatach zdradzając tożsamość źródła irytacji mistrza 
i znakując go dla celów późniejszego wymierzenia kary.
       Głupcy, pomyślał Abaddon zamykając oczy i oczyszczając umysł ze zbędnych emocji. 
Ten   okręt   jest   potężną   bronią,   lecz   największym   orężem   zawsze   będzie   strach.   Dzięki 
Niszczycielowi zasiejemy lęk i dezorientację w umysłach wroga, ponieważ będziemy uderzać 
na oślep i pozornie bez większego sensu. Nie zdołają przewidzieć lokalizacji kolejnego ciosu, 
ani tym bardziej nie pojmą prawdziwych motywów tych rzekomo chaotycznych ataków. Nie 
będzie żadnych wykazów, żadnych strategicznie ważnych wyborów. 

Niech prądy Osnowy same wiodą nas ku przeznaczeniu.
      Marszałek otworzył oczy spoglądając na otaczające go mrowie gwiazd. Podniósł rękę i 
wskazał  jednym  z metalowych  szponów  rękawicy na wybrane  skupisko planet.  Projekcja 
zatrzymała   się   w   miejscu,   a   wskazany   fragment   sektora   został   powiększony   przybliżając 
obraz   pojedynczego   systemu   słonecznego.   Powiększając   dalej   skalę   podglądu   projektor 
wyświetlił   jedną   planetę   krążącą   na   orbicie   słońca.   Abaddon   ściągnął   usta   w   grymasie 
zimnego uśmiechu dostrzegając niebieskie oceany,  zielone kontynenty i białe pasy chmur 
zdradzające  obecność bogatej  w  tlen  atmosfery.  Połowa świata  pogrążona  była  w mroku 
nocy, a na jej ciemnej powierzchni migotały maleńkie światełka znaczące miejsca, w których 
wznosiły   się   lokalne   metropolie.   Przyglądając   się   dokładniej   projekcji   Abaddon   ujrzał 
mniejsze światełka na orbicie planety – stacje orbitalne i platformy bojowe dryfujące w próżni 
pomiędzy   planetą,   a   trajektorią   wykreślaną   przez   jej   jedyny   niezdatny   do   zamieszkania 
księżyc.
     Skolonizowany świat. Imperialny świat. Położony z daleka od najbliższej strefy frontowej 
i   równie   daleko   od   najbliższego   uzasadnionego   celu   Niszczyciela   Planet.   Po   raz   kolejny 
bogowie Osnowy wskazali swemu ulubieńcowi właściwą drogę.
          Techkapłani   ukłonili   się   głęboko   trafnie   odczytując   myśli   swego   pana.   Nazwa   i 
koordynaty następnego celu armady były już transmitowane na pokłady pozostałych okrętów. 
Mieszkańcy   skazanego   na   zagładę   świata   nie   mogli   mieć   jeszcze   o   tym   najmniejszego 
pojęcia, ale godzina ich egzekucji już została wyznaczona. 

background image

      Hologram powrócił do swego pierwotnego ustawienia wyświetlając pełną mapę sektora. 
Niecierpliwy wzrok marszałka powrócił do sześciu małych złotych punktów płonących dla 
niego blaskiem supernowych. Fularis. Anvil 206. Fier. Rebo. Schindlegeist. Brigia. Zaczął 
ponownie recytować w pamięci te nazwy, kryjące w sobie mroczną obietnicę, którą tylko on 
dostrzegał.
     Niech galaktyka stanie w ogniu, polecił marszałek wojny i teraz, po dziesięciu tysiącach 
lat, Abaddon Despoiler miał zamiar dokończyć rozpoczęte wówczas dzieło.

* * * * *

     - Teren czysty !
     Ludzkie krzyki rozbrzmiewały na uliczkach i w wąskich alejkach mieszając się z tupotem 
ciężkich   butów   i   trzaskiem   wyłamywanych   z   zawiasów   drewnianych   drzwi.   Nędzarze 
zamieszkujący   slumsy   z   przerażeniem   w   oczach   witali   wpadające   do   ich   mieszkań 
opancerzone   sylwetki   funkcjonariuszy   Adeptus   Arbites.   Gniewne   przekleństwa   i   żądania 
wyjaśnień spotykały się z łamiącymi kości uderzeniami kolb automatów lub ciosami ukrytych 
w ciężkich metalowych rękawicach pięści, natomiast wszelkie poważniejsze próby stawiania 
oporu pacyfikowane były niezwłocznie granatami gazowymi ciskanymi do środka ruder przez 
wybite okna i otwarte drzwi.
         Prefekt primus Jamahl Byzantane obserwował uważnie kolejną grupę dławiących się i 
wymiotujących malkontentów wypełzających z wypełnionego kłębami gazu domu. Na ulicy 
czekała już na nich tyraliera  noszących  maski  przeciwgazowe arbitratorów  z włączonymi 
pałkami wstrząsowymi i tarczami w rękach. Pozbawieni ochoty do dalszego oporu ludzie 
zostali skuci i odstawieni  na tyły  obszaru czystki,  gdzie  mieli  oczekiwać na przewóz do 
lokalnej   prefektury.   Ich   dalszy   los   w   obecnej   chwili   Byzantane   nie   interesował.   W 
podziemiach   każdej   fortecy   Arbites   wegetowały   tysiące   heretyków,   kryminalistów, 
malkontentów   i   anarchistów   chwytanych   w   trakcie   regularnych   operacji   prewencyjnych 
przeprowadzanych na terenie podmiejskich slumsów. Zdarzało się często, że więźniowie tacy 
do końca życia siedzieli w lochach czekając, aż ich sprawa trafi na wokandę, egzystując i 
umierając   pośród   brutalnych   więziennych   gangów   panoszących   się   w   podziemiach 
prefektury. Powolny bieg imperialnej machiny sprawiedliwości nie miał większego znaczenia 
dla porządku publicznego ludzkich światów, podobnie jak śmierć więźniów miażdżonych jej 
potężnymi   kołami   w   żaden   sposób   nie   wpływał   na   losy   mocarstwa.   Oficer   arbitratorów 
wiedział   doskonale,   że   w   całym   tym   systemie   liczył   się   wyłącznie   jeden   priorytet: 
niewzruszone stanowienie prawa.
     Podniósł rękę ku twarzy przesuwając czubkami palców po rytualnych bliznach znaczących 
ciemną skórę na policzkach i ścierając płynące wzdłuż szram krople potu. Pomagając sobie 
drugą ręką zdjął przysłonięty ciemną przyłbicą hełm i potrząsnął głową próbując zmierzwić 
tym ruchem posklejane w kosmyki włosy. Funkcjonariusze Arbites powinni zawsze jawić się 
obywatelom   jako  bezimienni   i  niewzruszeni   stróże  publicznego   porządku,  ale  dochodziło 
właśnie   południe   upalnego   letniego   dnia   i   Byzantane   nie   chciał,   by   patrzący   na   niego 
obywatele   ujrzeli   prefekta   padającego   na   ziemię   wskutek   omdlenia   wywołanego   udarem 
cieplnym.
  -   Kolejne   wielkie   zwycięstwo   strażników   Imperialnego   Prawa   –   oświadczył   stojący   za 
plecami prefekta Korte wyciągając w stronę przełożonego butelkę wyp
z   wodą   i   obserwując   jednocześnie   brutalną   procedurę   skuwania   wypłoszonych   z   rudery 
nędzarzy. Byzantane nic nie odpowiedział. Gdyby słowa te padły z ust któregokolwiek innego 
funkcjonariusza, nie obeszłoby się bez surowej reprymendy ze strony prefekta. Korte był 
świetnym  arbitratorem  i   lojalnym  sługą   Imperium   i  już  dawno  zasłużył   sobie  na  stopień 
prefekta primus, lecz Byzantane często czuł wdzięczność do losu za nadmierną skłonność 

background image

swego zastępcy do otwartego wygłaszania sarkastycznych poglądów na życie - dzięki czemu 
wciąż miał u swego boku wyjątkowo kompetentnego i sprawdzonego współpracownika. 
  - Więcej wiary w naszą misję, prefekcie  Secundus Korte – odezwał się z lekką drwiną 
Byzantane – Pamiętaj, że świętym obowiązkiem czcigodnych Adeptus Astartes i Imperialnej 
Gwardii jest toczenie wojen, marynarki kosmicznej zaś strzeżenie naszych granic, lecz to 
właśnie   Adeptus   Arbites   Jego   Boski   Majestat   w   swej   niezgłębionej   mądrości   zlecił 
najświętsze zadanie...
 - Trzymania pod butem heretyckich śmieci uparcie schodzących ze ścieżki prawych czcicieli 
Imperatora – roześmiał się Korte kończąc maksymę starym żartem krążącym po prefekturze.
          Obaj   mężczyźni   z   ulgą   powitali   chwilę   wytchnienia   w   długiej   i   żmudnej   operacji 
pacyfikacyjnej.   Od   świtu   oddziały   arbitratorów   przeczesywały   labirynt   slumsów   i 
podmiejskich zakładów ukryty w cieniu rzucanym przez masyw skalny, na którym wznosił 
się   pałac   regenta.   Belatis   i   jego   stołeczne   miasto   Madina   położone   były   daleko   od   stref 
frontowych, ale nawet tutaj można było namacalnie odczuć konsekwencje wojny pustoszącej 
odległe   regiony   sektora   Gothic.   Podobnie   jak   reszta   światów   położonych   na   militarnym 
zapleczu,   Belatis   pozbywało   się   przymusowo   swej   siły   roboczej   i   funduszy   pokrywając 
koszty toczonej wojny. Byzantane wiedział, że wielu chwytanych tego dnia więźniów trafi w 
charakterze rekrutów na pokłady okrętów imperialnej marynarki albo zostanie wcielonych do 
cywilnych  legionów karnych formowanych  pośpiesznie przez Departmento Munitorium w 
celu uzupełnienia potwornych strat w ludziach ponoszonych przez Gwardię. Żaden z nich nie 
mógł już łudzić się nadzieją, że kiedykolwiek ponownie ujrzy swój ojczysty świat.
     Z wnętrza transportera Rhino pełniącego rolę mobilnego centrum dowodzenia dobiegały 
pełne   radiowych   szumów   komunikaty   innych   jednostek   Arbites   zgłaszających   postępy   w 
procedurze   czystki.   Byzantane   wiedział,   że   jego   ludzie   wykonują   żmudną   niewdzięczną 
pracę, przeszukując ulica po ulicy i dom po domu najgorszą dzielnicę Starej Madiny, pełną 
rozsypujących się odartych z tynku budowli, w których ścianach mogło roić się od pułapek i 
Imperator   jeden   wie   jakich   innych   niebezpieczeństw.   W   akcji   uczestniczyła   zmasowana 
formacja   Arbites,   ich   ciężkie   pojazdy   jeszcze   przed   świtem   otoczyły   całą   dzielnicę 
metalowym kordonem. Na oczach mieszkańców stolicy rozgrywał się pokaz imperialnej siły, 
jakiego   Belatis   nie   doświadczyło   od   dziesięcioleci:   do   czystki   zmobilizowano   niemal 
wszystkich   arbitratorów   stacjonujących   na   tym   świecie.   Brutalna   akcja   miała   za   zadanie 
przypomnieć   autochtonom   o   obecności   władz   Imperium   na   Belatis;   nie   tylko   tym 
pochwyconym  w kordon niczym  zapędzone w kąt szczury,  lecz również obserwatorom z 
zewnątrz.
     Byzantane spojrzał w górę wznoszącego się ponad miastem skalnego klifu zastanawiając 
się jak wiele par oczu spoglądało w tym momencie w dół zza wielkich okien i balkonów 
pałacowej   cytadeli.   Jeśli   prefekt   chciał   dokonać   odpowiednio   widowiskowej   prezentacji 
skuteczności Arbites, nie mógł wybrać sobie ku temu lepszej lokalizacji. 
     Jakby odczytując myśli przełożonego, arbitrator obsługujący pokładowy radiokomunikator 
w Rhino pomachał ręką w stronę prefekta
 - Do pana, sir. Minister spraw wewnętrznych Kale.
         Byzantane kiwnął niechętnie głową i odebrał z rąk funkcjonariusza słuchawki zerkając 
jednocześnie z ukosa na Korte. Zastępca prefekta w widowiskowy sposób zebrał w gardle 
flegmę,  po czym  splunął nią na ulicę okazując swój stosunek do doradcy gubernatora w 
dziedzinie kwestii bezpieczeństwa wewnętrznego.
  - Chwała Imperatorowi, ministrze Kale – powiedział do mikrofonu Byzantane, z trudem 
ukrywając niechęć w swym głosie – Jesteśmy tutaj niezwykle zajęci egzekwując przepisy 
prawa Imperium, toteż zapewne rozumie pan, że nie mamy czasu na pogawędki.
  - Chwała Imperatorowi, prefekcie – głos po drugiej stroni komunikatora był  uprzejmy i 
grzeczny. Byzantane wyobraził sobie ministra spraw wewnętrznych Jarry Kale siedzącego 

background image

wygodnie w skórzanym fotelu w ścianach swego gabinetu i gapiącego się zapewne na obraz 
prefekta transmitowany do jego elektronicznego notesu przez jedną z wielu miniaturowych 
szpiegowskich sond, jakie bez wątpienia kręciły się w okolicach pacyfikowanej dzielnicy.
 - Odbyłem właśnie rozmowę z jego ekscelencją gubernatoremregentem i muszę przyznać, że 
on również  podziela  me  zaniepokojenie  faktem,  iż pańska operacja nie została  wcześniej 
skonsultowana z naszym ministerstwem.
- Odpowiadam wyłącznie przed boskim Imperatorem, ministrze Kale – odparł prefekt Arbites 
– nie przed gubernatoremregentem tego świata ani jego kon
ministrami.   Co   więcej,   w   tym   konkretnym   przypadku   nie   widzę   żadnej   konieczności 
uprzedniego zgłaszania całej akcji do wiadomości służb pałacowych. Jest pan bez wątpienia 
zaznajomiony z wezwaniami Departmento Munitorium do zwiększenia liczby przymusowych 
zaciągów dla naszej walecznej armii. Masowa rekrutacja kryminalistów gnieżdżących się w 
tych slumsach w równym stopniu przysłuży się interesom Zgrupowania Floty Gothic jak i 
praworządnym obywatelom Belatis. 
          A   gdyby   te   twoje   bandy   rzezimieszków   przyłożyłyby   się   odpowiednio   do   swych 
obowiązków, dodał w myślach Byzantane, takie getta kryminalistów nigdy by nie powstały w 
sercu stołecznego miasta.
         Po krótkiej chwili ciszy minister odezwał się ponownie. W jego uprzejmym głosie nie 
można było doszukać się żadnej reakcji na zamierzony ton krytyki prefekta.
  - Nikt nie pragnie służyć szczerzej Imperatorowi ode mnie i gubernatoraregenta, prefekcie 
Byzanthane. Proszę nie zrozumieć mnie opatrznie. Nasze wątpliwości w kwestii kooperacji 
spowodowane   były   zaskoczeniem   całą   tą   akcją,   co   uniemożliwiło   nam   udzielenie   wam 
pomocy w postaci naszych jednostek służb wewnętrznych.
     Imperator jeden wie jak niechętnie odrywałbym te twoje jednostki od ich standardowych 
obowiązków ściągania haraczy i zastraszania politycznych przeciwników pałacu, pomyślał 
posępnie prefekt naciskając przycisk nadajnika.
 - Bardzo dziękuję za tak godny pochwały gest, ministrze Kale. Kiedy stanie się konieczne 
przeprowadzenie   kolejnej   takiej   operacji,   powiadomimy   o   niej   z   odpowiednim 
wyprzedzeniem   pałac,   abyśmy   mogli   wspólnie   zaplanować   szczegóły   kooperacji   naszych 
jednostek.
         Byzantane przerwał połączenie i podniósł wzrok spoglądając na uśmiechniętą drwiąco 
twarz swego zastępcy.
 - Myślisz, że ci uwierzył ? – spytał Korte.
 - Mam to gdzieś – odburknął Byzantane – dopóki jego zbiry trzymają się od nas z daleka i 
nie przeszkadzają w robocie. 

* * * * *

         Prefekt primus odstąpił od transportera i rozejrzał się wokół przesuwając wzrokiem po 
niskich uwalonych błotem ścianach budynków składających się na rozległe getto, zbudowane 
bez jakichkolwiek planów architektonicznych ani głębszego celu. Budynki napierały na siebie 
wzajemnie rozdzielone gmatwaniną wąskich alejek i ślepych uliczek. Byzantane wiedział, że 
labirynt ten rozciągał się również na wnętrza budowli, a dzięki licznym wybitym w ścianach 
dziurom szukający dyskrecji osobnik mógł przemierzyć getto z jednego jego końca na drugi 
bez rzucania się w oczy postronnym obserwatorom. 
      Getto nie było bynajmniej lokalnym unikatem, podobne skupiska wyrzutków istniały na 
praktycznie   każdym   nawet   po   części   ucywilizowanym   świecie   Imperium,   i   będący 
doświadczonym stróżem prawa Jamahl Byzantane znał takie slumsy bardzo dobrze. Gniazda 
kryminalistów i anarchistów. Kryjówki zbiegów i renegatów. Siedliska heretyków.

background image

          Operacja   mająca   na   celu   przeszukanie   getta   i   przymusowy   werbunek   rekrutów   dla 
kosmicznej   marynarki   była   oficjalnym   przedsięwzięciem   władz,   ale   też   stanowiła   formę 
przykrywki   dla   prawdziwych   intencji   prefekta.   Sektor   Gothic   znalazł   się   w   obliczu 
zmasowanego ataku, nie tylko ze strony wojennych eskadr Abaddona, ale i jego sojuszników 
należących   do   heretyckich   kultów   działających   na   niemal   każdym   imperialnym   świecie. 
Kiedy krwawy konflikt dobiegnie końca, Inkwizycja bez wątpienia zwróci swą bezwzględną 
uwagę   na   ośrodki   władz   sektora,   ponieważ   znienacka   jasne   stało   się,   iż   Nieprzyjaciel 
poświęcił długie lata starań na przygotowanie sekretnego wsparcia w obrębie regionu, a jego 
agenci przedostali się do wielu administracyjnych i wojskowych struktur mocarstwa.
     Z chwilą wybuchu otwartej wojny, kiedy armady marszałka Chaosu uderzyły poprzez Arx 
Gap   na   niespodziewające   się   ataku   szwadrony   Zgrupowania   Gothic,   działający   dotąd   w 
ukryciu sprzymierzeńcy Abaddona odpowiedzieli na jego wezwanie wychodząc z podziemia. 
Inspirowane   prowokacjami   agentów   Chaosu   rewolty   wybuchły   na  ponad   dwóch   tuzinach 
imperialnych światów, odciągając z głównej linii frontu bezcenne zasoby ludzi i surowców. 
Co najmniej jedna kontrolowana przez komórkę wroga planeta wpadła w ręce Nieprzyjaciela 
bez oddania strzału i jeśli jej populacja sądziła, że w rezultacie buntu zmienia tylko jeden 
uciążliwy reżim na rzecz drugiego, rychło pojęła bezmiar swej potwornej pomyłki – w chwili, 
gdy ciemne bryły kapsuł desantowych spadły na powierzchnię świata, a jego mieszkańcy 
ujrzeli   oblicza   swych   nowych   panów.   Na   wielu   innych   planetach   kulty   rozpętały   wojnę 
partyzancką. Szerząc lęk i zwątpienie pośród ludności cywilnej. Sabotując instalacje militarne 
i przemysłowe. Infiltrując kręgi wojskowe i przekazując strategicznie ważne informacje do 
sztabu Nieprzyjaciela.
     I rozprzestrzeniając się, rozprzestrzeniając się przez cały czas. Kiedy Chao
Chaos zapuszczał swe korzenie na lojalistycznym  świecie, bardzo często machinacje jego 
agentów kończyły się przeciągnięciem na stronę Czterech Potęg całej lokalnej populacji.
      Tak, pomyślał prefekt primus, bezwzględna sprawiedliwość Inkwizycji omiecie niczym 
kosa   urzędy   gubernatorów   sektora,   inwigilatorów   Eklezjarchii   oraz   przedstawicieli 
Administratum,  ponieważ  nieudolność   i  niekompetencja   tych  ludzi  od  początku  sprzyjała 
powstaniu i późniejszemu rozwojowi heretyckich kultów.
     Lecz nie tutaj. Nie na Belatis. Nie w rejonie objętym jurysdykcją Jamahla Byzantane.
     Chociaż Belatis nie należało do systemów położonych na pierwszej linii frontu, posiadało 
naturalne zasoby surowców niezwykle istotnych dla trwającego właśnie konfliktu. Pokłady 
rud   na   adamandytowe   tarany   kosmicznych   okrętów.   Nieprzetworzone   promethium   dla 
pojazdów   mechanicznych.   Dostawy   zboża   i   mięsa   dla   głodnych   zastępów   Imperialnej 
Gwardii.  Byzantane  wiedział,  że jego świat  nie jest największą ani najgęściej  zaludnioną 
planetą Sektora Gothic, ale podobnie jak każdy inny z miliona światów tworzących rozległe 
ludzkie mocarstwo, glob ten należał do boskiego Imperatora i już sam ten fakt sprawiał, że 
wart był on stosownej troski. Lub oddania za niego życia, jak sam sobie oświadczył arbitrator 
przywołując w pamięci przysięgę składaną trzydzieści lat temu w akademii kadetów Adeptus 
Arbites na Świecie Andertona.
      Służyć Imperatorowi. Strzec Jego dominiów. Osądzać i chronić Jego poddanych. Nieść 
prawa Imperium na wszystkich światach znajdujących się pod Jego boską protekcją. Ścigać i 
karać tych, którzy za nic mają Jego słowa.
     Dbać o przestrzeganie przepisów Pax Imperialis.
         Byzantane dopiero niedawno zaczął podejrzewać obecność agentów Czterech Potęg na 
Belatis. Na jego biurko nie wpłynął żaden raport mówiący o aktach sabotażu, żaden meldunek 
zgłaszający  przypadek   herezji,   nikt   nie   podejmował   żadnych   prób   podważenia   autorytetu 
władz Imperium, lecz prefekt przez cały czas nie umiał opędzić się od wrażenia czegoś... 
czającego   się   w   pobliżu.   W   pobliżu,   ale   niewidzialnego.   Ukrytego   i   tkwiącego   w 
wyczekiwaniu. Psionicy Arbites również to wyczuwali, zgłaszając liczne dziwne zaburzenia 

background image

pływów Osnowy i niepokojące wizje jakiegoś nieuchronnego i niepokojącego wydarzenia. 
Cisza przed burzą, tak określił ten fenomen pewien zatroskany adept Senior Primaris próbując 
opisać prefektowi swe odczucia.
     Niczym cisza przed burzą, powtórzył w myślach prefekt obserwując drużyny arbitratorów 
kontynuujące przeszukiwania getta. Mentaci służb porządkowych nie potrafili podać żadnych 
szczegółów owego niepokojącego zjawiska, ale Byzantane miał swe własne źródła informacji 
- źródła, którym jako doświadczony weteran Arbites ufał znacznie bardziej od wiedźmich 
wizji   i   przepowiedni.   Prefekt   posiadał   sieć   szpiegów   i   informatorów   we   wszystkich 
warstwach przestępczego półświatka Belatis i szybko zdobył od nich pierwsze ogólnikowe 
informacje  o tajemniczych  zgromadzeniach  odbywających  się  gdzieś  w  głębi  stołecznego 
getta. Jeśli gdzieś tam faktycznie znajdowało się gniazdo herezji, pewien był, że jego ludzie je 
zlokalizują.
      Byzantane spojrzał na Korte, monitorującego przepływające przez komunikator raporty. 
Wiceprefekt   pokręcił   przecząco   głową   dostrzegając   pytający   wzrok   swego   przełożonego, 
odgadując w locie jego pytanie.
 - Jeszcze nic. Zwykłe bandy miejskich rzezimieszków, przy czym większość z nich z trudem 
spełnia minimalne wymogi stawiane rekrutom marynarki. Możemy spędzić najbliższy tydzień 
na przekopywaniu  tej dziury aż po fundamenty i tak nie mamy  gwarancji, że cokolwiek 
znajdziemy.
 - To nie jest wcale taka zła myśl, arbitratorze Korte – odpowiedział Byzantane wyczuwając 
nutkę posępnego humoru w głosie zastępcy – Lecz miejmy nadzieję, że nie trzeba będzie tego 
robić... przynajmniej nie teraz – dodał po krótkim namyśle.
          Byzantane   zajrzał   przez   otwarty   właz   do   przedziału   pasażerskiego   transportera, 
spoglądając  na postać ukrywającą  się w miłym  chłodzie  klimatyzowanego  wnętrza przed 
słonecznym żarem prażącym miasto.
 - Bracie Shaulo, jakiej pomocy możesz nam udzielić ?
          Psionik   Adeptus   Arbites   wyszedł   z   wyraźną   niechęcią   na   rozpaloną   promieniami 
popołudniowego słońca ulicę, pieczołowicie nakładając na swe czerwone oczy przyciemnione 
gogle.   Byzantane   wiedział,   że   psionicy   byli   mutantami   i   nawet   ta   garstka   wybrańców 
tolerowana przez władze Imperium ze względu na dostatecznie silną własną wolę, by stawić 
odpór   podszeptom   Chaosu   niezmiennie   naznaczona   była   piętnem   swego   nienaturalnego 
talentu. Shaulo okazał się albinosem. Posiadał skazy fizyczne, za które na dzikim Skyre – 
macierzystym świecie prefekta - zostałby zabity natychmiast po urodzeniu. Skyre znajdowało 
się teraz w odległości kilku tysięcy lat świetlnych, a sam prefekt ostatni raz postawił na nim 
stopę pół swego życia  temu,  ale  wciąż  jeszcze  odczuwał  głębokie  zmieszanie  i niepokój 
przebywając w towarzystwie osób o rozwiniętym talencie mentalnym – nawet jeśli osoba taka 
nosiła znajomy mundur arbitratora.

 - Jak dotąd nic, prefekcie. Całkiem możliwe, że korzystają z tarcz negujących skanowanie 
psioniczne lub nieznanych mi sztuczek pozwalających ekranować... – Shaulo urwał raptownie 
spoglądając   z   wyrazem   zdumienia   i   zmieszania   pospołu   na   dwóch   arbitratorów 
przymierzających się właśnie do wyłamania kolejnych drzwi w rzędzie ciągnących się wzdłuż 
ulicy budynków. Byzantane był już w ruchu, odziedziczony po barbarzyńskich przodkach 
instynkt zmusił go do odruchowej reakcji na grymas lęku i zaskoczenia zniekształcający rysy 
twarzy psionika. Zanim prefekt zorientował się, co właściwie robi, był już w połowie drogi 
między   transporterem   i   parą   funkcjonariuszy,   wyszarpując   z   kabury   boltowy   pistolet   i 
krzycząc jednocześnie słowa ostrzeżenia, które nadeszło zbyt późno.
     Drzwi eksplodowały w chwili, gdy ciężki wzmocniony metalowymi okuciami but jednego 
z   arbitratorów   uderzył   w   ich   powierzchnię.   Wybuch   nie   był   tak   silny,   jak   się   tego 

background image

instynktownie   obawiał   Byzantane,   ale   obaj   funkcjonariusze   niemal   natychmiast   znikli   w 
gęstej chmurze chorobliwie żółtawej mgiełki.
  -   Bomba   toksyczna   !   Maski   !   –   wrzasnął   Byzantane   widząc   rozwiewane   leniwymi 
podmuchami   gorącego   powietrza   opary,   które   szybko   rzedły   odsłaniające   wykręcone 
konwulsyjnie zwłoki dwóch żyjących zaledwie kilka sekund wcześniej arbitratorów.
          Omieciony   smugą   trującej   mgiełki   człowiek,   jeden   z   młodszych   funkcjonariuszy 
Prefektury Tertius służący pod komendą Mahana, krzyknął boleśnie krztusząc się krwią i 
walcząc jednocześnie rozpaczliwie z paskiem maski przeciwgazowej zaczepionym o fragment 
uniformu. Ludzie znajdujący się w epicentrum wybuchu ponieśli śmierć na miejscu, zabici 
bezpośrednim kontaktem z silnie skondensowanym obłokiem gazowym, ale podmuchy wiatru 
szybko rozwiewały śmiercionośną chmurkę i owiany oparami funkcjonariusz miał przed sobą 
długie minuty potwornej agonii: komórki wirusa mnożyły się w jego organizmie z ogromną 
szybkością powodując destruktywną zapaść systemu nerwowego.
         Bez chwili zastanowienia Byzantane strzelił arbitratorowi prosto w serce, szepcząc w 
myślach   kilka   wersów   Drugiej   Litanii   Boskiego   Miłosierdzia,   gdy   pociągał   za   spust 
boltowego pistoletu. 
         Prefekt pojął znienacka, że zewsząd otacza go huk wystrzałów. Komunikator hełmu 
eksplodował wrzawą ludzkich głosów i echem tej samej kanonady, która docierała do uszu 
prefekta z zewnątrz.  Zmełł  w ustach bluźnierstwo wymamrotane  w prymitywnym  języku 
swego ojczystego świata. Zasadzka, rozpoczęta detonacją bomby toksycznej. Stróże prawa 
przybyli do slumsów w poszukiwaniu ukrytego gniazda wyznawców Chaosu i wpadli prosto 
w zastawioną przez nich pułapkę.
     Byzantane usłyszał łoskot ciężkiego karabinu maszynowego, dostrzegł strumień pocisków 
smugowych, który przeciął powietrze wzdłuż ulicy, sięgnął jednego z arbitratorów i cisnął 
jego podziurawionym jak rzeszoto ciałem o pobliską glinianą ścianę budynku mieszkalnego.
  - Na dachach ! Strzelają do nas z dachów ! – wrzasnął czyjś niezidentyfikowany głos w 
komunikatorze.
         Byzantane poderwał głowę w górę i dostrzegł ciemną sylwetkę stojącą na krawędzi 
najbliższego   dachu,   wyraźnie   odcinającą   się   od   jasnego   słonecznego   nieba   Belatis. 
Powodowany instynktem podniósł pistolet i nacisnął spust. Postać na dachu szarpnęła się 
konwulsyjnie  i runęła z łoskotem na ziemię  tuż pod nogi prefekta. Byzantane  spojrzał z 
odrazą   i   wstrętem   na   martwe   ciało   leżące   w   kurzu   ulicy.   Ujrzał   zdeformowane   palce 
przekształcone w kościste szpony, dziwne pulsujące światłem tatuaże, które wydawały się 
poruszać nieznacznie na powierzchni szarej skóry.  Miał przed sobą namacalny dowód na 
słuszność swych podejrzeń. Chaos splugawił ten świat i musiał tego dokonać w znaczącym 
stopniu,   skoro   te   odrażające   mutacje   zdołały   ukrywać   się   tak   długo   przed   służbami 
porządkowymi Belatis. 
         Kanonada wciąż trwała, tworzona w większości przez terkot prymitywnych karabinów 
maszynowych i automatycznych zbudowanych w nielegalnych warsztatach rzemieślniczych 
oraz szczęk kradzionej broni laserowej, ale Byzantane z ulgą wychwycił uchem rosnący z 
każdą chwilą charakterystyczny huk wystrzałów policyjnych strzelb. Jego ludzie otrząsnęli się 
już z pierwszego szoku i zaczęli odpowiadać ogniem na ostrzał napastników.
     Lecz wtedy ponownie zaterkotał ciężki karabin maszynowy, a jego morderczo celna seria 
omiotła grupę funkcjonariuszy Arbites chowających się za niewielkim murkiem na końcu 
ulicy. Pociski dużego kalibru o wzmocnionych adamandytem szpicach bez trudu przebiły na 
wylot   zarówno   cienką   ceglaną   osłonę   jak   i   lekkie   kamizelki   arbitratorów.   Powietrzem 
wstrząsnął   głośny   huk   eksplozji,   kiedy   jeden   z   pocisków   niewiarygodnym   zbiegiem 
okoliczności trafił prosto w sekcję napędową transportera opancerzonego, zaraz potem prefekt 
usłyszał przeraźliwy skowyt płonących żywcem ludzi – zbiorniki paliwa Rhino wybuchły 
kremując grupę chowających się wewnątrz pojazdu funkcjonariuszy. Wyglądając zza rogu 

background image

budynku Byzantane dostrzegł lufę cekaemu, wystawioną przez drzwi domu sąsiadującego z 
budowlą wyposażoną w bombępułapkę. Częściowo chroniona futryną drzwi obsługa broni 
miała doskonałe pole ostrzału w strefie ulicy zajmowanej aaaaa
przez arbitratorów. Byzantane zerwał z twarzy niepotrzebną już maskę i ponownie zaklął ze 
złością przełączając hełmowy komunikator w tryb nadawania.
 - Korte, zaraz zostaniemy zmasakrowani ! Podciągnij tu granatniki, żeby wyłączyły z użytku 
ten cholerny cekaem !
 - Ciężka sprawa, prefekcie. Są dobrze osłonięci, mamy kiepskie pole rażenia, a pan jest zbyt 
blisko. Jeśli zaczniemy strzelać, odłamki granatów mogą okazać się zbyt niebezpieczne.
 - No to przynajmniej mnie osłaniajcie – syknął z frustracją Byzantane i sięgnął lewą dłonią 
po jeden z zawieszonych przy pasie odłamkowych granatów.
  - Zrozumiałem, prefekcie, zapewniamy osłonę – odparł spokojnym głosem jego zastępca, 
pozornie nie zwracając uwagi na panujący w eterze chaos.
     Byzantane rzucił się w górę ulicy w tym samym momencie, gdy do jego uszu dobiegł huk 
strzelb   rażących   pozycje   kryjących   się   na   dachach   snajperów.   Korte   i   podlegli   mu 
funkcjonariusze zasypali kryjówki heretyków gradem pocisków. Prefekt popędził co sił w 
nogach   przez   szachownicę   sypiących   się   ze   wszystkich   stron   kul   i   wiązek   energii. 
Dostrzegając   kątem   oka   jakiś   ruch   przekręcił   w   biegu   głowę   i   ujrzał   grupę   postaci   w 
ciemnych   długich   płaszczach,   kręcących   się   w   wylocie   pobliskiej   alejki.   Przykucnął 
raptownie w tej samej chwili, gdy salwa z broni palnej pomknęła w jego kierunku, punktując 
rozpryskami tynku ścianę domu, pod którą skulił się prefekt. Odpowiedział ogniem naciskając 
kilkakrotnie spust pistoletu, posyłając w wylot uliczki grad wybuchowych mikroładunków. 
Dwie prześladujące go sylwetki zmieniły się znienacka w jasnoczerwone chmury rozerwanej 
tkanki mięśniowej.
          Podjął   natychmiast   sprint   w   kierunku   drzwi   zajmowanych   przez   stanowisko   broni 
maszynowej. Jeden z członków obsługi cekaemu dojrzał go i zaczął pośpiesznie obracać lufę 
karabinu w stronę nieoczekiwanego źródła zagrożenia. Jakiś snajper zdołał trafić biegnącego 
arbitratora, laserowa wiązka przepaliła na wylot kompozytowy naramiennik i wzmocniony 
polimerami kombinezon sięgając ukrytego pod nimi ciała.
         Ignorując nagłe ukłucie bólu i będąc całkowicie świadomym lufy cekaemu mierzącej 
prosto w swą pierś, Byzantane  cisnął granat  w drzwi budynku.  Ułamek  sekundy później 
ładunek eksplodował uśmiercając leżących przy karabinie kultystów.

* * * * *

          Byzantane   przeskoczył   nad   pogiętym   dymiącym   cekaemem   i   jego   operatorami, 
zastanawiając się przy tym niepewnie, czy groteskowo wykrzywione kończyny i skręcone 
dziwacznie ciała heretyków są efektem nieznanej mu mutacji czy też rezultatem detonacji 
granatu.   Stawiając   ostrożnie   kroki   dowódca   arbitratorów   wszedł   do   ciemnego   pokoju   za 
drzwiami wejściowymi, ściskając w jednej dłoni pistolet, w drugiej zaś pałkę wstrząsową. 
Jego palce przesunęły się po panelu kontrolnym pałki i energetyczna głowica broni rozjarzyła 
się z trzaskiem sygnalizując uruchomienie generatora na niemal maksymalnym dostępnym 
poziomie.   Emitowana   przez   małe   pole   energetyczne   poświata   skąpała   swym   niebieskim 
blaskiem pomieszczenie ukazując oczom prefekta diaboliczne runiczne znaki pokrywające 
ściany pokoju. Ceremonialne freski wydawały się poruszać i umykać po powierzchni ścian 
przed dotykiem światła. Czując nagły skurcz żołądka Byzantane uświadomił sobie, że patrzy 
na bluźniercze ikony sławiące moce Czterech Potęg.
         W  głębi  pokoju znajdowało  się  kilka  otwartych  drzwi,  jedne z  nich  prowadziły  do 
wąskiego, opadającego w głąb ziemi korytarza. Lekki przeciąg, niewiarygodnie chłodny w 
porównaniu   z   upałem   panującym   na   zewnątrz   nadciągnął   gdzieś   z   ciemności   korytarza 

background image

przynosząc   ze   sobą   odór   zgnilizny   i   rozkładu.   Byzantane   przesunął   kciukiem   w   górę 
potencjometr pałki na sekundę przed tym jak gromada ubranych na czarno postaci wypadła z 
pozostałych drzwi, wyjąc ze zwierzęcą wściekłości i pędząc wprost na funkcjonariusza.
         Trzymany  w  prawej  ręce  boltowy pistolet  huknął  ogłuszająco w  ciasnej  zamkniętej 
przestrzeni. Mikroładunek rozerwał klatkę piersiową jednego z heretyków, innego pozbawił 
obu nóg tuż nad kolanami. Obaj napastnicy runęli na podłogę, wyjąc potępieńczo nawet w 
chwili   śmierci.   Iglica   pistoletu   zaszczękała   złowieszczo   sygnalizując   wyczerpanie 
magazynka.   Prefekt   warknął   i   cisnął   bezużyteczną   bronią   prosto   w   wykrzywioną   twarz 
najbliższego kultysty. 
     Ściskana w lewej dłoni wstrząsowa pałka zatoczyła w powietrzu szeroki łuk pozostawiając 
za sobą niebieskawą poświatę energetycznych wyładowań. Przy standardowych ustawieniach 
potencjometru generator energii pałki pozwalał pozbawić człowieka przytomności jednym 
ciosem.   Przy   ustawieniu   maksymalnym   zmieniał   mięśnie   i   organy   wewnętrzne   ofiary   w 
krwawą miazgę. Pierwszy cios prefekta trafił jednego z kultystów w głowę, rozpryskując na 
wszystkie strony kawałki kości i mózgu, drugi spadł na obojczyk innego renegata i zagłębił 
się w ciało nieszczęśnika do połowy klatki aaa
piersiowej całkowicie niszcząc serce i płuca. Byzantane szarpnął z całej siły za uchwyt pałki 
wyrywając ją z trupa w tej samej chwili, gdy trzeci wrzeszczący coś niezrozumiale szaleniec 
skoczył mu do gardła. Heretyk otwarł zdeformowane usta, jego wargi odsłoniły rzędy długich 
ostrych kłów znacznie niebezpieczniejszych od zębatego noża ściskanego w jednej z dłoni. 
          Byzantane  uderzył   zaciśniętą   w   pięść  prawą  dłonią  w   usta  mutanta   czując   jak  pod 
wpływem tego ciosu łamią się z trzaskiem nienaturalnie wielkie kły. Nie mogąc przemieścić 
lewej ręki w taki sposób, by posłużyć się swobodnie wstrząsową pałką, prefekt zasłonił się 
wolną kończyną odbijając tor pchnięcia noża i kierując ostrze na swój opancerzony kołnierz, 
nie zaś szczelinę uniformu odsłaniającą gardło. Heretyk przywarł do arbitratora szarpiąc nim 
z niewiarygodną siłą. Rozwierając szeroko zakrwawione usta mutant wbił połamane kły w 
rękawicę Byzantane próbując przegryźć ją i dostać się do ukrytego pod spodem ciała. Jego 
druga   ręka   oplotła   w   tym   czasie   szyję   oficera   i   zaczęła   piłować   zębatym   ostrzem   noża 
kołnierz kombinezonu.
         Wymierzony ciężkim butem kopniak posłał renegata w kąt pokoju. Huknęła strzelba, 
rozpryskowy pocisk poderwał ciało mutanta w powietrze ciskając nim o ścianę, dwa dalsze 
strzały zmieniły groteskowego trupa w stertę zakrwawionych szmat.
  - Pomóżcie wstać prefektowi – rozkazał Korte strzelając jednocześnie do uciekających w 
głąb pochyłego korytarza heretyków. Za jego plecami pojawili się inni funkcjonariusze. 
         Byzantane odtrącił ręce podkomendnych i bez słowa odnalazł swój porzucony pistolet. 
Wkładając do magazynku nowe naboje spojrzał pytająco na zastępcę.
-   Straciliśmy   dwunastu   ludzi.   Najgorzej   było   na   samej   ulicy   –   odpowiedział   Korte 
spoglądając z odrazą na malunki pokrywające ściany pokoju – Zaskoczyli nas w pierwszej 
chwili, ale szybko stracili przewagę. To tylko zwykłe śmiecie ze slumsów. Mahan, Scheer i 
Bartolemeo zabrali swoje drużyny i gonią ich teraz po całym getcie.
     Zastępca Byzantane kopnął z nieskrywanym wstrętem jedno z martwych ciał.
 - Wygląda na to, że Prefekt Primus znalazł w końcu to, czego tak usilnie szukał.
 - Całe gniazdo – przyznał posępnie Byzantane wskazując swemu towarzyszowi wejście do 
podziemnego   korytarza   –   Przynieście   przenośne   reflektory,   miotacze   ognia   i   tarcze 
energetyczne. I granaty, tyle, ile tylko zdołamy unieść. Znajdź też brata Shaulo. Będziemy 
potrzebowali jego pomocy, żeby wykończyć tych degeneratów do ostatniej sztuki.

* * * * *

background image

     Zapędzeni pod ziemię i pozbawieni drogi ucieczki, czciciele Osnowy zmusili arbitratorów 
do wywalczenia sobie przejścia krok po kroku, przez całą długą trasę do serca podziemnego 
labiryntu. Zupełnie nie dbając o swoje życie heretycy rzucali się bez opamiętania na lufy 
strzelb.   Salwy   z   broni   palnej   rozdzierały   ich   na   strzępy   rozpryskowymi   ładunkami,   ale 
biegnący w tyle kultyści skakali ponad trupami swych pobratymców  gnani obłędną żądzą 
mordu i dziką nienawiścią. W kilku miejscach przygotowali też zasadzki ogniowe strzelając z 
mrocznych   zakątków   do   oddziału   prefekta,   prącego   do   przodu   krok   po   kroku   za   ścianą 
błyszczących niebieską poświatą tarcz energetycznych. 
         Pięciokrotnie grupa arbitratorów natrafiła na skrzyżowanie lub nagły zakręt korytarza. 
Ostrzeżeni zawczasu przez Shaulo, funkcjonariusze zdołali rozprawić się z czekającymi w 
tych   miejscach   napastnikami.   Miotacze   ognia   oraz   granaty   odłamkowe   i   gazowe   szybko 
oczyściły boczne korytarzyki. Płonący lub duszący się ludzie wybiegali prosto pod czekające 
na   nich   lufy   broni.   Przy   zakrętach   idący   przodem   funkcjonariusze   strzelali   specjalnymi 
pociskami   manewrującymi   naprowadzanymi   za   pomocą   czujników   termicznych   – 
określanych   przez   Arbites   mianem   egzekutorów.   Produkowane   przez   zakłady   Adeptus 
Mechanicus miniaturowe ładunki skręcały w ciemnościach kierując się prosto na ukrytych za 
węgłami heretyków, huk ich głowic mieszał się z przeraźliwymi wrzaskami ofiar. Okrążając 
pośpiesznie załomy korytarza Byzantane i jego podwładni szybko dobijali resztki obrońców 
za pomocą bardziej konwencjonalnej amunicji.
      Marsz w głąb podziemi nie obył się bez strat własnych. Arbitrator drugiej klasy Corna, 
służący u boku prefekta od czasów wspólnej operacji pacyfikacyjnej na zbuntowanym statku 
więziennym Charon, zginął od kuli, która przebiła przeciążoną tarczę energetyczną i ugodziła 
go   prosto   w   krtań.   Kilka   minut   później   w   trakcie   oczyszczania   niewielkiego   bocznego 
korytarzyka   ogarnięta   płomieniami   kobieta   wpadła   w   ciasny   szyk   funkcjonariuszy   nie 
zważając na trafiające ją pociski. Rzuciła się na proktora Tylena i objęła oficera żelaznym 
uściskiem podpalając jego uniform. Żadna siła nie potrafiła rozerwać jej chwytu i uwolnić 
krzyczącego   przeraźliwie,   ogarniętego   ogniem   arbitratora.   Oboje   zginęli   w   równoczesnej 
salwie z kilku strzelb, gdy pozostali mężczyźni w bezsilnej rozpaczy skrócili męki swego 
kolegi.

     Minęło piętnaście dalszych minut, brutalnych i krwawych, wypełnionych hukiem strzelb i 
wrzaskami umierających kultystów, zanim arbitratorzy zdołali oczyścić drogę do celu swej 
wędrówki.   Byzantane   odrzucił   kopniakiem   trupa   ostatniego   kultysty   –   prawdopodobnie 
jakiegoś   kapłana,   ponieważ   osobnik   ten   wyróżniał   się   ubiorem   oraz   niezwykle 
skomplikowanymi tatuażami pokrywającymi niemal całkowicie jego pomarszczoną, gnijącą 
żywcem   twarz   –   próbującego   zaledwie   kilka   sekund   wcześniej   wypatroszyć   prefekta   za 
pomocą łańcuchowego miecza. Szybko krokiem przestąpił próg pomieszczenia znajdującego 
się na końcu korytarza.
  - Ostrożnie, prefekcie  – ostrzegł go Shaulo. Blada twarz albinosa wyglądała upiornie w 
świetle   podwieszonych   pod   lufy   strzelb   latarek   –   Czuję   w   tym   miejscu   obecność 
zmaterializowanej energii Osnowy.
          Byzantane   machnął   dłonią   nakazując   kilku   arbitratorom   z   miotaczami   ognia 
zabezpieczenie komnaty Kiedy funkcjonariusze wślizgiwali się do wnętrza pomieszczenia, 
prefekt poczuł lodowate ciarki pełznące w górę swego kręgosłupa. Nie lękał się zwykłych 
wrogów Imperium, ale na myśl o mocach Osnowy zachowywał się niczym jeden ze swych 
barbarzyńskich przodków, kucających przy ognisku i nasłuchujących ze strachem krzyków 
nocnych drapieżników. 
         Snopy światła rzucane przez potężne reflektory przesuwały się po ścianach wielkiej 
pieczary   wykutej   w   samym   sercu   masywu   odkrywając   jeszcze   więcej   bluźnierczych 
naskalnych   malunków.   Jaskinia   musiała   być   starą   kryjówką   przemytników   albo   siedzibą 

background image

jakiegoś bandyckiego gangu, pomyślał Byzantane nie chcąc za żadną cenę dopuścić do siebie 
myśli, że kult Chaosu ukrywał się na Belatis od chwili powstania tej pieczary, czając się w 
podziemiach od setek lat.
  - Na Tron Terry ! – jęknął arbitrator  trzeciej  klasy Mainz,  kiedy trzymany  przez niego 
reflektor oświetlił istotę wiszącą na łańcuchach na przeciwległej do wejścia ścianie.
          Był   to   człowiek,   pojął   po   chwili   Byzantane,   ale   prefekt   zdołał   odkryć   prawdziwe 
pochodzenie   owej   istoty   jedynie   dzięki   znajomości   owych   przerażających   obrażeń,   jakie 
mogło odnieść ludzkie ciało wskutek oddziaływania czynników zewnętrznych. Byzantane nie 
stronił od udziału w przesłuchaniach, ale techniki tortur stosowane przez Adeptus Arbites 
były   proste   i   brutalne,   mające   jak   najszybciej   złamać   ciała   i   umysły   więźniów.   Prefekt 
wiedział,  że Inkwizycja  zatrudnia  specjalistów  od zadawania  bólu, którzy od dzieciństwa 
szkoleni   są  w  dziedzinie  torturowania  i   którzy  postrzegają   swą  pracę   za  niemalże  formę 
sztuki. Ci ludzie, zdziczali szaleńcy, być może poczuliby satysfakcję na widok istoty tkwiącej 
przed oczami arbitratorów.
      Człowiek ten został dosłownie wywrócony na drugą stronę, lecz jego ciało zachowało z 
grubsza swój pierwotny kształt. Przemieszczone mięśnie oplatały wykrzywione dziwacznie 
kości, siatka żył i ścięgien pokrywała powierzchnię skóry niegdyś skrywającą je pod sobą. 
Było   to   potworne   wynaturzenie,   zawieszone   na   pełnych   haków   łańcuchach   jako   forma 
ceremonialnej   ofiary   lub   odrażający   ołtarz,   przed   którym   degeneraci   odprawiali   swe 
diaboliczne obrzędy.
     Shaulo zachwiał się i cofnął o krok. Byzantane chwycił psionika w tej samej chwili, gdy 
ten zaczął osuwać się na podłogę pieczary.  Prefekt dostrzegł zaskakująco jaskrawą strugę 
krwi tryskającą z nozdrzy mentata i ściekającą po jego śnieżnobiałej skórze, poczuł nagłą 
zmianę ciśnienia w jaskini i wilgoć we własnym nosie, wieszczącą nieoczekiwany krwotok. 
 - Prefekcie... – wycharczał Shaulo z twarzą wykrzywioną grymasem ogromnego cierpienia.
 - Prefekcie, uważaj – odezwał się w pobliżu czyjś głos, pełen szyderczej drwiny.
         Byzantane usłyszał szczęk łańcuchów i kiedy poderwał głowę spoglądając w kierunku 
okaleczonego   ciała   ukrzyżowanego   na   ścianie   pieczary,   ofiara   kultu   odpowiedziała   mu 
przerażającym błyskiem wyszczerzonych zębów.
 - Tak, uważaj – powiedziała istota poruszając ustami, które powinny tkwić w śmiertelnym 
bezruchu, wprawiając w ruch ciało, które nie miało prawa żyć – Uważaj, sługo fałszywego 
boga, mały bezsilny czcicielu umarłego władcy. Spojrzenie Despoilera spadło na ten świat i 
wszystko,   co   na   nim   żyje.   Módlcie   się   do   swego   Imperatora   o   wybawienie.   Szukajcie 
schronienia za armadami kosmicznych okrętów. Nikt wam nie pomoże. Lepiej zabijcie się 
wszyscy tu i teraz, jeden drugiego, niż byście mieli czekać na przeznaczenie, które nadejdzie 
z Osnowy.
     Głos wyroczni Chaosu przeszedł w przeraźliwy skowyt, pieniąca się ślina zaczęła ściekać 
z jej ust. Byzantane stał niczym sparaliżowany, nie mogąc się poruszyć, nie mogąc nawet 
oderwać wzroku od stworzenia szarpiącego się szaleńczo na utrzymujących go w powietrzu 
łańcuchach.
 - Zabijcie się ! Zabijcie swych towarzyszy ! Zabijcie swe dzieci ! Lepiej umrzeć teraz niż 
czekać, aż cień egzekutora padnie na wasze twarze !
      Pierwszy przełamał się Korte, podnosząc swą strzelbę i pociągając za spust. Huk broni 
okazał się katalizatorem dla pozostałych funkcjonariuszy, przerywając zauroczenie emanujące 
od demonicznej istoty. Mrok pieczary w
wypełniła wściekła kanonada. Wisząca na ścianie istota skowyczała z perwersyjnej rozkoszy, 
kiedy śrutowe ładunki rozdzierały ją na strzępy, wiła się dziko i szarpała nawet wtedy, gdy 
Byzantane chwycił jeden z miotaczy ognia i skąpał ją w strumieni płomieni. Prefekt omiatał 
szczątki wyroczni strugą ognia jeszcze przez długą chwilę po tym jak jej ciało obróciło się w 
popiół, a pełen ekstazy szaleńczy śmiech umilkł na zawsze.

background image

         Resztki wynaturzenia zastygły na osmalonej posadzce, nadtopione i nierozpoznawalne. 
Chociaż wyrocznia  nie żyła,  żaden z arbitratorów  nie odważył  się do niej zbliżyć.  Korte 
spojrzał pytająco na swojego przełożonego.
 - Prefekcie, jakie są pańskie dalsze rozkazy ?
         Byzantane  rzucił  wyłączony miotacz  w ręce  jednego z funkcjonariuszy i zlustrował 
wzrokiem innego arbitratora schylającego się właśnie nad nieprzytomnym ciałem Shaulo.
 - Spalić to – rozkazał – Spalić wszystko wokół. Użyjcie ładunków termicznych. Zniszczymy 
korytarz w trakcie odwrotu. Nic nie może pozostać po tym miejscu, kiedy stąd wyjdziemy.
  -   A   co   potem   ?   –   spytał   Korte   i   prefekt   natychmiast   wyczuł   nutę   niezdecydowania   i 
niepokoju ukrytą w głosie wielkiego funkcjonariusza. Chcąc go pokrzepić położył swą dłoń 
na naramienniku zastępcy.
 - A potem, mój stary druhu, przygotujemy się na stawienie czoła temu, co wedle tej istoty ma 
tutaj nadejść.

* * * * *

          Adept   Veneratus   Parcelus   Sobek   ocknął   się   z   głębokiego   transu,   wstrząśnięty   i 
zaniepokojony   zmianami   odkrytymi   w   otmętach   otaczającej   go   Osnowy.   W   małej, 
pozbawionej   okien   komnacie   należącej   do   południowego   skrzydła   stołecznego   pałacu 
Eklezjarchii panowała ciemność, ale mężczyzna był ślepy od ponad osiemdziesięciu lat, od 
chwili   dobrowolnie   odbytego   rytuału   łączenia   swej   duszy   z   jaźnią   Imperatora   i   nie 
potrzebował już światła, by móc się swobodnie poruszać. Był astropatą.
     Służył wiernie swemu władcy używając swego nadnaturalnego talentu do komunikowania 
się z innymi braćmi nasłuchującymi w bezmiarze Osnowy, lecz w ostatnich latach zauważył, 
że jego umiejętności zaczynają ulegać subtelnym zmianom. Wszyscy astropaci posiadali w 
mniejszym   lub   większym   stopniu   zdolność   dostrzegania   przyszłości,   lecz   umiejętność 
właściwego   interpretowania   owych   wizji   zależała   nie   tylko   od   znajomości   natury   samej 
Osnowy, ale i trafnej oceny ich wiarygodności i odrzucania tych fałszywych omenów, które 
były dziełem diabolicznych istot zamieszkujących niematerialny wymiar wszechświata. 
     Sobek wyciągnął przed siebie rękę i ujął w palce niewielkie pudełeczko. Wiedział, że je 
uniesie   w   powietrze,   ponieważ   w   myślach   dostrzegał   każdą   wykonywaną   przez   siebie 
czynność   z   kilkusekundowym   wyprzedzeniem.   Ów   niecodzienny   talent   pozwalał   mu 
poruszać się i wykonywać operacje manualne w materialnym otoczeniu ze znacznie większą 
precyzją, niż czyniłby to każdy normalny śmiertelnik. Nacisnął czubkiem palca wskazującego 
płytkę   czytnika   na   wieczku   pudełka,   a   skaner   linii   papilarnych   natychmiast   rozpoznał 
sygnaturę   prawowitego   właściciela   pudełka   i   otworzył   je   mechanicznie.   Wewnątrz 
znajdowała   się   talia   cienkich   kart,   które   swą   fakturą   przywodziły   na   myśl   ludzką   kość, 
chociaż w rzeczywistości nią nie były.
     Talia imperialnego Tarota.
         Sobek położył pierwszą z wierzchu kartę na modlitewnej macie, pustym awersem ku 
górze.  Usta  psionika   zaczęły  poruszać   się  bezgłośnie  w   rytm  szeptanych  słów  Inwokacji 
Błogosławionego Proroctwa. Skupił swój umysł sięgając nim poza ciało, w głąb eterycznego 
morza   energii,   gdzie   pulsowała   złotym   blaskiem   aura   będąca   odbiciem   jaźni   samego 
Imperatora.   Tylko   owo   mistyczne   połączenie   z   władcą   ludzkiego   mocarstwa   pozwalało 
zidentyfikować źródło niepokojących wizji dręczących umysł Sobeka. 
         Opuścił dłoń tak, by unosiła się zaledwie kilka cali nad powierzchnią karty. Bezcenny 
psychoaktywny materiał, z którego wykonano starożytną talię zaczął reagować na przesyłaną 
przez   ciało   człowieka   energię.   Na   awersie   karty   zmaterializował   się   powoli   obraz. 
Pojedyncze, złowieszczo wyglądające oko. Oko Horusa.

background image

         Zdrajca, pomyślał  zszokowany Sobek. Karta ta pojawiała się niezmiernie  często we 
wszystkich rozdaniach Tarota od czasu wybuchu regularnej wojny w sektorze Gothic, ale 
nigdy   jeszcze   nie   trafiła   się   jako   pierwsza   w   kolejności.   Była   to   przeklęta   karta,   nie 
wieszcząca nic prócz porażki i tragedii. Astropata dociągnął szybko kilka dalszych kart, a 
każda z nich swym widokiem wbijała lodowate ostrze w serce mężczyzny. 
     Spadająca Gwiazda, odwrócona. Nieszczęście nadchodzące z niebios.
     Osnowa. Karta ciągłych zmian, o pozytywnym znaczeniu, jeśli poprzedzał ją dobry atut, o 
negatywnym, jeśli wcześniejsza karta była przeklęta.
     Skrzydlaty Patriarcha. Poświęcenie i żal. Poczucie ogromnej straty.
         Pełne lęku westchnienie wydarło się z ust przerażonego starca, pozbawione znienacka 
czucia palce rozluźniły się upuszczając resztę talii na matę. Astropata sięgnął po sznur małego 
dzwonka, by za jego pomocą wezwać do si
siebie młodego nowicjusza przydzielonego mu do pomocy i opieki. Chłopiec ostrzeże Mistrza 
Chóru,  ten   zaś   przekaże   słowa   wieszcza   świcie   gubernatoraregenta   oraz   belatisjańskiemu 
kardynałowi astralnemu. 
         Sobek nie mógł jeszcze wtedy wiedzieć, że jego przerażający sekret zna już grupka 
funkcjonariuszy Adeptus Arbites, wkrótce jednak szczegóły budzącej grozę prawdy miały 
poznać miliony ludzi.

* * * * *

     - Odsunąć pokrywy wyrzutni.
         Pięć imperialnych  okrętów  wojennych  mknęło  poprzez pustkę kosmosu w szerokiej 
formacji grotu, idąc kursem zbliżeniowym prosto w środek nieprzyjacielskiej formacji. Na ich 
dziobach   drgnęły   grube   na   kilka   metrów   klapy   włazów   odsłaniając   wyloty   torpedowych 
wyrzutni. Z głębi mrocznych otworów buchnęły kłęby gazów. 
- Odpalić torpedy !
          Z   wylotów   wyrzutni   wystrzeliły   języki   ognia.   Potężne   silniki   napędzające   torpedy 
włączyły   się   z   głuchym   rykiem   spotęgowanym   jeszcze   działaniem   grawitacyjnych   pól 
samych wyrzutni. Stumetrowej długości pociski wypadły z luków w kosmiczną próżnię z 
niezwykłą prędkością, pozostawiając za sobą długie wstęgi oślepiająco białych płomieni.
     Wywołany odpaleniem torped wstrząs wprawił pokłady okrętów w głębokie drżenie, które 
przerwało na moment pracę zziajanych, ociekających potem marynarzy. Wielu z nich zaczęło 
szeptać modlitwy pełne podziwu i zarazem lęku wobec półboskiej potęgi i majestatu sił, które 
drzemały w duszy każdej jednostki.
 - Torpedy odpalone – zameldował chłodnym autorytarnym tonem szef sekcji Kontroli Lotów 
Remus   Nyder,   pozornie   nie   zwracając   żadnej   uwagi   na   dygoczącą   pod   stopami   podłogę 
mostku Machariusa.
      Leoten Semper siedział za swoją kapitańską konsoletą śledząc trajektorie lotu torped na 
jednym z monitorów i próbując sobie wyobrazić smukłe kształty pocisków przemierzające 
lodowatą pustkę. Na czterech innych okrętach eskadry – Drachenfelsie, Tonnencie, Scipionie 
i Grafie Orloku – jego znajomi kapitanowie patrzyli z takim samym napięciem na falę torped 
mknących   w   czerni   kosmosu.   Pięć   okrętów,   każdy   z   nich   posiadający   sześć   wyrzutni. 
Trzydzieści   torped   zbliżało   się   w   kierunku   nieprzyjacielskiego   zgrupowania   z   prędkością 
dziesiątków kilometrów na sekundę. Semper uśmiechnął się pod nosem wyobrażając sobie 
panikę na mostkach wrogich jednostek na widok  przesuwających się w stronę ich sygnatur 
ikon głowic, doskonale widocznych na nieprzyjacielskich radarach. Przeglądając zawartość 
wyświetlacza taktycznego kapitan zauważył, że część wrogich statków uruchamia już silniki 
manewrowe usiłując usunąć się jak najszybciej z kursu kolizyjnego. Jak dotąd plan lojalistów 

background image

sprawdził się co do joty, lecz to najbliższe minuty miały zdecydować o jego powodzeniu lub 
porażce.
  -  Torpedy  lecą  bez  zakłóceń  –  oświadczył  jeden z  serwitorów,  podłączony do  prostego 
programu wpisanego w duszę pocisków i analizujący strumień danych napływających z ich 
pokładowych   czujników   –   Nieprzyjacielskie   jednostki   rozpoczynają   manewry   unikowe. 
Lotniskowiec Lord Seth wyrzuca w przestrzeń eskadry myśliwskie.
  -   Bariera   myśliwska   mająca   przechwycić   torpedy   –   stwierdził   pierwszy   oficer, 
komandorporucznik Hito Ulanti.
 - Podręcznikowa taktyka, panie Ulanti – zgodził się z młodszym oficerem Semper – Nic, co 
wykraczałoby poza standardowe procedury defensywne.  Pora sprawdzić, czy przewidzieli 
nasz następny ruch – kapitan spojrzał na szefa sekcji Kontroli Lotów.
 - Panie Nyder, jaki jest nasz obecny status ?
 - Ładujemy do wyrzutni następne torpedy – odpowiedział chłodnym tonem oficer.
 - Nasze eskadry pokładowe ?
  -   Nemesis,   Firedrake,   Harbinger   i   Mantis   są   gotowe   do   natychmiastowego   startu   – 
oświadczył kontroler nie spoglądając nawet na podawany mu przez jednego z asystentów 
elektroniczny notes – Storm i Hornet znajdują się w stanie podwyższonej gotowości, ich 
załogi oczekują na rozkazy. Reszta eskadr bombowych i myśliwskich jest przygotowywana 
do   uderzenia   w   drugiej   fali.   Mogę   rzucić   w   przestrzeń   czterdzieści   Starhawków   wraz   z 
eskortą   myśliwską   w   ciągu   trzydziestu   sekund   i   trzy   dalsze   eskadry   dwadzieścia   minut 
później.
     Semper kiwnął z zadowoleniem głową, szokujący profesjonalizm podwładnego od dawna 
nie   budził   już   zaskoczenia   kapitana.   W   trakcie   długich   miesięcy   jakie   minęły   od   chwili 
wybuchu Wojny o Gothic, załoga Machariusa przeszła pomyślnie swój chrzest ognia i stała 
się równorzędnym dla obsady każdego innego okrętu lojalistów zespołem bojowym. Zdobyte 
do tej pory doświadczenie polowe opierało się jednak wyłącznie na potyczkach z „wilczymi 
stadami”  piratów   nękających  imperialne  konwoje  zaopatrzeniowe   lub  patrolach  dalekiego 
zasięgu połączonych  z konfrontacjami w układzie jeden na jednego przeciwko samotnym 
okrętom szpiegowskim wroga. Do- aa

piero teraz Macharius miał okazję wziąć udział w starciu kosmicznym na tak dużą skalę.
      Kapitan spojrzał z niemą fascynacją na ekran swej konsolety, przesuwając wzrokiem po 
sygnaturach nieprzyjacielskiej armady. Pokładowe czujniki zlokalizowały trzydzieści cztery 
wrogie okręty. Szesnastka ciężkich jednostek liniowych oraz ich eskorta ubezpieczały złożoną 
z   osiemnastu   statków   pasażerskich   armadę   inwazyjną.   Było   to   naprawdę   potężne 
zgrupowanie floty i nawet doświadczeni oficerowie imperialnej marynarki mogli odczuwać 
słuszny niepokój decydując się na nawiązanie walki z taką armadą.
 - Sternik, utrzymać dotychczasowy kurs – polecił Semper – Panie Nyder, wyrzucić eskadry 
bombowe,   przygotować   jednostki   Hornet   i   Storm   do   konfrontacji   z   nieprzyjacielskimi 
myśliwcami. Niech nadal pozostają w ukryciu. Muszą zrobić wszystko, by torpedy dotarły do 
celu   –   kapitan   urwał   na   chwilę   spoglądając   na   podekscytowane   twarze   obsady   mostka, 
dostrzegając w ich oczach ten sam wyzywający błysk emocji – Przygotujcie się, panowie. 
Nadszedł czas prawdziwej wojny.

* * * * *

     Kadłub bombowca Starhawk zadygotał silnie, kiedy pierwsze z magnetycznych uchwytów 
oderwały się od jego poszycia. Milos Caparan spojrzał czujnie na otaczające jego stanowisko 
kontrolki   pokładowych   systemów.   Ich   pulsujące   łagodną   zielenią   diody   uspokoiły   go 
przekazując informacje o pomyślnym zaliczeniu pierwszej fazy procedury startu. W głośniku 

background image

pokładowego komunikatora słyszał głosy członków swej załogi, wykonujących standardowe 
czynności lub celebrujących na prywatny sposób start maszyny. W eterze niósł się mrukliwy 
monolog techadepta Shanyina Ko i czterech odpowiadających mu w postaci kodu binarnego 
serwitorów komunikujących się z przełożonym w sposób, który rozumieli jedynie czciciele 
BogaMaszyny.   Z   górnej   wieżyczki   dobiegał   barbarzyński   śpiew   strzelca   pierwszej   klasy 
Dakshy, modlącego się do duchów swych przodków w ojczystym języku odległego dzikiego 
świata macierzystego.
     Caparan nie wiedział ani też nie dbał specjalnie o to, czy specyficzna wiara Dakshy była 
zgodna z ortodoksyjnymi edyktami Kościoła. Dla dowódcy eskadry liczył się wyłącznie fakt, 
że Daksha był najlepszym strzelcem pokładowym, jaki mu się kiedykolwiek trafił, a na jego 
koncie   znajdowało   się   już   szesnaście   potwierdzonych   strąceń.   Jeśli   to   duchy   przodków 
czuwały nad  swoim  potomkiem,  Caparan   cieszył  się  szczerze   mogąc   gościć  je na  swym 
pokładzie. W chrapliwy śpiew wdarł się potok siarczystych przekleństw: bombardier Georgi 
Kustrin   również   kończył   swoje   przygotowania   do   misji.   Pochodzący   ze   Stranivaru   - 
macierzystego   światabazy   Machariusa   –   mężczyzna   był   prawdziwym   mistrzem   w 
powszechnie   znanej   wśród   Stranivarczyków   sztuce   długiego   bluźnienia   bez   dublowania 
użytych wyzwisk. 
     Ostrzegawcze kontroli zapłonęły czerwonym blaskiem i bombowiec opadł gwałtownie w 
dół uwolniony z podtrzymujących go pod sufitem hangaru zaczepów. Przez kilka krótkich, 
ale   przerażających   sekund   trzystutonowy   Starhawk   spadał   w   niekontrolowany   sposób   ku 
podłodze hali, ale zaraz potem został pochwycony w stanie zawisu przez potężne generatory 
grawitacyjne utrzymujące go pośrodku tunelu startowego.
  -   Generatory   grawitacyjne   uruchomione.   Procedura   startowa   rozpoczęta   –   oświadczył 
siedzący na tylnym fotelu Madik Torr, jego ostrzeżenie jak zwykle przyszło kilka sekund po 
czasie.   Bez   względu   na   dotychczasowe   doświadczenie   i   liczbę   udanych   startów   Caparan 
wciąż czuł zdenerwowanie na myśl o tej niezwykle niebezpiecznej procedurze, całkowicie 
uzależnionej od poprawnego działania antycznych generatorów grawitacyjnych hangaru. Pilot 
uśmiechnął się słabo na dźwięk zwyczajowego żartu towarzysza, wygłaszanego za każdym 
razem, gdy ich maszyna przygotowywała się do wyrzucenia w kosmos. 
          Wspólnie   zwiększyli   ciąg   wszystkich   czterech   wbudowanych   w   skrzydła   silników 
bombowca,   doskonale   zdając   sobie   sprawę,   iż   najmniejsza   nawet   awaria   zewnętrznych 
generatorów spowoduje w tym krytycznym momencie nieuniknione zniszczenie Starhawka. 
Turbiny bombowca zaczęły wyć na pełnej mocy, lecz maszyna wciąż tkwiła nieruchomo w 
niewidzialnym uścisku energetycznych pól, przeciwstawiając prawa fizyki zabezpieczeniom 
tunelu startowego.
      Kadłub bombowca trzeszczał i dygotał pod wpływem silnych naprężeń grożąc rychłym 
rozerwaniem na kawałki całej konstrukcji. Punktowane dzwonkiem zegara ostatnie sekundy 
wlokły się dla Caparana niczym całe lata. Wtedy zadźwięczał ostatni gong i wstrzymywany 
dotąd   w   miejscu   bombowiec   wystrzelił   przed   siebie   z   niewiarygodną   szybkością,   a   jego 
silniki zaryczały ogłuszająco w ciasnej przestrzeni tunelu.
          Caparan   kurczowo   zaciskał   dłonie   na   sterach   wiedząc   doskonale,   że   ściany   tunelu 
przesuwają się zaledwie kilka metrów od krawędzi skrzydeł maszyny; że drugi bombowiec 
mknie tuż za nim tym samym korytarzem wyrzutowym; że zewnętrzna klapa tunelu właśnie 
się otwiera; że osiemnaścc
cie   innych   Starhawków   powtarza   dokładnie   w   tym   samym   momencie   identyczny   co   on 
manewr;   że  dwadzieścia  innych   Starhawków   opuszcza   pokład  krążownika   z  drugiej  jego 
strony – i że wszystkie maszyny startują z ogromną prędkością z okrętu poruszającego się 
niezależnie od nich. 
      Był świadom tych faktów i wiedział, że najmniejszy błąd w ocenie sytuacji popełniony 
przez któregokolwiek z pilotów może zakończyć się katastrofalnym wypadkiem.

background image

         Czerń kosmosu otoczyła  go znienacka  z wszystkich  stron, poczuł  dziwne ściśnięcie 
żołądka,   a   ułamek   sekundy   później   stłumiony   grzmot,   kiedy   bombowiec   opuścił   strefę 
grawitacji okrętu i kokon chroniących go pól siłowych. Rzucając okiem na pulpit skanerów 
Caparan dostrzegł przesyłany z kamery w tylnej  wieżyczce widok oddalającej się szybko 
masywnej sylwety Machariusa. 
      Pilot poczuł znajome emocje znane każdemu członkowi lotnictwa głębokiej przestrzeni: 
ogromną ulgę z udanego startu oraz pełen czujności niepokój przed niebezpieczeństwami 
czyhającymi na pozbawiony opieki okrętu bombowiec.
     Szereg zielonych ikon zapłonął na jednym z wyświetlaczy pulpitu kontrolnego. Osiem... 
dziewięć... dziesięć. Wszystkie należące do eskadry Caparana Starhawki opuściły bezpiecznie 
hangar   Machariusa   i   meldowały   poprawną   pracę   swych   pokładowych   systemów.   Pilot 
nacisnął runiczny przycisk komunikatora otwierając główny kanał radiowy.
 - Leader Nemesis do eskadry Nemesis. Przyjąć szyk uderzeniowy.

* * * * *

         Złowieszczy sierpowaty kształt myśliwca klasy Swiftdeath mknął bezgłośnie poprzez 
pustkę   kosmosu,   światło   gwiazd   odbijało   się   od   jego   smoliście   czarnego   opancerzonego 
kadłuba. Samotna postać w kabinie maszyny skanowała uważnie przestrzeń wokół siebie, 
pęki kabli pięły się od strony kokpitu ku jej twarzy i nikły w pustych oczodołach przesyłając 
odczyty pokładowych czujniki prosto do mózgu pilota.
      Wyczuwał wokół siebie obecność reszty bracipilotów swej eskadry, lecących w luźnym 
szyku  półksiężyca.  Z przodu  dostrzegał  cel  swej misji:  jaskrawe sygnatury nadlatujących 
torped, a za nimi nieco ciemniejsze ikony nieprzyjacielskich bombowców i strzegącej ich 
eskorty myśliwskiej. Zamknięty w antycznym skafandrze lotniczym, który już dawno stał się 
nierozłączną częścią jego ciała oraz podłączony do plątaniny kabli neuralnych i systemów 
podtrzymywania   życia,   pilotchampion   Vohten   Kroll   zmełł   w   ustach   z   trudem 
powstrzymywane   przekleństwo.   Przechwycenie   fali   torped   miało   krytyczne   znaczenie   dla 
losów armady Chaosu, ale misja taka nie kryła w sobie żadnego wyzwania ani podniety – 
było to tylko wymuszone koniecznością zniszczenie ociężałych, pozbawionych możliwości 
manewrowania obiektów, które na domiar złego nie posiadały załogi, a to wyjątkowo drażniło 
Krolla. Znacznie ciekawiej zapowiadała się konfrontacja z drugą falą uderzeniową lojalistów 
– pojedynek talentów pomiędzy pilotami Chaosu, a załogami Starhawków i chroniących je 
myśliwców   Fury.   A   kiedy   imperialne   lotnictwo   pokładowe   zostanie   już   całkowicie 
wyeliminowane i okręty obu stron zmierzą się w otwartej walce ku nieuniknionej zagładzie 
lojalistów, przyjdzie czas na najbardziej ekscytującą część misji. 
     Kroll dostrzegał już ten widok oczami swej wyobraźni: jego Swiftdeath przemieszcza się 
powoli   między   płonącymi   wrakami   imperialnych   okrętów,   a   sprzężone   z   pokładowymi 
skanerami zmysły pilota poszukują subtelnych sygnałów świadczących o bliskiej obecności 
kapsuł ratunkowych dryfujących pośród morza kosmicznych śmieci. Kroll poczuł uderzającą 
do głowy falę ekstazy na myśl o kulących się w środku kapsuł rozbitkach i ich przerażeniu na 
widok otwierającego ogień myśliwca. Pilotchampion wierzył, iż cel wart był jego uwagi tylko 
wtedy, kiedy czciciel Chaosu potrafił sobie wyobrazić przedśmiertne krzyki uwięzionych na 
pokładzie ofiar.
      Dzięki swoim wzmocnionym elektronicznymi czujnikami zmysłom dostrzegał wyraźnie 
silne   sygnatury   energetyczne   coraz   bliższych   torped.   Uśmiechnął   się   lekko   widząc 
zaskakująco wysokie zaburzenia trybu pracy niedoskonałych sekcji napędowych torped, przez 
co jego pierwszy cel stawał się jeszcze łatwiejszy do uchwycenia przez system prowadzenia 
ognia myśliwca. Zniszczenie torpedowej fali stało się znienacka dziecinie prostym zadaniem, 

background image

co bardzo cieszyło Krolla pałającego chęcią jak najszybszego uderzenia na lecące nieco dalej 
bombowce. 

* * * * *

         - Nieprzyjacielskie eskortowce przesuwają się na flanki zgrupowania. Okręty liniowe 
przesyłają energię do tarcz siłowych i głównych systemów uzbrojenia.
 - Druga fala bombowców znajduje się przed tunelami wyrzutowymi. Odliczanie do startu za 
dziesięć minut.
- Nieprzyjacielskie statki transportowe prowadzą zrzut desantu planetarnego.
go. Szacunkowo  w  ciągu  ostatnich  pięciu   minut  zrzucono   z ich  pokładu  ponad  dwieście 
kapsuł desantowych.
      Semper słuchał w milczeniu litanii raportów napływających z wszystkich sekcji mostka 
studiując jednocześnie wzrokiem świetlne ikony przesuwające się po ekranie jego konsolety. 
Blask   monitora   rzucał   zielonkawą   poświatę   na   jastrzębie   rysy   twarzy   kapitana.   Sztuka 
analizowania mrowia informacji wyświetlanych na ekranie wymagała lat studiów, lecz dzięki 
posiadanemu doświadczeniu Leoten Semper czytał te obrazy równie szybko i płynnie jak 
eseje napisane w niskim gothicu.
      Rozpoznawał ikony przedstawiające falę torped i lecące im naprzeciw myśliwce wroga, 
zmieniające   raptownie   kolor   na   wściekle   czerwony,   symbolizujące   mające   nastąpić   lada 
moment   spotkanie   w   wektorze   kolizyjnym.   Widział   duże   sygnatury   nieprzyjacielskich 
okrętów liniowych przyjmujące pozycje bojowe w obliczu szarżującej piątki imperialnych 
krążowników,   a   za   rzędem   ich   jaskrawych   sygnatur   dostrzegł   symbole   będące   głównym 
celem imperialnego zgrupowania – jasne punkty reprezentujące statki transportowe wroga. 
Migoczące   przy   punktach   ikonki   sygnalizowały   trwający   już   od   pewnego   czasu   zrzut 
zgromadzonych   na   pokładach   transportowców   żołnierzy   Chaosu,   spadających   w   swych 
kapsułach na świat, który Macharius i jego siostrzane jednostki miały strzec przed inwazją 
najeźdźców.
         Semper spojrzał ponownie na dwie zbliżające się do siebie linie ikon symbolizujących 
torpedy   i   myśliwce   nieprzyjaciela.   Niewielkie   runiczne   cyferki   malały   w   zastraszającym 
tempie odliczając dzielący obie formacje dystans. 
         Już niedługo, powiedział  sam do siebie w myślach.  Już niedługo dowiemy się, czy 
otwierający bitwę ruch okaże się zwycięskim.

* * * * *

         W innym miejscu systemu inny kapitan studiował w skupieniu obraz na ekranie swej 
konsolety,   nie   odrywając   oczu   od   pewnej   szczególnej   sygnatury.   Od   dwunastu   godzin 
pokładowe baterie artyleryjskie okrętu bombardowały nieustannie powierzchnię pobliskiego 
świata,   teraz   jednak   łaska   Osnowy   przywiodła   w   ten   system   cel   znacznie   bardziej 
wartościowy   od   podziemnych   silosów   rakietowych   i   metropolii   pełnych   sparaliżowanych 
grozą cywilów.
  -   Macharius,   nareszcie...   –   wymruczał   Bulus   Sirl,   kapitanchampion   Virulenta,   po   czym 
przysunął swe opasłe oślizgłe cielsko bliżej obudowy radaru dalekiego zasięgu.
  -   Tak.   Okręt,   który   zniszczył   naszego   bliźniaczego   Contagiona,   jeśli   można   wierzyć 
imperialnej propagandzie – odparł pierwszy oficer uważnie stawiając kroki, aby nie rozdeptać 
przypadkiem jednego z licznie kręcących się przy kapitanie Nurglingów.
          Sirl   spojrzał   na   ekran   optycznego   teleskopu   studiując   powiększony   obraz 
nieprzyjacielskiego krążownika. Dostrzegał otwarte wyloty hangarów wyrzucające z siebie 
chmarę niewielkich z tej odległości bombowców, analizował w myślach aktualne położenie 

background image

jednostki w szyku tworzonym przez kilka innych lojalistycznych okrętów. Od czterech dni 
armada Chaosu posuwała się w głąb systemu Helia odkrywając obecność rozczarowująco 
niewielkich sił Imperium i tocząc zwycięskie potyczki z samotnymi okrętami strażniczymi 
albo pojawiającymi się rzadko eskadrami myśliwskimi. W przeciągu tych czterech dni system 
obrony planetarnej Helii został praktycznie unicestwiony.
          Stacje   monitoringu   na   granicach   systemu   pierwsze   padły   ofiarą   floty   inwazyjnej, 
zniszczone błyskawicznie przez pierwsze okręty Chaosu wychodzące z Osnowy w punkcie, 
którego stacje miały strzec. Kolonie górnicze i przemysłowe na orbitach dwóch gazowych 
olbrzymów przestały istnieć, kiedy przelatująca obok nich flota otworzyła do bezbronnych 
instalacji ogień z wszystkich luf, prąc jednocześnie nieprzerwanie w kierunku serca systemu. 
Głównym celem armady była Helia IV, przemysłowy świat imperialny stanowiący dom dla 
trzech   miliardów   ludzi.   Być   może   te   trzy   miliardy   ignorantów   sądziły,   że   zgrupowanie 
Chaosu pojawiło się nad ich światem po to tylko, by dokonać szybkiego rajdu i modliły się 
żarliwie do swego słabego Imperatora w podzięce widząc wiszące nad ich głowami okręty 
wojenne przerywające znienacka ogień i wycofujące się z orbity planety. Jeśli mieszkańcy 
tego   świata   faktycznie   tak   myśleli,   jakież   musiało   być   ich   przerażenie   na   widok   ikon 
pulsujących na ekranach naziemnych stacji radarowych – ikon wieszczących wejście na niską 
orbitę planety statków transportowych nieprzyjaciela. Dopiero wtedy musieli w pełni pojąć 
prawdziwe intencje Abaddona wobec Helii IV.
     Inwazja. Bezwzględne i niewiarygodnie brutalnie zniewolenie świata przez armię Chaosu.
      W ładowniach transportowców oczekiwały legiony wojsk Osnowy: Kosmiczni Marines 
Chaosu i demoniczne stwory od setek lat czekające na tą chwilę w otchłani Oka Grozy; dzicy 
zwierzoludzie i byli lojalistyczni renegaci czczący obecnie majestat Czterech Potęg, gotowi 
na jedno słowo prze- ss
lać krew sług fałszywego  Imperatora;  niewolnicy i monstrualne bestie służące jedynie za 
mięso  armatnie  hordy.  Wszyscy stawiający opór najeźdźcom głupcy zostaną zgładzeni,  a 
reszta   populacji   popadnie   w   niewolę   i   zajmie   się   konstruowaniem   kolejnych   okrętów 
kosmicznych dla armad Despoilera. Najsilniejsi z nich – ci zdolni przetrwać katusze życia na 
więziennym świecie Chaosu – być może trafią nawet w szeregi niewolniczych regimentów, 
po czym zostaną zapędzeni na pokłady zbudowanych przez siebie transportowców i polecą na 
kolejny   skazany   na   zagładę   świat   pozostawiając   za   sobą   usłane   kośćmi   pobratymców 
kontynenty wymarłego ojczystego globu.
      Strach, pomyślał Sirl. Strach był najpotężniejszą bronią Abaddona w tej wojnie, a jego 
macki   grzęzły   głęboko   w   umysłach   struchlałych   mieszkańców,   modlących   się   o   to,   by 
marszałek Chaosu nie obrał ich świata na swój kolejny cel. 
     Helia IV miała być trzecią złupioną przez inwazyjną flotę planetą, a w ładowniach wielu 
transportowców tłoczyli się niewolnicy zwerbowani siłą na poprzednich światach, jednakże 
dopiero   teraz   siły   imperialnej   marynarki   pojawiły   się   na   scenie   dramatu   próbując 
powstrzymać rozpoczętą niedawno operację. Sirl i jego znajomi kapitanowie zdążyli już z 
bezsilną rezygnacją przyjąć do wiadomości fakt, że czeka ich kolejna prosta, ale pozbawiona 
jakiejkolwiek   satysfakcji   procedura   niszczenia   lokalnych   sił   wewnątrzsystemowych   – 
orbitalnych stacji obronnych i powolnych słabo uzbrojonych kanonierek – toteż z ogromnym 
podekscytowaniem   powitali   materializujące   się   na   krańcu   systemu   jednostki   Imperium, 
pędzące w stronę Helii IV z zamiarem przerwania ostatniej fazy inwazji.
      Pomimo czterystu lat służby ku chwale Plugawego Boga w Sirlu pozostało dostatecznie 
wiele z imperialnego oficera marynarki, by rozpoznał natychmiast charakter mącących jego 
umysł emocji. Było to stare znajome uczucie wpajane wszystkim kadetom przez instruktorów 
imperialnych   akademii   marynarki   kosmicznej   –   ekscytacja   i   zadowolenie   z   możliwości 
podjęcia wartościowego wyzwania. 

background image

     A także satysfakcja ze sposobności do wyrównania kilku starych długów, dodał w myślach 
Sirl studiując masywne kształty Machariusa.
 - Morrau był dobrym kapitanem i lojalnym sługą Pana Rozkładu – syknął ledwie zrozumiale 
wskutek flegmy zalegającej w opuchniętym  gardle – Jego śmierć i zniszczenie jednego z 
okrętów Wielkiego Ojca zostaną pomszczone.
  - Wykryto anomalię w sygnaturach energetycznych torpedowej fali – jeden z renegackich 
techkapłanów wyprostował się przy swojej konsolecie zwracając natychmiast uwagę Sirla – 
Jakieś   niewielkie   obiekty   ukryły   się   w   strefie   zakłóceń   wywoływanych   pracą   napędów 
torped ! 

* * * * *

         Amic Kaether pchnął do końca przepustnicę i wyrwał swój myśliwiec przechwytujący 
Fury spośród plazmowych jęzorów ciągnących się długim na kilometr warkoczem za torpedą. 
Wszędzie wokół reszta myśliwców eskadry Storm opuszczała osłonę torpedowych wyziewów 
tak   doskonale   maskujących   do   tej   pory   obecność   imperialnych   maszyn.   Klucz   Kaethera, 
złożony z Zane, Vale, Altomare i Cipolli, zajął pozycje wokół myśliwca dowódcy, pozostałe 
dwa klucze ustawiły się po obu bokach pierwszej grupy. 
         Piętnaście myśliwców przechwytujących, pełna standardowa eskadra, pruło kosmiczną 
pustkę,   w   pobliżu   przemieszczała   się   druga   eskadra,   Hornet.   Trzydzieści   nowoczesnych 
maszyn uderzyło z zaskoczenia na niespodziewającego się ich obecności przeciwnika.
         Kaether  pochwycił  w celownik pierwszą maszynę  wroga, jego palce  oplotły drążek 
sterowniczy   Furii   naciskając   spust   pokładowej   broni.   Z   wbudowanych   w   nos   myśliwca 
laserowych   działek   trysnęły   jaskrawe   krechy   światła.   Właściwa   część   bitwy   o   Helię   IV 
właśnie się rozpoczęła.

* * * * *

     Skrzydłowy Krolla zmienił się w ognistą kulę, która rozświetliła na chwilę mrok kosmosu 
i   zgasła.   Zbyt   późno   wyostrzone   pokładowymi   czujnikami   zmysły   dowódcy   eskadry 
zarejestrowały mrowie nieprzyjacielskich myśliwców wysypujących się spośród torpedowej 
fali.   Szarpnął   sterami   próbując   zejść  raptownie  z  dotychczasowego  kursu  i  wymknąć   się 
ścigającym go wiązkom energii. Laserowe krechy uderzyły w kadłub myśliwca przebijając je 
na   wylot   i   roztrzaskując   w   drobne   części   prawą   turbinę.   Pilot   stracił   w   ułamku   chwili 
orientację przestrzenną, ponieważ jeden z odłamków spowodował zwarcie i wypalił obwody 
pokładowej elektroniki.
     Pozbawiony kontroli pilota, uszkodzony Swiftdeath wirował w próżni zmierzając wprost 
na jedną z nadlatujących torped. Pełen bezsilnej furii krzyk Krolla urwał się kilka sekund 
później, gdy jego maszyna przestała istnieć eksplodując po zderzeniu z ciężko opancerzonym 
nosem torpedy.

* * * * *

          Semper   obserwował   gasnące   na   powierzchni   ekranu   ikony   symbolizujące   eskadry 
myśliwskie nieprzyjaciela. Imperialne eskadry mknęły w kierunku armady Chaosu i nic już 
nie   stało   im   na   drodze   w   tym   desperackim   wyścigu   z   czasem.   Przy   sygnaturach   torped 
pojawiły się małe migotliwe ikonki. Semper spojrzał na Nydera.
 - Wszystkie torpedy namierzyły cele – odparł oficer – Uderzenie za kilkanaście sekund.

background image

* * * * *

     Kilkadziesiąt tysięcy kilometrów przed dziobem Machariusa torpedy właśnie rozpoczynały 
ostatnią fazę swego lotu. Ich proste, ale efektywne systemy namierzania zaczęły skanować 
przestrzeń, niewielkie silniczki korekcyjne buchnęły płomieniami poprawiając trajektorię lotu 
pocisków.   Główne   sekcje   napędowe   torped   zaczęły   pracować   pełną   mocą   rzucając   obłe 
metalowe cygara prosto na wybrane przez pokładową elektronikę cele.
     Przerażenie i panika szerzyły się niczym pożar lasu na pokładach okrętów Chaosu, kiedy 
ich oficerowie pojęli znienacka, że bezpieczna zasłona myśliwska nieoczekiwanie przestała 
istnieć.   Zaparkowane   w   ciasnej   formacji   na   stacjonarnej   orbicie   Helii,   jednostki   floty 
inwazyjnej   stanowiły   wyborny   cel   dla   nadciągających   lojalistów.   W   przypadku   każdego 
utraconego   przez   układy   śledzące   torpedy   kontaktu   pokładowe   czujniki   natychmiast 
podstawiały pół tuzina innych celów do wyboru. Oficerowie artyleryjscy, którzy ustawili już 
koordynaty ogniowe dla swych baterii kierując je w stronę imperialnych krążowników, teraz z 
rozpaczliwą   determinacją   zerowali   ustawienia  terminali   bojowych   ładując  do  ich  pamięci 
współrzędne   nowych   celów.   I   byli   przy   tym   świadomi   faktu,   że   ich   potężne   działa   nie 
wskórają wiele w przypadku tak małych i szybko poruszających się obiektów jak torpedy, 
zwłaszcza na krytycznie małym dystansie.
          Obsługa   obrotowych   wieżyczek   poradziła   sobie   nieco   lepiej.   Obsadzone   w   chwili 
pojawienia się lojalistycznych bombowców działka postawiły zaporę ogniową wokół armady. 
Z trzydziestu wystrzelonych przez krążowniki torped dwanaście zostało zniszczonych przed 
dotarciem do celu. Najwięcej szczęścia mieli strzelcy z pokładu krążownika klasy Murder 
Violator, którzy zestrzelili wszystkie trzy mknące na ich okręt torpedy.
     Najbardziej chaotyczne zamieszanie panowało na pokładach inwazyjnych lotniskowców. 
Ich bombowe i myśliwskie eskadry ubezpieczające lądowanie planetarne na Helii IV były 
odwoływane   pośpiesznie   z   powrotem   na   orbitę   planety,   podczas   gdy   kilka   wciąż 
znajdujących się w hangarach dywizjonów wyrzucano w przestrzeń, często bez uprzedniego 
przygotowania   i   kontroli   stanu   maszyn.   Szczególnie   desperacką   próbę   wystrzelenia 
dostępnych maszyn podjęto na ciężkim krążowniku typu Styx Lord Seth, będącym celem aż 
pięciu   torped   naprowadzanych   przez   wyjątkowo   silne   emisje   cieplne   i   radiowe   potężnej 
jednostki. Wystrzelone bez podjęcia podstawowych zasad bezpieczeństwa, dwa bombowce 
Doomfire   zderzyły   się   ze   sobą   w   tunelu   startowym,   a   eksplozja   ich   pełnych   zaczepów 
bojowych   omiotła   z   ogłuszającym   rykiem   hangar   wypełniony   rzędami   innych   maszyn. 
Zgromadzone w hali zbiorniki paliwa i wózki amunicyjne wyleciały w powietrze w rezultacie 
katastrofalnej   reakcji   łańcuchowej,   która   zniszczyła   całą   prawą   część   flagowego   okrętu 
armady i zadała krążownikowi krytyczny cios, zanim ten zdołał w ogóle wejść do walki. 
Widząc   eksplozje   rozrywające   kadłub   Lorda   Setha   kapitanowie   innych   jednostek   Chaosu 
zinterpretowali   błędnie   swą   sytuację   przekonani,   że   małe,   ale   śmiertelnie   niebezpieczne 
niszczyciele typu Cobra zdołały w jakiś sposób dostać się niepostrzeżenie pomiędzy okręty 
Chaosu i rozpoczęły już mordercze polowanie. 
     Pierwsze detonacje torped rozpaliły czerń kosmosu na krańcu zgrupowania nieprzyjaciela, 
gdzie dwie pochodzące z Machariusa głowice namierzyły pojedynczy okręt nieprzyjaciela 
odłączający   się   w   geście   niewyobrażalnej   głupoty   bądź   też   ogromnej   brawury   od   reszty 
flotylli.   Imperialni   oficerowie   nigdy   nie   mieli   się   dowiedzieć,   jakie   motywy   kierowały 
kapitanem   tej   jednostki:   desperacka   chęć   ucieczki   czy   też   próba   odciągnięcia   torped   od 
statków transportowych.
  -   Cel   to   okręt   eskortowy,   prawdopodobnie   niszczyciel   typu   Iconoclast   –   poinformował 
kapitana Nyder odczytując informacje ukryte pod kolorowymi sygnaturami widniejącymi na 
głównym ekranie mostku – Otwiera ogień z lekkich wieżyczek. Trafienie ! Jedna torpeda 
zniszczona. Druga kontynuuje dolot. Głowica osiąga moment krytyczny...

background image

     Na ekranie monitora pojawił się rozbłysk światła, pozostałe ikony przygasły na moment. 
Semper podniósł wzrok i spojrzał poprzez pancerne okna mostku w mrok kosmosu, gdzie 
jaskrawa kula ognia znaczyła miejsce zderzenia niszczyciela z torpedą. Plazmowa głowica 
przebiła   opancerzony   kadłub   Iconoclasta   i   eksplodowała   w   jego   maszynowni   detonując 
zarazem wszystkie pokładowe reaktory. Rozsadzony od środka niszczyciel po prostu przestał 
istnieć. Kula ognia paliła się przez moment w próżni niczym miniaturowe słońce, po czym 
zgasła, Semper dostrzegł jednak kolejne rozbłyski punktujące czerń kosmosu. 
     Reszta torpedowej fali dotarła do celu uderzając z niszczycielskim efektem w zgrupowanie 
floty Chaosu.
     Obrotowe wieżyczki na pokładzie Lorda Setha zdołały zniszczyć jedną z torped, lecz nie 
był   to   sukces   całkowity.   Wciąż   pchana   impetem   pracującej   sekcji   napędowej,   obudowa 
pocisku   uderzyła   w   grzbiet   okrętu   odrywając   jedną   z   laserowych   baterii.   Systemy 
odpowiedzialne   za   zamknięcie   dopływu   energii   do   uszkodzonej   baterii   nie   zadziałały 
poprawnie i fontanna plazmy pompowanej bezpośrednio z reaktora krążownika wystrzeliła 
niczym płomienisty gejzer z kadłuba okrętu, pozbawiając dopływu energii inne desperacko jej 
potrzebujące stanowiska. Obrotowe wieżyczki  zatrzymały  się znienacka  w  miejscu, a ich 
przerażone   załogi   mogły   tylko   śledzić   wzrokiem   tor   lotu   dwóch   kolejnych   torped,   które 
uderzyły   w   krążownik   kilka   sekund   później.   Po   lewej   stronie   okrętu   walka   z   czasem   w 
drugim hangarze jeszcze przybrała na sile, przerażeni piloci i marynarze z obsługi technicznej 
wyciskali   z   siebie   ostatnie   krople   potu   próbując   wystrzelić   w   przestrzeń   pozostające   na 
pokładzie maszyny pomimo ciągu eksplozji wstrząsających jednostką.
         Trzy statki transportowe, prymitywnie skonstruowane kontenerowce z dobudowanym 
napędem podprzestrzennym,  otrzymały  trafienia  bezpośrednie  i wyparowały unicestwiając 
przy okazji tysiące żołnierzy Czterech Potęg wciąż znajdujących się na ich pokładach. W 
dole,   na   powierzchni   Helii   IV,   walczący   desperacko   członkowie   Sił   Obrony   Planetarnej 
otrzymali niewielki prezent w postaci zmniejszenia liczby kapsuł desantowych przecinających 
ustawicznie ich przestworza.
     Niszczyciel Foresworn został trafiony w rufę, a eksplozja torpedy zniszczyła jego systemy 
podtrzymywania   życia   i   wywołała   zapłon   układu   wentylacyjnego.   Ściana   płonącego 
powietrza   przetoczyła   się   poprzez   korytarze   niszczyciela,   a   nieliczni   ocalali   z   katastrofy 
marynarze skazani zostali na śmierć przez uduszenie, odcięci w hermetycznie zamkniętych 
przedziałach i błagający o ratunek, który nigdy nie miał nadejść.
         Krążownik typu Murder Pagan Voyager otrzymał  bezpośrednie trafienie w podstawę 
mostka, wybuch  głowicy rozerwał kilkanaście pięter ciężko  opancerzonej  wieży i sięgnął 
poziomu kapitańskiego zabijając na miejscu wszystkich wyższych rangą oficerów jednostki. 
Pozbawiony   w   ułamku   sekundy   niemal   całej   kadry   dowódczej   i   możliwości   nawiązania 
łączności radiowej z innymi okrętami, Pagan Voyager nie wziął dalszego udziału w bitwie o 
Helię IV – grupa młodszych rangą oficerów przedłożyła rozsądek ponad heroizm i poleciła 
obsadzie maszynowni odskoczyć w Osnowę.
         Na całej szerokości armady Chaosu uszkodzone i zniszczone okręty płonęły zasypując 
próżnię gradem szczątków,  lecz pomimo  szkód zadanych  torpedowym  atakiem  lojalistów 
wynik   bitwy  wcale   nie   był   jeszcze   przesądzony.   Heretyckie   okręty  zaczęły   manewrować 
zajmując dogodniejsze pozycje do riposty, ustawiając się burtami do nieprzyjaciela, by móc 
go razić pełną mocą bocznych ciężkich baterii. Zdając sobie sprawę ze znacznie większego 
zasięgu pokładowej artylerii wroga, imperialni kapitanowie przygotowywali się w myślach na 
mającą nastąpić lada moment odpowiedź.
         Pustka  pomiędzy  dwiema   flotami   zapłonęła  snopami  jaskrawego  światła  i  blaskiem 
wielkich   kul   plazmowej   energii.   Imperialny   niszczyciel   klasy   Cobra   lecący   w   przedzie 
lojalistycznego   zgrupowania   eksplodował,   kiedy   jedna   z   laserowych   wiązek   przecięła   go 
wpół. Migotliwe rozbłyski pokryły tarcze pól siłowych znacząc miejsca, w których ochronne 

background image

bąble przyjmowały na siebie niszczycielskie  trafienia.  Przeciążone  generatory nie  zdołały 
powstrzymać wszystkich energetycznych ładunków, niektóre wiązki zaczęły wgniatać grube 
pancerne płyty na dziobach antycznych krążowników. Przednia sekcja Tonnenta pękła pod 
wpływem   szczególnie   silnego   promienia   światła,   który   natrafił   na   słaby   punkt   w 
adamandytowym pancerzu, przebił go na wylot i zdetonował świeżo wstawioną do wyrzutni 
torpedę. Siła wybuchu wyrwała ważący siedemnaście ton właz zamykający wyrzutnię, a fala 
uderzeniowa   wypełniła   ogniem   wysoki   na   osiem   pięter   hangar   amunicyjny   i   pognała 
korytarzami w głąb okrętu. 
     Śmiertelnie ugodzony, krążownik typu Lunar wypadł z szyku i zwolnił, podczas gdy jego 
oficerowie i szeregowi marynarze ramię w ramię walczyli o zdławienie rozszalałego pożaru 
przed dotarciem ognia do centralnego magazynu amunicji.
     Stojący na mostku Machariusa Semper cały czas walczył o utrzymanie równowagi, pokład 
pod jego nogami dygotał wprawiany we wstrząsy impetem trafień punktujących pola siłowe i 
pancerz krążownika. Okręt został fabrycznie  wyposażony w ciężkie kompozytowe  osłony 
opuszczane   na   okna   na   czas   kosmicznych   bitew,   ale   Semper   polecił   wejść   do   walki   z 
podniesionymi   pokrywami.   Kilka   dodatkowych   stóp   tytanowego   pancerza   nie   czyniło 
specjalnej różnicy w przypadku bezpośredniego trafienia, a sam kapitan wolał raczej oprzeć 
swe   kalkulacje   na   obrazie   dostrzeganym   za   oknami   mostku,   nie   zaś   samych   odczytach 
skanerów. Spoglądając przez pancerne szyby dostrzegł zapierającą dech panoramę: eksplozje 
i ogniki wystrzałów rozświetlały czerń kosmosu, olbrzymie okręty wojenne przesuwały się 
pośród nich z majestatycznym wdziękiem. Z głośników radiowęzła sypały się nadawane na 
ogólnym kanale łączności komunikaty, dziwnie niepozorne i nieważne w aa
odniesieniu do sprawianego przez bitwę wizualnego wrażenia.
 - Lord Seth... jego wieżyczki antyrakietowe są martwe. Na klątwę Vandire, jeśli macie jakieś 
załadowane torpedy, użyjcie ich teraz !
  -  Dowódca  Nemesis   do Machariusa.  Przeszliśmy  przez  linię   strażniczą   nieprzyjaciela,  a 
raczej   to,   co   z   niej   zostało.   Rozpoczynamy   atak   na   jednostki   transportowe.   Aktywność 
nieprzyjacielskich   myśliwców   źle   skoordynowana,   ale   wciąż   silna...   Przydałyby   się   tutaj 
jakieś sojusznicze Furie, Macharius.
 - Eskadra ubezpieczająca do głównej grupy. Ten krążownik typu Murder asekurujący lewą 
flankę wpadł w dryf, prawdopodobnie otrzymał trafienie w mostek. Mamy otwarte przejście 
do tych cholernych transportowców. Prosimy o ogień wspierający z wszystkich dostępnych 
okrętów liniowych.
 - Graf Orlok do grupy... Tonnent jest stracony. Zostaliśmy sami na prawej flance, jesteśmy 
pod ciężkim ostrzałem. Proszę o pozwolenie na odskok i przeładowanie tarcz siłowych.
 - Von Blucher, ty bękarci żółtodziobie ! Nie dbam o to jak wysoko sięgają twoje koneksje w 
sztabie   marynarki   –   czyjś   gniewny  głos   wypełnił   głośniki   zagłuszając   natychmiast   potok 
innych komunikatów – Spróbuj się tylko wycofać, a osobiście wytropię i rozwalę tę stertę 
złomu, na której latasz !
      Semper rozpoznał głos Erwina Ramasa, dowódcy krążownika typu Gothic Drachenfels. 
Pomimo   silnych   szumów   radiowych   metaliczny   ton   wypowiedzi   wciąż   był   doskonale 
słyszalny. Ramas stanowił żywą legendę Zgrupowania Floty Gothic – był jedynym ocalałym 
z   torpedowego   ataku   eldarskich   piratów,   który   uśmiercił   całą   obsadę   jego   mostku. 
Okaleczone   ciało   oficera   zostało   podłączone   do   cybernetycznych   urządzeń   Adeptus 
Mechanicus   i   spoczęło   w   opancerzonym   kokonie   gdzieś   w   głębi   jego   okrętu,   ale   mimo 
nieodwracalnych   obrażeń   fizycznych   stary   weteran   nie   utracił   nawet   odrobiny   sarkazmu, 
talentu taktycznego i żądzy dreszczu emocji, jakie mogła zapewnić tylko bitewna gorączka.
     Semper zdławił uśmiech nie chcąc okazywać satysfakcji z udzielonej innemu kapitanowi 
reprymendy   w  obliczu  obsady mostku   Machariusa.  Nie   zmieniało   to  faktu,   że  Titus   von 
Blucher był faktycznie nadętym głupcem zawdzięczającym komendę nad Grafem Orlokiem 

background image

wyłącznie   rodzinnym   powiązaniom   z   Ravensburgami,   zwłaszcza   zaś   samym   lordem 
admirałem   Corneliusem   Ravensburgiem,   naczelnym   dowódcą   Zgrupowania   Floty   Gothic. 
Tylko Ramas, legenda marynarki o czterdziestoletnim stażu w służbie liniowej, mógł zwracać 
się w podobnym tonie do jednego z protegowanych lorda admirała nie obawiając się przy tym 
o bliżej nieokreślone konsekwencje w przyszłości.
  - Drachenfels do Machariusa – odezwał się ponownie Ramas – I co ty na to, Semper ? 
Pokażemy temu strachliwemu błękitnokrwistemu  jak zachowuje się prawdziwy kapitan w 
służbie Jego Boskiego Majestatu ?
  - Prowadź, Drachenfels. Macharius leci z tobą – odparł Semper spoglądając władczo na 
swych   oficerów,   dostrzegając   ich   zatroskane   niespokojne   spojrzenia.   Hito   Ulanti   postąpił 
krok   do   przodu   dodając   swój   autorytet   do   respektu   otaczającego   kapitana,   zmuszając 
wszelkich   potencjalnych   opozycjonistów   do   stawienia   czoła   duetowi   dwóch   najwyższych 
rangą osób na pokładzie okrętu. A jeśli prawdziwy, obrany w obliczu Imperatora kapitan 
jednostki wydał rozkaz i jego zastępca ów rozkaz zaaprobował, jakie podstawy mógłby mieć 
lojalny sługa Imperium do kwestionowania otrzymanych poleceń, nawet jeśli byłyby one iście 
samobójcze  ? Dłoń Ulantiego  spoczęła  na rękojeści wiszącej  przy pasie szabli, a stojący 
opodal olbrzym o wyjątkowo bandyckiej aparycji służący oficerowi za osobistego strażnika 
wyprostował się czujnie wypatrując najmniejszych oznak zagrożenia dla swego patrona.
  - Sternik, kontynuować całą naprzód. Skorelować bieżącą szybkość i kurs z parametrami 
Drachenfelsa  – rozkazał  swym  charakterystycznym  necromundiańskim  akcentem  Ulanti – 
Generarium, przesłać wszelką dostępną moc do przednich tarcz siłowych. Sekcja ogniowa, 
przygotować się do salwy z baterii obu burt natychmiast po wejściu w zasięg do najbliższego 
celu. Sekcja kontroli lotu, kapitan życzy sobie gotowych do wystrzelenia torped i życzy je 
sobie na już.
         Młody komandorporucznik cofnął się o krok i omiótł wzrokiem mostek monitorując 
realizację   wydanych   rozkazów.   Semper   obserwował   utalentowanego   necromundiańskiego 
arystokratę   uświadamiając   sobie   po   raz   kolejny   jak   zdolnego   zastępcę   zesłał   mu   los. 
Wiedział, że Ulanti dojdzie daleko na szczeblach oficerskiej kariery i gotów był dać w zakład 
swój Order Gwiazdy Gothica, że komandorporucznik zakończy tę wojnę na mostku własnego 
okrętu.
     Zakładając, iż przeżyjemy tak długo, napomniał sam siebie Semper wspominając budzące 
przerażenie raporty o nowych stratach, licznych klęskach i rzadkich z trudem wygrywanych 
akcjach   opóźniających   postępy   nieprzyjaciela,   które   niemal   każdego   dnia   napływały   z 
wszystkich rejonów sektora.
       Zakładając, że ktokolwiek z nas przeżyje następną godzinę, poprawił się raz jeszcze w 
myślach   wyglądając   poprzez   szyby   pomieszczenia   na   zewnątrz   mostku.   Masywna   bryła 
Drachenfelsa parła do przodu skracając dystaa
tans dzielący jednostkę od zgrupowania wroga. Sekundę później Semper poczuł zwiększoną 
wibrację podłogi sygnalizującą przyśpieszenie jego własnego okrętu. Macharius zwiększył 
siłę ciągu próbując dogonić bliźniaczy krążownik.
     Obydwa okręty weszły z dużą prędkością w pole ostrzału wrogich baterii, podtrzymując 
słabnący impet lojalistycznej szarży i kierując się wprost w serce armady Chaosu.

* * * * *

     Kaether zamknął dopływ energii do silników Furii polegając wyłącznie na uruchamianych 
instynktownie   dopalaczach.   Zmieniający   gwałtownie   kurs   i   prędkość   niewielki   myśliwiec 
stanowił wyjątkowo trudny cel przemieszczając się pomiędzy kadłubami nieprzyjacielskich 
okrętów.   Dostrzegając   ruch   na   krawędzi   swego   pola   widzenia   pilot   nacisnął   aktywator 
lewoburtowych dopalaczy wprawiając maszynę w prawostronny ruch wirowy i naciskając 

background image

równocześnie   spust   laserowych   działek.   Przemykający   przed   nosem   myśliwca   Swiftdeath 
został przeszyty na wylot wiązkami niebieskiego światła, rozdzierającymi jego szkliste czarne 
płyty pancerza. Jeden z wbudowanych w skrzydła maszyny silników eksplodował, Kaether 
dostrzegł   też   okrągłe   dziury   wytopione   wzdłuż   kadłuba   myśliwca.   Pozbawiony   kontroli 
Swiftdeath wpadł w dryf  i sekundę później zmienił się w kulę ognia dosięgnięty kolejną 
laserową   salwą.   Skrzydłowy   Kaethera   Altomare   dokończył   dzieło   zniszczenia   rozpoczęte 
przez swego dowódcę.
 - Dobry strzał, Trójka – zasygnalizował przez radio Kaether – Jak wrócimy na Machariusa, 
rzucimy kośćmi o prawo do zestrzału.
  - O ile tam wrócimy – odezwał się cicho lecący po prawej stronie Kaethera Vale – O ile 
Macharius wciąż tam jeszcze będzie, kiedy się stąd wydostaniemy w jednym kawałku.
      Zaledwie kilka minut wcześniej Furia Cipolli została rozerwana na strzępy przez milion 
miniaturowych   metalowych   płytek   wystrzelonych   z   pokładu   mijanego   okrętu   wroga,   ale 
żaden z pilotów nie podważył  posępnego żartu Vale. Dla pilotów Furii śmierć  – nagła i 
spektakularna – była czymś oczywistym i nieuchronnym. Skrzydłowy po lewej, Imperator po 
prawej i Śmierć za plecami, dysząca wyziewami silników – tak brzmiało motto myśliwskiego 
lotnictwa marynarki. Śmierć mogła nadejść w każdej sekundzie kosmicznej walki i wszyscy 
wiedzieli dobrze, że wokół cały czas umierają ich przyjaciele i towarzysze broni. Później, po 
powrocie w bezpieczne hangary Machariusa, mieli opłakać swych poległych znajomych na 
własny prywatny sposób.
         Cztery myśliwce pozostały w eskadrze Kaethera, dziewięć dalszych w dwóch innych 
eskadrach wyznaczonych pierwotnie do ubezpieczenia pierwszej fali bombowców. Ich siła 
ognia,   połączona   z   wyszkoleniem   strzelców   pokładowych   w   wieżyczkach   Starhawków, 
wystarczała   w   zupełności   do   odpędzenia   zabłąkanych   maszyn   nieprzyjaciela.   Eskadra 
Kaethera   ruszyła   zatem   pomiędzy   wielkie   cielska   wrogich   okrętów   liniowych,   dziwnie 
zdeformowanych   i   wielokrotnie   przebudowywanych   w   stoczniach   Osnowy.   Śmiertelnie 
niebezpieczne   dla   innych   myśliwców,   uzbrojone   w   laserowe   działka   i   rakiety   Furie   nie 
zdołałyby nawet zadrapać grubych pancerzy liniowców, ale wciąż mogły im zaszkodzić na 
inne   sposoby.   Z   wnętrza   ciasnego   kokpitu   za   plecami   Kaethera   dobiegała   litania   danych 
telemetrycznych   i   koordynatów   strzeleckich   przesyłanych   na   pokład   Machariusa   przez 
Manetho, pokładowego nawigatora Adeptus Mechanicus i zarazem tylnego strzelca myśliwca. 
Ku mściwej satysfakcji Kaethera Manetho przesłał oficerom baterii krążownika współrzędne 
okrętu odpowiedzialnego za śmierć Cipolli. Chwilę później baterie Drachenfelsa przecięły 
nieprzyjacielski niszczyciel wpół jedną prawoburtową salwą.
         Eskadra Kaethera przetarła  drogę bombowcom lokalizując i niszcząc  sześć dalszych 
myśliwców typu Swiftdeath. Lord Seth przestał już stanowić zagrożenie – Kaether na własne 
oczy widział trzy dalsze torpedy trafiające prosto w wielki lotniskowiec – toteż jedynym 
nieprzyjacielskim okrętem zdolnym  do przenoszenia lotnictwa pokładowego był  Pluton, a 
większość jego eskadr stanowiły skrzydła bombowe. Zniszczone przez lojalistów myśliwce 
były pojedynczymi maszynami odwołanymi z walk atmosferycznych na Helii, latającymi na 
resztkach  paliwa   po długiej   ucieczce  ze  studni  grawitacyjnej   planety.  Ci  nieprzyjacielscy 
piloci, którzy zrezygnowali z zatankowania i dozbrojenia swych maszyn na pokładzie Plutona 
padli bez trudu ofiarą weteranów służących pod rozkazami Kaethera.
     Dowódca eskadry dostrzegł za szybą kokpitu kanciaste brzydkie sylwety transportowców, 
ich   ładownie   zrzutowe   były   szeroko   otwarte.   We   wnętrzach   hal   wisiały   na   wysuwanych 
szynach   rzędy   kapsuł   desantowych,   wyrzucanych   co   chwila   w   przestrzeń   pod 
transportowcami. Kaether przesunął wzrokiem po ekranie radaru i uśmiechnął się złowieszczo 
nie dostrzegając żadnych sygnatur nieprzyjacielskich myśliwców w pobliżu transportowców. 
Wstukał ciąg runicznych  znaków  na klawiaturze  swego panelu kontrolnego wysyłając  na 
mostek Machariusa i pokłady lecących w tyle bombowców aaa

background image

ustalony wcześniej sygnał. Kilka sekund później ekranik panelu rozbłysnął ciągami gotyckich 
liter sygnalizując potwierdzenie odbioru.
  - Dowódca do eskadry. Bombowce namierzają swoje cele. Odskok w bok, reorganizacja 
szyku.
 - Co jest naszym celem teraz, dowódco ?
         Na Tron Terry, znam serwitorów, którzy mają bardziej ludzki głos od tego człowieka, 
pomyślał Kaether rozpoznając wyprane z emocji pytanie.
     Był to Zane – zwany przez swych towarzyszy broni Zelotą, chociaż nikt nigdy nie śmiał 
podważyć  tytułu najlepszego pilota, jaki niezrównoważony psychicznie mężczyzna zdobył 
trafiając na sam szczyt listy zestrzałów Machariusa.
  - Dowódco ? – Zane odezwał się ponownie, w jego głosie pojawiła się nuta cierpliwego 
napomnienia.
          Kaether   milczał   rozważając   swe   opcje.   Otrzymał   rozkaz   okrążenia   strefy   walki   w 
poszukiwaniu dalszych myśliwców nieprzyjaciela, a następnie odeskortowania Starhawków z 
powrotem na pokład Machariusa. Na ekranie skanera dalekiego zasięgu dostrzegł sygnatury 
startujących   z   Plutona   bombowców,   a   radiowe   komunikaty   ostrzegały   przed   dalszymi 
Swiftdeathami ściąganymi pośpiesznie z atmosfery Helii.
     Spojrzał raz jeszcze na statki transportowe wroga, na grad kapsuł desantowych sypiących 
się spod ich szeroko otwartych brzuchów. Pięćdziesięciu do stu żołnierzy upchanych niczym 
bydło w każdej kapsule, setki kapsuł w każdym  transportowcu, co minuta kolejne tuziny 
spadające  z orbity na powierzchnię  planety.  Nawet po uwzględnieniu  kilku zniszczonych 
jednostek transportowych nieprzyjaciela armada Chaosu wciąż zrzucała na Helię gigantyczną 
grupę   inwazyjną.   Kaether   wiedział   jak   bardzo   każda   zniszczona   kapsuła   przeważa   szalę 
zwycięstwa na stronę lojalistów, a przecież celem całej operacji było właśnie powstrzymanie 
inwazji   na   Helię   IV.   Podjął   decyzję   gotów   uporać   się   później   z   jej   ewentualnymi 
konsekwencjami.
          O   ile   miał   szansę   ich   dożyć,   skarcił   sam   siebie   przywołując   z   pamięci   jeden   z 
pesymistycznych komentarzy Vale.
  -   Dowódca   do   eskadry.   Zostawimy   niańczenie   bombowców   żółtodziobom   z   drugiego 
skrzydła. Mamy nowe zadanie. Zmiana szyku na pary i bierzemy się za te kapsuły. Nie będą 
wam   dopisane   do   listy   strąceń,   ale   każdy   zniszczony   egzemplarz   zwiększa   szanse 
piechociarzy na Helii. A Imperator jeden wie jak bardzo potrzebują oni teraz takiej protekcji, 
zwłaszcza, że ominął ich zaszczyt służby w marynarce Jego Boskiego Majestatu !
     W komunikatorach rozbrzmiał chór śmiechów akcentujących z aprobatą stary żart pilotów 
marynarki. Jedna po drugiej Furii pomknęły w stronę Helii ścigając opadające ku powierzchni 
planety kapsuły.

* * * * *

      Starhawki odpaliły swe rakiety z prawie minimalnego dystansu, posyłając grad ciężkich 
głowic prosto w otwarte, słabo opancerzone ładownie transportowców. Ogień z wieżyczek 
defensywnych był sporadyczny i kiepsko skoordynowany – źle uzbrojone statki obsadzała 
równie   źle   wyszkolona   załoga   –   toteż   w   jego   rezultacie   uszkodzeniu   uległ   tylko   jeden 
Starhawk,   zaś   wśród   rakiet   nie   odnotowano   żadnych   strat.   Postępujące   jedna   za   drugą 
detonacje   przestębnowały   ładownie   trzech   wielkich   transportowców   niszcząc   setki 
podwieszonych   wciąż   na   szynach   kapsuł.   Inne,   wyrzucone   na   zewnętrz   kadłubów   siłą 
eksplozji,   zaczęły   spadać   ku   Helii   wirując   w   niekontrolowany   sposób,   ich   prymitywne 
systemy   stabilizujące   odmawiały   posłuszeństwa   skazując   znajdujących   się   w   środku 
heretyków na przerażającą śmierć w górnych warstwach atmosfery planety.

background image

     Jeden z transportowców wyleciał w powietrze, rozrywające jego kadłub rakiety dotarły do 
reaktora   przeistaczając   statek   w   oślepiającą   kulę   ognia,   sypiącą   na   wszystkie   strony 
szczątkami dziurawiącymi kadłuby innych jednostek i kapsuł zrzutowych. Wybuch sięgnął 
jednego  z wycofujących  się szerokim  łukiem  Starhawków. Caparan  dostrzegł,  że była  to 
maszyna   Goschena,   bombowiec   uszkodzony   wcześniej   przez   baterie   defensywne 
transportowców. Jeden Starhawk był małą ceną za zniszczenie trzech statków nieprzyjaciela 
oraz   tysięcy   kapsuł,   ale   w   przypadku   Caparana   chłodne   taktyczne   statystyki   wciąż   w 
najmniejszym stopniu nie łagodziły żalu po utracie kolejnych podwładnych.
 - Nemesis do Machariusa – odezwał się na głównym kanale – Zapas amunicji wyczerpany, 
cele zniszczone. Oczekujemy na dalsze rozkazy.
 - Dobre łowy, Milos – na tle radiowych szumów rozbrzmiał znajomy głos Remusa Nydera – 
Połączcie się z eskortą i wracajcie do domu. Obsada hangarów przygotowuje się na wasze 
przyjęcie.

* * * * *

     - Na Imperatora, Zane ! Odpuść ! Zewnętrzny kadłub zaczyna się palić !
       Reth Zane przesunął włącznik komunikatora odcinając się od ostrzegawczych krzyków 
skrzydłowego. Altomare był dobrym pilotem, lecz zbyt mało a
w   swym   sercu   krył   wiary.   A   wiara,   Zane   wiedział   to   doskonale,   była   najpotężniejszą   z 
wszystkich   broni.   W   słuchawkach   hełmu   zaczęły   dzwonić   alarmowe   sygnalizatory, 
zwracające uwagę pilota na rosnącą wewnątrz maszyny temperaturę. Zane zignorował ich 
dźwięk szepcząc do siebie słowa Pięćdziesiątej Ósmej Litanii Spokoju Ducha, przesyłając je 
poprzez komunikator maszyny, by słowa modlitwy rozbrzmiewały w jego uszach.
      Imperator jest mym strażnikiem, mą tarczą i mym zbawcą. Czuwa nade mną, zatem nie 
muszę się lękać nieprzyjaciela. Heretycy, demony, bluźnierstwa Osnowy nie mają do mnie 
przystępu.
         Kiedy pilot recytował żarliwie słowa modlitwy, jego myśliwiec spadał w głąb studni 
grawitacyjnej Helii, a niewielkie płomyki tańczyły na krawędziach skrzydeł tnących rzadkie 
powietrze górnej warstwy atmosfery globu. Palce mężczyzny dotknęły przycisku spustowego, 
uwalniając z luf nosowych działek wiązki jaskrawego światła. 
     Pierwsza. Druga. Trzecia.
      Akumulatory laserowych działek praktycznie wyczerpały się do zera, ale Zane wiedział 
już jak bezbronne i kiepsko opancerzone są nieprzyjacielskie kapsuły. Pierwsza salwa trafiła 
w  dolną  część   najbliższego  pojazdu  odrywając   jego  gorejącą   tarczę  termiczną  i   niszcząc 
całkowicie silniki korekcyjne. Nawet jeśli kapsuła jakimś cudem miała przetrwać wejście w 
atmosferę  pomimo  uszkodzonych  osłon termicznych,  bez możliwości spowolnienia  tempa 
opadania uderzyłaby w wyznaczoną strefę lądowania z impetem spadającego meteorytu.
     Druga salwa rozpruła burtę następnej kapsuły doprowadzając do katastrofalnej w skutkach 
dekompresji   jej   wnętrza.   Krzyczący   przeraźliwie   pasażerowie   pojazdu   zostali   w   ułamku 
chwili wyssani ze środka upiornym pędem powietrza.
         Ostatnia salwa chybiła celu. Zane powtórzył w myślach kilka ostatnich wersów litanii, 
jego ukryta pod przyłbicą hełmu twarz przybrała purpurową barwę podświetlana światłem 
licznych   czerwonych   kontrolek   zapalających   się   na   pulpicie   sterowniczym.   Alarmowe 
klaksony wypełniły swym dźwiękiem całą kabinę, a gdzieś z głębi maszyny do nozdrzy pilota 
dotarł   delikatny   odór   spalenizny.   Nawet   zazwyczaj   milczący   serwitor   obsługujący   tylne 
działko   myśliwca   zaczął   przesyłać   ze   swego   stanowiska   niemalże   podekscytowane 
komunikaty.
     Zane otworzył zaciśnięte na chwilę oczy, skupił wzrok na celu i nacisnął spust. Ostatnia 
kapsuła w rzędzie eksplodowała przeszyta na wylot wiązkami światła.

background image

     Pilot ujął oburącz drążek sterowniczy i pociągnął go do siebie zwiększając jednocześnie 
przepływ   energii   do   dopalaczy.   Furia   zaczęła   dygotać   niebezpiecznie,   jej   silniki   wyły 
rozpaczliwie   walcząc   z   przyciąganiem   grawitacyjnym   Helii.   Chwilę   później   myśliwiec 
zwiększył wysokość i zaczął wspinać się z powrotem na wysoką orbitę, pozostawiając za 
sobą   rozświetlającą   górne   warstwy   atmosfery   wstęgę   płomieni.   Większość   runicznych 
kontrolek   na   pulpicie   zmieniła   kolor   na   zielony   lub   przynajmniej   nie   wymagający 
natychmiastowej  uwagi  bursztynowy,  ale   część  wciąż  paliła  się  ciemną   czerwienią.   Zane 
zignorował ostrzeżenia  systemu kontroli i zaczął  przepatrywać  otoczenie  w poszukiwaniu 
następnych   celów.   Wspólnie   z   Altomare   zaatakował   ostatni   rząd   wystrzelonych   z 
transportowca kapsuł niszcząc bez większych problemów sześć z nich, zanim Altomare nie 
poddał się i przerwał pościgu nie chcąc spłonąć w atmosferze planety. Zane zignorował jego 
ostrzeżenia   chcąc   dopaść   pozostałe   pięć   kapsuł.   W   trakcie   tego   ataku   poddał   Furię 
obciążeniom dalece wykraczającym poza dopuszczalne limity, ale wiedział, że nie mogła mu 
się zdarzyć żadna krzywda. 
     Nie z boskiem Imperatorem czuwającym nad realizacją świętej misji swego wyznawcy.
  -   Jestem   mieczem   Jego   kary,   jestem   naczyniem   Jego   sprawiedliwości.   Choć   jestem 
śmiertelny  i   słaby,   duch  Jego  mnie   przepełnia   dodając   siły  –  wymruczał  do  siebie   Zane 
powtarzając słowa Trzynastej Kantyczki Boskiej Surowości. Przypomniał sobie, kiedy po raz 
pierwszy ujrzał te słowa, wyryte wraz z wersami tysięcy innych modlitw na posadzce katedry 
Eklezjarchii   na   kościelnym   świecie   Sacra   Evangelista.   Przypomniał   sobie   jak   klęczał   w 
randze młodszego akolity na kamiennej podłodze wodząc z nabożnym podziwem palcami po 
kształtach wyciętych w płytach wiekowych psalmów
     Przypomniał sobie jak tej samej nocy w trakcie medytacji doznał wizji, w której skrzydlaty 
anioł w szatach wojowniczki Sororitas oświadczył, iż przyszłość młodego akolity pobiec musi 
innym torem. Że musi on zostać Furią Zemsty, prześladowcą wrogów Imperatora.
     Przypomniał sobie wizytę u przełożonego ojcakonfesora i jej pełne cierpień konsekwencje: 
długie   ceremonialne   badania   i   rytuały   mające   poddać   próbie   prawdy   jego   objawienie   i 
wykazać   autentyczną   czystość   wiary.   Kiedy   Eklezjarchia   potwierdziła   prawdziwość   słów 
akolity,   został   on   formalnie   zwolniony   ze   ślubów   kapłańskich   i   otrzymał   zgodę   na 
odnalezienie innego sposobu na służbę ku chwale Imperatora.

          Zane   wprowadził   myśliwiec   na   nowy   kurs,   lecąc   w   kierunku   kolejnego   szeregu 
opadających ku powierzchni planety kapsuł. Wrogowie Imperium wciąż jeszcze żyli, święta 
misja nie została ukończona.

* * * * *

      Kolejny transportowiec eksplodował na oczach obserwującego pole walki Bulusa Sirla. 
Pomimo   wywołanej   postępującą   kataraktą   wady   wzroku   heretyk   dostrzegał   wyraźnie 
malutkie kształty nieprzyjacielskich bombowców śmigające wokół kadłuba płonącego statku. 
Czciciele   Chaosu   przegrywali   tę   bitwę,   przegrywali   ją   coraz   boleśniej.   Inwazja   na   Helię 
została   przerwana,   nadszedł   czas,   by   zapomnieć   o   transportowcach   i   ściśniętej   w   ich 
ładowniach hordzie niewolników. Liczył się jedynie priorytet, by okręty takie jak Virulent 
przetrwały   mogąc   podjąć   walkę   innego   dnia.   Mając   w   swej   dyspozycji   okręty   wojenne 
rebelianci   mogli   bez   trudu   podbić   inny   świat,   zgromadzić   kolejną   armię   niewolników, 
skonstruować następną armadę inwazyjną.
     Tak, inwazja na Helię dobiegła końca, przyznał sam przed sobą kapitan. Przynajmniej ta 
dzisiejsza.
 - Uruchomić napęd – rozkazał – Opuścić orbitę parkingową.

background image

  - Nasze rozkazy nakazują pozostanie na orbicie i wsparcie ogniowe grupy inwazyjnej – 
sprzeciwił się pierwszy oficer, niedoświadczony pyszałek mający za sobą nie więcej jak pół 
wieku służby w szeregach czcicieli Pana Rozkładu.
     Sirl zasyczał zirytowany, podobne do skrzeli narośla po bokach jego karku otworzyły się 
machinalnie rozsiewając w powietrzu chmurę cuchnącej, pełnej bakterii mgiełki. Zamachnął 
się jedną ze swoich macek, pochwycił oponenta i cisnął nim z całej siły o pobliską ścianę. 
Stado piskliwych nurglingów oblazło natychmiast zwłoki liżąc chciwie wyciekający z rozbitej 
czaszki człowieka mózg. Sirl wyciągnął drugą mackę i wskazał nią innego oficera mianując 
go swym nowym zastępcą. Jednym dotknięciem zmutowanej kończyny udzielił wybrańcowi 
namaszczenia i błogosławieństwa Plugawego Boga.
  -   Nasza   lojalność   leży   w   pierwszej   kolejności   wobec   Pana   Rozkładu.   Naszą   misją   jest 
pomszczenie śmierci jego sługi. Obrać za cel Machariusa.

* * * * *

     Macharius zadygotał pod wpływem kolejnego trafienia w kokon tarcz siłowych. Poprzez 
mostek krążownika przetoczył się stłumiony odległy grzmot, sygnalizujący eksplozję w głębi 
kadłuba jednostki. Semper rzucił zaniepokojone spojrzenie w stronę swego Technis Majoris.
 - Magosie Castaboras, raport uszkodzeń !
         Noszący złotą maskę przełożony techkapłanów Machariusa znieruchomiał na chwilę, 
komunikując się za pomocą neuralnego interfejsu z podwładnymi  pracującymi  w różnych 
sekcjach okrętu oraz samym elektronicznym duchem krążownika. W przeciągu tych kilku 
sekund zdołał zebrać komplet złożonych informacji na temat statusu operacyjnego jednostki.
 - Na prawoburtowej dolnej części kadłuba doszło do poważnej penetracji pancerza. Przebicie 
dotyczy   kilku   najniższych   poziomów.   Uszkodzone   sekcje   zamknięto   za   pomocą   grodzi 
pozwalając na kontrolowane wypalenie się w nich tlenu. Pojawiły się pewne zakłócenia w 
pracy systemu wentylacyjnego na pokładach od czwartego do ósmego.
         Zakłócenia,   powtórzył   w  myślach  Semper  wiedząc   doskonale,  że  warunki  panujące 
obecnie na najniższych pokładach krążownika można było nazwać w najlepszym przypadku 
piekielnymi:  niekończący się labirynt  korytarzy i pomieszczeń, zdemolowanych  i kiepsko 
oświetlonych,  pełnych  toksycznych  wyziewów  i płonących  gazów  buchających  z wnętrza 
mechanicznych   trzewi   okrętu.   Jak   tam   teraz   musiało   wyglądać,   z   całymi   przedziałami 
stojącymi w ogniu lub zdehermetyzowanymi, po odcięciu dopływu świeżego powietrza ?
 - Jak te zakłócenia wpłyną na obsadę zagrożonych poziomów ?
         Magos zawahał się na moment, najwyraźniej zaskoczony pytaniem kapitana. Semper 
często odnosił wrażenie, iż dla czcicieli BogaMaszyny obecność na pokładzie organicznej 
załogi była jedynie nieistotną błahostką. 
 - Poziom strat szacujemy na średni do ciężkiego, kapitanie, ale zdecydowana większość ofiar 
pochodzić będzie z grupy najniższych stopniem marynarzy, co pozwoli zastąpić ich bez trudu 
niewyszkolonymi rekrutami służącymi na innych pokładach.
          Semper   pokiwał   z   aprobatą   głową.   Bitwa   wciąż   trwała   i   zarówno   Macharius   jak   i 
Drachenfels najsilniej odczuwali konsekwencje zbliżenia się w pole rażenia nieprzyjaciela. 
Dwa hangary na lewej burcie i jeden po prawej stronie zostały wyłączone z użytku po celnych 
trafieniach wrogiej artylerii, jeden z przednich lewoburtowych pokładów strzeleckich przestał 
istnieć po bezpośrednim trafieniu ciężkim pociskiem rakietowym. Czujniki dalekiego zasięgu 
nie pracowały poprawnie ze względu na zakłócenia elektromagne- aa
tyczne   powodowane   aktywnością   pół   siłowych   krążownika,   a   obsługujący   generarium 
techkapłani zdążyli już zgłosić nieprawidłowości w pracy systemów chłodzących dwóch z 
pięciu   potężnych  plazmowych  reaktorów   Machariusa.  Żadne  z  tych   uszkodzeń  nie   miały 
statusu   krytycznego,   a   sam   Macharius   odpłacał   nieprzyjacielowi   z   nawiązką   za   każde 

background image

otrzymane   trafienie.   Sunąc   poprzez   środek   formacji   wroga,   pośród   rzeszy   potencjalnych 
celów, krążownik prowadził ogień ciągły z wszystkich zdatnych do użytku baterii, starannie 
dopasowując koordynaty strzeleckie z sekcjami bojowymi Drachenfelsa. Salwy Machariusa 
obdzierały   wybrany   cel   z   kokonu   tarcz   siłowych,   po   czym   drugi   krążownik   stębnował 
odsłonięty kadłub ofiary wiązkami swych lanc. Imperialny duet zniszczył w ten sposób dwa 
nieprzyjacielskie   niszczyciele,   a   niesławna   renegacka   jednostka   Heathen   Promise   została 
zmuszona do ucieczki z pola bitwy z jedną całkowicie rozprutą burtą.
         Wszędzie wokół lojaliści przejmowali kontrolę nad konfrontacją. Tonnent stał się co 
prawda płonącym jak żagiew wrakiem, ale ten sam los spotkał też Lorda Setha, trafionego w 
sumie jedenastoma torpedami. Bombowce z Plutona nękały bezlitośnie eskadrę niszczycieli, 
lecz   nie   zdołały   jej   na   czas   powstrzymać   przed   zniszczeniem   za   pomocą   torped   dwóch 
dalszych   statków   transportowych   wroga.   Druga   fala   wyrzuconych   przez   Machariusa 
Starhawków   właśnie   atakowała   inne   transportowce,   natomiast   powracająca   na   pokład 
krążownika pierwsza fala wpadła w kłopoty, przechwycona przez nieprzyjacielskie myśliwce 
wchodzące na orbitę Helii po przerwaniu akcji w atmosferze planety. Maszyny te pochodziły 
z   Lorda   Setha.   Po   zniszczeniu   swej   jednostki   macierzystej   i   w   obliczu   braku   miejsc   w 
hangarach   Plutona,   piloci   Swiftdeathów   rzucili   się   na   imperialne   bombowce   z   furią 
przerażającą nawet osoby znające brutalną i nieprzewidywalną naturę czcicieli Ciemności.
          Ofiarą   lojalistów   padło   dziewięć   statków   transportowych   nieprzyjaciela,   druga   fala 
Starhawków miała okazję jeszcze tę liczbę zwiększyć. Heretyckie krążowniki Pagan Voyager 
i   Heathen   Promise   już   wycofały   się   z   walki,   zaś   większość   pozostałych   rebelianckich 
jednostek   wojennych   zdradzała   przygotowania   do   próby   odskoku   w   Osnowę   –   w 
szczególności Pluton. Pozbawione eskorty statki transportowe zostały praktycznie skazane na 
zagładę, a sama inwazja na Helię stała się całkowitą porażką.
         Mostek krążownika zatrząsł się znienacka po wpływem niezwykle silnego uderzenia, 
zaskoczony Semper przewrócił się na podłogę pomieszczenia. Zawyły alarmowe klaksony, 
jakiś obiekt – ciało serwitora – runął z górnych galeryjek prosto na pokład oficerski, uderzając 
w   posadzkę   i   drgając   na   niej   w   rytm   mechanicznych   poruszeń   wciąż   działających 
cybernetycznych implantów.
  -  Krążownik   typu  Slaughter  !  Idzie  szybko   w   naszą  stronę,  korzystając   z  wraków  jako 
osłony   !   –   zawołał   Ulanti   pomagając   Semperowi   podnieść   się   z   podłogi   i   wskazując 
ostrzegawczo dłonią na środek głównego okna obserwacyjnego. Pancerne osłony zsuwały się 
po pochylniach wbudowanych we framugę okna, ale kapitan zdążył  pochwycić wzrokiem 
charakterystyczny kształt dzioba heretyckiego krążownika mknący wprost na Machariusa.
  - Przygotować się na wstrząs ! – krzyknął Ulanti – Idzie na maksymalne zbliżenie przed 
pełną salwą burtową !
  -   Nie   !   –   zaprzeczył   Semper.   Krążowniki   typu   Slaughter   były   jednymi   z   najszybszych 
okrętów   liniowych   i   pierwszym   podejrzeniem   kapitana   była   próba   staranowania   jego 
jednostki  przez  okręt   nieprzyjaciela.   Lecz  wtedy dostrzegł,   że  krążownik  wprawia  się  za 
pomocą silników korekcyjnych w lekki ruch wirowy obracając w kierunku Machariusa swój 
opancerzony   spód.   Powierzchnia   przeżartego   korozją   Osnowy   kadłuba   miała   chorobliwie 
organiczny wygląd, pokrywały ją liczne wypukłości przywodzące na myśl pęcherze. Pęcherze 
te   otworzyły   się   znienacka   na   oczach   Sempera   odkrywając   metalowe   nosy   tkwiących 
wewnątrz pojazdów desantowych. 
 - Akcja abordażowa ! Żołnierze ochrony na stanowiska ! – wrzasnął kapitan – Przygotować 
się do walki bezpośredniej !

* * * * *

background image

         Wystrzeliwując spod brzucha Virulenta, heretyckie pojazdy abordażowe potrzebowały 
niecałej   minuty   na   pokonanie   dystansu   dzielącego   je   od   kadłuba   ofiary.   Wiele   zostało 
zniszczonych   przez   baterie   antyrakietowe   imperialnego   krążownika,   załogi   innych   źle 
oszacowały trajektorię  lotu lub zbyt  późno uruchomiły silniki  hamujące  rozbijając się na 
pancerzu jednostki. Te, które bez szwanku dotarły do burty Machariusa przywarły do niej 
niczym pijawki używając ładunków termicznych do stopienia włazów awaryjnych, potężnych 
świdrów do przebicia grubych warstw kompozytu czy nawet antycznych generatorów pola 
fazowego   zdolnych   otworzyć   przejście   przez   odporne   na   inne   próby   penetracji   sekcje 
wzmocnionego pancerza.
     Wszędzie po prawej burcie Machariusa, pokład za pokładem, dziwne zdeformowane istoty 
wypadały z kanciastych otworów w kadłubie wyjąc z diabolicznym tryumfem i rzucając się 
bez wahania na najbliższych obrońców

         Maxim Borusa zaklął biorąc zamach łańcuchowym mieczem i unicestwiając bestialsko 
wykrzywioną   twarz   diabelskiego   pomiotu   próbującego   zagrodzić   mu   drogę.   Inny   stwór 
Chaosu rzucił się na marynarza chcąc nabić go na dzierżoną w rękach pikę. Maxim odrąbał 
napastnikowi obie nogi tuż powyżej kolan, po czym przycisnął lufę trzymanej w lewej dłoni 
strzelby do karku heretyka i pociągnął za spust.
          Borusa   parł   zawzięcie   przed   siebie,   wywijając   mieczem   i   strzelając   ze   śrutowego 
automatu, próbując dotrzymać kroku postaci w granatowym uniformie ze złotymi epoletami 
na   ramionach.   Maxim   czerpał   ogromną   satysfakcję   z   życia   na   poziomie   oficerskim 
krążownika, z dala od smrodu i ścisku najniższych pokładów, gdzie zaczynał swą marynarską 
karierę   jako  członek   oddziałów  więziennych   obsługujących   jedną   z  artyleryjskich   baterii. 
Uwielbiał   swój   nowiutki   elegancki   mundur,   osobiste   łóżko   w   kwaterach   oficerów 
porządkowych oraz całe mnóstwo drobnych przywilejów należnych swej szarży. Cieszył się 
tym  wszystkim,  ale nie tracił  złudzeń:  jego szczęście było  ściśle powiązane  z poziomem 
zdrowia i życia komandoraporucznika.
     Coś cuchnącego niczym otwarta rzeźnia wyrosło tuż przed Borusą, z ust stwora pociekły 
strużki skwierczącej śliny. Maxim uderzył heretyka na odlew rękojeścią miecza, gruchocząc 
gnijące zęby i kości twarzy. Bestia cofnęła się o krok zawodząc bełkotliwie. Maxim wypalił 
jej trzykrotnie w gardło z automatycznego pistoletu podniesionego machinalnie spomiędzy 
zaścielających podłogę korytarza ciał.
      Ruszył do przodu miażdżąc ciężkimi butami twarz leżącej przed nim istoty, próbującej 
rozedrzeć nogi mężczyzny kościanymi naroślami wyrastającymi z jej rąk. Rozpłatał szerokim 
cięciem   renegata   wciąż   noszącego   na   sobie   resztki   munduru   Imperialnej   Gwardii.   Zdarł 
pochłaniacz   powietrza   z   głowy   okrytego   karapaksem   napastnika   i   patrzył   jak   pokryta 
wrzodami twarz heretyka krzywi się w agonii wdychając relatywnie czysty tlen wypełniający 
korytarze Machariusa. 
     Była to trzecia taka akcja w towarzystwie Ulantiego i Borusa nie potrafił się powstrzymać 
przed klątwami miotanymi na głowę swego nadmiernie ambitnego i zbyt chętnego do walki 
przełożonego. Maxim podejrzewał, że Ulanti zajdzie wysoko w trakcie tej wojny, a wówczas 
rosła też znacząca szansa na awans jego wiernego przybocznego ochroniarza – tyle tylko, że 
młody komandorporucznik musiał jeszcze tę wojnę przeżyć.
         Maxim ujrzał jak pierwszy oficer popisowym cięciem szabli rozpruwa brzuch jakiegoś 
rebelianta,   ale   inny   rebeliant   znajdujący   się   poza   zasięgiem   broni   oficera   natychmiast 
wymierzył w jego stronę trzymany w rękach bolter. Olbrzymi gangster runął do przodu i 
silnym  kopniakiem wepchnął pod lufę przeciwnika walczącego opodal żołnierza ochrony. 
Marynarz   zginął   na   miejscu   rozerwany   mikroeksplozjami   pocisków   przeznaczonych   dla 
Ulantiego. Maxim opróżnił resztę magazynka pistoletu strzelając do próbującego przesunąć 
lufę boltera przeciwnika.

background image

      Ulanti obejrzał się przez ramię i kiwnięciem głowy podziękował swemu strażnikowi za 
pomoc. Kanonada przybrała na sile wieszcząc nadejście kolejnej gnającej korytarzem grupy 
abordażowej. Maxim pochwycił Ulantiego za uniform i wciągnął siłą pod osłonę szerokiego 
wspornika. Nie zwalniając kroku schylił się ku podłodze wyrywając z martwych rąk heretyka 
jego bolter. Ulanti wyjął z kabury wykonany na indywidualne zamówienie laserowy pistolet i 
zaczął strzelać w głąb korytarza tnąc powietrze starannie wymierzonymi wiązkami energii. 
Maxim,   urodzony   i   wychowany   na   podziemnych   poziomach   stranivarskiej   metropolii, 
wiedział doskonale, że w sytuacji takiej jak ta największe znaczenie miała siła ognia, nie jego 
celność. Ujął mocniej bolter ciesząc się znajomym z wielu krwawych gangsterskich potyczek 
ciężarem broni, sprawdził stan magazynka. Miał prawie wszystkie naboje. Podniósł karabin i 
zaczął strzelać posyłając pocisk za pociskiem na całej szerokości korytarza. Niektóre naboje 
odbijały się pośród snopów  iskier  od ścian przejścia  rażąc  napastników  kryjących  się  za 
innymi wspornikami i w futrynach bocznych włazów. 
     Do głuchego terkotu boltera szybko dołączył głośny huk automatycznych strzelb. Drużyna 
żołnierzy ochrony nadbiegała z drugiej strony korytarza wspierając ogniem broniących się 
Ulantiego i Borusę. Trupy intruzów zaczęły piętrzyć się na podłodze, a podjęta chwilę później 
próba   ucieczki   spełzła   na   niczym,   ponieważ   inna   grupa   lojalistów   zajęła   sąsiednie 
skrzyżowanie za ich plecami chwytając rebeliantów w ogień krzyżowy. Renegaci umarli w 
przeciągu   chwili,   ich   agonalne   wrzaski   ku   chwale   Plugawego   Boga   utonęły   w   huku 
wystrzałów ze strzelb ochrony.
          Dowodzący   drużyną   ochrony   mat   podszedł   do   Ulantiego   i   zasalutował   sprężyście 
dostrzegając paski na epoletach oficera. 
 - Zlokalizowaliśmy większą grupę, sir. Trzy tuziny albo i więcej. Są poziom niżej. Komisarz 
Kyogen   nieźle   ich   tam   przycisnął,   ale   wciąż   istnieje   ryzyko,   że   się   przebiją   w   stronę 
centralnego magazynu amunicji.
  - Pokaż mi drogę – zażądał Ulanti wyjmując ponownie szablę i wysuwając się na czoło 
grupy. Maxim splunął ze złością przetrząsając rozkładające się w nienaturalnym tempie ciała 
napastników w poszukiwaniu dodatkowych magazynków do boltera.

     Kapitan Virulenta oderwał spojrzenie od ekranu głównego radaru, zadowolony z widoku 
pozostających w tyle sygnatur imperialnych jednostek. Tuż obok krążownika poprzez pustkę 
mknęły Pagan Voyager, Pluton i garstka okrętów eskorty. Heathen Promise obrał inny kurs, 
co   Sirl   przyjął   z   nieskrywaną   satysfakcją   –   osamotniony   okręt   stanowił   znacznie 
atrakcyjniejszy   cel   dla   potencjalnej   grupy   pościgowej   Imperium.   Przed   dziobami 
uciekających jednostek Chaosu rozpościerała się próżnia kosmosu, obietnica rychłego skoku 
w bezpieczną otchłań Osnowy.
          Sirl   planował   początkowo   wystrzelenie   drugiej   fali   jednostek   abordażowych   na 
Machariusa,   ale   nie   zdążył   tego   zrobić,   ponieważ   dosięgły   go   morderczo   niebezpieczne 
wiązki laserowych baterii Drachenfelsa. Bulus był lojalnym sługą Chaosu, ale nie opętanym 
żądzą mordu bezmyślnym Khornitą. Służył Wielkiemu Ojcu Nurglowi od setek lat i zamierzał 
dalsze   setki   w   jego   służbie   przeżyć.   Metody   działania   czcicieli   Nurgla   były   powolne   i 
metodyczne, różniące się znacząco od postępowania wyznawców innych mrocznych bogów, 
lecz czyż wszystko nie było tak czy owak nieuchronnie skazane na upadek i rozkład ? Kapitan 
wiedział,   że   Macharius   i   Virulent   skrzyżują   jeszcze   swe   drogi   w   bliżej   nieokreślonej 
przyszłości, a wtedy przyjdzie czas na zasłużoną zemstę.
      Zresztą, czyż nie podjął już odpowiednich kroków mających zapewnić osiągnięcie tego 
celu ?

* * * * *

background image

         Stwór Chaosu umykał poprzez ciemności pozostawiając daleko w tyle ludzkie krzyki i 
miotające   się   desperacko   snopy   świateł   latarek.   Istota   wiedziała,   że   w   szeregach   grup 
abordażowych było więcej takich jak ona, więcej stworzeń namaszczonych dotykiem samego 
kapitana,   ale   instynktownie   wyczuwała,   że   tylko   ona   przeżyła   konfrontację   z   obrońcami 
nieprzyjacielskiego okrętu.
          Chłodne   metalowe   hale   i   korytarze   były   dla   istoty   czymś   obcym,   w   niczym   nie 
przypominały wnętrza jej własnego okrętu, gdzie gęste duszne powietrze przesycone było 
odorem rozkładu i zepsucia, a podłogi i ściany pokrywała gruba warstwa rdzy porośniętej 
łatami fosforyzujących trujących grzybni. Kierując się wyłącznie instynktem, stwór podążał 
w   głąb   okrętu,   szukając   odpowiedniego   dla   siebie   schronienia.   Szukając   miejsca 
odpowiadającego drzemiącej w jego ciele jaźni.
      Ciepła i ciemności. Samotności i poczucia bezpieczeństwa. Czynników niezbędnych do 
rozrostu, do narodzin.
     Do rozmnażania.

* * * * *

          Potworne   zmęczenie   niemal   paraliżowało   Leotena   Sempera.   Pozostawał   na   mostku 
krążownika   ponad   trzydzieści   godzin   bez   ustanku,   ostatnie   dziesięć   z   nich   spędzając   na 
udziale   w   bitwie   o   Helię   IV.   Bitwie,   która   okazała   się   zwycięstwem   lojalistów.   Próba 
abordażu na pokład Machariusa zakończyła się porażką przeciwnika, zaś zaszczyt oddania 
ostatniej   salwy   w   walce   przypadł   Scipionowi.   Cztery   wystrzelone   z   krążownika   torpedy 
trafiły prosto w sekcję napędową wycofującego się Violatora, przerywając szczęśliwą dotąd 
passę okrętu Chaosu pośród oślepiającej kuli ognia i gazów.
     Owszem, kosmiczna bitwa dobiegła końca, lecz przed lojalistami wciąż pozostawało wiele 
zadań.   Pozbawione   eskorty   statki   transportowe   Chaosu   stały   się   bezbronnymi   celami   dla 
imperialnych artylerzystów, ale pokaźna grupa inwazyjna nieprzyjacielskiej piechoty zdołała 
zająć przyczółek na powierzchni Helii. Wojna lądowa miała ciągnąć się jeszcze przez długie 
miesiące,   a   termin   jej   zakończenia   uzależniony   był   od   wsparcia   jednostek   Imperialnej 
Gwardii   mających   przybyć   do   systemu   natychmiast   po   odciążeniu   innych   istotnych   stref 
frontowych.
         Macharius i Drachenfels otrzymały szereg poważnych, ale nie krytycznych uszkodzeń, 
podczas gdy Scipion – trafiony w sekcję napędu podprzestrzennego – musiał pozostać na 
orbicie Helii IV przez następne tygodnie, dokonując niezbędnych napraw i wspierając w tym 
czasie   ogniem   swych   pokładowych   baterii   ofensywę   lokalnych   Sił   Obrony   Planetarnej. 
Spośród wszystkich imperialnych okrętów liniowych tylko Graf Orlok von Bluchera wyszedł 
relatywnie bez szwanku. Semper potrafił sobie bez trudu wyobrazić nieuniknione złośliwe 
komentarze Ramasa na ten temat.
      Promy ratunkowe wciąż zbierały kapsuły ewakuacyjne pochodzące z Tonnenta i innych 
zniszczonych   jednostek   lojalistów,   chociaż   drobiazgowe   poszukiwania   rozbitków   w 
większym  stopniu  podyktowane  były  koniecznością  niż  gestem miłosierdzia:  Macharius  i 
jego   bliźniacze   okręty   desperacko   potrzebowały   uzupełnień   poniesionych   strat.   W 
międzyczasie   na   wszystkich   uszkodzonych   jednostkach   trwały   już   gorączkowe   prace 
naprawcze, a fregata typu Firestorm Vengeful mknęła z maksymalną prędkością za uciekającą 
armadą   Chaosu.   Znajdujący   się   na   jej   pokładzie   astropaci   i   Nawigatorzy   mieli   nadzieję 
poprawnie zinterpretować zakłócenia w strukturze aaa

Osnowy mogące zdradzić docelowy punkt skoku rebeliantów.
 - Piękne wywalczyliśmy sobie dzisiaj zwycięstwo, kapitanie, ale oczywiste jest, że słania się 
pan na nogach. Powinien pan teraz powrócić do swej kwatery na zasłużony odpoczynek.

background image

         Semper odwrócił się w miejscu zauważając, iż w ferworze walki nawet nie dostrzegł 
powracającego na mostek Koby Kyogena. Przekonany był, że komisarz wciąż przemierza 
pokłady   krążownika   dbając   o   odpowiednio   wysoki   poziom   morale   wśród   świętującej 
zwycięstwo   załogi   i   zbierając   materiały   do   raportu   jaki   zobowiązany   był   przesłać   przez 
jednego z astropatów do sztabu marynarki. Kyogen ramię w ramię z Ulantim dowodził akcją 
przeciwko drużynom abordażowym wroga i Semper wiedział doskonale, iż posępny olbrzym 
nie zmrużył oka od dłuższego czasu niż sam kapitan. Czasami zastanawiał się nawet, czy jego 
najwyższy   rangą   oficer   polityczny   jednostki   nie   jest   przypadkiem   ukrytym   pod   cielesną 
powłoką automatem wykonanym w sekrecie przez któregoś z czcicieli BogaMaszyny.
  -   Masz   rację,   komisarzu   –   odparł   przytakująco,   świadom   doskonale   faktu,   iż   starannie 
dobrane   słowa   Kyogena   więcej   w   sobie   skrywały   nakazu   niż   przyjacielskiej   sugestii.   W 
kwestiach   bezpieczeństwa   i   porządku   na   pokładzie   okrętu   wojennego   słowo   komisarza 
stawało się prawem i obowiązkiem. 
     Semper rozejrzał się po mostku wyszukując wzrokiem swego tymczasowego następcy.
 - Panie Maeler, mostek jest pański. 
         Starszy oficer artylerii Werner Maeler strzelił obcasami stając na baczność, pozostali 
wyżsi   rangą   mężczyźni   zasalutowali   wychodzącemu   kapitanowi.   Semper   ruszył   w   stronę 
pobliskiej windy, eskortowany przez trójkę żołnierzy ochrony. Niemal w tej samej chwili 
drzwi   kabiny   otworzyły   się   szeroko,   z   jej   wnętrza   wyszła   grupa   postaci   w   znajomych 
ciemnozielonych szatach. Delegacji członków Adepta Astra Telepathica przewodził wysoki 
zakapturzony mężczyzna. Jego ślepe spojrzenie omiotło mostek krążownika i spoczęło na 
twarzy Sempera.
  - Adept Rapavna – mruknął kapitan skłaniając się nieznacznie – Cóż takiego sprowadza 
mego najwyższego rangą astropatę na mostek ?
     Jeśli Rapavna wyczuł nutę dezaprobaty w tonie Sempera, nie okazał tego w żaden sposób. 
Przesądni marynarze powszechnie wierzyli w zły urok, jaki rzucała na ich okręt obecność 
astropaty na mostku jednostki.
 - Pilny komunikat ze sztabu marynarki – odrzekł ślepy psionik swym niskim beznamiętnym 
szeptem – Otrzymaliśmy  nowe rozkazy,  kapitanie.  Macharius  ma  natychmiast  udać się z 
maksymalną prędkością na Belatis, gdzie weźmie udział w ewakuacji najbardziej lojalnych i 
najcenniejszych   dla   Imperium   obywateli   tego   świata   przed   jego   wpadnięciem   w   ręce 
nieprzyjaciela.

Interludium
     

          Niszczyciel   Planet   mknął   poprzez   Osnowę   z   budzącym   grozę   majestatem,   niczym 
zwycięski imperialny dygnitarz krączący na czele swej niezwyciężonej armii. Okręty eskorty 
wyprzedzały   go   idąc   szerokim   wachlarzem,   przypominając   heraldów   niosących   wieści   o 
nadejściu swego pana. Armada lekkich i ciężkich krążowników sunęła na flankach formacji 
ubezpieczając ją z obu stron. W środku szyku tuż za Niszczycielem znajdowały się dwa 
potężne pancerniki i niewiarygodnie starożytna barka bojowa Adeptus Astartes.
         Znana niegdyś jako Magna Tyrannis, barka ta starsza była od Imperium, a w trakcie 
Herezji   Horusa   służyła   za   okręt   flagowy   Abaddona.   Pięć   pełnych   kompanii   Czarnego 
Legionu stacjonowało na jej pokładzie tworząc straż pretoriańską marszałka wojny Chaosu. 
Przechrzczona   przez   imperialnych   historyków   na   Harbinger   of   Doom,   barka   –   jednostka 
bliźniacza z flagowym okrętem Horusa, na którym stoczył on ostatnią walkę z Imperatorem - 
stała się z biegiem czasu symbolem władzy i potęgi Abaddona. Jej rzadkie pojawienie się 

background image

poza granicami  Oka Grozy niezmiennie  wieściło rozpoczęcie  kolejnej inwazji Chaosu na 
terytorium lojalistów.
         Większy od jakiegokolwiek okrętu zbudowanego ludzkimi rękami, Niszczyciel Planet 
sunął ku swemu wciąż odległemu celowi. Załoga nie przerywała nawet na chwilę pełnienia 
obowiązków, doskonale zdając sobie sprawę ze spoczywającego  na niej bezlitosnego oka 
marszałka. Nikt nie miał pewności, gdzie w danej chwili znajduje się Abaddon. Paranoicznie 
podejrzliwy   i   wciąż   spodziewający   się   nagłego   ataku   ze   strony   nieprzyjaciela   czy   nawet 
własnych   ambitnych   podwładnych,   marszałek   wojny   ustawicznie   przenosił   swą   banderę 
pomiędzy Niszczycielem, barką i dwoma pancernikami. Tylko garstka najbardziej zaufanych 
akolitów znała miejsce pobytu wodza, a liczne szeptane z ucha na ucho plotki sugerowały 
admnirałom   i   dowódcom   rebelianckich   armii,   że   Abaddon   stworzył   kilka   sobowtórów 
mających  wprowadzić jeszcze większe zmieszanie wśród jego przeciwników. Choć wciąż 
brakowało potwierdzenia tych rewelacji, zarówno armie Imperium jak i Chaosu już kilka razy 
otrzymywały rzekomo wiarygodne informacje o obecności marszałka w strefie frontowej po 
to   tylko,   by   zaraz   skonfrontować   je   z   równie   potwierdzonymi   raportami   o   Abaddonie 
znajdującym się na pokładzie zupełnie innego okrętu w innej strefie odległej od dziesiątki dni 
tranzytu w Osnowie.
         Przebiegły i pełen błyskotliwych  pomysłów,  tylko  dzięki  swemu  sprytowi  Abaddon 
przetrwał dziesięć tysięcy lat w Oku Grozy nie tracąc nawet na chwilę władzy absolutnej nad 
zbuntowanymi Legionami i hordami czcicieli Chaosu.
       Wewnątrz kopuły obserwacyjnej wieńczącej szczyt gigantycznego mostka Niszczyciela 
Planet   tryumwirat   czarownikównawigatorów   przenikał   swym   nadludzkim   spojrzeniem 
głębiny   Osnowy,   mistycznym   darem   wyznaczając   kurs   poprzez   otchłań   podprzestrzeni. 
Tajemnice Osnowy nie budziły w nich lęku na podobieństwo tego, który odczuwali ludzcy 
Nawigatorzy.   Wyczuwali   w   swym   otoczeniu   obecność   innych   istot   –   Nawigatorów 
prowadzących   pozostałe   okręty   armady   i   przemykające   pomiędzy   nimi   bezcielesne 
drapieżniki   żyjące   w   Osnowie.   Demoniczne   krwawe   myśli   tych   istot   płonęły   jaskrawo 
znacząc   miejsca,   w   których   niecierpliwie   próbowały   nadwerężyć   kokony   pól   siłowych   i 
dostać się do ukrytych za nimi śmiertelników, ważących się przemierzać dominia Chaosu.
          Gdzieś   opodal   czarownicy   wyczuwali   obecność   niewielkiego   statku   zwiadowczego 
nieprzyjaciela,   lecącego   w   cieniu   armady   Niszczyciela   Planet.   Wydanie   stosownych 
rozkazów i zawrócenie części eskortowców w celu zniszczenia intruza było kwestią chwili, 
ale Abaddon surowo zakazał podobnych akcji. Marszałkowi zależało na tym, by przeciwnik 
znał położenie  jego armady.  Wiedział,  że stawiający opór na tak wielu różnych  frontach 
lojaliści nie byli w stanie zorganizować dostatecznie silnej grupy wojennej mogącej zagrozić 
Niszczycielowi i zdawał sobie sprawę z faktu, iż to właśnie świadomość własnej bezsilności 
musiała być dla nich najbardziej przerażającym z doznań – bezsilna obserwacja następnej 
machiny zniszczenia sunącej niepowstrzymanie w kierunku swego celu.
          I   gdzieś   na   odległych   bezmiarach   Osnowy   czarownicy   wyczuwali   coś   jeszcze. 
Podprzestrzenne odbicie celu floty majaczyło niewyraźnie, ale z każdym dniem tranzytu jego 
blask przybierał na sile. Imperialni Nawigatorzy lokalizowali swą pozycję w Osnowie dzięki 
sygnałowi nadawanemu przez Astronomican, dzieło ich słabego nieumarłego boga, ale piloci 
Niszczyciela Planet korzystali z innego rodzaju nadajnika korygując kurs floty.
     Ludzkiego strachu.
          Przerażenia   miliardów   ludzkich   umysłów.   Ślepej   paniki   populacji   całego   świata, 
utrwalonej w podatnej na mentalne sygnały matrycy podprzestrzeni i manifestującej się w 
Osnowie na podobieństwo jaskrawej gwiazdy płonącej w głębinach Immaterium.
         Umysły mieszkańców  Belatis  rozbrzmiewały w podprzestrzeni  próbując wykrzyczeć 
bezsilny protest przeciwko niesprawiedliwości losu, który ich skazał na śmierć. Ten właśnie 
strach wiódł narzędzie ich zagłady ku swym przerażonym ofiarom.

background image

Przeddzień zagłady
     

          Moździerzowe   pociski   spadły   z   szarego   zachmurzonego   nieba   Belatis   uderzając   w 
błotnisty dziedziniec prefektury Adeptus Arbites i rozrywając się wśród zgromadzonych tam 
robotników.
  - Błogosławiona Heleno ! – wrzasnął Vannan Korte przyzywając na próżno imię jednej z 
najsławniejszych   męczenniczek   Adepta   Sororitas   i   kryjąc   się   jednocześnie   za   burtą 
transportera Rhino. Grad bryłek błota, śmieci, odłamków i ludzkich szczątków posypał się z 
góry wprost na jego głowę.
          Wyskoczył   zza   transportera   i   popędził   w   kierunku   najbliższej   osłony,   wiedząc   z 
doświadczeń ostatnich kilku dni, że ma jakieś dwadzieścia sekund  na dotarcie do kryjówki, 
zanim z niebios spadnie kolejna salwa. 
 - Mahan – krzyknął w biegu do mikrofonu swego komunikatora – Co wy tam robicie w tych 
wieżyczkach ? Porównujecie ulubione wersety z Ksiąg Prawa ? Skop tyłki obserwatorom, 
niech zlokalizują pozycje tych cholernych moździerzy !
  - Próbujemy,  prefekcie secundus, ale przeciwnik ukrywa się w dzielnicy mieszkalnej na 
wschodzie, pośród ruin, i zmienia położenie moździerzy po każdych kilku strzałach – padła 
szybka odpowiedź. Pomimo radiowych szumów w głosie rozmówcy wyraźnie słychać było 
zmęczenie i napięcie. Mahan należał do najmłodszych i najmniej doświadczonych oficerów 
prefektury i swego czasu Korte osobiście protestował w dyspucie z Byzantane przeciwko 
promocji młodego funkcjonariusza na dowódcę drużyny. Prefekt secundus przekonany był, że 
pochodzący z zacofanego rolniczego świata młodzieniec nie posiada wystarczająco wysokich 
kwalifikacji na ten stopień. Teraz musiał przyznać z niechęcią, że podobnie jak w przypadku 
wielu   innych   osądów,   instynkt   nie   zawiódł   jego   przełożonego.   W   ciągu   ostatnich   kilku 
tygodni Mahan dowiódł swej wartości przewyższając wielokrotnie skutecznością starszych 
stopniem arbitratorów. Objął komendę nad bateriami artyleryjskimi na murach prefektury, 
odpierając kilka silnych szturmów band heretyków i zapewniając osłonę ogniową dla aerodyn 
przylatujących każdego dnia z innych posterunków rządowych na obszarze całego globu.
         Korte nie zamierzał rzecz jasna powiedzieć tego Mahanowi osobiście. Będąc zastępcą 
prefekta pełnił rolę narzędzia zastraszania młodszych funkcjonariuszy. A zresztą, uśmiechnął 
się nieznacznie czując znajome uczucie mieszkańca metropolitalnego świata, prędzej by go 
Imperator przeklął, niż jakiś poganiacz bydła usłyszałby z jego ust pochwałę.
  -   Szukajcie   dalej.   Służba   Imperatorowi   zobowiązuje   do   osiągania   efektów,   nie 
usprawiedliwień – warknął do mikrofonu prefekt secundus.
     Ostrzeżenie klęczącego opodal funkcjonariusza zlało się z wizgiem spadających pocisków. 
Korte   skoczył   przed   siebie   i   wpadł   pomiędzy   grupkę   arbitratorów   ukrytych   za   wałem 
wykonanym   z   worków   piasku.   Moździerzowe   pociski   uderzyły   we   wzmocnione 
kompozytowe ściany prefektury i błotnisty dziedziniec, w powietrze strzeliły słupy ziemi. 
Niemal natychmiast huknęły działa na murach twierdzy, posyłając pociski ciężkiego kalibru 
w   kierunku   przypuszczalnej   pozycji   napastników.   Kilka   sekund   później   Korte   usłyszał 
donośny grzmot eksplozji dobiegający gdzieś ze wschodu. Seria mniej głośnych wybuchów 
ciągnęła się przez dłuższą chwilę.
     Korte i kucający obok niego arbitrator Dolan - służący z prefektem secundus od czasów 
pacyfikacji   genokradzkiego   kultu   na   Świecie   Tannena   –   wymienili   z   niemą   aprobatą 
spojrzenia.

background image

         Wtórne detonacje, pomyślał Korte. Zatem w coś trafiliśmy.  Przynajmniej część tych 
moździerzy,   może   nawet   pojazd   amunicyjny.   Nieźle,   arbitratorze   Mahan.   Nieźle   jak   na 
poganiacza bydła.
  - Dobra robota, Mahan – powiedział do komunikatora – Szukajcie dalej. Zlokalizujcie i 
zniszczcie   wszelkie   pozostałości   po   tych   moździerzach.   Leci   do   nas   kilka   aerodyn 
ewakuujących prefekturę Tertius, a ja nie zamierzam spędzić reszty popołudnia na ponownym 
sprzątaniu lądowiska z wraków i ludzkich szczątków.
 - Zrozumiałem, prefekcie secundus – padła zwięzła chłodna odpowiedź.
     Korte podniósł się z kolan i potoczył wzrokiem po dziedzińcu twierdzy. Dzierżący pałki 
proktorzy wykrzykiwali głośne rozkazy kierując grupy skazańców do porządkowania placu i 
zbierania   ciał   ofiar.   Drżący   nerwowo   więźniowie   wypełzali   ze   swych   prowizorycznych 
kryjówek gapiąc się szeroko otwartymi oczami w niebo, przekonani, iż na ich głowy zaraz 
runie kolejna mordercza salwa. Kilku arbitratorów próbowało ugasić pożar gąsienicowego 
transportera trafionego bezpośrednio przez pocisk zapalający, a dymiący wrak ornitoptera Sił 
Obrony Planetarnej wciąż tkwił wbity nosem w zachodni mur dziedzińca. Ostrzał z broni 
ręcznej   trafił   go   w   chwili,   gdy   podchodził   do   lądowania   po   trzecim   tego   dnia   kursie 
ewakuacyjnym.   Gdzieś   z   góry,   znad   grubego   dywanu   deszczowych   chmur,   uszu 
funkcjonariuszy   dobiegł   złowieszczy   niski   skowyt   odrzutowych   silników.   Korte   i   Dolan 
wymienili znaczące spojrzenia, przepatrując szare przestworza nad Madiną aa
w poszukiwaniu śladu samolotów.
 - Jeden z naszych czy jeden z nich ? – zapytał Dolan.
 - A jaka to dziś różnica ? – wzruszył ramionami Korte. Trzy godziny temu miał sposobność 
ujrzeć   lecącą   w   podręcznikowym   szyku   eskadrę   samolotów   dokonującą   bombardowania 
przemysłowej dzielnicy na północ od prefektury. Cóż to były za maszyny i jaki był cel ich 
ataku, arbitratorzy nie mieli pojęcia.
     Korte podniósł wzrok i spojrzał ponad wałami na ciemną bryłę pałacu gubernatoraregenta 
widoczną za strugami lejącego się z przestworzy deszczu. Krople wody iluminowały wielką 
budowlę ściekając po tarczach ochronnych  pól siłowych i wywołując na ich powierzchni 
jaskrawe   wyładowania   elektryczne.   Nawet   z   tej   odległości,   pomimo   tłumiącego   dźwięki 
deszczu, prefekt secundus słyszał wyraźnie huk odległej artyleryjskiej kanonady. Sięgnął po 
lornetę,   wytarł   z   wody   okulary.   Kilkukrotne   zbliżanie   obrazu   ukazało   oczom   arbitratora 
ogniki   detonacji   znaczących   miejsca,   w   których   pociski   wybuchały   nieszkodliwie   na 
powierzchni ochronnej bariery.
     Jak długo koncentrują się na ostrzeliwaniu siedziby swego ukochanego regenta, tak długo 
my mamy relatywny spokój, pomyślał Korte zastanawiając się raz jeszcze nad przerażającym 
tempem,   w   jakim   Belatis   popadło   w   anarchię.   Minęły   zaledwie   dwa   miesiące   od 
nieoczekiwanego końca letniego sezonu i nadejścia pory monsunów. Zaledwie dwa miesiące 
od potwornego odkrycia  dokonanego w  nieistniejącej  już jaskini pod Skałą.  Cała planeta 
zdążyła się w tym czasie pogrążyć w ogniu wojny domowej na budzącą grozę skalę.
         Korte dostrzegł kolejną artyleryjską salwę spadającą na bryłę pałacu. Kilka pocisków 
przestrzeliło cel - choć chybienie w przypadku tak wielkiego celu wydawało się arbitratorowi 
wręcz   niemożliwe   –   i   spadło   pomiędzy   tysiące   uciekinierów   szukających   nieistniejącej 
ochrony w ruinach u podstawy pałacowych fundamentów. 
     Całe to miejsce zmierzało wprost do piekła, a Osnowa witała je z otwartymi ramionami, 
pomyślał gorzko Korte, zdając sobie sprawę, że jego złość pochodzi z bezsilności w obliczu 
nieuniknionej zagłady. Im szybciej prefekt nas stąd zabierze, tym lepiej. Imperator wie, że 
zrobiliśmy dla tych żałosnych ludzi wszystko, co było w naszej mocy.

* * * * *

background image

          Zniekształcone   barierą   tarcz   siłowych   i   pól   ochronnych   przegradzających   otwarte 
balkonowe   okna,   dźwięki   wojny   pustoszącej   Belatis   docierały   z   trudem   do   wnętrza   sali 
tronowej  regenta. Zresztą  któż by uwierzył,  że ten świat zmierza  ku zagładzie,  pomyślał 
Byzantane, będąc świadkiem pałacowych intryg głupców wciąż walczących o przywileje i 
wpływy nad umierającą planetą.
  -   Musisz   zrozumieć,   czcigodny   prefekcie,   że   jego   ekscelencja   gubernatorregent   nie   jest 
jeszcze gotów opuścić swego ukochanego świata. Świata, który – śpieszę to dodać – w swej 
niezmiernej łasce Imperator powierzył rodowi gubernatoraregenta prawie czterysta lat temu.
          Obaj   dobrze   wiemy,   co   tak   naprawdę   kombinujesz,   pomyślał   Byzantane   patrząc   w 
milczeniu na dumne patrycjuszowskie rysy twarzy ministra Juddy Kale. Przekonałeś  tego 
tłustego głupca, że musi pozostać tu praktycznie do samego końca, ponieważ twoje łotry nie 
zdążyły splądrować całkowicie waszego ukochanego świata. Potrzebujecie tych zdobyczy, by 
zapewnić sobie dostatnie pasożytnicze życie na innym świecie. Najlepiej z dala od wszelkich 
stref frontowych i wspomnień po Belatis.
     Szef służb bezpieczeństwa zdążył do chwili obecnej zapełnić niemal całkowicie ładownie 
jednego   z   zaparkowanych   na   orbicie   statków   transportowych,   składając   w   nich   majątek 
należący do dworu regenta. Oprócz zawartości opróżnionego do końca skarbca gubernatora 
na   pokładzie   statku   znalazły   się   również   wszystkie   wartościowe   rzeczy   znalezione   przez 
jednostki ministerstwa w licznych muzeach, świątyniach i domach aukcyjnych Belatis. Ani 
sam minister ani jego poplecznicy zdawali się na myśleć o tym jak wielu skazanych na śmierć 
belatisjańskich obywateli zmieściłoby się w ładowniach tej jednostki.
 - Rozumiem pragnienie gubernatoraregenta do pozostania z jego poddanymi tak długo jak to 
tylko możliwe – oświadczył Byzantane zwracając się z rozmysłem ku postaci siedzącej na 
tronie, a nie stojącemu u jego podstawy ministrowi – Lecz przypominam, że będąc sługą 
Imperatora ma obowiązek przeżyć ten kataklizm, ponieważ Imperator w swym niezwykłym 
miłosierdziu rozkazał, by jego najcenniejsi poddani zostali oszczędzeni przed nową bronią 
nieprzyjaciela. Ponieważ jestem najwyższym rangą przedstawicielem imperialnego wymiaru 
sprawiedliwości   na   tym   świecie,   to   na   mnie   spada   obowiązek   dopilnowania   przebiegu 
ewakuacji. Przybyłem tu dzisiaj, by poinformować gubernatoraregenta, że nie może on już 
dłużej   opóźniać   swego   odlotu.   Gwardyjskie   oddziały   Czterdziestego   Ósmego   Regimentu 
Valetty   i   Sto   Dwudziestego   Trzeciego   Regimentu   TyreMinos   właśnie   kończą   załadunek 
orbitalny. Mój garnizon Adeptus Arbites jest ostatnią jednost- a
ką  imperialną  stacjonującą   na Belatis,   a  właśnie  otrzymałem  wiadomość,  że  również  my 
mamy rozpocząć przygotowania do ewakuacji.
     Byzantane urwał na moment mierząc wzrokiem siedzącą na tronie otyłą postać.
  -   Jeśli   gubernatorregent   faktycznie   pragnie   pozostać   tutaj   do   chwili   przybycia   floty 
nieprzyjaciela   lub   też   podjąć   walkę   do   ostatniej   kropli   krwi   z   rebeliantami   próbującymi 
zdobyć pałac, muszę wyrazić swe uznanie dla jego męstwa i lojalności wobec poddanych, 
niemniej jednak powinien wiedzieć, że pozostanie wówczas samotny, bez protekcji Adeptus 
Arbites i imperialnej marynarki kosmicznej.
     Dodając wagi słowom prefekta silna salwa artyleryjska uderzyła w tarcze siłowe pałacu i 
wprawiła   w   wyczuwalne   drżenie   antyczne   kamienne   posadzki   budowli.   Wielu 
zgromadzonych   w   sali   przedstawicieli   belatisjańskiej   arystokracji,   anonimowych   notabli 
garnących   się   desperacko   do   swego   władcy   w   nadziei   na   ratunek,   zaczęło   rozglądać   się 
nerwowo   na   wszystkie   strony.   Bez   wątpienia   trudno   byłoby   wśród   nich   znaleźć   ludzi 
podzielających   chęć   gubernatoraregenta   do  pozostania   w   pałacu,   zdecydowana   większość 
najchętniej już teraz znalazłaby się na pokładach transportowców. Zatęchłe ciemne ładownie 
imperialnych  statków kosmicznych  stanowiły mizerny substytut wykwintnych  pałacowych 
apartamentów, ale przynajmniej znajdowały się poza zasięgiem artylerii kultystów.

background image

 - Dziękuję prefektowi za to ostrzeżenie, ale przypominam mu, że również posiadam rangę 
adepta,   równą   stopniem   jemu,   i   pozostając   gubernatorem   z   mianowania   Jego   Boskiego 
majestatu   to   ja   uprawniony   jestem   do   wydania   rozkazu   ostatecznej   ewakuacji,   nie   zaś 
dowódca garnizonu Arbites – niezwykle cienki i nerwowy głos gubernatoraregenta odbił się 
od ścian tronowej sali. Dygnitarz rozglądał się wokół niespokojnie wypowiadając te słowa, 
szukając pokrzepienia i aprobaty w twarzach swych popleczników.
     Byzantane z trudem powstrzymał się od gniewnego wybuchu. Nawet teraz, zaledwie kilka 
dni przed unicestwieniem tego świata, tłusty głupiec próbował brnąć w polityczne rozgrywki 
po to tylko, by ukazać swoim wasalom rzekomą niezależność od przedstawicieli Imperium. 
Zanim prefekt zdążył otworzyć usta, spośród tłumu dworzan wysunęła się niska postać w 
ciemnoniebieskim stroju. Rozpoznając natychmiast charakterystyczne  dystynkcje członkini 
Adepta Sororitas notable rozstępowali się pośpiesznie na boki, by uczynić dla niej przejście.
  - Słowa gubernatoraregenta zawierają cząstkę prawdy, lecz jego ranga należy do korpusu 
Adeptus   Civitas.   Będąc   funkcjonariuszem   Adeptus   Arbites   prefekt   należy   do   korpusu 
Adeptus Militaris. Z nadania Imperatora i Wielkiej Rady Terry we wszystkich sytuacjach 
związanych   ze   stanem   wojennym   decyzje   wydane   przez   członków   Adeptus   Militaris 
posiadają wyższy poziom priorytetu.
     Srebrzystowłosa członkini Adepta Sororitas skłoniła się głęboko gubernatorowi i postąpiła 
krok   w   tył,   obdarzając   przy   tym   przelotnym   spojrzeniem   Byzantane.   Prefekt   Arbites 
podziękował jej ledwie dostrzegalnym skinieniem za udzieloną pomoc, w duchu ucieszony 
obecnością jeszcze jednego agenta Imperium na dworze regenta. Siostra Apponia należała do 
Zakonów   Dworskich   Adepta   Sororitas,   zajmujących   się   z   woli   Ministorum   organizacją   i 
bieżącymi  pracami pałacowych  świt, pełnieniem funkcji doradczych  u boku wpływowych 
polityków oraz przypominaniem im w razie konieczności o ciągłej zależności od odległych 
władz Imperium.
     Vittas Sarro nie jest złym człowiekiem, pomyślał Byzantane. Gubernator na swój sposób 
stanowił przykład wielkiej lojalności wobec Imperatora, lecz był zarazem słabym i głupim 
politykiem,  zbyt  podatnym  na sugestie i naciski swych najbliższych  popleczników. Ludzi 
takich jak minister Judda Kale. Lub wysoki barczysty generał Brodd, dowódca resztek Sił 
Obrony Planetarnej Belatis, gapiący się z otwartą wrogością na postać prefekta. Lub, jeśli 
można było dać wiarę raportom umieszczonych w pałacu agentów Byzantane, osoba siedząca 
na mniejszym tronie u boku regenta. Na oczach wciąż milczącego prefekta Sarro przechylił 
się   nad   poręczą   tronu   przyjmując   od   swej   pięknej   siostry   Malissy   puchar   wina   i   kilka 
krzepiących słów.
     Osadzeni na tronie Belatis w miejsce bezwzględnie eksterminowanego rodu lorda Tarsusa, 
Sarrowie   rządzili   planetą   przez   ostatnie   czterysta   lat,   pieczołowicie   dodając   do   swego 
gubernatorskiego tytułu miano regenta i podkreślając w ten sposób zwierzchnictwo samego 
Imperatora. Dom Sarro znacząco przysłużył się w przeciągu tych czterystu lat mocarstwu, a 
freski upamiętniające  waleczne  czyny  poprzednich  gubernatorówregentów  pyszniły się na 
wszystkich   ścianach   sali   tronowej.   Większość   epickich   malowideł   przedstawiała   Sarrów 
walczących z rebeliantami Tarsusa lub najeźdźcami należącymi do obcych ras, lecz w ciągu 
czterech wieków panowania rodu krew jego członków musiała ulec znaczącej degeneracji. 
Odnieść wręcz można było wrażenie, że posągi i dumne portrety przodków Vittasa Sarro 
spoglądają z grymasem niewiary i politowania na potomka zasiadającego na tronie Belatis.
         Sarro przełknął nerwowo zawartość pucharu. Obserwujący go Byzantane doliczył  do 
niemałego wykazu wad regenta słabą siłę woli. Studiując wzro- aa
kiem  Malissę,  jej  piękne   patrycjuszowskie  rysy,  ponadprzeciętną   inteligencję  ukrywaną   z 
konieczności za maską dworskiego protokołu, prefekt ponownie przeklął w myślach lokalne 
prawa dziedziczenia zastanawiając się jednocześnie czy Belatis równie szybko popadłoby w 

background image

anarchię, gdyby osiem lat temu po śmierci poprzedniego regenta na tronie zasiadła Malissa, a 
nie jej młodszy słabowity na ciele i umyśle brat.
  - Czy sytuacja naprawdę jest aż tak zła ? – zapytał Sarro dopijając resztkę wina – Wciąż 
możemy   ściągnąć   więcej  wojsk,  by  strzec  pałacu.   Jestem  gubernatoremregentem   i  ludzie 
oczekują ode mnie przykładu w tej czarnej dla wszystkich godzinie. Muszę z nimi pozostać 
tak długo jak to tylko możliwe. Będą wiedzieć, że chociaż ich świat zmierza ku zagładzie, 
przetrwa w ludzkiej pamięci i sercach tak długo jak długo trwał będzie Dom Sarro.
         Nie, to nie jest zły człowiek, pomyślał raz jeszcze Byzantane. Tylko słaby i głupi. I 
totalnie zwiedziony na manowce.
 - Więcej wojsk ? – zapytał prefekt starając się złagodzić jak najbardziej cierpki ton – A skąd, 
mój panie ? Twoje koszary są puste. Wszystkie rezerwy znajdują się w polu albo porzuciły 
stanowiska. Większość z nich, całe regimenty, przeszła na stronę nieprzyjaciela.
     Byzantane urwał na moment posyłając znaczące spojrzenie w kierunku generała Brodda i 
jego adiutantów. Wydarzenia ostatnich tygodni dowiodły, że szeregi Sił Obrony Planetarnej 
od miesięcy, a może i lat były skutecznie infiltrowane przez agentów i sympatyków Chaosu. 
W miarę jak wieści o nieuniknionej zagładzie rozchodziły się coraz szerzej wśród populacji 
świata, coraz więcej zakazanych kultów opuszczało swe zakamuflowane kryjówki w niemal 
wszystkich   większych   miastach,   szerząc   lęk   i   zwątpienie   pośród   mieszkańców   Belatis, 
trwożnie   powtarzających   plotki   o   przerażającym   dniu   zniszczenia.   Wiele   z   pierwszych 
wysłanych do pacyfikacji kultystów jednostek Sił Obrony Planetarnej przeszło bez jednego 
wystrzału na stronę heretyków, ich oficerowie ukazali swe prawdziwe oblicze okazując się 
wtyczkami Czterech Potęg. W innych oddziałach zwykli żołnierze wywołali bunt dokonując 
egzekucji na swych przełożonych i otwierając zbrojownie rzeszom czekających na ten sygnał 
kultystów. Heretyccy katecheci obwieszczali wszystkim gotowym ich słuchać ludziom, że 
tylko   Belatisjanie   lojalni   wobec   Czterech   Potęg   zostaną   oszczędzeni   w   dniu   przybycia 
Niszczyciela Planet. Zdjęci grozą mieszkańcy Belatis całymi milionami przechodzili na stronę 
Chaosu,   w   desperacji   gotowi   chwycić   się   każdej   deski   ratunku,   skoro   Imperator   tak 
nieoczekiwanie   ich   opuścił.   Heretyckie   nastroje   szerzyły   się   w   zastraszającym   tempie, 
szczególnie w lokalnych garnizonach wojskowych.
          Działając   z   polecenia   Byzantane   Korte   przeprowadził   dochodzenie   w   szeregach 
sztabowców gubernatoraregenta. Śledztwo zidentyfikowało szesnastu oficerów z otoczenia 
generała   Brodda,   w   tym   również   jego   zastępcę,   jako   winnych   rażących   zaniedbań 
dyscyplinarnych w działaniach prewencyjnych armii. Karę dla całej szesnastki wymierzono w 
trybie polowym, ale pośpieszne siłą rzeczy dochodzenie pozostawiło bez odpowiedzi wiele 
pytań i Byzantane obawiał się skrycie, że w wyższych kręgach Sił Obrony Planetarnej wciąż 
działają ukryci agenci Chaosu.
     A może i jeszcze wyżej, podpowiedziało mu nagle złe przeczucie. Przesunął wzrokiem po 
twarzach   zgromadzonych   w   tronowej   sali   dygnitarzy   i   dostojników   dworskich, 
przedstawicieli belatisjańskiej arystokracji. Nie miał czasu ani środków, by już teraz zdobyć 
dowody dla swych podejrzeń, wiedział o tym doskonale. Później, kiedy już znajdą się w 
tranzycie poprzez Osnowę, na pokładzie szturmowego krążownika Adeptus Arbites, przyjdzie 
pora na zadawanie pytań. Dlaczego Belatis tak szybko pogrążyło się w rebelianckim chaosie ? 
W   jak   wielkim   stopniu   odpowiadała   za   to   niekompetencja   przedstawicieli   władz   –   jak 
chociażby  szesnastu  straconych  oficerów  Sił  Obrony  Planetarnej   – a  nie  zbrodnia  dalece 
bardziej odrażająca i mniej przypadkowa ?
          Bunt.   Zdrada.   Herezja   i   paktowanie   z   diabolicznymi   istotami   Osnowy.   To   były 
przestępstwa, dla których żadna kara nie wydawała się wystarczająca.
         Lecz wpierw należało wydostać się z tego świata. Najpierw ewakuacja, dopiero potem 
dochodzenie   i   ewentualne   wyroki.   Tłumiąc   swój   wrodzony   brak   cierpliwości   i   gniewny 
charakter   prefekt   wspomniał   przysłowie   powtarzane   przez   łowców   na   swym   świecie 

background image

macierzystym,   potrafiących   całymi   dniami   leżeć   przy   pułapkach   zastawionych   przy 
zwierzęcych wodopojach w gęstych puszczach porastających Skyre.
     Najpierw przynęta, potem nóż.
     Byzantane spojrzał na zajmującą tron postać.
  -   Wszyscy   tu   zgromadzeni   wiedzą   jak   wiernym   i   oddanym   jesteś   sługą   Imperatora, 
gubernatorzeregencie   Sarro.   Pragnę   cię   zapewnić,   panie,   że   zostaniesz   potraktowany   z 
wszelkimi należnymi swej pozycji honorami i dyplomatycznym protokołem. Zechciej tylko 
powiedzieć, czego sobie życzysz, ja zaś postaram się twe życzenie spełnić.

* * * * *

     - Mówię ci, przysiągłbym, że to Kerner.
          Dwaj   pozostali   żołnierze   Sił   Obrony   Planetarnej   wyjrzeli   ostrożnie   przez   szczelinę 
obserwacyjną w przedniej ścianie bunkra próbując przebić wzrokiem opary mgły unoszące się 
ponad błotnistym przedpolem. Wokół panowała przenikliwa cisza. Nieruchome ciała, ubrane 
w znajome już czarne szaty kultystów Chaosu, poniewierały się na ziemi, zbryzgane krwią i 
błotem.
     Trzej żołnierze trwali na swoim posterunku od czterech dni. Wciąż mieli żywność i wodę, 
nie brakowało też amunicji do zamontowanych na parapetach okien ciężkich bolterów, lecz 
po kilkudziesięciu godzinach ustawicznych heretyckich ataków nerwy mężczyzn były napięte 
do   granic   wytrzymałości.   Bunkier   tworzył   element   pierścienia   fortyfikacji   strzegących 
gigantycznych  laserowych  baterii i silosów rakiet  antyorbitalnych  ukrytych  w górach nad 
Madiną.   Instalacje   te   miały   strzec   bezpieczeństwa   stolicy   w   razie   orbitalnego   ataku 
nieprzyjaciela. 
     Dwa dni temu łączność z dowództwem uległa zerwaniu, zaraz potem żołnierze stracili też 
komunikację z najbliższym sąsiednim bunkrem, położonym zaledwie dwieście metrów dalej. 
Wcześniej słyszeli od czasu do czasu terkot ciężkich bolterów niosący się pośród mgieł, toteż 
wiedzieli, że nie są ostatnimi pozostałymi  przy życiu obrońcami, ale od kilku godzin nie 
rozległ się ani jeden nowy wystrzał. 
         Maron, najstarszy i najbardziej doświadczony z całej trójki, przyjrzał się raz jeszcze 
okolicy,  po czym  odsunął się od parapetu i obrzucił młodszego towarzysza broni pełnym 
irytacji spojrzeniem.
 - Nic nie słyszałem. Cokolwiek byś nie usłyszał, o ile w ogóle ktoś tam jest, to na pewno nie 
Kerner. Zapomnij o nim. Kerner nie żyje. Albo zdezerterował. Tak czy owak, z pomocą nie 
wróci.
 - Kerner by nas nie zostawił samych ! – zaprotestował drugi żołnierz – On obiecał, że wróci z 
posiłkami !
 - Wiem i może nawet naprawdę tak myślał jak składał te obietnice – odparł Maron – Ale to 
już  przeszłość,  jeśli   w   ogóle  udało   mu  się  prześlizgnąć   obok  tych   skurwieli  w   czarnych 
płaszczach. Kerner ma żonę i dwoje dzieci w Madinie i prędzej zaczeka na koniec świata z 
nimi niż ze mną i wami, głupcy. Psiakrew, nawet nie potrafię go za to winić. Ja też mam 
rodzinę, na przedmieściach Rabas. To cały kontynent stąd, ale gdybym  miał chociaż cień 
szansy dostać się tam na czas, myślicie, że jeszcze bym tutaj siedział ?
     Maron pokręcił głową z niesmakiem i zaraz zmitygował w myślach samego siebie. Młody 
żołnierz walczył świetnie w przeciągu ostatnich kilku dni, a przecież był ledwie trochę starszy 
od syna Marona. Był też przestraszony i wyczerpany. Wszyscy trzej mieli umrzeć w tym 
przeklętym bunkrze, jeśli nie z rąk kultystów kryjących się gdzieś we mgle, to po przybyciu 

background image

do   systemu   nieprzyjacielskiej   floty   i   jej   zdolnej   niszczyć   całe   światy   broni.   Być   może 
powinienem być łagodniejszy dla chłopaka, pomyślał Maron. Być może...
 - Tam ! Ktoś jest we mgle ! To Kerner ! Na Imperatora, to naprawdę on !
      Poderwany z miejsca okrzykami drugiego żołnierza, Maron przyłożył do ramienia swój 
karabin i spojrzał poprzez optyczny celownik w głąb zasnutego oparami przedpola. Dostrzegł 
ludzką postać wybiegającą zza odległej linii drzew. Człowiek miał na sobie zbryzgany krwią 
niebieski mundur Sił Obrony Planetarnej, utykał wyraźnie na jedną nogę. Maron włączył 
zbliżenie   obrazu   przesuwając   celownik   na   brudną   twarz   postaci.   Kapral   Kerner.   Maron 
dostrzegł poruszające się usta mężczyzny i jednocześnie usłyszał dobiegające z komunikatora 
błagania towarzysza o pomoc, o nie otwieranie ognia – lecz coś niepokojącego w całej tej 
scenie wzbudziło nagłe wątpliwości starego żołnierza. Instynkt próbował ostrzec weterana 
przed zagrożeniem, którego nie potrafił zidentyfikować.
     Powietrzem wstrząsnął znienacka huk wystrzałów, kule i laserowe wiązki zaczęły wzbijać 
fontanny ziemi wśród nóg Kernera. Maron dostrzegł ciemne sylwetki wychylające się spoza 
pni drzew i wpojone mu żołnierskie odruchy z miejsca wzięły górę nad rozsądkiem.
 - Ogień zaporowy ! Osłaniać go ogniem !
         Jeden z pozostałych szeregowców szarpnął za uchwyty ciężkich bolterów posyłając w 
kierunku   pozycji   kultystów   grad   stali,   wprawnie   omiatając   skraj   lasu   pociskami 
wystrzeliwanymi z podwójnie sprzężonej broni. Maron pokiwał głową z uznaniem widząc 
efekty ostrzału towarzysza. Na początku deszczowego sezonu ten chłopak był nieopierzonym 
rekrutem, lecz dwa miesiące wojny domowej uczyniły z niego doświadczonego żołnierza. 
     Maron zaczął naciskać spust swej broni, precyzyjnie wybierając cele i zabijając każdego 
heretyka głupiego na tyle, by wejść między nitki jego celownika. Zza grubych opancerzonych 
drzwi w bocznej ścianie bunkra zaczęło dobiegać głośne rozpaczliwe dudnienie pięści. Kerner 
dobijał   się   do   wejścia.   Jeden   z   młodszych   żołnierzy   zaczął   rozbrajać   system   ładunków 
wybuchowych zabezpieczających drzwi, by wpuścić kaprala do środka. Maron przeładował 
karabin spodziewając się w każdej chwili samobójczej szarży heretyków  poprzez otwartą 
przestrzeń ku otwartym  drzwiom bunkra, ale ku swemu zdumieniu ujrzał czarne płaszcze 
wycofujące się pośpiesznie ku bezpiecznym ciemnościom lasu.
     Instynkt ponownie wysłał do umysłu Marona ostrzegawczy sygnał. Zbyt późno, młodszy 
szeregowiec właśnie otwierał drzwi.
     Maron ujrzał stającego w progu Kernera.
         Dostrzegł wycięte w czole kaprala krwawiące rany tworzące ośmioramienną gwiazdę. 
Dostrzegł   też   pistolet,   przystawiany   do   klatki   piersiowej   żołnierza   otwierającego   drzwi. 
Usłyszał syknięcie laserowego wystrzału.
      Tors Kernera oplatały pasy materiałów wybuchowych, w lewej ręce kaprala spoczywał 
detonator.
     Maron zaczął odwracać lufę swego karabinu, chociaż wiedział już, że nie zdąży na czas. 
Modlił się w duchu, by koniec przeznaczony jego rodzinie również okazał się tak szybki i 
bezbolesny.

* * * * *

     Khoisan Bez Twarzy, champion Chaosu Niepodzielnego, patrzył z posępną satysfakcją na 
sypiące się z niebios kawałki kompozytu, ziemi i plastiku. Wszędzie wokół okryci czarnymi 
szatami   heretycy   kulili   się   pod   gradem   szczątków.   Khoisan   obrzucił   swych   towarzyszy 
pogardliwym spojrzeniem. Byli zwykłym bydłem, ledwie spełniającym najniższe standardy 
stawiane   sługom   Abaddona,   lecz   dla   celów   tej   misji   posiadali   dostateczne   kwalifikacje, 
podobnie jak schwytany więzień, który w końcu wykonał swe zadanie.

background image

          Głupiec   zgodził   się   poświęcić   życie   za   gwarancje   uratowania   rodziny   w   godzinie 
nieuniknionej zagłady. Khoisan omal się nie roześmiał na myśl o tak bezgranicznej naiwności 
tego człowieka. Wiedział, że zgromadzeni wokół kultyści podzielali nadzieję więźnia, sądzili, 
iż służba Chaosowi uratuje ich w chwili przybycia Niszczyciela Planet. Abaddon zażyczył 
sobie  zniszczenia  wszelkiego  życia  na tym  świecie,  a misją Khoisana było  dopilnowanie 
realizacji tego żądania.
     Podniósł rękę dając sygnał klęczącemu opodal heretykowi z ręcznym granatnikiem. Kilka 
sekund później jaskrawa raca zapłonęła na niebie przywołując oddziały kultystów oczekujące 
u podstawy wzgórza. 
         Ostatni bunkier w tej sekcji pierścienia fortyfikacji został wyeliminowany.  Droga ku 
laserowym bateriom stała otworem.

* * * * *

     Po raz trzeci w przeciągu ostatnich kilku godzin fala noszących czarne płaszcze heretyków 
rzuciła się do szarży poprzez plac. Po raz trzeci powitała ich lawina ognia prowadzonego zza 
prowizorycznych barykad.
     Stojąc na cokole zniszczonego pomnika, który jeszcze niedawno przedstawiał Sebastiana 
Thora, konfesor Johann Devane kierował ogniem swych podkomendnych, nie dbając przy 
tym  o zagrożenie ze strony nieprzyjacielskich snajperów. Oficerowie Imperialnej Gwardii 
często określali członków Frateris Militia mianem „Świętej Grozy” uważając, że fanatycznie 
wierne   imperialnemu   Credo   kościelne   formacje   paramilitarne   stanowią   równie   wielkie 
niebezpieczeństwo dla wroga, co i własnych sojuszników, lecz teraz Devane mógł z dumą 
powiedzieć,   że   jego   wierni   dorównują   zaciętością   i   nieugiętością   ducha   najlepszym 
gwardyjskim jednostkom.
  - Nie poddawać się ! – krzyknął  – Podpuśćcie ich bliżej, strzelajcie tylko  wtedy,  kiedy 
będziecie   pewni   trafienia   !   Jeśli   skończy   się   amunicja,   bierzcie   najbliższą   broń   białą   i 
dołączcie do drugiej linii obrony !
     Karabinowy pocisk odbił się z wizgiem od ramienia przewróconego pomnika za plecami 
konfesora. Devane rozejrzał się pośpiesznie i dostrzegł żołnierza Sił Obrony Planetarnej w 
ubrudzonym   ziemią   i   smarem   mundurze,   klęczącego   na   stercie   gruzu   i   próbującego 
przeładować broń. Kleryk podniósł własny automat i pociągnął za spust. Dezerter krzyknął 
krótko, chwycił dłońmi za twarz i upadł. Nie narzekając na brak celów Devane strzelał dalej, 
posyłając pojedyncze kule w ściśnięte ciała kultystów.
         Ujrzał grad koktajli Mołotowa ciskanych przez heretyków, butelki wybuchały pośród 
obrońców. Za barykadami rozległy się ludzkie skowyty, w powietrze buchnął odór spalonego 
mięsa. Devane wycelował w jednego z niosących zapalające bomby kultystów. Krótka seria 
zdetonowała  koktajl  w  sekundę  po  tym   jak  butelka   opuściła  dłoń   napastnika.   Strumienie 
płonącego paliwa oblały heretyka i biegnących wokół niego towarzyszy przeistaczając ich w 
żywe   pochodnie.   Trawieni   potwornym   bólem   zdrajcy   miotali   się   oślepieni   pomiędzy 
własnymi   szeregami   podpalając   innych   heretyków   i   szerząc   rosnące   zamieszanie   wśród 
napastników.
 - Widzicie ?! Płomienie gniewu Imperatora pozerają ich dusze ! – krzyknął Devane wiedząc 
doskonale   jak   pozytywny   wpływ   na   zelotów   Frateris   Militia   mają   równie   wzniosłe 
porównania – Rozpalcie nad nimi blask chwały Imperatora ! Odeślijcie ich z powrotem w 
ciemność Osnowy !
     Niski, szczupły i gładko ogolony Devane w niczym nie przypominał rozgorączkowanych 
brodatych   konfesorów   o   dzikim   wzroku   opisywanych   w   tak   wielu   mitach   i   kazaniach 
Eklezjarchii,   lecz   w   oczach   swych   wiernych   był   większy   i   bardziej   godny   podziwu   od 
pięćdziesięciometrowej wysokości a

background image

statuy imperialnego konfesora stojącej wciąż przy głównym wejściu na plac katedry. Miesiąc 
temu,   kiedy   był   jeszcze   zwykłym   katechetą   w   wiejskiej   parafii   na   południe   od   Madiny, 
Devane zebrał swoich wiernych i oświadczył, że skoro pisana im była śmierć, lepiej doczekać 
jej w sanktuarium wielkiej katedry w Madinie, gdzie wszyscy mogli poświęcić się modlitwie i 
kontemplacjom przed ostatecznym poświęceniem duszy opiece Imperatora. Pielgrzymka do 
stolicy okazała się poważnym i niebezpiecznym wyzwaniem. Wielu postradało w jej trakcie 
życie,   ginąc   w   płomieniach   wojny   domowej,   lecz   wielu   innych   dołączyło   do   pochodu 
ulegając   charyźmie   nieznanego   nigdy   wcześniej   kaznodziei,   obiecującego   schronienie   i 
duchową opiekę w tych ostatnich dniach życia.
         Kiedy pięć dni temu Devane dotarł w końcu do Madiny,  wiódł za sobą małą armię 
pielgrzymów.
         Jeśli wierni sądzili, że zastaną Madinę, centralny ośrodek władzy na Belatis, wolną od 
panującego wszędzie chaosu, srodze się zawiedli. Uzbrojone gangi szabrowników i bandytów 
włóczyły się po całym mieście napadając na każdego, kto stanął im na drodze. Większość 
dzielnic stała w płomieniach, jednostki rebeliantów i lojalistycznych Sił Obrony Planetarnej 
prowadziły   między   sobą   artyleryjskie  pojedynki.  Pałac  gubernatoraregenta  wciąż  trwał   w 
nienaruszonym   stanie,   chroniony   cięzkimi   tarczami   siłowymi   i   bronią   elitarnej   straży 
pałacowej,  ale   prawo  i  porządek   na  Belatis  nie   sięgały  już  dalej   jak  do  murów  głównej 
cytadeli Arbites i budowli Administratum kryjących się w cieniu twierdzy. Kiedy pielgrzymi 
dotarli do katedry, zastali w niej niewielki oddział strażniczy złożony w głównej mierze z 
podstarzałych,   nie   mających   wojskowego   doświadczenia   kapłanów   Ministorum,   źle 
zorganizowanych   członków   Frateris   Militia   oraz   młodziutkich   akolitów   z   trudem 
orientujących   się,   którą   stronę   lasera   należy   kierować   w   stronę   wroga.   W   kaderze 
stacjonowała  też   niewielka  jednostka  Adeptus  Arbites,  ale  jej  dowódca  otrzymał   właśnie 
polecenie przygotowań do natychmiastowej ewakuacji na teren głównej cytadeli. Najnowsze 
raporty   mówiły   o   siłach   heretyków   napływających   ze   wszystkich   stron   do   stolicy,   toteż 
lojaliści podjęli decyzję o skoncentrowaniu wszelkich rezerw w twierdzy Arbites i pałacu 
gubernatoraregenta.
          Katedra   Eklezjarchii,   odizolowana   od   pozostałych   dwóch   centrów   oporu   nurtem 
przepływającej przez Madinę rzeki, miała bronić się własnymi siłami, podobnie jak dziesiątki 
tysięcy pielgrzymów z całego świata szukających schronienia w obrębie jej murów.
          Devane   odpowiedział   na   zew   powołania   Ministroum   po   blisko   dwudziestu   latach 
oficerskiej   służby   w   Czterysta   Piętnastym   Regimencie   mordiańskiej   Żelaznej   Gwardii   - 
osławionych „Starych Niezłomnych” chlubiących się świetną reputacją po udziale w krwawej 
Krucjacie Karnak – i teraz, trzynaście lat po demobilizacji, przeznaczenie ponownie nakazało 
mu chwycić za broń.
     Kleryk bez wahania zaczął korzystać z bogatego żołnierskiego doświadczenia. Wielki plac 
przed katedrą, pełen bocznych wejść i bram, był wręcz niemożliwy do utrzymania zważywszy 
na ilość i jakość jednostek dostępnych kapłanowi. Devane polecił obrońcom wznieść ciąg 
barykad wokół budowli katedry, zapewniając im stanowiska strzeleckie i czyste pole ognia na 
reszcie   rozległego   placu.   Pomniki   poświęcone   największym   świętym   i   męczennikom 
imperialnej wiary były bez skrupułów powalane na ziemię i wleczone ku podstawom barykad, 
podobnie jak samochody, z których baków starannie spuszczano wpierw każdą kroplę paliwa, 
przerabianego następnie na setki domowej roboty bomb zapalających. Wierni rozebrali nawet 
ambony, pulpity i konfesjonały w katedrze wykorzystując je do budowy umocnień.
     Wycofujący się arbitratorzy pozostawili obrońcom tyle broni i amunicji, ile tylko mogli, 
sama katedra też posiadała ukryty arsenał, jednakże sprzętu nie wystarczyło do uzbrojenia 
wszystkich członków armii Devane. Kleryk został zmuszony do improwizacji.
         Co trzeci obrońca otrzymał egzemplarz broni palnej, zazwyczaj karabin laserowy lub 
automatyczny,  chociaż  arbitratorzy przekazali  wiernym  kilka  bezcennych  bezodrzutowych 

background image

działek   i   ciężkich   bolterów,   uzupełnionych   o   karabiny   maszynowe   i   miotacze   płomieni 
znalezione w katedrze. Kiedy jeden z uzbrojonych obrońców padał na barykadzie, najbliższy 
pozbawiony broni towarzysz zabierał jego ekwipunek zajmując pozycję poległego. Jak dotąd 
strategia ta zdawała egzamin i Devane wiedział dobrze, że na barykadach znajdują się ludzie 
posiadający   broń,   która   przeszła   wcześniej   przez   ręce   czterech   czy   pięciu   posiadaczy. 
Obrońcy pozbawieni broni palnej posługiwali się wszelakiego rodzaju sprzętem użytecznym 
w walce wręcz tworząc drugą linię defensywną. 
         Za ich plecami znajdowała się trzecia, ostatnia linia obrony. Kobiety i dzieci, ranni i 
starcy,   uzbrojeni   w   butelki   z   benzyną   i   wyrwane   chodnikowe   płyty,   miotający   grad 
improwizowanych pocisków ponad barykadami, prosto na głowy napastników.
      Devane wiedział, że ci ludzie – jego wierni – będą walczyć bez wahania aż do śmierci. 
Kiedy nadejdzie już ta nieunikniona chwila, gdy wróg prze- zlg
łamie   barykady,   wszyscy   pozostali   przy  życiu   obrońcy  wycofają   się  za   wrota   katedry,   a 
wyparci z tych pozycji będą walczyć o każdy korytarz, kaplicę i kryptę, zdecydowani oddać 
życie za Imperatora i ku pohańbieniu heretyków. Wiedzieli doskonale, że ich los został już 
przesądzony, teraz pragnęli jedynie sprzedać swą skórę tak drogo jak to tylko było możliwe, 
by ta śmierć coś znaczyła, by zapewniła im nieśmiertelność po prawicy samego Imperatora. 
         Devane ujrzał niedobitki drugiej fali rebeliantów wpadające na barykady. Tylna linia 
obrońców rzuciła się na ich spotkanie. Na szczytach zapór rozgorzała bezwzględna walka 
wręcz.   Na   oczach   konfesora   jakiś   obwiązany   pasami   materiałów   wybuchowych   kultysta 
rzucił   się   z   barykady   na   dziedziniec   katedry   pomiędzy   obrońców   i   zdetonował   ładunki 
zabijając oprócz siebie ponad tuzin lojalistów. Wybuch uszkodził znacznie jedną z sekcji 
barykady. 
     Żywa bomba, skrzywił usta Devane. W ciągu ostatnich kilku dni widział coraz więcej tych 
przerażających   broni,   ochoczo   stosowanych   przez   ogarniętych   postępującym   szaleństwem 
ludzi.   Nawet   wśród   podwładnych   konfesora   znaleźliby   się   ludzie   chętni   do   takiego 
poświęcenia życia, ale honor gwardyjskiego oficera nie pozwalał Devane nawet rozwinąć w 
myślach takiego pomysłu. W armiach Imperatora jedynie najgorszy sort żołnierzy – karne 
regimenty złożone z kryminalistów, dezerterów, malkontentów i heretykow – stosował żywe 
bomby i Devane nie dopuszczał do siebie możliwości wykorzystania tej taktyki przy użyciu 
wiernych czcicieli Imperatora.
     Dostrzegł kątem oka młodziutkiego chłopca w szatach nowicjusza Ministorum, będącego 
w wieku zaledwie umożliwiającym pierwsze golenie się, w wytrawny sposób sztyletującego 
heretyka o pokrytej licznymi tatuażami twarzy. Dzieciak jednym zwinnym pchnięciem wbił 
ostrze   po   rękojeść   prosto   w   serce   przeciwnika   strącając   martwe   ciało   kultysty   pomiędzy 
owinięte czarnymi płaszczami trupy piętrzące się po zewnętrznej stronie barykady.
     Inny kultysta, wyjący w ataku szału niczym zwierzę, ociekający krwią buchającą z kilku 
śmiertelnych ran, siadł okrakiem na barykadzie i jednym pociągnięciem ostrej jak brzytwa 
siekiery  ściął  głowę   próbującego   go  zatrzymać   członka   Frateris  Militia.   Sekundę  później 
kawał   gruzu   trafił   olbrzyma   prosto   w   czaszkę.   Heretyk   przechylił   się   i   spadł   z   pękniętą 
czaszką na ręce czekających u podstawy zapory obrońców. Niemal natychmiast ogarnęła go 
chmara krzyczących przeraźliwie kobiet i dzieci, tłukących umierającą ofiarę pałkami, rurami 
i kamieniami.
      Devane wyszarpnął z pokrowca swój stary gwardyjski miecz łańcuchowy, włączył go i 
rzucił   się   w   środek   bitewnego   chaosu,   tnąc   szaleńczo   postacie   w   czarnych   płaszczach   i 
wykrzykując na całe gardło co bardziej krwiożercze fragmenty Litanii Oddania. 
 - Ojcze konfesorze, uważaj ! – krzyknął jeden z kościelnych milicjantów, po czym skoczył 
raptownie do przodu zasłaniając własnym ciałem kleryka i przyjmując na tors przeznaczone 
dla   Devane   pchnięcie   miecza.   Devane   wyprowadził   pełne   wściekłości   cięcie   odrąbując 
trzymającą broń rękę heretyka i cofając ostrze w drugą stronę rozpłatał nim klatkę piersiową 

background image

wroga. Rebeliantka – jak zauważył ze zgrozą Devane, zabójcą była kobieta – upadła na plecy 
z charkotliwym jękiem.
     Devane uklęknął przy konającym milicjancie, rozpoznając natychmiast jego rysy twarzy. 
Był to jeden z farmerów, którzy dołączyli do pielgrzymki pod koniec pierwszego tygodnia 
wielkiej wyprawy do Madiny. Konfesor pojął z nagłym ukłuciem żalu, że nawet nie zdążył 
poznać imienia tego człowieka.
 - Ojcze... moja żona i dzieci... rodzina mojej siostry też... – wydyszał mężczyzna próbując 
słabymi  palcami dosięgnąć medalionu Imperatora Wniebowstępującego wiszącego na szyi 
kapłana – Schronili się w katedrze, ojcze...
  - Imperator  będzie  ich strzegł – powiedział cicho konfesor dostrzegając paniczny lęk w 
oczach mężczyzny, przyciskając jego dłoń do swego medalionu – Podobnie jak i ja – dodał i 
ujrzał jak napięte rysy twarzy rannego rozluźniają się z ulgą w momencie śmierci.
 - Stąpaj w świetle Boga, bracie – oświadczył Devane przyciskając medalion do ust i czoła 
martwego mężczyzny w ceremonialnym geście Błogosławieństwa Umarłych.
      Kaznodzieja pochwycił z rosnącą wściekłością swój miecz, gotów rozładować targający 
nim gniew na najbliższych heretykach, podnosząc się jednak z ziemi spostrzegł, że ostatnia 
faza   szturmu   na   katedrę   właśnie   dobiega   końca.   Resztki   rebeliantów   wycofywały   się   w 
popłochu z placu, ścigane ogniem obrońców. Devane potrafił zrozumieć żądzę zemsty swych 
ludzi   i   unoszące   ich   serca   poczucie   tryumfu,   ale   rozsądek   nakazywał   bardziej   przydatne 
taktycznie rozwiązania.
  -   Wstrzymać   ogień   !   –   krzyknął   –   Oszczędzać   amunicję   !   Nie   marnujcie   pocisków   ! 
Zostawcie je na następny atak !
         Inne głosy poniosły wezwanie przywódcy i huk kanonady szybko ucichł. Przejmująca 
cisza wzięła we władanie pokryty pryzmami martwych ciał plac.
     Korzystając ze zmieszania wycofujących się rebeliantów grupki małych zw
zwinnych postaci przesadziły barykady i zaczęły myszkować wśród zabitych lub konających 
heretyków, zbierając porzuconą broń i amunicję, dobijając rannych buntowników szybkimi 
pchnięciami noży. 
         Postacie  poruszały się szybko,  próbując utrzymać  się zawsze krok do przodu przed 
nieprzyjacielskimi snajperami zaczynającymi ostrzeliwać rejon barykad. W skład tych grup 
wchodziły   kobiety,   dzieci,   ranni   niezdolni   do   bronienia   fortyfikacji   i   starcy,   ochotnicy   z 
własnej   woli   uczestniczący   w   tym   niebezpiecznym,   ale   niezbędnym   zadaniu.   Bezduszna 
taktyczna doktryna zalecała wystawienie pod celowniki snajperów ich, nie zaś zdolnych do 
walki mężczyzn. Devane znał zasadność tej taktyki, wciąż jednak myśl o takiej konieczności 
budziła w nim wstręt do siebie samego.
     Dzieci, pomyślał zastanawiając się jak wiele innych dowodów przerażającego szaleństwa 
przyjdzie mu ujrzeć przed ostatecznym unicestwieniem Belatis. Czas wykorzystywania dzieci 
do toczenia swych wojen już nadszedł.
         Długa seria z karabinu maszynowego  przestębnowała znienacka plac, wyrzucając w 
powietrze   odłamki   chodnikowych   płyt,   wprawiając   w   upiorny   taniec   bezwładne   ciała   i 
przecinając drogę ucieczki jednej z małych sylwetek. Dziecko krzyknęło upadając na ziemię, 
jego krzyk agonii nie cichł, kiedy drgało w konwulsjach w czystym polu ostrzału snajperów. 
Druga seria z karabinu mogła miłosiernie skrócić jego męczarnie, ale Devane nie sądził, by 
pojęcie litości było heretykom znane.
         To była pułapka. Ranne dziecko stanowiło przynętę mającą zwabić pod lufy strzelców 
gotowych   ratować   je   obrońców.   Dwaj   bracia   z   kościelnej   milicji   niemal   jednocześnie 
przeskoczyli barykady pędząc co sił w nogach w kierunku dziecka. Devane przeklął głośno 
ich głupotę modląc się jednocześnie w myślach za powodzenie tej desperackiej próby. Żaden 
z   bojowników   nie   był   bynajmniej   głupcem.   Biegli   zygzakami   w   nierytmicznym   tempie, 

background image

utrudniając   snajperom   namierzenie   celu,   oddalili   się   też   od   siebie   zmuszając   wrogich 
strzelców do podzielnej uwagi. Była to dzielna akcja, dobrze przemyślana i przeprowadzona.
     I prawie się udała.
      Pierwszy mężczyzna zginął zaledwie pięć metrów od miejsca, w którym leżało dziecko. 
Laserowa wiązka trafiła go w lewy bark, obróciła wokół własnej osi. Zachwiał się i upadł na 
bruk, a kiedy próbował unieść się z powrotem na nogi, inni snajperzy już zdążyli naprowadzić 
na   niego   swe   celowniki.   W   oczach   zgromadzonych   na   barykadach   obrońców   milicjant 
przypominał marionetkę szarpaną za sznurki, jego ciało podskakiwało szarpane trafieniami 
pocisków i wiązek energii.
          Drugi   mężczyzna   wykorzystał   przerażający   spektakl   z   udziałem   swego   towarzysza. 
Przypadł   do   dziecka,   pochwycił   je   w   ramiona   i   popędził   z   powrotem   w   kierunku 
bezpiecznego   schronienia.   Zdążył   zrobić   kilka   kroków,   zanim   snajperzy   znudzili   się 
masakrowaniem martwego milicjanta i wzięli na muszkę drugiego ratownika.
      Kule krzesały iskry wokół nóg mężczyzny. Człowiek ponownie usiłował zwieść swych 
prześladowców unikami, ale tym razem poruszał się wolniej, obciążony niesionym dzieckiem, 
a i strzelcy mieli przed sobą już tylko jeden cel.
          Pierwszy   pocisk  ugodził   go  między   łopatki.   Milicjant   zachwiał   się,   lecz   nie   upadł. 
Ściskając   kurczowo   milczącą   już   drobną   sylwetkę   porzucił   zygzaki   i   skoczył   wprost   na 
najbliższą   sekcję   umocnień.   Zgromadzeni   na   barykadach   obrońcy   dopingowali   swego 
towarzysza dziki okrzykami zachęty. Widząc to Devane pozwolił, by nawyki kapłana wzięły 
w nim górę nad chłodem wojskowego analityka. 
  - Ognia ! – krzyknął  przekonując samego  siebie w myślach, że taki akt marnotrawstwa 
bezcennej   amunicji   jest   wart   zastrzyku   morale   wśród   obrońców,   gdyby   jakimś   cudem 
milicjant zdołał jednak dotrzeć pomiędzy swych towarzyszy – Osłonić go ! Ostrzelać pozycje 
snajperów !
          Huk   wystrzałów   przetoczył   się   ponad   placem,   pociski   zaczęły   punktować   fasady 
budynków   użyteczności   publicznej   i   domów   towarowych   stanowiących   główne   rubieże 
heretyków.   Devane   wątpił,   by   ten   ostentacyjny   pokaz   siły   zdołał   zadać   nieprzyjacielowi 
znaczące straty – odległość była zbyt duża jak na mizerne umiejętności strzeleckie obrońców 
– lecz łudził się nadzieją, iż przynajmniej część snajperów zacznie pod ogniem lojalistów 
szukać bezpieczniejszej kryjówki i porzuci łowy na milicjanta.
         Konfesor nie słyszał trzasku snajperskiej broni zagłuszanej kanonadą niosącą się nad 
barykadami,   ale   pojął,   że   niektórzy   z   nich   wciąż   strzelają.   Milicjant   potknął   się   jeszcze 
dwukrotnie w drodze powrotnej do barykady i Devane musiał przed samym sobą przyznać, że 
potknięcia te były ewidentnym rezultatem postrzałów. Kiedy jakimś cudem zdołał w końcu 
dotrzeć do podstawy umocnień, dziesiątki ludzkich rąk wysunęły się w dół chwytając go za 
ubranie i wciągając pod osłonę worków z piaskiem. 
          Obrońcy   stłoczyli   się   wokół   mężczyzny,   rozstępując   się   nieznacznie   na   boki,   by 
przepuścić   bliżej   Devane.   Milicjant   umierał,   konfesor   nie   miał   w   tej   kwestii   żadnych 
wątpliwości. Ochronna kamizelka ratownika ociekała krwią. Kleryk uklęknął obok rannego 
udzielając mu sakramentu Błogosławie
 - Zabierzcie je do lazaretu – polecił Devane – Niech siostry uczynią dla niego wszystko, co w 
ich mocy. 

wieństwa Umarłych podczas gdy inni obrońcy wyjmowali z rąk mężczyzny ściskane wciąż 
kurczowo dziecko. Mały chłopiec zaczął płakać z bólu pod wpływem dotyku licznych dłoni. 
 - Ono żyje ! – sapnął ze zdumienia jakiś człowiek i zduszona fala zaskoczonych pomruków 
natychmiast obiegła całe zbiegowisko. 
 - Zabierzcie je do lazaretu – polecił Devane – Niech siostry uczynią dla niego wszystko, co w 
ich mocy. 

background image

 - To znak ! – zawołał jeden ze starszych wiekiem ochotników, noszący czerwonozłote szaty i 
liczne   blizny   po   samookaleczeniach   zdradzające   przynależność   do   ortodoksyjnego   kultu 
redempcjonistów – Wpierw Imperator zesłał nam ojca konfesora, byśmy podołali obronie 
tych świętych murów, a teraz objawił tym cudem, iż wciąż nad nami czuwa !
     Inni obrońcy podchwycili ekstatyczną wypowiedź mężczyzny i chwilę później barykady 
na całej swej długości rozbrzmiewały już okrzykami  radości oraz żarliwymi  modlitwami. 
Devane krążył wśród swych wiernych udając, iż podziela ich ekscytację. Pocieszał i krzepił 
słowami, grzecznie, lecz stanowczo odmawiając przyjęcia niewielkich prezentów w postaci 
jedzenia   i   napitków   wręczanych   mu   na   każdym   kroku.   Wiedział   doskonale,   że   zapasy 
żywności praktycznie już się wyczerpały, a wielu ludzi tkwiących na barykadach nie zjadło 
porządnego posiłku od kilku dni. Pobłogosławił okolicznych obrońców i ich broń, po czym 
przysiadł obok stanowiska rannego bojownika, który pomimo swych obrażeń od dwóch dni 
odmawiał odstąpienia ciężkiego karabinu maszynowego innemu ochotnikowi. Obsługiwał tę 
broń   od   pierwszego   dnia   obrony.   Umierał   –   Devane   wyczuwał   wyraźnie   odór   gangreny 
trawiącej  ciało  mężczyzny  – ale  należał  do najlepszych  strzelców  wśród lojalistów, toteż 
konfesor   w   milczeniu   zaakceptował   niewypowiedziane   życzenie   wiernego,   by   ten   mógł 
umrzeć w walce, nie zaś w dusznej zatłoczonej ciemności lazaretu.
      Devane zorganizował obronę katedry z całym poświęceniem, na jakie mógł się zdobyć 
lojalny sługa Imperatora, jednakże doświadczenie wojskowego oficera podpowiadało mu w 
głębi duszy, że cała ta desperacka akcja była z góry skazana na niepowodzenie. 
         Znak, cud  ? Znów  pozwolił  owładnąć  się nastrojowi zwątpienia.  Dwóch  dzielnych, 
zdolnych do noszenia broni mężczyzn oddało swe życie i po co ? Dla uratowania rannego 
dziecka, które lada chwila mogło skonać, a jeśli nawet pisane mu było przetrwać obrażenia 
wywołane postrzałem, miało umrzeć wraz z resztą mieszkańców Belatis już za kilka dni. 
Niech ktoś zechce wyjaśnić, gdzie w tym zdarzeniu można dostrzec rękę Imperatora ? Gdzie 
jest ten znak, że Imperium wciąż czuwa nad pełnymi  wiary i pokory ludźmi,  którym  od 
urodzenia wmawiano, że żyją w cieniu protektoratu mocarstwa ?
         Potrząsnął silnie głową próbując wyzwolić się z sieci bluźnierczych podszeptów. Jeśli 
faktycznie rację miał głos zwątpienia, dlaczego nie przejść od razu na drugą stronę barykady i 
dołączyć do czekających za placem heretyków ? Pojął, iż tak właśnie musiały rozumować 
rzesze obywateli Belatis odwracając się od światła Imperatora i wpadając prosto w ramiona 
fałszywych bogów Osnowy.
 - Ojcze konfesorze ?
     Wdzięczny za wyrwanie z posępnej zadumy kleryk odwrócił się w kierunku wołającej go 
osoby. Był to młodziutki skryba Eklezjarchii, nerwowy i onieśmielony zarazem bliskością 
powszechnie znanego konfesora. Devane wciąż nie potrafił się przyzwyczaić do otaczającej 
go aury niezłomnego wojownika za sprawę Kościoła. 
     Ojciec konfesor, tak go nazywali wierni, lecz Devane nie był do końca pewien, czy wolno 
korzystać mu z tego tytułu. Mianowanie do stopnia tej kościelnej rangi otrzymał z rąk dowócy 
Adeptus   Arbites,   potężnego   oficera   zwanego   Byzantane,   kiedy   ten   przybył   do   katedry 
nadzorować   odwrót   stacjonujących   tam   arbitratorów.   To   Byzantane   rozkazał   swym 
podwładnym, by przekazali kościelnej milicji wszelkie zbędne wyposażenie i zapasy, i to 
właśnie Byzantane pierwszy odkrył prawdziwą wartość kleryka.
  -   Oficer   Gwardii   stał   się   świętym   człowiekiem   –   powiedział   arbitrator   spoglądając   w 
zamyśleniu na Devane – Ludzie twego pokroju przydadzą się w obronie twierdzy na drugim 
brzegu rzeki. Spełnisz tam powinność wobec Imperatora w równym  stopniu co tutaj, ale 
znajdziesz też fotel w promie ewakuacyjnym, gdy nadejdzie chwila ostatecznego odwrotu.
 - Moje miejsce jest tutaj, z wiernymi – odparł Devane – Doprowadziłem ich tak daleko. Nie 
mógłbym teraz porzucić tych ludzi. Jeśli muszą tutaj pozostać, zostanę z nimi.

background image

      Byzantane skinął powoli głową, akceptując decyzję kleryka, ale żałując jednocześnie w 
myślach straty tak wartościowego człowieka. Odwrócił się, by odejść, lecz znienacka obrócił 
się w miejscu wracając z powrotem.
  - Zwykły  katecheta  nie jest godzien  przewodzić Frateris  Militia.  Prawo Wiary Kościoła 
Wojującego stanowi, iż tylko  przedstawiciel  Ministorum w randze konfesora lub wyższej 
może wydawać rozkazy ugrupowaniom paramilitarnym Kościoła. Twój kardynał jest już na 
orbicie, pozostawiając mnie jako jedynego przedstawiciela formalnych władz Imperium na 
tym świecie.
     Wielki arbitrator urwał na moment wyciągając do przodu prawą dłoń i aaa

kładąc opancerzoną dłoń na ramieniu kleryka.
 - Idź z Imperatorem, ojcze konfesorze Devane. Będą z tobą moje myśli i modlitwy.
      Devane stał wciąż zdumiony, nie mogąc wykrztusić słowa, kiedy dowódca arbitratorów 
zasalutował mu i poszedł szybkim krokiem w kierunku czekającego wahadłowca. Wchodząc 
na krawędź opuszczonej rampy desantowej oficer obejrzał się raz jeszcze. Jakimś  cudem 
Devane pochwycił jego słowa ponad rosnącym wizgiem silników maszyny.
 - Ty masz swoje obowiązki, ja zaś swoje i to one rozdzieliły nasze ścieżki, lecz przysięgam 
ci, że któregoś dnia spełnię jeszcze jedno ciążące na mnie zadanie ! Pomszczę utratę tego 
świata i zagładę dzieci Imperatora !
 - Ojcze konfesorze ? – odezwał się ponownie skryba, zdenerwowany jeszcze bardziej tym, że 
musi przerwać zadumę kleryka. 
  -   Mój   synu,   przekaż   bratu   arcydiakonowi,   że   nieprzyjacielski   szturm   został   odparty, 
przynajmniej   na   krótki   czas.   Wraz   ze   swymi   braćmi   może   bezpiecznie   kontynuować 
przygotowania do ewakuacji.
     Młody akolita skłonił się z wdzięcznością i czym prędzej zawrócił w stronę katedry, chcąc 
jak   najszybciej   oddalić   się   od   niebezpiecznych   barykad   i   dołączyć   do   reszty   kleryków 
przebywających w bezpiecznych murach wewnętrznego dziedzińca budowli, gdzie niebawem 
miały lądować promy należące do ostatniej grupy ewakuacyjnej. 
          W   katedrze   przebywała   jeszcze   setka   adeptów   Ministorum,   doglądając   pośpiesznej 
inwentaryzacji i pakowania bezcennych relikwii oraz kronik spoczywających w ciągnących 
się   na   całe   mile   kryptach   pod   świątynią.   Niezliczone   strety   dokumentów   i   zapisków 
magazynowano   tam   od   wieków   oddając   je   pieczy   małej   armii   bibliotekarzy   i   skrybów. 
Zebrane razem tworzyły imponujący zbiór informacji na temat historii imperialnego Credo na 
ziemi Belatis – najstarsze z nich sięgały wiekiem ponad dziesięciu tysięcy lat do czasów, 
kiedy planeta została pierwszy raz tknięta stopą człowieka.
      Świat i jego mieszkańcy mieli niebawem zniknąć bezpowrotnie, ale dzięki skrupulatnej 
kronikarskiej   pracy   adeptów   Ministorum   przynajmniej   cząstka   Belatis   miała   przetrwać 
tworząc   element   historii   Imperium,   nawet   jeśli   cząstka   ta   miałaby   przybrać   postać 
drobiazgowo   skatalogowanych   zapisków   przechowywanych   w   mrocznych   bibliotekach 
Ministorum na jakimś odległym świątynnym globie Eklezjarchii.
         Oprócz relikwii i bibliotecznych zbiorów powierzchnię zgubionego świata opuszczały 
setki adeptów Kościoła, od samego kardynała poczynając, a na najniższych rangą skrybach 
kończąc. Wielu kleryków pracujących w katedrze postanowiło pozostać na miejscu, by bronić 
świątyni przed hordami rebeliantów, zdecydowana większość z nich za lepsze rozwiązanie 
uznała   jednak   ucieczkę.   Jeśli   nawet   świecka   część   duszy   Johanna   Devane   czuła 
rozgoryczenie, zazdrość i gniew  wobec tych  szczęśliwców  mogących  uratować z zagłady 
życie, konfesor Johann Devane nie żywił wobec nich żadnych negatywnych uczuć pamiętając 
dobrze słowa dowódcy arbitratorów.
     Oni mają swoje obowiązki, ja zaś moje. Naszym przeznaczeniem jest służba Imperatorowi 
na sposób, który On nam wyznaczył.

background image

* * * * *

      - Mistrzu, musisz ze mną pójść ! Ostatni z promów zaraz odleci ! Arcydiakon rozkazał, 
bym cię przyprowadził !
     Przerażony głos nowicjusza wyrwał Sobeka z płytkiego transu, chociaż wyczulone zmysły 
astropaty   już   wcześniej   uprzedziły   go   o   obecności   zbliżającego   się   wyludnionymi 
korytarzami katedry chłopca. Zza grubych murów świątyni mentat słyszał wyraźnie znajome 
już   odgłosy   walki,   podczas   gdy   psioniczne   skanowanie   informowało   mózg   człowieka   o 
jeszcze gorszych scenach chaosu rozgrywających się w stolicy. Odbierał te impulsy z silnym 
wytłumieniem, ekranując starannie swój mózg, lękał się bowiem, by odbiór psionicznej aury 
generowanej przez grozę skazanej na nieuniknioną śmierć populacji Belatis nie wpędził go w 
szaleństwo.
  - Rozmawiałem już z arcydiakonem, Lito. Powiedziałem mu, że życzę sobie pozostać na 
Belatis – Sobek odwrócił swą ślepą twarz w kierunku chłopca, pozwalając sobie na rzadko u 
niego widywany pogodny uśmiech – Jestem tutaj od sześćdziesięciu ośmiu lat. Wcześniej 
widziałem tymi ślepymi oczyma wiele innych światów Imperatora, ale po tak długim życiu 
nie potrafię nawet powiedzieć, który z nich jest mym światem ojczystym. Belatis to jedyne 
miejsce, które tak naprawdę znam. Służyłem Imperatorowi wiernie, ale teraz jestem już stary i 
zmęczony. Wiem, że Pan niebawem wezwie mnie do siebie. Pozostaw mnie, Lito. Nie chcę 
oglądać oblicza następnych światów.
     Nowicjusz zastygł w progu komnaty, przerażony wizją powrotu bez swego przełożonego. 
Sobek   uświadomił   sobie,   że   proklamacja   arcydiakona   pozwalająca   pozostać   na   Belatis 
wszystkim tego pragnącym braciom nie obejmowała bynajmniej człowieka tak cennego jak 
astropata klasy Veneratus.
      Z odległego placu przed katedrą dobiegł huk narastającej kanonady, a gdzieś bliżej, na 
wewnętrznym dziedzińcu, rozległ się ryk odpalanych silniko

ków manewrowych wahadłowców.
 - Powinieneś już odejść, Lito – ostrzegł Sobek – Oni nie będą na ciebie czekać, bez względu 
na   to,   czy   wrócisz   sam   czy   ze   mną.   Idź.   Każdy   z   nas   musi   podążyć   ścieżką   własnego 
przeznaczenia.
      Chłopiec wahał się jeszcze przez moment, rzucił w stronę mistrza ostatnie zrozpaczone 
spojrzenie, po czym co sił w nogach popędził w kierunku narastającego ryku silników. Sobek 
nie potrafił ukryć faktu, iż przywiązał się do tego nowicjusza, chociaż wszystko wskazywało 
na   to,   że   młodzian   stanie   się   kolejnym   bezbarwnym   klerykiem   powtarzającym   w   kółko 
wyuczony na pamięć  katechizm,  jednym  z rzeszy bezproduktywnych  członków  Kościoła, 
jakich   w   opinii   Sobeka   Ministorum   posiadało  już  zbyt   wielu.  Lecz  nie   mógł  zaprzeczyć 
istnienia tego specyficznego przywiązania i prawdziwą przykrość sprawiała mu świadomość, 
że chłopiec miał przed sobą jeszcze mniej życia niż sam Sobek.
         Astropata siegnął kolejny raz po karty Tarota, znów korzystając z ich psychoaktywnej 
matrycy w celu odsłonięcia szczegółów bliskiej przyszłości skrywanych w otchłani Osnowy.
      Pociągnął dwie karty i położył je na macie obserwując parę obrazów kształtujących się 
jednocześnie na obu płytkach. Na pierwszej dostrzegł fortecę o wieżach burzonych spadającą 
z niebios gwiazdą. Upadająca Cytadela. Druga karta przedstawiała stylizowany wizerunek 
kosmicznego statku, jego pasażerowie klęczeli w środku prosząc w modlitwach o ratunek 
przed   otaczających   kadłub   demonami.   Kosmiczny   Statek,   tutaj   pojawiajacy   się   w   swej 
rzadziej   spotykanej   wersji   Statku   Pielgrzymów.   Sobek   skoncentrował   umysł   ponownie 
dostrzegając ten sam znajomy już obraz przyszłości.

background image

          Ściana   ognia  pędziła   przez  skorodowane  rdzą   korytarze   i  hale   kosmicznego  statku, 
docierając   głęboko   w   jego   pokłady   i   oplatając   płomieniami   plazmowe   serce   jednostki. 
Krzyczące przeraźliwie twarze Lito, arcydiakona, samego kardynała i setek innych braci w 
wierze znikły w ułamku chwili unicestwione nieziemskim żarem.
     Sobek usłyszał ryk startujących wahadłowców i zrozumiał, że właśnie dane mu było ujrzeć 
śmierć ich pasażerów. Kres jego życia był odległy zaledwie o kilka dnia, lecz teraz wiedział 
już, że pożyje dłużej niż jego bracia opuszczający Belatis. Jak i kiedy mieli umrzeć, nie 
potrafił wywieszczyć, lecz przeznaczony im los był już nieodwracalny i Sobek czuł, że nie 
zdoła w żaden sposób przeszkodzić wypełnieniu się tego przeznaczenia. Medytując w cieniu 
zbliżającego się Niszczyciela Planet astropata odkrył, że jego dar przewidywania przyszłości, 
zawsze   stosunkowo   niezawodny,   teraz   jeszcze   uległ   znaczącemu   wyostrzeniu.   Nie   znał 
przyczyn tego zjawiska, ale podświadomie wyczuwał w tym rękę Imperatora. Czuł, że został 
mu oszczędzony los pozostałych kleryków, ponieważ miał do wykonania misję, o której nic 
jeszcze nie wiedział. Imperator wciąż go potrzebował.
       Pochylił się nad kartami próbując odkryć za ich zmiennymi obrazami najmniejszy ślad 
nieznanego zadania spoczywającego na jego barkach.

* * * * *

         Niczym żałobnicy zebrani przy łożu śmierci, należące do różnych formacji imperialne 
okręty   wisiały   wyczekująco   na   orbicie   zgubionego   świata.   Niczym   chciwi   spadkobiercy 
konającego   ich   załogi   rabowały   pośpiesznie   wszystko,   co   na   Belatis   przedstawiało 
jakąkolwiek wartość, dopóki planeta jeszcze istniała.
     Pękate statki transportowe przyjęły na swe pokłady żołnierzy dwóch pełnych regimentów 
Imperialnej Gwardii wraz z ich wyposażeniem i pojazdami. Pełniące rolę belatisjańskiego 
garnizonu   jednostki   zostały   uratowane   przed   unicestwieniem   bronią   Niszczyciela   Planet, 
chociaż w ich przypadku ewakuacja raczej oddaliła chwilę zagłady niż pozwoliła jej uniknąć. 
Gorzejąca w całym sektorze wojna przeciwko hordom Abaddona konsumowała gwardyjskie 
regimenty w zastraszającym tempie i zapewne już w tym momencie jacyś anonimowi notable 
Departmento Munitorium podpisywali frontowe przydziały dla obu ewakuowanych jednostek.
     Pozornie niekończące się konwoje frachtowców przybywały do systemu i opuszczały go 
wywożąc na pokładach bogactwa Belatis. Kosmiczne tankowce zmagazynowały w swych 
ładowniach   tysiące   ton   przetworzonego   promethium   pochodzącego   z   licznych   rafinerii 
Belatis, pieczołowicie wyniesionego na orbitę dzięki flocie transportowych wahadłowców. Na 
pokłady innych statków ładowano pośpiesznie zapasy adamantium, ferrotitanium, kryształów 
trikali i szeregu innych strategicznie ważnych dla Imperium surowców.
         Tydzień wcześniej na orbitę Belatis wszedł gigantyczny i niebywale wiekowy statek 
należący   do   Adeptus   Mechanicus,   przysłany   do   systemu   nie   tylko   po   to,   aby   uratować 
członków  marsjańskiego  bractwa,  ale i liczne  egzemplarze  bezcennej  technologii  czczone 
przez techkapłanów niczym sakralne relikwie. Przez cały ten tydzień ich szybkie wahadłowce 
kursowały ustawicznie  pomiędzy statkiem  i powierzchnią  planety  wywożąc  na orbitę  nie 
tylko produkty będące rezultatem pracy techkapłanów, lecz również sporą
rą   część   samych   fabryk,   rozebranych   na   elementy   składowe   przez   armię   niestrudzonych 
serwitorów. Zakłady przetwórcze  i linie  produkcyjne  od tak dawna wspierające przemysł 
zbrojeniowy Imperium powstały w oparciu o bezcenną i często już zapomnianą wiedzę, co 
wielokrotnie uniemożliwiało ich rekonstrukcję. Demontaż i przewiezienie urządzeń na świętą 
ziemię jakiegoś świata Adeptus Mechanicus gwarantowały ponowne ich wykorzystanie w 
przyszłości. 

background image

          Nie   wszystkie   instytucje   imperialne   pracowały   na   tak   ogromną   skalę   jak   Adeptus 
Mechanicus, w przypadku niektórych z nich można zaś było jedynie spekulować na temat 
szczegółów udziału w ewakuacji Belatis.
      Trzy dni wcześniej do imperialnej flotylli dołączyła smukła korweta o pokrytym czarną 
farbą   kadłubie.   Chociaż   bez   wątpienia   był   to   lojalistyczny   okręt,   identyfikujący   się   jako 
Bernardo Gui i  nadający poprawne kody rozpoznawcze,  posiadał  specyfikację  techniczną 
nieznaną większości oficerów marynarki. Obsada mostka Machariusa poświęciła sporo czasu 
na obserwację tajemniczej jednostki.
  - Inkwizycja – szeptali strwożonymi  głosami oficerowie bojąc się nawet w tym miejscu 
wypowiedzieć na głos nazwę sekretnej instytucji.
      Bernardo Gui pozostawał na orbicie nie odpowiadając na żadne radiowe pozdrowienia i 
nie utrzymując łączności z innymi imperialnymi okrętami z wyjątkiem trzech okazji, kiedy 
samotny   wahadłowiec   opuszczał   hangar   korwety   udając   się   na   powierzchnię   planety. 
Wówczas to Bernardo Gui łączył się z Machariusem żądając myśliwskiej eskorty dla promu i 
za każdym razem natychmiast ją otrzymując. Za każdym razem wahadłowiec powracał na 
pokład macierzystej jednostki po zaledwie kilku godzinach. To, co robiła w tym czasie jego 
załoga   –   kogo   lub   co   zabierała   z   powierzchni   Belatis   lub   nawet   tam   pozostawiała   – 
pozostawało   tematem   przyciszonych,   lecz   ożywionych   dysput   w   oficerskich   kwaterach 
krążownika. W przypadku dwóch takich wizyt na powierzchni planety po ich zakończeniu 
okręt Inkwizycji wysyłał też zwięzłe autorytatywne komendy adresowane do kilku cięższych 
jednostek   marynarki,   nakazując   natychmiastowe   silne   bombardowanie   orbitalne   dwóch 
precyzyjnie opisanych koordynatami punktów, przy czym jednym z nich okazało się małe, ale 
gęsto zaludnione miasto na południowym kontynencie Belatis.
     Cokolwiek Inkwizycja robiła na powierzchni Belatis, najwyraźniej nie zamierzała po sobie 
zostawiać żadnych śladów.
     Dwa dni wcześniej inny, równie intrygujący okręt dołączył do imperialnego zgrupowania. 
Patrząc   przez   opancerzone   panoramiczne   okno   na   mostku   Machariusa   Hito   Ulanti 
obserwował   uważnie   masywną   sylwetę   unoszącą   się   na   wysokiej   orbicie   Belatis.   Był   to 
Inviolable Retribution, krążownik uderzeniowy Adeptus Arbites typu Punisher, zbudowany 
na   schemacie   zbliżonym   do   konstrukcji   krążowników   szturmowych   Adeptus   Astartes   i 
pełniący podobną do nich rolę siły szybkiego reagowania oraz osłony desantu planetarnego. 
Ulanti studiował wzrokiem smukłe kształtu  okrętu i jego budzące respekt uzbrojenie, nie 
mogąc   się   jednocześnie   oprzeć   pokusie   ustawicznego   porównywania   jednostki   z   jego 
własnym  krążownikiem.  Okręt Arbites  był  mniejszy i szybszy od krążownika marynarki, 
ciężej za to opancerzony i wyposażony w mordercze baterie pokładowe, lecz Machariusa 
zbudowano   z   myślą   o   dalekich   samodzielnych   misjach   patrolowych,   co   zwiększało   jego 
samowystarczalność   w   kosmosie   i   dawało   dostęp   do   szerszego   wachlarza   osprzętu 
ofensywnego i defensywnego.
 - Pańska opinia, panie Ulanti ?
     Pierwszy oficer nawet nie drgnął słysząc za plecami pytanie kapitana, wciąż obserwował 
przesuwający się powoli obok Machariusa krążownik Arbites.
 - Piękny okręt, kapitanie. Jego dziobowe baterie stanowią równie wielkie niebezpieczeństwo 
dla   statków   kosmicznych   jak   i   celów   planetarnych,   zaś   nietypowa   konstrukcja   sekcji 
napędowej   sugeruje,   że   niemal   zawsze   będzie   posiadał   nad   przeciwnikiem   przewagę 
szybkości i manewrowności. Niemal żal mi tych wrogów Imperatora, którzy będą musieli 
stawić mu czoła.
  -   Lecz   ?   –   w   głosie   kapitana   pojawił   się   ton,   który   ktoś   obcy   mógłby   wziąć   za   ostre 
napomnienie. Ulanti znał jednak dobrze swego przełożonego. Odwrócił się w stronę dowódcy 
z uśmiechem na ustach.

background image

  - Lecz wierzę, że to Macharius wyszedłby zwycięsko z konfrontacji jeden na jednego – 
dostrzegając pytające spojrzenie kapitana pierwszy oficer zaczął wyjaśnienia – Chociaż to 
piękny okręt, jego głównym przeznaczeniem jest łamanie blokad i uderzenia z zaskoczenia. 
Ma niszczyć orbitalne instalacje nieprzyjaciela i szerzyć terror wśród jednostek naziemnych 
wroga, nie zaprojektowano go z myślą o walce przeciwko liniowemu okrętowi kosmicznemu. 
Wątpię,   byśmy   zdołali   podejść   go   tak,   by   wpadł   prosto   na   naszą   salwę   torpedową,   ale 
wyjątkowy brak uzbrojenia defensywnego czyni go niezwykle podatnym na uderzenie eskadr 
bombowych. Decydującymi czynnikami w takiej konfrontacji mogą się też okazać kwestie 
takie jak większa wydajność naszego reaktora, zdolność do wysokiej absorbcji strat wśród 
załogi i lepsza koordynacja ostrzału na dalekim zasięgu.
     Semper pokiwał głową zadowolony z rozważań pierwszego oficera na tem

temat   hipotetycznego   pojedynku   pomiędzy   obydwoma   jednostkami.   Jak   zawsze,   Leoten 
Semper lubił trzymać swych podkomendnych krótko i na baczność, w sposób, który sprawiał, 
że nawet weterani marynarki czuli się w obecności kapitana niczym kadeci Schola Progenium 
stojący w obliczu wyjątkowo wymagającego nauczyciela.
         I jak zawsze, kapitan zakończył swój czas wypoczynku zbyt wcześnie powracając do 
służby na mostku przed wyznaczonym  terminem. Tym razem trzy godziny wcześniej. Od 
dawna postrzegany za osobę wręcz niezmordowaną, Semper jeszcze bardziej zasłużył sobie 
na tę opinię po bitwie o Helię IV i przystąpieniu do ewakuacji Belatis. Ulanti wyczuwał, że 
coś powoduje ustawiczną troskę kapitana,  toteż ucieszył  się skrycie  widząc nieco lżejszy 
humor swego przełożonego.
     Semper przybrał swą zwyczajną nieformalną pozycję stając z założonymi za plecy rękami 
pośrodku mostka i obserwując w milczeniu pracę poszczególnych sekcji kontrolnych. Jeden z 
młodszych   oficerów   wachtowych   podszedł   do   kapitana,   zasalutował   i   wyciągnął   w   jego 
kierunku rękę z elektronicznym notesem, ale Semper chrząknął tylko przecząco i spojrzał na 
swego zastępcę.
 - Panie Ulanti, bieżący raport.
  -   Sytuacja   bez   znaczących   zmian,   kapitanie.   Przystępujemy   do   finalnej   fazy   ewakuacji. 
Frachtowce   Albemarle,   Barham,   Brennus,   Haruna,   Mikasa,   Orlando   i   Tsarevitch   wysłały 
komunikaty   o   zakończeniu   procedury   załadunku   i   gotowości   do   opuszczenia   systemu. 
Oczekujemy   podobnych   zgłoszeń   od   reszty   floty   transportowej   najpóźniej   do   końca 
bieżącego cyklu dziennego.
 - Wewnątrzsystemowa aktywność nieprzyjaciela ?
  -   Drachenfels   oraz   nasze   eskadry   patrolowe   zgłosiły   dwukrotne   nawiązanie   kontaktu 
dalekiego zasięgu z wrogiem. W obu przypadkach były to okręty klasy rajder – odpowiedział 
Ulanti – Do obydwu kontaktów doszło w pobliżu gazowego olbrzyma. Nieprzyjaciel wycofał 
się nie podejmując walki, lecz eskadra Firedrake wciąż prowadzi poszukiwania w miejscu, 
gdzie być może znajduje się sygnatura trzeciego kontaktu.
          Semper   mruknął   coś   nie   okazując   zdziwienia.   Obaj   znali   doskonale   tę   starą   grę   – 
Macharius   spędził   pierwsze   miesiące   wojny   chroniąc   imperialne   konwoje   przed   atakami 
„wilczych   stad”   nękających   szlaki   zaopatrzeniowe.   Korsarskie   statki   nieprzyjaciela 
specjalizowały   się   w   nagłych   uderzeniach   i   odskokach,   testując   zdolności   defensywne 
konwojów, ale umykając na pierwszy znak zdecydowanej obrony. Dwa, a być może nawet 
trzy wrogie okręty zdołały już wślizgnąć się do systemu tworząc forpocztę zbliżającego się 
Niszczyciela   Planet.   Świadomi   rosnącego   zagrożenia,   oficerowie   marynarki   zwiększyli 
poziom czujności.
       Graf Orlok oraz drugi krążownik typu Lunar Borodino zawisły na orbicie parkingowej 
Belatis, ubezpieczając z obu stron ściśnętą armadę statków transportowych. Drachenfels wraz 
z   eskadrą   fregat   typu   Sword   patrolował   obrzeża   systemu   poszukując   śladu   obecności 

background image

nieprzyjacielskich okrętów zwiadowczych, natomiast Macharius krążył na wysokiej orbicie 
planety  wyrzucając  w   głęboką   przestrzeń   swe  pokładowe   bombowce  z   zadaniem  eskorty 
Drachenfelsa oraz myśliwce mające osłaniać mrowie wahadłowców kursujących ustawicznie 
pomiędzy   orbitą   parkingową   i   powierzchnią   globu.   Jak   dotąd   cała   operacja   przebiegała 
zgodnie   z   planem,   chociaż   brak   odpoczynku   i   stan   podwyższonego   pogotowia   zaczynał 
odciskać coraz większe piętno na organizmach pilotów Furii i Starhawków.
 - Status pokładowy ? – zapytał Semper.
  -   Satysfakcjonujący   –   odparł   pierwszy   oficer   –   Magos   Castaboras   zgłosił   ukończenie 
bieżących   napraw   i   przetestowanie   wszystkich   systemów,   nalega   jednak   na   dokonanie 
kapitalnego przeglądu jednostki po najbliższym wejściu do doków – Ulanti urwał na moment. 
Semper natychmiast uchwycił nutę wahania w jego tonie.
 - Mimo to pojawił się gdzieś potencjalny problem, prawda, panie Ulanti ? Proszę mi o nim 
opowiedzieć.
 - Główny oficer medyczny Littorio zgłosił pojawienie się zakaźnej choroby wśród członków 
niektórych   grup   roboczych.   Do   tej   pory   udało   się   ograniczyć   rejon   objęty   dozorem 
medycznym do trzech pokładów na niższych poziomach okrętu. 
     Semper zmarszczył gniewnie czoło. Wybuchy epidemii i chorób były zjawiskiem częstym 
na pokładach kosmicznej marynarki, zwłaszcza w nie spełniających sanitarnych wymogów 
pomieszczeniach na dolnych poziomach jednostek, ale kapitan chlubił się dotąd komendą nad 
relatywnie czystym okrętem. 
 - Co główny oficer medyczny może powiedzieć na temat tej zarazy ? Czy aby nie wniósł jej 
na pokład jeden z rozbitków z Tonnenta ?
  -   To   możliwe,   sir.   Większość   marynarzy   podjętych   z   Tonnenta   została   skierowana   do 
uzupełnienia strat na tych poziomach, które zostały teraz objęte kwarantanną – odparł Ulanti 
– Życzy pan sobie podjąć jakieś dodatkowe środki zapobiegawcze ?
  - Zwiększyć stopień kwarantanny i wysłać tam żołnierzy ochrony. Mają zidentyfikować i 
zlikwidować źródło epidemii. Przekazać Littorio, że oczekk
kuję   pełnego   raportu   na   temat   przyczyn   i   symptomów   choroby   tak   szybko   jak   to   tylko 
możliwe. 
          Ulanti   skinął   twierdząco   głową,   w   tej   samej   jednak   chwili   odezwał   się   oficer 
komunikacyjny przerywając dalszą rozmowę na temat zarazy.
  -   Kapitanie,   pokład   Grafa   Orloka   właśnie   opuścił   prom   wiozący   adepta   Hyugę   z 
Departmento Munitorium. Pilot prosi o pozwolenie na lądowanie, a czcigodny adept Hyuga 
domaga się natychmiastowego spotkania z panem. Jakie są rozkazy ?
          Ulanti   zerknął   na   Sempera   nie   dostrzegając   już   na   twarzy   kapitana   żadnego   śladu 
wcześniejszego dobrego humoru i wyobrażając sobie w myślach najbliższe sercu Sempera 
rozkazy.   Coś   w   postaci   Uzbroić   wieżyczki   antyrakietowe   i   strzelać   wedle   uznania   nie 
mijałoby się specjalnie z prawdą, pomyślał pierwszy oficer znając doskonale niechęć kapitana 
do przedstawicieli imperialnego aparatu biurokratycznego, a do adepta primus  Ferdinanda 
Hyugi,   notabla   Departmento   Munitorium   odpowiedzialnego   za   koordynację   przebiegu 
ewakuacji Belatis, w szczególności 
  - Wysłać pozwolenie na lądowanie – westchnął Semper – Wystrzelić eskadrę myśliwską, 
niech eskortuje naszego czcigodnego gościa aż do hangaru. Panie Ulanti, proszę sformować 
straż honorową i powitać go na pokładzie z całą tą pretensjonalną pompą jakiej oczekuje. 
Proszę też odnaleźć komisarza Kyogena i poprosić go o stawienie się na spotkaniu w moim 
prywatnym apartamencie. Tam dowiemy się, czego czcigodny adept od nas chce.

* * * * *

background image

         Lecący w szpicy formacji Starhawk przeczesywał swymi  skanerami pustkę kosmosu 
szukając   śladu   sygnatury   rajdera.   Ostatnie   raporty   mówiły   o   pełnym   odwrocie 
nieprzyjacielskiej   jednostki,   wycofującej   się   przed   bateriami   Drachenfelsa   w   pobliże 
gazowego   olbrzyma.   Wrogi   rajder   zniknął   z   ekranów   skanerów,   prawdopodobnie 
ograniczając   do   minimum   emisję   energetyczną   i   dryfując   w   stronę   pola   zakłóceń 
elektromagnetycznych   generowanych   przez   gazową   planetę   lub   pasów   asteroidów 
tworzących obiegające olbrzyma pierścienie. Siedem wchodzących w skład eskadry Firedrake 
bombowców – pośpiech w tranzycie na Belatis uniemożliwił uzupełnienie poniesionych nad 
Helią   IV   strat   –   leciało   w   szerokiej   formacji   patrolowej,   z   włączonymi   na   pełną   moc 
przednimi   sensorami.   Maszyny   docierały   szybko   do   krawędzi   zasięgu   operacyjnego. 
Dowódca  eskadry  zdawał  sobie  sprawę  z  faktu,  iż  musi   odnaleźć   szybko  swą ofiarę   lub 
zawrócić żywiąc nadzieję, że pozostałe mu zapasy paliwa i tlenu wystarczą na powrót na 
Machariusa. 
         Siedzący w kokpitach sześciu pozostałych  bombowców  piloci  uważnie  obserwowali 
odczyty kursu i prędkości, co chwila zerkając na przemian na ekrany sensorów i kontrolki 
poziomu   paliwa.   Oczekiwany   przez   wszystkich   komunikat   nadszedł   pośród   trzasku 
radiowych zakłóceń. 
 - Dowódca do eskadry. Przestrzeń jest czysta. Zmiana szyku i powrót do hangaru.
          Po   kolei   każdy   Starhawk   odpalił   swe   silniki   hamujące,   a   zaraz   potem   korekcyjne, 
zawracając w ślad za prowadzącą maszyną w kierunku odległego macierzystego krążownika. 
Nawigatorzy bombowców pośpiesznie wyłączali lub redukowali poziom mocy aktywnych 
sensorów zmniejszając emitowaną przez swe maszyny sygnaturę energetyczną i zwiększając 
w ten sposób szansę na przetrwanie długiej niebezpiecznej podróży na Machariusa.

* * * * *

         Ciemny kształt  rajdera dryfował  pośród brył  skał i zamarzniętej  wody w jednym  z 
pierścieni gazowego olbrzyma.  Dowódca okrętu typu  Infidel jedynie  częściowo odczuwał 
ulgę   z   powodu   odwrotu   nieprzyjacielskich   bombowców,   rezygnujących   z   dalszych 
poszukiwań i zmierzających z powrotem na pokład swej jednostki macierzystej. Oficer był 
przekonany,   że   jego   laserowe   baterie   i   działka   antyrakietowe   bez   trudu   zniszczyłyby 
wszystkie Starhawki, gdyby te weszły w zasięg ognia rajdera. Lecz wciąż istniało ryzyko, że 
któryś z pilotów zdołałby nadać komunikat ostrzegawczy na pokład jednego z imperialnych 
liniowców, a kapitan Chaosu otrzymał  wcześniej jasne rozkazy – miał unikać kontaktu z 
nieprzyjacielem tak długo jak tylko było to możliwe.
          Przyczyna   tak   skrupulatnej   konspiracji   była   prosta.   W   obrębie   systemu   Belatis   nie 
znajdowały   się   jedynie   okręty   zwiadowcze   Chaosu.   Wisząc   tuż   nad   górnymi   warstwami 
atmosfery   gazowego   olbrzyma,   w   maskujących   oparach   metanu   i   wodoru,   za   ekranem 
potężnych elektromagnetycznych sztormów ukrywało się pięć dalszych rajderów i jeden okręt 
liniowy – krążownik typu Murder Charybdis. 
         Wszystkie okręty wślizgnęły się w obręb systemu kilka tygodni wcześniej. Wszystkie 
wyskoczyły z Osnowy daleko poza powszechnie przyjętymi strefami skokowymi, po czym 
weszły w powolny dryf  ze zredukowaną do minimum pracą systemów  pokładowych.  Ich 
załogi oczekiwały na przyby- cc
cie   Niszczyciela   Planet;   obserwowały   cierpliwie   sługusów   fałszywego   Imperatora 
próbujących przeciwstawić się woli Abaddona i uratować garstkę żałosnych pobratymców z 
powierzchni skazanej na śmierć planety.
         Wszelkie życie na Belatis miało zostać unicestwione. Nikt nie miał prawa uciec. Tak 
nakazał Abaddon i już wkrótce ukrywająca się flotylla Chaosu miała dopilnować realizacji 
tego rozkazu.

background image

* * * * *

     Ciepło. Ciemność. Poczucie bezpieczeństwa. Żywność.
     Takie były priorytety rządzące stworem i takie właśnie warunki odkrył on w swym nowym 
domu. Jego wcześniejszy dom – żywa istota, która przeniosła go w swym wnętrzu pomiędzy 
te   metalowe   ściany   –  leżała   porzucona   gdzieś   wśród   ciemności.   Nie   przypominające   już 
prawie wcale żywego stworzenia, gnijące rozczłonkowane szczątki nosiciela stanowiły źródło 
tak niezbędnego pożywienia w przeciągu kilku dni po narodzinach stwora.
     Stwór ledwie pamiętał tamte dni. Jego nosiciel znalazł dobre miejsce do narodzin, ciemną i 
rzadko odwiedzaną odnogę w plątaninie korytarzy i rur na poziomie technicznym  okrętu. 
Ukrywając   się   za   kratownicą   tłoczących   parę   rur   nosiciel   rozpoczął   ostatnią   fazę 
transformacji, rozmyślnie odgryzając sobie wcześniej język, by miejsca jego kryjówki nie 
zdradziły krzyki cierpienia. Kiedy w końcu umarł, ciepło i wilgoć doprowadziły do szybkiego 
rozkładu zwłok ułatwiając dojrzewającej we wnętrzu trupa istocie wydarcie sobie drogi na 
zewnątrz. 
         Stwór z miejsca zaczął absorbować martwą tkankę swego rodzica. To właśnie wtedy, 
konsumując   rozkładającą   się   masę   będącą   wcześniej   mózgiem   nosiciela,   istota   spożyła 
komórki odpowiedzialne za kumulację informacji i poznała w ten sposób swe imię.
     Siewca Zarazy.
     Stwór polubił tę nazwę. Dawała mu poczucie tożsamości i zdradzała zarazem cel istnienia. 
Zdobywszy tak cenne informacje, istota przystąpiła do realizacji swojego zadania.
         Chociaż całe swe krótkie życie spędziła w ciemnościach, instynktownie wyczuwała w 
swym otoczeniu obecność innych białkowych organizmów podobnych w budowie do tego, 
który   ją   zrodził.   Oprócz   swego   miana   stwór   odziedziczył   po   wspomnieniach   rodzica 
przemożny   lęk   przed   odkryciem,   toteż   działał   w   sposób   skryty   i   niezwykle   ostrożny. 
Zostawiał swą wydzielinę w przewodach wentylacyjnych, wiedząc, iż cyrkulatory powietrza 
przeniosą chorobotwórcze zarodniki do innych części okrętu, odległych od miejsca, w którym 
je rozsiano. Rozcierał śluz na korytarzach, przez które przechodziła zwierzyna. Wiedział też, 
gdzie ofiary przechowują swe zapasy wody pitnej i żywności, świadom faktu, że dostanie się 
do tych miejsc zapewni mu możliwość szerzenia zarazy na daleko większą skalę. Stworzenie 
zdawało   sobie   jednak   sprawę,   że   składy   te   są   dobrze   strzeżone,   a   zdemaskowanie   jego 
obecności w tak wczesnej fazie rozwoju groziło poważnymi konsekwencjami.
         Niebawem miał nadejść czas na bardziej zdecydowane działania, wpierw jednak stwór 
musiał ulec rozmnożeniu. A to wymagało zdobycia większej ilości surowców. 
     Więcej pokarmu.
         Światło i dźwięki dobiegające z głębi korytarza natychmiast zaalarmowały wyczulone 
zmysły   stwora.   Poruszając   się   z   niezwykłą   szybkością   bestia   podskoczyła   w   miejscu   i 
podciągnęła   się   pomiędzy   dwie   biegnące   pod   sufitem   metalowe   rury   wywietrzników. 
Dygocząc ze strachu odziedziczonego po swym słabym rodzicu stwór patrzył na dwie postaci 
zbliżające   się   środkiem   korytarza.   Wchłonięta   wiedza   nosiciela   podpowiadała   mu,   że 
zwierzyna  jest uzbrojona. Jaskrawe snopy światła tryskające  z rąk istot były latarkami, a 
dziwne obiekty na ich twarzach respiratorami. Ludzie świecili latarkami w każdy zakamarek 
korytarza   przetrząsając   wszelkie   jego  odnogi   i  schowki.  Kolejny dreszcz  lęku   wstrząsnął 
ciałem stwora. Działał dotąd w ostrożny sposób, lecz wiedział, że część zwierzyny padła już 
ofiarą jego zarodników. Czy jego obecność została odkryta ? Czy zwierzyna rozpoczęła na 
niego łowy ?
         Ludzie przeszli pod tkwiącym między rurami stworem, jeden z nich przez przypadek 
omiótł plątaninę metalu nad swą głową snopem silnego światła. Istota zareagowała na ten akt 

background image

niezamierzonej agresji instynktownie, powodowana impulsem nie pochodzącym od nosiciela, 
lecz czegoś znacznie potężniejszego i bardziej przerażającego.
      Stwór wyrzucił w dół jedną ze szponiastych łap i zacisnął ją na szczęce bliższej ofiary 
wbijając pazury głęboko w gardło człowieka. Jednym szarpnięciem silnego ramienia bestia 
oderwała ściskaną szczękę wraz ze sporą częścią czaszki zwierzyny. Ofiara padła na plecy 
miotana konwulsjami, jej palce zacisnęły się kurczowo na spuście broni. Był to pierwszy 
wystrzał jaki w swym życiu usłyszał stwór. Wzdrygnął się na dźwięk hałasu przenikającego 
jego delikatne zmysły.
     Przełamując szok stworzenie zeskoczyło szybko ze swej kryjówki, jedaaa
nym   machnięciem   łap   odrzucając   za   grzbiet   zwłoki   upolowanej   zwierzyny.   Druga   ofiara 
wydawała z siebie dzikie, zduszone respiratorem dźwięki, ale i tak zdołała zaskoczyć stwora 
błyskawicznym ruchem swej broni. Podnosząc lufę człowiek wypalił niemal z przystawienia 
w tors istoty.
          Bestia   poczuła   żar  metalowych   obiektów  przenikających  jej  ciało,  lecz   pozbawione 
krwotoków  rany zaczęły się niemal  natychmiast  zasklepiać.  Stwór nie odczuwał żadnych 
emocji  zakodowanych  w  umyśle  nosiciela  pod mianem  bólu. Skoczył  do przodu tłumiąc 
krzyki zwierzyny mackowatą kończyną wepchniętą głęboko w gardło człowieka, drugą łapą 
przebił   jego   klatkę   piersiową   wyrywając   bijące   jeszcze   serce.   Umysł   stwora   pulsował 
gniewem na wspomnienie  fałszywych  informacji przekazanych  mu  przez mózg rodzica – 
gdyby wiedział, że zwierzyna jest tak łatwa do upolowania, nigdy nie czułby przed nią swego 
pierwotnego lęku.
          Działając   szybko   i  bezgłośnie  stwór  pochwycił   zwłoki  swych   ofiar  i   powlókł   je  w 
ciemność korytarza. Zdobył tak potrzebne mu pożywienie.
     By móc się rozrastać.
     By moc się mnożyć.

* * * * *

          Reth   Zane   obudził   się   nękany   sennym   koszmarem.   Przez   kilka   sekund   mrugał 
zastanawiając się, gdzie właściwie jest, myląc  półmrok nocnego cyklu kwatery pilotów z 
dawną celą  nowicjusza na Sacra Evangeliście.  Potrząsnął  głową próbując otrząsnąć się z 
przemożnej   dezorientacji   powodowanej   brakiem   odpoczynku   i   wyczerpaniem   nadmierną 
liczbą odbytych w ostatnich godzinach misji bojowych.
     Wyślizgnął się ze swej pryczy podchodząc do niewielkiej kapliczki urządzonej obok szafki 
z prywatnymi rzeczami. Jeden z innych lotników – najprawdopodobniej Lutjens, irytująco 
gadatliwy   nawigator   Altomare   –   rzucał   się   przez   chwilę   na   łóżku   mamrocząc   coś 
niezrozumiale we śnie, po czym znieruchomiał ponownie. Oni też to poczuli, pomyślał Zane. 
Pomimo zażytych narkotyków, powszechnie stosowanych wśród próbujących neutralizować 
efekty bojowych stymulatorów lotników, inni śpiący w pomieszczeniu mężczyźni również 
wyczuwali aurę, która obudziła nieoczekiwanie Zane.
          Pilot   uklęknął   przed   kapliczką   przesuwając   spojrzeniem   po   niewielkich   ikonach 
ustawionych   na   jej   ołtarzyku.   Trzy   święte   oblicza   Imperatora:   Śmiertelnego, 
Wniebowstępującego   i   Boskiego.   Błogosławiona   Helena   z   Adepta   Sororitas,   umęczona   i 
zbezczeszczona przez heretyków, uważana powszechnie za jedną z największych bohaterek 
wśród Obrońców Wiary. Zane do niej właśnie skierował swe modlitwy, szukając odpowiedzi 
na dręczące go coraz mocniej złe przeczucia.
      Coś było nie tak, był tego pewien. Gdzieś w pobliżu czaiło się niebezpieczeństwo. Być 
może  na zewnątrz, w  kosmicznej  pustce, być  może  na powierzchni  planety.  Lub jeszcze 
bliżej, na pokładzie samego Machariusa.
     Działo się coś bardzo niedobrego.

background image

* * * * *

         Kiedy wahadłowiec wystrzelił z hangaru krążownika, czekająca na niego trójka Furii 
przerwała zawis w próżni i gwałtownie przyśpieszając zajęła pozycje wokół promu. Tworząc 
ścisłą   formację   wszystkie   cztery   maszyny   pomknęły   ku   widocznej   w   dole   powierzchni 
planety.
      Siedzący wewnątrz wykonanej z titanium kabiny pasażerskiej kapitan Semper przysunął 
się   do   niewielkiego   okienka,   by   rzucić   spojrzeniem   na   oddalający   się   wolno   kształt 
Machariusa.
         Minęło wiele miesięcy od ostatniego razu, kiedy przyszło mu opuścić pokład swego 
okrętu, a jeszcze więcej czasu upłynęło od chwili, kiedy poprzednio miał okazję postawić 
nogę na powierzchni jakiejś planety, toteż bez wahania wykorzystał rzadką sposobność do 
przestudiowania linii swej jednostki. Na dziobie krążownika znajdował się znajomy kształt 
opancerzonego   tarana,   grubego   na   wiele   metrów   i   wykonanego   z   wzmocnionego 
adamantium, najtwardszego materiału znanego ludzkim naukowcom. Rufę wieńczyły wyloty 
gigantycznych   turbin   plazmowych,   które   wraz   z   samym   generarium   oraz   podzespołami 
napędu podprzestrzennego zajmowały blisko jedną trzecią tonażu krążownika. Pomiędzy tymi 
dwoma elementami znajdował się główny kadłub jednostki: tuziny pokładów artyleryjskich i 
arsenałów, hangarów i warsztatów naprawczych, ładowni i magazynów, kajut mieszkalnych i 
izolatek, kaplic i aresztów.
      Wzrok Sempera wędrował po masywnym kadłubie okrętu, prześlizgując się po licznych 
starych   szramach   znaczących   pancerne   poszycie   burt,   świadczących   o   chlubnej   historii 
jednostki. W imperialnej marynarce nie sposób było znaleźć dwóch identycznych okrętów, 
nawet   jeśli   należały   one   do   tego   samego   typu   i   klasy.   Setki,   a   często   nawet   tysiące   lat 
modyfikacji i napraw, zazwyczaj wykonywanych w oparciu o lokalne materiały i techniki 
decydowały o wizualnej odmienności poszczególnych jednostek, chociaż general
ralnie zachowywały one stale swą pierwotną specyfikację techniczną. Semper był pewien, że 
nawet   stając   w   obliczu   całej   floty   Segmentum   Obscurus   byłby   w   stanie   bez   wahania   i 
bezbłędnie wskazać dłonią znajdujący się w jej szeregach własny okręt, tak doskonale znał 
jego indywidualne cechy wyglądu.
      Ponad dziesięć tysięcy ludzkich dusz żyło w tych opancerzonych ścianach, od Sempera 
poczynając,   a   na   najniższym   stopniem   marynarzu   i   serwitorze   kończąc   –   liczba 
przewyższająca stan największych gwardyjskich regimentów, a wielu spośród tych dziesięciu 
tysięcy ludzi posiadało podwójną wartość będąc wyszkolonymi  w walkach abordażowych 
żołnierzami.   Kapitanowie   imperialnej   marynarki   kosmicznej   z   pewnością   dysponowali 
potencjałem bojowym dalece przewyższającym możliwości niejednego pułkownika Gwardii. 
Ciężkie baterie artyleryjskie ich okrętów mogły równać z ziemią całe metropolie. Pokładowe 
lotnictwo – a sam Macharius miał na pokładzie ponad sto maszyn – mogło przemierzać całe 
systemy w poszukiwaniu celu, a podprzestrzenne silniki pozwalały szybko przemieszczać się 
pomiędzy odległymi krańcami galaktyki. Co więcej, na pokładzie krążownika znajdowały się 
ładownie pasażerskie pozwalające zakwaterować dodatkowe tysiące pasażerów – nawet pełny 
regiment Gwardii w razie takiej konieczności – umożliwiające przewiezienie ich z jednego 
systemu do drugiego z prędkością nieporównywalnie wyższą od tej oferowanej przez ociężałe 
powolne statki transportowe.
     Żaden inny imperialny dowódca nie posiadał na swe rozkazy takiej potęgi, nikomu innemu 
nie   powierzano   tak   imponujących   narzędzi   zniszczenia.   „Stanąć   jedną   stopą   na   Złotym 
Tronie” – tak brzmiało tylko półżartem wypowiadane spostrzeżenie imperialnych kapitanów, 
wymieniane cichym tonem w bardzo prywatnych i pozasłużbowych rozmowach. 

background image

     Świadomość ta jeszcze bardziej podsycała bezradność i gniew Leotena Sempera na myśl o 
jego aktualnej sytuacji.
         Przywołał w myślach słowa Hyugi wypowiedziane zaraz po przybyciu przedstawiciela 
Departmento Munitorium na pokład Machariusa.
 - Odbyłem właśnie rozmowę z gubernatoremregentem Belatis. Jego ekscelencja życzy sobie 
obecności w trakcie ewakuacji równego mu rangą przedstawiciela floty ratunkowej. Ponieważ 
jest członkiem korpusu Adeptus Civitas o randze planetarnego przywódcy, przysługuje mu 
takie prawo i dał mi jasno do zrozumienia, iż życzy sobie z niego skorzystać. Kapitan Ramas 
z Drachenfelsa jest najwyższym  stopniem oficerem marynarki  we flocie, jednakże pewne 
praktyczne kwestie związane z jego obrażeniami wojennymi, a także inne czynniki... – Hyuga 
urwał na moment i zaczerwienił się ledwie zauważalnie. Semper omal się nie uśmiechnął 
wyobrażając   sobie   w   myślach   popędliwego   kapitana   próbującego   podołać   delikatnym 
aspektom misji dyplomatycznej.
  - Jak już wspomniałem, istnieją pewne czynniki, które niestety uniemożliwiają kapitanowi 
Ramasowi wypełnienie tego zadania, toteż obowiązek spada na osobą następną w hierarchii 
służbowej. Czyli pana, kapitanie Semper.
      W prywatnej kwaterze kapitana zapadła niezręczna cisza. Trzej oficerowie marynarki – 
Semper, Ulanti i komisarz Kyogen – patrzyli na biurokratę pełnym niedowierzania i rosnącej 
niechęci   wzrokiem.   Nie   ufając   zdolności   do   panowania   nad   własnym   językiem   Semper 
spojrzał   na   Ulantiego.   Pierwszy   oficer,   wychowanek   necromundiańskiej   arystokracji,   był 
bardziej biegły w kwestiach stosownego wysławiania się i formalnej etykiety.
  - Czcigodny adepcie Hyuga – zaczął grzecznym tonem Ulanti – Znajdujemy się w trybie 
pełnej  gotowości  bojowej  i  najpewniej  pozostaniemy   w  nim  do  czasu  skoku  w  Osnowę. 
Prowadzimy   nieustanne   misje   patrolowe   z   wykorzystaniem   lotnictwa   pokładowego, 
nadzorujemy również finalne przygotowania do opuszczenia orbity przez flotę ewakuacyjną. 
W obrębie tego systemu już ukrywa się kilku nieprzyjacielskich okrętów zwiadowczych, a w 
każdej   chwili   z   podprzestrzeni   może   wyjść   pełna   flota   wroga   z   jego   nową   niezwykłą 
platformą   bojową   na   czele   –   Ulanti   zawiesił   na   moment   głos   patrząc   prosto   w   oczy 
dygnitarza, po czym przyjął bardziej ostry ton – I teraz, w samym środku tego zamieszania, 
przybywa pan nas poinformować, że kapitan Semper musi porzucić swe obowiązki, by wziąć 
udział   w   jakimś   bezsensownym   trywialnym   przedsięwzięciu   natury   dyplomatycznej   ku 
satysfakcji lokalnego urzędnika Imperium ?
      Hyuga łypnął nieprzychylnym wzrokiem na pierwszego oficera, prostując nieświadomie 
swą niską niepozorną postać. Niewielki, łysawy i bezbarwny biurokrata odpowiedzialny był 
za   sprawy  organizacyjne   i   zaopatrzenie   formacji   militarnych   Imperium.   Członkowie   tego 
potężnego   departamentu   Administratum   nosili   zazwyczaj   proste   szaty   adeptów   lub   w 
przypadku potomków  któregoś z arystokratycznych  Domów  odpowiednie płaszcze będące 
symbolem   ich   przynależności   rodowej,   Hyuga   natomiast   miał   na   sobie   ekstrawagancki 
mundur wojskowy, w opinii wszystkich trzech oficerów zapewne własnoręcznie przez siebie 
zaprojektowany. Insygnia na wysokim kołnierzu i epoletach uniformu informowały, że ich 
właściciel   posiada   honorową   rangę   pułkownika   Imperialnej   Gwardii.   Pierś   mężczyzny 
zdobiły rzędy odznaczeń i dekoracji, których żaden z oficerów nie potrafił zidentyfss
fikować,   a   które   zapewne   nadawano   wyłącznie   za   czyny   dokonane   z   dala   od   wszelkich 
bitewnych pól.
  - Rodzina Sarro służy Imperium od setek lat – odparł Hyuga – Jej członkowie posiadają 
prawo   do   skorzystania   z   przywileju   nadanego   mocą   prawa,   zwłaszcza   w   chwili 
przymusowego   zaprzestania   dalszej   ofiarnej   służby   na   tej   planecie.   Przeprowadziłem 
konsultacje z dowódcą Arbites na Belatis i również w jego opinii formalne przeprowadzenie 
całej ceremonii wywrze pozytywny skutek na postępy procedury ewakuacyjnej. 

background image

  -   Zatem   dobrze   –   oświadczył   chłodno   Semper   obliczając   w   myślach   czas,   jaki   miał 
zmarnotrawić   na   udział   w   tej   niepotrzebnej   i   ryzykownej   farsie   odrywającej   go   od 
poważniejszych obowiązków – Panie Ulanti, przejmuje pan mostek do chwili, kiedy wraz z 
czcigodnym adeptem powrócimy z naszej podróży na powierzchnię planety.
  -   Źle   się   zrozumieliśmy,   kapitanie   –   uśmiechnął   się   wyrozumiale   Hyuga   –   Obowiązki 
zmuszają mnie do powrotu na pokład Grafa Orloka natychmiast po zakończeniu tej rozmowy. 
Wciąż pozostaje wiele kwestii do uregulowania przed ostatecznym zamknięciem procedury 
ewakuacji. 
 - Obawiam się, że to niemożliwe – teraz to Semper uśmiechnął się nieznacznie, chociaż w 
jego   grymasie   trudno   byłoby   znaleźć   ślad   wyrozumiałości   –   Ten   okręt   jest   objęty 
kwarantanną,   zatem   nie   mogę   panu   pozwolić   na   przeniesienie   się   na   inną   jednostkę 
marynarki. Jestem pewien, że tak rygorystycznie przestrzegający regulaminu kapitan jak von 
Blucher będzie zdecydowanie przeciwny potencjalnemu wniesieniu na jego pokład zarazy.
  - Kwarantanna ? Zaraza ? – wymamrotał Hyuga, zbyt zaskoczony słowami kapitana, by 
wyłapać w jego głosie ton pogardy wobec przesadnej ostrożności von Bluchera, w opinii 
wielu kapitanów graniczącej wręcz z tchórzostwem. 
  - Na niższych pokładach wybuchła epidemia. Pan Ulanti właśnie mnie informował o tym 
fakcie, kiedy pański prom poprosił o pozwolenie na lądowanie.
 - Potwierdzam – odezwał się pierwszy oficer w mig odgadując intencje swego przełożonego 
–   To   jakaś   wysoce   zakaźna   choroba,   skutecznie   utrudniająca   naszemu   personelowi 
medycznemu całkowitą jej likwidację. Chociaż ryzyko zainfekowania pana organizmu wciąż 
jest niewielkie, dłuższy pobyt na pokładzie Machariusa znacząco je podniesie. A ponieważ 
przepisy regulujące kwestie kwarantanny zabraniają panu powrotu na Grafa Orloka...
 - Pojawia się sposobność do wspólnej podróży na powierzchnię Belatis – dokończył Semper 
– W ten sposób nie tylko spotka mnie zaszczyt eskortowania gubernatoraregenta na orbitę 
parkingową, ale też będę miał przyjemność przyczynić się do zapewnienia bezpieczeństwa 
pańskiej własnej osobie.
      Na samą myśl o postawieniu stopy na pustoszonym domową wojną świecie z pobladłej 
nagle twarzy dygnitarza odpłynęła cała krew. Rozglądając się panicznie wokół urzędnik wbił 
wzrok w postać milczącego cały czas Kyogena.
 - Komisarzu – wybuchnął gwałtownie – To oburzające ! Żądam, aby natychmiast dopilnował 
pan mojego bezpiecznego tranzytu na pokład Grafa Orloka !
     Kyogen, górujący swą sylwetą nad niskim biurokratą, przesunął w zamyśleniu wzrokiem 
po rzędach odznaczeń Administratum. Na jego własnej piersi wisiał Order Gwiazdy Gothicu, 
najwyższe odznaczenie za odwagę nadawane w granicach sektora, podobny medal wieńczył 
uniform Sempera. Żaden z oficerów nie nosił tego orderu z próżnej pychy, raczej stanowił on 
narzędzie podkreślające ich autorytet u niższych stopniem marynarzy.
 - Wybuchła epidemia i regulamin marynarki ściśle określa postępowanie w takim przypadku. 
Moim obowiązkiem jest nadzór nad realizacją postanowień tego regulaminu, również siłą, 
jeśli jest to konieczne – Kyogen postąpił krok do przodu pochylając się nad Hyugą – Lepiej 
pan zrobi lecąc z kapitanem, czcigodny adepcie. Kto wie, może po tej podróży zyska pan 
prawo do przypięcia sobie prawdziwego odznaczenia ?

* * * * *

          Semper   odwrócił   szybko   wzrok   widząc   wciąż   śnieżnobiałe   rysy   twarzy   urzędnika 
oplecionego pasami bezpieczeństwa w fotelu po drugiej stronie kabiny. Dwaj asystenci Hyugi 
siedzieli po jego bokach, równie zalęknieni i zdenerwowani jak ich przełożony. Temperatura 
wewnątrz   kabiny   podskoczyła   zauważalnie,   a   cały   wahadłowiec   trząsł   się   i   dygotał   pod 
wpływem   szybkiego   wejścia   w   studnię   grawitacyjną   planety.   Wszyscy   trzej   pracownicy 

background image

Administratum   sprawiali   wrażenie   święcie   przekonanych,   że   prom   zaraz   rozsypie   się   w 
drobne kawałki.
          Zapewne   przyzwyczaili   się   do   łagodniejszych   lądowań   na   pokładach   luksusowych 
promów   Administratum,   stąd   ten   strach   w   obliczu   bojowego   zrzutu   na   wahadłowcu 
marynarki w samym sercu strefy frontowej, pomyślał Semper.
     Oprócz kapitana i notabli Departmento Munitorium w kabinie siedziało cz

czterech innych pasażerów. Wszyscy z nich mieli na sobie granatowe mundury z niebieskimi 
opaskami oficerów porządkowych. Trzej mężczyźni służyli w oddziałach ochrony i od dawna 
stanowili   straż   przyboczną   Sempera   krążącą   za   nim   ustawicznie   po   całym   Machariusie. 
Kapitan zastanawiał się od czasu do czasu, który z tych lojalnych, ale niezbyt błyskotliwych 
strażników   był   sekretnym   informatorem   komisarza   Kyogena,   donoszącym   mu   o   każdym 
ruchu i słowie dowódcy krążownika. Najpewniej Rahn – najbystrzejszy z całej trójki – a może 
nawet wszyscy.
     Jaka nie byłaby prawda, wszyscy trzej siedzieli teraz w grupie gapiąc się z nieprzyjazną 
podejrzliwością na czwartego współtowarzysza podróży rozwalonego wygodnie kilka foteli 
wcześniej.   Potężnie   umięśniona   sylweta   mężczyzny   z   trudem   mieściła   się   w   szwach 
uniformu,   na   jego   nadgarstkach   i   karku   dostrzec   można   było   tatuaże   stranivarskich 
gangsterów   i   więzienne   emblematy   z  Lubiyanki.   Roztaczając   wokół   delikatny,   ale   wciąż 
rozpoznawalny zapach przeżytego korzenia tajii Maxim Borusa stanowił silny kontrast w 
stosunku do swych towarzyszy służby.
         Semper wciąż nie był pewien, dlaczego w ostatniej chwili uległ naciskom zastępcy i 
zgodził się dołączyć do swej straży przybocznej osobistego ochroniarza pierwszego oficera. 
Strażnik okazał się odstraszającym swą aparycją drabem, niewiele mniej barbarzyńskim od 
przymusowych   robotników  mozolących   się  na  dnie  kadłuba   krążownika.   Imperator   jeden 
wiedział jak ten człowiek zdołał dosłużyć się rangi oficera porządkowego, ale emanował aurą 
podstępnej   drapieżności   i   ponadprzeciętnej   inteligencji   i   Semper   musiał   się   zgodzić   z 
argumentacją Ulantiego twierdzącego, że Borusa jest człowiekiem, którego warto mieć po 
swojej stronie. Był to najwyraźniej jeden z tych rzadko spotykanych urodzonych szczęściarzy, 
którzy potrafili  wyjść  cało  z każdej  opersji i jeśli towarzyszący im człowiek  trzymał  się 
takiego osobnika dostatecznie blisko, miał szansę również wynieść cało głowę. 
         Semper wyjrzał z powrotem przez niewielkie okienko w burcie promu. Wahadłowiec 
przebijał się właśnie przez grube warstwy chmur zasnuwających równikowe okolice planety 
w okresie sezonu deszczowego. Przez kolejne kilka minut kapitan nie widział praktycznie nic, 
dopóki znienacka wahadłowiec nie znalazł się poniżej dywanu chmur i przed oczami oficera 
nie rozpostarła się panorama Madiny.
         Semper ujrzał rozległe dzielnice mieszkalne i przemysłowe otaczające wysoki masyw 
skalny,   na   którym   wznosił   się   pałac   gubernatoraregenta.   Szerokie   promenady   przecinały 
wszystkie   dystrykty  krzyżując   się  ze  sobą.  Semper   dostrzegł   długie   kolumny  uchodźców 
tłoczące się na ulicach i rzędy barykad zamykające część przejść w nadziei na powstrzymanie 
dalszego napływu ludności cywilnej do stolicy.  Nawet z wysokości kilku tysięcy metrów 
kapitan   widział   wyraźnie   ogniki   wystrzałów   i   przelewające   się   ludzkie   tłumy   znaczące 
miejsca zaciekłych walk o wolne przejście. Metropolia naznaczona była licznymi szramami 
wojny   domowej.   W   wielu   miejscach   szalały   pożary,   niektóre   dzielnice   zmieniły   się   w 
gruzowiska, większość przerzuconych  nad stołeczną rzeką  mostów  runęła do wody,  a na 
północnym brzegu wielki kompleks przetwórczy stał w płomieniach zasnuwając przestworza 
kłębami   tłustego   toksycznego   dymu,   pełzającego   nad   jedną   czwartą   metropolii   i   częścią 
odległych przedmieść.
      Obserwując oznaki ewidentengo chaosu panującego nie tylko w samej Madinie, ale i w 
innych miastach całej planety, Semper poczuł nawrót silnej depresji. Ataki przygnębiającej 

background image

rozpaczy dręczyły go przy każdej zadumie na temat toczonej wojny, zdradliwego losu i – 
zwłaszcza   –   imperialnej   strategii   działania.   Po   zwycięstwie   w   systemie   Helia,   gdzie 
Macharius i jego bliźniacze okręty zlikwidowały nieprzyjacielską flotę inwazyjną, kapitan 
żywił przez krótki czas nadzieję, że Imperium przejdzie w końcu do ofensywy zdecydowanie 
uderzając na wroga, a nie jedynie próbując go zatrzymać. To Semper zaproponował wówczas, 
by wycofujące  się niedobitki  heretyckiej  floty ścigać  w  Osnowie i  zniszczyć  całkowicie, 
zanim buntownicy zyskają szansę na przegrupowanie się i zgromadzenie posiłków. Lecz w 
zamian   Macharius   i   kilka   innych   jednostek   otrzymało   rozkaz   przelotu   na   Belatis,   gdzie 
zamiast próby stawienia przynajmniej szczątkowego oporu Dowództwo Floty postanowiło 
rzucić cały system na pastwę Abaddona.
         Semper i kilku innych kapitanów w prywatnych rozmowach polemizowało zaciekle z 
otrzymanymi   rozkazami,   uważając,   że   zamiast   kosztownego   chronienia   konwojów 
ewakuacyjnych   marynarka   powinna   skoncentrować   wszystkie   swe   siły   na   armadzie 
Niszczyciela   Planet.   Ściągając   z   okolicznych   systemów   dodatkowe   posiłki   lojaliści   mieli 
szansę zebrać siły wystarczające jeśli nie do unicestwienia Niszczyciela, to przynajmniej do 
zmuszenia go do ucieczki. Imperatywem dla tych oficerów była maksymalizacja korzyści 
osiągniętych poprzez zwycięstwo nad Helią IV i udowodnienie admirałom nieprzyjaciela, że 
eskadry Jego Boskiego Majestatu są gotowe stawić im czoła w każdych okolicznościach. Cały 
sektor Gothic drżał na myśl o tym, że któregoś dnia cień Niszczyciela Planet może paść na 
kolejny bezbronny świat. Słabnące morale mogło zostać niewiarygodnie wręcz pokrzepione, 
jeśli tylko marynarka zdołałaby udowodnić publicznie, że przerażająca broń Abaddona nie 
była niezwyciężona i że poczucie obowiązku wśród aaa

oficerów   Zgrupowania   Floty   Gothic   wciąż   coś   znaczyło.   Wszystkie   argumenty   grupki 
dzielnych kapitanów zostały odrzucone.
     Oświadczono im, że brakuje okrętów zdolnych utworzyć efektywną siłę zdolną zagrozić 
Niszczycielowi Planet. Że czas na rozliczenie się z nową bronią Abaddona nadejdzie, ale 
muszą się uzbroić w cierpliwość.
     A w międzyczasie, pomyślał z goryczą Semper, światy sektora Gothic muszą brać udział 
w chorej loterii, której reguły znają chyba tylko admirałowie i planiści w Port Maw. Niektóre 
z   nich,   jak   chociażby   Helia,   były   bronione,   inne   porzucano   na   pastwę   nieprzyjaciela 
marnotrawiąc cenne rezerwy marynarki zdolne stawić opór wrogowi na tchórzliwe operacje 
ewakuacyjne przeprowadzane w niehumanitarnie selektywny sposób, który dla kapitana nie 
był niczym innym jak zwykłą zdradą bezbronnych obywateli Imperium. Jak wiele jeszcze 
planet będziemy musieli poświęcić ? Jak wiele milionów czy miliardów ludzi trzeba będzie 
porzucić na śmierć, zanim wreszcie się odwrócimy i zaczniemy walczyć ?
      Wahadłowiec zakołysał się raptownie przerywając stosunkowo stabilny etap lotu ponad 
płonącą   stolicą.   Semper   dostrzegł   jaskrawe   krechy   laserowych   wiązek   przemykające   za 
obrysem skrzydła i pojął, że prom padł ofiarą ostrzału z naziemnych baterii przeciwlotniczych 
wroga.   Maszyna   zakołysała   się   ponownie   wykonując   przewrót   przez   prawe   skrzydło   i 
wchodząc   w   głęboki   zwrot.   Jeden   ze   skrybów   Administratum   krzyknął   przerażony 
desperackimi manewrami próbującego ujść przed ostrzałem pilota.
          Semper   wiedział,   że   za   sterami   wahadłowca   usiadł   Milos   Caparan.   Ulanti   polecił 
Remusowi  Nyderowi,  by ten wyznaczył  do obsługi maszyny  kapitana  swych  najlepszych 
ludzi,   a   dowódca   sekcji   Kontroli   Lotów   zlecił   tę   misję   elitarnym   pilotom   Starhawków. 
Trafiając pomiędzy osobistego zbira Ulantiego, a dowódcę eskadry Nemesis Semper nie miał 
najmniejszych podstaw ku temu, by skarżyć się na brak troski ze strony swego zastępcy.
          Gdzieś   zza   kabiny   wahadłowca   dobiegł   narastający   ryk   dopalaczy   i   jedna   z   Furii 
przemknęła   za   okienkiem   nurkując   w   kierunku   źródła   nieprzyjacielskiego   ognia.   Ten 
egzemplarz myśliwca przechwytującego został specjalnie zmodyfikowany pod kątem operacji 

background image

w atmosferze planet. Zgrabna sylweta maszyny prześlizgnęła się tuż nad dachami habitatów 
lokalizując pozycje wrogich baterii. W niebo posypały się pociski z broni ręcznej, praktycznie 
nieszkodliwe dla ciężko opancerzonego myśliwca. Furia poderwała się nagle w górę, jej pilot 
uruchomił do końca dopalacze umykając przed rosnącą kulą ognia wykwitającą w miejscu, 
gdzie w gruzy uderzyły zrzucone ułamek sekundy wcześniej bomby zapalające. Myśliwiec 
zwiększył wysokość pozostawiając za sobą fosforowe piekło trawiące budynki na obszarze 
blisko dwóch tysięcy metrów kwadratowych. 
     Po tym ataku nie doszło już do żadnej próby ostrzelania wahadłowca ani jego eskorty. 
      Siedzący w kokpicie promu Caparan zmniejszył ciąg silników obserwując jednocześnie 
zbliżającą   się   coraz   bardziej   migotliwą   barierę   pałacowych   pól   siłowych.   Trzy   myśliwce 
przeleciały tuż nad wahadłowcem wykonując kolejno pożegnalne beczki, po czym wystrzeliły 
niemal pionowo w górę rozpoczynając długą drogę powrotną na orbitę Belatis.
          Prom   zadygotał   lekko   przechodząc   przez   kokon   pola   siłowego,   na   jego   kadłubie   i 
powierzchni skrzydeł zatańczyły łuki elektromagnetycznych wyładowań. Caparan uruchomił 
silniki   korekcyjne   obracając   wahadłowiec   w   wąskiej   przestrzeni   kamiennego   hangaru   i 
posadził   go   delikatnie   na   metalowej   rampie   jednego   z   lądowisk.   Ubrani   w   żaroodporne 
kombinezony technicy i serwitorzy rzucili się biegiem w kierunku pojazdu podłączając do 
jego silników układy chłodzące i nie zważając na emitowany przez nie potworny żar. 
     W ciągu minuty Caparan i jego podwładni wyłączyli kolejno wszystkie systemy napędowe 
wahadłowca,  a   potężne   wentylatory   zabudowane   w  ściany  hangaru  wywiały   z  lądowiska 
kłeby   oparów   i   spalin.   Dopiero   wtedy   rampa   przedziału   desantowego   opadła   wolno   na 
platformę.   Ochroniarze   Sempera   wysiedli   pierwsi,   stukając   ciężkimi   butami   w   metalową 
posadzkę  i   rozglądając  się   podejrzliwie  wokół.  Kapitan  wyszedł  w  ślad  za   nimi,   Maxim 
trzymał się tuż za jego plecami. Na końcu pokład opuścił Hyuga i jego dwaj asystenci.
     Semper przystanął na moment u podstawy rampy, wciągając w płuca powietrze, które nie 
było   tysiące   razy   filtrowane   przez   system   cyrkulacyjny   Machariusa   i   odczuwając 
charakterystyczne wibracje ciała próbującego dostosować się do siły ciążenia panującej na 
Belatis, nieznacznie wyższej od wartości pola grawitacyjnego generowanego na pokładzie 
krążownika. Wiedział też, że niebawem przyjdzie mu znieść atak agorafobicznego strachu 
będący naturalną reakcją zamkniętego wiele miesięcy w ciasnej przestrzeni umysłu na widok 
otwartego nieba.
         Chociaż z drugiej strony nie planował tu aż tak długiego pobytu, by narażać się na 
długotrwałe efekty agorafobii.
         Kapitan wyprostował się na widok potężnej postaci w czarnym karapaksie i hełmie z 
opuszczonym wizjerem idącej szybko w jego stronę. Semper zasalutował w formalny sposób 
trzaskając obcasami swoich butów.
 - Leoten Semper, okręt Jego Boskiego Majestatu Lord Solar Macharius.
 - Byzantane, prefekt primus, Adeptus Arbites – odpowiedział przybysz salutująć krótko, po 
czym zaskoczył kapitana wyciągnięciem okrytej rękawicą dłoni.
 - Proszę o wybaczenie, kapitanie Semper – oświadczył wielki arbitrator – To z mojej winy 
został pan ściągnięty do asysty przy wyjeździe pewnego głupca. Co pan powie na to, by 
zakończyć tę farsę tak szybko i możliwie bezboleśnie, jak tylko można ?

* * * * *

      Khoisan odrzucił kopniakiem ciało żołnierza Sił Obrony Planetarnej i przekroczył próg 
otwartego   rakietowego   silosa.   Obrońcy   tej   instalacji   i   kilku   podobnych   ukrytych   pośród 
okolicznych   wzgórz   stawiali   zaciekły   opór,   lecz   Khoisan   nie   zamierzał   przerywać   ataku 
rzucając   na   lojalistów   kolejne   fale   heretyków.   Osobiście   poprowadził   ostatnie   uderzenie, 
wiedziony   przez   dezerterów   lokalnego   garnizonu   poprzez   sekretne   podziemne   labirynty 

background image

prowadzące do głownego centrum dowodzenia instalacji. Ukryty pod skałami bunkier padł po 
krótkim szturmie, dokonana w jego ścianach rzeź wprawiła czciciela Chaosu w dobry nastrój. 
Uśmiechnął się na myśl o dzikim szale swych popleczników rzucających się z zaskoczenia na 
oszołomionych   żołnierzy.   Okoliczne   bunkry   i   silosy   szybko   podzieliły   los   pierwszej 
fortyfikacji. Przejmując kontrolę nad wewnętrznym radiowęzłem i puszczając przez głośniki 
wrzaski tych nieszczęśników z centrum dowodzenia, którzy dali się napastnikom żywcem 
wziąć do niewoli Khoisan niemal całkowicie złamał morale obrońców. 
          Przywódca   rebeliantów   przybył   na   Belatis   blisko   rok   temu,   przemieszczając   się 
sekretnymi sposobami znanymi tylko najbardziej zaufanym agentom Chaosu. Na początku nie 
miał pojęcia, jakie właściwie powierzono mu zadanie, na Belatis zawiodły go pływy Osnowy 
i nieznana jeszcze wola mrocznych bogów, niemniej jednak natychmiast zabrał się do pracy. 
Połączył   rozproszone   komórki   kultystów   w   jednolitą   podziemną   organizację   gotową   na 
rozpoczęcie działalności terrorystycznej. Odnalazł wśród wyższych klas społeczeństwa ludzi 
słabych i podatnych na korupcję, po czym wielu z nich przeciągnął na stronę Chaosu. Pod 
jego pieczołowitym nadzorem wpływowi czciciele szerzyli wieści o potędze Osnowy wśród 
swych równie wysoko urodzonych pobratymców. 
     Poświęcił rok życia na położenie fundamentów pod zamierzenie bogów Ciemności, a teraz 
moce Osnowy objawiły mu swój boski plan.
     Niszczyciel Planet był już w drodze. Wszelkie życie na Belatis miało ulec zagładzie, ale 
mentalny przedśmiertny spazm tak wielu istnień  wystarczał  Khoisanowi do sięgnięcia  po 
ostateczną   nagrodę   za   swe   wysiłki.   Uniesiony   na   skrzydłach   mentalnego   wrzasku   agonii 
mieszkańców tego świata miał pomknąć w najgłębsze otchłanie Osnowy i narodzić się tam 
powtórnie jako jeden z najpotężniejszych sług Chaosu – jako demoniczny książę.
     Khoisan zachwiał się czując mrowienie pod powierzchnią runicznego pancerza siłowego, 
drgania skóry i mięśni, przemieszczające się organy wewnętrzne. Skoncentrował się próbując 
przywrócić   kontrolę   nad   buntowniczą   cielesną   powłoką.   Pozbawiony   rys   płat   skóry 
pokrywający   jego   twarz   przybierał   dziesiątki   pojawiających   się   szybko   oblicz,   często 
budzących   grozę   swą   groteskową   brzydotą.   Były   to   wspomnienia   twarzy,   które   czciciel 
Chaosu przybierał w przeciągu tysięcy lat wcześniejszej służby mrocznym bogom. Khoisan 
mógł   oblekać   swą   twarz   na   ludzkie   podobieństwo,   jeśli   tego   sobie   życzył   –   zdolność 
formowania tkanki mięśniowej na dowolny kształt była darem otrzymanym od Tzeentcha, 
Pana   Zmian   –   lecz   zazwyczaj   pozostawiał   sobie   jedynie   luźno   zwisający   płat   skóry, 
pozbawioną rysów groteskową fasadę.
  - Mistrzu ! – krzyknął jeden z kultystów  podbiegając bliżej i natychmiast  cofając się z 
grymasem grozy na twarzy. Owładnięty emocjonalnym aspektem Krwawego Boga, Khoisan 
przybrał na ułamek sekundy oblicze warczącego bestialskiego demona Khorna. Przywódca 
rewolty pochwycił mocno metalowe barierki schodów walcząc o odzyskanie kontroli nad 
ciałem,   jego   ochroniarze   wycofali   się   na   bezpieczny   dystans   obserwując   swego   pana   z 
czujnym niepokojem. Spazmy wieszczące ostateczną przemianę fizyczną pojawiały się coraz 
częściej,   ciało   zaczynało   się   już   przygotowywać   na   nieunikniony   moment   odrodzenia   i 
transformacji. Khoisan wiedział, że proces ten był niezwykle bolesny, podobnie jak liczne 
wcześniejsze przypadki przejmowania kontroli nad jego jaźnią przez demoniczne wpływy 
mrocznych bogów, jednakże cena ta była niczym wobec wręcz nieograniczonej potęgi i mocy 
demonicznego księcia. 
          Przywołał   jednego   ze   poruczników.   W   swym   wcześniejszym   życiu,   zaledwie   dwa 
miesiące  temu,  człowiek  ten  był  dobrze  prosperującym  kupcem  zrzeszonym  w jednym  z 
wielkich koncernów przetwórczych działających na północy kontynentu. Stając się oddanym 
sługą Chaosu wykorzystał swą pozycję do przeszmuglowania do Madiny tysięcy heretyków 
udających robotników kontraktowych oraz uzbrojenia ich w sprzęt produkowany w jego sssss
warsztatach i schowany w firmowych magazynach na całym obszarze stolicy.

background image

      Kolejny lojalny sługa, pomyślał Khoisan. Następny głupiec, który uważa, że uratuję go 
przed bronią Abaddona, następna ofiara złożona na moim ołtarzu odrodzenia.
  - Skończyliście przygotowania ? – warknął chrapliwie, w jego zmienionym głosie wciąż 
pobrzmiewały ostatnie nuty osobowości khornickiego demona. 
 - Prawie, mistrzu. Laserowe baterie są już przejęte i gotowe do użycia. 
 - A pociski ? – zapytał niecierpliwie czciciel Chaosu.
  - Kody autoryzacyjne otrzymane od agentów w otoczeniu gubernatoraregenta okazały się 
poprawne. Sześć mamy tutaj, dziesięć w innych silosach. To więcej, niż potrzebujemy do 
wykonania zadania. Właśnie tankujemy paliwo, będą gotowe do wystrzelenia za godzinę. 
 - Dopilnuj tego osobiście – nakazał Khoisan.
         Kultysta skłonił się głęboko i odszedł pilnując wypełnienia rozkazów mistrza. Khoisan 
podszedł do barierki schodów i spojrzał w dół rozległej hali. Po każdej stronie metalowej 
platformy tkwiły czarne cygara gigantycznych pocisków ziemiaorbita, podobnych pod kątem 
rozmiarów i potencjału rażenia do okrętowych torped używanych przez przeklętą marynarkę 
lojalistów. Kultyści i dezerterzy z jednostek technicznych Sił Obrony Planetarnej krzątali się 
na podłodze hali uzupełniając paliwo w zbiornikach pocisków i przygotowując rakiety do 
odpalenia. Inni heretycy  wspinali  się po metalowych  rusztowaniach otaczających  głowice 
nanosząc na chłodny metal  insygnia  i symbole  Chaosu, rekonsekrujac broń Imperium  ku 
chwale bogów Osnowy.
.    To więcej, niż potrzebujemy do wykonania zadania, pomyślał Khoisan wiedząc, że już za 
godzinę te potężne bronie przeznaczone do obrony Belatis przed wrogą inwazją z kosmosu 
zostaną użyte przeciwko zupełnie nieoczekiwanym celom. Wtedy on sam będzie już daleko 
od tego miejsca. Kiedy lojaliści otrząsną się już z szoku, zemsta imperialnej marynarki stanie 
się   potworna   w   skutkach.   Wzmocnione   kompozytowe   ściany   podziemnych   bunkrów   i 
chroniące je setki metrów ziemi i skał nie stanowiły wystarczającej ochrony przed ostrzałem z 
baterii okrętu liniowego.
     Khoisan odwrócił się w miejscu dając swym przybocznym strażnikom znak, iż nadszedł 
czas powrotu do czekającego u podstawy wzgórz ornitoptera i odlot do Madiny. Czciciel raz 
jeszcze omiótł wzrokiem nerwową krzątaninę wokół rakietowych pocisków, nie dostrzegając 
żadnej   różnicy   pomiędzy   leżącymi   na   podłodze   martwymi   ciałami,   a   wciąż   żywymi 
kultystami. Dla Khoisana Bez Twarzy wszyscy byli tym samym.
     Ofiarami. Zwieńczeniem pryzmy ciał, którą musiał usypać w drodze do nieśmiertelności i 
demonicznego dziedzictwa.

* * * * *

       Z sufitu podziemnej celi sypały się coraz większe kawałki tynku, spadające gradem na 
zmaltretowaną   postać   rozciągniętą   na   metalowym   blacie   stołu   tortur.   Korte   nie   potrafił 
odgadnąć, czy wstrząsy budowli powodowane były impetem trafiających w fortecę Arbites 
pocisków wroga czy też wywoływał je odrzut strzelających nieustannie wież artyleryjskich na 
murach twierdzy. Huk kanonady, która obróciła już w perzynę znaczącą część cytadeli, na tej 
głębokości zlewał się w jednostajny głuchy grzmot.
         Korte spojrzał w dół, na ciało rozkrzyżowane na blacie stołu, dostrzegając w rysach 
zakrwawionej twarzy człowieka pierwsze oznaki nadchodzącej śmierci.
 - Znowu go tracimy. Daj mu następny zastrzyk – polecił stojącemu obok lekarzowi Arbites.
 - To ostatni raz, kiedy taki zabieg ma szanse powodzenia. Jego serce nie wytrzyma już dłużej 
– ostrzegł oficer medyczny.
 - Nie jest jeszcze gotowy na śmierć – odburknął Korte – Jeszcze nie powiedział wszystkiego.
          Medyk   wzruszył   ramionami,   przestawił   kilka   przełączników   na   konsolecie   aparatu 
zabiegowego i wstrzyknął w krwioobieg więźnia starannie odmierzoną dawkę chemicznego 

background image

stymulantu. Pacjent wpadł w silne drgawki przywrócony do życia skoncentrowaną dawką 
płynu.   Dysząc   ciężko   opluwał   sobie   podbródek   krwią   i   flegmą,   ocieraną   natychmiast 
skrawkiem materiału trzymanym  przez medyka. Popękane usta mężczyzny otwierały się i 
zamykały   wypowiadając   bezdźwięcznie   słowa.   Korte   pochylił   się   nad   stołem   próbując 
usłyszeć więźnia. Zdarzało się czasami, że przesłuchiwani heretycy rozgryzali ukryte między 
zębami kapsułki z trucizną licząc na uśmiercenie za pomocą ostatniego  oddechu również 
śledczych, lecz teraz Korte nie obawiał się już takiej ewentualności: uzębienie więźnia zostało 
wcześniej gruntownie zbadane, a zresztą w chwili obecnej człowiek ten i tak nie miał już 
żadnych całych zębów mogących służyć za miejsce ukrycia ampułki.
         Korte znał tego mężczyznę, służył on w randze kapitana w pałacowej gwardii, prefekt 
secundus miał też już wcześniej okazję zapoznać się z obsss 

serwowanym w celi fenomenem ludzkich reakcji. Schwytany w trakcie ostatniego, ledwie 
odpartego   szturmu   na   cytadelę   Arbites,   rebeliant   pojął   ogrom   swej   zbrodni   przeciwko 
Imperatorowi. Słabi i lekkomyślni słudzy Czterech Potęg, marionetki w rękach prawdziwych 
kultystów, często zdawali sobie poniewczasie sprawę z prawdziwego charakteru tajemniczych 
mocy, którym ślubowali lojalność.
     Tak, Korte widział to już wiele razy, podobnie jak doskonale pamiętał słyszane wówczas 
słowa – desperackie błagania o wybaczenie, żałosne próby usprawiedliwienia swego błędu, 
przerażające i przesycone nienawiścią wyznania na temat popełnionych zbrodni. Podobnie 
było   z   okaleczonym   strzępem   człowieka   zamkniętym   w   celi   przesłuchań   fortecy. 
Funkcjonariusz   słuchał   cierpliwie   wyznań   mężczyzny   świadom   faktu,   iż   musi   pozwolić 
wyrzucić  mu z siebie ciężar  grzechów, potem uciszył  więźnia  ruchem uniesionej  w górę 
dłoni.
 - Podaj nazwisko. Wyznaj nazwisko tego, który kazał ci zrobić te wszystkie rzeczy.
          Więzień   wlepił   zamglone   spojrzenie   w   twarz   oficera   poruszając   bezgłośnie   ustami, 
powtarzając w kółko jedno słowo. Korte przysunął ucho do jego twarzy. Jedno słowo, jedno 
nazwisko.   Jego   dźwięk   wprawił   doświadczonego   arbitratora   w   całkowite   zaskoczenie, 
zastąpione niemal natychmiast przyprawiającym o chorobę zrozumieniem. Korte dowiedział 
się w końcu, jak daleko sięgało piętno Ciemności na Belatis.
     Wprost do pałacu gubernatoraregenta. Wprost do samej sali tronowej.
          Spojrzał   w   oczy   więźnia   szukając   w   nich   śladu   kłamstwa,   ostatniego   heretyckiego 
fałszerstwa   –   odnalazł   jedynie   desperacką   żądzę   wyznania   prawdy   z   ust   umierającego 
człowieka. Desperacką potrzebę odrzucenia kłamstw w ostatniej chwili życia.
 - Zarzutem jest herezja. Wyrok to egzekucja z uwzględnieniem nadzwyczajnego złagodzenia 
wymiaru kary.
         Korte wyjął z kabury boltowy pistolet i strzelił więźniowi prosto w serce. Wyznawszy 
grzechy i okazując skruchę, heretyk zasłużył sobie na szybką i bezbolesną śmierć. Gdyby 
wciąż trwał w bluźnierczym oporze, arbitratorzy mogliby go utrzymywać całymi tygodniami 
przy życiu, poddając ustawicznym cierpieniom.
          Korte   opuścił   celę   przesłuchań,   pozostali   funkcjonariusze   ruszyli   w   ślad   za   nim. 
Podziemny kompleks więzienny był teraz niezwykle cichy. Dzikie walenie pięści w ciężkie 
metalowe   wrota   wiodące   do   rozległych   cel   zbiorowych   ustało   wiele   godzin   wcześniej. 
Standardowa   procedura   Arbites   w   przypadku   groźby   przejęcia   kontroli   nad   fortecą   lub 
ewakuacji   nakazywała   wtłoczenie   śmiercionośnego   gazu   do   hal   będących   miejscem 
zatrzymania tysięcy zwykłych przestępców. Korte nie lubił tego obowiązku, ale zdawał sobie 
sprawę z konieczności dopełnienia procedury. Prędzej czy później więźniowie i tak zostaliby 
zmasakrowani przez kultystów Chaosu, a gdyby ci jednak oszczędzili im życie, wielu spośród 
aresztowanych natychmiast wstąpiłoby w szeregi rebeliantów.
     U szczytu schodów stał arbitrator w randze starszego provosta.

background image

  -   Przyszedł   komunikat   od   prefekta.   Nakazuje   natychmiastowe   zakończenie   ewakuacji. 
Dołączy do nas na orbicie, na pokładzie Retribution.
 - Mamy wciąż kontakt radiowy ? – zapytał Korte.
     Arbitrator pokręcił przecząco głową.
 - Łączność bez przerwy się rwie. Nieprzyjaciel może zagłuszać nasze kanały komunikacyjne 
albo to nawet efekt uboczny pałacowych pól ochronnych. Przy takich opadach deszczu woda 
cieknąca po tarczach wytwarza ogromny poziom statycznych zakłóceń.
     Korte burknął coś z niezadowoleniem. Jak dotąd, niewiele założeń planu ewakuacyjnego 
udało się zrealizować w całości.
          Na   powierzchni   ziemi   opancerzone   promy   Arbites   wyłaniały   się   właśnie   z 
kompozytowych   bunkrówhangarów,   ich   piloci   niecierpliwie   odpalali   silniki   manewrowe 
sygnalizując   rychły   start.   Arbitratorzy   –   ostatni   przebywający   na   Belatis   przedstawiciele 
władz Imperium – opuszczali w pośpiechu swe pozycje na murach twierdzy pędząc co sił w 
nogach poprzez dziedziniec, w stronę opuszczonych ramp załadunkowych promów. Ostrzał 
heretyckich   baterii   przybrał   na   sile.   Korte   dostrzegł   kątem   oka   artyleryjski   pocisk 
rozrywający się pośrodku grupy biegnących w ciasnym szyku funkcjonariuszy, ogarniający 
ich ciała rosnącą kulą płomieni i deszczem metalowych szrapneli.
     Rozmieszczone na murach wieżyczki artyleryjskie ponownie otworzyły ogień, ponad ich 
głuchym   hukiem   prefekt   secundus   usłyszał   ryk   tryumfu   wydarty   z   gardeł   szturmującego 
cytadelę tłumu. Obserwatorzy Arbites szacowali jego liczebność na jakieś dziesięć tysięcy 
osób.   Heretycy   uświadomili   sobie,   że   zwycięstwo   jest   w   zasięgu   ich   rąk.   Opuszczając 
kryjówki   pośród   morza   ruin   rzucili   się   tysiącami   z   wszystkich   stron   na   mury   twierdzy. 
Siedzący   wewnątrz   wieżyczek   serwitorzy   wystrzeliwali   specjalne   pociski   rozpryskowe, 
wyrywające wielkie krwawe dziury w szeregach napastników, lecz ci wciąż parli do przodu. 
Kiedy znaleźli się dostatecznie blisko fortyfikacji, powietrzem wstrząsnął ogłuszający terkot 
ciężkich bolterów stano- ww
wiących   drugą   linię   zabezpieczeń   prefektury.   Śmierć   zbierała   krwawe   żniwo   wśród 
kultystów, ale fanatyczny upór rebeliantów nie pozwalał im wstrzymać biegu.
     Za chwilę mieli znaleźć się na polach minowych rozlokowanych tuż pod wałami i w polu 
rażenia ciężkich miotaczy płomieni, ostatniego pasa zabezpieczeń fortecy. Korte wiedział, że 
to również nie zdoła ich powstrzymać. Ślepo posłuszni rozkazom serwitorzy mieli walczyć do 
samego końca zyskując dodatkowy czas dla ewakuujących się funkcjonariuszy, ale przewaga 
liczebna heretyków była zbyt duża. Przełamanie wałów było kwestią kilku minut.
     A może nawet szybciej.
  - Pojazdy ! – w komunikatorze hełmu prefekta rozległ się głos jednego z pilotów Abites, 
który już wystartował. Wznosząc się w niebo ponad fortecą funkcjonariusz miał doskonałe 
pole widzenia na pozycje kultystów – Ściągają tu pojazdy ! Opancerzone ciągniki siodłowe, 
cała kolumna jedzie Bulwarem Regenta z północy ! 
          Korte  zaklął  pod  nosem.   Wiedział,   o  jakich   ciągnikach   mówił  pilot:   gigantycznych 
pojazdach używanych w północnym dystrykcie przemysłowym stolicy do przewozu ciężkich 
transportów   stali   i   adamantium.   Jadąc   z   pełną   prędkością   monstrum   takie   bez   problemu 
wyważyłoby główne wrota cytadeli.
     Tak, najwyższy czas na odlot, przyznał w myślach Korte.
 - Mahan ! Gdzie jest Mahan ?! – krzyknął stając przy rampie ostatniego w rzędzie promu i 
licząc głowy wbiegających pośpiesznie na pokład funkcjonariuszy.
  -   Tutaj   !   –   okrzyk   dobiegający   z   głębi   dziedzińca   powielił   się   z   trzaskiem   radiowego 
komunikatu   w   hełmie   prefekta.   Korte   ujrzał   drużynę   młodego   oficera   biegnącą   poprzez 
odkrytą przestrzeń lądowiska. Pociski wybuchały tuż za ich plecami, jakby nieprzyjacielscy 
strzelcy widzieli jakimś cudem uciekinierów i próbowali ich dosięgnąć ogniem. Arbitratorzy 
Mahana pozostali na murach dłużej niż zezwalały na to rozkazy, upewniając się, że wszyscy 

background image

serwitorzy   na   stanowiskach   bojowych   funkcjonują   poprawnie   i   będą   realizować 
zaprogramowane funkcje do chwili odlotu ostatnich ludzi. Biegnąc poprzez strugi deszczu i 
grad szrapneli arbitratorzy wpadli z łoskotem butów na rampę i zajęli wolne fotele szarpiąc 
się z pasami bezpieczeństwa. Korte raz jeszcze omiótł spojrzeniem opustoszały dziedziniec 
cytadeli. Jakiś rebeliancki pocisk trafił prosto w podstawę jednej z artyleryjskich wieżyczek i 
zawalił   ją   niszcząc   spory   fragment   fortyfikacji.   Zza   murów   dobiegł   kolejny   żądny   krwi 
wrzask wielotysięcznej tłuszczy. Korte splunął ze złością na zabłoconą ziemię.
 - Tak, to już ostatnia chwila na odlot – mruknął do siebie samego odwracając się i wchodząc 
po rampie do przedziału pasażerskiego promu. Nerwowy pilot poderwał maszynę z lądowiska 
jeszcze przed całkowitym zamknięciem włazu, zwiększając ciąg silników i pnąc się w górę 
pośród gradu pocisków z broni ręcznej dzwoniących  w opancerzony kadłub wahadłowca. 
Plując ogniem z dopalaczy prom mknął w górę zmierzając w kierunku reszty formacji.
          Ostatni   przedstawiciele   Imperium   właśnie   opuścili   powierzchnię   Belatis.   Od   tego 
momentu planeta została oficjalnie porzucona na pastwę Abaddona.

* * * * *

          Siedzący   w   kokpicie   pierwszego   wahadłowca   pilot   Arbites   po   raz   ostatni   ogarnął 
wzrokiem panoramę stolicy. Oprócz skalistej iglicy gubernatorskiego pałacu i wieżyc katedry 
Eklezjarchii po południowej stronie rzeki nie dostrzegł w dole żadnych innych znajomych 
miejsc. Stołeczne generarium zostało zniszczone przez sabotażystów wiele tygodni temu i 
wraz   z   nadchodzącym   zmierzchem   ciemność   pokryła   przeważającą   część   metropolii, 
rozjaśniana   jedynie   poświatą   pożarów   oraz   ognikami   płomieni   znaczącymi   miejsca 
obozowisk   kultystów   i   uchodźców.   Gdzieniegdzie   mroczne   przestworza   przecinały 
pojedyncze serie pocisków smugowych, ale pilot nie potrafił stwierdzić jednoznacznie, czy 
był   one   wymierzone   w   jakiś   konkretny   cel   czy   też   stanowiły   jedynie   element   fiesty 
świętujących swe zwycięstwo heretyków.
      Znienacka na powierzchni fotochromatycznego wizjera hełmu pilota zapłonęła jaskrawa 
poświata.   Mężczyzna   spojrzał   zaskoczony   w   dół   sądząc,   że   wpadł   w   ostrzał   baterii 
przeciwlotniczych, ale na ziemi nie dostrzegł śladu wystrzałów.
 - Tam ! Tam ! – krzyknął drugi pilot celując palcem wskazującym w ciemność nocy. I wtedy 
oślepiające światło pojawiło się ponownie, wystrzeliwując gdzieś pośród gęsto zalesionych 
wzgórz na północ od stolicy. Białe słupy laserowego ognia przecięły niebiosa mknąc prosto 
ku nikłym punktom światła znaczącym pozycje statków wiszących na orbicie planety.
     Orbitalne baterie strzegące Madiny otworzyły ogień.

* * * * *

         Pierwsza salwa laserowej energii trafiła od spodu w kadłub Grafa Orloka, tuż za jego 
główną sekcją napędową. Jak wielu podobnych sobie kapitanów, Titus von Blucher słynął z 
obsesyjnego trzymania się regulaminu i ustawicznie ćwiczył do upadłego swą załogę. Ironia 
losu sprawiła, że to właśnie ślepe posłuszeństwo przepisom marynarki uratowało jego okręt 
od katastrofy.
          Graf   Orlok   tkwił   na   orbicie   parkingowej   z   włączonymi   na   połowie   mocy   tarczami 
siłowymi, zgodnie z obowiązującą w takich przypadkach procedurą. W praktyce niewielu 
kapitanów przestrzegało nakazu utrzymywania owej „minimalnej połowy mocy”, ponieważ 
pracujące generatory pól siłowych silnie obciążały reaktory okrętu, a ustawiczne zmuszanie 
do   działania   skomplikowanych   i   często   nieprzewidywalnych   urządzeń   siłowych   znacząco 
zwiększało ryzyko  ich późniejszej nieoczekiwanej awarii, zwłaszcza w chwili największej 

background image

potrzeby.   Tutaj,   na   orbicie   imperialnego   świata,   w   systemie   patrolowanym   przez   inne 
jednostki   marynarki   gotowe   podnieść   alarm   w   momencie   wykrycia   śladu   nieprzyjaciela, 
większość kapitanów  zadowoliłaby się uruchomieniem  generatorów  tarcz  na  minimalnym 
poziomie. 
     Laserowa salwa przebiła warstwę mocy ekranującą kadłub krążownika, ale jej początkowa 
energia kinetyczna uległa znaczącemu rozproszeniu. Osłabione przeszkodą wiązki przepaliły 
pancerz   kadłuba   wgryzając   się   w   mechaniczne   wnętrze   pokładów   napędowych.   Gdyby 
poziom   pól   siłowych   krążownika   byłby   choć   odrobinę   niższy,   słupy   laserowego   ognia 
dotarłyby do pokładowego generarium jednostki detonując podatne na uszkodzenia plazmowe 
reaktory i najpewniej unicestwiając cały okręt w efekcie katastrofalnej reakcji łańcuchowej.
         Stojący na mostku Grafa Orloka Titus von Blucher miotał wyzwiska na głowy swych 
oficerów,   grożąc   im   sądami   wojennymi   i   zbiorowymi   egzekucjami,   jeśli   nie   zdołają 
natychmiast   uruchomić   reszty   generatorów   tarcz.   Jeśli   nie   przywrócą   pełnej   sprawności 
maszynowni.   Jeśli   nie   sporządzą   w   trybie   ekspresowym   szczegółowego   raportu   o   stanie 
uszkodzeń.   Jeśli   nie   zlokalizują   precyzyjnie   pozycji   źródła   nieoczekiwanego   ostrzału. 
Pomimo  ustawicznych  i często ze sobą sprzecznych  poleceń  wydawanych  przez kapitana 
załoga   krążownika   sprawnie   poradziła   sobie   z   realizacją   większości   rozkazów.   Kiedy  po 
niecałej minucie przeładowane baterie orbitalne wystrzeliły drugą salwę, jej wiązki zapłonęły 
nieszkodliwie na powierzchni ochronnego kokonu otulającego bryłę okrętu. 
      Wszędzie wokół tkwiące na orbicie parkingowej jednostki uruchamiały pośpiesznie swe 
główne napędy i silniki manewrowe próbując jak najszybciej opuścić zagrożoną strefę. Na 
pokładach   okrętów   wojennych   oficerowie   artylerii   darli   się   na   swych   operatorów   i 
techkapłanów żądając precyzyjnych koordynatów celu podczas gdy w maszynowniach ponad 
dwóch   tuzinów   statków   transportowych   armie   spoconych   techników   w   żaroodpornych 
kombinezonach próbowały odpalić zabytkowe i często wadliwie działające generatory tarcz 
siłowych.
          W   tym   samym   czasie   na   Belatis,   w   podziemnych   centrach   dowodzenia,   dowódcy 
kultystów   miotali   klątwy   na   siebie   nawzajem,   obarczając   się   odpowiedzialnością   za 
lekkomyślne  ostrzelanie  ciężkiego, dobrze opancerzonego okrętu wojennego i pośpiesznie 
programując nowe koordynaty strzeleckie dla swych baterii.
     Mieli przecież szeroki wybór innych, znacznie wrażliwszych celów.

* * * * *

          Arcona   była   jednym   z   wielu   przestarzałych   zdemobilizowanych   transportowców 
przywróconych do służby liniowej w pierwszych miesiącach wojny, ale dla Lito była też 
pierwszym   widzianym   w   życiu   statkiem   kosmicznym,   a   zatem   czymś   naprawdę 
oszałamiającym.   Już   sama   podróż   wahadłowcem   na   orbitę   Belatis   stanowiła   dla   chłopca 
ogromny wstrząs, natomiast wejście na pokład Arcony otworzyło przed nim zupełnie nowy 
świat.   Lito   trafił   na   dolne   pokłady   pasażerskie   statku,   stłoczony   wraz   z   rzeszą   innych 
nowicjuszy, lecz już ten niewielki fragment wnętrza frachtowca stanowił dla niego źródło 
ustawicznego zadziwienia. Pokłady statku wydawały z siebie dziwne stłumione trzaski i syki i 
chociaż początkowo wprawiały one chłopca w paniczny lęk, po krótkim czasie pojął on, że są 
jedynie   pozbawionymi   znaczenia   hałasami   charakterystycznymi   dla   tego   niezwykłego 
miejsca. Lito trafił do krainy BogaMaszyny, tajemniczego i wedle słów grzmiących z mównic 
kapłanów fałszywego bóstwa czczonego przez techkapłanów. Lito zastanawiał się czasami, 
czy   słyszane   często   dziwne   dźwięki   nie   były   aby   pomrukiem   samego   BogaMaszyny, 
rozgniewanego nieoczekiwaną obecnością na pokładzie jednego ze swych statków tak wielu 
przedstawicieli rywalizującej religii.

background image

         Kiedy wraz z tłumem innych kleryków chłopiec uczestniczył w zbiorowych modłach 
dziękczynnych  za ocalenie życia, w pierwszej chwili nawet nie zwrócił uwagi na odległe 
wycie   klaksonów   alarmowych.   Lecz   zaraz   potem   pokład   pod   nogami   ludzi   drgnął 
zauważalnie,   a   wnętrzem   statku   przetoczył   się   głęboki   pomruk   zwiększających   moc 
reaktorów. 

     Ruszamy się, pomyślał sparaliżowany lękiem i ekscytacją zarazem Lito. Olbrzymie silniki 
statku zostały włączone ! Być może nawet frachtowiec szykował się właśnie do skoku w 
Immaterium, spekulował w myślach czując jeszcze silniejszy dreszcz emocji. Inni klerycy 
najwyraźniej   myśleli   o   tym   samym,   zdradzały   to   ich   napięte   twarze   i   zduszone   szepty. 
Oburzeni   brakiem   koncentracji   swych   braci   kapłanilektorzy   zaczęli   uspokajać   zebranych 
demonstracyjnym   okazywaniem   ceremonialnych   pejczy,   ale   i   sam   kardynał   najwyraźniej 
zgubił wątek dziękczynnej przemowy wsłuchując się z niepokojem w coraz głośniejsze wycie 
syren.
          Nieoczekiwany   wstrząs   powalił   na   podłogę   Lito   i   otaczających   go   towarzyszy.   W 
odległym   kącie   ładowni   pojawiło   się   znienacka   oślepiające   światło   i   podniesione   głosy 
kleryków zlały się w jeden przeraźliwy wrzask. Przez ułamek sekundy chłopiec zastanawiał 
się, czy wszystkie skoki w Osnowę bywają równie dramatyczne i spektakularne jak ten i 
wtedy ujrzał ścianę płomieni mknącą poprzez ładownię w jego kierunku, obracającą w popiół 
wszystko na swej drodze. Z przyczyn, których on sam nie rozumiał, ostatnie myśli w życiu 
Lito pobiegły w stronę ślepego mistrzaastropaty, pozostawionego na powierzchni planety.
          Kilka   sekund   później   Arcona   eksplodowała   od   środka   rozsadzona   energią 
przeszywających ją na wylot laserowych wiązek.

* * * * *

         Znajdujący się na obrzeżach systemu Erwin Ramas, dowódca Drachenfelsa, próbował 
wyłonić sensowny obraz wydarzeń z potoku komunikatów nadawanych przez jednostki floty 
ewakuacyjnej.   Układ   słoneczny   Belatis   nie   był   duży   –   posiadał   jedną   trzecią   średnicy 
macierzystego układu słonecznego ludzi – ale patrolujący jego krawędzie Drachenfels wciąż 
znajdował   się   w   odległości   kilkunastu   minut   świetlnych   od   reszty   floty.   Nieuniknione 
opóźnienie w komunikacji radiowej, sięgające przy takim dystansie piętnastu minut, zmuszało 
do korzystania z pomocy astropatów i zawężało znacząco ich działania. Ramas zmuszony był 
do biernego oczekiwania na raport mentata komunikującego się wpierw ze swymi braćmi na 
pokładach   innych   okrętów,   następnie   zaś   przekazującego   odpowiedni   przekaz   obsadzie 
mostka, która taki raport przesyłała do wnętrza kriogenicznego zbiornika będącego domem i 
sarkofagiem kalekiego kapitana.
          Podłączony   za   pomocą   cybernetycznych   wszczepów   do   obwodu   informacyjnego 
krążownika, Ramas filtrował potoki przepływających światłowodami danych, generowanych 
nie tylko przez załogę okrętu, ale i samą jednostkę. Z przekazanych mu dotąd raportów pojął, 
że flota ewakuacyjna została zaatakowana, ale elektroniczne zmysły krążownika ostrzegały 
swego pana przed znacznie bliższym niebezpieczeństwem. Na samym krańcu zasięgu swych 
czujników okręt dostrzegał coś dziwnego, formułując pierwsze cyfrowe ostrzeżenia, wciąż 
jeszcze   niezrozumiałe   dla   czuwających   przy   terminalach   serwitorów.   W   tej   chwili   tylko 
Ramas  mógł je usłyszeć. Spośród wszystkich okrętów Zgrupowania Floty Gothic właśnie 
Drachenfels stanowił najlepszy przykład ścisłego połączenia jednostki i jej kapitana. Ramas 
usłyszał ostrzeżenie i podjął pierwsze kroki prewencyjne, zanim jeszcze w komunikatorze 
rozległ się komunikat jednego z towarzyszących krążownikowi eskortowców.
- Zgłasza się Pegasus. Mamy potwierdzony kontakt z przynajmniej pięcioma jednostkami 
nieprzyjaciela, jedna z nich to okręt liniowy. Imperator jeden wie, skąd one się tu wzięły, ale 

background image

wchodzą w głąb systemu z dużą prędkością, kursem zbliżeniowym do armady ewakuacyjnej. 
Jesteśmy na ich kursie kolizyjnym, idą prosto na was. Spróbujemy ich zatrzymać tak długo 
jak to możliwe. Udanych łowów, Drachenfels. Pegasus bez odbioru.
         Ramas nic nie powiedział zdając sobie sprawę z faktu, że Pegasus jest już zgubiony i 
szanując decyzję dowódcy fregaty zamiast ucieczki zdecydowanego raczej zginąć w walce i 
kupić reszcie floty więcej bezcennego czasu. Ramas zaczął analizować status krążownika i 
wydawać rozkazy załodze. Jeden z okrętów Imperatora był już stracony, ale jego jednostka 
wciąż posiadała pełny stan gotowości i lada moment miała wejść do walki.

* * * * *

     Opuszczając dotychczasowe schronienie w najwyższych warstwach atmosfery gazowego 
olbrzyma armada Chaosu mknęła w głąb systemu, z Charybdis pośrodku szyku i Infidelami 
tworzącymi   ochronny   wachlarz   wokół   krążownika.   Szybsze   od   swych   imperialnych 
odpowiedników i uzbrojone w baterie laserowe o większym zasięgu, okręty Chaosu sunęły w 
formacji   bojowej   zdecydowane   zmieść   ze   swej   drogi   każdy   próbujący   przeszkodzić   im 
obiekt.
         Pegasus stał się pierwszą ich ofiarą. Waleczny kapitan rzucił swą fregatę naprzeciw 
wrogiej   eskadry,   ale   salwa   torped   wystrzelonych   z   Infideli   unicestwiła   Pegasusa,   zanim 
jeszcze lojalistyczny okręt zbliżył  się do celów na dystans umożliwiający otwarcie ognia. 
Bliźniaczy Achilles osiągnął niewiele a
lepszy efekt. Uderzając na flankę nieprzyjacielskiego zgrupowania fregata zdołała krytycznie 
uszkodzić jeden z rebelianckich okrętów eskortowych zasypując go deszczem laserowych 
krech. Zanim przeciążone baterie artyleryjskie lojalistów zdołały odbudować poziom mocy, 
gigantyczna salwa burtowa Charybdis urwała dziób fregaty i zniszczyła jej systemy zasilania. 
Dryfujący bezradnie Achilles stanowił wyśmienity cel treningowy dla załóg nieprzyjaciela, 
ale okręty Chaosu minęły go bez dalszej wymiany ognia pędząc wprost na bardziej obiecującą 
ofiarę. Na Drachenfelsa.

* * * * *

         Erwin Ramas  miał  okazję słyszeć Princepsów Legionów  Titanicus  określających  się 
mianem „bogów wojen” – podłączeni za pomocą neuralnych interfejsów do elektronicznych 
umysłów   swych   Tytanów   kroczyli   po   bitewnych   polach   niczym   rozgniewani   bogowie, 
pozostawiając za sobą armie  zwykłych  śmiertelników  i mniejsze pojazdy zmiażdżone jak 
miniaturowe zabawki. Ludzie widzący któregoś z Tytanów w akcji – sam Ramas też miał ku 
temu kiedyś okazję – nigdy nie zapominali takiego przeżycia, ale kapitan śmiał się w duchu z 
tych   porównań   do   boskości.   Nie,   to   moc   podróżowania   porzez   Osnowę   do   wszelkich 
zakątków   rozległego   Imperium,   moc   ciskania   słupów   ognia   na  głowy  nieprzyjaciół,   moc 
dowodzenia wojennym okrętem, zdolność do przyjmowania na swe burty ciosów zdolnych 
zgnieść   nawet   największego   Tytana   i   odpowiadać   na   nie   salwami   mogącymi   unicestwić 
swym potencjałem cały Legion Tytanów – to była prawdziwa potęga. W opinii Ramasa być 
może największa, jakiej mógł dostąpić zwykły śmiertelnik. Będąc podłączonym do sztucznej 
jaźni okrętu kapitan poznawał przedsmak iście nadprzyrodzonej mocy.
     Ramas oderwał się od zakrawających na bluźnierstwo myśli i skupił swą uwagę na obecnej 
sytuacji. Analizując spływające z sensorów informacje ujrzał armadę wroga mknącą wprost 
na   jego   krążownik   niczym   stado   wilków.   Szybsze   eskortowce   pędziły   w   awangardzie 
dysponującego większą siłą ognia Murdera. 
  -   Cała   naprzód   –   rozkazał   Ramas   czując   natychmiast   płynące   z   generarium   impulsy 
zasilające sieć energetyczną już pulsującą żarem miniaturowego słońca. Pozwolił sobie na 

background image

chwilę dekoncentracji przeglądając potok danych o statusie podzespołów okrętu, klaryfikując 
mniej istotne rozkazy i komunikując się jednocześnie ze swoim zastępcą przebywającym na 
mostku Drachenfelsa. Kiedy powrócił do odczytów pokładowych czujników, dostrzegł, że 
moment na zmianę taktyki znalazł się na wyciągnięcie ręki. Eskortowce nieprzyjaciela ścigały 
go niczym wygłodzone drapieżniki, zbliżając się coraz bardziej do imperialnego okrętu, ale 
oddalając się jednocześnie poza zasięg protekcji ze strony swego krążownika.
  - Odpalić wsteczne silniki – polecił Ramas czując moc przepływającą poprzez kadłub w 
przeciwnym do dotychczasowego kierunku, w stronę dziobowych silników manewrowych. 
 - Zwrot na bakburtę, dziewięćdziesiąt stopni ! – antyczny okręt zaczął protestować głuchymi 
trzaskami   przeciwko   obciążającemu   kadłub   manewrowi.   Był   to   niezwykle   trudny   i 
niebezpieczny zwrot – zdarzało się, że wykonujące go jednostki przełamywały się wpół lub 
wybuchały im reaktory – ale Ramas znał dobrze swój krążownik i jego załogę i wiedział, że 
żadne z nich go nie zawiedzie.
         Drachenfels  znalazł  się raptownie  na kursie prostopadłymi  do ścigającej  go eskorty 
nieprzyjaciela, zatrzymując pracę wszystkich napędów i wystawiając na widok wroga swe 
burtowe baterie. Ramas  potrafił  sobie wyobrazić  przerażenie i ekscytację  wykwitające  na 
twarzach kapitanów  Infideli. Imperialny krążownik uczynił  z siebie tarczę  strzelniczą  dla 
napastników,   ale   zarazem   sam   wymierzył   w   nich   imponującą   kolekcję   artyleryjskich 
wieżyczek.   Następne   kilka   sekund   miało   przesądzić   o   wyniku   starcia,   pomyślał   Ramas 
studiując pilnie odczyty skanerów.
          Zadufani   w   swą   przewagę   liczebną   i   pewni   zwycięstwa   kapitanowie   rajderów   nie 
zmniejszyli   prędkości   chcąc   jak   najszybciej   znaleźć   się   na   dystansie   umożliwiającym 
odpalenie   torped.   Gdyby   dawny   atak   eldarskiego   okrętu   pozostawił   Ramasowi   chociaż 
namiastkę ust, kaleki kapitan uśmiechnąłby się właśnie teraz.
 - Namierzyć cele ! – rozkazał – Otworzyć ogień !
          Grube   wiązki   laserowego   światła   przecięły   czerń   kosmosu   śmigając   ku   linii 
nieprzyjacielskich   eskortowców.   Krechy   energii   dosięgły   dwóch   okrętów   Chaosu:   jeden 
Infidel eksplodował w ułamku sekundy, drugi wpadł w niekontrolowany dryf podczas gdy 
jego wnętrze przeistoczyło się w ogniste piekło pod wpływem samozapłonu tlenu. Ramas nie 
pozwolił sobie nawet na myśl tryumfu, zbyt dobrze znał nieuniknione konsekwencje ruchu 
nieprzyjaciela.
     Infidele wystrzeliły torpedy. Obserwując odczyty skanerów kapitan ujrzał osiem głowic – 
jeden ze zniszczonych eskortowców zdążył  jeszcze wystrzelić swoje ładunki – pędzących 
wprost na Drachenfelsa.
 - Przygotować się na wstrząs ! – rozkazał. Na pokładach krążownika zapano
wał   pospieszny   rozgardiasz.   Członkowie   załogi   zamykali   luki   i   awaryjne   śluzy,   odcinali 
dopływ energii do mniej istotnych systemów, obsadzali stacje przeciwpożarowe bądź chowali 
się do opancerzonych sekcji ochronnych.
         Wieżyczki antyrakietowe Drachenfelsa otworzyły ogień wysadzając w powietrze dwie 
torpedy.  Dalsze dwie obrały błędny kurs kierując się w mrok  kosmosu. Cztery pozostałe 
zablokowały pokładowe komputery na sylwecie krążownika.
         Dwie uderzyły w tylne burtowe baterie artyleryjskie. Wieża Octo została zniszczona 
całkowicie, trafienie w podstawę wieży Sextus uszkodziło jej mechanizm obrotowy blokując 
lufy dział w pierwotnym położeniu. W tej bitwie lasery Sextusa nie miały już wziąć udziału.
     Pozostałe dwie torpedy przebiły pancerz kadłuba, jedna z nich poczyniła spustoszenie na 
jednym   z   górnych   pokładów   technicznych.   Chociaż   szkody   same   w   sobie   nie   posiadały 
statusu krytycznego, strata kilkuset wyszkolonych inżynierów stanowiła bolesny i trudny do 
zastąpienia ubytek.
         Ukryty w swym strategium Ramas czuł jak pokładowe systemy reagują na odniesione 
uszkodzenia w czasie, gdy jego oficerowie dopiero formułowali odpowiednie raporty. Nie 

background image

będąc   bynajmniej   zwolennikiem   dziwacznego   kultu   techkapłanów,   kapitan   podobnie   jak 
wszyscy inni marynarze wierzył, że okręt posiada swą żywą duszę i poprzez liczne neuralne 
interfejsy czuł ból pokładowych systemów otrząsających się z otrzymanego ciosu.
         Sypiąc gejzerami energii z przerwanych linii zasilających Drachenfels odpalił silniki 
manewrowe   i   skierował   w   stronę   nieprzyjaciela   najeżony   lukami   torpedowych   wyrzutni 
dziób, chroniąc jednocześnie swą poharataną burtę. Pomimo  swych uszkodzeń imperialny 
krążownik wciąż zachował znaczący potencjał bojowy i gotów był udowodnić to swojemu 
przeciwnikowi.   Ramas   wiedział,   że   następny   ruch   należy   do   nieprzyjaciela.   Działając   w 
tandemie   z   krążownikiem   typu   Murder   Infidele   mogły   bez   większego   trudu   obejść 
Drachenfelsa i ostrzelać go z flanek, ale z pewnością przypłaciłyby to dalszymi bolesnymi 
stratami.
         Doświadczony oficer marynarki bez śladu zaskoczeniu obserwował wycofujące się w 
stronę heretyckiego krążownika sygnatury rajderów. W komunikatorze rozległy się radosne 
pokrzykiwania załogi Drachenfelsa, ale Ramas wiedział zbyt wiele, by pozwolić sobie na 
świętowanie wygranej.
     Kapitanowie Chaosu uzyskali zamierzony cel, chociaż zapewne okupili go większymi, niż 
zakładane   stratami.   Uderzyli   w   imperialne   zgrupowanie   i   odrzucili   je   w   głąb   systemu, 
pozostawiając pod swoją kontrolę najwygodniejszy punkt skokowy w obrębie granic Belatis.
         Ramas pojął, że dowódcy rebelianckich okrętów na coś czekają. I wiedzą, że to coś 
przybędzie. Przybędzie już niedługo.

* * * * *

         Gdzieś  w głębi  kadłuba Machariusa forma  życia  stanowiąca całkowite  zaprzeczenie 
tysięcy innych otaczających ją żywych istot również wyczuła nadchodzącą chwilę tryumfu. 
Stwór znalazł sobie lepsze, bezpieczniejsze schronienie w hali ukrytej głęboko na dolnych 
poziomach okrętu. Odkrył tam co prawda obecność innych stworzeń – słabych skrzekliwych 
ofiar   podobnych   do   tych   upolowanych   wcześniej   –   ale   poradził   sobie   z   nimi   szybko   i 
brutalnie, ciesząc się jednocześnie niedawno odkrytą własną siłą. Tworząc pośród gnijących 
szczątków   ofiar   swe   gniazdo   stwór   przystąpił   do   kolejnej   fazy   transformacji.   Wchłonął 
znaczącą część ciał zwierzyny filtrując pożywienie przez swój skażony system trawienny i 
teraz czuł wyraźnie jak jego opasłe cielsko pulsuje swym własnym życiem – z tkanki istoty 
oddzielał się powolnie jej bliźniak.
      Kryjąc się w ciemnościach stwór pojmował coraz lepiej sens swego istnienia. Pojął, że 
jego   pierwotny   cel,   szerzenie   zarazy   wśród   zwierzyny,   nie   był   zbyt   mało   istotny.   Stwór 
należał   do   demonicznych   bestii   Chaosu,   służył   Wielkiemu   Ojcu,   pisane   mu   było   inne 
przeznaczenie niż tylko krycie się w mroku i ciche łowy.
          Istota   czuła   zbliżające   się   źródło   swej   egzystencji,   nadchodzące   z   głębi   Osnowy. 
Zamierzała   czekać   na jego przybycie.  Moment  chwalebnego   objawienia   zbliżał   się  coraz 
bardziej.

* * * * *

         Baterie wiszących na orbicie imperialnych okrętów zaczynały odpowiadać ogniem na 
lśniące laserowe smugi wciąż wystrzeliwujące z powierzchni Belatis. Po uszkodzeniu Grafa 
Orloka i zniszczeniu Arcony planetarne instalacje uderzyły jeszcze dwukrotnie, za każdym 
razem mierząc w jednostki konwoju ewakuacyjnego. Wyładowany promethium tankowiec 
Brennus   eksplodował   po   bezpośrednim   trafieniu   wypełniając   górne   warstwy   atmosfery 
planety deszczem płonącego paliwa. Chwilę później przednie ładownie transportowca Varus 

background image

zostały dosłownie wypatroszone laserowymi wiązkami. Do swej najbliższej akcji bojowej 48 
regiment IG Valetty miał wejść już bez dwóch pełnych batalionów piechoty.ty.
      W czasie tym oficerowie artyleryjscy na pokładach Grafa Orloka, Borodino i Inviolable 
Retribution zdołali w końcu zaprogramować koordynaty pozycji nieprzyjaciela. 
          Kryjący   się   w   ruinach   stolicy   mieszkańcy,   przerażeni   i   zszokowani   nieustającym 
bombardowaniem   kultystów,   pomyśleli,   iż   to   same   gwiazdy   runęły   z   przestworzy   na 
powierzchnię   Belatis,   kiedy   słupy   jaskrawego   światła   spadły   w   dół   pogrążając   w   swym 
blasku podstołeczne wzgórza.
      Uzbrojenie mogące miotać ładunki energii na dystans tysięcy kilometrów w kosmicznej 
próżni   zwróciło   swą   potworną   moc   ku   powierzchni   planety,   tworząc   budzące   grozę 
widowisko, wyrywając w ziemi głębokie na setki metrów rany w poszukiwaniu ukrytych pod 
jej ochronną warstwą bunkrów i silosów.
         W  ruinach  miasteczka   położonego  u  podstawy wzgórz  zgromadzenie  blisko  tysiąca 
kultystów   Chaosu   uznało   zgodnie,   iż   oto   pojawił   się   oczekiwany   Niszczyciel   Planet   i 
rozpoczęło bez zwłoki orgiastyczny festiwal, tańcząc z dzikim szaleństwem w oczekiwaniu 
na swą śmierć, polecając dusze protekcji mrocznych bogów. Oficer artyleryjski na pokładzie 
Borodino spełnił niechcący ich życzenie podając swej baterii błędne koordynaty ostrzału i 
unicestwiając miasteczko wraz z jego mieszkańcami jedną celną salwą laserowych lanc.
          W   jednym   z   podziemnych   bunkrów   trwał   na   stanowisku   lojalny   sługa   Khoisana 
pozostawiony tam przez swego pana z misją szczególnej wagi. Kultysta czuł wyraźnie drżenie 
budowli wieszczące coraz głębsze trafienia pokładowej artylerii marynarki. Mężczyzna stał 
przed   konsoletą   obsługującą   rakietowe   silosy   ukryte   w   pobliskim   paśmie   wzniesień, 
obserwując zmrużonymi oczami migające ikonki gotowych do odpalenia głowic. Na podłodze 
za jego plecami leżało ciało heretyckiego kupca. Porucznikowi kultu podcięto gardło, gdy 
tylko przestał być użyteczny dla dobra organizacji. Sługa Khoisana zauważył, że wibracje 
przybrały na sile. Oświetlające komnatę lampy zaczynały przygasać, kawałki gruzu sypały się 
z coraz liczniejszych szczelin w kompozytowym suficie.
  - Dla marszałka  wojny – zaintonował  czciciel  pochylając  się nad konsoletą  i aktywując 
sekwencję odpalania – Dla wstąpienia w niebiosa Khoisana Bez Twarzy. Oddaję swe życie 
dla twej chwały, mój panie, szczerze i w zgodzie ze swą wolną wolą.
         Kilka sekund później sufit kompleksu pękł i cały bunkier wyparował zalany strugami 
rozpalonej plazmy. Lecz wtedy było już za późno na powstrzymanie rozpoczętej procedury.
      W wykutach w skale rakietowych silosach ożyły tkwiące dotąd w bezruchu pociski. W 
kliku hangarach przygotowania do startu nie były jeszcze ukończone i przebywający wciąż w 
środku kultyści zostali spaleni na proch falą ognia tryskającego z sekcji napędowych rakiet. 
Pociski wystrzeliły z wylotów silosów, część z nich zdążyła tylko opuścić wyrzutnie, zanim 
słupy   laserowego   ognia   nie   zmieniły   ich   w   gigantyczne   kule   płomieni.   Nie   miało   to 
większego   znaczenia.   Jak   to   martwy   już   kupiec   powiedział   niedawno   Khoisanowi,   w 
powietrzu wciąż znajdowało się więcej rakiet, niż przywódca kultu potrzebował do realizacji 
swego planu.

* * * * *

     - Sygnał odpalenia pocisków ! Fala torped nad powierzchnią planety !
         Ulanti odwrócił szybko głowę słysząc ostrzeżenie jednego z członków załogi mostku. 
Przez panoramiczne okna pomieszczenia widział wyraźnie panikę ogarniającą coraz silniej 
imperialną armadę. Dostrzegał statki uruchamiające swe silniki w próbie wyjścia poza zasięg 
baterii naziemnych i łamiące w ten sposób szyk, co ironicznym zbiegiem losu czyniło je 
bardziej   podatnymi   na   trafienia.   Widział   popękany   kadłub   Arcony   dryfujący   na   orbicie 
pośród gradu  metalowych  szczątków,  widział  okaleczoną  bryłę  Varusa, spalone, poddane 

background image

dekompresji ciała valettańskich gwardzistów wciąż wylatujące z jego rozdartych na wylot 
przednich ładowni. 
      I przemykające wśród tego chaosu srebrne kształty Furii, wystrzelone kilka minut temu 
przez powracającego do konwoju Machariusa.
 - Panie Nyder ? – odezwał się Ulanti wyczuwając doskonale nastrój niepokoju panujący na 
mostku   krążownika.   Świadom   był   ukradkowych   spojrzeń   członków   załogi,   wciąż   silnej 
niechęci   wielu   starszych   oficerów   do   jego   specyficznego   arystokratycznego   pochodzenia, 
wiedział też, że pomimo udowodnienia swej wartości na stanowisku pierwszego oficera wciąż 
istniała   wielka   różnica   pomiędzy   staniem   za   konsoletą   kapitana,   a   wydawaniem   zza   niej 
pełnomocnych   rozkazów.   Wielu   członków   obsady   mostka   z   pewnością   chętnie 
zakwestionowałoby kompetencje młodzieńca z Necromundy.
         Stojąc na miejscu zajmowanym  zazwyczaj  przez kapitana i obserwując pracę blisko 
dwustu marynarzy Hito Ulanti uświadomił sobie znienacka, jak samotnym człowiekiem może 
czuć się kapitan okrętu.
          Jeśli   szef   Sekcji   Kontroli   Lotów   miał   wobec   tymczasowego   kapitana   jakiekolwiek 
obiekcje, żadnym sposobem nie dał tego po sobie poznać. Koncentrując się całkowicie na 
kontroli swych bezcennych eskadr lotnictwa Re
mus Nyder stanowił ucieleśnienie absolutnego profesjonalizmu w tej specjalizacji.
  - Dwanaście  pocisków – oświadczył  odczytując  wydruki  na swej  roboczej konsolecie  – 
Wszystkie   posiadają   zasięg   orbitalny.   Część   eskadr   Storm   i   Tempest   wykonuje   już   lot 
przechwytujący.   Mam   też   Starhawki   z   eskadry   Firedrake   przygotowane   do   operacji   w 
atmosferze   planety,   właśnie   rozgrzewają   silniki   w   hangarach.   Za   pańskim   przywoleniem 
wysłałbym je w dół, żeby dokończyły robotę po artylerzystach z Orloka i Borodino.
         Ulanti wyraził ruchem głowy swą aprobatę dla sugestii Nydera, po czym powrócił do 
obserwacji wydarzeń rozgrywających się za panoramicznym oknem.

* * * * *

       - Klątwa Vandire ! – wrzasnął Kaether szarpiąc za stery i umykając swym myśliwcem 
przed strugami pocisków z automatycznych działek wiszących w obrotowych wieżyczkach 
pod   brzuchem   jakiegoś   transportowca   –   Niech   ktoś   przekaże   idiotom   na   tej   łajbie,   żeby 
wstrzymali ogień do przechwytywaczy !
     Krótkie uruchomienie silniczków manewrowych odepchnęło myśliwiec w bok, wprost w 
szyk reszty klucza. Furia znalazła się pomiędzy maszynami Vale i Zane. Dowódca formacji 
nie musiał spoglądać na wyświetlacz radaru, by dostrzec zbliżający się szybko cel – warkocz 
płomieni odcinał się jaskrawym blaskiem na tle pogrążonej w nocnych ciemnościach tarczy 
planety. 
 - Skoncentrowany ostrzał – polecił swym skrzydłowym Kaether uświadamiając sobie zaraz, 
że takie uwagi były w przypadku tych weteranów całkowicie zbędne – Pamiętajcie, trudno 
będzie je zatrzymać. Mamy tylko jedną szansę. Zróbcie to dobrze.
  - Dobrze, dowódco – padła krótka, nieco sarkastyczna odpowiedź Vale – A teraz pewnie 
będziesz chciał powiedzieć, żebyśmy nie otwierali włazów kabin przed powrotem na Macha, 
co ?
     Zane potwierdził odbiór poprzez pojedynczy trzask komunikatora.
         Gdzieś z przodu Kaether dostrzegł ciemność próżni ciętą białymi wiązkami laserów i 
oślepiającą kulę ognia wykwitającą tuż ponad górną warstwą atmosfery Belatis. Jedna torpeda 
mniej na głowie, pomyślał dowódca eskadry naciskając spusty swych działek. Wbudowane w 
skrzydła przechwytywacza ciężkie lasery rzygnęły ogniem w tandemie z działkami Vale i 
Zane. Potrójne strugi krech światła przecięły drogę pocisku lecącego bezwolnie wprost w 
strefę   rażenia   Furii.   Wiązki   energii   punktowały   ciężko   opancerzony   korpus   torpedy, 

background image

rozrywały niemal puste zbiorniki paliwa, redukowały do poziomu nadtopionego złomu sekcję 
napędową. Po kilku sekundach zaciekłego ostrzału torpeda eksplodowała w pustce kosmosu.
     Myśliwce ominęły zgrabnie krawędzie rosnącej sfery ognia i metalowych odłamków, ich 
piloci już szukali wzrokiem kolejnych celów.
 - Dowódco, mam następną torpedę, odległość sto sześćdziesiąt kilometrów i maleje. To... – 
głos Zane urwał się nagle w pół zdania, w jego tonie pobrzmiewało najwyższe zdumienie. 
Kiedy po chwili pilot odezwał się ponownie, mówił już normalnym  dla siebie chłodnym, 
wypranym z wszelkich emocji tonem – Dowódco, torpeda odpaliła swe silniki wsteczne i 
radykalnie zmienia kurs. Nie leci już w stronę armady transportowej. Zawraca z powrotem ku 
powierzchni planety.

* * * * *

     - Ku Belatis ?
         Ulanti osobiście sprawdził odczyty skanerów, gdy tylko usłyszał pierwszy zmieszany 
raport jednego z młodszych oficerów.
  -   Potwierdzam,   kapitanie   –   w   pobliżu   rozległ   się   głos   noszącego   metalową   maskę 
techkapłana – Pięć torped zostało już przechwyconych i zniszczonych przez nasze myśliwce. 
Jedna   została   rozstrzelana   ogniem   baterii   antyrakietowych   namierzonego   celu.   Cztery 
pozostałe zmieniły kurs i spadają z rosnącą prędkością w stronę powierzchni planety.
  - Awaria systemu namierzania ? – zasugerował pozbawionym przekonania głosem Remus 
Nyder.
  -  Bardzo  wątpliwe  –  odparł  czciciel  BogaMaszyny  konsultując  jednocześnie   za  pomocą 
neuralnych interfejsów potencjalne przyczyny z elektronicznym umysłem samego okrętu – 
Wnioskując z ich trajektorii można uznać, iż zostały rozmyślnie wykorzystane w charakterze 
planetarnych pocisków atmosferycznych wymierzonych we wcześniej zaprogramowany cel 
na powierzchni planety.
 - Co to za cel ? – zapytał głośnym tonem Ulanti.
     Techkapłan połączył się cybernetycznie z kilkoma terminalami badając ich odczyty.
 - Miasto stołeczne, Madina. Prawdopodobnie pałac gubernatoraregenta.

* * * * *

      Panika, bezmyślna i szalenie zaraźliwa, zdobywała coraz większy zasięg pośród murów 
pałacu gubernatoraregenta.
     Wszystko zaczęło się kilka godzin wcześniej u podstaw wzniesionej na wzgórzu budowli, 
pośród wciąż lojalnych żołnierzy Sił Obrony Planetarnej strzegących głównego wejścia do 
kompleksu przed próbującymi wejść za tarcze pól siłowych heretykami. Kiedy znajdujący się 
na   wyższych   piętrach   pałacowi   notable   kończyli   finalne   przygotowania   do   ewakuacji 
zamykając włazy prowadzące na niższe poziomy siedziby regenta, rozwścieczeni i przerażeni 
zarazem żołnierze pojęli znienacka, że ich przełożeni porzucili ich bez skrupułów na pastwę 
losu, wbrew złożonym wcześniej przez oficerów obietnicom.
     Wzmocnieni sporą rzeszą niższych stopniem członków pałacowej świty żołnierze podjęli 
próbę   wdarcia   się   na   wyższe   poziomy   budowli   i   przejęcia   kontroli   nad   hangarami 
wahadłowców. W trakcie tej operacji uwikłali się w ciężkie walki z członkami elitarnej i 
wciąż lojalnej wobec gubernatora pałacowej gwardii.
      Odgłosy strzelaniny niosły się długimi korytarzami starożytnego pałacu. Kilka niższych 
kondygnacji siedziby regenta stało w płomieniach, rzesze kultystów i zwykłych uciekinierów 
kręciły się pomiędzy porzuconymi stanowiskami obronnymi przy wejściu do pałacu. Poczucie 

background image

paniki wędrowało w górę budowli wraz z dymem, ciepłem pożarów, dźwiękami krzyków i 
wystrzałów, docierając nawet do wytłumionego serca prywatnnej kaplicy panującego rodu 
Sarro.
         W ostatniej  chwili  gubernatorregent  postanowił  ocalić  przed  zniszczeniem  doczesne 
szczątki   swych   czcigodnych   przodków.   Zgromadzenie   arystokratów   i   pałacowych 
urzędników aż drżało z niecierpliwości obserwując Vitasa Sarro odprawiającego zwyczajowe, 
ale czasochłonne ceremoniały nad urnami zawierającymi szczątki członków jego rodziny.
     Liczenie monet w płonącym pałacu, pomyślał Semper wspominając rzekomo autentyczną 
historię o dworskim urzędniku prowadzącym inwentaryzację skarbca w Pałacu Imperatora w 
chwili, gdy pociski artylerii wystrzeliwane przez Marines służących pod rozkazami Horusa 
obracały w perzynę jego zewnętrzne fortyfikacje. 
         Sarro przyśpieszył zauważalnie recytację ostatnich litanii, usilnie próbując zignorować 
narastający   hałas   kanonady,   nagle   jednak   urwał   całkowicie   modlitwę   dostrzegając   za 
wielkimi oknami kaplicy czerwonawą łunę. Do uszu zebranych w pomieszczeniu dostojników 
dobiegł suchy trzask przywodzący na pamięć wystrzał z lasera, po stokroć zwielokrotniony. 
Niczym jedna istota, całe zgromadzenie runęło na zewnętrzne balkony kondygnacji  i zaczęło 
w   niemej   grozie   kontemplować   wzrokiem   wzgórza   otaczające   metropolię.   Wielkie   słupy 
laserowego ognia płonęły na niebie wystrzeliwując gdzieś spośród wzgórz, ich jaskrawy blask 
odbijał się od wiszącej nisko gęstej warstwy chmur. 
  - Co się stało ? – zapytał gubernatorregent, jego głos pulsował lękiem i rosnącą paniką – 
Orbitalne baterie zaczęły strzelać ! Nie wydawałem takiego rozkazu ! Do czego strzelają ?! 
Przecież Niszczyciel Planet nie mógł już tutaj dotrzeć, prawda ?
          Semper   spojrzał   pytająco   na   ministra   spraw   wewnętrznych   i   dowódcę   Sił   Obrony 
Planetarnej, ale zarówno Kale jak i generał Brod gapili się tylko w bezbrzeżnym zdumieniu 
na migotliwe wiązki laserowych dział.
 - Nie... nie rozumiem tego, ekscelencjo – wykrztusił Brod nie potrafiąc oderwać wzroku od 
wiązek światła przebijających chmury w drodze ku orbicie planety – Nieprzyjaciel musiał 
przejąć kontrolę nad instalacjami obronnymi i użył ich do ataku na naszą flotę.
  - Jak mogło do tego dojść ?! – wrzasnął histerycznie Sarro, najwyraźniej zapominając, że 
cały   jego   świat   już   dawno   uległ   powszechnej   anarchii.   Znienacka   zupełnie   nowa   myśl 
poraziła umysł gubernatoraregenta.
 - Ta broń, czy ona może być użyta do ostrzelania pałacu ?
          To   Semper,   przepychający   się   energicznie   w   stronę   głowy   świata   i   roztrącający 
struchlałych dygnitarzy, pierwszy odpowiedział na zadane pytanie.
  -   To   baterie   antyorbitalne,   ekscelencjo.   Ich   budowa   uniemożliwia   rażenie   obiektów 
położonych   na   powierzchni   planety,   lecz   wbrew   pozorom   wręcz   zwiększa   to   nasze 
zagrożenie. Nie wolno ani chwili dłużej opóźniać ewakuacji, bezpieczeństwo floty jest teraz 
nadrzędnym priorytetem. Jeśli baterie wpadły w ręce nieprzyjaciela, orbita Belatis nie jest już 
dla   nas   bezpiecznym   schronieniem.   Dowódcy   marynarki   wydadzą   lada   moment   rozkaz 
zakończenia misji ratunkowej i natychmiastowego odlotu z systemu, bez względu na to, czy 
wszyscy słudzy Imperatora, nawet tak cenni jak gubernatorregent, znaleźli się na pokładach 
transportowców. Każdy odpowiedzialny dowódca armady wydałby takie polecenie.
          Ze   mną   włącznie,   dodał   w   myślach   Semper,   gdybym   tylko   znajdował   się  teraz   na 
pokładzie Machariusa, a nie w towarzystwie szlachetnie urodzonego idioty.
  - Słuszne są słowa kapitana, bracie – powiedziała lady Malissa ujmując Sarro za rękę i 
przyciskając jego dłoń do swego bladego delikatnego policzka – Uczyniłeś wszystko, co do 
ciebie należało i nikt nie poważy się stwierdzić, aa
że zabrakło ci odwagi i ofiarności wobec rodzinnego świata. Lecz teraz nadszedł już czas, by 
opuścić to miejsce i podjąć gdzie indziej służbę ku chwale Imperatora. 

background image

 - Tak, tak, oczywiście. Ty zawsze masz rację, zawsze znasz najlepsze wyjście, droga siostro 
–   wymamrotał   Sarro   pozwalając   ciągnącej   go   delikatnie,   ale   zdecydowanie   kobiecie 
wyprowadzić się z balkonu.
         Tłum dygnitarzy i pałacowych lokajów podążył pośpiesznie w ślad za swym panem, 
doskonale świadom faktu, iż jest on jedyną  nadzieją na ocalenie. Nagła erupcja światła i 
dźwięku, znacznie silniejsza od tej dotychczas doświadczonej, sprawiła jednak, że wszyscy 
jak   jeden   mąż   spojrzeli   ponownie   w   stronę   wzgórz.   Ściana   ognia   runęła   znad   chmur 
ogarniając   płomieniami   lesiste   wzniesienia.   Przez   tłum   gapiów   przebiegł   zduszony   jęk 
przerażenia,   wielu   z   nich   krzyknęło   głośno.   Nawet   Semper,   nieraz   obserwujący   takie 
widowisko z mostku swego okrętu, teraz poczuł znienacka ukłucie strachu, po raz pierwszy 
widząc  potęgę  orbitalnego  bombardowania   z  powierzchni  ziemi.  Słupy  laserowej  energii, 
gigantyczne pociski i rakiety spadały z przestworzy wywracając do góry nogami wzgórza. 
Fale dźwiękowe ogłuszających detonacji omiatały struchlałą stolicę.
         Patrząc przez wyrwy w warstwie chmur kapitan dostrzegał wyraźnie silne rozbłyski 
światła   znaczące   pozycje   wojennych   okrętów.   Ujrzał   też   charakterystyczną   poświatę   nie 
mogącą  być  niczym  innym  jak płonącą  jednostką oraz deszcz wchodzących  w atmosferę 
szczątków sypiących się z kadłuba innego, uszkodzonego lub zniszczonego statku.
      Który z nich to Macharius, zastanawiał się pośpiesznie Semper. Która z tych ziejących 
ogniem burt należała do jego krążownika ? Czy mógł to być ów płonący okręt widoczny z 
ziemi jako kula odległego światła, gasnącego już wskutek wypalonych do końca zapasów 
powietrza na pokładach ? Przeklął swą bezradność. Jego okręt był w walce, być może w 
niebezpieczeństwie, a on sam w międzyczasie został uwięziony na tym nieszczęsnym świecie, 
skazany na rolę obserwatora podczas gdy słusznie należało mu się prawo do uczestnictwa w 
tych wydarzeniach.
          W   tej   samej   chwili   dostrzegł   smugi   rakietowych   głowic   wystrzeliwujące   spośród 
grzbietów płonących wzgórz i pnące się ku mrocznemu niebu. 
 - Orbitalne torpedy ! – wybełkotał z niedowierzaniem Judda Kale, stojący obok Sempera i 
śledzący   przerażonym   wzrokiem   mknące   ku   niebiosom   warkocze   ognia   –   Na   litość 
Imperatora, zostaliśmy zdradzeni ! Nie wiedziałem, nie miałem pojęcia...
 - Szybko, do promów ! – krzyknęła lady Malissa przerywając słowa ministra. Spanikowany 
tłum dworzan nie potrzebował dalszej zachęty rzucając się ku drzwiom kaplicy. Potrącany i 
popychany Semper zaczął kręcić na wszystkie strony głową, szukając wzrokiem znajomych 
granatowych   uniformów   marynarki   kosmicznej.   Odetchnął   z   ulgą   na   widok   olbrzymiej 
sylwety   Maxima   Borusy   i   trzech   depczących   mu   po   piętach   oficerów   porządkowych, 
przebijających się przez tłum arystokratów za pomocą ciosów pięści i kolb broni. Docierając 
do dowódcy czterej marynarze utworzyli wokół kapitana ochronny kordon. 
  -  Powiedziałbym,   że  to  najwyższy  czas  na  powrót  na Macha,  sir  – oświadczył   Borusa, 
wypowiadając sugestię z charakterystycznym brakiem szacunku wobec wyższych szarż, do 
którego Semper zdążył już przywyknąć.
  -   Zgadzam   się,   oficerze   porządkowy   –   odparł   kapitan   sięgając   po   swój   kieszonkowy 
komunikator. Słuchawkę urządzenia wypełniały silne trzaski statyczne wywoływane pracą 
pól siłowych pałacu. Komunikator nie posiadał dostatecznej mocy, by otworzyć połączenie ze 
statkiem   na   orbicie   planety,   ale   bez   trudu   pozwolił   nawiązać   łączność   z   wahadłowcem 
stojącym w hangarze kilkanaście pięter poniżej kaplicy.
 - Semper do promu. Jesteśmy w drodze powrotnej. Przygotujcie się do odlotu natychmiast po 
naszym wejściu na pokład.
  -   Robi   się   tu   nieciekawie,   kapitanie   –   ostrzegł   Milos   Caparan   –   Dostaliśmy   ochronę 
miejscowych żołnierzy przy wejściu do hangaru, ale tamci zachowują się tak, jakby chcieli 
nas  wyrzucić  albo  nawet  podjąć próbę  wdarcia  się  na pokład maszyny.  Jakie są pańskie 
rozkazy ?

background image

      W kokpicie wahadłowca przez chwilę panowała cisza, potem ponownie rozległ się głos 
Sempera.
  - Oczyścić hangar, jeśli to konieczne nawet siłą, a potem zabezpieczyć  wejście naszymi 
ludźmi   z   ochrony.   Jeśli   ktoś   przez   nie   przejdzie,   a   nie   będzie   miał   na   sobie   uniformu 
marynarki, jesteście uprawnieni do strzelania bez ostrzeżenia.

* * * * *

          Kilkadziesiąt   kilometrów   wyżej   zagłada   zmierzała   nieuchronnie   ku   pałacowemu 
kompleksowi.   Odpalona   bez   synchronizacji   z   pozostałymi   pociskami,   pierwsza   torpeda 
dotarła do najwyższego punktu swej trajektorii lotu. Jej silniczki manewrowe odpaliły serię 
krótkich impulsów i obła sylweta pocisku zawróciła ku powierzchni planety. Prosty układ 
elektroniczny   stanowiący   sztuczny   umysł   torpedy   zlokalizował   położenie   nowego   celu. 
Główny napęd a
głowicy zgasł po kilku sekundach, zapas paliwa wyczerpał się do cna podczas wspinaczki w 
górne warstwy atmosfery Belatis. Teraz tylko siła grawitacji i oszczędne impulsy silniczków 
korekcyjnych niosły torpedę ku jej celowi.
         Pierwszy pocisk trafił pałac z zatrważającą prędkością, przechodząc bez trudu poprzez 
kokon pól siłowych. Uderzył w kopułę dachu sali tronowej gubernatoraregenta demolując ją 
całkowicie. Zaprojektowana pod kątem penetracji grubych warstw pancerza głowica przebiła 
relatywnie lekkie kamienne kondygnacje pałacu i eksplodowała dwanaście pięter niżej, w 
obrębie pomieszczeń kuchennych. 
          Wybuch   torpedy  wstrząsnął   fundamentami   pałacu.   Sufity  wielu   korytarzy   i   komnat 
zawaliły się wprost na głowy krzyczących mieszkańców, zabijając ich lub grzebiąc żywcem 
pod  gruzami.   Ściany  ognia   i   fale   dźwiękowe   pomknęły   poprzez   piętra   rozległej   budowli 
unicestwiając wszystkie stojące im na drodze żywe istoty. Wielki fragment skalnej iglicy, na 
której wzniesiono pałac odłamał się pod wpływem detonacji i setki ton skał posypały się na 
tłum   wciąż   koczujący   u   podnóża   pałacowego   wzniesienia.   W   położonym   na   jednym   z 
najniższych   pięter   generarium   wstrząs   uszkodził   znaczącą   część   instalacji   zasilającej 
generatory tarcz ustawione na zewnętrz budowli. Migotliwa kopuła energii strzegąca dotąd 
pałacu znikła całkowicie.
     I prawdę mówiąc nie była już potrzebna. Wysoko w przestworzach trzy pozostałe torpedy 
właśnie zmieniały trajektorię lotu na powrotną, ustawiając swe układy naprowadzające na 
zaprogramowany uprzednio cel.

* * * * *

         Siła wybuchu przewróciła Sempera na podłogę, na jego ciało posypał się gruz i pył z 
zawalonej  gdzieś   z  tyłu   sekcji  korytarza.  Główna  instalacja  oświetleniowa  pałacu   zgasła, 
zastąpiona słabą poświatą rzędów lamp fluorescencyjnych wbudowanych w ściany tuż przy 
podłogach.   Jeden   z   żołnierzy   ochrony   pomógł   swemu   dowódcy   podnieść   się   na   nogi,   z 
respektem otrzepując przy tym uniform przełożonego z pyłu. Do uszu Sempera docierały 
zewsząd wrzaski paniki i jęki rannych  przygniecionych  kamiennymi  blokami  zawalonego 
korytarza. Gdzieś blisko powietrzem wstrząsał huk wystrzałów z broni palnej. Albo walki 
toczące się na dolnych piętrach pałacu dotarły już tak wysoko, albo arystokraci Belatis i ich 
słudzy   zwrócili   się   przeciwko   sobie   tocząc   bezwzględny   bój   w   wyścigu   do   hangaru. 
Pośpieszny marsz w stronę lądowiska przemienił się nieoczekiwanie w chaotyczny zwierzęcy 
pęd.
 - Kapitanie Semper !

background image

          Semper   odwrócił   się   dostrzegając   Byzantane   i   drużynę   uzbrojonych   arbitratorów 
wybiegających z bocznego korytarza, przebijających się poprzez ciżbę ludzkich ciał w jego 
kierunku. Ścigały ich czyjeś pociski, biegnący w tyle funkcjonariusze odwracali się co chwila 
posyłając w ciemność za swymi plecami salwy z automatycznych strzelb.
 - Pański prom jest bliżej od mojego. Proszę się do niego dostać i zabrać stąd tego tłustego 
głupca   i   jego   kompanię   –   Byzantane   wskazał   dłonią   regenta   i   otaczających   go   ciasno 
zauszników.   Semper   dostrzegł   wśród   nich   skuloną   postać   adepta   Hyugi,   ale   nigdzie   nie 
widział jego dwóch asystentów, najwyraźniej zagubionych gdzieś w tłoku.
  - Śpieszcie się. To było trafienie torpedą, a co gorsza, w drodze tutaj są już następne – 
ponaglił go Byzantane – Ja i moi ludzie zabezpieczymy ten korytarz i spędzimy resztę grupy 
na lądowisko piętro niżej.
     Prefekt Arbites skrzywił usta w pozbawionym wesołości uśmiechu, odpowiadając na pełne 
powątpiewania spojrzenie Sempera.
  - Nie martw  się, kapitanie.  Nie zamierzam poświęcać  życia  moich  ludzi i własnego ani 
dzisiaj ani w najbliższej przyszłości. Ruszaj w swoją drogę, a rychło spotkamy się ponownie 
na wysokiej orbicie.
  - Taką mam nadzieję, prefekcie – odparł Semper wyciągając w stronę arbitratora dłoń – 
Chętnie jak najszybciej ujrzałbym widok tego świata znikający na ekranach moich tylnych 
skanerów.
     Obaj mężczyźni uścisnęli sobie ręce i Byzantane pochylił się nieco bliżej kapitana.
 - Uważaj na nich. Uważaj na nich wszystkich, kapitanie. Nie odwracaj się do żadnego z nich 
plecami  – syknął  wprost do ucha  rozmówcy prefekt.  Semper  spojrzał  ze zdumieniem  na 
dziwnego   stróża   prawa,   ale   wyraz   zaskoczenia   w   jego   oczach   zaraz   zastąpił   błysk 
zrozumienia.   Skinął   potakująco   głową,   a   potem,   z   ostrzeżeniem   Byzantane   wciąż 
rozbrzmiewającym w uszach, powiódł swoją grupę w stronę lądowiska.
     Dwukrotnie w trakcie tej podróży natrafili na przeszkodę. Za pierwszym razem kilka wind 
otworzyło  jednocześnie   swe   kabiny  wyrzucając  na   korytarz  tłum  przerażonych   lokajów  i 
dezerterów   z   jednostek   Sił   Obrony   Planetarnej   strzegących   wejścia   do   pałacu.   Semper 
zawahał się przed wydaniem koniecznego w tej sytuacji rozkazu, ale Borusa nie podzielał 
jego wątpliwości i skrupułów.
 - Ognia ! – wrzasnął na widok ruszającego w ich stronę uzbrojonego tłumu.

          Karabinki   śrutowe   czterech   żołnierzy   ochrony,   przeznaczone   do   walki   w   ciasnych 
korytarzach   kosmicznych   okrętów,   okazały   się   perfekcyjnym   narzędziem   w   tej   rzezi, 
pozostawiając po sobie jedynie poszatkowane ciała zabitych i konających.
      Przy wejściu do hali lądowiska lojaliści wpadli prosto w zasadzkę heretyków. Ubrani w 
czarne płaszcze kultyści otworzyli ogień ze szczytu pobliskiej klatki schodowej i zza kolumn 
biegnących wzdłuż rozległej hali wizytowej przylegającej do hangarów. Deszcz pocisków 
spadł   na   gromadę   uciekających   poprzez   odkrytą   przestrzeń   marynarzy   i   dostojników 
belatisjańskiego dworu. Semper dostrzegł dwóch padających na posadzkę zauszników Sarro, 
ściętych wystrzałami z broni automatycznej. Generał Brod zachwiał się w biegu, trafiony kulą 
w ramię. 
     Laserowa wiązka zwaliła z nóg żołnierza ochrony znajdującego się za plecami Sempera. 
Kapitan pochwycił swego podwładnego, gdy ten upadał chcąc pociągnąć go za próg hali 
lądowiska, ale zaprzestał tych wysiłków dostrzegając wielką ranę w miejscu, gdzie krecha 
energii   dosłownie   oderwała   pół   czaszki   marynarza.   Semper   rozluźnił   chwyt   na   ubraniu 
zabitego pozwalając ciału upaść na posadzkę, podniósł jednak jego upuszczony karabinek i 
wymierzył broń w stronę najbliższego ukrytego za filarem kultysty. Odczuwał opory przed 
strzelaniem do spanikowanych obywateli Imperium, ale skrupuły te nie dotyczyły czcicieli 
Chaosu. Pociągnął za spust i ujrzał swą ofiarę znikającą pośród krwistych rozbryzgów z pola 

background image

widzenia. Zanim zdążył obrać za cel następnego heretyka, Maxim Borusa złapał go od tyłu za 
płaszcz i siłą wciągnął do wnętrza hangaru. Inni uciekinierzy wpychali się pośpiesznie do 
środka hali, tylko jeden młody arystokrata przystanął w progu, by ostrzelać nadbiegających 
buntowników i zginął ścięty serią, nim jeszcze zdążył nacisnąć spust.
          Wszyscy   rzucili   się   dzikim   pędem   w   kierunku   opuszczonej   rampy   czekającego 
wahadłowca,   ryk   jego   rozgrzewanych   silników   zaczął   górować   nad   hukiem   strzelaniny. 
Opętani żądzą krwi kultyści wpadli do środka hangaru ścigając uciekinierów. Widząc ich 
sylwetki strzelec pierwszej klasy Daksha obrócił swą wieżyczkę w stronę wejścia do hali. 
Poczwórnie sprzężone działka automatyczne ryknęły obudzone naciśnięciem spustu i strugi 
stali przeznaczone do rozrywania ciężko opancerzonych kadłubów kosmicznych myśliwców 
omiotły gromadę heretyckich żołnierzy redukując ich w przeciągu kilku sekund do poziomu 
krwawej papki.
     Maxim Borusa stał u szczytu rampy popędzając przerażonych belatisjańskich arystokratów 
najgorszymi stranivarskimi wyzwiskami. Kiedy ostatni pasażer znalazł się już na pokładzie, 
marynarz obrzucił raz jeszcze wzrokiem całą halę, by się upewnić, że nikogo za sobą nie 
zostawił. Jakiś  kultysta,  całkowicie  zaślepiony żądzą mordu,  przebiegł  nietknięty poprzez 
kurtynę   ognia   i   stali   Dakshy,   po   czym   rzucił   się   w   górę  rampy   wymachując   nad   głową 
zakrwawionym łańcuchowym mieczem. Maxim zaczekał, aż buntownik znajdzie się o krok 
od niego, po czym strzelił mu między oczy z boltowego pistoletu i strącił trupa ciosem buta z 
bocznej   krawędzi   rampy.   Cofając   się   za   próg   przedziału   pasażerskiego   uderzył   dłonią   w 
przycisk zamykający właz. 
 - Wszyscy na pokładzie ! Na Volkka, ruszaj ! Dawaj, dawaj !
     Siedzący w kokpicie Milos Caparan nie potrzebował dodatkowej zachęty. Pchnął do końca 
przepustnicę kierując do głównych  silników wahadłowca silny strumień paliwa. Rzygając 
ogniem z wylotów dopalaczy prom poderwał się z płyty lądowiska wypadając przez wejście 
hangaru w przestrzeń powietrzną Belatis. 
         Spoglądając w boczne lusterka i ekrany tylnych  kamer Caparan i Torr ujrzeli lampy 
sygnalizacyjne innych wahadłowców wystrzeliwujących z ramp startowych pałacu. W górze, 
poprzez przeszklony dach kokpitu, piloci dostrzegli ogniste warkocze ciągnące się za trzema 
spadającymi z ogromną prędkością torpedami. Caparan wdusił do końca startery wszystkich 
dopalaczy próbując wyprowadzić wahadłowiec poza zasięg rażenia pocisków.
     Niemal mu się udało.
         Pozostałe trzy torpedy trafiły w pałacowy kompleks  w kilkusekundowych  odstępach 
czasu, całkowicie unicestwiając jego górne kondygnacje. Jedna z głowic nie eksplodowała od 
razu, tylko przebiła się aż do fundamentów budowli i wybuchła opodal komory generarium. 
Zasilany geotermiczną energią reaktor wyleciał w powietrze punktując chwilę zniszczenia 
pałacu katastrofalnym akcentem. 
     Z daleka wyglądało to tak, jakby pałac i stanowiąca jego podstawę góra po prostu znikły w 
erupcji   uśpionego   dotąd   wulkanu.   Fala   uderzeniowa   wybuchu   zmiotła   centrum   Madiny   i 
cisnęła wielkie bryły rozpalonej skały na kilka kilometrów we wszystkich kierunkach świata. 
Caparan   i   Torr   walczyli   z   dziką   desperację   o   odzyskanie   kontroli   nad   wahadłowcem, 
targanym podmuchami fali uderzeniowej. Przez chwilę obaj mężczyźni łudzili się, że zdołali 
przetrwać najgorszy moment i wtedy właśnie w prom uderzył grad kamiennych odłamków. 
Jeden z prawoburtowych silników eksplodował z hukiem trafiony bryłą skały lecącą niemal z 
prędkością dźwięku. Szczątki rozerwanej obudowy i resztki turbiny poszatkowały poszycie 
skrzydła i przebiły
biły w kilku miejscach kadłub wahadłowca. Jeden ze szrapneli, metalowa płyta o średnicy pół 
metra, przebił ścianę kabiny pasażerskiej i wirując w powietrzu niczym tarczowa piła ściął 
głowy dwóm siedzącym w fotelach doradcom regenta. Siedzący w rzędzie za nimi Semper 

background image

poczuł na twarzy strugi gorącej krwi, chociaż dopiero po kilku sekundach pojął, że nie należy 
ona do niego.
     Caparan pojął, że wahadłowiec umiera. Stery pracowały opornie, nie chciały reagować na 
ruchy pilota, cały przedni panel kontrolny płonął czerwoną poświatą ostrzegawczych lampek. 
Z tylnej części kokpitu dobiegał ostry swąd spalonego mięsa i stopionego plastiku – jeden z 
serwitorów Shanyina Ko zapalił się porażony wyładowaniami elektrycznymi terminalu, do 
którego był podłączony. Caparan i Torr spojrzeli na siebie z wyrazem posępnego zrozumienia 
na twarzach.
 - Utrzymamy się w powietrzu góra kilka minut, nie ma mowy o wejściu na orbitę. Musimy 
znaleźć odpowiednie miejsce do przymusowego lądowania.
 - Gdzie ? – zapytał Torr spoglądając przez szyby kokpitu i dostrzegając jedynie ciemną gęstą 
zabudowę miasta,  bez  wątpienia  pełną  kryjących  się w  mroku  czcicieli  Chaosu. Caparan 
rzucił prom w głęboki skręt starając się utrzymać dotychczasową wysokość i zlokalizować 
jednocześnie   jakąś   odkrytą   przestrzeń.   Wszędzie   widział   tylko   ruiny  i   płonące   zgliszcza. 
Wtedy na ułamek sekundy spostrzegł mroczną charakterystyczną sylwetę kopuły odcinającą 
się na tle nocnego nieba. 
 - Tam ! – krzyknął pierwszy pilot wskazując jednocześnie palcem w stronę obiektu – Katedra 
Eklezjarchii ! Jeśli jest podobna do tych, które widziałem dotychczas, powinien ją obiegać 
wielki   plac,   a   może   ma   nawet   wewnętrzny   dziedziniec   –   spojrzał   z   ukosa   na   Torra 
przypominając sobie nagle coś jeszcze.
 - Czy ktoś nie wspominał, że ciągle znajduje się pod kontrolą Ministorum ? Byłoby dobrze 
mieć   wokół   siebie   przyjazne   twarze,   kiedy   będziemy   czekali   na   prom   ratunkowy   z 
Machariusa.

* * * * *

     Devane ocknął się z koszmarnego snu. Nagi i samotny, biegł w nim poprzez pustą równinę 
uciekając przed jakimś ogromnym i pozbawionym nazwy niebezpieczeństwem, ścigającym 
go uparcie i będącym już tuż za plecami.
         Nie miał odwagi obejrzeć się przez ramię, by spojrzeć na prześladowcę, ale widział 
wyraźnie jego cień, padający od tyłu na ziemię przed biegnącym mężczyzną, wydający się 
pochłaniać cały świat. Kleryk pojął, że bez względu na to jak szybko będzie biegł, nie zdoła 
przed nim uciec...
     Nie pierwszy raz w przeciągu ostatnich kilku tygodni śnił mu się ów koszmar, a podczas 
prywatnych   rozmów   ze   swymi   wiernymi   odkrył,   że   również   wielu   spośród   nich   nękały 
podobne nocne zmory. Lecz ostatni sen wydawał się znacznie bardziej realny od poprzednich. 
Bardziej naturalistyczny, bardziej przerażający.
  -   Ojcze   konfesorze   –   czyjaś   ręka   pochwyciła   go   delikatnie,   choć   nerwowo   za   ramię, 
wyrywając z sennego otępienia. Devane sięgnął machinalnie po energetyczny miecz leżący 
obok posłania, przekonany, iż heretycy powrócili w znaczącej chwili, by dokonać kolejnego 
ataku   na   barykady.   Starszy   wiekiem   milicjant   klęczący   obok   pryczy   położył   dłoń   na 
pokrowcu broni.
 - Nie, ojcze konfesorze, to nie kolejny szturm. Lecz na zewnątrz dzieje się coś, co musisz 
zobaczyć.
      Kleryk ruszył w ślad za milicjantem poprzez rozległą nawę katedry, uważnie stawiając 
kroki,   by  nie   nastąpić   przypadkiem   na   jedną   z   wielu   owiniętych   płaszczami   lub   kocami 
postaci leżących pod jego nogami. Wielu z tych ludzi spało, próbując podobnie jak Devane 
odpocząć choć trochę po ostatniej walce na barykadach. Niektórzy śpiący pokrzykiwali lub 
mamrotali przez sen, być może dręczeni mrocznymi koszmarami, ich głosy mieszały się z 
nieustającymi jękami i zawodzeniami rannych. Lazaret katedry był przepełniony i noszące 

background image

białe   habity   siostry   zakonu   szpitalnego   Adepta   Sororitas   od   pewnego   czasu   umieszczały 
nosze z ofiarami walk również w głównej nawie świątyni, pośród tysięcy innych uchodźców 
szukających schronienia przed ołtarzem.
      Devane słyszał dobiegające z zewnątrz odgłosy silnej kanonady i doświadczenie oficera 
Gwardii podpowiedziało mu natychmiast, że źródłem tego hałasu musi być bombardowanie 
orbitalne.   Nie   poczuł   zdziwienia   na   myśl   o   tym,   że   orbitujące   wokół   Belatis   okręty 
ostrzeliwują powierzchnię świata – był to jedynie sygnał, że globalna anarchia sięgnęła swe 
apogeum – zdumiał się tylko odkrywając jak potwornie zmęczony był zarówno on jak i setki 
wciąż śpiących wiernych, że nikt z nich nie zbudził się na dźwięk odległego grzmotu.
         Bracia strzegący barykad nie spali i Devane nie potrafił zignorować myśli o tym, jak 
niewielu ich już pozostało na stanowiskach w porównaniu z armią sprzed kilku dni. Szturmy 
heretyków, za każdym razem skutecznie odpierane, zbierały krwawe żniwo wśród lojalistów. 
Ludzie pokazywali sobie aa
nawzajem z nerwową ekscytacją jaskrawą poświatę rozpalającą horyzont. Devane spostrzegł 
słupy laserowego ognia, spadające z przestworzy na nieznany mu bliżej cel będący obiektem 
gniewu imperialnej marynarki. Jego uwagę przykuła inna łuna, znacznie bliższa i silniejsza. O 
ile się nie mylił, dobiegała z miejsca, w którym znajdował się pałac gubernatora, ale...
     Usłyszał coś znienacka, przenikliwy wizg przypominający pracę przeciążonych lotniczych 
silników. Odległy, lecz narastający z każdą sekundą.
 - Cisza ! – krzyknął – Posłuchajcie ! Skąd to dobiega ?
 - Tam ! – wrzasnął jeden z milicjantów – Tam !
         Devane dostrzegł migoczące światła pozycyjne nadlatującego wahadłowca, mknącego 
nisko poprzez nocne niebo. Z miejsca pojął, że z maszyną coś jest nie tak. Kiedy zbliżyła się 
bardziej, zrozumiał przyczynę swego niepokoju. To, co wziął za dodatkowe światła było w 
rzeczywistości językami płomieni liżącymi ogon i prawe skrzydło promu. Silniki maszyny 
wyły przeraźliwie.
     Wahadłowiec spadał szybko w dół - zbyt szybko – wprost na dziedziniec katedry. Devane 
dostrzegł osmalone płomieniami insygnia kosmicznej marynarki na spodniej części skrzydeł 
maszyny. Chociaż pilot zdołał w jakiś sposób wyciągnąć prom z lotu nurkowego ratując się 
przed   kapotażem,   ogon   wahadłowca   zahaczył   o   wysoki   dach   jednego   z   otaczających 
dziedziniec habitatów i odłamał się pośród deszczu iskier. 
  -   Uciekać   !   Chować   się   !   –   wrzasnął   Devane   odciągając   od   barykady   najbliższych 
milicjantów   i   spoglądając   jednocześnie   kątem   oka   na   pędzący   tuż   przy   powierzchni 
dziedzińca prom.
     Maszyna uderzyła z hukiem w plac szorując po nim brzuchem i wyrywając głęboką bruzdę 
w   naznaczonym   wieloma   szramami   dziedzińcu.   Pociski   wystrzelone   przez   heretyków 
okupujących budynki po drugiej stronie placu zastukały w opancerzony kadłub wahadłowca, 
ale buntownicy najwyraźniej byli równie zdumieni nieoczekiwanym pojawieniem się promu, 
co lojaliści, bo ich ogień okazał się wyjątkowo rachityczny i niecelny. Nos maszyny wbił się 
w   barykadę   na   północnej   stronie   placu,   siła   uderzenia   urwała   jedno   ze   skrzydeł,   które 
zadziałało jak prymitywna, ale skuteczna dźwignia hamulcowa.
     Przez krótką chwilę nikt się nie ruszał, po czym pierwsi ze stacjonujących na barykadach 
braci   otworzyli   ogień   z   broni   palnej,   ścigając   kulami   gromadę   heretyków   próbujących 
przebiec plac śladami rozbitego wahadłowca. Kiedy kanonada milicjantów przybrała na sile, 
buntownicy poszli po rozum do głowy i pośpiesznie zawrócili w kierunku własnych pozycji.
         Devane podszedł ostrożnie do wraku, do jego uszu docierały pierwsze jęki rannych i 
dźwięk  kroków   wewnątrz  popękanego  kadłuba.  Ludzka   sylwetka   – tak  potężna,   iż  przez 
moment   kleryk   pomyślał,   że   ma   do   czynienia   z   Kosmicznym   Marine   –   wytoczyła   się 
chwiejnie poprzez jedną ze szczelin. Zdenerwowani milicjanci podnieśli niepewnie broń, ale 

background image

Devane rozpoznał z miejsca poszarpany mundur oficera porządkowego marynarki i ruchem 
dłoni polecił im opuścić lufy.
     Maxim Borusa potrząsnął głową, wypluł z ust grudki zakrzepłej krwi i kawałki wybitych 
zębów,   po   czym   rozejrzał   się   wokół.   Grupa   kościelnych   milicjantów   otaczających 
imperialnego kaznodzieję gapiła się na niego w milczeniu.
 - A niech mnie Volkk ! – wymamrotał marynarz posyłając w stronę wiernych przerażający 
swą   dzikością   uśmiech   niezrozumiałego   rozbawienia   –   Albo   umarłem   i   mimo   wszystko 
skończyłem w tym samym miejscu, co wy, biedne religijne sukinsyny, albo wciąż żyję, ale to 
znaczy,   że   jestem   usadzony   na   tym   zasranym   świecie.   I   sam   nie   wiem,   która   z   tych 
możliwości bardziej mnie przeraża.

* * * * *

         Gdzieś na samych krańcach systemu Belatis coś ogromnego i przerażającego zaczęło 
wyrywać   sobie   przejście   z   Osnowy   do   materialnego   wymiaru.   Podążając   w   ślad   za 
masywnym   obiektem   w   obrębie   systemu   pojawiły   się   liczne   mniejsze   okręty.   Chociaż 
niektóre   z   nich   same   w   sobie   stanowiły   potężne   narzędzia   zniszczenia,   żadne   nie 
dorównywało mocą otaczanemu przez nie źródłu zaburzeń. W miejscu tak dalekim od serca 
systemu sygnatura unikalnego obiektu dopiero po wielu minutach świetlnych miała pojawić 
się na radarach  imperialnych  okrętów, lecz  już w tej chwili  zaburzenia  pływów  Osnowy 
spowodowane   skokiem   tak   gigantycznej   jednostki   odcisnęły   się   piętnem   na   umysłach 
wszystkich obdarzonych mentalnym darem istot w obrębie systemu.

* * * * *

     Na pokładzie każdego imperialnego okrętu ewakuacyjnej armady astropaci i Nawigatorzy 
stracili niemal jednocześnie równowagę mentalną, porażeni nieoczekiwaną słabością będącą 
efektem   ubocznym   fali   energetycznej   Osnowy.   Zanim   jeszcze   zdołali   otrząsnąć   się   z 
przemożnego osłabie
bienia,   pierwsi   z   nich   już   uruchamiali   awaryjne   kanały   komunikacyjne   łączące   prywatne 
kwatery psioników z mostkami ich macierzystych okrętów.

* * * * *

         Gdzieś w głębi najniższych poziomów Machariusa rozrastająca się demoniczna istota 
dygotała w spazmatycznej  ekstazie, przenikana dreszczami energii Osnowy emitowanej w 
materialny   wymiar.   Stwór   instynktownie   wyczuwał   znaczenie   ogromnego   obiektu 
wchodzącego w granice systemu, ale zarazem odkrywał poza jego aurą coś innego, coś wręcz 
osobistego. Coś znajomego, co podobnie jak on obdarzone było błogosławieństwem Nurgla. 
Targany spazmami szczęścia stwór wszedł w ostatnią fazę swej transformacji.

* * * * *

         Na powierzchni  Belatis, na obrzeżach  Madiny,  Khoisan Bez Twarzy skierował  swe 
pozbawione rysów oblicze ku nocnemu niebu wyczuwając przybycie uświęconego obiektu. 
Kolejny dreszcz niekontrolowanych zmian wstrząsnął jego przeinaczonym esencją Chaosu 
ciałem. Moment wstąpienia w panteon bóstw był już bliski, czciciel wyczuwał to wyraźnie, 
lecz wciąż jeszcze pozostawało mu do wykonania jedno zadanie. Przesunął wzrokiem wokół 
siebie   studiując   uważnie   ruiny   metropolii.   Północne   wzgórza   stały   w   ogniu,   wciąż 
bombardowane   przez   wiszące   na   orbicie   Belatis   okręty   marynarki.   Gdzieś   z   przodu   ku 

background image

przestworzom wystrzeliwał kopiec pogrzebowy pałacu gubernatora. Uwagę kultysty zwrócił 
jakiś   obiekt   położony   dalej   na   południu.   Jego   wzrok   padł   na   wieżyce   i   kopułę   budowli 
wznoszącej się ponad spalonymi ruinami miasta.
     Khoisan pokiwał głową w geście zrozumienia. Spoglądał na katedrę Eklezjarchii, jakimś 
cudem nietkniętą pomimo kataklizmu pustoszącego bezlitośnie resztę stolicy.
     Kulący się wszędzie wokół kultyści mamrotali coś i zawodzili histerycznie wyczuwając na 
swój sposób przybycie obiektu ich lęku i uwielbienia. Khoisan przerwał żałosne jęki krótkim 
ruchem dłoni, wskazując swym podwładnym odległe iglice świątyni.
 - Zbierzcie resztę naszych braci – polecił – Wciąż mamy misję do spełnienia.

* * * * *

     Sobek upuścił trzymaną w dłoniach talię kart Tarota, dzięki swemu mentalnemu talentowi 
dostrzegając już kilka sekund wcześniej cienkie, niebywale cenne prostokąciki roztrzaskujące 
się o powierzchnię kamiennej posadzki. Już ich nie potrzebował. Czas wizji i przepowiedni 
minął. Nadeszło najgorsze, przeznaczenie całego świata przestało być tajemnicą.
     Niszczyciel Planet przybył do systemu Belatis i czas dzielący glob od chwili unicestwienia 
przestał się liczyć w tygodniach czy dniach – pozostawały zaledwie godziny. 

* * * * *

      Mknąc w tylnej straży floty Chaosu, Virulent podążał w głąb systemu Belatis w ślad za 
sygnaturą Niszczyciela Planet. Podczas tranzytu przez Osnowę wiele okrętów dołączyło do 
eskadry Niszczyciela lub opuściło ją wykonując osobiste polecenia marszałka Abaddona, lecz 
Virulent   towarzyszył   armadzie   działając   na   własną   rękę,   przywoływany   psionicznym 
sygnałem wiodącym go zbiegiem okoliczności ku temu samemu miejscu, do którego zmierzał 
Niszczyciel Planet.
     Stojący na mostku Bulus Sirl wyczuwał zew istoty wołającej go nieoczekiwanie poprzez 
Osnowę,   stwora   stanowiącego   łącznik   z   obiektem   wielomiesięcznego   polowania.   Było   to 
jedno z jego dzieci, narodzone z błogosławieństwa udzielonego dawno temu żywej istocie, 
rosnące i rozwijające się potajemnie wewnątrz kadłuba znienawidzonego Machariusa.
     Sirl był pewien, że imperialne zgrupowanie umknie przed potęgą Niszczyciela Planet, ale 
dla Machariusa nie miała to być łatwa ucieczka. Mentalnie połączony ze swym dzieckiem na 
pokładzie nieprzyjacielskiego okrętu, kapitan przedsięwziął już ku temu stosowne kroki. Dla 
siebie samego i Wielkiego Ojca Nurgla, Sirl zdecydowany był pomścić zarówno zniszczenie 
Contagionu jak i porażkę nad Helią IV.

Godzina egzekucji
     

     Niczym złodzieje umykający pośród nocnych ciemności, flota ewakuacyjna opuściła orbitę 
Belatis oddalając się poprzez kosmiczną czerń od skazanej na zagładę planety.
     Na mostku Machariusa panował przygnębiający nastrój. Minęło kilka godzin od chwili, w 
której   ostatnia   fala   wahadłowców   przybyła   na   pokład   krążownika   Inviolable   Retribution, 
dowożąc na orbitę Belatis tylną straż garnizonu Adeptus Arbites. W ślad za nimi na orbitę 
parkingową   wdrapał   się   poobijany,   uszkodzony   prom   typu   Eagle.   Ciężko   opancerzony 
wahadłowiec zaprojektowany pod kątem operacji bojowych z trudem przetrwał trafienie fali 
uderzeniowej wywołanej destrukcją pałacu gubernatoraregenta. Jego pasażerowie – w tym 
dowódca garnizonu Arbites  i garstka miejscowych  notabli – okazali  się jedynymi  ludźmi 

background image

ocalałymi ze zniszczenia pałacowego kompleksu. Na podstawie ich zeznań uznano, iż reszta 
uciekinierów,  w   tym   również  kapitan  Semper   i  gubernatorregent,   zginęła  w   gigantycznej 
eksplozji.
         Ulanti stał w tylnej części mostku spoglądając poprzez pancerne szyby na panoramę 
oddalającego się świata i rozmyślając o radiowej konferencji pomiędzy kapitanami głównych 
okrętów zgrupowania. Konferencji, która zdaniem Ulantiego wcale nie skończyła się po jego 
myśli.
  - Wasz wniosek został odrzucony, Macharius. Proszę zająć właściwe miejsce w formacji 
eskorty i podążać w kierunku punktu skokowego.
     Radiowa komunikacja pomiędzy okrętami lojalistów uległa silnym zakłóceniom od chwili 
przybycia Niszczyciela Planet – co bez wątpienia było rezultatem działania jednej z wielu 
tajemniczych   broni   nieprzyjaciela   dotąd   pozostających   poza   granicami   pojmowania 
techkapłanów– lecz Ulanti bez trudu wychwycił ton aroganckiej pogardy w głosie dowódcy 
Grafa Orloka. Titus von Blucher zawsze był zazdrosny o rosnącą reputację Sempera wśród 
wyższych kręgów oficerskich Zgrupowania Floty Gothic. Ulanti zastanawiał się z goryczą, 
jak wiele z zachowania kapitana należało zawdzięczać przywiązaniu do procedur marynarki, 
a ile prywatnym animozjom.
     Zaraz potem w komunikatorze odezwał się Erwin Ramas, jego mechaniczny głos odcinał 
się czytelnie na tle radiowych zakłóceń.
  -   Wyjątkowo   Drachenfels   popiera   opinię   Grafa   Orloka.   Bezpieczeństwo   konwoju   ma 
najwyższy priorytet, sięgający daleko powyżej życia jednego człowieka, nawet tak cennej 
osoby   jak   Leoten   Semper.   Na   skanerach   dalekiego   zasięgu   odczytujemy   sygnały 
eskortowców nieprzyjaciela, gdzieś za nimi musi znajdować się Niszczyciel Planet. Zarówno 
mój okręt jak i Graf Orlok są uszkodzone, a do punktu skokowego wciąż dzieli nas daleka 
droga, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę prędkość, jaką rozwijają te transportowe rzęchy.
     Ton wypowiedzi Ramasa złagodniał na moment, wyraźnie przecząc powszechnie znanemu 
wizerunkowi tyrańskiego i pozbawionego ludzkich uczuć kapitana.
 - Leoten był moim przyjacielem, Ulanti, a pańska lojalność wobec niego zasługuje na głęboki 
szacunek, lecz minęło już kilka godzin, a wahadłowiec kapitana nie dał żadnego znaku życia. 
Ostatnią rzeczą, jakiej życzyłby sobie Semper jest bezsensowna i z góry skazana na porażkę 
akcja ratunkowa. Leoten był dobrym oficerem, jednym z najlepszych, z jakimi dane mi było 
służyć, ale dobry kapitan wie, kiedy podjąć walkę, a kiedy dokonać odwrotu. Semper był 
dobrym kapitanem, chłopcze. Okaż hołd jego pamięci czyniąc to samo, co i on by zrobił na 
twym miejscu.
 - Borodino potwierdza – odezwał się Lupis Fiske. Obecnie kapitan krążownika typu Lunar, 
Fiske   był   szkolnym   kolegą   Sempera   z   czasów   studiów   w   akademii   marynarki   na   Cypra 
Mundi – Przyjdzie czas na stoczenie innych bitew, Macharius, przyjdzie czas pomszczenia 
waszego kapitana.
     I tak oto Ulanti przyjął swe nowe rozkazy dołączając do armady ewakuacyjnej umykającej 
z orbity Belatis. Wszyscy oficerowie należący do obsady mostka słyszeli wyraźnie wymianę 
zdań z dowódcami pozostałych okrętów i nikt nawet nie zamierzał kwestionować wysiłków 
tymczasowego   kapitana,   ale   wcale   nie   łagodziło   to   poczucia   porażki   trawiącego   duszę 
Ulantiego.   Necromundiański   oficer   potrzebował   niezbitego   dowodu   śmierci   swego 
przełożonego   przed   opuszczeniem   posterunku   na   orbicie   i   teraz   czuł   się   jakby   zdradził 
zarówno Sempera jak i własny okręt. Obserwował w milczeniu tarczę Belatis znikającą za 
rufą krążownika. Planeta stała się grobowcem, powtarzał w myślach, nie tylko dla Sempera, 
lecz również dla wszystkich innych wciąż tam pozostających istot. Pozostał im niecały dzień 
życia, jeśli kalkulacje adeptów astromechaniki były prawidłowe. Niszczyciel Planet podążał 
wolno, lecz nieubłaganie ku swemu celowi. Skanery dalekiego zasięgu pozwalały stwierdzić, 
że większość okrętów eskorty superpancernika wciąż tworzyła wokół niego ochronny kordon, 

background image

lecz niektóre wysforowały się przed główną formację zamierzając zabezpieczyć przestrzeń 
orbitalną Belatis.

          Jeszcze   bliżej,   w   kilwaterze   energetycznych   zaburzeń   imperialnego   konwoju, 
przemieszczał się krążownik typu Charybdis i jego eskortowce. Macharius ubezpieczył tyły 
lojalistycznej   formacji,   jego   myśliwskie   eksadry   śmigały   wzdłuż   konwoju   pilnując 
bezpieczeństwa   statków   transportowych.   Lecące   w   samym   tyle   patrole   Starhawków 
dwukrotnie   nawiązały   kontakt   z   Infidelami,   za   każdym   razem   odpędzając   je   gradem 
przeciwpancernych   rakiet.   Nieprzyjacielskie   rajdery   badały   siłę   eskorty   konwoju,   szukały 
jego słabych punktów w oczekiwaniu na przybycie posiłków pędzących już w ich stronę.
         Przy obecnej prędkości, niezwykle  niskiej dla okrętów  wojennych,  ale  jednocześnie 
wyciskającej ostatnie resztki energii z reaktorów wysłużonych frachtowców, konwój wciąż 
pozostawał poza zasięgiem samego Niszczyciela Planet, niemniej Ulanti wiedział doskonale, 
że czeka ich długa i nerwowa podróż do awaryjnego  punktu skokowego na przeciwnym 
krańcu systemu.
 - Kiepsko to wygląda, kapitanie, lecz wszystko, co nas w życiu spotyka, zsyła nam w swej 
niezgłębionej mądrości sam Imperator.
     Ulanti drgnął z zaskoczeniem na dźwięk obcego męskiego głosu. Spoglądając przez ramię 
dostrzegł   postać   dobrze   zbudowanego   wysokiego   arbitratora.   Złote   insygnia   na 
naramiennikach karapaksu i srebrny emblemat Imperialnego Orła na napierśniku błyszczały 
metalicznie w słabym świetle lamp. Mężczyzna zdjął hełm odsłaniając dumną poważną twarz 
pociętą starymi bliznami świadczącymi o jakimś przebytym rytuale inicjacyjnym popularnym 
na   wielu   mniej   cywilizowanych   światach   Imperium.   Jego   ciemne   oczy   błyszczały 
ponadprzeciętną   inteligencją.   Arbitratorzy   z   Necromundy   nie   należeli   do  zbyt   subtelnych 
stróżów prawa, bywali brutalnymi i pozbawionymi wyobraźni zabójcami niewiele lepszymi 
od gangsterskich szumowin,  na które ustawicznie  polowali w labiryntach Podmiasta. Ten 
człowiek bardzo się różnił od noszących policyjne odznaki oprychów.
     Ulanti znał go z widzenia. Byzantane, dowódca belatisjańskich Adeptus Arbites. Przyleciał 
na   pokładzie   jedynego   wahadłowca,   który   zdołał   ujść   z   zagłady   pałacu   gubernatora   – 
kataklizmu winnego śmierci kapitana Sempera. Ciężko uszkodzony i tracący paliwo prom 
zmuszony został do lądowania na pokładzie najbliższej sojuszniczej jednostki i tak trafił do 
hangaru   Machariusa.   Teraz,   kiedy   konwój   przemieszczał   się   z   największą   dostępną 
prędkością w stronę punktu skokowego, oficer nie miał możliwości przesiadki na swój własny 
okręt.
 - Naprawdę pan w to wierzy, prefekcie ?
 - Wierzę w obowiązek lojalnej służby Imperatorowi, nawet jeśli czasami jej sens i znaczenie 
wykracza poza ludzkie zdolności pojmowania. Jam jest zwykłym śmiertelnikiem, Imperator 
zaś bogiem. Gdzie ja dostrzegam porażkę i bolesną ucieczkę, On widzi bez wątpienia zręby 
przyszłego   tryumfu.  Jeśli  sam   zawiodłem  w   swej   misji,   muszę  wierzyć,   iż   inni,  bardziej 
zdolni słudzy naszego Pana, dokończą obowiązek  zbyt  dla mnie  trudny do realizacji.  To 
wszystko – uśmiechnął się nieznacznie prefekt – Resztę dysput filozoficznych pozostawiam 
klerykom   Ministorum,   sam   wolę   nieść   prawo,    porządek   i   karę   heretyckim   prowodyrom 
ukrytym pośród lojalnych obywateli.
         Byzantane popatrzył na niknący za rufą krążownika jasny punkt będący tarczą Belatis. 
Wyczuł przyczyny posępnego nastroju Ulantiego.
  -   Zrobił   na   mnie   wrażenie   zdolnego   człowieka,   ten   pański   kapitan.   Był   lojalnym   sługą 
Imperatora. Jego śmierć zostanie pomszczona.
 - Był oficerem marynarki kosmicznej – odparł Ulanti – Jeśli Imperator zażyczył sobie jego 
śmierci, powinien był oddać życie tutaj, w tym miejscu. Na mostku swego krążownika. Tego 
pragnąłby kapitan Semper. To jedyna śmierć godna dowódcy wojennego okrętu.

background image

          Byzantane   skinął   głową   rozumiejąc   żal   i   gorycz   rozbrzmiewające   w   głosie 
komadoraporucznika. Kiedy jego własny czas miał już nadejść, nie chciał skończyć życia 
leżąc wśród rannych w jakiejś izolatce prefektury Arbites, czepiając się kurczowo ostatnich 
resztek życia  niczym  przeklęci techkapłani egzystujący przez setki lat, wymieniający swe 
starcze organy na ich mechaniczne substytuty i próbujący oszukać własną śmiertelną naturę, a 
przez to na podobieństwo swego BogaMaszyny stający się czymś do ludzi już niepodobnym. 
Kiedy jego godzina śmierci miała już wybić, życzył sobie skonać tak jak żył, z boltowym 
pistoletem   w   jednej   dłoni   i   pałką   wstrząsową   w   drugiej,   narzucając   surową   imperialną 
sprawiedliwość wszystkim wiarołomcom.
      Wpatrując się w widoczną za oknami czerń kosmosu Byzantane rozmyślał o radiowym 
komunikacie nadesłanym przez lecącego na Inviolable Retribution Korte. Byzantane zawsze 
uważał, że budowniczy krążownika Arbites trafnie dobrali jego nazwę, dobitnie podkreślając 
życiową rolę każdego arbitratora. Nieunikniona kara – obietnica dochodzenia prowadzonego 
bez względu na koszty i niebezpieczeństwo, groźba dopadnięcia i ukarania winnego w każdej 
jego   kryjówce.   Byzantane   ponownie   przywołał   w   pamięci   imię   podane   mu   przez   Korte, 
tożsamość sekretnego zdrajcy, który rozmyślnie doprowadził do upadku Belatis. Przeczucie 
prefekta mówiące mu o agencie Chaosu w obrębie pałacu gubernatoraregenta okazało się 
słuszne, ss
ale   nawet   on   nie   spodziewał   się,   że   zdrajca   będzie   tak   wysoko   w   hierarchii   planety 
postawioną osobistością. Teraz zbrodniarz już nie żył, uśmiercony wraz z resztą dworu w 
trakcie   próby   ucieczki   z   pałacu   i   wielu   obserwatorów   mogłoby   uznać   ten   fakt   za 
wystarczającą dla niego karę.
     Lecz nie Byzantane.
         W opinii oficera Arbites zdrajca uciekł przed prawdziwym wymiarem kary. Śmierć w 
gruzach   pałacu   była   szybka   i   miłosierna   w   porównaniu   z   procedurami   egzekucji 
wykonywanymi w przypadkach tak ciężkiej zbrodni. Spoglądając na malejący punkt będący 
Belatis Byzantane pojął, co tak naprawdę łączy go ze stojącym obok posępnym oficerem 
marynarki. Obaj zostali okradzeni nagłym przybyciem Niszczyciela Planet. Jednego z nich 
dręczyła kwestia honoru, odmowa porzucenia nadziei na uratowanie towarzysza broni bez 
względu na to, jak nikłe wydawały się szanse. Drugi nie mógł porzucić myśl o niespełnionym 
do końca obowiązku. Dla obu wymuszona ucieczka z Belatis oznaczała to samo.
     Nie załatwione do końca sprawy.

* * * * *

     - Na litość boską ! – wykrztusił żołnierz ochrony przystając w progu pomieszczenia. Koba 
Kyogen odepchnął go na bok, ale nawet on nie zdołał oprzeć się machinalnemu krokowi w tył 
pod wpływem fali potwornego smrodu buchającego z głębi kabiny.
          Mężczyźni   znajdowali   się   głęboko   pod   dolnymi   pokładami   krążownika,   błądząc   w 
labiryncie pozbawionych oświetlenia korytarzy i kabin nie znajdujących odbicia na żadnym 
schemacie   technicznym   jednostki.   Wszystkie   kosmiczne   okręty   posiadały   takie   strefy, 
porzucone   całkowicie   lub   zamieszkiwane   przez   najgorszych   wyrzutków   i   najmniej 
potrzebnych   członków   załogi,   stanowiące   idealne   kryjówki   dla   dezerterów,   a   nawet 
nielegalnych organizacji, kryminalnych lub heretyckich. 
     Lub pasażerów na gapę, pomyślał Kyogen.
     Komisarz od dłuższego czasu podejrzewał, że na pokładzie okrętu znajduje się pasażer na 
gapę,   ostatni   niedobitek   akcji   abordażowej   podczas   bitwy   o   Helię   IV.   Wpierw   wśród 
mieszkańców   niższych   pokładów   pojawiła   się   epidemia   zarazy,   potem   doszło   do   serii 
zaginięć   i   makabrycznych   mordów.   Przerażeni   i   przesądni   członkowie   załogi   zaczynali 
szeptać o grasującym w dolnych korytarzach demonie, ale również stoickie raporty astropaty 

background image

Rapavny   i   Nawigatora   Solona   Cassandera,   dwóch   najwyższych   rangą   ludzi   o   darze 
mentalnym na pokładzie Machariusa, sugerowały możliwość pobytu na krążowniku jakiejś 
diabolicznej   i   niebezpiecznej   istoty.   Dokonano   prób   wieszczenia,   ogłoszono   alarm   i 
uzbrojone grupy żołnierzy ochrony zaczęły przeczesywać zakamarki głębin okrętu.
      Kyogen stał przez chwilę w progu pomieszczenia, świadom doskonale zdesperowanych 
spojrzeń   marynarzy   wbitych   w   jego   plecy.   Z   trudem   powstrzymywał   się   przed 
zwymiotowaniem   pod   wpływem   niewyobrażalnego   odoru   ziejącego   przez   otwarty   właz. 
Potworny smród zdawał się przesączać przez rzekomo bezpieczny pochłaniacz powietrza, 
niósł w sobie posmak zgnilizny i rozkładu. I coś jeszcze. Coś niezrozumiałego i budzącego 
grozę. Za swymi plecami Kyogen usłyszał niski głos jednego z pokładowych kaznodziejów 
Ministorum,   śpiewającego   psalm   protekcji   i   wymachującego   jednocześnie   dymiącym 
kadzidłem   mającym   strzec   ludzi   przed   chorobą   kryjącą   się   w   obrzydliwych   wyziewach 
kabiny. Komisarz uważał się za pobożnego człowieka, ale w kwestiach protekcji bardziej 
polegał na łańcuchowym mieczu w dłoni i tuzinie żołnierzy ochrony niż jednym modlącym 
się gorliwie kleryku.
 - Światło ! Poświećcie mi tutaj ! – zawołał wchodząc w głąb pomieszczenia. Marynarze szli 
tuż za nim, omiatając podwieszonymi pod lufami broni latarkami swe otoczenie. Mogli czuć 
lęk przez nieznanym czyhającym w ciemnościach, ale Kyogen wiedział dobrze, że jego boją 
się   jeszcze   bardziej.   Na   pokładzie   Machariusa   komisarz   Kyogen   był   postacią   otaczaną 
powszechnym strachem i szacunkiem. W większej mierze strachem, uśmiechnął się do siebie 
machinalnie komisarz.
     Stając wewnątrz pomieszczenia kilku żołnierzy ochrony i kleryk zaczęło zasłaniać usta i 
sapać ciężko. Kyogen widywał już wcześniej miejsca krwawej rzezi, oglądał ludzkie ciała 
poddane działaniu ognia, próżni i falom uderzeniowym powietrza, ale nigdy jeszcze nie miał 
sposobności przyjrzenia się takiemu widokowi jak ten zastany w kabinie. I modlił się gorąco, 
by nie zobaczyć go już więcej ponownie.
     W środku znajdowały się ludzkie szczątki, wiele szczątków, chociaż dokładnej liczby ciał 
nie sposób było określić ze względu na ich stan: stanowiły gęstą mięsną pastę rozsmarowaną 
po   podłodze,   ścianach   i   suficie   pomieszczenia.   Kawałki   połamanych   kości   i   inne,   mniej 
rozpoznawalne,   ale   równie   organiczne   części   zwłok   wystawały   pod   różnymi   kątami   z 
rozkładającej  się pasty.  W mroku  komnaty poruszały się jakieś stwory,  wylęgające  się z 
owadzich   jaj   rozrzuconych   po   całym   pomieszczeniu.   Komisarz   dostrzegł   ślady   korupcji 
wgryzającej się w samą strukturę okrętu: w kompo- aa
zytowych   płytach   mających   wytrzymać   setki   lat   użytkowania   tworzyły   się   wielkie 
rdzewiejące   plamy,   wzmocnienia   włazu   i   wsporniki   obłaziły   z   farby.   Cała   kabina 
przeistoczyła   się   w   jeden   wielki   wrzód   nabrzmiewający   skrycie   w   brzuchu   krążownika, 
zdolny w swoim czasie pochłonąć całego Machariusa.
          Kyogen   odwrócił   się,   by   wezwać   do   środka   stojących   na   korytarzu   marynarzy   z 
miotaczami  ognia  i  oczyścić  płomieniami   siedlisko  zarazy,  ale  w   tym   samym  momencie 
demon chorób wychynął ze swej kryjówki.
     Jeden z marynarzy odwrócił w bok lufę swego śrutowego karabinku, snop światła omiótł 
zarysy plugawego stwora wyskakującego z zagłębienia w grubej warstwie gnijących zwłok. 
Białe światło latarki zmieniło nieoczekiwanie barwę na czerwoną, kąpiąc pomieszczenie w 
szokujących kolorach szkarłatu pochodzących od krwi marynarza, padającego na ziemię z 
gardłem rozdartym jednym pociągnięciem szponiastej łapy.
     Wnętrze pomieszczenia wypełnił huk wystrzałów, dzikie wrzaski paniki i krzyżujące się 
snopy   światła   próbujące   namierzyć   zwierzynę   szarżującą   na   swych   myśliwych. 
Stroboskopowe rozbłyski płomieni wylotowych oświetlały przerażone twarze strzelających na 
oślep żołnierzy ochrony. Pięciu mężczyzn zginęło w przeciągu tylu samo sekund, przy czym 
przynajmniej   jeden   z   nich   został   zastrzelony   przez   swych   własnych   towarzyszy   broni. 

background image

Kyogen   ujrzał   demona   zaciskającego   swą   łapę   na   twarzy   kapłana   Ministorum,   usłyszał 
wrzask agonii kleryka, kiedy z dziur w kończynie stwora zaczął wyciekać żółty śluz trawiący 
błyskawicznie gumę pochłaniacza powietrza, skórę i mięśnie twarzy nieszczęśnika, a zaraz 
potem kości jego czaszki.
      Kyogen wyrwał z garści zdrętwiałego marynarza jego karabinek, odwrócił lufę broni ku 
stworowi i przestawiając tryb ognia na pełną serię wdusił spust do samego końca osłony. 
Pociski   miłosiernie   przerwały   agonię   konającego   kleryka   rozrywając   jego   ciało   ostrymi 
kawałkami metalu. Bestia zachwiała się pod wpływem trafień, jej połyskliwe mięśnie zrastały 
się niemal tak szybko jak darły je na strzępy pociski komisarza. Kyogen spojrzał w dół na 
licznik   stanu   magazynka   i   z   ukłuciem   strachu   stwierdził,   że   przy   obecnym   trybie   ognia 
amunicji   wystarczy   mu   na   zaledwie   kilka   sekund,   a   demoniczna   istota   nie   zdradzała 
najmniejszej ochoty do pożegnania się z życiem.
 - Do mnie ! – wrzasnął skupiając wokół siebie żołnierzy ochrony – Wyślijcie to ścierwo z 
powrotem do piekła !
         Pierwszy marynarz, za nim drugi i trzeci, zareagowali na rozkaz swego przełożonego 
posyłając   w   opasłe   cielsko   bestii   strugi   rozpryskowych   pocisków.   Kreatura   zadygotała 
spazmatycznie   odnosząc   obrażenia   szybciej   niż   jej   demoniczny   organizm   potrafił   się 
regenerować. Rozdzierane szrapnelami ciało wydawało się rozpadać na kawałki odsłaniające 
potwornie zdeformowane wnętrzności.
         Karabinek Kyogena zaszczękał obwieszczając koniec amunicji. Kilka sekund później 
umilkła   broń   pozostałych   marynarzy.   Ku   nieopisanemu   przerażeniu   ludzi   straszne   rany 
demona natychmiast zaczęły się zasklepiać. Stwór zaskowyczał gniewnie i w odpowiedzi na 
ten nieziemski zew kawałki organicznej pasty oderwały się od ścian pomieszczenia tocząc się 
ku   bryle   okaleczonego   cielska,   wcierając   się   w   nią,   zaklejając   dziury   i   formując   nowe 
mięśnie. Kyogen pojął, że już za kilka sekund potwór odzyska w pełni swe siły i znów ruszy 
do ataku.
 - Miotacze ! Gdzie są miotacze ognia ?! – ryknął komisarz – Jeśli je macie, pokażcie mi, że 
nie zapomnieliście instrukcji obsługi !
         Dwaj żołnierze ochrony wysunęli się przed oficera, dygocząc z przerażenia na widok 
odtwarzającego   się   stwora,   ale   wciąż   czując   silniejszy   lęk   przed   autorytetem   komisarza. 
Uruchamiając   swoje   pękate   ciężkie   miotacze   płomieni   zaczęli   polewać   strumieniami 
ognistego paliwa wyjącą potępieńczo kreaturę.
         Kyogen nie odrywał wzroku od miotającej się po podłodze płonącej postaci demona. 
Odpinając błyszczącą skórzaną kaburę wyjął z jej środka boltowy pistolet i wyważonymi 
pociągnięciami palca zaczął posyłać w ciało stwora kolejne mikroładunki. Dopiero gdy iglica 
jego broni szczęknęła metalicznie, a żarłoczne paliwo miotaczy obróciło bestię w proch i 
jedyną jej pozostałością stał się gęsty gryzący dym, komisarz polecił wstrzymać ogień.
     W następnych godzinach pomieszczenie miało być poddane oczyszczaniu z resztek zarazy, 
a potem rytualnie konsekrowane przez jednego z pokładowych konfesorów, zaplombowane i 
objęte   kwarantanną   na   czas   kilkunastu   lat,   ale   już   teraz   komisarz   czuł   satysfakcję   z 
wypełnionego obowiązku.
     Schował do kabury pistolet i włączył swój przenośny mikrokomunikator. Tak blisko dna 
kadłuba połączenie radiowe z odległym o blisko czterdzieści pokładów mostkiem pełne było 
szumów i trzasków wywoływanych pracą układów zasilania krążownika.
  - Kyogen do mostku. Misja zakończona. Kapitan Ulanti otrzyma mój wyczerpujący raport 
przed końcem cyklu dziennego. Źródło zarazy zostało wytropione i unicestwione.

* * * * *

background image

         Dziesiątki milionów kilometrów dalej Bulus Sirl zerwał w końcu mentalny kontakt ze 
swym potomkiem, wyczuwając resztki świadomości stwora rozpływające się w Osnowie pod 
wpływem   płomieni   obracających   w   proch   jego   fizyczne   ciało.   Wysiłek   włożony   w 
utrzymanie psionicznej więzi z Siewcą był wyjątkowo wyczerpujący na tak ekstremalnym 
dystansie, ale Sirl  nie żałował tego zabiegu. Uwięziony na mostku Virulenta specyfiką darów 
i błogosławieństw zełanych przez łaskawego Ojca Nurgla, Sirl zdążył już niemal całkowicie 
zapomnieć o rozkoszy   czerpanej z odbierania życia w walce wręcz. Po tak wielu bitwach 
oglądanych na ekranach radarów uczucia płynące z umysłu walczącego kłami i szponami 
Siewcy budziły w duszy Bulusa ekscytujące drżenie.
       A zresztą, uśmiechnął się sam do siebie, któremu rodzicowi nie można było wybaczyć 
kilku momentów radości czerpanej z czynów jednego z jego dzieci ?
     Chociaż kapitan zerwał mentalny kontakt z jaźnią odpędzonego do Osnowy demona, nie 
pozwolił swemu umysłowi na natychmiastowy powrót do fizycznej powłoki. Przemykał przez 
metalowe ściany i szyby wentylacyjne  wrogiego okrętu, wnikał w głąb rur, przewodów i 
przejść serwisowych, dopóki nie zagnieździł się w jaźni innego stwora pełznącego sekretnymi 
tunelami.
         Drugie dziecię kapitana. Nowonarodzony bratbliźniak Siewcy zabitego przez sługusów 
Imperium. Działając na własną rękę, pierwszy stwór z oddaniem szerzył dary zarazy pośród 
nieświadomych   tego   błogosławieństwa   członków   załogi   krążownika,   ale   jego   zabiegi 
pozbawione były planu i przemyślanej taktyki. Obecność demona na pokładzie okrętu została 
zbyt szybko odkryta, toteż stwór musiał zostać poświęcony w imię starej marynarskiej zasady 
doskonale znanej Sirlowi: poświęć i skaż na zagładę jeden okręt odwracając uwagę wroga i 
pozwalając innej jednostce prześlizgnąć się przez linie defensywy przeciwnika. 
     Nawiązując więź z Siewcą Sirl zaczął przemawiać wprost do jego umysłu, uspokajając i 
pocieszając   zagubioną   zdezorientowaną   istotę.   Chociaż   demon   był   jeszcze   słaby,   kapitan 
zażądał od niego wykonania pewnego niezwykle ważnego zadania.
          Znienacka   Sirl   zawiesił   kontakt   i   jego   umysł   powrócił   na   mostek   Virulenta,   gdzie 
zirytowanego tą przeszkodą kapitana oczekiwały ważne kwestie do rozstrzygnięcia.
 - Komunikat z głównego zgrupowania, panie – oświadczył niedawno mianowany pierwszy 
oficer – Mamy zmniejszyć prędkość i dołączyć do drugiej fali eskorty na prawej flance okrętu 
marszałka wojny.
  -  Utrzymać   dotychczasową   prędkość  i  kurs   –  polecił  Sirl   starając  się  zwalczyć   rosnącą 
irytację, świadom faktu, że tylko dzięki zrelaksowanemu umysłowi zdoła utrzymać kruchą 
mentalną więź ze swym dzieckiem na pokładzie Machariusa.
 - Lecz, mój panie, sam marszałek wojny rozkazuje...
          Ostrzegawczy   syk   kapitana   urwał   w   pół   zdania   wypowiedź   pierwszego   oficera. 
Gnieżdżące   się   opodal   stóp   Sirla   stadko   Nurglingów,   oddane   zabawie   pośród   gnijących 
organicznych   szczątków,   znieruchomiało   raptownie   popiskując   z   ekscytacją,   łudząc   się 
nadzieją na nieoczekiwany posiłek sprezentowany im przez kapitana.
  -   Wypełniamy   wolę   Wielkiego   Ojca   Nurgla,   nie   marszałka   wojny   –   oświadczył 
złowieszczym tonem Sirl – Dobrze to sobie zapamiętaj, jeśli chcesz dłużej pozostać w mej 
służbie. Kontynuować lot dotychczasowym kursem. Naszym celem jest Macharius.
         Tym razem wypowiedź pierwszego oficera była uniżona i pełna aprobaty, pozbawiona 
jakiegokolwiek śladu sceptycyzmu i krytyki.
     Ten szybko się uczy, uznał w myślach kapitan, jeśli dalej będzie się tak starał, być może 
dożyje nawet do końca roku.
 - Macharius znajduje się w obrębie nieprzyjacielskiego konwoju, panie, oddalając się od nas i 
zgrupowania   marszałka   wojny.   Nawet   utrzymując   dotychczasową   prędkość   raczej   nie 
zdołamy dopaść go przed dotarciem do krańca systemu i skokiem w Osnowę.

background image

     A może i nie, pomyślał Sirl korygując prognozy długości życia swego zastępcy. Może nie 
dotrwa nawet końca tej misji.
 - Głupcze, wracaj do swoich map i pomiarów, ja zaś zajmę się modlitwą do naszego Ojca i 
ześlę jego pomstę  na głowy tych,  którzy już dwukrotnie okradli go ze zwycięstwa. Tym 
razem Macharius nam nie ucieknie. Ojciec i ja o to zadbamy.
     Sirl zamknął oczy koncentrując się ponownie na słabym sygnale mentalnym stanowiącym 
połączenie  z jaźnią demona  ukrytego  na pokładzie  nieprzyjacielskiego  krążownika.  Istota 
miała   przed   sobą   trudną   i   niebezpieczną   podróż,   wiodącą   poprzez   labirynt   szybów 
wentylacyjnych obiegających cały gigantyczny okręt, ale Sirl wyczuwał cel tej wyprawy i 
kierował ku niemu swe dziecko. Demon pełzł mozolnie w stronę źródła silnych wibracji, 
emitującego impulsy cieplne przemykające przewodami zasilającymi wzdłuż całego kadłuba 
jednostki. 

         W  stronę  relatywnie   bezbronnego  generarium   krązownika,  zapewniającego   zasilanie 
sekcjom napędowym i bojowym Machariusa.

* * * * *

     - Jakakolwiek odpowiedź ?
          Semper   schylił   się   spoglądając   pod   rozmontowaną   obudowę   katedralnego   modułu 
radiokomunikatora, obserwując delikatne szczupłe palce techkapłana śmigają pośród kabli i 
mikroprzełączników   urządzenia.   Pomimo   wysiłków   mężczyzny   głośniki   w   kształcie 
gargulców wieńczące obudowę komunikatora milczały uparcie, sycząc jedynie cichutko.
 - Nic, sir – odparł Caparan i skrzywił się z bólu, kiedy próbując oddać przełożonemu salut 
niebacznie poruszył ułożoną na temblaku ręką. Semper machnął dłonią nakazując pilotowi 
zaprzestania   formalnych   gestów.   W   zaistniałych   okolicznościach,   mając   przed   sobą   góra 
dzień życia, kapitan uznał stosowanie się do wymogów regulaminu marynarki za całkowicie 
zbędne i nie na miejscu.
 - Radio działa, ale nie możemy nic wysłać ani odebrać. Wygląda na to, że jesteśmy zdani na 
siebie, sir.
      Semper zmełł w ustach przekleństwo. System łączności na pokładzie wahadłowca uległ 
zniszczeniu, a jego osobisty nadajnik nie sięgał dalej jak na orbitę planety, lecz oficer żywił 
nadzieję, że potężny katedralny komunikator podpięty do cudem nietkniętej czaszy anteny na 
dachu świątyni zdoła dotrzeć bez problemu na krańce systemu. Patrząc na ornamentowany 
mikrofon   w   ciężkiej   obudowie   z   brązu   i   wsłuchując   się   w   dziwny   sykliwy   dźwięk 
dobiegający z głośników kapitan wzdrygnął się nagle i zmarszczył czoło z niepokojem.
  - Techadepcie, czy nasze sygnały mogą być w jakiś sposób zakłócane albo ekranowane ? 
Istnieją niepotwierdzone raporty, jakoby światy zaatakowane przez Niszczyciel Planet krótko 
przed   uderzeniem   traciły   całkowicie   możliwość   komunikacji.   Czy   to   właśnie   może   być 
przyczyną naszych niepowodzeń ?
     Shanyin Ko zastanawiał się przez moment rozważając odpowiedź w charakterystyczny dla 
wielu   członków   Adeptus   Mechanicus   sposób.   W   przeciwieństwie   do   wielu   swych   braci 
służący na Starhawku techadept nie nosił zakrywającej twarz maski, nie odczuwał bowiem 
takiej potrzeby. W odległej przeszłości twarz techadepta została chirurgicznie zdjęta, Semper 
widział wyraźnie stare blizny znaczące  miejsca cięć skalpela. Pod przypominającą  papier 
cienką warstwą skóry człowieka rysowały się poryte złotem i platyną elektroniczne układy, 
wszczepione w jego mięśnie i kości przed ponownym nałożeniem odciętej twarzy. Neuralne 
wszczepy nadawały mężczyźnie dziwnie złowieszczy wygląd, przywodzący na myśl maskę 
śmierci.

background image

  -   Taka   hipoteza   jest   najbardziej   prawdopodobna,   kapitanie   –   odparł   po   chwili   Ko 
przerywając konsultacje z mikroukładami wszczepionymi mu przez marsjańskich chirurgów – 
Niemniej jednak potencjał energetyczny i rozmiary urządzeń zagłuszających niezbędnych do 
całkowitego ekranowania wybranej planety z takiej odległości musiałyby...
          Techadept   umilkł   zmieszany.   Semper   i   Caparan   wymienili   zdziwione   spojrzenia   – 
nieczęsto   zdarzało   się   widzieć   czciciela   Boga   Maszyny   tracącego   argumenty   w   trakcie 
technicznej debaty, ale też Imperium nigdy wcześniej nie miało okazji stanąć w obliczu broni 
równie przerażającej jak Niszczyciel Planet.
 - Kolejna z wielu, wielu rzeczy dotyczących tego nowego konstruktu, o których nie mamy 
pojęcia – mruknął pod nosem Semper.
 - A jak niby mamy się o nim czegokolwiek dowiedzieć – odparł nieoczekiwanie Caparan – 
skoro uciekamy za każdym razem, gdy wróg go przeciwko nam wystawia ?
  - Sugeruje pan atak z pozycji ignoranta, dowódco eskadry ? Rzucając cenne i nieliczne 
zasoby militarne przeciwko celowi, który dotąd jawi się jako niezniszczalny ? - Ulanti z 
miejsca rozpoznałby ulubioną sztuczkę Sempera, ale Caparan rzadko miewał bezpośredni 
kontakt z kapitanem i nie miał pojęcia, że właśnie stał się obiektem testu.
 - Niezniszczalny ? - odparł Caparan niezrażony tonem pytania – Tylko dlatego, że dotąd nie 
spróbowaliśmy   przetestować   w   praktyce   tej   legendy.   Walczyłem   już   wcześniej   z 
niepokonanymi   wrogami   i   ich   superbroniami.   Kiedy   byłem   jeszcze   kadetem,   moi 
wykładowcy   w   akademii   lotnictwa   twierdzili,   że   w   arsenale   Imperium   nie   ma   niczego 
mogącego równać się z możliwościami maszyn myśliwskich Eldarów. Być może kiedyś było 
to prawdą, ale  od tego  czasu wypracowaliśmy  nowe taktyki  walki  z tymi  zjawami  i  nie 
potrafię już zliczyć chmur śmieci po eldarskich myśliwcach widywanych na skanerach mojej 
maszyny. Nowe taktyki, kapitanie, i niewiara w słowa tych, którzy próbują nam opowiadać o 
niezniszczalnym wrogu i jego niepokonanej broni. Ot i wszystko.
      Semper klepnął Caparana w nienaruszone ramię i obdarzył wyraźnie zaskoczonego tym 
gestem pilota szerokim uśmiechem aprobaty.

 - Zgadzam się z całego serca, dowódco eskadry. Żebyśmy tylko mieli w Zgrupowaniu Floty 
więcej ludzi myślących tak jak ja i pan.
         Potrzebujemy więcej takich ludzi, pomyślał Semper, więcej ludzi takich jak ten pilot 
Starhawków i kaznodzieja Ministorum, jeśli chcemy wygrać wojnę. Ludzi pełniących służbę 
Imperium   bez   marnotrawienia   czasu   na   puste   rozważania   o   niezniszczalności   wroga   czy 
zliczanie przeszkód w realizacji zwycięstwa.
         Rozważając swą obecną sytuację kapitan musiał niechętnie przyznać, że los wyraźnie 
zwrócił się przeciwko niemu, ale też nie zamierzał w obliczu tych przeciwieństw składać 
broni. Jeszcze  wczoraj  dowodził jednym  z okrętów  wojennych  Jego Boskiego Majestatu, 
mając   pod   sobą   załogę   złożoną   z   dziesięciu   tysięcy.   Teraz,   uwięziony   na   powierzchni 
skazanego na zagładę świata, krył się pośród wynędzniałych pielgrzymów w towarzystwie 
pół tuzina innych członków kosmicznej marynarki. 
         Przeżył kraksę wahadłowca, ale innym przyszło drogo za to zapłacić. Wzmocniona i 
dobrze opancerzona kabina pasażerska spełniła swe zadanie i zajmujący w niej miejsca ludzie 
nie   odnieśli   obrażeń   poważniejszych   niż   kilka   złamanych   kości,   ale   reszta   promu   nie 
wytrzymała   obciążenia   związanego   z   przymusowym   lądowaniem,   podobnie   jak   znacząca 
część załogi. Drugi pilot został zmiażdżony pod wykonanymi z brązu dźwigniami pulpitu 
sterowniczego i leżał teraz ciężko ranny – być może konający – wewnątrz murów katedry. 
Ciała strzelców obsługujących przednią wieżyczkę wciąż tkwiły w szczątkach rozbitego nosa 
wahadłowca. Sam Caparan złamał tylko rękę i cudem uniknął zgniecenia w kabinie pilotów, 
lecz znacznie gorszy los spotkał członków załogi ścisniętych w pomieszczeniu bagażowym i 
dolnej   wieżyczce   strzeleckiej.   Wszyscy   zginęli   na   miejscu   w   chwili,   gdy   wahadłowiec 

background image

uderzył brzuchem w płyty dziedzińca obiegającego katedrę. Do listy strat dołączyli nawet 
pokładowi serwitorzy, którzy zmarli natychmiast po wyłączeniu systemów zasilania rozbitego 
promu.
          Teraz,   poza   Caparanem   i   Ko,   jedynymi   marynarzami   pod   komendą   Sempera   byli 
barbarzyński strzelec pokładowy Daksha oraz Borusa i Rahn, dwaj oficerowie porządkowi. 
Sześciu ludzi, pomyślał kwaśno kapitan. To byłoby tyle, jeśli chodzi o stanie jedną nogą na 
Złotym Tronie.
      Ko zebrał swoje narzędzia i zaczął składać obudowę komunikatora szepcząc pod nosem 
słowa niezrozumiałej modlitwy związanej z procedurami montażu. Semper i Caparan ramię w 
ramię   zeszli   szerokimi   kamiennymi   schodami   do   głównej   nawy   katedry.   Kaznodzieja 
Eklezjarchii Devane i grupa jego milicjantów klęczeli w ciasnym kręgu wokół niewielkiego 
bocznego ołtarzyka. Semper uznał zrazu, że bojownicy modlą się właśnie albo odprawiają 
jakąś   religijną   ceremonię,   ale   podchodząc   bliżej   pojął,   że   jest   świadkiem   przedbitewnej 
odprawy.   Devane   właśnie   wydawał   rozkazy   dowódcom   poszczególnych   drużyn.   Twarze 
zgromadzonych przy ołtarzu mężczyzn i kobiet były skupione i skoncentrowane na słowach 
konfesora.   Jak   wielu   innych   oficerów   regularnych   sił   wojskowych,   Semper   od   zawsze 
postrzegał   członków   milicji   kościelnej   za   zgromadzenie   źle   zorganizowanych   i   kiepsko 
zdyscyplinowanych   amatorów   traktowanych   jako   ostateczne   narzędzie   w   sytuacji   braku 
innych  militarnych  zasobów. Teraz, patrząc  na milczącą determinację wyrytą  w twarzach 
bojowników świadomych faktu, iż bez względu na wynik bitwy wciąż pozostaną w obliczu 
nieuniknionej   śmierci,   Semper   gotów   był   przyznać,   że   chętnie   wymieniłby   kilka   tysięcy 
członków swej załogi na tę małą kościelną armię.
     Kaznodzieja odwrócił głowę słysząc kroki zbliżających się oficerów marynarki. Spojrzał 
pytająco   na   kapitana,   ale   błysk   w   jego   oczach   zdradzał,   że   zna   już   odpowiedź   na   swe 
niewypowiedziane pytanie.
  - Wygląda  na to, ojcze  Devane, że moi  ludzie i ja pozostaniemy tutaj  nieco dłużej  niż 
pierwotnie   zakładaliśmy   –   potwierdził   z   posępnym   uśmiechem   Semper   –   Jesteśmy   do 
pańskiej dyspozycji. Co mamy robić ?
  -   Obserwatorzy   na   barykadach   twierdzą,   że   heretycy   koncentrują   siły   na   północnej   i 
wschodniej   krawędzi   placu.   Bez   wątpienia   zamierzają   ponownie   zaatakować.   Będziemy 
potrzebowali każdego zdolnego nosić broń wiernego w chwili, gdy uderzą.
         Devane umilkł na chwilę spoglądając z wyraźnym powątpiewaniem na zakrwawione i 
obandażowane sylwetki marynarzy, zwłaszcza zaś na galowy uniform Sempera, wybrudzony 
krwią   i   ziemią.   Kleryk   wskazał   dłonią   schowaną   w   pochwie   szablę   i   laserowy   pistolet, 
wiszące przy ceremonialnym karmazynowym pasie kapitana.
 - Wie pan jak korzystać z tych rzeczy ?
     Semper wyjął szablę demonstrując klerykowi lśniącą, ostrą jak brzytwa klingę broni. 
  - Muszę przyznać,  że upłynęło  trochę czasu od ostatniego  razu, ojcze Devane, lecz  nie 
zawsze zdarzało mi się uczestniczyć w walce z poziomu mostka – kapitan uśmiechnął się 
nieznacznie dotykając wpierw przecinającej policzek podłużnej blizny, później zaś przypiętej 
do piersi baretki Orderu Gwiazdy Gothica – Jak inaczej zdobyłbym te dwie rzeczy ?
  -   Doskonale.   Ja   obejmę   komendę   na   północnymi   fortyfikacjami,   pan   nad   wschodnimi. 
Brakuje nam na wschodzie sprawnych ludzi, ale podeślę panu tylu
tylu bojowników, ilu tylko zdołam ściągnąć z południowej i zachodniej strony.
  -  Nie  ma   potrzeby  nadwerężania   naszych  sił   na  tych   pozycjach,   konfesorze.  Jeśli   wróg 
faktycznie   uderzy   na   północy   i   wschodzie,   może   się   to   okazać   zaledwie   atakiem 
pozoracyjnym   mającym   odciągnąć   obrońców   z   pozostałych   stron   placu.   Zresztą   nie   ma 
powodów   do   obaw.   Wiem,   gdzie   znajdziemy   kilku   dodatkowych   ochotników   mogących 
uzupełnić braki na barykadzie.

background image

     Devane podążył za wzrokiem Sempera spoglądając w głąb bocznej kaplicy przylegającej 
do głównej nawy świątyni. Siedziała tam grupa ludzi odgrodzona od mrowia wynędzniałych 
pielgrzymów linią uzbrojonych mężczyzn w mundurach pałacowej gwardii. Devane spojrzał 
w oczy Sempera i odwzajemnił złowieszczy uśmiech kapitana.
 - Gubernatorregent wielokrotnie opowiadał jak bardzo podziela cierpienia swego ludu. Jeśli 
tak bardzo wraz z nimi cierpiał, jestem pewien, że nie odmówi stanięcia ramię w ramię z 
poddanymi na barykadach.

* * * * *

     Belatisjańscy arystokraci wymagali pewnej perswazji przed zaakceptowaniem propozycji 
Sempera.
     Maxim Borusa złamał nadgarstek pierwszego gwardzisty próbującego zatarasować drogę 
kapitanowi Machariusa. Kiedy drugi sięgnął po pistolet, Maxim zabrał mu broń i zdzielił nią 
mężczyznę   kilkakrotnie   w   głowę   pozbawiając   go   przytomności,   starannie   jednak   unikał 
bardziej drastycznych działań pamiętając instrukcje kapitana nakazujące ograniczać obrażenia 
wśród   ludzi,   którzy   lada   chwila   mieli   trafić   na   linie   obronne.   Ostrzegawcze   spojrzenie 
olbrzymiego   ochroniarza,   poparte   metalicznym   błyskiem   broni   trzymanej   w   dłoniach 
Caparana,   Dakshy   i   kilku   kościelnych   bojowników,   skutecznie   zniechęciło   pozostałych 
członków pałacowej gwardii do prób zatrzymania Sempera.
 - Co to ma znaczyć ? - wycedził przez zęby minister Kale stając twarzą w twarz z kapitanem 
marynarki. Ukryty za jego plecami Sarro przytulił się do siostry ściskając w dłoniach ciężki 
medalion będący symbolem jego urzędu, jakby postrzegał go za talizman mogący ustrzec 
regenta przed grozą sytuacji, w jakiej ten nieoczekiwanie się znalazł. Oczy Sarro były szeroko 
otwarte, czaił się w nich szok i niedowierzanie.
      Semper widywał już wielokrotnie tego rodzaju spojrzenia, najczęściej na twarzach ofiar 
gangów werbunkowych marynarki przywożonych bez przytomności na pokłady okrętów i 
przychodzących tam do siebie po to, by usłyszeć z ust nieznajomych im oficerów, że zostali 
zaciągnięci   do   służby   we   flocie   kosmicznej   Jego   Boskiego   Majestatu,   najczęściej   w   roli 
skazanych   na   krótką   i   mozolną   egzystencję   niewolników   nigdy   już   nie   mających   ujrzeć 
swych domów, rodzin czy przyjaciół.
  - Jego ekscelencja gubernatorregent wciąż pozostaje przedstawicielem Imperatora na tym 
świecie i wciąż sprawuje tutaj władzę, kapitanie – kontynuował Kale pozornie autorytarnym, 
ale pozbawionym przekonania tonem – Proszę sobie zabrać tylu ludzi z gwardii pałacowej, ilu 
będziemy mogli oddelegować, ale nie oczekuje pan chyba, że ktoś z nas stanie do walki ?
  - Oczekuję i domagam się tego – odparł Semper wskazując dłonią grupę milicjantów za 
swoimi plecami – Światło Imperatora już nie spływa na ten świat. Czasy imperialnej protekcji 
minęły bezpowrotnie. Urząd i przywileje przestały cokolwiek znaczyć. Rozejrzył się wokół, 
Kale,   spójrz   na   tych   ludzi.   To   nisko   urodzeni   mieszkańcy   tej   planety.   Są   niczym   w 
porównaniu z miejscową arystokracją, ministrami  i gubernatorami mocarstwa, dowódcami 
imperialnych flot, a mimo to ich poświęcenie przynosi powody do wstydu nam wszystkim. 
Walczą  tu od wielu dni. Wszyscy wiedzą, że i tak przyjdzie  im umrzeć,  a mimo  to nie 
składają broni. To jest dom Imperatora, a my wciąż jesteśmy jego sługami. Jaki inny wybór 
nam pozostaje, jeśli nie dołączenie do nich w tych ostatnich chwilach ?
          Spoglądając   ponad   ramieniem   Sempera   Kale   ujrzał   zacięte,   nieprzyjazne   twarze 
bojowników.   Devane   zebrał   swą   armię   wiernych   na   prowincji   Belatis,   z   dala   od   dobrze 
prosperującej stolicy.  Dla tych  prostych, lękających  się Imperatora ludzi gubernatorregent 
Sarro i jego klika dworzan byli jedynie odległymi  uciążliwymi  postaciami  należącymi  do 
dekadenckiej   arystokracji,   często   krytykowanej   z   mównic   przez   bardziej   krewkich 
kaznodziejów.   Większość   bogactw   Belatis   koncentrowało   się   wokół   Madiny,   a   broniący 

background image

katedry ochotnicy pochodzili  z ziemskich  posiadłości możnych  tego świata, często wcale 
przez swych właścicieli nie odwiedzanych i postrzeganych jedynie za źródło potencjalnych 
zysków, wypracowywanych pod batami bezwzględnych nadzorców majątku. Nie, ludzie ci z 
pewnością   nie   mieli   powodów,   by   darzyć   miłością   gubernatoraregenta   Sarro   i   członków 
belatisjańskiej elity. Kale pojął, że dalsze powoływanie się na autorytet regenta nie wywrze na 
rozmówcach pozytywnego wrażenia.
         Członkowie ochrony Sarro, zdenerwowani narastającą atmosferą wrogości i żałośnie 
nieliczni w obliczu silnej grupy bojowników, zaczęli ukradkiem przesuwać dłonie w stronę 
bezpieczników swych laserów. To lady Ma- a
lissa pozwoliła uniknąć rozlewu krwi wstępując na linię ognia pomiędzy obiema grupami i 
nakazując swym gwardzistom opuścić broń.
  -   Wszyscy   jesteśmy   lojalnymi   obywatelami   Belatis,   kapitanie,   wiernymi   sługami   Jego 
Boskiego Majestatu. Nasi szlachetnie urodzeni bracia i członkowie gwardii z chęcią wesprą 
bohaterskich   żołnierzy   konfesora   Devane   w   obronie   tego   świętego   miejsca.   Ja   i   moje 
służebnice   podejmiemy   pracę   u   boku   sióstr   zakonnych,   udzielając   pomocy   i   pocieszenia 
rannym złożonym w katedrze. Proszę tylko o jedno – podeszła bliżej Sempera, a jej głos 
złagodniał wyraźnie, kiedy pełnym gracji ruchem dłoni wskazała postać swego skurczonego 
żałośnie gubernatoraregenta – Niech mój brat nie będzie zmuszony już w tej chwili udać się 
na barykady. Wydarzenia tego dnia i obraz cierpień naszego ludu bardzo nim wstrząsnęły, 
lecz   odnajdzie   ukojenie   w   murach   świętego   przybytku   Imperatora   i   jestem   pewna,   że   w 
ostatecznej chwili będzie gotów stanąć pośród swych ukochanych poddanych.
     Semper skinął głową z aprobatą, pojmując podobnie jak wcześniej Byzantane, jak wielką 
tragedią rządzącej  rodziny była  lokalna tradycja zakazująca kobietom piastowania funkcji 
gubernatorskiej na Belatis.
     Generał Brod, wciąż ubrany w mundur poplamiony krwią płynącą z ran na barku, zaczął 
wydawać zwięzłe polecenia członkom ochrony dworu. Jak dotąd oficer zgodził się wyłącznie 
na zabandażowanie rany, odmawiając przyjęcia dalszej opieki medycznej i przeniesienia do 
grupy rannych przebywających w katedrze, chociaż wszyscy wyraźnie dostrzegali z trudem 
maskowane cierpienia mężczyzny. Wyrzucając ochrypłe komendy, wspierany przez jednego z 
adiutantów generał przystanął na moment, by dopiąć poluzowany uniform. Dla Sempera Brod 
sprawiał   wrażenie   człowieka,   który   zawiódł   raz   w   swych   obowiązkach   i   teraz   był 
zdecydowany   za   wszelką   cenę   zmazać   tamte   niepowodzenie.   Wyglądał   na   człowieka 
gotowego odzyskać swój honor za cenę własnego życia.
     Rozglądając się wokół kapitan dostrzegł niską postać w płaszczu kościelnego milicjanta, 
oddzielającą się od grupy i zmierzającą ukradkowym krokiem w stronę bocznego wyjścia z 
kaplicy.
 - Adepcie Hyuga – zawołał Semper – Skąd ta niecierpliwość do sięgnięcia po broń ? Nie ma 
potrzeby   do   wstępowania   w   szeregi   kościelnych   braci.   Poczuję   się   zaszczycony   mając 
możność stanąć wraz z panem na wschodniej barykadzie, w pierwszej linii obrony.
     Kiedy kapitan Machariusa kończył jeszcze swe słowa, przy niskiej postaci zmaterializował 
się nieoczekiwanie Maxim Borusa. Jednym pociągnięciem ręki ściągnął z ciała urzędnika 
Munitorium okrywający go anonimowy płaszcz odsłaniając rzędy barwnych baretek i medali 
na   pompatycznym   uniformie   adepta.   Za   jego   ozdobnym   pasem   tkwił   ręcznie   wykonany 
laserowy pistolet.
     Ogarnięty paniką Hyuga sięgnął po broń i zapiszczał z bólu, kiedy wielka pięść marynarza 
zacisnęła się wokół jego nadgarstka omal nie miażdżąc kości dygnitarza.
 - Ładny pistolet – oświadczył Borusa zabierając adeptowi broń i studiując ją doświadczonym 
spojrzeniem. Wysadzany klejnotami, wykonany z platyny i innych rzadkich metali laser był 
prawdopodobnie   wart   tyle   samo,   co   koszt   wyekwipowania   całej   kompanii   Imperialnej 

background image

Gwardii. I choć bez wątpienia robił swym wyglądem wrażenie, najpewniej eksplodowałby w 
dłoni swego właściciela przy próbie oddania pierwszego strzału.
         Zatykając elegancki pistolet za własny pas Borusa wyjął z oplatającego go bandolieru 
ciężki automat.
 - Proszę, to dla odmiany prawdziwa broń – wcisnął nieporęczny pistolet w dłoń Hyugi – Nie 
jest taka śliczna jak pańska, ale sprawi się znacznie lepiej od tamtej.
     Semper zawołał nazwisko oficera porządkowego zwracając na siebie jego uwagę.
 - Oficerze Borusa, nie możemy pozwolić, by czcigodny adept zabłąkał się gdzieś bez naszej 
wiedzy i nieopatrznie się skaleczył. Rozkazuję sprawować panu nad nim pieczę. Proszę się 
upewnić, że nigdy nie opuści pańskiego boku, bez względu na zaistniałe okoliczności.
 - Z chęcią, sir – odparł Maxim i obdarzył struchlałego Hyugę drapieżnym uśmiechem. Całe 
swe dotychczasowe życie Borusa skazany był na łaskę ludzi takich jak adept Munitorium, 
wielkich możnowładców Imperium mających prawo decydować o losach całych milionów 
zwykłych śmiertelników, czasami zaledwie w myśl własnego widzimisię. Na Stranivarze to 
ludzie   tacy   jak   Hyuga   wysyłali   w   podziemia   metropolii   oddziały   arbitratorów   mające 
redukować   liczebność   tamtejszej   populacji.   Dziesiątki   tysięcy   nielegalnych   imigrantów   i 
mieszkańców slumsów były zabijane w trakcie tych brutalnych pacyfikacji, dalsze tysiące 
trafiały do obozów pracy na więziennym  księżycu  Lubiyanka, wśród nich sam Maxim. I 
ponownie jakiś urzędnik Munitorium, być  może nawet sam adept Hyuga, podpisał dekret 
nakazujący   przymusowe   wcielenie   więziennych   robotników   do   załóg   Zgrupowania   Floty, 
wykrwawionych rosnącymi w obliczu inwazji Abaddona stratami.
     Tacy właśnie ludzie od zawsze kontrolowali życie Borusy, kształtując je a
na własny sposób. Teraz w końcu trafiła mu się okazja, by jednemu z nich spojrzeć prosto w 
twarz. Ujrzany widok niezbyt marynarza onieśmielił.
 - Głowa do góry, lordzie adepcie – wyszczerzył zęby w uśmiechu nie zdając sobie sprawy, że 
zaraz   powieli   wcześniejszą   wypowiedź   komisarza   Kyogena   –   Walcz   dzielnie,   a   może 
umrzesz z prawem noszenia jednego z tych ślicznych orderów. Kto wie, jeśli będziesz się 
dobrze   sprawował,   może   pomyślę   nad   daniem   ci   kilku   nabojów   do   załadowania   tego 
pistoletu, który trzymasz.

* * * * *

     Gdzieś opodal, pośród reszty arystokratów i dygnitarzy, znajdował się jeden umysł, który 
nie   podzielał   uczuć   i   emocji   swych   towarzyszy   niedoli.   Serca   pozostałych,   bardziej 
ograniczonych   śmiertelników   wypełniała   mieszanina   rozmaitych   odczuć.   Był   wśród   nich 
strach,    zmieszanie,  religijny  fanatyzm,  posępna  determinacja.   Ten   szczególny   umysł   nie 
podzielał   takich   emocji.   Analizował   bieżącą   sytuację   zastanawiając   się   nad   sposobem 
wymknięcia  się  z   zaistniałej  pułapki   albo   obrócenia   biegu  wydarzeń   na  swą  korzyść,   na 
sposób   podobny   do   tego,   który   wykorzystał   w   przypadku   wielu   innych   wcześniejszych 
wydarzeń i incydentów.
          Tak,   coś   najwyraźnie   poszło   niezgodnie   z   planem,   zgodził   się   ze   sobą   posiadacz 
najchłodniejszego   i   najbardziej   zdecydowanego   z   umysłów   znajdujących   się   w   obrębie 
murów  katedry.  Tłusty głupiec Sarro zbyt  długo zwlekał z ucieczką,  a rakietowe pociski 
majace   uderzyć   w   jednostki   armady   ewakuacyjnej   i   twierdzę   Adeptus   Arbites   zostały 
wykorzystane do ataku na pałac gubernatora – ataku, w którym posiadacz umysłu omal nie 
postradał   życia.   Ironia   losu   sprawiła,   że   to   właśnie   dzięki   długotrwałym   i   żmudnym 
poczynaniom   posiadacza   umysłu   siły   Khoisana   Bez   Twarzy   uzyskały   dostęp   do 
zakodowanych sekwencji umożliwiających przeprogramowanie terminali sterujących lotem 
pocisków. Bardziej ograniczone intelekty mogłyby w tym fakcie wietrzyć akt zdrady, jedną z 
przewrotnych sztuczek mocy ciemności, przed którymi tak zapamiętali przestrzegali w swej 

background image

ignorancji imperialni katecheci, lecz posiadacz umysłu wiedział swoje. Miał zbyt wiele do 
zaoferowania swym nowym panom i po ucieczce z tego przeklętego miejsca miał stać się 
nieocenionym  wręcz agentem  Chaosu mogącym  infiltrować  od wewnątrz struktury władz 
Imperium w sektorze, zapewniając Abaddonowi ostateczne zwycięstwo w pustoszącej Gothic 
wojnie.
     Zdrajca w równym stopniu pewien był tego, że zdoła bezpiecznie umknąć z Belatis jak i 
faktu, iż to właśnie siły Chaosu okażą się ostatecznymi  zwycięzcami konfliktu. Odwrót z 
pałacu w pierwszej chwili wydawał się katastrofalną porażką, ale po przemyśleniu raz jeszcze 
ciągu ostatnich wydarzeń posiadacz umysłu uznał, że jego pozornie cudowne ocalenie zostało 
wcześniej   starannie   zaplanowane.   Moce   Chaosu   czuwały   nad   życiem   swego   nowego, 
lojalnego sługi, ponieważ był on dla nich zbyt cenny, by można go było porzucić na śmierć 
wraz z resztą głupców zamieszkujących Belatis. 
     Poza tym Khoisan wciąż przebywał na powierzchni planety, a pewne było, że tak bystry i 
przebiegły czciciel Chaosu nie pozwoli się zabić w chwili, gdy Niszczyciel Planet zawiśnie 
nad Belatis. Inicjator rewolty musiał posiadać przygotowaną drogę ucieczki i bez wątpienia 
zamierzał zabrać ze sobą swego najcenniejszego sojusznika.
         Zdrajca wiedział, że musi uzbroić się w cierpliwość i czekać na chwilę, w której jego 
patroni objawią mu sposób ucieczki z pułapki.

* * * * *

         Nadciągali ze wszystkich zakątków Madiny, niczym szczury brnące przez zrujnowaną 
stolicę, odpowiadając na wezwanie swego mistrza. Byli wśród nich szaleńcy i psychopaci, 
całkowicie i bezgranicznie oddani diabolicznej aurze otulającej Belatis; byli żałośni głupcy 
wciąż   rozpaczliwie wierzący w to, że za swą lojalność wobec sił Osnowy zostaną w jakiś 
cudowny   sposób   ocaleni   z   zagłady;   byli   też   pełni   mistycznego   fanatyzmu   czciciele 
mrocznych bogów gotowi bez wahania nakarmić swymi duszami niegasnący głód demonów 
na jeden rozkaz nie dbających o nich wcale okrutnych władców. 
     Khoisan Bez Twarzy nie dbał o motywy, jakie przywiodły ku śmierci jego popleczników – 
a mieli wszyscy umrzeć prędzej czy później, nie dalej jednak jak do końca tego dnia – byle 
tylko zrobili to wypełniając jego rozkazy.  
         Spoglądając ponad usłanym trupami katedralnym placem czciciel poczuł zawirowania 
otaczającej go niewidzialnej energii. W nurtach Osnowy, przesączających się poprzez kruchą 
powłokę   rzeczywistości,   dostrzegał   ślady   wieszczące   obecność   Niszczyciela   Planet, 
znajdującego   się   już   w   obrębie   granic   systemu.   Ciałem   czciciela   wstrząsnęły   głębokie 
dreszcze   oznaczające   przygotowania   organizmu   do   ostatecznej   transformacji.   Rytm 
niedalekiej metamorfozy wydawał się pokrywać z drganiami Osnowy wytwarzanymi przez 
gigantyczne cielsko Niszczyciela Planet. 

         Ponad katedralnym  placem, zza obsadzającej barykady garstki obrońców, do umysłu 
Khoisana docierał jeszcze jeden zew, być może źródło instynktownego przybycia czciciela 
pod świątynię Eklezjarchii. Heretyk pojął, że wciąż ma do zrealizowania jakieś nieznane mu 
jeszcze zadanie. Moce podprzestrzeni oczekiwały jeszcze jednego aktu posłuszeństwa przed 
przyzwoleniem swemu słudze na wstąpienie w panteon demonów.
      Khoisan skoncentrował myśli pozwalając na manifestację ukrytego w jego ciele aspektu 
Boga   Krwi.   Uśmiechnął   się   przeciągając   długim   wilgotnym   językiem   po   ostrych   kłach 
wyrastających ze świeżo uformowanych szczęk, poczuł uderzający do głowy żar ogromnej 
żądzy mordu. Podniósł dłoń ukształtowaną na podobieństwo ociekających krwią łuskowatych 
szponów i wskazał ostrzem energetycznego miecza linie obrońców strzegących dostępu do 
katedry.

background image

 - Krwawy Bóg jest zły. Przebudził się i żąda daniny – wycharczał Khoisan wydając z siebie 
dźwięki, których nie zdołałoby wykrztusić gardło zwykłego śmiertelnika – Nakarmcie go.
     Ogarnięci falą morderczego uniesienia zaszczepioną im przez aurę mistrza, kultyści ruszyli 
zbitą rzeszą wprost przed siebie, opuszczając bezpieczne kryjówki na obrzeżach placu. Kilka 
sekund później powietrzem wstrząsnęły pierwsze wystrzały z broni palnej.

* * * * *

         Wystrzały... Słyszał wystrzały dobiegające gdzieś z dołu. Najpewniej z otaczającego 
katedrę placu, ale cóż takiego mogły oznaczać ? Być może Lito będzie wiedział... musiał 
zapytać o to chłopca, gdy tylko ten przybędzie... a gdzie właściwie się podziewał ten młody 
leń ? Sobek potrząsał sznurem dzwonka przez całą wieczność, a nowicjusz wciąż się nie 
pojawiał...
         Lito. Astropata ujrzał nagle w swym umyśle  rysy twarzy młodziutkiego pomocnika, 
wykrzywione   w   krzyku   grozy,   iluminowane   blaskiem   zapalającej   się   gwiazdy.   Dostrzegł 
morze plazmowego ognia obracającego w perzynę metalowe pomieszczenie i wtedy wszystko 
sobie przypomniał.
      Lito umarł. Światło Imperatora odeszło z Belatis pozostawiając świat na pastwę wroga. 
Niszczyciel Planet niemal już dotarł do celu. Sobek wyczuwał obecność lewiatana napierającą 
na jego mentalne blokady, jej cień czynił bezużytecznym większą część talentu psionicznego 
mężczyzny. Psychiczna fala wywołana wyjściem obiektu z Osnowy przemknęła przez umysły 
wszystkich   dysponujących   świadomością   istot   żyjących   na   Belatis   omal   nie   przełamując 
silnych  psionicznych  zabezpieczeń  umysłu  doświadczonego  astropaty.  Młodszy adept bez 
wątpienia postradałby w rezultacie takiego wstrząsu życie, a sam Sobek świadom był faktu, 
że i jego umysł odniósł poważne obrażenia. Wiedział, że powoli umiera, że pewne częśći jego 
mózgu już zaprzestały pracy, a pamięć coraz bardziej zawodziła.
          Lecz   wiekowy   adept   posiadał   talent   umocniony   agonią   rytualnego   połączenia   z 
Imperatorem, a moc ta znaczyła wiele więcej niż tylko ciało i krew. Imperator wciąż stawiał 
przed nim zadanie, nie pozwalał odejść na wieczny spoczynek. Z trudem gromadząc siły 
starzec podniósł się na nogi, wyszedł ze swojej komnaty i podążył w dół korytarza. Jego 
mentalne zmysły postrzegania były zamglone i pełne przekłamań, ale przechadzał się już tym 
przejściem niezliczoną ilość razy w przeszłości. Znał doskonale każdą płytkę podłogową pod 
swoimi sandałami, każdy zakręt i stopień szerokich schodów. Wędrował w tych murach od 
sześćdziesięciu ośmiu lat; nawet fizycznie oślepiony i całkowicie pozbawiony swego daru, 
wciąż   potrafiłby   odnaleźć   właściwą   drogę.   Teraz   wyruszył   w   swą   ostatnią   podróż 
pozostawiając   za   plecami   komnatę   będącą   przez   siedem   dekad   jego   małym   domem. 
Skierował kroki ku centralnej części katedry.
     W stronę dźwięku wystrzałów.

* * * * *

         Fala kultystów przetoczyła  się przez mokry od deszczu plac katedralny depcząc pod 
stopami   zwłoki   poległych   wcześniej   buntowników.   W   jej   stronę   pomknęły   natychmiast 
pociski   wystrzelone   przez   okupujących   barykady   obrońców,   bez   trudu   znajdujących   w 
gęstym   tłumie   pierwsze   ofiary.   Ludzkie   ciała   padały   z   krzykiem   dołączając   do   trupów 
heretyków zabitych w trakcie poprzednich szturmów, nieszczęśnicy jedynie zranieni kulami 
ginęli tratowani butami napierającej masy. 
     Ostrzał ze strony kościelnych bojowników przybrał na sile, kiedy rzesze heretyków weszły 
w  zasięg rażenia większości stanowisk obronnych. Przybrał na sile, po czym nieoczekiwanie 
ucichł niemal całkowicie. Obrońcy zrozumieli, do kogo przyszło im strzelać.

background image

         Heretycy postanowili wykorzystać nową taktykę i zasłonić się murem ludzkich tarcz. 
Żywym murem głębokim na dobre pięć rzędów. Kobiety i dzieci, chorzy i starcy – nikogo nie 
oszczędzono. Koczujących w ruinach stolicy uchodźców brutalnie wyłapano i spędzono pod 
rozkazy Khoisana aaaa
Bez Twarzy. Gromady psychopatycznych morderców parły tuż za plecami swych ofiar wyjąc 
potępieńczo pochwalne psalmy, strzelając w plecy jeńców albo dźgając ich lufami, pędząc 
stłoczoną ludzką masę wprost pod celowniki obrońców.
     Nad barykadami poniósł się jęk rozpaczy. Bojownicy byli przygotowani na śmierć i chcieli 
drogo sprzedać swe życia zabierając ze sobą jak najwięcej rebeliantów. Nikt nie przygotował 
ich jednak na ten fortel.
     Semper i Devane z miejsca pojęli ogrom zagrożenia. Każda sekunda istnienia żywej tarczy 
przybliżała   gromady   ukrytych   kultystów   do   celu   ich   szarży.   Nie   niepokojeni   ostrzałem, 
buntownicy bez trudu zdołaliby przebić się przez fortyfikacje i zmieść nielicznych obrońców. 
Zdenerwowani milicjanci odwracali twarze w stronę dwóch przywódców. Obaj mężczyźni 
zdawali sobie sprawę z tego, co muszą ucznić, ale żaden z nich nie potrafił zmusić się do 
wydania rozkazu.
     Maxim Borusa, bezwzględny kryminalista i morderca, uczynił to, co było konieczne.
 - Strzelać ! - ryknął biegnąc wzdłuż barykady i kopiąc ciężkimi butami mijanych obrońców – 
Strzelajcie, popaprańcy ! Oni i tak już nie żyją ! Wszyscy już jesteśmy trupami ! Na co 
jeszcze czekacie ?!
      Strzelcy na wschodniej barykadzie pociągnęli za spusty reagując na wrzask marynarza, 
wielu z nich szeptało modlitwy proszące o wybaczenie. Chwilę później huknęły salwy po 
północnej   stronie,   gdzie   obrońcy   wzięli   przykład   ze   swych   towarzyszy.   Ściana   kul   i 
laserowych wiązek uderzyła w żywy mur rozrywając ludzkie ciała, rozbryzgując wokół krew.
         Stojący przy szczycie umocnień Semper słyszał wyraźnie rozpaczliwe błagania jeńców 
ścinanych całymi setkami z nóg. Kapitan ujrzał samotne dziecko, mające może sześć czy 
siedem lat, stojące bezradnie pośród rzezi i wołające rodziców do chwili, w której zniknęło 
pod   naporem   butów   biegnącej   z   tyłu   tłuszczy.   Dostrzegł   matkę   przyciskającą   do   piersi 
zawiniątko  nie mogące  być  niczym  innym  jak tylko  noworodkiem,  idącą prosto w strefę 
ostrzału ciężkiego boltera, unicestwioną serią wystrzelonych wybuchowych mikroładunków.
         Semper widział to wszystko, a zarazem próbował wymazać straszne obrazy ze swej 
pamięci, próbował sobie wyobrazić, że dostrzega wyłącznie treningowe tarcze i ukrytych za 
nimi   przeciwników.   Strzelał   raz   za   razem   z   laserowego   pistoletu,   prosto   w   krzyczącą, 
proszącą o zmiłowanie ludzką reszę.
         Kapitan strzelał do chwili, kiedy zabrakło już ćwiczebnych tarcz. Na placu pozostali 
jedynie   prawdziwi   wrogowie.   Metalowa   kolba   pistoletu   parzyła   dłoń   oficera,   przegrzany 
ustawicznym ogniem laser groził nieodwracalnym uszkodzeniem. Semper cisnął rozładowaną 
niemal do cna broń pod nogi i wyszarpnął z pochwy szablę. Wiedział dobrze, co zaraz się 
wydarzy. Jako młody i ambitny oficer marynarki, Leoten Semper wielokrotnie przewodził 
akcjom abordażowym na pokłady nieprzyjacielskich okrętów lub uczestniczył w odpieraniu 
takich ataków. Zawsze pierwszy ruszał do akcji, zawsze kończył walkę w samym jej centrum. 
Teraz minęło już sporo lat od ostatniej takiej konfrontacji i wcześniej kapitan zastanawiał się, 
czy   wciąż   zdoła   znaleźć   w   sobie   dość   zaciekłości,   by  skutecznie   odbierać   ludzkie   życie 
ostrzem szabli. Widząc rzędy ubranych w czarne płaszcze heretyków, pędzących na barykady 
i   bezlitośnie   strzelających   w   plecy   ostatnich   zasłaniających   im   drogę   jeńców,   Semper 
wiedział już, że znalazł w sercu aż nadto wściekłej furii. Zabijanie takich śmieci było wręcz 
przyjemnością, nie tylko obowiązkiem wobec Imperatora.
 - Przygotować się ! - krzyknął ujmując mocniej rękojeść szabli – Poślijcie im powitanie !

background image

      Po zniknięciu żywego muru kolejne salwy z broni palnej obrońców uderzyły wprost w 
ciała heretyków. Dziesiątki z nich zginęły na miejscu, lecz dalsze setki wpadły z rozpędu na 
umocnienia, niczym czarna fala rozbijająca się na brzegu morza.
     Opętani strachem i żądzą mordu kultyści wspinali się na barykady walcząc pomiędzy sobą 
o pierwszeństwo w przekroczeniu grzbietu umocnień. Bojownicy skoczyli im na spotkanie. 
Część kultystów zaczęła gołymi rękami rozbierać podstawy fortyfikacji albo wpychać lufy 
broni we wszelkie odnalezione szczeliny i strzelać w nie w nadziei na trafienie ukrytych po 
drugiej stronie lojalistów.
         Ubrani na czarno czciciele Chaosu przesadzili wierzch barykady tuż przed Semperem 
zbiegając na drugą jej stronę. Kapitan wbił czubek szabli prosto w gardło pierwszego szaleńca 
i cofnął się o krok unikając przygniecienia zwłokami. Szybkie cięcie uśmierciło kolejnego 
napastnika,   ale   w   miejsce   zabitych   przez   Sempera   heretyków   natychmiast   wcisnęli   się 
następni.   Grad   wypełnionych   benzyną   butelek,   nie   wiadomo   przez   kogo   rzucanych, 
roztrzaskał   się   na   szczycie   barykady   pogrążając   w   płomieniach   zarówno   obrońców   jak   i 
napastników, podpalając całe sekcje umocnień. Ogarnięci ogniem nieszczęśnicy tarzali się po 
mokrych płytach placu w daremnych próbach ugaszenia żarłocznych płomieni. Semper urwał 
wrzaski   jednego   z   palących   się   mężczyzny   miłosiernym   dźgnięciem   ostrza   nie   wiedząc 
nawet, aa
czy zabił kolejnego heretyka czy też skrócił męki lojalnemu słudze Imperatora.
         Kolejne sylwetki w czarnych płaszczach przesadziły wierzch barykady,  wiele z nich 
podpaliło   się   przy   tej   okazji   i   wpadając   w   amok   rzucało   się   z   obłędnym   wrzaskiem   na 
obrońców. Skowyty bólu i rozkoszy tworzyły nieopisaną wręcz kakofonię ludzkich krzyków 
kierowanych   pod   adresem   demonicznych   patronów.   Jeden   z   ogarniętych   płomieniami 
rebeliantów rzucił się na Sempera z buchającą językami ognia kosą nad głową, ale zaraz 
zwaliła go z nóg grupka bojowników należących do drugiej linii obrony. Dźgali napastnika 
nożami i tłukli narzędziami stolarskimi, dopóki nie skonał, chociaż nawet w agonii okazał się 
niebezpiecznym przeciwnikiem rozcinając jednego z milicjantów uderzeniem swej płonącej 
broni.
       Kręcąc wokół głową Semper uznał, że nie jest w stanie stwierdzić, kto właściwie ma 
przewagę. Gdziekolwiek spojrzał, dostrzegał wyłącznie chaos i rzeź, wątłe linie obrońców 
łamały się pod naporem kolejnych czarnych szeregów pokonujących przełamane umocnienia.
     Deszcz padał nieustannie, rozpraszając nieco dźwięk ludzkich krzyków i huk wystrzałów, 
mieszając się z krwią i tworząc pod nogami walczących zdradliwe czerwone kałuże. 
     Jakiś kultysta wylądował na ugiętych nogach opodal kapitana, przy jego pasie kołysało się 
kilka   odciętych   ludzkich   głów   przytroczonych   za   włosy   do   ubrania   zabójcy.   Mężczyzna 
chichotał maniakalnie zamierzając się w stronę oficera marynarki okrwawionym rzeźniczym 
tasakiem. Semper sparował bez trudu jego cios i rozpłatał w odpowiedzi czaszkę heretyka.
     Czyjaś zdeformowana dłoń wysunęła w kierunku brzucha kapitana pistolet, Semper zdołał 
ją jednak odrąbać  jednym  pociągnięciem  ostrza,  zanim  przeciwnik  nacisnął  spust. Młoda 
kobieta   skoczyła   z   drugiej   strony   mierząc   w   oczy   i   gardło   oficera   paznokciami 
przekształconymi w stwardniałe szpony. Kapitan zastawił się ostrzem pozwalając, by pchana 
impetem własnego ciała kobieta nabiła się na klingę szabli. 
         Wyrwał ostrze z jej padającego ciała. Wszędzie wokół walczyły ze sobą sylwetki w 
czarnych   i   brązowych   płaszczach.   Kapitan   nie   dostrzegał   nigdzie   niebieskich   mundurów 
swych  ludzi.  Rahn   był   z  Semperem  zaledwie   kilka   minut   wcześniej,   na  początku   bitwy, 
strzegąc czujnie pleców swego przełożonego, lecz teraz oficer porządkowy przepadł gdzieś 
bez   śladu.   Kapitan   pomyślał   posępnie,   że   być   może   jest   już   ostatnim   żyjącym 
przedstawicielem   marynarki   na   Belatis   i   wtedy   właśnie   zderzył   się   z   kolejną   falą 
nadbiegających kultystów.

background image

* * * * *

          Rycząc   jak   zraniony   zwierz,   z   gardłem   obolałym   od   potoku   wywrzaskiwanych 
stranivarskich   przekleństw,   Maxim   zamachnął   się   łańcuchowym   mieczem   niczym   pałką 
roztrzaskując   czaszkę   kolejnego   przeciwnika.   Broń   przestała   działać   kilka   minut   temu, 
rozładowana do końca albo unieruchomiona gęstą masą ludzkich strzępków, lecz marynarz 
nie wypuszczał jej z rąk. Zakrzywione ostre ząbki wciąż bez trudu rozcinały skórę i mięśnie, a 
solidna ciężka obudowa ostrza pozwalała miażdżyć kości, zwłaszcza w rękach człowieka tak 
silnego jak Borusa.
     Adept Hyuga leżał opodal z twarzą skierowaną ku niebu, krople deszczu spływały po jego 
wytrzeszczonych martwych oczach. Jego waleczność prysła na sam widok nieprzyjacielskiej 
szarży. Z wizgiem grozy obrócił się na pięcie i zaczął uciekać w stronę katedry. Pamiętając 
zalecenia swego kapitana Maxim pozwolił mu zrobić zaledwie pięć czy sześć kroków, zanim 
się nie odwrócił i nie wpakował uciekinierowi trzech pistoletowych kul prosto między łopatki. 
Kilku   bojowników   ze   stoickim   spokojem   podniosło   drgające   jeszcze   ciało   dygnitarza   i 
położyło je obok zwłok innych obrońców wypełniających luki w barykadach. Pełniąc rolę 
groteskowego worka czcigodny adept Munitorium Hyuga bardziej przyczynił się do obrony 
katedry po swej śmierci niż za życia.
     Borusa wciąż walczył, zabijając każdą istotę próbującą przeleźć przez wierzch barykady 
na wprost jego stanowiska. Zgromadzeni wokół bojownicy, pełni nabożnego wręcz podziwu 
dla rozwrzeszczanego, skąpanego w krwi olbrzyma,  rzucali się do gardeł napastników ze 
zdwojonym wigorem i zaciekłością.
         Maxim roześmiał się dziko, szaleńczo, wywinął mieczem miażdżąc klatkę piersiową 
najbliższego rebelianta, łamiąc kręgosłup drugiego. Na przekór wszystkiemu, gdzieś w głębi 
swego zawziętego serca marynarz zaczął się zastanawiać, czy aby nie zdoła ujść z tego piekła 
żywy.   Urodził   się   wśród   klanowych   wyrzutków   na   najniższych   podziemnych   poziomach 
Stranivaru, w dystrykcie o średniej wieku dwadzieścia lat lub i mniej, a mimo to przetrwał, 
podobnie jak później przeżył w szeregach brutalnych przestępczych gangów. Przeszedł przez 
piekło policyjnych pacyfikacji i karnego obozu na Lubiyance, dopóki nie trafił na pokład 
Machariusa   –   tu   zaś   dzięki   połączeniu   licznych   łutów   szczęścia   i   wyrachowanej 
bezwzględności   w   przeciągu   zaledwie   miesięcy   awansował   z   niewolnika   na   oficera 
porządkowego.

     Maxim przywołał z pamięci słowa jednej z kobiet gangu szeptane mu do ucha, kiedy leżeli 
razem w jednym z podmiejskich slumsów, otoczeni śpiącymi członkami bandy. Dziwna to 
była dziewczyna, niepokojąca, miała na imię Tanyara. W jej umyśle bez wątpienia tkwiło 
ziarno talentu dzikiego wieszcza. Wyczerpany nocnymi zabawami, odurzony narkotykiem i 
mocnym   alkoholem,   Borusa   słuchał   leniwie   opisów   wizji,   jakie   szeptała   mu   do   ucha 
towaryszka.   Stał   w   nich   na   mostku   jednego   z   ogromnych   okrętów   przemierzających 
przestrzeń między gwiazdami. Miał na sobie oficerski uniform, a na jego szerokiej piersi lśnił 
rząd   medali.   Maxim   wyśmiał   wówczas   ów   pomysł   pewien,   że   przez   usta   dziewczyny 
przemawia korzeń tajii i mocny likier, wiedząc, że podobnie jak rzesza jego bezimiennych 
poprzedników będzie żył i umrze na Stranivarze nie oglądając, ani nawet nie chcąc oglądać 
żadnego z innych światów rozległego Imperium.
         Tanyara bez wątpienia od dawna już nie żyła – jeśli nie dopadli jej arbitratorzy, bez 
wątpienia zrobili to łowcy czarownic Eklezjarchii lub fanatycy z odłamu redempcjonistów – 
lecz Maxim już przestał drwić z wieszczb dziewczyny. Część z nich okazała się prawdą. Stał 
na mostku jednego z imperialnych okrętów kosmicznych, czyż nie ? Tyle, że jego mundur 
należał do niższego stopniem oficera porządkowego i nie było na nim żadnym odznaczeń.
     Póki co, jeszcze nie było.

background image

     Czy to znaczyło, że część wizji wieszczki miała się dopiero spełnić ? Jeśli tak, Maxim miał 
ocaleć przed śmiercią sięgającą po resztę tych religijnych maniaków i ujść jakimś cudem z 
nieszczęsnego miejsca rzezi.
     Śmiejąc się histerycznie podniósł miecz do kolejnego ciosu i omal nie jęknął z zawodu nie 
dostrzegając żadnych postaci w czarnych płaszczach skaczących ponad barykadą wprost na 
jego ostrze. Resztki heretyków umykały za linię katedralnych umocnień. Maxim cisnął w ślad 
za nimi  swoim mieczem  i wyrwał z bandolieru parę ciężkich  automatycznych  pistoletów 
opróżniając ich magazynki prosto w plecy uciekinierów, posyłając w stronę buntowników 
pociski i wiązki stranivarskich przekleństw. Zmieszana z deszczową wodą krew ściekała z 
szerokiego rozcięcia na czaszce mężczyzny, którego dotąd ten nawet nie spostrzegł. Maxim 
oblizał spierzchnięte usta wyczuwając metaliczny posmak krwi i roześmiał się ponownie. 
Wciąż żył.
     Żył i nadal miał żyć, a przynajmniej gorąco w to wierzył.

* * * * *

         Khoisan patrzył  beznamiętnie na gromady heretyków  wycofujące się pośpiesznie ku 
rzekomo bezpiecznym  pozycjom swych sojuszników. Początkowo zamierzał wydać swym 
strzelcom rozkaz otwarcia ognia do bandy uciekinierów, ale zaraz wpadł na lepszy pomysł.
 - Zbierać ich w jednym miejscu i rozbroić – rozkazał jednemu z poruczników, mężczyźnie o 
twarzy rozkładającej się pod wpływem jakiegoś mrocznego błogosławieństwa – Posłużą nam 
za żywą tarczę podczas kolejnego ataku.
         Niepowodzenie tego szturmu nie zaskoczyło ani nie rozczarowało zbytnio przywódcy 
rebelii. Wyznaczeni do uderzenia heretycy byli zwykłym motłochem, wartym niewiele więcej 
od jeńców służących im za osłonę. Inni, lepsi wojownicy znajdowali się już w drodze na plac, 
rozkazy   Khoisana   przerwały   im   plądrowanie   zdobytego   kompleksu   Adeptus   Arbites   po 
drugiej stronie stolicy.
     Koncentrując myśli w wyćwiczony sposób, czciciel stłumił w sobie zew Krwawego Boga 
uwalniając w zamian tę część umysłu, która dedykowana była Tzeentchowi. Obserwował pole 
bitwy z chłodną kliniczną inteligencją typową dla sługi Wielkiego Konspiratora, szukając 
śladów słabości nieprzyjaciela. Obrońcy katedry znajdowali się na krawędzi załamania, ich 
amunicja   i   zwykłe   ludzkie   możliwości   niemal   już   się   wyczerpały.   Następne   uderzenie, 
wsparte zdobyczną  artylerią  i opancerzonymi  pojazdami  będącymi  już w  drodze na plac, 
miało z relatywną łatwością przebić się przez wątłe linie defensywne.
      Posługując się mistycznym darem wieszczenia zesłanym mu przez Tzeentcha Khoisanh 
odkrył  w końcu istotę ostatniej  misji zesłanej  mu  przez mrocznych  bogów. W szeregach 
obrońców   katedry   znajdowało   się   wielu   wysoko   postawionych   czcicieli   Fałszywego 
Imperatora. Wszyscy z nich musieli umrzeć, jednakże jeden miał oddać życie jak najszybciej, 
szeptały w jaźni heretyka głosy Osnowy. Proste zadanie i łatwe do osiągnięcia, pomyślał 
Khoisan.
         Jego słudzy czekali wokół – słabe, niegodne zaufania kreatury ledwie próbujące pojąć 
istotę   boskiej   transformacji   zachodzącej   w   ciele   wodza.   Spojrzał   na   nich   władczym 
wzrokiem.
  -   Jest   pewien   człowiek   wśród   obrońców,   kapitan   marynarki   Fałszywego   Imperatora. 
Roześlijcie wieści, że w trakcie ostatniego szturmu nikt nie ma prawa zranić go ani zabić. 
Należy wyłącznie do mnie.
         Porucznicy zgięli się w pokłonach potwierdzając przyjęcie rozkazu. Khoisan nie miał 
pojęcia, dlaczego ów szczególny człowiek został w taki aaaa
sposób naznaczony wolą bogów Osnowy, ale jego śmierć była już przesądzona, skoro tego 
właśnie życzyli sobie patroni Khoisana. W swoim czasie champion Chaosu osobiście odebrał 

background image

życie   niezliczonym   dziesiątkom   tysięcy   sług  Fałszywego   Imperatora.   Jaką   różnicę   mogła 
stanowić jedna dodatkowa ofiara ?

* * * * *

     Semper zebrał resztki swej grupy bojowników opodal schodów wiodących do głównych 
wrót katedry. Szacował, że w sumie obrońcom pozostało około setki zdolnych dźwigać broń 
ludzi,  a  nawet  połowa  z nich   nie  miała   pełnego  magazynka   amunicji.  Kolejne uderzenie 
przeprowadzone   z   podobną   furią   i   zaciekłością   miało   po   prostu   zmieść   ostatnie   pozycje 
lojalistów. Caparan wciąż żył, sparty na ramieniu strzelca Dakshy. Obaj mężczyźni krwawili 
silnie, lecz nadal dyszeli żądzą walki. Przyboczna broń Dakshy – dziwnie zakrzywiony ciężki 
nóż   o   ostrzu   przeznaczonym   do   rąbania   określany   przez   właściciela   mianem   kukri,   cały 
oklejony był zaschłą krwią i mały milkliwy marynarz czyścił go starannie, mamrocząc pod 
nosem modlitwy kierowane do duchów swych przodków. Rahn zginął, Semper znalazł jego 
bezgłowe ciało wśród szczątków zniszczonej barykady, lecz Borusa wciąż trwał przy życiu. 
Patrząc   na   wielkiego   ochroniarza,   popijającego   ze   znalezionej   gdzieś   butelki   alkoholu, 
śmiejącego się do siebie samego na wspomnienie jakiegoś prywatnego żartu i pocierającego 
ramiona brudne od zaschłej krwi ofiar, kapitan zaczął się zastanawiać, czy istnieje siła zdolna 
uśmiercić tego człowieka.
         Członkowie świty gubernatoraregenta sprawili się w obronie nadzwyczaj dobrze, lecz 
ponieśli ciężkie  straty.  Szturm przetrwała zaledwie  garstka, w głównej  mierze  oficerowie 
pałacowej gwardii. Generał Brod leżał na plecach na barykadzie, jego przestębnowane kulami 
ciało otaczał  krąg trupów heretyków. Jakiegokolwiek odkupienia  nie szukałby generał, w 
końcu je odnalazł.
         Jarra Kale siedział  opodal oparty plecami  o rozłupany kamienny blok, gapiąc  się z 
niedowierzaniem na szeroką ranę ciętą na wysokości żołądka, zadaną ciosem rzeźnickiego 
noża.
 - Nie... to nie mogło się stać... to nie tak miało być – mamrotał sam do siebie minister patrząc 
w szoku na wyciekającą z rany krew, mieszającą się na płytkach placu z kałużami deszczowej 
wody. Dwaj sanitariusze bojowników podnieśli go ostrożnie i zabrali do katedry. Obrażenia 
były śmiertelne. W zapasach obrońców skończyły się już nawet środki opatrunkowe i siostry 
Sororitas nie mogły już zaoferować swym pacjentom nic poza modlitwą. Semper nie sądził, 
by kiedykolwiek jeszcze miał okazję ponownie zobaczyć ministra.
     Devane również przeżył. W trakcie walki stracił trzy palce u lewej dłoni i teraz klęczał pod 
jedną z sakralnych płaskorzeźb, a kamienne wizerunki imperialnych świętych spozierały na 
niego   z   milczącą   dezaprobatą   słysząc   potok   niecenzuralnych   komentarzy   próbującego 
opatrzyć   ranę   konfesora.   Podnosząc   głowę   kapłan   pochwycił   spojrzenie   Sempera   i 
uśmiechnął się do towarzysza broni pomimo widocznego cierpienia. 
 - Słyszy pan ich wycie ? Idę w zakład, że przygotowują kolejny szturm. Jest pan gotowy na 
powtórkę ?
 - Z kim ? – odparł Semper, wciąż jeszcze nieprzygotowany na przyjęcie własnej śmierci z 
takim samym poczuciem humoru jak Devane – Barykady są praktycznie zniszczone, zostało 
nam   ludzi   na   obronienie   zaledwie   jednej   strony   placu,   o   wszystkich   czterech   już   nie 
wspominam. Powinniśmy się wycofać i skoncentrować na obronie wejścia do katedry.
 - Zgadzam się – kiwnął głową Devane, po czym roześmiał się niewesoło – Przynajmniej nie 
będzie nam się lał na głowy ten przeklęty deszcz.
 - Przydałaby się większa siła ognia. Dzięki niej w chwili, gdy wróg przebije się przez drzwi, 
moglibyśmy przekształcić wewnętrzny korytarz w jedną wielką strzelnicę – nikt nie podważył 
słowa   gdy.   Zwycięstwo   heretyków   było   w   zasadzie   przesądzone,   kwestią   dyskusji   była 
jedynie liczba buntowników, którym obrońcy mogli odebrać życie przed własną śmiercią. 

background image

Semper   rozejrzał   się   wokół   spoglądając   na   wrak   wahadłowca.   Całe   fragmenty   kadłuba 
maszyny zostały rozebrane i zużyte do wzmocnienia barykad, w miejscu kraksy pozostał już 
właściwie tylko szkielet promu. 
 - Techadepcie Ko, czy którakolwiek z wieżyczek strzeleckich wahadłowca wciąż pozostaje 
sprawna ?
     Techkapłan stał opodal kapitana zachowując cały czas typową dla czcicieli BogaMaszyny 
stoicką powagę.
  - Trzy z nich, kapitanie – odparł – lecz system zasilania maszyny został nieodwracalnie 
uszkodzony. Z tego też powodu nie można ich uruchomić. 
 - A czy działek nie da się zdjąć z zaczepów w wieżyczkach ? – zapytał Semper – Gdybyśmy 
znaleźli   jakieś   źródło   zasilania,   czy   moglibyśmy   ustawić   je   gdzieś   indziej,   na   przykład 
wewnątrz katedry ?
  -   W   kryptach   pod   świątynią   stoi   kilka   przenośnych   generatorów   energii   –   oświadczył 
podekscytowanym tonem Devane – Znaleźliśmy je w trakcie szu- 

szukania użytecznej broni. Imperator jeden wie, czy wciąż jeszcze nadają się do użytku.
     Caparan oparł się na ramieniu Dakshy i chrząknął znacząco.
  -   Jeśli   działają,   musimy   je   jak   najszybciej   wynieść   z   piwnic.   Już   samo   wymontowanie 
działek z promu zajmie cholernie dużo czasu.
  - Weźcie do pomocy tylu braci, ilu potrzebujecie. Zapewnimy wam też osłonę strzelecką 
przed tymi przeklętymi snajperami – Devane odwrócił głowę i wyszczerzył zęby w stronę 
Sempera – Dobry pomysł, kapitanie. Jeśli zdołamy wciągnąć do korytarza przynajmniej jedno 
działko, te sukinsyny będą pływać we własnej krwi, żeby się do nas dostać. Być może uda 
nam się wysłać ich do piekła więcej, niż na to liczyłem.
 - Kapitanie Semper.
     Oficer marynarki rozszerzył ze zdumieniem oczy gapiąc się na postać w szarym habicie, 
która pojawiła się znienacka tuż przy nim, przesuwając spojrzeniem po ochronnych tatuażach 
na twarzy mężczyzny, pustych mlecznobiałych oczach i rozpoznając z miejsca profesję tego 
człowieka.   Stał   twarzą   w   twarz   z   astropatą,   zdolnym   przesyłać   wiadomości   do   swych 
pobratymców   na   odległych   imperialnych   światach.   Albo   i   na   niezbyt   wciąż   odległych 
imperialnych okrętach.
  - Kapitanie Semper – powtórzył  Sobek dziwnym,  niskim tonem charakterystycznym  dla 
członków swej kasty – Z woli Imperatora nie przyjdzie ci oddać dziś życia na tym świecie. To 
dla   tego   On   do   tej   pory   chronił   mnie   i   nie   pozwalał   odejść   do   siebie.   To   dlatego 
przyprowadził mnie do pana.

* * * * *

     - Kwestia najwyższej wagi, Drachenfels. Otrzymaliśmy właśnie astropatyczny przekaz od 
kapitana Sempera. Wciąż żyje, znajduje się na Belatis wraz z członkami załogi wahadłowca, 
gubernatoremregentem i jego świtą. Proszę o pozwolenie na opuszczenie konwoju i powrót na 
Belatis w celu ewakuacji rozbitków.
         Na mostku Machariusa zapadła długa chwila ciszy.  Głos Ramasa dopiero po chwili 
zatrzeszczał w komunikatorze, pełnym niedowierzania tonem.
 - Od Sempera ? Jak możecie mieć pewność ? Diaboliczne moce ustawicznie szukają okazji 
do zwodzenia na manowce, Ulanti. W Osnowie kryje się wiele ułud i pułapek. Jak możecie 
być pewni, że wiadomość nadał sam Semper ?
 - Z całym szacunkiem, kapitanie Ramas, wierzę w autentyczność tego przekazu – odparł do 
mikrofonu   Ulanti   –   Wiadomość   zawiera   słowa   kodowe   znane   wyłącznie   Semperowi   i 
przełożonemu astropatów na tym okręcie. Adeptus Rapavna to lojalny i doświadczony agent 

background image

Astra Telepathica. Przysięga, iż odebrany komunikat jest prawdziwy, bez śladu fałszerstwa. 
Osobiście również jestem przekonany, że jego autorem jest Semper – Ulanti zerknął z ukosa 
na masywną postać komisarza Kyogena, potakującą mu w niemej aprobacie – Inni wyżsi 
rangą   oficerowie   jednostki,   w   tym   również   komisarz   Kyogen,   popierają   moją   opinię. 
Jesteśmy przekonani, że jeśli ktokolwiek mógłby przeżyć zniszczenie pałacu gubernatora i 
rosnącą anarchię na Belatis, to byłby to właśnie kapitan.
  -   I   czego   od   nas   właściwie   oczekujecie,   Macharius   ?   –   warknął   na   głównym   kanale 
zirytowany Ramas – Mamy zawrócić i rzucić się na ratunek ? Zaryzykować bezpieczeństwo 
całego konwoju dla życia jednego człowieka ?
         Ulanti spodziewał się takiego pytania. Jego odpowiedź była  starannie przemyślana i 
przygotowana.
  -   Celem   naszej   misji   jest   zapewnienie   ewakuacji   wszystkich   cennych   przedstawicieli 
administracji   Imperatora   na   Belatis.   I   misja   ta   nie   zostanie   zakończona,   dopóki   kapitan 
Semper i gubernator przebywają na powierzchni tego świata.
 - Nie mogę pozwolić na powrót któregokolwiek z naszych okrętów na Belatis, bez względu 
na   zaistniałe   okoliczności.   Ewakuacja   Belatis   dobiegła   końca.   Naszym   priorytetem   jest 
obowiązek   wobec   Imperatora   i   Zgrupowania   Floty   Gothic,   nie   pojedynczego   człowieka, 
nawet Leotena Sempera. Utrzymać dotychczasową prędkość i kurs, Macharius. Ja również 
szczerze   żałuję   losu,   którego   doświadczył   Semper,   ale   ponownie   muszę   odrzucić   wasz 
wniosek. Drachenfels bez odbioru.
          Przez   mostek   krążownika   przebiegł   niski   złowieszczy   pomruk.   Członkowie   załogi 
Machariusa wciąż pozostawali lojalni wobec swego kapitana. Wtedy właśnie z półmroku za 
główną nawą pomieszczenia wystąpiła jakaś postać, nakazująca techkapłanom stanowczym 
ruchem dłoni utrzymać połączenie radiowe z dowódcą Drachenfelsa.
  - Kapitanie Ramas, jestem prefekt primus  Jamahl  Byzantane, Adeptus Arbites, dowódca 
garnizonu na Belatis. Kwestia przedstawicieli administracji pozostających na planecie leży 
również w mojej strefie jurysdykcji – Byzantane wyciągnął dłoń wskazując trzymany w dłoni 
komandoraporucznika notes - Panie Ulanti, czy mogę zobaczyć treść komunikatu odebranego 
przez pańskiego astropatę ?
     Byzantane przesunął wzrokiem po skonstruowanym w zwięzły rzeczowy s
sposób przekazie, analizując wyjaśnienia Sempera, listę ocalałych z kraksy rozbitków oraz 
prognozy dotyczące szans obrony katedry. Najwyraźniej z czegoś zadowolony, prefekt oddał 
po chwili notes w ręce oficera.
  -   Moje   przypuszczenia   zyskały   potwierdzenie,   kapitanie   Ramas   –   oświadczył   tonem,   w 
którym   pojawiło   się   znienacka   autorytarne   brzmienie   –   Na  liście   osób,  które   towarzyszą 
kapitanowi Semperowi znajduje się nazwisko zdrajcy Imperium i agenta diabolicznych sił. 
Prawdopodobnie   to   działaniom   tej   jednej   osoby   zawdzięczamy   tak   Błyskawiczny   rozwój 
rewolty na Belatis. Zdrada na tak ogromną skalę wymaga szczególnie surowej kary. Popieram 
plan tymczasowego kapitana Ulantiego mający na cel powrót na Belatis, uratowanie kapitana 
Sempera i ukaranie osób winnych złamania prawa.
 - Moja odpowiedź pozostaje identyczna jak w przypadku komandoraporucznika, prefekcie... 
– słowa Ramasa zostały przerwane stanowczym głosem Byzantane.
  - Źle mnie pan zrozumiał, kapitanie Ramas. Jestem arbitratorem, odpowiadam wyłącznie 
przed   świętym   kodeksem   imperialnego   prawa.   Ja   nie   proszę   o   pańską   zgodę,   tylko 
wyjaśniam, co zamierzam zrobić.
     Na kanale łączności zapanowała znacząca chwila milczenia. Kiedy dowódca Drachenfelsa 
odezwał się ponownie, jego głos pełen był złowrogiego zrozumienia.
 - Zatem dobrze, prefekcie. Żądam zaprotokołowania mojego stanowczego sprzeciwu wobec 
pańskiej decyzji, ale jako lojalny sługa Imperatora i jego prawa zdaję sobie sprawę, iż mam w 
tej   kwestii   związane   ręce.   Udanych   łowów,   Macharius.   Przywieźcie   waszego   kapitana   z 

background image

powrotem całego i zdrowego. Zgrupowanie Gothic byłoby znacznie uboższe bez oficera o 
jego talencie. Drachenfels bez odbioru.
     Byzantane odwrócił się w stronę Ulantiego dostrzegając wyraz zmieszania i dezorientacji 
na twarzy młodego oficera.
  -   Ten   okręt   nie   należy   już   do   marynarki   sektora   Gothic.   W   imieniu   Imperatora, 
wykorzystując   władzę   nadaną   mi   przez   strażników   imperialnego   prawa,   przejmuję   tę 
jednostkę i wszystkich członków jej załogi pod swoją komendę – Byzantane uśmiechnął się 
dostrzegając   niedowierzanie   komandoraporucznika   –   Pański   krążownik   służy   teraz   pod 
rozkazami Adeptus Arbites, przynajmniej w najbliższym okresie czasu. Proszę wydać nowe 
rozkazy   sternikowi.   Możemy   zawracać   w   stronę   Belatis,   kiedy   tylko   uzna   pan   okręt   za 
gotowy.
          Kyogen   postąpił   krok   do   przodu.   Mierzący   ponad   dwa   metry,   opięty   starannie 
dopasowanym   czarnym   mundurem   komisarz   potrafił   wzbudzić   strach   w   sercu   każdego 
marynarza   na   pokładzie   Machariusa,   ale   w   przypadku   dorównującego   mu   wzrostem 
Byzantane próba zastraszenia samą aparycją nie wchodziła w grę. Słowo komisarza stanowiło 
prawo samo w sobie na pokładzie krążownika, lecz słowo prefekta Arbites było prawem na 
każdym imperialnym świecie. Dwaj przedstawiciele prawa mocarstwa zwarli się wzrokiem.
 - Zamierza pan przebić się przez pościg wroga z użyciem jednego okrętu ? – zapytał Kyogen 
– Nie oponuję z pańskimi zamierzeniami, prefekcie, i zdaję sobie sprawę z faktu, że pańska 
władza   dalece   przewyższa   moje   kompetencje,   lecz   jako   komisarz   tej   jednostki   jestem 
zobowiązany wyrazić swą opinię, kiedy uznam bezpieczeństwo okrętu zagrożone wskutek 
działań   bezmyślnych   lub   samobójczych,   gotowych   doprowadzić   okręt   do   nieuniknionego 
zniszczenia.
 - Proszę mi wierzyć, że nie będziemy sami, bracie komisarzu. Bądź co bądź, Macharius nie 
jest jedyną jednostką Arbites w tym konwoju – oświadczył Byzantane machając ręką w stronę 
techadeptów obsługujących radiokomunikatory.
 - Otworzyć połączenie z Inviolable Retribution.
     Kilka sekund później w głośnikach pomieszczenia rozległ się twardy niski głos.
 - Monitorowałem pańską transmisję, prefekcie – oświadczył prefekt secundus Korte – Jakie 
są nowe rozkazy ?
 - Pełna moc – polecił Byzantane – Dołączyć do Machariusa. Pełna prędkość i kurs na Belatis. 
Obowiązki nas wzywają, prefekcie secundus. Mamy na Belatis niedokończone sprawy.

* * * * *

     Sprzężony neuralnie z pokładowymi sensorami, Ramas obserwował manewry Machariusa 
i Inviolable Retribution, opuszczających szeregi konwoju i zawracających w stronę Belatis. 
Wyciągając przed siebie zwęgloną niegdyś rękę kapitan uruchomił wewnętrzne połączenie z 
mostkiem swojej jednostki.
  - Przekazać reszcie konwoju rozkaz kontynuowania lotu – polecił zastępcy - Przemieścić 
okręt na  pozycję  zajmowaną  dotychczas  przez  Machariusa - urwał  na moment,  po czym 
odezwał   się   ponownie   zamyślonym   nieco   tonem   -   I   niech   Magos   Herihor   zajmie   się 
drobiazgowo uszkodzeniami sekcji napędowej.

- Sir ? – w głośniku zatrzeszczał zmieszany głos pierwszego oficera – Główny napęd jest w 
pełni sprawny. Torpedy Infideli spowodowały nieznaczne uszkodzenia, które dzięki pracy 
Magosa zostały już zreperowane.
  - No to każ temu czcicielowi BogaMaszyny ponownie sprawdzić wszystkie podsystemy – 
zasugerował   Ramas,   a   w   jego   głos   wkradł   się   znienacka   wyraźnie   konspiracyjny   ton   – 
Obawiam się, że nie zlokalizowano i naprawiono jeszcze wszystkich potencjalnych awarii. 

background image

Mielibyśmy   pecha,   gdyby   nagle   trzeba   było   pozostać   w   tyle   za   konwojem   z   powodu 
wysiadających turbin.
     Zastępca Ramasa pojął w końcu ukryte sugestie swego przełożonego.
  -   To   byłby   wyjątkowy   pech,   kapitanie   –   oświadczył   ze   zrozumieniem   –   natychmiast 
przystąpię do uruchomienia odpowiednich procedur.

* * * * *

     Na mostku innego okrętu jego kapitan i oficerowie pogrążyli się w ożywionej dyspucie.
 - Dwie jednostki, dowódco – oświadczył kapitan jednego z idących przed dziobem Charybdis 
Infideli – Krążownik typu Dictator i jeszcze jeden okręt. Jego sygnatura jest nietypowa, ale 
podejrzewamy, że to jakiś rodzaj lekkiego krążownika zwiadowczego. Obie jednostki kierują 
się wprost na nas. Jakie rozkazy ?
      Kapitan rebelianckiego krążownika typu Murder rozważał w myślach potencjalne opcje. 
Zdawał   sobie   sprawę   z   faktu,   iż   już   ściągnął   na   siebie   gniew   Abaddona   nie   wykonując 
rozkazu zniszczenia Drachenfelsa i uderzenia na armadę ewakuacyjną, gdy ta przebywała 
jeszcze na orbicie Belatis. Marszałek wojny nie tolerował niepowodzeń ani nawet nadmiernej 
ostrożności swych podwładnych i dowódca Charybdis wiedział, że musi postawić na szali 
wszystko, jeśli chce odzyskać względy swego pana. Śmierć w kosmosie mogła przyjść na 
dziesiątki różnych sposobów, ale każdy z nich był lepszy od losu zarezerwowanego dla tych, 
którzy rozczarowali Abaddona. Kapitan Chaosu nie miał pojęcia, dlaczego obie imperialne 
jednostki odłączyły się od konwoju, pojął jednak, że dzięki temu manewrowi dały mu szansę 
na zrehabilitowanie się w oczach marszałka wojny. 
 - Charybdis do eskadry – oświadczył – Przyjąć szyk uderzeniowy.

* * * * *

     Dzięki mentalnemu połączeniu z umysłem demona przemierzającego szyby wentylacyjne 
Machariusa Sirl dowiedział się o nagłym manewrze swej zwierzyny na kilka minut przed 
zarejestrowaniem jej na ekranach pokładowych skanerów. W ciasnych przestrzeniach tunelu 
echo potęgowało huk coraz wyższych  obrotów plazmowych  turbin, ciałem stwora targały 
niewidzialne   siły   pola   grawitacyjnego   próbującego   kompensować   nieoczekiwaną   zmianę 
kursu i prędkości.
         Macharius radykalnie zmieniał dotychczasową pozycję, uświadomił sobie z ekscytacją 
kapitan, odłączał się od reszty konwoju zawracając w stronę Belatis.
          Sirl   nie   rozumiał   powodów,   dla   których   lojaliści   zdecydowali   się   na   taki   manewr 
zmierzając ku swej pewnej zgubie, ale pojął, iż taki zwrot sytuacji tylko ułatwił wykonanie 
jego własnej misji. Kapitan Chaosu uśmiechnął się do siebie samego. Moce Osnowy musiały 
mu sprzyjać, sam Wielki Ojciec Nurgle musiał  spoglądać łaskawym  wzrokiem na swego 
pupila.
 - Szybciej. Wielki Ojciec się niecierpliwi – warknął na członków załogi i zaczął studiować 
główny ekran taktyczny. Ikony przedstawiające okręty obu stron jarzyły się chorobliwymi 
barwami na powierzchni krystalicznego wyświetlacza. Charybdis i jej eskortowce już pędziły 
w  stronę   Machariusa  i   jego  niezidentyfikowanego   towarzysza,  ale  Sirl  nie  obawiał   się  o 
wynik   tej   konfrontacji,   przekonany,   iż   to   właśnie   jemu   przeznaczono   zniszczenie 
znienawidzonego   imperialnego   krążownika.   Wszędzie   wokół   Virulenta   inne   jednostki 
wchodzące   w   skład   przedniej   straży   formacji   przyśpieszały   ponaglane   przez   swych 
kapitanów, żądnych rozprawy z nieopatrznie powracającymi lojalistami.
     A w tyle, za nimi, nadciągał sam Niszczyciel Planet, jego gigantyczna sygnatura płonęła 
na ekranach radarów. Jaskrawe wyładowania energii przeskakiwały pomiędzy wieżyczkami i 

background image

bateriami artyleryjskimi wielkiej platformy jakby okręt wsysał w ten sposób energię Osnowy, 
magazynując jej moc w trzewiach swej głównej broni, potęgując ją dzięki wykorzystaniu 
tajemniczych technologii przed odpaleniem przerażającego potencjał w wybrany cel.
     Dla Belatis i wszystkiego, co na nim żyło, nadeszła godzina egzekucji.

* * * * *

          Alarmowe   klaksony   wyły   na   niemal   wszystkich   korytarzach   Machariusa.   Żołnierze 
ochrony i oficerowie porządkowi podrywali marynarzy z prycz i aa

koi,   klnąc   i   popędzając   opieszałych   członków   załogi   silnymi   kopniakami.   Drużyny 
spoconych,   zdyszanych   mężczyzn   ciągnęły   grube   łańcuchy   przesuwając   platformy 
artyleryjskie   po   szerokich   kolejowych   szynach   ku   ich   stanowiskom   ogniowym.   Skuci 
więźniowie z niewolniczych gangów podnosili wielkie pokrywy włazów chroniących wyloty 
pokładów   artyleryjskich.   Głęboko   w   generarium   krążownika   ubrani   w   żaroodporne 
kombinezony inżynierowie  i śpiewający coś nieprzerwanie  techkapłani  nadzorowali pracę 
plazmowych   reaktorów   zasilających   tysiące   aktywowanych   pośpiesznie   bojowych 
podsystemów okrętu.
         W małej kapliczce pod głównymi pokładami mieszkalnymi Reth Zane zakończył swe 
modlitwy i zaczął pośpiesznie pakować kolekcję relikwii zawijając je w niewielką matę. W 
niewielkiej   świątyni   panowała   nieznośnie   wysoka   temperatura   i   irytująca   wilgotność 
powietrza   generowane   przez   grube   rury   ciepłownicze   biegnące   we   wszystkich   ścianach 
pomieszczenia, ale Zane i tak preferował modlitwy w tym kameralnym miejscu, nie zaś w 
głównej   kaplicy   kilka   poziomów   wyżej.   Śpieszył   się   łowiąc   uchem   wyraźny   dźwięk 
alarmowych syren wzywających go do hangaru.
     Zane.
     Zane przystanął w niewielkim korytarzyku tuż przed kapliczką, nie będąc pewnym, czy tak 
naprawdę   usłyszał   ów   ledwie   wyraźny   głos.   Być   może   był   to   jakiś   omam   wywołany 
pomrukiem przewodów zasilających i dobiegającym z góry gwarem podniesionych ludzkich 
głosów. I wtedy, gdzieś wśród ciemności, usłyszał ponownie swe nazwisko.
     Spełnij swą misję, Zane.
     Widmowa postać, otoczona bladą eteryczną poświatą, stała tuż przy zakręcie korytarzyka. 
Pilot poczuł na swej twarzy delikatny powiew. W eterycznym poblasku niewiele można było 
dostrzec szczegółów, zaledwie jasnoskórą twarz i święte runy palące się silnym blaskiem na 
powierzchni archaicznego pancerza siłowego. Zane widział już kiedyś tę niebiańsko piękną 
twarz, jeden raz w życiu. Wiele lat temu, kiedy był jeszcze młodym akolitą nowicjuszem 
Ministorum. Na Sacra Evangeliście.
     Wstrząśnięty do głębi, upadł na kolana. 
  - Moja pani – wydyszał pochylając nisko głowę, nie potrafiąc skoncentrować wzroku na 
rysach twarzy anioła.
     Spełnij swą misję, Zane. Wobec okrętu. Wobec Imperatora. Wobec mnie. Służ mi. Zostań 
moją Furią Mściwości.
     Nieziemska poświata zelżała. Pilot odważył się na podniesienie wzroku i ujrzał widmowy 
blask sączący się zza rogu korytarza. Gdzieś za jego plecami bił głośno dzwon alarmowy 
wyzwający marynarzy na bojowe stanowiska, przed sobą słyszał jednak znacznie ważniejsze 
wezwanie.   Minąło   już   prawie   ćwierć   wieku   od   dnia,   w   którym   mistyczna   wojowniczka 
objawiła   się   mężczyźnie   zmieniając   diametralnie   jego   życie.   Teraz   przybyła   ponownie. 
Kiedyś wysłuchał jej nakazu, jakże mógłby odmówić teraz ?
     Zane wyciągnął z kieszeni swej lotniczej kurtki niewielki krótkolufy pistolet i ominął róg 
korytarza idąc śpiesznym krokiem w ślad za oddalającą się poświatą.

background image

     Podążając za nią w ciemność.

* * * * *

      Jarra Kale próbował usiąść, ale fale bólu płynące z poharatanego brzucha przenikały go 
pełnym  cierpienia   ogniem  przy  każdym  ruchu.  Z  jasnością  umysłu   charakterystyczną  dla 
wielu ludzi zbyt późno pojmujących swój błąd minister zrozumiał, że został oszukany. Nie 
jemu dane były przyjemności i nagrody obiecane przez tego, kto zwiódł go na manowce. 
Przez cały ten czas był jedynie bezwolnym pionkiem w rękach innego człowieka. Śmierć nie 
gwarantowała mu już ucieczki przed cierpieniem; była bramą, przez którą przeklęta dusza 
miała   trafić   w   trzewia   nienasyconych   istot   Osnowy,   by   trwać   tam   w   agonii   przez   całą 
wieczność.
          Trzęsącą   się   dłonią   minister   chwycił   za   rąbek   szat   przechodzącej   siostry   zakonnej, 
zatrzymując ją w miejscu i przyciągając do siebie.
  - Siostro – wydyszał – musi mi siostra pomóc. Konfesor albo kapitan marynarki, muszę z 
nimi porozmawiać. Jest coś... Proszę, błagam. Tak wiele muszą się dowiedzieć...
     Mniszka spojrzała w twarz konającego człowieka. Widziała już zbyt wiele śmierci i bólu w 
przeciągu ostatnich kilku dni i jej wyczerpany umysł tracił powoli wrażliwość na błagania 
cierpiących  ludzi, ale w oczach tego człowieka dostrzegła coś, co kazało jej spełnić jego 
prośbę – była w nich pełna desperacji siła, która poruszyła serce siostry. Gdyby towarzyszył 
jej wówczas Korte, arbitrator wyjaśniłby mniszce znaczenie owej desperacji pacjenta: była to 
pełna rozpaczy potrzeba wyspowiadania się w obliczu nieuniknionej śmierci, powiedzenia 
prawdy po długim czasie kłamstw i fałszerstw.
     Ujęła rękę ministra w swe dłonie ściskając ją w geście pocieszenia.
 - Proszę zaczekać, sprowadzę kogoś tutaj. Jedną z serafinek albo jakiegoś katechetę.
     Kale czekał, na przemian to tracąc, to odzyskując przytomność. Z pełne- a
go   bólu   transu   wyrwała   go   okryta   szarymi   szatami   postać   klękająca   obok   ministra. 
Mężczyzna nie potrafił skoncentrować na niej wzroku, tracił coraz bardziej ostrość widzenia.
 - Ojcze – zaczął – Muszę z kimś porozmawiać. Muszę...
          Upierścieniona   dłoń   zakryła   usta   ministra   przerywając   ostatnią   spowiedź.   Okryta 
płaszczem postać przylgnęła do rannego szepcząc mu wprost do ucha.
 - Głupcze, chyba nie sądziłeś, że pozwolę, byś zdradził mnie w tej chwili ?
     Kale próbował się wyswobodzić z uścisku, krzyknąć, ale nikt wokół nie zwracał uwagi na 
jedną więcej jęczącą, miotającą się słabo postać leżącą na zatłoczonej posadzce świątynnego 
lazaretu. Druga dłoń napastnika przysunęła się do gardła rannego. Minister poczuł na swej 
szyi ukłucie jakiegoś niewielkiego ostrego obiektu i przypomniał sobie kryształowy zatruty 
pierścień, z którym jego zdrajca nigdy się nie rozstawał.
     Przez kilka sekund ciałem mężczyzny wstrząsały dreszcze wywołane spazmami zatrutego 
układego   nerwowego,   potem   minister   zwiotczał   i   znieruchomiał.   Zabójca   klęczał   jeszcze 
przez chwilę nad zwłokami szukając pulsu ofiary i nie znajdując ku swej satysfakcji żadnego 
śladu życia. Dla przechodzących obok uchodźców postać w szarym płaszczu była jednym z 
wielu pracowników Ministorum odprawiających rytuał ostatniego namaszczenia.
     Kiedy siostra zakonna powróciła po chwili ze swą przełożoną, stwierdziła, że jej pomoc 
nie jest już możliwa. Cokolwiek chciał wyznać minister Jarra Kale, zabrał swe sekrety wraz 
ze sobą do otchłani Osnowy.

* * * * *

     - Nadciągają – wydyszał umierający astropata.

background image

     Sobek wyciągnął przed siebie dłonie i przesunął opuszkami palców po twarzy próbującego 
go   wesprzeć   ramieniem   kapitana   Sempera.   Dotyk   był   ostatnim   wciąż   jeszcze   poprawnie 
funkcjonującym zmysłem psionika. Mentalny wysiłek włożony w przebicie energetycznego 
ekranu   wytwarzanego   przez   Niszczyciel   Planet   okazał   się   zbyt   dużym   obciążeniem   dla 
umysłu starego człowieka. Resztki psionicznego talentu opuściły go raz na zawsze wieszcząc 
krytyczne zmiany zachodzące w komórkach nerwowych mózgu.
 - Jesteś pewien ? Odebrałeś potwierdzenie mojego pokładowego astropaty ?
 - Moje zmysły są już głuche na wołanie braci astropatów, ale wiem, że pański okręt i jeszcze 
jedna jednostka zawracają na Belatis – odparł Sobek – Widziałem to wcześniej w swych 
wizjach. Imperator nie życzy sobie, byś umarł tu dzisiaj, Leotenie Semper. Ma dla ciebie inne 
zadania.
  - Jakie inne zadania ? Dlaczego to ja mam być oszczędzony ? Dlaczego nie któryś z tych 
ludzi ? - krzyknął kapitan wskazując ręką garstkę otaczających go bojowników – Ich wiara i 
poświęcenie są znacznie silniejsze od moich.
         Odpowiedź  Sobeka była  ledwie  słyszalnym  szeptem,  z trudem  zrozumiałym  pośród 
napływających z zewnątrz katedry heretyckich śpiewów. Semper przysunął ucho do warg 
starego mentata.
  - Wszyscy musimy służyć Imperatorowi na sposób, jaki on uznaje za słuszny, kapitanie. 
Pamiętaj o bohaterstwie ludzi, którzy cię tutaj otaczali. Pamiętaj o nich, bo pewnego dnia być 
może przyjdzie ci ich pomścić.
 - Nadciągają ! Nadciągają !
     Semper i klęczący tuż przy nim Devane poderwali w górę głowy spoglądając na młodego 
bojownika biegnącego ku nim nawą katedry, wykrzykującego ostrzeżenie przekazane przez 
obserwatorów na zewnątrz świątyni.
 - Nadchodzą ! Heretycy nadchodzą ! Całe tysiące !
         Kiedy Semper i imperialny kleryk spojrzeli ponownie na leżącą u swych stóp postać, 
dostrzegli pozbawione życia, lecz zarazem pełne nieziemskiego spokoju rysy twarzy starego 
astropaty. Obaj mężczyźni wymienili krótkie spojrzenia.
  - Jeśli pański okręt powraca, niechby się lepiej pośpieszył – zauważył Devane udzielając 
psionikowi Błogosławieństwa Umarłych i naciągając kaptur płaszcza na jego pomarszczoną 
twarz.
  -   Przeznaczenie   czy   nie,   nie   zamierzam   się   stąd   tak   szybko   wynosić   –   odparł   Semper 
przyjmując z rąk kapłana automatyczny pistolet i sprawdzając stan jego magazynka. Obaj 
przywódcy bojowników podnieśli się z kolan skrzykując  swoich przybocznych  i ruszając 
biegiem w kierunku głównych wrót katedry.
     Kilka sekund później pierwsze pociski artyleryjskie heretyków uderzyły z hukiem w grube 
mury   starożytnej   świątyni.   Ukryte   w   katedrze   rodziny   milicjantów   i   ochotników   zaczęły 
zawodzić w rozpaczy i modlić się żarliwie. Ostatni atak heretyków właśnie się rozpoczął, 
upadek kościelnej reduty był już tylko kwestią czasu.

* * * * *

          Oficerowie   rebelianckiej   floty   nie   znali   parametrów   technicznych   ani   bojowych 
możliwości   krążownika   typu   Punisher,   identyfikując   go   opacznie   jako   wariant   lekkiego 
krążownika zwiadowczego typu Dauntless spotykane- hh

go nader często w eskadrach Zgrupowania Floty Gothic. Dowodzący Charybdis kapitan pojął 
swój   błąd   w   tej   samej   chwili,   gdy   Macharius   i   Inviolable   Retribution   uderzyły   w   jego 
wysuniętą eskortę Infideli.

background image

         Wyrzucone z hangarów Machariusa Furie przechwyciły i zniszczyły torpedową salwę 
wrogich   eskortowców.   Kiedy   zziajani   rebelianccy   marynarze   szarpali   się   w   przedziałach 
torpedowych   z   ładowanymi   do   wyrzutni   nowymi   pociskami,   lojalistyczne   okręty 
odpowiedziały   ciosem.   Cztery   eskadry   Starhawków   wystrzeliły   z   hangarów   krążownika 
przyjmując błyskawicznie szyk uderzeniowy i mknąc w stronę heretyckich eskortowców.
         Bombowce nie zdążyły dolecieć do formacji Infideli. Dziobowe baterie artyleryjskie 
okrętu   Adeptus   Arbites   otworzyły   ogień   wyrzucając   za   pomocą   potężnych   liniowych 
akceleratorów serie magmowych głowic przemierzających kosmiczną pustkę z jedną czwartą 
prędkości   światła.   Salwa   omiotła   linię   nieprzyjacielskich   eskortowców   z   przerażającą 
skutecznością. Jeden z Infideli po prostu zniknął pośród oślepiającego rozbłysku, sto tysięcy 
ton metalu i elektroniki wyparowało wskutek bezpośredniego trafienia. Drugi wypadł z szyku 
obracając   się   wokół   własnej   osi   i   sypiąc   na   wszystkie   strony   oderwanymi   kawałkami 
płonącego kadłuba. Ostatni okręt odpalił pośpiesznie swe silniki manewrowe   próbując w 
panice wycofać się z walki. Piloci Starhawków rzucili się na niego niczym stado wilków 
uszkadzając   krytycznie   główny   napęd   eskortowca   i   detonując   gradem   przeciwpancernych 
rakiet jego plazmowy reaktor.
     Do walki włączyła się Charybdis, jej tarcze siłowe zapalały się wściekle, kiedy masywny 
okręt   przelatywał   poprzez   obłoki   gazów   i   śmieci   będące   kilka   chwil   wcześniej   resztą 
heretyckiej eskadry. Dziobowe laserowe lance krążownika wypełniły próżnię strumieniami 
olśniewająco   białej   energii.   Wiązki   przebiły   kokon   pól   siłowych   Machariusa,   wypaliły 
głębokie   na   wiele   metrów   bruzdy   w   supertwardym   grubym   pancerzu   dziobowym 
lojalistycznej jednostki. Stojący na mostku krążownika Ulanti poczuł jak pokład dygocze pod 
jego stopami, dostrzegł nerwowe spojrzenia członków załogi rzucane w jego kierunku.
  -   Sternik,   utrzymać   dotychczasowy   kurs.   Sekcja   Kontroli   Lotów,   przygotować   się   do 
odpalenia torped na mój znak.
  - Cel zmienia kurs, sir – zameldował podniesionym głosem jeden z młodszych oficerów 
obsługujących terminale bojowe – Jego profil emisji energetycznej ulega zmianie. Cel będzie 
próbował oderwać się od walki.
         Stojąc  w obliczu  przewagi ogniowej  nieprzyjaciela,  kapitan  Chaosu zdecydował  się 
przerwać konfrontację poprzez radykalną zmianę kursu i wyłączenie większości pokładowych 
systemów,   co   pozwoliłoby   mu   na   zniknięcie   z   ekranów   imperialnych   radarów.   Był   to 
standardowy  manewr  i   jeśli   zakończyłby  się  powodzeniem,  krążownik   Chaosu  po  prostu 
przepadłby bez śladu na oczach bezradnych operatorów skanerów. Ulanti nie zamierzał na to 
pozwolić.
 - Panie Nyder ?
 - Renegackie ścierwo nigdzie nie ucieknie, kapitanie. Systemy naprowadzające zablokowane 
na celu – wyszczerzył zęby Nyder.
 - Wystrzelić wszystkie torpedy.
         Działając zgodnie z wcześniejszymi  ustaleniami Inviolable Retribution wystrzeliła ze 
swych   baterii   chwilę   po   odpaleniu   torped,   a   morderczo   skuteczna   połączona   salwa   obu 
okrętów  dosłownie rozsadziła  spód kadłuba  heretyckiego  krążownika i wypatroszyła  jego 
prawą   burtę   od   dziobu   po   rufę.   Na   ekranach   sensorów   Machariusa   sygnatura 
nieprzyjacielskiego   okrętu   zapłonęła   jaskrawym   blaskiem,   próbująca   uciekać   jednostka 
została   podświetlona   licznymi   niekontrolowanymi   emisjami   energii   umykającej   z 
przerwanych przewodów zasilających okrętu. 
 - Sternik, cała naprzód. Sekcje ogniowe, przygotować lewoburtowe baterie.
     Lecąc w tandemie z krążownikiem Arbites Macharius przyśpieszył znacząco, manewrując 
tak, by nieprzyjacielski okręt znalazł się pomiędzy obiema lojalistycznymi jednostkami. Na 
przesłany   radiem   rozkaz   oba   imperialne   krążowniki   otworzyły   równocześnie   ogień   z 
bocznych baterii bezlitośnie masakrując Charybdis. Nieprzyjacielska jednostka próbowała się 

background image

odgryzać   prześladowcom   strzelając   z   wciąż   sprawnych   lewoburtowych   baterii,   smagając 
kadłub Inviolable  Retribution  ogniem swych  przerażających  plazmowych  dział.  Eksplozje 
targały lojalistycznym krążownikiem, ale artylerzyści Arbites nie ustawali w bombardowaniu 
nawet na moment.  Atakowany z dwóch stron, ciężko od początku uszkodzony,  heretycki 
Murder nie miał szans na przetrwanie. Dwa imperialne okręty przemknęły obok niego pędząc 
w kierunku Belatis, pozostawiając za sobą wypalający się wrak chirurgicznie zlikwidowanego 
renegata.
      Część młodszych oficerów pracujących na mostku Machariusa zaczęła wznosić wiwaty, 
ale   Ulanti   wiedział,   że   to   zaledwie   początek   ciężkiej   misji.   Nieprzyjacielskie   jednostki 
mrowiły się na krańcach sensorów dalekiego zasięgu, zbliżając się szybko do skazanego na 
zagładę świata. W ich tyle nadciągał sam Niszczyciel Planet, jego ikona niemal wypalała 
luminofor   ekranu   zdradzając   niewiarygodny   potencjał   energetyczny   przepływający   przez 
kadłub lewiatana.

- Prom gotowy do startu – powiedział  Nyder  dostrzegając  pytające  spojrzenie  Ulantiego. 
Kapitan   skinął   głową   i   szef  Kontroli   Lotów   pochylił   się   nad   mikrofonem   swego   pulpitu 
wydając stosowny rozkaz załogom maszyn czekających cierpliwie w hangarach krążownika. 
Kilka sekund później wielki wahadłowiec transportowy odskoczył od kadłuba Machariusa, 
jego   pilot   uruchomił   wszystkie   dopalacze   natychmiast   po   oddaleniu   się   na   bezpieczną 
odległość od tarcz ochronnych krążownika. W ślad za maszyną pomknęła eskadra promów 
pasażerskich   typu   Eagle   wystrzelonych   z   pokładu   Inviolable   Retribution.   Myśliwce 
przechwytujące zajęły pozycje wokół konwoju i cała grupa popędziła z pełną prędkością ku 
odległej planecie, ścigana przez dwa poruszające się wolniej kosmiczne okręty.
     Ulanti skrzyżował wzrok ze spojrzeniem Nydera.
 - Ile czasu im to zajmie ? - zapytał kapitan.
 - Przy zachowaniu obecnej prędkości około godziny, może trochę dłużej – oszacował Nyder 
spoglądając na wyświetlacz ekranu taktycznego, śledząc rozwijające szyk uderzeniowy okręty 
nieprzyjacielskiej armady – Do celu dotrą bez problemu, ale powrót będzie prawdziwą drogą 
przez piekło. 
  - Proszę przygotować pańskie eskadry, panie Nyder – polecił Ulanti – Chcę wyrzucić w 
przestrzeń wszystko, co mamy na pokładzie. Musimy zapewnić im osłonę.

* * * * *

     Kaether podniósł głowę dostrzegając biegnącego ku niemu Altomare, mijającego zręcznie 
ustawione   wszędzie   wózki   amunicyjne   i   narzędziowe.   W   hali   panował   zgiełk   ludzkich 
głosów, huk uderzającego o siebie metalu i wycie testowanych silników. Altomare musiał 
krzyczeć, by stojący obok dowódca eskadry zdołał go zrozumieć.
 - Nic. Nigdzie go nie ma.
         Kaether zaklął w wyjątkowo plugawy sposób, ściągając na siebie zgorszone spojrzenie 
kleryka   Ministorum   błogosławiącego   opodal   termiczne   rakiety   ładowane   do   zasobników 
amunicyjnych Starhawka. 
  - Poszukaj raz jeszcze. Sprawdź każdą kaplicę i świątynię na pokładzie. Ściągnij sobie do 
pomocy każdego, kogo zdołasz, ale znajdź go.
     Altomare zawrócił w miejscu i popędził przed siebie, wykrzykując do pracujących opodal 
mechaników polecenie przerwania roboty i dołączenia do niego. Kaether zaklął ponownie. 
Każda   eskadra   na   pokładzie   krążownika   otrzymała   rozkaz   przygotowania   do   startu. 
Wszystkie   posiadane   maszyny   były   w   trybie   eksperesowym   przygotowywane   do   lotu. 
Techkapłani i mechanicy kończyli prowizoryczne naprawy na uszkodzonych myśliwcach i 

background image

bombowcach, które w normalnych okolicznościach powinny zostać bezzwłocznie odesłane do 
warszatów. I nagle, pośród całego tego zamieszania, zaginął jego najlepszy pilot.
      Na klątwę Vandire, zacisnął zęby Kaether. Gdzie, w imię Złotego Tronu, przepadł Reth 
Zane ?

* * * * *

     Zane przykucnął przy leżącym na korytarzu ciele. O ile dobrze się orientował, był gdzieś 
na pokładzie techniczym pod generarium, a zwłoki należały do kontrolującego to miejsce 
serwitora. Krew i płyny organiczne ściekające po ścianach wąziutkiego przejścia wciąż były 
świeże,  ale ludzka tkanka  cyborga  już się zdążyła  rozłożyć  odsłaniając ukryte  pod skórą 
metalowe układy. Ślady krwi sugerowały, że serwitor zginął niedawno, ale stopień rozkładu 
przeczył temu wyraźnie.
     Zane wyczuwał coś nienaturalnego w tym zabójstwie. Coś mrocznego i złego. Zbliżał się 
cały czas do źródła tej aury. Sprawdzając kolejny raz poziom naładowania baterii w pistolecie 
ruszył   ponownie   w   mrok   tunelu.   Nie   boisz   się,   wmawiał   sam   sobie   w   myślach.   Jesteś 
wojownikiem władcy ludzkości. Jesteś jedną z boskich Furii Mściwości.

* * * * *

         Ze stanowiska na szczycie barykady Daksha miał czyste pole ostrzału na całym placu 
przed   głównym   wejściem   do   katedry.   Wciągnięcie   automatycznego   działka   na   wierzch 
umocnień  było  wyczerpującym  i trudnym  zadaniem,  ale opłacało  się ten wysiłek  podjąć. 
Przesuwając lufy broni z lewa na prawo i z powrotem strzelec zasypywał strugami pocisków 
masę   nadbiegających   heretyków.   Jeden   z   wielkich   opancerzonych   ciągników   siodłowych 
wjechał na plac miażdżąc pod swoimi kołami ciała zabitych i rannych napastników. Daksha 
wymierzył broń w jego stronę, nawet nie kłopocząc się przykładaniem oka do celownika. 
Przyzwyczaił   się   do   polowania   na   niewielkie   zwinne   kształty   kosmicznych   myśliwców, 
śmigające   szaleńczo   w   jego   polu   widzenia,   często   na   ekstremalnie   dalekim   dystansie. 
Toczący się powoli pojazd był śmiesznie bezbronnym celem w porównaniu ze zwyczajowymi 
przeciwnikami strzelca.

     Pierwsza seria poszatkowała kabinę ciągnika i siedzącego w niej kierowcę, ale Daksha nie 
zdejmował   palca   ze   spustu.   Przeszył   dziesiątkami   przeciwpancernych   pocisków   ładownię 
pojazdu masakrując siedzących w środku buntowników, zerwał gąsienice tylnego napędu i 
zdetonował zbiornik paliwa ciągnika zalewając biegnących za pojazdem heretyków morzem 
płonącego petrolium.
     Dwie z czterech obrotowych luf działka zaterkotały i umilkły. Daksha pozwolił sobie na 
krótkie  przekleństwo w  rodzimym  języku.  Lufy zatkały się pod wpływem  zbyt  wysokiej 
temperatury, para buchała kłębami w miejscach, gdzie na rozpaloną stal lała się woda noszona 
kubłami   przez   grupkę   pomagających   marynarzowi   bojowników.   Z   braku   standardowego 
systemu chłodzenia działka był to jedyny sensowny sposób łagodzenia efektów podwyższonej 
temperatury.
     Tylko jedna z przegrzanych luf odezwała się ponownie, ale Daksha wiedział już, że lada 
moment   zawiedzie   ponownie,   topiąc   się   od   wewnątrz   i   ulegając   nieodwracalnym 
uszkodzeniom. Albo to albo skończy mu się amunicja. A kiedy nadejdzie ten czas, mały 
strzelec wyciągnie zza pasa kukri i zejdzie pomiędzy szeregi obrońców gotów umoczyć swe 
ostrze w krwi nieprzyjaciół, sycić barbarzyńską duszę ich spazmami śmierci.
         Spełnienie  tego zamierzenia  nie było  Dakshy dane. Kilka sekund później  ukryte  za 
przeciwną   stroną   placu   polowe   działa   heretyków   namierzyły   pozycję   marynarza   i 

background image

zbombardowały   ten   fragment   barykad   roznosząc   go   w   strzępy.   Szczątki   pokładowego 
strzelca, jego automatycznego działka i pomocników polewających wodą broń posypały się z 
nieba uderzając niczym grad w skrwawione płytki placu.

* * * * *

     Morze heretyków przebiegło przez plac i w ułamku chwili pochłonęło grupę zawziętych 
bojowników wciąż broniących zdemolowanych barykad. 
 - Odwrót ! - wrzasnął Semper strzelając w mrowie napastników, zabijając kilku najbliższych 
wyliczonymi co do sztuki kulami. 
     Wraz z garstką innych obrońców kapitan rzucił się biegiem w stronę wejścia do katedry. 
Kule i laserowe wiązki wystrzeliwane przez ścigających ich heretyków ścinały z nóg wielu 
umykających  co sił bojowników. Semper  poczuł jak coś gorącego wbija się w jego bok. 
Stracił równowagę i omal nie upadł, pochwycony w ostatniej chwili w czyjś żelazny uścisk. 
Maxim   Borusa,   najbardziej   odstręczający   spośród   wszystkich   aniołówstróżów,   pociągnął 
dowódcę za sobą wlokąc go niemalże siłą po korytarzu za progiem katedry i wciągając za 
prowizoryczną barykadę wzniesioną w głębi holu.
 - Pozycje zajęte, sir. Głupio byłoby pana zostawić z tyłu – wydyszał wielki ochroniarz.
      Zaledwie kilka sekund później pierwsi heretycy wtargnęli w mury katedry wlewając się 
szeroką rzeką na wejściowy korytarz. Dowodzący ostatnią redutą Devane pozwolił im zbliżyć 
się   na   dziesięć   jardów   do   barykady,   zanim   wydał   rozkaz   otwarcia   ognia   strzelcom 
obsługującym dwa pozostałe działka wymontowane z wraku wahadłowca. 
     Osiem obrotowych luf rzygnęło stalą i płomieniami, przeistaczając wąski korytarz w istne 
piekło. Pierwsze szeregi napastników po prostu wyparowały pozostawiając po sobie jedynie 
krwawą   mgiełkę.   Przeciwpancerne   pociski   przeznaczone   do   penetracji   grubych   kadłubów 
kosmicznych   myśliwców   rozrywały   miękką   ludzką   tkankę   przebijając   na   wylot   ciało   za 
ciałem. Rykoszety wyrywały wielkie bruzdy w pokrytych freskami ścianach, rozbijały w pył 
statuy i popiersia będące rezultatem setek lat prac kościelnych artystów. 
         Kultyści wciąż parli do przodu mimo  budzących  grozę strat, pchając się prosto pod 
celowniki   działek.   Semper   odniósł   wrażenie,   że   obserwuje   wyścig,   w   którym   głównymi 
czynnikami były liczebność nieprzyjaciela i zapasy amunicji obrońców. Devane wspominał 
wcześniej o zmuszeniu wroga do pływania we własnej krwi i teraz nieoczekiwanie słowa te 
nabrały przerażająco realnego znaczenia.
     Znienacka pośród przerzedzonych ostrzałem szeregów kultystów pojawiła się jakaś postać. 
Powietrze   wokół   przybysza   łamało   się   zniekształcane   falą   psionicznej   energii,   tarcza 
mentalnej mocy okryła intruza kokonem odbijającym na bok pociski działek. Postać uniosła 
dzierżony w dłoni miecz, jego ostrze pokryła chmura czarnej wirującej mgły.
 - Uwaga ! - krzyknął zbyt późno Devane. Demoniczny ogień wystrzelił z czubka miecza i 
pogrążył w swych nieziemskich płomieniach barykadę.
       Bojownicy wyli przeraźliwie pożerani demonicznymi językami ognia, przeistaczani ich 
dotykiem w poczerniałe szkielety. Jedno z działek eksplodowało siejąc na wszystkie strony 
metalowymi szrapnelami, raniąc śmiertelnie swą obsługę i najbliższych obrońców. 
     Semper podniósł się z kolan i wyciągnął z pochwy szablę, starając się nie zwracać uwagi 
na ból promieniujący z oparzonego laserową wiązką boku. Ignorując płonące wokół ciała 
towarzyszy   broni   skoncentrował   wzrok   na   nadbiegających   heretykach.   Widząc   postać 
wiodącego wielką hordę prowodyra 
dyra   skrzyżował   z   nim   spojrzenie   i   podświadomie   wyczytał   swą   zgubę   wypisaną   w 
groteskowo zmieniających się diabolicznych rysach twarzy czciciela Chaosu.
     To tyle, jeśli chodzi o przeznaczenie i ocalenie życia, pomyślał szyderczo Semper i porwał 
za sobą ostatnich bojowników wiodąc ich do samobójczego kontrataku.

background image

* * * * *

     Trzask wystrzałów i szczęk zderzających się ze sobą ostrzy niósł się echem po komnatach 
katedry,   przerywając   względną   ciszę   panującą   dotąd   w   niewielkiej   bocznej   kapliczce 
przylegającej do głównej nawy świątyni. Vittas Sarro jęknął z przerażenia i wcisnął twarz w 
ramię wspierającej go siostry.
 - Co się dzieje, siostrzyczko ? Kapitan marynarki obiecywał, że pomoc jest już w drodze, ale 
wokół słychać tylko odgłosy walki. Kiedy to wszystko się skończy ?
     Lady Malissa pocałowała swego brata w czoło rozmyślając równocześnie nad usłyszanymi 
wieściami. Zawsze obawiała się dowódcy Adeptus Arbites i informacja o jego komendzie nad 
ekspedycją ratunkową budziła w niej złe przeczucia. Wiedziała, co musiała jak najszybciej 
uczynić. Nieco żałowała swej decyzji, ale zarazem od dawna świadoma była faktu, że kiedyś 
musiał nadejść ten moment. Bez względu na dalszy rozwój sytuacji, jej słaby brat stracił w 
końcu całkowicie swą użyteczność.
  -   Już   niedługo   –   wyszeptała   czule   pieszcząc   jego   policzek   krawędzią   kryształowego 
pierścienia – Obiecuję ci, że niedługo wszystko się skończy.

* * * * *

         Khoisan wycinał sobie ścieżkę przez ciżbę ludzkich ciał, zabijając bez chwili wahania 
zarówno obrońców jak i swoich własnych podwładnych. Gorączka mordu wywoływała w 
jego   głowie   zawroty,   desperacko   pragnął   dokonać   ostatniego   zleconego   mu   zabójstwa   i 
dopełnić  warunków  swego paktu  z mocami  Osnowy.  Powalając  ostatnią  krzyczącą  dziko 
przeszkodę na swej drodze czciciel znalazł się w końcu twarz w twarz ze swą ofiarą. Na 
twarzy mężczyzny  malował  się grymas  grozy – żałosna ludzka emocja, którą przywódca 
rewolty już niedługo miał pozostawić raz na zawsze za sobą – lecz przełamując swój paraliż 
lojalista   rzucił   się   znienacka   do   przodu,   a   z   jego   gardła   wydarł   się   krzyk   narastającej 
wściekłości.
      Khoisan odbił ostrze przeciwnika w bok z niemal dziecinną łatwością, szabla człowieka 
rozprysła się na dziesiątki kawałków w kontakcie z nieziemską, podobną do obsydianu klingą 
demonicznego miecza. Impet tej parady wytrącił lojalistę z równowagi. Człowiek upadł na 
posadzkę katedry.  Khoisan podniósł swą broń, by zadać śmiertelny cios, ale w tej samej 
chwili przy jego boku pojawili się dwaj inni mężczyźni. Jeden z nich zablokował uderzenie 
czciciela ostrzem swego własnego energetycznego miecza, z obu kling posypały się snopy 
iskier. Drugi człowiek – rosły i obdarzony tak dziką aparycją, że można go było wziąć za 
wyznawcę Krwawego Boga – podniósł przed siebie prymitywną broń palną posyłając pocisk 
za   pociskiem   w   klatkę   piersiową   Khoisana.   Heretyk   poczuł   ukłucie   bólu   znaczące,   iż 
przynajmniej jedna z kul przebiła jego pancerz i pojął, że wciąż jeszcze nie zdołał uwolnić się 
od tak przyziemnych aspektów egzystencji jak fizyczne cierpienie. Uderzył z furią zaciśniętą 
pięścią  powalając  na  ziemię  człowieka  z  pistoletem,  przeciągnął   ostrzem  miecza  po  ręce 
drugiego przeciwnika odcinając ją z łatwością, po czym powrotnym cięciem rozpłatał jego 
klatkę piersiową.
     Rycząc tryumfalnie Khoisan Bez Twarzy odwrócił się w stronę ofiary wskazanej mu przez 
mrocznych  patronów. Zmieniając  pozycję kultysta  dostrzegł kątem oka oficera marynarki 
podnoszącego   z   podłogi   upuszczony   energetyczny   miecz.   Ujrzał   zadany   sztychem   cios 
mijający   jego   gardę,   przebijający   zbroję   czciciela,   wchodzący   głęboko   w   ciało.   Khoisan 
zacharczał w pełnym niedowierzania szoku czując jak jego zmutowane organy wewnętrzne 
skręcają się pod wpływem wyładowań energetycznego ostrza.

background image

     Heretyk runął na plecy, z głębokiej rany zaczęła tryskać cuchnąca czarna krew. Do jego 
uszu   docierały   pełne   grozy   wrzaski   kultystów.   Dusza   Khoisana   zadygotała   czując 
odpływające   z   jego   jaźni   moce   pozbawionych   wyrozumiałości   patronów.   Usłyszał   jakiś 
przeciągły dźwięk, początkowo odległy, błyskawicznie przybierający jednak na sile. Przez 
chwilę   myślał,   że   to   głosy   samych   bogów   Osnowy,   wykrzykujących   swą   wściekłość   z 
powodu jego porażki, lecz kilka sekund później pojął ich prawdziwą naturę i zrozumiał, że 
zawiódł całkowicie.
     Powietrzem wstrząsał huk silników lądujących na placu wahadłowców.

* * * * *

         Jeden Eagle przemknął tuż nad rozległym  placem posyłając kilka rakiet w kierunku 
pozycji   heretyckiej   artylerii.   Jego   pokładowi   strzelcy   obracali   się   w   swych   wieżyczkach 
oczyszczając   ogniem   działek   strefę   lądowania.   Kiedy   maszyna   znalazła   się   na   ziemi,   z 
otwartej   rampy   desantowej   wypadli   uzbrojeni   w   strzelby   arbitratorzy,   błyskawicznie 
likwidujący wszystkich  heretyków  przeoczonych  przez strzelców  pokładowych  promu.  W 
obliczu śmierci swego charyzmatycznego przywódcy i koszmarnych strat własnych kultyści 
rzucili się do panicznej ucieczki pomiędzy ruiny stolicy, by tam oczekiwać w niemej grozie 
mającej nadejść lada chwila ostatecznej zagłady. 
     Mając pod sobą zabezpieczoną przestrzeń do lądowania podszedł wielki prom marynarki. 
Jego pokład opuścili natychmiast Byzantane i Kyogen – pierwszy z oficerów popędził do 
wysiadających z innych wahadłowców arbitratorów, drugi skrzyknął w swe pobliże żołnierzy 
ochrony Machariusa. Komisarz omiótł beznamiętnym spojrzeniem zasłany trupami katedralny 
plac.
 - Znajdźcie kapitana – polecił swym podkomendnym – Bez niego nigdzie stąd nie odlecimy.

* * * * *

     Semper podniósł się z trudem z klęczek. Opodal pozbierał się niemrawo Maxim Borusa, 
wciąż zamroczony ciosem przywódcy heretyków. Caparan również przeżył ostatnią bitwę, 
natomiast Ko nie miał tyle szczęścia. Spalone szczątki techadepta leżały wśród zwłok innych 
uśmierconych demonicznym ogniem obrońców barykady.
  -   Promy,   sir.   Imperialne   promy   –   wyszczerzył   zęby   Borusa   dostrzegając   jakiś   ruch   za 
progiem wrót katedry – Niech Volkk mi wybaczy, ale nigdy w życiu nie cieszyłem się tak 
bardzo na widok któregoś z tych arbitratorskich sukinsynów.
          Semper   nie   zwrócił   uwagi   na   komentarz   swego   ochroniarza.   Chociaż   było   to 
niewiarygodne,  Devane  wciąż   jeszcze  żył.  Kapitan   uklęknął  przy kapłanie  nie  bacząc   na 
wielką   kałużę   krwi   wyciekającej   z   rany  na   piersi   i   kikuta   odciętej   ręki.   Semper   wcisnął 
rękojeść energetycznego miecza w ocalałą dłoń konfesora.
 - Lepiej go sobie zatrzymaj – wychrypiał Devane – Mnie już niepotrzebny, a tobie przyda się 
coś lepszego od tych paradnych scyzoryków, które ludzie z marynarki nazywają mieczami.
     W przedniej części korytarza rozległ się tupot licznych butów, czyjeś głowy wykrzykiwały 
nazwisko   kapitana.   Semper   zignorował   je   nie   chcąc   wypuścić   ze   swego   uścisku   dłoni 
konfesora. Podążył za wzrokiem Devane spoglądając na skulone sylwetki ludzi kryjących się 
w   półmroku   głównej   nawy   katedry.   Z   tysięcy   pielgrzymów   szukających   w   tym   miejscu 
schronienia zaledwie cząstka pozostała przy życiu, w większości kobiety i dzieci – rodziny 
bojowników, którzy polegli w straceńczej misji obrony świątyni.
 - Uratuj ich – wyszeptał słabym głosem Devane – Nie pozwól, by te wszystkie ofiary poszły 
na marne. To za nich walczyliśmy. To są dzieci Imperatora, ważniejsze od notabli Adeptus 

background image

czy   błękitnokrwistej   arystokracji,   cenniejsze   od   skarbów   w   ładowniach   frachtowców 
konwoju. To najlepsza cząstka tego świata. Nie powinni wraz z nim umrzeć.
         Semper  skinął głową czując jednocześnie  jak uścisk dłoni konfesora staje się coraz 
słabszy. Czyjeś ręce zaczęły go ciągnąć w tył.
 - Kapitanie, musimy iść. Kończy nam się czas – krzyknął jeden z oficerów porządkowych. 
Semper upewnił się, że Devane skonał, po czym puścił jego dłoń, wstał i odwrócił się w 
stronę żołnierzy ochrony.
 - Proszę zająć się cywilami, oficerze. Przodem kobiety i dzieci. Niech marynarze wniosą na 
pokłady promów wszystkich rannych, którym siostry zakonne dają szanse przeżycia.
     Żołnierz ochrony otworzył mimowolnie usta słysząc zaskakujący rozkaz.
 - Sir, nie mamy miejsca dla wszystkich dodatkowych pasażeów. Nie ma dość czasu...
 - To wygospodarujcie miejsce – warknął Semper – Wyrzućcie z ładowni wszystko, co się da 
i  pamiętajcie  o  jednym.   Nie  odlecimy   stąd,  dopóki  na   pokładzie   nie   znajdzie  się  ostatni 
człowiek mający szansę przeżycia.

* * * * *

          Byzantane   patrzył   na   ciało   gubernatoraregenta,   jego   wciąż   otwarte,   pełne   grozy   i 
panicznego   niedowierzania   oczy,   rysy   twarzy   wykrzywione   pośmiertnym   grymasem 
stężałych mięśni. Zwłoki wciąż jeszcze były ciepłe i Byzantane pojął, że zabójca umknął z 
tego miejsca zaledwie kilka minut wcześniej. 
     A więc przez cały czas była to lady Malissa, pomyślał Byzantane. Kale był jej pionkiem, 
zapewne   kochankiem.   Podobnie   jak   generał   Brod.   Być   może   umiejętnie   szczuła   obu 
mężczyzn   przeciwko   sobie   wykorzystując   ich   zazdrość   i   zaślepiając   w   ten   sposób 
dostatecznie   mocno,   by   nie   dostrzegli   prawdziwych   motywów   jej   działania.   Może   na 
początku sądzili tylko, że aaaa 

przygotowują relatywnie bezkrwawy przewrót władzy wykorzystując wojnę w sektorze do 
skrytego obalenia rządów Imperium na Belatis. Lady Malissa byłaby osadzona na tronie w 
miejsce   swego   nieudolnego   brata,   a   sami   spiskowcy   utworzyliby   grono   jej   doradców. 
Prawdopodobnie każdy z mężczyzn uważał skrycie, że zdoła sterować regentką w identyczny 
sposób jak ona sama do tej pory manipulowała swym bratem. Prefekt przyjął hipotezę, iż 
sama   inicjatorka   rewolty   obiecała   reszcie   spiskowców   zawarcie   paktu   z   Nieprzyjacielem 
mającego oszczędzić Belatis z wojennej pożogi.
     Dopiero później zdali sobie sprawę z rozmiarów zdrady i chorych ambicji swej pani, lecz 
wówczas było już za późno na pokrzyżowanie jej planów i obaj bardziej zajęli się ratowaniem 
własnej skóry niż naprawianiem wyrządzonych szkód.
     Byzantane poczuł ogarniającą go falę rozczarowania i złości. Mógł zarządzić przeszukanie 
katedry i przesłuchanie ukrywających się w niej uchodźców, ale pewien był, że kobieta już 
dawno znalazła się poza murami świątyni. Heretycy skoncentrowali atak na głównym wejściu 
do budowli, lecz istniały też inne, starannie zamaskowane przejścia prowadzące do katedry i 
na jej zewnątrz. Prefekt przekonany był, że mając dostatecznie dużo czasu na poszukiwania 
zdołałby   odnaleźć   jedno   z   takich   przejść   i   leżące   przy   nim   ciała   zamordowanych 
wartowników.
     Architekt zagłady Belatis znów wymknął mu się z rąk.

* * * * *

         Malissa przykucnęła pośród ruin obserwując ostatni wahadłowiec odrywający się od 
powierzchni  placu, unoszący w przestworza bezcennego kapitana marynarki  i jego bandę 

background image

religijnych maniaków. Deszcz przestał w końcu padać i arystokratka uświadomiła sobie, że 
coroczne monsuny jej rodzinnej planety będą kolejną rzeczą, za którą nigdy nie zatęskni. 
Burzowe chmury rozproszył wiatr. Podniosła głowę dostrzegając w górze nowe gwiazdy – 
światełka będące bez wątpienia kosmicznymi okrętami jej sojuszników zajmujących pozycje 
wokół   planety.   Jedna   z   gwiazd   pulsowała   wyraźnie   ciemnoczerwoną   poświatą.   Malissa 
pomyślała z dreszczem lęku, że musi to być sam Niszczyciel Planet. Uśmiechnęła się sama do 
siebie: głupcy uciekający na pokładach promów nie mieli szans na ocalenie skóry, nie przy 
tak licznym zgrupowaniu floty Chaosu otaczającym Belatis.
     Wiedziała, że jej własny czas też się kończy, ale w okolicznych zgliszczach kryło się wielu 
heretyków. Wystarczyło ich odszukać i ujawnić swą prawdziwą tożsamość, a bez wątpienia 
zapewniliby arystokratce bezpieczną drogę do Khoisana Bez Twarzy,  ten zaś zabrałby ją 
bezwłocznie wraz ze sobą z powierzchni zgubionego świata przed salwą Niszczyciela Planet. 
Czekało ją jeszcze wiele niebezpieczeństw, ale wciąż była pewna, że plan awaryjny musiał się 
udać.
     W pobliskich ciemnościach coś poruszyło się niezgrabnie i zasyczało na kobietę.
     Sięgnęła po boltowy pistolet zabrany jednemu z zamordowanych przy tajemnym wyjściu 
bojowników, lecz napastnik okazał się znacznie od niej szybszy. Potężne jaszczurze szczęki 
zacisnęły się na uzbrojonej  ręce miażdżąc  kość nadgarstka., oślizgła  macka  oplotła  szyję 
Malissy dławiąc jej przeraźliwy krzyk. Coś przywodzącego na myśl włochatą pajęczą łapę 
prześlizgnęło   się   po  twarzy  kobiety,   a  widniejąca   na  końcu   odnogi   miniaturowa   paszcza 
ugryzła ją niepewnie w policzek.
     Khoisan nie umarł pomimo zadanej mu przez Sempera rany, chociaż pewnie wolałby taki 
los, gdyby tylko zachował choć odrobinę rozumu. Jego uciekający poplecznicy zawlekli ciało 
umierającego   przywódcy   na   gruzowisko,  lecz   tam   porzucili   je  nieoczekiwanie   przerażeni 
nagłymi   zmianami   zachodzącymi   w   organizmie   kultysty.   Odmawiając   swemu   wyznawcy 
zaszczytu wstąpienia w demoniczny panteon bogowie Osnowy skazali go w zamian na los 
zarezerwowany dla tych  sług Chaosu, którzy zawiedli  swych panów. Nieludzki organizm 
Khoisana zaczął się buntować przeciwko swemu  panu zmieniając swój kształt i przeradzając 
się w nowe przerażające  formy,  stając się bezrozumnym,  pełzającym  na oślep pomiotem 
Chaosu.
          Spleceni   w   targanym   konwulsjami,   pełnym   krzyków   uścisku,   champion   Chaosu   i 
spełniająca   wszystkie   jego   zachcianki   zdrajczyni   spotkali   się   w   końcu   ze   sobą   w   cieniu 
Niszczyciela Planet, oddaleni od śmierci o zaledwie kilka minut. Dla obojga z nich śmierć ta 
nie nadeszła miłosiernie szybko.

* * * * *

          Ulanti   nie   potrzebował   już   dłużej   odczytów   skanerów,   by   śledzić   postępy 
nieprzyjacielskiej floty. Przez optyczne wzmacniacze obrazu wbudowane w szyby głównej 
galerii  widokowej mostku dostrzegał bez trudu konstelacje  wrogich okrętów zajmujących 
pozycje   w   pobliżu   Belatis,   niczym   padlinożerne   ptaki   zbierające   się   opodal   konającej 
zdobyczy.  W środku ich szyku tkwił sam Niszczyciel Planet i Ulanti studiował z pełnym 
grozy   podziwem   egzotyczne   kształty   gigantycznej   jednostki.,   próbując   rozpracować 
wzrokiem

kiem tajniki jej konstrukcji i potencjalne możliwości taktyczne.
      Superpancernik nie przypominał swą linią żadnego innego okrętu widzianego wcześniej 
przez   komandoraporucznika,   monstrualny   segment   jego   głównej   baterii   artyleryjskiej 
wystawał z bryły kadłuba najeżonego wyrzutniami torped i wieżyczkami laserowych dział – 
nawet   pozbawiony   swej   sztandarowej   broni   Niszczyciel   wciąż   stanowił   śmiertelnie 

background image

niebezpiecznego   oponenta.   Wielkie   łuki   energetycznych   wyładowań   skakały   po   szpicach 
gigantycznej   dziobowej   baterii   lub  wystrzeliwały   w   przestrzeń   z  powierzchni   ogromnych 
transformatorów,  zadania których  Ulanti mógł  się jedynie  domyślać.  Oficer zauważył,  że 
pozostałe rebelianckie okręty utrzymywały odpowiedni dystans od strzeżonego przez siebie 
superpancernika:   niekontrolowane   i   nieprzewidywalne   wyładowania   energii   zdolne   były 
wyłączyć tarcze ochronne okrętu liniowego albo całkowicie unicestwić któryś z mniejszych 
eskortowców.
         Był to przerażający obiekt, zagrażający swym istnieniem stabilności i bezpieczeństwu 
Imperium.  Ulanti potrafił  uwierzyć  w pogłoski mówiące  o tym,  że szczegóły konstrukcji 
superpancernika oraz jego szacowane w przybliżeniu zapotrzebowanie na energię wymykają 
się   poza   ramy   znanych   norm   technicznych   i   że   w   powstaniu   tego   okrętu   miały   udział 
diaboliczne moce. Patrzący przez pancerne szyby oficer wiedział, że w tym samym czasie z 
innych galerii bryłę Niszczyciela Planet obserwują Magos Castaboras i jego techkapłani. Jak 
dotąd był to najbliższy kontakt imperialnego okrętu z nową bronią Abaddona i zebrane przez 
załogę Machariusa dane miały być rozchwytywane w Dowództwie Floty.
         Pod warunkiem, że wpierw przeżyjemy najbliższą godzinę, pomyślał posępnie Ulanti 
śledząc   wzrokiem   dzioby   kilku   renegackich   krążowników   pędzących   na   Machariusa   w 
otoczeniu   grupy   mniejszych   eskortowców.   Spoglądając   poprzez   okular   teleskopu 
komandorporucznik   dostrzegł   otwierające   się   wrota   hangarów   na   pokładzie   jednego   z 
okrętów, ciężkiego krążownika typu Styx. Z wnętrza jednostki zaczęły wylatywać eskadry 
myśliwców.
 - Trzy krążowniki – potwierdził oficer wachtowy Broton Styre – Ten duży Styx to Scylla. 
Dwa pozostałe to Kali i Virulent, dwa standardowe Slaughtery.
 - Virulent, stary znajomy z bitwy o Helię – zauważył Nyder.
 - Najwyraźniej szybko chce odnowić znajomość – dodał ponuro Ulanti.
     Widniejąca na ekranie taktycznym sygnatura Virulenta pozwalała śledzić odłączający się 
od   głównej   armady   okręt,   zbliżający   się   ku   Belatis   i   wykorzystujący   pole   grawitacyjne 
planety do wyrzucenia swego kadłuba ze zwiększoną prędkością w stronę Machariusa. Za 
wysuniętą forpocztą krążowników nadciągała główna armada Niszczyciela Planet. Macharius 
i krążownik Arbites zdołały wygrać pierwsze starcie, ale pozostając dłużej na orbicie Belatis 
skazywały   się   na   nieuniknione   unicestwienie.   Wszyscy   oficerowie   zajmujący   pozycje   na 
mostku Dictatora zdawali sobie z tego faktu sprawę.
 - Panie Nyder ?
     Szef sekcji Kontroli Lotów nie musiał pytać, do czego nawiązuje jego przełożony.
 - Wahadłowce są w powietrzu. Będą na pokładzie za około dwadzieścia minut – oficer urwał 
na moment  przesuwając spojrzeniem po sygnaturach  nieprzyjacielskich okrętów – Będzie 
gorąco, w głównej mierze z powodu tych lotniskowców.
  -   Pozostaniemy   na   dotychczasowej   pozycji   do   chwili   lądowania   promów.   Wyrzucić   w 
przestrzeń wszystkie  dostępne maszyny  – rozkazał Ulanti, podobnie jak Nyder doskonale 
świadom faktu, że wydanym właśnie poleceniem podpisał wyroki śmierci na wielu pilotów 
pokładowego lotnictwa. 
         Nyder wydał niezbędne rozkazy. W przeciągu kilku sekund hangary krążownika miał 
opuścić   pierwszy   rzut   pokładowych   eskadr.   Liczba   maszyn   mających   powrócić   na 
Machariusa była odrębną kwestią.

* * * * *

          Kaether   przesunął   palcami   kilka   włączników   przesyłając   całą   dostępną   energię   do 
nosowych tarcz ochronnych myśliwca. Swiftdeath mknął wprost na niego, plując laserowym 
ogniem.   Dowódca   eskadry   nacisnął   własny   spust,   w   kosmicznej   pustce   zalśniły   wiązki 

background image

mijających się snopów światła, uderzających w kokony pól siłowych, topiących wierzchnie 
warstwy kompozytowych  pancerzy.  W ostatniej  sekundzie  przed kolizją Kaether odrzucił 
swój   myśliwiec   w   bok   dzięki   silnikom   korekcyjnym,   otarł   się   o   Swiftdeatha   i   zawrócił 
ignorując pulsujące wściekle czerwone ikony na swoim pulpicie.
      Rebeliancki myśliwiec pędził na formację bombowców, jego pozycję zdradzały impulsy 
uciekającej z uszkodzonych silników energii i płonące szczątki odrywające się od kadłuba 
maszyny. Kaether zablokował system naprowadzania na wrogim myśliwcu i posłał w ślad za 
nim   przeciwpancerną   rakietę.   Kilka   sekund   później   dostrzegł   za   szybą   kokpitu   jaskrawy 
rozbłysk wybuchu.
     Pilot rzucił swą maszynę w ciasny skręt, z niepokojem obserwując oporaa

ną pracę mechanizmów sterowniczych.
 - Powiedz mi to wszystko, czego nie chciałbym słyszeć, Manetho – zażądał od siedzącego w 
tylnej wieżyczce nawigatora.
 - Akumulatory prawoskrzydłowych działek zostały odstrzelone. Tracimy moc, ale nie jest aż 
tak źle, jakby to wyglądało. Mogę przekierunkować część energii z silników do tarcz, ale taka 
opcja raczej nie zwiększy naszych szans na przetrwanie. W przedniej sekcji kadłuba pancerz 
jest tak nadwerężony, że do jego przebicia wystarczy strzał z niedoładowanego laserowego 
pistoletu. Cała reszta maszyny pracuje w idealnym porządku.
          Kaether   uśmiechnął   się   pod   hełmem.   Jak   na   czciciela   Boga   Maszyny,   Manetho 
zachowywał   się   często   w   nadzwyczaj   ludzki   sposób.   Pilot   zaczął   studiować   wzrokiem 
zawartość   taktycznego   ekranu.   Lojaliści   przebili   się   przez   pierwszą   zasłonę   myśliwską 
heretyków, tracąc dziewięć Furii w zamian za czternaście Swiftdeathów. Pokładowi strzelcy 
Starhawków  zgłaszali  strącenie  trzech  dalszych  myśliwców  wroga.  Imperialne  bombowce 
mknęły na wyznaczony im cel – eskadrę heretyckich niszczycieli – lecz Kaether nie potrafił 
pozbyć się uczucia niepokoju na widok krążownika typu Slaughter zbliżającego się szybko do 
Machariusa. 
          Kilka   tysięcy   kilometrów   dalej   duża   grupa   Swiftdeathów   leciała   wprost   na   parę 
imperialnych   okrętów.   Keather   przyglądał   się   zmiennemu   natężeniu   ich   energetycznych 
sygnatur   podejrzewając,   że   nieprzyjacielscy   piloci   starają   się   skokami   mocy   silników 
zamaskować obecność w swej formacji większych od nich bombowców Doomfire. Na oczach 
zastanawiającego   się   wciąż   lojalisty   szyk   nieprzyjacielskiej   formacji   rozpadł   się 
nieoczekiwanie na trzy grupy. Jedna pędziła dalej na Machariusa i krążownik Arbites, ikonki 
obładowanych   rakietami   bombowców   lśniły   jaskrawo   na   ekranie   radaru.   Druga   grupa, 
złożona wyłącznie z myśliwców, skręciła w stronę eskadry Tornado eskortującej wracające z 
Belatis wahadłowce. Trzecia jednostka Switfdeathów skierowała się wprost na Starhawki, 
strzeżone przez eskadrę Kaethera.
         Pilot zmełł w ustach przekleństwo i otworzył połączenie radiowe z dowódcą eskadry 
Hornet.
 - Lider Stormu do lidera Hornetów – rzucił do mikrofonu.
 - Widzimy ich, Storm – padła krótka odpowiedź – Możecie się nimi zająć. My przypilnujemy 
naszych przyjaciół do strefy odpalenia pocisków.
 - Potwierdzam, Hornet. Wypijemy coś po powrocie na Macha – oświadczył Kaether wiedząc 
w   głębi   ducha,   że   być   może   nigdy   nie   zrealizuje   tej   obietnicy.   Eskadra   Hornet   miała 
ubezpieczać   atak   na   okręty   wroga   ściągając   na   siebie   morderczy   ogień   artylerii 
antyrakietowej i osłaniając w ten sposób bombowce.
     Zresztą nasze szanse na wyniesienie głowy też nie wyglądają obiecująco, pomyślał pilot 
przeliczając pośpiesznie ikony zbliżających  się kursem kolizyjnym  Swiftdeathów. W jego 
eskadrze pozostało dziesięć Furii, część z nich już uszkodzonych. Nieprzyjaciel miał dwa 
razy więcej maszyn, w pełni uzbrojonych i zatankowanych.

background image

         Kaether kolejny raz pozwolił sobie na przekleństwo. Gdzie się szwendał ten przeklęty 
maniak Zane, kiedy człowiek naprawdę go potrzebował ?

* * * * *

         Zane cofał się ostrożnie przez ciemny korytarz ściskając kurczowo pistolet i próbując 
wyłowić   wzrokiem   postać   posykującego   złowieszczo   demona,   szukającego   go   w   pełnym 
oparów   półmroku   podpokładu   generarium.   Pilot   odnosił   wrażenie   jakby   minęły   już   całe 
godziny, a nie jedynie minuty od chwili, w której usłyszał ten przeraźliwy jednostajny skowyt 
odbijający się echem w ścianach szybów wentylacyjnych, przebijający się ponad miarowy 
pomruk maszynowni. Od chwili, w której znalazł w końcu wyjście z labiryntu ciasnych tuneli 
i zeskoczył na podłogę zasłanej ludzkimi ciałami komnaty pod generarium, pełnej zniszczonej 
maszynerii i zwłok rozdartych na strzępy techadeptów. 
      A przecież to zaledwie kilkanaście minut temu rozpoczął swój nieoczekiwany pościg za 
oślizgłym demonicznym stworem przemierzającym trzewia okrętu. 
     Zane nie miał pojęcia, jaką rolę pełniło pomieszczenie i dziwaczna, obca mu maszyneria 
wypełniająca   jego   wnętrze,   lecz   zdawał   sobie   niejasno   sprawę,   iż   komnata   ma   ogromne 
znaczenie dla kontroli położonych  dwa pokłady wyżej  potężnych  plazmowych  reaktorów, 
wypełnionych   ledwie   utrzymywaną   w   ryzach   energią.   Stwór   nie   tracił   czasu:   zaraz   po 
wtargnięciu   do   sali   zaczął   z   równym   zaangażowaniem   demolować   kontrolne   terminale   i 
zrywać przewody zasilające, co mordować pracujących przy nich ludzi. Alarmowe klaksony 
zdradzały   uszkodzenie   żywotnych   podzespołów   komnaty,   ale   podobna   kakofonia   syren   i 
dzwonków rozbrzmiewała teraz w każdym zakątku kadłuba. Jakie znaczenie mogła mieć dla 
oficerów na mostku jeszcze jedna migocząca czerwona kontrolka ? Zane wiedział, że nikt nie 
przyjdzie   mu   z   pomocą,   że   misja   uratowania   całego   okrętu   przed   zbrodniczym   planem 
demona spoczywa wyłącznie na jego barkach.

      Nie miał pojęcia, skąd to monstrum wzięło się na pokładzie Machariusa, ale doskonale 
zdawał   sobie   sprawę   bluźnierczej   natury   stwora.   To   było   Zło,   Wypaczenie,   Wielki 
Nieprzyjaciel, z którym Zane zmagał się przez całe życie. Nie zastanawiając się nawet przez 
chwilę poderwał w górę broń i pociągnął za spust. Laserowa wiązka przypiekła część paszczy 
demona.  Stwór zaskowyczał gniewnie, połyskliwa  tkanka na jego zdeformowanym  pysku 
zasłoniła   niemal   natychmiast   świeżą   ranę.   Zane   wystrzelił   jeszcze   kilkakrotnie, 
niebezpiecznie redukując poziom naładowania baterii pistoletu. Wiedział, że samym laserem 
niewiele wskóra, ale przynajmniej zdołał przeszkodzić demonowi w realizacji jego zadania.
         Rozwścieczony stwór zaprzestał dalszej destrukcji i rzucił się w pościg za intruzem, 
ścigając go poprzez labirynt gorących korytarzy wychodzących z komnaty pod generarium. 
         Teraz role myśliwego i ofiary zostały odwrócone. Zane wyczuwał obecność stwora w 
swym pobliżu, odnosił wrażenie, że otacza go aura skażonego powietrza. Kątem oka dostrzegł 
znajomą poświatę palącą się gdzieś za rogiem korytarza. Rzucił się w jej stronę zdradzając 
tupotem butów swą pozycję. Strzelił na oślep za plecy, słysząc w odpowiedzi serię gniewnych 
posykiwań. Skręcił za róg i zamarł w bezruchu dostrzegając rozpływającą się w powietrzu 
poświatę. Stał w ślepym zaułku, zamkniętym  solidną metalową ścianą.
         W przejściu panował potworny upał, wielkie krople wody kapały z sufitu parując w 
momencie   zetknięcia   z   powierzchnią   gorących   przewodów   zasilających   biegnących   po 
ścianach i znikających w ścianie ślepego zaułka. Efekty uszkodzeń poczynionych w komnacie 
kontrolnej   zaczęły   pojawiać   się   również   w   tym   miejscu.   Metal   rur   rozgrzewał   się   coraz 
bardziej, płomyki trawiły warstwę ochronnej otuliny. 
     Zane odwrócił się w miejscu dostrzegając wyskakującego zza rogu demona, sądzącego ku 
mężczyźnie  wielkimi  susami.  Ledwie zdążył  podnieść swój pistolet i przesunąć kciukiem 

background image

potencjometr broni do samego końca. Strzelił, lecz nie w szarżującą bestię, a odsłonięty pod 
nadpaloną otuliną metal wielkiej rury. 
         Rura pękła z przeraźliwym hukiem zalewając korytarzyk morzem ognia, pochłaniając 
pilota i ścigającą go bestię w upiornym żarze plazmowej energii. Na ułamek sekundy przed 
tym   jak   oślepiająca   jasność   zabrała   mu   wzrok,   Zane   ujrzał   wśród   płomieni   stojącą   z 
rozłożonymi w geście powitania ramionami widmową wojowniczkę. Uśmiechnął się witając 
jej opiekuńczy uścisk i pozwolił pochłonąć się światłu.

* * * * *

     Wiele pokładów wyżej, na mostku krążownika, niższy rangą techadept, jeden z członków 
liczącej setki osób armii podłączonej do antycznych banków pamięci i terminali kontrolnych 
Machariusa   odkrył   uszkodzenie   jednej   z   sekcji   generarium.   Był   to   relatywnie   nieistotny 
problem, ograniczony do obszaru odpowiedzialnego za przepływ gazów będących produktem 
ubocznym   plazmowych   reaktorów.   Jedna   z   rur   uległa   zniszczeniu,   ale   wywołany   tym 
wypadkiem   pożar   szybko   samoczynnie   wygasł,   a   automatyczne   systemy   kontroli   okrętu 
zamknęły uszkodzoną rurę i skierowały przepływ gazu do rezerwowego rurociągu. Pojawiło 
się   również   kilka   komunikatów   o   nieprawidłowej   pracy   terminali   w   komnacie   sterującej 
przepływem energii z reaktorów do transformatorów tarcz siłowych, ale awaryjne systemy 
przejęły również funkcje tej komórki.
      Techadept zarejestrował rutynowo otrzymane raporty dodając je do rosnącej wciąż listy 
uszkodzeń zaangażowanego w walkę okrętu.
      Żaden z incydentów nie zakłócił w znaczącym stopniu pracy podsystemów krążownika, 
toteż zostały sklasyfikowane  jako awarie pozbawione krytycznego  priorytetu.  Dopiero po 
odwołaniu   alarmu   bojowego   i   usunięciu   poważniejszych   uszkodzeń   ktoś   miał   się   zająć 
kontrolą obu sekcji.

* * * * *

         Konwój wahadłowców  wyrwał  się z grawitacyjnej  studni Belatis  i wpadł  pomiędzy 
czekające na niskiej orbicie Furie. Siedzący z tyłu  kokpitu swego promu Byzantane miał 
sposobność   podziwiać   panoramę   kosmicznej   bitwy   rozgrywającej   się   nad   powierzchnią 
planety. Wielkie snopy jaskrawego światła przecinały mroczną pustkę próżni, punktowaną 
mrowiem mniejszych rozbłysków świadczących o zaciekłych pojedynkach pomiędzy pilotami 
lojalistycznych   i   rebelianckich   myśliwców.   Z   przodu   prefekt   dostrzegał   znajome   bryły 
kadłubów Machariusa i Inviolable Retribution. Ochronne tarcze krążowników zapalały się i 
gasły   pod   wpływem   trafień   z   artylerii   nadciągających   okrętów   nieprzyjaciela.   Baterie   na 
pokładach obu okrętów odpowiadały ogniem i świadomi losu Charybdis kapitanowie Chaosu 
starali się utrzymać bezpieczną odległość od dziobowych akceleratorów krążownika Arbites. 
Z ukłuciem niepokoju Byzantane uświadomił sobie, że żaden z lojalistycznych okrętów nie 
wytrzyma przez dłuższy czas tak intensywnego a
ostrzału.
         Jeden ze smukłych krążowników Chaosu wysforował się znacząco przed resztę swej 
armady.   Otaczały   go   dziesiątki   miniaturowych   światełek.   Starhawki,   uświadomił   sobie 
Byzantane,   śmiesznie   malutkie   w   obliczu   gigantycznego   okrętu,   sypiące   w   stronę   kolosa 
gradem   rakiet.   Słupy   płonących   gazów   wystrzeliwały   z   licznych   pęknięć   w   przebitym 
kadłubie,   ale   wielki   krążownik   wciąż   pędził   przed   siebie.   Jego   wieżyczki   antyrakietowe 
próbowały odgonić napastliwe bombowce lojalistów podczas gdy dziobowe lance smagały 
wiązkami energii tarcze chroniące kadłub Machariusa. 

background image

      Bez ostrzeżenia jeden z lecących z przodu wahadłowców przeistoczył się w kulę ognia, 
zniszczony serią działek jakiegoś Swiftdeatha, który zdołał przebić się przez kordon Furii. 
Dwa przechwytujące myśliwce przemknęły przed promem prefekta w szaleńczym pościgu i 
rozniosły maszynę heretyckiego pilota na kawałki strumieniami laserowego światła.
  -   Wiadomość   z   pokładu   Retribution,   prefekcie   –   odezwał   się   pilotujący   wahadłowiec 
arbitrator – Hangary krążownika zostały trafione i wyłączone z użytku. Mamy lądować na 
Machariusie.
      Byzantane nic nie odrzekł, kiwnął tylko głową. Będąc jednym z najwyższych stopniem 
funkcjonariuszy Adeptus Arbites dowodził w swoim czasie armiami arbitratorów, miażdżył 
wielkie rewolty i bunty na planetarną skalę, a mimo to teraz czuł się śmiesznie bezradny i 
niepozorny wobec rozgrywającego się wokół spektaklu. To był dla prefekta poziom destrukcji 
wręcz   niewyobrażalny   w   swych   rozmiarach:   ludzie   i   maszyny   walczyli   w   bezlitosnej 
lodowatej pustce kosmosu, gdzie dziesiątki tysięcy marynarzy mogły stracić życie bez śladu 
ostrzeżenia, w jednym ułamku sekundy.
         Furie odskoczyły  nieoczekiwanie  od konwoju pozostawiając bezbronne wahadłowce 
samym sobie. Byzantane skulił się w fotelu dostrzegając śmigające w próżni wiązki laserów. 
W   pierwszej   chwili   uznał,   że   konwój   padł   ofiarą   ataku   innej   grupy   nieprzyjacielskich 
myśliwców,   ale   zaraz   zrozumiał   swą   pomyłkę.   Wieżyczki   Machariusa   otworzyły   ogień 
tworząc przed hangarami bezpieczny korytarz dolotowy, chociaż w opinii prefekta zbyt wiele 
serii cięło przestrzeń niebezpiecznie blisko ewakuacyjnych promów.
          Metalowy   kadłub   Machariusa   wypełniał   już   całą   szybę   kokpitu,   zbliżając   się   z 
zastraszającą   prędkością.   Pilot   wahadłowca   odpalił   silniki   hamujące,   ale   dla 
niedoświadczonego   w   aspektach   kosmicznego   pilotażu   Byzantane   szybkość   promu   wciąż 
była zbyt wysoka. Maszyna pędziła wprost na wylot kiepsko oświetlonej metalowej pieczary 
będącej korytarzem wiodącym do hangarów krążownika. Wahadłowiec zadygotał silnie zaraz 
po   przekroczeniu   włazu   korytarza,   pochwycony   niewidzialnymi   promieniami   pól 
grawitacyjnych, wyhamowany w przeciągu chwili do poziomu prędkości manewrowej. Pilot 
odzyskał   kontrolę   nad   sterami   promu   kierując   go   w   stronę   jednej   z   platform   lądowiska. 
Słysząc huk uderzającego w płytę podwozia prefekt ponownie zaczął oddychać naturalnym 
dla siebie rytmem. 
 - Macharius wita na pokładzie – z włączonego w kokpicie maszyny komunikatora dobiegł 
głos kontrolera lotu, pobrzmiewający pewnym tonem wyższości tak charakterystycznym dla 
personelu   marynarki   kosmicznej   w   kontaktach   z   przedstawicielami   innych   instytucji 
mocarstwa – Miło znowu pana ujrzeć, prefekcie.

* * * * *

     Semper na poły biegł, na poły kuśtykał po opuszczonej rampie wahadłowca, odpowiadając 
w nieporadny sposób na elegancki salut Borona Styre i nie obrażając się w najmniejszym 
stopniu  za  brak ceremonialnej  oprawy  towarzyszącej   zwyczajowemu   wejściu  kapitana   na 
pokład   jego   własnej   jednostki.   Z   szaleńczej   podróży   na   orbitę   Belatis   i   wstrząsającego 
kadłubem ryku artyleryjskich baterii kapitan wywnioskował, że Ulanti ma na głowie znacznie 
poważniejsze problemy od kompletowania straży honorowej mającej powitać dowódcę na 
pokładzie.
 - Jakie rozkazy, kapitanie ?
 - Na mostek – odrzekł Semper przejmując z marszu komendę nad okrętem – Przekażcie panu 
Ulanti polecenie podjęcia wszystkich eskadr na pokład i niezwłoczne oderwanie się od walki.
      Kapitan rozejrzał się wokół wspominając złożoną umierającemu człowiekowi obietnicę. 
Gromady wycieńczonych uchodźców, wielu z nich poważnie rannych, wlokły się po rampach 
pozostałych promów.

background image

  -  Szef  służb ochrony będzie   mi   towarzyszył  w  drodze  na  mostek.  Proszę  tu  pozostać   i 
zatroszczyć się o pierwszą pomoc dla tych ludzi. Mają otrzymać schronienie, wyżywienie i 
opiekę medyczną.
 - Szef służb ochrony ? - powtórzył Styre szukając wzrokiem marynarza noszącego stosowną 
rangę. Otworzył szeroko oczy widząc Sempera wskazującego palcem na wielką wytatuowaną 
postać za swymi plecami.
 - Główny oficer porządkowy Borusa – przedstawił swego towarzysza kapitan – Więcej ludzi 
takich jak on, a może będziemy mieli jakieś szanse na wygranie tej przeklętej wojny. Moje 
gratulacje, oficerze Borusa. Zadbamy o oficjalne formalności tej promocji, a może i jakiś 
medal, gdy tylko znajdzie s

się na to czas, lecz wpierw musimy się stąd w jednym kawałku wynieść.
  - Będzie jak pan sobie życzy, sir – wyszczerzył zęby Maxim. Awans do niższego stopnia 
oficerskiego i odznaczenie, dokładnie tak jak mówiła mu kiedyś  wieszczka. Zgrupowanie 
Floty nie zaczęło jeszcze wygrywać tej wojny, ale Maxim Borusa już był z siebie niezmiernie 
dumny i zadowolony.

* * * * *

     Ulanti patrzył posępnie na wracające do hangarów resztki ostatnich pokładowych eskadr. 
Piloci sprawili się nad wyraz dobrze, przechwytując wrogie myśliwce próbujące zniszczyć 
konwój promów, unicestwiając atak bombowców na Machariusa, uszkadzając krytycznie dwa 
eskortowce typu Idolator i niemiłosiernie dręcząc uparcie zbliżającego się Virulenta. Lecz za 
wszystko to przyszło im zapłacić wyjątkowo krwawą cenę i komandorporucznik świadom był 
przykrego   obowiązku   ciążącego   na   ramionach   Nydera,   zliczającego   wraz   ze   swymi 
adiutantami listę strat. Zapłata za usługi rzeźnika, zwykł w takich przypadkach mawiać lord 
admirał Ravensburg, ale sprawujący pierwszy raz w życiu pełną komendę nad okrętem Ulanti 
nie potrafił się otrząsnąć z przygnębienia na myśl o ofiarach akcji. 
 - Jakieś wiadomości od kapitana Sempera ?
 - Wciąż w drodze na mostek – odpowiedział jeden z młodszych oficerów, ale jego głos został 
nieoczekiwanie zagłuszony krzykami operatorów skanerów.
 - Nieprzyjacielskie eskadry myśliwskie rozpraszają się ! Eskortowce i okręty liniowe też ! 
Imperatorze drogi ! Oni się wycofują !
      Ulanti spojrzał za szybę mostku nie wierząc własnym oczom. Zarówno Macharius jak i 
Inviolable Retribution otrzymywały solidne lanie i komandorporucznik spodziewał się, że 
lada   chwila   stopień   odnoszonych   uszkodzeń   zacznie   lawinowo   wzrastać.   Lecz   zamiast 
napierać na osłabionego, uciekającego przeciwnika, okręty Chaosu przyśpieszały zmieniając 
kurs i oddalajać się zarówno od Belatis jak i ściganych lojalistów.
     I nagle, zanim jeszcze jeden z operatorów wykrzyczał kolejne ostrzeżenie, Ulanti pojął z 
dreszczem grozy, co zmusiło jednostki przeciwnika do tak pośpiesznej rejterady.
  - Skok odczytów energetycznych ! Tronie Terry, wskaźniki wychodzą poza maksymalny 
zakres ! Niszczyciel Planet, on strzela w Belatis !

* * * * *

          Pośród   niewyobrażalnie   wręcz   silnej   emisji   energetycznej,   która   oślepiła   sensory 
wszystkich   okrętów   i   przeistoczyła   setki   wyświetlaczy   taktycznych   w   syczące   cicho 
bezużyteczne pudła, Niszczyciel Planet uwolnił swą moc kierując ją na leżący przed dziobem 
świat.   Ryczący   słup   ognia   zstąpił   w   przestworza   Belatis   podnosząc   w   przeciągu   sekund 
temperaturę powietrza o kilkaset stopni i dokonując jego samozapłonu.

background image

     Wiązka energii uderzyła w powierzchnię największego oceanu planety, jakieś dwa tysiące 
kilometrów na południowy wschód od Madiny. Miliony ton morskiej wody wyparowały w 
okamgnieniu tworząc gigantyczną chmurę dostrzegalną z wybrzeża kontynentu. Wysokie na 
blisko trzy kilometry tsunami pomknęło przed siebie doganiając w upiornym wyścigu falę 
ognia przetaczającą się po przestworzach. 
         Artylerzyścikapłani Niszczyciela Planet z rozmysłem obrali cel swego monstrualnego 
działa,   analizując   wcześniej   odczyty   pokładowych   skanerów   geologicznych   i   wróżby 
demonicznych   doradców.   Skorupa   planety   była   krucha   w   tym   miejscu,   niestabilna   – 
uderzenie słupa energii rozerwało ją wytrącając glob z tektonicznej równowagi, aktywując 
pozornie wygasłe wulkany, wywołując gigantyczne podmorskie trzęsienia ziemi. Sejsmiczne 
wstrząsy   zaczęły   destabilizować   powierzchnię   planetę   również   po   jej   drugiej   stronie,   w 
miejscach, do których nie dotarło jeszcze ani tsunami ani ognista burza. Przez cały ten czas 
Niszczyciel   Planet   nie   przerywał   ognia   strzelając   w   wyrwę   o   średnicy   stu   kilometrów 
sięgającą płynnego jądra Belatis, przenicowując je snopem nieziemskiej energii.
          Kryjący   się   w   ruinach   stolicy   kultyści   Khoisana   Bez   Twarzy   patrzyli   z   pełną 
niezrozumienia   grozą   na   czerwieniejący   coraz   bardziej   horyzont,   rozpalony   blaskiem 
przypominającym  wschód nowego słońca. Światło przybierało na sile do chwili, w której 
ponad   linię   horyzontu   wyskoczyła   ściana   ognia.   Ziemia   pod   stopami   heretyków   zaczęła 
dygotać, początkowo nieznacznie, z każdą jednak chwilą coraz silnej. Rozsypujące się ruiny 
zaczęły walić się na głowy wyznawców Chaosu. Wielu modliło się do swych mrocznych 
bogów błagając o wybawienie. Inni powrócili do starej religii prosząc Imperatora o litość i 
odpuszczenie grzechów. Jeśli nawet którykolwiek z bogów słuchał tych modlitw, nie okazał 
żadnego gestu miłosierdzia.
          Niecałe   dwadzieścia   minut   po   otwarciu   ognia   przez   Niszczyciel   Planet   Belatis 
eksplodowało.   Na  pokładzie   zwycięskiego   lewiatana   artylerzyścikapłani   złożyli   w   ofierze 
pięciuset   starannie   wybranych   niewolników,   ofiarowując   ich   dusze   głodnym   demonom 
zamieszkującym wnętrze gigantyczaa

nego działa.
     Biegnący z mostku posłańcy przynieśli wieści, że sam marszałek wojny jest zadowolony z 
efektów swej broni. Zniszczenie Belatis  okazało się jak dotąd najbardziej spektakularnym 
zwycięstwem   Niszczyciela   Planet.   Artylerzyścikapłani   okazali   swą   wdzięczność   wobec 
pochwały Abaddona uśmiercając rytualnie dalszych stu więźniów i odczytując z wyprutych 
wnętrzności ofiar przepowiednie przyszłości. Znaki były pomyślne, szeptali pomiędzy sobą 
kapłani. Wiele innych światów miało ujrzeć padający na siebie cień Niszczyciela Planet w 
trakcie tej długiej wojny.

* * * * *

          Virulent   parł   przez   siebie   pokonując   falę   zawirowań   grawitacyjnych   wywołanych 
destrukcją   Belatis.   Bryły   płonącej   magmy   uderzały   w   jego   tarcze   siłowe,   meteoryty 
dziurawiły pancerz kadłuba dokonując spustoszenia na skalę porównywalną z wcześniejszym 
atakiem rakietowym Starhawków. 
 - Zabierzcie to stąd – syknął Sirl Bulus wskazując zdeformowaną trędowatą dłonią połamane 
ciało swego zastępcy leżące pośrodku mostka. Dwaj Marines Legionu Gwardii Śmierci bez 
słowa odciągnęli gdzieś zwłoki. Sirl rozejrzał się złowieszczo po pomieszczeniu szukając 
śladu obiekcji ze strony pozostałych oficerów. 
  - Wielki Ojciec jest z nami – oświadczył kapitan – Czuwa nad nami i strzeże w trakcie 
świętej misji podczas gdy słudzy innych, pomniejszych bóstw kryją się za naszymi plecami w 
obawie przed gniewem marszałka wojny.

background image

         Sirl wskazał palcem za zamglone szyby panoramicznego okna. Reszta armady Chaosu 
wycofała  się poza kolosalną  bryłę  Niszczyciela  Planet i  tylko  sam  Virulent  kontynuował 
pościg   za   lojalistami,   nie   zważając   na   grad   bombardujących   go   szczątków   zniszczonej 
planety.  Dzięki łasce Nurgla żadna z mierzących  kilka kilometrów średnicy brył  skał nie 
trafiła okrętu, zmiana sił ciążenia nie rozerwała jego konstrukcji. Przed dziobem krążownika 
rozpościerała się czysta kosmiczna pustka.
 - Widzicie ? Czyż nie mówiłem, że Wielki Ojciec nad nami czuwa ? Przeprowadził nas przez 
niebezpieczeństwa,   a   teraz   my   w   podzięce   unicestwimy   okręt,   który   zniszczył   niegdyś 
naszego bliźniaczego Contagiona.
          Przed   dziobem   Slaughtera   płonęły   dwa   jaskrawe   punkciki   znaczące   pozycje 
lojalistycznych krążowników, uszkodzonych, umykających na pełnej prędkości przed armadą 
Niszczyciela Planet. Kapitanowie pozostałych okrętów Chaosu – tchórzliwi lokaje kulący się 
w obecności marszałka wojny – nie wykazywali żadnej ochoty do pościgu za uciekinierami, 
co też bardzo Sirlowi odpowiadało. Zniszczenie Machariusa było mu przyrzeczone. Pomimo 
odniesionych   uszkodzeń   heretycki   krązownik   wciąż   dysponował   przewagą   ogniową   nad 
swym przeciwnikiem, a jego niezwykle wydajny napęd pozwalał błyskawicznie zmniejszać 
dystans   pomiędzy   łowcą   i   ofiarami.   Kapitan   żałował   nieco,   że   jego   dziecko   ukryte   na 
pokładzie Machariusa nie zdołało dokończyć swej misji, ale jego porażka i śmierć i tak nie 
miały wpływu na ostateczny wynik konfrontacji.
 - Przeładować dziobowe lance – wysyczał Sirl sadowiąc się wygodniej na ornamentowanym 
szlifowanymi ludzkimi kośćmi tronie – Otworzyć ogień natychmiast po wejsciu w zasięg.

* * * * *

     Semper zaklął czując jak Macharius dygocze pod wpływem kolejnego uderzenia w rufę.
 - Sekcja napędowa Quintus została trafiona w układy chłodzenia. Główny napęd funkcjonuje 
na poziomie sześćdziesięciu dwóch procent normy – zameldował irytująco beznamiętnym 
tonem jeden z serwitorów, nieświadomy faktu, że właśnie obwieszcza kolejny etap na drodze 
do zagłady krążownika. 
          Kapitan   wymienił   spojrzenie   z   Ulantim.   Obaj   mężczyźni   zdawali   sobie   sprawę   z 
beznadziejnej   sytuacji.   Przeklęty   Slaughter   ścigał   ich   bez   wytchnienia   posyłając   wiązki 
energii   prosto   w   tylną   część   kadłuba   Machariusa.   Przy   tym   tempie   prowadzenia   ognia 
całkowite zniszczenie napędu krążownika było kwestią kilku minut. Macharius i Inviolable 
Retribution   stanęły   w   obliczu   desperackiego   wyboru.   Dalsza   ucieczka   przed   znacznie 
szybszym przeciwnikiem oznaczałaby nieuchronne zniszczenie. Próba odwrócenia się w jego 
stronę nie rokowała lepszych  szans na przetrwanie, ponieważ manewr  taki wystawiłby w 
pewnym momencie obydwa krążowniki nie tylko na ostrzał dziobowych lanc Virulenta, ale 
też jego burtowych baterii.
     Obie jednostki odniosły szereg poważnych uszkodzeń. Prawoburtowe baterie Retribution 
zniszczył pożar, Macharius nie posiadał żadnych rezerw pokładowego lotnictwa. Nie, Semper 
uświadomił sam sobie ponurą prawdę, niewielkie są szanse na przetrwanie tej bitwy.
 - Kapitanie ? - zapytał Ulanti domagając się konkretnego rozkazu.
- Przygotowanie do zwrotu w bok, panie Ulanti. Wciąż jeszcze mamy kilka sprawnych baterii 
artyleryjskich na prawej burcie. Użyjemy ich. Wysłać koaa
munikat   na   mostek   Retribution.   Podziękować   za   asystę   i   nakazać   odwrót   do   punktu 
skokowego. Nie ma sensu w poświęcaniu obu okrętów, kupimy im czas na ucieczkę. Ten 
Slaughter sprawia wrażenie jakby polował tylko na nas.
          Ulanti   skinął   z   aprobatą   głową   i   odwrócił   się,   by   wydać   stosowne   rozkazy,   ale 
przeszkodził mu okrzyk jakiegoś operatora skanerów.

background image

  - Nowy kontakt w strefie dziobowej ! To okręt wojenny. Uruchamia systemy uzbrojenia i 
napęd !
  - Identyfikacja  ! - krzyknął  Semper,  rozwścieczony i zrozpaczony  zarazem  wejściem w 
pułapkę kapitanów Chaosu. Inny nieprzyjacielski okręt zdołał obejść lojalistów i odciąć im 
drogę ucieczki. W tej sytuacji nawet krążownik Arbites stracił szanse na dotarcie do punktu 
skokowego. 
 - Witajcie, Macharius. Dobrze was znowu mieć przy sobie – na otwartym kanale łączności 
rozległ się znajomy głos Erwina Ramasa.

* * * * *

         Wyłączywszy niemal wszystkie systemy energetyczne, ukrywając się starannie przed 
wrogimi sensorami, Drachenfels leżał cierpliwie w zasadzce i teraz cierpliwość ta została 
nagrodzona. Uruchamiając wszystkie sekcje napędowe krążownik ruszył do przodu, wprost 
na swą ofiarę.
 - Systemy naprowadzające zablokowane na celu – oświadczył szef Kontroli Lotów okrętu.
 - Odpalić torpedy – padła odpowiedź rezydenta opancerzonego sarkofagu.
         Torpedy pomknęły w stronę Slaughtera, śmigając pomiędzy kadłubami Machariusa i 
Inviolable Retribution w pokazie prawdziwego kunsztu operatorów wyrzutni. Siedzący na 
mostku Virulenta Sirl wciąż jeszcze tkwił oniemiały, kiedy powietrze przeszyły przeraźliwe 
dzwonki alarmowe sygnalizujące nieuchronną kolizję. Wiedząc o braku sprawnych eskadr 
bombowych   Machariusa   i   desperacko   potrzebując   uzupełnienia   strat   w   innych   częściach 
okrętu   Bulus   ogołocił   wcześniej   swoje   wieżyczki   antyrakietowe.   Zaskoczeni   nagłym 
torpedowym atakiem marynarze i inne, mniej rozumne stworzenia zamieszkujące Virulenta 
pędziły pośpiesznie na stanowiska strzeleckie.
     Siła ognia wieżyczek okazała się zbyt słaba, uruchomiono je zbyt późno.
      Dziób Virulenta eksplodował. Jedna z torped trafiła w wieżę dowodzenia odrywając jej 
szczytowe   piętra.   Potężne   reaktory   przestały   pracować   z   braku   paliwa,   które   poprzez 
popękane rury rozlało się po całym okręcie spopielając większą część załogi. 
         Pozbawiony zasilania, konający krążownik koziołkował poprzez próżnię wpadając w 
zasięg przyciągania grawitacyjnego szczątków Belatis. Dryfując w ich stronę wrak skazany 
został na całkowite unicestwienie przez zderzenie z jakąś gigantyczną planetoidą albo też 
bezwolny martwy dryf w pasie asteroidów na resztę wieczności. 
       Uwięziony w ścianach zdehermetyzowanego mostka, potwornie okaleczony wybuchem 
torpedy   Sirl   Bulus   wciąż   pozostawał   przy   życiu,   utrzymywany   w   tym   stanie   licznymi 
błogosławieństwami   zesłanymi   na   niego   w   przeszłości   przez   Nurgla.   Mógł   tak   trwać 
pomiędzy życiem i śmiercią przez całe miesiące, żywiąc swym ciałem pasożytnicze choroby 
zagnieżdżone   w   komórkach   organizmu.   Krople   śluzu   uciekały   z   jego   ust   unosząc   się   w 
próżni, kiedy bezgłośnie błagał Wielkiego Ojca o szybką i litościwą śmierć.
     Jeśli Plugawy Bóg słuchał tych modłów, nie okazał miłosierdzia.

* * * * *

      Kilka godzin później pokłady Machariusa zaczęli przeczesywać marynarze należący do 
zespołów naprawczych, identyfikujący uszkodzenia i dokonujący prowizorycznych napraw, 
odnoszący do lazaretu rannych i usuwający ciała zabitych. Składowane na pryzmach zwłoki, 
wrzucane   do   zewnętrznych   śluz   krążownika,   mogły   liczyć   jedynie   na   krótką   modlitwę 
jednego z konfesorów przed wyrzuceniem w lodowatą pustkę kosmosu.
         Jeden z zespołów naprawczym przedzierał się przez krematorium dwa piętra poniżej 
generarium okrętu. Co prawda ta część jednostki nigdy nie została uszkodzona ostrzałem 

background image

przeciwnika, ale też prości marynarze nie zaprzątali sobie głowy szukaniem przyczyn, dla 
których jedynie jedno pomieszczenie zostało zalane ciekłą plazmą. 
 - Tutaj ! - krzyknął jakiś mężczyzna przyklękając obok poczerniałego ciała, jednego z kilku 
ludzkich szczątków walających się na podłodze spalonej komnaty – Ten jeszcze żyje !
     Jego towarzysz spojrzał w dół z pełnym przerażenia zdumieniem. Twarz i włosy leżącej na 
podłodze postaci znikły bez śladu, chociaż wciąż można było rozpoznać w okrywających ją 
resztkach ubrania lotniczą kurtkę, praktycznie stopioną w jedną całość z tkanką człowieka. 
Podobnie   jak   rysy   twarzy,   bez   ślady   zniknęły   również   strawione   ogniem   naszywki   i 
identyfikator   ofiary.   Opodal   na   posadzce   spoczywały   szczątki   czegoś   innego.   Czegoś 
organicznego - najpewniej były to stopione pozostałości kilku złączonych ze sobą ludzkich 
ciał, ponieważ zezwłok był zbyt duży jak na jednego człowieka

ka.   Kierując   się   instynktem   obaj   mężczyźni   ominęli   szerokim   łukiem   dziwaczny 
niezidentyfikowany obiekt.
     Patrząc na obrażenia leżącego pod nogami człowieka drugi marynarz sięgnął po schowany 
w bucie nóż.
  - Lepiej skrócić mu cierpienia. I tak nie chciałby żyć, nie w takim stanie, a ci rzeźnicy z 
lazaretu wcale nie dbają o to, co dzieje się z ludźmi, którym nie mogą pomóc. Wrzucą go 
jeszcze żywego do śluzy i wywalą za burtę.
  -   Zostaw   go   –   warknął   drugi   marynarz   ujmując   delikatnie   zwęglone   dłonie   ofiary   i 
przysuwając usta do miejsca, w którym znajdowało się kiedyś ucho rannego. Człowieka tego 
od   dziecka   wychowywano   jako   lojalnego   sługę   Imperium   i   widok   nieszczęsnego 
umierającego mężczyzny poruszył do głębi jego serce.
 - Odpoczywaj, przyjacielu – pocieszył ledwie oddychającego biedaka – Zabierzemy cię do 
medyków. Imperator jeden wie, co ty tutaj robiłeś, ale my zabierzemy cię do twoich.
     Nieznajomy zacharczał próbując coś powiedzieć, poruszając pozbawionymi warg ustami, 
które tworzyły ziejącą w okaleczonej twarzy jamę. Marynarz przysunął swe ucho do spalonej 
twarzy nasłuchując uważnie, po czym odwrócił się zmieszany w stronę towarzysza.
 - Co on powiedział ? - zapytał drugi mężczyzna.
 - Jakieś majaki. On chyba jest z pokładu lotniczego, jakiś mechanik albo pilot w eskadrze 
myśliwskiej. Mamrotał coś o mściwych furiach...

* * * * *

     Przemieszczając się pomiędzy Drachenfelsem i Retribution Macharius pędził w kierunku 
punktu skokowego na obrzeżach systemu, filtrując przez swe komunikatory radiowy gwar 
ewakuacyjnego konwoju. Przed dziobami okrętów rozciągała się czerń kosmicznej pustki. Za 
ich   rufami   gasnąca   czerwona   poświata   znaczyła   miejsce,   w   którym   jeszcze   niedawno 
znajdowało się Belatis.  W odpowiednim czasie  rozproszone dotąd szczątki  planety miały 
utworzyć obiegający słońce pas asteroidów, a przyszłe generacje astroanalityków oznaczyć 
ten system adnotacją Mundus Perdita – świat utracony dla Imperium.
      Stojący w tylnej części mostku Semper, Ulanti i Byzantane milczeli obserwując miejsce 
będące jeszcze niedawno domem milionów imperialnych obywateli. Semper zmienił już swe 
podarte zakrwawione ubranie na świeży uniform. Przy jego pasie, w miejscu zwyczajowej 
szabli, wisiał w pokrowcu ciężki gwardyjski miecz energetyczny.
  -   Dar   bardzo   dzielnego   człowieka   –   wyjaśnił   kapitan   dostrzegając   pytające   spojrzenie 
Ulantiego – Będę nosił tę broń ku jego czci i po to, by przypominała mi o przyrzeczeniu jakie 
mu złożyłem.
      Byzantane spojrzał na broń, poznał ją i pomyślał o człowieku, w którego rękach miał ją 
sposobność wcześniej widzieć.

background image

  - Co to za obietnica ? - zapytał, chociaż podejrzewał, że zna już odpowiedź, że i on sam 
złożył w swoim czasie taką samą deklarację temu samemu człowiekowi.
     Semper spojrzał raz jeszcze na dogasające szczątki Belatis i ruchem ręki polecił opuścić 
ciężkie pancerne płyty zabezpieczające okna przed procedurą skoku w Osnowę. 
 - Że przestaniemy uciekać. Że przestaniemy kupować sobie czas życiem niewinnych. Że w 
końcu  podejmiemy   walkę.  Od tej  chwili   – składając  przyrzeczenie   kapitan  nieświadomie 
położył dłoń na rękojeści miecza – poniesiemy tę wojnę na terytorium nieprzyjaciela.
         Byzantane i Ulanti skwitowali wypowiedź dowódcy krązownika pomrukami aprobaty. 
Przed ich twarzami pancerne płyty zjechały po pochylniach zasłaniając ostatnie ślady Belatis.

* * * * *

     W holograficznej komnacie położonej głęboko we wnętrzu Niszczyciela Planet Abaddon 
obserwował   z   zadowoleniem   projekcję   przedstawiającą   dryfujące   w   przestrzeni   resztki 
unicestwionego   Belatis.   Marszałek   wojny   czuł   zimną   nieludzką   satysfakcję,   ale   odnosił 
wrażenie, że jakiś szczegół hologramu nie pasuje do reszty obrazu, psuje jego destruktywną 
harmonię   na   podobieństwo   malutkiej   skazy   na   pięknie   oszlifowanym   klejnocie,   która   po 
bliższych oględzinach odbiera całą radość posiadacza.
     Przesunął w bok głowę, jego uwagę przyciągnął jakiś punkt na obrzeżach systemu. Jeden z 
poruczników machnął ponaglająco ręką i grupka techkapłanów zaczęła manipulować przy 
pulpicie projektora szukając śladu obiektu budzącego nagłe zainteresowanie marszałka. Obraz 
uległ   przejściowemu   zniekształceniu,   po   czym   ukazał   grupę   kosmicznych   statków 
zmierzających w stronę bliskiego już punktu skokowego. Abaddon zesztywniał zirytowany 
przesuwając spojrzeniem po linii konwoju. Świadomość, iż niektórzy czciciele Fałszywego 
Imperatora zdołali ujść z życiem budził jego złowieszczą frustrację, ale w ujrzanym obrazie 
było jeszcze coś innego, źródło głębszego aa

niepokoju.
     Wzrok marszałka prześlizgnął się po imperialnym konwoju zatrzymując się na chwilę przy 
jednym poobijanym niemiłosiernie krążowniku. Na ułamek chwili Abaddon ponownie poczuł 
głos zwątpienia ostrzegający go, że właśnie patrzy na coś w zagadkowy dla niego sposób 
istotnego, ale zaraz gniewnie odrzucił tę myśl. Gra toczyła się o znacznie wyższą stawkę niż 
los jednego żałosnego konwoju czy nawet całej planety.
 - Pokażcie mi – wysyczał marszałek i hologram zmienił się ponownie ukazując miniaturową 
projekcję całego sektora. Pośród tej skrzącej się migotliwie mgiełki świetlnych punkcików 
tkwiło sześć prawdziwych nagród pożądanych przez wodza Chaosu. Wyszukał je po kolei 
wzrokiem, recytując w umyśle znajome nazwy.
     Fularis.
     Anvil 206.
     Fier.
     Rebo.
     Schindlegeist.
     Brigia.
         Sześć systemów Fortec Czarnego Kamienia – każdy z nich będący domem jednego z 
niebywale starożytnych i praktycznie niezniszczalnych artefaktów, które sługusi Fałszywego 
Imperatora zasiedlili niczym kolonia gryzoni gnieżdżąca się pod kadłubem Tytana, tworząc z 
Fortec   bazy   swojej   floty   i   w   bezmiarze   swej   ignorancji   nie   zdając   sobie   sprawy   z 
prawdziwego znaczenia obiektów, które rzekomo były ich własnością. 
     Abaddon odwrócił się wyczuwając obecność jednego ze swych poruczników. Akolita zgiął 
się w pełnym respektu pokłonie.

background image

 - Mój panie, flota już się przegrupowała i jest gotowa do lotu. Oczekujemy twych rozkazów.
      Marszałek rozważał w myślach dostępne opcje. Niszczyciel Planet spełnił już pierwsze 
swe zadanie. Lęk trawił od środka szeregi lojalistów, zastanawiających się z przerażeniem, 
który  świat  jako  kolejny  padnie   ofiarą   superpancenika   i  nie   dostrzegających   dzięki   temu 
głębszego schematu ukrytego w działaniach Abaddona. Nadszedł czas realizacji głównego 
celu.   Nadszedł   czas   rozpętania   konfliktu   na   skalę   z   niczym   dotąd   nieporównywalną,   by 
całkowicie   zmieszać   nieprzyjacielskich   strategów.   Jak   dotąd   powszechnie   sądzili,   że 
odpierają inwazję na sektor Gothic. Abaddon walczył jednak o znacznie cenniejszą nagrodę, 
która w swoim czasie mogła przeciągnąć na stronę Chaosu całe Imperium.
 - Rebo V – zdecydował – Skierujemy się do Fortecy Czarnego Kamienia na Rebo V.
         Niech galaktyka stanie w ogniu, polecił niegdyś marszałek wojny Horus. Już wkrótce, 
pomyślał Abaddon. Już wkrótce.

KONIEC