background image

JAMES PATTERSON

RÓŻE SĄ CZERWONE

Przełożył: MACIEJ PINTARA

Wydanie polskie: 2001

background image

PROLOG

Z prochu powstałeś...

I

Brianne Parker nie wyglądała na taką, która obrabia banki, ani na morderczynię - jej

pulchna,  dziecięca  buzia  mogła  zmylić  każdego.  Ale  wiedziała,  że  tego  ranka  jest  gotowa
zabić, jeśli będzie musiała. Miała się o tym przekonać dziesięć po ósmej.

Dwudziestoczteroletnia  Brianne  nosiła  spodnie  khaki,  jasnoniebieską  kurtkę

Uniwersytetu Maryland i białe, sportowe buty Nike. Niezauważona przez nikogo przeszła od
swojej białej, poobijanej hondy acura ku gęstej kępie drzew, gdzie się ukryła.

Znalazła się przy Citibanku w Silver Spring w stanie Maryland tuż przed ósmą. Filię

banku powinni otworzyć za dziewięćdziesiąt sekund. Supermózg powiedział jej, że to wolno
stojący  budynek  przy  dwóch  przelotowych  ulicach.  Otaczają  go -  jak  to  określił -  wielkie,
pudełkowate sklepy: Target, PETsMART, Home Depot i Circuit City.

Punkt  ósma  Brianne  wyszła  z  kryjówki  za  drzewami  pod  kolorowym  billboardem

reklamującym  śniadania  McDonalda.  Kasjerka,  która  właśnie  otworzyła  szklane  drzwi
frontowe i na moment wyszła na zewnątrz, nie mogła jej zobaczyć.

Kilka  kroków  od  wejścia  Brianne  wciągnęła  gumową  maskę  prezydenta  Clintona -

jedną  z najbardziej  popularnych  w  Ameryce  i  pewnie  najtrudniejszą  do  wytropienia.  Znała
nazwisko kasjerki. Wyjęła rewolwer i przystawiła jej do pleców.

- Do środka, panno Jeanne Galetta. Potem odwróć się i z powrotem zamknij na klucz

drzwi frontowe. Pójdziemy do twojej szefowej, pani Buccieri.

Tę  krótką  kwestię  wygłosiła  dokładnie  słowo  po  słowie,  tak  jak  została  napisana.

Supermózg powiedział, że ma to decydujące znaczenie, by cała akcja przebiegała zgodnie z
określonymi ustaleniami.

- Nie chcę cię zabić, Jeanne. Ale zrobię to, jeśli nie będziesz posłusznie wykonywała

moich  poleceń.  Teraz  twoja  kolej,  kochanie;  powiedz,  zrozumiałaś  wszystko,  co
powiedziałam?

Jeanne Galetta pokiwała głową tak energicznie, że omal nie spadły jej okulary.
- Zrozumiałam. Proszę nie robić mi krzywdy - wykrztusiła.
Miała  krótkie,  ciemne  włosy,  dobiegała  trzydziestki  i  była  dosyć  atrakcyjna.  Ale

niebieski spodnium ze sztucznego włókna i wysokie obcasy postarzały ją.

background image

-  Idziemy  do  szefowej.  Ruszaj  się,  Jeanne.  Jeśli  nie  wyjdę  stąd  za  osiem  minut,

zginiecie obie: ty i pani Buccieri. Mówię poważnie. Nie myśl, że was nie zabiję, bo jestem
kobietą. Zastrzelę was jak psy.

II

Brianne podobało się, że nagle ma władzę. Poprowadziła drżącą kasjerkę przez hol z

bankomatami, potem przez salę. Liczyła cenne sekundy, które już zużyła. Supermózg ciągle
podkreślał, że napad musi być przeprowadzony dokładnie według planu. W kółko powtarzał,
że wszystko zależy od precyzji.

LICZĄ SIĘ MINUTY, BRIANNE
LICZĄ SIĘ SEKUNDY
LICZY SIĘ NAWET TO, ŻE WYBRALIŚMY AKURAT TEN BANK

Napad musiał być perfekcyjny. Rozumiała to, rozumiała... Supermózg zaplanował go

według swojej skali numerycznej na 9,9999 z 10.

Brianne  lewą  ręką  wepchnęła  kasjerkę  do  gabinetu  szefowej.  Usłyszała  cichy  szum

komputera. Potem zobaczyła Betsy Buccieri za wielkim, dyrektorskim biurkiem.

- Codziennie otwieracie sejf o ósmej pięć... - wrzasnęła - więc teraz otwórzcie go dla

mnie! Ale już!

Kierowniczka filii patrzyła na nią szeroko otwartymi oczyma.
- Nie mogę otworzyć skarbca - zaprotestowała. - Otwiera się automatycznie na sygnał

z komputera w centrali na Manhattanie. Nigdy o tej samej porze.

Brianne pokazała swoje lewe ucho. Skinęła palcem na Betsy Buccieri, żeby słuchała.

Czego?

-  Pięć,  cztery,  trzy,  dwa... -  odliczyła  Brianne  i  sięgnęła  po  słuchawkę  telefonu  na

biurku. Zadzwonił. Doskonała koordynacja.

- To do ciebie - powiedziała. Gumowa maska prezydenta Clintona tłumiła trochę jej

głos. - Słuchaj uważnie.

Podała słuchawkę szefowej filii. Wiedziała, kto jest przy telefonie i co powie.
Supermózg nie zamierzał grozić. Wymyślił coś lepszego.
-  Betsy,  tu  Steve.  W  naszym  domu  jest  jakiś  mężczyzna.  Trzyma  mnie  pod  lufą.

Ostrzega, że jeśli ta kobieta w twoim gabinecie nie wyjdzie z banku z pieniędzmi dokładnie o

background image

ósmej dziesięć, zastrzeli Tommy’ego, Annę i mnie.

- Jest ósma cztery.
Połączenie zostało przerwane. W słuchawce zapadła cisza.
- Steve? Steve! - zawołała Betsy, łzy zaczęły spływać jej po policzkach. Spojrzała na

zamaskowaną kobietę. Nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. - Proszę nie robić im
krzywdy. Błagam. Już otwieram skarbiec.

Brianne powtórzyła wiadomość.
- Ósma dziesięć. Ani sekundy później. I żadnych głupich sztuczek. Żadnych cichych

alarmów. Żadnej farby na banknotach.

- Oczywiście. Proszę za mną.
Betsy Buccieri przestała prawie myśleć. W głowie dźwięczały jej tylko trzy imiona:

Steve, Tommy, Anna.

O ósmej pięć podeszły do skarbca Moslera.
- Otwieraj, Betsy. Czas leci. Twoja rodzina może umrzeć.
Drzwi  z  pięknie  polerowanej  stali  miały  tłoki  jak  lokomotywa.  Otwarcie  ich  zajęło

Betsy Buccieri niecałe dwie minuty. Prawie na wszystkich półkach leżały paczki banknotów.
Brianne w życiu nie widziała tyle forsy. Zaczęła wpychać pieniądze do dwóch brezentowych
toreb sportowych. Pani Buccieri i Jeanne Galetta przyglądały się temu w milczeniu. Brianne
podobał się strach i szacunek dla niej, malujący się na ich twarzach.

Ładując  swój  łup,  zgodnie  z  instrukcją  odliczała  minuty.  Ósma  siedem...  Ósma

osiem... Wreszcie skończyła.

- Zamykam was obie w skarbcu. Ani słowa, bo zostawię tu wasze trupy.
Podniosła torby.
- Nie róbcie krzywdy mojemu mężowi i dziecku - powiedziała błagalnym tonem Betsy

Buccieri. - Przecież zrobiłyśmy, co pani...

Brianne zatrzasnęła jej przed nosem ciężkie metalowe drzwi.
Była  spóźniona.  Przeszła  przez  hol,  otworzyła  drzwi  frontowe  i  wyszła.  Zerwała

maskę  ze  spoconej  twarzy.  Miała  wielką  ochotę  pobiec  pędem  do  samochodu,  ale  szła
spokojnie,  jakby  nic  ją  nie  obchodziło  w  ten  piękny,  wiosenny  poranek.  Z  przyjemnością
wyciągnęłaby spluwę i przestrzeliła tę wielką, gównianą reklamę pieprzonego McKaczora.

Przy  hondzie  popatrzyła  na  zegarek.  Ósma  dziesięć  i  pięćdziesiąt  dwie  sekundy.

Celowe spóźnienie rosło; tak miało być. Uśmiechnęła się.

Nie  zadzwoniła  do  domu  Buccierich,  gdzie  Errol  trzymał  pod  lufą  Steve’a,

Tommy’ego i jego opiekunkę Annę. Nie zawiadomiła, że ma pieniądze i jest bezpieczna.

background image

Supermózg jej zabronił.
Zakładnicy mieli umrzeć.

background image

CZĘŚĆ PIERWSZA

ZABÓJSTWA

background image

ROZDZIAŁ 1

Praca  detektywa  nauczyła  mnie  cenić  mądrość  starego  porzekadła:  „Nie  myśl,  że

skoro woda jest spokojna, nie ma w niej krokodyli”.

Tego wieczoru woda na pewno była spokojna. Moja niesforna córka Jannie trzymała

kotkę Rosie za przednie łapy i tańczyła z nią. Często tak się bawiły.

- „Róże są czerwone, fiołki niebieskie” - śpiewała Jannie wesołym, słodkim głosikiem.

Nigdy nie zapomnę tego obrazu i tego dnia. Do naszego domu na Piątej ulicy schodzili się
przyjaciele, krewni i sąsiedzi na przyjęcie z okazji chrztu mojego synka. Byłem w prawdziwie
świątecznym nastroju.

Babcia  przygotowała  przepyszne  jedzenie:  marynowane  krewetki,  zapiekane  małże,

szynkę, cebulki na ostro i dynię. Pachniało kurczakiem w czosnku, żeberkami wieprzowymi i
czterema rodzajami chleba domowego. Zrobiła nawet mój przysmak - sernik śmietankowy z
malinami.

Na lodówce wisiała jedna z jej notatek:

W  czarnych  ludziach  tkwi  niewiarygodna  siła  i  magia,  których  nikt  nie  potrafi

zniszczyć. Ale każdy próbuje. - Toni Morrison.

Uśmiechnąłem  się  na  myśl  o  niewiarygodnej  sile  i  magii  mojej  ponad

osiemdziesięcioletniej babci.

Było  wspaniale.  Jannie,  Damon,  malutki  Alex  i  ja  witaliśmy  wszystkich  na  ganku.

Trzymałem  Aleksa  na  rękach.  Był  bardzo  towarzyski.  Uśmiechał  się  radośnie  do  każdego,
nawet do mojego partnera, Johna Sampsona. Dzieci boją się go z początku, bo jest wielki i
groźnie wygląda. Ma ponad dwa metry wzrostu i waży prawie sto czternaście kilo.

- Mały najwyraźniej lubi balangi - zauważył Sampson i wyszczerzył zęby.
Alex uśmiechnął się do niego szeroko.
Sampson wziął go ode mnie. Dziecko niemal utonęło w jego łapskach. Roześmiał się i

zaczął szczebiotać do malucha.

Z kuchni wyszła Christine. Przyłączyła się do nas trzech. Na razie ona i Alex junior

nie  mieszkali  ze  mną,  babcią,  Jannie  i  Damonem.  Mieliśmy  nadzieję,  że  się  do  nas
wprowadzą  i  będziemy  jedną  dużą  rodziną.  Chciałem,  żeby  Christine  była  moją  żoną,  nie
tylko kochanką. Chciałem rano budzić małego Aleksa, a wieczorem kłaść go spać.

background image

-  Przejdę  się  po  domu  z  Aleksem  w  ramionach -  powiedział  Sampson. -  Użyję  go

bezwstydnie do poderwania jakiejś piękności.

Po czym odszedł.
- Myślisz, że on się kiedykolwiek ożeni? - zapytała Christine.
- Mały Alex? Nasz chłopiec? Oczywiście.
- Mówię o twoim partnerze. Czy on kiedykolwiek założy rodzinę?
Nie wyglądało na to, żeby jej przeszkadzało, że my żyjemy na kocią łapę.
-  Kiedyś -  na  pewno.  Miał  zły  model  rodziny.  Ojciec  odszedł,  kiedy  John  miał

zaledwie rok, w końcu umarł z przedawkowania. Matka też była narkomanką. Jeszcze kilka
lat  temu  mieszkała  w  Southwest.  Sampsona  właściwie  wychowywała  moja  ciotka  Tia  z
pomocą mojej babci.

Patrzyliśmy, jak Sampson krąży wśród gości z Aleksem na rękach. Zaczepił bardzo

ładną babkę. De Shawn Hawkins. Pracowała razem z Christine.

- On naprawdę podrywa na dziecko - zdumiała się Christine i zawołała do koleżanki: -

Uważaj, De Shawn.

Roześmiałem się.
- Mówi, co zrobi i robi, co mówi.
Przyjęcie  zaczęło  się  około  drugiej  po  południu.  O  wpół  do  dziesiątej  wieczorem

trwało  w  najlepsze.  Właśnie  śpiewałem  w  duecie  z  Sampsonem  Skinny  Legs  and  All  Joe
Teksa.  Wyliśmy  jak  diabli.  Wszyscy  się  śmiali  i  nabijali  z  nas.  Sampson  zaczął  śpiewać
„Jesteś pierwsza i ostatnia, jesteś dla mnie wszystkim...”.

Wtedy  przyjechał  Kyle  Craig  z  FBI.  Mogłem  wszystkim  powiedzieć,  żeby  szli  do

domu - koniec imprezy.

ROZDZIAŁ 2

Kyle  niósł  kolorową  paczkę  przewiązaną  wstążką,  prezent  dla  dziecka.  Miał  nawet

balony! Nie zmylił mnie. To dobry kumpel i świetny gliniarz, ale nie jest towarzyski i unika
przyjęć jak zarazy.

- Tylko nie dziś, Alex - ostrzegła Christine. Wyglądała na zaniepokojoną, może nawet

złą. - Nie daj się wrobić w jakieś kolejne koszmarne śledztwo. Proszę cię. Nie w dniu chrztu.

Wziąłem sobie to do serca. Mój dobry nastrój prysnął.
Cholerny Kyle Craig.
Podszedłem do niego i skrzyżowałem palce wskazujące.

background image

- Nie, nie i jeszcze raz nie - powiedziałem. - Zjeżdżaj stąd.
- Ja też się cholernie cieszę, że cię widzę - odparł i uśmiechnął się promiennie. Potem

objął mnie mocno i szepnął: - Wielokrotne zabójstwo, stary.

- Przykro mi. Zadzwoń jutro albo pojutrze. Dziś mam wolne.
- Wiem, ale to wyjątkowo paskudna sprawa, Alex.
Kyle  wyjaśnił,  że  zostaje  w  Waszyngtonie  tylko  na  jedną  noc  i  bardzo  potrzebuje

mojej  pomocy.  Jest  pod  straszną  presją.  Znów  odmówiłem,  ale  zignorował  to  całkowicie.
Obaj  wiedzieliśmy,  że  do  moich  obowiązków  należy  także  pomaganie  FBI  w
skomplikowanych dochodzeniach. Poza tym, byłem mu winien przysługę lub dwie. Kilka lat
temu  włączył  mnie  do  śledztwa  w  sprawie  porwania  i  morderstwa  w  Karolinie  Północnej,
kiedy moja siostrzenica zniknęła z Uniwersytetu Duke’a.

Kyle znał Sampsona i kilku moich kumpli detektywów. Podeszli i gadali z nim, jakby

wpadł  z  wizytą  towarzyską.  Ludzie  go  lubili.  Ja  też,  ale  nie  teraz,  nie  tego  wieczoru.
Powiedział, że musi spojrzeć na małego Aleksa, zanim przejdziemy do spraw zawodowych.

ROZDZIAŁ 3

Poszedłem  z  nim  do  pokoju  babci. Malec  spał  w  łóżeczku  dziecinnym  wśród

kolorowych misiów i piłek. Tulił do siebie swego ulubionego niedźwiadka Pinky’ego.

- Biedny chłopczyk - szepnął Kyle. - Co za straszna historia... Jest bardziej podobny

do ciebie niż do Christine. A przy okazji, jak tam u was?

- W porządku - skłamałem.
Po rocznej nieobecności Christine w Waszyngtonie nie układało nam się tak, jak się

spodziewałem.  Brakowało  mi  ogromnie  intymności  między  nami.  Zabijało  mnie  to.  Ale
nikomu o tym nie mówiłem, nawet Sampsonowi i babci.

- Zostaw mnie dziś w spokoju, Kyle - poprosiłem.
- Żałuję, ale to nie może czekać, Alex. Jestem w drodze powrotnej do Quantico. Gdzie

możemy pogadać?

Pokręciłem  głową  i  poczułem,  jak  narasta  we  mnie  złość.  Zaprowadziłem  go  na

oszkloną werandę. Stało tam stare pianino, które wciąż grało mniej więcej tak dobrze jak ja.
Usiadłem  na  trzeszczącym  stołku  i  wystukałem  kilka  taktów  Odwołajmy  to  wszystko
Gershwina.

Kyle rozpoznał melodię i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Przykro mi.

background image

- Nie widać tego - odparłem. - Do rzeczy.
-  Słyszałeś  o  napadzie  na  filię  Citibanku  w  Silver  Spring  i  o  zabójstwach  w  domu

szefowej banku? - zapytał. - O zamordowaniu jej męża, trzyletniego synka i jego opiekunki?

Spojrzałem na niego, potem odwróciłem wzrok.
- Trudno, żebym nie słyszał.
Brutalne,  bezsensowne  morderstwa  były  tematem  dnia  we  wszystkich  gazetach  i

telewizji. Wstrząsnęły nawet waszyngtońskimi gliniarzami.

-  Nie  rozumiem  tego.  Co  się,  u  diabła,  stało  w  domu  tej  kobiety?  Bandyci  dostali

pieniądze, tak? Więc dlaczego zabili zakładników? Przyjechałeś mi to wyjaśnić, zgadza się?

Kyle przytaknął.
-  Byli  spóźnieni.  Kobieta  z  gangu  miała  wyjść  z  banku  z  forsą  dokładnie  o  ósmej

dziesięć.  Alex,  ona  wyszła  niecałą  minutę  później!  Niecałą  minutę!  I  dlatego  zamordowali
trzydziestotrzyletniego ojca, trzyletniego chłopca i opiekunkę do dziecka. Miała dwadzieścia
pięć lat i była w ciąży. Potrafisz to sobie wyobrazić?

Poruszyłem  ramionami  i  pokręciłem  szyją.  Czułem,  jak  narasta  we  mnie  napięcie.

Wyobraziłem to sobie. Jak mogli zabić tamtych ludzi bez żadnego powodu?

Ale  naprawdę  nie  byłem  w  nastroju  do  policyjnej  roboty.  Mimo  że  chodziło  o  tak

ponurą i pilną sprawę.

- I dlatego cię tu przyniosło w dniu chrztu mojego syna?
Kyle uśmiechnął się nagle i odprężył.
- Do diabła, Alex! Musiałem wpaść i zobaczyć to dobrze zapowiadające się dziecko.

Niestety, ta sprawa jest naprawdę ważna. Możliwe, że są to tutejsi bandyci. A jeśli nawet są
spoza Waszyngtonu, ktoś tutaj może ich znać. Musisz znaleźć tych zabójców, zanim znów
kogoś  zamordują.  Czujemy,  że  to  nie  był  pojedynczy  wyskok.  Swoją  drogą,  masz  piękne
dziecko.

- Ty też jesteś piękny, Kyle. Słowo daję, nikt nie może się z tobą równać.
- Trzyletni chłopiec, ojciec i opiekunka - powtórzył raz jeszcze Kyle, zanim wyszedł z

przyjęcia. Na progu werandy odwrócił się.

- Jesteś odpowiednim facetem do tej roboty, Alex. Zamordowali rodzinę.
Gdy tylko zniknął, zacząłem szukać Christine, ale już jej nie było. Serce mi zamarło.

Zabrała Aleksa i wyniosła się bez słowa.

background image

ROZDZIAŁ 4

Supermózg niechętnie zaparkował na ulicy i poszedł w stronę opuszczonego osiedla

położonego niedaleko rzeki Anacostia. Księżyc w pełni oświetlał bladym, upiornym blaskiem
kilka  niszczejących,  dwupiętrowych  domów  z  oknami  bez  szyb.  Supermózg  poczuł  się
nieswojo.

- Dolina śmierci - szepnął.
W dodatku, jak się okazało, kryjówka Parkerów znajdowała się w domu położonym

najdalej  ze  wszystkich  od  ulicy.  W  „przytulnym  gniazdku”  na  trzecim  piętrze  mieli  tylko
poplamiony materac i zardzewiałe krzesełko ogrodowe. Na podłodze walały się opakowania z
KFC i McDonalda.

Wchodząc do pokoju, Supermózg uniósł dwa pudełka gorącej pizzy i papierową torbę.
- Chianti i pizza! - zawołał. - Jest co świętować.
Brianne i Errol natychmiast rzucili się na jedzenie. Ledwo coś mruknęli na powitanie.

Supermózg  uznał  to  za  brak  szacunku.  Rozlał  wino  do  plastikowych  kubków,  podał  je
Parkerom i wzniósł toast.

- Za zbrodnię doskonałą.
Errol zmarszczył brwi i pociągnął dwa solidne łyki.
-  Jeśli  można  tak  nazwać  to,  co  się  stało  w  Silver Spring.  Trzy  niepotrzebne

morderstwa.

- Można ją tak nazwać - odparł Supermózg. - Absolutna perfekcja. Przekonacie się.
Jedli i pili w milczeniu. Parkerowie mieli ponure, wręcz wrogie miny. Brianne zerkała

na  niego  ukradkiem.  Nagle  Errol  potarł  szyję  i  zakaszlał  kilkakrotnie.  Potem  zaczął
gwałtownie  łapać  powietrze  i  coś  wychrypiał.  Paliło  go  w  gardle  i  płucach.  Nie  mógł
oddychać. Próbował wstać, ale natychmiast upadł.

- Co ci się stało? - zawołała przerażona Brianne.
Potem ona też chwyciła się za gardło. Czuła ogień w gardle i piersiach. Zerwała się z

materaca. Upuściła kubek i obiema rękami złapała się za szyję.

- Co to jest, do cholery?! - wrzasnęła do Supermózga. - Co się z nami dzieje? Co nam

zrobiłeś?

-  Czy  to  nie  oczywiste? -  odrzekł  lodowatym,  dobiegającym  jakby  gdzieś  z  daleka

głosem.

Pokój  wirował  Parkerom  w  oczach.  Errol  dostał  drgawek,  Brianne  przegryzła  sobie

język.  Oboje  wciąż  trzymali  się  za  gardła.  Dusili  się,  nie  mogli  oddychać.  Ich  twarze

background image

przybrały ciemny odcień.

Supermózg stał w drugim końcu pokoju i patrzył. Trucizna stopniowo sparaliżowała

organizm, powodując ogromny ból. Zaczynało się to od mięśni twarzy, potem proces sięgał
krtani,  wreszcie  docierał  do  dróg  oddechowych.  Duża  dawka  anektyny  powodowała
zatrzymanie serca.

Po niecałych piętnastu minutach Parkerowie nie żyli. Ponieśli śmierć tak okrutną, jak

ich  ofiary  w  Silver  Spring  w  Marylandzie.  Leżeli  z  rozpostartymi  rękami  i  nogami  na
podłodze. Supermózg był pewien, że są martwi, ale na wszelki wypadek sprawdził to. Mieli
przeraźliwie  wykrzywione  twarze  i  wykręcone  ciała.  Wyglądali,  jakby  spadli  z  dużej
wysokości.

-  Za  zbrodnię  doskonałą -  powiedział  Supermózg  nad  groteskowo  wygiętymi

zwłokami.

ROZDZIAŁ 5

Następnego  ranka  próbowałem  dodzwonić  się  do  Christine,  ale  włączyła

automatyczną sekretarkę i nie odbierała telefonu. Nigdy mi tego nie robiła i bolało mnie to.
Kiedy brałem prysznic i ubierałem się, wciąż o tym myślałem. W końcu wyszedłem do pracy.
Czułem się zraniony, ale też byłem trochę zły.

Sampson i ja wyruszyliśmy na ulice przed dziewiątą. Im więcej czytałem i myślałem o

napadzie na Citibank w Silver Spring, tym bardziej mnie niepokoiła cała sprawa, zwłaszcza
przebieg  wydarzeń.  To  nie  miało  sensu.  Zamordowano  trzy  niewinne  osoby -  z  jakiego
powodu?  Bandyci  mieli  już  pieniądze.  Jacyś  psychole?  Po  co  zabili  ojca,  dziecko  i
opiekunkę?

Mieliśmy  z  Sampsonem  ciężki  i  frustrujący  dzień.  O  dziewiątej  wieczorem  wciąż

jeszcze pracowaliśmy.  Znów próbowałem dodzwonić się do Christine. Nadal nie podnosiła
słuchawki albo nie było jej w domu.

Mam  kilka  wystrzępionych,  czarnych  notesów  z  nazwiskami  informatorów.

Zdążyliśmy  już  pogadać  z  ponad  dwunastoma.  Zostało  nam  ich  jeszcze  mnóstwo  na  jutro,
pojutrze i następny dzień. Śledztwo już mnie wciągnęło. Dlaczego w domu szefowej banku
zamordowano trzy osoby? Za co zabito niewinną rodzinę?

- Kręcimy się wokół czegoś - powiedział Sampson.
Jechaliśmy  przez  Southeast  moim  starym  samochodem.  Właśnie  skończyliśmy

rozmowę z drobnym kombinatorem, który nazywał się Nomar Martinez. Słyszał o napadzie

background image

na bank w Marylandzie, ale nie wiedział, kto to zrobił. W radiu śpiewał wielki, nieżyjący już
Marvin  Gaye.  Myślałem  o  Christine.  Chciała,  żebym  rzucił  pracę  w  policji.  Mówiła
poważnie. Nie byłem pewien, czy mógłbym przestać być detektywem. Lubiłem tę robotę.

-  Mnie też  się  tak  zdaje -  przyznałem. -  Może  należało  przycisnąć  Nomara?  Był

wyraźnie zdenerwowany. Czegoś się boi.

-  W  Southeast  każdy  się  czegoś  boi -  odrzekł  Sampson. -  Pytanie  tylko,  kto  będzie

chciał z nami gadać?

- Może tamten parszywy kundel? - Wskazałem wylot następnej przecznicy. - Wie o

wszystkim, co się tu dzieje.

- Zauważył nas - powiedział Sampson. - Jasna cholera, ucieka!

ROZDZIAŁ 6

Skręciłem  ostro  w  lewo  i  zahamowałem  z  poślizgiem.  Mój  porsche  z  głuchym

łomotem  wpadł  na  chodnik.  Wyskoczyliśmy  obaj i  puściliśmy  się  pędem  za  Cedrikiem
Montgomerym.

- Stać! Policja! - krzyknąłem.
Biegliśmy wąskim, krętym zaułkiem. Montgomery działał jako mięśniak do wynajęcia

bez  szczególnych  sukcesów,  był  jednak  rzeczywiście  twardzielem.  Stanowił  niezłe  źródło
informacji,  lecz  nie  był  kapusiem,  po  prostu  wiedział  o  różnych  rzeczach.  Miał  niewiele
ponad dwadzieścia lat, a my obaj - Sampson i ja - niedawno przekroczyliśmy czterdziestkę.
Ale  ćwiczyliśmy  bieganie  systematycznie  i  byliśmy  wystarczająco  szybcy -  tak  się  nam
przynajmniej wydawało.

Montgomery  odsadził  się  jednak  od  nas  całkiem  nieźle  i  jego  sylwetka  ledwie

majaczyła w oddali.

Sampson dotrzymywał mi kroku.
- To tylko sprinter, stary... - wysapał. - My jesteśmy długodystansowcy.
- Policja! - wrzasnąłem znowu. - Dlaczego uciekasz, Montgomery?
Pot okrył mi kark i plecy. Kapał z włosów. Piekły mnie oczy. Ale biegłem dalej.
-  Dorwiemy  go -  rzuciłem  i  przyspieszyłem.  To  było  wyzwanie  dla  Sampsona.

Bawiliśmy się tak od lat. Damy radę. Kto, jak nie my?

Zbliżyliśmy  się  do Montgomery’ego.  Obejrzał  się.  Nie  chciał  uwierzyć,  że  już  go

doganiamy. Miał za sobą dwie pędzące lokomotywy i nie mógł uciec z torów.

- Pełny gaz, stary! - zachęcił mnie Sampson. - I wysuń zderzak.

background image

Ciągle biegliśmy równo. W naszym prywatnym wyścigu Montgomery był linią mety.
Dopadliśmy go jednocześnie i wzięliśmy między siebie. Dostał dwa ciosy i zwalił się

na  ziemię.  Bałem  się,  że  już  nie  wstanie.  Ale  on  przekoziołkował  kilka  razy,  jęknął  i
wybałuszył oczy całkowicie oszołomiony.

- O, kurwa! - wyszeptał z niedowierzaniem.
Uznaliśmy to za komplement i skuliśmy go kajdankami.
Dwie godziny później śpiewał w komendzie na Trzeciej ulicy. Przyznał, że coś słyszał

o  napadzie  na  bank  i  morderstwach  w  Silver  Spring.  Chętnie  poszedł  z  nami  na  układ:
informacje za przymknięcie oczu na pół tuzina działek, które przy nim znaleźliśmy.

-  Wiem,  kogo  szukacie -  powiedział.  Sprawiał  wrażenie  pewnego  siebie. -  Ale  nie

spodoba wam się to, co usłyszycie.

Miał rację. Wcale mi się to nie spodobało.

ROZDZIAŁ 7

Nie wiedziałem, czy mogę wierzyć Montgomery’emu, lecz podsunął mi dobry, pewny

trop,  którym  musiałem  podążyć.  W  jednym  się  rzeczywiście  nie  mylił:  jego  wskazówka
stawiała mnie w trochę niezręcznej sytuacji. Słyszał, że jednym z tych, co obrobili bank w
Silver Spring, był Errol Parker, przyrodni brat mojej nieżyjącej żony Marii.

Przez  cały  następny  dzień  szukaliśmy  z  Sampsonem  Errola.  Nie  znaleźliśmy  go  w

domu ani w żadnym z miejsc w Southeast, gdzie zwykle bywał. Jego żona Brianne też gdzieś
przepadła. Nikt nie widział Parkerów przynajmniej od tygodnia.

Około  piątej  trzydzieści  po  południu  zatrzymałem  się  przy  szkole  Przybysza

Przynoszącego Prawdę, żeby sprawdzić, czy Christine jeszcze tam jest. Myślałem o niej stale.
Nadal nie odbierała telefonów i się nie odzywała.

Christine Johnson  poznałem  dwa  lata  temu.  Mieliśmy  się  już  właśnie  pobrać,  kiedy

zdarzyło się nieszczęście, za które wciąż się winiłem: porwał ją seryjny morderca z Southeast
i trzymał prawie rok jako zakładniczkę. Dlatego, że spotykała się ze mną. Uznano, że zaginęła
i nie żyje.

Kiedy  ją  znaleziono,  miała  już  dziecko -  naszego  synka  Aleksa.  Ale  uprowadzenie

zmieniło ją. Nie rozumiała, co się z nią dzieje, i nie mogła sobie z tym poradzić. Próbowałem
jej pomóc, tak jak umiałem. Od miesięcy nie sypialiśmy ze sobą. Odsuwała się coraz dalej
ode mnie. Teraz Kyle Craig jeszcze pogorszył sprawę.

Kiedy  Christine  pracowała  w  szkole,  dzieckiem  opiekowała  się  moja  babcia.  Potem

background image

Christine zabierała małego Aleksa do swojego domu w Mitchellville. Tak sobie życzyła.

Wszedłem  do  budynku  bocznymi,  metalowymi  drzwiami  przy  sali  sportowej.

Usłyszałem  znajome  odgłosy  piłki  do  koszykówki,  śmiechy  i  wesołe  okrzyki  dzieciaków.
Christine siedziała w swoim gabinecie przed komputerem. Była dyrektorką szkoły. Jannie i
Damon uczą się tutaj.

-  Alex? -  zdziwiła  się  na  mój  widok.  Przeczytałem  hasło  umieszczone  na  ścianie:

„Chwal głośno, wiń cicho”. Czy Christine potrafi w ten sposób postępować wobec mnie? -
Już prawie skończyłam - powiedziała. - Za chwilę będę gotowa.

Chyba nie jest przynajmniej zła za tamten wieczór z Kylem Craigiem, pomyślałem.

Nie kazała mi się wynosić.

- Odprowadzę cię do domu - zaproponowałem i uśmiechnąłem się. - Będę nawet niósł

twoje książki. W porządku?

- Chyba tak - odrzekła. Ale nie odwzajemniła uśmiechu i wydawała się bardzo daleka.

ROZDZIAŁ 8

Kilka  minut  później  zamknęliśmy  szkołę  i  poszliśmy  ulicą  Szkolną  do  Piątej.

Dźwigałem neseser Christine. Było tam chyba tuzin książek. Spróbowałem zażartować.

- Nie mówiłaś, że kulę do kręgli też mam nieść.
-  Uprzedzałam  cię,  że  książki  są  ciężkie.  Wiesz,  że  dużo  czytam.  Cieszę  się,  że

przyszedłeś.

- Nie mogłem się powstrzymać.
Powiedziałem  prawdę.  Chciałem  ją  objąć  albo  chociaż  wziąć  za  rękę,  ale

zrezygnowałem.  Wydawało  mi  się  dziwne  i  smutne,  że  jest  tak  blisko,  a  jednocześnie  tak
daleko ode mnie. Pragnąłem aż do bólu przytulić ją do siebie.

- Musimy porozmawiać, Alex - odezwała się w końcu i spojrzała mi prosto w oczy. Jej

mina  nie  wróżyła  nic  dobrego. -  Miałam  nadzieję,  że  nie  przejmę  się  twoim  nowym
śledztwem, Alex. Ale przejmuję się. Doprowadza mnie do szaleństwa.  Boję się o ciebie, o
dziecko i o siebie. Nie potrafię inaczej po tym, co się stało na Bermudach. Od powrotu do
Waszyngtonu źle sypiam.

Słuchałem  jej  słów  i  pękało  mi  serce.  Czułem  się  strasznie  z  powodu  tego,  co ją

spotkało. Ale tak bardzo się zmieniła. Wyglądało na to, że nie jestem w stanie pomóc jej w
jakikolwiek sposób. Starałem się od miesięcy i nic z tego nie wychodziło. Bałem się, że stracę
nie tylko ją, ale również małego Aleksa.

background image

- Pamiętam niektóre z moich ostatnich snów. Są tak pełne brutalności, Alex. I takie

realistyczne.  Pewnej  nocy  znów  ścigałeś  Łasicę  i  on  cię  zabił.  Stał  spokojnie  i  strzelał  do
ciebie wielokrotnie. Potem przyszedł zamordować dziecko i mnie. Obudziłam się z krzykiem.

Zdecydowałem się wziąć ją za rękę.
- Geoffrey Shafer nie żyje, Christine.
- Nie wiesz tego na pewno! - rozzłościła się i wyrwała dłoń.
Szliśmy  w  milczeniu  brzegiem  rzeki  Anacostia.  Potem  powiedziała  mi  o  swoich

innych snach. Wyczułem, że nie chce, żebym je interpretował. Miałem tylko słuchać. Śniły jej
się cierpienia i morderstwa znajomych i kochanych osób.

Zatrzymała się na rogu Piątej ulicy niedaleko mojego domu.
- Muszę ci jeszcze coś powiedzieć, Alex. W Mitchellville chodzę do psychiatry, do

doktora Belaira. Pomaga mi.

Patrzyła mi w oczy.
-  Nie  chcę  cię  więcej  widzieć,  Alex.  Myślę  o  tym  od  tygodni.  Rozmawiałam  z

doktorem  Belairem.  Nie  zmienię  tej  decyzji  i  będę  wdzięczna,  jeśli  zostawisz  mnie  w
spokoju.

Wzięła  ode  mnie  neseser  i  odeszła.  Nie  dała  mi  dojść  do  słowa,  ale  i  tak  nie

wiedziałbym, co powiedzieć. W jej oczach wyczytałem smutną prawdę - nie kochała mnie
już. Niestety, ja ją nadal kochałem. I kochałem oczywiście naszego małego synka.

ROZDZIAŁ 9

Nie  miałem  wyboru,  więc  na  kilka  dni  pogrążyłem  się  bez  reszty  w  śledztwie

dotyczącym napadu na bank i wielokrotnego morderstwa. Gazety i telewizja wciąż pełne były
sensacyjnych  opowieści  o  niewinnych  ofiarach:  ojcu,  dziecku  i  niani.  Zdjęcie  trzyletniego
Tommy’ego  Buccieri  widziało  się  wszędzie.  Czy  zabójca  chciał może  wzbudzić  w  nas
oburzenie? - zastanawiałem się.

Sampson  i  ja  poświęciliśmy  większość  następnego  dnia  na  poszukiwania  Errola  i

Brianne Parker. Współpracowaliśmy z FBI. Wyglądało na to, że Parkerowie prawdopodobnie
co  najmniej  od  roku  obrabiali  małe  banki  w  Marylandzie  i  Wirginii.  Ale  napad  w  Silver
Spring różnił się od poprzednich. Jeśli to była ich robota, to zupełnie zmienili styl. Stali się
brutalnymi, bezlitosnymi mordercami. Tylko dlaczego?

Około  pierwszej  zatrzymaliśmy  się  z  Sampsonem  przy  Boston  Market  na  lunch.

Mogliśmy  wybrać  lepsze  miejsce,  ale  to  było  po  drodze,  a  olbrzym  twierdził,  że  umiera  z

background image

głodu. Ja potrafiłbym funkcjonować dalej bez jedzenia.

-  Myślisz,  że  Parkerowie  się  wynieśli  i  szykują  następny  skok? -  zapytał  Sampson,

kiedy zabraliśmy się za paszteciki z mięsem, kukurydzę i puree z ziemniaków.

-  Jeśli  to  oni  napadli  na  bank  w  Marylandzie,  to  pewnie  się  przyczaili.  Wiedzą,  że

zrobiło się gorąco. Errol wyskakuje czasem na ryby do Karoliny Południowej. Kyle wysłał
tam już federalnych.

- Widujesz się z Errolem? - zainteresował się Sampson.
- Tylko na spotkaniach rodzinnych, ale on rzadko na nich bywa. Kiedyś pojechałem z

nim na ryby. Cieszył się jak dziecko z każdego złowionego okonia czy zębacza. Maria zawsze
go lubiła.

- Często o niej myślisz?
Wcisnąłem się głębiej w siedzenie. Nie miałem teraz raczej ochoty na zwierzenia.
-  Przypominają  mi  o  niej  różne  rzeczy.  Zwłaszcza  niedziele.  Czasem  sypialiśmy  do

południa  i  jedliśmy  coś  dobrego  na  śniadanie.  Albo  chodziliśmy  nad  staw  z  kaczkami
niedaleko  rzeki  St.  Tony’s.  Długie  spacery  po  parku  Garfield.  To  smutne,  że  umarła  tak
młodo, John. Boli mnie dodatkowo fakt, że nie rozwiązałem zagadki jej morderstwa.

Sampson zadał mi kolejne pytanie. Czasem tak robi.
- A jak ci się układa z Christine?
- Źle - wyznałem w końcu, ale nie byłem w stanie wyjawić całej prawdy. - Nie może

zapomnieć o Geoffeyu Shaferze. A ja nie jestem nawet pewien, czy Łasica naprawdę nie żyje.
Skończyliśmy?

Sampson wyszczerzył zęby.
- Co? Jedzenie czy przesłuchanie?
-  Jedziemy.  Trzeba  wreszcie  znaleźć  Parkerów  i  wyjaśnić  sprawę  napadu  na  bank.

Resztę dnia będziemy mieli wtedy dla siebie.

ROZDZIAŁ 10

Około siódmej wieczorem postanowiliśmy z Sampsonem zrobić przerwę na kolację.

Przewidywaliśmy, że będziemy pracować do późna, pewnie dłużej niż do północy. Ta sprawa
tego wymagała. Pojechałem do domu, żeby coś zjeść z dziećmi i babcią.

Chwaliłem,  to  co  przyrządziła,  ale  nawet  nie  czułem  smaku.  Nie  mogłem  przestać

myśleć o Christine. Zbyt mądre to nie było.

Umówiliśmy  się  z  Sampsonem  na  dziesiątą  wieczorem.  Zamierzaliśmy  przesłuchać

background image

paru  typów,  których  łatwiej  znaleźć  po  zmroku.  Piętnaście  po  dziesiątej  znów  jechaliśmy
moim samochodem przez Southeast.

Sampson  zauważył  naszego  znajomego  kapusia -  drobnego  handlarza  prochami.

Darryl Snow sterczał z kolesiami przed barem z grillem, który ciągle zmieniał nazwę. Teraz
nazywał się „Tak było”.

Wyskoczyliśmy z Sampsonem z porsche i podbiegliśmy do Snowa. Nie miał dokąd

uciec. Jak zwykle, był odstawiony w swoim dealerskim stylu: purpurowe, nylonowe szorty na
niebieskich, nylonowych spodniach, koszulka polo, kurtka od Tommy’ego Hilfigera i ciemne
okulary od Oakleya.

- Cześć, bałwanie - powitał go swoim basem Sampson. - Roztapiasz się.
Kumple  Snowa  wybuchnęli  śmiechem.  Darryl  miał  około  metra  osiemdziesięciu

wzrostu,  a  nie  ważył  chyba  więcej  niż  pięćdziesiąt  pięć  kilogramów.  Nawet  w  swoich
ciuchach z markowymi metkami.

- Przejdźmy się, Darryl - powiedziałem. - Musimy pogadać. I bez dyskusji.
Potrząsnął głową jak maskotka na desce rozdzielczej samochodu, ale poszedł ze mną.
- Nie chcę z tobą gadać, Cross.
-  Co  wiesz  o  Errolu  i  Brianne  Parker? -  zapytałem,  kiedy  oddaliliśmy  się  od  jego

towarzystwa.

Popatrzył na mnie i zmarszczył brwi. Głowa nadal mu podskakiwała.
-  Ty  chajtnąłeś  się  z  jego  siostrą  czy  ja?  Więc  dlaczego  pytasz  mnie,  człowieku?

Czego się ciągle czepiasz?

- Errol już nie widuje się z rodziną. Nie ma czasu, pruje banki. Gdzie on jest, Darryl?

W tej chwili Sampson i ja nie jesteśmy ci nic winni. A kręcisz się w niebezpiecznej okolicy.

Spojrzał w światła lamp ulicznych.
- Mnie to pasuje.
Złapałem go za kurtkę.
- Do czasu, Darryl. Dobrze o tym wiesz.
Snow pociągnął nosem i zaklął cicho.
- Słyszałem, że Brianne ma metę w tym starym osiedlu przy Pierwszej Alei. W tych

ruinach ze szczurami. Ale nie wiem, czy jeszcze tam jest. To tyle, słowo.

Uniósł otwarte dłonie.
Sampson podkradł się do niego z tyłu i krzyknął: Bu!
Darryl prawie skoczył w górę.
- Pomógł nam? - zapytał Sampson. - Trochę jakby nerwowy.

background image

- Pomogłeś nam? - spytałem Snowa.
Skrzywił się żałośnie.
- Powiedziałem, gdzie może być Brianne Parker, czy nie? Pojedźcie i sprawdźcie.  I

odwalcie się ode mnie. Nie straszcie ludzi. Wy dwaj jesteście jak The Blair Witch Project,
człowieku. Albo jeszcze gorsi.

Sampson wyszczerzył zęby.
- Dużo gorsi, Darryl. Blair Witch to tylko film. My jesteśmy prawdziwi.

ROZDZIAŁ 11

- Nie cierpię tego całego nocnego gówna - poskarżył się Sampson, kiedy dotarliśmy na

piechotę do osiedla przy Pierwszej Alei. Przed nami majaczyły opuszczone domy czynszowe,
w  których  mieszkali  bezdomni  i  ćpuny.  Jeżeli  w  stolicy  Ameryki  można  to  nazwać
mieszkaniem.

- Noc żywych trupów - wymruczał Sampson.
Miał rację. Typy wokół nas wyglądały jak zombie.
-  Errol  Parker?  Brianne  Parker? -  mówiłem  cicho,  mijając  ponurych  mężczyzn  o

zapadłych, nie ogolonych twarzach. Nikt się nie odzywał. Większość nawet nie patrzyła na
mnie i Sampsona. Wiedzieli, że jesteśmy glinami.

- Dzięki za pomoc. Bóg z wami - powiedział w końcu Sampson.
Zaczęliśmy  przeszukiwać  każdy  budynek,  piętro  po  piętrze,  od  piwnicy  po  dach.

Ostatni wyglądał na zupełnie pusty, co wcale nie dziwiło: był najbrudniejszy i rozsypywał się.

- Ty pierwszy - warknął Sampson. Było późno i stracił humor.
Miałem latarkę, więc ruszyłem przodem. I tym razem najpierw zeszliśmy do piwnicy.

Poplamiona,  betonowa  podłoga,  wszędzie  gęsty  kurz  i  pajęczyny.  Otworzyłem  nogą
drewniane  drzwi.  Usłyszałem  gwałtowne  drapanie  gryzoni.  Miotały  się  jak  w  pułapce.
Oświetliłem wnętrze. Tylko kilka szczurów.

- Errol? Brianne? - zawołał do nich Sampson. Zapiszczały w odpowiedzi.
Przeszukując  tak  jak  poprzednio  kolejne  piętra,  dotarliśmy  wreszcie  na  ostatnie.  W

budynku było wilgotno, śmierdziało moczem, kałem i pleśnią. Fetor nie do wytrzymania.

- Znam lepsze Holiday Inn - powiedziałem i Sampson w końcu się roześmiał.
Pchnąłem  jakieś  drzwi  i  poznałem  po  odorze,  że  znaleźliśmy  zwłoki.  Skierowałem

latarkę w dół i zobaczyłem Brianne i Errola. Już nie wyglądali jak ludzie. W budynku było
ciepło i proces rozkładu postępował szybko. Oceniłem, że nie żyją co najmniej od dwudziestu

background image

czterech godzin, być może dłużej.

Obejrzałem  Errola,  potem  jego  żonę.  Westchnąłem  ciężko.  Maria  lubiła  swojego

przyrodniego brata. Mój syn Damon, kiedy był mały, nazywał go wujkiem.

Rogówki  oczu  Brianne  wyglądały  jak  przy  katarakcie.  Miała  szeroko  otwarte  usta  i

obwisłą szczękę. Errol tak samo. Pomyślałem o rodzinie zamordowanej w Silver Spring.  Z
jaką kategorią zabójców mamy do czynienia? Dlaczego zabili Parkerów?

Brakowało  górnej  części  ubrania  Brianne.  Nigdzie  w  pokoju  jej  nie  zauważyłem.

Dżinsy ściągnięto do połowy - widać było czerwone majtki i uda.

Zastanawiałem się, co to znaczy. Zabójca zabrał część jej rzeczy? Po mordercy zjawił

się tu ktoś inny? Dobrał się do martwej Brianne? A może zrobił to morderca?

Sampson miał niepewną minę. Sprawiał wrażenie zaintrygowanego.
-  To  nie  wygląda  na  przedawkowanie -  stwierdził. -  Za  gwałtowna  śmierć.  Musieli

cierpieć.

- Chyba ich otruli, John - odrzekłem cicho. - Może ktoś chciał, żeby cierpieli.
Zadzwoniłem do Kyle’a Craiga i powiedziałem mu o Parkerach. Rozwiązaliśmy część

sprawy  napadu  na  bank  w  Silver  Spring.  Ale  przynajmniej  jeden  zabójca  nadal  był  na
wolności.

ROZDZIAŁ 12

Pospieszna autopsja potwierdziła moje podejrzenia: Parkerów otruto. Potężna dawka

anektyny spowodowała gwałtowny skurcz mięśni i zatrzymanie serca. Truciznę zmieszano z
chianti. Brianne została zgwałcona po śmierci. Co za szambo.

Spędziliśmy  z  Sampsonem  kilka  następnych  godzin  na  rozmowach  z  włóczęgami,

bezdomnymi  i  ćpunami  mieszkającymi  w  opuszczonym  osiedlu.  Nikt  nie  przyznał  się  do
znajomości  z  Parkerami.  Nikt  nie  widział  żadnych  obcych  w  budynku,  gdzie  ukrywała  się
zamordowana para.

W  końcu  pojechałem  do  domu,  żeby  się  trochę  przespać.  Ale  nie  mogłem  zasnąć.

Ciągle myślałem o Christine i małym Aleksie. Wstałem i zszedłem na dół. Była czwarta rano.

Na drzwiach lodówki zobaczyłem nową notatkę babci: „Nigdy nie pragnęła być białą,

by zaistnieć; marzyła tylko o tym, żeby być ciemniejszą”. Wyjąłem z lodówki piwo korzenne
Stewart i wyszedłem z kuchni. W głowie tłukły mi się słowa z kartki babci.

Włączyłem i wyłączyłem telewizor. Siadłem do pianina i zagrałem najpierw Crazy For

You, potem trochę Debussy’ego. Później Moonglow. Ten kawałek przypomniał mi najlepsze

background image

czasy z Christine. Zastanawiałem się, jak moglibyśmy wszystko naprawić. Od jej powrotu do
Waszyngtonu starałem się, jak umiałem. Odpychała mnie. Łzy napłynęły mi do oczu, otarłem
je. Odeszła. Muszę zacząć od nowa. Tylko nie byłem pewien, czy potrafię.

Zaskrzypiała podłoga. W progu stała babcia z dwiema parującymi filiżankami na tacy.
- Usłyszałam Clair de Lune. Zagrałeś to bardzo ładnie.
Podała mi kawę, usiadła w wiklinowym fotelu bujanym obok pianina i zaczęła powoli

sączyć swoją.

- Rozpuszczalna? - zapytałem dla żartu.
- Jak znajdziesz w mojej kuchni kawę rozpuszczalną, dam ci ten dom.
- Jest mój - przypomniałem jej.
- To ty tak uważasz, chłopcze. Koncert o wschodzie słońca? Z jakiej okazji?
- Przed wschodem słońca - poprawiłem ją. - Nie mogę spać. Mam koszmary. Kiepska

noc i kiepski poranek, jak na razie. Ale dobra kawa.

- Mhm... - mruknęła. - Co dalej?
- Pamiętasz Errola, przyrodniego brata Marii? Dziś w nocy w osiedlu przy Piątej Alei

znaleźliśmy z Sampsonem jego zwłoki.

Babcia wydała z siebie dźwięk podobny do cmoknięcia i pokręciła głową.
- To smutne. Co za wstyd, Alex. Taka dobra rodzina, tacy mili ludzie.
- Muszę ich dzisiaj zawiadomić. Może dlatego nie mogę spać. Denerwuję się.
- Co jeszcze? Zwierz się swojej babci, Alex.
Dobrze mnie znała, a jej obecność uspokajała mnie.
- Chodzi o Christine - wyznałem w końcu. - Między nami chyba wszystko skończone.

Powiedziała,  że  nie  chce  mnie  więcej  widzieć.  Nie  wiem,  co  będzie  z  małym  Aleksem.
Robiłem wszystko, co mogłem, przysięgam.

Babcia odstawiła filiżankę i objęła mnie chudym ramieniem. Wciąż była bardzo silna.

Przytuliła mnie mocno.

- Skoro robiłeś, co mogłeś, to więcej nie mogłeś zrobić.
- Nie otrząsnęła się z tego, co stało się na Bermudach - szepnąłem. - Nie chce żyć z

detektywem z wydziału zabójstw. Nie wytrzymałaby. Nie chce być ze mną.

- Za dużo bierzesz na siebie, Alex - odrzekła cicho babcia. - Winisz się o to, o co nie

powinieneś. To cię przygniata i możesz się załamać. Wierz mi.

- Wierzę.
- Nie.
- Zawsze ci wierzę.

background image

- Nigdy - parsknęła. - I wiesz, że mnie nie przegadasz. A to dowodzi, że mam rację.
Babcia zawsze musi mieć ostatnie słowo. Jest najlepszym psychologiem w domu. W

każdym razie ciągle mi to powtarza.

ROZDZIAŁ 13

Jeszcze  tego  samego  ranka  wybuchła  bomba -  napad  na  bank  w  Falls  Church  w

Wirginii, około piętnastu kilometrów od Waszyngtonu.

Dobrze utrzymany, zbudowany w stylu kolonialnym dom dyrektora filii stał w ładnej

okolicy, gdzie sąsiedzi naprawdę się lubili. O tym, że tu kochano dzieci, świadczyły liczne
zabawki, rowerki, placyk do minikoszykówki, huśtawki, prowizoryczne stoisko z lemoniadą.
Był też piękny ogród pełen kwitnących krzewów. Dach garażu zdobił dziwaczny wiatrowskaz
- czarownica na miotle - na którym siedziało stadko ptaków. Tego ranka niemal słyszało się
chichot wiedźmy.

Supermózg  powiedział  swoim  nowym  ludziom,  co  zastaną  i  jak  mają  postępować.

Dokładnie zaplanował każdy ruch i starannie sprawdził ich przygotowanie.

Wiedział, że są dużo lepsi od Parkerów. Kosztowali go połowę sumy zrabowanej w

Citibanku,  lecz  byli  tego  warci.  Pomiędzy  sobą nazywali  się  panem  Czerwonym,  panem
Białym,  panem  Niebieskim  i  panną  Zieloną.  Nosili  długie  włosy  i  wyglądali  jak  zespół
heavymetalowy, ale znali się doskonale na swojej robocie.

Tuż po otwarciu drzwi filii First Union w Falls Church do banku weszli pan Niebieski

i panna Zielona. W kaburach ukrytych pod kurtkami mieli broń półautomatyczną.

Pan Czerwony i pan Biały pojechali do domu dyrektora. Katie Bartlett usłyszała gong

przy drzwiach wejściowych i myślała, że to opiekunka do dzieci. Kiedy otworzyła, zbladła i
nogi  się  pod  nią  ugięły  na  widok  dwóch  zamaskowanych,  uzbrojonych  facetów  w
słuchawkach i z mikrofonami pod brodą.

- Do środka! Ruszaj się! - wrzasnął Czerwony i wycelował lufę w jej twarz.
Napastnicy  zaprowadzili  matkę  i  troje  małych  dzieci  do  salonu  na  parterze  z

włączonym kinem domowym wideo. Panoramiczne okno wychodziło na małe jezioro i z łodzi
byłoby widać wnętrze domu. Ale tego ranka nikt nie pływał.

-  Teraz  nakręcimy  sobie  film  rodzinny -  powiedział  niemal  przyjaznym  tonem  pan

Czerwony.

-  Nie  róbcie  nam  krzywdy -  poprosiła  pani  Bartlett. -  Będziemy  posłuszni.  Błagam

was, odłóżcie broń.

background image

- Rozumiem cię, Katie. Ale musimy pokazać twojemu mężowi, że nie żartujemy i że

naprawdę jesteśmy w waszym domu z tobą i z dzieciakami.

- One mają dwa, trzy i cztery lata - odrzekła matka i rozpłakała się. Potem spróbowała

wziąć się w garść. - Są jeszcze malutkie.

Pan Czerwony wsunął broń do kabury.
- Uspokój się. Nic im się nie stanie. Obiecuję.
Na  razie  wszystko  szło  dobrze  i  był  zadowolony.  Katie  wyglądała  na  rozsądną,  a

dzieci  nie  sprawiały  kłopotu.  Miła  rodzina  ci  Bartlettowie,  pomyślał.  Dokładnie  tak,  jak
mówił Supermózg.

- Zaklej dzieciom usta tą taśmą - polecił matce i wręczył jej grubą rolkę.
- Nie będą hałasować, przysięgam - powiedziała. - Są grzeczne, naprawdę.
Zrobiło  mu  się  jej  żal.  Była  ładna  i  elegancka.  Przypomniał  sobie  parę  i  dziecko  z

filmu Życie jest piękne.

- Pobawimy się tą taśmą - zaproponował dzieciom. - Będzie super.
Dwoje spojrzało na niego wrogo, ale trzyletnie uśmiechnęło się szeroko.
- A jak się pobawimy? - zapytało.
- Mamusia zaklei wam wszystkim buzie taśmą, a potem nakręcimy  film dla tatusia,

żeby zobaczył, jak wyglądacie.

- A potem? - zainteresował się nagle czteroletni Dennis. - Zakleimy buzię mamusi?
Pan Czerwony roześmiał się. Nawet pan Biały uśmiechnął się krzywo. Fajne dzieciaki.

Miał nadzieję, że nie będzie musiał ich zastrzelić za kilka minut.

ROZDZIAŁ 14

Za kilka minut ktoś miał zginąć. Była ósma dwanaście. Napad na bank First Union w

Falls Church trwał. Nie można było tego zatrzymać.

Panna  Zielona  celowała  z  szybkostrzelnej  broni  w  dwie  przerażone  kasjerki.  Obie

miały po dwadzieścia parę lat.

Pan Niebieski był w gabinecie dyrektora filii. Wyjaśniał Jamesowi Bartlettowi i jego

asystentce zasady gry „prawda albo konsekwencje”.

- Nikt nie ma na sobie cichego alarmu? - zapytał. Celowo mówił szybko i wysokim

głosem,  bo  chciał  sprawić  wrażenie,  że  jest  zdenerwowany  i  może  za  chwilę  stracić
panowanie nad sobą. - To byłby duży błąd, a nie może być żadnych błędów - ostrzegł.

-  Nie  mamy  takich  urządzeń -  odparł  dyrektor  banku. -  Powiedziałbym  panu,

background image

gdybyśmy mieli.

Sprawiał wrażenie rozsądnego i gotowego do uległości.
-  Słuchacie  taśm  szkoleniowych  Amerykańskiego  Towarzystwa  Ochrony

Przemysłowej? - spytał Niebieski.

- Niestety nie - odparł nerwowo dyrektor.
- W czasie napadu zalecają przede wszystkim współpracę, żeby nikt nie ucierpiał.
Dyrektor przytaknął gorliwie.
- Zgadzam się z tym. Będę z panem współpracował.
-  Całkiem  niegłupi  z  ciebie  facet,  jak  na  dyrektora  banku.  Wszystko,  co  ci

powiedziałem o twojej rodzinie, to absolutna prawda: są zakładnikami. I chcę, żebyś ty też mi
zawsze mówił prawdę. Bo inaczej będą przykre konsekwencje. Żadnych alarmów, farby na
banknotach,  ukrytych  kamer  i  innych  numerów.  Jeśli  jestem  teraz  filmowany,  masz  mi
powiedzieć.

- Słyszałem o napadzie na Citibank w Silver Spring - odrzekł dyrektor. Jego szeroka,

kwadratowa  twarz  była  czerwona  jak  burak.  Z  czoła  kapały  mu  wielkie  krople  potu.  Bez
przerwy mrugał dużymi piwnymi oczami.

Pan Niebieski wskazał lufą komputer.
- Spójrz na monitor. Przyjrzyj się.
Dyrektor  zobaczył  na  ekranie  fragment  filmu.  Jego  żona  zaklejała  dzieciom  usta

taśmą. Popatrzył na stojącego przy nim mężczyznę w masce narciarskiej.

- O, mój Boże! Wiem, że dyrektorka banku w Silver Spring spóźniła się. Pospieszmy

się. Moja rodzina jest dla mnie wszystkim.

- Wiemy - przytaknął Niebieski.
Odwrócił się do asystentki dyrektora i wycelował w nią broń.
- Nie jest pani bohaterką, prawda, panno Collins?
Potrząsnęła przecząco miękkimi, rudymi lokami.
- Nie, proszę pana. Pieniądze banku to nie moje pieniądze. Nie warto za nie umierać. I

nie są warte życia dzieci pana Bartletta.

Pan Niebieski uśmiechnął się pod maską.
- Wyjęła mi to pani z ust.
Odwrócił się z powrotem do dyrektora.
- Obaj mamy dzieci. I nie chcemy, żeby straciły ojców, prawda? Do roboty.
Tekst  o  dzieciach  ułożył  Supermózg.  Całkiem  niezły,  dobrze  działa,  pomyślał

Niebieski.

background image

Zeszli  szybko  do  skarbca.  Drzwi  miały  podwójną  kombinację  i  Bartlett  musiał  je

otworzyć razem z asystentką. Uporali się z tym w niecałe sześćdziesiąt sekund.

Pan  Niebieski  pokazał  im  srebrzyste,  metalowe  urządzenie.  Przypominało  pilot  do

telewizora.

-  To  skaner  policyjny -  wyjaśnił. -  Jeśli  tylko  gliny  albo  federalni  ruszą  tutaj,

natychmiast będę o tym wiedział. Wtedy zginiecie wy i obie kasjerki. Czy w skarbcu są jakieś
ukryte alarmy?

- Nie, proszę pana - zapewnił skwapliwie dyrektor. - Daję na to słowo.
Pan Niebieski znów się uśmiechnął pod maską.
- Więc idziemy po moje pieniążki. Ruszać się!
Już  prawie  kończył  ładowanie  gotówki,  gdy  nagle  skaner  policyjny  odebrał  alarm:

„Napad na bank First Union w śródmieściu Falls Church!”.

Niebieski odwrócił się do Jamesa Bartletta i strzelił. Potem wpakował kulę w czoło

panny Collins.

Tak jak to przewidywał plan.

ROZDZIAŁ 15

Na dachu mojego samochodu wyła syrena.
Moje ciało też.
Mózg także.
Przyjechałem do banku First Union w Falls Church w Wirginii prawie w tym samym

momencie co Kyle Craig i jego drużyna z FBI.

Czarny helikopter siadał właśnie na niemal pustym parkingu centrum handlowego, tuż

za bankiem. Kyle i trójka agentów wyskoczyli z maszyny, pochylili się i podbiegli do mnie
szybkim  truchtem.  Przypominali  mnichów  spieszących  do  kaplicy.  Nosili  niebieskie  kurtki
FBI,  żeby  wszyscy  widzieli,  że  w  śledztwo  zaangażowane  jest  Biuro. Po  ostatnich
morderstwach chcieli uspokoić ludzi, że wzięli sprawy w swoje ręce.

- Byłeś już w środku? - wysapał Kyle. Wyglądał, jakby też nie spał całą noc.
- Dopiero przyjechałem. Zobaczyłem waszego lądującego belljeta i domyśliłem się, że

to ty albo Darth Vader. Chodźmy.

- Starsza agentka Betsey Cavalierre - przedstawił Kyle.
Drobna  kobieta  dobrze  po  trzydziestce  miała  lśniące,  czarne  włosy  i  bardzo  ciemne

oczy.  Nosiła  za  dużą  kurtkę  FBI,  biały  T-shirt,  spodnie  khaki  i  sportowe  buty.  Nie  była

background image

piękna, ale całkiem ładna.

- I reszta pierwszego zespołu - ciągnął Kyle. - Agenci Michael Doud i James Walsh. A

to Alex Cross, oficjalny łącznik między policją waszyngtońską i nami. To on znalazł zwłoki
Errola i Brianne Parker.

Szybkie,  uprzejme  „cześć”  i  uściski  dłoni  zakończyły  prezentację.  Zauważyłem,  że

agentka Cavalierre szacuje mnie wzrokiem. Może dlatego, że przyjaźniłem się z jej szefem, a
może dlatego, że byłem oficerem łącznikowym. Kyle wziął mnie za łokieć i odprowadził na
bok.  Weszliśmy  za  żółtą  taśmę  policyjną,  trzepoczącą  głośno  na  południowo-wschodnim
wietrze.

- Jeśli sprawcy pierwszego napadu nie żyją... - powiedział - to kto, do cholery, zrobił

ten skok? Kiepska sprawa. Rozumiesz, dlaczego włączyłem cię do tego śledztwa?

- Bo nieszczęścia chodzą parami - odparłem.
W  holu  banku  dostałem  skurczu  żołądka.  Na  podłodze  leżały  dwie  kasjerki  w

granatowych kostiumach poplamionych krwią. Obie nie żyły. Rany w głowach świadczyły, że
strzały oddano z bliskiej odległości.

-  To  jakaś  egzekucja!  Jasna  cholera! -  powiedziała  agentka  Cavalierre,  kiedy

stanęliśmy  nad  zwłokami.  Technicy  z  FBI  natychmiast  zaczęli  filmować  i  fotografować
miejsce zbrodni. Poszliśmy do skarbca.

ROZDZIAŁ 16

Znaleźliśmy tam dwie następne ofiary: mężczyznę i kobietę. Strzelano do nich kilka

razy.  Ubrania  były  podziurawione  kulami.  Ich  także  ukarano? -  zastanawiałem  się.  Jakie
grzechy popełnili? Dlaczego to się stało, do diabła?

- To zupełnie bez sensu - powiedział Kyle i rozmasował twarz obiema rękami. Jego

znajomy tik przypomniał mi różne, liczne dochodzenia, które prowadziliśmy razem. Czasem
narzekaliśmy na siebie, ale zawsze dobrze nam się współpracowało.

-  Przy  napadach  na  banki  zwykle  nie  ma  trupów -  zauważyła  agentka  Cavalierre. -

Zawodowcy nie zabijają. Więc skąd ta jatka?

- Tutaj też trzymali rodzinę dyrektora jako zakładników? - zapytałem. - Jak w Silver

Spring?

Niemal bałem się usłyszeć odpowiedź.
Kyle spojrzał na mnie i skinął głową.
-  Żonę  i  trójkę  dzieci.  Na  szczęście  nic  im  się  nie  stało.  Więc  dlaczego  zabili  tych

background image

tutaj? Gdzie tu jest jakiś logiczny schemat?

Na  razie  nie  wiedziałem.  Kyle  miał  rację:  to  było  bez  sensu.  Albo  może  raczej  nie

potrafiliśmy zrozumieć sposobu myślenia zabójców.

- Coś mogło nie wyjść - powiedziałem. - Jeśli ten napad łączy się z tamtym z Silver

Spring.

- Musimy przyjąć, że tak - odrzekła Cavalierre. - W Silver Spring zabito rodzinę, bo

dyrektorka  została  ostrzeżona,  że  jeśli  bandyci  nie  wyjdą  z  banku  w  określonym  czasie,
zakładnicy  zginą.  Z  bankowej  kasety  wideo  wynika,  że  spóźnili  się  o  niecałe  trzydzieści
sekund.

Kyle jak zwykle wiedział więcej niż reszta z nas.
-  Ktoś  zawiadomił  tutejszą  policję.  Sądzę,  że  to  było  przyczyną  tych  czterech

morderstw. Próbujemy ustalić, skąd dzwonił informator.

- A skąd bandyci wiedzieli o alarmie w policji? - zapytałem.
- Pewnie mieli skaner policyjny - odparła Cavalierre.
Kyle przytaknął.
-  Agentka  Cavalierre  to  specjalistka  od  napadów  na  banki  i  właściwie  prawie  od

wszystkiego.

Lekki uśmiech pojawił się na jej twarzy.
- Chcę wygryźć Kyle’a - oznajmiła.
Postanowiłem trzymać ją za słowo.

ROZDZIAŁ 17

Pojechałem z Kyle’em i jego drużyną do centrali FBI w śródmieściu Waszyngtonu.

Wszyscy byliśmy wstrząśnięci zbrodnią. Agentka Cavalierre dużo wiedziała o napadach na
banki,  pamiętała,  między  innymi,  kilka  dokonanych  na  Środkowym  Zachodzie,  które
przypominały skoki na Citibank i First Union.

Gdy  znaleźliśmy  się  w  biurze,  wyciągnęła  wszystkie  informacje,  jakie  w  pośpiechu

udało się jej znaleźć. Przeczytaliśmy wydruki o dwóch narwańcach. Jeden nazywał się Joseph
Dougherty,  drugi  Terry  Lee  Connor.  Zastanawiałem  się,  czy  dwa  ostatnie  napady  były
wzorowane na ich robocie. Obaj obrobili kilka banków na Środkowym  Zachodzie.  Zwykle
najpierw brali rodziny dyrektorów jako zakładników. Pewną rodzinę trzymali trzy dni - przez
cały  świąteczny  weekend -  a  w  poniedziałek  okradli  bank.  Ale  nigdy  nie  zrobili  nikomu
krzywdy.

background image

-  To  jednak  zasadnicza  różnica -  powiedziała  Cavalierre. -  Dougherty  i  Connor  nie

byli  zabójcami,  jak  ci  skurwiele,  z  którymi  teraz  mamy  do  czynienia.  O  co  im  chodzi,  do
cholery?

Około siódmej wieczorem wróciłem do domu na kolację z babcią i dziećmi. Zjedliśmy

pieczonego kurczaka z tartym serem i brokułami. Po zmywaniu Damon, Jannie i ja zeszliśmy
do  piwnicy  na  cotygodniową  lekcję  boksu.  Uczę  ich  od  kilku  lat  i  właściwie  już  tego  nie
potrzebują. Damon ma dziesięć lat, Jannie osiem i potrafią się obronić. Ale wszyscy lubimy
wspólne ćwiczenia.

Tego wieczoru zdarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego. Spadło jak grom z jasnego

nieba. Dopiero później, kiedy się dowiedziałem, co się stało, zrozumiałem, dlaczego.

Jannie i Damon wygłupiali się i trochę popisywali podczas walki. Jannie musiała się

nadziać na cios Damona.

Dostała sierpowym w czoło tuż nad lewym okiem. Tylko tego jestem pewien. Reszta

to obraz zupełnie rozmazany. Kompletny szok. Jakbym patrzył na zatrzymywane klatki filmu.

Jannie wygięła się w lewo i runęła na ziemię. Uderzyła z całej siły o podłogę. Przez

chwilę miała gwałtowne drgawki, potem całkowicie znieruchomiała.

-  Jannie! -  krzyknął  Damon.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  niechcący  zrobił  siostrze

krzywdę.

Podbiegłem do niej, bo jej ciało zaczęło znowu drgać gwałtownie. Pojękiwała cicho,

jakby z trudem. Najwyraźniej nie mogła mówić. Potem jej oczy przewróciły się do góry tak,
że widziałem tylko białka.

Dusiła się! Wyszarpnąłem pasek ze spodni. Złożyłem go ciasno i wepchnąłem jej do

ust, żeby nie udławiła się językiem ani go sobie nie przegryzła. Serce waliło mi jak młotem.

- Już dobrze, Jannie - powtarzałem. - Wszystko dobrze, córeczko.
Starałem się uspokoić ją, jak umiałem. Próbowałem nie okazywać po sobie, jak bardzo

jestem przerażony. Gwałtowne skurcze nie ustawały. Podejrzewałem, że to atak padaczki.

ROZDZIAŁ 18

- Wszystko dobrze, córeczko. Wszystko będzie dobrze.
Minęły  dwie  czy  trzy  straszne  minuty.  Wcale  nie  było  dobrze.  Wręcz  odwrotnie,

wszystko  było  tak  przerażające,  jak  tylko  być  mogło.  Jannie  posiniały  wargi  i  zaczęła  się
ślinić. Potem puścił jej pęcherz i zsiusiała się na podłogę. Nadal nie mogła mówić.

Wysłałem  Damona  na  górę,  żeby  wezwał  pomoc.  Karetka  przyjechała  w  niecałe

background image

dziesięć minut po tym, jak atak ustał. Modliłem się, żeby nie było następnego.

Do piwnicy wpadło dwoje techników pomocy doraźnej. Wciąż klęczałem obok Jannie.

Trzymałem  ją  za  jedną  rękę,  babcia  za  drugą.  Podłożyliśmy  jej  poduszkę  pod  głowę  i
przykryliśmy kocem. To jakiś obłęd, myślałem. To nie może być prawda.

- Wszystko dobrze, kochanie - pocieszyła ją cicho babcia.
Jannie w końcu spojrzała na nią.
- Wcale nie.
Była już całkiem przytomna i bała się. Wstydziła się też, że zrobiła siusiu. Wiedziała,

że dzieje się z nią coś dziwnego i strasznego. Technicy byli delikatni i przyjaźni. Zmierzyli
Jannie gorączkę, sprawdzili tętno i ciśnienie krwi. Potem jeden podłączył ją do kroplówki,
drugi do aparatu tlenowego.

Serce nadal mi waliło. Myślałem, że za chwilę też przestanę oddychać.
Opowiedziałem im dokładnie, co się stało.
- Wygląda na atak padaczki - uznała miła, zielonooka kobieta. - Możliwe, że od ciosu.

Nawet  jeśli  nie  był  mocny,  ale  zadany  pod  pechowym  kątem.  Zabierzemy  ją  do  szpitala
Świętego Antoniego.

Skinąłem głową. Potem patrzyłem ze zgrozą, jak przypinają moją małą córeczkę do

noszy i zabierają do karetki. Trzęsły mi się nogi. Zdrętwiało mi całe ciało i miałem zawężone
pole widzenia.

-  Włączycie  syrenę? -  szepnęła  Jannie,  kiedy  para  techników  lokowała  ją  w  tylnej

części samochodu. - Proszę.

Włączyli. Wyła przez całą drogę do szpitala. Wiem, bo pojechałem z Jannie.
To było najdłuższa jazda w moim życiu.

ROZDZIAŁ 19

W  szpitalu  zrobili  Jannie  elektroencefalografię  i  na  tyle  dokładne  badania

neurologiczne, na ile pozwalała pora dnia. Skontrolowali nerwy czaszki. Kazali jej chodzić w
linii  prostej  i  skakać  na  jednej  nodze,  żeby  sprawdzić,  czy  nie  ma  ataksji.  Wykonywała
polecenia i wyglądało na to, że czuje się lepiej. Ale wciąż obserwowałem ją z obawą.

Tuż  po  zakończeniu  badań  dostała  drugiego  ataku.  Trwał  dłużej  i  był  bardziej

gwałtowny niż pierwszy. Nie mogłoby być  gorzej, gdyby zdarzyło się to mnie. Kiedy  atak
minął,  dali  jej  dożylnie  valium.  Otoczono  ją  troskliwą  opieką,  co  także  mnie  jednak
niepokoiło.  Pielęgniarka  zapytała,  czy  nie  zauważyłem  wcześniej  jakichś  objawów,  na

background image

przykład  zaburzeń  wzroku,  bólów  głowy,  nudności  lub  braku  koordynacji  ruchowej.  Nie
zauważyłem. Babcia też nie.

Doktor Bone, lekarka z sali pomocy doraźnej, poprosiła mnie na bok.
-  Zatrzymamy  ją  na  noc  na  obserwację,  detektywie  Cross.  Chcemy  zachować

szczególną ostrożność.

- Dobrze - zgodziłem się. Ręce mi się trochę trzęsły.
-  Możliwe,  że  zostanie  tu  dłużej -  dodała  doktor  Bone. -  Musimy  zrobić  dalsze

badania. Nie podoba mi się, że miała drugi atak.

- Oczywiście, pani doktor. W porządku. Mnie też się to nie podoba.
Na  trzecim  piętrze  było  wolne  łóżko.  Babcia  i  ja  odprowadziliśmy  Jannie  na  górę.

Przepisy  szpitalne  wymagały,  żeby  jechała  na  wózku,  ale  musiałem  go  pchać.  W  windzie
wyglądała na bardzo wyczerpaną, nie pytała mnie o nic, milczała przez cały czas. Odezwała
się dopiero wtedy, gdy znaleźliśmy się na sali i zostaliśmy sami za parawanem.

- Okay, tato. Powiedz prawdę. Musisz mi powiedzieć wszystko.
Wziąłem głęboki oddech i wytłumaczyłem jej, co się stało.
Zmarszczyła brwi.
- Damon ledwo mnie dotknął.
Potem popatrzyła mi w oczy.
- Okay. Ale to chyba nic strasznego, co? Przecież ciągle jestem na planecie Ziemia.

Przynajmniej na razie.

- Nie mów tak - odparłem. - To nie jest śmieszne.
- Okay. Nie będę cię straszyć - szepnęła.
Wzięła mnie za rękę. Po kilku minutach spała.

background image

CZĘŚĆ DRUGA

LISTY Z POGRÓŻKAMI

background image

ROZDZIAŁ 20

Nikt nie wiedział, co się dzieje ani dlaczego.
Uwielbiał  to.  Napawał  się  poczuciem  wyższości.  Wszyscy  byli  takimi  bezradnymi

głupcami.

Sprawy szły doskonale. W skali numerycznej na 9,9999 z 10. Supermózg był pewien,

że nie popełnił żadnego istotnego błędu. Szczególną satysfakcję dał mu napad na bank w Falls
Church, zwłaszcza cztery zagadkowe morderstwa.

Przeżywał  każdą  sekundę  krwawej  zbrodni,  jakby  w  niej  uczestniczył  zamiast  tych

szczęściarzy, panów Czerwonego, Białego, Niebieskiego i panny Zielonej. Wyobrażał sobie
sceny w domu dyrektora i zabójstwa w banku. Sprawiało mu to ogromną przyjemność, czynił
to  wielokrotnie,  ten  scenariusz  wciąż  był  pasjonujący,  nie  znudził  mu  się  wcale.  Artyzm  i
symbolika morderstw utwierdzały go w przekonaniu o własnej inteligencji, o słuszności jego
rozumowania.

Uśmiechnął się na wspomnienie telefonu do komendy policji z informacją o napadzie.

To on zadzwonił. Chciał, żeby ludzie należący do personelu First Union zginęli. Właśnie o to
mu chodziło, do cholery! Czy nikt jeszcze tego nie zrozumiał?

Musiał  teraz  zwerbować  następną  grupę,  najważniejszą,  i  taką  najtrudniej  było

znaleźć. Potrzebował wyjątkowo zdolnego i w pełni samodzielnego zespołu, a taki mógł być
dla  niego  niebezpieczny.  Dobrze  wiedział,  że  ludzie  inteligentni  często  mają  silną  i
nieokiełznaną osobowość. Jak on sam.

Przeglądał na ekranie komputera nazwiska potencjalnych kandydatów. Studiował ich

portrety  psychologiczne,  sprawdzał  kartoteki  kryminalne.  I  nagle  w  to  ponure,  deszczowe
popołudnie natknął się na grupę, która tak różniła się od innych, jak on od reszty ludzkości.

Dlaczego? Bo jej członkowie nie mieli żadnych kartotek kryminalnych. Nigdy ich na

niczym  nie  złapano  i  nigdy  o  nic  nie  podejrzewano.  Dlatego  też  tak  trudno  było  mu  ich
znaleźć. Wydawali się idealnymi wykonawcami jego doskonałego, mistrzowskiego planu.

Nikt się nawet nie domyślał, co miało się wydarzyć.

ROZDZIAŁ 21

O dziewiątej  rano  spotkałem  się  z  neurologiem,  Thomasem  Petito.  Wyjaśnił  mi

cierpliwie,  jakie  badania  przejdzie  Jannie.  Chciał  najpierw  wyeliminować  niektóre  z
możliwych przyczyn ataków. Powiedział, że martwienie się nic nie pomoże, że Jannie jest w

background image

dobrych rękach, jego rękach, i że najlepiej zrobię, jeśli przestanę się niepotrzebnie zadręczać,
pojadę do pracy i zniknę mu z oczu.

Tego  popołudnia  po  lunchu  z  Jannie  pojechałem  drogą  I-95  South  do  Quantico.

Musiałem się zobaczyć z najlepszymi technikami i psychologami FBI, a tacy są właśnie tam.
Nie  chciałem  zostawiać  Jannie  u  Świętego  Antoniego,  ale  była  z  nią  babcia,  a  badania
wyznaczono dopiero na następny ranek.

Kyle  Craig  zadzwonił  do  mnie,  gdy  byłem  jeszcze  w  szpitalu,  i  zapytał  o  Jannie.

Naprawdę  się  przejął.  Potem  powiedział,  że  ma  na  karku  departament  sprawiedliwości,
bankierów i media. FBI przeczesywało większą część Wschodniego Wybrzeża, ale na razie
bez  rezultatu.  Sprowadził  nawet  samolotem  jednego  z  agentów,  którzy  w połowie  lat
osiemdziesiątych wytropili mistrza napadów na banki, Josepha Dougherty’ego.

Kyle oznajmił mi, że śledztwem kieruje starsza agentka Cavalierre. Nie zdziwiło mnie

to  szczególnie.  Zrobiła  na  mnie  wrażenie  jednego  z  najbardziej  bystrych  i  energicznych
agentów Biura, jakich znałem.

Agent  z  zespołu,  który  schwytał  Dougherty’ego,  nazywał  się  Sam  Withers.  Kyle,

Cavalierre i ja spotkaliśmy się z nim w sali konferencyjnej Kyle’a w Quantico. Withers miał
teraz dobrze po sześćdziesiątce, był już na emeryturze i powiedział nam, że dużo gra w golfa
w okolicach Scottsdale. Przyznał, że od kilku lat mało się interesuje skokami na banki, ale
ostatnie krwawe napady przyciągnęły jego uwagę.

Betsey Cavalierre przeszła od razu do rzeczy.
- Sam, czytałeś w naszych biuletynach o Citibanku i First Union?
- Jasna sprawa. Nawet kilka razy. W drodze tutaj.
Withers przesunął dłonią po krótkim jeżyku na  głowie. Był muskularnym facetem i

ważył  na  oko  co  najmniej  sto  dziesięć  kilo.  Przypominał  mi  takich  emerytowanych
baseballistów, jak Ted Klusewski czy Ralph Kiner.

- I co o tym myślisz? - zapytała Betsey byłego agenta. - Widzisz jakiś związek między

dawnymi skokami i obecnym bajzlem?

- Żadnego. Dougherty i Connor nie mieli gwałtownych charakterów. Byli w zasadzie

drobnymi,  małomiasteczkowymi  przestępcami.  „Stara  szkoła”,  jak  to  mówią.  Nawet
zakładnicy  nazywali  ich  „sympatycznymi”  i  „grzecznymi”.  Connor  zawsze  dokładnie
tłumaczył,  że  nie  zamierza  okraść  ich  domów  ani  zrobić  im  krzywdy.  On  i  Dougherty
nienawidzili  banków  i  towarzystw  ubezpieczeniowych.  O  to  samo  może  chodzić  typom,
których szukacie.

Withers  mówił  dalej,  snuł  wspomnienia  i  domysły,  wymawiając  słowa  w

background image

charakterystyczny  dla  Środkowego  Zachodu  miękki,  senny  sposób.  Siedziałem  z  tyłu,
słuchałem go i myślałem o tym, co powiedział przed chwilą. Istotnie, może ktoś inny także
nienawidził banków i towarzystw ubezpieczeniowych. Albo raczej bankierów i ich rodzin. Te
napady mogły być sprawką kogoś, kto żywił głęboką urazę do nich. To miało pewien sens.
Domniemanie tak samo prawdopodobne, jak wszystkie inne, które braliśmy dotąd pod uwagę.

Po wyjściu Sama Withersa porównaliśmy podobne sprawy z obecną. Zainteresowała

mnie szczególnie jedna, duży skok pod Filadelfią w styczniu. Dwaj bandyci porwali męża i
synka dyrektorki banku. Zagrozili, że mają bombę i wysadzą zakładników w powietrze, jeśli
nie otworzy skarbca.

- Rozmawiali ze sobą przez walkie-talkie i też mieli skaner policyjny. Coś takiego jak

w First Union - zakomunikowała Betsey wpatrzona w swe obszerne notatki. - To mogą być ci
sami.

- Użyli wtedy przemocy? - zapytałem.
Pokręciła głową, odrzucając na bok grzywę ciemnych, lśniących włosów.
- Nie.
Mimo  zaangażowania  całego  FBI  i  setek  lokalnych  komend  policji  staliśmy  w

miejscu. Coś było nie tak. Wciąż nie potrafiliśmy myśleć jak zabójcy.

ROZDZIAŁ 22

Wróciłem do Świętego Antoniego około czwartej trzydzieści po południu. Ku mojemu

zaskoczeniu,  w  sali  Jannie  zastałem  tylko  babcię  i  Damona.  Siedzieli  i  czytali.  Babcia
powiedziała, że na polecenie doktora Petito Jannie zabrali na badania.

Przywieźli ją z powrotem za piętnaście piąta. Wyglądała na zmęczoną. Była za mała

na tak ciężkie przeżycia. Ona i Damon nigdy nie chorowali, nawet jako niemowlęta, więc tym
większy szok musiała teraz przeżyć.

Kiedy wjechała na wózku do sali, Damon nagle zaniemówił. Ja też.
Jannie popatrzyła na nas.
- Przytul nas jak niedźwiedź, tato - poprosiła. - Jak wtedy, kiedy byliśmy mali.
Przypomniałem sobie, co czułem, trzymając oboje w ramionach w tamtych czasach.

Zrobiłem, o co prosiła.

Gdy  babcia  wróciła ze  spaceru  po  korytarzu,  wciąż  jeszcze  tuliłem  ich  do  siebie.

Przyprowadziła kogoś.

Do  sali  weszła  Christine.  Była  w  srebrzystej  bluzce,  granatowej  spódnicy  i  takich

background image

samych  pantoflach.  Musiała  przyjechać  do  szpitala  prosto  ze  szkoły.  Zachowywała  pewien
dystans wobec mnie, ale przynajmniej odwiedziła Jannie.

-  Rodzina  w  komplecie -  powiedziała.  Przez  cały  czas  unikała  mojego  wzroku. -

Szkoda, że nie wzięłam aparatu.

- My zawsze jesteśmy razem - odparła Jannie.
Trochę  rozmawialiśmy,  ale  głównie  słuchaliśmy  opowieści  Jannie  o  ciężkim  dniu.

Wydała  mi  się  nagle  zupełnie  bezbronna.  O  piątej  dostała  obiad.  Zamiast  się  skarżyć  na
kiepskie  jedzenie  szpitalne,  porównywała  je  ze  swoimi  ulubionymi  potrawami  babcinej
roboty i uznała, że jest lepsze.

Wszyscy się śmiali oprócz babci, która udawała obrażoną. Spojrzała na Jannie złym

wzrokiem.

- Po twoim powrocie do domu możemy zamawiać jedzenie w szpitalu. Zaoszczędzi mi

to mnóstwa pracy i nerwów.

- Ale ty lubisz pracować - odrzekła Jannie. - I uwielbiasz się denerwować.
- Prawie tak bardzo, jak ty lubisz się ze mną drażnić - skontrowała babcia.
Kiedy Christine zbierała się już do wyjścia, pielęgniarka przyniosła z dyżurki telefon.

Powiedziała, że ktoś chce pilnie rozmawiać z detektywem Crossem. Jęknąłem i pokręciłem
głową. Wszyscy na mnie patrzyli, kiedy brałem słuchawkę.

- Okay, tato - uspokoiła mnie Jannie.
Dzwonił Kyle Craig. Miał złe wiadomości.
-  Jestem  w  drodze  do  filii  banku  First  Virginia  w  Rosslyn -  usłyszałem. -  Znów  to

samo, Alex.

Babcia przeszyła mnie morderczym spojrzeniem. Christine odwróciła wzrok. Czułem

się winny i było mi wstyd, a przecież nie zrobiłem nic złego.

- Muszę wyskoczyć na godzinkę - odezwałem się w końcu. - Przepraszam.

ROZDZIAŁ 23

Za  szybko  to  szło -  jeden  napad  po  drugim,  jak  przewracające  się  domino.

Kimkolwiek  był  ten,  kto  stał  za  tym  wszystkim,  zależało  mu  widocznie  bardzo  na  tym,
żebyśmy nie zdążyli pomyśleć, złapać oddechu, zorganizować się.

Ze szpitala do Rosslyn miałem tylko piętnaście minut jazdy. Nie wiedziałem, co tam

zastanę. Ślady brutalnej zbrodni, martwe ciała?

Filię  First  Virginia  dzieliła  jedna  przecznica  od  centrali  Bell  Atlantic.  Znów  wolno

background image

stojący  budynek.  Czy  to  miało  jakieś  znaczenie  dla  bandytów?  Możliwe.  Tylko  jakie?  Te
kilka tropów, na które dotychczas wpadliśmy, nigdzie nas nie doprowadziło. Przynajmniej nie
mnie.

Po drugiej stronie ulicy zauważyłem Dunkin’ Donuts i Hity Wideo. Ludzie wchodzili i

wychodzili. Przedmieście żyło normalnie, jakby nic się nie stało.

Ale stało się.
Na parkingu przed bankiem zobaczyłem cztery ciemne samochody. Domyśliłem się,

że to FBI, i zatrzymałem się obok. Radiowozów na razie nie było. Kyle zadzwonił do mnie,
ale nie ściągnął miejscowej policji. Zły znak.

Tylnego wejścia pilnował wysoki, chudy agent. Miał około trzydziestki, wyglądał na

zdenerwowanego i przestraszonego. Pokazałem mu odznakę.

- Szef jest w środku, detektywie Cross - powiedział. - Czeka na pana.
Mówił z miękkim wirginijskim akcentem, jak Kyle.
- Są ofiary? - zapytałem.
Pokręcił podłużną, krótko ostrzyżoną głową. Starał się nie pokazać po sobie, że jest

zdenerwowany, może przestraszony.

-  Dopiero  przyjechaliśmy.  Jeszcze  nie  znam  sytuacji.  Starsza  agentka  Cavalierre

kazała mi tu zaczekać. To jej dochodzenie.

- Tak, wiem.
Otworzyłem  szklane  drzwi.  Przystanąłem  na  chwilę  obok  bankomatów,  żeby  się

trochę skupić i przygotować. W holu zobaczyłem Kyle’a i Betsey Cavalierre.

Rozmawiali z siwym mężczyzną, który, sądząc po wyglądzie, mógł być dyrektorem

filii lub jego zastępcą. Nie dostrzegłem żadnych ciał. Jezu, czy to możliwe?

Kyle zauważył mnie i natychmiast podszedł bliżej. Cavalierre nie odstępowała go na

krok, jakby była do niego przyklejona.

-  To  cud,  Alex -  powiedział. -  Nikt  tu  nie  ucierpiał.  Zabrali  forsę  i  ulotnili  się.

Jedziemy do domu dyrektora. Jego żona i córka były zakładniczkami. Telefon nie odpowiada.

- Zawiadom miejscową policję, Kyle. Wyślą tam radiowozy.
- To tylko trzy minuty drogi stąd. Idziemy! - warknął.
On i agentka Cavalierre ruszyli w stronę wyjścia.

ROZDZIAŁ 24

Kyle wyraził się jasno: śledztwo w sprawie ostatnich napadów na banki prowadzi FBI.

background image

Mogłem się przyłączyć albo odejść. Na razie pojechałem z nimi. To było śledztwo Kyle’a i
Cavalierre i ich problem. To na nich naciskali.

W  samochodzie  nikt  się  nie  odzywał.  Jak  dotąd,  jeden  schemat  się  powtarzał.  Przy

każdym napadzie ktoś ginął. Jakby te skoki robił seryjny morderca.

Wreszcie zapytałem o to, co nie dawało mi spokoju, od chwili gdy odebrałem telefon

Kyle’a w szpitalu.

- Alarm z banku dotarł bezpośrednio do FBI?
Betsey Cavalierre odwróciła się do mnie z przedniego siedzenia.
- First Union, Chase, First Virginia i Citibank są chwilowo połączone z nami. Sami tak

zdecydowali,  nie  namawialiśmy  ich.  Na  wypadek  następnego  skoku  ściągnęliśmy  do
Dystryktu  Kolumbii  kilkudziesięciu  dodatkowych  agentów.  Przyjechaliśmy  do  Rosslyn  po
niecałych dziesięciu minutach. Ale zdążyli uciec.

- Daliście w końcu znać miejscowej policji? - zapytałem.
Kyle przytaknął.
- Dzwoniliśmy do nich. Nie chcemy nikomu deptać po odciskach, jeśli nie musimy.

Już jadą do banku.

Pokręciłem głową i przewróciłem oczami.
- Ale jednak nie do domu dyrektora, tak?
-  Najpierw  sami  sprawdzimy,  co  tam  się  dzieje -  odpowiedziała  za  Kyle’a  agentka

Cavalierre. - Ci zabójcy nie popełniają błędów. My też nie możemy.

Nie była wobec mnie zbyt uprzejma. Mówiła zniecierpliwionym tonem. Nie podobało

mi się to. Ale najwyraźniej nie obchodziło ją, co myślę.

- W Rosslyn jest bardzo dobra policja - upierałem się. - Współpracowałem już kiedyś

z nimi. A wy?

Czułem się w obowiązku bronić kolegów, których dobrze znałem.
Kyle westchnął.
-  Wiesz,  ile  zależy  od  pierwszej  reakcji.  W  tym  problem.  Betsey  ma  rację.  Nie

możemy popełniać błędów, bo oni ich nie popełniają.

Skręciliśmy w High Street. Dzielnica wyglądała na spokojną i zamożną. Stare i nowe

rezydencje, podwójne garaże, przystrzyżone trawniki.

Nie  mogłem  się  pozbyć  obaw,  że  znajdziemy  zwłoki.  Oni  zawsze  kogoś  zabijają,

mówiłem sobie. Jedna rodzina już zginęła.

Zaparkowaliśmy  przed  dużym  domem  w  stylu  kolonialnym,  z  wielkim,  czerwonym

numerem  315  na  żółtej  skrzynce  pocztowej.  Za  nami  zatrzymał  się  drugi  samochód  z

background image

agentami. Im nas więcej, tym gorzej się zapowiada, pomyślałem.

Kyle uniósł swoje walkie-talkie.
-  Bandyci  pewnie  już  się  wynieśli.  Ale  pamiętajcie,  że  nigdy  nic  nie  wiadomo.  Ci

faceci to zabójcy i wygląda na to, że lubią swój fach.

ROZDZIAŁ 25

Nigdy  nic  nie  wiadomo.  To  fakt.  Jakże  prawdziwe  było  to  powiedzenie  i  w  jak

przerażający sposób potwierdzało się czasami.

Czy  to,  między  innymi,  trzymało  mnie  w  tej  pracy?  Skoki  adrenaliny?  Niepewność

przy każdym  nowym  śledztwie?  Dreszcz  emocji  zwany  myśliwym?  Ciemna  strona  mojej
natury? Rzadkie zwycięstwa dobra nad złem? Częste zwycięstwa zła nad dobrem?

Wyciągnąłem  z  kabury  glocka  i  starałem  się  nie  myśleć  o  niczym,  co  mogło  mnie

rozproszyć.  Żeby  szybko reagować, trzeba mieć wolną  głowę. Kyle,  Betsey Cavalierre i ja
pobiegliśmy  do  drzwi  frontowych.  Trzymaliśmy  broń  gotową  do  strzału.  Prawdziwi
zawodowcy - czujni i spięci.

Bo nigdy nic nie wiadomo.
Z  zewnątrz  w  domu  nie  było  słychać  żadnego  dźwięku -  martwa  cisza.  Gdzieś  u

sąsiadów zaszczekał pies, rozpłakało się dziecko.

Przy  dwóch  pierwszych  napadach  były  ofiary.  Tylko  ten  schemat  się  powtarzał  na

razie.  Rytuał  zabójców?  Ostrzeżenie? Sposób  na  obrabianie  banków?  O  co  tu  chodziło,  na
Boga?

-  Wchodzę  pierwszy -  powiedziałem  do  Kyle’a.  Nie  zamierzałem  pytać  go  o

pozwolenie. - Jesteśmy w Waszyngtonie. W każdym razie blisko. To mój teren.

Nie spierał się ze mną. Agentka Cavalliere milczała. Przyjrzała mi się uważnie. Była

już kiedyś na linii ognia? - zastanawiałem się. Co teraz czuła? Czy kiedykolwiek strzelała do
kogoś?

Drzwi domu nie były zamknięte na klucz. Celowo je tak zostawili? Czy dlatego, że

wynieśli się w pośpiechu?

Szybko i cicho wsunąłem się do środka. Miałem nadzieję, że może wszystko będzie

dobrze, a jednocześnie spodziewałem się najgorszego. W holu, salonie i kuchni było ciemno i
cicho, świecił się tylko czerwony zegar cyfrowy na kuchence i szumiała lodówka.

Agentka  Cavalierre  dała  znak,  żebyśmy  się  rozdzielili.  Z  głębi  domu  nie  docierał

nawet żaden szept. To mi się nie podobało. Gdzie była rodzina?

background image

Skulony, podkradłem się do kuchni. Zajrzałem do środka. Nikogo.
Wszedłem  i  otworzyłem  drewniane  drzwi  w  tylnej  ścianie.  Spiżarnia.  Ostry  zapach

przypraw i korzeni.

Następne drzwi. Tylne schody wiodące na piętro.
Trzecie drzwi. Schody prowadzące do piwnicy.
Należało sprawdzić piwnicę. Pstryknąłem włącznikiem światła. Nie zapaliło się. Niech

to szlag!

- Policja! - zawołałem.
Żadnej odpowiedzi.
Wziąłem  głęboki  oddech.  Nie  sądziłem,  że  grozi  mi  w  tej  chwili  jakieś

niebezpieczeństwo,  bałem  się  tego,  co  mogłem  znaleźć  na  dole.  Wahałem  się  sekundę  lub
dwie, potem postawiłem nogę na skrzypiącym stopniu. Nie cierpię piwnic.

- Policja! - powtórzyłem.
Nadal cisza.
Sprawdzanie ciemnych zakamarków w budynku to nie żadna zabawa. Nawet jeśli ma

się broń i umie z niej korzystać. Zapaliłem swoją latarkę. Dobra, idziemy.

Serce waliło mi mocno, gdy zbiegałem po schodach. Pistolet trzymałem przed sobą.

Schyliłem głowę i zajrzałem do piwnicy. Jezu!

Od razu je zobaczyłem. Poczułem przypływ adrenaliny.
- Detektyw Cross. Jestem z policji.
Matka  i  córeczka.  Kobieta  była  związana  i  zakneblowana  kolorowymi  szmatkami  i

czarną taśmą. Szeroko rozwarte oczy błyszczały jak reflektory. Dziewczynka miała na ustach
tylko taśmę. Łkała spazmatycznie.

Ale żyły. Ani tutaj, ani w banku nikt nie zginął.
Dlaczego?
Zmienili schemat!
- Co tam się dzieje na dole? - Jesteś cały, Alex?
To był głos Kyle’a. Poświeciłem w górę. Craig i Cavalierre stali na szczycie schodów.
- Są tutaj - odparłem. - Żyją. Wszystko w porządku.
O co tu chodziło, do diabła?

ROZDZIAŁ 26

Supermózg... Co za dziwaczne, zupełnie absurdalne przezwisko. Prawie perwersyjne.

background image

Dlatego tak je lubił.

Obserwował teraz scenę w domu dyrektora banku. Czuł się tak, jakby wyszedł z siebie

i stał obok. Pamiętał z młodości stary telewizyjny show. Jesteś tam. Był tam.

Stwierdził, że to podniecające przyglądać się, jak technicy FBI wchodzą do domu ze

swoimi czarnymi, magicznymi walizeczkami. Wiedział wszystko o ich wydziale przestępstw
z użyciem przemocy.

Patrzył uważnie na skupione twarze kręcących się agentów.
Potem  przyjechała  masa  policjantów  z  Rosslyn.  Kilka  radiowozów  z  migającymi

światłami na dachach. Ładny widok.

W końcu zobaczył, jak z domu wychodzi detektyw Alex Cross. Był wysoki i dobrze

zbudowany.  Trochę  po  czterdziestce.  Przypominał  Muhammada  Ali  z  najlepszych  czasów.
Jego twarz nie była jednak przygaszona. Piwne oczy płonęły żywym blaskiem. Ali nigdy tak
nie wyglądał.

Cross  to  jeden  z  głównych  przeciwników.  W  walce  na  śmierć  i  życie.  W  zaciekłej

walce umysłów, a właściwie przede wszystkim walce woli.

Supermózg był pewien, że pokona detektywa. Miał przewagę i zawsze wygrywał. A

jednak coś go niepokoiło i irytowało. Cross też sprawiał wrażenie pewnego siebie. Jak śmiał?
Za kogo on się uważał?

Supermózg  obserwował  dom  jeszcze  przez  chwilę,  aż  przekonał  się,  że  jest  tu

absolutnie bezpieczny.

W skali numerycznej na 9,9999 z 10.
Przyszła mu do głowy szalona myśl. Wiedział, skąd się wzięła.
W  dzieciństwie  uwielbiał  filmy  o  Indianach  i  kowbojach.  Zawsze  był  po  stronie

Indian.  Najbardziej  lubił,  kiedy  zakradali  się  do  obozu  wroga  i  dotykali  śpiących
nieprzyjaciół.

Supermózg miał ochotę dotknąć Aleksa Crossa.

ROZDZIAŁ 27

Gdy  tylko  upewniliśmy  się,  że  w  domu  jest  bezpiecznie,  zadzwoniłem  do  szpitala,

żeby zapytać o Jannie. Przygniatało mnie to wszystko: poczucie winy, paranoja i obowiązki.
Rodzina dyrektora została uratowana. A co z moją?

Połączyli  mnie  z  dyżurką  na  piętrze  Jannie.  Telefon  odebrała  pielęgniarka

dyplomowana Julietta Newton, która czasami zaglądała do sali Jannie, kiedy przychodziłem z

background image

wizytą. Przypominała mi starą, zaprzyjaźnioną pielęgniarkę Ninę Childs, zmarłą w zeszłym
roku.

-  Tu  Alex  Cross.  Przepraszam,  że  przeszkadzam,  ale  chciałbym  rozmawiać  z  moją

babcią albo córką.

- Nie ma ich w tej chwili na piętrze - odrzekła Julietta. - Zjechały na dół. Doktor Petito

kazał zrobić Jannie rezonans magnetyczny. Akurat było wolne miejsce.

- Zaraz tam przyjadę. Jak ona się czuje?
Pielęgniarka zawahała się.
- Znów miała atak, ale teraz jej stan jest stabilny.
Wskoczyłem  do  samochodu  i  po  piętnastu  minutach  wpadłem  do  szpitala.  W

podziemiach odnalazłem diagnostykę. Było późno, prawie dziesiąta wieczorem. W rejestracji
nie  było  nikogo,  więc  poszedłem  przed  siebie  jasnoniebieskim  korytarzem.  O  tej  porze
wyglądał upiornie.

Podszedłem  do  gabinetu  tomografii  komputerowej,  byłem  całkowicie  pochłonięty

myślami o Jannie, martwiłem się o nią. Z drzwi po drugiej stronie korytarza wyszedł nagle
technik. Przestraszył mnie.

- Czego pan szuka? - zapytał. - Może pomogę?
- Jestem ojcem Jannie Cross. Ma teraz rezonans magnetyczny.
Skinął głową.
- A, tak. Zaprowadzę pana. Chyba są w połowie badania. To nasza ostatnia pacjentka

na dziś.

ROZDZIAŁ 28

W  gabinecie  czuwała  babcia.  Udawała  spokojną,  ale  poznałem  po  oczach,  że  jest

wystraszona.

Popatrzyłem na aparaturę do uzyskiwania obrazów metodą rezonansu magnetycznego.

Wyglądała bardzo nowocześnie, inaczej niż te, które dotąd widziałem. Przechodziłem takie
badania  dwa  razy,  więc  wiedziałem,  jak  się  odbywają.  Jannie  leżała  płasko  w  środku  tego
wspaniałego urządzenia z unieruchomioną głową i ten widok jakoś mnie niepokoił. Ale trzeci
atak w ciągu dwóch dni też był niepokojący.

- Słyszy nas? - zapytałem.
Babcia zakryła uszy palcami.
- Słucha muzyki. Ale możesz wziąć ją za rękę, Alex. Pozna, że to ty.

background image

Ująłem jej dłoń i uścisnąłem lekko. Oddała mi uścisk. Poznała.
- Co się działo po moim wyjściu? - spytałem.
- Mieliśmy wielkie szczęście - odrzekła babcia. - Doktor Petito robił obchód. Wszedł

do nas i rozmawiał z Jannie, i właśnie wtedy dostała ataku. Kazał ją tu przyjąć.

Musiałem usiąść. To był długi i ciężki dzień i jeszcze się nie skończył. Serce i głowa

wciąż pracowały na przyspieszonych obrotach. Reszta ciała próbowała za nimi nadążyć.

-  Tylko  nie  zacznij  obwiniać  siebie  samego -  ostrzegła  babcia. -  Jak  powiedziałam,

mieliśmy szczęście. Na miejscu był najlepszy lekarz w szpitalu.

- Nikogo nie winie - mruknąłem. Oczywiście skłamałem.
Babcia zmarszczyła brwi.
- Nawet gdybyś tu był w czasie jej ataku, zabraliby ją na rezonans magnetyczny. I nie

wyrzucaj sobie, że to z powodu boksu. Doktor Petito powiedział, że to prawie niemożliwe.
Cios był za słaby. To coś innego, Alex.

Właśnie tego się obawiałem. Czekaliśmy na koniec badania, to były długie i ciężkie

chwile. W końcu Jannie wysunęła się wolno z aparatu. Na mój widok rozpromieniła się.

- Killing me softly with his song... - zanuciła i zdjęła słuchawki. - The Fugees. Cześć,

tato. Obiecałeś, że wrócisz, i dotrzymałeś słowa.

Przytaknąłem, schyliłem się i pocałowałem ją.
- Jak się czujesz, skarbie?
-  Jakoś  się  trzymam -  odpowiedziała. -  Puścili  mi  super  muzykę.  Nie  mogę  się

doczekać, kiedy zobaczę zdjęcia mojego mózgu.

Ja też nie mogłem się doczekać. Doktor Petito również. Pomyślałem, że chyba nigdy

nie  wychodzi  ze  szpitala.  Spotkałem  się  z  nim w  jego  gabinecie.  Dochodziła  północ.  Obaj
byliśmy potwornie zmęczeni.

- Ma pan długi dzień - zauważyłem.
Wyglądało  na  to,  że  każdy  jego  dzień  jest  taki.  Neurolog  zaczynał  pracę  o  siódmej

trzydzieści  rano,  a  widywałem  go  w  szpitalu  o dziewiątej  i  dziesiątej  wieczorem,  czasem
później. Zachęcał pacjentów, żeby dzwonili do niego do domu nawet w środku nocy, jeśli coś
im dolega lub po prostu coś ich zaniepokoi.

Wzruszył ramionami i ziewnął.
-  Takie  życie.  Kilka  lat  temu  doprowadziło  mnie  to  do  rozwodu.  Teraz  jestem

samotny. Boję się wiązać. Ale lubię to.

Skinąłem głową i pomyślałem, że go rozumiem.
- Co z Jannie? - zapytałem. - Znalazł pan coś czy wszystko w porządku?

background image

Pokręcił powoli głową, a potem usłyszałem słowa, których wolałbym nie usłyszeć.
-  Niestety,  ma  nowotwór.  Prawie  na  pewno  gwiaździak  w  postaci  torbieli,  ale

potwierdzi  to  dopiero  zabieg  chirurgiczny.  Taki  guz  pojawia  się  u  pacjentów  w  bardzo
młodym  wieku.  Usadowił  się  w  móżdżku.  Jest  duży  i  zagraża  jej  życiu.  Przykro  mi,  że
musiałem przekazać panu złą wiadomość.

Spędziłem  jeszcze  jedną  godzinę  w  szpitalu  przy  Jannie.  I  tym  razem  zasnęła,

trzymając mnie za rękę.

ROZDZIAŁ 29

Następnego  ranka  odezwał  się  mój  pager.  Oddzwoniłem  do  Francji,  do  Sandy’ego

Greenberga, przyjaciela z lyońskiej centrali Interpolu. I znów zła wiadomość.

W  londyńskim  supermarkecie  brutalnie  zamordowano  pewną  kobietę.  Nazywała  się

Lucy  Rhys-Cousins.  Zginęła  na  oczach  własnych  dzieci.  Sandy  powiedział,  że  brytyjska
policja podejrzewa jej męża, Geoffrey’a Shafera, znanego mi jako Łasica.

Nie mogłem w to uwierzyć. Nie teraz. Tylko nie on.
- Ale nie wiesz na pewno, czy to Shafer? - zapytałem.
- To on, Alex, choć nie potwierdzimy tego prasie. Scotland Yard jest pewien. Dzieci

rozpoznały swojego stukniętego tatusia.

Wiele  miesięcy  temu  Geoffrey  Shafer  porwał  Christine.  Popełnił  również  kilka

przerażających  morderstw  w  południowo-wschodniej  części  Waszyngtonu.  Napadał  na
biednych i bezbronnych. Wiadomość, że żyje i znów zabija, odczułem jak szybki, nagły cios
poniżej pasa. Wolałem nie myśleć, jak zareaguje Christine.

Zadzwoniłem do niej ze szpitala, ale znów odezwała się automatyczna sekretarka.
-  Christine,  jeśli  jesteś  w  domu,  odbierz  telefon -  powiedziałem  spokojnie  do

słuchawki. - Tu Alex. Musimy porozmawiać o czymś ważnym, proszę, odbierz telefon.

Nie  odezwała  się.  Tłumaczyłem  sobie,  że  Shafer  nie  może  być  w  Waszyngtonie,  a

jednak bałem się, że jest. Lubił robić niespodzianki. Cholerna Łasica!

Zerknąłem  na  zegarek.  Była  dopiero  siódma  rano.  Wydawało  mi  się,  że  jest za

wcześnie,  żebym  mógł  zastać  Christine  w  szkole.  Mimo  to,  postanowiłem  tam  pojechać.
Miałem niedaleko.

ROZDZIAŁ 30

Po drodze modliłem się: Boże, nie pozwól, żeby znów coś jej się stało. Nie rób jej

background image

tego. Nie możesz. Nie powinieneś.

Zaparkowałem przy szkole i wyskoczyłem z samochodu. Dopiero po chwili zdałem

sobie sprawę, że biegnę korytarzem w stronę narożnego gabinetu Christine. Serce mi waliło.
Miałem miękkie nogi. Zanim dopadłem drzwi, usłyszałem stuk klawiatury komputera.

Zajrzałem do środka i odetchnąłem z ulgą.
Siedziała  w  swoim  przytulnym,  zagraconym  pokoju.  Podczas  pracy  była  zawsze

bardzo  skupiona.  Nie  chciałem  jej  przestraszyć,  więc  tylko  się  przyglądałem.  Po  chwili
zapukałem delikatnie.

- To ja - powiedziałem cicho.
Przestała pisać i odwróciła się. Przez moment patrzyła ma mnie jak dawniej. Rozbroiła

mnie. Miała na sobie granatowe spodnie i żółtą jedwabną bluzkę szytą na zamówienie. Nie
widać było po niej, że przeżywa trudny okres, ale wiedziałem, że tak jest.

- Co tu robisz? - zapytała w końcu. - Już wiem, co się stało w Londynie. Oglądałam

rano CNN. Widziałam te wspaniałe sceny z supermarketu.

Pokręciła głową i przymknęła oczy.
- Wszystko w porządku? - spytałem.
-  Nie! -  prawie  warknęła. -  Wręcz  odwrotnie!  I  jeszcze  ta  wiadomość.  Nie  śpię  po

nocach. Mam ciągle koszmary. W dzień nie mogę się skoncentrować. Wyobrażam sobie, że z
małym Aleksem dzieją się okropne rzeczy. Z Jannie, Damonem, babcią i z tobą też. Nie mogę
przestać o tym myśleć!

Jej słowa rozdzierały mi serce. Nie potrafiłem jej pomóc i to było straszne uczucie.
- Wątpię, żeby tu wrócił - powiedziałem.
Jej oczy rozbłysły gniewem.
- Ale pewien nie jesteś.
- Shafer nie interesuje się nami. Nie liczymy się w jego świecie fantazji. Ważna była

żona. Jestem zaskoczony, że nie zamordował również dzieci.

- A widzisz, jesteś zaskoczony! Nikt nie wie, co strzeli do głowy takiemu szaleńcowi.

Teraz  zajmujesz  się  następnymi.  Zdeprawowanymi  ludźmi,  którzy  mordują  bez  powodu
niewinnych zakładników. Bo nikt im w tym nie przeszkadza.

Chciałem wejść do gabinetu, ale Christine podniosła rękę.
- Nie podchodź. Trzymaj się ode mnie z daleka.
Wstała, minęła mnie i ruszyła w stronę łazienki dla nauczycieli. Zniknęła za drzwiami,

nie obejrzawszy się nawet ani razu.

Wiedziałem, że nie wyjdzie, dopóki nie nabierze pewności, że sobie poszedłem.

background image

Idąc do samochodu, pomyślałem, że nie zapytała o Jannie.

ROZDZIAŁ 31

Zanim  pojechałem  do  pracy,  znów  wpadłem  do  szpitala.  Jannie  już  nie  spała  i

zjedliśmy  razem  śniadanie.  Oświadczyła,  że  jestem  najlepszym  tatą  na  świecie,  a  ja
odrzekłem, że ona jest najlepszą córką. Potem powiedziałem jej o nowotworze i czekającej ją
operacji. Płakała w moich ramionach.

Przyszła  babcia.  Jannie  zabrali  na  dalsze  badania.  Nie  miałem  co  robić  w  szpitalu

przez  kilka  następnych  godzin.  Pojechałem  na  kolejne  spotkanie  z  FBI.  Zawsze  ta  praca.
Christine mówiła, że wiecznie ścigam szaleńców. I nie było widać końca.

Odprawa  odbywała  się  w  terenowym  biurze  FBI  na  Czwartej  ulicy  w  Northwest.

Agentka  specjalna  kierująca  dochodzeniem,  Betsey Cavalierre,  zjawiła  się  punkt  jedenasta.
Wyglądało na to, że wezwała połowę Biura i był to imponujący, w jakiś sposób uspokajający
widok.

Pamiętałem, że podczas napadów bandyci żądali precyzji. Może dlatego Kyle Craig

powierzył śledztwo agentce Cavalierre. Mówił mi, że jest dokładna i wymagająca, należy do
grona najlepszych zawodowców, jakich widział przez lata pracy w Biurze. Wróciłem myślą
do  skoków  na  banki  i  zabójstw.  Dlaczego  bandytom  zależy  na  rozgłosie,  nawet  na  złej
sławie? Może zamierzali w ten sposób ostrzec personel innych banków, żeby w przyszłości
nikt  nie  stawiał  oporu? A  może  chodziło  o  morderstwa  z  zemsty?  To  miało  sens,  któryś  z
zabójców - kto wie, czy nie paru - mógł kiedyś pracować w banku. Warto było pójść tym
tropem.

Rozejrzałem  się  po  zatłoczonej  sali  sztabu  kryzysowego.  Na  ściankach  działowych

wisiały biuletyny i zdjęcia podejrzanych i świadków. Niestety, żaden podejrzany nie pasował
do tej sprawy. Przeczytałem pseudonimy: Grubas, Kochanka, Wąsik.

Dlaczego nie mamy ani jednego dobrego podejrzanego? Jaki stąd wniosek? Czego nie

dostrzegamy?

- Witam wszystkich. Chcę z góry podziękować za to, że poświęcicie weekend na pracę

- oznajmiła agentka Cavalierre z właściwą dozą ironii i humoru. Miała na sobie spodnie khaki
i jasnoczerwony T-shirt. We włosy wpięła maleńką, purpurową spinkę. Wydawała się pewna
siebie i zadziwiająco odprężona.

-  A  kto  nie  przyjdzie  w  sobotę... -  dodał  z  końca  sali  wąsaty  agent -  może  sobie

darować przychodzenie w niedzielę.

background image

-  Ciekawe,  że  cwaniaczki  zawsze  siadają  z  tyłu -  skomentowała  z  uśmiechem

Cavalliere.

Uniosła grubą, niebieską teczkę.
- Wszyscy macie te  akta. To stare sprawy, które mogą w jakiś sposób  wiązać się z

obecną. Napady Josepha Dougherty’ego na Środkowym Zachodzie w latach osiemdziesiątych
przypominają  ją  pod  pewnymi  względami.  Jest  też  kartoteka  Davida  Grandstaffa,  który
opracował  i  wykonał  największy,  pojedynczy  skok  na  bank  w  dziejach  Ameryki.
Przypominam, że został schwytany przez Biuro. Jednakże, starając się bardzo gorliwie dostać
go w swoje ręce, użyliśmy wtedy dość dyskusyjnych metod. Po sześciotygodniowym procesie
ława przysięgłych obradowała tylko dziesięć minut i Grandstaffa uniewinniono. Do dziś nie
odzyskano trzech milionów dolarów zrabowanych z Tucson First National Bank.

Ktoś z przodu sali podniósł rękę.
- Gdzie jest teraz Grandstaff?
-  Och,  zszedł  do  podziemia -  odrzekła  Cavalierre. -  Na  głębokość  około  dwóch

metrów. Dlatego ostatnie napady to nie jego robota, agencie Doud. Ale może posłużył komuś
za wzór. Tak samo Joseph Dougherty. Ktoś mógł ich naśladować.

Minęło mniej więcej pół godziny zanim mnie przedstawiła.
-  Niektórzy  z  was  znają  już  Aleksa  Crossa  z  policji  waszyngtońskiej.  Pracuje  w

wydziale zabójstw. Ma tytuł doktora psychologii i jest psychologiem sądowym. Dodam, że
również bliskim przyjacielem Kyle’a Craiga. Więc cokolwiek myślicie o stołecznej policji i
naszym szefie, lepiej zachowajcie to dla siebie.

Spojrzała na mnie przez salę.
- To doktor Cross znalazł ciała Errola i Brianne Parker. I to był dotąd jedyny przełom

w śledztwie. Zauważcie, jak mu się podlizuję.

Wstałem i rozejrzałem się wokoło.
- Niestety Parkerowie też zeszli do podziemia - powiedziałem. Rozległy się śmiechy. -

Brianne i Errol byli drobnymi przestępcami, ale siedzieli za napady na banki. Sprawdzamy
wszystkich,  których  poznali  w  więzieniu  Lorton.  Na  razie  bez  skutku.  Podobnie  jak  inne
nasze działania.

- Parkerowie umieli kraść, ale nie byli tak zorganizowani, jak ten, kto ich zatrudnił, a

potem  zabił.  Nawiasem  mówiąc,  otruto  ich.  Podejrzewam,  że  zabójca  przyglądał  się,  jak
umierają,  a  ich  śmierć  musiała  być  makabryczna.  Możliwe,  że  odbył  stosunek  seksualny  z
martwą  Brianne.  To  tylko  domysły,  ale  sądzę,  że  w  tym  wszystkim  chodzi  nie  tylko  o
rabowanie banków.

background image

ROZDZIAŁ 32

Supermózg  nie  mógł  spać.  Zbyt  wiele  nieprzyjemnych  myśli  kłębiło  się  w  jego

zmęczonej głowie. Dręczono go okrutnie, doprowadzono do tego nieznośnego stanu! Musiał
się zemścić. Podporządkował temu celowi swoje życie, poświęcał mu każdą niemal chwilę od
czterech lat.

Wreszcie  wstał  z  łóżka  i  usiadł  ciężko za  biurkiem.  Czekał,  aż  przejdą  mu  fale

nudności, aż te cholerne ręce przestaną drżeć! Oto moje nędzne życie, pomyślał. Nie cierpię
go. Nie cierpię każdego swojego oddechu.

Zaczął pisać list, który ułożył w czasie bezsennych godzin.

DO PREZESA CITIBANKU
Czas się ocknąć, ja nie żartuję. Bank poniesie straszliwe konsekwencje. Myślicie, że

nic wam nie grozi ze strony szarych ludzi. Mylicie się. Cały się trzęsę z oburzenia, kiedy to
piszę.

Mój  „osobisty  bankier”  śpi  w  pracy.  Ta  kobieta  jest  tak  bezosobowa  jak  ścianki

działowe  w  klitce,  którą  nazywa  biurem.  Zawsze  myślałem,  że  bankowcy  są  inteligentni  i
mają  wszystko  zapięte  na  ostatni  guzik.  Więc  jak  to  możliwe,  że  kilka  razy  znalazłem  w
moim rachunku irytujące, skandaliczne pomyłki?

Zleciłem dokonanie prostego przelewu pieniędzy z konta na konto. Nie zrobiono tego

w ustalonym terminie.

Niedawno się przeprowadziłem. Zawiadomiłem o tym wasz bank. Przez trzy miesiące

nie dostawałem wyciągów z rachunku. Okazało się, że nie zmieniono mojego adresu i trafiały
do kogoś innego!

Po  tych  wszystkich  zniewagach,  po  tych  wszystkich  pomyłkach  mieliście  jeszcze

czelność  odmówić  mi  pożyczki.  Panna  Princeton  Priss  rozmawiała  ze  mną  w  sposób
nieszczery, wyraźnie protekcjonalnym tonem. To absolutnie niedopuszczalne.

Oceniam jakość usług w dziesięciostopniowej skali. Oczekuję poziomu 9,9999 z 10.

Bardzo daleko wam do tego.

Szarzy ludzie jeszcze będą mieli swój dzień.

Przeczytał list. Całkiem nieźle, jak na drugą w nocy. Nawet zupełnie dobrze.
Wydrukuje  go,  podpisze  i  schowa  do  swoich  akt.  Jak  wszystkie.  Byłoby  zbyt

niebezpiecznie wysyłać takie rzeczy pocztą.

background image

Chryste,  jak  on  nienawidzi  banków!  Towarzystw  ubezpieczeniowych  i  funduszów

inwestycyjnych! Tych cholernych firm internetowych i pieprzonego rządu! Muszą pójść na
dno! I tak będzie. W końcu nadejdzie dzień szarych ludzi.

ROZDZIAŁ 33

Kiedy  rano  wychodziłem  od  Jannie,  coś  jej  obiecałem.  Przyrzekłem  uroczyście,  że

wstąpię do Big Mike Giordano’s i kupię pizzę na wynos.

Wszedłem  do  sali  szpitalnej,  żonglując  gorącym  pudełkiem.  Doktor  Petito  nie

pozwolił Jannie dużo jeść, ale powiedział, że kawałek nie zaszkodzi.

- Dostawa! - zawołałem.
-  Hurra!  Hurra! -  krzyknęła  z  łóżka. -  Uratowałeś  mnie  przed  tym  okropnym,

wstrętnym jedzeniem szpitalnym. Dzięki, tato. Jesteś super.

Wyglądała  na  zdrową  dziewczynkę,  która  nie  musi  tu  leżeć.  Żałowałem,  że  tak  nie

jest.  Miałem  już  trochę  informacji  o  jej  zabiegu.  Przygotowania  i  sama  operacja  zajmą  od
ośmiu do dziesięciu godzin. Chirurg rozetnie guz i weźmie wycinek do biopsji. Przez ten czas
stabilny stan Jannie zapewni dilantin. Zaczną jutro rano.

-  Chciałaś  z  oliwkami  i  anchois,  zgadza  się? -  zapytałem,  po  czym  otworzyłem

pudełko z pizzą.

Spojrzała na mnie złym wzrokiem. Z pewnością nauczyła się tego od swojej prababci.
-  Błąd,  panie  dostawco.  Jeśli  na  tej  pizzy  są  jakieś  paskudne  anchois,  niech  pan  ją

lepiej zabiera z powrotem.

- Tylko się z tobą drażni - uspokoiła babcia i też posłała mi niedobre spojrzenie, trochę

jednak łagodniejsze.

Jannie wzruszyła ramionami.
- Wiem. Ja też się z nim drażnię. It’s our thing, doo, doo. Do what you wanna do -

zanuciła stary kawałek pop i uśmiechnęła się.

- Ja tam lubię anchois - wtrącił się z przekory Damon. - Są prawdziwie słone.
Jannie zmarszczyła brwi i spojrzała na brata.
- Sam będziesz anchois w następnym życiu.
Śmialiśmy się jak zawsze i wcinaliśmy pizzę z podwójnym serem, popijając mlekiem.

Opowiadaliśmy  sobie,  jak  nam  minął  dzień.  W  centrum  uwagi  była  oczywiście  Jannie.
Opisywała szczegółowo swoją drugą tomografię komputerową, która trwała pół godziny.

- Będę lekarką - ogłosiła. - To już postanowione. Pewnie pójdę na uniwerek Johnsa

background image

Hopkinsa, jak tata.

Około  ósmej  babcia  i  Damon  zaczęli  się  zbierać.  Siedzieli  w  szpitalu  od  trzeciej;

przyszli, jak tylko Damon wrócił ze szkoły.

- Tata jeszcze zostaje - obwieściła Jannie. - Był w pracy i za krótko go dziś widziałam.
Wyciągnęła ręce do babci, żeby ją uściskać. Obejmowały się dłuższą chwilę. Babcia

szepnęła jej coś do ucha, a Jannie kiwnęła głową na znak, że rozumie.

Potem przywołała do łóżka Damona.
- Przytul mnie mocno i pocałuj - rozkazała.
Babcia i Damon machali jej na pożegnanie, uśmiechali się i powtarzali „cześć, trzymaj

się, do jutra”. Na policzkach Jannie lśniły łzy, ale też się uśmiechała.

- To mi się naprawdę podoba - oznajmiła. - Wiecie, to, że jestem w centrum uwagi. I

nie  martwcie  się,  zostanę  lekarką.  Właściwie  od  dziś  możecie  do  mnie  mówić  „doktor
Jannie”.

-  Dobranoc,  doktor  Jannie -  powiedziała  od  drzwi  babcia. -  Słodkich  snów.  Do

zobaczenia jutro, kochanie.

- Cześć - rzucił Damon, ruszył do wyjścia, po czym nagle odwrócił się. - Aha, „doktor

Jannie”.

Zostaliśmy  sami.  Milczeliśmy  przez  chwilę.  Podszedłem  i  objąłem  Jannie.  Scena

pożegnania źle na nas podziałała. Siedziałem na brzegu łóżka i trzymałem ją, jakby miała się
załamać. Długo trwaliśmy w tej pozie, rozmawialiśmy niewiele, tylko tuliliśmy się mocno do
siebie.

Ze zdziwieniem spostrzegłem w pewnej chwili, że znów zasnęła w moich ramionach.

Właśnie wtedy po policzkach zaczęły mi spływać łzy.

ROZDZIAŁ 34

Pozostałem w szpitalu całą noc. Byłem przygnębiony i pełen obaw. Niewiele spałem.

Trochę myślałem o napadach na banki, po prostu żeby zająć umysł czymś innym. Brutalnie
zamordowano niewinnych ludzi i bolało mnie to jak każdego.

Rozmyślałem  też  o  Christine.  Kochałem  ją  i  nic  nie  mogłem  na  to  poradzić. Ale

najwyraźniej podjęła już decyzję, co z nami będzie. Nie miałem na to wpływu. Nie chciała
żyć z detektywem z wydziału zabójstw, a ja zapewne nie potrafiłbym być nikim innym.

Obudziliśmy się z Jannie około piątej rano. Okno jej sali wychodziło na płaski dach i

mały ogród. Siedzieliśmy w milczeniu i patrzyliśmy na wschód słońca. Wyglądał tak pięknie,

background image

że zrobiło mi się jeszcze smutniej. A jeśli to nasze ostatnie wspólne chwile? Nie chciałem o
tym myśleć, ale nie mogłem przestać.

Jannie umie czasem czytać z mojej twarzy.
-  Nie  martw  się,  tato -  powiedziała. -  Zobaczę  jeszcze  wiele  pięknych  poranków.

Choć, prawdę mówiąc, trochę się boję.

- To dobrze, że zawsze mówimy sobie prawdę - odrzekłem. - Tak powinno być.
- Okay, więc bardzo się boję - przyznała cicho.
- Ja też, malutka.
Trzymaliśmy się za ręce i patrzyliśmy na wspaniałe, pomarańczowo-czerwone słońce.

Całą  siłą  woli  starałem  się  nie  załamać.  Zaczęło  mnie  ściskać  w  gardle,  więc  udałem,  że
ziewam, choć wiedziałem, że nie oszukam Jannie.

- Co będzie dziś rano? - zapytała w końcu szeptem.
- Reszta badań przedoperacyjnych. Może znów pobiorą ci krew?
- Wiesz, że ci ludzie tutaj to wampiry? Dlatego chciałam, żebyś został na noc.
- I słusznie - pochwaliłem ją. - Odparłem kilka ataków, ale wolałem cię nie budzić.

Pewnie ogolą ci łepek.

- O, nie! - krzyknęła i złapała się za głowę.
- Tylko troszkę. Z tyłu. Będziesz wyglądała odjazdowo.
Była przerażona.
-  Tak?!  To  może  ty  też  wygolisz  sobie  tył  głowy?  Oboje  będziemy  wyglądali

odjazdowo.

Wyszczerzyłem zęby.
- Jeśli chcesz, proszę bardzo.
Wszedł doktor Petito i usłyszał, jak się rozweselamy wzajemnie.
- Jesteś pierwsza na liście - powiedział z uśmiechem do Jannie.
Wypięła dumnie pierś.
- Widzisz, tato? Jestem numer jeden.
Zabrali mi Jannie pięć po siódmej.

ROZDZIAŁ 35

Miałem w pamięci scenę, jak Jannie tańczy z kotką Rosie i śpiewa Róże są czerwone.

Ciągle ją odtwarzałem w wyobraźni w tamten długi, straszny poranek u Świętego Antoniego.
Czekanie  w  szpitalu  to  jak  przedwczesne  pójście  do  piekła  albo  przynajmniej  do  czyśćca.

background image

Babcia, Damon i ja prawie nie rozmawialiśmy przez cały czas. Na krótko wpadł Sampson,
przyszły też ciotki Jannie. Oni również byli przybici. To wszystko było straszne. Najgorsze
godziny w moim życiu.

Sampson  zabrał  babcię  i  Damona  do  stołówki  na  śniadanie.  Ja  nie  ruszałem  się  z

miejsca.  Nie  miałem  żadnych  wiadomości  o  Jannie.  Wszystko  wokół  wydawało  mi  się
nierzeczywiste.  Przed  oczami  stanęły  mi  znowu  obrazy  związane  ze  śmiercią  Marii.  Kiedy
moja żona została ranna w bezsensownej strzelaninie ulicznej, przywieźli ją właśnie do tego
szpitala.

Kilka minut po piątej do poczekalni wszedł doktor Petito. Zobaczyłem go, zanim nas

zauważył.  Zrobiło  mi  się  słabo.  Poczułem,  jak  wali  mi  serce.  Nie  mogłem  z  jego  twarzy
wyczytać niczego poza tym, że jest zmęczony. W końcu nas dostrzegł, skinął ręką i podszedł.

Uśmiechnął się. Odetchnąłem z ulgą.
-  W  porządku.  Udało  się -  powiedział.  Uścisnął  ręce  kolejno:  mnie,  potem  babci,

potem Damonowi. - Możemy sobie pogratulować.

- Dziękuję - szepnąłem. - Za wszystko, co pan zrobił.
Piętnaście minut później pozwolono nam wejść do sali pooperacyjnej. Poczułem się

nagle swobodnie i wspaniale.

Jannie leżała sama. Podeszliśmy cicho, niemal na plecach do łóżka. Na głowie miała

turban z gazy. Była podłączona do monitorów i kroplówki.

Wziąłem ją za rękę. Babcia za drugą. Nasza mała dziewczynka uratowana. Udało się.
-  Czuję  się,  jakbym  za  życia  poszła  do  nieba -  powiedziała  do  mnie  babcia  i

uśmiechnęła się. - A ty?

Po  około  dwudziestu  pięciu  minutach  Jannie  zaczęła  się  budzić.  Wezwano doktora

Petito. Kazał jej wziąć kilka głębokich oddechów i zakaszleć.

- Boli cię głowa? - zapytał.
- Chyba tak - odrzekła Jannie.
Nagle  spojrzała  na  mnie  i  babcię.  Najpierw  zmrużyła,  potem  wytrzeszczyła  oczy.

Najwyraźniej jeszcze całkiem nie oprzytomniała.

- Cześć tato, cześć babciu - powiedziała w końcu. - Wiedziałam, że też będziecie w

niebie.

Odwróciłem się, żeby zobaczyła, co zrobiłem. Wygoliłem sobie kawałek z tyłu głowy.

Wyglądałem jak ona.

background image

ROZDZIAŁ 36

Dwa dni później wróciłem do sprawy napadów na banki i zabójstw. Odpychała mnie,

a  jednocześnie  przyciągała.  Śledztwo  prowadzono  beze  mnie.  Ale  nikogo  nie  złapano.
Przypomniało mi się jedno z powiedzeń babci: „Jeśli zataczasz kręgi, być może ścinasz rogi”.
Może tu krył się dotychczas nasz problem w tym dochodzeniu.

Spotkałem  się  z  Betsey  Cavalierre  w  biurze  FBI  na  Czwartej  ulicy.  Pogroziła  mi

palcem,  ale  uśmiechnęła  się  przyjaźnie.  Dobrze  wyglądała  w  brązowej  kurtce  sportowej,
niebieskim T-shircie i dżinsach.

-  Dlaczego  mi  nie  powiedziałeś,  że  twoja  córeczka  ma  operację?  Wszystko  w

porządku, Alex? Chyba niewiele spałeś?

-  Lekarz  twierdzi,  że  w porządku.  To  twarda  dziewczyna.  Dziś  rano  zapytała  mnie,

kiedy  znów  zaczynamy  lekcje  boksu.  Przepraszam,  że  nic  ci  nie  powiedziałem.  Nie  byłem
sobą.

Machnęła ręką.
- Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. Widać po twojej twarzy, że jesteś

odprężony.

Uśmiechnąłem się.
- Jestem. Przemyślałem wiele rzeczy. Bierzmy się do roboty.
Mrugnęła do mnie.
- Siedzę tu od szóstej rano.
- Chyba na pokaz - odparłem.
Usiadłem za moim tutejszym biurkiem i zacząłem przeglądać stertę papierów, która

się tam już uzbierała. Agentka Cavalierre siedziała naprzeciwko. Cieszyłem się z powrotu do
pracy.  Ktoś  mordował  kasjerki  bankowe,  dyrektorów,  ich  rodziny.  Chciałem  pomóc  w
schwytaniu bandytów, na ile mogłem.

Po godzinie podniosłem wzrok znad dokumentów. Cavalierre patrzyła niewidzącymi

oczyma w moją stronę, pogrążona w głębokiej zadumie.

-  Muszę  się  z  kimś  zobaczyć -  powiedziałem. -  Powinienem  wcześniej  o  tym

pomyśleć. Facet wyjechał na jakiś czas z Waszyngtonu. Był w Filadelfii, Nowym Jorku i Los
Angeles. Ale już wrócił. Obrobił sporo banków i używał przemocy.

Betsey skinęła głową.
- Brzmi zachęcająco. Chętnie się z nim spotkam.
Być  może  ją  też  gnębił  brak  solidnego  tropu.  Pojechaliśmy  jej  samochodem  do

background image

brudnego,  odrapanego  hoteliku  Doral  na  New  York  Avenue.  Właśnie  wychodziły  stamtąd
trzy chude, zmęczone życiem prostytutki w spódniczkach mini. Przed wejściem czekał alfons
w stylu  retro  w złocistym garniturze. Opierał się o żółtego, odkrytego cadillaka i dłubał  w
zębach.

-  Zabierasz  mnie  zawsze  w  niezwykle  miłe  miejsca -  powiedziała  Cayalierre,

wysiadając z samochodu.

Zauważyłem,  że  ma  na  kostce  kaburę.  Dobrze  przygotowana  do  działania -

pomyślałem.

ROZDZIAŁ 37

Tony Brophy mieszkał na czwartym piętrze.
Recepcjonista  powiedział,  że  przebywa  tu  od  tygodnia,  są  z  nim  ciągle  kłopoty  i

straszny z niego palant.

- Ta nora nie ma chyba nic wspólnego z Doralem w Miami - oznajmiła Cavalierre,

kiedy wspinaliśmy się tylnymi schodami. - Co za syf!

- Zaczekaj, aż zobaczysz Brophy’ego. Pasuje tutaj.
Podeszliśmy  do  jego  pokoju  i  wyciągnęliśmy  broń.  Brophy  był  poważnym

podejrzanym  w  naszej  sprawie.  Zgadzał  się  jego  profil  przestępcy.  Zastukałem  głośno  w
zniszczone drzwi.

- Czego? - dobiegł spoza nich gburowaty głos.
- Policja, otwierać! - zawołałem.
Usłyszałem  jakiś  ruch,  potem  ktoś  odryglował  kilka  zamków.  Drzwi  uchyliły  się

wolno  i  w  szparze  zobaczyłem  Brophy’ego.  Miał  około  dwóch  metrów  wzrostu  i  ważył
prawie sto dwadzieścia kilo, był dobrze umięśniony i ostrzyżony brzytwą na zero.

- Pieprzony, waszyngtoński gliniarz! - przywitał nas. Trzymał w zębach papierosa bez

filtra. - A ta cipka z tobą, to kto? Niezła.

- Potrafię mówić za siebie - ubiegła mnie Betsey.
Tony  Brophy  uśmiechnął  się  szeroko.  Najwyraźniej  czekał  na  odpowiedź  w  swoim

stylu.

- To mów.
- Starsza agentka Cavalierre z FBI - przedstawiła się Betsey.
- Starsza agentka! Coś jak w telewizji? Przekonajmy się. Na spokojnie czy na ostro?
Wyszczerzył  zadziwiająco  równe,  białe  zęby.  Był  bez  koszuli,  tylko  w  czarnych,

background image

wojskowych spodniach i białych klapkach. Na owłosionych ramionach i torsie miał więzienne
tatuaże.

- Głosuję na ostro - odrzekła Betsey. - Ale to tylko moje zdanie.
Brophy odwrócił się do chudej blondynki, która siedziała na zielonej sofie i oglądała

telewizję. Miała na sobie tylko bieliznę i luźną koszulę.

- Hej, Nora. Podoba ci się ta laska? Bo mnie tak.
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Nie interesowało ją nic poza Rosie O’Donnell na

ekranie.  Wyglądała  na  naćpaną.  Miała  włosy  na  żel,  a  na  szyi,  nadgarstkach  i  kostkach
wytatuowany drut kolczasty.

Brophy przeniósł wzrok na nas.
- Domyślam się, że jest do obgadania interes. A więc ta tajemnicza kobitka jest z FBI.

To mi pasuje. Znaczy się, że ma kasę na to, co mogę wiedzieć.

Betsey pokręciła głową.
- Raczej to z ciebie wycisnę.
Ciemne oczy Brophy’ego znowu rozbłysły.
- Ona mi się naprawdę podoba!
Weszliśmy  za  nim  do  malutkiej  kuchni  z  koślawym,  drewnianym  stołem.  Brophy

odwrócił krzesło oparciem do przodu i usiadł.

Musieliśmy się dogadać w sprawach finansowych, zanim zacznie mówić. W jednym

na pewno się nie mylił - Betsey miała o wiele większy budżet niż ja.

- Ale to muszą być naprawdę dobre informacje - uprzedziła.
Skinął głową z pewną siebie miną.
- Najlepsze, jakie możesz kupić, kochanie. Pierwszy gatunek. Bo widzisz, spotkałem

się osobiście z facetem,  który stoi za ostatnimi skokami w Marylandzie i Wirginii. Chcesz
wiedzieć, jaki on jest? To zimny skurwysyn. I pamiętaj, kto ci to powiedział.

Brophy popatrzył twardo na Betsey i na mnie. Zaciekawił nas.
-  Kazał  się  nazywać  Supermózgiem -  przeciągał  słowa  w  sposób  charakterystyczny

dla  Florydy. -  Mówił  poważnie.  Supermózg.  Wyobrażacie  sobie?  Spotkaliśmy  się  w
Sheratonie przy lotnisku. Skontaktował się ze mną przez mojego znajomego z Nowego Jorku.
Ten cały Supermózg wiedział o mnie różne rzeczy. Wyliczył mi moje mocne i słabe strony.
Rozebrał mnie na czynniki pierwsze. Wiedział nawet o uroczej Norze i jej brzydkim nałogu.

- Myślisz, że to glina? Stąd miał tyle informacji o tobie? - zapytała Betsey.
Brophy wyszczerzył zęby.
-  Nie.  Za  sprytny.  Ale  może  znać  jakichś  gliniarzy,  skoro  wszystko  wie.  Dlatego

background image

zostałem i wysłuchałem gościa do końca. Poza tym wspomniał o sześciocyfrowej sumie dla
mnie. To mnie najbardziej zainteresowało!

Teraz nie mieliśmy już innego wyjścia, mogliśmy go tylko słuchać. Jeśli Brophy się

rozgadał, nic nie było w stanie przerwać jego monologu.

- Jak wyglądał ten facet? - spytałem.
- Dobre pytanie. Za milion dolców. Opiszę wam tę scenkę. Kiedy wszedłem do jego

pokoju w hotelu, oślepiły mnie jasne światła. Jak na premierze filmu z Hollywood. Gówno
widziałem.

- Coś musiałeś zobaczyć - naciskałem. - Przynajmniej zarys sylwetki.
- Zarys widziałem. Miał długie włosy. Albo nosił perukę. Wielki nos i wielkie uszy.

Jak otwarte drzwi samochodu. Pogadaliśmy i powiedział, że będziemy w kontakcie. Ale nie
odezwał się więcej. Myślę, że pewnie mu nie pasowałem.

-  Dlaczego? - spytałem.  To  było  pytanie  całkiem  serio. -  Dlaczego  mu  nie  pasował

ktoś taki jak ty?

Brophy zrobił z dłoni pistolet i strzelił do mnie.
- Bo szukał zabójców, kolego. A ja nie zabijam. Jestem typem kochanka. Zgadza się,

agentko Cavalierre?

ROZDZIAŁ 38

To, co Brophy nam opowiedział, było niepokojące i nie mogło się dostać do prasy.

Ktoś, kto nazywał siebie Supermózgiem, przesłuchiwał i angażował zawodowych zabójców.
Tylko zabójców. Co planował? Następne napady  na banki z braniem zakładników? Co mu
chodziło po głowie, do cholery?

Po pracy pojechałem do szpitala. Jannie czuła się dobrze, ale mimo to zostałem z nią

na noc. Mój drugi dom. Zaczęła mnie nazywać „współlokatorem”.

Następnego  dnia  zabrałem  się  do  studiowania  akt  byłych,  niezadowolonych

pracowników  Citibanku,  First  Virginia  i  First  Union  oraz  ludzi,  którzy  grozili  bankom.
Nastroje w sztabie kryzysowym FBI były kiepskie. Staliśmy w miejscu. Wciąż nie mieliśmy
żadnego dobrego podejrzanego.

Groźbami  i  głupimi  dowcipami  pod  adresem  banków  zajmują  się  zwykle  wydziały

dochodzeniowe w ich centralach. Listy z pogróżkami piszą najczęściej ci, którym odmówiono
pożyczki  lub  zabrano  niespłacony  dom.  Zarówno  kobiety,  jak  i  mężczyźni.  Z  portretów
psychologicznych  interesujących  mnie  osób  wynikało,  że  większość  miała  problemy

background image

zawodowe,  finansowe  albo  rodzinne.  Czasami  grożono  bankom  z  powodu  ich  polityki
personalnej  lub powiązań  z  takimi  krajami  jak  Afryka  Południowa,  Irak  czy  Irlandia
Północna. W dużych bankach prześwietlano listy rentgenem w pokoju pocztowym i zdarzały
się często fałszywe alarmy. Włączały je niekiedy gwiazdkowe pocztówki dźwiękowe.

Było to zajęcie wyczerpujące, ale konieczne. Wchodziło w zakres naszej pracy. Około

pierwszej zerknąłem na Betsey Cavalierre. Siedziała jak wszyscy przy prostym, metalowym
biurku. Sterty papierów prawie ją zasłaniały.

-  Muszę  wyskoczyć  na  trochę -  powiedziałem. -  Chcę  sprawdzić  jednego  faceta.

Groził Citibankowi. Mieszka niedaleko stąd.

Odłożyła długopis.
- Idę z tobą. O ile nie masz nic przeciwko temu. Kyle mówił mi, że ufa twojej intuicji.
- I zobacz, dokąd zaszedł - odrzekłem z uśmiechem.
- Właśnie - powiedziała i mrugnęła do mnie. - Chodźmy.
Akta Josepha Petrillo przeczytałem dwa razy. Wyróżniał się w tym gronie. Od dwóch

lat,  co  tydzień  wysyłał  prezesowi  nowojorskiego  Citibanku  wściekły,  ziejący  wręcz
nienawiścią list z pogróżkami. Od stycznia 1990 roku pracował w ochronie banku. Zwolnili
go dwa lata temu z powodu cięć budżetowych. Redukcja dotknęła wszystkie działy, nie tylko
ochronę. Petrillo nie przyjął jednak do wiadomości żadnych wyjaśnień.

W tonie jego listów było coś, co mnie mocno zaniepokoiło. Choć pisane poprawnie i

w  sposób  inteligentny,  wskazywały  na  paranoję,  może  nawet  schizofrenię.  Petrillo,  zanim
podjął pracę w banku, służył w Wietnamie w stopniu kapitana. Wiedział, co to walka. Policja
przesłuchiwała go w sprawie pogróżek, ale nie przedstawiono mu żadnych zarzutów.

- To pewnie jedno z tych twoich słynnych przeczuć - powiedziała Betsey w drodze do

domu podejrzanego przy Piątej Alei.

- Słynnych złych przeczuć - poprawiłem ją. - Detektyw, który z nim rozmawiał kilka

miesięcy temu, też miał podobne. Bank nie chciał wnieść oskarżenia.

W przeciwieństwie do swojej nowojorskiej imienniczki, waszyngtońska Piąta Aleja to

biedny rejon na skraju Capitol Hill. Kiedyś mieszkali tu głównie amerykańscy Włosi, teraz
żyje  mieszanka  różnych  ras  i  narodowości.  Wzdłuż  krawężników  stały  rzędy  starych,
pordzewiałych samochodów. Wyróżniało się wyraźnie bmw sedan ze wszystkimi możliwymi
bajerami. Pewnie handlarza narkotyków.

- Nic się nie zmieniło - powiedziała Betsey.
Skręciłem w ulicę, gdzie mieszkał Petrillo.
- Znasz tę okolicę? - spytałem.

background image

Przytaknęła i zmrużyła oczy.
-  Ileś  tam  lat  temu,  nie  zamierzam  teraz  mówić  ile,  urodziłam  się  dokładnie  cztery

przecznice stąd.

Zerknąłem na nią. Patrzyła przed siebie z ponurą miną. Zdradziła mi kawałek swojej

przeszłości: dorastała w złej dzielnicy Waszyngtonu. Nie wyglądała na to.

- Możemy zawrócić - powiedziałem. - Załatwię to później. Pewnie to żaden trop, ale

Petrillo mieszka tak blisko naszego sztabu, że...

Pokręciła głową i wzruszyła ramionami.
- Przeczytałeś dziś masę akt. Ten właśnie facet wpadł ci w oko. Trzeba spróbować.

Nie przeszkadza mi, że tu jestem.

Zatrzymaliśmy się przed narożnym sklepem, gdzie pewnie od dziesiątków lat zbierały

się miejscowe dzieciaki. Obecna grupa wyglądała trochę retro w luźnych dżinsach, ciemnych
T-shirtach i z przylizanymi do tyłu włosami. Wszyscy byli biali.

Przeszliśmy  na  drugą  stronę  ulicy  i  ruszyliśmy  chodnikiem  wzdłuż  Piątej  Alei.  Po

chwili wskazałem niewielki żółty budynek.

- To dom Petrilla - powiedziałem.
-  Więc  pogadajmy  z  facetem -  odparła  Betsey. -  Sprawdźmy,  czy  ostatnio  obrobił

jakieś banki.

Poszliśmy  w  górę  po  dziurawych,  betonowych  schodach  do  szarych,  metalowych

drzwi. Zapukałem we framugę.

- Policja! - krzyknąłem. - Chciałbym porozmawiać z Josephem Petrillo.
Betsey  stała  na  lewo  ode  mnie,  o  jeden  stopień  niżej.  Odwróciłem  się  do  niej.  Nie

jestem pewien, co chciałem wtedy powiedzieć, w każdym razie nie zdążyłem.

W tej samej chwili - gdzieś w środku domu, niedaleko drzwi wejściowych - rozległ się

ogłuszający huk wystrzału - zabrzmiał jak strzelba.

Betsey krzyknęła.

ROZDZIAŁ 39

Dałem  nura  z  ganku,  pociągając  Betsey  za  sobą.  Upadliśmy  na  trawę  i

wyszarpnęliśmy broń. Dyszeliśmy ciężko.

- Jezu Chryste! - wysapała.
Żadne  z  nas  nie  oberwało,  ale  wystraszyliśmy  się  jak  cholera.  Poza  tym  byłem na

siebie wściekły, że zachowałem się przy drzwiach tak nieostrożnie.

background image

- Niech to szlag! Nie spodziewałem się, że będzie do nas strzelał.
- Już nigdy nie zwątpię w twoje złe przeczucia - szepnęła. - Wezwę posiłki.
- Najpierw wezwij policję - powiedziałem. - To nasze miasto.
Przykucnęliśmy za nieprzyciętym żywopłotem i kilkoma zaniedbanymi krzakami róż.

Trzymałem  odbezpieczony  pistolet  przy  twarzy,  lufą  do  góry.  Czy  to  Supermózg?
Znaleźliśmy go?

Dzieciaki spod delikatesów przyglądały się akcji z drugiej strony ulicy. Przyciągnął je

strzał. Patrzyły na nas wytrzeszczonymi oczami, jakby oglądały na żywo serial Nowojorscy
gliniarze. Jeden z chłopaków przyłożył dłonie do ust.

- Pieprzony świr Joe! - krzyknął głośno.
- Dobrze, że „pieprzony świr Joe” przestał do nas walić - wyszeptała Betsey.
- Ale niestety nadal ma strzelbę. Amunicję pewnie też.
Przesunąłem  się  trochę,  żeby  lepiej  widzieć  drzwi  domu.  Nie  było  w  nich  żadnej

dziury.

- Petrillo! - zawołałem.
Cisza.
- Policja! - powtórzyłem.
Czekasz, żebym się pokazał, świrnięty Joe? - pomyślałem. Chcesz mieć lepszy cel?
Podkradłem  się  bliżej  ganku,  ale  trzymałem  się  poniżej  balustrady.  Dzieciaki  po

drugiej stronie ulicy zaczęły mnie przedrzeźniać.

- Panie Petrillo? Stuknięty panie Petrillo? Jak ci tam w środku, świrnięty palancie?
Po kilku minutach przyjechało wsparcie: dwa radiowozy na syrenach. Potem jeszcze

dwa.  Później  kilka  wozów  FBI.  Wszyscy  uzbrojeni  po  zęby  i  gotowi  do  wielkiej  bitwy.
Zablokowali  wyloty  ulicy,  ewakuowali  ludzi  z  domów  naprzeciwko  i  z  narożnego  sklepu.
Pojawił się helikopter stacji telewizyjnej.

Brałem udział w takich akcjach więcej razy, niż miałem ochotę pamiętać. Niedobrze.

Zaczekaliśmy  dwadzieścia  minut,  aż  przyjedzie  jednostka  specjalna  SWAT.  „Niebiescy
rycerze”.  Byli  szczelnie  opancerzeni  i wyważyli  drzwi  taranem.  Wtedy  wkroczyliśmy  do
środka.

Nie  musiałem  się  tam  pchać,  ale  wszedłem  tuż  za  pierwszymi.  Miałem  na  sobie

kevlarową kamizelkę kuloodporną. Agentka Cavalierre ruszyła za mną. Podobało mi się, że
nie została z tyłu.

Salon  wyglądał  jak  strych  w  bibliotece.  Sterty  zbutwiałych  książek  bez  okładek,

podartych  czasopism,  starych  gazet,  sięgające  prawie  do  sufitu,  zajmowały  większą  część

background image

pokoju. A wszędzie koty, mnóstwo kotów. Miauczały żałośnie i wyglądały jakby ktoś chciał
je zagłodzić na śmierć.

Joseph Petrilllo leżał na kupie starych numerów „Newsweeka”, „Life’a”, „Time’a” i

„People”. Musiał je strącić, kiedy upadał do tyłu. Miał otwarte usta, jakby się uśmiechał.

Palnął sobie w łeb ze strzelby. Leżała na podłodze przy krwawiącej głowie. Odstrzelił

sobie niemal całą prawą połowę twarzy. Krew opryskała ścianę, fotel i część książek. Jeden z
kotów lizał jego rękę.

Przyjrzałem się książkom i gazetom walającym się obok ciała. Zauważyłem broszurę

Citibanku i kilka wyciągów z konta Petrillo. Trzy lata temu miał siedem tysięcy siedemset
jedenaście dolarów, teraz tylko sześćdziesiąt jeden.

Betsey  Cavalierre  przykucnęła  przy  zwłokach.  Wyczułem,  że  bardzo  stara  się  nie

zwymiotować. Kilka kotów ocierało się o jej nogi, ale nie zwracała na to uwagi.

- On nie mógł być Supermózgiem - powiedziała.
Spojrzałem jej prosto w oczy. Dojrzałem w nich strach, ale przede wszystkim smutek.
- Nie, Betsey - odrzekłem. - Na pewno nie biedny Petrillo i jego głodujące koty.

ROZDZIAŁ 40

Pojechałem do domu, żeby wreszcie wyspać się we własnym łóżku. Jannie martwiła

się,  że  bolą  mnie  plecy  od  drzemania  na  krześle  w  jej  sali.  Ledwo  zasnąłem,  zadzwonił
telefon.

Christine.
- Alex, ktoś jest u mnie w domu. To na pewno Shafer. Przyszedł po mnie! Pomóż mi!
- Wezwij policję. Już jadę. Zabieraj małego Aleksa i uciekaj. Szybko!
Zwykle  jadę  do  Mitchellville  prawie  pół  godziny.  Tej  nocy  byłem  tam  w  niecałe

piętnaście minut. Przed domem Christine stały dwa radiowozy z błyskającymi światłami. Lało
jak diabli.

Wyskoczyłem  z  porsche  i  wbiegłem  na  ganek.  Zatrzymał  mnie  potężny  policjant  w

granatowej pelerynie.

-  Detektyw  Alex  Cross -  przedstawiłem  się. -  Wydział  zabójstw.  Jestem  bliskim

przyjacielem Christine Johnson.

Sięgnąłem po odznakę, ale machnął ręką.
- Są z nią nasi ludzie - powiedział. - Jej ani dziecku nic się nie stało.
Usłyszałem  płacz  małego  Aleksa.  Wszedłem  do  salonu.  Zapłakana  Christine  głośno

background image

rozmawiała z dwoma policjantami.

-  Mówię  wam,  że  on  tu  jest!  To  Geoffrey  Shafer,  Łasica! -  krzyknęła  i  złapała  się

obiema rękami za włosy.

Wziąłem dziecko na ręce. Uspokoiło się.
- Powiedz im o Shaferze - poprosiła błagalnie Christine. - Opowiedz, co mi zrobił ten

szaleniec!

Wyjaśniłem  policjantom,  kim  jestem  i  opowiedziałem  o  makabrycznym  porwaniu

Christine  przed  rokiem  na  Bermudach.  Starałem  się  streszczać.  Kiedy  skończyłem,  skinęli
głowami. Rozumieli.

-  Pamiętam  to  z  gazet -  powiedział  jeden. -  Problem  w  tym,  że  nie  mamy  żadnego

dowodu,  że  ktoś  tu  dzisiaj  był.  Sprawdziliśmy  wszystkie  okna  i  drzwi,  i  cały  teren  wokół
domu.

- Mogę się rozejrzeć? - zapytałem.
- Proszę bardzo. Zostaniemy z panią Johnson.
Oddałem dziecko Christine i obszedłem dom. Zaglądałem wszędzie. Nic. Wyszedłem

na dwór. Mimo, że było mokro, nie znalazłem żadnych śladów. Wątpiłem, by Shafer się tu
zakradł.

Gdy wróciłem do salonu, Christine siedziała na sofie, tuląc dziecko do siebie. Dwaj

policjanci czekali na ganku. Wyszedłem żeby pogadać z nimi.

- Mogę mówić szczerze? - zapytał jeden z nich. - Może pani Johnson miała zły sen?

To, co mówiła, przypominało jakieś koszmary, coś w tym rodzaju. Jest pewna, że ten Shafer
był  w  sypialni.  Ale  nie  zauważyliśmy  nic  podejrzanego.  Drzwi  były  zaryglowane,  alarm
włączony. Miewa takie sny?

- Czasami. Zwłaszcza ostatnio. Dzięki za pomoc. Zajmę się nią.
Radiowozy odjechały. Wszedłem do domu. Christine trochę się uspokoiła, ale miała

strasznie smutne oczy.

- Co się ze mną dzieje? - spytała. - Chcę znów normalnie żyć. Nie mogę się od niego

uwolnić!

Nie  pozwoliła  się  dotknąć.  Nawet  teraz.  Nie  chciała  słyszeć,  że  Łasica  mógł  jej  się

tylko przyśnić. Podziękowała, że przyjechałem, ale kazała mi wracać do domu.

- Nie możesz mi w niczym pomóc - powiedziała.
Pocałowałem dziecko i wyszedłem.

background image

ROZDZIAŁ 41

Podczas napadu nowy zespół używał nazwisk: Niebieski, Biały, Czerwony i Zielona.

Dokładnie  o  siódmej  rano  Niebieski  ukrył  się  wśród  gęstych  jodeł  za  domem  w
waszyngtońskiej dzielnicy Woodley Park.

Dyrektor  banku,  Martin  Casselman,  wyszedł  do  pracy  mniej  więcej  dwadzieścia  po

siódmej, tak jak każdego z trzech poprzednich dni. Zanim wsiadł do samochodu, rozejrzał się
wokoło. Możliwe, że zaniepokoiły go ostatnie napady na banki w Marylandzie i Wirginii. Ale
większość  ludzi  nigdy  tak  naprawdę  nie  wierzy,  że  im  samym  może  się  przytrafić  coś
podobnego.

Żona  Casselmana  pracowała  w  szkole  średniej  w  Dumbarton  Oaks.  Uczyła

angielskiego. Pan Niebieski nie cierpiał tego przedmiotu. Pani C. wychodziła z domu przed
ósmą. Casselmanowie mieli życie dobrze zorganizowane, można było przewidzieć, co i kiedy
będą robić, a to znacznie ułatwiało zadanie.

Niebieski przykucnął za usychającym wiązem. Czekał na telefon. Jak dotąd, wszystko

szło  zgodnie  z  planem.  Był  rozluźniony.  Mniej  więcej  osiem  minut  po  wyjściu  Martina
Casselmana odezwał się telefon komórkowy. Niebieski wcisnął guzik.

- Pan C. przyjechał na nasze spotkanie - usłyszał. - Jest na parkingu.
- Zrozumiałem - odpowiedział. - Moje spotkanie z panią C. dobrze się zapowiada.
Ledwo  się  wyłączył,  zobaczył  Victorię  Casselman.  Wyszła  z  domu  i  zaryglowała

drzwi. Była w różowym kostiumie i przypominała mu Farrah Fawcett w okresie świetności.

- Dokąd ona idzie, do cholery? - zdziwił się głośno.
Nie  przewidywał  żadnych  niespodzianek.  Supermózg  zapewniał,  że  wszystko

precyzyjnie  zaplanował.  To  ma  być  precyzja?  Niebieski  zaczął  się  pospiesznie  przedzierać
przez gąszcz. Ale wiedział, że nie zdąży.

Błąd.
Mój czy jej?
Wspólny! Ona wyszła dziś za wcześnie, ja zszedłem z posterunku!
Zaczął  biec  w  kierunku  Hawthorne  Street.  Ale  czarna  toyota  tercel  już  wyjeżdżała

tyłem na ulicę. Jeśli skręci w prawo, wszystko się popieprzy! Jeśli w lewo, jest jeszcze szansa.
Zrób to dla mnie, Farrah! W lewo, kochanie!

Niebieski próbował wymyślić, co krzyknąć, żeby ją zatrzymać. Szybciej, człowieku!

Myśl!

Pojechała w lewo! Grzeczna dziewczynka. Ale i tak nie zdąży jej złapać.

background image

Pochylił głowę i przeszedł do sprintu. Poczuł gorąco w piersi. Rozsadzało mu płuca.

Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak pędził.

- Hej! - wrzasnął na całe gardło. - Hej! Pomocy!
Victoria  Casselman  odwróciła  blond  głowę.  Zwolniła  trochę,  ale  nie  zatrzymała

samochodu. Musi ją dopaść.

- Moja żona rodzi! - krzyknął Niebieski. - Niech mi pani pomoże!
Toyota stanęła. Odetchnął z ogromną ulgą. Miał nadzieję, że nie obserwuje ich żaden

ciekawski  sąsiad.  Nieważne.  Musi  ją  dorwać  za  wszelką  cenę.  Dobiegł  do  auta.  Ledwo
dyszał.

Victoria Casselman opuściła szybę.
- Co się dzieje? Gdzie pańska żona?
Niebieski  złapał  w  końcu  oddech.  Wyciągnął  pistolet  sig-sauer  i  trzasnął  ją  lufą  w

policzek. Głowa kobiety odskoczyła na bok. Krzyknęła z bólu.

- Wracamy do domu! - wrzasnął Niebieski. Wpakował się do samochodu i przystawił

jej broń do czoła. - Gdzie się, do cholery, wybierałaś tak wcześnie? Albo lepiej się zamknij.
Nieważne. Popełniłaś błąd, Victorio. Fatalny błąd.

Niebieski miał wielką ochotę rozwalić ją na miejscu.

ROZDZIAŁ 42

Napadnięto na filię banku Chase Manhattan niedaleko waszyngtońskiego hotelu Omni

Shoreham. Betsey Cavalierre i ja niewiele rozmawialiśmy w drodze z biura FBI do banku.
Oboje baliśmy się bardzo tego, co możemy tam zastać.

Betsey zachowywała się w pełni profesjonalnie. Umieściła syrenę na dachu swojego

samochodu  i  pędziliśmy  przez  miasto.  Znów  padało.  Deszcz  walił  w  karoserię  i  przednią
szybę. Stolica płakała. Koszmar narastał. Jeszcze nigdy dotąd nie prowadziłem śledztwa w tak
okropnej i niezrozumiałej sprawie. To zupełnie nie miało sensu. Bandyci napadający na banki
działali jak seryjni zabójcy. Prasa rozpisywała się o tym i ludzie byli przerażeni. Mieli prawo.
Bankierzy wściekali się, że policja nie potrafi z tym skończyć.

Z zamyślenia wyrwały mnie syreny policyjne przed nami. Od ich wycia zjeżyły mi się

włosy na karku. Potem zobaczyłem niebiesko-biały szyld filii Chase Manhattan.

Betsey zatrzymała się na Dwudziestej Ósmej ulicy, prawie przecznicę od banku. Nie

mogliśmy podjechać bliżej. Mimo ulewy zebrała się setka gapiów, poza tym drogę blokowały
dziesiątki karetek pogotowia, radiowozów, był nawet wóz strażacki.

background image

Pobiegliśmy w strugach deszczu do skromnego, ceglanego budynku na rogu Calvert.

Wyprzedzałem Betsey o kilka kroków, ale nadążała.

Wejście na parking bankowy zagradzał policjant. Błysnąłem odznaką.
- Detektyw Cross, wydział zabójstw.
Przepuścił nas.
Zastanawiałem  się,  dlaczego  syreny  policyjne  i  alarmowe  wciąż  jeszcze  wyją.  Po

wejściu  do  banku  zrozumiałem.  Naliczyłem  pięć  ciał.  Kasjerki  i  dyrektorzy.  Trzy  kobiety,
dwóch mężczyzn. Wszystkich zastrzelono. Następna makabra, chyba najgorsza, jak dotąd.

-  Chryste,  dlaczego?! -  mruknęła  Cavalierre.  Na  moment  przytrzymała  się  mojego

ramienia, ale szybko odzyskała panowanie nad sobą.

Podbiegł  do  nas  agent  FBI.  Pamiętałem  go  z  pierwszego  spotkania  w  sztabie

kryzysowym. Nazywał się James Walsh.

- Pięć ofiar - zameldował. - Personel banku.
- Trzymają zakładników? - zapytała Betsey.
Pokręcił głową.
- Zabili żonę dyrektora. Strzał z bliskiej odległości. Nie rozumiemy z jakiego powodu.

Darowali życie ochroniarzowi. Ma dla was wiadomość od jakiegoś Supermózga.

ROZDZIAŁ 43

Ocalały  ochroniarz  nazywał  się  Arthur  Strickland.  Siedział  w  gabinecie  zabitego

dyrektora. Nie dopuszczono do niego dziennikarzy.

Był wysoki, szczupły i dobrze zbudowany. Miał około pięćdziesiątki. Wyglądało na

to,  że  jest  w  szoku.  Po  twarzy  i  wąsach  spływały  mu  wielkie  krople  potu,  jasnoniebieska
koszula od munduru dosłownie nim przesiąkła.

Betsey zaczęła z nim rozmawiać łagodnym, współczującym tonem.
- Starsza agentka Cavalierre z FBI - przedstawiła się. - Prowadzę to dochodzenie. A to

detektyw Cross z policji waszyngtońskiej. Podobno ma pan dla nas wiadomość?

Potężny mężczyzna nagle się załamał. Ukrył twarz w dłoniach i zaszlochał. Dopiero

mniej więcej po minucie wziął się w garść i był w stanie mówić.

-  Zabili  bardzo  miłych  ludzi -  powiedział. -  Moich  przyjaciół.  Miałem  ich  chronić.

Klientów oczywiście też.

- Wydarzyła się straszna tragedia, ale to nie pańska wina - odrzekła Betsey. Starała się

go uspokoić i dobrze jej szło. - Dlaczego zastrzelili ich, a pana nie?

background image

Ochroniarz pokręcił głową i wzruszył ramionami.
-  Trzymali  mnie  w  holu  z  innymi.  Było  ich  dwóch.  Kazali  nam  leżeć  twarzą  do

podłogi.  Powiedzieli,  że  muszą  wyjść  z  banku  kwadrans  po  ósmej.  Ani  sekundy  później.
Powtórzyli kilka razy, że nie może być żadnych błędów. Żadnych alarmów, żadnych ukrytych
sygnalizatorów.

- Mieli spóźnienie? - zapytałem Stricklanda.
- Nie. Właśnie o to chodzi. Mogli wyjść o czasie, ale jakby im nie zależało. Kazali mi

wstać. Myślałem, że już po mnie. Byłem w Wietnamie, ale jeszcze nigdy tak się nie bałem.

- I zostawili panu wiadomość dla nas?
-  Tak.  Jeden  zapytał,  czy  lubię  moją  pracę.  Odpowiedziałem,  że  tak.  Nazwał  mnie

głupim, tępym burakiem. Kazał powtórzyć agentce Cavalierre z FBI i detektywowi Crossowi,
że w banku popełniono błąd. Więcej błędów nie może być, powiedział to kilka razy. I że to
wiadomość  od  Supermózga.  Potem  zastrzelili  wszystkich  na  podłodze.  Z  zimną  krwią.  To
moja wina. Byłem na służbie i pozwoliłem na to.

- Nie, panie Strickland - powiedziała cicho Betsey. - To nasza wina, nie pana.

ROZDZIAŁ 44

Więcej błędów nie może być.
Supermózg  wiedział  wszystko  o  Betsey  Cavalierre  z  FBI  i  detektywie  Crossie.

Panował nad sytuacją. Nawet nad ludźmi prowadzącymi dochodzenie. Byli teraz częścią jego
planu.

W  pogodny  dzień  wyjechał  z  Waszyngtonu  na  wieś.  Na  błękitnym  niebie  zastygło

kilka  obłoków.  Symetrycznie -  na  wschodzie  i  na  zachodzie.  Kwitły  lilie,  żonkile  i
słoneczniki.

Grupa, która dokonała ostatniego napadu, mieszkała na farmie w Wirginii, na południe

od  Hayfield,  mniej  więcej  sto  trzydzieści  kilometrów  na  południowy  zachód  od  stolicy,
prawie w Wirginii Zachodniej.

Skręcił  na  niebrukowaną  polną  drogę  i  zobaczył  tył  furgonetki  pana  Niebieskiego,

wystający z wyblakłej, czerwonej stodoły. Po podwórzu łaziła para psów, kłapiąc zębami na
gzy. Nigdzie nie zauważył swoich ludzi ani ich  dziewczyn. Ale z domu dochodziła głośna
muzyka rockandrollowa. Południowy, głównie gitarowy rock. Puszczali to od rana do nocy.

Wszedł do salonu, który przebudowano tak, by przypominał strych. Zastał tu panów

Niebieskiego, Czerwonego, Białego i ich dziewczyny, łącznie z panną Zieloną. Poczuł zapach

background image

kawy. Pod ścianą stała miotła. Trochę posprzątali przed jego wizytą. Obok był oparty karabin
snajperski heckler & koch.

- Witam wszystkich - powiedział i pomachał nieśmiało ręką, po swojemu. Uśmiechnął

się, ale wiedział, że uważają go za frajera. Trudno. Panna Zielona przyglądała mu się, jakby
wiedziała, że ma na nią ochotę.

- Się masz, profesorku - odezwał się Niebieski i wyszczerzył zęby.
Pogardliwy ton zabolał Supermózga. Nie zwiódł go fałszywy uśmiech. Pan Niebieski

był  zimnym  jak  głaz  zabójcą.  Dlatego  został  wybrany  do  napadu  na  banki  First  Union  i
Chase.

Supermózg uniósł dwa pudełka i papierową torbę.
- Przywiozłem pizzę i doskonałe chianti.

ROZDZIAŁ 45

Radość zabijania, pomyślał.
Maszyna do zabijania.
Czas zabijania.
Pomysł zabijania.
Miejsce do zabijania.
Supermózg  uśmiechnął  się  lekko.  Obsesyjne  igraszki  słowne.  Ale  uśmiech  nie

pasował do jego twarzy. Był nieszczery, trochę wymuszony. Minęła czwarta po południu. Na
dworze  nadal  świeciło  jasne  słońce.  Przeszedł  się  po  polach  i  wszystko  przemyślał.  Teraz
wracał na farmę.

Wszedł frontowymi drzwiami i popatrzył na zwłoki. Sześć trupów. Ciała powyginane

jak metal w ogniu. Widział to kiedyś podczas wielkiego pożaru na wzgórzach koło Berkeley
w Kalifornii. Uwielbiał to: czyste piękno naturalnej zagłady.

Przyjrzał się zamordowanym. Byli zabójcami i odcierpieli za to. Tym razem otruł ich

marplanem.  Ciekawe,  że lek  przeciwdepresyjny  działał  najsilniej  w  serze  lub  czerwonym
winie, zwłaszcza chianti. Dziwna kombinacja chemiczna powodowała nagły wzrost ciśnienia
krwi, krwotok mózgowy i zapaść naczyniową. Voila.

Efekt  zafascynował  go.  Rozszerzone  źrenice.  Usta  wykrzywione  w  krzyku  grozy.

Opuchnięte,  sine  języki  w  kącikach  warg.  Teraz  trzeba  usunąć  zwłoki.  Muszą  zniknąć  bez
śladu, jakby ci ludzie nigdy nie istnieli.

Przy  drzwiach  leżała  drobna  blondynka  nazwiskiem  Gersh  Adamson.  Zapewne

background image

próbowała  wybiec  na  dwór.  Bardzo  dobrze.  To  ona  była  panną  Zieloną.  Mówiła,  że  ma
dwadzieścia  jeden  lat,  ale  wyglądała  na  piętnaście.  Jak  cudownie  wykrzywione  usta.
Krzyczała z przerażenia. Nie mógł oderwać oczu od jej warg.

Ocenił, że dziewczyna waży najwyżej pięćdziesiąt kilo. Ją będzie najłatwiej wynieść.
-  Cześć,  panno  Zielona.  Wiesz,  że  zawsze  mi  się  podobałaś.  Ale  jestem  trochę

nieśmiały. A raczej byłem. Teraz już nie.

Dotknął małego biustu. Zdziwił się, że czuje pod bluzką stanik. Nie była taką hipiską,

jak mu się zdawało. Rozebrał ją od pasa w górę i popatrzył na piersi.

Rozpiął  martwej  dziewczynie  dżinsy  i  włożył  palec  do  majtek.  Ciało  było  trochę

chłodne. Na pępku nosiła srebrny krążek. Dotknął go i pociągnął.

Zdjął jej ostrożnie szare szpilki na grubej podeszwie. Potem ściągnął obcisłe dżinsy.

Panna Zielona miała jasnoniebieskie paznokcie u nóg.

Supermózg zsunął jej koronkowy stanik i zaczął ugniatać małe piersi. Ścisnął je razem

i  potarł.  Potem  uszczypnął  twarde  sutki.  Chciał  to zrobić  od  chwili,  gdy  ją  poznał.  Chciał,
żeby ją trochę bolało. Może nawet bardzo.

Spojrzał w okno i na martwe ciała w pokoju.
- Chyba nikogo nie gorszę? - zapytał.
Zaciągnął  Zieloną  za  nogi  na  wypłowiały  dywan  na  środku  salonu.  Zdjął  spodnie  i

dostał  wzwodu.  Już  nigdy  więcej  tak  nie  zrobi.  Może  FBI  ma  rację:  w  końcu  mógłby  być
schematycznym zabójcą. Może sam dopiero zaczyna rozumieć, kim naprawdę jest.

Ściągnął dziewczynie majtki i wsunął członek do jej pochwy.
-  Jestem  upiorem,  panno  Zielona -  powiedział. -  Szaleńcem.  Wariatem.  I  to  jest

najlepszy kawał. Gdyby policja wiedziała... Co za wspaniałe rozwiązanie zagadki.

background image

CZĘŚĆ TRZECIA

OBIJANIE SIĘ Z WAŻNIAKAMI

background image

ROZDZIAŁ 46

Przez  trzy  dni  nie  było  żadnego  napadu  na  bank.  Spędziłem  sobotnie  popołudnie  z

synkiem. Około szóstej odwiozłem go do Christine.

Zanim  weszliśmy  do  domu,  obniosłem  małego  Aleksa  po  wspaniałym  ogrodzie  w

Mitchellville. Jej „wiejska posiadłość w mieście”, jak mawiałem. Christine hodowała różne
odmiany  róż:  hybrydy  herbaciane,  floribundy  i  grandiflory.  Przypominały  mi  ją  sprzed
porwania. Może dlatego było mi tutaj tak cholernie smutno bez niej.

Trzymałem dziecko na biodrze i mówiłem do niego. Pokazywałem wypielęgnowany

trawnik, wierzbę płaczącą, niebo, zachodzące słońce. Potem mówiłem mu o podobieństwie
naszych  twarzy:  nosów,  oczu,  ust.  Co kilka  minut  przerywałem  i  całowałem  synka  w
policzek, szyję albo czubek głowy.

- Wdychaj zapach róż - szeptałem.
W  końcu  z  domu  wybiegła  Christine.  Za  nią  jej  siostra  Natalie.  Ochrona  osobista?

Myślałem, że chcą mnie zaatakować.

- Musimy porozmawiać, Alex - powiedziała Christine. - Natalie, możesz się na chwilę

zająć dzieckiem?

Niechętnie  oddałem  synka  jej  siostrze.  Ale  wyglądało  na  to,  że  nie  mam  wyboru.

Christine  strasznie  się  zmieniła  w  ciągu  ostatnich  miesięcy.  Czasami  była  jak  obca.  Może
przez te nocne koszmary. I nie zanosiło się na to, że będzie lepiej.

- Muszę to z siebie wyrzucić - zaczęła. - Tylko mi nie przerywaj.

ROZDZIAŁ 47

Ugryzłem  się  w  język.  Tak  było  między  nami  od  miesięcy.  Zauważyłem,  że  ma

zaczerwienione oczy. Płakała.

- Zajmujesz się teraz kolejnymi morderstwami, Alex. To chyba dobrze, żyjesz tym. Na

pewno jesteś w tym bardzo dobry.

Nie wytrzymałem.
- Mogę odejść z policji i wrócić do prywatnej praktyki. Zrobię to dla ciebie.
Zmarszczyła brwi i pokręciła głową.
- Coś takiego! Jestem zaszczycona.
- Nie chcę się kłócić. Przepraszam, że ci przerwałem. Mów dalej.
-  Nie  mogę  już  wytrzymać  w  Waszyngtonie.  Ciągle  się  boję.  Jestem  jak

background image

sparaliżowana, to chyba najlepsze określenie. Nie cierpię wychodzić do szkoły. Czuję się tak,
jakby ktoś odebrał mi moje życie. Najpierw George, potem tamto na Bermudach. Boję się, że
Shafer wróci.

Musiałem się wtrącić.
- Nie wróci, Christine.
- Nie mów tak! - krzyknęła. - Nie wiesz tego! Nie możesz wiedzieć!
Powoli wypuściłem powietrze z płuc. Nie wiedziałem, co będzie dalej, ale Christine

była na skraju załamania nerwowego. Jak tamtej nocy, kiedy miała koszmarny sen, że w jej
domu jest Shafer.

-  Wyprowadzam  się  z  Waszyngtonu -  oświadczyła. -  Wyjadę  po  zakończeniu  roku

szkolnego. Nie powiem ci, dokąd. Nie szukaj mnie. Nie próbuj ze mną zabawy w detektywa.
Ani w psychiatrę.

Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Nie spodziewałem się czegoś takiego. Zatkało

mnie. Stałem i gapiłem się na Christine. Chyba jeszcze nigdy nie czułem się tak zdruzgotany i
samotny.

- A co z dzieckiem? - zapytałem w końcu ochrypłym szeptem.
W jej pięknych oczach pojawiły się nagle łzy. Zaczęła drżeć i spazmatycznie szlochać.
- Nie mogę go zabrać ze sobą. Nie w tym stanie, w jakim jestem. Mały Alex musi na

razie zostać z tobą i z babcią.

Chciałem coś powiedzieć, ale nie byłem w stanie wykrztusić nawet słowa. Christine

przez  chwilę  patrzyła  na  mnie.  Miała  strasznie  smutne,  pełne  bólu  oczy.  Odwróciła  się  i
odeszła. Zniknęła w domu.

ROZDZIAŁ 48

Byłem  wściekły  i  przybity  i  dusiłem  to  wszystko  w  sobie.  Wiedziałem,  że  nie

powinienem, a to jeszcze pogarszało sprawę. Lekarzu, lecz się sam.

W niedzielny poranek spotkałem w kościele mojego psychiatrę, Adele Finaly. Oboje

przyszliśmy  z  rodzinami  na  mszę  o  dziewiątej.  Przystanęliśmy  w  kruchcie,  żeby
porozmawiać. Adele musiała coś wyczytać z moich oczu. Jest spostrzegawcza i dobrze mnie
zna. Chodzę do niej na wizyty prawie od czterech lat.

- Zdechła twoja kotka Rosie czy co? - spytała z uśmiechem.
- Rosie ma się świetnie, Adele. Ja też. Dzięki za troskę.
-  Dobra,  dobra...  Więc  dlaczego  wyglądasz  jak  Ali  po  walce  z  Joe  Frazierem  w

background image

Manili? I nie ogoliłeś się do kościoła.

- Ładna sukienka - odparłem. - Dobrze ci w tym kolorze.
Adele zmarszczyła brwi.
- Akurat! Szary to zdecydowanie nie mój kolor, Alex. Co cię gryzie?
- Nic.
Adele zapaliła świecę wotywną.
-  Uwielbiam  magię -  szepnęła  z  figlarnym  uśmieszkiem. -  Nie  pokazujesz  się  od

jakiegoś czasu, Alex. To oznacza coś bardzo dobrego albo bardzo złego.

Ja też zapaliłem świecę. Potem się pomodliłem.
-  Dobry  Boże,  nie  przestawaj  czuwać  nad  Jannie.  Spraw,  żeby  Christine  została  w

Waszyngtonie. Wiem, że na pewno znów poddajesz mnie próbie.

Adele  skrzywiła  się,  jakby  się  oparzyła.  Odwróciła  wzrok  od  płomienia  świecy  i

spojrzała mi prosto w oczy.

- Och, Alex. Strasznie mi przykro. Nie potrzebujesz więcej prób.
- Wszystko gra - odpowiedziałem. Nie zamierzałem się teraz wywnętrzać, nawet przed

nią.

Adele pokiwała głową.
- Oj, Alex, Alex... Oboje wiemy, jak jest.
- Naprawdę wszystko w porządku.
Zirytowała się.
- Świetnie! Należy się stówa za wizytę. Możesz ją dać na tacę.
Wróciła do rodziny, która już się usadowiła w połowie rzędu ławek przy środkowym

przejściu. Obejrzała się na mnie, ale bez uśmiechu. Usiadłem obok Damona. Zapytał, kim jest
ta ładna pani.

- Zaprzyjaźnioną lekarką - wyjaśniłem.
- Twoją lekarką? Od czego? - dopytywał się cicho. - Chyba jest zła na ciebie. Zrobiłeś

coś nie tak?

- Wszystko jest w porządku - szepnąłem. - Nie mogę mieć własnych spraw?
- Nie. Poza tym, jesteśmy w kościele. Wyspowiadam cię.
-  Nie  mam  ci  nic do  wyznania.  Wszystko  gra.  Wszystko  dobrze.  Żyję  w  pokoju  ze

światem. Szczęśliwszy już nie mogę być.

Damon  spojrzał  na  mnie  z  taką  samą  irytacją  jak  Adele.  Potem  pokręcił  głową  i

odwrócił wzrok. On też mi nie wierzył. Kiedy przyszła nasza kolej, wrzuciłem do koszyka na
datki sto dolarów.

background image

ROZDZIAŁ 49

Supermózg  trzymał  się  ściśle  planu.  Zegar  w  jego  głowie  tykał  głośno.  Nigdy  nie

przestawał.

Najlepsza z grup napadających na banki - sama śmietanka - miała się z nim spotkać w

jego apartamencie w Holiday Inn, niedaleko Colonial Village w Waszyngtonie. Oczywiście
zjawili się punktualnie. Taki postawił warunek.

Brian Macdougall wszedł pierwszy. Supermózga rozbawiła jego idiotyczna pewność

siebie. Wiedział, że to przywódca. Podwładni trzymali się z tyłu: B. J. Stringer i Robert Shaw.
Wszyscy trzej wyglądają po prostu na dobrych  złodziei, pomyślał. Dwaj z tyłu nosili takie
same biało-niebieskie T-shirty ligi softballowej z Long Island.

- A gdzie panowie O’Malley i Crews? - zapytał Supermózg zza baterii reflektorów,

które chroniły go przed rozpoznaniem.

Macdougall mówił za wszystkich.
- W pracy. Dałeś nam krótki termin, wspólniku. My trzej wzięliśmy dziś rano dzień

wolny.  Wyglądałoby  podejrzanie,  gdyby  pięciu  facetów  na  raz  poszło  na  zwolnienie
lekarskie.

Supermózg  przyglądał  się  trzem  nowojorczykom  siedzącym  na  wprost  świateł.  Z

pozoru  wyglądali  na  przeciętniaków.  W  rzeczywistości  byli  najbardziej  niebezpiecznymi  z
jego  dotychczasowych  współpracowników.  Właśnie  takich  ludzi  potrzebował  do  następnej
próby.

- Więc co to ma być? - zapytał Macdougall. - Rozmowa kwalifikacyjna?
Był  w  czarnej,  jedwabnej  koszuli,  czarnych  spodniach  i  czarnych  półbutach.  Miał

zaczesane do tyłu czarne włosy i bródkę.

- Nie, nie... - odrzekł Supermózg. - Pracę macie zapewnioną. Jeśli wam odpowiada.

Znam wasz sposób działania. Wiem o was wszystko.

Macdougall wpatrzył się w blask reflektorów, jakby chciał go przeniknąć wzrokiem.
- Musimy się wzajemnie widzieć - powiedział. - Inaczej nie wchodzimy w ten interes.
Supermózg  zerwał  się  z  miejsca.  Był  zaskoczony  i  wściekły.  Nogi  od  krzesła

zazgrzytały głośno o podłogę.

- Mówiłem wam, że to niemożliwe. Spotkanie skończone.
W  pokoju  hotelowym  zapadła  cisza.  Macdougall  spojrzał  na  Stringera  i  Shawa.

Podrapał się w brodę, potem roześmiał głośno.

- Tylko cię sprawdzam, wspólniku. Obejdziemy się bez widoku twojej twarzy. O ile

background image

masz dla nas forsę.

-  Mam.  Pięćdziesiąt  tysięcy  dolarów.  Za  samo  przyjście  tutaj.  Zawsze  dotrzymuję

słowa.

- I wyjdziemy stąd z gotówką, nawet jeśli zrezygnujemy z tej roboty?
Teraz Supermózg się uśmiechnął.
-  Nie  zrezygnujecie.  Spodoba  wam  się  mój  plan.  Zwłaszcza  wasza  część  łupu.  To

piętnaście milionów dolarów.

ROZDZIAŁ 50

- Powiedział, piętnaście milionów?!
- Właśnie tyle. Tak rzeczywiście powiedział. Co my mamy obrobić, do cholery?
Vincent O’Malley i Jimmy Crews nie byli tego dnia w pracy. Siedzieli na zewnątrz w

dwóch  samochodach:  toyocie  camry  i  hondzie  acura.  Mieli  na  uszach  słuchawki  i
porozumiewali  się  przez  radio.  Zaparkowali  po  przeciwnych  stronach  waszyngtońskiego
Holiday Inn. Czekali, aż pojawi się Supermózg. Zamierzali go śledzić, żeby ustalić, kim jest.

O’Malley  i  Crews  słyszeli  rozmowę  w  hotelu,  bo  Brian  Macdougall  miał  na  sobie

nadajnik.  Piętnaście  milionów...  Co  to  za  robota,  do  cholery?!  Facet  nazywający  siebie
Supermózgiem to inna sprawa. Mówił, a raczej wygłaszał wykład w ten sposób, że skok na
taką kasę wydawał się czymś w rodzaju spacerku po parku. Sześć do ośmiu godzin pracy i
trzydzieści milionów do podziału. Największe wrażenie robiło to, że miał gotową odpowiedź
na każde pytanie Macdougalla.

- Słyszysz to pieprzenie, Jimmy? - zapytał O’Malley Crewsa. - Wierzysz w to?
-  Słyszę.  Chciałbym  teraz  widzieć  minę  Macdougalla.  Ten  palant  zna  jego  numery.

Wygląda na to, że wie wszystko o Brianie. Hej, chyba spotkanie się kończy.

O’Malley i Crews zamilkli na kilka minut.
- Wyszedł z hotelu, Jimmy - odezwał się wreszcie O’Malley. - Widzę go. Idzie pieszo

na południe Szesnastą ulicą. Chyba się nie domyśla, że ktoś go namierza. Mam go!

- Może skurwiel nie jest aż taki cwany - odparł Crews.
O’Malley roześmiał się.
- Jasna cholera... Miałem nadzieję, że jest cwany!
-  Pojadę  równolegle  Czternastą -  powiedział  Crews. -  Jak  on  wygląda?  Jak  jest

ubrany?

- Wysoki. Około dwóch metrów wzrostu.  Biały. Broda.  Być może sztuczna. Długie

background image

włosy.  Ciuchy  przeciętne:  ciemna,  sportowa  marynarka  i  spodnie,  niebieska  koszula...
Przyspiesza.  Zaczyna  biec.  Skręca  z  głównej  ulicy,  Jimmy.  W  jakieś  podwórze.  Ucieka,
skurwysyn!

Vincent O’Malley wyskoczył z samochodu i pobiegł za Supermózgiem. Trzymał się

linii klonów i dębów rosnących wzdłuż bloków mieszkalnych. Cały czas utrzymywał kontakt
radiowy z Crewsem.

- Wpadł między drzewa w parku Shepherd. Skurwiel chce się nam urwać. Wyobrażasz

sobie?

O’Malley starał się, jak mógł, ale nie nadążał za Supermózgiem. Facet szybko biegał.

Nie wyglądał na takiego, a jednak odskakiwał coraz dalej. W końcu O’Malley go zgubił.

- Kurwa, zwiał mi! Nigdzie go nie widzę, Jimmy. Niedobrze!
-  Ale  ja  go  mam -  odpowiedział  Crews. -  Też  biegnę  za  nim.  Facet  spieprza  jak

kieszonkowiec z cudzym portfelem.

- Trzymasz się go?
- Na razie. Zobaczymy, co będzie dalej. Ale dla piętnastu milionów dolców jakoś się

utrzymam.

Supermózg wypadł w końcu z parku i skręcił w boczną uliczkę z ceglanymi domami.

Crews ledwo dyszał.

-  Dzięki  Bogu,  że  co  dzień  biegam -  wysapał  do  mikrofonu. -  Facet  jest  na

Momingside  Drive...  Jasna  cholera!  Zawraca  do  tych  pieprzonych  drzew.  Przyspiesza.
Skurwiel musi trenować maraton!

Zaczęła się zabawa w kotka i myszkę. O’Malley i Crews byli w tym dobrzy, ale w

ciągu  następnych  dwudziestu  minut  dwa  razy  zgubili  swoją  ofiarę.  Oddalili  się  o  całe
kilometry  od  Holiday  Inn.  Byli  gdzieś  na  południe  od  Wojskowego  Centrum  Medycznego
Waltera Reeda.

Potem  Crews  zauważył  ściganego  w  zaułku  o  nazwie  Powhaten  Place.  Supermózg

wbiegł  na  jakiś  podjazd  czy  coś  w  tym  rodzaju.  Crews  ruszył  za  nim.  Zobaczył  metalową
tablicę i nie mógł uwierzyć w to, co na niej przeczytał.

Doniósł o tym O’Malleyowi, potem zwrócił się do Macdougalla, który przyłączył się

do wesołego polowania.

- Wiem, gdzie on jest, panowie - powiedział z ironią w głosie. - U czubków. Schował

się w szpitalu dla psycholi o nazwie Hazelwood. Zgubiłem go.

background image

ROZDZIAŁ 51

W poniedziałek rano dostałem telefon. Miałem się spotkać z Kylem Craigiem i Betsey

Cavalierre w Hoover Building przy Dziesiątej ulicy i Pennsylvania Avenue. Chcieli, żebym
zameldował się o ósmej w biurze dyrektora. Zwołali zebranie „alarmowe”.

Gmach  Hoovera  nazywają  czasami  „Pałacem  Zagadek”.  Z  oczywistych  przyczyn.

Kyle  i  Betsey  już  czekali,  kiedy  wszedłem  do  sali  konferencyjnej  dyrektora  FBI.  Betsey
wyglądała na spiętą. Zaciskała małe pięści, aż zbielały jej kostki.

Udałem oburzonego, że dyrektora Burnsa jeszcze nie ma.
- Spóźnia się - mruknąłem. - Wychodzimy. Mamy ważniejsze sprawy.
W tym momencie otworzyły się jedne z dębowych drzwi na wysoki połysk. Znałem

obu facetów, którzy weszli, żaden nie miał zbyt szczęśliwej miny. Jednym z nich był dyrektor
FBI,  Ronald  Burns.  Poznaliśmy  się,  gdy  zajmowałem  się  sprawą  zabójstw  Casanovy  w
Durham  i  Chapel  Hill  w Karolinie  Północnej.  Drugim  był  sekretarz  departamentu
sprawiedliwości,  Richard  Pollett.  Zetknąłem  się  z  nim,  kiedy  prowadziłem  dochodzenie  w
sprawie dotyczącej prezydenta.

- Zrobił się straszny szum wokół tych napadów i morderstw - powiedział do Kyle’a

Pollett. - Mamy na karku duże banki i Wall Street.

Potem skinął mi głową.
- Witam, detektywie.
W końcu spojrzał na Betsey.
- My się jeszcze nie znamy.
Wstała i podała mu rękę.
- Starsza agentka Cavalierre - przedstawiła się. - Prowadzę to śledztwo.
Pollett popatrzył na dyrektora Burnsa.
- Pani Cavalierre kieruje tym dochodzeniem? - zapytał.
- Tak - odpowiedział mu Kyle. - To jej sprawa.
Pollett przeniósł wzrok na Betsey.
-  W  porządku.  A  gdzie  są  jakieś  wyniki,  pani  Cavalierre?  Przyszedłem  tu,  żeby

poleciało parę głów. Proszę mi uzasadnić, czemu nie powinny.

Przed przyjazdem do Waszyngtonu Pollett prowadził z powodzeniem poważną firmę

inwestycyjną na Wall Street. Nie miał pojęcia o zwalczaniu przestępczości. Ale uważał, że
jest na tyle inteligentny, iż potrafi wszystko zrozumieć, jeśli tylko pozna fakty.

Betsey spojrzała mu prosto w oczy.

background image

- Czy kiedykolwiek brał pan udział w ogólnokrajowej obławie?
- Nie sądzę, by to miało coś do rzeczy - odparł sucho Pollett. - Prowadziłem już kilka

ważnych dochodzeń i zawsze miałem wyniki.

-  Napady  następowały  szybko  jeden  po  drugim -  usłyszałem  swój  własny  głos. -

Zaczynaliśmy od zera. Teraz wiemy, że wszystkie skoki na banki i morderstwa zaplanował
jeden człowiek. Wynajmował tylko zabójców. Z jego portretu przestępcy wynika, że to biały
mężczyzna  w  wieku  od  trzydziestu  pięciu  do  pięćdziesięciu  lat.  Zapewne  ma  wyższe
wykształcenie. Zna dokładnie banki i ich systemy zabezpieczające. Mógł kiedyś pracować w
instytucji finansowej lub nawet w kilku, i może mieć do nich jakieś urazy. Okrada banki dla
pieniędzy, ale morduje prawdopodobnie z zemsty. Tego nie jesteśmy jeszcze pewni.

Rozejrzałem się. Szmery ucichły, wszyscy uważnie słuchali.
-  Kilka  dni  temu... -  ciągnąłem -  znaleźliśmy  i  przesłuchaliśmy  mężczyznę

nazwiskiem Tony  Brophy. Został zwerbowany do jednego z napadów, ale odpadł. Nie jest
zabójcą.

Pałeczkę przejęła Betsey.
- Mamy w terenie ponad dwustu agentów - wyjaśniła. - Do napadu na waszyngtoński

Chase  spóźniliśmy  się  zaledwie  kilka  minut.  Wiemy,  że  organizator  tych  skoków  nazywa
siebie Supermózgiem. Zrobiliśmy wielki postęp w stosunkowo krótkim czasie.

Pollett odwrócił się do dyrektora FBI i skinął głową.
-  Nie  jestem  usatysfakcjonowany,  ale  przynajmniej  dostałem  odpowiedzi  na  kilka

pytań. Macie złapać tego Supermózga, Ron. To, co się dzieje, stwarza wrażenie, że cały nasz
system  finansowy  jest  bezbronny.  Z  sondaży  wynika,  że  spada  zaufanie  do  banków.  To
katastrofa dla kraju. Domyślam się, że ten wasz Supermózg też to wie.

Dziesięć  minut  później  zjeżdżaliśmy  z  Betsey  windą  do  podziemnego  garażu  FBI.

Kyle został z dyrektorem Burnsem.

Kiedy winda stanęła, Betsey w końcu przemówiła.
-  Jestem  ci  winna  kolejkę  za  tamto  na  górze.  Uratowałeś  mnie.  Mało  brakowało,  a

wyładowałabym się na tym nadętym palancie z Wall Street.

Uśmiechnąłem się szeroko.
-  Masz  temperament.  Ale  chyba  nie  masz  urazów  do  wielkiego  biznesu  czy  do

systemu finansowego? Wyszczerzyła zęby.

- Oczywiście, że mam. A kto nie ma?

background image

ROZDZIAŁ 52

Następne  kilka  godzin  spędziłem  w  szpitalu  z  Jannie.  Znów  mi  powiedziała,  że

zostanie  lekarką.  Z  wielką  satysfakcją  używała  terminów  „gwiaździak”  (jej  nowotwór),
„protrombina”  (białko  osocza  uczestniczące  w  procesie  krzepnięcia  krwi)  i  „materiał
kontrastowy” (barwnik używany przy tomografii komputerowej, którą miała tego ranka).

-  Wróciłam -  oznajmiła  w  końcu. -  A  ten  nowy,  usprawniony  model  jest  o  niebo

lepszy od poprzedniego.

-  Może  lepiej  pójdziesz  do  public  relations  albo  do  reklamy -  zaproponowałem

złośliwie. -  Pracowałabyś  dla  J.  Walter  Thompsona  albo  Young  and  Rubicam w  Nowym
Jorku.

Wydęła usta z taką miną, jakby połknęła cytrynę.
- Będę panią doktor Janelle Cross. Zapamiętaj, gdzie to usłyszałeś pierwszy raz.
- Możesz się nie obawiać - uspokoiłem ją. - Niczego nie zapomnę.
Około  pierwszej  pojechałem  do  sztabu  kryzysowego  w  biurze  terenowym  FBI  na

Czwartej ulicy. Po spotkaniu z Pollettem i Burnsem wiedziałem, że będziemy pracować do
późna.  Salę  konferencyjną  urządzono  na  trzecim  piętrze.  Na  zewnątrz  działało  ponad  stu
agentów. I około sześćdziesięciu detektywów z Waszyngtonu i okolic.

Na ścianach wisiało teraz więcej portretów podejrzanych. Wszyscy robili duże skoki

na banki. Przestudiowałem listę i przy kilku nazwiskach zrobiłem notatki.

Mitchell  Brand  był  podejrzany  o  kilka  napadów  w  Waszyngtonie  i  okolicach,

dokonanych przez nieznanych sprawców. Stephen Schnurmacher obrobił przynajmniej dwa
banki w Filadelfii. Jimmy Doud pracował w Bostonie jako barman. Nigdy go na niczym nie
złapano,  ale  miał  na  koncie  dziesiątki  skoków  na  banki  w  Nowej  Anglii.  Victor  Kenyon
koncentrował swoje wysiłki na środkowej Florydzie. Wszyscy rabowali banki i nadal chodzili
wolni. Byli za sprytni, żeby dać się złapać. Ale czy któryś z nich to Supermózg?

Długie  posiedzenie  na  Czwartej  ulicy  zmęczyło  mnie.  Byłem  sfrustrowany.

Wykonałem  kilka  telefonów  w  sprawie  podejrzanych.  Chodziło  mi  głównie  o  Mitchella
Branda,  bo  działał  najbliżej  nas.  Kiedy  po  raz  pierwszy  zerknąłem  na  zegarek,  dochodziła
dwudziesta trzecia trzydzieści.

Od przyjścia do biura nie miałem okazji pogadać z Betsey. Poszedłem do niej, żeby

się pożegnać przed wyjściem. Ciągle pracowała. Rozmawiała z kilkoma agentami, ale skinęła
ręką, żebym zaczekał.

W końcu podeszła do mnie. Wciąż wyglądała świeżo i rześko. Zastanawiałem się, jak

background image

ona to robi.

- Policja waszyngtońska ma kilka śladów prowadzących do Branda - powiedziałem. -

Jest na tyle brutalny, że może być zamieszany w tę sprawę.

Betsey nagle ziewnęła.
- To najdłuższy dzień w moim życiu. Jak Jannie?
Byłem mile zaskoczony, że zapytała.
- Wspaniale - odrzekłem. - Pewnie niedługo wróci do domu. Chce być lekarką.
- Chodźmy się napić, Alex - zaproponowała Betsey. - Strzelam w ciemno, ale coś mi

mówi, że potrzebujesz z kimś pogadać. Może ze mną?

Muszę przyznać, że kompletnie zbiła mnie z tropu.
- Chętnie... ale nie dziś - wyjąkałem. - Muszę wracać do domu. Możemy to odłożyć?
-  Jasne,  rozumiem  cię.  Okay,  pójdziemy  kiedy  indziej -  odpowiedziała,  ale  przez

moment wyglądała na zawiedzioną.

Nigdy bym się tego nie spodziewał po agentce Betsey Cavalierre. Martwiła się o moją

rodzinę. I łatwo ją było zranić.

ROZDZIAŁ 53

To było dobre miejsce, dobra pora i okazja.
Hotel Renaissance Mayflower na Connecticut Avenue blisko Siedemnastej ulicy. Jak

każdego  ranka  panował  tu  wielki  ruch.  Budynek  sprawiał  dostojne  wrażenie.  Od  czasów
Calvina  Coolidge’a  odbywał  się  tutaj  każdy  prezydencki  bal  inauguracyjny.  W  roku  1992
hotel całkowicie odnowiono, współpraca architektów i historyków pozwoliła przywrócić mu
dawną  świetność.  Stanowił  popularne  miejsce  konferencji  i  spotkań  zarządów  różnych
korporacji. Supermózg wybrał go właśnie z tego powodu.

Od dziewiątej przed wejściem czekał niebiesko-złoty autokar. Miał odjechać o wpół

do  dziesiątej  i  przystawać  kolejno  przy  Centrum  Kennedy’ego,  Białym  Domu,  mauzoleach
Lincolna  i  Wojny  Wietnamskiej,  Smithsonian  Institution  oraz  innych  atrakcjach
turystycznych Waszyngtonu. Należał do firmy „Waszyngton na kołach”.

W autokarze siedziało szesnaście kobiet i dwoje dzieci, była to grupa z Towarzystwa

Ubezpieczeniowego  MetroHartford.  O  dziewiątej  trzydzieści  kierowca,  Joseph  Denyeau,
zamknął drzwi.

- Wszyscy gotowi do zwiedzania muzeów, miejsc historycznych i lunchu - oświadczył

do mikrofonu.

background image

Asystentka  z  towarzystwa  ubezpieczeniowego  wstała,  by  powiedzieć  kilka  słów  do

grupy. Nazywała się Mary Jordan, miała około trzydziestki. Była atrakcyjna, sympatyczna i
znakomita w swoim fachu. Odnosiła się z kurtuazją do ważnych kobiet, ale nie płaszczyła się
przed nimi. W MetroHartford miała przezwisko Wesoła Mary.

- Znają panie plan naszej wycieczki - zaczęła z promiennym uśmiechem. - Ale może

powinnyśmy dać sobie z tym spokój i pójść na drinka. Oczywiście żartuję - dodała szybko.

- To brzmi nieźle, Mary - przyznała jedna z pań. - Chodźmy do jakiegoś prawdziwego

baru. Dokąd chodzi Teddy Kennedy na poranną lufę?

Wszystkie kobiety roześmiały się.
Autokar  ruszył  wolno  sprzed  hotelu  i  wyjechał  na  Connecticut  Avenue.  Po  kilku

minutach  skręcił  w  Oliver,  niewielką  ulicę  złożoną  z  prywatnych  domów.  Kierowcy
odjeżdżający z Mayflower często korzystali z tego skrótu.

Pół  przecznicy  dalej  z  podjazdu  wycofywała  się  granatowa  furgonetka  chevrolet.

Kierowca najwyraźniej nie widział autokaru, ale Joseph Denyeau zobaczył granatową chevy.
Zahamował płynnie i zatrzymał się na środku jezdni.

Zatrąbił, ale kierowca furgonetki nie zareagował. Joe Denyeau domyślił się, że facet

musi mieć dosyć autokarów i ciężarówek jeżdżących na skróty małą uliczką. Bo jakiż miał
inny powód, żeby się gapić zza kierownicy z taką złością?

Nagle zza wysokiego żywopłotu wyłonili się dwaj zamaskowani ludzie. Jeden zastąpił

drogę autokarowi, drugi wetknął broń automatyczną przez otwartą szybę kierowcy.

-  Otwieraj  drzwi  albo  jesteś  trupem,  Joe! -  krzyknął  mężczyzna  z  bronią. -  Jeśli

posłuchasz, nikomu nic się nie stanie. Masz trzy sekundy. Raz.

-  Otwieram,  otwieram... -  piskliwym  głosem  odpowiedział  przerażony  Denyeau. -

Spokojnie.

Kilka  kobiet  przerwało  pogawędki,  ich  spojrzenia  powędrowały  w  stronę  kierowcy.

Mary Jordan zsunęła się nisko na siedzeniu obok Denyeau. Uzbrojony facet mrugnął do niej.

- Rób, co ci każe, Joe - szepnęła. - Nie zgrywaj bohatera.
- Bez obaw, Mary. Ani mi to w głowie.
Zamaskowany mężczyzna wskoczył do autokaru i wycelował w nich automatycznego

walthera. Kilka kobiet zaczęło krzyczeć.

- To jest porwanie! - wrzasnął zamaskowany mężczyzna. - Chcemy tylko dostać okup

z  MetroHartford.  Obiecuję,  że  nikomu  nie  zrobimy  krzywdy.  Wy  macie  dzieci  i  ja  mam
dzieci. Dogadajmy się, żeby mogły nas jutro zobaczyć.

background image

ROZDZIAŁ 54

W autokarze zapadła nagle cisza.
Brian Macdougall miał swoje pięć minut. Bardzo mu się podobało, że znajduje się w

centrum uwagi.

-  Musicie  przestrzegać  kilku  zasad.  Pierwsza,  nikt  nie  wrzeszczy.  Druga,  nikt  nie

płacze,  nawet  dzieci.  Trzecia,  nikt  nie  wzywa  pomocy.  Jak  na  razie,  wszystko  jasne?
Rozumiemy się?

Pasażerki  spoglądały  z  rozdziawionymi  ustami  na  uzbrojonego mężczyznę.  Drugi

facet wdrapał się na dach autokaru i zmieniał oznaczenie alfanumeryczne, które pozwoliłoby
policyjnemu helikopterowi najłatwiej wytropić pojazd.

- Pytałem, czy wszystko jasne?! - ryknął Macdougall.
Kobiety i dzieci kiwnęły głowami i stłumionym głosem potwierdziły, że tak.
- Idziemy dalej. Wszyscy oddają mi telefony komórkowe. Jak wiadomo, policja może

je  namierzyć.  Niełatwo,  ale  może.  Jeśli  podczas  rewizji  osobistej  znajdziemy  przy  kimś
„komórkę”, zabijemy go. Nawet jeżeli to będzie dziecko. Nadal wszystko jasne? Rozumiemy
się?

Telefony  szybko  przekazano  do  przodu.  Było  ich  dziewięć.  Mężczyzna  cisnął  je  w

gęste krzaki na ulicy. Potem roztrzaskał małym młotkiem radio w autokarze.

- Teraz wszyscy schylają głowy poniżej linii okien i trzymają je tak do odwołania. I

ma być cisza. Dzieci też się nie odzywają. Wykonać.

Pasażerki i dzieci zrobiły, co im kazano. Strzelec odwrócił się do kierowcy.
-  Dla  ciebie  mam  tylko  jedną  instrukcję,  Wielki  Joe.  Jedziesz  za  granatową

furgonetką. Nie spieprz czegoś, bo natychmiast cię rozwalę. Nie jesteś dla nas nic wart, ani
żywy, ani martwy. Powtórz, co robisz, Joe?

- Jadę za czarną furgonetką.
-  Bardzo  dobrze,  Joe.  Doskonale.  Tyle,  że  furgonetka  jest  granatowa,  nie  czarna.

Widzisz to? A teraz ruszaj i prowadź uważnie. Żadnego łamania przepisów po drodze.

ROZDZIAŁ 55

Trzy  sekretarki  miały  mnóstwo  roboty.  Odbierały  telefony,  pocztę  i  faksy  dla

trzydziestu  sześciu  dyrektorów  siedzących  w  słynnej  Sali  Chińskiej  hotelu  Mayflower.  Ale
uwielbiały  pracę  poza  biurem.  Zwłaszcza,  że  ich  centrala  mieściła  się  w  Hartford  w
Connecticut.

background image

Sara Wilson, najmłodsza z nich, pierwsza zobaczyła faks od porywaczy. Przeczytała

go szybko i podała starszym koleżankom. Zaczerwieniła się i drżały jej ręce.

- To jakiś głupi żart? - zapytała Liz Becton. - Przecież to wariactwo. Co to ma być?
Nancy Hall była sekretarką prezesa zarządu, Johna Doonera. Weszła bez pukania na

zebranie i wywołała go od drzwi. Nie musiała nawet podnosić głosu. W Sali Chińskiej był
pewien problem z akustyką. Kopuła sufitu odbijała dźwięki i w jednym końcu wielkiej sali
słychać było wyraźnie nawet szept z drugiego końca.

- Panie Dooner, muszę z panem natychmiast porozmawiać - powiedziała.
Szef nigdy jeszcze nie widział jej tak poważnej i przejętej.
Po wyjściu prezesa atmosfera w sali rozluźniła się, ale rozmówki i śmiechy nie trwały

długo. Dooner wrócił po niecałych pięciu minutach. Był blady i szybko wszedł na podium.

- Liczy się każda chwila - oznajmił drżącym głosem, który zaszokował obecnych na

sali. - Proszę mnie uważnie wysłuchać. Porwano wynajęty autokar z żonami niektórych z nas.
Sprawcy podają się za tych drani, którzy ostatnio obrabowali banki i dokonali morderstw w
Marylandzie  i  Wirginii.  Twierdzą,  że  tamte  napady  miały  być  dla  nas  „lekcjami
poglądowymi”.  Podkreślają  wyraźnie,  że  nie  żartują  i  mamy  spełnić  ich  żądania  w
określonym czasie, co do sekundy.

Prezes  mówił  dalej.  Światło  lampy  na  podium  nadawało  jego  twarzy  dramatyczny

wygląd.

-  Ich  żądania  są  proste  i  jasne.  Dokładnie  za  cztery  godziny  mamy im  dostarczyć

trzydzieści  milionów  dolarów  okupu.  Inaczej  wszyscy  zakładnicy  zginą.  Nie  wiadomo,  jak
porwali autokar. Steve Bolding z naszej ochrony już tu jedzie. Zdecyduje, które siły policyjne
zawiadomić. Prawdopodobnie wybierze FBI.

Dooner  przerwał,  żeby  zaczerpnąć  powietrza.  Jego  twarz  powoli  odzyskiwała

normalną barwę.

- Jak wiecie, mamy polisę ubezpieczeniową na wypadek porwania. Pokrywa okup do

pięćdziesięciu  milionów  dolarów.  Podejrzewam,  że  porywacze  wiedzą  o  tym.  Wydają  się
dobrze poinformowani i zorganizowani. Potrafią też trzeźwo myśleć,  co daje im przewagę.
Muszą  wiedzieć,  że  jesteśmy  własnymi  ubezpieczycielami  i  możemy  szybko  zdobyć
pieniądze.

- A teraz, panie i panowie... - zakończył prezes - musimy się zastanowić, jaką mamy

alternatywę.  Jeśli  w  ogóle  jakaś  alternatywa  istnieje.  Porywacze  postawili  sprawę  jasno:
żadnych błędów z naszej strony, bo zginą ludzie.

background image

ROZDZIAŁ 56

Byłem  w  biurze  terenowym  FBI  na  Czwartej  ulicy,  kiedy  dostaliśmy  wezwanie

alarmowe.

Porwano  autokar  firmy  turystycznej  „Waszyngton  na  kołach”  z  osiemnastoma

pasażerami i kierowcą. Zdarzyło się to wkrótce po jego odjeździe sprzed hotelu Renaissance
Mayflower.  Kilka  minut  później  zażądano  trzydziestomilionowego  okupu  od  Towarzystwa
Ubezpieczeniowego MetroHartford.

Porywacze  zabronili  zawiadamiania  policji,  ale  nie  mogliśmy  im  ufać  i  siedzieć  z

założonymi rękami. Ulokowaliśmy się w Hiltonie Capitol na rogu Szesnastej i K, niedaleko
Mayflower. Mieliśmy cztery zespoły dowodzenia, a w Mayflower dwunastu agentów. Było to
dość  niebezpieczne,  ale  Betsey  twierdziła,  że  musimy  mieć  hotel  pod  obserwacją.
Zainstalowaliśmy tam podsłuchy i kilka ukrytych kamer. Całe waszyngtońskie biuro terenowe
FBI zostało postawione w stan pogotowia.

Autokaru  szukały  specjalnie  wyposażone  helikoptery  apache.  Miały  wykrywacze

ciepła na wypadek,  gdyby porywacze chcieli ukryć  gdzieś pojazd i pasażerów. Oznaczenie
alfanumeryczne na dachu autokaru podano miejscowej policji, wojsku, władzom miejskim i
stanowym, a nawet samolotom prywatnym. Nikomu nie powiedziano, dlaczego poszukuje się
tego pojazdu.

Z  Hiltona  do  Mayflower  mogliśmy  dotrzeć  w  razie  potrzeby  w  dziewięćdziesiąt

sekund. Mieliśmy nadzieję, że porywacze nie wiedzą o naszej bazie. Do terminu dostarczenia
okupu pozostały dokładnie dwie godziny. Plan był niesamowicie napięty. Dla nich i dla nas.

Tymczasem zaczęły się problemy.
W  Hiltonie  zjawiła  się  Jill  Abramson  z  wewnętrznego  komitetu  bezpieczeństwa

towarzystwa ubezpieczeniowego i Steve Bolding z firmy ochroniarskiej. Abramson była tęgą
kobietą, miała na sobie żółty, prążkowany kostium i wyglądała na jakieś czterdzieści parę lat.
Bolding  był  wysoki,  dobrze  zbudowany,  miał  pewnie  trochę  ponad  pięćdziesiątkę.  Nosił
niebieską  kurtkę  sportową,  białą  koszulę  i  dżinsy.  Przyjechali  nas  pouczyć,  jak  mamy
wykonywać naszą robotę.

Betsey  już  otworzyła  usta,  żeby  coś  powiedzieć,  ale  Bolding  podniósł  rękę  gestem

nakazującym milczenie. Najpierw on miał coś do powiedzenia. Było jasne, że chce dowodzić
całą akcją.

-  Zrobimy  tak.  Dopuszczę  was  do  tego,  ale  w  każdej  chwili  mogę  was  wykluczyć.

Jestem byłym starszym agentem specjalnym Biura i znam wszystkie prawidłowe posunięcia.

background image

Nieprawidłowe  też.  Nie  mamy  czasu  na  uprzejmości.  Agentko  Cavalierre,  są  jakieś  ślady
umożliwiające  identyfikację  przestępców?  Jest  jedenasta  czterdzieści  sześć.  Nasza  godzina
zero to trzynasta czterdzieści pięć. Dokładnie.

Betsey  wzięła  krótki  oddech,  zanim  odpowiedziała.  Panowała  nad  sobą  dużo  lepiej,

niż ja byłbym w stanie, rozmawiając z tym prywatnym ochroniarzem.

-  Podejrzanych  tak,  ale  to  w  żaden  sposób  nie  pomoże  zakładnikom.  Ktoś  widział

porwanie  autokaru.  Było  dwóch  mężczyzn  w  maskach  przypominających  narciarskie.
Autokar zauważono na DeSales Street, ale nie wiemy, czy przed porwaniem, czy po. Jest już
jedenasta czterdzieści siedem, panie Bolding.

Pani Abramson zaskoczyła nas wszystkich.
- Do Mayflower właśnie jadą pieniądze. Zapłacimy okup.
- Zgodnie z planem - odrzekł Bolding. - Czekamy na dalsze instrukcje porywaczy. Jak

dotąd, nie odezwali się po raz drugi. Nasi ludzie dostarczą pieniądze. Zrobimy to sami.

Betsey w końcu nie wytrzymała.
- Ja wysłuchałam pana, a teraz pan wysłucha mnie, kolego. Pan był starszym agentem

specjalnym, a ja nim jestem. Gdyby został pan w Biurze, byłabym teraz pańską przełożoną. I
jestem nią teraz. To nasi ludzie dostarczą okup i ja tam będę, nie pan. Tak to zrobimy!

Abramson i Bolding zaczęli się z nią kłócić, ale natychmiast im przerwała.
-  Mam  dosyć  waszych  bzdur.  Doskonale  wiemy,  że  porywacze  są  niebezpiecznie

nieprzewidywalni. Albo przyjmiecie moje warunki, albo wyłączę was z tej sprawy. Mogę cię
w tej chwili aresztować, Bolding. Panią też, pani Abramson. Mamy masę roboty i została nam
dokładnie godzina i pięćdziesiąt siedem minut.

ROZDZIAŁ 57

Spacerował  po  zatłoczonym  holu  Hiltona  i  długich  korytarzach  wiodących  donikąd.

Nikt  nie  wiedział,  co  się  dzieje,  a  to  właśnie  lubił.  Tylko  on  znał  odpowiedzi,  znał  także
wszystkie pytania.

Zauważył  przyjazd  agentów  FBI  i  detektywa  Crossa  z  policji  waszyngtońskiej.

Oczywiście  nie  widzieli  go.  Ale  nawet  gdyby  widzieli,  nie  mogliby  go  zatrzymać  i
aresztować. To było po prostu niemożliwe.

Absolutnie nierówne szanse - jego umysł i doświadczenie przeciwko ich umysłom i

doświadczeniu. Czasami nie traktował tego nawet jako próby sił. Miał tylko jeden problem:
jeśli go to znudzi i przestanie być ostrożny, może kiedyś go złapią.

background image

Przez  hol  przeszła  zdenerwowana,  przygnębiona  grupka.  Skierowała  się  w  rejon

hotelowych sal konferencyjnych. Tam FBI założyło swój obóz. MetroHartford zlekceważyło
jego ostrzeżenie, ale spodziewał się tego. Nieważne. Nie tym razem. Chciał, żeby FBI i Cross
włączyli się do sprawy.

W  końcu  zdecydował  się  wyjść  z  Hiltona.  Poszedł  do  Renaissance  Mayflower -

miejsca przerażającego przestępstwa. Tam rozegra się prawdziwy dramat.

I tam chciał być Supermózg. Być blisko i przyglądać się.

ROZDZIAŁ 58

Porywacze w końcu odezwali się do dyrektorów MetroHartford. O trzynastej dziesięć.

Do godziny zero pozostało już tylko trzydzieści pięć minut.

Wiedzieliśmy, co będzie, jeśli nie dotrzymamy terminu. Albo jeśli nie dotrzymają go

porywacze, może nawet celowo.

Popędziliśmy z Betsey do hotelu Mayflower. Odkryliśmy dwie rzeczy. Niby drobne,

ale w tej sytuacji wydawały się ważne. Pierwszą były drzwi kuchenne wychodzące na zaułek
z  zatoką  dla  zaopatrzenia.  W  czasie  inauguracji  Clintona  parkowała  tam  Secret  Service.
Weszliśmy tamtędy niezauważeni. Drugą były wąskie, metalowe schody za Salą Chińską, w
której siedzieli dyrektorzy MetroHartford. Prowadziły na galeryjkę nad rotundą. Wskazali je
nam  agenci  FBI.  Były  tam  małe  okienka.  Mogliśmy  przez  nie  patrzeć  i słuchać,  nie  będąc
widziani.

Wdrapaliśmy  się  z  Betsey  na  górę  i  ukucnęliśmy  wysoko  nad  salą.  Zdążyliśmy.

Porywacze wciąż byli na linii. Przez głośnik w Sali Chińskiej usłyszeliśmy jednego z nich.

-  Domyślamy  się -  powiedział -  że  zawiadomiliście  już  FBI  i  zapewne  policję

waszyngtońską. Nie mamy nic przeciwko temu. Spodziewaliśmy się tego. Witamy agentów
Biura. Uwzględniliśmy was w naszych planach.

Wymieniliśmy z Betsey poirytowane spojrzenia. Supermózg bawił się z nami. Tylko

po co? Zbiegliśmy na dół i przyłączyliśmy się do grona osób obecnych w Sali Chińskiej. W
głowie roiło mi się od pytań. Supermózg potrafił wytrącić nas z równowagi. Aż za dobrze.

- Po pierwsze - ciągnął porywacz - powtórzę nasze żądania co do okupu. To ważne.

Stosujcie  się  do  instrukcji.  Jak  wiecie,  pięć  z  trzydziestu  milionów  ma  być  w
nieoszlifowanych  diamentach.  Włożycie  je  do  brezentowego  worka.  Do  ośmiu  następnych
zapakujecie  banknoty.  Same  dwudziestki  i  pięćdziesiątki.  Żadnych  setek,  farby,  urządzeń
naprowadzających.  Wszystkich  worków  nie  może  być  więcej  niż  dziewięć.  Z  kim

background image

rozmawiam?

Betsey przysunęła się do mikrofonu. Ja też.
- Tu agentka specjalna FBI, Elizabeth Cavalierre. Kieruję tą sprawą.
- Alex Cross, detektyw z policji waszyngtońskiej i łącznik z Biurem.
- W porządku. Znam wasze nazwiska i waszą reputację. Macie dla nas pieniądze?
- Mamy - odrzekła Betsey. - Gotówka i diamenty są tutaj, w Mayflower.
- Doskonale. Będziemy w kontakcie.
Porywacz wyłączył się.
Szef MetroHartford wybuchnął.
- Wiedzieli, że tu jesteście! Boże, co myśmy zrobili! Zabiją zakładników!
Położyłem mu rękę na ramieniu.
- Spokojnie. Przygotowaliście wypłatę dokładnie tak, jak sobie życzyli?
Skinął głową.
- Dokładnie tak. Diamenty przywiozą lada chwila. Pieniądze już są. Z naszej strony

robimy wszystko, co można. A wy?

-  I  nikt  z  MetroHartford  nie  wie,  gdzie  ma  być  dostarczony  okup? -  zapytałem

łagodnie. - To ważne.

Prezes zarządu był wystraszony. Nie bez powodu.
-  Słyszał  pan  tamtego.  Powiedział,  że  będziemy  w  kontakcie.  Na  razie  nie  wiemy,

gdzie dostarczyć okup.

-  To  dobra  wiadomość,  panie  Dooner.  Porywacze  są  zawodowcami.  My  też.  Nie

wierzę,  żeby  już  kogoś  skrzywdzili.  Zaczekamy  na  następny  telefon.  Wymiana  to  dla  nich
najtrudniejsza część operacji.

- W tym autokarze jest moja żona - odparł szef MetroHartford. - I córeczka.
- Wiem - przytaknąłem.
Wiedziałem również, że Supermózg lubi krzywdzić rodziny.

ROZDZIAŁ 59

Robiliśmy, co mogliśmy, ale na razie byliśmy na ich łasce. A czas uciekał.
Żaden  helikopter  ani  samolot  nie  zauważył  autokaru. Albo  porywacze  szybko  go

ukryli,  albo  zmienili  oznaczenie  alfanumeryczne  na  dachu.  Wojskowe  śmigłowce  z
wykrywaczami  ciepła  też  niczego  nie  znalazły.  O  trzynastej  dwadzieścia  w  Sali  Chińskiej
hotelu Mayflower znów zadzwonił telefon. Odezwał się ten sam denerwujący, mechanicznie

background image

zniekształcony głos.

-  Ruszamy.  W  recepcji  jest  przesyłka  dla  pana  Doonera.  Kilka  handie-talkie.

Przynieście je wszystkie.

- Ruszamy? Dokąd? - zapytała Betsey.
- My po nasze bogactwo, wy, żeby pakować pieniądze i diamenty. Załadujecie je do

furgonetki i pojedziecie na północ Connecticut Avenue. Jeśli zboczycie z trasy, którą wam
podam, zabijemy zakładników.

Telefon umilkł.
Furgonetkę  zaparkowaliśmy  w  zaułku  przy  drzwiach  kuchni  hotelowej.  Porywacze

wiedzieli o tym. Tylko skąd? I co z tego wynikało? Betsey, ja i dwaj agenci wskoczyliśmy do
furgonetki i pojechaliśmy do Connecticut Avenue.

Byliśmy na Connecticut, gdy odezwało się moje handie-talkie. Agenci FBI nazywają

tak walkie-talkie. Porywacz przy telefonie też je tak nazwał. Co znaczył ten ślad? O ile to był
jakiś ślad. Czy facet chciał nam po prostu pokazać, że wszystko o nas wie?

- Detektyw Cross?
- Tak. Jesteśmy na Connecticut Avenue. Co dalej?
- Wiem, gdzie jesteście. Słuchaj uważnie. Jeśli zobaczymy nad wytyczoną trasą jakieś

samoloty czy helikoptery obserwacyjne, zastrzelimy zakładników. Jasne?

- Najzupełniej - odrzekłem.
Spojrzałem  na  Betsey.  Musiała  natychmiast  odwołać  obserwację  z  powietrza.

Wyglądało na to, że porywacze wiedzą o wszystkim, co robimy.

-  Jedźcie  jak  najszybciej  na  dworzec  kolejowy  przy  porcie  lotniczym  Baltimore-

Waszyngton. Wsiądziecie do pociągu z Baltimore do Bostonu, korytarz północno-wschodni,
odjazd siedemnasta dziesięć. Weźmiecie ze sobą worki z pieniędzmi i diamentami. Pociąg do
Bostonu, siedemnasta dziesięć! Wiemy, że macie do dyspozycji wszystkich agentów wzdłuż
korytarza  północno-wschodniego.  Przygotujcie  się  do  ich  wykorzystania.  Dla  nas  to
nieważne. Nie boimy się o naszą wypłatę. Dostaniemy ją.

- Czy rozmawiam z Supermózgiem?
Na linii zapadła cisza.

ROZDZIAŁ 60

Agenci  FBI  i  funkcjonariusze  lokalnej  policji  obstawili  wszystkie  stacje  wzdłuż

korytarza  północno-wschodniego,  ale  nie  byli  oczywiście  w  stanie  upilnować  całej  linii

background image

kolejowej.

Porywacze wiedzieli o tym. Wszystko pracowało teraz na ich korzyść.
Agenci  Cavalierre,  Walsh,  Doud  i  ja  wsiedliśmy  do  pociągu  z  Baltimore.

Ulokowaliśmy się z przodu drugiego wagonu.

Pociąg  cholernie  hałasował.  Nie  mogliśmy  swobodnie  rozmawiać  ani  spokojnie

myśleć. Czekaliśmy na następny sygnał od porywaczy. Każda minuta wydawała się ciągnąć
w nieskończoność.

-  W  pewnym  momencie  każą  nam  wyrzucić  worki  z  pędzącego  pociągu -

powiedziałem. - A wy jak myślicie? Przychodzi wam do głowy coś innego?

Betsey zgodziła się ze mną.
- Nie zaryzykują odbioru okupu na którejś ze stacji. Po co mieliby to robić? Wiedzą,

że nie możemy obstawić całej trasy stąd do Bostonu. Dlatego kazali nam odwołać obserwację
z powietrza.

- Załatwili nas - przyznał agent Walsh. - Cwany skurwysyn.
- A może to ona, nie on - zauważyła Betsey.
- Tony Brophy mówił, że spotkał się z facetem - przypomniałem jej. - Jeśli można mu

wierzyć.

- I jeśli ten facet był Supermózgiem - skontrowała.
-  Ta  ksywa  nie  daje  mi  spokoju -  wtrącił  się  agent  Doud. -  To  musi  być  jakiś

przegrany świr.

-  Brophy  twierdził,  że  to  palant -  odparła  Betsey. -  A  mimo  to,  chciał  dla  niego

pracować.

- Bo gość dobrze płacił - powiedział Doud.
Betsey wzruszyła ramionami.
-  Może  to  świr,  może  geniusz  komputerowy.  Nie  byłabym  zaskoczona.  Tacy  teraz

rządzą światem, nie jest tak? Odgrywają się za to, że nie doceniano ich w szkole średniej. Jak
mnie.

- Ja nie narzekałem - zastrzegłem i mrugnąłem do niej.
Odezwało się handie-talkie.
-  Cześć,  gwiazdy  sił  porządkowych.  Zaraz  zacznie  się  prawdziwa  zabawa.

Przypominam,  że  jeśli  w  pobliżu  pociągu  zauważymy  jakieś  helikoptery  lub  samoloty,
zastrzelimy zakładników - poinstruował znajomy głos. Supermózg?

- Skąd możemy wiedzieć, że jeszcze żyją? - zapytała Betsey. - Dlaczego mamy wam

wierzyć? Już zabijaliście niewinnych ludzi.

background image

-  Nie  możecie  wiedzieć.  Nie  musicie  nam  wierzyć.  Zabijaliśmy  niewinnych  ludzi.

Pasażerowie  autokaru  jeszcze  jednak  żyją.  Dobra,  a  teraz  otwierać  drzwi  wagonu!  Już!  I
czekać na mój sygnał. Przysunąć worki do drzwi! Już, już, już! Ruszać się! Nie zmuszajcie
nas, żebyśmy kogoś zabili.

ROZDZIAŁ 61

Nasza  czwórka  rzuciła  się  do  ciężkich  worków.  Przyciągnęliśmy  je  do  najbliższych

drzwi. Zrobiło mi się gorąco. Zaczynałem się pocić.

- Przygotować się! Przygotować się! - rozkazywał histerycznie głos w handie-talkie.
Betsey  wzywała  przez  radio  swoich  ludzi  w  terenie.  Na  zewnątrz  pociągu  migał

zielono-brązowy krajobraz. Byliśmy gdzieś w okolicach Aberdeen w Marylandzie. Ostatnią
stację minęliśmy jakieś siedem minut wcześniej.

- Gotowi? Nie rozczarujcie mnie! - wydzierał się głos.
Jak  dotąd,  przyszło  nam  do  głowy  tylko  tyle,  żeby  wyrzucić  worki  jak  najdalej  od

siebie. Zastanawialiśmy się nawet, czy nie zostawić jednego w pociągu. Wtedy poszukiwania
zajęłyby porywaczom trochę czasu. Ale uznaliśmy to za zbyt niebezpieczne dla zakładników.

Handie-talkie znów zamilkło.
- Kurwa! - zdenerwował się Doud.
- Wyrzucamy worki? - zawołał Walsh, przekrzykując łoskot pociągu i szum wiatru.
- Nie! Czekajcie! - Wrzasnąłem do niego i Douda, który pochylił się niebezpiecznie

nad krawędzią wagonu. - Zaczekajmy na instrukcje!

-  Skurwysyn! -  krzyknęła  Betsey  i  zamachnęła  się  szerokim  łukiem. -  Robią  nas  w

konia! Śmieją się z nas!

- Masz rację, chyba mają niezłą zabawę - powiedziałem. - Spokojnie, wyluzuj się.
FBI wychodziło z siebie, żeby wytropić kanał, na którym rozmawiają porywacze. Bez

skutku.  Tamci  używali  wyrafinowanych  nadajników  wojskowych.  Miały  mikroukłady
zaprogramowane na zmianę częstotliwości przy każdym połączeniu. Możliwe, że korzystali z
kilku takich zabawek. Wyrzucali je po każdej rozmowie i brali następne.

Betsey dalej się wściekała. Oczy jej płonęły.
-  Skurwiel  pomyślał  o  wszystkim!  Nie  daje  nam  czasu  na  ułożenie  planu!  Kim  on

jest?!

Handie-talkie znów zaskrzeczało.
- Otwierać drzwi! Przygotować się do wyrzucenia worków! - rozkazał ponownie głos.

background image

Chwyciłem  dwa  worki  z  dwudziesto -  i  pięćdziesięciodolarówkami  i  po  raz  drugi

podbiegłem do otwartych drzwi. Serce podeszło mi pod gardło. Na zewnątrz huczał wiatr.

Pociąg pędził teraz przez las, dookoła rosły wiązy, sosny i gęste krzaki. Nie widziałem

żadnych domów. I nikt nie czaił się między drzewami. Dobre miejsce na wyrzucenie worków.

Ale handie-talkie znów zamilkło.
- Pojebańcy! - ryknął na całe gardło Doud.
Opadliśmy z jękiem na podłogę.
Przez  następną  godzinę  i  piętnaście  minut  głos  musztrował  nas  tak  jedenaście  razy.

Trzy razy musieliśmy przenosić pieniądze do różnych wagonów. Wysyłał nas do ostatniego i
natychmiast kazał wracać do pierwszego.

- Jesteście całkiem dobrzy - pochwalił w końcu. - Umiecie słuchać.
Potem się wyłączył.

ROZDZIAŁ 62

-  Dłużej  nie  wytrzymam! -  wrzasnęła  Betsey. -  Niech  go  szlag  trafi!  Zabiję  tego

cholernego skurwiela, jak go dorwę!

Worki były duże i ciężkie. Mieliśmy dosyć targania ich po całym pociągu. Byliśmy

spoceni, zakurzeni i brudni od sadzy. Puszczały nam nerwy. Ciągły stukot pociągu wydawał
się coraz głośniejszy i doprowadzał nas do szału.

Pociąg Amtraku znów pędził przez las i trąbił głośno. Walsh liczył mijane stacje.
Handie-talkie raz jeszcze ożyło.
-  Przygotujcie  pieniądze  i  diamenty.  Otwórzcie  drzwi.  Już!  I  macie  rzucać  worki

blisko siebie.  Inaczej zabijemy zakładników. Obserwujemy każdy  wasz ruch. Jesteś bardzo
ładna, agentko Cavalierre.

- Jasne. A ty jesteś palant - mruknęła Betsey.
Jej bladoniebieski T-shirt był ciemny  od potu. Czarne włosy lepiły się jej do czoła.

Jeśli przedtem miała na ciele choć gram tłuszczu, spaliła go podczas tej cholernej podróży.

- Fałszywy alarm - oznajmił wesoło porywacz. - To na razie tyle.
Wyłączył się.
- Gówno!
Opadliśmy  ciężko  na  worki.  Ledwo  dyszeliśmy.  Próbowałem  coś  wymyślić,  ale  po

każdym fałszywym alarmie szło mi coraz trudniej. Nie byłem pewien, czy dam radę przebiec
jeszcze raz w drugi koniec pociągu.

background image

-  Może  wyskoczymy  razem  z  workami? -  podsunął  Walsh. -  Spieprzymy  im  plan.

Zrobimy coś, czego się nie spodziewają.

- To jest jakiś pomysł - przyznała Betsey. - Ale zbyt niebezpieczny dla zakładników.
Walsh i Doud zaklęli głośno, kiedy porywacz znów się odezwał. Doszliśmy niemal do

granic wytrzymałości. Tylko gdzie one były?

- Żadnego odpoczynku dla grzeszników - oznajmił głos i usłyszeliśmy syk otwieranej

puszki  napoju  orzeźwiającego  albo  piwa,  a  potem  westchnienie  ulgi. -  A  może  ta  linijka
powinna brzmieć: odpoczynek dla grzeszników?

Nagle ryknął na nas.
-  Wyrzucać  worki!  Już!  Obserwujemy  pociąg!  Widzimy  was!  Wyrzucać worki,  bo

rozwalimy tamtych!

Nie mieliśmy wyboru. Mogliśmy tylko starać się rzucać worki jak najbliżej jeden od

drugiego.  Zmęczenie  bardzo  obniżyło  sprawność  naszych  mięśni.  Czułem  się  tak,  jakbym
poruszał się we śnie. Ubranie miałem mokre od potu, bolały mnie ręce i nogi.

- Szybciej! - rozkazał głos. - Pokaż nam swoją kondycję, agentko Cavalierre!
Rzeczywiście  nas  widział?  Możliwe.  Na  to  wyglądało.  Bez  wątpienia  rozmawiał  z

nami z lasu. Ilu ich tam było?

Wyrzuciliśmy dziewięć worków tuż przed ostrym zakrętem. Nie mogliśmy zobaczyć,

co się dzieje pięćdziesiąt metrów za nami. Jęcząc i przeklinając, padliśmy na podłogę.

- Niech ich szlag... - wysapała Betsey. - Udało im się. Uciekną z forsą. Żeby ich jasna

cholera!

Znów włączyło się handie-talkie. Jeszcze z nami nie skończył.
-  Dzięki  za  pomoc.  Jesteście  najlepsi.  Zawsze  dostaniecie  pracę  w  sklepie  przy

pakowaniu zakupów. To może być niezłe wyjście po dzisiejszym dniu.

- Ty jesteś Supermózgiem? - zapytałem.
Cisza na linii.
Głos  umilkł,  tym  razem  na  dobre.  Pieniądze  i  diamenty  znikły.  I  nadal  mieli

wszystkich zakładników.

ROZDZIAŁ 63

Cavalierre, Doud, Walsh i ja wysiedliśmy na najbliższej stacji, jedenaście kilometrów

dalej.

Czekały na nas dwa czarne suburbany. Przy samochodach stało kilku agentów FBI z

background image

karabinami.  Na  dworcu  zebrał  się  tłum  ludzi.  Pokazywali  sobie  broń  i  agentów,  jakby
zobaczyli drużynę „Washington Redskins”.

Dostaliśmy ostatnie informacje.
-  Zdążyli  zniknąć  z  lasu -  powiedział  jeden  z  agentów. -  Kyle  Craig  już  tu  jedzie.

Zablokowaliśmy drogi, ale to działanie w ciemno. Choć jest i dobra wiadomość. Być może
znajdziemy autokar. Trafiliśmy na ślad.

Chwilę później połączyli nas z pewną starszą kobietą z Tinden, małego miasteczka w

Wirginii. Podobno widziała autokar. Chciała rozmawiać tylko z policją. Nie miała zaufania do
FBI i ich metod.

Ledwo  się  przedstawiłem,  zaczęła  opowiadać.  Sprawiała  wrażenie  osoby  bardzo

nerwowej.

Nazywała  się  Isabelle  Morris.  Zauważyła  autokar  wśród  pól  w  hrabstwie  Warren.

Zaczęła coś podejrzewać, bo była właścicielką lokalnej linii autobusowej, a tego pojazdu nie
znała.

- Niebieski w złote pasy? - zapytała Betsey. Nie zdradziła, że jest z FBI.
-  Zgadza  się -  przytaknęła  pani  Morris. -  Żaden  z  moich.  Nie  wiem,  po  co  tu

przyjechał. To wiejska okolica. Tu nie ma nic ciekawego dla turystów.

- Zapamiętała pani numer rejestracyjny albo przynajmniej część? - spytałem.
Najwyraźniej poczuła się urażona tym pytaniem.
- Nie miałam powodu.
- Więc dlaczego zameldowała pani o tym autokarze miejscowej policji?
-  Chyba  mnie  pan  nie  słuchał.  Mówiłam  już:  autokar  turystyczny  nie  ma  tu  po  co

przyjeżdżać. Poza tym, mój przyjaciel jest w lokalnym patrolu obywatelskim. Jestem wdową,
rozumie pan. Właściwie to on zawiadomił policję. A czemu to pana tak interesuje, jeśli wolno
spytać?

- Czy w autokarze byli pasażerowie?
Czekając na odpowiedź, wymieniliśmy z Betsey spojrzenia.
-  Nie,  tylko  kierowca.  Potężny  chłop.  Nikogo  więcej  nie  widziałam.  Ale  dlaczego

policja i to cholerne FBI tak się tym interesują?

-  Za  chwilę  pani  wyjaśnię.  Nie  zauważyła  pani  na  autokarze  żadnych  znaków

identyfikacyjnych?  Tablicy  z  celem  podróży?  Logo?  Wszystko,  co  by  pani  dostrzegła,
mogłoby nam pomóc. Ludzie są w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

- O, Boże... Tak, coś zauważyłam. Z boku była nalepka „Odwiedźcie Williamsburg”.

Przypomniałam sobie teraz. I coś jeszcze, chyba napis „Waszyngton na kołach”... Tak, prawie

background image

na pewno. Czy to w czymś wam pomoże?

ROZDZIAŁ 64

Betsey  już  rozmawiała  na  drugiej  linii  z  Kylem  Craigiem.  Ustalili,  jak  najszybciej

zabrać  nas  do  Tinden  w  Wirginii.  Pani  Morris  omal  nie  zagadała  mnie  na  śmierć.  Ciągle
przypominała sobie coś nowego. Podobno autokar skręcił w polną drogę niedaleko jej domu.

-  Tam  są  tylko  trzy  farmy  i  wszystkie  dobrze  znam -  mówiła. -  Dwie  graniczą  z

opuszczoną bazą wojskową, zbudowaną w latach osiemdziesiątych. Mogę sprawdzić, co tam
się dzieje.

- Nie, nie - sprzeciwiłem się natychmiast. - Niech pani nie rusza się z domu. Już do

pani jedziemy.

- Znam okolicę - zaprotestowała. - Mogę wam pomóc.
- Proszę na nas zaczekać. Już do pani jedziemy - powtórzyłem.
Obok stacji wylądował jeden ze śmigłowców FBI przeszukujących pobliskie lasy. W

tym samym momencie przyjechał Kyle. Jeszcze nigdy tak się nie ucieszyłem na jego widok.

Betsey opowiedziała mu dokładnie, co chce zrobić w Wirginii.
- Podlecimy helikopterem jak najbliżej, ale tak, żeby nas nie zauważyli. Usiądziemy

sześć  do  ośmiu  kilometrów  od  Tinden.  Nie  potrzebuję  dużych  sił  na  ziemi.  Wystarczy
dwunastu dobrych ludzi, może nawet mniej.

Plan był dobry i Kyle go zaakceptował. Polecieliśmy. Po drodze skierował na miejsce

znajomych agentów z Quantico.

Na  pokładzie  śmigłowca  odebraliśmy  informacje  o  okolicy,  w  której  pani  Morris

widziała autokar. W bazie wojskowej była w latach osiemdziesiątych broń nuklearna.

-  W  kilku  takich  miejscach  wokół  Waszyngtonu  międzykontynentalne  pociski

balistyczne  trzymali  pod  ziemią -  wyjaśnił  Kyle. -  Jeśli  autokar  stoi  w  betonowym  silosie,
helikoptery z czujnikami ciepła nie wykryją go.

Nasz  śmigłowiec  zaczął  lądować  na  otwartej  przestrzeni  w  pobliżu  tutejszej  szkoły

średniej.  Zerknąłem  na  zegarek.  Dawno  minęła  szósta.  Czy  zakładnicy  jeszcze  żyją?  Jaką
sadystyczną grę prowadził Supermózg?

Za  piętrowym  szkolnym  budynkiem  z  czerwonej  cegły,  sprawiającym  sielankowe

wrażenie,  ciągnęły  się  zielone  boiska.  Wokoło  było zupełnie  pusto,  jeśli  nie  liczyć
czekających na nas dwóch sedanów i czarnej furgonetki. Znajdowaliśmy się jakieś sześć do
ośmiu kilometrów od szosy stanowej, na której pani Morris widziała autokar.

background image

Teraz siedziała w pierwszym sedanie. Miała chyba około osiemdziesiątki, ale dobrze

się  trzymała.  Szczerzyła  sztuczne  zęby,  choć  wesoły  uśmiech  był  tu  z  pewnością  nie  na
miejscu. Czyjaś miła babcia, pomyślałem.

- Od której farmy zaczniemy? - zapytałem ją. - Gdzie tutaj mógłby się ktoś ukryć?
Myślała przez chwilę intensywnie, zmrużywszy szaroniebieskie oczy.
- Na farmie Donalda Browne’a - odrzekła w końcu. - Nikt na niej teraz nie mieszka.

Browne umarł ostatniej wiosny, biedaczysko. Tam łatwo byłoby się schować.

ROZDZIAŁ 65

-  Jedź  dalej.  Nie  zatrzymuj  się -  powiedziałem  do  naszego  kierowcy,  kiedy

zbliżyliśmy się do farmy Browne’a przy szosie stanowej numer dwadzieścia cztery. Zrobił, co
kazałem. Stanęliśmy za zakrętem, jakieś sto metrów dalej.

-  Zauważyłem  kogoś  na  podwórzu,  Kyle.  Opierał  się  o  drzewo  obok  domu  i

obserwował szosę. Przyglądał się nam. Oni tam są.

Przed  nami  widziałem  szczątki  starej  bazy  rakietowej.  Zastanawiałem  się,  czy

znajdziemy w silosie autokar, którego nie mogły wykryć helikoptery apache. Jeśli chodzi o
los  zakładników  z  MetroHartford,  nie  byłem  zbytnim  optymistą.  Supermózg  nienawidził
przecież towarzystw ubezpieczeniowych. Czy chodziło o zemstę?

Przypominałem sobie kolejne ofiary napadów na banki. Bałem się, że na farmie doszło

do masakry. Porywacze ostrzegali nas: żadnych błędów, żadnych pomyłek. Takie reguły gry
narzucali podczas skoków na banki. Czy coś się zmieniło?

- Podejdźmy do nich przez las - zaproponował Kyle. - Nie mamy czasu na bardziej

wymyślną taktykę.

Skontaktował się z innymi jednostkami. Potem on, Betsey i ja pobiegliśmy przez gęsty

las na północ. Jeszcze nie widzieliśmy farmy, ale nas też nikt nie mógł stamtąd zobaczyć.

Na szczęście las kończył się blisko domu. Gęste krzaki ciągnęły się niemal do samego

podjazdu. Światła w środku budynku były pogaszone. Żadnego ruchu, żadnego dźwięku.

Przez  cały  czas  obserwowałem  wartownika  porywaczy.  Stał  niedaleko,  plecami  do

nas. A gdzie reszta? I gdzie zakładnicy? Dlaczego w domu jest ciemno?

- Co on tu robi, do cholery? - mruknął Kyle. Był tak samo zaintrygowany jak ja.
- Nie wygląda na czujkę - szepnęła Betsey. - Nie podoba mi się to.
-  Mnie  też  nie -  przyznałem.  To  nie  miało  sensu.  Kto  stawia  na  straży  jednego

człowieka? I po co porywacze mieliby tu jeszcze siedzieć?

background image

- Zdejmujemy go - zadecydował cicho Kyle. - Potem wchodzimy do domu.

ROZDZIAŁ 66

Dałem  im  znak,  że  ja  to  załatwię.  Podkradłem  się  do  wartownika  szybko  i  prawie

bezszelestnie. Zamachnąłem się pistoletem, facet dostał kolbą w głowę i upadł, nie wydawszy
żadnego dźwięku. Za łatwo to poszło. Co jest grane, do cholery?

Betsey dołączyła do mnie w półprzysiadzie.
- Co to za czujka, do cholery, że dał się tak podejść? - szepnęła. - Przedtem zawsze

byli bardzo ostrożni.

Z lasu za nami wyłoniło się kilku agentów. Betsey zatrzymała ich gestem. W domu

nadal było ciemno i cicho. Cała scena wyglądała nierealnie i upiornie.

Kyle  dał  rozkaz  do  wejścia.  Pobiegliśmy  cicho  naprzód.  Nie  napotkaliśmy  już

żadnych straży. Pułapka? Czekali na nas w środku? A co z panią Morris? Czyżby była z nimi?

Dobiegłem  do  domu  z  pierwszymi  agentami.  Poczułem,  jak  wzbiera  we  mnie  lęk.

Uniosłem mojego glocka i kopniakiem otworzyłem drzwi. Nie wierzyłem własnym oczom.
Omal nie krzyknąłem.

Zakładnicy byli w salonie. Cała grupa. Wszyscy cali i zdrowi. Gapili się na mnie z

przerażeniem.  Policzyłem  ich  szybko:  szesnaście  kobiet,  dwoje  dzieci  i  kierowca.  Nikt  nie
zginął. Mimo że złamaliśmy zasady.

- Gdzie są porywacze? - zapytałem cicho. - Ktoś z nich jeszcze tu jest?
Ciemnowłosa kobieta wystąpiła naprzód.
- Zostawili wartowników wokół domu. Jeden stoi pod wiązem od frontu.
- Już nie - powiedziała Betsey. - A innych nie zauważyliśmy. Proszę, żeby wszyscy tu

zostali, a my się tymczasem rozejrzymy.

Agenci FBI rozbiegli się po domu. Kilka kobiet zaczęło płakać, kiedy zrozumiały, że

wreszcie są uratowane.

-  Zagrozili,  że  nas  zabiją,  jeśli  spróbujemy  stąd  wyjść  przed  świtem.  Opowiedzieli

nam  o  rodzinach  Buccierich  i  Casselmanów -  wykrztusiła  przez  łzy  wysoka,  ciemnowłosa
kobieta. Nazywała się Mary Jordan i odpowiadała za grupę.

W  domu  nikogo  nie  znaleźliśmy.  Nie  natrafiliśmy  na  żadne  ślady  przestępców,  ale

technicy byli już w drodze. Autokar stał w baraku w starej bazie wojskowej.

Pół  godziny  później  na  farmę  wtargnęła  pani  Morris.  Kilku  agentów  próbowało  ją

zatrzymać, ale bez skutku. Pojawienie się starej kobiety stanowiło niemal komiczną puentę

background image

dramatycznych wydarzeń ostatnich kilku godzin.

-  Dlaczego  uderzyliście  starego  Buda  O’Marę?  To  miły,  tutejszy  facet.  Pracuje  na

parkingu  dla  ciężarówek.  Powiedział,  że  zapłacili  mu  sto  dolców,  żeby  tu  stał  i  czekał.  I
zarobił setkę za dziurę w głowie. To zupełnie nieszkodliwy gość.

Kiedy  w  końcu  przyjechały  samochody  ratownicze,  nastąpiło  cos  dziwnego,  ale

przyjemnego. Zakładniczki zaczęły wiwatować na naszą cześć i klaskać. Odbiliśmy je. Nie
pozwoliliśmy im umrzeć.

Ale ja wiedziałem swoje. Z jakiegoś powodu Supermózg nie chciał, żeby zginęły.

background image

CZĘŚĆ CZWARTA

ATAK I ODWRÓT

background image

ROZDZIAŁ 67

Rzecz  jasna,  nasze  śledztwo  wciąż  stanowiło  dla  mediów  temat  dnia.  Prasa

dowiedziała  się  o  Supermózgu  i  zaroiło  się  w  niej  od  sensacyjnych  nagłówków.  Zdjęcie
małego  Buccieriego -  jednej  z  pierwszych  ofiar -  zdobiło  niemal  każdy  artykuł.  Twarz
chłopca zaczęła mi się śnić po nocach.

Pracowałem od dwunastu do szesnastu godzin dziennie. Mitchell Brand, który napadał

na waszyngtońskie banki, był ciągle jednym z głównych podejrzanych FBI. Jego fotografia i
dane wisiały wysoko na ścianie od ponad tygodnia. Nie mogliśmy go namierzyć, ale pasował
do  naszego  portretu  przestępcy.  Ekipa  dochodzeniowa  szukała  dowodów  w  miejscu,  gdzie
wyrzuciliśmy z pociągu okup. Technicy FBI badali każdy centymetr kwadratowy w domu na
farmie Browne’a. W zlewie znaleźli ślady charakteryzacji teatralnej. Rozmawiałem z kilkoma
zakładniczkami. Potwierdziły nasze podejrzenia, że porywacze mogli być ucharakteryzowani,
nosić peruki i podwyższone buty.

Przez pierwsze dwa dni pracowałem z Sampsonem w Waszyngtonie. MetroHartford

wyznaczyło  milion  dolarów  nagrody  za  informacje  o  przestępcach.  Oferta  dotyczyła
wszystkich, również członków gangu, których nie satysfakcjonowałaby ich część okupu.

Mitchella Branda szukaliśmy głównie w Waszyngtonie. Był czarny i miał trzydzieści

lat. Podejrzewano go o sześć napadów na banki, ale nigdy go oficjalnie nie oskarżono. I nagle
zniknął.  W  czasie  operacji  „Pustynna  Burza”  służył  w  armii  w  stopniu  sierżanta.  Słynął  z
tego, że lubił używać przemocy. Według kartotek wojskowych miał współczynnik inteligencji
powyżej stu pięćdziesięciu.

Dowodów przybywało, ale rozgłos działał przeciwko nam. W biurze terenowym FBI

urywały  się  telefony  z  informacjami,  bez  przerwy  odbierano  faksy.  Nagle  mieliśmy  setki
tropów do sprawdzenia. Zastanawiałem się, czy Supermózg nadal pracuje przeciwko nam.

Drugiego  wieczoru  po  porwaniu  kobiet  z  MetroHartford  wpadł  do  mnie  Sampson.

Dochodziła  jedenasta  i  przed  chwilą  wróciłem  do  domu.  Wziąłem  kilka  zimnych  piw  i
wyszliśmy na werandę.

-  Miałem  nadzieję  zobaczyć  dziś  małego  księcia -  powiedział  Sampson,  kiedy

usiedliśmy.

Podzieliłem się z nim najnowszymi wieściami. W każdym razie częścią.
- Będzie z nami mieszkał.
John wyszczerzył wielkie, białe zęby. Przypominały klawisze fortepianu.

background image

- Wspaniała wiadomość, stary. Domyślam się, że Christine też.
Pokręciłem głową.
- Nie. Ciągle nie może się otrząsnąć po tym, co jej zrobił Geoffrey Shafer. Boi się o

siebie i o nas. Nie chce mnie więcej widzieć. Między nami wszystko skończone.

Sampson przyjrzał mi się.
- Przecież było wam dobrze razem. Nie łapię, o co chodzi, stary.
- Ja też nie. Już od miesięcy. Zaproponowałem, że rzucę pracę w policji i pewnie tak

bym zrobił. Ale powiedziała, że to nie ma znaczenia.

Popatrzyłem przyjacielowi w oczy.
- Straciłem ją, John. Próbuję z tym żyć, ale jestem załamany.

ROZDZIAŁ 68

Późną nocą odezwał się mój pager. Sampson.
- Burdel nie z tej ziemi, Alex. Mówię poważnie.
- Gdzie jesteś? - zapytałem.
- W East Capitol Dwellings. Z Rakeemem Powellem. Jeden z jego kapusiów dał nam

cynk. Chyba namierzyliśmy Mitchella Branda.

- I w czym problem?
- Rakeem zadzwonił do swojego porucznika, a tamten do szefa. Pittman ściągnął tu

połowę waszyngtońskich gliniarzy.

Wkurzyłem się.
- To moje śledztwo, do cholery! Pittman mógł mnie zawiadomić.
- Dlatego dzwonię, stary. Lepiej rusz dupę.
Spotkałem  się  z  Sampsonem  przy  osiedlu  East  Capitol.  Według  kapusia,  tu

zamelinował  się  Brand.  Słyszałem,  że  blokowisko  nazywają  „subsydiowanym  magazynem
ludzkim”.  Rzeczywiście,  przypomina  ciężkie  więzienie.  Budynki  o  wyglądzie  bunkrów
otaczają  białe,  zimne  mury  z  żużlobetonu.  Przygnębiający,  ale  dość  typowy  widok  w
Southeast. Mieszkający tu biedacy starają się jak mogą, żeby jakoś żyć w tych warunkach.

- To się wymknęło spod kontroli, Alex - zaczął narzekać Sampson, kiedy stanęliśmy

obok  siebie  na  skrawku  brudnej  ziemi  między  budynkami. -  Za  dużo  spluw  naraz.  Gdzie
kucharek sześć... sam wiesz. Szef detektywów znów się wygłupia.

Rozejrzałem się, pokręciłem głową i zakląłem. Cholerne zoo. Zauważyłem jednostkę

specjalną SWAT, detektywów z wydziału zabójstw. I jak zwykle gapiów z sąsiedztwa. Czy

background image

Mitchell Brand mógł być Supermózgiem?

Szybko  włożyłem  kevlarową  kamizelkę  kuloodporną  i  sprawdziłem  glocka.  Potem

poszedłem pogadać z szefem detektywów. Przypomniałem Pittmanowi, że to moje śledztwo, i
nie mógł zaprzeczyć. Ale wyraźnie zaskoczył go mój widok.

- Przejmuję sprawę - oświadczyłem.
- Tylko nic nie spieprz. Mamy Branda na widelcu - warknął i odszedł.

ROZDZIAŁ 69

Zaraz po mnie przyjechał starszy agent James Walsh. Betsey Cavalierre nie pokazała

się. Podszedłem do niego. Zaprzyjaźniliśmy się w ciągu ostatnich kilku tygodni, ale dziś był
jakiś sztywny. Nie podobało mu się to, co tu zastał. Jego także za późno zawiadomili.

- A gdzie starsza agentka Cavalierre? - zapytałem.
- Wzięła kilka wolnych dni. Chyba pojechała do koleżanki w Marylandzie. Znasz tego

Mitchella Branda?

-  Wiem  o  nim  wystarczająco  wiele.  Jeśli  siedzi na  górze,  pewnie  jest  uzbrojony  po

zęby. Ma nową przyjaciółkę, Theresę Lopez. Z tego osiedla. Samotna matka z trójką dzieci.
Znam ją z widzenia.

- Bomba - westchnął Walsh. Pokręcił głową i przewrócił oczami. - Trójka dzieci, ich

mamusia i uzbrojony facet podejrzany o napady na banki.

-  Właśnie.  Witamy  w  Waszyngtonie,  agencie  Walsh.  Brand  mógł  brać  udział  w

porwaniu kobiet z MetroHartford. Może być Supermózgiem. Musimy go dostać.

Spotkałem się z drużyną szturmową w punkcie obserwacyjnym w pobliskim budynku.

Na  co  dzień  używali  tutaj  mieszkania  detektywi  z  wydziału  narkotyków  przydzieleni  do
osiedla. Byłem tu kilka razy. To moja okolica.

Mieliśmy wejść w ośmiu na szóste piętro i zgarnąć Branda. Ośmiu to aż za dużo do

takiej roboty. Ale w kupie bezpieczniej.

Kiedy drużyna wkładała kamizelki kuloodporne i sprawdzała broń, wyjrzałem przez

okno. Ulice zalewał żółty blask lamp sodowych. Co za cholerna dzielnica. Mimo obecności
policjantów,  handel  prochami  kwitł.  Nic  nie  mogło  tego  powstrzymać.  Przyglądałem  się
naganiaczom  i  czujkom  na  pobliskim  rogu.  Sprzedawali  kokę.  Szybkim  krokiem,  ze
zwieszoną  głową  podszedł  miejscowy  ćpun.  Znajomy  widok.  Odwróciłem  się,  jakbym
niczego nie zauważył.

-  Chcemy  zgarnąć  Branda -  powiedziałem  do  drużyny -  żeby  go  przesłuchać  w

background image

sprawie  skoku  na  bank  First  Union  w  Falls  Church.  Może  nas  doprowadzić  do  tego,  kto
zorganizował wszystkie napady. Jak dotąd, to nasz najlepszy podejrzany. Możliwe, że on sam
jest Supermózgiem.

-  O  ile  wiemy -  ciągnąłem -  siedzi  teraz  u  swojej  nowej  dziewczyny.  Detektyw

Sampson puści w obieg standardowy rozkład tego typu mieszkania. Oprócz Branda może tam
być jego przyjaciółka z trójką dzieci w wieku od dwóch do sześciu lat.

Odwróciłem się do Walsha. Dwaj z jego agentów weszli w skład drużyny szturmowej.

Nie miał nic do dodania. Poinstruował tylko swoich ludzi:

- Policja waszyngtońska wchodzi pierwsza do mieszkania. My czekamy w korytarzu

jako wsparcie. To tyle.

-  Idziemy - powiedziałem. - Bądźcie bardzo ostrożni. Brand jest niebezpieczny i na

pewno dobrze uzbrojony.

- Służył w siłach specjalnych - dorzucił Sampson. - To jak zbieranie bitej śmietany z

gówna.

ROZDZIAŁ 70

„Uzbrojony  i  niebezpieczny”.  To  dość  oklepane  określenie  sygnalizuje  jednak

policjantom rzeczywiste fakty, z którymi muszą się liczyć.

Weszliśmy gęsiego do brudnej, słabo oświetlonej piwnicy budynku numer trzy, potem

ruszyliśmy  szybko  schodami  w  górę.  Na  klatce  widać  było  ślady  pożaru.  Na  podłodze,
ścianach  i  metalowej  poręczy  zostały  plamy  sadzy.  Czy  tutaj  ukrywał  się  Supermózg?  Był
czarny? FBI wydawało się to nie do pomyślenia. Niby dlaczego?

Na  czwartym  piętrze  zaskoczyliśmy  dwóch  ćpunów.  Akurat  przypalali  skręta.  Na

widok naszej broni zamarli z wytrzeszczonymi oczami. Bali się ruszyć.

- Nikomu nic nie zrobiliśmy - wychrypiał w końcu jeden. Wyglądał na czterdziestkę,

ale pewnie nie miał więcej niż dwadzieścia lat. Wycelowałem w nich palec.

- Ani słowa - ostrzegłem.
Musieli  pomyśleć,  że  przyszliśmy  po  nich.  Nie  mogli  uwierzyć,  że  idziemy  dalej.

Usłyszałem za sobą Sampsona.

- Spierdalajcie stąd. Ostatni raz macie taki fart.
Przez  cienkie  ściany  docierały  do  nas  krzyki  dzieci,  płacz  niemowląt,  głosy  z

telewizorów,  jazz,  hip-hop  i  salsa.  Ścisnęło  mnie  w  żołądku.  Atak  na  Branda  w  budynku
pełnym ludzi mógł się źle skończyć. Ale wszyscy chcieli, żeby śledztwo ruszyło do przodu. A

background image

facet był doskonałym podejrzanym.

Sampson dotknął mojego ramienia.
- Ja i Rakeem wejdziemy pierwsi. Ty za nami, stary. I bez dyskusji.
Zmarszczyłem brwi, ale zgodziłem się. Sampson i Rakeem Powell strzelali najlepiej z

nas.  Byli  ostrożni,  sprytni  i  doświadczeni.  Ale  mieli  trudne  zadanie.  „Uzbrojony  i
niebezpieczny”. Wszystko mogło się zdarzyć.

Odwróciłem  się  do  detektywa,  który  trzymał  oburącz  ciężki,  metalowy  taran,

przypominający małą rakietę z tępym końcem.

- Wywalisz drzwi bez uprzedzenia. Nie musisz najpierw pukać.
Spojrzałem na spiętych funkcjonariuszy za mną i uniosłem pięść.
- Wchodzimy na cztery. Pokazałem na palcach: raz... dwa... trzy!
Potężne uderzenie w drzwi wyłamało zamki. Wpadliśmy do środka. Sampson i Powell

krok przede mną. Na razie bez strzału.

-  Mama! -  wrzasnęło  jedno  z  przestraszonych  dzieci.  Natychmiast  przypomniałem

sobie ofiary Supermózga. Nie chcieliśmy rozlewu krwi.

„Uzbrojony i niebezpieczny”.
Dwoje maluchów oglądało w telewizji South Park. Gdzie jest Mitchell Brand? I gdzie

Theresa Lopez? Może nie ma ich w domu. W takim środowisku zdarza się, że dzieci siedzą
same przez kilka dni.

Sypialnia  na  wprost  nas  była  zamknięta.  Gdzieś  w  mieszkaniu  grała  muzyka.  Jeśli

Brand się tu zamelinował, to nie dbał zbytnio o swoje bezpieczeństwo. Nie podobało mi się
to.

Pchnąłem  drzwi  sypialni  i  zajrzałem  do  środka.  Serce  mi  waliło.  Przykucnąłem  w

pozycji strzeleckiej. Trzecie dziecko bawiło się na podłodze pluszowym misiem.

- Niebieski Niedźwiadek - powiedziało do mnie.
Przytaknąłem  szeptem  i  szybko  wycofałem  się  do  holu.  Sampson  otworzył

kopniakiem następne drzwi. Druga sypialnia! Na planie była tylko jedna! Dostaliśmy rozkład
nie tego mieszkania!

Nagle w holu pojawił się Mitchell Brand. Wlókł za sobą Theresę Lopez. Przyciskał jej

do  skroni  lufę  czterdziestki  piątki.  Ładna,  ciemnoskóra  kobieta  trzęsła  się  z  przerażenia.
Oboje  byli  nadzy.  Brand  miał  tylko  złote  łańcuchy  na  grubej  szyi,  nadgarstkach  i  lewej
kostce.

- Rzuć broń, Brand! - zawołałem. - Wiesz, że stąd nie wyjdziesz. Chyba jesteś na tyle

inteligentny? Rzuć broń!

background image

- Z drogi! - wrzasnął. - Jestem na tyle inteligentny, żeby najpierw wpakować ci kulę w

czoło!

Nie ruszyłem się z miejsca. Sampson i Powell zajęli stanowiska na prawo i lewo ode

mnie.

- Bank First Union w Falls Church to twoja robota? - zapytałem. - Jeśli nie, nic ci nie

grozi. Odłóż broń.

-  To  nie  ja! -  krzyknął. -  Cały  tydzień  byłem  w  Nowym  Jorku!  Na  ślubie  siostry

Theresy. Ktoś mnie w to wrabia!

Theresa  Lopez  zaczęła  spazmatycznie  łkać.  Dzieci  płakały  i  wołały  ją.  Detektywi  i

agenci FBI trzymali je w bezpiecznym miejscu.

- Był na weselu mojej siostry! - zawołała Lopez. Patrzyła błagalnie w moją stronę. -

Ze mną!

- Mamusiu! Mamusiu! - płakały dzieci.
- Odłóż broń, Brand. Ubierz się. Musimy pogadać. Wierzę, że byłeś na weselu. Ale

odłóż broń.

Czułem, że mam koszulę mokrą od potu. Jedno z dzieci znów kręciło się za Brandem i

Lopez. Na linii ognia! Modliłem się, żebym nie musiał strzelać.

Brand wolno opuścił pistolet i pocałował Theresę w głowę.
- Przepraszam, kochanie - szepnął do niej.
Już  wcześniej  zacząłem  myśleć,  że  to  pomyłka.  Czułem  to.  Kiedy  opuścił  broń,

wiedziałem  już  na  pewno.  Może  rzeczywiście  ktoś  go  wrobił.  Straciliśmy  masę  czasu  i
środków, żeby go zgarnąć. Od wielu dni szliśmy fałszywym tropem.

Poczułem na karku zimny oddech Supermózga.

ROZDZIAŁ 71

Wróciłem do domu bardzo późno. Nie podobało mi się mnóstwo rzeczy: to, że za dużo

pracuję, rozstanie z Christine, aresztowanie Mitchella Branda.

Musiałem się odprężyć, więc siadłem do pianina. Grałem Gershwina i Cole’a Portera,

dopóki  oczy  nie  zaczęły  mi  się  kleić.  Wdrapałem  się  na  górę.  Zasnąłem,  gdy  tylko
przyłożyłem głowę do poduszki.

Około  siódmej  trzydzieści  zjadłem  śniadanie  z  babcią  i  Damonem.  Nadszedł  wielki

dzień dla naszej rodziny. Nawet nie wybierałem się do pracy. Miałem coś lepszego do roboty.

Wyszliśmy z domu o ósmej trzydzieści. Pojechaliśmy do szpitala po Jannie.

background image

Czekała  na  nas  w  swojej  sali,  już  spakowana.  Miała  na  sobie  dżinsy  i  T-shirt  z

napisem  „Dbajmy  o  Ziemię”.  Babcia  przywiozła  jej  ubranie  poprzedniego  dnia.  Ale
oczywiście Jannie poinstruowała ją przedtem dokładnie, co ma przywieźć.

-  Chodźmy,  chodźmy -  zaczęła  nas  ponaglać,  chichocząc,  ledwo  weszliśmy. -  Nie

mogę się doczekać tej chwili, kiedy będę w domu. Szybko. Tu są moje rzeczy.

Wepchnęła Damonowi różową walizeczkę „Amerykański turysta”. Przewrócił oczami,

ale wziął bagaż.

- Długo jeszcze będziesz wymagała takiego specjalnego traktowania? - zapytał.
- Do końca twojego życia - odpowiedziała bratu. - Może nawet dłużej.
Dała mu lekcję, jak mężczyźni powinni się zachowywać wobec kobiet.
Nagle się przestraszyła.
- Chyba mogę już stąd wyjść? Prawda?
Uśmiechnąłem się.
- Oczywiście. Tyle, że nie wyjść, a wyjechać. Takie są przepisy szpitalne.
Jannie straciła humor.
- Na wózku?! Wspaniałe wyjście, nie ma co.
Schyliłem się i podniosłem ją.
- Tak, na wózku. Ale teraz jesteś w ubraniu i pięknie wyglądasz, księżniczko.
Zatrzymaliśmy się przy dyżurce. Jannie pożegnała się i wyściskała z pielęgniarkami.

Potem wreszcie wyszliśmy ze szpitala.

Była  zdrowa.  Testy  usuniętego  nowotworu  wykazały,  że  należał  do  łagodnych.

Jeszcze nigdy w życiu nie czułem takiej ulgi. Jeśli kiedykolwiek w przeszłości zdarzyło się,
bym zapomniał, ile Jannie dla mnie znaczy - w co bardzo wątpiłem, po tym wszystkim na
pewno nie mogłoby się to powtórzyć. Jannie, Damon i malutki Alex byli dla mnie wszystkim.

Jazda do domu zajęła nam niecałe dziesięć minut. Jannie wierciła się w samochodzie

jak  mały  piesek.  Wychylała  głowę  przez  okno,  chłonęła  widoki  i  wdychała  zadymione,
miejskie powietrze, które, jej zdaniem, było absolutnie cudowne.

Kiedy zaparkowałem samochód, wysiadła wolno, niemal z szacunkiem. Popatrzyła na

nasz  stary  dom  jak  na  katedrę  Notre  Dame.  Obróciła  się  o  trzysta  sześćdziesiąt  stopni,
obejrzała okolicę na Piątej ulicy i z aprobatą skinęła głową.

- Nie ma jak w domu - szepnęła w końcu. - Zupełnie jak w Czarnoksiężniku z krainy

Oz.

Odwróciła się do mnie.
- Nawet zdjąłeś z drzewa latawiec z Batmanem i Robinem. Chwalmy Pana.

background image

Uśmiechnąłem się szeroko i poczułem, że stało się ze mną coś dobrego. Wiedziałem,

co: przestałem się bać, że ją stracę.

- Właściwie to babcia się tam wdrapała - odrzekłem.
Babcia zamachnęła się na mnie ze śmiechem.
- Przestań zmyślać.
Za  progiem  Jannie  natychmiast  złapała  kotkę  Rosie.  Przytuliła  ją do  twarzy  i  kotka

polizała jej policzek. Potem zatańczyły jak w dniu chrztu małego Aleksa.

-  Fiołki  są  niebieskie,  róże  są  czerwone -  zaśpiewała  cicho  Jannie. -  Kocham  mą

rodzinkę i nasz stary domek.

Patrzyłem na to z przyjemnością.
Masz rację, Jannie Cross, pomyślałem. Nie ma jak w domu. Może dlatego tak ciężko

pracuję, żeby go chronić.

Ale może po prostu usprawiedliwiałem się przed samym sobą i zawsze będę.

ROZDZIAŁ 72

Następnego  ranka pojechałem do biura terenowego FBI. Na całym piętrze szumiały

faksy, dzwoniły telefony, pracowały komputery. Pełno energii, dobrej i złej. Było już jasne,
że Mitchell Brand to nie nasz facet i że może nawet ktoś go wrobił.

Betsey Cavalierre wróciła z wolnego weekendu. Opaliła się, uśmiechała i wyglądała

na wypoczętą. Zastanawiałem się przez chwilę, gdzie była, ale zaraz wciągnęła mnie robota.

Nafaszerowany najnowszą techniką „gabinet wojenny” Biura nadal działał, ale teraz

wszystkie możliwe tropy pokrywały już trzy spośród czterech ścian. FBI uważało, że trzeba
zbadać  wszystkie.  Dyrektor  sprawdził  w  archiwum,  że  było  to  największe  polowanie  w
historii  Biura.  Wielkie  korporacje  naciskały.  To  samo  się  działo  na  początku  lat
dziewięćdziesiątych, kiedy Unabomber zabił nowojorskiego biznesmena.

Większość dnia spędziłem w dusznej sali konferencyjnej bez okien. Razem z kilkoma

agentami i detektywami oglądaliśmy niekończące się slajdy.

Na  dużym  ekranie  pojawiali  się  kolejni  podejrzani.  Potem  dyskutowaliśmy  o  nich  i

dzieliliśmy ich na kategorie: wyłączony, czynny, bardzo aktywny.

O  szóstej  wieczorem  starszy  agent  Walsh  zwołał  naradę.  Podejrzewał,  że  bandyci

wkrótce  znów  uderzą.  Betsey  Cavalierre  spóźniła  się  na  zebranie.  Usiadła  z  tyłu  i  przyjęła
rolę obserwatora.

Dwoje psychologów behawioralnych z FBI opracowało listę następnych potencjalnych

background image

ofiar Supermózga: banków międzynarodowych, dużych towarzystw ubezpieczeniowych, firm
wydających karty kredytowe, konglomeratów komunikacyjnych i firm z Wall Street.

Doktor  psychologii  Joanna  Rodman  powiedziała,  że  jeszcze  nie  spotkała  się  z  taką

zajadłością  i  nienawiścią,  jak  przy  ostatnich  rabunkach.  Uważała,  że  sprawcom  sprawia
przyjemność przechytrzanie władz i prawdopodobnie szukają sławy i rozgłosu.

Zakończyła  w  sposób  mocno  prowokujący.  Była  przekonana,  że  Supermózg  znów

zaatakuje.

-  Mogę  się  założyć,  że  uderzy  raz  jeszcze -  oświadczyła. -  Choć  nie  jestem  typem

hazardzistki.

Przez dłuższy czas nie odzywałem się w ogóle. Wolałem siedzieć cicho i słuchać. W

ten sposób postępowałem na studiach, najpierw na Uniwersytecie Georgetown, a potem na
Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa.

Agentka Cavalierre zachowywała się zupełnie inaczej.
- A co pan o tym sądzi, doktorze Cross? - zapytała natychmiast po przemowie doktor

Joanny Rodman. - Pan też mógłby się założyć, że Supermózg znów zaatakuje?

Potarłem brodę i przypomniałem sobie, że taki sam odruch miałem na studiach.
-  Ja  też  nie  jestem  hazardzistą.  Przekonuje  mnie  lista  jego  potencjalnych  celów.

Zgadzam  się  z  większością  tego,  co  tu  usłyszałem.  Za  wszystkim  stoi  jeden  człowiek.
Werbuje różne grupy do poszczególnych zadań.

Spojrzałem na Betsey z trochę niezadowoloną miną i mówiłem dalej.
- Uważam, że pierwsze morderstwa miały wszystkich zastraszyć. I tak się stało. Ale

przy porwaniu kobiet z MetroHartford bandyci działali szybko i skutecznie bez rozlewu krwi.
Nie widzę tu zajadłości ani nienawiści. Zakładniczki też o niczym takim nie wspominały. To
było  zupełnie  co  innego  niż  wcześniejsze  napady  na  banki.  Nikt  nie  zginął  i  dlatego
podejrzewam, że... to koniec tej sprawy. Nic więcej się nie wydarzy.

- Co?! - zdumiała się Betsey. - Trzydzieści milionów i do widzenia?
Przytaknąłem.
-  Wydaje  mi  się,  że  teraz  Supermózg  gra  z  nami  w  inną  grę:  „Złapcie  mnie,  jeśli

potraficie”. A nie potrafimy.

ROZDZIAŁ 73

Betsey Cavalierre podeszła do mnie zaraz po naradzie.
-  Nie  chcę  ci  się  podlizywać,  ale  zgadzam  się  z  tobą -  powiedziała. -  On  chyba

background image

rzeczywiście w coś z nami gra. Może nawet wystawił nam Mitchella Branda.

-  Możliwe -  przyznałem. -  Pozornie  to  wszystko  jest  bez  sensu.  Ale  facet  ma

niezwykle wysokie mniemanie o sobie i lubi współzawodnictwo. I na razie tylko tyle o nim
wiemy.

-  Zrelaksujmy  się  dzisiaj  trochę,  Alex.  Chodźmy  się  napić.  Chcę  z  tobą  pogadać.

Obiecuję, że nie będę ględzić o Supermózgu.

Przygryzłem wargi.
- Muszę wracać do domu, Betsey. Wczoraj odebrałem ze szpitala moją małą Jannie.

Przepraszam, że odmawiam ci drugi raz. Nie myśl, że cię unikam.

Uśmiechnęła się uprzejmie.
- Rozumiem cię. Nie ma sprawy. To ten mój szósty zmysł. Ciągle mi podpowiada, że

potrzebujesz z kimś pogadać. Wracaj do domu. Ja mam tu jeszcze co robić. Aha, jutro lecimy
do  Hartford.  Chcemy  przesłuchać  byłych  i  obecnych  pracowników  MetroHartford.
Powinieneś polecieć z nami. To ważne. Startujemy około ósmej z lotniska Bolling.

-  Dobrze,  przyjadę.  Jakoś  dopadniemy  Supermózga.  Jeśli  wystawił nam  Mitchella

Branda, popełnił pierwszy błąd. To znaczy, że ryzykuje, chociaż nie musi.

Pojechałem  do  domu  i  zjadłem  z  rodziną  fantastyczną  kolację.  Tego  wieczoru  na

pewno najlepszą w Waszyngtonie. Babcia upiekła indyka. Robi to co kilka miesięcy. Mówi,
że  prawidłowo  przyrządzony  indyk  jest  za  dobry,  żeby  jeść  go  tylko  dwa  razy  do  roku,  w
Boże Narodzenie i Święto Dziękczynienia.

- Widziałeś to, Alex? - zapytała i wręczyła mi  wycinek z „Washington Post”. Rada

Praw Dziecka opublikowała listę najlepszych i najgorszych miejsc do wychowywania dzieci.
Waszyngton był na samym końcu.

-  Widziałem -  odparłem.  Nie  mogłem  się  powstrzymać  od  drobnej  uwagi. -  Teraz

wiesz, dlaczego zarywam tyle nocy. Próbuję zrobić porządek w naszej stolicy.

Babcia spojrzała mi prosto w oczy.
- I nie wychodzi ci to, chłopcze - powiedziała.
Cóż za ironia losu. W tym dniu tygodnia zawsze mieliśmy wieczorem lekcję boksu.

Jannie nalegała, żebym zszedł z Damonem na dół, a ona będzie tylko patrzeć. Damon miał
gotową odzywkę na tę okazję.

- Chcesz, żebym też wylądował w szpitalu.
- Błąd - odparowała Jannie. - Poza tym, doktor Petito powiedział, że lekcje boksu i

twój cios nie miały nic wspólnego z moim nowotworem. Nie przeceniaj się. Damo. Nie jesteś
Muhammadem Ali.

background image

Więc zeszliśmy do piwnicy i skoncentrowaliśmy się na podstawach, czyli pracy nóg.

Pokazałem nawet dzieciom, jak Ali wykołował Sonny Listona w pierwszych dwóch walkach
w  Miami  i  Lewiston  w  Maine,  a  potem  w  ten  sam  sposób  Floyda  Pattersona,  który
wyśmiewał go przez kilka miesięcy przed walką.

-  To  lekcja  boksu  czy  historii  starożytnej? -  zapytał  w  końcu  Damon  z  lekką  nutą

pretensji w głosie.

- Dwa w jednym! - zawołała zachwycona Jannie. - Boks i historia razem. Ekstra!
Znów była sobą.
Kiedy  dzieci  poszły  spać,  zadzwoniłem  do  Christine.  Znów  usłyszałem  tylko

automatyczną  sekretarkę;  nie  podnosiła  słuchawki.  Poczułem  się,  jakbym  dostał  nożem
między żebra. Wiedziałem, że moje życie musi toczyć się dalej, ale ciągle miałem nadzieję,
że  namówię  ją  do  zmiany  decyzji.  Ale  jak  to  było  możliwe,  skoro  nie  chciała  ze  mną
rozmawiać? Nie pozwalała mi nawet mówić do małego Aleksa. Strasznie za nim tęskniłem.

Skończyłem przy pianinie. Przypomniało mi to, że galaretka jest potrawą, która lubi

przywierać do białego chleba, dziecięcych buzi i klawiszy.

Wytarłem je starannie, potem, chcąc poprawić nastrój, grałem Bacha i Mozarta. Nie

pomogło.

ROZDZIAŁ 74

Następnego ranka przyjechałem do wojskowej bazy lotniczej Bolling w Anacostii za

dziesięć  ósma.  Betsey  Cavalierre,  James  Walsh  i  dwaj  inni  agenci  zjawili  się  punkt  ósma.
Behawiorystka  z  Quantico,  doktor  Joanna  Rodman,  spóźniła  się  kilka  minut.  Odlecieliśmy
czarnym, lśniącym helikopterem bell. Wyglądał bardzo oficjalnie. Rozpoczęliśmy polowanie
na Supermózga. Miałem nadzieję, że on nie poluje na nas.

O dziewiątej trzydzieści wylądowaliśmy  w śródmiejskiej centrali MetroHartford. Po

wejściu do budynku odniosłem wrażenie, że celowo zaprojektowano go tak, żeby wzbudzał
zaufanie,  może  nawet  zachwyt.  Bardzo  wysoki  hol,  wszędzie  szkło,  posadzka  jak  czarne
lustro, na ścianach ogromne dzieła sztuki nowoczesnej. Co innego biura. Wielkie, duszne sale
na  każdym  piętrze,  podzielone  niskimi  ściankami  na  mnóstwo  klitek.  Musiał  to  wymyślić
początkujący architekt albo któryś z pracowników firmy. Wywołaliśmy lekkie zamieszanie w
małych boksach. FBI przysłało tu wcześniej swoich ludzi, ale dziś przyjechali ważniaki.

Przesłuchałem  dwadzieścia  osiem  osób.  Niewiele  z  nich  miało  poczucie  humoru.

Jakby dewizą MetroHartford było „Z czego tu się śmiać?” Większość nie lubiła ryzyka. Kilka

background image

razy usłyszałem, że „ostrożności nigdy za wiele”.

Najbardziej  intrygująca  okazała  się  ostatnia  rozmowa.  Kobieta  nazywała  się  Hildie

Rader. Umierałem z nudów, ale jej pierwsze zdanie ożywiło mnie natychmiast.

- Chyba spotkałam jednego z porywaczy. Tutaj, w centrum Hartford. Był tak blisko

mnie, jak pan teraz.

ROZDZIAŁ 75

Starałem się nie okazywać mego zaskoczenia.
- A dlaczego nikomu pani o tym nie powiedziała? - zapytałem.
- Zadzwoniłam pod numer „gorącej linii”, którą założyła firma. Rozmawiali ze mną

jacyś idioci. Nikt nie potraktował mnie poważnie.

- Zamieniam się w słuch, Hildie - oznajmiłem.
Hildie Rader była dużą kobietą o ładnym, szczerym uśmiechu. Miała czterdzieści dwa

lata i kiedyś pracowała tu jako sekretarka. Już nie była zatrudniona w MetroHartford i może
dlatego nikt jej jeszcze nie przesłuchał. Zwolnili ją z firmy dwa razy. Najpierw podczas jednej
z okresowych redukcji personelu. Po dwóch latach przyjęli ją z powrotem. Ale trzy miesiące
temu  dostała  wymówienie  z  powodu  „złej  chemii”  z  szefem,  jak to  określiła.  Jej  dyrektor
nazywał się Louis Fincher i jego żona znalazła się w porwanym autokarze.

-  Niech  pani  opowie  o  tym  mężczyźnie,  którego  pani  spotkała -  zachęciłem,  kiedy

skończyła mówić.

Przyjrzała mi się podejrzliwie.
- A dostanę za to jakieś pieniądze? Wie pan, jestem bez pracy.
- Firma wyznaczyła nagrodę za informacje o porywaczach.
Roześmiała się i pokręciła głową.
- To długo potrwa. A poza tym, czy można im ufać?
Nie  mogłem  zaprzeczyć  temu,  co  powiedziała.  Czekałem,  aż  pozbiera  myśli.

Wyczułem, że zastanawia się, ile mi powiedzieć.

- Poznałam go w barze Toma Quinna. To na Asylum Street obok Pavilion i Old State

House. Pogadaliśmy i facet mi się spodobał. Ale trochę za bardzo mnie czarował i zrobiłam
się  ostrożna.  Z  takimi  zwykle  są  kłopoty.  Zdarzają  się  żonaci  i  zboczeńcy.  Wyglądał  na
zadowolonego, ale skończyło się na niczym. Wie pan, co mam na myśli. Wyszedł pierwszy.
Kilka wieczorów później znów go tam spotkałam! Tylko tym razem wszystko było inaczej.
Barmanka to moja dobra przyjaciółka. Powiedziała mi, że ten facet pytał ją o mnie kilka dni

background image

przed  naszym  pierwszym  spotkaniem.  Znał  moje  nazwisko  i  wiedział,  że  pracowałam  w
MetroHartford. Więc z czystej ciekawości zaczęłam z nim rozmawiać drugi raz.

- Nie bała się go pani? - zapytałem.
-  U  Toma  Quinna  nic  mi  nie  groziło.  Wszyscy  mnie  tam  znają  i  w  razie  potrzeby

natychmiast by mi pomogli. Chciałam się dowiedzieć, o co temu facetowi chodzi, do cholery?
I szybko zrozumiałam. Bardziej interesowało go MetroHartford niż ja. Głównie dyrekcja. Kto
jest  najbardziej  wymagający,  kto  naprawdę  rządzi.  I  ich  rodziny.  Wypytywał  zwłaszcza  o
Finchera i Doonera. A potem wyszedł pierwszy, jak poprzednio.

Skończyłem notować i skinąłem głową.
- Później już go pani nie widziała?
Hildie Rader pokręciła głową i zmrużyła oczy.
- Nie, ale słyszałam o nim. Przyjaźnię się z Liz Becton. Jest jedną z sekretarek prezesa

Doonera. To on rządzi w MetroHartford.

Widziałem go w akcji i zgadzałem się z Hildie. Był najważniejszy w firmie.
- Ciekawa sprawa - ciągnęła Hildie. - Liz spotkała faceta, który wyglądał jak ten mój z

baru  Quinna.  Bo  to  był  ten  sam  facet.  Siedział  obok  niej  w  kawiarni  Bordersów  na  Main
Street.  Zagadywał  ją  przy  kawie,  czy  co  tam  piła.  Niech  pan  zgadnie,  kto  go  interesował?
Dyrekcja MetroHartford! To musiał być jeden z porywaczy, no nie?

ROZDZIAŁ 76

W  ciągu  długiego  dnia  dowiedziałem  się,  że  prawie  siedemdziesiąt  tysięcy  osób  w

rejonie Hartford pracuje w ubezpieczeniach. Nie tylko w MetroHartford, Aetnie, Travelers,
MassMutual, Phoenix Home Life i United Health Care. Wszystkie inne towarzystwa też mają
tam  centrale.  Przybywało  nam  pomocników  i  podejrzanych.  Supermózg  mógł  być  w
przeszłości związany z którąś z tych firm.

Po  pracy  poszedłem  do  pobliskiego  hotelu  Marriott,  żeby  wymienić  spostrzeżenia  z

resztą  grupy.  Według  zeznań  Hildie  Rader,  jeden  z  porywaczy  był  zapewne  w  Hartford
tydzień przed uprowadzeniem autokaru.

- Jutro rano przesłuchamy obie - powiedziała Betsey. - Rader i Becton. Opiszą nam

faceta  i  zrobimy  portret  pamięciowy.  Pokażemy  go  w  centralach  towarzystw
ubezpieczeniowych.  I  muszą  nam  przysłać  z  Waszyngtonu  rysopisy,  które  już  mamy.
Zobaczymy, czy pasują do siebie.

Potem uśmiechnęła się.

background image

- Coś się zaczyna dziać. Może tamci nie są wcale tacy sprytni.
Około  ósmej  trzydzieści  wieczorem  wyszedłem  z  apartamentu  hotelowego,  by

zadzwonić  do  dzieci, zanim  pójdą  spać.  Telefon  odebrała  babcia.  Jeszcze  nie  zdążyłem  się
odezwać, a już wiedziała, że to ja.

-  W  domu  wszystko  w  porządku,  Alex.  Dajemy  sobie  radę  bez  ciebie.  Straciłeś

wspaniałą kolację. Duszoną wołowinę. Postanowiłam zrobić twoje ulubione danie, jak tylko
się dowiedziałam, że cię nie będzie.

Przewróciłem oczami. Nie mogłem w to uwierzyć.
- Naprawdę jedliście duszoną wołowinę?!
Chichotała dobre pół minuty.
- Oczywiście, że nie. Żartuję. Ale zjedliśmy żeberka.
Roześmiała się jeszcze głośniej. To moje drugie ulubione danie, a po kiepskiej kolacji

hotelowej burczało mi w brzuchu.

-  Naprawdę  były  kanapki  z  indykiem -  przyznała  się  w  końcu. -  A  na  deser  ciasto

orzechowe. Jannie i Damon są obok mnie. Gramy w scrabble. Wygrywam oszczędności ich
całego życia.

Jannie zabrała jej słuchawkę.
-  Babcia  wygrywa  tylko  marnymi  dwunastoma  punktami,  a  już  zrobiła  swój  ruch.

Wszystko w porządku, tatusiu? - zapytała macierzyńskim tonem.

- Oczywiście - odparłem. - Czy mogłoby być inaczej? Jak się czujesz?
Poprawił mi się nastrój. Babcia mnie rozbawiła.
Jannie zachichotała.
- Super. Damon jest zaskakująco miły. Dowiedział się w szkole, co miałam zadane i

już  wszystko  odrobiłam.  No,  biorę  się  poważnie  za  grę. Muszę  wyjść  na  prowadzenie.
Tęsknimy za tobą, tatusiu. Nie daj sobie zrobić krzywdy. Ani się waż.

Poczułem  się  jak  pijany,  ale  powlokłem  się  z  powrotem,  żeby  dokończyć  sesję

roboczą z agentami FBI. „Nie daj sobie zrobić krzywdy” - myślałem, idąc długim korytarzem.
Jannie zaczynała mówić jak Christine. „Ani się waż”.

ROZDZIAŁ 77

Kiedy zapukałem do pokoju Betsey, myślami byłem gdzie indziej. Otworzyła drzwi.

Wyglądało na to, że jest sama; agenci już poszli. Zdążyła się przebrać w biały T-shirt i dżinsy.
Była boso.

background image

- Przepraszam, musiałem zadzwonić do domu - powiedziałem.
Uśmiechnęła się szeroko.
- Sami załatwiliśmy wszystko.
-  Doskonale -  odparłem. -  Boże,  błogosław  FBI.  Jesteście  najlepsi.  „Wierność,

Męstwo, Prawość”.

- Znasz motto na naszym godle. Po prostu byliśmy wykończeni. Możemy teraz pójść

na  tego  odkładanego  drinka,  jeśli  chcesz.  Nie  masz  już  żadnej  wymówki.  Przeczytałam  w
windzie, że na dachu jest bar. A może wolisz muzeum sportu albo policji?

- Bar na dachu brzmi zachęcająco - odrzekłem. - Będziesz mogła pokazać mi stamtąd

miasto.

Z  baru  rzeczywiście  był  doskonały  widok  na  Hartford  i  okolice.  Z  naszego  miejsca

widziałem neonowe logo Aetny i Travelers, i drogę numer osiemdziesiąt cztery wijącą się na
północny wschód w kierunku Massachusetts Tumpike.

Betsey poprosiła o kieliszek caberneta, ja zamówiłem piwo.
- Co słychać w domu? - zapytała, kiedy barman przyjął zamówienie.
Roześmiałem się.
-  W  domu  mam  teraz  dwoje  dzieci,  każde  jest  wspaniałe,  ale  w  naszym  życiu

następują różne zmiany.

-  Ja  mam  pięcioro  rodzeństwa.  Jestem  najstarsza  i  najbardziej  rozpieszczona.  Wiem

wszystko o zmianach w rodzinie.

Uśmiechnęła się. Z przyjemnością zauważyłem, że jest rozluźniona. Ja też byłem.
- Które z nich faworyzujesz? - zapytała. - Któreś na pewno. Ale nie mów mi. Wiem,

że  się  nie  przyznasz.  U  nas  ja  byłam  pupilką  rodziców.  Stąd  wziął  się  wieczny  problem
mojego życia.

- Jaki problem? - zapytałem z uśmiechem. - Nie widzę żadnego problemu. Myślałem,

że byłaś doskonała.

Betsey skubała z dłoni solone orzeszki. Spojrzała mi prosto w oczy.
-  Syndrom  perfekcjonistki.  Nigdy  nie  byłam  z  siebie  zadowolona.  Wszystko,  co

robiłam, musiało być bez zarzutu. Żadnych błędów, żadnych potknięć.

Roześmiała się, potrafiła śmiać się z siebie samej. To mi się w niej podobało: nie była

ważniaczką i jej podejście do życia wydawało się bardzo zdrowe.

- Ciągle dążysz do ideału? - zapytałem.
Odgarnęła włosy z oczu.
- I tak, i nie. W pracy tak. Jestem taaaka dobra w Biurze. Niezastąpiona. Jak to się

background image

mówi? „Ambicja tworzy więcej zaufanych niewolników niż potrzeba”. Ale muszę przyznać,
że  brakuje  mi  w  życiu  pewnej  równowagi.  Można  to  przedstawić  obrazowo.  Żonglujesz
czterema kulami, czyli pracą, rodziną, przyjaciółmi i stanem ducha. Praca to gumowa kula.
Jeśli upadnie, odbije się z powrotem. Pozostałe kule są szklane.

- Zdarzało mi się je upuszczać. Czasem odpryskują z nich tylko okruchy, kiedy indziej

rozbijają się na kawałki.

- Otóż to.
Barman podał nam drinki. Pociągnęliśmy nerwowo po łyku. Śmieszna sprawa. Oboje

wiedzieliśmy, co się dzieje, choć nie wiedzieliśmy, jak to się skończy, i czy to dobrze, czy
źle. Betsey miała w sobie dużo więcej ciepła, niż się spodziewałem. I umiała słuchać.

-  Założę  się -  powiedziała -  że  w  rzeczywistości  utrzymujesz  równowagę  między

pracą, rodziną i przyjaciółmi. Twój stan ducha też wydaje się w porządku.

- Ostatnio praca nie bardzo mi wychodzi. A na stan ducha ty też chyba nie narzekasz.

Masz w sobie tyle zapału, pewność siebie. Ludzie cię lubią. Ale już to na pewno słyszałaś.

- Nie tak często, żebym nie chciała usłyszeć jeszcze raz.
Podniosła kieliszek.
- Za stan ducha i podwójne dożywocie dla naszego przyjaciela Superfiuta.
- Zwłaszcza za to drugie - odpowiedziałem i uniosłem piwo.
Betsey popatrzyła na światła miasta.
- Więc jesteśmy we wspaniałym Hartford - powiedziała.
Przyglądałem się jej przez chwilę. Byłem pewien, że tego chce.
- I co? - zapytałem.
Roześmiała  się  zaraźliwie.  Miała  piękny  uśmiech.  Pasował  do  jej  ciemnych,

błyszczących oczu.

- Co masz na myśli?
- Dobrze wiesz.
Śmiała się dalej.
- Muszę ci zadać to pytanie, Alex. Nie mam wyboru. Może być krępujące, ale trudno.

Okay... Chcesz, żebyśmy poszli do mojego pokoju? Bo ja tak. Bez zobowiązań. Możesz mi
wierzyć. Nie będę ci się później narzucać.

Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć, ale nie powiedziałem nie.

background image

ROZDZIAŁ 78

Wyszliśmy  w  milczeniu  z  baru.  Czułem  się  trochę  niepewnie,  może  nawet  bardzo

niepewnie.

-  Lubię zobowiązania -  powiedziałem w końcu. - Czasem lubię nawet, gdy ktoś się

lekko narzuca.

- Wiem. Ale ten jeden raz po prostu daj się ponieść fali. To dobrze zrobi nam obojgu.

Będzie przyjemnie.

W windzie po raz pierwszy pocałowaliśmy się. Czule i delikatnie. To było coś, co się

pamięta.  Taki  powinien  być  pierwszy  pocałunek.  Betsey  musiała  stanąć  na  palcach,  żeby
dosięgnąć moich ust. Wiedziałem, że tego nie zapomnę.

Ledwo się rozdzieliliśmy, wybuchnęła śmiechem. Jak to ona.
-  Przecież  nie  jestem  aż  taka  niska!  Mam  prawie  metr  sześćdziesiąt  trzy  wzrostu.

Dobrze całuję?

- Bardzo dobrze. Ale jesteś niska.
Czułem  słodkomiętowy  smak  jej  ust.  Zastanawiałem  się,  kiedy  zdążyła  połknąć

miętówkę.  Była  bardzo  szybka.  Miała  miękką,  gładką  skórę  i  lśniące,  ciemne  włosy  do
ramion. Nie mogłem zaprzeczyć, że mi się podoba.

Ale co z tego, skoro wiedziałem, że dla mnie jest na to o wiele za wcześnie.
Winda otworzyła się na jej piętrze. Ogarnęło mnie niecierpliwe podniecenie i chyba

strach. Nie miałem pojęcia, co z tym zrobić. Wiedziałem tylko, że lubię Betsey Cavalierre.
Chciałem ją przytulić, poznać bliżej. Przekonać się, jak to jest być z nią. Co myśli, o czym
marzy, co może za chwilę powiedzieć.

Powiedziała:
- Walsh!
Cofnęliśmy się szybko do windy. Waliło mi serce. Niech to szlag!
Odwróciła się do mnie i wybuchnęła śmiechem.
- Mam cię! Nikogo tam nie było. Nie bądź taki nerwowy. Choć ja też jestem spięta.
Oboje się roześmialiśmy. Było mi z nią dobrze, na pewno. I może to powinno na razie

wystarczyć. Chciałem być przy niej, chciałem się śmiać wraz z nią.

W jej pokoju przytuliliśmy się do siebie. Miała ciepłe ciało. Delikatnie przesunąłem

palcami w dół jej pleców. Westchnęła cicho. Gładziłem jej skórę. Zaczęła szybciej oddychać.
Serce mi waliło.

- Nie mogę, Betsey - szepnąłem. - Jeszcze nie.

background image

-  Wiem -  odpowiedziała  cicho. -  Po  prostu  trzymaj  mnie  tak.  Jest  przyjemnie.

Opowiedz mi o niej. Możesz mi się zwierzyć.

Pewnie miała rację. Powinienem się jej zwierzyć i nawet chciałem.
- Jak powiedziałem, lubię się wiązać. Intymność to coś wspaniałego, ale uważam, że

trzeba sobie na nią zasłużyć. Nazywa się Christine Johnson. Kochałem ją. Było nam dobrze.
Zawsze pragnąłem z nią być.

Załamałem się. Nie chciałem tego, ale nagle zacząłem łkać. Płakałem i nie mogłem

przestać. Trząsłem się, a Betsey przytulała mnie mocno.

- Przepraszam - wykrztusiłem w końcu.
- Nie ma za co - odrzekła. - Wszystko w porządku.
Odsunąłem się trochę i spojrzałem na nią. Miała łzy w oczach.
- Przytulmy się - powiedziała. - Oboje tego potrzebujemy.
Długo staliśmy, trzymając się w objęciach. Potem poszedłem do siebie.

ROZDZIAŁ 79

Supermózg  czuł  się  piekielnie  pewny  siebie  i  był szalenie  podniecony.  Jest  w

Hartford! Już się nikogo nie boi. Ani FBI, ani kogokolwiek innego związanego z tą sprawą.

Jak wykorzystać zwycięstwo? Co jeszcze wymyślić? Tylko to go obchodziło. Jak być

coraz lepszym.

Miał plan na tę noc. Chodziło o sprytny i perwersyjny manewr. Nikt jeszcze nie wpadł

na coś takiego. Wspaniały i oryginalny pomysł.

Włamał  się  do  małego  domku  na  przedmieściu  Hartford.  Wyciął  szybę  w  drzwiach

wejściowych, sięgnął do wewnętrznej klamki, przekręcił ją i... voila był w środku.

Przez moment  rozkoszował  się  ciszą.  Słyszał  tylko  świst  wiatru  w  drzewach  nad

pobliskim stawem.

Trochę  się  bał,  ale  strach  to  naturalne,  podniecające  uczucie.  Wspaniała  chwila.

Włożył maskę prezydenta Clintona - taką samą, jakiej użyto podczas pierwszego napadu na
bank.

Ruszył  cicho  w  stronę  sypialni.  Czuł  się  już  prawie  jak  u  siebie.  Posiadanie  to

dziewięćdziesiąt dziewięć procent prawa do czegoś. Czy nie tak mówi stare porzekadło?

Chwila prawdy!
Ostrożnie  otworzył  drzwi.  W  pokoju  pachniało  drzewem  sandałowym  i jaśminem.

Zaczekał  w  progu,  aż  wzrok  oswoi  się  ze  słabym  światłem.  Zmrużył  oczy  i  rozejrzał  się.

background image

Zobaczył ją!

Teraz! Ruszaj! Nie ma chwili do stracenia!
Rzucił się w stronę podwójnego łóżka i opadł całym ciężarem na śpiącą postać.
Stęknęła,  potem  wrzasnęła.  Zakleił  jej  usta  taśmą  i  przykuł  kajdankami  ręce  do

słupków łóżka.

Już po wszystkim. Szybko i skutecznie.
Ofiara próbowała krzyczeć i uwolnić się. Miała na sobie żółte, jedwabne majteczki,

przyjemne w dotyku. Ściągnął je z niej i przyłożył sobie do twarzy. Potem potarł nimi zęby.

- Nie szarp się - nakazał. - Nie uciekniesz. Przestań się rzucać! To mnie denerwuje.

Odpręż się. Nic ci się nie stanie. Zależy mi na tym, żeby nic ci się nie stało.

Dał jej kilka sekund na zrozumienie sensu tego, co powiedział.
Nachylił się tak nisko, że prawie stykali się twarzami.
-  Wytłumaczę  ci,  po  co  tu  przyszedłem.  Co  planuję.  Wyjaśnię  to  bardzo  jasno  i

dokładnie. Mam nadzieję, że nikomu o tym nie powiesz. Bo jeśli tak, wrócę tu równie łatwo,
jak wszedłem dzisiaj. Nie przeszkodzą mi żadne zabezpieczenia, jakie zainstalujesz. Będę cię
torturował, a potem zabiję. Ale najpierw zrobię ci coś o wiele gorszego.

Ofiara  skinęła  głową.  Zrozumiała.  Nareszcie.  „Tortury”  to  magiczne  słowo.  Może

powinni go częściej używać w szkołach?

- Obserwowałem cię od jakiegoś czasu. Doskonale się nadajesz. Jestem tego pewien.

W takich sprawach zwykle się nie mylę. Mam rację na dziewięćdziesiąt dziewięć procent.

Ofiara znów się pogubiła. Poznał to po jej oczach. Światła zapalone, ale nikogo nie ma

w domu.

- Mam taki pomysł. Spróbuję zrobić ci dzisiaj dziecko - wyjaśnił wreszcie Supermózg.

- Tak, dobrze usłyszałaś. Chcę, żebyś miała dziecko. Znam twój rytm płodności i program
antykoncepcyjny. Nie pytaj skąd; po prostu znam. Mówię poważnie, wierz mi.

- Jeśli pozbędziesz się dziecka, przyjdę po ciebie, Justine - ostrzegł. - Jeśli usuniesz

ciążę, będę cię straszliwie torturował, a potem zabiję. Ale nie martw się, to będzie wyjątkowe
dziecko. Warto je urodzić. Kochaj się ze mną, Justine.

ROZDZIAŁ 80

Nazajutrz  w  południe  okazało  się,  że  w  naszej  sprawie  nastąpił  kolejny,

nieoczekiwany  i  przerażający  zwrot.  Przesłuchiwałem  personel  MetroHartford,  gdy  nagle
wpadła Betsey. Wywołała mnie na korytarz. Była blada na twarzy.

background image

- O, nie - wykrztusiłem. - Co znowu?
-  Alex,  to  nie  do  wiary!  Cała  się  trzęsę.  Posłuchaj,  co  się  stało.  W  nocy  na

przedmieściu  Hartford  zgwałcono  dwudziestopięcioletnią  kobietę.  W  jej  własnym  domu.
Napastnik powiedział jej, że chce, żeby miała z nim dziecko. Po jego wyjściu pojechała do
szpitala i zawiadomiła policję. Był w masce Clintona. W takiej samej, jak ta z pierwszego
napadu na bank. W dodatku nazywał siebie Supermózgiem.

- Ta kobieta nadal jest w szpitalu? Są z nią policjanci? - zapytałem.
Mój mózg pracował na najwyższych obrotach. Rozważałem różne możliwości. To nie

mógł być przypadek. Facet w masce Clintona na przedmieściu Hartford? Coś za blisko nas.

- Wróciła do domu - odpowiedziała Betsey - i właśnie znaleźli ją martwą. Ostrzegał ją,

żeby nikomu nic nie mówiła i nie usuwała ciąży. Nie posłuchała go. Popełniła błąd. Otruł ją.
Niech go szlag trafi, Alex!

Pojechaliśmy  do  domku  kobiety.  Znów  przerażający  widok.  Leżała  groteskowo

poskręcana  na  podłodze  w  kuchni.  Przypomniały  mi  się  ciała  Brianne  i  Errola  Parkerów.
Supermózg ukarał swoją ofiarę.

Technicy FBI już się krzątali na miejscu. Betsey i ja nie mieliśmy tam nic do roboty.

Skurwiel przyjechał właśnie do Hartford, może jeszcze nadal tu był. Wyraźnie naigrawał się z
nas.

Jeszcze nie prowadziłem takiego stresującego śledztwa. Kto stoi za tymi wszystkimi

napadami i morderstwami? Dlaczego nie możemy go wytropić? Kim jest ten Supermózg, do
cholery? Czy rzeczywiście był w Hartford w nocy i tego ranka? Po co tak ryzykuje?

Siedziałem w centrali MetroHartford prawie do siódmej wieczorem. Starałem się tego

nie  okazywać,  ale  miałem  dosyć  tej  roboty.  Przesłuchałem  jeszcze  kilka  osób,  potem
poszedłem do biura personalnego poczytać listy z pogróżkami. Były ich całe sterty. Pisali je
głównie rozżaleni i wściekli członkowie rodzin, którym odmówiono prawa do odszkodowania
i ci, którzy uważali, że sprawy ciągną się zbyt długo. Przez godzinę rozmawiałem z szefową
ochrony  budynku,  Jeny  Mayer.  Pracowała  niezależnie  od  Steve’a  Boldinga -  on  był  tylko
zewnętrznym  konsultantem.  Zaznajomiła  mnie  z  procedurami  sprawdzania  poczty,  gróźb
podłożenia  bomby,  e-maili  z  pogróżkami  i  podejrzanych  przesyłek,  które  mogłyby
eksplodować.

- Byliśmy przygotowani na wszystko - powiedziała. - Tylko nie na to, co się stało.
Miałem ciężki dzień. Wciąż widziałem w wyobraźni otrutą kobietę. Supermózg chciał,

żeby  urodziła  mu  dziecko.  Prawdopodobnie  nie  miał  zatem  dzieci.  Pragnął  mieć  potomka,
maleńki okruch nieśmiertelności.

background image

ROZDZIAŁ 81

Wróciłem do Waszyngtonu ostatnim wieczornym samolotem. Przyjechałem do domu

kilka  minut  po  jedenastej.  W  kuchni  paliło  się  światło,  na  górze  było  ciemno.  Dzieci
widocznie już spały.

- To ja - oznajmiłem, uchylając skrzypiące drzwi kuchenne. Pomyślałem, że trzeba je

nasmarować. Znów zaniedbałem naprawy domowe.

- Wyłapałeś wszystkich bandytów? - zapytała od stołu babcia. Przed nią leżała książka

Kolor wody.

- Idziemy w dobrym kierunku. Przestępca popełnił w końcu kilka błędów. Za bardzo

ryzykuje. Niedługo go złapiemy. Mam nadzieję. Ciekawa książka?

Chciałem zmienić temat. Byłem w domu, nie w pracy.
Wydęła wargi w lekkim uśmiechu.
- Mam nadzieję. Ładny opis sztormu. Ale nie rób uników. Siadaj i opowiadaj.
- A mogę mówić na stojąco? Chciałbym zrobić sobie coś do jedzenia.
Zmarszczyła brwi i pokręciła głową z niedowierzaniem.
- W samolocie nie dali ci kolacji?
- Owszem. Prażone orzeszki w miodzie i mały kubek coli. Menu pasowało do całego

dnia. Dobry ten kurczak?

Przechyliła głowę na bok i przyjrzała mi się.
- Do niczego. Nigdy mi nie wychodzi. A jak myślisz? Oczywiście, że dobry! To dzieło

sztuki kulinarnej.

Przestałem zaglądać do lodówki i odwróciłem się do niej.
- Przepraszam. Czy przypadkiem się nie kłócimy?
- Ależ skąd. Wiedziałbyś, gdyby tak było. Co słychać? Bo u mnie wszystko dobrze. A

ty  znów  za  ciężko  pracujesz.  Ale  chyba  ci  to  odpowiada,  prawda?  Pogromca  Smoków  ze
swoim nieodłącznym mieczem.

Wyjąłem  kurczaka  z  lodówki.  Umierałem  z  głodu.  Pewnie  mógłbym  go  zjeść  na

zimno.

- Może to cholerne śledztwo wkrótce się skończy - powiedziałem.
- Ale będą następne. Któregoś dnia widziałam ładne zdanie: „Zawsze może być lepiej,

a potem się umiera”. Co o tym myślisz?

Pokiwałem głową i westchnąłem.
- Ty też masz dosyć życia z detektywem z wydziału zabójstw? Nie mogę mieć o to

background image

pretensji.

Babcia skrzywiła się.
-  Ależ  nie.  Wręcz  przeciwnie.  Bardzo  to  lubię.  Ale  rozumiem,  dlaczego  inni  mogą

tego nie lubić.

- Ja również. Zwłaszcza w takie dni, jak dziś. Nie podoba mi się to, co zaszło między

mną i Christine. Jestem wściekły i przybity. Ale wiem, czego się bała. Ja także się tego boję.

Babcia wolno pokiwała głową.
- Nawet jeśli to nie może być Christine, potrzebujesz kogoś. Jannie i Damon też. To

powinno być dla ciebie najważniejsze.

Wrzuciłem zimnego kurczaka i dodatki do rondla.
- Spędzam z dziećmi mnóstwo czasu. Ale popracuję nad tym.
- Jak, Alex? Zawsze pracujesz nad dochodzeniami. Ostatnio to wydaje się dla ciebie

najważniejsze.

Zabolała mnie ta uwaga. Czyżby to było prawdą?
- Ostatnio popełniono serię brutalnych morderstw. Ale znajdę sobie kogoś. Chyba ktoś

mnie zechce?

Babcia zachichotała.
- Może jakiś seryjny zabójca. Na pewno są tobą zainteresowani.
Około  pierwszej  poszedłem  w  końcu  na  górę.  Byłem  na  szczycie  schodów,  gdy

zadzwonił  telefon.  Jasna  cholera!  Zakląłem  i  wpadłem  do  mojego  pokoju.  Podniosłem
słuchawkę, zanim obudził się cały dom.

- Tak?
- Przepraszam, Alex. To ja - usłyszałem szept Betsey.
- Nic nie szkodzi. - Ucieszyłem się, że zadzwoniła. - Co się stało?
-  Dobra  wiadomość.  Mamy  przełom  w  śledztwie.  Piętnastoletnia  dziewczyna  z

Brooklynu zgłosiła się do MetroHartford po nagrodę. Powiedziała, że jej ojciec brał udział w
porwaniu autokaru. Zna też pozostałych. W Nowym Jorku potraktowali to bardzo poważnie.
Alex, podejrzanymi są tamtejsi detektywi. Supermózg jest gliniarzem!

ROZDZIAŁ 82

Supermózg  jest  gliniarzem...  To  by  wyjaśniało  wiele  spraw.  Na  przykład,  skąd  tyle

wie o ochronie banków. I o nas.

O  piątej  piętnaście  rano  spotkałem  się  z  Betsey  i  czterema  agentami  na  lotnisku

background image

Bolling. Helikopter już czekał. Wystartowaliśmy w takiej mgle, że po paru sekundach ziemia
przestała być widoczna.

Byliśmy  bardzo  podnieceni  i  zaciekawieni.  Betsey  siedziała  z  przodu  ze  starszym

agentem  Doudem.  Włożyła  szary  kostium  i  białą  bluzkę.  Znów  wyglądała  poważnie  i
oficjalnie. Michael Doud dał mi akta pięciu nowojorskich detektywów.

Byli  z  Brooklynu.  Pracowali  w  sześćdziesiątym  pierwszym  komisariacie  niedaleko

Coney Island i Sheepshead Bay. W ich okręgu działały gangi rosyjskie, azjatyckie, latynoskie
i murzyńskie oraz mafia. Podejrzani służyli w policji od dwunastu lat i przyjaźnili się ze sobą.

Z ich kartotek wynikało, że są „dobrymi gliniarzami”. Ale nie bez skazy. Zbyt często

używali  broni,  nawet  jak  na  ludzi  z  wydziału  narkotyków.  Trzej  z  nich  byli  ciągle  karani
dyscyplinarnie. Żartobliwie mówili do siebie „goomba”, od włoskiego słowa oznaczającego
kumpla. Przywódca paczki nazywał się Brian Macdougall.

W  aktach  znalazłem  około  sześciu  stron  o  jego  piętnastoletniej  córce,  naszym

świadku. Chodziła do gimnazjum sióstr urszulanek i miała niewielu przyjaciół. Nowojorskim
detektywom,  którzy  ją  przesłuchiwali  wydawała  się  odpowiedzialna,  solidna  i  wiarygodna.
Doniosła na ojca dlatego, że pił i bił matkę. Według niej, to on i jego koledzy porwali autokar.

Nareszcie  byłem  zadowolony.  Tak  właśnie  zazwyczaj  wyglądała  policyjna  robota.

Zarzucało  się  wiele  sieci  i  przynajmniej  w  jedną  zawsze  coś  się  złapało.  Informacje
pochodziły najczęściej od któregoś spośród krewnych lub przyjaciół przestępcy. Jak teraz od
rozżalonej córki chcącej ukarać ojca.

O  siódmej  trzydzieści  weszliśmy  do  sali  konferencyjnej  na  Police  Plaza  jeden.

Nowojorscy  gliniarze  nazywają  ten  budynek  „Wielkim  Gmachem”.  Czekało  na  nas  kilku
miejscowych  funkcjonariuszy,  łącznie  z  szefem  detektywów.  Reprezentowałem  policję
waszyngtońską,  bo  Kyle  Craig  uważał,  że  powinienem  znać  opowieść  dziewczyny  z
pierwszej ręki.

Chciał wiedzieć, czy jej uwierzę.

ROZDZIAŁ 83

Veronica Macdougall siedziała już w dużej sali konferencyjnej. Była w pogniecionych

dżinsach i wściekle zielonej bluzie sportowej. Rude włosy sterczały jej na wszystkie strony.
Podkrążone  oczy  świadczyły,  że  w  nocy  w  ogóle  nie  spała.  Patrzyła  na  nas  obojętnym
wzrokiem. Przedstawiliśmy się i usiedliśmy wokół masywnego stołu z mahoniu i szkła.

-  Veronica  to  bardzo  dzielna  młoda  kobieta -  powiedział  szef  detektywów,  Andrew

background image

Gross. - Opowie swoją historię własnymi słowami.

Dziewczyna  gwałtownie  wciągnęła  powietrze.  W  jej  zielonych  oczach  dostrzegłem

strach.

- W nocy wypisałam sobie różne rzeczy. Złożę zeznanie, a potem możecie mnie pytać.
Gross  wtrącił  się  delikatnie.  Był  potężnym  facetem,  miał  gęste,  siwe  wąsy  i  długie

baki.

- W porządku, rób jak uważasz. Nam wszystko odpowiada. Nie spiesz się.
Veronica pokręciła głową. Wyglądała bardzo niepewnie.
- Nic mi nie jest. Chcę mówić, sama tego potrzebuję.
Potem zaczęła opowiadać.
-  Mój  ojciec  to  typ  „prawdziwego  mężczyzny”.  Bardzo  się  tym  chwali.  Jest lojalny

wobec  przyjaciół,  zwłaszcza  gliniarzy.  Jak  to  się  mówi,  „równy  facet”?  Ale  to  tylko  jedna
strona medalu. Moja matka była piękną kobietą. Dziesięć lat temu, kiedy ważyła o piętnaście
kilo mniej. Lubi ładne rzeczy. Buty, ubrania. Lubi je mieć. Nie jest zbyt inteligentna. Ojciec
za takiego się uważa i dlatego się na niej niemiłosierne wyżywa. Kilka lat temu zaczął dużo
pić i od tej pory bije ją ciągle. Nazywa ją „tłumokiem” albo „grubym tłumokiem”. Bardzo
inteligentnie, co?

Veronica urwała i rozejrzała się. Sprawdzała nasze reakcje. Nie odzywaliśmy się. Nie

mogliśmy oderwać wzroku od pełnych gniewu zielonych oczu nastolatki.

- Dlatego tu przyszłam. Dlatego robię tę straszną rzecz, sypię własnego ojca. Łamię

świętą zasadę milczenia.

Znów  przerwała  i  popatrzyła  na  nas.  Wpatrywaliśmy  się  w  nią.  To  miało  sens:

przełom w śledztwie dzięki członkowi rodziny.

- Ojciec nie wie, że jestem o wiele sprytniejsza niż on. I bardzo spostrzegawcza. Może

nauczyłam  się  tego  od  niego.  Kiedy  miałam  dziesięć  czy  jedenaście  lat,  też  chciałam  być
detektywem.  Ironia  losu,  co?  To  żałosne.  Im  byłam  starsza,  tym  więcej  widziałam.
Zauważyłam, że ojciec ma o wiele więcej pieniędzy, niż mieć powinien. Czasami fundował
nam „przeprosinową” wycieczkę do Irlandii albo na Karaiby. I zawsze miał mnóstwo forsy
dla  siebie.  Zawsze  się  dobrze  ubierał,  co  roku  zmieniał  samochód,  kupił  jacht. Stoi  w
Sheepshead Bay. Ostatniego lata strasznie się urżnął w pewien piątek. Pamiętam, że w sobotę
wybierał się z kumplami detektywami na wyścigi na Aqueduct. Poszedł do domu babci. To
kilka ulic od nas. Śledziłam go. Był za bardzo pijany, żeby się zorientować. Wszedł do starej
szopy w ogrodzie i odsunął stół i kilka desek. Nie widziałam dobrze, co robi, więc wróciłam
tam  następnego  dnia.  Znalazłam  kupę  forsy.  Nie  wiedziałam,  skąd  się  wzięła,  do  dziś  nie

background image

wiem.  Ale  na  pewno  nie  odłożył  tyle  z  pensji.  Naliczyłam  prawie  dwadzieścia  tysięcy
dolców.  Gwizdnęłam  kilka  setek  i  się  nie  połapał.  Od  tamtej  pory  zaczęłam  go  uważniej
obserwować.  Od  mniej  więcej  miesiąca  on  i  jego  koledzy,  jego  goombas,  coś  planowali.
Ciągle  się  spotykali  po  pracy.  Któregoś  wieczoru  usłyszałam,  jak  wspominał  swojemu
kumplowi Jimmy’emu Crewsowi o Waszyngtonie. Potem wyjechał na kilka dni. Wrócił do
domu  czwartego  po  południu.  Dzień  po  porwaniu  autokaru  z  kobietami  z  MetroHartford.
Około  trzeciej  zaczął  „świętować”.  O  siódmej  był  mocno  zalany.  Złamał  mamie  kość
policzkową i o mało nie wybił jej oka. Nosi ten głupi sygnet z St. John’s. Wiecie, „Redmen” -
teraz „Red Storm”. W nocy poszłam do szopy babci i znalazłam tyle gotówki, że nie mogłam
w to uwierzyć.

Veronica Macdougall wyjęła spod stołu jasnoniebieski szkolny plecak i wyciągnęła z

niego kilka paczek banknotów. Widać było po niej, że cierpi i wstydzi się.

-  Tu  jest  dziesięć  tysięcy  czterysta  dolarów.  Na  pewno  z  tego  porwania  w

Waszyngtonie. Mój ojciec myśli, że jest taki cholernie sprytny.

I  dopiero  wtedy,  gdy  skończyła  opowieść  o  swoim  ojcu,  Veronica  Macdougall

załamała się wreszcie. Zaczęła płakać i powtarzać, że przeprasza. Pomyślałem, że przeprasza
chyba za to, co on zrobił.

ROZDZIAŁ 84

Wierzyłem Veronice Macdougall. Jej historia wstrząsnęła mną. Intrygowało mnie, czy

wcześniejsze napady na banki to też robota gangu gliniarzy z Brooklynu. Czy zabili z zimną
krwią  tamtych  ludzi,  zanim  dokonali  porwania  autokaru?  Czy  jeden  z  nich  jest
Supermózgiem?

Miałem  mnóstwo  czasu  na  myślenie.  Dzień  ciągnął  się  w  nieskończoność.  Trwały

dyskusje  między  FBI,  burmistrzem  i  komisarzem  policji.  Pięciu  podejrzanych  detektywów
wzięto  na  razie  pod  obserwację.  Nie  pozwolono  nam  ich  zgarnąć.  Musieliśmy  czekać.
Utknęliśmy jak w korku na drodze ekspresowej na Long Island albo w nowojorskim metrze.
Sprawdzano alibi podejrzanych w dniach napadów na banki, ich konta i wydatki. Dyskretnie
przesłuchiwano ich kolegów z pracy i kapusiów. Z ogrodu matki Macdougalla zabrano resztę
pieniędzy. Z pewnością była to część okupu.

Do szóstej wieczorem nie zapadła żadna decyzja. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Betsey

pojawiła się na krótko i oznajmiła, że nie osiągnięto postępu w rozmowach. Około siódmej
poszedłem zameldować się w hotelu.

background image

Byłem coraz bardziej wściekły. Wziąłem gorący prysznic, potem zacząłem szukać w

przewodniku  Zagata  porządnej  restauracji  w  śródmieściu.  Skończyło  się  na  tym,  że
zamówiłem  kolację  do  pokoju.  Myślałem  o  Christine  i  Aleksie.  Nie  miałem  ochoty
wychodzić. Może byłoby inaczej, gdyby Betsey była wolna, ale ona walczyła z biurokracją na
Police Plaza.

W łóżku próbowałem czytać Modlitwy o deszcz Dennisa Lehane’a. Ostatnio trafiałem

na  książki,  które  mi  się  podobały:  Żona  pilota.  Kobziarz,  Harry  Potter  i  kamień
czarnoksiężnika, a teraz Lehane.

Ale nie mogłem się skoncentrować. Chciałem dorwać pięciu nowojorskich gliniarzy.

Chciałem  wrócić  do  domu  i  być  z  dziećmi.  Chciałem,  żeby  mały  Alex  należał  do  naszej
rodziny. To jedno trzymało mnie ostatnio przy życiu.

W końcu mimo woli zacząłem rozmyślać o Betsey Cavalierre. Przypominałem sobie

naszą  „randkę”  w  Hartford.  Po  prostu  lubiłem  ją.  Chciałem,  żebyśmy  się  znowu  spotkali.
Miałem nadzieję, że ona też tego pragnie.

Około jedenastej zadzwonił telefon. Betsey. Była wypompowana i sfrustrowana. Uszła

z niej cała energia.

-  Nareszcie  zbliżamy  się  do  końca.  Mam  nadzieję.  Nie  uwierzysz,  ale  możemy  ich

jutro zgarnąć. Szkoda, że nie słyszałeś tego całego pieprzenia o ich prawach obywatelskich i
morale  policji  nowojorskiej.  Mamy  to  załatwić  „we  właściwy  sposób”.  Nikomu  nie  mogło
przejść przez gardło, że to po prostu pięciu skurwieli, prawdopodobnie zabójców, i trzeba im
się dobrać do dupy.

- To pięciu skurwieli i trzeba im się dobrać do dupy - powiedziałem.
Wybuchnęła śmiechem. Wyobraziłem sobie, jak teraz wygląda.
-  Bierzemy  się  za  to  skoro  świt,  Alex.  Może  przy  okazji  zgarniemy  Supermózga.

Muszę tu jeszcze zostać przynajmniej z godzinę. Do zobaczenia rano.

ROZDZIAŁ 85

Czwarta  rano  nadeszła  bardzo  szybko.  O  tej  godzinie  mieliśmy  dokonać  nalotu  na

domy pięciu detektywów. Wszystko było załatwione. Przynajmniej taką miałem nadzieję.

Trzecia  trzydzieści  nadeszła  jeszcze  szybciej.  O  tej  porze  spotkaliśmy  się  gdzieś  w

hrabstwie  Nassau  na  Long  Island.  Nie  znałem  tej  okolicy,  ale  podobała  mi  się.  Wyglądała
niebo lepiej niż waszyngtońska Piąta ulica i Southeast. Ktoś z naszej grupy powiedział, że jest
to wyjątkowa dzielnica, bo gliny i mafia żyją tu w pełnej harmonii.

background image

Sprawę  prowadzili  federalni.  Za  aresztowania  oficjalnie  odpowiadała  Betsey

Cavalierre. To świadczyło o szacunku, jakim cieszyła się w Waszyngtonie, jeśli nawet nie w
Nowym Jorku.

- Miło, że wszyscy są wyspani i rzeźcy w ten piękny poranek - zażartowała. - Co? Że

to jeszcze noc? Zależy, w jakiej strefie czasowej się jest.

Kilku  agentów  uśmiechnęło  się.  Było  nas  około  czterdziestu.  FBI  i  policja,  ale

przeważali ludzie z Biura. Betsey podzieliła nas na drużyny. Trafiłem do jej zespołu.

Wszyscy  byli  gotowi  do  działania  i  niesamowicie  napięci.  Podjechaliśmy  pod

piętrowy  dom  na  High  Street  w  Massapequa.  Wokoło  żywej  duszy -  przedmieście  jeszcze
zupełnie puste. Gdzieś w sąsiedztwie zaczął szczekać pies. Na zadbanych trawnikach lśniła
rosa.  Całkiem  nieźle  żyło  się  chyba  w  tym  rejonie,  gdzie  mieszkał  detektyw  Brian
Macdougall ze swoją zmaltretowaną żoną i gniewną córką.

Betsey włączyła handie-talkie. Sprawiała wrażenie bardzo opanowanej.
-  Sprawdzam  łączność... -  powiedziała. -  W  porządku.  A  teraz,  drużyna  A,  drzwi

frontowe.  Drużyna  B,  kuchnia.  Drużyna  C,  weranda.  Drużyna  D,  wsparcie.  Uwaga...
Wchodzimy!

Agenci  i  detektywi  pobiegli  do  domu.  Betsey  i  ja  obserwowaliśmy  akcję.  Byliśmy

drużyną D, czyli wsparciem.

Drużyna A szybko i bez przeszkód weszła do środka.
Drużyna  B  też.  Z  miejsca,  w  którym  zaparkowaliśmy,  nie  widzieliśmy  trzeciej

drużyny. Podchodziła do domu z tyłu.

W środku rozległy się krzyki. Potem huknął strzał.
Betsey spojrzała na mnie.
- O, cholera. Macdougall czekał na nas. Jak to się mogło stać, do diabła?
Usłyszeliśmy następne strzały. Potem krzyk. Później wrzaski i przekleństwa kobiety.

Matki Veroniki Macdougall?

Wyskoczyliśmy  z  samochodu  i  pobiegliśmy  w  stronę  domu.  Ale  zostaliśmy  na

zewnątrz.  Pomyślałem,  że  w  tym  samym  momencie  trwają  naloty  na  cztery  inne  domy  w
Brooklynie. Miałem nadzieję, że bez takich problemów.

- Zgłoś się, Mike - powiedziała Betsey przez handie-talkie. - Co tam się dzieje? Co

poszło nie tak?

- Rice oberwał. Jestem przed sypialnią na piętrze. Macdougall zamknął się tam z żoną.
- Co z Rice’em? - zapytała z niepokojem Betsey.
- Dostał w pierś. Jest przytomny, ale cholernie krwawi. Wezwijcie karetkę!

background image

Nagle  otworzyło  się  okno  na  górze.  Ktoś  wyszedł  i  przebiegł  schylony  przez  dach

garażu.

Betsey  i  ja  popędziliśmy  sprintem  w  tamtą  stronę.  Pamiętałem,  że  w  Georgetown

dobrze grała w lacrosse. Była szybka.

- Wyszedł na zewnątrz! Macdougall jest na dachu garażu! - zakomunikowała innym.
- Mam go - odpowiedziałem jej.
Facet skręcił w kierunku jodeł. Nie widziałem,  co jest za nimi. Domyślałem się, że

podwórze sąsiedniego domu.

-  Stać,  policja! -  wrzasnąłem  na  całe  gardło. -  Zatrzymaj  się,  Macdougall,  bo  będę

strzelał!

Nie posłuchał. Nawet się nie obejrzał. Zeskoczył między drzewa.

ROZDZIAŁ 86

Popędziłem za nim. Schyliłem głowę i wpadłem w gęste krzaki, które poraniły mi ręce

do krwi. Macdougall uciekał przez sąsiednie podwórze. Nie był daleko.

Dogoniłem  go,  skoczyłem  i  podciąłem  mu  ramieniem  kolana.  Chciałem,  żeby  się

poharatał.

Zwalił się ciężko na ziemię, ale był tak naładowany adrenaliną jak ja. Przeturlał się,

wyrwał z mojego uścisku i szybko wstał. Ja też.

- Lepiej było leżeć - powiedziałem do niego. - Popełniłeś błąd.
Trafiłem  go  prawym  prostym.  Dobrze  wycelowałem.  Głowa  odskoczyła  mu  z

piętnaście centymetrów do tyłu.

Zacząłem  lekko  podskakiwać.  Zamachnął  się  sierpowym,  ale  chybił.  Walnąłem  go

jeszcze raz. Zatoczył się, ale nie upadł. Był twardym, ulicznym gliniarzem.

- Jestem pod wrażeniem - zadrwiłem. - Ale powinieneś był leżeć.
Na podwórze wbiegła Betsey.
- Alex!
Macdougall  wyprowadził  niezły  cios,  choć  trochę  sygnalizowany.  Ześliznął  się  po

mojej skroni. Gdybym dostał, poczułbym to uderzenie.

- Coraz lepiej - pochwaliłem. - Odciąż pięty, Brian.
- Alex! - zawołała znów Betsey. - Załatw go, do jasnej cholery! Już!
Chciałem  jeszcze  chwilę  powalczyć  na  ringu.  Obaj  na  to  zasługiwaliśmy.  Znów  się

zamachnął sierpowym. Zrobiłem unik i nie trafił. Już się zmęczył.

background image

- Nie jestem twoją żoną ani córką, Macdougall - powiedziałem. - Ja oddaję ciosy.
- Pierdol się! - warknął. Był spocony i ledwo dyszał.
- Ty jesteś Supermózgiem, Brian? - zapytałem. - Ty zabiłeś tamtych ludzi?
Nie odpowiedział, więc przyłożyłem mu mocno w żołądek. Zgiął się i skrzywił z bólu.
Betsey  podeszła  do  nas.  Dołączyło  do  niej  kilku  agentów.  Przyglądali  się  tylko.

Wiedzieli, o co mi chodzi. Chcieli, żebym mu dołożył.

- Poruszaj się na palcach, nie na piętach - podpowiedziałem Macdougallowi.
Coś  zamruczał.  Nic  nie  zrozumiałem.  Nieważne.  Nie  obchodziło  mnie,  co  ma  do

powiedzenia. Jeszcze raz walnąłem go w brzuch.

- Widzisz? Osłaniaj tułów. Tego samego uczę moje dzieci.
Znów  trafiłem  go  w  żołądek.  Facet  był  nabity.  Mój  cios  wylądował  jak  na  worku

treningowym. Przyjemne uczucie. Zakończyłem walkę wysokim, prawym hakiem na szczękę.
Macdougall padł twarzą w trawę i już nie wstał.

Stanąłem nad nim. Trochę się spociłem i lekko sapałem.
- Zadałem ci pytanie, Macdougall. Ty jesteś Supermózgiem?

ROZDZIAŁ 87

Następne  dwa  dni  były  męczące  i  zniechęcające.  Pięciu  detektywów  siedziało  w

więzieniu miejskim na Foley Square. Trzymali tam czasem kapusiów i podejrzanych gliniarzy
dla ich własnego bezpieczeństwa.

Przesłuchałem  całą  piątkę.  Zacząłem  od  najmłodszego,  Vincenta  O’Malleya,  a

skończyłem na przywódcy, Brianie Macdougallu. Nikt nie przyznał się do porwania autokaru
w Waszyngtonie.

Kilka godzin po wstępnym przesłuchaniu Macdougall poprosił o rozmowę ze mną.
Kiedy wprowadzono go do pokoju przesłuchań na Foley Square, odniosłem wrażenie,

że coś się zmienia. Poznałem to po jego minie. Był wyraźnie zdenerwowany.

-  Jest  inaczej,  niż  sądziłem,  że  będzie.  Chodzi  mi  o  więzienie.  Siedzę  tu  po

niewłaściwej stronie stołu. To defensywna gra, sam wiesz. To ty atakujesz i przerzucasz piłkę
nad siatką.

- Napijesz się czegoś zimnego? - zapytałem.
- Zapaliłbym.
Kazałem  przynieść  papierosy.  Ktoś  podrzucił  mi  paczkę  marlboro  i  natychmiast

zniknął.  Macdougall  zaciągał  się  z  taką  rozkoszą,  jakby  palenie  marlboro  było  największą

background image

przyjemnością, jaką życie mogło mu ofiarować. Może w tym momencie rzeczywiście było.

Obserwowałem  jego  oczy.  Miał  bez  wątpienia  inteligentne  spojrzenie.  Na  pewno

potrafił  myśleć.  Supermózg?  Czekałem  cierpliwie,  aż  mi  powie,  o  co  mu  chodzi.  Po  to  tu
przyszedł.

- Mnóstwo razy widziałem, jak to robią inni - odezwał się w końcu zza kłębów dymu.

- Ty umiesz słuchać. Nie popełniasz błędów.

Zapadła krótka cisza. Obaj mieliśmy dużo czasu.
- Czego ode mnie chcesz? - zapytałem wreszcie.
-  Dobre  pytanie -  odparł. -  Niedługo  do  tego  dojdę.  Wiesz,  na  początku  byłem

porządnym gliniarzem. Kiedy jeszcze wierzyłem, że warto się starać.

Uśmiechnąłem się lekko. Starałem się nie być zbyt miły.
- Postaram się to zapamiętać.
- Co cię kręci? - spytał Macdougall.
Był  wyraźnie  ciekaw,  co  odpowiem.  Może  go  bawiłem.  Choć  podejrzewałem,  że

raczej w coś ze mną gra. Na razie mogłem mu na to pozwolić.

Przez palce sączył mu się dym. Westchnął głośno.
-  Pytałeś,  czego  chcę.  Powtarzam:  dobre  pytanie.  Zawsze  dbałem  i  dbam  o  własny

interes. Powiem ci, o co mi chodzi.

Wiedziałem z doświadczenia, że lepiej słuchać, niż mówić.
- Po pierwsze, przy porwaniu autokaru nikt nie ucierpiał. Nigdy nie zrobiliśmy nikomu

krzywdy.

- A rodzina Buccierich? James Bartlett? Collins?
Pokręcił głową.
- To nie moja robota i dobrze o tym wiesz.
Miał rację. Nie wierzyłem, że oni to zrobili. To nie było w ich stylu. Poza tym mieli

alibi na tamte dni. Pracowali.

- W porządku. Co dalej? Wiesz, że chcemy dostać faceta, który zorganizował napady

na banki.

-  Wiem.  I  mam  propozycję.  Dla  was  ciężką  do  przełknięcia,  ale  negocjacje  nie

wchodzą w grę. Chcę mieć z wami najlepszą umowę, jaką kiedykolwiek widziałem w mojej
karierze  gliniarza.  To  znaczy,  pełna  ochrona  świadka  w  takim  klubie  wiejskim  jak
Greenhaven.  I  siedzę  maksimum  dziesięć  lat.  Potem  znikam.  Taki  układ  zawarto  kiedyś  w
sprawie o morderstwo. Wiem, co można, a czego nie można zrobić.

Nie odezwałem się. Nie musiałem. Macdougall wiedział, że sam nie podejmę decyzji.

background image

- A co za to dostaniemy? - zapytałem.
Spojrzał mi prosto w oczy.
-  Jego.  Faceta,  który  zaplanował  wszystkie  skoki  i  nazywa  siebie  Supermózgiem.

Wiem, gdzie go znaleźć.

background image

CZĘŚĆ PIĄTA

WSZYSTKO SIĘ WALI

background image

ROZDZIAŁ 88

Ludzie  z  FBI,  policji  nowojorskiej  i  departamentu  sprawiedliwości  naradzali  się,  co

odpowiedzieć na propozycję Macdougalla. Byłem pewien, że przynajmniej do poniedziałku
nic nie postanowią.

O czwartej trzydzieści po południu odleciałem do Waszyngtonu. Betsey Cavalierre i

Michael Doud zostali w Nowym Jorku na wypadek, gdyby zapadła jakaś decyzja.

Ja miałem do załatwienia własną ważną sprawę. Tego wieczoru poszedłem z dziećmi i

babcią  do  kina  na  Gwiezdne  wojny:  Część  Pierwsza -  Mroczne  Widmo.  Film  podobał  się
nam, choć liczyliśmy na większą rolę Samuela L. Jacksona. Zauważyłem subtelną zmianę w
stosunkach między rodzeństwem. Od czasu choroby Jannie, Damon miał do niej dużo więcej
cierpliwości, a ona mniej mu dokuczała. Oboje bardzo wydorośleli w ciągu ostatnich kilku
tygodni. Wyglądało na to, że stawali się parą przyjaciół. Miałem nadzieję, że tak pozostanie
na zawsze.

W  niedzielę  rano  postanowiłem  z  nimi  szczerze  porozmawiać.  Skorzystałem  z

dobrych rad babci, co powinienem im powiedzieć. Ona sama zareagowała w sposób typowy
dla niej. Jest jej strasznie przykro z powodu tego, co zaszło między mną i Christine. A co do
małego Aleksa, nie może się po prostu doczekać jego przybycia.

- Uwielbiam maleństwa, Alex. To mnie odmłodzi o dziesięć lat.
Prawie jej uwierzyłem.
-  Chyba  coś  jest  nie  tak -  domyślił  się  Damon,  patrząc  na  mnie  przez  stół  przy

śniadaniu.

Uśmiechnąłem się szeroko.
- To tylko pół prawdy. Od czego mam zacząć?
- Od początku - doradziła Jannie.
Łatwo  powiedzieć -  pomyślałem.  I  w  końcu  zdecydowałem,  że  przejdę  od  razu  do

sedna.

-  Chyba  wiecie,  że  Christine  i  ja  przez  długi  czas  byliśmy  sobie  bardzo  bliscy -

powiedziałem. -  I  nadal  jesteśmy,  ale  ostatnio  zaszły  pewne  zmiany.  Po  zakończeniu  roku
szkolnego  Christine  wyprowadza  się  z  Waszyngtonu.  Jeszcze  nie  wiem  dokąd,  ale  nie
będziemy jej często widywać.

Jannie opadła szczęka.
-  W  szkole  jest  zupełnie  inna  niż  kiedyś,  tato -  powiedział  Damon. -  Wszyscy  to

background image

mówią. Wścieka się o byle co i jest zawsze smutna.

Przykro było mi to słyszeć. Czułem, że to częściowo moja wina.
- Miała bardzo ciężkie przeżycia - odrzekłem. - Trudno sobie nawet wyobrazić, przez

co przeszła. Powoli wraca do siebie, ale to musi potrwać.

- A co będzie z małym Aleksem? - spytała niezwykle cicho Jannie. Jej oczy były pełne

smutku i troski.

- Zamieszka z nami. To ta dobra wiadomość, którą obiecałem.
- Hurra! Hurra! - wykrzyknęła Jannie i zaczęła tańczyć. - Uwielbiam go!
- Fajnie! - ucieszył się Damon.
Ja też się cieszyłem. I zastanawiałem się, jak to jest, że jedna krótka chwila może być

jednocześnie  tak  radosna  i  smutna.  Chłopiec  zamieszka  z  nami,  ale  Christine  odeszła.
Wreszcie  zakomunikowałem  to  oficjalnie  babci  i  dzieciom.  Dawno  już  nie  czułem  się  taki
pusty i samotny.

ROZDZIAŁ 89

Im  większe  ryzyko,  tym  większe  emocje.  Supermózg  dobrze  o  tym  wiedział.  A  ta

sprawa była naprawdę niebezpieczna. Cieszył się, że ma pieniądze, ale to mu nie wystarczało.
Chciał poczuć przypływ adrenaliny.

Agent FBI James Walsh mieszkał samotnie pod Alexandrią. Wynajęty domek był tak

skromny i bezpretensjonalny, jak on sam. Pasował do jego osobowości.

Supermózg bez trudu dostał się do środka. Nie zdziwiło go to. Policjanci nie dbali o

bezpieczeństwo swoich domów. Walsh był leniwy albo może zbyt pewny siebie.

Supermózg chciał to załatwić szybko, ale musiał być ostrożny. Wiedział, że podłoga

skrzypi, był tu już wcześniej.

Deski niepokojąco trzeszczały, kiedy zbliżał się do sypialni.
Im bardziej niebezpiecznie, tym lepiej. Im większe ryzyko, tym większe emocje.
Nigdy  nie  mógł  się  temu  oprzeć.  Powoli,  cicho  uchylił  drzwi,  wszedł  do  pokoju  i

nagle...

- Nie ruszaj się - powiedział Walsh.
Supermózg  ledwo  mógł  go  dostrzec  w  ciemnym  wnętrzu.  Agent  zajął  pozycję  za

łóżkiem. Trzymał strzelbę. Zawsze miał ją w zasięgu ręki, gdy kładł się spać.

- Celuję dokładnie w twoją pierś - ostrzegł. - I nigdy nie chybiam.
-  Rozumiem -  zachichotał  Supermózg. -  Szach  i  mat,  co?  Złapałeś  Supermózga.

background image

Sprytnie.

Ruszył z uśmiechem w kierunku Walsha. Im bardziej niebezpiecznie, tym lepiej.
- Stój! - krzyknął agent. - Stój, bo strzelę!
- I na pewno nie chybisz - przypomniał Supermózg.
Nie  zatrzymał  się,  nie  zwolnił  nawet  kroku,  szedł  ciągle  przed  siebie.  Usłyszał,  jak

Walsh nacisnął spust. Ten jeden ruch miał spowodować jego śmierć, unicestwić jego świat.
Ale nic takiego się nie stało.

- Co jest, Walsh? Obiecałeś, że strzelisz.
Supermózg wyciągnął pistolet i przyłożył agentowi do czoła. Wolną ręką przesunął po

jego krótkich włosach.

- To ja jestem Supermózgiem, nie ty. Oddałbyś wszystko, żeby mnie złapać, ale to ja

złapałem ciebie. Rozładowałem ci broń. Załatwię was wszystkich. Ciebie, Douda, Cavalierre.
Może nawet Crossa. Czas umrzeć, Walsh.

ROZDZIAŁ 90

Przyjechałem  do  domu  Walsha  w  Wirginii  w  niedzielę  około  północy.  Na  ulicy

kręciło się kilkoro zdenerwowanych sąsiadów. Jakaś starsza kobieta westchnęła.

- Taki miły człowiek... Co za nieszczęście, co za strata. Był agentem FBI, wiecie.
Wiedziałem. Wziąłem głęboki oddech i wszedłem. W środku roiło się od ludzi z Biura

i policjantów. Ponieważ zginął agent, z Quantico wezwano speców z wydziału przestępstw z
użyciem przemocy.

Zobaczyłem  agenta  Mike’a  Douda  i  szybko  do  niego  podszedłem.  Wyglądał  na

załamanego. Przyjaźnił się z Walshem i mieszkał niedaleko.

- Przykro mi - powiedziałem.
- Chryste, Jimmy nic mi nie mówił. A przecież byłem jego najlepszym przyjacielem,

na miłość boską.

Skinąłem głową.
- Wiecie już coś? Jak to się stało?
Doud wskazał sypialnię.
- Chyba się zastrzelił. Zostawił list. Nie do wiary, Alex.
Przeszedłem  przez  skromnie  umeblowany  salon.  Walsh  rozwiódł  się  kilka  lat  temu.

Miał dwóch synów. Szesnastoletni chodził do szkoły średniej, drugi do Świętego Krzyża, jak
kiedyś ojciec.

background image

James  Walsh  leżał  skulony  w  łazience  obok  sypialni.  Kafelki  podłogi  były  zalane

krwią. Kiedy tu wszedłem, zobaczyłem natychmiast, co zostało z tylnej części jego głowy.

Doud  stanął  za  mną.  Trzymał  list  pożegnalny,  który  umieszczono  w  plastikowej

torebce  na  dowody.  Przeczytałem  go  bez  wyjmowania.  Walsh  napisał  do  swoich  dwóch
synów, Andrew i Petera:

Mam  już  w  końcu  dosyć.  Mojej  pracy,  tego  śledztwa,  wszystkiego.  Naprawdę  mi

przykro.

Kocham was.
Wasz ojciec

Przestraszył mnie dźwięk telefonu. Dzwoniła „komórka” Douda. Zgłosił się i oddał mi

ją.

- To do ciebie. Betsey.
- Jestem jeszcze w Nowym Jorku - usłyszałem jej głos. - Jadę na lotnisko. Och, Alex...

Biedny Jim. Nie wierzę, że się zabił. Jaki miałby powód? To do niego zupełnie niepodobne.

Rozpłakała  się  i  mimo  że  znajdowała  się  tak  daleko,  była  mi  teraz  bliższa  niż

kiedykolwiek.

Nie powiedziałem  jej,  co  myślę.  Czułem  niepokój.  Może  miała  rację.  Może  James

Walsh nie popełnił samobójstwa.

ROZDZIAŁ 91

W poniedziałek rano wróciłem do Nowego Jorku. O dziewiątej mieliśmy odprawę w

centrali FBI na Manhattanie. Zdążyłem na czas. Dusiłem w sobie różne obawy i udawałem, że
wszystko jest w porządku.

Wszedłem do sali konferencyjnej w ciemnych okularach. Betsey musiała wyczuć moją

obecność.  Podniosła  wzrok  znad  sterty  papierów  i  skinęła  mi  smutno  głową.  Mogłem  się
założyć, że w nocy myślała o Walshu. Tak jak ja.

Ledwo  usiadłem  na  wolnym  krześle,  zaczął  przemawiać  prawnik  z  departamentu

sprawiedliwości. Był trochę po pięćdziesiątce, sprawiał wrażenie sztywnego, niemal zupełnie
pozbawionego uczuć, i nosił szary, lśniący garnitur z wąskimi klapami. Sądząc po wyglądzie,
co najmniej dwudziestoletni.

- Zawarliśmy umowę z Brianem Macdougallem - oznajmił.

background image

Spojrzałem na Betsey. Pokręciła głową i przewróciła oczami. Już wiedziała.
Nie wierzyłem własnym uszom. Słuchałem uważnie każdego słowa.
- Nic nie może wyjść poza ściany tej sali. Nie będzie żadnego komunikatu dla prasy.

Detektyw Macdougall zgodził się na rozmowę z prowadzącymi śledztwo. Opowie o porwaniu
autokaru  w  Waszyngtonie.  Ma  cenne  informacje,  które  mogą  doprowadzić  do  schwytania
wyjątkowo groźnego przestępcy, zwanego Supermózgiem.

Byłem  zupełnie  zaszokowany.  Wydymali  mnie!  Cholerny  departament

sprawiedliwości dogadał się przez ostatni weekend z Macdougallem. Mogłem się założyć, że
facet  postawił  na  swoim.  Chciało  mi  się  rzygać.  Ale  od  kiedy  byłem  gliną,  departament
sprawiedliwości zawsze działał w ten sposób.

Macdougall  wiedział  dokładnie,  na  co  może  liczyć.  Pozostawało  tylko  pytanie,  czy

naprawdę wystawi nam Supermózga. Czy w ogóle wie coś ważnego?

Wkrótce miałem się o tym przekonać. Przed południem pojechaliśmy go przesłuchać

w więzieniu miejskim. Policję nowojorską reprezentował detektyw Harry Weiss, FBI - Betsey
Cavalierre.

Macdougall  miał  przy  sobie  dwóch  prawników.  Żaden  nie  nosił  dwudziestoletniego

garnituru.  Wyglądali  na  zręcznych,  bystrych,  bardzo  drogich.  Detektyw  podniósł  wzrok,
kiedy weszliśmy do małego pokoju.

- Śmierdząca sprawa, co? - zagadnął.
- Zgadzam się. Ale taki mamy system.
Filozof Macdougall usiadł między swoimi prawnikami i zaczęliśmy przesłuchanie.
Betsey nachyliła się do mnie.
-  To  powinno  być  dobre -  szepnęła. -  Zobaczymy,  co  kupił  departament

sprawiedliwości.

ROZDZIAŁ 92

Zaczęło się fatalnie. Detektyw Weiss z wydziału wewnętrznego policji nowojorskiej

postanowił  mówić  za  nas  wszystkich.  Uznał,  że  należy  zacząć  od  samego  początku,  i
skrupulatnie analizował wcześniejsze zeznanie Macdougalla, zdanie po zdaniu.

Koszmar.  Miałem  ochotę  mu  przerwać,  ale  powstrzymałem  się.  Za  każdym  razem,

gdy zadawał pytanie lub wygłaszał bezsensowne uwagi krytyczne pod adresem Macdougalla,
kopaliśmy się z Betsey pod stołem.

W końcu Macdougall nie wytrzymał.

background image

- Ty pieprzony frajerze! - wypalił do Weissa. - Tu nie chodzi o twoją tłustą dupę. Z

wami tak zawsze. Marnujesz mój czas. Nie będę z tobą gadał.

Weiss nie zareagował, jakby nie zrozumiał.
Macdougall zerwał się z miejsca.
-  Zadajesz  głupie  pytania,  palancie! -  ryknął. -  Tracimy  tylko  wszyscy  czas  przez

ciebie!

Potem podszedł do brudnego, zakratowanego, osłoniętego metalowym ekranem okna.

Jego prawnicy stanęli przy nim. Powiedział coś  do nich i wszyscy trzej  ryknęli śmiechem.
Dowcipniś z tego Macdougalla, pomyślałem.

Siedzieliśmy przy stole i obserwowaliśmy ich. Betsey uspokajała Weissa. Starała się

utrzymać wspólny front.

- Pieprzę go - warknął Weiss. - Mogę pytać, o co chcę. Kupiliśmy skurwysyna.
Przytaknęła.
-  Masz  rację,  Harry.  Ale  on  chyba  nie  lubi  wydziału  wewnętrznego.  Typowy

detektyw. Może Aleksowi pójdzie lepiej.

Weiss najpierw pokręcił głową, potem się poddał.
- Niech będzie. Spróbujcie z tym palantem po swojemu. Gramy w jednej drużynie.
Betsey poklepała go po ramieniu.
- Właśnie. Dzięki, że się zgodziłeś.
Macdougall uspokoił się i wrócił do stołu. Nawet przeprosił Weissa.
- Bez urazy, stary. Trochę mnie poniosło. Wiesz, jak to jest.
Poczekałem  chwilę,  żeby  Weiss  przyjął  przeprosiny,  ale  on  milczał.  W  końcu

zacząłem.

- Co masz dla nas ważnego, Macdougall? Wiesz, co chcemy usłyszeć.
Macdougall spojrzał na obu prawników i uśmiechnął się.

ROZDZIAŁ 93

-  W  porządku,  spróbujmy.  Proste  pytania,  proste  odpowiedzi.  Spotkałem  się  z  tym

Supermózgiem trzy razy. Tylko w Waszyngtonie. Zawsze dawał nam na „koszty podróży”,
jak to nazywał. Pięćdziesiąt kawałków za przyjazd. Opłacało się. I ciekawiło nas, o co chodzi.
Był  wielkim  cwaniakiem.  Wszystko  miał  przemyślane.  Wiedział,  o  czym  gada.  Od  razu
obiecał  nam  piętnaście  baniek  udziału.  Dokładnie  rozpracował  MetroHartford.  Ułożył
szczegółowy plan. Czuliśmy, że to się uda. I udało się.

background image

- Skąd o was wiedział? - zapytałem. - Jak się z wami skontaktował?
Wyglądało na to, że Macdougallowi spodobało się pytanie.
-  Przez  naszego  znajomego  prawnika -  odpowiedział  i  zerknął  na  swoich  dwóch

adwokatów. -  Ale  to  żaden  z  tych  panów.  Trafił  do  nas  przez  kogoś  innego.  Nie  wiem
dokładnie, kto mu dał cynk. Ale wiedział, kim jesteśmy i jak pracujemy. To ważne, Weiss.
Zanotuj  to.  Kto  mógł  nas  znać?  Gliniarz?  Któryś  z  naszych?  Agent  FBI?  Glina  z
Waszyngtonu? A może ktoś w tym pokoju? To mógł być każdy.

Weiss  ledwo  nad  sobą  panował.  Poczerwieniał.  Przypinany  kołnierzyk  jego  białej

koszuli wydawał się o kilka numerów za mały.

- Ale ty już wiesz, kto to jest, Macdougall? Zgadza się?
Macdougall spojrzał na mnie i Betsey. Pokręcił głową. On też nie ufał Weissowi.
- Dojdziemy do tego, co wiem, a czego nie wiem. Nie lekceważcie informacji, że nas

znał. Wiedział o detektywie Crossie. I o agentce Cavalierre. Wiedział wszystko. To ważne.

- Masz rację - przytaknąłem. - Mów dalej.
- W porządku. Zanim zgodziliśmy się na drugie spotkanie, próbowaliśmy ustalić, kim

jest ten cholerny Supermózg. Nawet rozmawialiśmy o nim z FBI. Wykorzystaliśmy wszystkie
kontakty. Ale nic nie znaleźliśmy. Żadnego śladu. No więc umówiliśmy się z nim drugi raz.
Bobby Shaw próbował go śledzić po jego wyjściu z hotelu. Ale zgubił faceta.

- I dlatego pomyśleliście, że to może być gliniarz? - zapytałem.
Macdougall wzruszył ramionami.
-  Przyszło  nam  to  do  głowy.  Trzecie  spotkanie  miało  zadecydować,  czy  w  to

wchodzimy,  czy  nie.  Mogliśmy  zgarnąć  połowę  z  trzydziestu  milionów.  Jasne,  że  w  to
weszliśmy.  On  wiedział,  że  się  zdecydujemy.  Próbowaliśmy  wytargować  większą  działkę.
Wyśmiał nas. Nie chciał o tym słyszeć. Zgodziliśmy się na jego warunki. Powiedział, że albo
je przyjmiemy, albo wypadamy z gry. Po spotkaniu wyszedł z hotelu. Tym razem pilnowało
go  dwóch  naszych.  Facet  był  wysoki,  nabity  i  z  czarną  brodą.  Podejrzewaliśmy,  że  to
przebranie. Chłopcy znów go o mało nie zgubili. Ale udało im się. Mieli fart. Zobaczyli, że
wszedł do szpitala dla weteranów Hazelwood w Waszyngtonie. Już tam został. Nie wiemy,
jak naprawdę wygląda, ale nie wyszedł stamtąd.

Macdougall zamilkł. Popatrzył kolejno na Weissa, Betsey i na mnie.
- To psychol, mili państwo. Siedzi w wariatkowie. Tam go dorwiecie.

background image

ROZDZIAŁ 94

Agenci FBI natychmiast pojechali do szpitala Hazelwood. Wyciągnęli akta wszystkich

pacjentów i całego personelu. Urząd do spraw Weteranów sprzeciwiał się, ale szybko ustąpił.

Kopie  akt  pacjentów  trafiły  do  mnie.  Przez  resztę  dnia  porównywałem  je  z

kartotekami personelu i klientów MetroHartford. Dziękowałem Bogu za  komputery.  Nawet
jeśli Supermózg był w szpitalu, nikt nie wiedział, jak wygląda. Nadal brakowało jego połowy
z  trzydziestu  milionów  dolarów.  Ale  zbliżyliśmy  się  do  niego  bardziej  niż  kiedykolwiek.
Odzyskaliśmy  prawie  cały  łup  nowojorskich  detektywów.  Rozpłynęło  się  tylko  kilkaset
tysięcy. Każdy z pięciu aresztowanych gliniarzy próbował pójść z nami na jakiś układ.

Około wpół do dziesiątej wieczorem poszliśmy z Betsey na kolację do nowojorskiej

restauracji  „Ecco”.  Włożyła  żółtą  sukienkę,  złote  kolczyki  i  bransoletki.  Wszystko  to
tworzyło znakomity kontrast z jej opalenizną i czarnymi włosami. Sądzę, że wiedziała, jak
świetnie się prezentuje. Wyglądała bardzo kobieco.

-  Czy  to  randka? -  zapytała,  kiedy  usiedliśmy  przy  stoliku  w  przytulnym,  ale

hałaśliwym lokalu na Manhattanie.

Uśmiechnąłem się.
- Może coś z tego wyjdzie. Jeśli nie będziemy rozmawiać o pracy.
- Masz na to moje słowo. Nawet gdyby wszedł tutaj Supermózg i przysiadł się do nas.
- Przykro mi z powodu Jima Walsha - powiedziałem.
Jeszcze nie mieliśmy okazji porozmawiać o tym.
- Wiem, Alex. Mnie też. To był naprawdę porządny facet.
- Zaskoczyło cię jego samobójstwo?
Położyła dłoń na mojej.
- Tak. Kompletnie. Ale nie mówmy dziś o tym, okay?
Po  raz  pierwszy  opowiedziała  mi  trochę  o  sobie.  Pochodziła  z  rodziny  katolickiej  i

skończyła  szkołę  średnią  Johna  Carrolla  w  Waszyngtonie.  Wychowywali  ją  w  surowej
dyscyplinie.  Matka  umarła,  kiedy  Betsey  miała  szesnaście  lat.  Ojciec  był  sierżantem  w
wojsku, potem strażakiem.

-  Chodziłem  z  dziewczyną  z  twojej  szkoły -  powiedziałem. -  W  śmiesznym,

niemodnym mundurku.

Betsey zabawnie zamrugała oczami.
- Ostatnio?
Miała poczucie humoru. Powiedziała, że wyniosła je z domu i ze swojej dzielnicy.

background image

- Każdy chłopak w naszej okolicy musiał się wygłupiać.  Inaczej miał przechlapane.

Mój ojciec chciał mieć syna, a urodziłam się ja. Był twardym facetem, ale lubił pożartować.
Umarł w pracy na atak serca. Chyba dlatego haruję co dzień jak wariatka.

- Ja straciłem rodziców, kiedy nie miałem nawet dziesięciu lat. Wychowywała mnie

babcia. I też całe życie haruję.

- Skończyłeś Georgetown, a potem Johns Hopkins, tak?
Przewróciłem oczami i roześmiałem się.
-  Dobrze  się  przygotowałaś  do  randki.  Tak,  mam  doktorat  z  psychologii  z  Johns

Hopkins. Jestem za bardzo wykształcony jak na gliniarza.

Roześmiała się.
- Ja też poszłam do Georgetown. Ale po tobie.
- Tylko cztery krótkie lata, agentko Cavalierre. Dobrze grałaś w lacrosse.
Zmarszczyła brwi.
- To raczej ty przygotowałeś się do randki.
Roześmiałem się.
- Nie, nie... Po prostu raz widziałem, jak grałaś.
- Zapamiętałeś to?!
-  Zapamiętałem  ciebie.  Szybko  biegałaś.  Najpierw  nie  mogłem  tego  skojarzyć,  ale

potem sobie przypomniałem.

Betsey zapytała o moją trzyletnią prywatną praktykę psychologa.
- Wolałeś być detektywem?
- Lubię akcję.
- Ja też - przyznała.
Porozmawialiśmy  trochę  o  naszych  rodzinach.  Opowiedziałem  jej,  jak  zginęła  moja

żona Maria. Pokazałem zdjęcia starszych dzieci i małego Aleksa.

- Nigdy nie byłam mężatką - powiedziała cicho Betsey. - Mam pięć młodszych sióstr.

Wszystkie wyszły za mąż i mają dzieci. Przepadam za nimi. Nazywają mnie ciocią Gliną.

- Mogę ci zadać osobiste pytanie?
Skinęła głową.
- Strzelaj. Zniosę wszystko.
- Chciałaś się kiedyś ustatkować, ciociu Glino?
- To pytanie osobiste czy profesjonalne, doktorze?
Wyczułem,  że  jest  bardzo  ostrożna.  Poczucie  humoru  było  prawdopodobnie  jej

najlepszą tarczą.

background image

- Przyjacielskie - odpowiedziałem.
-  Wiem,  Alex.  Miałam  kiedyś  bliskich  przyjaciół.  Facetów,  kilku  chłopaków.  Ale

kiedy sprawa robiła się poważna, zawsze się wycofywałam. O, cholera, wygadałam się.

Uśmiechnąłem się.
- Prawda zawsze w końcu wyjdzie na wierzch.
Przysunęła się bliżej. Pocałowała mnie w czoło, potem delikatnie w usta. Trudno było

się jej oprzeć.

- Lubię być z tobą - powiedziała. - I bardzo lubię z tobą rozmawiać. Idziemy?
Wróciliśmy  do  hotelu.  Odprowadziłem  ją  do  pokoju.  Pocałowaliśmy  się  przed

drzwiami i podobało mi się to jeszcze bardziej niż za pierwszym razem w Hartford. Powoli i
spokojnie do zwycięstwa.

- Jeszcze nie jesteś gotowy? - raczej stwierdziła, niż zapytała.
- Nie.
Uśmiechnęła się.
- Ale jesteś już blisko.
Weszła do pokoju i zamknęła drzwi.
- Nie wiesz, co tracisz - zawołała z wewnątrz.
Uśmiechałem się w drodze do swojego pokoju. Chyba wiedziałem, co tracę.

ROZDZIAŁ 95

-  Jesteśmy! -  zawołał  John  Sampson  i  klasnął  w  dłonie. -  Gdzie  się  chowacie,  źli

faceci?

W środę o szóstej rano wygramoliliśmy się obaj z mojego starego porsche na parkingu

służbowym  szpitala  Hazelwood  na  North  Capitol  Street  w  Waszyngtonie.  Duży  budynek
położony  był  w  dużej  odległości  od  Wojskowego  Centrum  Medycznego  Waltera  Reeda  i
niedaleko od Domu Żołnierza i Lotnika.

Tutaj zadekował się Supermózg? - zastanawiałem się. Czy to możliwe? Tak twierdził

Brian Macdougall. Ta informacja była jego asem atutowym.

John i ja włożyliśmy sportowe koszulki, workowate spodnie khaki i wysokie adidasy.

Mieliśmy  pracować  w  szpitalu  dzień  lub  dwa.  Jak  dotąd  FBI  nie  udało  się  zidentyfikować
Supermózga wśród pacjentów i personelu.

Teren  szpitala  otaczał  wysoki,  porośnięty  bluszczem  mur  z  kamieni  polnych.

Krajobraz nie był ciekawy: trochę krzaków, kilka drzew liściastych i iglastych, proste ławki.

background image

Wskazałem jasnożółty sześciopiętrowy budynek najbliżej nas.
- To szpital główny.
Wokół  stało  jeszcze  sześć  mniejszych  budowli  przypominających  bunkry.  Sampson

zmrużył oczy.

-  Już  tu  byłem.  Znałem  kilku  facetów  z  Wietnamu,  którzy  tutaj  skończyli.  Nie byli

zachwyceni. Jak nie chcieli jeść, wpychali im rurki do nosa. Parszywe miejsce.

Spojrzałem na niego i pokręciłem głową.
- Hazelwood naprawdę ci się nie podoba.
-  Nie  podoba  mi  się  system  opieki  medycznej  nad  weteranami.  Nie  podoba  mi  się

traktowanie  mężczyzn  i  kobiet,  którzy  ucierpieli,  walcząc  na  wojnie.  Większość  tutejszego
personelu jest jednak w porządku. Prawdopodobnie nie używają już nawet w ogóle rurek do
nosa.

- Ale może my będziemy musieli, jeśli znajdziemy naszego faceta - odparłem.
- Jeśli znajdziemy Supermózga, stary, na pewno ich użyjemy.

ROZDZIAŁ 96

Wspięliśmy  się  po  stromych,  kamiennych  schodach  i  weszliśmy  do  budynku

administracyjnego  szpitala  dla  weteranów.  Pokazano  nam  drogę  do  gabinetu  dyrektora,
pułkownika Daniela Schofielda.

Przywitał  nas  na  progu  małego  pokoju.  W  środku  zobaczyłem  jeszcze  dwóch

mężczyzn i drobną blondynkę.

- Proszę wejść - powiedział.
Nie  wyglądał  na  zachwyconego.  Co  za  niespodzianka.  W  bardzo  oficjalny  sposób

przedstawił Sampsona i mnie, potem swój personel. Nie ucieszył ich nasz widok.

- To pani Kathleen McGuigan. Jest przełożoną pielęgniarzy na „czwórce” i „piątce”.

Tam  będziecie  panowie  pracować.  To  doktor  Padriac  Cioffi,  ordynator  oddziału
psychiatrycznego. I doktor Marcuse, jeden z naszych pięciu doskonałych terapeutów.

Marcuse raczył skinąć nam głową. Siostra McGuigan i Cioffi siedzieli jak posągi.
- Wyjaśniłem moim współpracownikom, że sytuacja jest delikatna. Mówiąc szczerze,

nikomu się to nie podoba, ale rozumiemy, że nie mamy wyboru. Jeśli ten zabójca ukrywa się
tutaj,  oczywiście  musi  być  złapany.  Wszyscy  się  z  tym  zgadzamy.  Zależy  nam  na
bezpieczeństwie pacjentów i personelu.

- Był tutaj - odrzekłem. - Przynajmniej przez jakiś czas. I może nadal jest.

background image

- Nie wierzę - wtrącił się Cioffi. - Panowie wybaczą, ale nie wyobrażam sobie tego.

Znam wszystkich naszych pacjentów i zapewniam, że żaden nie jest groźnym przestępcą. To
po prostu nieszczęśliwi ludzie.

-  To  może  być  ktoś  z  personelu -  powiedziałem  i  spojrzałem  nań  uważnie,  by

zobaczyć, jak na to zareaguje.

- Nie przekona mnie pan.
Potrzebowałem ich pomocy, więc musiałem próbować zaprzyjaźnić się z nimi.
- Detektyw Sampson i ja wyniesiemy się stąd tak szybko, jak będzie to możliwe. Nie

bez powodu przypuszczamy, że zabójca jest, albo przynajmniej był, pacjentem tego szpitala.
Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale jestem psychologiem. Studiowałem w Hopkins. Potem
pracowałem w szpitalu McLeana i Instytucie Zdrowia Psychicznego. Myślę, że tu pasuję.

- Ja też - wtrącił się Sampson. - Byłem kiedyś bagażowym na dworcu Union. Mogę

coś ładować i przewozić. Przydam się.

Nikt  się  nie  roześmiał  ani  nie  odezwał  nawet  słowem.  Siostra  McGuigan  i  doktor

Cioffi popatrzyli na Sampsona z niechęcią. Najwyraźniej nie mieli poczucia humoru.

Musiałem przyjąć inną taktykę, żeby się z nimi dogadać.
- Czy w szpitalu jest anektyna? - zapytałem.
Cioffi wzruszył ramionami.
- Oczywiście. A dlaczego?
- Zabójca otruł nią swoich wspólników. Zna się na tym i najwyraźniej lubi patrzeć na

ludzką śmierć. Jeden z gangów zniknął i obawiamy się, że też nie żyją. Detektyw Sampson i
ja  chcielibyśmy  przejrzeć  historię  choroby  każdego  pacjenta  i  raporty  pielęgniarzy.  Potem
zajmę  się  podejrzanymi  przypadkami.  Będziemy  dziś  pracować  na  pierwszej  zmianie,  od
siódmej do piętnastej trzydzieści.

Pułkownik Schofieid skinął uprzejmie głową.
- Oczekuję od wszystkich pełnej współpracy z panami detektywami. W szpitalu może

ukrywać się zabójca. To mało prawdopodobne, ale nie wykluczone.

O  siódmej  zabraliśmy  się  do  roboty.  Ja  byłem  doradcą  do  spraw  zdrowia

psychicznego, Sampson portierem. A kim był Supermózg?

ROZDZIAŁ 97

Tego  samego  ranka  gdzieś  na  piątym  piętrze  szpitala  Supermózg  był  niesamowicie

wkurzony  na  swojego  lekarza.  Ten  durny,  bezużyteczny  palant  nie  pozwolił  mu  wyjść  na

background image

miasto! Psychiatra chciał wiedzieć, co się dzieje, dlaczego pacjent ostatnio się zmienił? Co
ukrywa?

Supermózg dostawał szału w swoim nędznym pokoiku. Tylko na kogo naprawdę się

wścieka, oprócz lekarza? Zastanowił się nad tym, potem usiadł i napisał list z pogróżkami.

PAN PATRICK LEE
WŁAŚCICIEL MIESZKANIA

SZANOWNY PANIE
Nie  rozumiem  pana,  do  jasnej  cholery!  W  dobrej  wierze  podpisafem  naszą  umowę

najmu z uzgodnionymi poprawkami. Wywiązuję się z niej, a pan nie! Zachowuje się pan tak,
jakby ta umowa nie istniała.

Przypominam, że jeśli bierze pan ode mnie pieniądze, pańskie mieszkanie jest moim

domem.

Ten list będzie dowodem, że postępuje pan bezprawnie.
Niech pan przestanie przyklejać mi do drzwi kartki grożące eksmisją. Co miesiąc w

terminie płacę czynsz!

Niech pan do mnie nie wydzwania, nie wydziera się tym swoim kantońskim dialektem

i nie zawraca mi głowy.

Niech pan mnie nie dręczy!
Proszę po raz ostatni.
Niech pan przestanie znęcać się nade mną!
Natychmiast.
Bo inaczej ja się nad panem poznęcam!!!

Przestał pisać. Potem długo i dokładnie analizował treść dopiero co napisanego listu.

Traci panowanie nad sobą. Lada moment wybuchnie.

Wyłączył komputer i wyszedł na korytarz. Jak zwykle przybrał minę debila. Otaczały

go same czubki. W szlafrokach, na wózkach, nago.

Czasami, właściwie bardzo często, nie był w stanie uwierzyć, że tu przebywa. Ale o to

właśnie  chodziło.  Nikt  się  nie  domyśli,  że  jest  Supermózgiem.  Nikt  go  tutaj  nie  znajdzie.
Nigdy. Był tutaj absolutnie bezpieczny.

A potem zobaczył detektywa Aleksa Crossa.

background image

ROZDZIAŁ 98

Kiedy wszedłem na „piątkę”, niemal usłyszałem, jak napina się cienka, czerwona linia

między normalnym życiem i obłędem.

Oddział  wyglądał  typowo:  wszędzie  spłowiały  róż  i  szarość,  pęknięcia  w  ścianach,

pielęgniarze z tacami lekarstw w kubeczkach, znerwicowani pacjenci w pasiastych piżamach i
brudnych szlafrokach. Już to widziałem. Z wyjątkiem jednego: personel miał gwizdki, żeby w
razie potrzeby wezwać pomoc. Zapewne zdarzały się tu ataki szaleńców.

Oddział psychiatryczny zajmował czwarte i piąte piętro. Na „piątce” było trzydziestu

jeden weteranów w wieku od dwudziestu trzech do siedemdziesięciu pięciu lat. Uważano ich
za niebezpiecznych dla siebie i otoczenia.

Zacząłem poszukiwania. Dwaj pacjenci pasowali do opisu Macdougalla: byli wysocy i

potężnie  zbudowani.  Jeden  nazywał  się  Cletus  Andersen  i  nosił  szpakowatą  brodę.  Po
zwolnieniu z wojska podpadł policji w Denver i Salt Lake City.

Znalazłem  go  w  świetlicy.  Minęła  dziesiąta,  a  on  ciągle  był  w  piżamie  i  brudnym

szlafroku. Gapił się w telewizor na ścianie. Nie wyglądał na supersprytnego przestępcę.

W sali stało kilkanaście brązowych, plastikowych krzesełek i koślawy stolik do kart.

W  powietrzu  wisiał  gęsty  dym  papierosowy. Clete  Andersen  palił. Usiadłem  obok,  przed
telewizorem, i skinąłem głową na powitanie.

Odwrócił się i wypuścił kółko z dymu.
- Nowy, zgadza się? - zapytał. - Zagrasz w bilard?
- Mogę spróbować.
Uśmiechnął się, jakby wziął to za żart.
- A masz klucze od sali bilardowej?
Wstał, nie czekając na odpowiedź. Albo może zapomniał, że o coś pytał. Wiedziałem

z jego akt, że jest porywczy, ale teraz był na valium. Całe szczęście. Miał dwa metry wzrostu
i ważył ponad sto dwadzieścia kilo.

W sali bilardowej było zaskakująco przyjemnie. Dwa wielkie okna wychodziły na plac

ćwiczeń ogrodzony murem. Otaczały go klony i wiązy. W gałęziach drzew świergotały ptaki.

Byłem sam na sam z Andersenem. Czy ten wielki facet to Supermózg? Jeszcze nie

wiedziałem. Gdyby walnął mnie kulą albo kijem bilardowym, to co innego.

Zagraliśmy ośmioma bilami. Nie był zbyt dobry. Celowo pudłowałem, żeby dać mu

szansę, ale nie połapał się w tym. Miał szkliste oczy.

-  To  jak  ukręcanie  łebków  tym  pieprzonym  sójkom! -  mruknął  wściekle,  kiedy  nie

background image

wykorzystał kolejnej okazji.

- A co z nimi nie tak? - zapytałem.
- One są na dworze, a ja tutaj - odpowiedział.
Potem spojrzał na mnie spode łba.
-  Nie  próbuj  ze  mnie  nic  wyciągać,  okay?  Znalazł  się  wielki  spec  od  zdrowia

psychicznego. Wielkie gówno. Graj.

Umieściłem  bilę  w  rogu,  potem  znów  celowo  spudłowałem.  Andersen  długo  się

przymierzał  do  następnego  uderzenia.  Za  długo,  pomyślałem.  Nagle  wyprostował  się.
Popatrzył  na  mnie  groźnie,  jakby  coś  mu  się  we  mnie  nie  spodobało.  Zesztywniał  i  napiął
mięśnie potężnych ramion. Był spasiony, ale miał budowę zawodowego zapaśnika.

- Coś mówiłeś, wielki specu?
- Nie.
- To miało być śmieszne? Wiesz, że nie cierpię tych pieprzonych sójek.
Pokręciłem głową.
- Nic nie mówiłem.
Andersen odszedł od stołu i zacisnął ogromne łapska na kiju bilardowym.
- Mógłbym przysiąc, że słyszałem, jak pod nosem nazwałeś mnie cipą. A może ciotą?

Albo cieniasem? Coś w tym stylu.

Spojrzałem mu prosto w oczy.
- Skończyłeś grać, Andersen? To odłóż kij.
- Spróbuj mnie zmusić. Może myślisz, że ci się uda, bo jestem cipą?
Przyłożyłem służbowy gwizdek do ust.
- Jestem tu nowy. Zależy mi na tej pracy. Nie chcę żadnych kłopotów.
- To źle trafiłeś, frajerze. Sam jesteś pieprzoną cipą.
Andersen rzucił kij na stół i ruszył do drzwi. Po drodze potrącił mnie ramieniem.
- Uważaj, co gadasz, czarnuchu - powiedział i splunął.
Złapałem go i obróciłem twarzą do siebie. Był cholernie zaskoczony. Chciałem, żeby

poczuł moją siłę. Patrzyłem na niego. Jak się zachowa sprowokowany?

- To ty uważaj, co gadasz - wycedziłem szeptem. - Lepiej do mnie nie podskakuj.
Puściłem go. Odwrócił się i wyszedł z sali. Miałem nadzieję, że jest Supermózgiem.

ROZDZIAŁ 99

Najbardziej obawiałem się tego, że Supermózg może zniknąć na zawsze. Polowanie

background image

na niego stawało się raczej czekaniem albo modleniem się, żeby zostawił jakiś ślad.

Zmiany  dyżurów  w  szpitalu  zaczynały  się  od  półgodzinnego  przekazywania  sobie

przy  kawie  raportów  o  każdym  pacjencie.  Powtarzały  się  terminy  „afekt”,  „podatność”,
„interakcja” i oczywiście „pourazowe zaburzenia emocjonalne”. Cierpiała na to co najmniej
połowa chorych.

Poprzednia  zmiana  skończyła  pracę,  moja  zaczęła.  Głównym  zadaniem  doradcy

psychiatrycznego  jest  interakcja  z  pacjentami.  Miałem  okazję  przypomnieć  sobie,  dlaczego
zostałem psychologiem.

Wróciłem do przeszłości. Czułem i rozumiałem ich urazy. Otaczający świat wydawał

im się niebezpieczny. Nie ufali ludziom. Wątpili w siebie i mieli poczucie winy. Stracili wiarę
i hart ducha. Dlaczego Supermózg wybrał to miejsce na swoją kryjówkę?

Mój  ośmiogodzinny  dyżur  wiązał  się  z  kilkoma  specyficznymi  obowiązkami.  O

siódmej  liczenie  sztućców  w  kuchni.  Gdyby  czegoś  brakowało -  co  zdarzało  się  rzadko -
musiałbym  przeszukać  pokoje.  O  ósmej  spotkanie  sam  na  sam  z  pacjentem  nazwiskiem
Copeland.  Miał  skłonności  samobójcze.  Od  dziewiątej  regularne  sprawdzanie,  gdzie  jest
każdy  pacjent.  Robiłem  to  co  piętnaście  minut  według  tablicy  obok  dyżurki  pielęgniarek.
Jednocześnie wyrzucałem śmiecie. Ktoś musiał opróżniać kubły.

Przy każdym podejściu do tablicy stawiałem kredą znaczki obok nazwisk najbardziej

podejrzanych. Po godzinie miałem siedmiu.

James Gallagher znalazł się na mojej liście po prostu dlatego, że posturą przypominał

Supermózga. Był wysoki i potężny. Wydawał się czujny i inteligentny.

Frederic  Szabo  miał  zezwolenie  na  wychodzenie  do  miasta,  ale  wyglądał  na

tchórzliwego.  Wątpiłem,  czy  mógł  być  zabójcą.  Od  powrotu  z  Wietnamu  włóczył  się  po
kraju. Nigdzie nie pracował dłużej niż kilka tygodni. Czasami opluwał personel szpitala, ale
nic poza tym.

Stephen  Bowen  też  mógł  wychodzić  do  miasta.  Służył  w  Wietnamie  w  stopniu

kapitana piechoty i dobrze się zapowiadał. Cierpiał na pourazowe zaburzenia emocjonalne.
Od roku 1971 przyjmowały go i zwalniały różne szpitale dla weteranów. Chwalił się, że po
odejściu z wojska nigdy nie miał „normalnej pracy”.

David Hale był przez dwa lata policjantem w Marylandzie. Potem wpadł w paranoję.

Podejrzewał, że każdy spotkany na ulicy Arab chce go zabić.

Michael  Fescoe  pracował  w  dwóch  waszyngtońskich  bankach,  ale  teraz  nie  potrafił

zbilansować  nawet  własnej  książeczki  czekowej.  Może  symulował  pourazowe  zaburzenia
emocjonalne, ale jego terapeuta był innego zdania.

background image

Clete Andersen pasował do rysopisu Supermózga. Nie podobał mi się. I był porywczy.

Ale  nie  zrobił  niczego  takiego,  co  mogłoby  nasuwać  podejrzenia,  że  jest  Supermózgiem.
Wręcz przeciwnie.

Tuż przed końcem dyżuru zadzwoniła do mnie Betsey. Odebrałem telefon w pokoiku

służbowym za dyżurką pielęgniarzy. Była roztrzęsiona.

- Co się stało? - zapytałem.
- Mike Doud zniknął. Nie przyszedł rano do pracy. Zadzwoniliśmy do żony i podobno

wyszedł z domu o zwykłej porze. Wypadek samochodowy raczej nie wchodzi w rachubę.

Byłem zaszokowany.
- Szukacie go?
- Jeszcze za wcześnie na ogłoszenie oficjalnego alarmu. Ale to do niego niepodobne.

To naprawdę solidny facet. Domator. Najpierw Walsh, teraz on. Co się dzieje, Alex? To na
pewno ten skurwiel!

ROZDZIAŁ 100

Poluje na nas? Agent James Walsh nie żyje, Doud zaginął. Trudno było powiedzieć,

czy te sprawy się wiążą, ale musieliśmy przyjąć, że tak. To na pewno ten skurwiel.

Byłem wcześniej umówiony z doktorem Cioffim, więc musiałem pójść na spotkanie w

budynku administracyjnym. Przestudiowałem akta psychiatrów z Hazelwood. Cioffi sam był
weteranem.  Zaliczył  w  Wietnamie  dwie  tury.  Potem  pracował  w  siedmiu  szpitalach  dla
weteranów, zanim trafił tutaj. Czy mógł być Supermózgiem? Od dawna miał do czynienia z
psychologią i nienormalnymi zachowaniami. Ale w końcu ja też.

Kiedy  wszedłem do jego gabinetu, pisał coś przy  biurku. Siedział plecami do okna.

Żółte, pasiaste obicie fotela pasowało do zasłon.

Nie  widziałem  go  dobrze,  ale  wiedziałem,  że  obserwuje  mnie  ukradkiem.  Ach,  te

gierki... Nawet my, lekarze umysłów, tak się zabawiamy.

W końcu podniósł głowę i udał zaskoczenie.
- Już pan jest? Przepraszam, chyba straciłem poczucie czasu.
Opuścił mankiety koszuli, wstał i wskazał mi miejsce pod ścianą.
- Doktor Marcuse i ja rozmawialiśmy o panu wczoraj wieczorem. Nie zachowaliśmy

się  zbyt  uprzejmie  wobec  pana  i  pańskiego  kolegi.  Ale  nie  podobało  nam  się,  że  policja
będzie  tu  węszyć.  Słyszałem,  że  świetnie  pan  sobie  radzi  jako  doradca  do  spraw  zdrowia
psychicznego.

background image

Nie  połknąłem  przynęty.  To  on  był  lekarzem.  Ja  doradcą.  Pokazałem  mu  listę

podejrzanych. Szybko przeczytał nazwiska.

-  Oczywiście  znam  tych  pacjentów.  Niektórzy  z  pewnością  są  zdolni  do  przemocy.

Andersen  i  Hale  popełnili  kiedyś  morderstwa.  Mimo  to,  trudno  sobie  wyobrazić,  żeby
zorganizowali serię zuchwałych napadów. I co by tutaj robili, mając tyle pieniędzy, prawda?

Roześmiał się.
- Ja na pewno bym tu nie siedział.
Czyżby, doktorze? - pomyślałem.
Następną  godzinę  spędziłem  u  doktora  Marcuse’a.  Miał  mniejszy  gabinet,  obok

gabinetu  Cioffiego.  Dobrze  nam  się  rozmawiało  i  czas  szybko  zleciał.  Facet  był  bystry,
energiczny i starał się pomóc w śledztwie. Albo tylko udawał.

- Jak pan trafił do Hazelwood? - zapytałem w końcu.
-  Proste  pytanie,  skomplikowana  odpowiedź.  Mój  ojciec  był  pilotem  wojskowym.

Walczył w drugiej wojnie światowej. Stracił obie nogi. Miałem wtedy siedem lat. Spędziłem
mnóstwo czasu w szpitalach dla weteranów. Nienawidziłem ich. Nie bez powodu. Chciałem
coś zrobić, żeby były lepsze od tych, które znał mój ojciec.

- Udało się?
- Jestem tu dopiero od ośmiu miesięcy. Zająłem miejsce doktora Francisa. Przeniósł

się  do  szpitala  weteranów  na  Florydzie.  Po  prostu  nie  dają  nam  pieniędzy.  To  hańba
narodowa, ale nikt się tym nie przejmuje. „Sześćdziesiąt minut” i „Dateline” powinny robić o
tym  programy  co  tydzień,  żeby  wreszcie  ktoś  się  nami  zainteresował.  A  co  do  pańskiego
zabójcy, nie wiem, co mógłbym powiedzieć.

- Nie wierzy pan, że tu jest, prawda?
Marcuse pokręcił głową.
- Musiałby być prawdziwym Supermózgiem. Gdyby się tu ukrywał, wyszłoby na to,

że potrafił wszystkich oszukać.

ROZDZIAŁ 101

Widzę  cię,  doktorze  Cross.  A  ty  nie  masz  pojęcia,  kim  jestem.  Mógłbym  podejść  i

dotknąć cię.

Jestem o wiele sprytniejszy od ciebie. O wiele sprytniejszy, niż myślisz. To fakt, który

można  sprawdzić.  Przeszedłem  mnóstwo  testów  na  inteligencję  i  testów  psychologicznych.
Widziałeś moje wyniki? Byłeś pod wrażeniem?

background image

Wczoraj rano w pokoju rekreacyjnym siedziałem dokładnie jedno krzesło od ciebie.

Przyglądałem ci się. Zastanawiałem się, czy naprawdę jesteś Aleksem Crossem. A może się
mylę? Byliśmy tak blisko siebie, że mógłbym złapać cię za gardło. Spodziewałbyś się tego?

Przyznam, że twoja obecność tutaj zaskoczyła mnie. Widziałem twoje zdjęcie - jesteś

znany.  A  potem  zjawiłeś  się  tutaj.  Sprawiłeś,  że  wszystkie  moje  paranoidalne  marzenia  i
fantazje stały się prawdą.

Co tu robisz, doktorze Cross? Jak mnie znalazłeś, do cholery? Jesteś aż taki dobry?
Wciąż od nowa zadaję sobie to pytanie. Rozbrzmiewa w mojej głowie jak litania.
Co tu robi Alex Cross? Czy jest dobry?
Zamierzam sprawić ci niespodziankę. Układam specjalny plan na twoją cześć.
Obserwuję, jak odchodzisz w głąb korytarza, starając się nie pobrzękiwać kluczami. I

układam nowy plan.

Jesteś teraz jego częścią.
Musisz bardzo uważać, doktorze Cross.
Jesteś o wiele bardziej bezbronny, niż myślisz. Nawet nie masz pojęcia jak.
Wiesz co? Podejdę i dotknę ciebie.
Mam cię!

ROZDZIAŁ 102

- Wygląda na to, że szpital to ślepa uliczka, Betsey. Sprawdziłem wszystkich: lekarzy,

pielęgniarzy, pacjentów. Nie wiem, czy wrócimy tam z Sampsonem w przyszłym tygodniu.
Może Macdougall nas wykołował? A może Supermózg bawi się z nami? Wiadomo coś więcej
o Walshu i Doudzie?

Betsey pokręciła głową. Była przybita i zawiedziona.
- Doud się nie znalazł. Zniknął bez śladu.
Siedzieliśmy w jej gabinecie z nogami na biurku Betsey. Piliśmy z butelek mrożoną

herbatę i narzekaliśmy. Potrafiła słuchać, jeśli chciała lub musiała.

- Czego się na razie dowiedziałeś? - zapytała. - Chciałabym to przemyśleć.
- Nie znaleźliśmy żadnych powiązań pacjentów ani personelu z porwaniem autokaru

czy napadami na banki. Nikt nie pasuje do takiej roboty. Nawet lekarze. Może Marcuse, ale
wydaje się w porządku. Pół tuzina twoich agentów przekopało cały szpital, i nic, Betsey. W
weekend jeszcze raz przejrzę akta.

- Ale uważasz, że go zgubiliśmy?

background image

- Ciągle to samo: nie mamy podejrzanych. Jakby Supermózg potrafił zapadać się pod

ziemię, kiedy chce.

Przetarła pięściami oczy i popatrzyła na mnie.
-  Departament  sprawiedliwości  wierzy  Macdougallowi.  Chcą  nadal  obserwować

Hazelwood. Potem sprawdzą wszystkie szpitale dla weteranów w całym kraju. Co oznacza, że
będę musiała szukać dalej. Ale ty uważasz, że Macdougall i jego kolesie pomylili się?

-  Albo  dali  się  wykołować.  A  może  Macdougall  wymyślił  to  wszystko?  I  pewnie

dostanie to, na co liczył. Jak powiedziałem, przejrzę akta jeszcze raz. Nie poddaję się.

Betsey patrzyła w okno.
- Więc planujesz pracować przez cały weekend? Szkoda. Przydałaby ci się przerwa.
Pociągnąłem łyk herbaty i przyjrzałem się jej.
- Masz na myśli coś konkretnego?
Roześmiała się z wdziękiem i dmuchnęła ze świstem w butelkę.
- Chyba już czas, Alex. Oboje potrzebujemy trochę relaksu w starym, dobrym stylu.

Co ty na to, żebym wpadła po ciebie w sobotę około południa?

Ze śmiechem pokręciłem głową.
- Czy to oznacza zgodę? - zapytała.
Przytaknąłem.
- Chyba rzeczywiście potrzebuję trochę relaksu „w starym, dobrym stylu”. Nawet na

pewno.

ROZDZIAŁ 103

W sobotę nie mogłem się doczekać południa. Musiałem się czymś zająć. Zrobiliśmy z

dziećmi zakupy i wstąpiliśmy do nowego zoo w Southeast. Przestałem myśleć o Supermózgu.
A także o Walshu, Doudzie, szpitalu dla weteranów i zbrodniach.

Betsey  wpadła  po  mnie  punktualnie  o  dwunastej.  Przyjechała  niebieskim  saabem.

Samochód  był  wypolerowany  na  wysoki  połysk.  Wyglądał  jak  nowy.  Zapowiadał  się
przyjemny dzień.

Wiedziałem, że Jannie obserwuje mnie przez okno swojego pokoju. Odwróciłem się,

zrobiłem  śmieszną  minę  i  pomachałem  do  niej.  Uśmiechnęła  się  od  ucha  do  ucha  i  też  mi
pomachała. Razem z kotką Rosie dostroiły się do mojej „opery mydlanej”.

Nachyliłem się do okna saaba. Betsey włożyła białą, jedwabną bluzkę i jasną kurtkę

skórzaną. Potrafiła doskonale wyglądać, jeśli chciała. A dziś chyba chciała.

background image

- Zawsze jesteś dokładnie o czasie. Jak Supermózg - zażartowałem.
- Jak Superfiut - poprawiła. - Czy to nie byłby wspaniały koniec tej sprawy, Alex? Ja

nim  jestem.  Złapałeś  mnie,  bo  popełniłam  jeden  fatalny  błąd:  zakochałam  się  w  tobie  do
szaleństwa.

Wsiadłem do samochodu.
- Naprawdę, starsza agentko Cavalierre?
Roześmiała się wdzięcznie. Pozbyła się wszystkich hamulców.
- A czy nie poświęcam dla ciebie mojego cennego weekendu?
- Dokąd jedziemy? - zapytałem.
- Niedługo zobaczysz. Mam superplan.
- Nie wątpię.
Po  dziesięciu  minutach  skręciła  na  kolisty  podjazd  do  hotelu  Four  Seasons  na

Pennsylvania Avenue. Lekki wiatr poruszał flagami. Na ceglanym dziedzińcu rosło mnóstwo
bluszczu bostońskiego. Bardzo ładny widok.

Spojrzała na mnie niepewnie. Była trochę zdenerwowana.
- Może być? - zapytała.
- Myślę, że tak. Wygodne miejsce. Doskonały plan.
Uśmiechnęła się zachęcająco.
- Po co tracić czas na długą podróż, prawda?
Była  niesamowita  jak  na  agentkę  FBI;  zwłaszcza  inteligentną  i  ambitną  agentkę.

Podobał mi się jej styl: sięgała po to, co chciała. Zastanawiałem się, czy zwykle to dostaje.

Wpisała nas wcześniej do hotelowego rejestru, więc od razu pojechaliśmy do pokoju

na ostatnim piętrze. Cały czas szedłem za nią. Obserwowałem jej chód.

- Coś państwo potrzebują? - zapytał młody, ale natrętny portier, kiedy weszliśmy do

apartamentu.

Dałem mu napiwek.
- Dzięki za odprowadzenie do pokoju. Wychodząc, niech pan zamknie drzwi. Tylko

delikatnie.

Skinął głową.
- Mamy doskonałą obsługę kelnerską - pochwalił się. - Najlepszą w Waszyngtonie.
Betsey uśmiechnęła się i spławiła go gestem.
- Dzięki. I przypominam o drzwiach: delikatnie. Żegnam.

background image

ROZDZIAŁ 104

Betsey  już  ściągała  kurtkę.  Zanim  drzwi  się  zamknęły,  trzymałem  ją  w  ramionach.

Całowaliśmy  się  i  ocieraliśmy  o  siebie  jak  w  tańcu.  Oboje  byliśmy  zauroczeni.  Całkiem
nieźle, pomyślałem. Relaks w starym, dobrym stylu. Czy nie to mi obiecywała?

Betsey  wydawała  się  naelektryzowana,  a  jednocześnie  odprężona.  Była  pełna

kontrastów.  Mała  i  lekka,  ale  wysportowana  i  silna.  Bardzo  inteligentna  i  poważna,  ale
zabawna, ironiczna i lekceważąca. I seksowna jak cholera. O, tak!

Upadliśmy na łóżko. Nie wiem, kto prowadził w tym „tańcu”, to było bez znaczenia.

Wtuliłem twarz w jej miękką, jedwabną bluzkę. Potem spojrzałem w jej piwne oczy.

- Jesteś bardzo pewna siebie. Rezerwacja hotelu i tak dalej.
- Nadszedł czas - odpowiedziała po prostu.
Zdjąłem  jej  bluzkę  i  czarną,  krótką  spódniczkę.  Gładziłem  ją  delikatnie  po  twarzy,

ramionach, nogach i stopach. Minęło dobre pół godziny, zanim się rozebraliśmy.

- Masz cudowny dotyk - szepnęła. - Nie przestawaj.
- Nie przestanę. Lubię to. To ty nie przestawaj.
- Boże, jak dobrze! Alex! - krzyknęła, zupełnie nie w swoim stylu.
Całowałem  miejsca,  gdzie  ją  dotykałem.  Miała  bardzo  ciepłą  skórę.  Używała

doskonałych perfum. Powiedziała, że to Forever Alfreda Sunga. Całowałem ją w usta - może
nie całą wieczność, jak sugerowała nazwa perfum - ale bardzo, bardzo długo.

„Potańczyliśmy”  jeszcze  trochę.  Obejmowaliśmy  się,  całowaliśmy  i  ocieraliśmy  o

siebie. Mieliśmy mnóstwo czasu. Boże, brakowało mi kogoś takiego jak ona.

- Teraz? - szepnęło w końcu jedno z nas.
Nadszedł właściwy moment.
Wziąłem  Betsey  bardzo,  bardzo  wolno.  Wchodziłem  w  nią,  najdalej  jak  mogłem.

Byłem na górze, ale opierałem się na przedramionach. Poruszaliśmy się razem. Zgodnie i bez
wysiłku. Zaczęła mruczeć. Tak słodko, że wibrowałem jak kamerton.

- Dobrze mi z tobą - powiedziałem. - Bardzo. Nawet lepiej, niż się spodziewałem.
- Mnie z tobą też. Mówiłam ci, że to lepsze od ścigania Supermózga.
- O wiele lepsze.
- Teraz! Proszę...

ROZDZIAŁ 105

Zasnęliśmy, trzymając się w objęciach.

background image

Obudziłem  się  pierwszy.  Była  prawie  szósta  po  południu.  Nie  obchodziła  mnie

godzina.  Ani  dzień  tygodnia.  Zadzwoniłem  do  domu  i  sprawdziłem,  czy  wszystko  w
porządku. Cieszyli się, że wreszcie pozwoliłem sobie na trochę relaksu.

Ja też się cieszyłem. Patrzyłem na śpiącą nago Betsey i myślałem, że mógłbym się jej

tak  przyglądać  bez  końca.  Postanowiłem  przygotować  dla  nas  gorącą  kąpiel.  Powinienem?
Jasne. Dlaczego nie?

W łazience obok jej rzeczy zauważyłem słoik z niebieskimi kulkami musującymi do

kąpieli. Dawno mnie wyprzedziła. Zastanowiłem się, czy mi się to podoba. Uznałem, że tak.

Wanna napełniała się wolno, kiedy za plecami usłyszałem głos Betsey.
- Dobry pomysł. Miałam ochotę na kąpiel z tobą.
Obejrzałem się. Była naga.
- Myślałaś o tym wcześniej?
- Oczywiście. Bardzo często. A co robię na odprawach, jak ci się zdaje?
Kilka  minut  później  weszliśmy  razem  do  wanny.  Wspaniałe  uczucie.  Antidotum  na

ciężką pracę, napięcie i frustrację ostatnich tygodni.

Betsey popatrzyła mi w oczy.
- Lubię być z tobą - szepnęła. - Nie chcę rozstać się ani z tą wanną, ani z tobą. To raj.
- Mają tu doskonałą obsługę kelnerską - przypomniałem. - Najlepszą w Waszyngtonie.

Pewnie podadzą nam jedzenie do wanny, jeśli ładnie poprosimy.

- No to spróbujmy - powiedziała.

ROZDZIAŁ 106

Reszta soboty i niedzielny poranek były równie cudowne. Wydawały się niemal snem.

Szkoda tylko, że czas uciekał tak szybko.

Im  dłużej  byłem  z  Betsey,  im  więcej  z  nią  rozmawiałem,  tym  bardziej  mi  się

podobała. Lubiłem ją już przed naszą wyprawą do hotelu Four Seasons. W sobotę tylko raz
wspomnieliśmy  o  Supermózgu.  Betsey  zapytała,  czy  moim  zdaniem,  coś  nam  grozi.  Czy
Supermózg poluje na nas. Tego nie wiedzieliśmy, ale oboje mieliśmy broń.

W  niedzielę  około  dziesiątej  zjedliśmy  śniadanie  przy  basenie.  Siedzieliśmy  na

miękkich  łóżkach  wypoczynkowych  owinięci  w  puszyste,  biało-niebieskie  ręczniki.
Czytaliśmy „Washington Post” i „New York Timesa”. Czasem ktoś patrzył na nas ciekawie,
ale  ludzie,  którzy  mieszkają  w  hotelach  sieci  Four  Seasons -  zwłaszcza  w  Waszyngtonie -
widują nie takie rzeczy. Na pewno wyglądaliśmy z Betsey na szczęśliwą parę.

background image

Powinienem  był  wyczuć,  że  to  nadchodzi.  Nie  wiem  dlaczego,  ale  nagle  zacząłem

rozmyślać o człowieku stojącym za napadami, morderstwami i porwaniami: o Supermózgu.
Próbowałem przestać, ale nie mogłem. Pogromca Smoków wrócił do pracy.

Spojrzałem  na  Betsey.  Miała  zamknięte  oczy  i  wyglądała  na  całkowicie  odprężoną.

Tego  ranka  pomalowała  sobie  paznokcie  na  czerwono.  Usta  też.  Już  w  ogóle  nie
przypominała agentki FBI. Była piękną, seksowną kobietą. Cieszyłem się, że z nią jestem.

Nie  miałem  ochoty  psuć  jej  nastroju.  Zasłużyła  na  trochę  odpoczynku,  leżała  tak

spokojnie.

- Betsey?
Uśmiechnęła się, ale nie otworzyła oczu. Poprawiła się na łóżku.
-  Tak,  z  przyjemnością  poszłabym  z  tobą  do  pokoju.  Zrezygnowałabym  nawet  z

wylegiwania  się  tutaj.  Możemy  zostawić  ręczniki  na  krzesłach.  Może  jeszcze  tu  będą,  jak
wrócimy.

Uśmiechnąłem się i lekko pomasowałem jej plecy.
- Przepraszam, ale moglibyśmy porozmawiać o śledztwie? O nim?
Otworzyła  i  czujnie  zmrużyła  oczy.  Znów  była  sobą.  Zadziwiająca  przemiana.  Jest

gorsza niż ja, pomyślałem.

- A co z nim? O czym myślałeś?
Przysunąłem się bliżej.
-  Przez  ostatnie  tygodnie  grzebaliśmy  się  tylko  w  sprawie  MetroHartford.

Przesłuchiwaliśmy  Macdougalla.  Zapomnieliśmy  o  napadach  na  banki.  Muszę  jeszcze  raz
przejrzeć stare kartoteki. Nawet akta personalne.

Trochę ją zaskoczyłem.
- W porządku. Ale chyba nie nadążam. Co ci chodzi po głowie? Co chcesz znaleźć?
- W banku First Union zginęły cztery osoby z personelu. Bez powodu. Myśleliśmy, że

dla przykładu. Ale dlaczego? Coś mi tu nie pasuje.

Betsey znów przymknęła oczy. Widziałem po minie, że myśli gorączkowo.
- Facet chciał się zemścić na bankach i zgarnąć swoje piętnaście milionów.
- To w jego stylu. Jest dokładny i skuteczny. Wie o wszystkim. I chce mieć wszystko.
Otworzyła oczy. Popatrzyła na mnie i zacisnęła wargi.
- Jest jeszcze coś. To ważne.
Pocałowałem ją lekko w usta.
- Co?
- Nadal chcę iść z tobą do pokoju. Dopiero potem zajmiemy się starymi, zakurzonymi

background image

aktami.

Roześmiałem się.
- Dobry plan. Zwłaszcza pierwsza część.

ROZDZIAŁ 107

O  trzeciej  po  południu  wróciliśmy  do  terenowego  biura  FBI.  Betsey  zadzwoniła

wcześniej  po  akta  sprawy  First  Union.  Czekały  na  nią.  Zabraliśmy  się  do  roboty.  W
delikatesach na rogu zamówiliśmy herbatę mrożoną i kanapki.

Dwa razy.
Betsey w końcu spojrzała na mnie.
- Właściwie dlaczego grzebiemy się w tym?
-  On  prawdopodobnie  zabił  Walsha.  I  może  Douda.  To  chory  facet.  Ciągle  jest  na

wolności i to mnie cholernie niepokoi.

Przytaknęła.
- My też jesteśmy chorzy. Zobacz, dokąd zaszliśmy. Przysuń mi tamtą stertę. Boże, a

było tak przyjemnie w Four Seasons.

Około jedenastej znalazłem małe, czarno-białe zdjęcie.
- Betsey? - zawołałem.
- Mhm?
- Ten facet był szefem  ochrony w banku. Teraz jest pacjentem szpitala  Hazelwood.

Znam go. Rozmawiałem z nim. W jego kartotece szpitalnej nie ma śladu, że pracował w First
Union. To musi być on.

Podałem  jej  zdjęcie.  Szybko  uzgodniliśmy,  że  Sampson  i  ja  wrócimy  rano  do

Hazelwood.  Na  razie  Betsey  starała  się  zebrać  wszelkie  dostępne  informacje  o  Frederiku
Szabo. Nudny, bezbarwny Frederic Szabo. Niech go szlag!

Mogłem  się  mylić,  ale  wydawało  się  to  mało  prawdopodobne.  Szabo  był  kiedyś

szefem ochrony banku First Union, a teraz pacjentem Hazelwood. Był wysoki i miał brodę.
Odpowiadał  rysopisowi  podanemu  przez  Macdougalla.  Jego  profil  psychiatryczny  mówił  o
powtarzających  się  fantazjach  paranoidalnych,  skierowanych  przeciwko  firmom  z  Fortune
500. Tyle, że Szabo wydawał się zbyt zamknięty w sobie i bezradny, jak na Supermózga.

Ale najbardziej przekonującym dowodem był brak jakiegokolwiek śladu w szpitalnej

kartotece, że kiedyś pracował w First Union. Szabo prawdopodobnie twierdził, że od powrotu
z Wietnamu nigdy nie miał stałego zajęcia. Oczywiście teraz już wiedzieliśmy, że skłamał.

background image

Z  jego  profilu  psychiatrycznego  wynikało,  że  ma  paranoidalne  zaburzenia

osobowości.  Nie  wierzył  ludziom,  zwłaszcza  biznesmenom.  Uważał,  że  go  wykorzystują  i
próbują  oszukać.  Bał  się  komukolwiek  zaufać,  żeby  informacje  o  nim  nie  obróciły  się
przeciwko niemu. Kiedy się ożenił, przez cały okres małżeństwa - od początku roku 1970 do
końca 1971 - był patologicznie nadwrażliwy i zazdrosny o żonę. Gdy się rozstali, zapewne
ruszył  w świat. W końcu zjawił się w Hazelwood, szukając pomocy - trzy lata przed serią
napadów na banki i rok po zwolnieniu go z First Union. Podczas częstych pobytów w szpitalu
zawsze trzymał się na uboczu. Izolował się od wszystkich pacjentów i całego personelu. Z
nikim  się  nie  przyjaźnił,  ale  wydawał  się  zupełnie  nieszkodliwy.  I  prawie  zawsze  mógł
wychodzić do miasta, miał na to pozwolenie.

Gdy  ponownie  przeczytałem  akta  Szabo,  przyszło  mi  do  głowy,  że  praca  w  banku

doskonale  pasowała  do  jego  zaburzeń.  Jak  wielu  paranoików  szukał  posady,  która
pozwoliłaby  mu  zaspokoić  pragnienie  moralizowania  i  karania  w  sposób  akceptowalny
społecznie.  Jako  szef  ochrony  mógł  się  koncentrować  na  swojej  potrzebie  zapobiegania
wszelkim atakom o każdej porze. Strzegąc banku, podświadomie chronił siebie.

Jak  na  ironię,  organizując  serię  udanych  napadów,  udowodnił -  przynajmniej

symbolicznie - że nie potrafi obronić się przed atakami innych. Ale może o to mu chodziło.

Jego  nieufność  bardzo  utrudniała  leczenie,  jeśli  wręcz  go  nie  wykluczała.  W  ciągu

ostatnich  osiemnastu  miesięcy  przyjmowano  go  do  Hazelwood  i  zwalniano  stamtąd  cztery
razy.  Czy  szpital  był  przykrywką  dla  jego  działalności?  Wybrał  Hazelwood  na  swoją
kryjówkę?

A największą zagadką było dla mnie to, dlaczego jeszcze tam jest.

ROZDZIAŁ 108

W poniedziałek rano wróciłem do pracy w Hazelwood. Włożyłem białą, luźną koszulę

i  workowate,  sztruksowe  spodnie,  żeby  ukryć  pod  nimi  kaburę  na  nodze.  Do  personelu
dołączył agent FBI nazwiskiem Jack Waterhouse. Udawał pielęgniarza. Sampson nadal grał
rolę portiera, ale teraz pracował tylko na „piątce”.

Frederic Szabo wciąż nie rzucał się w oczy. Nie robił nic podejrzanego. Przez trzy dni

nie opuszczał oddziału. Dużo spał w swoim pokoju. Czasem włączał stary laptop Apple.

Wiedział, że go obserwujemy?
W  środę  po  dyżurze  spotkałem  się  z  Betsey  w  budynku  administracyjnym.  Była  w

niebieskim  kostiumie  i  zachowywała  się  bardzo  oficjalnie.  Chwilami  sprawiała  wrażenie

background image

zupełnie obcej osoby, całkowicie pochłoniętej pracą.

Najwyraźniej miała dosyć tej sprawy, tak samo jak ja.
-  Układał  swój  genialny  plan  co  najmniej  trzy  lata,  tak? Przypuszczalnie  ma  gdzieś

zadołowane  piętnaście  milionów.  Zabił  masę  ludzi,  żeby  zdobyć  tę  forsę.  I  teraz  siedzi  na
tyłku w Hazelwood? Daj spokój!

-  To  paranoik - odpowiedziałem. -  I  psychopata.  Może  nawet  wie,  że  tu  jesteśmy?

Może  powinniśmy  się  wycofać  ze  szpitala?  Obserwować  go  z  zewnątrz?  Ma  pozwolenie
doktora Cioffiego na wychodzenie do miasta. Może to robić, kiedy chce.

Betsey nerwowo szarpała klapy kostiumu. Bałem się, że za chwilę zacznie wyrywać

sobie włosy.

-  Ale  nigdzie  nie  wychodzi!  Ma  pięćdziesiąt  lat  i  nie  chce  mu  się!  To  kompletnie

przegrany facet!

- Wiem, Betsey. Od trzech dni patrzę, jak śpi i bawi się grami w Internecie.
Parsknęła śmiechem.
- Popełnił pięć zbrodni doskonałych i przeszedł na emeryturę?
- Na to wygląda.
- Chcesz posłuchać, co ja załatwiłam?
Skinąłem głową.
- Byłam w First Union. Rozmawiałam ze wszystkimi ludźmi, którzy pamiętają Szabo,

a których udało mi się odnaleźć. Podobno strasznie przejmował się pracą. Wszystko musiało
być  zrobione  dokładnie  jak  powinno.  Miał  hopla  na  tym  punkcie.  Niektórzy  nabijali  się  z
niego.

- W jaki sposób?
- Dali mu przezwisko. Zgadnij, jakie? Supermózg! Dla zabawy. Tak z niego żartowali.
- A teraz chyba on żartuje z nas.

ROZDZIAŁ 109

Następnego ranka wydarzyło się coś dziwnego. Gdy mijaliśmy się na korytarzu, Szabo

otarł  się  o  mnie.  Udał  zmieszanego  i  przeprosił,  powiedział,  że  prawdopodobnie  „stracił
równowagę”.  Ale  byłem  pewien,  że  zrobił  to  celowo.  Tylko  po  co?  O  co  mu  chodziło,  do
cholery?

Godzinę  później  zobaczyłem,  że  wychodzi  z  oddziału.  Musiał  wiedzieć,  że  go

obserwuję. Gdy tylko zniknął, podbiegłem do drzwi.

background image

- Dokąd on poszedł? - zapytałem pielęgniarza, który go wypuścił.
- Na fizykoterapię. Ma pozwolenie. Może wychodzić na teren i do miasta. Gdzie chce.
Tak już przywykłem do braku aktywności Szabo, że zupełnie mnie zaskoczył.
- Niech pan powie szefowej, że muszę wyjść - poleciłem pielęgniarzowi.
Spojrzał na mnie spode łba i chciał mnie spławić.
- Niech pan jej sam powie.
Przecisnąłem się obok niego.
- Ma pan jej powiedzieć - rozkazałem. - To ważne.
Wszedłem do zdezelowanej windy i zjechałem do holu na parterze. Frederic Szabo nie

cierpiał ćwiczeń fizycznych. Przeczytałem to w jego aktach. Dokąd naprawdę poszedł?

Wypadłem  na  podwórze.  Szabo  przemykał  się  między  budynkami  szpitalnymi.

Wysoki i brodaty - tak opisał Macdougall Supermózga.

Minął salę gimnastyczną. Wcale mnie to nie zaskoczyło.
Nareszcie się ruszył!
Poszedłem za nim. Zachowywał się nerwowo. W końcu się obejrzał. Uskoczyłem w

bok ze ścieżki. Miałem nadzieję, że mnie nie zobaczył. A może jednak?

Wyszedł przez bramę na ruchliwą ulicę i skręcił na południe. Przestał być czujny. Czy

to był Supermózg?

Kilka  przecznic  dalej  wsiadł do  taksówki.  Przed  Holiday  Inn  stały  trzy  inne.

Wskoczyłem do pierwszej i kazałem jechać za nim.

Kierowca był Hindusem.
- A dokąd jedziemy, proszę pana? - zapytał.
- Jeszcze nie wiem - odpowiedziałem i pokazałem mu odznakę. Pokręcił głową.
- Ja to mam pecha - jęknął. - Jak na filmie: „Za tamtą taksówką”.

ROZDZIAŁ 110

Szabo wysiadł z taksówki na Rhode Island Avenue w Northwest. Ja też. Przez chwilę

oglądał wystawy sklepowe. Przynajmniej na to wyglądało. Wydawał się teraz odprężony. Po
wyjściu ze szpitala uspokoił się. Pewnie dlatego, że wszystkich wykołował.

W  końcu  wszedł  do  niskiego,  zniszczonego  budynku  z  piaskowca.  W  podziemiach

mieściła się chińska pralnia jakiegoś A. Lee.

Co on tam robił? Wymykał się tylnym wyjściem? Nagle w oknie na drugim piętrze

zapaliło  się  światło. Szabo  przeszedł  kilka  razy  przez  pokój.  To  był  on.  Wysoki  i  brodaty.

background image

Przychodziły mi do głowy różne myśli. Nikt w szpitalu nie wie, że Szabo ma mieszkanie w
mieście. W jego kartotece nie znalazłem żadnej wzmianki o tym.

Udaje bezradnego, nieszkodliwego i bezdomnego. Takie pozory stworzył. Nareszcie

odkryłem jego tajemnicę. Co to oznaczało?

Czekałem na ulicy. Nie czułem zagrożenia. Przynajmniej na razie.
Siedział w budynku blisko dwie godziny. Już nie pojawił się w oknie. Co on tam robi?

Czas ucieka.

Potem światło w mieszkaniu zgasło.
W napięciu obserwowałem drzwi frontowe. Szabo nie wychodził. Zaniepokoiłem się.

Gdzie on jest?

Po  pięciu  minutach  pojawił  się  na  schodach  wejściowych.  Znów  dostrzegłem

nerwowy tik na jego twarzy. Może był autentyczny.

Ciągle przecierał oczy i drapał się w podbródek. Poprawiał koszulę na piersi. Trzy czy

cztery razy przeczesał palcami gęste, czarne włosy.

Czy  to  był  Supermózg?  Wydało  mi  się  to  niemal  niemożliwe.  Ale  jeśli  nie,  to  co

dalej?

Szabo rozejrzał się niespokojnie, ale osłaniał mnie mroczny cień innego budynku. Nie

mógł mnie zobaczyć. Czego się bał?

Poszedł z powrotem Rhode Island Avenue. Potem złapał taksówkę.
Chciałem  go  śledzić,  ale  miałem  coś  ważniejszego  do  zrobienia.  Przebiegłem  przez

ulicę i wszedłem do budynku z piaskowca.

Musiałem sprawdzić, co tam robił tak długo. Doprowadzał mnie do szału. Zaczynałem

być taki nerwowy jak on.

ROZDZIAŁ 111

Otworzyłem  drzwi  małym,  bardzo  przydatnym  wytrychem.  Dostałem  się  do

mieszkania Szabo szybciej, niż zdążyłbym powiedzieć „bezprawne wejście”. Nikt nie mógł
wiedzieć, że tu byłem.

Chciałem  się  szybko  rozejrzeć  i  natychmiast  wynieść.  Wątpiłem,  czy  znajdę  jakiś

dowód jego udziału w porwaniu autokaru czy napadach na banki. Ale musiałem zobaczyć, jak
mieszka. Wiedzieć o nim więcej niż to, co mówiły raporty lekarzy i pielęgniarzy w szpitalu.
Chciałem zrozumieć Supermózga.

Miał  kolekcję  noży  myśliwskich  i  starej  broni:  karabiny  z  czasów  wojny  domowej,

background image

niemieckie  lugery,  amerykańskie  colty.  I  pamiątki  z  Wietnamu: ceremonialną  szablę  i
sztandar północnowietnamskiego batalionu K 10. Oraz dużo książek i czasopism: Zło, które
czynią ludzie. Zbrodnią i karę, „Magazyn strzelecki”, „Naukowca amerykańskiego”.

Jak dotąd, bez niespodzianek. Poza samym faktem, że miał mieszkanie.
- Jesteś nim, Szabo? - zapytałem na głos. - To ty jesteś Supermózgiem? W co ty, do

cholery, grasz, człowieku?

Szybko  przeszukałem  salon,  małą  sypialnię  i  klaustrofobiczną  norę,  która

najwyraźniej służyła jako gabinet do pracy. Tutaj wszystko planujesz, Szabo? Na biurku leżał
odręczny list. Musiał go napisać niedawno. Zacząłem czytać:

PAN ARTHUR LEE
WŁAŚCICIEL PRALNI
To jest ostrzeżenie i na Pańskim miejscu potraktowałbym je bardzo poważnie. Trzy

tygodnie temu zostawiłem u Pana rzeczy do prania chemicznego. Zawsze dołączam ich listę i
krótki opis każdego ubrania.

ZOSTAWIAM SOBIE KOPIĘ!
LISTA JEST ZAWSZE PORZĄDNA I DOKŁADNA.

Szabo  napisał  dalej,  że  części  ubrań  nie  dostał  z  powrotem.  Rozmawiał  z  kimś  w

pralni i obiecano mu, że natychmiast je przyślą. Nie przysłali.

Schodzę do Pańskich pracowników. Spotykam się z PANEM. I jestem wściekły. PAN

też twierdzi, że nie macie moich rzeczy. I jeszcze mnie Pan obraża. Sugeruje Pan, że pewnie
ukradł je portier.

Tu nie ma żadnego pieprzonego portiera! Mieszkam w tym samym budynku, co Pan!

NIECH PAN PAMIĘTA, ŻE PANA OSTRZEGAŁEM
FREDERIC SZABO

Co  to  jest,  do  cholery? -  zacząłem  myśleć  gorączkowo  po  przeczytaniu  tego

dziwacznego, szalonego listu.

W  zamyśleniu  pokręciłem  głową.  Pralnia  miała  być  jego  następnym  celem?  Coś

planował przeciwko Lee? Supermózg?

W  szufladach  małego  kredensu  znalazłem  dalsze  listy:  do  Citibanku,  Chase,  First

background image

Union, Exxona, Kodaka, Bell Atlantic i innych firm.

Usiadłem i zacząłem je przeglądać. Wszędzie pogróżki. Zupełny obłęd. To był właśnie

Frederic  Szabo,  jakiego  opisywały  szpitalne  akta.  Paranoik  wkurzony  na  cały  świat.
Upierdliwy, pięćdziesięciojednoletni typ, którego przez ostatnie dziesięć lat wywalali z każdej
pracy.

Miałem coraz więcej wątpliwości co do tego, kim jest Szabo. Przesunąłem palcami po

wierzchu wysokiej szafki na akta. Namacałem jakieś papiery. Zdjąłem je.

Plany obrabowanych banków!
I rozkład hotelu Mayflower Renaissance!
- Chryste, to on! - mruknąłem głośno.
Tylko dlaczego trzyma to tutaj?
Nie  pamiętam  dokładnie,  co  się  potem  działo.  Dostrzegłem  coś  kątem  oka,  może

zmianę światła, może jakiś ruch w pokoju?

Odwróciłem  się  od  biurka  Szabo.  Oczy  zrobiły  mi  się  okrągłe -  zaskoczył  mnie

zupełnie. Totalny szok. Miał maskę prezydenta Clintona! Wrzeszczał moje nazwisko!

ROZDZIAŁ 112

- Cross!
Wyciągnąłem  ręce,  żeby  zablokować  cios.  Zamachnął  się  nożem  myśliwskim

pochodzącym zapewne z kolekcji w drugim pokoju. Chwyciłem go za potężne ramię. Jeśli to
był Szabo, okazał się o wiele silniejszy i zwinniejszy, niż na to wyglądał w szpitalu.

-  Co  tu  robisz? -  wrzasnął. -  Jak  śmiesz?  Kto  ci  pozwolił  ruszać  moje  rzeczy?  To

prywatne listy!

Miał głos zupełnego szaleńca.
Obróciłem się na prawej nodze i mocno szarpnąłem rękę z nożem. Ostrze wbiło się w

blat biurka. Zamaskowany napastnik zaklął.

Co  dalej?  Bałem  się  schylić  i  wyciągnąć  broń  z  kabury  na  kostce.  Napastnik  łatwo

wyrwał nóż z drewna. Ostrze zatoczyło niewielki łuk. Przeszło ze świstem obok mojej skroni.

- Zabiję cię, Cross!
Zauważyłem  na  biurku  szklaną  piłkę  baseballową.  Tylko  tym  mogłem  walczyć.

Złapałem kulę i zaatakowałem.

Okrągły przycisk do papieru trafił go w bok głowy. Facet zaryczał wściekle jak ranne

zwierzę. Zatoczył się do tyłu, ale nie upadł.

background image

Schyliłem się szybko i wyszarpnąłem glocka.
Napastnik znów natarł na mnie z nożem.
- Stój, bo strzelę! - krzyknąłem.
Nie  posłuchał.  Wrzeszczał  coś  niezrozumiale.  Zamachnął  się  i  przeciął  mi  prawy

nadgarstek. Zabolało jak cholera.

Nacisnąłem spust. Dostał w pierś. I nic! Zachwiał się i natychmiast wyprostował.
- Pieprzę cię, Cross! Jesteś zerem!
Walnąłem go bykiem. Wycelowałem w miejsce, gdzie odniósł ranę.
Zawył przeraźliwie cienko i upuścił nóż.
Opasałem  go  ramionami  i  ścisnąłem  z  całej  siły.  Przepchnąłem  go  przez  pokój  do

ściany. Uderzyliśmy w nią, aż zadrżał cały dom.

Ktoś z sąsiadów zastukał w ścianę i zaczął pomstować na hałas.
- Wezwijcie policję! - krzyknąłem. - Zadzwońcie pod dziewięćset jedenaście!
Przydusiłem  go  do  podłogi.  Jęczał  głośno  i  wyrywał  się.  Próbował  walczyć.

Przyłożyłem mu w szczękę i znieruchomiał. Ściągnąłem mu gumową maskę.

Szabo.
- Jesteś Supermózgiem - wysapałem. - Mam cię.
- Nic nie zrobiłem - warknął i znów zaczął się szarpać. - To ty włamałeś się do mnie.

Ty  idioto!  Wszyscy  jesteście  cholernymi  idiotami.  Posłuchaj,  palancie!  Złapałeś  nie  tego
faceta!

ROZDZIAŁ 113

To  był  obłęd  i  z  pewnością  pasował  do  dramatycznego  aresztowania.  Po  niecałej

godzinie do mieszkania Szabo przyjechała ekipa techników z FBI. Dwóch znałem. Nazywali
się Greg Wojcik i Jack Heeney. Już pracowaliśmy razem. Byli najlepsi w Biurze i od razu
zabrali się do roboty.

Stałem z boku i przyglądałem się żmudnej rewizji. Szukali fałszywych ścian, luźnych

klepek  w  podłodze  i  innych  miejsc,  gdzie  Szabo  mógłby  schować  dowody  lub  piętnaście
milionów dolarów.

Zaraz po technikach zjawiła się Betsey. Ucieszyłem się. Spróbowaliśmy przesłuchać

Szabo,  ale  nie  chciał  z  nami  rozmawiać.  Sprawiał  wrażenie  zupełnego  szaleńca,  to  się
wściekał, to znów milczał jak grób. Kilka razy plunął na mnie. Znano go z tego w szpitalu.
Kiedy wyschło mu w ustach, założył ręce na piersi i zamknął oczy. W końcu zabrali go w

background image

kaftanie bezpieczeństwa.

- Gdzie te cholerne pieniądze? - zapytała Betsey, kiedy go wyprowadzali.
- Tylko on wie - odrzekłem. - I na pewno nie powie. Nie pamiętam tak beznadziejnego

śledztwa.

Następnego  dnia  był  piątek -  deszczowy  i  ponury.  Pojechaliśmy  z  Betsey  do

centralnego aresztu miejskiego, gdzie siedział Szabo.

Przed  budynkiem  stał  tłum  dziennikarzy.  Musieliśmy  się  przez  nich  przecisnąć.

Schowaliśmy  się pod  wielkimi,  czarnymi  parasolami  i  nie  odpowiedzieliśmy  na  żadne
pytanie. Szybko weszliśmy do środka.

- Pieprzone sępy - mruknęła Betsey. - W życiu trzy rzeczy są pewne: śmierć, podatki i

to, że prasa wszystko przekręci. Ci tutaj też.

- Jeśli ktoś raz coś przekręci, już tak zostaje - dodałem.
Spotkaliśmy się z Szabo w małym pokoju obok bloku więziennego. Był bez kaftana

bezpieczeństwa. Towarzyszyła mu prawniczka, Lynda Cole. Nie wyglądała na zachwyconą
swoim klientem.

Zdziwiłem  się,  że  Szabo  nie  wynajął  jakiegoś  sławnego  obrońcy.  Ciągle  mnie

zaskakiwał.  Nie  rozumował  jak  inni.  W  tym  tkwiła  jego  siła.  Upajał  się  tym  i
prawdopodobnie to go zgubiło.

Przez  kilka  minut  unikał  naszego  wzroku.  Zadaliśmy  mu  serię  pytań,  ale  uparcie

milczał. Zwiększyli mu dawkę środków uspokajających. Zastanawiałem się, czy dlatego jest
apatyczny. Nie bardzo w to wierzyłem. Podejrzewałem, że znów w coś z nami gra.

- To na nic - westchnęła po godzinie Betsey.
Miała rację. Nie warto było tracić więcej czasu.
Wstaliśmy,  żeby  wyjść.  Lynda  Cole  też.  Była  niska  jak  Betsey  i  bardzo  atrakcyjna.

Przez cały ten czas powiedziała najwyżej kilkanaście słów. Nie potrzebowała mówić, skoro
jej klient milczał. Nagle Szabo przestał się wpatrywać w stół i podniósł wzrok. Gapił się w
jeden punkt co najmniej od dwudziestu minut.

Spojrzał na mnie i w końcu się odezwał.
- Macie nie tego faceta.
Potem  wyszczerzył  zęby  jak  kompletny  debil.  Jeszcze  nie  widziałem  takiego

uśmiechu. A spotkałem w życiu sporo czubków.

background image

ROZDZIAŁ 114

Wróciliśmy  z  Betsey  do  Hazelwood,  gdzie  czekało  na  nas  jeszcze  mnóstwo  roboty.

Wpadł Sampson. Do dwudziestej drugiej trzydzieści przejrzeliśmy wszystko, co dotąd udało
nam  się  znaleźć  w  szpitalu.  Zidentyfikowaliśmy  dziewiętnaście  osób  z  personelu,  które
zajmowały się Szabo. Na liście znalazło się sześciu terapeutów.

Powiesiliśmy zdjęcia na ścianie. Spacerowałem tam i z powrotem, patrzyłem na nie i

szukałem  natchnienia.  Gdzie  są  pieniądze,  do  cholery?  Jak  Szabo  kierował  napadami  i
morderstwami?

Usiadłem. Betsey popijała szóstą czy siódmą colę dietetyczną. Ja wlałem w siebie tyle

samo kaw. Od czasu do czasu rozmawialiśmy o rzekomym samobójstwie Walsha i zaginięciu
Douda. Szabo nie odpowiadał na żadne pytania o dwóch agentów. Zabił ich? Dlaczego? Jaki
miał plan? Niech go szlag!

- Czy on rzeczywiście może stać za tym wszystkim? - zapytała Betsey. - Jest aż taki

sprytny? Ten cholerny świr?

Wstałem od biurka.
-  Sam  już  nie  wiem.  Znów  zrobiło  się  późno.  Jestem  wykończony.  Jadę  do  domu.

Jutro też jest dzień.

Górne lampy świeciły oślepiającym blaskiem. Betsey popatrzyła na mnie bez wyrazu.

Miała  podkrążone  oczy.  Chciałem  ją  przytulić,  ale  w  pokoju  kręciło  się  jeszcze  kilku
agentów. Chętnie wziąłbym ją w ramiona i porozmawiał o czymkolwiek, byle nie o śledztwie.

- Dobranoc - powiedziałem w końcu. - Prześpij się trochę.
- Dobrej nocy, Alex. Brakuje mi ciebie - dodała bezgłośnie.
- Uważaj po drodze.
- Zawsze uważam. Ty sam uważaj.
Jakoś  dojechałem  do  domu  i  wdrapałem  się  do  sypialni.  Od  dawna  za  ciężko

harowałem.  Może  rzeczywiście  powinienem  rzucić  tę  robotę.  Padłem  na  łóżko  i  zasnąłem.
Obudziłem się dwadzieścia po drugiej. Śniła mi się rozmowa z Szabo. Potem jeszcze z kimś
zamieszanym w sprawę. O, rany...

Fatalna  pora  na  przebudzenie.  Zazwyczaj  nie  pamiętam  snów,  zapewne  dlatego, że

podświadomie  staram  się  je  zapomnieć.  Ale  tym  razem,  gdy  się  obudziłem,  miałem  wciąż
przed oczami tamte obrazy.

Tony Brophy opowiedział nam kiedyś o spotkaniu z Supermózgiem. Mówił, że gość

ukrywał się za ścianą jasnych reflektorów. Widać było tylko zarys sylwetki mężczyzny. Opis

background image

nie pasował do kształtu głowy Szabo. Nawet w  przybliżeniu. Brophy wspomniał o dużym,
haczykowatym  nosie  i  wielkich  uszach.  Podobno  wyglądały  jak  otwarte  drzwi  samochodu.
Szabo miał prosty nos i małe uszy.

Ale przyszedł mi do głowy ktoś inny! Jezu! Przekręciłem się na łóżku. Patrzyłem w

okno,  dopóki  nie  zacząłem  jasno  myśleć.  Skoncentrowałem  się,  a  potem  zadzwoniłem  do
Betsey.

Odebrała po drugim sygnale i jęknęła cicho.
-  To  ja,  Alex.  Przepraszam,  że  cię  obudziłem.  Ale  chyba  wiem,  kto  jest

Supermózgiem.

- To zły sen? - mruknęła.
- Najgorszy koszmar - odparłem.

ROZDZIAŁ 115

Jest  dwóch  Supermózgów.  Początkowo  wydawało  mi  się  to  bez  sensu.  Ale  potem

nabrałem  prawie  absolutnej  pewności,  że  znalazłem  wyjaśnienie  wielu  tajemnic  naszego
śledztwa.

Szabo to jeden Supermózg, ale to przezwisko nadano mu tylko żartem, bo za bardzo

wyróżniał się w pracy. Więc musi być jeszcze ktoś. Z tego drugiego nikt się nie wyśmiewał,
bo ten nie miał sobie równych. To nie on pisze listy z pogróżkami w swoim pokoju w szpitalu
dla weteranów.

Potrzebowałem kilku minut, żeby przekonać o tym Betsey. Potem zadzwoniliśmy do

Ouantico do Kyle’a Craiga. Było dwoje na jednego, więc w końcu ustąpił i dał nam wolną
rękę.

O jedenastej rano wsiedliśmy z Betsey do samolotu w bazie Bolling. Wcześniej nigdy

tu nie bywałem. Ostatnio odlatywałem stąd częściej niż z lotniska National, obecnie Ronalda
Reagana.

Tuż  po  pierwszej  wylądowaliśmy  na  lotnisku  międzynarodowym  w  Palm  Beach  na

południu  Florydy.  Było  trzydzieści  pięć  stopni  i duszno  jak  diabli.  Ale  upał  mnie  nie
obchodził. Byłem podniecony, liczyłem na to, że może rozwiążemy zagadkę. Przywitali nas
miejscowi agenci FBI, ale nawet tutaj dowodziła Betsey.

Wyjechaliśmy z małego, dobrze utrzymanego lotniska na drogę międzystanową I-95

North. Po piętnastu kilometrach skręciliśmy na wschód w kierunku oceanu i Singer Island.
Słońce wyglądało jak cytrynowy drops rozpuszczający się najasnobłękitnym niebie.

background image

W samolocie miałem czas przemyśleć moją teorię o dwóch Supermózgach. Im dłużej

się  nad  nią  zastanawiałem,  tym  bardziej  byłem  przekonany,  że  wreszcie  jesteśmy  na
właściwym tropie. Przypominały mi się różne rzeczy.

Między  innymi  zdjęcie  terapeuty,  doktora  Bernarda  Francisa.  Znalazłem  je  w  jego

aktach.  Dwa  inne  wisiały  w  gabinecie  doktora  Cioffiego.  Widziałem  je,  kiedy  go
przesłuchiwałem. Bernard Francis był wysokim, łysiejącym mężczyzną. Miał szerokie czoło,
haczykowaty nos i duże uszy. Jak otwarte drzwi samochodu.

Leczył  Szabo  przez  dziewięć  tygodni  w  roku  1997,  a  potem  przez  pięć  miesięcy  w

roku ubiegłym, później przeniósł się na Florydę. Przypuszczalnie podjął pracę w szpitalu dla
weteranów  w  północnym  West  Palm.  Kiedy  zwróciłem  uwagę  na  Francisa,  ustaliłem  kilka
rzeczy.  Według  raportów  szpitalnych,  w  zeszłym  roku  przynajmniej  trzy  razy  wychodził  z
Szabo  do  miasta.  Niby  nic  niezwykłego,  ale  w  tych  okolicznościach  bardzo  mnie  to
zainteresowało. W czasie lotu na Florydę ponownie przeczytałem notatki Francisa o Szabo.

Kiedyś napisał:

Czy  pacjent  rzeczywiście  błąkał  się  po  kraju  przez  ostatnie  dwadzieścia  kilka  lat  i

pracował tylko dorywczo? Nie brzmi to prawdopodobnie. Ma bardzo bujną fantazję i może
coś ukrywać przed nami. Co naprawdę skłoniło go do zgłoszenia się do nas właśnie w tym
roku?

Betsey i ja znaliśmy odpowiedź. Podejrzewaliśmy, że Francis też. W lutym 1996 roku

Szabo  stracił  pracę  szefa  ochrony  banku  First  Union.  W  Marylandzie  i  Wirginii  dokonano
serii niewyjaśnionych napadów na filie tego banku. Szabo obwiniał siebie za to, że ochrona
okazała się nieskuteczna, dyrekcja też miała do niego pretensje. Ostatecznie wylano go.

Wkrótce potem dostał załamania nerwowego i zgłosił się do Hazelwood. Tam zaczęła

się cała zabawa i gry umysłowe.

ROZDZIAŁ 116

Rozpoczęliśmy  całodobową  obserwację  kondominium  Francisa  na  Singer  Island.

Mieszkał tuż nad wodą w dużym apartamencie z czterema sypialniami i tarasem na dachu.
Taki luksus przekraczał zapewne możliwości finansowe przeciętnego terapeuty ze szpitala dla
weteranów. Ale doktor Francis najwyraźniej nie uważał się za przeciętnego lekarza.

background image

Spędzał ten wieczór z blondynką o połowę młodszą od niego. Musiałem mu jednak

oddać  sprawiedliwość -  mimo  czterdziestu  pięciu  lat  był  szczupły  i  w  dobrej  formie.
Dziewczyna  była  bardzo  ładna.  Nosiła  czarne  bikini  i  wysokie  szpilki.  Ciągle  poprawiała
stanik i odgarniała z oczu długie włosy.

- Niezła sztuka - mruknęła Betsey. - Chyba załapała się na fajną randkę.
Betsey,  dwaj  agenci  i  ja  koczowaliśmy  w  furgonetce  dodge  na  parkingu  za

kondominium.  Prawie  wszystkie  miejsca  były  zajęte,  więc  nie  rzucaliśmy  się  w  oczy.
Patrzyliśmy  przez  peryskop,  jak  Francis  i  jego  gość  smażą  na  tarasie  steki.  FBI  już
zidentyfikowało dziewczynę.  Była tancerką topless w eleganckiej restauracji w West Palm.
Gliniarze  z  Fort  Lauderdale  zgarniali  ją  już  kilka  razy  za  zaczepianie  facetów na  ulicy  i
prostytucję. Nazywała się Bianca Massie i miała dwadzieścia trzy lata.

Lekarz  ciągle  obejmował  i  przytulał  blondynkę.  W  końcu  zniknęli  w  środku  na

dziesięć  minut.  Potem  wrócili  do  grilla.  Przy  jedzeniu  dotykali  się  i  głaskali.  Wykończyli
drugą butelkę caberneta stag’s leap i znów weszli do mieszkania.

- Co tam widać? - zapytała Betsey jednego z agentów. - Muszę wiedzieć.
-  Nasz  człowiek  na  sąsiednim  dachu  obserwuje  wnętrze  mieszkania  przez  okna  od

południowej strony - odpowiedział.

-  Chata  typowego  szpanera -  zameldował  po  chwili. -  Drogie  meble,  dzieła  sztuki.

Dobry  sprzęt  grający,  ciężarki.  Doktorek  ma  czarnego  labradora.  Pewnie  rwie  na  niego
panienki z plaży.

- Wątpię, żeby ją poderwał - wtrąciłem. - Raczej wynajął na noc.
- Teraz oboje są zajęci. Labrador chyba nauczył doktorka kilku rzeczy. Facet zna parę

psich sztuczek. Nasz obserwator mówi, że uszy i nos ma dużo większe od pewnej części ciała.

Grupa  wybuchnęła  śmiechem.  Odprężyliśmy  się  co  nieco.  Baliśmy  się  trochę  o

dziewczynę, ale byliśmy tak blisko, że w każdej chwili mogliśmy wkroczyć.

Obserwator dalej meldował, co się dzieje.
- Oho, wygląda na to, że doktorek ma za wczesny wytrysk. Ale dziewczynie chyba to

nie przeszkadza. Pocałowała go w czubek głowy, biedne dziecko.

- Dostaje się to, za co się płaci - powiedziała Betsey.
Wreszcie  dziewczyna  wyszła  i  seans  porno  skończył  się.  Doktor  Francis  został  na

tarasie. Sączył brandy i patrzył na księżyc nad Atlantykiem.

- To jest życie... - westchnęła Betsey. - Księżyc nad Miami i cały ten szpan.
- Musiał tylko zabić około dwunastu osób, żeby to mieć - zauważyłem.
Około północy zadzwoniła „komórka” Francisa. Słuchaliśmy rozmowy w furgonetce.

background image

Telefon zaintrygował nas. Wymieniliśmy z Betsey spojrzenia.

- Bernie, oni znów się tu kręcą - powiedział zdenerwowany głos. - Teraz przyglądają

się personelowi i...

- Jest późno - przerwał Francis. - Zadzwonię do ciebie rano. Ja zadzwonię. Ty tutaj nie

dzwoń. Już ci mówiłem.

Zirytowany Francis wyłączył się i dopił brandy.
Betsey  trąciła  mnie  łokciem.  Uśmiechała  się  pierwszy  raz  od  chwili,  gdy

rozpoczęliśmy obserwację Francisa.

- Poznałeś, kto to był? - zapytała.
Jasne, że poznałem.
-  Urocza  i  utalentowana  Kathleen  McGuigan.  Nasza  pielęgniarka  jest  w  to

zamieszana. Wszystko zaczyna pasować do siebie.

ROZDZIAŁ 117

Doktor  Bernard  Francis  naprawdę  zasługiwał  na  nienawiść.  Był  najgorszym

sukinsynem.  Zabójcą,  który  lubił  zadawać  ofiarom  cierpienie.  Ta  nienawiść  pomagała  nam
wytrzymywać nocne czuwanie. I teoria, że jest Supermózgiem. Mogliśmy go w każdej chwili
dopaść w jego różowym kondominium w śródziemnomorskim stylu.

Kathleen  McGuigan  już  się  nie  odezwała.  On  też  do  niej  nie  zadzwonił.  Około

pierwszej poszedł do sypialni i włączył system alarmowy.

- Słodkich snów, skurwielu - mruknęła Betsey, kiedy w apartamencie zgasło światło.
-  Wiemy,  gdzie  mieszka -  powiedział  jeden  z  agentów. -  Wiemy,  co  zrobił,  choć

jeszcze nie wiemy jak. I nie możemy go zgarnąć?

- Cierpliwości - odparłem. - Dopiero tu przyjechaliśmy. Dostaniemy go. Tylko trzeba

go  jeszcze  trochę  poobserwować.  Musimy  mieć  absolutną  pewność,  że  to  on.  I  odzyskać
zrabowane pieniądze.

W końcu, około drugiej nad ranem, Betsey i ja wysiedliśmy z furgonetki. Wzięliśmy

jeden z samochodów Biura i wyjechaliśmy z Singer Island. Reszta została w Holiday Inn w
Palm Beach. My pojechaliśmy na północ autostradą między stanową I-95.

- Niedaleko stąd jest hotel Hyatt Regency - odezwała się niepewnie Betsey. - Co ty na

to?

- Lubię być z tobą - odrzekłem. - Od samego początku.
- Wiem. Ale nie na tyle, tak?

background image

Spojrzałem na nią. Kiedy traciła pewność siebie, podobała mi się jeszcze bardziej.
- Oczekujesz szczerości o drugiej piętnaście nad ranem? - zażartowałem.
- A czemu nie?
- Może to trochę bez sensu, ale...
Uśmiechnęła się w końcu.
- Nie szkodzi. Mów.
-  Ostatnio  nie  bardzo  wiem,  co  się  ze  mną  dzieje.  Płynę  z  prądem.  To  do  mnie

niepodobne. Ale może to dobrze.

- Próbujesz zapomnieć o Christine. I chyba robisz to w odpowiedni sposób. Odważnie.
- Albo bardzo głupio - odparłem z uśmiechem.
-  Może  jednocześnie  i  tak,  i  tak.  Ale  starasz  się.  Na  zewnątrz  jesteś  opanowany  i

prostolinijny. W dobry sposób. Wewnątrz skomplikowany. Też w dobry sposób. Myślałeś o
tym, co powiedziałam?

- Nie. Myślałem o tym, że mam szczęście, bo poznałem ciebie.
- To nie musi być coś wyjątkowego, Alex. Dla mnie i tak już jest. Więc? Weźmiemy

pokój? Spędzisz ze mną noc w hotelu?

- Z przyjemnością.
Kiedy  zaparkowaliśmy  przed  wejściem,  Betsey  przysunęła  się  i  pocałowała  mnie.

Przyciągnąłem ją do siebie i mocno przytuliłem. Siedzieliśmy tak przez kilka minut.

- Będę za tobą strasznie tęsknić - szepnęła.

ROZDZIAŁ 118

Chyba oboje żałowaliśmy, że reszta nocy szybko minęła. Ciągle myślałem o słowach

Betsey: „będę za tobą strasznie tęsknić”. O dziewiątej rano znów wsiedliśmy do furgonetki
obserwacyjnej FBI. W środku był tłok i śmierdziało jak cholera. W rogu stały dwa wiadra z
suchym lodem. Parował i trochę pomagał przeżyć w ciasnym wnętrzu.

-  Co  się  działo,  panowie? -  zapytała  Betsey  agentów. -  Straciłam  coś  fajnego?

Superfiut już wstał?

Dowiedzieliśmy  się,  że  Francis  wstał  i  jeszcze nie  dzwonił  do  Kathleen  McGuigan.

Wpadłem na pewien pomysł. Betsey bardzo się spodobał. Zadzwoniliśmy do Kyle’a Craiga i
zastaliśmy go w domu. Jemu też spodobało się to, co wymyśliłem.

Tuż po dziesiątej rano agenci w Wirginii zaaresztowali w Arlington siostrę McGuigan.

Podczas przesłuchania zeznała, że nie wie, co łączy Francisa i Szabo. Zaprzeczyła też, że jest

background image

w  cokolwiek  zamieszana.  Wyśmiała  wszystkie  zarzuty  postawione  pod  jej  adresem.
Powiedziała, że nie dzwoniła w nocy do Francisa i możemy to sprawdzić.

Jednocześnie  agenci  przeszukiwali  jej  dom  i  podwórze.  Około  południa  znaleźli

diament stanowiący część okupu od MetroHartford. McGuigan wpadła w panikę i zmieniła
zeznania.  Opowiedziała  FBI  wszystko,  co  wiedziała  o  Francisie,  Szabo,  napadach  i
zabójstwach.

Betsey aż podskoczyła z radości w furgonetce i walnęła głową w dach.
- O, cholera! To boli! Ale co tam. Mamy go!
Krótko  po  czternastej  przeszliśmy  oboje  przez  wypielęgnowany  trawnik  od  frontu  i

weszliśmy po ceglanych schodach do budynku Francisa. Waliło mi serce. Nareszcie. To musi
być on. Wjechaliśmy windą na piąte piętro, do meliny Supermózga.

- Zasłużyliśmy na to - powiedziałem do Betsey.
- Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę jego minę - odrzekła i nacisnęła dzwonek. -

Zimnokrwiste gówno. Ding-dong, zgadnij, kto przyszedł? To za Walsha i Douda.

- Za synka Buccierich też. I za resztę ofiar.
Francis otworzył drzwi. Był opalony i bosy. Miał na sobie spodenki drużyny „Florida

Gators”  i  koszulkę  „Miami  Dolphins”.  Nie  wyglądał  na  zimnokrwistego  i  bezdusznego
potwora. Ale rzadko kto wygląda.

Betsey  powiedziała,  kim  jesteśmy.  Potem  wyjaśniła,  że  prowadzimy  śledztwo  w

sprawie porwania kobiet z MetroHartford i kilku napadów na banki na Wschodzie.

Francis zdziwił się.
-  Nie  rozumiem,  co  to  ma  wspólnego  ze  mną.  Prawie  od  roku  nie  byłem  w

Waszyngtonie. Nie wiem, w czym mógłbym pomóc. Na pewno macie właściwy adres?

- Możemy wejść, doktorze? - zapytałem. - Adres jest właściwy, może mi pan wierzyć.

Chcemy porozmawiać o pańskim byłym pacjencie, Frederiku Szabo.

Francis dalej udawał głupiego. Dobrze mu to szło. Nie byłem tym zaskoczony.
- Czy to jakiś żart?
- Nie - odparła z naciskiem Betsey.
Francis zirytował się. Poczerwieniał na twarzy.
-  Jutro  będę  w  moim  gabinecie  w  szpitalu  w  West  Palm.  To  na  Blue  Heron.  Tam

możemy porozmawiać o moich byłych pacjentach. Frederic Szabo? Jezu, to było prawie rok
temu! Co on zrobił? Chodzi o listy z pogróżkami do firm z Fortune 500? Nie do wiary! Proszę
mi dać spokój w domu.

Francis  próbował  zatrzasnąć  mi  drzwi  przed  nosem.  Zablokowałem  je  ręką.  Serce

background image

ciągle mi waliło. Co za przyjemne uczucie. Nareszcie go mamy.

-  To  nie  może  czekać  do  jutra,  doktorze -  powiedziałem. -  To  w  ogóle  nie  może

czekać.

Westchnął, ale nadal wyglądał na cholernie wkurzonego.
- Trudno, niech będzie. Właśnie robiłem sobie kawę. Wejdźcie, skoro musicie.
- Musimy - odpowiedziałem Supermózgowi.

ROZDZIAŁ 119

- Więc o co chodzi? - zapytał Francis, kiedy szliśmy za nim przez oszkloną loggię.

Kilka  pięter  niżej  rozbijały  się  fale  Atlantyku.  Sam  widok  był  wart  co  najmniej  paru
morderstw. Ocean iskrzył się w popołudniowym słońcu. Doktor Bernard Francis dobrze się
urządził w życiu.

- Frederic Szabo wymyślił to wszystko, tak? - zagadnąłem, żeby przełamać pierwsze

lody. - Miał bujną fantazję i chciał się zemścić na bankach. Miał obsesję, potrzebną wiedzę i
kontakty. Tak było?

Francis popatrzył na nas jak na swoich umysłowo chorych pacjentów.
- Co pan bredzi, do diabła?
Zignorowałem jego minę i protekcjonalny ton.
-  Poznał  pan  plany  Szabo  podczas  sesji  terapeutycznych.  Precyzja  i  szczegóły

wywarły na panu wrażenie. Pomyślał o wszystkim. Dowiedział się pan również, że przez te
wszystkie  lata  od  powrotu  z  Wietnamu  wcale  nie  włóczył  się  po  kraju.  Odkrył  pan,  że
pracował w banku First Union jako szef ochrony. On naprawdę wiedział, jak można obrobić
bank. Był stuknięty, ale inaczej, niż pan myślał.

Francis włączył ekspres na blacie kuchennym.
- Nie będę nawet odpowiadał na te bzdury. Poczęstowałbym was kawą, ale wkurzacie

mnie jak cholera. Skończcie z tymi idiotyzmami i wynoście się.

-  Nie  chcę  kawy -  odparłem. -  Chcę  ciebie,  Francis.  Z  zimną  krwią  zamordowałeś

niewinnych ludzi. Zabiłeś Walsha i Douda. Ty jesteś szaleńcem i Supermózgiem, nie Szabo.

-  Chyba  oboje  zwariowaliście -  odparł  Francis. -  Jestem  szanowanym  lekarzem  i

zasłużonym oficerem armii.

Potem uśmiechnął się z taką miną, jakby chciał powiedzieć: „Mam was gdzieś. Nic mi

nie możecie zrobić”. Już widywałem takie miny. Dobrze je znałem. Gary Soneji, Casanova,
Pan Smith, Łasica. Francis też był psychopatą. Jak wszyscy zabójcy, których złapałem. Może

background image

za  długo  czekał  na  uznanie  w  szpitalach  dla  weteranów.  Ale  sprawy  na  pewno  zaszły
stanowczo za daleko.

- Zapamiętał cię pewien człowiek, którego chciałeś wynająć do skoku na bank. Opisał

twoje wielkie uszy i haczykowaty nos. Szabo tak nie wygląda.

Francis odwrócił się od ekspresu i wybuchnął nieprzyjemnym, gardłowym śmiechem.
-  Też  mi  dowód!  Chciałbym  usłyszeć,  jak  przedstawiasz  go  prokuratorowi

okręgowemu w Waszyngtonie. Założę się, że uśmiałby się do łez.

Uśmiechnąłem się.
-  Już  rozmawialiśmy  z  panią  prokurator.  Jakoś  jej  to  nie  ubawiło.  A  przy  okazji,

rozmawialiśmy też z Kathleen McGuigan. Nie oddzwoniłeś do niej, więc odwiedziliśmy ją.
Jesteś aresztowany za napady, porwanie i morderstwa, doktorze. Widzę, że przestało ci być
wesoło.

Francis wrócił do robienia kawy. Czułem, że coś kombinuje.
- Widzisz chyba również, że nie dzwonię do mojego adwokata.
-  A  powinieneś -  odparłem. -  Bo  jest  jeszcze  coś.  Dziś  rano  Szabo  w  końcu

zdecydował się mówić. Prowadził pamiętnik z waszych sesji, doktorze. Zapisał, że jego plany
bardzo cię interesowały. Znasz go. Wiesz, jaki jest dokładny. Powiedział, że częściej pytałeś
go o napady na banki niż o jego problemy. Pokazał ci plany budynków.

-  Chcemy  odzyskać  pieniądze,  Francis -  wtrąciła  się  Betsey. -  Piętnaście  milionów

dolarów. Jeśli je nam oddasz, wyjdzie ci to na dobre. Nie dostaniesz lepszej oferty.

Francis zrobił drwiącą minę.
- Załóżmy na chwilę, że jestem tym waszym Supermózgiem. Nie wydaje wam się, że

powinienem  mieć  opracowany  genialny  plan  ucieczki?  Chyba  nie  dałbym  się  złapać  takim
frajerom, jak wy, prawda?

Teraz ja się uśmiechnąłem.
- Ci „frajerzy” mogą cię zaskoczyć, Francis. Podejrzewam, że jesteś zdany na siebie.

Szabo zaplanował również twoją ucieczkę? Wątpię.

ROZDZIAŁ 120

- Otóż to - powiedział Francis o ton niżej niż przedtem. - Zawsze istniało minimalne

niebezpieczeństwo, że mnie złapiecie. Wtedy skończyłbym w więzieniu, a to byłoby zupełnie
nie do przyjęcia. Ale nie dojdzie do tego.

- Dojdzie - odparła z naciskiem Betsey.

background image

Na wszelki wypadek sięgnąłem do kabury.
Nagle Francis rzucił się do szklanych drzwi na taras. Wiedziałem, że nie ma stamtąd

wyjścia. Co on zamierzał?

- Stój! - krzyknąłem.
Betsey i ja jednocześnie wyciągnęliśmy broń, ale nie strzeliliśmy. Nie było powodu,

żeby go zabijać. Popędziliśmy za nim przez drewniany taras na dachu.

Francis  dobiegł  do  muru  i  zrobił  coś,  czego  nigdy  bym  się  nie  spodziewał.  Nawet

gdybym służył w policji sto lat.

Skoczył głową w dół z piątego piętra! Musiał skręcić kark. Nie miał prawa przeżyć.
-  Nie  wierzę! -  wrzasnęła  Betsey,  kiedy  zatrzymaliśmy  się  na  krawędzi  dachu  i

spojrzeliśmy w dół.

Ja  też  nie  wierzyłem  własnym  oczom.  Francis  skoczył  do  basenu!  Wynurzył  się  i

szybko popłynął do brzegu.

Nie miałem wyboru i nie zawahałem się. Skoczyłem za nim.
Betsey też. Pół kroku za mną.
Spadaliśmy z krzykiem jak kule armatnie.
Uderzyłem w wodę plecami. Poczułem się tak, jakby przestawiły mi się wnętrzności.
Wylądowałem twardo na dnie, ale zaraz wydostałem się na powierzchnię. Popłynąłem

szybko do brzegu. Próbowałem coś zobaczyć i jasno myśleć.

Wygramoliłem się z basenu. Francis uciekał do  jednego z sąsiednich kondominiów.

Otrząsał się jak kaczka.

Popędziliśmy za nim. Mokre buty piszczały i chlupała w nich woda. Ale nic nie było

ważne oprócz tego, że musimy go dorwać.

Francis przyspieszył. Ja też. Podejrzewałem, że niedaleko ma samochód. Może nawet

łódź w pobliskim porcie.

Przebierałem  nogami  jak  wariat,  ale  niewiele  zmniejszyłem  dystans.  Francis  biegł

boso, a mimo to szybciej ode mnie.

Obejrzał się i zobaczył nas. Kiedy z powrotem odwrócił głowę, wszystko się zmieniło.
Na  parkingu  przed  nim  stali  trzej  agenci  FBI.  Celowali  w  niego  z  pistoletów.

Krzyczeli, żeby stanął.

Francis zatrzymał się. Znów się obejrzał, potem popatrzył na agentów. Nagle sięgnął

do kieszeni spodenek.

- Nie! - krzyknąłem.
Ale nie wyciągnął broni, tylko przezroczystą buteleczkę. Przyłożył ją do ust.

background image

Nagle chwycił się za gardło. Oczy wyszły mu na wierzch i opadł na kolana.
- Otruł się - wychrypiała Betsey. - Mój Boże, Alex!
Wtem  Francis  poderwał  się  z  chodnika.  Patrzyliśmy  ze  zgrozą,  jak  miota  się  po

parkingu i wymachuje rękami w jakimś obłąkańczym tańcu. Z ust ciekła mu piana. Wreszcie
walnął twarzą w srebrzystego, terenowego mercedesa. Krew trysnęła na karoserię.

Zaczął do nas wrzeszczeć, próbował nam coś powiedzieć, ale tylko bełkotał gardłowo.

Krew ściekała mu z nosa. Skręcał się i podrygiwał.

Na parkingu przybywało agentów i gapiów. Nie mogliśmy pomóc Francisowi. Zabijał

ludzi, niektórych otruł. Zamordował dwóch agentów FBI. Teraz patrzyliśmy, jak sam umiera
straszną śmiercią. Trwało to bardzo długo.

W końcu upadł i uderzył głową w chodnik. Drgawki powoli ustawały. Coś charczał.
Kucnąłem przy nim.
-  Gdzie  jest  agent  Michael  Doud? -  zapytałem  błagalnie. -  Powiedz  nam,  na  litość

boską.

Francis spojrzał na mnie i wykrztusił ostatnie słowa, jakie chciałbym usłyszeć.
- Macie nie tego faceta.
Potem umarł.

background image

EPILOG

TEN FACET

ROZDZIAŁ 121

Minęły trzy tygodnie i moje życie mniej więcej wróciło do normy. Ale nie było dnia,

żebym  nie  myślał  o  rzuceniu  pracy  w  policji.  Nie  wiedziałem,  czy  chodziło  o  sprawę
Supermózga,  czy  skumulowały  się  przeżycia  z  wcześniejszych  śledztw,  ale  miałem  tego
dosyć.

Większość  z  piętnastu  milionów  Francisa  przepadła  bez  śladu.  Wszyscy  w  FBI

dostawali szału. Betsey poświęcała cały swój czas na szukanie pieniędzy. Znów pracowała w
weekendy i rzadko się widywaliśmy. Chyba przewidziała to na Florydzie, kiedy powiedziała:
„Będę za tobą strasznie tęsknić”.

Tego wieczoru babcia mocno mi się naraziła. To przez nią tkwiliśmy z Sampsonem w

Pierwszym Kościele Baptystów na Czwartej ulicy, niedaleko mojego domu.

Wokół nas łkały kobiety i mężczyźni. Pastor i jego żona przekonywali ludzi, że takie

oczyszczenie  wyjdzie  im  na  dobre.  Trzeba  wyrzucić  z  siebie  złość,  strach  i  inne  trucizny
wewnętrzne. I wierni właśnie to robili. Oprócz Sampsona i mnie, wszyscy wypłakiwali sobie
oczy.

- Należy nam się coś wyjątkowego od babci za ten jej numer - szepnął mi do ucha

Sampson.

Uśmiechnąłem się. Zupełnie nie rozumiał tej kobiety. A poznał ją, mając dziesięć lat.
- Nie licz na to - odrzekłem. - Uważa, że to my jesteśmy jej coś winni za ratowanie

naszych tyłków, kiedy byliśmy szczeniakami.

- Ma rację, stary. Ale dzisiaj spłacimy kupę starych długów.
- Wygłaszasz kazanie do chóru - zauważyłem.
- Chór nie słucha, bo płacze - zachichotał. - Prawdziwy wieczór chusteczek do nosa.
Staliśmy  ściśnięci  między  dwiema  kobietami.  Szlochały  i  wykrzykiwały  modlitwy.

Takie specjalne nabożeństwa były ostatnio coraz popularniejsze w Waszyngtonie. Nazywano
je  „Przykro  mi,  siostro”.  Mężczyźni  składali  w  kościołach  hołd  kobietom  za  wszystkie
krzywdy fizyczne i moralne, których doznawały.

Moja sąsiadka nagle mnie objęła.
- To ładnie z twojej strony, że przyszedłeś - oświadczyła, przekrzykując hałas. - Dobry

z ciebie człowiek, Alex. Jak rzadko który.

background image

- I w tym mój problem - mruknąłem pod nosem, po czym dodałem głośniej: - Przykro

mi, siostro. Ty też jesteś dobrą kobietą. I miłą.

Przycisnęła  mnie  mocniej.  Widywałem  ją  w  naszej  okolicy.  Nazywała  się  Terri

Rashad. Była atrakcyjna, dumna i wesoła. Trochę po trzydziestce.

- Przykro mi, siostro - powiedział Sampson do swojej sąsiadki.
- I powinno ci być przykro jak cholera - odparła Lace McCray. - Ale dzięki. Nie jesteś

taki zły, jak myślałam.

Sampson szturchnął mnie.
- Duże przeżycie - szepnął swoim basem. - Może babcia miała rację, że kazała nam tu

przyjść.

- Wiedziała, co robi. Ona ma zawsze rację. To osiemdziesięcioletnia Oprah Winfrey.
Śpiewy, okrzyki i łkania nasiliły się.
- Co w ogóle słychać? - zapytał Sampson.
Zastanowiłem się.
-  Tęsknię  za  Christine.  Ale  cieszymy  się,  że  mały  jest  z  nami.  Babcia  mówi,  że  ją

odmładza. Ożywia nasz dom. Od rana do wieczora. Uważa nas za swój personel.

W  końcu  czerwca  Christine  wyjechała  do  Seattle.  Wreszcie  zdradziła mi,  dokąd  się

przeprowadza. Pojechałem do Mitchellville, żeby się pożegnać. Jej nowy samochód terenowy
był załadowany po dach. Objęła mnie i rozpłakała się.

- Może kiedyś... - szepnęła.
Może.
Ale teraz była w stanie Waszyngton, a ja w moim dzielnicowym kościele baptystów.

Podejrzewałem, że babcia chciała mi tu zorganizować randkę. Tak mnie to rozbawiło, że się
roześmiałem.

- Nie żal ci sióstr, Alex? - zapytał Sampson. Zaczynał za dużo gadać.
Zerknąłem na niego, potem się rozejrzałem.
- Oczywiście, że tak. Zobacz, ilu tu porządnych ludzi. Starają się, jak mogą. Chcą być

tylko trochę kochani od czasu do czasu.

- To nic złego - odparł i objął mnie mocno ramieniem.
- Na pewno nie. Po prostu starajmy się, jak najlepiej umiemy.

ROZDZIAŁ 122

Kilka dni później siedziałem na werandzie przy pianinie. Dochodziła północ. W domu

background image

było  cicho,  spokojnie  i  przyjemnie.  Tak,  jak  czasem  lubię.  Wcześniej  poszedłem  na  górę  i
zajrzałem do synka. Spał w swoim łóżeczku jak aniołek. Grałem jeden z moich ulubionych
utworów - Błękitną rapsodię Gershwina.

Myślałem o mojej rodzinie i naszym starym domu. Uwielbiałem tu mieszkać, mimo

wszystkich wad tej dzielnicy.  Znów zacząłem się czuć pewniej i lepiej.  Może pomogło mi
głośne, płaczliwe nabożeństwo w kościele baptystów? A może Gershwin?

Nagle zadzwonił telefon. Pobiegłem odebrać, żeby wszystkich nie obudził. Zwłaszcza

małego Aleksa, czyli AJ-a, jak ostatnio nazywali go Jannie i Damon.

Usłyszałem głos Kyle’a Craiga.
Bardzo rzadko zawracał mi głowę w domu. I nigdy o tej porze. Tak samo zaczęła się

sprawa Supermózga - od niego.

- O co chodzi, Kyle? - zapytałem. - Nie wrabiaj mnie w żadne nowe śledztwo.
- Mam złą wiadomość, Alex - odrzekł cicho. - Nawet nie wiem, jak ci to powiedzieć.

Jasna cholera, chłopie... Betsey Cavalierre nie żyje. Jestem teraz w jej domu. Przyjedź tutaj.

Odłożyłem słuchawkę chyba dopiero po minucie. Musiałem to zrobić, skoro znalazła

się z powrotem na widełkach. Ręce i nogi miałem jak z waty. Przygryzłem wargę i poczułem
smak krwi. Kręciło mi się w głowie. Kyle nie powiedział mi wszystkiego. Tylko tyle, żebym
przyjechał. Ktoś włamał się do Betsey i zabił ją. Kto? I dlaczego? Jezu!

Ubierałem  się  w  pośpiechu,  kiedy  telefon  znów  zadzwonił.  Chwyciłem  słuchawkę.

Pewnie to ktoś inny z następną złą wiadomością. Może Sampson albo Rakeem Powell?

Głos w słuchawce zmroził mnie.
-  Chciałem  ci  tylko  pogratulować.  Odwaliłeś  kawał  doskonałej  roboty.  Wyłapałeś

wszystkie  płotki,  które  dla  mnie  pracowały.  Dokładnie  tak,  jak  się  spodziewałem.  Prawdę
mówiąc, do tego miały mi służyć.

- Kto mówi? - zapytałem, choć nietrudno było zgadnąć.
- Przecież wiesz, doktorze detektywie Cross. Jesteś na tyle bystry. Chyba domyśliłeś

się, że złapanie biednego doktora Francisa było zbyt proste. Tak samo jak moich przyjaciół z
policji  nowojorskiej:  pana  Briana  Macdougalla  i  jego  kompanów.  Oczywiście  pozostaje
jeszcze  sprawa  brakujących  pieniędzy.  To  ja  jestem  tym,  kogo  nazywacie  Supermózgiem.
Słusznie,  to  do  mnie  pasuje.  Rzeczywiście  jestem  taki  dobry.  Na  razie  dobranoc  i  do
zobaczenia wkrótce. Aha, i miłej zabawy u Betsey Cavalierre. Ja byłem bardzo zadowolony.

background image

ROZDZIAŁ 123

Najpierw zadzwoniłem do Sampsona. Poprosiłem go, żeby przyjechał i został z babcią

i dziećmi. Potem popędziłem do domu Betsey w Woodbridge w Wirginii. Cały czas miałem
na liczniku sto sześćdziesiąt na godzinę.

Nigdy  tu  nie  byłem,  ale  trafiłem  bez  problemu.  Po  obu  stronach  ulicy  stały

samochody. Kilka crown victoria i grand marquise. Domyśliłem się, że to FBI. Przybywało
radiowozów z wyjącymi syrenami.

Wziąłem  głęboki  oddech  i  wszedłem.  Nagle  zakręciło  mi  się  w  głowie.  Kyle

dyrygował swoimi ludźmi z wydziału przestępstw z użyciem przemocy. Szukali dowodów.
Wątpiłem, żeby coś znaleźli. Przedtem nie mieli szczęścia; Supermózg nigdy  nie zostawiał
śladów.

Kilku agentów Biura chlipało. Ja też płakałem po drodze. Ale teraz musiałem jasno

myśleć  i  maksymalnie  się  skoncentrować.  Tylko  tak  mogłem  zobaczyć  miejsce  zbrodni
oczami zabójcy.

Wyglądało  to  na  włamanie.  Ktoś  dostał  się  tu  przez  okno  w  kuchni.  Technicy  FBI

filmowali je kamerą wideo. Patrzyłem na rzeczy Betsey, jej dom. Na lodówce leżała okładka
„Newsweeka” z amerykańską zdobywczynią Pucharu Świata w kobiecej piłce nożnej, Brandi
Chastain i nagłówkiem „Rządzą dziewczyny!”.

Dom musiał mieć około stu lat i był zagracony wiejskimi rupieciami. Obrazy Andrew

Wyetha,  zdjęcia  ptaków  jesienią  na  jeziorze.  Na  stole  w  holu  zauważyłem  wezwanie  dla
Betsey na następne strzelanie kwalifikacyjne w FBI.

Wreszcie  odważyłem  się  przejść  z  salonu  do  głównej  sypialni  na  końcu  korytarza.

Łatwo  było  poznać,  że  to  miejsce  zbrodni.  W  głębi  pokoju  pracowali  agenci.  Tu  zginęła
Betsey.

Jeszcze nie rozmawiałem z Kylem. Nie chciałem mu przeszkadzać. Może tym razem

jego ludzie coś znajdą. A może nie.

Potem ją zobaczyłem i nie wytrzymałem. Bezwiednie uniosłem lewą rękę do twarzy.

Nogi ugięły się pode mną i zacząłem się trząść.

W  uszach  dzwonił  mi  ten  cholerny  głos  z  telefonu:  „Aha,  i  miłej  zabawy  u  Betsey

Cavalierre. Ja byłem bardzo zadowolony”.

Rozebrał ją. Nigdzie nie dostrzegłem jej nocnego stroju. Była cała zakrwawiona, ale

najbardziej  między  nogami.  Tym  razem  użył  noża -  ukarał  ją.  Patrzyła  na  mnie  swoimi
pięknymi, piwnymi oczami, które już nic nie widziały. I nigdy już nie zobaczą.

background image

Zauważył  mnie  lekarz  z  FBI.  Znałem  go,  nazywał  się  Merrill  Snyder.  Już

pracowaliśmy razem i mieliśmy nieraz sukcesy. Ale nigdy w takiej sytuacji.

- Prawdopodobnie ją zgwałcił - szepnął do mnie. - W każdym razie użył noża. Może

wyciął  dowód.  Kto  wie,  Alex.  To  musi  być  chory  facet,  do  cholery!  Przychodzi  ci  coś  do
głowy?

- Tak - odrzekłem cicho. - Mam ochotę go zabić. I zabiję.

ROZDZIAŁ 124

Morderca przez cały czas był na miejscu - w mieszkaniu Betsey Cavalierre. Czuł ich

smutek i nienawiść i napawał się nimi. Co za przyjemny dreszcz emocji. Wielka, wspaniała
chwila w jego życiu.

Być tutaj z policją i FBI.
Ocierać  się  o  nich,  gawędzić  z  nimi.  Słuchać,  jak  go  przeklinają  i  opłakują  martwą

koleżankę. Widzieć ich strach i wściekłość na niego.

Ale byli bezsilni. Nie mogli nic zrobić.
To on kontrolował sytuację w obozie wroga.
Odwiedził nawet Betsey Cavalierre, która wierzyła, że pewnego dnia zajdzie na sam

szczyt w FBI.

Co za tupet.
Naprawdę  myślała,  że  jest  jedną  z  najlepszych  w  Biurze?  Oczywiście,  że  tak.  W

dzisiejszych czasach oni wszyscy myślą, że są tacy cholernie sprytni.

Ale  teraz  już  nie  wyglądała  na  taką  sprytną,  kiedy  leżała  naga  we  własnej  krwi,

zmaltretowana na wszystkie sposoby, jakie przyszły mu do głowy.

Zobaczył,  że  z  sypialni  wychodzi  Alex  Cross.  W  końcu  dostał  w  kość.  Ale  wciąż

odstawiał groźnego twardziela.

Zrobił odpowiednią minę i podszedł do Crossa.
To był właściwy moment.
- Bardzo mi przykro z powodu Betsey - powiedział Kyle Craig, Supermózg. - Bardzo

mi przykro, Alex.