background image

MAEVE  BINCHY

Srebrne gody

Z angielskiego przełożyła Teresa Lechowska

Świat Książki 

Skan i korekta Roman Walisiak

Tytuł oryginału SILVER WEDDING

Projekt okładki i stron tytułowych Maciej Sadowski

Redakcja Anna Bolecka

Redakcja techniczna Alicja Jabłońska

Korekta: Marianna Filipkowska, Jolanta Rososińska

Copyright © Maeve Binchy 1988

All rights reserved

© Copyright for the Polish edition by „Świat Książki",

© Copyright for the Polish translation by Teresa Lechowska, 1997

Świat Książki, Warszawa 1997

Skład KOLONEL.

Druk i oprawa OZGraf. Olsztyn

ISBN 83-7129-547-2

Nr 1767

Gordonowi Snellowi, memu najdroższemu i najlepszemu przyjacielowi.

 Rozdział Pierwszy.

background image

Anna.

Anna wiedziała, że stara się sprawiać wrażenie zainteresowanego. Tak 

dobrze umiała czytać z jego twarzy. To była ta sama mina, jaką u niego 

widywała, kiedy w klubie przysiadali się do nich starsi aktorzy i 

opowiadali historyjki o dawno zmarłych ludziach. Joe wtedy też usiłował 

okazać zainteresowanie, przybierał wyraz serdeczności, uprzejmości, 

powagi - licząc, że zostanie to poczytane za prawdziwe zainteresowanie, i 

w nadziei, że konwersacja nie potrwa zbyt długo.

-  Przepraszam, trochę się rozgadałam - usprawiedliwiała się Anna. 

Pociesznie się wykrzywiła. Siedziała po drugiej stronie łóżka ubrana 

jedynie w jedną z jego koszul. Oddzielały ich niedzielne gazety i taca ze 

śniadaniem.

Joe uśmiechnął się w odpowiedzi i tym razem był to uśmiech prawdziwy.

-  Ależ nie, to miłe, że tak się tym przejmujesz, bo dobrze jest troszczyć się 

o rodzinę.

Myślał tak rzeczywiście, to wiedziała, ponieważ w głębi serca wierzył, że 

troszczenie się o rodzinę to dobra rzecz, podobnie jak ściąganie kociaków 

z drzew i piękne zachody słońca, i duże psy collie. Zasadniczo Joe 

popierał dbałość o rodzinę, ale o swoją nie dbał zupełnie. Nie miał pojęcia, 

od ilu lat są małżeństwem jego rodzice. Nie wiedział prawdopodobnie, jak 

długo sam jest żonaty. Czymś takim jak dwudziestopięciolecie ślubu Joe 

Ashe nie zawracałby sobie głowy.

Anna patrzyła na niego ze znanym sobie uczuciem

7

czułości i lęku. Czule i opiekuńczo. Wyglądał tak słodko, gdy leżał oparty 

o wielkie poduchy, z opadającymi mu na twarz jasnymi włosami, z tak 

background image

spokojnymi, opalonymi, szczupłymi rękami. Pełna lęku - na myśl o tym, 

że miałaby go utracić, że mógłby zniknąć z jej życia równie cicho i bez 

wysiłku, jak się w nim pojawił.

Joe Ashe nigdy z nikim nie walczył, jak wyznał Annie, uśmiechając się 

szeroko, po chłopięcemu, życie jest zbyt krótkie, żeby walczyć. I to była 

prawda.

Kiedy nie dano mu jakiejś roli, dostał złą recenzję, kwitował to 

wzruszeniem ramion. - No cóż, mogło być inaczej, ale nie róbmy z tego 

sprawy.

Podobnie jak jego małżeństwo z Janet. - Skończyło się, po co więc 

udawać, że nadal trwa? - Spakował manatki do torby i odszedł.

Anna obawiała się, że pewnego dnia w tymże pokoju Joe spakuje torbę i 

znowu odejdzie. Ona będzie pomstować i błagać jak Janet, i nic to nie da. 

Ta ją nawet odwiedziła, proponując pieniądze, żeby tylko wyjechała. 

Opowiadała z płaczem, jaka była z nim szczęśliwa. Pokazywała zdjęcia 

dwu małych synków. Wszystko będzie znowu dobrze, jeśli tylko Anna 

wyjedzie.

- Ale on nie odszedł od pani z mojego powodu. Mieszkał sam od roku, 

zanim jeszcze się poznaliśmy - tłumaczyła Anna.

-  Tak, i przez cały ten czas myślałam, że wróci. Anna nie miała ochoty 

wspominać zalanej łzami Janet

ani tego, jak robiła dla niej herbatę, a jeszcze bardziej rozmyślać o tym, że 

jej własna twarz też będzie mokra od łez pewnego dnia, i na dodatek 

równie niespodziewanie, jak się to przydarzyło Janet. Przebiegł ją lekki 

dreszcz, gdy spojrzała na przystojnego chłopca w swoim łóżku. Mimo 

dwudziestu ośmiu lat Joe to wciąż chłopiec. Delikatny, okrutny chłopiec.

background image

-  O czym myślisz? - spytał.

Nie powiedziała. Nigdy mu nie mówiła, jak wiele o nim myśli i jak bardzo 

obawia się dnia, w którym od niej odejdzie.

8

-  Pomyślałam, że już czas zrobić następną filmową wersję Romea i Julii. 

Jesteś taki przystojny, że byłoby nie w porządku wobec świata, gdyby nie 

dano mu szansy oglądania ciebie - oznajmiła ze śmiechem.

Przechylił się i odstawił tacę na podłogę. Niedzielne gazety zsunęły się w 

ślad za nią.

-  Chodź tu do mnie - rzekł. - Moje myśli biegną tym samym torem, 

całkiem tym samym, jak to mówicie wy, Irlandczycy.

-  Co za znakomite naśladownictwo - powiedziała Anna z poważną miną, 

ale przytuliła się do niego. - Nic dziwnego, że jesteś najlepszym aktorem 

na świecie i słyniesz na całej kuli ziemskiej ze swoich wielkich 

umiejętności naśladowania najrozmaitszych akcentów.

Leżała w jego ramionach i nie przyznawała się, jak martwi się o te srebrne 

gody. Wyczytała z twarzy Joego, że już zbyt długo na ten temat 

deliberowała.

Joe nigdy nie zrozumiałby, co to znaczy w ich rodzinie. 

Dwudziestopięciolecie ślubu rodziców. W domu Doyle'ów celebruje się 

wszystko. Mają tam albumy ze zdjęciami, pudła z dokumentacją 

minionych uroczystych obchodów. W salonie na ścianie zrobiono galerię 

Głównych Uroczystości. Sam Dzień Ślubu, trzy Chrzty. Sześćdziesiąte 

urodziny babci O'Hagan, wizyta dziadka Doyle'a w Londynie, kiedy to 

wraz z nimi wszystkimi stoi obok strażnika przed pałacem Buckingham. 

Poważny młody strażnik w futrzanej czapie wygląda tak, jakby zdawał 

background image

sobie sprawę z doniosłości wizyty dziadka Doyle'a.

Są tam też trzy Pierwsze Komunie, trzy Bierzmowania, jest mała sekcja 

sportowa, drużyna szkolna w tym roku, gdy Brendan chodził do ostatniej 

klasy. A nawet jeszcze mniejsza sekcja akademicka -jej portret zrobiony 

podczas promocji. Upozowana i sztywna, dzierży w ręce dyplom tak, 

jakby ważył tonę.

Matka i ojciec zawsze żartowali na temat tej ściany, mówiąc, że to 

najcenniejsza kolekcja na świecie. Co by im przyszło ze starych mistrzów i 

słynnych obrazów, gdyby nie mieli czegoś o wiele od nich cenniejszego - 

tej jakże

9

wymownej ściany oznajmiającej światu, o co im chodziło w życiu.

Anna zawsze się wzdrygała, gdy mówili to komuś, kto przyszedł w 

odwiedziny. Wzdrygnęła się i teraz, leżąc w ramionach Joego.

-  Czy to ja cię przyprawiam o drżenie, czy to namiętność? - zapytał.        

-  Rozpasana namiętność - odparła, zastanawiając się, czy to normalne, 

żeby leżeć obok najatrakcyjniejszego mężczyzny w Londynie i myśleć nie 

o nim, lecz o ścianie w salonie rodzinnego domu.

Rodzinny dom trzeba będzie udekorować na srebrne gody. Zawieszą 

mnóstwo dzwonków z tektury i srebrnych wstążek. I kwiaty popstrykane 

sreberkiem. Do magnetofonu włożą taśmę z Walcem Rocznicowym. Na 

parapetach piętrzyć się będzie stos kartek z życzeniami, może ich być 

nawet tak dużo, że rozwieszą je nad kominkiem jak życzenia na Boże 

Narodzenie. Pojawi się udekorowany w sposób tradycyjny tort, a 

zaproszenia będą mieć srebrne brzegi. Zaproszenia na co? Właśnie ta 

sprawa zaprzątała umysł Anny. Jako dzieci powinni zorganizować coś 

background image

takiego swoim rodzicom. Anna i jej siostra Helena, i brat Brendan.

Czyli w gruncie rzeczy Anna.

To ona będzie musiała zająć się wszystkim.

Obróciła się w stronę Joego, żeby go pocałować. Nie będzie teraz myśleć o 

tym jubileuszu. Pomyśli o nim jutro, gdy będą jej płacić za sterczenie w 

księgarni.

Nie będzie o tym myśleć w tej chwili, gdy można myśleć o znacznie 

przyjemniejszych rzeczach.

-  To już lepiej, myślałem, że mi zasnęłaś - powiedział Joe i przyciągnął ją 

do siebie.

Anna Doyle pracowała w małej księgarni, Książki dla Ludzi, popieranej 

przez autorów, wydawców i wszelkiego rodzaju media. Nigdy nie nudziło 

ich powtarzanie, że to księgarnia z charakterem, nie tak jak te księgarskie 

molochy, całkowicie pozbawione duszy. W głębi serca Anna niezupełnie 

się z tym zgadzała.

10

Zbyt często w ciągu dnia pracy musiała odprawiać z kwitkiem 

interesantów pytających o całkiem zwyczajne rzeczy, o ostatni bestseller, o 

kolejowy rozkład jazdy, o książkę przepisów na potrawy z mrożonek. 

Zawsze musiała ich posyłać gdzie indziej. Uważała, że jeśli księgarnia ma 

zasługiwać na swoją nazwę, powinna naprawdę mieć na składzie takie 

właśnie rzeczy, zamiast oferować klienteli jedynie dzieła z dziedziny 

psychologii, szczegółowe przewodniki, poezję, socjologię i współczesną 

satyrę.

I gdyby chociaż byli naprawdę specjalistami. Zamierzała odejść stamtąd 

rok temu, ale wtedy właśnie poznała Joego. A kiedy Joe wprowadził się do 

background image

niej, tak się złożyło, że nie miał pracy.

Robił to i owo tu i tam i nigdy nie był całkiem bez pieniędzy. Zazwyczaj 

miał ich nawet dość, żeby kupić Annie ładny indyjski szal albo piękny 

papierowy kwiat, a w delikatesach w Soho najwspanialsze grzyby.

Nigdy natomiast nie starczało na zapłacenie czynszu czy opłaty za 

telewizję, rachunku za telefon lub elektryczność. Byłoby głupotą ze strony 

Anny, gdyby porzuciła stałą posadę, nie mając nic lepszego na oku. 

Została zatem w Książkach dla Ludzi, choć nienawidziła tej nazwy, 

uważając, że większość kupujących książki to tak czy inaczej ludzie. 

Wszyscy pracujący tutaj byli bardzo mili. Nigdy nie spotykała się z nikim 

z nich na gruncie prywatnym, ale od czasu do czasu urządzano dni 

podpisywania książek, wieczory poetyckie, a nawet spotkania przy serze i 

winie na benefis pobliskiego teatrzyku. Wówczas właśnie poznała Joego 

Ashe'a.

W poniedziałek rano przyszła wcześnie do pracy. Jeśli chciała mieć czas 

na rozmyślanie czy na pisanie listów, to jedyną szansą było zjawienie się w 

księgarni przed innymi. Pracowały tu tylko cztery osoby i każda miała 

klucz. Wyłączyła alarm przeciwwłamaniowy, wzięła mleko w pudełku i 

pocztę z wycieraczki. Same okólniki i ulotki. Listonosz jeszcze nie 

przyszedł. Włączając elektryczny czajnik, żeby zrobić kawę, ujrzała się w 

małym lusterku przyczepionym do  ściany.  Moje oczy wydają się duże

11

i niespokojne, pomyślała. Pogładziła w zadumie twarz. Była blada, wielkie 

piwne oczy miała wyraźnie podkrążone. Włosy ściągnęła jaskraworóżową 

wstążką, dopasowaną odcieniem do różowej trykotowej koszulki. Muszę 

się trochę podmalować, pomyślała, bo będę straszyć ludzi.

background image

Szkoda, że nie zdobyła się wtedy na obcięcie włosów. To było takie 

dziwne, zamówiła się już przecież w eleganckim salonie, gdzie czesali się 

niektórzy członkowie rodziny królewskiej. Jedna z pracujących tam 

fryzjerek przyszła kiedyś do księgarni i zaczęły ze sobą rozmawiać. 

Dziewczyna obiecała policzyć jej mniej niż normalnie. Tymczasem Anna 

na wieczorku na rzecz teatru poznała Joego, a ten jej powiedział, że 

zachwycają go jej gęste ciemne włosy.

Spytał, jak robi to tak często do dziś: - O czym myślisz? - I wtedy, na 

samym początku ich znajomości, powiedziała mu prawdę. Myśli o tym, że 

nazajutrz pójdzie obciąć włosy.

- Proszę nawet tego nie rozważać - rzekł Joe, po czym zaproponował, żeby 

poszli zjeść coś po grecku i przedyskutowali tę sprawę jak należy.

Siedzieli razem w tę ciepłą wiosenną noc i on opowiadał jej o swoim 

aktorstwie, a ona o swojej rodzinie. Że zamieszkała osobno, bojąc się, by 

nie uzależnić się zbytnio od rodziny, bo zanadto wciąga się w ich sprawy. 

Jeździ oczywiście do domu na niedziele i jeszcze na jeden wieczór w ciągu 

tygodnia. Joe patrzył na nią oczarowany. Nie znał takiego życia, w którym 

dorosłe dzieci wciąż wracają do swojego gniazda.

Odwiedzała go często, potem on przychodził do niej, bo tak było 

wygodniej. Joe powiedział Annie rzeczowo i zwięźle o Janet i dwu małych 

synkach. Ona zaś opowiedziała o wykładowcy w college'u, w którym dość 

niemądrze zakochała się pod koniec studiów, co skończyło się trójkami i 

olbrzymim poczuciem straty.

Joe dziwił się, że powiedziała mu o tym wykładowcy. W grę nie wchodził 

przecież spór o podział majątku czy dzielenie się dziećmi. On 

poinformował ją o Janet tylko dlatego, że wciąż był jej mężem. Anna 

background image

chciała powiedzieć wszystko, ale Joe w gruncie rzeczy nie chciał słuchać.

12

Wydawało się całkiem logiczne, że powinien z nią zamieszkać. Nie 

proponował tego i przez jakiś czas Anna zastanawiała się, jak ma 

zareagować, gdyby Joe ją poprosił, żeby się do niego sprowadziła. 

Miałaby trudności z oznajmieniem tego rodzicom. W końcu po jednym z 

długich miłych weekendów zdecydowała, że spyta, czy nie 

przeprowadziłby się do jej małego parterowego mieszkanka na Shepherd's 

Bush.

-  Przeprowadzę się, jeśli tego chcesz - odparł Joe, zadowolony, lecz nie 

zdziwiony, nie mający nic przeciwko temu, ale nie przesadnie wdzięczny. 

Wrócił do siebie, umówił się co do czynszu i z dwiema torbami 

podróżnymi oraz skórzaną kurtką przerzuconą przez rękę przyszedł 

zamieszkać z Anną.

Z Anną, która musiała skrzętnie ukrywać ten fakt przed rodzicami 

mieszkającymi w Pinner i w świecie, gdzie córki nie zapraszały żonatych 

mężczyzn do siebie na wieczór, a cóż dopiero na całe życie.

Joe mieszkał z nią od tego kwietniowego poniedziałku przed rokiem. A 

teraz był maj roku 1985 i dzięki szeregowi skomplikowanych manewrów 

Annie udawało się odseparować od siebie świat Pinner i Shepherd's Bush i 

przenosić się z jednego do drugiego z wciąż rosnącym poczuciem winy.

Matka Joego miała pięćdziesiąt sześć lat, ale wyglądała o wiele młodziej. 

Pracowała przy bufecie z gotowymi daniami w barze, do którego 

przychodziło wielu aktorów, widywali więc ją chyba dwa lub trzy razy w 

tygodniu. Zachowywała się przyjaźnie, choć wymijająco, machając do 

nich ręką na powitanie, jakby byli po prostu dobrymi klientami. Mniej 

background image

więcej przez pół roku nie wiedziała, że mieszkają razem. Joe nie zadał 

sobie trudu, żeby matkę poinformować. Kiedy się o tym dowiedziała, 

powiedziała do Anny: „To miło, kochana" - dokładnie takim tonem, jakim 

przemówiłaby do zupełnie nie znanej osoby proszącej o plasterek cielęciny 

i szynkę w cieście.

Anna chciała, żeby ich odwiedziła.

-  Po co? - spytał Joe, szczerze zdumiony.

13

Przy następnej bytności w barze Anna podeszła do bufetu, żeby osobiście 

ją zaprosić.

- Czy zechciałaby pani przyjść do nas do domu?

-  Po co? - zapytała z zainteresowaniem matka Joego. Anna była 

zdeterminowana.

- Nie wiem, może na drinka.

-  O Boże, kochana, ja nigdy nie piję. Tutaj wystarczająco się na to 

napatrzyłam, żeby mnie odrzuciło, mówię ci.

- No to żeby zobaczyć swojego syna - nie rezygnowała Anna.

-  Przecież widuję go tutaj, czyż nie? A on jest już dorosły, kochana, i nie 

pragnie oglądać dzień w dzień swojej starej mamy.

Anna patrzyła na nich od tej pory zafascynowana, na pół z przerażeniem, 

na pół z zazdrością. Byli tylko dwojgiem ludzi mieszkających w tym 

samym mieście i zdawkowo rozmawiających ze sobą przy spotkaniu.

Nigdy nie mówili o innych członkach rodziny. Ani o siostrze Joego, która 

przebywała w ośrodku rehabilitacyjnym z powodu narkotyków, ani o 

najstarszym bracie, który służył jako najemny żołnierz w Afryce, ani o 

najmłodszym bracie, który pracował w telewizji jako kamerzysta.

background image

Nigdy nie pytała o wnuków. Joe mówił Annie, że Janet czasem 

przyprowadza do niej chłopców, on zaś niekiedy zabiera ich do parku w 

pobliżu jej domu i babka spędza z nimi parę chwil. Nigdy jednak nie 

przychodzą do niej do domu.

-  Myślę, że ma faceta, młodego gościa, i nie chce, żeby kupa wnuków tam 

się pałętała. - Dla Joego to było proste i jasne.

Dla Anny - jakby z innej planety.

W Pinner, jeśli miało się wnuki, to były one w domu centralnymi 

postaciami, tak samo jak dzieci przez blisko ćwierć stulecia. Anna znowu 

westchnęła na myśl o czekających ją uroczystych obchodach i o tym, że 

będzie musiała się z nimi uporać na własną rękę, tak jak musiała uporać 

się z tyloma innymi rzeczami.

Nie miało sensu wysiadywanie w pustej księgarni nad

14

kawą i użalanie się, że Joe nie jest jak inni mężczyźni, nie można się na 

nim oprzeć, bo nie chce dzielić z nią tego rodzaju spraw. Od pierwszego 

spędzonego wspólnie wieczoru wiedziała, że na nic takiego nie może 

liczyć.

Teraz musiała się zastanowić, w jaki sposób zorganizować w październiku 

te srebrne gody, żeby nikogo nie doprowadzić do szaleństwa.

Z Heleny nie będzie żadnego pożytku, to rzecz pewna. Przyśle ozdobną 

kartkę podpisaną przez wszystkie siostry, zaprosi rodziców na specjalną 

rodzinną mszę z zakonnicami, zwolni się na jeden dzień i zjedzie do 

Pinner w swojej bezbarwnej, szarej bluzie i spódnicy, z włosami martwymi 

i bez połysku, z dużym krzyżem zawieszonym na łańcuszku na szyi i 

trzymanym nieustannie w ręce. Helena nawet nie wyglądała na zakonnicę, 

background image

tylko jak ktoś lekko niedorozwinięty i źle ubrany, kryjący się za dużym 

krucyfiksem. I pod wieloma względami tak właśnie jest. Helena pojawi 

się, kiedy wszystko będzie gotowe, i zabierze w swojej płóciennej torbie 

to, co nie zostanie zjedzone, bo jedna z zakonnic uwielbia piernik, a inna 

ma słabość do wszystkiego, co jest z łososiem.

Oczami duszy i z uczuciem rozpaczy Anna ujrzała przyszłość swojej 

młodszej siostry Heleny, członkini religijnej wspólnoty w południowym 

Londynie - grzebiącej w jedzeniu niczym śmieciarka i napełniającej 

puszkę po herbatnikach smakołykami zapakowanymi w folię.

Helena jednak przynajmniej przyjedzie. Czy Brendan w ogóle się zjawi? 

To było prawdziwe zmartwienie, i to takie, że starała się nawet o tym nie 

myśleć. Jeśli Brendan nie wsiądzie do pociągu i na statek, a potem raz 

jeszcze do pociągu i nie przyjedzie do Pinner na dwudziestopięciolecie 

ślubu rodziców, to równie dobrze od razu można by całą imprezę odwołać. 

Takiej hańby nigdy nie da się ukryć, takiej nieobecności nie będzie można 

nigdy zapomnieć.

Zdjęcie niekompletnej rodziny na ścianie.

Pewno będą kłamać i powiedzą, że Brendan przebywa w Irlandii i nie 

może zostawić farmy z powodu żniw,

15

strzyżenia owiec czy też czegoś, co się robi na farmach w październiku.

Uświadamiała sobie jednak z nieprzyjemną wyrazistością, że byłaby to 

wątpliwa wymówka. Drużba i druhna będą wiedzieć, że chodzi o 

obojętność, i sąsiedzi będą to wiedzieć, i ksiądz będzie wiedzieć.

I srebro straci swój połysk.

Jak ściągnąć Brendana z powrotem - oto problem. A może nie? Po co go 

background image

ściągać? Być może to jeszcze większy problem.

W czasach szkolnych był zawsze taki spokojny. Któż mógł wiedzieć, że 

odczuwał dziwne pragnienie odejścia od rodziny i wyjechania na takie 

odludzie. Anna przeżyła wstrząs, kiedy im to powiedział. Z całą 

otwartością i bez oglądania się na to, jak tę wiadomość odbierze reszta 

rodziny.

-  Nie wrócę we wrześniu do szkoły, nie ma sensu próbować mnie 

przekonywać. Nie będę zdawać żadnych egzaminów, do niczego nie są mi 

potrzebne. Pojadę do Vincenta. Do Irlandii. Wyjadę najszybciej, jak będę 

mógł.

Pomstowali i błagali. Bez powodzenia. Zamierza robić właśnie to i basta.

-  Ale dlaczego nam to robisz? - Matka płakała.

-  Niczego wam nie robię. - Brendan był delikatny. - Robię to dla siebie, a 

was nic to nie będzie kosztować. Na tej farmie wychowywał się ojciec, 

myślałem więc, że będziecie zadowoleni.

-  Nie wyobrażaj sobie, że on automatycznie przekaże ci farmę - prychnął 

ojciec. - Ten stary odludek może równie dobrze zostawić ją misjonarzom. 

A ty się przekonasz, że wszystko to na nic.

-  Ojcze, nie myślę o dziedziczeniu, o testamentach i umierających, ja 

myślę o tym, jak chcę przeżyć życie. Byłem tam szczęśliwy, a Vincentowi 

przyda się dodatkowa para rąk.

-  Jeśli tak, to czy to nie dziwne, że nigdy się nie ożenił i nie sprokurował 

sobie we własnym domu kilku par rąk bez ściągania do siebie obcych?

16

- Nie jestem obcy, ojcze - rzekł Brendan. - Jestem jego krewnym, synem 

jego brata.

background image

To był koszmar.

I od tego czasu kontakty ograniczone zostały do minimum, do kartek na 

święta Bożego Narodzenia i na urodziny. Może jeszcze też na rocznice. 

Anna nie pamiętała. No właśnie, rocznice. Jak ma zgromadzić cały zespół 

na tę rocznicę?

Druhną, jak ją zawsze nazywali, była Maureen Barry. Najlepsza 

przyjaciółka matki. Razem chodziły do szkoły w Irlandii. Maureen nigdy 

nie wyszła za mąż. Miała tyle samo lat co matka - czterdzieści sześć - choć 

wyglądała młodziej. Prowadziła dwa sklepy z ubraniami w Dublinie - nie 

zgadzała się, żeby nazywać je butikami. Może Anna mogłaby z nią 

pogadać i zorientować się, jakie wyjście byłoby najlepsze. W głowie 

zabrzęczał jej jednak ostrzegawczy dzwonek. Matka pieczołowicie dbała o 

to, żeby nic nie wydostawało się poza rodzinę.

Zawsze utrzymywano różne sekrety przed Maureen.

Jak wtedy, gdy ojciec stracił pracę. Nie można było o tym mówić.

Jak wtedy, gdy Helena, mając czternaście lat, uciekła z domu. Nigdy nawet 

nie piśnięto słowa o tym Maureen. Matka mówiła, że w ostateczności nic 

nie ma znaczenia, wszystko da się uładzić, o ile tylko nie wynosi się tego 

poza dom i nie opowiada sąsiadom i przyjaciołom o wszystkich sprawach 

rodziny Doyle'ów. Wydawało się, że gdy dzieje się coś niedobrego, jest to 

bardzo skuteczne i uśmierzające lekarstwo, toteż rodzina zawsze trzymała 

się tej zasady.

Pewno myślicie, że Anna powinna zatelefonować teraz do Maureen Barry 

i spytać ją, jako najstarszą przyjaciółkę matki, jak postąpić z Brendanem i 

w ogóle co zrobić z tą całą rocznicą.

Tylko że matka załamałaby się i umarła, gdyby żywiła najsłabsze nawet 

background image

podejrzenie, że ktoś z rodziny zdradził jej sekret. A obojętność Brendana 

to wielki sekret.

Nikogo z rodziny też nie można prosić o pośrednictwo.

Jaki zatem rodzaj przyjęcia? Rocznica wypadała w sobotę,

17

mógł więc to być lunch. Wokół Pinner, Harrow, Northwood nie brak hoteli 

oraz restauracji i miejsc, w których zazwyczaj urządza się tego rodzaju 

imprezy. Chyba hotel będzie najlepszy.

Po pierwsze odbyłoby się wszystko jak trzeba, menedżer od bankietów 

zająłby się trunkami, ciastami i fotografiami.

Nie trzeba byłoby całymi tygodniami intensywnie sprzątać rodzinnego 

domu i pielęgnować ogródka od frontu.

Lecz jako najstarsza córka Doyle'ów dawno miała okazję się nauczyć, że 

hotel nie jest miejscem odpowiednim. Nasłuchała się w przeszłości 

niechętnych uwag na temat hoteli, miażdżących i krytycznych opinii o 

takiej rodzinie, która nie fatyguje się, żeby urządzić tego rodzaju 

uroczystość we własnym domu, albo o innej, która byłaby całkiem 

zadowolona, zapraszając cię do jakiegoś zwykłego hotelu, miejsca całkiem 

bezosobowego, a nie puściłaby cię za próg własnego domu, dziękuję 

pięknie.

Trzeba będzie urządzić to w domu i na zaproszeniu wydrukować 

srebrnymi literami, że zaprasza się do Salthill, Rosemary Drive numer 26, 

w Pinner. Nadmorskie kąpielisko w zachodniej Irlandii, dokąd matka i 

Maureen Barry jeździły w czasach młodości, nazywało się właśnie 

Salthill. Było tam ładnie, jak mówiły. Ojciec nigdy do Salthill się nie 

wybrał, jego zdaniem nie starczało mu czasu na długie rodzinne wakacje, 

background image

gdy jako młody człowiek próbował się urządzić w Irlandii.

Ze znużeniem Anna sporządziła listę gości. Będzie tyle osób, jeśli nie 

przyjadą ci z Irlandii, a tyle, jeśli przyjadą. Mogłoby być tyle, gdyby 

jedzenie podawać przy stole, a tyle, jeśli urządzono by bufet. Tyle, gdyby 

w grę wchodziły tylko alkohole i zakąski, a tyle, gdyby miał to być cały 

obiad.

I kto za to zapłaci?

Najczęściej płacą dzieci, to wiedziała.

Helena jednak ślubowała ubóstwo i nie miała nic. Brendan, nawet gdyby 

się zjawił, co wydawało się mało prawdopodobne, za swoją pracę 

otrzymywał zapłatę jak robotnik rolny. Anna zaś mogła wydać bardzo 

niewiele na to przyjęcie.

18

Miała rzeczywiście mało pieniędzy. Oszczędzając na wszystkim, 

rezygnując z lunchów i dzięki roztropnym zakupom robionym w 

filantropijnych sklepach Oxfamu, odłożyła sto trzydzieści dwa funty. 

Ulokowała je w firmie budowlanej, licząc na to, że uzyska dwieście 

funtów, a wówczas, jeśli Joe będzie mieć też dwieście, wybiorą się razem 

do Grecji. Joe na razie miał jedenaście funtów, czekało go więc dłuższe 

oszczędzanie. Był jednak pewien, że wkrótce dostanie jakąś rolę. Agent 

powiedział mu, że pojawia się mnóstwo możliwości. Teraz lada dzień 

mógł zacząć pracować.

Anna miała nadzieję, że zacznie pracować, naprawdę i szczerze miała taką 

nadzieję.

Jeśli dostanie coś dobrego, gdzie się na nim poznają, coś stałego, to wtedy 

wszystko inne się ułoży. Nie tylko wakacje w Grecji, ale wszystko. Będzie 

background image

mógł zawrzeć porozumienie w sprawie synów, dać coś Janet, żeby poczuła 

się niezależna, i rozpocząć formalności rozwodowe. Wtedy Anna mogłaby 

zaryzykować odejście z Książek dla Ludzi i przenieść się do jakiejś 

większej księgarni, gdzie z łatwością dostałaby awans jako osoba z 

wyższym wykształceniem i mająca już doświadczenie z pracą w handlu. 

Na pewno bardzo ją polubią.

Czas szybko upływał na rozmyślaniu i niebawem usłyszała obracające się 

w zamku klucze. Zjawiali się inni pracownicy. Wkrótce księgarnia została 

otwarta. I znowu koniec z planowaniem.

W przerwie na lunch postanowiła, że pojedzie tego wieczoru do Pinner i 

zapyta po prostu rodziców, jak chcieliby uczcić ten dzień. Wyglądało to co 

prawda mniej uroczyście niż zakomunikowanie im, że przygotowania już 

są w toku. Lecz próbować zorganizować na własną rękę tę uroczystość to 

doprawdy nonsens, a zresztą mogłaby się w tym czy w owym pomylić. Po 

prostu ich spyta.                   

Zadzwoniła, że przyjedzie. Matka się ucieszyła. 

- To świetnie, Anno, bo strasznie dawno cię nie widzieliśmy. Właśnie 

mówiłam do taty: mam nadzieję, że Anna jest zdrowa i nic złego się nie 

stało.

19

Anna zgrzytnęła zębami.

-  Dlaczego miałoby się stać coś złego?

-  No bo tyle czasu minęło i nie wiemy, co porabiasz. Tylko osiem dni, 

mamo. Byłam u was w ostatni

weekend.

-  Tak, ale nie wiemy, jak się miewasz...

background image

-  Dzwonię do was niemal codziennie, wiecie więc, jak się miewam i co 

robię. Wstaję rano z łóżka na Shepherd's Bush, przyjeżdżam tu metrem, a 

potem wracam znowu do domu. To właśnie robię, mamo, podobnie jak 

wiele milionów ludzi w Londynie. - Podniosła głos, zirytowana 

zachowaniem matki.

Reakcja matki była zdumiewająco łagodna.

-  Dlaczego na mnie krzyczysz, dziecko kochane? Powiedziałam tylko, jak 

się cieszę, że dzisiaj przyjedziesz. Ojciec będzie zachwycony. Zjemy stek z 

grzybami, dobrze? Uczcilibyśmy w ten sposób twój powrót do domu. Tak, 

pobiegnę dziś po południu do rzeźnika, żeby kupić mięso. To wspaniale, 

że zamierzasz wrócić. Nie mogę się wprost doczekać, żeby powiadomić o 

tym twojego ojca. Zaraz zatelefonuję do niego do pracy i powiem mu o 

tym.

-  Nie... mamo, po prostu... myślałam...

-  Oczywiście, że mu powiem, sprawię twojemu ojcu przyjemność, to coś, 

na co będzie się cieszył.

Matka się rozłączyła, a Anna stała bez ruchu, trzymając w ręce słuchawkę, 

i myślała o tym, jak raz przywiozła Joego na lunch do Salthill, Rosemary 

Drive numer 26. Zaprosiła go jako „jednego z przyjaciół" i przez całą 

drogę skłaniała do przyrzeczenia, iż nie zdradzi, że a) z nią żyje, i b) jest 

żonaty.

-  Która z tych dwu rzeczy, gdyby się wydała, byłaby bardziej groźna? - 

spytał Joe, uśmiechając się szeroko.

-  Obie są równie groźne - odparła z taką powagą, że nachylił się i 

pocałował ją w nos na widoku publicznym, w pociągu.

Wizyta całkiem się udała, pomyślała Anna. Matka i ojciec uprzejmie pytali 

background image

Joego o karierę aktorską i o to, czy zna słynnych aktorów i aktorki.

20

W kuchni matka spytała, czy to jej chłopak. Tylko przyjaciel, zapewniła 

Anna.

W drodze powrotnej zagadnęła Joego, jak mu się podobali.

-  Są mili, tylko bardzo nerwowi - odpowiedział. Nerwowi? Rodzice? 

Nigdy nie pomyślała, że mogą być

nerwowi. A jednak do pewnego stopnia to prawda.

Joe nie wiedział, jacy są, gdy nie ma nikogo obcego. Matka zastanawia się, 

dlaczego nie zastali Heleny, gdy w tym tygodniu dwukrotnie dzwonili do 

niej do klasztoru. Ojciec chodzi w kółko po ogródku, obrywa główki 

kwiatom i mówi, że Brendan był zawsze taki niespokojny i gnuśny, że 

musiał skończyć jako wiejski przygłup, który pogryza źdźbła słomy na 

małej farmie. Trudno zrozumieć, dlaczego chciał wrócić właśnie do tej 

jednej jedynej wsi w Irlandii, gdzie ich znano, i zamieszkać z jedynym 

człowiekiem w Irlandii - który, jak można gwarantować, wystawia jak 

najgorsze świadectwo Doyle'om i całej ich działalności - z jego rodzonym 

bratem Vincentem, dla Brendana stryjem Vincentem. Po to tylko, żeby 

odziedziczyć tę nędzną farmę.

Joe nic takiego nie widział, a mimo to uważał, że jej rodzice są nerwowi.

Zaczęła to drążyć. Dlaczego? Jak się to przejawia?

Lecz Joe nie zamierzał dać się wciągnąć w debatę.

-  Tak bywa - rzekł z uśmiechem, by pozbawić swoje słowa kolców. - 

Niektórzy ludzie prowadzą takie życie, w którym można powiedzieć to, a 

tamtego nie, i zastanawiają się, co można mówić, a czego nie. To taki 

sposób bycia, w którym wszystko jest udawaniem, grą... Mnie to nie 

background image

przeszkadza, jeśli ktoś chce tak żyć. Nie jest to mój sposób na życie, ale 

ludzie tworzą wiele zasad i żyją według nich...

-  Nie jesteśmy tacy! - Ubodły ją słowa Joego.

-  Nie krytykuję ciebie, moja droga. Mówię ci tylko, co widzę... Widzę, że 

ci od Hare Kriszny golą sobie głowy, tańczą i machają dzwonkami. Widzę, 

że ty i twoja rodzina gracie zupełnie jak oni. Nie pozwolę, żeby ci od Hare

21

Kriszny natrząsali się ze mnie, nie pozwolę też na to twoim staruszkom. W 

porządku? - Uśmiechnął się do niej zwycięsko.

Odwzajemniła uśmiech z uczuciem pustki w duszy i postanowiła więcej 

nie rozmawiać o domu.

Dzień pracy dobiegł końca. Kiedy księgarnię zamykano, znajdował się w 

niej jeszcze jeden z sympatyczniejszych wydawniczych agentów 

handlowych. Zaprosił ją na drinka.

-  Wybieram się do tej dziury Pinner - oznajmiła Anna. - Lepiej będzie, 

jeśli zaraz ruszę w drogę.

-  Jadę w tamtą stronę, to może napilibyśmy się po drodze? - powiedział.

-  Nikt nie jeździ do Pinner - zaśmiała się.

-  Och, skąd wiesz, że nie mam w tamtych stronach kochanki albo że nie 

liczę na zdobycie jej właśnie tam? - Nie rezygnował.

-  U nas na Rosemary Drive nie dyskutowalibyśmy o takich rzeczach - 

rzekła Anna z przesadną kpiną.

-  Daj spokój, wsiadaj, samochód stoi na podwójnej żółtej linii *.

* Żółte linie oznaczają zakaz zatrzymywania się i postoju (przyp. tłum.).

 - Ken się zaśmiał.

Nazywał się Green i Anna często rozmawiała z nim w księgarni. Oboje 

background image

rozpoczęli pracę tego samego dnia i to ich połączyło.

Nosił się z zamiarem odejścia ze swojej firmy i przeniesienia się do jakiejś 

większej, tak samo jak ona; i żadne z nich tego nie zrobiło.

-  Myślisz, że jesteśmy po prostu tchórzami? - spytała, kiedy uporali się ze 

wzmożonym w porze szczytu ruchem.

-  Nie, zawsze są jakieś powody. Co cię powstrzymuje, ta moralna rodzina 

na Rosemary Drive?

-  Skąd wiesz, że to moralna rodzina? - zdumiała się.

-  Mówiłaś mi przed chwilą, że w twoim domu nie mówi się o kochankach 

- odparł Ken.

-  Święta prawda, byliby okropnie niezadowoleni, gdyby wiedzieli, że ja 

sama nią jestem - zauważyła.

22

-  Ja też byłbym niezadowolony. - Wydawało się, że Ken mówi poważnie.

-  Och, daj sobie z tym spokój - zakpiła. - Zawsze łatwo jest prawić 

komplementy komuś, o kim się wie, że jest z kimś związany, to o wiele 

bezpieczniejsze. Gdybym ci powiedziała, że jestem wolna i szaleję, 

uciekłbyś na odległość stu mil ode mnie, zamiast zapraszać mnie na 

drinka.

-  Mylisz się. Opuszczałem księgarnię specjalnie jako ostatni, przez cały 

dzień myślałem, jak miło będzie cię zobaczyć. Nie oskarżysz mnie o 

tchórzostwo, co?

Po koleżeńsku poklepała go po kolanie.

-  Nie. Nie doceniałam cię. - Głęboko westchnęła. Z Kenem łatwo się 

rozmawiało, nie musiała zważać na to, co mówi. Tak jak to będzie musiała 

robić, gdy znajdzie się w Salthill przy Rosemary Drive. I potem, kiedy 

background image

wróci do Joego.

-  Czy to westchnienie to znak zadowolenia? - zagadnął.

Joemu albo matce czy ojcu powiedziałaby, że tak.

-  Raczej zmęczenia. Znużyły mnie wszystkie te kłamstwa - rzekła. - 

Bardzo znużyły.

-  Ale jesteś dorosłą dziewczyną, na pewno nie musisz kłamać na temat 

swojego życia i tego, jak je pędzisz.

Anna pokiwała ponuro głową.

-  Muszę, naprawdę muszę.

-  Może tylko myślisz, że musisz.

- Nie, muszę. Choćby w sprawie telefonu. Powiedziałam w domu, że 

zabrano mi telefon, żeby więc do mnie nie dzwonili. A to dlatego, że na 

automatycznej sekretarce nagrany jest anons: „Mieszkanie Joego Ashe'a". 

On musi to mieć, bo jest aktorem, a aktorzy nie mogą być nieosiągalni.

-  Oczywiście - zgodził się Ken.

-  Więc nie chcę, żeby moja matka dzwoniła i słyszała męski głos. I nie 

chcę, żeby ojciec pytał, co ten młody człowiek robi w moim mieszkaniu.

-  To prawda, ojciec mógłby cię o to spytać, i o to,

23

dlaczego on nie ma swojej własnej automatycznej sekretarki i swojego 

numeru - rzekł srogim tonem Ken.

- Muszę więc uważać, żeby nie wspomnieć o czymś takim jak płacenie 

rachunków za telefon. Muszę pamiętać, że nie można do mnie dzwonić. 

Oto jedno z dziewięciu milionów łgarstw.

-  A czy wszystko w porządku na drugim końcu drutu? Mam na myśli to, 

czy nie musisz kłamać temu swojemu aktorowi? - Ken chyba bardzo 

background image

chciał się tego dowiedzieć.

-  Kłamać? Nie, absolutnie nie, o czym miałabym kłamać?

- Nie wiem, wspominałaś o tych wszystkich kłamstwach. Pomyślałem 

sobie, może to zazdrosny typ i nie będziesz mogła mu się przyznać, że 

poszłaś na drinka ze mną. To znaczy, o ile uda nam się dotrzeć gdzieś w 

pobliże drinka. - Ken popatrzył ze smutkiem na sznur samochodów przed 

nimi.

-  Och, nie, nie rozumiesz. Joe ucieszyłby się na myśl o tym, że poszłam 

na drinka z przyjacielem. Chodzi po prostu o... - umilkła. O co chodzi? 

Chodzi o tę nie kończącą się, nigdy nie kończącą się konieczność 

udawania. Udawania, że dobrze się bawi w tych dziwnych klubach, do 

których chadzali. Udawania, że pojmuje zdawkowe stosunki z jego matką, 

jego żoną, jego dziećmi. Udawania, że lubi te peryferyjne teatrzyki, w 

których grał niewielkie rólki. Udawania, że kochanie zawsze sprawia jej 

przyjemność. Udawania, że nie kłopocze się z powodu czekającej ją 

ciężkiej rodzinnej imprezy.

-  Nie okłamuję Joego - rzekła, jakby mówiąc do siebie. - Ja tylko trochę 

gram.

W samochodzie zapadła cisza.

-  No cóż, on jest aktorem, jak sądzę - powiedział Ken, próbując ożywić 

trochę konwersację.

Nie o to chodziło. Aktor wcale nie grał, nigdy nie udawał, żeby sprawić 

komuś przyjemność. To dziewczyna aktora grała przez cały czas. Jakie to 

dziwne, że nigdy przedtem nie spojrzała na to w taki sposób.

24

Kiedy wreszcie znaleźli jakiś pub, usiedli i świetnie im się rozmawiało.

background image

-  Może byś zadzwoniła do rodziców i powiedziała, że cię zatrzymano? - 

zaproponował Ken.

Popatrzyła na niego, zdumiona, że potrafi być tak pełen względów.

-  No, bo jeśli kupili stek i inne rzeczy... - dodał. Matka była wzruszona.

-  To ładnie z twojej strony, kochanie. Ojciec już zaczął cię szukać. Mówił, 

że pójdzie na stację.

-  Nie, ktoś mnie podwiezie autem.

-  Czy to Joe? Joe Ashe, ten aktor?

-  Nie, nie, mamo, Ken Green, przyjaciel z pracy.

-  Boję się, że nie mam tyle mięsa...

-  On nie przyjdzie na kolację, tylko mnie podwiezie.

-  No, ale go zaproś, dobrze? Bardzo lubimy poznawać twoich przyjaciół. 

Ojciec i ja nieraz życzyliśmy sobie, żebyś przyprowadzała tu częściej 

swoich przyjaciół. Wy wszyscy robiliście to przez całe lata. - Jej głos 

brzmiał smutno, jakby patrzyła na tę swoją ścianę z fotografiami i nie 

otrzymywała z ich strony właściwego poparcia.

-  Wobec tego zaproszę go na chwilę - zgodziła się Anna.

-  Zdołasz to znieść? - spytała Kena.

-  Chciałbym. Mogę być bibrem.

-  A cóż to, u licha, takiego?

-  Czyżbyś nie czytywała plotkarskich pism? To ktoś, kto odwraca uwagę 

od prawdziwego kochanka. Kiedy poznają takich poczciwców jak ja, nie 

domyślą się złych zmysłowych kochanków aktorów, którzy instalują swoje 

automatyczne sekretarki przy twoim aparacie telefonicznym.

-  Och, zamknij się. - Anna się śmiała. Był to śmiech szczery, nie 

wymuszony.

background image

Wypili jeszcze jednego drinka. Powiedziała Kenowi o rocznicy. 

Wspomniała, że jej siostra jest zakonnicą, że brat nie skończył szkoły i 

wyjechał pracować na farmie najstarszego brata ich ojca, Vincenta, do 

zabitej deskami wioski na zachodnim wybrzeżu Irlandii. Czując się już 

trochę lżej i swobodniej, zwierzyła mu się, że właśnie z tego powodu

25

wybiera się na kolację z rodzicami. Po raz pierwszy od dłuższego czasu 

zamierzała niczego nie ukrywać, spytać ich, czego sobie życzą, 

poinformować o ograniczeniach. Wyłożyć problemy.

-  Jeśli są tacy, jak mówiłaś, nie kładź zbyt wielkiego nacisku na 

ograniczenia i problemy, zajmij się bardziej stroną ceremonialną - radził.

-  Czy twoi rodzice obchodzili srebrne gody?

-  Dwa lata temu - odparł.

-  Były wspaniałe? - spytała.

-  Niespecjalnie.

-  Och!

-  Kiedy poznamy się lepiej, opowiem ci o tym - obiecał.

-  Myślałam, że znamy się już całkiem dobrze. - Anna była rozczarowana.

-  Nie. Potrzebuję więcej niż jednego drinka, żeby opowiedzieć 

szczegółowo o całym swoim życiu.

Anna poczuła się absurdalnie zaniepokojona faktem, że powiedziała mu 

wszystko o Joem Ashe'u i o tym, jak musi ukrywać go w tajemnicy przed 

rodzicami.

- Chyba za dużo mówię - rzekła ze skruchą.

-  Nie, jesteś po prostu osobą bardziej wrażliwą. Ja jestem raczej sztywny - 

powiedział Ken. - No, dopij swojego drinka i ruszajmy w kierunku 

background image

Saltmines.

Dokąd?

-  Czyż nie mówiłaś, że tak nazywa się twój dom? Roześmiała się i 

trzepnęła go swoją torebką. Dzięki niemu

czuła się znowu normalna. Tak jak dawno temu, gdy wspaniale było 

należeć do rodziny Doyle'ów, a nie jak w ostatnich dniach poruszać się po 

polu minowym.

Matka czekała na schodku.

-  Wyszłam na dwór, na wypadek gdybyście mieli trudności z 

zaparkowaniem samochodu - wyjaśniła.

-  Dzięki, ale wydaje się, że jest całkiem sporo miejsca... mieliśmy 

szczęście - powiedział gładko Ken.

-  Nie słyszeliśmy zbyt wiele o panu, a zatem przyjemna to niespodzianka. 

- Matka miała oczy wesołe, zbyt wesołe.

26

- Tak, dla mnie to też niespodzianka. Nie znam zbyt dobrze Anny, po 

prostu rozmawiamy, gdy wpadam do księgarni. Dziś zaprosiłem ją na 

drinka, a ponieważ jest to jeden z wieczorów, kiedy ona jedzie do Pinner, 

pomyślałem sobie, że to dobra okazja do przejażdżki i pogadania.

Ken Green jest dobrym handlowcem, jak pamiętała Anna. Zarabiał na 

życie, sprzedając książki, i zdobywał większe zamówienia, niż chcieli 

złożyć księgarze, zmuszając ich do eksponowania książek na wystawie i 

zachęcając do brania dużych kartonów promocyjnych. Rzecz więc 

naturalna, potrafił się równie dobrze sprzedać.

Ojcu Anny też się spodobał.

Ken potrafił zadawać właściwe pytania, zamiast pytań niewłaściwych. Ze 

background image

swobodą zagadnął pana Doyle'a, w jakiej dziedzinie pracuje. Na twarzy 

ojca Anny pojawił się charakterystyczny dla niego defensywny wyraz, a w 

jego głosie dobrze znany ton, jakim mówił o pracy i o racjonalizacji.

Większość ludzi odsuwała się i w pewnym stopniu współczuła 

Desmondowi, jednocześnie kpiąc sobie z niego, kiedy zaczynał snuć 

opowieść o łańcuchu nieszczęść, o firmie, w której doskonale się 

pracowało, póki na skutek racjonalizacji nie zlikwidowano wielu etatów, i 

to etatów całkiem sensownych i pewnych. Stanowisko Desmonda Doyle'a 

uległo zmianie, jak powiedział Kenowi. Całkowitej zmianie. Dzisiaj w 

interesach są już zupełnie inni ludzie.

Anna odczuwała znużenie. Zawsze to samo, jego własna wersja tej całej 

historii. A prawda przedstawiała się tak, że został zwolniony z powodu, jak 

to określała matka, konfliktu personalnego. To jednak była tajemnica. 

Wielka tajemnica, której nie miał znać nikt. W szkole nie wolno im było 

nigdy o tym wspominać. Zapewne właśnie wtedy, uświadomiła sobie 

Anna, zaczęło się to otaczanie wszystkiego sekretnością. Rok później 

bowiem ojciec został znowu zatrudniony przez tę samą firmę. I tego też 

nigdy nie wyjaśniano.

Ken Green nie wydał z siebie pomruku aprobującego uwagi na temat 

świata w ogóle i postępowania ludzi interesu w szczególe.

27

Jak udało się panu przetrwać racjonalizację? Zajmował pan jakieś ważne 

stanowisko?

Anna przyłożyła rękę do ust. W ich domu nikt nigdy nie zadał tak 

bezpośredniego pytania. Matka przenosiła przerażone spojrzenie z jednej 

twarzy na drugą. Przez chwilę panowała cisza.

background image

-  Tak się złożyło, że nie przetrwałem - odparł Desmond Doyle. - Przez rok 

byłem bez pracy. Ale potem, kiedy nastąpiła zmiana personelu, kiedy 

uładzono pewne osobiste nieporozumienia, przyjęli mnie z powrotem.

Anna nadal trzymała rękę przy ustach. Po raz pierwszy ojciec przyznał się, 

że przez rok był bezrobotny. Lękała się niemal patrzeć, jak przyjmuje to 

matka.

Ken kiwał głową z aprobatą.

To się często zdarza, tak jakby się włożyło wszystkie kawałki układanki do 

papierowej torby i wytrząsnęło kilka z powrotem na planszę. Tyle że nie 

zawsze znajdą się znowu na właściwym miejscu. - Uśmiechnął się 

zachęcająco.

Anna popatrzyła na Kena, jakby widziała go po raz pierwszy.

Co on wyprawia, siedzi w tym pokoju i pyta jej ojca o zakazane rzeczy. 

Może rodzice pomyślą sobie, że omawiała z nim ich prywatne rodzinne 

sprawy?

Na szczęście ojciec wcale się tym nie przejął; zajęty był tłumaczeniem 

Kenowi, że ludzi rzeczywiście ulokowano na złych stanowiskach. On sam 

powinien mieć stanowisko kierownika operacyjnego, a zajmował de facto 

stanowisko kierownika projektów specjalnych. Projekty specjalne 

oznaczały niewiele albo wiele, zależnie od sytuacji. To zawracanie głowy, 

a nie praca.

Mimo wszystko od pana zależy, co zechce pan z tym zrobić, jak to bywa w 

takich wypadkach. Ja też mam taką żadną pracę i Anna również, ale 

próbujemy każde po swojemu coś z nich wydobyć.

-  Ja nie mam takiej żadnej pracy!         wykrzyknęła Anna.

-  Można przecież tak to nazwać, czyż nie? Nie ma maksymalnego pułapu, 

background image

odpowiedniego zaszeregowania czy

28

metody zdobycia uznania, ale dzięki tobie samej praca robi się ciekawa, bo 

ty interesujesz się publikacjami, wertujesz katalogi, wiesz, dlaczego 

książki wychodzą i kto je kupuje. Mogłabyś stać i opiłowywać sobie 

paznokcie jak twoja koleżanka o czerwonych włosach. Matka Anny 

nerwowo zachichotała.

-  Oczywiście, ma pan rację, Ken. Kiedy jest się młodym, ma się szanse 

zrobienia czegoś w swojej pracy, ale nie wtedy, gdy człowiek jest stary...

-  A więc pan sobie poradził. - Ken był uprzejmy.

-  Proszę mi nie schlebiać.

-  Nie schlebiam. - Wyraz twarzy Kena mówił, że jest jak najdalszy od 

tego. - Ale nie może pan mieć więcej niż czterdzieści sześć lat, no, może 

czterdzieści siedem.

Anna złościła się z powodu własnej głupoty, że też zaprosiła tego 

impertynenta do domu.

-  Tak, niedługo skończę czterdzieści siedem - przyznał ojciec.

-  No, to nie jest pan stary, prawda? Nie ma pan pięćdziesięciu ośmiu lat 

ani sześćdziesięciu dwóch.

-  Deirdre, czy moglibyśmy jakoś rozciągnąć ten stek i wykroić z niego 

cztery porcje? Ten młody człowiek wprawia mnie w dobry humor, musi 

więc zostać na kolacji.

Annie płonęła twarz. Jeśli Ken zgodzi się zostać, to nigdy mu tego nie 

daruje.

-  Bardzo dziękuję, panie Doyle, nie, naprawdę nie, pani Doyle. Jestem 

pewien, że byłoby miło, ale nie dziś. Raz jeszcze dziękuję. Dopiję tylko 

background image

swojego drinka i zostawię państwa we własnym gronie.

-  To żaden kłopot i chcielibyśmy...

-  Nie dziś, wiem, że Anna chce z państwem porozmawiać.

-  No, jestem pewna, że jeśli to... - Matka przeniosła niespokojny wzrok z 

córki na tego przystojnego młodego mężczyznę o ciemnych włosach i 

ciemnobrązowych oczach. Czyżby Anna przyjechała zawiadomić 

rodziców o czymś związanym z jego osobą? Czy ta wiadomość wypisana 

jest na jej twarzy?

29

Ken rozwiał jej niepokój.

-  Nie, to nie ma nic wspólnego ze mną. To sprawa rodzinna, ona chce 

porozmawiać o państwa srebrnych godach i o tym, jak chcielibyście je 

państwo obchodzić.

Desmond Doyle czuł się zawiedziony, że Ken ma ich opuścić.

-  Och, to nam nie zabierze zbyt wiele czasu - rzekł.

-  Tak czy inaczej, najważniejsze jest, żeby państwo omówili tę sprawę i 

zrobili tak, jak oboje sobie życzycie. I wiem, że Anna dlatego właśnie 

przyjechała, żeby z państwem na ten temat porozmawiać. Nie będę więc 

już przeszkadzał.

Odchodził, żegnając się ze wszystkimi uściskiem dłoni, Annę szybkim 

ruchem ujął drugą ręką za ramię.

Obserwowali, jak wyjeżdża na drogę, naciskając lekko klakson na 

pożegnanie.

Trójka Doyle'ów stała bez słowa na progu Salthill przy Rosemary Drive 

26.

Anna zwróciła się w stronę rodziców.

background image

-  Wspomniałam mu, że będziemy omawiać nasze plany, ale nie mam 

pojęcia, dlaczego zrobił z tego coś tak wielkiego. - Odniosła wrażenie, że 

żadne z nich jej nie słucha. - To nie był jedyny powód mojego przyjazdu. 

Przyjechałam też, żeby was zobaczyć.

W dalszym ciągu panowała cisza.

-  I wiem, że w to nie uwierzycie, ale powiedziałam mu o tym dlatego... 

no, dlatego że musiałam coś powiedzieć.

-  Bardzo przyjemny młody człowiek - zauważył Desmond Doyle.

-  I przystojny. Elegancko ubrany - dodała Deirdre Doyle.

Annę ogarnęło oburzenie. Rodzice już porównują go z Joem Ashe'em, 

którego ona kocha całym ciałem i duszą.

I porównanie to wypada na korzyść Kena.

-  Tak - powiedziała obojętnym tonem.

-  Nie mówiłaś nam o nim przedtem - wtrąciła matka.

-  Wiem, mamo, oznajmiłaś mu to dwie sekundy po poznaniu go.

30

-  Nie bądź zuchwała wobec matki - upomniał ją machinalnie ojciec.

-  Na miłość boską, mam dwadzieścia trzy lata i nie jestem zuchwała jak 

dziecko! - wybuchnęła Anna.

-  Nie mam pojęcia, czym się tak denerwujesz - rzekła matka. - 

Przygotowaliśmy dla ciebie pyszną kolację, zadajemy ci normalne pytanie, 

mówimy, jaki miły jest ten twój przyjaciel, a ty nam chcesz urwać głowę.

-  Przepraszam. - To już była dawna Anna.

-  No, już dobrze, zmęczona jesteś po całym długim dniu pracy. Może te 

drinki wypite po jeździe samochodem trochę ci zaszkodziły.

Anna zacisnęła pięści w milczeniu. Weszli z powrotem do domu i stali 

background image

niepewnie wszyscy troje w saloniku, przy ścianie z rodzinnymi 

fotografiami.

-  Jak myślicie, co teraz powinniśmy zrobić, zjeść kolację? - Matka 

popatrywała bezradnie to na męża, to na córkę.

-  Twoja matka poszła specjalnie do miasta po zakupy, kiedy się 

dowiedziała, że dziś przyjedziesz - rzekł ojciec.

Przez moment Anna żałowała, że Ken Green odjechał, bo gdyby tu był, to 

położyłby kres tego rodzaju mętnej konwersacji, w kółko o niczym i 

prowadzącej donikąd. Konwersacji, która się ożywiała i zamierała, 

wywołując poczucie winy, wytwarzając napięcie, aby potem ostatecznie je 

stłamsić.                                                           I

Gdyby Ken nadal tu był, mógłby powiedzieć: „Odłóżmy na pół godziny 

kolację i porozmawiajmy o tym, jak naprawdę życzylibyście sobie 

państwo obchodzić rocznicę swojego ślubu". Tak, właśnie tak by to ujął. 

Nie mówiłby, co trzeba zrobić albo czego można oczekiwać, albo też jak 

należy postąpić. Wychodząc powiedział, że Anna chce porozmawiać z 

rodzicami o tym, czego oboje życzyliby sobie na tę rocznicę.

Życzyliby sobie. To istny wyłom w tej rodzinie.

Pod wpływem impulsu użyła słów, którymi w jej przekonaniu posłużyłby 

się Ken Green.

Zaskoczeni rodzice usiedli i patrzyli na nią wyczekująco.

31

-  To wasze święto, nie nasze. Czego najbardziej wy byście sobie życzyli?

-  No, naprawdę... - zaczęła matka, nie znajdując słów. - No, to nie od nas 

zależy.

-  Jeśli wy wszyscy chcielibyście obchodzić tę rocznicę, to byłoby to 

background image

oczywiście bardzo miłe... - odezwał się ojciec.

Anna patrzyła na nich z niedowierzaniem. Czyżby naprawdę myśleli, że to 

nie zależy od nich? Czyżby żyli w zaczarowanej krainie i myśleli, że życie 

to sprawa ich dzieci, które zdecydowały obchodzić wspólnie ową 

rocznicę? Czy nie uświadomili sobie, że w tej rodzinie wszystko jest grą... 

i że aktorzy jeden po drugim wymykali się ze sceny - Helena do swojego 

klasztoru, Brendan na daleką kamienistą farmę w zachodniej Irlandii. A 

Anna, która mieszkała w odległości dwóch przejazdów koleją, była nawet 

jeszcze bardziej oddalona.

Zalała ją fala rozpaczy. Wiedziała, że nie wolno jej się denerwować, że 

cała ta wizyta będzie na nic, jeśli zakończy się awanturą. Słyszała niemal, 

jak Joe oględnie ją pyta, po co, u licha, wyrusza w takie długie i męczące 

podróże, jeśli kończą się tylko ogólnym napięciem i tak, że wszyscy są 

nieszczęśliwi.

Joe miał życie odpowiednio skalkulowane.

Poczuła bolesną, fizyczną potrzebę bycia z nim, siedzenia na podłodze 

przy jego krześle i żeby on głaskał ją po włosach.

Nie wiedziała, że można kochać kogoś tak namiętnie. Patrząc na 

mężczyznę i kobietę, którzy zatroskani siedzieli posłusznie naprzeciwko 

niej na kanapie, ciekawa była, czy kiedykolwiek zaznali choćby odrobiny 

takiej miłości. Nie można myśleć o swoich rodzicach okazujących miłość, 

niewyobrażalne jest myślenie o tym, że spółkują i kochają się jak normalni 

ludzie... jak ona i Joe. Anna wiedziała, że wszyscy czują to samo, jeśli 

chodzi o własnych rodziców.

-  Słuchajcie - powiedziała. - Muszę zadzwonić. Chcę, żebyście przestali 

się teraz martwić o kolację i pogadali o tym, czego naprawdę byście sobie 

background image

życzyli, a wówczas

32

 ja zacznę to organizować. Dobrze? - Oczy podejrzanie jej błyszczały. Być 

może należało to przypisać wypitym drinkom.

Poszła do telefonu. Znajdzie jakiś pretekst, żeby porozmawiać z Joem, 

zresztą o niczym specjalnie ważnym. Wystarczy, że usłyszy jego głos, a 

poczuje się znowu dobrze. Powie mu, że może będzie w domu trochę 

wcześniej, niż myślała, i spyta, czy ma kupić chińskie danie na wynos, 

pizzę czy tylko pojemnik lodów. Nie powie mu teraz ani później, jak 

okropnie przygnębiający jest jej stary dom, jaka czuje się smutna i podła, 

sfrustrowana i wściekła, i to wszystko przez rodziców. Joe Ashe nie chce 

niczego takiego słuchać.

Wykręciła numer swojego telefonu.

Słuchawkę podniesiono niemal natychmiast. Joe musiał być w sypialni. 

Odezwał się dziewczęcy głos.

Anna odsunęła słuchawkę daleko od ucha, tak jak to często robią ludzie w 

filmach, żeby zademonstrować swoje niedowierzanie i zakłopotanie. 

Zdawała sobie sprawę, że to robi.

-  Halo? - powtórzyła dziewczyna. - Jaki to numer? - spytała Anna.

Proszę zaczekać, telefon stoi na podłodze, nie mogę odczytać numeru. 

Sekundę. - Głos dziewczyny brzmiał życzliwie. I młodo.

Anna stała jak porażona. W mieszkaniu na Shepherd's Bush telefon 

rzeczywiście znajdował się na podłodze. Trzeba się wychylić za łóżko, 

żeby podnieść słuchawkę.

Nie chciała, żeby dziewczyna dłużej się męczyła, znała już ten numer.

-  Czy jest Joe? - spytała. - Joe Ashe.

background image

-  Nie, niestety, poszedł po papierosy, ale wróci za kilka minut.

Dlaczego on nie włączył automatycznej sekretarki, zapytywała siebie 

Anna, dlaczego nie przekręcił automatycznie przełącznika, jak to robił 

zawsze, wychodząc z mieszkania? Na wypadek, gdyby zadzwonił jego 

agent. Na wypadek telefonu, który oznaczałby, że doczekał się uznania.

33

Teraz zamiast tego doczekał się telefonu, który oznaczał zdemaskowanie.

Oparła się o ścianę domu, w którym wyrastała. Potrzebowała czegoś, na 

czym mogłaby się wesprzeć.

Dziewczynę zaniepokoiła cisza w słuchawce.

-  Jest pani tam jeszcze? Zechce pani zadzwonić znowu czy to on ma 

zadzwonić, czy jak?

-  Hm... nie jestem pewna. - Anna grała na zwłokę. Jeśli się rozłączy, to Joe 

nigdy się nie dowie, że ona to

odkryła. Wszystko pozostanie po staremu, nic się nie zmieni. Powie zatem, 

dajmy na to, że to pomyłka, albo: nic nie szkodzi, albo: zadzwonię jeszcze 

raz. Dziewczyna wzruszy ramionami, odłoży słuchawkę i być może nawet 

nie wspomni Joemu, że ktoś dzwonił i potem się rozłączył. Anna nigdy o 

nic nie zapyta, nie będzie burzyć tego, co ma.

Ale co ma? Ma mężczyznę, który sprowadza dziewczynę do jej łóżka, do 

jej łóżka, jak tylko ona wyjedzie z domu. Po co próbować to utrzymać? 

Dlatego, że ona go kocha i jeśli tego nie utrzyma, nastanie wielka, 

przeraźliwa pustka i wówczas tak będzie go brakować, że chyba umrze.

A gdyby powiedziała, że zaczeka przy telefonie, i następnie stawiła mu 

czoło? Czy okazałby skruchę? Czy wyjaśniłby, że to koleżanka aktorka i 

właśnie uczą się roli?

background image

A może on powie, że między nimi wszystko skończone? I wówczas 

zacznie się pustka i ból.

Dziewczyna bała się przerwać rozmowę, bo mogła to być szansa na pracę 

dla Joego.

- Proszę się nie rozłączać. Jeśli pani sobie życzy, to zapiszę pani nazwisko. 

Momencik, muszę tylko wstać, i tak powinnam wstać... Rozejrzyjmy się, 

coś na kształt biurka stoi pod oknem, nie, to toaletka... ale jest tu kredka do 

oczu albo coś takiego. Dobrze, jak brzmi pani nazwisko?

Anna poczuła w ustach gorycz żółci. W jej łóżku, pod piękną drogą 

makatą, którą sprawiła sobie na zeszłą gwiazdkę, leżała naga dziewczyna i 

teraz przeniesie się z aparatem telefonicznym do prostego stolika, tam 

gdzie Anna stawiała swoje kosmetyki.

34

-  Czy sznur od telefonu jest wystarczająco długi? -Usłyszała własne 

pytanie.

Dziewczyna się roześmiała.

-  Tak, jest akurat.

-  To dobrze. Proszę aparat postawić na chwilę na krześle, różowym 

krześle, i sięgnąć na gzyms nad kominkiem, a znajdzie pani tam 

kołonotatnik z przyczepionym na sznurku ołówkiem.

-  Hej? - Dziewczyna była zdziwiona, lecz nie stropiona. Anna mówiła 

dalej.

-  Świetnie, proszę odłożyć kredkę do oczu, to jest zresztą węgiel i nie 

pisałoby się nim zbyt dobrze. A teraz proszę zanotować Joemu: „Dzwoniła 

Anna. Anna Doyle. Żadnej wiadomości".

-  Na pewno nie ma do pani zadzwonić? - Nuta niepokoju pojawiła się w 

background image

głosie jeszcze jednej kobiety, która miała spędzać tygodnie, miesiące, a 

nawet lata swojego życia, usiłując zadowolić Joego Ashe'a, mówiąc to, co 

należy, by nie narazić się na to, że go straci.

- Nie, nie, jestem teraz u swoich rodziców. Zostaję tu na noc. Może mu 

pani to powiedzieć?

-  Czy on wie, gdzie pani szukać?

Tak, ale nie ma potrzeby, żeby do mnie dzwonił. Złapię go kiedy indziej.

Odłożyła słuchawkę i stała, przytrzymując się stołu. Pamiętała, jak mówiła 

rodzicom, że hol to najgorsze miejsce na telefon. Jest tam zimno, 

nieprzytulnie i niewygodnie. Teraz błogosławiła ich za to, że jej nie 

słuchali.

Stała jeszcze przez jakiś czas, ale nie mogła zebrać myśli, które goniły jej 

po głowie jak myszy. W końcu, gdy poczuła, że odzyskała przynajmniej 

zdolność mówienia, wróciła do saloniku, w którym siedzieli ojciec i 

matka. Rodzice, którzy nigdy nie znali takiej miłości, jaką znała ona, ani 

takiego bólu. Powiedziała, że jeśli nie sprawi im to kłopotu, to chciałaby 

zostać na noc, a wówczas będą mieć mnóstwo czasu na omówienie 

wszystkich planów.

-  Nie musisz się pytać, czy możesz zostać na noc w swoim własnym 

domu - rzekła matka, zadowolona

35

i zaaferowana. - Na wszelki wypadek dam ci do łóżka szkandelę. 

Wszystkie pokoje są do waszej dyspozycji, choć żadne z was nigdy nie 

przyjeżdża i w nich nie nocuje.

-  No, ja dzisiaj bym chciała. - Uśmiech na twarzy Anny był jak 

przylepiony.

background image

Ustalali już liczbę osób, które powinni zaprosić, gdy zadzwonił Joe. Poszła 

do telefonu spokojna.

-  Nie ma jej już - oznajmił.

-  Doprawdy? - Głos miała obojętny.

-  Tak. To nie było nic ważnego.

-  Nie. Nie.

-  Nie ma potrzeby, żebyś zostawała u rodziców i robiła wielką scenę, i 

wszczynała spór o sens życia.

-  Och nie, nic z tych rzeczy.

Nie dał się wprawić w zakłopotanie.

-  Co więc zamierzasz robić? - spytał.

-  Zostanę tu, jak powiedziałam twojej przyjaciółce.

-  Ale nie na zawsze?

-  Oczywiście, że nie, tylko dzisiaj.

-  Wobec tego jutro wieczorem po pracy... będziesz w domu?

- Tak, rzeczywiście, a ty będziesz się pakował.

-  Anno, nie rób dramatu.

-  Absolutnie nie robię, jestem ucieleśnieniem spokoju. Zostań tam 

oczywiście jeszcze na noc, nie, na Boga, nie ma potrzeby, żebyś się zaraz 

wyprowadzał. Wystarczy jutro wieczorem. Dobra?

-  Przestań z tym, Anno, kocham cię, ty mnie kochasz, ja nie kłamię.

-  Ja też nie kłamię, Joe, co do jutra wieczorem. To zgodne z prawdą.

Odłożyła słuchawkę.

Kiedy zadzwonił jeszcze raz dziesięć minut później, odebrała telefon 

sama.

-  Proszę, przestań być nieznośny, Joe. To twoje ulubione słowo... 

background image

nieznośny. Nie cierpisz, kiedy ludzie cię naciskają i wypytują o sprawy, 

które ich dotyczą, i nazywasz ich nieznośnymi. Może uczę się od ciebie.

36

-  Musimy porozmawiać...

-  Jutro po pracy. To znaczy po mojej pracy, bo ty żadnej pracy nie masz, 

czyż nie? Będziemy mogli wtedy pomówić o tym, dokąd mam ci posyłać 

pocztę. I nie będzie już wiadomości nagrywanych przez automatyczną 

sekretarkę, załatw zatem sobie lepiej coś innego.

-  Ale...

-  Nie podejdę już do telefonu, będziesz więc musiał rozmawiać z moim 

ojcem, a zawsze mówiłeś, że to przyjemny facet, który nie ma nic do 

powiedzenia...

Wróciła do omawiania planowanej uroczystości. Widziała, że rodzice 

zaintrygowani są tymi telefonami.

-  Przepraszam za te przerwy, pokłóciłam się z moim chłopakiem. 

Wprowadzanie do waszego domu "takich spraw" byłoby w bardzo złym 

stylu, jeśli więc jeszcze raz zadzwoni, nie będę już z nim rozmawiać.

-  Czy ta kłótnia ma charakter poważny? - spytała matka z nadzieją.

-  Tak, mamo, ucieszysz się, że to całkiem poważna kłótnia. Zapewne 

ostatnia. Teraz zastanówmy się, co zaproszeni mieliby dostać do jedzenia.

Mówiąc im o bardzo sympatycznej kobiecie imieniem Philippa, która 

prowadzi firmę zajmującą się obsługą przyjęć, Anna myślami była bardzo 

daleko. Powróciła we wspomnieniach do czasu, gdy wszystko było nowe i 

podniecające, a jej życie wypełniała bez reszty obecność Joego.

Trudno będzie wypełnić je czymś innym.

Powiedziała, że mogliby poprosić o przedstawienie menu do wyboru i 

background image

zdecydować, czego by chcieli. Do wszystkich wyśle się odpowiednio 

wcześnie indywidualne listy, osobiste listy z zaproszeniem, co będzie 

oznaczać, że chodzi o coś wyjątkowego.

-  To jest coś wyjątkowego, prawda? Dwudziestopięciolecie ślubu! - 

Popatrzyła na matkę, potem na ojca, oczekując potwierdzenia. Miły 

klaustrofobiczny nastrój rodzinności, który Doyle'om udawało się 

wytwarzać wokół siebie, ku jej zaskoczeniu i ubolewaniu dziś wieczorem 

jakby zniknął. Rodzice nie byli chyba całkiem przekonani, 

37

czy dwadzieścia pięć lat małżeństwa to rzecz dobra. Po raz pierwszy w 

życiu Anna potrzebowała poczucia, że pewne rzeczy są niezmienne i jeśli 

nawet jej własny świat się zmienia, to reszta cywilizacji stoi na dość 

solidnym gruncie.

Lecz może tylko wpisuje swoją własną sytuację w to wszystko, jak ci 

poeci, którzy wierzą w żałosne złudzenia i myślą, że przyroda zmienia się 

zależnie od ich nastrojów, a niebo jest szare, kiedy w ich duszy panuje 

szarość.

- Urządzimy wspaniałą uroczystość - zapowiedziała rodzicom. - 

Zakaszemy nawet dzień waszego ślubu, ponieważ my wszyscy pomożemy 

wam uczcić tę rocznicę.

Nagrodziły ją dwa uśmiechy i zdała sobie sprawę z tego, że na czekającą 

ją długą wiosnę, ziejącą przeraźliwą pustką, będzie mieć przynajmniej to 

w perspektywie.

 Rozdział Drugi.

 Brendan.

Brendan Doyle podszedł do kalendarza, żeby zobaczyć, kiedy na koncert 

background image

do miasteczka oddalonego o dwadzieścia mil przyjeżdża Christy Moore. 

Miało to być któregoś dnia w przyszłym tygodniu i Brendan myślał, żeby 

się tam wybrać i posłuchać jego śpiewu.

Zapisał datę na dużym kuchennym kalendarzu tego dnia, gdy koncert 

zapowiadali w radio. Ku swemu zdziwieniu uświadomił sobie, że dzisiaj 

są jego urodziny. Szokiem była dla niego myśl, że jest już jedenasta, a on 

nie zdawał sobie sprawy z tego, iż ma urodziny. Dawniej wiedziałby o tym 

całe tygodnie wcześniej.

Tylko trzy tygodnie do urodzin Brendana - zapowiadałaby każdemu 

matka.

We wczesnym dzieciństwie nie cierpiał całego tego szumu w związku z 

urodzinami. Obchodzenia urodzin. Dziewczyny oczywiście to uwielbiały, 

wkładały odświętne sukienki. Nigdy nie zapraszano nikogo obcego. 

Brendan nie mógł sobie przypomnieć, żeby kiedyś urządzono mu 

prawdziwe przyjęcie urodzinowe, takie z innymi dziećmi, strzelającymi 

cukierkami i zabawami. Tylko rodzina ubrana odświętnie, strzelające 

cukierki i galaretka z bitą śmietaną, suto posypana różnokolorowymi 

drobinami cukru. Prezenty od całej rodziny, odpowiednio zapakowane, z 

małymi karteczkami, a także kartki urodzinowe, które ustawiano nad 

kominkiem. Potem fotografia Chłopca Świętującego Urodziny, zapewne w 

papierowym kapeluszu na głowie. I druga z rodziną. Obie zostaną 

umieszczone w albumie i triumfalnie będą

39

wyjmowane, gdy przyjdą jacyś goście. Pierwsze urodziny, Brendana, czy 

on nie robi się duży? A następne to urodziny Heleny, potem Anny. 

Patrzcie. I ludzie patrzyli i chwalili matkę. Ona jest cudowna, mówili, 

background image

cudowna, bo robi to wszystko dla nich, zadaje sobie tyle trudu.

Matka nie wiedziała, jak on tego nienawidził. Jak nienawidził tego jej 

klaskania w dłonie i biegania po aparat, gdy śpiewano mu „Sto lat".

Wolałby, żeby wszyscy usiedli i zachowywali się normalnie, zamiast całej 

tej błazenady i komedii. Zupełnie jakby znaleźli się wszyscy na scenie.

I na dodatek te sekrety. Nie mów cioci Maureen o nowej kanapie. 

Dlaczego? Nie chcemy, by myślała, że jest nowa. Dlaczego nie chcemy, 

żeby tak myślała? Nie chcemy po prostu, by mówiono, że przykładamy 

wielką wagę do rzeczy, i tyle. Ale ona jest wspaniała, prawda? Tak, ale nie 

chcemy, by mówiono, że uważamy ją za coś nadzwyczajnego. Jeśli więc 

ciocia Maureen zapyta o nią, powiedz: „Och, taka sobie kanapa" - jakby 

nie robiła na tobie wrażenia. Rozumiesz.

Brendan nie rozumiał, nigdy nie rozumiał. Zawsze ukrywano coś przed 

kimś. Przed sąsiadami, przed kolegami w szkole, przed ludźmi z parafii, 

przed ciocią Maureen, najlepszą przyjaciółką matki, przed Frankiem 

Quigleyem, który pracował razem z ojcem i miał być największym 

przyjacielem rodziny. A szczególnie przed wszystkimi tam, w Irlandii. Nie 

mów tego babuni O'Hagan i ani słowa na ten temat w obecności dziadka 

Doyle'a.

Całkiem łatwo było żyć w zgodzie z zasadami rodziców, jeśli się 

rozumiało, że nie należy niczego mówić poza rodziną.

Brendan zauważył, że i w rodzinie nie mówiono tego, co ważne.

Pamiętał swoje urodziny w tym roku, gdy ojciec stracił pracę. Na tym 

etapie ich życia panowała wielka tajemniczość. Rano ojciec o zwykłej 

porze wychodził z domu i wracał po południu, jakby wszystko było 

normalnie. Brendan zastanawiał się wtedy i teraz, po co to robiono.

background image

40

A tu na farmie Vincenta, niewielkim gospodarstwie na zboczu gór, gdzie 

wychowywał się jego ojciec, odczuwał wobec niego jeszcze większą 

obcość niż wówczas, gdy mieszkał na Rosemary Drive i udawał, że jest 

dobrym uczniem, że chlubnie zda końcowe egzaminy i pójdzie na 

uniwersytet. Tymczasem przez cały czas wiedział, że zamierza wrócić tu, 

na tę kamienistą farmę, gdzie niczego nie oczekiwano i nigdy nie 

twierdzono, że coś jest czymś, jeśli tak nie było.

Vincent, od samego początku nazywany Vincentem, nigdy nie stryjem 

Vincentem, mimo że to najstarszy brat ojca, był wysokim, przygarbionym 

mężczyzną, o twarzy ogorzałej i mocno pooranej bruzdami. Nie odzywał 

się, dopóki nie miał czegoś do powiedzenia. W tym niewielkim domu na 

zboczu gór, gdzie dorastał ojciec jako jedno z sześciorga dzieci, nie 

rozmawiano po próżnicy. Musieli być wówczas bardzo biedni. Ojciec 

nigdy nie mówił o tym ani o tamtych czasach. Vincent nie mówił o 

żadnych czasach. Nie widział potrzeby sprawienia sobie anteny, chociaż na 

dachu niemal każdego domu na okolicznych farmach sterczały anteny 

telewizyjne. A radioodbiornik, który miał, był mały i trzeszczał. Co 

wieczór o pół do szóstej Vincent słuchał wiadomości i zaraz po nich 

informacji rolniczych. Czasami wysłuchał jakiejś audycji dokumentalnej o 

Irlandczykach w Australii albo relacji poświęconej wojskom Napoleona 

wyruszającym na zachodnią Irlandię. Brendan nie miał pojęcia, jak 

Vincent na nie trafiał, bo nie kupował żadnego dziennika ani programu 

radiowego, z którego mógłby się o nich dowiedzieć. Nie należał też do 

stałych słuchaczy, nie wiedział więc, co i kiedy w radio nadają.

Vincent nie był pustelnikiem, odludkiem czy ekscentrykiem. Zawsze 

background image

chodził w garniturze, ale nigdy nie nauczył się żyć w zgodzie ze światem 

marynarek i spodni. Sprawiał sobie nowy garnitur co trzy lata i wówczas 

dotychczasowe ubranie zostawało zdegradowane - tak więc jednego dnia 

mogło być odpowiednie na pójście do kościoła na mszę, a następnego dnia 

po zakupieniu nowego spadało do niższej ligi. Wkładał je, kiedy szedł paść 

owce, a nawet gdy zwierzęta ładował lub wyładowywał z przyczepy.

41

Brendan zakochał się w tej farmie tamtego dziwnego lata, gdy przyjechali 

tu w odwiedziny. Wszyscy byli bardzo nerwowi przez całą drogę, na statku 

i w pociągu, i należało o tylu rzeczach pamiętać. Pamiętać, żeby nie 

mówić o nieprzespaniu całej nocy w drodze do Holyhead. Pamiętać, żeby 

nie mówić o tłumach siedzących na swoich bagażach, bo ludzie będą 

wiedzieli, że podróżowali w najtańszej klasie. Pamiętać, żeby nie mówić, 

iż czekali strasznie długo na zimnym peronie. Żadnych narzekań, bo 

wszystko miało być zabawne. Takie przesłanie wbijała im do głów matka 

przez całą nieskończenie długą podróż. Ojciec natomiast mówił coś 

przeciwnego, żeby nie chwalili się i nie chełpili przed stryjem Vincentem 

wszystkimi wygodami, jakie mają w Londynie. Brendan pamiętał, że 

zapytał wprost - trochę go mdliło, zanim zadał to pytanie, jakby wiedząc, 

że takich rzeczy się nie mówi:

-  Jacy jesteśmy? Bogaci, jak udajemy przed babunią O'Hagan, czy biedni, 

jak udajemy przed stryjem Vincentem i dziadkiem Doyle?

Zapadła długa cisza.

Przerażeni rodzice spoglądali na siebie.

-  Udajemy! - wykrzyknęli niemal jednym głosem. Nie ma żadnego 

udawania, protestowali. Uprzedzali tylko dzieci, żeby nie paplały o 

background image

rzeczach, które mogą irytować albo nudzić starszych. I tylko tyle.

Brendan pamiętał chwilę, gdy po raz pierwszy zobaczył farmę. Spędzili 

trzy dni z babunią O'Hagan w Dublinie, a potem odbyli długą i męczącą 

podróż koleją. Matka i ojciec wydawali się zmartwieni tym, co się działo 

w Dublinie. Dzieci przynajmniej zachowywały się odpowiednio, nie było 

zbytecznego paplania. Brendan pamiętał, że w Irlandii widział przez okno 

w pociągu małe poletka. Helena ściągnęła na siebie niełaskę z powodu 

jakiegoś wybryku na dworcu, i to w obecności babuni O'Hagan, co było 

głównym jej przewinieniem. Anna siedziała cichutko, zatopiona w 

lekturze. Matka i ojciec bez przerwy rozmawiali przyciszonym głosem.

Zupełnie nie był przygotowany na widok małego domu

42

z kamienia i podwórka, na którym walały się części od zepsutych maszyn. 

U drzwi stał dziadek, stary i pochylony, w wyświechtanym starym 

ubraniu, podartej marynarce i koszuli bez kołnierzyka. Obok niego stryj 

Vincent, wyższa i młodsza wersja dziadka, lecz w przyzwoicie 

wyglądającym garniturze.

- Witajcie we własnym domu - powiedział dziadek Doyle. - To ziemia, z 

której wy, dzieci, pochodzicie. Jak to wspaniale, że jesteście tu z 

powrotem, z dala od wszystkich tych czerwonych autobusów i tłumów 

ludzi i będziecie stąpać znowu po własnej ziemi.

Dziadek Doyle był raz z wizytą w Londynie. Brendan wiedział o tym 

dzięki fotografiom, temu zdjęciu na ścianie, które zrobiono przed pałacem 

buckinghamskim, i dzięki wielu innym w albumie. Samej wizyty 

naprawdę nie pamiętał. Teraz, gdy patrzył na tych dwu mężczyzn 

stojących przed domem, miał takie dziwne wrażenie, jakby powrócił do 

background image

swojego domu. Zupełnie jak w tych opowieściach, które czytywał, gdzie w 

miarę jak przygody zbliżały się do końca, dzieci wychodziły z lasu. Bał się 

odezwać, żeby czegoś nie zepsuć.

Spędzili tam wtedy tydzień. Dziadek Doyle słabował i nie mógł dojść dalej 

niż do drzwi frontowych. Za to Vincent zabierał całą trójkę dzieci i 

pokazywał im okolicę. Niekiedy jeździli starym samochodem z lichą 

przyczepą; przyczepa nie zmieniła się od czasu tej pierwszej wizyty. 

Czasami Vincent nie zawracał sobie głowy odczepianiem jej od 

samochodu, nawet jeśli nie trzeba było przewozić żadnej owcy, i 

przyczepa telepała się z tyłu.

Dwa razy dziennie Vincent chodził doglądać owiec. Owce miały zły 

zwyczaj przewracania się na grzbiet i leżenia z nogami do góry. Musiano 

je obracać, żeby znalazły się we właściwej pozycji.

Anna spytała, czy tylko owce stryja Vincenta to robią, czy wszystkie. Nie 

chciałaby mówić o tym po powrocie do Londynu, gdyby jedynie jego 

owce miały taki zwyczaj. Vincent popatrzył na nią rozbawiony, ale rzekł 

całkiem sympatycznie, że przyznanie się do tego nikomu ujmy nie 

przyniesie,

43

 bo to zjawisko dość często spotykane w hodowlach, nawet w Anglii.

Potem Vincent naprawiał kamienne murki; owce wiecznie w nie tłuką i 

wykruszają całe kawały, wyjaśnił. Tak, zapewnił Annę, zanim go o to 

zapytała, to też jest ogólna skłonność tych zwierząt jako gatunku.

Zabrał ich w miasteczku do baru z wysokimi stołkami i zafundował 

lemoniadę. Żadne z nich do tej pory nigdy nie było w publicznym lokalu. 

Helena poprosiła o pół litra mocnego porteru, lecz go nie dostała. Vincent 

background image

nie miał nic przeciwko temu, ale barman powiedział, że jest na to za 

młoda.

Nawet już wtedy Brendan zauważył, że Vincent nie zawracał sobie głowy 

wyjaśnianiem innym ludziom, kim oni są. Nie robił ceregieli i nie 

przedstawiał ich jako dzieci brata, nie mówił, że przyjechali tu w 

odwiedziny na tydzień, że normalnie mieszkają w ładnej zadrzewionej 

podmiejskiej miejscowości na peryferiach północnego Londynu, zwanej 

Pinner, i że w lecie w czasie weekendów grywają w tenisa. Matka i ojciec 

nie omieszkaliby niemal każdemu o tym powiedzieć. Vincent zachowywał 

się jak zwykle po swojemu, mówiąc niewiele, odpowiadając wolno i bez 

wysiłku na zadane pytanie.

Brendan odniósł wrażenie, że Vincent wolał, by nie zadawano mu zbyt 

wielu pytań. Czasami, nawet podczas tych wakacji, on i stryj przemierzali 

wiele mil, nie zamieniając ze sobą ani słowa. To było nadzwyczaj kojące.

Czuł się nieszczęśliwy, że ten tydzień dobiegł końca.

-  Może tu wrócimy - powiedział do Vincenta, kiedy odjeżdżali.

-  Może. - W głosie Vincenta nie było pewności.

-  Dlaczego myślisz, że nie wrócimy? - Opierali się o furtkę do małego 

warzywnika. Rosło w nim kilka rzędów kartofli i takie niekłopotliwe 

rośliny, jak kapusta, marchew i pasternak. Takie, które nie wymagają od 

ciebie zbyt wielkiej troski, jak wyjaśnił Vincent.

-  Ach, dużo się mówiło o tym, że wszyscy tu wrócicie, ale, jak myślę, 

spełzło to na niczym. Potem, kiedy zobaczyliście dom.

44

Serce Brendanowi podskoczyło.

-  Wrócić... na dłużej niż na wakacje, myślisz?

background image

-  A czy nie o to chodziło?

-  Naprawdę?

Zauważył, że stryj patrzy na niego z życzliwością.

-  Och, nie martw się, chłopcze, po prostu żyj, najlepiej jak potrafisz, a 

wtedy pewnego dnia będziesz mógł odejść tam, gdzie ludzie cię nie 

dosięgną.

-  Kiedy będzie ten dzień?

-  Będziesz wiedział, gdy nadejdzie - powiedział Vincent, nie odwracając 

wzroku od tych kilku rządków kartofli.

I Brendan rzeczywiście wiedział, gdy dzień ten nadszedł.

Po powrocie z tych odwiedzin do Londynu nastały zmiany. Przede 

wszystkim ojciec odzyskał pracę, nie musieli więc już dłużej udawać, że 

ma pracę, choć jej nie miał. I dochodziło do różnych strasznych awantur z 

Heleną. Mówiła wciąż, że nie chce, by ją zostawiano samą w domu. 

Codziennie pytała każdego, kiedy wyjdzie i kiedy wróci, i jeśli okazało 

się, że Brendan spóźnił się choćby o pięć minut, potrafiła wyjść z domu i 

czekać na niego po lekcjach.

Próbował ją wypytywać, o co chodzi, ale ona wzruszała ramionami i 

mówiła, że po prostu nie znosi być sama.

Co nie znaczy, żeby coś takiego groziło zbyt często na Rosemary Drive. 

Brendan cieszyłby się, gdyby mógł być sam, zamiast tych wszystkich 

pogaduszek przy jedzeniu i nakrywania do stołu, i omawiania tego, co 

jedli i co zjedzą na następny posiłek. Nie mógł pojąć, dlaczego Helena nie 

wita z otwartymi ramionami każdej szansy na spokój.

Prawdopodobnie dlatego postanowiła zostać w końcu zakonnicą. Ze 

względu na spokój. A może wciąż odczuwała potrzebę przebywania z 

background image

innymi i myślała, że na Rosemary Drive robi się coraz mniej ludzi, bo 

Anna wyprowadziła się do własnego mieszkania, a Brendan przeniósł się 

na stałe do Irlandii?

Dziwne, że mieszkając tak długo z rodziną i przebywając z nimi tak blisko 

przez tyle tygodni, miesięcy i lat, i mimo nie kończących się rozmów, 

wciąż znał ich tak mało.

45

Postanowił wrócić do tego domu zbudowanego z kamienia w dniu 

otwarcia w jego szkole wystawy prezentującej różne zawody. W wielu 

gablotach i na planszach informowano o możliwościach pracy w firmach 

komputerowych, w handlu detalicznym, w centralach telefonicznych, w 

londyńskiej komunikacji miejskiej, w bankowości, w wojsku. Wędrował z 

posępną miną od jednej gabloty do drugiej.

Dziadek Doyle umarł wkrótce po tej wizycie rodzinnej, gdy powitał ich na 

ziemi, skąd pochodzili. Nie pojechali do domu na jego pogrzeb. To 

właściwie nie był prawdziwy dom, zauważyła matka, a dziadek pierwszy 

na pewno by się z tym zgodził. Stryj Vincent nie oczekiwał tego od nich, 

nie było też sąsiadów, którzy mogliby wziąć ich z tego powodu na języki. 

W kościele parafialnym odprawiono mszę za duszę dziadka i wszyscy 

parafianie, których znali, wyrazili swoje współczucie.

Dyrektor szkoły powiedział, że decyzja o tym, jak spędzić życie, to bardzo 

ważna decyzja. To zupełnie co innego, niż kiedy się wybiera, do jakiego 

pójść kina albo jakiej drużynie piłkarskiej kibicować. I nagle jak w 

olśnieniu Brendan uświadomił sobie, że musi stąd odejść, musi uciec od 

ciągłych dyskusji i rozważań, czy to dobra decyzja, czy zła, i konieczności 

mówienia ludziom, że studiuje zarządzanie, a nie, że jest pracownikiem 

background image

sklepu, czy od innego udawania, które pojawi się na tapecie. Wiedział z 

taką pewnością, jakiej nigdy dotąd nie miał, że pojedzie do Vincenta i tam 

będzie pracować.

Salthill, Rosemary Drive 26, nie należał do domów, które można było 

opuścić bez wyjaśnień. Brendan uświadomił sobie jednak, że będą to już 

ostatnie wyjaśnienia i więcej żadnych wyjaśnień nie będzie musiał 

udzielać. Potraktuje to jak próbę ognia i wody, zaciśnie zęby i przejdzie 

przez nią zwycięsko.

Było gorzej, niż mógł sobie wyobrazić. Anna i Helena płakały, prosiły go i 

błagały, żeby nie wyjeżdżał. Matka też płakała i pytała, co zrobiła, że sobie 

na coś takiego zasłużyła; ojciec chciał wiedzieć, czy namówił go do tego 

Vincent. - Vincent nawet o tym nie wie - powiedział Brendan.

46

Nic go od tego nie odwiedzie. Nie podejrzewał, że ma aż tyle siły. Batalia 

trwała cztery dni.

Przychodziła matka, siadała na jego łóżku z filiżankami gorącej czekolady.

-  Wszyscy chłopcy przechodzą przez taki okres, kiedy chcą być panami 

siebie, nie trzymać się maminej spódnicy. Sugerowałam ojcu, żebyś 

pojechał na pewien czas do Vincenta, może to wypędzi z ciebie te 

pomysły.

Brendan odmówił. To byłoby nieuczciwe. Jak pojedzie, to już nie wróci.

Ojciec też próbował pertraktować.

-  Posłuchaj, chłopcze, może onegdaj postawiłem sprawę trochę za ostro, 

mówiąc, że jedziesz po to tylko, żeby odziedziczyć tę kupę starych 

kamieni. Nie chciałem, żeby zabrzmiało to tak brutalnie. Ale wiesz, jak to 

będzie wyglądać. Możesz sobie wyobrazić, jak ludzie będą na to patrzeć.

background image

Brendan nie mógł sobie wyobrazić ani wtedy, ani teraz.

Nie zapomni jednak nigdy wyrazu twarzy Vincenta, gdy pojawił się na 

drodze.

Szedł z miasta cały czas na piechotę. Vincent stał ze starym psem, 

Shepem, przy drzwiach kuchennych. Przysłonił oczy przed promieniami 

zachodzącego słońca, gdy Brendan się zbliżał, i teraz mógł go już poznać.

-  No i co? - powiedział.

Brendan nie odrzekł nic. Niósł małą torbę, a w niej cały swój dobytek na 

nowe życie.

- To ty - rzekł Vincent. - Wejdź do środka.

Tego wieczoru nie zapytał, dlaczego bratanek przyjechał i na jak długo. 

Nigdy też go nie indagował, czy ci w Londynie wiedzą, gdzie się 

podziewa, ani czy wyrazili zgodę na te odwiedziny.

Uważał, że z biegiem czasu wszystko się wyjaśni, i rzeczywiście tak się 

działo wraz z upływem tygodni i miesięcy.

Mijały dni. Nie padło między tymi dwoma Doyle'ami, stryjem i 

bratankiem, ani jedno ostre słowo. W gruncie rzeczy w ogóle niewiele 

padło słów. Kiedy Brendan myślał, że może warto wybrać się na jakąś 

zabawę w okolicy, Vincent powiedział, że jego zdaniem to może być 

wspaniała rzecz.

47

 On sam nigdy nie zaliczał się do wielkich amatorów tańca, lecz słyszał, że 

to znakomita gimnastyka. Podszedł do puszki po herbatnikach stojącej na 

kredensie, gdzie miał pieniądze, i wręczył bratankowi czterdzieści funtów, 

żeby sprawił sobie odpowiedni strój.

Od czasu do czasu Brendan sięgał do tej puszki. Początkowo pytał o 

background image

pozwolenie, ale Vincent położył temu kres, oznajmiając, że pieniądze są 

dla nich obu, niech więc bierze, ile mu potrzeba.

Wszystko było coraz droższe, toteż od czasu do czasu Brendan chodził 

wieczorami pomagać w barze, żeby dołożyć kilka funtów do ich 

podręcznej kasy. Vincent być może o tym wiedział, nigdy jednak się do 

tego nie przyznał, nie chwalił go za to ani nie ganił.

Brendan uśmiechnął się sam do siebie na myśl o tym, jak inaczej sprawy 

wyglądały na Rosemary Drive.

Nie tęsknił za rodzicami i siostrami; zastanawiał się, czy kiedykolwiek 

kochał ich choćby trochę. A jeśli nie, to czy to nie czyniło z niego jakiejś 

nieludzkiej istoty? We wszystkim, jak czytał, zawarta jest miłość i 

wszystkie filmy są o miłości, i wszystko, o czym czyta się w gazetach, robi 

się z miłości albo dlatego, że ktoś kocha i jego miłość nie została 

odwzajemniona. Może on, nie kochając, jest kimś zupełnie wyjątkowym.

Vincent chyba był taki sam i dlatego nigdy nie pisywał listów i z nikim nie 

bawił się w rozmowy. Właśnie dlatego lubił to życie tutaj w górach, 

kamieniste drogi i spokojne niebiosa.

Trochę to nienaturalne, powiedział sobie Brendan, ukończyć dwadzieścia 

dwa lata i nie podzielić się z kimś tą wiadomością. Gdyby zwrócił się z 

tym do Vincenta, stryj przyjrzałby mu się bacznie i rzekłby: ,,To fakt?" Nie 

złożyłby mu życzeń ani nie zaproponowałby, że wypiją coś z tej okazji.

Vincent poszedł na obchód farmy. Wróci w porze lunchu. Zjedzą bekon na 

zimno i górę pomidorów. Do tego gorące kartofle, ponieważ posiłek w 

środku dnia bez kilku dużych mącznych ziemniaków jest nic niewart. Nie 

jadali nigdy

48

background image

jagnięciny czy baraniny. Nie z powodu jakiejś specjalnej delikatności 

wobec owiec zapewniających im utrzymanie, lecz dlatego że nie mieli 

dużej zamrażarki jak niektórzy sąsiedzi, co sezon zabijający owcę. Nie 

zamierzali też przepłacać u rzeźnika za mięso zwierząt, które sprzedawali 

za o wiele niższą cenę.

Przyjechał swoją małą furgonetką listonosz, Johnny Riordan.

-  Mam dla ciebie górę listów, Brendan, pewno to twoje urodziny - 

powiedział wesoło.

-  Owszem. - Brendan zrobił się tak samo małomówny jak jego stryj.

-  No, chłopie, to chyba nam postawisz później?

-  Może i tak.

Na kartce z powinszowaniami od ojca widniał zabawny kotek. To niezbyt 

pasuje do opuszczonego rodzica. Słowo „ojciec" wypisane było starannie. 

Żadnych pozdrowień, żadnych najlepszych życzeń. No cóż, tak jest 

dobrze. On też wysyłał ojcu co roku kartkę jedynie z podpisem „Brendan".

Życzenia matki były bardziej kwieciste. Nie może wprost uwierzyć, pisała, 

że ma takiego dorosłego syna, i ciekawa jest, czy ma jakąś dziewczynę i 

czy doczekają się kiedyś jego wesela.

List Heleny pełen był spokoju i błogosławieństw. Pisała też o siostrach i o 

schronisku, które zamierzają otworzyć, i o niezbędnych funduszach, i o 

tym, że dwie siostry zamierzają grywać na gitarze na stacji Piccadilly, i że 

zgromadzenie jest podzielone w tej kwestii, i czy to jest właściwy sposób 

postępowania. Helena zawsze opisywała tysiące szczegółów, zakładając, 

że on zna wszystkich tych ludzi, pamięta ich nazwiska i interesuje się ich 

poczynaniami. Na końcu napisała: „Proszę, potraktuj poważnie list Anny".

Otwierał korespondencję w odpowiedniej kolejności. Wolno otworzył list 

background image

od Anny. Może donosi mu o jakichś złych rzeczach, że ojciec ma raka albo 

matkę czeka operacja? Skrzywił się z pogardą, czytając o całym tym 

rocznicowym jublu. Nic się nie zmieniło, po prostu nic, oni uwięzieni są

49

w pułapce czasu, tkwią w świecie ozdobionych pozłotką kart, 

bezsensownych rytuałów. Czuł się tym wszystkim jeszcze bardziej 

zaniepokojony z powodu gorliwego przypisku Heleny, żeby potraktował 

poważnie list Anny. Takie zwalanie odpowiedzialności na kogoś innego.

Był rozdrażniony i niespokojny jak zawsze, gdy wciągano go w sprawy 

rodzinne. Wstał i wyszedł na dwór. Pójdzie kawałek pod górę. Jest tam 

murek, który chciał obejrzeć. Może wymaga większej naprawy, a nie tylko 

ułożenia z powrotem kamieni, co tak często robili.

Skierował się w stronę Vincenta i owcy, która utknęła w bramce. 

Przerażone zwierzę wierzgało i rzucało się, uniemożliwiając pomoc.

-  Przyszedłeś w samą porę - rzekł Vincent i razem uwolnili zdenerwowane 

zwierzę. Owca beczała jak szalona i patrzyła na nich z głupim wyrazem 

pyszczka.

-  Co jej jest, skaleczyła się? - spytał Brendan.

-  Nie. Nie ma nawet zadrapania.

-  Wobec tego co to za beczenie? Vincent patrzył długo na nieszczęsną 

owcę.

-  To ta, co się położyła na swoim jagnięciu. Zgniotła malucha na śmierć - 

odparł.

-  Głupia, durna owca - powiedział Brendan. - Siada na własnym 

dorodnym i zdrowym jagnięciu, potem zaklinowuje się w bramce. Takie 

właśnie rzeczy psują opinię owcom.

background image

Owca spojrzała na niego z ufnością i głośno zabeczała.

-  Ona nie wie, że ją obrażam - zauważył Brendan.

-  Co ją to obchodzi. Szuka swego małego.

-  To nie wie, że go udusiła?

-  Skądże! Jak mogłaby to wiedzieć? - rzekł Vincent. Ruszyli obaj zgodnie 

w stronę domu, żeby przygotować

posiłek.

Vincent zawadził wzrokiem o koperty i kartki.

-  No tak, masz urodziny - rzucił. - Wyobraź sobie.

-  Tak. - Głos Brendana brzmiał niezbyt przystępnie. Stryj patrzył na niego 

przez chwilę.

-  Dobrze, że o tobie pamiętają, bo gdybyś musiał liczyć na mnie, to 

kiepsko by było z pamięcią o takich rzeczach.

50

-  Nie dbam o pamięć... przynajmniej nie tego rodzaju. - Mył kartofle w 

zlewie i wrzucał je do dużego garnka z wodą, ale wciąż był zły.

-  Mam ci kartki ustawić nad kominkiem? Vincent nigdy czegoś takiego 

nie mówił.

-  Nie, nie. Nie lubię tego.

-  No dobrze. - Stryj zebrał je ostrożnie i ułożył w stosik. Zauważył długi, 

napisany na maszynie list Anny, ale nie skomentował tego faktu. Podczas 

posiłku czekał, aż chłopak się odezwie.

-  Anna ubzdurała sobie, że powinienem przyjechać do Anglii i wziąć 

udział w jublu z powodu srebrnych godów. Srebrnych. - To słowo 

powiedział szyderczym tonem.

-  To znaczy ilu lat? - spytał Vincent.

background image

-  Dwudziestu pięciu wspaniałych lat.

-  To oni są tak długo małżeństwem? O Boże!

-  Nie byłeś na ich ślubie?

-  Drogi Brendanie, pytam cię, co mogłoby mnie zmusić do pójścia na 

ślub.

-  Chcą, żebym przyjechał. Ale ja nie zamierzam tego zrobić.

-  No, wszyscy robimy to, co chcemy robić. Brendan myślał przez dłuższą 

chwilę.

-  Przypuszczam, że w końcu robimy - powiedział. Zapalili papierosy, 

popijając herbatę z dużych kubków.

-  I wcale mnie tam nie chcą, mieliby ze mną tylko wielki ambaras. Matka 

będzie musiała mnie usprawiedliwiać przed ludźmi i tłumaczyć, dlaczego 

nie zrobiłem tego czy tamtego albo dlaczego nie wyglądam tak czy 

inaczej. A ojciec będzie mnie indagować, zadawać mi pytania.

-  Ale mówiłeś, że nie zamierzasz jechać, więc czym się martwisz?

-  To dopiero w październiku - powiedział Brendan.

-  Naprawdę, w październiku? - Vincent wyglądał na zaintrygowanego.

-  Tak, czy to nie typowe dla nich, żeby ustalać wszystko już teraz?

Dali temu spokój przez chwilę, lecz Brendan twarz miał

51

zatroskaną, i Vincent wiedział, że będzie jeszcze o tym mówił.

-  W pewnym sensie to oczywiście nie jest zbyt dużo, jeśli się jedzie raz na 

kilka lat. W pewnym sensie, jak się na to popatrzy, to znów nie tak wiele 

im się zaofiaruje.

-  To twoja własna decyzja, chłopcze.

-  Ty nie poradzisz mi, co mam zrobić, jak sądzę.

background image

-  Rzeczywiście, nie poradzę.

-  Koszt przejazdu mógłby być dla nas zbyt wielki. - Brendan spojrzał na 

puszkę po herbatnikach - może tam znajdzie się wyjście z sytuacji.

-  Dobrze wiesz, że na podróż zawsze znajdą się pieniądze.

Tak, wiedział. Miał tylko nadzieję, że mogliby posłużyć się brakiem 

pieniędzy jako wymówką. Nawet przed sobą.

-  I byłbym tylko jednym z tłumu, może więc jeśli już mam jechać, to 

lepiej byłoby pojechać kiedy indziej.

-  Jak sobie życzysz.

Z podwórka doleciało beczenie. Owca o głupim pyszczku, ta, co zadusiła 

swoje jagnię, wciąż szukała dziecka. Szła w stronę domu w nadziei, że 

mogło się tu zabłąkać. Vincent i Brendan wyjrzeli przez kuchenne okno. 

Owca nadal beczała.

-  Byłaby kiepską matką, nawet gdyby żyło - zauważył Brendan.

-  Ona tego nie wie, po prostu postępuje tak, jak jej nakazuje instynkt. 

Chciałaby je zobaczyć, przekonać się, że żadna krzywda mu się nie dzieje.

Było to jedno z najdłuższych przemówień, jakie kiedykolwiek wygłosił 

stryj. Brendan popatrzył na Vincenta i delikatnie objął go za ramię, 

wzruszony do głębi jego wielkodusznością.

-  Wybiorę się teraz do miasta - powiedział, zdejmując rękę z ramienia 

stryja. - Może napiszę parę listów i popracuję dziś wieczór przy toczeniu 

piwa.

-  Jest całkiem dość w puszce od herbatników - rzekł miękko Vincent.

-  Owszem, wiem, że jest. Wiem.

52

Brendan wyszedł na podwórko i minąwszy samotną owcę, wciąż 

background image

wzywającą swoje zagubione jagnię, zapalił silnik starego samochodu, żeby 

jechać do miasta. Pojedzie na srebrne gody rodziców. To tylko krótki 

odcinek czasu z jego życia. Życia takiego, jakie chciał mieć. Może 

poświęcić ten krótki czas i pokazać im, że ma się dobrze i nadal jest 

członkiem rodziny.

 Rozdział Trzeci.

 Helena.

Starzec popatrzył na Helenę z nadzieją. Zobaczył dwudziestoparoletnią 

dziewczynę w szarej bluzie i takiej samej spódnicy. Włosy ściągnęła do 

tyłu czarną wstążką, ale wyglądały tak, jakby bujne i wijące się lada 

chwila mogły jej opaść na ramiona. Oczy miała piwne i niespokojne, a na 

nosie piegi. Niosła czarną plastikową torbę na zakupy i machała nią do 

przodu i do tyłu.

-  Panienko - powiedział stary pijak - czy mogłabyś mi wyświadczyć 

przysługę?

Helena natychmiast się zatrzymała, a on wiedział, że tak postąpi. 

Przechodnie dzielili się na tych, którzy szli dalej, i tych, którzy się 

zatrzymywali. Lata obserwacji nauczyły go odróżniać jednych od drugich.

-  Oczywiście, co mogłabym zrobić? - spytała. Starzec niemal się cofnął. 

Jej uśmiech był zbyt ochoczy.

Zazwyczaj ludzie mamrotali, że nie mają drobnych albo się spieszą. Nawet 

jeśli wyglądało na to, że pomogą pijusowi, to nie zdradzali aż takiej 

gorliwości. - Nie chcę pieniędzy - odparł.

-  Oczywiście, że nie - powiedziała Helena, jakby była to ostatnia rzecz, 

której mógłby chcieć stary człowiek w palcie przepasanym sznurkiem i z 

pustą butelką po imbirowym winie w ręce.

background image

-  Chciałbym po prostu, żeby panienka tam weszła i przyniosła mi 

następną butelkę. Dranie mówią, że mnie nie obsłużą. Mówią, że nie 

wolno mi wchodzić do sklepu. Dałbym więc panience do ręki dwa funty i 

mogłaby panienka wejść do sklepu i kupić mi wino.

54

Małe chytre oczka w poszarzałej twarzy pod rozczochraną czupryną i nad 

szczeciną nie ogolonego zarostu rozbłysły z powodu genialności tego 

planu.

Helena zagryzła wargę i spojrzała ostro na starca. Pochodził oczywiście z 

Irlandii, jak oni wszyscy, albo ze Szkocji. Walijscy pijacy pozostali 

przypuszczalnie w swoich dolinach, Anglicy tak masowo się nie upijali, a 

przynajmniej nie publicznie. To zagadka.

-  Myślę, że ma pan dosyć.

-  Skąd może panienka wiedzieć, czy mam dosyć, czy nie? Nie o tym 

zresztą rozmawiamy. Tak się składa, że nie jest to kwestia sporna.

Helena była poruszona, starzec mówił tak poprawnie, posługiwał się tego 

rodzaju sformułowaniami jak... kwestia sporna. W jaki sposób człowiek, 

który tak się wyraża, mógł posunąć się tak daleko i stać się wyrzutkiem?

Natychmiast poczuła się winna z powodu tej myśli. W taki sposób 

mówiłaby babcia O'Hagan. I Helena natychmiast by się z nią nie zgodziła. 

Tymczasem, mając lat dwadzieścia jeden, ona też myśli niemal tak samo.

-  To niedobre dla pana - wyjaśniła i dodała z żarem: - Powiedziałam, że 

wyświadczę panu przysługę, a tymczasem dać panu więcej alkoholu to nie 

przysługa, to wręcz wyrządzenie krzywdy.

Pijak lubił takie subtelności i określenia, gotów więc był spierać się z 

Heleną.

background image

-  Tylko że nie ma mowy o tym, aby panienka dawała mi alkohol, droga 

pani - rzekł triumfalnie. - To nigdy nie było częścią naszej umowy. Ma 

panienka wystąpić jako moja przedstawicielka przy kupnie alkoholu. - 

Promieniał z powodu swojego zwycięstwa.

-  Nie, on pana zabije.

-  Bez trudu mogę go dostać wszędzie. Mam dwa funty i dostanę go 

wszędzie. Rozmawiamy teraz o danym słowie i o jego złamaniu. 

Powiedziała panienka, że wyświadczy mi przysługę, a teraz mówi, że nie.

Helena wpadła jak burza do sklepiku z artykułami spożywczymi i 

alkoholami.

55

-  Butelkę owocowego wina - poprosiła, a oczy jej miotały błyskawice.

-  Jakiego?

-  Nie wiem. Jakiegokolwiek. Tego. - Wskazała palcem wymyślną butelkę. 

Pijak zapukał w okno i potrząsnął przecząco rozczochraną głową, próbując 

wskazać inny rodzaj wina.

-  Nie kupuje pani dla tego opoja? - spytał młody ekspedient.

-  Nie, to dla mnie - zapewniła Helena z poczuciem winy i w sposób 

oczywisty kłamliwie.

Pijak gorączkowo pokazywał na jakieś wino.

-  Niech mu pani tego nie daje... błagam.

-  Sprzeda mi pan tę butelkę owocowego wina czy nie? - Helena potrafiła 

w porywach być autorytatywna.

-  Dwa funty osiemdziesiąt - oznajmił młody człowiek. Helena rzuciła 

pieniądze, swoje pieniądze, na ladę

i w równie złym nastroju wpakowała butelkę do plastikowej torby.

background image

-  No, proszę - powiedziała do pijaka. - Zrobiłam czy nie zrobiłam tego, o 

co mnie pan prosił?

-  Nie zrobiła panienka, bo to szczurzy sikacz, to wino w fikuśnych 

butelkach przeznaczone jest do sprzedaży na kolei. Ja tego nie piję.

-  To niech pan nie pije. - Do oczu napływały jej łzy.

-  A co więcej, nie zamierzam na nie wydawać swoich pieniędzy.

-  Proszę je wziąć w prezencie. - Była już zmęczona.

-  O, co za nadęta, zarozumiała damulka - rzekł opój. Wysączył już do tej 

pory pewno więcej niż ćwierć zawartości, pijąc prosto z butelki. Trzymał 

ją nadal w plastikowej torbie.

Helenie nie podobał się wyraz jego twarzy. Starzec doprowadzał się 

stopniowo do wściekłości, albo nawet do wybuchu. Patrzyła na niego z 

przerażeniem i widziała, jak wielka porcja pogardzanego wina znika mu w 

gardle.

-  Szczurze szczyny! - wrzasnął. - Nalewane do butelek przez tych 

złodziejskich sklepikarzy i uhonorowane mianem alkoholu. - Stuknął 

znowu głośno w szybę wystawy.

56

 - Wyjdźcie, wy oszuści i łobuzy, wyjdźcie tu i usprawiedliwcie to 

świństwo.

Koło sklepu stały porządnie ustawione skrzynki z jabłkami i 

pomarańczami, z kartoflami luzem i grzybami w koszykach. Pijak, 

posługując się prawie już pustą butelką, zaczął systematycznie przewracać 

je na jezdnię.

Ekspedienci wybiegli ze sklepu; dwóch złapało starego, trzeci poszedł po 

policjanta.

background image

-  Bardzo pani dziękuję - powiedział młodzieniec, który obsługiwał 

Helenę. - To bardzo przyjemny dzień.

-  Nie słuchaliście mnie, wy dranie! - krzyknął pijak, który miał już teraz 

pianę w kącikach ust.

Taka jak ona nie będzie nikogo słuchać, kolego -rzucił wściekły 

sklepikarz, próbując go unieruchomić.

Helena niezdarnie wycofywała się ze sceny. Odchodziła niemal bokiem, 

jakby usiłując nie odwracać się od nieprzyjemności i zamieszania, jakie 

wywołała. Zdarzało się to jednak tak często.

Gdziekolwiek pójdzie, zawsze coś takiego się przydarzy, przekonała się 

Helena.

W klasztorze nie powie o tym siostrze Brygidzie. Mogłoby to łatwo zostać 

źle zrozumiane. Siostry nie pojęłyby, że wszystko to i tak by się zdarzyło. 

Pijak mógłby jeszcze bardziej się awanturować i stać się jeszcze 

groźniejszy, gdyby nikt nie kupił mu alkoholu. Mógł rozbić wystawę albo 

kogoś skaleczyć. Helena nie opowie tej denerwującej historii. Brygida 

byłaby zmuszona spojrzeć na nią ze smutkiem i dziwić się, dlaczego 

Helenie Doyle towarzyszą kłopoty, gdziekolwiek się ruszy.

Mogłoby to nawet odsunąć dzień, w którym pozwolą jej złożyć śluby i 

zostać członkinią zgromadzenia, a nie tylko być intruzem. Jak wiele 

jeszcze będzie musiała udowodnić? Dlaczego siostra Brygida wciąż 

odracza chwilę, w której Helena powinna zostać uznana za jedną z nich? 

Pracowała równie ciężko jak one wszystkie, przebywała wśród nich od 

trzech lat, a wciąż traktowano to jako coś w rodzaju przelotnego kaprysu.

Nawet najbłahsze i zupełnie przypadkowe zdarzenia

57

background image

sprawiały, że siostry patrzyły na Helenę jak na osobę o chwiejnym 

usposobieniu. To było okropnie niesprawiedliwe. Nie, Helena nie wydłuży 

tej i tak długiej już listy, opowiadając im o zamieszaniu, od którego 

uciekała. Dopatrzono by się w nim jej winy.

Raczej pomyśli o obchodach srebrnych godów i o tym, co mogłaby zrobić, 

żeby w nich pomóc.

Rzecz jasna, nie ma pieniędzy, pod tym względem więc nie można niczego 

od niej oczekiwać. A ponadto ślubowała ubóstwo - czy też, uczciwie 

mówiąc, próbuje ślubować - i teraz jest trochę oderwana od świata, 

odsunęła się od głównego nurtu codziennego życia. I gdyby nawet 

wychodziła każdego dnia do pracy, tak jak wszystkie siostry, nie znałaby 

się na tej stronie życia, na której będą się koncentrować matka i Anna, na 

tej bardziej materialnej stronie rzeczy. Nie przyda się też przy naganianiu 

sąsiadów i przyjaciół. Może mogłaby się dowiedzieć, czy nie dałoby się na 

intencję rodziców odprawić jakiejś specjalnej mszy czy liturgii. Wątpiła 

jednak, czy stary ksiądz z kościoła parafialnego, do którego chodzili 

Doyle'owie, będzie odpowiednio wprowadzony w nowoczesną liturgię 

posoborowej odnowy.

Lepiej zostawić to Annie, która ma mnóstwo czasu na wszystkie takie 

sprawy. Anna nierzadko irytowała się, kiedy Helena usiłowała pomagać, 

często lepiej było nic nie robić i tylko mówić spokojnym głosem: „Tak, 

Anno. Nie, Anno. Zaklepane, Anno". To właśnie sugerowałaby Brygida. 

Brygida była specjalistką od mówienia spokojnym głosem.

I  od nalegania, żeby Helena też się tego nauczyła. Dla Heleny brzmiało to 

często jak uprzejmość, a nawet hipokryzja, ale Brygida zapewniała, że 

świat generalnie właśnie tego sobie życzy. I niekiedy Helena myślała 

background image

ponuro, że Brygida może mieć rację.

Matka z pewnością zawsze życzyła sobie niedomówień i podtekstów w 

pewnych sprawach, a w większości wypadków niewspominania o nich w 

ogóle. Wolała nie tyle spokój, ile ciszę. Może byłaby zadowolona, gdyby 

Helena urodziła się głucha i niema.

Na tym etapie rozmyślań dotarła do Domu Świętego

58

Marcina, w którym mieszkały siostry. Brygida nigdy nie nazywała go 

klasztorem, choć nim był. Nazywała go po prostu Świętym Marcinem albo 

domem. Nie krytykowała jednak Heleny za to, że używała bardziej 

oficjalnej nazwy, mówiąc o budynku z czerwonej cegły, w którym 

mieszkało i krzątało się przy swoich codziennych zajęciach jedenaście 

sióstr, pracownic socjalnych różnych londyńskich agencji.

Nessa zajmowała się młodocianymi matkami, w większości nawet nie 

szesnastoletnimi, i usiłowała nauczyć je opiekowania się dziećmi. Wiele 

lat temu miała dziecko, wychowywała je sama, ale dziecko umarło, mając 

trzy latka. Helena nie mogła sobie przypomnieć, czy to był chłopiec, czy 

dziewczynka. Inne siostry nie mówiły dużo na ten temat. Niemniej dało to 

Nessie przewagę, gdy miały zająć się opieką nad dziećmi. Brygida 

zazwyczaj pracowała w dziennym ośrodku dla włóczęgów. Wydawała im 

posiłki, próbowała organizować kąpiele i odwszawianie. Siostra Maureen 

działała w agencji zajmującej się rehabilitacją eks-więźniów. Minęły 

czasy, gdy zakonnice jedynie polerowały wielkie stoły w rozmównicy w 

nadziei na odwiedziny biskupa. Wychodziły teraz z klasztoru, żeby 

wykonywać bożą pracę, i znajdowały wiele okazji ku temu na ulicach 

Londynu.

background image

Od chwili przybycia do Domu Świętego Marcina Helena przechodziła z 

jednej pracy do innej. Chętnie pracowałaby z siostrą Brygidą w dziennym 

ośrodku dla włóczęgów. A naprawdę to chciałaby, żeby ta pozwoliła jej 

prowadzić go samodzielnie i tylko wpadała od czasu do czasu, by 

sprawdzić, jak sobie radzi. Helena czuła, że w ten sposób mogłaby się 

okazać naprawdę użyteczna i odpowiednio się wyróżnić. Gdyby 

przekonano się, że potrafi troszczyć się o dobro tak wielu ludzi, nie 

miałaby kłopotów z udowodnieniem swojej gotowości przystąpienia do 

zgromadzenia.

Zdawała sobie sprawę z tego, że posłuszeństwo stanowi istotną część tej 

gotowości, i podobnie jak ubóstwo i czystość również ono nie stanowiło 

dla niej problemu. Nie pragnęła obalać praw i tworzyć zasad, będzie 

posłuszna wszystkim regułom. Nie pragnęła pieniędzy na klejnoty czy

59

jachty, śmiała się przy każdej wzmiance o takich rzeczach. I czystość. Tak, 

była najzupełniej pewna, że pragnie jej także. Jedyne doświadczenie z 

odwrotną stroną tego medalu zupełnie Helenie wystarczyło, żeby 

rozproszyć pod tym względem jakiekolwiek wątpliwości.

Pracowała w kuchni, odrabiając swoją kolejkę w charakterze służki. Nie 

miała pojęcia, dlaczego siostra Brygida nie lubiła, kiedy ona używała tego 

określenia, służka. Nie potrafiła widocznie zrozumieć, że dzisiaj ludzie 

posługują się tym słowem całkiem normalnie, jako żartobliwym 

powiedzonkiem. Debs mówiła, że będą przez chwilę „robić za służkę", 

zanim pojadą na narty, co znaczyło, że będą zajmować się czyimś domem. 

Australijczycy przyjeżdżający tu na rok często dostawali pracę w barach, 

restauracjach albo jako służki. Nie jest to słowo przynoszące ujmę.

background image

Westchnęła na myśl o tych wszystkich przepaściach w porozumieniu 

między ludźmi, które pojawiają się na każdym kroku. Weszła do Świętego 

Marcina. W tym miesiącu prowadzenie domu, jak to określała Brygida, 

wypadło na siostrę Joan. Ta zawołała z kuchni, słysząc, że przyszła.

-  W samą porę, Heleno, wezmę zakupy od ciebie. Nie mogłaś lepiej 

wycelować w czasie.

Helena przypomniała sobie ze zgrozą, po co wzięła ze sobą dużą 

plastikową torbę, która pusta dyndała u jej boku w drodze powrotnej do 

domu. Miała, przechodząc obok targowiska, kupić tanio to, czego 

sprzedawcy nie pozbyli się w ciągu dnia. Tymczasem zapomniała o tym 

natychmiast i dlatego poszła w stronę sklepu z artykułami spożywczymi i 

alkoholami, gdzie pomogła rodakowi niszczyć sobie wątrobę w tempie 

jeszcze szybszym, niż robił to do tej pory. Dano jej trzy funty na zakup 

warzyw, a ona wydała je na wino dla alkoholika.

-  Siadaj, Heleno. To nie koniec świata - powiedziała Joan, która nie znała 

szczegółów tej historii, ale odgadła jej istotę i wiedziała, że nie będzie 

mieć warzyw do potrawki. - Siądź, Heleno, i przestań płakać. Zrobię ci 

filiżankę

60

herbaty, jak tylko wyszoruję tych parę ziemniaków. Zjemy ziemniaczki w 

mundurkach z odrobiną twarogu. To też będzie dobre.

Nessa czuła się zmęczona, to był szczególnie ciężki dzień.

Osiemnastoletnia matka siedziała, pochlipując, w kącie, podczas gdy 

pracownice socjalne i policjantka dyskutowały o jej losie. Jej dziecko 

będzie żyło dzięki Nessie, ale jakie to będzie życie?

Matka nie pokazała się w ośrodku przez dwa dni i Nessa zaczęła się 

background image

niepokoić. Drzwi wejściowe do bloku zawsze były szeroko otwarte i 

Nessa, wchodząc tam, niemal przewróciła się przez Simona pełzającego 

po brudnym korytarzu. Wszędzie walały się puszki od piwa i butelki, 

cuchnęło moczem, co kilka kroków czyhało niebezpieczeństwo, popsute 

rowery, skrzynie o ostrych kantach. Simon raczkował ochoczo w stronę 

otwartych drzwi. Za chwilę znajdzie się na ulicy, gdzie jeżdżą auta i 

motocykle i nikt nie spodziewa się raczkującego malca. Ani chybi 

straciłby życie.

Życie mu uratowano i teraz opatrywano rany od przemoczonych, 

cuchnących pieluch. Dostał zastrzyk przeciwko tężcowi, bo niewątpliwie 

miał okazję narazić się na infekcję. Potłuczone oko szczęśliwie okazało się 

nie uszkodzone.

Matka go nie biła, tego Nessa była pewna, ale będąc osobą 

niedorozwiniętą, nie potrafiła się nim opiekować. Kiedy Simon opuści 

szpital, będzie musiał pójść do zakładu dla dzieci. Czekało go życie w 

zakładzie, i to w zakładzie specjalnym.

Nessa nie miała ochoty słuchać płaczu Heleny i jej wyjaśnień.

-  A więc znowu zapomniałaś o warzywach - przerwała jej. - No to co z 

tego, Heleno? Teraz zafundujmy sobie chwilę spokoju. To będzie 

naprawdę przyjemne.

Helena zatrzymała się w połowie zdania.

-  Ja tylko biorę to wszystko na siebie, bo nie chcę, żeby winiono siostrę 

Joan.

-  Och, na miłość boską, Heleno, kto przy zdrowych

61

zmysłach winiłby siostrę Joan albo którąś inną? Przestań, dobrze?

background image

Była to najostrzejsza uwaga, jaką kiedykolwiek wypowiedziano w Domu 

Świętego Marcina, miejscu spokoju i kontemplacji.

Siostra Joan i siostra Maureen patrzyły zaszokowane na bladą i zmęczoną 

Nessę wchodzącą po schodach na górę.

Helena popatrzyła na nie wszystkie i znowu wybuchnęła płaczem.

Siostra Brygida chyba nigdy nie brała pod uwagę nastrojów. To była jedna 

z jej cech charakterystycznych. Helena czasami myślała, że to słabość, 

rzadka niewrażliwość u skądinąd tak wspaniałej osoby. Innym razem 

zastanawiała się, czy nie jest to w gruncie rzeczy błogosławieństwo i czy 

siostra Brygida nie kultywuje tej cechy celowo.

Nikt nie wspomniał o zaczerwienionych oczach Heleny i o jej twarzy w 

plamach, gdy siedziały z pochylonymi głowami, czekając, aż siostra 

Brygida odmówi prostą modlitwę, błogosławiąc ich strawę. Nikt nie 

powiedział głośno, że Nessa jest blada i wygląda na wyczerpaną, 

jakkolwiek troskliwie podawano jej potrawy i uśmiechano się do niej 

trochę częściej niż do innych siedzących przy stole - jedenastu kobiet wraz 

z Brygidą, cichą matką przełożoną, która nigdy nie używała tego tytułu. 

Skarciła ostro Helenę, gdy nazwała ją matką wielebną.

- Ale czyż siostra nią nie jest? - Helena była zaskoczona.

- Wszystkie jesteśmy tu siostrami, zgromadzeniem, to jest nasz dom, a nie 

instytucja z rangami i regułami, i hierarchią społeczną.

Trudno było początkowo to pojąć, lecz po trzech latach Helena czuła, że 

Brygida z pewnością zasługuje na swoje stanowisko. Zagryzając wargę, 

patrzyła na dziesięć kobiet gawędzących przy skromnym posiłku. Jeszcze 

skromniejszym z powodu faktu, że zapomniała kupić warzywa.

Rozmawiały o pracy, którą wykonywały tego dnia, o sprawach 

background image

praktycznych, o rzeczach śmiesznych, optymistycznych,

62

 o szansach na większą pomoc, o borykaniu się z cięciami finansowymi. 

Brygida twierdziła, że nie powinny mówić o swoich kłopotach przy 

wieczerzy, a nawet w ogóle przychodzić z nimi do domu, bo w 

przeciwnym razie Dom Świętego Marcina przytłoczyłoby brzemię 

zbiorowego żalu i nerwowości tych, którzy pracują wśród ludzi z 

ponurych stref społecznych. Gdyby co wieczór miano rozpamiętywać góry 

nieszczęść i cierpień oglądanych w różnych światach, musiano by wpaść 

w rozpacz, a ta działałaby jak hamulec. Ludziom potrzebna jest ucieczka, 

czas na wytchnienie, usunięcie się w zacisze. Niesądzony im jest luksus 

usunięcia się w zacisze jak zakonnicom dawnej generacji, ale nie miewają 

takich potrzeb i obowiązków jak wielu profesjonalnych pracowników 

socjalnych mających mężów lub żony. Nie mają dzieci wymagających 

czasu, miłości i opieki ani konieczności towarzyskich, ani intensywnych 

stosunków osobistych. Brygida powtarzała im często, że takie małe 

zgromadzenia zakonnic mają wręcz idealne warunki, aby służyć wielu 

potrzebom, wciąż wyraźnie narastającym wokół nich w Londynie. 

Powinny się obawiać jedynie nadmiernego zagłębiania się w siebie lub 

zbytniego zamartwiania, bo to, z powodu przekonania o własnej wartości, 

może uczynić ich pomoc mniej skuteczną.

Helena popatrzyła na twarze wokół: z wyjątkiem Nessy, która wyglądała 

na chorowitą, reszta sprawiała wrażenie osób nie mających wielu 

zmartwień. Słuchając rozmów, trudno byłoby się domyślić, że niektóre z 

nich spędziły ten dzień w sądzie, na komisariatach policji, w ośrodkach 

pomocy społecznej albo wśród ludzi mieszkających na dziko lub w 

background image

zrujnowanych domach komunalnych, czy też jak ona w centrum 

ubraniowym.

Była rada, że się śmiały, gdy opowiadała im o bezdomnej, która przyszła 

tam dziś rano po płaszcz. Zadaniem Heleny było zorganizowanie 

sortowania, prania i reperacji odzieży, którą przysłano do biura. Pewna 

wielkoduszna pralnia chemiczna pozwalała im na używanie wielkiej 

maszyny poza godzinami szczytu, jeśli zagwarantują, że klienci nie 

zorientują się, iż

63

pierze się tam również używaną odzież przeznaczoną dla włóczęgów.

Bezdomna była bardzo natarczywa.

-  Nie chcę niczego w kolorze zielonym, siostro, zawsze uważałam go za 

nieszczęśliwy. Nie, czerwony jest trochę zbyt krzykliwy, w moich czasach 

nosiły go jedynie określone kobiety. Coś fiołkoworóżowego albo w 

odcieniu lila. Nie? Wobec tego lepiej zdecydować się na brąz. Niezbyt to 

wesoły kolor na wiosnę, ale zawsze. - Ciężkie westchnienie. Helena miała 

zdolności mimiczne, świetnie naśladowała petentkę, siostry mogły ją 

niemal widzieć, jakby były tam obecne.

-  Powinnaś występować na scenie, Heleno - powiedziała z podziwem 

Joan.

-  Może tak będzie pewnego dnia - zauważyła niewinnie Maureen.

Twarz Heleny się zachmurzyła.

-  Ale jakżebym mogła? Przecież będę tutaj. Dlaczego żadna z was nie 

wierzy, że zamierzam zostać? Dołączyłam do was na tyle, na ile mi 

pozwoliłyście. - Wargi jej drżały. Niebezpiecznie.

Interweniowała siostra Brygida.

background image

-  Heleno, jak ona wyglądała w brązowym płaszczu? -spytała z naciskiem. 

Ostrzeżenie było wyraźne.

Z pewnym wysiłkiem Helena wróciła do swojej opowieści. Bezdomna 

poprosiła też o szalik, coś eleganckiego, jak powiedziała, zupełnie jakby 

znajdowała się w dziale dodatków jakiegoś wytwornego sklepu.

-  Znalazłam jej w końcu kapelusz, żółty z brązowym piórkiem, i 

podarowałam żółtą broszkę, którą sama nosiłam. Powiedziałam, że to 

zharmonizuje kolorystycznie całość. Kiwała głową niczym królowa matka 

i była bardzo grzeczna, po czym zabrała swoje cztery torby z manatkami i 

powędrowała z powrotem na nabrzeże.

-  Świetnie, Heleno - pochwaliła ją siostra Brygida. -Jeśli możesz sprawić, 

by ośrodek przypominał dom mody z możliwością wyboru, to postępujesz 

jak najbardziej właściwie. Ta kobieta nigdy nie zaakceptowałaby niczego, 

co uważałaby za jałmużnę. Dobrze się spisałaś.

64

Reszta sióstr też się uśmiechała, a na twarzy Nessy widniał szczególnie 

szeroki uśmiech.

-  Nikt nie dorówna Helenie, jeśli chodzi o umiejętność postępowania z 

ludźmi niedostosowanymi do życia w społeczeństwie - rzekła Nessa, jakby 

chcąc wynagrodzić jej swój wcześniejszy wybuch. - Ty zawsze potrafisz 

tak świetnie się z nimi porozumieć.

-  Pewno już jestem jak oni - odparła Helena. - Jeśli chodzi, wiesz, o 

rozpoznawanie swoich i te rzeczy.

-  Ty nigdy nie będziesz bezdomną, Heleno - powiedziała z sympatią 

Brygida. - Pogubiłabyś torby ze swoimi manatkami.

Siostry siedzące wokół stołu w Domu Świętego Marcina wybuchnęły 

background image

serdecznym, dobrodusznym śmiechem. Helenę ogarnął spokój i poczuła 

się jak w domu.

Wydało jej się, że słyszy, jak w środku nocy Nessa wstaje i schodzi na dół. 

Dom był stary, pełen trzasków i odgłosów. Każda z nich mogła rozpoznać 

kroki i kaszel innych. Jak w rodzinie.

Już miała wstać i pójść za Nessą na dół do kuchni na filiżankę kakao i 

pogaduszkę. Zawahała się jednak. Brygida często mawiała, że ostatnią 

rzeczą, jakiej potrzebują ludzie, gdy są zdenerwowani, jest to, żeby ktoś 

przyszedł, proponując herbatę i współczucie. Helena słuchała tego, ale nie 

zgadzała się z tą opinią. Ona właśnie tego zawsze pragnęła. I nigdy 

niczego takiego nie było w domu. Tata zbyt zmęczony, matka za nerwowa, 

Anna zbyt zajęta, Brendan zbyt zamknięty w sobie. Dlatego właśnie 

znalazła sobie tę inną rodzinę. Siostry zawsze miały czas na współczucie. 

O to właśnie chodziło w ich pracy. O słuchanie.

Na pewno powinna zejść na dół i posłuchać Nessy, i być może 

opowiedzieć jej o tym dzisiejszym pijaku i o tym, jakie to było 

denerwujące. A może nie. Kiedy usiłowała się zdecydować, usłyszała na 

schodach lekkie kroki siostry Brygidy.

Skradając się, wyszła na spocznik, chcąc usłyszeć, o czym rozmawiają.

65

Dziwna rzecz, mowa była cały czas o ogrodzie, o tym, co powinny 

zasadzić.

-  Przyjemnie byłoby sobie siedzieć i patrzeć na krzewy - powiedziała 

siostra Brygida.

-  A kiedyż ty siedzisz? - spytała Nessa tonem karcącym i jednocześnie 

pełnym podziwu.

background image

-  Ależ siedzę, i to wiele razy. To jest jak to urządzenie, które dostałyśmy 

do ładowania baterii do radia, daje to nową energię, mnie i nam 

wszystkim.

-  Nigdy nie wydajesz się zmęczona, Brygido.

-  Ale czuję zmęczenie, mówię ci. Starzeję się, niedługo skończę 

czterdzieści lat.

Nessa głośno się roześmiała.

- Nie bądź śmieszna, masz zaledwie trzydzieści cztery lata.

-  No cóż, czterdziestka na karku; nie przeszkadza mi to, tylko że nie mam 

już tyle energii co dawniej. Kto zajmie się ogrodem, Nesso? Mnie męczy 

zbyt wiele dolegliwości i bólów. Ciebie nie można zabrać od dzieci.

-  Po dzisiejszym dniu myślę, że można to zrobić z łatwością. Nie mam 

rozeznania...

-  Sza, sza... Kogo poprosimy o to, żeby się tym zajął? To ciężka praca, 

wiesz, zrobić z takiego skrawka ziemi ładny i przytulny zakątek.

-  Może Helenę? - W głosie Nessy wyczuwało się wątpliwości.

Helena stojąca na spoczniku poczuła, że oblewa się rumieńcem po szyję.

- Och, ona na pewno potrafiłaby to zrobić, i to z wielką wyobraźnią... - W 

głosie siostry Brygidy pobrzmiewała też spora doza wątpliwości. - Tylko 

że...

Nessa wpadła jej w słowa:

-  Tylko że ona straciłaby zainteresowanie w połowie drogi, gdy 

kupiłybyśmy już rośliny, i wszystkie by uschły. To miałaś na myśli?

Helena czuła, że ogarnia ją gniew.

-  Nie, tylko nie chcę, by myślała, że pchamy ją do robienia czegoś, co nie 

jest naprawdę... naszym zadaniem.

background image

66

-  Ale to wszystko jest naszym zadaniem, czyż nie? - W głosie Nessy 

brzmiało zdziwienie.

-  Tak, ty to wiesz, ja to wiem, ale Helena nie. Tak czy inaczej, zobaczymy. 

Chodź, Nesso, jeśli my, stare, mamy przydać się na coś temu 

zgromadzeniu, to lepiej w nocy prześpijmy się przez kilka godzin. - 

Zaśmiała się. Śmiech siostry Brygidy był przyjemnie dobroduszny, 

ogarniał człowieka i jakby otulał.

-  Dziękuję, Brygido.

-  Nic nie zrobiłam, niczego nie powiedziałam.

-  Tak właśnie to robisz i mówisz. - Nessa najwyraźniej czuła się teraz 

lepiej.

Helena wśliznęła się do swojego pokoju i przez dłuższą chwilę stała, 

opierając się plecami o drzwi.

A więc myślą, że ona niczego nie potrafi skończyć. Pokaże im, na Boga, 

pokaże im.

Skopie cały ten teren sama jedna, urządzi czarodziejski ogród, w którym 

wszystkie będą mogły siedzieć i rozmyślać, i zażywać spokoju. A wtedy 

się przekonają, że siostra Helena lepiej niż którakolwiek z nich zdaje sobie 

sprawę z tego, iż wszystko, co robi się dla zgromadzenia, jest równie 

ważne. Wówczas będą musiały pozwolić jej złożyć śluby. I stanie się 

całkowicie częścią ich świata. I będzie chroniona. Chroniona przed 

wszystkim innym.

Jak wszystko, czego się tknęła Helena, również urządzanie ogrodu miało 

swoje blaski i cienie. Znalazła trzech chłopaków, którzy zapewniali, że 

bardzo chcą pomagać siostrom w ich wielkim dziele budowy schroniska i 

background image

z radością wezmą na siebie wykonanie cięższych prac. Przynieśli łopaty i 

szufle, a siostra Joan mówiła, że przechodzi ludzkie pojęcie, jakie 

mnóstwo herbaty wypijają, i że nie jedzą masła czy margaryny, o ile w 

specjalny sposób nie rozsmaruje się im na chlebie. I dopytywali się, czy 

dostaną coś do zjedzenia w porze lunchu. Siostra Joan zdenerwowana 

powiedziała, że wszystkie zakonnice posilają się wieczorem, ale obawiając 

się, że ochotnicza ekipa robocza porzuci pracę, pobiegła kupić coś do 

jedzenia.

67

Po trzech dniach siostra Brygida podziękowała im i oznajmiła, że nie będą 

już więcej wykorzystywać ich uprzejmości.

Młodzieńcy zasmakowali już w dobrym jadle i przemożnej wdzięczności 

zakonnic i nie mieli naprawdę najmniejszej ochoty odchodzić.

Zostawili miejsce na ogród w jeszcze większym nieporządku, o ile to 

możliwe, zryli ziemię, to rzecz pewna, ale trudno było dojrzeć jakikolwiek 

zarys planu.

Helena jednak się nie poddała, kopała tak długo, aż na rękach zrobiły jej 

się pęcherze, spędzała nieliczne wolne chwile w księgarniach, wertując w 

książkach o ogrodnictwie rozdziały pod tytułem „Pierwsze kroki".

Poznała różnice między poszczególnymi rodzajami gleby.

Opowiadała siostrom co wieczór zdumiewające rzeczy o seksualności 

roślin.

-  Ani słowem nie wspomniano nam o tym w szkole - skonstatowała z 

oburzeniem. - To takie rzeczy, o których powinno się wiedzieć. Na miłość 

boską, niemal wszystko, nawet w ogrodzie, jest rodzaju męskiego lub 

żeńskiego i szaleńczo pragnie się rozmnażać.

background image

-  Miejmy nadzieję, że po twojej ciężkiej pracy wszystko będzie się 

rozmnażać - stwierdziła siostra Brygida. - Jesteś wspaniała, Heleno. Nie 

wiem, skąd czerpiesz tyle energii.

Helena zarumieniła się z radości. Wspominała tę pochwałę również trochę 

później, gdy pojawił się problem sadzonek. Pewna miła kobieta, która 

powiedziała, że naprawdę podziwia siostry, choć sama nie jest katoliczką i 

nie zgadza się w niczym z papieżem, przyniosła im w prezencie piękne 

rośliny. Tego wieczoru Helena, zarumieniona na skutek wysiłku 

włożonego w sadzenie, zapewniała resztę sióstr, że mają wielkie, ale to 

wielkie szczęście. Gdyby miały kupić taką masę sadzonek, to wydałyby 

olbrzymią sumę, bo nikt nie wie, jak drogie są rośliny w centrach 

ogrodniczych.

Ledwie skończyła mówić, otrzymały wiadomość, że sadzonki zostały 

wykopane z parku i sprzed pobliskiego hotelu. Skutki tego wydarzenia nie 

miały końca. Wyjaśnianie na wszystkie strony i boki wydało się 

niewystarczające.

68

Helena oświadczyła, że musi osłaniać dobroczyńcę i nie poda jego 

nazwiska. W trakcie rozmowy wspomniała jednak młodej policjantce, że 

pani Harris chyba nie mogła zabrać tych roślin świadomie, bo to nie jest 

osoba tego rodzaju. A to wystarczyło dwóm policjantom, żeby 

zidentyfikować osobę, o której mówiła. Pani Harris już przedtem miewała 

kłopoty. Na komisariacie nazywano ją współczesnym Robin Hoodem i 

znana była z tego, że ściągała cudzą bieliznę ze sznura, prasowała ją, po 

czym dawała komuś w prezencie.

Tylko Helena mogła dać się nabrać pani Harris, wzdychały siostry. Tylko 

background image

Helena mogła wpakować je wszystkie w taki kłopot, uważała siostra 

Brygida, ale tym razem nie wyraziła swojej opinii na głos.

Helena zorientowała się, że poza pracą w ogrodzie będzie musiała jeszcze 

mieć jakieś inne zajęcie. I nawet kiedy zapewniła zgromadzenie, iż nie 

zamierza korzystać więcej z pomocy gargantuicznych zjadaczy posiłków 

czy maniakalnych złodziejek roślin, czuła, że powinna wziąć na siebie 

więcej niż jedynie rolę ogrodniczki. Zdecydowana była wykonywać 

możliwie jak najwięcej przydzielonych jej zadań. Oznajmiła, że przejmie 

połowę prac służki, tak by siostra Joan lub siostra Maureen miały wolne 

pół dnia i mogły robić co innego.

I to jej się udawało albo udawało do pewnego stopnia.

Wszystkie siostry przyzwyczaiły się, że Helena nie wyszorowała stołu 

albo wniosła do domu ich pranie, kiedy już padało. Jak się przekonały, 

nigdy nie wiedziała, że brakuje mydła lub płatków kukurydzianych na 

śniadanie, że nie wypłucze porządnie i nie powiesi ścierek, by wyschły. 

Niemniej była ochocza i chętna do pomocy.

Odbierała też telefony i lepiej lub gorzej dawała sobie radę z ludźmi, 

którzy przychodzili do Świętego Marcina.

I dlatego właśnie tam się znalazła, gdy Renata Quigley przyszła zobaczyć 

się z siostrą zarządzającą.

Wysoka, ciemna trzydziestoparoletnia Renata była od piętnastu lat żoną 

Franka Quigleya.

Czego, do licha, ona może chcieć i w jaki sposób wytropiła ją u Świętego 

Marcina? Serce Helenie waliło i słyszała

69

niemal jego bicie w uszach. A jednocześnie czuła jakby lodowatą wodę w 

background image

dołku.

Nie widziała Renaty od dnia ich ślubu, ale widywała oczywiście jej zdjęcia 

w pismach i gazetach przynoszonych przez ojca do domu. Pani Quigley, 

przedtem panna Renata Palazzo, dowcipkująca albo bawiąca na 

wyścigach, wręczająca nagrodę najlepszemu czeladnikowi roku albo 

krocząca pośród przedstawicieli śmietanki towarzyskiej podczas jakiejś 

akcji charytatywnej.

Renata była o wiele piękniejsza, niż myślała Helena. Jej skóra, którą matka 

nazwałaby niezdrową, sprawiała wrażenie oliwkowej i wyglądała 

znakomicie przy wielkich ciemnych oczach i lśniących ciemnych włosach, 

elegancko obciętych przez drogiego fryzjera. Artystycznie udrapowany 

szal, spięty broszką, wydawał się częścią jej zielono-złotej sukni. W ręce 

trzymała małą skórzaną torebkę w zielone i złote kwadraciki.

Na twarzy Renaty malowała się troska, a jej długie cienkie palce z 

paznokciami polakierowanymi na ciemnoczerwony kolor nerwowo 

obracały torebkę.

- Czy mogłabym rozmawiać z siostrą zarządzającą? - spytała.

Helena patrzyła na nią z otwartymi ze zdziwienia ustami. Renata Quigley 

najwidoczniej jej nie poznała. Nagle przypomniała sobie scenę ze starego 

filmu, w której jakaś piękna aktorka, patrząc prosto w kamerę, mówiła: 

„Nikt nie patrzy na twarz zakonnicy". Takie właśnie rzeczy doprowadzały 

siostrę Brygidę do szaleństwa. Helena nigdy tego nie zapomniała, choć do 

tej pory nie zdawała sobie sprawy, jak dalece to prawda. I oto na progu stoi 

Renata Quigley, patrzy jej prosto w oczy i nie poznaje Heleny, córki 

Deirdre i Desmonda Doyle'ów, przyjaciół jej męża.

Heleny, która sprawiła swego czasu tak wiele kłopotów.

background image

Może ona jednak nie wiedziała. Przeżywając kolejny szok, Helena 

uświadomiła sobie, że mogli Renacie nic wtedy nie powiedzieć.

Wszystko to przebiegało jej przez myśl, gdy stała przy drzwiach - Helena, 

dziewczyna w szarej bluzie i takiej

70

samej spódnicy, z krzyżem na szyi, z włosami ściągniętymi do tyłu czarną 

wstążeczką, z twarzą umorusaną w ogrodzie, gdzie właśnie pracowała, gdy 

usłyszała dzwonek.

Zapewne nie wyglądała nawet na zakonnicę.

Oczywiste było to, że Renata nie skojarzyła jej z dziewczynką, którą 

poznała na Rosemary Drive, w Pinner, gdy przyszła z wizytą.

-  Przykro mi, nie ma nikogo poza mną - powiedziała Helena, 

otrząsnąwszy się trochę z szoku.

-  Czy jest pani siostrą z tego zgromadzenia? - Wyglądało na to, że Renata 

w to powątpiewa.

-  Tak, no tak. Jestem jedną z sióstr u Świętego Marcina, w części tego 

domu. - To było trochę naciągane, ale nie chciała, żeby Renata sobie 

poszła, dopóki ona się nie dowie, po co tu przyszła.

-  To trochę skomplikowana sprawa, siostro - rzuciła nerwowo Renata.

Helena uśmiechnęła się niemal od ucha do ucha.

-  Proszę wejść, usiąść i opowiedzieć mi o niej, po to tu przecież jesteśmy - 

rzekła.

Odstąpiła do tyłu i przytrzymywała drzwi, gdy żona Franka Quigleya 

wchodziła do Świętego Marcina. Do domu Heleny.

Ta twarz, ta śniada, szczupła twarz o wystających kościach policzkowych, 

którą Helena Doyle znała tak dobrze. Świetnie pamiętała, jak matka 

background image

mówiła z pewną satysfakcją, że Renata i tak się w końcu roztyje, 

zapamiętajcie sobie moje słowa, wszystkie te Włoszki w średnim wieku z 

kilkoma podbródkami, które się widuje, to też były szczupłe dziewczyny o 

pociągłych, pięknie wymodelowanych twarzach. To wina ich sposobu 

odżywiania się, ich stylu życia, tych ilości oliwy, które potrafią 

skonsumować.

Kiedy Helena była dzieckiem, złościła się na matkę za tego rodzaju 

małostkowość. Co to ma znaczyć? Dlaczego matka tak skora jest do 

krytykowania, do czepiania się?

Jednakże później, później Helena miała oglądać fotografie tej twarzy i 

żałować, że jej własne oblicze tak nie wygląda. Renata miała wklęsłości i 

złocistą karnację, a ona okrągłe

71

policzki i piegi. Dałaby nie wiem co, żeby mieć takie ciemne włosy, jakie 

widywała na zdjęciach, i nosić takie długie kolczyki, które ją upodobniały 

do zbiegłej z obozu Cyganki, a w których Renata Palazzo Quigley 

wyglądała oszałamiająco niczym egzotyczna księżniczka z jakiegoś 

dalekiego kraju.

-  Przyszłam tu, bo słyszałam o siostrze Brygidzie... Myślałam, że może... - 

zająknęła się Renata.

-  Myślę, że mogłaby mnie pani uważać za zastępczynię siostry Brygidy - 

powiedziała Helena. Do pewnego stopnia to mogła być prawda. Była 

odpowiedzialna za dom, gdy wszystkie siostry wyszły, a to można uważać 

za zastępstwo. - Z radością zrobię, co tylko będę mogła.

Odsunęła od siebie myśli, które chodziły jej po głowie. Zatrzasnęła po 

prostu drzwi pamięci, żeby nie widzieć zdjęcia Renaty w srebrnej ramce 

background image

stojącego na małym stoliku przykrytym długim, sięgającym podłogi, 

białym obrusem. Zatrzasnęła też inne drzwi, żeby nie widzieć Franka 

Quigleya, przyjaciela jej ojca, ze łzami w oczach. Usiłowała myśleć tylko 

o obecnej chwili. Do Świętego Marcina pewna kobieta przyszła po pomoc, 

a siostry Brygidy nie ma. Zastępuje ją Helena.

-  Ale siostra jest bardzo młoda... - Renata miała wciąż wątpliwości.

Helena zachowywała się uspokajająco. Wzięła w rękę imbryk i zatrzymała 

się, żeby popatrzeć na Renatę.

-  Nie, wcale nie, jestem bardziej doświadczona, niż pani przypuszcza.

Poczuła lekki zawrót głowy. Czy doprawdy mówi te słowa do żony Franka 

Quigleya?

Kiedy ojciec stracił pracę, na Rosemary Drive trudno było wprost 

wytrzymać. Helena wróciła pamięcią do tych dni, stanęły jej przed oczami, 

jakby oglądała film wideo na magnetowidzie, który przyniosła kiedyś dla 

Domu Świętego Marcina, ponieważ firma sprzedająca magnetowidy 

zapewniła ją, że przez miesiąc można go mieć za darmo i bez żadnych 

zobowiązań. Bardzo to okazało się skomplikowane, ten interes z 

magnetowidem, jak zresztą wszystko.

72

Lecz nic nie było tak okropne jak ten okres, kiedy ojciec odszedł z 

Palazzo. Co wieczór urządzano naradę wojenną i matka ostrzegała ich, że 

nikomu nie wolno nic mówić.

-  Ale dlaczego? - dopytywała się Helena. Nie mogła tego znieść, że siostra 

i brat godzą się na taki stan rzeczy. - Dlaczego to musi być sekret? To nie 

jest wina taty, że oni zmieniają sobie budynek. Przecież może dostać inną 

pracę. Tatuś może dostać inną pracę.

background image

Jeszcze dziś pamiętała, jak rzuciła się na nią matka.

-  Twój ojciec nie chce innej pracy, on chce dostać z powrotem pracę w 

Palazzo. I wkrótce ją odzyska, tymczasem więc nie trzeba nic mówić. 

Słyszysz mnie, Heleno? Poza domem ani słowa o tym. Wszyscy mają 

myśleć, że twój ojciec będzie jak zawsze pracować w Palazzo.

-  Ale jak będzie zarabiać pieniądze? - spytała Helena. Było to pytanie 

rozumne. Nie żałowała go dziś, choć

czasem żałowała tego, co mówiła, propozycji, jakie składała, pytań, które 

zadawała.

Anna nie mówiła nic, żeby, jak tłumaczyła, nie utrudniać sobie życia.

Brendan nie mówił nic, ponieważ zazwyczaj nie mówił nic.

Za to Helena nie mogła nic nie mówić.

Miała szesnaście lat, dorosła już, chodziła do ostatniej klasy. Nie 

zamierzała kontynuować nauki i zdawać matury jak Anna. Jakkolwiek 

myślała, że pod wieloma względami jest trzy razy od niej inteligentniejsza. 

Nie, Helena zamierza poznać świat, spróbować swoich sił tu i ówdzie, 

zdobyć doświadczenie w pracy.

Była tak pełna życia, że mimo szesnastu lat wiele osób uważało ją za 

znacznie młodszą, jeszcze za uczennicę. Inni zaś uważali ją za o wiele 

starszą, za prawie dwudziestoletnią wesołą studentkę.

Frank Quigley nie miał pojęcia, ile ona ma lat, gdy tego popołudnia 

przyszła do jego gabinetu.

Panna Clarke, kobieta smok, broniła do niego dostępu jak zawsze. Helena 

była ciekawa, czy jest tam nadal. Upłynęło przecież sporo lat. Z pewnością 

porzuciła już nadzieję,

73

background image

że pan Quigley spojrzy jej w oczy i powie, iż bez okularów jest piękna.

Helena zostawiła swój szkolny żakiet na dole, u portiera, i rozpięła górne 

guziki bluzki, żeby wyglądać bardziej dorosło. Kobieta smok w końcu 

musiała pozwolić jej wejść. Mało kto potrafił oprzeć się potokowi słów 

Heleny. Wyjaśnienia sypały się jedno po drugim, a jednocześnie 

przysuwała się w stronę drzwi do gabinetu. Zanim kobieta smok się 

zorientowała, Helena weszła do środka.

Była zarumieniona i podniecona.

Frank Quigley podniósł wzrok, zdziwiony.

-  No proszę, Helena Doyle. Jestem pewien, że nie miałaś tu być.

-  Wiem. - Zaśmiała się.

-  Powinnaś być w szkole, a nie wpadać do czyjegoś gabinetu.

-  Robię wiele rzeczy, których nie powinnam.

Przysiadła na rogu jego biurka, machając nogami, pochylona. Popatrzył na 

nią z zainteresowaniem. Helena wiedziała, że miała prawo tu przyjść. 

Milczenie na Rosemary Drive niczego nie rozwiązywało. Musiało dojść do 

konfrontacji.

-  Co mogę dla ciebie zrobić? - spytał z żartobliwą galanterią. Był całkiem 

przystojny, ciemny, z falującymi włosami. Oczywiście stary, nawet tak 

stary jak jej ojciec. Ale inny.

-  Przypuszczam, że mógłby pan zabrać mnie na lunch

- powiedziała. Takie rzeczy mówią ludzie w filmach i sztukach 

telewizyjnych. I to się sprawdzało w ich przypadku, może więc sprawdzi 

się i teraz. Posłała mu uśmiech pełen śmiałości i pewności siebie, choć w 

głębi duszy czuła się znacznie mniej śmiała i pewna.

-  Na lunch? - Prychnął śmiechem. - Boże, Heleno, nie wiem, jak ty sobie 

background image

wyobrażasz styl naszego życia tutaj...

- Przerwał, widząc jej zawiedzioną minę. - O, do diaska, od lat nie jadłem 

lunchu w restauracji.

-  A ja nigdy - powiedziała prostodusznie Helena. I to przeważyło.

Poszli do włoskiej restauracji, gdzie było niemal ciemno jak w nocy i na 

stole stały świece.

74

Ilekroć Helena próbowała zacząć rozmowę o swoim ojcu, Frank Quigley 

zręcznie się wykręcał. Wiedziała, że w serialach telewizyjnych o wielkich 

interesach zawsze dochodziło się do sedna na etapie kawy.

Kawy nie było, zamiast niej przyniesiono likier Zambucca o smaku 

lukrecjowym, z małym ziarenkiem kawy w środku. Kelner podpalił likier. 

Helena nie widziała nigdy czegoś tak wspaniałego.

-  Zupełnie jak tort urodzinowy dla dorosłych powiedziała zachwycona.

-  Jesteś całkiem dorosła jak na siedemnaście lat - rzekł Frank. - A może 

masz więcej?

Byłoby dla niej korzystniejsze, gdyby myślał, że ma więcej, bo słuchałby 

jej uważniej. I traktowałby poważniej.

-  Prawie osiemnaście - skłamała.

-  Jesteś oblatana mimo stroju uczennicy - stwierdził.

-  Owszem - przyznała Helena.

Jeśli będzie myślał, że wiele podróżowała, to uważniej jej wysłucha, gdy 

nadejdzie pora na rozmowę.

Pora na rozmowę nie nadeszła.

Frank Quigley był czuły, zachwycony, klepał ją po policzku i nawet 

obrócił jej twarz w stronę świecy, żeby, zanim wróci do szkoły, sprawdzić, 

background image

czy nie ma wokół ust zdradzieckiej obwódki od czerwonego wina.

- Nie wrócę do szkoły - oznajmiła kategorycznie Helena. Spojrzała 

Frankowi prosto w oczy. - Pan to wie i ja to wiem.

-  Liczyłem naturalnie na to - odparł i jego głos zabrzmiał nieco gardłowo. 

Było coś takiego w tym, jak klepał ją po policzku i unosił jej opadające 

kosmyki włosów, że trudno rozmawiałoby się Helenie na temat pracy ojca. 

Czuła, że byłoby jakoś niezręcznie podejmować ten temat, skoro Frank 

Quigley jest tak uprzedzająco grzeczny. Ulżyło jej, gdy zaproponował, 

żeby wrócili do niego i tam porozmawiali.

-  Ma pan na myśli swoje biuro? - Miała wątpliwości. Kobieta smok będzie 

wciąż przerywać rozmowę.

-  Nie myślałem o biurze - rzekł ze spokojem, patrząc na nią. - Ty to wiesz 

i ja wiem.

75

-  Liczyłam naturalnie na to - odparła, powtarzając jego słowa.

Kamienica była bardzo luksusowa. Matka zawsze mówiła, że nie rozumie, 

dlaczego Frank Quigley nie kupi sobie odpowiedniego domu teraz, gdy się 

ożenił. Lecz on prawdopodobnie liczył na duży biały dom z kutą żelazną 

bramą i wielkim, dobrze utrzymanym ogrodem. Na dom rodziny Palazzo.

Matka jednak nie mogła wiedzieć, jakie wspaniałe jest to mieszkanie. 

Mieszkanie to właściwie nieodpowiednie określenie. Zajmowało dwie 

kondygnacje, piękne schody prowadziły na piętro z wielkim balkonem, na 

którym stały krzesła i stół i który ciągnął się wzdłuż całego domu, obok 

salonu i sypialni.

Wyszli na balkon drzwiami z salonu, żeby popatrzeć na roztaczający się 

stamtąd widok. I nagle Helena zorientowała się w sytuacji i serce jej 

background image

podskoczyło, gdy z balkonu wrócili do środka przez drzwi prowadzące do 

sypialni.

Uniosła rękę do gardła w machinalnym geście przerażenia.

-  A pańska żona? - spytała.

Długo, długo potem, gdy wracała do tego w myślach, rozważała to 

wszystko, co potrafiłaby powiedzieć, co powinna i co mogła była 

powiedzieć. Jak to możliwe, iż jedyna rzecz, jaka przyszła jej do głowy, to 

było coś takiego, co dało się zrozumieć, że ona ma ochotę i aż się pali i 

tylko się boi, by ich nie nakryto?

-  Renaty tu nie ma, Heleno - powiedział cicho Frank Quigley. - Ty to 

wiesz i ja też to wiem, tak samo jak wiemy oboje, że nie wrócisz do 

szkoły.

Słyszała, że niezdrowo jest usiłować wymazać coś z pamięci, próbować 

udawać, że nigdy się to nie zdarzyło. Nie obchodziło jej, czy to zdrowo, 

czy też nie, i przez dłuższy czas próbowała zapomnieć o tamtym 

popołudniu.

Moment krytyczny, wyglądał na zaskoczonego i zagniewanego, gdy 

najpierw mu umykała.

Nalegania, potem ból, napór w górę i pchnięcie, i strach,

76

bo on do tego stopnia nie panował nad sobą, że mógł dosłownie zrobić 

wszystko i ją zabić. Sposób, w jaki stoczył się z niej i jęknął, inaczej niż za 

pierwszym razem, bo ze wstydem, a następnie z pasją.

-  Mówiłaś mi, powiedziałaś, że jesteś oblatana - rzekł, kryjąc twarz w 

dłoniach. Siedział na brzegu łóżka nagi, biały i wyglądał komicznie.

Helena leżała z drugiej strony łóżka obok oprawionej w srebrną ramkę 

background image

fotografii Renaty o pociągłej, oliwkowej twarzy. Milczącej i patrzącej z 

dezaprobatą na swoje małżeńskie łoże. Jakby zawsze wiedziała, co może 

się tu wydarzyć pewnego dnia.

Helena leżała tam i patrzyła na obraz Matki Boskiej, taki jaki widuje się 

wszędzie, nazywanej Przydrożną Madonną. Matka Boska przynajmniej nie 

musiała przejść przez to wszystko, żeby urodzić Chrystusa. Stało się to w 

sposób cudowny. Helena patrzyła na ten obraz, ponieważ oznaczało to, że 

nie musi patrzeć na przyjaciela swojego ojca, Franka Quigleya, który 

płakał, kryjąc twarz w dłoniach. I znaczyło to też, że nie musi patrzeć na 

białe prześcieradło poplamione krwią i myśleć o tym, jak bardzo ją zranił i 

czy będzie musiała pójść do doktora. A czy nie zaszła w ciążę?

Nie wiedziała, ile czasu upłynęło, zanim poszła umyć się do łazienki. 

Chyba nie została poważnie zraniona, bo krwawienie już ustało.

Ubrała się starannie i upudrowała twarz talkiem Renaty, który nie był w 

puszce jak normalnie talk, lecz w dużej szklanej misce z różowym 

łabędzim puszkiem.

Kiedy wyszła z łazienki, Frank był ubrany i blady.

-  A łóżko...? - spytała.

-  Mniejsza o to pieprzone łóżko...

-  Mogłabym...

-  Wystarczająco dużo już zrobiłaś - warknął. Oczy napełniły jej się łzami.

-  Wystarczająco dużo zrobiłam? Co zrobiłam? Przyszłam porozmawiać o 

moim ojcu i o tym, dlaczego wylano go z pracy. To ty zrobiłeś to 

wszystko... - Machnęła ręką w stronę łóżka.

77

Minę miał skruszoną.

background image

-  No tak, twój ojciec. Zrobiłaś to dlatego, żeby Desmond dostał z 

powrotem tę idiotyczną skromną posadkę. Jezu Chryste, ty się puściłaś, 

żeby twój ojciec miał to nic nie znaczące stanowisko w supermarkecie.

-  To nie jest praca bez znaczenia. - Twarz Heleny płonęła oburzeniem. - 

On był tam bardzo ważną osobą, a teraz, teraz go wylano i matka mówi, że 

nie mamy o tym wspominać nikomu, ani sąsiadom, ani krewnym, nikomu. 

I on wychodzi każdego ranka z domu, udając, że idzie do pracy...

Frank patrzył na nią z niedowierzaniem.

-  Tak robi, a ja chciałam tylko zjeść z tobą lunch i powiedzieć ci szczerze, 

jakie to było złe. Ty to powinieneś rozumieć, bo przyjaźniłeś się z tatą w 

szkole u braciszków, kiedy to przełaziłeś przez kamienne murki... On mi o 

tym opowiadał... i tak dobrze sobie radziłeś, i ożeniłeś się z córką szefa, i 

wszystko... I tylko tyle chciałam. Nie puszczałam się, nigdy w życiu z 

nikim nie spałam i nie zamierzałam spać z tobą. Nie mogłam wiedzieć, że 

się we mnie zakochasz i to wszystko się zdarzy. A teraz mówisz, że 

wszystko to moja wina. - Wybuchnęła płaczem.

Objął ją i przyciągnął do siebie.

-  Chryste, jeszcze dziecko z ciebie. Co ja zrobiłem? Wszechmogący Jezu, 

co ja zrobiłem?

Płakała przez chwilę, wtulając twarz w jego marynarkę. Odsunął ją, miał 

łzy w oczach.

-  Nigdy nie zdołam tego naprawić. Literalnie nie wiem, w jaki sposób 

mógłbym cię przekonać, jak bardzo mi przykro. Nigdy nie... nigdy, 

gdybym nie myślał... byłem taki pewny, że... ale to teraz już się nie liczy. 

Liczysz się ty.

Helena zastanawiała się, czy Frank zawsze ją kochał, czy tylko teraz. 

background image

Ludzie tak łatwo się zakochują.

-  Będziemy musieli o tym zapomnieć - powiedziała. Wiedziała, że w tego 

rodzaju sprawach to kobieta powinna wskazywać drogę. Mężczyźni będą 

się wahać i ulegać pokusie. Helena żadnej pokusy tu nie widziała. Jeśli tak 

to

78

wygląda, to jeśli o nią chodzi, może z tego zrezygnować na rzecz reszty 

świata.

-  Stało się i nie można tego zapomnieć. Zrobię wszystko, żeby ci to 

zrekompensować.

-  Tak, ale nie możemy się widywać, nie byłoby to w porządku. - 

Popatrzyła na zdjęcie Renaty.

Wydawało jej się, że Frank wygląda na zakłopotanego.

-  Nie, oczywiście - rzekł.

-  I żadne z nas nie powie o tym nikomu. - Po dziewczęcemu jej na tym 

zależało.

-  O nie, broń Boże, absolutnie nikomu zapewniał z wyraźną ulgą.

-  A mój ojciec? - spytała wprost, jak zawsze, chcąc uporać się z sensem i 

ciężarem tego, co miała do powiedzenia, bez względu na okoliczności i 

czyjeś uczucia.

Zauważyła, że przez twarz Franka Quigleya przemknął wyraz bólu.

-  Twój ojciec dostanie pracę. Mówił mi, że jej nie potrzebuje, że się 

rozgląda, że ma mnóstwo propozycji. - Głos Franka był lodowaty. - 

Zostanie przywrócony na swoje stanowisko w Palazzo. Nie z dnia na 

dzień, bo muszę pogadać z Carlem, w takich sprawach należy postępować 

taktownie. Może to zabrać trochę czasu.

background image

Helena gorliwie potakiwała.

-  A ty, Heleno, czy nic ci nie będzie i czy mi wybaczysz?

-  Oczywiście. To było nieporozumienie - zapewniła skwapliwie, jakby 

również chcąc pozbyć się kłopotu.

-  Tak rzeczywiście było, Heleno, i posłuchaj mnie, proszę. Jedyna rzecz, 

jaką mogę ci powiedzieć, to to, że nie zawsze będzie tak... będzie 

wspaniale i będzie szczęście... - Za wszelką cenę próbował ją przekonać, 

że to karygodne zdarzenie nie stanie się regułą całego miłosnego życia, 

jakie jeszcze przed nią stoi.

Równie dobrze mógł mówić do ściany.

-  Jesteś pewien, że nie mogłabym czegoś zrobić z tym prześcieradłem, 

wyprać w samoobsługowej pralni albo jeszcze coś innego?

-  Nie.

79

-  Ale co powiesz?

-  Proszę cię, Heleno, proszę. - Minę miał zbolałą.

-  Mogę już sobie pójść?

Wyglądało na to, że Frank nie da sobie rady.

-  Odwiozę cię do... - zamilkł. Z jego twarzy można było wyczytać, że nie 

wie, dokąd ma ją zawieźć.

-  Nie, wszystko w porządku, mogę pojechać autobusem. Wiem, gdzie 

jestem. Pojadę po prostu autobusem do domu i powiem, że nie czuję się 

dobrze. - Zachichotała. - Do pewnego stopnia to prawda. Ale słuchaj, nie 

mam na bilet, czy mogłabym cię poprosić...

Nie rozumiała, dlaczego Frankowi łzy płynęły po policzkach, gdy wręczył 

jej monety, po czym zamknął je w dziewczęcej dłoni.

background image

-  Nic ci nie będzie? - dopraszał się, by go uspokoiła. Nie był 

przygotowany na to, co mu powie.

-  Franku - zaśmiała się. - Na miłość boską, nie jestem dzieckiem, w 

zeszłym tygodniu skończyłam szesnaście lat. Jestem dorosła. Trafię do 

domu, jadąc autobusem.

Potem wyszła, bo nie mogła znieść wyrazu jego twarzy.

Oczywiście Frank nie mógł pokazać się u nich w domu, bo co by było, 

gdyby nie zdołał się opanować na jej widok? Tak właśnie sobie mówiła.

Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek potem pojawił się na Rosemary Drive. 

Zawsze miał jakieś usprawiedliwienie: albo będzie na konferencji, albo 

wyjeżdżał za granicę, albo razem z Renatą zamierzali odwiedzić jakichś 

jej krewnych w Italii. Strasznie mu przykro, że tak fatalnie się składa. 

Matka orzekła, że Frank Quigley się wywyższa, i czy to nie wspaniale, że 

nigdy nie musieli chodzić do niego z czapką w garści prosić o 

przywrócenie jego starego przyjaciela do pracy w Palazzo. Przynajmniej to 

właśnie usłyszeli bezpośrednio od samego pana Palazzo, który rozumiał, 

że nie można w taki sposób traktować cennego personelu kierowniczego.

Helena nigdy się nie dowiedziała, czy ojciec zdawał sobie sprawę, że 

zawdzięcza to Frankowi. Trudno było jej rozmawiać

80

 z ojcem, bo wytworzył wokół siebie skorupę, jakby w obawie przed 

zranieniem, skorupę podobną do skorupy matki, która bała się poniżenia.

Ostatnie semestry szkoły ciągnęły się bez końca. Dla Heleny świat zmienił 

się od tego dziwnego popołudnia. Wiecznie obawiała się, że zostanie źle 

zrozumiana. Pewnego dnia zaczęła krzyczeć, gdy nauczyciel śpiewu w 

szkole poprosił, by zeszła do magazynu i pomogła mu zanieść nuty do 

background image

auli. Nauczyciel nawet jej nie dotknął, ją jednak ogarnął nagły 

klaustrofobiczny lęk: przecież mógł sobie pomyśleć, że ona go w jakiś 

sposób prowokuje, i zabrać się do robienia tej bolesnej rzeczy, a potem jej 

przypisać winę. Jak się okazało, nauczyciel rzeczywiście ją obwinił i 

nazwał głupią neurotyczką, histeryczką i intrygantką, oświadczając 

ponadto, że nawet gdyby była ostatnią kobietą na świecie, to za żadne 

skarby nie chciałby z nią mieć nic wspólnego.

Dyrektorka szkoły chyba się z nim zgadzała, bo ostrym tonem spytała 

Helenę, dlaczego zaczęła krzyczeć, skoro zgadza się, że w grę nie 

wchodziło napastowanie ani zachęta.

Helena stwierdziła ponuro, że nie wie. Czuła, że znalazła się w takiej 

sytuacji, z którą nie mogłaby dać sobie rady, i jeśli nie zacznie krzyczeć, 

stanie się jeszcze coś innego i na wszystko będzie za późno, i wszystko się 

okropnie skomplikuje.

-  Czy coś podobnego przydarzyło ci się przedtem? - Dyrektorka niezbyt 

za nią przepadała. Helena Doyle zawsze była trudną uczennicą, uczuciowo 

niestabilną, chcącą się przypodobać, wiecznie wzbudzającą niepokój 

wokół siebie.

Helena odpowiedziała niezbyt przekonująco, że nie. Dyrektorka 

westchnęła.

-  No cóż, możesz być pewna, że będzie ci się przydarzać nieraz, Heleno. 

To kwestia twojej osobowości. W twoim życiu będą się ciągle pojawiać 

tego rodzaju rzeczy, sytuacje, z którymi nie będziesz mogła dać sobie rady. 

To znaczy, o ile nie weźmiesz się w garść i nie nauczysz się panować nad 

swoim zachowaniem.

Brzmiało to tak kategorycznie, jakby orzekała karę śmierci.

background image

81

Helena czuła się oszołomiona z powodu niesprawiedliwości, jaka ją 

spotkała.

To wtedy właśnie postanowiła zostać zakonnicą.

A teraz, wiele lat później, jest już prawie zakonnicą. Właściwie to byłaby 

już zakonnicą, gdyby siostra Brygida nie powtarzała nieugięcie, że Helena 

traktuje klasztor w pewnym sensie jako swoją podporę i korzysta z niego 

jak z miejsca, gdzie może się schronić. A przecież takie czasy w życiu 

religijnym już minęły bezpowrotnie.

Helena czuła się bezpiecznie u Świętego Marcina. I czuła się bezpieczna 

nawet wtedy, gdy nalawszy sobie kawy do kubka, usiadła obok pięknej 

Renaty Palazzo Quigley, która owego strasznego dnia spoglądała na nią ze 

zdjęcia w srebrnej ramce. Zabezpieczona przed wspomnieniami i lękiem z 

tamtych czasów.

-  Proszę mi powiedzieć, czego pani sobie życzy, a ja zobaczę, czy 

możemy coś zrobić - rzekła z szerokim uśmiechem, który zyskiwał jej 

sympatię wszystkich. Kiedy widzieli ją pierwszy raz.

-  To bardzo proste - odparła Renata. - Chcemy dziecka.

To było bardzo proste. I bardzo smutne. Helena przycisnęła do piersi 

kubek z kawą i słuchała. Frank jest za stary, ma czterdzieści sześć lat. Zbyt 

stary. To zabawne, ale towarzystwa adopcyjne nie zezwolą mu na adopcję. 

Ponadto on nie jest najlepszego zdrowia, ma kłopoty z sercem. To nic 

specjalnie poważnego, w związku ze stresem w pracy, dzisiaj wszyscy 

ludzie interesu miewają takie dolegliwości. Naturalnym rodzicom wolno 

sprowadzić na świat dziecko nawet w najbardziej przerażających 

background image

warunkach, w czynszówkach, w siedliskach występków, i nikt ich nie 

powstrzymuje i nie mówi, że nie mogą mieć dzieci. Natomiast przy 

adopcji wszystko musi być więcej niż doskonałe.

Renata słyszała, że czasami, jeśli tylko znajdzie się odpowiednią osobę, 

mogłyby być szanse na oddanie dziecka do dobrego, kochającego domu, 

ojcu i matce, którzy będą kochać tego chłopczyka czy dziewczynkę jak 

rodzone dziecko. Na pewno zdarzały się takie wypadki, gdy tak się stało.

82

W jej oczach można było wyczytać tęsknotę. Helena poklepała rękę 

kobiety, która kiedyś patrzyła na nią ze srebrnej ramki.

Powiedziała Renacie, że spotkają się za tydzień, gdy już zdoła się 

zorientować w tych sprawach. Pomyślała, że na razie mądrzej będzie nie 

radzić się siostry Brygidy. Siostra Brygida jako osoba oficjalna musiała 

postępować zgodnie z prawem. Lepiej niech sama Helena zbierze trochę 

informacji. Dobrze? Dobrze.

Nikomu nic nie mówiła. Siostry zauważyły, że wygląda na 

rozgorączkowaną i podnieconą, ale Helena zabawiała zgromadzenie 

opowieściami o tym, jak wspaniale wszystko jej rośnie w ogrodzie.

-  Przychodził ktoś? - spytała Brygida.

-  Nie. Nikt specjalny, ci, co zawsze. - Helena unikała jej wzroku. Po raz 

pierwszy u Świętego Marcina skłamała. Nie uważała, że postępuje dobrze, 

lecz przecież miało to przynieść jak najlepsze owoce.

Gdyby zdołała dokonać tej jednej rzeczy, gdyby mogła zrobić to, co, jak 

miała nadzieję, będzie w stanie zrobić, to już w wieku dwudziestu jeden lat 

jej życie okazałoby się coś warte.

Dzisiaj przez pół dnia dyżurowała w kuchni Nessa. Była to jedyna osoba u 

background image

Świętego Marcina, która uważała, że z Heleną niemal nie da się 

wytrzymać. Zazwyczaj, gdy razem pracowały, Helena schodziła jej z 

drogi. Tym razem jednak od niej nie odstępowała.

-  Co się dzieje, Nesso, jeśli całkiem niedorozwinięte matki rodzą dzieci? 

Czy nie życzyłabyś sobie móc oddać je od razu do dobrych domów?

-  Nie jest ważne, czego ja bym sobie życzyła, ja nie rządzę tym światem - 

zbyła ją krótko Nessa. Szorowała podłogę w kuchni, a Helena stała jej na 

drodze.

-  Ale czy takiemu dziecku nie powodziłoby się o wiele lepiej?

-  Proszę, uważaj, Heleno. Ja tam dopiero umyłam.

-  I zawsze trzeba rejestrować urodziny niezależnie od tego, jakiego 

rodzaju to matka?

83

-  O co ci chodzi?

-  Chodzi mi o to, czy musisz iść do ratusza albo urzędu stanu cywilnego, 

albo gdzieś indziej i oznajmić, czyje to jest dziecko.

-  Nie, nie zawsze muszę.

-  A to dlaczego?

-  Dlatego że zazwyczaj nie ja jedna to robię. To zależy. Heleno, jeśli nie 

masz tu niczego do roboty, to może wyszłabyś z kuchni, żebym mogła ją 

sprzątnąć?

-  I nie ma niemowląt nie zarejestrowanych?

-  A jak mogłoby być inaczej?

-  Nie wiem. - Helena była rozczarowana. Myślała, że może przez jakiś 

dłuższy okres nikt nie wie, czyje jest dziecko i jak się nazywa. Nie 

pojmowała, w jaki sposób państwo opiekuńcze kontroluje przybycie na ten 

background image

świat i odejście z niego swoich obywateli.

-  A gdzie się umieszcza podrzutki, dzieci znajdowane w budkach 

telefonicznych, w kościołach?

Nessa popatrzyła na nią z przerażeniem.

-  Boże, Heleno, chyba mi nie powiesz, że znalazłaś dziecko!

-  Nie, niestety - odparła Helena. - A gdybym znalazła, to musiałabym je 

zarejestrować?

-  Nie, oczywiście, że nie, gdybyś to ty znalazła dziecko, to mogłabyś je 

zatrzymać i ubierać, gdybyś sobie o tym przypomniała, i karmić, gdy 

przyszłoby ci to do głowy albo gdybyś nie miała czegoś innego bardziej 

interesującego do roboty.

-  Dlaczego jesteś taka okropna dla mnie, Nesso? - zapytała Helena.

-  Dlatego że jestem z natury okropna.

-  Nie możesz być okropna, jesteś zakonnicą. I nie jesteś okropna dla 

innych.

-  To prawda. Ale jest się okropnym wybiórczo i na tym to polega.

-  A dlaczego wybrałaś sobie mnie? - Helena nie wyglądała na dotkniętą 

ani zirytowaną, raczej na zaciekawioną. Naprawdę zaciekawioną.

84

Nessa poczuła wyrzuty sumienia.

-  Och, na miłość boską, po prostu jestem krewka, nie cierpię szorowania 

tej podłogi. A ty jesteś taka młoda i beztroska i zawsze dostajesz, co 

zechcesz. Przepraszam, Heleno, wybacz mi, zawsze ciebie proszę o 

wybaczenie. Naprawdę.

-  Wiem. - Helena się zamyśliła. - Ludzie często to robią, jakoś muszę 

chyba z nich wydobywać najgorsze cechy.

background image

Poszła z powrotem do ogrodu, a siostra Nessa zaniepokojona 

odprowadzała ją wzrokiem. Musiało jej coś więcej niż zwykle kołatać się 

po głowie, i to coś bardzo poważnego.

Helena zadzwoniła do Renaty Quigley. Ten sam adres, to samo 

mieszkanie, zapewne to samo łóżko. Powiedziała, że zbiera w dalszym 

ciągu informacje, lecz nie jest to sprawa tak łatwa, jak ludzie myślą.

-  Nigdy nie myślałam, że to jest łatwe - westchnęła Renata. - Ale jakoś 

łatwiej mi chodzić na wszystkie te towarzyskie spotkania, na tę czy inną 

uroczystość, kiedy sobie pomyślę, że ktoś tak dobry jak siostra szuka dla 

mnie możliwości.

Helena uświadomiła sobie z dreszczem zgrozy, który przebiegł przez całe 

jej ciało, że spotka Franka i Renatę Quigleyów na obchodach srebrnych 

godów rodziców.

Wtedy, w tych dawnych czasach, Frank Quigley był drużbą i on i ojciec 

byli sobie niemal równi.

Zanim wszystko się zmieniło.

Ogród został ukończony i teraz w zasadzie radził sobie sam. Siostra Joan 

bardzo lubiła przebywać w centrum ubraniowym, umiała też szyć, mogła 

więc zrobić poprawkę na miejscu, przeszyć guziki na marynarce dla 

starszego mężczyzny, pochwalić go, zachwycić się, zapewnić, że po 

dopasowaniu marynarka leży wspaniale. Niech myśli, że zrobiono ją na 

zamówienie.

Dla Heleny właściwie nie było żadnej pracy, żadnego odpowiedniego 

miejsca.

85

Raz jeszcze zapytała siostrę Brygidę, kiedy będzie mogła złożyć śluby.

background image

-  Bardzo to okrutne, że uważacie mnie wciąż za kogoś z zewnątrz. 

Doprawdy, jestem tu już tak długo. Nie możecie zatem twierdzić, że to 

tylko przejściowy kaprys, czyż nie? - Prosiła i błagała.

-  Zbytnio się spieszysz, Heleno - powiedziała Brygida. - Ja ci mówiłam. 

To nie jest klasztor taki jak w filmach, ustronne miejsce w lesie, dokąd 

ludzie szli, żeby znaleźć spokój. To dom, gdzie się pracuje. Musiałabyś 

sama znaleźć spokój, by tu go przynieść.

-  Ale znalazłam go teraz - rzekła błagalnie Helena.

-  Nie, ty się boisz kontaktów z prawdziwymi ludźmi i dlatego jesteś z 

nami.

-  Wy jesteście bardziej prawdziwe niż ktokolwiek inny. Naprawdę, nigdy 

nie spotkałam żadnej grupy ludzi, których bym tak bardzo lubiła.

-  To niecała prawda. My cię przed czymś chronimy. Nie możemy tego 

robić nadal, to nie jest nasza rola. Czy w grę wchodzą mężczyźni, czy 

seks, czy zacięta walka w świecie interesów... wszyscy musimy stawić 

temu czoło i dać sobie z tym radę. Ty wciąż się przed czymś chowasz.

-  Może trochę chodzi o seks.

-  Cóż, nie powinnaś wciąż się tym zajmować. - Brygida się roześmiała. - 

Wróć do świata na parę lat, Heleno, błagam cię. Pozostań z nami w 

kontakcie, a potem, jeśli nadal będziesz uważać, że to jest twój dom, 

przyjdź i znowu to wszystko rozważymy. Naprawdę myślę, że powinnaś 

odejść. Dla własnego dobra.

-  Prosi mnie siostra, żebym odeszła. Naprawdę?

-  Ja to sugeruję. Ale czy pojmujesz, co mam na myśli, mówiąc, że tu nie 

jest jak w rzeczywistym świecie? Gdyby to było normalne miejsce, 

powiedziałabym ci, żebyś sobie poszła, albobym cię awansowała. Tu masz 

background image

zbyt cieplarniane warunki. Czuję to w kościach.

-  Proszę mi pozwolić zostać jeszcze trochę.

-  Zostań do dwudziestopięciolecia ślubu twoich rodziców

86

 - zaproponowała nieoczekiwanie Brygida. - Z jakichś powodów to cię 

dręczy. A potem zobaczymy.

Helena opuściła niewielką pracownię siostry Brygidy okropnie 

nieszczęśliwa. Dawno już nie czuła się tak nieszczęśliwa.

Wyglądała tak żałośnie, że siostra Nessa zapytała, czy nie chciałaby 

przyjść i pomóc przy nieletnich matkach. Po raz pierwszy wystąpiła z taką 

propozycją.

Helena poszła z nią bez gadania, wyjątkowo milcząc.

-  Nie będziesz okazywać dezaprobaty czy czegoś takiego, co, Heleno? - 

upewniała się nerwowo Nessa. - Nie jesteśmy od osądzania, mamy im 

tylko pomagać w borykaniu się z życiem.

-  Pewnie, że nie - odparła Helena.

Siedziała apatycznie jak wszystkie dziewczyny, które biorą niewielkie 

dawki środków antydepresyjnych albo żyją w strachu przed alfonsem, bo 

on chce, żeby pozbyły się ciąży. Nessa popatrywała na nią z niepokojem. 

Helena jednak była cicha i posłuszna. Robiła wszystko, o co ją 

poproszono. Okazała się też w pewnym stopniu użyteczna. Chodziła do 

mieszkań tych dziewczyn, które nie pokazały się w ośrodku. Nessa zawsze 

się denerwowała od tamtego incydentu z małym Simonem, kiedy malec 

wypełzł na ulicę w porze największego ruchu samochodowego.

Późnym popołudniem Nessa poprosiła Helenę, żeby poszła odszukać 

Yvonne, która była w ósmym miesiącu ciąży i oczekiwała swojego 

background image

drugiego dziecka. Starsze - śliczna dziewczynka o jamajskich oczach jak 

ojciec, który dawno od nich odszedł, mówiąca ze szkockim akcentem jak 

matka, która urodziła ją w wieku lat szesnastu - czekało u drzwi.

-  Mama poszła robić siusiu - poinformowała ochoczo dziewczynka.

-  To wspaniale - rzekła Helena i zaprowadziła małą z powrotem do 

mieszkania.

Z łazienki dolatywały stękania i krzyki Yvonne. Nagle Helena zdobyła się 

na odwagę.

87

-  Lepiej zostań w sypialni - powiedziała pucołowatemu dziecku i 

przesunęła komodę, żeby nie mogło stamtąd wyjść.

Potem pobiegła do ubikacji, żeby zająć się, jak sądziła, poronieniem.

Tymczasem pośród krwi, krzyków i wyraźnego w całym pomieszczeniu 

zapachu rumu usłyszała słaby krzyk.

Dziecko było żywe.

Yvonne nic z tego nie pamiętała. Była tak pijana, że cały ten dzień 

przeżyła jak we mgle.

Powiedziano jej, że straciła dziecko, że spłukała je w ustępie.

Sanitariusze z karetki delikatnie i ostrożnie położyli ją na noszach, 

rozejrzeli się po pomieszczeniu i nawet w zamieszaniu zajrzeli do miski 

klozetowej.

-  Mówiono nam, że już niedługo miało nastąpić rozwiązanie. Nie mogła 

więc pozbyć się w pełni donoszonego płodu, na pewno nie.

Lecz Helena, dziewczyna o zimnych oczach, która oświadczyła, że jako 

woluntariuszka pracuje w ośrodku matki i dziecka, a mieszka z siostrami u 

Świętego Marcina, zapewniła ich, że nie mogła się dostać do mieszkania i 

background image

słyszała nieustanne spuszczanie wody, a potem znalazła całe 

pomieszczenie we krwi.

Mała pucołowata trzylatka zdawała się potwierdzać jej słowa. Mówiła, że 

jej matka długi czas siusiała, a Helena długo stała pod drzwiami.

Nessa, blada jak papier, usiłowała nie dopuszczać do siebie myśli, że nie 

doszłoby nigdy do nieszczęścia, gdyby wysłała tam kogoś innego, nie 

Helenę. Zgadzała się, że Helena wyszła dawno i mogła się nie doczekać 

otwarcia drzwi. Zresztą telefonowała do niej, zawiadamiając, że ma pewne 

trudności, ale dostanie się do środka, jak tylko jej się uda przekonać 

dziecko, żeby otwarło drzwi. Dzwoniła z pobliskiego sklepu, dokąd poszła 

po butelkę mleka dla siebie, bo robiło jej się słabo na myśl, co może zastać 

w mieszkaniu.

Tej nocy, gdy Yvonne leżała w szpitalnym łóżku, a jej

88

trzyletnią córeczkę umieszczono chwilowo w lokalnym sierocińcu, zanim 

można będzie uzyskać dla niej stałą opiekę, Helena powiedziała Brygidzie, 

że czuje się niespokojna i chciałaby wyjść na przechadzkę.

-  Jesteś dziś wieczór niespokojna - rzekła zamyślona Brygida. - 

Wychodziłaś z pięć razy do ogrodu.

-  Chciałam się upewnić, że wszystko jest w porządku - wyjaśniła Helena.

Ostrożnie podniosła małe zawiniątko - chłopczyka, który odziedziczy 

miliony rodu Palazzo - i wzięła je w ramiona. Delikatnie zawinęła oseska 

w ręcznik i w jedną ze swoich nocnych koszul. Opatuliła go jeszcze 

miękkim niebieskim pledem, który zazwyczaj leżał złożony u niej na 

krześle.

Wymknęła się ze Świętego Marcina tylną bramą i szła tak długo, aż nogi 

background image

rozbolały ją ze zmęczenia. Potem ze sklepu, w którym nikt nie mógłby jej 

poznać i wspomnieć jednej z sióstr, że widział kogoś ze zgromadzenia z 

dzieckiem na ręku, zadzwoniła do Renaty.

-  Mam to - oznajmiła triumfalnie przez telefon.

-  Kto mówi? I co pani ma?

-  Pani Renato, to ja, siostra Helena ze Świętego Marcina. Mam wasze 

dziecko.

-  Nie, to niemożliwe.

-  Ale muszę go pani dać teraz, tej nocy, zaraz.

-  To chłopczyk? Ma siostra dla nas chłopczyka?

-  Tak, jest malusieńki, ma dopiero jeden dzień. Głos Renaty przeszedł w 

skrzek.

-  Ależ nie, jeden dzień, on umrze. Ja nie mam pojęcia, jak postępować z 

jednodniowym dzieckiem...

-  Ja też nie wiem, ale kupiłam mu butelkę mleka, i on chyba pije je z 

mojego palca - powiedziała Helena.

-  Gdzie siostra jest?

-  Jestem oczywiście w Londynie, jakieś dwie mile od klasztoru. Pani 

Renato, czy ma pani jakieś pieniądze?

-  Jakie pieniądze? - Sprawiała wrażenie stroskanej.

-  Tyle, żeby zapłacić za taksówkę.

-  Oczywiście.

89

-  Wobec tego przyjadę do pani domu. I dam go pani. Nikt nie musi o tym 

wiedzieć.

-  Tak, nie wiem, może powinnam poczekać do... Nie wiem, co robić.

background image

-  Naraziłam się na wielkie kłopoty, żeby go zdobyć dla pani. - Helena 

miała zmęczony głos.

-  Och, ja wiem, siostro. Jestem taka głupia, ale to dlatego, że stało się to 

tak szybko i on jest taki malutki.

-  Jestem pewna, że pani wszystkiego się nauczy. Zawsze można do kogoś 

zadzwonić i spytać, jak postępować. Czy mam wziąć taksówkę, bo może 

kosztować wiele funtów?

-  Tak, niech siostra przyjeżdża.

-  A pana Franka nie ma, prawda?

-  Skąd siostra wie, że mój mąż ma na imię Frank?

-  Mówiła mi pani - powiedziała Helena, zagryzając wargę.

-  Przypuszczam, że rzeczywiście musiałam mówić. Nie wiem, co 

powiedzieć.

Taksówkarz oznajmił, że to nie w tym kierunku, w którym chciałby jechać. 

Zjeżdża do domu. I chciałby pojechać do południowego Londynu, a nie 

gdzieś daleko stamtąd, do Wembley.

Ujrzał łzy napływające Helenie do oczu.

-  Niech pani wsiada, zanim zmienię zdanie - rzucił. - Spójrzmy na rzecz z 

dobrej strony. Dobrze, że już je pani ma. Mogłoby się skończyć tak, że 

musiałbym dzieciaka odbierać.

-  To prawda - przyznała Helena, a taksówkarz zmierzył ją niespokojnym 

wzrokiem, zastanawiając się, czy dostanie zapłatę, gdy dojedzie do 

Wembley.

Wyrecytowała adres bez namysłu i poprosiła taksówkarza, żeby zaczekał. 

Pani tego domu zejdzie za chwilkę i zapłaci za kurs.

Jak tylko ujrzał dziewczynę, wiedział, że wpakuje go w tarapaty - 

background image

opowiadał później innym taksówkarzom. Kiedy oczy napełniły jej się 

łzami, bo powiedział, co całkiem normalne wieczorem, że chce jechać na 

południe od rzeki,

90

a nie do tego osiedla w lesie w Wembley. A w ogóle, mówił, wszystko 

jakby stało się naraz, dama zeszła na dół z portmonetką w ręce. Szykowna 

była i cudzoziemska, rzuciła okiem na dziecko i zaczęła przeraźliwie 

krzyczeć.

- On ma na sobie krew i nie jest całkiem uformowany. Nie, nie, ja tego nie 

chciałam! To niemowlę, które jeszcze nie jest gotowe. Nie, nie.

Odskoczyła od tej dziewczyny w szarej spódnicy i szarej bluzie, 

przykładając rękę do ust. W tym momencie nadjechał gość w samochodzie 

marki Rover, wyskoczył z auta, zobaczył, co się dzieje, i zaczął tak 

potrząsać tą cudzoziemską damą, że o mało głowa jej nie odpadła. Po 

czym wziął dziecko i chyba rozpoznał dziewczynę ubraną na szaro. Cały 

czas powtarzał: „O mój Boże!" - jakby przybyła z kosmosu.

Potem taksówkarzowi przez okno wetknięto zwitek banknotów - było tego 

cztery razy więcej, niż się należało za kurs do cholernego Wembley. 

Musiał więc odjechać i nie wie, o co w tym wszystkim chodziło i jak się 

skończyło.

Skończyło się źle. Jak wszystko, czego kiedykolwiek dotknęła Helena.

Odmawiała pójścia do mieszkania, płakała też teraz, i to głośniej niż 

Renata. Lecz żadna z nich nie płakała tak bardzo jak głodne dziecko 

urodzone tego ranka w ustępie.

Wezwano w końcu siostrę Brygidę, żeby wyjaśnić całą tę sytuację. 

Przyjechała wraz z Nessą, bladą, ale spokojną.

background image

Nessa zajęła się niemowlęciem, a Brygida słuchała histerycznych 

tłumaczeń.

Włoszka mówiła, że chciała tylko dowiedzieć się, czy jakaś matka nie 

zechciałaby zaoferować jej dziecka do adopcji, ale nie prosiła nikogo, by 

jej dziecko przynosił.

Wysoki biznesmen, Irlandczyk, wstawiał się za Heleną i mówił, że zrobiła 

to w dobrej wierze, podobnie jak wszystko, co robi, tylko że świat nigdy 

nie potrafi tego dostrzec. Odnosił się do niej serdecznie, a jednocześnie tak 

jakby jej się bał.

Zna rodziców Heleny, wyjaśnił. Desmond Doyle to jeden z jego 

najdawniejszych przyjaciół.

91

-  Ona jest córką tych Doyle'ów? - Renata przeżywała jeden szok za 

drugim.

-  Tak, ale nie mogła wiedzieć, że chodzi o nas.

Było coś dziwnego w sposobie, w jaki ten człowiek mówił, coś, co 

brzmiało jak ostrzeżenie. Brygida przenosiła wzrok z jednej smutnej 

twarzy na drugą, próbując odczytać te sygnały.

-  Ale ja wiedziałam, wiedziałam - odezwała się Helena - i zrobiłam to 

tylko dlatego, że chodziło o Franka, inaczej nigdy nie wzięłabym tego 

dziecka i nie naopowiadała tylu kłamstw. Gdyby nie chodziło o Franka, 

nigdy nie ryzykowałabym życia dziecka. Czułam, że jestem mu to winna 

po tym wszystkim...

Brygida przez całe swoje dorosłe życie pracowała z ludźmi. I to głównie z 

ludźmi, którzy byli w rozpaczy. Nie wiedziała, co może teraz zostać 

powiedziane, jednak czuła, że cokolwiek to będzie, najważniejsze jest, 

background image

żeby Helena tego nie powiedziała. Ta jednak już się rozpędziła i popłynęła 

opowieść przy łzach i szlochach.

-  Nie myślałam, że tak będzie, ale oni mogli zapewnić mu dobre życie, 

dużo pieniędzy, i Frank jest za stary, żeby zaadoptować dziecko, a ona 

mówiła, że on miewa ataki serca...

-  Mówiłaś jej o tym? - warknął do żony Frank.

-  Myślałam, że to siostra z daleka. Skąd mogłam wiedzieć, że to córka 

tych cholernych Doyle'ów!

Helena nie zwracała na nich uwagi.

-  Chciałam wszystko naprawić, wszystko zrekompensować. Spróbować 

zaprowadzić ład. Mimo wszystko moje życie dobrze się ułożyło i dostałam 

to, czego pragnęłam, a Frank nie, nie ma dzieci i choruje na serce, został 

ukarany... chciałam spróbować to jakoś zrównoważyć.

Renata skonsternowana patrzyła raz na nią, raz na męża. W drugim pokoju 

siostra Nessa uspokajała niemowlę, a Helena wzięła głęboki oddech.

-  Pracuje pan nadal z panem Doyle'em? - spytała szybko Brygida.

-  Tak, i on pomógł mojemu ojcu, gdy został zwolniony, poprosił pana 

Palazzo, żeby dał mu znowu pracę...

92

Brygida dostrzegła wyjście z sytuacji. Wstała i powiedziała:

-  Wobec czego Helena ze swoim impulsywnym usposobieniem 

postanowiła panu za to podziękować w taki sposób. Dać panu dziecko, 

skoro niełatwo byłoby uzyskać je normalną drogą. Czyż nie mam racji?

Frank Quigley spojrzał w szare oczy siostry Brygidy, osoby kompetentnej, 

nieskorej do wzruszeń, silnej. Zapewne z pochodzenia Irlandki, choć 

mówiącej z akcentem londyńskim. Przypominała mu inteligentnych 

background image

mężczyzn, z którymi stykał się w świecie interesów.

-  Tak, siostro, dokładnie tak było.

Helena nie przestawała płakać. Brygida obawiała się, że może również nie 

przestać mówić. Po chwili zastanowienia postanowiła objąć dziewczynę 

ramieniem.

-  Zabieramy cię do domu, Heleno, do Świętego Marcina. To najlepsza 

rzecz, jaką teraz można zrobić.

-  Może siostry odwieźć? - spytał Frank.

-  Nie, ale gdyby zechciał pan, panie Quigley, wezwać nam taksówkę.

W tym momencie weszła Nessa; dziecko usnęło. Zabiorą je do szpitala, 

który znają i w którym są znane. Tam zajmą się maleństwem.

-  W pewnym sensie szkoda, siostro. - Frank popatrzył na siostrę Brygidę, 

a ona spojrzała na niego.

Było to długie spojrzenie.

Pod wieloma względami szkoda, mogli dać temu chłopcu wszystko, także 

więcej miłości, niż kiedykolwiek zazna od swojej matki, Yvonne.

-  Tak, ale jeśli to zrobimy, złamiemy wszystkie reguły i przepisy.

Czuł, że wystawił ją na pokusę.

-  Nie wszystkie, tylko te odnoszące się do jednego formularza. Matka 

myśli, że dziecko nie żyje.

-  Proszę - odezwała się Renata. - Proszę, siostro.

-  Nie jestem Bogiem, nie jestem nawet Salomonem - stwierdziła Brygida.

Wiedzieli, że jest to dla niej trudna decyzja, połączyli

93

więc swoje siły. Helena patrzyła na tę przystojną parę z wyrazem bólu na 

twarzy.

background image

Portiera poproszono o przywołanie taksówki i owa nieoczekiwana 

czwórka udała się do windy: zapłakana Helena podtrzymywana przez 

siostrę Brygidę, rudowłosa siostra Nessa niosąca maleńkie dziecko 

zawinięte w niebieski pled.

Renata wyciągnęła rękę i dotknęła ramienia Heleny.

-  Dziękuję, siostro Heleno. Wiem, że miała siostra wobec mnie dobre 

zamiary - powiedziała.

-  Siostra Helena ma wielkie i dobre serce - rzekła Brygida.

-  Dziękuję - odezwał się Frank, stając w drzwiach. Nie patrzył na Helenę, 

lecz z podziwem w szare oczy Brygidy.

-  Są takie kraje, gdzie to jest legalne. Jeśli pan sobie życzy, to proszę 

pewnego dnia do mnie się zgłosić i wtedy poinformuję, co wiem na ten 

temat - zaproponowała siostra Brygida.

-  Do widzenia, Franku - powiedziała Helena.

-  Dziękuję ci, Heleno. Siostra Brygida ma rację, ty masz wielkie i dobre 

serce. - Dotknął jej policzka.

W taksówce panowało milczenie, dopóki nie odezwała się Helena.

-  Zostałam nazwana siostrą Heleną. Czy to znaczy, że mogę pozostać?

-  To znaczy, że jeszcze nie poprosiłyśmy, żebyś sobie poszła. Ale może 

teraz, gdy musiałaś stawić czoło pewnym sprawom, którym przedtem 

czoła nie stawiłaś, okaże się, że nie jest konieczne ukrywanie się jak 

kiedyś. Być może będziesz potrafiła żyć gdzie indziej. A nawet 

podróżować po świecie.

Tym razem Helena nie uważała, że siostra Brygida prosi ją, by odeszła z 

klasztoru. Od dawna nie czuła się równie dobrze.

Spojrzała na siostrę Nessę, która tuliła do piersi maleńkiego chłopczyka.

background image

-  Czy to nie smutne, że nie możesz zatrzymać tego

94

dziecka, Nesso? - powiedziała w przypływie wielkoduszności. - I 

wynagrodzić sobie stratę tamtego, które umarło. Mogłoby w jakimś 

stopniu je zastąpić, czyż nie? Przynieść ci pociechę.

Nawet nie zauważyła, że obie kobiety spojrzały na siebie, a potem 

wyglądały przez okno każda po swojej stronie taksówki.

 Rozdział Czwarty.

 Desmond.

Sklep na rogu jest oczywiście droższy od supermarketu, ale znajduje się 

blisko, a za to się płaci. A ponadto jest otwarty do późnej nocy.

Desmond lubił tam zachodzić. Sklep miał jakby magiczną atmosferę i 

Suresh Patel w jakiś cudowny sposób potrafił ulokować na półkach takie 

mnóstwo towarów, i to w taki sposób, że nie spadały na ziemię. Desmond 

często powtarzał, że pan Patel musi znać jakiś sekret. W dużym 

supermarkecie żywnościowym należącym do sieci Palazzo Foods, w 

którym pracował Desmond, panowała zupełnie inna zasada. Trzeba 

zapewnić maksimum przestrzeni, żeby klient mógł chodzić dokoła i 

wybierać, a najlepiej namówić go do kupienia czegoś, czego pierwotnie 

nie miał na liście zakupów. Interes pana Patela to była odmienna strona 

rynku. Chodziło się tam, bo zabrakło cukru albo nie kupiło się nic na 

kolację, a sklep, do którego zamierzało się pójść, zamknięto. Przychodziło 

się po wieczorną gazetę i niekiedy po puszkę fasoli. Pan Patel mówił, że aż 

dziw, jak wiele osób musi wracać do domu i samotnie spędzać wieczór. 

Często czuł się lepiej, gdy stojąc w sklepie, rozmawiał z każdym, kto 

przyszedł, a potem sobie poszedł.

background image

Deirdre, żona Desmonda, twierdziła, że osobiście nie ma nic przeciwko 

panu Patelowi. Jest nadzwyczaj uprzejmy i zawsze pełen szacunku, ale 

wszystko sprzedaje się tam trochę drożej. Ten sklep to taki miszmasz, 

przypomina te kramy, do których przed laty się nie chodziło, bo mogły 

mieć produkty nie całkiem... hm, świeże.

I nigdy nie rozumiała, dlaczego Desmond zatrzymuje się

96

i kupuje wczesne wydanie gazety w sklepie na rogu, kiedy mógł ją kupić 

bliżej swojej pracy i czytać w drodze powrotnej do domu.

Desmond zgadzał się, że trudno to wytłumaczyć. W tym małym sklepie 

wyczuwało się jednak pewną solidność. Nie był uzależniony od częstych 

zmian odległych dostawców i wielonarodowych gigantów. Jeśli pan Patel 

zauważył, że klient o coś prosił, poświęcał temu wiele uwagi. Jak wtedy, 

gdy Desmond poprosił o galaretkę z czerwonych porzeczek.

-  Czy to jest dżem czy przyprawa? - spytał z zainteresowaniem pan Patel.

-  Myślę, że może być i to, i to. - Desmond był równie zainteresowany 

definicją. Ustalili wspólnie, że gdy galaretka zostanie sprowadzona, to się 

ją postawi na tej samej półce co musztardy, ostre indyjskie przyprawy 

korzenne i małe zielone słoiki z sosem miętowym.

-  Wkrótce będę dokładnie znać gusty i skłonności dobrego brytyjskiego 

przedmieścia. Będę wiedzieć wystarczająco dużo, żeby napisać książkę, 

panie Doyle.

-  Myślę, że już pan to wie, panie Patel.

-  Dopiero zaczynam, panie Doyle, ale to wszystko jest takie interesujące. 

Pan zna to powiedzonko, które powtarza się w pańskim kraju, że całe 

ludzkie życie koncentruje się tu... To właśnie czuję.

background image

-  Całe ludzkie życie koncentruje się też w mojej pracy, ale ja jej nie witam 

tak radośnie jak pan. - Desmond zaśmiał się ponuro.

-  Ach, to dlatego że pańska praca jest o wiele poważniejsza od mojej.

Deirdre Doyle chętnie by się z nim zgodziła. Pan Patel słusznie traktował z 

respektem takiego człowieka jak Desmond, który, choć sporo mu 

brakowało do pięćdziesiątki, zajmował stanowisko kierownika projektów 

specjalnych w Palazzo. Palazzo to nazwa taka jak Sainsbury's albo 

Waitrose. No, może niezupełnie taka, ale w pewnych rejonach cieszyła się 

podobnie dobrą renomą, a w domu w Irlandii, gdzie nikt i tak nie znał 

innych firm, Palazzo brzmiało wspanialej.

97

Patelowie nie mieszkają na Rosemary Drive. Mieszkają oczywiście gdzie 

indziej, w miejscu bardziej odpowiednim dla Hindusów i Pakistańczyków, 

mówiła Deirdre, kiedy ktoś podniósł ten temat.

Desmond wiedział, że Suresh Patel, jego żona, dwójka ich dzieci i jego 

brat mieszkają w malutkich składzikach z tyłu za sklepikiem. Pani Patel 

nie mówiła po angielsku, a brat był otyły i wyglądał tak, jakby cierpiał na 

jakąś chorobę. Siadywał tam i miło się uśmiechał, ale mówił mało i chyba 

zupełnie nie pomagał w prowadzeniu sklepu.

Z powodów, których nigdy do końca nie zgłębił, Desmond nie wspominał, 

że tam mieszka rodzina Patelów. I że dwójka ich dzieci w nieskazitelnych 

mundurkach szkolnych i okularach wychodzi każdego ranka z tego 

miniaturowego mieszkania. Gdyby wiedziano, że Patelowie gnieżdżą się w 

takim małym pomieszczeniu, to, jak czuł Desmond, jakoś by ich to 

poniżało. W jego podświadomości utkwiło też przekonanie, iż Deirdre 

mogłaby uznać fakt, że Pakistańczycy tu mieszkają, a nie tylko handlują, 

background image

za coś uwłaczającego dla całej okolicy.

Wczesnym rankiem w sklepie panował ruch, kupowano gazety, 

czekoladowe batony, oranżady i kanapki zapakowane w folię - prowiant na 

drogę dla tych, którzy dojeżdżają do pracy. Olej umożliwiający pracę 

maszynerii brytyjskiego przemysłu.

Desmond nie miał zbyt dobrego mniemania o swoim własnym udziale w 

funkcjonowaniu brytyjskiego przemysłu. Jechał do pracy w gmachu 

centrali Palazzo Foods, dziewiątej co do wielkości sieci supermarketów w 

Wielkiej Brytanii. Zaczął tam pracować jeszcze w roku 1959, gdy 

nazywała się po prostu Prince. To było w tym roku, kiedy on i Frank 

Quigley porzucili Mayo i wyruszyli pociągiem, statkiem i znowu 

pociągiem do Londynu, by tam zbić fortunę. Przybyli w czasie upałów, 

które trwały wiele miesięcy, i wyobrażali sobie, że przyjechali do raju.

Podczas codziennej porannej wędrówki wzdłuż Rosemary Drive do Wood 

Road i następnie na róg do przystanku

98

autobusowego Desmond często wspominał dawne dni, gdy wszystko 

wydawało się prostsze, a on i Frank pracowali za ladą w dwu sklepach 

Prince'a. Jednego dnia mogli kroić bekon, innego urządzać wystawy. 

Codziennie spotykali się z klientami i znali wszystkich pracowników 

sklepu.

To Frank dostrzegł, że to jest firma, w której mogą piąć się i piąć w górę, 

że nie chodzi o prowizorium. Firma Prince Foods rozpoczynała roboty 

ziemne, robiła się duża, wkrótce przystąpi do ekspansji i wtedy Frank 

zostanie kierownikiem jednej filii, a Desmond drugiej, jeśli dobrze 

rozegrają swoje karty. Frank rozegrał swoje wspaniale. Desmond zawsze 

background image

wolniej dostrzegał okazje. Dostrzegł jednak, jak wszystko się zmieniało, i 

widział ze smutkiem, że im wyżej awansował, pchany, ciągnięty, 

nakłaniany przez swojego przyjaciela Franka, tym bardziej oddalał się od 

kontaktów z ludźmi, czyli od tego, co w tej pracy najbardziej mu się 

podobało.

Desmond Doyle był wówczas szczupłym, żylastym młodzieńcem o bujnej 

jasnobrązowej czuprynie. Jego dzieci często mu dokuczały, mówiąc, że na 

starej fotografii wygląda jak prawdziwy rozrabiaka, ale matka im na to nie 

pozwalała. Tak wówczas wyglądali wszyscy modni młodzieńcy - 

oznajmiała kategorycznie. Teraz wyglądał inaczej. Włosy zaczesywał w 

taki sposób, by sprawiały wrażenie, że pokrywają mu całą głowę. I nosił 

koszule o znacznie większym numerze kołnierzyka niż tego pierwszego 

lata, gdy mógł sobie sprawić tylko dwie jako swoją całą garderobę i jedna 

z nich zawsze wisiała, susząc się, na krześle.

Przypuszczał, że wiele osób wspomina dawne dni jako dobre, choć w 

gruncie rzeczy były to czasy, gdy nie miało się pieniędzy. W każdym razie 

on tak je wspominał.

Nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego Gmach Palazzo tak bardzo ludziom 

się podoba. To znakomity przykład art deco, mówili, arcydzieło z lat 

trzydziestych. Desmond zawsze myślał, że wygląda jak jeden z tych 

wielkich masywnych budynków, które widywało się na filmach 

dokumentalnych o wschodniej Europie. Jego zdaniem była to kwadratowa, 

groźnie wyglądająca budowla i aż dziw, że objęto

99

ją ochroną konserwatorską, a w artykułach na łamach pism rozpisywano 

się o jej doskonałych proporcjach.

background image

Frank przyczynił się walnie do zdobycia dla Palazzo tego budynku, 

wówczas nie używanej centrali pewnej zbankrutowanej firmy 

samochodowej. Nikt inny nie dostrzegał jego potencjału, ale Frank 

Quigley, który wiedział wszystko, mówił, że muszą mieć przestrzeń na 

składowanie towarów, magazyn i warsztaty naprawcze dla swoich 

furgonetek i muszą mieć coś w rodzaju centralnego biura. Dlaczego więc 

nie ulokować tego wszystkiego za tą wspaniałą fasadą?

Fasada była fasadą. Piękne schody i pokoje recepcyjne na parterze, a na 

górze labirynt prefabrykowanych i byle jak zbudowanych kancelarii i 

oddzielonych przepierzeniami pomieszczeń. Księgowość zmodernizowano 

i wyposażono w komputery, umieszczono więc ją w nowoczesnej 

dobudówce z tyłu. Na trzecim piętrze natomiast była jakaś dziwna ziemia 

niczyja i choć na drzwiach widniały nazwiska, do pokoju często ktoś 

wpadał i mówił: „O, przepraszam". Znajdowały się tam też nieokreślone 

przestrzenie magazynowe, gdzie upychano zbyteczne płyty albo nie 

dopasowane plastikowe gabloty wystawowe, zanim podjęto decyzję, co z 

nimi zrobić.

Tu w samym centrum owego skrywanego galimatiasu, wstydliwego 

oblicza Palazzo, znajdowało się miejsce pracy Desmonda Doyle'a - dział 

projektów specjalnych. Oficjalnie było to centrum nerwowe nowych idei, 

planów, konceptów i inspiracji, które miały zetrzeć z powierzchni ziemi 

konkurencję, a w praktyce miejsce, gdzie Desmond pracował na swoją 

miesięczną pensję, zachowując tytuł kierownika, ponieważ był 

przyjacielem z dzieciństwa Franka Quigleya. Ponieważ znali się od dawna 

i wyruszyli w drogę tego samego dnia przed ponad ćwierćwieczem.

Frank Quigley, cichy, lecz potężny dyrektor naczelny, człowiek, który 

background image

potrafił znaleźć sposób na pięcie się w górę i gdy nastał czas przejęcia 

firmy, znalazł sposób na Włochów. Człowiek, który ożenił się z córką 

szefa. To dzięki Frankowi Desmond wchodził na trzecie piętro Palazzo i z 

ciężkim sercem otwierał drzwi swojego gabinetu.

100

Dział projektów specjalnych miano poddać kontroli. Krążyły pogłoski, że 

wkrótce rozpocznie się wielkie dochodzenie. Desmond Doyle czuł znaną 

mu kwaskowatą gorycz na języku i panika zaczynała chwytać go za serce. 

Co to tym razem oznacza? Oskarżenie, że dział nie wykonuje swojej pracy, 

żądanie, by precyzyjnie określono, ile na ostatnich prezentacjach 

upłynniono najnowszych towarów i jakie sumy przewidziano z promocji 

towarów dla dzieci?

Tabletki antacidu już niewiele pomagały, łykał je jak cukierki. Czuł się 

znużony konfrontacjami i koniecznością błyszczenia. Kiedyś te wysiłki, 

zmierzające do pokazania siebie jako człowieka zdolnego i 

kompetentnego, stanowiły istotę i ostateczny cel jego dnia pracy. Teraz już 

nie. W wieku uznawanym przez resztę świata za jeszcze młody Desmond 

Doyle czuł się stary. Czterdzieści sześć lat to niemal dziewięćdziesiątka na 

karku. I gdyby ktoś zapytał go o wiek, zgodnie z prawdą tak właśnie by 

odpowiedział.

W jego gabinecie, szczęśliwie wolnym od fotografii, które pokrywały 

ściany ich domu, wisiał blady sztych przedstawiający krajobraz 

Connemary. Wydawał mu się jakby trochę bardziej fiołkoworóżowy, 

niebieski i ładniejszy od tego, jaki zapamiętał, ale Deirdre mówiła, że to 

wprost esencja zachodniej Irlandii i powinien sztych tam powiesić, by 

mieć temat do konwersacji. Desmond mógłby opowiadać o niej gościom, 

background image

poinformować, że stamtąd właśnie pochodzi. To są jego korzenie.

Biedna Deirdre, wyobraża sobie, że tak wyglądają rozmowy prowadzone 

w tym gabinecie przypominającym pudełko. Na szczęście miał ściany, a 

nie szkło albo pleksiglas, biurko, telefon i dwie kartoteki. Nie znany mu 

był luksus pogawędek o własnym pochodzeniu, inspirowanych 

przesłodzonymi widokami hrabstwa Mayo. I nigdy nie będzie.

Nie uważał już przybitego na jego drzwiach napisu składającego się z 

tekturowych liter za coś ważnego... w dawnych czasach nie było żadnych 

specjalnych projektów, to tylko pusta nazwa. Prawdziwe stanowiska to 

stanowiska takie, jak kierownik działu rozwoju sklepów, kierownik 

obsługi albo kierownik reklamy. Na nich opierał się cały

101

interes. Projekty specjalne nic nie znaczyły dla Desmonda Doyle'a, 

ponieważ wiedział, że nic w jego wypadku nie znaczą. W innych krajach 

to była prawdziwa praca, jak wyczytał w pismach handlowych. W Palazzo 

Foods oznaczało to tylko klepanie po ramieniu.

Pamiętał, jak kiedyś dawno przeczytał reklamę, która brzmiała 

następująco: „Na drzwiach ze stanowiskiem tabliczka to bigelow zamiast 

chodniczka". Bigelow to nazwa pewnego rodzaju dywanów. Była to 

sympatyczna, niewinna reklama, która miała wywołać w młodych kadrach 

pęd do zdobywania stanowisk. Wspomniał o tym kiedyś Deirdre, ale ona 

niczego nie zrozumiała. Dlaczego on też nie miałby mieć dywanu na 

podłodze, zapytała. Może sami mogliby zdobyć jakiś niepotrzebny dywan 

i dać go tam w czasie weekendu, a wtedy gabinet wyglądałby dostojnie i 

nie trzeba by walczyć o dywan i narażać się na ewentualną porażkę. Ze 

znużeniem zgodził się wówczas na mały dywanik, który schował pod 

background image

biurkiem, tak by nikt go nie zauważył, a Deirdre zapewnił, że dodaje 

gabinetowi splendoru.

Desmond nie straci pracy w Palazzo, nawet gdyby cały dział projektów 

specjalnych miano uważać za bezużyteczne, karygodne marnowanie 

czasu. Nie był to zresztą dział jak się patrzy. Dano mu tego smarkacza jako 

praktykanta i dość sporadyczną pomoc ze strony Marigold, tęgiej 

australijskiej dziewczyny o dużych zębach i z grzywą włosów na głowie. 

Przyjechała, jak mówiła, po ZD, Zamorskie Doświadczenia, i przedtem 

pracowała w salonie pogrzebowym, jako recepcjonistka u dentysty, w 

biurze parku rozrywek, wszystko po to, żeby się zorientować, jak wygląda 

świat, zanim wróci do domu i poślubi milionera z Perth, co stanowiło jej 

cel.

Była to przystojna, przyjaźnie nastawiona dziewczyna, która siadała na 

biurku Desmonda i pytała po koleżeńsku, czy ma do napisania na 

maszynie jakąś korespondencję albo notatkę. Uważała, że pisanie na 

maszynie to złoty klucz otwierający świat. „Szefuniu, powiedz swoim 

dziewczętom, żeby uczyły się pisać na maszynie" - mówiła mu często. 

Nigdy nie przyjęła do wiadomości, że jedna z jego

102

córek miała magisterium i pracowała w księgarni, a druga była zakonnicą i 

pracowała wśród robotników. Żadna z nich nie chciałaby złotego klucza 

Marigold do świata.

Gdyby dział projektów specjalnych miał zostać zlikwidowany, Marigold 

bardzo by mu współczuła. Powiedziałaby Szefuniowi, że Quigley to 

głupek, a co więcej - zawsze próbuje uszczypnąć ją w tyłek. 

Zaproponowałaby, że postawi Desmondowi piwo, i oznajmiłaby, że jest za 

background image

dobry dla Palazzo, powinien więc poszukać sobie czegoś lepszego. Ten 

smarkacz praktykant nawet by tego nie zauważył, poszedłby dłubać w 

nosie w jakimś innym dziale. Ojciec smarkacza to ważny dostawca, jego 

więc zatrzymają, żeby nie wiem, co się działo.

Tak jak i Desmonda. Raz go zwolniono. Potem już nigdy. Frank Quigley 

już się o to postarał. Stanowisko i formę pracy zapewnione miał na całe 

życie. Czekało go jeszcze czternaście lat w Palazzo. Według zwyczajów 

panujących w tej firmie na emeryturę odchodziło się w sześćdziesiątym 

roku życia. Właściwie trochę mniej niż czternaście lat, teraz już trzynaście 

i kawałek. Znajdą mu coś do roboty na ten czas.

Desmond Doyle nie uświadamiał sobie, żeby kiedykolwiek tłumaczył się 

ze swojej egzystencji i uzasadniał własną rolę staremu przyjacielowi 

Frankowi. Nie, gdyby czekało go coś tak nieprzyjemnego jak to, można 

być pewnym, iż Frank miałby pilne sprawy w najodleglejszej części kraju 

albo zebranie tak ważne, że nie można by go przełożyć. Desmond 

musiałby rozmawiać z samym Carlem Palazzo, teściem Franka. Teściem, 

ale nie w stylu Ojca Chrzestnego.

Carlo troszczył się o rodzinę i o swoje skórzane kurtki, zawsze chciał robić 

interesy w dziedzinie mody i teraz, mając takie zyski z Palazzo, mógł 

sobie pozwolić na wystawowe salony i realizację życiowego marzenia. 

Carlo Palazzo, Włoch dobrze się prezentujący, który z każdym rokiem 

spędzonym w północnym Londynie mówił z coraz wyraźniejszym obcym 

akcentem, nie podejmował żadnych bieżących decyzji w sprawach 

własnego imperium supermarketowego, pozostawiając prowadzenie 

interesów zdolnemu panu Quigleyowi. Był na

103

background image

tyle bystry, że wypatrzył go przed wieloma laty jako młodego, 

wygłodniałego Irlandczyka, który mógłby poprowadzić interesy. I mógłby 

ożenić się też z jego córką.

Nie mieli dotąd dzieci i Desmond wiedział, że dla Carla to wielka 

zgryzota, choć wciąż nie traci nadziei. Nawet jeśli wydawało się to z 

każdym rokiem coraz mniej prawdopodobne, bo Frank i Renata byli od 

piętnastu lat małżeństwem i ona miała już dobrze po trzydziestce.

Carlo był optymistą, jeśli chodzi o wnuki, ale i człowiekiem praktycznym, 

jeśli chodzi o zyski. Gdyby więc to on miał prowadzić śledztwo, tu 

Desmond westchnął, nie będzie dziś żadnych emocjonalnych zwierzeń, 

tylko niemiłe fakty i jeszcze bardziej niemiłe pytania. Czy projekty 

specjalne powiększyły sumę zysków Palazzo w ciągu ostatnich sześciu 

miesięcy i o ile? Poproszę o listę dokonań, Desmond. Tak?

Desmond przysunął sobie notatnik, żeby sporządzić tę żałosną listę. Rzecz 

nie w tym, że nie miał pomysłów, kipiał wprost pomysłami, ale jakoś 

tonęły wszystkie w tym galimatiasie działów oraz innych presji i potrzeb.

Jak wtedy, gdy zaproponował założenie piekarni na ich własnym terenie. 

Było to przed wielu laty i pomysł ten wyprzedzał ówczesne czasy. 

Desmond bał się zbytniego ryzyka, sugerował więc jedynie, żeby piec 

ciemny chleb i bułeczki do herbaty. Jego rozumowanie okazało się jednak 

tak trafne, że pomysł zastosowano na znacznie większą skalę, niż mógł 

marzyć. Dla klienta wchodzącego w drzwi zapach świeżo upieczonego 

chleba jest bardzo atrakcyjny, jak twierdził, stanowi bowiem 

stuprocentową gwarancję, że chleb jest dzisiejszy. Fakt, że klienci mogą 

obserwować proces pieczenia chleba w higienicznych warunkach, 

przemawia też za ogólną higieną reszty sklepu.

background image

Jednakże jakoś tak się stało, że ten pomysł mu odebrano, nigdy nie 

uważano go za pomysł Desmonda Doyle'a ani za propozycję działu 

projektów specjalnych. Przejęła go reklama, a potem powstała odrębna 

sekcja zwana piekarnią, a we wszystkich gazetach pojawiły się artykuły i 

fotografie przedstawiające wyrabiane przez nich kruche bułeczki, precelki 

i drożdżówki. Chleb Palazzo stał się legendarny.

104

Desmond nie ronił zbyt wielu łez z tego powodu, ostatecznie pomysł to 

pomysł; kiedy przekażesz go innym, przestaje być twój. Jeśli się patrzy na 

to w taki sposób, to właściwie nie ma znaczenia, czy przypiszą tobie 

zasługę, czy nie, i tak pomysł wymknął ci się z rąk. Lecz, oczywiście, jeśli 

zasługę ci przypisano, jeśli masz w firmie opinię mistrza pomysłów, 

wówczas życie w pracy nabiera innej barwy. Będzie większy gabinet, 

odpowiednia tabliczka na drzwiach i nawet jeden z tych osławionych 

dywanów. Pan Palazzo zaproponuje, żeby Desmond zwracał się do niego 

po imieniu, i zaprosi go z żoną na wielkie przyjęcie urządzane w lecie w 

ich wielkim białym domu z basenem i dużym rożnem. I zaproponuje 

Deirdre, żeby zmierzyła miękki niebieski skórzany żakiet, który właśnie 

przysłano z Mediolanu, i będzie wykrzykiwać, że skoro tak świetnie na 

niej leży, to musi go zatrzymać. Jako prezent, w dowód uznania 

żywionego dla jej męża, mistrza pomysłów w Palazzo.

Lista przedstawiała się mizernie. Zjawiła się Marigold, oznajmiając, że ma 

strasznego kaca. Nie pomogło jej to, że poszła do bufetu po zimny sok 

pomarańczowy do rozcieńczenia tej odrobiny wódki. W bufecie Marigold 

usłyszała, że pan Carlo jest usposobiony wojowniczo, że odbył niezbyt 

przyjemną naradę z księgowymi i nie dostanie wystarczającego 

background image

kieszonkowego na te jego zabawy ze ścierowatymi, tandetnymi 

skórzanymi kurtkami. Wobec czego zamierza wszystko zreorganizować. 

Głupi, zakichany makaroniarz, powiedziała Marigold. Gdyby był w 

Australii, musiałby być na tyle mężczyzną, żeby się postawić i dostać to, 

czego chce, te żałosne kurtki i marynarki, a nie udawać, że umie 

prowadzić interes, który jak każdy wie, prowadzi ten gangster Frank 

Quigley.

Desmonda poruszyła pełna zacietrzewienia reakcja Marigold.

- Siadaj tu i przestań się ekscytować, rozboli cię tylko jeszcze bardziej 

głowa - powiedział współczująco.

Marigold popatrzyła na niego, oczy miała zapuchnięte i zaczerwienione, 

lecz pełne niepokoju.

105

-  Jezu, szefuniu, jesteś za dobry na ten prysznic - rzekła.

-  Cicho, cicho. Będę przechodził koło chłodni, czy mam ci przynieść 

stamtąd lodu? Na nic ta kuracja bez lodu.

-  Nic dziwnego, że nigdy nie będziesz, szefuniu, prowadzić tego 

cholernego interesu, bo jesteś ludzką istotą - oznajmiła Marigold, 

trzymając się za głowę.

Pracowała tu zaledwie od sześciu miesięcy, ale, jak twierdziła, pora, żeby 

już się stąd wynosić. Myślała, żeby zatrudnić się teraz w hotelu albo jako 

recepcjonistka w salonie fryzjerskim na Knightsbridge, gdzie można 

zobaczyć członków rodziny królewskiej, kiedy tam przychodzą.

Ożywiwszy się zimną wódką z sokiem pomarańczowym, którą daremnie 

usiłowała podzielić się z Desmondem, skupiła się na wyławianiu z pamięci 

tych paru rzeczy wykonanych w okresie, kiedy tu pracowała.

background image

-  Jezu, ale przecież musieliśmy coś robić, szefuniu! - wykrzyknęła, z 

wysiłkiem się koncentrując. - Mam na myśli to, że szefunio nie 

przychodził tu co dzień, by gapić się przez cały czas na ten obraz 

bladoniebieskiego interioru w Irlandii, prawda?

-  Nie, nie sądzę, żebym się gapił. Zawsze chyba miałem coś do zrobienia, 

ale to były rzeczy innych ludzi, wiesz. - Głos Desmonda brzmiał 

przepraszająco. - Tak więc nie liczą się jako pochodzące stąd. Niezbyt 

imponująco będzie to wyglądać.

-  Dokąd szefunia poślą, jeśli zlikwidują dział?

-  To jeden z najmniejszych gabinetów, mogą mnie tu zostawić, 

podporządkowując komuś innemu. To samo miejsce, ta sama praca, 

odmienna odpowiedzialność.

-  Nie wykopią szefunia na ulicę?

-  Nie, nie, Marigold - zapewniał. - Nie martw się o to. Nie.

Uśmiechnęła się do niego szelmowsko.

-  To znaczy, że szefunio wie, gdzie pies jest zakopany?

-  W pewnym sensie - odparł.

Mówił tak cichym i smutnym głosem, że Marigold dała spokój.

106

-  Pójdę zobaczyć, co się da wyciągnąć z listów, które przepisywałam - 

rzekła.

Było mniej więcej tak, jak myślał, że będzie. Carlo siedział w małym 

gabinecie i nie robiły na nim najmniejszego wrażenia wysiłki czynione 

przez Marigold, która nazywała Desmonda panem Doyle'em i rozmawiała 

przez telefon o rozmaitych osobach, i informowała, że szef jest na 

konferencji. Marigold poszła nawet wypożyczyć dwie porcelanowe 

background image

filiżanki ze spodeczkami, żeby podać w nich kawę, zamiast wziąć jak 

zwykle dwa szkarłatne kubki z napisem: „D. i ?"

Carlo Palazzo mówił o konieczności przerzucania na inny odcinek, 

dalszego poszerzania, eksperymentowania, nigdy nie pozostawania w 

bezruchu. Mówił o współzawodnictwie. Wspomniał o inflacji, recesji, o 

niepokojach w przemyśle i o trudnościach w parkowaniu samochodów. 

Krótko mówiąc, przytoczył niemal wszystkie powszechne bolączki, by 

podeprzeć decyzję, do której żywił niechęć, a mianowicie że dział jako 

taki powinien być połączony z innymi działami i ich pracą. Jest oczywiście 

ważny i użyteczny i najlepiej może mu się przysłużyć przerzucenie na 

inny odcinek frontu.

Kiedy po raz drugi użył sformułowania „przerzucenie na inny odcinek 

frontu", Desmondowi przypomniało to pójście do kina, gdzie wyświetla 

się filmy non stop, i rozpoznanie fragmentu, w którym się weszło do sali.

Ogarnęło go wielkie znużenie. Uświadomił sobie, że w ciągu następnych 

trzynastu lat z kawałkiem będzie go to spotykać wiele razy. I w końcu, być 

może, zdecydują, że powinien pracować na parkingu, że w ramach 

przerzucenia będzie to najodpowiedniejszy odcinek.

Głowę miał ciężką, zastanawiał się, jak najlepiej ma to wyjaśnić Deirdre 

wieczorem. Wiedział, że nie grozi mu obniżenie pensji ani oficjalne 

podanie tego do wiadomości publicznej. Zniknie tylko tytuł. Musiał teraz 

wyjaśnić podstawowe rzeczy.

-  I myśli pan, że kiedy zostanę przerzucony na inny

107

uzgodniony odcinek, powinienem nadal pracować w tym pokoju, w tym 

gabinecie?

background image

Carlo Palazzo rozłożył swoje duże ręce. Gdyby to zależało od niego, to 

oczywiście.

-  Ale nie zależy, tak, panie Palazzo?

Okazało się, że nie, miała być reorganizacja, rozebranie niektórych ścianek 

i utworzenie otwartych przestrzeni, i znacznie więcej światła, i zmiana w 

ocenach niektórych wyników.

Desmond cierpliwie czekał. Wiedział, że zostanie to powiedziane i żadne 

przyspieszanie nic nie da.

Powędrował wzrokiem w stronę obrazu z nieprawdopodobnie błękitnym 

niebem i łagodnymi porośniętymi trawą stokami. Hrabstwo Mayo nigdy 

tak nie wyglądało. Było tam rozległe białawe niebo i kamienne murki, i 

małe brązowe poletka. Obrazek przypominał widoczki na bombonierkach 

z czekoladkami.

Carlo Palazzo zbliżał się do punktu kulminacyjnego.

Punkt kulminacyjny zdecydowanie nadchodzi, pomyślał w duchu 

Desmond. Poczuł znajomy kwaśny smak w ustach. Niechże choć będzie 

jakiś gabinet. Coś, z czego nigdy nie musiałby się tłumaczyć. Jakaś część 

budynku, w której ktoś taki jak Marigold będzie odbierać telefony od 

Deirdre. Ktoś, kto powie: „Proszę zaczekać, połączę panią", gdy zadzwoni 

żona i powie, jak zawsze: „Z kierownikiem projektów specjalnych, panem 

Doyle'em, proszę". Ze specjalną modulacją głosu na tym „proszę".

Niechże będzie to określenie „kierownik" czegokolwiek i niech Deirdre 

nie musi przez resztę życia telefonować do firmy, gdzie nikt nie będzie 

wiedział, kim on jest albo gdzie go szukać.

-  Pomyśleliśmy więc, że najlepiej byłoby, gdyby pańska praca miała 

charakter ruchomy - powiedział Carlo Palazzo.

background image

-  Tylko nie ruchomy, panie Palazzo - zaprotestował Desmond Doyle. - 

Proszę, nie.

Włoch popatrzył na niego z zainteresowaniem.

-  Zapewniam pana, Desmond, że ta praca będzie tak

108

samo ważna, pod wieloma względami nawet ważniejsza, a jak pan wie, nie 

ma mowy o zmianie struktury płacy, pozostanie powiązana z normalnymi 

zyskami.

- Chciałbym mieć jakieś swoje miejsce. Gdziekolwiek. - Desmond czuł, że 

pot występuje mu na czole. Boże wszechmogący, zaczynał błagać. 

Dlaczego nie obgadał sprawy bezpośrednio z Frankiem Quigleyem?

On i Frank bawili się razem na skalistych wzgórzach hrabstwa Mayo, 

nigdy nie oglądali w zachodniej Irlandii takiego nieba jak na tym obrazie, 

mówili tym samym językiem. Dlaczego bariera lat miała mu uniemożliwić 

zwrócenie się bezpośrednio do Franka i powiedzenie, że musi mieć jakiś 

gabinet, choćby miało to być jedynie przejście prowadzące donikąd? 

Niewiele miał po tych wszystkich latach do zaoferowania Deirdre prócz 

przekonania, że jej mąż należy do kadry kierowniczej dużego i ważnego 

przedsiębiorstwa w handlu detalicznym.

Bywały takie czasy, kiedy on i Frank mogli rozmawiać o wszystkim, 

absolutnie o wszystkim. Na przykład o tym, jak ojciec Franka przepił w 

trzy tygodnie całe odszkodowanie, fundując napitki całemu miasteczku. O 

tym, jak bardzo Desmond chce uciec z farmy od milczących braci i sióstr, 

którym do szczęścia wystarcza to, że chodzą po jałowej ziemi doglądając 

chudych upartych baranów.

Dwaj Irlandczycy, młodzi i bez wykształcenia, opowiadali jeden drugiemu 

background image

o pierwszych swoich podbojach miłosnych, gdy przybyli tu w latach 

pięćdziesiątych, i dzielili się wszystkim od chwili, gdy zaczęli pracować w 

sklepach Prince'a. Potem Franka ogarnęła żądza wybicia się i zapewne w 

tym momencie skończyła się ich przyjaźń.

Frank piął się wciąż w górę i w górę i teraz prowadził już cały interes. 

Palazzo wykupili sklepy Prince'a i przejęli je na własność. Wiadomo było, 

że Carlo Palazzo nie podejmował bez konsultacji z Frankiem Quigleyem 

żadnej ważniejszej decyzji prócz tej, jakim sosem ma polać swój makaron. 

Tak więc to Frank skazał swojego starego kumpla Desmonda na pracę na 

bazie ruchomej.

109

Czy Frank nie pamięta Deirdre, czy nie wie, jakie to będzie dla niego 

trudne?

Ostatnio Frank bardzo rzadko zjawiał się na Rosemary Drive. Ale mimo 

wszystko za każdym razem, gdy się spotykali, było jak za dawnych dni. 

Klepali jeden drugiego po ramieniu i śmiali się na całe gardło, a ponieważ 

Desmond nigdy nic sobie nie robił z tego, że utknął na tak niskim szczeblu 

drabiny, na którą zaczęli się wspinać przed wielu laty, Frank również nigdy 

nie wspominał o swojej wysokiej pozycji. Jedynie wtedy, gdy żenił się z 

Renatą Palazzo, ujawniła się dzieląca ich przepaść.

Na weselu nie było nikogo więcej o takim stanowisku jak Desmond, 

wszyscy goście należeli do ludzi o znacznie wyższym statusie.

Deirdre znienawidziła to wesele. Cieszyła się na nie przez wiele miesięcy i 

nawet liczyła na to, że zaprzyjaźni się z Renatą Palazzo. Wydawało się to 

tak mało prawdopodobne, że Desmond nigdy nie traktował poważnie tych 

nadziei. Renata była o wiele od nich młodsza i pochodziła z innego świata. 

background image

Deirdre z uporem myślała o niej jak o włoskiej imigrantce i swojej 

rówieśnicy, nieśmiałej i potrzebującej pewnego rodzaju siostrzanych 

porad.

Desmond nigdy nie zapomni, jak na tym ślubie Deirdre zamarł uśmiech na 

ustach, gdy porównała swoją jaskrawo-żółtą suknię i zharmonizowany z 

nią płaszcz ze sztucznego włókna z czystymi jedwabiami i futrami innych 

kobiet. Ona, która opuściła tego ranka dom w jakże radosnym nastroju, 

ginęła w tle nawet już podczas samej ceremonii w kościele, gdy włoska 

śpiewaczka operowa odśpiewała nowożeńcom „Panis Angelicus". Kiedy 

przybyli do dużego weselnego namiotu i dołączyli do szeregu gości 

czekających na przyjęcie, Deirdre szarpała swoją suknię i jego rękę.

Był to dla niej czarny dzień, a to, że ona cierpiała, zepsuło ów dzień 

również Desmondowi.

Franka nie można jednak za to wszystko obwiniać. Nie uśmiechał się 

mniej nawet w późniejszych latach. Zawsze można było się do niego 

zwrócić. Nie musiało się przedstawiać sprawy w tak wielu słowach. 

Używało się kodu.

110

Gdzie, na Boga żywego, podziewał się Frank dzisiaj, gdy nadszedł nowy 

czarny dzień, gdy Carlo Palazzo oznajmił Desmondowi, że pewno nie 

będzie mieć gabinetu ani tabliczki na drzwiach, ani telefonu na biurku?

Może powinien uprościć im całą sprawę, włożyć na siebie jeden z tych 

beżowych płaszczy, jakie noszą ci, co zamiatają sklepy, i przystąpić 

natychmiast do pracy z wiadrem, kubełkiem i szmatą do mycia, a zaraz po 

zamknięciu drzwi zabrać się do wycierania stelaży na warzywa? Może 

byłoby to łatwiejsze niż czekanie na pół tuzina dalszych zjazdów w dół? 

background image

Potem ogarnął go gniew, nie jest przecież głupim człowiekiem, nie jest 

głupcem, którego można tak wystrychnąć na dudka. Czuł, że nie panuje 

nad tym, co się dzieje z jego twarzą. Ku swemu przerażeniu zauważył coś 

w rodzaju litości na obliczu starszego mężczyzny.

-  Desmondzie, mój przyjacielu, proszę... - zaczął niepewnie Carlo.

- Nic mi nie jest. - Desmond podniósł się zza swojego małego biurka. 

Przespaceruje się w stronę okna, żeby zdradzieckie łzy w oczach zdążyły 

się rozpłynąć. Jednakże jego gabinet nie nadawał się do spacerów. Będzie 

musiał przecisnąć się koło kartoteki i być może przewrócić mały stolik 

albo poprosić pana Palazzo o odsunięcie krzesła. Zbyt to ciasne miejsce na 

wielkie gesty. Lecz w przyszłym tygodniu nie będzie w ogóle miejsca na 

żadne gesty.

-  Wiem, że nic panu nie jest. Nie chcę po prostu, żeby źle mnie pan 

rozumiał. Wie pan, czasami nawet po tylu latach pobytu w tym kraju nie 

potrafię się jasno wyrazić...

-  Nie, wyraził się pan całkiem jasno, panie Palazzo, jaśniej niż ja, choć 

angielski uważam za swój rodzimy język.

-  Ale może uraziłem pana czymś, co powiedziałem. Czy mogę spróbować 

powiedzieć to raz jeszcze? Jest pan tu tak bardzo ceniony, pracuje od tak 

dawna i pańskie doświadczenie jest tak niezbędne... tylko że okoliczności 

się zmieniają i jest przypływ i odpływ... wszystko... jakiego by tu użyć 

słowa...

-  Przerzuca się na inny odcinek - powiedział stanowczo Desmond.

111

-  Przerzuca się na inny odcinek. - Carlo uchwycił się tego określenia, nie 

zdając sobie sprawy, że używał go już dwukrotnie. Uśmiechnął się 

background image

szeroko. Jakby to określenie mogło uratować całą sprawę.

Z twarzy Desmonda wyczytał, że tak nie było.

-  Proszę mi powiedzieć, Desmond, czego by pan najbardziej chciał? Nie, 

to nie jest żadna obraźliwa uwaga, żadne podstępne pytanie... Pytam, 

czego by pan najbardziej życzył sobie w pracy, jakie byłoby dziś najlepsze 

rozwiązanie dla pana. Przypuśćmy, że mógłby pan tu pozostać, czy to 

byłoby pańskie marzenie, pańskie pragnienie?

To było pytanie serio, nie żaden wybieg. Carlo chciał to wiedzieć.

-  Nie sądzę, żeby było to moje marzenie, nie. Nie chciałbym zostać w tym 

pokoju jako kierownik projektów specjalnych.

-  Ach tak. - Carlo rozpaczliwie szukał jakiegoś dobrego wyjścia. - 

Dlaczego więc odejście stąd to coś tak bardzo złego? Jakie inne miejsce 

byłoby pańskim marzeniem?

Desmond oparł się o róg kartoteki. Marigold przyozdobiła pokój kilkoma 

wypożyczonymi roślinami, które musiała chyba zwędzić z gabinetów z 

dywanami. Miał nadzieję, że nie zabrała żadnej zieleni należącej do Carla. 

Uśmiechnął się pod nosem na tę myśl, a jego szef, który spoglądał na 

niego z krzesła przed biurkiem, skwapliwie odwzajemnił ten uśmiech.

Carlo miał dużą życzliwą twarz. Nie wyglądał na człowieka przebiegłego, 

był w typie Włochów, którzy zawsze grają w filmach dobrego wujka albo 

naprawdę kochającego dziadka.

To było marzenie Carla Palazzo, wiele razy pragnął być dziadkiem, mieć 

kupę małych wnuków o włosko-irlandzkich imionach biegających po jego 

wielkim białym domu. Dzieci, którym zostawiłby swoje udziały w firmie. 

Czy Desmond też marzył o wnukach? Tego nie wiedział. Co to musi być 

za nijaki facet, który nie zna swoich własnych marzeń, gdy zapyta go o nie 

background image

prostolinijny człowiek.

112

-  Upłynęło tyle lat od czasu, gdy pozwalałem sobie na marzenie, że chyba 

zapomniałem, co to było - odparł zgodnie z prawdą Desmond.

-  Ja nigdy swojego nie zapomniałem. Pragnąłem pojechać do Mediolanu i 

pracować w dziedzinie mody - rzekł Carlo. - Chcę mieć, krótko mówiąc, 

najlepszych mistrzów i szwaczki, i projektantów, i własną fabrykę pod 

nazwiskiem Carlo Palazzo.

-  Ma pan własne nazwisko na swoim dziele - wtrącił Desmond.

-  Tak, ale to nie jest to, czego chciałem, na co liczyłem. Miałem tylko 

bardzo mało czasu na swoje marzenia. Ojciec powiedział mi, że muszę 

wejść w branżę żywnościową z moimi braćmi, z moimi stryjami, a nie 

bawić się ubraniami jak damski krawiec.

-  Ojcowie nigdy nie rozumieją - stwierdził Desmond.

-  Pański ojciec... pewno nie rozumiał?

-  Nie, mój ojciec ani nie rozumiał, ani rozumiał, jeśli pan wie, co mam na 

myśli. Zawsze był starym człowiekiem. Kiedy miałem dziesięć lat, on był 

stary, i rzecz nie w tym, że ja tak myślałem, on tak wyglądał na każdym 

zdjęciu. Znał tylko owce, stoki i milczenie. Ale mnie nie zatrzymywał, 

powiedział, że mam prawo odejść.

-  To dlaczego pan mówi, że ojcowie nigdy nie rozumieją?

-  Ja nie rozumiałem. Zrobiłem wszystko dla swojego syna. Chciałem, 

żeby miał jak najlepsze wykształcenie. Nic nie rozumiałem, kiedy 

wyjechał.

-  Dokąd wyjechał?

Nigdy się do tego nie przyznawali poza domem.

background image

-  Uciekł, wrócił do owiec, skał i milczenia.

-  No, ale pan go puścił. - Carlo nie wydawał się zaszokowany tym, że syn 

Desmonda, nie zdobywszy wykształcenia, uciekł na koniec świata.

-  Lecz niechętnie. - Desmond westchnął. Carlo wciąż był zaintrygowany.

-  A zatem pragnął pan życia właściwego dla człowieka z wyższym 

wykształceniem?

Z jakiegoś  powodu  przemknęła  Desmondowi  przed

113

oczami drobna, pełna zapału twarz Suresha Patela, jego ciemne oczy 

pałające pragnieniem zapewnienia swojej rodzinie tytułów i dyplomów.

-  Nie, nie z wyższym wykształceniem, tylko z miejscem, jak 

przypuszczam, z miejscem, które byłoby moje.

Carlo rozejrzał się po nie wyróżniającym się niczym gabinecie, który 

zapewne pamiętał z poprzednich miesięcy jako jeszcze bardziej nijaki, bo 

bez pożyczonych roślin.

-  Z tym miejscem? Jest takie ważne? Desmond dotarł chyba do kresu 

drogi.

-  Jeśli mam być szczery, panie Palazzo, to nie wiem. Nie jestem 

człowiekiem o zdecydowanych poglądach. I nigdy nie byłem. Miewam 

pomysły i dlatego, jak sądzę, Frank i pan uznaliście, że się tu nadam. 

Tylko że to są prywatne pomysły, nie zespołowe, i jestem skazany na 

podpadnięcie, jak tylko dochodzi do przesuwania na inny odcinek albo do 

czegoś takiego. Ale poradzę sobie. Poradzę. Zawsze przedtem sobie 

radziłem.

Nie sprawiał teraz wrażenia przerażonego czy użalającego się nad sobą. 

Jedynie zrezygnowanego i pragmatycznego. Carlo Palazzo uspokoił się, że 

background image

tamten nastrój już minął, cokolwiek to było.

-  Nie stanie się to z dnia na dzień, dopiero za jakieś dwa, trzy tygodnie, i 

pod wieloma względami zapewni panu więcej wolności, więcej czasu na 

zastanawianie się, czego właściwie pan chce.

-  Może i tak.

-  I b ę d z i e tytuł kierownika, nie jest to jeszcze całkiem obmyślone, ale 

jak wróci Frank, jestem pewien, że...

-  Och, jestem pewien, że on to obmyśli - zgodził się ochoczo Desmond.

-  Tak więc...- Raz jeszcze Carlo wyciągnął ręce.

Tym razem został wynagrodzony półuśmiechem i Desmond również 

wyciągnął rękę, jakby uścisk dłoni miał przypieczętować fakt, że dwaj 

ludzie o podobnych poglądach uzgodnili ze sobą jakąś sprawę.

Carlo jeszcze przystanął, jakby uderzyła go jakaś myśl.

-  A pańska żona miewa się dobrze?

114

-  O, tak. Deirdre ma się świetnie, dziękuję panu, kwitnie.

-  Może zechciałaby przyjść kiedyś wieczorem... do naszego domu i zjeść 

kolację z nami, rodzina, wie pan, Frank i Renata, i wszystko... Byliście 

kiedyś tak zaprzyjaźnieni... przed tymi wszystkimi... to prawda, tak.

-  Bardzo to uprzejme z pana strony, panie Palazzo. - Desmond przemawiał 

tonem człowieka, który wie, że żadnego takiego zaproszenia się nie 

doczekają.

-  Byłaby to przyjemność, cieszylibyśmy się. - Carlo Palazzo powiedział to 

dokładnie takim samym tonem.

Marigold otworzyła drzwi i przytrzymała je wielkiemu szefowi, panu 

Palazzo. Spojrzał na nią z niewyraźnym, ale miłym uśmiechem.

background image

-  Dziękuję, dziękuję, panno... hm...

-  Jestem Marigold - rzekła, usiłując stonować swój australijski akcent. - 

Mam szczęście pracować dla pana Doyle'a. Było kilka ważnych telefonów, 

panie Doyle, powiedziałam, że jest pan na konferencji.

Desmond pokiwał głową z poważną miną, a kiedy kroki szefa umilkły w 

oddali, pozwolił Marigold syknąć:

-  No i, co się stało?

-  Och, Marigold - rzekł ze znużeniem.

- Proszę mi nie mówić „Och, Marigold". Czyż nie wystawiłam panu 

dobrego świadectwa? Nie słyszał mnie pan? Założę się, że teraz ma o 

wiele lepsze zdanie o panu. Nie na darmo powiedziałam, że mam 

szczęście pracować dla pana.

-  Pewno myśli, że ze mną sypiasz - zauważył Desmond.

-  Nawet bym się nie namyślała.

-  Jesteś najmilszą dziewczyną na świecie.

-  A co na to pańska żona? - spytała Marigold.

-  Och, nie sądzę, by chciała, żebyś ze mną sypiała. Na pewno nie.

-  Chodzi mi o to, czy nie jest najmilszą dziewczyną na świecie albo nie 

była kiedyś, co?

-  Jest bardzo miła, naprawdę bardzo miła. - Mówił obiektywnie.

115

-  Nie mam wobec tego żadnych szans. - Marigold usiłowała go 

obłaskawić.

-  Palazzo nie jest najgorszy. To takie wspaniałe irlandzkie wyrażenie; jeśli 

powiesz, że ktoś nie jest najgorszy, to jest to skąpa pochwała.

-  Nie wylał pana, prawda? - Twarz jej pojaśniała.

background image

-  Przeciwnie, wylał.

-  O cholera. Od kiedy? Dokąd?

-  Wkrótce, za tydzień lub dwa, kiedy wróci Frank.

-  Frank nigdzie nie wyjeżdżał - rzuciła ze złością.

-  Nie, ale wiesz, mówimy, że wyjechał.

-  I dokąd pana poślą?

-  Tu i tam, najwyraźniej na ruchome stanowisko.

-  Czy to ma jakieś dobre strony, jakiekolwiek? - W oczach Marigold 

pojawiła się czułość, a na jej dużej ładnej twarzy wyraz zaniepokojenia. 

Zagryzła wargę z powodu niesprawiedliwości tego wszystkiego.

Nie mógł znieść jej współczucia.

-  Och, w porządku, Marigold, to ma mnóstwo dobrych stron. Nie traktuję 

tego jako czegoś, o co należałoby się z nimi bić na plażach*, a ty...?

* „Będziemy się z nimi bić na plażach..." - z przemówienia Winstona 

Churchilla w dniu 4 czerwca 1940 roku zapowiadającego zdecydowaną 

walkę z Niemcami (przyp. tłum.).

Rozejrzał się po gabinecie i zrobił rękami teatralny gest.

-  Ale ruchome stanowisko? - Sprawiała wrażenie przybitej, musiał więc ją 

uspokoić.

-  To ciekawsze niż siedzieć tutaj i nic nie widzieć. Będę sobie wędrował i 

odwiedzę cię od czasu do czasu, żebyś rozjaśniła mi dzień.

-  Czy oni powiedzieli dlaczego?

-  Przerzucanie sił.

-  Przerzucanie jaj - stwierdziła Marigold.

-  Może, ale o co chodzi?

-  Pan niczego nie zrobił, nie powinni więc panu odbierać pracy.

background image

116

-  Może właśnie o to chodzi, rzeczywiście pewno niczego nie zrobiłem.

-  Nie, wie pan, co mam na myśli, jest pan, na miły Bóg, kierownikiem, 

pracuje tu pan od lat.

-  Nadal będę mieć tytuł kierownika czegoś... Na razie jeszcze nie wiemy, 

będziemy wiedzieć później...

-  Później, to znaczy, kiedy wróci Frank.

-  Cicho.

-  Myślałam, że wy dwaj jesteście tacy zaprzyjaźnieni.

-  Jesteśmy, jesteśmy. A teraz proszę cię, Marigold, żebyś nie zaczynała.

Marigold zrozumiała, była bystra i pojętna, i impulsywnie to wyznała.

-  To znaczy, że czeka pana to wszystko dziś wieczorem z pańską żoną, 

tak?

-  W pewnym sensie tak.

-  No dobrze, to niech pan rozmowę ze mną traktuje jako suchą zaprawę.

-  Nie. Dziękuję ci, wiem, że masz dobre intencje. Dojrzała łzy w jego 

oczach.

-  Mam dobre intencje i powiem panu tyle: jeśli pańska żona nie rozumie, 

że jest pan jednym z najlepszych...

-  Ona rozumie, rozumie.

-  To będę musiała pójść do pańskiego domu i powiedzieć jej, że dostała 

cudo, nie faceta, i że urwę jej głowę, jeśli tego nie wie.

-  Nie, Deirdre to zrozumie. Będę mieć czas na to, żeby o tym pomyśleć i 

należycie to wyjaśnić, zachowując właściwe proporcje.

-  Gdybym była na pańskim miejscu, nie traciłabym czasu na żadne próby. 

Niech pan zadzwoni do żony, zabierze ją na lunch, znajdzie jakieś 

background image

przyjemne miejsce z obrusami na stolikach, zamówi butelkę grogu i powie 

jej o tym prosto z mostu, bez zachowywania proporcji.

-  Wszyscy robią w końcu to, co chcą, Marigold - powiedział stanowczym 

tonem.

-  A niektórzy, szefuniu, nie robią w ogóle nic - palnęła.

117

Wyglądał na dotkniętego.

Pod wpływem impulsu go objęła. Czuł, że płacze mu na ramieniu.

-  Jestem taka pyskata - szepnęła.

-  Cicho sza. - Jej włosy przyjemnie pachniały, jak kwiaty jabłoni.

-  Próbowałam pana pocieszyć i, proszę, skończyło się na tym, że coś 

takiego powiedziałam.

Głos Marigold stawał się normalniejszy. Desmond puścił ją i odsunął 

delikatnie od siebie, po czym patrzył z zachwytem na tę ładną Australijkę, 

zapewne rówieśnicę jego Anny, a może trochę od niej starszą. Córka 

jakiegoś mężczyzny z drugiego końca świata, który nie ma pojęcia o tym, 

jakimi pracami para się ta dziewczyna i że poświęca się im całym sercem. 

Nic nie mówił, tylko patrzył na nią do chwili, gdy pociągając nosem, 

trochę się uspokoiła.

-  Byłoby super, gdyby ten stary makaroniarz wrócił i zobaczył nas, jak się 

obejmujemy. A to tylko potwierdziłoby wszystko, co podejrzewał.

-  Powinien być zazdrosny - rzekł szarmancko Desmond.

-  On nigdy, szefuniu - zaprotestowała.

-  Chyba teraz wyjdę - oznajmił.

-  Jeśli o pana zapytają, powiem im, że trenuje pan ruchomą pracę - 

zapewniła niemal już z uśmiechem.

background image

-  Nie mów im nic - poradził. To było to, co zawsze mówił.

Zadzwonił do Franka z budki telefonicznej niedaleko bramy wejściowej.

-  Nie jestem pewna, czy pan Quigley jest osiągalny. Czy mam 

powiedzieć, kto chce z nim rozmawiać?

Długa pauza. Najwyraźniej konsultacja.

-  Nie, bardzo mi przykro, panie Doyle. Pan Quigley wyjechał w 

interesach. Nie mówiono tego panu? O ile wiem, to sekretarka pana 

Palazzo miała pana zawiadomić...

-  Oczywiście, ale byłem ciekawy, czy już wrócił. - Desmond zachował 

spokój.

118

-  Nie, nie. - Głos był stanowczy, jakby mówiono do jakiegoś berbecia, 

który niecałkiem rozumie.

- Jeśli zadzwoni, proszę mu powiedzieć, że... powiedzieć mu...

-  Tak, panie Doyle?

-  Nic mu nie mówić. Proszę powiedzieć, iż dzwonił Desmond Doyle, żeby 

nic nie mówić, tak jak przez całe życie.

-  Nie sądzę, żebym całkiem...

-  Słyszała pani. Ale powiem to raz jeszcze. - Powtórzył swoje słowa i 

słysząc je, odczuł pewną satysfakcję. Zastanawiał się, czy przypadkiem nie 

dostaje bzika.

Było to przed południem i miał dziwne uczucie wolności, wychodząc z 

dużej bramy Palazzo Foods. Niczym dziecko odesłane ze szkoły do domu 

z powodu jakiejś choroby.

Pamiętał, jak przed wieloma laty, w szkole u braciszków, on i Frank 

zerwali się na jeden dzień. Nikt nie znał tego określenia, tu nazywano to 

background image

zwolnieniem. Powiedzieli bratu przełożonemu, że nawdychali się na 

podwórku szkolnym chemikaliów z worka, mają zaczerwienione oczy i 

kaszlą. Udało im się go przekonać, że lekarstwem na to będzie świeże 

powietrze.

Desmond jeszcze teraz, po trzydziestu pięciu latach, pamiętał tę wolność, 

kiedy to biegali i skakali na wzgórzach, nareszcie wyrwawszy się z ciasnej 

klasy.

Jedyną rzeczą, jaka im przeszkadzała, jak stwierdzili, było to, że nie mogli 

znaleźć nikogo więcej do zabawy. Wszyscy siedzieli pilnie w klasie. 

Odczuwali brak całej paczki chłopaków i poszli do domu wcześniej, niż 

zakładali.

Dzisiaj w jakimś sensie było tak samo. Desmond nie miał kogo zaprosić 

do zabawy. Nie miał komu kupić butelki grogu, jak to sugerowała 

Marigold. Nawet gdyby wsiadł do pociągu, pojechał na Baker Street i 

poszedł do księgarni Anny, córka mogłaby nie być wolna. I przeraziłaby 

się, bo zupełnie by to do niego nie pasowało. Jego jedyny syn, który miał 

tyle szczęścia, że poznał pewien rodzaj wolności i uciekł do niej, był 

daleko, bardzo daleko. Druga córka, żyjąc w swoim klasztorze, nie 

zrozumiałaby

119

potrzeby mówienia, jaką odczuwał, przemożnej konieczności określenia 

się w jakiś sposób.

Jakie to żałosne, że po dwudziestu sześciu latach przeżytych w tym kraju 

nie przychodził mu do głowy nikt w całym Londynie, do kogo mógłby 

zadzwonić i poprosić o spotkanie. Desmond Doyle nigdy nie uważał się za 

kogoś z międzynarodowej śmietanki towarzyskiej, ale myślał, że on i 

background image

Deirdre są ludźmi mającymi przyjaciół i swój krąg znajomych. 

Oczywiście, że mają przyjaciół i znajomych. Niedługo czekają ich 

obchody srebrnych godów i mieli nie tyle kłopoty z tym, kogo by zaprosić, 

ile z ograniczeniem liczby gości.

Co miało oznaczać to, że on nie ma przyjaciół. Mają przecież mnóstwo 

przyjaciół. I w tym cały szkopuł. Oni mają przyjaciół. On i Deirdre mają 

przyjaciół, a ten problem nie wynika z dyslokacji czy tytułów 

kierowniczych, problemem jest obietnica dana i obietnica nie dotrzymana.

Poprzysiągł jej tego wieczoru przed wieloma laty, że będzie awansował, 

stanie się kimś, kogo rodzina O'Haganów w Irlandii będzie musiała brać 

poważnie. Zapowiedział, że Deirdre nie pójdzie nigdy do pracy. Jej matka 

nigdy nie pracowała i od żadnej z przyjaciółek Deirdre, które wyszły za 

mąż w roku 1960, nie oczekiwano, żeby szukały pracy. Od tego czasu 

Irlandia się zmieniła, upodobniła się do Anglii. Dzisiaj pani O'Hagan nie 

kręciłaby już nosem, co przychodziło jej tak łatwo, nad tym, że młoda 

dziewczyna poszła dalej studiować albo wzięła jakąkolwiek pracę, żeby 

pomóc budować rodzinny dom.

Były to jednak te dawne czarne dni i lekceważenie O'Haganów znosił z 

trudem. I Desmond wiedział, że tej obietnicy nie złożył pod przymusem. 

Trzymał małą rączkę Deirdre tego wieczoru, gdy mieli powiadomić jej 

rodziców, i błagał, by mu zaufała. Pamiętał swoje słowa.

- Zawsze chciałem pracować w handlu. Wiem, że to nie jest coś, co można 

by powiedzieć twojej rodzinie, ale nawet gdy w mieście zjawiali się 

druciarze, ja to uwielbiałem. Było coś podniecającego w tym, jak 

wykładali na ziemię

120

background image

swoje szale, lśniące i błyszczące grzebienie, i wiedziałem, po co to robią.

Deirdre uśmiechała się do niego z pełnym zaufaniem, wiedząc, że nigdy w 

domostwie O'Haganów nie wspomniałby o czymś tak dalekim i obcym jak 

druciarze.

- Pragnę ciebie - powiedział. - Pragnę bardziej niż czegokolwiek na 

świecie, a kiedy mężczyzna o czymś marzy, nie istnieje nic takiego, czego 

by nie zdobył. Zdobędę sklep w Anglii. Rodzice będą zadowoleni, że nie 

oddali cię jakiemuś prawnikowi czy lekarzowi. Nadejdzie dzień, gdy będą 

radzi, że zadowolili się kupieckim księciem.

A Deirdre spoglądała na niego z ufnością, jak zawsze od tego czasu.

Przypuszczał, że Deirdre nadal ucieleśnia jego marzenie, ale dlaczego nie 

przyszła mu na myśl, gdy pan Palazzo pytał go o marzenia?

Uświadomił sobie, że kroczy uczęszczaną trasą w stronę domu. Nogi 

niosły go automatycznie na przystanek autobusowy. O tej porze dnia nie 

było tłoku, ogonków. Jakże przyjemnie jest podróżować tak jak teraz, a nie 

zawsze w godzinach szczytu.

Załóżmy, że zadzwoniłby do Deirdre. Wiedział, że jest w domu i znów 

przerabia tę piekielną listę zaproszonych na srebrne gody. Czy na pewno 

doceniłaby jego uczciwość i prostolinijność?

Kochała go na swój sposób, czyż nie? Tak jak on kochał ją, a on kochał 

naprawdę. Zmieniła się oczywiście, jak wszyscy, ale przecież byłoby 

niedorzecznością oczekiwać, że będzie wciąż pulchną, jasnowłosą, 

atrakcyjną, młodą Deirdre O'Hagan, która tak absolutnie królowała w jego 

myślach i w sercu. Dlaczego nie jest marzeniem? W jakimś sensie miała 

związek z marzeniem. Marzeniem było dotrzymanie obietnicy. Nie mógł 

jednak w żadnym wypadku wyznać tego panu Palazzo, nawet gdyby 

background image

potrafił to ująć w słowa, a nie potrafił. W każdym razie nie do chwili, gdy 

nadjechał autobus.

Desmond się wahał. Czy ma zrezygnować z autobusu, poszukać telefonu, 

zaprosić własną żonę na lunch i podzielić

121

się z nią swoimi prawdziwymi myślami? W nadziei, że będą mogli dzielić 

je tak, jak dzielili nawet najbłahsze wzruszenie w owym czasie, gdy 

stawili czoło O'Haganom przeciwnym ich małżeństwu.

-  Wsiada pan czy nie? - zapytał nie bez racji konduktor. Desmond stał na 

stopniu i trzymał się poręczy. Pamiętał

słowa Marigold: „Niektórzy ludzie, szefuniu, nie robią w ogóle nic". Lecz 

był już niemal w autobusie.

-  Wsiadam - rzekł. Twarz miał tak spokojną i niewinną, że zmęczony 

młody konduktor, który również pragnął innego, lepszego życia, już mu 

nie wymyślał.

Idąc w stronę Rosemary Drive, ułożył sobie w głowie, jak to przedstawi 

Deirdre: krótkie zdanka, niewielkie rozumne kroczki. Na ruchomym 

stanowisku kierowniczym będzie mieć większe pole do popisu, będzie 

zmuszony zasięgać informacji o funkcjonowaniu firmy z pierwszej ręki, 

zamiast siedzieć schowany w swoim orlim gnieździe. Wyjaśni, że Frank 

wyjechał służbowo. Wspomni, że dokładnie nie zostało to jeszcze 

skrystalizowane, ale pojawiło się magiczne słowo „kierownik". Nie 

wspomni o zaproszeniu na kolację do rodziny Palazzo, bo wiedział, że 

zaproszenie to się nie zmaterializuje.

Nie miał pretensji do Franka, że unikał spotkania się z nim. Ani w gruncie 

rzeczy, że zainicjował całą tę akcję. Frank prawdopodobnie miał rację, 

background image

funkcję działu projektów specjalnych przejęli rzeczywiście inni.

Frank mógł nawet na odległość dawać mu szansę na znalezienie lepszego 

zakamarka. Szkoda, że nie potrafił w sobie wykrzesać więcej entuzjazmu 

wobec tej nowej możliwości.

Deirdre będzie zakłopotana, jeśli niespodziewanie zjawi się w domu na 

lunch. Będzie robić dużo szumu i w kółko powtarzać, że powinien był ją 

uprzedzić. Jego nowiny stracą na znaczeniu w tym zamieszaniu i z 

powodu zmartwienia, że nie ma nic do jedzenia pod ręką.

Wstąpi do sklepu na rogu, zdecydował, i powie panu Patelowi, że znowu 

skorzysta z jego usług. Sprzedają tam pizze, niezbyt dobre, opakowane w 

zbyt wielką ilość plastiku i o niewłaściwych proporcjach ciasta do tego, co 

na

122

wierzchu. No, ale dadzą się zjeść. Albo może kupić puszkę zupy i kruchą 

francuską bagietkę. Nie pamiętał, czy pan Patel sprzedaje porcjowane 

kurczaki, bo mogłyby być niezłe.

W sklepie nie było klientów, a co dziwniejsze - nikt nie siedział przy kasie. 

Przy kilku okazjach, kiedy Suresh Patel nie królował tam niczym na 

tronie, wciąż gotowy doradzić i kierować swoim małym imperium, zawsze 

jego miejsce zajmował ktoś inny. Jego milcząca żona, nie mówiąca po 

angielsku, ale potrafiąca wystukać ceny, które odczytywała z nalepek, a 

czasami jego młody syn o sowiej twarzy albo zuchwała mała córka. Brat 

pana Patela nie wydawał się zdolny do obsługiwania rodzinnego interesu.

Desmond przesuwał się wzdłuż głównego przejścia i z nagłym wstrząsem 

zobaczył, że w sklepie trwa bandycki napad.

Miał wrażenie, jakby wszystko przebiegało w zwolnionym tempie i nie 

background image

było rzeczywiste. Wydawało mu się, gdy patrzył na tych dwóch 

chłopaków w skórzanych kurtkach bijących otyłego brata Suresha Patela, 

że ogląda powtórkę z akcji podczas meczu piłki nożnej.

Poczuł znów smak żółci w ustach, tym razem jednak odczucie to było 

ostrzejsze. Miał wrażenie, że się udusi.

Zrobił dwa kroki do tyłu. Mógłby wybiec i wszcząć alarm, mógłby pobiec 

za róg, gdzie będzie więcej przechodniów. I, trzeba powiedzieć uczciwie, 

mniejsza szansa na to, że dopadną go ci dwaj rabusie, gdy zacznie wzywać 

pomocy.

Zanim jednak mógł cokolwiek z tego zrobić, usłyszał głos Suresha Patela, 

który krzyczał do chłopaków z prętami.

- Błagam was, błagam, on jest słaby na umyśle, i nie wie niczego o 

żadnym sejfie. Tu nie ma sejfu. Pieniądze oddajemy na noc do depozytu. 

Proszę, nie bijcie już mojego brata.

Desmond zauważył, przeżywając kolejny szok odczuwany fizycznie w 

żołądku, że ręka pana Patela zwisa pod jakimś dziwnym kątem. Jakby ją 

uderzono i złamano.

Nawet gdyby Marigold nie powiedziała ze smutkiem, że niektórzy ludzie 

nie robią nigdy nic, i tak zrobiłby to, co

123

zrobił. Desmond Doyle, człowiek tak spokojny, że trzeba go było usunąć z 

biura, bo zapuściłby korzenie, tak potulny, że skłonił tę młodą australijską 

piękność, by zapłakała nad jego przyszłością, nagle wiedział, co musi 

zrobić.

Chwycił stertę palet, w których dostarczono tego ranka chleb, i opuścił ją z 

nagła na kark pierwszego chłopaka w skórzanej kurtce. Młodzik, który nie 

background image

miał nawet tylu lat co jego syn Brendan, runął z głuchym łomotem na 

podłogę. Drugi spoglądał na niego ze zgrozą w oczach. Desmond pchnął 

go i poszturchując paletami, wymanewrowywał w kierunku tylnych 

pomieszczeń zamieszkiwanych przez całą rodzinę.

-  Czy jest tam pańska żona?! - krzyknął do Patela.

-  Nie, panie Doyle. - Suresh Patel patrzył na niego z podłogi tak, jak 

patrzą ludzie w filmach na tych, co spieszą im na pomoc.

Brat, który nie wiedział, gdzie znajduje się sejf, uśmiechał się w taki 

sposób, jakby miało mu pęknąć serce.

Desmond wciąż pchał i szturchał rabusia, mobilizując wszystkie swoje 

siły. Za sobą usłyszał głosy wchodzących do sklepu prawdziwych 

klientów.

-  Sprowadźcie natychmiast policję i karetkę! - zawołał. - Był tu napad 

rabunkowy. Szybko, w każdym domu pozwolą wam zatelefonować.

Dwaj młodzi mężczyźni, zadowoleni, że przypadła im w udziale 

bezpieczniejsza część heroicznego czynu, wybiegli ze sklepu, a Desmond 

przysunął szafkę, barykadując drzwi pomieszczenia, do którego zapędził 

oszołomionego chłopaka w skórzanej kurtce.

-  Czy on może się stamtąd wydostać? - spytał.

-  Nie. Mamy kraty w oknach i inne zabezpieczenia, wie pan, na wypadek 

czegoś takiego jak to...

-  Czy dobrze się pan czuje? - Desmond ukląkł przy Patelu na podłodze.

-  Tak, tak. Czy pan go zabił? - Sklepikarz skinął głową w stronę chłopaka 

rozciągniętego na podłodze, który odzyskiwał właśnie przytomność i 

zaczynał jęczeć.

Desmond zabrał mu metalowy pręt i stał gotowy do

background image

124

zadania następnego ciosu, chłopak jednak nie mógł się poruszyć.

-  Nie, żyje. Ale pójdzie do więzienia. Jak mi Bóg miły, pójdzie do 

więzienia - zapewniał Desmond.

-  Może nie, zresztą to nie ma znaczenia. - Sklepikarz usiłował wstać. 

Wydawał się słaby i przerażony.

-  A co wobec tego ma znaczenie? - spytał Desmond.

-  No, muszę wiedzieć, kto poprowadzi mi sklep. Widzi pan, jaki jest mój 

brat. Wie pan, że moja żona nie umie mówić. A dzieci nie wolno mi prosić, 

żeby przestały chodzić do szkoły, bo jeśli opuszczą lekcje, to nie zdadzą 

egzaminów...

Desmond usłyszał z oddali syrenę. Dwaj bohaterowie wpadli do sklepu, 

obwieszczając rychły przyjazd policji.

-  Niech się pan o to nie martwi - uspokajał Desmond leżącego na 

podłodze sklepikarza. - Wszystko da się zorganizować.

-  Ale jak, jak?

-  Ma pan jakichś krewnych czy kuzynów pracujących w takim interesie 

jak pański?

-  Tak, tylko że oni nie mogą porzucić swoich sklepów. Każdy musi 

pilnować własnego interesu.

-  Tak, wiem, ale kiedy zawieziemy pana do szpitala, czy będzie mi pan 

mógł podać ich nazwiska? Mogę się z nimi skontaktować.

-  To nic nie da, panie Doyle, oni nie będą mieć czasu... Muszą pracować 

każdy w swoim sklepie.

Twarz miał zatroskaną, a wielkie ciemne oczy pełne łez.

-  Jesteśmy skończeni. To całkiem proste i zrozumiałe - rzekł.

background image

-  Nie, panie Patel. Ja poprowadzę pański sklep. Musi im pan tylko 

powiedzieć, że ma do mnie zaufanie i nie chodzi o żaden podstęp.

-  Nie może pan tego zrobić, panie Doyle. Zajmuje pan wysokie 

stanowisko w Palazzo Foods. I mówi pan to tylko po to, żeby poprawić mi 

humor.

- Nie, to prawda.  Będę pilnować pańskiego sklepu, póki nie wróci pan ze 

szpitala. Dzisiaj oczywiście będziemy

125

musieli go zamknąć, wywiesimy kartkę, ale jutro w porze lunchu ja sklep 

otworzę i zaczniemy działać.

-  Nie wiem, jak dziękować...

Desmondowi też oczy zwilgotniały. Widział, że ten człowiek ufa mu 

całkowicie. Suresh Patel uważał go za wielkiego kierownika, który może 

robić, co zechce.

Sanitariusze z karetki byli delikatni. Powiedzieli, że prawdopodobnie ma 

złamaną rękę i żebro.

-  To może potrwać jakiś czas, panie Doyle - rzekł Suresh Patel, leżąc już 

na noszach.

-  Czasu mamy, ile dusza zapragnie.

-  Powiem panu, gdzie jest sejf.

-  Nie teraz, później, kiedy przyjdę odwiedzić pana w szpitalu.

-  Ale pańska żona, pańska rodzina nie pozwolą panu tu pracować.

-  Oni zrozumieją.

-  A potem?

-  Potem będzie inaczej. Niech pan o tym nie myśli.

Policjanci są coraz młodsi, ci wyglądali nawet na młodszych od rabusiów. 

background image

Jeden z pewnością był młodszy od syna Desmonda, Brendana.

-  Kto się zajmuje tym sklepem? - spytał młodszy policjant. W jego głosie 

nie było jeszcze pewności, której nabierze za parę lat.

-  Ja - oświadczył Desmond. - Nazywam się Desmond Doyle, mieszkam na 

Rosemary Drive 26 i będę opiekować się tym lokalem, dopóki pan Patel 

nie wróci ze szpitala.

 Rozdział Piąty.

 Ksiądz Hurley.

Księdza Hurleya nikt poza jego siostrą nie nazywał Jimbo. To byłoby nie 

do pomyślenia. Po sześćdziesiątce, o srebrnych włosach i ładnej głowie, 

miał postawę biskupa i wiele osób uważało, że wygląda bardziej na 

biskupa niż ci, co naprawdę sprawowali ten urząd. Wysoki i trzymający się 

prosto, pasowałyby do niego szaty biskupie, a nawet jeszcze lepiej purpura 

kardynalska. W Rzymie jednak wygląd zewnętrzny nie był czynnikiem 

decydującym, toteż nazwisko księdza Hurleya nigdy nie pojawiło się w 

kuluarach decydentów.

Nie znaleziono by nikogo, kto powiedziałby o nim choćby jedno złe 

słowo. Parafianie z kilku okręgów hrabstwa Dublin wprost go uwielbiali. 

Potrafił, jak się wydaje, dość szybko, choć nie za szybko, dostosować się 

do zmian wprowadzonych w Kościele po Synodzie Watykańskim. 

Półgłosem mógł wypowiadać uspokajające opinie, które uśmierzały 

najbardziej zaciekłych konserwatystów, a przy tym kroczył dalej drogą, 

która pozwalała laikatowi wypowiadać swoje zdanie. Na pewno nie był 

ideałem dla wszystkich owieczek swojej trzódki, lecz z całą pewnością 

udawało mu się unikać ich irytowania. A w Dublinie, gdzie wśród 

młodych liberałów szerzył się antyklerykalizm, to niezły wyczyn.

background image

Nie należał do telewizyjnych kapłanów, nigdy nie widziano go na ekranie 

debatującego o jakiejś kwestii. Nie zaliczał się do tego rodzaju ludzi, 

którzy celebrowaliby ślub znanych ateistów brany w kościele po prostu dla 

widowiska, ale nie był też staroświeckim wikarym, który jeździ do

127

Cheltenham w marcu z kieszenią pełną pięciofuntówek albo zagrzewa 

okrzykami w czasie zawodów psy goniące za zającem. Ksiądz Hurley był 

człowiekiem wykształconym, światowym i nie podnoszącym głosu. 

Ludzie często mówili, że wygląda jak uczony. To była wielka pochwała. 

Czasami za jeszcze większą pochwałę uważano opinię, że wygląda nie jak 

proboszcz, lecz raczej jak wikary, co go bardzo bawiło.

James Hurley przenosił się spokojnie z jednej parafii do drugiej i nie 

chodziło o przesunięcie na wyższe czy niższe stanowisko. Nie wchodziła 

w grę chęć awansowania, którą, jak oczekiwano, mógłby się kierować 

człowiek rozważny i cieszący się tak dobrą reputacją, bo jak wieść głosiła, 

nigdy nie ubiegał się o żaden awans. Nie dałoby się go określić jako 

człowieka oderwanego od świata, gdyż ksiądz Hurley lubił dobre wina i 

słynął z tego, że upodobał sobie bażanta i gustował w homarach.

Wydawało się, że zawsze jest całkiem zadowolony ze swojego losu. Nawet 

wtedy gdy posłano go do robotniczej parafii, gdzie zajmował się 

czternastoma klubami młodzieżowymi i jedenastoma drużynami 

piłkarskimi, zamiast jak poprzednio salonami i wizytowaniem prywatnych 

lecznic.

Uczęszczał do jednej z lepszych katolickich szkół w Anglii, choć nigdy o 

tym nie wspominał. Urodził się w bogatej rodzinie i opowiadano, że 

dorastał w wielkim majątku. Lecz żadna z tych informacji nie pochodziła 

background image

od niego. On roześmiałby się i powiedział, że w Irlandii nikt nie powinien 

potrząsać swoim drzewem genealogicznym, bo nie wiadomo, co mogłoby 

z niego spaść. Miał siostrę mieszkającą na wsi wraz z mężem, zamożnym 

notariuszem, i ich jedynym synem. Ksiądz Hurley z wielką miłością mówił 

o tym młodzieńcu, swoim siostrzeńcu. Gregory to była jedyna cząstka 

prywatnego życia, o której kiedykolwiek ksiądz Hurley sam z siebie 

wspominał.

Poza tym doskonale i z zainteresowaniem potrafił słuchać opowiadań 

innych ludzi. Dlatego właśnie uważali go za tak znakomitego rozmówcę. 

On mówił tylko o nich.

Na kolejnych plebaniach, do których życie zaniosło księdza

128

 Hurleya, wisiały w staromodnych owalnych ramach portrety jego matki i 

ojca, obecnie już nieżyjących. Było tam też zdjęcie rodzinne zrobione z 

okazji pierwszej komunii Gregory'ego i drugie z okazji wręczenia 

dyplomu. Przystojny młodzieniec z ręką spoczywającą na pergaminowym 

zwoju i z uśmiechającymi się do obiektywu oczami, jakby wiedzący 

znacznie więcej od innych absolwentów, którzy tego dnia pozowali do 

sztywnych uroczystych fotografii, choć traktowali to wszystko nader 

obojętnie.

Dla tych, którzy opowiadali księdzu Hurleyowi historie własnego życia, 

dzielili się z nim swoimi zmartwieniami i ploteczkami, Gregory stanowił 

idealny temat do rozmowy. Mogli spytać o niego i usłyszeć entuzjastyczną 

odpowiedź, w ten sposób zadośćuczynić zasadom dobrego wychowania, 

po czym powrócić znowu do własnych opowieści. Nie spostrzegli, że od 

pewnego czasu ksiądz Hurley sam nigdy nie zaczynał opowiadać o 

background image

Gregorym i gdy go pytano, odpowiedzi stały się bardziej wymijające i 

zawierały mniej informacji niż kiedyś. Był zbyt zręcznym dyplomatą, by 

jego rozmówcy mogli to spostrzec. Dlatego mówiono, że świetnie by się 

nadawał do pracy w ministerstwie spraw zagranicznych albo na 

stanowisko konsula czy nawet ambasadora.

Matka mu umarła, gdy James Hurley był jeszcze chłopcem, toteż Laurę 

zawsze uważał za kogoś, kto jest jednocześnie matką, siostrą i najlepszą 

przyjaciółką. Laura, starsza od niego o pięć lat, musiała jako 

siedemnastoletnia dziewczyna zająć się wielkim, popadającym w ruinę 

domem, małym wątłym bratem i nieprzystępnym, zamkniętym w sobie 

ojcem, który nie dawał z siebie dzieciom więcej niż uprzednio żonie i 

odziedziczonemu majątkowi.

Ksiądz Hurley zdawał sobie teraz z tego sprawę, lecz mimo wszystko 

wciąż jeszcze żył w dziecięcym strachu, żeby nie urazić srogiego, 

oziębłego ojca. Laura mogła była wyjechać na studia, myślał zawsze, 

gdyby nie mały brat. Zamiast tego pozostała w domu i uczęszczała na kurs 

sekretarek w pobliskim miasteczku.

Pracowała w miejscowym sklepie spożywczym, ale po jakimś czasie 

przejęła go większa firma, potem w miejscowej

129

piekarni, którą połączono z trzema sąsiednimi piekarniami, i w ten sposób 

straciła posadę sekretarki. Zatrudniła się następnie jako recepcjonistka u 

lekarza, którego, gdy tam pracowała, pozbawiono prawa praktyki pod 

zarzutem nieprofesjonalnego postępowania. Laura mówiła swojemu 

braciszkowi, Jimbo, że chyba wywiera zły wpływ i przynosi pecha 

wszędzie tam, gdzie zaczyna pracować. Mały Jimbo sugerował, żeby 

background image

zatrudniła się w jego szkole, może udałoby się ją wtedy zamknąć.

Podtrzymywała brata w jego powołaniu. Chodziła z nim polnymi drogami 

na długie spacery. Siadywali razem na porosłych mchem wałach i na 

przełazie między polami i rozmawiali o miłości Boga jak inni o sporcie 

czy kinie.

Ze łzami w oczach Laura uklękła, by otrzymać od brata pierwsze 

błogosławieństwo po odprawionej przez niego mszy prymicyjnej.

Ich ojciec już zmarł, nieprzystępny i oziębły do samego końca. James 

został księdzem, równie dobrze jednak mógł zostać żołnierzem albo 

dżokejem. I równie mało obchodziłoby to jego ojca.

Przebywając w seminarium, James często martwił się o siostrę. 

Zamieszkała w domku odźwiernego przy bramie posiadłości, która kiedyś 

do nich należała. Wielki dom w gruncie rzeczy nie był wielki jak na 

ziemiańskie majątki w tamtych stronach, ale dość zasobny. Laura nie 

sądziła, żeby degradowało ją mieszkanie w budynku, w którym przedtem 

mieszkali ludzie nic nie płacąc, jedynie otwierając i zamykając bramę 

rodzinie Hurleyów. Zawsze mówiła, śmiejąc się, że o wiele łatwiej 

utrzymać mały dom niż duży. Ponieważ ich ojciec przeniósł się najpierw 

do lecznicy, potem na miejsce wiecznego spoczynku i została sama, 

uważała, że nie ma sensu zachowywanie wielkiego domu. Kiedy go 

sprzedano, okazało się, że nazbierało się mnóstwo długów w związku ze 

studiami Jamesa i pobytem ojca w prywatnej lecznicy, a hipoteka 

posiadłości obciążona jest całkowicie wierzytelnościami. W banku 

pozostało niewiele, wobec czego panna Laura Hurley, wierna siostra i 

oddana córka, nie miała szans na posag.

130

background image

Laura nigdy tak nie myślała. Była szczęśliwa, chodziła na spacery z 

dwoma wielkimi szkockimi owczarkami, czytała wieczorami przy 

kominku i dzień w dzień szła pracować u miejscowych notariuszy. Śmiejąc 

się mawiała, że nie udało jej się doprowadzić ich kancelarii do upadku, jak 

to bywało z każdą inną firmą, dla której pracowała, za to udało się 

całkowicie ich zmienić.

Tak jak zmieniła i położyła kres kawalerskiemu stanowi młodego pana 

Blacka. Uważano go kiedyś za najlepszą partię w okolicy. W wieku lat 

czterdziestu ujrzał trzydziestoczteroletnią Laurę Hurley i znaczna część 

jego niezłomnej woli pozostania w stanie bezżennym, bycia 

niezaangażowanym i wolnym uległa erozji.

Potem nadszedł list: „Kochany Jimbo, nigdy nie uwierzyłbyś, ale Alan 

Black i ja zamierzamy się pobrać. Bardzo byśmy byli radzi, gdybyś to Ty 

mógł dać nam ślub. A ponieważ nie jesteśmy, mówiąc najoględniej, 

pierwszej młodości, nie będziemy tu robić z siebie widowiska, na które 

przyjdą popatrzeć wszyscy w miasteczku. Chcielibyśmy przyjechać do 

Dublina i wziąć ślub w Twojej parafii, jeśli to możliwe. Najdroższy Jimbo, 

nigdy nie przypuszczałam, że mogę się czuć tak szczęśliwa. I tak 

bezpieczna. I tak jakby sprawy miały przybrać właśnie taki obrót. Nie 

zasługuję na to, naprawdę nie zasługuję".

Ksiądz Hurley wciąż pamiętał ten list od siostry, miał go niemal przed 

oczami. Na małej kartce kremowego papieru listowego słowa niemal 

cisnęły się jedno na drugie. Pamiętał, że oczy mu zwilgotniały pod 

wpływem przyjemnego uczucia, że sprawy chyba naprawdę zmierzają ku 

dobremu, skoro ta szlachetna kobieta znalazła kogoś wielkodusznego i 

zacnego, kto pragnie z nią razem spędzić życie. Nie mógł sobie 

background image

przypomnieć Alana Blacka. Pamiętał tylko, że był bardzo przystojny i w 

przeszłości dość dziarsko wyglądał. Ksiądz James Hurley w wieku lat 

dwudziestu dziewięciu czuł się człowiekiem światowym. I łącząc rękę 

Laury z ręką Alana Blacka podczas obrzędu ślubnego, w dziwny sposób 

czuł się opiekunem starszej siostry. Miał nadzieję, że ten mężczyzna o 

czarnych oczach i ciemnych włosach, lekko

131

siwiejących na skroniach, będzie dla niej dobry, doceni jej wielkoduszność 

i to, że nigdy niczego dla siebie nie szukała.

Złapał się parę razy na tym, że patrzy na nich, i z nadzieją, która była 

czymś większym niż pragnienie, była cichą modlitwą, życzy siostrze, by 

jej małżeństwo z tym wysokim, przystojnym mężczyzną okazało się 

szczęśliwe. Laura miała twarz otwartą i szczerą, lecz nawet w tym dniu, w 

dniu jej ślubu, nikt nie mógłby nazwać jej piękną. Włosy ściągnięte do tyłu 

związała dużą kremową wstążką zharmonizowaną z kolorem sukni. 

Wstążka była wystarczająco duża, by uznać ją za kapelusz albo nakrycie 

głowy stosowne w kościele. Na twarzy miała warstewkę pudru i uśmiech 

rozgrzewający serca niewielkiej gromadki wiernych. Niemniej nie była 

piękną kobietą. Młody ksiądz Hurley miał nadzieję, że przystojny 

notariusz nie ochłonie w swoich zapałach.

Wiele lat później zdumiewało go to niedowarzone podejście do sprawy i 

zastanawiał się, jak w ogóle mógł sobie wyobrażać, że potrafi udzielać 

życiowych rad mężczyznom i kobietom w ich drodze do Boga. W 

zmieniającym się świecie nie było i nie ma niczego silniejszego i bardziej 

stałego od miłości okazywanej przez Alana Blacka swojej żonie. Od chwili 

gdy przyszli go odwiedzić, opaleni i roześmiani po powrocie z podróży 

background image

poślubnej do Hiszpanii, powinien był wiedzieć, jak bardzo powierzchowne 

są jego sądy oparte na wyglądzie zewnętrznym i próżności. Dlaczego Alan 

Black, człowiek wysoce inteligentny, miałby nie dojrzeć wielkiej wartości, 

dobroci i miłości Laury? Przecież James Hurley zawsze sam to dostrzegał. 

Dlaczegóż więc myślał, że notariusz, pan Black, nie zwróci na to uwagi?

Lata płynęły, a on przyjeżdżał i zatrzymywał się u nich. Odnowili 

niewielki dom przy bramie i dobudowali dodatkowe pokoje. Z boku domu 

znajdował się nowy gabinet, po sufit wypełniony książkami. Rozpalali tu 

wieczorami ogień w kominku i często we trójkę siadywali w fotelach, 

czytając. Był to najspokojniejszy i najszczęśliwszy dom, w jakim 

kiedykolwiek przebywał.

Czasami Laura spoglądała z fotela, na którym leżała skulona, i uśmiechała 

się do brata.

132

-  Czyż to nie jest wspaniałe życie, Jimbo? - pytała. W inne dni, gdy ich 

odwiedził, wędrowała z nim przez

przełazy, przekraczając żywopłoty i rowy, po polach, które kiedyś do nich 

należały.

-  Czy myśleliśmy kiedykolwiek, że wszystko obróci się na dobre, Jimbo? 

- powtarzała często, czochrając czuprynę młodszego brata, który dla niej 

nigdy nie będzie wielkim księdzem Hurleyem.

Potem mu powiedzieli, że po drugiej stronie domu zamierzają dobudować 

podobny do gabinetu długi, niewysoki pokój. Będzie to pokój zabaw 

dziecięcych. Nie nazwą go nigdy pokojem dziecinnym, oznajmili, tylko 

pokojem dziecka, niezależnie od tego, jak będzie miało na imię. Pokój 

dziecinny to pokój dla niemowlęcia. Dziecku nadano imię Gregory, 

background image

trzymał je do chrztu ksiądz James. Gregory Black, śliczny chłopiec o 

długich ciemnych rzęsach odziedziczonych po swoim ojcu.

Był jedynakiem. Laura mówiła, że chcieli, by miał braciszka lub 

siostrzyczkę, niestety, nic z tego nie wyszło. Postarali się za to, żeby synek 

miał zawsze dużo kolegów i koleżanek do wspólnych zabaw. Gregory 

okazał się nadzwyczajnym dzieckiem, takim, o jakim mógłby marzyć 

każdy zaślepiony miłością wujek.

Kiedy Gregory słyszał nadjeżdżający samochód, zeskakiwał z krzesła przy 

oknie swojego dużego, niskiego pokoju i biegł na dwór.

- To wujek James! - krzyczał.

Stare owczarki szkockie szczekały i skakały, a Laura wybiegała z kuchni.

Powracający z pracy Alan witał szwagra szerokim uśmiechem, z 

wyraźnym zachwytem. Oboje z żoną lubili, gdy przyjeżdżał do nich na 

kilka dni w środku tygodnia. Bardzo im się podobało, że ma tak dobre 

stosunki z ich synem.

Gregory, mając około dziesięciu lat, oczywiście chciał zostać księdzem. To 

znacznie lepsze życie niż praca w kancelarii ojca, mówił im wszystkim z 

powagą. Kiedy jesteś księdzem, nie musisz w ogóle niczego robić, a ludzie 

płacą ci za odprawienie mszy, którą i tak odprawiasz. I możesz

133

wejść na ambonę i mówić wszystkim, co mają robić, bo inaczej pójdą do 

piekła. Wyczuwając, że ma zachwyconych, choć lekko zaszokowanych 

słuchaczy, ochoczo perorował dalej. To najlepszy zawód na świecie. I 

można odmówić rozgrzeszenia każdemu, kogo się nie lubi, a wówczas 

pójdzie do piekła, co będzie wspaniałe.

Przyjeżdżali też odwiedzać go w Dublinie i Jamesa Hurleya nigdy nie 

background image

nużyła rozmowa o tym serdecznym, bystrym chłopcu. Gregory chciał 

wiedzieć wszystko, poznać każdego. Oczarowywał zrzędnych starych 

proboszczów i kłopotliwe parafianki, które byle co mogło urazić.

-  Myślę, że byłbyś rzeczywiście dobrym księdzem - powiedział pewnego 

dnia ze śmiechem wujek, gdy Gregory miał piętnaście lat. - Strasznie dużo 

zależy od stosunków zewnętrznych i umiejętności nawiązywania 

kontaktów z ludźmi, a ty jesteś w tej dziedzinie bardzo dobry.

-  To ma sens - odparł Gregory.

Ksiądz Hurley przyjrzał mu się bacznie. Tak, oczywiście, więcej sensu ma 

pokazywanie ludziom raczej miłej twarzy niż twarzy nadętej. Oczywiście, 

jest rzeczą mądrą obranie takiej drogi, która nie ściągnie na ciebie 

niczyjego gniewu. Lecz osobliwe, gdy wie się takie rzeczy, mając lat 

piętnaście. Dzisiaj dorasta się dużo wcześniej.

Kiedy Gregory wstąpił na Uniwersytet Dubliński, studiował prawo, i to też 

miało sens, jak mówił. Musiał coś studiować, a prawo na początek było 

tak samo dobre jak co innego. Ponadto ojciec, dziadek i wujek czuli się 

szczęśliwi, że następny Black zamierza zostać notariuszem i pracować w 

ich kancelarii.

-  Czy właśnie to zamierzasz robić? - Ksiądz Hurley był zdziwiony. 

Gregory wydawał mu się zbyt inteligentny, zbyt żywy na to, by osiąść w 

małym miasteczku. Nie znajdzie tam wystarczająco dużo rzeczy 

mogących zatrzymać jego bystry wzrok, który nieustannie przenosił się z 

twarzy na twarz i ze sceny na scenę.

-  Jeszcze porządnie tego nie przemyślałem, wujku Jamesie. To jest to, co 

na pewno ucieszy moich rodziców. A ponieważ

134

background image

 ja sam jeszcze nie wiem, sensownie jest zostawić ich w przekonaniu, że 

będę robić właśnie to.

I znów w jego słowach było coś mrożącego. Chłopak nie mówił, że 

okłamuje rodzinę. Powiedział, że skoro na tym świecie nic nie jest 

ostateczne, to po co zawczasu przesądzać sprawę. Ksiądz James Hurley 

powtórzył to sobie raz lub dwa razy podczas wieczornego odmawiania 

brewiarza, gdy z niepokojem wspominał słowa Gregory'ego. Przyszło mu 

do głowy, że robi się z niego niemądry panikarz. To śmieszne, żeby 

wietrzyć niebezpieczeństwo w praktycznych planach nowoczesnego 

młodego człowieka.

Gregory skończył pomyślnie studia i sfotografował się osobno i z 

rodzicami, i z wujem.

Jego ojciec był teraz siwy, choć nadal przystojny. Miał sześćdziesiąt trzy 

lata, o czterdzieści dwa więcej niż syn. Alan Black zawsze powtarzał, że 

nie gra roli, czy jesteś starszy od swojego syna o lat osiemnaście, czy o 

czterdzieści osiem, i tak należycie do innych pokoleń. W jego przypadku 

było tylko to i nawet więcej, niż oczekiwał, bo chłopak nigdy nie domagał 

się motocykla, nie brał narkotyków ani nie sprowadzał do domu hord 

niepożądanych gości. Naprawdę wzorowy syn.

Laura, jego matka, wyglądała doskonale w dniu wręczania dyplomów. Nie 

emocjonowała się jak inne matki tym, że wychowała syna, który po 

nazwisku może sobie pisać tytuł bakałarza prawa cywilnego i wkrótce, 

jako notariusz, zostanie członkiem Stowarzyszenia Prawników. Laura 

miała na sobie elegancką granatową garsonkę i jaskraworóżowy szal na 

szyi. Wydała w swoim przekonaniu mnóstwo pieniędzy na fryzjera, który 

nadał doskonały kształt jej głowie i elegancko uczesał siwe włosy. Nie 

background image

wyglądała na swoich pięćdziesiąt sześć lat, lecz jak obraz szczęścia. Gdy 

tłumy ludzi przewalały się przez campus uniwersytecki, chwyciła brata za 

ramię.

- Czuję, że chyba zbyt sprzyjało mi szczęście, Jimbo - powiedziała z 

poważną miną. - Dlaczego Bóg miał mi dać tyle szczęścia, jeśli nie daje go 

innym?

Ksiądz Hurley, też z całą pewnością nie wyglądający na

135

swoich pięćdziesiąt jeden lat, prosił ją, by uwierzyła, że Bóg obdarza 

wszystkich swoją miłością, pozostaje tylko kwestia, jak się ją przyjmuje. 

Laura dla każdego była zawsze aniołem, a zatem najzupełniej słusznie i 

sprawiedliwie została obdarzona szczęściem w tym życiu oraz w 

przyszłym.

I dokładnie tak myślał. Jego wzrok padł na kobietę o zmęczonej twarzy, z 

synem na wózku inwalidzkim. Przyszli wziąć udział w uroczystości 

wręczenia dyplomu córce. Nie widział z nimi żadnego mężczyzny.

Może ona również była aniołem, pomyślał ksiądz James Hurley. Zbyt 

trudno byłoby jednak rozstrzygnąć, dlaczego Bóg nie obdarzył jej lepszym 

losem w tym życiu. Nie będzie się teraz nad tym zastanawiał.

Zjedli lunch w jednym z najlepszych hoteli. Siedzący przy kilku stolikach 

znali księdza Hurleya, przedstawił więc im z dumą swoją rodzinę - 

elegancko ubraną siostrę i szwagra oraz przystojnego młodzieńca.

Niejaka pani O'Hagan i pani Barry, dwie damy, które urządziły sobie mały 

wypad do miasta, bardzo były zadowolone, że poznają siostrzeńca, o 

którym tyle słyszały. Ksiądz Hurley wolałby, żeby nie mówiły, jak często i 

z jakim entuzjazmem opowiadał o tym młodzieńcu. Zaczynał czuć się tak, 

background image

jakby brakowało mu innych tematów do rozmowy.

Gregory potrafił znakomicie to zdyskontować. Kiedy siedli przy stole, 

uśmiechnął się konspiracyjnie do wuja.

- Mówi się, że jestem dobry w nawiązywaniu kontaktów, a ty jesteś 

geniuszem. Od czasu do czasu nakarmi się je po prostu garścią 

nieszkodliwych rodzinnych informacji i będą myśleć, że wszystko o tobie 

wiedzą. Chytry jesteś jak lis, wujku Jamesie.

Z pewnością ratowało go to przed opinią plotkarskiego i zbyt kochającego 

wujka, ale chyba kwalifikowało jako kogoś, kim nie był. Kogoś niezbyt 

głębokiego.

Gregory Black postanowił, że przez kilka lat dla nabrania doświadczenia 

będzie praktykował w Dublinie. Woli popełniać błędy, mając do czynienia 

raczej z obcymi niż z klientami swojego ojca, oznajmił. Nawet dziadek, 

obecnie blisko

136

dziewięćdziesięcioletni, który dawno rozstał się z ich kancelarią, uważał, 

że to dobry pomysł. Również wuj nie mający własnych dzieci był tego 

samego zdania. Rodzice przyjęli to z zadowoleniem.

-  Byłoby śmieszne, gdybyśmy trzymali go w zaciszu domowym, skoro 

przez tak długi czas mieszkał sam w Dublinie - powiedziała bratu Laura. - 

A zresztą on zapowiada, że będzie często przyjeżdżał w odwiedziny.

-  Czy Gregory tak myśli, czy rzeczywiście tak będzie? - spytał ksiądz 

Hurley.

-  Och, tak będzie. Jedyna rzecz, jaka mu utrudniała przyjeżdżanie tu w 

czasie studiów, to było to podróżowanie pociągiem i autobusem. Teraz 

będzie mieć auto i to się zmieni.

background image

-  Własne auto?

-  Tak, obiecał mu je Alan. Za dobre wyniki w nauce własne auto! - Pękała 

z dumy.

Wdzięczność Gregory'ego była ogromna. Obejmował z radością 

wszystkich. Ojciec, burkliwie zadowolony, powiedział, że oczywiście za 

jakiś czas on zamieni ten model na jakiś inny, bardziej elegancki. Ale na 

razie... może...

Gregory zapewniał, że będzie nim jeździć, dopóki auto się nie rozpadnie. 

Ksiądz James Hurley czuł ulgę i serce napełniła mu radość, że ten 

ciemnowłosy, pełen entuzjazmu młody człowiek będzie wiedział, jak wiele 

otacza go miłości, ale i biedy wokół. I że we właściwy sposób na to 

reaguje.

Szczęśliwi rodzice pojechali z powrotem na wieś, szczęśliwy wuj wrócił 

na plebanię, i młodzieniec mógł robić, co chciał, ze swoim życiem i z 

nowiutkim samochodem, który miał mu w tym pomóc.

Gregory rzeczywiście odwiedzał rodziców. Zajeżdżał elegancko 

samochodem pod drzwi domku przy bramie, pieścił szkockie owczarki, 

dzieci, a może nawet wnuki oryginalnych szkockich owczarków, 

ulubieńców jego matki. Z ojcem rozmawiał o prawie, z matką o swoim 

towarzyskim życiu w Dublinie.

Ma chyba mnóstwo przyjaciół, mężczyzn i kobiet, poinformowała 

skwapliwie Laura brata. Odwiedzają się wzajemnie

137

 i nawet gotują sobie posiłki. Czasami przygotowywała stek i cynaderki w 

cieście, żeby syn zabrał je do miasta, a zawsze dawała mu chleb i kawałek 

dobrej wiejskiej szynki, i bekon, i funty masła. Raz czy dwa James Hurley 

background image

zastanawiał się, czym według niej handlują sklepy w tej krainie ludzi 

mieszkających w wynajętych pokojach, gdzie żyje jego siostrzeniec, ale 

nic nie powiedział. Siostra szalenie lubiła czuć, że w dalszym ciągu 

opiekuje się dużym przystojnym synem, którego wydała na świat. Po co 

psuć to dobre, miłe uczucie? Używając słów Gregory'ego: „Nie miałoby to 

sensu".

Nigdy nie miał okazji trafić na przyjazd Gregory'ego do domu, ksiądz 

bowiem nie ma wolnych weekendów. Soboty zajmują spowiedzi i 

chodzenie po domach, niedziele msze w parafiach, odwiedzanie chorych, a 

wieczorem benedykcja. Kiedy jednak przyjeżdżał od czasu do czasu w 

środku tygodnia i zostawał u siostry i szwagra na noc, z radością 

konstatował, że przyjemność, jaką sprawiały im te odwiedziny, całkowicie 

przeważała to, co można by uznać za egoistyczną postawę ich jedynego 

syna.

Laura z zachwytem opowiadała, że Gregory często wpada do kuchni z tym 

czerwonym workiem na bieliznę, który mu zrobiła, i ładuje całą jego 

zawartość do pralki.

Mówiła o tym z taką dumą, jakby wymagało to jakiegoś wielkiego 

wysiłku. Nie wspominała ani słowem, że to ona wyjmowała pranie i 

wieszała je, żeby wyschło, to ona prasowała i składała koszule, a potem 

całą gotową już bieliznę ładowała na drogę powrotną na tylne siedzenie 

samochodu.

Alan opowiadał, jak to Gregory lubi jeść z nimi niedzielną kolację w 

klubie golfowym, że docenia dobre wina i smaczne jedzenie, które tam 

podają.

Ksiądz Hurley był ciekaw, dlaczego Gregory przy jakiejś okazji nie 

background image

weźmie matki i ojca do samochodu, który mu kupili, nie zawiezie ich do 

jednego z pobliskich hoteli i nie zafunduje im kolacji.

Lecz jak zwykle nie było sensu poruszać niemiłych tematów. I z pewnym 

poczuciem winy przypomniał sobie, że on dawniej też nigdy nie pomyślał 

o zaproszeniu swojej siostry.

138

Może tłumaczył go częściowo fakt, że ślubował ubóstwo, niemniej o 

pewnych rzeczach wtedy też nie pomyślał. Być może tak bywa ze 

wszystkimi młodymi mężczyznami.

Gregory był doskonałym towarzyszem. Potrafił mówić dużo i niczego nie 

powiedzieć, co równie dobrze można uważać za komplement, jak i zarzut. 

W przypadku Gregory'ego było to coś, co należało podziwiać, chwalić i 

uważać za przyjemne.

Niekiedy Gregory jeździł z wujem nad zatokę Sandycove, żeby popływać 

w Forty Foot, w kąpielisku dla panów. Czasami wpadał na drinka na 

plebanię i unosząc ładną szklaneczkę z waterfordzkiego kryształu w stronę 

wieczornego światła, podziwiał, jak złota whisky odbija się w tych 

niewielkich iskrzących się szklanych płaszczyznach.

-  To ascetyczne życie jest wspaniałe - mówił, śmiejąc się, Gregory.

Nie można się było na niego obrazić i tylko ktoś bardzo skąpy mógłby 

zwrócić uwagę na to, że nigdy nie przyniósł ze sobą butelki whisky dla 

uzupełnienia zapasów, ascetycznych czy też nie.

Ksiądz Hurley był zupełnie nie przygotowany na wizytę Gregory'ego w 

środku nocy.

-  Mam mały kłopot, Jim - wypalił siostrzeniec prosto z mostu.

Żadnego wujka, żadnego przepraszam, że wyciągnąłem cię z łóżka o 

background image

trzeciej nad ranem.

Księdzu Hurleyowi udało się odesłać staruszka proboszcza i równie 

wiekową gospodynię z powrotem do ich pokojów.

-  To nagły wypadek, ja się nim zajmę - uspokajał. Kiedy wszedł do 

bawialni, zobaczył, że Gregory nalał

sobie dużego drinka. Oczy mu zbyt mocno błyszczały, czoło miał spocone 

i chyba już przedtem sporo wypił.

-  Co się stało?

-  Cholerny rowerzysta wjechał mi na drogę, a nie miał odpowiedniego 

oświetlenia, odblaskowego ubrania ani nic takiego. Cholerni głupcy, 

powinno się ich sądownie ścigać,

139

powinni zrobić dla nich specjalne ścieżki do jazdy, jak na kontynencie.

-  Co się stało? - Ksiądz powtórzył pytanie.

-  Nie wiem. - Gregory wyglądał bardzo młodo.

-  Nic mu się nie stało czy jest ranny?

-  Nie zatrzymałem się.

Ksiądz Hurley wstał. Niepewne nogi nie mogły go jednak utrzymać. 

Znowu siadł.

-  Ale czy został potrącony, czy upadł? Matko Boska, Gregory, chyba nie 

zostawiłeś go leżącego na drodze?

-  Musiałem, wujku Jimie. Jechałem z niedozwoloną szybkością. O wiele 

za szybko.

-  Gdzie on jest? Gdzie się to stało?

-  Na ciemnej drodze na peryferiach Dublina - powiedział Gregory.

-  Co cię tam sprowadziło? - zapytał ksiądz. Nie miało to znaczenia, ale nie 

background image

mógł jeszcze się zdobyć na to, by wstać, pójść do telefonu i zawiadomić o 

wypadku policję i pogotowie.

-  Myślałem, że bezpieczniej będzie wracać tamtędy, bo mniejsze są szanse 

na to, że cię zatrzymają. Wiesz, to dmuchanie w balonik. - Gregory patrzył 

na niego tak jak wtedy, gdy zapomniał wyprowadzić jednego z psów na 

spacer albo nie zamknął bramy na odległym polu.

Tym razem jednak w ciemnościach na drodze leżał rowerzysta.

-  Powiedz mi, proszę, Gregory, jak myślisz, co się stało?

-  Nie wiem. Chryste, nie wiem, poczułem rower. - Zamilkł. Twarz miał 

zakłopotaną.

-  A potem?

-  Nie wiem, wujku Jimie. Jestem przerażony.

-  Ja też - powiedział James Hurley. Sięgnął po telefon.

-  Nie, nie! - krzyknął siostrzeniec. - Na miłość boską, zniszczysz mnie!

James Hurley wykręcił numer policji.

-  Cicho bądź, Gregory - rzekł. - Nie podam twojego nazwiska, poślę ich 

tylko na miejsce wypadku. I pojadę tam sam.

140

-  Nie możesz... nie możesz...

-  Dobry wieczór, sierżancie. Mówi ksiądz Hurley z tutejszego probostwa. 

Mam do przekazania wiadomość, bardzo pilną wiadomość. Doszło do 

wypadku... - Określił drogę i miejsce. Jakieś pół godziny temu, jak myśli. 

Spojrzał na Gregory'ego. Młodzieniec, zdeprymowany, potwierdził 

kiwnięciem głowy.

-  Tak, wygląda na to, że ktoś go potrącił i uciekł.

W tych słowach kryła się obrzydliwa nieodwołalność. Tym razem Gregory 

background image

nawet nie podniósł głowy.

-  Nie, sierżancie, nie mogę powiedzieć niczego więcej. Przykro mi, ale 

dowiedziałem się o tym podczas spowiedzi. To wszystko, co mogę 

powiedzieć. Wychodzę teraz, żeby zobaczyć, co się stało z tym 

nieszczęśliwcem... Nie, tylko tyle mi wyznano. Nie wiem niczego o 

samochodzie ani kim jest ta osoba.

Ksiądz Hurley poszedł po płaszcz. Kątem oka zobaczył twarz siostrzeńca i 

ulgę, jaka się na niej pojawiła. W oczach Gregory'ego wyczytał 

wdzięczność.

-  Nie przyszło mi to do głowy, ale to oczywiście jest sensowne. Ty tego 

nie możesz powiedzieć, bo jesteś związany tajemnicą spowiedzi.

-  To nie była spowiedź, mogłem to powiedzieć, ale nie zamierzam tego 

robić.

-  Nie możesz złamać świętej...

-  Zamknij buzię...

Takiego wujka jeszcze nigdy nie widział.

Ksiądz Hurley wziął małą torbę na wypadek, gdyby miał udzielić 

ostatniego namaszczenia ciężko rannej ofierze wypadku na ciemnej drodze 

pod Dublinem.

-  Co ja mam robić?

-  Ty pójdziesz piechotą do domu. I położysz się do łóżka.

-  A samochód?

-  Ja się zajmę samochodem. Idź do domu i zniknij mi z oczu.

141

Rowerzystą okazała się młoda kobieta. Jak wynikało ze studenckiej 

legitymacji, którą miała w torbie, nazywała się Jane Morrissey. Miała 

background image

dziewiętnaście lat. Nie żyła.

Policjanci powiedzieli, że ludzkie zwłoki na drodze, bo jakiś skurwysyn 

się nie zatrzymał, to dla nich zawsze straszna rzecz, niezależnie od tego, 

jak często się im to zdarza. Jeden z policjantów zdjął czapkę i ocierał sobie 

czoło, drugi zapalił papierosa. Wymieniali spojrzenia ponad głową 

księdza, przyjemnego pięćdziesięciokilkuletniego mężczyzny o miłym 

głosie. Modlił się nad martwą dziewczyną i płakał jak dziecko.

Wszystko to zrobił dla Laury, powtarzał sobie później w czasie 

bezsennych nocy, nie mógł już bowiem zasnąć i pogrążyć się na siedem 

lub osiem godzin w głębokim, pozbawionym snów stanie nieświadomości. 

Chodziło o spowiedź, mówił, bo inaczej musiałby zawiadomić policję, że 

jedyny syn jego siostry spowodował wypadek i uciekł. Nawet podczas 

sakramentu spowiedzi powinien był nalegać, by chłopak przyznał się do 

winy.

Prawdziwe życie nie przypomina starego czarno-białego filmu z 

Montgomerym Cliftem, który grał księdza przeżywającego męki 

niezdecydowania. Dzisiejszy ksiądz będzie nalegać, żeby penitent poniósł 

odpowiedzialność za swoje czyny i naprawił krzywdę, jeśli chce otrzymać 

rozgrzeszenie.

Lecz James Hurley myślał o Laurze.

To był jedyny sposób, żeby ją oszczędzić. Musiał powiedzieć temu 

słabeuszowi, jej synalkowi, że traktuje całą rzecz jako sprawę między 

grzesznikiem a spowiednikiem. Nie miało to żadnego oparcia w prawie 

cywilnym lub kanonicznym.

Okłamał sierżanta policji, informując, że odebrał histeryczny telefon od 

kogoś, kto usiłował się wyspowiadać, i nie ma pojęcia, kim był kierowca. 

background image

Okłamał starego proboszcza, twierdząc, że ów nocny gość przyszedł 

prosić o jałmużnę.

Kłamał, odpowiadając siostrze na pytanie, dlaczego nie może wkrótce 

przyjechać i znowu się z nimi zobaczyć.

142

Tłumaczył, że w parafii jest dużo pracy. Tymczasem prawda była taka, że 

nie mógłby im spojrzeć w oczy. Nie mógłby słuchać jakiejś nowej 

opowieści o doskonałości Gregory'ego.

Zawiózł samochód siostrzeńca do warsztatu po drugiej stronie Dublina, 

tam gdzie nikt go nie znał. Skłamał, mówiąc właścicielowi warsztatu, że 

prowadził samochód proboszcza i stuknął w bramę. Ten, usłyszawszy z 

dużą przyjemnością, że księdzu też zdarza się zrobić coś złego, wyklepał 

wklęśnięcie karoserii i dokładnie je zamalował.

-  Proboszcz pomyśli, że ksiądz utrzymuje samochód w doskonałym stanie 

- powiedział, zadowolony, że bierze udział w tej grze.

-  Ile jestem dłużny?

-  Ach, niech ksiądz da spokój, to drobiazg. Proszę odprawić parę mszy za 

mnie i moją starą matkę, bo ostatnio choruje.

-  Nie odprawiam mszy za reperacje. - Ksiądz pobladł z gniewu. - Na miły 

Bóg, powiesz mi, człowieku, ile płacę?

Właściciel warsztatu przestraszony wykrztusił, ile mu się należy.

Ksiądz Hurley ochłonął, położył mu rękę na ramieniu.

-  Proszę mi wybaczyć, strasznie mi przykro, że straciłem panowanie nad 

sobą i tak na pana krzyczałem. Jestem trochę zdenerwowany, co mnie 

oczywiście nie tłumaczy. Czy pan wie, jak bardzo mi przykro?

Na twarzy właściciela warsztatu malowała się ulga.

background image

-  Pewnie, proszę księdza. Nic tak człowieka nie zezłości jak takie 

stuknięcie samochodem w starą bramę, a szczególnie w przypadku 

zacnego duchownego jak ksiądz. To głupstwo, nawet nie widać, że coś się 

stało.

Ksiądz Hurley pamiętał białą jak papier twarz dziewiętnastoletniej 

studentki socjologii, Jane Morrissey, i szybko krzepnącą na jej głowie 

krew. Przez chwilę było mu słabo.

Wiedział, że jego życie nigdy nie będzie już takie jak przedtem. Wiedział, 

że wkroczył w inny świat, świat kłamstw.

Włożył kluczyki od samochodu do koperty i wrzucił ją

143

do skrzynki na listy mieszkania Gregory'ego. Samochód postawił na 

parkingu i piechotą wrócił na plebanię.

W wieczornych gazetach przeczytał wiadomość o wypadku, słyszał też 

apele w Radiu Irlandzkim, żeby zgłosili się ewentualni świadkowie.

Zagrał w warcaby ze staruszkiem proboszczem, myślami będąc bardzo 

daleko.

-  Dobry z ciebie człowiek, Jamesie - powiedział stary ksiądz. - Nie 

pozwalasz mi wygrać, jak to robią inni. Bardzo dobrym jesteś 

człowiekiem.

Oczy księdza Hurleya napełniły się łzami.

-  Nie, nie jestem dobry, księże kanoniku, jestem bardzo słabym 

człowiekiem, głupim, próżnym i słabym.

-  Ach, wszyscy jesteśmy głupi, słabi i próżni - odparł proboszcz. - Ale 

przy tym w niektórych z nas jest też dobroć, a ta z pewnością jest w tobie.

Te przerażające dni dawno już minęły, a sen mimo wszystko nie 

background image

nadchodził. Ksiądz Hurley nawiązał znów niełatwe i dość formalne 

stosunki z siostrzeńcem.

Gregory zadzwonił zaraz, żeby podziękować mu za naprawienie 

samochodu.

Wuj ze spokojem powiedział w słuchawkę:

-  Obawiam się, że księdza Hurleya nie ma.

-  Ale to przecież ty, wujku Jimie - zdumiał się Gregory.

-  Powiedziałem tak wiele kłamstw, Gregory, że cóż w tej sytuacji znaczy 

jeszcze jedno? - W jego głosie wyczuwało się zmęczenie.

-  Proszę, proszę, wujku Jimie, nie mów tak. Czy wiesz, że ktoś może cię 

słyszeć?

-  Nie mam pojęcia.

-  Czy mogę przyjść zobaczyć się z tobą?

-  Nie.

-  A jutro?

-  Nie. Trzymaj się z dala ode mnie, Gregory. Daleko, jak najdalej.

-  Ale ja nie mogę tego zrobić, nie mogę odsunąć się na

144

zawsze. Przede wszystkim nie chcę, a ponadto co z rodzicami? To 

wyglądałoby... no, wie wujek, jak by to wyglądało.

-  Nie sądzę, żeby się kiedykolwiek tego domyślili. Sądzę, że jesteś 

bezpieczny. Oni będą bardziej wierzyć tobie. Dla nich to jest tylko 

niewielka wzmianka w gazetach, kolejna przykra rzecz, która przydarzyła 

się w Dublinie...

-  Nie, ja mam na myśli nas... jeśli nie będziemy ze sobą rozmawiać.

-  Przypuszczam, że będziemy, ale daj mi czas. Daj mi czas.

background image

Gregory nie mógł dotrzeć do niego przez wiele tygodni. Jeśli zjawił się na 

plebanii, wuj przepraszał i mówił, że spieszy się na wizytę do chorego. 

Jeśli dzwonił, było tak samo.

W końcu wybrał jedyne miejsce, gdzie wiedział, że będzie mógł liczyć na 

niepodzielną uwagę człowieka, który od niego uciekał.

W konfesjonale odsunęło się małe okienko. Widać było, że ksiądz Hurley 

opiera swoją piękną głowę na ręce i nie patrzy na penitenta, lecz przed 

siebie i lekko w dół. W pozycji słuchającego.

-  Cóż, moje dziecko? - zaczął zachęcająco.

-  Pobłogosław mnie, ojcze. Zgrzeszyłem - rozpoczął Gregory rytuał 

spowiedzi.

Głos był zbyt znany, by nie został rozpoznany. Ksiądz zaalarmowany 

podniósł wzrok.

-  Dobry Boże, czyżbyś zdecydował kpić sobie również z sakramentów? - 

szepnął.

-  Nie chcesz mnie, wuju, słuchać nigdzie indziej, to musiałem przyjść 

tutaj, żeby ci powiedzieć, jak mi przykro.

-  Nie mnie powinieneś to powiedzieć.

-  Ależ tak, Bogu powiedziałem to już za pośrednictwem innego księdza. 

Postanowiłem dawać co miesiąc z mojej pensji pewną sumę na cele 

dobroczynne i spróbować jakoś odkupić swoją winę. Choć wiem, że to jej 

nie odkupi. Zerwałem z piciem. Boże, wuju Jimie, co więcej mogę zrobić?

145

Proszę, powiedz mi. Nie mogę przywrócić jej do życia, nie mogłem nawet 

wtedy.

-  Gregory, Gregory. - Ksiądz Hurley miał łzy w oczach.

background image

-  Ale co to da, wuju Jimie, jakiemu celowi się przysłuży, jeśli nie będziesz 

ze mną rozmawiał i nie będziesz przyjeżdżał do domu, bo nie chcesz 

mówić o mnie? Gdybym też zginął tamtej nocy, wszystko byłoby inaczej, 

cierpiałbyś z moimi rodzicami. Czyż więc nie powinniśmy być 

zadowoleni, że ja nadal żyję, nawet jeśli ta biedna dziewczyna zginęła w 

wypadku?

-  Dlatego że pijany kierowca przejechał ją i uciekł.

-  Wiem, zaakceptowałem to.

-  Ale nie karę za ten czyn.

-  I co dobrego by z tego wynikło? Szczerze i prawdziwie. Złamałoby to 

serce matce i okryło hańbą ojca, i upokorzyło ciebie. A przypuśćmy, że 

wyszłoby to na jaw teraz, po wielu tygodniach, wyglądałoby jeszcze o 

wiele gorzej. Nie możemy odwrócić wydarzeń tej nocy. Chciałbym, 

gdybym tylko mógł...

-  Bardzo dobrze.

-  Co?

-  Po prostu bardzo dobrze. Będziemy przyjaciółmi.

-  Ach, wiedziałem, że znajdziesz w swoim sercu chęć przebaczenia.

-  Dobrze, cóż, masz rację, znalazłem ją w swoim sercu. A teraz może 

pozwolisz, żeby jeszcze ktoś inny pojednał się z Bogiem.

-  Dziękuję ci, wuju Jimie. I wuju... Ksiądz już się nie odezwał.

-  Czy przyjdziesz kiedyś do mnie na lunch? Może w sobotę. Żadnego 

alkoholu i będzie tylko paru moich przyjaciół. Dobrze?

-  Dobrze.

-  Dziękuję ci raz jeszcze.

Poszedł do mieszkania Gregory'ego. Poznał tam dwóch młodzieńców i 

background image

jedną dziewczynę. Było to miłe, beztroskie towarzystwo. Przy lunchu pili 

wino i wesoło spierali się

146

o to, czy Kościół wciąż rządzi wszystkim w Irlandii. Ksiądz Hurley miał 

wprawę w prowadzeniu tego rodzaju rozmów, bo większość dzieci jego 

przyjaciół zajmowała podobne stanowisko. Był miły i nadzwyczaj 

uprzejmy, brał pod uwagę jeden punkt widzenia, drugi punkt widzenia i 

jeszcze dalsze. Mówił półgłosem i potrafił stracić punkt po to, by oponenci 

mogli zapisać go na swoje konto.

Obserwował bacznie Gregory'ego. Do jego szklaneczki nalewano tylko 

wodę mineralną. Może chłopak przeżył wstrząs i stara się zacząć nowe 

życie. Może ksiądz James Hurley powinien znaleźć tę chęć w swoim sercu 

i spróbować mu przebaczyć, nawet jeśli sam sobie przebaczyć nie może. 

Uśmiechnął się do siostrzeńca, a ten odwzajemnił mu się serdecznym 

uśmiechem.

Wszyscy pomagali sprzątnąć ze stołu i zanosili naczynia do małej czystej 

kuchenki.

-  Hej, Gregory, co tu robi ta butelka wódki, jeśli zerwałeś z piciem? - 

spytał jeden z przyjaciół.

-  O, to z dawnych czasów, zabierz ją sobie - powiedział gładko Gregory.

Ksiądz Hurley zastanawiał się, czy jego własna dusza nie została w jakiś 

sposób zatruta, bo oczy siostrzeńca wydały mu się podejrzanie błyszczące 

jak na to, że pił wyłącznie wodę. Być może w kuchni dolewał sobie do niej 

wódki. Inny drink stał na kredensie.

Lecz jeśli tak miał myśleć przez cały czas, to nie ma sensu w ogóle 

background image

utrzymywać jakichkolwiek kontaktów z siostrzeńcem. Pozbył się więc 

stanowczo podejrzenia, usuwając je do sfery spraw, o których po prostu 

nie chciał obecnie myśleć.

W tygodniu pojechał odwiedzić Laurę i Alana. Bardzo się uradowali, 

usłyszawszy od niego, że w sobotnim lunchu brała udział dziewczyna. 

Sądzili, że może to być obecna sympatia syna.

-  Nie wydawało mi się, żeby była z nim jakoś specjalnie związana. - 

Ksiądz Hurley czuł się jak starsza pani plotkująca na proszonym 

podwieczorku.

147

-  Jest od jakiegoś czasu - powiedziała uszczęśliwiona Laura. - Myślę, że 

to ona.

Były to dziwne odwiedziny. Drażniło go wszystko, co mówiła siostra i 

szwagier.

Powiedzieli mu, że może uważać się za szczęśliwca, bo ma do czynienia z 

pewnikami. W prawie natomiast bywają czasami szare strefy.

Uśmiechnął się ponuro, w jego dziedzinie nie brak przecież szarych stref.

Powiedzieli, że mają szczęście z Gregorym, bo syn przyjaciół związał się z 

Sinn Fein, najpierw jako doradca prawny, potem jako aktywny bojownik i 

w końcu został członkiem Tymczasowej IRA.

-  Ma przynajmniej jakieś ideały, choć źle ulokowane i szalone - zauważył 

ksiądz Hurley.

-  Jimbo, chyba oszalałeś, nie ma tam żadnych ideałów! - wykrzyknęła 

Laura.

I jak zwykle uśmiechnął się ze skromnością. Nie sposób było im 

wytłumaczyć, że jego zdaniem walka o każdą sprawę jest lepsza od 

background image

głupiego ratowania własnej skóry, co zrobił ich syn. Przy jego 

współudziale.

Minę miał zażenowaną i nieszczęśliwą. Alan Black w dyplomatyczny 

sposób zmienił temat rozmowy.

-  Powiedz nam, czy dawałeś ostatnio ślub jakiejś osobistości? 

Uwielbiamy za twoim pośrednictwem, Jim, czuć się bliżej śmietanki 

towarzyskiej kraju.

Nie, ksiądz Hurley odparł, że dzisiaj młodzi ludzie mają własnych 

przyjaciół i ci dają im ślub. Nie zwracają się teraz do starych przyjaciół 

swoich rodziców. Nie, nie zapowiada się żaden elegancki ślub. Choć 

srebrne gody owszem, powiedział pogodnie, i to w Anglii.

Zainteresowali się, jak zawsze wszystkim, co robił. Wyjaśnił, że dawał 

ślub tej parze przed laty, w roku 1960. Nie ma się wrażenia, że upłynęło 

już ćwierć wieku, a jednak tak. Córki i syn tej pary chcą, żeby wziął udział 

w obchodach rocznicy. Gdyby dla nich wszystkich nie odprawił jakiejś 

ceremonii, jak oznajmili, całe obchody nie miałyby sensu.

148

Laura i Alan uważali, że owa para, kimkolwiek są ci ludzie, słusznie życzy 

sobie ponownie księdza Hurleya.

-  Nie znam ich zbyt dobrze - oponował ksiądz, jakby mówiąc do siebie. - 

Znam trochę matkę Deirdre, panią O'Hagan, i znam panią Barry, matkę 

druhny, Maureen Barry. Za to nie znałem wcale tego pana młodego.

-  Nigdy o nich nie wspominałeś. - Laura ciągnęła go za język.

-  Ano nie, dawałem ślub wielu ludziom. Niektórych więcej nie widziałem 

na oczy. Zawsze dostaję życzenia na gwiazdkę od Deirdre, ale nie 

pamiętam dokładnie, kim byli Desmond i Deirdre Doyle'owie i rodzina... - 

background image

Westchnął ciężko.

-  Nie lubiłeś ich? - spytała Laura. - Nic się nie stanie, jeśli nam powiesz, 

nie znamy się i nigdy nie spotkamy.

-  Nie, byli całkiem sympatyczni i tak się składa, że ich lubiłem. Nie 

uważałem jednak, że do siebie pasują i że pozostaną razem... - Zaśmiał się 

krótko, żeby poprawić nastrój. - I proszę, myliłem się. Przeżyli ze sobą już 

dwadzieścia pięć lat i chyba ani o dzień za długo.

-  Muszą się wzajemnie lubić. - Laura się zadumała. - Inaczej nie 

życzyliby sobie ciebie i nie chcieliby wielkiej ceremonii, i w ogóle. Czy 

będą odnawiać śluby?

-  Nie wiem, pisała do mnie ich córka.

Pogrążył się w milczeniu, ale milczenie w dużym, pełnym książek pokoju 

Alana i Laury Blacków nikogo nie martwiło.

Rozmyślał o tym ślubie, który odbył się w roku, w którym urodził się 

Gregory. Pamiętał, jak do zakrystii przyszła Deirdre O'Hagan, mówiąc, że 

wie od matki o jego wyjeździe na pół roku do Londynu. Miał to być pobyt 

naukowy, ale i na wypadek, gdyby chciał włączyć się w sieć irlandzkich 

kapłanów w Wielkiej Brytanii. Tak mało było powołań do stanu 

duchownego wśród Anglików, ponadto do katolickiej trzódki zaliczało się 

wielu Irlandczyków lub Irlandczyków z drugiego pokolenia, którzy woleli 

mieć księdza z własnego plemienia.

Deirdre O'Hagan wydawała się strapiona i zdenerwowana.

149

Chciała wiedzieć, czy mógłby jej tam dać ślub w przyszłym miesiącu.

Według wszelkich znaków wyglądało to na ślub z konieczności, ale 

dziewczyna nie dała się wciągnąć w rozmowę o powodach pośpiechu.

background image

Spytał ją delikatnie, czy nie powinna raczej myśleć o ślubie w Dublinie. 

Deirdre jednak okazała się nieugięta. Rodzina jej narzeczonego pochodzi z 

zachodniej Irlandii.

Lecz Dublin z pewnością leży bliżej zachodniej Irlandii niż Londyn, czyż 

nie?

Deirdre O'Hagan, którą pamiętał jako ładną śmieszkę studiującą na 

uniwersytecie, córkę Kevina i Eileen O'Haganów, parafian zamożnych i 

skłonnych do pomocy, obdarzona była stalową wolą. Weźmie ślub w 

Londynie, powiedziała, i będzie uprzejmością wobec jej rodziny, jeśli da 

go wikary, którego znają i lubią. Ale oczywiście, gdyby on nie mógł, to 

załatwi to inaczej.

Ksiądz Hurley próbował wówczas, jak sądził, wracając do tego myślami, 

wybadać dziewczynę w kwestii nagłości jej decyzji. Oświadczył, że za 

mąż nie należy wychodzić zbyt pospiesznie i z niewłaściwych pobudek.

Najwyraźniej zrobił wrażenie nudziarza i człowieka wścibskiego, bo 

pamiętał jej głos dźwięczny jak dzwon i chłodny, wręcz lodowaty.

- Proszę księdza, gdyby każdy miał tak jak ksiądz podchodzić do 

małżeństwa, to ludzie by się nie żenili i w rezultacie cała ludzkość by 

wymarła.

Mimo tych niezbyt udanych początków ślub był bardzo piękny. Rodzina 

pana młodego, prości drobni farmerzy z zachodniej Irlandii, nie stawiła się 

zbyt licznie. Przeważali O'Haganowie. Kevin, miły człowiek, spokojny i 

rozważny, umarł jakiś czas temu, ale Eileen wciąż trzymała się dobrze.

Druhną była ta ładna młoda Maureen Barry, która teraz ma eleganckie 

sklepy z ubraniami. Widział ją parę dni temu, gdy odprawiał mszę żałobną 

za jej matkę. Ciekawe, czy Maureen pojedzie do Londynu na te srebrne 

background image

gody. Ciekaw był też, czy on sam tam pojedzie. Znowu westchnął.

150

-  Nie jesteś w dobrej formie, Jimbo - zaniepokoiła się Laura.

-  Wiesz, chciałbym być starym rozważnym księdzem. Całkowicie 

pewnym wszystkiego, nie mającym żadnych wątpliwości.

-  Byłbyś wtedy nie do wytrzymania - powiedziała z przekonaniem.

Alan podniósł wzrok znad książki.

-  Wiem, co masz na myśli. Byłoby łatwiej, gdyby istniało tylko jedno 

prawo i musiałbyś je stosować, wymierzając sprawiedliwość. Zamieszanie 

wprowadza ta okropna zasada merytorycznego osądzania każdego 

przypadku.

James Hurley obrzucił szwagra bacznym spojrzeniem, ale w słowach 

notariusza nie wyczuł ukrytego sensu, żadnej aluzji do syna i kłopotów, w 

jakie się wpakował. Myślał w kategoriach sądu okręgowego i sędziego, 

który w jednym przypadku jest łagodny, a surowy w innym, zależnie od 

tego, co wie o sądzonej osobie.

-  Skończyłbyś jak naziści, gdybyś nie mógł podejmować decyzji zgodnie 

z własnym przekonaniem - pocieszała go Laura.

-  Niekiedy jednak nie są one słuszne. - Twarz miał wciąż zatroskaną.

-  Nigdy nie zrobiłeś niczego, czego nie uważałbyś w danym momencie za 

słuszne.

-  A potem? Co dzieje się potem?

Laura i Alan wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Jim nigdy taki nie 

był.

Ostatecznie odezwał się Alan.

-  Ale przynajmniej nie jest się jak dawniej sędzią katem. W gruncie rzeczy 

background image

nie skazałeś nikogo na śmierć. - Miało go to pocieszyć, ale nie pocieszyło.

-  Nie. Nie na śmierć.

-  Może zabierzemy psy na spacer? - wtrąciła Laura. Poszli we dwoje, 

siostra i brat, żwawi i silni, przez pola,

tam gdzie chodzili od dzieciństwa.

-  Może potrafiłabym ci pomóc? - spytała niepewnie.

151

-  Nie, Lauro. Jestem za słabym człowiekiem, żebym pozwolił na to, byś 

ujrzała moje złe strony.

-  Jesteś moim młodszym bratem, a dla wszystkich wspaniałym i ważnym 

księdzem.

-  Nie jestem wspaniały ani ważny. Nigdy nie objąłem parafii, nigdy tego 

nie chciałem. Nie chciałem brać na siebie takiej odpowiedzialności.

-  A dlaczego byś miał brać? Ludzie niczego nie muszą.

-  Są takie rzeczy, za które muszą wziąć odpowiedzialność.

Wiedziała, że więcej nie będzie o tym mówić, ale gdy wracali do domu 

przy gasnącym świetle, czoło mu się wygładziło.

Od tego popołudnia wiedział, że jeśli ta cała straszna historia ma mieć w 

ogóle jakiś plus, to musi skończyć z nastrojami pobłażania sobie. Jaki sens 

ma oszczędzanie im zmartwienia z jednego powodu, po to tylko, żeby 

wywołać je z drugiego? A zatem oszczędzono im świadomości, że ich syn 

po pijanemu zabił rowerzystkę i nawet się nie zatrzymał, to była kwestia 

spokoju ducha. Po co teraz odbierać siostrze i szwagrowi spokój na skutek 

obawy, że przeżywa załamanie i grozi mu choroba nerwowa?

W miesiącach, które nadeszły, utwardzał swoje serce przeciwko 

wątpliwościom i zwalczał poczucie zdrady, przesiadując z rodziną, jedyną, 

background image

jaką kiedykolwiek miał i mieć będzie. Zaczął się śmiać w sposób 

niewymuszony z dowcipów siostrzeńca i udawało mu się nie krzywić przy 

niektórych jego nietaktownych uwagach. Powtarzał sobie wielokrotnie, że 

oczekiwanie od omylnego człowieka doskonałości to występowanie 

przeciwko objawionemu słowu bożemu.

Czerpał przyjemność z prostej radości, jaką czuli rodzice Gregory'ego, 

patrząc na syna. Przypominał sobie, że przez wszystkie lata swojej pracy 

w parafiach nigdy nie miał do czynienia z rodziną, w której panowałby 

taki spokój i prawdziwa harmonia. Może nigdy nie będą musieli za to 

zapłacić w swoim późniejszym życiu.

152

Postarał się, by uśmiech nie opuścił jego twarzy, gdy widział, jak Gregory 

wypijał dużo ginu przed kolacją, wino przy jedzeniu i whisky potem. 

Postanowienie zerwania z piciem zbyt długo się nie ostało. Podobnie jak ta 

dziewczyna.

-  Ona jest zanadto stanowcza, wuju Jimie. - Zaśmiał się, wioząc go 

samochodem, zbyt szybko jak na gust księdza Hurleya. - Wiesz, wszystko 

dla niej jest jednoznaczne. Nie ma żadnych szarych stref.

-  To godne podziwu - powiedział ksiądz Hurley.

-  To nie do zniesienia, nikt nie może być tak pewny, tak stanowczy.

-  Myślisz, że ją kochałeś?

-  Przypuszczam, że mogłem kochać, ale nie z takimi poglądami, że to 

czarne, a to białe, to uczciwe, a tamto nieuczciwe, jesteś albo świętym, 

albo diabłem. Tak nie bywa w życiu.

Ksiądz Hurley patrzył na ładny profil syna swojej siostry. Chłopak 

zapomniał już o dziewczynie, którą zabił. Dwuznaczność i hipokryzja 

background image

tamtej nocy zostały dosłownie wymazane z jego umysłu. Zabrał wuja, 

ponieważ samochód księdza Hurleya był zepsuty, a on sam chciał pojechać 

do domu w środku tygodnia i porozmawiać z ojcem o pożyczce. 

Dowiedział się, że miała się nadarzyć jakaś okazja, taka jaka trafia się raz 

w życiu. Nie powinien był o niej wiedzieć, ale gdyby teraz zainwestował... 

to fiu!

Księdzu Hurleyowi zbierało się na mdłości z powodu tego, że godzi się na 

takie zwierzenia. Ale kimże jest, jeśli nie kolejną osobą z szarej strefy? 

Kimś gotowym kłamać, gdy to ma sens.

Była to dziwna wizyta. Ojciec Gregory'ego jakby się usprawiedliwiał, że 

nie może zmobilizować takiej sumy, jakiej potrzebuje syn. I był lekko 

zaniepokojony, że nie mówi, na co mu te pieniądze.

Gregory nie przestał się uśmiechać, ale powiedział, że pojedzie na chwilę 

nad jezioro.

Kiedy odjechał, Laura zauważyła, jak sensowna jest taka przejażdżka, bo 

Gregory uspokoi się, siedząc i patrząc na

153

jezioro. Szkoda, że Alan nie dał mu tych przeklętych pieniędzy, dodała, bo 

ostatecznie i tak odziedziczy wszystko po ich śmierci. Dlaczego więc nie 

mógłby ich mieć teraz?

Gregory nie wrócił do pół do jedenastej.

Ksiądz Hurley wiedział, że siostrzeniec siedzi w barze, w przydrożnej 

gospodzie nad jeziorem. Oznajmił, że chętnie sam się przejdzie w taką 

ładną noc. Był to trzymilowy spacer. Znalazł siostrzeńca w barze, gdy 

odmówiono mu podania alkoholu.

-  Chodź, odwiozę cię do domu - powiedział do niego tonem, który, jak 

background image

miał nadzieję, nie rozgniewa mocno pijanego młodzieńca.

Kiedy dotarli do samochodu, Gregory go odepchnął.

-  Doskonale mogę sam prowadzić. - Głos miał stanowczy.

Chłopak zasiadł za kierownicą i James Hurley miał do wyboru dwie 

możliwości: pojechać z nim albo pozwolić mu jechać samemu.

Otworzył drzwiczki od strony pasażera.

Na drodze mnóstwo było zakrętów, a nawierzchnia nie najlepsza.

-  Błagam cię, jedź wolno. Nie wiesz, co jest za zakrętem. Nie ma mowy, 

żebyśmy mogli zobaczyć światła.

-  Nie błagaj mnie - powiedział Gregory, patrząc na drogę. - Nie cierpię 

ludzi, którzy skamlą i błagają.

-  Wobec tego proszę cię...

Wjechali na osła ciągnącego furmankę, zanim go zobaczyli. Przerażone 

zwierzę stanęło dęba, wyrzucając na jezdnię dwóch starców i ich manatki.

-  Jezu Chryste!

Bezradnie patrzyli, jak osioł zaprzężony do furmanki, rycząc z bólu, 

przejechał jednego ze starców, po czym zaczął zsuwać się z nasypu w 

stronę jeziora.

Ksiądz Hurley pobiegł za furmanką, w której krzyczało dwoje dzieci.

-  Nic się wam nie stanie. Jesteśmy tu, jesteśmy tu! - wołał.

Za sobą poczuł oddech siostrzeńca.

154

-  To ty prowadziłeś, wuju Jimie. Na miłość Chrystusa, błagam cię.

Ksiądz się nie zatrzymał. Wyciągnął z furmanki jedno małe Cyganiątko, 

potem drugie i całą siłą, jaką zdołał zmobilizować w swoim ciele, usiłował 

zatrzymać ryczącego osła.

background image

-  Posłuchaj, zaklinam cię. Pomyśl o tym, to ma sens. Oni mnie zmłócą, a 

ciebie nie tkną nawet palcem.

Ksiądz Hurley jakby go nie słyszał, prowadził dzieci i furmankę pod górę 

na drogę, gdzie siedzieli dwaj oszołomieni starcy. Jeden trzymał głowę w 

dłoniach, a krew kapała mu przez palce.

W świetle księżyca twarz Gregory'ego była blada i przerażona.

-  To są Cyganie, wujku Jimie. Nie powinni byli jechać bez jakichś znaków 

czy ostrzeżenia, czy świateł... i nikt nie mógłby cię winić... słyszano, jak 

mówiłeś, że odwieziesz mnie do domu.

Ksiądz Hurley ukląkł przy starcu i zmusił go do odjęcia rąk od głowy, tak 

by mógł obejrzeć jego ranę.

-  Nic ci nie będzie, przyjacielu, wszystko będzie dobrze. Jak tylko ktoś 

nadjedzie, zawieziemy cię do szpitala, a tam założą jeden lub dwa szwy.

-  Co zamierzasz zrobić, wuju Jimie?

-  Och, Gregory.

Ksiądz spojrzał oczami pełnymi łez na jedynego syna dwojga ludzi, którzy 

tej nocy się dowiedzą, że być może życie na tej ziemi nie powinno być tak 

dobre i że niektórzy byli zbyt szczęśliwi.

 Rozdział Szósty.

 Maureen.

Jedyna rzecz, na jaką nalegałaby matka, gdyby żyła, to to, żeby pogrzeb 

odbył się jak należy. Maureen dokładnie wiedziała, co to oznaczało. 

Oznaczało, że będzie odpowiednie zawiadomienie w gazecie, by każdy 

mógł wziąć udział w pogrzebie, że zostaną po nim zaproszeni do domu w 

sposób rozsądny nie wszyscy, tylko właściwe osoby. Zarówno w dniu 

wyprowadzenia do kościoła, jak i nazajutrz po samym pogrzebie.

background image

Maureen zaplanowała drobiazgowo ten ostatni hołd dla matki, która dała 

jej wszystko i uczyniła ją tym, kim jest.

Włożyła doskonale skrojony czarny płaszczyk, a przedtem poprosiła do 

domu fryzjera, żeby wszystkim, którzy przyjdą do kościoła, 

zaprezentować nieskazitelny wygląd i staranną fryzurę. Nie uważała tego 

za próżność, uważała, że wypełnia co do joty ostatnie życzenie swojej 

matki: Sophie Barry miała udać się na wieczny spoczynek opłakiwana 

publicznie przez śliczną i oddaną córkę Maureen, dobrze prosperującą 

biznesmenkę, osobę ogólnie znaną w Dublinie.

Matka zaaprobowałaby też drinki i kanapki podane w dużym salonie, a 

także sposób, w jaki blada, lecz spokojna Maureen krążyła pośród gości, 

jednych przedstawiając, innym dziękując i zawsze pamiętając, czy 

przysłały wieniec, zawiadomienie o zamówieniu mszy na intencję zmarłej 

czy list z kondolencjami, za które należało podziękować.

Zgadzała się całkowicie ze wszystkimi, którzy mówili, że jej matka była 

wspaniałą kobietą, ponieważ to była rzeczywiście prawda. Zgadzała się z 

poglądem, że lepiej, iż matka

156

nie chorowała długo. Ubolewała, że sześćdziesiąt osiem lat to zbyt 

wczesny wiek na umieranie. Sprawiało jej przyjemność, kiedy tak wiele 

osób powtarzało, że matka czuła się dumna ze swojej jedynaczki.

-  Nigdy nie mówiła o niczym innym.

-  Miała album z wycinkami o wszystkich pani osiągnięciach.

- Mówiła, że jest pani dla niej nie tylko córką, lecz

i przyjaciółką.

Pocieszające słowa, taktowne wzmianki, eleganckie gesty. Takie właśnie, 

background image

jakie podobałyby się matce. Nikt się nie wstawił i nie zrobił nadmiernie 

hałaśliwy, ale całej imprezie towarzyszył gwar ludzkich głosów, który 

matka uznałaby za znak udanego spotkania. Kilka razy Maureen łapała się 

na myśli, że opowie jej o tym później.

Ludzie często mówili, że tak bywa. Zwłaszcza gdy jest się z kimś zżytym. 

A mało było matek i córek tak bliskich sobie jak Sophie Barry i jej 

jedynaczka Maureen.

Być może dlatego, że Sophie była wdową i Maureen przez tyle lat nie 

miała ojca. Być może ludzie przypisywali im większą niż w 

rzeczywistości bliskość, dlatego że z wyglądu takie były do siebie 

podobne. Sophie zaczęła siwieć dopiero tuż przed sześćdziesiątką, a gdy 

osiwiała, jej włosy miały odcień stalowy i były równie lśniące i wspaniałe 

jak krucza czerń. Do końca swoich dni nosiła ubrania rozmiar dwunasty i 

jak mówiła, wolałaby umrzeć niż włożyć na siebie jeden z tych 

namiotowatych strojów, w które ubiera się tak wiele kobiet po 

przekroczeniu pewnego wieku.

Dobra prezencja i surowe standardy nie zawsze zdobywały Sophie w jej 

środowisku opinię osoby tolerancyjnej. Miała jednak to, czego chciała - 

ogólny podziw przez całe życie.

A Maureen zadba o to, by jeśli chodzi o to, co jeszcze należało teraz 

zrobić, podziw ten przetrwał. Dom nie zostanie nieprzyzwoicie szybko 

sprzedany, zawiadomienia o śmierci będą proste i z czarnymi obwódkami i 

umieści się na nich jakąś modlitwę w dobrym guście, tak by można było je 

wysłać jako memento również przyjaciołom

157

protestantom. W żadnym wypadku nie coś ociekającego odpustowymi 

background image

modłami, żadnej fotografii. Matka powiedziałaby, że tak właśnie robią 

służące. Maureen wiedziała, co zrobić, by nie obrazić jej pamięci.

Przyjaciele zaproponowali jej pomoc przy porządkowaniu rzeczy matki. 

To będzie zajęcie przygnębiające i często bywa łatwiej, gdy ktoś obcy 

przyjdzie w nim pomóc. Można będzie mniej emocjonalnie wszystko 

posortować. Maureen jednak uśmiechnęła się i podziękowała, 

zapewniając, że wolałaby zrobić to sama. Właściwie nie pragnęła 

zajmować się tym osobiście, ale matka nigdy w życiu nie pozwoliłaby 

obcemu człowiekowi zajrzeć do swoich papierów.

Ksiądz Hurley, znający je od lat, zaoferował się też z pomocą. Powiedział, 

że bywa to na ogół zajęcie samotne, ale byłby szczęśliwy, gdyby mógł 

choć tam siedzieć i dotrzymać jej towarzystwa. Miał dobre intencje i 

matka zawsze go lubiła. Mówiła, że przynosi chlubę Kościołowi, wygłasza 

ładne kazania, jest bardzo oczytany, zna wszystkich ważnych ludzi - a to 

była w jej ustach wielka pochwała. Lecz i tak nie pozwoliłaby na to, by 

dotykał jej osobistych papierów. Owszem, wygłasza wzruszające kazania, 

jest jak najbardziej odpowiednim księdzem do tutejszej parafii, nie 

powinien jednak być wciągany w żadne osobiste sprawy. Te 

zarezerwowane są wyłącznie dla Maureen.

Walter oczywiście też chciałby jej pomóc. Tyle że on nie wchodzi w 

rachubę - Walter trzymany jest na dystans podczas wszystkich tych 

czynności. Maureen nie zamierzała wychodzić za niego za mąż ani też 

pokazywać, że jest od niego zależna. Dlaczego więc miałby być obecny w 

czasie ceremonii pogrzebowych jako jej prawa ręka? Wszystkie te stare 

baby, przyjaciółki matki, kobiety, którym już nie pozostało we własnym 

życiu nic, o czym można by rozmawiać, a zatem oddawały się 

background image

spekulacjom na temat dzieci przyjaciółek, nabrałyby fałszywych 

wyobrażeń. Będąc niezamężna mimo czterdziestu sześciu lat, musiała 

przez długi czas dawać im wiele okazji do pogaduszek i domysłów, 

pomyślała Maureen z ponurą satysfakcją.

158

Miły, uprzejmy Walter, uważany za odpowiedniego dla niej, bo też 

nieżonaty, pochodził z dobrej rodziny i cieszył się opinią wziętego 

adwokata. Maureen zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby chciała, 

mogłaby za niego wyjść. Walter jej nie kochał, a i ona nie żywiła do niego 

żadnego uczucia choćby trochę zbliżonego do miłości. Walter jednak był 

tego rodzaju mężczyzną, który nie oczekiwałby miłości na tym etapie 

życia. Kiedyś, będąc młodszy, pewno miał jakiś jeden nieodpowiedni flirt, 

może dwa, a nawet prawdziwy romans, który źle się skończył.

Walter miał swoje męskie znajomości w Bibliotece Prawniczej i prowadził 

ożywione życie towarzyskie. Dodatkowy mężczyzna zawsze jest mile 

widziany.

Matka lubiła Waltera, ale była zbyt mądra na to, by popychać Maureen w 

jego ramiona. W każdym razie na pewno jako ostatnia posłużyłaby się 

argumentem o zabezpieczeniu się przed samotnością na stare lata. 

Spójrzcie na jej życie, życie kobiety bez mężczyzny, pełne i urozmaicone.

Od momentu gdy Maureen jasno postawiła sprawę, że nie myśli o 

Walterze jako o życiowym partnerze, jej matka nigdy już nie podejmowała 

tego tematu. Nie rozmawiały o zapraszaniu go na brydża, o wspólnym 

chodzeniu do teatru czy włączeniu do grona osób wybierających się na 

wyścigi o Puchar Agi Khana.

Walter był miły, uprzejmy i po kilku kieliszkach dobrego czerwonego wina 

background image

potrafił rzeczywiście zrobić się uczuciowy. Czasami perorował o drogach 

przemierzanych samotnie i o poświęcaniu wszystkiego innego na ołtarzu 

kariery. Maureen jednak serdecznie się śmiała i pytała, co mianowicie 

takiego ona i on poświęcili. Mają ładne mieszkania, dobre samochody, 

chmary przyjaciół i mogą sobie jeździć, gdzie się im podoba - Maureen do 

Londynu i Nowego Jorku na zakupy, a Walter do zachodniej Irlandii na 

ryby.

Nie byli kochankami, choć w Dublinie teraz coraz chętniej akceptowano 

tego rodzaju związki. Taka możliwość pewnego wieczoru została 

zasugerowana i odrzucona przez obie strony z wdziękiem i elegancją. 

Wrócili do tej sprawy raz jeszcze na wypadek, gdyby pierwsza odmowa 

miała

159

charakter jedynie formalny. Pozostali jednak atrakcyjnymi osobami stanu 

wolnego i często, gdy pani domu wpadła znowu na świetny pomysł, żeby 

zaprosić ich razem na kolację, patrzyli na siebie ponad stołem z wyrazem 

rezygnacji.

Ironia losu polegała na tym, że ze wszystkich mężczyzn, którzy pojawili 

się w życiu Maureen, jedyny uważany przez matkę za odpowiedniego 

kandydata był właśnie ten, który trafił się za późno. Zjawił się bowiem 

wówczas, gdy Maureen wiedziała, że nie chce już zmieniać sposobu życia. 

Gdyby spotkała Waltera - młodego, dwudziestokilkuletniego, poważnego 

adwokata - wtedy gdy walczyła o założenie sklepów, zapewne byłaby się 

na niego zdecydowała. Tak wiele jej przyjaciółek decydowało się wyjść za 

tych, których zapewne wcale nie kochały. Śluby, na które Maureen 

chodziła w latach sześćdziesiątych, nie były ślubami z wielkiej miłości, 

background image

lecz raczej czymś w rodzaju aliansów, ucieczek, kompromisów, układów. 

W przypadku Deirdre O'Hagan, która rzuciła wszystkim wyzwanie i 

poślubiła swoją pierwszą miłość owego długiego lata, gdy wszyscy 

znaleźli się w Londynie, mogło chodzić o prawdziwą miłość. Maureen nie 

miała nigdy co do tego pewności. Wprawdzie jako druhna Deirdre spała z 

nią w jednym pokoju w noc przed ślubem, ale nie wiedziała, czy Deirdre 

wzdycha do Desmonda Doyle'a i płacze, dlatego że chce być z nim. Tak 

jak ona sama płakała z powodu Franka Quigleya.

Dziwna to była przyjaźń, jej i Deirdre. Ich matki tak bardzo życzyły sobie, 

by córki się zaprzyjaźniły, że dziewczynki poddały się w wieku lat 

czternastu i zgodziły się razem grać w tenisa, a później chodzić w soboty 

na te same zabawy i wieczorki w klubach rugbistów.

Podczas studiów na Uniwersytecie Dublińskim stały się w pewnym sensie 

naprawdę przyjaciółkami. I obie wiedziały, że są dla siebie wzajemnie 

ratunkiem. Jeśli Maureen powiedziała, że wybiera się gdzieś z Deirdre, jej 

matka czuła się spokojna. Tak samo było w rodzinie O'Haganów, Deirdre 

mogła zawsze posłużyć się Maureen, córką Sophie Barry, jako wymówką.

160

Dlatego właśnie tamtego lata mogły razem pojechać do Londynu. Tamtego 

lata, kiedy powinny były siedzieć w domu i przygotowywać się do 

egzaminów dyplomowych. Poznały wtedy Desmonda Doyle'a i Franka 

Quigleya na statku do Holyhead.

Maureen zastanawiała się, co by powiedział Frank Quigley, gdyby 

wiedział o śmierci jej matki. Nie miała pojęcia, jak on teraz mówi, czy 

zmienił mu się akcent, czy też jak u wielu Irlandczyków zamieszkałych od 

dwudziestu pięciu lat w Londynie w jego głosie pojawiają się dwie 

background image

wyraźne modulacje, a w mowie w nieodpowiednich miejscach trafiają się 

„zdradzieckie" dla obu kultur wyrazy.

Czytywała o nim. Któż nie czytał o Franku Quigleyu? Przedstawiano go 

jako jednego z tych Irlandczyków, którym powiodło się w Anglii. Czasami 

widywała jego zdjęcia z tą ponuro wyglądającą Włoszką, z którą się 

ożenił, żeby wspiąć się jeszcze wyżej w hierarchii Palazzo.

Frank oczywiście mógł być teraz tak dalece ogładzony, że przysłałby 

kondolencje na eleganckim papierze ze złoconymi brzegami. Mógł też być 

nastawiony praktycznie i pozostając nadal nie oszlifowanym diamentem - 

skonstatować, że powinna była umrzeć dwadzieścia pięć lat wcześniej.

Jednej rzeczy była pewna - Frank Quigley nie zapomni jej matki, tak jak 

nie zapomni jej samej.

Nie była to ze strony Maureen arogancja ta wiara, że jej pierwsza miłość 

będzie pamiętać ją równie żywo jak ona jego, o ile pozwalała sobie w 

ogóle o tym myśleć. Wiedziała, że tak jest. Nie miało to znaczenia. Frank 

mógł się o śmierci pani Barry dowiedzieć od Desmonda i Deirdre, choć 

trudno powiedzieć, czy oni wciąż się przyjaźnią.

Desmond podobno nadal pracował w Palazzo, ale mimo 

rozpowszechnianych od czasu do czasu przez panią O'Hagan opowieści o 

awansowaniu na kierownicze stanowiska jej zięcia Maureen miała 

uczucie, że Desmond utknął gdzieś na niskim szczeblu i cała ta przyjaźń z 

Frankiem Quigleyem i protekcja z jego strony nie zdołały wywindować go 

wyżej.

Porządkowania rzeczy matki nie można było wiecznie odkładać.  Maureen 

zdecydowała,  że pójdzie to zrobić

161

background image

w pierwszą sobotę po pogrzebie. Nie potrwa to długo, jeśli się 

skoncentruje i nie pozwoli, żeby przygnębiało ją wszystko, czego dotknie.

Popłakała się już nad okularami, które wraz z futerałem oddano jej w 

szpitalu. Ów przedmiot świadczący o pogarszającym się wzroku matki, 

wręczony w małym niepotrzebnym już etui, wydał się Maureen widokiem 

smutniejszym od innych. Zazwyczaj tak stanowcza, nie wiedziała, co z 

okularami zrobić. Miała je wciąż w bocznej, zamkniętej na suwak, 

kieszeni torebki. Matka nie byłaby taka sentymentalna, lecz chłodna i 

praktyczna, jak zawsze i we wszystkim.

Tylko raz, przed wieloma laty, stoczyły ze sobą walkę i nie chodziło w niej 

o Franka Quigleya ani o żadnego mężczyznę. Matka nie uważała, żeby 

sklep z ubraniami wydawał się czymś przyzwoitym i mógł cieszyć się 

odpowiednim szacunkiem.

Maureen ogarnęła wściekłość. Co, do licha, jakie znaczenie ma to, jak coś 

wygląda i czy się cieszy szacunkiem? Liczy się to, kim są, co robią. Matka 

uśmiechała się chłodno, w sposób irytujący. Maureen wyniosła się z domu. 

Pojechała najpierw do Irlandii Północnej, gdzie gruntownie zaznajamiała 

się z detalicznym handlem konfekcją u dwu sióstr prowadzących elegancki 

sklep z ubraniami, którym pochlebiało to, że ładna, ciemna, młoda osóbka 

z uniwersyteckim wykształceniem z Dublina zgłosiła się do nich, by 

dowiedzieć się tego, czego one mogły ją nauczyć. Potem udała się do 

Londynu.

Właśnie wtedy przekonała się, że tak naprawdę to nigdy nie były sobie 

bliskie z Deirdre. Kiedy przebywała w Londynie, spotykały się rzadko. 

Deirdre unieruchomiła dwójka małych dzieci, a Maureen chodziła po 

wystawach i targach, zdobywając doświadczenie. Nie powiedziała Deirdre 

background image

o oziębieniu stosunków z matką w obawie, że mogłoby to dotrzeć do uszu 

O'Haganów, a i Deirdre zapewne miała sekrety, troski i kłopoty, o których 

nie wspominała Maureen.

Zresztą chłód między nią a matką nie trwał długo. Nie

162

oznaczał wrogości, zawsze były jakieś pocztówki i niezbyt długie listy, i 

krótkie rozmowy telefoniczne. Żeby matka mogła opowiadać Eileen 

O'Hagan, jak dobrze daje sobie radę Maureen tu i tam, i wszędzie. I żeby 

można było zachować pozory. Zachowanie pozorów miało dla matki 

wielkie znaczenie. Maureen postanowiła, że będzie to respektować do 

końca, aż za grobową deskę.

Mieszkała w jednym z pierwszych bloków zbudowanych w Dublinie, skąd 

miała dziesięć minut na piechotę albo dwie minuty jazdy samochodem do 

dużego domu, w którym się urodziła i w którym spędziła całe życie jej 

matka. Dom należał do Sophie i ojciec Maureen wżenił się weń na krótki 

okres ich małżeństwa. Umarł za granicą przed czterdziestu laty, gdy córka 

miała sześć lat.

Wkrótce przypadała rocznica jego śmierci, za trzy tygodnie. Jak dziwnie 

jest myśleć, że będzie zupełnie sama na mszy, którą zamawiały zawsze za 

spokój jego duszy. Jak daleko sięgała pamięcią, chodziły tam razem. 

Zawsze o ósmej rano. Matka twierdziła, że niegrzecznie jest wciągać 

innych w swoje osobiste żałoby i wspomnienia. Niemniej potem 

zazwyczaj mówiła znajomym, że były na mszy.

Na jednej jeszcze płaszczyźnie stosunki między tymi dwiema kobietami 

cieszyły się ogólnym uznaniem, chodziło mianowicie o to, jak ułożyły 

sobie życie. Wiele innych matek uczepiłoby się kurczowo córki i 

background image

trzymałoby ją w rodzinnym domu tak długo, jak się da, nie zwracając 

uwagi ani nie dbając o normalne u młodych pragnienie opuszczenia 

gniazda. Wiele mniej obowiązkowych córek mogłoby chcieć wyjechać do 

innego miasta. Do Londynu albo nawet do Paryża. Maureen odniosła 

sukces w świecie mody. Zanim ukończyła czterdzieści lat, stała się 

właścicielką dwóch sklepów firmowanych własnym nazwiskiem, co z 

pewnością było poważnym osiągnięciem. I to sklepów eleganckich. W 

każdym z nich miała dobrą kierowniczkę, której dała wolną rękę w 

prowadzeniu bieżących spraw. Dzięki temu Maureen zapewniła sobie 

swobodę ruchów, dokonywała zakupów, wybierała, jadała lunche z 

modnymi kobietami, których gust testowała, a nawet formowała. Cztery 

razy

163

w roku jeździła do Londynu i raz wiosną do Nowego Jorku. Zdobyła 

pozycję, jakiej jej matka nie spodziewałaby się w tych złych dniach, złych 

czasach, kiedy się nie widywały. Nie trwało to długo, a zresztą wszystkie 

związki miewają swoje dołki, jak sobie mówiła Maureen. W każdym razie 

nie chciała o tych czasach myśleć teraz, tak niedługo po śmierci matki.

To, że mieszkały osobno, choć blisko siebie, było rzeczywiście bardzo 

rozsądne. Widywały się niemal codziennie. Nie zdarzyło się przez 

wszystkie te lata, od kiedy Maureen wprowadziła się do własnego 

mieszkania, aby otwierając drzwi, na progu ujrzała matkę bez 

wcześniejszej zapowiedzi. Matce nie przyszłoby do głowy, żeby odwiedzić 

młodą kobietę, która mogła przecież przyjmować jakiegoś gościa i nie 

chcieć, by jej przeszkadzano.

Inaczej rzecz się miała z odwiedzinami Maureen w domu rodzinnym. W 

background image

tym przypadku nie obowiązywały takie reguły, mogła przychodzić o 

każdej porze. Co prawda matka dała jej do zrozumienia, że koniec gry w 

brydża to szczególnie odpowiednia pora na odwiedziny i na wypicie 

szklaneczki sherry, bo wtedy każdy będzie miał okazję podziwiać zarówno 

elegancką córkę, jak i okazywane matce względy i oddanie.

W sobotę pójdzie do domu, w którym już nigdy nie zobaczy przez 

wielobarwne witraże drzwi wejściowych matki idącej lekkim krokiem 

przez hall, by je otworzyć. Dziwnie było tak iść do pustego domu, bo teraz 

wokół siebie nie będzie już mieć przyjaciół i krewnych, którzy dodaliby jej 

otuchy. Wielka przyjaciółka matki, pani O'Hagan, matka Deirdre, usilnie 

nalegała, żeby Maureen ich odwiedzała, przychodziła na kolację i 

traktowała dom O'Haganów jak swój własny.

To było miłe, ale niewłaściwe. Maureen nie jest już, na miłość boską, małą 

dziewczynką, tylko kobietą w średnim wieku. Nie jest rzeczą właściwą, 

żeby pani O'Hagan zapraszała ją do siebie, jak to robiła trzydzieści lat 

temu, kiedy obie z matką postanowiły, że Deirdre i Maureen powinny się 

przyjaźnić.

164

Matka przywiązywała zawsze wielką wagę do tego, co myśli o tym czy o 

tamtym Eileen O'Hagan. Eileen i Kevin byli jej najserdeczniejszymi 

przyjaciółmi. Zapraszali ją zawsze, żeby im towarzyszyła, gdy wybierali 

się do teatru albo na wyścigi. Nigdy, o ile pamiętała Maureen, nie 

próbowali znaleźć Sophie odpowiedniego kandydata na drugiego męża. A 

może próbowali, tylko ona nie powinna była o tym wiedzieć.

Idąc zalanymi słońcem ulicami w stronę swojego starego domu, Maureen 

zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby matka wyszła 

background image

ponownie za mąż. Czy ojczym zachęcałby ją, czy też nie, wtedy gdy 

chciała rozpocząć karierę w świecie mody, jak to określała ona, a co w 

opinii jej matki sprowadzało się do handlowania zwykłymi towarami 

tekstylnymi i uszlachetnionej pracy ekspedientki.

Czy matka wtedy, przed wielu laty, flirtowała z mężczyznami? Ostatecznie 

sama Maureen nie czuła się stara i pozbawiona szans na miłosne przygody 

w wieku lat czterdziestu sześciu, dlaczego więc miałaby zakładać, że z jej 

matką było inaczej? Jednakże nic takiego nie pojawiło się w ich życiu.

Rozmawiały często o chłopakach Maureen i o tym, że wszyscy z nich 

jakby do niej nie dorastali. Nie rozmawiały natomiast nigdy o żadnym 

mężczyźnie dla matki.

Maureen weszła do domu i lekko się wzdrygnęła, bo w pokoju, który 

Sophie zawsze nazywała salonikiem, nie palił się ogień na kominku. 

Włączyła piecyk elektryczny i rozejrzała się dokoła.

Przyszła tu w sobotę przed dwoma tygodniami i znalazła matkę bladą i 

niespokojną. Ma bóle, może to niestrawność, ale... Maureen działała 

szybko, zaprowadziła ją ostrożnie do samochodu i zawiozła do szpitala. 

Nie ma sensu niepokoić domowego lekarza, odwoływać go od sobotniego 

śniadania, powiedziała, zgłosimy się do ambulatorium w pogotowiu. Tam 

będą przez cały czas w szpitalu, gdzie potrafią ją uspokoić.

Matka, sprawiając wrażenie coraz bardziej niespokojnej, przyznała córce 

rację i już wówczas Maureen z zamierającym sercem zauważyła, że jej 

mowa robi się bełkotliwa i słowa zaczynają się zlewać.

165

Przyjęto je od razu i po godzinie czekania pod drzwiami oddziału 

intensywnej opieki medycznej Maureen dowiedziała się, że pani Barry 

background image

miała ciężki udar. I zapewne go nie przeżyje.

Przeżyła, mowy jednak nie odzyskała. Jej oczy, żywe i pałające, wydawały 

się błagać o to, by położono kres temu poniżeniu.

Ścisnęła rękę Maureen raz, co oznaczało „tak", dwa razy zaś „nie". Córka 

mówiła do niej:

-  Boisz się, mamo? Nie.

-  Wierzysz, że wyzdrowiejesz, prawda? Nie.

-  Chcę, żebyś w to wierzyła, musisz. Nie, przykro mi, nie możesz mi 

oczywiście na to odpowiedzieć. Mam na myśli to, czy nie chcesz 

wyzdrowieć.

Nie.

-  Ale wyzdrowiej dla mnie, mamo, dla wszystkich twoich przyjaciół, my 

chcemy, żebyś wyzdrowiała. Boże, co ci mam powiedzieć, żebyś mogła 

zareagować? Czy wiesz, że cię kocham? I to bardzo, bardzo.

Tak. I mniejsze napięcie w oczach.

-  I czy wiesz, że jesteś najlepszą matką na świecie?

Tak. Potem się zmęczyła i wkrótce straciła przytomność.

Mieli rację przyjaciele, którzy stali w tym pokoju, saloniku matki 

rozświetlanym wczesnym światłem dnia, gdy kiwając głowami, mówili, że 

Sophie Barry nie mogłaby żyć jako kaleka uzależniona od innych. Lepiej 

więc, że szybko odeszła, uwalniając się od bólu i poniżenia.

Czy to możliwe, że minęły dopiero dwa tygodnie od tego sobotniego 

ranka? Maureen wydawało się, że upłynęło już dziesięć lat.

Wypakowała czarne plastikowe worki. Wiedziała, że znaczną część rzeczy 

matki prawdopodobnie trzeba będzie wyrzucić. Nie ma komu dziwić się i 

wzdychać nad starymi pamiątkami z balów kawalerzystów sprzed wielu 

background image

lat czy programami z dawno zapomnianych koncertów, z jakimiś 

nieczytelnymi autografami. Nie ma wnuków, które ochałyby

166

 i achały nad minionym światem. Maureen ma swoje własne życie pełne 

zajęć i też nie będzie ich oglądać. Trzeba więc pozbyć się mnóstwa rzeczy.

Usiadła przy małym antycznym biureczku. Mogłaby je zabrać do siebie i 

postawić w przedpokoju. To taki niepraktyczny mebel, pochodzący z 

czasów, gdy panie pisywały jedynie liściki albo zaproszenia. Nie pasuje do 

dzisiejszego świata. Pani O'Hagan zdziwiła się, że Maureen zamierza 

pozostać w swoim mieszkaniu. Sophie pragnęłaby, żeby jej dom pozostał 

w rodzinie, tego była pewna. Maureen nie dała się przekonać. Zbyt jest 

zajęta, żeby mogła sobie pozwolić na sprzątanie domu z tyloma zakątkami 

i kryjówkami jak ten. Swoje mieszkanie urządziła według własnego gustu. 

Szafy na ubrania ma na całą ścianę, gabinet z odpowiednimi kartotekami 

jako minibiuro, duży pokój, w którym może przyjmować gości, a 

jednocześnie, przygotowując kolację, rozmawiać z nimi z kuchni, skąd jest 

doskonały widok na stół.

Nie, sprowadzenie się do tego domu oznaczałoby krok wstecz. Matka też 

to wiedziała.

Najpierw zabrała się do spraw finansowych. Zaskoczyła ją niesprawność i 

niezorganizowanie matki w ostatnich czasach. Smutno jej się zrobiło na 

widok małych notatek, jakie pisywała do siebie: przypomnienie o czymś, 

pytanie w jakiejś sprawie. Tak łatwo byłoby Maureen wprowadzić pewien 

prosty system podobny do własnego, wystarczyłoby tylko pięć minut, list 

do banku z prośbą o płacenie co miesiąc określonej sumy za elektryczność, 

gaz, ubezpieczenie... Ukróciłoby to te wszystkie ostateczne pretensje i listy 

background image

pełne zdumienia. Matka musiała sprawiać wrażenie osoby lepiej panującej 

nad sytuacją, niż to było w rzeczywistości.

Trafiła tam też na nie kończącą się korespondencję z maklerem. Jak 

wszyscy z jej pokolenia matka wierzyła, że bogactwo mierzy się papierami 

wartościowymi i udziałami. Maureen znalazła jednak tylko listy maklera, 

matka nie przechowywała kopii swojej korespondencji. Smutna historia 

konfuzji i rozczarowań.

Maureen czuła znużenie i smutek, kiedy skończyła 

167

przeglądać całą serię odpowiedzi na najwyraźniej płaczliwe domaganie się 

informacji i wyjaśnienia, dlaczego udziały, które, jak wszyscy wiedzą, 

były takie znakomite, zdają się nie mieć niemal zupełnie wartości. Czym 

prędzej napisała list do maklera, zawiadamiając o śmierci matki i prosząc 

go o podanie szczegółowych informacji, jaką wartość obecnie mają 

posiadane przez nią akcje. Żałowała, że nie interesowała się tym bardziej, 

jednakże poczucie godności matki uniemożliwiło przekroczenie pewnej 

granicy.

Maureen trzymała wszystkie napisane przez siebie listy w cienkiej 

aktówce, zrobi z nich potem fotokopie, już w swoim mieszkaniu. Pan 

White, prawnik matki, pochwalił ją już za operatywność. Życzyłby sobie, 

żeby o wiele więcej młodych kobiet umiało być tak zorganizowanych. 

Rzecz jasna, Maureen nie zbudowałaby tak wielkiej firmy, gdyby nie 

miała głowy do finansów i zmysłu organizacyjnego. Pokazał jej testament 

matki, prosty dokument, w którym cały majątek pozostawiała ukochanej 

córce Mary Catherine (Maureen) Barry z wdzięcznością za wszystkie te 

lata oddanej miłości i opieki. Testament został sporządzony w roku 1962. 

background image

Zaraz po pojednaniu. Kiedy matka zaakceptowała fakt, że Maureen nie 

zamierza zrezygnować z własnego pomysłu na swoje życie. Od dnia, w 

którym Sophie Barry napisała o swojej wdzięczności za oddaną miłość i 

opiekę, dane jej jeszcze było żyć dwadzieścia trzy lata. Na pewno nigdy 

nie sądziła, że Maureen przez więcej niż dwa dziesięciolecia pozostanie 

wolna i nadal będzie jej bliską przyjaciółką.

Porządkowanie papierów zabrało więcej czasu, niż myślała Maureen, i 

doznała przy tym dziwnego poczucia straty, całkowicie odmiennego od 

uczucia smutku podczas pogrzebu. Jakby utraciła dotychczasowe 

wyobrażenie matki jako kogoś niemal doskonałego. Ten galimatias 

poupychany po szufladach ładnego biureczka przemawiał za starą kobietą, 

zrzędną, zagubioną i nerwową. Nie była to spokojna i piękna Sophie 

Barry, która jeszcze przed dwoma tygodniami siedziała w tym swoim 

gustownie umeblowanym saloniku niczym królowa w sali tronowej. 

Maureen nie podobało się odkrycie tej strony życia matki.

168

Zrobiła sobie kawę, chcąc zyskać energię do wykonania zadania, i 

energicznie sięgnęła po następną dużą i grubą kopertę. Pamiętała, jak 

matka mawiała: „Maureen, moje dziecko, jeśli coś warto robić, to warto 

robić to należycie".

Odnosiło się to do wszystkiego, od oczyszczania dwa razy dziennie twarzy 

specjalnym kremem, następnie spryskiwania jej wodą różaną aż po 

wzięcie dodatkowych sześciu lekcji gry w tenisa, aby znacznie lepiej 

prezentować się na letnich przyjęciach. Cóż, gdyby matka mogła ją teraz 

widzieć, w co Maureen powątpiewała, na pewno by się zgodziła, że 

oddana córka wywiązuje się należycie z wyznaczonego sobie zadania.

background image

Zupełnie nie była przygotowana na to, co znalazła w kopercie z napisem 

„Prawnik". Myślała, że są to, być może, jakieś papiery dotyczące dalszych 

skomplikowanych kroków w sprawie udziałów czy rent. Tymczasem 

okazało się, że to listy od zupełnie innego prawnika sprzed czterdziestu lat. 

Były tam również dokumenty, wszystkie podpisane w roku 1945 i 

świadczące o tym, że jej ojciec, Bernard James Barry, nie umarł zaraz po 

wojnie w północnej Rodezji na chorobę wirusową. Mąż Sophie Barry 

porzucił ją czterdzieści lat temu. Zostawił żonę i dziecko i zamieszkał z 

inną kobietą w Bulawayo, w ówczesnej południowej Rodezji.

Maureen uświadomiła sobie, że może jeszcze ma ojca, mężczyznę obecnie 

siedemdziesięcioletniego, który mieszka w Bulawayo w Zimbabwe. A 

może nawet przyrodnie rodzeństwo, niewiele od niej młodsze. Kobieta 

określana mianem jego „konkubiny" nazywała się Flora Jones i pochodziła 

z Birmingham w Anglii. Przemknęło jej przez myśl, iż matka 

powiedziałaby, że Flora to imię typowe dla służących.

Maureen nie miała w zwyczaju sięgać po mocniejszy alkohol w sobotnie 

przedpołudnie. Trzymając się w karbach pod tym względem, podobnie 

zresztą jak i we wszystkim innym, zdawała sobie sprawę z 

niebezpieczeństwa, jakim grozi samotne picie. Zbyt wielu widziała 

przyjaciół, którzy wpadli w ten nałóg, nie mając z kim się odprężyć pod 

koniec dnia. Nauczyła się tego od matki, podobnie jak

169

wszystkiego innego. Matka mówiła, że wdowy mogą przyzwyczaić się 

zaglądać do kieliszka, jeśli nie będą utrzymywać się w karbach. Wdowy, 

które miała na myśli, odgrywały fałszywą rolę przez czterdzieści lat. O 

jakiej bliskości mówimy, jeśli nie mogła powiedzieć córce o największym 

background image

wydarzeniu w swoim życiu? Jakiego rodzaju kobieta była zdolna do 

utrzymywania mitu o mężu pogrzebanym za granicą?

Wraz z kolejnym dreszczem wywołanym przez szok, dreszczem, który 

przebiegał przez jej ciało niczym seria wstrząsów po trzęsieniu ziemi, 

uświadomiła sobie, że matka, kobieta całkiem zdrowa na umyśle, co roku 

w maju chodziła na mszę za spokój duszy Bernarda Jamesa Barry'ego, a 

on tymczasem musiał jeszcze żyć przez czas jakiś, o ile nie przez 

wszystkie te lata.

W karafce była whisky. Maureen powąchała ją i przypomniała sobie, jak 

dawno, dawno temu bolał ją ząb i wtedy matka przyłożyła jej watkę 

nasączoną whisky na dziąsło, żeby uciszyć ból. Matka bardzo ją kochała.

Nalała sobie porządną porcję czystej whisky, wypiła i zalała się łzami.

To efekt tego samotnego życia, które wiedzie, myślała Maureen, że nie ma 

z kim porozmawiać. Ani serdecznej przyjaciółki, do której można by 

zadzwonić, ani domu, gdzie mogłaby pobiec i podzielić się 

oszałamiającymi nowinami. Podobnie jak jej matka unika wszelkich 

zażyłości. Żadnemu mężczyźnie nie pozwoliła na tyle poznać swoich 

myśli, by móc mu się zwierzyć. Koleżanki z pracy nie wiedzą nic o jej 

życiu osobistym. Przyjaciółki matki... o tak... te byłyby zainteresowane. 

Czy wysłuchaliby jej u O'Haganów, gdyby się tam pojawiła z tą 

wiadomością?

Flora. Flora Jones. Nazwisko zupełnie jak z komedii muzycznej. A teraz 

przedstawiamy pannę Florę Jones, Carmen Mirandę naszego miasta. 

Maureen znalazła w kopercie listy dotyczące rozwodu i kopie listów 

prawnika matki, który powtarzał wielokrotnie, że w Irlandii nie ma 

rozwodów, jego klientka jest zagorzałą katoliczką, a ponadto nie chodzi o 

background image

kwestię sporną, kwestią sporną bowiem są

170

najwyraźniej pieniądze. Z niedowierzaniem przerzucała wciąż te papiery... 

utrzymane w idealnym porządku. To była młodsza i silniejsza matka, 

przed czterdziestoma laty lepiej pilnująca swoich spraw, zraniona i 

rozwścieczona, i zdecydowana wyciągnąć ostatni pens od mężczyzny, 

który ją zdradził. Jakaś suma została zapłacona. Suma, którą w 

dzisiejszych pieniądzach uznano by za zdumiewającą. Prawnik Bernarda 

Jamesa Barry'ego w Bulawayo pisał do prawnika pani Sophie Barry w 

Dublinie, że jego klient pragnie sprzedać większość posiadanych aktywów, 

by zabezpieczyć swoją żonę i starszą córkę. Jego klient, pan Barry, miał 

teraz, jak już pani Barry wiadomo, drugą córkę z panną Florą Jones i 

bardzo mu zależy na tym, by dziecko zalegitymizować.

Odpowiedź matki na ten list była niezwykła, została napisana dokładnie w 

taki sposób, w jaki mówiła. Maureen, czytając te słowa, niemal słyszała jej 

głos. Literalnie słyszała głos matki, powolny, umiarkowany, wyraźny, 

młodszy i silniejszy niż ostatnio.

„...zechciej zrozumieć, że nie może nigdy być mowy o rozwodzie, 

ponieważ jest to niezgodne z zasadami Kościoła, do którego oboje 

należymy, nie mogę też zgodzić się na legalizację twoich poczynań w 

obcym kraju. Piszę ten list bez wiedzy prawników, ale myślę, że 

zrozumiesz jego generalną tendencję. Zaaprobowałam twoje ustalenia w 

kwestii Maureen i siebie, nie będę oskarżać cię przed żadnym sądem ani 

na żadnej płaszczyźnie podległej władzom sądowym. Uwolnisz się 

całkowicie ode mnie, jeśli, i tylko wtedy, jeśli nigdy nie wrócisz do 

Irlandii. Ogłoszę twój zgon. Dzisiaj jest 15 kwietnia. Jeśli zwrócisz mi ten 

background image

list z obietnicą, że nigdy już nie przyjedziesz do Irlandii, to wówczas będę 

mówić, że umarłeś 15 maja za granicą na chorobę wirusową.

Jeśli obietnica ta zostanie kiedykolwiek złamana albo jeśli będziesz 

próbował skontaktować się w jakikolwiek sposób z Maureen, nawet po 

osiągnięciu przez nią pełnoletności, zapewniam cię, że będziesz tego 

żałował do końca swoich dni..."

W taki sposób matka zwracała się do sklepikarza, który

171

jakoś ją obraził, albo do rzemieślnika, kiedy nie wykonał zamówienia tak, 

jak tego oczekiwała.

Mężczyzna w Bulawayo zaakceptował jej warunki, mężczyzna, o którym 

Maureen myślała, że nie żyje od czterdziestu lat. Zwrócił list, jak mu 

nakazano. Do listu przypięto szpilką z główką w formie perełki 

widokówkę przedstawiającą góry i sawannę w kolorze sepii.

Na pocztówce widniały słowa: „Umarłem na chorobę wirusową 15 maja 

1945 roku".

Maureen oparła głowę na biureczku matki i płakała tak, jakby serce miało 

jej pęknąć.

Nie zdawała sobie sprawy z upływu czasu. I kiedy spojrzała na zegar na 

ścianie, to, co ukazywały wskazówki, wydawało jej się nonsensowne. 

Kwadrans po drugiej albo dziesięć po trzeciej. Jest jasno, a więc musi być 

dzień.

Przyszła tu o dziesiątej, a zatem musiała znajdować się w stanie półtransu 

ponad dwie godziny.

Zaczęła chodzić po pokoju i poczuła, że krew krąży znowu w jej żyłach. 

Gdyby ktoś zajrzał przez okno do saloniku, to zobaczyłby wysoką, 

background image

ciemnowłosą młodą kobietę, zdecydowanie nie wyglądającą na 

czterdzieści sześć lat, w eleganckiej granatowo-różowej sukni, 

przyciskającą ręce do talii.

Maureen dłońmi obejmowała łokcie i ułożyła ręce w taki sposób, próbując 

wręcz fizycznie trzymać się w karbach po przeżytym szoku.

Czuła złość do matki, nie tylko dlatego, że temu mężczyźnie nakazała 

zniknąć na zawsze z jej życia i zabroniła kontaktować się z własnym 

dzieckiem. Skoro utrzymywała to wszystko tak długo w tajemnicy, to 

dlaczego, na miłość boską, nie zniszczyła tych papierów?

Gdyby Maureen ich nie znalazła, nigdy by się o tym nie dowiedziała. 

Byłaby szczęśliwsza, bezpieczniejsza i czuła się bardziej pewna w 

zbudowanym przez siebie świecie.

Dlaczego matka była taka niedbała i okrutna? Musiała przecież wiedzieć, 

że ona znajdzie kiedyś te papiery.

Wiedziała jednak oczywiście, że Maureen jej nie zdradzi i do końca będzie 

utrzymywać pozory.

172

Nic podobnego. Ani jej się śni.

Nagle uświadomiła sobie, że może zrobić, co jej się podoba z tą całą 

farsową transakcją. Ona nie składała żadnych melodramatycznych obietnic 

dotyczących mitycznych śmierci. Nie obiecywała pod groźbą jakichś 

strasznych kar, że nie będzie się z nim kontaktować.

Na Boga, zamierza odnaleźć ojca albo Florę, albo swoją przyrodnią 

siostrę.

Oby tylko żyli. Oby zdołała odnaleźć swojego ojca w tej stercie papierów. 

Ostatni z nich pochodził z roku 1950 i potwierdzał ostateczne odstąpienie 

background image

aktywów.

Boże, spraw, żeby wciąż jeszcze żył. Siedemdziesiąt lat to ostatecznie nie 

jest jeszcze tak zaawansowany wiek.

Zaczęła pracować z taką szaloną, lecz kontrolowaną energią, jakiej nie 

pamiętała od tego wieczoru przed swoją pierwszą wielką wyprzedażą 

modeli. Wówczas niemal całą noc spędzili w magazynach, oznaczając 

ubrania, zmieniając cenniki i szacując dochody z następnego dnia.

Teraz zmienił się jej stosunek do rzeczy matki, kierowała się odmiennymi 

kryteriami. Znalazła dwa pudła i załadowała je wczesnymi fotografiami i 

pamiątkami z czasów swojego dzieciństwa.

Jeśli odnajdzie ojca i jeśli jest to człowiek z sercem, to będzie chciał 

wiedzieć, jak wyglądała w czasie pierwszej komunii, w stroju hokejowym, 

w sukni na pierwszą zabawę taneczną.

To, co miało zostać pieczołowicie pocięte i zniszczone, zostało teraz 

zapakowane do pudeł i oznaczone napisem „Pamiątki".

Sortowała, układała i porządkowała, aż wreszcie ukończyła 

przygotowania. Następnie zawiązała worki, do których włożyła prawdziwe 

śmieci, poskładała ubrania i inne przedmioty przeznaczone dla 

Towarzystwa Miłosierdzia Wincentego a Paulo i zamówiła taksówkę, żeby 

zawieźć pudła z pamiątkami do swojego mieszkania.

Wszystkie szuflady zostały opróżnione i wytarte z kurzu. Większość 

rzeczy kuchennych zabierze pani O'Neill, która od wielu lat przychodziła 

sprzątać u matki. Jimmy Hayes,

173

który zajmował się ogrodem, może zatrzymać kosiarkę do trawy i 

wszystkie, jakie tylko będzie chciał, przyrządy ogrodnicze. Napisała do 

background image

niego list, prosząc, żeby wziął sobie ulubione rośliny i zabrał je możliwie 

szybko. Postanowiła teraz, że najprędzej, jak się da, wystawi dom na 

sprzedaż.

Położyła rękę na biureczku, tym, które zamierzała zabrać do własnego 

mieszkania i postawić w przedpokoju. Poklepała je i powiedziała: „Nie". 

Teraz już go nie chce. Nie chce niczego z tego domu.

Taksówkarz pomógł jej nieść pudła. Był ciekawy, powiedziała mu więc, że 

uprząta rzeczy po matce. Serdecznie jej współczuł.

-  Szkoda, że nie ma pani nikogo, kto by w tym pomógł - zauważył.

To właśnie w rozmaity sposób mówili jej często ludzie, jakby było coś 

dziwnego w tym, że taka ładna dziewczyna jak ona nigdy nie wyszła za 

mąż i nie założyła rodziny.

-  Och, mój ojciec zrobiłby wszystko, ale jest daleko, bardzo daleko - 

odparła.

Wspomniała o ojcu. Nie przejęła się zdumionym spojrzeniem taksówkarza 

ani dziwnym faktem, że ojciec bawi gdzieś daleko, gdy umiera matka.

Mówiąc o nim, czuła, że zmusza go, by żył.

Zafundowała sobie długą, porządną kąpiel i zaraz poczuła się lepiej. Była 

za to wściekle głodna. Zadzwoniła do Waltera.

-  Jestem bardzo samolubna i dosłownie cię wykorzystuję, masz więc 

prawo mi odmówić. Czy są tu gdzieś w pobliżu jakieś restauracje otwarte 

w sobotę wieczorem? Chciałabym pójść coś zjeść.

Walter powiedział, że ta propozycja bardzo mu odpowiada, bo ślęczy nad 

szczególnie nudnym rodzajem opinii. Jak się wydaje, w przypadku takich 

opinii albo nie ma rozwiązania, albo są ich tysiące, jedno trudniejsze od 

drugiego. Ma wielką ochotę od tego wszystkiego uciec.

background image

Siedli przy stoliku i zamówili smakowite jedzenie i wino przy świetle 

świec.

-  Wyglądasz tak, jakbyś była trochę rozgorączkowana - powiedział z 

troską.

174

-  Mam wiele zmartwień.

-  Wiem, dzisiejsze zajęcia musiały być bardzo przygnębiające - rzekł.

Oczy Maureen zdawały się go magnetyzować. Nigdy nie wyglądała 

piękniej, pomyślał.

-  Wiem, że to nie czas na to, ale nigdy tak naprawdę nie ma 

odpowiedniego czasu. Może mogłabyś pomyśleć o...

-  Tak?

-  Może wybralibyśmy się razem na wakacje, w jakieś miejsce, które 

podobałoby się nam obojgu? Wspominałaś kiedyś, że chciałabyś 

odwiedzić Austrię.

-  W Austrii nie ma ryb do łowienia, Walterze. - Uśmiechnęła się do niego.

-  Nie ma też pewno targów mody, ale przecież moglibyśmy wytrzymać 

dwa tygodnie, prawda?

-  Nie, Walterze, doprowadzilibyśmy się wzajemnie do szału.

-  Moglibyśmy dać sobie wolną rękę.

-  Czy nie lepiej zrobimy, przebywając osobno? - Posłała mu promienny 

uśmiech.

-  Masz coś zaplanowanego? - Wyglądało na to, że jest dotknięty i 

zmartwiony.

-  Tak, mam, ale nie mogę ci tego teraz powiedzieć. Zapamiętaj jednak 

dzisiejszy wieczór i to, że chcę ci coś powiedzieć. Zrobię to niedługo.

background image

-  Kiedy?

-  Nie wiem. Niedługo.

-  Czy to jakiś inny mężczyzna? Wiem, że brzmi to bardzo staromodnie, 

ale tak jakoś wyglądasz.

-  Nie, nie ma innego mężczyzny. Nie w tym sensie. Powiem ci, nigdy cię 

nie okłamywałam, a kiedy to zrobię, będziesz wiedział.

-  Teraz nie mogę się już doczekać - stwierdził.

-  Wiem, ja też nie. Chciałabym, żeby pracowano w soboty. Dlaczego 

świat przestaje pracować w soboty?

-  Ty i ja pracujemy w soboty - poskarżył się Walter.

-  Tak, ale biura na całym świecie nie, niech je diabli wezmą!

175

Wiedział, że nie ma sensu pytać dalej, bo niczego się nie dowie. Przechylił 

się i poklepał ją po ręce.

-  Chyba muszę cię kochać, skoro puszczam ci płazem całe to 

przedstawienie.

-  Och, idź do diabła, Walterze, oczywiście, że mnie nie kochasz, nawet w 

najmniejszym stopniu, ale jesteś wspaniałym przyjacielem. I jestem 

pewna, jakkolwiek nie zamierzam tego sprawdzać, że jesteś również 

doskonały w łóżku.

W tym momencie zjawił się kelner, akurat w porę, by usłyszeć 

ekstrawagancki komplement Maureen i uniemożliwić Walterowi 

odpowiedź.

Trochę spała, ale krótko. Wstała przed szóstą rano, wzięła prysznic i 

szybko się ubrała. Różnica czasu wynosiła trzy godziny. Zacznie dzwonić 

do informacji międzynarodowej i poda nieaktualne już numery w nadziei, 

background image

że nie potrwa to zbyt długo. O mały włos nie zmiękła i nie spytała Waltera, 

czy istnieją międzynarodowe spisy prawników na całym świecie i czy 

mogłaby je przewertować w gmachu dublińskich sądów. Ale nie, nie 

wolno jej podać żadnych szczegółów, robić żadnych aluzji. Później 

wszystko mu opowie. Zasłużył na to. Nie zdecydowała jeszcze, co powie 

wszystkim innym, kiedy odnajdzie ojca - o ile go odnajdzie.

Nie była to taka trudna sprawa, jak się obawiała. Kosztowało to pewno 

dwadzieścia razy więcej niż normalnie, tym się jednak nie przejmowała.

Ta kancelaria w Bulawayo już nie istniała, ale telefonistki w centrali 

okazały się skore do pomocy i zapoznały ją z listą innych prawników. 

Dowiedziała się ostatecznie, że dawna firma przeniosła się do Republiki 

Południowej Afryki. Konferowała z ludźmi znajdującymi się w miastach, 

o których nigdy nawet nie pomyślała, choć z nazwy je znała... 

Bloemfontein, Ladysmith, Kimberley, Queenstown.

Natrafiła w Pretorii na nazwisko, którym podsygnowano jeden z listów. 

Maureen Barry była szybka.

Wyjaśniła, że zmarła jej matka, której ostatnim życzeniem było, żeby ona, 

Maureen, skontaktowała się ze swoim ojcem. U kogo powinna teraz 

szukać informacji?

176

-  To nie są akta, które przetrzymuje się przez czterdzieści lat - powiedział 

jej jakiś mężczyzna.

-  Ale ich nie wyrzuciliście. Prawnicy niczego nie wyrzucają.

-  Nie może się pani spytać tam u was?

-  Pytałam, niczego nie wiedzą, firma się zmieniła, mówią. I to prawda, że 

wszystkie dokumenty zwrócono matce na jej prośbę. Muszę próbować u 

background image

was.

Sprawiał sympatyczne wrażenie mimo swojego akcentu i tego, że mówił 

„fakticznie" zamiast faktycznie, i próbował znaleźć najlepsze wyjście na 

"konec", zamiast na koniec.

-  Zdaję sobie w pełni sprawę z tego, że takie poszukiwania w moim 

imieniu to zajęcie dla fachowca, i jestem gotowa uiścić odpowiednią 

opłatę za pański czas i fachowość - zapewniła Maureen. - Czy życzy pan 

sobie, żebym zwróciła się za pośrednictwem tutejszych prawników i 

ustawiła sprawę w sposób bardziej formalny?

-  Nie, wydaje mi się, że jest pani osobą, z którą można pracować na 

proponowanych warunkach.

Usłyszała śmiech z drugiego końca świata, śmiech kogoś, kogo nigdy nie 

spotka, bo do tego kraju z powodu jego polityki nie pojedzie ani ona, ani 

nikt z jej przyjaciół. Słyszała, jak kiedyś matka mówiła, że bardzo jej żal 

tych białych, którzy zmuszeni są do zrezygnowania ze wszystkich 

przywilejów i swoich ładnych domów. Lecz to nie spotkało się z 

uznaniem. Matka nie była głupia i więcej już do tego tematu nie 

powracała.

Obiecał, że niedługo do niej zadzwoni.

-  Ciekawa jestem, czy pan wie, jak bardzo liczę na to, że będzie to 

niedługo.

-  Myślę, że tak - odparł z osobliwym, jakby urywanym akcentem. - 

Gdybym dopiero co stracił jedno z rodziców i miał nadzieję na 

odnalezienie drugiego, to zdawałbym sobie sprawę, że w grę wchodzi 

pośpiech.

Sama nie wiedziała, jak udało jej się przebrnąć przez wtorek i środę. 

background image

Mężczyzna z Pretorii zadzwonił do niej w środę o ósmej wieczorem i 

podał adres kancelarii prawniczej w Londynie.

177

-  Czy on żyje, czy umarł? - spytała i czekała na odpowiedź z ręką przy 

gardle.

-  Nie powiedzieli mi, naprawdę nie powiedzieli. - Głos miał pełen 

skruchy.

-  Ale ludzie z tej firmy będą wiedzieli? - dopytywała się.

-  Będą mogli przekazać wiadomość osobie zainteresowanej.

-  Napomknęli coś?

-  Tak. Napomknęli.

-  Co?

-  Że żył. Że powinna pani porozmawiać z odnośnym kierownikiem.

-  Nie wiem, jak mam panu dziękować - rzekła.

-  Na razie nie wie pani, czy jest za co dziękować.

-  Poinformuję pana, zadzwonię znowu.

-  Niech pani napisze, wydała pani już dosyć na telefony. Albo jeszcze 

lepiej, niech pani przyjedzie i spotka się ze mną.

-  Nie sądzę, żebym to zrobiła. Co by mi z tego przyszło? A w ogóle to w 

jakim pan jest wieku?

-  Niech pani przestanie przywiązywać do tego znaczenie. Mam 

sześćdziesiąt trzy lata, jestem wdowcem z pięknym domem w Pretorii.

-  Niech pana Bóg błogosławi - powiedziała.

-  Mam nadzieję, że ojciec żyje i będzie dobry dla pani - rzekł nieznajomy 

z Republiki Południowej Afryki.

Musiała czekać półtorej godziny, zanim mogła porozmawiać z kimś z 

background image

londyńskiej firmy prawniczej.

-  Nie wiem, dlaczego pani rozmawia ze mną - powiedział lekko 

zrzędliwym tonem.

-  Ja też nie wiem - wyznała Maureen. - Jednakże pierwotna umowa 

zakładała, że mój ojciec i ja nie powinniśmy się kontaktować za życia 

matki. Wiem, że to brzmi jak z bajki Hansa Christiana Andersena, 

niemniej tak właśnie było. Czy może pan posłuchać przez dwie minuty, 

tylko dwie? Potrafię rzecz szybko wyjaśnić, przyzwyczajona jestem do 

rozmawiania o interesach.

Angielski prawnik zrozumiał, o co jej chodzi. Zapowiedział, że będą w 

kontakcie.

178

Maureen zaczęła teraz bardziej niż kiedykolwiek przedtem wierzyć w 

szybkie działania prawników. Walter mówił jej o zwłoce i odkładaniu 

spraw, a z własnej praktyki znała nie kończącą się gadaninę na temat 

umów z dostawcami. I oto nagle w środku najważniejszego w całym jej 

życiu wydarzenia zetknęła się z dwiema firmami prawniczymi, które, jak 

się zdaje, rozumiały jej naleganie. Zdawały sobie sprawę z żywionej przez 

nią niecierpliwości i zareagowały pozytywnie. W czwartek wieczorem 

sprawdziła, czy ktoś nie dzwonił do niej do mieszkania i nie nagrał się na 

automatycznej sekretarce. Nie było tam jednak nic prócz uprzejmego 

zaproszenia od przyjaciółki matki, pani O'Hagan, żeby wpadła, kiedy 

zechce, wieczorem na szklaneczkę sherry, tak jak to robiła, wpadając do 

swojej biednej matki. I wiadomości od Waltera, który wybiera się na 

weekend do zachodniej Irlandii, gdzie poza łowieniem ryb jest mnóstwo 

pięknych spacerów i pyszne jedzenie, jak mówił. Ponadto nie musi być 

background image

nawet żadnego łowienia ryb, jeśli Maureen zechce do niego dołączyć.

Uśmiechnęła się, dobry z niego przyjaciel.

Nagrały się też dwa pstryknięcia - ktoś odłożył słuchawkę, nie 

pozostawiając żadnej wiadomości. Zaniepokoiło ją to trochę, a po chwili 

zirytowała się na siebie. Jak może oczekiwać, że będą działać tak szybko? 

A założywszy, że jej ojciec żyje i jest w Anglii, na co teraz wygląda, to 

może nie chcieć się z nią kontaktować. Albo on może chce, ale Flora mu 

na to nie pozwala albo córka. Nagle uświadomiła sobie, że mogły być i 

inne dzieci.

Chodziła po mieszkaniu, spacerowała wzdłuż swojej długiej bawialni, 

skrzyżowawszy ręce i łokcie obejmując dłońmi. Nie mogła sobie 

przypomnieć, kiedy ostatni raz była w takim stanie - niezdolna zabrać się 

do czegokolwiek.

Kiedy telefon zadzwonił, aż podskoczyła. W słuchawce usłyszała 

niepewny głos.

-  Maureen Barry? Czy to Maureen Barry?

-  Tak - powiedziała, wstrzymując oddech.

-  Maureen, tu Bernie - oznajmił głos. I zapanowała cisza, jakby 

rozpaczliwie czekał, co ona na to.

179

Maureen nie mogła nic powiedzieć, nie zdołała wykrztusić z siebie ani 

słowa.

-  Maureen, mówili mi, że próbujesz się skontaktować. Jeśli tak nie jest...- 

Był niemal gotów odłożyć słuchawkę.

-  Czy jesteś moim ojcem? - szepnęła.

-  Jestem teraz starym człowiekiem, ale byłem twoim ojcem - odparł.

background image

-  A zatem jesteś nim nadal. - Starała się mówić z pewną lekkością, co 

okazało się słuszne, bo usłyszała, że się roześmiał.

-  Dzwoniłem wcześniej. Ale natknąłem się na jedną z tych maszynek, a 

twój głos brzmiał tak oficjalnie, że musiałem odłożyć słuchawkę, nic nie 

mówiąc.

-  Wiem, należałoby ludzi za to wieszać - zażartowała. I znowu zrobiła 

dobrze, bo pozwoliła mu się odprężyć.

-  Zadzwoniłem raz jeszcze tylko po to, żeby usłyszeć twój głos, i 

myślałem: To mówi Maureen, tak brzmi jej głos.

-  I podobał ci się mój głos?

-  Nie tak bardzo jak teraz, kiedy to jest prawdziwa rozmowa. Czy to jest 

prawdziwa rozmowa?

-  Tak, prawdziwa.

Zapadła cisza, ale nie była to cisza ciążąca - oboje przysposabiali się do 

osobliwego rytuału rozmowy ojca z córką.

-  Chciałbyś się ze mną zobaczyć? - spytała.

-  Niczego bardziej nie pragnę. Ale czy będziesz mogła przyjechać do 

Anglii i mnie odwiedzić? Jestem już słaby, nie mógłbym pojechać do 

Irlandii na spotkanie z tobą.

-  Naturalnie, że będę mogła. Przyjadę tak szybko, jak zechcesz.

-  Nie będzie to Bernie, którego znałaś. Zrozumiała, że chce, by nie 

nazywała go ojcem, tylko

zwracała się do niego po imieniu. Matka zawsze mówiła o nim „biedny 

Bernard".

-  I tak cię nigdy nie znałam, Bernie, a ty znałeś mnie tylko przez krótki 

czas. Nie przeżyjemy więc oboje żadnego szoku. Ja zbliżam się do 

background image

pięćdziesiątki, jestem kobietą w średnim wieku.

-  Przestań.

180

-  Taka jest prawda. Nie jestem siwa, bo utrzymuję regularne i bliskie 

kontakty z fryzjerem... - Czuła, że mówi, co jej ślina na język przyniesie.

-  I Sophie... powiedziała ci... zanim... - Zawahał się.

-  Umarła przed dwoma tygodniami... Bernie... na udar, to stało się szybko 

i nie wróciłaby do normalnego stanu, tak że tylko dla niej lepiej...

-  A ty...?

-  Czuję się dobrze. Ale wracając do naszego spotkania, mam przyjechać, a 

co na to Flora i twoja rodzina?

-  Flora nie żyje. Umarła niedługo po naszym wyjeździe z Rodezji.

-  To smutne.

-  Tak, to była cudowna kobieta.

-  A dzieci? - Maureen czuła, że ta rozmowa jest czymś nadzwyczajnym, 

choć sprawia wrażenie tak normalnej, przeciętnej. Przecież mówi do ojca, 

człowieka, którego przez czterdzieści lat i jeszcze przed kilkoma dniami 

uważała za zmarłego.

-  Jest tylko Catherine. Siedzi w Stanach. Maureen chyba odczuła 

zadowolenie.

-  Co tam robi, pracuje, wyszła za mąż?

-  Nie, ani jedno, ani drugie. Pojechała tam z pewnym muzykiem, 

specjalistą od rocka, z którym mieszka od ośmiu lat. Jeździ z nim 

wszędzie, aby, jak mówi, stworzyć mu coś w rodzaju domu, i niczego 

więcej nie pragnie. Czuje się szczęśliwa.

-  Ma zatem szczęście - powiedziała Maureen, prawie nie myśląc, co 

background image

mówi.

-  Tak, prawda? Bo nikogo nie krzywdzi. Ludzie mówią, że jest przegrana, 

ale ja tak nie uważam. Uważam, że jest wygrana, skoro ma to, czego 

pragnie, i nikogo nie rani.

-  Kiedy mogę przyjechać i zobaczyć się z tobą, Bernie? - zapytała.

-  Och, im prędzej, tym lepiej, a najlepiej najprędzej - odparł.

-  Gdzie jesteś?

181

-  Uwierzysz, że w Ascot?

-  Przyjadę jutro - zapowiedziała.

Przed wyjściem przejrzała szybko swoją pocztę. Nic, co miało związek z 

pracą, nie przychodziło na adres domowy, całą korespondencję handlową 

posyłano do jej głównego sklepu. Było kilka rachunków, okólników i list 

wyglądający na zaproszenie od Anny Doyle, najstarszego dziecka Deirdre 

O'Hagan. Anna przysłała oficjalne zaproszenie na srebrne gody swoich 

rodziców i liścik. Przepraszała w nim za tak kuriozalnie wczesne 

przysłanie zawiadomienia, pragnie jednak, jak pisała, mieć pewność, że 

główne osoby będą mogły przybyć na tę uroczystość. Może Maureen 

mogłaby dać im znać.

Maureen patrzyła na zaproszenie i niemal go nie widziała. Jakże drobnym 

kamyczkiem milowym wydawały jej się srebrne gody w porównaniu z 

tym, w co sama miała się zaangażować. Nie będzie teraz się zastanawiać, 

czy na nie pojedzie, czy nie.

Był to bardzo komfortowy pensjonat. Bernard James Barry opuścił kolonie 

z całą pompą - uświadomiła sobie Maureen. Na Heathrow wynajęła 

samochód i udała się pod wskazany przez niego adres.

background image

Przedsięwzięła też środki ostrożności, telefonując wcześniej do pensjonatu 

i pytając, czy jej przyjazd nie będzie zbyt wielkim przeżyciem dla ojca, 

który, jak wspominał, cierpi na ciężkie reumatyczne zapalenie stawów i 

niedawno przebył lekki atak serca.

Powiedziano jej, że ojciec czuje się doskonale i nie może się doczekać 

przyjazdu córki.

Miał na sobie blezer z jakimś kolorowym herbem, pod szyją starannie 

zawiązany fular i wyglądał jak prawdziwy dżentelmen. Lekko opalony, z 

szopą gęstych siwych włosów, z laseczką, chodził wolnym krokiem, lecz 

pod każdym względem był takim typem mężczyzny, jakiego jej matka 

bardzo lubiłaby przyjmować w Dublinie. A jego uśmiech sprawiał, że 

serce topniało.

182

-  Mam przewodnik po restauracjach Egona Ronaya, Maureen - 

powiedział, kiedy go pocałowała. - Uznałem, że powinniśmy gdzieś się 

wybrać i uczcić nasze spotkanie porządnym lunchem.

-  Jesteś mi bratnią duszą, Bernie - rzekła.

I rzeczywiście był jej bratnią duszą. Żadnych przeprosin, żadnych 

usprawiedliwień. W życiu tak niewiele jest okazji do szczęścia. Nie 

żałował, że jego córka Catherine wykorzystała swoją okazję. Nie miał 

pretensji do Sophie o to, że szukała szczęścia, dbając o prestiż. Tylko sam 

trzymać się tego nie mógł.

Wiedział wszystko o Maureen. Dopóki żył Kevin O'Hagan, nigdy nie 

stracił jej z oczu. Pisywał do niego pod adresem klubu, prosząc o wieści o 

swojej małej córeczce. Pokazał zrobiony przez siebie album pełen notatek 

prasowych o jej sklepach, z fotografiami wyciętymi z kronik towarzyskich 

background image

różnych czasopism, przedstawiającymi Maureen na jakimś balu czy 

przyjęciu. A także jej zdjęcia z Deirdre O'Hagan, łącznie z tym, na którym 

była w stroju druhny.

-  Wyobraź sobie, że w tym roku obchodzą srebrne gody. - Maureen 

skrzywiła się, patrząc na bardzo nieeleganckie ślubne stroje z roku 1960. 

Jak mogli tak mało wtedy wiedzieć o ubraniach? Czyżby wyrobiła sobie 

smak w tej dziedzinie o wiele później?

Pan O'Hagan pisywał regularnie i ojciec Maureen dowiedział się o śmierci 

przyjaciela, dopiero gdy klub odesłał mu jego list z adnotacją, że adresat 

nie żyje. Poinstruowano go, żeby w domu nie zostawiał śladów tej 

korespondencji, ponieważ zgodnie z umową Bernard Barry miał być 

uważany za zmarłego.

Gawędzili sobie bez skrępowania, niczym starzy przyjaciele, wiele mający 

ze sobą wspólnego.

-  Czy miałaś jakąś wielką miłość, za którą nie poszłaś? - zagadnął Bernie, 

popijając brandy. Uważał, że siedemdziesiąt lat upoważnia go do takiego 

małego zbytku.

-  Właściwie to nie, nie chodziło o wielką miłość. - Nie była pewna.

-  Lecz coś, co mogło być wielką miłością.

183

-  Myślałam tak w owym czasie, ale się myliłam, nic by z tego nie wyszło. 

Zahamowałoby to nas oboje. Zanadto się różniliśmy, było to nie do 

pomyślenia pod wieloma względami. - Maureen uświadomiła sobie, że 

mówi takim tonem, jakiego użyłaby jej matka.

Przekonała się, że bez skrępowania może mu opowiedzieć o Franku 

Quigleyu. I o tym, że mając lat dwadzieścia, kochała go całym ciałem i 

background image

duszą. Przekonała się, że wcale nietrudno jest posługiwać się takimi 

słowami, choć nigdy dotąd ich nie wypowiadała.

Mówiła, że robiła tego lata wszystko, nie poszła jednak do łóżka z 

Frankiem. Nie zdecydowała się na to nie z powodu zwykłego strachu 

przed zajściem w ciążę, który powstrzymywał inne dziewczęta. Po prostu 

wiedziała, że nie może pozwolić sobie na jeszcze większe zaangażowanie, 

bo Frank nigdy nie będzie pasował do jej życia.

-  I sama w to wierzyłaś, czy też mówiła ci to Sophie? - Głos Berniego był 

łagodny, nie brzmiało w nim oskarżenie.

-  Och, wierzyłam w to, wierzyłam absolutnie. Uważałam, że są dwa 

rodzaje ludzi, my i oni. A Frank należał zdecydowanie do tych drugich. 

Podobnie Desmond Doyle, ale Deirdre O'Hagan w jakiś sposób się to 

upiekło. Pamiętam, jak na jej ślubie wszyscy udawaliśmy, że rodzina 

Desmonda pochodzi z jakiegoś majątku na zachodzie, a nie z chaty na 

zboczu gór.

-  Nie całkiem jej się to upiekło - wtrącił ojciec.

-  Pan O'Hagan pisał ci o tym?

-  Tak, coś niecoś. Uważał mnie, jak przypuszczam, za osobę, która nie ma 

i nigdy nie będzie mieć z tym nic wspólnego, a więc może ze mną ten 

temat poruszać.

Opowiedziała, jak Frank Quigley przyjechał do Dublina na dzień 

wręczania dyplomów. Jak stał z tyłu sali i pokrzykiwał, a potem 

wrzeszczał, gdy szła odebrać swój zwój pergaminu.

A potem odwiedził ją w domu. To było okropne.

-  Czy Sophie go wyprosiła?

-  Nie, znasz przecież matkę, a może nie, ale ona by tego nie zrobiła. 

background image

Zabijała go uprzejmością, była słodka jak

184

miód. „Och, proszę mi powiedzieć, Frank, czy mój zmarły mąż i ja 

poznaliśmy pańską rodzinę podczas pobytu w West-port?" Znasz te mowy.

-  Znam. - Robił wrażenie smutnego.

-  I Frank zachowywał się coraz gorzej. Wszystko, co matka robiła, czyniło 

z niego jakby jeszcze większego bolszewika i tępaka, i człowieka źle 

wychowanego. Podczas kolacji wyciągnął grzebień i zaczął się czesać, 

oglądając się w tym, wiesz, niewielkim lustrze w kredensie. Och, i mieszał 

kawę łyżeczką w taki sposób, jakby chciał wywiercić dziurę w dnie 

filiżanki. Miałam ochotę go zabić i zabić siebie za to, że się tym 

przejmuję.

-  I co mówiła twoja matka?

-  Och, coś w rodzaju: „Czy masz dosyć cukru, Frank? A może wolałbyś 

herbatę?" Wiesz, okropnie uprzejmie, żadnej aluzji, że coś jest nie tak. O 

ile się tego nie wiedziało.

-  A potem?

-  Potem się śmiała. Mówiła, że on jest bardzo miły, i głośno się śmiała.

Zapadła cisza.

-  A ja to akceptowałam - rzekła z przejęciem Maureen. - Nie mogę 

powiedzieć, żeby go wyrzuciła, bo nie wyrzuciła, nigdy nie wymówiła mu 

domu, a nawet od czasu do czasu zapytywała o niego z lekkim śmiechem. 

Zupełnie jakbyśmy przez jakąś pomyłkę zaprosiły na kolację biednego 

Jimmy'ego Hayesa, który zajmował się ogrodem. I ja to akceptowałam, 

ponieważ zgadzałam się z nią, akceptowałam jej sposób myślenia.

-  I żałowałaś tego?

background image

-  Nie od razu, on był taki ordynarny i wymyślał mi od najgorszych snobek 

na świecie. Niemal udowadniał słuszność poglądów matki, a także moich. 

Oświadczył, że mi pokaże. W najlepszych domach całego kraju będą go 

przyjmować i pewnego dnia moja zgorzkniała stara matka i ja będziemy 

żałować, że nie gościłyśmy go u siebie, w naszym zakichanym domu. 

Takich używał określeń.

-  Czuł się dotknięty. - Ojciec wydawał się mu współczuć.

-  Tak, oczywiście. I oczywiście on stał się księciem

185

handlu, a Deirdre O'Hagan wyszła za jego najlepszego przyjaciela równie 

niewykształconego i nie do przyjęcia... czyli miał rację. Jego dzień 

nadszedł.

-  I jest szczęśliwy?

-  Nie wiem, myślę, że nie. Ale może jest jak skowronek na wiosnę. Nie 

wiem.

-  Maureen, jesteś wspaniała... - powiedział nagle jej ojciec.

-  Nie, skądże znowu, jestem bardzo głupia, zbyt długo byłam bardzo 

głupia. Nikogo by to nie zraniło, żeby użyć twojego określenia, absolutnie 

nikogo by to nie zraniło, gdybym powiedziała matce, gdy ukończyłam 

dwadzieścia jeden lat, że odejdę z Frankiem Quigleyem, nie dbając o to, z 

jakiej rodziny pochodzi.

-  Może nie chciałaś jej zranić. Ostatecznie ja przecież ją porzuciłem, nie 

chciałaś więc, żeby spotkało ją to po raz drugi.

-  Ach, ale ja nie wiedziałam, że ją porzuciłeś. Myślałam, że złapałeś 

okropnego wirusa i umarłeś.

-  Przykro mi. - Sprawiał wrażenie skruszonego.

background image

-  Jestem zachwycona, staruszku - powiedziała. - W całym moim życiu nic 

nie sprawiło mi tyle radości.

-  Daj spokój, ja, stary człowiek, dojrzały do wózka inwalidzkiego?

-  Przyjedziesz i zamieszkasz ze mną w Dublinie? - spytała.

-  Nie, nie, moja najdroższa Maureen, nie zamieszkam z tobą.

-  Nie musisz być w żadnym specjalnym domu, bo zdrowy jesteś jak ryba. 

Chciałabym, żeby dbano o ciebie. Nie będziesz mieszkać w domu mamy, 

razem gdzieś się przeniesiemy. Do jakiegoś większego niż moje 

mieszkania.

-  Nie, obiecałem Sophie.

-  Ale ona już nie żyje, a ty dotrzymywałeś obietnicy, póki żyła.

Oczy miał smutne.

-  Nie, w takich sprawach istnieje coś takiego jak honor. Ludzie by ją 

obgadywali, wiesz, roztrząsaliby wszystko, co

186

mówiła, i to by w efekcie oznaczało degradację jej pamięci. Wiesz, co 

mam na myśli.

-  Wiem, ale ty jesteś w pewnym sensie zbyt honorowy. Ona nie dała ci 

szansy pozostania w kontakcie z własną córką. Mnie też tej szansy nie 

dała. Tak naprawdę to nie postępowała z nami uczciwie. Jeszcze przed 

paroma dniami myślałam, że nie żyjesz.

-  Ale przynajmniej pod koniec życia ci powiedziała - rzekł Bernard Barry 

z rozanielonym wyrazem twarzy.

-  Co?

-  No, przynajmniej ci powiedziała, że chce, byś mnie odnalazła. 

Słyszałem to od prawników. Wiedząc, że umiera, chciała ci dać szansę na 

background image

spotkanie się znowu ze mną.

Maureen zagryzła wargę. Tak, we wczesnej fazie poszukiwań w Bulawayo 

tak właśnie mówiła. Zlustrowała bacznym wzrokiem twarz ojca.

-  Muszę przyznać, że wzruszyło mnie to i ucieszyło. Myślałem, że jest 

nieprzejednana. Kevin O'Hagan pisał mi, że co roku w rocznicę 

odprawiana jest za mnie msza.

-  Wiem - potwierdziła Maureen - niedługo znowu nadejdzie ta rocznica.

-  Zatem zrobiła coś, czego nie musiała robić. A ja czuję się w obowiązku 

nie wracać do przeszłości i nie uwłaczać jej pamięci. Tak czy inaczej, moje 

dziecko, po śmierci Kevina nie mam tam już nikogo znajomego i byłbym 

dla wszystkich jedynie obiektem zainteresowania. Nie, zostanę tu, podoba 

mi się tutaj. A ty od czasu do czasu przyjedziesz do mnie w odwiedziny, 

przyjedzie też twoja siostra, Catherine, i jej młodzieniec. Będę mieć się 

dobrze.

Oczy Maureen napełniły się łzami. Nigdy mu nie zdradzi, że matka nic jej 

nie powiedziała. Niech myśli o czymś przyjemnym, siedząc na słońcu, 

przekonany, że ma się dobrze.

-  Znajdę sobie mnóstwo pretekstów, żeby przyjechać do ciebie w 

odwiedziny. Może otworzę sklep tu, w Ascot, albo w Windsorze. 

Poważnie.

-  Oczywiście, że tak. A nie wybierasz się na srebrne gody córki Kevina? 

Czy to nie byłby następny pretekst?

187

-  Może tam nie pojadę. Frank Quigley był drużbą, wiesz. Ma to być coś w 

rodzaju zjazdu wszystkich, którzy byli na tamtym ślubie, odświeżenie 

dawnych wspomnień i tak dalej.

background image

-  Czy nie jest to tym bardziej powód, żeby pojechać? - spytał Bernie 

Barry, mężczyzna o opalonej twarzy i z błyskiem w oku, który przed 

czterdziestu laty zakochał się podczas podróży w interesach i miał odwagę 

podążyć za swoją gwiazdą.

 Rozdział Siódmy.

 Frank.

Nigdy nie rozumiał, dlaczego wszyscy robią tyle szumu wokół 

podróżowania. Frank lubił wsiąść do swojego samochodu i mijając 

drogowskazy - mknąć przez setki mil albo i więcej po autostradzie. Czuł 

się wolny i uważał, że ma to posmak jakby przygody. Lubił to, nawet jeśli 

jechał tylko na wystawę produktów żywnościowych, którą oglądał już 

przedtem kilkanaście razy. A dlaczego by nie? Jak często sobie 

przypominał, nie każdy jadący autostradą miał auto marki Rover, i to 

tegoroczny model, wyposażony w stereo i radio wypełniające elegancki, 

komfortowy świat muzyką. Albo jeśli chciał, to „Językiem włoskim dla 

biznesmenów". Nikt w Palazzo Foods nie orientował się, że Frank Quigley 

rozumiał każde włoskie słowo wypowiedziane w jego obecności. Nigdy 

nie zdradził choćby błyskiem w oku, że zrozumiał, co mówiono. Nawet 

jeśli mówiono o nim. A zwłaszcza wtedy.

Czasami Frank myślał, że jego teść, Carlo Palazzo, mógł coś podejrzewać, 

ale jeśli tak było, to zachował tę wiedzę dla siebie. I może z tego powodu 

jeszcze bardziej podziwiał zięcia. Dawno dał mu do zrozumienia, że go 

obserwują i przygotowują, i nigdy nie mógłby ubiegać się o córkę szefa, 

gdyby Carlo Palazzo i jego brat tego sobie nie życzyli.

Frank już wiedział, nie była to dla niego niespodzianka, że taka bogata 

dziewczyna jak Renata będzie pilnie strzeżona przez ojca i stryjów przed 

background image

mężczyznami polującymi na posag. Wiedział, że jest odpowiednim 

kandydatem, ponieważ nie musiał żenić się z Księżniczką Palazzo, żeby

189

osiągnąć awans w firmie. Nie potrzebował zresztą Palazzo, bo Frank 

Quigley mógł przystąpić do każdego interesu w Anglii. Nie miał 

naukowych tytułów obok nazwiska, nigdy nie ukończył szkoły. I wcale nie 

było mu to potrzebne. Miał smykałkę i potrafił pracować całymi dniami i 

nocami. Palazzo wiedzieli o tym wszystkim piętnaście lat temu, gdy 

pozwolili mu zabrać Renatę na kolację. Wiedzieli, że nie sięgnie 

bezprawnie po nieśmiałą brunetkę, dziedziczkę fortuny Palazzo, dopóki 

nie będą po ślubie. Wiedzieli również, że jeśli kiedykolwiek pojawi się 

choćby najlżejsze podejrzenie jego niewierności wobec żony, to będzie 

chodziło o coś anonimowego, dyskretnego i z dala od domu. Żadnego 

skandalu nie przewidywano.

Westchnął na myśl o tych niepisanych regułach. Utrzymał się w 

dozwolonych granicach przy jednej czy dwu okazjach i nie miał na 

sumieniu nic, nad czym nie mógłby zapanować. Aż dotąd. Teraz sytuacja 

była zupełnie inna i musiał wykorzystać każdą chwilę samotności, jaką 

sobie mógł wykroić, żeby się zastanowić, co ma robić. Gdyby chodziło o 

interesy, gdyby tylko chodziło o interesy... ach, wtedy wiedziałby 

dokładnie, co robić. Lecz Joy East to nie interesy. Nie wtedy, gdy miała na 

sobie żółty podkoszulek i nic ponad to i chodziła dumna i pewna siebie po 

swoim domu.

I pewna jego, gdy tak tam leżał w kolejne długie słoneczne popołudnie i 

uśmiechając się, podziwiał jej bujne brązowe włosy ze złotymi 

pasemkami, jej olśniewające zęby, jej opalone długie nogi.

background image

Joy East, projektantka, która wprowadziła Palazzo na łamy eleganckich 

czasopism i podciągnęła na wyższy poziom ich image, niegdyś tandetny, a 

obecnie szykowny, tak jak Frank Quigley powiększył obroty firmy i 

przyspieszył jej rozwój z wielu małych tak zwanych supermarketów do 

wielkich i pierwszorzędnych. Joy East powiedziała mu pierwszego 

wieczoru, gdy patrzyli na siebie niezawodowymi oczami, że byliby idealną 

parą. Żadne z nich nie pragnęło zmieniać swojego stylu życia, żadne też 

nie miało takiej pozycji, by zmusić do tego drugą stronę. Joy chodziło o 

niezależność i swobodę, Frank chciał utrzymać swoje małżeństwo z córką

190

szefa. Kto lepiej odpowiada sobie niż dwoje ludzi, którzy mogą wszystko 

stracić przez głupotę i wszystko zyskać, jeśli będą dyskretnie cieszyć się 

swoim towarzystwem? Powiedziała mu to częściowo słowami, częściowo 

spojrzeniem, a także sposobem, w jaki przechyliła się nad stolikiem w 

restauracji i pocałowała go w usta.

- Najpierw sprawdziłam - przyznała się ze śmiechem. - Nie ma tu nikogo 

prócz turystów.

Było to podniecające wtedy i nie przestało być takie później. Frank rzadko 

spotykał kobiety pokroju Joy. Niewiele wiedział o tych subtelniejszych 

podstawach ruchu kobiecego, toteż jej nowa niezależność wydawała mu 

się bardzo egzotyczna. Joy East czuła się dumna, że nie wyszła za mąż. O 

mały włos byłaby to zrobiła, mając dwadzieścia trzy lata, ale wycofała się 

na parę dni przed ślubem, jak mu powiedziała. Ojciec się wściekał i 

musieli zapłacić olbrzymią część kosztów wesela, tortu i limuzyn. Nie 

mówiąc już o całej tej gadaninie i wielkim szumie. Wszyscy woleliby, 

żeby wyszła za mąż, i to tylko po to, żeby uniknąć tego całego ambarasu. 

background image

A ten mężczyzna? Och, dla niego to też było szczęście, uważała Joy, 

śmiejąc się i w ogóle o nim nie myśląc.

Mieszkała w małym domu na rogu ulicy, która, gdy dom znalazła, nie 

należała bynajmniej do wytwornych. Stopniowo jednak sprowadzało się tu 

coraz więcej eleganckich sąsiadów. Ogród, otoczony białym murem z 

pnącym winem, należał tylko do niej. Długi, komfortowo urządzony salon 

mógł swobodnie pomieścić sześćdziesiąt osób. Joy urządzała fantastyczne 

przyjęcia i często mówiła, że strasznie łatwo jest połechtać czyjąś 

próżność i przypodobać się komuś, zapraszając go na dwie godziny 

drinków i kanapek do swojego domu.

W Palazzo uwielbiano ją za to. Jakie to wspaniałomyślne ze strony panny 

East, powtarzano zawsze w dyrekcji, że robi dla nich znacznie więcej, niż 

powinna. Zyskiwało jej to coraz większą życzliwość. Podziw dyrekcji był 

niezmierny. Joy East z dużą łatwością mogła zapraszać do swojego domu 

klientów, prasę, ludzi zapewniających zagraniczne

191

kontakty i miejscowych dygnitarzy. Wynajmowała firmę od urządzania 

przyjęć, a potem zawodowe sprzątaczki. Powiedziała Frankowi, że nie 

sprawia jej to żadnego kłopotu, a właściwie nawet jest zdecydowanie 

korzystne. W ten sposób raz na miesiąc ma fachowo posprzątany dom oraz 

zamrażarkę pełną przekąsek. Przed każdym towarzyskim zebraniem 

chowała ozdoby i cenne rzeczy. Nigdy nie wiadomo, czy wśród 

nieznajomych nie znajdzie się ktoś o zręcznych palcach. Lepiej zatem w 

charakterze popielniczek postawić czterdzieści dużych miseczek z 

błękitnego szkła. W niektórych domach towarowych sprzedają je po funcie 

za sztukę. W garażu w tekturowym pudle miała następnych czterdzieści. 

background image

Stały wysoko na półce nad małym sportowym autem.

Frank Quigley, przystojny dyrektor generalny Palazzo Foods, i Joy East, 

specjalistka od projektowania, która odpowiadała za wizerunek firmy, 

poczynając od jej budynku w stylu art deco aż po eleganckie firmowe 

torby na zakupy, mieli od trzech lat romans i oboje mogli z całą pewnością 

twierdzić, że nikt o nim nie wie. Nie zachowywali się jak tylu innych 

kochanków na świecie, którzy wierzą, że są niewidzialni. Oni wiedzieli, że 

nikt nie żywi najmniejszych podejrzeń, ponieważ są bardzo ostrożni i 

przestrzegają wszystkich zasad.

Nigdy do siebie nie dzwonili, jeśli nie liczyć oficjalnych telefonów w 

interesach firmy. I Joy nie dzwoniła w żadnych sprawach do mieszkania 

Quigleyów. Od początków ich romansu Renata nie była zapraszana do 

domu Joy z żadnej okazji towarzyskiej. Frank uważał, że poniżałoby to 

jego żonę, gdyby bywała w domu, w którym tyle razy w tygodniu bywał 

on w zupełnie innym charakterze. Frank nie pozwoliłby, żeby kładła swoje 

futro na szerokie łoże, na którym on i Joy spędzali tak wiele godzin. 

Poprzysiągł sobie, że Renata nie dowie się nigdy o tym romansie. Ponadto 

nie powinien jej oszukiwać i udawać, że jest gościem w tym domu, który 

w znacznym stopniu był w istocie jego domem. Nie myślał o jakimś 

innym rodzaju kamuflażu, bo zawsze wierzył, że do jego najmocniejszych 

stron należy umiejętność szufladkowania własnego życia. Zawsze to 

potrafił. Nigdy

192

nie myślał o swoim popędliwym pijącym ojcu i słabej pobłażliwej matce... 

od chwili gdy się z nimi rozstał, by zamieszkać w Londynie. Kiedy 

przyjeżdżał w odwiedziny do rodziców i sióstr, i braci, którzy nigdy nie 

background image

opuścili małego miasteczka w zachodniej Irlandii, nie przywoził ze sobą 

żadnych opowieści ani nawet myśli o swoim londyńskim życiu. Potrafił 

tam przyjechać, jeśli nie całkiem obdarty, to przynajmniej niechlujnie 

ubrany. Nikt z rodziny nie podejrzewałby go o to, że życie upływa mu w 

świecie interesów i wśród handlowców. Sprawił Renacie niezgrabny 

tweedowy płaszcz na jedną z regularnych wizyt u rodziców i 

zapowiedział, że powinni tuszować luksusy, jakimi się cieszą w Wembley. 

Renata zrozumiała i niemal bez słowa poszła pomagać kobietom w kuchni. 

Frank tymczasem rozmawiał z braćmi, proponując im niewielkie sumy na 

małe inwestycje lub na zakupienie czegoś - to były sposoby, jak uprzejmie, 

dyskretnie i bez zwracania uwagi dawać pieniądze. W ciągu czterech dni 

spędzonych w domu, w którym dorastał, jego skórzana aktówka i ręcznie 

robione buty zamknięte były w bagażniku wynajętego samochodu wraz z 

jedwabnymi szalami i kasetką z biżuterią Renaty.

Frank mówił, że człowiek wszystko zubaża, jeśli ciągnie za sobą jedno 

życie i jeden komplet wspomnień. O wiele lepiej w pełni żyć tym życiem, 

którym się w danej chwili żyje, bez żadnych więzów.

A zatem żona, nie podejrzewając niczego, nie może być zapraszana do 

domu kochanki.

Podobnie gdy Quigleyowie przyjmowali, jak zawsze w czasie świąt 

Bożego Narodzenia, gości, panna East, jak mówiono, przebywała poza 

miastem. Spotykali się naturalnie na gruncie towarzyskim, na przykład w 

domu jego teścia, ale konwersacja dotyczyła pracy. Frank potrafił 

dosłownie odseparować tę drugą stronę ich życia razem i niewinnie 

rozmawiać o planach i projektach. Nie odczuwał owej zakazanej 

ekscytacji, którą, jak wiedział, odczuwają inni z powodu pozamałżeńskich 

background image

związków. Wiedział, że i Joy czuła to samo. Musiało tak być, bo 

ostatecznie to ona ustaliła reguły gry.

193

Joy przodowała w zapewnieniach, że nie będą obarczać się nadmierną 

odpowiedzialnością wobec siebie. Ona nie zamierza, jak mówiła, cierpieć 

katuszy typowych dla Tej Drugiej Kobiety. Frank nie musi więc sobie 

wyobrażać biednej Joy, jak w Boże Narodzenie siedzi samotnie i je 

kanapkę, słuchając kolęd z radia. Miała trzydzieści lat, gdy go poznała, i 

od dziesięciu lat żyła mniej lub więcej samotnie. Może pójść w święta co 

najmniej do setki znajomych i nie będzie ani przez chwilę czuć się 

opuszczona. Będą korzystać z tego czasu, jakim mogą dysponować, nie 

psując sobie ani kariery, ani planów na przyszłość. Ona jest wolna jak ptak 

i może bez porozumiewania się z nim chodzić, gdzie jej się podoba. 

Gdyby nadarzyła jej się okazja wyjazdu do Stanów, to z niej skorzysta, a 

Frank tymczasem mógłby znaleźć sobie inny sposób na wypełnienie tych 

popołudniowych godzin, zanim ona wróci.

Była to idylla... tak, prawdziwa popołudniowa idylla przez ponad trzy lata. 

Często w letnie gorące dni siadywali w ogrodzie otoczonym murem, 

popijali chłodne białe wino i obierali sobie wzajemnie gruszki i 

brzoskwinie. W zimie siadali na grubym, miękkim dywanie przy kominku 

i obserwowali grę płomieni. Nigdy nie mówili, jak żałują, że nie mogą 

wyjechać razem na tydzień, na wakacje albo na całe życie. Imię Renaty 

nigdy nie padało z ich ust. Ani Davida, tego z agencji reklamowej, który 

wiele spodziewał się po ślicznej Joy East i przysyłał jej wielkie bukiety 

kwiatów. Czasami wybierała się z nim gdzieś podczas weekendu. Frank i 

Joy mieli jednak tak silne poczucie niezależności, że on nigdy jej nie 

background image

zapytał, czy ze sobą sypiają albo czy umizgi Davida nie zagrażają w jakiś 

sposób jego własnej pozycji. Zakładał, że Joy przekonująco opowiada o 

swojej pracy i niechęci do angażowania się i w taki sposób utrzymuje 

Davida na pewien dystans.

Słyszał opowieści kolegów, którzy, jak to określali, zafundowali sobie 

małą frajdę, trochę się podbawiają, i są przekonani, że wszystko gra. 

Zawsze w końcu dochodziło jednak do jakiejś okropnej wpadki. I 

niezmiennie było to oczywiste i całkiem do przewidzenia dla osób 

postronnych,

194

a nigdy dla samego zainteresowanego. Frank analizował swój własny 

romans z Joy tak szczegółowo, jakby chodziło o jakąś umowę albo 

propozycję przedłożoną mu do rozpatrzenia w biurze. Jeśli istniały na nim 

jakieś skazy, to on ich nie dostrzegał. A przynajmniej nie do zeszłorocznej 

gwiazdkowej imprezy w Palazzo, kiedy to zaczęły się kłopoty. Lecz nawet 

wówczas były niewielkie i nieistotne. Z początku.

Wszystko to niezwykle wyraziście wryło mu się w pamięć. Supermarkety 

miały pewne trudności w urządzaniu gwiazdkowych imprez, tak jak to 

robiły inne firmy, ponieważ obsługiwały klientów dosłownie na okrągło. 

Frank jednak przywiązywał znaczenie do pewnego rodzaju ceremonii i 

poczucia grupowej lojalności, zwłaszcza w okresie świątecznym.

Namówił Carla do urządzania co roku gwiazdkowej imprezy w niedzielę 

przed świętami. Odbywała się w porze lunchu i Carlo występował w roli 

świętego Mikołaja. Przychodziły wszystkie żony z dziećmi, na każdego 

czekały drobne prezenciki i papierowe kapelusze. A ponieważ urządzano 

ją w dniu przeznaczonym na rodzinne wyjścia, nie dochodziło do takich 

background image

głupich sytuacji jak na normalnych przyjęciach biurowych, kiedy to młode 

sekretarki wymiotowały ukryte za kartotekami, a starsi kierownicy robili z 

siebie głupców podczas striptizu.

Renata zawsze lubiła te imprezy gwiazdkowe i doskonale radziła sobie z 

dziećmi, organizowała gry i różne zabawy z papierowymi chorągiewkami. 

Każdego roku, jak daleko Frank sięgał pamięcią, jego teść, patrząc z 

czułością na córkę, powtarzał, że potrafi nadzwyczajnie bawić się z 

dzieciakami, i czy to nie szkoda, że nie ma własnych. Każdego roku Frank 

wzruszał ramionami i odpowiadał, że nieznane są drogi Opatrzności.

- Nie z powodu braku miłości - mówił niezmiennie, a Carlo ponuro kiwał 

głową i sugerował, że Frank powinien jeść więcej steków, bo duża ilość 

krwistego mięsa nigdy mężczyźnie nie zaszkodzi. Robił to rok w rok z 

cierpliwością i uśmiechem łatwo rozjaśniającym mu oblicze. Niewielka

195

to cena do zapłacenia, nie miało to być upokorzenie i tak też to było 

odbierane. Frank widział w tym niezbyt taktownie wyrażane gorzkie żale 

starego człowieka. Była to jedna z niewielu dziedzin, w których robił 

ustępstwo na rzecz Carla Palazzo. W sprawach interesów rozmawiali 

zawsze jak równi sobie.

Gwiazdkowa impreza w zeszłym roku była inna. Jak zwykle powierzono 

Joy East udekorowanie domu towarowego, w którym zamierzano to 

spotkanie urządzić. Nie chodziło oczywiście o pracę polegającą na 

przypinaniu do ścian gofrowanej bibułki i ustawianiu stołów na kozłach, a 

na nich pęt kiełbas i babeczek z bakaliami, lecz o zaprojektowanie 

kolorystyki, przygotowanie dużych papierowych ozdób czy, jak któregoś 

roku, wielkich słoneczników. Zadbanie również o to, by ktoś zrobił 

background image

potężne dzwony ze srebrnego papieru. Dopilnowanie, żeby świętemu 

Mikołajowi przygotowano duży, przykryty zielonym rypsem stół z górą 

prezentów i żeby był obecny fotograf z lokalnej, a czasem nawet 

ogólnokrajowej gazety. Razem z Frankiem Joy zamówiła wielkie 

gwiazdkowe kalendarze, na których miały się znaleźć nazwiska 

wszystkich pracowników. Wydrukowanie ich nie kosztowało praktycznie 

prawie nic, a każdy pracownik Palazzo zabierał taki kalendarz z dumą do 

domu i przechowywał do następnego roku. Czasami nawet ktoś, kto 

zamierzał stąd odejść, zmieniał zdanie. Trudno porzucić firmę, gdzie 

traktują cię jak kogoś z rodziny i twoje nazwisko umieszcza się na 

kalendarzu pośród nazwisk członków dyrekcji i wyższego kierownictwa.

W zeszłym roku Joy zapowiedziała, że zamierza wyjechać w okresie 

poprzedzającym imprezę gwiazdkową. Są targi opakowań i naprawdę musi 

na nie pojechać. To rzecz dla niej ważna, bo przydadzą jej się nowe 

pomysły.

-  Ale imprezę gwiazdkową urządzamy co roku o tej porze i nie możesz 

wyjeżdżać - utyskiwał Frank.

-  Mówisz mi, co mogę robić, a czego nie? - Głos miała twardy jak stal.

-  Oczywiście, że nie. Tylko że twoje pomysły na imprezę

196

gwiazdkową... to już taka tradycja... od zawsze. Dużo wcześniej, zanim ty 

i ja... zawsze.

-  I myślisz, że zawsze tak będzie... Nawet potem, jak ty i ja...?

-  Co to ma być, Joy? Jeśli próbujesz mi coś powiedzieć, to mów. - 

Pokrywał szorstkością zaskoczenie.

-  Och, nigdy nie próbuję czegoś powiedzieć, zapewniam cię. Naprawdę 

background image

cię o tym zapewniam. Albo mówię, albo nie mówię, ani mi się śni 

próbować coś powiedzieć.

Spojrzał na nią ostro. Głos Joy brzmiał trochę niewyraźnie, gdy powtarzała 

to „zapewniam". To nie do pomyślenia, żeby coś piła w samym środku 

dnia. Odrzucił to podejrzenie.

-  To dobrze - rzekł z udaną jowialnością - bo ja jestem taki sam. Jeśli chcę 

coś powiedzieć, to mówię. Oboje jesteśmy ulepieni z tej samej gliny, Joy.

Pomyślał, że uśmiechnęła się do niego jakoś dziwnie.

Kiedy wróciła z tych targów, spotkali się, jak to ustalili wcześniej, u niej w 

domu. Jedną z wielu rzeczy, które czyniły ten romans takim bezpiecznym, 

było to, że Joy pracowała w gruncie rzeczy na miejscu, w swoim małym 

studio pełnym światła, a Frank miał uzasadnione powody do odwiedzania 

jej tam służbowo. Co więcej, jej dom znajdował się w pobliżu biura 

księgowych, których firma Palazzo Foods zatrudniała jako doradców 

podatkowych. Gdyby zauważono jego samochód w tej okolicy, miał dobre 

alibi.

Joy powiedziała, że niewiele jej dały te targi opakowań, bo to wszystko 

rzeczy w stylu Myszki Miki.

-  Dlaczego więc na nie jechałaś? - spytał poirytowany Frank.

Musiał znaleźć kogoś, kto przejąłby pracę Joy przy przygotowaniu sali na 

imprezę gwiazdkową, a nikt nie miał takiej smykałki jak ona.

-  Żeby zmienić otoczenie, odpocząć, oderwać się - odparła, rozważając 

swoje słowa.

-  Chryste, nigdy nie przypuszczałem, że targi mogą być odpoczynkiem - 

powiedział.

-  Mogą, jeśli nie opuszcza się swojego pokoju w hotelu.

background image

197

-  I cóż takiego ważnego robiłaś w swoim pokoju w hotelu? - Jego głos był 

lodowaty.

-  Nie mówiłam, że coś ważnego. Mówiłam?

-  Nie.

-  To, co robiłam w swoim pokoju, wcale nie było ważne. Wertowałam 

katalogi, podawano mi tam posiłki, piłam dużo dobrego, chłodnego 

białego wina. Och, i miałam miłego Szkota, szefa firmy materiałów 

biurowych. Absolutnie nic ważnego.

Frank zbladł, ale nadal panował nad sobą.

-  Czy to ma mnie zranić? - spytał.

-  Ależ skądże, jesteśmy z jednej gliny, jak często powtarzasz. Ty masz 

swoje życie z żoną, a ja mam moje życie z przypadkowymi statkami 

mijającymi się nocą. Nic w tym raniącego.

Leżeli w jej łóżku. Frank sięgnął po papierosa do cienkiej papierośnicy na 

nocnym stoliku.

-  Zazwyczaj wolę, żebyś tu nie palił, bo zapach papierosów wsiąka w 

zasłony - odezwała się Joy.

-  Zazwyczaj nie potrzebuję tu palić, ale rzeczy, które mówisz, wsiąkają w 

mój mózg i wprawiają mnie w zdenerwowanie - odparł, zapalając 

papierosa.

-  Ach, to wszystko jest grą, prawda? - powiedziała całkiem przyjaźnie. - 

Myślałam o tym długo, gdy wyjechałam. W naszym przypadku to nie jest 

miłość, to nie jedna z tych wielkich namiętności, które skłaniają ludzi do 

popełniania głupstw... to tylko gra. Jak gra w tenisa, jedno serwuje, drugie 

odbija...

background image

-  To znacznie więcej niż gra... - zaczął.

-  Albo jak gra w szachy. - Joy była teraz zadumana. - Jedna osoba robi 

jakiś chytry ruch, a ta druga odpowiada jeszcze chytrzejszym posunięciem.

-  Świetnie wiesz, co nas łączy, po co więc wynajdować na to jakieś 

dziwne określenia? Kochamy się... ale ustaliliśmy granice tej miłości, ty i 

ja. I podziwiamy się wzajemnie, i jesteśmy razem szczęśliwi.

-  To gra - powtórzyła.

-  Cóż, ludzie, którzy idą zagrać razem w golfa albo

198

w tenisa, albo w szachy, są przyjaciółmi. Na miłość boską, Joy, nie 

decydujesz się spędzać dnia z kimś, kogo nie lubisz. Używaj tego 

określenia, jeśli sprawia ci to przyjemność, mów sobie: gra, gra, gra. Tylko 

że to nic nie znaczy. Nic nie zmienia. Jesteśmy tacy sami, i ja, i ty.

-  Och, ty umiesz grać świetnie.- Zaśmiała się z podziwem. - Próbujesz 

wszystko zamazać, nie pytasz o to, czy był rzeczywiście jakiś Szkot, czy 

nie. Myślę, że byłbyś bardzo groźnym przeciwnikiem w grze.

Zgasił papierosa i przygarnął ją znowu. Trzymał ją blisko siebie i 

przemawiał do jej długich, lśniących, brązowych włosów ze złotymi 

pasemkami, pachnących wonią cytrynowego szamponu.

-  Jak i ty... przerażającym przeciwnikiem. Czy nie dobrze, że jesteśmy 

najlepszymi przyjaciółmi i najlepszymi kochankami, a nie wrogami?

Mówił żartobliwie, choć wcale nie było mu tak wesoło, a i ciało Joy 

wydawało się nie reagować. Na ustach igrał jej niepokojący półuśmiech, 

nie mający związku z przyjemnością, którą mogła odczuwać albo i nie.

Na imprezę gwiazdkową włożyła olśniewającą granatowo-białą kreację. 

Śnieżnobiały kołnierz spięty nisko w wycięciu sukni odsłaniał znaczną 

background image

część piersi i drogiego, obszytego koronką stanika. Włosy Joy lśniły 

niczym złoto i miedź. Wyglądała o dziesięć lat młodziej, nie na swoje 

trzydzieści trzy lata, jak młoda piękna dziewczyna na łowach. Frank 

obserwował ją z trwogą, gdy krążyła wśród tłumu pracowników Palazzo. 

Tym razem nie miał wątpliwości, że piła. I to jeszcze przed przyjściem 

tutaj.

Czuł, że ze zdenerwowania ściska go w żołądku. Z trzeźwą Joy dałby 

sobie łatwo radę, lecz ona znajdowała się pod działaniem alkoholu, i to w 

nieznanej ilości. Nagle stanęły mu przed oczami straszne i 

nieprzewidywalne ataki wściekłości własnego ojca. Pamiętał ten dzień, 

gdy w przystępie złości całą kolację wrzucił do ognia. Blisko czterdzieści 

lat temu, a jednak widział tę scenę tak wyraźnie, jakby wydarzyła się 

wczoraj. I utkwiło mu na zawsze w pamięci to, że ojciec wcale nie 

zamierzał tak zrobić, chciał zjeść kolację,

199

jak im bez końca powtarzał przez całą noc. Wpoiło to Frankowi strach 

przed alkoholem - sam pił bardzo niewiele i bacznie lustrował 

kierowników i sprzedawców, czy nie zdradzają pociągu do butelki. Miał 

uczucie, że nie można polegać na kimś, kto jest tak niebezpieczny. Pewnie 

okaże się w porządku, ale nie ma się tej pewności. Patrzył na szeroki 

uśmiech i głęboki dekolt Joy East, która krążyła po sali i przy stołach na 

kozłach dolewała sobie trunku do szklaneczki, i wcale nie był pewny, że 

dzień skończy się dobrze.

Pierwszym celem Joy stał się Carlo, który wbijał się za kulisami w strój 

świętego Mikołaja.

-  Wspaniale, panie Palazzo - powiedziała.- Wspaniale, wyjdzie pan i 

background image

padną trupem. Niech im pan powie, co święty Mikołaj włoży do kopert z 

wypłatą, jeśli wszyscy będą grzeczni i będą pracować jak pilne 

mróweczki.

Carlo wyglądał na zakłopotanego. Frank działał szybko, żeby ją stamtąd 

czym prędzej odciągnąć.

-  Joy, gdzie są paczki dla dzieci? Co? - spytał naglącym tonem.

Joy zbliżyła się do niego i wtedy zobaczył, że oczy ma niezbyt przytomne.

-  Gdzie są paczki? - spytała. - Paczkami zajmuje się twoja żona. Święta 

Renata. Santa Renata. - Uśmiechnęła się od ucha do ucha. - To byłaby 

niezła piosenka... Santa Renata. Zanuciła to na melodię „Santa Lucia" i 

wydawała się zadowolona. Zaśpiewała więc głośniej. Frank lekko się od 

niej odsunął. Musi ją stąd wyprowadzić. I to jak najprędzej.

W tym właśnie momencie pojawiła się Renata i oznajmiła, że prezenty 

zapakowane w różowy papier przeznaczone są dla dziewczynek, a w 

niebieski dla chłopców. Jednego roku jej ojciec wręczył dziewczynkom 

okropne poczwary i pająki, a chłopcom komplet: grzebień i lusterko. Tym 

razem nie będą ryzykować.

-  Słusznie, Renato, nie ryzykuj - odezwała się Joy. Ta spojrzała na nią 

zaskoczona. Nigdy nie widziała, żeby

Joy tak wyglądała.

200

-  Wyglądasz... bardzo elegancko, bardzo szykownie -powiedziała.

-  Dziękuję, Renato, grazie, grazie mille. - Joy ukłoniła się nisko.

-  Nie widziałam cię jeszcze w takim stroju i tak ożywionej... - Renata 

mówiła spokojnie, ale z lekką obawą w głosie.

Bawiła się brzegiem swojego drogiego, choć bardzo nobliwego 

background image

wełnianego żakietu. Kosztował prawdopodobnie cztery razy tyle co 

olśniewająca kreacja Joy. Renata jednak przypominała z wyglądu ptaka o 

skromnym upierzeniu, ciemnowłosa, o ziemistej cerze, w kostiumiku w 

kolorze lila róż z żakietem oblamowanym liliowym zamszem. Niczym nie 

zdołałaby przyciągnąć wzroku. Absolutnie niczym.

Joy zmierzyła ją bacznym spojrzeniem.

-  Powiem ci, dlaczego tak inaczej wyglądam. Mam kogoś. Mężczyznę w 

swoim życiu. I to jest to, co wszystko zmienia.

Joy uśmiechała się do stojących wokół, zachwycona, że Nico Palazzo, brat 

Carla, Desmond Doyle i grupa innych kierowników zwracają na nią 

uwagę. Renata też się uśmiechała, ale niepewnie. Nie bardzo wiedziała, co 

powinna jej odpowiedzieć, i lustrowała wzrokiem tę grupę jakby w 

poszukiwaniu Franka, który będzie wiedział, co powiedzieć.

Frank stał bez ruchu i miał takie uczucie, jakby lód w jego żołądku 

załamał się i teraz zalewała go lodowata woda. Nic nie mógł zrobić. 

Uczucie bezsilności doprowadziło go niemal do omdlenia.

-  Czy ja ci mówiłam o tym mężczyźnie, Frank? - spytała filuternie Joy. - 

Widzisz we mnie tylko kobietę na stanowisku... ale jest jeszcze miejsce na 

miłość i namiętność.

-  Z pewnością jest.

Powiedział to takim tonem, jakby ugłaskiwał wściekłego psa. Nawet 

gdyby nie był związany z Joy, oczekiwano by od niego, że zachowa się w 

taki sposób. Uspokajająco, z rezerwą i tak, by ewentualnie móc się 

wycofać. Wszyscy musieli już teraz widzieć, w jakim stanie jest Joy, 

musieli to zauważyć. A może wiedział, że ona nie panuje nad sobą,

201

background image

tylko dlatego że znał ją tak świetnie, że przez trzy lata poznawał swoimi 

palcami jej twarz i wszystkie zakamarki ciała? Stojący wokół chyba 

traktowali to jako normalne ożywienie z okazji świąt. Gdyby tylko zdołał 

teraz Joy pohamować, zanim powie coś więcej. Wtedy nic nie byłoby 

stracone.

Joy uświadamiała sobie, że ma słuchaczy, i to ją bawiło. Zaczęła 

przemawiać głosikiem małej dziewczynki, którego nigdy przedtem u niej 

nie słyszał. Wygląda to okropnie głupio, pomyślał całkiem beznamiętnie, 

na trzeźwo Joy pierwsza by skrytykowała każdą inną, która szczebiotałaby 

po dziecięcemu.

-  Lecz w tej firmie zakazana jest miłość do kogoś innego niż Palazzo. 

Czyż to nie prawda? Wszyscy kochamy Palazzo, nie wolno nam kochać 

nikogo innego.

Śmieli się, śmiał się nawet Nico, brali to za dobroduszny żart.

-  O tak, najpierw kochaj firmę, a potem możesz mieć inne miłości - 

wtrącił Nico.

-  Jeśli kocha się bardziej kogoś innego, to jest to niewierność - dodał, 

śmiejąc się, Desmond Doyle.

Frank spojrzał na niego z wdzięcznością. Biedny Desmond, stary kumpel z 

tych dawno minionych czasów w Irlandii, pomógł mu mimowolnie, 

rozładował napięcie. Może dałoby się go zachęcić, żeby powiedział coś 

jeszcze.

-  No, ty, Desmond, to nigdy nie byłeś niewierny - zauważył Frank, luzując 

sobie kołnierzyk. - Z całą pewnością od dawna jesteś lojalnym 

admiratorem Palazzo. - Powiedziawszy to, poczuł niesmak, bo 

przypomniał sobie nagle, jak Desmondowi po racjonalizacji pozwolono 

background image

odejść i że ciężko musiał bojować, by przywrócono go znowu do pracy.

Desmond chyba jednak w jego słowach nie dostrzegł ironii. Już miał 

zrewanżować się jakimś żartem, gdy odezwała się znowu Joy East.

-  Nie powinno się poślubić nikogo innego, tylko firmę. Kiedy dołączysz 

do Palazzo, musisz poślubić to miejsce, poślubić Palazzo. To bardzo 

trudna sprawa. Bardzo trudna. Ale nie dla ciebie, Frank. Ty to dobrze 

załatwiłeś, czyż nie? Ty naprawdę poślubiłeś Palazzo!

202

Nawet niezbyt szybko myślący Nico chyba już się zorientował, że coś jest 

nie tak. Frank musi działać szybko. A jednocześnie nie wolno mu pokazać, 

że jest przerażony. Musi potraktować to tak pobłażliwie, jak się traktuje 

publiczne wygłupy przykładnego zwykle kolegi.

-  Tak, masz rację i cieszę się, że mi to przypomniałaś, bo teść zrobi nam 

wściekłą awanturę, jeśli nie dopilnujemy szybkiego rozdania prezentów. 

Renato, czy mamy ustawić dzieci rzędem?... Czy ktoś to ogłosi? Czy jak?

W poprzednich latach Joy East organizowała imprezę tak, że wszystko 

szło jak w zegarku. Na twarzy Renaty pojawił się wyraz ulgi. Sądziła, że 

chodziło o afront, o kpinę, ale skoro Frank najwyraźniej nic nie dostrzegł, 

to musiała się pomylić.

-  Myślę, że powinniśmy powiedzieć papie, iż nadszedł już czas - rzekła i 

ruszyła w stronę ojca.

-  Myślę, że powinniśmy wszyscy powiedzieć papie, iż nadszedł już czas - 

oznajmiła Joy, nie zwracając się specjalnie do nikogo.

Desmond Doyle i Nico Palazzo wymienili zdziwione spojrzenia.

-  Joy, musisz być zmęczona po swoim pracowitym pobycie na konferencji 

na temat opakowań - powiedział głośno Frank. - Jeśli chcesz, mogę cię 

background image

teraz odwieźć do domu, zanim to wszystko tutaj zrobi się zbyt 

wyczerpujące.

Zauważył ulgę malującą się na twarzach kilku osób. Pan Quigley zawsze 

potrafi dać sobie radę, i to w każdej sytuacji.

Uśmiechał się chłodno, patrząc na Joy. Uśmiech ten mówił bardzo 

wyraźnie, że to jej jedyna szansa na wyjście z honorem z sytuacji, w którą 

ich wpakowała. Innych szans mieć nie będzie. Uśmiech ten mówił 

również, że on się nie boi.

Joy patrzyła na niego przez kilka sekund.

-  W porządku - powiedziała - niech będzie, że jestem zmęczona po 

konferencji na temat opakowań, zmęczona i bardzo, bardzo poruszona, i że 

powinnam zostać odwieziona do domu.

-  Niech więc tak będzie - rzucił lekkim tonem Frank.

203

- Powiedzcie Renacie, żeby schowała mi ładny prezent od świętego 

Mikołaja dla chłopca! - krzyknął. - Zaraz wracam i go sobie odbiorę.

Patrzyli na niego z podziwem, gdy wyprowadzał z dużej sali pannę East, 

która zachowywała się bardzo dziwnie, a potem szedł z nią w stronę 

parkingu.

W samochodzie panowało całkowite milczenie, nie padło ani jedno słowo. 

Przed drzwiami domu Joy wręczyła mu swoją torebkę, z której wyjął 

klucz. Na niskim szklanym stoliku stała butelka wódki, w jednej trzeciej 

opróżniona, i sok pomarańczowy. Obok leżał stos nie otwartych życzeń 

świątecznych i mała elegancka walizka, jakby Joy wyjeżdżała albo wróciła 

z podróży. Ze zdumieniem uświadomił sobie, że nie rozpakowała jej po 

powrocie z tej konferencji.

background image

-  Kawy? - spytał.

To było pierwsze wypowiedziane słowo.

-  Nie, dziękuję.

-  Wody mineralnej?

-  Jeśli nalegasz.

-  Nie nalegam, guzik mnie obchodzi, co pijesz, ale nawet psu nie dałbym 

więcej alkoholu, niż ty już wydudliłaś.

- Jego głos brzmiał lodowato.

Joy spojrzała na niego z krzesła, na które opadła natychmiast po przyjściu 

do domu.

-  Nienawidzisz picia, bo twój ojciec był pijusem - powiedziała.

-  Mówisz mi to, co ci sam mówiłem. Czy masz jeszcze jakieś dalsze 

rewelacje, czy też mogę wracać na imprezę?

-  Chętnie byś mnie uderzył, ale nie możesz, bo widziałeś, jak ojciec bił 

twoją matkę - oznajmiła, krzywo się uśmiechając.

-  Doskonale, Joy, udało ci się. - Zacisnął pięść i chętnie walnąłby w coś, 

w krzesło, w ścianę, żeby tylko pozbyć się napięcia, które odczuwał.

-  Nie powiedziałam nic, co nie byłoby prawdą. Absolutnie nic.

- Nie, rzeczywiście, i powiedziałaś to tak pięknie. No to idę.

204

-  Nie pójdziesz, Frank, usiądziesz i posłuchasz mnie.

-  To się mylisz. Miałem za ojca pijusa, mam więc praktykę w słuchaniu 

pijaków. To rzecz całkowicie bezcelowa. Następnego dnia nic nie 

pamiętają. Spróbuj zadzwonić do telefonicznej służby informacyjnej i im 

to wszystko opowiedz. Tam uwielbiają łzawe historie opowiadane przez 

ludzi, którzy wypili takie morze alkoholu, że mogłaby po nim pływać cała 

background image

flota.

-  Musisz mnie wysłuchać, Frank. Musisz wiedzieć.

-  Kiedy indziej, kiedy będziesz mogła wymówić moje imię bez 

zająknięcia się.

-  Nie byłam na tej konferencji.

-  Tak mówiłaś, powiedziałaś mi o tym. Ten Szkot, no dobrze. Nie mów, że 

to cię dręczy.

-  Nie byłam nawet w pobliżu tej konferencji. Nie wyjeżdżałam z 

Londynu.

Głos miała dziwny, chyba trochę wytrzeźwiała.

-  I co? - Wciąż zamierzał wyjść.

-  Poszłam do lecznicy. - Zrobiła przerwę. - Zrobić skrobankę.

Wrzucił kluczyki od samochodu do kieszeni i wrócił do pokoju.

-  Przykro mi - rzekł. - Bardzo przykro.

-  Nie musi ci być przykro. - Nie patrzyła na niego.

-  Ale dlaczego, jak...?

-  Pigułki antykoncepcyjne mi nie odpowiadają. Próbowałam parokrotnie 

rozmaitych odmian, ale nadal...

-  Powinnaś była mi powiedzieć... - Był teraz delikatny. Wyrozumiały.

-  Nie, to była moja decyzja.

-  Wiem, wiem. Ale nadal...

-  Udałam się więc do tego miejsca... bardzo sympatycznego zresztą, to 

prawdziwa lecznica również od innych spraw, nie tylko od aborcji, jak to 

określają... - Głos jej trochę drżał.

Położył dłoń na jej rękach, chłód zniknął bez śladu.

-  I było to bardzo przykre, okropne? - Jego oczy pełne były niepokoju.

background image

-  Nie. - Twarz Joy się rozjaśniła, uśmiechnęła się do

205

niego i uśmiech ten był tylko lekko krzywy. - Nie, w ogóle nie było 

okropne. Bo kiedy tam się znalazłam i poszłam do swojego pokoju, 

usiadłam i chwilę myślałam, to sobie pomyślałam... dlaczego ja to robię? 

Dlaczego zamierzam się pozbyć ludzkiej istoty? Chciałabym przecież 

mieć kogoś obok siebie. Chciałabym mieć syna albo córkę. Zmieniłam 

więc zdanie. Oświadczyłam, że zdecydowałam się nie robić aborcji. I 

zamiast tego udałam się na parę dni do hotelu, a potem wróciłam do domu. 

Patrzył na nią przerażony.

-  To nie może być prawda.

-  O tak, to jest prawda. Teraz widzisz, dlaczego nie mogłeś po prostu 

zabrać się i wrócić na przyjęcie. Musiałeś się dowiedzieć. I należało ci się, 

żebyś wiedział. I wiedział wszystko.

Frank Quigley do końca życia nie zapomni tej chwili, nawet gdyby 

doczekał starości, co według opinii jego lekarza było wysoce 

nieprawdopodobne. Tego dnia, gdy się dowiedział, że będzie ojcem, lecz 

nie ojcem dziecka Renaty, nie ojcem, któremu serdecznie gratulowaliby i 

którego ściskaliby członkowie rodu Palazzo. Grozi mu ostracyzm, skazany 

zostanie na odcięcie od życia, które budował sobie przez ćwierć wieku. 

Nie zapomni nigdy wyrazu twarzy Joy, kiedy mu to oznajmiła, wiedząc, że 

po raz pierwszy w ich dotąd partnerskim związku ma wszystkie karty w 

ręku. Wiedząc, że choć jest podpita i wytrącona z równowagi i złamała 

wszystkie ich reguły, to jednak właśnie ona kontroluje sytuację. Biologia 

zdecydowała o tym, że kobiety rodzą dzieci, dlatego Joy zwyciężyła. I to z 

tej jednej jedynej przyczyny. Franka Quigleya nie mogło pokonać nic 

background image

prócz ludzkiego systemu rozmnażania.

Rozegrał sprawę oczywiście jak trzeba. Zatelefonował do centrali i 

oznajmił, że musi trochę zająć się Joy. Usiadł i zaczął z nią rozmawiać, a 

jednocześnie gorączkowo myślał. To, co mówił, miało ją uspokoić i 

podtrzymać na duchu, w myślach jednak wybiegał w przyszłość.

Pozwolił sobie na prawdziwe emocje tylko przez chwilę,

206

gdy cieszył się myślą, że spłodził dziecko. Gdyby wiedział o tym Carlo, 

byłoby znacznie mniej tych gadek o zjadaniu większych ilości krwistego 

mięsa. Gdyby Carlo wiedział. Lecz Carlo nie może się nigdy dowiedzieć. I 

śmiertelnie zraniłoby to Renatę. Dowiedziałaby się nie tylko o zdradzie, na 

domiar złego o romansie trwającym od lat tuż pod jej nosem, lecz także o 

fakcie, że owa kobieta ma urodzić mu dziecko. A to była jedyna rzecz, 

jakiej Renata nie zdołała zrobić.

Głaszcząc rozpalone czoło Joy i zapewniając ją o swojej lojalności i o tym, 

jak uradowała go ta nowina i taki obrót rzeczy, Frank logicznie i na 

chłodno kalkulował, co musi teraz zrobić i jakie ma drogi wyjścia.

Namawiał popłakującą Joy do wypicia kolejnych filiżanek słabej herbaty i 

zjedzenia cienkich kromeczek chleba z masłem, a jednocześnie dokonywał 

przeglądu stojących przed nim możliwości oraz rozpatrywał ujemne strony 

każdej z nich. Kiedy znajdzie taką, z którą wiązało się najmniej 

niebezpieczne pole minowe, wówczas ją właśnie wybierze.

Joy mogłaby mieć to dziecko i on by je uznał za swoje. Nie zamierza 

rzucić żony, powiedziałby, choć uważa po sprawiedliwości, że dziecko, 

syn lub córka, wyrastać powinno, mając zapewnioną ojcowską opiekę. 

Rozważał tę możliwość przez kilka sekund tylko po to, by ją odrzucić.

background image

W bardziej liberalnym towarzystwie mogłoby to funkcjonować. Lecz nie 

w przypadku rodziny Palazzo. U nich ani przez minutę.

A gdyby Joy oznajmiła, że będzie mieć dziecko, a ojciec ma pozostać 

nieznany i nie powinno się o nim dyskutować? Ostatecznie to nic takiego, 

czego nie można by sobie wyobrazić w latach osiemdziesiątych w 

przypadku kobiety wyzwolonej. Tylko że znowu był tu ten świat Palazzo. 

Będą krzywo patrzeć, będą spekulować i co najgorsze ze wszystkiego, jeśli 

Joy kiedyś zajrzy do butelki, to wszystko się wyda.

A gdyby wyparł się swojego ojcostwa? Gdyby oświadczył, że Joy kłamie. 

Sam się zdumiał, że coś takiego bierze pod uwagę. Joy jest kobietą, z którą 

zamierza spędzić jeszcze

207

dużo czasu, kocha ją nie tylko dlatego, że dobrze im razem w łóżku, lecz 

również z powodu jej umysłowości i sposobu reagowania na różne rzeczy. 

Zapytywał sam siebie, jak tego rodzaju pomysł mógł w ogóle przyjść mu 

do głowy. Nigdy nie myślał o wbiciu noża w plecy Carla i przejęciu firmy. 

Nie zdecydował się na zaloty i zdobycie Renaty wyłącznie z powodu jej 

pieniędzy i pozycji. Nie był tego rodzaju szubrawcem. Dlaczego więc 

miałby nawet rozważać pomysł odwrócenia się plecami do kobiety, która 

przez trzy lata była jego kochanką i miała zostać matką jego dziecka? 

Spojrzał na nią, kiedy tak siedziała niezgrabnie na krześle i coś tam 

paplała. Przeszły go ciarki na myśl o tym, jak bardzo obawia się picia i 

jego efektów. Wiedział, że cokolwiek się stanie, nigdy już nie będzie mógł 

polegać na Joy ani jej ufać.

A gdyby ją namówić do przerwania tej ciąży dla dobra wszystkich? 

Pozostawały jeszcze wciąż dwa tygodnie, kiedy można by to zrobić bez 

background image

narażania się na niebezpieczeństwo. Może uda mu się ją przekonać.

Jeśli nie, to narazi się na histeryczną reakcję. I jeśli Joy się uprze, i będzie 

mieć to dziecko, wiedząc, że on chciał, by się go pozbyła, wtedy sytuacja 

będzie najgorsza ze wszystkich możliwych do przewidzenia.

Gdyby poprosił ją, by wyjechała, rozpoczęła nowe życie wyposażona we 

wspaniałe rekomendacje? Czy Joy wyprowadziłaby się z Londynu? Czy 

rozpoczęłaby życie od nowa z maleńkim dzieckiem tylko dlatego, żeby 

sprawić przyjemność Frankowi? To nie do pomyślenia.

A gdyby ją poprosił, by dała jemu to dziecko? On i Renata mogliby je 

zaadoptować. Odziedziczyłoby miliony Palazzo. Wszyscy byliby 

zadowoleni. Frank i Renata obeszli wszystkie towarzystwa adopcyjne, ale 

wszędzie mu mówiono, że w wieku lat czterdziestu sześciu jest za stary na 

adopcyjnego ojca. Nie za stary jednak na prawdziwego ojca, jak się 

okazało. Natura nigdy nie była znana jako wielka popleczniczka 

biurokracji.

Joy jednak postanowiła kategorycznie urodzić to dziecko, bo chciała mieć 

jakąś ludzką istotę obok siebie. Nie będzie

208

w ogóle takiej możliwości rozważać. A w każdym razie nie teraz. Nie 

należy jej całkowicie odrzucać. Może rozważy ją w późniejszej fazie 

ciąży. Mało to prawdopodobne, ale nie jest niemożliwe.

I wówczas zaadoptowaliby jego własne dziecko. To byłoby prawdziwie 

satysfakcjonujące. Powinien to powiedzieć Renacie, jej rodzinie jednak nie 

musieliby mówić prawdy.

Frank gładził czoło Joy, przynosił filiżanki herbaty i w skrytości ducha 

rozmyślał, pocieszając ją jednocześnie za pomocą mruknięć i innych 

background image

dźwięków, których nie uznano by za żadną obietnicę czy umowę, gdyby, 

co było mało prawdopodobne, zostały zapamiętane.

Mijały tygodnie. Złego zachowania na imprezie gwiazdkowej nie 

komentowano. Frankowi jak zwykle gratulowano, że jak zawsze poradził 

sobie z każdą, nawet najdrobniejszą niewłaściwością. Joy powróciła w 

nowym roku do pracy z uniesioną wysoko głową i sypała jak z rękawa 

nowymi pomysłami i planami. Nie wracała do picia. Nie powróciły też 

leniwe popołudnia spędzane przy jej kominku.

Zaraz na początku nowego roku poszli razem na lunch. Frank zauważył w 

obecności kilku kierowników, że firmie brakuje jakiegoś nowego pomysłu. 

W okresie po Bożym Narodzeniu przydałoby się trochę ekstrawagancji. 

Zabierze Joy East na miasto na lunch i urządzą sobie sesję inspiracji, 

oznajmił. Kobiety zawsze lubią służbowe lunche, a i jemu to całkiem 

odpowiada. Poszli do najlepszej restauracji, chcąc, by ich widziano.

Ona sączyła tonik Slimline, a on pił sok pomidorowy.

-  W naszym przypadku nie trzeba pokrywać rachunku za drogi lunch. - 

Joy uśmiechnęła się do Franka.

-  Jak mi wtedy powiedziałaś, jestem synem pijusa, boję się więc picia - 

odparł.

-  Czy ja to powiedziałam? Naprawdę nie pamiętam wszystkiego, co 

mówiłam tamtego dnia. To dlatego nie przychodzisz do mnie 

popołudniami?

-  Nie, nie dlatego.

-  A dlaczego? Mam na myśli to, że teraz niepotrzebne

209

już są żadne środki ostrożności. Przypominałoby to ryglowanie stajni po 

background image

ucieczce konia... powinniśmy to wykorzystać... - Jej uśmiech był ciepły i 

zachęcający. Jak u dawnej Joy.

-  Mogłoby ci to zaszkodzić. Mówi się, że nie jest to wskazane w tej fazie 

ciąży - rzekł.

Uśmiechnęła się, zadowolona, że o nią dba.

-  Ale i tak mógłbyś przyjść na pogawędkę ze mną, prawda? Czekałam 

przez wiele dni.

Była to prawda. Dotrzymała obietnicy, że nigdy nie będzie się z nim sama 

kontaktować.

-  Musimy porozmawiać - oznajmił.

-  Dlaczego zatem próbujemy rozmawiać w restauracji, gdzie każdy nas 

widzi? Te babki tam to są powinowate Nica Palazzo. Od chwili gdy tu 

weszliśmy, nie spuszczają z nas wzroku.

-  Będziemy na widoku publicznym przez resztę naszego życia i właśnie tu 

musimy pogadać o tym, jak będzie ono wyglądało dalej. Jeśli pójdziemy 

do ciebie do domu, będziemy podążać starymi koleinami, powrócimy do 

tamtych czasów, gdy mogliśmy brać pod uwagę tylko siebie. - Mówił 

spokojnie, ale Joy wydawało się, że wyczuwa w nim niepokój.

-  To znaczy, że chciałeś mieć szanse na unik i świadków na wypadek, 

gdybym zamierzała powiedzieć ci coś nie do przyjęcia? Tak?

-  Nie bądź niemądra, Joy.

-  Nie jestem niemądra, ty się próbujesz z tego wykręcić, czyż nie? Jesteś 

śmiertelnie przerażony.

-  Wcale nie i przestań się uśmiechać, bo nie chodzi o prawdziwy uśmiech. 

To sztuczny uśmiech, który przywdziewasz na użytek klientów i 

służbowych kontaktów. Nie jest szczery.

background image

-  A co szczerego było kiedykolwiek w twoim uśmiechu, Frank? Czyżbyś 

nie wiedział, że u ciebie uśmiech nigdy nie sięga do oczu, nigdy. 

Ogranicza się do ust.

-  Dlaczego rozmawiamy w taki sposób? - spytał.

-  Dlatego że jesteś pełen lęku, a ja to wyczuwam - odparła.

210

-  Co cię nastawiło przeciwko mnie? Czy ja coś takiego powiedziałem? - 

Rozłożył ręce zdumiony.

-  Nie musisz używać wobec mnie tej włoskiej gestykulacji, nie jestem z 

rodziny Palazzo. Co takiego powiedziałeś? Powiem ci, co powiedziałeś. 

Powiedziałeś, że powinniśmy siedzieć na widoku publicznym i podjąć 

decyzję co do reszty naszego życia. Zapomniałeś, że ja cię znam, Frank. 

Zapomniałeś, że ty i ja wiemy, co robić, kiedy spotyka się przeciwnika. 

Pierwsza zasada to spotkać się z nim na gruncie publicznym, ani na twoim 

terytorium, ani na jego. Ty to właśnie robisz. Oboje wiemy, że jeśli w grę 

może wchodzić awantura, to obowiązuje zasada: upewnij się, że spotkanie 

odbywa się w miejscu publicznym. To powstrzymuje ludzi przed 

urządzaniem scen.

-  Czy ty się dobrze czujesz, Joy? Mówię poważnie.

-  Wiesz, to niekoniecznie musi pomóc. Mogę, jeśli zechcę, zrobić ci 

awanturę, po pijaku czy na trzeźwo, w domu czy na mieście. - Wyglądała 

na zdeterminowaną.

-  Oczywiście, że możesz. Co to ma być? Jesteśmy przyjaciółmi, ty i ja, 

skąd więc ta wrogość?

-  Nie jesteśmy przyjaciółmi, uprawiamy szermierkę, gramy ze sobą w 

różne gry i dążymy do uzyskania przewagi.

background image

-  Dobrze więc, jeśli tak to jest z nami, to po jakiego licha mamy wspólnie 

mieć dziecko?

-  Nie mamy wspólnie dziecka - powiedziała Joy. - Dziecko mam ja.

Na jej twarzy pojawił się wyraz triumfu, jaki widywał jedynie wtedy, gdy 

pokonała jakiegoś rywala, zdobyła nagrodę albo wbrew wszelkim 

przeciwnościom postawiła na swoim.

Wtedy właśnie sobie uświadomił, że Joy zamierza trzymać go w 

zawieszeniu, zważającego wiecznie na każdy swój krok, zdanego wiecznie 

na jej łaskę. To jej dziecko i jej decyzja, ale tylko tak długo, jak długo to 

będzie jej odpowiadać. Nie zamierza obiecać mu ani dochowania 

tajemnicy, ani wciągnięcia go w tę całą sprawę. Plan Joy sprowadzał się do 

tego, by nigdy nie wiedział, na czym stoi. I żeby zawsze był z nią 

związany.

211

Spotkał się już przedtem z tego rodzaju taktykami, gdy dostawca 

opanowywał rynek, lecz nic ci nie mówił. Chciał, żebyś zareklamował 

produkt, i potem nagle podnosił cenę, ponieważ ty się zaangażowałeś. 

Frank miał raz do czynienia z tego typu manewrem. Ktoś próbował zrobić 

mu taki numer, ale tylko raz. Frank z uśmiechem na ustach powiedział, że 

nie widzi powodu, by płacić za ów produkt więcej, niż ustalono. Czy 

jednak nie będą wyglądać głupio, skoro wydali tyle pieniędzy na reklamę, 

a teraz będą zmuszeni przyznać, że nie mają tego produktu? - spytał ten 

człowiek. Bynajmniej. Frank uśmiechnął się z wdziękiem w odpowiedzi. 

Zamówią następną reklamę z przeprosinami i ogłoszą, że dostawcy okazali 

się niesolidni. Wszyscy będą dobrego zdania o Palazzo z powodu ich 

rzetelności, dostawcy zaś zostaną zrujnowani. To było takie proste. Tyle że 

background image

wtedy chodziło o owoce, a nie o dziecko.

Zmobilizował cały swój wdzięk i pod koniec lunchu wyciśnięty jak 

cytryna gratulował sobie, że przynajmniej na pozór rozmawiali normalnie.

Rozmawiali o firmie. Dwukrotnie udało mu się Joy rozbawić. Śmiała się 

szczerze, radośnie, odchylając głowę do tyłu. Dwie powinowate Nica 

Palazzo przyglądały im się z zainteresowaniem. Lecz niewiele miały 

materiału do plotek, bo był to najniewinniejszy lunch pod słońcem. W 

przeciwnym wypadku nie jedliby go tutaj, gdzie wszyscy mogli ich 

widzieć.

Opowiedział jej, jak spędził święta, potem ona zrobiła to samo. Spędziła je 

z przyjaciółmi w Sussex. W dużym rodzinnym domu, gdzie już kiedyś 

była, pełnym dzieci, jak zaznaczyła.

-  Mówiłaś im? - spytał. Czuł, że rozmowa nie powinna zbytnio odbiegać 

od tego, o czym oboje myśleli, bo inaczej zostałby uznany za człowieka 

nieczułego.

-  O czym? - spytała.

-  O dziecku.

-  O czyim dziecku?

-  O twoim dziecku. Naszym dziecku, jeśli chcesz, ale w gruncie rzeczy 

twoim dziecku, jak twierdzisz.

212

Joy wydała z siebie lekki pomruk zadowolenia. Zupełnie jakby mówiła: To 

jest lepsze. Trafniejsze.

-  Nie - odparła. - Nie zamierzam nikomu mówić, póki nie zdecyduję, co 

zrobię.

I niczego już więcej nie dodała. Rozmawiali jak zawsze o planach i 

background image

koncepcjach. I o tym, jak niebezpiecznie byłoby pozwolić na to, by Nico 

w ogóle dowiedział się, co się dzieje. O mądrości Palazzo budujących 

nową siedzibę w okolicy, która miała się rozwijać, a Joy obawiała się, że 

rozwija się zbyt szybko. Duże domy zmieniają właścicieli za grube 

pieniądze, a potem trzeba wydać jeszcze więcej na ich eleganckie 

urządzenie. Tego rodzaju ludzie robią zakupy w modnych delikatesach 

albo nawet jeżdżą do Harrod'sa. Uważała, że Palazzo mądrzej by zrobili, 

gdyby wybrali mniej prestiżową okolicę, taką, gdzie można zbudować 

wielki parking. Teraz tak się postępuje.

-  Moglibyśmy nawet spróbować zaprojektować ten parking - powiedziała 

podniecona. - Wiesz, że parkingi w najlepszym razie wyglądają ponuro i 

sprawiają wręcz wrażenie miejsc, gdzie mogą cię nawet zamordować. 

Może dałoby się cały budynek pomalować na kolorowo i zbudować wokół 

kryty taras, coś w rodzaju krużganka klasztornego. Wynajmowałoby się 

tam miejsca na targowe kramy, ożywiło trochę całość...

To świadczyło, że zamierza pozostać w firmie, pomyślał Frank.

Joy planowała, jeśli w ogóle cokolwiek planowała, że weźmie 

trzymiesięczny urlop macierzyński i powróci do pracy po urodzeniu 

dziecka. Frank nie miał być poinformowany o własnej roli. Tak zamierzała 

rozegrać tę grę.

Wyszedł z lunchu pobladły z gniewu. O wiele bardziej zły i jeszcze 

bardziej zdecydowany odzyskać kontrolę niż przed Bożym Narodzeniem. 

Nie będzie tak zawieszony w powietrzu.

Jeśli ona nie ujawni swoich intencji jak każda normalna osoba, to i on nie 

będzie reagować normalnie.

We dwójkę można się bawić w kotka i myszkę.

background image

Zanim Joy wspomniała komukolwiek o tym, że jest w ciąży, Frank 

przygotował się na wszelkie ewentualności.

213

Opierając się całkowicie na wyrażonym przez nią przekonaniu, że nie 

powinni raczej nastawiać się na klientów kupujących w butikach, zamówił 

odpowiednie sondaże.

Jak wyjaśnił młodym ludziom w biurze badania rynku, chcieliby uzyskać 

potwierdzenie własnych przekonań o konieczności ekspansji na tereny 

zamieszkiwane przez ludzi mniej zamożnych. Badania miano 

przeprowadzić w całym kraju, choć w bardzo niewielkiej skali. Tego 

rodzaju sondaże normalnie Frank by odrzucił, ponieważ zebrane dane nie 

mogłyby być decydujące. Tym razem jednak chciał, aby niezależna 

agencja wykazała dyrekcji, że droga naprzód to ekspansja, wyjście daleko 

poza północny Londyn. Na zasadzie próby - otwarcie na środkowe 

hrabstwa, a nawet północną Anglię. Kluczem do tego miał być projekt i 

wyobraźnia. Firma Palazzo Foods powinna się przedstawiać stylowo i 

atrakcyjnie. A wizerunek ten miała wykreować Joy East.

Przyniesie jej to awans, zapewni miejsce w dyrekcji. Frank co prawda 

będzie ją widywał raz w miesiącu na zebraniach dyrekcji, ale już nie 

każdego dnia.

I Joy nie będzie codziennie widywać jego teścia.

I nie będzie niebezpieczeństwa, że spotka jego żonę.

Niewiele miał broni do dyspozycji, musi więc Joy przechytrzyć.

Ona powinna uważać, że ten awans, te posunięcia i zmianę 

przeprowadzono wbrew jego życzeniom.

Ekspertyzę, która, jak wierzył w naiwności ducha Carlo Palazzo, została 

background image

przez niego samego zamówiona, ukończono w marcu, gdy Joy East z 

wielkim dramatyzmem oznajmiła nowinę. Wyjawiła to na cotygodniowym 

zebraniu kierowników w punkcie określanym w porządku dziennym jako 

„Inne urzędowe sprawy".

Oczy jej podejrzanie błyszczały. Frank wiedział, co teraz nastąpi.

- Przypuszczam, że w pewnym sensie to jest inna sprawa. Występuję z nią, 

ponieważ moglibyście o tym usłyszeć skądinąd i dziwić się, dlaczego nic o 

tym nie powiedziałam swoim kolegom. W lipcu chciałabym wziąć 

trzymiesięczny

214

 urlop macierzyński... Oczywiście będę nadzorować prace w tym okresie, 

aby mieć pewność, że wszystkie promocje przebiegają należycie. Czuję 

jednak, że powinniście wiedzieć, co się święci. - Rozdawała dokoła 

słodkie uśmiechy, patrząc w oczy piętnastu mężczyznom zebranym w 

pokoju.

Carlo nie wiedział, co ma powiedzieć.

-  Dobry Boże, niebiosa, nie wiedziałem nawet, że zamierzasz wyjść za 

mąż... moje gratulacje.

-  O nie, obawiam się, że nie chodzi o nic tak stałego. - Lekko się zaśmiała. 

- Po prostu będzie dziecko. Nie chcemy zbyt wielkiego szoku dla systemu 

i nie będziemy się jeszcze pobierać.

Nicowi zrzedła mina, reszta obecnych zdawkowo ją chwaliła i dawała 

wyraz swojej radości, ale popatrując w stronę Carla i Franka, żeby ocenić 

nastrój na zebraniu.

Frank Quigley wyglądał na przyjemnie zaskoczonego i ubawionego.

-  To bardzo podniecająca nowina, Joy - powiedział ze spokojem. - 

background image

Wszyscy się cieszymy wraz z tobą. Nie wiem, co będziemy bez ciebie 

robić przez trzy miesiące. Ale czy potem będziesz mogła do nas wrócić?

Pytanie było pełne serdeczności i kurtuazji, nikt nie mógł dostrzec, jak 

starły się ze sobą ich oczy ponad stołem.

-  O tak, naturalnie będę mieć sporo do załatwienia. Takich rzeczy nie 

załatwia się łatwo, jak wiesz.

-  Naturalnie - rzekł pojednawczo.

W tej chwili Carlo na tyle już otrząsnął się z zaskoczenia, że mógł 

wymruczeć kilka uprzejmości. Niemniej wezwał Franka do swojego 

gabinetu.

-  Co zrobimy? - spytał.

-  Carlo, mamy rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty, to nie 

średniowiecze. Ona może mieć choćby trzydzieścioro dzieci, jeśli zechce. 

Chyba nie jesteś zaszokowany?

-  Oczywiście, że jestem. Kto jest ojcem tego dziecka, jak myślisz? Czy to 

ktoś stąd?

Frank czuł się tak, jakby występował w jakiejś sztuce.

215

-  Dlaczego miałby być stąd? Joy ma swoje własne życie poza firmą.

-  Ale dlaczego, do licha, dlaczego?

-  Może uświadomiła sobie, że ma trzydzieści kilka lat, jest sama, i po 

prostu tego chciała.

-  To bardzo nierozsądne - burknął Carlo. - I na dodatek kłopotliwe. 

Popatrz, to udaremni nasze plany co do północy kraju.

Frank wypowiadał się bardzo ostrożnie.

-  Kiedy zamierzałeś uruchomić ten plan? Chyba nie przed nowym rokiem. 

background image

W etap planowania wejdzie nie wcześniej niż na jesieni, gdy ona wróci do 

pracy...

-  Tak, ale...

-  Ale czyż to ci w pełni nie odpowiada? Co nie znaczy oczywiście, że 

powinieneś jej to powiedzieć. Martwiłeś się już, że Joy może nie chcieć się 

przenieść. Teraz, gdy będzie mieć dziecko, może właśnie tego 

potrzebować. Nowe otoczenie, zaczynanie od nowa, więcej przestrzeni i 

możliwości, z dala od Londynu.

-  Tak... - Carlo miał wątpliwości. - Myślę, że to przekreśla całą sprawę.

-  Jeśli chcesz, by się tam znalazła, to powinieneś sprawić, by wydało jej 

się to bardzo, ale to bardzo atrakcyjne. Przedstaw sprawę w taki sposób, 

żeby to po prostu wyglądało na właściwy krok z jej strony.

-  Może ty powinieneś jej to wytłumaczyć.

-  Nie, Carlo. - Po raz drugi Frank poczuł się tak, jakby naprawdę grał na 

scenie. - Nie, bo wiesz, do pewnego stopnia nie chciałbym jej tracić tu, w 

Londynie, jakkolwiek w głębi duszy jestem przekonany, że masz rację. Dla 

firmy będzie najlepiej, jeśli ona pojedzie na północ i wprowadzi Palazzo 

do innej ligi, ligi krajowej.

-  Tak właśnie myślałem - powiedział Carlo, święcie w to wierząc.

-  A zatem nie jestem odpowiednią osobą do tego, żeby ją przekonywać.

-  Ona może uważać, że skazuję ją na wygnanie.

-  Nie może tak uważać, Carlo. Czyż nie masz całej

216

dokumentacji, ekspertyz i informacji, które mogą świadczyć, że dawno już 

o tym myślałeś?

Carlo pokiwał twierdząco głową. Oczywiście, że ma.

background image

Frank powoli wypuścił powietrze ustami. W całej tej papierkowej robocie 

nie pojawiało się jego nazwisko. W aktach natomiast znajdowało się kilka 

listów, w których lekko oponował i wyrażał zdziwienie, czy panny East 

nie powinno się raczej pozostawić w Londynie. Nie można go więc o nic 

obwiniać.

Nie musiał długo czekać. Joy wpadła do jego gabinetu z pałającymi 

oczami i jakimś papierem w ręce.

-  To twoja robota? - zapytała.

-  Nie mam pojęcia, o czym mówisz. - Był uprzejmy, pogodny.

-  Akurat. Pozbywasz się mnie. Ale, na Boga, tak się z tego nie wywiniesz, 

Frank. Nie dam ci się spławić, gdy sprawy stają się zbyt ryzykowne.

-  Usiądź - powiedział.

-  Nie dyktuj mi, co mam robić.

Przeszedł koło niej i zawołał do sekretarki w sąsiednim pokoju:

-  Diano, czy moglibyśmy dostać duży dzbanek kawy? Pannę East i mnie 

czeka kłótnia, potrzebujemy więc paliwa.

-  Nie myśl, że można zbić mnie z pantałyku tego rodzaju dowcipami - 

zaprotestowała Joy.

-  To nie był dowcip, tylko jak najbardziej oczywista naga prawda. O co 

chodzi? O plan Carla, żeby wprowadzić cię do dyrekcji i tobie powierzyć 

sprawę ekspansji?

-  Plan Carla? Nie wmawiaj mi, że to plan Carla. To twój plan, jak się mnie 

pozbyć.

Mierzył ją chłodnym wzrokiem.

-  Nie dodawajmy paranoi do wszystkiego innego.

-  Mianowicie do czego? O czym ty mówisz?

background image

-  Powiem ci, o czym mówię. - Głos Franka był przyciszony i ostry. - Ty i 

ja kochaliśmy się, a ja wciąż cię kocham. Zgodziliśmy się, że będziemy 

żyć ze sobą, i ty miałaś zadbać o to, by zapobiec ciąży. Kiedy przestało ci 

to odpowiadać, byłoby uczciwie poinformować mnie o tym

217

i pozwolić, żebym to ja zajął się tą stroną rzeczy. Tak, Joy, tak byłoby 

uczciwie. Nieuczciwością było pozwolić mi na spłodzenie dziecka przez 

przypadek.

-  W moim przekonaniu powinieneś być zadowolony, bo udowodniłeś, że 

jesteś do tego zdolny - warknęła.

-  Nie. Twoje przekonanie jest błędne. Następnie postępowałaś ze mną w 

dalszym ciągu nieuczciwie, nie poinformowałaś mnie o swoich planach 

wobec dziecka, które poczęliśmy. Zgodziłem się, że to jest twoja sprawa, 

jeśli tego sobie życzysz. Powiedziałaś, że mnie poinformujesz. Nie 

zrobiłaś tego. Grałaś ze mną przez cały czas w jakąś grę. Nie wiem więcej, 

niż wiedziałem w okolicy świąt.

Milczała.

-  A teraz przychodzisz tu, wykrzykując jakieś banialuki o tym, że 

wypędzam cię na prowincję. Podczas gdy naprawdę jest tak, że zrobiłem 

wszystko, co w mojej mocy, byś tu została. Możesz w to wierzyć albo nie, 

jak sobie życzysz, niemniej tak sprawa wygląda.

Zapukano do drzwi i weszła Diana z dzbankiem kawy. Postawiła go na 

biurku między nimi.

-  Czy awantura się skończyła? - spytała.

-  Nie, zbliża się do apogeum. - Frank się uśmiechnął.

-  Nie wierzę ci - powiedziała Joy, kiedy Diana wyszła. - Carlo nigdy sam 

background image

nie wpadł na żaden pomysł.

Frank wyjął z akt i pokazał jej list. Czarno na białym widniało tam, że 

oderwanie Joy East od centrum nerwowego przedsiębiorstwa mogłoby 

oznaczać zaprzepaszczenie jej możliwości. Poinformował też, że listów 

było więcej. Może je znaleźć, jeśli potrzebuje dowodów.

-  A więc to Carlo, on nie może znieść bezwstydnej samotnej matki... To 

on mnie stąd wysyła.

-  Joy, ostrzegałem cię przed niebezpieczeństwem wpadania w paranoję. 

Jeśli przejrzysz te akta, przekonasz się, że ekspertyzę zamówiono w 

styczniu. Wiele miesięcy wcześniej, jeszcze zanim ty złożyłaś swoje 

oświadczenie.

-  Ach, ta cholerna ekspertyza! Co to zresztą za firma? Robi na mnie 

wrażenie towarzystwa w stylu Myszki Miki - mruknęła.

218

Frank przez chwilę czuł żal. Joy jest taka bystra i rozgarnięta, rozumuje 

podobnie jak on. Co za szkoda, że musiało się to skończyć goryczą i 

gierkami.

-  Kimkolwiek są, Carlo wierzy we wszystko, co mówią. Zresztą wiesz, 

mogą mieć rację. Ty sama mówiłaś podobne rzeczy już dawno, przed tym 

wszystkim.

-  Wiem. - Musiała przyznać, że to prawda.

-  Co zatem zrobisz?

-  Sama podejmę decyzję, nie będziesz mnie protekcjonalnie głaskał po 

głowie - powiedziała.

-  Jak sobie życzysz, Joy, ale chciałbym ci przypomnieć, że to jest mój 

gabinet i to ty przyszłaś się ze mną zobaczyć. Czy to coś dziwnego, że 

background image

pytam, skoro wydajesz się zdecydowana mnie w to wciągnąć?

-  Kiedy podejmę decyzję, co zrobię, dam ci znać - rzekła.

-  Mówiłaś to już przedtem.

-  Ale dotyczyło to jedynie mojego dziecka, a to dotyczy twojej firmy. 

Masz prawo wiedzieć.

Gdy wyszła, nie tknąwszy swojej kawy, przez dłuższy czas siedział, 

patrząc przed siebie. Pomyślał, że wyglądała na przestraszoną i lekko 

niepewną. Przypuszczalnie jednak tylko tak mu się wydawało.

Joy była sprytna i wiedziała, że może go mieć w garści, jeśli mu nie 

zdradzi, co w następnym posunięciu zamierza powiedzieć i gdzie to zrobi.

Rozmyślał znowu o tej sprawie wieczorem w swoim mieszkaniu. Renata 

siedziała po jednej stronie dużego marmurowego kominka, wpatrując się 

w płomienie, a on po drugiej. Często przez długi czas milczeli. Dzisiaj 

jednak Frank w ogóle się nie odzywał.

W końcu milczenie przerwała Renata.

-  Czy nie jest czasami nudno być ze mną wieczorami? - W jej głosie nie 

wyczuwało się żalu. Pytała po prostu tak, jakby chodziło o godzinę albo o 

to, kiedy powinni włączyć telewizor na dziennik.

-  Nie, nie jest nudno - odparł zgodnie z prawdą Frank. - To bardzo kojące.

219

-  To dobrze - rzekła Renata z zadowoleniem. - Jesteś bardzo dobrym 

mężem i czasem żałuję, że nie mam w sobie więcej ognia, iskry i światła.

-  O Jezu, mam tego dosyć w pracy, która przypomina ognisko Guya 

Fawkesa*.

* Guy Fawkes - przywódca tzw. spisku prochowego zawiązanego przez 

grupę katolików angielskich, którzy w 1605 r. zamierzali wysadzić w 

background image

powietrze parlament wraz z królem Jakubem I (przyp. tłum).

 Nie, cieszę się, że jesteś taka, jaka jesteś.

I pokiwał głową, jakby zgadzając się z tym, co właśnie powiedział. Nie 

chciał zamienić Renaty na inny model, bystrzejszy, bardziej olśniewający.

Mijały tygodnie, Joy się nie odzywała i nadal pracowano nad planami 

ekspansji. Carlo powiedział, że Joy East poświęca im na pewno wiele 

uwagi, choć wszyscy zgadują, czy zamierza pojechać na prowincję, czy 

też nie.

-  Nie zmuszaj jej - radził Frank. - Ona pojedzie, ale nie wcześniej niż 

będzie gotowa.

Miał nadzieję, że właściwie to odczytał. Joy bowiem w dalszym ciągu 

udawało się trzymać go w niepewności.

Otrzymał ozdobne zaproszenie na uroczystość srebrnych godów Deirdre i 

Desmonda Doyle'ów. Wydawało mu się to ponure. Za dziesięć lat on i 

Renata mogliby wysyłać podobne zaproszenia. Zastanawiał się jednak, czy 

do tego dojdzie.

Zastanawiał się również nad tym, co właściwie miałby świętować 

Desmond. Ślub, który wszyscy uważali za przymusowy, nawet jeśli 

okazało się, że tak nie było? Przez całe życie gardziła nim ta okropna 

rodzina O'Haganów w Dublinie. Przez całe życie pracował w Palazzo, a 

praca ta prowadziła donikąd. Trudne dzieci. Najstarsza żyje na kocią łapę z 

bezrobotnym aktorem, chłopak wyniósł się, i to na dodatek akurat do 

Mayo, i Helena, zakonnica, bardzo dziwna, chyba nienormalna 

dziewczyna. Frank nie lubił myśleć o Helenie Doyle, która dwukrotnie 

pojawiła się w jego życiu, za każdym razem powodując katastrofy.

Nie, Doyle'owie nie mają specjalnie czego świętować i dlatego zapewne 

background image

urządzają to przyjęcie.

220

I zapowiada się to jako nieprzyjemne spotkanie. Lecz nie tak nieprzyjemne 

jak to, o którym powiedziała mu Renata, gdy wrócił po pracy do domu.

-  Joy East zaprosiła nas na kolację. Będziemy tylko we trójkę, ty, ja i ona, 

jak mówiła.

-  Czy powiedziała dlaczego?

-  Pytałam ją i odpowiedziała, że chciałaby z nami porozmawiać.

-  Kolacja ma być u niej w domu?

-  Nie, według niej ty zawsze mówisz, że jeśli ma się coś powiedzieć, to 

trzeba to zrobić na gruncie neutralnym. - Renata sprawiała wrażenie 

zaintrygowanej.

Ścisnęło go w żołądku ze strachu.

-  Nie wiem, co ma przez to na myśli - udało mu się powiedzieć.

-  Mówiła, że zamawia stolik w tej restauracji... i uzgodniła z Dianą, że nie 

będziesz w tym czasie zajęty. Zadzwoniła więc do mnie, by się przekonać, 

czy ja będę wolna.

-  Tak. Dobrze.

-  Nie masz ochoty iść? - W głosie Renaty brzmiało rozczarowanie.

-  Ostatnio jest bardzo dziwna. Ta ciąża wytrąciła ją trochę z równowagi, 

jak myślę, no i te przenosiny... Nawiasem mówiąc, to nie znaczy, że 

powiedziała tak lub nie. Czy sądzisz, że moglibyśmy się jakoś z tego 

wykręcić?

-  Nie, byłoby to bardzo niegrzeczne. Ale myślałam, że ją lubisz. - Renata 

wyglądała na skonfundowaną.

-  Lubię, lubiłem, nie w tym rzecz. Ona jest trochę niezrównoważona. 

background image

Zostaw to mnie.

-  Prosiła, żeby dzisiaj do niej zadzwonić. - Renata chyba się wycofywała.

-  Tak, zadzwonię. Muszę znowu wyjść. Zadzwonię do niej z miasta.

Wsiadł do samochodu i pojechał do Joy. Nacisnął dzwonek przy drzwiach, 

potem pukał, ale nikt się nie odzywał.

Poszedł do budki telefonicznej i zadzwonił do niej do domu. Podniosła 

słuchawkę natychmiast.

-  Dlaczego mnie nie wpuściłaś?

221

-  Nie chciało mi się.

-  Mówiłaś, żebym się odezwał.

-  Mówiłam, żebyś zadzwonił, a to co innego.

-  Joy, nie rób tego, nie urządzaj scen przed Renatą. To nieuczciwe wobec 

niej, nie zrobiła nic, czym by sobie na to zasłużyła, absolutnie nic. To 

okrucieństwo.

-  Czyżbyś błagał? Czy ja słyszę, że błagasz?

-  Możesz sobie słyszeć, co ci się, do cholery, podoba, ale zastanów się 

tylko, co ona złego ci kiedykolwiek zrobiła.

-  Czy to znaczy, że przyjmujesz moje zaproszenie, czy też nie? - spytała 

lodowatym głosem Joy.

-  Posłuchaj mnie...

-  Nie, nie zamierzam więcej słuchać. Tak czy nie? - W tym pytaniu 

brzmiała groźba.

-  Tak.

-  Tak myślałam - powiedziała Joy i odłożyła słuchawkę.

To była ta sama restauracja, w której jedli lunch w styczniu. Kiedy Joy 

background image

miała płaski brzuch i kiedy powinowate Nica widziały ich, jak się śmieli. 

Teraz było inaczej.

Joy, ku kolosalnej uldze Franka pijąca jedynie wodę mineralną, 

zachowywała się łaskawie i troszczyła o to, by siedzieli wygodnie i 

dokonali trafnego wyboru dań z karty. To ona głównie zabierała głos, 

ponieważ Frank był zdenerwowany, a Renata zachowywała się z widoczną 

rezerwą.

-  Jak się to mówi w filmach: „Musicie się zastanawiać, dlaczego 

zaprosiłam was tu na dzisiejszy wieczór"... - zaszczebiotała.

-  Mówiłaś, że masz nam coś do powiedzenia. - Renata była uprzejma.

-  Mam. Po długim namyśle podjęłam wreszcie pewne decyzje i uważam, 

że powinnam was o nich poinformować. Franka w związku z pracą... a 

Renatę w związku z Frankiem.

Poczuł, że otwierają się śluzy. Niech ją diabli porwą i zaniosą na samo dno 

piekła! To nawet nie była urażona kobieta, nie chodziło o ten rodzaj złości. 

Rozegra to z nią otwarcie. Albo bardziej otwarcie.

222

-  Tak? - W głosie Renaty czaił się niepokój. Frank nie miał odwagi się 

odezwać.

-  No, o tym dziecku... - Patrzyła raz na jedno, raz na drugie. I czekała. 

Wydawało się, że minęło wiele czasu, ale były to prawdopodobnie tylko 

trzy sekundy. Kontynuowała: - Myślę, że zmieni moje życie o wiele 

bardziej, niż sobie wyobrażałam. Przez miesiąc czy dwa zastanawiałam 

się, czy postąpiłam właściwie. Zapewne nawet na tym późnym etapie 

mogłam była oddać to dziecko, oddać je jakiejś parze, do bezpiecznego i 

pełnego miłości domu. Może się okazać, że zdana na siebie samą wcale 

background image

nie będę taką wspaniałą matką.

Czekała, aż któreś z nich z grzeczności zaprzeczy. Żadne jednak tego nie 

zrobiło.

-  Ale potem pomyślałam sobie: nie. Wiedziałam, w co się pakuję, muszę 

więc wytrwać. - Uśmiechnęła się promiennie.

-  Tak, tylko co to ma wspólnego z nami... akurat z nami...? - spytała 

Renata. Twarz miała przerażoną.

-  To mianowicie, że jeśli miałabym oddać komuś moje dziecko, to 

najpewniej dałabym szansę właśnie wam. Bylibyście takimi dobrymi 

rodzicami, to wiem. Ponieważ jednak nie zrobię tego, a wy moglibyście 

żywić pewne nadzieje...

-  Nigdy... nigdy o tym nie myślałam - wysapała Renata.

-  Nie myślałaś? Jestem pewna, że ty, Frank, myślałeś. Ostatecznie nie 

mogłeś nic uzyskać w towarzystwach adopcyjnych, jak mi mówił Carlo.

-  Mój ojciec nie ma prawa rozmawiać o takich sprawach - rzekła Renata, 

czerwona jak rak.

-  Pewno nie ma prawa, ale oczywiście to robi. W każdym razie 

poprosiłam was tutaj, bo chcę wyjaśnić te sprawy i poinformować, że 

pojadę wkrótce na północ, i to o wiele prędzej, niż się wszyscy 

spodziewali. Sprzedałam swój dom tutaj i kupiłam naprawdę uroczy stary 

georgiański wiejski dom. Wymaga reperacji, ale ma wspaniałe proporcje, 

jest niewielki i piękny, i będzie wręcz idealnym miejscem do 

wychowywania dziecka. Jeśli to dziecko, chłopiec lub dziewczynka, 

będzie mieć przy sobie tylko mnie, to biedactwo

223

powinno mieć kucyka i miejsce do zabawy! - Uśmiechała się szeroko.

background image

Renata wciągnęła głęboko powietrze.

-  A czy ojciec dziecka będzie jakoś w ogóle wchodzić w grę?

-  Absolutnie nie. Ojcem jest ktoś, kogo przelotnie poznałam na 

konferencji na temat opakowań. Taki statek przepływający obok w nocy.

Ręka Renaty powędrowała w machinalnym geście ku ustom.

-  Czy to aż tak szokujące? - spytała Joy. - Chciałam mieć dziecko, a on się 

do tego nadawał jak każdy inny.

-  Wiem, chodziło mi o to, myślałam... - Nie dokończyła i spojrzała na 

Franka, który siedział z kamiennym obliczem.

-  Co myślałaś, Renato? - Joy była teraz słodka jak miód.

-  Wiem, że to głupie. - Renata spoglądała raz na nią, raz na męża. - 

Przypuszczam, że się bałam. To dziecko mogło być... dzieckiem Franka. I 

dlatego pewno zastanawiałaś się, czy je nam zaoferować... Proszę, nie 

wiem, co ja robię najlepszego, że tak mówię... - W oczach miała łzy.

Frank zdrętwiał z przerażenia, nadal bowiem nie wiedział, do czego 

zmierza Joy. Nie mógł wyciągnąć ręki i uspokoić żony.

Joy mówiła wolno i z namysłem:

-  Och, Renato, na pewno nie mogłaś tak myśleć. Frank i ja? Zbyt jesteśmy 

do siebie podobni, żeby być parą kochanków, wielkim romansem stulecia. 

O, nie. A zresztą - Frank ojcem - to jest mało prawdopodobne, to chyba nie 

wchodzi w rachubę, czyż nie?

-  Co... co masz na myśli...?

-  Och, Carlo mówił mi o jego kłopotach... Obawiam się, że twój ojciec 

niekiedy bywa bardzo niedyskretny, ale tylko gdy wie, że nie powtórzy się 

tego dalej... Proszę, nie mów mu, że o tym wspominałam. Tak się zawsze 

martwił, że Frank nie spłodził mu wnuka...

background image

Po raz pierwszy od dłuższej chwili odezwał się Frank. Uważał, że udało 

mu się pozbyć drżenia z głosu.

224

-  A twoje dziecko? Powiesz mu, że chodziło o jedną noc spędzoną w 

hotelu?

-  Nie, skądże znowu! Oczywiście, że nie. Powiem coś znacznie bardziej 

romantycznego i smutnego. Powiem, że był to ktoś cudowny, ale nie do 

odszukania, bo dawno zmarł. Może poeta. Coś smutnego i pięknego.

Jakoś dobrnęli do końca kolacji, szczęśliwie udało im się znaleźć inne 

tematy do konwersacji. W oczach Renaty mniej było cierpienia, a na 

twarzy Franka napięcia. Błogosławiony stan Joy dodał jej pogody ducha. 

Kwitła. Z dużą pewnością siebie zapłaciła kartą kredytową rachunek i gdy 

Renata poszła do toalety, siadła i spojrzała przez stół na Franka.

-  Cóż, zwyciężyłaś - rzekł.

-  Nie, to ty zwyciężyłeś.

-  Jak to zwyciężyłem? Powiedz mi. Przestraszyłaś mnie śmiertelnie, a 

teraz odmawiasz mi jakiejkolwiek roli w życiu dziecka. I to ma być 

zwycięstwo?

-  Masz to, czego chciałeś. Pozbyłeś się mnie.

-  Chyba nie zaczniesz wszystkiego od nowa?

-  Nie potrzebuję. Sprawdziłam to biuro badania rynku. Powiedzieli mi, że 

ty ich wynająłeś, podali mi nawet datę, to było zaraz po naszym lunchu w 

tej restauracji. Jak zwykle ekspertyza odpowiadała twoim życzeniom. Nie 

będę ci przeszkadzać. Oczyściłeś pole i gotowy jesteś do następnego 

romansu. Ciekawam, kto będzie tą wybranką. Tego nigdy się nie dowiem. 

Tak samo jak ty się nie dowiesz, jak to jest bawić się z dwuletnim malcem, 

background image

twoim własnym dwuletnim malcem. Ponieważ nie jesteś zdolny do 

spłodzenia dziecka. To zarówno twoje alibi, jak i wymówka umożliwiająca 

mi wykluczenie cię z gry.

-  Nie powiedziałaś mi nigdy, dlaczego, dlaczego ta cała nienawiść.

-  To nie jest nienawiść, tylko determinacja. A dlaczego? Dlatego, jak 

przypuszczam, że masz zimne, bardzo zimne oczy, Frank. Niedawno 

dopiero to zauważyłam.

Renata szła przez salę, wracając z toalety. Wstali od stołu. Nadszedł czas, 

by wyjść.

225

-  Będziesz przyjeżdżać na zebrania... i tak dalej? - spytał Frank.

-  Nie na wszystkie. Moim zdaniem, jeśli ta operacja ma przynieść sukces, 

to nie wolno nam pozwolić, by wszyscy zainteresowani myśleli, że cały 

czas jeździmy do Londynu. Ważniejsze decyzje powinno się podejmować 

na miejscu. Inaczej ludzie będą myśleć, że stanowią jedynie małą 

placówkę, zamiast ważną i rządzącą się po swojemu.

Naturalnie miała rację, jak to często bywało. Przytrzymał jej drzwi 

taksówki. Mówiła, że jest za gruba i nie mieści się już do swojego małego 

sportowego auta. Na krótką chwilę ich oczy się spotkały.

-  Oboje zwyciężyliśmy - szepnęła. - Można to tak ująć.

-  Albo żadne z nas nie zwyciężyło - powiedział. - Tak też można by to 

ująć.

Objął ramieniem żonę, gdy szli w stronę miejsca, gdzie zaparkował 

samochód.

Od tego wieczora nic już między nimi nie będzie takie jak przedtem. Świat 

im się nie zawalił, choć mogło się tak stać, tylko trochę popękał. I w 

background image

pewnym sensie to też było zwycięstwo.

 Rozdział Ósmy.

 Deirdre.

W artykule pisano, że każda może być naprawdę piękna, jeśli tylko 

poświęci sobie dwadzieścia minut dziennie. Deirdre usadowiła się 

wygodnie na fotelu i przysunęła w swoją stronę paczkę herbatników. 

Oczywiście, że może poświęcić dwadzieścia minut na dzień. Kto by nie 

mógł? Panie Boże, czyż nie uwijamy się wszyscy, na miłość boską, przez 

szesnaście godzin? Dwadzieścia minut to po prostu nic.

Powtórzyła słowa „naprawdę piękna". Słyszała niemal, jak w tym dniu, 

gdy nadejdzie, będzie się tak o niej mówić. Czyż Deirdre nie wygląda 

naprawdę pięknie? Kto by pomyślał, że wyszła za mąż przed dwudziestu 

pięciu laty. Wyobraźcie sobie, że jest matką trojga dorosłych dzieci.

Westchnęła z zadowoleniem i zabrała się do czytania. Zobaczmy, co 

będzie musiała zrobić. Poświęcanie tych dwudziestu minut dziennie stanie 

się jej osobistym sekretem. Efekt okaże się sensacyjny.

Najpierw, przeczytała, musisz sama siebie ocenić i przygotować listę 

swoich dobrych i słabych stron. Deirdre sięgnęła do torebki po mały 

srebrny ołówek z kutasikiem. To zabawa, wielka zabawa. Jaka szkoda, że 

musi to robić sama. Jej najstarsza córka, Anna, powiedziałaby, że wygląda 

i tak dobrze, nie potrzebuje wyliczać wad figury i suchych plam na skórze. 

Druga córka, Helena, powiedziałaby, jaka to niedorzeczność być ofiarą i 

myśleć, że wygląd zewnętrzny ma wielkie znaczenie. Wobec tych 

wszystkich cierpień na świecie kobiety nie mogą sobie pozwolić na to, by 

tracić czas na analizowanie swoich wad i ustalanie, czy ich oczy są 

głęboko osadzone albo czy znajdują się zbyt blisko siebie.

background image

227

Jej syn, Brendan, teraz jest tak daleko od niej, bo mieszka w Irlandii, w 

górach, w rodzinnych stronach swego ojca. Co powiedziałby Brendan? 

Doszła do wniosku, że nie potrafi sobie wyobrazić, jak zareagowałby teraz 

syn. Przepłakała wiele nocy, kiedy po raz pierwszy opuścił dom z kilkoma 

słowami wyjaśnienia i prawie bez przeprosin. Tylko że gdy zapytał ją 

wprost przez telefon, kiedy wreszcie przebił się przez jej płacz: „Gdybyś 

mogła wybrać, gdybyś miała możność wybrać mi życie, to co miałbym 

robić takiego dobrego i ważnego dla nas wszystkich?" - nie potrafiła mu 

odpowiedzieć. Twierdzić, że życzyłaby sobie, by było inaczej, to przecież 

żadna odpowiedź. Nie można sobie życzyć, żeby koło było kwadratowe 

albo biały kolor był czarny.

Jednakże zgodnie z tym, co pisano w tym artykule, istnieją takie rzeczy, 

które możesz zmienić, jeśli chcesz. Na przykład kształt swojej twarzy - 

odrobina umiejętnie zastosowanego różu i podkładu może zdziałać cuda. 

Deirdre uradowana spoglądała na diagramy. Nauczy się robić to dobrze. 

Nie ma nic gorszego niż zabrać się do tego i robić to źle, bo wygląda się 

wtedy jak Coco Klaun.

Coś takiego, jak mogła sobie wyobrazić, powiedziałaby w dawnych 

czasach Maureen Barry. W pewnym okresie ona i Maureen świetnie się 

bawiły. Matka Deirdre serdecznie przyjaźniła się z panią Barry, toteż 

dziewczęta miały wolną rękę i mogły robić, co im się podobało, pod 

warunkiem, że były razem. Deirdre powróciła myślami do wakacji w 

Salthill przed wieloma laty. Na pamiątkę tych wakacji nazwała dom przy 

Rosemary Drive „Salthill", ale tyle razy widziała tę nazwę na bramie, że w 

gruncie rzeczy nie kojarzyła jej się z morzem, słońcem i totalną wolnością 

background image

ich szczenięcych lat.

Maureen była wtedy taka zabawna. Nie miały przed sobą tajemnic. Aż do 

tego lata, gdy pojechały do Londynu. Do tego lata, kiedy dla nich obu 

wszystko się zmieniło.

Deirdre pomyślała o dziewczętach, z którymi razem wstąpiły na 

uniwersytet w Dublinie. Czy często zastanawiały się, co się stało z 

jasnowłosą Deirdre O'Hagan? Wszystkie oczywiście będą wiedziały, że 

wcześnie wyszła za mąż. Może

228

da nawet do „Irish Times" oznajmienie o swoich srebrnych godach. Utrze 

nosa tym arogantkom, które kontynuowały studia, żeby zostać 

adwokatkami albo wydać się za adwokatów. Tym, które myślą, że Dublin 

to centrum wszechświata, i słyszały jedynie o Harrod'sie jako miejscu, 

gdzie się dokonuje zakupów, i o Chelsea jako miejscu zamieszkania. 

Pinner? Wymawiały to „Pinner", jakby chodziło o Kiltimagh czy coś w 

tym rodzaju. Och, wpółnocnym Londynie. Rozumiem. To ich ignorancja 

sprawiła, że nie podróżowały. Tak, da to oznajmienie. Albo może powinny 

to zrobić dzieci. Niewielka notatka z życzeniami pomyślności z okazji 

dwudziestej piątej rocznicy ślubu. Zajrzy do gazet i zobaczy, jak się to 

teraz robi.

Jaka szkoda, że nie łączy jej już zażyłość z Maureen Barry. Gdyby dało się 

cofnąć czas, mogłaby podnieść słuchawkę telefonu i zapytać ją o to prosto 

z mostu. I opowiedziałaby też Maureen o formowaniu twarzy i o tym, jak 

cieniować linię brody. W tamtych czasach jednak nie zapytałaby nigdy 

Maureen o nic z tych rzeczy. Wszystko się zmieniło z upływającymi 

latami.

background image

Nie miała u swego boku żadnych przyjaciółek, które mogłyby dzielić z nią 

przyjemność płynącą z tego samoulepszania. Nie, rzeczywiście, sąsiadki 

uważałyby coś takiego za frywolność i głupotę. Większość z nich chodziła 

do pracy i one albo znały takie rzeczy, albo nie miały na nie czasu. Zresztą 

Deirdre nawet by się nie śniło wprowadzać je w swoje sprawy, dać im 

poznać, że w jej życiu to wielka rzecz. I jednocześnie jedyna szansa na 

udowodnienie, że ćwierć wieku to coś znaczy. Deirdre miała zamiar zrobić 

wrażenie na swoich sąsiadkach, ale nie pozwolić im wziąć tudziału w tej 

przyjemności. W gruncie rzeczy one się nie liczą, co innego tamci ludzie w 

Dublinie. Niemniej byłoby dobrze, żeby się przekonały, jak znacznymi i 

szanowanymi ludźmi są Doyle'owie.

Co powiedziałby Desmond, gdyby zobaczył, że z takim zapałem studiuje 

ten artykuł? Czy powiedziałby jej jakiś komplement, na przykład, że już i 

tak jest naprawdę piękna? A może powiedziałby tylko, że to dobrze, i to w 

sposób osobliwie obojętny, tak jak często wyrażał się o rozmaitych

229

sprawach, w które ani trochę się nie angażował. Mógł też usiąść i 

powiedzieć, że naprawdę nie ma potrzeby tym się przejmować i robić tylu 

przygotowań. Desmond często mówił, żeby się nie przejmować. Nie 

cierpiała tego, bo nie przejmowała się, tylko pilnowała, żeby robić, co 

należy. Chciałaby wiedzieć, do czego by doszli, gdyby ktoś nie popędzał 

przez te wszystkie lata Desmonda?

Deirdre nie podzieli się z mężem swoimi kosmetycznymi sekretami. 

Dawno, dawno temu, tamtego dziwnego lata, kiedy to wszystko się 

zaczęło, Desmond leżałby na wąskim łóżku i obserwowałby ją z 

podziwem, gdy szczotkowała swoje długie jasne loki. Nie przypuszczał, 

background image

jak powiedziałby, że brzoskwinie ze śmietaną to może być coś więcej niż 

słowa piosenki, póki nie ujrzał urodziwej twarzy Deirdre. Przyciągnąłby ją 

do siebie i spytałby, czy może jej pomóc wetrzeć więcej tego przyjemnego 

kremu w skórę, może trochę poniżej szyi, może w ramiona i ręce. Może... 

może. Tak trudno było przypomnieć sobie takiego Desmonda. Lecz w 

artykule w piśmie zapewniano ją, że znowu odzyska tę świeżość, bo to 

tylko kwestia odpowiedniej dbałości o skórę.

Deirdre zastosuje się do wskazówek, będzie wmasowywać krem w szyję 

okrężnymi ruchami i w górę, starannie unikając nadwerężenia delikatnego 

naskórka wokół oczu. Żeby miała nawet pęknąć, będzie odpowiednio 

wyglądać na srebrne gody. Zamierzała pokazać im wszystkim, że mylili 

się, użalając się nad nią, gdy dwadzieścia pięć lat temu poślubiła 

Desmonda Doyle'a, ekspedienta ze sklepu spożywczego, młodzieńca z 

biednej rodziny z jakiegoś zadupia w hrabstwie Mayo. Z rodziny, o której 

nikt nawet nie słyszał.

Ten dzień będzie dniem jej srebrnego rewanżu.

Wszyscy, wszyscy co do jednego z tych, na których liczono, dali znać, że 

przybędą. Zaproszono naturalnie również kilka osób, o których wiedziano, 

że się nie pojawią. Jak Vincenta, brata Desmonda i dziwaka - ten nigdy nie 

opuszczał swoich gór i swoich owiec, i tej odludnej miejscowości, w 

której zdecydował się spędzić życie Brendan. Dostali wiadomość od syna, 

że stryj bardzo żałuje, ale to nieodpowiednia

230

 pora na wyjazd. Tak należało postąpić. Deirdre pokiwała głową 

zadowolona z właściwej reakcji.

I zaproszono oczywiście państwa Palazzo, tych, co mieli tę wielką firmę, 

background image

w której tak długo pracował Desmond. Niestety nie będą mogli przybyć. 

Przysłali miły list, podpisany osobiście przez Carla i Marię, z życzeniami 

wszelkiego szczęścia i pełen ubolewania, że doroczny wyjazd do Włoch 

przeszkodzi im wziąć udział w tej uroczystości. Przyślą prezent i kwiaty, i 

dobrze, że nie przyjdą. To osoby zbyt wysoko postawione, krępowałyby 

resztę towarzystwa. I matka Deirdre, która uważa, że potrafi rozmawiać z 

każdym, mogłaby zbyt dużo od nich się dowiedzieć na temat kariery 

Desmonda w firmie. Mogłaby odkryć, że Desmond nigdy zbyt wysoko nie 

wspiął się w hierarchii i w pewnym momencie nawet go zwolniono. A to 

nie pasowałoby do olśniewającego wizerunku, jaki przedstawiała zawsze 

Deirdre.

Frank Quigley i jego żona, Renata Palazzo, powiedzieli, że przyjdą z 

przyjemnością. Deirdre pomyślała ponuro, że Frank przy tych swoich 

dużych sukcesach i niesłusznym pięciu się po drabinie nawet jeszcze przed 

ożenkiem z dziedziczką fortuny Palazzo nadawał się na swoje stanowisko. 

Zawsze wiedział, co należy mówić, i to mówił. Deirdre powróciła myślami 

do dnia ich ślubu. Frank był wtedy drużbą i potrafił doskonale dać sobie 

radę ze wszystkim, łącznie z rodzicami Deirdre, którzy podczas tej 

ceremonii i tak zwanego wesela mieli takie twarze jak 

wczesnochrześcijańscy męczennicy.

I będzie ksiądz Hurley. To znakomita okazja, żeby odwiedzić parę, której 

małżeństwo tak się udało, stwierdził. Deirdre wiedziała, że może polegać 

na uprzejmym księdzu Hurleyu, bo ten na pewno będzie mówić w ciągu 

całego wieczoru właściwe rzeczy.

I oczywiście przyjedzie grupa irlandzka. Ta data od dawna zapisana jest w 

ich pamięci. Istniała możliwość, że nie udałoby się to jej bratu Gerardowi, 

background image

ale Deirdre zadzwoniła, wyrażając takie zaskoczenie, zdumienie i poczucie 

krzywdy, że jakoś zmienił swoje plany. Powiedziała mu przez telefon bez 

ogródek, że obchodzenie srebrnych godów nie ma sensu, jeśli nie może 

przyjechać na nie rodzina.

231

-  Czy rodzina Desmonda będzie? - spytał Gerard.

-  To co innego - odparła Deirdre.

Matka naturalnie przyjedzie i Barbara też, zamierzają zrobić sobie przy tej 

okazji długi weekend, przyjechać w czwartek, obejrzeć parę wystaw, 

porobić sporo sprawunków. Mąż Barbary, Jack, połączy to naturalnie z 

wyjazdem służbowym. Zawsze tak mógł zrobić.

Kiedy przyjadą, późnym popołudniem poda się drinki w ogródku przy 

Rosemary Drive. Potem wszyscy udadzą się na specjalną mszę, a tam 

ksiądz, mówiąc ogólnie o błogosławieństwach sakramentu małżeństwa, 

odniesie je w szczególności do Desmonda i Deirdre. Ksiądz Hurley, jako 

kapłan, który dawał im ślub, zostanie poproszony o powiedzenie kilku 

słów. Następnie po zrobieniu zdjęć przed kościołem i tak dalej zgromadzą 

się wszyscy znowu przy Rosemary Drive i wtedy otworzy się szampana.

Nie było szampana w roku 1960, ale Deirdre nie zamierza z tego powodu 

marszczyć brwi. Jeśli ma być naprawdę piękna, nie może pozwolić, żeby 

zmartwienia pozostawiały jej na twarzy ślady w postaci zmarszczek.

Powiedziała sobie, że doprawdy nie ma powodu do zmartwień. Wszystko 

pójdzie doskonale.

I jeśli nawet... Nie, nie, wygładzić czoło, nie mrużyć oczu.

Program robienia się na naprawdę piękną wymaga, jak sugerowano w 

artykule, harmonogramu i wykresu. Nic nie ucieszyłoby bardziej Deirdre, 

background image

bo uwielbiała przygotowywanie planów i harmonogramów. Tak czy 

inaczej miała już swój własny harmonogram przygotowań do srebrnych 

godów, to znaczy tego, co należało zorganizować.

Desmond potrząsał ze smutkiem głową, ale mężczyźni nie wiedzą, jak się 

załatwia sprawy. Albo może, Deirdre pomyślała z rozdrażnieniem, 

niektórzy mężczyźni wiedzą, i to im właśnie dobrze się powodzi. Tacy 

mężczyźni jak Desmond, który nigdy nie zrobił kariery w Palazzo, zwolnił 

się stamtąd i wszedł do spółki z właścicielem sklepu na rogu, tacy nie 

wiedzą.

Deirdre przejmowała się bardzo swoim harmonogramem, dlatego 

wiedziała, że ma na to wszystko dokładnie sto dziesięć dni.

232

 W tym momencie zadzwonił telefon i w słuchawce usłyszała głos matki.

Matka dzwoniła tylko co drugi weekend w niedzielę i zawsze wieczorem. 

Deirdre wprowadziła tę praktykę przed wieloma laty - telefonowały do 

siebie na zmianę, każda w co drugą niedzielę. Czasami wyczuwała, że 

matka ma jej niewiele do powiedzenia, ale to przecież niemożliwe. Matka 

nie lubiła pisywać listów, tak więc te rozmowy były dla Deirdre bardzo 

ważne. Pamiętała z nich każde słowo i nawet miała przy telefonie mały 

kołonotatnik, żeby móc zapisać nazwiska jej partnerek do brydża albo to, 

na jakim przyjęciu była Barbara i Jack, ewentualnie na jaki koncert zabrał 

matkę Gerard. Czasami pani O'Hagan wykrzykiwała, że Deirdre ma 

nadzwyczajną pamięć do drobnych spraw. Ta jednak uważała, że to rzecz 

całkiem naturalna, bo powinno się chcieć zapamiętać najróżniejsze 

szczegóły z życia swojej rodziny. Zawsze lekko wytykała matce, że nie 

pamięta żadnej z jej przyjaciółek i nigdy nie zapyta o Palazzo ani o żadne 

background image

wypady, które jej opisywała.

To było zupełnie nieoczekiwane wydarzenie, że matka dzwoni w środku 

tygodnia, i na dodatek w środku dnia.

-  Czy stało się coś złego? - spytała natychmiast Deirdre.

-  Nie, Deirdre, mówisz zupełnie jak twoja babka. - Matka Kevina zawsze 

pytała na powitanie, czy stało się coś złego.

-  Chodzi mi o to, że normalnie w tym czasie nie dzwonisz.

Matka się udobruchała.

-  Nie, ja wiem, wiem. Ale jestem w Londynie i pomyślałam sobie, 

spróbuję, może uda mi się złapać cię w domu.

-  Jesteś wLondynie! - wykrzyknęła Deirdre i machinalnie przytknęła dłoń 

do gardła. Rozejrzała się po pokoju, nie sprzątniętym i zasłanym papierami 

Desmonda, planami i projektami, które omawiał z Patelami, rodziną 

właścicieli sklepu. Tego sklepu, który, jak twierdził, był znacznie bliższy 

jego życiowemu ideałowi niż wielka firma Palazzo. Sama miała na sobie 

wypłowiały fartuch, a w całym mieszkaniu

233

panował bałagan. Wyjrzała przerażona przez okno, jakby jej matka już 

zaraz miała stanąć na progu.

-  Tak, właśnie przyjechałam z lotniska. Metro jest wspaniałe, prawda? 

Błyskawicznie cię dowiezie, niemal od drzwi do drzwi.

-  Co ty robisz w Londynie? - Głos Deirdre zbliżał się do szeptu. Czyżby 

matka przyjechała o trzy miesiące za wcześnie na srebrne gody, czy to atak 

jakiejś choroby?

-  Och, jestem tu przejazdem... Wiesz, wycieczka wyrusza z Londynu.

-  Wycieczka? Jaka wycieczka?

background image

-  Deirdre, mówiłam ci o niej... nie? Przecież musiałam mówić. Mówiłam 

wszystkim.

-  Nie wspominałaś mi o żadnej wycieczce - oburzyła się Deirdre.

-  Och, musiałam mówić. Może nie rozmawiałam z tobą.

-  Rozmawiamy w każdą niedzielę wieczorem przez całe życie, 

rozmawiałam z tobą przed czterema dniami.

-  Kochanie, czy stało się coś złego? Masz taki dziwny głos. Zupełnie 

jakbyś ze mną walczyła czy coś w tym rodzaju.

-  Nie wiem o żadnej wycieczce. Dokąd się wybierasz?

-  Najpierw do Włoch, a potem statkiem, wsiądziemy na statek w Ankonie 

i stamtąd popłyniemy...

-  Dokąd popłyniecie?

-  Och, do najrozmaitszych miejsc... na Korfu, do Aten, na Rodos, Cypr i 

do kilku miejsc w Turcji...

-  To wycieczka morska, mamo, wybierasz się żeglować po morzu!

-  Myślę, że nadajesz temu zbyt szumną nazwę.

-  To zapowiada się na wspaniałą wyprawę.

-  Tak, miejmy nadzieję, że nie będzie tam wszędzie zbyt gorąco. Wydaje 

mi się, że nie jest to chyba odpowiednia pora roku na żeglugę.

-  Dlaczego więc wybierasz się na to żeglowanie?

-  Bo mi się trafiła okazja, zresztą mniejsza o to. Czy my się zobaczymy?

-  Zobaczymy? Masz zamiar tu przyjechać? Teraz?

234

Matka się zaśmiała.

-  Dziękuję bardzo, Deirdre, to brzmi jak entuzjastyczne powitanie. Nie 

zamierzam jednak jechać do tej dziury Pinner... Myślałam, że mogłabyś 

background image

przyjechać i zjeść ze mną lunch albo wypić kawę, albo coś w tym sensie.

Deirdre nie znosiła, gdy Anna mówiła „ta dziura Pinner", to było takie 

obraźliwe, zupełnie jakby chodziło o jakąś zakazaną miejscowość. 

Tymczasem jej rodzona matka, która przyjechała, na miłość boską, z 

Dublinu i która nie wiedziała, gdzie co jest i czy to miejscowość dobra, 

czy zła, mówi jej to samo.

-  Gdzie się zatrzymałaś? - spytała, starając się nie zdradzić swojej irytacji.

Pani O'Hagan zamieszkała w hotelu w centrum, w samym centrum, jak 

powiedziała, i droga do niego ze stacji metra przy Piccadilly Circus 

zabiera jej tylko dwie minuty. Po prostu nadzwyczajnie. Deirdre nietrudno 

będzie też znaleźć ten hotel.

-  Wiem, jak się tam dostać. - Deirdre była blada jak papier.

-  Może się spotkamy tu w barze o pół do drugiej? Będziesz mieć dość 

czasu?

Deirdre zostawiła Desmondowi wiadomość na stole. Ostatnio nigdy nie 

wiedziała, czy on w ciągu dnia wpadnie do domu, czy też nie. Miał, jak się 

zdaje, dość elastyczny układ z Palazzo. Frank Quigley obiecał, że zostaną 

wydane odpowiednie dyspozycje. Dla takiego kierownika jak Desmond, 

który zakłada własny interes, to nie była jedynie kwestia odprawy, dopłaty 

do pensji, wyrównania, wysokiej nagrody przy odejściu z pracy. To 

wszystko określono mianem Odpowiednich Dyspozycji. Deirdre miała 

nadzieję, że zostaną sfinalizowane do czasu srebrnych godów.

W ponurym nastroju poszła na górę i włożyła na siebie odświętny strój. Jej 

włosy sprawiały wrażenie tłustych i fryzurę miała do niczego. Zamierzała 

umyć głowę później w ciągu dnia, ale teraz już nie było na to czasu. 

Najlepszą torebkę oddała właśnie do naprawy, bo obluzował się w niej 

background image

zatrzask. Brudny bandaż zakrywał nadgarstek, który oparzyła sobie przy 

piecyku. Nie miała ochoty odwijać go

235

i zakładać nowego opatrunku, zapowiedziano jej bowiem, że powinno się 

to zrobić w szpitalu.

W podłym nastroju i pełna nieokreślonych obaw wyprawiła się na 

spotkanie z matką. Czuła się szara i nieatrakcyjna. Wygląda na swoje lata, 

stwierdziła, ujrzawszy swoje odbicie w oknie pociągu wiozącego ją na 

Baker Street. Wyglądała jak gospodyni z przedmieścia, w średnim wieku, 

żona kogoś, kto nie odniósł wielkich sukcesów, nie mająca pracy, która 

zajmowałaby jej umysł, ani dość pieniędzy, by odpowiednio się ubierać. I 

osoba dotkliwie cierpiąca z powodu syndromu opuszczonego gniazda. 

Może nawet jeszcze z innych powodów: jedna córka stara się o to, by 

zaakceptowano ją w klasztorze, gdzie nie chcą jej pozwolić złożyć ślubów, 

druga córka czasami nie odwiedza swoich rodziców nawet raz na dwa 

tygodnie, i syn, jej umiłowany syn, odszedł, uciekł, by żyć na drugim 

końcu innego kraju.

Deirdre była pewna, że pokłóci się z matką. W tonie jej głosu przez telefon 

wyczuła coś, co ją zaniepokoiło. Matka irytowała się na nią i potraktowała 

tak, jakby to ona była nieznośna.

To okropnie denerwujące, ale Deirdre nie straci nad sobą panowania. Lata 

rozsądnego zachowania i niepodnoszenia głosu oznaczały, że na Rosemary 

Drive rzadko dochodziło do kłótni.

Deirdre czuła się zawsze dumna z tego powodu. To coś, co się 

demonstrowało przez wszystkie te lata i przy wszystkich okazjach.

Matka siedziała w rogu dużego baru z dębową boazerią, jakby zaliczała się 

background image

do jego stałych bywalczyn. Wyglądała bardzo dobrze. Ubrana w płowy 

płócienny kostiumik i kremową bluzkę, włosy miała świeżo uczesane - 

pewno spędziła tę godzinę, którą jej córka musiała przeznaczyć na dojazd 

do centrum Londynu, siedząc spokojnie w salonie fryzjerskim. Sprawiała 

wrażenie odprężonej i swobodnej. Czytała gazetę i o ile nie zadawała sobie 

trudu, żeby udawać, to czytała ją, nie używając okularów.

Miała sześćdziesiąt siedem lat, a wyglądała młodziej i bardziej świeżo od 

swojej córki.

W tym momencie Eileen O'Hagan podniosła wzrok

236

i uśmiechnęła się szeroko. Deirdre, idąc ku niej, miała wrażenie, że 

porusza się trochę sztywno. Ucałowały się i matka przywołała kelnera, z 

którym zdążyła już nawiązać przyjacielski kontakt.

-  Proszę o kieliszek wina i wodę sodową - powiedziała Deirdre.

-  Nic mocniejszego dla uczczenia przyjazdu do miasta starej matki?

-  Tylko kieliszek wina i wodę sodową - burknęła Deirdre.

-  Niech ci się przyjrzę - rzekła pani O'Hagan.

-  Nie, mamo, źle wyglądam, szkoda, że mnie nie uprzedziłaś...

-  Ale gdybym to zrobiła, to okropnie byś się przejmowała i zadała sobie 

wiele trudu... - oponowała matka.

-  Wobec tego przyznaj, że specjalnie mi o tym nie mówiłaś, a nie mów, że 

po prostu wypadło ci to z pamięci.

-  Postąpiłam tak z grzeczności, Deirdre... Ty zawsze zdobywasz się na 

taki wysiłek i dlatego nic ci nie mówiłam.

Deirdre poczuła, że oczy ją palą od łez. Usilnie starała się pozbyć 

urażonego tonu.

background image

-  No cóż, mogę tylko powiedzieć, że to szkoda. Desmond bardzo by się 

ucieszył, gdyby mógł cię gościć, a dziewczynki będą żałować, że nie 

mogły zobaczyć się z babcią.

-  Nonsens, Deirdre, Anna jest w pracy, Helena na modlitwach... Desmond 

po uszy zapracowany... Po co tym się tak przejmować?

I znowu to niecierpiane wyrażenie „przejmować się". Deirdre zacisnęła 

pięści i zobaczyła, że matka widzi jej zbielałe kostki. To fatalnie, 

przyrzekała sobie, że nie będzie się kłócić. Musi dotrzymać przyrzeczenia.

-  Racja, już się stało - powiedziała i miała wrażenie, że jej głos brzmi 

jakoś dziwnie sztucznie. - A ty, mamo, świetnie wyglądasz.

Matka się rozpromieniła.

-  Ten kostium wybawił mnie z kłopotu. Wiesz, kupiłam go trzy lata temu 

w sklepie Maureen. Maureen zawsze miała dobry gust. Dziwiłam się, 

dlaczego niektóre z jej

237

ubrań są takie drogie, ale jej matka zawsze mówiła, że płaci się za krój i że 

nigdy nie wyjdą z mody...

Dotknęła z przyjemnością spódniczki od kostiumu.

-  Świetnie się nadaje na tę morską wycieczkę. - Deirdre usiłowała 

wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu.

-  No tak, nie sądzę, żeby był sens kupować te wszystkie kwieciste 

jedwabie... ubrania na czas wolny, stroje wycieczkowe, jak się je obecnie 

nazywa. Lepiej wziąć coś odpowiedniego, coś znajomego i mieć kilka 

bawełnianych sukienek na zwiedzanie. - Wyglądała na ożywioną i 

podnieconą.

-  I co cię opętało, żeby wypuścić się na coś takiego? - Już mówiąc to, 

background image

Deirdre wiedziała, że przemawia tonem starszej kobiety napominającej 

nieznośną córkę, a nie jak ktoś, kto powinien okazywać entuzjazm wobec 

niezależnej matki, potrafiącej na własną rękę cieszyć się życiem.

-  Jak ci mówiłam, to mi się trafiło, i ktoś z moich przyjaciół ma też wolny 

czas, wobec czego wydawało się całkiem sensowne...

-  Och, dobrze, że ktoś jedzie z tobą. - Deirdre się ucieszyła. Dwie starsze 

panie będą przynajmniej mogły sobie porozmawiać na pokładzie statku, a 

potem dzielić się wspomnieniami. Próbowała sobie przypomnieć, która z 

grających w brydża przyjaciółek matki najprawdopodobniej mogłaby jej 

towarzyszyć.

-  Tak, i myślę, że wykorzystam okazję, aby was poznać ze sobą. Na lunch 

razem nie pójdziemy, zjemy go we dwie, ale Tony zapowiedział, że zejdzie 

na dół i się przywita. Ach, oto on... Idealnie wycelował! W samą porę!

Deirdre miała uczucie, jakby żołądek napełniono jej ołowiem, gdy się 

zorientowała, że matka macha w kierunku rumianego mężczyzny w 

blezerze, który szedł przez salę, zacierając ręce z uciechy. Matka jedzie na 

morską wycieczkę z mężczyzną.

-  Miło mi - powiedział Tony, miażdżąc gorącą dłoń Deirdre w swojej ręce 

i prosząc jednocześnie kelnera o duży dżin z tonikiem, cork ze 

schweppesem, lód i cytrynę.

Kelner był zakłopotany. Matka z czułością wyjaśniła, że Irlandczycy 

pijący dżin są fanatycznie przywiązani do rodzimych gatunków i jeśli piją 

dżin, to tylko taki.

238

-  Ale jesteśmy bardzo demokratyczni, pijemy angielski tonik - oznajmił 

rozpromieniony Tony. - No jak, Deirdre, co myślisz o tym całym 

background image

wypadzie?

-  Dopiero co o nim usłyszałam - powiedziała Deirdre, nie mogąc znaleźć 

odpowiednich słów.

-  To będzie wspaniała przejażdżka - zapewniał. - Nie trzeba decydować, 

czy jechać i poznawać nowe miejsca, bo one same przyjadą cię poznać. 

Doskonała rzecz dla leniwego mężczyzny. I leniwej kobiety. - Poklepał 

rękę pani O'Hagan.

-  Czy o tym również bałaś mi się powiedzieć, żebym się nie przejmowała? 

- spytała Deirdre i najchętniej odgryzłaby sobie język.

Tony wtrącił się, zanim matka zdążyła odpowiedzieć.

-  Och, widzisz, Eileen, ona jest tak samo zazdrosna jak inni. Barbara o 

mało nie oszalała, kiedy usłyszała, że jej matka zabiera zamiast niej mnie. 

A Gerard stwierdził, że przy całej przyzwoitości matka powinna zabrać 

syna zamiast takiego gogusia jak ja. - Odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się 

serdecznie, a matka śmiała się wraz z nim.

On zna Barbarę i Gerarda, pomyślała Deirdre. Dlaczego żadne z nich nic 

jej o tym nie powiedziało? Jak śmieli zataić coś tak ważnego? I czy on 

mówił na serio o tym, że matka zabiera go ze sobą? Przecież ona nie 

mogła płacić za tego hałaśliwego, wulgarnego mężczyznę. Czy to też żart?

Matka zdawała się czytać z jej twarzy.

-  Nie martw się o nic, moja kochana, on ma taki sposób bycia. Tony'emu 

nie zależy na tytułach własności do domów.

-  Praktycznie miałbym zerowe szanse, gdyby mi na nich zależało - 

zagrzmiał Tony. - Twoja matka będzie żyć wiecznie, a ja niedługo 

wyciągnę nogi. Mam nadzieję, że nie podczas tej morskiej wycieczki. 

Chociaż pogrzeb w morzu byłby wart zapamiętania, prawda?

background image

Deirdre czuła, że zbiera jej się na mdłości. Ten mężczyzna, który musi być 

w wieku matki, gra poważną rolę w jej życiu. I aż do tej chwili nikt nie 

zdobył się na to, żeby jej o tym powiedzieć.

Z wysiłkiem przywołała uśmiech na twarz i zauważyła,

239

że matka spogląda na nią z aprobatą. Szukając odpowiednich słów, 

stwierdziła, że w ustach ma sucho i gorzko.

Tony nie był jednak z tych, którzy pozwalali na milczenie. Polecił napełnić 

znowu kieliszek Deirdre, zamówił talerz oliwek i miskę chrupek, w myśl 

zasady, że trzeba mieć pełną oprawę. Zapewniał ją, że będzie się należycie 

opiekował jej matką podczas morskiej wycieczki. Ścisnął znów mocno 

rękę pani O'Hagan i powiedział, że klucz zostawi w recepcji. Klucz. Ten 

człowiek nawet nie udawał, że mają osobne pokoje. Deirdre czuła, że 

zalewa ją fala czegoś nierealnego. I nawet nie spostrzegła, że na 

pożegnanie pocałował matkę w policzek.

Matka zamówiła stolik w pobliskiej restauracji, która okazała się 

niewielka, francuska i droga. Serwetki były zrobione z mięsistej tkaniny, 

srebra ciężkie, a kwiaty na stole prawdziwe i w dużej obfitości.

W ciągu dwudziestu pięciu lat spędzonych w Londynie Deirdre nigdy nie 

jadła w takim lokalu. Tymczasem jej matka, mieszkająca w małym kraju, 

w małym mieście w porównaniu z Londynem, zamawiała jedzenie tak, 

jakby do tego od dawna przywykła.

Deirdre była zadowolona, że to matka podejmowała decyzje, i to nie tylko 

dlatego, że ona nie rozumiała, co jest w karcie, lecz również dlatego, że 

nie potrafiłaby zamawiać potraw, tak czuła się stropiona i zdenerwowana.

-  Dlaczego nie powiedziałaś mi nic o... hm... o Tonym? - spytała w końcu.

background image

-  Nie bardzo było o czym mówić, póki nie postanowiliśmy wybrać się 

razem na tę morską wycieczkę. A jak tylko na nią wyruszyliśmy, zaraz ci 

powiedziałam. - Matka rozłożyła ręce, jakby to była najprostsza sprawa na 

świecie.

-  I Gerard, i Barbara... wiedzą... wiedzieli?

-  No, wiedzą, że Tony jest moim przyjacielem, i naturalnie 

poinformowałam ich o naszych wakacyjnych planach.

-  I oni byli...?

-  Gerard odwiózł nas dziś rano na lotnisko. Tony ma rację, Gerard 

zzieleniał z zazdrości. Mówił, że i jemu by się to przydało. Zbyt ciężko 

pracuje, powinien wziąć urlop i może sobie na urlop pozwolić. Może to go 

zdopinguje.

240

-  Ale czy powiedział... co myśli...?

-  Nie powiedział, że weźmie urlop. Ale znasz Gerarda, on pewno o tym 

myśli.

Czy matka jej nie zrozumiała, czy też udawała? Deirdre nie zamierzała dać 

się zbyć.

-  A co Barbara i Jack? Co oni sądzą o twoim wyjeździe z mężczyzną?

-  Najdroższa Deirdre, nie wyjeżdżam w tym sensie z mężczyzną. Z 

pewnością wyjeżdżam na wakacje i jadę z Tonym, a on rzeczywiście jest 

mężczyzną. Co masz na myśli, pytając, co oni sądzą? W ogóle nic nie 

sądzą, jestem absolutnie pewna.

-  Ale rodzina Jacka...

O rodzinie Jacka, jak długo pamiętała, mówiło się z pewnego rodzaju 

obawą. Ojciec Jacka był sędzią Sądu Najwyższego, stryj ambasadorem. 

background image

Barbara wyszła za mąż w takim stylu, jakiego życzyła sobie rodzina 

O'Haganów, natomiast ona, Deirdre, najstarsza, postąpiła nieodpowiednio 

- poślubiła kogoś zupełnie się nie liczącego i na dodatek w wielkim 

pośpiechu.

Matka wyglądała na całkowicie zbitą z tropu.

-  Rodzina Jacka? - powtórzyła, jakby córka zaczęła przemawiać w jakimś 

obcym języku. - Jakiż, u licha, oni mogą mieć z tym związek?

-  Wiesz...

-  Nie sądzę, żeby znali Tony'ego. Nie, jestem pewna, że nie znają. 

Dlaczego pytasz?

Deirdre spojrzała ostro na matkę. Przecież ona cholernie dobrze wie, 

dlaczego ją o to pyta. Pyta dlatego, że zawsze mówiło się o znakomitej 

rodzinie Jacka. Wspominało się o  nich od chwili, gdy Barbara, jej 

młodsza siostra, zaczęła chodzić z młodzieńcem pochodzącym z tej dobrej 

rodziny. Deirdre pamiętała huczne wesele, jakie urządzono Barbarze, z 

dużym namiotem, dowcipnymi mowami, politykami i fotografami. Tak 

zupełnie inne od jej własnego wesela.

I  teraz nagle wszechmocny klan Jacka już nie wydaje się ważny.

Czując, że rumieniec barwi jej policzki, palnęła prosto z mostu:

241

-  A czy ty i... Tony macie jakieś dalsze plany... na potem, po tej 

wycieczce? Czy myślisz, że mogłabyś wyjść za mąż albo coś takiego?

-  Postaraj się pozbyć zdumienia w głosie - odparła matka.- Zdarzają się 

dziwniejsze rzeczy, wiesz. Ale ja odpowiadam, że nie. Nie mam takich 

planów.

-  Och?

background image

-  I dość już o mnie i mojej podróży. Opowiedz mi o sobie i twoich 

sprawach. - Matka uśmiechnęła się z góry.

Deirdre miała surową minę.

-  Żadna z nich nie jest ani w najmniejszym stopniu równie interesująca 

jak twoje plany.

-  Nie przesadzaj. Desmond zaczyna pracować we własnej firmie, a 

ponadto zamierzacie urządzić balangę z okazji tych srebrnych godów...

Balanga to było słowo w stylu Tony'ego. Matka przedtem nie wyrażała się 

w taki sposób.

-  Gdzie ty go poznałaś? - zapytała szorstko Deirdre.

-  Desmonda? - Teraz matka postanowiła być figlarna. - Poznałam 

Desmonda wtedy, gdy przyprowadziłaś go do domu i powiedziałaś nam o 

ślubie. Ale przecież to wiesz.

-  Nie chodziło mi o Desmonda i wiesz o tym. - Deirdre była zła. - 

Chodziło mi o Tony'ego. Jak to się stało, że się z nim zetknęłaś?

-  Poznaliśmy się w klubie golfowym.

-  Tony jest członkiem klubu golfowego? - W jej głosie brzmiało 

zaskoczenie i niedowierzanie.

-  Tak, i jest świetnym graczem - oznajmiła z dumą matka.

-  Ale jak się stał członkiem klubu? - Dawniej nie można by zaproponować 

członkostwa komuś w tak złym stylu jak Tony, to przecież całkiem jasne. 

Gdyby jej Desmond umiał grać w golfa, a nie umiał, toby go nie przyjęto. 

Jak ktoś taki jak Tony mógł się tam dostać?

-  Nie mam pojęcia, przypuszczam, że tak samo jak my wszyscy - 

wypowiedziała się niezbyt jasno jej matka.

-  I wszyscy twoi przyjaciele go znają? Czy znała go na przykład pani 

background image

Barry? - Deirdre wybrała matkę Maureen

242

jako najważniejszy barometr towarzyski w ich Dublinie. Na pewno w jej 

kręgach Tony nie był mile widziany.

-  Sophie? Tak, oczywiście, biedna Sophie spotykała go od czasu do czasu. 

Pamiętaj, że ona nie grywała w golfa, nie poznała go więc w tamtym 

towarzystwie.

-  Nie mów mi, że Tony grywa w brydża.

-  Nie, jest okropnie pogardliwie nastawiony do starych kociaków, jak nas 

nazywa, które poświęcają na rozrywkę wiele godzin i grają dzień w dzień 

w karty.

Matka zaśmiała się wesoło i nagle jej życie wydało się Deirdre o wiele 

przyjemniejsze od własnego. Zdecydowana nie dopuścić do tego, żeby 

znowu zmieniła temat, spróbowała szczęścia raz jeszcze.

-  Mamo, proszę cię, co sądzi Gerard? Co on mówi? Nie, nie o tym, czy 

sam pojedzie na urlop, tylko o tobie i Tonym?

-  Nie mam pojęcia.

-  Musisz wiedzieć.

-  Nie, skąd mam wiedzieć? Wiem tylko to, co mi mówi. Nie mam pojęcia, 

co mówi komu innemu. Ma teraz dość miłą dziewczynę, mógł z nią o tym 

rozmawiać, wyobrażam sobie jednak, że nie rozmawiał. - Pani O'Hagan 

sprawiała wrażenie całkowicie beztroskiej.

-  Ale on musi... z pewnością...

-  Słuchaj, Deirdre. Każdy ma swoje własne życie. Gerard pewno znacznie 

bardziej martwi się o swoją karierę adwokacką, zastanawia się, czy 

powinien zostać radcą sądowym i czy powinien przestać zajmować się 

background image

tymi wszystkimi kociakami i zmieniać je jak rękawiczki, i wreszcie się 

ustatkować. Zapewne martwi się o swoje zdrowie, bo dobiega 

czterdziestki, może więc dużo myśleć o cholesterolu i tłuszczach 

wielonienasyconych. Może zastanawia się, czy nie sprzedać mieszkania i 

nie kupić domu. Gdzież on, pytam cię, może mieć czas na myślenie o 

matce!

-  Ale jeśli robisz coś... jeśli wdepniesz w coś...

-  On uważa, że jestem wystarczająco stara, by sama się pilnować. Tego 

jestem pewna.

-  Wszyscy musimy wzajemnie się pilnować - stwierdziła Deirdre nieco 

obłudnie.

-  Tu się całkowicie mylisz. Wszyscy musimy być 

243

absolutnie pewni, że nie wtrącamy się w życie innych ludzi. To wielki 

grzech.

Niesprawiedliwość tej opinii zabolała Deirdre tak, jakby smagnięto ją 

biczem. Jak matka śmie wyjeżdżać z takim moralizatorskim nonsensem o 

niewtrącaniu się w życie innych ludzi. Przez ćwierć wieku Deirdre 

usiłowała żyć w zgodzie z pewnego rodzaju wyobrażeniami, pewnymi 

narzuconymi oczekiwaniami. Pokładano w niej tak wielkie nadzieje. 

Najstarsza córka, bardzo zdolna, wyróżniająca się studentka, mogła była 

przystąpić do egzaminu na trzeciego sekretarza i pójść do Departamentu 

Spraw Zagranicznych, jak się to wtedy nazywało. Mogła była zostać 

potem ambasadorem albo poślubić ambasadora. Mogła zostać członkiem 

palestry jak jej brat. Mogła świetnie wyjść za mąż jak jej siostra Barbara.

Zamiast tego zakochała się jednego lata, długiego i gorącego, i sama się 

background image

zamknęła w dziwnym więzieniu. A że nic nie było tam dostatecznie dobre 

dla O'Haganów i na miarę ich oczekiwań, musiała wszystko przedstawiać 

w innym świetle, tak jak oni chcieli to widzieć.

Deirdre dostosowała całe swoje życie do tych wyobrażeń, by sprawić 

przyjemność matce, która teraz siedzi naprzeciwko niej i usprawiedliwia 

swój żałosny związek z pospolitym, wulgarnym mężczyzną, twierdząc, że 

podstawowa reguła życiowa to niewtrącanie się w życie innych. To chyba 

niemożliwe.

Bardzo wolno powiedziała:

-  Wiem, co mówisz, ale myślę, że również ważne jest, by nie być 

nastawionym całkowicie egocentrycznie i brać także pod uwagę życzenia 

innych. Czyż przez wszystkie te lata jako nastolatka nie słyszałam o 

ludziach, którzy są odpowiedni, i o ludziach, którzy są nieodpowiedni?

-  Nie ode mnie.

-  Ale ty zawsze chciałaś wiedzieć, co robią ojcowie moich znajomych i 

gdzie mieszkają.

-  Z prostej ciekawości. - Matka potraktowała to lekceważąco. - Zawsze 

miło było wiedzieć, kim są ci ludzie, bo może kiedyś ich się poznało czy 

coś w tym rodzaju. I tylko tyle.

244

-  Wcale nie, mamo, ty i pani Barry...

-  Och, Deirdre, Sophie Barry nie miała w całym swoim życiu niczego 

prócz pewnego rodzaju niedorzecznej towarzyskiej hierarchii. Ci, co ją 

znali, nie przejmowali się tym...

-  Maureen się przejmowała.

-  Tym większym głuptasem była Maureen. A zresztą nie sądzę, żebyś 

background image

miała rację. Maureen ma swoje życie, ułożyła je sobie tak, jak chciała, 

wbrew tym wszystkim bzdurnym opowieściom biednej Sophie o ludziach, 

którzy zajmują się handlem.

-  Czy zamierzasz twierdzić, iż ty i tata byliście szczęśliwi, że poślubiłam 

Desmonda? Nie próbuj mi tego wmawiać, bo nie uwierzę.

Miała łzy w oczach, ze złości, z urazy i zażenowania. Nagle zerwano 

zasłonę, odrzucono maskę - wiedziała, że wkracza na niebezpieczny grunt. 

Pozory utrzymywane przez lata prysnęły jak bańka mydlana.

Kobieta w płowym kostiumiku i kremowej bluzce spojrzała na nią z 

niepokojem. Zaczęła coś mówić i przerwała.

-  No, nie możesz tak twierdzić! - triumfowała Deirdre.

-  Dziecko, ty mówisz o zamierzchłych czasach.

-  Ale to, co powiedziałam, to prawda. Martwiliście się, martwiliście się, 

że Desmond nie jest na odpowiednio wysokim jak dla nas poziomie 

towarzyskim.

-  Co ma znaczyć to dla nas? My go nie poślubialiśmy, tylko ty. Ty go 

sobie wybrałaś. Nawet nie wspomniano o odpowiednio wysokim 

poziomie.

-  Może nie na głos.

-  W ogóle nie. Zapewniam cię, twój ojciec i ja uważaliśmy, że jesteś za 

młoda. Oczywiście, tak sądziliśmy, bo nie skończyłaś studiów, i 

obawialiśmy się, że nigdy nie zdobędziesz żadnych kwalifikacji. Z tego 

względu, przypuszczam, woleliśmy, żebyś zaczekała, i tylko tyle.

Deirdre zaczerpnęła powietrza.

-  Wiedzieliście, że nie mogliśmy czekać.

-  Wiedziałam, że nie będziecie czekać, i to było wszystko, co wiedziałam. 

background image

Byliście bardzo zdeterminowani. Nie zamierzałam wam się sprzeciwiać.

245

-  Wiedziałaś dlaczego.

- Wiedziałam, że go kochasz albo tak myślisz. A ponieważ z nim 

pozostałaś i wbiłaś sobie do głowy, żeby na jesieni urządzić tę całą 

historię, to pewno miałaś rację. Kochałaś go i on kochał ciebie.

Matce wydawało się to takie proste. Jeśli przeżyło się razem dwadzieścia 

pięć lat i było gotowym to przyznać... to trzeba się kochać. Deirdre 

pogrążyła się w zadumie.

-  Czy tak nie było? - Matka czekała na „tak" lub „nie" albo „a nie 

mówiłam".

-  Mniej więcej, ale nie dzięki komukolwiek z was. - Deirdre nie 

ustępowała.

-  Nie wiem, co dokładnie próbujesz mi powiedzieć, Deirdre. Uważałam, 

że ze wszystkich moich dzieci ty byłaś najbardziej zadowolona. Dostałaś 

to, czego chciałaś. Nikt cię do niczego nie zmuszał, miałaś swobodę. 

Poszłaś na uniwersytet, mogłaś pracować i zarabiać na siebie, ale nigdy 

tego nie robiłaś. Sophie i ja mawiałyśmy, że podano ci wszystko jak na 

talerzu. A teraz wygląda na to, że na coś się użalasz.

Matka była zaciekawiona, lecz nie strapiona, zainteresowana, lecz nie 

przesadnie ciekawa. Mieszała z wprawą sałatę, czekając na wyjaśnienia.

-  Dlaczego pozwoliliście mi wyjść za Desmonda, jeśli uważaliście, że 

byłam za młoda?

- Ja myślałam tylko, że na tym świecie należy sprawiać możliwie jak 

najmniej przykrości. To właśnie zawsze myślałam. Twój ojciec myślał, że 

może jesteś w ciąży. Ale ja wiedziałam, że nie.

background image

-  Skąd to wiedziałaś? - szepnęła Deirdre.

-  Ponieważ żadna dziewczyna, nawet w tak odległych czasach jak rok 

tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty, nie poślubiłaby kogoś tylko z tego 

powodu, gdyby tego nie chciała. A ty nie byłaś w ciąży. Anna urodziła się 

wiele miesięcy później, co musiało, jak myślę, wystrychnąć na dudka 

biedną Sophie. Mam wrażenie, że ona była podobnego zdania co twój 

ojciec.

-  Tak.

-  A więc, Deirdre, co to za afera na wielką skalę, jak

246

się to mówi? Co miałam zrobić? Daliśmy nasze pozwolenie. Czy to było 

coś złego? Nie. Przyjechaliśmy na ślub, bo tego chciałaś. Zapowiedziałaś, 

że nie życzysz sobie okazałego wesela i chcesz, by ślub odbył się w 

Anglii, i my na to przystaliśmy. Zwolniliśmy ze szkoły Barbarę i Gerarda 

na tę ceremonię.

Dom był otwarty dla ciebie i Desmonda, mogliście przyjeżdżać i 

odwiedzać nas, ale tego nie robiliście. Przyjechaliście raz i byliście tak 

przewrażliwieni, że nie wiedzieliśmy, co mamy mówić, bo wszystko was 

denerwowało. My wybraliśmy się w odwiedziny kilka razy i wszyscy 

przyjedziemy na srebrne gody, żeby znowu was zobaczyć. A to, można by 

powiedzieć, jest coś, do czego zupełnie nie jesteśmy przyzwyczajeni. I 

mimo wszystko jestem najgorsza na świecie, a co za tym idzie - również 

twój ojciec, twoja siostra i brat.

Eileen O'Hagan zebrała kawałkiem francuskiej bułki przybranie ze swojej 

sałaty i spojrzała na córkę, oczekując wyjaśnień.

Deirdre patrzyła na nią w milczeniu.

background image

Przyszedł kelner, zbierał talerze i rozwodził się na temat dwu 

ewentualności, tarty z jabłkami i śmietankowego budyniu. Matka Deirdre 

podjęła tę dyskusję z ożywieniem, co dało jej córce szansę zebrania myśli.

-  Zamówiłam jedno i drugie. Nie cierpię niczego nakazywać, ale 

pomyślałam, że tak będzie najlepiej.

-  To doskonale, mamo.

-  I o czym to mówiłyśmy? O, wiem, tata i ja rzekomo mieliśmy 

nienawidzić Desmonda albo coś w tym sensie, prawda?

-  Niezupełnie.

-  Nie tylko że niezupełnie, lecz wcale. Oboje uważaliśmy, że jest bardzo 

miły, zastraszony oczywiście na śmierć przez ciebie, bo ty musisz 

wszystkim rządzić, a cechę tę odziedziczyłaś po mnie. - Eileen O'Hagan 

była zadowolona, że zrobiła uwagę na temat tej wspaniałej właściwości.

-  Co mówiliście o nim? - spytała cichym głosem Deirdre.

-  Tata i ja? Chyba nic. Troszczył się należycie o ciebie,

247

a o to głównie się martwiliśmy w tych czasach, jak przypuszczam. Toteż 

dobrze się stało, że ta strona nie stanowiła problemu. Przygnębiał nas fakt, 

że nie miałaś zawodu.

-  Miałam troje dzieci, jedno po drugim. - Deirdre próbowała się bronić.

-  Tak, ale potem. Tak czy inaczej przypuszczam, myśleliśmy, że może też 

być pewien problem z kwestią hierarchii w tym układzie z Włochami, tymi 

Paladianami...

-  Z tymi Palazzo, mamo.

-  Tak, dobrze, to chyba jedyny minus, jaki kiedykolwiek przypisywaliśmy 

Desmondowi. Możesz więc przestać przybierać w jego obronie pozy 

background image

rozjuszonej lwicy.

Pani O'Hagan zaśmiała się serdecznie. Deirdre spojrzała na nią, jakby był 

to ktoś, kogo nigdy przedtem nie widziała.

- A pani Barry też cię nie pytała o nas?

-  Nie, kochanie. Jeśli mam być zupełnie szczera, nie było specjalnie czym 

się interesować. Nikt się nie pytał. Sama dobrze wiesz, jaki jest Dublin, co 

z oczu, to i z myśli.

-  Ale nie dotyczy to ciebie, przecież nie mogłaś o mnie zapomnieć, o 

swojej najstarszej córce. - Wargi jej drżały,

-  Oczywiście, że nie zapomniałam o tobie, głuptasku, lecz nie 

rozmawialiśmy o tych wszystkich błahostkach, jak to podejrzewasz, o tej 

promocji, tamtej uwadze, że Palladianie pomijają Desmonda, o tym, że 

Anna była na tej samej recepcji co księżna Di.

-  To był książę Kentu, Michael.

-  Wiesz, o co mi chodzi, Deirdre. To nie jest jakieś podliczanie punktów, 

punkty za to, punkty karne za tamto.

Zapadło milczenie. Długie milczenie.

-  Ja cię nie krytykuję, wiesz o tym, prawda?

-  Tak, mamo.

-  I gdyby nawet nam, Kevinowi i mnie, nie podobał się Desmond, co nie 

było prawdą, to wszystko, czego się o nim dowiadywaliśmy, bardzo się 

nam podobało. Ale gdyby założyć, że nam się nie podobał, to jaki sens 

miałoby mówienie albo rozmyślanie o tym? Przecież nie zamierzaliśmy 

przeżyć życia za was.

-  Rozumiem.

248

background image

-  Kiedy wyszłam za Kevina, moi rodzice strasznie się cieszyli, piali z 

zachwytu i wprawiali mnie w wielkie zakłopotanie.

-  Powinnaś być zadowolona.

-  Nie, byłam podejrzliwa. Myślałam, że chcieli mnie się pozbyć i że 

utożsamiają pieniądze ze szczęściem albo powodzeniem. Twój ojciec nie 

dał mi zbyt wiele ani jednego, ani drugiego.

-  Nie wierzę ci! - Deirdre otworzyła usta ze zdumienia.

-  Dlaczego nie miałabym ci tego powiedzieć? Ty i ja jesteśmy kobietami 

w średnim wieku, rozmawiamy o życiu i miłości. Twój ojciec był męskim 

szowinistą, jak to dzisiaj nazywają, a w tamtych czasach my nazywaliśmy 

stuprocentowym mężczyzną i miałyśmy być wdzięczne, że nie ugania się 

za spódniczkami. Przesiadywał co dzień do późnej nocy w swoich 

klubach. Pamiętasz to z czasów dorastania, prawda? Założę się, że 

Desmond przebywał w domu, bo chciał znać swoje dzieci.

-  Nie był członkiem żadnego klubu. - Głos Deirdre brzmiał smutno.

-  I czy nie było ci z tym lepiej? W każdym razie ja zawsze uważałam, że 

nie będę ani zachęcać, ani zniechęcać swoich dzieci, niech same dokonają 

wyboru i żyją, z kim chcą.

-  Ślub Barbary... - zaczęła Deirdre.

-  Przez ten ślub niemal ocknęliśmy się w przytułku. Ależ ten Jack ma 

rodzinę! Dali nam listę gości weselnych z ich strony długości twojej ręki. 

Zdecydowaliśmy jednak zrobić tak, jak chciała młoda para. Jakkolwiek 

Barbara, jak mi często mówiła, życzyła sobie, żeby nie było tej całej 

pompy, z którą nic nie mogło się równać.

-  Barbara tak mówiła?

-  Mówi to za każdym razem, gdy trzyma w ręce szklaneczkę sherry. To, że 

background image

ci o tym wspominam, nie narusza dyskrecji. Ona mówi to w klubie 

golfowym, próbowała też powiedzieć tego wieczoru, gdy była wśród 

audytorium telewizyjnego programu „Późny Nocny Show", ale 

najwyraźniej nie dali jej mikrofonu.

Deirdre po raz pierwszy zaśmiała się naprawdę szczerze,

249

a kelner tak dalece był zadowolony, że przybiegł z talerzem cukierków i 

dolał im kawy.

- I wiem, według ciebie powinnam być szczęśliwa z powodu sześciorga 

wnucząt, twojej trójki i trójki dzieci Barbary. Tylko że ja nigdy nie widuję 

twoich dzieci. Wyrosły bez nas, a kiedy się z nimi spotkaliśmy, były jak te 

białe myszki, bo tak bardzo się nas obawiały. A trójka dzieci Barbary, gdy 

weszły w stadium rozrabiania, śmiertelnie mnie zmęczyła. Staliśmy się 

wtedy opiekunami do dzieci, którym nie musiano ani płacić, ani 

dziękować. Teraz natomiast, gdy są miłe i interesujące, w ogóle ich nie 

widuję. Nie przypuszczam też, żeby Gerard oznajmił nam jakąś nowinę w 

tym względzie, ale to jego sprawa. Nie chcę pchać go do małżeństwa po to 

tylko, żeby więcej osób mogło nazywać mnie babką.

Sprawiała wrażenie rześkiej i żywotnej, nie wyglądała na osobę, która by 

chciała, by więcej osób nazywało ją babką, a cóż dopiero na kogoś, kto ma 

już dorosłe wnuki.

-  I przypuśćmy, że ty i... Tony... zbliżycie się na tej morskiej wycieczce. 

Dlaczego nie myślisz, że mogłaby być szansa na... coś bardziej stałego?

Deirdre czuła, że jeśli Tony został zaakceptowany przez przyjaciół matki i 

jej siostrę oraz brata, to przecież nie może być całkiem zwyczajnym i 

nieodpowiednim człowiekiem, jak sądziła z początku.

background image

- Nie, to nie wchodzi w rachubę.

-  Przecież mówiłaś wcześniej, że to nie jest taki niecywilizowany pomysł.

-  No cóż, jednak jest, Deirdre. A w każdym razie jego żona byłaby tego 

zdania.

-  On jest żonaty, mamo? Nie wierzę.

-  Ale musisz, zapewniam cię.

-  Czy ktoś to wie, czy jego żona jest tu gdzieś w pobliżu, czy ludzie są o 

niej poinformowani? - W głosie Deirdre dźwięczał niepokój.

Matka po raz pierwszy milczała. Popatrzyła na córkę z dziwnym wyrazem 

twarzy. Trudno go było rozszyfrować - był częściowo smutny, a częściowo 

taki, jakby wiedziała, że sprawy tak się potoczą. Deirdre dostrzegła w nim

250

też odrobinę zniecierpliwienia spowodowanego rozczarowaniem.

Pani O'Hagan nie odpowiedziała na pytanie córki, nigdy tego nie robiła. 

Poprosiła o rachunek, po czym poszły z powrotem do hotelu.

Oznajmiła, że musi jeszcze kupić to i owo i że przesyła całusy Annie i 

Helenie. Nie było sensu przekazywać całusów Brendanowi, bo obie 

wiedziały, że rzadko się odzywa. Deirdre nie wprowadziła zwyczaju 

cotygodniowych rozmów telefonicznych w niedzielę wieczorem z synem, 

tak jak ze swoją matką.

Eileen O'Hagan powiedziała, że życzy Desmondowi jak najlepiej. Uważa, 

że postąpił słusznie, rzucając Palladianów czy też Palazzo, czy jak tam się 

nazywają. Mężczyzna musi robić to, co musi. I tak samo kobieta.

Obiecała przysłać pocztówkę z jakiejś ładnej i egzotycznej miejscowości.

Powiedziała, że choć Deirdre ją o to nie prosiła, to jednak przekaże od niej 

serdeczne pozdrowienia Tony'emu i zapewni go, że Deirdre życzy mu 

background image

szczęśliwej podróży.

I żegnając córkę, która pojedzie metrem na stację, gdzie wsiądzie do 

pociągu, a ten zawiezie ją do Pinner i do przygotowań na srebrne gody za 

sto dziesięć dni, Eileen O'Hagan wyciągnęła rękę i pogłaskała ją po 

policzku.

-  Przepraszam - rzekła.

-  Za co, mamo? Dlaczego przepraszasz? Zaprosiłaś mnie na miły lunch. 

Naprawdę przyjemnie mi było spotkać się z tobą. - Myślała tak 

rzeczywiście.

-  Przepraszam, że nie dałam ci więcej.

-  Dałaś mi wszystko, to tylko ja byłam głupia. Sama mówiłaś, że jestem 

najbardziej zadowolonym z twoich dzieci. Nie zdawałam sobie z tego 

sprawy.

Eileen O'Hagan otworzyła usta, jakby chcąc coś powiedzieć, ale nie 

zrobiła tego, zamknęła je więc znowu. Kiedy Deirdre odwróciła się, 

machając matce na pożegnanie, zobaczyła, że ta porusza ustami. 

Pomyślała, że pewno mówi jej do widzenia.

Była już za daleko, by usłyszeć, co mówi.

-  Przepraszam, że nie wpoiłam ci pojęcia szczęścia, lecz

251

jedynie to, jak udawać, że jesteś szczęśliwa. To nie jest żaden dar, to 

brzemię na twoje barki.

Deirdre pomachała raz jeszcze tuż przed zejściem w dół na stację metra i 

miała nadzieję, że matka przestanie już mówić. Ostatecznie tu na 

Piccadilly Circus chodziły tłumy ludzi i mógł się trafić ktoś, kto by je 

zobaczył. Ktoś z Pinner albo z Dublina. Świat robi się coraz mniejszy i 

background image

należy się zawsze tak zachowywać, jakby się człowiek znajdował pod 

pewnego rodzaju obserwacją. Bo kiedy się nad tym zastanowić, to przez 

większość czasu wszyscy jesteśmy pod obserwacją.

 Rozdział Dziewiąty.

 Srebrne gody.

Nastawili elektryczny czajnik z budzikiem na siódmą.

Desmond sarkał, że to za wcześnie, oboje będą wykończeni, zanim 

wszystko się zacznie. Lecz Deirdre powiedziała, że znacznie lepiej zrobić 

coś za wcześnie niż za późno i doganiać to przez cały dzień. Trzeba 

skończyć organizowanie wszystkiego, zanim przyjdą z firmy zajmującej 

się urządzaniem przyjęć.

-  Ależ oni przyjdą nie wcześniej niż o trzeciej - protestował.

-  Wszystko muszą mieć uprzątnięte.

-  Wszechmocny Boże, Deirdre, nie spędzimy przecież ośmiu godzin na 

usuwaniu wszystkiego z blatów kuchennych. A zresztą czy już nie zostało 

to zrobione?

Nie zwracała na niego uwagi, nalewając mu herbatę do filiżanki.

Od lat, od chwili gdy de facto zaczęli sypiać osobno, dokonywali tego 

porannego rytuału z elektrycznym czajnikiem, który stał między nimi na 

stole. To ich w jakiś dziwny sposób godziło z dniem, odbierało ostrość 

lekkiemu porannemu rozczarowaniu, które, jak się zdaje, odczuwali oboje.

-  Gratuluję ci szczęśliwej rocznicy - rzekł i ujął jej rękę.

-  I ja tobie - powiedziała z uśmiechem. - Czy damy sobie prezenty teraz, 

czy później?

-  Jak chcesz.

-  Może później. - Sączyła herbatę i odfajkowywała w głowie to, co trzeba 

background image

jeszcze zrobić. Ma zamówionego

253

fryzjera i manicure, i specjalne zabiegi. Nowy kostium wisi w szafie, 

opakowany w celofan. Miała nadzieję, że dokonała właściwego wyboru. 

Ekspedientka w sklepie była bardzo agresywna, nazywała ją madame i 

mówiła tak, jakby jej tam w ogóle nie było. Madame będzie dobrze 

wyglądać w pastelowych kolorach, madame nie chce przedwcześnie się 

postarzeć. Madame wystarczyłoby trochę poprawić ramiona, jeśli madame 

naprawdę nie życzy sobie mieć poduszeczek.

Deirdre życzyłaby sobie mieć poduszeczki, niemal każdy dziś je nosił, tak 

jak kobiety w „Dynastii" albo „Dallas", ale pamiętała, że kiedyś dawno, 

gdy sprawiła sobie bardzo wywatowany żakiet, Maureen Barry śmiała się, 

nazywając go strojem w stylu marszałka Bułganina. Wolała nie narażać się 

na coś takiego. A nawet na wspominanie o tym.

Wiedziała, że w cokolwiek ubierze się dziś Maureen, będzie wyglądać 

fantastycznie i odciągnie uwagę wszystkich od niej, która to przyjęcie 

wydaje. Ekspedientka w sklepie mówiła, że nie chce jej się wierzyć, iż 

madame naprawdę ma obchodzić srebrne gody. Ale to było w sklepie, a 

ekspedientka chciała jej pochlebić i ubić interes. Zresztą ona nie widziała 

Maureen.

Maureen stanie się ośrodkiem ogólnego zainteresowania dzisiaj tak jak i 

przed dwudziestu pięciu laty. Kiedy panna młoda była czerwona i 

przestraszona, i podniecona, a druhna ciemna, spokojna i elegancka w 

prostym różowym płóciennym kostiumie z dużym różowym kwiatem 

wpiętym we włosy. Frank Quigley nie spuszczał z niej oczu. Przez cały 

dzień.

background image

Czy tak samo będzie dzisiaj? Czy wielki Frank Quigley będzie wspominał 

z żalem swoją namiętną miłość do Maureen Barry jako jedyną rzecz w 

życiu, w jakiej nie udało mu się zwyciężyć? Znając Franka, należało 

oczekiwać, że zapewne potraktuje to raczej jak sukces niż klęskę. Patrzcie, 

zdobył większe i lepsze trofeum - ożenił się z całą fortuną Palazzo. A tak 

by się nie stało, gdyby Maureen przed laty go zaakceptowała.

Deirdre nie będzie jednak myśleć w taki destrukcyjny sposób. Dzisiaj nie, 

dzień dzisiejszy jest jej świętem bardziej

254

niż dzień ślubu. Ciężko na to pracowała, poświęciła długie godziny, długie 

lata. Dziś Deirdre Doyle będzie mieć swój dzień.

Desmond przeglądał się w lustrze w łazience. Patrzyła na niego stamtąd 

twarz młodsza, pomyślał, niż jakiś czas temu. Albo może tylko tak mu się 

wydawało, bo czuł się lepiej. Nie dokuczał mu już ten stały ból w żołądku, 

który miał, gdy szedł do pracy w Palazzo. Teraz lubił wychodzić z domu. 

Ranki były o wiele łatwiejsze.

Zaproponował Sureshowi Patelowi, żeby zorganizowali roznoszenie gazet 

do domów w okolicy. Ludzie chcieliby mieć dziennik do przeczytania w 

domu, jeśli dostaną go przed siódmą. Ten pomysł cieszył się wielkim 

powodzeniem. Dostarczał je chłopak o sowim obliczu, który prowadził 

skrupulatnie rachunki i roznosił gazety przed pójściem do szkoły. 

Zostawiał też przy drzwiach na Rosemary Drive „Daily Mail", Desmond 

więc mógł dziennik przeczytać i zostawić Deirdre.

Zdenerwował się na nią, że nie chciała zaprosić na srebrne gody Suresha 

Patela i jego żony.

-  Ta uroczystość jest tylko dla osób, które były na ślubie - protestowała.

background image

-  John i Jean Westowie na nim nie byli - odparował.

-  Nie bądź głupi, Desmond, to nasi sąsiedzi.

-  A Suresh jest moim wspólnikiem, czyż nie?

-  Od niedawna, a zresztą on nikogo tu by nie znał.

-  Połowa gości nie zna nikogo.

-  Bądź rozsądny, dobrze, jego żona nie mówi nawet po angielsku. Co 

miałabym powiedzieć ludziom? To jest pani Patel, żona wspólnika 

Desmonda, która może jedynie kiwać głową i mile się uśmiechać?

Dał spokój, ale to go dręczyło. Był pewien, że gdyby Suresh Patel urządzał 

jakieś przyjęcie u siebie w domu, zaprosiłby Doyle'ów. Nie warto jednak 

robić większej awantury, bo gdyby narzucił swoje zdanie, musiałby przez 

cały wieczór zajmować się Patelami. A tymczasem trzeba się 

skoncentrować na tylu innych sprawach. Na przykład na tym, że powraca 

syn... Z własnej nieprzymuszonej woli chce być obecny na ich rocznicy. 

Może teraz, gdy on też

255

zdołał uciec ze świata, który go przerażał, będą mieć więcej ze sobą 

wspólnego. Może dawne uszczypliwości zostaną złagodzone albo nawet 

zupełnie zanikną.

I z przyjemnością ujrzy znowu księdza Hurleya, bo to życzliwy człowiek. 

Był taki nawet w tamtych odległych złych czasach, gdy księża mieli 

potępiać grzech i za wszelką cenę doprowadzać do sakramentu 

małżeństwa i tak dalej. Nie spotkał się z potępieniem, kiedy przyszedł 

prosić księdza Hurleya, żeby załatwił im ślub najszybciej, jak się da. A 

nawet szybciej.

-  Jesteś pewny, synu? - spytał ksiądz Hurley.

background image

-  O, tak, testy były pozytywne - odparł Desmond, walcząc z ogarniającą 

go paniką.

-  Chodziło mi o to, czy oboje jesteście pewni, że tego chcecie. Ślub 

bowiem zawiera się na całe życie.

Było to pytanie osobliwe jak na owe czasy. Desmond nie zwrócił na nie 

specjalnej uwagi. Jemu istotne wydawało się jedynie to, czy ksiądz będzie 

mógł dać im ślub w ciągu trzech tygodni, tak by ich dziecko nie musiało 

być wcześniakiem. Dziecko, które nigdy się nie urodziło, ponieważ na 

Wigilię Deirdre poroniła.

Ciekawe, czy ksiądz Hurley myślał o tym kiedykolwiek? Czy kapłan, 

który chrzcił Annę, zdawał sobie sprawę z tego, że urodziła się czternaście 

miesięcy po tym przymusowym ślubie. I że przedtem straciła siostrzyczkę 

albo braciszka?

Desmond westchnął. Ksiądz Hurley zapewne ma wystarczająco dużo 

spraw, o których musi myśleć w Irlandii, bo ta, jeśli chodzi o bezbożność, 

gwałtownie dogania resztę świata. Mało prawdopodobne, żeby spędzał 

czas na rozmyślaniach o tym, co się stało z małżeństwami zawartymi 

przed ćwierć wiekiem.

Anna zbudziła się około siódmej w swoim mieszkaniu na Shepherd's Bush 

i poszła prosto do okna, żeby zobaczyć, jaki będzie dzień. Dobry, jasny, 

rześki jesienny dzień. Londyn jest ładny jesienią. Parki są w całej swojej 

krasie. Spacerowała wczoraj z przyjaciółką, Judy, i zauważyły pewno z 

tuzin różnych odcieni złota i pomarańczy na drzewach. Judy mówiła, że w 

Ameryce na północy, w Nowej Anglii,

256

urządza się specjalne objazdy i wakacje dla Oglądaczy Liści, dla ludzi, 

background image

którzy przyjeżdżają oglądać liście zmieniające kolory. Można by coś 

takiego zorganizować też w Londynie.

Anna zamierzała tego ranka pójść do pracy. Zawadzałaby tylko na 

Rosemary Drive, gdzie będzie okropne zamieszanie, a zatem im mniej 

pętać się będzie tam osób, tym lepiej. Zjawi się koło trzeciej, w tym 

samym czasie co ludzie z firmy zajmującej się urządzaniem przyjęć, żeby 

odwrócić od nich uwagę matki i zapobiec nieuniknionym komplikacjom. 

Błagała Helenę, żeby nie przychodziła wcześniej niż o piątej, to znaczy w 

porze oficjalnego rozpoczęcia uroczystości. Myśl, że jej siostra mogłaby 

poruszać się swobodnie po jakimkolwiek domu, w którym profesjonaliści 

z firmy zajmującej się urządzaniem przyjęć przygotowują poczęstunek, 

wystarczyłaby, żeby przerazić każdego.

Helena była teraz w bardzo kiepskiej formie, w klasztorze miała znowu 

jakieś problemy. Najwyraźniej reszta zgromadzenia nie chciała, żeby 

złożyła śluby i została stałym członkiem ich wspólnoty. Anna wyczytała to 

między wierszami, Helena oczywiście niczego takiego nie podejrzewała, 

dostrzegając tylko szereg drobnych zadrażnień, nieporozumień i 

przeszkód.

Anna westchnęła. Gdyby ona wstąpiła do jakiegoś zgromadzenia 

religijnego - a to ostatnie miejsce, w którym chciałaby się znaleźć - to 

wówczas ostatnią z ostatnich osób na ziemi, z jaką życzyłaby sobie 

przebywać, byłaby Helena. W samej już jej obecności wyczuwało się coś 

niepokojącego. Przy tych kilku okazjach, kiedy przyszła do księgarni 

zobaczyć się z siostrą, natychmiast pojawił się problem utrzymania w 

równowadze wielkich stert książek na wystawach - żaden inny klient ich 

nie przewrócił, ale Helena tak. Zrzuciła też maszynę do kart kredytowych 

background image

z kasy, rozbijając szkło w gablotce wystawowej. Zawadzała zawsze 

płaszczem o czyjąś filiżankę kawy. Nie była to tchnąca spokojem osoba. 

Anna miała nadzieję, że tego wieczoru Helenie nie zdarzą się jakieś fatalne 

lapsusy.

Co mogłaby powiedzieć okropnego? Coś na temat Brendana, na przykład, 

jak to wspaniale, że udało nam się

257

zmusić go do powrotu. Nie była to prawda, ale ojciec myślał, że tak jest. 

Albo że ojciec rzucił Palazzo i pracuje teraz ze strasznie miłym Paki. 

Helena to jedyna znana Annie osobą, która naprawdę używa tego rodzaju 

określeń jak Paki, zamiast Pakistańczyk, czy Ital, zamiast Włoch.

Anna podreptała na bosaka zrobić sobie filiżankę neski. Następna 

przyjemność i korzyść z tego, że nie mieszkała już z Joem Ashe'em. Wtedy 

kawa musiała być prawdziwa, świeżo zmielona w maszynce, od której 

pękała ci głowa. Nie chciałaby zawsze żyć sama, ale każdego dnia 

znajdowała coraz więcej plusów tego, że nie ma tu Joego.

Odszedł tak samo dobrodusznie i łatwo, jak się zjawił. Pocałował ją w 

policzek i powiedział, że jest zbyt zasadnicza w błahostkach. Oznajmił, że 

będzie za nią tęsknił, i zabrał sporo jej płyt i bardzo drogą makatę, którą 

kupiła na ich łóżko. Patrzyła, jak Joe ją zwija, ale nie protestowała.

-  Dałaś mi ją w prezencie, prawda? - Lekko się uśmiechnął.

-  Jasne, Joe - rzekła. Nie będzie zbyt zasadnicza w przypadku makatki. 

Jedynie w przypadku innej kobiety w swoim łóżku.

Judy okazała jej wielką pomoc po tym rozstaniu.

-  Zawsze jestem do twojej dyspozycji. Dzwoń do mnie, jeśli będzie ci 

smętnie. Wysłucham cię. Nie telefonuj do niego, jeśli będziesz czuć się 

background image

samotna. Zadzwoń tylko wtedy, gdy będziesz mogła go przyjąć z 

powrotem.

Przyjaciele są wspaniali, myślała Anna, to prawdziwe złoto. Przyjaciele 

rozumieli, gdy w kimś się zakochałaś. Nie przeszkadzało im to, że przez 

jakiś czas będziesz szaleć, pozostawali przy tobie, kiedy miłość się 

kończyła. Kiedy bliska była końca. Bardzo, bardzo bliska.

Zamierzała przez dłuższy czas w nic się nie wplątywać. Ken Green to 

rozumiał. Chce, jak powiedział, żeby dość okropny zapach płynu po 

goleniu Joego Ashe'a wywietrzał z mieszkania, zanim on tam będzie 

przychodzić. Ken był bardzo zabawny. Przypadł do gustu też jej ojcu, co 

wydawało się dość nieoczekiwane. Przekonał tatę i pana Patela, żeby 

wzięli niewielki stosik jego broszurowanych książek i wystawili je wraz z 

czasopismami, bo, jak mówił, może

258

znaleźliby się na nie chętni. I rzeczywiście, chętni się znaleźli. Ojciec i pan 

Patel zamierzali poszerzyć swoją działalność. Były szanse dla księgarni w 

tej dzielnicy. Ken sugerował nawet, że Anna mogłaby pomyśleć o spółce z 

nimi.

-  Za blisko domu - powiedziała.

-  Może masz rację. - Ken był zgodliwy, lecz nie w taki sposób jak Joe 

Ashe.

Joe zgadzał się, żeby mieć łatwe życie, a Ken dlatego, że sprawę 

przemyślał. Miała chęć zaprosić go na srebrne gody, ale oznaczałoby to 

zbyt publiczne angażowanie się. Przyjaciółki matki szeptałyby między 

sobą na ten temat, a babka O'Hagan czułaby się zmuszona dowiedzieć 

wszystkiego. Jakkolwiek nie było czego.

background image

Brendan przyjechał do Londynu wcześnie, pociągiem mającym połączenie 

ze statkiem w Euston. Zbiegło się to akurat z okresem największego 

porannego ruchu. Stał, obserwując przez kwadrans, jak dojeżdżający do 

pracy mieszkańcy tej części Londynu pędzili, gnali i biegli w górę i w dół 

po schodach, do ogonków do taksówek, do bufetu, żeby na stojąco połknąć 

pospiesznie śniadanie, po czym rzucić się w stronę ruchomych schodów. 

Pomyślał, że wyglądają tak, jakby wierzyli, że są ważni, i jakby te 

podrzędne zajęcia, do których tak się spieszą, miały istotne znaczenie, a 

oni sami byli ludźmi majętnymi. A jego rodzice chcieli, żeby tak właśnie 

żył, pędził z Rosemary Drive na pociąg jadący na Baker Street i stamtąd 

znowu metrem do takiego miejsca jak to. Co za absurdalny styl życia i 

jeszcze do tego opowiadają, że to jest sukces.

Brendan wiedział, że nie wolno mu ujawniać tych poglądów i psuć 

swojego gestu - przybycia na tę uroczystość.

Pamiętał też, że Vincent upominał go, by sprawił sobie odpowiednie 

ubranie na tę okazję.

-  Zawsze będziesz mógł wykorzystać dobry garnitur, chłopcze - 

powiedział stryj.

-  Ach nie, Vincent, tylko nie garnitur. Na miłość boską, nigdy nie nosiłem 

garnituru.

-  To się nosiło w moich czasach. Wobec tego kup marynarkę i spodnie.

259

-  A może wiatrówkę? - Brendan się ożywił.

-  Wiatrówkę nie, ty głupku, nie na wielkie przyjęcie w ich domu, ale 

elegancką ciemną marynarkę, może granatową, i do tego jasnoniebieskie 

spodnie. Z pewnością wdziejesz to na siebie, wybierając się tu na następną 

background image

zabawę.

Stryj dał mu pieniądze. Zakupienie czegoś eleganckiego do ubrania to była 

duża sprawa. Brendan napisał do Anny, ile ma na to pieniędzy. Miał 

nadzieję, że nie będzie sobie z niego podkpiwać.

Krzywdził ją już samym podejrzeniem.

Przysłała w odpowiedzi list pełen entuzjazmu i wdzięczności. Napisała, że 

u Marksa albo w C & A, a także w każdym ze sklepów na High Street 

będzie miał olbrzymi wybór, i jak bardzo się cieszy i czuje wzruszona, że 

brat zamierza zadać sobie tyle trudu. Sama chce włożyć granatowo-białą 

sukienkę i żakiet, przybrane suto koronką, bo myśli, że to spodoba się 

matce. Wygląda szykownie, jak twierdzi matka, choć według Anny 

obrzydliwie, no, ale ostatecznie to jej święto. Powiedziała też Helenie, że 

po Drugim Soborze nikt nie oczekuje już, aby zakonnice pojawiały się 

przy takich okazjach ubrane w worki pokutnicze i z głowami posypanymi 

popiołem. Ale Helena oczywiście zrobi, co uważa za stosowne, jak 

zawsze.

Maureen Barry wyszła od Selfridge'a i zdawało jej się, że widzi Brendana, 

syna Desmonda i Deirdre. Szedł po Oxford Street z torbą od Marksa i 

Spencera tak wielką, jakby wykupił pół sklepu.

Zdecydowała jednak, że to śmieszne. W Londynie mieszka dwanaście 

milionów ludzi. Dlaczego więc miałaby zobaczyć kogoś z rodziny, o której 

właśnie myślała?

Zresztą z tego, co wiedziała, chłopak równie dobrze mógł siedzieć w 

zachodniej Irlandii, bo przecież stosunki z rodzicami uległy ochłodzeniu. 

Matka mówiła jej o tym niedługo przed śmiercią. Dowiedziała się tego od 

Eileen O'Hagan, która wspominała, że okrywają to wielką tajemnicą, 

background image

niemniej faktem jest, że syn Deirdre i Desmonda dał drapaka z domu, i na 

dodatek wrócił na tę samą farmę, skąd jego ojcu udało się niegdyś 

wyrwać. Do tej miejscowości, z której

260

uciekł Frank. Maureen strofowała się w duchu, musi być rozsądna. Nawet 

jeśli chłopak był w Londynie, to na pewno tkwił w Pinner i pomagał przy 

ustawianiu stołów na przyjęcie. Musi przestać fantazjować i nie wyobrażać 

sobie, że może traktować Londyn tak jak Dublin. Dopiero co rano w 

hotelu wydawało jej się, że z daleka widzi matkę Deirdre. Podobieństwo 

było tak duże, że już chciała przejść przez salę i przywitać się, kiedy do tej 

kobiety dołączył niezbyt gustownie prezentujący się mężczyzna w 

blezerze, z jakimś bardzo dużym herbem. Być może to znak, że powinna 

zacząć używać okularów. Uśmiechnęła się na wspomnienie, jak to przed 

laty, gdy przyjechali do pracy w Londynie, mówili sobie, że powinni 

dostać sztuczną szczękę i okulary na koszt ubezpieczalni. Wydawało się 

niesamowicie zabawne, że można potrzebować takich rzeczy.

Dobrze być znowu w Londynie, pomyślała, idąc sprężystym krokiem i 

mając w torebce trzy karty kredytowe. Zamierzała tylko wypuścić się na 

rekonesans, jak się to mówi w filmach, na małą przechadzkę i zorientować 

się w stylu butików należących do innych ludzi i wielkich magazynów 

mody. I jeśli zechce, może się zatrzymać i kupić sobie to, co będzie się jej 

podobało. Szła spowita wonią drogich perfum, które właśnie sprawiła 

sobie u Selfridge'a. Kupiła tam też dla ojca wesoły fular. Będzie w nim 

dobrze wyglądał i spodoba mu się fakt, że Maureen uważa go za 

mężczyznę noszącego fular.

Helena Doyle siedziała w kuchni u Świętego Marcina, obejmując dłońmi 

background image

kubek z kawą, jakby chciała je sobie ogrzać. Ranek nie był zimny, ale 

nawet jasne snopy słonecznego światła wpadające przez okno nie mogły 

chyba jej ogrzać. Naprzeciwko niej przy stole siedziała siostra Brygida, 

inne już poszły. Pewno wiedziały, że zbliża się konfrontacja, wróciły więc 

do swoich pokojów albo do zajęć.

Żółty kot ze złamaną łapką patrzył ufnie na Helenę. Znalazła go i 

zmajstrowała coś w rodzaju łubków, żeby łatwiej mógł chodzić. Inne 

siostry mówiły, że powinna zanieść go do schroniska, ale to byłby dla 

żółtego kota definitywny koniec, twierdziła Helena. Nie będzie dużo jadł, 

na pewno więc mogą się nim zaopiekować.

261

To był jeszcze jeden znak obecności Heleny w domu i następne zajęcie. 

Nie można oczekiwać, że Helena będzie go karmić albo cały czas po nim 

sprzątać. Kot zaczął głośno mruczeć i wygiął grzbiet w pałąk, czekając na 

pogłaskanie. Siostra Brygida wzięła go delikatnie na ręce i wyniosła do 

ogrodu. Potem wróciła, usiadła obok Heleny, spojrzała prosto w jej 

zatroskane oczy i zaczęła mówić:

-  Masz tak wiele miłości i dobroci do zaofiarowania. Ale to nie jest 

właściwe miejsce.

Zobaczyła, że warga, dolna warga, którą Helena nerwowo zagryzała, 

zaczęła drżeć. A wielkie oczy napełniają się łzami.

-  Odsyłacie mnie stąd - powiedziała Helena.

-  Możemy tu siedzieć cały ranek, Heleno, ty nazwiesz to tak, a ja inaczej. 

Ja mogłabym powiedzieć, że musisz znaleźć siebie i to, czego szukasz, w 

jakimś innym środowisku, a ty powiesz, że cię wyrzucam, odprawiam ze 

Świętego Marcina.

background image

-  Co zrobiłam tym razem? - Helena wyglądała żałośnie. - Czy chodzi o 

kota?

-  Oczywiście, że nie chodzi o kota, Heleno. Nie chodzi o jakąś jedną 

rzecz, o jedno wydarzenie. Wiedz, proszę, że... mogłabyś spróbować 

zrozumieć, iż to nie jest kara ani egzamin, który zdaje się lub oblewa. To 

jest wybór i ten dom to nasze życie, wybrałyśmy je i musimy wybrać, w 

jaki sposób będziemy je dzielić.

-  Nie chcecie mnie, postanowiłyście tak na zebraniu, w tym rzecz, czyż 

nie?

-  Nie, to nie tak, nie było żadnego sądu, który wydałby na ciebie wyrok. 

Kiedy przyszłaś tutaj po raz pierwszy, to na zasadzie, że...

Helena przerwała jej gniewnie.

-  W dawnych czasach zakonnice nie mogły sobie wybierać, z kim chcą 

przebywać. Jeśli nie lubiło się jakiejś członkini zgromadzenia, trudno, 

trzeba to było potraktować jako ofiarę, wchodziło to w skład 

poświęcenia...

-  Rzecz nie w tym, że ktoś cię nie lubi... - zaczęła siostra Brygida.

262

-  Ale jeśli nawet tak, to w dawnych czasach nie było ubiegania się o 

popularność jak dzisiaj.

-  Gdyby chodziło o popularność, to jest wiele sposobów, jakimi mogłabyś 

dążyć do osiągnięcia zwycięstwa. A patrząc wstecz na dawne czasy, to 

były to złe czasy. W bardzo dawnych czasach dziewczęta dosłownie 

zamykano w klasztorze, jeśli okazały się krnąbrne albo doznały zawodu w 

miłości czy w czymś innym. Znakomity sposób na budowanie wspólnoty. - 

Brygida była nieustępliwa.

background image

-  Mnie się to nie przydarzyło, nikt mnie nie zmusza. W gruncie rzeczy 

próbują mnie zatrzymać przy sobie.

-  Dlatego właśnie dziś z tobą rozmawiam. - Brygida zmiękła. - Dziś 

żadnego fałszywego optymizmu co do tego, kiedy złożysz śluby. Ponieważ 

ich nie złożysz, Heleno, nie u nas. Byłoby nieuczciwe z mojej strony, 

gdybym jako przełożona tego domu pozwoliła ci pójść na tę rodzinną 

uroczystość w przekonaniu, że jesteś na najlepszej drodze do tego, by 

zostać zakonnicą w naszym zgromadzeniu. Pewnego dnia podziękujesz mi 

z głębi serca. Dziś chcę, żebyś popatrzyła na swoją rodzinę innymi 

oczami, dojrzała inne możliwości...

-  To znaczy, że siostra mnie dziś wyrzuca. Nie mogę wrócić tu 

wieczorem! - Helena była przerażona.

-  Nie rób dramatów...

-  To kiedy? Jeśli siostra daje mi wypowiedzenie, to kiedy mam zwolnić 

swój pokój? - Helena czuła się dotknięta i rozgoryczona.

-  Myślałam, że gdybyś mogła przez jakiś czas się zastanowić, nic więcej 

nie robić, tylko się zastanawiać, ocenić siebie samą i pomyśleć, co 

chciałabyś robić...

-  Kiedy? - powtórzyła pytanie Helena.

-  Boże Narodzenie wydaje mi się dobrym okresem -oznajmiła 

stanowczym tonem Brygida. - Powiedzmy, dwa lub trzy miesiące. 

Powinnaś już wiedzieć na Boże Narodzenie.

Frank i Renata Quigleyowie układali plany na ten dzień.

-  Czy mam się wystroić, czy też ubrać zwyczajnie? -spytała Renata.

263

-  Wystroić jak najbardziej - zaśmiał się Frank.

background image

-  Ale czy nie wezmą tego za... nie wiem... popisywanie się? - Renata 

miała wątpliwości.

-  Och, nie zadowolisz żony Desmonda. Jeśli ubierzesz się zbyt sportowo, 

to się nie wysiliłaś, a jeśli się wysilisz, to jesteś zbytnio wystrojona...

-  A więc?

-  Niech ma coś, co rada będzie pokazywać na fotografiach. Ta kobieta ma 

bzika na punkcie pstrykania tego i tamtego. Za każdym razem, gdy ktoś 

pierdnie, zostaje to uwiecznione.

-  Naprawdę, Frank?

-  Nie masz pojęcia, jacy oni są. Ale serio, ich dom obwieszony jest 

fotografiami w ramkach. Pamiętam przynajmniej jedną ścianę pełną zdjęć.

-  To jednak jest miłe.

-  Owszem, byłoby miłe, gdyby chodziło o coś, co warto pamiętać. Coś, co 

warto uczcić.

-  Ale wy się przyjaźniliście, dlaczego więc tak mówisz?

-  Przyjaźniłem się z Desmondem, nigdy z Deirdre. Ona miała mi za złe, 

że jestem wolny, bo obawiała się, i słusznie, jak myślę, że biedny 

Desmond będzie się czuł uwiązany, porównując się ze mną. Wystroimy się 

jednak jak się patrzy, żeby ich olśnić.

Uśmiechnęła się do niego. Frank był taki wesoły ostatnio, od czasu 

podjęcia wielu decyzji. Firma miała objąć swoją działalnością północ kraju 

i nie oznaczało to bynajmniej, jak się obawiała Renata, że Frank będzie 

dużo przebywać poza domem. Nie, on właściwie wcale tam nie jeździł, 

bywał tam ojciec i stryj, no i oczywiście brała w tym udział przede 

wszystkim panna East. Praca zdawała się jej służyć, nawet przy nowo 

narodzonym synku. Niektóre kobiety potrafią robić wszystko, pomyślała 

background image

ze smutkiem Renata.

Sprawy układały się teraz nieźle i dzisiaj rano miała zamiar wziąć 

zastrzyki i porobić szczepienia wymagane przed podróżą. Frank pojedzie 

do pracy, jak niemal zawsze w sobotę. Tak jest cicho w wielkim budynku 

Palazzo, mówił, że może w spokoju dyktować i zrobić więcej w godzinę

264

niż przez tydzień w zwykłe dni. Przypomniała mu, żeby poszedł się 

ostrzyc, bo włosy zarastają mu lekko kark.

Frankowi nie trzeba było tego przypominać. Pójdzie do Larry'ego, dadzą 

mu tam gorące ręczniki i zostanie ostrzyżony. Włoży swój najlepszy 

garnitur i nową koszulę. Jeśli Maureen Barry ma go widzieć, to powinna 

podziwiać to, co zobaczy. Dlatego właśnie prosił Renatę, żeby też się 

ubrała elegancko. W stroju wieczorowym wyglądała bardzo dobrze. 

Maureen Barry nie będzie mogła powiedzieć, że mężczyzna, którego 

odrzuciła, musiał się ożenić z szarą myszką z pieniędzmi.

Przyjeżdżając do Londynu, ksiądz Hurley zatrzymywał się w bardzo 

sympatycznym miejscu. Opisywał je zawsze jako skrzyżowanie 

luksusowego hotelu z klubem dżentelmenów. Był to w istocie klasztor, 

obecnie dość biedny, w którym wynajmowano większość wysoko 

sklepionych pomieszczeń na biura. Kiedyś znajdowały się tu rozmównice i 

lśniące gablotki z egzemplarzami „Kronik Misjonarskich". Wracało się tu 

jak do oazy po dniu spędzonym w wielkim hałaśliwym mieście. Księdzu 

Hurleyowi dzisiejszy ranek wydał się trochę męczący, toteż z 

przyjemnością myślał, że może wrócić do klasztoru i odpocząć.

Rektorem był tu jego przyjaciel, Daniel Hayes, człowiek oględny w 

mowie, wiele rozumiejący, któremu nie trzeba wszystkiego wyjaśniać 

background image

słowami. Ojciec Hayes zorientował się wczoraj, gdy zagadnął księdza 

Hurleya o siostrzeńca, że lepiej rozmawiać o czym innym. 

Dyplomatycznie i z wyrobioną przez lata swobodą zmienił temat. Wyczuł 

też, że jego stary przyjaciel, James Hurley, denerwuje się chyba tymi 

srebrnymi godami, na które się wybiera.

- Mogę ci powiedzieć, Daniel, że zdziwiłbyś się, to była miła młoda para. 

Ona - panienka z dobrej dublińskiej rodziny, on przypominał trochę nie 

oszlifowany diament, z zachodniej Irlandii, biedny jak mysz kościelna. 

Słowem, normalna historia. I ona naprawdę przy nadziei, a ja znałem tę 

rodzinę, to znaczy jej rodzinę. Czy nie mógłbym im szybko dać ślubu?

- I dałeś - podpowiedział ojciec Hayes.

265

-  Oczywiście, że dałem, co innego w tych czasach robiliśmy? Należało 

ukryć hańbę, zamaskować grzech, uładzić jak najprędzej całą sprawę...

-  I czyż to się nie udało... Wciąż są przecież razem?

-  Tak, wiem, Danielu, tylko że jest tam coś dziwnego. Po pierwsze nie 

mieli dziecka.

-  Co?

-  Potem tak, troje. Ale nie wówczas. Jakby grali rolę małżeństwa, udawali 

to... jakby występowali w jakiejś sztuce... Dobrze, Desmond będzie grać 

męża, a Deirdre będzie grać żonę.

-  Przypuszczam, że wielu ludzi tak robi.

-  Przypuszczam, że tak, ale i my pod pewnymi względami gramy rolę 

księży. Wiesz, o co mi chodzi? Jakby cała ta rzecz nie była prawdziwa. 

Deirdre przysłała mi zdjęcie ich wszystkich na pikniku albo gdzie indziej, 

mrużących oczy w świetle, jakby musiała to ludziom udowodnić.

background image

-  Co udowodnić?

-  Panie Boże, nie wiem. Że są normalną rodziną czy coś w tym sensie.

-  Mogą być po prostu bardzo nieszczęśliwi - powiedział Daniel Hayes. - 

Wiele ludzi jest nieszczęśliwych, naprawdę. Wstępują w związki 

małżeńskie z takimi śmiesznymi oczekiwaniami. Nigdy mi się nie 

wydawało, żeby ten cały celibat był zbyt wielkim wyrzeczeniem...

-  Mnie też nie - zgodził się z nim ksiądz Hurley. Twarz miał smutną.

-  Oczywiście, jeśli małżeństwo się uda, musi to być najwspanialsza rzecz 

na świecie, taka rzeczywista i prawdziwa przyjaźń i można zawierzyć 

komuś drugiemu swoje życie... My nigdy tego nie mieliśmy, James.

-  Doprawdy, nie. - Ksiądz Hurley wciąż wyglądał na przygnębionego.

-  Lecz twoja siostra tak, czyż nie? Pamiętam, jak mi mówiłeś, że twoim 

zdaniem łączą ją idealne stosunki z mężem. Każde z nich wie, co za 

chwilę powie drugie, i uśmiechają się, gdy to mówią.

-  Prawda, ale ich życie nie było łatwe... Ojciec Hayes mu przerwał.

266

-  Oczywiście, że nie, ale mówimy tylko o tego rodzaju stosunku... 

Podtrzymuje ich na duchu, gdy nastają smutki. Niczego takiego nie 

zobaczysz na tych srebrnych godach, na które jedziesz do Pinner. - Udało 

mu się odwrócić uwagę księdza Hurleya od smutnych myśli.

-  Będzie tam mnóstwo pustych słów, tak jak przed ćwierć wiekiem.

-  Ach, po to tu jesteśmy, James - zaśmiał się przyjaciel. - Jeśli księża nie 

potrafią napełnić przekonaniem pustych słów pocieszenia... to ja cię 

pytam... kto to potrafi?

Ludzie z firmy zajmującej się urządzaniem przyjęć zjawili się o trzeciej. 

Wszystko zostało ustalone wiele tygodni wcześniej. Jednakże Philippa z 

background image

firmy noszącej jej imię potrafiła rozpoznać awanturnicę, jeśli na nią trafiła, 

a pani Doyle posiadała wszelkie cechy typowe dla kogoś, kto potrafi 

wywołać awanturę pierwszej klasy. Miały być kanapki i drinki 

przewidywane mniej więcej na godzinę, potem towarzystwo uda się do 

katolickiego kościoła, gdzie odprawiona zostanie msza i Doyle'owie 

oświadczą głośno, że odnawiają swoje małżeńskie śluby. Po czym 

wzruszeni i triumfujący powrócą na Rosemary Drive, wtedy będzie już 

dochodzić siódma, poda się znowu drinki i będzie zimny bufet. Gości się 

poprosi, żeby częstowali się łososiem i kurczakiem na zimno w sosie 

majonezowym z curry. Do tego poda się ciepły chlebek ziołowy. Philippa, 

zorientowawszy się w rozmiarach domu i widząc niewielki piecyk 

kuchenny, odradzała podawanie gorących dań. Przekonała panią Doyle, że 

nawet jeśli będą potrawy na zimno i bez ziemniaków, to goście z całą 

pewnością uznają to za prawdziwy posiłek.

Kiedy Philippa wyładowała skrzynie z furgonetki i zainstalowała swoje 

centrum operacyjne w małej kuchni, miała nadzieję, że może komuś dano 

zadanie odwrócenia uwagi tej kobiety ze świeżo zrobioną fryzurą i 

najwyraźniej świeżym manikiurem, która trzyma ręce tak, jakby lakier 

mógł jeszcze zetrzeć się z paznokci.

Na szczęście przyjechała córka, rozumnie wyglądająca dziewczyna, 

ciemnowłosa i inteligentna. Przyniosła swój

267

strój na wieszaku. Przez kuchenne okno Philippa widziała, jak dziękowała 

mężczyźnie, który ją przywiózł. Pocałowała go, pochyliwszy się do 

wnętrza samochodu. Philippa lubiła patrzeć na tego rodzaju sceny, to była 

jakaś odmiana w tych domach pełnych nerwowości, gdzie często zdarzało 

background image

jej się pracować.

Lecz gdyby nie wesela, bar micwy, srebrne gody, przyjęcia z okazji 

odchodzenia na emeryturę, to co ona miałaby do roboty?

Ci Doyle'owie, pani Doyle i jej mąż, to chyba muszą mieć zupełnego 

bzika, bo idą znów do kościoła publicznie oznajmić, że nadal są 

małżeństwem. Tak jakby to nie było oczywiste. Jakby ktoś inny chciał 

mieć któreś z nich! Ale mniejsza o to, trzeba kończyć rozpakowywać 

skrzynie, zacząć ozdabiać stół i może posłać do sypialni tacę z herbatą, i w 

ten sposób zatrzymać tam matkę i córkę.

-  Wyglądasz doprawdy przepięknie, mamo - powiedziała Anna. - Czy 

wiesz, że nie masz ani jednej zmarszczki na twarzy? Zupełnie jak młoda 

dziewczyna.

Deirdre była zadowolona.

-  Och, powstrzymaj się, zapędziłaś się zbyt daleko.

-  Naprawdę tak myślę. I wspaniale jesteś uczesana! I tak elegancko.

Deirdre popatrzyła na krótko ostrzyżoną, lśniącą ciemną czuprynę córki.

-  Oczywiście, gdybyś ty poszła do fryzjera... od czasu do czasu ładnie się 

uczesać... wyglądałabyś o wiele lepiej. Wiem, że dzisiaj modne jest 

codzienne mycie głowy pod prysznicem...- Deirdre usiłowała wyjść córce 

naprzeciw.

-  Wiem, mamo... Och, zobacz, czy to nie cudowne, przyniesiono nam na 

tacy herbatę! To dopiero mamy życie, prawda?

Deirdre zmarszczyła brwi.

-  Życzyłabym sobie, żeby twój ojciec już wrócił, bo inaczej może się 

spóźnić. Nie mam pojęcia, po co on musiał chodzić do sklepu Patela?

- To nie jest sklep Patela, tylko Centralne Sklepy Rosemary, mamo, i 

background image

ojciec jest ich współwłaścicielem. Ponadto sobota to dzień dużego ruchu, 

pewno więc zamierzał pomóc

268

Sureshowi. Kiedy wróci, będzie jeszcze kupa czasu. Znasz tatę.

-  O której przyjedzie Brendan?

-  Lada chwila powinien tu być. Poszedł się trochę rozejrzeć. Nie chce 

przyjść za wcześnie, żeby nie zawadzać, mówił.

-  Boże, czy przypuszczałabyś, że on przyjedzie?

-  I oczywiście będzie tu jutro i pojutrze, i jeszcze przez następny dzień.

-  Dlaczego nie może mieszkać w swoim własnym domu?

-  Mamo, Brendan przyjechał. Czy nie liczyliśmy na to wszyscy? Mieszka 

u mnie, bo tak jest łatwiej, poręczniej. Będzie was odwiedzał codziennie.

-  Ojciec mógł z łatwością usunąć wszystkie pudła i papiery z jego pokoju.

-  To już nie jest jego pokój, tak jak mój pokój nie jest mój. Nie ma sensu, 

żeby na nas czekały. Znacznie lepiej urządzić w nich biuro, dać tam 

kartotekę i wszystko inne.

-  Wciąż jest tu pokój Heleny, a ona przeniosła się do klasztoru.

-  Zawsze mądrze jest zachować ten pokój, żeby miała gdzie położyć 

głowę. Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie go potrzebować. - W głosie 

Anny dźwięczała nuta rezygnacji.

-  Myślisz, że mam się już przebrać?

-  Dlaczego jeszcze trochę nie poczekasz, mamo? Zgrzejemy się i spocimy, 

jeśli zbyt wcześnie się ubierzemy.

-  Mam nadzieję, że wszystko będzie jak trzeba.

-  Będzie cudownie. Wszyscy, których chciałaś mieć, przyjdą... Nie 

musiałyśmy nawet kiwnąć palcem... Wszyscy będą pod wrażeniem jak 

background image

diabli.

-  Nie usiłujemy przecież na nikim zrobić wrażenia - powiedziała 

stanowczym tonem Deirdre.

-  Nie, oczywiście, że nie, w jakim celu? - spytała Anna, zastanawiając się, 

czyjej matka aby mówi poważnie. Po co to wszystko, jeśli nie po to, żeby 

zaświecić w oczy sąsiadom, pokazać babce O'Hagan, w jakim stylu żyją, 

żeby Maureen Barry wiedziała, jakie w Pinner prowadzi się życie 

towarzyskie, a Frankowi Quigleyowi udowodnić, że choć Desmond nie 

ożenił się z córką szefa, to i tak znakomicie mu się

269

wiedzie. Pokazać księdzu Hurleyowi, jak bogobojnie, prawdziwie po 

katolicku żyje się tutaj, choć on prawdopodobnie myśli, że to pogańska 

Anglia. Niech sąsiedzi widzą, jaki liczny zastęp gości mogą sobie 

zafundować, trzydzieści osób, i firmę urządzającą przyjęcia, i przemowy, i 

dobrego młodego szampana na toasty. Po co to wszystko, jeśli nie po to, 

żeby zrobić wrażenie?

Kiedy usłyszały tumult na dole, czyjeś łomotanie w boczne drzwi i 

podniesione głosy, wiedziały, że zjawiła się Helena. Nie chciała wchodzić 

frontowymi drzwiami, żeby nie sprawiać nikomu kłopotu, wobec czego 

próbowała na siłę otworzyć boczne drzwi, tylko że miała z tym trudności, 

bo stały tam skrzynki z winem. Philippa wręczyła jej błyskawicznie 

filiżankę herbaty i skierowała na piętro.

Helena weszła do pokoju i po jej opuszczonych ramionach od razu 

poznały, że stało się coś niedobrego. Anna miała nadzieję, że może wyjdą 

do kościoła, nie rozmawiając na ten temat.

-  Czy mama nie wygląda cudownie, Heleno?! - wykrzyknęła.

background image

-  Wspaniale - potwierdziła z obowiązku Helena, myśląc o czym innym.

-  I lada chwila zjawi się tu Brendan.

-  Czy on będzie tu spał? - spytała Helena.

-  Nie, my... hm... myśleliśmy, że byłoby... wygodniej, gdyby spał w moim 

mieszkaniu. Teraz się tam przebiera, zostawiłam mu klucz pod doniczką z 

roślinami. Wygodniej, bardziej w centrum, bliżej.

-  Bliżej czego? - zapytała Helena.

-  Wszystkiego. - Anna zazgrzytała zębami.

-  A więc dzisiaj tu nie śpi?

-  Nie, nawet nie wziąłby tego pod uwagę... - zaczęła Deirdre.

-  W jego pokoju tata ma teraz biuro, więc...

-  Czy w moim pokoju też zrobiono tacie biuro? - zapytała Helena.

-  Nie, oczywiście, że nie. Dlaczego pytasz?

-  Myślałam, że mogłabym w nim spać dzisiaj - odparła Helena. - To 

znaczy, o ile to nie sprawi kłopotu.

270

Anna wstrzymała dech. Nie zdobyła się na to, żeby się odezwać. A zatem 

Helena postanowiła odejść ze swojego zgromadzenia. I na dodatek 

wybrała sobie akurat tę chwilę, żeby im to zakomunikować. Teraz, na 

godzinę przed srebrnymi godami rodziców. Utkwiła wzrok w dwu 

szlafrokach, które wisiały z tyłu na drzwiach. Szlafrok ojca miał długi 

sznur. Może mogłaby go wziąć i udusić Helenę, bo inaczej będzie to 

pewno na dłuższą metę oznaczać dalszy rozłam. Trudno było przewidzieć.

Pojawienie się Brendana oszczędziło jej konieczności rozstrzygnięcia tej 

kwestii. Brat wbiegł lekko po schodach, a matka i siostry wyszły mu na 

spotkanie. Jest opalony i dobrze wygląda - skonstatowały. I przystojny w 

background image

tej eleganckiej granatowej marynarce, olśniewająco białej koszuli i 

krawacie w dyskretny wzorek.

- Wybrałem krawat w srebrnych odcieniach, bo pomyślałem, że będzie 

pasował - oznajmił.

Deirdre Doyle patrzyła z dumą na swojego jedynego syna. Nie trzeba 

będzie dzisiaj przepraszać za Brendana ani niczego tłumaczyć. Niezależnie 

od tego, jakie życie wiódł w tych ostępach, przynajmniej ubrał się jak 

należy na ten ważny dzień. I zamierza być miły dla ludzi, a nie kryć się po 

kątach i coś mamrotać pod nosem. Nawet nie śmiała marzyć o czymś 

takim.

Desmond wrócił do domu i miał jeszcze mnóstwo czasu, żeby się umyć i 

przebrać. Na pięć minut przed oficjalną porą rozpoczęcia uroczystości 

Philippa mogła ogłosić, że wszyscy wyglądają doskonale i że wszystko 

zostało zapięte na ostatni guzik.

Im dłużej pracowała w tym zawodzie, tym bardziej była przekonana, że 

kwestia uspokojenia gospodyni i rodziny jest równie ważna jak 

przygotowanie dobrego poczęstunku i odpowiednie jego podanie.

Stali w salonie. Drzwi do ogrodu otwarto, wszyscy byli gotowi. Anna bez 

zbędnych komentarzy wyszukała wśród ubrań matki odpowiedni strój dla 

Heleny: prostą zieloną spódnicę i długą kremową tunikę. Strój na tyle 

skromny, by odpowiadać temu rodzajowi ubrań w stylu zakonnym, jakie 

siostra nosiła... jeśli tego sobie życzyła. A także

271

całkowicie odpowiedni jako ubranie świeckie, jeśli zdecyduje się wybrać 

taki styl.

Goście mieli się zjawić lada chwila. Doyle'owie odmówili wzięcia 

background image

drinków od Philippy, twierdząc, że muszą zachować jasność umysłu.

Philippa nie zauważyła między nimi konfidencjonalnej bliskości. Nie 

ściskali sobie ręki, mówiąc: „Niesamowite, to srebrne gody!" Nie 

wydawali się podekscytowani samym wydarzeniem, tylko tym, że je 

obchodzono.

Pierwsza przyjechała babka O'Hagan. Deirdre zlustrowała bacznym 

wzrokiem taksówkę, upewniając się, czy nie wysiądzie z niej również 

Tony. Matka jednak miłosiernie postanowiła przyjechać bez towarzystwa. 

I kiedy ją wprowadzano do domu, zajechał samochód Franka i Renaty. 

Potem przyjechała furgonetka z kwiaciarni z olbrzymią kompozycją 

kwiatową od Carla i Marii wraz z bardzo wieloma wyrazami ubolewania i 

jak najserdeczniejszymi życzeniami z okazji cudownej rodzinnej 

uroczystości. Załatwiła to poprzedniego dnia sekretarka Franka, po czym 

zostawiła w biurze Carla Palazzo wiadomość, że wypełniła polecenie.

Westowie z sąsiedztwa wyjrzeli i zobaczyli, że dom się zapełnia, więc też 

przyszli. Za nimi zjawił się ksiądz Hurley przywieziony przez przyjaciela, 

ojca Hayesa.

-  Może ojciec Hayes wejdzie i napije się z nami - zaproponowała Deirdre. 

Nigdy nie jest za dużo księży przy takiej okazji.

Ojciec Hayes skusił się na sherry i powiedział, że na tym świecie, gdzie 

tak wielu ludzi traktuje lekko małżeństwo, wspaniale jest spotkać parę, 

której miłość przetrwała tak długo.

-  No tak. - Deirdre czuła się pochlebiona tym komplementem, nawet jeśli 

trochę zdziwił ją ton, jakim go wypowiedziano.

W tym momencie pojawiła się Maureen Barry.

Wysiadła chyba z taksówki na rogu Rosemary Drive, przeszła przez bramę 

background image

i podchodziła ścieżką do drzwi. Goście znajdowali się w domu i na 

dworze, bo był to jeden z tych ciepłych jesiennych wieczorów, kiedy 

przebywanie pod gołym niebem nie musi być całkiem humorystyczne.

272

Maureen oczekiwała, jak się wydaje, że oczy wszystkich zwrócą się na 

nią, ale w sposobie, jakim weszła do domu, nie było cienia próżności czy 

kokieterii.

Miała na sobie jedwabny kostiumik w kolorze cytryny i cytrynowo-czarny 

szal. Była szczupła i wysoka, a jej czarne włosy lśniły jak na reklamach 

szamponu. Uśmiechała się promiennie i ufnie, obracając się z ożywieniem 

od jednej osoby do drugiej.

Mówiła same właściwe rzeczy i mało z tego, co jej chodziło po głowie. 

Tak, to Brendana widziała dziś rano z wielką torbą od Marksa i Spencera. 

Najwidoczniej niósł w niej ubranie, w którym teraz występował. 

Doskonale do niego pasowało, ale jak ten duży przystojny chłopak mógłby 

wyglądać, gdyby ubrał go krawiec?

Tak, zdumiewające, to była matka Deirdre, którą widziała tego ranka przy 

śniadaniu z tym dość rzucającym się w oczy mężczyzną. Czy to możliwe, 

żeby wielce szanowana Eileen O'Hagan miała romans? Jakże ucieszy się 

jej ojciec, gdy o tym usłyszy przy jutrzejszych jej odwiedzinach w Ascot.

Ucałowała swoją przyjaciółkę Deirdre i wydała okrzyk zachwytu nad 

wspaniałością jej kreacji. W duszy jednak dziwiła się, jak Deirdre mógł się 

podobać taki lilaróż i garsonka z haftem w tym samym kolorze na 

ramieniu, w stylu matrony. Był to pastelowy strój raczej dla matki panny 

młodej. Deirdre zasługiwała na coś lepszego, mogłaby przecież tak dobrze 

się prezentować. Ponadto taka garsonka na pewno kosztowała mnóstwo 

background image

pieniędzy.

Córki Doyle'ów też nie wyglądały elegancko. Helena miała bluzkę i 

spódnicę - pewno zakon mógł jej pozwolić najwyżej na strój domowy. 

Anna, która wyglądała całkiem frapująco, jeśli tylko jej nie przeszkadzano, 

ubrana była w niezbyt gustowny granatowo-biały komplet, przyozdobiony, 

gdzie się dało, białą riuszką: przy szyi, na brzegu, przy mankietach. 

Zupełnie jak dziecięca sukienka wizytowa.

I Frank.

-  Jak świetnie wyglądasz, Franku. Tyle lat minęło - powiedziała.

-  To chyba niemożliwe, bo dla ciebie czas stanął w miejscu - odparł lekko 

kpiąco, naśladując jej ton.

273

Maureen spojrzała na niego nieprzyjaźnie.

-  Renato, to jest Maureen Barry. Ona była druhną, a ja drużbą na tym 

wspaniałym ślubie przed dwudziestu pięciu laty. Maureen, to Renata, moja 

żona.

-  Ogromnie się cieszę, że panią poznaję.

Obie panie oceniły jednym spojrzeniem swoje stroje.

Maureen zobaczyła dziewczynę o nieokreślonym obliczu w doskonale 

skrojonej modelowej kreacji, starannie umalowaną, noszącą dyskretną 

biżuterię. Jeśli ten złoty łańcuch był taki, jak myślała, to za to, co Renata 

Quigley miała na szyi, można by kupić kilka domów na Rosemary Drive.

-  Frank wspominał mi, że jako biznesmenka odniosła pani wielkie 

sukcesy i jest właścicielką salonów mody. - Renata mówiła w taki sposób, 

jakby nauczyła się tej przemowy na pamięć. Jej akcent był sympatyczny.

-  On mnie trochę za bardzo reklamuje. Mam tylko dwa sklepy, choć myślę 

background image

o otwarciu czegoś tutaj. Nie w Londynie, raczej w okolicy Berkshire.

-  Słyszałem, że umarła twoja matka. Bardzo mi przykro - rzekł Frank 

odpowiednio przyciszonym głosem.

-  Tak, to smutne, była pełna życia i zawsze taka zawzięta, mogła żyć 

jeszcze o wiele dłużej. Jak pani O'Hagan.

-  Maureen skinęła głową w stronę matki Deirdre, która rozprawiała w 

kącie.

Renata odeszła na bok, żeby porozmawiać z Desmondem i księdzem 

Hurleyem.

-  Oczywiście mnie nienawidziła - powiedział Frank, nie spuszczając oczu 

z Maureen.

-  Przepraszam cię, kto?

-  Twoja matka. Nienawidziła mnie. Wiesz to, Maureen.

- Oczy miał teraz nieprzyjazne. Jak ona przedtem.

-  Nie, myślę, że się bardzo mylisz. To nieprawda, że cię nienawidziła. 

Wyrażała się o tobie zawsze dobrze. Mówiła, że byłeś bardzo, bardzo miły, 

tamtego razu, gdy cię widziała. Pamiętam, jak stała w małym saloniku u 

nas w domu i powtarzała: „On jest bardzo miłym chłopcem, Maureen".

-  Mówiąc to, Maureen naśladowała lekki śmiech swojej matki, niezbyt 

grzeczną odprawę, rozbawione zdumienie.

Była to najokrutniejsza rzecz, jaką mogła zrobić.

274

Lecz on się o to prosił, ten arogancki, przystojny i możny mężczyzna, 

który igra z życiem ludzi i planuje, co i gdzie będą kupować.

-  Nie wyszłaś za mąż? - spytał. - Nie było takiego, którego mogłabyś 

poślubić?

background image

-  Takiego, którego bym poślubiła, nie.

-  Ale miewałaś pokusy, może trochę tu i trochę tam... - Patrzył jej prosto 

w oczy. Nie odwrócił wzroku pod wpływem sarkazmu, gdy naśladowała 

morderczy głos swojej matki.

-  Och, Frank, oczywiście miewałam pokusy tu i tam, jak wszyscy ludzie 

interesu. Nie ma to nic wspólnego z małżeństwem. Jestem pewna, że i ty 

to samo stwierdziłeś w swoim życiu. Byłabym bardzo zdziwiona, gdybyś 

nie stwierdził. Ale żeby zawrzeć związek małżeński i ustatkować się, 

trzeba mieć powód.

-  Może miłość albo nawet pociąg?

-  To nie wystarczy, jak sądzę. Coś bardziej prozaicznego... - Rozejrzała się 

i wzrok jej padł na Deirdre. - Może coś takiego jak bycie w ciąży albo... - 

Omiotła znowu spojrzeniem pokój i zatrzymała go na Renacie.

Nie była jednak dość szybka, Frank ją uprzedził.

-  Jak pieniądze? - podpowiedział uprzejmie.

-  Właśnie.

-  Żaden z tych powodów nie jest specjalnie dobry.

-  Z pewnością nie ten pierwszy, ciąża. A jeszcze bardziej, gdy okaże się, 

że nie był prawdziwy.

-  Czy dowiedziałaś się kiedyś, co się stało? - zapytał Frank.

Maureen wzruszyła ramionami.

-  Mój Boże, przede wszystkim nawet mi nie mówiono, że są z nią jakieś 

kłopoty. Nie można więc było powiedzieć, że niebezpieczeństwo minęło, 

czy coś innego.

-  Myślę, że ona poroniła - rzekł Frank.

-  Czy Deirdre ci to powiedziała? - Maureen się zdziwiła.

background image

-  Bynajmniej. Było to ich pierwsze Boże Narodzenie w Londynie, a ja 

czułem się trochę chory, trochę przygnębiony i bardzo zagubiony. 

Spytałem, czy mógłbym

275

z nimi spędzić święta, oni jednak się wymówili, tłumacząc, że Deirdre 

niedomaga. Rzeczywiście źle wyglądała. Myślę, że wtedy się to stało.

Mówił teraz o wiele bardziej po ludzku. Wyraz oczu Maureen złagodniał i 

jego oczu też.

-  Co za pech, dać się tak wciągnąć, i to nie wiadomo po co, bo na skutek 

fałszywego alarmu - powiedziała.

-  Mogło im to odpowiadać, dzieci mogą być pociechą - oponował Frank.

Rozmawiali teraz jak przyjaciele, starzy przyjaciele, którzy nie widzieli się 

przez jakiś czas.

Philippie ulżyło, gdy towarzystwo zaczęło się zwijać i ruszyło do kościoła. 

Nie miała pojęcia i nawet nie chciała sobie wyobrażać, co się tam odbywa, 

ale wiedziała, że dla nich to jest jakieś ważne, przełomowe wydarzenie. 

Nie chodzi tylko o przyjęcie, lecz także o powrót do tego samego kościoła, 

gdzie cała rzecz się zaczęła. Wzruszyła ramionami i z pogodą ducha 

zabrała się do ustawiania kolekcji kieliszków i przewietrzania pokoju. 

Przynajmniej ta osobliwa dwuetapowa aranżacja poczęstunku dała szansę 

na uprzątnięcie zakąsek i bezzwłoczne postawienie sałaty.

Kościół znajdował się w niewielkiej, spacerowej odległości, i dlatego 

właśnie plan uważano za możliwy do przeprowadzenia. Gdyby wszystkich 

musiano podwozić i trzeba by zamawiać taksówki i ustalać, kto pojedzie z 

kim, trwałoby to wieczność.

Uklękli wszyscy w niewielkiej grupie, trzydziestu uczestników 

background image

uroczystości srebrnych godów.

Msza była najzupełniej normalna, toteż wiele osób z tego grona 

gratulowało sobie, że nie będą musieli iść na mszę nazajutrz, bo w tych 

wyzwolonych czasach wystarczy uczestniczyć w sobotnim wieczornym 

nabożeństwie.

Niektórzy, jak Anna, i tak nie chodzący na mszę, nie dostrzegali 

wynikającej z tego wielkiej korzyści.

Brendan, od kiedy mieszkał z Vincentem, uważał zawsze mszę za 

wydarzenie towarzyskie. Nie sądził, żeby stryj wierzył w jakiegoś Boga, 

niemniej chodził na mszę co niedziela tak samo regularnie, jak jeździł po 

benzynę czy na targowisko, żeby kupić owce. To była część składowa 

życia, jakie wiedli.

276

Podczas mszy Helena gorąco się modliła, żeby Bóg dał jej znać, co jest 

właściwe. Jeśli siostra Brygida twierdzi, że ona ucieka, to przed czym, i w 

jakim kierunku ma się zwrócić, jeśli klasztor okazuje się dla niej 

nieodpowiedni. Gdyby mogła dostać jakiś znak. Nie prosi znowu o tak 

wiele.

Ksiądz Hurley pytał sam siebie, dlaczego mu się wydaje, że to wszystko 

jest jakimś rodzajem gry, niemal telewizyjną wersją odnowy ślubów. Lada 

chwila ktoś powie: „Cięcie. Czy możemy to powtórzyć od początku?" Nie 

czuł tego w przypadku żadnego innego aspektu swoich obowiązków 

kapłańskich. W tym publicznym powtarzaniu słów wypowiedzianych 

przed wieloma laty było coś, co mu się nie podobało. Lecz przecież 

wiernych proszono zawsze o odnawianie przyrzeczeń złożonych przy 

chrzcie. Dlaczego zatem w tym przypadku czuje się zaniepokojony?

background image

Frank patrzył w kościele na Maureen i myślał, jaka to ładna kobieta, pełna 

energii i pod wieloma względami tak podobna do Joy East. Wspomniał 

przelotnie Joy i swojego syna, któremu dano na imię Aleksander. Syna, 

którego nigdy nie dane mu będzie znać.

Robienie zdjęć w kościele uznano za rzecz niestosowną. To przecież nie 

jest prawdziwy ślub, wyglądają zbyt staro, żeby ich fotografowano. 

Deirdre chichotała, licząc na to, że ktoś z nią się nie zgodzi.

Zrobiła to Maureen, i to w sposób zdecydowany.

-  Daj spokój, Deirdre. Ja jeszcze muszę się zdecydować, ale kiedy to 

zrobię, chciałabym, żeby mnóstwo fotografów czekało przed kościołem - 

powiedziała.

-  I ostatecznie ludzie się pobierają w każdym wieku, absolutnie w każdym 

- odezwała się matka, a Deirdre serce podskoczyło.

-  A biorąc pod uwagę drogę, jaką kroczy Kościół, może nawet księża będą 

się żenić, mamo, i ksiądz Hurley będzie paradować wzdłuż nawy w 

żakiecie i prążkowanych spodniach * - wtrąciła się Helena.

* Tradycyjny strój ślubny (przyp. tłum.).

Wszyscy się roześmiali, a zwłaszcza ksiądz Hurley, który

277

był smutny i zapewnił, że nawet gdyby był młodszy o czterdzieści lat, nie 

zdecydowałby się na coś takiego.

Wkrótce znaleźli się znowu w Salthill, na Rosemary Drive pod numerem 

26. Sąsiedzi, których nie zaproszono, machali i wykrzykiwali 

pozdrowienia. Zapalono światła i po chwili przystąpiono do kolacji.

-  Gwar rozmów jak na prawdziwym przyjęciu - powiedziała Deirdre do 

Desmonda, nie mogąc niemal w to uwierzyć.

background image

Twarz miała zarumienioną i pełną niepokoju, włosy wydawały się bardziej 

miękkie, bo wyzwoliły się spod warstw lakieru. Na czole i górnej wardze 

perliły się kropelki potu.

Dziwnie wzruszyło go jej zdenerwowanie.

-  Przecież to prawdziwe przyjęcie - zaprotestował i delikatnie dotknął 

ręką jej twarzy.

Był to nowy gest, ale Deirdre się nie odsunęła, uśmiechnęła się do niego w 

odpowiedzi.

-  Przypuszczam, że tak - zgodziła się.

-  I twoja matka daje sobie radę ze wszystkimi - powiedział zachęcająco.

-  Tak, daje sobie radę.

-  Wygląda na to, że Brendan jest w świetnej formie, prawda? Mówił, że 

chętnie przyjdzie jutro rano do Centralnych Sklepów Rosemary, żeby 

zobaczyć, jak to działa.

Zdumiała się.

-  Zamierza przyjechać rano z tak daleka, aż z Shepherd's Bush, kiedy 

mógłby spać tu we własnym pokoju? - Nadal irytowało ją, że syn nie 

będzie tu spać.

-  To nie jest jego pokój, Deirdre, tylko biuro.

-  Znalazłoby się tu dla niego miejsce - zapewniła.

-  Tak, i kiedyś tu się zatrzyma. Ale jako gość.

-  Jako członek rodziny - poprawiła go.

-  Jako członek rodziny, który przyjechał w odwiedziny - poprawił ją z 

kolei Desmond.

To było szlachetne. Tylko że parę miesięcy temu Desmond Doyle czegoś 

takiego by nie zrobił. Byłby zbyt nerwowy, zbyt chętnie zgadzałby się na 

background image

uprawianie salonowej gry kłamstw, podtrzymywanie tej historii, którą 

opowiadała Deirdre swojej matce i Maureen Barry o jego mitycznych

278

bohaterskich czynach w Palazzo. I próbowałby przez cały czas prowadzić 

te rozmowy w taki sposób, aby nie dotarły do uszu Franka i Renaty, którzy 

wiedzieli, że to nieprawda. Jak wielkim uspokojeniem napawał Desmonda 

Doyle'a fakt, że wreszcie zapewnił sobie odpowiednią pozycję i znalazł 

własne miejsce. Po raz pierwszy czuł się sobą, a nie człowiekiem Palazzo. 

Dało mu to, o ironio losu, ten rodzaj pewności siebie, której tak bardzo 

pragnęła jego żona, a którą utracił w krainie Palazzo.

-  Mama rozmawia z tatą całkiem normalnie - szepnął Brendan po drugiej 

stronie pokoju do Anny. - Czy zdarza się to często?

-  Nigdy przedtem nie widziałam, żeby się zdarzyło - odparła. - Nie chcę 

odbierać ci dobrego samopoczucia, ale myślę, że udało ci się ujrzeć bardzo 

rzadki widok, więc się nim naciesz.

I rzeczywiście na ich oczach scena ta została naruszona. Ktoś z firmy 

Philippy mówił matce, że w kuchni mają jakiś mały kłopot.

-  To na pewno z powodu Heleny - stwierdziła ze smutkiem Anna. I 

rzeczywiście tak było.

Helena koniecznie chciała umieścić świeczki na torcie. Kupiła 

dwadzieścia pięć sztuk i teraz przeszukiwała kredens, usiłując znaleźć 

stare pudła po ciastkach, w których trzymano plastikowe podstawki do 

świeczek. Udało jej się znaleźć tylko czternaście. Nie mogła się domyślić 

dlaczego.

-  Pewno dlatego, że to wiek, w którym normalni ludzie już naprawdę 

więcej ich nie chcą - rzuciła szorstko Anna. - W porządku, mamo, wracaj 

background image

do gości. Ja sobie z tym poradzę.

-  To nie jest kwestia radzenia sobie. - Helena była dotknięta i zła. - 

Zrobiłam po prostu mały gest, żebyśmy mogli się weselić.

Philippa z firmy zajmującej się urządzaniem przyjęć powiedziała, że w 

pisemnej umowie mowa była o torcie z wierzchnią warstwą kremu, na 

której w ostatniej chwili miano położyć prażone migdały tworzące napis: 

Desmond i Deirdre październik 1960.

-  Myślę, że tak będzie lepiej, nie uważasz, Heleno? - Anna mówiła takim 

tonem, jakim przemawiałaby do

279

psa z pianą u pyska albo do czterolatka znacznie opóźnionego w rozwoju. 

Ken Green twierdził, że spędził większość swojego życia, przemawiając w 

taki sposób do ludzi, co zyskało mu reputację bardzo cierpliwego, lekko 

tępego i kogoś takiego, na kogo przy każdym kryzysie zawsze można 

liczyć. Jak pamiętała, Ken często powtarzał, że im bardziej się wścieka, 

tym wolniej mówi.

-  Czy nie uważasz, że powinniśmy zostawić to firmie urządzającej 

przyjęcia, Heleno? - spytała Anna, wymawiając starannie i z wolna każde 

słowo.

-  Och, odwal się, Anno, wkurzasz mnie - warknęła Helena.

Anna doszła do wniosku, że zbliżają się definitywnie do końca okresu 

życia Heleny w zgromadzeniu zakonnym. Helena wypadła do ogrodu.

-  Mam iść za nią? - spytała Philippa.

-  Nie, prawdopodobnie tam jest dla niej bezpieczniej. Nie ma tam nikogo, 

kogo mogłaby obrazić, i niewiele rzeczy, które mogłaby rozbić. - Anna 

pomyślała, że Ken byłby z niej dumny, i zdziwiła się, dlaczego tak wiele o 

background image

nim myśli.

Helena siedziała, obejmując kolana, w ogrodzie, tam gdzie siadywała, nie 

zrozumiana i nie kochana, jej zdaniem, przez całe swoje dzieciństwo. 

Usłyszała za sobą kroki. Z pewnością Anna ją będzie prosić, żeby wróciła i 

nie robiła scen, matka powie jej, żeby nie siedziała na wilgotnym 

kamieniu, a babka O'Hagan zaraz spyta, kiedy wreszcie złoży swoje śluby. 

Podniosła głowę. Zobaczyła Franka Quigleya.

Strach ścisnął Helenę za gardło i przez chwilę kręciło jej się w głowie. 

Oczywiście to niemożliwe, żeby zamierzał ją tknąć, napastować w domu 

rodziców.

Jednakże wyglądał tak groźnie w ciemnościach.

-  Słyszałem od twojego ojca, że myślisz o porzuceniu Świętego Marcina - 

rzekł.

-  Tak. One chcą, żebym sobie poszła, wyrzucają mnie.

-  Jestem pewien, że tak nie jest.

-  Siostra Brygida mówi, że inne zakonnice mnie nie chcą. - Uświadomiła 

sobie w tym momencie, że mówi jak pięcioletnie dziecko trzymające kciuk 

w buzi.

280

-  Siostra Brygida za bardzo cię lubi, żeby tak myśleć, a co dopiero mówić.

-  Skąd wiesz? Widziałeś ją tylko tej nocy, tej okropnej nocy. - Oczy 

zrobiły jej się tak duże jak deserowe talerzyki. Pamięć o tym czasie, kiedy 

próbowała ukraść dziecko dla Franka i Renaty Quigleyów, o tej nocy, która 

skończyła się tak fatalnie, i kiedy zaczęło się prawdziwe podupadanie u 

Świętego Marcina.

-  Nie, Heleno, spotykałem się od tej pory wielokrotnie z siostrą Brygidą - 

background image

powiedział Frank. - Nie rozmawialiśmy wiele o tobie, mieliśmy inne 

rzeczy do omówienia. Radziła mi. Dała mi bardzo dobrą, użyteczną radę. 

To tobie muszę za to podziękować.

-  Miałam jak najlepsze intencje tamtej nocy. Naprawdę myślałam, że 

będzie to dobre dla wszystkich.

-  Mogłoby tak być, wiesz, ale nie mogliśmy w ten sposób postąpić, 

wiecznie uciekać, wiecznie się kryć, wiecznie udawać. W taki sposób nie 

można żyć.

-  Ja zawsze żyłam w taki sposób - broniła się, z przekorą w głosie, 

Helena.

-  Nie, to niemożliwe.

-  W tym domu zawsze udawaliśmy i udajemy również dziś wieczorem.

-  Sza - rzekł, żeby ją uciszyć.

-  Jak to się stało, że jesteś taki uczciwy i nie musisz zachowywać się jak 

my wszyscy?

-  Nie jestem uczciwy. I akurat ty powinnaś to wiedzieć. - Frank mówił 

serio. - Robiłem różne rzeczy, których się wstydzę, jedną z nich z tobą. 

Bardzo, bardzo tego się wstydzę.

Po raz pierwszy od tamtego dnia w jego mieszkaniu Helena spojrzała w 

oczy Frankowi. Po raz pierwszy od wielu lat nie odpowiedziała.

-  Mam wciąż nadzieję, że poznasz kogoś młodego, miłego i delikatnego, 

kogoś, kto ten dziwny, smutny dzień ustawi w innej perspektywie. Pokaże 

ci, że choć był ważny w pewien sposób, to jednak pod wieloma względami 

w ogóle nie ma znaczenia.

Helena w dalszym ciągu milczała.

281

background image

-  Przypuszczam więc, że przykro mi było, gdy poszłaś do Świętego 

Marcina. Bo zawsze myślałem, że to, co się stało między nami, mogło 

zostać zbyt wyolbrzymione.

-  Nigdy więcej o tym nie myślałam - oznajmiła Helena. Patrzyła na niego, 

wypowiadając to kłamstwo, oczami, w których malowało się pełne 

przekonanie, i z uniesioną wysoko głową.

Frank wiedział, że dziewczyna kłamie, ale istotne było, żeby się tego nie 

domyśliła.

-  To najwłaściwsza rzecz, jaką można było zrobić. Wobec tego nie miałem 

racji. - Uśmiechnął się do niej. Ze smutkiem i podziwem. Dobrze zrobił. 

Widział, że Helenie humor zaczyna się poprawiać. - Co więc będziesz 

robić, gdy odejdziesz? Jeśli zamierzasz stamtąd odejść?

-  Odejdę. Jeszcze nie wiem. Może potrzebny mi czas do namysłu.

-  Czy to odpowiednie miejsce do rozmyślań? - Popatrzył niepewny na 

Salthill.

-  Może nie.

- Chyba powinnaś wyjechać, wyjechać z Londynu. Świetnie radzisz sobie 

z dziećmi. Siostra Brygida mi o tym mówiła.

-  Tak, lubię je. Na pewno. Nie są takie denerwujące jak dorośli.

-  A zajęłabyś się dzieckiem? Przez rok albo dwa, póki będziesz się 

namyślać.

-  Znasz takie dziecko?

Rozmawiali jak równi sobie, jej lęk przed nim rozwiał się bez śladu.

-  Owszem, na imię ma Aleksander. Jego samego nie znam, ale znam jego 

matkę. Co prawda pokłóciliśmy się i ona mnie nie lubi. Toteż gdybym to ja 

cię zarekomendował, powiedziałaby nie. Jeśli da ogłoszenie, to mogłabyś 

background image

się zgłosić.

-  Czy nie za dużo zbiegów okoliczności?

-  Nie, możemy to zrobić za pośrednictwem Carla: ona go zapyta o nianię. 

Carlo wspomni o córce jednego z dawnych kierowników. Ona zna twojego 

ojca.

-  Czy to panna East?

-  Tak.

282

-  O co się pokłóciliście?

-  O to i owo.

-  Czy Aleksander jest miły?

-  Nie wiem, Heleno.

-  Ale chciałbyś wiedzieć? - Dorastała jakby z każdą minutą.

-  Bardzo chciałbym.

-  Dobra - rzekła Helena. - Muszę gdzieś się zastanawiać, mogę więc 

równie dobrze robić to przy Aleksandrze

East.

Tort wykończono i podzielono na kawałki. I kiedy wszyscy już mieli na 

talerzykach po porządnym plastrze tortu, Desmond zastukał w kieliszek i 

oznajmił, że Frank Quigley, który tak świetnie pełnił obowiązki drużby 

przed dwudziestu pięciu laty, chciałby teraz powiedzieć kilka słów.

Frank stanął na środku pokoju. Powiedział, że to wielkie szczęście i wielki 

honor być poproszonym o wygłoszenie przemówienia. Jego spotkało jedno 

i drugie. Słuchający go mieli przez chwilę wrażenie, że miał szczęście, bo 

go zaproszono.

Pamięta ten dzień, mówił, gdy Deirdre, wyglądająca niemal tak samo jak 

background image

dzisiaj, wypowiedziała słowa przysięgi. Była młoda i piękna, miała życie 

przed sobą, musiała podjąć wiele decyzji, wybrać jedną z wielu dróg. 

Wybrała Desmonda Doyle'a. Gładko przeszedł od ślubu, przez wczesne 

lata w Palazzo, do radości z dzieci, do szczęścia, jakim ich obdarzyło 

każde z nich i wszystkie razem. Córka pnąca się w górę w handlu 

księgarskim - Palazzo próbowało ją pozyskać, ale bez powodzenia - druga 

córka poświęcająca swoje życie na opiekowanie się bliźnimi i syn 

miłujący ziemię. Deirdre i Desmond zostali sowicie wynagrodzeni tą 

trójką latorośli, w których widzieć mogą urzeczywistnienie swoich 

nadziei.

On sam nie miał tyle szczęścia w młodości, nie spotkał nikogo, kogo by 

pokochał. Udało mu się to dopiero w późniejszym okresie życia. Omiótł 

spojrzeniem Maureen, która stała spokojna i imponująca w swoim 

cytrynowym jedwabnym kostiumie. Potem jednak i on zaznał szczęścia 

małżeńskiego życia, choć inaczej niż Desmondowi nie dane mu

283

było zostać ojcem trojga wspaniałych dzieci. Serce przepełnia mu jednak 

dzisiaj szczęście bez cienia zazdrości, która mogła była nagromadzić się w 

nim przez lata. W ten weekend on i Renata jadą do Brazylii, gdzie 

załatwiono im legalną adopcję i skąd mają przywieźć dziewczynkę 

imieniem Paulette, by zapewnić jej rodzinny dom. Paulette ma osiem 

miesięcy. Zakonnice załatwiły papiery. Dziewczynka będzie o wiele 

młodsza od dzieci jego przyjaciela Desmonda, ale on ma nadzieję, że 

przyjaźń trwać będzie zawsze, podobnie jak to było z jego przyjaźnią. 

Przyjaźń na całe życie, powiedział. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają.

To była mistrzowska mowa. Otarto parę łez i uniesiono w górę kieliszki z 

background image

szampanem.

Frank wzruszył wszystkich. Wszystkich obecnych. Nawet Maureen Barry.

-  Mój Boże, ależ z ciebie artysta! - zauważyła z podziwem.

-  Dzięki, Maureen. - Był szarmancki i miły.

-  Naprawdę tak myślę. Zawsze zresztą nim byłeś. Nie musiałeś tak bardzo 

się starać, by wykazać, że moja matka się myliła. Myliłam się również ja.

-  Ale twoja matka mnie lubiła, mówiła, że byłem bardzo miłym 

młodzieńcem. - Naśladował jej głos. Całkiem nieźle.

-  Cieszę się z powodu tego dziecka - rzekła.

-  My też.

-  Czy ujrzę was wszystkich, kiedy otworzę swój sklep w Anglii?

-  Sporo czasu upłynie, zanim Paulette dorośnie do twoich ubrań.

-  Dziwna rzecz, ale ja mam także dziecięce butiki.

-  To dobrze. - Jego uśmiech był ciepły, choć niedostatecznie ciepły. Stary 

łobuz, na wszystko miał radę. Nie pozwoli sobie więcej na żadną 

pochwałę pod jego adresem.

Ksiądz Hurley chciał skorzystać z telefonu, ale okazało się, że jest do 

niego kolejka. Anna z kimś rozmawiała.

-  Pewnie, wpadnij na chwilkę - mówiła. - Posłuchaj mnie, Ken, jest rok 

tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty, wszyscy mamy prawo wybierać. 

Uważam, że byłoby wspaniale,

284

 gdybyś zechciał tu się zjawić. - Nastała cisza. - I ja ciebie też kocham - 

powiedziała, odkładając słuchawkę i dziwiąc się samej sobie.

Następna w kolejce do telefonu była matka Deirdre.

- Tak, Tony, jak najbardziej zadowalające, żadnej możliwości. Nie, nie, 

background image

żadnego oszukiwania na czymkolwiek, ale wiesz, cała sztuka w życiu to 

wiedzieć, kiedy jest odpowiedni czas na mówienie różnych rzeczy. Tak, 

tak. Nic się nie zmieniło. Absolutnie nic. Ja też. Mnóstwo.

Ksiądz Hurley skorzystał z telefonu, by zawiadomić ojca Hayesa, że wróci 

taksówką wraz z kilkoma osobami, bo zamówiono duży samochód.

Tak, rzekł, było wspaniale, ale czuje, że nie powinien długo zajmować 

linii, ktoś inny bowiem może telefonować i chcieć powiedzieć ludziom, że 

ich kocha.

Nie, zaprotestował gniewnie. W najmniejszym stopniu nie jest wstawiony, 

siedział tylko i słuchał, jak pewna niewiasta i jej wnuczka rozmawiały 

przez telefon. I nic więcej.

Teraz wszyscy zbierali się już do wyjścia. Niemniej czuło się, że jeszcze 

jakby czegoś nie dopełniono.

Deirdre odszukała aparat fotograficzny. Miała w nim nowy film 

przygotowany na tę okazję. Pobiegła do kuchni, gdzie Philippa i jej zespół 

zajęci byli opakowywaniem w folię resztek kolacji i ładowaniem ich do 

lodówki. Część musiano nawet włożyć do zamrażarki.

Deirdre wyjaśniała Philippie, jak się obchodzić z tym aparatem, a ta 

słuchała cierpliwie. Charakterystyczne dla tego rodzaju kobiet jest 

przekonanie, że ich aparaty są bardzo skomplikowane.

Wszyscy goście otoczyli półkolem jubilatów. Wszyscy się uśmiechali. 

Philippa cykała zdjęcie za zdjęciem.

Wśród tych dwudziestu czterech fotografii na filmie musi znaleźć się taka, 

która będzie dobrze wyglądać po powiększeniu, właśnie tak jak trzeba. Na 

ścianie zawiśnie fotografia ze srebrnych godów, żeby każdy mógł ją 

podziwiać. Każdy, kto od tej chwili przyjdzie na Rosemary Drive.

background image

Spis treści.

1.  Anna..............       7

2.  Brendan         .............     39

3.  Helena      ..............      54

4.  Desmond       ............•     96

5.  Ksiądz   Hurley       ...........    127

6.  Maureen         .............    156

7.  Frank        ..............    189

8.  Deirdre..............    227

9.  Srebrne gody............    253