background image

W sieci zebrał

  

Mandragora76

 

 
 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Adoracja 

 

Z mych pocałunków szata twej nagości, 

Z warg moich na niej purpurowe róŜe, 

W które cię stroić nigdy się nie znuŜę, 

Tknąć ciebie kwiatom broniąc w ust zazdrości! 

 

Z zachwytów moich kadzidła wonności, 

Co owiewają cię w uwielbień chmurze! 

Z dumy mej tobie stopień i podnóŜe, 

I hołdowniczy kobierzec miłości! 

 

Na swojej skroni twoje stopy noszę 

Jako niewolnik pełne kwiatów kosze... 

Ugięty klęczę i powstać się boję! 

 

Na czole stopy twoje obnaŜone 

DzierŜę jak Ŝywych klejnotów koronę, 

Bo na twych stopach chodzi szczęście moje! 

 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Bliskość daleka 

 

Nie widzę ciebie, tylko twoje szaty, 

I ślepym ciebie zgaduję zdumieniem, 

Snem jasnym ciemnych korzeni są kwiaty, 

background image

Jak śpiew jest jeno zbudzonym milczeniem. 

 

Ostatnie blaski jesieni na drzewach, 

Zachodnie słońce, lot dzikiego ptaka 

Wieszczą o innych krainach i niebach, 

Które zachwyca godzina jednaka. 

 

I Ŝe nie złudą jedynie są echa 

Czaru, co włada wiecznie za snu bramą, 

Mówi o zmierzchu twa bliskość daleka, 

Co zwierza wszystkim tęskniącym to samo. 

 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Brona 

 

Słońce za wzgórze się chyli 

I senną ziemię ozłaca. 

O, wielka ciszo tej chwili, 

Gdy duch się zmierzchem wzbogaca! 

 

Na nieboskłonie dnia pomnym 

Ciemną sylwetą się czerni 

Chłop na swym koniu ogromnym 

Wlokącym bronę po ścierni. 

 

Co krok koń cięŜkim łbem kiwa, 
Z trudem stąpając pod wzgórek. 

Spod kopyt jego się zrywa 

Stado spłoszonych przepiórek. 

 
 
 

background image

 

LEOPOLD STAFF

, Capri 

 

Na morzu wyspa górska: miniatura Tatr, 

Jeno Ŝe Morskie Oko, miast w środku, jest wkoło 

I miast smreczków, tyrsami winnic wstrząsa wiatr, 

Jak niewidzialny tancerz, co pląsa wesoło. 

 

Musiał spocząć pod drzewem, bo wachlarze palm 

Chłodzą go; snadź zarzucił za nimfą pościgi. 

Pojednawcze oliwki w sen nucą mu psalm, 

A nagość swych owoców odsłania liść figi. 

 

Łyskliwy, wonny cytryn i pomarańcz sad, 

Które się przeplatają z sobą na przemiany, 

W liściach swych jednocześnie chowa śnieŜny kwiat 

I owoc: cytryn złoty, pomarańcz miedziany. 

 

Pinia niby parasol roztacza swój szczyt, 

Janowce jak poduszki złote lśnią wśród trawy. 

Kaktusy, do zielonych placków na swój wstyd 

Podobne, między siwe kryją się agawy. 

 

Jak pełen cudnych kwiatów i zieleni kosz, 

Gdzie łańcuch domów niby kostki cukru skrzy się, 

LeŜy wyspa, ujęta pod niebiosów klosz, 

Na morzu jak na gładkiej, szafirowej misie. 

 

I cudnie jest, gdy w morzu tonie słońca krąg 

I jaskółki w nieb cichym świegocą błękicie, 

Zupełnie jak nad senną równią naszych łąk, 

A w trawie świerszcz tak samo gra jak w polskim Ŝycie. 

 

background image

 
 

LEOPOLD STAFF

, Chciałem juŜ zamknąć dzień... 

 

Chciałem juŜ zamknąć dzień na klucz, 

Jak doczytaną księgę, 

Owinąć się czarną ciszą. 

I zasnąć na potęgę 

 

AŜ tu za oknem wściekła zorza, 

Budząca radość i przestrach, 

Rozbłysła niczym poŜar 
Wybuchła jak orkiestra 

 

Oto dzień nowy i świat nowy 

Tysiącem dziwów gra mi. 

Zerwałem się na równe nogi 

Przed wysokimi stanąłem schodami 

 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Chleb 

 

Wiecznie tak samo jeszcze jak za czasów Piasta, 

Po łokcie umączone ręce dzierŜąc w dzieŜy, 

Zakwasem zaczyniony chleb ugniata świeŜy 

Przejęta swym odwiecznym obrządkiem niewiasta. 

 

Gdy wedle doświadczenia niechybnych probieŜy, 

Nazajutrz ugniot miary właściwej dorasta, 

Pierzyną ciepłą kryje pulchne ciało ciasta, 

Kędy cierpliwie pory wypieku doleŜy. 

 

background image

I uklepawszy w płaskie półkule miąŜsz miękki 

W gorący piec je wsuwa na długiej kociubie, 

Skąd roztaczając zapach kuszący i miły 

 

Wychodzą wnet poŜywne, razowe bochenki, 

Brunatne i okrągłe - ku piekarki chlubie - 

Jak widnokrąg zoranych pól, co chleb zrodziły. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Curriculum vitae 

 

Dzieciństwa mego blady, niezaradny kwiat 

Osłaniały pieszczące, cieplarniane cienie. 

Nieśmiałe i lękliwe było me spojrzenie 

I stawiając krok cudzych czepiałem się szat. 

 

Młodość ma pierwsze skrzydła swe wysłała w świat, 

Kiedy nad wiosnę milsze zdały się jesienie. 

Więc kochałem milczenie, wspomnienie, westchnienie 

I plotłem chmurom wieńce z swych kwietniowych lat. 

 

Dopiero od posągów, od drzew i od trawy, 

Z którymi Ŝyłem długo wśród dalekich dróg, 

Nauczyłem się prostej, pogodnej postawy. 

 

I kiedym, stary smutku dom zburzywszy w gruzy, 

Uczynił z siebie jeno wschodom słońca próg, 

Rozumie mnie me serce i kochają Muzy. 

 
 
 

background image

 

LEOPOLD STAFF

, Czar 

 

Czar 

 

W miękkich fałdach twej sukni zgubiony ustami 

Piję złotej godziny czar... Niech nas omami... 

 

Krótko trwa rozkosz... Szczęście, co Ŝyło dzień, kona... 

Od warg mych pokraśniały ci nagle ramiona... 

 

Włosy cię jeszcze kryją... Jutro przemoc losów 

Rozdzieli nas na zawsze... Wyjdź z lasu twych włosów... 

 

Wśród dwojga kwiatów, piersi twych, śnieŜnych swą bielą, 

Pocałunki mym ustom ciepłe gniazdo ścielą... 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Czytelnicy 

 

Zmierzchem, gdy gaśnie blask słonecznej kuli, 

Nad brzegiem wody, gdzie drzew widma mdleją, 

Marzy młodzieniec, spragnioną nadzieją 

Całując karty powieści o Julii. 

 

I gdzies o setki mil, parku aleją 

Krocząc samotnie, dziewczyna najczulej 

Tę samą księgę do swej piersi tuli, 

Szepcąc z słodyczą oddania: "Romeo!" 

 

Ta sama ksiąŜka, chwila i tęsknota 

background image

Otwarła duszom ich miłości wrota, 

Gdzie wszedłszy razem w swych wiosen ozdobie, 

 

W objęciu wspólnym przeŜyły ekstazy 

Pierwszych upojeń, nie znanych dwa razy, 

Choć się nie znają ni wiedzą o sobie. 

 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Dalekaś mi 

 

Dalekaś mi, daleka, 

Jak radość szczęścia cicha... 

Serce me czeka, 

Usycha... 

 

Lecz bliskaś ty mi, bliska 
Jak Ŝałość niezgłębiona... 

Serce się ściska 

I kona... 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Deszcz jesienny 

 

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny 

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny, 
DŜdŜu krople padają i tłuką w me okno... 

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną 

I światła szarego blask sączy się senny... 

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny... 

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze 

background image

Na próŜno czekały na słońca oblicze... 

W dal poszły przez chmurna pustynię piaszczystą, 

W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą... 

Odziane w łachmany szat czarnej Ŝałoby 

Szukają ustronia na ciche swe groby, 

A smutek cień kładzie na licu ich młodem... 

Powolnym i długim wśród dŜdŜu korowodem 

W dal idą na smutek i Ŝycie tułacze, 

A z oczu im lecą łzy... Rozpacz tak płacze... 

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny 

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny, 
DŜdŜu krople padają i tłuką w me okno... 

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną 

I światła szarego blask sączy się senny... 

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny... 

Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny... 

Kto? Nie wiem... Ktoś odszedł i jestem samotny... 

Ktoś umarł... Kto? PróŜno w pamięci swej grzebię... 

Ktoś drogi... wszak byłem na jakimś pogrzebie... 

Tak... Szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło. 

Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło, 

Gdy poznał, Ŝe we mnie skrę roztlić chce próŜno... 

Zmarł nędzarz, nim ludzie go wsparli jałmuŜną... 

Gdzieś poŜar spopielił zagrodę wieśniaczą... 

Spaliły się dzieci... Jak ludzie w krąg płaczą... 

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny 

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny, 
DŜdŜu krople padają i tłuką w me okno... 

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną 

I światła szarego blask sączy się senny... 

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny... 

Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie 

I zmienił go w straszną, okropną pustelnię... 

background image

Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem 

I kwiaty kwitnące przysypał popiołem, 

Trawniki zarzucił bryłami kamienia 

I posiał szał trwogi i śmierć przeraŜenia... 

AŜ, strwoŜon swym dziełem, brzemieniem ołowiu 

PołoŜył się na tym kamiennym pustkowiu, 

By w piersi łkające przytłumić rozpacze, 

I smutków potwornych płomienne łzy płacze... 

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny 

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny, 
DŜdŜu krople padają i tłuką w me okno... 

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną 

I światła szarego blask sączy się senny... 

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny... 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Echo 

 

Wśród swawolnej gonitwy w boru gęstwie starej 

Usłyszał faun rozkoszne słowo obietnicy 

Z gorących ust rusałki nagiej, śniadolicej 

I pobiegł swą radością huknąć w mroczne jary. 

 

I tchnął z swej piersi szczęścia szaleństwo ucieszne 

W fletnię, a dźwięk wylata szklaną, barwną kulą, 

Spada w jar, gdzie do stromych ścian karły się tulą 

I patrzą długobrode, zadziwieniem śmieszne. 

 

Chwytają bujające dziwo, cud tęczowy 

I jeden go drugiemu niby piłkę ciska... 

Kula grzmi echem, tłukąć się o skał urwiska, 

background image

 

I łoskotem rozbudza uśpione parowy... 

A faun wziął się pod boki, porwany zachwytem, 

I hucząc śmiechem, w ziemię uderza kopytem... 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Gdy syty skarbów 

 

Gdy syty skarbów, własnym bogactwem znuŜony, 

Darowywać pragnąłem jako król szalony, 

 

Stałaś przy mnie, o, Chryzis, złotowłosa pani, 

Wsparta o marmurowy biały słup w przystani. 

Patrzyłaś na rozlewnych wód płynne manowce 

I na moje Ŝaglowne, złote trójwiosłowce, 

Na które niewolników moich pogotowie 

Znosiło dzbany świetne, drogie złotogłowie, 

Bisior, szkarłat tyryjski, przepyszne kobierce 

I bursztyny ciąŜące jako moje serce. 

I daremnie szukałem stu pozorów zwłoki: 

Statki znaku czekały na odjazd z zatoki, 

śagle rozpięte drŜały, a słońce juŜ nisko 

Za góry zapadało. A chociaŜ tak blisko 

Stałaś przy mnie, nie rzekłaś słowa niś spytała, 

Komu podarki wiezie ta wyprawa cała 

Choć jednym słowem mogłaś ocalić od zgłady 

Statki, które ma duma rzucała na zdrady 

Korsarzy, burz, bez celu, bez gwiazdy na niebie, 

Te skarby, które w duszy przeznaczył dla ciebie 

 
 

background image

 
 

LEOPOLD STAFF

, Gdy w twoich ustach... 

 

Gdy w twoich ustach z nieukojem 

Szukam twojego serca woni, 

Chciałbym cię zgnieść w objęciu mojem, 

Zawrzeć jak ptaka w mojej dłoni. 

 

I ściskam twe najsłodsze ciało 

Śniąc, bym, pijany szczęścia trunkiem, 

Mógł pokryć ciebie całą, całą, 

Jednym jedynym pocałunkiem. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Gdzie się podziała 

 

Gdzie się podziała dawna miłość nasza? 

Wszystko przemija, czas wszystko uśmierca 

Jako kwaśnieje słodka wina czasza 

Tak teŜ i nasze zmieniły się serca. 

 

Ach, kamień, który stopa nasza depce, 

Trawa, o którą szata się ociera, 

Wiatr, co nam muska włos, gdy w ucho szepce, 

Wszystko nam cząstkę nas samych odbiera!... 

 
 
 
 
 

background image

LEOPOLD STAFF

, Ja kocham ciebie! 

 

Jak tchu dla piersi, tak mi ciebie brak! 

W pochmurnym niebie 

Przeciąga w siną dal wędrowny ptak. 

Niech leci, niech spieszy! 

Niech się serce me pocieszy, 

śe choć on mknie ku tej stronie, 

Gdzie wyciągam tęskne dłonie, 

Rozpaczliwie beznadziejne dłonie... 

 

Ja kocham ciebie! 

Niech o tym powie ci przelotny wiew, 

Co w sen kolebie 

Samotne szczyty cichych, smutnych drzew. 

 

Niech leci, niech wieści, 
śe w tęsknocie i boleści 

Nie mógł uśpić mojej duszy, 

Co się męczy w pustce, w głuszy, 

W rozpaczliwie beznadziejnej głuszy... 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Kartoflisko 

 

Pod niebem, co jesiennym siąpi kapuśniakiem, 

Na sejm zlatują wrony w Ŝałobnym zespole 

I z krzykiem krąŜą nisko nad kobiet orszakiem, 

Rozpinając swych skrzydeł czarne parasole. 

 

A robotnice w twardym, cierpliwym mozole, 

background image

Okryte - kaŜda innym - barwistym wełniakiem, 

Dziobia pilnie motyką ziemniaczane pole, 

W miękkiej ziemi stopami zaparte okrakiem. 

 

Pośród mgły i szarugi, przemokłe do nitki, 

Grudy grzęd rozgarniają schylone najmitki 

I spod zeschłych badyli i płytkich korzeni 

 

Zbierają krągłe bulwy, jak jaja spod kwoki, 

I rzucają je w wiadro lub ceber głęboki, 

Co głucho grzmią jak bębny na odmarsz jesieni. 

 
 

LEOPOLD STAFF

, Kiedy spotykam cię w lesie 

 

Kiedy spotykam cię w lesie, 

Co szumem w sen się kołysze, 

Pytam: "Dlaczego ty do mnie nie mówisz, 

Lecz echo słów jeno twych słyszę?" 

 

Gdy cię spotykam w ogrodzie, 

Gdzie wonie zwiewa wiew chyŜy, 

Pytam: "Dlaczego na pierś mi nie padasz, 

Lecz jeno woń czuję twej bliŜy?" 

 

Gdy cię spotykam nad studnią, 

Gdzie niebo w wód śpi błękicie, 

Pytam: "Dlaczego nie widzę twych oczu, 

Lecz jeno ich w wodzie odbicie?" 

 

Kiedy spotykam cię we śnie, 

Który wykwita w noc z głuszy, 

Pytam: "Dlaczego cię nie ma na świecie, 

background image

Lecz Ŝyjesz jedynie w mej duszy?..." 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Kochać i tracić... 

 

Kochać i tracić, pragnąć i Ŝałować, 

Padać boleśnie i znowu się podnosić, 

Krzyczeć tęsknocie "precz!" i błagać "prowadź!" 

Oto jest Ŝycie: nic, a jakŜe dosyć... 

 

Zbiegać za jednym klejnotem pustynie, 

Iść w ton za perłą o cudu urodzie, 

AŜeby po nas zostały jedynie 

Ślady na piasku i kręgi na wodzie. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Kochanka 

 

Przyjdę do ciebie w północ ciemną, z nowiem... 

Drogę przez półmrok wskaŜe mi tęsknota... 

A ty, choć o swym przyjściu nie powiem, 

Wyjdziesz i sama otworzysz mi wrota. 

 

Choć ciemno będzie, nie spytasz, kto jestem... 

Dotkniesz mej dłoni i zaraz się dowiesz... 

W głębokiej ciszy o nic słów szelestem 

Nie spytam ciebie - a ty mi odpowiesz... 

 

Cicho mnie w blade pocałujesz skronie, 

background image

A choć nie wyznam ci, Ŝe mnie coś tłoczy, 

Ty mi utulisz głowę na swym łonie 

I sama w wieczny sen zamkniesz mi oczy... 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Kołodziej 

 

O lat tysiąc świat cały wygląda mo młodziej, 

Gdy widzę, jak przed progiem swej lepianki wiejskiej 

Sprawuje rzemieślniczy swój trud kołodziejski, 

Jakimś kruszwickim czarem owiany kołodziej. 

 

Na jego skromną pracę w nierozgłośnym siole 

Słońce blask rzuca dziwny, rzkełbyś, nadgoplański. 

Gdy on sporządza koła, niby święty pański 

Dla dusz błogosławionych wieczne aureole. 

 

Jak gdyby plaster miodu albo chleba skibki 

Krajał pośród śnieŜnej kwietnych płatków chmury. 

Struga dzwona i piastę z drzewa, kiedy wióry 

Prószą wokoło niego wśród złotej rozsypki. 

 

CiosajŜe, jak promienie słońca, proste szprychy, 

Hej, ojcze kołodzieju, nieksiąŜęcy Piaście, 

By ich było, jak godzin w kole dnia, dwanaście, 

A wśród dwunastu godzin ani jednej lichej! 

 

A spajajŜe je mocno, aby trwały cało, 

By z jednych gniazda miały straŜnicze bociany, 

A inne niech blask mają słońcem wyzłacany, 

Jakby na nich po świecie szczęście jechać miało! 

background image

 

A zapłać-Ŝe ci Pan Bóg, Ŝe się tak mozolą 

Bary twe, Ŝe się dłoń twa nad kołami trudzi! 

A włóŜ w nie wraz z swym trudem Ŝyczenie dla ludzi 

By na nich umknąć mogli przed wszelką niedolą! 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Kowal 

 

Całą bezkształtną masę kruszców drogocennych, 

Które zaległy piersi mej głąb nieodgadłą, 

Jak wulkan z swych otchłani wyrzucam bezdennych 

I ciskam ja na twarde, stalowe kowadło. 

 

Grzmotem młota w nią walę w radosnej otusze, 

Bo wykonać mi trzeba dzieło wielkie, pilne, 

Bo z tych kruszców dla siebie serce wykuć muszę, 

Serce hartowne, męŜne, serce dumne, silne. 

 

Lecz gdy ulegniesz, serce, pod młota Ŝelazem; 

Gdy pękniesz, przeciw ciosom stali nieodporne: 

W pył cie rozbiją pięści mej gromy potworne! 

 

Bo lepiej giń, zmiaŜdŜone cyklopowym razem, 

NiŜbyś Ŝyć miało własną słabością przeklęte, 

Rysą chorej niemocy skaŜone, pęknięte. 

 
 
 
 
 

background image

LEOPOLD STAFF

, Kto jest ten dziwny nieznajomy... 

 

Kto jest ten dziwny nieznajomy, 

Co mnie urzeka swoim gusłem? 

Rozrzuca mnie jak wiązkę słomy 

I znów związuje mnie powrósłem. 

 

Ogniem przepala moje ciało, 

Duszę mi toczy, jak czerw sprzęty, 

Spać mi nie daje przez noc całą, 

A jednak wstaję wypoczęty. 

 

Łagodnym zmierzchem mnie weseli, 

Gdy radość mego dnia się kończy, 

Jak rozstaj drogi moje dzieli 

I jak most brzegi moje łączy. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Kto miłość zna? 

 

Kto miłość zna? Kto, duszą obłąkany, 

Wypił zabójczy i najsłodszy jad, 

A z martwych oŜył nim, jak rosą kwiat? 

Kto ssał miód z krwawych ust serdecznej rany? 

 

Kto oddał wszystko, Ŝebrakiem być rad, 

Kto niewolnikiem sprzedał się w kajdany, 

A został królem wszech gwiazd obwołany 

I zdobył nowy, nieodkryty świat? 

 

Kto w przepaść rzucił się bez den, bez den, 

background image

A wpadł w róŜ obłok na zawrotny sen, 

Którym odurza woń upojna, miękka? 

 

Kto, pokorniejszy od przydroŜnych ziół, 

Pod stopy padał czołem w pyl, a czul, 

śe się najwyŜej wznosi, kiedy klęka? 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, List 

 

Pytasz mnie, jak sie czuję. Tak, jak czuć się moŜe 

Człowiek dość pełnoletni w końcu listopada, 

Gdy w niebie zmierzch pochmurny i błoto na dworze, 

A za oknem bez przerwy deszcz ze śniegiem pada. 

 

Lecz zbyt o dnia i roku nie troszcząc sie porę, 

Bo po słocie pogoda idze wieczną zmianą, 

Więc teŜ o wschodzie słońca wiersz piszę wieczorem, 

A nokturny w słoneczne grywam tylko rano. 

 

I jestem zawsze ufny i pełen pewności 

Czekając niezachwianie tej chwili jedynej, 

Gdy ujrzę, Ŝe na świecie są same radości, 

I zegar na raz wszystkie wskazuje godziny. 

 
 
 
 
 
 
 

background image

LEOPOLD STAFF

, List z jesieni 

 

Czekam listu od Ciebie... Tam Południa słońce 

I morze mówi z Tobą... U mnie długa słota, 

Samotność, jesień, chmury i drzewa więdnące... 

Dziś pogoda... Lecz słońce chore - jak tęsknota... 

 

Nim wyślesz, włóŜ list w trawę wonną albo w kwiaty, 

Bo tu Ŝadne nie kwitną juŜ... Niech go przepoi 

Spokój, woń słońca, szczęście Twej bliŜy i szaty - 

Albo go noś godzinę w fałdach sukni swojej... 

 

A papier niechaj bedzie niebieski... Bo moŜe 

Znów przyjdą chmury szare, smutne, znów na dworze 

Słota łkać będzie, kiedy list przyjdzie od Ciebie; 

SkarŜyć się będą drzewa, co więdną i mokną, 

A ja, samotny, moŜe znów będę przez okno 

Patrzał za małym skrawkiem błękitu na niebie... 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Los 

 

Dla siebie los nas stworzył dwoje, 

Lecz nas rozdzielił traf Ŝywota 

I twe słodycze nie są moje, 

Nie mój twój uścisk i pieszczota. 

 

śyjemy jeno w snach o sobie, 

Gdzieś na wyŜynach ponad światem, 

Gdzie nawet uśmiech jest w Ŝałobie, 

Gdzie zimno wiosną jest i latem. 

background image

 

RóŜ szczęsnym kwieciem nie wieńczone, 

Lecz nad łzy wyŜsze i dumniejsze, 

Sięgają w niebo po koronę 

Gwiazd serca nasze nietutejsze. 

 

Tam się kochamy bladzi, niemi, 

Oczarowani przez cisz głusze, 

Jak jeszcze nigdy się na ziemi 

Dwie ludzkie nie kochały dusze. 

 

Niechaj tęsknoty wiecznej siła 

Przepoi istność naszą całą, 

By miłość bólem nagrodziła 

To, czego szczęście nam nie dało. 

Taki to juŜ los mój będzie, 

Takie to juŜ miłowanie: 

Przywitanie, poŜegnanie, 

PoŜegnania, wspominanie.... 

Oczy twoje widzę wszędzie, 

Oczy twoje mnie całują 

Z dali, z dali mnie miłują, 

Z dali, z dali mnie Ŝałują, 

Nie przychodzą na wyzwanie, 

Jeno błyszczą, jak w legendzie, 

W dali, w dali, zewsząd, wszędzie, 

- Takie to juŜ los mój będzie, 

takie to juŜ miłowanie: 

Przywitane.... poŜegnanie.... 

 
 
 
 

background image

LEOPOLD STAFF

, Matka 

 

O zmierzchu przy oknie 

Matka trąca nogą bieguny 

Kołyski, w której śpi dziecko. 

 

Ale juŜ nie ma kołyski, 

Ale nie ma juŜ dziecka. 

Poszło między cienie. 

Matka sama siedzi o zmierzchu, 

Kołysze nogą wspomnienie. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Miłość 

 

W płaszczach królewskich, lśniących dumną pychą 

W błękitnych szatach tęsknoty, 

W koronie ogni, 

Płonących Ŝarem wiecznego pragnienia, 

Niech dusze nasze ku sobie się zbliŜą! 

Niechaj wszystkie bogactwa, klejnoty krysztalne 

W płomieniach łamiące się tęczach, 

Z niewyczerpanych tajemnych swych skarbnic 

Rzucą sobie do stóp! 

 

Kochanko moja! 

Utońmy w dusz naszych bezdennych głębinach! 

W poŜarze naszej miłości 

W jedno się stopmy istnienie, 

Jako dwa kruszce w jednym płomieniu! 

I niech nam cisza dźwięcząca dzwoni 

background image

Hymn wniebowzięcia 

Na święto naszej miłości 

Na zmartwychwstanie szczęścia naszego! 

 

Niech zmilkną wszystkie inne pieśni weselne, 

Radości hejnały! 

Bo oto chwili naszej miłości 

Przytomny jest Bóg naszych dusz 

I ponad głowy naszymi 

Niewidzialne ręce swe wznosi... 

Czuwajmy! 

 

Bo oto w chwili upojeń 

Wręczy nam złote klucze 

Do przepastnych, tajnych bezdni naszych dusz! 

 

Niegdyś w spalonej pochowałem ziemi 

Trupa młodzieńczej mej wiary; 

Grób przysypałem zeschłymi liśćmi 

Zwiędłej nadziei. 

I oto teraz mocą twej duszy 

Wstał trup z umarłych, kwitnący i młody, 

I dziwną siłę, i dziwne jaśnienie 

Ujrzałem w jego źrenicach. 

... O, dziwy kryje świątnica twojej miłości! 

 

Jak dziwne, bezbrzeŜne otwarły się dale 

Na zaklęcie twych spojrzeń głębokich jak morze! 

BezbrzeŜa przedziwne - jak sen, 

BezbrzeŜa tajemne - jak noc 

I niezbadane - jak śmierć... 

Jaka jasność słoneczna 

Dla naszych stała się źrenic! 

background image

Ujrzały oczy nasze 

Rzeczy wielkie, dziwne, bez nazwiska, 

Rzeczy, do których niemowlę uśmiecha się we śnie, 

Przeczy, które wieczorną przeczuwaliśmy tylko godziną, 

Gdy tęsknoty do naszych zapartych wrót kołatały. 

Odsłoniły nam lica postaci dziwne, tajemne, 

Które na drogach naszych codziennych 

Z zakrytą jawią się twarzą. 

JuŜ sercom naszym niepokój nieznany, 

Niczemu nie dziwią się myśli. 

... O, dziwy kryje swiątnica twojej miłości! 

 

Pragnę miłości twej i kocham miłość twoją, 

Jak kocham wszystko, co idzie z oddali; 

Jak kocham ciemny, bezbrzeŜny ocean, 

Bo w rozbudzonej mocy i spienionej dumie 

Wyrzuca z toni swych perły, 

Których Ŝadne jeszcze nie widziało słońce; 

Jak kocham drzew rozkołysanych szumy, 

Płynące z mrocznej gęstwy głuchej puszczy leśnej, 

Bo niosą wieści co się rodzą w ciszy, 

Wieści nikomu nie opowiadane; 

Jak kocham letnią rozsrebrzoną noc, 

Bo przestwór tłumem dziatwy swej bladej zaludnia, 

Tłumem marzeń milczących, 

Co o północnej budzą się godzinie 

I przecierają oczy zdziwione... 

A mają takie ciemne głębokie spojrzenia... 

 

Pragnę i kocham ciebie choć nie wiem dlaczego. 

Jak nie wiem, 

Czemu mię otchłań bytu z siebie wyrzuciła; 

Jak nie wiem, 

background image

Czemu słońca w rozszalałym pędzie 

Bezmierne, lśniące obiegają kręgi; 

Jak nie wiem, 

Czemu nie jestem stwórca, tylko stworem; 

Jak nie wiem 

Czemu nie jestem Bogiem, co jest wszystkim. 

 

Lecz wiem, Ŝe przyjście twoje koniecznością było, 

Jak koniecznością mórz przypływ i odpływ; 

Jak koniecznością słońc wir rozhukany, 

Niepowstrzymane godzin następstwo 

I jak śmierć. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Mitologia 

 

Nie pamiętam gór. Dawno ich juŜ nie widziałem. 

Pewnie znikły i pono wyschły wielkie morza. 

W niskich bagnach odbija się zachodnia zorza 

I oświeca mrok klęski, co stała się ciałem. 

 

Konają pola, rodzą się tylko cmentarze, 

Pioruny zamieniły w gruz świątynie miasta, 

Modlitwy szept w przekleństwo rozpaczy urasta, 

A w kostnicy pijani śmieją się grabarze. 

 

Zdejmijcie wędzidła świętym rumakom. Powrozem 

Spętane, nie pogonią skubiąc trawę w rowie. 

Wyłupiono bogini mądre oczy sowie 

I ogień na ołtarzu zgaszono nawozem. 

 

background image

Na drodze ciemne błoto. W niebie szara chmura 

A gościńcem, skazany na Ŝywot tułaczki, 
Idzie kulawy anioł wlokąc cięŜkie taczki, 

W których leŜą wydarte z jego skrzydeł pióra. 

 

z tomu Martwa pogoda, 1946 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Na ruinie 

 

Woda wiedziała więcej o nas niŜ my sami 

śe to ostatnia nasza schadzka pod drzewami 

Wysokimi nad rzeką która w wolnym biegu fal 

Odbijała postacie na brzegu 

Siedzące w ostatniego słonca bladym błysku 

Na chwastami obrosłymi świątynie zwalisku 

W głębokim bezprzeczuciu słuchaliśmy w ciszy 

Szumu drzew,w którym dusza zadumana słyszy 

Za czym tęskni jak w chmurach płynących wysoko 

Wszystkcih kształtów dopatrzy się marzące oko 

Lecz woda znała przyszłość jawiąc nam rozlewne 

Odbicia nasze zmienne i chwili niepewne 

Zwierciedląc usta nasze w swej ciemnej głebinie 

Złączone w pocałucnku pierwszym - na ruinie. 

 
 
 
 
 
 
 

background image

LEOPOLD STAFF

, Niedziela 

 

Nie pójdę tą ścieŜką 

Więdnącą opadłymi liśćmi: 

Tu z kaŜdym krokiem 

Coraz głębsza, coraz mglistsza jesień, 

Zawrócę tam, gdzie zielono, 

Do źródła, 

Nad którym kwitną niebem 

Dziecinne niezapominajki 

I pamięć w ciszy szuka ustami 

Twojego imienia. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Oczy me pełne 

 

Oczy me pełne ciebie, jak polne krynice, 

Gdzie niebiosa swe jasne odbijają lice. 

 

Uszy me pełne ciebie, jak muszla echowa, 

Co szumy oceanu w swojej głębi chowa. 

 

Nozdrza me pełne ciebie, jak duszne ogrody 

Zapachu róŜ szkarłatnej, królewskiej urody. 

 

Wargi me pełne ciebie, jak pszczela pasieka 

Pełna miodnego wina, kwiatowego mleka. 

 

Dłonie me pełne ciebie, jak plecione kosze, 

Gdzie jesień składa źrałych owoców rozkosze. 

 

background image

Serce me pełne ciebie, jak korona drzewa 

Gniazd ptactwa, co upojną miłości pieśń śpiewa. 

 

Dusza ma pełna ciebie, jako wirów morze, 

Co nigdy uśpić swego szaleństwa nie moŜe! 

 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Odys 

 

Niech cię nie niepokoją 

Cierpienia twe i błędy. 

Wszędy są drogi proste 

Lecz i manowce wszędy. 

 

O to chodzi jedynie, 

By naprzód wciąŜ iść śmiało, 

Bo zawsze się dochodzi 

Gdzie indziej, niŜ się chciało. 

 

Zostanie kamień z napisem: 

Tu leŜy taki i taki. 

KaŜdy z nas jest Odysem, 

Co wraca do swej Itaki. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, On 

 

Byłeś wciąŜ przy mnie niegdyś przed tysiącem lat 

(A moŜe tak sie tylko memu sercu zdaje). 

Byłem wtedy pasterzem białorunych stad, 

background image

Po roli pług wodziłem, który ziemie kraje, 

Siałem w rozorę bruzdy oziminy, jarce, 

Pielęgnowałem z troską płodny, cięŜki sad, 

Chowałem pszczoły w ulach i z ciszą w pogwarce, 

Zmierzchem śpiewałem proste pieśni na fujarce. 

 

Odszedłeś precz ode mnie przed tysiącem lat 

(A moŜe tak się tylko memu sercu zdaje). 

Bom przykrzył sobie lnianą prostotę swych szat 

I jednostajne Ŝycia zgrzebnego zwyczaje. 

I zapragnąłem zgiełku, który ciszę płoszy, 

Przygód i niespodzianek, którym młodzian rad, 

I chwały, i bogactwa, i bujnej rozkoszy, 

I władzy, co się dumnie nad słabszym panoszy. 

 

Nie byłeś potem przy mnie długie tysiąc lat 

(A moŜe tak się tylko memu sercu zdaje). 

Bom zbiegał z nieukojem wielki, dziwny świat, 

Znajdowałem wciąŜ nowe drogi i rozstaje. 

Byłem kupcem, co w sakwie grube zyski liczy, 

Graczem, co rzuca kości i złoto jak grad, 

śołnierzem Ŝądnym walki, sławy i zdobyczy 

I włastem, co z sąsiady sporami graniczy. 

 

Wróciłeś znowu do nie po tysiącu lat 

( I to się sercu memu juŜ nie tylko zdaje). 

Bo nie znalazłem szczęścia, lecz cierpienie i jad 

I, wróciwszy z tęsknotą, rzucony próg maję. 

I znów spokojny jestem snując się po polu, 

Bo czuję, Ŝeś jest przy mnie, druh słodki i brat, 

I chłonę, pojednawco radości i bólu, 

Duszę twą z dźbła pszenicy i kwiecia kąkolu. 

 

background image

 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Ostatni z mego pokolenia... 

 

Ostatni z mego pokolenia, 

Drogich przyjaciół pogrzebałem. 

Widziałem, jak się Ŝycie zmienia, 

I sam jak Ŝycie się zmieniałem. 

 

Człowiekiam kochał i przyrodę, 

W przyszłość patrzyłem jasnym okiem, 

Wielbiłem wolność i swobodę 

Zbratany z wiatrem i obłokiem. 

 

Nie wabił mnie spiŜowy pomnik, 

Rozgłośne trąby, huczne brawa. 

Zostanie po mnie pusty pokój 

I małomówna, cicha sława. 

 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Pamięć dzieciństwa 

 

Idąc od świtu, z głową odkrytą i bosy, 

Ległem w sadzie. ZnuŜyła mnie droga taneczna. 

Błękitne szczęście ranka rozszerza niebiosy, 

Jak pierś mą słodkich kwiatów miodna woń pasieczna. 

 

Nade mną, ogędzona pszczelimi rozgłosy, 

W śnieŜnego kwiecia gwiazdach drŜy gałąź jabłeczna: 

Obarczona srebrnymi perły świeŜej rosy, 

Chwieje się na tle nieba niby Droga Mleczna. 

background image

 

Jak słodko! Dłoń wyciągam w górę i naginam 

Niską gałąź kwitnącą do ust, i całuję 

Chłód płatków... Wpół przymykam oczy... Przypominam... 

 

W duszy mej rozjaśniają się tajne zagadki... 

Zda się, dziecko zbłąkane i płaczące, czuję, 

Jakby mą dłoń ujęła bezpieczna dłoń matki. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Patrz na te chmury... 

 

Patrz na te chmury, co się kłębią w niebie, 

Siostrzyce burz, niepogody! 

IleŜ w nich wichru, walki, męk, szału, 

Pędu, wolności, swobody! 

 

Nie mów o szczęściu, stara złudo!... Szczęście 

Nie stwarza nic prócz wspomnienia, 

A jedna chwila radości wystarczy 

Na długie lata cierpienia. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Po latach 

 

Po długich latach pierwszy raz 

Idę jesienną tą aleją. 

Jak mija czas, jak mija czas. 

 

background image

PoŜółkłe liście lip się chwieją 

I drŜy na ścieŜce modry cień. 

Z dwu stron dwa rzędy pni czernieją. 

 

Na ławkę, o stuletni pień 

Wsparta, rzuciłem nagle okiem... 

Tutaj siedzieliśmy w ów dzień... 

 

Przeszedłem mimo szybkim krokiem. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Podwaliny 

 

Budowałem na piasku 

I zwaliło się. 

Budowałem na skale 

I zwaliło się. 

Teraz budując zacznę 

Od dymu z komina. 

 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Pokusa 

 

W dłoni masz róŜę, w włosach perły winogrona, 

A usta purpurowe, wilgotne od wina. 

Na mchy mnie wabisz, naga wśród lasu dziewczyna, 

śądnie wyciągasz ku mnie tęskliwe ramiona. 

 

PręŜy cię nadmiar pragnień, luk twych biódr przegina, 

Uwypukla dwa śnieŜne wzgórza twego łona, 

background image

Na których, jak całowań pamięć zróŜowiona 

Zdwojony pąk róŜany usta me zaklina. 

 

Czyś ty łaska, czy zguba, zbawienie czy zdrada, 

Nie wiem. Wiem jeno: rozkosz w ramiona mi pada. 

Ponęty moc i groźby czar ku tobie prze mię. 

 

Dreszcz najsłodszy, Ŝe pragnę i razem się boję! 

Bo ileŜ upojniejsze są mi róŜe twoje, 

śe całując je nie wiem, czy w nich wąŜ nie drzemie 

 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Północ 

 

Smutek mając za druha, pustkę za sąsiada, 

A samotność za siostrę, co wiecznie mi bliska, 

W izbie swej u komina patrzę w Ŝar ogniska, 

Co płonie, fantastycznie jak krwawa ballada. 

 

Za oknem noc milcząca i czarna, jak zdrada, 

Do ślepych szyb murzyńską, płaską twarz przyciska, 

Gdy na wietrze jesiennym głucho wyją psiska, 

Jakby węsząc śmierć, która dom okrąŜa, blada... 

 

Sprzęty, z którymi zŜycie się wiąŜe mnie wspólne, 

Zda się, kupią się bliŜej mnie w grono zatulne, 

Gdy dreszcz chłodny przebiega wzdłuŜ grzbietu jak 

mrówki... 

 

I spoglądam z zapartym tchem w zegaru lice, 

Gdzie na północ zbiegają się nieme wskazówki, 

JuŜ zaciskane z wolna złej Parki noŜyce... 

background image

 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Prometeusz 

 

Wstawszy raz lewą nogą z łóŜka Jowisz srogi 

Zwołał na zgromadzenie olimpijskie bogi 

I rzekł: "Mam tego dosyć! Niech Herkules rusza 

I wyzwoli natychmiast z pęt Prometeusza, 

Bo czy się wam podoba to, czy nie podoba, 

Obrzydła mi juŜ tego pyszałka wątroba 

I ten orzeł, co mu ją wieczyście wyŜera, 

I łańcuchy, i dzikie skały, et cetera." 

I poszedł, aby rozkuć go, Herkules z młotem, 

Lecz Prometeusz na to: "Ani mowy o tem, 

Nie tykaj kajdan, niech ci się nawet nie marzy! 

Czy nie widzisz, jak mi z tym Kaukazem do twarzy?" 

 

ze zbioru "Dziewięć Muz" (1958) 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Przebudzenie 

 

Jest świt, 

Ale nie jest jasno. 

Jestem na pół zbudzony, 

A dokoła nieład. 

Coś trzeba związać, 

Coś trzeba złączyć, 

Rozstrzygnąć coś. 

Nic nie wiem. 

background image

Nie mogę znaleŜć butów, 

Nie mogę znaleŜć siebie. 

Boli mnie głowa. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Przedśpiew 

 

Czciciel gwiazd i mądrości, miłośnik ogrodów, 

Wyznawca snów i piękna i uczestnik godów, 

Na które swych wybrańców sprasza sztuka boska: 

Znam gorycz i zawody, wiem, co ból i troska, 

Złuda miłości, zwątpień mrok, tęsknot rozbicia, 

A jednak śpiewać będę wam pochwałę Ŝycia - 

Bo Ŝyłem długo w górach i mieszkałem w lasach. 

Pamięcią swe dni chmurne i dni w słońca krasach 

Przechodzę, jakby jakieś wielkie, dziwne miasta, 

Z myślą cięŜką, jak z dzbanem na głowie niewiasta, 

A dzban wino ukrywa i łzy w swojej cieśni. 

Kochałem i wiem teraz skąd się rodzą pieśni; 

Widziałem konających w nadziejnej otusze 

I kobiety przy studniach brzemienne, jak grusze; 

Szedłem przez pola Ŝniwne i mogilne kopce, 

śyłem i z rzeczy ludzkich nic nie jest mi obce. 

Przeto myśli me, które stoją przy mnie w radzie, 

Choć smutne, są pogodne jako starcy w sadzie. 

I uczę miłowania, radości w uśmiechu, 

W łzach widzieć słodycz smutną, dobroć chorą w grzechu, 

I pochwalam tajń Ŝycia w pieśni i w milczeniu, 

Pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu. 

 
 

background image

 
 

LEOPOLD STAFF

, Przygnębienie 

 

Zmierzch melancholią szarą spływa... 

Senność powieki moje klei, 

Pełen znuŜenia, bez nadziei, 

Chce spać bez marzeń i rojenia... 

Gdzieś płacz sierocy się odzywa... 

Chcę spać... myśl jakaś pośród cienia 

Błądzi, sen mąci mi, przerywa, 

Ciągła, natrętna, uporczywa... 

 

Światłość dnia blada dogorywa, 

Światłość omdlała i znuŜona... 

Zraniona łania kędyś kona 

W śmiertelnej ciszy mrocznej kniei... 

Litości niemym okiem wzywa... 

Jestem znuŜony, bez nadziei... 

Chce spać... Sen mąci mi, przerywa 

WciąŜ myśl natrętna, uporczywa... 

 

Zmierzch melancholią szarą spływa... 

Senność powieki moje klei, 

ZnuŜony trudem, bez nadziei, 

Błądzi wędrowiec mroźną nocą. 

Pustka bezludna w krąg, nieŜywa... 

Mróz zgnębi go swą twardą mocą... 
Chce spać... Sen mąci mi, przerywa 

WciąŜ myśl natrętna, uporczywa... 

 
 
 

background image

LEOPOLD STAFF

, Przyjście 

 

W lipowe kwiaty, w lipowe liście 

Próg ustroiłem na twoje przyjście. 

 

Jabłkami, winem, jako przy święcie, 

Stół zastawiłem na twe przyjęcie. 

 

Zasłałem płótnem białym posłanie 

Na twoje przyjście, na twe witanie. 

 

Ust pocałunki, ramion uściski 

Chowam dla ciebie na dzień nasz bliski. 

 

Po dniach rozłąki, po dniach w obłędzie, 

Na dnie witania, których nie będzie... 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Rób coś 

 

Zewsząd tak ciasne widoki. 

Trudno rozszerzać horyzont, 

Więc zaokrąglam horyzont! 

Zaokrąglam! 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Rzeczywistość 

 

Niewiara w miłość ma się wstydzi: 

background image

Oczy mi skrywa róŜ dwulistkiem. 

Bowiem to, czego się nie widzi, 

Istnieje przecie przede wszystkiem. 

 

Szczęście przemija, jak dym ginie, 

Nikną ułudy mgliste kraje. 

Rzeczywistością jest jedynie 

To, co po wszystkim pozostaje. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Rzęsa 

 

W starym, zapuszczonym parku 

Stałem nad stawem 

Pokrytym grubym koŜuchem rzęsy. 

Myśląc, 

śe woda była tu kiedyś przejrzysta 

I dziś by być taka powinna. 

Podjętą z ziemi suchą gałęzią 

Zacząłem zgarniać zieloną patynę 

I odprowadzać do odpływu. 

 

Zastał mnie przy tym zajęciu 

Mędrzec spokojny 

O czole myślą rozciętym 

I rzekł z łagodnym uśmiechem 

PobłaŜliwego wyrzutu: 

"Nie Ŝal ci czasu? 

KaŜda chwila jest kroplą wieczności, 

śycie mgnieniem jej oka. 

Tyle jest spraw arcywaŜnych". 

background image

 

Odszedłem zawstydzony 

I przez dzień cały myslałem 

O Ŝyciu i o śmierci, 

O Sokratesie 

I niesmiertelności duszy, 

O piramidach i pszenicy egipskiej, 

O rzymskim Forum i księŜycu, 

O mamucie i wieŜy Eiffla... 

Ale nic z tego nie wyszło. 

 

Wróciwszy nazajutrz 

Na to samo miejsce, 

Ujrzałem nad stawem, 

Pokrytym grubym, zielonym koŜuchem, 

Mędrca z czołem wygładzonym, 

Który spokojnie, 

Porzuconą przeze mnie gałęzią, 

Zgarniał z powierzchni wody rzęsę 

I odprowadzał do odpływu. 

 

Wkolo szumiały cicho drzewa, 

W gałęziach śpiewały ptaki. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Sonet szalony 

 

Włóczęga, król gościńców, pijak słońca wieczny, 

Zwycięzca słotnych wichrów, burz i niepogody, 

Lecę w prześcigi z dalą i złudą w zawody, 

Niewierny wszystkim prawdom i sam z sobą sprzeczny. 

background image

 

Pod gwiezdnym niebem w polu rozkładam gospody. 

Snem i płaszczem nakryty, śpię wszędzie bezpieczny. 

U głowy mej zatknięty kij, jak krzew jabłeczny, 

Rodzi mi kwiat marzenia i owoc swobody. 

 

Lekkomyślność śpi ze mną, płocha weselnica, 

Sakwę, gdziem mądrość chował, przedarła psotnica... 

W drodze szczęśliwie-m zgubił swą mądrosć znuŜoną. 

 

Prosze cię, duszo moja, bądźŜe mi szaloną, 

Bo ukradłem nadzieję gdzies w karczmie przydroŜnej! 

Ciesz sie zgubą! Niech będzie przeklęty ostroŜny! 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Trącam o ciebie, struno... 

 

Trącam o ciebie, struno bolesna pamięci, 

Grająca ciszę zmierzchu, wonią sianoŜęci. 

 
 

We wspomnieniu dom biały, dwa klonowe drzewa, 

Wieczór letni, w gałęziach ptak, co słodko śpiewa. 

 
 

To wszystko, co zostało po was, szczęścia chwile: 

Dwa drzewa, ptak, co śpiewa... nic... a tyle... tyle... 

 
 
 
 

background image

LEOPOLD STAFF

, Twe złote włosy 

 

Włosy twe jak płomienia błyskawicy grzywa, 

Jak surm mosięŜnych świetna, weselna muzyka, 

Jak uroczyste święto bogatego Ŝniwa, 

Jak w południe lipcowe spieka słońca dzika. 

 

Włosy twe: bursztyn, jedwab, ogień i oliwa, 

jesienny niebywały przepych paŜdziernika, 

W zasobnych miodnych ulach praca pszczół szczęśliwa, 

Złote szaleństwo wina dla ust biesiadnika. 

 

Włosy twe: rozŜagwiona rozkoszy pochodnia, 

Kojace jako morze, kuszące jak zbrodnia... 

jak w lesie o zachodzie zabłądzić w ich złocie! 

I po wirze upojeń, pieszczot zawierusze 

 

Zagrzebać w nich swe usta i upowić duszę, 

Dumna jak sen zwycięzcy w zdobytym namiocie! 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, W przededniu 

 

Usta twoje, dziewczyno, całowań łakome, 

Śnią dziwy, co się własną trwoŜliwością płoszą... 

Obietnicy ust męskich jeszcze nieświadome - 

Czują, Ŝe jest im tajne coś, co jest rozkoszą... 

 

DrŜą tesknotą za czarą słodyczy nieznanych, 

Roztapiając swą bladość w krwi wrącej rumieńcu; 

śary pragnienia gaszą na ustach siostrzanych, 

background image

Bo im zakwitł jeszcze sen o oblubieńcu. 

 

Lecz nim twe usta, ogniem poŜądań bezradne, 

ZwycięŜone pragnieniem rozkoszy potęŜnym, 

W nieprzytomnym szukaniu mdlejące, bezwładne, 

Tkną ust mych całowaniem pierwszym, niedołęŜnym: 

 

Chce jak najdłuŜej patrzeć, jak się nasze obie 

Dusze zmagają, liliom twym kradnąc biel skrycie... 

Bowiem to najpiękniejsze, co znikome w tobie, 

A wiekszą mi rozkoszą podróŜ niŜ przybycie! 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Wieczór 

 

LeŜę na łodzi 

W wieczornej ciszy. 

Gwiazdy nade mną, 

Gwiazdy pode mną 

I gwiazdy we mnie. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Więc moŜna kochać... 

 

Więc moŜna kochać i nie wiedzieć o tem? 

Po przypadkowym, najkrótszym spotkaniu 

Dłoń sobie wzajem podać w poŜegnaniu 

I w dusz spokoju odejść - z bezpowrotem... 

 

background image

Lecz juŜ nazajutrz, ledwo po rozstaniu, 

W dzień ów zabłądzić pamięci przelotem 

I stając, jakby przed czemś cudnem, złotem, 

Uczuć się nagle sercem - na wygnaniu! 

 

I odtąd wracać wstecz, wciąŜ i na próŜno, 

Przesiewać przeszłość wspomnienia przetakiem, 

By coś w niej znaleźć, co było Ŝywotem! 

 

Lecz smęt mŜy jeno szarym suchym makiem, 

Jak proch w klepsydrze, co szemrze: "Za późno!..." 

Ach, moŜna kochać i nie wiedzieć o tem! 

 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Willa samotna 

 

Cień, co na miłość naszą padł wieczną Ŝałobą, 

Był dawno w mym przeczuciu. Pomnisz: szedłem z tobą 

WzdłuŜ muru, zza którego słodko się wychyla 

Tonąca wśród jaśminów i róŜ biała willa, 

Tchnąca marzeniem ciszy i woni głębokiej. 

Na srebrnym niebie gasły róŜowe obłoki, 

Błękitny zmierzch zapadał i byliśmy smutni. 

Stanęliśmy w zadumie u krat starej wrótni, 

Patrząc w tajemne mrokiem ogrodu głębiny, 

Stworzone, zda się, aby wśród nich snuć godziny 

Szczęścia w niezamąconej i jasnej miłości. 

Wszystko zdało się czekać Ŝądnych ciszy gości, 

Tu nam, ściganym trwogą, zdawała się schrona. 

Ogród tchnął upojeniem. Tęsknotą wiedziona 

Dłoń ma bezwiednie pchnęła wrota i... opadła. 

Wrota zamknięte były. I twarz ci pobladła, 

background image

Bo i ty moŜe wtedy odgadłaś to samo: 

śe obalony posąg Hermesa, co plamą 

Na murawie wśród zmierzchu bielał jak płat śniegu, 

Był jak poseł miłości pogodnej, co w biegu, 

Chcąc wrota nam otworzyć, runął jak kwiat ścięty, 

U bramy zostawiwszy nas szczęścia - zamkniętej. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Wir 

 

Krew gna nas w szał! Rzuć wiosła! Na głębokie wody 

Łódź nas zagnała! Nie broń się błagań próŜnicą! 

Prośba dla tej topieli zbyt płytką kotwicą! 

Zdradził cię wróg twój boski: czas twej urody! 

 

Rozbić się musisz! Piękność wodzi otchłaniami... 

Usta twe, jeśli milczą, to tylko kochaniem... 

Usta twe myśleć zdolne jeno całowaniem... 

Piękność niebezpieczeństwem jest... A myśmy sami... 

 

Duszę pełną całunków masz nie narodzonych, 

Co w twej piersi o ciepły marmur łona twego, 

Jak ptaki, skrzydłem biją... Puść je! Niech wybiegną! 

Jak pszczoły miód mi zbiorą z twych ust rozchylonych. 

 

Tyś piękna! Na nic wiosła! DzierŜysz je z nawyku... 

Ręce twe przeciw wirom - to lilie najwiotsze... 

Biały lęk twój w sen pada błogiego zaniku... 

Pójdź w uścisk! Łódź twa pędzi w rozbicie najsłodsze! 

 
 

background image

 
 

LEOPOLD STAFF

, Wolność 

 

Ciasno mi, Panie, na kolumnie 

Pychy samotnej, gdzie choć stoję, 

Trwam sztywny, jakbym leŜał w trumnie, 

I są spętane ruchy moje. 

 

Wolności pragnę ponad wszystko! 

Daj mi szerokie pole kołem, 

Bym mógł przed tobą klękać nisko 

I jeszcze niŜej hołd bić czołem. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Wysokie drzewa 

 

O, cóŜ jest piękniejszego niŜ wysokie drzewa, 

W brązie zachodu kute wieczornym promieniem, 

Nad wodą, co się pawich barw blaskiem rozlewa, 

Pogłębiona odbitych konarów sklepieniem. 

 
 

Zapach wody, zielony w cieniu, złoty w słońcu, 

W bezwietrzu sennym ledwo miesza się, kołysze, 

Gdy z łąk koniki polne w sierpniowym gorącu 

Tysiącem srebrnych noŜyc szybko strzygą ciszę. 

 
 

Z wolna wszystko umilka, zapada w krąg głusza 

I zmierzch ciemnością smukłe korony odziewa, 

background image

Z których widmami rośnie wyzwolona dusza... 

O, cóŜ jest piękniejszego niŜ wysokie drzewa! 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Wyszedłem szukać... 

 

Wyszedłem szukać Ciebie o swicie i w trwodze, 

Nie znajdując, myślałem, Ŝem szedł drogą kłamną; 

I spotkałem Cię, kiedym odwrócił się w drodze, 

Bowiem przez całe Ŝycie krok w krok szedłeś za mną. 

 

Wędrowałem dzień cały pod cienia cięŜarem, 

W chłodzie-m południe minął, by oto u końca 

Płonąć Tobą, o zmierzchu mym, czerwonym Ŝarem, 

Jako wieczorna rzeka o zachodzie słońca. 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Zabite drzewo 

 

Z ciemnych mojego lasu drzew jedno najcichsze 

Ukochałem, najbardziej smutne i najwiotsze: 

Brzozę, co nie szumiała w najszaleńczym wichrze, 

Zawsze niema, choć wiatru wiew się o nią otrze. 

 

Wszystkich innych drzew znałem najlŜejsze poszumy, 

Tylko to jedno tajni swej mi nie otwarło... 

PróŜno je ma tęsknota wśród bladej zadumy 

Oplata, by w nim duszę oŜywić zamarłą. 

 

background image

Nie wiał wicher, któremu obudzić je dano... 

I gniew wstał we mnie... Dłońmi chwyciłem włos brzozy 

I targnąłem, by wydrzeć choć skargę, jęk grozy... 

 

Milczała... Mocą dziką, szaleństwem wezbraną 

Połamałem ją... LeŜy zabita mą dłonią... 

Nie wyszumiała tajni swej... A wichry gonią... 

 
 
 
 

LEOPOLD STAFF

, Zwózka 

 

Sprzymierzone z plemieniem pszczół w pracy zakonie, 

Miodową je gościną chętnie darzą kłosy, 

Ucząc się ziarnem tęsknić ku śpichrzów skarbonie, 

Jak one w barć składają swe słodkie donosy. 

 

Więc w opiekuńczej cięŜkich swych skarbów obronie 

Strasząc wąsem próŜniacze rozbójniczki, osy, 

Odganiają natręty i, dościgłe w plonie, 

Kuszą swym złotym blaskiem srebrny połysk kosy. 

 

I nazajutrz zuchwałe miodów rabuśnice 

Widzą pola zmienione w ścierń jak czarów gusłem, 

A drogą wozy wiozą Ŝyto i pszenicę... 

I gniewa je, gdy chłop się snopami rozczula, 

Które w pasie, jak osy, ściśnięte powrósłem 

Z wideł w stodoły wrota lecą jak do ula.