background image

 

1

Elizabeth Hawksley BRZYDULA 

1 

Wszystko zaczęło się w grudniu 1813 roku. Tego dnia uświadomiłam sobie, że Balquidder pragnie mojej śmierci. 
To  brzmi  jak  początek  jednej  z  moich  „powieści  gotyckich”,  czyli  romansów  grozy  (trzytomowe  wydanie, 

Robinson & Robinson, Patemoster Row, cena trzy gwinee), niemniej jest prawdą. 

Faktycznie,  we  Władczyni  Sokolego  Gniazda,  powieści,  którą  wtedy  pisałam,  podstępne  knowania  podłego 

mnicha, Fra Bartolomea, zmuszają moją bohaterkę, Angelinę, do ucieczki z domu. Zgodnie z konwencją tego typu 
romansów, znajduje ona schronienie w zrujnowanym zamku, stojącym na szczycie pokrytych śniegiem Alp. 

Nigdy  nie  byłam  w  Szwajcarii,  nie  wiem,  czy  zamki  są  tam  budowane  nad  przepaściami,  ale  jest  to  powieść 

gotycka i moi czytelnicy tego właśnie oczekują. 

Odbiegłam  od  tematu.  Może  niezbyt  daleko,  ponieważ  również  i  ja,  tak  jak  Angelina,  musiałam  ratować  się 

ucieczką. Nie lubię też wzmianek o Balquidderze. Nawet teraz trudno jest mi o nim pisać. Nie udało mu się mnie 
zniszczyć, ale za to doprowadził do zguby innych osób. 

A oto historia mojego młodocianego szaleństwa - a raczej głupoty -  która zaczęła się, kiedy miałam szesnaście 

lat, a zakończyła tej przerażającej nocy, na zamarzniętej Tamizie podczas zimowego festynu. Był luty, rok 1814, a 
ja miałam już dwadzieścia pięć lat. 

Zacznę jednak od początku. Ja, Emilia Daniels, urodziłam się 15 stycznia 1789 roku. Moja matka była o wiele 

młodsza  od  ojca,  a  ja  byłam  ich  jedynym  dzieckiem.  Matka  była  idealną  przedstawicielką  swojej  epoki  -  miała 
romantyczną  naturę.  Zalewała  się  łzami,  czytając  Cierpienia  młodego  Wertera,  i  odznaczała  się  skłonnością  do 
marzeń.  Biedna  mama.  Bardzo  mi  jej  brakuje.  Pisałam  dla  niej  krótkie  opowiadania,  a  ona  obsypywała  mnie 
pocałunkami, chwaląc moje zdolności. Żadna z nas nie zaznała nadmiaru uczucia ze strony ojca. 

Tolley, pokojówka matki, nie lubiła ojca. Czułam to, chociaż nigdy nie wyrażała swojej niechęci wprost. „Matka 

panienki  mogła  wyjść  za  mąż  za  markiza”,  lubiła  powtarzać.  „Trzykrotnie  ją  o  to  błagał,  na  kolanach”.  To 
wprawiało mnie zawsze w zdumienie. Czy w taki sposób powinni oświadczać się mężczyźni? Nie mogłam sobie 
wyobrazić ojca w takiej sytuacji. Wydawało mi się, że nie mógłby zgiąć kolan, bo bardzo by przy tym trzeszczały. 
Było oczywiste, że w oczach Tolley zwykły pan Daniels, chociaż posiadał odpowiedni majątek, stał nieporównanie 
niżej od anonimowego markiza. 

Mama  była  wyznawczynią  idei  Jeana  Jacques’a  Rousseau,  więc  wzrastałam  zgodnie  z  własną  naturą.  Moje 

fantazjowanie  znajdowało  poklask,  a  moje  uczucia  były  nieugruntowane.  Teraz  dopiero  widzę,  jakie  to  było 
nierozsądne.  Bóg  jeden  wie,  ile  przez  to  wycierpiałam.  Były  okresy,  kiedy  potępiałam  matkę  za  sposób,  w  jaki 
mnie  wychowywała,  a  jednocześnie  starałam  się  znaleźć  argumenty  na  jej  obronę.  Nigdy  nie  potrafiłam 
rozstrzygnąć tej kwestii, a moja miłość do niej zawsze jest stłumiona pytaniem „dlaczego mi pozwoliłaś” lub też 
„ale to ty powinnaś była wiedzieć”. Lecz wracajmy do mojej historii. 

Mój ojciec należał jeszcze do epoki Oświecenia, był opanowany, rozsądny i, według mnie, okropnie staroświecki. 

Rzadko  go widywałam. Kiedy się spotykaliśmy, głaskał mnie po głowie beznamiętnym gestem, pytał: „No i jak, 
Emilio, czy jesteś grzeczną dziewczynką?” i odsyłał do dziecinnego pokoju, zanim zdążyłam wyjąkać odpowiedź. 
Rozpaczliwie  pragnęłam  miłości,  chciałam  go  kochać,  ale  kiedy  jeden  jedyny  raz  zarzuciłam  mu  ręce  na  szyję  i 
pocałowałam,  skrzywił  się  z  niesmakiem.  „Trochę  umiaru,  Emilio”,  powiedział.  To  było  jedno  z  największych 
upokorzeń, jakich doznałam w życiu, i już na zawsze zrezygnowałam z podobnych prób. 

Teraz rozumiem, że był on samotnym człowiekiem, który zachowywał się z chłodną rezerwą, aby nie okazywać 

swoich  prawdziwych  uczuć.  Kiedy  uważał,  że  ma  rację,  potrafił  być  nieugięty.  Był  jednocześnie  sprawiedliwy  i 
otoczony  ogólnym  szacunkiem.  Nie  potrafił  jednak  przejawiać  serdeczności,  przynajmniej  w  stosunku  do  żony  i 
córki,  chociaż  widywałam,  jak  żartował  z  pracownikami  w  majątku.  To  sprawiało  mi  ból.  Małe  dziewczynki 
potrzebują  miłości  ojców,  a  ja  zawsze  czułam  się  niezręcznie  w  towarzystwie  swojego.  Nigdy  nie  odniosłam 
wrażenia, aby fakt mojego istnienia sprawiał mu jakiekolwiek zadowolenie. 

Musiał zdawać sobie sprawę, że wychowywanie mnie na dziecko natury nie było zbyt dobrym przygotowaniem 

do  życia,  ponieważ  postanowił,  że  sam  wybierze  mi  guwernantkę.  Zapewne  myślał,  że  surowość  panny  Chase 
będzie  stanowić  przeciwwagę  płochości  matki.  Ja,  oczywiście,  nienawidziłam  panny  Chase  i  unikałam  jej,  jak 
mogłam, a mama udzielała mi swojego wsparcia. 

- Emilio, kochanie - mówiła - chyba nie chcesz siedzieć przy lekcjach w tak piękny dzień. Pojedźmy na spacer.  
Ze śmiechem biegłam do swojej guwernantki. 
- Panno Chase, boli mnie głowa. Mama zabiera mnie na świeże powietrze. 
Panna  Chase  nie  miała  w  takim  wypadku  nic  do  powiedzenia.  Kiedy  powóz  ruszał,  pokazywałam  język  w 

nadziei, że guwernantka stoi w oknie szkolnego pokoju. 

Czy wyrosłabym z tego w swoim czasie? Pewnie tak. Ale kiedy miałam dziewięć lat, moja mama rozchorowała 

się, jak zwykle w zimie, a lekarze robili co mogli, puszczając jej krew i stosując przeróżne mikstury. 

Cóż mogę powiedzieć? Dzieciom nie udziela się informacji. Wiedziałam, że coś przede mną ukrywają. Zaczęłam 

mieć  koszmarne  sny,  a  panna  Chase  karciła  mnie,  że  w  nocy  budzę  ją  głośnymi  krzykami.  Nie  miałam  nikogo, 
komu  mogłabym  się  zwierzyć  ze  swoich  obaw.  Zakradałam  się  pod  drzwi  pokoju  matki  -  nie  wolno  mi  było 

background image

 

2

wchodzić do środka - i siadywałam tam, tak blisko, jak tylko było to możliwe. Dowiedziałam się wtedy, że czas 
może się zatrzymać i stać się niemożliwą do zniesienia teraźniejszością, z którą musi się żyć, dzień po dniu. 

Którejś nocy wślizgnęłam się do pokoju. Tolley spała na krześle. Mama jęczała i rzucała się na łóżku. 
- Mamo? 
Jej twarz była pokryta kroplami potu. Nie pachniała już tak, jak moja mama. Przeraziłam się nagle. 
- Mamo! - zawołałam z płaczem. 
Co się z nią stało? Dlaczego mnie nie poznaje? 
- Panno Emilio - usłyszałam głos zbudzonej nagle Tolley - nie powinna panienka tu przychodzić. 
Pokojówka wstała z krzesła, aby przetrzeć twarz mamy chusteczką o lawendowym zapachu i dać jej wody. Potem 

Tolley obróciła się do mnie, twarz miała bardzo smutną. 

- Chodź, dziecko, pocałuj mamę. No, dobrze. Teraz już wracaj do łóżka. 
Niechętnie ucałowałam wilgotny, lepki policzek mamy. 
- Ona wyzdrowieje, prawda? - pytałam błagalnie, ale Tolley nie odpowiadała. 
Już nigdy więcej nie zobaczyłam matki. Umarła wczesnym rankiem. 
Rok później mój ojciec ponownie się ożenił. 
Znienawidziłam  macochę  od  pierwszego  wejrzenia,  pewnie  było  to  nieuniknione.  Była  energiczną,  praktyczną 

kobietą, która nie bawiła się w żadne bzdury, a ja widziałam w niej osobę, która przywłaszczyła sobie prawa mojej 
matki. 

- Panie Daniels - słyszałam, jak mówiła do mojego ojca. - Emilię trzeba wziąć w karby, bo inaczej nic dobrego z 

niej nie wyrośnie. Nie potrafi zrobić prostego ściegu, cały czas siedzi z nosem w książce i zachowuje się okropnie. 

- Rób to, co uważasz za słuszne, moja droga - odpowiedział jej ojciec. - Ona nie jest ładnym dzieckiem, jest zbyt 

chuda  i  ma  za  duży  nos,  ale  otrzyma  majątek  swojej  matki,  a  ja  chciałbym,  żeby  dobrze  wyszła  za  mąż.  Moja 
pierwsza żona - dodał po chwili - miała bardzo dziwne poglądy na wychowywanie dziewcząt. 

- Godzina szycia dziennie. Będę również kontrolować jej lektury - zdecydowała macocha. 
Idąc za pierwszym impulsem, wpadłam do pokoju. 
- Nie!- krzyczałam, bijąc macochę pięściami. - Nienawidzę cię... nienawidzę. 
Nie mogłam powiedzieć nic więcej, ponieważ wybuchnęłam rozpaczliwym płaczem. 
Ojciec szybko otarł mi łzy. 
-  Już  dosyć,  Emilio.  Takie  zachowanie  nie  przystoi  dziewczynce.  Przeproś  swoją  mamę  i  idź  do  dziecinnego 

pokoju. 

- Ona nie jest moją mamą! - krzyknęłam. 
Nigdy nie nazwałabym mamą tej osoby o nalanej twarzy. Wyrwałam się ojcu i wybiegłam z pokoju. Nawet teraz 

to  wspomnienie  sprawia  mi  przykrość,  ale  nie  z  powodu  mojego  zachowania.  Zdałam  sobie  wtedy  sprawę,  że 
ojciec  nie  żywił  żadnych  cieplejszych  uczuć  do  matki,  że  widział  jedynie  jej  lekkomyślność.  Jej  żywe,  wesołe 
usposobienie nie było cechą, której mogłoby mu brakować. Ja strasznie tęskniłam za mamą, a nikt, łącznie z moim 
ojcem, nie wydawał się przygnębiony jej utratą. Nikt również nie rozumiał mojej rozpaczy. 

Przez  długie  miesiące  płacz  utulał  mnie  do  snu. Po  raz  pierwszy  w  życiu  czułam  się  osamotniona.  Nie  miałam 

nikogo, z kim mogłabym porozmawiać. Tolley odeszła, chociaż pisała do mnie kilka razy w roku, niech Bóg jej to 
wynagrodzi. Do dziś utrzymujemy ze sobą kontakt. Nowa pani Daniels była intruzem. Postanowiłam walczyć z nią 
wszelkimi  możliwymi  środkami,  ale  niewiele  mogłam  zrobić.  Po  dwóch  latach  miałam  już  dwóch  przyrodnich 
braci i przestałam być ośrodkiem zainteresowania. 

Ś

mierć  matki  spowodowała,  że  trudno  było  mi  znosić  rzeczywistość.  Nadal  niezbyt  dobrze  sobie  z  tym  radzę. 

Zawsze mi się wydawało, że jeśli zanadto wychylę głowę, znajdzie się ktoś, kto mi ją odstrzeli. Nie stałam się więc 
łatwą do prowadzenia, posłuszną dziewczynką, jaką miała nadzieję zobaczyć we mnie macocha. Wycofałam się do 
ś

wiata swoich marzeń. 

Często się zastanawiałam, czy fantazjowanie nie jest ucieczką wielu samotnych dzieci. Jeśli o mnie chodzi, świat 

wyobraźni pełen rycerzy, dziewic, czarodziejów i złych wiedźm pozwalał mi zapomnieć o mojej niedoli. 

Ż

al mi teraz tej małej Emilii, która miała serce tak otwarte na uczucie miłości. Trochę zrozumienia ze strony ojca 

lub macochy pozwoliłoby mi pogodzić się z żałobą i żyć w realnym świecie, zamiast w kraju fantazji. Oni jednak 
uważali za swój obowiązek tłumienie wszelkich objawów „niestosownych” uczuć. 

Nauczyłam się nienawidzić ojca i macochę. Ta nienawiść mnie zżerała. Czułam, jak spopiela mi serce. Gdybym 

wtedy  mogła  wyrazić  swoje  uczucia,  gdyby  ktoś  mnie  chciał  zrozumieć...  ale  nie  mogłam  na  to  liczyć. 
Odgrywałam  się  więc  na  moich  przyrodnich  braciach,  szczypiąc  ich  mocno,  kiedy  nikt  nie  widział.  Ich  okrzyki 
bólu były balsamem dla mojego zbolałego serca. Potem czułam się winna i nienawidziłam ich za to, że wywołują 
we mnie takie uczucie. I tak to się działo. 

Wydaje mi się czasem, kiedy budzę się w środku nocy, że to właśnie ta nienawiść ściągnęła na mnie pomstę w 

postaci Balquiddera. 

Kiedy byłam nastolatką, zaczytywałam się powieściami pani Radcliffe, Mnichem pana Lewisa, Zamkiem Otranto 

pana Walpole’a i wieloma innymi. Tam znajdowałam to wszystko, za czym tęskniłam. 

background image

 

3

W  wieku  czternastu  lat  sama  zaczęłam  pisać  powieści  gotyckie.  Mogłam  wreszcie  organizować  świat  wedle 

własnych życzeń. Moje bohaterki zwykle miały niebieskie oczy; moje własne oczy były szare z żółtymi plamkami 
- jeden z moich przyrodnich braci powiedział, że są koloru mgły. Miałam długie, proste, jasnokasztanowate włosy, 
które musiałam zaplatać na noc, aby następnego dnia układały się w fale. Byłam nieduża, do szesnastu lat płaska 
jak  deska,  a  nawet  później  nie  byłam  zbyt  dobrze  pod  tym  względem  wyposażona  przez  naturę.  Miałam  zbyt 
szerokie  usta  i  za  duży  nos.  Jest  więc  rzeczą  oczywistą,  że  moje  bohaterki  miały  usteczka  jak  pączek  róży, 
klasyczne nosy i figury, których nie powstydziłaby się sama Wenus. 

Dlaczego  tak  dużo  o  tym  piszę?  Chcę  dać  wam  jakieś  wyobrażenie  swojej  osoby  w  tamtych  czasach,  a 

jednocześnie  zwlekam  z  rozpoczęciem  właściwej  opowieści.  Ponieważ  prawda  jest  taka,  że  boję  się  powracać 
myślą  do  pana  Balquiddera.  Nawet  teraz,  kiedy  go  sobie  przypomnę,  dłonie  mam  spocone  ze  strachu.  Był 
potężnym mężczyzną. Był naprawdę ogromny i groźny. 

Właśnie dzięki niemu nauczyłam się tak dobrze odmalowywać złoczyńców. Jestem w tym prawdziwą mistrzynią. 

Złowieszczy Fra Bartolomeo ściga moją bohaterkę, Angelinę Mountfalcon, na przestrzeni dwóch i pół tomu. Ma 
ż

ółtą  cerę,  czarne  oczy  i  długie,  szponiaste  palce.  Pan  Balquidder  był  bardzo  gruby  i  miał  jasnoniebieskie  oczy. 

Mój wydawca uważa, że postać Fra Bartolomea robi wielkie wrażenie na czytelnikach, otrzymywał w tej sprawie 
listy od wielu utytułowanych dam. Wracajmy jednak do mojej opowieści. 

Uwieńczeniem szaleństw mojej młodości była ucieczka ze Stephenem Kirkwallem. Miałam wtedy szesnaście lat, 

a  on  był  młodym  adwokatem  z  Edynburga,  a  przynajmniej  tak  o  sobie  mówił  na  pieszej  wędrówce  wakacyjnej. 
Poznałam  go  w  Ainderby  Hall,  u  swojego  ojca  chrzestnego,  pana  Beresforda,  którego  posiadłość  oddalona  była 
tylko o dziesięć mil od naszej siedziby, Tranters Court. Mój ojciec chrzestny zachęcił pana Kirkwalla do łowienia 
ryb w rzece, która przepływała przez jego majątek. Gościłam wtedy u Beresfordów. Pani Beresford wiedziała, jak 
drażni  mnie  obecność  macochy  i  chociaż  nigdy  jej  głośno  nie  krytykowała,  zapraszała  mnie  często  na  kilku-
tygodniowy pobyt. Myślę, że sama pragnęła mieć córkę. Potrafiła umiejętnie poskramiać moje szaleństwa, a robiła 
to  tak  delikatnie,  że  czułam  się  u  nich  zupełnie  swobodnie.  W  Ainderby  Hall  spędziłam  najszczęśliwsze  dni 
mojego dzieciństwa. 

Przez  górną  część  parku  przepływała  malownicza  rzeka.  Można  było  na  nią  patrzeć  ze  sztucznie  utworzonego 

pagórka,  na  którym  odtworzono  ruiny  małej  budowli  z  wieżyczkami.  Lubiłam  tam  siedzieć  i  oddawać  się 
marzeniom.  Słyszałam,  że  jakiś  młody  człowiek  uzyskał  pozwolenie  na  łowienie  ryb  w  tym  odcinku  rzeki,  i 
opanowała mnie ciekawość. I tak się wszystko zaczęło. 

Kiedy  go  zobaczyłam,  uderzył  mnie  przede  wszystkim  jego  niedbały  strój.  Miał  długie  włosy,  spadające 

swobodnie na zawiązaną na szyi chustkę, którą nosił zamiast krawata. Wydał mi się bardzo przystojny. Zostawił 
wędkę w wodzie, obłożoną kamieniami, żeby się nie przewróciła, a sam leżał na plecach z zamkniętymi oczami. 
Dla  żartu  rzuciłam  do  wody  mały  kamyk,  który  wpadł  obok  spławika.  Stephen  poderwał  się  i  zaczął  wyciągać 
wędkę. Zachichotałam. 

Obrócił się szybko, rzucił wędkę i podszedł do mnie. 
- To ty, mały łobuziaku. 
- Leniuchu - powiedziałam. - Nie wierzę, że naprawdę masz zamiar łowić ryby. 
Stephen  roześmiał  się.  Mierzył  mnie  uważnym  wzrokiem,  a  ja  czułam,  że  się  rumienię.  Miałam  szesnaście  lat, 

niecałe metr sześćdziesiąt wzrostu i na tyle już się zaokrągliłam, że można mnie było nazwać szczupłą, a nie chudą. 

- Jesteś sama? - spytał, szukając wzrokiem guwernantki. 
- Mieszkam w Ainderby Hall. Pan Beresford jest moim ojcem chrzestnym. 
Stephen usiadł obok mnie, oparłszy łokcie na kolanach. 
- Kirkwall - powiedział. - A ty jesteś... 
Nie  wydawał  się  zakłopotany  naszym  niekonwencjonalnym  spotkaniem,  a  ja,  oczywiście,  gardziłam  wszelkimi 

konwenansami.  Dlaczego  nie  mielibyśmy  odezwać  się  do  siebie,  zanim  nas  sobie  przedstawiono?  Niecierpliwiły 
mnie takie staroświeckie formalności. Sama potrafiłam się zaprezentować. 

- Panna Daniels. 
Spędziliśmy  wspólnie  cały  ranek,  a  kiedy  się  rozstawaliśmy,  dał  mi  do  zrozumienia,  że  następnego  dnia 

przyszedłby również łowić ryby, gdybym ja też tu była. W jego oczach wyczytałam „przyjdź, proszę” oraz że miły 
jest mu mój widok. Od śmierci mamy był pierwszą osobą, która traktowała mnie jak kogoś ważnego. 

Nie  wątpiłam  w  jego  podziw  ani  szczerość.  Nie  mówiłam  nikomu  o  naszych  spotkaniach.  Wkrótce  się 

zakochałam.  Dokładnie  pamiętam  tę  chwilę.  Siedzieliśmy  na  trawie.  Stephen  plótł  wianek  ze  stokrotek,  a  ja 
rzucałam  kamyki  do  wody.  Rozmawialiśmy  o  jakichś  głupstwach.  Czułam  się  szczęśliwa,  tego  ranka  świat  miał 
szczególny  urok.  Obrócił  się  i  włożył  mi  wianek  na  głowę.  Nasze  oczy  się  spotkały.  Cały  wszechświat  zamarł. 
Zalała mnie fala gorąca, zabrakło mi tchu. Stephen uśmiechał się łagodnie. Odwróciłam głowę i nadal wrzucałam 
kamyki do rzeki. Nie do końca wiedziałam, co się wydarzyło, ale byłam pewna, że wszystko uległo zmianie. 

Spotykaliśmy się nadal, kiedy wróciłam do domu, do Tranters Court. Pan Beresford, nie podejrzewając zdrady, 

polecił  Stephena  mojemu  ojcu,  który  z  kolei  zaprosił  go  do  łowienia  ryb  w  naszej  posiadłości.  Tutaj  Stephen 
przestał nawet udawać, że łowi. Spacerowaliśmy nad rzeką, pod osłoną drzew, i rozmawialiśmy, trzymając się za 

background image

 

4

ręce. Zwierzyłam mu się ze wszystkich swoich trosk. 

- Nie będziesz przynajmniej musiała borykać się z brakiem pieniędzy - powiedział Stephen. 
Wiedziałam już, że z trudem zdobywa pieniądze, aby móc rozwinąć skrzydła w wybranym przez siebie zawodzie. 

Z niekłamaną pasją roztaczał przede mną projekty czynienia ludziom dobra. 

- Dostanę po matce osiem tysięcy funtów - powiedziałam - ale wolałabym być biedna. 
Kiedy Stephen po raz pierwszy mnie pocałował, myślałam, że umrę z zachwytu. Do dziś pamiętam ten rozkoszny 

dreszcz. 

A kiedy spytał: „Czy poślubisz mnie, Emmy?”, nie zastanawiałam się ani chwili. 
- Tak! Tak! - zawołałam, zarzucając mu ręce na szyję. 
-  Taka  jesteś  kochana!  Ale,  jak  wiesz,  nie jesteś  pełnoletnia.  Będziemy  musieli uciec.  Czy  wystarczająco mnie 

kochasz, aby się na to zdecydować? 

- Jak możesz o to pytać? 
Nie przyszło mi nawet do głowy, że mężczyzna, który miał Jakiekolwiek poczucie honoru, powinien był najpierw 

zwrócić się o pozwolenie do mojego ojca. Ja nie cierpiałam zwracać się z czymkolwiek do ojca, wydawało mi się 
więc  naturalne,  że  mój  przyszły  mąż  też  wolałby  tego  uniknąć.  A  zresztą,  po  co  nam  było  pozwolenie?  Stephen 
mnie  kochał.  Wkrótce  odniesie  sukces  w  swoim  zawodzie.  Będę  panią  samej  siebie,  będę  żyła  z  ukochanym 
mężczyzną i ucieknę od domowej tyranii. Jak bohaterki moich opowiadań. 

Zapomniałam jednak o jednej rzeczy. W prawdziwej powieści gotyckiej bohater musi udowodnić swoją wartość 

na  przestrzeni  trzech  tomów  -  nie  bałamuci  niedoświadczonej  dziewczyny  w  przeciągu  miesiąca.  Niestety, 
rozsądek nie miał z tym nic wspólnego. Rozkoszowałam się tą sytuacją. Bałam się, że Stephen może opuścić mnie 
pod koniec wakacji i zostawić ze złamanym sercem. Muszę przyznać, że to wszystko miało dla mnie pewien urok. 

Nie  chcę  być  niesprawiedliwa.  Myślę,  że  Stephen szczerze  mnie  polubił. Miał  swoje słabości, ale  nie  był złym 

człowiekiem. Problem polegał na tym, że nie potrafił rozdzielić dwóch rzeczy: luźnej obietnicy pracy, otrzymanej 
od  przypadkowo  napotkanego  człowieka,  od  oszałamiającego  sukcesu,  w  jaki  potrafiła  to  przekształcić  jego 
wyobraźnia. On sam tak silnie w to wierzył, że mógł każdego przekonać. Dopiero po wielu latach nauczyłam się 
odsiewać te czarowne urojenia od faktów, na których się opierały. 

Dowodem  mojej  ogromnej  niechęci  do  macochy  może  być  fakt,  że  moją  pierwszą  myślą,  kiedy  Stephen 

zaproponował ucieczkę, było: „To będzie dla niej nauczka”. Stephen wiedział, że otrzymam majątek matki, osiem 
tysięcy funtów. Był zrozpaczony z powodu swojej obecnej sytuacji finansowej i obiecał, że zwróci mi pieniądze, 
kiedy jego sytuacja ulegnie poprawie. Żadne z nas nie wątpiło, że nastąpi to szybko. 

Wyruszyliśmy  do  Edynburga  wynajętym  jednokonnym  po-  wozikiem,  kiedy  cała  rodzina  była  w  kościele. 

Przygotowania do ucieczki były szalenie ekscytujące. Chciałam być sam na sam ze Stephenem, cieszyłam się, że 
będę mogła doświadczyć intymnych przeżyć, o czym marzyłam, a jednocześnie bałam się, że zostanę przyłapana. 
Wzięłam  tylko  jedną  małą  walizkę  i  biżuterię  mojej  matki.  Moje  przyszłe  życie  miało  być,  oczywiście, 
nieustającym  pasmem  szczęścia.  Nie  miałam  pojęcia,  za  jaką  cenę  wynajmuje  się  powozy,  i  nigdy  nie 
zastanawiałam się nad tym, skąd się bierze pieniądze. 

Podczas  ucieczki  na  północ  Stephen  zachowywał  się  nienagannie.  Jego  powściągliwość  wzmagała  tylko  mój 

zapał. Starałam się wykorzystać każdą okazję, aby go całować i obsypywać pieszczotami, ale on tylko uśmiechał 
się i delikatnie mnie odsuwał. 

- Jesteś namiętną dziewczyną- powiedział, obdarzając mnie lekkim pocałunkiem - ale musisz jeszcze zaczekać. 
Zgodnie z wszelkimi wymogami etykiety, umieścił mnie u pewnej szacownej wdowy na czas, kiedy szukał dla 

nas mieszkania i czynił przygotowania do ślubu. 

- Myślałam, że masz dom - powiedziałam. 
Byłam zdziwiona, ponieważ mówił mi o nowoczesnym domu w nowej dzielnicy miasta. 
- Ten dom należy do przyjaciela - odparł, marszcząc brwi. - Zresztą i tak nie byłby dla nas odpowiedni. 
Och, pomyślałam tylko. Mówił, jakby to był jego dom, ale pewnie źle go zrozumiałam. 
-  Znalazłem  dla  nas  mieszkanie  na  Cant’s  Close.  Jest  mniejsze  niż  to,  w  jakim  chciałbym  z  tobą  zamieszkać, 

Emmy, ale kiedy tylko stanę na nogi, możemy się przeprowadzić. To nie potrwa długo. Będzie ci się tam podobać, 
w pokojach jest dębowa boazeria. 

- Na pewno je polubię. 
Zaczęłam w to powątpiewać już w chwili, kiedy zobaczyłam ulicę. Cant’s Close był wąskim, ciemnym, brudnym 

zaułkiem pomiędzy High Street a Cowgate, którego środkiem płynął cuchnący rynsztok. Domy były pochylone ze 
starości.  W  powietrzu  unosił  się  zapach  moczu,  piwa  i  zepsutego  mięsa.  Z  otwartych  okien  zwisało  na  drągach 
przybrudzone sadzą pranie. Nie śmiałam spojrzeć na Stephena. Czy to tutaj miał być nasz dom? 

W  połowie  zaułka  znajdował  się  większy  dom,  z  wejściem  ozdobionym  kolumnami,  na  których  stały  duże 

kamienne  urny.  Nad  drzwiami  wyryty  był  herb.  Szerokie,  kręcone  schody  prowadziły  na  pierwsze  piętro,  gdzie 
mieliśmy mieszkać. Tak jak mówił Stephen, pokoje były wyłożone dębową boazerią i niegdyś musiały być bardzo 
ładne. Pamiętam jeszcze skurcz żołądka, jaki odczuwałam, kiedy byliśmy oprowadzani przez właścicielkę, ale nic 
nie mówiłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć, i nie chciałam zbyt wiele myśleć. To tylko tymczasowe mieszkanie, 

background image

 

5

przypominałam sobie. Wkrótce się stąd wyprowadzimy. 

Wzięliśmy ślub w kaplicy katedry St. Giles 13 września 1805 roku. 
Moja noc poślubna była koszmarem. Kiedy nadszedł ten moment, byłam spięta i przerażona, uleciała cała moja 

poprzednia skwapliwość. Stephen wydał mi się nagle obcym mężczyzną. 

- Rozsuń nogi, Emmy - powiedział rozkazującym tonem. 
- Czy nie możemy jeszcze trochę zaczekać? - szepnęłam, szukając u niego otuchy. 
- Daj spokój. Przecież chcesz być kobietą. 
Oddychał ciężko i coraz silniej mnie trzymał. 
To  wszystko  trwało  tak  długo.  Nie  zwracał  uwagi  na  to,  że  płakałam  z  bólu  i  strachu,  a  kiedy  już  było  po 

wszystkim, osunął się na mnie i zasnął. Następnego ranka zbudziłam się z uczuciem smutku i rozczarowania tak 
silnym,  jakiego  nigdy  przedtem  nie  doznałam.  Stephen  przeprosił  mnie.  Mówił,  że  poniosła  go  namiętność. 
Wybaczyłam mu. Ale chociaż bardzo się starałam wmówić sobie, że wszystko jest w porządku, wiele się zmieniło. 

Rano napisałam do ojca, aby go zawiadomić, jak bardzo jestem szczęśliwa. 
Ojciec nie pozwolił nam skorzystać nawet z odsetek, jakie przynosił mój majątek. Napisał mi, że moje pieniądze 

są  w  zarządzie  powierniczym  i  tam  pozostaną,  dopóki  nie  skończę  dwudziestu  pięciu  lat.  Sytuacja  byłaby  inna, 
gdybym wyszła za mąż za jego zgodą. Ponieważ tego nie zrobiłam, on nie ma zamiaru udostępnić moich pieniędzy 
mojemu  mężowi  nawet  na  dzień  wcześniej,  niż  będzie  musiał  to  zrobić.  Reszta  listu  była  przepojona  wrogą 
dezaprobatą  i  lodowatym  dystansem.  Odczuwałam  fizyczne  cierpienie,  czytając  te  słowa.  Ten  list  zapisał  się  w 
moim umyśle jak koszmar senny. 

-  Dwadzieścia  pięć!  -  zawołał  Stephen,  kiedy  odczytałam  mu  tę  część  listu,  która  dotyczyła  mojego  majątku.  - 

Nic mi o tym nie mówiłaś. 

Zaczął chodzić po pokoju, zaciskając na przemian dłonie. Wyraźnie zbladł. 
- Nic o tym nie wiedziałam - usprawiedliwiałam się. - Ale czy to ma jakieś znaczenie, Stephen? Przecież masz 

obiecaną pracę. Damy sobie radę, prawda? Zobaczysz, jaką będę dobrą gospodynią. 

- To się nie spodoba Balquidderowi. 
Nie  mogę  już  uniknąć  tematu  Archibalda  Balquiddera.  Trudno  mi  oddzielić  to,  co  wiem  teraz,  od  tego,  co 

wiedziałam  wtedy.  Ale  od  samego  początku  nie  lubiłam  go  i  wzbudzał  we  mnie  strach.  Był  najlepszym 
przyjacielem  mojego  męża.  Stephen  miał  w  stosunku  do  niego  zobowiązania,  których  nie  rozumiałam,  jednak  z 
tego, co mówił, wynikało, że były one poważne. 

Pierwsza rzecz, jaka się rzucała w oczy, to to, że pan Balquidder był bardzo gruby. Miał okrągłą, świecącą twarz, 

a  wśród  fałdów  tłuszczu  błyszczały  niebieskie,  świńskie  oczka.  Miał  też  bardzo  małe  usta,  czego  osobiście  nie 
lubię  u  mężczyzn,  i  rozsiewał  zapach  pomady  różanej.  Właściwie  można  powiedzieć,  że  śmierdział  tą  pomadą. 
Wydawało mi się czasem, że chce w ten sposób zabić swój okropny zapach. 

Ubierał się bardzo niechlujnie. Ubranie miał zwykle poplamione tłuszczem i resztkami jedzenia. Nic dziwnego, 

biorąc pod uwagę jego maniery przy stole. Wchodził do naszego mieszkania z miną właściciela i stawał tyłem do 
kominka, podnosząc do góry marynarkę, aby ogrzać siedzenie. 

-  Dobry  Boże,  człowieku,  nie  mogłeś  sobie  znaleźć  dziewuchy  trochę  bardziej  przy  kości,  zamiast  tego 

chudzielca? - zapytał Stephena, kiedy po raz pierwszy mnie zobaczył. 

Niby miało to zostać powiedziane na osobności, ale przeznaczone było również dla moich uszu. Sposób, w jaki 

się śmiał, dał mi do myślenia. Zaczęłam się zastanawiać, czy Stephen nie mówił mu o moich niezadowalających 
postępach łóżkowych. 

Uważałam, że jest odrażający. To jeszcze nie wszystko. Serce podchodziło mi do gardła, kiedy znajdowaliśmy się 

w  jednym  pokoju.  Bałam  się  go,  chociaż  nie  chciałam  się  do  tego  przyznać.  Jak  mogłam  czuć  strach  przed 
człowiekiem,  który  był  najbliższym  przyjacielem  mojego  męża?  Starałam  się  widzieć  w  nim  po  prostu 
ekscentryka, ale to mnie nie uspokajało. 

Myślę, że od razu wyczułam w nim człowieka, który jest gotów usunąć każdego, kto stanie mu na drodze. 
Wyraźnie  nie  lubił  kobiet,  a  ja  nie  mogłam  zrozumieć  dlaczego.  W  jego  obecności  wydarzały  się  przedziwne 

rzeczy. Kiedyś, przez przypadek, wylał mi na rękę wrzącą herbatę. Innym razem stanął mi na stopę tak mocno, że 
przez tydzień nie mogłam chodzić. Nigdy mnie nie przeprosił. 

-  Jestem  mu  winien  pięć  tysięcy  funtów,  Emmy  -  wyznał  mi  Stephen  pewnego  wieczoru,  w  kilka  dni  po 

otrzymaniu przeze mnie listu od ojca. 

Pięć tysięcy funtów! To była olbrzymia suma pieniędzy. Co on z nimi zrobił? 
- Oczywiście, wszystko mu oddam. Pracujemy teraz z Jamiem Kinrossem nad tym nowym projektem. Ale w tej 

chwili sprawy nie wyglądają dobrze. 

Jaki projekt? Nie miałam pojęcia.. 
- Pan Balquidder pożyczył ci pięć tysięcy funtów? 
Byłam młoda i niedoświadczona, ale nawet ja wiedziałam, że na taką sumę musiał żądać jakiegoś zabezpieczenia. 

Ponownie odczułam skurcz żołądka. 

- Czy pożyczyłeś te pieniądze pod zastaw mojego majątku? 

background image

 

6

Stephen odwrócił wzrok. 
- Stephen, kocham cię. Wszystko, co posiadam, należy również do ciebie, ale... 
- To tylko pożyczka, Emily. Przecież bym ciebie nie ograbił. 
- Oczywiście, że nie - powiedziałam, chociaż ciężko mi było na sercu. 
Stephen zdążył już zastawić kilka sztuk mojej biżuterii. Jak damy sobie radę? Pani MacLaren, właścicielka domu, 

już kilkakrotnie upominała się o pieniądze. 

- Czy ty w ogóle masz jakieś pieniądze? - spytałam. 
-  Nie  martw  się,  Emmy  -  odparł  Stephen.  -  Widzę  po  twojej  minie,  że  ta  Stara  Pokraka  -  Stephen  lubił  dawać 

ludziom przezwiska - dręczyła cię o komorne. Niech sobie poczeka. 

- Nie wyrzuci nas? 
- Nonsens. Nie zaprzątaj tym sobie swojej ślicznej główki. 
Miałam pięć szylingów w portmonetce. Stephen dał mi trzy funty, kiedy zastawił pierwszą sztukę mojej biżuterii, 

ale  to  były  jedyne  pieniądze,  jakie  od  niego  dostałam.  A  od  tamtej  pory  zastawił  kolejnych  kilka  sztuk.  Pani 
MacLaren  miała  nam  dawać  wieczorny  posiłek,  ale  jej  tłuste  gulasze  były  zupełnie  niejadalne.  Zwykle 
ograniczałam się do gorącego placka, który kupowałam na ulicy, lub chleba z serem. Stephen przeważnie jadał z 
przyjaciółmi na mieście. 

 
Chciałabym teraz opisać lokal, w którym mieszkałam przez osiem lat mojego małżeństwa. Dopóki nie uciekłam. 

Mieliśmy  dwa  pokoje  i  maleńki  schowek  pod  schodami.  W  pierwszym  pokoju  była  boazeria,  piękny  dębowy 
kominek,  ładna  sztukateria  na  suficie i  duże  okno,  które  wychodziło  na  Dickon’s  Close. Meble  pamiętały lepsze 
czasy, ale były jeszcze w dobrym stanie. 

Nasza  sypialnia  była  również  wyłożona  dębową  boazerią,  a  łóżko  wsparte  na  czterech  pięknie  rzeźbionych 

kolumienkach  i  osłonięte  z  lekka  wystrzępionymi  zasłonami.  W  jakiś  sposób  podobał  mi  się  ten  spłowiały 
przepych. Myślałam wtedy o bohaterkach pani Radcliffe. To miejsce byłoby dla nich odpowiednie. Posunęłam się 
nawet  do  tego,  że  zaczęłam  opukiwać  boazerię,  mając  nadzieję  znaleźć  ukryte  schody  czy  też  jakąś  skrytkę. 
Naturalnie, niczego nie znalazłam. 

Obowiązkiem  Jeanie,  służącej  właścicielki,  było  sprzątanie  naszego  mieszkania,  ale  nie  bardzo  się  do  tego 

przykładała. Codziennie rano zostawiała na podeście pusty kubełek, a ja wylewałam do niego nieczystości. Potem 
Jeanie zabierała kubełek, aby wylać go do rynsztoka. Kiedy zalegaliśmy z czynszem, natychmiast odbijało się na to 
obsłudze.  Nasze  pojemniki  na  węgiel  były  puste  albo  znajdowaliśmy  tam  małe,  wilgotne  kawałki,  które  dawały 
więcej dymu niż ciepła. 

Duma powstrzymywała mnie od powiadomienia rodziny o mojej sytuacji. 
Perswadowałam  sobie,  że  wszystko  zmieni  się  na  lepsze,  kiedy  Stephen  dostanie  odpowiednią  pracę.  Nie 

chciałam się przyznać, że popełniłam okropny błąd. 

Zachorowałam. Piersi bolały mnie od kaszlu, wysuszona skóra pękała mi z zimna i krwawiła. 
Nie wiem, co Stephen robił całymi dniami. Wychodził rano, żegnając mnie wesoło. 
- Cześć, Emmy. Uważaj na siebie i trzymaj się ciepło. Nie daj się tej Starej Pokrace. 
Po  chwili  słyszałam,  jak  zbiegał  ze  schodów,  zaczepiając  po  drodze  Jeanie.  Nazywał  ją  czarnoskórą  panienką. 

Ale Jeanie traktowała jego  słowa jak  komplement,  czego  się  mogłam  domyślać,  słysząc jej  odpowiedzi.  Stephen 
był zaangażowany w jakiś niezbyt czysty interes, a ja wiedziałam już, że nie należy się o nic dopytywać. Od czasu 
do czasu dawał mi gwineę i robiłam, co mogłam, aby starczyło nam na przeżycie. 

To biedne popychadło, Jeanie, okazało się moim zbawieniem. Pewnego ranka zastała mnie pogrążoną we łzach. 

Tak bardzo bolała mnie popękana skóra. 

Podeszła do mnie i poklepała po plecach swoją spracowaną ręką. 
- Nie ma co płakać. Może przynieść pani trochę brandy? 
- Och, Jeanie - wyjęczałam. - Czy w Edynburgu zawsze jest tak zimno? Chyba już nigdy nie będzie mi ciepło. 
- Pani MacLaren uważa, że powinni jej państwo coś zapłacić. 
- Przypomnę o tym mężowi - powiedziałam z ciężkim westchnieniem. 
- Mężczyźni! - parsknęła Jeanie. - Gdybym ja miała wasze możliwości, lepiej bym sobie radziła. 
- Tak? A co byś zrobiła, Jeanie? 
Byłam zdumiona, ponieważ nie przychodziło mi do głowy, że mogłaby żywić jakieś ambicje. 
- Umiałabym czytać i pisać, a wtedy mogłabym dostać lepszą pracę. 
Zerwałam się z krzesła, zapomniawszy o bólu. 
- Nauczę cię czytać i pisać. 
Potrzebowałam  jakiegoś  zajęcia.  Jedyną  rzeczą,  jaką  robiłam,  było  cerowanie  i  przyszywanie  guzików,  a  w 

dodatku nie umiałam i nie lubiłam cerować. Natomiast z powodzeniem mogłam uczyć czytania i pisania. 

Naturalnie, źle się do tego zabrałam. Byłam zbyt ambitna, chciałam wprowadzić swoją uczennicę w uroki poezji, 

ale rycerze i piękne damy nudzili ją. Lubiła za to mrożące krew w żyłach opowieści o morderstwach - im bardziej 
okrutne, tym lepiej. Zobaczyłam, że jeśli mam ją nauczyć czytać, to przede wszystkim muszę brać pod uwagę jej 

background image

 

7

zainteresowania i cierpliwie posuwać się krok po kroku. 

Kiedy  Jeanie  nauczyła  się  alfabetu,  przyniosła  zniszczony  egzemplarz  „Newgate  Calendar”,  z  którego 

odczytywałyśmy  historie  potwornych  zbrodni  i  opowiadania  o  ostatnich  chwilach  osób  skazanych  na  śmierć. 
Jeanie łapczywie pochłaniała te opowieści. 

- To wspaniałe! - wołała. 
Lepiej czytała, niż pisała, ale po pewnym czasie potrafiła przynajmniej zrobić listę zakupów. 
Za to teraz mój pojemnik na węgiel był zawsze pełny. Jeanie nauczyła mnie również, jak należy sprzątać. Pod jej 

kierunkiem  zrobiłam  też  politurę  do  mebli  z  oleju  lnianego,  terpentyny,  octu  i  alkoholu.  Zabrałam  się  do 
czyszczenia  dębowej  boazerii  i  naszego  orzechowego  łoża.  Zajęło  mi  to  długie  tygodnie,  ale  wreszcie  miałam 
zajęcie, nie było mi zimno, a moje samopoczucie poprawiło się. Pierwszy raz w życiu zetknęłam się z ciężką pracą. 
Pani Chase byłaby ze mnie dumna. 

 
Pewnego  dnia,  w  lutym  1807  roku,  kiedy  skończyłam  już  osiemnaście  lat,  poznałam  drukarza,  pana  Irvine’a, 

który mieszkał na St. Peter’s Pend, niedaleko Cowgate. Wyszłam po zakupy. Ulica była oblodzona, niosłam ciężki 
koszyk, poślizgnęłam się i straciłam równowagę. Zatrzymałam się, aby złapać oddech, i zaczęłam przyglądać się 
dziwnemu, staremu domostwu. Była to naprawdę wiekowa budowla, z fasadą wyłożoną drewnem. Każde kolejne 
piętro  wystawało  poza  obręb  niższego.  Niewielkie  okienka  składały  się  z  małych  szybek,  łączonych  ołowiem. 
Zewnętrzne  schody  prowadziły  do  bogato  zdobionych  drzwi,  nad  którymi  widniał  napis:  FABER  QUISQUE 
SUAE FORTUNAE. 

Dowiedziałam  się  później,  że  ten  łaciński  napis  oznaczał  „Każdy  jest  kowalem  własnego  losu”. Jak  bardzo  ten 

zwrot odnosi się do mnie, pomyślałam. 

Usłyszałam  odgłos  upadku  i  okrzyk  bólu.  Jakiś  starszy  mężczyzna  upadł,  uderzając  głową  o  słupek  do 

przywiązywania  koni.  Szybko  podbiegłam  do  niego.  Wydawał  się  oszołomiony  i  miał  już  wielkiego  guza  na 
głowie. Poranił sobie również ręce na oblodzonym chodniku. 

- Dojdę do swoich drzwi - powiedział, kiedy pomogłam mu się podnieść. 
- Ale pan krwawi. Odprowadzę pana do domu - zaprotestowałam, podnosząc jego skórzaną torbę. - To książki! - 

zawołałam, uradowana. 

- Tak, jestem drukarzem. To książki religijne, chyba nie zainteresują panienki. 
- Kocham  książki!  - wykrzyknęłam, nie  mogąc powstrzymać łez.  - Kiedy wyszłam  za  mąż,  musiałam  zostawić 

wszystkie swoje książki. 

- Pani jest mężatką? Taka młoda panienka? 
- Jestem panią Stephenową Kirkwall. Jestem mężatką od osiemnastu miesięcy. 
Przeszliśmy przez ulicę i pan Irvine zaczął wchodzić na schody domu, który tak podziwiałam. 
- Pan tu mieszka! - wykrzyknęłam. - Oglądałam ten dom i usiłowałam zrozumieć napis. 
- To była własność pana Symsona, drukarza. Teraz jest tu inaczej. 
Wskazał mi napis nad sklepem na parterze „Sprzedawca ryb” i na pierwszym piętrze „Strzyżenie i golenie”. 
-  Ja  mieszkam  na  ostatnim  piętrze  -  powiedział.  -  Tam  mam  swoje  maszyny  drukarskie.  Niech  pani  do  nas 

zajdzie, pani Kirkwall, żona na pewno będzie chciała pani podziękować. 

Irvine’owie byli prostymi ludźmi, prowadzącymi spokojne, pracowite życie i bardzo sobie oddanymi. Ich meble 

były stare, ale widać było, że dobrze się wśród nich czują. Były również pięknie wypoliturowane - teraz się na tym 
znałam - a dywan i zasłony były misternie pocerowane. 

Kiedy  siedziałam  u  nich,  pijąc  herbatę  z  cieniutkiej  porcelanowej  filiżanki,  poczułam  nagle  taką  tęsknotę  za 

domem, że nie mogłam powstrzymać łez. Przestałam udawać. Moje małżeństwo było katastrofą. Jak mogłam być 
tak nieostrożna! Zrobiłam rzecz nie do naprawienia. 

- Och, moje biedactwo! - powiedziała pani Irvine z matczyną troską w głosie. 
- Przepraszam - wyjąkałam. 
Gorączkowo  szukałam  chusteczki.  Pani  Irvine  podała  mi  swoją,  odstawiła  na  bok  filiżankę  i  pozwoliła  mi  się 

swobodnie wypłakać. Zwierzyłam im się ze wszystkiego - mówiłam o niechęci, jaką odczuwała do mnie macocha, 
o chłodnym traktowaniu mnie przez ojca i o mężu, któremu niezbyt dobrze się układa. Nie mogłam się zdobyć na 
to,  aby  powiedzieć  im,  jak  bardzo  rozczarowało  mnie  małżeństwo,  o  mojej  samotności  i  strachu  przed  tym,  co 
będzie dalej. 

-  Nie  chcę  narzekać  -  powiedziałam,  prostując  się  na  krześle  i  wycierając  oczy.  -  Wiem,  że  muszę  ponosić 

konsekwencje swojej lekkomyślności. Ale wizyta u państwa przypomniała mi dom. 

To wyznanie nie do końca było prawdziwe. Nie tęskniłam za chłodnym tradycjonalizmem Tranters Court, ale za 

miłą atmosferą Ainderby Hall i za Beresfordami. 

Jestem  istotą  bez  serca,  pomyślałam,  że  od  czasu  zamążpójścia  nie  napisałam  ani  razu  do  pani  Beresford.  Z 

jedynego  nieprzyjemnego  listu,  jaki  dostałam  od  ojca,  dowiedziałam  się,  że  zarówno  ona,  jak  i  mój  chrzestny 
ojciec  byli  zgnębieni  faktem,  że  to  za  ich  przyczyną  w  moim  życiu  pojawił  się  Stephen.  A  ja  snułam  niemądre 
mrzonki,  że  napiszę  do  nich,  kiedy  Stephen  zdobędzie  pozycję  w  świecie.  Wtedy  przekonają  się,  że  dokonałam 

background image

 

8

słusznego wyboru. 

Dom Irvine’ów stał się dla mnie bezpiecznym azylem, dzięki nim potrafiłam zachować psychiczną równowagę. 

Pan  Irvine  dał  pierwszą  próbę  mojego  pisarstwa  do  druku.  Napisałam  dla  szkółki  niedzielnej  opowiadanie  o 
beztroskiej  Marjorie,  która  podarła  modlitewnik  matki,  aby  zakręcić  papiloty,  i  omal  nie  poszła  za  to  do  piekła. 
Naturalnie, ponieważ to była opowieść z morałem, Marjorie musiała odczuć skruchę, pozwoliłam jej jednak mieć 
trochę  przyjemności  z  niewłaściwego  zachowania.  Pani  Irvine  uznała,  że  jest  to  wartościowa  literatura,  i 
przekonała  męża,  aby  opublikował  moją  historyjkę  wraz  z  odpowiednimi  ilustracjami.  Dostałam  trzy  gwinee,  a 
książeczka  dobrze  się  sprzedawała.  Ja  zawsze  trzymałam  stronę  Marjorie  i  często  się  zastanawiałam,  czy  moi 
młodzi czytelnicy nie mieli o niej takiego samego zdania. 

Pochwaliłam się swoim sukcesem Stephenowi i było to nierozsądne posunięcie. Natychmiast pożyczył ode mnie 

owe cenne trzy gwinee. 

- Chciałam zapłacić pani MacLaren - perswadowałam mu. - Zalegamy z czynszem za sześć tygodni. 
- Emmy, zwrócę ci te pieniądze. - Stephen był zniecierpliwiony. - Nie ma o co robić zamieszania. 
Kiedy Balquidder dowiedział się o moim sukcesie literackim, dostał ataku śmiechu. 
- Niech skonam, ożeniłeś się z intelektualistką! Zapędź ją do roboty. Nie żałuj bata. Możesz żyć z jej pisaniny. 
-  Trzy  gwinee  nie  wystarczą  na  długo  -  powiedział  smętnie  Stephen.  Uśmiechnął  się  jednak,  zadowolony  z 

aprobaty Balquiddera. 

- Ona może pisać w tym schowku - powiedział Balquidder. - Możesz ją tam zamykać na klucz, jeśli zajdzie taka 

potrzeba. 

Leżał w naszym jedynym fotelu, rozrzucił szeroko nogi, a brzuch wylewał mu się ze spodni. Co chwila opuszczał 

rękę, aby się podrapać. Na stoliku obok fotela stało ciasto, które pożerał, odgryzając duże kawały. Kiedy się śmiał, 
z ust wylatywały mu okruszki. 

Byłam obecna przy tej rozmowie, ale nauczyłam się już, że nie należy się odzywać. Siedziałam więc w milczeniu 

i  nienawidziłam  go  z  głębi  serca.  Balquidder  nie  lubił,  kiedy  kobiety  wtrącały  się  do  rozmowy,  a  ja  dobrze 
pamiętałam, że Stephen jest mu winien owe nieszczęsne pięć tysięcy funtów. 

Zwykle  nie  wychodził  przed  zapadnięciem  nocy.  Szłam  więc  wcześnie  spać,  ponieważ  rano  czekało  mnie 

sprzątanie. Przeważnie zastawałam przelewający się nocnik i resztki jedzenia na dywanie. Nasz drogocenny węgiel 
był spalony do ostatniego kawałka. 

O  wykorzystaniu  schowka  myślałam  już  od  kilku  tygodni.  Było  tam  pełno  rupieci,  których  pani  MacLaren  nie 

chciała  wyrzucić  ani  usunąć.  Kiedy  nie  było  jej  w  domu,  wyniosłyśmy  razem  z  Jeanie  wszystko  na  strych. 
Wybieliłam  ściany,  kupiłam  używane  biurko  i  dywan  i  założyłam  zamek  w  drzwiach.  Nie  chciałam,  aby 
ktokolwiek  tam  zaglądał,  ponieważ  postanowiłam  zająć  się  gotyckim  romansem,  który  zaczęłam  pisać jeszcze  w 
domu, i zobaczyć, czy uda się go sprzedać. 

Po chwili wahania pokazałam go pani Irvine. 
- Moja droga pani Kirkwall - powiedziała, kiedy przyszłam z następną wizytą. - Ta pani książka! Dawno się tak 

nie uśmiałam. 

- Śmiała się pani! To miało być śmiertelnie poważnie - zaprotestowałam. 
Jednak  sama  też  nie  mogłam  się  powstrzymać  od  śmiechu.  Kiedy  to  pisałam,  byłam  jeszcze  dzieckiem.  Teraz 

doskonale zdawałam sobie sprawę z moich absurdalnych pomysłów. 

-  Jednak  coś  w tym  jest  -  mówiła,  głaszcząc  mnie  po  ręce.  -  Uważam,  że  powinna  pani jeszcze  raz  to  napisać. 

Takie rzeczy bardzo dobrze się teraz sprzedają. Pan Irvine nie zajmuje się tego typu literaturą, ale wiem, że zna w 
Londynie wydawcę, do którego mógłby panią skierować. 

Wybrałam  sobie  pseudonim.  Przestawiłam  litery  swojego  panieńskiego  nazwiska,  Emilia  Daniels,  i  wyszedł  z 

tego  Daniel  Miller.  Jego  pierwsza  książka,  wydana  przez  Robinson  &  Robinson,  Patemoster  Row,  Londyn,  pod 
tytułem  Zamek  Apollinari  cieszyła  się  umiarkowanym  powodzeniem.  Sprzedałam  swoje  prawa  autorskie  za 
pięćdziesiąt  gwinei.  Te  pieniądze  całkowicie  odmieniły  moje  życie.  Po  raz  pierwszy  poczułam,  że  do  pewnego 
stopnia panuję nad swoją przyszłością. To honorarium okazało się później niesłychanie przydatne. Kiedy ukazało 
się drugie wydanie mojej książki, pan Robinson okazał się dżentelmenem i przysłał mi kolejne dwadzieścia pięć 
gwinei.  Za  następną  książkę.  Fatum  rodu  Ansbach,  dostałam  sto  gwinei.  Te  pieniądze  oraz  honoraria  za 
opowiadania dla szkółki niedzielnej pozwalały mi utrzymywać nasz dom na skromnej, ale przyzwoitej stopie. Nie 
powiedziałam mężowi o Danielu Millerze. Jeśli dziwił go fakt, że dajemy sobie radę, to nic na ten temat nie mówił. 
Zresztą on traktował pieniądze w myśl powiedzenia „łatwo przyszło, łatwo poszło”. Prawdopodobnie w ogóle się 
nad tym nie zastanawiał. 

Pewnego  wieczoru,  na  początku  1808  roku,  usłyszałam  rozmowę  mojego  męża  i  Balquiddera.  Miała  ona  mieć 

daleko idące konsekwencje. 

Przyszli  razem.  Wiedziałam  od  razu,  że  będą  siedzieć  całą  noc.  Byłam  zaziębiona  i  położyłam  się  do  łóżka. 

Zostawili drzwi szeroko otwarte i nie zniżyli nawet głosu. 

- To wszystko przez ten cholerny projekt ustawy na rzecz zniesienia niewolnictwa - mówił Balquidder. - Co ten 

parlament sobie wyobraża? Kupcy zbankrutują, upadnie handel. Jeśli my przestaniemy handlować niewolnikami, 

background image

 

9

będą to robić Hiszpanie i Portugalczycy. No i, oczywiście, Amerykanie. 

Słyszałam, jak splunął do kominka. 
- Zainwestowałeś w to pieniądze? 
-  Naturalnie.  Mam  dwa  statki  do  przewozu  niewolników  i,  do  diabła,  potrzebuję  pieniędzy.  Mam  przecież 

plantację w Demerara. Chcę się przestawić na uprawę trzciny cukrowej, a to wymaga dużych inwestycji. Poza tym 
potrzebuję czarnuchów do pracy. Nie ma sensu zajmować się ich hodowlą. Żeńskie czarnuchy nie są wystarczająco 
płodne  i  trzeba  zbyt  długo  czekać,  aby  był  jakiś  pożytek  z  ich  bachorów.  Przynajmniej  dwanaście  lat,  a  i  tak 
połowa z nich będzie żeńskimi czarnuchami. Mówię ci, Stephen, robi się niedobrze. 

- Nie można tego jakoś obejść? 
- Tak - powiedział Balquidder z ustami pełnymi jedzenia. - Wszystko przewidziałem. Teraz rejestruję moje statki 

w  Lizbonie  i  będę  musiał  prowadzić  handel  za  pośrednictwem  Brazylii,  ale  to  jest  cholerne  zawracanie  głowy. 
Mogę kupować niewolników w Brazylii, ale trzeba ich przewieźć do Demerara, a oni umierają w czasie podróży 
albo  dostają  szkorbutu  i  do  niczego  się  nie  nadają.  Do  zeszłego  roku  brałem  ich  prosto  z  Afryki  Zachodniej. 
Mogłem wybrać tych, którzy zdrowi dojadą na miejsce, a słabszych sprzedać od razu. 

- Czy rejestrowanie statków do przewozu niewolników w Lizbonie nie jest sprzeczne z prawem? 
- Są sposoby, aby obejść prawo - roześmiał się Balquidder. 
Usiadłam  na  łóżku,  zapominając  o  swoim  zaziębieniu.  Balquidder  był  wmieszany  w  handel  niewolnikami? 

Uważnie śledziłam projekt ustawy przeciwko niewolnictwu i często dyskutowałam na ten temat z państwem Irvine. 
Pan Irvine był zagorzałym stronnikiem Stowarzyszenia na rzecz Zniesienia Niewolnictwa. 

Podejrzewam,  że  moje  uczucia  dla  Afrykanów,  którzy  wpadli  w  ręce  handlarzy  niewolników,  były  raczej 

romantycznej  niż  humanitarnej  natury,  ale  wszystko  się  we  mnie  burzyło  na  samą  myśl  o  niewolnictwie.  Kiedy 
byłam dzieckiem, mama zabrała mnie w odwiedziny do swojej przyjaciółki, która przyjechała do wód leczniczych 
w Harrogate. Usługiwał jej czarny chłopiec. Byłam nim zafascynowana. Miał około ośmiu lat, mniej więcej tyle co 
ja,  a  jego  skóra  miała  kolor  wypolerowanej  śliwki.  Miał  duże,  brązowe  oczy  i  najbielszy  uśmiech,  jaki  w  życiu 
widziałam. 

Jego pani często go pieściła. Nosił zdobione złotem szkarłatne spodnie i taką samą kurtkę oraz złotą czapeczkę. 

Dopiero  po  pewnym  czasie  zauważyłam  złotą  obrożę,  na  której  było  wyryte  jego  imię,  „Caesar”.  A  poniżej:  „ 
Własność pani Wells z Camworthy Park, hrabstwo Somerset”. 

Byłam  potwornie  zaszokowana.  On  widział  wyraz  mojej  twarzy.  Przez  parę  sekund  patrzyliśmy  na  siebie,  a 

potem jednocześnie odwróciliśmy wzrok. Nie spojrzał na mnie do końca naszych odwiedzin. 

- Tak, kochanie - tłumaczyła mi później matka. - To na pewno jest bardzo smutne, ale nie zapominaj, że on został 

zabrany z okropnego pogańskiego kraju i jest teraz w pięknym domu pomiędzy chrześcijanami. 

Rozmowa mojego męża z Balquidderem przypomniała mi Caesara i mój ówczesny ból i gniew. Ale oni zmienili 

temat. 

-  Potrzebuję  tych  pieniędzy,  Stephen.  Napisz  do  starego  Danielsa  i  wyperswaduj  mu,  aby  przekazał  Emilii  jej 

pieniądze. Już przeszło dwa lata jesteście małżeństwem, to chyba dosyć. 

Nie  cierpiałam,  kiedy  mówił  o  mnie  per  Emilia.  Nie  miał  prawa  mówić  mi  po  imieniu.  Ale  on  traktował 

wszystkich w ten sam sposób. Początkowo myślałam, że to jakiś rodzaj demokratycznego radykalizmu, dopóki się 
nie  zorientowałam,  że  był  to  wyraz  pogardy.  Nikt,  nawet  Stephen,  który  uważał  go  za  swojego  przyjaciela,  nie 
zwracał się do niego per Archie czy też Archibald. 

Nie  chciałam,  aby  moje  pieniądze  zostały  przeznaczone  na  statki  do  przewozu  niewolników,  ale  jak  mogłam 

temu przeciwdziałać? Kilka razy zaczynałam pisać list do ojca, lecz nie mogłam zmusić się do tego, aby choć w 
części odsłonić przed nim nasze bardziej niż skromne bytowanie. Nie chciałam, by macocha triumfowała. 

Postanowiłam napisać do mojego ojca chrzestnego i kochanej pani Beresford. Oni zawsze byli dla mnie dobrzy. 

Opiszę  panu  Beresford  zaangażowanie  Balquiddera  w  handel  niewolnikami,  a  on  poradzi  ojcu,  aby  nie  oddawał 
moich pieniędzy. Prawdopodobnie mój ojciec i tak by tego nie zrobił, ale nie mogłam ryzykować. 

Gdybym wtedy wiedziała, do czego to doprowadzi, jakie nieszczęście sprowadzę na Beresfordów - chociaż nie ze 

swojej  winy  -  czy  napisałabym  ten  list?  Teraz  nie  ma  się  już  nad  czym  zastanawiać.  Co  się  stało,  to  się  nie 
odstanie.  Miałam  dobre  intencje.  Balquidder  nie  będzie  kupował  statków  do  przewozu  niewolników  za  moje 
pieniądze. 

Napisałam  list,  a  przyjaciel  pana  Irvine’a  podjął  się  ofrankowania  go  i  wysłania.  Zakończyłam  list  prośbą  o 

przebaczenie: „Teraz rozumiem, jak bardzo byłam bezmyślna i jak mało ceniłam sobie Waszą dobroć. Wiem,  że 
moje  postępowanie  musiało  Warn  przysporzyć  wiele  smutku  i  szczerze  tego  żałuję.  Kamień  spadłby  mi  z  serca, 
gdybyście  napisali  do  mnie  choćby  jedną  linijkę,  że  mi  wybaczacie”.  Pan  Irvine  zgodził  się,  aby  jego  adres 
posłużył mi jako poste restante. Nie chciałam, aby Stephen dowiedział się o tej korespondencji. 

Wiedziałam, że Balquidder nękał Stephena w sprawie moich pieniędzy jeszcze wiele razy. 
-  Zrób  jej  dziecko  -  usłyszałam  kiedyś.  -  Posłuż  się  swoim  fiutem.  Stary  Daniels  nie  odmówi  pieniędzy  dla 

wnuka. 

Ale ja nie urodziłam dziecka. Miałam dwa poronienia, po czym Stephen stracił mną zainteresowanie. Opłakałam 

background image

 

10 

moje  utracone  dzieci.  Zawiodłam  nawet  w  tej  dziedzinie,  która  jest  najważniejszym  obowiązkiem  kobiety. 
Wstawiłam  łóżko  do  mojego  małego  gabinetu  i  zwykle  tam  spałam.  Nie  wywołało  to  żadnej  dyskusji,  więc 
odczułam ulgę. Nadal uważałam całą tę sprawę za dość obrzydliwą, ale poddawałam się, ponieważ to należało do 
obowiązków  żony.  Jednocześnie  czułam  się  oszukana,  chociaż  sama  nie  wiedziałam  dlaczego.  Nie  wyobrażałam 
sobie, jak Angelina, czy też inna moja bohaterka, poradziłaby sobie z prozą małżeńskiego pożycia. Ale im to nie 
groziło.  Zostawiałam  je  przy  ołtarzu,  kiedy  słońce  rzucało  złociste  promienie  przez  kolorowe  szyby  kościoła,  i 
pisałam FINIS. 

 
Niebawem zrozumiałam, że Balquidder miał zamiar napisać FINIS pod moim własnym życiem. 

Czytając ponownie pierwszy rozdział mojej opowieści, zdałam sobie sprawę, że przedstawiłam swoje życie w tak 

czarnych  barwach,  że  wygląda  ono  na  katastrofę.  W  pewnym  sensie  tym  było.  Zamieniłam  wygodny  dom  i 
ustaloną w świecie pozycję na nieudane małżeństwo i mieszkanie na brudnej, śmierdzącej ulicy. Stephen nie stronił 
od hazardu i ostatnia sztuka biżuterii mojej matki znalazła się w lombardzie. Miałam bardzo niewiele pieniędzy i 
lękałam się o przyszłość. Dwa pierwsze lata mojego małżeństwa były rzeczywiście bardzo trudne. Nie miałam o 
niczym pojęcia. 

Uczyłam  się  jednak.  Mogę  teraz  stwierdzić,  że  kiedy  minęły  te  dwa  trudne  lata,  przestałam  być  nieszczęśliwa. 

Nauczyłam  się  żyć  tak  jak  ubodzy,  oszczędzać  i  obywać  bez  wielu  rzeczy.  Potrafiłam  nakłonić  pochlebstwami 
panią MacLaren, aby zaczekała jeszcze jeden tydzień na zapłatę czynszu. Umiałam już rozpalać ogień za pomocą 
kilku wilgotnych patyków i niewielu kawałków węgla, a także targować się przy ulicznych straganach. Znałam też 
kilka  przekleństw,  co  w  tym  sąsiedztwie  było  nieuniknione.  To  nowe  słownictwo  przeważnie  pozostawało  nie 
wykorzystane, chociaż okazywało się pomocne, kiedy zaczepiali mnie pijacy na Cant’s Close. Dowiedziałam się 
też,  że  niektóre  kobiety  uczestniczyły  w  sobotnie  wieczory  w  pląsach,  które  nazywały  „giga”  -  o  czym  nigdy 
przedtem  nie  słyszałam.  Rozmawiały  o  tym  z  tak  zmysłowym  ożywieniem,  że  często  się  rumieniłam.  Nie 
wiedziałam, co tracę, ale nie wydało mi się to zbyt zabawne. 

Chociaż Stephen przynosił mi czasem kilka gwinei, to ja utrzymywałam dom, co dawało mi nieznane przedtem 

uczucie  szacunku  dla  samej  siebie  i  poważanie  ze  strony  męża.  Nauczyłam  Jeanie  czytać,  dzięki  czemu  dostała 
pracę w sklepie ze świecami. Fakt, że się do tego przyczyniłam, sprawił mi wielką przyjemność. Potem uczyłam 
czytać nową służącą, Eppie. 

Przyjaźń  z  państwem  Irvine  dostarczała  mi  wiele  radości.  Dzięki  panu  Irvine  miałam  pieniądze  na  bieżące 

potrzeby,  nie  mówiąc już o  tym,  że  zaprotegował  mnie  u  pana  Robinsona,  wydawcy  romansów  Daniela Millera. 
Pan Irvine spełniał również funkcję mojego bankiera, ponieważ zarabiane przeze mnie pieniądze należały według 
prawa do mojego męża. Pan Irvine, który w wielu przypadkach miał bardzo konserwatywne poglądy, był również 
przewidującym Szkotem, który nie mógł się pogodzić z tym, aby mój mąż trwonił pieniądze, ciężko przeze mnie 
zarobione,  na  swoje  szaleńcze  pomysły.  Nie  wiem,  jak  to  rozstrzygnął  w  swoim  sumieniu,  ale  wszystkie  czeki 
wystawione  na  pannę  E.  Daniels  (w  interesach  z  panem  Robinsonem  używałam  panieńskiego  nazwiska)  były 
realizowane bez żadnych zbędnych pytań. 

 
K
ochana  pani  Beresford  odpisała  mi  -  był  to  niezwykle  miły  list.  Zabrałam  go  ze  sobą,  kiedy  uciekłam  z 

Edynburga, i mam go do dziś. Musiała się domyślić, że było mi ciężko, ale taktownie nie poruszała tego tematu. 
Dostarczyła mi za to dużo wiadomości z rodzinnych stron. 

Muszę opowiedzieć wam o Beresfordach, ponieważ odgrywają oni ważną rolę w mojej historii. Otrzymałam od 

nich coś bardzo cennego, czego brakowało mi we własnym domu - poczucie bezpieczeństwa oraz własnej wartości. 
Pani Beresford czytała moje opowiadania. Krytykowała błędy gramatyczne i składnię, ale również mnie chwaliła. 

-  Twój  opis  lawiny  był  niezwykle  obrazowy  -  mówiła.  -  Okropnie  się  denerwowałam,  czy  powóz  się  nie 

wywróci. - A po chwili dodawała: - Moja droga, jeśli piszesz o Donnie Elwirze: „Przechodząc obok starej bramy 
na sztywnych nogach”, to wygląda na to, że brama miała sztywne nogi! Czy mogłabyś to zmienić? 

Jej krytyka nigdy mnie nie upokarzała, w przeciwieństwie do uwag, które czynił mi ojciec lub macocha. 
Miałam wielką ochotę wyjawić pani Beresford prawdę o Stephenie - jaka szkoda, że tego nie zrobiłam. Ale ciągle 

jeszcze  snułam  niemądre  marzenia  o  tym,  jak  jej  będę  przedstawiać  swojego  męża  i  jak  ona  będzie  nim 
oczarowana. Sama siebie oszukiwałam, zarówno w tej, jak również w wielu innych sprawach. 

Beresfordowie  mieli  dwóch  synów,  George’a  i  Noela.  Uważałam  ich  za  dorosłych,  ponieważ  byli  ode  mnie 

dwanaście lat starsi. Pozwolono mi, jako ulubionej chrzestnej córce, zwracać się do nich po imieniu, chociaż było 
to niezgodne z etykietą. Obaj mieli niebieskie oczy i jasne włosy, ale George był bardziej przystojny. Był bardzo 
pewny  siebie,  co  jest  zwykle  cechą  pierworodnego  syna.  Uwielbiałam  go,  kiedy  byłam  dzieckiem.  Do  dziś 
pamiętam uczucie wściekłości, połączonej z zazdrością, kiedy zaręczył się z Aline Doulaincourt. 

Podczas rewolucji rodzice Aline uciekli z Francji, ale wrócili „ tam po podpisaniu traktatu w Amiens, w nadziei 

odzyskania  swojej  posiadłości.  Uznałam  ich  natychmiast  za  popleczników  Bonapartego  i  z  pogardy  dla  takiego 
kupieckiego podejścia do sprawy wydałam niesprawiedliwą opinię - że Aline nie jest warta George’a, zapominając, 

background image

 

11 

ż

e to nie ona podjęła tę decyzję. 

Aline była brunetką, miała ciemne oczy i mimo to, że w Anglii jej rodzina nie miała pieniędzy, wyglądała zawsze 

elegancko. Noel i George byli w niej nieprzytomnie zakochani. Wiedziałam, że ona woli Noela. Raz zobaczyłam, 
jak  się  całowali  w  odległym  zakątku  ogrodu.  Pamiętam,  jaki  szok  przeżyłam,  widząc  kobietę  i  mężczyznę  w 
objęciach. Jego jasna głowa pochylona była nad jej ciemną, a jedną rękę miał zanurzoną w jej włosach. Z trudem 
przełknęłam ślinę i wycofałam się po cichu. 

Jeśli ona musi mieć jednego z nich, myślałam, to dobrze, że zdecydowała się na Noela. Po cichu zarezerwowałam 

George dla siebie. Jednak Aline, podobnie jak jej rodzice, dobrze umiała dbać o swoje interesy. Nie było pewne, 
czy  odzyskają  majątek,  a  George  był  dziedzicem  pokaźnej  posiadłości.  Postanowiła  zostać  w  Anglii  i  wyjść  za 
niego za mąż. 

George i Noel uważali, że jej kaprysy są czarujące. Wydymała usteczka, potrząsała główką, roniła łzy - chociaż 

bardzo  przy  tym  uważała,  aby  nie  mieć  zaczerwienionych  oczu  -  albo  wpadała  w  dziecinną  złość,  aby  tylko 
postawić na swoim. Nietrudno było ją przejrzeć. 

- Proszę mi wybaczyć, madame Beresford - mówiła. - Jestem si mechante
Doskonale mówiła po angielsku, ale wiedziała, że osiąga większy efekt, przeplatając go francuskim. 
Widzę, że znowu popadam w zjadliwy ton. Oczywiście, byłam o nią zazdrosna. Uwielbiałam George’a z całym 

entuzjazmem  zakochanej  jedenastolatki  i  wiedziałam,  że  Aline  mnie  nie  cierpi.  Usłyszałam  kiedyś,  jak  nazwała 
mnie „workiem kości”, co dopełniło miary goryczy. 

Noel  był  zdruzgotany,  kiedy  Aline  poślubiła  George’a.  Zaczął  chodzić  na  długie,  samotne  spacery,  ale  czasem 

pozwalał, abym  mu towarzyszyła. Nie rozmawialiśmy wiele, a ja nie przerywałam jego  milczenia. Wtedy po raz 
pierwszy zrozumiałam, że dorośli też mogą być nieszczęśliwi. 

- Jesteś kochaną dziewczynką, Emilio. Przykro mi, że nie jestem ciekawym towarzystwem - powiedział kiedyś, 

całując mnie w policzek. 

Nawet po ślubie Aline nie przestała bałamucić Noela, dając mu do zrozumienia, że jeszcze nie wszystko stracone. 

Byłam na tyle niemądra, że postanowiłam powiedzieć, co o tym myślę. 

- Dlaczego pozwalasz się tak traktować? - spytałam. 
Zapanowała długa cisza. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. 
- Przepraszam cię - szepnęłam. 
-  Aline  traktuje  mnie  tak,  jak  to  zwykle  robiła  -  odezwał  się  wreszcie  Noel  cichym  głosem.  -  A  jak  ja  na  to 

reaguję, to już jest moja sprawa. 

- Ona jest bardzo ładna - wyjąkałam. - Ale nie jest dobra. 
Powinna go wreszcie zostawić w spokoju, pomyślałam. 
- Jesteś jeszcze bardzo młoda, kochanie - powiedział Noel, głaszcząc mnie po policzku. - A życie nie zawsze jest 

łatwe. 

Uśmiechnął się do mnie. Miałam ochotę się rozpłakać. 
Dwa lata później Noel ożenił się z Margaret Gilbert. Jest gruba i głupia, pomyślałam. Poza tym była w porządku. 

Pochodziła  z  dobrej  rodziny  i  posiadała  pokaźny  posag  (w  przeciwieństwie  do  Aline,  która  nie  miała  żadnego). 
Była uprzejma, dobrze wychowana i nie miała własnego zdania. 

George i Noel byli bohaterami mojego dzieciństwa i uważałam, że żaden z nich nie może być szczęśliwy z żoną, 

którą sobie wybrał. Sądzę, że chociaż byłam szalenie krótkowzroczna, kiedy chodziło o moje własne życie, w tym 
wypadku  miałam  rację.  Nie  mogłam  uwierzyć  w  miłość  Noela  do  Margaret.  Nie  można  było  powiedzieć, aby  to 
małżeństwo zostało zbyt pochopnie zawarte, ponieważ znali się od dawna, ale był w tym jakiś zamysł. Uważałam, 
ż

e Noel zrobił to, aby uciec od niemożliwej sytuacji w domu. Kobieta, którą kochał, wyszła za mąż za jego brata, 

jednak nadal nie chciała zostawić go w spokoju. 

Małżeństwo  było  dobrym  wyjściem  z  tej  sytuacji.  Noel  miał  swój  własny,  niewielki  majątek.  Jego  żona  miała 

pieniądze.  Postąpił  więc  rozsądnie.  Umieścił  ją  w  swoim  majątku  w  Huntingtonshire,  wiedząc,  że  potrafi  nim 
dobrze zarządzać, zapewnił sobie potomka i zaciągnął się do wojska. 

Trudno go było za to winić. Nie mógł  znieść życia z taką miernotą umysłową. Ostatni raz widziałam Noela na 

chrzcie jego syna Richarda w kaplicy w Ainderby Hall, na krótko przed moją ucieczką z domu. Postarzał się. Miał 
ś

ciągniętą, pobrużdżoną twarz. Był dla  mnie serdeczny, jak zwykle. Przekomarzał się ze  mną, pytając, czy piszę 

trzytomową powieść, aby współzawodniczyć z romansami pani Radcliffe. 

Rzeczywiście  tak  było.  Ta  książka  to  był  późniejszy  Zamek  Apollinari,  który  zapoczątkował  moją  finansową 

niezależność, dzięki czemu mogłam, po ośmiu latach, uciec od swojego męża. 

- Żałuję, że wyjeżdżasz za granicę - powiedziałam. 
Siedziałam  przytulona  do  niego  na  kanapie.  Bardzo  lubiłam  takie  chwile,  ponieważ  przy  nim  czułam  się 

bezpieczna. 

- Muszę jechać - uśmiechnął się Noel. - Jestem młodszym synem. Nie mogę żyć z pieniędzy mojej żony. 
Ani z nią, pomyślałam w nagłym odruchu buntu. 
Kiedy odszedł, podniosłam z podłogi guzik, który odpadł mu od marynarki. Zachowałam go do dziś. 

background image

 

12 

Czytając list pani Beresford, mogłam się łatwo zorientować, że nie wszystko dobrze im się układało. Aline była 

bardzo rozrzutna i domyślałam się, że pani Beresford uważa ją za pustą i bezwzględną istotę, chociaż w liście nie 
wyraziła żadnej bezpośredniej krytyki. George i Aline byli bezdzietni. 

Ż

ycie Noela również nie było szczęśliwe, na co niewątpliwie nie zasługiwał. W jednym z pierwszych listów do 

mnie pani Beresford donosiła, że Margaret zmarła na skutek  komplikacji po urodzeniu martwego dziecka. „Noel 
jest teraz w Ainderby i doprowadza do porządku sprawy Margaret. Biedny chłopak, tak źle wygląda. Nasz mały, 
kochany  Richard  już  bardzo  dobrze  chodzi,  a  największą  radość  sprawia  mu  wdrapywanie  się  na  kolana  ojca  i 
podskakiwanie tam do woli. Noel jest zbyt zmęczony, aby się nim cieszyć, ale przypuszczam, że bardziej zbliży się 
do syna, kiedy Richard będzie starszy”. 

Ta  wiadomość  bardzo  mnie  zmartwiła.  Noel  zawsze  bawił  się  ze  mną,  kiedy  byłam  mała.  Pamiętam,  jak  nosił 

mnie po sadzie na barana. Był ode mnie starszy o dwanaście lat, a kiedy byłam malutka, też na pewno wchodziłam 
mu  na  kolana.  Musi  się  dziać  coś  bardzo  niedobrego,  jeśli  on  nie  zwraca  uwagi  na  swojego  małego  synka. 
Napisałam do niego, aby wyrazić współczucie z powodu jego żałoby, chociaż Margaret niezbyt mnie interesowała. 
Ale czy temu egocentrycznemu dziecku, jakim wtedy byłam, w ogóle na kimś zależało? 

Nie  miałam  żadnych  wiadomości  od  Noela.  „On  nie  chce  zostać  w  domu”,  pisała  pani  Beresford.  „Wraca  do 

swojego pułku i wkrótce popłynie do Portugalii, aby dołączyć do armii lorda Wellingtona”. 

Dopiero po dwóch latach dostałam od Noela krótki list wraz z małą paczuszką. 
 
Dziękują  Ci  za  twój  miły  list  z  kondolencjami,  kochana  Emilio.  Był  mi  wielką  pociechą,  Wiem,  że  moja  matka 

bardzo sobie ceni Twoje listy. Posyłam Ci mały prezent - pamiętam, jak bardzo lubisz niespodzianki. O sobie nie 
mam  wiele  do  powiedzenia.  Pisze  w  namiocie,  rozstawionym  na  pełnej  kurzu  równinie,  gdzie  ro
śnie  tylko  kilka 
karłowatych  d
ębów  korkowych.  W  namiocie jest  pełno  much,  a  mój  ordynans zajmuje  się  zdejmowaniem  skóry z 
zaj
ąca, którego mamy mieć na kolacją, i odpędzaniem much. Beznadziejne zajęcie! 

 
W paczuszce były dwa piękne hiszpańskie grzebienie, takie, jakie damy w tamtych krajach wpinają we włosy - 

hebanowe, ozdobione macicą perłową. Nigdy nie wspomniałam Stephenowi o tej wymianie listów, mogłam więc 
schować grzebienie. W żadnym wypadku nie chciałabym, aby znalazły się w lombardzie. 

W  1811  roku  umarła  moja  droga  pani  Beresford,  a  w  krótkim  czasie  po  niej  mój  chrzestny  ojciec.  George 

zawiadomił mnie o tym listownie. Natychmiast do niego napisałam, ale w odpowiedzi dostałam tylko kilka słów od 
Aline.  Bardzo  mi  brakowało  Beresfordów,  chociaż  nasze  kontakty  były  teraz  ograniczone.  Chciałam  napisać  do 
Noela, ale nie wiedziałam, gdzie go szukać. Czułam się tak, jakby moje poprzednie życie rozpłynęło się we mgle. 

 
15
 stycznia 1814 roku miałam skończyć dwadzieścia pięć lat i Stephen stałby się prawnym dysponentem moich 

pieniędzy.  To  miała  być  spora  suma.  Powiększała  się  o  400  funtów  rocznie  od  czasu  śmierci  mojej  matki  przed 
szesnastoma  laty,  oprócz  tego  były  jeszcze  odsetki  łączne.  Chociaż  arytmetyka  nie  była  moją  mocną  stroną, 
zrozumiałam, że początkowa suma 8000 funtów podwoiła się. 

Po  tym  pierwszym,  niemiłym  liście  nie  miałam  już  żadnej  wiadomości  od  ojca,  ale  byłam  pewna,  że  zostanę 

przez  niego  sprawiedliwie  potraktowana  i  że  zrobi  wszystko,  abym  otrzymała  odpowiedni  udział  w  swoich 
pieniądzach.  Mogłabym  liczyć  na  tradycyjną  trzecią  część,  czyli  pięć  lub  sześć  tysięcy  funtów.  Nie  mogłam  się 
jednak pogodzić z myślą, że Balquidder też dostanie moje pieniądze. Jeśli mój mąż nie płacił odsetek od swojego 
długu  przez  te  wszystkie  lata,  czego  zresztą  byłam  pewna,  może  się  okazać,  że  większość  mojego  majątku 
przejdzie w posiadanie Balquiddera. 

Dopiero  pewnego  zimowego  wieczoru  w  1813  roku  zorientowałam  się,  że  Balquidder  miał  zakusy  na  kwotę 

znacznie większą niż 5000 funtów. 

Grudzień był mroźny, zapowiadała się ciężka zima. Nawet w ciągu dnia temperatura spadała poniżej zera, z da-

chów zwisały sople lodu. Często słyszałam, jak nowa służąca, Eppie, rozbijała lód, żeby móc napompować wody. 

Stephen  i  Balquidder  siedzieli  w  naszym  saloniku  i  pili.  Stephen  był  już  pijany,  mówił  bardzo  niewyraźnie. 

Balquidder nie oszczędzał naszego węgla, co chwila dorzucał do kominka. 

- Wkrótce będziesz bogaty - mówił Balquidder, nie zniżając głosu, chociaż wiedział, że go usłyszę. 
- Co? 
- Bogaty. Czy nie zbliżają się dwudzieste piąte urodziny Emilii? 
- Piętnastego stycznia. 
- To niedługo. Czy kontaktowałeś się ze starym Danielsem? 
-  Tak.  Chce,  żeby  ona  dostała  jedną  trzecią.  Słusznie.  Powinna  coś  mieć.  To  przecież  są  jej  pieniądze,  nie 

Danielsa. Spadek po matce. 

Balquidder roześmiał się głośno. Słyszałam, jak krzesło pod nim trzeszczało. 
- Ona może spaść ze schodów - zasugerował. - I skręcić kark. To się zdarza. 
Roześmiał się ponownie. Słyszałam, jak wstał i podszedł ciężkim krokiem do kredensu, aby sobie dolać wina. 
-  Nie  macie  dzieci.  Jeśli  te  pieniądze  pochodzą  od  jej  matki,  to  stary  Daniels  ich  nie  dostanie.  Ty  otrzymasz 

background image

 

13 

wszystko. Tam musiało się już uzbierać powyżej szesnastu tysięcy. 

Stephen  najpierw  dostał  czkawki,  a  potem  roześmiał  się  pijackim  śmiechem.  Niewątpliwie  potraktował  to  jak 

dowcip. Balquidder ponownie zarechotał i zmienił temat rozmowy. 

Ja się nie śmiałam. 
Do  naszego  mieszkania  na  pierwszym  piętrze  prowadziły  zewnętrzne,  kamienne  schody.  Stopnie  były  wytarte, 

spadziste, a teraz w dodatku oblodzone. Drewniane poręcze były niestabilne, a w niektórych miejscach zmurszałe. 
Jedno popchnięcie i mogłam znaleźć się na ulicznym bruku ze skręconym karkiem. Gdyby to się zdarzyło w nocy, 
ktoś czekający na dole mógłby łatwo dokończyć dzieła. 

To  nie  były  żarty.  Balquidder  pragnął  mojej  śmierci.  Dokładnie  mówiąc,  chciał,  żebym  skończyła  dwadzieścia 

pięć lat i dopiero wtedy zeszła z tego świata. Wtedy Stephen dostałby wszystkie pieniądze - wraz  z  moją trzecią 
częścią - i niewątpliwie Balquidder szybko by się do nich dobrał. 

Jeśli moje przewidywania były słuszne, zostało mi pięć tygodni życia. 
Przypomniałam sobie nagle jeszcze jedno wydarzenie. Było to wiosną, mieliśmy otwarte okno i świeżo upierzony 

wróbelek  usiadł  na  parapecie.  Ćwierkał  cicho  i  machał  skrzydełkami,  jakby  chciał  przywołać  rodziców. 
Najwidoczniej po raz pierwszy wyfrunął z gniazda. Miałam nadzieję, że nic złego go nie spotka. 

Balquidder  wszedł  do  pokoju  i  zauważył  wróbelka.  Podszedł  do  okna,  złapał  ptaszka  i  zgniótł  go  w  dłoni. 

Wydałam okrzyk przerażenia. Włożył jeszcze trzepocącego się ptaszka do kieszeni spodni i roześmiał się głośno. 
Przez całe popołudnie nie mogłam oderwać wzroku od tej drgającej kieszeni. 

Kędy  stałam  ze  Stephenem  na  górze  zewnętrznych  schodów,  odprowadzając  Balquiddera  do  wyjścia, 

zobaczyłam, jak rzucił wróbelka na bruk. Natychmiast porwał go kot. 

To  wspomnienie  wstrząsnęło  mną.  Nie  miałam  już  najmniejszych  wątpliwości,  że  Balquidder  jest 

niebezpiecznym  człowiekiem.  Strach  był  zbyt  słabym  słowem  na  określenie  mojego  stanu  ducha.  Byłam  tak 
przerażona, że zabrakło mi tchu w piersiach. Mam pięć tygodni życia, myślałam, tylko pięć tygodni. Zaschło mi w 
gardle tak, że nie mogłam przełknąć śliny. Co mogę zrobić? Gdzie uciec? 

Nie  byłam  mile  widziana  w  Tranters  Court.  Ojciec  nie  przebaczył  mi  i  z  pewnością  nie  uwierzyłby  w  moją 

opowieść. Nie mogłam  go  za to winić. Gdybym tam  pojechała, to sądzę, że poczucie obowiązku nakazałoby  mu 
natychmiastowe odesłanie mnie do męża. 

Nie mogłam jechać do Beresfordów. Pan i pani Beresford nie żyli, Noel był w Hiszpanii, a nie byłabym pewnie 

mile widziana w domu George’a i Aline. 

Pozostał  tylko  Londyn.  Byłam  tam  tylko  raz  w  życiu,  kiedy  wraz  z  matką  gościłyśmy  w  londyńskim  domu 

Beresfordów, w Adelphi. Ale w Londynie był mój wydawca... oraz Tolley. 

Kiedy  byłam  małą  dziewczynką,  zawsze  czytałam  jej  swoje  opowiadania  o  psotnych  duszkach,  smokach  i 

pięknych  księżniczkach.  Tolley  nie  mogła  się  nadziwić  mojej  pomysłowości,  a  ja  uważałam  ją  za  swoją 
przyjaciółkę. To ona pozwoliła mi pożegnać się z mamą. Po śmierci mojej matki ojciec nadal wypłacał jej pobory i 
Tolley zamieszkała ze swoją siostrą w Somers Town. Ona nigdy by mnie nie zdradziła. 

Muszę  przyznać,  że  czułam  się  jak  Angelina,  uciekająca  przed  podłym  Fra  Bartolomeem.  Pierś  Angeliny 

falowała  w  chwilach  niepokoju,  żałowałam,  że  jestem  pod  tym  względem  tak  ubogo  przez  naturę  wyposażona. 
Doszłam  do  wniosku,  że  łatwiej  jest  znosić  nieszczęścia,  kiedy  jest  się  pięknym.  Angelina  kierowała  się  do 
zrujnowanego zamku, ja miałam bardziej prozaiczną perspektywę. Zamierzałam zamieszkać z Tolley, dopóki nie 
znajdę odpowiedniego mieszkania, i utrzymywać się z pisania. 

Ż

ebym tylko zdołała dotrzeć do Londynu. 

Najszybszym  i  najpewniejszym  środkiem  komunikacji  był  dyliżans  pocztowy.  Kosztował  dwa  razy  tyle  co 

zwykły dyliżans pasażerski, ale był o wiele szybszy. Wiózł tylko cztery osoby i nie brał już nikogo po drodze. 

Miałam  jeszcze  dwadzieścia  funtów  z  mojej  poprzedniej  książki  oraz  nowy  manuskrypt,  Władczynią  Sokolego 

Gniazda, który miał stanowić wsparcie na przyszłość. 

Rano,  jak  to  zwykle  bywa,  doszłam  do  wniosku,  że  wyolbrzymiam  zagrożenie.  Balquidder  był  wyjątkowo 

niesympatycznym osobnikiem, ale to nie musiało oznaczać, że planuje morderstwo. Żyjemy przecież w 1813 roku, 
a nie w średniowieczu. Muszę przestać myśleć, że przebywam na stronicach jednej z moich gotyckich powieści. 

Stephen wstał późno i dopiero koło południa zaczął się zbierać do wyjścia. Siedziałam w moim gabineciku, kiedy 

stanął w uchylonych drzwiach. 

- Wychodzę, Emmy. Nie wiem, kiedy wrócę. Mam dziś spotkanie z Jamiem Kinrossem. 
Skinęłam tylko głową. 
- Jeszcze coś. Dziś jest wszystko bardzo oblodzone. Uważaj, nie poślizgnij się na schodach. 
Zamknął drzwi i po chwili wyszedł z domu. 
Palce  tak  mi  zesztywniały,  że  nie  mogłam  utrzymać  pióra.  Serce  tłukło  mi  się  w  piersi  ze  strachu.  Przez  te 

wszystkie  lata  Stephen  nigdy  nie  ostrzegał  mnie  przed  żadnym  zagrożeniem,  a  było  ich  wiele  podczas  ciężkich 
zim. Dlaczego robił to teraz? Czyżby podejrzewał niebezpieczeństwo? 

Po  raz  drugi  w  życiu  zaczęłam  planować  ucieczkę  z  domu.  Gdy  tylko  Stephen  wyszedł,  włożyłam  płaszcz, 

wzięłam  torebkę  i  szybko  zeszłam  na  ulicę.  Dowiedziałam  się,  że  dyliżans  pocztowy  odjeżdża  z  Edynburga  co 

background image

 

14 

wieczór, sprzed zajazdu na Grassmarket. Udało mi się dostać miejsce w środku dyliżansu i ten sam wieczór. Potem 
poszłam na zakupy. Kupiłam chleb, ser, jabłka, małą butelkę brandy na wszelki wypadek i skórzany pojemnik na 
wodę. 

Dziwnie się czułam, wyciągając starą walizkę ze świńskiej skóry, tę samą, z którą uciekałam przed laty z domu. 

Jakże byłam wtedy naiwna! Pamiętam, że wówczas wzięłam ze sobą najładniejszą nocną koszulę, ale zapomniałam 
o  solidnym  obuwiu.  Tym  razem  zapakowałam  ciepłe  rzeczy,  mój  cenny  manuskrypt,  pióra  i  dodatkowe  kopie 
dwóch wydanych już książek - zajmowały dużo miejsca, ale nie mogłam ich zostawić - listy pani Beresford, krótki 
liścik od Noela i grzebienie. Nie miałam już biżuterii mojej matki. Wzięłam wszystko, co mogło mi być przydatne, 
oraz to, co mogłoby zdradzić cel mojej podróży. 

Bardzo mi było trudno napisać cokolwiek do Stephena. O wiele łatwiej było Angelinie wylewać swoje uczucia na 

papier,  zanim  uciekła  przed  Fra  Bartolomeem,  niż  mnie  pisać  do  własnego  męża.  Co  mogłam  mu  powiedzieć? 
Próby  wyrażenia  mojej  bojaźni  na  papierze  wyglądały  żałośnie,  upokarzające  było  również  opisywanie  ośmiu 
nieszczęśliwych lat człowiekowi, który już od dawna o mnie nie dbał. W końcu napisałam tylko, że odchodzę, że w 
nowym miejscu będę bezpieczna i że czynsz jest zapłacony do końca grudnia. Próbowałam zmusić moje pióro do 
dopisku „przebacz mi”, ale nie chciało mnie posłuchać. 

Spakowałam się pospiesznie i ukryłam walizkę w moim małym gabineciku. 
Popołudnie spędziłam u Irvine’ów. Nie mogłam wyjechać nie podziękowawszy im za ich dobroć. Nie chcąc ich 

zanadto  okłamywać,  powiedziałam,  że  wracam  do  ojca,  ponieważ  interesy  mojego  męża  stały  się  zbyt 
zagmatwane.  Mówiłam  również,  że  pragnę  pogodzić  się  z  rodziną.  Poinformowałam  ich  także,  że  odjeżdżam 
pojutrze dyliżansem do Yorku, a stamtąd wynajmę sobie powóz. 

Zmartwili się moim wyjazdem, ale życzyli mi powodzenia. Pani Irvine podarowała mi swoją starą mufkę. 
- W tych dyliżansach jest okropny przeciąg, moja droga. Proszę wziąć tę mufkę, ja jej nigdy nie używam. 
Ucałowałam ją, jeszcze raz podziękowałam im za wszystko i wyszłam. 
Stephenowi nie przyjdzie do głowy, aby ich o mnie pytać, pomyślałam. A gdyby nawet to zrobił, otrzyma mylną 

informację. A ja już wtedy będę w Londynie, u Tolley. 

Bałam się, że Stephen może przyjść wcześniej, chociaż wszystko wskazywało na to, że prawdopodobnie wróci 

dopiero nad ranem. Nie pomyśli nawet o tym, aby sprawdzać, czy jestem w domu. Dyliżans pocztowy odjeżdżał o 
szóstej i nie czekał na nikogo. 

Nie  wiedziałam,  że  wyjeżdżam  z  Edynburga  przed  najgorszą  zimą,  jaką  ktokolwiek  pamiętał.  Było  zimno.  W 

ś

wietle gazowych latarni widziałam zamarznięte kałuże. Mgła, pomieszana z żółtawym dymem, wisiała nisko nad 

ziemią. Ulice były opustoszałe. 

Na podwórzu zajazdu panował gwar. Cztery konie były już zaprzężone, bagaże upychano na dachu dyliżansu. Ja 

postanowiłam zatrzymać walizkę przy sobie. Szybko ładowano pocztę. Stangret tupał nogami dla rozgrzewki, jego 
oddech natychmiast zamieniał się w parę. Konwojent sprawdzał bilety. Jego strzelba leżała na tylnym siedzeniu. 

-  Niech  pani  wejdzie  do  środka  -  powiedział,  kiedy  pokazałam  mu  bilet.  -  Jest  okropnie  zimno,  a  my  zaraz 

ruszamy. 

Reszta pasażerów siedziała już w dyliżansie. Był tam korpulentny mężczyzna, który chyba jechał w interesach. 

Miał czarną skórzaną torbę i okutany był w długi, ciepły płaszcz. Siedział plecami do stangreta. Naprzeciwko niego 
siedziała  nieco  spłoszona  para  -  przedstawili  się  jako  pan  i  pani  Stott.  Ona  była  chuda  i  blada,  a  jej  mąż 
podenerwowany.  Rozmawiali  przyciszonym  głosem.  Korpulentny  jegomość  wskazał  mi  miejsce  obok  siebie  i 
podzielił się ze mną nakryciem na nogi. 

Wymyśliłam  sobie  pseudonim  -  nie  na  darmo  byłam  pisarką  romansów.  Stałam  się  panią  Miller,  jadącą  na 

spotkanie z mężem, który właśnie wrócił z półwyspu. Wiedziałam, że kobiety nie podróżują same, a ja nie miałam 
ze sobą nawet służącej, więc musiałam znaleźć jakieś wyjaśnienie. 

Niepotrzebnie się o to martwiłam. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Mężatki, szczególnie te z dużymi nosami, są 

właściwie niewidoczne. 

Dyliżans wyjechał z podwórza zajazdu i konie ruszyły kłusem. Widziałam przez okno światła zamku, a po chwili 

zarys  Góry  Artura  na  tle  wieczornego  nieba.  Zapowiadała  się  zimna  noc  i  byłam  bardzo  zadowolona,  że  mam 
futrzaną mufkę pani Irvine. 

Czy  żałowałam  tej  powtórnej,  pospiesznej  ucieczki?  Czy  w  świetle  poranka  nie  wydała  mi  się  niedorzeczna? 

Muszę  stwierdzić,  że  nie.  Byłam  przekonana,  że  Balquidder  chciał  wyrządzić  mi  krzywdę,  chociaż  miałam 
pewność,  że  Stephen  nie  brałby  w  tym  udziału.  Odczułam  ogromną  ulgę,  jakby  pękła  otaczająca  mnie  żelazna 
obręcz. 

Większość bohaterek moich powieści była, ma się rozumieć, wtrącana do lochów. Oczywiście, ratował je dzielny 

bohater. Opisywałam uczucia, jakich doznawały na widok męskiej Postaci, trzymającej migotliwą świecę w jednej 
ręce,  a  skrwawioną  szablę  w  drugiej,  nie  zastanawiając  się  nad  tym,  co  czuły,  dowiadując  się,  że  zostały 
uwolnione. Nie doceniałam poczucia wolności. To tak, jak ze zbyt ciasnymi bucikami. Kiedy ma się je na nogach, 
jakoś się to znosi. Ale kiedy się je wreszcie zdejmie, już się ich ponownie nie założy. 

Jechaliśmy  całą  noc i  następny  dzień  z  szybkością  dziesięciu  mil  na  godzinę,  równym  kłusem,  zatrzymując  się 

background image

 

15 

tylko po to, aby zmienić konie. Ta operacja nie trwała dłużej niż dwie minuty, ale zawsze dawano nam możliwość 
odejścia na stronę. Były też dwa dłuższe postoje, kiedy można było napić się kawy i coś zjeść. 

Następnego dnia dotarliśmy do Yorku. To było dziwne uczucie, zatrzymać się na chwilę w tak dobrze znanym 

mieście i zaraz stamtąd odjechać. Za Yorkiem minęliśmy skręt do Ainderby Hall, a ja czułam, jak serce podchodzi 
mi do gardła. 

Myślałam  o  Noelu  i  o  tym,  jak  żałośnie  wyglądał,  kiedy  go  widziałam  po  raz  ostatni.  Wyobrażałam  go  sobie 

siedzącego pod dębem korkowym na pełnej kurzu hiszpańskiej równinie i łzy napłynęły mi do oczu. 

Dyliżans  pocztowy  pojechał  dalej, a ja  otarłam  łzy.  Było  przenikliwie  zimno.  Dyliżans  był  nieszczelny  i mimo 

futrzanego okrycia, którego użyczył mi korpulentny dżentelmen, miałam zlodowaciałe stopy. Pani Stott jęczała, co 
irytowało jej męża. Odsunął się od niej i zaczął wyglądać przez okno. Nie było tam wiele do zobaczenia. Pogoda 
pogorszyła  się,  napływała  mgła  ze  wschodu.  Kilka  razy  dyliżans  musiał  stawać,  żeby  pocztylion  mógł  znaleźć 
drogę, ledwo widoczną w świetle dwóch lamp olejowych. 

Była dziewiąta wieczór, kiedy dotarliśmy do Grantham. Podczas całodziennej podróży w dyliżansie pękło koło, 

musieliśmy więc zatrzymać się na noc. Miałam dzielić sypialnię z nerwową panią Stott. Byłam tak zmarznięta, że 
potknęłam się przy wysiadaniu, a panią Stott trzeba było wnieść do zajazdu. Ledwie zdołałam przełknąć potrawkę 
z jagnięcia, a pani Stott siedziała, jęcząc z cicha. 

Służąca wskazała nam drogę do pokoju. Zapewniła nas, że ogrzała łóżka, „prasując” je specjalnym naczyniem z 

gorącymi węglami, i dała każdej z nas ogrzaną cegłę, owiniętą w grubą flanelę. Pomogłyśmy pani Stott wejść na 
schody. Pan Stott gdzieś zniknął. 

- Moja kochana pani Miller - powiedziała pani Stott. - Jestem tak zmarznięta, że ledwie mówię. Nie mam pojęcia, 

jak będę mogła zasnąć. 

Miałam  wciąż  lodowate  nogi.  Ubłagałam  służącą,  aby  przyniosła  miskę  gorącej  wody.  Włożyłyśmy  do  miski 

nasze zbielałe, pozbawione czucia stopy, masując je tak długo, dopóki się nie i zaróżowiły. Ubrania powiesiłyśmy 
przy kominku. Pani Stott I’ poprosiła o drugi kubełek węgla. 

- Nie mogę, proszę pani. 
Pani Stott dała służącej szylinga. A ja drugiego. 
- Zobaczę, co się da zrobić - powiedziała z uśmiechem dziewczyna, chowając pieniądze do kieszeni. 
Po dziesięciu minutach przyniosła cztery kawałki węgla i kilka małych drewienek. 
- I za to zapłaciłyśmy dwa szylingi - sarkała pani Stott po Wyjściu służącej. 
- To nam wystarczy na godzinę lub trochę dłużej - powiedziałam, starając się nie myśleć o wydatkach. 
Nie  mogłam  zasnąć,  zbolała  po  niewygodnej  podróży,  a  kiedy  Wreszcie  zapadłam  w  sen,  służąca  zaraz  mnie 

zbudziła, a przynajmniej tak mi się wydawało. Powiedziała, że dyliżans odjeżdża za czterdzieści minut i że zaczął 
padać  śnieg.  Wyjrzałam  przez  okno;  podwórko  zajazdu  było  już  białe.  Nie  padało  zbyt  obficie,  ale  niebo  było 
ołowiane. Daj Boże, żeby nam się nic złego w drodze nie przytrafiło. 

Było  jeszcze  ciemno,  kiedy  zeszłam  na  dół,  ale  jakby  trochę  cieplej.  Zastałam  naszych  towarzyszy  podróży  w 

saloniku. Obaj byli w złych humorach. Pogryzły ich pchły. Zmusiłam się do zjedzenia jajek na szynce. Dostaliśmy 
też świeżo upieczony chleb. Odłamałam kawał bochenka i schowałam do kieszeni, na później. Wzięłam też trochę 
sera. Zobaczyłam, że pani Stott robi to samo, i uśmiechnęłyśmy się do siebie konspiracyjnie. Podano gorącą kawę, 
która bardzo mnie rozgrzała. 

Powiedziano nam, że dotrzemy do Londynu wieczorem, chociaż przy tej pogodzie było to wątpliwe. Musiałabym 

wtedy zanocować w zajeździe. Z drugiej strony, nie chciałam znaleźć się w Londynie zbyt późno. Według planu 
mieliśmy tam być wczesnym popołudniem. Byłoby dość czasu, aby odnaleźć Tolley, zanim zrobi się ciemno. Nie 
miałam przecież możliwości zawiadomienia jej o swoim przyjeździe, więc nie mogła mnie oczekiwać. Będę mieć 
kłopot, pomyślałam i po raz pierwszy poczułam obawę. 

Wszystko zależało teraz od Tolley. Może powinnam była najpierw napisać do niej i poczekać na odpowiedź, ale 

na to było już za późno. 

Kiedy  wyjechaliśmy  z  miasteczka,  konie  ruszyły  kłusem.  Droga  obsadzona  była  żywopłotem  z  głogu  i  dzięki 

ś

nieżnej  pokrywie  lepiej  widoczna.  Pomyślałam  o  Angelinie  w  Alpach.  Wymyśliłam  nowy,  wspaniały  epizod  – 

moja  bohaterka,  otulona futrem  z  norek,  wraz  ze  swoim  ukochanym  jedzie  saniami  przy  świetle  księżyca.  Pędzą 
przez las, chrzęści śnieg, a zwieszające się z drzew sople lśnią jak diamenty. Jednak nie mogłam oprzeć się myśli, 
ż

e nos Angeliny byłby zaczerwieniony z zimna, a jej ukochany pociągałby nosem jak mój korpulentny towarzysz 

podróży. 

To był kolejny, długi dzień naszej podróży. Byliśmy poważnie opóźnieni. Pojawiła się znowu mgła i było już po 

ósmej, kiedy dotarliśmy do londyńskiego zajazdu „Bull and Mouth”. 

Był  to  duży,  hałaśliwy  zajazd,  którego  obsługa  wykazywała,  jakby  z  urzędu,  całkowity  brak  zainteresowania 

samotnie podróżującą kobietą. Wzięłam swoją walizkę i poszłam na postój dorożek. Pierwszy dorożkarz nie zrobił 
na  mnie  dobrego  wrażenia.  Wybrałam  drugiego,  który  miał  łagodny  wyraz  twarzy  i  dość  silnego  konia.  Po  tylu 
latach  spędzonych  w  Edynburgu  umiałam  się  targować,  ustaliłam  więc  z  nim  rozsądną  cenę  szylinga  i  sześciu 
pensów i podałam adres. 

background image

 

16 

Było już późno. Tolley już pewnie poszła spać, jak większość ludzi po zapadnięciu zmroku. W Tranters Court i 

Ainderby  Hall  było  inaczej.  Właścicieli  stać  było  na  to,  aby  paliły  się  świece,  a  w  kominkach  płonął  ogień.  W 
Edynburgu, kiedy Stephena nie było w domu, ja też wcześnie chodziłam spać, aby oszczędzić na świecach. Tolley 
też zapewne tak postępowała. 

Tolley  mieszkała  w  Somers  Town, na  Ossulston  Street.  Dużo  tam  teraz  budowano  i  drogi  były  w  bardzo  złym 

stanie.  Na  północ  od  Woburn  Place  był  jeden  wielki  plac  budowy.  Nie  było  tu  już  lamp  gazowych.  Koń  szedł 
ostrożnie,  potykając  się  czasem.  W  końcu  wjechaliśmy  znowu  na  teren  zabudowany  i  znaleźliśmy  się  na  Euston 
Square. Domy stały tylko po dwóch stronach placu, na szczęście oświetlonego. 

Wreszcie  dorożka  zatrzymała  się.  Wysiadłam  przed  nieoświetlonym  domem,  ale  niczego  innego  się  nie 

spodziewałam. Zdziwił mnie jednak fakt, że okno na parterze było zabite deskami. 

- Chyba pani przyjaciółka wyjechała - powiedział dorożkarz. 
Na pewno uważał, że stukam zbyt słabo, ponieważ sam podszedł do drzwi i zaczął łomotać kołatką. 
Ktoś w domu obok otworzył okno na piętrze, wychylił głowę i obrzucił mnie stekiem wyzwisk. Na Cant’s Close 

słyszałam gorsze przekleństwa. 

- Szukam panny Tolley - powiedziałam. 
- Wyjechała. Nie wiem dokąd - powiedział, zatrzaskując okno. 
Stałam  przez  chwilę  jak  sparaliżowana.  To  niemożliwe,  pomyślałam.  Przecież  dostałam  od  niej  list  kilka 

miesięcy wcześniej. 

- Przepraszam panią - usłyszałam głos dorożkarza. - Dokąd teraz jedziemy? Nie ma co stać na takim zimnie. 
Co miałam robić? Spytać go o jakiś przyzwoity pensjonat? Wracać do „Buli nad Mouth”? 
- Proszę pani, ja chcę już jechać do domu. A pani chyba nie chce tu zostać? 
- Nie. 
Wstrząsnęłam  się  z  zimna  i  wsiadłam  z  powrotem  do  dorożki.  Zawróciliśmy  do  Londynu.  Następny  szyling  i 

sześć pensów, pomyślałam. I około pięciu szylingów za przyzwoity nocleg. 

Przypomniałam sobie, że Beresfordowie mieli dom w Londynie, w Adelphi, na John Street. Wiedziałam, że o tej 

porze roku będzie zamknięty, ale na pewno ktoś się nim opiekuje. Beresfordowie nie mieli zwyczaju zmieniania 
służących. Może tam będzie ktoś, kto  mnie jeszcze pamięta, a przynajmniej zna  moje panieńskie nazwisko? Ten 
dom był teraz moją jedyną nadzieją. Zastukałam w sufit. Dorożka zatrzymała się; otworzyłam okno. 

- Do Adelphi, proszę. John Street. Nie pamiętam numeru, ale myślę, że poznam dom. 
Pamiętałam kołatkę w kształcie delfina, która ogromnie mi się podobała. Wiedziałam też, że dom znajdował się 

blisko  rzeki.  Byłam  w  nim  tylko  raz,  jeszcze  jako  dziecko,  ale  mieszkałyśmy  tam  z  mamą  kilka  dni,  a  ja  mam 
dobrą pamięć do miejsc. 

Adelphi  to  był  nowoczesny  kwartał  ulic  w  niezbyt  eleganckiej  dzielnicy,  tuż  za  Strandem,  przy  Tamizie  i 

Nabrzeżu Adelphi. Nie wiem, dlaczego mój ojciec chrzestny wybrał tę lokalizację, zamiast kupić dom na modnym 
West Endzie, mogę tylko przypuszczać, że niezbyt lubił miasto i chciał chociaż móc patrzeć na rzekę. 

Jechaliśmy bardzo długo. Znad rzeki podniosła się mgła i padał coraz gęściejszy śnieg. Drżałam z zimna, strachu 

i wyczerpania. Byłam sama w obcym  mieście i nie chciałam nawet myśleć o tym, co zrobię, jeśli na John Street 
nikogo nie będzie. Czułam, że jestem u kresu sił, nie mogłam nawet zebrać myśli. 

Koń szedł powoli. W gęstej, unoszącej się znad Tamizy mgle majaczyły maszty statków. Na szczęście pamięć mi 

dopisała.  Poleciłam  dorożkarzowi,  aby  jechał  w  stronę  rzeki,  i  zobaczyłam  dom  z  kołatką  w  kształcie  delfina. 
Dzięki Bogu, dom był zamieszkany. W suterenie migotała świeca. 

- Zaczekacie na mnie, prawda? - spytałam dorożkarza. 
Skinął  głową.  To  było  głupie  pytanie.  Przecież  musiał  czekać  Da  zapłatę  i  niewątpliwie  oczekiwał  dużego 

napiwku. Wysiadać z dorożki, potknęłam się tak niefortunnie, że upadłam. Pobrudziłam płaszcz i rękawiczki. 

Zastukałam do drzwi. 
Usłyszałam kroki. Dźwięk odsuwanej zasuwy. 
Pokojówka w białym czepeczku obrzuciła mnie podejrzliwym spojrzeniem. 
- Słucham panią? 
Stała za uchylonymi drzwiami. Widziałam, jak patrzy na dorożkę. 
-  Jestem  panną...  Daniels  -  wyjąkałam.  -  Panną  Emilią  Daniels  z  Tranters  Court.  Chrzestną  córką  pana 

Beresforda. Chyba mnie pamiętasz? 

Wydawało mi się, że ją poznaję. Była kiedyś podkuchenną w Ainderby Hall. 
- Panna Daniels? 
Patrzyła na mój znoszony, brudny płaszcz i nie otwierała szerzej drzwi. 
- Na litość boską, wpuść mnie! - zawołałam, ledwie hamując łzy. - Czy pan Beresford jest w domu? - spytałam, 

wiedząc, że George nie odmówiłby mi schronienia. 

- Pan George Beresford umarł sześć miesięcy temu. 
- Umarł? 
Starałam się zrozumieć sens tej informacji. George nie żyje? Jak to możliwe? Zaczęły mną wstrząsać dreszcze. 

background image

 

17 

- Zrzucił go koń. Jego żona jest w Yorkshire. Tutaj jest tylko pułkownik, a on nie przyjmuje gości. 
- Pułkownik - powtórzyłam zdumiona. - Jaki pułkownik? 
-  Pułkownik  Beresford.  Nie  będzie  zadowolony,  jeśli  o  tej  porze  zakłócę  mu  spokój  -  powiedziała  i  zaczęła 

zamykać drzwi. 

Pchnęłam je i wdarłam się do środka. Kręciło mi się w głowie. 
Dorożkarz wszedł na schodki z moją walizką w ręku. 
- Trzy szylingi, proszę pani. 
- Tak, zaraz. 
Chciałam otworzyć portmonetkę, ale miałam zmarznięte palce i nie mogłam sobie z tym poradzić. Upuściłam ją, 

a monety rozsypały się po podłodze. Zaczęłam płakać. 

Za moimi plecami ktoś otworzył drzwi i usłyszałam powolne kroki. 
- Dobry Boże, Emilio! - rozległ się jakiś głos. 
Obróciłam się. Zobaczyłam wysoką, szczupłą postać, opierającą się na lasce. Włosy mężczyzny były przetykane 

siwizną,  twarz  pobrużdżona.  Czy  to  mógł  być  Noel?  Trudno  mi  było  go  poznać.  Chciałam  coś  powiedzieć,  ale 
poczułam tylko, jak krew odpływa mi z twarzy. Upadłam. U jego stóp. 

 
Spałam  do  późnego  popołudnia.  Nie  pamiętałam,  jak  znalazłam  się  w  łóżku,  nie  wiedziałam,  kto  opłacił 

dorożkarza. Kiedy się obudziłam, zobaczyłam, że jestem w ładnym pokoju, obitym chińską tapetą w kwiaty. Stały 
tam śliczne bambusowe krzesełka. Ogień płonął na kominku. Po raz pierwszy od wielu dni, a nawet tygodni, było 
mi  ciepło.  A  od lat  nie  mieszkałam  w  takim  pokoju. Chciałam  ponownie  zasnąć,  nie  mając  odwagi  stawić czoła 
rzeczywistości. Śmierć George’a dotknęła mnie boleśnie, ale moje myśli zaprzątał Noel. Nie mogłam uwierzyć, że 
ten złotowłosy, niebieskooki bohater mojej młodości jest teraz schorowanym, przybitym troskami człowiekiem. 

Czy Noel będzie chciał odesłać mnie do męża? Jakich argumentów mam użyć, żeby tego nie zrobił? Czy on mi 

uwierzy?  Nadal  trudno  mi  było  zebrać  myśli.  Po  tych  wszystkich  Przejściach  nie  mogłam  się  skoncentrować, 
chociaż w obecnej sytuacji było to konieczne. 

Rozległo się lekkie stukanie do drzwi i weszła młoda, hoża pokojówka. 
- Pani Good pyta, czy panienka nie chciałaby czegoś zjeść. 
- Która godzina? - spytałam. 
- Już po czwartej, panienko. Spała pani czternaście godzin. 
- Dobry Boże. Powiedz pani Good, że chętnie napiję się kawy i zjem tosta. 
Pokojówka dygnęła i wyszła. 
Już  sobie  przypomniałam,  kim  była  pani  Good.  Kiedy  widziałam  ją  ostatni  raz,  była  zwykłą  Trypheną  Good, 

podkuchenną. Teraz jest pewnie kucharką, a może nawet zarządza całym domem, mając nowy tytuł „pani”. Muszę 
po-stępować  z  nią  ostrożnie.  Jestem  pewna,  że  gdyby  mogła,  to  poprzedniego  wieczoru  nie  wpuściłaby  mnie  do 
domu. 

Tacę przyniosła mi pani Good we własnej osobie. Zdążyłam już umyć twarz, uczesać się i włożyć szlafrok. Od 

razu poczułam się lepiej. 

- Przykro mi, że sprawiłam tyle kłopotu - powiedziałam. 
Tryphena pociągnęła tylko nosem i niepotrzebnie dołożyła węgli do kominka. 
- Kolację podajemy o siódmej, panienko - obwieściła. - Pułkownik jest w salonie. Jeśli panienka czegoś będzie 

potrzebować, to proszę zadzwonić na Hannah. 

- Dziękuję - powiedziałam potulnie. 
Najwyraźniej pani Good postanowiła ignorować fakt, że jestem mężatką. 
Tryphena  ponownie  pociągnęła  nosem  i  wyszła  z  pokoju.  Noel  niewątpliwie  poinformował  ją,  że  jestem  jego 

gościem, ale gospodyni nie kryła niezadowolenia. Nie mogłam mieć o to pretensji. Prawdopodobnie odczuła mój 
lekceważący stosunek do niej, kiedy była zwykłą Trypheną, podkuchenną. Przypuszczam, że zasłużyłam sobie na 
jej dezaprobatę. 

Kawa i tost przywróciły mnie do życia. Przyniesiono mi również miskę owoców, jabłek, gruszek i pomarańczy. 

Zjadłam pomarańczę, co bardzo mnie odświeżyło. Czułam, że rozjaśnia mi się w głowie. 

Przede  wszystkim  musiałam  zastanowić  się  nad  tym,  ile  mogę  powiedzieć  Noelowi.  Postanowiłam  zdać  się  na 

intuicję.  Gdyby  upierał  się  przy  tym,  aby  odesłać  mnie  do  Stephena,  nie  będę  protestować.  Dowiem  się,  gdzie 
podziewa się Tolley. Zaniosę swój manuskrypt do pana Robinsona, z który zdążyłam już nawiązać pewien rodzaj 
korespondencyjnej przyjaźni. Dobrze zarabiał na Danielu Millerze. Może pomógłby mi znaleźć jakieś odpowiednie 
mieszkanie, gdybym nie odnalazła Tolley. Dla niego byłam tylko panną Daniels, więc nie będzie mnie potępiał za 
ucieczkę od męża. 

Wyjrzałam przez okno. Było już ciemno i mglisto - typowo londyńska ciemnobrunatna mgła. Padał śnieg. W tych 

warunkach  podróż  byłaby  bardzo  trudna.  Nie  powinnam  więc  obawiać  się  pościgu,  a  co  ważniejsze,  poczta 
również nie będzie sprawnie funkcjonować. Gdyby Noel chciał napisać do mojego ojca lub Stephena, list mógłby 
wcale nie dojść. 

background image

 

18 

Zaczęłam się zastanawiać, co mam na siebie włożyć. Miałam ze sobą tylko dwie sukienki. Hannah zabrała jedną 

do prania, a druga, z brązowej wełny, została przez nią świeżo wyprasowana. Nie oglądałam w niej dobrze, więc 
włożyłam biały kołnierzyk i białe mankieciki, aby trochę ją rozjaśnić. Nadal miałam podkrążone oczy, ale to był 
wynik długich lat życia w niepewności, a nie kwitowego zmęczenia. Nie miałam  żadnej biżuterii poza obrączką. 
Już dawno Stephen zaniósł wszystko do lombardu. 

Byłam  jednak  wypoczęta,  schludnie  ubrana  i  znajdowałam  się  w  bezpiecznym  miejscu.  Zeszłam  do  salonu  z 

nowo nabytą pewnością siebie. 

Noel  wstał  na  mój  widok,  opierając  się  ciężko  na  mahoniowej  lasce  ze  srebrną rączką.  Przykuśtykał  do  mnie i 

pocałował mnie w policzek. Miał chłodne wargi. Kiedy byłam dzieckiem, zawsze rzucałam mu się na szyję. Teraz 
nie ośmieliłam się tego zrobić. Byłam dorosła i musiałam stosować się do obowiązujących zasad. 

Zaproponował  mi  coś  do  picia.  Usiedliśmy  po  obu  stronach  kominka,  on  z  kieliszkiem  sherry,  ja  ze  szklanką 

lemoniady.  Przeprosiłam  go  za  mój  nagły  przyjazd.  Złożyłam  wyrazy  ubolewania  z  powodu  śmierci  jego  brata. 
Jeśli nawet Noel zauważył, że głos mi drży, nie dał tego po sobie poznać. W milczeniu patrzył w ogień. Rzucałam 
mu ukradkowe spojrzenia i chciało mi się płakać. Pamiętałam go sprzed dwunastu, czternastu lat, zanim pojawiła 
się Aline i rozpoczęły kłopoty. Wtedy Noel był bardzo wesoły, często się śmiał, chętnie grał na pianinie i zabawiał 
rodziców piosenkami z lat ich młodości. 

Gdzie się to wszystko podziało? 
Noel  miał  teraz  trzydzieści  siedem  lat,  ale  wyglądał  o  dziesięć  lat  starzej.  Był  pochylony,  przedwcześnie 

postarzały  i  sprawiał  wrażenie  nieszczęśliwego.  Może  przesadzam,  pomyślałam.  Noel  zawsze  posądzał  mnie  o 
przesadę. „Jesteś w euforii albo w rozpaczy”, żartował ze mnie. 

Teraz  wydawało  mi  się,  że  podczas  gdy  ja  nauczyłam  się  powściągliwości,  Noe!  poznał  cierpienie.  Serce  mi 

krwawiło  na  jego  widok.  Kiedy  miałam  trzynaście  lat,  zawsze  potrafiłam  go  pocieszyć.  Byłam  jedyną  osobą,  z 
którą  rozmawiał  po  śmierci  swojego  starego  spaniela.  Naturalnie,  nigdy  nie  rozmawialiśmy  o  Aline.  To  była 
prywatna sprawa Noela. 

Spojrzał  na  mnie  w  momencie,  kiedy  intensywnie  mu  się  przypatrywałam.  Zaczerwieniłam  się  i  odwróciłam 

głowę. 

- A więc, Emilio? W jakie kłopoty wpakowałaś się tym razem? - spytał, uśmiechając się z widocznym wysiłkiem. 
- To długie opowiadanie i nie jestem pewna, czy potrafię dobrze wszystko odtworzyć. 
- Na ile cię znam, to na pewno będzie „opowiadanie” - zauważył ze śmiechem. 
- Nie przejechałam stu mil w lodowatym zimnie po to, aby opowiadać ci wymyślone historie - powiedziałam. 
-  Może  nie  wymyślone,  ale  upiększone.  Przykro  mi,  Emilio.  Mam  dość  własnych  zmartwień.  Wysłucham  cię, 

możesz  też  tu  zostać,  dopóki  nie  dojdziesz  do  siebie,  chociaż  sytuacja  jest  dość  niezręczna,  kiedy  jedyną 
przyzwoitką jest pani Good. Ale prawie należysz do naszej rodziny, poza tym jesteś mężatką, więc musimy się z 
tym  pogodzić.  Za  jakiś  tydzień  będziesz  jednak  musiała  wrócić  do  męża,  nawet  gdybym  sam  musiał  cię  tam 
zawieźć. Czy dość jasno się wyrażam? 

- Wystarczająco jasno - powiedziałam, z trudem przełykając ślinę. 
- A więc? 
Wiedziałam już, że czekają mnie kłopoty. 

Było oczywiste, że nie mogłam powiedzieć Noelowi całej prawdy - że Archibald Balquidder chętnie pozbawiłby 

mnie życia. Mógłby jednak uwierzyć w to, że Stephen przetrwonił wszystkie moje pieniądze i że zrobi to samo z 
moim  spadkiem,  kiedy  tylko  skończę  dwadzieścia  pięć  lat  i  znajdzie  się  on  pod  jego  kontrolą.  Gdybym 
przedstawiła swoją ucieczkę jako wynik kłótni małżeńskiej i niepokoju o zabezpieczenie finansowe na przyszłość, 
wysłuchałby mnie. Mógłby mi nawet służyć pomocą. 

-  Nie  wiem  nawet,  jak  zacząć.  Jest  to  bolesna  i  upokarzająca  historia.  Nie  musisz  mi  przypominać,  że  mam 

skłonność do fantazjowania. Sama dobrze o tym wiem. 

- Przykro mi. Nie chciałem być dla ciebie niemiły, Emilio, po prostu zaskoczył mnie twój nagły przyjazd. Twój 

mąż musi odchodzić od zmysłów ze zmartwienia. 

Nie skomentowałam tego stwierdzenia. 
- Dobrze wiesz, jaka byłam,  Noel. Żyłam w świecie, który sama tworzyłam. Wydawało mi się, że Stephen jest 

taki  sam  jak  bohaterowie  tych  wszystkich  książek,  które  czytywałam,  i  byłam  szczęśliwa,  że  jego  wybór  padł 
właśnie na mnie. 

Przerwałam, ponieważ trudno mi się było przyznać do tego, ze moje małżeństwo okazało się katastrofą, jednak 

zmusiłam się do dalszych wyznań. 

-  Wiem,  że  nie  jestem  piękna,  ale  uwierzyłam,  że  on  mnie  naprawdę  kocha.  Oczywiście,  chodziło  mu  tylko  o 

pieniądze. 

Przerwałam  znowu  i  spojrzałam  na  Noela.  Nie  zauważyłam  na  jego  twarzy  wyrazu  „a  nie  mówiłem”. 

Uspokojona, ciągnęłam dalej. 

- Jeśli uważasz, że ja byłam specjalistką od fantastycznych historii, to wiedz, że są niczym w porównaniu z tym, 

background image

 

19 

co Stephen potrafił wymyślić na temat swoich perspektyw, bogatej rodziny, pięknego domu... 

Z trudnością udało mi się przełknąć ślinę. 
-  Mieszkamy  w  dwóch  pokojach  na  Cant’s  Close,  w  brudnym  zaułku  na  Starym  Mieście,  gdzie  rynsztokiem 

płyną  nieczystości.  Stephen  nie  ma  żadnych  widoków  na  przyszłość.  Jedyne,  co  posiada,  to  zdolność  do 
fantazjowania. Utrzymuje się jakoś na powierzchni, prowadząc różne wątpliwe interesy. Nie chciałam zbyt wiele o 
nich wiedzieć. 

- Moja droga Emilio, tak mi przykro. Zawsze podejrzewałem, że on jest łajdakiem. 
Noel wsunął sobie poduszkę pod plecy i wygodniej ułożył chorą nogę. 
- Nauczyłam się wielu rzeczy, Noel. Umiem sprzątać, operować ubrania i odnawiać meble. Utrzymuję się też z 

pisania.  Pan  Irvine,  wydawca  z  Edynburga,  płaci  mi  trzy  gwinee  każdą  umoralniającą  historyjkę  dla  szkółki 
niedzielnej. 

Zauważyłam, że Noel uniósł brwi. 
-  Co  za  ironia  losu!  Wymyślam  historyjki  o  niegrzecznych  dzieciach,  które  dopuszczają  się  tak  potwornych 

zbrodni  jak  zabawa  w  klasy  w  niedzielę,  a  ja  zbawiam  je  od  piekielnego  ognia  za  pomocą  mojej,  tak  bardzo 
wyszydzanej, wyobraźni. 

- Nie bądź tak rozgoryczona, Emilio - powiedział Noel, patrząc mi w oczy. - Uważam, że bardzo dzielnie dawałaś 

sobie radę. Wykazałaś się też dużą pomysłowością! 

- Staram się nie być rozgoryczona. Wiem, że moja ucieczka z domu była bezmyślnym, egoistycznym czynem, ale 

nie chciałam nikomu zrobić krzywdy. Chyba już za to wystarczająco zapłaciłam? Przez ostatnie sześć lat, od czasu, 
kiedy poznałam pana Irvine’a, praktycznie utrzymywałam nas oboje. 

- A teraz? 
-  Za  kilka  tygodni  kończę  dwadzieścia  pięć  lat.  Ojciec  w  ogóle  do  mnie  nie  pisze.  Nie  wiem,  czy  będę  miała 

jakieś własne zabezpieczenie finansowe, na czym mi niesłychanie zależy. Wystarczy mi choćby skromny dochód. 
Jestem  już  tak  zmęczona,  Noel.  Zmęczona  naprawianiem  wszystkiego  i  wiązaniem  końca  z  końcem.  Nie  mogę 
przestać pisać. Nie mogę zachorować ani odpocząć choćby na chwilę. Muszę pisać, żeby płacić rachunki. 

Przyjechałam do Londynu, ponieważ chcę się spotkać z prawnikami ojca i postarać się uzyskać trochę informacji, 

prosić  o  jakąś  ugodę.  Nie  chodzi  mi  o  to,  że  muszę  utrzymywać  Stephena,  ale  jestem  przerażona  faktem,  że  to 
ż

ycie z dnia na dzień nigdy się nie skończy, że zawsze będzie tak samo jak przez ostatnich osiem lat i... 

Nie mogłam mówić dalej. Nie potrafiłam powstrzymać się od płaczu. Zapanowała cisza. Słyszałam tylko trzask 

drewna na kominku i syreny barek na rzece. Wyjęłam chusteczkę, starając się stłumić łkanie. 

Nie  zdawałam  sobie  w  pełni  sprawy  ze  swoich  uczuć,  dopóki  tego  nie  wypowiedziałam.  Dopiero  teraz 

zrozumiałam,  że  nawet  bez  Balquiddera  moje  życie  było  tak  ponure,  jak  wyrok  dożywotniego  więzienia.  Bez 
względu na to, co powie Noel, nie wrócę do Stephena. 

- Ta ucieczka sprawiła twojemu ojcu dużo cierpienia. 
Cierpienia? Trudno mi było w to uwierzyć. 
- Ale minęło już osiem lat. Czy teraz nie mógłby mi przebaczyć? 
- Czy go o to pytałaś? Nie miał od ciebie żadnych wiadomości. 
- Wstydziłam się. Nie chciałam, aby się dowiedział, jak jest mi ciężko. 
- Moja matka odczytywała fragmenty twoich listów. Zabawne ciekawostki o twoim życiu w Edynburgu. To były 

kłamstwa, Emilio. 

Noel mówił łagodnym tonem, ale zabolało mnie to, że tyle straciłam w jego oczach. 
- Nawet dziecko nie dałoby się na to nabrać. Jak twój ojciec musiał się czuć, kiedy prosiłaś o przebaczenie moją 

matkę, a nie jego? 

Pani Beresford mnie kochała, pomyślałam. Na tym polegała cała różnica. 
-  Posłuchaj  -  ciągnął  Noel.  -  Ja  też  wiem,  jaką  szkodę  może  wyrządzić  kłamstwo.  Po  śmierci  George’a 

dowiedziałem się, że hipoteka majątku jest bardzo obciążona. W jakiś przedziwny sposób, w trzy lata po śmierci 
ojca, George doprowadził Ainderby do takiego upadku. Został namówiony, Bóg jeden wie jaką metodą, do kupna 
plantacji  w  Demerara,  która,  oczywiście,  pochłania  masę  pieniędzy.  Ktoś  poddał  mu  pomysł  na  szybkie 
wzbogacenie się, a on nigdy mi o tym nie wspomniał, chociaż dobrze wiedział, że po nim dziedziczę. 

W Demerara! Natychmiast pomyślałam o Balquidderze. On też miał plantację w Demerara. 
- Dlaczego George chciał się szybko wzbogacić? Ainderby to dobry majątek. Wiem, że przynosił zysk czterech 

tysięcy funtów rocznie. 

Noel skrzywił się z bólu i ponownie zmienił pozycję swojej chorej nogi. 
- Chciał spełniać zachcianki swojej żony - powiedział, usiłując się uśmiechnąć. - Aline jest tego warta. 
Więc nadal jest księżniczką z bajki, pomyślałam. Nie odezwałam się. 
- Zawsze byłaś do niej uprzedzona, Emilio. 
- Byłam zazdrosna. Ona była piękna, a ja nie. 
Nie mogłam wyznać, że uważałam ją za egoistkę i intrygantkę. 
-  Zmieniłaś  się  -  powiedział  Noel  po  chwili.  -  W  końcu  minęło  już  osiem  lat.  Byłaś  małą,  zadufaną  w  sobie 

background image

 

20 

dziewczynką.  I  do  tego  bardzo  arogancką!  -  dodał,  patrząc  na  mnie  uważnie.  -  Poprawiłaś  się  -  stwierdził  z 
uśmiechem. - Jesteś nadal zbyt chuda i masz podkrążone oczy, ale powiększyła ci się twarz... 

- Masz na myśli mój nos - przerwałam mu. 
- Zawsze miałaś kompleksy związane z nosem - roześmiał się Noel. - Mnie się on podoba. 
Nie  byłam  przyzwyczajona  do  komplementów  i  nie  wiedziałam,  jak  na  nie  reagować.  Zarumieniłam  się  z 

zażenowania. W ostatniej chwili powstrzymałam chęć podniesienia dłoni i zakrycia tego nieszczęsnego nosa. 

Rozległ się dźwięk gongu i Noel sięgnął po swoją laskę. Patrzył z lekkim rozbawieniem na moje zaczerwienione 

policzki. 

- Chodźmy coś zjeść - powiedział tylko. - Na pewno jesteś już głodna. 
Przy  stole  nie  mówiliśmy  więcej  o  moim  powrocie  do  Edynburga  ani  o  kłopotach  Noela.  On  nie  potrafiłby 

rozmawiać przy służbie tak, jakby jej nie było. Spytałam go więc o jego syna, Richarda. 

- Jest na górze. Zobaczysz się z nim rano. 
- Jest tutaj! 
- Tak, ale klimat Londynu mu nie służy. Jest chory i nie opuszcza domu. 
- Biedny chłopiec. 
Był niemowlęciem, kiedy go widziałam ostatni raz. Pamiętam tylko, jak płakał podczas chrztu. 
- Czy lubi się uczyć? - spytałam. - Wydaje mi się, że większość delikatnych dzieci interesuje się nauką. 
- Nie. Nie cierpi czytać. Jest też opóźniony w nauce. 
- Gdzie był podczas twojego pobytu w Hiszpanii? 
-  W  Ainderby,  z  George’em  i  Aline.  Ona  ma  nadzieję,  że  niedługo  uda  się  jej  wrócić  do  Francji.  Jej  rodzice 

odzyskali  część  swojego  majątku,  więc  ma  tam  dom.  Od  śmierci  mojej  żony  to  właśnie  Aline  opiekowała  się 
Richardem. 

Kiedy  Noel  wymawiał  imię  Aline,  głos  mu  łagodniał.  Przed  laty,  kiedy  zakochałam  się  w  Stephenie,  nie 

potrafiłam  powiedzieć  „pan  Kirkwall” bez  tej  szczególnej,  wiele  mówiącej tonacji.  Od tego  czasu  nauczyłam  się 
rozpoznawać  tę  modulację  głosu.  Jeanie  z  Cant’s  Close  wymawiała  imię  Lachiego,  chłopca  od  rzeźnika,  takim 
samym tonem. Noel nigdy by mi się do tego nie przyznał, ale nadal był zakochany w Aline. Nie miałam co do tego 
ż

adnych wątpliwości. Biedny chłopiec, pomyślałam o Richardzie. Aline zupełnie nie nadawała się na matkę. 

-  Chciałabym  zobaczyć  się  z  twoim  synem  -  powiedziałam.  -  Może  mogłabym  pomóc  mu  w  nauce  czytania, 

dopóki tutaj jestem. Przynajmniej po trosze odwdzięczyłabym się za gościnność, jakiej mi udzieliłeś. 

- Jak chcesz - powiedział Noel, wzruszając ramionami. - Muszę cię ostrzec, że on jest cofnięty w rozwoju. 
Chyba zorientował się, że taka wypowiedź nie brzmi dobrze w ustach ojca, ponieważ uzupełnił ją po chwili. 
- Niestety, uważam go za trudne dziecko. Próbowałem, ale... 
Kiedy  znalazłam  się  wieczorem  w  swojej  sypialni,  miałam  dużo  materiału  do  rozmyślań.  Było  oczywiste,  że 

dom, do którego przyjechałam, nie był domem szczęśliwym. Noel nie potrafił porozumieć się ze swoim jedynym 
dzieckiem.  Był  w  żałobie  po  śmierci  brata,  jego  majątek  miał  obciążoną  hipotekę,  musiał  utrzymywać  swoją 
rozrzutną bratową, którą kochał i której nigdy nie będzie mógł poślubić. Kościół na to nie pozwalał. Będzie musiał 
sprzedać  plantację  w  Demerara  albo  zacząć  czerpać z  niej  zyski.  Miałam  nadzieję,  że  dojdzie  do  sprzedaży.  Nie 
chciałam, aby Noel zbijał pieniądze na ludzkim nieszczęściu. 

Widziałam, że chora noga sprawia mu ból. Czy można by coś na to poradzić? Czy to była rana, którą odniósł na 

wojnie? Nic na ten temat nie mówił, ja też nie pytałam. Gdybym była w lepszych stosunkach z Trypheną Good, 
mogłabym spytać ją, ale w obecnej sytuacji niczego bym się od niej nie dowiedziała. 

Kiedy rozmyślałam o kłopotach Noela, spojrzałam na moje własne troski z innej perspektywy. Noel miał rację: 

nie napisałam prawdy w liście do ojca, ale też nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłabym sprawić mu ból. To 
wydawało się tak mało prawdopodobne. Może powinnam do niego napisać, wiedziałam jednak, że nie będę mogła 
się  na  to  zdobyć.  List,  który  otrzymałam  od  niego  po  swoim  ślubie,  wyrażał  tak  bezwzględne  potępienie  moich 
czynów,  że  nawet  teraz  nie  mogłam  o  nim  myśleć  spokojnie.  Nie  chciałam  ryzykować,  że  otrzymam  drugi  list 
pisany w tym samym duchu. 

Potem  zaczęłam  myśleć  o  Stephenie.  Gdyby  nie  Balquidder,  moglibyśmy  prawdopodobnie  osiągnąć 

porozumienie.  Po  otrzymaniu  przeze  mnie  należnej  mi  części  spadku  moglibyśmy  zawrzeć  dyskretny  układ  o 
separacji. Wiele małżeństw tak robiło. Mój spadek dałby Stephenowi niezły dochód, a ja przeprowadziłabym się do 
jakiegoś kurortu - naturalnie, w celu podreperowania zdrowia. 

Nie  mogłam  jednak  zbagatelizować  Balquiddera.  Nie  wiedziałam  też,  czy  powinnam  o  nim  wspominać.  Noel 

okazał  się  bardziej  wyrozumiały,  niż  się  spodziewałam.  Czy  równie  dobrze  zniósłby  informację  o  kłopotach 
związanych z Balquidderem? Nigdy by w to nie uwierzył. 

Nie wspomniałam mu również o moim londyńskim wydawcy, co nie znaczy, że wstydziłam się swoich gotyckich 

romansów.  Po  prostu  wolałam  nie  mówić  Noelowi,  że  mogę  zarobić  na  swoje  utrzymanie,  szczególnie  że 
wszystkie zarobione przeze mnie pieniądze należały, według prawa, do „jego męża. Gdyby Noel wezwał Stephena, 
aby  mnie  stąd  brał,  to  mogłabym  znowu  uciec,  nie  lękając  się,  że  Stephen  Przejmie  pieniądze  należne  mi  od 
wydawcy. 

background image

 

21 

Najbardziej  obawiałam  się  tego,  że  zamiast  Stephena  do  Londynu  przyjedzie  Balquidder.  Na  tę  myśl  ogarniała 

mnie panika. Byłam pewna, że Stephen powie Balquidderowi o mojej ucieczce, a on mógłby przekonać Stephena, 
ż

e  sam  mnie  odnajdzie  i  przywiezie  do  Edynburga.  W  Londynie  byłoby  mu  łatwo  pozbyć  się  mnie.  Mógłby  też 

wynająć  prywatny  powóz  i  zaaranżować  „wypadek”  gdzieś  pomiędzy  Londynem  a  Edynburgiem  -  miałby  do 
dyspozycji całe czterysta mil drogi. 

Zapadłam w niespokojny sen. 
Poranek  był  szary  i  chłodny.  O  dziewiątej  pokojówka  przyniosła  mi  gorącą  czekoladę,  pyszną  bułkę,  masło  i 

owoce. Rozpaliła też ogień w kominku. Co za luksus. 

Usiadłam na łóżku i wzięłam od niej tacę. 
- Jak masz na imię? 
- Hannah, panno Emilio. Pani mnie nie pamięta, ale ja wychowałam się w Ainderby. Mój tatuś jest tam drugim 

ogrodnikiem. Zawsze za nim biegałam po ogrodzie, kiedy byłam mała. 

Przypomniałam sobie jasnooką małą dziewczynkę w brązowym fartuszku. Zazdrościłam jej, że mogła pomagać 

swojemu ojcu. Uśmiechnęłam się do niej, a ona odwzajemniła mój uśmiech. Pamiętam, że ją lubiłam. 

-  Oczywiście,  że  cię  pamiętam.  Zrywałaś  truskawki,  kiedy  wydawało  ci  się,  że  nikt  tego  nie  widzi.  Ja  też  to 

robiłam. Ten występek nas łączy. 

- Ale pani nigdy na mnie nie naskarżyła, panienko. 
- Ani ty na mnie. Hannah, czy ktoś mógłby zanieść mój list na Patemoster Row? 
Chciałam jak najszybciej zobaczyć się z panem Robinsonem, a do Hannah mogłam mieć zaufanie. 
- Abel, panienko. Pucybut. 
- Później go wezwę. Jaki dzień dzisiaj mamy? 
- Piątek, panno Emilio. Wigilia Bożego Narodzenia. 
- Dobry Boże, zupełnie o tym zapomniałam. 
Będę musiała kupić prezent dla Richarda, pomyślałam. 
- Nie świętujemy tutaj, nie ma nawet dekoracji - powiedziała ze smutkiem Hannah, szykując się do wyjścia. - Tak 

jest od czasu, jak umarł pan George, a pułkownik jest chory. Wszyscy bardzo martwimy się o pułkownika. 

- Ja też - powiedziałam. - Ledwie go poznałam, tak się zmienił. Poza tym jest bardzo smutny. 
Po wyjściu Hannah dokończyłam śniadanie. W rogu pokoju stało biureczko, wyposażone w papier listowy, gęsie 

pióra  i  atrament.  Usiadłam  przy  nim  i  napisałam  panu  Robinsonowi,  że  jestem  w  Londynie,  że  mam  ze  sobą 
manuskrypt  nowej  książki.  Władczyni  Sokolego  Gniazda,  który  chętnie  mu  dostarczę.  Czy  mógłby  się  ze  mną 
spotkać przed południem? 

Szukanie prezentu dla Richarda byłoby dobrą wymówką, gdyby Noel chciał zainteresować się, dokąd idę. Abel 

przyprowadzi  mi  dorożkę  i  najpierw  udam  się  na  poszukiwania Tolley,  a  potem  pojadę  na  Patemoster  Row.  Pan 
Robinson  może  mieć  jakąś  odpowiednią  książkę  dla  ośmioletniego  chłopca.  Może  dziecinną  wersję  Podróż
Guliwera

 Jeśli będzie mu trudno czytać samemu, ja mogę mu poczytać. 

Kiedy zeszłam na dół, aby dać Ablowi mój list, dowiedziałam się, że Noel spędził bardzo niespokojną noc. 
- Pan Bagnigge jest przy nim - powiedział Abel, biorąc ode mnie list. - Pułkownik nikogo innego nie dopuszcza 

do siebie, gdy jest chory. 

Wyglądał  na  zaniepokojonego,  jego  chuda  buzia  nosiła  raz  zatroskania.  Abel,  jak  przypuszczałam,  miał  około 

czternastu lat, ponieważ był troszkę ode mnie niższy, miał jeszcze gładkie policzki i łamiący się głos. Wydawał się 
zadowolony z okazji wyjścia do miasta. 

- Chcę, żebyś zaczekał na odpowiedź - powiedziałam i obiecałam mu szylinga za fatygę. 
Poszłam do salonu, gdzie inna pokojówka, Mary, właśnie kończyła sprzątać. Na mój widok schowała ścierkę od 

kurzu za plecami. Widać było, że przyszłam nie w porę. 

- Nie przeszkadzaj sobie - powiedziałam. - Czy panicz Richard już wstał? 
- On tu nigdy nie przychodzi, panienko - powiedziała Mary, patrząc na mnie niechętnym wzrokiem. 
Zaczęłam  się  zastanawiać,  czy  już  ją  poinstruowała  Tryphena  Good,  czy  jest  tylko  niezadowolona,  że 

przeszkodziłam jej w pracy. 

- On siedzi w swoim pokoju z panną Carver - dodała. 
- Czy to jego guwernantka? 
-  O,  nie,  panienko.  Panicz  Richard  nie  ma  guwernantki.  Panna  Carver  opiekuje  się  nim.  On  ma  nie  całkiem 

dobrze w głowie. 

Pogrążona  w  myślach,  poszłam  na  górę.  Nie  całkiem  dobrze  w  głowie?  Noel  mówił,  że  on  jest  cofnięty  w 

rozwoju. Biedny chłopiec, jeśli to prawda. Ponieważ Noel nie miał nic przeciwko moim odwiedzinom u Richarda, 
postanowiłam pójść do niego teraz. 

Pokoje  Richarda  znajdowały  się  na  trzecim  piętrze.  Frontowy,  z  widokiem  na  ulicę,  służył  mu  jako  pokój 

dzienny, a za nim była sypialnia. Zastukałam do drzwi i weszłam, nie czekając na odpowiedź. 

Stwierdziłam  od razu,  że  nikt  się  nie  zatroszczył  o  wystrój  tego  pokoju.  Ściany pokryte  były  ponurą,  brązowo- 

ż

ółtą  tapetą,  przy  oknie  stał  duży  dębowy  stół  i  kilka  krzeseł,  a  na  podłodze  leżał  wytarty  dywan.  Prawie  pusta 

background image

 

22 

półka  na  książki  zajmowała  jeden  róg  pokoju,  a  przed  kominkiem  stała  stara,  brzydka  osłona.  W  stojącym  przy 
kominku fotelu siedziała krępa kobieta z nieporządnie uczesanymi siwymi włosami i spała, chrapiąc głośno. Przy 
fotelu  stała  butelka,  na  moje  oko  ginu,  i  zamknięty  koszyk  robótek.  Z  hałasem  zamknęłam  drzwi,  a  ona 
natychmiast się zbudziła. 

- Jestem panią Kirkwall - powiedziałam stanowczym tonem. - Przyszłam w odwiedziny do panicza Richarda. 
Przez ostatnich osiem lat nauczyłam się, że najważniejsza jest pewność siebie. 
Panna Carver zakryła usta dłonią, aby powstrzymać czkawkę, i zasłoniła szalem butelkę ginu. 
- Pułkownik nic mi o tym nie mówił. 
Uniosłam brwi, jak to robiła moja macocha, kiedy byłam dla niej niegrzeczna. 
- Rozmawialiśmy o tym wczoraj wieczór - powiedziałam i usiadłam przy stole. 
Usłyszałam skrzypnięcie drzwi. Z sypialni wychyliła się mała twarzyczka. 
Biedne  dziecko,  wygląda  dokładnie  jak  jego  matka,  pomyślałam.  Jego  twarz  była  bez  wyrazu;  miał  piwne, 

zgaszone  oczy.  Był  chudy,  blady  i  za  mały  na  swój  wiek.  Podszedł  do  mnie  wolnym  krokiem,  podał  mi  rękę  i 
czekał. 

- Zostanę teraz z paniczem Richardem - powiedziałam. - Zadzwonię, jeśli zajdzie taka potrzeba. 
Opiekunka  Richarda  patrzyła  na  mnie  dziwnym  wzrokiem.  Wreszcie  skinęła  głową,  zebrała  swoje  rzeczy  i 

wyszła. 

Rozmowa  z  Richardem  nie  była  łatwym  zadaniem.  Nic  nie  mogło  go  zainteresować,  a  sam  miał  niewiele  do 

powiedzenia. Wydawało się, że został pozbawiony wszelkiej energii. Po dziesięciu minutach, kiedy zastanawiałam 
się, jaki temat mogłabym jeszcze poruszyć, przypadkowa wzmianka o jego ojcu całkowicie zmieniła sytuację. 

- Przykro mi, że twój ojciec miał niespokojną noc. 
- To z powodu rany - powiedział Richard. - Odniósł ranę w zeszłorocznej bitwie pod Vittorią. 
Jego oczy nagle nabrały blasku. Ożywił się niespodzianie. 
- Opowiedz mi o tym. 
Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o ranie Noela, ale Richard przystąpił do opisu bitwy. 
-  To  było  dwudziestego  pierwszego  czerwca.  Dziwne,  bo  właśnie  tego  samego  dnia  umarł  wujek  George. 

Mieliśmy ogromne straty, pięć tysięcy ludzi, chociaż Francuzi stracili osiem tysięcy. 

- Och, Boże! - powiedziałam, bo Richard wyraźnie oczekiwał jakiegoś komentarza. 
Richard,  z  błyszczącymi  oczami,  mówił  szybko  dalej.  Wyrzucał  z  siebie  nazwy  jak  Tres  Puentes,  Zadorra,  La 

Puebla, nazwiska dowódców różnych dywizji i opisywał ich działania. 

Nic  z  tego  nie  rozumiałam,  ale  dwie  sprawy  były  dla  mnie  oczywiste:  pierwsza,  że  Richard  uwielbia  ojca,  a 

druga, że jeśli Richard był cofnięty w rozwoju, to ja byłam chińską cesarzową. 

Opisywał  mi  dokładnie  bitwę  pod  Vittorią.  W  pewnym  momencie  pobiegł  do  sypialni  i  przyniósł  pudło 

ołowianych  żołnierzyków,  których  rozstawił  na  stole,  aby  mi  dokładnie  pokazać,  gdzie  upadł  jego  ojciec,  kiedy 
został ranny. 

- Mój ojciec był w trzeciej dywizji pod wodzą sir Thomasa Pictona - powiedział z dumą Richard. - Został ranny 

w ataku na Tres Puentes. Dosięgną! go szrapnel. 

- Co to jest szrapnel? A może kto? 
Richard zastanawiał się przez chwilę. 
- To jest dużo kawałków - powiedział wreszcie. - On mógł tam stracić nogę! Nie chciał lekarza. Nie pozwalał się 

nikomu dotknąć, poza Jemem Bagnigge. 

- Czy Jem Bagnigge jest jego ordynansem? 
- Tak. To on opowiedział mi o bitwie. 
- Więc te kawałki w nodze nadal ojcu dokuczają? 
Richard skinął głową. 
- Od czasu do czasu jakiś kawałek wychodzi i to jest bardzo bolesne. Posmutniał nagle. Zobaczyłam, że ma łzy w 

oczach. 

- Ale musisz pamiętać, że za każdym razem twój tata ma w nodze o jeden odłamek mniej. 
- Nie chcę, żeby mój tato umarł - szepnął Richard drżącymi wargami. 
Biedne dziecko, pomyślałam. W jego życiu było już zbyt wiele katastrof. Jego matka nie żyje, stryj nie żyje, a 

ojciec jest chory. Gdyby Noel umarł, kto by się nim zaopiekował? 

-  Nie  sądzę,  żeby  twój  ojciec  miał  umrzeć  -  powiedziałam.  -  Jestem  pewna,  że  niebezpieczeństwo  już  minęło. 

Teraz jest za zimno, aby mógł gimnastykować nogę i ma też dużo innych zmartwień. Kiedy przyjdzie wiosna, na 
pewno poczuje się lepiej. 

Nasza  rozmowa  została przerwana  przez  pannę  Carver  i  Abla,  który  wręczył  mi  list.  Dałam  mu  szylinga.  Abel 

ż

artobliwie zasalutował Richardowi, który uśmiechnął się nieśmiało i spojrzał z niepokojem na pannę Carver. Boi 

się jej, pomyślałam z gniewem. Dlaczego? Jak ona go traktuje, kiedy zostają sami? 

- Mam nadzieję, że będziemy się często widywali, Richardzie - powiedziałam, całując go na pożegnanie. 
Twarz Richarda przybrała znowu apatyczny wyraz. Wiedziałam, że mi nie uwierzył. Uśmiechnęłam się do niego i 

background image

 

23 

wyszłam z pokoju. Usłyszałam przez drzwi, jak panna Carver łaje go za to, że bawił się żołnierzykami na stole. 

Poszłam do swojego pokoju, aby przeczytać list od pana Robinsona. Pisał, że chętnie się ze mną zobaczy o każdej 

godzinie,  jaka  mi  odpowiada.  Dziś  kończą  pracę  o  czwartej  po  południu,  z  powodu  Wigilii.  Teraz  było  dopiero 
wpół  do  jedenastej.  Włożyłam  ciepłe  buty,  pelerynę,  wzięłam  mufkę  pani  Irvine  i  wyjęłam  z  walizki  paczkę  z 
moim cennym manuskryptem. 

Kiedy  schodziłam  na  dół,  uprzytomniłam  sobie,  że  powinnam  była  prosić  Abla,  aby  mi  potajemnie  sprowadził 

dorożkę, ale on już gdzieś zniknął. W holu była za to Tryphena Good. Na mój widok uniosła ze zdziwieniem brwi. 

- Pani wychodzi, panienko? 
Widziałam, że ma ochotę mnie zatrzymać. 
-  Tak  -  powiedziałam.  -  Chcę  kupić  prezent  dla  panicza  Richarda.  Abel  może  odprowadzić  mnie  na  postój 

dorożek - dodałam, patrząc na nią twardym wzrokiem. 

- Zawołam go, panienko - zgodziła się niechętnie. 
Widziałam, jak z ciekawością patrzyła na moją paczkę. Może sądzi, że ukradłam zastawę stołową, pomyślałam. 
Postarałam się o to, aby Abel usłyszał, że podaję dorożkarzowi adres sklepu na Leicester Square, ale kiedy tylko 

znaleźliśmy się za rogiem, zastukałam w dach i kazałam mu jechać na Ossulston Street w Somers Town. 

Ta wyprawa zakończyła się niepowodzeniem. Nikt z sąsiadów nie potrafił powiedzieć, dokąd wyjechała Tolley. 

Jedynie w piekarni, gdzie często bywała, uzyskałam informację, że we wrześniu przeprowadziła się razem z siostrą 
nad  morze,  ze  względu  na  stan  jej  zdrowia.  Podziękowałam  piekarzowi,  kupiłam  torbę  pysznych  francuskich 
bułeczek i wyszłam. Pomyślałam ze wstydem, że zachowałam się jak dziecko. Wydawało mi się, że Tolley rzuci 
wszystko, aby się mną opiekować. Teraz zobaczyłam, że muszę zająć się sobą sama. 

Oczywiście, w jakiś sposób robiłam to przez ostatnie osiem lat, ale nawet po tak krótkim pobycie na John Street 

zrozumiałam, jak niewyobrażalnym szczęściem jest posiadanie bezpiecznego dachu nad głową. 

- Patemoster Row - powiedziałam, wsiadając do dorożki. 
Dlaczego te dorożki są takie brudne, pomyślałam, kiedy chciałam się oprzeć się o zatłuszczone poduszki. Słoma 

na podłodze była wilgotna, a okienko tak zachlapane błotem, że nic nie było przez nie widać. 

Zamyśliłam  się. Tym  razem  jednak  nie  bujałam  myślami  wokół  skalistej alpejskiej  przełęczy,  na  której  czekali 

zbójcy,  aby  porwać  moją  heroinę,  która,  oczywiście,  miała  zostać  natychmiast  wyzwolona  przez  głównego 
bohatera, przebranego za herszta tej bandy złoczyńców. Zastanawiałam się nad swoją obecną sytuacją. 

Dopiero  teraz,  kiedy  opuściłam  Canfs  Close,  zaczęłam  zdawać  sobie  sprawę  z  tego,  jak  bardzo  byłam  tam 

samotna  i  nieszczęśliwa.  Nie  miałam  prawdziwego  domu  i  żadnych  nadziei  na  przyszłość.  Była  to  smutna 
egzystencja,  z  dnia  na  dzień,  a  do  tego  bardzo  skromna.  Wszystkie  jasne  chwile  mojego  życia  zawdzięczałam 
wyłącznie  sobie  samej:  przyjaźń  państwa  Irvine,  drobne  radości,  jakich  mi  dostarczało  uczenie  Jeanie  i  Eppie,  a 
wreszcie moje prawdziwe osiągnięcie - odkrycie sposobu zarabiania na życie. 

Czy nie nadszedł czas, aby zapomnieć o przewinach młodości? Może przyszła już pora, aby zdając sobie sprawę 

z popełnionych błędów, przestać wreszcie bić się w piersi i zacząć patrzeć w przyszłość? 

Ale w jaką przyszłość? Nikomu na mnie nie zależało. Stephen mnie nawet lubił, lecz nie przypuszczam, aby moja 

obecność, czy też nieobecność, sprawiała mu jakąkolwiek różnicę, poza utratą wygód domowych. 

Niecałe czterdzieści osiem godzin, które spędziłam na John Street, uświadomiły mi, jak bardzo jestem spragniona 

serdeczności  i  posiadania  życiowego  celu.  Chciałam  być  tam  mile  widziana.  Wydawało  się,  że  Hannah  i  Abel 
mogli  zostać  moimi  sojusznikami,  w  przeciwieństwie  do  pani  Good,  panny  Carver  i  Mary.  Richard  mnie 
potrzebował. Byłam pewna, że potrafię mu pomóc. 

A Noel? Jakie uczucia we mnie wzbudzał? Byłam już dorosłą kobietą i patrzyłam na niego innymi oczami. Noel 

przestał  być  wyidealizowanym  bohaterem  mojej  młodości.  Był  człowiekiem  niewolnym  od  ludzkich  słabostek. 
Ciekawa  byłam,  czy  on  też  widział  mnie  w  innym  świetle,  czy  też  nadal  patrzył  na  mnie  jak  na  nadpobudliwe 
dziecko ze zbyt wybujałą wyobraźnią. 

Dorożka  przejeżdżała  teraz  przez  Ludgate.  Za  brudnym  oknem  mignął  mi  Tempie  Bar.  Zdjęłam  obrączkę  i 

schowałam  ją  do  torebki.  Pan  Robinson  znał  mnie  jako  pannę  Daniels,  która  pisała  pod  pseudonimem  Daniel 
Miller, więc muszę dla niego pozostać panną Daniels. 

Korespondując  z  panem  Robinsonem,  wyobrażałam  go  sobie  jako  starszego  biznesmena  w  czerni  -  angielski 

odpowiednik  pana  Irvine’a.  Okazał  się  mężczyzną  w  średnim  wieku,  z  długą  twarzą,  najbardziej  krzaczastymi 
brwiami,  jakie  kiedykolwiek  widziałam,  i  gęstą,  czarną  brodą.  Jego  dłonie  były  również  porośnięte  włosami. 
Muszę ze wstydem przyznać, iż moją pierwszą myślą było, że byłby wspaniałym wilkołakiem. 

Wydawało mi się, że mój wygląd również wprawił go w zdumienie. Miałam ochotę spytać go, czego oczekiwał, 

ale w porę ugryzłam się w język. 

Zaprosił  mnie  do  swojego  biura  i  poczęstował  kawą.  Wziął  manuskrypt  i  wydał  mi  pokwitowanie. 

Przypomniałam  sobie  o  francuskich  bułeczkach  i  otworzyłam  torbę,  aby  go  poczęstować,  zanim  zdałam  sobie 
sprawę z niestosowności takiego zachowania. 

Nie okazał zdziwienia. Widocznie zdążył się przyzwyczaić do tego, że obce kobiety częstują go ciastkami. 
- Pyszne - powiedział, przyjmując ode mnie kolejną bułeczkę. 

background image

 

24 

Polubiłam go od razu, wraz z jego krzaczastymi brwiami. Udzielił mi informacji na temat moich książek. Zamek 
Apollinari

 był jeszcze w sprzedaży. Moja druga książka Fatum lorda Ansbach doczekała się wznowienia. 

- Miałem właśnie zamiar wysłać pani czek na pięćdziesiąt funtów na adres pana Irvine’a, panno Daniels, ale w tej 

sytuacji może wolałaby pani od razu dostać pieniądze. 

- Wolałabym otrzymać gotówkę - powiedziałam. 
Dlaczego kobiety nie mogą mieć swojego konta w banku? Ta myśl często mnie nawiedzała. 
- Oczywiście - powiedział. 
Wezwał swojego pracownika i wydał mu stosowne polecenie. 
- Czy mógłbym dostać pani adres? Przed upływem tygodnia nie zdołam przeczytać Władczyni Sokolego Gniazda 

- powiedział, ruszając swoimi krzaczastymi brwiami. - To doskonały tytuł. 

- Mnie też się podoba - przyznałam. - Nie wiem jeszcze, gdzie zatrzymam się na dłużej. Chciałam zamieszkać z 

dawną  pokojówką  matki,  ale  właśnie  wyjechała  z  Londynu.  Zgłoszę  się  do  pana,  kiedy  będę  miała  stałe miejsce 
zamieszkania. 

Nasza rozmowa zeszła na temat wydawania i drukowania książek. Pan Robinson znał ten fach od podszewki. 
- Lubię mieć oko na wszystko - zakończył. - Niektórzy drukarze są zwykłymi łobuzami, panno Daniels. 
- Przestępcami czy drobnymi oszustami? 
-  Widać,  że  jest  pani  autorką  romansów  -  roześmiał  się.  -  Czy  mam  oczekiwać,  że  w  następnej  pani  książce 

pojawi się jakiś drukarz bandyta? 

- Trudno umieścić drukarza w zrujnowanym zamczysku. Poza tym nie wyobrażam sobie, żeby oni mogli być aż 

takimi łotrami - powiedziałam, uśmiechając się do niego. 

- Niektórzy z nich są zdolni do wszystkiego. Mówi się, że pan Moxon, właściciel małej drukami w pobliżu Three 

Cranes Wharf, trudnił się fałszerstwem. 

- Co podrabiał? Banknoty? 
- Został aresztowany pod zarzutem fałszowania dokumentów dla właścicieli brytyjskich statków niewolniczych, 

aby mogli rejestrować je na kontynencie. 

- To... to okropne - wyjąkałam, a po plecach przebiegł mi zimny dreszcz. 
-  Wypuszczono  go  z  braku  dowodów,  a  może  wykupili  go  bogaci  przyjaciele  -  powiedział,  patrząc  na  mnie 

uważnie.  -  O  ile  wiem,  nasz  wspólny  przyjaciel,  pan  Irvine,  jest  członkiem  Stowarzyszenia  na  rzecz  Zniesienia 
Niewolnictwa. 

- Tak. Ja też do niego należę. 
- Ja również. 
-  Słyszałam  -  powiedziałam,  zbierając  się  na  odwagę  -  o  panu  Balquidderze  z  Edynburga,  który  mógłby  być 

wmieszany w te sprawy. 

- Balquidder? Tak, słyszałem o nim. To bardzo niebezpieczny człowiek, panno Daniels, nie należy wchodzić mu 

w drogę. Czy pani go zna? 

- Poznałam go. 
Wstrząsnął  mną  dreszcz.  Co  mogłam  dodać?  Że  on  chciałby  widzieć  mnie  martwą?  Że  jestem  mężatką,  a  mój 

mąż jest winien Balquidderowi ogromną sumę pieniędzy? Bezpieczniej było zmienić temat rozmowy. Spytałam o 
książki dla ośmioletniego chłopca. 

Pan Robinson polecił mi księgarnię na tej samej ulicy oraz sklep, gdzie sprzedawano ołowiane żołnierzyki i inne 

tego  typu  zabawki.  W  tym  czasie  jego  pracownik  przyniósł  pięćdziesiąt  funtów,  zapakowanych  w  bawełniane 
woreczki. 

- Ciężkie - powiedziałam, podnosząc jeden z woreczków. 
-  Niech  je  pani  zostawi  u  mnie,  panno  Daniels.  Kiedy  zrobi  Pani  zakupy,  Henry  odprowadzi  panią  do  postoju 

dorożek. 

- Dziękuję panu. 
Podaliśmy sobie ręce na pożegnanie. 
Odczułam  ulgę,  że  Władczyni Sokolego  Gniazda jest już  u  wydawcy.  Wiedziałam,  że  to  dobra  książka.  Pisanie 

szło  mi  coraz  ej,  nabierałam  wiary  w  swoje  umiejętności.  Nie  widziałam  powodu,  aby  ten  romans  nie  przypadł 
panu Robinsonowi do gustu. 

W  księgami  znalazłam  dziecinną  wersję  Przygód  Guliwera,  ilustrowaną  ładnymi  drzeworytami.  W  sklepie  z 

zabawkami kupiłam małą armatkę, która strzelała suchym grochem. Richard powinien być zadowolony. 

Kiedy  wychodziłam  ze  sklepu  z  zabawkami,  na  zegarze  katedry  Świętego  Pawła  było  dziesięć  po  pierwszej. 

Wczesne popołudnie, ale powoli zapadał już zmrok. Niebo było szare, w każdej chwili mógł spaść śnieg. Nie czuło 
się mrozu, tylko podmuchy lodowatego wiatru. 

Patemoster  Road  była  zamknięta  dla  ruchu  kołowego,  nie  musiałam  więc  uskakiwać  przed  nadjeżdżającymi 

powozami  i  dorożkami.  W  dolnej części  ulicy  sklepy  były  bardziej  eleganckie. Zauważyłam  kilka  magazynów  z 
materiałami i gotowymi ubraniami. Przyszło mi do głowy, że mogłabym kupić coś dla Hannah, na przykład różową 
wstążkę.  Nie  mogłam  kupić  prezentu  dla  Noela  -  byłoby  to  wysoce  niewłaściwe.  Chętnie  podarowałabym  mu 

background image

 

25 

egzemplarz  Zamku  Apollinari lub  Fatum  rodu Ansbach.  Zorientowałam  się,  że zależy  mi  na  jego  aprobacie.  Nie 
mogłam  jednak  ryzykować.  Zawsze  istniała  możliwość,  że  mógłby  powiedzieć  Stephenowi  o  moich  książkach. 
Poza tym pewnie uznałby je za zbyt płoche. 

Weszłam  do  sklepu  z  materiałami  i  dodatkami  krawieckimi,  aby  kupić  różową  wstążkę.  Zobaczyłam  tam  belę 

przecenionego  jedwabiu,  mieniącego  się  szarością,  bielą  i  jasną  zielenią.  Zapragnęłam  nagle  takiej  sukienki. 
Wiedziałam nawet, jak powinna być uszyta. Mieszkanki Londynu nosiły teraz suknie, których spódnice zszyte były 
z  kilku  brytów  materiału.  Moje  stare  stroje  wyglądały  tu  okropnie  niemodnie.  Wreszcie,  z  poczuciem  winy,  że 
wydaję  pieniądze  na  siebie,  zamiast  zapłacić  pani  MacLaren  (jak  widać,  nie  potrafiłam  jeszcze  zapomnieć  o 
Edynburgu), kupiłam jedwab na suknię i uszczęśliwiona wróciłam do biura pana Robinsona. 

Henry odprowadził mnie na postój dorożek i podał paczkę z pięćdziesięcioma funtami tak zapakowaną, aby nie 

rzucała się w oczy. 

- Dokąd jedziemy, panienko? - spytał dorożkarz. 
- Adelphi. John Street. 
Do domu? 
 
Z
gadłam  samotnie  obiad,  który  Mary  podała  mi  ze  źle  skrywaną  niechęcią.  W  domu  było  nienaturalnie  cicho. 

Służba zakończyła już swoje prace i zeszła na dół, do ciepłej kuchni. Zwykłe odgłosy miasta były przytłumione z 
powodu śniegu - nie słychać było skrzypienia kół ani stukotu końskich kopyt. Zniknęli gdzieś uliczni sprzedawcy. 
Lód,  który  utworzył  się  u  brzegów  rzeki,  unieruchomił  małe  stateczki,  wcześniej  nie  wyciągnięte  na  brzeg. 
Myślałam ze współczuciem o tych biedakach, którzy mieszkali pod arkadami Adelphi. 

Noel i nieznany mi Jem Bagnigge byli prawdopodobnie w sypialni Noela. W całym domu nikt się nie poruszał. 
Byłam w dziwnym stanie zawieszenia pomiędzy dwiema Wiązkami. Nie potrafiłam zasiąść do pisania następnej 

powieści,  dopóki  nie  byłam  pewna,  że  poprzednia  została  zakwalifikowana  do  druku.  Musi  minąć  co  najmniej 
tydzień, zanim poznam losy Władczyni Sokolego Gniazda

Nie mając nic innego do roboty, postanowiłam skroić suknię z kupionego rano  materiału. W salonie znalazłam 

pudełko z szyciem, które prawdopodobnie należało kiedyś do pani Beresford. Były tam szpilki, nożyczki, kawałek 
kredy  -  wszystko,  czego  potrzebowałam.  Korzystając  z  tych  przyborów  do  szycia,  miałam  wrażenie,  że  pani 
Beresford patrzy na mnie i pochwala moje zamiary. Odsunęłam krzesła, aby móc rozłożyć materiał na podłodze. 

Od  wielu  lat  sama  szyłam  sobie  ubrania,  co  wynikało  ze  smutnej  konieczności.  Początkowo  starałam  się 

dokładnie  odtwarzać  je  ze  wzoru,  ale  ponieważ  miałam  dobre  oko,  wkrótce  nauczyłam  się  szyć  bez  wykroju.  Z 
chwilą  przyjazdu  do  Londynu  zobaczyłam,  że  moje suknie  drastycznie  odbiegają  od  obowiązującej  mody.  Teraz 
nosiło się talię wyżej podniesioną, a górę bardziej dopasowaną. Mój nowy indyjski jedwab nadawał się na suknię 
wieczorową.  Noel  zawsze  przebierał  się  do  kolacji.  Wczoraj  wieczorem  wstyd  mi  było  siadać  do  stołu  w 
zniszczonej, brązowej sukience. 

Na kolanach przesuwałam się po podłodze, spinając materiał szpilkami. Trochę ruchu dobrze mi robiło, ponieważ 

mimo  palącego  się  kominka,  w  pokoju  było  chłodno  i  wiało  od  okien.  Było  jednak  i  tak  o  wiele  cieplej  niż  na 
Canfs Close. Tu przynajmniej mogłam swobodnie dokładać węgli do kominka. 

Czas  szybko  mijał.  Wreszcie  przyszła  Hannah,  żeby  zapalić  lampy  i  świece  i  zasłonić  okna.  Grube  zasłony 

powstrzymały przeciągi. Wieczorem salon powinien być już dobrze ogrzany. 

- Och, panno Emilio, jakie to śliczne! - wykrzyknęła, patrząc na mój materiał. 
- To najdroższa tkanina, jaką kiedykolwiek kupiłam - powiedziałam. - Ale ponieważ obniżono cenę... 
- Na pewno warta była tych pieniędzy - uspokoiła mnie Hannah. - Ja sama bardzo lubię się targować. 
- Jak większość kobiet - powiedziałam z uśmiechem. 
Zachwyt Hannah podniósł mnie na duchu. 
Po jej wyjściu zaczęłam kroić materiał. Pogrążona w pracy, nie zdawałam sobie sprawy z upływu czasu. Robiłam 

właśnie  zakładki,  kiedy  ktoś  otworzył  drzwi.  Pomyślałam,  że  Hannah  przyszła  zajrzeć  do  kominka,  i  nie 
podniosłam nawet głowy. 

- Co ty robisz? 
To był Noel. Wstałam z podłogi i otrzepałam sukienkę, pokrytą jedwabnymi nitkami. 
-  Szyję,  jak  widzisz.  Wyszłam  dziś  rano,  aby  kupić  Richardowi  prezent  na  gwiazdkę,  i  zobaczyłam  po  drodze 

sklep z materiałami. Mam ze sobą tylko dwie sukienki, moja garderoba wymaga uzupełnień. Więc szyję. 

- Ale, moja droga Emilio... 
Noel nie wiedział, co powiedzieć. Wszedł do salonu, opierając się ciężko na lasce i usiadł przy kominku. 
- Przykro mi, że użyłam do tego celu podłogi w twoim salonie. Ale nie miałam innego wyjścia. 
- To nie o to chodzi. 
Schyliłam  się  i  dokładnie  pozbierałam  kawałki  jedwabiu,  niektóre  już  spięte  szpilkami,  i  położyłam  je  na 

stojącym w rogu krześle. 

- Chyba nie masz nic przeciwko temu, że skorzystałam z przyborów do szycia twojej matki? 
- Skądże znowu. Ale, Emilio, tobie nie wolno tego robić. 

background image

 

26 

- Dlaczego? - spytałam ze śmiechem. 
- Ponieważ to nie wypada. 
-  Ależ  Noel,  przecież  każda  młoda  kobieta  musi  umieć  szyć.  Powinieneś  być  zadowolony,  że  zajmuję  się  tak 

godziwą pracą! 

Nie mogłam się powstrzymać, aby z niego nie zażartować. Wiedziałam, o co mu chodziło. Szycie własnych ubrań 

było  oznaką  ubóstwa,  a  on  nie  mógł  temu  przeciwdziałać.  Mężczyzna  mógł  kupować  ubrania  dla  swojej  chere 
amie

, ale nie mógł zrobić tego samego dla damy. 

-  Myślę,  że  są  tutaj  jeszcze  ubrania  mojej  matki.  Powinny  być  w  szafie,  w  jej  pokoju.  Po  śmierci  matki  Aline 

zajęła  się  jej  ubraniami  w  Ainderby  Hall,  ale  tu  nie  przyjeżdżała.  Nie  będzie  tego  dużo,  może  kilka  miejskich 
sukienek. Możesz nimi rozporządzać według własnego uznania. 

- Dziękuję. To miło z twojej strony. Ale czy stroje twojej matki nie powinny przejść w posiadanie pani Good? 
- Nonsens. Ubrania po swojej pani dostaje jej pokojówka, a Celinę już u nas od dawna nie pracuje. Niech Hannah 

albo Mary wszystko ci pokażą. 

Usiadłam i popatrzyłam na niego. Był bardzo blady i niewątpliwie cierpiący. Nie wiedziałam jednak, czy  Noel 

ż

yczyłby sobie, żebym poruszyła kwestię jego rany. 

- Widziałam się z Richardem dziś rano - powiedziałam wreszcie.- Opisał mi bardzo dokładnie bitwę pod Vittorią. 
- Dobry Boże, naprawdę? 
- Jest niesłychanie dumny z ciebie, Noel. Ma wiele wiadomości, zna nawet miejsce na polu bitwy, gdzie zostałeś 

ranny, Dowiedział się tego od twojego ordynansa. 

- Jem wyniósł mnie z bitwy. Nie wiem, jak mu się to udało, jest przecież niedużym mężczyzną. 
Zauważyłam,  że  Noel  nie  skomentował  tego,  co  mu  powiedziałam  o  Richardzie.  Czy  nie  rozumie,  że  syn  go 

podziwia? Że to dziecko pragnie czułości? 

Chyba zorientował się w sytuacji, ponieważ zadał mi po chwili pytanie. 
- Co sądzisz o Richardzie? 
- Jest samotny. 
-  Cóż  mogę  zrobić?  -  Noel  zmarszczył  brwi.  -  Posłałbym  go  do  szkoły,  gdyby  był  silniejszy.  Miałby  wtedy 

kolegów do zabawy. Ale on odstawałby od innych chłopców, którzy by go pewnie dręczyli. Powiedziano mi, że on 
zawsze będzie cofnięty w rozwoju. 

Nie odezwałam się. Czy on kiedykolwiek rozmawiał ze swoim synem? 
Noel milczał przez chwilę. 
- Bardzo mało go znam - przyznał wreszcie. - W przeciągu ostatnich czterech lat tylko raz przyjechałem na urlop. 

Po śmierci żony. A kiedy wróciłem do domu... byłem ranny, George nie żył, a interesy były bardzo zagmatwane. 
Nie miałem siły zajmować się Richardem. Co zresztą mogła mu dać moja obecność? 

- Ty przynajmniej masz dziecko! - wybuchnęłam, nie mogąc się pohamować. - A ja dwa razy poroniłam.  
Zapanowała cisza. 
- Przykro mi - powiedział Noel po chwili. 
Sięgnął po laskę i podniósł się z krzesła. 
- Nie jestem dzisiaj w towarzyskim nastroju. Zszedłem tylko, żeby zobaczyć, jak dajesz sobie radę. Nie będę jadł 

kolacji na dole. Jem przyniesie mi coś do jedzenia do pokoju. Dopilnuję, aby pani Good zajęła się tobą. 

Obrócił się jeszcze w drzwiach. 
-  Zmartwiłem  się,  kiedy  powiedziano  mi,  że  wyszłaś  z  domu.  Pomyślałem,  że  znowu  uciekłaś.  Wczoraj 

zachowałem się zbyt szorstko. Przepraszam cię za to, Emilio. Cieszę się, że przyjechałaś. 

Kiedy  wyszedł,  siedziałam  zamyślona,  patrząc  w  ogień.  Byłam  wzruszona,  że  Noel  jest  zadowolony  z  mojego 

przyjazdu  -  moja  obecność  sprawiała  przyjemność  tak  niewielu  ludziom.  Byłam  jednak  przekonana,  że  Noel  nie 
byłby  tak  bardzo  zadowolony,  gdyby  się  dowiedział,  że  jego  gość  jest  autorką  dwóch,  a  właściwie  już  trzech 
sensacyjnych powieści, przepełnionych morderstwami i szkaradnymi spiskami. Szczególnie skandaliczny wydał mi 
się teraz epizod, w którym Fra Bartolomeo ściga Angelinę Mountfalcon. 

Daj Boże, żeby Noel nigdy się o tym nie dowiedział. 

Byłam przyzwyczajona do spokojnych świąt Bożego Narodzenia. W Szkocji, w przeciwieństwie do sylwestra, nie 

jest ono uroczyście obchodzone, ale Boże Narodzenie na John Street atmosferą przypominało raczej pogrzeb. Co 
prawda, pani Good i Hannah przygotowały pieczeń wołową z pieczonymi kartoflami i placek ze śliwkami, ale to 
było wszystko. Żadnych ozdób świątecznych, nawet gałązki ostrokrzewu. 

Richard  został  w  swoim  pokoju  i  wydawało  się,  że  jest  naprawdę  zadowolony,  jak  również  zaskoczony 

otrzymanymi  prezentami.  Noel  podarował  mu  kasetkę  z  przyborami  do  pisania,  którą  panna  Carver  położyła  na 
najwyższej  półce  z  książkami,  gdzie  prawdopodobnie  miała  pozostać.  Było  tak  oczywiste,  że  jest  to  jedynie 
zdawkowy prezent, że trudno mi było znaleźć odpowiedni komentarz. Powiedziałam wreszcie, że to mu się przyda, 
kiedy  będzie  starszy.  Richard  podziękował  mi  grzecznie  za  Podróże  Guliwera,  za  to  armatka  wzbudziła  jego 
prawdziwy zachwyt. 

background image

 

27 

- Och! - wykrzyknął. - Och! 
Skakał po całym pokoju, potem podbiegł do mnie i rzucił roi się na szyję. 
- Czy podziękowałeś pani Kirkwall? - spytała panna Carver cierpkim tonem. 
Tym pytaniem sprawiła Richardowi wyraźną przykrość. 
-  Tak,  podziękował  mi  -  powiedziałam,  uśmiechając  się  do  niego.  -  Nie  wyobrażam  sobie  milszego 

podziękowania. 

Hannah była wzruszająca, tak bardzo cieszyła się ze wstążki. Zwierzyła mi się, że pani Good nie pochwala takich 

ozdób, więc wstążka będzie musiała zaczekać na jej powrót do Ainderby. Miała narzeczonego we wsi, włoży ją, 
kiedy  się  będzie  miała  z  nim  spotkać  w  wolną  niedzielę.  Ucieszyła  mnie  wiadomość,  że  Hannah  ma  swojego 
chłopca. Miałam nadzieję, że jest jej godzien. 

Noel prawie się nie pokazywał. Z jego rany znowu wychodziły odłamki szrapnela. 
Spędziłam  kilka  dni  na  przeglądaniu  ubrań  pani  Beresford,  w  czym  pomagała  mi  Hannah.  Były  tam  koszule  i 

halki,  których  bardzo  potrzebowałam,  jak  również  bawełniane  pończochy.  Znalazłam  też  bawełniany  materiał  w 
różowe kwiatki, odpowiedni na sukienkę. Podarowałam go Hannah. 

- Żebyś mogła ładnie się ubrać na spacery z narzeczonym - powiedziałam jej. 
Zauważyłam, że pani Good często miała nieuzasadnione pretensje do Hannah, chciałam dać jej coś ładnego, aby 

się lepiej poczuła. Znalazłam dwie letnie sukienki z białego lnu i dwie cieplejsze, jedną zieloną, a drugą szarą - z 
cienkiej, fantazyjnie tkanej wełenki. Były na mnie o wiele za duże, ale nadawały się do przeróbki. Był tam również 
obszerny płaszcz bez rękawów z kapturem, dość znoszony, ale w stanie o wiele lepszym niż moja opończa. 

Noel  zgodził  się,  abym  w  porze  podwieczorku  przez  godzinę  czytała  Richardowi.  Chłopiec  schodził  wtedy  na 

dół. Przytulał się do mnie, śledząc tekst, po którym przesuwałam palec. Biedak tak bardzo potrzebował czułości, że 
nawet nie przeszkadzało mu to, że musiał trochę czytać. 

Historia Guliwera i Liliputów powoli zaczęła go fascynować. Pewnie wiele dzieci tak reaguje. Miła jest myśl, że 

można nagle stać się olbrzymem w kraju, gdzie wszyscy są maleńcy. Richard był mały jak na swój wiek, więc taka 
możliwość wzbudzała jego zainteresowanie. 

- Lilipuci byli niemądrzy, prawda? Niepotrzebnie prowadzili wojnę. 
- Ludzie też czasem idą na wojnę z niedorzecznych powodów. 
- Ale nie lord Wellington - stwierdził Richard. 
Siedział przez chwilę zamyślony, wspierając się o mnie. 
- Panna Carver nie pozwala mi się zdrzemnąć w kościele podczas kazania. Stale mnie szturcha. To dopiero jest 

głupie. Jeśli pastor chce, żebym go słuchał, to powinien mówić krótsze kazania. 

- Zgadzam się z tobą. - Roześmiałam się. - Dawniej też k uważałam. Ciągle miałam nadzieję, że już skończy, ale 

on mówił dalej. 

W  domu  było  chłodno.  Lodowate  przeciągi  hulały  po  korytarzach,  chociaż  zawieszono  kotary  na  drzwiach. 

Byłam zadowolona, że mam ciepłe sukienki pani Beresford. 27 grudnia miasto spowiła mgła, która nie rozpraszała 
się  przez  kilka  dni.  Nie  tylko  zrobiło  się  bardzo  zimno,  ale  było  również  ciemno.  Mgła  była  gęsta  i 
nieprzenikniona. Nikt nie wychodził na ulicę, Ponieważ nic nie było widać. 

Nie  zapalano  latami,  gdyż  trudno  było  je  odnaleźć,  zresztą  palniki  były  zamarznięte.  Czasem  od  strony  rzeki 

słychać  było  przytłumiony  dźwięk  syreny  barki  towarowej.  Poza  tym  panowała  cisza  i  wszystko  tonęło  w 
ciemnościach. 

W domu stale paliły się świece i lampy. Trudno było odróżnić dzień od nocy. 
Uznałam,  że  mogę  nie  obawiać  się  pogoni.  Nie  pomyślałam  o  tym,  że  w  innych  częściach  kraju  może  nie  być 

mgły. 

Na  szczęście  dom  Noela  był  bardzo  dobrze  zaopatrzony.  W  piwnicy  było  pełno węgla,  więc  było  nam  ciepło i 

mieliśmy co jeść, w przeciwieństwie do wielu biedaków, którzy szukali schronienia w bramach. 

Z rany Noela wydostało się kilka kawałków kości i metalu, więc mógł znów schodzić na dół. Interesująca była 

reakcja domowników na tę zmianę. 

-  Lekarz  powiedział  mu,  że  trzeba  amputować  nogę  -  stwierdziła  pani  Good  -  ale  nie  posłuchał  i  teraz  są  tego 

skutki. To się źle skończy, wspomnicie moje słowa. 

Mary i panna Carver przyjęły tę wypowiedź  ze  zrozumieniem. Jedynie Hannah i Abel byli szczerze uradowani 

poprawą zdrowia Noela. 

W  czasie  rekonwalescencji  Noela  panna  Carver  chciała,  aby  w  porze  podwieczorku  Richard  zostawał  w 

dziecinnym  pokoju  i  nie  schodził  na  dół.  Stanowczo  się  temu  sprzeciwiłam.  Najwyższy  czas,  aby  Noel  poznał 
swojego syna, pomyślałam. Początkowo wydawało mi się, że źle oceniłam sytuację, ponieważ obecność Richarda 
wyraźnie krępowała Noela. Po pewnym czasie stał się bardziej odprężony i zdawało mi się, że czerpie z tego coraz 
większą przyjemność. Richard był uszczęśliwiony. Zauważyłam, że  kiedy  myślał, że ojciec g° słucha, bardzo się 
starał dobrze czytać. 

Doszliśmy już do epizodu w Brobdingnagu, gdzie Guliwer był karłem w  kraju olbrzymów. Richard był bardzo 

przejęty opisem walki Guliwera z osą. 

background image

 

28 

-  Lubię,  jak  wszystko  jest  postawione  na  głowie  -  powiedział  Richard,  w  swoim  dorosłym  stylu.  -  Można  być 

dużym i złym. 

- Ważne jest, kim jesteś, a nie, czy jesteś duży - powiedziałam, przytulając go do siebie. 
Nie byłam pewna, czy Noelowi podobało się to śmiałe twierdzenie. Może uważał, że dorośli zawsze mają rację? 

Uważałam,  że  Podróże  Guliwera  dają  dużo  materiału  do  przemyśleń.  Dlatego  bardzo  lubiłam  tę  książkę. 
Wypożyczyłam sobie kompletne wydanie z biblioteki Noela. Ta lektura sprawiała mi wielką przyjemność. 

- Uczysz Richarda radykalizmu, prawda, Emilio? - spytał Noel z uśmiechem. 
-  Nie  ja  -  odparowałam.  -  Może  Jonathan  Swift.  Twój  syn  jest  wystarczająco  inteligentny,  aby  wyrobić  sobie 

własny pogląd. 

Richard patrzył na nas z niepokojem. 
- To dobra książka, tato - powiedział poważnym tonem. - Światem rządzi wyobraźnia, jak mówił Wellington. 
Roześmieliśmy się oboje. Noel wyciągnął rękę i zwichrzył włosy Richarda pieszczotliwym gestem. 
Po mgle przyszedł śnieg. Jeszcze nigdy nie widziałam takiego śniegu. Padał całymi dniami. Na ulicach utworzyły 

się  ogromne  zaspy,  przez  które  nie  można  się  było  przedostać.  Mężczyźni  odgarniali  je  łopatami  z  chodników  i 
czyścili środek Jezdni, ale śnieg ponownie wszystko zasypywał. 

Przeczytałam  w  „Timesie”,  dostarczonym  jakimś  cudem  Przez  gazeciarza,  że  w  całym  kraju  były  trudności  z 

poruszaniem  się  dyliżansów.  Niektóre  drogi  były  całkowicie  nieprzejezdne.  Miałam  nadzieję,  że  Tolley, 
gdziekolwiek była, ma ciepłe i wygodne mieszkanie. 

Przypuszczałam, że Stephen spędza całe dnie w jakiejś karczmie, grzejąc się przy ogniu. Na pewno znajdzie tam 

chętnych do gier hazardowych. 

Noel  wysłał  Abla,  aby  oczyścił  podjazd  ze  śniegu  i  przyniósł  jakieś  wiadomości  z  miasta,  od  którego  byliśmy 

całkowicie odcięci. 

- Czuję się jak w arce w czasach potopu - powiedziałam. 
Abel powiedział nam, że Tamiza zaczyna zamarzać i większość statków musi zostać w porcie. Był tym bardzo 

podniecony.  Powiedział  też,  że  słyszał  od  dziadka  o  festynach  zimowych,  kiedy  na  zamarzniętej  Tamizie  stały 
namioty  kramarzy  i  sztukmistrzów,  a  powozy  przejeżdżały  z  jednego  brzegu  rzeki  na  drugi.  Było  oczywiste,  że 
Abel chciałby, aby nadal było  mroźno i żeby padał śnieg. Miał nadzieję wziąć udział w zimowym festynie. Fala 
zimna, jak czytałam w „Timesie”, uderzyła również w tych, których praca związana była z rzeką - teraz wisiało nad 
nimi widmo głodu. Ponieważ przy tej pogodzie nie można było wyjść na dwór, siłą rzeczy więcej przebywałam w 
towarzystwie Noela. 

- Czy plantacja w Demerara jest w bardzo złym stanie? - ośmieliłam się spytać któregoś wieczoru. 
Siedzieliśmy w półmroku, ponieważ pani Good powiedziała, że musimy zacząć oszczędzać świece i olej. Paliły 

się tylko dwa świeczniki na gzymsie kominka, co nadawało salonowi intymny charakter. W innej sytuacji pewnie 
nie zadałabym takiego pytania. 

- W wystarczająco złym - skrzywił się Noel. - To ma związek z uprawą trzciny cukrowej. 
- Nie znam się na uprawie trzciny cukrowej. 
Obróbka jest bardzo skomplikowana. Po zgnieceniu trzeba ją gotować w bardzo wysokiej temperaturze, istnieje 

wtedy duże niebezpieczeństwo pożaru. Potem trzeba ją oddać do zmielenia, załadować w beczki i zapewnić sobie 
transport na kanałach. 

- Kanałach? 
-  Holendrzy  wybudowali  w  tym  kraju  gęstą  sieć  kanałów.  Pech  chciał  -  dodał  z  ciężkim  westchnieniem  -  że 

George zainteresował się tą plantacją. 

- Co masz zamiar zrobić? 
- Sam nie wiem. Najgorsze jest to, że przesyłanie wiadomości zabiera bardzo dużo czasu. 
- A nie możesz po prostu sprzedać tej plantacji? 
-  W  zasadzie  produkcja  cukru  przynosi  ogromne  zyski,  dlatego  też  George  zdecydował  się  na  kupno  tego 

majątku,  ale  jednocześnie  wymaga  wielkich  inwestycji,  nie  chodzi  tylko  o  budynki  i  maszyny,  ale  również  o 
dodatkową  siłę  niewolniczą.  George  bardzo  się  zadłużył,  pod  zastaw  Ainderby.  Ten  majątek  nazywa  się  Bonne 
Chance, co w tej sytuacji może mieć tylko ironiczne znaczenie. Gdybym go sprzedał, to poniosę ogromne straty, a 
hipoteka Ainderby nadal byłaby obciążona, bez żadnych widoków na spłacenie długu. 

- Czy musisz uprawiać trzcinę cukrową? 
-  Niestety  tak.  To  był  warunek  postawiony  przez  człowieka,  który  pożyczał  George’owi  pieniądze.  Myślę,  że 

chciał osiągnąć Jak najwyższy procent z pożyczki. 

- Przecież to niesłychane! 
- Ale to się zdarza. W każdym razie nie mogę zadowolić się mniejszym zyskiem, uprawiając na przykład kawę 

czy też dygowce na barwniki. 

- A to, że stałeś się właścicielem niewolników? 
Starałam  się  zadać  to  pytanie  beznamiętnym  tonem.  Często  rozmawiałam  na  ten  temat  z  państwem  Irvine, 

czytałam też artykuły o traktowaniu niewolników na plantacjach. Sama idea niewolnictwa napełniała mnie odrazą. 

background image

 

29 

- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Myślałem wyłącznie o pobiciu Napoleona. Nie mogę powiedzieć, żebym 

miał co do tego jakieś poważne zastrzeżenia, chociaż sam nie wybrałbym tej drogi. W końcu zawsze gdzieś byli 
niewolnicy. 

- Ty... ty chyba żartujesz! 
Patrzyłam na niego z przerażeniem. Zawsze uważałam Noela za dobrego człowieka, kogoś, kto w każdej sytuacji 

potrafi się zachować przyzwoicie. Jak to możliwe, żeby popierał niewolnictwo! 

- Jesteś, jak zwykle, idealistką, Emilio. - Noel roześmiał się z przymusem. - Ludzie zawsze będą chcieli kupować 

kawę, bawełnę i cukier po możliwie najniższych cenach. Jeśli nie od nas, to od innych, od narodów, które nie mają 
tak wrażliwego sumienia. 

- Nic mnie to nie obchodzi! - krzyknęłam. - Handel ludźmi jest odrażający. 
-  Mogą  mnie  przekonać  tylko  racjonalne  argumenty,  Emilio  -  powiedział  Noel  -  a  nie  pełne  oburzenia 

wykrzykniki. Zadzwoń na Jema, dobrze? - dodał po chwili niezręcznego milczenia. - Noga zaczyna mi dokuczać. 

Tak skończyła się nasza zażyła rozmowa. Poszłam do swojej sypialni. Byłam zła i chciało mi się płakać. Znałam 

wady Noela - jego stosunek do syna, chociaż ostatnio starał się być bardziej serdeczny, napady zniecierpliwienia, 
kiedy bolała go noga - mogłam to zaakceptować. Nie potrafiłam jednak powstrzymać się od protestowania przeciw 
temu, że godził się z pełnym spokojem na swoją rolę właściciela niewolników. 

Nie  mogłam  zostawić  tej  sprawy  w  spokoju.  Postanowiłam  ponownie  poruszyć tę  kwestię,  kiedy  uzbroję  się w 

odpowiednie argumenty. 

 
R
ozpoczął  się  kolejny  rok,  1814.  Za  piętnaście  dni  miałam  skończyć  dwadzieścia  pięć  lat.  Musiałam  jak 

najszybciej  zobaczyć  się  z  panami  Latimerem  i  Briggsem,  którzy  byli  prawnikami  mojego  ojca.  Śnieg  nie  padał 
teraz  bez  przerwy,  ale  zrobiło  się  jeszcze  zimniej.  3  stycznia  odnotowano  najniższą  jak  do  tej  pory  temperaturę, 
minus 7 stopni, a miała jeszcze spadać. 

Stale wyglądałam przez okno, żeby zobaczyć, w jakim stanie są chodniki, czy uda mi się złożyć wizytę panom 

Latimerowi i Briggsowi. Martwił mnie również fakt, że mogły nie dojść listy mojego ojca do prawników. Jeśli nie 
zawrze on oddzielnego układu, wszystkie moje pieniądze przypadną Stephenowi, a ja nic nie dostanę. Pozostanie 
mi tylko zarobkować pisaniem. 

Byłam przekonana, że  mój ojciec, wedle swojego poczucia sprawiedliwości, będzie nalegał, abym  zwyczajowo 

otrzymała trzecią część spadku. Ale czy Stephen zgodzi się na to, czy Balquidder nie odwiedzie go od tej decyzji? 
Rozpaczliwie potrzebowałam jakiejś części tych pieniędzy; dałyby mi zabezpieczenie i uchroniły od nędzy. 

Do  środy,  5  stycznia,  byłam  uwięziona  w  domu.  Powiedziałam  Noelowi,  że  chcę  się  spotkać  z  Latimerem  i 

Briggsem, a on zaproponował, że pośle ze mną pana Bagnigge. Nie ośmieliłam się protestować. Wydawało mi się, 
ż

e  Noel  znów  traktuje  mnie  jak  nieznośną,  małą  dziewczynkę,  więc  nie  chciałam  okazać  się  niewdzięczna.  Nie 

przyszło  mi  nawet  do  głowy,  że  Noel  może  odczuwać  wyrzuty  sumienia  po  naszej  sprzeczce  na  temat 
niewolnictwa. 

Nie  znałam  jeszcze  pana  Bagnigge.  Był  niewielkim,  żylastym  mężczyzną  w  wieku  około  pięćdziesięciu  lat,  z 

ciemną  karnacją  i  pomarszczoną  twarzą.  Miał  czarne,  głęboko  osadzone  oczy,  a  jego  włosy,  a  właściwie  ich 
resztki, sterczały po obu stronach głowy, dzięki czemu wyglądał jak sowa. Był wyjątkowo niegrzeczny dla tych, 
których nie lubił - to znaczy dla większości kobiet. Słyszałam kiedyś, jak Tryphena Good mówiła, że nie rozumie, 
jak pułkownik może z nim wytrzymać. 

Był bardzo oddany Noelowi od chwili, kiedy Noel wstąpił do wojska w 1806 roku. Według słów Richarda, to pan 

Bagnigge uratował Noelowi życie podczas bitwy pod Vittorią. 

Pan Bagnigge - nie ośmieliłam się mówić do niego Jem, jak to robili Noel i Richard - był u Latimera i Briggsa 

poprzedniego dnia i umówił mnie na spotkanie. Kiedy wsiadał ze mną do dorożki, widać było, że traktuje mnie jak 
kłopotliwy bagaż. 

- Panicz Richard bardzo się przejął pana opowieścią o bitwie pod Vittorią - zauważyłam. 
Jedyną odpowiedzią było chrząknięcie. Pan Bagnigge skrzyżował ramiona i zaczął wyglądać przez okno. 
- Jak pan myśli, czy rana pułkownika zaczyna się już goić? - zaryzykowałam pytanie. 
- Goiłaby się, gdyby nie martwił się tym, czym nie powinien się martwić. 
- Jak przypuszczam, chodzi o mnie? 
- Uderz w stół... 
- Ależ panie Bagnigge, to naprawdę nie ma sensu. Zostanę tutaj, dopóki nie poprawi się pogoda, więc mógłby się 

pan już z tym pogodzić. 

Obrócił się, aby na mnie spojrzeć. Kępki włosów wystawały mu z obu stron kapelusza. Wyglądał komicznie, ale 

nie odważyłam się uśmiechnąć. 

-  Dobrze  pan  wie,  że  moja  osoba  nie  ma  nic  wspólnego  problemami  pułkownika.  To  ten  przeklęty  interes  w 

Demerara. Co też opętało pana George’a, żeby się w to wplątać? 

-  Żona,  która  chciała  kupować  te  wszystkie  swoje...  Jak  tylko  ją  zobaczyłem,  wiedziałem,  że  ta  to  narobi 

kłopotów. 

background image

 

30 

- Zupełnie się z panem zgadzam - powiedziałam. 
Prowadzenie  takiej  rozmowy  ze  służącym  było  niedopuszczalne,  ale  pan  Bagnigge  wydawał  się  tego  nie 

zauważać. Czy w ten sam sposób rozmawiał z Noelem? 

-  Ona  chce  wracać  do  Francji,  jak  tylko  wszystko  się  uspokoi.  Jeśli  o  mnie  chodzi,  to  mogłaby  wyjechać 

natychmiast. 

Niezadowolony z faktu, że przytakuje kobiecie, odwrócił się i zaczął znowu wyglądać przez okno. 
Latimer  i  Briggs  mieli  swoją  kancelarię  w  Little  Britain,  niedaleko  katedry  Świętego  Pawła.  Rząd  brudnych 

domów  ciągnął  się  od  Aldersgate  aż  na  tyły  szpitala Świętego  Bartłomieja.  Ich  biuro  było trochę  czyściejsze  niż 
inne domy. Przy drzwiach wisiała mosiężna wizytówka, w skrzynkach przy oknach piętrzył się śnieg, a z okapów 
zwisały długie sople. Schodki były zamiecione. 

Pan Bagnigge wysiadł z dorożki, wyciągnął schodki i zapłacił za kurs. Widziałam, jak zerkał w dół ulicy, gdzie 

widniał szyld „Głowy Saracena”. 

- Może wróci pan tutaj za pół godziny? - zaproponowałam. 
Noel wysłał ze mną pana Bagnigge, ponieważ chciał wiedzieć, co będę załatwiać, ale ja wolałam zachować to dla 

siebie. 

Pan  Bagnigge  ruszył  w  stronę  karczmy,  roztrącając  po  drodze  pryzmy  śniegu,  a  ja  podeszłam  do  drzwi  z 

mosiężną  tabliczką  i  zastukałam.  Wprowadzono  mnie  do  ładnie  urządzonego  biura,  gdzie  powitał  mnie  pan 
Latimer. Podał mi rękę i podsunął krzesło. 

-  Przykro  mi,  pani  Kirkwall  -  powiedział  od  razu  -  ale  nic  więcej  nie  mogę  powiedzieć,  poza  tym,  co  już 

mówiłem dziś rano pani mężowi. 

Krew napłynęła mi do twarzy. Stephen tutaj był? Jak to się stało? Gdzie on teraz jest? Opanowałam się z trudem. 
- Czy mógłby mi pan to powtórzyć? 
-  Pani  majątek  przechodzi  we  władanie  pani  męża  z  dniem  piętnastego  tego  miesiąca.  Jednak  pan  Kirkwall,  w 

porozumieniu  z  pani  ojcem,  zgodził  się  na  przyznanie  pani  dożywotniej  sumy  dwustu  osiemdziesięciu  ośmiu 
funtów rocznie. Pan Daniels chciał, aby należna pani trzecia część kapitału była pod pani wyłączną kontrolą, ale 
pan Kirkwall nie dał się przekonać. Naturalnie, pani majątek uległ znacznemu powiększeniu i na dzień dzisiejszy 
wynosi - tu pan Latimer zajrzał do swoich notatek - siedemnaście tysięcy czterysta sześćdziesiąt trzy fanty. 

- To mnóstwo pieniędzy - powiedziałam, nie mogąc otrząsnąć się z wrażenia. 
A  Stephen  nie  chciał  przyznać  mi  należnej  trzeciej  części!  To  byłoby  mniej  niż  sześć  tysięcy  fantów,  a  jemu 

zostałoby prawie dwanaście tysięcy. 

-  Te  pieniądze  pochodzą  od  rodziny  pani  matki,  od  Tumbullów.  Pan  Tumbull,  dziadek  pani  ze  strony  matki, 

ustalił  warunki  dziedziczenia.  Na  pewno  sądził,  że  trzeba  będzie  wyposażyć  większą  liczbę  córek,  i  nie  mógł 
przewidzieć, że pani matka umrze młodo. Przypominam sobie, że był dość upartym człowiekiem. 

- Ja go nie pamiętam. 
- W efekcie cały majątek przechodzi na panią, no i, oczywiście, ponieważ jest pani teraz mężatką, na pani męża. 

Pomiędzy stronami nie zawarto kontraktu majątkowego, nie ma więc prawnych możliwości, aby zmusić pani męża 
do zawarcia go teraz. 

Pan Latimer odchylił się na krześle i patrzył na mnie z ponurą satysfakcją. 
- A co będzie, jeśli mój mąż umrze pierwszy? On jest ode mnie o jedenaście lat starszy. 
-  Każdy,  kto  będzie  spadkobiercą  pani  męża,  będzie  musiał  płacić  pani  dwieście  osiemdziesiąt  osiem  fantów 

rocznie. Nie musi się pani niczego obawiać, pani Kirkwall. 

Ktoś zastukał do drzwi. Wszedł młody urzędnik. 
- Przepraszam, że przeszkadzam, panie Latimer, ale pan Briggs ma do pana bardzo pilną sprawę. 
- Muszę panią na chwilę przeprosić, pani Kirkwall. 
Kiedy  tylko  zamknęły  się  za  nim  drzwi,  zerwałam  się  z  krzesła  i  obeszłam  biurko.  W  otwartym  segregatorze 

znalazłam adres: pan Kirkwall, 12 Wych St., Londyn E.C. 

Usłyszałam kroki, więc szybko wróciłam na swoje miejsce. 
- Dziękuję, że mnie pan przyjął, panie Latimer - powiedziałam, naciągając rękawiczki. - To bardzo uprzejmie z 

pana strony. Byłabym wdzięczna, gdyby pan nie wspominał o mojej „wizycie mężowi. Te sprawy... 

- Doskonale panią rozumiem. 
Niczego pan nie rozumie, pomyślałam. 
- Jeszcze jedno pytanie, jeśli można. Czy pan Kirkwall był u pana sam? 
- Tak, proszę pani - odpowiedział ze zdumieniem. 
Miałam  o  czym  myśleć,  kiedy  schodziłam  na  dół.  Zatrzymałam  się  w  małym  pokoju,  gdzie  pracowało  dwóch 

urzędników. Siedzieli na swoich wysokich stołkach i nie zwracali na mnie uwagi. Stanęłam przy oknie, czekając na 
powrót  pana  Bagnigge.  Stephen  zatrzymał  się  na  Wych  Street  pod  12.  Gdzie  to  jest?  Czy  przyjechał  razem  z 
Balquidderem? Jak się tu dostał przy tak okropnej pogodzie? Czy powinnam się z nim spotkać? 

Pan Bagnigge powrócił w o wiele lepszym humorze. Widać podziałały na niego uroki „Głowy Saracena”. Tym 

razem  to  ja  nie  odzywałam  się  podczas  jazdy  dorożką.  Musiałam  dowiedzieć  się,  czy  Balquidder  też  jest  w 

background image

 

31 

Londynie, ale to mogło być niebezpieczne. Nie chciałam go spotkać. 

Ż

ebym mogła zwierzyć się ze wszystkiego Noelowi! 

Pomyślałam o Ablu - byłam pewna, że chętnie by mi pomógł, bardzo lubił przygody - ale stwierdziłam, że może 

to być ryzykowne. Gdyby Noel dowiedział się, że Stephen jest w Londynie, to kazałby mi do niego wrócić. 

Potem przyszedł mi na myśl pan Robinson! Księgarz na pewno będzie wiedział, gdzie jest Wych Street. Miałam 

się  skontaktować  z  panem  Robinsonem  w  piątek,  czyli  za  dwa  dni.  Abel  przyprowadzi  mi  dorożkę.  Mogłabym 
powiedzieć, że potrzebuję tasiemki, ponieważ przerabiam suknie pani Beresford, które są na mnie o wiele za duże. 
Noel nie posłałby pana Bagnigge, aby mi towarzyszył do sklepu z pasmanterią. Poznam losy Władczyni Sokolego 
Gniazda

  i  dowiem  się,  gdzie  jest  Wych  Street.  Przejadę  tamtędy  w  drodze  powrotnej  do  domu.  Zobaczę,  czy  to 

pensjonat, czy też, czego się obawiałam, dom Balquiddera. 

Spotkanie  z  panem  Latimerem  wyjaśniło  jedną  sprawę:  jeśli  umrę,  Stephen  bierze  cały  majątek  -  bez  żadnych 

dalszych  zobowiązań.  Gdyby  moja  nagła  śmierć  wzbudziła  podejrzenia,  to  padną  one  na  Stephena,  a  nie 
Balquiddera. 

A  co  będzie,  jeśli  Noel  dowie  się  o  wszystkim?  Latimer  i  Briggs  zajmowali  się  również  sprawami  rodziny 

Beresfordów, ponieważ stary pan Latimer rozpoczynał praktykę adwokacką w Harrogate i miał wielu klientów w 
North  Riding.  Bez  względu  na  to,  jak  się  będę  pilnować,  mogę  się  zdradzić  jakąś  zdawkową  uwagą. 
Zdecydowałam, że zacznę szukać mieszkania, kiedy tylko dostanę odpowiedź od pana Robinsona. 

Bóg jeden wie, co zrobię, jeśli on odrzuci Władczynię Sokolego Gniazda
Nie dane mi było uwolnić się od trosk i kłopotów. 
Kiedy  wróciłam  do  domu,  zastałam  Noela  i  Richarda  w  salonie.  Richard  siedział  na  podłodze,  u  stóp  ojca  i 

pokazywał  mu,  jak  działa  armatka,  którą  mu  podarowałam.  Zauważyłam  trochę  suchego  grochu  na  dywanie. 
Zerwał się na mój widok, a Noel sięgnął po swoją laskę. Poprosiłam, żeby nie wstawali. 

-  Richardzie,  zadzwoń,  proszę,  aby  przynieśli  nam  herbatę,  i  pozbieraj  ten  groszek  -  powiedział  z  uśmiechem 

Noel. 

Uśmiech, którym mnie obdarzył, był dość chłodny. Wydawało mi się, że nie zapomniał jeszcze naszej dyskusji o 

niewolnictwie. 

Pojawiła się Hannah z tacą. Richard był w wieku, kiedy stale Jest się głodnym, więc przede wszystkim patrzył na 

talerz pełen ciepłych bułeczek. Noel pogładził go po głowie. 

- Emilio - powiedział - wyglądasz na zmęczoną. Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku. 
- Tak, wszystko zostało pomyślnie załatwione - powiedziałam, zabierając się do nalewania herbaty. - Mogę liczyć 

na dwieście osiemdziesiąt osiem funtów rocznie, co jest o wiele większą sumą niż ta, która do tej pory musiała mi 
wystarczać, więc odetchnęłam z ulgą. Usiądź, Richardzie, to dam ci bułeczkę. 

- Cały majątek jest teraz pewnie wart około osiemnastu tysięcy - stwierdził Noel, marszcząc brwi. 
- Nie ma sensu się nad tym zastanawiać - powiedziałam. 
Nie chciałam rozmawiać z nim na ten temat. Miałam zbyt wiele do ukrycia. 
Noel chciał coś dodać, ale zrezygnował. Odezwał się dopiero po chwili. 
- To niedobry interes - skomentował. 
Popatrzyłam  na  Richarda.  Siedział  na  stołeczku,  tuż  koło  krzesła  ojca.  Przynajmniej  on  był  szczęśliwy.  Noel 

starał się zbliżyć do swojego syna. Zażartował ze strzelania grochem do celu i Richard uśmiechnął się szeroko. 

Po herbacie zabraliśmy się z Richardem do czytania. Przyniósł ze sobą książeczkę o Pani Trot i jej śmiesznych 

kotkach

 i powoli, podkreślając każde słowo palcem, przeczytał dwie stroniczki. 

- Robisz postępy - powiedziałam i uściskałam go mocno. 
Richard  spojrzał  na  ojca,  ale  Noel  czytał  „Timesa”.  Chłopiec  zamrugał  i  zamknął  książkę.  Chciałam  go 

pocieszyć, nie mogłam mu jednak powiedzieć, że to ja jestem osobą, z którą Noel unika rozmowy. 

W dwa dni później wymknęłam się z domu na spotkanie z panem Robinsonem. Nie było to trudne. Noel zawsze 

jadł śniadanie w swoim pokoju. Często źle sypiał, więc spotykaliśmy się dopiero na obiedzie, około drugiej. Ja też 
dostawałam śniadanie do sypialni i spędzałam przedpołudnie, szyjąc lub czytając. 

Tego piątku włożyłam na siebie jedną z przerobionych już okienek pani Beresford, która była o wiele cieplejsza 

niż moja, zeszłam na dół. Abel czyścił właśnie lampy. 

- Abel, potrzebuję dorożki- powiedziałam.- Muszę jechać do sklepu z pasmanterią. 
Odstawił  lampę,  chwycił  kurtkę  i  czapkę  i  szybko  wybiegł  na  ulicę.  Był  żywym  chłopcem  i  to  przymusowe 

zamknięcie w domu bardzo go męczyło. Dostał ode mnie sześć pensów za sprowadzenie dorożki 

- Tamiza już niedługo całkowicie zamarznie - doniósł mi z błyszczącymi oczami. - Dorożkarz mówi, że wkrótce 

będziemy  mieli  festyn  zimowy.  Na  rzece  będą  stały  kramy,  panno  Emilio,  będą  się  tam  odbywały  różne  gry  i 
zabawy. 

- To na pewno będzie pasjonujące - powiedziałam. 
Nie przeczuwałam nawet, jak ten festyn zimowy niebezpiecznie się zapowiada. 
Abel wrócił do domu, a ja wsiadłam do dorożki i podałam adres. Jeśli pan Robinson wyda pozytywną opinię o 

mojej książce, to będę mogła pojechać do Somers Town, aby poszukać taniego mieszkania. 

background image

 

32 

Moje rozstanie z domem Noela będzie dla mnie rozpaczliwie smutne, pomyślałam. Po raz pierwszy od lat było 

mi ciepło, nie byłam głodna, nie musiałam martwić się o zapłacenie czynszu ani prosić służącej, żeby przyniosła po 
kryjomu trochę węgla. Moje odmrożenia dobrze się goiły. Nawet przybrałam trochę na wadze. Co prawda, jeszcze 
widać mi było żebra, Zważyłam jednak, że powinnam trochę poluzować stalki w gorsecie. 

Z panem Robinsonem nie byłam umówiona na konkretną godzinę, ale przyjął mnie od razu. Kiedy zobaczyłam 

jego długą twarz i krzaczaste brwi, od razu poczułam się lepiej. On jeden poważnie mnie traktował. 

- Podoba mi się Władczyni Sokolego Gniazda - powiedział natychmiast, kiedy znaleźliśmy się w jego biurze. 
Pewnie jest przyzwyczajony do niecierpliwych autorów, pomyślałam. 
- Mogę pani zaproponować dwieście funtów za prawa autorskie. 
Ta suma mogłaby mi wystarczyć na rok. A w tym czasie mogę napisać nową książkę. Może nawet udałoby mi się 

coś zaoszczędzić, jeśli mieszkanie w Somers Town nie byłoby drogie. Zdawałam sobie sprawę, że nie będę mogła 
żą

dać  sumy  dwustu  osiemdziesięciu  ośmiu  funtów  rocznie  z  majątku  mojej  matki,  jeśli  chciałam  pozostać  przy 

ż

yciu. 

- Dziękuję. Przyjmuję pana propozycję. 
Udało mi się przekonać pana Robinsona, aby przejął rolę pana Irvine’a i stał się moim bankierem. 
- Mój urzędnik spisze umowę, panno Daniels. Czy zaczeka pani, aby ją podpisać? 
- Przyjdę w przyszłym tygodniu - powiedziałam. - Wtedy będę już miała stały adres. 
Zapomniałam spytać go o Wych Street, ale nie był to jedyny błąd, jaki tego dnia popełniłam. 
- Dobrze - powiedział i odprowadził mnie do drzwi. 
Musiałam przejść obok katedry Świętego Pawła, aby dostać się do postoju dorożek po przeciwnej stronie. Bruk 

był bardzo oblodzony, więc odchyliłam woalkę, aby lepiej widzieć. Przechodziłam właśnie koło pomnika królowej 
Anny, kiedy usłyszałam okrzyk. 

- Emmy! 
Opuściłam woalkę i starałam się nie przyspieszać kroku. 
- Emmy! 
Rozległ się tupot nóg i ktoś mnie złapał za ramię. 
Stephen był sam. Był bardzo wzburzony, a może nawet przerażony. 
- Dobry Boże, Emmy, co ty tu robisz? Myślałem, że jesteś u ojca. 
- Nie. Jestem tutaj. 
Rozejrzał się niespokojnie i wskazał gestem kawiarnię. 
- Chodźmy tam. Szybko. 
- Nie mogę iść do kawiarni, Stephen. 
Tylko mężczyźni chodzili do kawiarni. 
Pociągnął  mnie  na  schody  katedry  i  po  chwili  znaleźliśmy  się  w  jej  mrocznym  wnętrzu.  Przy  drzwiach  stał 

kościelny. Stephen przeszedł obok niego, ciągnąc mnie za sobą. Wprowadził mnie do bocznej kaplicy. Usiedliśmy 
w kącie. 

Rozwiązałam wstążki przytrzymujące kapelusz. 
- O co chodzi? - spytałam. 
Znałam już Stephena na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że zbytnio się mną nie interesuje. O wiele bardziej zajmują 

go własne sprawy. 

- Na litość boską, Emmy. Powinnaś być teraz w Tranters Court. 
- Dlaczego? 
Czułam, że coś bardzo złego wisi w powietrzu. 
- Och, Boże. Zabiję, że cię spotkałem. 
- Nie musiałeś mnie zatrzymywać na ulicy. 
- Nie, chodzi mi o to, że żałuję, żeśmy się w ogóle poznali. Nawet nie masz pojęcia... 
Stephen ukrył twarz na moim ramieniu. Pogładziłam go po głowie. 
- Mówię ci, Emmy, to jest tak rozpaczliwa sprawa, że nawet nie możesz sobie tego wyobrazić. 
- Chodzi o mój majątek, prawda? 
Stephen odwrócił wzrok. 
- Odezwij się, Stephen. To te pięć tysięcy funtów, które jesteś winien Balquidderowi. 
- Och, Emmy! Tak mi przykro. Chciałem zwrócić ci wszystko, do ostatniego pensa. Musisz mi uwierzyć.  
Czekałam, co będzie dalej. 
- To te cholerne odsetki, Emmy. Balquidder pożyczył mi pieniądze na piętnaście procent - to i tak o wiele mniej, 

niż biorą niektórzy krwiopijcy. Ale nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo urośnie ten dług. Wierzyłem, że on jest 
moim przyjacielem. Och, Boże, jestem mu winien przeszło siedemnaście tysięcy pięćset funtów i on chce dostać te 
pieniądze teraz, co do grosza. 

Byłam  zaszokowana.  To  była  olbrzymia  suma.  Wydawać  by  się  mogło,  że  Balquidder  nie  powinien  obciążać 

przyjaciela płaceniem odsetek. Ale jak tylko o tym pomyślałam, zrozumiałam, że jestem po prostu naiwna. Mówiąc 

background image

 

33 

Balquidderowi  o  moim  majątku  i  o  tym,  że  jestem  niepełnoletnia,  Stephen  sam  sobie  założył  stryczek  na  szyję. 
Balquidder  od  początku  miał  zamiar  zabrać  wszystkie  pieniądze.  Był  na  pewno  wściekły,  że  do  ukończenia 
dwudziestego  piątego  roku  życia  brakowało  mi  wówczas  jeszcze  ośmiu  lat.  Nie  miał  zamiaru  zostawić  mi 
jakichkolwiek pieniędzy. Stephen nie spłaci tego długu nawet całym moim majątkiem. 

- Ale Stephen, jeśli jesteś winien Balquidderowi wszystkie pieniądze, jakie posiadam, dlaczego zgodziłeś się na 

układ z moim ojcem? Nie stać cię na tę roczną wypłatę. 

- Nie mogłem tego nie zrobić, Emmy. To są twoje pieniądze. Należy ci się dochód z twojej trzeciej części. 
Biedny Stephen. Zawsze dbał o pozory. Chciał, aby wszyscy uważali, że właściwie postępuje. Balquidder nigdy 

by się nie zgodził na taki układ, ale Stephen wolał przejść nad tym do porządku dziennego. Pewnie pan Latimer 
powiedział mu coś miłego i Stephen poczuł się dżentelmenem. 

- Dobrze wiesz, że nie dostanę z tego ani pensa - powiedziałam. 
Byłam rozdrażniona. Miałam już dość tego fantazjowania. 
- Dlatego musisz jechać do ojca, Emmy. Ja... boję się o ciebie. 
- Jak myślisz, co zrobi Balquidder? 
- On oczywiście żartuje, kiedy mówi, że.... - Stephen nie dokończył zdania. 
Nie, on nie żartuje, pomyślałam. Jeśli Stephen tak poważnie do tego podchodzi, to znaczy, że Balquidder musiał 

mu wiele razy dawać do zrozumienia, że należy usunąć mnie z drogi. 

- A co z tobą? - spytałam. 
Pomyślałam, że życiu Stephena również zagraża niebezpieczeństwo. Gdyby mnie się coś stało, Balquidder będzie 

chciał się go pozbyć, wiedząc, że Stephen nie potrafi utrzymać Języka za zębami. 

-  Co  tam  ja?  Mówię  ci,  Emmy,  chciałbym  mieć  tyle  odwagi,  aby  móc  ze  sobą  skończyć.  Wtedy  te  cholerne 

pieniądze Przeszłyby na rzecz Korony. 

- Nie wolno ci o tym myśleć! 
Nigdy jeszcze nie widziałam Stephena w takim stanie. 
- Musi być jakieś wyjście - dodałam. 
-  Nie  -  Stephen  potrząsnął  głową.  -  Podpisywałem  różne  Papiery.  -  Gdzie  się  zatrzymałaś,  Emmy?  -  spytał  po 

chwili. 

Zawahałam się. 
- Nie powiem Balquidderowi. 
- Och, Stephen. Jeszcze się nie zdarzyło, żebyś nie powtórzył wszystkiego Balquidderowi. 
-  Myślę,  że  mąż  może  spytać  swoją  żonę  o  miejsce  jej  zamieszkania  -  powiedział  urażony.  -  A  może  masz 

bogatego kochanka, Emmy? Który może dać ci to wszystko, czego ja nie mogę? 

- Nie bądź śmieszny - warknęłam. - Kto by mnie chciał? 
- Nie znam tej sukienki. 
- Dostałam ją od pani Irvine. 
Czułam, że się rumienię. Nigdy nie umiałam kłamać. 
- Popatrz - dodałam - przerobiłam ją na siebie. 
Pomyślałam,  że  mogłabym  podać  mu  fałszywy  adres.  Stephen  właściwie  się  mną  nie  interesował,  wiedziałam 

jednak, że jeśli widzi w tym własną korzyść, to potrafi być nieustępliwy. 

- Czy Balquidder też jest w Londynie? 
- Przyjeżdża w przyszłym tygodniu. Jeśli uda mu się dojechać. 
Zdąży na moje urodziny. 
- Nie mogę narzekać - powiedział z rozpaczą Stephen. - On mi wszystko wytłumaczył. Potrzebuje pieniędzy na 

zakup statków do przewozu niewolników. Wiesz, że on ma takie statki, a raczej miał, kiedy to było legalne. Teraz 
ma fałszywe papiery, które mu zrobił jakiś Moxon, a statki są zarejestrowane w Lizbonie. 

Moxon,  pomyślałam.  Gdzie  ja  słyszałam  to  nazwisko?  Coś  mi  chodziło  po  głowie,  ale  nie  mogłam  sobie  tego 

przypomnieć. Może jak zacznę mówić o czymś innym... 

- Jak udało ci się tu dojechałeś przy tej okropnej pogodzie? 
 - Miałem fatalną podróż - powiedział Stephen, wstrząsając się na to wspomnienie. - Przyjechałem dyliżansem w 

dzień  po  Bożym  Narodzeniu.  Jechaliśmy  prawie  cały  tydzień.  Myślałem,  że  umrę  z  zimna.  Musieliśmy  się  stale 
zatrzymywać. 

Przyszło mi do głowy, że najlepiej będzie, jeśli Stephen i Balquidder (ponieważ nie wątpiłam, że Stephen powie 

mu o naszym spotkaniu) będą myśleli, że jestem w Tranters Court. 

-  Pojadę  do  ojca.  Balquidder  tam  mnie  nie  dopadnie.  Ty  też  trzymaj  się  z  daleka.  Przykro  mi,  Stephen, jednak 

uważam, że powinniśmy zdecydować się na separację. 

Stephen otworzył usta, aby coś powiedzieć, i zamknął je znowu. Po chwili skinął potakująco głową. 
Wyjęłam z torebki notesik i ołówek, podałam Stephenowi i zaczęłam dyktować: 
 
 Stephen Kirkwall zgadza się na separację ze swoją żona, Emilią Kirkwall, z domu Daniels. 

background image

 

34 

Podpisano 5 stycznia 1814 r. 

S. Kirkwall E. Kirkwall 

- Gotowe - powiedział obrażony, podając mi podpisaną Przez nas kartkę. 
- Niezupełnie. 
Wstałam i weszłam do bocznej nawy, gdzie dwóch mężczyzn Polerowało ławki. 
- Czy umiecie pisać? - spytałam.  
Potrząsnęli tylko głowami. 
- Jeśli postawicie tu krzyżyki i podacie mi swoje nazwiska i adresy, staniecie się świadkami. Dostaniecie za to po 

sześć pensów każdy. 

Popatrzyli  na  siebie  i  niemal  jednocześnie  odłożyli  swoje  szmatki  i  pojemnik  z  woskiem  pszczelim.  Kiedy  to 

zostało załatwione, złożyłam kartkę i schowałam ją za dekoltem. Stephen miał nieszczęśliwy wyraz twarzy. 

- Ale... mieliśmy też dobre chwile, prawda, Emmy? 
Dobre chwile? Dla mnie małżeństwo było jednoznaczne z biedą, brakiem zainteresowania ze strony męża i złym 

losem. Nauczyłam się jednak polegać sama na sobie. Pochyliłam się i pocałowałam go w policzek. 

- Tak, Stephen. 
- Nie masz przypadkiem szylinga albo dwóch? 
Sięgnęłam  do  portmonetki,  odliczyłam  pieniądze  na  dorożkę  i  resztę  dałam  Stephenowi.  Około  dwunastu 

szylingów. 

- Dziękuję. 
- Muszę już iść - powiedziałam. 
Nagle  poczułam  się  okropnie  zmęczona.  Chciałam  znaleźć  się  jak  najprędzej  na  John  Street.  Zbyt  wiele 

wydarzyło się w tak krótkim czasie. Wstałam z krzesła. 

- Ja tu jeszcze chwilę zostanę - powiedział Stephen. 
- Do widzenia. Życzę ci powodzenia. 
- Ja tobie też, Emmy. 
Kiedy  byłam  przy  drzwiach,  obróciłam  się  jeszcze,  ale  Stephen  został  w  kaplicy  i  nie  mogłam  go  zobaczyć. 

Opuściłam woalkę i poszłam szybkim krokiem do postoju dorożek. 

Niestety, nie przyszło mi do głowy, aby obejrzeć się za siebie. 

Po drodze do domu zastanawiałam się, czy powinnam zwierzyć się Noelowi. To wszystko stawało się zbyt skom-

plikowane, a w związku z rychłym przyjazdem Balquiddera wręcz niebezpieczne. Ale powstrzymywało mnie przed 
tym kilka rzeczy. Noel uważał, że powinnam wrócić do swojego męża, był też przekonany, że jestem pozbawioną 
zmysłu  praktycznego  marzycielką.  Od  czasu,  kiedy  wyraziłam  swoją  opinię  o  właścicielach  niewolników,  nie 
zachowywał  się  przy  mnie  tak  swobodnie  jak  poprzednio.  Poza  tym  obawiałam  się,  że  nie  uwierzy  w  moją 
opowieść o Balquidderze. Podejrzewałam również, że list, który przed laty napisałam do jego ojca, spowodował, że 
George wszedł w kontakt z Balquidderem. W liście tym błagałam pana Beresforda o użycie swojego wpływu, aby 
mój  majątek  nie  dostał  się  w  ręce  Stephena  i  nie  został  użyty  przez  Balquiddera  na  zakup  statków  do  przewozu 
niewolników. Noel mógłby mieć do mnie o to pretensję. 

Przeklinałam  również  pogodę,  która  stwarzała  dodatkowe  utrudnienia.  Pryzmy  brudnego  śniegu,  razem  z 

końskimi  i  psimi  odchodami,  zalegały  w  rynsztokach.  Wygłodniali i  zziębnięci  żebracy  kulili  się  po  bramach.  A 
najgorsze ze wszystkiego było przeraźliwe zimno. 

Kiedy  dorożka  skręciła  w  John  Street,  otworzył  się  przede  mną  widok  na  nabrzeże  Adelphi.  Na  Tamizie  ustał 

wszelki  ruch.  Rzeka  była  zamarznięta  przy  brzegach,  małe  łódki  zostały  uwięzione  w  lodzie.  Środkiem  rzeki 
płynęły ogromne kry, które z łatwością mogły przebić i zatopić każdy statek. 

Na  południowym  brzegu  widziałam  dymiące  piece  garncarskie.  Będą  pracować,  dopóki  starczy  im  węgla. 

Przynajmniej tam robotnicy mają ciepło. 

Dorożka  podjechała  wreszcie  pod  dom.  Wysiadłam  i  zapłaciłam.  Dzięki  Bogu,  nikt  nie  zauważył  mojej 

nieobecności, pomyślałam. Myliłam się. Kiedy tylko otworzyłam drzwi, Noel wyszedł ze swojego gabinetu. 

- Gdzie, u diabła, byłaś? 
- W mieście. 
Poczułam się urażona. Czyżbym była więźniem w tym domu? 
- Dlaczego nikomu nie powiedziałaś, że wychodzisz? 
- Prosiłam Abla, aby sprowadził mi dorożkę. Nie wymknęłam się cichaczem. 
-  Jak  mogłaś  jechać  do  miasta  przy  takiej  pogodzie? Czy  miałaś  coś  aż  tak  ważnego  do  załatwienia?  Na  litość 

boską, Emilio, ludzie zamarzają na śmierć. Czy nie czytasz gazet? 

- Nie wiedziałam, że jestem na warunkowym zwolnieniu - odparowałam. - Poza tym, to nie twoja sprawa, gdzie 

byłam. 

- To jest mój dom - oznajmił Noel. - Kiedy w nim mieszkasz, masz się zachowywać jak dorosła. 
- Więc jestem teraz dzieckiem, prawda? Czy myślisz, że to miło, kiedy nikt ci nie ufa? 

background image

 

35 

Odwróciłam się i pobiegłam do swojego pokoju. Zatrzasnęłam za sobą drzwi. 
W Edynburgu robiłam, co chciałam, i nikogo to nie obchodziło, chociaż muszę przyznać, że czasem czułam się 

samotna.  Nie  mogłam  jednak  pozwolić,  aby  traktowano  mnie  jak  niegrzeczne  dziecko.  Prawdą  jest,  że  Noel 
wysłuchał mnie i ofiarował schronienie, ale nie chciał poznać moich prawdziwych kłopotów. Czekał na poprawę 
pogody, aby odesłać mnie do męża. 

Jak mogłam mu powiedzieć, że zarówno mój ojciec, jak i mąż zawiedli mnie? Byłam niewątpliwie nieznośnym 

dzieckiem,  ale  to  nie  była  wyłącznie  moja  wina.  Gdyby  mój  ojciec  okazał  mi  czasem  choć  trochę  czułości, 
wszystko byłoby inaczej. 

Często zastanawiałam się, dlaczego zakochałam się w Stephenie. Doszłam do wniosku, że dziewczyna, która ma 

kochającego  ojca,  nie  robi  takich  głupstw  jak  ja,  ponieważ  ma  wzorzec,  wedle  którego  może  oszacować  innego 
mężczyznę. Ja nie posiadałam takiego wzorca i dlatego tak łatwo uległam namowom Stephena. 

Nie  oczekiwałam,  że  Noel  przyzna  mi  rację.  Mimo  że  tak  bardzo  go  kochałam,  kiedy  byłam  dzieckiem,  teraz 

wiele rzeczy mi się w nim nie podobało - przede wszystkim nie mogłam się pogodzić z tym, że posiada plantację, 
na  której  pracują  niewolnicy.  Co  prawda  poprawił  się  jego  stosunek  do  Richarda,  ale  nadal  nie  czuł  się  z  nim 
swobodnie. Rozumiałam, że jego problemy finansowe i kłopoty z nogą sprawiały, że często tracił cierpliwość, ale 
Richard był przecież jego synem. Noel dał mu życie, więc powinien go kochać. Nie mogłam również pogodzić się 
z jego przekonaniem, że zachowanie mojego ojca było bez zarzutu. 

Chętnie bym się wyprowadziła z domu, gdzie byłam ledwie tolerowana. Nie chciano mnie tutaj, tak samo jak nie 

chciano  mnie  w  Tranters  Court  czy  na  Cant’s  Close.  Byłam  dorosłą  osobą,  autorką,  której  książki  były 
publikowane  przez  poważnego  wydawcę  -  dobrze,  że  chociaż  tam  mnie  poważano.  Stephen  zgodził  się  na 
separację. Noel nie był moim krewnym, a ja miałam prawo żyć tak, jak mi się będzie podobało. 

Przebrałam  się  i  zeszłam  do  jadalni  w  dość  wojowniczym  nastroju.  Spodziewałam  się,  że  będę  jadła  samotnie, 

jednak, ku mojemu zdziwieniu, Noel już tam był. Miał poważny wyraz twarzy. 

Nasz  południowy  posiłek  składał  się  tego  dnia  z  zimnej  wieprzowiny  i  sałaty.  Jedzenie  stało  na  kredensie  i 

nakładaliśmy je sami na talerze, to znaczy, Noel nakładał sobie i również mnie. 

-  Chciałem  cię  przeprosić  -  powiedział,  kiedy  usiedliśmy  do  stołu  -  za  moje  słowa,  wypowiedziane  bez 

zastanowienia. Ciągle zapominam, że jesteś już dorosłą kobietą. 

-  Dziękuję  -  odrzekłam,  zastanawiając  się,  jak  długo  Noel  będzie  w  dobrym  nastroju.  -  Właśnie  chciałam  ci 

powiedzieć, że dziś rano spotkałam przypadkiem swojego męża. 

Natychmiast się zorientowałam, że to musiało mu się wydać nieprawdopodobne. 
-  To  znaczy,  że  wpadłaś  na  niego  na  ulicy?  -  spytał  Noel,  odkładając  widelec  i  patrząc  na  mnie  z 

zainteresowaniem. 

- Nie. Raczej odwrotnie. Nie miałam pojęcia, że on jest w Londynie i wcale sobie nie życzyłam tego spotkania. 
- Rozumiem. No i? 
- Odbyliśmy krótką rozmowę i dostałam od niego ten papier. 
Podałam mu oświadczenie o separacji. Noel szybko przebiegł je wzrokiem i zwrócił mi kartkę. 
- Zdajesz sobie sprawę, że to nie ma żadnej mocy prawnej? 
- Możliwe. 
Szczerze mówiąc, niewiele mnie to obchodziło. Byłam zdecydowana odejść od Stephena. 
- Dokument napisany ołówkiem jest nieprawomocny. Można w nim dokonywać poprawek. 
-  To  prawda.  Ale  chciałeś  wiedzieć,  co  robiłam  tego  ranka,  więc  ci  powiedziałam  i  nawet  pokazałam  jedyny 

dowód, jaki posiadam. Nie mam zwyczaju noszenia przy sobie gęsiego pióra i atramentu. 

Nie miałam zamiaru dać się tyranizować. 
- Co chcesz, żebym zrobił? 
- Nic. 
- Nic? Ale... 
-  Czy  mógłbyś  mnie  choć  raz  wysłuchać?  Nie  jesteś  za  mnie  odpowiedzialny.  Wkrótce  uporządkuję  swoje 

sprawy.  Wolałabym  to  zrobić,  kiedy  zmieni  się  pogoda,  ale  jeśli  chcesz,  żebym  wyprowadziła  się  wcześniej,  to 
mogę to zrobić. 

- To oczywiste, że musisz tu zostać. Nie miałem najmniejszego zamiaru sugerować... ale, Emilio... 
-  Tu  nie  ma  żadnych  „ale”  -  przerwałam  mu.  -  Proszę  cię,  Noel,  spróbuj  mnie  zrozumieć.  Stephen  nie  pragnie 

zatrzymać mnie przy sobie, a ja mam zamiar prowadzić spokojne, uporządkowane życie - bez niego. 

- Ale twój ojciec? 
Znowu ojciec, pomyślałam. 
- Czy naprawdę wierzysz, że mojego ojca obchodzi, co się mną dzieje? 
- Tak, wierzę. 
- Przykro mi, ale ja nie. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek wyraził zadowolenie z mojego towarzystwa 

czy chęć zrozumienia mnie. 

Zapanowała cisza. Noel bawił się widelcem. 

background image

 

36 

- Nie przeczę, że jest dość nieprzystępnym człowiekiem, który mógł onieśmielać młodą dziewczynę, ale jestem 

przekonany, że się o ciebie troszczy. Widziałem go po twojej ucieczce. Odchodził od zmysłów z niepokoju. 

- Powinieneś zobaczyć list, który do mnie napisał - powiedziałam jadowitym tonem. 
- Rozumiem, że chcesz gdzieś wynająć mieszkanie? 
- Tak. 
-  Czy  to  rozsądny  pomysł?  Myślę  tylko  o  twojej  wygodzie.  Czy  zdajesz  sobie  sprawę, jaka  będziesz  samotna? 

Nie będziesz miała wokół siebie nikogo ze swojej sfery, tylko gospodynie domowe i innych ludzi tego typu. Poza 
tym będzie mi ciebie brakowało. 

-  A  co  ty  sobie  wyobrażasz?  -  Roześmiałam  się.  -  Na  Cant’s  Close  miałam  prawie  wyłącznie  do  czynienia  „z 

ludźmi  tego  typu”,  jak  to  ująłeś.  Wyobraź  sobie,  że  byli  to  bardzo  mili  ludzie.  Jedyni  „dżentelmeni”,  jakich 
poznałam, to obrzydliwi przyjaciele mojego męża. 

Czułam, że znowu zalewa mnie fala goryczy. 
- Rozumiem. 
- Wątpię w to - powiedziałam. 
Noel nie chciał spojrzeć na te sprawy z mojej perspektywy. Nigdy nie pytał o moje życie w Edynburgu. Byłam 

zła i rozgoryczona. Nie przychodziło mi do głowy, że Noel po prostu szanuje moją prywatność. 

Wreszcie powiedziałam, że Tamiza zaczyna zamarzać, i wspomniałam, że Abel czeka na festyn zimowy. Nasza 

rozmowa przybrała inny obrót. 

Dwa dni później Richard został porwany. 
Ś

nieg przestał już padać i wreszcie mieliśmy słoneczny dzień, chociaż było bardzo zimno. Richard i panna Carver 

udali się na krótki spacer, aby popatrzeć na Tamizę. Richard słyszał opowiadania o festynach zimowych i ubłagał 
pannę Carver, aby poszła z nim nad rzekę. 

Panna Carver wróciła ze spaceru sama, w ataku histerii. Siedziałam wtedy w swoim pokoju, opracowując fabułę 

mojej  nowej  książki,  kiedy  usłyszałam  podniesione  głosy.  Wydawało  mi  się,  że  hol  jest  pełen  ludzi.  Słyszałam 
Tryphenę Good, płacz Hannah, potem głosy pana Bagnigge i Noela. Zamknęłam notatnik w szufladzie i zeszłam na 
dół. 

Wreszcie udało się wydobyć od panny Carver jakieś konkretne informacje. Koło schodów Adelphi pojawiło się 

niespodziewanie  dwóch  mężczyzn,  którzy  chwycili  Richarda,  nie  zważając  na  jego  krzyki,  wpakowali  go  do 
czekającego powozu i odjechali. Biedna panna Carver cała jeszcze dygotała. 

- Co mogłam zrobić? - powtarzała z płaczem. - To się stało tak szybko. 
Na jej wołanie o pomoc natychmiast zareagowali dwaj strażnicy z Adelphi, ale zanim dobiegli, powóz już skręcał 

w Strand. 

Wiedziałam, że porywano dzieci, szczególnie dzieci bogatych rodziców. Zwykle zabierano im pieniądze, ubranie 

i wypuszczano na wolność. Porwanie z użyciem powozu sugerowało, że chodzi o coś poważnego. Wszystko było 
dokładnie zaplanowane i niewątpliwie kosztowało niemałe pieniądze. 

Czy  mogło  to  mieć  związek  z  moim  spotkaniem  ze  Stephenem?  Dopiero  teraz  pomyślałam,  że  on 

prawdopodobnie  wyśledził  mój  adres.  Mógł  przecież  zatrzymać  dorożkę  i  jechać  za  mną-  sama  dałam  mu 
pieniądze. Ale dlaczego Stephen miałby porywać Richarda? 

Wiedziałam dlaczego: Balquidder na pewno jest w Londynie. 
Moje  obawy  mogły  okazać  się  uzasadnione.  George  zapewne  kupił  majątek  w  Demerara  za  pośrednictwem 

agencji Balquiddera i dał mu zabezpieczenie na hipotece Ainderby, więc Noel stał się teraz jego dłużnikiem. Jeśli 
Stephen  poznał  mój  adres  i  podał  go  Balquidderowi,  co  było  nieuchronne,  ten  natychmiast  skojarzył,  u  kogo 
mieszkam. 

Oczywiście, kupno plantacji w Indiach Zachodnich nie było żadnym problemem. W Anglii wielu ludzi dorobiło 

się  tam  majątku.  Pilnie  śledziłam  doniesienia  na  ten  temat  w  gazetach,  kiedy  dyskutowałam  z  panem  Irvine  o 
Ustawie  na  rzecz  Zniesienia  Niewolnictwa.  Mimo  wszystko  możliwość,  że  istnieje  jakieś  powiązanie  pomiędzy 
Balquidderem a majątkiem Beresfordów w Demerara wydała mi się wysoce prawdopodobna. 

Jeśli  George  wpadł  w  łapy  Balquiddera  i  umarł,  nie  spłaciwszy  swojego  długu,  to  Balquidder  będzie  chciał 

wycisnąć  z  Noela  ostatniego  pensa.  Gdyby  mu  to  było  potrzebne,  porwałby  Richarda  bez  najmniejszych 
skrupułów. Ale po co? 

Na  pewno  chodziło  o  mnie.  Byłam  pewna,  że  Noel  skrupulatnie  spłacał  odsetki,  bez  względu  na  sytuację. 

Balquidder  nie  potrzebował  wymuszać  na  nim  zapłaty.  To  Stephen  chciał  zmusić  Noela,  aby  mnie  do  niego 
odesłał. 

Tak  czy  inaczej,  Balquidder  prowadził  niebezpieczną  grę.  Czym  innym  jest,  jeśli  zrozpaczony  mąż  popełnia 

desperackie  czyny,  aby  zmusić  do  powrotu  swoją  zbłąkaną  żonę,  a  zupełnie  czym  innym,  jeśli  biznesmen  jest 
zamieszany  w  porwanie  syna  człowieka  o  takiej  pozycji,  jaką  miał  Noel.  Gdyby  wyszedł  na  jaw  jego  udział  w 
porwaniu, zostałby natychmiast aresztowany. 

Nie posiadałam jednak żadnego dowodu. 
Co miałam powiedzieć Noelowi? Czy będzie chciał mnie wysłuchać? 

background image

 

37 

Jeśli moje domysły były słuszne, to Richard powinien być na Wych Street. Nie przypuszczałam, żeby Balquidder 

zrobił mu jakąś krzywdę, ale to biedne dziecko musi być potwornie przerażone. Może nawet myśleć, że już nigdy 
nie wróci do domu. 

W  holu  zapanowała  cisza.  Noel  zabrał  pannę  Carver  do  gabinetu,  służba  rozeszła  się  do  swoich  zajęć.  Pan 

Bagnigge poszedł powiadomić stróży prawa. Po chwili wahania zastukałam do drzwi gabinetu. 

- Proszę wejść - usłyszałam. 
- Wydaje mi się, że mogę... - zaczęłam. 
- Nie teraz, Emilio. Później. 
Zamknęłam drzwi. Wiedziałam, że nie ma czasu do stracenia. Musiałam zacząć działać. Gdybym była szlachetną 

Angeliną Mountfalcon, natychmiast sama oddałabym  się w ręce Balquiddera. Byłam pewna, że wtedy uwolniłby 
Richarda.  Ale  w  ten  sposób  podpisałabym  na  siebie  wyrok  śmierci,  a  na  to  nie  miałam  ochoty.  Postanowiłam 
spotkać się ze Stephenem i sprawiać, czy Richard rzeczywiście jest na Wych Street. 

Niepokoiło mnie tylko jedno. Stephen natychmiast powie o wszystkim Balquidderowi. 
Potrzebowałam pomocy. Pomyślałam o panu Bagnigge. On byłby najlepszy w tej sytuacji, ale wiedziałam, że nie 

będzie dla mnie czasu. A Abel? Był sprytnym chłopcem, poza tym Richard go lubił. Może on mógłby mi pomóc? 
Czy będzie chciał to zrobić? Czy jest wystarczająco dyskretny? 

Czternastoletni  Abel  był  najmłodszym  służącym.  Wielokrotnie  słyszałam,  jak  pani  Good  nim  komenderuje. 

Właściwie wszyscy się nim wysługiwali. Nie mogło się to podobać bystremu i żywemu chłopakowi. Postanowiłam 
zwierzyć się Ablowi, ufając, że potrafi dochować tajemnicy. Zdawałam sobie sprawę, że wśród służby krążą plotki 
na  mój  temat.  Nie  wierzyłam,  aby  Abel  mógł  się  ode  mnie  dowiedzieć  czegoś,  co  nie  zostało  już  dokładnie 
omówione w pomieszczeniach dla służby. Natomiast nikt tam jeszcze nie wiedział o Balquidderze. 

Zeszłam na dół do komórki, gdzie Abel czyścił buty. Spędzał tu wszystkie poranki, a w nocy spał na materacu, 

który za dnia leżał zwinięty pod stołem. Siedział na stołku, patrząc ponurym wzrokiem na buty Noela, które miał 
wyczyścić. Na mój widok zerwał się na równe nogi. 

- Abel, czy potrafisz utrzymać język za zębami? — spytałam, zamykając za sobą drzwi. 
- Tak, panienko. 
Wzięłam głęboki oddech i opisałam mu całą sytuację. 
- Balquidder ma swoje przyzwyczajenia - zakończyłam relację. - Nigdy nie wychodzi z domu przed południem, a 

mój mąż zwykle bardzo długo śpi. Myślę, że obaj są teraz jeszcze na Wych Street. 

Nagle zrobiło mi się przykro, kiedy Abel słuchał mnie z napiętą uwagą. Pomyślałam wtedy, że  Noel nigdy nie 

słuchał mnie tak uważnie. 

- Pułkownik nie traktuje mnie poważnie. Oczywiście, mogę się mylić, wydaje mi się jednak, że jest tu zbyt wiele 

zbieżności. 

Abel zamyślił się. 
-  Ja  znam  Wych  Street,  panno  Emilio  -  odezwał  się  wreszcie.  -  To  jest  ulica  za  Strandem.  Sprzedają  tam 

nieprzyzwoite druki i książki. To nie jest miejsce dla damy. 

- Ale ja muszę się zobaczyć z panem Kirkwall. 
-  Ja  mógłbym  tam  pójść,  panienko,  gdyby  mi  pani  powiedziała,  jak  wygląda  ten  pan  Balquidder.  Mógłbym 

zaczekać, aż wyjdzie, i wtedy podać wiadomość pani mężowi. 

Potrząsnęłam głową. 
- Nie odpowiedziałby na mój list bez konsultacji z panem Balquidderem. Nie, Abel, ja muszę go zaskoczyć. On, 

oczywiście, poinformuje później pana Balquiddera, ale mam nadzieję, że zanim to nastąpi, uda nam się skłonić do 
działania pułkownika Beresforda. 

-  Coś  pani  powiem,  panno  Emilio.  Mogłaby  się  pani  przebrać  za  chłopca  i  pójść  razem  ze  mną.  Mam  ubranie 

Billa, który tu służył przede mną, i myślę, że będzie na panią pasowało. 

Abel uśmiechał się łobuzersko. Widać było, że traktuje to jak świetną przygodę. 
Przebrać się za chłopca! 
Sama  byłam  podniecona  tą  perspektywą.  Pomyślałam  od  razu,  że  wykorzystam  ten  pomysł  w  mojej  nowej 

książce,  którą  Pisałam  pod  roboczym  tytułem  Tajemnica  Drakensburgów.  Moja  bohaterka,  Erminia,  obdarzona 
kruczoczarnymi włosami, czarnymi oczami i pięknym nosem, miała zostać porwana przez niegodziwego hrabiego 
Drakensburg. Nie miałam pomysłu, jak to zrobić. Gdyby jednak hrabia zmusił Erminię, aby przebrała się za pazia, 
wybrnęłabym ze swoich kłopotów. Moi czytelnicy mogliby wtedy poczuć dreszcz emocji z powodu tej szokującej 
sytuacji, a jednocześnie nie musieliby jej potępiać za brak skromności. 

Ale żebym ja miała to zrobić? Gdyby ktoś się o tym dowiedział, moja reputacja byłaby doszczętnie zrujnowana. 

A Noel miałby prawo natychmiast odesłać mnie do ojca. 

- To może się udać - powiedziałam po krótkim namyśle. 
Nie wiedziałam, jakie będą dalsze kroki Balquiddera. Podejrzewałam, że przeczeka jakiś czas - dzień lub dwa - 

choćby tylko dlatego, żeby przetrzymać Noela w niepewności. Balquidder przejawiał skłonność do okrucieństwa - 
nie zapomniałam jeszcze incydentu z małym wróbelkiem. 

background image

 

38 

Było już po jedenastej. Jeśli Balquidder prowadził w Londynie taki sam tryb życia jak w Edynburgu, musieliśmy 

się pospieszyć. Powiedziałam Ablowi, że za dziesięć minut spotkamy się w jego komórce, i szybko pobiegłam na 
górę, zabierając ze sobą ubranie Billa. Abel miał powiedzieć pani Good, gdyby go o to pytała, że wychodzi razem 
ze mną. 

Przebieranie  się  za  chłopca,  poza  szokującym  widokiem  nieosłoniętych  długą  spódnicą  nóg,  zapowiadało 

nieoczekiwaną  wolność.  Stałam  się  kimś  innym,  przestały  mnie  obowiązywać  wszelkie  restrykcje,  dotyczące 
kobiet.  Związałam  włosy  w  węzeł,  podniosłam  wysoko  kołnierz  i  włożyłam  kapelusz,  który  dostałam  od  Abla. 
Założyłam własne buty, długą pelerynę, wzięłam portmonetkę i niepostrzeżenie zeszłam na dół. 

Abel  czekał  na  mnie  przy  drzwiach  swojej  komórki.  Z  gabinetu  Noela  dochodził  gwar  męskich  głosów, 

należących niewątpliwie do tajnych agentów. 

Poza tym nie było widać nikogo. Służba była pewnie w suterenach. 
Wyślizgnęliśmy  się  z  domu  frontowymi  drzwiami  i  ruszyliśmy  szybkim  krokiem  w  kierunku  Strandu, 

uśmiechając się do siebie jak uczniowie na wagarach. 

Wych  Street  była  wąską  ulicą,  zabudowaną  bardzo  starymi  domami.  Niektóre  z  nich  pochodziły  z  epoki 

Tudorów, ponieważ górne piętra były wysunięte ponad dolne. Przypomniał mi się dom na St. Peter’s Pend, gdzie 
mieszkali  państwo  Irvine.  Prawie  wszędzie  sprzedawano  książki.  Potwierdziły  się  słowa  Abla  -  wystawione  w 
oknach ilustracje dokładnie określały gusty miejscowej klienteli. Zobaczyłam między innymi rycinę, która wydała 
mi się mało prawdopodobna z punktu widzenia anatomii. 

Biedny Abel był potwornie zażenowany. Przynajmniej Erminia, pomyślałam, nie będzie miała do czynienia z tak 

nieprzyzwoitymi obrazkami, chociaż mogłabym z lekka zasugerować, że hrabia Drakensburg ma pewne słabostki. 

Dokładnie  opisałam  Ablowi  wygląd  Balquiddera.  Po  niecałych  piętnastu  minutach  od  naszego  przybycia 

(ukryliśmy się w grupce młodych ludzi, którzy chciwie oglądali ryciny) Abel trącił mnie łokciem. 

- Czy to on, panienko? - spytał szeptem. 
Rozejrzałam  się  dokoła.  Trudno  było  nie  poznać  tego  ogromnego  mężczyzny,  który  nie  szedł,  lecz  toczył  się 

ulicą. Po Plecach przebiegł mi dreszcz. Na sam jego widok ze strachu zaschło mi w ustach. 

Skinęłam głową. 
- Czy pójdziemy za nim? 
-  Idź  sam  -  powiedziałam,  patrząc  za  oddalającym  się  Balquidderem,  który  bez  żenady  roztrącał  łokciami 

stojących mu na drodze przechodniów. - Abel, bądź ostrożny. On jest bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem. 

- Niech się pani nie obawia, panienko. - Uśmiechnął się. - Na pewno nie zorientuje się, że jest śledzony. 
Zostałam  sama.  I  co  teraz?  Przeszłam  do  wystawy  następnego  sklepu i  zaczęłam  oglądać rycinę,  wyszydzającą 

następcę  tronu.  Jego  kochanka  (czyżby  pani  Fitzherbert?)  siedziała  mu  na  kolanach,  bawiąc  się  jego  epoletami. 
Wreszcie podjęłam decyzję. Balquiddera nie było w domu. Nic nie ryzykowałam. 

Podeszłam  do  domu  oznaczonego  dwunastką  i  wybrałam  schody,  które  prowadziły  do  suteren.  W  samą  porę 

przypomniałam sobie, że nie powinnam stukać do drzwi frontowych - zatrzaśnięto by mi je przed nosem. 

Spodziewałam się zastać tam kilka osób ze służby. Myślałam, że uda mi się przekonać lub przekupić pokojówkę, 

aby zaniosła wiadomość Stephenowi. Ale był tam tylko jakiś ponuro wyglądający mężczyzna. Sprawiał wrażenie 
pijanego, poza tym był okropnie brudny i śmierdzący. 

Zniżyłam głos i zaczęłam mówić ze szkockim akcentem. 
- Czy mogę zobaczyć się z panem Kirkwall? 
- Wyszedł. 
- Gdzie mogę go znaleźć? 
- Nie wiem. 
Zatrzasnął drzwi. Przez małe okienko zobaczyłam, jak sięga po szklankę. 
To było dziwne. Gdyby Richard był tu przetrzymywany, chyba byłby tu jeszcze ktoś, poza pijanym służącym? A 

może chłopcu dano jakiś narkotyk? Niewykluczone, że go tu w ogóle nie było. Wyobrażałam sobie, że Balquidder 
posiada  wygodny  dom,  ze  służbą.  Nie  zostałam  nigdy  zaproszona  do  jego  domu  w  Edynburgu,  ale  według  słów 
Stephena był on bardzo elegancki. 

Byłam  przygnębiona.  Przeszłam  przez  ulicę,  aby  przyjrzeć  się  domowi.  Był  wąski  i  wysoki,  i  jako  jeden  z 

nielicznych na tej ulicy nie miał sklepu na parterze. Okna były czyste, sprzed domu odmieciono śnieg. Nie mogłam 
tego wszystkiego zrozumieć. 

   Z  tego,  co  powiedział  mi  pijany  służący,  wynikało,  że  Stephen  tu  się  zatrzymał.  Sam  zresztą  podał  ten  adres 

panu Latimerowi. 

Przypomniałam sobie kawiarnię w pobliżu katedry Świętego Pawła, do której Stephen usiłował mnie wciągnąć. 

Zawsze lubił lokalne karczmy i kawiarnie. Może tam będzie? Usłyszałam, jak zegar wybija pół godziny. Miałam 
czas, mogłam tam pójść i sprawdzić. 

Ruszyłam Strandem w stronę Ludgate Hill. Droga była prawie oczyszczona ze śniegu, który został zepchnięty do 

rynsztoków. 

Nie przestawałam myśleć o swoich nogach, ale nikt nie zwracał na mnie uwagi. Stwierdziłam, że młodzi chłopcy, 

background image

 

39 

podobnie jak stare kobiety, są praktycznie niewidoczni - jak również bezpieczni, ponieważ złodzieje zakładają, że 
nie mają pieniędzy. 

Do kawiarni, która nazywała się „Pod Palmą”, zajrzałam ostrożnie przez okno. Nie zauważyłam ani Stephena, ani 

Balquiddera. Wnętrze wyglądało dość przyzwoicie. Przy stołach stały ławki, a siedzący na nich mężczyźni czytali 
gazety  albo  prowadzili  spokojne  rozmowy.  Po  chwili  zobaczyłam  jakiegoś  Mężczyznę,  wspinającego  się  po 
wąskich schodach po lewej stronie baru, w którym przystojna dziewczyna wydawała kawę i napoje. 

Co tam mogło być na górze? Może, nie daj Boże, dom publiczny. 
Naciągnęłam kapelusz na oczy i weszłam do środka, kierując się prosto do baru. Kilku mężczyzn obrzuciło mnie 

ciekawym spojrzeniem - byłam prawdopodobnie najmłodszym klientem w dziejach kawiarni - ale zaraz wrócili do 
przerwanej rozmowy. 

- Przysłano mnie tu po pana Kirkwalla - odezwałam się grubym głosem. - Czy on tu jest? 
Barmanka wzruszyła ramionami. 
- Możesz go poszukać na górze. Tylko nie przeszkadzaj mu podczas gry. Dżentelmeni tego nie lubią. 
Więc hazard, pomyślałam. Mogłam się tego od razu domyślić. Na górze był długi pokój, z wypastowaną dębową 

podłogą i przykrytymi zielonym suknem stołami, na których stały lampy. Słychać było przytłumione głosy graczy. 
Przeszłam koło stołów, patrząc uważnie, czy nie ma tu Balquiddera. Nie mogłam ryzykować, że się z nim spotkam. 
Po  chwili  zauważyłam  Stephena.  Siedział  w  rogu  z  jakimś  mężczyzną  w  peruce  i  niemodnej  marynarce. 
Zatrzymałam  się.  Stephen  skupiał  całą  swoją  uwagę  na  grze,  co  mu  się  rzadko  zdarzało  w  innych  sytuacjach. 
Niewątpliwie dobrze mu szło, ponieważ obok niego leżała garstka gwinei. Czyżby oszukiwał? 

Podniósł głowę i gwałtownie odchylił się do tyłu. 
- Co tu robisz, u diabła? 
- Mam dla ciebie wiadomość. 
- To siadaj i bądź cicho. Już kończymy i nie możesz mi przeszkadzać. Pana kolej, sir. 
Cały  Stephen.  Nie  zauważył,  że  pod  peleryną  mam  spodnie,  nie  uznał  za  dziwne,  że  w  ogóle  znalazłam  się  w 

kawiarni „Pod Palmą”. 

Gra dobiegła końca. Stephen zebrał wygraną, potrząsnął dłonią swojego przeciwnika i podszedł do mnie. 
- Muszę się napić - powiedział. - Chodźmy na dół. 
Znaleźliśmy wolny stolik w rogu sali i Stephen przywołał kelnera. 
- Kwartę piwa. 
Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. 
- Kawę - powiedziałam. 
Nie miałam pojęcia, co zamówić. Pomyślałam, że w kawiarni powinni mieć kawę. 
- Dlaczego mnie śledziłeś? - spytałam. 
- A czy spodziewałaś się, że tego nie zrobię? - Stephen roześmiał się. 
- To nie jest odpowiedź. 
- Och, daj spokój, Emmy. Jesteś moją żoną. Poza tym... 
- Poza tym? 
Stephen chwycił kufel piwa i zaczął pić łapczywie. 
- Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, to byłem pewien, że Balquidder będzie chciał cię znaleźć. Do licha, Emmy. 

Martwiłem się o ciebie. 

- Więc czego mogę się spodziewać? - spytałam. - Porannej wizyty? 
- Balquidder chce cię zaskoczyć. Nie wiem, co on planuje. Może coś na twoje urodziny. 
Stephen zdawał się nie pamiętać, że niedawno ostrzegał mnie przed Balquidderem. 
- Po co więc Balquidder przyjechał do Londynu? 
- Nie wiem. Prawie go nie widuję. Ma jakieś interesy ze znajomym drukarzem.  Nie mówi zbyt wiele o swoich 

sprawach. Lepiej go o nic nie pytać. 

On  nie  wie  o  Richardzie,  pomyślałam.  Znałam  Stephena.  Gdyby  wiedział,  że  Richard  jest  na  Wych  Street, 

starałby  się  to  ukryć  przede  mną,  a  ja  zawsze  mogłam  poznać,  kiedy  chciał  przede  mną  ukryć.  Miał  zwyczaj 
ciągnąć się za ucho, kiedy kłamał. Dzisiaj tego nie robił. 

- Posłuchaj, Emmy- powiedział Stephen, nachylając się do mnie. - Wróć ze mną, co? Jesteś moją żoną, a miejsce 

ż

ony jest przy mężu. Kiedy dostanę twój majątek, niczego nie będzie ci brakowało. Wyprowadzimy się z Cant’s 

Close. 

Chwycił mnie za nadgarstek. To był bardzo mocny chwyt. 
Zbyt późno zorientowałam się w niebezpieczeństwie. Wyszłam z niemądrego założenia, że zawsze potrafię sobie 

ze Stephenem poradzić, ale jeśli stosował siłę, było wiadomo, kto wygra. Pomyślałam o Erminie. Co ona by zro-
biła?  Pewnie  by  zemdlała.  Moi  czytelnicy  lubią,  kiedy  bohaterki  mdleją-  uznają  to  za  rozsądną  taktykę.  Ale  ta 
taktyka nie miała żadnego zastosowania w kawiarni „Pod Palmą”. 

Popatrzyłam  na  Stephena  uwodzicielskim  wzrokiem,  czego  nie  robiłam  od  wielu  lat,  i  dotknęłam  go  nogą  pod 

stołem. 

background image

 

40 

- Tęskniłam za tobą - powiedziałam. 
- To zrozumiałe - przytaknął. 
Stephen  puścił  moją  rękę  i  uśmiechnął  się  szeroko.  Potem  złożył  usta  do  pocałunku,  jak  to  zwykle  robił  w 

pierwszych dniach naszej znajomości. 

- Nie mogłabym już mieszkać na Cant’s Close. 
- Poszukamy nowego mieszkania, kiedy tylko wrócimy do Edynburga - obiecał mi. 
Mój powrót do Edynburga nie leżał w planach Balquiddera - ten fakt również uszedł uwagi Stephena. Musiałam 

się stąd wydostać. Dwóch podpitych mężczyzn zbliżało się do naszego stołu. Stephen musiał ich znać, ponieważ 
uniósł swój kufel w powitalnym geście. 

- Muszę iść do łazienki - szepnęłam, wstając od stołu. - Wrócę za chwilę. 
Stephen skinął głową. Podeszłam swobodnym  krokiem do barmanki, która wskazała mi drogę przez podwórze. 

Kiedy się tam znalazłam, zobaczyłam kilka par drzwi, ale podwórko było otoczone domami. Nie było żadnej drogi 
na zewnątrz. Kiedy w panice zastanawiałam się nad tym, co zrobić, jakiś mężczyzna z wózkiem wszedł przez jedne 
z drzwi, kierując się na zaplecze kawiarni. A więc to wyjście gdzieś prowadziło. Rzuciłam się do tych drzwi i nagle 
znalazłam się na małej uliczce. Zaczęłam biec. Miałam szczęście, bo po chwili natrafiłam na Little Bridge Street i 
przy Tempie Bar znalazłam dorożkę. Opadłam na poduszki, a serce biło mi jak oszalałe. 

Na  John  Street  wślizgnęłam  się  do  swojego  pokoju,  niezauważona  przez  nikogo  ze  służby.  Przebrałam  się  i 

zeszłam na dół, do komórki Abla, który powitał mnie z ulgą. Miał dużo wiadomości. 

- Myślę, że go odnalazłem, panienko - powiedział, śmiejąc się od ucha do ucha. 
- Gdzie? 
- U drukarza na Crane Alley, za Three Cranes Wharf. 
Moxon, pomyślałam. W tej chwili przypomniałam sobie nazwisko, które wspominał pan Robinson. 
- Szedłem za tym grubasem aż do tamtego miejsca. Zaczął rozmawiać z jakimś kudłaczem, mówił do niego chyba 

Oxen. Niewiele mogłem usłyszeć, ale ten grubas powiedział: „Nie chcę, aby ktokolwiek zobaczył chłopca”, więc 
już wiedziałem, że on tam jest. 

Przynajmniej żyje, pomyślałam. 
- Abel, czy wiesz, gdzie trzymają panicza Richarda? 
- Tak dokładnie, to nie, panienko, ale wydaje mi się, że on jest na piętrze. Na parterze jest tylko drukarnia, a do 

góry jest przystawiona drabina. Mają tam pewnie jakiś składzik. 

- Czy ktoś będzie przy paniczu Richardzie w nocy? 
- Tak myślę, panienko. Przecież on jest mały. 
Szybko opowiedziałam Ablowi o moich przygodach. 
-  Sądzę,  że  ten  Oxen  to  jest  Moxon  -  dodałam  i  powiedziałam  mu  o  powiązaniach  między  Moxonem  a 

Balquidderem. 

- Ciekawa jestem, czy ten Moxon tam mieszka? 
Abel potrząsnął głową. 
- Na nabrzeżu pytałem o to ludzi z barek. Powiedzieli mi, że on ma dom na Holywell Street, obok Wych Street, 

panno Emilio. 

Nie zdziwiłoby mnie, gdyby Balquidder robił również pieniądze na nieprzyzwoitych rycinach. 
- Jest jeszcze czeladnik i jakaś starucha, ale nie wiem, czy ona tam nocuje. 
- Przypuszczam, że zgodziłaby się na to za szylinga lub dwa. 
- Co teraz zrobimy, panienko? 
- Powiemy o tym pułkownikowi. Co innego możemy zrobić? Sami nie uwolnimy panicza Richarda. To musi się 

udać za pierwszym razem. 

Abel  miał  dopiero  czternaście  lat,  a ja  byłam  kobietą.  Żadne  z  nas  nie  sprostałoby  dorosłemu  mężczyźnie.  Nie 

mogliśmy narażać się na porażkę. 

Abel nie był zbyt zadowolony z takiego obrotu rzeczy. 
- Pułkownik upadł, panienko. Poślizgnął się na schodach, kiedy odprowadzał do drzwi agentów. 
- Dobry Boże, czy bardzo się potłukł? 
-  Upadł  na  chorą  nogę.  Pan  Bagnigge  jest  teraz  z  nim.  -  Abel  umilkł  na  chwilę.  -  Musimy  wtajemniczyć  w  tę 

sprawę pana Bagnigge, panno Emilio. 

- Och, Boże! 
Ale  cóż  było  robić,  nikogo  innego  nie  było.  Postanowiliśmy,  że  po  obiedzie  poproszę  pana  Bagnigge  o  chwilę 

rozmowy,  a  Abel  poprze  moją  prośbę.  Nie  była  to  miła  perspektywa.  Myśl  o  spotkaniu  z  panem  Bagnigge 
przypominała  mi  oczekiwanie  na  burę  od  mojej  dawnej  guwernantki,  panny  Chase.  Obiad  mi  nie  smakował, 
miałam dłonie spocone ze zdenerwowania. 

Tak  więc,  po  raz  drugi  tego  dnia,  opowiedziałam  całą  historię.  Usiedliśmy  we  trójkę  w  gabinecie  Noela,  gdzie 

nikt  nam  nie  przeszkadzał.  Pan  Bagnigge  siedział  ze  skrzyżowanymi  ramionami  i  posępnym  wyrazem  twarzy. 
Słuchał  jednak  uważnie,  od  czasu  do  czasu  zadając  mi  pytania.  Kiedy  skończyłam  swoją  opowieść,  zapanowała 

background image

 

41 

cisza. 

- Dlaczego nie mówiła pani o tym wcześniej? 
- Próbowałam. Pułkownik nie chciał mnie wysłuchać. 
- Hmmm. 
Znowu  cisza.  Wymieniliśmy  z  Ablem  spojrzenia.  Nie  wiedziałam,  czy  pan  Bagnigge  był  zaszokowany  tym,  że 

przebrałam się za chłopca, czy też nie chciał mi wierzyć. 

- Pułkownik mówił - odezwał się wreszcie - że jest pani bardzo samowolna, panno Emilio, i widzę, że miał rację - 

mówił dalej surowym tonem. - Tak czy inaczej, jest pani dzielną dziewczyną i to jedno jest pewne. 

Popatrzyłam  na  niego  ze  zdumieniem.  Jego  twarz  miała  nadal  poważny  wyraz,  ale  w  oczach  tliły  się  iskierki 

humoru. 

- Wiem, że mogłam się skompromitować - powiedziałam - ale nie miałam innego wyjścia. Musiałam coś zrobić. 
- Więc pani chce, żebym uwolnił panicza Richarda? 
- Chcę, żeby pan nam pomógł - poprawiłam go. 
- Nie „nam”, panno Emilio. Pani obecność narobiłaby tylko kłopotów. Nie, wezmę ze sobą Abla i może jeszcze 

ze dwóch mężczyzn. I trzeba to zrobić dzisiejszej nocy. 

- Jak to zrobimy, panie Bagnigge? - spytał podniecony Abel. 
- Muszę to przemyśleć. Nigdy nie działam w pośpiechu. 
Z poważnym wyrazem twarzy zaczął wpatrywać się w ogień. Trwało to prawie dziesięć minut. Ani ja, ani Abel 

nie mieliśmy odwagi nawet się poruszyć. 

- Musimy tam być około trzeciej nad ranem - odezwał się wreszcie. - Jest to pora, kiedy człowiek ma osłabiony 

refleks. Doskonały moment, żeby ich zaskoczyć. Wypraktykowałem to w Hiszpanii, podczas nocnej warty. 

Rzucił okiem na zegar stojący na kominku. 
- Pułkownik teraz śpi, więc mogę go zostawić na jakiś czas. Moi starzy kumple z wojska pracują w stajniach w 

Beli,  myślę,  że  nam  pomogą.  Będziemy  też  potrzebowali  powozu.  Panicz  Richard  nie  wróci  do  domu  piechotą, 
poza tym trzeba będzie się szybko stamtąd zabierać. 

- Czy ja nie mogłabym w czymś pomóc? - spytałam. 
Jego precyzyjny plan zrobił na mnie wielkie wrażenie. 
- Może pani przypilnować, żeby Abel wziął ciepły płaszcz dla panicza Richarda. Ja wezmę manierkę brandy. A-

bel, kiedy będziesz kładł się do łóżka, włóż ciepłe, ciemne ubranie. Obudzę cię, kiedy będę cię potrzebował. Teraz 
zachowuj się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Prześpij się trochę, jeśli ci się uda. Ta noc będzie bardzo długa. 

- A pułkownik? - spytałam. 
- Dam mu dużą porcję laudanum. On zresztą tego potrzebuje. Na wszelki wypadek, gdyby się zbudził, zostawię 

mu  kartkę,  żeby  porozumiał  się  z  panią-  powiedział  pan  Bagnigge  obrzucając  mnie  ironicznym  spojrzeniem.  - 
Przypuszczam, że poradzi sobie pani z jego złym humorem. 

Pan  Bagnigge  był  nieobecny  przez  całe  popołudnie.  Starałam  się  funkcjonować  normalnie,  ale  nie  mogłam  do 

niczego się zabrać. Nie potrafiłam skoncentrować się na Tajemnicy Drakensburgów, przeczytałam pół rozdziału i 
odrzuciłam manuskrypt z niesmakiem. Nie mogłam nawet zacerować małej dziurki w pończosze, aby natychmiast 
nie ukłuć się igłą. Wreszcie zrezygnowałam z wszelkiej aktywności. Usiadłam w salonie i patrzyłam w ogień. 

Biedny  Richard,  myślałam,  jaki  on  musi  być  przerażony.  Tak  bardzo  wierzył  w  Noela,  ale  był  przecież 

inteligentnym chłopcem, więc na pewno wiedział, że ojciec go nie kocha. Miałam nadzieję, że wierzy, że go nie 
opuścimy.  Gdyby  mnie  porwano,  kiedy  byłam  w  jego  wieku,  nie  liczyłabym  na  to,  że  ojciec  będzie  chciał  mnie 
odbijać. 

O  zwykłej  porze  położyłam  się  do  łóżka,  ale  oczywiście  nie  mogłam  zasnąć.  Pan  Bagnigge  chyba  znowu 

wychodził z domu, ponieważ usłyszałam, jak wracał po północy. Później spotkał się z Ablem w holu. Wstałam z 
łóżka, włożyłam szlafrok pani Beresford i zeszłam na dół. 

- Przyszłam życzyć wam powodzenia - powiedziałam. 
- Niech pani wraca do łóżka - powiedział pan Bagnigge, patrząc niechętnym okiem na moje gołe stopy. - Abel, 

idziemy. 

Wyszli,  a  ja  wróciłam  do  sypialni.  Wiedziałam,  że  nie  zasnę,  więc  zapaliłam  świecę,  dołożyłam  węgli  do 

kominka i leżałam, rozmyślając o minionym dniu. Chwała Bogu, że nie wspomniałam Stephenowi o Richardzie, 
natychmiast powiedziałby o tym Balquidderowi. 

Słyszałam, jak zegar na wieży kościelnej wybił pierwszą. Na pewno była mgła, ponieważ dźwięk był stłumiony. 

Nagle  rozległo  się  skrzypnięcie.  Ktoś  otwierał  ostrożnie  drzwi.  Usiadłam  na  łóżku,  serce  zaczęło  mi  mocno  bić. 
Cisza.  Wsłuchiwałam  się  we  wszystkie  odgłosy,  tłumacząc  sobie,  że  w  starych  domach  zawsze  coś  słychać. 
Kolejne skrzypnięcie i ciche stukanie do moich drzwi. Poderwałam się na łóżku. 

- Kto tam? 
Do sypialni wszedł Noel, mocno utykając. Jego twarz była szara z bólu. W ręce trzymał świecę. Zamknął za sobą 

drzwi i postawił świecę na kominku. 

- Nie powinieneś wstawać - powiedziałam karcąco, aby ukryć ulgę. - I na pewno nie powinieneś tu przychodzić. 

background image

 

42 

Pokój pani Good był piętro wyżej. Mogłam tylko mieć nadzieję, że ma mocny sen. 
Noel nie zwrócił uwagi na moje słowa. 
- Co ty, u licha, wyprawiasz, Emilio? Jem zostawił mi tę kartkę, z której niczego nie potrafię zrozumieć. Pisze, że 

znalazłaś miejsce, w którym znajduje się Richard. Powiedz mi coś, na litość boską! 

Wstałam z łóżka, włożyłam szlafrok pani Beresford i ranne pantofle. 
- Usiądź, Noel. 
Jeśli on nie zważał na niestosowność tej sytuacji, to ja też nie będę przywiązywać do tego wagi. 
Po  raz  trzeci  opowiadałam  tę  samą  historię.  Pominęłam  kwestię  przebierania  się  za  chłopca,  a  Noel  był  zbyt 

cierpiący i zmęczony, aby zauważyć jakiekolwiek niekonsekwencje. Nareszcie mnie słucha, pomyślałam. 

-  Uporządkujmy  fakty  -  powiedział  Noel.  -  Czy  Abel  słyszał  słowa  Balquiddera,  skierowane  do  Moxona,  że 

Richard jest przetrzymywany na Crane Alley? 

- Tak. 
- Ale dlaczego Balquidder miałby porywać Richarda? Przecież on jest tylko małym chłopcem. 
Głos Noela łamał się z bólu. 
-  Nie  jestem  tego  pewna,  ale  sądzę,  że  chciał  użyć  Richarda  3  przynęty.  Chodzi  mu  o  mnie.  To  był  tylko 

przypadek,  że  Ablowi  udało  się  go  wyśledzić.  Nie  mógł  przypuszczać,  że  jego  powiązania  z  Moxonem 
kiedykolwiek wyjdą na jaw. 

- Doprowadzę do tego, że będzie za to gnił w więzieniu. 
-  Jeśli  potrafisz  to  udowodnić  -  powiedziałam.  -  Zeznanie  Abla  przeciwko  oświadczeniu  Balquiddera?  Komu 

uwierzy sąd? Nie wątpię, że on ma wysoko postawionych przyjaciół. 

- Zobaczymy. 
Zapanowała cisza. 
- Chodź tutaj - odezwał się nagle Noel. Wstałam i podeszłam do niego. Wziął mnie za rękę i podniósł moją dłoń 

do ust. 

- Dziękuję - powiedział tylko.  - Wiem,  że nie traktowałem cię tak, jak na to zasługujesz. To przez tę przeklętą 

nogę.  Kiedy  ból  się  wzmaga,  nie  potrafię  zebrać  myśli.  Wtedy  popadam  w  okropny  nastrój,  Jem  zawsze  mi  to 
mówi. 

Uśmiechnęłam  się  do  niego.  Mój  świat  zaczął  nabierać  nowych  barw.  Pragnęłam  ująć  jego  twarz  w  dłonie  i 

scałować  z  niej  wyżłobione  przez  cierpienie  bruzdy.  Chciałam  trzymać  go  w  ramionach,  aby  go  pocieszyć.  To 
pragnienie  było  tak  silne,  że  musiałam  się  mocno  uchwycić  oparcia  krzesła,  aby  się  od  tego  powstrzymać. 
Delikatnie oswobodziłam dłoń i usiadłam na swoim miejscu. 

Dobrze wiedziałam, czego pragnę, ale on nigdy się tego nie dowie. 

Niełatwo  mi  było  przyznać  się  samej  przed  sobą,  że  kocham  Noela.  Gdybym  sobie  tego  nie  uprzytomniła  w 

ś

rodku  nocy,  kiedy  trudniej  zapanować  nad  uczuciem,  postarałabym  się  na  pewno  je  stłumić.  Już  raz  byłam 

zakochana  i  skończyło  się  to  fatalnie.  Czułam  się  rozdwojona  -  pragnęłam  Noela,  a  jednocześnie  broniłam  się 
przed  uczuciem  wstydu  i  upokorzenia,  które  było  moim  udziałem  przy  intymnych  zbliżeniach  ze  Stephenem. 
Ujawniła się teraz długo tłumiona namiętność. Pragnęłam go, a jednocześnie bałam się. Namiętność przeplatała się 
z upokarzającymi wspomnieniami z przeszłości. 

Nic  nie  mogłam  na  to  poradzić.  Nie  był  to  odpowiedni  czas  ani  odpowiednie  miejsce  na  miłość.  Byłam  żoną 

innego  mężczyzny,  a  Noel,  i  tu  się  chyba  nie  myliłam,  nadal  był  nieprzytomnie  zakochany  w  Aline.  Była  to 
całkowicie beznadziejna sytuacja. 

Pamiętam, że usłyszałam, jak zegar wybija trzecią. Pan Bagnigge i Abel powinni być już na Crane Alley. 
- Najgorsze jest oczekiwanie - odezwał się Noel. 
- Wiem. 
- Ja się teraz do niczego nie nadaję. Myślę czasem, że lepiej było mi zginąć. 
- Czy stan twojej nogi się polepsza? - spytałam. 
Ciemność sprzyjała zwierzeniom. 
- Bardzo powoli. Szczególnie przy tej pogodzie. Miałem szczęście, że jej nie straciłem. Przez wiele miesięcy w 

ogóle nie mogłem chodzić. Z nogi wydobywają się nie tylko odłamki szrapnela, ale też odpryski kości. Powstaje 
zapalenie. To nie jest ładny widok. 

- A ból? Czy się nasila? 
- To zależy. Laudanum bardzo mi pomaga, ale nie chcę go zbyt często brać. Otępia mnie, nie mogę zebrać myśli. 

Można  się  do  tego  przyzwyczaić  i  wtedy  trzeba  zażywać  coraz  więcej  tej  nalewki.  Trzeba  znaleźć  kompromis 
pomiędzy ulgą w bólu a jasnym umysłem. A jeśli się jeszcze tak głupio upadnie, jak to zrobiłem dziś po południu... 

Nie odzywaliśmy się przez chwilę. Potem przerwałam ciszę. 
- Noel, strasznie mi przykro, że za moją przyczyną Balquidder wciągnął w swoje brudne interesy waszą rodzinę. 

Nie przypuszczałam, że tak się stanie. 

- To nie jest twoja wina. Nie myśl, że mam do ciebie o to pretensję. Żałuję tylko, że wcześniej mi wszystkiego nie 

background image

 

43 

powiedziałaś. 

- Nie sądziłam, żebyś uwierzył, że on pragnie mojej śmierci. 
-  Niezbyt  dobrze  cię  traktowałem,  prawda,  kochanie?  Powinniśmy  więcej  rozmawiać,  ale  ja  nie  chciałem  się 

wtrącać  w  twoje  sprawy.  Uważam,  że  Balquidder  jest  zdolny  do  wszystkiego.  Kiedy  Briggs  dowiedział  się,  że 
George pożyczył pieniądze od Balquiddera, opowiedział mi kilka historii, od których włosy mogły stanąć dęba. 

Noel już od lat nie zwracał się do mnie per kochanie, więc kiedy to teraz usłyszałam, miałam ochotę rzucić mu 

się w ramiona. Uspokój się, Emilio, skarciłam się w myślach, on tylko chce być dla ciebie miły. 

- Briggs? - spytałam beznamiętnym tonem. 
- Prawnicy, Latimer i Briggs. Czy wiesz, że korzystam z tej samej firmy prawniczej co twój ojciec? George zrobił 

wszystko  na  własną  rękę,  nie  informując  Briggsa.  -  Noel  westchnął  ciężko.  -  Kochałem  George’a,  ale  chętnie 
skręciłbym mu za to kark. 

Wywnioskowałam  z  listów  pani  Beresford,  że  to  ekstrawagancje  Aline  doprowadziły  George’a  do  podjęcia  tej 

katastrofalnej decyzji. Inny, nie tak zaślepiony mężczyzna, położyłby szybko kres jej fanaberiom. Noel był wtedy 
w Hiszpanii, nie byłam pewna, na ile orientował się w sytuacji, a ja nie miałam zamiaru podnosić tej kwestii. 

- Dostałem dziś rano list od Aline - odezwał się nagle Noel. - Wybiera się do Londynu, kiedy tylko drogi będą 

przejezdne. Muszę powiedzieć pani Good, aby przygotowała dla niej pokój. 

Jego głos nabrał ciepłych tonów, a ja bezwiednie zacisnęłam dłonie. 
-  Jestem  pewien,  że  spotkanie  z  tobą  po  tak  długim  czasie  sprawi  jej  wielką  radość  -  mówił  dalej  Noel.  -  Jej 

obecność rozwiąże również problem przyzwoitki. 

Nie miałam nic do powiedzenia, więc milczałam. 
Wieczorem  zaplotłam  włosy  w  warkocz,  jak  to  zwykle  robiłam  przed  udaniem  się  na  spoczynek.  Mam  bardzo 

długie włosy - dosłownie mogę na nich usiąść - więc przed snem muszę z nimi zrobić porządek. Jeśli je dokładnie 
zaplotę, to łatwiej jest mi się rano uczesać. Nie zdawałam sobie sprawy, dopóki Noel nie dotknął moich włosów, że 
mam rozpleciony warkocz. Noel zdjął z nich wstążkę i zaczął delikatnie przeczesywać je palcami. 

-  Nie  wiedziałem,  że  masz  tak  długie  i  jedwabiste  włosy  -  powiedział  zdumiony,  obracając  w  palcach  jedno 

pasmo. 

Spojrzałam na niego, z wrażenia wstrzymując oddech. Uśmiechnął się do mnie i przez kilka sekund patrzyliśmy 

sobie  w  oczy.  Na  twarzy  Noela  ukazał  się  wyraz  zdziwienia,  jakby  dokonał  nagłego  odkrycia.  Po  chwili  węgiel 
obsunął się w kominku i czar prysnął. Noel opuścił rękę, a ja, drżącymi palcami, zaczęłam zaplatać warkocz. 

Wstałam,  aby  dołożyć  do  kominka,  a  Noel  zrobił  zdawkową  uwagę  na  temat  upływu  czasu.  Nie  śmiałam 

zastanawiać się nad tym, co się między nami zdarzyło. Aby nie poddać się uczuciu zauroczenia, zaczęłam myśleć o 
Stephenie i  Balquidderze.  Zwierzyłam  się  Noelowi  ze  wszystkiego  i  odczułam  ogromną  ulgę.  Nie  powiedziałam 
mu  jednak,  że  piszę  powieści.  Większość  mężczyzn  nie  godziła  się  z  myślą,  że  dama  może  zarabiać  pieniądze. 
Pamiętam,  jak  ojciec  mówił,  że  kiedy  kobieta  ma  do  czynienia  z  brutalnym  światem  męskich  interesów,  sama 
szybko nabiera złych manier. Nie chciałam zniszczyć ledwo odzyskanego porozumienia z Noelem. Istniało więcej 
zabronionych tematów: Aline, Richard, małżeństwo Noela. 

Nie  sądziłam,  żeby  Noel  kochał  Margaret,  ale  przecież  było  wiele  dobrych  małżeństw,  które  opierały  się  na 

wzajemnym  szacunku  i  zgodności  charakterów.  Mieli  syna.  Dlaczego  stosunek  Noela  do  Richarda  był  tak 
obojętny? Przecież on był czułym, kochanym chłopcem. Potrzebował tylko trochę uczucia. Nie mogłam zrozumieć, 
dlaczego  Noel,  który  sam  wyrastał  w  kochającej  się,  szczęśliwej  rodzinie,  nie  potrafi  dostrzec  czego  potrzebuje 
jego własny syn. Richard był dzieckiem, które łatwo było pokochać. 

Nagle usłyszeliśmy jakiś hałas na dole. Ktoś schodził do sutereny. 
- Na litość boską, Noel - powiedziałam - wyjdź z mojej sypialni, i tak mamy dość kłopotów. 
Po chwili rozległ się odgłos otwieranych na piętrze drzwi. 
- W tym stanie nie mógłbym zagrażać twojej cnocie - powiedział ze smutkiem Noel. 
Uśmiechnęłam się z wysiłkiem. 
- Idź - powiedział Noel, sięgając po swoją laskę. - Ja będę schodził powoli. 
Szybko  zbiegłam na dół. Zdążyłam dotrzeć do kuchni w chwili, kiedy pan Bagnigge wchodził razem  z Ablem, 

bladym jak ściana i ledwie powłóczącym nogami. Pan Bagnigge niósł nieprzytomnego Richarda. 

- Dzięki Bogu - wykrzyknęłam. - Czy nic mu nie jest? 
- Napoili go nalewką na opium albo czymś podobnym - powiedział pan Bagnigge. - To może być niebezpieczne 

dla takiego małego chłopca. Zaniosę go do łóżka, panno Emilio. 

Abel opadł bezwładnie na krzesło, jego kurtka przesiąknięta była krwią. 
- Niech pan idzie, panie Bagnigge. Pułkownik właśnie schodzi na dół. Ja zajmę się Ablem. Wiem, co trzeba robić. 
Pan  Bagnigge  rzucił  nam  zatroskane  spojrzenie  i  wyszedł.  Usłyszałam,  że  rozmawia  z  Noelem  na  schodach. 

Podeszłam  do  Abla,  aby  zdjąć  mu  kurtkę.  Na  szczęście  była  obszerna,  inaczej  musiałabym  ją  rozciąć.  Potem 
zdjęłam mu koszulę. Miał ranę na plecach, w okolicy ramienia. 

Na kuchennym stole stały jakieś dzbanki i miski. Zdjęłam je stamtąd i pomogłam  Ablowi położyć się na stole. 

Natychmiast zemdlał. 

background image

 

44 

Rana  była  wąska,  ale  głęboka.  Domyśliłam  się,  że  otrzymał  cios  nożem.  Musiałam  przygotować  kataplazm,  na 

wypadek  stanu  zapalnego.  Potrzebowałam  również  płótna  na  opatrunek.  Rana  powinna  być  czysta  i  sucha.  Pan 
Bagnigge zostawił swój płaszcz na krześle, więc nakryłam nim Abla, aby mu było ciepło, zanim zrobię kataplazm. 
W kieszeni płaszcza znalazłam manierkę brandy. Polałam nią ranę, wlałam też trochę Ablowi do ust. Miał słaby, 
ale równomierny puls. Uchylił powieki. 

- Panicz Richard? - szepnął. 
- Wszyscy bezpiecznie wrócili do domu - powiedziałam. - Ciebie zraniono nożem i straciłeś trochę krwi, ale to 

nic poważnego. 

Abel zamknął oczy. 
Zabrałam się do pracy. Roznieciłam ogień pod kuchnią i postawiłam na niej czajnik, po czym nakruszyłam chleba 

do  czystej  miski.  Cokolwiek  myślałam  o  pani  Good,  musiałam  przyznać,  że  kuchnia  była  niesłychanie  czysta. 
Kiedy  woda  się  zagotowała,  polałam  nią  okruszki,  aby  dobrze  nasiąkły.  W  szufladzie  znalazłam  czystą  ścierkę i 
podarłam ją na pasy. 

Kiedy rana Abla była już czysta i zabandażowana, zobaczyłam w drzwiach kuchni pana Bagnigge i Noela. Stali 

w milczeniu, uważnie mnie obserwując. 

- Kataplazm z chleba, aby zapobiec stanowi zapalnemu - powiedziałam - a potem czysty bandaż. Teraz powinno 

się go położyć na prawdziwym łóżku. Nie może leżeć na materacu w komórce. 

- Wezmę go do pokoju panicza Richarda, panno Emilio - powiedział pan Bagnigge bez słowa sprzeciwu. - Może 

spać na drugim łóżku, obok panicza Richarda, pod okiem panny Craven. 

- Tak będzie dobrze - stwierdziłam. 
Postanowiłam sama dopilnować obu chłopców - nie miałam dobrego zdania o umiejętnościach panny Craven, ale 

zachowałam tę opinię dla siebie. 

Pan Bagnigge wyniósł Abla z kuchni, a ja zajęłam się uprzątaniem powstałego bałaganu. Miałam ochotę rzucić 

się  Noelowi  w  ramiona  i  wybuchnąć  płaczem.  To  uczucie  było  tak  silne,  że  zapragnęłam,  aby  jak  najszybciej 
wyszedł z kuchni. 

- Zostaw to - powiedział Noel. - Pani Good posprząta rano. 
- Nie mogę - zaprotestowałam. - Na stole i na podłodze są plamy krwi, która zaschnie do rana. Idź się położyć, 

Noelu. To mi nie zajmie dużo czasu. 

Noel nie posłuchał mnie i usiadł na kuchennym krześle. 
-  Ci  hiszpańscy  szarlatani  puszczali  mi  krew  i  przykładali  kataplazmy  z  gorczycy  -  powiedział.  -  Omal  nie 

przypłaciłem tego życiem. 

-  Lekarz  stale  puszczał  krew  mojej  mamie  i  umarła  -  podchwyciłam.  -  Ja  stosuję  tylko  bezpieczne  metody. 

Kataplazmy z chleba rozmoczonego w wodzie przykłada się koniom i to z dobrym skutkiem. 

Często  obserwowałam  w  Tranters  Court,  kiedy  jeszcze  byłam  dzieckiem,  jak  leczono  skaleczenia  u  koni.  Nie 

miałam zaufania do lekarzy. Zawsze uważałam, że to nasz rodzinny lekarz przyczynił się do śmierci mojej mamy. 

- Potraktowałaś Abla tak, jakby był koniem! 
- A dlaczego nie? To przecież takie same krwawiące, rozerwane mięśnie. 
Wyszorowałam  stół,  umyłam  miskę  i  wyrzuciłam  resztę  kataplazmu.  Odszukałam  kubełek  i  szczotkę  na  kiju  i 

wyszorowałam  podłogę.  Noel  obserwował  mnie  z  dziwnym  wyrazem  twarzy,  ale  nie  komentował  mojego 
postępowania. 

Wrócił pan Bagnigge i usiadł po przeciwnej stronie stołu. Odstawiłem kubełek i przysunęłam sobie krzesło. 
- A więc, Jem - odezwał się Noel. - Jak tego dokonaliście? 
-  Zapewniłem  sobie  pomoc  Johna  Baxtera  i  jego  dwóch  kumpli  -  rozpoczął  swoją  opowieść  pan  Bagnigge.  - 

Powinien ich pan pamiętać, sir, zwolnieni z wojska na skutek inwalidztwa po bitwie pod Salamanką. John pracuje 
teraz w Bellu. Miał zawsze dobrą rękę do koni. Jego zadaniem było wynajęcie powozu. Dołączyło do nas dwóch 
jego kumpli - takich, co to chętnie biorą udział w bójkach. Buli i Smithson, porządni chłopcy, chociaż nie byli w 
naszej kompanii. 

Około trzeciej byliśmy już na Crane Alley, przed drukarnią Moxona. Nie spodziewaliśmy się oporu. Myśleliśmy, 

ż

e panicz Richard jest na górze, a pilnować go będzie tylko ta starucha, może jeszcze czeladnik. Tak czy inaczej, 

przygotowani  byliśmy  na  najgorsze.  I  dobrze  się  stało,  ponieważ  było  tam  dwóch  silnych  byczków  Balquiddera. 
Byli trochę pijani i spali Już, kiedy tam wtargnęliśmy, ale jeden z nich miał nóż i zranił Abla, zanim Buli zdążył się 
za niego zabrać. Ja Ująłem się drugim. Przez jakiś czas nie będzie chodził po

 

mieście. 

Związaliśmy ich i poszliśmy na górę, a starucha zaczęła tak wrzeszczeć, że obudziłaby umarłego. Związaliśmy ją, 

zakneblowaliśmy, wzięliśmy panicza Richarda i uciekliśmy. Buli niósł Abla. 

John Baxter przywiózł nas tutaj i jesteśmy. Obiecałem im po pięć gwinei na głowę, w pana imieniu, sir. 
- Dostaną je - powiedział Noel. - Świetnie się spisałeś, Jem. Dziękuję. 
- Abel i panna Emilia spisali się jeszcze lepiej. 
- To głupstwo - przerwałam mu pospiesznie. 
Nie  mówiłam  Noelowi,  że  przebrałam  się  za  chłopca  i  nie  chciałam,  aby  pan  Bagnigge  powtórzył  mu  całą 

background image

 

45 

historię. 

Noel popatrzył najpierw na pana Bagnigge, a potem na mnie. 
-  Pani  Kirkwall  była  wspaniała,  ale  tak  czy  inaczej  to  ty,  Jem,  prowadziłeś  uzbrojonych  ludzi,  a  sytuacja  była 

niebezpieczna, więc czuję się twoim dłużnikiem. 

Pan  Bagnigge  opuścił  lekko  powiekę,  co  mogłam  odczytać  jak  porozumiewawcze  mrugnięcie,  i  temat  został 

zamknięty. Odetchnęłam z ulgą. Noel poszedł na górę, a ja do pokoju Richarda. 

Jak mogłam się spodziewać, panna Carver spała na krześle, głośno chrapiąc. Obudziłam ją i posłałam do łóżka. 
- Obudzę panią o siódmej - obiecałam jej. 
Była bardzo niezadowolona, że przerwałam jej sen. 
-  Po  co  pani  to  zrobiła?  -  zwróciła  się  do  mnie  oskarżycielskim  tonem.  -  Pilnowanie  pucybutów  nie  należy  do 

moich  obowiązków.  A  panicz  Richard  ma  niedobrze  w  głowie  i  im  szybciej  go  gdzieś  odeślą,  tym  lepiej.  Pani 
Aline zawsze tak uważała, a ta cała nauka czytania to według mnie tylko strata czasu. 

- Na szczęście, nie pani o tym decyduje - powiedziałam. 
- Kiedy pani Aline tu przyjedzie, zaraz wszystko będzie inaczej, zobaczy pani - mruczała, odchodząc. 
Zaczęłam  się  zastanawiać,  skąd  ona  wie  o  przyjeździe  Aline,  skoro  ja  dowiedziałam  się  o  tym  dopiero  przed 

chwilą.  Szybko  jednak  porzuciłam  te  myśli  i  podeszłam  do  łóżka  Richarda.  Był  pogrążony  w  głębokim  śnie,  ale 
puls miał miarowy. Otuliłam go w kołdrą i pocałowałam w policzek. Szybko dojdzie do siebie, pomyślałam. 

Potem  podeszłam  do  Abla  i  położyłam  mu  rękę  na  czole.  Było  ciepłe, ale  nie miał  gorączki.  Czas  pokaże,  czy 

szybko wyzdrowieje. Sen dobrze im obu zrobi. 

Dorzuciłam do ognia, usiadłam na krześle panny Carver i popadłam w zamyślenie. 
Zaczęłam myśleć o żonie Noela, Margaret. Kiedyś uznałam, że jest gruba i głupia, więc nie warto o niej myśleć. 

Teraz  naszły  mnie  pewne  refleksje.  Pamiętam,  jak  nieatrakcyjnie  wyglądała  na  chrzcie  Richarda  -  przysadzista  i 
blada,  w  nieładnej  zielonej  sukni.  Aline  stała  przy  chrzcielnicy,  trzymając  Richarda  na  rękach,  ponieważ  ona  i 
George byli jego chrzestnymi rodzicami. Noel patrzył na Aline z rozpaczą w oczach. 

Jak musiała się wtedy czuć Margaret? Na pewno wiedziała, że Noel jest zakochany w Aline - prawdopodobnie 

znała prawdę, wychodząc za mąż. Jej sytuacja była godna pożałowania, nawet jeśli sama go nie kochała. A jeśli go 
kochała? To  nie  była jej  wina,  że  nie  miała  ładnej figury  i  że  nie  mogła  dorównać  urodzie  Aline.  Pomyślałam  o 
własnych uczuciach do Noela i po raz pierwszy zrobiło mi się jej żal. 

 
P
o  tych  wszystkich  okropnych  przeżyciach  sprawy  zaczęły  Pobierać  lepszy  obrót.  Nalewka  na  opium  niezbyt 

zaszkodziła Richardowi, ale pozostał szok, z którego nie mógł się tak szybko otrząsnąć. Widać było, że bardzo źle 
się czuł w samotności, więc Abel miał pozostać w jego pokoju do czasu, kiedy zupełnie nie wygoi się jego rana. 
Byłam przekonana, że obecność Abla jest dla Richarda tarczą ochronną przed panną Carver. 

- On ma w nocy koszmary, panienko - powiedział mi Abel. - Mówił mi, że zawsze je miał, ale ona krzyczy na 

niego, kiedy ją budzi. - Wskazał gestem pannę Carver. - On tylko potrzebuje, żeby mu ktoś dodał otuchy, wie pani, 
co mam na myśli. Biedny chłopak - dodał. 

Rana Abla goiła się szybko. Był bardzo dumny ze swojego statusu bohatera. Musiałam go ostrzec, żeby nikomu 

nie mówił o naszej wspólnej wyprawie. 

Noel  wybrał  się  do  miasta  z  panem  Bagnigge  i  wynagrodził Johna  Baxtera,  Bulla  i  Smithsona.  Rozbawił  mnie 

fakt, że Jem Bagnigge zaczął, za moim przykładem, przykładać do rany Noela kataplazmy z okruchów chleba i to z 
dobrym skutkiem. On sam mi o tym nie powiedział, to Hannah zdradziła mi ten sekret. Zauważyłam jednak, że pan 
Bagnigge zaczął patrzeć na mnie bardziej przychylnym okiem niż na inne przedstawicielki mojej płci. 

Noel  koniecznie  chciał  postawić  Balquiddera  przed  sądem.  Poszłam  z  nim  razem  na  rozmowę  z  Richardem, 

którego świadectwo miałoby kluczowe znaczenie. Panna Carver została odesłana na dół, Noel usiadł na krześle, a 
ja wzięłam Richarda na kolana. 

- Twój tata chce, aby ten niedobry człowiek, który cię porwał, poszedł do więzienia - powiedziałam łagodnym to-

nem. - Czy możesz nam opowiedzieć, co się wtedy wydarzyło, Richardzie? 

Richard zbladł i potrząsnął przecząco głową. 
- To ważna sprawa, Richardzie - odezwał się Noel. - Czy, kiedy tam byłeś, widziałeś bardzo grubego mężczyznę? 
Richard potrząsnął znowu głową, tym razem bardziej energicznie. 
- Ja nic nie pamiętam, tato - wyszeptał. 
Czułam, że cały drży. To dziecko było potwornie prze- lżone. 
-  Mógł  zostać  zastraszony  -  powiedziałam  cicho  do  Noela.  -  Trzeba  go  teraz  zostawić  w  spokoju.  Spróbujemy 

później. 

Staraliśmy się zachęcić Richarda, aby coś powiedział, ale on się tak denerwował, że nie było to możliwe. Już w 

powozie zmuszono go do wypicia nalewki na opium, a potem prawie niczego nie pamiętał. 

-  Richard nie  wystąpi  w sądzie jako  świadek.  Nie  mogę  go  narażać  na  taką  udrękę  -  westchnął  Noel.  -  Biedny 

chłopiec. Jest bardzo dzielny, nie chcę wywierać na niego presji. 

- On nie chce zawieść twoich oczekiwań. To go bardzo martwi - powiedziałam. 

background image

 

46 

- Chodzi mi również o twoją reputację - ciągnął Noel. - Zostałabyś powołana na świadka, a jak by to wyglądało - 

mieszkasz tutaj, z dala od swojego męża. 

Chciałam  powiedzieć,  że  moje  dobre  imię  jest  już  wystarczająco  zszargane,  nie  odezwałam  się  jednak.  Łatwo 

było sobie wyobrazić sytuację świadka, który  miałby do czynienia z adwokatem Balquiddera - nie byłaby  godna 
pozazdroszczenia. Nie zdołałabym również pomóc sprawie Noela. 

Noel poniechał myśli o postawieniu Balquiddera przed sądem. Jego stosunki z Richardem poprawiały się z dnia 

na dzień. Codziennie rano odwiedzał Richarda w jego pokoju - patrzył, jak mały ustawia ołowianych żołnierzy do 
bitwy pod Vittorią i robił drobne uwagi. Kiedy Richard poczuł się zupełnie zdrowy, zaczął ponownie schodzić do 
salonu na podwieczorek. Czytałam mu, albo on mnie, a Noel przysłuchiwał się uważnie. 

Widziałam, że Noel nie czuje się jeszcze zupełnie swobodnie w towarzystwie swojego syna, ale bardzo się starał. 

Richard był uszczęśliwiony. Sprawiało mi to wielką radość. Moje uczucie do Noela musiało pozostać tajemnicą. 

Bardzo wydoroślałam od czasu, kiedy poznałam Stephena, łowiącego ryby w naszym majątku. Nie przyszłoby mi 

wtedy  do  głowy,  że  mogłabym  ukrywać  swoje  uczucia,  byłam  przecież  dzieckiem  epoki  Romantyzmu.  Teraz 
nauczyłam się powściągliwości. Noel był pod każdym względem człowiekiem bardziej wartościowym niż Stephen. 
Był  także  człowiekiem  honoru.  Nawet  gdybym  wydała  mu  się  pociągająca,  nigdy  by  sobie  nie  pozwolił  na 
niestosowne  zachowanie  w  stosunku  do  zamężnej  kobiety.  Uważał  mnie  za  gościa  w  swoim  domu  i  córkę 
zaprzyjaźnionej rodziny. Inne stosunki między nami nie wchodziły w rachubę. 

Doszłam  do  wniosku,  że  chociaż  mnie  lubił,  nie  interesowałam  go  jako  kobieta.  Przez  całe  życie  cierpiałam  z 

powodu  swojej  zbyt  szczupłej  sylwetki.  Przynajmniej  moja  bohaterka,  Erminia,  mogła  być  piękna  i  mieć  obfite 
kształty. 

Zaczęłam znowu pracować nad Tajemnice Drakensburgów. Zauważyłam, że Erminia, która miała o wiele żywszy 

temperament niż moje poprzednie bohaterki, zaczyna żyć własnym życiem. Przede wszystkim nie miała zamiaru, 
jak  przewidywałam,  mdleć  w  kulminacyjnym  momencie  akcji.  Kiedy  podły  hrabia  Drakensburg  uprowadzał  ją, 
Erminia wprawiła mnie w zdumienie. Chwyciła kamień (znajdowali się właśnie na przełęczy górskiej) i rzuciła w 
niego,  wygłaszając  jednocześnie  wspaniałą  przemowę,  którą  rozpoczynały  słowa:  „Potworze!  Złoczyńco!  Czy 
sądzisz, że ja, Erminia Fitzlise....”, i tak dalej, i tak dalej. 

Jeśli ja nie mogłam wyznać Noelowi swoich uczuć, to przynajmniej Erminii wolno było wypowiadać namiętne 

monologi. 

W poniedziałek, 10 stycznia, na pięć dni przed moimi urodzinami, przyjechała Aline. Okazało się, że wynajęła 

jednokonny, lekki powóz pocztowy i dwóch ludzi do ochrony. Przywiozła ze sobą górę bagaży i swoją pokojówkę, 
Jeanne. Ta podróż musiała kosztować ją co najmniej osiemdziesiąt funtów. Prywatne podróże były bardzo drogie. 

Pani  Good,  cała  w  uśmiechach,  wybiegła,  aby  ją  powitać.  Słyszałam,  jak  wypytywała  troskliwie  o  podróż,  o 

zdrowie, czy pani życzyłaby sobie, aby przyniesiono jej do pokoju kawę albo herbatę. Oczywiście, jako synowa, 
miała prawo do najlepszego pokoju, tego, który należał przedtem do pani Beresford. 

Ostatni raz widziałam Aline tego lata, kiedy zdecydowałam się na ucieczkę z domu. Miałam wtedy szesnaście lat, 

a Aline była piękną, młodą mężatką. Była kobietą, która pragnęła być w centrum zainteresowania mężczyzn i nie 
mogła znieść, aby inne kobiety były przez nich adorowane, nawet takie niewydarzone podlotki jak ja. Widziała, że 
uwielbiałam George’a i Noela, i postanowiła dać mi nauczkę. 

Szybko  doprowadziła  do  tego,  że  poczułam  się  niezdarna  i  nieobyta.  Teraz,  wraz  z  jej  przyjazdem,  zaczęłam 

odczuwać to samo. Kiedy popatrzyłam na swoje odbicie w lustrze, moje oczy miały kolor londyńskiej mgły, a nos 
sterczał  jak  dziób  papugi.  Postanowiłam  trzymać  się  od  niej  z  daleka.  Zjadłam  Podwieczorek  na  górze,  z 
Richardem. 

- Przyjechała ciotka Aline - powiedział Richard ponurym tonem. 
- Wiem. Chciałam zjeść podwieczorek z tobą, aby mogła swobodnie porozmawiać z twoim ojcem. 
- Czy ja muszę się z nią spotkać? 
Panna Carver, która siedziała przy kominku, odpowiedziała na to pytanie. 
- Oczywiście, że tak, paniczu Richardzie. To wstyd, że panicz o to pyta. Czy nie opiekowała się paniczem przez 

cały ten czas, kiedy ojciec panicza był na wojnie? 

Richard  spuścił  głowę.  Nie  odezwałam  się.  Zastanawiałam  się,  co  takiego  mogła  Aline  pisać  Noelowi  o 

Richardzie; na pewno korespondowali ze sobą, kiedy on był w Hiszpanii. Czy to ona nastawiła Noela przeciwko 
synowi? 

- O ile wiem, pani Aline ma zamiar wrócić do Francji. 
- Taka piękna dama - powiedziała ze wzruszeniem panna Carver, ocierając oczy. - Nie wątpię, że będzie ozdobą 

Paryża. Ona na to zasługuje. 

Rzuciła mi spojrzenie, które mówiło „a ty nie”. 
Nie wiedziałam, co takiego mogłam zrobić, aby zasłużyć na niechęć panny Carver. Było oczywiste, że mnie nie 

lubi. Może dlatego, że zainteresowałam się Richardem, którego ona uznała za beznadziejny przypadek. 

Siedziałam z Richardem w pokoju szkolnym, dopóki nie nadszedł czas kolacji. Byłam znowu w buntowniczym 

nastroju.  Włożyłam  swoją  nową  jedwabną  suknię  i  upięłam  włosy  hebanowymi  grzebieniami,  które  mi  Noel 

background image

 

47 

przysłał  z  Hiszpanii.  Podeszłam  do  lustra  i  spojrzałam  na  siebie  krytycznym  wzrokiem.  W  Londynie  przybrałam 
trochę na wadze i nie byłam już tak bardzo mizerna. Nawet Hannah zwróciła uwagę na moją nową aparycję.  

- Pani ma śliczne ręce i stopy, panno Emilio - powiedziała i po chwili dodała ze śmiechem. - Abel mówi, że pani 

jest podobna do królowej elfów. 

- Dobry Boże! - wykrzyknęłam. - Naprawdę? Kochany chłopak, chociaż nie jest obiektywny. 
Komplementy  wprawiły  mnie  jednak  w  dobry  humor.  Gdybym  miała  córkę,  pomyślałam,  nigdy  bym  jej  nie 

powiedziała, że jest chuda jak patyk i mało atrakcyjna. Takie słowa wżerały się w pamięć jak kwas w miedzianą 
płytę. 

Kiedy weszłam do salonu, Aline siedziała przy kominku i rozmawiała z Noelem. Nie wstała, aby mnie przywitać, 

tylko lekko skłoniła głowę, kiedy podeszłam, aby podać jej rękę. 

- Pani Kirkwall - powiedziała, ledwie dotykając mojej dłoni. 
- Spodziewałem się, że zejdziesz na podwieczorek, Emilio - powiedział nachmurzony Noel. 
- Myślałam, że będziesz chciał mieć trochę czasu na omówienie z panią Beresford waszych spraw rodzinnych - 

wypowiedziałam gładko z góry przygotowane zdanie. 

-  Powinnaś  była  też  przyprowadzić  Richarda.  Mówiłem  pani  Beresford  o  postępach,  jakie  poczynił,  no  i, 

oczywiście, o jego okropnych przejściach. 

Siedziałam z Richardem w pokoju szkolnym. Gdyby padła propozycja, żeby go przyprowadzić, na pewno bym to 

zrobiła. Oczywiście, nie było żadnej. Czułam, że przechodzę na pozycje obronne. 

- Kochany Richard. - Aline westchnęła. - Marzę, żeby go zobaczyć. 
Nie  wspomniała  o  porwaniu  Richarda,  co  uznałam  za  dziwne.  Z  drugiej  strony  wiedziałam,  że  ona  myśli 

wyłącznie o sobie. 

Natychmiast  przestała  mnie  dostrzegać.  Nie  zainteresowała  się  moimi  losami.  Obróciła  się  do  Noela  i  podjęła 

przerwaną rozmowę, jakby mnie tam w ogóle nie było. 

Zaczęłam  się  jej  przyglądać.  Nosiła  żałobę  po  George’u,  ale  w  czarnym  kolorze  nie  było  jej  do  twarzy.  Miała 

piękny naszyjnik z pereł, a na plecy zarzuciła lekki szal z czarnej koronki. Małe loczki wymykały się z węzła, w 
który  były  upięte  włosy.  Wiedziałam,  że  Aline  ma  proste  włosy  -  te  loczki  były  dziełem  jej  pokojówki. 
Zauważyłam również, że miała teraz dość przywiędłą szyję. Ha! Poczułam się trochę lepiej. 

Przez cały czas zastanawiałam się, dlaczego przyjechała. Po co jechać w środku najsroższej zimy, jaką mieliśmy 

od wielu lat? Po co narażać się na wydatki i niewygody? 

Noel  wyglądał  jak  człowiek,  który  wędrował  przez  pustynię  i  nagle  zobaczył  oazę.  Patrzył  na  nią  czułym 

wzrokiem  i  śmiał  się  z  czynionych  przez  nią  uwag.  Nie  mogłam  tego  znieść.  Aline  była  bardzo  francuska, 
trzepotała  dłońmi  i  niewłaściwie,  choć  bardzo  wdzięcznie,  akcentowała  swoje  nieporadne,  angielskie  zdania.  Na 
litość  boską,  pomyślałam,  przecież  była  małym  dzieckiem,  kiedy  przyjechała  do  Anglii  i  potrafiła,  gdy  chciała, 
doskonale mówić po angielsku. Byłam okropnie zazdrosna o jej wpływ na Noela. 

Przypomniałam  sobie  nagle  Erminię.  Postanowiłam  obdarzyć  ją  fałszywą  przyjaciółką.  Będzie  miała  na  imię 

Alienora, będzie Włoszką, a może nawet trucicielką. Tak, będzie miała zatruty pierścień. Mogę osnuć całą intrygę 
wokół zatrutego pierścienia. 

Przestałam  czuć  się  zagrożona  i  ta  sytuacja  zaczynała  mnie  bawić.  Postanowiłam  obserwować, jak  Aline owija 

sobie Noela wokół palca, ponieważ sama nigdy nie potrafiłam opanować tej sztuki. 

- Ależ Noelu - mówiła, wydymając wargi - jesteś tak bardzo męski, że nie rozumiesz, jak to odczuwa kobieta. 

Przeszarżowała, pomyślałam niechętnie. 
- Co? - spytał z uśmiechem Noel. 
- Mówię o tych małych świecidełkach. Proszę cię tylko, żebyś mi je pożyczył. 
Aha, pomyślałam. Chodzi jej o rodzinną biżuterię, aby uciec z nią do Francji, jak tylko zostanie zawarty pokój. 

Nikt  już  tych  kosztowności  więcej  nie  zobaczy.  Kiedy  była  żoną  George’a,  nosiła  klejnoty  Beresfordów,  ale  nie 
miała  prawa  zatrzymać  ich  dla  siebie.  W  swoim  czasie  będzie  je  nosić  żona  Richarda.  Była  to  piękna  kolekcja, 
dobrze ją zapamiętałam. 

- Wiesz przecież, Aline, że nie możesz nosić różnobarwnej biżuterii, kiedy jesteś w żałobie. 
- Ale dlaczego ona musi być w zamknięciu, jakbym była un bebe. Jesteś niedobry, Noel. 
Byłam zażenowana, ale Noel niczego nie zauważał. 
- Dla bezpieczeństwa, Aline. Słyszę gong. Na pewno jesteś głodna po podróży. 
Wstał, wziął laskę i podał ramię Aline. Poszłam za nimi do jadalni. 
 
J
uż  następnego  dnia  zorientowałam  się,  że  Aline  zaczęła  kopać  pode  mną  dołki,  a  Tryphena  Good  również 

chętnie brała w tym udział. 

Miałam na sobie jedną z sukien pani Beresford i zauważyłam, że Aline przygląda się koronkom przy mojej szyi. 

Nie wiem, rozmawiała na ten temat z Noelem, usłyszałam jednak, jak rozmawia o mnie z panią Good. 

- Mężczyźni w niczym się nie orientują - mówiła z oburzeniem Aline. - Do tego jeszcze brukselskie koronki, pani 

background image

 

48 

Good. 

- Zawsze uważałam, że ona rozpycha się tu łokciami, madame. Przyjechała ubrana w łachmany i prawie siłą we-

pchnęła się do domu. 

- Perfidne postępowanie. 
- Pułkownik ma zbyt dobre serce, madame. A gdzie jest jej mąż, pytam się? 
Szybko poszłam na górę. Zawsze mi się zdarzało usłyszeć coś niemiłego o sobie. Dlaczego nigdy nie słyszałam: 

„Emilia jest taką czarującą dziewczyną”? 

Noel  prosił  mnie,  abym  przyprowadziła  Richarda  na  podwieczorek.  Poszłam  na  górę  sprawdzić,  czy  jest 

odpowiednio ubrany, i trzymałam  go za rękę, aby  mu dodać otuchy, kiedy schodziliśmy na dół. Biedny chłopiec 
był  blady  ze  zdenerwowania  i  konwulsyjnie  ściskał  moją  dłoń.  Był  bardzo  skrępowany.  Ukłonił  się  niezręcznie, 
upuścił chleb z masłem na podłogę. Co gorsza, widział, że ojciec jest z niego niezadowolony. 

Aline zachowała się skandalicznie. Na niezgrabny ukłon i upuszczony chleb zareagowała tylko uniesieniem brwi, 

jakby nie spodziewała się niczego innego. 

- I to ma być poprawa? - zwróciła się do Noela na tyle głośno, że Richard musiał ją słyszeć. 
Miałam ochotę skrzyczeć ich oboje. Czy zapomnieli już o okropnych przeżyciach Richarda? Było oczywiste, że 

będzie źle reagował na każdy dodatkowy stres. Wiedziałam, że Noel postanowił nie zadawać już Richardowi pytań 
na temat porwania, ale mógł przynajmniej bronić swojego syna przed insynuacjami Aline. 

Uśmiechnęłam  się  do  Richarda  i  usiedliśmy  obok  siebie.  Aline  ostentacyjnie  nas  ignorowała.  Wzięła  leżącą  na 

małym stoliku książkę i zaczęła czytać. Noel, może dla uniknięcia sceny, pogrążył się w czytaniu gazety. Miałam 
nadzieję, że zwrócił uwagę na złe zachowanie Aline, ale jeśli nawet tak było, nie dawał tego po sobie poznać. 

Zerknęłam na książkę - dwa kolejne tomy leżały na stoliku - i zauważyłam, ku swojemu przerażeniu, że ona czyta 

Zamek  Apollinari

.  Serce  biło  mi  mocno.  Czyżby  wzięła  książkę  z  mojej  sypialni?  To  chyba  niemożliwe. 

Trzymałam swoje egzemplarze w walizce, pod kluczem. Nie ośmieliłam się ich wyjąć. 

Ponownie rzuciłam okiem. Nie, to nie były moje egzemplarze. Moje należały do serii okazowej, oprawione były 

w niebieską skórę. Książki Aline pochodziły z tańszego wydania, w brązowej skórze. 

Noel podniósł głowę znad gazety. Richard jadł powoli kawałek ciasta. Ja cerowałam pończochy - zawsze robiły 

mi  się  w  nich  dziury  na  piętach.  Szycie  nie  szło  mi  dobrze.  Przed  przyjazdem  Aline  w  salonie  panował radosny 
gwar, teraz panowała martwa cisza. Chyba nawet Noel, mimo swojego zauroczenia, odczuł napiętą atmosferę. 

- Co czytasz, Aline? 
Powiedziała mu. 
- To chyba romans gotycki - zauważył Noel. - Czy to dobra książka? 
- Ujdzie - powiedziała Aline, tłumiąc ziewnięcie. 
Nonsens, pomyślałam ze złością. Obserwowałam ją i widziałam, jak była zainteresowana. 
- Jakiego autora? 
Aline spojrzała na tytułową stronę. 
- Daniel Miller. 
Wstrzymałam  oddech,  nie  odrywając  wzroku  od  swojej  robótki.  Noel  zaraz  wszystko  odgadnie.  Zawsze  był 

bardzo przenikliwy. Czułam, że na mnie patrzy, ale nie przerywałam cerowania. 

- Nie słyszałem o nim- powiedział Noel, wracając do „Timesa”. 
Odetchnęłam z ulgą. 
Po pewnym czasie Richard poszedł na górę. My usiedliśmy do kolacji. Po posiłku Noel przeprosił nas - bolała go 

noga  -  i  udał  się  do  swojego  pokoju.  Aline  i  ja  przeszłyśmy  do  salonu,  gdzie  siedziałyśmy  w  milczeniu.  Aline 
pogrążyła się w lekturze - mojej książki - dając mi demonstracyjnie do zrozumienia, że nie interesuje jej rozmowa 
ze mną. Kilkakrotnie wracała do przeczytanego już tekstu. Miałam ochotę spytać ją o opinię. 

O wpół do dziesiątej odłożyła książkę i zadzwoniła, aby przyniesiono herbatę. Teraz ona czyniła honory domu. 
- Czy rzeczywiście wyszła pani za mąż, pani Kirkwall? - spytała. - A może „pani Kirkwall” jest tylko zwrotem 

grzecznościowym? 

Krew napłynęła mi do twarzy. Chciała mnie obrazić i dopięła swego. 
- Jestem mężatką - odpowiedziałam beznamiętnym tonem. 
- Naprawdę? - spytała bez przekonania. 
Nie będę brała udziału w tej grze, pomyślałam. Czego ona chce? Żebym jej przedstawiła świadectwo z parafii? 

Wstrętna  intrygantka!  Byłam  prawie  pewna,  że  przyciemnia  sobie  rzęsy  palonym  korkiem.  Gniewał  mnie  jej 
wpływ  na  Noela;  zrobiłabym  wszystko,  aby  uchronić  Richarda  przed  jej  złośliwością,  nie  pozwolę  również,  aby 
dokuczała mnie. W milczeniu więc piłam herbatę. 

Aline zagryzła wargi. 
- Proszę mi wybaczyć, pani Kirkwall - ciągnęła, kładąc ironiczny nacisk na „pani” - ale nie rozumiem, dlaczego 

nie mieszka pani razem z mężem. Czy pani owdowiała? Nie słyszałam o tym. 

- Nie owdowiałam. A sprawa mojego małżeństwa nie powinna pani interesować. 
-  Ależ  właśnie  interesuje  mnie  -  powiedziała  Aline  słodkim  głosem.  -  Chciałabym,  aby  pułkownik  Beresford 

background image

 

49 

zaprosił  parę  osób  na  obiad,  dopóki  jestem  w  Londynie.  To  byłaby  skromna  uroczystość,  jestem  przecież  w 
ż

ałobie, ale nie mogę narażać moich gości na spotkanie z kobietą, która jest w separacji ze swoim mężem. 

- Przykro mi, że spotyka panią taki zawód. 
Oczy Aline zabłysły. 
- Uważam, że powinna pani wyjechać. Już zbyt długo nadużywa pani gościnności pułkownika. Odstawiłam swoją 

filiżankę i wstałam z krzesła. 

-  O  tej  sprawie  radzę  pani  porozmawiać  z  pułkownikiem  -  powiedziałam  spokojnym  tonem.  -  Dobranoc,  pani 

Beresford. 

Miałam  nadzieję,  że  nie  był  to  wstęp  do  walnej  bitwy.  Czy  chciała  po  prostu wyładować  na  mnie  swój gniew, 

ponieważ nie udało jej się zdobyć klejnotów Beresfordów? Ja nie miałam żadnych praw do majątku Noela, więc 
nie mogło o to chodzić. Według prawa nie wolno było poślubić szwagra, nie zauważam zresztą, aby Aline darzyła 
Noela uczuciem, a to mogłoby być powodem do zazdrości - chociaż, niestety, zupełnie nieumotywowanej o czym 
dobrze wiedziałam. Więc skąd ta wrogość? 

Następnego  dnia  spędziłam  cały  poranek  w  swoim  pokoju,  pracując  nad  Tajemnicą  Drakensburgów

Wprowadzenie  do  akcji  dwulicowej  Alienory  bardzo  ją  ożywiło.  Już  dawno  zauważyłam,  że  nowy  temat  bardzo 
podtrzymuje  nadwątloną  fabułę,  a  Alienora  miała  w  zanadrzu  kilka  bardzo  nieprzyjemnych  niespodzianek  dla 
Erminii. 

Kiedy zeszłam na obiad, w jadalni był tylko Noel. Aline, jak się okazało, bolała głowa i odpoczywała w swoim 

pokoju. 

- Co takiego powiedziałaś pani Beresford? - spytał mnie Noel, kiedy tylko usiedliśmy do stołu. - Zdenerwowałaś 

ją. 

Był zasępiony. Sądziłam, że zdołaliśmy już osiągnąć pewien stopień porozumienia i że Noel przestanie mnie na 

ś

lepo osądzać, ale najwyraźniej myliłam się. W każdym razie tak sprawy wyglądały, kiedy chodziło o Aline. 

- Rozmawiałyśmy na potoczne tematy - powiedziałam. 
- Ona mówiła mi coś zupełnie innego. Skarżyła się, że byłaś dla niej bardzo niegrzeczna, sugerowałaś, że nie jest 

tu mile widziana i pytałaś ją, po co w ogóle przyjechała. Naprawdę, Emilio, jesteś okropnie bezmyślna. Ona jest tu 
zawsze mile widziana. Mogłaś też wziąć pod uwagę fakt, że ona niedawno straciła męża. 

Jadłam  w  milczeniu.  Nie  wiedziałam,  jak  mam  się  bronić  przed  tą  nową  prowokacją.  Noel  wierzył  temu,  co 

mówiła Aline, a ja nie miałam w tym wypadku żadnych szans. 

- Czy nie masz nic do powiedzenia? 
Odłożyłam nóż i widelec. 
- Dobrze, powiem, chociaż wiem, że moje słowa nie będą miały żadnego znaczenia. Pani Beresford, która wątpi 

w legalność mojego małżeństwa, stwierdziła, że to ja jestem tą osobą, która nadużywa twojej gościnności. Chce, 
ż

ebyś wydał obiad dla jej gości, a moja skażona reputacja stoi temu na przeszkodzie. 

-  To  nieprawda.  Powiedziała  mi,  że  pragnie  absolutnego  spokoju.  Ma  tak  zszargane  nerwy,  że  nie  myśli  o 

ż

adnych spotkaniach towarzyskich. 

Po co więc przyjechała do Londynu, chciałam spytać, wiedziałam jednak, że to do niczego nie doprowadzi. 
- Może sam sobie odpowiesz na pytanie, dlaczego ona mówiła co innego tobie, a co innego mnie. 
- Czy chcesz przez to powiedzieć, że Aline kłamie? - spytał Noel. 
- A czy ty chcesz powiedzieć, że ja kłamię? - odparłam ze złością. 
Byłam wściekła i przygnębiona. Nie mogliśmy się już porozumieć. Chętnie udusiłabym Aline. 
W milczeniu skończyłam obiad i wyszłam z jadalni. 
 
P
o  południu  świeciło  słońce  i  zapragnęłam  wyjść  z  domu.  Ale  czy  to  było  bezpieczne?  Może  Balquidder  miał 

przez  cały  czas  dom  pod  obserwacją?  Nie  zapomniałam  o  tej  groźbie,  ale  w  ostatnich  dniach  obecność  Aline 
zepchnęła  myśli  o  Balquidderze  na  dalszy  plan.  Abel  nie  mógł  jeszcze  wychodzić  -  miał  obandażowane  ramię. 
Richard  też  na  pewno  nie dostanie  pozwolenia  na  opuszczenie  domu.  Zastanawiałam  się,  czy  nie  włożyć  znowu 
ubrania Billa, kiedy zobaczyłam pana Bagnigge w płaszczu, z kapeluszem w ręku, zmierzającego ku kuchennym 
schodom. 

- Och, panie Bagnigge! Czy pan wychodzi do miasta? 
- A jeśli tak? - spytał, patrząc na mnie podejrzliwym wzrokiem. 
- Muszę zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, chciałabym też zobaczyć, jak zamarza Tamiza. Czy mogę iść z 

panem - jeśli to nie jest niebezpieczny pomysł? 

- Mam  zanieść Latimerowi i Briggsowi list od pułkownika. Może pani ze mną  iść, jeśli pani chce. Będzie pani 

bezpieczna, jest biały dzień, a pan Balquidder na pewno nie podejmie żadnego zbędnego ryzyka. Poza tym, to by 
mu się teraz nie udało - stwierdził pan Bagnigge, demonstrując nóż u pasa. - Zaczekam na panią pięć minut. 

Pobiegłam na górę, aby włożyć ciepłe buty, płaszcz pani Beresford i wziąć futrzaną mufkę pani Irvine. 
Pan Bagnigge stał u podnóża schodów, z zegarkiem w ręku. 
- Cztery minuty - zauważył. - Nieźle, jak na kobietę. 

background image

 

50 

- Bardzo miło jest gdzieś wyjść - powiedziałam, kiedy skręcaliśmy w Strand. 
Atmosfera w domu była przygnębiająca, a Noel utrzymywał tak chłodny dystans, że powoli zaczęłam popadać w 

rozpacz. 

- Pani Beresford próbuje swoich sztuczek, prawda? 
-  Dostarcza  pułkownikowi  kłamliwych  wiadomości  na  mój  temat  -  powiedziałam.  -  Jakoś  bym  to  zniosła,  ale 

jemu to sprawia ogromną przykrość. Zastanawiam się, dlaczego ona przyjechała właśnie teraz. Pogoda nie sprzyja 
podróżom, chyba że jest to absolutna konieczność. 

- Hmmm - mruknął tylko pan Bagnigge, rzucając mi zadziwiająco porozumiewawcze spojrzenie. 
Szliśmy tak szybko Strandem, jak tylko pozwalał stan chodników. Mimo to czułam, że marzną mi nogi, a oddech 

zamienia się w kłęby pary. Na dachach leżał śnieg, wydawało się, że kopuła katedry Świętego Pawła pokryta jest 
lodem. Niestety, nie była niepokalanie biała - pobrudziły ją sadze z tysiąca kominów. 

Dotarliśmy do Little Brittain i pan Bagnigge dostarczył list Noela. Potem skręciliśmy w Creed Lane, przeszliśmy 

przez  St.  Andrew’s  Hill,  aż  do  Puddle  Dock.  Statki  były  przycumowane  i  otoczone  lodem,  nie  było  tam  śladu 
ż

adnej  działalności,  tylko  na  jednym  z  nich  okropnie  miauczał  kot.  Przeszliśmy  przez  Earl  Street,  za  dokami,  i 

dotarliśmy do mostu Blackfriars. 

Pan  Bagnigge  wskazał  mi  gestem  nabrzeże  -  Three  Cranes  Wharf.  Zobaczyłam,  że  rzeka  pomiędzy  dwoma 

mostami - Blackfriars Bridge i London Bridge - była bardziej zamarznięta niż przy Adelphi. 

Ś

rodkiem  płynęła  jeszcze  woda,  ale  bardzo  wolno,  a  na  obrzeżach  gromadziły  się  zwały  lodu.  Wyobrażałam 

sobie,  że  zobaczę  gładką  taflę,  ale  pokrywa  lodowa  była  bardzo  nierówna,  jakby  złożona  z  małych  górek.  Przy 
brzegu lód miał około sześciu stóp grubości, niektórych łodzi nie było prawie widać. 

- To wszystko przez London Bridge- tłumaczył mi pan Bagnigge. - Przęsła są zbyt wąskie, podpory wystają na 

zewnątrz i hamują przepływ wody. 

- Podpory? 
- Elementy podtrzymujące przęsła, które przy tym moście hamują przepływ wody. Tutaj prąd jest tak silny, że nie 

każdy potrafi przeprowadzić łódź pod London Bridge. 

- Czy sądzi pan, że cała rzeka zamarznie? 
- Tak, jeśli nie nadejdzie odwilż. 
- Abel będzie uszczęśliwiony. Czeka na festyn zimowy. 
-  Pamiętam  taki  festyn  w  zimie  osiemdziesiątego  ósmego  na  osiemdziesiąty  dziewiąty  -  powiedział  pan 

Bagnigge. - Trwał przez całe tygodnie. Były pokazy  teatrów kukiełkowych, walki psów z niedźwiedziem i wiele 
innych rozrywek. 

- Ja się urodziłam w styczniu osiemdziesiątego dziewiątego roku. Moja matka mówiła, że to była bardzo sroga 

zima. 

-  Festyny  zimowe  zdarzają  się  trzy,  najwyżej  cztery  razy  w  stuleciu  -  stwierdził  pan  Bagnigge.  -  Abel  nie 

powinien mieć wygórowanych nadziei. 

 
N
ie wiedziałam, że Noel pisał do mojego ojca, zaniepokoiłam się więc, kiedy zobaczyłam leżący na stole w holu 

list,  adresowany  wyraźnym  pismem  mojego  rodzica.  Wiedziałam  już,  że  Noel  nie  odeśle  mnie  do  Stephena,  ale 
mógł uznać, że będę bezpieczniejsza u ojca. A ja wcale nie miałam ochoty tam wracać w charakterze marnotrawnej 
córki. 

Spędziłam trochę czasu z Richardem, potem poszłam do swojego pokoju i zabrałam się do pisania. Noel wkrótce 

mnie tam odnalazł. 

- Chciałbym porozmawiać z tobą w swoim gabinecie, Emilio - powiedział. 
Zeszliśmy na dół. 
- Otrzymałem list od twojego ojca w sprawie twojego majątku po matce. Upoważnił mnie do zajęcia się twoimi 

interesami. Ojcu bardzo zależy na tym, aby cały majątek wrócił do ciebie w przypadku śmierci Kirkwalla. A jeśli 
nie uda się tego załatwić, to przynajmniej należna ci prawnie trzecia część. 

- To beznadziejna sprawa - powiedziałam. - Oboje wiemy dlaczego. 
Ja wcześniej stracę życie, pomyślałam, i Balquidder zabierze wszystkie pieniądze. 
- To skandal, a ja niewiele mogę tu zrobić - nie znałem wszystkich szczegółów, kiedy pisałem do twojego ojca. 

Oboje  dobrze  wiemy,  że  Balquidder  jest  skończonym  łajdakiem,  który  chce  pozbawić  cię  wszystkiego.  Ale 
uważam, że należy przynajmniej spróbować temu przeciwdziałać. 

- To bardzo miło z twojej strony, że chcesz się tym zająć - powiedziałam. 
Byłam przekonana, że Noel jeszcze mi nie przebaczył domniemanego okrucieństwa w stosunku do Aline. 
- Nie ma o czym mówić. Spotkam się z Kirkwallem u Latimera i Briggsa. 
- Moje urodziny są w sobotę. To spotkanie musi się odbyć jutro albo w piątek. 
 
N
astępnego  ranka  Hannah  jak  zwykle  przyniosła  mi  śniadanie  do  pokoju,  rozsunęła  zasłony  i  dołożyła  do 

kominka, który rozpaliła, kiedy jeszcze spałam. Usiadłam na łóżku i założyłam lizeskę, którą mi podała. 

background image

 

51 

- Co się stało, Hannah? Dlaczego jesteś zmartwiona? 
Stała koło łóżka, z zażenowaniem mnąc róg fartuszka. 
- Czy to ma coś wspólnego z panią Aline? - zaryzykowałam. 

Hannah  była  bardzo  ładną  dziewczyną,  więc  możliwe,  że  Aline  była  dla  niej  wyjątkowo  niegrzeczna.  To  by  do  niej 

pasowało. 

- Nie wiem, jak to powiedzieć, panno Emilio, i na pewno to do mnie nie należy, ale... 
- A więc chodzi o panią Beresford. Obiecuję ci, że dotrzymam tajemnicy 
- Ona chce pani narobić kłopotów, panienko. 
Westchnęłam. Sama dobrze o tym wiedziałam. 
-  Pani  Good  usłyszała,  jak  rozmawiała  pani  z  pułkownikiem  tej  nocy,  kiedy  porwano  panicza  Richarda,  i 

powiedziała o tym pani Beresford. 

Aha,  w  mojej  sypialni,  a  ona  niewątpliwie  ułożyła  sobie  najbardziej  skandaliczny  scenariusz.  Przypomniałam 

sobie teraz, że słyszałam skrzypienie otwieranych drzwi. 

- Czy pani Good wyobraża sobie, że... coś mnie łączy z pułkownikiem? 
-  Nie  wiem,  panno  Emilio,  ale  pani  Beresford  powiedziała,  że  postara  się  o  to,  aby  pani  nazwisko  zostało 

unurzane w błocie. 

Po  południu,  kiedy  siedzieliśmy  w  salonie  przy  podwieczorku,  przyniesiono  list  od  Stephena  z  informacją,  że 

zgadza  się  na  spotkanie  z  Noelem  w  biurze  Latimera,  w  piątek,  o  trzeciej  po  południu.  Noel  przeczytał  list  i 
przekazał  go  mnie.  Był  podejrzanie  dobrze  sformułowany.  „Nie  widzę  potrzeby,  aby  niepokoić  tą  sprawą  mojej 
ż

ony. Możemy sami dokonać drobnych poprawek, gdyby okazały się konieczne”. Stephen nie napisałby tego w ten 

sposób  -  język  tego  listu  był  zbyt  urzędowy  i  precyzyjny.  Zaczęłam  się  zastanawiać,  czy  nie  pisał  pod dyktando 
Balquiddera. Kiedy oddawałam list Noelowi, zauważyłam dziwny wyraz twarzy Aline. 

- Jutro o trzeciej - powiedziałam. - Zastanawiam się, czy nie powinnam z tobą pojechać. 
Było  w  tym  liście  coś  nieuchwytnego,  co  mnie  zaniepokoiło.  Kiedyś  kochałam  Stephena.  Pomimo  wszystkich 

jego wad, darzyłam go jeszcze sympatią - jego los nie był mi obojętny. Bóg jeden wie, co mogłoby się z nim stać, 
gdyby został na łasce Balquiddera. Nie miałam zamiaru wrócić do niego, ale nie chciałam również, żeby skończył 
pod mostem, kiedy Balquidder doszczętnie go ograbi. 

-  Moja  droga  pani  Kirkwall  -  odezwała  się  Aline.  -  Mam  nadzieję,  że  będzie  pani  mogła  dotrzymać  mi 

towarzystwa jutro po południu. Chciałam zasięgnąć rady w sprawie fioletowego jedwabiu, który chcę kupić. Cenię 
sobie pani gust. 

Noel uśmiechnął się do Aline, jakby chciał powiedzieć: „wiem, że nie oszukujesz Emilii” i rzucił mi spojrzenie z 

rodzaju „a widzisz!”. 

- To bardzo miło z pani strony, pani Beresford - odpowiedziałam. 
Wiele myśli przemknęło mi przez głowę. Dlaczego ona chce, żebym została w domu akurat w czasie spotkania 

Noela ze Stephenem? Nie wierzyłam, że Aline pragnie mojego towarzystwa czy też moich światłych rad. Jedyna 
rzecz, jaką chętnie bym zrobiła, udzielając jej porad co do fioletowego jedwabiu, to wbiłabym w nią podczas miary 
wszystkie szpilki. 

- A więc załatwione - powiedziała Aline. 
Skinęła mi protekcjonalnie głową i popatrzyła zmrużonymi oczami na Noela. 
Nie, nie załatwione, pomyślałam. Tu chodziło o coś innego. Najwyraźniej Aline zależało na tym, abym nie poszła 

na  spotkanie  ze  Stephenem.  Chociaż  nie  miałam  do  tego  żadnych  podstaw,  poza  swoją  niechęcią  do  Aline, 
zaczęłam  się  zastanawiać,  czy  ona  nie  ma  jakichś  powiązań  z  Balquidderem.  Uważałam  go  za  tak  odrażającego 
mężczyznę,  że  trudno  było  mi  wyobrazić  sobie  romantyczne  zaangażowanie  Aline,  natomiast  mogły  istnieć 
powiązania finansowe. 

Nie odzywałam się już, postanowiłam jednak wziąć udział w spotkaniu Noela ze Stephenem. 
Następnego  dnia  w  południe  zeszłam  do  jadalni,  przy  posiłku  nie  wykazywałam  apetytu  i  oznajmiłam,  że  boli 

mnie głowa. 

- Przykro mi, że sprawiam pani zawód, pani Beresford - powiedziałam - ale niestety muszę się położyć. 
To oświadczenie nie zrobiło na Aline żadnego wrażenia. Jeśli nie szłam na spotkanie, było jej wszystko jedno, co 

się ze mną dzieje. Uśmiechnęłam się blado i poszłam na górę. W chwilę później usłyszałam, jak Aline woła Jeanne 
do swojego pokoju. Piętnaście po drugiej Abel wyszedł z domu, aby przyprowadzić dorożkę. Dwadzieścia pięć po 
drugiej byłam gotowa do wyjścia. 

Kiedy usłyszałam, że Abel wraca do domu, zeszłam po cichu na dół. Noel był w tym czasie w swoim gabinecie 

wraz z panem Bagnigge. Wyszłam na ulicę i wsiadłam do dorożki. 

- Pułkownik Beresford zaraz zejdzie - powiedziałam. 
Wcisnęłam się w kąt na wypadek, gdyby Aline chciała wyjrzeć przez okno. 
Z domu wyszedł Noel w towarzystwie pana Bagnigge. Noel wsiadł do środka, a pan Bagnigge usiadł na koźle, 

obok dorożkarza. 

background image

 

52 

- Co ty tu robisz, u diabła? - spytał Noel. 
Zauważyłam ze smutkiem, że od przyjazdu Aline przestał  mnie traktować tak miło jak poprzednio. 
- Jadę z tobą - powiedziałam stanowczym tonem. - Stephen Jest moim mężem. Chyba mam prawo spotkać się z 

własnym mężem? 

Dorożkarz zamknął drzwiczki, wdrapał się na kozioł i zebrał lejce. Ruszyliśmy z miejsca. 
-  Co  to  wszystko  ma  znaczyć,  Emilio?  -  spytał  zirytowany  Noel.  -  Mówiłaś  mi,  że  oboje  podjęliście  decyzję  o 

separacji. Czyżbyś zmieniła zdanie? A Aline? Zupełnie się z nią nie liczysz. 

- Zaniepokoił mnie list Stephena. To wszystko - powiedziałam, nie komentując sprawy Aline. 
- Mnie wydał się całkowicie zrozumiały. Sprawy układów finansowych są domeną mężczyzn. 
- Uważam, że Balquidder podyktował mu ten list - powiedziałam. - To nie jest styl Stephena. A jeśli Balquidder 

nie chce mnie tam widzieć, to wystarczający powód, abym się stawiła. 

-  Ja  nie  życzę  sobie  spotkania  z  Balquidderem  -  stwierdził  Noel.  -  Widziałem  się  z  nim  tylko  raz  i  to  mi 

wystarczyło.  Od  tamtej  pory  prowadzę  z  nim  interesy  wyłącznie  za  pośrednictwem  Briggsa.  Gdybym  go  teraz 
spotkał, po porwaniu Richarda, to pewnie bym go zastrzelił. 

- Wątpię, czy on się tam pokaże - uspokoiłam go. - Nie będzie chciał ujawniać swoich powiązań ze Stephenem. 
Nie mogłam się powstrzymać od pytania, chociaż nie powinnam była go zadawać. 
- Ciekawa jestem, czy Balquidder był kiedyś w Ainderby. 
- Oczywiście, że nie! 
- Skąd możesz wiedzieć? Byłeś przecież za granicą. 
- Aline nigdy mi o tym nie pisała. 
- Chyba nie chciałaby, żebyś się o tym dowiedział, prawda? 
A więc to Aline pisała do Noela, pomyślałam. 
- Czy sugerujesz, że Aline może mieć z tym wszystkim coś wspólnego? - spytał z wściekłością Noel. Widziałam 

jednak, że był zaniepokojony. 

- To nie ja zaczęłam mówić o pani Beresford - zaprotestowałam. - Chodziło mi coś po głowie, ale już przestałam 

się nad tym zastanawiać. 

Po prostu nie będę o tym głośno mówić, pomyślałam. 
Kiedy dojechaliśmy do Little Britain, Stephen czekał już w biurze Latimera i Briggsa. Tym razem trochę zadbał o 

swój  wygląd.  Był  ostrzyżony  i  świeżo  ogolony,  miał  krawat  zamiast  swojej  zwykłej  chustki  pod  szyją.  Ktoś 
wyczyścił mu buty i wyprasował ubranie. Mój widok wprawił go w wyraźne zaniepokojenie. 

- Emmy! Nie spodziewałem się ciebie! 
- Dlaczego nie? - spytałam, kładąc mufkę na krześle. - Jak się masz, Stephen? 
Podeszłam do niego i nadstawiłam policzek. Stephen pocałował mnie i odsunął się pospiesznie. 
- To jest cholernie niezręczna sytuacja... dlaczego tu przyjechałaś? 
- Dlaczego nie miałabym tego zrobić? - spytałam. 
Urzędnik przyniósł trzy krzesła i wszyscy zajęliśmy miejsca. 
-  Proszę  cię,  nie  zwracaj  na  mnie  uwagi  -  zwróciłam  się  do  Stephena.  -  Wiem,  że  to  jest  sprawa  pomiędzy 

dżentelmenami - powiedziałam ze źle ukrywaną ironią. 

- Beresford - przedstawił się Noel. 
Stephen skinął mu głową i zaczął ogryzać kciuk, co zawsze robił, kiedy był zakłopotany. Pan Latimer przeglądał 

dokumenty. 

- Sprawa jest zupełnie prosta - odezwał się wreszcie. - W dniu swoich dwudziestych piątych urodzin, to znaczy 

jutro,  pani  Kirkwall  dziedziczy  majątek  swojej  matki  wraz  z  oprocentowaniem.  Majątek  ten  przechodzi  pod 
wyłączną kontrolę jej męża, jeśli nie będzie innych uzgodnień. 

Spojrzał na nas znad okularów. 
- Tak, tak - powiedział niecierpliwie Stephen. 
- Pan Kirkwall wyraził zgodę, aby pani Kirkwall otrzymywała dożywotnio sumę dwustu osiemdziesięciu ośmiu 

funtów rocznie. 

- Tak - powiedział Stephen bez zapału. 
Wydawał się podenerwowany. Co chwila rzucał mi ukradkowe spojrzenia i ciągnął się za ucho. 
- Pan Daniels życzy sobie również, aby fundusz w wysokości pięciu tysięcy ośmiuset funtów był do wyłącznej 

dyspozycji  pani  Kirkwall  -  powiedział  Noel.  -  Jest  to  zwyczajowa  procedura,  biorąc  pod  uwagę  fakt,  że  pan 
Kirkwall jest o dziesięć lat starszy od żony, można się więc spodziewać, że ona będzie żyła dłużej. 

- Wówczas egzekutor mojego testamentu dopilnuje, żeby dostała należne pieniądze - powiedział Stephen. - Nie 

mam  zamiaru  już  do  tego  wracać.  Jeśli  ten  układ  nie  podoba  się  staremu  Danielsowi,  to  powinien  był  sam  tu 
przyjechać - nie rozumiem, co pana łączy z tą sprawą. 

-  Pan  Daniels  jest  już  niemłodym  człowiekiem,  a  jak  pan  dobrze  wie,  pogoda  jest  bardzo  zdradliwa.  Ja  jestem 

starym przyjacielem rodziny. 

- Przyjaciel rodziny, ha! 

background image

 

53 

- Czy mogę spytać o nazwisko egzekutora pana testamentu? 
- Nie, nie może pan. W każdym razie jest to dżentelmen. 
Wydawało się, że Stephen celowo zadrażnia sytuację. 
-  Powróćmy  do  naszej  umowy  -  wtrącił  zręcznie  pan  Latimer.  -  Przykro  mi,  że  nie  zgadza  się  pan  na 

udostępnienie  żonie  jej  części  kapitału,  panie  Kirkwall.  W  każdym  razie,  dokument  jest  gotów  do  podpisania. 
Proszę chwilę zaczekać, zadzwonię po któregoś ze swoich urzędników. Złożą państwo swoje podpisy w obecności 
ś

wiadka. 

Stephen rzucił Noelowi złe spojrzenie, ale uspokoił się nieco. Nie patrzył na mnie. 
Wszedł urzędnik. Pan Latimer przesunął dwa dokumenty w stronę Stephena i wręczył mu pióro. Stephen umaczał 

je w atramencie i szybko złożył swój podpis. Po nim podpisał Noel. Urzędnik i pan Latimer byli świadkami. Potem 
pan Latimer wręczył Stephenowi jeden dokument. 

-  Drugi  pozostanie  tutaj,  zgodnie  z  życzeniem  pana  Danielsa  -  powiedział,  wstając  zza  biurka.  -  Proszę  mi 

wybaczyć, ale muszę się teraz zająć inną sprawą - dodał, po czym skłonił się nam i wyszedł z pokoju. 

- Emmy - odezwał się Stephen - dość już tego. Jesteś moją żoną i wracasz ze mną do Edynburga. 
- Nie, Stephen- powiedziałam spokojnym głosem- nie wrócę do ciebie. 
- Rozkazuję ci! 
- Nie. 
- Zostajesz z tym cholernym facetem? - krzyknął, wskazując gestem Noela. 
- Co się z tobą dzieje, Stephen? Pułkownik Beresford jest tu pełnomocnikiem mojego ojca. Jeśli martwisz się o 

zasady przyzwoitości, to mieszka tam również szwagierka pułkownika, pani Beresford. 

- Ha! Nie nabierzesz mnie na to - powiedział Stephen, a twarz mu drgała. - Nie usłyszysz jednak ode mnie ani 

słowa  wyrzutu,  Emmy,  jeśli  wrócisz  ze  mną.  Rozumiem,  że  potrzebowałaś trochę  urozmaicenia.  Może  nieco  cię 
zaniedbywałem, ale starałem się tak prowadzić interesy, żeby to było z korzyścią dla ciebie. 

- Nonsens - zaprotestowałam. - Nigdy ci na mnie nie zależało. Chodziło ci tylko o moje pieniądze. 
- Oczywiście, że mi na tobie zależy - powiedział Stephen, ciągnąc się za ucho. - Jesteś moją żoną, u diabła. 
- Przykro mi. Naprawdę dobrze ci życzę, ale musimy się rozstać. Sam zgodziłeś się na separację. 
Co w niego wstąpiło? - pomyślałam. 
- W porządku. - Stephen zacisnął wargi. - Sama tego chciałaś. Będę cię tak długo ciągał po sądach, dopóki twoja 

reputacja nie zostanie zszargana - a przy okazji i dobre imię twojego pułkownika. 

- Co masz na myśli? - szepnęłam, zmartwiała. 
-  Już  nie  jesteś  taka  pewna  siebie,  co?  Przemyśl  to,  Emmy.  Rozwiodę  się  z  tobą,  ponieważ  popełniłaś 

cudzołóstwo. I jestem pewny, że ta sprawa znajdzie się we wszystkich gazetach... 

- Dość tego! - przerwał mu Noel z wściekłością. 
- Myślę, że wystarczy! - roześmiał się Stephen. 
- Ale... ale to jest absurd - powiedziałam, usiłując rozpaczliwie zebrać myśli. 
-  Tak  sądzisz?  Mogę  ci  powiedzieć,  że  mam  pisemne  oświadczenie,  złożone  pod  przysięgą,  że  widziano 

Beresforda, wychodzącego z twojej sypialni rankiem ósmego stycznia. Trudno ci się będzie z tego wytłumaczyć. 
Będę miał jeszcze więcej dowodów, nie martw się. 

- Ale... ale ja nigdy nie byłam ci niewierna, Stephen. Przysięgam. 
Czułam się tak zażenowana i tak bardzo upokorzona, że na twarz wystąpiły mi krwawe wypieki. 
- Przypuszczam, że to prawda - roześmiał się Stephen. - Szczerze mówiąc, Emmy, nie obchodzi mnie, czy byłaś 

mi wierna, czy też niewierna. Ale jeśli nie pójdziesz teraz ze mną, to poznasz, co to wściekłość męża. 

Nie  ośmieliłam  się  spojrzeć  na  Noela.  Byłam  zbyt  zawstydzona.  Nie  mogłam  pozwolić,  aby  Stephen  do  tego 

doprowadził, właśnie ze względu na Noela. To by mu zrujnowało życie. Nie dbałam zbytnio o własną reputację - 
niewiele  już  była  warta,  jak  to  stwierdziła  Aline.  Jednak  powrót  ze  Stephenem  do  domu  Balquiddera  oznaczał 
pójście na pewną śmierć. Serce zaczęło mi walić ze strachu. 

-  Niech  pan  to  zrobi,  Kirkwall.  -  Głos  Noela  był  zimny  jak  stal.  -  Doskonale  pan  wie,  że  pani  Kirkwall  jest 

niewinna. Pana tak zwane dowody nie znajdą uznania w sądzie, jeśli ośmieli się pan posunąć tak daleko. To jest 
szantaż i jeśli ktokolwiek dowie się o tej sprawie, z przyjemnością oskarżę pana o zniesławienie. 

Stephen zerwał się z krzesła. Przez chwilę myślałam, że rzuci się na Noela, ale wypadł z pokoju i szybko zbiegł 

po schodach, zatrzaskując za sobą drzwi. Nie upłynęła minuta, kiedy usłyszeliśmy łoskot, rżenie przerażonych koni 
i głośne okrzyki. 

Podbiegłam  do  okna.  Na  ulicy już  zbierał  się  tłum.  Duży  wóz  do  przewożenia  beczek  z  piwem  leżał  w  błocie, 

jedno  koło  było  złamane.  Ciężkie  konie  robocze  usiłowały  się  cofnąć,  a  Stephen  leżał  pod  wozem.  Śnieg  wokół 
niego robił się czerwony. 

- Och, mój Boże! - krzyknęłam, zbiegając na dół. 
Stephen  żył  jeszcze.  Koło  zgniotło  mu  nogę  i  koń  uderzył  go  kopytem  w  klatkę  piersiową.  Leżał  na  dziwnie 

wykręconej prawej ręce. 

Wszyscy  chcieli  okazać  pomoc.  Wniesiono  Stephena  do  biura  pana  Latimera  i  ułożono  go  w  naprędce 

background image

 

54 

przygotowanym pokoju na parterze. Ktoś przyniósł słomiane matę i koce, a jeden z urzędników pobiegł po lekarza. 
Poprosiłam o wodę i czyste płótno. Robiłam, co mogłam, aby zatamować krwawienie, widziałam jednak, że to były 
beznadziejne poczynania. 

Noel wszedł do pokoju i popatrzył na niego. 
- On umiera, Emilio. 
- Wiem. 
- Może jeszcze czegoś potrzebujesz? Czy mam posłać po laudanum? 
- To byłoby bardzo przydatne. 
Noel  był  bardzo  sprawny  w  działaniu.  Wysłał  Jema  Bagnigge  po  laudanum,  a  dla  mnie  znalazł  krzesło.  Nie 

odzywał się, do niczego nie wtrącał, tylko spokojnie usiadł za mną. Byłam zadowolona z jego obecności. 

Stephen  miał  twarz  szarą  z  bólu.  Leżał  z  zamkniętymi  oczami  i  zaciśniętymi  ustami.  Wszystko,  co  mogłam 

zrobić,  to  siedzieć  przy  nim  i  trzymać  go  za  rękę.  Kiedy  dostałam  laudanum,  wlałam  mu  je  łyżeczką  do  ust. 
Stephen z trudem otworzył oczy. 

- To rozwiązuje twoje problemy, Emmy - szepnął. 
- Nigdy nie życzyłam ci śmierci, Stephen - powiedziałam. Łzy spływały mi po policzkach. 
- To nie ma znaczenia... zmarnowane... - szepnął, zamykając oczy. 
Czas wolno płynął. Zrobiło się ciemno. Wszedł urzędnik, dołożył do kominka, postawił na stole lampę olejową i 

kilka świec. 

- Pan Latimer - szepnął do Noela - kazał mi powiedzieć, żeby państwo niczym się nie krępowali. Nocny stróż jest 

w pokoju z tyłu domu, gdyby pan czegoś potrzebował, pułkowniku. 

- Dziękuję. 
Stephen  balansował  na  krawędzi  świadomości.  Kiedy  laudanum  zaczęło  działać,  wydawało  mi  się,  że  już  tak 

bardzo nie cierpi, ale powoli pogrążał się w niepamięci. Cały czas trzymał mnie za rękę. 

- Zostaniesz ze mną do końca, Emmy? - szepnął. 
- Oczywiście. 
- Niech cię Bóg błogosławi. 
Jego dłoń zrobiła się chłodna i wilgotna. 
Noel podszedł do drzwi i z kimś rozmawiał. Po pewnym czasie przyniesiono chleb, ser i wino. Noel zmusił mnie 

do zjedzenia czegoś i wypicia kieliszka wina, po czym ponownie zajął swoje miejsce. 

Usłyszałam, jak zegar na wieży katedry Świętego Pawła wybija północ. Moje urodziny, pomyślałam bez emocji. 

Byłam jakby zawieszona w czasie. Mój majątek należał już teraz do Stephena, a raczej do Balquiddera. Stephen nie 
będzie już mógł się nim nacieszyć. 

Ktoś  zastukał  do  drzwi.  Noel  poszedł  otworzyć.  Wrócił  wraz  z  lekarzem,  od  którego  czuć  było  whisky.  Miał 

brudne ręce i poprzestał na pobieżnych oględzinach rannego. 

- Niech pan sobie nie zawraca głowy. Ze mną już koniec - odezwał się Stephen, otwierając oczy. 
Lekarz potrząsnął głową i zaczął rozmawiać z Noelem. 
- Emmy - szepnął Stephen. - Nie widzę cię. 
- Jestem tutaj. 
Uklękłam obok niego 
- Balquidder... strzeż się Balquiddera... On cię zabije. 
- Wiem. 
- Przykro mi, Emmy... ja tego nie chciałem. 
Nachyliłam się, aby go pocałować. Kiedy się odsunęłam,  Już nie żył. 
Nie bardzo pamiętam, co się później działo. Byłam w szoku i nic do mnie nie docierało. Złożyłam ręce Stephena 

na  piersiach  i  przykryłam  go  kocem.  Noel  posadził  mnie  na  krześle  i  załatwił  sprawę  z  lekarzem.  Pamiętam,  że 
słyszałam  brzęk  monet.  Potem  Noel  wziął  mnie  pod  rękę  i  pomógł  wsiąść  do  wynajętego  powozu.  Usiadł  przy 
mnie i objął mnie tak, jak robił to, kiedy byłam dzieckiem. Oparłam się na jego ramieniu i nie czułam się już taka 
otępiała. 

-  Usłyszałam,  jak  zegar  na  wieży  Świętego  Pawła  wybijał  północ  -  powiedziałam.  -  Przykro  mi,  że  wszystkie 

twoje starania poszły na marne, Noel. Balquidder zwyciężył. 

-  Nie,  nie  zwyciężył.  Według  świadectwa  lekarza  Kirkwall  zmarł  o  jedenastej  czterdzieści  pięć,  w  piątek, 

czternastego  stycznia.  Powiedziałem  lekarzowi,  że  dzisiaj  są  twoje  urodziny  i  że  gdyby  twój  mąż  umarł 
poprzedniego dnia, byłoby to dla ciebie mniej bolesne. Zgodził się, za odpowiednią sumę. 

- Nie mogę powiedzieć, aby mnie to teraz cokolwiek obchodziło - powiedziałam - ale dziękuję ci. 
Zamknęłam oczy, a Noel przytulił mnie do siebie. 
 
P
rzez kilka następnych dni żyłam w dziwnym stanie zawieszenia. Prawie cały czas spałam, budziłam się tylko, 

aby przełknąć trochę jedzenia, które mi przynosiła zatroskana Hannah. Czasem wstawałam, wkładałam szlafrok i 
siadałam  przy  kominku,  ale  był  to  dla  mnie  tak  wielki  wysiłek,  że  po  niecałej  godzinie  wracałam  do  łóżka  i 

background image

 

55 

ponownie zasypiałam. Trudno mi było poradzić sobie z tak gwałtownym wstrząsem psychicznym. 

Nie  potrafiłam  ogarnąć  umysłem  tej  nagłej  zmiany.  Opłakiwałam  Stephena.  Zapomniałam  o  jego  wadach. 

Myślałam  o  naszym  pierwszym  spotkaniu,  o  tym,  jak  spacerowaliśmy  nad  rzeką,  trzymając  się  za  ręce  i 
wymieniając  nieśmiałe  pocałunki.  Był  miłością  mojej  młodości,  chociaż  tak  bardzo  niemądrą.  Byliśmy  przez 
dziewięć  lat  małżeństwem,  prawie  trzecią  część  mojego  życia.  Opłakiwałam  jego  zmarnowane  życie.  Był 
przystojnym,  inteligentnym  mężczyzną,  który  nie  potrafił  wykorzystać  swoich  walorów.  Zniszczyło  go  złe  to-
warzystwo i brak samodyscypliny. 

Miałam  również  poczucie  winy.  Gdybym  nie  poszła  do  Latimera,  wbrew  woli  Stephena,  może  byłby  dzisiaj 

ż

ywy. Wiedziałam, że to jest pozbawione logiki, ale tak to czułam. Moją winę potęgował fakt, że stałam się bogata 

- co znowu pozbawione było logiki. Dobrze wiedziałam, że te pieniądze w każdych okolicznościach powinny do 
mnie należeć, ale mimo to czułam się oszustką. 

Wreszcie  w  środę,  19  stycznia,  odzyskałam  jasność  umysłu.  Popłakałam  sobie  trochę  i  poczułam  się  o  wiele 

lepiej.  Kiedy  weszła  Hannah,  niosąc  tacę  ze  śniadaniem,  usiadłam  na  łóżku,  wdychając  z  przyjemnością  zapach 
gorącej czekolady. 

-  Nareszcie  doszła  pani  do  siebie,  panno  Emilio  -  powiedziała  z  uśmiechem  Hannah.  -  Wszyscy  bardzo  się  o 

panią martwiliśmy. Pułkownik stale pyta o pani zdrowie. 

Zaczęłam smarować bułkę masłem - byłam zgłodniała. 
- Porozmawiam z nim później - powiedziałam. 
Olśniła  mnie  nagła  myśl  -  jestem  wdową.  Odczułam  ogromną  radość  na  myśl,  że jestem  wolna,  że  mogę  teraz 

kochać  Noela.  Dopiero  po  chwili  doznałam  poczucia  winy.  Czyżbym  była  wyzuta  z  wszelkich  uczuć?  Stephen 
dopiero co poniósł śmierć. Noel byłby oburzony, gdyby wiedział, o czym myślę. 

Jeśli  chciałam  zachować  szacunek  dla  siebie,  to  musiałam  się  opanować.  Byłam  w  żałobie,  a  Noel  nie  był 

zainteresowany mną. Trzeba to było sobie uświadomić. Nie miałam też zamiaru okazywać ostentacyjnej rozpaczy 
jak Aline. Musiałam znosić moje smutki z godnością: śmierć Stephena, poczucie zmarnowanej młodości, wyrzuty 
sumienia z powodu kłopotów, na jakie naraziłam Beresfordów, którzy tak dobrze mi życzyli, oraz uczucie miłości 
do Noela. Chciałam naprawić, co mogłam. Tym razem postanowiłam napisać do ojca, należało mu przynajmniej 
podziękować za to, co zrobił, aby ratować mój majątek. 

Włożyłam najciemniejszą sukienkę, jaką posiadałam, była to szara suknia pani Beresford, i zeszłam na dół. 
Noel wyszedł ze swojego gabinetu, kiedy schodziłam ze schodów. Wziął mnie za rękę, pocałował w policzek i 

zaczął mi się uważnie przyglądać. 

- Już doszłam do siebie, Noelu - powiedziałam. - Przykro mi, że przysporzyłam ci tyle zmartwień. 
- Hannah powiedziała mi, że nic nie jadłaś. 
- To prawda. Ale dziś rano zjadłam duże śniadanie, ona może to potwierdzić. 
- Wejdźmy do gabinetu. 
Usiadłam w skórzanym fotelu przed biurkiem Noela. 
- Powiedz mi o pogrzebie. 
-  Pogrzeb  odbył  się  wczoraj  po  południu.  Kirkwall  został  pochowany  w  kościele  St.  Bride.  Prosiłem  pana 

Latimera, aby umieścił nekrolog w „Timesie”, napisałem również do twojego ojca. 

- A co z długami? 
- Nie jesteś odpowiedzialna za długi Kirkwalla. 
- A te pięć tysięcy, które pożyczył od Balquiddera? 
- Tym bardziej nie. Nie byłaś jego żoną, kiedy zaciągnął ten dług, i nie ponosisz za to żadnej odpowiedzialności. 

A  jeśli  są  jeszcze  inne  długi,  to  nie  można  ich  spłacać  z  twojego  majątku,  ponieważ  Kirkwall  umarł,  zanim 
skończyłaś dwadzieścia pięć lat. 

- Czy Balquidder o tym wie? 
-  Z  całą  pewnością.  Właśnie  w  tym  celu  poleciłem  umieścić  nekrolog  w  „Timesie”.  Na  szczęście  było  wielu 

ś

wiadków,  kiedy  Kirkwall  uległ  wypadkowi,  więc  ta  sprawa  jest  zamknięta.    W  „Timesie”  jest  adres  Latimera  i 

Briggsa, pan Latimer będzie udzielał wszelkich informacji. 

- Balquidder tak łatwo nie zrezygnuje. 
- Nic nie może zrobić - powiedział z zadowoleniem Noel. 
- On jest mściwy - zatroskałam się. - Jeśli myśli, że odegrałeś w tym znaczącą rolę... 
-  Prowadząc  z  nim  interesy,  rygorystycznie  przestrzegam  wszelkich  zasad.  Odsetki  płacone  są  w  terminie,  za 

pokwitowaniem. Jeśli o mnie chodzi, Balquidder nie ma żadnego punktu zaczepienia. 

Nie  mogłam  zdobyć  się  na  to,  aby  wspomnieć,  że  Stephen  oskarżał  mnie  o  cudzołóstwo.  Na  samą  myśl  o  tym 

rumieniłam się - ze złości na to oskarżenie i ze wstydu z powodu moich marzeń. Noel nie wspomniał o tym. Może 
zapomniał?  Może  nie  chciał  wprawiać  mnie  w  zażenowanie?  Pomyślałam  o  tym  poczuciu  bliskości,  jakiego 
zaznaliśmy przez chwilę w mojej sypialni. Ale może to było tylko złudzenie. Tak, to musiało być złudzenie. 

- Jest jeszcze jedna rzecz, o której powinnaś wiedzieć, Emilio. 
- Och? - wykrztusiłam tylko, a serce podeszło mi do gardła. 

background image

 

56 

- Kiedy byliśmy w kancelarii Latimera, obcy człowiek dostał się do domu. 
Krew napłynęła mi do twarzy. Głupia, głupia, Emilio. Coś ty sobie wyobrażała... 
-  Hannah  zobaczyła  jakiegoś  mężczyznę,  który  skradał  się  po  schodach.  Narobiła  krzyku,  Abel  usiłował  go 

złapać,  ale  mu  się  to  nie  udało.  Nie  wiemy,  jak  mógł  dostać  się  do  domu.  Pani  Good  i  Mary  były  w  kuchni  i 
niczego nie słyszały. Na szczęście, nic nie zostało ukradzione, srebra były w jadalni. 

Przyszedł  po  mnie,  pomyślałam.  Zwykły  włamywacz  poszedłby  najpierw  do  jadalni.  Stephen  był  zaskoczony, 

kiedy spotkaliśmy się w kancelarii pana Latimera, pewnie wiedział, albo zgadywał, że Balquidder ma zamiar mnie 
porwać, tak samo, jak porwał Richarda. 

Byłam  pewna,  że  to  Aline  otworzyła  drzwi  temu  mężczyźnie.  A  przed  domem  na  pewno  czekał  wspólnik  w 

wynajętym powozie. 

- Mam nadzieję, że zdrowie pani Beresford na tym nie ucierpiało - powiedziałam z fałszywą troską. - Na pewno 

bardzo się przestraszyła. 

- Pani Beresford była w swoim pokoju. Bolała ją głowa. Niczego nie słyszała. 
Bardzo wygodna sytuacja, pomyślałam. Okna Aline wychodziły na ulicę. Zapewne czekała na tego mężczyznę, 

potem cicho zeszła na dół, wpuściła go do domu i wskazała mu drogę do mojej sypialni. O tej porze służący byli w 
suterenie. Nie było stukania do drzwi, więc nikt ze służby nie pojawił się w holu. 

Nie mogłam jednak wyjawić Noelowi swoich podejrzeń. 
- Przypuszczam, że ktoś ze służby zapomniał zamknąć drzwi - powiedział Noel. - Tylu biedaków zbiera się na na-

brzeżu Adelphi, że mógł to być któryś z nich. 

- Na pewno masz rację - przytaknęłam mu skwapliwie. 
Miałam nadzieję, że ta nieudana akcja przyprawi Aline o stały ból głowy. 
Później,  siedząc  już  w  swoim  pokoju  przy  kominku,  zaczęłam  robić  sobie  wyrzuty.  Czyżby  moja  niechęć  do 

Aline  nasunęła  mi  te  podejrzenia?  Ona  mogła  mnie  nie  lubić,  ale  czy  posunęłaby  się  do  tego,  aby  świadomie 
uczestniczyć w porwaniu? Chyba nie? Mimo wszystko, byłam niespokojna. Postanowiłam zamykać się na klucz, 
kiedy nie będzie w domu Noela i pana Bagnigge. Sam Abel nie zdołałby mnie obronić. 

Czułam rozpaczliwą potrzebę zwierzenia się komuś ze swoich obaw. Tryphena Good, Mary i panna Carver były 

sprzymierzeńcami Aline. Nie wydawało mi się właściwe dyskutować z Ablem na temat Aline, nie mówiąc już o 
sprawach Noela. Nie chciałam też wprawić w panikę Hannah. Pozostał mi pan Bagnigge. 

Cieszył się on szczególnymi przywilejami. Był ordynansem Noela i miał w domu większą władzę niż pani Good. 

Miał też prawo przesiadywać w jej saloniku, ale rzadko z tego korzystał. Pełnił również funkcję kamerdynera. 

Noel  nie  miał  zbyt  wielu  srebrnych  przedmiotów  w  swoim  domu  w  Londynie  -  większość  rodzinnych  sreber 

została w Ainderby - tutaj były sztućce do codziennego użytku, kilka tac i inne drobiazgi. Pan Bagnigge zajmował 
się ich czyszczeniem, a poza tym spełniał rolę sekretarza Noela. 

Noel  nie  mógł  długo  siedzieć  z  powodu  chorej  nogi,  a  pan  Bagnigge  miał  bardzo  ładny  charakter  pisma.  Pisał 

listy Noela i robił wszystkie konieczne notatki. Byłam pewna, że doskonale a stan interesów Noela w Demerara. 

Pan  Bagnigge  mógł  moich  słów  nie  potraktować  poważnie,  byłam  jednak  pewna,  że  nie  zdradzi  sekretu.  Tego 

popołudnia Stałam go w gabinecie. 

Noel  i  Aline  byli  w  salonie,  ale  ja  nie  chciałam  przyłączyć  się  do  nich.  Nie  mogłam  znieść  tego  widoku.  Za 

każdym  razem,  kiedy  patrzyła  na  niego  zmrużonymi  oczami  i  cicho  wzdychała,  miałam  ochotę  ją  kopnąć.  Noel 
odpowiadał  jej  bolesnym  półuśmiechem.  Widziałam,  jak  walczy  ze  sobą,  aby  na  nią  nie  patrzeć,  jak  stara  się 
prowadzić  obojętną rozmowę.  Było  dla  mnie jasne,  że  chciałby  wyzwolić  się spod jej  uroku, ale  to  przekraczało 
jego siły. Sprawiała mu tylko ból, nie mieli żadnej przyszłości, jednak nie potrafił się przed nią bronić. Nienawidzi-
łam jej, bo zadawała mu tyle cierpienia, a czasami nienawidziłam również Noela, bo jej na to pozwalał. Starałam 
się ich unikać, jeśli tylko było to możliwe. 

Zeszłam do gabinetu i zastukałam do drzwi - przy panu Bagnigge nie wolno było zapominać o zasadach dobrego 

wychowania. 

- Ach, to pani - mruknął. - Proszę wejść. 
Zlustrował mnie wzrokiem i wskazał skórzany fotel przed biurkiem Noela. 
-  Znowu  pani  schudła.  Niedobrze  pani  wygląda.  Przykro  mi  z  powodu  pana  Kirkwalla.  Był  z  niego  kawał 

nicponia, ale był pani mężem, jakkolwiek na to patrzeć. 

- Tak - powiedziałam. - Dziękuję. Panie Bagnigge, chciałabym poufnie zasięgnąć pana rady. 
- Proszę mówić. 
- Jak się dowiedziałam od pułkownika, pan George kupił plantację w Demerara za pośrednictwem agencji pana 

Balquiddera, zaciągając u niego pożyczkę. Zobowiązał się do produkcji cukru, a pan Balquidder miał mieć udział 
w zyskach. Czy dobrze to rozumiem? 

- Mniej więcej. 
- Wiem, jaką opinię ma pan Balquidder. Jestem pewna, że będzie żądać o wiele więcej, niż wyniosą odsetki i jego 

udział  w  zyskach.  Sądzę,  że  miał  nadzieję  wykorzystać  finansowe  ekscesy  pani  Beresford  i  namówić  pana 
George’a na jeszcze większą pożyczkę, w wyniku czego miałby do odebrania ogromną sumę. W ten sam sposób 

background image

 

57 

postąpił z moim mężem. 

- Uważam, że jest to rozsądna ocena sytuacji. 
-  Chciałabym  wiedzieć,  jaką  rolę  odgrywa  w  tym  wszystkim  pani  Beresford?  Jest  teraz  wdową,  ma  niezbyt 

wielkie dochody, a może sobie pozwolić na wynajęcie powozu i przyjeżdża do Londynu podczas najsroższej zimy, 
jakiej  nie  było  od  dwudziestu  pięciu  lat.  Po  co?  I  z  czego  za  to  zapłaciła?  Mówi  mi,  że  moja  obecność przynosi 
wstyd temu domowi. Powinnam więc wrócić do męża. A po tym wszystkim jeszcze skarży się pułkownikowi, że to 
ja byłam dla niej niegrzeczna. 

Bardzo ostrożnie dobierałam słów. Nie chciałam, aby pan Bagnigge domyślił się, że darzę Noela uczuciem. 
-  Wreszcie  mój  mąż  zabrania  mi  listownie  stawić  się  na  spotkanie  u  Latimera  i  Briggsa  w  sprawie  mojego 

spadku. Tego  samego  popołudnia,  kiedy  powinnam  być  tutaj,  obcy  człowiek  wchodzi  do domu,  lecz  nie kradnie 
sreber z kredensu, tylko skrada się na górę, w kierunku mojej sypialni. 

- Czy chce mi pani powiedzieć, że pani Beresford została przekupiona przez pana Balquiddera? Że to ona mogła 

wpuścić tego mężczyznę? 

- Istnieje taka możliwość. Proszę pamiętać o tym, że mój mąż mieszkał w domu pana Balquiddera. W dniu moich 

Godzin  miał  stać  się  właścicielem  pokaźnego  majątku,  więc  Pan  Balquidder  na  pewno chciałby  nas  widzieć  pod 
jednym dachem. Potem... - nie dokończyłam zdania. 

Pan Bagnigge wpatrywał się w ogień. Dwie kępki włosów stały czujnie na jego głowie. 
- Teraz, kiedy została pani wdową, ten spisek spalił na panewce. 
- Jest jeszcze inna sprawa, chociaż wstyd mi o tym mówić. 
Bądź  ostrożna,  Emilio,  pomyślałam.  Powiedziałam  mu,  starając  się  być  bardzo  oględna,  jak  Stephen  groził 

Noelowi sądem za współudział w cudzołóstwie. 

- Pułkownik nic mi o tym nie mówił. 
-  Mój  mąż  nie  żyje,  więc  ta  kwestia  jest  już  zamknięta.  Ale  tamtej  nocy,  kiedy  pan  uwolnił  panicza  Richarda, 

pułkownik obudził się, znalazł pana list i przyszedł do mnie, aby dowiedzieć się, o co chodzi. Ktoś usłyszał, jak 
wychodził  z  mojego  pokoju,  i  doniósł  o  tym  mojemu  mężowi.  Bardzo  bym  chciała  wiedzieć,  kto  podpisał 
oświadczenie, którym mi groził. 

- Hmmm. - I długa cisza. 
W zamyśleniu wpatrywałam się w biurko. Kto mógł nas wtedy usłyszeć? Pani Good? Panna Carver? Mary? To 

mogła  być  każda  z  nich.  Na  biurku  leżało  kilka  książek.  Obróciłam  je  w  swoją  stronę.  To  były  trzy  tomy  mojej 
drugiej z kolei powieści, Fatum rodu Ansbach. Były nowe, tylko kilka stron pierwszego tomu miało rozcięte kartki. 
Noel musiał je niedawno kupić. 

Przy  książkach  leżała  zapisana  kartka  papieru.  Pan  Bagnigge  nie  patrzył  na  mnie,  więc  obróciłam  ją  w  swoją 

stronę. 

 
Moja  droga  Aline.  Wiem,  
że  podoba  Ci  się  „Zamek  Apollinari”,  wiec  mam  nadzieję,  że  pozwolisz,  abym  Ci 

podarował (słowo „podarował” zostało przekreślone) ofiarował kolejna. książkę tego samego autora „Fatum rodu 
Ansbach”. Twój oddany szwagier (cały zwrot przekre
ślony). Zawsze Twój (przekreślone). Serdeczności”. 

 
Jak widać, Noel miał kłopoty z tym listem. 
Pan Bagnigge patrzył teraz na mnie, więc oderwałam wzrok od kartki i ponownie zebrałam myśli. 
- Nie wiem, co pan Balquidder może teraz zrobić - powiedziałam - ale cokolwiek by to miało być, obawiam się, 

ż

e pani Beresford mogłaby chcieć mu w tym pomóc,  prawdopodobnie ze względów finansowych. Martwię się o 

dobre  imię  pułkownika,  panie  Bagnigge.  Możliwe,  że  mój  mąż  okazał  się  niedyskretny,  a  pułkownik  Beresford 
może  stać  się  ofiarą  złośliwych  plotek.  Na  pewno  ciężko  by  to  przeżył.  Chciałam  się  wyprowadzić,  ale  pogoda 
powoduje,  że  to  jest  niemożliwe.  O  tej  porze  roku  trudno  mi  będzie  znaleźć  mieszkanie,  nie  wiem  też,  czy 
mogłabym dojechać dyliżansem do Tranters Court, nawet gdyby mój ojciec zechciał mnie przyjąć. 

- Niech pani nawet o tym nie myśli - powiedział pan Bagnigge. - Jest pani zbyt chuda i blada, aby tułać się po 

wynajętych  mieszkaniach.  Pułkownik  nigdy  by  się  na  to  nie  zgodził.  Rozumiem,  że  wolałaby  pani,  abym  nie 
wspominał mu o naszej rozmowie? 

Pomyślałam o Noelu i Aline, którzy siedzieli w salonie, uśmiechając się do siebie. 
- To by nic nie dało - powiedziałam z goryczą. Pan Bagnigge spojrzał na mnie ze zrozumieniem. 
- Tak. Mam nadzieję, że to minie, ale tymczasem musimy sobie radzić bez niego. 
-  Mógłby  pan  porozmawiać  z  Ablem,  panie  Bagnigge.  On  gonił  tego  mężczyznę  po  ulicy.  Może  mieć  jakieś 

pożyteczne informacje. 

- Szkoda, że pułkownik nie chce pani wysłuchać. 
- Uważa, że mam zbyt wybujałą wyobraźnię - powiedziałam. - Nie chce przyjąć do wiadomością że już dawno z 

tego wyrosłam. 

Gdyby Noel domyślił się, że jestem autorką Fatum rodu Ansbach, pomyślałam, doszedłby pewnie do wniosku, że 

to, co mówię o Aline, jest wytworem mojej wyobraźni. 

background image

 

58 

Fakt,  że  mogłam  podzielić  się  swoimi  obawami  z  panem  Bagnigge,  przyniósł  mi  ogromną  ulgę.  Zyskałam 

sojusznika, który mnie poważnie traktował. 

W następnym tygodniu nie wydarzyło się nic szczególnego. Dużo myślałam o Stephenie, nie rozpaczałam już po 

nim, ale potrzebowałam czasu, aby w pełni uświadomić sobie jego śmierć. Myślałam również o swoim ojcu. Kilka 
razy zaczynałam pisać do niego list, lecz nie potrafiłam go dokończyć. Przykro mi było, jeśli moje postępowanie 
sprawiło mu ból, ale ja również cierpiałam z jego powodu. Za każdym razem, kiedy siadałam do pisania, chciało 
mi  się  płakać,  a  jednocześnie  ogarniała  mnie  złość.  Wreszcie  zrezygnowałam,  nie  chciałam  kłamać.  W  końcu 
poczta kursowała w obu kierunkach. Gdyby rzeczywiście mu na mnie zależało, przesłałby mi w liście małą gałązkę 
oliwną. Zadowoliłby mnie byle patyczek. 

Pogoda była nadal okropna, zrobiło się jeszcze zimniej. Nad moim oknem zwisały grube sople lodu. Abel mówił, 

ż

e  zamarznięte  ptaki  spadały  z  drzew.  Według  „Timesa”  przestano rozwozić  pocztę.  Gdybym  nawet  napisała  do 

ojca, list wcale by do niego nie doszedł. Miałam przynajmniej wymówkę. 

Martwiłam  się  Richardem.  Przestał  przychodzić  do  salonu  na  podwieczorek.  Aline  nigdy  o  niego  nie  pytała,  a 

Noel  jakby  zapomniał  o  jego  istnieniu.  Każdego  ranka  spotykałam  się  z  nim  w  pokoju  szkolnym.  Czytał  już  o 
wiele lepiej, widać było jednak, że jest nieszczęśliwy. Był blady i miał podkrążone oczy. Abel powiedział mi, że 
Richard boi się ciemności. Kiedy spytałam go, czy źle sypia, rzucił trwożne spojrzenie w kierunku panny Carver i 
skinął pospiesznie głową. 

- Czy panicz Richard nie może mieć nocnej lampki? - spytałam panny Carver. 
- Och nie, panienko - odparła z triumfalnym uśmiechem. - Pani Beresford mówi, że nie należy robić z niego baby. 
Nie mogłam przejść nad tym do porządku dziennego. Richard odczuwał w nocy lęk, a miał dopiero osiem lat i 

ciężkie  przejścia  za  sobą.  Dlaczego  nie  mógł  mieć  zapalonej  lampy,  żeby  czuć  się  bezpiecznie?  Niestety,  Abel 
powrócił już do swojej komórki. Chciałam powiedzieć o tym Noelowi, ale wiedziałam, że to nic nie da. 

Noel był spięty i wyglądał na nieszczęśliwego. Aline nie dawała za wygraną i stale wracała do sprawy biżuterii. 

Noel nadal odmawiał, ale już mniej stanowczo. 

Nie  mógł  oderwać  od  niej  wzroku.  Musiałam  przyznać,  że  rzeczywiście  pięknie  wyglądała.  Była  też  smutna. 

Miała  kilka  eleganckich  sukni  żałobnych,  zauważyłam  również,  że  Jeanne  nadal  fryzowała  jej  włosy. 
Niepocieszona  wdowa.  Wieczorami  Noel  udawał,  że  czyta  „Timesa”,  ale  wiedziałam,  i  naturalnie  nie  uszło  to 
uwagi  Aline,  że  gazeta  była  tylko  wymówką.  Często  odwzajemniała  jego  spojrzenie,  uśmiechając  się  z  lekka 
łżącymi wargami i trzepocąc rzęsami. Czasem podnosiła do oczu chusteczkę obszytą koronką. Kiedy zwracała się 
do Noela, głos nabierał aksamitnych tonów. 

Noel patrzył na nią czułym wzrokiem, a mnie wtedy chciało się płakać. Pragnęłam, aby tak spoglądał na mnie, 

lecz  wiedziałam,  że  to  nigdy  nie  nastąpi.  Jest  epizod  we  Władczyni  Sokolego  Gniazda,  w  którym  Angelina 
zdobywa się na szlachetne wyrzeczenie. „Czy stanę na drodze twojego przeznaczenia?”, pyta głównego bohatera. 
Jest to, oczywiście, pytanie retoryczne. „Jeśli kochasz inną, to idź i bądź z nią szczęśliwy, a ja będę się radować 
waszym szczęściem”. To nonsens, pomyślałam. Zniosłabym wszystko, aby Noel mógł być szczęśliwy, ale czy bym 
się radowała? Nie byłam aż tak szlachetna. 

Doskonale widziałam, że Aline tylko gra, co jeszcze pogarszało sytuację. Kiedy nie było Noela w salonie, głos jej 

się zmieniał i nigdy nie przykładała chusteczki do oczu. Pogrążała się w czytaniu Zamku Apollinari i zupełnie nie 
zwracała na mnie uwagi. Czytała teraz drugi tom. 

-  Wydaje  mi  się,  że  ta  książka  bardzo  panią  wciągnęła  -  zagadnęłam.  -  Ponieważ  skończyła  już  pani  pierwszy 

tom, proszę mi pozwolić go przeczytać. 

- Czyta go pułkownik Beresford. 
Och, Boże! Zaczęłam się szybko zastanawiać, czy nie napisałam tam czegoś, co mogłoby mnie zdradzić. Ale to 

chyba niemożliwe. Byłam przecież bardzo ostrożna, ze względu na Stephena. 

Porzuciłam  ten  temat  i  wróciłam  do  swojej  książki.  Czytałam  Podróże  Guliwera  po  raz  drugi.  Byłam  nimi 

zachwycona.  Szczególnie  zastanowiło  mnie  przewartościowanie  norm  moralnych  wraz  ze  zmianą  wzrostu 
Guliwera. 

Wreszcie Aline odłożyła swoją książkę. 
- Może, kiedy przestanie padać śnieg, wybierze się pani ze mną do madame Gerard na Bond Street. 
- To bardzo miło z pani strony - powiedziałam. 
Dlaczego Aline chce mnie zabrać do swojej krawcowej? 
- Nie ma pani żadnego żałobnego stroju. 
Wiedziałam już, o co jej chodziło. Pojedziemy razem wynajętym powozem, a do domu powróci sama Aline. 
- To prawda. Ale dopóki pan Latimer nie upora się z moimi sprawami, nie mam pieniędzy na ubrania. Zresztą to 

nie ma znaczenia. Nie widuję nikogo. 

- Madame Gerard nie będzie żądać natychmiastowej zapłaty - powiedziała Aline, rozwiewając moje wątpliwości 

lekceważącym machnięciem dłoni. - A więc sprawa załatwiona. 

- Przykro mi, ale tak nie jest - zaprotestowałam. - Jestem pani bardzo wdzięczna za tę propozycję, ale nie minęły 

nawet dwa tygodnie od czasu, kiedy owdowiałam i nie wypada mi jeździć na zakupy. 

background image

 

59 

- To głupstwo - rzuciła Aline ze złością. 
- Muszę godnie uczcić pamięć pana Kirkwalla - powiedziałam nabożnym tonem. 
Podniosłam chusteczkę do oczu, chociaż obawiałam się, że nie uzyskam takiego efektu jak Aline. 
- To była taka okropna, nagła śmierć. Nie zdobędę się teraz na wyjście do miasta. 
- Nie mogę zrozumieć pani skrupułów. Przecież byliście w separacji - powiedziała Aline, przygryzając wargę. 
- Sama pani zwracała mi uwagę, że należy dbać o swoją reputację - tłumaczyłam. - Oczywiście, miała pani rację. 

Muszę niesłychanie uważać, żeby w tym okresie zachowywać się właściwie. 

Szach- mat, pomyślałam. 

Aline nie dała jednak za wygraną. Zauważyłam, że poruszała ten temat zawsze wtedy, kiedy w salonie był Noel. 
-  Naprawdę  uważam,  że  mogłaby  pani  pojechać  ze  mną  na  Bond  Street  -  powiedziała  przy  podwieczorku,  z 

pretensją w głosie. - Przecież to nie jest wielka prośba, chodzi o jeden poranek. 

Noel podniósł głowę znad gazety. 
-  Czy  nie  miałabyś  ochoty  pojechać  do  miasta,  Emilio?  To  nie  powinno  zostać  uznane  za  niewłaściwe,  jeśli 

będzie ci towarzyszyć pani Beresford. 

-  Przykro  mi  -  odpowiedziałam.  -  Ale  tak  niewiele  czasu  upłynęło  od  śmierci  mojego  męża,  że  naprawdę  nie 

mogę... Pani na pewno rozumie moje uczucia, prawda, pani Beresford? 

-  Oczywiście,  strasznie  rozpaczałam  po  śmierci  swojego  męża  -  stwierdziła  Aline  -  ale  ja  jestem  wyjątkowo 

wrażliwa. Pani sytuacja jest inna. Proszę cię, Noel, postaraj się ją przekonać. 

Widać było, że Noel poczuł się niezręcznie. 
- Pani Kirkwall sama musi o tym zadecydować - powiedział jednak. 
Aline zabębniła palcami po oparciu fotela. 
- Może pani wziąć ze sobą Jeanne - zasugerowałam. 
- Ona zawsze chce, abym mierzyła mnóstwo sukien, i mówi, że każda leży na mnie doskonale. 
- Takie jest właśnie zadanie pokojówki - powiedziałam niewinnym tonem. - Niewątpliwie ma wyszkolone oko i 

będzie o wiele bardziej pomocna niż ja, z moim brakiem kompetencji. 

Aline przygryzła wargę - nie lubiła sprzeciwu. 
- Ona jest taka powolna. 
-  A  Abel,  gdyby  miał  czas? Jego rana już  się  zagoiła,  mógłby  też  nosić  za  panią  paczki.  To  bardzo  energiczny 

chłopiec. 

- Myślę, że to byłoby lepsze niż nic - powiedziała Aline, wydymając wargi. 
Miałam ochotę ją kopnąć. 
- Oczywiście, że możesz  wziąć ze sobą Abla, moja droga Aline - odezwał się Noel. - Proszę cię, nie namawiaj 

Emilii do wyjścia, jeśli ona nie ma na to ochoty. 

Uśmiechnął się do mnie, aby dodać mi otuchy. 
Z trudem powstrzymałam się, aby nie pokazać języka Aline. Zauważyłam, że Noela drażni upór, z którym stale 

powracała  do  tego  tematu.  Nie  mógł  się  jednak  zdobyć  na  żadną  reakcję,  Jego  twarz  przybierała  tylko  chmurny 
wyraz. 

Jak przewidywałam, Aline nie pojechała w końcu do krawcowej. 
Starałam  się  jak  najdłużej  przebywać  w  swoim  pokoju  pracować  nad  Tajemnicą  Drakensburgów.  Pojawił  się 

nowy  Problem  -  miłość.  W  moich  poprzednich  książkach,  na  przykład  w  Fatum  rodu  Ansbach,  czytelnicy  tylko 
mogli się domyślić, że Bertram był zakochany w Fidelii. Ta cnotliwa panienka nie była tego świadoma. Kiedy się 
jej oświadczał (oczywiście na klęczkach), potrafiła się tylko zarumienić i szepnąć: „Proszę porozmawiać z moim 
tatą”. O uczuciach Bertrama nie przekonywał jej nawet fakt, że wyrwał ją z rąk rozbójników, pisał dla niej sonety, 
a jego westchnienia omal nie pogasiły wszystkich świec. 

Zrozumiałam  teraz,  że  w  prawdziwym  życiu  jest  inaczej.  Od  czasu,  kiedy  pokochałam  Noela,  nauczyłam  się 

odgadywać  jego  uczucia  i  zmienne  nastroje.  Ceniłam  sobie  każde  jego  słowo  i  spojrzenie,  szukając  w  nich 
ukrytych aluzji, których, niestety, nie było. Gdyby Fidelia prawdziwie kochała Bertrama, nie byłoby możliwe, aby 
nie zdawała sobie sprawy z jego uczuć - to było niewiarygodne. 

Erminia będzie musiała inaczej się zachowywać z sir Godfreyem de Roussillon. Pozwolę jej wypłakiwać się w 

poduszkę,  kiedy  będzie  myślała,  że  on  interesuje  się  fałszywą  Alienorą.  Miałam  nadzieję,  że  pan  Robinson  nie 
uzna tego za zbyt szokującą nowość i nie odrzuci książki. 

Miałam  też  inne  zmartwienie.  Niedługo  zabraknie  mi  papieru.  Pisałam  swoje  romanse  w  oprawnych  w  skórę 

grubych zeszytach. Na każdą książkę zużywałam dwa. Teraz zostało mi jeszcze kilkanaście niezapisanych kartek i 
wkrótce  będą  zmuszona  albo  przerwać  pisanie,  co  było  nie  do  pomyślenia,  albo  wybrać  się  do  miasta  po  nowy 
zeszyt, co stwarzało niezręczną sytuację. Jak zdołam to wytłumaczyć? Jeśli wybieram się na zakupy, to dlaczego 
nie mogę pojechać z Aline na Bond Street? 

25  stycznia  nastąpiła  odwilż,  która  trwała  przez  cztery  dni,  chociaż  w  nocy  znowu  chwycił  mróz.  Abel  był 

niepocieszony. 

background image

 

60 

- Nie będzie festynu zimowego - powiedział ze smutkiem. 
- Nie przejmuj się, Abel. Przynajmniej będziesz mógł teraz wyjść na dwór. 
Ż

eby wreszcie zrobiło się ciepło, myślałam, i żeby zniknął śnieg. Słyszałam, jak woda kapała z lodowych sopli. 

Cały kraj żył pod presją podnoszącego się i opadającego słupka rtęci w termometrze. „Times” podawał codziennie 
dokładne informacje o wahaniach temperatury. Na Tamizie lód zaczął pękać i ogromne kry spływały rzeką. 

Pod  koniec  tygodnia  Abel  wymknął  się  z  domu  i  poszedł  na  nabrzeże  Adelphi.  Wrócił  z  błyszczącymi  z 

podniecenia oczami. 

- Żeby pani słyszała ten huk, panno Emilio! - zawołał. - Stukot, chrzęst i zgrzytanie jak zębów olbrzyma. Mówią, 

ż

e to wszystko spływa w dół rzeki, jeszcze kilka dni i po lodzie nie będzie śladu. 

-  Ale  zostawi  po  sobie  wielkie  zniszczenia  -  zauważyłam.  -  Widziałam  łodzie  zgniecione  przez  lód.  Wielu 

biedaków zostanie pozbawionych środków do życia. 

Wyglądało  na  to,  że fala mrozów  już  przeszła  i niedługo  drogi  będą  przejezdne.  Dyliżanse  pocztowe  i powozy 

będą mogły wyruszyć w drogę. Będę musiała podjąć jakąś decyzję. 

Gdzie  powinnam  się  udać?  Gdzie  byłabym  bezpieczna?  Bogate  wdowy  zwykle  padały  łupem  pozbawionych 

skrupułów  mężczyzn,  a  Balquidder  był  wyjątkowo  bezwzględny.  Co  prawda,  wiedział,  gdzie  mieszkam,  ale  na 
John  Street  miał  mnie  kto  bronić.  Gdybym  się,  na  przykład,  przeprowadziła  do  Somers  Town,  miałabym  więcej 
swobody.  Nie  musiałabym  się  nikomu  opowiadać,  dokąd  idę,  ale  gdyby  Balquidder  mnie  wyśledził,  zdana 
byłabym na jego łaskę. Tam nie byłoby Noela, którego mogłabym poprosić o pomoc. 

Wreszcie  oprzytomniałam.  Nie  muszę  przecież  mieszkać  w  Somers  Town,  ponieważ  tam  jest  tanio,  nie  muszę 

również  wracać  do  Tranters  Court.  Kiedy  pan  Latimer  uporządkuje  moje  sprawy,  będę  bogata.  Będę  mogła 
mieszkać tam, gdzie będę chciała, będę miała prawie dziewięćset funtów rocznie, co pozwoli mi zatrudnić nawet 
dwóch lokai, którzy będą mnie chronić. 

Pani  Irvine  opowiadała  mi  kiedyś  o  swojej  przyjaciółce,  która  dostała  w  spadku  duży  majątek  i  przez  sześć 

miesięcy  była  tak  sparaliżowana  ze  strachu,  że  nie  potrafiła  się  cieszyć  swoim  nagłym  bogactwem.  Śmiałam  się 
wtedy i pomyślałam, że ja nigdy bym się tak głupio nie zachowała. Teraz ją rozumiałam. Moja fantazja podsuwała 
mi obrazy niesłychanych przygód w Alpach - gdzie nigdy nie byłam - ale kiedy w grę wchodziła rzeczywistość, jak 
posiadanie własnego domu i służby, nie mówiąc już o swobodzie wyboru trybu życia, jaki by mi odpowiadał, nie 
potrafiłam sobie tego wyobrazić ani podjąć żadnych konkretnych kroków. 

Byłam teraz bogata. Nie musiałam już sama szyć sobie ubrań. Mogłam podróżować, gdyby mi przyszła ochota, 

zobaczyć  Alpy  na  własne  oczy,  spędzić  zimę  w  Rzymie.  Ale  to  wszystko  nie  wydawało  mi  się  rzeczywiste; 
wiszący nad przepaścią zamek hrabiego Drakensburga był dla mniej bardziej realny niż mój majątek. 

Przeprowadzka z John Street była równoznaczna z rozstaniem z Noelem. Nie mogłam pogodzić się z myślą, że 

przestanę  go  widywać,  chociaż  od  chwili  przyjazdu  Aline  sprawiało  mi  to  więcej  bólu  niż  przyjemności. 
Wzdragałam się jednak przed ostatecznym pożegnaniem. 

Nie  potrafiłam  się  na  niczym  skoncentrować,  doznawałam  bezustannej  gonitwy  myśli.  Wreszcie  postanowiłam 

spotkać  się  z  panem  Latimerem  i  omówić  z  nim  moją  sytuację  finansową.  Może  wtedy  zdołam  powrócić  do 
rzeczywistości. 

W sobotę temperatura znowu opadła. Kry na Tamizie zbiły się w nieforemną masę i zaczęły napierać na przęsła 

London Bridge. Powyżej mostu rzeka była znowu całkowicie skuta lodem. 

We  wtorek,  pierwszego  lutego,  „Times”  doniósł,  że  można  bezpiecznie  przekraczać  Tamizę.  Pomimo  śniegu  i 

zasp, które ponownie pokryły ulice, setki ludzi wyległy na nabrzeże pomiędzy dwoma mostami, London Bridge i 
Blackfriars Bridge, aby zobaczyć ten niezwykły widok. 

Muszę przyznać, że też o tym marzyłam. Przekonywałam sama siebie, że chcę tam pójść dla celów badawczych. 

Często  moje  bohaterki,  jak  również  czarne  charaktery  ratowali  się  ucieczką  po  lodzie,  a  teraz  ja  sama  mogłam 
chodzić po zamarzniętej rzece. 

Uradziłam  z  Ablem,  że  wymkniemy  się  z  domu  następnego  ranka.  Nikt  nie  będzie  o  tym  wiedział,  a  ja  włożę 

znowu  ubranie  Billa.  Postanowiliśmy  wyjść  wcześnie,  około  dziewiątej.  Do  tej  pory  Abel  zdąży  się  uporać  ze 
swoimi porannymi obowiązkami, a potem już nikt nie wchodził do jego komórki, gdzie czyścił lampy albo buty. Ja 
też zwykle spędzałam przedpołudnia w swoim pokoju, nikt więc nie powinien się mną interesować. 

Nie  sądziłam,  aby  miało  mi  coś  zagrażać  ze  strony  Balquiddera,  który  prawdopodobnie  wiedział  od  swoich 

szpiegów, że spędzam przedpołudnia w domu. Mimo to powzięłam pewne środki ostrożności. 

-  Czuję  się  zmęczona,  nie  wyspałam  się  dzisiaj  -  powiedziałam  do  Hannah,  kiedy  przyniosła  mi  śniadanie.  - 

Proszę cię, przypilnuj, żeby mi nikt nie zakłócał spokoju. 

Kiedy tylko Hannah zamknęła za sobą drzwi, wyskoczyłam z łóżka, włożyłam ubranie Billa, chowając włosy pod 

czapkę. Połknęłam szybko bułkę z masłem, popiłam czekoladą, a jabłko schowałam do kieszeni. 

Prześlizgnęłam  się  obok  pokoju  Noela  i  zeszłam  do  komórki,  gdzie  czekał  na  mnie  Abel  z  błyszczącymi  z 

podniecenia  oczami.  Najtrudniej  było  niepostrzeżenie  wyjść  z  domu.  Drzwi frontowe nie  wchodziły  w  rachubę  - 
okna  Noela i  Aline  wychodziły  na  ulicę.  W  suterenie  była  kuchnia,  pralnia,  spiżarnia,  pomieszczenie  do  mycia i 
salonik pani Good. Wyjście dla służby było na końcu krótkiego korytarzyka, na prawo od kuchni. Była tam jeszcze 

background image

 

61 

toaleta i składzik na węgiel. 

Nie  było  rady.  Musieliśmy  opuścić  dom  wyjściem  dla  służby.  Abel  już  wcześniej  zszedł  na  dół,  aby  otworzyć 

tamte drzwi. 

Zeszliśmy  tylnymi  schodami,  prześlizgnęliśmy  się  koło  kuchni  i  pralni.  Byliśmy  już  blisko  spiżami,  kiedy 

natknęliśmy się na pana Bagnigge. Zatrzymał się, patrząc na nas z uniesionymi brwiami. 

- Och, panie Bagnigge - ledwie zdołałam wyszeptać - nie powie pan nikomu, prawda? Nie będzie nas tylko przez 

godzinę. 

- A gdzie się wybieracie? 
- Chcemy zobaczyć rzekę. 
- Aha. 
Wciągnął nas oboje do spiżami, gdzie dokładnie zlustrował mnie wzrokiem. Zauważyłam z ulgą wesoły błysk w 

jego oczach. 

- A więc to jest panicz Daniels? 
Zarumieniłam się. 
- No, dobrze. Uciekajcie. Powiem, że wysłałem Abla na miasto. 
Wybiegliśmy z domu. 
Ludzie  gromadzili  się  po  obu  stronach  Tamizy  i  tłoczyli  na  mostach.  Przewoźnicy,  już  od  kilku  tygodni 

pozbawieni  zarobków,  kładli  deski,  po  których  można  było  bezpiecznie  zejść  na  lód,  i  pobierali  opłatę  po  dwa 
pensy  od  osoby.  Widziałam,  jak  jakiś  mężczyzna  rozbijał  lód  obok  swojej  deski,  aby  nie  stracić  zarobku.  Coraz 
więcej osób schodziło na lód, a jeden mały chłopczyk kręcił się w kółko, nie mogąc opanować podniecenia. 

Stałam z Ablem na moście Blackfriars. 
- Myślałem, że lód na rzece będzie gładki - powiedział rozczarowany Abel. 
- Jest rzeczywiście bardzo pofałdowany - przyznałam. 
Był to jednak niezwykły widok. Nie było już rzeki. Na jej miejscu pojawiło się tarasowate białe pole, na którym 

gdzieniegdzie stały wmarznięte łodzie, z masztami oblepionymi śniegiem. Ogromne sople lodu zwisały z przęseł 
mostu. Jakiś mężczyzna strącał je długim kijem. Spadając, roztrzaskiwały się z hukiem. 

-  Abel,  będziesz  miał  swój  festyn  zimowy  -  powiedziałam,  wskazując  rzędy  namiotów,  które  rozstawiano  na 

lodzie.  Ktoś  rozsypywał  popiół  z  kubła,  wytyczając  ścieżkę.  Pokazywaliśmy  sobie  wzajemnie  coraz  to  nowe 
atrakcje:  huśtawki,  do  których  stała  już  niewielka  kolejka  dzieci;  przejażdżki  na  osiołkach,  mających  kopyta 
obwiązane szmatami; prasy drukarskie i liczne namioty z napojami. 

- Zejdźmy na lód, panienko - prosił Abel, przytupując zmarzniętymi nogami. 
-  Chciałabym  pójść  na  nabrzeże,  Three  Cranes  Wharf  -  powiedziałam,  wskazując  mu  niezgrabny  budynek  po 

lewej stronie, blisko którego stał rząd namiotów. - Abel, naciągnij trochę szalik na twarz. Lepiej, żeby cię nikt nie 
rozpoznał. 

Ja też osłoniłam twarz szalikiem. Nie mogłam ryzykować. 
Doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie przejść Upper Thames Street i zejść do rzeki schodami Queenhithe. Po 

drodze  wstąpiłam  do  sklepu  papierniczego  i  kupiłam  sobie  nowy  zeszyt.  Sprzedawca  zapakował  go  w  papier, 
owiązał  sznurkiem  i  zrobił  pętelkę,  którą  mogłam  wsunąć  na  nadgarstek.  Tłum  ludzi  zmierzał  w  stronę  rzeki. 
Pomimo zimna, zwałów śniegu i błota na chodnikach, panowała świąteczna atmosfera. Ludzie mieli wychudzone i 
zziębnięte twarze, ale oczy rozradowane. 

Na  Queenhithe  było  spokojnie.  Wszystkie  statki  w  doku  były  unieruchomione  przez  lód,  kilku  zmartwionych 

marynarzy  siedziało  na  nabrzeżu,  grzejąc  ręce  przy  koksowniku.  Na  dole  schodów  stał  mężczyzna  z  deską. 
Mogliśmy  śmiało  zeskoczyć  bez  jego  pomocy,  ale  wyglądał  tak  mizernie,  że  zapłaciłam  mu  dwa  pensy  za 
sprowadzenie nas na lód. 

Operatywni londyńczycy byli teraz w swoim żywiole. Kobieta, z zawieszoną na szyi tacą, sprzedawała placki z 

jagnięcym  nadzieniem  za  podwójną  cenę.  „Placki  prosto  z  tacki!  Świeże  placki  na  lodzie!”  -  wołała.  Z  jej  tacy 
zwisał kartonik z napisem „Świeża lapońska baranina”. 

Stanęliśmy przed rzędem namiotów. W większości sprzedawano napoje, a z masztów zwisały barwne proporce. 

Na jednym z nich zobaczyłam napis „Moskwa”, pewnie była to ironiczna aluzja do klęski Napoleona w Rosji. Ktoś 
postawił na lodzie piecyk na węgiel drzewny i sprzedawał pieczone kasztany. „Gorące kasztany!” - wołał. 

- Proszę popatrzeć, panienko - powiedział Abel, ciągnąc mnie za rękaw. 
Na  jednym  z  namiotów  widniał  napis  „Prasa  Drukarska  Jacka  Mrożą”.  Uformowała  się  tam  już  niewielka 

kolejka. Co oni tam takiego sprzedawali? Podeszliśmy bliżej. Zobaczyliśmy następujące ogłoszenie: 

 
Miedzioryt w najlepszym stylu, który si
ę wszystkim podoba, Jacka Mrożą, 3 pensy 
 
Wy, którzy tu chodzicie 
B
ędziecie opowiadać wnukom o tym, co widzicie 
Przyjd
źcie kupić ryciną 

background image

 

62 

I wtedy się okaż
Ze pami
ęci tych chwil nic już nie zmazę

Na pamiątkę Wielkiego Mrozu, 2 lutego, 1814 r.

 

 
Jakiś mężczyzna zbierał pieniądze, a drugi odbijał dla każdego klienta świeżą rycinę. 
- Wejdziemy tam, Abel? Chciałbyś mieć taką rycinę? 
- Och tak, panienko. 
Trzy pensy to była wysoka cena za kawałek papieru, ale pomyślałam, jak zapewne wszyscy czekający w kolejce, 

ż

e to jest przecież specjalne wydarzenie. Musieliśmy czekać prawie dziesięć minut. 

Widziałam  stąd  wyraźnie  namiot  „Moskwa”,  gdzie  sprzedawano  „Grog,  dobry  gin  i  rum”.  Sąsiadujący  namiot 

nosił  nazwę  „Tylko  Wellington.  Dobry  gin”.  „Ogol  się  dobrze”,  Przeczytałam  na  trzecim.  Ogol  się?  Na  lodzie? 
Chyba zwariowali. Zauważyłam jednak, że mieli klientów. Dałam Ablowi sześć pensów. 

-  Chciałabym  kawałek  piernika  -  powiedziałam,  wskazując  mu  namiot  ze  znakiem  „Tu  się  sprzedaje  gin  i 

pierniki”. - A ty kup sobie, co chcesz. 

Abel  pobiegł  spełnić  moje  polecenie.  Przesuwałam  się  wolno  w  kolejce,  wreszcie  zbliżyłam  się  do  wnętrza 

namiotu, przed którym stał piecyk na węgiel drzewny. Byłam szczęśliwa, że mogę się ogrzać. Chociaż stałam tylko 
przez niecałe dziesięć minut, zmarzły mi stopy i zdrętwiały palce u rąk. Teraz mogłam zajrzeć do środka. 

Zobaczyłam maszynę drukarską, którą obsługiwał jeden z mężczyzn. Z tyłu stały dwa krzesła. Na jednym z nich 

siedział  potężny  mężczyzna,  którego  sylwetkę  od  razu  poznałam.  Ze  strachu  zaschło  mi  w  ustach,  po  plecach 
przebiegł zimny dreszcz. Był odwrócony do mnie plecami, palił cygaro i rozmawiał z innym mężczyzną. 

Abel wrócił, kiedy zbliżała się moja kolej. Wskazałam mu wzrokiem Balquiddera. Zrobił wielkie oczy. 
- Jest z nim jeden z ludzi Moxona - szepnął. 
- Ile? - spytał mężczyzna przy maszynie. 
Nie mogłam wydobyć głosu. 
- Dwie - powiedział Abel. 
Podałam sześć pensów. Maszyna zachrzęściła i wręczono nam dwie, jeszcze mokre ryciny. 
- Następny! 
Wyszliśmy.  Nogi  się  pode  mną  uginały.  Abel  podał  mi  kawałek  piernika,  ale  nie  mogłabym  nic  przełknąć. 

Włożyłam go do kieszeni. 

Kiedy byliśmy już daleko, w głowie zaświtała mi nowa myśl. 
- Ciekawa jestem, jakie on może mieć interesy z Moxonem? 
-  Nie  wiem,  panienko  -  powiedział  Abel.  -  Ale  jeśli  to  pani    nie  sprawia  różnicy,  to  wolałbym  się  tu  nie 

zatrzymywać, aby się tego dowiedzieć. 

 
W
 drodze do domu ustaliliśmy, że Abel powie panu Bagnigge o naszym spotkaniu z Balquidderem. Wróciliśmy 

bez dalszych przygód, dotarłam niepostrzeżenie do swojego pokoju i szybko się przebrałam. Byłam szczęśliwa, że 
mam nowy zeszyt i mogę kontynuować powieść. 

Zauważyłam  przy  obiedzie,  że  Aline  była  niezwykle  ożywiona.  Oczy  jej  błyszczały,  była  ubrana  bardziej 

elegancko niż zwykle, w suknię z fioletowego jedwabiu - jak widać, uznała, że nie musi już nosić pełnej żałoby. 

- Dziś po południu przyjmuję - poinformowała nas. - Nie wiem, kto się odważy odwiedzić moją skromną osobę 

przy tak okropnej pogodzie, muszę być jednak gotowa na przyjęcie przyjaciół - powiedziała, patrząc kokieteryjnie 
na Noela. 

Nie odezwał się. 
- Przykro mi, że będzie pani nieobecna, pani Kirkwall - ciągnęła Aline, rzucając mi spojrzenie godne Meduzy. 
- Czy wychodzisz do miasta, Emilio? - spytał Noel. 
- Nie. 
-  Pani  Kirkwall  poinformowała  nas  niedawno  o  swojej  głębokiej  żałobie  -  powiedziała  Aline  z  triumfującym 

uśmieszkiem. - Ale mam nadzieję, że ty do nas zajrzysz, Noelu. 

- Obawiam się, że nie. Mam pracę. 
Aline wcześnie wstała od stołu, pewnie po to, żeby pomalować sobie rzęsy przypalonym korkiem. 
-  Musisz  jej  wybaczyć,  Emilio  -  powiedział  po  jej  wyjściu  Noel.  -  Ona  nie  wie,  że  to,  co  mówi,  wydaje  się 

niegrzeczne. 

Widać było, że jest zatroskany i nieszczęśliwy. 
- To nie ma znaczenia. Spędzę popołudnie z Richardem. 
- To bardzo ładnie z twojej strony, że poświęcasz mu tyle czasu. 
- To żadne poświęcenie. Bardzo lubię Richarda. 
Poszłam na górę do swojego pokoju. Miałam zamiar pisać przez godzinę. O wpół do czwartej usłyszałam kołatkę 

przy  frontowych  drzwiach.  Postanowiłam  zaczekać,  aż  ten  przybysz  wejdzie  do  salonu,  i  dopiero  wtedy  iść  do 
pokoju  Richarda.  Usłyszałam  głos  Mary,  która  w  holu  witała  gościa,  potem  ciężkie,  męskie  kroki  (co  było  do 

background image

 

63 

przewidzenia) i dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi salonu. 

Zamknęłam Tajemnicą Drakensburgów w walizce, którą schowałam pod łóżko, i poszłam na górę. Panna Carver 

drzemała przy kominku, a Richard siedział przy stole, na którym stali jego żołnierze. 

- Ty biedaku! - zawołałam. - Dlaczego siedzisz po ciemku? 
Zapaliłam wszystkie świece i lampę olejową. 
- Już jest dobrze. Co to jest, Richardzie? Czy to nadal bitwa pod Vittorią? 
- To moja własna bitwa - powiedział Richard. - Chciałem zbudować fort z klocków, ale panna Carver mówi, że 

one robią zbyt wielki hałas, kiedy je burzę. 

Tak mówi? Byłam oburzona. Ona była tutaj dla Richarda, a nie odwrotnie. 
- Może zbudujemy fort na dywanie? - zaproponowałam. - Wtedy nie będzie hałasu. 
Richard  szybko  zszedł  z  krzesła,  wziął  pudełko  klocków  i  z  ożywieniem  zaczął  mi  tłumaczyć  znaczenie 

bastionów i umocnień ziemnych. To rozumiałam (mniej lub więcej), ale kiedy zaczął mówić o przeciwskarpach i 
rawelinach,  całkowicie  się  pogubiłam.  Spędziłam  z  nim  miło  całą  godzinę,  a  hałas,  który  robiliśmy,  nie  zbudził 
panny Carver. Podzieliłam się z Richardem tym spostrzeżeniem. 

- To pewnie przez gin - powiedział obojętnym tonem. 
- Gin! 
Przypomniałam sobie podejrzenie, jakie mnie ogarnęło tego dnia, kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Richarda. 
- Tak. Ona trzyma butelkę pod materacem. Ja nie powinienem o tym wiedzieć - dodał, widząc moje spojrzenie. - 

Mnie to naprawdę nie przeszkadza. Wolę, kiedy ona śpi. 

Co sobie myślał Noel, zatrudniając taką kobietę? 
- Ona zawsze budzi się na posiłki - powiedział Richard, kiedy zaczęliśmy sprzątać zabawki. 
Wiedziałam, że Richard i panna Carver jadali kolację o szóstej. 
Usłyszałam odgłos zamykanych frontowych drzwi. Ktokolwiek to był, właśnie wyszedł. To była długa wizyta, a 

nie zwyczajowe dwadzieścia minut. Może to jakiś wielbiciel Aline? To by tłumaczyło fakt zdjęcia przez mazałoby. 
Aline na pewno ponownie wyjdzie za mąż, była zbyt ładna i żądna rozrywek, aby została sama. To będzie musiał 
być ktoś bogaty, Anglik albo Francuz. Możliwe, że ona już robi nadzieje potencjalnym konkurentom do swej ręki. 

Chciałabym mieć jej pewność siebie. 
Pocałowałam Richarda na dobranoc i poszłam się przebrać do kolacji. Nie mogłam liczyć na to, by moja nowa 

suknia  mogła  dorównać  fioletowej  kreacji  Aline,  ale  za  to  uszyłam  ją  wedle  najświeższej  mody.  Wiedziałam 
jednak, że przy Aline nie mam szans, aby Noel zwrócił na mnie uwagę. 

W chwili kiedy otworzyłam drzwi jadalni, poczułam zapach pomady różanej. Balquidder tu był. Ile razy w życiu 

byłam przerażona, zawsze czułam się tak, jakbym stała pod lodowatym wodospadem, który oblewa mnie od głowy 
aż  do  stóp.  Musiałam  uchwycić  się  futryny,  aby  nie  upaść.  Widziałam,  że  Noel  i  Aline  patrzą  na  mnie  ze 
zdziwieniem, ale nie mogłam się poruszyć. 

- Balquidder tu był! - szepnęłam. 
Aline zaczerwieniła się. Noel przenosił wzrok ze mnie na Aline. 
- Był w tym pokoju. Czuję zapach jego różanej pomady. 
Aline roześmiała się, zakłopotana. 
- Pani Kirkwall jest zazdrosna o mojego gościa, peut-étre - powiedziała, patrząc z ukosa na Noela. 
- Czy Balquidder był tu? - spytał Noel. 
- A dlaczego nie miałby być? - dopytywała się Aline, wydymając usta. - Jest czarującym mężczyzną i był przyja-

cielem  mojego  męża.  Chyba  moi  przyjaciele  mają  prawo  mnie  odwiedzać?  On  jest  mi  bardzo  oddany  -  dodała, 
spuszczając oczy i bawiąc się guzikiem sukienki. 

- Balquidder porwał Richarda - powiedział Noel. - Wiedziałaś o tym i mimo to pozwoliłaś, aby cię odwiedził?  
Aline przyłożyła chusteczkę do oczu. 
-  Sam  mi  powiedziałeś,  że  Richarda  odnaleziono  u  jakiegoś  drukarza.  Co  on  może  mieć  wspólnego  z  panem 

Balquidderem?  Spytałam  go  o  to.  Powiedział,  że  nic  o  tym  nie  słyszał.  Tak,  czy  inaczej,  Richardowi  nic  się  nie 
stało. 

- Co to znaczy „nic się nie stało”? - wtrąciłam, a głos drżał mi ze złości. - Od tamtej pory Richard ma koszmarne 

sny. Dobrze pani o tym wie, ponieważ, jak utrzymuje panna Carver, zabroniła pani zapalać mu na noc światło. Jak 
pani może być tak okrutna dla takiego kochanego małego chłopca? 

- Jak pani śmie? 
Aline odrzuciła głowę do tyłu. Nie mogłam opanować wzburzenia, ale ciekawiło mnie jednocześnie, jak udaje się 

jej osiągać efekty za pomocą gestów, które u kogoś innego uznano by za zbyt melodramatyczne. 

- Kim pani jest, żeby mi dyktować, jak mam się opiekować Richardem? Pani, która się prowadzi jak ladacznica. 

Noelu, jak możesz pozwalać na to, aby ona mnie obrażała? 

Zauważyłam, że jej angielski uległ nagłej poprawie. 
- Czy to prawda, że nie pozwoliłaś mu palić światła w nocy? - spytał Noel. 
-  Chyba  nie  chcesz,  żeby  wyrósł  na  babę,  prawda?  Dobry  Boże,  czy  taka  osoba  powinna  się  wtrącać  do 

background image

 

64 

zarządzania  domem?!  -  wykrzyknęła,  wskazując  mnie  gestem.  -  Pan  Balquidder  mówi,  że  była  pani  całkowicie 
obojętna temu swojemu ukochanemu mężowi. 

- Ale może on nie był obojętny mnie - powiedziałam spokojnym tonem. - Utrata kogoś, kogo się kochało, chociaż 

nie było się kochanym, może sprawiać podwójny ból. 

Czułam, że mówię nie tylko o Stephenie. 
- Ja zawsze potrafiłam przyciągać mężczyzn - stwierdziła Aline, trzepocąc rzęsami i uśmiechając się do Noela. 
- Ma pani szczęście - powiedziałam oschle. - Ale nie winna pani rozmawiać na mój temat z panem Balquidderem.  
Popatrzyłam  na  Noela.  Nigdy  przedtem  nie  widziałam  mężczyzny,  który  się  odkochuje,  ale  zorientowałam  się 

natychmiast, że tak się właśnie dzieje. Widać było, że jest zaszokowany, wściekły - a jednocześnie odczuwa ulgę. 
Odezwał się spokojnym, ale stanowczym tonem. 

- Aline, nie będziesz już nigdy więcej ingerować w wychowanie Richarda. Po drugie, Balquidder nie ma prawa 

wstępu do mojego domu, poza tym uważam, że powinnaś przeprosić panią Kirkwall. 

-  Przeprosić!  Tę  dziwkę?  Nikt  nie  sprawdzał,  czy  ona  naprawdę  wyszła  za  mąż.  Bardzo  by  mnie  to  zdziwiło  - 

powiedziała, rzucając mi jadowite spojrzenie. 

Zapanowała cisza. Po chwili przerwał ją Noel. 
-  Aline,  po  co  tu  przyjechałaś?  Czego  chciałaś?  Twoje  wydatki  zawsze  przekraczają  wysokość  twojej  renty,  a 

jednak  wynajęłaś  prywatny  powóz,  ludzi  do  ochrony  i  przyjechałaś  tu  w  najgorszą  pogodę  bez  żadnego 
specjalnego powodu. Chyba że miałaś jakiś nieznany nam cel? Może układy z Balquidderem? 

Aline  wykonała  kilka  głębokich  oddechów,  które  wprawiły  jej  biust  w  spektakularne  drżenie.  Można  było 

przypuszczać, że ćwiczyła ten manewr przed lustrem. 

- Nie zostanę tu dłużej, aby narażać się na obelgi. Lady Forres błagała mnie, abym uważała jej dom za własny. 

Wyprowadzę się jutro. 

Rozległ się gong. 
Jej wyczucie czasu zrobiło na mnie duże wrażenie. Nie powinna tylko wypaść z roli. Nadszedł czas, aby zejść ze 

sceny. 

Nie zawiodła mnie. Natychmiast podniosła się z krzesła. 
- Nie jestem w stanie niczego przełknąć. Niech pani Good przyniesie herbatę do mojego pokoju. 
Wyszła, szeleszcząc spódnicą. 
Omal nie zaczęłam bić brawo. 
Noel zadzwonił na panią Good i wydał jej polecenie zaniesienia Aline herbaty. 
- Pani Good - powiedział jeszcze - pod żadnym pozorem nie wolno wpuszczać do domu pana Balquiddera. Proszę 

wszystkich o tym zawiadomić i pilnować, aby frontowe i kuchenne drzwi były zawsze zamknięte. 

- Tak, sir- powiedziała i wyszła, rzucając mi wrogie spojrzenie. 
Jedliśmy w milczeniu. Wreszcie Noel zaczął mówić o Richardzie. 
- Emilio, czy mogłabyś powiedzieć pannie Carver, że Richard może spać przy świetle? 
- Ty to musisz zrobić - stwierdziłam. - Panna Carver nie posłuchała mnie, kiedy ją o to prosiłam. 
- To zrozumiałe - powiedział z westchnieniem Noel - że ona słucha rozkazów Aline, która przez tak długi czas 

opiekowała się Richardem. 

Interesujące,  pomyślałam.  Noel  rozczarował  się  co  do  Aline,  ale  zerwanie  wszystkich  więzów  miłosnych  musi 

potrwać.  Z  czasem  będzie  musiał  przyznać,  że  Aline  nie  była  odpowiednią  osobą  do  sprawowania  opieki  nad 
Richardem,  i  wtedy  poczuje  się  winny.  Przypomniał  mi  się  Guliwer  w  krainie  Liliputów,  przywiązany  setką 
cieniutkich nitek. Taka była miłość - nie można było od razu odciąć się i poczuć wolnym. Trzeba było mozolnie 
odsupłać te wszystkie niteczki, które wiązały nas z drugą osobą. 

Serce mi rosło, moja dusza śpiewała. Nie tylko dlatego, że Noel przestał być niewolnikiem Aline, ale dlatego, że 

ona wychodziła z tego domu. 

Było jeszcze coś więcej: Noel był wolny - a ja go chciałam mieć dla siebie. 
Starałam  się  jednak  przemówić  sobie  do  rozsądku.  Byłam  chuda  i  miałam  duży  nos,  poza  tym  nasze  stosunki 

ostatnio bardzo się ochłodziły. Skąd mi przyszło do głowy, że on mógłby mnie kiedykolwiek pokochać? Byłabym 
głupia, wręcz szalona, mając taką nadzieję. A mimo wszystko odczuwałam radość. 

Po kolacji przeszliśmy do salonu. 
- Dziś rano miałem wiadomość od dos Santosa, mojego agenta w Demerara - powiedział niespodzianie Noel. 
- Och! - westchnęłam tylko. 
Zrobiło  mi  się  znowu  ciężko  na  sercu.  Dobrze  pamiętałam  poglądy  Noela  na  niewolnictwo.  Mój  sprzeciw  nie 

zmalał, ale nie czułam się teraz na siłach do podejmowania dyskusji na ten temat. 

- Pisze, że w wytwórni cukru wybuchają drobne pożary. Nie wie, czy to przypadek, czy też sabotaż. 
- Czy taka wytwórnia jest szczególnie zagrożona pożarem? 
Domyślałam się, że Noel nie chce poruszać sprawy Aline, a ten nowy temat pozwalał mu zwrócić myśli w innym 

kierunku. 

- Tak. Po sprasowaniu trzciny otrzymany sok należy kilkakrotnie doprowadzać do bardzo wysokiej temperatury, 

background image

 

65 

aby uformowały się kryształki cukru. Duży pożar w wytwórni oznaczałby dla mnie ruinę finansową. 

- Dlaczego niewolników miałoby obchodzić, czy cukrownia się spali, czy też nie? - zauważyłam. - Jestem pewna, 

ż

e mnie by to nie obchodziło, 

-  Pisałem  do  dos  Santosa,  żeby  dał  niewolnikom  wolne  niedziele,  zostawiając  tylko  konieczny  nadzór.  Jest 

zresztą  taki  przepis,  ale  przypuszczam,  że  jest  nagminnie  łamany.  Zakazałem  mu  również  nadużywania  kary 
chłosty. 

- Czy masz możliwość sprawdzenia, jak on stosuje się do twoich poleceń? 
- Nie - przyznał Noel. 
- A więc nie masz zamiaru pozbyć się tej plantacji? 
Czułam, jak wzbiera we mnie gniew. Noel ma zbijać pieniądze na poniżeniu innych ludzkich istot? Nie okazałam 

mu jednak oburzenia - to by do niczego nie doprowadziło. 

Noel obrzucił mnie uważnym spojrzeniem. 
-  Pamiętam,  co  mówiłaś,  kiedy  o  tym  rozmawialiśmy.  Dało  mi  to  do  myślenia.  Nie  chcę  brać  udziału  w  tym 

całym okrucieństwie. Nie mogę zmienić świata, ale mogę polepszyć życie swoich niewolników. 

-  Praca  niewolnicza  nie  jest  opłacalna  -  powiedziałam.  -  A  co  stanie  się  wtedy,  kiedy  nie  będzie  już  wolno 

przewozić niewolników? 

- Jak to tłumaczysz? 
- To nie ja. Czytałam broszury na ten temat. Rozumiem, że większość twoich niewolników to mężczyźni?    
Noel skinął głową. 
- Niewolnice nie są pełnowartościowymi pracownicami, a dzieci, do dwunastego roku  życia, są tylko  zbędnym 

obciążeniem. Twoi niewolnicy będą się powoli starzeć, będzie się rodzić coraz mniejsza liczba dzieci i wtedy co? 

- To prawda. Nie pomyślałem o tym. 
-  Pomijając  nawet  czynnik  tego  odrażającego  okrucieństwa,  za  dwadzieścia  lat  nie  będzie  się  opłacało 

utrzymywać  majątku,  w  którym  pracują  niewolnicy,  nawet  jeśli  do  tej  pory  nie  uda  nam  się  doprowadzić  do 
całkowitego zniesienia niewolnictwa. 

- Mnóstwo ludzi zostanie wtedy doprowadzonych do ruiny - powiedział Noel. - Nie tylko właściciele plantacji, 

ale  również  handlujący  cukrem  angielscy  kupcy,  fabrykanci  bawełny  i  wielu  innych.  W  Lancashire  są  miasta, 
których byt uzależniony jest wyłącznie od bawełny. 

- Czy to wystarczający powód, aby bogacenie się jednych odbywało się kosztem nieszczęścia i poniżenia innych? 
- Emilio, życie nie jest takie proste... 
- Noelu! - wybuchnęłam wreszcie. - Nie mogę pogodzić się z myślą, że jesteś właścicielem niewolników. Wiem, 

ż

e  nie  wszystko  tak  prosto  się  układa,  wiem,  że  nie wystarczy  machnąć  czarodziejską  różdżką,  aby  ich  uwolnić. 

Wiem,  że  gdybyś  sprzedał  plantację,  to  mogłaby  ona  trafić  w  ręce  okrutnego  właściciela.  Wiem  też,  że  nie 
powinnam wtrącać się do twoich spraw... ale dla mnie sama idea niewolnictwa jest tak odrażająca, że wzdragam się 
na myśl, że ty masz z tym coś wspólnego. 

Umilkłam, przerażona swoim wybuchem. Wierzyłam w każde wypowiedziane przez siebie słowo, ale nie miałam 

zamiaru zdradzać bólu, jaki sprawiał mi Noel przez swój związek z tym procederem. Jeśli kwestia niewolnictwa 
była  trudnym  zagadnieniem,  równie  trudno  było  kochać  człowieka,  który  był  w  to  zaangażowany,  chociaż  nie  z 
własnej woli. 

-  Czy  wiesz,  że  w  Demerara  jest  kilku  byłych  niewolników,  którzy  sami  stali  się  właścicielami  plantacji?  - 

odezwał się Noel po dłuższej chwili milczenia. 

- To chyba niemożliwe? - wykrztusiłam. 
Byłam zaszokowana. Nigdy jeszcze nie słyszałam czegoś tak okropnego. 
- Ale tak jest. Ludzka natura jest pełna niespodzianek. Ja robię to, co jest w mojej mocy. Tam jest wiele bardzo 

surowych obostrzeń, jeśli chodzi o wyzwalanie niewolników. Obiecuję ci, Emilio, że zrobię, co tylko będę mógł. 

-  Dziękuję  ci.  Przepraszam,  że  nie  potrafiłam  się  opanować.  Dziś  miałeś  już  wystarczająco  dużo 

melodramatycznych scen. 

- Zmieńmy temat rozmowy - powiedział z uśmiechem Noel. - Powiedz mi, czy znasz książkę, którą czytała pani 

Beresford Zamek Apollmari? 

Czułam, że się czerwienię. 
- Nie... nie, czy jest dobra? 
-  Mnie  się  bardzo  podobała.  Kupiłem  drugą  książkę  tego  samego  autora,  Fatum  rodu  Ansbach.  Chciałem  ją 

podarować Aline na urodziny, ale w zaistniałej sytuacji mam zamiar zatrzymać ją dla siebie. 

Poczułam się jak myszka, z którą igra kot. Nie śmiałam podnieść oczu. Czyżby zgadł? 
-  A  mnie  podobają  się  Podróże  Guliwera  -  powiedziałam.  -  Kiedy  byłam  dzieckiem,  mój  ojciec  zabraniał  mi 

czytać  tę  książkę.  Uważał,  że  jest  sprośna  i  niemoralna.  Rozumiem,  dlaczego  uznał  ją  za  sprośną,  ale  nie  jest 
niemoralna. Jest to jedna z najbardziej umoralniających książek, jakie kiedykolwiek czytałam. 

Niebezpieczeństwo  minęło.  Zaczęliśmy  rozmawiać  o  arcydziele  fikcji  satyrycznej  Jonathana  Swifta.  Tylko  raz 

zerknęłam na Noela. Uśmiechał się żartobliwie. Miałam nadzieję, że  myślał o Guliwerze. 

background image

 

66 

 
N
astępnego  ranka  było  sporo  zamieszania.  Niewątpliwie  Aline  pisała  do  lady  Forres,  ponieważ  lokaj  w  liberii 

Forresów przyniósł dla niej list. Potem było wiele pakowania. 

Spędziłam  cały  ranek  w  swoim  pokoju,  zajęta  pisaniem.  Starałam  się  nie  zwracać  uwagi  na  panujący  hałas, 

narzekania Aline i bieganie jej pokojówki po korytarzu. Byłam pogrążona w pracy, kiedy usłyszałam skrzypnięcie i 
zobaczyłam, że moje drzwi lekko się uchylają. Podniosłam głowę. To była Jeanne, pokojówka Aline. 

- Słucham, Jeanne? O co chodzi? 
Jeanne okropnie się speszyła. 
- Przepraszam, madame. Nie wiedziałam... Musiałam się pomylić... - wyjąkała, szybko się wycofując. 
Podeszłam  do  drzwi  i  zamknęłam  je  na  klucz.  Można  było  łatwo  zgadnąć,  czego  szukała  tu  Jeanne:  koronek, 

które należały do pani Beresford. 

Kiedy Aline opuszczała dom, uznałam, że powinnam zejść na dół, aby się z nią pożegnać. Pani Good stała już w 

holu,  ocierając  oczy  fartuchem.  Panna  Carver  sprowadziła  na  dół  Richarda,  a  sama  również  nie  mogła 
powstrzymać się od łez. Aline dzielnie się uśmiechała. Przytuliła do piersi zesztywniałego Richarda, szepnęła kilka 
słów pannie Carver i przyłożyła chusteczkę do oczu. Musiała hojnie obdarować służące, ponieważ Mary i Hannah 
dygały jak marionetki. Mnie przypadł lekki dotyk palców i niedbałe skinienie głową. Pan Bagnigge miał kwaśną 
minę. Kiedy niósł bagaże Aline do powozu lady Forres, mrugnął do mnie porozumiewawczo. 

Noel  wyszedł  ze  swojego  gabinetu,  aby  odprowadzić  Aline  do  powozu.  Stał  na  schodach,  dopóki  pojazd  nie 

zniknął za rogiem. Kiedy szłam na górę, zaczepił mnie pan Bagnigge. 

-  Myślę,  że  on  będzie  potrzebował  trochę  czasu,  aby  dojść  do  siebie  -  powiedział  cichym  głosem  -  ale  jestem 

pewien, że w końcu odzyska rozsądek. 

Uśmiechnął się tajemniczo i zniknął za drzwiami gabinetu Noela. 
Nie mogłam się ruszyć z miejsca. Czy on chciał powiedzieć, że...? Wbiegłam na schody jak na skrzydłach. Życie 

poskąpiło  mi  szczęścia,  więc  nawet  najmniejsza  dawka  otuchy  potrafiła  zawrócić  mi  w  głowie.  Jak  szampan  na 
pusty żołądek. To trafne porównanie, ponieważ osłabiłam czujność i popełniłam katastrofalny błąd. 

Tego  popołudnia  Richard,  Noel  i  ja  powróciliśmy  do  zwyczaju  wspólnych  podwieczorków.  Panna  Carver 

sprowadziła Richarda do salonu. 

- Przepraszam, pułkowniku Beresford - powiedziała - czy mogę pana o coś spytać? 
- Oczywiście, panno Carver. 
- Panicz Richard potrzebuje nowych ubrań. Bardzo szybko wyrasta ze spodni i marynarek. Pani Beresford zawsze 

zamawiała  marynarki  dla  niego  u  Stammersa,  na  Bond  Street.  Mam  potrzebne  wymiary.  Może  pani  Kirkwall 
mogłaby mi pomóc przy wyborze materiału? Ona najlepiej sobie z tym poradzi. 

- Oczywiście - odpowiedziałam. - Pójdziemy tam jutro. Masz ochotę, Richardzie? 
- Lepiej nie brać panicza Richarda, madame - zaoponowała panna Carver. - Przeziębi się przy tej pogodzie. 
Umówiłyśmy się na następny ranek, na dziesiątą. Byłam tak głupio łatwowierna i naiwna. Nawet cieszyłam się na 

tę wyprawę. 

Pierwsza tura zakupów odbyła się w dość przyjaznej atmosferze. Rozmawiałyśmy o zaletach różnych materiałów, 

udało ni się wynegocjować guziki do marynarki Richarda, które oglądały prawie jak wojskowe. Wiedziałam, że mu 
to sprawi Przyjemność. Ja odczuwałam na wpół bolesne zadowolenie, że mogę zamawiać ubrania dla syna Noela. 

Potem  poszłyśmy  do  Grafton  House,  gdzie  był  ogromny  wybór  towarów.  Zdecydowałyśmy,  że  przy  wyborze 

skarpetek będziemy się kierować tylko ich użytecznością, bo Richard i tak szybko z nich wyrośnie. Panna Carver 
odeszła, aby kupić skarpetki, i poszła dalej - chciała obejrzeć materiał na koszule. 

Jeszcze niczego nie podejrzewałam. 
W  sklepie  był  okropny  tłok.  Początkowo  myślałam,  że  napierają  na  mnie  inni  klienci.  Potem  poczułam  czyjeś 

ręce  na  karku.  Ucisk  na  szyi.  Próbowałam  wezwać  pomocy,  ale  nie  zdołałam  już  tego  uczynić.  Zrobiło  mi  się 
ciemno przed oczami. 

Przypominam  sobie  tylko,  że  niesiono  mnie  po  schodach  i  rzucono  na  łóżko.  W  tym  pomieszczeniu  było 

potwornie zimno. Usłyszałam odgłos ciężkich kroków i poczułam zapach pomady różanej. Nie musiałam otwierać 
oczu, żeby wiedzieć, kto to był. 

Nie  otwierałam  oczu.  Kręciło  mi  się  w  głowie  i  bolała  mnie  szyja.  Balquidder  nie  próbował  mnie  budzić.  Stał 

koło  mnie  może  przez  dwie  minuty,  które  mi  się  wydały  dwiema  godzinami.  Potem  odszedł.  Przekręcił  klucz  w 
zamku, a później usłyszałam jego ciężkie kroki na schodach. 

Ostrożnie  otworzyłam  oczy.  Byłam  na  strychu  w  jakimś  domu,  prawdopodobnie  na  Wych  Street.  To 

pomieszczenie miało skośny sufit, okno z małymi szybkami i kominek, który chyba nigdy nie był używany, leżało 
w nim nawet ptasie gniazdo, które pewnie tam kiedyś wpadło. Leżałam na wąskim drewnianym łóżku, na bardzo 
niewygodnym materacu. Koło łóżka stało rozchybotane drewniane krzesło, a dalej stara komoda bez jednej nogi, 
podparta grubą książką. 

Wstałam i podeszłam do okna. Wciąż kręciło mi się w głowie, a gardło bolało przy przełykaniu śliny. Wyjrzałam 

background image

 

67 

na  zewnątrz.  Byłam  niewątpliwie  na  Wych  Street,  piętra  domów  po  przeciwnej  stronie  ulicy  wystawały  ponad 
parter, tak jak to zapamiętałam. W żadnym wypadku nie była to Crane Alley. 

Przeklinałam  się  w  duchu  za  swoją  naiwność.  Kiedy  panna  Carver  poprosiła,  aby  jej  towarzyszyć  do  miasta, 

powinnam była wszystkiego się domyślić. Pochlebiło mi, kiedy powiedziała: „Ona najlepiej sobie z tym poradzi”. 
Jakaś  ty  głupia,  Emilio!  Dlaczego  miałaś  sobie  najlepiej  poradzić  z  zakupem  ubrań  dla  Richarda?  Przecież  nie 
masz dzieci. Nie znasz potrzeb małego chłopca. 

Jak długo to może potrwać, zanim ktoś się zaniepokoi moją nieobecnością? Pewnie dopiero w porze obiadowej. 

Czy  Abel  domyśli  się,  że  jestem  tutaj?  Balquidder  prawdopodobnie  nie  wiedział,  że  znam  miejsce  jego 
zamieszkania. Czy mogę coś zrobić? Starałam się stłumić strach. Oczywiście, jestem przerażona, ale nie wolno mi 
dać się opanować temu uczuciu. 

Miałam w torebce chusteczkę do nosa. Może wywiesić ją za oknem, jako znak dla Abla? Ale może ją również 

zobaczyć  Balquidder.  Zaczekam.  Może  jak  zrobi  się  ciemno  -  nie  chciałam  myśleć  o  tym,  że  wieczorem  może 
mnie już nie być wśród żywych. 

W  pokoju  na  strychu  było  bardzo  zimno.  Mój  oddech  zamieniał  się  w  kłęby  pary.  Wróciłam  do  łóżka  i 

naciągnęłam  na  siebie  cienką  kołdrę.  Dzięki  Bogu,  miałam  na  sobie  ciepłą  pelerynę.  Mimo  to  było  mi  zimno. 
Czułam się fatalnie. 

Zaczęłam  myśleć  o  Balquidderze.  Było  oczywiste,  że  chciał  zawładnąć  moimi  pieniędzmi.  Co  on  zrobi?  Mógł 

mnie zmusić do napisania testamentu na swoją korzyść, ale to wzbudziłoby podejrzenia, szczególnie gdybym nagle 
umarła. Nie mogłam po prostu zniknąć, do przeprowadzenia tej sprawy konieczne byłyby zwłoki. Poza tym Noel 
niewątpliwie podjąłby odpowiednie kroki, aby przeprowadzono dokładne śledztwo. 

Wystarczająco  poznałam  Balquiddera,  aby  wiedzieć,  że  nie  zrobi  niczego,  co  mogłoby  rzucić  podejrzenie 

bezpośrednio na niego. Zawsze ukrywał się za cudzymi plecami, Stephena czy też George’a. On tylko pociągał za 
sznurki swoich marionetek. Dopóki nie przepiszę na niego swoich pieniędzy, będę żyła - prawdopodobnie. 

Co mogłam zrobić? Jedynie starać się zyskać na czasie - nawet dwadzieścia cztery godziny mogłyby okazać się 

zbawienne. W Londynie miałam przyjaciół; Noel mnie nie opuści, dobrze wiedział, że Balquidder jest osobnikiem 
bardzo niebezpiecznym. 

Zaczęłam  się  zastanawiać,  co  Erminia  zrobiłaby  w  mojej  sytuacji  -  ale  to  nie  miało  sensu.  Fabuła  gotyckiej 

powieści  nie  miała  nic  wspólnego  z  przerażającą  rzeczywistością.  Moi  czytelnicy  wiedzieli,  że  ona  na  końcu 
odzyska wolność, majątek i miłość. Żałosny świat iluzji! 

Wróciłam myślą do Balquiddera. On zdecydowanie nie lubił kobiet - nie mogło mu więc chodzić o moje ciało. 

Czy  mam  się  zachowywać  spokojnie  i  z  godnością,  jakby  to  zrobiła  Erminia,  czy  lepiej  będzie  płakać  i 
histeryzować? Jakie zachowanie pozwoli mi zyskać na czasie, czego rozpaczliwie potrzebowałam?  

Przed  wieloma  laty  miałam  przerażający  sen  o  Balquidderze,  który  ukazał  mi  się  jako  potworne  niemowlę,  z 

wielkimi  ustami,  które  pochłaniały  wszystko  i  nigdy  nie  miały  dość.  Często  myślałam  o  tym  śnie,  nawet 
wykorzystywałam go w różnych wariantach w moich książkach. Następnego rana spytałam Stephena, czy wie coś 
o  dzieciństwie  Balquiddera.  Stephen  powiedział  mi,  że  Balquidder  był  sierotą,  wychowywanym  przez  bardzo 
surową prezbiteriańską ciotkę. 

- Nie wspominaj o tym - ostrzegł mnie. - On nie chce, by ktokolwiek o tym wiedział. 
Teraz  mogłam  skorzystać  z  tego  ostrzeżenia.  Nie  wolno  mi  było  obudzić  w  Balquidderze  potwora.  Nie  miał 

dobrego zdania o kobietach, nie należało go więc wyprowadzać z błędu. Będę więc płakać i szlochać, czego on nie 
cierpiał. Poczułam się trochę lepiej - wiedziałam już, jaką rolę mam odgrywać. Intuicja podpowiadała mi, że lepiej 
udawać bezradną kobietę niż buntowniczkę. 

Czas  płynął,  zrobiło  się  już  ciemno.  Zastanawiałam  się  właśnie,  czy  wywiesić  chusteczkę  za  okno,  kiedy 

usłyszałam  kroki.  Szybko  wróciłam  do  łóżka.  Okazało  się,  że  nie  muszę  wcale  udawać,  że  trzęsę  się  ze  strachu. 
Jestem drobną kobietą - przerażał mnie ogrom jego postaci. 

Wszedł, trzymając świecę w ręku. 
Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam wydobyć głosu ze ściśniętego gardła. Otuliłam się szczelniej peleryną. 
- Myślę, że już wiesz, dlaczego tu jesteś - powiedział. 
- Oddam panu swoje pieniądze - wyjąkałam. - Ja ich nie chcę. Naprawdę. Tylko proszę mnie stąd wypuścić. 
- Wypuścić cię? - Balquidder roześmiał się głośno. - Nie, moja droga Emilio. Mam inne plany. 
Serce biło mi tak mocno, że aż huczało mi w uszach. 
- Doszedłem do wniosku, że potrzebuję żony - dodał. 
Oniemiałam  z  przerażenia.  Gdybym  została  jego  żoną,  mój  majątek  automatycznie  stałby  się  jego  własnością. 

Nie musiałby usuwać mnie z drogi. Zgodnie z prawem mógłby robić ze mną. wszystko: bić mnie, zamykać, oddać 
do  szpitala  wariatów.  Nikt  nie  mógłby  temu  przeszkodzić.  Jak  mi  tłumaczył  pan  Latimer,  une  femme  cowerte  - 
kobieta zamężna - nie posiadała osobowości prawnej. Wolałabym śmierć. 

- Nie! - szepnęłam. 
- Moja droga Emilio, powinnaś raczej wyrazić zadowolenie. 
Wziął mnie pod brodę i obrócił moją twarz do siebie. Wzdrygnęłam się z bólu pod jego silnym uściskiem. 

background image

 

68 

-  Masz  szczęście.  Mogę  cię  zapewnić,  że  jest  wiele  kobiet,  które  marząc  tym,  aby  zostać  panią  Archibaldową 

Balquidder. - Na przykład Aline Beresford. 

- Pani Beresford? - powtórzyłam, oszołomiona. 
Czy on obiecał Aline, że się z nią ożeni? 
-  Tak,  to  atrakcyjna  kobieta,  ale,  niestety,  nie  ma  pieniędzy.  Aline  będzie  bardzo  rozczarowana.  I  wściekła.  - 

Roześmiał  się.  -  Wiesz,  Emilio,  Aline  nie  kryje  niechęci  do  ciebie.  Pomyśl,  jak  ci  będzie  miło  znaleźć  się  na 
miejscu, o którym ona marzy. 

Nagła myśl przyszła mi do głowy. 
-  Ja...  ja  nie  mogę  wyjść  za  pana,  panie  Balquidder  -  powiedziałam.  -  Przekazałam  ojcu  kontrolę  nad  swoim 

majątkiem. On by nigdy na to nie pozwolił. 

- Co zrobiłaś? 
Jego  dłoń  zacisnęła  się  na  mojej  brodzie.  Pchnął  mnie  tak  nocno,  że  uderzyłam  głową  o  ścianę.  Krzyknęłam  z 

bólu, na o nie zwrócił uwagi. Podszedł do okna, zasłaniając je całkowicie swoją potężną postacią. Widziałam, jak 
zaciskał pięści. Czyżbym posunęła się zbyt daleko? Czy on mi uwierzy? Dobrze wiedział, że ojciec nie użyczał mi 
ani pensa, kiedy byłam żoną Stephena. 

Obrócił się po chwili. Jego oczy miały morderczy wyraz. 
-  Mam  na  to  sposób  -  powiedział.  -  Teraz,  kiedy  tu  sobie  rozmawiamy,  twój  nieoceniony  przyjaciel  Noel  leży 

związany i jest dobrze strzeżony. Kiedy otrzymam od ciebie pisemne przyrzeczenie, że wyjdziesz za mnie za mąż, 
uwolnię go, ale ani chwili wcześniej. Podkreślam, że nie powinien zbyt długo na to czekać. Wiesz przecież, jaka 
jest  temperatura  na  dworze.  A  jeśli  zdecyduję,  że  nie  jest  mi  on  już  do  niczego  potrzebny,  nie  pożyje  długo. 
Wyjdziesz za mnie za mąż, a zapewniam cię, że znajdę sposób, aby wytłumaczyć twojemu ojcu, aby zrezygnował z 
kontroli nad majątkiem. 

Zaczęłam  płakać.  Tylko  trochę  udawałam.  Przeraziła  mnie  wiadomość,  że  Noel  został  porwany  -  jeśli  to  była 

prawda. Poza tym nie wiedziałam, jak jeszcze mogę się bronić. 

- Nie mógł pan porwać pułkownika Beresforda. 
Nie cierpiałam jego zwyczaju mówienia o wszystkich po imieniu, jakby byli jego bliskimi przyjaciółmi. 
Balquidder roześmiał się tylko, sięgnął do kieszeni i pokazał mi przełamaną na pół srebrną rączkę od laski Noela. 
- Następnym razem przyniosę coś bardziej osobistego. Może ucho. Moja droga Emilio - dodał po chwili, widząc 

moje przerażone spojrzenie - powodem mojego życiowego sukcesu jest to, że ośmielam się robić rzeczy, na które 
inni nie mają odwagi. No więc? Co wybierasz? Małżeństwo czy poświęcasz życie Noela? 

Zaczęłam gwałtownie szlochać. Tym razem już nie udawałam. Byłam zrozpaczona i sparaliżowana z przerażenia. 

Czułam,  że  Balquidder  potrząsa  mną,  coś  do  mnie  mówi,  ale  niczego  nie  rozumiałam.  Po  raz  pierwszy  w  życiu 
dostałam ataku histerii. 

Puścił mnie wreszcie. 
- Widzę, że teraz niczego z ciebie nie wydobędę - powiedział. - Mój służący potem tu przyjdzie - ta wizyta sprawi 

mu przyjemność, tobie pewnie nie. Niedługo dojdziesz do rozumu. Tymczasem do widzenia, moja droga. 

Obrócił się w stronę drzwi, a po chwili zadał mi ironiczne pytanie: 
- Może zostawić ci świecę? 
Został  jeszcze  maleńki  kawałek,  ale  postawił  lichtarz  na  komodzie  i  wyszedł  z  pokoju.  Klucz  zazgrzytał  w 

zamku,  schody  zatrzeszczały  pod  jego  ciężarem,  kiedy  schodził  na  dół.  Usłyszałam,  jak  coś  woła  do  kogoś,  i 
rozległ się trzask frontowych drzwi. 

Natychmiast zerwałam się z łóżka. Przestałam histeryzować - wezbrał we mnie gniew. Już wiedziałam, co mam 

robić. Przede wszystkim  musiałam się rozgrzać. To lodowate zimno pozbawiało mnie zdolności myślenia, a mu-
siałam mieć teraz jasny umysł. Przypomniałam sobie nagle moją umoralniającą historyjkę o Marjorie i papilotach. 

Wyciągnęłam  księgę,  która  podpierała  komodę,  po  czym  zaczęłam  wyrywać  z  niej  kartki  i  zgniatać  je.  Jeśli 

mogły  służyć  jako  papiloty,  równie  dobrze  mogą  przydać  się  do  rozpalenia  ognia,  pomyślałam.  Kiedy  z  książki 
zostały tylko same okładki, przyniosłam świecę i szybko poukładam zwinięte kawałki papieru pomiędzy leżącymi 
na palenisku gałązkami. 

Chwyciłam  rozchybotane  krzesło,  które  rozleciało  mi  się  w  rękach.  Po  chwili  miałam  już  stosik  drewna.  W 

Edynburgu  nauczyłam  się  rozpalać  ogień  w  najmniej  sprzyjających  warunkach.  Tutaj  przynajmniej  drewno  było 
suche. Ale świeca już się dopalała. 

Zapaliłam papierki, osłoniłam je okładkami książki i zaczęłam delikatnie dmuchać. Rozpaliło się. Wkrótce trzeba 

będzie dołożyć do ognia. Jeśliby zaszła taka potrzeba, byłam gotowa spalić wszystko, co znajdowało się w pokoju. 
Może nawet płomienie umożliwiłyby mi wydostanie się na zewnątrz. Ale to był ryzykowny pomysł. 

Przestałam trząść się z zimna i mogłam wreszcie myśleć. Dołożyłam jeszcze kilka kawałków krzesła do kominka 

i podeszłam do okna. Uchyliłam je z lekka i położyłam chusteczkę pod framugą. Przy odrobinie szczęścia mogła 
zostać zauważona. 

Wzięłam  dopalającą  się  świecę  i  podeszłam  do  drzwi,  aby  sprawdzić,  czy  nie  znajdę  w  nich  jakiegoś  słabego 

punktu,  ale  były  mocne.  Była  jednak  szczelina  przy  podłodze.  Zobaczyłam  nawet  słabe  światełko,  pewnie  na 

background image

 

69 

podeście  paliła  się  lampa.  Balquidder  przekręcił  klucz,  ale  zostawił  go  w  zamku,  po  drugiej  stronie.  Świeca  już 
ledwie migotała. 

Wzięłam kartonową okładkę książki i wsunęłam ją pod drzwi. Potem poszłam poszukać drewienka z połamanego 

krzesła.  Znalazłam  taki  kawałek,  który  mógłby  się  zmieścić  w  dziurce od  klucza.  Gdyby  udało  mi  się  wypchnąć 
klucz,  to  powinien upaść  na  karton,  który  wciągnęłabym  do  pokoju. Kilkakrotnie  próbowałam  tego  dokonać,  ale 
drewienko było zbyt cienkie. Świeca zgasła. 

Ręce  mi  się  spociły  ze  zdenerwowania.  Ledwie  widziałam  -  ogień  na  kominku  nie  palił  się  zbyt  jasnym 

płomieniem. Klucz ani drgnął. Macając dziurkę od klucza palcami, włożyłam do niej grubszy koniec drewienka. Po 
drugiej próbie usłyszałam stuk. Czy klucz upadł na karton? Położyłam się na ziemi, ale nie mogłam nic zobaczyć. 
Zaczęłam  powoli  wciągać  karton  do  środka.  Wydał  mi  się  trochę  cięższy.  Wreszcie  wyczułam  klucz  palcami  i 
przysunęłam go do siebie. 

Ledwie  zdążyłam  chwycić  klucz  i  wciągnąć  karton  do  pokoju,  kiedy  usłyszałam  kroki.  Nie  był  to  ciężki  chód 

Balquiddera. Abel? Czy to możliwe, żeby Abel mnie tu odszukał? Wstrzymałam oddech. 

Ktoś szarpał klamką. 
- Do diabła! 
Kto to mógł być? 
Kopanie w drzwi. 
- Niech to diabli porwą! Obiecał mi małą rozrywkę i poszedł sobie, zabierając ten cholerny klucz. 
Jeszcze  kilka  kopnięć  w  drzwi,  a  potem  kroki  w  dół,  przy  akompaniamencie  przekleństw.  Słyszałam,  jak 

mężczyzna schodził ze schodów, a potem, na samym dole, trzaśniecie drzwiami. 

Usiadłam  na  łóżku.  Przypomniałam  sobie  tego  brudnego,  pijanego  służącego,  z  którym  rozmawiałam,  kiedy 

szukałam tu Stephena. Czy to Balquidder miał na myśli, mówiąc, że niedługo dojdę do rozumu? On sam mnie nie 
chciał, ale pozwoliłby swojemu służącemu na „małą rozrywkę”. Musiałam stąd jak najszybciej wyjść. Służący był 
teraz  w  suterenie,  nie  przypuszczałam,  aby  mu  się  chciało  ponownie  wchodzić  na  górę,  jednak  nie  mogłam  być 
tego pewna. 

Miałam  nadzieję,  że  frontowe  drzwi  nie  są  zamknięte  na  klucz.  Zauważyłam  już  wcześniej,  że  domy  na  Wych 

Street stały bezpośrednio przy ulicy. W razie czego mogłabym wyjść przez okno na parterze, chociaż to mogłoby 
zwrócić czyjąś uwagę. 

Co  robić?  Szanujące  się  kobiety  nie  wychodziły  z  domu  po  zmroku.  Jeśli  nie  znajdę  dorożki,  to  będzie  mnie 

czekała długa, przerażająca droga na John Street. Ale nie czas było o tym rozmyślać. Należało przede wszystkim 
wydostać się z tego domu. 

Teraz  ogień  na  kominku  palił  się  jasnym  płomieniem  i  dość  dobrze  wszystko  widziałam.  Włożyłam  kapelusz, 

który  porywacze  cisnęli  na  łóżko,  przywiązałam  torebkę  do  paska sukni,  a  za  stanik  włożyłam  gwineę.  Wzięłam 
klucz i ostrożnie otworzyłam drzwi. 

Wszędzie  panowała  cisza.  Zamknęłam  z  powrotem  drzwi  na  klucz,  który  schowałam  do  torebki,  i  zeszłam  na 

palcach  na  dół.  Na  drugim  piętrze  było  również  cicho.  Mogłam  bezpiecznie  schodzić  niżej.  Na  podeście 
pierwszego  piętra  stała  lampa  olejowa  i  nic  nie  zakłócało  spokoju.  Już  miałam  postawić  nogę  na  stopniu,  kiedy 
zobaczyłam na ścianie monstrualny cień. 

Miałam przed sobą lekko uchylone drzwi. Wsunęłam się tam i ukryłam pomiędzy nimi a dużą półką na książki. 

Byłam pewna, że było słychać, jak bije mi serce. W sąsiednim pomieszczeniu rozległy się kroki i skrzypienie desek 
podłogi. Nie miałam wyboru - musiałam tam stać i modlić się, aby nikt tu nie wszedł. 

Byłam  w  dość  dużym  pokoju  z  dwoma  oknami,  przez  które  wpadało  z  ulicy  światło  gazowych  latami.  Czy  to 

biuro  Balquiddera?  Pod  oknami  stało  duże  biurko,  a  to,  co  wzięłam  za  półkę  na  książki,  okazało  się  szafką  z 
przegródkami,  pełnymi  papierów.  W  powietrzu  unosił  się słaby  zapach  pomady  różanej.  Za  mosiężną  osłoną,  na 
kominku, palił się ogień. To mnie najbardziej przeraziło. Balquidder miał zamiar tu wrócić - i to niedługo. 

Co robić? Wyjść i zaryzykować spotkanie ze służącym? Czy powinnam raczej zaczekać,  mając nadzieję, że on 

wróci  do  sutereny?  Nagle  kroki  się  przybliżyły.  Ledwie  pohamowałam  okrzyk  bólu,  kiedy  zostałam  uderzona 
drzwiami i wciśnięta w kąt. Wszedł mężczyzna, rozsiewając wokół silny zapach brandy. To nie był Balquidder- on 
stąpał o wiele ciężej. To na pewno był służący, ten, który przedtem usiłował dostać się do pokoju na strychu. 

Nie  widziałam  go,  ponieważ  byłam  zasłonięta  drzwiami,  ale  doskonale  wszystko  słyszałam.  Dołożył  węgla  do 

kominka, a potem podszedł do okien. Rozległ się skrzyp zamykanych okiennic i stukot zasuwanych sztab. Potem 
szelest  zasłon.  Łomot  i  przekleństwa,  kiedy  wpadł  na  biurko.  Teraz,  oprócz  brandy,  poczułam  zapach  tytoniu. 
Wydawało się, że jest w bardzo złym humorze. 

Wreszcie wytoczył się z pokoju, zatrzasnął za sobą drzwi i zaczął złazić ze schodów. Wyszłam z ukrycia dopiero 

wtedy gdy usłyszałam trzaśniecie drzwi w suterenie. 

W pokoju było teraz o wiele ciemniej, ale ogień na kominku płonął tak intensywnie, że jego języki lizały osłonę. 

Na  gzymsie  stał  świecznik.  Zapaliłam  świece  i  wróciłam  do  szafki  z  przegródkami.  Wyjęłam  jedną  z  teczek. 
Widniał  na  niej  napis  „Alexander  Max”.  W  środku  były  kolumny  cyfr  po  prawej  stronie,  a  notatki  po  lewej. 
Zrozumiałam nagle, że to były akta ciemnych interesów Balquiddera. Ten pan Max był niewątpliwie jedną z jego 

background image

 

70 

ofiar.  Dziwne  nazwisko,  „Max”,  pomyślałam.  Odłożyłam  teczkę  na  miejsce  i  wyciągnęłam  następną.  „Alistair 
Came”, przeczytałam. Tak, na pewno miałam rację. Pan Came - znowu dziwne nazwisko - był kolejnym klientem. 
Ale dlaczego „M” poprzedzało „C”? 

Po chwili przypomniałam sobie, że Balquidder miał zwyczaj mówienia o ludziach, używając ich imienia. Kiedy 

go  poznałam,  zakładałam,  że  nazywa  mnie  „Emilią”,  ponieważ  jestem  żoną  jego  przyjaciela,  chociaż  taka 
poufałość  była  zupełnie  nie  na  miejscu.  Później  myślałam,  że  on  w  ten  sposób  daje  wyraz  swojej  pogardzie.  A 
może  pan  Max  był  po  prostu  panem  Maxwellem,  a  pan  Came  -  panem  Cameronem?  Czy  on  ich  umieścił  pod 
alfabetycznym spisem imion? 

Czy  znajdę  coś  pod  George?  Było  tam  wielu  George’ów,  ale  nie  było  George’a  Beresforda.  Popatrzyłam  pod 

Bonne Chance, nazwą plantacji w Demerara. Nic. Ainderby. Nic. Czyżbym się myliła? 

W  rozpaczy  zaczęłam  szukać  Noela.  Znalazłam.  Otworzyłam  teczkę  i  rozłożyłam  ją  na  biurku.  Listy, 

pokwitowania  spłaty  odsetek  -  zauważyłam,  że  były  rzeczywiście  poświadczone  przez  świadków.  Na  oddzielnej 
stronie  była  lista  wszystkich  zasobów  Noela,  łącznie  ze  spadkiem,  jakby  Balquidder  również  miał  na  to  oko. 
Wreszcie  dwa  dokumenty  na  pergaminie,  z  pieczęciami  na  sznurkach;  jeden  dotyczył  praw  do  Bonne  Chance,  a 
drugi - był zabezpieczeniem roszczeń pieniężnych na Ainderby. Dobry Boże, pomyślałam, nic dziwnego, że Noel 
tak się tym martwił. George musiał być szalony, narażając się na utratę Ainderby. 

Co powinnam zrobić? Zabrać te dokumenty, ale jak? Miałam tylko niewielką torebkę. 
Zauważyłam  leżącą  na  krześle  poduszkę.  Zdjęłam  z  niej  poszewkę  i  włożyłam  do  środka  papiery.  Potem 

zaczęłam  szukać  w  przegródkach  Stephena  K.  To  nazwisko  zostało  przekreślone  czarnym  atramentem,  a  pod 
spodem widniały złowieszcze słowa: „Spotkać się z Emilią”. Nie oglądałam już swojej teczki, sprawdziłam tylko, 
czy rzeczywiście o mnie chodziło. 

Potem  popatrzyłam  pod  Aline  -  jej  teczka  była  pełna.  Przejrzałam  ją  pobieżnie.  Na  końcu  było  notatka  o 

pieniądzach wypłaconych Tryphenie i Marii C. Może chodziło o pannę Carver? Ta teczka również znalazła się w 
poszewce. 

Zostały trzy podejrzanie puste przegródki. Wsunęłam tam inne teczki, ale Balquidder mógł łatwo zauważyć, że 

porządek  alfabetyczny  został  zakłócony.  Czy  powinnam  zniszczyć  wszystko?  Wystarczyło  odsunąć  osłonę  od 
kominka  i  zrzucić  kilka  płonących  węgli  na  dywanik.  Dom  spłonąłby  natychmiast.  Musiałam  jednak  myśleć  o 
sąsiadach. Na takiej ulicy ogień rozprzestrzeniłby się bardzo szybko. 

Z ulicy dały się słyszeć jakieś krzyki. Pijacka kłótnia, która mi przypomniała, że powinnam już się stąd wynieść. 

Wzięłam  pod  pachę  wypchaną  poszewkę  i  cicho  zeszłam  na  dół.  Żadnego  dźwięku.  Na  drzwiach  frontowych 
wisiała ciężka zasłona, która chroniła od przeciągów. Odsunęłam ją. Na szczęście klucz był w zamku. Na pewno 
służący  zamknął  drzwi  po  wyjściu  Balquiddera.  Otworzyłam  je  i  schowałam  klucz  do  torebki  -  sama  nie  wiem 
dlaczego, przecież nie miałam najmniejszego zamiaru tam wracać. 

Kiedy  znalazłam  się  na  ulicy,  wprost  z  ciepłego  biura  Balquiddera,  zadrżałam  z  zimna.  Dopiero  po  chwili 

zorientowałam  się,  że  nastąpiło jednak  wyraźne  ocieplenie.  Pomiędzy  nierównymi  płytami  chodnika  zobaczyłam 
kałuże. Zaczęła się odwilż. 

Szłam  w  kierunku  Newcastle  Street,  kiedy  zegar  kościoła  St.  Clement  Dane  wybił  siódmą  godzinę.  Nie  było 

jeszcze  późno,  ale  już  zupełnie  ciemno.  Chciałam  jak  najszybciej  dotrzeć  do  Strandu.  Tam,  wśród  ludzi, 
poczułabym  się  bezpiecznie.  Może  nawet  znalazłabym  dorożkę.  Przyspieszyłam  kroku,  ściskając  wypchaną 
poszewkę, którą trudno było wygodnie uchwycić. 

Miałam  właśnie skręcić  w lewo,  kiedy  usłyszałam  za  sobą szybkie  kroki.  Zaczęłam  biec.  Po chwili usłyszałam 

wołanie: „Panno Emilio!” Obróciłam się szybko. 

- Abel! 
Nie pamiętam, aby czyjś widok sprawił mi kiedykolwiek równie wielką przyjemność. 
- Och, panno Emilio. Ja czekałem na ulicy na okazję, żeby dostać się tam do pani. Widziałem chusteczkę. 
Biedny Abel szczękał zębami z zimna. 
- Jak długo tu jesteś? Czy widziałeś Balquiddera? 
- Nie, panienko. Jestem tu tylko około dwudziestu minut. Och, panienko, pułkownik został porwany. 
Zacisnęłam  powieki.  Balquidder  mi  to  powiedział,  ale  miałam  jeszcze  nadzieję,  że  skłamał.  Sama  nie  wiem 

dlaczego. Widziałam przecież złamaną rączkę laski Noela. 

- Jak to się stało? - spytałam, kiedy dotarliśmy do Strandu. - Pospiesz się, Abel, złap tę dorożkę. 
Na postoju była tylko jedna dorożka - pojazd i koń nie byli w najlepszej kondycji. Kiedy Abel dotarł na miejsce, 

dorożkarz zdjął derkę z konia i otworzył drzwiczki. Abel chciał się wspiąć na kozioł. 

- Na litość boską, wejdź do środka - powiedziałam. - Nie będziemy sobie teraz zawracać głowy konwenansami. 

Muszę się dowiedzieć wszystkiego o pułkowniku. 

Koń biegł powolnym kłusem, w dorożce śmierdziało mokrą słomą i jeszcze gorzej, ale przynajmniej było cieplej 

niż na dworze. Opowiedziałam Ablowi o swojej przygodzie. 

-  Pułkownik  bardzo  się  zmartwił,  kiedy  nie  wróciła  pani  z  miasta,  panno  Emilio.  Panna  Carver  mówiła,  że 

zgubiłyście się w Grafion House. Cały czas płakała. 

background image

 

71 

Roześmiałam  się  z  ironicznego  głosu  Abla,  kiedy  mówił  o  pannie  Carver.  Oczywiście  udawała,  pomyślałam. 

Przypomniałam sobie zapis w teczce Aline, „Maria C.”. Chyba to ona. 

- Czy wiesz, jak panna Carver ma na imię? 
- Maria, panienko. Dlaczego pani pyta? 
- To nieważne. Mów dalej. 
- Potem ktoś przyszedł i powiedział, że została pani zatrzymana za kradzież w sklepie. 
- Co? 
- Tak powiedzieli, panienko. Pułkownik złapał laskę i wyszedł razem z nimi i tyle go widzieliśmy. 
Z  trudem  powstrzymałam  się,  aby  nie  wybuchnąć  płaczem.  Tego  już  było  za  wiele.  Przez  cały  dzień  szarpana 

byłam sprzecznymi emocjami - strachem, gniewem i uczuciem ulgi. Pragnęłam znaleźć się znowu na John Street, 
gdzie  zostanę  otoczona  opieką  i  będę  mogła  odpocząć.  Ale  teraz  to  nie  było  możliwe.  Muszę  zachować  spokój, 
pomyślałam. Przestałam rozmyślać o swoich przejściach i skoncentrowałam się na opowieści Abla. 

- Czy pan Bagnigge jest w domu? 
-  Tak,  panienko.  Rwie  włosy  z  głowy,  to  znaczy  te,  które  mu  pozostały.  Przepraszam,  nie  powinienem  teraz 

ż

artować. 

Pomyślałam,  że  Tryphena  i  Maria  C.  nie  powinny  dowiedzieć  się  o  mojej  ucieczce,  były  przecież  na  żołdzie 

Balquiddera. 

- Abel, czy potrafisz utrzymać tajemnicę? 
- Gdyby w domu był kapuś, panienko? Proszę się nie martwić. Sam  mam swoje podejrzenia i dobrze wiem,  że 

trzeba trzymać język za zębami - powiedział Abel, wyraźnie obrażony. 

Przeprosiłam go. 
-  Postaram  się  wejść  do  domu  niepostrzeżenie.  Nie  chodzi  mi  o  Hannah,  ale  poza  nią  nikt  nie  powinien  mnie 

widzieć. Muszę natychmiast zobaczyć się z panem Bagnigge. 

-  Trzeba  zatrzymać  dorożkę  na rogu  ulicy. Ja  pójdę  pierwszy,  panienko.  Nikt  się  nie  będzie  dziwił, jeśli  wejdę 

drzwiami od sutereny. Potem będę mógł otworzyć pani frontowe drzwi. 

Już  dojeżdżaliśmy  na  miejsce.  Zastukałam  w  dach,  aby  zatrzymać  dorożkę.  Wysiedliśmy,  ja  zapłaciłam 

dorożkarzowi,  ja  Abel  pobiegł  naprzód.  Widziałam,  jak  schodził  do  sutereny.  Wolno  podeszłam  do  frontowych 
drzwi i spokojnie czekałam. 

Księżyc  już  był  na  niebie,  wszystko  pogrążone  było  w  niebieskawosrebrzystym  świetle.  Na  masztach  małych 

stateczków  widać  było  krople  wody,  światło  księżyca  rzucało  dziwne  cienie,  wszystko  było  teraz  bardziej 
niebieskie  niż  za  dnia.  Niewielu ludzi  było  na  ulicach.  Od  nabrzeża  Adelphi  dochodziły  mnie  pojedyncze  głosy. 
Pod  mostem  spało już  kilku  mężczyzn.  Biedacy,  pomyślałam.  Potem  usłyszałam jeszcze  inny  dźwięk,  stłumiony 
huk i trzask - lód na rzece zaczynał pękać. 

Jeśli moje podejrzenia były słuszne, to Noelowi groziło śmiertelne niebezpieczeństwo. 
Usłyszałam zgrzyt klucza w zamku. W drzwiach stała Hannah. 
- Och, panienko - szepnęła. - Słyszeliśmy, że została pani aresztowana. 
- Nic podobnego. Zostałam porwana. Ale nikomu o tym ani słowa, Hannah. Muszę natychmiast zobaczyć się z 

panem Bagnigge. 

- On jest w gabinecie, panienko. Może przynieść pani coś do jedzenia? Musi być pani okropnie głodna. 
-  Tak,  proszę.  Cokolwiek  ci  się  uda,  ale  zrób  to  dyskretnie.  Mówię  poważnie,  Hannah,  od  tego  może  zależeć 

ż

ycie pułkownika. 

Boże,  co  za  melodramat,  pomyślałam.  Mówię  jak  bohaterki  moich  romansów.  Ale  Hannah  przyjęła  to 

stwierdzenie  z  pełnym  zrozumieniem.  Tajemniczość  sytuacji  wydawała  się  sprawiać  jej  przyjemność,  ponieważ 
zaczęła się skradać w dół z przesadną ostrożnością. 

Natychmiast  po  moim  wejściu  do  gabinetu  pan  Bagnigge  zamknął  za  mną  drzwi,  popchnął  mnie  na  krzesło  i 

podał kieliszek brandy. 

- Upiję się tym - powiedziałam, ale zrobiło mi się ciepło już po jednym łyku. 
Opowiedziałam mu pokrótce swoje przygody i pokazałam wypchaną papierami poszewkę. 
- Chcę panu coś pokazać - powiedziałam. 
Otworzyłam  teczkę  Aline  i  wskazałam  palcem  dwa  nazwiska:  Tryphena  i  Maria  C.  Pan  Bagnigge  gwizdnął  z 

cicha. 

- Trzeba to wszystko schować w jakimś bezpiecznym miejscu, nie mamy zbyt wiele czasu - powiedziałam. - Aha, 

jeszcze to - dodałam, wyjmując z torebki dwa ciężkie klucze. 

Pan Bagnigge otworzył szafkę, gdzie trzymano brandy i zamknął tam teczki. Klucze włożył do puszki po tytoniu. 

Ktoś  cicho  zastukał  do  drzwi.  Weszła  Hannah  z  tacą,  na  której  stały  dwie  filiżanki  kawy,  talerz  zupy,  kilka 
kawałków chleba i masło. 

- Tylko to znalazłam, panno Emilio - powiedziała przyciszonym głosem. 
Widać było, że świetnie się bawi. 
- To mi zupełnie wystarczy, dziękuję ci, Hannah. 

background image

 

72 

- Czy to wszystko, panienko? 
- Niedługo wyjdę do miasta. Hannah, nikomu ani słowa. 
- Oczywiście, panienko. Nikt nie wydrze ze mnie tej tajemnicy. 
Po wyjściu Hannah pan Bagnigge zwrócił się do mnie. 
- Co to za pomysł, aby wychodzić do miasta, młoda damo? 
- Myślę, że wiem, gdzie przetrzymują pułkownika. 
- U Moxona? 
-  Nie.  Nie  sądzę,  żeby  Balquidder  chciał  wykorzystać  to  miejsce  po  raz  drugi.  Moxon  ma  teraz  maszynę 

drukarską na chodzie, naprzeciwko nabrzeża Three Cranes. Ja i Abel widzieliśmy tam Balquiddera. Na namiocie 
jest nazwisko Jacek Mróz czy coś w tym rodzaju. 

- Nie mszy się pani z domu ani na krok! 
-  Będę  panu  potrzebna,  panie  Bagnigge.  Na  festynie  jest  pełno  maszyn  drukarskich.  Sama  naliczyłam  sześć,  a 

może ich być o wiele więcej. A ja poznam to miejsce. 

- A pan Balquidder pozna panią. 
-  Nie.  Włożę  ubranie  Billy’ego  i  schowam  włosy  pod  czapkę.  Przecież  on  nie  będzie  się  spodziewał  mnie 

zobaczyć... Poza tym zostało już niewiele czasu, o czym dobrze pan wie, panie Bagnigge. Nadchodzi ocieplenie. 

Głos  mi  się  załamał.  Pomyślałam  o  Noelu,  który  leżał  tam  związany,  wiedząc,  że  pogrąży  się  wkrótce  w 

lodowatych  wodach  Tamizy.  Nawet  teraz  słyszałam  odgłos  spadających  za  oknem  kropli  wody  -  lód  szybko  się 
topił. 

Pan Bagnigge ukrył twarz w dłoniach. Wiedział równie dobrze jak ja, że jeśli Noel jest w namiocie na lodzie, to 

albo umrze z zimna, albo utonie. 

-  Dobrze,  panno  Emilio  -  powiedział  wreszcie.  -  Ale  musi  mi  być  pani  posłuszna.  Pułkownik  nigdy  by  mi  nie 

darował, gdyby pani coś się stało. 

Ż

eby to była prawda, pomyślałam. 

- Byłby chyba zadowolony, gdyby się mnie pozbył! Sprawiam mu same kłopoty. 
-  Jego  porwanie  prawdopodobnie  miało  być  gwarancją  pani  uległości  -  powiedział  pan  Bagnigge,  obrzucając 

mnie dziwnym spojrzeniem. - Co prawda, trudno zgadnąć, co mógłby zrobić, aby nie dopuścić do pani małżeństwa 
z  panem  Balquidderem.  Jest  pani  pełnoletnia  i  wolna.  Przypuszczam,  że  pan  Balquidder  mógłby  żądać  od 
pułkownika okupu za pani uwolnienie. 

- Nigdy bym się na to nie zgodziła! 
- Pułkownik oddałby wszystko za pani bezpieczny powrót do domu. 
Potrząsnęłam głową. Wiedziałam, że mówił to z dobrego serca, ale mnie te słowa raniły. 
- Co weźmiemy ze sobą? - spytałam. 
-  To,  co  brałem  zawsze  na  akcję  -  powiedział  pan  Bagnigge,  pokazując  mi  plecak.  -  Miałem  go  ze  sobą  na 

półwyspie. Jest tu wszystko, co trzeba, kiedy nie wiemy, co nas może czekać: nóż, lina, manierka brandy, hubka do 
krzesania ognia i latarnia. 

- Czy ma pan drugi nóż? - spytałam. 
Cokolwiek  się  stanie,  nie  miałam  zamiaru  poddać  się  bez  walki.  W  ogóle  nie  miałam  zamiaru  się  poddać.  To 

dziwne,  pomyślałam,  że  moje  bohaterki  nigdy  nie  myślały  o  noszeniu  noża.  In  extremis,  mdlały  -  mnie  nie 
przydałoby się to na nic. W trakcie naszej rozmowy zjadłam talerz zupy i chleb z masłem. Poczułam się o wiele 
lepiej. 

- Jeśli nie ma żadnych przeszkód na drodze - powiedziałam, odkładając łyżkę - to pójdę teraz na górę. Wrócę za 

dziesięć lub piętnaście minut. Proszę pamiętać o nożu, panie Bagnigge. 

Pan Bagnigge otworzył drzwi i wyjrzał na korytarz. Z sutereny dochodziły głosy, ale reszta domu pogrążona była 

w ciszy. Podał mi zapaloną świecę. 

- Może pani iść - powiedział. - A ja poszukam noża. 
Prześlizgnęłam  się  do  swojego  pokoju  i  zamknęłam  drzwi  na  klucz.  Zapaliłam  kilka  świec,  postawiłam  je  na 

toaletce  przed  lustrem  i  zabrałam  się  do  pracy.  Chciałam  się  bardzo  ciepło  ubrać.  Dobrze  wiedziałam,  jak 
paraliżujące jest zimno. Włożyłam pod spodnie dwie pary pończoch, ciepły kaftanik pod szorstką, lnianą koszulę 
Billa  i  jego  sztruksową  kurtkę.  Zawiesiłam  mufkę  na  szyi,  schowałam  włosy  pod  czapkę  i  włożyłam  ciepłe 
rękawiczki.  Zabrałam  ze  sobą  swoją  starą  pelerynę,  cicho  otworzyłam  drzwi,  potem  zamknęłam  je  na  klucz  i 
bezszelestnie zeszłam na dół. 

Na mój widok pan Bagnigge uniósł tylko brwi. Wzięłam się pod boki i dumnie przemaszerowałam przez pokój. 
- Z pani jest niezłe ziółko, panno Emilio. - Pan Bagnigge roześmiał się. 
Nie powiedział jednak, że się kompromituję tym przebraniem. Podał mi niewielki sztylet. 
-  Niech  pani  uważa,  jest  bardzo  ostry.  Proszę  go  włożyć  za  pas.  Dobrze.  Naszym  głównym  zadaniem  jest 

uwolnienie  pułkownika  i  niedopuszczenie  do  tego,  aby  została  pani  ponownie  porwana.  W  tej  akcji  ja  jestem 
jedyną osobą, która może iść na straty. 

Otworzyłam usta, aby zaprotestować. 

background image

 

73 

- I ja wydaję rozkazy - dodał. - Idziemy. 
 
Tej nocy zamarznięta Tamiza stanowiła niezwykły widok. Niebo było czyste, ciemnogranatowe, prawie czarne i 

usiane gwiazdami. Nad naszymi głowami rozpościerała się Droga Mleczna, jak rzucony niedbale welon. Kontury 
domów i kościołów rysowały się wyraźnie na tle nieba. Zobaczyłam Oriona nad kopułą katedry Świętego Pawła, a 
Kasjopeję nad London Bridge. Księżyc był jaskrawożółty, jak nowa moneta - zbyt jasny i jaskrawy jak na nasze 
potrzeby. 

Zeszliśmy do Tamizy schodami Queenhithe. Dzięki Bogu, nie byliśmy tam jedynymi gośćmi tej nocy. Na lodzie 

widać było dużo płonących piecyków, dokoła których siedziały skulone postacie. Przez te kilka dni, od czasu kiedy 
byłam  tu  z  Ablem,  festyn  zimowy  bardzo  się  rozwinął,  chociaż  niektórzy  już  zaczynali  się  pakować.  Składano 
namioty stojące na środku rzeki. 

Teraz  było  również  o  wiele  ciepłej.  Pod  moimi  stopami  rozlegały  się  złowieszcze  trzaski.  Blisko  środka  rzeki 

pokrywa lodu już się lekko wybrzuszyła. 

- Gdzie jest to miejsce? - spytał pan Bagnigge. 
-  Naprzeciwko  Three  Cranes  Wharf.  Obok  sprzedają  pierniki    i  jest  namiot  z  napisem  „Moskwa”.  Proszę 

popatrzeć! - Wskazałam proporczyk z tym napisem. 

- To jeszcze spory kawałek - stwierdził pan Bagnigge, marszcząc brwi. 
Nie mieliśmy dużo czasu. Lód zaczął już pękać. 
- Chodźmy - powiedziałam. 
Chyba nie spotkamy tam  Balquiddera? Czyżby przy swojej wadze ryzykował spacer po kruchym lodzie? Ale z 

drugiej strony, jeśli wrócił do domu i dowiedział się o mojej ucieczce... 

Szliśmy  za  grupką  młodych  chłopców,  którzy  się  śmieli,  popychali  i  bardzo  dobrze  bawili.  Szczęśliwie  się 

złożyło, że szli w tym samym kierunku co my, w stronę London Bridge. Miałam nadzieję, że dzięki tej hałaśliwej 
grupie nikt nie zwróci na nas uwagi. Rozglądałam się bacznie dokoła. 

- To tu! - powiedziałam, pociągając pana Bagnigge za rękaw. 
Wskazałam ruchem głowy napis „Prasa Drukarska Jacka Mroza”. Jesteśmy zbyt daleko od brzegu, pomyślałam, 

czując ruch lodu pod stopami. 

 Przed wejściem do namiotu, na odwróconej do góry dnem skrzynce, siedział jakiś mężczyzna, grzejąc ręce przy 

piecyku. Co chwila sięgał po stojącą obok butelkę i ostro z niej pociągał. 

- To dziwne, że jest sam - szepnął pan Bagnigge. - Może pilnuje maszyny drukarskiej. Te rzeczy są drogie. 
- Albo pilnuje jeszcze czegoś innego - dodałam. 
Przeszliśmy obok. Zauważyłam, że wejście do namiotu było zamknięte. 
- Musimy zajrzeć do środka - powiedział pan Bagnigge. 
Pomacałam swój sztylet. Był ostry jak brzytwa i spiczasty na końcu. 
- On pije - powiedziałam. 
Popatrzyłam na namiot „Moskwa”, z którego dochodziły pijackie śpiewy. 
- Jeśli przyniesie pan butelkę i zacznie zabawiać go rozmową, ja przetnę z tyłu płótno namiotu i zajrzę do środka. 
- Będzie pani widoczna od strony brzegu. 
- Nic się na to nie poradzi. Położę się; lód jest nierówny i będzie mnie trochę osłaniał. Tylko pan może wdać się z 

naszym przyjacielem w pijackie rozhowory. 

-  To  ci  mądrala  -  parsknął,  niezadowolony  z  takiego  obrotu  rzeczy  pan  Bagnigge,  ale  sam  nie  miał  lepszego 

pomysłu. 

Rozeszliśmy  się.  Przeszłam  na  tyły  namiotu,  udając,  że  szukam  ustronnego  miejsca.  Znalazłam  lodowe 

wzniesienie, za którym mogłam się ukryć. Rozejrzałam się szybko dokoła, położyłam i zaczęłam pełznąć w stronę 
namiotu.  Płótno  było  bardzo  grube.  Co  prawda  przebiłam  je  sztyletem,  ale  nie  mogłam  przeciąć.  Zdjęłam 
rękawiczkę,  usiłując  wymacać  szew.  Cięcie  nici  byłoby  łatwiejszym  zadaniem.  Kiedy  przesunęłam  dłoń  w  dół, 
napotkałam  jakiś  bierny  opór.  Ciało?  Noela?  Lekko  przycisnęłam  to  miejsce  dłonią.  Poruszyło  się.  Bałam  się 
odezwać,  żeby  mnie  strażnik  nie  usłyszał,  więc  tylko  włożyłam  sztylet  w  szew  namiotu.  Nie  szło  mi  łatwo. 
Wydawało mi się,  że upłynęły całe wieki, zanim zdołałam wyciąć dziurę na tyle dużą, aby móc zajrzeć do środka. 
Było  tam  ciemno  i  niewiele  mogłam  zobaczyć,  ale  wystarczająco  dużo,  aby  stwierdzić,  że  leży  tam  związany 
człowiek. 

- Noel? 
Odpowiedział  mi  cichy  jęk.  Przecięłam  jeszcze  kawałek  płótna,  aby  dostać  się  do  środka.  Noel  miał 

zakneblowane usta, związane ręce i nogi. 

- Bądź cicho - szepnęłam. 
Najpierw  przecięłam  knebel,  co  nie  było  trudne,  potem  sznur,  którym  miał  związane  ręce.  Był  tak  mocno 

zapętlony,  że  Noel  miał  lodowate  dłonie.  Starałam  się  to  robić  bardzo  delikatnie.  Wreszcie,  po  dłuższej  chwili, 
sznur  pękł.  Miałam  ochotę  ogrzać  mu  dłonie  pocałunkami,  rozpłakać  się  nad  jego  cierpieniem,  krzyczeć  z 
przerażenia, ale niczego takiego nie zrobiłam. Kiedy się odezwałam, miałam spokojny, rzeczowy głos. 

background image

 

74 

- Muszę teraz przeciąć sznur na nogach. Czy możesz się trochę przesunąć? 
Noel  zgiął  kolana  i  przesunął  się  trochę.  Z  przodu  namiotu  dochodziły  odgłosy  rozmowy  pana  Bagnigge  ze 

strażnikiem. Pan Bagnigge musiał mu opowiedzieć jakiś pieprzny kawał, ponieważ strażnik krztusił się ze śmiechu. 
Szybko przecięłam krępujący nogi Noela sznur; był zawiązany dość luźno. Noel usiadł z trudem i zaczął masować 
sobie  dłonie.  Musiały  go  okropnie  boleć.  Zobaczyłam  łzę  na  jego  policzku  i  słyszałam,  jak  wciągał  oddech. 
Zabrałam się do poszerzania dziury w namiocie. 

- Wypełznij na zewnątrz - powiedziałam. 
- Nie wiem, czy mi się to uda, moja droga. 
- Pijesz podczas pracy, Ned? - usłyszałam nagle znajomy głos. 
Odgłos ciosu. Krzyk strażnika. 
- A kim ty jesteś, u diabła? 
To pytanie było prawdopodobnie skierowane do pana Bagnigge. 
- Tylko trochę się zabawiam - odezwał się pan Bagnigge. 
- Odejdź stąd... Zaraz, czy ja ciebie nie znam...? 
- Wychodź, Noelu - syknęłam. - Wszystko jedno jak, ale wyjdź. 
Wyjrzałam  zza  rogu  namiotu.  Pan  Bagnigge  biegł  chwiejnym  krokiem  pijaka  w  kierunku  namiotu  „Moskwa”, 

strażnik leżał bez ruchu na lodzie, a Balquidder, który stał odwrócony do mnie tyłem, rozglądał się dokoła, jakby 
nie wiedział, co robić. 

Pan Bagnigge potrafił dać sobie radę sam. Moim zadaniem było odciągnąć Balquiddera od Noela. Przeczołgałam 

się  wokół  namiotu,  złapałam  piecyk  za  nogę  i  przewróciłam  go.  Rozżarzone  węgle  z  sykiem  wypadły  na  lód, 
piecyk upadł na namiot, płomienie zaczynały lizać płótno. Noel był już jedną nogą poza namiotem, zerwałam się, 
wyciągnęłam go na zewnątrz, za występ lodu. 

Balquidder obrócił się szybko. Początkowo myślałam, że mnie nie zauważył, ponieważ kopnął strażnika, jakby to 

on  wywrócił  piecyk.  Płomienie  ogarniały  już  cały  namiot.  Z  namiotu  „Moskwa”  rozległy  się  krzyki,  wypadł  z 
niego pan Bagnigge i wielu innych mężczyzn. Wszyscy biegli w stronę płonącego namiotu. 

Wtedy Balquidder zobaczył mnie. 
Zerwałam  z  siebie  pelerynę,  żeby  nie  hamowała  mi  ruchów,  zarzuciłam  ją  na  Noela  i  puściłam  się  biegiem. 

Biegłam w kierunku środka rzeki, gdzie pojawiło się nagle wąskie pasmo ciemnej wody. Lód chwiał się pod moimi 
stopami. Im bliżej środka rzeki, tym głębsze były szczeliny. 

Obejrzałam się. Balquidder zatrzymał się. Widać było, że chce się wycofać. Nie mogłam do tego dopuścić. Noel 

nie był w stanie uciekać. 

Przyłożyłam  dłonie  do  ust  i  krzyknęłam  „Archie!”.  Odwrócił  się  szybko.  Odtańczyłam  na  lodzie  taniec 

zwycięstwa i wykonałam kilka lekceważących gestów. Jeśli przedtem nie był pewien, czy to ja, teraz już wiedział. 

Z rykiem wściekłości rzucił się do przodu - jak on szybko biegał. 
Stephen  mówił  mi  kiedyś,  że  Balquidder  otrzymywał  w  szkole  nagrody  za  zwycięstwo  w  biegach,  ale  mu  nie 

wierzyłam.  Teraz  wiedziałam  już,  że  mówił  prawdę.  Mimo  swojej  wagi,  biegł  bardzo  lekko  i  odległość  między 
nami  zaczynała  szybko  maleć.  Ja  byłam  zmęczona,  bolała  mnie  posiniaczona  głowa  i  szyja,  miałam  nogi  jak  z 
ołowiu. Wiedziałam, że długo nie wytrzymam. 

Miałam nad nim tylko jedną przewagę - byłam lekka, a on był ciężki. Musiałam go zwabić na cienki lód. Było to 

ryzykowne, ale nie miałam innego wyjścia. 

Widziałam teraz wyraźnie pęknięcie na środku rzeki. Gwiazdy odbijały się w paśmie wody, które z każdą chwilą 

się poszerzało. 

Balquidder był coraz bliżej. Słyszałam jego ciężkie kroki za plecami. Kiedy dotarłam do czarnej wstążki wody, 

czułam ból w płucach, brakowało mi oddechu. Zebrałam resztki sił i skoczyłam. 

10 

Udało  mi  się  skoczyć  na  kawałek  lodu  po  przeciwnej  stronie.  Wyjęłam  swój  sztylet  i  obróciłam  się  szybko. 

Gdyby miało dojść do najgorszego, to drogo sprzedam swoje życie. 

Balquidder zorientował się, że grozi mu niebezpieczeństwo. Lód popękał dokoła, a on stał na małej, chybotliwej 

krze. Nie mógł skoczyć  - to by zakłóciło chwiejną równowagę kry. Nie mógł posunąć się do przodu ani do tyłu, 
dokoła niego było coraz szersze pasmo wody. Rozległ się trzask, kiedy jego kra zderzyła się z pokrywą lodową. Po 
chwili  zaczęła  się  wolno  przechylać.  Balquidder  poruszył  się,  próbując  temu  przeciwdziałać.  Na  próżno.  Kra 
stanęła  sztorcem.  Rozległ  się  przeraźliwy  krzyk  i  Balquidder  wpadł  do  wody.  Kra  przesunęła  się  nad  nim, 
wyprostowała, a jego już nie było. 

Stałam  zdrętwiała  z  przerażenia.  Dopiero  po  chwili  zorientowałam  się,  że  sama  jestem  w  niebezpieczeństwie. 

Mój kawałek lodu również groził oderwaniem od głównej tafli. Spojrzałam w stronę południowego brzegu Tamizy. 
Może  było  to  spowodowane  kierunkiem  prądu  rzeki,  ale  lód  od  strony  południowej  był  o  wiele  cieńszy  i  mniej 
stabilny  niż  od  północy.  Musiałam  przedostać  się  na  północną  stronę,  gdzie  lód  był  bardziej  bezpieczny. 
Tymczasem pasmo wody na środku rzeki stawało się coraz szersze. 

Byłam  tak  przerażona,  że  dopiero  po  dłuższej  chwili  usłyszałam  głośne  okrzyki.  Obróciłam  się  szybko. 

background image

 

75 

Zobaczyłam  w  oddali  dymiące  szczątki  namiotu  Jacka  Mrożą  i  dwóch  mężczyzn  biegnących  w  moim  kierunku. 
Nieśli deskę. Kiedy się zbliżyli, w jednym z nich rozpoznałam pana Bagnigge. 

Domyślałam się, co chcieli zrobić, ale czy to się mogło udać? Czy nie było za późno? Kiedy zbliżali się do skraju 

lodu,  zwolnili,  uważnie  wybierając  drogę.  Pan  Bagnigge  gwałtownie  gestykulował.  Doszłam  do  miejsca,  gdzie 
zaczęli przesuwać deskę. 

- Szybko, nie wolno tracić czasu! - wołał pan Bagnigge. 
Na jego twarzy widać było napięcie. 
Starałam się uchwycić drugi koniec deski, ale dłonie miałam zmarznięte i nie mogłam jej utrzymać. Deska stale 

wyślizgiwała mi się z rąk. 

- Łap ją, chłopcze - popędzał mnie drugi mężczyzna. 
Czułam, jak lód zaczyna uginać się pod moimi stopami. Wreszcie udało mi się chwycić deskę, która wystawała 

może trzy centymetry poza wodę. To wszystko wyglądało bardzo niebezpiecznie. 

- Szybciej, chłopcze. Nie trać czasu. Lód pęka. 
Za  mną  już  tworzyła  się  szczelina.  Nie  wahałam  się  dłużej.  Przebiegłam  po  desce.  Mężczyźni  złapali  mnie  w 

momencie, kiedy deska przechyliła się i wpadła do wody. 

Dotarliśmy  do  płonącego  namiotu,  chociaż  chwilami musieli  mnie  nieść.  Nogi mi  się  trzęsły  i  miałam  zawroty 

głowy z wyczerpania. 

Kiedy dotarliśmy do bezpiecznego  miejsca, opadłam  na lód bez siły. Pan Bagnigge podał mi  manierkę brandy. 

Wypiłam łapczywie kilka łyków. Słyszałam, jak dziękował mojemu drugiemu wybawcy, zadźwięczały monety. 

- Pułkownik? - wykrztusiłam, kiedy zbliżył się do mnie. 
- Nic mu nie jest. Zanieśliśmy go na schody Queenhithe. Pojedzie stamtąd dorożką. Czy da pani radę iść? 
- Tak - powiedziałam, wstając z lodu. - Na litość boską, chodźmy stąd. 
Noel  czekał  na  nas  przy  Queenhithe  Stairs.  Siedział  na  worku,  dwóch  mężczyzn  stało  przy  nim.  Jeden  z  nich 

zagwizdał,  kiedy  nas  zobaczył.  Podjechała  zdezelowana  dorożka.  Noel  miał  na  sobie  moją  pelerynę,  a  kiedy  do 
niego podeszłam, wstał na chwiejnych nogach, zarzucił mijana ramiona i poklepał po ramieniu pana Bagnigge. 

- Dobra robota, Jem. 
Potem  potrząsnął  dłońmi  towarzyszących  mu  mężczyzn.  Znowu  brzęk  monet.  Mężczyźni  podnieśli  dłonie  do 

czapek i odeszli. 

Noel nakazał mi gestem, abym wsiadła do dorożki. 
- A pan Bagnigge? - zaprotestowałam. 
W dorożce było miejsce tylko dla dwóch osób, a pan Bagnigge był przecież niemłodym człowiekiem. 
-  Lepiej  będzie,  jak  siądę  przy  dorożkarzu,  panno  Emilio.  Tak  będzie  bezpieczniej  -  on  jest  już  nieźle 

zamroczony. 

Rzeczywiście,  dorożkarz  chwiał  się  na  koźle,  mimo  to  sięgał  do  kieszeni  płaszcza  i  pociągał  ze  skórzanego 

bukłaka. 

- Niech pan to włoży - powiedziałam, podając mu pelerynę, i wsiadłam do dorożki. 
Noel wszedł po mnie, przytrzymując się drzwiczek. Stwierdziłam z ulgą, że jego dłonie były już w dobrym sta-

nie. Rozpiął pelerynę, aby okryć nią również mnie, po czym zamknął drzwiczki. Dorożka ruszyła w stronę Strandu. 

Nigdy  jeszcze  nie  czułam  się  tak  wyczerpana,  nawet  podczas  swojej  ucieczki  z  Edynburga.  Teraz  dopiero 

mogłam odreagować szok, serce biło mi nierównomiernie, cała drżałam. Noel objął mnie ramieniem i przyciągnął 
do siebie. Oparłam się o niego i zamknęłam oczy. 

- Czy dobrze się czujesz? - szepnęłam. 
- Ciii - odszepnął Noel i pocałował mnie. 
Zesztywniałam ze zdumienia. 
Noel  całował  mnie  już  wcześniej  -  w  głowę,  kiedy  byłam  dzieckiem,  a  ostatnio  otrzymywałam  kurtuazyjny 

pocałunek w policzek. Ale ten pocałunek nie był kurtuazyjny. Był namiętny. 

Noel,  który  był  zawsze  tak  dobrze  wychowany,  uprzejmy,  tak...  tak  opanowany!  Chyba  nie  wiedział,  co  robi. 

Przez głowę przebiegały mi setki bezładnych myśli. 

- Słuchaj, Emilio - powiedział, podnosząc głowę. - Wiesz przecież, że do tego potrzeba dwojga. 
Zaczęłam oddawać mu pocałunki. Jeśli on zwariował, pomyślałam, to ja też chcę brać udział w jego szaleństwie. 

Zapomniałam o swoich siniakach i guzie na głowie. Pierwsze dotknięcie nieznanych ust jest zaskoczeniem. Noel 
całował mnie tak, Jakby nie mógł się mną dość nasycić. Jego pocałunki rozpłomieniły mnie i zaczęłam je ochoczo 
oddawać. Od dawna marzyłam o takiej chwili. 

W  tę  mroźną,  zimową  noc,  w  pełnej  przeciągów  dorożce,  pocałunki  Noela  całkowicie  mnie  rozgrzały.  Kiedy 

wsiadałam,  drżałam  z  zimna,  a  moje  dłonie  i  stopy  były  bryłkami  lodu.  Po  dziesięciu  minutach  było  mi  gorąco. 
Drżałam,  ale  nie  z  zimna.  Byłam  szczęśliwa,  a  jednocześnie  nie  potrafiłam  do  końca  uwierzyć,  że  Noel  pragnął 
mnie równie silnie, jak ja jego. 

Dorożka skręciła w John Street i zatrzymała się przed domem. Noel wypuścił mnie z objęć. 
Pan Bagnigge opłacił dorożkarza, otworzył drzwiczki i wysunął schodki. Kiedy zeszłam, otulił mnie peleryną i 

background image

 

76 

pomógł  wysiąść  Noelowi.  Przypomniałam  sobie  nagle,  że  mam  na  sobie  ubranie  Billa,  i  szczelnie  owinęłam  się 
peleryną. Nie miałam już czapki na głowie, pewnie spadła do wody. Włosy opadały mi do pasa. Powoli wracałam 
do rzeczywistości. 

Nasze przybycie wywołało wielkie zamieszanie. Pani Good, trzymając dłoń na falującym biuście, przysięgała, że 

omal  nie  umarła  ze  zmartwienia.  Hannah  klasnęła  w  dłonie,  uśmiechnęła  się  szeroko,  aby  po  chwili  wybuchnąć 
płaczem. Wymieniłam z Ablem porozumiewawcze spojrzenie. 

Kiedy wreszcie zapanował spokój, Noel zwrócił się do mnie. 
- Emilio - powiedział - jesteś bardzo zmęczona, musisz się położyć. Hannah, zaprowadź panią Kirkwall na górę. 

Włóż jej gorącą cegłę do łóżka i daj coś do jedzenia. Musimy porozmawiać - obrócił się znowu w moją stronę - ale 
zrobimy to jutro rano. 

Poczułam  się  tak,  jakby  uderzył  mnie  w  twarz.  Czy  to,  co  zdarzyło  się  w  dorożce,  nie  miało  dla  niego 

najmniejszego  znaczenia?  Czy  już  zdążył  o  tym  zapomnieć?  Łzy  napłynęły  mi  do  oczu;  musiałam  zacisnąć 
powieki, aby je powstrzymać. Skinęłam tylko głową i poszłam razem z Hannah na górę. Nic nie mówiłam. Co tu 
zresztą było do powiedzenia? 

Kiedy zobaczyłam się w lustrze, okazało się, że jestem okropnie brudna. 
- Na litość boską, Hannah, przynieś mi tylko gorącej wody! - zawołałam. - Nie będę nic jeść. 
Byłam zbyt zmęczona, aby myśleć o jedzeniu, chciałam się tylko umyć i rozgrzać. 
Kiedy  Hannah  wyszła  z  pokoju,  zrzuciłam  z  siebie  chłopięcą  odzież,  ukryłam  ją  w  szafie  i  włożyłam  nocną 

koszulę.  Nie  chciałam,  aby  zobaczyła,  jak  nieprzyzwoicie  byłam  ubrana.  A  może  to  o  to  chodziło,  pomyślałam. 
Noel zobaczył mnie w tym przebraniu i uznał za kobietę rozwiązłą, całkowicie wyzbytą wstydu. Na pewno widział, 
jak biegłam po lodzie, pokazując nogi jak ladacznica, i doszedł do wniosku, że niewiele więcej jestem warta. 

Najgorsze było to, że oddawałam mu pocałunki z takim samym zapamiętaniem, z jakim on mnie całował. 
Byłam  jednak  zbyt  wyczerpana,  aby  móc  uporządkować  myśli.  Hannah  wróciła  z  dzbankiem  gorącej  wody  i 

zawiniętą we flanelę cegłą, umieszczoną na płaskim naczyniu z rozżarzonymi węglami. 

-  Pułkownik  mówi,  że  powinna  się  pani  dobrze  wyspać,  panno  Emilio  -  powiedziała,  przesuwając  brytfannę  z 

ż

arem nad prześcieradłem, aby ogrzać mi łóżko. 

Kiedy wyszła, umyłam się, weszłam do ciepłej pościeli i starałam się zasnąć. 
Nie  spałam  dobrze.  Zbyt  wiele  wydarzyło  się  tego  dnia;  różne  obrazy  przesuwały  mi  się  przed  oczami: 

ogarniająca  mnie  ciemność,  kiedy  zaczęto  mnie  dusić;  potworna  postać  Balquiddera  w  pokoju  na  strychu; 
przegródki  w  szafce,  pełne  ludzkiej  krzywdy;  przecinanie  namiotu  i  niepewność,  czy  zastanę  Noela  przy  życiu; 
okropny krzyk tonącego Balquiddera i wreszcie te cudowne chwile w dorożce... 

Już świtało, nim udało mi się zasnąć. 
Obudziłam się o wpół do jedenastej. Słyszałam, jak ktoś wchodził wcześniej do pokoju, ale nie otwierałam oczu. 

Kiedy się wreszcie przebudziłam, na kominku palił się ogień, a od strony ulicy słychać było kapanie wody. Koniec 
mrozu. 

Dopiero teraz potrafiłam jasno ocenić sytuację. Balquiddera nie było już wśród żywych. Nikt nie mógł przeżyć w 

lodowatej wodzie dłużej niż kilka minut. Wpadł do wody i już się nie wynurzył. 

To był przerażający koniec. Będę długo pamiętać ten widok. Balquidder był niewątpliwie potworem, ale nawet 

on musiał kiedyś odczuwać potrzebę, aby być kochanym. Ja dobrze rozumiałam to uczucie. Jaka to okropność, że 
jego  śmierć  zostanie  przyjęta  przez  wielu  z  ogromną  ulgą.  Ja  sama  czułam,  jak  zsuwa  mi  się  ciężar  z  piersi. 
Poznałam  go,  kiedy  miałam  szesnaście  lat,  i  od  początku  bałam  się  go,  a  przez  kilka  ostatnich  miesięcy  moje 
obawy przerodziły się w paniczny Strach. 

Balquidder  wysuwał  swoje  macki  we  wszystkie  strony.  George  żył  na  pewno  w  nieustannym  niepokoju,  może 

nawet ten stan ducha był przyczyną jego wypadku. Miał władzę nad Aline, poprzez którą przekupił Tryphenę Good 
i pannę Carver. Był również po trosze winien śmierci Stephena. 

Potem zaczęłam myśleć o Noelu. Ranek przywrócił mi trochę rozsądku. Przeanalizowałam dokładnie wszystkie 

wydarzenia.  Podczas  jazdy  dorożką  Noel  pragnął  mnie  równie  silnie,  jak  ja  jego.  Czułam  jeszcze  dotyk  jego 
ramion  i  bicie  serca.  Moje  wargi  były  lekko  spuchnięte  po  pocałunkach.  Cokolwiek  miałby  mi  dzisiaj  do 
powiedzenia, nie przekreśli to wydarzeń wczorajszej nocy. 

Ktoś cicho zastukał do drzwi. Weszła Hannah. 
- Już pani nie śpi, panienko? Zaraz przyniosę śniadanie. 
Hannah cicho zamknęła za sobą drzwi. Usiadłam na łóżku i podłożyłam sobie poduszkę pod plecy. Skrzywiłam 

się z bólu, dotykając guza na głowie, który był wynikiem uderzenia o ścianę, kiedy Balquidder popchnął mnie na 
łóżko.  Wróciła  Hannah,  postawiła  tacę  koło  łóżka  i  przyniosła  mi  szlafrok.  Nagle  dostrzegła  moją  posiniaczoną 
szyję. 

- Och, panno Emilio! Dlaczego nic pani o tym wczoraj nie mówiła? 
- Byłam zbyt zmęczona - powiedziałam zgodnie z prawdą. - Czy to okropnie wygląda? 
- Niektóre siniaki są czarne, a inne granatowe - powiedziała, patrząc na mnie z troską. - Zaraz przyniosę arniki. 

Pułkownik chciałby się z panią spotkać w swoim gabinecie w południe, jeśli ta pora pani odpowiada. 

background image

 

77 

- Powiedz mu, że całkowicie mi to odpowiada. 
Nachyliłam się nad dzbankiem z kawą, aby ukryć rumieniec. 
Ubierałam  się  wyjątkowo  długo.  W  nocy  byłam  zbyt  wyczerpana,  aby  zapleść  włosy,  które  teraz  zwisały 

prostymi pasmami. 

-  Mogłabym  przynieść  pani  rurki  do  karbowania  włosów,  panno  Emilio  -  powiedziała  Hannah,  widząc  moje 

zrozpaczone spojrzenie. 

Zdążyła już posmarować maścią moje siniaki na szyi i guz na głowie. 
- Nie - odpowiedziałam. - Dam sobie radę. 
Nie  chciałam,  aby  Noel  zobaczył,  że  szczególnie  zadbałam  o  swój  wygląd,  jeśli  miał  zamiar  przeprosić  mnie 

tylko  za  swoje  zachowanie.  Mógłby  przecież  pomyśleć,  że  poluję  na  męża,  nie  mogłam  narazić  się  na  takie 
upokorzenie. Związałam włosy w węzeł. Przynajmniej mogłam pod nim ukryć sińce na karku. 

Włożyłam zieloną wełnianą sukienkę pani Beresford. Było mi w niej do twarzy, a jeśli nie była zbyt odpowiednia 

na okres żałoby, to trudno. Nie było już Aline i nikt mi nie będzie robić zjadliwych uwag. 

Przejrzałam  się  w  lustrze  i  westchnęłam  ze  smutkiem.  Tego  ranka  moje  oczy  były  bardziej  niż  zwykle  koloru 

mgły,  a  nos  też  wydawał  się  większy.  Byłabym  szalona  myśląc,  że  Noel  może  żywić  dla  mnie  jakiekolwiek 
uczucie. 

Zeszłam  na  dół,  kiedy  duży  zegar  w  salonie  wybijał  dwunastą.  Ze  zdenerwowania  miałam  spocone  dłonie. 

Jeszcze nigdy w życiu nie odczuwałam tak wielkiego niepokoju. 

Weszłam do gabinetu. Noel siedział przy biurku, na którym rozłożone były dokumenty, przyniesione przeze mnie 

w  poszewce  od  poduszki.  Wstał  i  pokuśtykał  w  moją  stronę.  Przypomniałam  sobie  teraz,  że  jego  laska  została 
złamana. 

Przygotowałam  sobie  kilka  frazesów,  które  miały  ocalić  moją dumę,  ale  nie  zdążyłam  ich  wypowiedzieć. Noel 

zauważył  sińce  na  mojej  szyi.  Chwycił  mnie  w  ramiona,  całując  każde  posiniaczone  miejsce.  Zauważyłam 
czerwone pręgi na jego nadgarstkach i starałam się dosięgnąć ich ustami. 

To stawało się tak absurdalne, że wreszcie oboje wybuchnęliśmy śmiechem. 
- Na litość boską, pocałuj mnie jak należy! - powiedział Noel. 
Pochylił się nade mną. To było równie wspaniałe jak nocą, w dorożce. 
- Wyjdź za mnie za mąż, Emilio - powiedział po chwili. 
- Och, Noel, tak, tak. 
Te  oświadczyny  nie  mogłyby  sprostać  wymaganiom  stawianym  przez  prawdziwe  romanse  gotyckie.  Przede 

wszystkim  były  zbyt  krótkie.  Ale  nie  narzekałam.  Staliśmy  objęci,  a  ja  miałam  uczucie,  jakbym  powróciła  do 
domu. 

Wreszcie usiedliśmy na kanapce pod oknem, jedynym miejscu w gabinecie Noela, gdzie można było usiąść we 

dwójkę, chociaż niezbyt wygodnie. 

- Powinienem był uklęknąć na jedno kolano - powiedział Noel. 
- Z twoją chorą nogą? 
-  Moja  najdroższa  Emilio,  czytałem  Zamek  Apollinari.  Wiem,  że  są  sytuacje,  kiedy  mężczyzna  powinien 

uklęknąć! 

-  Czy  ty...  czy  ty  wiesz  o  moich  powieściach?  -  spytałam,  patrząc  na  niego  z  niepokojem.  -  Czy  jesteś  tym 

zaszokowany? 

Noel roześmiał się tylko i pogładził mnie po policzku. 
- Wcale nie. Podziwiam tylko twój talent. Mówię poważnie - dodał, widząc moje niedowierzające spojrzenie. 
- Mój ojciec byłby przerażony. Uznałby, że prawdziwej damie nie wypada w ten sposób zarabiać pieniędzy. 
- Wydaje mi się czasem, że utożsamiasz mnie ze swoim ojcem. Nie jestem takim zgryźliwym starcem, jak ci się 

wydaje. 

W  niebieskich  oczach  Noela  dostrzegłam  niepokojące  błyski.  Przypomniała  mi  się  scena  w  dorożce  i 

zaczerwieniłam się. 

- Wczoraj, w dorożce, to była inna sprawa. Mogła to być reakcja na stres - powiedziałam. - Wiem, że kochałeś 

Aline. A ja nie jestem ładna i mam okropny nos. 

- Ach, Aline. - Noel westchnął. - Przyznaję, że straciłem na nią wiele lat życia. Zrozumiałem, że jestem w tobie 

zakochany tej nocy, kiedy porwano Richarda. Był taki moment, kiedy... 

- Pamiętam - szepnęłam. - Ja też to czułam. 
- Ale ty byłaś mężatką, a potem przyjechała Aline i wszystko się skomplikowało. Przez ostatnie tygodnie miałem 

uczucie, że usiłuję się wyrwać z jakiejś gęstej sieci - powiedział z westchnieniem. - Kocham ciebie całą, łącznie z 
twoim nosem. 

- Chyba żartujesz! 
Nie mogłam uwierzyć, że mój nos mógłby się komukolwiek podobać. 
-  To  prawda,  że  kiedy  byłaś  dzieckiem,  twój  nos  był  trochę  za  duży,  ale  nawet  wtedy  to  miało  swój  urok  – 

roześmiał się Noel. - A teraz twój nos wygląda wyjątkowo dystyngowanie - dodał, składając na nim pocałunek. - 

background image

 

78 

Czy jesteś pewna, że chcesz wyjść za mąż za steranego, niemłodego żołnierza? - spytał, patrząc na mnie uważnym 
wzrokiem. 

- Och, Noel! - zawołałam. - Kocham cię takiego, jaki jesteś. 
Po  upływie  pewnego  czasu  powróciliśmy  do  rzeczywistości  i  zaczęliśmy  rozmawiać  o  Balquidderze  i 

przyniesionych przeze mnie papierach. 

-  Będę  musiał  złożyć  meldunek  na  Bow  Street  -  powiedział  Noel.  -  Tą  sprawą  powinni  się  zająć  rządowi 

detektywi. Próby wymuszenia są karalne, a należy się spodziewać, że będzie wiele ofiar szantażu. Poza tym z tego, 
co udało mi się usłyszeć w namiocie, wymuszenie nie było jego największym przestępstwem. 

-  Ciekawa  jestem,  czy  on  nie  fałszował  dokumentów,  aby  rejestrować  statki  do  przewożenia  niewolników  w 

Lizbonie lub innych miastach. 

- Na pewno to robił. On był złym człowiekiem, Emilio. Nie musimy opłakiwać jego śmierci. 
- Aline też była w to wszystko wmieszana - ośmieliłam się powiedzieć. 
- Tak, to wynika z tych dokumentów - przyznał Noel, patrząc w zamyśleniu w ogień. - Powinienem był sam na to 

wpaść.  Balquidder  opłacił  powóz,  którym  tu  przyjechała,  i  dostarczył  pieniędzy  na  przekupienie  panny  Carver  i 
pani Good. Będą musiały stąd odejść. 

-  Panna  Carver  nie  jest  odpowiednią  opiekunką  dla  Richarda  -  zauważyłam  i  powiedziałam  Noelowi  o  jej 

skłonności do alkoholu. 

-  Biedny  Richard.  Ja  również  go  zaniedbywałem.  Nie  zasługuję  na  to,  aby  mieć  takiego  kochanego,  małego 

synka. To wszystko z mojej winy. 

- Dlaczego, Noel? - spytałam łagodnym tonem. - Jak to jest z Richardem? 
- Nie potrafiłem go polubić - powiedział Noel z ciężkim westchnieniem. - Przed jego urodzeniem pocieszałem się 

myślą, że moje małżeństwo jest jedynie konwencjonalnym układem. Kiedy zostałem ojcem, poczułem, że wpadłem 
w  pułapkę.  Wiem,  że  źle  postępowałem  i  krzywdziłem  Margaret.  Nie  powinienem  był  się  z  nią  żenić,  ale  kiedy 
Aline  wybrała  George’a,  było  mi  wszystko  jedno.  Margaret  wiedziała,  że  jej  nie  kocham,  uczciwie  jej  to 
powiedziałem, ale była dobrą kobietą i zasługiwała na coś lepszego. 

Biedna  Margaret,  pomyślałam.  To  musiało  być  dla  niej  okropne  -  być  żoną  Noela,  wiedząc,  że  on  kocha  inną. 

Współczułam również Noelowi, czując się jednocześnie podniesiona na duchu, że nie jestem jedyną osobą, która 
wpakowała się w uczuciowe tarapaty. 

- Zawsze myślałam, że Aline wolała ciebie od George’a. 
- Mówiła, że mnie kocha, a za George’a wychodzi za mąż z obowiązku. Robi to dla rodziców. 
Nonsens, pomyślałam. Jej rodzice nie mieli z tym nic wspólnego. Państwo Doulaincourt nigdy nawet nie byli w 

Ainderby. Nie. Aline chciała mieć ich obu dla siebie. 

- Nie wierzysz w to, prawda? - spytał Noel, widząc wyraz mojej twarzy. 
Potrząsnęłam głową. 
- Masz rację. Aż trudno uwierzyć, że mogłem być takim głupcem. 
- Ja byłam jeszcze głupsza, uciekając ze Stephenem. 
-  Nieprawda.  Ty  miałaś  szesnaście  lat,  a  później  miałaś  tyle  rozsądku,  żeby  umieszczać  swoje  fantastyczne 

marzenia tylko w książkach, które pisałaś. A ja żyłem ze swoimi urojeniami. 

Pocałowałam go w policzek. 
- Trzeba zadać szybki cios i iść dalej. 
- To samo mówił Wellington, kiedy pojawiały się jakieś problemy. 
- Usłyszałam to od Richarda. Uważam, że to dobra rada. 
Potem zaczęliśmy rozmawiać o naszej przyszłości. 
- Tym razem, Emilio, musimy załatwić te sprawy jak należy. Napiszę do twojego ojca z prośbą o twoją rękę, a ty 

napiszesz do niego z prośbą o przebaczenie. 

- Czy muszę wspominać o swoich powieściach? Wprawi go to w przerażenie. 
- Byłoby o wiele gorzej, gdyby przypadkiem się o tym dowiedział. Nietrudno zgadnąć, kim jest „Daniel Miller”. 
- Dobrze - zgodziłam się niechętnie. - Czy musimy też odczekać cały rok, aby móc wziąć ślub? 
- To inna sprawa. Na pewno nie będziemy się mogli pobrać wcześniej niż za sześć miesięcy, ale mam nadzieję, że 

zdołam wytłumaczyć twojemu ojcu, aby zgodził się na cichy ślub w lipcu. 

- Zostawiam tę sprawę w twoich rękach. Ja nie jestem w stanie niczego mu wytłumaczyć. 
Nie  była  to  wesoła  perspektywa.  Nie  miałam  najmniejszej  ochoty  na  powrót  do  Tranters  Court,  nawet  gdyby 

ojciec chciał mnie tam widzieć, w co zresztą mocno powątpiewałam. 

- Sądzę, że źle go oceniasz - odezwał się Noel. 
- Zobaczymy. 
Oboje napisaliśmy listy do mojego ojca. Ja otrzymałam chłodne potwierdzenie swoich przeprosin; ojciec wyraził 

również nadzieję, że powstrzymam się teraz od pisania niemądrych ‘ romansów, i zaprosił mnie do Tranters Court, 
abym  mogła  odbyć  żałobę  w  stosownym  odosobnieniu.  Z  listu  do  Noela  przebijało  nieskrywane  zdumienie,  że 
chciał  mnie  poślubić,  ale  nadeszło  też  wymagane  pozwolenie.  Ton  obu  listów  zirytował    mnie.  Ja  w  ogóle  nie 

background image

 

79 

dbałam o jego pozwolenia, ale Noel roześmiał się tylko, mówiąc, że to typowe dla mojego ojca. 

-  On  należy  do  innego,  bardziej  konserwatywnego  pokolenia  -  powiedział.  -  Uważa,  że  wszystko  powinno  się 

odbywać według przyjętych norm. 

-  Których  on  sam  jest  najlepszym  znawcą-  odrzekłam.  -  Nie  przestanę  pisać.  Dlaczego  miałabym  to  zrobić? 

Przeczytaj ten list, Noelu! Ja nie zmyślam! 

Noel widział, że jestem bardzo zdenerwowana. Wyjął mi list z ręki i wziął mnie w ramiona. 
- Przeczytaj go! - rzuciłam, wyrywając się z jego objęć. 
Noel przeczytał list. Po chwili odłożył go na bok. 
- Rozumiem twoje oburzenie - powiedział łagodnie - ale nie zaprzątaj sobie tym głowy. Sama wiesz najlepiej, co 

jest dla ciebie dobre. 

Uściskałam go z radości. 
- Och, Noel. Dlaczego nigdy nie usłyszałam tego od swojego ojca? 
- On jest taki, jaki jest, Emilio. Nie zmienisz go. 
Później rozmawialiśmy często na ten temat. Odczuwałam niewypowiedzianą ulgę,  mogąc pomówić z  kimś, kto 

mnie  kochał  i  dobrze  znał  mojego  ojca.  Nigdy  w  życiu  nie  miałam  możliwości  swobodnego  wyrażania  swojej 
opinii.  Mogłam  sobie  powetować  lata  milczenia  w  Edynburgu,  gdzie  musiałam  uważać  na  każde  słowo.  Noel 
opowiadał mi o swoim małżeństwie, o Richardzie i o Aline. Wreszcie mogłam mówić to, co myślałam. 

Zima odchodziła bardzo powoli. Wiosna była spóźniona, dopiero po paru tygodniach drogi stały się przejezdne. 

Noel  spędzał  wiele  czasu  ze  stróżami  prawa,  którym  wręczył  klucze  do  domu  Balquiddera.  Opowiedział  im 
również,  w  oględnej formie,  o  moim  porwaniu.  Ramię  sprawiedliwości  nie  wykazało  zainteresowania interesami 
mojego zmarłego męża z Balquidderem ani sprawami Noela. 

Okazało się, że na Bow Street mieli już pokaźną teczkę Balquiddera. Interesowała ich przede wszystkim kwestia 

rejestrowania  za  granicą  statków  do  przewozu  niewolników,  a  nie  indywidualne  rozliczenia  finansowe.  Byli 
dyskretni,  wiele  nazwisk  z  szafki  Balquiddera  należało  do  znanych  osobistości.  Jeden  z  detektywów  powiedział 
Noelowi, że wielu ludzi będzie mogło odetchnąć z ulgą. 

Przekupstwo i wymuszenie - to były główne metody, którymi posługiwał się Balquidder. Aline nie była jedyną 

kobietą,  której  składał  obietnice  małżeństwa,  aby  zapewnić  sobie  współpracę.  Noel  miał  z  nią  jedno  krótkie, 
niemiłe spotkanie, aby wyjaśnić wszystkie sprawy. Wrócił w ponurym nastroju. Nie mówił, co zaszło między nimi, 
a ja nie pytałam. Byłam zadowolona, że już nic go z nią nie łączy. 

W  tydzień  po  tym,  jak  Balquidder,  na  moich  oczach,  pogrążył  się  w  lodowatych  wodach  Tamizy,  jego  ciało 

zostało wyrzucone na brzeg. Teraz już byłam pewna, że nie żyje. Do tej pory mam jeszcze koszmarne sny o jego 
powrocie, ale już coraz rzadziej. 

Pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy po kolacji w salonie, Noel zaskoczył mnie niespodziewaną wiadomością. 
- Emilio, uważam, że powinienem pojechać do Demerara. 
Byłam  przerażona.  Podróż  była  długa  i  niebezpieczna.  Trzeba  było  płynąć  przynajmniej  przez  sześć  tygodni. 

Szalały tam huragany. Nie było już Balquiddera, więc jaki był sens tej podróży? 

- Sam muszę zobaczyć, co tam można będzie zrobić. Miałaś rację. Nie wolno godzić się ze zniewoleniem żadnej 

ludzkiej istoty, bez względu na kolor jej skóry. 

- Ale nie będzie cię przez wiele miesięcy! 
Ocean był taki głęboki. Statki tonęły. Jak będę żyć, jeśli coś mu się stanie? 
- Nic mi się nie stanie - zapewniał Noel, widząc mój niepokój. - Jem pojedzie ze mną. Pewnie będę cierpiał na 

chorobę morską, ale to dla mnie nie nowina. Chciałem ci jeszcze powiedzieć, Emilio, że poczyniłem odpowiednie 
kroki u pana Briggsa, żebyś została prawną opiekunką mojego syna. 

Richard był uradowany, kiedy dowiedział się o naszych zaręczynach. 
- Czy naprawdę będziesz moją mamą? - dopytywał się bez przerwy. 
- Tak, naprawdę. 
Wreszcie, po wielu nieudanych próbach, Richard i Noel osiągnęli pełne porozumienie. Richard często podbiegał 

do Noela, chcąc się do niego przytulić, i bardzo uważał, żeby nie urazić ojca w chorą nogę. 

- Biedny tato, czy już cię mniej boli? - pytał z troską. 
- Będzie dobrze, kiedy przyjdzie wiosna - obiecał mu Noel, całując go serdecznie. 
Pewnego dnia Noel zwierzył mi się: 
-  Wstydzę  się,  że  tak  go  zaniedbywałem.  Żałuję,  że  znowu  go  opuszczam,  ale  to  już  ostami  raz.  Twój  ojciec 

stanowczo nie zgadza się na ślub, dopóki nie minie odpowiedni okres żałoby. Jeśli wyruszę w podróż natychmiast, 
kiedy  tylko  żaglowce  będą  mogły  wypłynąć  z  portów,  powinienem  wrócić  pod  koniec  lata.  Może  zabrałabyś 
Richarda do Tranters Court? Pobyt na wsi dobrze by mu zrobił. Może twoi przyrodni bracia mogliby się nim trochę 
zająć. Zbyt długo był samotny. 

To  zupełnie  nie  przypomina  zakończenia  moich  romansów,  pomyślałam.  Tam  bohater  oświadczał  się  na 

klęczkach,  bohaterka  rumieniła  się  i  przyjmowała  jego  oświadczyny,  dzwoniły  weselne  dzwony  i  wszyscy  się 
radowali. Nie było żadnych kłopotów z przeszłości, a główny bohater nie wyjeżdżał w sześciomiesięczną podróż 

background image

 

80 

na drugi koniec świata. Ale taka była rzeczywistość, z którą musiałam się pogodzić. W końcu to ja bezwzględnie 
potępiałam niewolnictwo. Czyżbym miała stać się kimś, kto zmienia przekonania, jeśli zaczynają kolidować z jego 
ż

yciem? 

Przedstawiłam  Noela  panu  Robinsonowi.  Miło  mi  było,  że  przypadli  sobie  do  gustu.  Rozmawialiśmy,  między 

innymi,  o  podróży  Noela  do  Demerara,  a  pan  Robinson  zasugerował,  że  Noel mógłby  napisać  kilka  artykułów o 
warunkach, jakie panują na plantacjach, oczywiście anonimowo. Znał pisma, które chętnie by je opublikowały. 

Pan  Robinson  zgodził  się  pozostać  moim  bankierem,  dopóki  nie  wyjdę  za  mąż.  Okazało  się,  że  będę  musiała 

przyjechać  do  Londynu,  aby  zająć  się  korektą  Władczyni  Sokolego  Gniazda  i  dostarczyć  manuskrypt  Tajemnicy 
Drakensburgów. W tym czasie Noel będzie w podróży, a nie sądziłam, żeby mój ojciec chciał podjąć się tej roli. 

Potem odwiedziliśmy pana Latimera, który złożył nam  gratulacje z okazji zaręczyn. Był wyraźnie zadowolony, 

ż

e  tym  razem  zrobiłam  rozsądny  wybór  -  obiecał,  że  razem  z  panem  Briggsem  zajmą  się  naszym  małżeńskim 

kontraktem. Noel nalegał, abym zatrzymała cały swój majątek. 

- Ja mam wystarczająco dużo - powiedział - a Richard otrzyma w swoim czasie pieniądze po swojej matce. 
Okazało się, że będę musiała przyzwyczaić się do tego, że jestem bogata. 
Pod koniec lutego, kiedy można było już wyruszyć w podróż, wszyscy domownicy z John Street rozpierzchli się 

w różne strony. Panna Carver i pani Good zostały zwolnione, chociaż Noel napisał im referencje i dał każdej po 
pięć gwinei. Ja uważałam, że na to nie zasłużyły, ale Noel tłumaczył mi, że podobnie jak on, zaufały Aline. Mary, 
Hannah i Abel pojechali do Yorkshire. Mary do Ainderby Hall, a Abel, Hannah i Richard udali się z nami i panem 
Bagnigge  do  Tranters  Court.  Hannah  miała  zostać  moją  osobistą  pokojówką,  z  czego  obie  byłyśmy  bardzo 
zadowolone. Czułam, że będę potrzebowała sojuszników, bo czekają mnie ciężkie dni. 

Abel miał doglądać Richarda, który był już za duży na to, aby mieć niańkę. Wiedzieliśmy, że Abel zasługuje na 

zaufanie. Richard był uszczęśliwiony tą zmianą. 

Nie  zawiodło  mnie  przeczucie.  W  Tranters  Court  ojciec  powitał  mnie  ze  swoją  zwykłą  chłodną  rezerwą,  a  po 

chwili oświadczył, że ja i Noel nie możemy przebywać razem bez przyzwoitki. To niewdzięczne zadanie przypadło 
biednej pani Daniels. Tego było już za wiele, nawet dla Noela, mimo jego tolerancyjnego nastawienia. 

- Teraz rozumiem, dlaczego uciekłaś z domu - stwierdził. 
- Możesz mnie porwać, kiedy tylko zechcesz - odpowiedziałam. 
Nie mogłam pogodzić się z myślą, że według ojca jedynie stały nadzór pozwoli mi uchronić się przed grzechem. 
- Spotkajmy się w parku, zaraz po obiedzie - zaproponował Noel. 
- Przyjdę, jeśli obiecasz, że będziesz się niewłaściwie zachowywał! 
Wiosna była chłodna. Noel i pan Bagnigge wyruszyli do Demerara w kwietniu. Nie chciałam sprawiać Noelowi 

dodatkowego bólu, więc przełknęłam łzy i robiłam co mogłam, aby pocieszyć Richarda. W domu ojca starałam się 
być miłym i uprzejmym gościem. 

Ż

ałuję, że nie mogę tu opisać rozczulającej sceny, takiej, jaką kończy się Evelina panny Burney, kiedy jej ojciec 

mówi,  „Chodź  tu,  dziecko  -  wstań,  Evelino  -  to  ja  powinienem  klęczeć  przed  tobą!”  I  tak  dalej,  i  tak  dalej. 
Oczywiście  tutaj  nic  takiego  się  nie  wydarzyło,  a  jeśli  mam  być  szczera,  to  poczułabym  się  tylko  okropnie 
zażenowana takim zachowaniem swojego ojca. 

Ojciec postarzał się. Przygarbiony, opierał się na lasce, jego  skóra zrobiła się cienka jak pergamin. Widziałam, że 

próba  ułożenia  stosunków  pomiędzy  nami  przychodziła  mu  z  trudnością  -  podejrzewam,  że  spodziewał  się 
przybycia  rozhukanej  szesnastolatki,  a  miał  przed  sobą  dwudziestopięcioletnią  kobietę.  Próbował,  z 
umiarkowanym sukcesem, tłumić wszelkie przejawy uczucia ze strony Noela czy też z mojej strony. Było jednak 
oczywiste, że nie mógł mnie już odesłać do mojego pokoju. Byłam dorosłą osobą i prowadziłam niezależne życie. 
Posiadałam własny majątek. Ojciec musiał, siłą rzeczy, odpowiednio mnie traktować. 

Po wyjeździe Noela miałam łatwiejszą sytuację. Pamiętałam, co mi stale powtarzał Noel, że mój ojciec jest zbyt 

stary, aby się zmienić, i starałam się być bardziej tolerancyjna. Potem zorientowałam się, że to ja się zmieniłam, 
kiedy  zaczęłam  przyjmować  z  uśmiechem  jego  apodyktyczne  twierdzenia,  zamiast  wpadać  w  bezsilny  gniew. 
Przestałam już uważać ojca za potwora. 

Miałam  wyjątkowo  dobre  stosunki  z  macochą.  Przypominała  mi  trochę  panią  Irvine,  była  bardzo  rozsądna  i 

praktyczna. Potrafiła szybciej zaakceptować moją nową pozycję niż ojciec. Polubiłam jej towarzystwo. Pewnego 
dnia przeprosiłam również ją za moje młodzieńcze zachowanie. 

- Moja droga pani Kirkwall, ani słowa więcej - powiedziała. - Zostawmy przeszłość w spokoju. 
W  przeciwieństwie  do  ojca,  wykazywała  zainteresowanie  moimi  książkami,  pożyczyłam  jej  więc  Fatum  rodu 

Ansbach

. Powiedziała mi później, że ta lektura sprawiła jej wielką przyjemność. Z lekkim poczuciem winy dała tę 

książkę do przeczytania swoim synom. Później pożyczyłam jej Zamek Apollinari

Zdałam sobie sprawę, że przez te wszystkie lata zupełnie niewłaściwie ją oceniałam. Była mniej więcej w moim 

obecnym  wieku,  kiedy  wychodziła  za  mojego  ojca.  Czy  ja  potrafiłabym  lepiej  postępować  z  nieznośną 
dziesięcioletnią dziewczynką? Rozmawiałyśmy na różne tematy, jak to zwykle robią kobiety. Poprosiłam ją o radę 
w sprawie prowadzenia dużego domu. 

- W Edynburgu miałam tylko dwa pokoje - zwierzyłam się jej. - Wkrótce zostanę panią Ainderby Hall i w ogóle 

background image

 

81 

nie wiem, jak dam sobie tam radę. Byłabym bardzo wdzięczna, gdyby mnie pani zechciała tego nauczyć, dopóki tu 
jestem. 

 
C
óż ponadto? Zdrowie Richarda uległo znacznej poprawie, stał się też bardziej pewny siebie i towarzyski. Nikt w 

Tranters Court nie uważał go za opóźnionego w rozwoju. Robił też postępy w nauce. Miejscowy wikary codziennie 
udzielał mu lekcji. Wydawało mi się, że Richard jest wreszcie szczęśliwy. 

Dostałam  list  od  Noela,  z  którego  wynikało,  że  plantację  Bonne  Chance  będzie  można  sprzedać  dopiero  po 

upływie  paru  lat.  Pan  dos  Santos,  zarządca,  został  zwolniony.  Na  jego  miejsce  Noel  znalazł  sympatycznego 
młodego ewangelika. „W panujących tu warunkach staram się robić, co mogę” - pisał Noel. „Wiem,  że pan Gili 
zastosuje się do mojego życzenia i będzie traktował tych biedaków możliwie jak najlepiej, chociaż nie da się nic 
więcej zrobić w ramach tego niegodziwego systemu. To jest okropne, Emilio. Wstydzę się patrzeć tym ludziom w 
oczy. Ale jestem tutaj osamotniony w swoich poglądach. Zmiany muszą być przeprowadzone w Anglii”. 

Odpisałam  mu,  nie  szczędząc  słów  zachęty.  Odczułam  ulgę,  że  nasze  poglądy  były  teraz  zgodne.  Noel  wysłał 

panu Robinsonowi kilka artykułów, napisanych prostym,  żołnierskim językiem, które wniosły wkład do dyskusji 
na  rzecz  zniesienia  niewolnictwa.  Byłam  z  niego  dumna.  Bardzo  za  nim  tęskniłam,  czemu  dawałam  wyraz  w 
korespondencji. Listy Noela były na poły listami miłosnymi i sprawozdaniem z jego działalności w Bonne Chance. 
Ozdabiał  je  śmiesznymi  rysuneczkami,  na  których  przedstawiał  siebie  w  komicznych  sytuacjach  -  na  przykład 
kiedy  wpadał  do  kanału.  Listy  do  Richarda  pisał  drukowanymi  literami,  aby  synek  mógł  je  łatwo  przeczytać. 
Richard trzymał je w nocy pod poduszką, ja czasami też tak robiłam. 

Noel  i  pan  Bagnigge  powrócili  szczęśliwie  we  wrześniu.  Nigdy  nie  zapomnę  tej  chwili,  kiedy  Noel  wysiadł  z 

powozu,  zdrowy  i  opalony,  prawie  nie  kulejąc.  Richard  zbiegł  z  ganku  i  Noel  chwycił  go  w  objęcia.  Potem 
postawił go na ziemi i podał mi rękę. 

To był Tranters Court, a my byliśmy damą i dżentelmenem. Nie mogliśmy pocałować się przy wszystkich. Mój 

ojciec byłby przerażony takim niestosownym zachowaniem. Mnie wystarczył widok oczu Noela - tak intensywnie 
niebieskich w opalonej twarzy- i dźwięk jego głosu... przynajmniej przez najbliższą godzinę. 

Dwadzieścia cztery godziny później miałam już tego dość. Padał rzęsisty deszcz, więc nie mogliśmy schować się 

w parku. Postanowiłam przypuścić szturm do macochy. 

- Pani Daniels - powiedziałam stanowczym tonem - jeśli  nie ułatwi mi pani sam na sam z Noelem, to zrobię coś 

tak okropnego, że ojciec już nigdy się do mnie nie odezwie! 

-  Pułkownik  już  panią  uprzedził.  -  Roześmiała  się.  -  Po  obiedzie  wyślę  panią  do  oranżerii  po  nożyczki. 

Przypuszczani że znajdzie tam pani jeszcze kogoś. 

- Dziękuję - powiedziałam z prawdziwą wdzięcznością. 
 
Pod koniec września wzięliśmy cichy ślub. 
Kochałam  Noela,  ale  starałam  się  nie  myśleć  o  intymnej  stronie  małżeństwa.  Stephen  nie  był  zbyt  żarliwy  i 

narzekał  że  mu  fizycznie  nie  odpowiadam.  Wstydziłam  się  i  czułam  się  pokrzywdzona.  Obawiałam  się,  że  będę 
doznawać  podobnych  uczuć,  może  tylko  nie  będę  miała  poczucia  krzywdy.  Zupełnie  czym  innym  były  nasze 
pocałunki i pieszczoty, które wymienialiśmy, kiedy udało nam się tylko wymknąć spod niedbałego nadzoru pani 
Daniels - przynajmniej byłam wtedy ubrana - a łóżko to była całkiem inna sprawa. 

Nasz miesiąc miodowy był dla mnie objawieniem. 
- Nie wiedziałam, że coś takiego jest możliwe - powiedziałam do Noela podczas naszej pierwszej wspólnej nocy. 

- Czy jesteś pewien, że to jest dozwolone? 

- Sprawiło ci to przyjemność, prawda? - Noel roześmiał się. 
- Sam wiesz, że tak. 
Leżałam  w  objęciach  Noela,  upajając  się  tą  niespodziewaną  rozkoszą,  intensywnością  uczuć  i  nieoczekiwaną 

reakcją własnego ciała. 

Ale dość o tym. Reszta to sprawa moja i Noela. 
Po miesiącu miodowym, kiedy osiedliśmy wraz z Richardem w Ainderby Hall, przypomniałam Noelowi o moich 

poronieniach i stwierdziłam ze smutkiem, że pewnie nie będę mogła dać mu dzieci. Jedyną ulgę sprawiała mi myśl, 
ż

e  Noel  ma  już  syna  i  dziedzica.  Jednak,  ku  mojemu  zdumieniu,  po  pięciu  latach  małżeństwa,  kiedy  już 

pogrzebałam  wszelką  nadzieję,  urodziła  się  nam  córeczka,  Catherine,  nazwana  imieniem  pani  Beresford,  a  po 
dwóch  latach  Emilia,  zwana  Emmą,  w  odróżnieniu  od  matki.  Są  one  ukochanymi  córeczkami  Noela.  Mamy 
pulchną, miłą szkocką niańkę, która śpiewa im celtyckie kołysanki i opowiada o leśnych duszkach. 

Richard  miał  czternaście  lat,  kiedy  urodziła  się  Catherine.  Nie  był  już  dzieckiem,  ale  nie  był  też  dorosłym 

mężczyzną.  Bałam  się,  że  będzie  czuł  się  odsunięty  na  drugi  plan,  tak  jak  ja,  kiedy  urodzili  się  moi  przyrodni 
bracia. Niepotrzebnie się jednak martwiłam. Powiedział, że jest bardzo zadowolony, że  ma  małe siostrzyczki, bo 
przy nich czuje się dorosły. Nosił je na plecach, tak jak Noel nosił mnie, kiedy byłam dzieckiem. Poprosił też Abla, 
aby odnowił dla dziewczynek jego starego konia na biegunach. 

Tajemnica  Drakensburgów

  ukazała  się  drukiem  w  drugim  roku  mojego  małżeństwa.  Książka  ta  przełamywała 

background image

 

82 

dawne  stereotypy.  Pozwoliłam  Erminii  zakochać  się  w  sir  Godfreyu,  zanim  jeszcze  była  pewna  jego  uczuć,  i 
wyrażać  swój  afekt  w  bardziej  zdecydowany  sposób.  Książka  miała  wielkie  powodzenie  i  była  wielokrotnie 
wznawiana.  Zdania  krytyki  były  podzielone.  W  niektórych  recenzjach  pisano  w  tym  stylu:  „Trudno  nam  się 
pogodzić z brakiem dziewiczej skromności u Erminii Fitzlirse, ale mamy nadzieję, że pan Miller uzna za stosowne 
powrócić do dawnego typu prawdziwie angielskich bohaterek, które do tej pory tak udatnie przedstawiał”. 

W  1817  roku  Noel  sprzedał  Bonne  Chance  nowemu  zarządcy,  panu  Gillowi,  który  okazał  się  dobrym  i 

sprawiedliwym  człowiekiem,  a  właśnie  otrzymał  spadek.  Produkcja  cukru  była  niesłychanie  zyskownym 
przedsięwzięciem, ale przy tak kosztownych inwestycjach Noel ledwie wyszedł na swoje. Oboje odczuliśmy ulgę, 
mogąc pozbyć się plantacji. 

Moją  ostatnią  powieścią  był  Książę  Zamanga.  Napisałam  ją  zainspirowana  dziennikiem,  który  Noel  pisał  dla 

mnie podczas swojego pobytu w Demerara. Spotkał tam pannę Marię Davies córkę plantatora, która namalowała 
kilka  akwarelek,  żebym  mogła  zobaczyć,  jak  wygląda  plantacja.  Ta  książka  była  moim  apelem  o  zniesienie 
niewolnictwa. 

Pisałam o afrykańskim księciu, który został sprzedany jako niewolnik do Essequibo (taką nazwę nosiła jedna z 

rzek  w  Demerara).  Początkowo  chciałam,  aby  zakochał  się  z  wzajemnością  w  siostrzenicy  właściciela  plantacji, 
Marianie, ale pan Robinson powiedział, że wywołałoby to oburzenie wśród czytelników. 

Musiałam to zmienić. Wprowadziłam jednak kilka wzruszających scen, które się rozegrały pomiędzy księciem a 

Mariana.  Było  dla  mnie  rzeczą  oczywistą,  nawet  jeśli  moi  czytelnicy  mieliby  się  z  tym  nie  zgodzić,  że  Mariana 
wolałaby afrykańskiego księcia od porządnego, lecz nudnego przyrodnika, któremu w końcu oddała rękę. 

Spośród moich wszystkich powieści ta książka zyskała największe uznanie Noela. Mówił, że doskonale oddałam 

w  niej  gorący,  wilgotny  klimat  Demerara.  Tłumaczyłam  mu,  że  mogłam  to  zrobić  dzięki  wiadomościom 
czerpanym  z  jego  listów  i  dziennika  oraz  naszym  rozmowom.  Jednak  największą  pomocą  była  dla  mnie  jego 
miłość i oparcie, jakie w nim znajdowałam. Tak więc jest to nasza wspólna książka. 

Jednak  ta  powieść  nie  odniosła  sukcesu.  Książa  Zamanga  był  więc  ostatnim  romansem  Daniela  Millera.  Gusty 

czytelników bardzo się zmieniły, a ja nie miałam ochoty pisać powieści z wyższych sfer, które stawały się modne. 
Poza tym nie musiałam już szukać ucieczki od rzeczywistości. 

Zaczęłam  pisać  artykuły  na  rzecz  zniesienia  niewolnictwa  i  prowadzić  szeroką  korespondencję  na  ten  temat. 

Jeszcze nie osiągnęliśmy zwycięstwa, ale wierzymy, że wkrótce to nastąpi. 

Zabrałam  się  też  do  pisania  opowiadań  dla  moich  dzieci,  prawdziwych  opowiadań,  w  których  występują 

niegrzeczne  dziewczynki  i  nikt  nie  prawi  im  morałów.  Mój  wydawca  nie  chce  nawet  o  tym  słyszeć.  Mówi,  że 
czytelnicy wymagają, aby książki dla dzieci miały umoralniający charakter. Ja osobiście uważam,  że najlepszym 
miejscem  dla  umoralniających  książeczek  jest  kosz  na  śmieci.  Cathy  i  Emma  całkowicie  się  ze  mną  zgadzają  - 
bardzo lubią moje opowiadania. Muszą one tymczasem zostać w rękopisie. Może jeszcze przyjdzie na nie czas.