background image
background image
background image

Spis

 treści

 

KONCEPCJ

E

Sztuka

 marketingu

Mordobicie

 w marketingu

Startupy

 łowią z kanapy

Jak

 żeglują Niemcy, Żydzi i Polacy?

Kotece

k

Teoria

 Palisady

Zyskowna

 sprawa

O

 firmowo-małżeńskiej lojalności

Jesteś towarem

Rynkolog

 z zawodu

Balansowani

e

Intelektualny

 tucz

Czekolada

 szitopodobna

Świniopas reklamowy

Kutas

 frędzlowany

Kombinuj

 bez ściemy

Sierżanci marketingu

Ostra

 biegunka

Matka

 Boska Leninowska

List

 Otwarty Marketera 2013

 

POLEMIK

I

Mózgowy 

miks

 marketingowy

Widzi

 misie w marketingu

Kotlet

 mamy małej Madzi

Glukozowa

 wizja fruktozowa

Smakosze

 padliny

Te

 cholerne psy

Czerwone

 stringi internauty

Nie

 karmić Morloków !

 

PRZYPADK

I

background image

Strzyżenie lodziarza

Bitwa

 o plus

Reklamowa

 gimbusiarnia

Charakterologicznie

 Odmienni Zaczadzeni

Przegrany

 wygrany

Goła 

pupa

 marki

Chrząknąć inaczej

Interdysgrafi

a

 

SCENKI

 Z ŻYCIA

Komu

 praleczkę, komu ?

Cuda

 w Poczcie Polskiej

Pomarańczowi 

Inteligentni

 Inaczej

Negocjacje

 z terrorystami

Kolejowe

 rewolucje

Wtrąbieni 

w

 balon

Hapenerz

y

Kochajmy

 starsze panie

Smakiem

 wzięty z półobrotu

Przewachlowany

 Słoń

Sprzedałam się 

dla

 Ciebie

 

POJĘCIA

Iksper

t

Propaganda

 Markietanctwa

Psuj

 Rynkowy

HAHE

J

Od

 Marketingu 1.0 do Marketingu 3.0

TurboDymoMa

n

Denerwujące 

chwyty

 i tricki

Markietank

a

Piroman/ Piromank

a

Redneck

 marketing (rMktg)

Królowiec

 

MARKETINGOWE

 PRAWA KOTARBIŃSKIEGO

 

Blog

 Roku 2012

background image

===YlFm Um VV

background image

KONCEPCJE

background image

Sztuka marketingu

W  jednym  z  telewizyjnych  wywiadów,  Jerzy  Stuhr  powiedział:  –  Czy  wie  Pan,  za  co
kochają mnie Ci wszyscy reżyserzy? Za to, że potrafiłem po dwadzieścia, trzydzieści razy
odegrać  tę  samą  scenę,  tymi  samymi  emocjami,  tymi  samymi  gestami.  Tak,  prawdziwą
sztuką jest dobrze zagrać, ale jednocześnie nie wypaść z kadru.

Kilka  godzin  później,  w  wywiadzie  dla  Kino  Polska,  Andrzej  Wajda  opisywać  będzie

kunszt Zbyszka Cybulskiego. – Wszyscy wiedzieli, że kiedy on gra, to żadna powtórka nie
będzie taka sama. Cała sztuka polegała na uchwyceniu go w kamerze – mówił Wajda.

Czy  aktorstwo  to  naturalny  dar  i  zdolność  czy  wynik  profesjonalnego  rzemiosła?

Bardziej liczą się umiejętności „przesunięcia ciężaru ciała na lewą nogę” jak mówił Jerzy
Stuhr,  by  być  lepiej  ujęty  przez  kamerę  i  ich  powtarzalność  czy  zaangażowanie  w  rolę
i wejście w nią w sposób całkowicie entuzjastyczny i naturalny?

Ten  wydawałoby  się  typowo  aktorski  problem  pojawia  się  w  ciekawym  filmie  „Mój

tydzień  z  Marylin”.  Podobno  geniusz  aktorstwa  Marilyn  Monroe  polegał  na  owym
entuzjastycznym  i  naturalnym  wejściu  w  osobowość  granej  postaci.  Wystarczyło  jedynie
kontrolować  pracę  kamery.  Niemniej  owe  „genialne”  wejścia  nie  były  czymś
powtarzalnym  i  częstym.  Stąd  tak  wiele  drastycznych  ocen  aktorów,  którzy  zawód  ten
traktują wyłącznie w wymiarze klasycznego rzemiosła.

Na pytanie czy aktorstwo jest sztuką czy rzemiosłem nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

Podobnie  jak  w  przypadku  marketingu.  Te  dwie  dziedziny  łączy  wiele.  Przedsiębiorstwa,
podobnie jak aktorzy – pojawiają się na scenach (rynkach), kreując określone osobowości
(marki),  opowiadając  różne  historie,  próbują  zachwycić  swoich  widzów  (klientów),  aby
powracali do nich w miarę często. Zarówno w przypadku aktorów jak i przedsiębiorców,
liczą  się  jeszcze  pewne  dodatkowe  wartości  czy  przesłania.  Aktor  będzie  próbował
wskazywać  rolę  miłości  w  życiu  człowieka,  a  dobry  przedsiębiorca  starał  się  o  rozwój
własnych ludzi. Młode, kubańskie dziewczęta pracujące, jako zawijaczki cygar na Kubie,
były  tam  jedną  z  najlepiej  wykształconych  grup  społecznych.  Podczas  wielogodzinnej
pracy czytano im po prostu książki.

Dobry  przedsiębiorca  nie  będzie  myślał  kategoriami  oszukiwania  swoich  klientów,  bo

będzie  miał  świadomość,  że  prędzej  czy  później  sprawa  wyjdzie  na  jaw.  Dziś,  dzięki
niezależnym  mediom  społecznościowym  czy  organizacjom  konsumenckim  –  bardziej
prędzej, niż później. Żaden biznes zakładający nieświadomość zakupową klientów nie jest
już dziś biznesem pewnym. Również wielkie, bezosobowe i niekontrolowane korporacje,
dotykać będzie presja internetowej opinii publicznej, której ani nie będzie można kupić tak
jak  klasyczne  media,  ani  oszukać  –  świat  w  globalnej  sieci  będzie  miał  zawsze  w  sumie
lepszych  ekspertów  niż  choćby  najbogatsza  korporacja.  Gra  aktorska  (przedsiębiorstw)
staje  się  tym  wartościowa  im  bardziej  jest  naturalna,  prawdziwa,  rzetelna  i  prawa.

background image

Cenniejsza  niż  ta  będąca  wynikiem  sztuczek,  tricków,  chwytów  czy  gwiazdek  stawianych
przy  punktach  najróżniejszych  umów.  Sztuka  marketingu  wraca  do  matecznika.  Do  źródeł,
których podstawą rzetelności był bardziej Stanisław Wokulski niż Lech Grobelny.

Dziś coraz częściej poszukujemy nazwisk. Autorytetów sztuki biznesu, których wartości

są zarówno wymierne w kontekście wyniku finansowego, umiejętności rynkowych jak i siły
wewnętrznego  personelu.  Sztuka  rzetelnego  marketingu,  staje  się  kanonem  tworzenia
i  rozwijania  rynków,  ale  i  ich  opuszczania.  Umiejętność  schodzenia  aktora  ze  sceny
(bankructwa firmy na rynku) jest również specyficzną umiejętnością marketingową.

Ile w końcu? Naturalności czy rzemiosła? Pasji czy warsztatu? Wydaje się, że nie można

tego  w  żaden  sposób  rozdzielić.  Stuprocentowy,  warsztatowy  profesjonalista,  będzie
musiał  zawsze  ulec  przez  jednoprocentowym  błyskiem  geniuszu.  Stuprocentowy  błysk
geniuszu, zawsze ulegnie przed jednoprocentowym specjalistą – mistrzem jednego zadania.
Bardziej  obrazowo?  Żaden  prawdziwy  aktor,  nie  zagra  tak  halabardzisty,  jak  prawdziwy
halabardzista,  który  był  nim  całe  życie.  Ale  i  żaden  prawdziwy  halabardzista,  nie  zagra
zadania aktorskiego tak, jak prawdziwy aktor, który był nim całe życie.

Dziś  rzemiosło  aktorskie  (umiejętności  operacyjne  firmy)  stają  się  wyznacznikiem,

jakości,  profesjonalizmu  aktora  (firmy).  Ale  jego  pasja,  osobowość,  zaangażowanie  to
bagaż  emocji,  za  który  kochamy  aktorów  (marki).  Przenikanie  się  nawzajem  tych  dwóch
elementów,  bez  wskazywania  szczególnych  proporcji,  staje  się  kluczowe  dla  tworzenia
wartości.  Z  małym  zastrzeżeniem,  emocje  zawsze  pozwalają  wybaczać  potknięcia
merytoryczne.

background image

Mordobicie w marketingu

Jest  ciepłe,  kalifornijskie  lato.  2  sierpnia  1964  r.  Long  Beach.
Delikatna  bryza  na  Signal  Hill.  Pierwsze,  międzynarodowe,
poważne  mistrzostwa  karate  w  USA.  Ed  Parker’s  Tournament.  Ze
wszystkich 

stron 

USA, 

przyjechali 

tutaj 

przedstawiciele

najróżniejszych  szkół  walki.  Hala  Municipal  Auditorium  pęka
w  szwach.  Turniej  okazał  się  wyjątkowym  sukcesem.  Niedzielny
wieczór zamienił się w feerię fantastycznych pokazów sztuk walki.
John  Rhee  łamiący  ponad  pięciocalowe  deski.  Ben  Largusa,
zachwyca  filipińską  odmianą  ciosów  karate.  Takuyki  Kubota
realizuje pokaz, o którym magazyn „Czarny Pas” napisze później
„szokujące  wyczyny”.  Na  niewielkiego  Chińczyka,  ubranego
w  czarny  mundur  i  dziwaczne,  czarne  buty  mało,  kto  początkowo
zwraca uwagę. Ale on bywa arogancki. Zarozumiały. Pewny siebie.
Nachalny.  Ale  dowcipny.  Ekstrawagancki.  Młodzieniec  z  Hong
Kongu. Piekielnie szybki. Mały Smok. Bruce Lee.
Bruce wskakuje na ring. Rzuca wyzwanie.
–  Koncentrujecie  się  na  formach.  A  w  walce  chodzi
o uproszczenie! O jak najszybsze pokonanie przeciwnika!
Publiczność buczy.
– Jestem w stanie pokonać każdego w ciągu minuty!
Tłum skanduje: – U-do-wo-dnij! U-do-wo-dnij!
– Będę z nim walczył!
Na ring wskakuje długowłosy Chińczyk.
– Już raz go pokonałem!

[Walkę i jej wynik możecie 

obejrzeć na dole wpisu

].

 

Na samym początku lat 90., poznałem fantastycznego profesora. „Prezydenckiego”, a nie

tam jakieś fifirifi. Czułem wtedy nieodparty głód intelektualny, na rozmowy o marketingu.
Poświęcił mi ponad trzy godziny. Słuchał wyjątkowo cierpliwie. Zadał nawet parę pytań.
Gadał  jak  najęty  ktoś  zupełnie  inny.  Na  końcu  tego  swoistego  seansu  terapeutycznego
powiedział.  –  Panie  Jacku,  przyznam  się  Panu  do  czegoś.  Jak  po  raz  kolejny  muszę  iść
a  katedra  i  tłumaczyć  ludziom,  co  to  jest  marketing,  to  już  mam  tego  serdecznie  dosyć.
Profesor  użył  trochę  innych  słów  zamiast  „serdecznie  dosyć”,  ale  parafrazując  Twaina,
spuśćmy zasłonę milczenia na koniec tej sceny.

Przed  1990  rokiem,  „marketing”  był  egzotycznym  przedmiotem  na  polskich  uczelniach,

podobnie jak hodowla żółwia pustynnego, albo uprawa manioku na plażach piaszczystych.
Akademickie  korytarze  wypełniało  około  50  akademików,  zajmujących  się  tym

background image

zagadnieniem.  Niektórzy  przebąkiwali  coś  o  marketingu  socjalistycznym.  Stare  dzieje.
Później,  na  anielskich  skrzydłach  firm  polonijnych,  sfrunęła  swoista  estetyka,  pachnąca
zachodem,  tanim  barszczem  i  marmurkami.  Do  działów  handlowych  przyczepiano
„marketing”  (niektórzy  nawet  „marketyng”).  Pierwsze  komórki  marketingu  powstawały
w  okolicach  roku  1995-1996.  Mój  pierwszy  skrypt  do  zajęć  „Podstawy  marketingu”,
napisany na maszynie, z odręczną „infografiką” powstał w 1993 r. Przez pierwsze 10 lat,
marketingowi  przypięto  łatkę  „nowocześniejszej  nazwy  handlowania”.  Lub  „amłejostwa”
jak niektórzy mówili. W 1997 r. świetna sztuka o pracy w agencji reklamowej – „Ketchup
Schroedera”.  Po  roku  2000,  powstawały  i  umacniały  się  różne,  polskie  marki.  Pomijając
te, o których już dziś nikt nie pamięta. Rozpoczęła się wielka Wiosna Ludów w marketingu.
Rozrastały  się  komórki.  Agencje  reklamowe  przeżywały  prosperitę  i  pękały  w  szwach.
Polska  zamigotała  na  kolorowo  w  tivi  i  na  tekturowo  na  billboardach.  O  karierze
w  marketingu  marzył  każdy  student.  Nieomalże  każda  uczelnia,  uważała  za  oczywiste
uruchomienie  kierunku  „zarządzania  i  marketingu”.  Po  2005  roku,  coraz  głośniej
przedsiębiorcy przyznają się, że do marketingu zatrudnią każdego. Byle nie po „zarządzaniu
i  marketingu”.  Absolwenci  z  trwale  wyrytymi  w  pamięci  SWOT-ami,  BCG-ami  oraz
recytującymi  z  pamięci  megakorporacyjne  strategie  największych  z  listy  „Forbesa”,  topią
się  niczym  wosk,  gdy  w  praktyce  przychodzi  im  się  zmagać  z  CMYK-ami,  RGB-ami,
pantonami,  roll-upami,  solwentami  i  cromalinami.  Kiedy  kończy  się  rok  2008,  Polska
oszalała na punkcie Naszej-Klasy, doceniając w końcu siłę internetu. A potem był już tylko
Facebook, Twitter, LinkedIn i Goldenline. Przez ostatnie lata, cały świat krzyczy słowami
Petera  F.  Druckera,  że  współczesna  gospodarka  XXI  wieku,  to  innowacje  i  marketing.
Innowacje – jasne. Ale jak rozumiesz „marketing”?

Przez  ostatnie  22  lata,  słowo  „marketing”  przemykało  na  ustach  wszelkiej  maści

przedsiębiorców,  naukowców,  dziennikarzy,  celebrytów,  studentów  czy  gwiazd  estrady.
Odmieniane  na  wszelkie  możliwe  sposoby.  Od  przymiotnikowego  „marketingowy,
marketingowa,  marketingowe”  do  „marketingowania  czegoś”  lub  „marketingowania  się”
włącznie.  Nic  nie  było  „reklamowe”,  „promocyjne”,  „propagandowe”,  „handlowe”,
„wizerunkowe”, „spektakularne”. Wszystko musiało być „marketingowe”. Kontekst użycia
był  bardzo  szeroki.  Nachalny  artysta  wpycha  swoją  płytę  w  szklany  ekran?  To
marketingowe! Sklep oszukuje na cenach? To marketingowe! Nie doczytałeś się w umowie
gwiazdek?  To  marketingowe!  Ucho  garnka  odpadło?  Zrobili  Cię  marketingowo!
Usłyszeliśmy o „chwytach, trickach i manipulacjach” marketingowych. Słowo „marketing”
zostało zajechane jak dziki osioł, każdy domorosły spec, wyznawał zasadę, że dzięki temu
jego  wypowiedź  nabierze  wymiaru  eksperckości.  Dość,  dość  i  jeszcze  raz  dość.
Przypomnijmy dwa cytaty:

„Spośród  wszystkich  dyscyplin  wchodzących  w  skład  nauk
ekonomicznych  nie  ma  prawdopodobnie  cieszącej  się  gorszą
opinią  niż  marketing.  Kojarzy  się  on,  bowiem  z  wprowadzaniem

background image

ludzi w błąd i manipulacją. Tymczasem w rzeczywistości odwołuje
się  do  zasad  etycznych,  które  często  łamane  są  przez  ludzi,
niezwiązanych z tą dziedziną.”

Źródło: „Klucz do marketingu”, Jonatan Sutherland, Diane Canwell
Wyd. Naukowe PWN 2008, ISBN 978-83-01-15448-6(01)

 

„Praca  marketingowa  bywała  zmiennie  określana,  jako  zawód,
sztuka,  nauka,  złowieszczy  instrument  dla  mas  i  śmiechu  warta
strata pieniędzy. Pojęcie „marketingu” w znaczeniu pejoratywnym
było  szeroko  stosowane  w  mediach,  a  ludzie  parający  się  tą
profesją często portretowani, jako fałszywi i niemoralni łajdacy.”

Źródło: „Nowe spojrzenie na marketing”, Robert Shaw
Wyd. Studio Emka 2001, ISBN 83-88931-00-8

 

Przez 22 lata dorobiliśmy się setek tysięcy ludzi pracujących w marketingu. I ani jednej

uznanej  marki  światowej.  Choćby  aspirującej  do  niej.  Pomijam  marki  osobowe.  ANI
JEDNEJ. Jeśli ktoś nie wierzy, niech przejrzy sobie zestawienia Interbrands. Jesteśmy za to
mistrzami przerobu. Na którym ktoś nakleja swoje własne logo. Równocześnie krzyczy się,
że  „marketing  to  snobistyczna  zachcianka”.  Nikomu  niepotrzebny  kwiatek  do  kożucha.
Kryzys? Tniemy pieniądze na marketing. Nie oceniając wcześniej w sensowny sposób jego
efektów oraz skutków, jakie może to wywołać dla firmy. Marketer bywa często odtwórczy.
Robi  to,  co  mu  każe  zagraniczna  centrala.  Albo  marna  agencja  reklamowa,  w  którą  dział
marketingu  wpatrzony  jest  jak  w  obrazek.  Albo  szef,  dla  którego  marketing  to  takie
„pitolenie  po  szopenie”,  a  jeśli  już  to  wszystko  ma  być  tanio,  swojsko  i  najlepiej  tylko
takie  rozwiązania,  które  podobają  się  żonie  prezesa.  Inni,  robią  wszystko  sposobem
gospodarczym. Albo generalnie zatrudniają do wszystkiego dostawców, dobrze sobie przy
tym tyjąc. I jedni. I drudzy...

Pierwszym marketerem każdej firmy, jest jej szef – właściciel, prezes, dyrektor. To jest

„samiec  alfa”,  który  ma  inspirować,  charyzmatycznie  motywować,  rozwijać  ludzi,
pomagać  im  w  pokonywaniu  przeszkód,  ale  przede  wszystkim  –  kreować  rynek.  Takim
marketerem był Steve Jobs. I choć Apple nie do końca podoba mi się w wymiarze działań
społecznych i współpracy z dostawcami, to gra na rynku prowadzona jest na najwyższym
poziomie.

Mentalność  „samców  Alfa”  w  wymiarze  prezesów  czy  członków  Rad  Nadzorczych,

kształtowana  jest  silnie  w  otoczeniu  społecznym.  Oni  również  słyszą  „marketingowanie
marketingu”  na  wszelkie  możliwe  sposoby.  Ci  może  bardziej  światli,  nie  zwracają  na  to
uwagi. Ale nie łudźmy się, w wielu firmach pisma typu Harvard Business Review pełnią
podobną funkcję, co „Na Żywo” w poczekalni u stomatologa...

Wybaczmy Zosi ze spożywczego czy Wojtkowi z mięsnego, uznawanie marketingu za zło

background image

całego  świata.  Odpowiedzialnego  za  manipulację,  kombinację,  oszustwa  i  jedną  wielką
„ściemę  handlową”.  Oni  mają  pełne  prawo  nie  rozumieć  tych  niuansów.  Ale  już  student
„Czegoś  i  Marketingu”  powinien  rozumieć,  w  czym  rzecz.  Ostatecznie  nie  studiuje  na
Akademii  Oszustów.  Ale  od  kadry  akademickiej,  szczególnie  z  obszaru  ekonomii,
zarządzania  czy  marketingu,  po  22  latach  należałoby  wymagać  zrozumienia  istoty  tej
dziedziny wiedzy, posługiwania się poprawną terminologią oraz umiejętności obrazowego
wyjaśnienia  np.  mediom.  Jeśli  jednak  jeden  z  profesorów  ekonomii,  nie  ma  bladego
pojęcia o jednym z współtwórców współczesnego świata gospodarki, a drugi sugeruje, że
Polacy  są  „marketingowo  oszukiwani”,  to  jest  to  zarówno  ich  kompromitacja  jak
i niebezpieczne utwierdzanie w przekonaniu innych, że tak rzeczywiście jest.

Mam  osobiście  dość  słuchania,  że  istotą  marketingu  jest  oszukiwanie  ludzi.  Obraża  to

wszystkich  ludzi  pracujących  w  marketingu,  bez  względu  na  stanowisko.  Obraża  to
właścicieli  firm  i  prezesów,  którzy  bardzo  ciężko  tworzą  unikatowe  wartości  dla  coraz
bardziej  wymagających  klientów.  Obraża  to  setki  tysięcy  ludzi,  zatrudnionych  w  branży
„marketing  services”:  począwszy  od  projektantów  i  montażystów  szyldów  reklamowych,
grafików komputerowych, importerów gadżetów, twórców identyfikacji wizualnej poprzez
agencje reklamowe, badaczy rynku czy mediów aż po ludzi ciężko pracujących w biurach
reklamy  wszelkiej  maści  mediów.  Bez  względu  na  nasz  stosunek  do  reklamy.  Obraża  to
dziesiątki  tysięcy  studentów  marketingu  oraz  ich  profesorów  i  mentorów  czy  autorów
książek. To również obraża mnie osobiście.

Spróbujcie powiedzieć publicznie, że istotą wiedzy o finansach jest oszukiwanie ludzi.

Albo  ujmijcie  to  w  kontekście  wiedzy  prawniczej.  Zostaniecie  w  pięć  minut  zakrzyczeni
przez  środowiska  zawodowe.  Marketerów  nikt  nie  broni,  bo  nie  ma  takiego  środowiska.
Nie istnieje polski odpowiednik American Marketing Association czy Chartered Institute of
Marketing. Ale będzie, zapewniam Was.

Marketing services to potężna dziedzina gospodarki wszędzie na świecie. Marketerzy są

zawsze bardzo poważnymi „zakupowcami”. Bez budżetów marketingowych, nie istniałaby
komercyjna  prasa,  telewizja  czy  radio.  Bez  udziału  sponsorów  nie  zostałoby
zrealizowanych wiele projektów. Dziś chyba nawet żaden... Bez silnej konkurencji, wiele
cen  nie  byłoby  dziś  tak  niskich,  a  wiele  świadczonych  usług,  nie  byłoby  tak  wysokiej
jakości. Marketer nie jest wrogiem klienta, czatującym za rogiem, by tylko go oskubać.

W  wywiadzie  „Etyka  bankomatów”,  prof.  Paul  H.  Dembinski  porusza  dwie  kluczowe

kwestie. Po pierwsze, jednoznacznie stwierdza, że „kapitał to nie żetony do gry w ruletkę.
Kapitał  musi  pracować,  a  nie  służyć  do  gier  hazardowych”.  Tym  jasno  przekazuje,  że
kasyno o nazwie „Światowa Makro– i Mikroekonomia” zostaje już zamknięte. Ludzie mają
dość bawienia się zapałkami na rynkach finansowych, bo koszty porażki są zbyt wysokie.
I  druga  teza  „cała  ideologia  rynku  mówi  o  konkurencji.  (...)  Mamy  też  problem  z  logiką
działania korporacji. Klient jest po to, żeby zrobić z niego rezultat giełdowy, nie jest po to,
żeby  z  nim  współpracować,  żeby  wrócił  jutro.  Wbrew  temu,  co  opowiadają  marketerzy,

background image

klient jest tylko złożem dochodu dla firmy”.

Piękne  prawda?  Czyż  to  nie  fantastycznie  czuć  się  jak  matrixowa  bateryjka,

w korporacyjnym świecie, dla których relacje z klientem nie mają większego znaczenia, bo
liczy się tylko cyfra? (sic!). Ale ten świat się kończy. Dlaczego? To proste. Dzięki social
mediom, klienci przestają się dawać traktować jak matrixowe bateryjki. Twórcy Twittera
czy  Facebooka,  dali  klientom  potężne  narzędzie  do  ręki.  Narzędzie  bezpośredniego
feedbacku na realizowane przez firmę działania rynkowe. Świat relacji klient-firma bardzo
mocno się zmienił Panie i Panowie. To nie jest dobra wiadomość dla rozdmuchanego ego
bardzo wielu właścicieli firm...

Pierwszy  Marketer,  czyli  właściciel  zawsze  gdzieś  głęboko  definiuje  swoje  podejście

do  klienta.  Może  je  definiować,  jako  „matrixową  bateryjkę”.  Albo  „gęś  do  oskubania”.
Albo  „złotą  kurę”.  Albo  „partnera”.  Albo  „wroga”.  Cała  reszta,  to  już  tylko  cyferki.  Bez
względu na ich wielkość, podejście do klienta właściciela firmy, będzie zawsze wpływać
na całą resztę.

I  sedno  sprawy.  Jeśli  jakiś  profesor  ekonomii  uważa  wiedzę  o  marketingu  za

oszukaństwo,  pranie  mózgu  i  robienie  ludzi  w  konia,  to,  jako  autorytet  przekazuje  prosty
komunikat  przedsiębiorcom.  Tych,  którzy  to  robią  i  się  z  tym  kamuflują,  utwierdza  tylko
w  przekonaniu,  że  wszystko  jest  OK.  Tym,  którzy  w  swojej  działalności,  choć  trochę
rozumieją  i  stosują  zasady  etyki  biznesu  czy  marketingu,  sugeruje,  że  są  totalnymi
naiwniakami. Paplanie autorytetów, profesorów ekonomii o „oszustwach marketingowych”
legitymizuje  przedsiębiorców  do  kombinacji  na  rynku.  Usprawiedliwia  też  ich
dotychczasowe działanie.

To  nie  marketing  oszukuje  ludzi.  To  ludzie  oszukują  klientów,  używając  narzędzi

marketingu. To zasadnicza różnica.

 

Na  zakończenie  wracam  do  Małego  Smoka.  Scena  walki  o  zasady  na  ringu,  nie  miała

w rzeczywistości miejsca. Została wymyślona w filmie „Dragon”. W rzeczywistości tego
rodzaju  zachowanie  byłoby  obraźliwe  dla  ludzi  uprawiających  sztuki  walki.  Ed  Parker
nigdy nie pozwoliłby na taką demonstrację. Również Bruce Lee miał zbyt dużo klasy, aby
pozwolić  sobie  na  tego  rodzaju  występek.  Ale  dla  mnie  jest  to  bardzo  obrazowa
i symboliczna scena.

Wyzywam  na  pojedynek  intelektualny  każdego  notowanego  w  „Informatorze  Nauki

Polskiej”,  przekonanego,  że  istotą  wiedzy  o  marketingu  jest  oszukiwanie  ludzi.  Jestem
w  stanie  w  ciągu  60  sekund,  podczas  publicznej  debaty,  udowodnić,  że  opowiada  totalne
bzdury na resorach i obronić swoją kluczową hipotezę.

background image

Startupy łowią z kanapy

Dawno temu, kiedy nie było jeszcze internetu, wybraliśmy się z ojcem na ryby. Ponieważ
miałem  niewiele  więcej  niż  dziewięć  lat  posiadałem  najnowocześniejszą  wędkę  na
świecie  –  zrobioną  z  żyłki,  haczyka,  prostego  spławika  i  leszczynowego  kija.  Zajęliśmy
miejsce  na  pomoście,  a  po  jego  przeciwnej  stronie  pojawiła  się  grupka  zachodnich
Niemców, czyli z RFN a niefarbowanych z DDR. Jakiż oni mieli sprzęt! Setka spławików,
pięć różnych wędek, dwadzieścia typów żyłek, cztery rodzaje siatek, kamizelki w milionem
kieszonek i obowiązkowe czapeczki na głowach.

Patrzyli na nas ze swoją erefenowską wyższością i wydymali usta na moją wędkę. Ryba

wzięła.  Nam,  nie  im.  Potem  druga,  piąta...  dziesiąta.  Przy  trzeciej  erefenowcy  poczuli
podniecenie.  Przy  siódmej  –  wkurzenie,  a  przy  dziesiątej  prawdziwa...  ich  wzięła.  Jakoś
poprosili ojca, żebyśmy zamienili się miejscami na pomoście. A że Polak rasa gościnna to
ulegliśmy. Po kilku minutach złowiliśmy kolejną rybę. W przeciągu 30 minut mieliśmy ich
jeszcze  15.  Niemcy  zagotowali  się.  Dym  szedł  im  uszami.  Pohukując  coś  o  przeklętych
Mazurach,  oddali  się  z  całym  sprzętem  z  pomostu.  Dziś,  kiedy  wpadła  mi  do  głowy
metafora o jeziorach, przypomniała mi się ta historia.

O startupach ostatnio głośno. Organizowana jest spora liczba mniej lub bardziej udanych

konferencji,  seminariów  czy  szkoleń.  Zakładanie  firm  nowych  technologii  zaczyna  być
wręcz  wyznacznikiem  mody  czy  trendu.  Dyskusje  startupowe  oscylują  wokół  nowych,
internetowych  narzędzi,  wymyślanych  rozwiązaniach  informatycznych,  grach  czy
oprogramowaniu mobilnym, wykorzystywaniu najnowszych aplikacji itd. Niewiele miejsca
przeznacza się na tworzenie rynku, modele biznesowe i marketingowe, potencjał sprzedaży
czy  budowanie  relacji  i  lojalności.  Podobnie  jak  na  początku  XX  wieku,  firmy
koncentrowały  się  przede  wszystkim  na  własnych  produktach,  a  nie  tworzeniu  rynku  lub
rozwiązywaniu  określonych  problemów  klientów  poprzez  dostarczaniem  im  określonych
korzyści. Tak, to typowa „orientacja produkcyjna”.

Jeśli  przyjąć  semantykę  wędkarską  –  to  wędki  i  całe  wyposażenie  jest  właśnie  owym

startupowym  produktem  informatycznym.  A  jezioro,  rynkiem,  w  którym  pływają  mniejsze
lub większe ryby – klienci.

Przyjmując tę metaforę można pokusić się o kilka konkluzji:

Jeżeli  nie  będziesz  dbać  o  jezioro  (małe  lub  duże)  to  szybko  zamuleje  i  zarośnie.
Nie ma biznesów, które będą nakręcać się „same z siebie”.

Sztuka  łowienia  ryb,  to  sztuka  ich  zanęcania  –  wie  to  każdy  wędkarz.  Taką
„koncepcją  zanęty”  jest  rozwijający  się  tzw.  inbound  marketing  –  tworzysz  rynki
świadomych  klientów,  którzy  mają  świadomość,  jaka  potrzebę  zaspokajają.  Nie
uprawiasz hard sellingu, bo coraz więcej firm jest na to odpornych.

background image

Nie  poławiaj  na  chama  młodego  narybku.  Pozwól  mu  dorosnąć.  Nie  wciskaj
klientowi produktu, jeśli on (klient) nie jest jeszcze na to gotowy. Edukuj, wyjaśniaj,
okaż  cierpliwość.  To  będzie  procentować.  Ale  uważaj  –  wyrośnięta  rybka,  to
łakomy  kąsek  dla  konkurencji.  Może  Ci  zabrać  tego  klienta  szybciej  niż  się
obejrzysz.

Nie łów ryby na truskawki, które Ty uwielbiasz. Ryby łowi się na coś innego i nie
zawsze  jest  to,  za  czym  przepadasz.  Nie  opowiadaj  jak  nawiedzony  godzinami
o swoim oprogramowaniu czy aplikacji. Opowiedz o korzyściach, jakie będzie miał
z tego Twój klient.

Czasami  leszczynowy  kij  wystarczy  niż  cały  pęk  wypasionych  wędek.  Prostota,
użyteczność czy wręcz skromność rozwiązań przy naturalnej prostocie, może być dla
Twojego  biznesu  optymalna.  Ludzie  nie  chcą  wodotrysków,  przynajmniej  na
początku.

To,  że  macie  dziesięć  wędek,  piętnaście  podbieraków  i  kamizelkę  z  milionem
kieszonek – nie interesuje żadnych ryb. Twój produkt i firma nie interesuje nikogo.
Rybę  interesuje  wyłącznie  tłusty  robak  dyndający  na  haczyku.  Twoi  klienci  chcą
przede wszystkim rozwiązać swój problem lub zaspokoić konkretną potrzebę.

Nie próbuj przekonywać na siłę, że każda ryba kocha truskawki. Żadna ryba w to nie
uwierzy.  Jeśli  chcesz  się  przekonać  –  zrób  film  z  rybami  pałaszującymi  truskawki
i wrzuć go na YT.

Wielu  właścicieli  jezior,  czyli  posiadaczy  swoich  rynków  i  grup  klientów,  często
robią wzajemne alianse. Ale co zrobić, jeśli tego jeziora jeszcze nie masz? Stwórz
wartość, która będzie je równoważyć.

Brudne i zamulone jeziora nie są dobrym polem dla ryb. Najszlachetniejsze gatunki
kochają  przejrzysta  wodę.  Jakkolwiek  to  zabawnie  zabrzmi  w  Twoich  uszach  –
etyka biznesu jest jedną z ważnych składowych wartości Twojej marki. Nawet, jeśli
to słowo głośno nie pada.

Żyjesz  i  płacisz  rachunki  z  biznesu  jeziornego,  a  nie  z  oglądania  pięknych  widoczków.

Twoja działalność musi się monetyzować i zarabiać na siebie. Chyba, że masz zamożnych
sponsorów,  finansujących  Twoje  hobby  hodowli  ryb  i  wolą  oglądać  piękne  widoczki.
Wtedy gratuluję, tez bym tak chciał:)

Drogie startupy, kreujcie własne rynki i twórzcie jeziora.

Wpis  z  dedykacją  dla  studentów  Uniwersytetu  Gdańskiego,  z  którymi  miałem

przyjemność mieć zajęcia.

background image

Jak żeglują Niemcy, Żydzi i Polacy?

Kiedy  młodemu  Niemcowi,  dają  100  Euro  i  każą  mu  je  pomnożyć  –  to  pracuje  w  pocie
czoła.  Mając  wciąż  w  pamięci  liczne,  gospodarcze  autorytety  stawiane  mu  za  wzór.
Przekaz  brzmi  „działaj!”,  zgodnie  z  weberowską  koncepcją  ducha  protestantyzmu.  Młody
Niemiec pomnażając kapitał, stawiany jest za wzór cnót i przedsiębiorczości.

Kiedy młodemu Żydowi, dają 100 szekli – wszyscy pobratymcy dokładają swoje, żeby

mu  pomóc.  Ot,  taki  religijny  nakaz  pomocy  potrzebującemu  i  przedsiębiorczemu.  Młody
Żyd, pomnażając kapitał – stawiany jest również na wzór cnót i przedsiębiorczości.

Kiedy młodemu Polakowi, dają 100 PLN, wszyscy pobratymcy chcą mu je zabrać. Albo

przynajmniej  podzielić.  Zgodnie  z  chrześcijańską  tradycją:  każdemu  po  równo.  Z  punktu
widzenia  społeczeństwa  –  to  sprawiedliwe  (???).  Czy  z  punktu  widzenia  posiadacza?
Praca  wszak,  jest  karą  za  grzeszne  życie  (grzech  pierworodny).  A  budowanie  majątku,
kapitału  –  rzeczą  na  wskroś  naganną.  Oczywiście,  te  straszliwe  postępki  bogacenia  się  –
będą  wybaczone,  pod  warunkiem  sprawiedliwego  podziału  dóbr  pomiędzy  wszystkich
pozostałych członków społeczeństwa. I to jest sprawiedliwe? (sic!)

Po  podziale,  młodemu  Polakowi  pozostaje  pewnie  połowa,  czyli  50  PLN.  Wciąż  jest

ambitny,  silny,  chętny  do  działania.  Pomnażając  ten  kapitał,  stawiany  jest  za  wzór
cwaniactwa,  kombinatorstwa,  oszustwa  jak  też  wykorzystywania  innych,  porządnych
i uczciwych ludzi.

 

Konkluzja: Polacy są najbardziej przedsiębiorczą nacją na świecie z prostej przyczyny

–  potrafią  żeglować  na  dwukrotnie  mniejszych  łupinach  niż  Niemcy  czy  Żydzi  oraz
docierać do brzegu w fatalną pogodę. Niejednokrotnie prędzej:)

background image

Kotecek

Chłopiec miał może cztery lata. Z zainteresowaniem przyglądał się stodole, którą widział
po  raz  pierwszy.  Jego  uwagę  przykuł  śliczny  cielaczek  z  sympatycznym  pyskiem,
przeżuwający  resztki  siana.  Ale  było  jeszcze  coś.  Coś,  co  zupełnie  nie  pasowało  do  tej
sielskiej układanki. Chłopiec wypadł ze stodoły niczym oparzony. Zaaferowany przebiegł
kilkanaście kroków i wpadł jak burza do domu. Przerywając kawę i niedzielne pogaduchy
podczas  rodzinnej  wizyty,  wyraźnie  zafrapowany  i  lekko  zapowietrzony,  wykrzyczał:  –
Cud! Cud się stał! Cielak jajko zniósł!

Znoszenie  jaj  przez  cielęta  jest  niecodziennym  zjawiskiem.  Podobnie  jak  ich

wysiadywanie,  że  o  wykluciu  nie  wspomnę.  Dziś  taki  casus,  zarejestrowany  wszelkimi
możliwymi mediami i puszczony w świat, miałby szansę na błyskawiczną karierę. Zapewne
ów  przypadek  podlegałby  sumiennej  ocenie  internautów.  Pomijając  drobiarski  hejt,
trwałyby ustalenia, kto podłożył jajko, czy cielak to kura, co było pierwsze i dlaczego kura
przekroczyła ulicę. Innymi słowy – coś by nam się wydawało i ów fakt budziłby określone
emocje. O ile nie przekraczają one progu własnego domostwa, jest wszystko w porządku.
Gorzej,  gdy  niepokoją  tysiące  czy  miliony  ludzi,  wpływają  na  ich  decyzje,  zmiany
zachowań  oraz  kształtowanie  opinii.  Dziś,  bowiem,  w  erze  mediów  społecznościowych,
niewinne „wydawało mi się, że widziałem kotecka” może poruszać góry.

Oto klientka sklepu, która kupiła kaszkę dla dzieci. To, co zobaczyła w środku, wydaje

jej się małą myszką. Fotografuje i umieszcza na Facebooku. Rozpętuje się burza medialna.
Internauci  dokładają  porcję  swoich  komentarzy.  Niektórych  managerów  pewnie  odwołują
z urlopów. Po 24 godzinach okazuje się, że to jednak nie to. Za myszkę przebrała się zbita
grudka kaszki. Cała Polska Dziecięca oddycha z ulgą. Ale ilu z rezerwą podchodzić będzie
do półek? Ilu przestanie ufać marce? Ilu po cichu zacznie lepić myszki z kaszki, bo a nuż
i im uda się medialnie zaistnieć?

Internauta,  który  jest  nadawcą  medialnym,  nie  jest  dziennikarzem.  Nie  musi  sprawdzać

w różnych źródłach czy ponosić prawnej odpowiedzialności za przekaz. Wydawało mu się,
że  widział  myszkę  w  kaszce  to  napisze  „mysz  w  kaszce”.  Kolejne  media  dodają
wykrzykniki,  myszka  stanie  się  krwiożerczym  stadem  szczurów,  a  dziecko  zamieni
w  żłobek  pełen  chorych  niemowląt,  na  którym  eksperymenta  biologiczne  prowadzi  jakieś
spożywcze korpo.

To,  co  staje  się  niebezpieczne,  to  uzależnianie  się  researchu  mediów  od  Facebooka

i  Twittera.  Coraz  częstsze  budowanie  przekazu  w  oparciu  o  niepełne,  niesprawdzone
i niejasne informacje. Nie chodzi tu o tabloidy, a typowe media mainstreamowe. Pojawia
się  coraz  więcej,  faktoidów,  których  sprostowań  później  nikt  nie  czyta  lub  nie  ogląda.
Media społecznościowe stają się dziś ich największym dawcą.

Czym innym jest film zrobiony przez trzech kanadyjskich studentów, na którym widać jak

background image

orzeł  chwyta  i  unosi  do  góry  dziecko.  Projekt,  który  zdobył  szturmem  internet,  powstał
w  ramach  pracy  domowej  na  zajęcia  z  animacji  3D.  Taki  faktoid  nikomu  raczej  krzywdy
nie  zrobi.  Nie  wywoła  szczególnych  reakcji,  poza  odrobiną  emocji.  Ale  odnajdywanie
i  fotografowanie  martwych  zwierząt  w  żywności  jest  czymś  zgoła  innym.  Takie  zdjęcia
rozchodzą  się  w  sieci  z  prędkością  światła.  Bez  względu  na  to  czy  są  prawdą  czy  nie,
rodzą  szereg  problemów  w  dotyczących  ich  firmach.  Produkcja  żywności  podlega
szczególnym  rygorom  i  powyższe  zdarzenie  byłoby  ewenementem.  Nawet  najwięksi
konkurenci  nie  podkładają  sobie  takiej  świni.  I  jeszcze  jeden  aspekt  –  ograniczanie
wiarygodności  przekazu.  Za  jakiś  czas,  bowiem,  może  się  okazać,  że  nasza  cywilizacja
zawali  się  w  gruzy  z  dwóch  powodów.  Pierwszym  będzie  zniszczenie  całego  systemu
informatycznego  na  Ziemi  wskutek  wirusa,  uznanego  przez  większość  ludzi  za  fake.
Drugim,  będzie  śmierć  pozostałych  w  wyniku  chorób  i  niechęci  do  szczepionek
antywirusowych, ze względu na podejrzenie spisku koncernów farmaceutycznych.

background image

Teoria Palisady

Palisada,  ostrokół,  częstokół  –  to  ogrodzenie  z  drewnianych,  ostro  zakończonych  pali,
wbitych  jeden  przy  drugim.  Jest  jedną  z  prymitywnych  konstrukcji  obronnych,
wykorzystywanych  nieprzerwanie  do  XIX  w.  W  średniowieczu  palisady  były  stosowane
w  obronie  grodów.  W  warunkach  ustabilizowanych  frontów  lub  w  wypadku  obrony
wąskich  przejść  odgrywały  rolę  fortyfikacyjnej  zapory  przeciwpiechotnej,  niekiedy
wyposażonej w strzelnice. (Wikipedia.pl)

Każda  firma  opracowując  program  marketingowy,  dąży  do  maksymalizacji  ograniczeń,

umożliwiających skopiowanie go przez konkurencję. Niektóre procesy są bardzo łatwe do
adaptacji,  –  co  ogranicza  ostateczną  skuteczność  projektu.  W  coraz  powszechniejszym
świecie  benchmarkingu,  konkurenci  korzystają  przede  wszystkim  z  naszego  potencjału
kreatywnego.  Takich  zachowań  nie  da  się  uniknąć  –  nie  wymyślono  jeszcze  skutecznej
ochrony  przed  kopiowaniem  pomysłów...  W  Teorii  Palisady  (TP),  chodzi  o  uzupełnianie
strategii  programu  o  takie  elementy,  które  będą  niemożliwe  lub  bardzo  trudne  do
skopiowania.  „Usadowienie  palisady”  staje  się  tym  samym  strategią  skutecznych
ograniczeń  penetracji  naszych  działań  przez  konkurencję.  Czy  poprzez  tworzenie  działań
niemożliwych  do  powtórzenia  lub  stosunkowo  wysokich  barier  wejścia.  Wydaje  się,  że
strategia „blue ocean” jest próbą maksymalizacji palisad.

Jakie  działania  mogą  być  palisadą?  W  jednym  z  programów  lojalnościowych  –  punkty

nazwałem  „baxami”,  parafrazując  nazwę  firmy.  Ten  drobiazg  nie  jest  możliwy  do
skopiowania  przez  konkurentów  (  chyba  ze  chcą  być  narażeni  na  śmieszność).  Konkurent
nadal nazywać będzie swoje punkty „punktami” – lub wymyśli inną nazwę.

Prawdziwa palisada, nie opiera się jednak o jeden czy dwa elementy... Czyż nie można

jej  traktować,  jako  uzupełniające  projekty  marketingowe.  Tym  samym  program  kluczowy
(podstawowy)  –  zaczyna  przypominać  grono  wzajemnie  uzupełniających  się  projektów  –
podobnie  jak  w  teorii  gron  Portera.  Konkurent  kopiując  jedynie  wybrany  element  –  nie
może osiagnąć naszych celów, ze względu na brak synergii pozostałych gron. Skopiowanie
całości  grona  –  może  być  nieefektywne  czy  wręcz  niemożliwe  z  powodu  zbudowanej
palisady  lub  kilku  ograniczających  kopiowanie  „kolców”.  Niemożliwe  do  skopiowania
grona lub grono – „supergrono” staje sie „języczkiem u uwagi”. Naśladownictwo staje sie
trudne – firma musiałaby dokładnie skopiować supergrona...

Niektóre firmy nigdy nie stawiają palisad lub czynią to mało efektywnie. Czasem to, co

wydaje im sie palisadą – po prostu nią nie jest. Na globalnym rynku, gdzie 3/4 aparatów
cyfrowych  produkowana  jest  w  kilku  azjatyckich  fabrykach  (podobnie  jak  laptopy)  –
złudną  palisadą  staje  się  logo  nadrukowane  na  obudowę  urządzenia.  Oczywiście  –
potencjał,  historia  marki,  doświadczenie,  system  dystrybucji  –  są  w  pewnym  sensie
palisadami.  Jednak  coraz  częściej  liczy  się  tutaj  kreatywność,  myśl  techniczna,

background image

niestereotypowe rozwiązania, sposób obejścia klasycznej dystrybucji. Naturalnie – to musi
być zaakceptowane przez rynek lub segment. Firma, która nie stawia palisad – nie oprze się
penetracji konkurentów.

Palisady  dla  wielu  firm  mogą  być  skutecznym  narzędziem  ochrony  przed  dużymi,

agresywnymi  koncernami.  Czy  mały,  osiedlowy  sklep  może  przeciwstawić  się  dominacji
okolicznego  supermarketu?  Moim  zdaniem  tak  –  jesli...  nie  będzie  z  nim  konkurował
w otwartej walce. Może sprawić, że konkurencja z nim będzie mało istotna, wykorzystując
zasady blue ocean lub skoncentrować się na elementach palisady, których albo nie będzie
można  skopiować,  albo  nie  będzie  to  racjonalne  ekonomicznie.  Wiele  koncernów  nie
mogąc skopiować palisady – po prostu kupując całe firmy.

Czyż  właśnie  tak  nie  rozwinął  się  potencjał  połowy  Krzemowej  Doliny?  Strategia

kupowania  małych,  pomysłowych  firm,  które  nie  mają  wystarczających  środków  na
rozwój?  Czy  takie  fuzje  są  pozytywne?  Niestety,  nie  ma  jednoznacznej  odpowiedzi  na  to
pytanie.  Na  pewno  jesli  taka  fuzja  ma  służyć  wyłącznie  drenażowi  umysłów  (lub
świadomym  ograniczaniu  innowacyjności  z  obawy  przed  utratą  rynku  na  dotychczasowe
produkty) – to nie jest to korzystne dla nikogo.

Kto  skopiuje  talent  unikatowego  grafika  czy  malarza?  Można  skopiować  corporate

identity  IKEA  czy  Harley  Davidson,  ale  czy  da  się  to  zrobić  z  ich  „duchem”  czy
„klimatem”? Te marki są na swój sposób niepowtarzalne – ich palisada wynika z głębokiej
indywidualizacji.

background image

Zyskowna sprawa

W naszym rodzimym bajkopisarstwie, znajdziemy mnóstwo opowieści o dwóch braciach.
Najczęściej nie chodzi o kontekst związków partnerskich, ale o pieniądze. Jeden, bowiem
jest  bogaty,  a  drugi  biedny.  Ten  pierwszy  okazuje  się  najczęściej  tym  złym.  Jak  łatwo  się
domyśleć związek kasy i ciemnej strony mocy wydaje się jednoznaczny.

Wielu  ludzi  słysząc  słowo  „zysk”  mimowolnie  wykrzywia  twarz.  Albo  chytrze  się

uśmiecha.  Mina  innych  tężeje,  sugerując,  że  rozmowa  o  pieniądzach  lubi  ciszę.  Albo
w ogóle się o nich nie rozmawia, bo gentelmani... I tak dalej. Z drugiej strony dążenie przez
firmę  do  osiągania  zysków  jest  kluczowym  warunkiem  jej  rynkowego  powodzenia.
Mentalnie „zysk” ma swój specyficzny aspekt kulturowy. O ile Amerykanie dyskutują o nim
swobodnie, o tyle dla wielu Polaków jest to temat niezręczny, niewygodny czy wręcz tabu.
Polak,  bowiem  „uszczęśliwia  świat  swoją  misją”,  „nie  przywiązuje  wagi  do  pieniądza”
tudzież „brzydzi się wszelką komercją”. Czynienie czegoś „dla zysku” brzmi u nas bardzo
pejoratywnie.

Przedsiębiorca  w  Polsce  bywa  podświadomie  portretowany,  jako  bezlitosny  łajdak,

który  za  ostatni  grosz  sprzeda  własną  matkę.  Trudno  się  dziwić.  Wielu  przedsiębiorców
przez  ostatnie  dwadzieścia  dwa  lata  zapracowało  sobie  solidnie  na  ten  obraz.  Wcześniej
był  dorobkiewiczem,  prywaciarzem,  cinkciarzem,  a  jego  dzieci  bananową  młodzieżą.
A  jeszcze  wcześniej  –  kułakiem,  krwiopijcą,  wyzyskiwaczem  i  panem  gnębiącym
pańszczyźnianych  chłopów.  Niektórzy  uznają,  że  ostatnim,  etycznym  przedsiębiorcą
z  zasadami  był  Wokulski.  Ramą  tego  bezlitosnego  portretu,  wydaje  się  ów  negatywnie
postrzegany „zysk”, za którym kryje się jeszcze jedna cecha. Chciwość.

Kiedy  przedsiębiorca  stał  za  ladą  sklepu  lub  zatrudniał  kilkudziesięciu  ludzi,  był

fizyczną  osobowością,  z  którą  można  było  rozmawiać.  Jego  sposób  zarabiania  pieniędzy
był bardzo szybko weryfikowany przez lokalną społeczność. Z peanami pochwał lub nagan
z ambony na niedzielnych mszach. Gdy w latach dwudziestych XX wieku, zaczął zamieniać
się  w  bezosobowe  korporacje,  władzę  przejęły  cyfry,  stopy  zwrotu,  a  następnie  równie
bezosobowi akcjonariusze. Kiedy banki przeobraziły rynek finansowy w wielkie, globalne
kasyno,  Chciwość  rzuciła  im  się  z  chichotem  na  szyję  ofiarowując  wiano  swego
dziewictwa. Akcjonariusz przyzwyczajony do dwucyfrowych stóp zwrotu, pogorszenie tej
sytuacji odbierze zawsze negatywnie. Dziś, gdy nadmierny konsumpcjonizm i tabloidyzacja
demoluje  umysły  czy  świat  zasadniczych  wartości,  powinno  znaleźć  się  miejsce  na
dyskusję.

Mam  w  pamięci  kilka  historii,  w  których  „zysk”  jest  jednym  z  bohaterów.  Jedna,  to

prosta  księgowa,  która  na  początku  lat  90-tych,  po  krótkiej  karierze  w  Urzędzie
Skarbowym, założyła własne biuro. Ubierała się przeraźliwie odpustowo. Po roku, gdy jej
stopa życiowa wzrosła diametralnie, gust się nie zmienił. Kupowała tym razem dziesiątki

background image

odpustowych sukienek. Inna, to historia typowego „toksycznego szefa” idealnie pasującego
do  świetnej  parafrazy  Guntera  Oggera  „zera  w  garniturach”.  Niszczył  ludzi  dla  jednej
złotówki.  Ale  są  i  świetne  pozytywy.  Pewne  bajecznie  bogate  polskie  małżeństwo
właściciele  kilku  fabryczek  w  Niemczech,  które  jest  po  prostu...  normalne,  mądre,
nienapuszone  i  niezmienione  przez  pieniądz.  Czy  Janusz  Wiśniewski,  „polski  Zegna”  jak
lubię  o  nim  mówić.  Skromny  i  słynny  krawiec  miarowy,  gdyński  klejnot,  z  bogatą  duszą,
wielkim sercem, świetnym rzemiosłem i rewelacyjną herbatą.

Z  pieniędzmi  jest  jak  z  marketingiem  –  mogą  być  narzędziem  służącym  jasnej  jak

i  ciemnej  stronie  mocy.  Dzięki  nim  można  niszczyć,  jak  i  tworzyć.  Pieniędzmi  można
wesprzeć  organizację  charytatywną  jak  i  kancelarię  prawną,  którą  wynajęto  do  ścigania
blogerki za „Ptasie Mleczko z Er”.

Nie wiem, jaki poziom zysków jest godny człowieka. Wiem tylko, że kasa zmienia ludzi.

 

PS. Dedykuję startupom, które zeszły z kanap i siedzą już w przeszklonych biurowcach.

background image

O firmowo-małżeńskiej lojalności

Od niepamiętnych czasów On sie o Nią starał. Targał tony prehistorycznych futer i rzucał
u  progu  jaskini.  Dziś  rzuca  kluczykami  od  „Smarta”  i  prawi  czule  słówka.  Czy  czegoś  to
nie przypomina? Podstawowego schematu działania front office?

Zespół  sprzedaży,  korzystający  garściami  z  podstawowych  technik  „adoracji”.

Wplatający  w  swój  dyskretny  urok  osobisty,  konkretne  korzyści  z  proponowanej  oferty.
Wiecznie  uśmiechnięty,  dyspozycyjny,  gotowy  na  dialog  o  każdej  porze  dnia  i  nocy.
Wszystko  dla  Klienta  –  serce  na  dłoni.  Pamięta  o  urodzinach  i  imieninach.  Dzięki
sprawnemu  CRM  wie  doskonale  ile  mamy  dzieci,  zwierząt  i  jakie  wino  pijamy  do
świątecznej kolacji. Jak porządny barman – wysłucha naszych żali i stanie się chusteczką
na  stres.  Jakiż  szef  sprzedaży  nie  pragnie  handlowców,  którzy  w  100%  są  otwarci  na
Klienta  i  chcą  przychylić  im  nieba...  (Oczywiście,  pomijając  szefów,  których  cele
zorientowane  są  na  całkowite  „wydojenie”  klienta  zgodnie  ze  znanymi  regułami
psychomanipulacji).

„Idealni” handlowcy, w pocie i znoju przynoszą gotowe kontrakty do firmy. Pełni zapału

i  optymizmu  –  „konsumują”  podpisem  na  zamówieniach  krótsze  lub  dłuższe  związki
z klientem. Po zawarciu „małżeństwa”, – jakim jest podpisanie umowy, zaczyna się szara
proza  życia,...  czyli  Biuro  Obsługi  Klienta.  Jak  historie,  „po-malżeńskie”,  których  pełno
w  epoce  kolorowej  tabloidyzacji,  tak  i  tutaj  wielu  zdaje  się  być  post-factum  delikatnie
oszołomionych (eufemistycznie rzecz biorąc?

Pierwszy  szok,  to  inny  sposób  traktowania.  Potencjalny  klient  „może”  –  istniejący,

prawie  „musi”  i  „jest  zobowiązany”.  Wszakże  podpisał  umowę,  porozumienie  czy
zamówienie.  Piłka  przestała  być  po  JEGO  stronie  kortu...  Miły  handlowiec,  został
zastąpiony przez „gdakającą” panienkę z infolinii, wypełniającą procedurę siedem siedem
łamane przez zero sześć. Na dodatek – ma na to jedynie półtorej cennej, firmowej minuty.
W  innym  przypadku  –  nie  dostanie  premii.  Czy  „gdakająca  infolinia”  dzwoni,  aby
w  zmakdonaldyzowany  sposób  złożyć  świąteczne  życzenia?  Chociażby  odtworzone
w  postaci  mp3...  O!  Nigdy  w  życiu!  Telefon  zadzwoni  z  automatycznie  wydukaną  nową
ofertą lub dmuchającym w słuchawkę bodyguardem z windykacji.

Nagle w obliczu problemów, okazuje się ze nie przeczytaliśmy umowy (według UOKiK

ponad  70%  Polaków  ich  nie  czyta).  Gdzieś  między  wierszami  odnajdujemy  kolejne
odnośniki  do  wcześniej  niezauważonych  wyjątków.  A  prawniczy  żargon,  zostanie
odszyfrowany  wyłącznie  przez  prawnika,  którego  sobie  wynajmiemy  sami.  Jakże  szybko
możemy doświadczyć obłudy pozornie szczęśliwego „narzeczeństwa”, zapewnianego przez
wyedukowany  personel  sprzedaży.  I  jakże  szybko  spaść  z  pieca  na  łeb  –  pod  egidą
pozbawionego orientacji na klienta BOK.

Długofalowa inwestycja w klienta i kalkulowana również jego lifetime value – przestaje

background image

mieć  jakikolwiek  sens.  Podstawowe  symptomy  ziaren  lojalności,  zasianych  przez  stale
edukowanych sprzedawców – zostają całkowicie zniweczone za pośrednictwem wiecznie
fluktuujących,  niedoświadczonych  czy  słabo  opłacanych  ludzi  z  BOK.  Frustracja,
niezadowolenie  i  rozgoryczenie  klientów,  skutkuje  wysadzeniem  w  powietrze  czynników
ekonomiczności  działań  marketingowych  –  efekty  długotrwałe,  „pamięć  rynku”
(Ślosarczyk,  2001)  -to  wszystko  znika  bezpowrotnie.  Klient  zaczyna  miotać  się  jak
rozjuszony  tygrys,  pragnąc  jak  najszybciej  zrezygnować  z  fatalnej  obsługi.  Tutaj  ujawnia
się  mechanizm  techniki  „Mamy  Cię”  (nawiązując  do  popularnego  programu  TVN).  Otóż
wycofanie  się  z  umowy,  wymaga  pokonania  sławetnej  „bariery  wyjścia”.  Nie  tylko
finansowej  (odsetki,  kary,  zastrzeżenia  prawne),  ale  i  mentalnej  (będziesz  zmieniać
mieszkanie  z  powodu  fatalnej  obsługi  developera?).  Skoro  firma  ma  pełną  świadomość
utrudnień klienta związanych z wyjściem z konkretnej umowy – na ile będzie jej zależeć na
rzeczywistym  jego  utrzymaniu?  Naturalnie  –  przy  wysokiej  powtarzalności  zakupów
(FMCG, większość usług etc.) może wyglądać to inaczej.

Konkludując – budowę lojalności należałoby rozpatrywać w wymiarze kompleksowego

procesu  „narzeczeństwa  i  małżeństwa”  z  Klientem.  A  nie  jedynie  konwencji  programów
promocyjnych, służących pozyskiwaniu następnych targetów.

background image

Jesteś towarem

Znali się dwadzieścia lat. Jak łyse konie. Chodzili razem do szkoły i na imprezy. Wspinali
na  te  same  drzewa.  Dziś  on  był  właścicielem  dużego  sklepu,  a  ona  Matką  Polką.  Nie
wybrała  jego.  Wyszła  za  mąż  za  korporacyjnego  informatyka.  Studencka  miłość.  Ale
sklepikarz  zawsze  kochał  się  w  niej  na  zabój.  Dziś  ponownie  nagrał  na  monitoringu  jej
męża,  jak  z  kolejną  dziewczyną  uprawia  szybki  seks  w  zacisznym  ustroniu  działu
wykładzin.  Pokazanie  tych  zapisów  to  huczny  rozwód  i  jego  szansa.  Czy  powinien  jej
ujawnić nagrania?

W  wizjonerskim  filmie  „Raport  Mniejszości”,  przestępstwa  są  wykrywane  zanim

zostaną popełnione. Dzięki wizjonerom. Wyobraź sobie, że w na ich miejscu znajduje się
jeden  superkomputer,  który  analizuje  wszystkie  informacje  dostępne  w  sieci  i  nie  tylko.
Tworzy  i  buduje  własne  algorytmy  analizujące  treści,  obrazy,  esemesy,  rozmowy
telefoniczne  czy  uliczne.  System  pozwala  przewidywać  morderstwa,  zamachy,  kradzieże
czy  wszelkie  do  nich  przygotowania.  Czy  zgodzilibyśmy  się  na  taką  inwigilację  mając
świadomość, że ceną jest radykalny spadek wszelkich przestępstw?

Nasza  niechęć  wynika  z  przeświadczenia  niekontrolowanego  przez  nas  wykorzystania

informacji.  Najczęściej  obawiamy  się  poniesienia  strat  materialnych  czy  emocjonalnych
z tego tytułu. Sama świadomość, że jesteśmy obserwowani bez naszej akceptacji, nigdy nie
jest  w  pełni  komfortowa.  Przeszkadza  nam  również  osiąganie  z  naszych  danych
określonych korzyści materialnych, czyli „sprzedawanie nas”. Jednym, sam fakt sprzedania,
innym brak udziału w zyskach z transakcji.

Tyle tylko, że tak naprawdę zachowania zakupowe obserwowano od zarania handlu. Nie

miały  tylko  masowego  i  digitalizowanego  charakteru.  O  Big  Data  nikt  wtedy  jeszcze  nie
słyszał. Może z wyjątkiem Stanisława Lema i Isaaca Asimova. Sklepowy sprzedawca znał
nas, naszą rodzinę i połowę kumpli z osiedla. Wydawał się przyjazny i doskonale wiedział,
jakie  piwo  lubimy.  Czy  uważaliśmy  go  za  złego  wilka,  który  niegodziwie  wykorzysta
posiadane  informacje?  Oczywiście,  to  kwestia  zaufania.  Kiedy  sklep  przekazywano
nowemu  właścicielowi,  ta  wiedza  mogła  być  przekazana  lub  utracona.  Tak  funkcjonuje
świat  biznesu  od  zarania  dziejów  –  opiera  się  na  wiedzy  o  kliencie.  Dzięki  tej  wiedzy
firmy  mogą  sprzedawać,  ludzie  mają  zatrudnienie,  a  państwo  podatki.  Wiedza  o  kliencie
istnieje  w  restauracjach,  kawiarenkach,  sklepach,  u  fryzjera  czy  kosmetyczki.  Najpierw
w  głowach,  a  dziś  w  systemach  CRM  czy  aplikacjach  handlowych.  Ma  również
bezosobowy charakter w postaci Big Data i analizowania zachowań bez naszego udziału,
a  nierzadko  bez  wiedzy  czy  zgody.  Pytanie,  jakie  nasuwa  się  samo,  to,  w  jakich
przypadkach owa wiedza i zgoda jest niezbędna, a w jakich to bajka o żelaznym wilku?

Uwierz  mi,  że  niektóre  cookies  w  aplikacjach  monitorujących  nasz  ruch  na  stronach

www to niewinna zabawka przy sążnistych profilach decydentów zakupowych w wielkich

background image

korporacjach, włącznie z ich słabostkami, przyzwyczajeniami czy faktami z życia, o których
chcieliby jak najszybciej zapomnieć.

Nasze  obawy  podszyte  są  przede  wszystkim  strachem  o  niegodne  wykorzystanie

posiadanych przez firmy informacji oraz wywierania na klientów jeszcze silniejszej presji
zakupowej.  Dotyczą  nie  tyle  tej  bardziej  świadomej  części  społeczeństwa,  ale  ludzi
rozdających  wszem  i  wobec  swoje  dane  osobowe,  bez  zrozumienia  niuansów  zbierania
i zarządzania Big Data.

Jednak  Big  Data  nie  ma  charakteru  osobowego  sensu  stricte.  Innymi  słowy  –  nikt  nie

pochyla  się  nad  Kowalskim,  żeby  go  szczególnie  analizować.  Dla  korporacji  np.
telkomowej,  jesteś  w  zasadzie  rekordem  w  bazie  danych.  Możesz  to  odczuć  najczęściej
podczas  upojnych  minut  spędzanych  z  infolinią.  Korpo  to  nie  warzywniak  czy  osiedlowy
spożywczak,  gdzie  właściciel  jest  ze  wszystkimi  klientami  po  imieniu.  Marketer
zarządzający Big Data szuka odpowiedzi na proste pytanie – jak mogę zaoferować większą
wartość,  żeby  również  większą  wartość  osiągnąć?  Zrozum  mnie  dobrze  –  tylko  rozsądny
marketer  będzie  tak  do  tego  podchodził.  Innemu  każą  szukać  kolejnego  sposobu  na
wciśnięcie  niechcianego  towaru.  A  jak  wielokrotnie  podkreślałem  –  wciskanie  klientom
dziś  na  siłę  nie  jest  związane  z  marketingiem,  tylko  agresywnymi  technikami  reklamy
i sprzedaży. Ten czas mija jak zły sen.

Nasze  reakcje  na  przetwarzanie  i  analizowanie  Big  Data  przez  korporacje,  mogą  być

trojakiego rodzaju: spotkać się z przychylnością, obojętnością czy niechęcią, a może nawet
agresją. Jeśli sprzedawca kawy powita nas po imieniu przy kasie, to konia z rzędem temu,
kto  zgadnie,  jakiego  rodzaju  reakcja  nastąpi.  Mamy  jeszcze  jeden  bagaż,  czyli  mentalne
pozostałości  po  inwigilacji  służb  bezpieczeństwa,  choć  są  tacy,  którzy  uważają,  że  nasze
życie jest ciągle „życiem na podsłuchu”.

Wiedza  pochodząca  z  Big  Data  na  pewno  może  być  wykorzystana  w  złym  celu,  jeśli

będzie  taka  intencja  posiadacza  danych.  Korporacje  póki,  co  chcą  „ogarnąć  temat”
kolokwialnie  rzecz  ujmując,  bo  według  niedawnych  badań,  CMO  na  świecie
przeprowadzonych przez IBM – szefowie marketingu są przytłaczani terrabajtami danych,
które chcą jakoś analizować. Dowcip polega na tym, że unosi się nad nimi chichot Zbójcy
Gębona – dociekliwych odsyłam do Stanisława Lema, Cyberiada, „Wyprawa szósta, czyli
jak Trurl i Klapaucjusz demona drugiego rodzaju stworzyli, aby zbójcę Gębona pokonać”.
Jest  to  wytłumaczone  porządnie,  po  lemowsku,  jasno  klarownie  i  dla  ułatwienia  dodam
w 1965 r.

Nie zmienimy tego. Tak jak robotnicy nie powstrzymali maszyny parowej czy woźnice –

pojazdu  Pana  Cugnota,  tak  i  nam  nie  uda  nam  się  powstrzymać  postępującej  digitalizacji
i  analizowania  naszych  zachowań.  Jeśli  chcemy  tego  uniknąć,  powinniśmy  zrezygnować
z  dobrodziejstw  cyfrowej  rewolucji.  Skończyć  ze  smartphonami,  kartami  kredytowymi,
ipadami,  internetem  i  generalnie  nigdzie  nie  wychodzić.  Żadnych  danych  nikomu  nie
przekazywać.  To  jest  nadal  możliwe,  choć  niektórzy  poczują  się  ograniczani  w  swej

background image

wolności.  Ale  to  nadal  kwestia  indywidualnego  wyboru.  I  hedonizmu.  Do  rzeczy
wygodnych i usprawniających życie, przyzwyczajamy się najszybciej.

background image

Rynkolog z zawodu

W  2004  r.  w  ramach  jednego  z  projektów,  uczestniczyłem  w  targach  w  Mińsku.  Pobyt  na
Białorusi  do  dziś  wspominam,  jako  jedno  z  najbardziej  bareistycznych  doświadczeń
życiowych.  Targi  dotyczyły  rynku  budowlanego  i  były  dość  duże.  Jednym  z  prostych
zabiegów,  jaki  zastosowaliśmy  by  przyciągnąć  odwiedzających  do  naszego  stoiska,  było
zaznaczenie na wielkiej liście wystawców – nazwy naszej firmy. Żółtym, fluorescencyjnym
markerem. Zęby bolały. Działało rewelacyjnie. Ale wpadliśmy z teamem na jeszcze jeden
szatański pomysł.

Jak na każdych targach, nasze stoisko było okupowane przez głodną gadżetów młodzież

w  wieku  przedpoborowym.  Mieliśmy  genialne,  grube  ołówki  dekarskie.  Wydawaliśmy  je
w  ilościach  zatrważających,  jakby  na  Białorusi  ołówków  nie  mieli.  W  końcu
powiedzieliśmy  „stop”.  Każdy,  kto  chce  dostać  ołówek,  ma  napisać  oświadczenie,  że
zostanie  dekarzem  (Я  Буду  кровельщик)  oraz  „naganiać”,  czyli  zapraszać  nam  gości  do
stoiska.  W  przeciągu  godziny  nie  mieliśmy  ołówków,  na  stoliku  leżał  stos  oświadczeń,
dziewczyny  w  trybie  ekspresowym  wydawały  materiały  promocyjne,  a  kolejka  zawinęła
się  dwa  razy.  Chyba  przedobrzyliśmy.  Zacząłem  myśleć,  czym  się  wywabia  żółty  marker
fluorescencyjny...

Zawsze,  kiedy  mnie  pyta  ktoś  niezwiązany  z  branżą  „czym  się  zajmujesz?”  Mam

problem. Słowo „marketing” zaczęło mieć znaczenie na tyle pejoratywne, że laik może się
autentycznie wystraszyć. Albo, co najmniej łypać spode łba na Ciebie, a nuż chcesz coś mu
wcisnąć  albo,  z  jakiej  wielopoziomowej  korpo  sprzedaży  bezpośredniej  jesteś.  Z  drugiej
strony tak zwanych „ekspertów marketingu” jest dziś tak wielu, że rzucisz kamieniem i na
pewno  w  kogoś  trafisz.  Rozwój  z  kolei  mediów  elektronicznych  spowodował  lawinowy
przyrost pojęć z „marketingiem” w składzie. Do tej listy dopisać jeszcze należy wszelkie
„marketingi”: wirusowe, elektroniczne, społecznościowe i wiele innych. Maila z tematem
„marketing”  wysłać  nie  można,  bo  filtry  antyspamerskie  tylko  sztućcami  dzwonią  i  się
oblizują.  Jeszcze  jak  sobie  wspomnę  moją  osobistą  walkę  o  specjalność  „marketing”
w  Wieży  Specjalności  na  Wikipedii  [mark],  jakie  tam  dyskusje  nocne  i  głosowania  były.
Profesjonalista  się  w  tym  zaczyna  gubić,  a  co  dopiero  normalny  człowiek,  słyszący
codziennie o „chwytach”, „trickach”, „złym marketingu” i czającym się za każdym rogiem
chytrusem, który czeka by dorwać się do gardła (portfela) biednego klienta.

Postanowiłem!  Od  1  lutego  2013  r.  przedstawiam  się  nie-profesjonalistom,  jako

RYNKOLOG.

Skąd  się  wzięło  pojęcie?  Zacytuję  słowa  Matki  Chrzestnej  Rynkologii,  czyli  Jolanty

Tkaczyk:  „–  Pojęcie  powstało  jak  szukałam  nazwy  domeny  w  2000  r.  nie  czuję  się  do
końca  autorką,  gdyż  sama  nazwa  powstała  w  rozmowach  z  moimi  przyjaciółmi  –  jak
przetłumaczyć  marketing  na  polski...  trudno  w  tej  chwili  określić  jednoznacznie  autora  –

background image

był  to  zbiorowy  wysiłek,  ale  to  ja  podjęłam  się  trudu  upowszechniania  tego  pojęcia
w ramach tantiem zrób jakiś dobry uczynek...”.

Kim  jest  w  związku  z  tym  Rynkolog?  Osobnikiem  zawodowo  tworzącym  rynki

i  zarządzającym  nimi.  Tworzącym  na  tych  rynkach  wartość,  z  punktu  widzenia  klienta,
właściciela  firmy  i  pracownika.  Aby  zostać  w  pełni  wykształconym  Rynkologiem,  trzeba
rozumieć  i  akceptować  fakt,  że  marketing  nie  służy  oszukiwaniu  innych  ludzi.  Jego  celem
jest budowa realnych wartości, bo dziś to staje się to kluczem do budowania pozytywnych
relacji w biznesie. Trzeba również chcieć o tym mówić oficjalnie.

background image

Balansowanie

Konferencja  sprzedażowa.  Prelegent  błyskawicznie  uruchamia  prezentację.  Sypie
dowcipami. Poraża elokwencją i inteligencją. Błyska metaforami. Cytuje klasyków. Goście
szemrają  z  zachwytu.  Panie  wzdychają  widząc  błysk  obrączki.  Innym  znacząco  trzepoczą
rzęsy. Tylko jeden gość siedzący w końcu sali, wyraźnie się nudzi i czyta coś na ipadzie.
Prowadzący kończy. Sala klaszcze, a bohatera otacza natychmiast wianuszek fanek.

Drugi prelegent podłącza laptop i zaczyna. Mówi beznamiętnie i monotonnie. Nie patrzy

na  salę.  Mamrocząc  niewyraźnie  przerzuca  kolejne  slajdy.  Wykresy.  Dane.  Schematy.
Entuzjazm  gości  gaśnie.  Powoli  wypełzają  znudzone  twarze.  Słychać  szelest
przewracanych  papierów.  Część  osób  bez  skrępowania  wychodzi.  Inni  przestają  ukrywać
swoje znudzenie. Tylko ów jeden gość słucha z rosnącym zainteresowaniem. Przesiada się
do  pierwszego  rzędu.  –  Panie  profesorze,  panie  profesorze  –  woła  wpadająca  jak  burza
hostessa  z  recepcji  –  pomylił  Pan  sale!  Pański  wykład  dla  inżynierów  jest  obok!  Do
zaskoczonego  prelegenta  podszedł  natychmiast  gość  z  pierwszego  rzędu.  –  Przypadkiem
wysłuchałem  o  rozwiązaniach,  które  mogę  zastosować  w  swojej  firmie.  Oto  moja
wizytówka, mam dla Pana duży projekt.

Konferencje,  szkolenia  czy  seminaria,  pełne  są  uśmiechniętych  i  asertywnych

prelegentów,  doskonalących  sztukę  elokwencji.  Równie  pełne  są  ich  hotelowe,  sobotnie
sale, gdzie zachwalane są: pościel, garnki czy kołdry z merynosów. Najczęściej mają jedną
cechę  –  są  pustakiem,  ładnie  opakowanym.  A  ludzie  w  większości  lubią  kolorowe
papierki, słodkie cukierki czy delikatne sugestie. Najczęściej jednoznacznie nakierowujące
nas na tezę, że jeśli kupimy ich produkty czy usługi, będziemy mądrzejsi, w porównaniu do
tych  idiotów,  których  nie  ma  na  sali.  Niejednokrotnie  show  pustych  treści,  kończy  się
twardą  autopromocją  czy  wręcz  nachalnym  wciskaniem  wizytówek  po  zakończeniu
prezentacji.  Niektórzy  prelegenci  i  uczestnicy  tak  właśnie  postrzegają  swój  cel  udziału
w rozlicznych konferencjach – efekt oceniają wyłącznie ilością wizytówek, jaką udało im
się wymienić.

Skutek  jest  łatwy  do  przewidzenia.  Wielu  gości  konferencyjnych  obawia  się  ujawniać

swoje  funkcje  czy  firmy,  obawiając  się  nagabywania,  spamu  czy  nieustannie
wydzwaniającego telefonu z ofertami, jakich nie potrzebują. Jednocześnie wirtuozi pustych
show,  niejednokrotnie  zbierają  najwyższe  noty  za  oczarowanie  gości,  przy  całkowitej
miernocie  merytorycznej.  Dziś  niestety  coraz  łatwiej  posługiwać  się  tysiącami
niezweryfikowanych  dokumentów  zalewających  internet.  Chłoniemy  często  treści
nazywane  choćby  „badaniami”,  co  po  bliższym  przyjrzeniu  okazuje  się  sondażem
dziesięciu przypadkowych gości przy kuflu piwa.

Na drugim końcu kija, stoją profesjonaliści bez umiejętności sprzedania swojej wiedzy

w sposób komunikatywny. Operując żargonem, twardymi danymi i naukowymi badaniami,

background image

w  nudny  sposób  teoretyzują.  Choćby  odkrywali  największe  tajemnice  wszechświata
i  podawali  pewniaki  cyfr  w  losowaniu  Lotto  z  wygraną  30  milionów,  nikt  ich  nie
wysłucha. Jednym z niedoścignionych wzorców mówienia o trudnych kwestiach w prosty
sposób  była  „Sonda”  prowadzona  przez  tragicznie  zmarłych  w  1989  r.  Zdzisława
Kamińskiego  i  Andrzeja  Kurka.  Często  dopada  mnie  myśl,  jak  bardzo  fascynowaliby  się
dzisiejszym rozwojem technologii i jak ich pasje pozwalałyby wielu ludziom oswajać się
z nowinkami. Ale dziś mamy Panią i Pana Gadżet. Też ich lubię, ale...

Słodkie cukierki sprzedają się same. Bez wysiłku wchodzą do głowy. Jak tabloid. Kawa

na  ławę.  O  wartość  nikt  nie  pyta,  liczy  się  ładne  opakowanie  i  błyszczący  bibelot,  jak
paciorki,  które  konkwistadorzy  rozdawali  Indianom.  Tyle,  ze  słodkie  cukierki  kiedyś  nas
zemdlą,  a  uroczy  prelegent  będzie  musiał  szukać  bardziej  kontrowersyjnych  dowcipów,
mocniejszych  zdjęć  na  slajd,  czy  spektakularnych  happeningów,  by  rozruszać  publikę.  To
ścieżka, która łatwo się kiedyś zapętli.

Czy potrafimy dobrze opakować coś wartościowego, nadać mu piękny kształt, wymyśleć

dobry  design,  atrakcyjnie  opowiedzieć  o  czymś  trudnym  i  ważnym?  Czy  mamy  na  to
pomysł?  Czy  kompetencje  pustego  showmeństwa  uda  się  uzupełnić  twardymi  faktami
i  wiedzą?  Czy  obu  prelegentom  udałoby  się  zbalansować  swoje  umiejętności
i  konwergentnie  (trudne  słowo  ;)  zbudować  ciekawy  przekaz?  Jestem  przekonany,  że  tak.
Ale muszą chcieć. I próbować.

background image

Intelektualny tucz

Było  deszczowe,  mazurskie  popołudnie,  początek  lat  osiemdziesiątych.  Dziadek  kręcił
i  kręcił.  Międlił  i  międlił.  W  końcu  mruknął:  –  Zabawka  dla  idiotów.  –  Zabawka  dla
IDIOTÓW!  –  dodał  głośniej.  Przedmiotem,  który  nie  ulegał  dziadkowym  palcom  od
kilkunastu  minut  była  kultowa  zabawka  tamtych  czasów,  czyli  kostka  Rubika.  Oryginalna,
węgierska,  a  nie  jakieś  tam  rzemieślnicze  podróby.  Nie  dało  jej  się  na  siłę  rozłożyć,  by
potem tryumfalnie pokazać prawidłowo ułożone ściany. Trzeba było układać, kombinować,
myśleć  lub  mieć  system.  Dziadek  systemu  nie  miał,  nie  chciało  mu  się  układać,
kombinatorykę ogarniał na mniej więcej, ale myśleć wolał zupełnie o czymś innym.

Kiedy w różnych zespołach rozwiązujesz jakiś problem, częstymi frazami, jakie słyszysz

są: „tego się nie da zrobić”, „już to próbowaliśmy i nic z tego nie wyszło”, „u nas to nie
wyjdzie – jesteśmy specyficzni” czy klasycznie smurfowe „na peeewno nam się nie uda”.
„Nie da się” bywa często usprawiedliwianiem wygodnictwa, niechęci czy niezrozumienia,
albo całkowitego braku pomysłu na rozwiązanie jakiegoś problemu. Najgorsze jednak jest
to, że zespół marketingu i sprzedaży przyzwyczajony wyłącznie do realizowania odgórnych
poleceń,  przestaje  kreatywnie  myśleć.  Intelektualnie  przeraźliwie  się  tuczy.  A  praca
w marketingu i sprzedaży jest przede wszystkim wyzwaniem intelektualnym. Nieustannym
rozwiązywaniem krzyżówek – jak w jeździe samochodem. Sytuacje drogowe są do siebie
bardzo podobne, ale nigdy nie ma takich samych.

Pomijając  całkowicie  demotywacyjne  i  mało  entuzjastyczne  podejście  do  próby

rozwiązania jakiegoś problemu, warto zadać w takich sytuacjach prozaiczne pytanie – „Czy
próbowałeś?”. Jeśli tak, to czy analizowałeś przyczyny i skutki. O ile sam pomysł nie musi
być  zły,  o  tyle  fatalne  jego  wykonanie  często  decyduje  o  wszystkim.  Kto  jest  winny  przy
porażce  jakiegoś  pomysłu?  Oczywiście  jego  autor.  Kto  zbiera  laury  i  wypina  pierś  przy
jego powodzeniu? Oczywiście wszyscy, którzy uczestniczyli w jego realizacji.

W  filmie  „Duch  i  Mrok”  Val  Kilmer  i  Michael  Douglas  grają  rolę  myśliwych,

walczących z inteligentnymi lwami, atakującymi ludzi budujących most kolejowy. W jednej
ze  scen  budują  pułapkę,  ale  próba  schwytania  zwierząt  kończy  się  fiaskiem.  –  To  nic,  że
nam nie wyszło. Metoda była dobra. Próbujemy dalej – mówi jeden z nich.

Próbowanie  i  eksperymentowanie  z  różnymi  metodami  działania  to  zawsze  innowacja.

Ma  pełne  prawo  się  nie  powieść.  Można  stracić  pieniądze,  czasem  duże.  To  kwestia
kalkulacji  ryzyka.  A  jak  niektórzy  pamiętają  stare  przysłowie,  „kto  nie  ryzykuje,  nie  pije
szampana”.  Historia  marketingu  to  historia  rynkowych  innowacji.  Produktów,  których
wcześniej  nikt  nie  znał.  Strategii,  których  nigdy  nikt  wcześniej  nie  stosował.  Modeli
biznesu,  których  wcześniej  nie  testowano.  Dlatego  marketerzy  czasem  mówią,  że  „rzeczy
niemożliwe załatwiają od ręki, a cuda zajmują im trochę czasu”.

Tam  gdzie  skupia  się  wiedza  o  kliencie,  procesach  rynkowych,  konkurencji  czy

background image

zachowaniach  zakupowych  brak  poszukiwania  twórczych,  innowacyjnych  rozwiązań
potrafi  się  bardzo  szybko  zemścić.  Jeśli  fajny  zespół  marketingu,  trafi  na  „kanciastego
szefa”,  któremu  wydaje  się,  że  wie  wszystko  lepiej  –  to  efektem  takiej  pracy  będzie
wyłącznie  bezproduktywna  mieszanka  paszowa  (prawo  #24).  Żaden  pomysł,  żadna
ciekawa  inicjatywa,  ani  żadna  innowacja,  nie  wyjdzie  poza  ten  zespół.  Również
inspirujący i charyzmatyczny szef marketingu, nic nie zrobi ze zdemotywowanym zespołem,
któremu  nic  się  nie  chce.  Przede  wszystkim  myśleć.  Dyskusje  kończą  się  jazgotem,  czyli
kłótniami,  delegowaniem  zadań,  które  będą  wykonywane  na  tradycyjny  „odwal”  (prawo
#25). Często w jednym i drugim przypadku, pojawiają się w firmach usłużne agencje, które
za  sowitym  wynagrodzeniem  ów  dział  marketingu  będą  odciążać  z  bolesnego  obowiązku
kreatywnego  rozwiązywania  problemów,  degradując  marketerów  do  roli  ambasadorów
agencyjnych koncepcji...

background image

Czekolada szitopodobna

Cechą  socjalizmu  były  wyroby  podobne  do  czegoś.  Zielone  banany  podobne  do  żółtych.
Zielone 

pomarańcze 

podobne 

do 

pomarańczowych. 

oczywiście 

wyroby

czekoladopodobne.  Pojawiły  się  na  półkach  we  wczesnych  latach  osiemdziesiątych.
Brylowały  w  sklepach  i  tworzyły  udawany  dobrobyt.  „Łaskawość”  ówczesnej  władzy
pozwalała  je  nabyć  bez  kartek.  Miały  z  czekoladą  tyle  wspólnego,  co  plastikowe  owoce
i warzywa z ich naturalnymi odpowiednikami.

Powodzenie  i  łatwość  przekazywania  internetowych  „hitów”  zaburza  nam  rozumienie

wartości.  Przestajemy  odróżniać  czekoladę  od  jej  kolorowej  podróby,  bo  widzimy  tylko
zewnętrzny  papierek.  „Gangam  style”  ma  miliard  wyświetleń,  a  „Ona  tańczy  dla  mnie”
czterdzieści  milionów.  Czy  ta  oglądalność  jest  świadectwem  wartości  czy  popularności?
Czy  potrafimy  odróżniać  dobre  od  popularnego?  Czy  potrafimy  sprawiać,  by  „dobre,
czekoladowe”  stało  się  dla  „popularnego,  czekoladopodobnego”  silną  konkurencją,  tak
byśmy mieli równorzędny wybór?

Czy to źle, że ludzie słuchają takiej muzyki? Kupują takie produkty? De gustibus non est

disputandum. Gorzej, kiedy podstawowy brak poczucia estetyki staje sie normą lansowaną
przez mainstream. Efektem będą puste galerie, biblioteki i muzea. I puste głowy z zimnymi
sercami. A może już są?

Czyż czekoladopodobne wyroby, nie miażdżą nam gustów, nie płaszczą poczucia estetyki

i  umiejętności  selekcjonowania  wartości?  Światełkiem  w  tunelu  wydają  się  tak  świetne
projekty jak zdjęcie Marcina Ryczka, które stało się zwieńczeniem artyzmu fotograficznego
i jednocześnie zyskało światową popularność. To są drobne, acz znaczące dowody na to, że
unikatowe  może  stać  się  popularne,  choć  wymaga  pozytywnego  nagłośnienia
i  przychylności  mediów.  Elektronicznych.  Jeśli  bowiem  coś  w  sieci  stanie  się  znane,  to
media klasyczne niewątpliwie się tym zainteresują.

Rzemieślnicy  od  zarania  dziejów  szukali  ideałów  estetycznych,  by  oczarować

nabywców swych dzieł lub wyrażać własne emocje, jak choćby Vincent van Gogh. W erze
przemysłowej  jednostkowy  produkt  zastąpiła  tania  masówka.  Ale  do  głosu  doszli.  Wciąż
pamiętam  moje  pierwsze  wrażenie  produktu  Apple  zapakowanego  tak  jak  perfumy.
Poszukiwanie  perfekcji  w  każdym  calu.  Steve  Jobs  dążył  nie  tylko  do  użyteczności
produktu,  ale  i  jego  estetyki  zarówno  na  zewnątrz  jak  i...  wewnątrz.  Poszukiwanie
perfekcjonizmu stało się wręcz jego obsesją.

Dziś to już nie takie proste. Unikatowy design jest natychmiast kopiowany w podobnych

produktach.  Po  kosmetycznych  zmianach,  wyglądają  jak  „inspirowane”.  Wystarczy  wejść
do  pierwszego  z  brzegu  telkomowego  salonu.  Prawdziwy  autor  może  tylko  wbić  zęby
w  tynk  i  wyć  potępieńczo.  Odpowie  mu  chichot  prawników  konkurencji.  Trwa  wyścig
o wzornicze patenty. Grzeją się drukarki kancelarii prawnych. Nawet największy unikat ma

background image

dziś  problem  z  przetrwaniem  w  świecie  kopistów.  Ale  to  my,  jako  klienci  dokonujemy
wyboru.  Dlatego  rośnie  znaczenie  innowacji  i  realnej  wartości  marki.  Wartości  już  nie
tylko  emocjonalnej,  ale  wynikającej  z  powrotu  do  podstawowych  użyteczności.  Twórzcie
wartościowe marki, inaczej wylądujecie w koszu wyprzedaży lub półce z napisem „private
label”.

background image

Świniopas reklamowy

Był sobie pewnego razu bardzo ubogi książę. Miał księstwo małe, ale dość duże na to, by
mógł się ożenić; a chciał się właśnie żenić. Nieśpieszno mu było do księżniczek, chłopak
miał  ambicję  i  podobała  mu  się  córka  samego  cesarza.  Obsypał  ją  kilkoma  drobiazgami,
ale  wzgardziła  nimi.  Bywa.  Przyjął  więc  posadę  świniopasa  na  cesarskim  dworze.
W  wolnym  czasie  tworzył  instrumenty  muzyczne,  za  które  córka  władcy  płaciła  swymi
pocałunkami.  Przy  osiemdziesiątym  szóstym  nagle  nakrył  ich  sam  papcio.  Bez  ceregieli
wyrzucił oboje z cesarstwa.

Świniopas zrzucił nędzne ubranie i wystąpił w książęcym przepychu. – Ukazałem się, by

ci  wyrazić  mą  pogardę!  –  powiedział.  –  Nie  chciałaś  prawdziwego  księcia;  nie  poznałaś
się na róży i słowiku: a świniopasa całowałaś, aby dostać grającą zabawkę! Masz teraz za
to!  Po  czym  ją  opuścił.  Kiedy  czytam  o  kapryśnych  relacjach  marketerów  i  agencji
reklamowych, zawsze przypomina mi się „Świniopas” – piękna bajka J.Ch. Andersena.

Ta  opowieść  jest  głęboką  metaforą  braku  docenienia  prawdziwych  wartości  we

współpracy z agencją reklamową, uleganie tanim błyskotkom, braku szacunku dla twórców
kreatywnych  czy  klasycznego  geszefciarstwa.  Wydaje  mi  się,  że  mogę  tak  pisać,  zawsze
siedzę  przy  stole  negocjacyjnym  po  stronie  marketera  lub  właścicieli  firmy  i  nie
reprezentuję interesów żadnej agencji. Tak jest od 23 lat. Ktoś kiedyś powiedział, że firmy
80%  swojej  wiedzy  na  temat  marketingu,  czerpią  z  agencji  reklamowych.  To  bardzo
wysoki  wskaźnik,  niebezpieczny  dla  umysłu.  Dziś  marketerzy  zafascynowani  dynamiką
rozwoju  rynku  cyfrowego  patrzą  jak  w  obrazek,  w  rosnące  jak  grzyby  po  deszczu
rozdrobnione agencje i agencyjki oraz działy „digital” większych firm. W jednym i drugim
przypadku, marketer często zachowuje się jak owa księżniczka, która nie potrafiła docenić
prawdziwej  wartości  prezentów  księcia.  Wolała  pocałunki  świniopasa  za  niewiele  warte
błyskotki.

Marketerzy,  przyzwyczajeni  do  sytuacji,  w  której  „agencja  robi  cały  marketing”,  a  oni

tylko  podpisują  faktury  –  jest  totalną  demolką  rynkowej  strategii  działania  firmy.
„Komfort” tej sytuacji jest niezaprzeczalny. Marketer nie musi nic wymyślać, cała strategia
komunikacji i zarządzanie marką opracowane jest przez agencję. To bardzo silne myślenie
sprzedażowe.  Bardzo  destrukcyjne  myślenie...  Ale  zaraz,  zaraz?  Czy  w  tym  całym
marketingu  nie  chodzi  przecież  o  sprzedaż?  Nie.  Chodzi  przede  wszystkim  o  rynek
i wartość klienta. Sprzedaż bowiem jest swoistym „owocem” zarządzania nim.

Są firmy, które wciskają Polakom psiary Jej Ekscelencji. Takie mają wytyczne z centrali,

a  Polska  to  duży  kraj.  Agencja  reklamowa,  wynajęta  lokalnie,  ma  za  duże  pieniądze
przekonać nabywców, że psiary klienta są święte. I agencje to robią, płaci się im za to, ale
nie o tym chciałem. Bardziej interesują mnie firmy, w których decyzje marketingowe, czyli
strategii rynkowej (nie mylić z reklamą) podejmowane są tutaj, a nie w Londynie, Paryżu

background image

czy Berlinie.

W  raporcie  Grand  Check  (Press,  12.2013)  czytam  konkluzje  oczekiwań  marketerów

wobec  agencji.  Ma  być  dobrze.  Tanio.  Szybko.  Ludzie  nie  mają  znaczenia.  Dostajemy  za
free  całe  wasze  umysły.  Płacimy  tylko  za  produkcję.  Jesteśmy  jak  księżniczka,  która  nie
docenia wartości, oddając się za gadżety i fistaszki...

Poziom polskiej reklamy sięgnął prawie bruku. Nie technicznie. Kreatywnie. Nie wiem,

jakie przyrosty sprzedaży notują poszczególne marki po zakończonych kampaniach. Pewnie
są zadowalające w tabelkach. Jak bardzo muszą spaść wyniki, żeby ktoś zainteresował się
efektywnością  jakości  kreacji  komunikacji?  Wiem  tylko,  że  reklama  w  Polsce  przestała
walczyć,  inspirować,  bawić,  zachwycać  i  wzbudzać  jakiekolwiek  emocje.  Stała  się
wielkim,  hałaśliwym  i  natrętnym  gzem,  który  dręczy  namolnie  swój  target.  Nie  pobudza
chęci  zakupowej.  Raczej  szukasz  gazety,  żeby  mu  solidnie  przyłożyć.  50%  widzów  nie
ogląda reklam tv. Przez 20 lat, pozytywny stosunek do reklamy w Polsce spadł z 90% do
niecałych  10%.  Takie  są  realia.  Wszelkiej  maści  media  dokonują  ekwilibrystyki  by
dostarczyć  komunikat  reklamowy,  programy  telewizyjne  zamienia  się  w  jeden,  wielki,
ukryty teleshopping, a wielu prowadzących nawet się nie kryje z agresywną kryptoreklamą.
Coś,  co  miało  być  inspirującą  zachętą,  stało  się  nachalnym  młotem  wbijającym  Ci  dupę
Romana głęboko w mózg...

Kto  jest  winny?  Postawione  w  firmach  na  głowie,  wewnętrzne  procesy  marketingowe.

Ustawienie sprzedaży, a nie klienta i rynku – w pozycji kluczowej. Kiedyś był bogiem szef
zaopatrzenia.  Dziś  jest  nim  szef  sprzedaży.  Marketing  ma  wspierać,  czytaj  –  dostarczać
narzędzi do pozyskiwania nowych klientów i do zwiększania zakupów starych. Już. Teraz.
Zaraz.  Przecież  kryzys  jest!  Marketing,  zabierzcie  się  do  roboty  –  mamy  full  magazyny
naszej genialnej oferty, wymyślajcie cuda na kiju, trzeba to jakoś opchnąć! Marketer bierze
agencję i agencja wymyśla. Tyle tylko, że agencje reklamowe są od strategii komunikacji,
a nie strategii marketingowej.

Marketer w magazynie pełnym po sufit towarów „do opchnięcia” nie ma w zasadzie nic

do roboty. Tak jak ogrodnik w sadzie, w którym zerwano niedojrzałe lub przejrzałe owoce.

Dziś zarządzanie rynkiem jest 10 razy bardziej skomplikowane i płynne niż 10 lat temu.

Dlaczego? Wynika to między innymi z badań międzynarodowych CMO, przeprowadzonych
przez  IBM.  Można  je  spuentować  jednym,  silnym  skrótem...  „WTF”?  Rewolucja
informatyczna,  bowiem,  najbardziej  przemodelowała  sektor  przepływu,  analizy
i  wnioskowania  informacji  o  rynku.  Marketerzy  wyszli  spod  prysznica  i  stanęli  pod
wodospadem Niagara... Wystarczająca metafora?

#13 Prawo Kotarbińskiego:
Firmy  dzielą  się  na  3  grupy.  Takie,  które  rozumieją  marketing,
takie  którym  się  wydaje,  że  go  rozumieją  i  takie,  które  wydają
ciężkie pieniądze na to, żeby klientom wydawało się, że rozumieją.

background image

 

Kiedyś  kluczem  było  wyprodukowanie  czegoś.  Później  sprzedawanie.  Dziś  i  jutro,

kluczem  jest  rozwijanie  rynków,  ze  zrozumieniem  procesów  dojrzewania,  pielęgnacji,
zbioru, nawożenia... Ale nie rzucania się z kosą na pierwsze kiełki. Nie strzyżcie półgołych
owiec.... Budujcie konkretne wartości dla udziałowców, pracowników i klientów. Tyle, że
takie  rozumienie  rynku  wymaga  świadomości  zarządów,  właścicieli,  szefów  sprzedaży
i  marketingu,  współpracujących  agencji.  To  wymaga  czasem  przemodelowania  biznesu.
Dominujące  myślenie  wyłącznie  kategoriami  sprzedaży,  charakterystycznymi  dla  „szczęk”
i  łóżek  polowych  oznacza  całkowity  braku  zrozumienia  wartości  wkładu  intelektualnego
marketing services. To całowanie księcia przebranego za świniopasa.

background image

Kutas frędzlowany

Obowiązkiem każdego porządnego, polskiego szlachcica, była duma ze swego kutasa. Ów
bibelot stanowił element naszego stroju narodowego, który ukształtował się w XVI wieku
i  nosił  nazwę  żupana.  Strój  szyto  z  wełny  lub  wzorzystego  jedwabiu,  z  szeregiem  małych
guziczków.  Jednym  ze  zdobień  był  kutas,  czyli  pompon,  chwost,  coś,  co  może  się  huśtać,
dyndać, zwisać. Nazwa pochodziła od słowa tureckiego, oznaczającego wisiorek, pędzelek
z nici czy frędzel. Nasz narodowy wieszcz pisał „Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas
lity, przy którym świecą gęste kutasy jak kity” (Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz).

Ale  dziś  ów  frędzlowany  kutas  nabrał  zupełnie  innego  znaczenia.  Zdecydowanie

pejoratywnego.  I  nikt  nie  wie,  dlaczego  ten  drobiazg  stał  się  jednym  z  silniejszych
wulgaryzmów.

Bywają  słowa,  które  z  czasem  zmieniają  swe  znaczenie.  Język,  bowiem  giętkim  jest,

a i kultura niestała. Jednym z silnie pejoratywnych używanych w kontekście marketingu jest
określenie  „manipulacja”.  Słowo  wywodzące  się  z  łacińskiego  „manipulatio”  oznaczało
„podstęp,  fortel”.  Czyli  wywołanie  interakcji  drugiej  osoby,  w  sposób  przez  nas
świadomie  zaprogramowany,  ale  równocześnie  sprzeczny  z  jej  podstawowym  interesem.
To tak jak nakłanianie kogoś do przechodzenia na czerwonym świetle oraz wmawianie, że
jest to całkiem poprawne i typowe zachowanie.

Obejrzałem  chyba  wszystkie  polskie  filmy  wojenne  wyprodukowane  po  1945.  Mają

jedną,  wspólną  cechę  –  są  całkowicie  nierealistyczne.  Nie  wierzysz?  Obejrzyj  „Czterech
Pancernych”.  Pierwszy  obraz  wojenny,  adekwatny  do  pewnego  realizmu  pola  walki,
wyprodukował  Steven  Spielberg  (1998,  Szeregowiec  Ryan).  Od  tego  momentu  twórcy
filmów wojennych starają się trzymać ten poziom. I to już nie są miłe, przygodowe obrazki.
Ale czyż cały przemysł filmowy, nie jest wielką manipulacją naszymi emocjami?

Jeden z autorów The Economist napisał kiedyś „każdy żyje ze sprzedawania czegoś”. To

istota  kapitalizmu,  którego  polskie  dylematy  genialnie  sportretowano  w  „Lalce”  i  „Ziemi
obiecanej”. Gdyby tak dobrze się rozejrzeć, to wszyscy próbują nam coś sprzedać. Usługę,
produkt,  ale  najbardziej...  swoje  idee,  przekonania  czy  poglądy.  Każdego  dnia,  poprzez
setki komentarzy, opinii, wpisów internetowych czy treści na blogach wywiera się wpływ
na  nasze  umysły,  przekonując  do  swoich  racji.  Czy  to  paranoja?  Nie.  Coś  całkiem
normalnego. Na tym polega cud demokracji – każdy z nas ma prawo własnego rozumienia,
ukształtowania opinii i przekazywania jej innym. Dziś wiele zależy od tego, w jaki sposób
będziemy  to  robić.  Mój  blog  nie  jest  obiektywny,  tylko  subiektywny  –  prezentuje  moją
perspektywę postrzegania świata. Czy to oznacza, że manipuluję Tobą? Jesteś tu i czytasz
ten wpis z własnej woli. Czy jeśli używam różnorodnej argumentacji by bronić swoich tez,
popełniam manipulację (pejoratywną)?

Często  przy  różnych  okazjach  słyszę  czy  czytam  o  „manipulacjach  marketingowych”.

background image

Trickach i chwytach. Zawsze przypominam, że „trick” to sztuczka prestigitatora, a „chwyt”
kojarzy  się  z  zapasami.  Ten  pierwszy  ma  sugerować  zmuszenie  do  zakupów  podstępem,
a  ten  drugi  siłą.  Czy  próba  sprzedawania  nam  czegoś  jest  manipulacją?  Tak,  pod
warunkiem, że nie mamy świadomości intencji handlowej. Na przykład, ktoś nas „zaprasza
na kawę”, a później każe nam za nią płacić. Ale są miejsca do których się udajemy sami,
z  własnej  i  nieprzymuszonej  woli,  gdzie  poddajemy  się  sztuce  wywierania  wpływu  na
nasze  portfele.  Tym  miejscem  od  zarania  dziejów  był  targ,  następnie  sklep,  a  dziś  zbiór
sklepów czyli centra handlowe. Tutaj trwa mordercza walka producentów o Twoją uwagę,
Twoje  emocje  i  Twój  portfel.  Ta  walka,  nazywana  dziś  „shopper  marketingiem”  dąży  do
wyboru  przez  Ciebie  konkretnych  marek.  Jest  prowadzona  z  otwartą  przyłbicą.  Próba
sprzedawania  towaru  w  sklepie,  nie  jest  manipulacją.  W  przeciwieństwie  do  próby
zawoalowanego handlowania w szkole, kościele czy urzędzie. Natomiast najgorszą formą
manipulacji  jest  uproduktawianie  i  komercjalizacja  relacji  międzyludzkich.  Coś,  co  jest
główną  bronią  tzw.  „marketingu  wielopoziomowego”.  Pojęcie  „sprzedaż”  ma  również
diametralnie  odmienne  znaczenie.  Dla  kogoś  może  oznaczać  zestaw  oszukańczych  działań
by wcisnąć towar za wszelką cenę. Ale powiedzcie to drobnemu sprzedawcy detalicznemu
obok  wielkiego  supermarketu,  który  musi  utrzymać  rodzinę,  Dla  którego  każdy  klient
oznacza bochenek chleba...

Czy  próba  sprzedawania  nam  czegoś  jest  manipulacją?  A  czy  próba  poderwania

dziewczyny  nią  jest?  W  sklepie  wymiana  wartości  następuje  w  relacji  towar-pieniądz.
Przy  podrywaniu  dziewczyn,  wymiana  następuje  na  poziomie  emocjonalnym.  Jest  też
swoistą „transakcją emocji”. Zauważ, gdy mężczyzna w firmie stara się o względy kobiety
to, jeśli jej się to nie podoba, może zawsze być posądzony o molestowanie. Ale jeśli jest
odwrotnie  uznaje  się  takie  zachowanie  za  typową  adorację.  Takie  same  zjawiska,  mogą
mieć całkowicie odmienne postrzegania. Jak w życiu. Czasem facet dostaje buzi. Albo po
buzi.

Wyobraź  sobie,  że  jesteś  super-hiper-atrakcyjną  dziewczyną  na  plaży.  Chcą  Cię

poderwać  dziesiątki  facetów.  Mają  na  dodatek  bardzo  niewiele  czasu.  Jak  się
zachowujesz? Co Cię pociąga? Zainspiruje? Dasz się uwieść? Któremu w końcu ulegniesz?
Jeśli to zrozumiesz, to masz świetny potencjał do kreacji i zarządzania markami.

background image

Kombinuj bez ściemy

Miałem  trudny  wybór.  Zostać  na  Infoshare  w  Gdańsku  lub  jechać  na  konferencję  „Bez
Ściemy”. Wybrałem Lublin, byłem ciekaw idei przedsięwzięcia oraz lubelskiego klimatu.
Nie zawiodłem się. Nawet więcej, zostałem zarażony i zainspirowany, czego efekt można
znaleźć na moim fanpage na Facebooku.

Wymyślone  przez  lubelszczan  hasło  „Bez  Ściemy”  (tu  ukłon  dla  organizatora

i  podziękowanie  za  zaproszenie)  zadziałało.  Iskra  się  zapaliła.  Można  mówić  otwarcie,
szczerze, a czasem gorzko, (ale bez malkontenctwa) o kolorycie polskiego biznesu. Żałuję,
że  nie  było  Romana  Młodkowskiego  z  TVN  CNBC,  byłby  w  swoim  żywiole  (może  to
nadrobimy:).  Pasjonujące  wystąpienie  Pawła  Fortuny,  non-konformistyczny  Jacek
Pogorzelski,  konkretny  Marcin  Przasnyski,  porywający  Paweł  Sala.  Nieustannie  urocza
i  wybitnie  profesjonalna  Joanna  Malinowska-Parzydło.  Spodziewałem  się,  że  będzie
fajnie,  ale  nie  przypuszczałem,  że  aż  tak.  –  Stary,  tu  powinni  siedzieć  nasi  wszyscy
menedżerowie – jak przypadkowo podsłuchałem w kuluarach rozmowę telefoniczną. Tak,
tu powinni siedzieć na sali zarządzający i właściciele firm.

Świat,  który  nas  otacza,  jest  wybitnie  podatny  na  ściemę.  Łatwość  generowania

informacji  powoduje,  że  każdy  może  pisać  czy  filmować,  co  chce,  jak  chce,  kiedy  chce
i  puszczać  to  w  obieg.  Ale  podstawą  idei  „bez  ściemy”  jest  wiarygodność.  Szczególnie
w  kraju  takim  jak  Polska,  gdzie  ściema  ma  się  dobrze.  Ostatecznie  „kombinowanie”  jest
narodową  cechą  (zarówno  w  pozytywnym  jak  i  negatywnym  znaczeniu).  Brak  ściemy
oznacza wiarygodność w tym, co się robi i w tym, co się mówi. Jesteś odpowiedzialny za
swoje  Słowo.  „Jesteś  odpowiedzialny  za  to,  co  oswoiłeś”.  Działaj  bez  etycznych
sprzeczności  w  tym,  co  robisz  –  z  tym,  o  czym  mówisz.  Wiarygodność  siebie  i  swoich
słów, buduje się latami, ale utracić ją można bardzo szybko.

Rzetelni  i  prawdziwi  eksperci  bywają  w  tym  kraju  biedni,  bo  nie  biorą  łapówek

i mówią prawdę. Bez ściemy. Lecz ta prawda bywa czasem niewygodna lub „nie po myśli
prezesa”.  Wtedy  ekspert  jest  zły,  firma  badawcza  nierzetelna  albo  agencja  reklamowa
głupia. Taki stan rzeczy oddaje potężne pole do popisu dla wszelkiej maści ściemniających
„czarusiów”,  uprawiających  lizusostwo  zarządcze,  a  których  zdefiniowałem  pojęciem
„psuj rynkowy”.

Utrata  wiarygodności,  różni  się  od  „wrażenia  utraty  wiarygodności”,  kiedy  niektórzy

piętnują  np.  znane  twarze  za  udział  w  reklamach.  Dziś  taki  projekt  jest  czymś  zupełnie
normalnym.  Natomiast  są  tacy,  którzy  biorą  w  nich  udział  wyłącznie  dla  pieniędzy  (bez
szczególnej  refleksji),  a  inni  również  zgadzają  się  z  proponowanym  stylem  wartości
zawartym w reklamowanym produkcie. Moim zdaniem należy odróżniać te postawy, choć
jak zwykle obiektywna ocena czyichś intencji jest trudna.

Prawdziwa wartość nie uznaje ściemy. Gardzi nią i wyśmiewa. Ściema, bowiem jest jak

background image

rak,  jak  kolorowy  pajac,  który  na  zewnątrz  ma  wyłącznie  barwny  papierek,  a  w  środku
bezdenną i głupią pustkę niewiedzy i kompetencji. Ściema lubi się też skrywać pod maską
profesjonalizmu. Wartość kosztuje zbyt wiele by dać się okiełznać Ściemie. Choć czasem
daje się przez nią wyprowadzić z równowagi.

Współczesna  era  informacji  i  era  wiedzy,  zaczyna  promować  wartość.  Choć  ściemy

szczególnie  w  marketingu  mamy  od  metra.  O  Ściemie  piszą  często  dziennikarze  choćby
w  kontekście  marketingu,  szukając  sensacji,  nie  rozumiejąc  istoty  konkurencyjności
i  innowacji  firm,  czym  powodują  lawiny  stereotypów  o  manipulacji  czy  oszukiwaniu
klientów.  Ale  chociażby  Pokolenie  Y  jest  coraz  bardziej  odporne  na  Ściemę.  Im  więcej
o niej wiemy (a w mediach społecznościowych nic się nie ukryje), tym lepiej rozumiemy
jej mechanizm.

Wierzę,  że  idea  „Bez  Ściemy”  może  stać  się  polskim  „TEDx”.  Wysoko  mierzę?  Być

może.  Ale  Polak  to  jedna  z  najbardziej  kreatywnych  bestii  na  świecie.  A  prawdziwa
Wartość będzie zawsze w cenie, pod każdą szerokością geograficzną.

 

PS. Z tego miejsca wyrażam uznanie dla firmy Kler. Zaaranżowany przez nich business

lounge był doskonały. Uwaga: piszę jak było, a nie dlatego, że chcę sobie kupić kanapę :))

background image

Sierżanci marketingu

Patelnia.  Chyba  czterdzieści  stopni.  Środek  lata.  I  środek  bezkresnego  pola.  Mężczyzna
w  przewiewnym  mundurze  i  przeciwsłonecznych  okularach,  podwinął  rękawy  i  stanął
w rozkroku przed trzydziestoma facetami. Założył ręce za siebie i wykrzyczał. – Ro... ro...
ro...  zkaz  bojowy!  Należy  nisz...  ni...  niszczyć  siłą  żywą...  siłę  żywę...  siłąą...  żywęę...
eee...  NO!  Na  wprost,  obok  tych  rowów  me...  mlee...  mlemio...  memjora...  memjoracyj...
NO!  Szpaler  podchorążych  przebiegł  dreszcz.  Nie  był  to  dreszcz  strachu,  a  raczej
szczególnego  rozbawienia.  Nikt  się  nie  śmiał.  Nigdy,  przenigdy  nie  wolno  śmiać  się
z  rozkazu  bojowego.  Poza  tym  szczery  chichot  dorosłych  mężczyzn,  stojących  w  pełnym
słońcu,  w  maskach  przeciwgazowych  i  bardzo  (podkreślam),  bardzo  szczelnych  ubiorach
przeciwchemicznych  nie  jest  śmiechem.  I  co  najważniejsze.  Obojętnie  co  się  zdarzy,  nie
wolno śmiać się z sierżanta, który właśnie próbuje dokonać ukarania niepokornego plutonu,
który nie chce się witać z własnym dowódcą kompanii, w stopniu podporucznika.

Znasz film „Heartbrake Ridge” [1986] z miłą oku kreacją Clinta Eastwooda, grającego

rolę doświadczonego sierżanta? Jeśli nie – polecam. Sierżant, przynajmniej w armii USA,
to nie byle kto. Z punktu widzenia formalnego, jest to tzw. NCO non-commisioned officer
żołnierz,  który  nie  jest  oficerem,  prawdopodobnie  nim  nie  zostanie,  ale  specjalizuje  się
w  określonej  dziedzinie.  Jedną  z  ról,  jaką  pełni  jest  tzw.  drill  seargant,  czyli  podoficer
prowadzący  podstawowe  szkolenie  żołnierzy  i  odpowiada  za  trening,  dyscyplinę
i  porządek.  Sierżanci,  z  racji  pełnienia  funkcji  specjalistycznych,  nie  awansują  pionowo,
ale  poziomo.  Nie  zostają  generałami.  Hierarchia  pozioma  stopni  jest  od  sierżanta,  do
sierżanta majora armii. Koncepcja awansów i rozwoju kariery zawodowej sierżanta, moim
zdaniem  idealnie  pasuje  do  poziomego  rozwoju  kariery  zawodowej  specjalisty  do  spraw
marketingu.

Specjalista ds. Marketingu to chyba jedno z najpopularniejszych stanowisk w komórkach

marketingu  w  Polsce.  Oznacza  niestety  w  firmie,  zbyt  często  kogoś  do  wszystkiego.
Nierzadko, tego wszystkiego, co sobie umyśli szef. Lub obowiązków, których nie chcą inne
działy  firmy.  Obdarza  się  wtedy  takimi  sierocymi  zadaniami  specjalistów  ds.  marketingu.
I  dodatkowo  odpowiedzialnością  za  reklamę.  Taki  kompetencyjny  horror,  marketerzy
przechodzą nierzadko każdego dnia. Powód jest najczęściej jeden – całkowita indolencja,
brak  zrozumienia  i  wiedzy,  jakie  powinien  być  zakres  zadań  i  odpowiedzialności
pracowników tego działu.

Nie  każdy  jest  w  stanie  czy  chce  być  dyrektorem.  Choć  wielu  jest  dyrektorami

z zawodu... Poza tym nie wszyscy ludzie, ze względu na swoje predyspozycje i podejście
do  życia,  nadają  się  do  kierowania  innymi.  Nie  jest  to  absolutnie  żadna  ułomność.
Niektórzy po prostu nie chcą lub nie potrafią zarządzać. Zresztą dyrektorzy lubią rotować.
Z  milionów  powodów.  A  solidny  specjalista,  chce  po  prostu  porządnie  i  efektywnie

background image

wykonywać swoją pracę, odnajdując w niej pokłady własnej satysfakcji.

Dobry  specjalista  ds.  marketingu,  to  swoisty  odpowiednik  podobnego  specjalisty  –

sierżanta  armii.  To  pracownik  rozwijający  swoje  umiejętności  i  budujący  karierę
w wymiarze poziomym, a nie pionowym. Może rozwijać się w badaniach rynku, reklamie,
analityce, e-marketingu, ocenie konkurencji, marketingu wewnętrznym, białym wywiadzie,
czyli researchu, CSR, public relations czy relacjach z inwestorami.

Jeśli  ktoś  chce  pracować  w  obszarze  marketingu  i  ma  ku  temu  odpowiednie

predyspozycje,  na  pewno  znajdzie  specjalistyczny  obszar  tej  szerokiej  dziedziny,  który
będzie  go  satysfakcjonował.  Od  zarządzających  z  kolei  zależy,  czy  stworzą  swoim
sierżantom  marketingu  odpowiednie  warunki  rozwoju:  doskonalenia  zawodowego,
motywacji, rozwoju umiejętności i poziomego awansu.

Jak  w  każdej  armii,  gdzie  jej  solidnym  kręgosłupem  są  świetni  sierżanci,  tak  sierżanci

marketingu, specjaliści – mogą tworzyć silny, merytoryczny kościec organizacji. Zależy to
przede  wszystkim  od  szefów  rozumiejących  kompetencje  marketingu  oraz  potrafiących
stworzyć takim ludziom odpowiednie warunki rozwoju.

Nieudolny sierżant nie będzie nadawał się do dowodzenia. Nieudolnemu porucznikowi-

megalomanowi,  na  dodatek  dręczącemu  swoich  ludzi,  w  warunkach  bojowych  ktoś  może
strzelić  w  plecy.  W  firmach,  w  których  rotacja  w  działach  marketingu  wynosi  6  do  12
miesięcy,  warto  się  zastanowić,  co  jest  istotą  koncepcji,  co  się  dzieje  z  procesami
marketingowymi  oraz  czego  tak  naprawdę  się  powinno  od  nich  wymagać.  Karuzela
personalna zawsze wpływa na firmę oraz jej wyniki.

background image

Ostra biegunka

Czwarta nad ranem. Świtało i słowiki grały jak dzikie. Chłodny, wrocławski świt. Koniec
lat  osiemdziesiątych.  Szybki  marsz  i  usłyszałem  wykrzyczane  zza  krzaka  –  Stój!  Służba
wartownicza. Co za kretyn! – pomyślałem. Nie poznaje kolegi z trzeciego roku. Parsknąłem
śmiechem.  Chyba  to  usłyszał.  –  Stój,  bo  będę  strzelał!!!  Okrzyk  zlał  się
z charakterystycznym chrzęstem przeładowywanego AK.

–  W  dupę  sobie  strzel!  –  odkrzyczałem.  Przypominając  sobie  w  tym  momencie,  że

właśnie  dziś  służbę  wartowniczą  pełnią  pierwszy  raz  chłopaki  ze  Szkoły  Podchorążych
Rezerwy.  I  wszyscy  zmechole  wiedzą,  że  jest  to  ta  jedyna  noc  w  roku,  kiedy  lepiej  po
godzinie 22 nie wyściubiać nosa z akademika. Zrobiło się dziwnie chłodniej...

Młodzi, nieopierzeni sierżanci marketingu (tut. specjaliści ds. marketingu), zaczynający

pracę lub zdobywający pierwsze szlify bywają przeraźliwie spanikowani, realizując swoje
projekty.  Ta  panika,  podczas  której  próbują  zabezpieczyć  wszystko,  wszystkim,  a  przede
wszystkim  SIĘ  na  wszystko  (czytaj  oczywiście  –  wszystko,  co  złe),  bywa  hamulcowym
bardzo  wielu  projektów.  Realizacja  prostych  zadań  marketingowych,  opartych  przede
wszystkim  o  użycie  własnej  mózgownicy  i  zasady  prostej  logiki,  już  o  uprzejmości  nie
wspominając  –  nie  wymaga  rozpisywania  tego  na  szczegółowe  role.  Teraz  ten  Pan  się
podrapie,  a  ta  Pani  poklepie  po  plecach.  Nieufny  marketer  dopatrujący  się  w  prostej
współpracy z firmami haczyków i kruczków, może popaść w skrajną biegunkę. Używając
koszarowego języka: mało się z tego wrażenia nie pos...

Ludzie! Chillout. Chillout... Zamieńcie umowy i drobnym druczkiem pisane procedury –

na  pozytywne  relacje  z  ludźmi,  z  którymi  współpracujecie.  Najpierw  budujcie  relacje,
a  potem  piszcie  kontrakty.  Twórzcie  zaufanie.  Wypuśćcie  powietrze  (napompowanych
CMO  jest  całkiem  sporo),  obniżcie  tak  zwany  Wskaźnik  Poczucia  Własnej  Zajebistości
(PWZ) i zamieńcie go na twórcze rozwiązanie problemów czy innowacyjne zadania. Macie
obawy? Szukajcie planów B, scenariuszy kryzysowych czy możliwych alternatyw. Pewnie
jak  otworzycie  szafę  albo  przejrzycie  opuchniętą  skrzynkę  spam,  znajdziecie  tam  tony
propozycji  szkoleń  i  warsztatów  miękkich,  z  zakresu  radzenia  sobie  w  stresowych
sytuacjach czy działania pod presją. Wykorzystajcie to.

A!  Pewnie  chcecie  mieć  gwarancję  sukcesu  na  100%?  Idźcie  do  wróżki.  Zapłacicie

i  ona  wam  takiej  gwarancji  udzieli.  To  chyba  jedyna  instytucja,  która  gwarantuje  sukces
w biznesie.

Spanikowany Marketer biegający po firmie ze spuszczonymi majtkami i rozwiniętą rolką

papieru toaletowego działa destrukcyjnie w każdej firmie. Sierżanci nie panikują. Sierżanci
zawsze  tym  spanikowanym  pomagają.  Jeśli  nie  potrafisz  psychicznie  zapanować  nad
buzującym projektem marketingowym, zajmij się czymś innym.

Zasadę RWD ( Ratuj Własną Dupę) nazywaną również współczynnikiem KDB ( Krycia

background image

Dupy  Blachą)  czyli  nadmierną  i  przesadną  asekurację,  czasami  do  poziomu  absurdu,
zamieńcie  na  budowanie  relacji  z  zarządem,  właścicielami  oraz  inteligentnego
przekonywania  ich  do  zrozumienia  arkanów  marketingu.  Chyba,  że  macie  do  czynienia
z totalnym betonem, kołkiem, trollem lub toksycznym szefem. Wtedy zmieńcie robotę. Beton
potrafi kruszyć się latami.

To  właśnie  właściciele  czy  zarządzający  są  Pierwszymi  Marketerami.  Jeśli  będą

uznawać  marketing  za  bzdurne  fantasmagorie,  głupkowate  bajdurzenie,  Grupę
Niepotrzebnych Kosztów, oszukiwanie ludzi czy panią od folderów i gadżetów obsługującą
Dział  Handlowy  –  nie  osiągniecie  żadnego  efektu,  w  postaci  zwiększania  wartości  firmy
dzięki mądrej strategii marketingowej i budowaniu potencjału marek.

Prawdziwy Sierżant Marketingu, który z niejednego pieca wypiekał markę, ma blizny na

plecach po biczowaniu przez firmy badawcze i CEO, potrafi odważyć się na zawieszenie
w sali konferencyjnej zarządu firmy hasło MARKETING GŁUPCZE!

Oczywiście,  jeden  w  wariancie  nocnym,  po  uśpieniu  czujności  ochrony.  Inny,  podczas

najważniejszego w roku spotkania zarządu, rady nadzorczej i głównych udziałowców.

A Ty marketerze? W którym wariancie odważyłbyś się to zrobić?

 

PS.  Uspokajam  tych  zainteresowanych  moim  zdrowiem.  A  może  nawet  życiem.  Kolega

przeładował  broń,  ale  jak  widać,  palec  mu  nie  drgnął.  Wymieniliśmy  uprzejmości.
Parafrazując Michała Rusinka – załączając odpowiednie wyrazy.

background image

Matka Boska Leninowska

Wiele  lat  temu,  pewną  starszą,  ludową  malarkę  –  grupa  partyjnych  bonzów  poprosiła
o  wykonanie  portretu  Lenina.  Ale  artystka,  z  racji  wykształcenia,  pochodzenia  oraz  stanu
natury bytowej, nie za bardzo wiedziała o kogo ów szanownemu państwu chodzi. Uczynnie
podpowiedziano  jej,  że  chodzi  po  prostu  o  namalowanie  portretu  dobrego  człowieka.
Malarka wykonała portret. Przedstawiał Lenina modlącego się do Matki Boskiej.

Tę historię opisał Sławomir Koper w książce „Kobiety władzy PRL”. Kim była ludowa

artystka? Nieświadomą niczego babuleńką? Ale może wysoce inteligentnym przeciwnikiem
reżimu?  Bondem  lub  Stirlitzem  w  zakamuflowanym  przebraniu?  Mamy  ten  sam  fakt.  Ale
całkowicie odmienną interpretację.

Dziś  dzięki  mediom  społecznościowym,  wszyscy  staliśmy  się  nadawcami.  Nie  tylko

faktów i suchych treści, ale również ich znaczenia i emocji. „Medium” stało się pojęciem
o  wiele  bardziej  pojemnym.  Jeśli  ktoś  ma  5  mln  followersów  na  Twitterze  to  czym  się
różni  od  stacji  telewizyjnej,  osiągającej  podobną  oglądalność  wyłącznie  w  czasie  emisji
największych,  kinowych  hitów?  W  kontekście  opiniotwórstwa  naturalnie.  Ostatnie  lata
zmieniły świat „nadawania” w sposób diametralny.

Czy  dziś  przekazywanie  informacji  jest  wyłącznie  propagandą?  A  może  komunikacją?

Propaganda  jest  przede  wszystkim  poszukiwaniem  emocji  i  wyzwalanie  ich  w  celu
podjęcia określonego działania. Prawda, że podobne do słowa „reklama”? Ale w reklamie
mamy  pewną  świadomość  celowości  działania  reklamodawcy.  Komunikacja  (czytaj:
marketingowa) to nastawienie dziś na rzeczywisty i konstruktywny dialog. I to jest często
klucz  do  prawdziwych  marek,  a  nie  wydmuszek.  Nie  tylko  marek  produktowych  –  marek
osobowych w szczególności.

Ojczyzna  propagandy  to  USA  oraz  polityka  prezydenta  Wilsona,  przekonująca

Amerykanów  do  poparcia  I  wojny  światowej.  Nigdy  nie  byłaby  możliwa  na  rynkach
masowych,  bez  upowszechniania  przekazów  przy  pomocy  prasy,  radia,  po
1945 r. telewizji, a po 1990 r. – internetu. Dzięki technikom nazistowskiej i komunistycznej
propagandy,  stosunkowo  niewielka  grupa  ludzi  przejmowała  kontrolę  nad  całymi
społeczeństwami.  W  uprawomocniony  i  bezlitosny  sposób,  piorąc  mózgi  i  dążąc  do
zaszczepiania  wyłącznie  swoich  idei.  Techniki  propagandy  nie  dopuszczają  dialogu,
a wyłącznie prostą, jednostronną akceptację przekazywanych treści. Brak uległości groził
zawsze  potężnymi  retorsjami,  o  czym  przekonywali  się  zarówno  niemieccy  antyfaszyści,
jak  i  przeciwnicy  Czerwonych  Khmerów.  Brak  akceptacji  dla  wyznawanej  przez  system
idei  kończył  się  zawsze  retorsją  czy  swoiście  pojmowaną  „reedukacją”.  Najczęściej
w specjalnie do tego celu tworzonych obozach. Skuteczna propaganda była efektywniejsza
od  społecznego  bata  –  kreowała  bowiem  wzorzec  „idealnego  wyznawcy  systemu”  dążąc
do  automatycznej  eliminacji  społecznej  jednostek  odstających  od  tego  wzorca.  Po  cóż

background image

bowiem  bat  w  społeczeństwie,  w  którym  prawie  wszyscy  wierzą  bezkrytycznie
w istniejącą doktrynę...?

Wolność  komunikacji  jest  dobrodziejstwem  demokracji.  Skutkuje  poszukiwaniem  siły

wzajemnego  zróżnicowania  i  dialogu.  Umiejętności  spojrzenia  na  te  same  zdarzenia,
z  całkowicie  różnych  perspektyw.  Tak  jak  w  Amazonie,  gdzie  specjalnie  przygotowany
menedżer  obserwuje  i  prezentuje  punkt  widzenia  klienta.  Klienci  oczekują  dostaw  do  24
godzin?  Proszę  bardzo  –  to  jest  zadanie  do  rozwiązania  przez  menedżerów  liniowych.
Jakże  różne  podejście  od  „nie  jesteśmy  w  stanie  zorganizować  dostaw  w  tak  krótkim
czasie”.  Tak,  to  jedno  z  najważniejszych  i  najbardziej  przeklinanych  wyzwań
współczesnego  marketingu  operacyjnego  –  rzeczy  niemożliwe  załatwiamy  od  ręki,  cuda
zajmują nam trochę więcej czasu.

Aż do początków ery internetu, wiele firm budowało swoją pozycję rynkową wyłącznie

w  oparciu  o  klasyczne  metody  propagandy.  Stworzyć  markę  i  medialnie  wbić  w  głowę
potrzebę  jej  posiadania.  Wykreować  rynek  dzięki  aktorom,  władcom  show  biznesu,
dziennikarzom  czy  wielkim  tego  świata.  Nierzadko  jedno  słowo  lub  jeden  gest  tworzył
obszar  wart  miliony,  a  może  i  miliardy.  Czy  świat  mody  ostatnich  lat  zaczynał  się
wyłącznie w pokoju Anny Wintour? Ilu dziś światowych blogerów modowych potrzeba by
zmienić ten stan?

Efekty  gry  emocjami  w  propagandzie  są  żałosne.  Oto  pewna  pani  w  niedzielne

popołudnie  pisze  na  blogu,  że  biznesmeni  nie  przekazali  pieniędzy  na  ślub  stulecia.  Mija
się całkowicie z prawdą, ale news rozgrzewa wiele klawiatur. W innym miejscu, cytat fana
wpisywany  jest  w  usta  pewnego  polityka.  Co  wywołuje  dyskusję  o  faszyzmie,
nacechowane  propagandą  różnych  opcji  politycznych.  Za  chwilę  ten  sensacyjny  obraz
sytuacji  podchwytuje  jeden  z  dzienników.  Oto  przez  prawie  dwa  dni,  pół  kraju  próbuje
zarazić się emocjami wokół dziury w ziemi.

Media w postępie geometrycznym, zwiększają chęć karmienia czy wręcz futrowania się

emocjami, przy których rzetelna analiza faktów przestaje mieć znaczenie. Jeśli osoba znana
napisze  coś  kontrowersyjnego  na  publicznym  profilu  –  za  chwilę  jego  słowa  zostaną
przekręcone,  a  sprostowania  nigdy  nikt  nie  ujrzy.  Prywatne  zdjęcie,  stanie  się  bohaterem
tabloidów,  a  niewinna  notatka  wywoła  konieczność  tłumaczenia,  że  nie  jest  się
wielbłądem.  Świat,  którego  obraz  budowany  jest  wyłącznie  w  kontekście  emocji,  a  nie
racjonalnej  analizy  faktów,  kończy  się  wizją  świata  dystonicznego  z  książki  i  filmu
„Fahrenheit 451”.

Różnice  pomiędzy  propagandą,  a  komunikacją  są  zasadnicze.  I  choć  cała  dziedzina

public  relations  może  korzystać  z  narzędzi  zarówno  z  jednej  jak  i  drugiej  strony  –  wielu
z  uporem  maniaka  kojarzy  ją  wyłącznie  z  propagandą.  Nazywanie  „propagandy”  –
„pijarowaniem” i stawianiem znaku równości pomiędzy tymi pojęciami świadczy zarówno
o  braku  profesjonalizmu,  całkowitym  dyletanctwie  jak  i  siłowym  wpychaniu  całego
obszaru marketingu do getta znaczeń pejoratywnych.

background image

Kiedyś dziennikarze w niedzielę spali lub zajmowali się rodzinami. W świecie mediów

elektronicznych,  nie  ma  ani  nocy,  ani  przerw,  ani  świąt,  ani  dni  wolnych.  Burza  może
zdarzyć się zawsze i wszędzie. Zbójec Gębon powstał z grobu i wspólnie z Lemem śmieją
nam się w twarz.

background image

List Otwarty Marketera 2013

„Moody  włożył  rękę  do  słoja,  złapał  jednego  pająka  (...)
wycelował w niego różdżkę i mruknął: – Imperio! Pająk zsunął się
z jego dłoni na jedwabistej nici i zaczął huśtać się na niej jak na
trapezie.(...)  Różdżka  Moody’ego  lekko  drgnęła,  Pająk  stanął  na
dwóch  nóżkach  i  zaczął  stepować.  Wszyscy  się  roześmieli  (...)  –
Uważacie,  że  to  śmieszne?  (...)  A  byłoby  śmieszne,  gdyby  ktoś
zrobił  to  z  wami?  (...)  –  Mam  nad  nim  całkowitą  kontrolę  –
powiedział cicho Moody, kiedy pająk zwinął się w kłębek i zaczął
się toczyć jak piłeczka. – Mogę sprawić, że wyskoczy przez okno,
utopi się, wpadnie któremuś z was do gardła...”

J. K. Rowling, „Harry Potter i Czara Ognia”, Media Rodzina, Poznań, 2001, s. 227-228.

 

W  Polsce  nie  ma  Ministerstwa  Marketingu.  Nie  ma  w  związku  z  tym  do  kogo  pisać

listów  otwartych,  petycji,  skarg,  zażaleń  czy  wniosków.  Trudno  również  określić
adresatów wszelkiej maści korespondencji, w której można postulować rozwój i promocję
przedsiębiorczości.  Polak  jest  jedną  z  najbardziej  przedsiębiorczych  nacji  europejskich.
Rzekłbym,  że  nawet  z  tradycjami.  A  kluczową  kompetencją  współczesnej
przedsiębiorczości  jest  marketing,  jako  umiejętność  tworzenia  wartości  dla  firmy,
pracowników i klientów.

Niestety,  semantycznie  pojęcie  „marketing”  zaczęło  być  kojarzone  pejoratywnie.

Odmieniane medialnie na wszystkie sposoby, przez stada laików, słabo pojmujących temat
dziennikarzy,  zbyt  teoretycznych  profesorów,  zdezorientowanych  przedsiębiorców,  pożal
się  Buka  ekspertów  i  chmary  bliżej  nieokreślonych,  uśmiechniętych  indywiduów,
uważających się za „guru marketingu” (patrz prawo #21) Wiem jak to brzmi. Ale wydaje
mi się, że z perspektywy dwudziestego trzeciego roku cierpliwego tłumaczenia i coachingu
profesjonalistów w tym zakresie w Polsce i za granicą, mam prawo do pewnych ocen.

Na  marketingu  znają  się  wszyscy.  Tak  samo  jak  na  polityce,  ładunkach  wybuchowych,

lotnictwie  cywilnym  i  procedurach  śledczych  analizy  fizykochemicznej  dziecięcego
kocyka.  Polak  jest  gardłującym  ekspertem  przy  kolejnej  flaszce,  autorytatywnym  hejterem
na Facebooku i mistrzem ciętej riposty na Twitterze. Polak jest mistrzem świata w gadaniu
i narzekaniu.

Semantycznie  „marketing”  jest  totalnie  trywializowany,  pojęcie  nabrało  medialnie

charakteru synonimu oszustwa i manipulacji. Dowcip polega na tym, że z analizy literatury
wynika silna, naukowa podstawa tej dziedziny. Tak, marketing staje się na świecie (lub już
jest) NAUKĄ – taką samą jak fizyka, chemia, matematyka czy geografia. W mojej ocenie,
to kwestia kilku lat.

Współczesne firmy, zarówno te małe jak i olbrzymie, organizacje społeczne, wyznania,

background image

partie  polityczne,  ruchy  międzynarodowe,  szkoły  czy  samorządy  nie  są  w  stanie
funkcjonować  (ani  konkurować)  bez  choćby  elementów  kompozycji  marketingowej.
Obecność  Benedykta  XVI  na  Twitterze,  genialna  polityka  public  relations  Ambasadora
Stephena  D.  Mull’a  w  Polsce,  strategia  medialna  Baracka  Obamy,  tańczący  polski
ambasador  w  Chinach  czy  dzisiejsza  konferencja  twitterowa  Premiera  Donalda  Tuska
i  internautów  –  wskazują  na  to  jak  ważna  staje  się  komunikacja,  będąca  jednym  z  jego
widocznych  elementów.  Równocześnie  słychać  chór  wszelkiej  maści  oponentów,  dla
których  public  relations  i  propaganda  to  to  samo.  Niestety,  arogantów  nie  odróżniających
szczekania  propagandy  od  profesjonalnego  dialogu  mamy  jeszcze  całkiem  spore  stadko.
Dziś  dziedziny  tak  tradycyjnie  konserwatywne  jak  dyplomacja  czy  religia,  ulegają
powolnym  acz  znacznym  zmianom.  Dzięki  marketingowi.  Największymi  religijnymi
Marketerami Idei był Mahatma Gandhi, Jan Paweł II czy Matka Teresa z Kalkuty.

Premier  dziś  na  Twitterze,  życzył  by  2013  rok  był  Rokiem  Polski.  W  gospodarce,  to

oznacza  również  Rok  Polskich  Marek.  Odnoszących  sukcesy  wewnątrz  i  w  eksporcie.
Żadna  marka  nigdzie  nie  zaistnieje  bez  profesjonalnego  marketingu.  Ale  nie  rozumianego
jako zaklęcie Imperiusa, którego działanie cytowałem na początku notki. Nie, jako zestaw
narzędzi, dzięki którym ma się ogłupiać, manipulować i sterować ludźmi (a tak marketing
pospolicie jest postrzegany). Tu nie chodzi również o dyplomy, których studenci mają pełną
szafę.  Ale  o  prawdziwe  i  praktyczne  umiejętności,  innowacje,  praktykę  i  odwagę  we
wdrażaniu  ciekawych  projektów.  I  przede  wszystkim  –  zrozumienie  istoty  i  zasad
marketingu przez szefów firm, instytucji, organizacji, uczelni czy samorządów. Tutaj chodzi
o  tworzenie  prawdziwej  wartości,  a  nie  wciskania  towaru  do  ręki  czy  ładowania  na  siłę
idei  w  mózgowe  zwoje.  Budowanie  wielopłaszczyznowych  i  wartościowych  relacji.
Osoby,  które  dziś  uważają,  że  marketing  jest  narzędziem  robienia  z  ludzi  głupców,  są  po
prostu pospolitymi ignorantami. Co nie zmienia postaci rzeczy, że przy jego pomocy można
z  ludzi  zrobić  głupców  w  sposób  koncertowy.  Powtórzę  po  raz  setny  –  to  nie  marketing
oszukuje. Oszukują ludzie, używając jego narzędzi.

Polska  firma  czy  marka  by  przebić  się  gdziekolwiek  –  potrzebuje  profesjonalnego

marketingu.  Najlepszy  produkt  czy  kadra  dziś  już  nie  wystarcza.  Trzeba  umieć  budować
swoje  rynki,  tworzyć  „jeziora”,  walczyć  o  każdy  przyczółek,  komunikować  się
najróżniejszymi  kanałami,  budować  lojalność,  zaspokajać  potrzeby  i  osiągać  zyski.
Ostatnią rzeczą, jaką pragnie każdy człowiek, jest „wciskanie towaru na siłę”. Nachalność,
nazywana  przez  niektórych  „reklamą”  jest  coraz  bardziej  widoczna  w  mediach,  które  już
nie są w stanie dłużej ukrywać jak bardzo są zależne od reklamodawców. To samo dotyczy
idei czy myśli. Jednostronne „wciskanie” przekonań to czysta propaganda. Dlatego tak duże
znaczenie ma wzajemna komunikacja.

Dziś  potrzebujemy  Twórców  Rynków.  Firm,  które  będą  potrafiły  rozwijać  istniejące

koncepcje  marek,  tworzyć  nowe,  podbijać  rynki  eksportowe,  konkurować  z  podobnymi
w  swoich  kategoriach.  Potrzebujemy  jak  deszczu  racjonalnego  Wytwarzania  (  a  nie

background image

wyłącznie Usług czy Handlu).

Słowo  „marketing”  w  swym  popularnym  znaczeniu,  doszło  w  debacie  publicznej  do

swoistego  dna.  I  kiedy  tarzało  się  w  tym  błocie,  piszczało  z  obłędem  w  oczach,
podniosłem, wytarłem, pocieszyłem i przytuliłem. Czas dojrzał do książki.

===YlFm Um VV

background image

POLEMIKI

background image

Mózgowy miks marketingowy

Pewien amerykański wynalazca, Robert Hall McCormick przez 28 lat próbował powiązać
siłę  końskich  mięśni  z  klasyczną  żniwiarką.  W  końcu  ją  opatentował.  Ale  nie  udało  się
przekuć  tego  projektu  w  sukces  handlowy.  Autor  miał  dosyć.  Podrzucił  to  kukułcze  jajo
synowi  –  Cyrusowi.  Ten,  najwidoczniej  pozbawiony  ograniczeń  ojcowskiego  projektu,
w 1831 r. stworzył swoją wersję, którą opatentował w 1834 r. W 1839 r. razem z bratem,
Cyrrus  przenosi  się  do  Chicago  i  tworzy  system  funkcjonowania  firmy  uznawany  dziś  za
prekursorski w zakresie marketingu. Rozwój kolei umożliwił mu stworzenie szerokiej sieci
dystrybucji. Wymyślał kolorowe broszury i reklamy. Zbudował system sprzedaży ratalnej.
Zainwestował w prezentacje produktowe i sprzedaż osobistą. Żniwiarka McCormicka stała
się przełomem dla rolnictwa, radykalnie ograniczając pracę ludzkich rąk. Dziś jego pomnik
stoi przed kampusem Washington and Lee University w Lexington w Wirginii.

McCormick nie wymyślił marketingu. Nie wymyślił go również profesor Philip Kotler.

To  pojęcie  pojawiło  się  w  1560  r.  w  rozumieniu  „sprzedawania  i  kupowania”,
w  1701  r.  nabrało  znaczenia  „produktu  sprzedawanego  na  rynku”,  a  w  1897  r.  „procesu
dostarczania produktów od producenta do konsumenta, z naciskiem na reklamę i sprzedaż”.
Współcześnie,  najnowszą  jest  definicja  Amerykańskiego  Stowarzyszenia  Marketingu.
Historia marketingu ma ponad 450 lat.

Staruszek wymaga szacunku – czapki z głów.

Dziś Business Insider publikuje listę najbardziej wpływowych myślicieli i inspiratorów,

którzy  współcześnie  tworzą  podstawy  rozwoju  tej  dziedziny.  W  wersji  oryginalnej
i  w  wersji  przetłumaczonej  przez  Marketing  przy  Kawie.  Pełna  lista  zawiera  15  nazwisk
wraz z komentarzem, dotyczącym każdej z osób. Warto również prześledzić losy niektórych
nazwisk na liście Thinkers50.

Nie  będę  omawiał  każdej  osoby  z  listy,  ale  chciałem  znaleźć  pewien  klucz  podziału,

który  mam  nadzieję  trochę  pomoże  w  wyjaśnieniu  zawiłości  i  niuansów.  Dziedzina
marketingu opisywana jest przez osoby, pełniące najróżniejsze funkcje. Profesorów i kadrę
akademicką, prowadzącą w tej sferze badania, spory, tworzący hipotezy i sprawdzający ich
zastosowanie.  Tutaj,  badacze  najpierw  obserwują  zjawiska  występujące  na  rynku,
a  następnie  je  opisują,  analizują  i  poszukują  zależności.  Marketing  nie  stworzył  się  przez
450 lat z teorii, a praktyki działań rynkowych milionów przedsiębiorstw. Druga grupa – to
dziennikarze.  Jedni,  próbują  nadać  beletrystyczną  formę  np.  książkom  o  markach,  a  inni
poprzez analizę działań marketingowych, opisują różne procesy zmian społecznych. Trzecia
grupa to wolni strzelcy, konsultanci niosący nie tylko kaganek oświaty, ale traktujący swoje
badania,  książki  i  opracowania,  jako  świetny  element  publicity.  Czwarta  grupa  to  spece
z  obszaru  „marketing  services”  –  szefowie  firm  badawczych,  reklamowych  czy
konsultingowych. Piątą grupę określiłbym, jako „pozostali” i ona nie wymaga komentarza.

background image

Na  liście  Business  Insidera  pojawiają  się  następujące  nazwiska,  z  podziałem  na

powyższe kategorie:

Kadra  akademicka:  Luke  Sullivan,  Colin  Camerer,  W.  Chan  Kim  i  Renée
Mauborgne, Michael Porter.

Dziennikarze: Kalle Lasn, Malcolm Gladwell, Naomi Klein.

Konsultanci, wolni strzelcy: Al i Laura Ries, Cindy Gallop, Seth Godin

Marketing services: Martin Sorrell, Bob Greenberg, Alex Bogusky, Kevin Roberts.

Pozostali: Paul Adams.

Kogo na tej liście brak? Oczywiście, nietrudno zauważyć przede wszystkim prof. Philipa

Kotlera.  Nie  ma  również  Martina  Lindstroma,  Paco  Underhilla,  Theodore  Levitta,  Petera
Doyla, Jean Marie Dru, Davida Aakera, Claytona Christensena czy Jacka Trouta. Z mojego
osobistego punktu widzenia brakuje też: Tima Amblera, Roberta Shawa (Nowe spojrzenie
na  marketing),  Eduarda  de  Bono  (Myślenie  lateralne),  Georga  Ritzera  (McDonaldyzacja
społeczeństwa), Guya Kawasakiego czy twórczej adaptacji dzieł Sun Tzu, wykonanej przez
Garrego Gagliardiego (Sztuka wojny, sztuka marketingu).

Wydaje się jednak, że autor tego zestawienia, Jim Ewards, chciał wskazać pewne trendy

i  inspiracje  dla  współczesnego  rozwoju  tej  dziedziny,  skupiając  się  na  osobowościach
najbardziej aktywnych, czasami kontrowersyjnych, ale nośnych i intrygujących.

Cóż z tego wynika. Kilka kluczowych i subiektywnych spostrzeżeń:

silnymi  inspiratorami  są  osobowości  ze  świata  reklamy.  Potrafią  zarówno  tworzyć
ciekawe  teorie,  uzasadniać  je  międzynarodowymi  obserwacjami  oraz  w  bardzo
dobry  sposób  komunikować.  Duże,  dwie  idee  z  tego  obszaru  to  koncepcja
„Disruption” Jean Marie Dru oraz „Lovemarks” Kevina Robertsa

sugeruję  jednocześnie  ostrożność  w  generalizowaniu  spektakularnych  idei
komunikacji  marketingowej  i  przenoszenia  ich  na  całość  dziedziny.  Dział
Marketingu to nie agencja reklamowa pochłaniająca 100% budżetu marketingowego
i jeden CMO podpisujący kolejne faktury,

nowe  kierunki,  nowe  idee,  wina  Nowego  Świata,  to  poszukiwanie  całkowicie
innowacyjnych  obszarów  to  W.  Chan  Kim  i  Renée  Mauborgne  i  ich  teoria
o błękitnych i czerwonych oceanach,

klasyka twardo się broni i nie oddaje pola walki – Michael Porter, Al i Laura Ries,
Jack  Trout:  to  autorzy,  których  obowiązkowo  każdy  adept  sztuki  marketingu  musi
rozumieć,

świeżość,  inteligencja,  spostrzegawczość,  komunikatywność,  czyli  któż  nie  kocha
Setha Godina za jego rynkową mądrość, cięty język, genialne metafory i narrację,

obecność  Malcolma  Gladwella  i  Colina  Camerera  to  wskazanie  na  rozwój

background image

neuronauki.  W  tym  gronie  powinien  znaleźć  się  również  Martin  Lindstrom  i  Paco
Underhill.  Neuronauka  w  dużym  stopniu  zrewolucjonizuje  media,  szczególnie
w kontekście wyrzucenia do kosza „masowej oglądalności mediów” i zastępowania
ich  „portfelem  widowni”  oraz  spadającego  znaczenia  badań  typowo  ilościowych.
Coraz niższą wartość ma bowiem ilość oglądających, a zwiększa się rola typologii
audytorium. Hipoteza, czy lepiej by program ekonomiczny był oglądany przez milion
gospodyń  domowych  czy  dziesięć  tysięcy  menedżerów,  wymaga  wciąż  jasnego
potwierdzenia. Osobiście czekam na filmowe superprodukcje na YouTube, które bić
będą na głowę popularne programy masowej telewizji, w szczególności show Kuby
Wojewódzkiego,

Paul  Adams  to  pierwsze  pierwiosnki  inspiratorów  świata  social  media.  Stawiam
kości  przeciwko  orzechom,  że  za  chwilę  dołączą  do  niego  nowe,  ciekawe
osobowości,

zdecydowanie brakuje wizjonerów charakterystycznych dla marketingu on-line,

gdzie się podział rozwój designu produktowego?

brakuje  mi  reprezentantów  ważnego  rozwoju  sfery  lojalności  klientów,  zmian
w postrzeganiu markowości, stylów i mód zachowań zakupowych,

gdzie  się  podziały  odkrycia  „spisku  żarówkowego”  i  planowanego  postarzania
produktów?

Naomi Klein, Alex Bogusky i Kalle Lasn, wielcy, kontrowersyjni, inteligentni i otwarci

na  komunikację.  Patrzący  trzeźwo  z  perspektywy  zwykłego  człowieka  i  konsumenta  na
otaczające nas procesy tworzenia i rozwoju rynków. Ich głos szczególnie dotkliwie smaga
wszystkich  świadomie  wykorzystujących  narzędzia  marketingu  do  pełnej  manipulacji
i oszukiwania klientów, a nie wzajemnych relacji. Oni są swoistym „konsumenckim głosem
sumienia” i strzelają twórcom wielkich i małych machlojek, prosto między oczy. Ambitnym
marketerom  FMCG  przypominam  delikatnie,  że  produkcje  TVN  Style  „Wiem,  co  jem”
i  „Wiem,  co  kupuję”,  powinny  należeć  do  standardowo  oglądanych  programów  podobnie
jak wszelkie programy konsumenckie.

Zanim pobiegniecie palić książkami Philipa Kotlera w kominku i wykrzykiwać „koniec

marketingu klasycznego”, spójrzcie mi głęboko w oczy.

Profesor  Kotler  od  45  lat  pisze  podręczniki  dla  studentów.  Urodziłem  się  w  roku,  gdy

wydał  pierwszy.  Mam  sentyment.  Od  45  lat  jest  to  podstawowy  podręcznik  na  świecie.
Dzięki  Kotlerowi,  Koszałkowi-Opałkowi  –  mówimy  międzynarodowym  językiem
marketingu,  potrafimy  się  zawodowo  komunikować  z  każdą  nacją  i  mamy  swój  żargon
pojęciowy (chyba, że ktoś mówi „marketingowiec” zamiast „marketer” i „public relation”
zamiast  „public  relations”).  Rozumiemy  skomplikowane  procesy  tej  pozornie  prostej,  ale
naprawdę  dużej,  wszechstronnej  i  różnorodnej  sfery.  Można  się  w  niej  zauroczyć,  ale
i znienawidzić. Marketingu można się nauczyć w pół roku. Ale żeby rozumieć jego meandry

background image

potrzeba lat praktyki. To cecha bodajże każdej dziedziny wiedzy.

Nie  ma  dziś  nikogo  w  cywilizowanym  świecie,  kogo  wiedza  i  doświadczenia

marketingu nie dotyczyłyby w sposób pośredni lub bezpośredni. Współcześnie konkurujące
ze sobą instytucje, organizacje, państwa, miasta, firmy, ludzie, idee polityczne i społeczne
czy  środowiska,  wyglądałyby  zupełnie  inaczej  gdyby  to  one,  a  nie  ich  „interesariusz”
znajdowały  się  w  centrum  widzenia.  A  dzięki  internetowi  i  rosnącej  roli  mediów
społecznościowych jego rola będzie stale rosła. Nie wszystko jest marketingiem. Ale jego
zasady wpływają na życie każdego z nas.

Isaak  Newton  na  koniec:  Co  my  wiemy,  to  tylko  kropelka.  Czego  nie  wiemy,  to  cały

ocean.

background image

Widzi misie w marketingu

W  1997  r.  organizowałem  szkolenie  pn.  „Controlling  marketingowy”.  Na  500  wysłanych
ofert,  wróciło  1  zgłoszenie  i  115  zapytań,  co  to  jest  controlling  marketingowy.  Na  inne
zajęcia  z  budżetu  marketingowego,  poprosiłem  o  zabranie  kalkulatorów.  Jedna
z  uczestniczek  była  zdziwiona.  –  Kalkulatory?  A  w  marketingu  coś  się  liczy?  Pracuję  już
pięć lat i w marketingu jeszcze niczego nie liczyłam. I deser. Pewna poważna organizacja
robiła  ranking  na  „Marketera  Roku”.  Na  krótkiej  liście  trzech  pretendentów  znalazł  się
prof. Philip Kotler jak też szacowny i uznany profesor pewnej polskiej uczelni oraz lubiany
przeze  mnie  kolega,  szef  agencji  reklamowej.  Przyznam,  że  wybór  był  nie  tyle  trudny  ile
szczególnie groteskowy.

Działy marketingu spowijane są oparami indolencji. Niestety, nie od dzisiaj. To, o czym

pisze  Jacek  Prześluga 

na  swoim  blogu

  czy  Patryk  Bryliński  – 

Junior  Brand  Manager

  jest

swoistym  papierkiem  lakmusowym  branży  marketing  services  (MS).  Główną  winą
marketera  jest  indolencja  zawodowa  i  brak  szacunku  do  pracy  agencji  czy  dostawcy.
Główną  winą  agencji  jest  chęć  zarobienia  lub  wydojenia  pieniędzy  z  klienta  czasem  za
wszelką cenę.

Największym problemem branży MS jest dziś brak transparentności. Wszyscy mówią, że

zrobią  wszystko.  Agencje  reklamowe  mieszają  kompetencje  z  PR,  te  z  social  media,  a  te
z  kolei  z  SEO  i  SEM.  Wszyscy  zrobią  kreację,  monitoring  i  badania.  Większy  przetarg
oznacza  kakofonię  propozycji  i  wyścig,  kto  będzie  tańszy.  Niestety,  wyścigów
jakościowych  pomiędzy  brandami  zdecydowanie  brak.  Jeśli  wyścig,  to  najczęściej
„lobbystyczny”.  Ale  lobbing  MS  wiadomo,  czym  się  kończy.  Mam  zabronione
o  [censored]...  tym  pisać,  ale  podobno  30  do  50%  deali  robionych  jest  właśnie  w  taki
sposób. I to jest rak zżerający branżę.

W  działach  marketingu  pracują  często  ludzie  przypadkowi.  Jedni  tam  trafili,  bo  szef

uznał, że się będą nadawać. Inni, bo ktoś uznał, że skoro do niczego się nie nadają, to niech
pracują  w  marketingu.  Jeszcze  inni,  uznając,  że  nie  nadając  się  do  niczego,  sprawdzą  się
w  marketingu,  bo  tam  nic  nie  trzeba  umieć.  Wystarczy  się  uśmiechać  uroczo,  wypełniać
tabelki,  a  całą  resztę  zrobią  agencje.  Konfrontowani  są  z  ludźmi  trafiającymi  do
marketingu,  bo  tego  chcą.  Pasjonują  się  tworzeniem  marki,  zarządzaniem  nią.  Lubią
poprzez  badania  odkrywać  ciekawe  relacje  społeczne.  Kochają  fajne  reklamy  i  znają
najlepsze na świecie. Fascynują się designem, ale i potrafią kalkulować. Te dwa różne typy
ludzi spotykają się często w jednym zespole. Dokoptowuje im się jeszcze paru studentów
marketingu,  którzy  nienawidzą  Kotlera,  bo  musieli  nocami  zakuwać  definicje  do
egzaminu...

Potem  przychodzi  boss.  Zasadniczo  marketing  kojarzy  mu  się  z  wciskaniem  bubli

poprzez  reklamę.  Ma  jasno  i  wyraźnie  definiowalny  stosunek  do  działu  marketingu  –

background image

wyciskają kasę i trzeba ich utrzymywać, bo konkurencja niestety „się reklamuje”. Czyli my
musimy  też.  Dyskusja  o  działaniach  marketingowych  krąży  wokół  narzędzi.  A  najlepiej,
żeby  agencje  podrzuciły  parę  pomysłów  i  kreacji,  za  darmo,  my  im  potem  pięknie
podziękujemy,  nie  zapłacimy,  (bo  przecież  za  kreację  się  nie  płaci),  zrobimy  misz-masz
projektów,  a  akcję  zrobi  ostatecznie  szwagier  prezesa.  Przecież  też  ma  agencję.
Gadżetową. Ale social media też zrobi, a cooo...

Profesjonalne relacje agencji i marketera, wymagają nie tylko dialogu i edukacji. Przede

wszystkim dobrej woli i zrozumienia biznesu oraz szacunku obu stron. Agencja, której stale
nie płaci się za prace kreatywne, szukać będzie desperacko alternatywnych rozwiązań. Co
wcale jej nie usprawiedliwia. Szef marketingu, z decydentem, któremu co chwila zmienia
się koncepcja i „widzimisię”, skończy jako ostatni arogant, z którym będą pracować ostatni
szmaciarze, 

albo 

zmieni 

firmę, 

szanując 

portfel 

swoich 

dostawców. 

Na

„widzimisięznawstwie”  firm  poległa  niejedna  agencja,  o  zawalonych  weekendach  (  „na
poniedzialek 9 rano ma być!”) czy rozbitym życiu rodzinnym („tata kolejną noc przerabia
projekt w kwiatuski”) nie wspominając. Uniknę opisywania administracji wielu firm, które
w plebiscycie wybierają długopis firmowy, czy o małżonkach właścicieli wybrzydzających
w kreacjach reklamowych, nie posiadając żadnej wiedzy ani o targecie, ani o komunikacji
marketingowej.

Działy  marketingu  działają  często  akcyjnie,  bez  strategii  i  choćby  modelu  działania.

Debeściarze rynkowi uważają, że im „ten cały marketing niepotrzebny”. Załatwi wszystko
agencja reklamowa – po co robić jakieś zamieszanie. Jakoś się kręci, do czasu pierwszego
tąpnięcia  sprzedaży.  A  wtedy  jest  „olaboga,  zróbta  coś  chłopy  bo  dubla  nie  będzie”.  Jak
wyjdzie,  jest  dobrze.  Jak  nie,  dział  marketingu  na  zieloną  trawkę.  I  tak,  co  dwa  lata.
Największa  rotacja  pracowników  w  Polsce  jest  w  działach  marketingu,  sprzedaży
i agencjach reklamowych.

background image

Kotlet mamy małej Madzi

Pewien  średnio  sympatyczny  gość,  podczas  eleganckiej  kolacji,  próbował  nawiązać
interesujące kontakty. Nie był ani szczególnie kontaktowy, jak i nie miał nic ciekawego do
powiedzenia. Nie potrafił nawiązać rozmowy, burkliwie reagował na sympatyczne zachęty.
Pragnął jednego. Cicho acz spektakularnie zwrócić na siebie uwagę. Pierwsi zareagowali
stojący najbliżej. Zieloną poświatą na twarzy. Dalsi niczym koniki polne, skakali do okien.
Na  twarzy  gościa  malował  się  blogi  uśmiech.  Tydzień  żywienia  się  wyłącznie  czosnkiem
i  grochówką  przyniósł  spodziewany  efekt.  Nareszcie  jego  kuchenne  rewolucje  będą
głównym tematem spotkania.

W internecie trwa dyskusja na temat planowanej w Warszawie Piwnicy u Fritzla. Jakiś

czas  temu  w  Indiach  próbowano  otworzyć  Hitler  Store.  Sklep  szybko  zamknięto.  Adolf
H.  był  również  „bohaterem”  imprezy  Melanż  Ostateczny  w  2010  r., 

o  której  pisał  Jacek

Gadzinowski.

  W  ciągu  ostatnich  tygodni  wiele  kontrowersji  budzi  kampania  reklamowa

marki  Heyah  z  Leninem.  Czy  próby  wyróżnienia  przekazu  sięgają  już  bruku  i  zasada
„wyróżnij  się  albo  zgiń”  zaczyna  wkraczać  w  pole  najbardziej  prymitywnych,  ludzkich
instynktów?

Czyżby  wyczerpano  już  pole  kreacji  w  zakresie  pozytywnych  emocji,  fajnego  poczucia

humoru,  zabawy,  pure  nonsensu  czy  ciekawego  zaskoczenia?  Skąd  bierze  się  w  ludzkich
umysłach  chęć  utrwalania  i  promowania  wizerunku  zbrodniarzy?  Czy  mózgi
pomysłodawców są aż tak wyprane ze zwykłych, ludzkich i naturalnych emocji?

Nie przypominam sobie marki, która zbudowała szczególną i trwałą wartość na bardzo

ostrej kontrowersji. To rosyjska ruletka. Nawet twórcy najbardziej szokujących reklam nie
posiłkują  się  kreacją  aktualnych  morderców,  gwałcicieli  czy  innych  zbrodniarzy.
Podpowiadam,  że  dookoła  samej  katastrofy  smoleńskiej  można  zbudować  kilka
reklamowych  historii.  A  w  Sosnowcu  stworzyć  restaurację  „U  Mamy  Madzi”  lub  „Pod
Śliskim Kocykiem”. Można. Tylko po co?

Menedżerka  twierdzi,  że  „marketing  rządzi  się  swoimi  prawami”.  Tak,  ale  to  nie  jest

marketing.  To  bicie  medialnej  piany  i  żywienie  się  padliną.  Tą  padliną  są  ludzkie,
najbardziej  prymitywne  emocje,  które  zawsze  podążą  za  kontrowersją,  kierując  się
prostacką ciekawością. To właśnie one pozwalają żyć tabloidom. Pisałem o tym w tekście
Smakosze  Padliny.  Taki  czytelnik  pragnie  zajrzeć  pod  każdą  spódnicę  i  zapuścić  żurawia
w  każde  majtki.  Będzie  ślinić  się  na  widok  każdego  biustonosza,  klepać  po  pośladkach
kelnerki  i  oblewać  je  od  tyłu  majonezem.  Tak,  dobre  skojarzenie  –  to  wątek  Sonmi-451
z „Atlasu Chmur”.

Podkreślę  jeszcze  raz.  To  nie  jest  marketing.  To  pszenno-buraczany  happening

wykorzystujący najbardziej prostackie, ludzkie instynkty. Twórcy używać będą tych metod
byle  tylko  zwrócić  na  siebie  uwagę.  Udaje  im  się,  ale  tylko  przez  chwilę.  Rzeczy

background image

kontrowersyjne i złe nasz umysł stara się wypierać. Ale za ciekawością fritzlowej knajpy,
kryć  będzie  się  zawsze  pogarda  i  całkowity  brak  szacunku.  Czy  jest  to  prowokacja
nastawiona  na  prymitywną  formę  zwrócenia  na  siebie  uwagi?  Dziś  nabijamy  sobie
medialną  kabzę,  a  jutro  ewentualnie  zmieniamy  nazwę?  Czy  to  kolejny  happening  a  la
Testosteron?

Prawdziwy  marketing  ze  względu  na  naturalną  możliwość  wpływu  na  zachowania

społeczne,  musi  mieć  przede  wszystkim  podstawowe  elementy  etyki.  Inaczej  na  całym
Nowym  Świecie  powstałyby  budki  z  otworami  w  środku,  zatrudnionymi  na  etacie
prostytutkami  i  hasłami  „lody  za  50zł”.  Sława  miejsca  i  olbrzymi  dochód  zapewniony.
Koszty też niewielkie. Wycieczki z całego świata.

Bez względu na to czy to prowokacja, czy lokal odniesie sukces lub poniesie porażkę to

cytując Mikołaja Nowaka „wymiotujący człowiek, też zwraca na siebie uwagę”.

background image

Glukozowa wizja fruktozowa

Po raz kolejny media wywoływane są do tablicy w kontekście jakości przekazu. Najpierw
echem w internecie odbił się 

tekst Krzysztofa Stanowskiego

. Odniósł się do niego Tomasz

Machała, 

wpisem  „O  pieniądzach  mediów”

.  Kolejny  powrót  do  tej  dyskusji  wydaje  się

uzasadniony, ponieważ pojawiły się nowe elementy.

O  mediach  i  tabloidyzacji  pisałem  w  ostatnim  czasie  kilkukrotnie.  W  dedykowanym

Krystynie  Jandzie 

tekście  „Smakosze  padliny”

  polemizowałem  z  tezami  Redaktora

Naczelnego  Superexpressu  Sławomira  Jastrzębowskiego.  O  manipulowaniu  przez  media
naszymi  emocjami 

w  „Qrewskiej  sprawie”

,  a  o  braku  umiejętności  telewizyjnych

marketerów  we 

„Wzlocie  nielota  Felixa”

.  Efekty  tabloidyzacji  próbowałem  opisać

w tekście 

„Charakterologicznie odmienni zaczadzeni”

, a 

z Grzegorzem Miecugowem i jego

stanowiskiem  w  zakresie  mediów

  polemizowałem  w  notce 

„Nie  karmić  Morloków”

.

Cieszę się też,  że metafora intelektualnych  Elojów i Morloków,  zaczerpnięta z „Wehikułu
Czasu”  George’a  Wellsa  przebija  się  do  publicznej  debaty.  Wspominam  o  tych  wpisach,
ponieważ nie chciałbym powtarzać tez, które były już wcześniej poruszane.

Współczesne media nie istnieją dziś bez pieniędzy marketerów. Żadna stacja telewizyjna

nie będzie funkcjonować bez wpływów z reklamy. Dotyczy to prawie każdego producenta
tv,  radiowego,  wydawcy  dziennika,  magazynu  czy  portalu  internetowego.  Luksus
funkcjonowania  bez  sponsorów  mają  ci  nieliczni,  którym  czytelnicy,  użytkownicy  czy
abonenci płacą za treść, posiadając z tego określone korzyści. Brzmi to może banalnie, ale
warto podkreślić.

W żadnej innej branży, nie traktuje się również pieniędzy marketerów tak nonszalancko

jak  w  mediach.  „Dojenie”  z  budżetów  marketingowych  przy  pomocy  znanych  twarzy,
hiperodlotowych  prezentacji,  paranaukowych  badań,  dziwacznych  promocji  czy  „kumpli
i  znajomych  królika”  bywa  na  porządku  dziennym.  Na  szczęście,  dziś  prezenterzy
telewizyjni  zapraszają  „na  krótką  przerwę”.  Kiedyś  puszczali  oczko  i  wrzucali  złośliwy
komentarz „a teraz znowu musicie państwo obejrzeć te reklamy”. Każdy, kto kiedykolwiek
przepracował  choćby  miesiąc  w  biurze  reklamy  jakiegokolwiek  nadawcy,  doskonale  wie
że  bez  decyzji  marketingu  –  sponsorów  nie  będzie.  Z  drugiej  strony,  nie  ma  chyba  firmy,
która  nie  próbuje  zrobić  marketera  w  trąbę  bardziej  niż  nadawca  medialny  lub  agencja
reklamowa.

Nowe media zmieniły przede wszystkim rozumienie „nadawcy” w tym sensie, że kiedyś

by  stać  się  nadawcą  medialnym,  potrzeba  było  bardzo  dużych  pieniędzy.  Dziś  ktoś  może
tworzyć  własną  telewizję,  radio,  magazyn  czy  portal  o  wiele  mniejszymi  środkami.  To
przede  wszystkim  dla  tradycyjnych  mediów  tworzy  rosnący,  potężny  obszar  elastycznej
konkurencji.  Dziś  internet  jest  szybszy  niż  najszybsza  telewizja,  a  „news”  zaczyna  się
twitterowym, facebookowym czy blogowym wpisem. Również warto to przypomnieć.

background image

Tomasz  Machała  w  swoim  wpisie  dokonał  pewnego  porównania  typowego,

telewizyjnego  modelu  zarabiania  pieniędzy  z  internetowym.  Moim  zdaniem  użyte
porównanie jest nieścisłe. Po pierwsze – nie można porównywać mechanizmu zarabiania
pieniędzy  w  telewizji  i  internecie.  Telewizja  rządzi  się,  bowiem  prawami  słupków
oglądalności  i  kosztów  GRP,  a  marketer  kieruje  modelami  ekonometrycznymi  służącymi
racjonalizacji  marketing-mix.  W  internecie  z  kolei  dla  marketera  ważny  będzie
współczynnik  konwersji,  a  nie  ile  razy  wyświetlono  lub  kliknięto  w  dany  banner.
W  telewizji  typowo  masowej  kontent  znaczy  tyle,  ile  milionów  uda  się  mu  przyciągnąć.
Bez względu na to czy te miliony pójdą kupować za chwilę. Dla przypomnienia dodam, że
76% klientów podejmuje decyzje zakupowe w miejscu sprzedaży, a nie przed ekranem tv
(badania POPAI).

Konkluzja? Telewizja goniąc króliczka pod nazwą „oglądalność” sama sobie zakłada na

szyję pętlę pod nazwą „tabloidyzacja”. Internet, goniąc króliczka pod nazwą „konwersja”
poszukiwać  będzie  innych  metod.  Problemem  jest  to,  że  na  razie  marketerzy  patrzą  na
telewizję i internet tymi samymi „okularami”, czyli oglądalnością. Ale jestem przekonany,
że będzie się to zmieniać.

Dziś  reklama  bez  kontekstu,  ma  coraz  mniejszy  sens.  Z  mitem  rozprawili  się  między

innymi  naukowcy,  prowadząc  badania  reakcji  mózgu  w  tym  zakresie.  Szereg  badań
i  rozwój  technologii  neuroscience,  powoduje,  że  na  działania  reklamowe  marketerzy
przestają patrzeć oczami ilości czy masowości, a koncentrują się coraz bardziej, na jakości
i typologii insightu.

Power  Content,  który  realizuje  portal  NaTemat  jest  pewną  odpowiedzią  na  to

zapotrzebowanie  i  stanowi  novum  na  rynku.  Wspominałem  o  „reklamie  angażującej”,
pisząc  o  uruchomieniu  serwisu  w  notce 

„Lis  w  kominku”

.  Nie  wiem  na  ile  się  sprawdza

i czy są z niego zadowoleni marketerzy.

Czy  marketer  chce  tabloidalnej  oglądalności?  Posłużmy  się  przykładem  Facebooka.

W ostatnich miesiącach namnożyło się wszelkiej maści portali firmowych i produktowych.
Często  prowadzonych  przez  pojawiające  się  jak  grzyby  po  deszczu  firmy  i  „szpeców  od
soszal  mediów”.  Metoda  na  zbudowanie  statystyk?  Łapki  w  górę!  Łapki  w  dół!  Kto  dziś
się  czuje  dobrze  –  lajkuje.  Kto  źle  –  szeruje.  Piękna  mordka  pieska?  Śliczne  dziecko?
Mądra myśl? LOL!  Statystyki puchną. Będzie  co pokazać marketerowi  na prezentacji, jak
bardzo jesteśmy skuteczni. A że na wallu nie ma żadnych merytorycznych dyskusji o marce,
kreatywnych pomysłów, rozwiązywania problemów? A kogo to interesuje! Liczy się tylko,
że mamy już 10tys. fanów i możemy wrzucić kolejną promocję! Alleluja i do przodu...

Dziś doba ma 24 godziny i coraz więcej nadawców walczy o naszą uwagę. Każdy chce,

żebyś  ich  słuchał,  oglądał,  komentował,  szarował,  lajkował  i  użyje  najróżniejszych
sposobów  zwrócenia  Twojej  uwagi.  Tabloidyzacja  będzie  zawsze  łatwym  sposobem  –
tandetne  programy,  głupawe  telenowele,  dowcipy  na  poziomie  gimbusa  –  to  przeżuwanie
paszy  medialnej  tak  zwanego  „pastewnego  targetu”.  To  się  będzie  zawsze  sprzedawać.

background image

I zawsze ogłupiać.

Tabloidyzacja  jest  jak  syrop  glukozowo-fruktozowy.  Dodawany  do  bardzo  wielu

artykułów  spożywczych,  tyjemy  i  wręcz  się  od  niego  uzależniamy.  Media  w  Polsce
rozwijały się trochę inaczej niż w USA czy Europie Zachodniej. U nas przez cały socjalizm
z  jednej  strony  były  narzędziem  propagandy.  Z  drugiej,  potrafiły  dostarczyć  programów
telewizyjnych czy filmów, które do dziś są kultowe. O wielu polskich „kapitalistycznych”
produkcjach  wielu  twórców  chciałoby  zapomnieć.  My  chcieliśmy  wolne  i  niezależne
media  po  1990  r.  „Tabloid”  był  wtedy  równie  egzotycznym  słowem  co  „marketing”.
Niektóre  media  próbowały  być  ambitne,  fakt.  Ambitną  telewizję  próbował  stworzyć
Mariusz Walter, ale ten eksperyment się nie powiódł. Idea była słuszna, być może zawiodły
metody. Ostatnia dekada polskich mediów, to równia pochyła. Kicz jest zaraźliwy, bo jest
prosty  w  odbiorze,  tyle  tylko,  że  kieruje  nas  w  stronę  estetycznej  ery  troglodytów.
A troglodytom można sprzedać najgorsze badziewie. Byle było kolorowe. Czy o to chodzi
medialnym twórcom?

Telewizyjny „mainstream”, czyli stacje posiadające więcej niż 10% widowni, kształtują

świadomość  moich  sąsiadów,  kolegów,  współpracowników  czy  dzieci.  To  nadal
najbardziej  wiarygodny  kanał  przekazu,  przyciągający  najwięcej  ludzi.  Z  tą  różnicą,  że
nadawca telewizyjny nie jest producentem chipsów. Ten drugi by dotrzeć do 10 milionów
ludzi musi za to zapłacić. Stacja telewizyjna, kształtując poglądy przy pomocy głupawego
programu publicystycznego – już nie. Producent chipsów odpowiada za to, żeby nie zatruć
naszego  żołądka.  Telewizja,  by  nie  zaczadzić  naszego  umysłu  (patrz  Charakterologicznie
Odmienni  Zaczadzeni).  Producenta  chipsów  za  zatrucie  można  postawić  do  pionu
wszelkimi możliwymi służbami. Kto jest w stanie postawić do pionu media za zaczadzenie
umysłu?

W  jednym  z  moich  ulubionych  filmów  Fahrenheit  451,  jedna  z  bohaterek  spędza  całe

dnie  przed  ekranem  tivi.  Podobna  wizja  przemyka  się  przez  niektóre  wątki  filmu  „Atlas
Chmur”. My dziś również jesteśmy ogłupiani przez seriale, programy publicystyczne, gdzie
liczy  się  wyłącznie  jatka,  a  nie  przystępna  i  jasna  analiza  problemu.  Media,  szukając
oglądalności  wpadają  w  chocholi  taniec  coraz  silniejszych  emocji  i  kontrowersji.  Sądzę,
że  niektórzy  producenci  śnią  o  pierwszej  na  antenie  bójce  polityków,  pierwszym,
sejmowym mordobiciu, a nie o pozytywnym wydarzeniu typu skok Felixa Baumgartnera.

Medialnej gimbusiarni glukozowo-fruktozowej mówię zdecydowanie NIE!

background image

Smakosze padliny

Kevin  Carter  siedział  pod  drzewem  w  upale  i  płakał  jak  bóbr.  Był  fotografem,  który
w  Sudanie  fotografował  klęskę  głodu.  Kiedy  wybrał  się  w  głąb  buszu,  zobaczył  małą,
wychudzoną  dziewczynkę,  czołgającą  się  w  stronę  punktu  rozdawania  żywności.  Dziecko
na  chwilę  znieruchomiało,  a  tuż  obok  wylądował  tłusty  sęp.  Carter  zaczął  robić  zdjęcia,
czekając  aż  ptak  rozwinie  skrzydła.  Ale  to  nie  nastąpiło. 

Jedna  z  fotografii

  trafiła  na

główną  stronę  „New  York  Timesa”.  Wywołała  burzę.  Czytelnicy  przede  wszystkim
interesowali  się  losem  dziecka.  Rok  później,  autor  otrzymuje  Nagrodę  Pulitzera.  Obraz
wywołał dyskusję o etyce dziennikarskiej, sam Carter przyznał później, że żałował własnej
bierności  i  nie  udzielenia  dziewczynce  pomocy.  Nie  uzyskał  odpowiedzi  na  wiele  pytań
o  granice  ingerencji.  Bądź  granice  nieingerencji.  Kevin  popełnił  samobójstwo  27  lipca
1994  r.  Ta  fotografia  wywołała  również  wielką  akcję  zbiórki  pieniędzy  na  pomoc
żywnościową dla krajów Trzeciego Świata.

W  magazynie  Eryka  Mistewicza,  czytam  „porady”  Redaktora  Naczelnego  „Super

Expressu”, jak celebryci nie powinni się dawać tabloidom. („Angora” 46 s. 22-23). Stronę
wcześniej,  Krystyna  Janda 

w  emocjonalnej  wypowiedzi

,  opisuje  praktyki  paparazzi

w  poszukiwaniu  „ryjów”  i  tematów.  Kilka  tygodni  temu,  przez  media  przetoczyła  się
dyskusja  o  tabloidyzacji  mediów, 

zainicjowana  przez  Grzegorza  Miecugowa

,  rozwinięta

w  programie  Tomasza  Lisa  czy  komentowana  na  licznych  blogach,  forach  internetowych
czy  mediach  społecznościowych.  Natomiast  na  pewno  ważnym  momentem  dyskusji
o  procesach  tabloidyzacji  na  świecie,  była 

afera  pisma  „News  of  the  World”

.  To  tyle

w kwestii historycznego tła.

Redaktor  Naczelny  „Super  Expressu”,  Sławomir  Jastrzębowski  zabawia  się  na  łamach

„Nowych Mediów” w doradcę i guru gwiazd w zakresie współpracy z tabloidami. Jedyna
metofora,  jaka  mi  się  nasuwa  na  myśl,  to  wizualizacja  Akademii  Rekinów,  w  której
największe ludojady uczą ludzi jak unikać ich zębów.

Główna  teza  stawiana  przez  Redaktora  Naczelnego  „SE”  jest  prosta  –  „może  jesteśmy

straszni,  ale  Tobie  [celebryto,  gwiazdo,  polityku  itp.]  –  potrzebni”.  Otóż  nie,  Panie
Redaktorze.  To  bardzo  daleko  idąca  manipulacja,  z  kilku  prostych  i  bardzo  trywialnych
przyczyn.

Każdy tabloid musi działać w warunkach obowiązującego prawa, jak jakakolwiek firma,

prowadząca  działalność  gospodarczą.  Jednak  poruszanie  się  po  granicach  ludzkiej
prywatności  lub  przekraczanie  jej,  ścigane  jest  na  mocy  prawa  cywilnego,  a  nie  karnego.
Polska  jest  krajem,  w  którym  nie  ma  jasno  i  precyzyjnie  określonych  granic,  co  tabloidy
wykorzystują  w  doskonały  sposób,  zarabiając  na  tym  określone  pieniądze.  I  właśnie
osiąganie tą metodą zysków, jest kluczowe dla biznesu tabloidów, a nie bliżej nieokreślone
cele  czy  wartości.  Tak  jak  Larry  Flynt,  który  na  rozszerzaniu  nóg  u  modelek,  zbudował

background image

wielki biznes. Wszystko, co robią tabloidy, podyktowane jest dążeniem do jak najwyższych
zysków.  Natomiast  zupełnie  inną  kwestią,  jest  sposób  ich  osiągania.  Jedni  handlują
narkotykami, a inni prowadzą sklepy spożywcze.

Stare  przysłowie  mówi,  że  „Większość  znaczy  większość.  Nie  znaczy,  że  ma  rację”.

Skala  czytelnictwa  tabloidów  w  Polsce  o  niczym  nie  świadczy  –  poza  wielkością  tego
rynku.  Oczywiście,  jedni  będą  ubolewać  nad  tym,  że  tak  dużo  sprzedaje  się  „produktu
medialnego  marnej  jakości”,  ale  inwestorzy  będą  zacierać  ręce.  Tylko,  że  nie  o  to  tu
chodzi.  Żaden  tabloid  nigdy  nie  będzie  traktowany  przez  nikogo  w  sposób  poważny.
Konkurencja na rynku dzienników, magazynów czy portali uznawanych za „kolorowe” jest
tak duża, że aby się utrzymać na tym rynku, można już jedynie eskalować poziom sensacji,
napięcia,  przełamywania  barier.  Ciekaw  jestem,  kto  pierwszy  przesunie  sępa  bliżej
wspomnianej  dziewczynki,  udramatyzuje  jej  wyraz  twarzy  i  zmusi  ptaka  do  rozpostarcia
skrzydeł.  Ale  żaden  tabloid  nie  poruszy  tłumów  –  pisałem  o  tym  w  „Pudelkowej
Rewolucji”.

Każdy człowiek ma prawo do swojej prywatności. Bez względu na to, czy jest mniej lub

bardziej znaną osobą. Nie wgłębiając się w swoiste „gry” gwiazd i tabloidów – jeśli jakiś
człowiek jasno i wyraźnie nie życzy sobie być fotografowanym czy rejestrowanym, to ma
do  tego  pełne  prawo.  I  łamanie  tego  prawa  powinno  być  bardzo  szybko  i  precyzyjnie
rozliczane  przez  sądy  powszechne.  Niejako  „z  marszu”.  Oczywiście  każdy  tabloid  używa
jak  mantrę  sformułowania  „osoba  publiczna,  której  możemy  więcej”.  Tyle  tylko,  że
dzisiejsza,  mordercza  konkurencja  sensacyjnych  treści,  niektórym  każe  przekraczać
wszelkie granice. Budując to tego swoistą i często pokraczną ideologię.

Tabloidy stosują dziś cztery metody działania:

Sposób Pierwszy: fotograf może przypadkowo natknąć się na Gwiazdę wychodzącą
z  toalety  i  zrobić  jej  zdjęcie  ze  spuszczonymi  spodniami.  Bingo.  Świetny  temat  na
okładkę!

Sposób Drugi: fotograf może również zaczaić się przed toaletą i czekać, aż którejś
z  wychodzących  Gwiazd  przytrafi  się  taki  afront.  Temat  na  okładkę  dyskusyjny,
niemniej – punkty za cierpliwość, mogą być nagrodzone. (Uwaga do Gwiazdy: przed
wyjściem z toalety, bacz czy masz podciągnięte spodnie).

Sposób  Trzeci:  fotograf  wpada  nagle  do  kabiny  w  toalecie  i  robi  Gwieździe
mnóstwo zdjęć, nie zważając na jej protesty, krzycząc, że jako osobie publicznej to
on może zawsze, wszędzie, kiedykolwiek, z kimkolwiek i bez żadnych ustawek.

Sposób  Czwarty:  fotograf  robi  zdjęcie  wychodzącej  z  toalety  Gwieździe,
korzystając z Photoshopa ujmuje lub dodaje odrobinę, a następnie kreuje całkowicie
nieprawdziwą  historię,  kończącą  się  licznymi  znakami  zapytania,  (bo  za  pewne
stwierdzenia można już wylądować w sądzie). Efekt: Gwiazda wszem i wobec albo
musi się tłumaczyć, że nie jest wielbłądem, albo ku uciesze hejterów – nie zajmuje

background image

żadnego  stanowiska,  albo  oddaje  sprawę  do  sądu,  której  wyniku  nikt  nie  zna,
a nawet, jeśli – to nikt nie zauważy przeprosin.

W tej ostatniej metodzie, często przypomina mi się porucznik Zubek z serialu „07 Zgłoś

się” z kultowym dialogiem:

– Proszę Pana, na każde pytanie można odpowiedzieć tak lub nie!
– A gdybym zapytał, czy przestał Pan już brać łapówki?

 

Są  media,  które  konkurują  jakością  i  szybkością  przekazu.  Są  i  takie,  które  konkurują

dostarczaniem co bardziej mięsistych tak zwanych NzD („newsów z dupy”). Pół biedy, gdy
są  to  newsy  zdobyte  Sposobem  Pierwszym  i  Drugim.  Problem,  gdy  większość  tabloidów
zaczyna korzystać ze sposobu Trzeciego i Czwartego.

Czy jest to problem Gwiazd? Owszem, ale one dzięki coraz wymyślniejszym sposobom

ochrony  swojej  prywatności  czy  menedżerom  znającym  się  na  public  relations,  będą
w  pełni  kontrolować  zarządzanie  swoim  wizerunkiem.  Tabloidom  z  kolei,  będzie  coraz
bliżej  do  pism  o  naturze  marnego  science-fiction,  których  już  nawet  praczki  nie  będą
chciały brać do ręki. Z prostej przyczyny – dzięki budowaniu fikcyjnych legend ich resztki
wiarygodności  sięgną  bruku.  Dziś  nie  sztuką  jest  sprzedać  1  egzemplarz  gazety  za
złotówkę.  Sztuką  jest  sprostać  internetowej  treści  i  czytelnikom,  którzy  chcą  natychmiast,
jak najostrzej i jak najbardziej sensacyjnie. Tylko ten wyścig to pożeranie własnego ogona.

O  kontrolowanych  skandalach  i  ustawkach  nie  ma  sensu  pisać  –  wyczerpał  temat  film

„Testosteron”  oraz  liczne  artykuły  dotyczące  zapotrzebowania  celebrytów  na  uwagę
tabloidów.

Są  ludzie,  którzy  uwielbiają  jeść  kolację  przy  świecach,  z  dobrą  muzyką  i  miłym

towarzystwie.  Są  też  tacy,  którzy  kochają  jeść  resztki  kaszanki  z  podartej  gazety,  leżącej
obok  śmietnika.  Uwaga:  podkreślam  słowo  „lubią”,  czyli  to  nie  stan  portfela  warunkuje
mniej lub bardziej ekstremalną formę kolacji.

Są celebryci, którzy bez uwagi tabloidów nie mogą żyć. Nawet, jeśli ponoszą koszty ich

nadmiernego  zainteresowania  –  opłaca  im  się.  Ale  są  i  tacy,  którzy  świadomie  budują
swoją markę osobistą, nie potrzebując do tego kolorowych pisemek.

Czytelnicy  tabloidów  konsumują  przede  wszystkim  padlinę.  Powiedzmy  to  w  końcu

jasno,  prosto  i  wyraźnie.  Te  treści  nie  mają  w  sobie  żadnej  wartości.  Jak  puste  kalorie.
Można się od nich uzależnić. To prawda. Są tacy, którzy sprzedają padlinę i osiągają zyski
jak i tacy, którzy ją kupują, wydając na nią swoje własne pieniądze. Jest popyt i jest rynek.
Tylko,  że  w  moim  przekonaniu  nie  ma  sensu  budować  do  tego  specjalnych  teorii,
dalekosiężnych tez i wszelkiej maści porad. Każdy ma wybór. Każdemu wydawcy tabloidu
życzę powieszenia zdjęcia Cartera w głównym holu redakcyjnym.

 

background image

PS. Z dedykacją Krystynie Jandzie, której tekst był rzeczywiście poruszający.

background image

Te cholerne psy

Spotkanie handlowców. Odzywa się Pierwszy.
– Jesteśmy najlepszą ekipą, prawda?
– Taaaak – odzywa się chór głosów.
– Sprzedajemy najlepszą na świecie karmę dla psów?
– Taaak – chór buczy ponownie.
– Mamy najlepsze opakowanie, najlepszą promocję i świetny Dział
Marketingu? – Taaak – słychać coraz głośniej.
–  To  wytłumaczcie  mi  –  Pierwszy  zawiesił  głos  –  dlaczego  mamy
ostatnie miejsce w branży?!
Cisza.
–  To  te  cholerne  psy  –  słychać  cichy  głos  z  tyłu  sali  –  to  te
cholerne psy, które nie chcą żreć naszej karmy.

 

Zainspirował  mnie  ciekawy  artykuł  Michała  Góreckiego  „Czy  fanpage  może  pisać

o dupie Maryni?”. Michał porusza w nim kluczowe zagadnienie kontekstu w komunikacji,
ale  zanim  –  to  kilka  słów  wstępu.  Przeciętny  Polak-Szarak,  żyje  wydawałoby  się
w  całkowitej  pogardzie  sprzedaży.  Wbrew  podstawowej  zasadzie  „każdy  żyje  ze
sprzedawania  czegoś”.  O  sprzedaży  zwykliśmy  mawiać  z  przekąsem,  trochę  pogardliwie
i  traktując  ją  jak  przysłowiowe  koło  u  wozu.  Oczywiście,  nie  dotyczy  to  osób,  które  po
prostu  są  sprzedawcami.  Pomińmy  uwarunkowania  historyczne  (począwszy  od  pogardy
panny  Izabelli  Łęckiej  wobec  kupca  –  Stanisława  Wokulskiego)  i  religijne  („prędzej
wielbłąd  przejdzie  przez  ucho  igielne,  niż  bogaty  wejdzie  do  Królestwa  Niebieskiego”  –
rozumiany  materialnie,  a  nie  duchowo).  Sprzedaż  kojarzyć  się  będzie  najczęściej
z  nachalnością,  spamem,  niemilknącymi  telefonami  i  mnóstwem  propozycji  biznesowych,
których  nie  chcemy.  Efekt?  Wielu  ludzi  spotykając  się  dziś  po  raz  pierwszy,  poszukuje
w tym spotkaniu drugiego (handlowego) dna, a nie jedynie prostej przyjemności wspólnego
spędzenia  czasu.  Ale  podobno  np.  w  całym  Hollywood  nie  ma  znajomości  nieopartych
o jakieś wspólne interesy...

W rzeczywistości, sama „sprzedaż” nie jest w swej istocie niczym nagannym. To nie ona

nas denerwuje, ale raczej sposób, w jaki ktoś próbuje nam coś sprzedać. Szczególnie jest
to  irytujące,  jeśli  okazuje  się,  że  świeżo  poznani  ciekawi  znajomi  okazują  się
przedstawicielami jakiejś firmy sprzedaży bezpośredniej. I przestają być fajni, kiedy nic od
nich  nie  chcemy  kupić.  Powtarzam,  sama  sprzedaż  nie  jest  zła  –  każdy  żyje  ze
sprzedawania czegoś. Złe jest uprzedmiotowienie człowieka w procesie sprzedaży.

Ze  sprzedażą  jest  trochę  tak  jak  z  molestowaniem  seksualnym.  Jeżeli  umizgi  kolegi

z  pracy  do  koleżanki  z  pracy,  będą  jej  całkowicie  niemiłe  –  zdecydowanie  będzie  to
molestowanie  seksualne.  Jeżeli  jednak  ta  od  dawna  marzyła,  aby  tenże  kolega  się  nią

background image

zainteresował, mówimy o klasycznej adoracji.

Dziś  każdy  zarządzający  marką,  chce  osiągnąć  właśnie  taki  cel.  Zdobycie

„zainteresowania  i  chęci”  klienta  i  utrzymanie  jej.  A  nie  nachalne  narzucanie  się,  które
pachnie  na  milę  produktowym  molestowaniem  i  orką  mózgu  nachalnymi  działaniami
reklamowymi.  Coraz  częściej  marketerzy  przekonują  się,  że  model  wciskania  wszystkim
wszystkiego  przestaje  działać  i  już  nie  jest  efektywny.  Oczywiście,  że  nie  dotyczy  to
wszystkich firm.

Po  co  komu  w  związku  z  tym  „społeczności”?  Oczywiście,  są  firmy,  które  odkryły

w nich swoistego Świętego Graala i potrafiły stworzyć modele bezpośredniego zarabiania
na  nich  dodatkowych  pieniędzy.  Prochu  zresztą  pod  tym  względem  nie  wymyśliły,
rozszerzyły  jedynie  istniejące  kanały  e-commerce  lub  dedykowały  go  wyłącznie  temu
kanałowi  dystrybucji.  Nic  szczególnego.  Problem  jest  z  inną  grupą  firm.  Próbujących
budować relacje ze swoimi fanami.

Tych  pierwszych,  jest  stosunkowo  łatwo  „opomiarować”,  prowadzić  analizy  ilości

lajków,  udostępnień,  ilości  i  wartości  zakupów,  wejść  przez  FB  itp.  Ale  jak  mierzyć
wartościowe  dyskusje,  pomysły  produktowe,  dedykowane  serie,  wspólne  projekty
wyłącznie dla fanów itp.

Moim zdaniem mamy tu do czynienia z dwoma zasadniczymi podejściami. W pierwszym

przypadku,  administrator  fanpagea  poszukuje  jedynie  skutecznych  metod  podtrzymania
zainteresowania  (koncentracja  na  ilości  fanów,  wskaźnikach  zaangażowania,  lajkach
i udostępnieniach). Tutaj królują agencje, które wszechstronnym wachlarzem narzędzi, owo
zainteresowanie  próbuje  pobudzić  i  utrzymać.  I  za  to  jest  rozliczana.  W  drugim  modelu,
kluczowe  znaczenie  mają  elementy  jakościowe.  A  te  są  trudne  do  pomiaru.  Osobiście,
wolę  mieć  1.000  fanów,  którzy  będą  wskazywać  mi  (mądrze)  problemy  z  moją  ofertą  na
rynku,  wrzucać  swoje  wrażenia  z  obsługi,  podrzucać  pomysły  na  usprawnienia  czy
wymyślać nowe kampanie  reklamowe. Wydaje się  to lepsze, niż  10.000 fanów, będących
jedynie „cyfrą” i angażujących się jedynie, gdy poczują zapach darmowej koszulki, zostaną
sprowokowani byle fotką czy rozśmieszymy ich dowcipem o poranku.

Dzięki relacjom z fanami, mogę lepiej analizować i racjonalizować mój model biznesu

i wewnętrzne procesy. A to nie ma bezpośredniego związku ze sprzedażą.

Administrator fanpage w tym drugim przypadku, może przyjąć różne role – konsultanta,

powiernika,  przewodnika.  Nie  wspomnę  już  (o  tak  wydawało  by  się  egzotycznych
rozwiązaniach)  jak  fanpage  prowadzony  przez  konkurentów  (  w  imię  jakiejś  akcji
społecznej) czy istniejących w łańcuchu komplementarnych usług czy produktów. Kluczem
to  tego,  co  trafnie  zdefiniował  Michał,  jest  właśnie  content,  dopasowany  do  profilu
użytkownika.

I tutaj pojawia się kluczowa „zagwozdka”. Tak naprawdę nie wiemy do końca, kim jest

nasz  fan.  Mamy  jedynie  podstawowe  dane  dotyczące  płci,  wieku,  miejscowości  itp.
Zakładając  wiarygodność  tych  danych,  nadal  mało  wiemy  o  preferencjach.  I  tutaj  wydają

background image

się  mieć  przewagę  profile,  które  skoncentrowane  są  na  contencie,  a  nie  bezpośrednio  na
marce.  Może  warto  zainteresować  się  metodologią  badań  etnograficznych  na  FB?  Mamy
przerażającą liczbę profili,  które nazwały się  w bardzo wyszukany  sposób, „złowiły” sto
tysięcy fanów i... zamarły. Mamy profil typu „Kapitan Tadeusz Wrona”, który miał prawie
60k fanów, a teraz 36, 5k. I którym nie zainteresował się w zasadzie nikt i nie zamienił go
w ciekawy profil o lotnictwie.

Celem  profili  ostatniego  rodzaju,  nigdy  nie  będzie  sprzedaż.  Ale  zbudowanie  relacji

i dzięki temu, przełożenie jej na inne wartości. Dlatego, że firmy „nastrajając” się w coraz
większym  stopniu  na  budowanie  własnej  wartości,  wiedzą,  że  sprzedaż  jest  jednym  z  jej
elementów.  Ważnym  i  zasadniczym,  ale  nie  jedynym.  Między  innymi  właśnie,  dlatego  np.
marki  znanych  aut  organizują  zamknięte  pokazy  wyłącznie  dla  swoich  fanów,  prosząc  ich
o wyrażanie swojej opinii. Mając pełną świadomość, że cena auta przekracza możliwości
finansowe  prawie  każdego  z  nich.  I  pewnie  nikt  z  tej  grupy  nie  kupi  sobie  tej  marki
i  pozostanie  ona  w  sferze  ich  marzeń.  Ale  dzięki  temu,  że  oni  są  „freak”  firma  zdobywa
bezcenną wiedzę i wskazówki.

background image

Czerwone stringi internauty

Połowa  XIX  wieku,  była  zdecydowanie  okresem  zdominowanym  przez  konie.
Podróżowanie  w  dużej  mierze  zależne  było  właśnie  od  nich.  Europejskie  drogi  były
rozjeżdżane  kołami  powozów  i  dyliżansów.  Po  ulicach  miast  już  od  XVII  wieku,  krążyły
konne  omnibusy,  utrzymujące  regularną  komunikację.  W  Londynie,  powstawały  prace
naukowe,  próbujące  szacować  ilość  końskiego  nawozu  na  ulicach,  w  wyniku  dalszego
rozwoju  form  transportu  wykorzystujących  konie.  Wydawało  się,  że  wszystkich  czeka
świetlana przyszłość. Ale do czasu. W 1771 r. francuski wynalazca Nicolas-Joseph Cugnot,
konstruuje pierwszy na świecie pojazd z napędem parowym.

Dopiero w 1825 r. powstaje w Anglii pierwszy dyliżans parowy. Hegemonia pojazdów

napędzanych siłą końskich mięśni, została przełamana. Dla przeciętnego człowieka, pojazd
poruszający  się  całkowicie  samodzielnie  był  nieziemskim  zjawiskiem.  Odwracano
dzieciom głowy. Żegnano się na ulicach. Przebąkiwano, że krowy przestaną dawać mleko,
a  kury  się  nieść.  Innymi  słowy  –  klasyk.  Im  bardziej  wynalazki  zmieniały  świat,  tym
większa była obawa przed ich upowszechnianiem.

Cierpliwość „końskiej” branży, skończyła się w 1865 r., czyli aż 40 lat po uruchomieniu

pierwszego,  parowego  dyliżansu.  Wprowadzono  Locomotive  Acts  –  drakońskie  przepisy
regulujące  poruszanie  się  po  drogach  samochodów  parowych.  Według  wprowadzonej
ustawy, pojazd parowy musiał poruszać się z maksymalną prędkością 6 km/h poza miastem
i  3  km/h  w  mieście.  Załoga  pojazdu  musiała  składać  się  z  3  osób.  W  tym  jedna  z  nich,
zaopatrzona  w  czerwoną  flagę,  musiała  iść  kilkadziesiąt  metrów  przed  pojazdem,
ostrzegając niejako przed jego przybyciem. Jak łatwo się domyślać, konne powozy pędzące
z prędkością 20–30km/h tryumfowały.

Dzisiejsza era internetu, jest bardzo podobna do początków motoryzacji. I wtedy, i dziś,

rozwój  technologiczny  zmienił  obraz  współczesnego  świata.  Z  tą  różnicą,  że  dziś  trwa  to
o wiele szybciej. Duże grupy społeczne, nie są często w stanie nadążyć za tymi zmianami.
Przede  wszystkim  mentalnie.  Dlatego  tak  dużą  rolę  pełni  społeczna  komunikacja,  czyli
umiejętność  zrozumiałego  przekazywania  informacji  oraz  budowania  jej  w  sposób
przystępny dla wszystkich.

Jednym z nowych modeli biznesowych, który tworzy się w ramach wspomnianych zmian,

to  nieodpłatne  udostępnianie  własnych  zasobów  intelektualnych  czy  technicznych.
Niewątpliwie jednym z kluczowych składników tego modelu, jest chociażby rozwój open
source.  Innym  przykładem,  to  rozwój  praw  autorskich,  budowanych  na  bazie  CC.  Pisząc
krótko,  ludzie  tworzący  wartość  internetu,  zawsze  chcieli  się  dzielić  i  wymieniać
doświadczenia. To przecież jedna z najistotniejszych jego cech.

Historia lubi się powtarzać. O ile nie mam absolutnie nic przeciwko ściganiu podróbek

torebek czy kosmetyków znanych firm, o tyle w przypadku własności intelektualnej sprawa

background image

jest trochę bardziej skomplikowana. Okazuje się, bowiem, że kiedy przegrywa technologia
(nie udaje się stworzyć standardu zapisu danych, który uniemożliwia kopiowanie, lub jest
to  zbyt  kosztowne),  tworzy  się  system  prawny,  który  ma  ukrócić  to  zjawisko.  Walka
z  piractwem  zawsze  była  kosztowna,  pytanie  tylko  brzmi,  kto  ma  za  nią  płacić?  Skoro
system,  jako  taki  i  tak  przypomina  łatanie  dziurawego  wiadra.  20  lat  temu  wiele  państw
„przespało”  proces  legislacyjny,  kiedy  zaczynała  się  internetowa  rewolucja.  Dziś,  gdy
wszyscy korzystają z olbrzymiej bazy wiedzy, jaką jest sieć, administracyjne ograniczenia
będą przede wszystkim nieskuteczne. Chyba, że rzeczywiście oznaczać to będzie policyjne
państwo,  ścigające  wszystkich  za  wszystko.  Tyle,  że  cechą  naturalną  policyjnych  państw
jest sprawnie działający ruch oporu i podziemie...

W  tym  całym  sporze  o  prawa  autorskie,  wydaje  się,  że  to  nie  twórcy  są  zachłanni,  ale

reprezentujący  ich  agenci  i  pośrednicy.  Podobnie  jak  przy  Locomotive  Acts  –  najwięcej
zyskiwali właściciele konnych przedsiębiorstw przewozowych. Ludzie przyzwyczajeni do
określone  skali  dochodów  i  przyrostu  zysków.  Internet  po  prostu  im  to  zabrał,  a  oni  nie
chcą zmieniać modelu swoich biznesów. Będą dążyć zawsze i wszędzie, aby płacono im za
wszystko. Nie przekonuje mnie argument „płacenia za odtwarzanie muzyki”. Przynajmniej
dopóty,  dopóki  nie  ma  opłat  za  czytanie  książek.  „Odtwarzanych”  po  wielokroć
w bezpłatnych bibliotekach i wypożyczalniach.

Po  raz  kolejny  okazuje  się,  że  zagrożeniem  dla  demokracji  jest  negocjowanie

porozumień międzypaństwowych w sposób tajny. A to już nie ten czas. Przykład WikiLeaks
udowadnia,  że  nic  nigdzie  i  nigdy  tajnym  zostać  nie  jest  prawdopodobne.  Dyskusje
o prawach autorskich powinny być jawne, zgodnie z zasadami komunikacji, z zaproszeniem
do  dyskusji  wszystkich  zainteresowanych,  a  nie  wyłącznie  środowiska,  które  mają
konkretny  interes  w  zaostrzeniu  prawa.  Ograniczanie  roli  konsumentów  czy  pomijanie
opinii  publicznej  w  pracach  nad  stanowieniem  międzynarodowego  prawa,  to
bezpodstawna arogancja. Tym bardziej bezkarna, że przeciętny obywatel UE nie ma na nią
większego  wpływu.  Kiedy  poszczególne  państwa  zaczynają  przypominać  kartele
„dogadujące”  się  z  kartelami-koncernami,  w  celu  ochrony  własnych  interesów,  zaczyna
pachnieć rewolucją.

Irytuje  mnie  sprzedaż  tego  tematu  przez  media.  Odnosi  się  wrażenie,  że  to  hakerzy-

piwożłopi  wspólnie  z  nabuzowanymi  od  chuci  hakerami-pedofilami,  dażą  do  przewrotu,
broniąc  swoich  praw  do  kopiowania  wszystkich  i  wszystkiego.  Podburzają  w  związku
z  tym  dzieci  i  młodzież,  nieświadome  oczywiście  manipulacji,  której  są  ważnym
elementem  całego  zamieszania.  Owe  dzieci  i  młodzież  w  związku  z  tym,  aktywnie
i histerycznie atakują wszystkich i wszystko.

Nie  bardzo  mi  się  podoba  prowadzenie  takiej  polityki  informacyjnej.  Dziennikarze  nie

po  raz  pierwszy  i  nie  po  raz  ostatni,  wykazują  daleko  idącą  indolencję,  graniczącą
z  arogancją,  w  zakresie  nowych  mediów.  Traktując  internautów  niczym  „bananową
młodzież”.  Nierzadko  zachowują  się  jak  francuscy  winiarze,  po  sukcesie  win  Nowego

background image

Świata. Mam wrażenie, że za chwilę wszyscy usłyszymy słynne „Studenci do nauki, literaci
do pióra, syjoniści do Syjonu”.

background image

Nie karmić Morloków!

Koniec roku to czas zwyczajowych podsumowań, rankingów czy wszechogarniających nas
„the  best  of”.  Ale  dla  niektórych  to  moment  na  ciekawą  refleksję.  Jest  nią  na  pewno

wywiad  udzielony  przez  Grzegorza  Miecugowa  dla  serwisu  internetowego  Maddogowo

.

W  moim  osobistym  przekonaniu,  wywiad  wart  również  solidnego,  mainstreamowego,
drukowanego tygodnika.

Kilka konkluzji:

tabloidyzacja  mediów  jest  faktem.  Nadawcy  i  wydawcy  chcąc  przypodobać  się
masowym  gustom  publiczności,  zmuszani  są  niejako  do  obniżania  wartości
merytorycznej swoich dzieł i dopasowywania tychże do owych gustów;

środowisko dziennikarskie staje się coraz bardziej podzielone. Coraz wyraźniej
zaznaczają  się  granicę  indywidualnych  poglądów  politycznych  czy  własnych
interesów).  Zmniejsza  się  liczba  dziennikarzy  zarówno  rzetelnych  jak
i obiektywnych, którzy potrafią wytłumaczyć zachodzące procesy zmian;

dzięki  internetowi,  rynek  mediów  staje  się  coraz  bardziej  urozmaicony.
Ponieważ  nieomalże  każdy  dziś  może  być  nadawcą  treści,  dźwięku  czy  obrazu,
przeciętny  odbiorca  ma  coraz  większe  możliwości  korzystania  z  najróżniejszego
wachlarza mediów, o różnym stopniu, jakości, generujących różne treści i sposoby
przekazu;

kończy  się  era  „krwawego  kapitalizmu”.  Nadchodzi  nowy  porządek,  ponieważ
ludzie  mają  dość  systemów  (gospodarczych  i  politycznych),  które  nie  opierają  się
o podstawowe zasady etyki i precyzyjnie definiowalne, uniwersalne wartości.

Dwa lata temu, również w grudniu, napisałem krótką notkę „Igrzyska dla ludu”, próbując

opisać  intelektualnych  Elojów  i  Morloków.  Coraz  częściej  znajduje  dowody,  że  te  dwa
światy  rzeczywiście  oddalają  się  z  prędkością  światła.  Ale  wszystko  zaczyna  się  od
informacji.

Dzisiaj,  informacja  stała  się  towarem.  Zaczęła  podlegać  klasycznym  prawom  popytu

i podaży. Tak, wiem, brzmi to jak banał. Zaczęła mieć również swoją cenę. Ale informacja
to  specyficzny  produkt.  Psuje  się  łatwo.  Jest  nietrwała  i  podlega  wszechstronnym
manipulacjom.  Informacjami  możemy  być  również  zalewani,  tracąc  orientację,  co  jest
naprawdę  ważne  i  jakie  są  wnioski  z  pojawiających  się  zdarzeń.  Udowadniał  to  już
Stanisław Lem w opowiadaniu o Zbójcy Gębonie.

Ta  sama  informacja,  może  być  dziś  podana  na  dziesiątki  różnych  sposobów.  Budzić

skrajne  emocje  i  rodzić  całkowicie  odmienne  postawy.  To  dziennikarz  i  stojący  za  nim
„aparat  medialny”  (skojarzenie  z  aparatem  partyjnym,  słuszne)  decyduje  o  konotacji

background image

przekazywanego  newsa.  Czasami  wystarczy  jedno  zdanie  odpowiedniej  puenty  po  emisji
materiału.  Problemem  jest  to,  że  wspomniany  anonimowy  „aparat”  przyssany  do
dziennikarza, popełnia grzech zależności. Od gustów publiki. I gustów polityków.

Gusta publiki są łatwe do odgadnięcia. Zasada jest prosta. Im głupszy, „ciemniejszy lud”

tym bardziej prostacką i prymitywną rozrywkę będzie chciał oglądać. Przykładów aż nadto,
wystarczy włączyć tivi czy główne stacje radiowe. Media niczym szczury, ulegają fleciście
z Hameln, który ma w herbie słupki oglądalności. Cały dowcip polega na tym, że za nimi
stoją marketerzy z wielkimi budżetami na reklamę. A jeszcze zabawniejsze jest to, że coraz
częściej  wydają  te  budżety  w  sposób  pozbawiony  logicznego  i  ekonomicznego
uzasadnienia,  za  to  omamionych  przez  kolejnych  flecistów,  czyli  agencje  reklamowe.  Jak
widać,  wszyscy  ze  wszystkimi  ganiają  się  po  tym  wirtualnym  Hameln,  niczym  we  śnie
wariata,  w  poszukiwaniu  kamienia  filozofów...  (media  z  agencjami,  agencje
z  marketerami).  A  szara  rzeczywistość  skrzeczy  –  50%  widowni  dziś  już  nie  ogląda
bloków reklamowych, pozytywny stosunek Polaka-Szaraka do reklamy spadł przez ostatnie
15  lat  z  ok.  65%  do  niecałych  10%,  a  nadawcy  wśród  potężnego  hałasu  reklamowego,
dokonują  ekwilibrystycznych  cudów,  żeby  promować  produkty  ludziom,  którzy  maja  tego
serdecznie dosyć. Dosyć nie tyle samej reklamy, a fatalnych na nią sposobów.

Jak zaspokaja się gusta publiki? Efektem owego zauroczenia słupkami, to coraz bardziej

drastyczne  i  dramatyczne  newsy.  Specjalne  programy  i  bloki  o  przysłowiowej  „dupie
Maryni”.  Czy  kupowane  dziwaczne  formaty  seriali,  które  nijak  się  mają  do  naszej
mentalności? Na dodatek po 20 chyba we wszystkich stacjach informacyjnych, większość
dziennikarzy udaje się na spoczynek. Wracając do gustów. Po godzinie 22 ilość programów
nadających  soft  porno,  wróżby,  telesprzedaż  i  telegry  jest  imponująca.  Jak  komuś  mało,
może  włączyć  telegazetę.  Ostatnio  znalazłem  tam  życzenia  „Wesołych  Świąt”
umiejscowione pomiędzy linkiem to „bezpruderyjnych mężatek całodobowo”, a „starszych,
namiętnych w Twoim mieście”.

„Sposobem”  na  niedzielne  czy  weekendowe  pasma  są  wszelkiej  maści  „omnibusy”

składające się z „mydlanych oper”, które niestety nie są zbliżone jakością do seriali HBO
czy  chociażby  poczciwego  Dr.  Housa.  Chyba  tylko  Ewa  Ewart  czasami  ratuje  honor
niedzielnego  popołudnia.  Oczywiście  „petunia  non  olet”  i  zawsze  można  zmienić  kanał.
Pytanie  tylko,  czy  wspomniana,  „wyrafinowana”  forma  komercyjnej  rozrywki  jest
najistotniejszą  formą  zarabiania  pieniędzy?  Fakt,  był  podobno  kiedyś  reżyser  filmowy,
który  za  dnia  zarabiał  na  tworzeniu  przeraźliwych  szmatławców,  by  wieczorem  za
zarobione  pieniądze  pracować  nad  wybitną  sztuką  teatralną.  Byłoby  to  pewnie  jakieś
usprawiedliwienie.

Mamy  tu  zresztą  ciekawe  zjawisko  ekonomiczne.  Kiedy  podnoszą  ceny  energii,  lud

prawie wychodzi na ulicę. Ale z drugiej kieszeni kilkadziesiąt milionów rocznie wydaje na
telefoniczne wróżbiarstwo. Fascynujące.

Jeśli  chodzi  o  media  drukowane,  to  łatwo  się  domyślić,  że  jest  podobnie.  Najwyższą

background image

sprzedaż  osiągają  żerujący  na  lansujących  się  wszem  i  wobec  celebrytach.  Narodowym
centrum  wiedzy  stają  się  gabinety  stomatologiczne,  kosmetyczne  i  fryzjerskie.  Biblioteki
umierają. Nie wspominając o przenikaniu się owego lansu, przez wszelkie możliwe formy
i metody komunikacji. Lud to kupuje. Ostatecznie, kiedy rzymski cesarz chciał zająć czymś
owy  lud  to  wypełniał  Amfiteatr  Flawiuszów.  Dziś  wydaje  się  postępować  podobne
zjawisko, zarysowane w chociażby w książce Raya Bradbury’ego „451 stopni Fahrenheita”
oraz  nakręconym  na  jej  podstawie  filmie  „Fahrenheit451”.  Obraz  społeczeństwa
„przykuwanego nosami” przed media do ekranów, jest charakterystyczny dla wielu książek
czy filmów traktującym o procesach zniewalania społeczeństwa i typowego totalitaryzmu.

Dowcip  polega  na  tym,  że  media  nie  są  twórcami  namacalnych  produktów.  Ich

niematerialność  przekuwa  się  w  efekcie  na  kreowanie  postaw  wspomnianego  „ciemnego
ludu”,  który  raz  na  cztery  lata  decyduje,  kto  ma  rządzić  państwem.  I  tutaj  się  ujawniają
drugie,  polityczne  gusta.  Traktowane  przez  nadawców  z  bezwzględną  konsekwencją.
Nieważne,  co  ktoś  ma  do  powiedzenia.  Ważne  jest,  żeby  było  gorąco.  Jeśli  ktoś  ma  do
dyspozycji  sto  kanałów,  to  łatwo  przewidzieć,  jaki  przekaz  przykuje  uwagę.  Ileż  debat
przypominało zamierzone „soft porno w wydaniu politycznym”? Całkiem sporo.

Media uległy politykom. Dały się wciągnąć w ich chocholi taniec, któremu na imię jest

„własny interes polityczny”, a nie „sprawne i efektywne procesy zarządzania państwem”.
Przestały  sprzedawać  wiarygodną  informację  i  komentarz,  podawany  w  komunikatywny,
a  nie  bełkotliwy  sposób.  Straciły  cnotę,  zyskaną  dzięki  wolności  ’89.  Zamiast
porządkować,  wprowadzają  i  nakręcają  swoisty  chaos  informacyjny.  Efekt?  Proszę
sprawdzić, jaki procent „ludu” podejmuje decyzję o głosowaniu w dniu wyborów.

Czy  media  powinny  dawać  ludziom  to,  czego  chcą?  To  naprawdę  trudne  pytanie.  Choć

odpowiedź  pozornie  wydaje  się  banalna.  Przykład.  Kiedy  Henry  Ford  rozpoczynał
produkcję  aut,  klient  mógł  wybrać  każdy  kolor.  Pod  warunkiem,  że  był  to  kolor  czarny.
Była  to  idea  klasycznej  orientacji  produktowej  –  kupuj  kliencie  to,  co  mam
wyprodukowane.  Później  nastąpiła  era  spełniania  „wszelkich  oczekiwań”  i  kaprysów
klienta.  Mógł  on  zamówić  dowolny  kolor,  nawet  na  specjalne  zamówienie,  z  najbardziej
dziwacznymi  dodatkami.  I  ta  era  zmienia  się  dziś  bardzo  dynamicznie.  Liczba  kolorów
uległa  redukcji,  (bo  użycie  zbyt  wielu  farb  jest  nieekologiczne).  Jak  również  pewne
odcienie  zostały  wycofane,  ze  względów  estetycznych.  Producent  przestaje  być  maszynką
do  „zaspokajania  gustów”.  Staje  się  ich  kreatorem  i  swoistym  wizjonerem.  Oczywiście,
problem tkwi w tym, jakiego rodzaju wartości w ramach tychże gustów chce rozwijać...

Powtarzając  pytanie.  Czy  media  powinny  dawać  ludziom  dokładnie  to,  czego  chcą?

Mając  świadomość,  że  ludzie  w  swej  statystycznej  masie  zawsze  będą  zadowalać  się
prostacką  i  tania  rozrywką?  W  moim  przekonaniu,  nie.  Nie  chodzi  bowiem  o  to,  co  jest
przekazywane,  ale  w  jaki  sposób  jest  to  realizowane.  Pojawia  się  kwestia
odpowiedzialności za sposób przekazu informacji oraz ich analizowanie i komentowanie.

Każdy  producent  pralki,  lodówki  czy  odkurzacza,  powinien  zaopatrzyć  swoje  produkty

background image

w  logo  „CE”.  Oznacza  on,  że  produkt  spełnia  warunki  bezpiecznego  użytkowania  dla
klienta, zostały zachowane podstawowe procedury jakościowe w tym zakresie oraz kiedy
zdarzy  się  jakiś  wypadek,  to  można  dochodzić  swoich  praw  z  tym  związanych.  Klient,
widząc  na  produkcie  znaczek  „CE”,  wierzy  w  to,  że  został  on  wytworzony  zgodnie
z regułami bezpieczeństwa.

Oglądając  program  telewizyjny,  czy  czytając  artykuł  w  niezależnej,  poważnej  gazecie,

staram  się  wierzyć  w  to,  że  dziennikarz  przygotował  materiał  obiektywnie,  rzetelnie
i koncentruje się na kluczowych elementach zagadnienia. Tym szczycą się wszelkiej maści
poważni  i  wiarygodni  nadawcy  mediów.  Tylko  za  moment,  mam  do  czynienia  z  jakimś
materiałem z mojej dziedziny zawodowej i jestem pod wrażeniem bzdur, jakie on ze sobą
niesie.  Zadaję  wtedy  proste  pytanie.  Skoro  można  tak  beznadziejnie  opisać  materię,  na
której  się  znam,  to  jak  wygląda  wiarygodność  materiałów,  o  których  nie  mam  bladego
pojęcia?  Jeśli  etyka  i  wartość  zawodu  dziennikarskiego  to  wspomniany  znaczek  „CE”,
a  jest  on  notorycznie  nadużywany,  to  w  którym  momencie  zostanę  porażony  prądem?
Dziennikarz,  podobnie  jak  kierowca,  pilot,  ksiądz  czy  lekarz,  swoim  działaniem  ponosi
swoistą odpowiedzialność za „rząd dusz”. Każdy z nich na swój sposób.

Wydaje  się,  że  media  jak  dżdżu  potrzebują  wiarygodnych  osobowości.  Telewizyjnych.

Prasowych.  Blogerowych.  Czy  radiowych.  Również  nieuznających  się  za  „ekspertów  od
wszystkiego”  dziennikarzy,  aktorów  czy  piosenkarzy.  Osobowości  nielansowanych”,
sztucznie pompowanych na jeden sezon, „przeżutych i wyplutych” po obróbce w medialnej
pralce.  Ludzi  charyzmatycznych  i  wiarygodnych.  Specjalistów  w  swoich  dziedzinach,
którzy potrafili prosto, ciekawie opowiadać o otaczającym świecie. Znacie ich? Zdzisław
Kamiński, Andrzej Kurek, Tony Halik, Gustaw Holoubek, Wiktor Zin, Aleksander Bardini,
Michał  Sumiński  i  wielu  innych.  Kochani  Mediotwórcy,  szukajcie  ludzi,  których  „lud”
pokocha. Nie za ściąganie majtek na antenie. Ale za ich mądra refleksję, charyzmę i pasję.

Tak, zaraz usłyszę, że dziś ważny jest „szybki przekaz”. Oczywiście. To się wzajemnie

nie  wyklucza.  Szybki,  krótki  przekaz  może  być  zarówno  przyciągający,  jak  i  mądry
i  inteligentny.  Potrzeba  tylko  do  tego  zainteresowanego  rozwojem  i  zmianą  dziennikarza,
wolnego,  niezmanierowanego  i  niepodlegającego  naciskom.  Rozliczanego  również,  za
jakość,  a  nie  wyłącznie  za  liczbę  „klików”.  Każda  gazeta  sprzedaje  konkretną  wartość
intelektualną.  Jedni  wyżerają  resztki  ze  śmietnika,  a  inni  wolą  slow  food...  Sztuka  polega
na tym, żeby ów slow food promować w sposób skuteczny.

Na  koniec  słowo  o  wspomnianym  „aparacie  partyjnym”,  czyli  czapie  decyzyjnej  nad

każdym dziennikarzem. Kiedyś owy aparat, regulował wszystko na przysłowiowe „wicie-
rozumicie”. Może dziś czasem też powinien tak reagować. „Wicie-rozumicie, nie możemy
nadać/wydrukować takiego chłamu, bo to ogłupia ludzi”. Im głupszy naród, tym głupszych
polityków  wybierze.  Tym  bliżej  nam  będzie  do  intelektualnych  Morloków,  żyjących
w  ciemnościach,  cwanych  i  prymitywnych,  żywiących  się  mięsem  mądrych,  spokojnych
Elojów.  Stale  przez  owe  Morloki  zastraszanych  i  bezwzględnie  dziesiątkowanych.

background image

Wartościowe piękno zawsze ulegnie brutalnej, bezmózgowej sile. O wiele łatwiej jest coś
niszczyć  niż  tworzyć.  Łatwiej  jest  przyciągnąć  uwagę  trupem  i  goła  dupą,  niż  mądrym
sposobem na życie czy radą na godną śmierć. „Wicie-rozumicie, chłam jest niebezpieczny
dla  ludzkich  umysłów”.  Ponosimy  nie  tylko  odpowiedzialność  za  to,  co
nadajemy/drukujemy, ale i jak to robimy.

 

Z dedykacją dla Grzegorza Miecugowa.

===YlFm Um VV

background image

PRZYPADKI

background image

Strzyżenie lodziarza

Czy  pójdziecie  się  ostrzyc  do  lodziarni?  A  może  kupujecie  buty  u  stomatologa?
Sprzedajecie  książki  w  sklepach  mięsnych?  Przeciętnie  każdemu  z  nas  owe  czynności
wydadzą się absurdalne.

Dlaczego  w  związku  z  tym  dajecie  posłuch  celebrytom  zabierającym  głos  w  sprawach

gospodarczych?  Aktorom  komentującym  finanse?  Dziennikarzom,  nawet  niepotrafiącym
udawać,  że  znają  jakieś  zagadnienie  wystarczająco  dobrze,  aby  być  w  stanie  logicznie  je
skomentować i wyciągnąć wnioski?

Wraz  z  rozwojem  sfery  informacji,  każdy  może  zakładać  sobie  strony  internetowe

prawie  na  każdy  temat.  Coraz  większą  rolę  pełnią  marki  owych  stron,  na  których
spodziewamy  się  znaleźć  wiarygodny  tekst.  Ponieważ  każdy  pisać  może,  coraz  większe
grono  „speców”  z  lekkim  piórem,  zaczyna  kreować  krzykliwe  leady,  budować
kontrowersyjne  treści,  wykazywać  się  brakiem  elementarnej  wiedzy  opisywanego
przedmiotu, za to znajomością lektury kilku przekartkowanych pobieżnie książek.

Takie  populistyczne  podejście  nie  dziwi  już  wielu  fachowców.  Wykazują  się  anielską

cierpliwością  tłumacząc  wszelkie  niuanse  lub  przypominając,  że  na  wiele  prostych  pytań
nie  ma  zdecydowanie  łatwych  odpowiedzi.  I  o  ile  w  środowisku  profesjonalnych
dziennikarzy, panuje zrozumienie istoty sprostowania czy twórczej polemiki, o tyle pojawia
się środowisko „speców od wszystkiego”, którzy w ramach autolansu, wypowiedzą się na
każdy  temat  byle  podstawić  im  sitko  lub  napiszą  mędrkawy  artykuł,  byle  zapewniono  im
popcorn i Wikipedię.

Problemy  ze  „specami  od  wszystkiego”  są  zasadniczo  trzy.  Pierwszy,  to  ze  względu  na

dość płytką wiedzę na temat jakiegoś zagadnienia, trudno wejść z nimi w polemikę, zanim
nie nadrobią solidnych luk edukacji w danym przedmiocie. To da się jeszcze akceptować
wspomnianą benedyktyńską cierpliwością i skłonnością do darmowej edukacji delikwenta.
Drugi  problem  to  mniej  lub  bardziej  ukryta  arogancja  „speca”.  Arogantowi  stosunkowo
trudno  coś  wytłumaczyć  jak  i  owa  benedyktyńska  cierpliwość  może  łatwo  zamienić  się
w  szewską  pasję,  że  o  ślepej  furii  nie  wspomnę.  Poza  tym  urażona  duma  „speca”  bywa
mściwa,  a  solidna  dawka  hejterskiej  adrenaliny  przed  snem  nikomu  nie  jest  potrzebna.
Trzecim  problemem,  jest  brak  jakiejkolwiek  odpowiedzialności  za  swój  tekst.  To  jak
lekceważenie Czytelnika i wydawcy serwisu. Ten element wydaje się najważniejszy. Brak
odpowiedzialności  za  wiarygodność  tekstu  jest  domeną  serwisów  plotkarskich,
satyrycznych i czasem pogodowych.

Jeśli  połączyć  tę  cechę  z  dwiema  poprzednimi  –  powstanie  typowa  poduszka-

pierdziaszek,  którą  można  nabyć  w  sklepach  ze  śmiesznymi  rzeczami.  Pominę  opis
działania,  jest  bowiem  łatwy  do  wyobrażenia.  Trzeba  bardzo  uważać,  żeby  na  niej  nie
usiąść  w  jakimś  serwisie.  A  jeśli  już  zdarzy  się  taki  afront,  nie  bawić  się  w  pyskówki

background image

w komentarzach, tylko czmychać na upatrzone wcześniej pozycje.

background image

Bitwa o plus

Był mroźny świt. Opatuleni po uszy, w błękitnych kufajkach, żołnierze rozgrzewali chłodne
żołądki  ostatnimi  łykami  gorącego  barszczu.  Resztkami  promocji  z  „Kuchennych
Rewolucji”.  Pomiędzy  transzejami  błaznował  szeregowy  Powiatowy,  próbując  niektórym
rozładować  napięcie...  Tuż  obok,  zaprawione  w  boju  francuskie  pułki  z  krzyżem  na
plecach,  fasowały  kosy  do  decydującego  starcia.  Niektórzy  kończyli  ostatnie  Gitanesy.
Atmosfera  gęstniała.  Gdzieś  tam  na  przedpolu,  majaczyło  dwa  i  pół  miliona  niczego
nieświadomych  abonentów.  Całkowicie  nieprzygotowanych  do  podjęcia  wyzwania,
leniwie siorbiących poranną kawę i przygotowujących na wiosnę przydomowe ogródki.

Opadły  mgły  bitewne.  Wybrzmiały  echa  kos.  Dziś  „Bitwa  o  plus”  NC+  zdaje  się

wygaszać.  Czas  na  opowieść  Bogusława  Wołoszańskiego  :)  NC+  przeprasza  swoich
klientów, naprawia ofertę i decyduje się na wprowadzenie zmian. Czy moralni zwycięzcy
wybaczą i poproszą o wybaczenie?

Jedną z kluczowych kwestii strategicznych, jakiej nie wykonano (lub wykonano źle) była

sprawa  konfrontacji  planowanej,  nowej  oferty  po  fuzji  –  z  gronem  wiarygodnych  czy
autorytatywnych  użytkowników.  A  nawet  więcej.  Nie  wykorzystano  potencjału  mediów
społecznościowych,  do  swoistych  „konsultacji  społecznych”  zmian,  które  w  równym
stopniu  dotyczyły  N  jak  i  C+.  Tego  typu  posunięcie,  to  gratka  dla  firmy  public  relations,
która  z  takiego  podejścia  jest  w  stanie  wypracować  genialny  przekaz  medialny.
W  ostatecznym  rozrachunku,  zakładam,  że  wszyscy  byliby  zadowoleni.  Przede  wszystkim
NC+,  ponieważ  stworzyłby  ofertę  na  miarę  klientów  wychwalających  podejście
społecznościowe  pod  niebiosa.  I  sami  odbiorcy,  których  oczekiwania  zostałyby
uwzględnione przez korpo (a pokaż mi korpo, które naprawdę uwzględnia życzenia swoich
klientów – szczególnie kosztem życzeń Rady Nadzorczej:).

Tymczasem  w  sosie  agresji  i  wzajemnej  arogancji,  zamiast  wieńca  laurowego  –  NC+

strzeliło  sobie  w  stopę.  Niewielka  (w  stosunku  do  całości  rynku  NC+)  acz  ambitna
i  hałaśliwa  grupa  ludzi,  stwarza  wręcz  „modę  na  niechęć  do  NC+”,  angażując  media
i wszystkich świętych, odnosząc spektakularny sukces nagłośnienia swoich racji.

Zakochani  klienci  potrafią  wiele  wybaczyć  i  są  wierni  aż  po  grób.  Sfrustrowani,  stają

się  rozjuszonym  bykiem,  który  rozniesie  wszystko  na  swojej  drodze.  Na  dodatek  media
społecznościowe  mają  tę  cechę,  że  muletę  może  wyciągnąć  pierwszy  z  brzegu  hejter,
czyniąc tym lawinę postów i reakcję internautów.

Zarząd  NC+  ma  szczęście  –  profile  antyfanowskie  nie  są  opanowane  przez  wariatów

tylko  rozsądnie  myślących  i  krytycznych  klientów.  Tylko,  dlatego  otrzymali  sensowną
informację  zwrotną,  jakie  są  zastrzeżenia  do  oferty.  Gdyby  antyprofil  opanowało  stadko
nawiedzonych  dziewic  i  starych  kawalerów,  przepychanek  emocjonalnych  byłoby  bez
końca.

background image

Wejście na rynek NC+ jest bodajże pierwszym w Polsce, tak poważnym przypadkiem nie

wykorzystania  potencjału  mediów  społecznościowych,  do  wprowadzenia  oferty.  Bilans
jest  całkiem  konkretny  –  przez  ostatnie  trzy  tygodnie  na  temat  NC+  opublikowano  ponad
2tys. materiałów, w większości negatywnych. Ich wartość nagłośnienia określono kwotą 6
mln zł. Dziś NC+ przeprasza i dokonuje korekty świadczonych usług.

Przez  wielu  zagranicznych  graczy,  Polska  jest  traktowana  jak  rynkowa  kolonia.  Są

w  stanie  realizować  tutaj  taką  strategię,  jakiej  nigdy  w  życiu  nie  odważyliby  się
zastosować  we  własnym  kraju.  Cechą  bowiem  takiego  działania,  jest  bezrefleksyjna
eksploatacja rynku, a nie świadome inicjowanie rozwoju. Dla wielu Francuzów, praca za
granicą  to  swoista  zsyłka,  a  nie  wyróżnienie.  Menedżerowie  i  szefowie  zagraniczni  do
naszego kraju nie zawsze są kierowani w drodze specjalnego awansu. Wręcz przeciwnie...
Oczywiście,  to  nie  jest  aluzja  do  zarządu  NC+.  Raczej  refleksja  natury  ogólnej.
Zainteresowanym  podobnymi  mechanizmami,  polecam  książkę  niemieckiego  dziennikarza
Güntera  Oggera  „Zera  w  garniturach”  (Wydawnictwo  Profesjonalnej  Szkoły  Biznesu,
1994).

Coraz  częściej  firmy  w  relacjach  z  klientami,  doświadczają  reakcji  na  swoją  rynkową

arogancję.  Kiedyś  klient  mógł  ponarzekać,  popsioczyć  do  znajomych  czy  wpisać  się  do
książki  życzeń  i  zażaleń.  Dziś  NC+  na  skórze  własnej,  świeżej  marki  odczuł  możliwość
obrony  i  „konsumencką  palisadę”  pozwalającą  chronić  wcześniej  uzyskane  korzyści.
Nigdy, przenigdy żaden klient nie będzie zadowolony z faktu zabierania mu wartości oferty,
którą otrzymał wcześniej. Społecznościowa samoobrona to kolejny dowód na realną siłę,
jaka  mogą  stanowić  klienci  w  starciu  z  dużą  korporacją.  Potrzebują  jedynie  jasno
precyzowanych celów i dobrej organizacji.

Co teraz? Pozostaje czekać na ostateczne wyniki. Polak-Szarak szybko zapomina i afera

za  trzy  miesiące  będzie  zwykłą  historią,  o  której  sobie  przypomnimy  przy  okazji
podsumowań wydarzeń biznesowych 2013. Jeśli NC+ osiągnie plan biznesowy i zdobędzie
w  ostatecznym  rozrachunku  3  mln  klientów  –  strzelą  korki  szampana,  a  profil  AntyNC+
pozostanie  w  loży  szyderców  i  kręgu  narzekających  staruszków.  Jeśli  liczba  abonentów
przekroczy 3, 5 mln, antyfani będą mogli zobaczyć dyskretnie wyciągnięty, środkowy palec
prezesa...  A  niektóre  agencje  public  relations,  po  raz  kolejny  opowiadać  będą  na
konferencjach,  że  nieważne  jak  o  tobie  mówią,  byle  nazwiska  czy  nazwy  firmy  nie
pomylili.

Jeśli natomiast z 2, 5 mln abonentów zrobi się 2 mln, prezesowi przyjdzie oglądać uroki

pustyni  Gobi  i  organizować  promocję  w  Ułan-Bator.  Zawsze  o  ostatecznym  rozrachunku
decyduje cyfra. Która ma być obowiązkowo na plus.

background image

Reklamowa gimbusiarnia

Kęs.  „K...  „.  Rechot.  Kęs.  „K...”.  Rechot.  Chłopiec  miał  może  11  lat.  Siedział  w  dresie
lokalnej  drużyny  trampkarzy  i  pochylał  się  nad  kolejnym  naleśnikiem.  Każdy  kęs
komentował  głośnym  „k...”.  Trudno  ocenić  czy  z  podziwu,  zniechęcenia  czy
niedowierzania.  Współbiesiadnicy,  niczym  psy  Pawłowa,  reagowali  głośnym  rechotem.
Nie  śmiechem.  Wszak  to  od  czasu  pewnego  publicznego  wystąpienia,  wielu  Polaków
potrafi ocenić tę subtelną różnicę.

Wymyśliło  mi  się  dziś  nowe  pojęcie.  Nazwałem  je  „zonk  effect”.  Niektórzy  pamiętają

pewnie,  czym  jest  „zonk”.  Znalazło  to  swoje  odzwierciedlenie  nawet  w  Miejskim
Słowniku  Slangu  i  Mowy  Potocznej.  Skąd  się  wzięło?  Z  Polsatu  i  programu  „Idź  na
całość”.  Kot  „Zonk”  był  maskotką-symbolem  pecha,  ponieważ  symbolizował  klasyczne
„pudło”  teleturniejowej  rywalizacji.  Ale  jednocześnie  przez  wielu  Polaków  stał  się
maskotką pożądaną i nieomalże kultową.

„Efekt zonk” można zobrazować poniższą sceną:

„Ojciec przytula dzieci.

To nie jego dzieci!

Zonk!”

W  tym  momencie  powinna  pojawić  się  salwa  śmiechu.  Lub  rechotu.  Śmieszne?  Niby

jest. Ale jaki to humor? Koszarowy? Gimbusiarniany? Dowcipów opartych o „efekt zonk”
pełne  są  serwisy  „kwejkopodobne”  oparte  o  tzw.  LOL  kontent.  Jeśli  chcesz  się  np.
zareklamować  w  systemie  AdTaily,  to  na  pierwszym  miejscu  króluje  serwis  „Jeb
z dzidy.pl”. Nie żartuję. 70 złotych za jeden dzień. 70,5 mln miesięcznych odsłon. 4,6 mln
użytkowników. Facepalm.

Marketerom ktoś kiedyś powiedział, żeby się wyróżniali w komunikacji marketingowej.

Sam  o  tym  przypominam  przy  każdej  nadażającej  okazji.  O  to  chodzi  bowiem  w  każdej
reklamie.  To  się  wyróżnili.  Od  dziś  rana,  na  ustach  sieci  jest  „grześkowa  mama”
w kampanii „Zero bujdy”.

Film jest ekonomiczny. Krótki. Zwięzły. Czy na temat? Nie wiem, nie widziałem briefu.

Zrealizowany  w  klasycznym  modelu  „skandynawskiej  szkoły  reklamy”,  operującej
oszczędną formą, zaskakującym pomysłem lub historią oraz prostą treścią.

„Grześki”  są  batonikiem  –  typowym  produktem  impulsowym,  bardzo  prostą

w  zarządzaniu  marką  w  obszarze  FMCG.  Strategia  takich  brandów  jest  zawsze  banalna:
nasycić dystrybucję, zapewnić widoczność w punkcie sprzedaży, wspierać reklamą. To tak
zwany „FMCG triangle”. Brand jest pozycjonowany w zasadzie dla dzieci z targetu typowo
szkolnego.  Dlaczego  ktoś  komunikację  tego  konkretnego  spotu  oparł  o  dorosłych,
używających efektu zonk? Targetem będą dzieci i dorośli?

background image

Czy  strategia  brandu  „Jutrzenki-Colian”  zakłada  wywołanie  jak  największego  szumu

wokół swojej reklamy? Zapewne tak, wszak to marzenie każdego reklamodawcy. Tyle, że
szum  szumowi  nierówny.  Nazwa  marki  przewinie  się  przez  tysiące  serwisów,  znajdzie
w  milionach  komentarzy,  od  wychwalających  pomysł  pod  niebiosa,  do  twardego  hejtu
włącznie.  Boty  wybiją  nazwę  marki  w  aparatach  wyszukiwawczych,  świadomość
niewspomagana marki wzrośnie, ale czy znajdzie odzwierciedlenie w sprzedaży? Pewnie
tak,  a  wtedy  po  realizacji  zakładanych  celów  strzelą  korki  szampana  w  agencji
i u marketera. Zawiśnie też pewnie gdzieś nad biurkiem, „kto nie ryzykuje, nie pije...”.

Ciekawe  ile  osób  w  sklepie  na  widok  zanudzającego  dziecka  „mamo,  mamo,  kup  mi

Grześka!”  popatrzy  się  z  wyrzutem  na  panią?  A  może  „Grześki”  staną  się  dziś  testem
ojcostwa?  Podobno  30%  panów  robiących  zakupy,  wrzuca  sobie  do  koszyka  batonik
w formie nagrody. Czy od dziś powyższa marka stanie się symbolem rogacza? A może ktoś
wpadnie na nową linię kreacji pod nazwą „Prawdziwe dziwki jedzą tylko Grześki”? Albo
„sprawdź  Grześkiem,  kto  jest  Twoim  ojcem!”.  Budowanie  gimbusiarnianej  komunikacji
jest  naprawdę  banalnym  zadaniem  kreatywnym.  Jeśli  jest  z  tym  problem,  zawsze  można
zaczerpnąć pomysły ze wspomnianych przeze mnie serwisów. I uderzyć inaczej z dzidy.

Sukces  tej  reklamy,  może  uruchomić  wielu  naśladowców.  Nagle  bloki  reklamowe

zostaną wypełnione spotami z „zonk efektem”, przeznaczonych do różnych grup odbiorców.
Ich  cechą  będzie  ekonomiczność.  I  poziom  reklamowej  „gimbusiarni”.  Pewnie  strzelać
będą kolejne korki szampana w kolejnych agencjach i u kolejnych marketerów. Może nawet
jakieś EFFIE się trafi. Trudno ocenić czy będzie to „Igristoje” czy „Dom Pérignon”.

Ale ja wciąż nie potrafię pozbyć się obrazu rechoczącego nad naleśnikiem nastolatka.

background image

Charakterologicznie Odmienni Zaczadzeni

„W  najsprawniej  działającym  państwie,  przy  wspaniale  działających  procedurach,  na
końcu  wykonawstwa  ustaw,  zarządzeń,  przepisów  stoi  człowiek.  I  jeśli  ten  człowiek
w  potocznym  znaczeniu  jest  idiotą,  to  te  przepisy  i  procedury  po  prostu  nie  mają  sensu.”
Krzysztof Materna, Wprost 34/2011 s. 9

Przejście  dla  pieszych.  Czerwone  światło.  Dwupasmowa  ulica.  Słychać  pisk  ostro

hamujących samochodów. Na środku pasów stoi młode dziewczę o włosach koloru kawy
z  mlekiem.  Rozmawia  przez  telefon  mocno  gestykulując.  Jeden  z  kierowców  nieśmiało
trąbi. Dziewczyna zbywa go uspokajającym gestem z wyciągniętym, środkowym palcem.

Droga osiedlowa. Tata prowadzi wózek dziecięcy. Obok, niczym asteroid, mały chłopiec

żwawo pedałuje na małym rowerku. Widząc nadjeżdżający samochód, zwalnia, by nagle...
przyspieszyć  i  przejechać  tuż  przez  maską  zaskoczonego  kierowcy.  Tatuś  całą  swą  złość
kieruje przeciwko kierowcy, który mu „omal dziecka nie zabił, morderca”.

Ulica. Brak przejścia dla pieszych. Przez jezdnię, ślamazarnie, Noga za nogą przechodzi

młody tatuś z drepczącą zabawnie roczną dziewczynką. Dziewczynka gwałtownie zmienia
trajektorię  dreptania.  Pod  ostrym  kątem  biegnie  w  stronę  najeżdżającego  auta.  Tatuś  na
zarzut,  że  w  takich  miejscach  powinien  przenieść  dziecko  lub  prowadzić  za  rączkę,
stwierdza,  że  to  jego  dziecko,  jego  sprawa  i  generalnie  może  robić,  co  mu  się  żywnie
podoba.

Przejście przez jezdnię. Pali się zielone światło. Na sygnale pędząca karetka pogotowia.

Dwie nastolatki, noga za nogą wloką się przez środek. Auto hamuje, wymija i pędzi dalej.
Dwie panny, całe rozchichotane, czołgają się dalej.

Nie  można  tych  ludzi  nazwać  „idiotami”.  To  przecież  bardzo  pejoratywne.  Niektórzy

nawet powiedzą, że obraźliwe. Nazwijmy ich CO czyli Charakterologicznie Odmiennymi.
COT  –  Charakterologicznie  Odmienny  Tatuś,  COD  –  Charakterologicznie  Odmienne
Dziecko, COK – Charakterologicznie Odmienna Kobieta.

CO, jak powszechnie wiadomo, to symbol tlenku węgla, popularnie zwanego czadem. Te

związek chemiczny jest bezbarwny i bezwonny. Nie przeszkadza mu to skutecznie zabijać.
Wydaje się, że mamy do czynienia z powolnym zaczadzaniem państwa... Nie tylko z góry,
ale również z dołu.

Kiedy  Polskę  zaczęli  opuszczać  „za  chlebem”  młodzi  i  wykształceni,  wydaje  się,  że

wskaźnik zaczadzenia znacznie wzrósł. Kiedy ilość głupawych telenowel przerosła granicę
zdrowego  rozsądku  –  również.  Kiedy  wiadomość  o  śmierci  wielkiego  artysty,  ginie
w kolejnym politycznym jazgocie „Jesteś głupi!” / „Nie! To ty jesteś głupi!”. Kiedy więcej
wiemy  o  majtkach  podrzędnej  szansonistki  niż  wpływie  ogólnoświatowego  kryzysu  na
mikroekonomię.

Nie  dajmy  się  czadowi.  Zakładajmy  maski.  Instalujmy  urządzenia  ostrzegawcze.

background image

Wietrzmy  domy  i  umysły.  Izolujmy  zaczadzonych  i  zapewniajmy  im  troskliwą  opiekę.
Dobre  słowo.  Bajkę  Ezopa  na  dobranoc.  Poradnik  Filozoficzny  w  Komiksie.  Jak
powszechnie wiadomo, świeże powietrze jest dobre na wszelkie dolegliwości.

 

PS. Z dedykacją dla Krzysztofa Materny w podziękowaniu za inspirację.

background image

Przegrany wygrany

Ubrany w seksowne rajstopy, poprawiał burzę blond włosów. Żaden z nich nie mógł wpaść
pasażerowi  do  kawy.  Gotować  nie  musiał.  W  czerwonym  wdzianku  i  starannie
przystrzyżonych  wąsach  i  brodzie,  wytrwał  13  godzin  lotu  do  Kuala  Lumpur.  Tak
przegrywał zakład sir Richard Branson – charyzmatyczny właściciel linii Virgin Atlantic,
pracując na pokładzie samolotu swojego konkurenta – AirAsia.

Poszło  o  wyścigi  samochodowe  i  zakład  w  2010  r.  z  szefem  Caterham  F1  –  Tony

Fernandesem,  o  to  czyj  zespół  będzie  wyżej  po  zakończeniu  rywalizacji  bolidów
w  Bahrajnie.  Stawką  zakładu  była  praca  w  charakterze  personelu  pokładowego  na
pokładzie  linii  lotniczych  rywala.  Virgin  Airways,  w  przypadku  Richarda  Bransona
i  AirAsia  Tony’ego  Fernandesa.  Branson  przegrywa  rywalizację,  daje  sobie  zgolić  nogi,
zakłada przyciasne, czerwone wdzianko, czerwone buty i maluje usta. Czy dla 63-letniego
milionera,  którego  wartość  majątku  szacowana  jest  na  ponad  4  miliardy  dolarów,  jest  to
dyshonor,  prowokacja  i  grubymi  nićmi  szyty  spisek?  Zdecydowanie  nie.  Okazuje  się,  że
wygrywa  poczucie  humoru,  mnóstwo  dystansu  do  własnej  osoby  i  całkowity  brak
bąbelków, w mózgowej wodzie sodowej o nazwie ego.

To ciekawe wydarzenie, zdecydowanie natury public relations, powoduje, że przegrany

staje  się  wygranym.  To  o  Richardzie  Bransonie  piszą  wszystkie  media,  to  jego  zdjęcia
pojawią się w wielu czasopismach, to filmiki z jego udziałem wypełnią wirusowo miliony
komputerów.  Przegrywając  zakład,  Branson  wcielił  się  w  rolę  komicznego,  pozytywnego
bohatera  masowej  wyobraźni.  Za  niewielką  cenę  sprytnego  przekształcenia  na  chwilę
wizerunku,  nie  ponosząc  w  zasadzie  większych  kosztów,  zyskując  wycieczkę  do  Kuala
Lumpur  na  koszt  rywala  –  tworzy  świetną  reklamę  własnej  osoby  oraz  Virgin  Altantic,
korzystając  z  zasobów  konkurenta.  Całkowicie  „przez  przypadek”  oblewając  napojami
Fernandesa podczas lotu.

Marzę, by polscy konkurenci, których wzajemne, osobiste uprzedzenia doprowadzają do

skrajnych zachowań pełnych nienawiści – potrafili z humorem i dystansem podchodzić do
wzajemnych relacji i konkurencyjności. Branson pokazuje, że można.

background image

Goła pupa marki

Dawno, dawno temu, za górami i za lasami, żył sobie piękny chłopiec, w którym kochały
się  wszystkie  nimfy.  Mogły  sobie  tylko  do  niego  powzdychać,  bo  wstrętny  arogant  był
nieczuły  na  ich  wdzięki.  Jeśli  wtedy  kochał  tylko  łowy,  to  dziś  pewnie  nurkowałby
w  centrach  handlowych,  w  poszukiwaniu  wyprzedaży.  I  gdy  pewnego  dnia  spacerował
galerią handlową, jak zwykle dostrzegł w szybie wystawowej swoje odbicie. Zakochał się
w nim od pierwszego wejrzenia, ku tragedii nimf i Vicewersów Dzikich. Ślepo zapatrzony
i  autozamiłowany  nie  dostrzegł  kochającej  się  w  nim  nieprzytomnie  nimfy  Echo,  która
wylała na posadzkę morze łez. Wkurzony administrator owego centrum handlowego, czyli
Afrodyta, nie mogąc zdzierżyć łez rozpaczy jednej i łez wzruszenia drugiej strony zamieniła
chłopaczka w kwiat. Tak. Zgadliście. W Narcyza.

Korporacyjne  zachowania  podlegają  najróżniejszym  modom  niczym  rynek.  Nikt  lepiej

nie  potrafi  ich  parafrazować  niż  Scott  Adams  w  serii  o  Dilbercie.  Mody  w  polskich
firmach z kolei pojawiają się najczęściej w wyniku trzech zdarzeń:

szef wypatrzył i mu się spodobało,

manager wypatrzył i umiejętnie przekonał szefa, że ma mu się to podobać,

agencja lub współpracująca firma wypatrzyła i umiejętnie przekonała zarząd, że dziś
to wszyscy robią i trzeba być „trędi”, dzięki czemu nagle wszystkim zaczyna się to
podobać. Najlepiej, żeby było amerykańskie, bo wtedy można podwoić fakturę.

W  dwóch  pierwszych  przypadkach,  firma  albo  nie  ma  kasy  i  robi  to  sama  albo

wynajmuje speców. Pierwszy, to tak zwany „projekt wykonany sposobem gospodarczym”.
Nie będę się o tym rozpisywał, bo nie mam niczego na uspokojenie pod ręką. Drugi, czyli
kiedy  firma  ma  kasę,  wynajmuje  profesjonalistów  czytaj  „fachowców  od  reklamy​/​pijaru​/​
promocji​/​brandingu” (niepotrzebne skreślić).

Fachowcy mają albo dobrą gadkę, albo złą. Zła Gadka polega na solennym obiecywaniu,

że  wszystko  będzie  genialnie,  uda  się  i  będzie  to  najlepszy  projekt  świata.  Dobra  Gadka
polega  na  poszukiwaniu  zagrożeń,  dyskusji  o  wątpliwościach  i  ryzykach,  które  trzeba
ograniczyć.  W  pierwszym  przypadku,  czyli  zaklinaniu  rzeczywistości  najczęściej  kończy
się marnym projektem i wysoką fakturą. W drugim, genialnym efektem i fakturą w tej samej
wysokości.

Od  kiedy  wymyślono  rejestrację  dźwięku  i  obrazu  oraz  sprzęt  klasy  amatorskiej,  firmy

zaczęły  kręcić  filmy.  Najczęściej  w  zespołach  handlowych,  gdy  wykorzystywano  je  do
ćwiczeń z negocjacji. Było z tym zawsze sporo śmiechu, zabawy, bo dla osób nieobytych
z kamerą sama sytuacja jest zawsze sztuczna i niecodzienna. Nie każdy też akceptuje swoją
facjatę na szklanym ekranie. Filmy często omawiano, kasowano i nie było z tym większego
problemu.  W  innych  rejestrowano  standardowe  zachowania,  próbując  robić  z  nich  case

background image

studies.  Wiele  firm  inwestowało  również  w  profesjonalne  scenariusze  czy  aktorów
odgrywających  określone  scenki.  Nauka  z  wykorzystaniem  materiałów  filmowych  była
zawsze dobrze wykorzystanym czasem.

Kiedy  nastała  era  YouTube,  w  niektórych  obudziły  się  niesamowite  skłonności

narcystyczne. Oto bowiem, nie dość, że możemy nakręcić film, gdy wszyscy są „fun” to na
dodatek  możemy  się  nim  podzielić  z  innymi  ludźmi.  Zróbmy  własne  Hollywood!  Świat
kręci  się  przecież  wokół  viralowych,  zabawnych  filmów,  libdubów,  flashmobów  i  paru
innych takich. Nie możemy być słoikami Europy!

Kręcą.  Montują.  Śpiewają  i  tańczą.  Każdy  bowiem  śpiewać  może.  A  tańczyć  i  bawić?

A  kto  Polakowi  zabroni?  Wszak  każdy  z  nas  zdolności  artystyczne  ma  we  krwi,  a  że
najczęściej  po  japońsku,  czyli  Jako-Tako?  I  pół  biedy,  gdy  nagrywamy  to  na  własne
potrzeby. Drugie pół, gdy genialnie bawiliśmy się przy produkcji tego filmu. To są bowiem
nasze  emocje  i  nasze  pamiątki.  Wewnętrzne.  To  tak  jak  z  pierwszymi  urodzinami  naszego
dziecka.  Będziemy  przeżywać  silne  wzruszenie  widząc  jak  pierwszy  raz  maluch  gasić
będzie świeczkę. Ale dla innych, oglądających film w sieci w 99, 9% to sztampa. Jedynie
0,  01%  specyficzne,  trudne  do  zdefiniowania  zdarzenie,  ma  szansę  stać  się  słodkim
viralem.  Policz,  ile  filmów  rocznie  pojawia  się  na  YT?  Ile  z  nich  cieszy  się
ogólnoświatowym rozgłosem?

Jeśli  pracujesz  w  korpo  to  nie  licz  na  to,  że  jakiś  materiał  „nie  wypłynie”.  Wypłynie.

Dziś,  kiedy  pracownicy  są  coraz  częściej  powiernikami  administracyjnymi  Facebooka,
Twittera  czy  YouTuba  nawet  małe  firmy  są  narażone  na  niekontrolowany  wypływ
informacji.  Przekonała  się  o  tym  niedawno  pewna  agencja  brandingowa,  składająca  się
z  dwóch  właścicieli  i  asystentki.  Asystentkę  zwolniono,  „bo  zaszła”,  ale  nie  pozbawiono
jej funkcji administratora firmowej strony na Facebooku. Efekt był łatwy do przewidzenia
i  ujawnianie  pikantnych  epizodów  z  życia  tej  niewielkiej  firmy  trwało  bodajże  cały
weekend.

Zachowania  back-office,  szczególnie  te  rejestrowane,  są  jak  goła  pupa  marki.  Czasem

piękne,  wzruszające,  godne  dłuta  Michała  Anioła  czy  kreski  Leonarda  da  Vinci.  Czasem
pospolite lub estetycznie brzydkie, budzące niczym nieskrępowaną litość. To istna loteria.
Za  pozorną  łatwością  i  lekkością  profesjonalnych  materiałów  filmowych,  stoi  często
ciężka praca, umiejętności i wieloletnie doświadczenie. Amatorszczyznę tworzoną na siłę
i  ze  sztucznym  entuzjazmem  poznać  często  po  słomie  wystającej  z  butów.  Lepiej  tego
światu nie pokazywać.

 

PS. Pewnie chcecie poznać tajemnicę odróżnienia fachowców od złej i dobrej gadki? To

bardzo proste.

Fachowcy od Złej Gadki, to najczęściej dwóch, młodych, nażelowanych Adonisów
z  iPadami  w  rękach,  wielkich  busolach  na  przegubach  i  mokasynach.  Ich  cechą
zasadniczą  jest  spijanie  z  ust  wszelkich  słów  marketera,  strzelanie  setkami

background image

pochlebstw oraz rozsiewanie wszędzie upojnej woni wazeliny.

Fachowcy od Dobrej Gadki najczęściej najpierw was dokładnie wysłuchają i może
nawet  rzucą  kilka  pytań.  Potem  dokładnie  i  sumiennie  zrugają  od  stóp  do  głów.
Merytorycznie, nie osobiście.

Czujcie różnicę.

background image

Chrząknąć inaczej

Prezydent  wszedł  na  mównicę.  Mówił  z  pasją,  rzeczowo,  pewnie
i konkretnie. Żadnej kartki. Slajdu. Tablicy. Nic. Skończył. Szybkim
krokiem  wyszedł.  Ponad  trzystu  tureckich  biznesmenów  zamarło
z  wrażenia.  Po  chwili  niektórzy  rzucili  się  na  organizatora
z  wizytówkami.  Wrażenie  było  piorunujące.  Była  to  najkrótsza
i  najbardziej  efektywna  prezentacja,  jaką  widziałem  w  życiu.
Bohater był prezydentem jednego z polskich miast.

 

Dziś  w  narzędziach  prezentacji  można  przebierać  jak  w  ulęgałkach.  Prezi,  Keynote...

PowerPoint  przy  nich  to  klasa  starszaków.  Tych  wyrośniętych.  Do  tego  multimedia,
infografiki,  fotki,  memy.  Wybuchy,  konfetti  i  strzelające  wjazdy  slajdów.  Ale  za  tymi
wodotryskami,  stoi  żywy  człowiek.  Bez  względu  na  to,  co  pokaże,  ma  zainspirować,
wchodzić w interakcję, zainteresować, wywołać emocje. Dla każdego prelegenta „wybieg”
to  swoista  scena,  na  której  sprzedaje  swój  profesjonalizm.  Umiejętności  prezentacji  to
jedna  z  kluczowych  kompetencji  marketera.  Nudna  księgowa  czy  niewyspany  informatyk
ma  prawo  do  przynudzania.  Profesjonalny  marketer  –  nigdy.  Choć  ma  prawo,  jak  każdy
człowiek,  to  gorszych  dni.  Ale  umiejętność  opanowania  emocji,  zbudowanie  historii,
wizualizacja danych, to warsztat pracy marketera.

Kilka uwag po pewnej prezentacji obejrzanej dziś:

czytanie slajdów przez prelegenta, to brak szacunku dla audytorium, które nie składa
się z analfabetów

epatowanie truizmami i banałami jest nudne jak flaki z olejem

wchodzenie na prezentację zdyszanym „z marszu” wygląda nieciekawie

arogancja  w  stosunku  do  audytorium,  szczególnie  przy  ścisłych,  merytorycznych
pytaniach, kompromituje nie tylko brakiem klasy. Często kryje się za tym totalny laik

warszawscy  prelegenci  pojawiając  się  na  prowincji,  nie  powinni  jaskrawo
komunikować swojej „stołeczności”. Tak myślę.

byki  ortograficzne  na  spotkaniu  profesjonalistów  są  jak  głośne  „chrząknięcia
inaczej” na oficjalnym spotkaniu.

Ujmującemu  prelegentowi  publika  wybaczy  wszystko.  Arogancji  wobec  audytorium  –

nigdy.

 

PS.  Dedykuję  wpis  Maćkowi  Budzichowi,  bo  piszę  w  komórce  na  jego  plecach:)

prawie:) Agacie z Implix dziękuję za użyczenie Maca. To mój pierwszy wpis na MacBook
Pro :)

background image

Interdysgrafia

Miałem dziesięć lat

Gdy mi ajpad z blatu spadł

Gdzieś w blaszaku był nasz klub

Chomik koncert zniósł

Zobaczyłem Kuby wóz

I nie mogłem w nocy grać

Wiatr styczniowy wiał

Maskę Guya z gęb nam zdarł

Znów się można było bać

W przekąskowy gwar

Jak tornado krzyż się wdarł

I ja też chciałem brać

Ojciec, bóg wie gdzie

Po pececie włóczył się

Mnie z ajfona nadruk zszedł

Z pada został wiór

Grałem w milion różnych bzdur

I poznałem jak być ex

Demotowy szał

Każdy z nas ich z pięćset wgrał

Za z Allegro parę jeans

A w blogerską noc

Był juz twitter, fejs i szkło

Jakże się chciało tyć!

Było nas trzech

W każdym z nas inny zew

Ale jeden przyświecał nam cel

Za kilka lat

Wziąć z kanapy cały świat

Za ACTY smród

Tajgera łyk

Ostre hejty po świt

background image

Buzujący w nas wciskał się chuch

Ktoś dostał ban

To trollował się ktoś

Coś działo się

Poróżniła nas

Za jej boskiej Rubik twarz

Każdy być hipsterem chciał

W pewną letnią noc

Zhakowałem komuś KLOC

I dostałem to, com chciał

Powiedzieli mi

Że kłopoty mogą być

Ja im, że ich w dupie mam

Oknem któryś wlazł

Alarm nie wszedł mi na czas

Znów jak pies, byłem sam

 

© 2012, Jacek Kotarbiński

 

Inspiracja „Autobiografią”

Autor słów: Bogdan Olewicz, rok powstania: 1982, kompozytor: Zbigniew
Hołdys, wykonanie oryginalne: Perfect.

Słowa oryginalne: 

http://teksty.org​/​perfect,​autobiografia,​tekst-​piosenki

===YlFm Um VV

background image

SCENKI Z ŻYCIA

background image

Komu praleczkę, komu?

13:15

Kupiłeś pralkę z opcją dostawy i montażu. Serwisanci właśnie przywożą ja gotową.

13:20

Po  odblokowaniu  przez  miłych  panów  czego  trza  i  podpisaniu  kwitów,  próbujesz
podłączyć  pralkę.  Wprawdzie  magistrem  pralko  znawstwa  nie  jesteś,  ale  chyba  każdy
normalny facet, wie jak się to robi.

13:21

Orientujesz  się,  ze  wejście  doprowadzające  wodę  –  jest  wewnątrz  zaślepione.
Zastanawiasz  sie,  czy  „tak  ma  być”  czy  tez  otwór  powinien  być  pusty.  Brzmi  logicznie...
Nie jesteś konstruktorem tej pralki, skąd masz wiedzieć jak to wygląda.

13:22

Sprawdzasz na schodach, czy przypadkiem Panowie Serwisanci jeszcze są... Niestety...

13:24

Gorączkowo  przeszukujesz  papiery  –  szukasz  telefonu  do  EURO  AGD  w  mieście  X.  Nie
znajdujesz. Jedyne telefony do dyspozycji, to infolinia 0801... lub telefon warszawski.

13:25

Dzwonisz na infolinię. Jesteś 10 w kolejce.

13:30

Po  5  minutach  oczekiwania  i  wysłuchiwania  zapowiedzi,  jesteś  wkurzony  na  maxa.
Rozmawiasz z konsultantem. Pan podaje Ci numer serwisu Electrolux/AEG.

13:31

Dzwonisz. Okazuje się, że to główny numer do Electrolux Polska... Czytaj: stracisz kolejne
godziny  na  przebijanie  się  przez  stada  blondynek,  zostaniesz  uznany  za  nawiedzonego
staruszka i po 3 godzinach nadal nic nie załatwisz.

13:32

Ponownie dzwonisz do infolinii EURO/AGD. Jesteś 15 w kolejce.

13:45

Szlag Cie znowu trafia.

13:46

Łączysz się z konsultantem. Pani wysłuchuje tematu. Łączy się z koleżanką. Koleżanka nie

background image

wie, o co chodzi, nie wie również, dlaczego Cię do niej przełączono. Łączy Cię z kolegą.
Kolega  z  działu  sprzedaży  internetowej,  nie  ma  bladego  pojęcia,  dlaczego  Cię  do  niego
przełączono.  Zastanawiasz  się,  czy  aby  na  pewno  nie  kupowałeś  pralki
w internecie...Zaczynasz się zastanawiać, po jaką cholerę ją w ogóle kupiłeś?

13:51

Łaskawy  Pan  z  obsługi  internetowej,  łączy  Cię  z  konsultantką.  Tym  razem  nie  czekasz
w kolejce. O, łaskawcy!

13:51

Kompetentna konsultantka, prosi o 10 minut cierpliwości.

14:00

Konsultantka oddzwania na podany telefon. Przekazuje, że w ciągu godziny ktoś się pojawi,
żeby naprawić błąd.

14:12

Dzwoni serwisant na telefon komórkowy. Ustalenia telefoniczne. Okazuje się, że zapłaciłeś
tylko  za  wypoziomowanie  pralki  i  zdjęcie  blokad.  Oraz  oczywiście  wniesienie.
Oczywiście za podłączenie do wody już nie....

14:23

Próbujesz sie dodzwonić do serwisanta..... kicha...

14:25

Dzwonisz  do  Electrolux  Poland....  czyli  serwisu  polecanego  przez  EURO  AGD.  Minutę
słuchasz zapowiedzi i reklam...Nikt nie odbiera... Dzwonisz na drugi numer.

14:27

To  Biuro  Obsługi  Klienta  Electrolux  Poland.  Znów  minutka  słuchania  komunikatów.
Łączysz się. otrzymujesz telefon do serwisu w okolicznym mieście.

14:30

Próbujesz  ponownie  połączyć  sie  z  serwisantem  poleconym  przez  EURO  AGD.  No
answer....

14:32

Dzwonisz do serwisu poleconego przez Electrolux... ( a masz inne wyjście???). Pan mówi,
że „jest nowy”. Prosi żeby zadzwonić na drugi dzień o 17.... ale zgadza sie podać numer do
kolegi...  Nie  chce  chyba  dzwonić  do  kolejnego  kolegi...  I  do  jakichkolwiek  kolegów,
polecanych przez kolegów, Kolegów Serwisantów. Czacha Ci dymi i przypominasz sobie 8
pracę Asterixa...

background image

14:35

Próbujesz  ponownie  zadzwonić  do  serwisanta  EURO  AGD.  Serwisant  odbiera.
Dowiadujesz się, ze w zasadzie oni zrobili to, co mieli zrobić. Czytaj: przywieźli pralkę,
zdjęli blokady i finto. Reszta ich nie interesuje. Możesz sie zgłaszać do reklamacji. A jak
źle podłączysz pralkę i zalejesz sąsiadów to twoja sprawa. Czytaj: „Mamy cie w głębokim
poważaniu”. Cytując: „– Proszę sobie podłączyć zgodnie z instrukcją obsługi”.

15:00

Ryzyk-fizyk.  Po  podłączeniu  pralki,  okazało  się,  że  jest  wszystko  OK.  Nie  trzeba
zdejmować wewnętrznego zabezpieczenia w rurce doprowadzającej wodę. Tak po prostu
jest skonstruowane urządzenie. Wystarczyło o tym powiedzieć.

 

PS. Ciekaw jestem, jak szybka byłaby reakcja, gdybyś o 13:51 nie powiedział, że pralka

została źle podłączona, woda się leje na podłogę i zalewa sąsiadów. Czy wiecie ile wody
może się nalać przez godzinę?

background image

Cuda w Poczcie Polskiej

Doświadczenia prawdziwych cudów, należy zawsze uznać, jako prawdziwy Cud... Ostatnio
doświadczyłem cudu z Kany Galilejskiej, dzięki naszej kochanej Poczcie Polskiej.

Jeden  z  partnerów  biznesowych,  chcąc  wyrazić  swoje  podziękowanie,  przesłał  drogą

pocztową  butelkę  wódki.  Najprawdopodobniej  dlatego,  że  pijam  wino:)  Niemniej  fakt
pozostał  faktem.  Butelka  owinięta  w  folię  bąbelkową  i  umieszczona  w  niewielkim
kartoniku.  Jak  łatwo  się  domyśleć  –  trafiła  do  adresata  w  stanie  ewidentnie
wskazującym....

Po rozpakowaniu kartonika, znalazłem w środku potłuczoną butelkę, niczym niepachnące

resztki  oraz  oficjalne  pismo  Poczty  Polskiej  informujące  o  tragicznym  (sic!)  zdarzeniu,
w  którym  wspomniana  zawartość  miała  bliskie  spotkanie  (czterdziestego  stopnia?  )
z  innymi,  ciężkimi  paczkami.  Na  skutek  mizernego  zabezpieczenia,  całość  uległa
zniszczeniu,  czego  dowodem  są  mizerne  resztki  wódki  zalegające  wspomniany  kartonik.
Dwie strony opisu historii wraz z informacją, że zdarzenie dotyczy wódki „Finlandia”.

Dowcip  polega  na  tym,  że  owe  pozostałości  w  kartoniku  są  resztkami  wódki

„Wyborowa”....

Puenta:  jak  zapewne  niektórzy  pamiętają,  w  Kanie  Galilejskiej  mieliśmy  cud  zamiany

wody  w  wino,  na  dodatek  na  to  lepsze...:)  Poczta  Polska  dokonała  cudownej  zamiany
brandu  „Finlandia”  w  brand  „Wyborowa”,  co  niewątpliwie  powinno  znaleźć  swoje
miejsce w „Historii Cudów Marek Polskich”.

background image

Pomarańczowi Inteligentni Inaczej

Dzwoni  jakiś  Pan.  Zaczyna  klasycznie  słowotokiem:  „Dień​dobry​dzwonię​z​firmy​Orange​i​
chciałbym​Panu​zaproponować​naszą​najnowszą​usługę​nowych​taryf​telefoniocznych​dzięki​
którym” itd.

W czasie bezdechu konsultanta udało mi się wtrącić pytanie:

„Ale dlaczego?”

Na co uzyskałem odpowiedź

„Ponieważ​dzięki​temu​oszczędzi​Pan​wiele​pieniędzy​ponieważ​nasze​rozmowy​będą​tańsze...”

itd.

Przy kolejnym bezdechu, wtrąciłem ponownie:

„Ale po co?”

„Ta​nasza​usługa​nowych​taryf​telefonicznych​umożliwia​znaczne​oszczędności​przy​

prowadzeniu​rozmów...” itd.

Ponownie wstrzeliłem się w bezdech...

„Ale dlaczego?”

Odpowiedź:

„Ponieważ​dzięki​temu​oszczędzi​Pan​wiele​pieniędzy​ponieważ​nasze​rozmowy​będą​

tańsze.....” itd.

i kolejne...

„Ale po co?”

„Ta​nasza​usługa​nowych​taryf​telefonicznych​umożliwia​znaczne​oszczędności​przy​

prowadzeniu​rozmów...” itd...

Nasza urocza konwersacja z Pomarańczowym Konsultantem trwała około 5 minut.

Wydaje  się,  że  gdybym  nie  przerwał  tej  pętli  „Ale  dlaczego?  Ale  po  co?”  –  trwałaby

znacznie dłużej.

Zrozumiałem  już,  dlaczego  moja  walka  z  Pomarańczowymi  o  poprawę  zasięgu

w centrum kilkusettysięcznego miasta nie ma sensu. Po prostu są oni Nakręceni Inaczej. Nie
na myślenie, ale na odtwarzanie. Jestem atakowany ofertami – pomimo wycofania zgody na
przetwarzanie danych do celów marketingowych. Komuś się nie chce zajrzeć na zakładkę
w  CRM...  :)  Jako  klient  –  nieustannie  zbywany,  lekceważony,  traktowany  niepoważnie
i posiadający poważne zastrzeżenia do serwisu operatora. Ale głos pojedynczego abonenta
–  to  głos  wołającego  na  puszczy...  To  już  nawet  biblijne  przykłady  zajmowania  sie  jedną
zagubioną owieczką nie pomagają...

Dla Pomarańczowych – jestem cyfrą w statystyce. Rekordem w bazie danych. Z którym

komunikują  się  automaty  –  w  jedną  i  drugą  stronę.  Po  co  zatrudniać  armię  konsultantów?

background image

Kupcie Iwonę Ivo Software – wyjdzie taniej niż pensje ludzi, robiących to samo...

 

PS.  Polecam  Jerzy  Wittlin  „Dla  tych,  którzy  pierwszy  raz”  –  rozdział

o przemówieniach... I ściądze...

background image

Negocjacje z terrorystami

Parę rządów na świecie ma prostą zasadę – nie negocjować z terrorystami. Media pełne są
debat  i  polemik,  na  ile  jest  to  skuteczna  strategia  i  w  jakim  zakresie  wywołuje  lawinę
roszczeń.  Przykłady  somalijskich  pszczół,  kąsających  niedźwiedzie  transportujące  miód
przez jeden z głównych, leśnych traktów jest jednym z takich przykładów.

Marketer nie istnieje bez solidnego portfela dostawców. Każdy, kto kiedykolwiek miał

do  czynienia  z  marketing  services,  wie  co  to  oznacza.  Nawet  najmniejszy  projekt
marketingowy,  wymaga  precyzyjnej  koordynacji  –  ludzi,  zadań,  czasu.  Jest  specyficzną
układanką. Równaniem z wieloma niewiadomymi permutowanym przez wskaźnik chaosu:)
Tym  bardziej,  że  w  każdym  z  tych  zadań  tkwi  szczypta  ryzyka.  Spece  od  zarządzania
projektami wiedzą o tym doskonale.

Marketer  jest  przyzwyczajony  do  sytuacji  stałej  presji  dostawców.  Jeśli  odpowiada  za

pozyskanie zlecenia lub akceptuje budżet, ma jak w banku armię osób i firm gotowych na
każde  skinienie.  Cała  sztuka  polega  na  tym,  żeby  oddzielić  ziarno  od  plew.  Kiedy  już
z  wybranymi  firmami  czy  specami,  przejdzie  niejeden  front  marketingowy,  zrealizuje
kampanię,  event,  wyprodukuje  katalog  czy  potężną  firmową  rocznicę  –  budują  się
pierwiastki  zaufania.  Kiedyś  wcześniej  każdą  pracę,  realizowano  po  podpisaniu  umowy.
Określano  wszelkie  szczegóły,  a  całość  sprawdzała  jeszcze  kancelaria...(Oczekujący
Tygodniami  na  Opinię  Firmowych  Kancelarii  w  Sprawie  Banalnych  Umów  –  Łączcie
Się....)  Lub  kancelarie....  Po  paru  akcjach,  kiedy  „Pan  Dyrektor”  i  „Pan  Prezes”  są  już
„Stasiem” i „Jasiem”, elementy formalne mają znaczenie... formalne. Pewnie, że to ryzyko.
Ostatecznie podpisujemy umowy „na złe”, a nie „na dobre”.

Kiedy  dostawca  i  odbiorca  sobie  ufają,  potrafią  zrealizować  każde  zlecenie.  Nawet,

jeśli  zadanie  przekracza  możliwości  dostawcy,  to  jest  w  stanie  skoordynować  dobrze
projekt  outsourcingowo.  Tak  działają  agencje  reklamowe.  Ich  ulubionym  określeniem  jest
„małżeństwo z klientem”.

Efekt bywa taki, że jak to w małżeństwie... ani Ona, ani On nie dopuszczają na pół piędzi

ziemi  konkurencji.  Usługi  marketing  services  monopolizowane  są  przez  jedną  agencję.
Wygodne  dla  klienta?  Pewnie!  Tylko,  że  monogamia  w  wydaniu  firmowym  potrafi  słono
kosztować...  Niewątpliwie  ważnym  aspektem  są  też  zbudowane  relacje  interpersonalne.
Ekonomiczne  aspekty  projektów  marketingowych,  kiedy  Jaś  i  Staś  są  po  wielu  piwach,
paru urlopach i sporej ilości sesji na polu golfowym – przestają mieć znaczenie.

Ostatnia  historia  opisująca  medialno-bankowy  romans  jest  tego  przykładem.  W  ilu

firmach,  element  merytoryczny  szkoleń  szczególnie  miękkich  ma  większe  znaczenie  niż
znana  postać  (byłej  dziennikarki?  Prezentera?  Aktorki?  Piosenkarki?)?  Ile  firm  public
relations  zostało  założonych  wyłącznie  dlatego,  że  ktoś  ma  miłą  i  rozpoznawalną  buzię  (
ostatnio prorokowałem Fox PR :) – ciekawe czy trafię...)

background image

Obdarzając dostawcę zaufaniem, wchodzimy na wąską ścieżkę ryzyka. Wszak „Prezesa”

możemy pozwać do sądu za nierzetelne wykonanie umowy lub nieprzestrzeganie paragrafu
siedem  punktu  a.  Ale  z  Jasiem  to  jakoś  tak  głupio...  Nasza  „centralno  wschodnia  natura”
(lewa,  emocjonalna  połówka  kontra  prawa  mocno  kapitalistyczna)  zaczyna  walczyć
w takich sytuacjach.

Okazuje się jednak, że niektórzy dostawcy w pełni (lub pół-) świadomie budują relacje

oparte  na  zaufaniu,  żeby  za  chwilę  spróbować  to  wykorzystać.  Najczęstsze  praktyki  to
oferowanie  na  początku  dumpingowej  ceny  tylko  po  to,  aby  ją  dalej  systematycznie
podnosić  (uzasadniając  wzrostem  dziwnych  kosztów  lub  dobudowując  usługi,  które  albo
nie  są  potrzebne,  albo  kosztują  nieadekwatnie  do  wartości).  Niestety,  tak  zachowują  się
często  drukarnie,  firmy  informatyczne,  agencje  reklamowe  itp.  Taki  obraz  rzeczy,  o  ile  na
pewno jest mało etyczny, (jeśli powyższe jest elementem gry, a nie faktów) – o tyle stwarza
pole do negocjacji. Rozmawiać zawsze można...

Są  jednak  sytuacje,  w  których  dostawca  z  pełną  świadomością  wykorzystuje  fakt  np.

„deadline’u” projektu, aby zażądać wyższej stawki, dodatkowych roszczeń lub radykalnych
zmian  w  dotychczas  prowadzonym  sposobie  współpracy.  Jacek  Santorski,  w  swojej
wypowiedzi  telewizyjnej  sprzed  kilku  dni  określił  to  sformułowaniem  „atawizm  strachu,
przyciąga  atawizm  chciwości”.  Santorski  użył  sformułowania  w  kontekście  „świńskiej
grypy” i wykorzystywaniu tego faktu przez koncerny farmaceutyczne. Poza tym jest całkiem
sporo  zarejestrowanych  przypadków  działań  różnych  firm,  w  których  celowo  straszy  się
społeczeństwo  po  to,  aby  sprzedać  konkretny  produkt.  Ostatnio  takie  „straszenie  w  skali
mini”  widziałem  w  hotelu  w  Toruniu.  Przedstawiciel  jednej  z  rozlicznych  firm
sprzedających  pościel  za  odpowiednie  pieniądze  –  pokazywał  uczestniczącym  Paniom
(średnia wieku 75 lat) roztocze w pełnej krasie (olbrzymie zdjęcie w powiększeniu 1000x
bodajże...)  Efekt  piorunujący...  Handlowy  podobno  też...  Ktoś  powie  „znaleźli  haka  na
biedne staruszki”, ale to jest po prostu wciskanie kitu...

Kiedy teraz w sytuacji deadline’u, Jaś przychodzi do Stasia i mówi „albo zapłacisz mi

tyle a tyle, albo nie wykonam Ci określonej pracy” to atmosfera staje się taka, jakby ktoś
wylał  gnojówkę  na  stół,  podczas  miłego  i  eleganckiego  przyjęcia.  Nawet  nie  nerwowa,
ale... hm... specyficzna rzekłbym. Cóż pozostaje gospodarzowi? Sprzątnąć stół, przeprosić
gości  i  działać  dalej.  Kiedy  „dostawca-przyjaciel”  zamienia  się  w  „terrorystę”  pozostaje
zawsze jakichś niesmak.

W  takich  sytuacjach  odzywa  się  we  mnie  „natura  zmechola”.  Nie  negocjuję

z terrorystami. Odstrzeliwuję im łby.

background image

Kolejowe rewolucje

Kiedy  pociąg  ma  5  minut  opóźnienia,  ludzie  są  przyzwyczajeni.  15  minut  –  lekko
poirytowani.  Pół  godziny  –  wkurzeni.  Ale  gdy  jest  to  90  minut,  są  wkur...  [piip]  ni  na
maksa.  Czerwoni,  pospóźniani,  z  odlecianymi  samolotami  i  zawalonymi  randkami.
Uprzejma  obsługa  przeprasza.  Szczerze,  bez  napinania  się  i  automatyzmu.  Ludzka  twarz
PKP. Ale w tle biega Pani z wózkiem z napojami i kawą.

Ile kosztuje saszetka kawy rozpuszczalnej? Obsługa wózka? Jaki narzut na tej kawie ma

Wars?  Jaka  jest  cena  dla  klienta?  Czy  tak  wiele  kosztowałoby  zaproponować  każdemu
kawę / napój do wyboru for a free? Wszak to wyjątkowa sytuacja. Nie mamy środka zimy
i tory nie zwężyły się nagle, by ogrzać się we wspólnym przytuleniu.

Sztuka  marketingu  to  również  empatyczna  umiejętność  przewidywania  emocji  klientów

w  wyjątkowych  sytuacjach.  I  możliwość  podejmowania  szybkich  decyzji.  Za  drobne
rzeczy,  można  przepraszać.  Ale  są  sytuacje,  gdzie  dodatkowo  drobny  gest  (przyjemne
zaskoczenie) może zwrócić się z nawiązką.

 

Post Scriptum

Maszynista  PKP,  zapewne  złośliwie  za  ten  ostatni  wpis  (pewnie  jakiś  uczynny  mu

doniósł i poczytał sobie w komórce), zatrzymał pociąg tak, ze wyjście z ostatniego wagonu
było  bezpośrednio  na  tory.  Kolejnym  wagonem  był  Wars  (zamknięte  drzwi)  i  wyjście
dopiero  w  trzecim  wagonie.  Słuchać  dodatkowo  wk...  pasażerów,  którzy  otrzymali
„wisienkę na torcie” do 90 min opóźnienia – bezcenne. Dziękuję Ci PKP.

background image

Wtrąbieni w balon

LOT  wpadł  na  pomysł  promocji  pod  nazwą  „0  PLN  za  wystawienie  biletu”.  Takiej
promocyjnej  farsy  dawno  nie  było.  Poziom  abstrakcji  przewoźników  lotniczych  zaczyna
sięgać bruku. Dotyczy to nie tylko LOTu, ale również innych linii lotniczych. Tanich. Tyle,
że LOT nie jest lowcostem.

Tak,  żal  mi  konceptu  OLT  Express.  Za  każdym  razem,  gdy  chce  odwiedzić  szybko

Wrocław,  Kraków,  Katowice  czy  Rzeszów.  Mogę  nawet  codziennie  dać  na  mszę,  byle
w  końcu  na  polskim  niebie  pojawiła  się  linia  typu  Southwest  Airlines  –  zarabiająca
pieniądze na lokalnych i regionalnych przelotach, a nie bankrutująca po dwóch miesiącach.
Rano  wylot,  wieczorem  powrót.  Widziałem  pełne  samoloty  OLT  i  puste  samoloty  LOT.
Widocznie  drugiemu  opłaca  się  bardziej  wozić  powietrze,  kasować  paxów  jak  za  klasę
biznes i wozić za darmo (sic!) posłów. Ale nie o tym.

Internet  dał  społeczeństwu  genialną  zabawkę.  Zabawka  ta  nazywa  się  porównywarki

cenowe. Dzięki temu przestało się liczyć, kto jest wielki, mały czy wiarygodny – zaczęło
liczyć się, kto jest złotówkę tańszy i dzięki temu stoi wyżej w porównywarce. Zaczęło się
od  hoteli.  Przestały  wliczać  do  ceny  pokoju  –  śniadania.  Dzięki  temu  w  Booking.com  są
wyżej. Na szczęście na tym poprzestały, niwelując to free wifi. Ale nie wpadły na pomysł
dodatkowych  opłat  za  windy,  bagaże,  wystawienie  faktury  czy  wylegiwanie  się  w  lobby
barze. Za to linie lotnicze poleciały po całości.

Kupujesz  kurtkę.  Ma  fajną  cenę.  Przyglądasz  się  metce,  a  ona  wcześniej  kosztowała

więcej,  potem  mniej,  a  na  końcu...  najwięcej.  Na  dodatek  w  promocji  jest.  „Oszukali
mnie!”  –  myślisz.  „Ten  wstrętny  marketing  znowu  Cię  oszukał!”.  Otóż  nie.  „Poczułeś  się
oszukany”, a to nie to samo, co „bycie oszukanym”. Dlaczego? Sklep może zmieniać ceny
jak  chce  i  kiedy  chce.  To  jego  podstawowe  prawo  demokracji  handlowej.  Jeśli  państwo
nie  reguluje  cen  określonych  dóbr  i  usług,  za  kurtkę  możesz  chcieć  10,  100  czy  1000  zł.
I  zmieniać  tę  cenę  codziennie.  Nawet  co  godzinę.  Ale...  na  wrażenia  klienta  z  tak
prowadzonej  polityki  cenowej,  ma  to  konkretny  wpływ.  Jest  pewna  grupa  działań
rynkowych,  które  są  całkowicie  dopuszczalne  w  ramach  konkurowania  firm,  ale  przez
klientów bywają bardzo źle odbierane. Wspomniane zabiegi cenowe, są jednymi z nich.

Przewoźnicy lotniczy zaczęli kusić niskimi cenami, które „przy kasie” okazywały się już

nie tak niskie. Można przełknąć dodatkową opłatę za bagaż i przywozić hiszpańskie wino
do  Polski  jedynie  w  naturalnych  zbiornikach.  Potraktować  z  przymrużeniem  opłatę
paliwową.  Nawet  dodatkowe  koszty  bezpieczeństwa.  Ale  opłata  „za  wystawienie  biletu”
oraz za „kartę kredytową” jest trąbieniem klientów w balon.

Dlaczego?  W  pierwszym  przypadku  sprawa  jest  prosta.  Dostaję  e-ticket,  który  drukuję

na  własnej  drukarce.  Prostokątne,  niebieskie  bilety  lotnicze  z  kalką,  skończyły  się  lata
świetlne  temu.  Pobieranie  opłat  od  kilkudziesięciu  złotych  wzwyż,  za  realizację  procesu

background image

elektronicznego, nieomalże automatycznego, to naprawdę dodatkowe „koszenie” pasażera.
Jeśli  PKP  nie  pobiera  opłat  w  kasie  za  wydruk  biletu  wartego  kilka  złotych  (kartonik,
drukarka,  praca  człowieka,  system  komputerowy)  to,  dlaczego  LOT  nas  kosi,  gdy  bilet
kosztuje  kilkaset  złotych  i  sami  go  sobie  mamy  drukować?  E-ticket  był  kiedyś  bezpłatny.
O  aplikacjach  mobilnych  Lufthansy,  umożliwiającej  mi  wejście  na  pokład  wyłącznie
skanując kod z ekranu smartphona nie będę się nawet rozpisywał.

Opłata  za  płatność  kartą  to  drugi  haracz.  Nie  ma  bowiem  innej  możliwości  zapłaty

i  wielu  przewoźników  lotniczych  to  wykorzystuje.  Stawki  mogą  stanowić  czasem  nawet
30-50%  ceny  biletu.  Zrozumiałbym  zrównoważenie  prowizji  operatora  kart.  Ale  nie
w takich wysokościach. Oczywiście, nie muszę latać i nie muszę płacić. Ale w przypadku
lotów krajowych i regionalnych, brak konkurencji bywa uciążliwy. Wprawdzie przewoźnik
nie  oszukuje  mnie,  dodając  sobie  najróżniejsze  opłaty  do  swojej  oferty,  to  jednak  moje
wrażenie  jest  zupełnie  inne.  Nasz  stosunek  do  marki  budujemy  najpierw  emocjonalnie,
a potem racjonalnie.

Lubię LOT, tyle, że on robi wszystko w swojej mocy abym przestał.

background image

Hapenerzy

Lotnisko  Rębiechowo  w  Gdańsku.  Na  pustym  pasie  startowym  autobus  z  zasłoniętymi
szybami.  W  pewnej  odległości  las  kamer  z  wycelowanym  obiektywami.  Czarne  uniformy
antyterrorystów  mieszają  się  z  odblaskowymi  kamizelkami  policji  i  służb  ratowniczych.
Przekaz  na  żywo.  Kolejna  godzina  przetrzymywania  zakładników.  Nagle  na  czołowej
szybie  pojawia  się  napisana  odręcznie  kartka  papieru.  Wśród  tłumów  poruszenie.
Narastający trzask migawek.

„Jeśli  chcesz,  abyśmy  się  poddali  –  wyślij  SMS  na  numer  XXX.
Jeśli  chcesz,  aby  rozwalili  nas  antyterroryści  –  wyślij  SMS  na
numer YYY. Tylko 2 zł. + VAT. Wejdź na stronę http://www.napoj.pl
i delektuj sie naszym najnowszym smakiem”.

 

Kiedy czeka nas taki scenariusz?

Pewien spec z agencji reklamowej, wpadł na szatański pomysł nagrania na automatyczną

sekretarkę  komunikatu,  że  ktoś  nie  złożył  zeznania  podatkowego.  Rozpowszechnił  to  do
bodajże  10  tys.  osób.  Nagranie  po  dłuższej  chwili  milczenia,  kończyło  się  informacją
o „dowcipie”.

Producent  gry  komputerowej  „Medal  of  Honor”  w  trybie  multiplayer,  zakłada  pełny

realizm potyczek talibów i żołnierzy amerykańskich czy brytyjskich. Czy liczy na podobne
zainteresowanie medialne, jak w przypadku „Modern Warfare 2”? Gdzie w jednej ze scen
gracz uczestniczy w masakrze cywilów na moskiewskim lotnisku? (W Rosji wycofano grę
z dystrybucji i usunięto ten fragment).

Pewien  poseł,  który  w  opinii  niektórych  jest  megalomanem  pierwszej  klasy,  wysyła

radykalny  list  lub  publikuje  kontrowersyjny  wpis  na  blogu.  Do  czego  będą  zdolni  jemu
podobni,  aby  zamienić  anonimowy  obchód  sejmowego  stoliczka,  na  światło  studyjnych
lamp w prime time?

Kampania  promocyjna  miasta,  poprzez  pokazanie  męskiej,  gołej  d...,  wystrzeliwanie

w  powietrze  blondynki  tudzież  fruwanie  nad  miastem  w  motylich  skrzydłach,  próbuje
przebić się do medialnej świadomości. I udaje się. Czy jest to dowodem jej skuteczności?
Jaki jest cel tak skonstruowanej kampanii?

Czy  schemat  tworzenia  eventów,  tak  zabawnie  sportretowany  w  filmie  „Testosteron”

przekracza kolejne granice? Czy coraz częściej za zwróceniem uwagi społecznej, stać będą
happenerzy?

Nie ukrywam, że podziwiam zawsze akcje Greenpeace. Tutaj nie ma nic udawanego czy

sztucznego.  Często  owi  „happenerzy”  ryzykują  własnym  życiem.  Również  koordynatorzy
akcji  społecznych  np.  obrońcy  zwierząt,  odwołują  się  do  drastycznych  form

background image

happeningowych.  Niestety,  coraz  częściej  tylko  taka  forma  daje  im  prawdopodobieństwo
trafienia na „jedynki” czy pierwsze minuty serwisów informacyjnych.

Ale  co  z  akcjami  fałszującymi  rzeczywistość?  30  października  1930  r.  stacja  radiowa

CBS  nadała  słuchowisko  „Wojna  Światów”,  które  wywołało  popłoch  w  całych  Stanach
Zjednoczonych.  Kilkadziesiąt  lat  później  podobne  audycje  TV  wywołują  panikę
i  wściekłość  w  Gruzji.  Wcześniej  Belgię  zmrożono  przekazem  o  podziale  państwa.
O słynną wyprawę Prezydenta Gruzji i Prezydenta RP, nad rosyjską granice, do dziś toczą
się spory... Na ile zagrożenie było prawdziwe, a na ile był to po prostu spektakl urządzony
na cześć międzynarodowej opinii publicznej. Czy jutro czeka nas widowiskowy wypadek
Tira jednego z browarów, którego obrandowanie zostanie pokazane we wszystkich stacjach
informacyjnych?  Ponieważ  koszt  GRP  w  tym  przypadku  będzie  zdecydowanie  niższy  niż
typowej kampanii ATL? A relatywna oglądalność bloków reklamowych spada na łeb? Czy
niedługo  wymyślaniem  właśnie  takich  przedsięwzięć  chwalić  się  będą  agencje  PR  czy
agencje reklamowe typu full service?

Przedwczoraj  jedna  z  partii  politycznych  legitymizowała  wieczorny  marsz

z  pochodniami.  Nasunęło  mi  to  wydarzenie,  wiele  skojarzeń  z  Leni  Riefenstahl.
Filmowcem  o    ponadprzeciętnym  talencie.  Wizjonerką,  którą  faszyzm  wciągnął  w  swoje
propagandowe tryby. Pasjonatką, której obrazy stały się motorem dla mas, wyznacznikiem
medialnych widowisk. Czy była pierwszym, filmowym happenerem?

 

PS. Słowa „happener” użył Grzegorz Schetyna w „Kropce nad i” w kontekście Janusza

Palikota.

background image

Kochajmy starsze panie

Ubezpieczyciel. Największy w Polsce. Po rewolucyjnych zmianach. Proces naprawy szkód
auta  wymaga  osobistego  stawienia  się  w  oddziale.  Wiadomo.  Numer  buta,  sruta  i  lato
Muminków. Ale miło. Szybko i sympatycznie. Po wyjściu z oddziału i powrocie do domu
patrzę  na  dokumenty.  Pracownik  poświadczył  prawdziwość  danych  własnoręcznym
podpisem,  osobistą  pieczątką  i  datownikiem.  Ten  ostatni  ustawiony  na...  27  kwietnia
2012 r. Zonk.

Normalny  człowiek  macha  ręką  i  idzie  dalej.  Ale  nie  jestem  normalny.  Oczami

wyobraźni widzę setki umów, jakie owa starsza Pani zawarła w ostatnim czasie, datując je
złą  pieczątką.  A  nuż  pracę  straci.  Zawału  dostanie.  W  sieci  znajduję  telefon  oddziału.
Dzwonię. Trywialna rzecz, którą można załatwić w ciągu minuty.

Oczywiście,  że  nie  dodzwaniam  się  do  oddziału.  Marzenie.  W  celu  „usprawnienia

obsługi klienta” nastąpiła centralizacja przepływu informacji. Nie możesz się skontaktować
z oddziałem bezpośrednio. Klasyk. Chyba, że z tak zwanego buta. Konsultant stwierdza, że
nie  mam  możliwości  bezpośredniego  kontaktu  z  oddziałem.  Jeśli  mam  umowę  to  mam
z buta odwiedzić ponownie oddział i niech poprawią datownik. Ale ja nie mam umowy –
podkreślam.  Czynię  dobry  uczynek  miłej,  starszej  Pani,  pracownicy  owego  wielgachnego
ubezpieczyciela, żeby jej z roboty na pięć lat przed emeryturą nie zwolnili i wnuków nie
pozbawili  radości  obcowania  z  babcią.  Na  co  pracownik  uprzejmie  oświadcza,  że  jeśli
mam umowę to mam z buta odwiedzić ponownie oddział i niech poprawią datownik. Czyli
doszliśmy  do  klasycznego  schematu  rozmowy  na  infolinii  polegającego  na  schemacie  „on
nie sprząta, bo ona zrzędzi, a ona zrzędzi, bo on nie sprząta”. I tak w koło Macieju. Po paru
facepalmach,  unikaniu  porównań  do  Barei,  wyzbycia  się  sarkazmu  oraz  zaapelowania  do
człowieczeństwa,  uczuć  humanitarnych  i  ludzkich  odruchów,  konsultant  na  odwal  zgodził
się  przekazać  informację.  W  sumie  kończył  mu  się  przewidziany  czas  na  rozmowę,  czyli
jakoś ten brak schematyzmu puentować musiał.

Poprosiłem o personalia, zastrzegając, że sprawdzę czy przekazał informację. Nie wiem

czy  to  zrobię,  ale  niewątpliwie  zasiałem  odrobinę  niepewności.  A  może  potraktuje  mnie
jak wariata czy nawiedzonego staruszka.

Czy pracownicy infolinii są ludźmi? Bywa, że mam uzasadnione wątpliwości.

background image

Smakiem wzięty z półobrotu

Powalił mnie genialną mocą swojego aromatu. Jest niepokornym dzieckiem gron Trebbiano
lub  Lambrusco.  Wytwarzany  sie  od  średniowiecza  we  włoskim  regionie  Emila-Romagna.
Produkowany  chałupniczo,  na  światowe  stoły  trafił  dopiero  w  latach  osiemdziesiątych.
Jego  najszlachetniejsza  odmiana  leżakuje  minimum  12  lat.  Aby  wyprodukować  1  litr,
potrzeba  aż  145  kg  surowych  winogron.  Genialny  do  sałatek.  Zabójczy  dla  delikatnych
smaków. Ocet balsamiczny.

Zaproszony  przez  jednego  z  klientów,  na  elegancki  obiad  w  dobrej,  poznańskiej

restauracji,  odmówiłem  zjedzenia  świetnego  sushi.  A  o  wielkopolskiej  kuchni  słyszałem
wiele  pozytywnych  słów.  Trafiłem  do  restauracji  na  samym  rynku,  z  dość  długą  listą
międzynarodowych  pochlebstw  na  forsquare.  A  to  dość  rzadki  przypadek,  najczęściej
czytam komentarze, czego nie zamawiać. Spróbowałem zupy imbirowej, która okazała się
rewelacyjna  i  zamówiłem  tatara.  Kelner  przyniósł  talerz  oraz  przyprawy.  W  koszyczku
znajdowała  się  butelka  z  płynem  ciemnym  i  płynem  żółtawym.  Jakich  przypraw  można
spodziewać się do tatara? Do tej pory byłem stuprocentowo przekonany, że soli, pieprzu,
oliwy  i  płynnej  przyprawy  maggi.  Ten  ostatni  składnik  cenię  sobie  szczególnie,  może
z zamiłowania do lubczyku:) Niemniej, Julius Maggi, który w 1886 r. wprowadził na rynek
tę przyprawę, sumiennie zapracował na nazywanie „maggi” całej kategorii tych produktów.

Użyłem ciemnego płynu dość solidnie. Oczywiście po chwili przekonałem się, że jest to

opisany na początku słynny ocet balsamiczny. Spróbowałem wymieszać. I zjeść. Wydawało
mi  się,  że  się  da.  Ale  poległem.  Ta  genialna  przyprawa,  powaliła  mnie  cichaczem
z półobrotu.

Z  punktu  widzenia  relacji  klient-restauracja,  sytuacja  nadzwyczaj  dziwna.  Reklamacje

potraw mogą zasadniczo dotyczyć ich jakości. A jakość, sądząc ze smakowitego wyglądu
(na  początku)  była  bez  zarzutu.  Niemniej  to  sam  klient,  przez  nikogo  niezmuszany  ani
nienamawiany,  doprawił  sobie  solidnie  tę  potrawę.  Mógł  równie  dobrze  solidnie
przesolić.  Lub  przepieprzyć.  (W  ostatnim  słowie  pierwszego  „e”  na  „y”  proszę  nie
zmieniać).

Przemiły  kelner,  z  którym  do  tej  pory  sympatycznie  rozmawialiśmy  o  zupie  imbirowej,

zmienił  tembr  głosu.  Oczywiście  zaproponował  drugą  potrawę,  za  „zabonowaniem”  jej
dodatkowo. Przekonując również, że w tej restauracji do tatara podaje się wyłącznie oliwę
i  ocet  balsamiczny.  I  jest  to  standard  wszystkich,  poznańskich  restauracji.  Ba!  Na  pewno
jest  to  standard  wszystkich  restauracji  w  Polsce.  Przygarbiłem  się.  Poczułem  jak  ostatni
wieśniak  (bez  obrazy  dla  rolników).  Jak  mogłem  okazać  tak  prymitywne  i  podleśne
instynkty? Cała Polska, a może nawet świat, spożywa tatara z octem balsamicznym, a tylko
ja jeden żądam jakichś fanaberii. Poczułem się jakbym zamówił „modżajto”, a nie mojito.
Wymieszał 18-letnią whisky z coca-colą i wypił. Albo kupował „Przeminęło z wiadrem”.

background image

Kto zna „Pannę Nikt”, ten się domyśli. Innymi słowy. Dostałem z półobrotu poprawkę od
poznańskiego kelnera. Nawet koziołki się schowały.

Kelner  wyraził  zdziwienie,  że  nie  poczułem  zapachu  octu  w  zamkniętej  butelce,  na

świeżym  powietrzu.  Odwdzięczyłem  się  zaskoczeniem  braku  choćby  małego  napisu  na
butelce.  Zaproponowano  konwersację  z  kierownikiem.  Tu  jednak  zacząłem  kalkulować.
Ostatecznie  byłem  na  obiedzie.  Nie  dość,  że  eleganckim,  to  jeszcze  zaproszonym.  Owa
konwersacja mogła zamienić się w uprzejmą, acz zdecydowaną pyskówkę i przekonywanie
do  swoich  racji.  Ostatecznie  nie  chodzi  o  zdechłe  stado  much  w  zupie  z  pływającym
szczurzym  ogonem,  a  głupią  dolewkę  octu  do  potrawy,  dokonaną  indywidualnie  przez
samego klienta. Widocznie tak lubi. Ba! Tak przecież być musi! Cała Polska spożywa tak
podawanego tatara.

Rozważałem  zamówienie  drugiego.  Ostatecznie  byłem  głodny.  Prześladowały  mnie

obrazy  rewelacyjnego  sushi,  które  poświęciłem.  Ale  bądźmy  realnymi  gentelmanami.
Ostatecznie  konia  z  rzędem  temu,  kto  zgadnie,  co  kucharz  doda  do  potrawy  po  pyskówce
z kierownikiem restauracji. Nawet gdyby ów robił to na Twoich oczach. Oczywiście to nie
kwestia  wiary,  że  tak  na  pewno  nie  będzie.  Ale  podejrzliwości.  Ostatecznie  zagrożenie
może być fałszywe, strach jest zawsze prawdziwy. Po obejrzeniu filmu „Job, czyli ostatnia
taka komórka”, można mieć różne zastrzeżenia do naszej gastronomii :)

Literatura  i  praktyka  marketingu,  pełna  jest  najprzeróżniejszych  historii  dotyczących

standardu  świadczonych  usług.  Począwszy  od  tych  podstawowych,  skończywszy  na  tych
najbardziej  wyrafinowanych.  Zasada  jest  prosta  –  kluczem  jest  zbudowanie  dobrej,
osobowej  relacji  z  klientem.  Nawet,  jeśli  jest  jednorazowy.  Zawsze  może  wrócić.
Podzielić  się  swoimi  wrażeniami  w  mediach  społecznościowych  czy  napisać  notkę  na
blogu.  Sieć  pełna  jest  serwisów,  w  których  odwiedzający  lokale  gastronomiczne,  mogą
wyrażać swoje opinie. To zostaje. Sieć nie zapomina.

Warto, żeby właściciele restauracji brali pod uwagę zachowania kelnerów w sytuacjach

kryzysowych. Wymiana potrawy lub jakakolwiek rekompensata, nawet w przypadku błędu
klienta, może być dla restauracji o wiele bardziej korzystna. Przecież teraz pisałbym pean
na temat, jak doskonale rozwiązano problem. Skoro Magda Gessler robi rewolty w kuchni,
może zacząć robić rewolty w obsłudze klienta w restauracji? Czy to już czas kupić opony
Michelina?

Każda  usługa  to  dla  klienta  feeria  najprzeróżniejszych  wrażeń  i  emocji.  Liczy  się

wszystko, czasami pierwsze wrażenie. Dlatego właśnie pierwszym gestem jest keep smile.
Dlatego  mamy  uśmiechać  się  do  telefonu.  Prawdziwą  klasę  usługodawcy,  poznaje  się
w trakcie i po zakończeniu świadczenia usługi. Oraz w sytuacjach kryzysowych. Wystarczy
sobie przypomnieć, jak różnie zachowują się firmy, którym JUŻ zapłacono. A jak te, którym
JESZCZE nie zapłacono.

W restauracjach uśmiechają się prawie wszyscy kelnerzy. I prawie wszyscy są uprzejmi.

Przestaliśmy zwracać na to uwagę (przeczytaj „Fioletową Krowę” Setha Godina). Pewne

background image

zachowania są standardowe i traktujemy je, jak ceteris paribus. Jakość usług świadczonych
przez  firmę,  zaczynamy  postrzegać  w  kontekście  zachowania  w  sytuacji  kryzysowej  czy
umiejętności odpowiedniego rozwiązania problemu. Im bardziej wyrafinowane usługi, tym
umiejętność  eleganckiej  dyplomacji  i  pewnej  kurtuazji  są  elementami  absolutnie
niezbędnymi.  Gości  niepłacących  w  tanich  knajpach,  usuwa  się  głośno,  wyraźnie
i  z  przysłowiowym  brzdękiem.  To  bowiem  bezpłatna  reklama-ostrzeżenie.  Z  bardzo
drogich  knajp,  usuwa  się  takich  klientów  bezszelestnie,  delikatnie  i  z  klasą.  Tu  bowiem
podobne brewerie nie są mile widziane.

Opuściłem wspomniany przybytek bezszelestnie, głodny i nie niepokojąc nikogo swoimi

kulinarnymi  wątpliwościami.  Nazwy  restauracji  też  nie  napiszę.  Niech  wystarczy  Wam
informacja,  że  jest  to  podobno  miejsce  dla  wymagających  gości.  Stworzone  w  sercu
Wielkopolski,  miejsce  wyjątkowe  w  przestronnej  kamienicy  na  Rynku  Starego  Miasta
Poznania  gdzie  spotykają  się  historia  i  teraźniejszość  oraz  kryją  w  sobie  niepowtarzalny
browar, znakomitą restaurację i nastrojowy hotel.

 

PS. Rodzina stwierdziła, że kelner najprawdopodobniej pomylił zestawy i podał ten do

sałatek. Ta wersja wydaje mi się dość logiczna i prawdopodobna.

background image

Przewachlowany Słoń

Za  siedmioma  górami.  Za  siedmioma  rzekami.  Na  wielkiej
i niezmierzonej sawannie, żył sobie Słoń. Wszystko, co miał, było
jak słoń! Słoniową miał głowę i nogi słoniowe. I kły z prawdziwej
kości  słoniowej.  I  trąbę,  którą  wspaniale  kręcił.  Nazywał  się  ten
słoń...  Nieważne.  Ważne,  że  miał  Największe  Słoniowe  Uszy  na
świecie. Wachlował się tymi uszami dwadzieścia cztery godziny na
dobę.  W  dzień.  I  w  nocy.  W  niedzielę  i  święta.  A  nawet  w  Dzień
Wszystkich  Świętych.  Od  tego  nieustannego  wachlowania  uszami,
kładły  się  pokotem  trawy  sawanny.  Pochylały  drzewa.  Rzeki
występowały  z  brzegów.  I  chmury  się  stresowały,  że  słonka
zaSłonić  nie  mogą.  Zachwycone  owo  Słonko  prażyło  ile  wlezie.
Jednak nijak owo wachlowanie Słonia nie chłodziło. Ani w dzień,
ani w nocy. W końcu ów zdechł. Z przegrzania.

 

Moja  koleżanka  z  dużej  korporacji,  której  nazwę  strach  tu  przytaczać,  jest  w  niej

uznanym analitykiem. Wracała właśnie przez kilka miast europejskich z dalekiej podróży.
Z częstotliwością kilku razy dziennie, próbował się połączyć z nią ktoś z ukrytego telefonu.
Dziewczyna  była  zdziwiona,  bo  najczęściej  dzwonią  tak  banki,  ubezpieczyciele,
konkurencja, firmy windykacyjne i anonimowi wielbiciele dyszący do telefonu. A ona nie
miała  ani  kredytu,  ani  jakiegoś  ubezpieczenia,  ani  chęci  rozmowy  z  konkurencją  i  za
kablówkę  chyba  też  zapłaciła.  Na  molestowanie  seksualne  również  tym  razem  nie  miała
ochoty,  Telefon  odebrała  w  końcu  jej  koleżanka.  Dowiedziała  się,  że  ktoś  „dzwoni
z instytucji finansowej” i „koniecznie musi rozmawiać z właścicielem telefonu w sprawie
niecierpiącej zwłoki”.

Kiedy w końcu w domu rozpakowała walizki i walcząc z jetlagiem piła kolejną kawę –

odebrała  tajemniczy  telefon.  Na  który  ktoś  próbował  się  dobić,  dodam  –  kilka  razy
dziennie,  przez  ostatnie  kilka  dni,  zarówno  w  porach  porannych,  południowych  jak
i późnowieczornych.

Pan reprezentujący „instytucję finansową”, która okazała się Wielkim Bankiem najpierw

tradycyjnie zapytał o numer buta, wskaźnik rozstępów na biodrach, długość włosów u nóg
i  ilość  posiadanych  zwierząt  futerkowych.  Następnie  oznajmił,  że  rozmowa  będzie
nagrywana  i  przystąpił  do  rzeczy  (cytuję  bez  zbędnych  ozdobników,  które  dodatkowo
zajmowały upływający czas).

–  Mamy  dla  Pani  najlepszą  ofertę  na  świecie,  będzie  Pani
wypłacać ze wszystkich banków w Europie za darmo.
– Ale ja wypłacam ze wszystkich banków w Europie za darmo...

background image

– Aha... To mamy dla Pani najlepszą ofertę na świecie, będzie Pani
wypłacać ze wszystkich banków w Polsce za darmo.
– Ale ja wypłacam ze wszystkich banków w Polsce za darmo...
– Aha... To mamy dla Pani ofertę rewelacyjnych zniżek w tysiącach
sklepów w Polsce
– Mam tak małe potrzeby, że nie korzystam z takich ofert/
–  Aha...  To  mamy  dla  Pani  super  ofertę  oszczędzania  przy  każdej
transakcji.
– Ale już korzystam z tej oferty.
–  Aha...  Czy  ma  Pani  samochód?  Kiedy  wygasa  jego
ubezpieczenie?  Zadzwonimy  do  Pani  zaraz,  kiedy  będzie  umowa
blisko zakończenia i zaproponujemy świetną ofertę.
– Ale ja ubezpieczam auto w Państwa instytucji już od pięciu lat.
–  Aha...  No  to...  Do  widzenia  (czytaj:  ładnieście  nas  urządziły,
siostry).

 

Puenta:  Jeśli  planujesz  jakieś  procesy  biznesowe,  rób  to  z  głową.  Inaczej  zakończą  się

bezproduktywnym wachlowaniem uszami. Efekt? Zero. Koszty? 15 minut straconego czasu
klienta.  15  minut  straconego  czasu  telesprzedawcy.  Kto  za  to  zapłaci?  Oczywiście  klient,
w  kosztach  centrum  telemarketingowego.  Albo  akcjonariusz  czy  udziałowiec,  w  niższych
zyskach organizacji. Należy owe piętnaście minut pomnożyć przez liczbę bezproduktywnie
wykonanych  telefonów  i  jeszcze  raz  pomnożyć  przez  liczbę  telesprzedawców.
Bezsensownych  telefonów.  Telefonów  po  Próżnicy.  Jak  zwał,  tak  zwał.  I  dodać  do  tego
pieniądze  za  wymyślenie  owego  procesu,  niemającego  z  profesjonalnym  customer
relationship management wiele wspólnego.

background image

Sprzedałam się dla Ciebie

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANY POJEDYNCZY WPIS

W HISTORII MOJEGO BLOGA

(ponad 50 tys. razy)

 

W  kasie  siedzi  młoda  dziewczyna.  Niedziela.  Ma  zły  dzień.
W  domu.  W  pracy.  Dostała  opieprz  dziś  już  od  wszystkich
świętych. Po policzkach ciekną jej dwie, grube łzy. I jeszcze kazali
jej założyć tę kretyńską kamizelkę. Z napisem dla Ciebie stałam się
kasjerką.  Nie  da  się.  Musi  się  rozładować.  Inaczej  wybuchnie.
Właśnie  podchodzi  pierwszy  klient  z  wózkiem.  Wygląda  na
prawdziwego debila. Teraz sobie użyjemy!

 

Człowiek, którego zatrudniasz, nie musi kochać Twoich produktów czy usług. To, co dla

Ciebie jest dealem czy pasją życia, dla pracownika jest kolejną pracą. Jedną z wielu, które
może wykonywać w karierze. Twoi ludzie mogą nie pamiętać kiedyś, co robili dla Ciebie.
To, w jaki sposób ich traktujesz jako szef, będą pamiętali zawsze.

Kluczem  do  zrozumienia  tych  procesów,  jest  marketing  wewnętrzny.  Różni  specjaliści,

różnie na niego mówią. Spotykam marketing personalny, albo wewnętrzny PR. Bez względu
na  semantykę,  zawsze  chodzi  o  to  samo.  W  2001  r.,  czyli  11  lat  temu  prowadziłem  we
Wrocławiu 

prezentację pod nazwą Marketing Wewnętrzny, czyli siła personelu firmy

.

Użyłem tam metafory pestki z książki „Pestka” oraz filmu z Krystyną Jandą i Danielem

Olbrychskim.  Zbudowana  przenośnia  w  książce  i  filmie,  dotyczyła  przedstawienia  życia,
jako  owocu.  Przylatują  różne  ptaki  i  wydziobują  z  niego  najsmakowitsze  kąski.  Ale  pod
miękkim  miąższem  pozostaje  twarda  pestka  naszych  wartości  i  zasad.  Twarda  pestka  jest
schronem, kanwą i podstawą naszej wewnętrznej etyki. Istotą człowieczeństwa.

Jeśli w każdej firmie, istotą biznesu będzie oszukiwanie klientów z pełną świadomością.

Albo  celowe  wykorzystywanie  jego  niewiedzy  poprzez  gwiazdki  i  kruczki  w  umowach.
Jeśli  podstawową  formą  budowania  relacji  między  ludźmi  w  firmach,  będzie  wyścig
szczurów,  albo  korporacyjne  lizusostwo.  Jeśli  podstawowe  wartości  takie  jak  zaufanie,
lojalność, odpowiedzialność, wzajemny szacunek itp. będą łamane i będą niszczyć ludzką
pestkę  w  firmie,  to  jakichkolwiek  narzędzi  użyjemy  do  budowania  marketingu
wewnętrznego,  będzie  to  zawsze  nieskuteczne.  I  stanie  się  klasyczną  propagandą.  A  bez
skutecznego  marketingu  wewnętrznego,  nie  ma  skutecznego  marketingu  zewnętrznego.
Przykładowo: key accout manager nie będzie budował relacji tylko odstrzeliwał deale.

Wracając  do  młodej  kasjerki.  Wykonuje  jedną  z  najgorzej  opłacanych  prac  w  Polsce.

Niecieszącą  się  szczególną  estymą.  Jej  funkcja  w  firmie  nie  jest  również  specjalnie

background image

poważana. Jak by się czuła, mając oparcie dobrego kierownika? Świetnych koleżanek? Czy
musiałaby  zakładać  kamizelkę  z  groteskowym  napisem,  aby  być  zadowoloną  ze  swojej
pracy? I przenieść to zadowolenie na obsługiwanego klienta? Jak wielu nie rozumie prostej
zasady  –  niezadowolony  pracownik  zawsze  swoje  niezadowolenie  będzie  przenosił  na
klienta?

Ktoś  napisał:  Pracodawca,  który  to  wymyślił,  powinien  dostać  od  pracowników

koszulkę z napisem „Dla Ciebie stałem się idiotą”.

 

PS.  Z  dedykacją  i  podziękowaniem  studentom  Uniwersytetu  Gdańskiego,  z  którymi

miałem przyjemność podyskutować o etyce marketingu

===YlFm Um VV

background image

POJĘCIA

Ikspert

Ikspert (Xpert) – przeciwieństwo eksperta. Występuje często w tivi. Nie wie, co mówi, nie
wie,  do  kogo  i  z  jakim  skutkiem.  Nikt  nie  wie,  kim  jest,  skąd  jest  i  czyje  interesy
reprezentuje. Xperci rzadko są niezależni. Ci niezależni bywają mało ogarnięci.

Propaganda Markietanctwa

Traktowanie  dziedziny  marketingu,  jako  bezpośredniego  narzędzia  przeznaczonego
wyłącznie  do  wsparcia  sprzedaży  oraz  utrwalanie  stereotypów  o  „oszukańczej  roli
marketingu  wobec  społeczeństwa”  (słynne  „chwyty”  i  „tricki”).  Rolą  marketerów  jest
tworzenie wartości dla klientów i właścicieli, a nie realizacja zadań wyłącznego supportu
dla  sprzedaży.  Propagandę  markietanctwa  uprawiają  często  laicy,  którzy  poznali  kilka
technik  marketingowych  jednak  całkowicie  nie  rozumieją  zasad  ich  używania.  Czynią  to
również  często  ludzie  przypadkowi,  którzy  uważają  pracę  w  marketingu  za  lekką,  łatwą
i przyjemną oraz niewymagającą kompetencji „twardych”, a jedynie behawioralnych.

Psuj Rynkowy

Domorosły, wyszczekany „spec” od „pijarów, Internetów, marketingów, soszialów, fejsów,
tłytów  i  brendów”,  który  doi  z  budżetu  marketera  jak  wielbłąd  deszczówkę,  a  po  którym
trzeba  sprzątać,  poprawiać  i  reperować,  nie  wspominając  o  psychoterapii  zszokowanego
CMO.

(inspiracja od Marty Ch Nowak)

HAHEJ

Hałaśliwy Hejter. Nie rozumie wypowiedzi, ale odnosi się do niej agresywnie i wulgarnie.
(Zasada:  „nie  wiem,  ale  się  wypowiem”).  Atakuje  przede  wszystkim  personalnie,  a  nie
merytorycznie.  Grubianin,  który  delikatnie  zwróconą  uwagę,  zamieni  w  stek  wulgarnych
obelg w odpowiedzi. HAHEJA – spotkasz na fejsbuku, forach i listach dyskusyjnych. Nie
rozumie  haters  gonna  hate,  bo  jest  po  prostu  na  to  zbyt  prymitywny.  Przypomina  trolla

background image

wpuszczonego  do  muzeum  w  Luwrze.  Jedyną  skuteczną  receptą  na  HAHEJA  jest  jego
odstrzelenie.  Jakiekolwiek  próby  wychowania  go,  są  bezskuteczne.  Spróbuj  wychować
taboret.  Nazwę  skrajnej  i  szczególnej  odmiany  HAHEJA  uzyskasz  zamieniając  literę  „E”
w „U”.

Od Marketingu 1.0 do Marketingu 3.0

Marketing 1.0 to era nadrzewnych homoludów. Wszyscy siedzą na czubkach drzew, ukryci
między  liśćmi.  Kiedy  pojawia  się  pod  nim  klient,  wszyscy  rzucają  się,  aby  go  złupić,
oskubać a niektórzy jeszcze dopełniają temat baseballem...?

Marketing  2.0  to  era  uprzejmych  homoludów  opartych  o  drzewo.  Przesympatycznych,

wypachnionych, nastawionych na wysłuchanie przechodnia i skłonnych spełnić każdą jego
zachciankę.  Kiedy  pojawia  się  klient,  wszyscy  zgodnie  z  zasadą  win-win,  pragną  odejść
zadowolonymi. Jeśli klient ma problem z opłacaniem zachcianek, (z których 80% to wynik
perswazji  handlowej),  wszyscy  rzucają  się,  aby  go  złupić,  oskubać  a  niektórzy  jeszcze
dopełniają temat baseballem...

Marketing  3.0  to  era  rzesz  klientów  rzucających  się  na,  homoludów  aby  ich  złupić,

oskubać a niektórzy jeszcze dopełnić baseballem... Aby następnie uprzejmie przystąpić do
negocjacji win-win.

WSZELKIE  PODOBIEŃSTWA  DO  TEORII  MARKETING  3.0  SĄ  CZYSTYM

PRZYPADKIEM:))

TurboDymoMan

„Kura  wydziobała  sto  ziaren...”  –  ta  reklama  jest  wszędzie.  Strach  otworzyć  lodówkę.
Dowód niezłej jazdy i imprezy u kreatywnych w agencji. Za pieniądze oczywiście klienta.
Takich  „niezłych  jazd  i  imprez”  w  kampaniach  reklamowych  obserwuję  coraz  więcej.  Są
po prostu przygłupawe, naiwne, jakby były wynikiem snu szalonego wariata. Efektem jest
zniesmaczenie,  tysiące  ironicznych  komentarzy  w  sieci  i  uśmiech  politowania  ludzi
z branży. TurboDymoMan reklamowany produkt (usługa), która sugeruje totalne wydojenie
klienta  agencji,  z  jego  budżetu  reklamowego,  na  bezsensowną  akcję.  Nie  mylić
z  „TurboDynoManem”.  Zasada  jest  prosta  –  jak  nie  wiadomo,  o  co  chodzi,  to  chodzi
o prowizję agencji:)

Denerwujące chwyty i tricki

Po raz kolejny słyszę w TV sformułowanie „chwyt” marketingowy, „trick” marketingowy.

background image

Rzeczownik, który w swoim odniesieniu – jest deprecjonowany przez przymiotnik. Drażni
mnie to. Po prostu szlag mnie trafia.

„Przyspawanie”  słówka  „marketingowy”  buduje  negatywną  świadomość,  złe  postawy,

bezpośrednie skojarzenia marketingu z grą, manipulacją, oszustwem, naciągactwem. Tricki
mogą  być  karciane  albo  iluzjonistyczne.  „Chwyty”  najczęściej  zarezerwowane  są  dla
zapaśników czy judoków.

Dziś,  gdy  „marketing”  staje  się  pozytywnym  synonimem  rozwoju  firmy,  zarządzania

rynkiem,  poszukiwania  efektywnych  sposobów  budowania  relacji  z  klientem  (nie  mylić
z  programami  typu  konkurs...)  –  to  trickowanie  denerwuje.  Ukazuje,  jak  niewielki  jest
poziom  zrozumienia  istoty  marketingu  przez  ludzi  (nie  tylko  w  mediach).  Jak  wiele
potrzeba, by uświadomić? Kilkadziesiąt tysięcy ludzi kończy rocznie studia marketingowe.
Groteska.

Markietanka

„Markietanka”  to  zapożyczone  słowo,  oznaczające  piękną,  długonogą  blondynkę,
zatrudnioną  do  marketingu...  w  charakterze  ozdobnym,  której  głównym  zadaniem  jest...
wywieranie  wrażenia  :)  –  pojęcie  narodziło  się  na  jednej  z  list  dyskusyjnych  i  jest
przeciwieństwem określenia „marketer”.

Wyjaśnienie.  Doskonale  znam  słownikowe  znaczenie  słowa  „markietanka”.

„Markietanctwo”  jest  synonimem  niewiedzy  i  głupoty  w  komórkach  marketingu.  Przyczyn
jest wiele: niewiedza merytoryczna, całkowity brak empatii, gigantomania, wysoki poziom
arogancji  –  szczególnie  korporacyjnej,  zadufanie  ect.  „Markietanka”  w  pojęciu  zarówno
żeńskim jak i męskim – to osobnik nierozumiejący istoty rzeczy w marketingu. Nazywający
„marketingiem” rzeczy, mające z nim niewiele wspólnego, a jednocześnie uważający się za
„władcę  świata”  z  racji  np.  zajmowanego  stanowiska  w  firmie.  „Markietankami”  są
również  „panienki”  zatrudniane  do  komórek  marketingu  wyłącznie  z  powodu  ładnego
pysia,  długich  nóżek,  pupy  tudzież  innych  części  ciała.  Pełnią  w  firmie  funkcje  ozdobne
i reprezentacyjne, a nie merytoryczne.

Jeden  z  najgorszych  typów  markietanki  to  taka,  która  próbuje  łączyć  funkcję  ozdobne

z rolą „władcy świata”. Są zmorą profesjonalistów np. z branży marketing  services.  Ale
NAJGORSZYM  rodzajem  jest  ozdobna  markietanka  typu  „władca  świata”,  będąca
równocześnie córką​/​synem właściciela​/​właścicieli firmy:)

Piroman/Piromanka

Odpowiednik Markietanki w public relations.

background image

Redneck marketing (rMktg)

Marketing  „wsiowy”,  „buraczany”.  Pojęcie  narodziło  się  4  kwietnia  2007  r.  na  liście
dyskusyjnej  Internet  PR.  Wersję  angielską  zaproponował  Paweł  Ostrowski  (Magazyn
Europa).  Przykładem  rMktgu  były  strony  www  Play  –  z  pornograficznymi  i  erotycznymi
grami, tapetami do telefonów komórkowych czy tapetami. Jak wieść gminna niesie – strona
była  podrobiona.  Wszelkiej  maści  reklama,  która  jest  nieetyczna,  klasyfikowana  jest
często, jako komunikacja typu rMktg.

Królowiec

Manager, który otrzymał władzę w firmie w wyniku bliżej nieokreślonych, przypadkowych
czynników.  Czasami  „układów”  lub  koneksji  rodzinnych.  Osobnik,  któremu  natychmiast
uderza woda sodowa do głowy, ukrywający za maską arogancji i buty – własną niewiedzę
i  ułomność  kompetencyjną.  Klasyczny,  typowy  szkodnik,  niszczący  swoją  postawą
wrażliwą  siatkę  relacji  międzyludzkich.  „Królowiec”  uznaje  wyłącznie  własne  zdanie,
uważa się za nieomylnego i absolutnego władcę powierzonego mu „wycinka świata”.

===YlFm Um VV

background image

MARKETINGOWE PRAWA

KOTARBIŃSKIEGO

 

(Inspiracja Prawami Murphyego:)

© 2010–2013 Jacek Kotarbiński

kopiowanie dozwolone pod warunkiem podania źródła :)

 

1.

Ilość i konieczność znaczących modyfikacji w planie marketingu, jest
odwrotnie proporcjonalna do czasu pozostającego do prezentacji przed
zarządem firmy.

2.

Obsługa targowa konkurencji, obserwowana przez Twojego szefa, jest
zawsze bardziej profesjonalna od Twojej.

3.

Kiedy oddajesz folder do druku i zastanawiasz się czy nie ma tam jakichś
błędów – nie wierz w cuda – polegaj na nich!

4.

Prowizoryczne reklamy przydrożne
zawsze okazują się najtrwalsze.

5.

Uśmiechnij się!
Jutro czeka Cię więcej harówki!

6.

Ilość przydzielanych zadań marketingowych, rośnie wprost proporcjonalnie
do dni, jakie pozostają Ci do rozpoczęcia długiego urlopu.

7.

Urlop marketera powinien być zakończony tygodniowym okresem
dostosowawczym na ponowną, firmową aklimatyzację, przebrnięcie przez
tysiące wiadomości elektroniczne i dokopanie się przez papiery do czerni
biurka. („Dokopywanie się do czarnego” – buziaczek dla Marzeny T. :) Tej
od „psa, który kocha mimo wszystko” :)

8.

Zawsze, kiedy pozostaną Ci już drobne poprawki kosmetyczne
w prezentacji, pojawią się informacje, które rujnują wcześniejsze założenia.

9.

Prezesi nigdy nie interesują się analizami i studiami za 50tys. i więcej.
Wyborem firmowego długopisu, gadżetu oraz kształtem modyfikowanego
logo – zawsze.

Największym autorytetem marketingowym dla szefa, pozostaje jego żona,

background image

10.

matka lub kochanka. Później córka. W przypadku posiadania więcej niż 5
córek, decyzje podejmowane są przez aklamację.

11.

Kariera szefa marketingu w firmie zarządzanej przez właściciela
posiadającego 5 córek i więcej, nie przekracza 3 miesięcy. Wyjątek:
małżeństwo z najbrzydszą z nich.

12.

Im prostsza jest reklama do akceptacji,
tym szef ma więcej uwag.

13.

Firmy dzielą się na 3 grupy. Takie, które rozumieją marketing takie, którym
się wydaje, że go rozumieją i takie, które wydają ciężkie pieniądze na to,
żeby klientom wydawało się, że rozumieją.

14.

Jeśli Twój projekt marketingowy się nie uda, to niewątpliwie uda się
konkurencji.

15.

Upojny seks szaleńczo zakochanych. I seks z prostytutką. Tym różni się
prawdziwy program lojalnościowy od nachalnych prób zrobienia z klienta
idioty.

16.

Nie ma głupich marketerów.
Są tylko markietanki.

17.

Prawdziwy marketer to skarb. Trzeba go tylko wysoko wykopać. Najlepiej
do zarządu.

18.

Komunikacja szefa marketingu z główną księgową powinna być
realizowana zgodnie z zasadami budowania relacji obcych sobie
cywilizacji.

19.

Prawdziwy marketer nigdy nie dziwi się wymaganiom, jakie stawiane są mu
przez służby księgowe.

20.

Liczba zamawianych gadżetów nigdy nie będzie zadowalająca dla zespołów
handlowych.

21.

Cztery zjawiska blokują rozwój marketingu w firmie – ignorancja, głupota,
komitety marketingu oraz ludzie, którym się wydaje, że są guru marketingu.

22.

Długość nóg specjalistki ds. marketingu jest wprost proporcjonalna do
prawdopodobieństwa udziału w międzynarodowej konferencji.

23.

Dział Marketingu odporny na idiotów, zarządzany jest właśnie przez nich.

Zespół marketingu myślący na okrągło i kanciasty szef marketingu to

background image

24.

bezproduktywna mieszanka paszowa.

25.

Kanciasty zespół marketingu i myślący szef marketingu to tartak, który
słychać w całej firmie.

26.

Im bardzie drżą Ci ręce, tym większe prawdopodobieństwo, że prezentacja
nie odpali.

27.

Im lepszy pendrive, tym gorszy laptop, który dostaniesz do odpalenia
prezentacji.

28.

Na każdej prezentacji badań, znajdzie się detal,
który je podważy w całości.

29.

Twój klient nigdy nie wie,
czego chce.

30.

Im dłużej trwają bloki reklamowe w TV, tym podają większe wyniki
oglądalności.

31.

Im gorsze parametry produktu, tym agresywniej próbują go sprzedać.

32.

Ilość zastrzeżeń do pracy działu marketingu, rośnie wprost proporcjonalnie
do budżetu tego działu.

33.

W żadnym słowniku marketingu
nie istnieje słowo „niemożliwe”.

34.

Złorzeczenia, to jedyny język używany przez handlowców na spotkaniach
prowadzonych przez marketing.

35.

To, czego nie napisałeś w planie marketingu, będzie zawsze ważniejsze od
tego, co napisałeś.

36.

Im więcej stanowisk na wizytówce,
tym mniejszy zakres kompetencji.

37.

Wysokość faktury za opracowanie strategii marketingowej jest wprost
proporcjonalna do kilogramów dokumentacji.

38.

Dobry konkurent,
to zbankrutowany konkurent.

39.

Nic tak firmy nie rozkręca,
jak rosnąca konkurencja.

background image

40.

Z prawdziwą konkurencją można współpracować. Ze szmaciarzami nikt nie
chce nawet wyjść na boisko. Podłość i czarny PR trzeba tępić.

41.

Wartość zakupów usług marketingowych jest odwrotnie proporcjonalna do
ryzyka projektów.

42.

Im mniej rozumiesz z prezentacji agencji reklamowej, tym wyższą fakturę
dostaniesz.

43.

Każda agencja reklamowa z innego miasta, będzie bardziej fachowa od
lokalnej.

44.

Znane twarze, to „specjaliści od PR”.
Nieznane twarze, to „ludzie od propagandy”.

45.

Nie mów tego,
tylko napisz.

46.

Nawet najbardziej skomplikowaną strategię
przedstawiaj w 3 punktach.

47.

Im masz ciekawszy projekt,
tym większe bzdury napiszą w press releases.

48.

Ilość rozsyłanych megabajtów danych przez Twoje biuro prasowe, jest
wprost proporcjonalne do wkurzenia odbierających je dziennikarzy.

49.

Zespół marketingu dzieli się na 3 kategorie ludzi. Kwadratowych,
Okrągłych i Markietanki. Okrągli myślą w milczeniu. Kwadratowi ich
krytykują w milczeniu. Markietanki jazgoczą.

50.

Marketer, który myśli, może zachowywać się dziwacznie.
Wybaczcie mu.

===YlFm Um VV

background image

BLOG ROKU 2012

 

W piątkowy poranek obudziło mnie typowe popiskiwanie smartphona z powiadomieniem o oznaczeniach na

fejsie. Dowiadywałem się, co chwilę od przyjaciół i znajomych o wylądowaniu na jedynce Onet z Anną Muchą
w  roli  głównej  z  leadem  „to  silniejsze  ode  mnie!”.  Cokolwiek  zaistniało  między  nami  obojgiem  poprzedniego
wieczoru,  odkręcić  już  się  nie  dało.  Moja  żona  Joanna,  z  którą  jesteśmy  małżeństwem  od  23  lat,  wszelkie
tłumaczenia uznała za całkowicie zbędne:)

Jury  konkursu  Blog  Roku  2012,  postanowiło  nagrodzić  „Subiektywny  blog  o  sztuce  marketingu”  nagrodą

główną w kategorii „Profesjonalne i firmowe”. To dla mnie wyróżnienie przede wszystkim natury osobistej, tak
bardzo  jak  osobisty  jest  ten  blog.  Potwierdzam,  że  podczas  odbierania  nagrody  od  Artura  Kurasińskiego,  nie
chrzęściły deski sceny pod moim ciężarem, a rzeczywiście łamał mi się głos. To zdaje się coś z nagłośnieniem
było. Zdecydowaaanie.

Takie wydarzenia uświadamiają, że w pewnym momencie człowiek przestaje pisać do e-szuflady. Zaczyna

dostrzegać  siłę  swoich  Czytelników,  co  już  samo  w  sobie  wiąże  się  z  odpowiedzialnością,  regularnością,
pomysłem na notki czy starannością. To zawsze oznacza wyzwania.

Dziękuję  moim  Czytelnikom,  Fanom  i  Przyjaciołom  za  wiele  życzliwości,  gratulacji  i  życzeń.  To  zawsze

uskrzydla. Bez Waszego wsparcia i dobrego słowa trudno byłoby mi pisać.

Dziękuję jury konkursu i Arturowi Kurasińskiemu za to wyróżnienie.

Dziękuję  wszystkim,  którzy  wysyłali  SMS-y,  umożliwiające  wejście  do  finałowej  dziesiątki  blogów  oraz

udostępniali informację o moim udziale w konkursie. Przepraszam, jeżeli komuś moje działanie wydało się zbyt
natarczywe. Dziękuję konkurentom: blogowi Maltreting i blogowi Przedszkole nr 48 z Oddziałami Integracyjnymi
w Zabrzu – Ani Krzyżanowskiej i Beacie Kossowskiej. Wszyscy poznaliśmy się osobiście i oba blogi mają we
mnie  naprawdę  życzliwego  fana.  Kochane  Przedszkolaki!  Niespodzianka  już  do  Was  jedzie:)  Dziękuję

Za10groszy.pl

 za fajną przejażdżkę hummerem w doborowym towarzystwie.

Dziękuję Aleksandrze Łysik – koleżance – doktorantce, za jej wsparcie graficzne kampanii pluszaków.

Dziękuję siostrze astralnej Dorocie Z. za wsparcie duchowe:)

Dziękuję 

Onet.pl

 za organizację tego przedsięwzięcia i sprawną współpracę z wyjątkowym zespołem, w tym

Barbarze  Żbik  za  pomoc  podczas  gali.  Dziękuję  Miłoszowi  Gruszczyńskiemu  z  Grupy  Onet  za  dobrą
współpracę i uhonorowanie mini-kampanii reklamowej bloga.

Dziękuję Joannie, za jej pomoc, serce i życzliwość od 24 lat:) Dzięki Dominiko i Maćku:)

Jest również osoba, której chciałem podziękować szczególnie.

Wszelkie nagrody materialne, mają to do siebie, że albo się dewaluują, ulegają zębowi czasu albo z czasem

przestają  mieć  znaczenie.  To,  co  ma  największą  wartość  –  to  bezinteresowna  życzliwość  innego  człowieka
oraz  dostrzeżenie  Twojego  wysiłku.  Te  wydawałoby  się  drobne  gesty,  mają  w  rzeczywistości  największą
wartość.

Pani  Anna  Mucha  doceniła  mój  blog  w  sposób  szczególny.  Wyraziła  to  poprzez  przyznanie  osobistego

wyróżnienia  podczas  gali  Blog  Roku  2012.  Jestem  jej  niezmiernie  wdzięczny  za  to  uznanie,  a  otrzymane
buziaki traktuję w sposób wyjątkowy.

Dziękuję, Pani Aniu, za te szczególne słowa.

===YlFm Um VV


Document Outline