background image

 

 

 

J

ACK 

L

ONDON

 

 

 

 

 

 

 

S

ERCE KOBIETY

 

 

 

 

background image

 

Okryty  szronem  łeb  wilczura  wsunął  się  z  tęsknym  wyrazem  w  ślepiach,  unosząc  połę 

namiotu. 

-  A  pójdziesz  stąd,  Siwasz!  Szatańskie  plemię!  -  zaprotestował  chór  głosów  ze  środka. 

Settles trzepnął psa cynowym talerzem i łeb cofnął się czym prędzej. Louis Savoy umocował 

ponownie  płótno  zakrywające  wejście  i  kopnięciem  odsunąwszy  od  fajerki  patelnię,  począł 

grzać  ręce.  Na  dworze  był  tęgi  mróz.  Przed  dwoma  dniami  termometr  spirytusowy  pękł  na 

sześćdziesiątym  ósmym  stopniu  poniżej  zera,  od  tego  zaś  czasu  mróz  brał  coraz  silniejszy, 

coraz  bardziej  dokuczliwy.  Niepodobna  było  przewidzieć,  kiedy  wreszcie  mroźna  fala  się 

skończy.  Kiepskim  doprawdy  byłoby  pomysłem  przebywać  w  taką  porę  bez  wyraźnej 

potrzeby z dala od ciepłej izby i zwiększać ilość wdychanego lodowatego powietrza. Czasem 

waży się ktoś na podobne rzeczy, ale zazwyczaj odmraża przy tym płuca. Poczyna go trapić 

suchy, ostry kaszel, szczególnie silny gdy w pobliżu smaży się słonina. Następnego lata lub 

już na wiosnę ludzie rozmrażają ogniem ziemię, wykopują dół i składają zwłoki, okrywając je 

z wierzchu mchem. Wierzą święcie, że za sprawą mrozu nieboszczyk pozostanie tam cały i 

nienaruszony,  aż  do  chwili  zmartwychwstania  w  dniu  Sądu  Ostatecznego.  Sceptykom  nie 

wierzącym w fizyczne wskrzeszenie w owym wyrocznym dniu zalecić można Klondike jako 

wymarzony kraj do przekroczenia wrót śmierci. Co nie znaczy zresztą wcale, że nadaje się on 

do spędzania w nim życia. 

W  namiocie  nie  było  tak  zimno  jak  na  dworze,  ale  wcale  nie  za  ciepło.  Jedynym 

przedmiotem zasługującym na nazwę mebla był piecyk żelazny, do którego wszyscy lgnęli. 

Połowę  podłogi  przytrzaśnięto  gałązkami  choiny,  rozłożono  na  nich  futrzane  śpiwory,  pod 

spodem  zaś  leżał  śnieg.  W  pozostałej  części  śnieg,  udeptany  mokasynami,  zalegały  garnki, 

patelnie i inne przybory polarnego obozowiska. W rozżarzonym do czerwoności piecu ogień 

aż huczał, lecz już o trzy kroki od niego leżała bryła lodu tak sucha i kanciasta, jakby ją przed 

chwilą  wyrąbano  w  zamarzłym  łożysku  strumienia.  Mroźne  powietrze,  napierające  z 

zewnątrz, pędziło w górę całe ciepło namiotu. Tuż ponad piecem, tam gdzie rura przebijała 

płótno  pułapu,  widać  było  wyraźnie  trzy  koncentryczne  kręgi:  najmniejszy  suchy,  wilgotny 

silnie parujący i największy mokry, z którego kapała woda. Resztę pułapu i ściany powlekała 

półcalowa warstwa suchego, białego szronu migocącego jak kryształ. 

-  Och,  och,  och!  -  Młody  chłopak  leżący  na  podłodze  wśród  futer,  z  twarzą  wychudłą, 

mizerną i zarośniętą, wył we śnie z bólu coraz głośniej i coraz bardziej płaczliwie. Jego ciało, 

na pół wynurzone spod futer, drżało i miotało się niespokojnie, jakby spoczywało na łożu z 

pokrzyw. 

- Poobracajcie go! - rozkazał Settles. - Znów go chwyciły kurcze. 

background image

 

Pół tuzina usłużnych towarzyszy chwyciło chorego i zaczęło obracać, masować i trzepać 

bez miłosierdzia. 

- Przeklęty ten szlak! - mruknął młodzieniec, kiedy nareszcie zdołał wydobyć się z futer i 

usiąść. - Biegałem ile wlezie, grałem w obronie przez trzy sezony z rzędu i hartowałem się na 

wszystkie sposoby. Przybyłem w końcu do tego zatraconego kraju i oto okazuje się, że jestem 

jakimś zniewieściałym Ateńczykiem, bez krzty męskości. 

Podsunął się na łokciu do pieca i skręcił papierosa. 

- Ja nie narzekam, wiem, że to moja wina, ale wstyd mi po prostu za siebie. Po długich 

trzydziestu  milach  czuję  się  tak  połamany  i  wycieńczony  jak  mieszczuch  po  pięciomilowej 

wycieczce za miasto. Cholera mnie bierze! Zapałki macie? 

- Uspokój się, chłopcze! - Settles podał choremu zamiast zapałek rozżarzoną szczapkę i 

mówił dalej ojcowskim tonem: - Nie przejmuj się, wszyscy muszą przez to przejść. Do diabła, 

i  ja  przecież  pamiętam  moją  pierwszą  wyprawę.  Połamany  jesteś,  powiadasz?  Trzeba  było 

widzieć,  jakem  swego  czasu  dobre  dziesięć  minut  mordował  się,  by  wstać  i  rozprostować 

grzbiet po napiciu się wody z przerębli. Wszystkie stawy trzeszczą, a kości tak dokuczają, że 

można  oszaleć.  Co?  Kurcze?  W  takie  supły  mnie  kiedyś  pokręciły,  że  pół  dnia  cały  obóz 

musiał mnie rozplątywać. Jesteś jeszcze szczeniak, ale zuch chłopak. Poczekaj, od dziś za rok 

zapędzisz nas, starych, w kozi róg. Najważniejsze, że nie masz ,na sobie tłuszczu, który już 

niejednego tęgiego chłopa wyprawił przed czasem na łono Abrahama. 

- Tłuszczu? 

- A tak, właśnie. Grubasy gorzej znoszą trudy podróży. - Nigdy o tym nie słyszałem. 

-  Nie  słyszałeś?  Przecież  to  jasne.  Wielcy,  tędzy  ludzie  są  zdolni  do  jednorazowego 

potężnego wysiłku, ale wytrzymałości nie mają za grosz. Wytrzymałość nie idzie w parze z 

opasłością.  Tylko  nieduży,  żylasty  chłop  potrafi  wszystko  znieść  i  trzymać  się  czegoś  niby 

pies kości. Do stu piorunów, tęgi tego nie potrafi. 

-  Masz  słuszność  -  wtrącił  się  do  rozmowy  Louis  Savoy.  -  Znałem  jednego  chłopa 

krzepkiego jak byk. Wybrał się kiedyś nad Potok Siarczany z tym mikrusem Łonem McFane. 

Pamiętacie  Łona?  Malutki,  rudy  Irlandczyk,  zawsze  uśmiechnięty.  No  i  szli  tak,  szli  -  cały 

dzień i całą noc. Grubas osłabł i zaczął pokładać się na śniegu. Chudzielec kopie go  - a ten 

drze  się  jak  dziecko.  I  tak  przez  całą  drogę  Łon  kopał  i  kopał,  aż  go  wreszcie  dokopał  do 

mego  szałasu.  Trzy  dni  wylegiwał  się  pod  moją  derką.  Nigdy  nie  przypuszczałem,  że 

mężczyzna może być taką babą. Oto co robi z człowieka tłuszcz. 

- No, a jakże było z Akselem Gundersonem? - zapytał Prince. Potężna postać przybysza 

ze  Skandynawii  i  jego  tragiczna  śmierć  wywarły  swego  czasu  silne  wrażenie  na  młodym 

background image

 

inżynierze.  -  Teraz  leży  gdzieś  tam,  daleko...  -  Wyciągnął  rękę  w  nieokreślonym  kierunku 

tajemniczego wschodu. 

-  Był  to  najpotężniejszy  z  ludzi,  jacy  kiedykolwiek  wędrowali  ku  Słonej  Wodzie  i 

potrafili w pościgu zmęczyć łosia - dorzucił Bettles. - Ale on był wyjątkiem potwierdzającym 

zasadę. Pamiętacie jego żonę, Ungę? Sto dziesięć funtów żywej wagi, samo czyste mięso bez 

łuta  tłuszczu.  A  męstwem  przewyższała  go  jeszcze,  jeżeli  to  możliwe.  Gotowa  była  znieść 

wszelkie niewygody, troszcząc się tylko o męża. Wszystko zrobiłaby dla niego. 

- Kochała go - wtrącił znowu młody inżynier. 

- Nie o to chodzi. Po prostu... 

- Posłuchajcie, bracia - wmieszał się do rozmowy Charley Sitka, który siedział w kącie na 

skrzynce  z  żywnością.  -  Mówiliście  o  warstwie  tłuszczu  oplatającego  mięśnie  tęgich 

mężczyzn, o dzielności kobiet i miłości - słusznie mówiliście. Przypomniała mi się historia z 

czasów, gdy kraj ten był jeszcze młody, a ogniska ludzkie tak od siebie odległe jak gwiazdy 

na  niebie.  Los  chciał,  że  zetknąłem  się  wtedy  z  pewnym  dużym  opasłym  mężczyzną  -  iż 

kobietą.  Była  drobna,  lecz  serce  miała  większe  od  bawolego  serca  mężczyzny.  I  była 

naprawdę  dzielna.  Odbywaliśmy  ciężką  drogę  właśnie  ku  Słonej  Wodzie.  Nastały  ostre 

mrozy,  głębokie  śniegi  i  głód  okrutny.  Ale  miłość  tej  kobiety  była  miłością  ogromną  -  nie 

można tego inaczej wyrazić. 

Zamilkł na  chwilę i  toporem  odrąbał  parę kawałków lodu  z wielkiej  bryły leżącej  przy 

nim, po czym cisnął odłamki do stojącego na piecu naczynia do przemywania złota, gdzie lód 

tajał zamieniając się w wodę do picia. 

Towarzysze przysunęli się bliżej, a chłopak, którego chwytały kurcze, na próżno szukał 

wygodniejszej pozycji dla swego udręczonego ciała. 

- Bracia, skórę mam czerwoną, bo płynie we mnie krew Siwaszów, lecz serce moje jest 

białe. Po ojcach przejąłem w smutnym dziedzictwie jedno, od przyjaciół uzyskałem w darze 

drugie.  Kiedy  byłem  jeszcze  chłopcem,  objawiła  mi  się  wielka  prawda.  Zrozumiałem,  że 

świat należy do was i że Siwasze nie zwalczą nigdy białych, że skazani są na zagładę, tak jak 

giną od mrozu niedźwiedzie i  jelenie. Pragnąc ciepła zasiadłem  pośród was u ogniska i  oto 

stałem  się  jednym  z  was.  Dużo  widziałem  w  życiu.  Zaznałem  wielu  dziwnych  rzeczy  i 

natrudziłem  się  niemało,  przebywając  dalekie  szlaki  z  ludźmi  różnych  ras.  Dlatego  dzisiaj 

czyny mierzę waszą miarą, według was sądzę ludzi i po waszemu myślę. Toteż jeśli będę źle 

mówił o jakimś białym, nie weźmiecie mi tego za złe, kiedy zaś opowiem rzeczy wzniosłe o 

członku  plemienia  moich  ojców,  nie  pomyślicie  sobie:  “Charley  Sitka  pochodzi  sam  z 

plemienia Siwaszów, chytry płomień ma w oczach, a język jego nie zna honoru”. Czy nie tak? 

background image

 

Koło  słuchaczy  głuchym  pomrukiem  przytaknęło  mówcy.  -  Kobietę  zwano  Passuk. 

Nabyłem  ją  uczciwie  od  rodzinnego  jej  plemienia  Chilcat,  którego  totem  wznosi  się  na 

wybrzeżu  Słonej  Zatoki  wielkiego  morza.  Serce  moje  nie  rwało  się  ku  tej  kobiecie  i  nie 

zwracałem  uwagi  na  jej  urodę.  Rzadko  bowiem  odrywała  oczy  od  ziemi  i  była  nieśmiała  a 

trwożliwa,  jak  zwykle  dziewczęta  rzucone  w  ramiona  obcego  mężczyzny,  którego  nigdy 

przedtem  nie  widziały.  Jak  powiadam,  nie  miałem  w  sercu  swym  dla  niej  miejsca. 

Wybierałem się właśnie w wielką podróż i trzeba mi było kogoś, kto by na szlaku karmił psy i 

wraz ze mną pracował przy wiośle w czasie długich wędrówek po rzece. Jedna kołdra starczy 

na dwoje. Tak więc wybrałem Passuk. 

Trzeba wam wiedzieć, żem służył wówczas rządowi. Wzięto mnie tedy na pokład okrętu 

wojennego wraz z saniami, psami, żywnością w konserwach i kobietą Passuk. Udaliśmy się 

na północ, aż do zimowej granicy lodów na Morzu Beringa. Tam wylądowaliśmy - ja, Passuk 

i psy. Dostałem od rządu pieniądze, mapy krajów, po których nie stąpała jeszcze nci i ludzka, 

i pocztę. 

Przesyłki te opatrzone były rządową pieczęcią i starannie zabezpieczone przed wilgocią. 

Miałem dostarczyć je statkom wielorybniczym, więzionym przez lody na wielkiej Mackenzie. 

Największa to rzeka na. świecie, jeśli nie liczyć naszego Yukonu, matki rzek. 

Wszystko  to  zresztą  nie  jest  ważne,  gdyż  opowiadanie  moje  nie  dotyczy  ani  statków 

polujących  na  wieloryby,  ani  zimy  wśród  skał  lodowych,  którą  spędziłem  na  brzegu 

Mackenzie. Później, gdy miało się na wiosnę, a dni stały się dłuższe i cienka skorupa lodowa 

pokryła śnieg po odwilży, udaliśmy się na południe - Passuk i ja - ku dolinie Yukonu. Droga 

była  ciężka,  lecz  słońce  wskazywało  nam  kierunek.  Kraj  był  wtedy  jeszcze  odludny,  jak 

mówiłem.  Musieliśmy  płynąć  pod  prąd,  robiąc  wiosłem  i  drągiem,  aż  dobrnęliśmy  do 

Czterdziestej  Mili.  Miło  było  znów  ujrzeć  białe  twarze,  toteż  przybiliśmy  do  brzegu.  Zima 

była prawdziwie ciężka. Mróz i ciemności ogarnęły nas równocześnie, a wraz z nimi - głód. 

Agent placówki handlowej dawał po czterdzieści funtów mąki i dwadzieścia funtów słoniny 

na głowę. Fasoli nie było. 

Psy wyły bez przerwy. Ludzie mieli zapadłe brzuchy i twarze głęboko pokryte bruzdami. 

Silni słabli, słabi umierali. W dodatku szalał szkorbut. 

Pewnego  wieczoru  zebraliśmy  się  wszyscy  w  sklepiku,  gdzie  widok  pustych  półek 

jeszcze  mocniej  dawał  nam  odczuć  pustkę  w  żołądkach.  Rozmawialiśmy  cicho  przy  blasku 

ognia  na  kominie,  gdyż  świece  chowano  dla  tych,  którzy  doczekają  wiosny.  Narady 

skończyły  się  tym,  iż  ktoś  z  nas  musi  ruszyć  w  drogę  i  dotrzeć  nad  ocean,  żeby  dać  znać 

światu  o  naszym  rozpaczliwym  położeniu.  Wszystkie  oczy  zwróciły  się  ku  mnie,  gdyż 

background image

 

uważany byłem za doświadczonego podróżnika. “Do Misji Haines - rzekłem - która leży na 

brzegu morza, jest siedemset mil, a każdy cal  tej drogi  wymaga ciężkiej pracy na rakietach 

śnieżnych.  Dajcie  mi  najsilniejsze  psy  i  najlepszą  żywność,  to  pojadę.  A  ze  mną  pójdzie 

Passuk”. 

Zgodzili się. Nagle wstał niejaki Długi Jeff, Jankes, tęgi chłop o budowie siłacza. Mowa 

jego była chełpliwa. Oznajmił, że jest również wielkim wędrowcem stworzonym do szlaku i 

wykarmionym na bawolim mleku. Pójdzie razem ze mną i - gdybym padł w drodze - zaniesie 

sam  wiadomość  do  Misji.  Młody  byłem  i  nie  znałem  jeszcze  Jankesów.  Skądże  mogłem 

wiedzieć, że samochwalstwo jest oznaką słabości i że ci Jankesi, którzy naprawdę dokonują 

wielkich  czynów,  trzymają  język  za  zębami?  Tak  więc  zabraliśmy  najsilniejsze  psy  i  zapas 

żywności i ruszyliśmy we troje - Passuk, Długi Jeff i ja. 

Wy,  bracia,  wszyscyście  torowali  drogę  w  dziewiczym  śniegu,  posługiwaliście  się 

drągiem  sterowym  i  przedzieraliście  się  przez  koryta  rzek  zawalone  lodem.  Niewiele  więc 

mówić  będę  o  trudach  naszej  wędrówki.  Powiem  tylko,  że  czasem  robiliśmy  dziesięć  mil 

dziennie,  a  czasem  trzydzieści.  Przeważnie  jednak  dziesięć.  Owa  najlepsza  żywność  nie 

ratowała  nas,  gdyż  od  samego  początku  drogi  musieliśmy  oszczędzać  i  wydzielać  sobie 

porcje. W tych warunkach nie mogliśmy też zbyt wiele wymagać od doborowych psów, które 

z  trudem  utrzymywaliśmy  na  nogach.  Przy  Białej  Rzece  z  trojga  sań  ubyły  nam  jedne,  a 

uszliśmy  dopiero  dwieście  mil.  Ale  nic  się  nie  zmarnowało;  padłe  psy  napełniły  żołądki 

swych zdolnych jeszcze do pracy towarzyszy. 

Ani  smużki  dymu,  ani  ludzkiego  słowa,  dopóki  nie  dotarliśmy  do  Pelly.  Liczyłem,  że 

dostanę  tam  żywności  i  zostawię  Długiego  Jeffa,  który  jęczał  już  z  wycieńczenia.  Ale 

urzędnik  placówki  w  Pelly  miał  rzężenie  w  płucach,  chorobliwie  błyszczące  oczy  i  niemal 

doszczętnie  puste  składy;  pokazał  nam  też  równie  pustą  spiżarnię  misjonarza  i  jego  świeży 

grób przywalony kamieniami dla ochrony przed psami. Do Pelly schroniła się garstka Indian, 

lecz  dzieci  i  starców  już  wśród  nich  nie  było;  nie  ulegało  wątpliwości,  że  niewiele  z  ludzi 

doczeka wiosny. 

Ruszyliśmy  dalej  z  lekkim  żołądkiem  i  ciężkim  sercem,  a  pół  tysiąca  mil  śniegu  i 

milczenia dzieliło nas jeszcze od Misji Haines, która leży nad brzegiem morza. 

Był  to  okres  największych  ciemności;  nawet  w  południe  słońce  nie  rozświetlało 

widnokręgu.  Ale  zatorów  lodowych  było  mniej,  co  ułatwiło  nam  drogę;  gnałem  więc  psy 

ostro, od wczesnego ranka do późna w nocy. 

Jak  mówiłem  w  Czterdziestej  Mili,  każdy  krok  na  tym  szlaku  trzeba  było  torować  z 

największym wysiłkiem. 

background image

 

Od rakiet dostaliśmy na nogach ran, które zamiast się goić to pokrywały się strupami, to 

znów pękały. Z każdym dniem było gorzej, aż pewnego ranka przy zakładaniu rakiet Długi 

Jeff zapłakał z bólu jak dziecko. Kazałem mu torować drogę przed najlżejszymi saniami, on 

jednak  wciąż,  aby  uniknąć  bólu,  zdejmował  rakiety.  Mokasyny  Jeffa,  pogrążając  się  w 

nieubitym śniegu, zostawiały za sobą doły, w które potem zapadały się psy idące w zaprzęgu. 

Były tak chude i wymizerowane, że kości sterczały im przez skórę. Nie mogły iść po takim 

szlaku. Złajałem Jeffa ostro, on zaś obiecał poprawę, lecz nie dotrzymał słowa. Wobec tego 

dostał batem po grzbiecie, po czym psy już się więcej nie zapadały. 

Człowiek ten wskutek trudów podróży i otyłości zamienił się po prostu w dziecko. 

A  tymczasem  -  Passuk!  Gdy  mężczyzna  leżał  przy  ognisku  i  płakał,  kobieta  gotowała; 

nad  ranem  pomagała  zaprzęgać,  wieczorem  zaś  wyprzęgać  psy.  Jej  zawdzięczały,  że  tak 

długo utrzymały się przy życiu. Zawsze szła przodem, udeptując psom drogę. 

Passuk... jak by to rzec? Uważałem wówczas za rzecz naturalną, iż robi to wszystko, i nie 

zaprzątałem  sobie  tym  głowy.  Zajęty  byłem  innymi  sprawami,  a  zresztą  byłem  młody  i 

niewiele wiedziałem o kobietach. Dopiero później, patrząc wstecz, zrozumiałem. 

Jeff  był  już  zupełnie  do  niczego.  Psom  i  tak  brakło  sił,  lecz  on  stale  przysiadał  się  na 

sanie, ilekroć zdołał pozostać w tyle. Passuk wzięła jego sanie, wobec czego nie miał nic do 

roboty. Rano wydzielałem  mu  uczciwie porcję żywności  i  posyłałem go  naprzód. My zaś z 

kobietą  zajmowaliśmy  się  zwijaniem  obozu,  pakowaniem  sań  i  zaprzęganiem  psów.  W 

południe,  kiedy  słońce  z  nas  kpiło,  doganialiśmy  i  mijaliśmy  Długiego  Jeffa  ze  łzami 

zamarzniętymi  na  policzkach.  Wieczorem  urządzaliśmy  postój,  oddzielając  rzetelnie  porcję 

Jeffa i  rozkładając mu  legowisko z futer. Rozpalaliśmy też wielkie ognisko, żeby mógł  nas 

dostrzec  z  daleka.  Po  kilku  godzinach  dowlekał  się  do  nas,  jęcząc  zjadał  swój  przydział  i 

zasypiał.  Nie  był  chory.  Był  tylko  znużony,  wycieńczony  szlakiem  i  słaby  z  głodu.  Ale 

Passuk i ja byliśmy przecież równie znużeni, wycieńczeni i słabi, a mimo to spełnialiśmy całą 

pracę, on zaś żadnej. Zgubiła go niezawodnie warstwa tłuszczu, o której mówił Bettles. My 

jednak nadal dawaliśmy uczciwie Jeffowi jego porcję żywności. 

Pewnego dnia spotkaliśmy dwa widma  wędrujące przez krainę milczenia. Byli to  biali: 

mężczyzna  i  młodzieniec.  Lód  ruszył  na  jeziorze  Le  Barge  i  pochłonął  większą  część  ich 

dobytku. Teraz każdy z nich niósł tylko derkę na plecach. Nocami rozpalali ognisko i kulili 

się  przy  nim  do  rana.  Pozostało  im  jeszcze  trochę  mąki.  Mieszali  ją  z  gorącą  wodą  i  pili. 

Mężczyzna pokazał mi osiem kubków mąki; było to wszystko, co posiadali, mając przed sobą 

dwieście  mil  śnieżnego  szlaku  do  Pelly  nawiedzonego  śmiertelnym  głodem.  Mówili,  że  za 

background image

 

nimi idzie Indianin, ich towarzysz. Podobno dzielili się z nim uczciwie, lecz nie mógł za nimi 

nadążyć. Nie wierzyłem. Gdyby dzielili się uczciwie, Indianin nie zostałby w tyle. 

Żywności dać im nie mogłem. 

Próbowali  ukraść  najtłuściejszego  psa,  który  był  zresztą  i  tak  chudy  jak  szczapa,  ale 

zagroziłem im rewolwerem i kazałem iść precz. 

Odeszli jak pijani, kierując się poprzez ciszę śniegów ku Pelly. 

Miałem teraz jedne sanie i trzy psy - skóra i kości. 

Wiecie, że kiedy drzewa jest mało, ogień pali się źle, a w izbie zimno. Tak też było i z 

nami.  Głodnych  mróz  szarpał  ostrzej,  twarze  poczerniały  nam  do  tego  stopnia,  że  nie 

poznałaby  nas  rodzona  matka.  Nogi  dokuczały  nieznośnie.  Co  rano  wyruszając  w  drogę  i 

przypinając rakiety, z trudem powstrzymywałem okrzyk bólu. Passuk nigdy się nie skarżyła, 

szła naprzód i torowała drogę. Nasz Jankes wył bez przerwy. 

Na  rzece  Trzydziestej  Mili  wartki  prąd  powyrywał  w  niektórych  miejscach  pokrywę 

lodową, pełno więc było rozpadlin i wyrw, a nawet otwartej wody. Któregoś dnia Długi Jeff, 

który jak zawsze wcześniej opuścił miejsce postoju, zatrzymał się, by poczekać na nas przy 

jednym  z  takich  zalewów.  Pomiędzy  nim  a  nami  stała  otwarta  woda.  Jeff  przeszedł  po 

pasemku  otaczającego  lodu;  dla  sań  jednak  przejście  było  zbyt  wąskie.  Odszukaliśmy  więc 

przesmyk  dość  mocnego  jeszcze  lodu.  Passuk  ważyła  niewiele,  poszła  więc  pierwsza, 

trzymając  w  poprzek  drogi  długą  tykę  na  wypadek  załamania  się  lodu.  Ale  była  lekka  i 

rakiety  miała  szerokie,  toteż  przeszła  szczęśliwie,  po  czym  zaczęła  przywoływać  psy.  Te 

jednak  nie  miały  rakiet  ani  tyki,  powpadały  więc  natychmiast  i  porwał  je  nurt  rzeki. 

Trzymałem  sanie  mocno  tak  długo,  aż  rzemienie  popękały  i  psy  poszły  pod  lód.  Zwierzęta 

były chude, ale liczyłem, że dostarczą strawy na tydzień - cóż, kiedy przepadły. 

Następnego ranka rozdzieliłem resztkę żywności na trzy części. 

Oświadczyłem też Jeffowi, że może iść z nami lub osobno, jak uważa. Pójdziemy teraz 

szybko, gdyż nie mamy ładunku. Jeff zaczął narzekać na poranione nogi i inne dolegliwości, 

zarzucając  mi  niekoleżeńskie  postępowanie.  Nogi  Passuk  i  moje  były  jeszcze  gorzej 

poranione,  pracowaliśmy  bowiem  przy  psach,  a  wyglądaliśmy  -  pożal  się  Boże!  Długi  Jeff 

przysięgał,  że raczej  umrze, niż pójdzie dalej. Wobec tego Passuk  wzięła futrzaną derkę, ja 

zabrałem garnek i siekierę i mieliśmy już wyruszyć. Ale Passuk spojrzała na część żywności 

oddzieloną  dla  Jankesa  i  rzekła:  “Po  co  marnować  żywność  dla  niedołęgi?  Lepiej  niech 

umrze!” Potrząsnąłem  głową i  odparłem: “Nie, kto  raz był  kolegą, zostaje nim na zawsze”. 

Wtedy kobieta poczęła mówić o towarzyszach z Czterdziestej Mili. Było tam wiele dzielnych 

ludzi,  a  wszyscy  oczekiwali,  że  z  wiosną  dostarczę  im  żywności.  Sprzeciwiłem  się  jej 

background image

 

ponownie. Wówczas wyrwała mi pistolet zza pasa, a Długi Jeff przeniósł się przed czasem na 

łono Abrahama, jak to się wyraził nasz brat Bettles. Skarciłem za to Passuk, lecz nie okazała 

żalu ani się nie obraziła. Ja zaś w głębi duszy przyznawałem jej rację. 

Charley  Sitka  ucichł  i  dorzucił  parę  bryłek  lodu  do  naczynia  na  piecu.  Mężczyźni 

milczeli i zimny dreszcz przeszywał im plecy na dźwięk przejmującego wycia psów, które na 

dworze skarżyły się na swą nieszczęsną dolę. 

- Dzień po dniu mijaliśmy wraz z Passuk ślady śnieżnych legowisk obu widm wiedząc, 

że  i  my  zadowalać  się  będziemy  musieli  podobnymi  noclegami,  aż  do  chwili  dotarcia  do 

Słonej  Wody.  Wreszcie  napotkaliśmy  Indianina,  który  również  posuwał  się  jak  widmo  w 

stronę 

Pelly. Mówił, że tamci dwaj nie rozdzielili żywności sprawiedliwie, wobec czego już od 

trzech  dni  brak  mu  mąki.  Żywi  się  gotowanymi  strzępami  mokasynów.  Ale  z  mokasynów 

zostało  już  niewiele.  Indianin  pochodził  z  wybrzeża  i  mówił  tym  samym  co  Passuk 

narzeczem, wobec czego rozumiała jego opowiadanie. Nigdy nie był w dolinie Yukonu i nie 

znał doń drogi, lecz mimo to dążył w stronę Pelly. Jak to daleko? Dwa sny? Dziesięć? Sto? 

Nie  wiedział,  lecz  szedł  do  Pelly.  Za  daleko  byłoby  powracać.  Chcąc  nie  chcąc  musiał  iść 

naprzód. 

Nie prosił o żywność, bo wiedział, że i u nas było z nią krucho. Passuk spoglądała to na 

niego,  to  na  mnie  w  rozterce,  niby  kuropatwa,  której  małym  zagraża  niebezpieczeństwo. 

Powiedziałem więc do niej: “Z tym człowiekiem postąpiono nieuczciwie. Czy dać mu część 

naszych zapasów?” Oczy jej zalśniły od nagłej radości, lecz potem długo patrzała to na mnie, 

to  na  obcego,  aż  wreszcie  rzekła  z  zaciętym  i  stanowczym  wyrazem  twarzy:  “Nie.  Słona 

Woda  jeszcze  daleko,  a  śmierć  czyha  blisko.  Niech  lepiej  zabierze  obcego  człowieka,  a 

zostawi  przy  życiu  męża  mego  Charleya”.  Tak  więc  Indianin  odszedł  ku  Pelly  po  śnieżnej 

drodze.  Tej  nocy  Passuk  płakała.  Nigdy  dotychczas  nie  widziałem  Passuk  płaczącej.  I  nie 

dym był temu winien, bo drzewo było suche. Dziwiłem się więc temu smutkowi i myślałem, 

że jej serce kobiece zmiękło z bólu i wysiłku w tej mrocznej wędrówce. 

Dziwne jest życie. Myślałem o tym często, rozważałem długo: z każdym dniem jednak 

wydawało  się  dziwniejsze.  Skąd  bierze  się  w  nas  tak  silne  umiłowanie  życia?  Jest  ono 

przecież  grą,  w  której  żaden  człowiek  nie  wygrywa.  Żyć  -  to  pracować  ciężko  i  cierpieć 

dotkliwie, dopóki starość nie przygniecie człowieka na tyle, że ręce jego opadną bezwładnie 

na zimny popiół martwych ognisk. Trudno jest żyć. W bólu chwyta niemowlę pierwszy swój 

oddech,  w  bólu  oddaje  starzec  ostatnie  tchnienie,  a  wszystkie  dni  nasze  pełne  są  troski  i 

smutku. Lecz człowiek mimo to zdąża w otwarte ramiona śmierci, potykając się, padając, ale 

background image

 

spoglądając  wstecz  i  walcząc  do  końca!  A  przecież  Śmierć  jest  dobra.  Tylko  od  Życia 

doznajemy bólu. Kochamy jednak to Życie, a nienawidzimy Śmierci. Dziwne. 

Niewiele rozmawialiśmy z Passuk podczas naszej dalszej wędrówki. Nocami leżeliśmy w 

śniegu jak trupy, rankiem ruszaliśmy w drogę jak widma. Otaczała nas zupełna martwota. 

Nie spotykaliśmy pardw ani wiewórek, ani nawet królików - żadnej żywej istoty. Rzeka 

milczała  w  białych  okowach.  Soki  zastygły  w  drzewach.  Mróz  był  równie  silny  jak  w  tej 

chwili. Nocami gwiazdy przybliżały się do nas, skacząc i tańcząc po niebie. A w dzień drwiły 

z nas pozorne słońca, dwojąc i trojąc nam się w oczach. Powietrze  iskrzyło się i migotało, a 

śnieg  wyglądał  jak  pył  diamentowy.  Ani  ciepła,  ani  dźwięku  -  nic,  tylko  mróz  siarczysty  i 

milczenie.  Wędrując  jak  we  śnie,  zatraciliśmy  rachubę  czasu.  Tylko  oczy  zwracaliśmy  ku 

Słonej  Wodzie,  myśli  mieliśmy  pełne  Słonej  Wody  i  nogi  same  nas  ku  niej  wiodły. 

Obozowaliśmy koło Takheena, nie wiedząc, gdzie jesteśmy. Oczy nasze patrzyły na Białego 

Konia nie widząc  go. Stopy nasze stąpały po szreni  przełęczy  Kanion,  nie czując tego.  Nie 

odczuwaliśmy  nic.  Za  to  często  padaliśmy  na  drodze,  ale  nawet  padając  twarze  mieliśmy 

zwrócone ku Słonej Wodzie. 

Pozostała już tylko jedna porcja żywności, którą jak zawsze podzieliliśmy sprawiedliwie. 

Passuk  padała  coraz  częściej,  aż  przy  Jelenim  Rozstaju  siły  opuściły  ją  zupełnie.  Rankiem 

leżeliśmy  pod  wspólną  derką  nie  mając  już  zamiaru  iść  dalej.  Postanowiłem  zostać  tutaj  i 

powitać śmierć razem  z  Passuk; dojrzałem bowiem  na tyle, że pojąłem  wreszcie, czym  jest 

miłość  kobiety.  Ponadto  do  Misji  Haines  pozostawało  jeszcze  osiemdziesiąt  mil  drogi, 

pośrodku  której  wielki  Chilcoot  wznosił  swój  szczyt,  owiany  przez  burze,  wysoko  ponad 

granicę lasów. I oto Passuk poczęła mówić do mnie cichutko, ja zaś przysunąłem ucho tuż do 

jej warg, aby ją słyszeć. I teraz, kiedy nie bała się już mego gniewu, otworzyła przede mną 

duszę. Mówiła o swej miłości i o wielu rzeczach, których dotychczas nie rozumiałem. 

Rzekła  mi:  “tyś  moim  mężem,  Charley,  ja  zaś  byłam  ci  dobrą  żoną.  Dzień  po  dniu 

rozpalałam  ognisko,  gotowałam  dla  ciebie  strawę,  karmiłam  psy,  pracowałam  przy  wiośle, 

torowałam szlak. Nie skarżyłam się nigdy. Nie narzekałam, iż w szałasie mego ojca w Chilcat 

więcej było ciepła i więcej strawy. Kiedy mówiłeś - słuchałam. Kiedy rozkazywałeś - byłam 

ci posłuszna. Czyż nie było tak, Charley”. Odpowiedziałem: “Tak było”. 

Ona  zaś  ciągnęła  dalej:  “Kiedy  zjawiłeś  się  u  nas  w  Chilcat  i  nie  spojrzawszy  nawet, 

kupiłeś mnie jak psa, każąc iść za sobą, serce moje obruszyło się przeciw tobie, pełne trwogi i 

goryczy.  Wiele  wody  jednak  upłynęło  od  tego  czasu.  Potem  okazałeś  mi  dużo  dobroci, 

Charley,  jak  łaskawy  pan  wiernemu  psu.  Serce  twoje  pozostało  zimne  i  nie  było  w  nim 

miejsca dla mnie. Pomimo to odnosiłeś się do mnie sprawiedliwie, twoje postępowanie było 

background image

10 

 

uczciwe.  Widziałam,  jak  spełniałeś  śmiałe  czyny  i  podejmowałeś  wielkie  przedsięwzięcia. 

Porównywałam cię z mężczyznami innych plemion i zrozumiałam, że wyróżniasz się spośród 

nich  honorem,  mądrym  słowem  i  szczerą  mową.  Byłam  dumna  z  ciebie,  Z  każdym  dniem 

coraz  bardziej  wypełniałeś  moje  serce  i  brałeś  myśli  moje  w  niewolę.  Byłeś  dla  mnie  jako 

letnie  słońce,  którego  złoty  szlak  kręgiem  się  toczy  po  niebie  i  nigdy  zeń  nie  schodzi. 

Gdziekolwiek  padło  spojrzenie  moich  oczu,  spotykało  słońce.  Lecz  serce  twe  pozostało 

zimne, Cherley, i nie było w nim miejsca dla mnie”. 

Rzekłem:  “To  prawda.  Było  zimne  i  nie  miało  miejsca  dla  ciebie.  Ale  to  już  minęło. 

Teraz  serce  moje  jest  jak  śnieg  na  wiosnę,  kiedy  powraca  słońce.  Nastaje  wielka  odwilż  i 

roztopy,  wody  ruszają  z  szumem,  wszystko  pączkuje  i  zieleni  się;  pokrzykują  kuropatwy, 

nucą piegże i wszędzie rozlega się śpiew radosny. Bo oto prysły lody, Passuk, a ja pojąłem 

miłość kobiety...” 

Uśmiechnęła się lekko i dała mi znak, bym ją mocniej przytulił. Po chwili rzekła: “Jestem 

szczęśliwa”.  Potem  długi  czas  leżała  cicho,  oddychając  łagodnie  z  głową  na  mojej  piersi. 

Wreszcie szepnęła: “Tu szlak mój się kończy, jestem już zbyt zmęczona. Ale przedtem chcę 

ci  o  czymś  powiedzieć.  Kiedyś,  dawnymi  czasy,  kiedy  byłam  dziewczynką,  w  Chilcat, 

bawiłam  się  sama  wśród  stosów  futer  w  szałasie  mego  ojca.  Mężczyźni  poszli  na  łowy, 

kobiety zaś zajęte były wraz z chłopcami zwożeniem zdobyczy z lasu. Była wiosna. Zostałam 

zupełnie sama. Nagle wielki brunatny niedźwiedź, obudzony właśnie ze snu zimowego i tak 

wygłodzony, że futro na nim zwisało, wsunął łeb do szałasu i sapnął głośno. Brat mój właśnie 

w  tej  chwili  nadbiegł  z  pierwszymi  saniami  pełnymi  mięsa.  Zaczai  ciskać  w  napastnika 

głowniami z ogniska, psy zaś obskoczyły niedźwiedzia, tak jak stały, w uprzęży i z saniami. 

Rozgorzała  bitka  pełna  wrzawy.  Walczący  zwalili  się  na  ognisko,  porozrzucali  futra, 

przewrócili szałas. W końcu niedźwiedź padł trupem, trzymając w paszczy palce mego brata. 

Na  twarzy  chłopaka  pozostały  ślady  pazurów.  Czy  przyjrzałeś  się  Indianinowi  idącemu  do 

Pelly? Zauważyłeś rękawice bez wielkiego palca i tę dłoń, którą grzał przy naszym ognisku? 

To  był  mój  brat.  Rzekłam,  że  nie  należy  dawać  mu  żywności.  I  odszedł  głodny  w  krainę 

milczenia”. 

Oto,  bracia  moi,  miłość  kobiety  Passuk,  która  umarła  w  śniegach  Jeleniego  Rozstaju. 

Miłość jej była potężna, bo kazała poświęcić rodzonego brata dla mężczyzny, który prowadził 

ją ciężką drogą do gorzkiego końca. Miała w sobie miłość tak wielką, że w końcu poświęciła 

dla  niej  samą  siebie.  Zanim  oczy  Passuk  zamknęły  się  na  wieki,  ujęła  moją  rękę  i  wsunęła 

sobie  na  piersi,  pod  kaftan  z  wiewiórczych  skórek.  Dotknąłem  małego,  mocno  ubitego 

woreczka  i  zrozumiałem  nagle,  dlaczego  tak  z  sił  opada.  Dzień  po  dniu  dzieliliśmy  się 

background image

11 

 

sprawiedliwie  aż  do  ostatniego  okrucha.  I  codziennie  kobieta  jadła  tylko  pół  swojej  porcji, 

chowając resztę do owego woreczka. 

Powiedziała  jeszcze:  “Nadszedł  koniec  drogi  dla  Passuk,  lecz  twoja  droga,  Charley, 

biegnie dalej, poprzez wieki Chilcoot w dół aż ku Misji Haines i morzu; wiedzie dalej i dalej, 

pod światłem  wielu  słońc, poprzez obce kraje i  nieznane wody;  pełna jest  lat szczęśliwych, 

czci i wielkiej chwały; dąży ku chatom wielu kobiet, dobrych kobiet, lecz nie zaprowadzi cię 

nigdy do uczucia silniejszego nad miłość Passuk”. 

Wiedziałem,  że  mówi  prawdę.  Ogarnęło  mnie  szaleństwo;  rzuciłem  pękaty  woreczek, 

przysięgając, że i mój szlak dobiegł kresu i że przy niej zostanę. Ale przygasłe oczy kobiety 

wezbrały  łzami  i  wyszeptała:  “Pośród  mężczyzn  Charley  Sitka  odznaczał  się  zawsze 

honorem, a słowo jego nigdy nie zawodziło. Czyż zapomniał teraz o swej godności,  że traci 

czas  na  próżne  słowa  przy  Jelenim  Rozstaju?  Czy  nie  pamięta  już  Charley  o  ludziach  z 

Czterdziestej  Mili,  którzy  oddali  mu  najlepszą  żywność  i  najsilniejsze  psy?  Passuk  zawsze 

była dumna ze swego męża. Niechże więc Charley wstanie, przypnie rakiety i rusza naprzód, 

by Passuk mogła na zawsze zachować swoją dumę”. 

Kiedy ostygła mi w ramionach, wstałem, podniosłem woreczek z żywnością, przypiąłem 

rakiety  i  powlokłem  się  naprzód.  Słabość  ogarnęła  moje  kolana,  kręciło  mi  się  w  głowie, 

szumiało  w  uszach,  a  iskry  ogniste  latały  mi  przed  oczami.  Zapomniane  przeżycia  lat 

chłopięcych  zmartwychwstały  mi  nagle  w  pamięci.  Siedziałem  przy  uczcie  nad  pełną  misą, 

śpiewałem  pieśni  i  tańczyłem  pod  wtór  głosów  męskich  i  dziewczęcych,  pod  wtór  bicia  w 

bębny ze skóry morsa. Potem Passuk ujęła mnie za rękę i szła u mego boku. Gdy zasypiałem - 

budziła mnie, kiedy padałem - podnosiła. Jeżelim zbaczał w głęboki śnieg - prowadziła mnie 

z  powrotem  na  właściwą  drogę.  W  taki  to  sposób  -  obcując  ze  zjawami  niby  szaleniec  lub 

pijak - doszedłem wreszcie do Misji Haines nad brzegiem morza. 

Cherley  Sitka  rozsunął  szeroko  poły  namiotu.  Jasność  dnia  dochodziła  szczytu.  Na 

południowej stronie nieba, ważąc się tuż nad ledwie widoczną Przełęczą Hendersona, lśniło 

słońce jak tarcza lodowa. Po obu jego stronach pałały złudne słońca. Powietrze drgało niby 

pajęczyna  roziskrzonego  szronu.  Przed  namiotem,  koło  drogi,  wilczur  zjeżony  od  chłodu 

podniósł pysk ku niebu i wył żałośnie.