background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

Rozdział xx 

Diabelskie Maszyny 

Niczym automaty stworzone z drutu, 

Szczupłe szkieletów sylwetki 

Sunące niepostrzeżenie wolnym kadrylem, 

Wzięły się za ręce 

I tańczyły majestatycznie sarabanda; 

A ich Śmiech brzmiał echem cienkim i przeszywającym. 

 

- OSCAR WILDE, THE HARLOT’S HOUSE 

- Jest piękna - westchnął Henry 

Nocni  Łowcy  w  Londynie  -  pomijając  Magnusa  Bane'a  -  stali  luźnym  półkolem  w 

krypcie, patrząc na  jedną z gołych kamiennych ścian lub bardziej na coś, co się na niej 
pojawiło. 

Była to świecąca brama, która mierzyła około dziesięć stóp wysokości i być może pięć 

szerokości. Nie była wyrzeźbiona w kamieniu, ale raczej ukształtowana ze błyszczących 
run, splatających się ze sobą jak winorośl z okratowaniem. Runy nie pochodziły z Szarej 
Księgi - inaczej Gabriel by je rozpoznał, ale były też takie runy, których nigdy wcześniej 
nie  widział.  Przypominały  zupełnie  inny  język,  lecz  każda  była  piękna  i  wyraźna. 
Wysławiały  spokojną  pieśń  o  podróży  i  odległości,  o  wirującej,  mrocznej  przestrzeni  i 
drodze pomiędzy światami. 

Jarzyły się na zielono w ciemności, blado i kwasowo. W przestrzeni stworzonej przez 

runy ściana była niewidoczna - tylko ciemność, nieprzeniknienie jakby wielka mroczna 
otchłań. 

- To naprawdę niesamowite - powiedział Magnus 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

Wszyscy,  oprócz  czarownika,  byli  ubrani  w  swoje  stroje  bojowe  i  naszpikowani 

bronią  -  ulubiony  obosieczny  miecz  Gabriela  był  zawieszony  na  jego  plecach  i 
świerzbiało go, by zacisnąć swoje dłonie na jego rękojeści. Choć lubił łuk i strzały, to w 
sztuce  posługiwania  się  mieczem  był  uczony  przez  mistrza,  którego  mistrzem  był  sam 
Lichtenauer

1

  i  Gabriel  uważał,  że  posługiwanie  się  mieczem  to  jego  specjalność.  Poza 

tym, łuk i strzały są mniej użyteczną bronią przeciwko automatom niż broń, która może 
posiekać je na kawałki. 

-  Wszystko  dzięki  tobie,  Magnusie  -  rzekł  Henry.  Promieniował  blaskiem  -  lub, 

pomyślał Gabriel, mogły to być światła run odbijających się od jego twarzy. 

- Wcale nie – odpowiedział Magnus. - Gdyby nie twój geniusz, nigdy nie zostałoby to 

stworzone.  

-  Chociaż  cieszę  się  tą  wymianą  uprzejmości  –  wtrącił  się  Gabriel,  widząc,  że  Henry 

chciał odpowiedzieć - zostało parę kluczowych pytań dotyczących tego wynalazku.  

Henry popatrzył na niego obojętnym wzrokiem.  

- Na przykład jakie? 

- Wydaje mi się, Henry, że on pyta czy te... drzwi – zaczęła Charlotte. 

- Nazwaliśmy je Portalem - oznajmił Henry. Znaczenie tego słowa w jego głosie było 

wyraźnie słyszalne.  

- Czy on działa? - dokończyła Charlotte. - Wypróbowałeś go? 

Henry wyglądał na dotkniętego. 

- Cóż, nie. Nie było czasu, ale zapewniam cię, że nasze obliczenia są bez zarzutu. 

Wszyscy oprócz Henry’ego i Magnusa spojrzeli na Portal z nowym niepokojem.  

- Henry... - zaczęła Charlotte.  

- Cóż, myślę, że Henry i Magnus powinni pójść jako pierwsi - stwierdził Gabriel. - Oni 

wynaleźli tą cholerną rzecz. 

Wszyscy się na niego spojrzeli.  

- On jest jak zastępca Willa - powiedział Gideon, podnosząc brwi ku górze. - Mówią w 

podobnym stylu. 

- Nie jestem jak Will! - warknął Gabriel. 

- Mam nadzieję, że nie – odezwała się cicho Cecily.  

                                                           

1

 Mistrz szermierki z XIV wieku. 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

Był  ciekawy,  czy  ktokolwiek  ją  usłyszał.  Wyglądała  dziś  szczególnie  ładnie,  ale  nie 

miał pojęcia dlaczego. Była ubrana w ten sam kobiecy czarny strój bojowy, co Charlotte, 
jej włosy były spięte, a rubinowy naszyjnik, który miała na szyi, połyskiwał na jej szyi. 
Jednak  Gabriel  przypomniał  sobie  stanowczo,  że  myślenie  o  tym,  jak  ładna  była  Cecily 
nie  powinno  zaprzątać  jego  myśli,  kiedy  wszyscy  narażeni  byli  na  śmiertelne 
niebezpieczeństwo. Natychmiastowo nakazał sobie przestać. 

- Nie jestem podobny do Willa Herondale'a – powtórzył. 

- Jestem gotów, by przejść jako pierwszy - oznajmił Magnus z cierpiącą miną, jaką ma 

nauczyciel  w  klasie  pełnej  niewychowanych  uczniów.  -  Jest  kilka  rzeczy,  których 
potrzebuję. Mamy nadzieję, że Tessa tam będzie, być może także Will. Powinienem wziąć 
dodatkowy  strój  bojowy  i  dodatkową  broń.  Oczywiście  planuję  na  was  poczekać  po 
drugiej  stronie,  ale  jeśli  będą  tam  jakieś  niespodzianki,  to  lepiej  być  na  nie 
przygotowanym.  

Charlotte skinęła głową. 

-  Tak,  oczywiście.  -  Spojrzała  w  dół  na  chwilę.  -  Nie  mogę  uwierzyć,  że  nikt  nie 

przyszedł, by nas wesprzeć. Myślałam, że po moim liście co najmniej kilka... - Przerwała, 
przełykając ślinę i podniosła głowę. - Pozwól, że zawołam Sophie, by spakowała rzeczy, 
których  potrzebujesz,  Magnusie.  Ona,  Cyryl  i  Bridget  mają  do  nas  dołączyć  w 
najbliższym czasie.  

Zniknęła na schodach. Henry patrzył na nią z niepokojem.  

Gabriel nie mógł go winić. Oczywistym było, że dla Charlotte wielkim ciosem był fakt, 

że  nikt  nie  odpowiedział  na  jej  wezwanie  i  nie  przyszedł,  by  im  pomóc.  Ludzie  byli 
samolubni, a wiele z nich nie przepadało za tym, że na czele Instytutu stoi kobieta. Nie 
chcieli dla niej ryzykować. Raptem parę tygodni wcześniej mógłby to samo powiedzieć o 
sobie,  ale  teraz,  znając  Charlotte,  uświadomił  sobie  niespodziewanie,  że  pomysł 
narażenia  się  dla  niej  był  dla  niego  honorem,  tak  samo  jak  dla  większości  Anglików 
honorem byłoby narażanie się dla królowej.  

- W jaki sposób działa ten Portal? - zapytała Cecily, spokojnie spoglądając na świecącą 

bramę, tak jakby była obrazem wiszącym w galerii. Jej głowa przechyliła się na bok. 

- Przenosi cię z jednego miejsca na drugie, ale sztuczka polega na tym, że…. Cóż, jest to 

magia - powiedział Henry, ostatnie słowo wypowiadając trochę nerwowo.  

-  Musisz  wyobrazić  sobie  miejsce,  do  którego  masz  zamiar  się  przenieść  -  dodał 

Magnus. - Nie przeniesie cię do miejsca, w którym nigdy nie byłeś, którego nie jesteś w 
stanie  sobie  wyobrazić.  W  tym  przypadku,  by  przenieść  się  do  Cadair  Idris  będziemy 
potrzebować Cecily. Cecily, jak blisko Cadair Idris mogłabyś nas poprowadzić? 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

-  Na  sam  szczyt  -  stwierdziła  Cecily  pewnie.  -  Jest  parę  ścieżek,  które  mogą 

poprowadzić cię w góry, a ja wraz z moim ojcem przeszłam dwie z nich. Pamiętam ich 
szczyt.  

- Świetnie - rzekł Henry. – Cecily, staniesz przed Portalem i wyobrazisz sobie miejsce 

docelowe.  

- Ale ona nie pójdzie pierwsza, prawda? – zażądał odpowiedzi Gabriel. W chwili, kiedy 

słowa opuściły jego usta, był zaskoczony. Nie planował wymówić ich na głos. Ale cóż, jak 
się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. - To znaczy, ona z nas wszystkich jest tą, która 
najmniej trenowała, tak będzie bezpieczniej.  

-  Mogę  iść  pierwsza  -  oznajmiła  Cecily,  wyglądając  jakby  w  ogóle  nie  przejęła  się 

wsparciem ze strony Gabriela. - Nie widzę powodu dlaczego... 

-  Henry!  -  To  była  Charlotte,  która  pojawiła  się  u  podnóża  schodów.  Za  nią  stanęli 

również  pracownicy  Instytutu,  wszyscy  w  strojach  treningowych  -  Bridget  wyglądała 
jakby  szła  na  poranny  spacer,  Cyryl  był  zdeterminowany,  a  Sophie  dźwigała  dużą, 
skórzaną  torbę.  Za  nimi  pojawiło  się  jeszcze  trzech  mężczyzn.  Wszyscy  byli  wysocy, 
ubrani w czarne, pergaminowe szaty i poruszali się w ten sam osobliwy sposób.  

Cisi Bracia. 

W przeciwieństwie do innych Cichych Braci, których wcześniej widział Gabriel, ci byli 

uzbrojeni.  W  pasie  mieli  przewiązane  pasy  z  bronią.  Wisiały  tam  zakrzywione  noże, 
których rękojeści zostały wykonane z połyskującego adamasu. Był to ten sam materiał, z 
którego wykonywano stele i serafickie noże.  

Henry popatrzył ze zdziwieniem, potem z poczuciem winy. Pierw na Portal, a później 

na Cichych Braci. Jego lekko piegowata twarz zbladła. 

- Bracie Enochu – odezwał się. - Ja... 

 Uspokój się. Głos Cichego Brata zabrzmiał w jego głowie. Nie przyszliśmy tu po to, by 

cię  ostrzec  za  naruszenie  prawa,  Henry  Branwellu,  przybyliśmy  tu,  by  walczyć  razem  z 
wami.  

- Walczyć razem z nami? - Gideon wyglądał na zdumionego. - Ale przecież Cisi Bracia 

nie... to znaczy, oni nie są wojownikami… 

To  błędne  myślenie.  Byliśmy  Nocnymi  Łowcami  i  nimi  pozostajemy,  nawet  jeśli 

zmieniamy  się  w  Cichych  Braci.  Zostaliśmy  założeni  przez  samego  Jonathana  Nocnego 
Łowcę. Może i żyjemy według przepisów, ale możemy zginąć od miecza, jeśli tylko takiego 
wyboru dokonamy.
 

Charlotte promieniała.  

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

-  Dowiedzieli  się  o  mojej  wiadomości  -  wyznała.  -  Przyszli  Brat  Enoch,  Brat  Micah  i 

Brat Zachariasz. 

Dwóch braci stojących za Bratem Enochem miało pochylone głowy. Stali w milczeniu. 

Gabriel  próbował  zwalczyć  dreszcze  przechodzące  przez  jego  ciało.  Zawsze  uważał,  że 
Cisi  Bracia  są  straszni,  pomimo  tego,  iż  wiedział,  że  są  nieodłączną  częścią  w  życiu 
Nocnych Łowców.  

- Brat Enoch powiedział mi również, dlaczego nikt inny nie przybył, by wesprzeć nas 

w walce - dodała Charlotte, a uśmiech zniknął z jej twarzy. - Konsul Wayland zwołał dziś 
rano  posiedzenie  Rady,  choć  nikt  z  nas  nie  został  o  tym  poinformowany.  Obecność  na 
posiedzeniu Rady jest obowiązkowa dla wszystkich Nocnych Łowców.  

Henry wypuścił z sykiem oddech przez zęby. 

-  To  z-zły  człowiek  –  dokończył,  spoglądając  szybko  na  Cecily,  która  przewróciła 

swoimi oczami. - O czym mówiono na posiedzeniu Rady? 

- O tym, by wymienić głowę Instytutu w Londynie, czyli nas - powiedziała Charlotte. - 

Nadal  wierzy  w  to,  że  Mortmain  zaatakuje  Londyn  i  potrzeba  silnego  przywódcy,  by  
odeprzeć ataki mechanicznej armii.  

- Pani Branwell! - Sophie prawie upuściła torbę przekazując ją Magnusowi. - Nie mogą 

tego zrobić!  

- Och, oni wiele mogą  uczynić - rzekła Charlotte i rozejrzała się, patrząc każdemu w 

twarz, po czym uniosła podbródek. W tym momencie, pomimo jej niewielkiego wzrostu 
wydawała  się  Gabrielowi  wyższa  od  Konsula.  -  Wiedzieliśmy,  że  to  może  się  stać  - 
powiedziała. - To się nie liczy. Jesteśmy Nocnymi Łowcami i naszym obowiązkiem wobec 
samych siebie jest bronić tego, co uważamy za słuszne. Wierzymy Willowi i wierzymy w 
Willa,  a  skoro  wiara  poniosła  nas  tak  daleko,  to  zaniesie  nas  jeszcze  dalej.  Anioł  nad 
nami czuwa i zwyciężymy.  

Wszyscy byli cicho. Gabriel popatrzył po ich twarzach. Byli zdeterminowani. Wszyscy, 

a nawet Magnus, wydawali się nieporuszeni i pełni szacunku. 

- Pani Branwell – odezwał się w końcu. - Jeśli Konsul Wayland w ciebie nie wierzy, to 

znaczy, że jest głupcem.  

Charlotte popatrzyła w jego stronę. 

-  Dziękuję  -  odparła.  -  Ale  nie  powinniśmy  marnować  więcej  czasu.  Musimy  iść  i  to 

szybko. Nie możemy już dłużej czekać.  

Henry spojrzał przez chwilę na żonę, a później popatrzył na Cecily.  

- Czy jesteś gotowa?  

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

Siostra  Willa  skinęła  głową  i  ruszyła  w  kierunku  Portalu.  Światło  płynące  od  run 

rzucało cień na jej zdeterminowaną twarz.  

-  Wyobraź  sobie  -  powiedział  Magnus.  –  Myśl  o  tym,  tak  bardzo  jak  to  możliwe,  że 

stoisz i patrzysz ze szczytu góry Cadair Idris.  

Cecily  zacisnęła  ręce  w  pasie  i  zaczęła.  Portal  zaczął  się  poruszać,  a  runy  tętniły  i 

zmieniały  się.  Ciemność  w  bramie  zniknęła.  Nagle  Gabriel  nie  patrzył  na  cień.  Widział 
krajobraz,  który  został  namalowany  wewnątrz  Portalu.  Zielone  góry  o  kształcie  łuku 
oraz jezioro niebieskie i głębokie jak niebo.  

Cecily  wciągnęła  powietrze.  Nieoczekiwanie  zrobiła  krok  do  przodu  i  zniknęła, 

przechodząc  przez  bramę.  Widok  był  podobny  do  wymazywanego  szkicu.  Najpierw  jej 
ręka zniknęła w Portalu, następnie ramiona, a później jej ciało.  

I już jej nie było. 

Charlotte krzyknęła: 

- Henry! 

Gabriel  słyszał  szum  w  uszach.  Mógł  usłyszeć,  jak  Henry  pociesza  Charlotte,  że  tak 

właśnie  działa  Portal  i  nie  stało  się  nic  nieprzewidzianego,  ale  wszystko  to  było  jak 
piosenka  w połowie słyszana  z innego pokoju, słowa  i rytm bez znaczenia. Wszystkim, 
co wiedział, było to, że Cecily, odważniejsza od nich wszystkich, przeszła przez nieznane 
drzwi i zniknęła. I on nie mógł pozwolić jej odejść samotnie.  

Ruszył  do  przodu.  Słyszał  swojego  brata,  wołającego  jego  imię,  ale  zignorował  go. 

Odpychając Gideona, przeszedł przez Portal.  

Przez  moment  nie  widział  nic  innego  jak  tylko  ciemność.  Chwilę  później  wydawało 

mu się jakby wielka ręka sięgnęła po niego w ciemności, wyrwała go i wciągnęła w wir. 

Wieka sala Rady była pełna krzyczących ludzi. 

Na podeście, który umieszczony był na środku Sali, stał Konsul Waylad, wpatrując się 

w rozkrzyczany tłum, a jego wzrok wskazywał na to, że był wściekły. Jego ciemne oczy 
przeczesywały  Nocnych  Łowców  zgromadzonych  przed  nim:  Geogre  Penhallow  został 
unieruchomiony,  krzycząc  na  Sorę  Kaidou  z  Instututu  w  Tokio,  Vijay  Malhotra  wbijał 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

palce  w  klatkę  piersiową  Japheth  Pangborn, która  rzadko  opuszczała  swoją  posiadłość 
na  wsi  w  Idrisie  i  teraz  była  czerwona  jak  pomidor  przez  to  całe  zdarzenie.  Dwóch 
członków rodziny Blackwell zapędziło w róg Amalie Morgenstern, która przeklinała na 
nich po niemiecku. Aloysius Starkweather, cały w czerni, stał przy jednej z drewnianych 
ław.  Jego  żylaste  ramiona  były  prawie  zagięte  wokół  uszu,  kiedy  patrzył  do  górę  w 
stronę mównicy swoimi bystrymi starymi oczami.  

Inkwizytor  stojący  obok  Konsula  Waylanda  uderzył  drewnianą  laską  w  podłogę  tak 

mocno, że prawie roztrzaskał deski położone na niej.  

- WYSTARCZY! - ryknął. - Wszyscy macie być cicho i to natychmiast! Siadać!  

Szmer zszokowania przebiegł rzez zgromadzony tłum. Usiedli, co było zaskoczeniem 

dla  Konsula.  Nie  w  ciszy,  ale  usiedli  -  wszyscy  którzy  znajdowali  się  w  pomieszczeniu. 
Sala  była  wypełniona  po  brzegi.  Rzadko  zdarzało  się,  by  tak  wielu  Nocnych  Łowców 
zasiadało  na  jednym  spotkaniu.  Byli  tu  reprezentanci  z  wszystkich  Instytutów  -  Nowy 
Jork,  Bangkok,  Genewa,  Bombaj,  Kioto,  Buenos  Aires.  Tylko  Nocni  Łowcy  z  Londynu, 
Charlotte Branwell i jej współmieszkańcy byli nieobecni.  

Jedynie  Aloysius  Starkweather  wciąż  stał.  Jego  poszarpany  płaszcz  powiewał  wokół 

niego jak kurze skrzydełka.  

-  Gdzie  jest  Charlotte  Branwell?  -  zażądał.  -  Z  wiadomości,  którą  wysłaliście, 

zrozumieć  można  było,  że  mieliśmy  się  tu  zjawić,  by  wyjaśnić  treść  jej  wiadomości  do 
Rady.  

- Wyjaśnię zawartość jej wiadomości - rzekł Konsul przez zaciśnięte zęby. 

- Lepiej byłoby to usłyszeć od niej - odparł Malahotra. Jego ciemne oczy rozjaśniły się, 

kiedy zwrócił wzrok na Inkwizytora z Konsula i z powrotem.. 

Inkwizytor Whitelaw wyglądał tak jakby ostatnio miał bezsenne noce, jego usta były 

mocno zaciśnięte.  

-  Charlotte  Branwell  jest  przewrażliwiona  -  oznajmił  Konsul.  -  Biorę  pełną 

odpowiedzialność  za  wszystko,  ponieważ  to  ja  umieściłem  ją  na  czele  londyńskiego 
Instytutu.  To  było  coś,  co  nigdy  nie  powinno  mieć  miejsca.  Została  ona  zwolniona  ze 
swojej pozycji.  

-  Miałem  okazję  spotkać  się  i  porozmawiać  z  panią  Branwell  -  powiedział 

Starkweather ze swoim akcentem prosto z Yorkshire. - Nie wyglądała, jak ktoś, kto daje 
się łatwo ponieść emocjom. 

Wyglądając,  jakby  przypomniał  sobie,  dlaczego  był  tak  zadowolony,  kiedy 

Starkweather  przestał uczestniczyć w posiedzeniach Rady, Konsul powiedział mocno: 

- Ona jest na swój sposób wrażliwa i wierzę w to, że stała się… skryta.  

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

Gwar  i  zamieszanie.  Inkwizytor  spojrzał  z  obrzydzeniem  na  Waylanda.  Konsul 

spiorunował  go  wzrokiem.  Było  oczywiste,  że  ta  dwójka  się  kłóciła:  Konsul  był 
przepełniony gniewem, spojrzenie jakie posłał Inkwizytorowi w zamian za zdradę. Było 
również oczywiste że Whithelaw nie zgadzał się  z ani jednym słowem Konsula.  

Kobieta podniosła się na nogi spod zatłoczonych ławek. Białe włosy miała upięte na 

czubku  głowy  i  poruszała  się  z  władczą  manierą.  Konsul  wyglądał  tak,  jakby  jęczał 
wewnętrznie. Callida Fairchild, ciotka  Charlotte Branwell.  

-  Jeżeli  sugerujesz,  że  moja  siostrzenica  podejmuje  decyzje  histerycznie  i 

nierozsądnie,  ponieważ  dźwiga  nowe  pokolenie  Nocnych  Łowców,  radzę  Konsulu, 
przemyśleć to jeszcze raz – odezwała się chłodnym tonem. 

Konsul zazgrzytał zębami. 

-  Nie  ma  dowodów,  że  zeznanie  Charlotte  Branwell  w  sprawie  Mortmaina  i  jego 

pobytu  w  Walii  jest  dla  nich  prawdziwe  –  rzekł.  -  To  wszystko  wynika  z  raportów 
Williama  Herondale'a.  Jest  on  jednak  tylko  chłopcem  i  do  tego  nagannie 
nieodpowiedzialnym.  Wszystkie  dowody,  włączając  dzienniki  Benedykta  Lightwooda, 
wskazują na zamiar ataku na Londyn i to właśnie tam musimy skierować nasze siły. 

Przez  salę  przeszedł  gwar.  W  koło  powtarzano  słowa  "atak  na  Londyn".  Amalia 

Morgenstern  wachlowała  się  koronkową  chusteczką,  podczas  gdy  Lilian  Highsmith 
wyglądała  na zachwyconą, gładząc palcami rękojeść sztyletu  wystającego z nadgarstka 
rękawicy. 

- To dowód - warknęła Callida. - Słowo mojej siostrzenicy jest dowodem... 

Nastało  kolejne  poruszenie,  gdy  podniosła  się  młoda  kobieta.  Miała  na  sobie 

jasnozieloną  sukienkę  i  wyzywający  wyraz  twarzy.  Gdy  Konsul  widział  ją  po  raz 
pierwszy,  płakała  w  tej  samej  sali  obrad,  domagając  się  sprawiedliwości.  Tatiana 
Blackthorn, z domu Lightwood. 

-  Konsul  jest  po  stronie  Charlotte  Branwell!  -  wykrzyknęła.  -  Charlotte  Branwell  i 

William Herondale są sprawcami śmierci mojego męża! 

-  Ach  tak?  -  Głos  Inkwizytora  Whitelawa  ociekał  sarkazmem.  -  Kto  dokładnie  zabił 

pani męża? Czy to Will? 

Słychać było pomruk zdziwienia. Tatiana wyglądała na oburzoną. 

- To nie była wina mojego ojca... 

-  Wprost  przeciwnie  -  wtrącił  Inkwizytor.  -  Choć  było  to  ukrywane  przed  wiedzą 

publiczną,  zmusza  mnie  pani  do  ujawnienia  prawdy,  pani  Blackthorn.  Rozpoczęliśmy 
dochodzenie w sprawie śmierci pani męża i ustalono, że wina leżała po stronie pani ojca. 
Bardzo ciężka wina. Gdyby pani bracia, jak i William Herondale oraz Charlotte Branwell, 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

spośród  członków  Instytutu  Londyńskiego,  nie  zareagowali,  nazwisko  Lightwood 
zostałoby  wykreślone  z  listy  Nocnych  Łowców,  a  pani  żyłaby  jako  opuszczona 
Przyziemna przez resztę swoich dni. 

Tatiana zaczerwieniła się i zacisnęła pięści. 

-  William  Herondale...  On  proponował  mi  rzeczy  niewypowiedzianie  obelżywe  dla 

kobiety... 

- Nie widzę z związku, jaki ma ta sprawa z obecnym tematem - powiedział Inkwizytor. 

- Można być grubiańskim prywatnie, ale słusznym w większych sprawach. 

- Zabrałeś nam dom! - zapiszczała Tatiana. - Jestem zmuszona polegać na szczodrości 

rodziny mojego męża jak jakiś głodujący żebrak... 

Oczy Inkwizytora błyszczały niczym kamienie w jego pierścieniach. 

- Pani dom został skonfiskowany, a nie skradziony, pani Blackthorn.  Przeszukaliśmy 

dom  rodzinny  Lightwoodów  –  kontynuował,  unosząc  ręce.  –  Był  pełnym  dowodów 
kontaktów  starszego  pana  Lightwooda  z  Mortmainem.  Dzienniki  opisują  ten  ohydny  i 
podły czyn. Konsul cytuje te dzienniki jako dowód, że Londyn zostanie zaatakowany, ale 
w chwili śmierci Benedykta Lightwooda, był on zarażony demoniczną ospą. Wątpliwym 
jest nie tylko, że Mortmain podzielił się z nim swoimi prawdziwymi planami, ale także, 
że w ogóle był on świadomy. 

Wyglądając na zdesperowanego, Konsul Wayland przerwał.  

-  Sprawa  Benedykta  Lightwooda  jest  zamknięta.  Zamknięta  i  nieistotna.  Zebraliśmy 

się  tutaj,  by  omówić  sprawę  Mortmaina  i  Instytutu!  Po  pierwsze,  jako  że  Charlotte 
Branwell  została  usunięta  ze  stanowiska,  a  sytuacja  z  jaką  mamy  do  czynienia  jest  z 
pewnością  ciężka  dla  całego  Londynu,  potrzebujemy  nowego  przywódcy  Londyńskiej 
Enklawy. Zamierzam zostawić otwarte drzwi. Czy ktoś życzy sobie wystąpić na przód i ją 
zastąpić? 

Szelest i pomruki przeszły przez salę. George Penhallow zaczął podnosić się z miejsca, 

gdy Inkwizytor przerwał mu z wściekłością: 

- To jest śmieszne, Josiahu. Nie ma jeszcze żadnych dowodów na tom że Mortmain nie 

jest  tam,  gdzie  Charlotte  powiedziała,  że  będzie.  Nawet  nie  przedyskutowaliśmy 
wysłania za nią posiłków. 

- Za nią? Co masz na myśli mówiąc „za nią”? 

Inkwizytor machał ręką, uciszając tłum.  

-  Nie  ma  jej  tu.  Myślicie,  że  gdzie  mieszkańcy  Instytutu  się  znajdują?  Udali  się  do 

Cadair Idris za Magistrem. A teraz, zamiast  dyskutować o tym, czy powinniśmy wysłać 
im pomoc, zwołujemy Radę żeby znaleźć zastępstwo za Charlotte? 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

Konsul stracił cierpliwość. 

- Nie będzie żadnej pomocy!- huknął. - Nigdy nie będzie pomocy dla tych, którzy… 

Jednak  Konsul  nigdy  nie  dowiedział  się,  kogo  pozbawił  pomocy,  gdyż  w  tamtym 

momencie śmiertelnie ostre, stalowe ostrze przeleciało przez salę za plecami Konsula i 
schludnie odcięło jego głowę od reszty ciała.  

Inkwizytor  odskoczył,  sięgając  po  swoją  broń,  gdy  krew  obryzgała  go  całego.  Ciało 

Konsula upadło, spadając na ziemię w dwóch częściach: jego ciało osunęło się na mokrą 
od krwi podłogę podium, podczas gdy odcięta głowa potoczyła się jak piłeczka do tenisa. 
Gdy  już  runął,  wszyscy  zobaczyli,  że  za  jego  plecami  stał  automat,  tak  patykowaty  jak 
ludzki  szkielet, ubrany  w obszarpane resztki  wojskowej czerwonej bluzy mundurowej. 
Uśmiechał  się  szeroko  jak  trupia  czaszka,  gdy  chował  swoje  ociekające  szkarłatem 
ostrze. Spojrzał w ciszy na oszołomiony tłum Nocnych Łowców. 

Jedyny dźwięk, jaki było słychać w Sali, pochodził od Aloysiusa Starkweathera, który 

śmiał się miarowo i cicho, najwyraźniej do samego siebie. 

- Mówiłem wam... – wysapał. - Mówiłem wam, co się stanie… 

Chwilę  później maszyna poruszyła się naprzód, jej ręce jak szpony wystrzeliły, żeby 

zakleszczyć  się  gardle  Aloysiusa.  Krew  trysnęła  z  gardła  starego  mężczyzny,  gdy 
kreatura  uniosła  go,  cały  czas  szeroko  uśmiechnięta.  Nocni  Łowcy  zaczęli  krzyczeć  i 
wtedy drzwi otworzyły się z hukiem i całą salę zalała powódź mechanicznych stworów. 

- No cóż - powiedział rozbawiony głos. - To było niespodziewane.  

Tessa usiadła prosto, owijając się ciężka narzutą. Obok niej zmieszany Will podpierał 

się na swoich łokciach, gdy jego powieki drgnęły, otwierając się powoli 

- Co… 

 Pokój był wypełniony jasnym światłem. Pochodnie były tak rozpalone, że wydawało 

się,  iż  to  świeci  słońce.  Tessa  widziała,  jakie  zniszczenia  w  pokoju  zrobili:  ich  ubrania 
rozrzucone na łóżku i po całej podłodze, dywan przy kominku cały pofałdowany, pościel 
zniszczona  prze  nich.  Po  drugiej  stronie  niewidzialnej  ściany  widać  było  znajomą 
sylwetkę  w  eleganckim,  czarnym  kostiumie,  z  jednym  kciukiem  za  paskiem  od  spodni. 
Jego kocie oczy migotały z radości.  

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

Magnus Bane. 

- Myślę, że chcielibyście wstać. Niedługo wszyscy wpadną tu, by was ratować, a chyba 

wolicie  mieć  na  sobie  ubrania,  gdy  przybędą.  -  Wzruszył  tylko  ramionami  -  W  każdym 
razie, ja też bym chciał, jako iż wszyscy wiedzą, że jestem wyjątkowo nieśmiały. 

Walijskie przekleństwo wypadło z ust Willa. Siedział okryty pościelą od pasa w dół i 

starał się jak najbardziej potrafił, chronić Tessę przed natarczywym wzrokiem Magnusa. 
Oczywiście,  był  bez  koszuli  i  w  jaśniejszym  świetle  Tessa  mogła  zobaczyć,  że  jego 
opalane  dłonie  i  twarz  przechodziły  w  bladą  biel  na  jego  klatce  i  ramionach.  Białe 
znamię w kształcie gwiazdy na ramieniu lśniło. Zobaczyła, jak źrenice Magnusa zwężają 
się, gdy tylko to zobaczył. 

- Interesujące – rzekł. 

Will wydal nieskładny dźwięk protestu.  

- Interesujące? Na Anioła, Magnusie... –  

Magnus  spojrzał  na  niego  drwiąco.  Coś  było  w  tym  spojrzeniu.  Coś,  co  sprawiło,  że 

Tessa poczuła, iż Magnus wie coś, czego oni nie.  

- Gdybym był inna osobą, miałbym ci teraz wiele do powiedzenia. 

- Doceniam twoją powściągliwość. 

-  Za  jakiś  czas  już  nie  będziesz.  -  odparł  krótko  Magnus.  Potem  sięgnął  w  górę,  tak 

jakby  pukał w drzwi  i  stuknął w niewidzialną  ścianę  pomiędzy nimi. Przypominało to 
oglądanie  kogoś,  kto  zanurza  ręce  w  pomarszczonej  wodzie,  rozdzielającej  się  w 
miejscach,  gdzie  były  jego  palce.  Nagle  cała  ściana  osunęła  się  i  zniknęła  w  fontannie 
niebieskich iskierek. - No i proszę - rzekł czarownik, rzucając skórzaną torebkę na łóżko. 
- Przyniosłem ubrania. Pomyślałem, że mogą się wam przydać, nie wiedziałem jednak w 
jakim stopniu.  

Tessa patrzyła się na niego znad ramienia Willa.  

- Jak nas znalazłeś? Skąd wiedziałeś… Kto jest z Tobą? Czy maja się dobrze? 

- Tak. Kilku z nich jest, Spieszą przez całe to miejsce w poszukiwaniu ciebie. A teraz 

się ubierzcie - rozkazał i odwrócił się, aby dać im trochę prywatności.  

Zmartwiona  Tessa  podeszła  do  łóżka  i  zaczęła  przeszukiwać  torbę,  dopóki  nie 

odnalazła swojego stroju. Wstała z pledem owiniętym wokół ciała i pognała za wysoką 
chińską zasłonkę stojącą w kącie pokoju.  

Nie  patrzyła  na  Willa.  Nie  mogła  się  do  tego  zmusić.  Jak  mogła  spojrzeć  w  jego 

kierunku, nie rozmyślając o tym, co zrobili. Zastanawiała się, czy był przerażony, czy tez 
nie mógł uwierzyć że oboje zrobili coś takiego po tym jak Jem...  

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

Brutalnie  wciągnęła  strój  bojowy  na  siebie.  Dzięki  Bogu,  że  strój,  w  odróżnieniu  od 

sukienek, można było założyć bez niczyjej pomocy. Przez zasłonkę słyszała, jak Magnus 
tłumaczy  Willowi,  że  jemu  i  Henry’emu  udało  się,  przy  pomocy  magii  i  wynalazków, 
stworzyć  Portal,  którym  dostaną  się  z  Londynu  do  Cadair  Idris.  Była  w  stanie  jedynie 
zobaczyć  ich  sylwetki,  jednak  zdołała  ujrzeć,  jak  Will  kiwa  głową  z  ulgą,  gdy  Magnus 
wymieniał  osoby,  które  z  nim  przyszły  -  Henry,  Charlotte,  bracia  Lightwood,  Cyryl, 
Sophie, Cecily, Bridget i kilku Cichych Braci.  

Na  wspomnienie  imienia  jego  siostry,  Will  zaczął  się  ubierać  z  jeszcze  większym 

pośpiechem  i  zanim  Tessa  wyszła  zza  zasłonki,  był  całkowicie  ubrany,  jego  buty 
zasznurowane, jego dłonie spoczywały na pasie z bronią. Gdy tylko ją zobaczył, na jego 
twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech. 

- Inni rozdzielili się w tunelach, żeby cię znaleźć - poinformował Magnus. - Mieliśmy 

szukać przez pół godziny, a potem spotkać się w głównej komnacie. Dam wam chwilkę 
na pozbieranie się. - Uśmiechnął się złośliwie i wskazał na drzwi. - Będę na zewnątrz, w 
korytarzu. 

W momencie gdy drzwi zamknęły się za nim, Tessa była już w ramionach Willa, a jej 

ręce wokół jego szyi.  

- Och, na Anioła – westchnęła. - To było upokarzające. 

Will  wsunął  swoje  ręce  w  jej  włosy  i  całował  ją.  Całował  jej  powieki,  policzki  i  w 

końcu jej usta, szybko, ale żarliwie i w skupieniu, tak jakby nie było nic ważniejszego.  

-  Posłuchaj  siebie  –  powiedział.  -  Powiedziałaś  „na  Anioła”.  Jak  Nocny  Łowca.  - 

Pocałował krawędź jej warg. - Kocham Cię. Boże, kocham Cię. Tak długo czekałem, żeby 
to powiedzieć. 

Owinęła swoje ręce wokół jego tali, trzymając go mocno mimo szorstkiego materiału 

jego ubrania pod  palcami. 

- Will, nie żałujesz? - zapytała niepewnie. 

-  Żałuję?  -  Spojrzał  na  nią  z  niedowierzaniem.  -  Nage  ddim...  Jesteś  szalona,  jeśli 

myślisz,  że  żałuję  Tess.  -  Delikatnie  musnął  jej  policzek  palcami.  -  Jest  więcej,  dużo 
więcej spraw, które chcę ci wyznać. 

- Nie - droczyła się. - Will Herondale ma więcej rzeczy do powiedzenia? 

 Zignorował to. 

- Ale teraz nie ma na to czasu. Nie kiedy najprawdopodobniej Mortmain siedzi nam na 

karku  i  Magnus  czeka  za  drzwiami.  Teraz  jest  czas  na  zakończenie  tego.  Ale  po 
wszystkim,  Tess,  powiem  ci  wszystko,  co  od  dawna  chciałem  ci  wyznać.  A  na  razie…  - 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

Pocałował  jej  w  skroń  i  puścił  ją,  jednak  jego  oczy  spoczywały  na  jej  twarzy.  -  Muszę 
wiedzieć, czy mi wierzysz, kiedy mówię, że cię kocham. To wszystko. 

- Wierzę w każde twoje słowo - powiedziała z uśmiechem, gdy jej dłoń skradała się do 

jego pasa z bronią. Jej palce zamknęły się na rękojeści sztyletu i wyrwała go, uśmiechając 
się, kiedy Will spojrzał na nią z zaskoczeniem. Pocałowała go w policzek i odsunęła się.  

- Mimo wszystko nie kłamałeś o tym tatuażu smoka z Walii, prawda?  

Pokój przypominał Cecily wnętrze kopuły w katedrze św. Pawła, do której Will zabrał 

ją w jeden z mniej nieprzyjemnych dni, po tym, jak pierwszy raz była w Londynie. Był to 
najwspanialszy  budynek,  który  odwiedziła.  Sprawdzili,  jak  echo  rozchodzi  się  w  
Whispering  Gallery  oraz  przeczytali  inskrypcję  napisaną  przez  Christophera  Wrena:  Si 
monumentum requiris, circumspice
. Jeśli szukasz jego pomnika, rozejrzyj się dookoła. 

Will wytłumaczył, co oznaczają te słowa. Wren wolał być zapamiętany ze względu na 

swoje budowle, a nie poprzez nagrobek. Cała katedra była pomnikiem jego rzemiosła, w 
pewnym sensie cały ten  labirynt pod górą, a  szczególnie  ten  pokój, był  pomnikiem dla 
Mortmaina.  

Sufit  był  w  kształcie  kopuły,  jednak  nie  było  okien,  a  jedynie  dziura  w  kamieniu. 

Okrągła galeria ciągnęła się do górnej części kopuły, gdzie znajdowało się podwyższenie, 
na  którym,  prawdopodobnie  ktoś  mógł  stać  i  patrzeć  w  dół  na  podłogę  z  gładkiego 
kamienia.  

Na ścianie znajdował się też się napis. Cztery zdania wyryte w ścianie z błyszczącego 

kwarcu.  

 

DIABELSKIE MASZYNY SĄ BEZLITOSNE 

DIABELSKIE MASZYNY SĄ BEZ ŻALU 

DIABELSKICH MASZYN JEST BEZ LIKU 

DIABELSKIE MASZYNY NIGDY NIE PRZESTANĄ PRZYBYWAĆ 

 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

Na  kamiennej  podłodze,  ustawione  w  rzędy  stały  setki  automatów.  Ubrane  były  w 

kolorową  mieszankę  mundurów  wojskowych.  Stały  śmiertelnie  nieruchome  z 
zamkniętymi, metalowymi oczami. Blaszani żołnierze w ludzkich rozmiarach, pomyślała 
Cecy.  Diabelskie  Maszyny.  Największa  kreacja  Mortmaina  -  armia  stworzona  do  bycia 
niepowstrzymaną, do dokonania rzezi na Nocnych Łowcach i do poruszania się dalej bez 
skruchy. 

Sophie  była  pierwszą,  która  odkryła  pokój.  Krzyknęła  i  wszyscy  pobiegli,  aby 

zobaczyć,  co  się  stało.  Znaleźli  Sophie  trzęsącą  się  wśród  nieruchomej  się  masy 
mechanicznych  potworów.  Jeden  z  nich  leżał  u  jej  stóp.  Odcięła  temu  nogi  jednym 
ruchem jej ostrza i stwór zaczął wić się, jak marionetka, której ucięto linki. Reszta się nie 
ruszała,  nawet  się  nie  obudziła,  pomimo  losu  ich  partnerki,  która  dawała  Nocnym 
Łowcom odwagę do ruszenia na stwory.  

Henry  klęczał  przy  pancerzu  jednego,  wciąż  nie  ruszającego  się  automatu.  Rozciął 

mundur, otworzył metalową  klatkę  i  dokładnie  badał jej zawartość. Cisi Bracia  stali za 
nim  tak,  jak  i  Charlotte,  Sophie  i  Bridget.  Gideon  i  Gabriel  również  wrócili,  jednak  ich 
poszukiwania okazały się bezowocne. Tylko Magnusa i Cyryla jeszcze nie było. Cecily nie 
mogła zwalczyć wzrastającego w niej niepokoju. Nie z powodu obecności maszyn, ale z 
nieobecności swojego brata. Nikt go do tej pory nie  znalazł. Czy to możliwe, że  zaginał 
bezpowrotnie?  Nic  jednak  nie  powiedziała.  Obiecała  sobie,  że  jako  Nocny  Łowca  nie 
będzie więcej wywoływać awantur czy krzyczeć, niezależnie od wydarzeń.  

-  Spójrzcie  na  to  -  niskim  głosem  wymruczał  Henry.  W  środku  klatki  mechanicznej 

kreatury  znajdowała  się  plątanina  drutów,  która  dla  Cecily  wyglądała  jak  metalowe 
pudełeczko,  podobne  do  tych  na  tytoń.  Na  zewnątrz  pudełka  wyryty  został  wąż 
połykający  swój  własny  ogon.  -  Ourobouros.  Symbol  hamujący  działanie  demonicznej 
energii. 

- Jak na Pyxis. - Charlotte kiwnęła głową. 

-  Które  Mortmain  nam  ukradł.  -  potwierdził  Henry  -  Zastanawiało  mnie,  czy  to 

właśnie jest tym, co Mortmain usiłował zrobić. 

-  Co  usiłował  zrobić?  -  Gabriel  zażądał  odpowiedzi.  Był  zarumieniony,  jego  zielone 

oczy błyszczały. Błogosławcie Gabriela za to, że zawsze pyta o to, o czym właśnie myśli', 
pomyślała Cecily. 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Mean

 

Korekta:

 

Gladys 

- Ożywienie automatów - odrzekł nieobecnie Henry, sięgając po pudełko - Dawanie im 

świadomości, a nawet woli... 

Przerwał, gdy tylko jego palce dotknęły pudełka i nagle rozbłysło światło. Blask taki 

jak  przy  użyciu  magicznego  kamienia,  sączący  się  z  pudełka  przez  ourobouros.  Henry 
szarpnął  się  do  tyłu  z  wrzaskiem,  ale  było  za  późno.  Stwór  usiadł,    błysnął  szybko  i 
chwycił  go.  Charlotte  wrzasnęła  i  rzuciła  się  do  przodu,  ale  nie  była  wystarczająco 
szybka.  Maszyna,  której  klatka  była  cały  czas  groteskowo  otwarta,  złapała  Henry’ego 
pod pachami i trzasnęła jego ciałem jak biczem.  

Rozległ się potworny trzask i Henry osunął się bezwładnie. Maszyna rzuciła go na bok 

i  odwróciła  się,  żeby  brutalnie  uderzyć  Charlotte  w  twarz.  Poległa  wygięta  obok  ciała 
męża, gdy mechaniczny  stwór zrobił krok  naprzód i  schwycił  brata  Micaha. Cichy Brat 
uderzył laską  w dłoń  robota, ten jednak wydał się nawet tego nie  zauważyć. Z  hukiem 
maszynerii, która brzmiała jak śmiech, sięgnął i rozdarł gardło Cichego Brata.  

Krew  rozbryzgnęła  się  po  całym  pomieszczeniu  i  Cecily  zrobiła  dokładnie  to,  co 

przyrzekała sobie nie czynić. Krzyknęła.