background image

SERIA KRYMINAŁÓW 
Hamish Macbeth TOM 18

Hamish Macbeth i

śmierć osady

M.C. Beaton

background image

W SERII KRYMINAŁÓW 
Hamish Macbeth ukażą się:

Tom 1. Hamish Macbeth i śmierć plotkary 
Tom 2. Hamish Macbeth i śmierć łajdaka 
Tom 3. Hamish Macbeth i śmierć obcego 
Tom 4. Hamish Macbeth i śmierć żony idealnej 
Tom 5. Hamish Macbeth i śmierć bezwstydnicy 
Tom 6. Hamish Macbeth i śmierć snobki 
Tom 7. Hamish Macbeth i śmierć żartownisia 
Tom 8. Hamish Macbeth i śmierć obżartucha 
Tom 9. Hamish Macbeth i śmierć wędrowca 
Tom 10. Hamish Macbeth i śmierć uwodziciela 
Tom 11. Hamish Macbeth i śmierć zrzędy 
Tom 12. Hamish Macbeth i śmierć macho 
Tom 13. Hamish Macbeth i śmierć dentysty 
Tom 14. Hamish Macbeth i śmierć scenarzysty 
Tom 15. Hamish Macbeth i śmierć nałogowca 
Tom 16. Hamish Macbeth i śmierć śmieciarza 
Tom 17. Hamish Macbeth i śmierć celebrytki 
Tom 18. Hamish Macbeth i śmierć osady 

background image

Tytuł serii: Seria kryminałów Hamish Macbeth 
Tytuł tomu: Hamish Macbeth i śmierć osady 
Tytuł   oryginalny   tomu:   Death   of   a   Village,   A   Hamish

Macbeth Mystery

background image

Mojemu   przyjacielowi,   Davidowi   Lloydowi   z   Lower

Oddington, Gloucestershire, z wyrazami miłości

background image

Rozdział pierwszy
W czasie wszystkich moich podróży nie spotkałem nigdy

ani   jednego   Szkota,   który   byłby   człowiekiem   o   zdrowych
zmysłach.   Sądzę,   iż   wszyscy   ci,   którzy   takowe   posiadają,
opuszczają ten kraj czym prędzej.

Francis Lockier

Każdy   uczeń   wie,   jak   działa   propaganda:   jeśli   coś

powtarzane jest w kółko, nieważne, czy to prawda, czy nie,
ludzie zaczną w to wierzyć.

Hamish Macbeth, posterunkowy z miasteczka Lochdubh i

okolic,   był   do   tej   pory   człowiekiem   szczęśliwym,
zadowolonym   z   życia   i   pozbawionym   ambicji.   Tę   jego
przypadłość zawsze uważano za pewne umysłowe kalectwo.
Tak myśleli nawet ci, którzy spędzali cały czas w domu i nie
odnosili   żadnych   sukcesów.   Przez   lata   znajdował   się   pod
ostrzałem przeróżnych osób, które chciały, aby wziął się w
garść,   zaczął   żyć,   ruszył   z   miejsca,   awansował   i   porzucił
swoje lenistwo. Do teraz wszystkie te uwagi spływały po nim
jak   woda   po   kaczce.   Było   to   do   czasu,   aż   Elspeth   Grant,
miejscowa reporterka, dołączyła do tego chóru. To sposób, w
jaki go wyśmiewała, z pełną czułości pogardą, kiedy włóczył
się   po   miasteczku,   wyłudzając   poczęstunek,   zalazł   mu   za
skórę. Jej lekkie niedowierzanie, że przez tyle lat nie chciał
„rozwijać się", było kroplą w morzu podobnych uwag, jakie
słyszał   przez   te   wszystkie   lata.   Właśnie   ta   kropla   przelała
czarę, poczuł się bezsilny i niezadowolony.

Gdyby miał coś do roboty, poza wypełnianiem pozwoleń

na wypas owiec i pouczaniem przypadkowych kłusowników,
uwagi Elspeth pewnie nie zaprzątałyby mu głowy. Do tego
Elspeth była atrakcyjna, czego nie chciał przyznać sam przed
sobą.   Uważał,   że   to,   co   już   wycierpiał   przez   kobiety,
wystarczy mu na całe życie.

background image

Zaczął   oglądać   programy   podróżnicze   w   telewizji,

wyobrażając sobie, że spaceruje po gorących, piaszczystych
plażach,   ogląda   koralowe   rafy   lub   uprawia   wspinaczkę   w
Himalajach.   Wyrzucał   sobie,   że   całe   wakacje   spędzał   w
Szkocji.

Pewnego słonecznego poranka postanowił, że najwyższy

czas zrobić obchód po swoim rewirze, który obejmował spory
obszar Sutherland. Postanowił odwiedzić miasteczko Stoyre,
położone na zachodnim wybrzeżu. Była to raczej wioska niż
miasteczko.   Przestępczość   trzymała   się   od   tego   miejsca   z
daleka.   Powiedział   sobie,   że   dobry   policjant   powinien
sprawdzać od czasu do czasu, co dzieje się na jego terenie.

Po deszczowej zimie  i paskudnej wiośnie  do szkockich

gór   zawitała   piękna   pogoda,   rzadki   gość   w   tych   stronach.
Wysokie góry o falistych zboczach skąpane były w upalnym
słońcu.   Powietrze   wpadające   przez   okno   policyjnego   land
rovera było ciężkie od zapachu dzikiego tymianku, wrzosów i
palonego torfu. Posterunkowy odetchnął głęboko i poczuł, jak
całe  jego ponure niezadowolenie  odchodzi w dal. Cholerna
Elspeth!   Tak   wyglądało   życie.   Teraz   jechał   równo   krętą,
wąską drogą w stronę Stoyre.

Turyści rzadko odwiedzali tę wioskę. W taki piękny dzień

wydawało się  to niemal  nie do pomyślenia. Bielone domki
tłoczyły   się   nad   brzegiem   błękitnych   wód   Atlantyku.   Była
tutaj mała kamienna przystań, gdzie trzy zacumowane kutry
rybackie   kołysały   się   leniwie.   Hamish   zaparkował   przed
pubem   „Ręka   rybaka".   Wysiadł   z   samochodu.   Lugs,   jego
dziwacznie wyglądający pies, również wygramolił się z auta.

Hamish   rozejrzał   się   na   boki.   Wioska   wyglądała   na

opuszczoną. Cisza i spokój wydawały się wręcz nienaturalne.
Żadne dziecko nie płakało, w żadnym z domów nie słychać
było   płynącej   z   radia   muzyki.   Nikt   nie   wchodził   ani   nie
wychodził z małych sklepików, znajdujących się przy pubie.

background image

Lugs zjeżył się i warknął przeciągle.
  -   Spokojnie,   piesku   -   powiedział   Hamish.   Spojrzał   na

wznoszące   się   nad   wioską   wzgórze,   gdzie   za   małym,
kamiennym   kościółkiem   znajdował   się   cmentarz.   Może
odbywał się jakiś pogrzeb. Nie zauważył jednak, żeby coś się
tam poruszało.

  -   Chodź,   piesku   -   powiedział   do   Lugsa.   Pchnął   drzwi

pubu i wszedł do środka. Znalazł się w niewielkim, bielonym
pomieszczeniu z niskim, belkowanym sufitem. Stało tam kilka
drewnianych   stolików   z   blatami   pokrytymi   papierosowymi
niedopałkami. Za barem nie było nikogo.

 - Jest tu ktoś? - zawołał Hamish głośno.
Z   ulgą   usłyszał,   że   ktoś   poruszył   się   w   tylnych

pomieszczeniach. Olbrzymi mężczyzna wszedł przez drzwi na
tyłach baru. Hamish rozpoznał w nim Andy'ego Crummacka,
właściciela.

 - Jak leci, Andy? - spytał Hamish. - Wszyscy umarli?
 - To ty, Hamishu. Czego się napijesz?
  -   Tylko   wody   z   tonikiem.   -   Hamish   rozejrzał   się   po

opustoszałym barze. - Gdzie są wszyscy?

 - O tej porze jest zawsze spokojnie - Andy nalał tonik do

szklanki.

  - Na zdrowie! - powiedział Hamish. - Napijesz się ze

mną?

 - Za wcześnie. Przepraszam, ale muszę zrobić remanent. -

Andy udał się w kierunku drzwi za barem.

 - Hej, zaczekaj chwilę, Andy. Dawno nie byłem w Stoyre.

Nigdy nie widziałem, żeby to miejsce było takie wymarłe.

  - Jesteśmy spokojnymi ludźmi, Hamishu. - I nic się nie

dzieje?

  - Nic. A teraz, jeśli pozwolisz... Właściciel zniknął za

drzwiami.

background image

Hamish wypił tonik, zsunął czapkę z daszkiem z czoła i

podrapał   się   po   swojej   ognistej   czuprynie.   Może   coś   sobie
wyobrażał.   Nie   był   w   Stoyre   od   miesięcy.   Po   raz   ostatni
odwiedził   wioskę   w   marcu,   podczas   rutynowego   obchodu.
Pamiętał, że nad brzegiem stali ludzie, rozmawiając ze sobą, a
pub pełen był miejscowych.

Postawił szklankę na barze i wyszedł na zalaną słońcem

ulicę. Domy lśniły bielą, a delikatnie wzburzona, błękitna tafla
wody pokryta była oleistą powłoką.

Wszedł do sklepu.
  - Dzień dobry, pani MacBean - przywitał się ze starszą

kobietą   stojącą   za   ladą.   -   Nie   ma   dziś   ruchu.   Gdzie   się
wszyscy podziali?

 - Może są w kościele.
 - Co? W poniedziałek? Czy odbywa się czyjś pogrzeb?
 - Nie. Podać coś panu, panie Macbeth? Hamish oparł się o

ladę.

  -   No   dalej,   może   mi   pani   powiedzieć   -  posterunkowy

zaczął się przymilać. - Co oni wszyscy robią w poniedziałek w
kościele?

  -   My   tutaj   w   Stoyre   jesteśmy   pobożnymi   ludźmi   -

powiedziała sztywno. - I proszę, żeby pan o tym pamiętał.

Oszołomiony   Hamish   wyszedł   ze   sklepu   i   zaczął   się

wspinać pod górę, kiedy drzwi kościoła się otworzyły i tłum
ludzi wylał się na zewnątrz. Większość ubrana była na czarno,
jak na pogrzeb.

Posterunkowy stał na środku ścieżki, podczas gdy tłum

szedł w jego kierunku. Pozdrawiał tych, których znał. „Dzień
dobry,   Jock...,   miłego   dnia   pani   Nisbett",   i   tak   dalej.   Oni
natomiast rozdzielali się, dochodząc do niego, i kontynuowali
swój marsz w milczeniu, aż w końcu Hamish został na ścieżce
sam.

background image

Ruszył   w   kierunku   kościoła,   po   czym   skręcił   w   stronę

stojącej   obok   plebanii.   Lugs   dreptał   za   nim   wytrwale.   W
drzwiach wejściowych stanął pastor. Hamish zauważył, że był
to   nieznany   szczupły,   nerwowy   mężczyzna   z   wydatnym
jabłkiem Adama. Jego czarne szaty były zużyte i przykurzone.
Miał   rzadkie   rude   włosy,   pozbawione   blasku   oczy   i   małe,
zaciśnięte usta.

  - Dzień dobry - przywitał się Hamish. - Nazywam się

Hamish   Macbeth,   jestem   posterunkowym   z   Lochdubh.   Jest
pan tutaj nowy?

Pastor niechętnie odwrócił się w jego stronę.
  -   Nazywam   się   Fergus   Mackenzie   -   powiedział   ze

śpiewnym, góralskim akcentem.

  - Wygląda na to, że nieźle pan sobie radzi - zauważył

Hamish. - Kościół pełen ludzi w poniedziałek rano.

  -   Mamy   tu   do   czynienia   z   silnym   odnowieniem

duchowym - oświadczył Fergus. - A teraz, jeśli nie ma pan nic
przeciwko...

 - Mam coś przeciwko - odpowiedział Hamish ze złością. -

Ta wioska zmieniła się.

 - Tak, na lepsze. W całych szkockich górach nie znajdzie

pan bardziej bogobojnej wspólnoty. - Po tych słowach pastor
wszedł   na   plebanię   i   zatrzasnął   Hamishowi   drzwi   przed
nosem.

Hamish   wrócił   nad   brzeg,   był   coraz   bardziej

zdenerwowany.   Wioska   znów   opustoszała.   Pomyślał,   żeby
zapukać do któregoś z domów i dowiedzieć się, czy oprócz
odnowienia   duchowego   istniało   jakieś   inne   wytłumaczenie
tego dziwnego zachowania. Ale jednak się rozmyślił. Spojrzał
w górę, gdzie na szczycie wzgórza stał niewielki dom. Był to
letni dom pewnego angielskiego emerytowanego wojskowego,
majora Jenningsa. Być może on okaże się bardziej towarzyski.
Posterunkowy zaczął ponownie wspinać się pod górę, minął

background image

kościół i zapukał do drzwi majora. Odpowiedziała mu cisza.
Hamish   wiedział,   że   major   spędza   większą   część   roku   na
południu Anglii. Pewnie jeszcze nie przyjechał. Posterunkowy
pamiętał, że Jennings przyjeżdżał na północ tylko na część
lata.

Kiedy zszedł ze wzgórza, zobaczył, że mieszkańcy znów

zaczęli poruszać się po wiosce. Pojawili się w sklepie i nad
brzegiem. Teraz witali się z nim uprzejmie. Hamish zatrzymał
panią Lyle, by spytać:

 - Czy dzieje się u was coś niezwykłego?
Była niewysoką, okrągłą  kobietą ze sztywnymi, siwymi

lokami. Okulary zsunęły się jej na czubek nosa.

 - Co masz na myśli?
 - Panuje tu jakaś dziwna atmosfera. Wszyscy mieszkańcy

byli w kościele, choć dzisiaj nie jest niedziela.

  -   Trudno   to   wytłumaczyć   komuś   takiemu,   jak   ty,

Hamishu   Macbeth   -   odparła   -   ale   w   tej   wiosce   traktujemy
naszą wiarę poważnie i nie poświęcamy Bogu tylko jednego
dnia.

Jestem   cynikiem,   pomyślał   Hamish,   odjeżdżając.

Dlaczego   wydaje   mi   się   to   takie   dziwne?   Wiedział,   że   w
niektórych   odległych   wioskach   dobry   kaznodzieja   miał
większy wpływ na mieszkańców niż telewizja. Pan Mackenzie
musiał być doskonałym mówcą.

Kiedy Hamish wrócił do Lochdubh, odkrył, że wycieczka

do Stoyre podniosła go na duchu. Dręczący niepokój zniknął.
Pogwizdywał, przygotowując strawę dla siebie i psa. Potem
zaniósł   jedzenie   do   ogrodu   z   przodu   domu,   gdzie   ustawił
stolik   i   parasol.   Czemu   miał   marzyć   o   francuskich
kawiarenkach,   skoro   w   Lochdubh   miał   wszystko,   czego
potrzebował?

Skończył   właśnie   jeść   posiłek   złożony   ze   smażonej

kaszanki i jajek, kiedy usłyszał, że ktoś go woła:

background image

 - Znowu się lenisz, Hamishu?
Drzwi do ogrodu otworzyły się i do środka weszła Elspeth

Grant. Miała na sobie krótkie dżinsowe szorty i obcisłą bluzkę
bez ramiączek, odsłaniającą brzuch. Włosy ufarbowała sobie
na kolor oberżyny. Wysunęła krzesło i siadła obok niego.

 - Problem z oberżyną polega na tym - zauważył Hamish -

że nikomu nie służy.

 - A komu ma służyć? - spytała ostro Elspeth.
 - Nikomu. To tak jak z purpurową pomadką do ust albo

czarnym lakierem do paznokci. Nic, co jest tak odległe  od
naturalnego koloru, nie może dobrze wyglądać.

 - A co ty możesz wiedzieć o tym, co jest seksowne?
  - Jestem mężczyzną i zakładam, że chodzi ci o to, żeby

przyciągnąć płeć przeciwną.

 - W dzisiejszych czasach kobiety ubierają się i czeszą dla

samych siebie.

 - Bzdury.
  -   To   prawda,   Hamishu.   Zatrzymałeś   się   w   dawnych

czasach i żyjesz w tym stanie tak długo, że nie wiesz, jak jest
naprawdę.   Nieważne,   nudzę   się.   Nie   mam   o   czym   pisać.
Zawody górskie w Braikie zaczną się dopiero za tydzień.

 - Może miałbym dla ciebie mały temat. Właśnie wróciłem

ze Stoyre. Ma tam miejsce jakieś religijne odrodzenie. Dziś
rano wszyscy mieszkańcy byli w kościele. Wygląda na to, że
mają nowego pastora, pana Mackenzie. Pomyślałem, że musi
być doskonałym kaznodzieją.

  -   Niewiele,   ale   zawsze   coś   -   skwitowała   Elspeth.   -

Spróbuję tam pojechać w przyszłą niedzielę.

  - Biorąc pod uwagę to, jak się zachowują, nie będziesz

musiała czekać tak długo. Prawdopodobnie chodzą na mszę
codziennie.

  -   Chcesz   pojechać   ze   mną?   Hamish   wyciągnął   swoje

długie nogi.

background image

 - Dopiero stamtąd wróciłem. Czy siostry Currie widziały

cię już w tym stroju?

Siostry   Currie,   bliźniaczki   w   średnim   wieku,   były   obie

starymi pannami i strażniczkami moralności w Lochdubh.

 - Tak. Jessie Currie powiedziała mi, że powinnam pójść

do domu i włożyć spódnicę, a Nessie stanęła w mojej obronie.

 - Naprawdę? Co powiedziała?
 - Powiedziała, że moje buty są tak brzydkie, że sprawiają,

iż wszystko inne wygląda bardzo ładnie.

Hamish   spojrzał   w   dół   na   parę   ciężkich   butów   do

wspinaczki, które Elspeth miała na sobie.

 - Rozumiem, co miała na myśli.
Elspeth   zarumieniła   się   ze   złości   aż   po   końce   swoich

włosów w kolorze oberżyny.

 - Nie wiem, czemu w ogóle z tobą rozmawiam, Hamishu

Macbeth. Wychodzę.

Kiedy   sobie   poszła,   Hamish   rozparł   się   na   krześle,

zakładając ręce z tyłu głowy. Nie powinien być w stosunku do
niej taki nieuprzejmy, ale uważał, że to jej uwagi na temat
jego braku ambicji  popsuły mu  beztroskę leniwych, letnich
dni.

Na posterunku zadzwonił telefon, dzwonek ostro wdarł się

w spokój dnia.

Westchnął, wstał i poszedł odebrać. W słuchawce rozległ

się   znienawidzony   przez   niego   głos.   Na   linii   był   inspektor
Blair.

  -   Rusz   tyłek   do   Braikie,   chłopcze.   Ktoś   okradł   sklep

spożywczy Tellera przy High Street. Anderson niedługo tam
będzie.

 - Już tam jadę - zameldował Hamish.
Zdjął czapkę z wieszaka w kuchni i założył ją na głowę.
 - Nie, Lugs - zwrócił się do psa, który przyglądał mu się

swoimi dziwnymi, niebieskimi oczami. - Ty zostajesz.

background image

Wyszedł,  wsiadł   do  policyjnego  land  rovera   i   odjechał,

zastanawiając się, co wiedział o sklepie Tellera. Był to sklep
na   licencji   i   sprzedawał   więcej   produktów   niż   jego   dwaj
konkurenci. Przyjął z ulgą informację, że będzie pracował z
detektywem   Jimmym   Andersonem,   a   nie   bezpośrednio
Blairem.

Zaparkował przed sklepem i wszedł do środka. Pan Teller

był   małym   człowiekiem   o   surowej   twarzy,   z   okularami   w
złotych oprawkach na nosie.

 - Nie spieszyło się wam - złościł się. - Zabrali całe moje

wino i pozostały alkohol, wszystko. Rano, po otwarciu sklepu
zauważyłem puste półki i od razu zadzwoniłem po policję.

 - Byłem już przy innym zgłoszeniu - powiedział Hamish.

- Jak złodzieje dostali się do środka?

  -   Od   tyłu   -   pan   Teller   podniósł   blat   lady   i   Hamish

przeszedł na drugą stronę.

Szyba w tylnych drzwiach była zbita.
 - Niedługo przybędą tutaj śledczy. W tej chwili nie mogę

niczego dotykać.

 - Cóż, mam nadzieję, że się pospieszycie. Muszę złożyć

wniosek do firmy ubezpieczeniowej.

 - Na jaką sumę?
  -   Muszę   wszystko   podliczyć.   Kilka   tysięcy   funtów.

Hamish spojrzał obojętnie na sprzedawcę. Był już wcześniej w
tym sklepie. Nie pamiętał żadnych wielkich zapasów wina czy
innego alkoholu. Stały tam może na trzech półkach niedaleko
kasy, to wszystko. Skupił się na panu Tellerze.

 - Nie byłem w pana sklepie ostatnio. Czy powiększył pan

regał na alkohol?

 - Nie, dlaczego pan pyta?
 - Pamiętam, że były tu jakieś trzy półki z butelkami.
 - Zabrali też wszystko z piwnicy.
 - Lepiej niech mi pan to pokaże.

background image

Pan Teller poprowadził go do drzwi z boku sklepu. Zamek

był zniszczony. Hamish wyjął chusteczkę, sięgnął przez nią do
włącznika   u   szczytu   schodów   i   zapalił   światło.   Stanął   na
ostatnim stopniu i spojrzał w dół. Piwnica z pewnością była
pusta. I zakurzona.

Odwrócił się i zobaczył, że Jimmy Anderson właśnie się

pojawił.

 - Cześć, Hamish - zawołał detektyw. - Przestępstwo, tak?

Prawdziwe   przestępstwo.   Cały   ten   wspaniały   alkohol.
Zebrałeś już zeznanie?

 - Jeszcze nie. Mogę zamienić z tobą słowo na zewnątrz?
 - Jasne. Chętnie się czegoś napiję. Po drugiej stronie ulicy

jest pub.

 - Jeszcze nie. Na razie chodźmy na zewnątrz.
Kiedy   obaj   funkcjonariusze   wyszli   na   ulicę,   pan   Teller

przyglądał się im podejrzliwie.

 - O co chodzi? - spytał Jimmy.
  - Właściciel twierdzi, że skradziono alkohol o wartości

kilku   tysięcy   funtów.   Kiedy   zwróciłem   mu   uwagę,   że   w
sklepie ma tylko trzy półki z różnymi trunkami, powiedział, że
okradziono również jego piwnicę.

 - No i co?
 - Podłoga w piwnicy jest cała pokryta kurzem. Żadnych

śladów   po   pudełkach,   a   tym   bardziej,   żeby   ktoś   coś   tam
ciągnął. Według mnie on nic nie miał w tej piwnicy. Może
chce wyłudzić ubezpieczenie.

 - Firma ubezpieczeniowa na pewno sprawdzi zamówienia

i księgi.

  -   To   prawda.   Cóż,   lepiej   zbierzmy   zeznania,   a   potem

porozmawiamy z jego dostawcą.

Wrócili do sklepu. Hamish wyjął notatnik.

background image

 - A teraz, panie Teller, po otwarciu sklepu zorientował się

pan,   że   miało   tu   miejsce   włamanie.   O   której   to   było,   o
dziewiątej rano?

 - O ósmej trzydzieści.
 - Niczego pan nie dotykał?
  -   Zszedłem   do   piwnicy   i   zobaczyłem,   że   wszystko

zniknęło.

  - Sprawdzimy, czy ktoś słyszał albo widział cokolwiek.

Jak się nazywa pański dostawca?

 - Firma Frog's ze Strathbane. Czemu pan pyta?
  - Firma ubezpieczeniowa będzie chciała zobaczyć pana

księgi,   żeby   porównać   ilość   straconego   towaru   ze   spisem
dostarczonych produktów.

 - Mogą sprawdzać w każdej chwili.
  - Czy zauważył pan, żeby po miasteczku kręcił się ktoś

podejrzany?

 - Chwileczkę, tak, tak. Dwa dni temu do sklepu przyszło

dwóch   mięśniaków.   Nie   widziałem   ich   tutaj   wcześniej.
Poprosili o papierosy, obsłużyłem ich, oni dalej rozglądali się
po sklepie.

 - Jak wyglądali?
 - Jeden, nie przymierzając, jak wielka małpa. Miał czarne

włosy i wyglądał na obcokrajowca. Duży nos i wydatne usta.
Miał na sobie koszulę w kratę i dżinsy.

 - Czy mówił jak obcokrajowiec?
 - Nie pamiętam.
Do   sklepu   weszło   dwóch   mężczyzn   w   białych

kombinezonach, niosąc ze sobą sprzęt.

 - Przerwiemy na chwilę, a pan niech zaprowadzi naszych

śledczych na zaplecze. Sprawdzą ślady włamania - zarządził
Hamish.

 - Co o tym myślisz? - spytał Jimmy'ego, kiedy właściciel

sklepu zniknął za tylnymi drzwiami razem ze śledczymi.

background image

  -   Wygląda   na   porządnego   obywatela.   Musimy   jednak

sprawdzić tę firmę Frog's. Jeśli rzeczywiście dostarczyli mu
ten towar, będzie to znaczyć, że mówi prawdę.

 - Nie podoba mi się ta podłoga w piwnicy.
  -   Cóż,   jeśli   jest   tu   coś   podejrzanego,   nasi   chłopcy   na

pewno to znajdą.

Czekali na powrót pana Tellera.
 - A teraz - kontynuował Hamish - proszę powiedzieć, jak

wyglądał ten drugi mężczyzna.

  -   Był   mały   i   miał   chytre   spojrzenie.   Pamiętam   -

gestykulował   podekscytowany   pan   Teller   -   miał   na   sobie
koszulę   z   krótkim   rękawem,   a   na   lewym   ramieniu   miał
wytatuowanego węża.

 - Kolor włosów?
  - Być może ciemne, ale miał ogoloną głowę. Szczupła

twarz, czarne oczy i długi nos.

 - Ubranie?
  - Tak jak mówiłem, miał koszulę z krótkim rękawem,

niebieską i szare spodnie.

Hamish   przyjrzał   się   uważnie   właścicielowi   sklepu

swoimi orzechowymi oczami.

 - Niepokoi mnie stan podłogi w piwnicy.
 - O co chodzi?
  - Nie było żadnych śladów na zakurzonej powierzchni.

Żadnych śladów ciągnięcia.

 - Cóż, może po prostu nieśli pudła.
Jimmy Anderson emanował zniecierpliwieniem typowym

dla kogoś, kto umierał z pragnienia.

  - Chodźmy, Hamishu. Pozwólmy śledczym pracować, a

my zajmijmy się swoimi sprawami.

Hamish niechętnie poszedł za nim do pubu.
 - Może wkradnę się tam i powiem chłopcom z wydziału

śledczego o tej zakurzonej podłodze w piwnicy.

background image

  -   Och,   daj   im   spokój.   Znają   się   na   swojej   robocie.   -

Jimmy zamówił dwie podwójne whisky.

 - W takim razie tylko jeden drink - zapowiedział Hamish.

- Nie ufam temu Tellerowi ani trochę.

W końcu odciągnął opierającego się  Jimmy'ego od baru.

Pan  Teller  obsługiwał   właśnie   jakąś   klientkę   kupującą
artykuły spożywcze.

  -   Sądzę,   że   dzisiaj   powinien   pan   zamknąć   sklep   -

zauważył Hamish.

Pan Teller wskazał palcem na rył sklepu.
 - Oni powiedzieli, że wszystko jest w porządku.
 - Niech pan nas przepuści - poprosił Hamish. Pan Teller

podniósł klapę lady.

Hamish i Jimmy przeszli na zaplecze.
 - Jak idzie? - spytał Jimmy jednego ze śledczych.
  -   Nic   specjalnego,   wygląda   na   zwykłe   włamanie.   Na

zewnątrz leży żwir, więc  nie udało nam  się nic  ciekawego
znaleźć. Nic, poza odciskami butów o numerze jedenastym na
podłodze w piwnicy.

  -   To   moje   ślady   -   przyznał   się   Hamish.   -   Ale   co   z

piwnicą?   Kiedy   tam   zajrzałem,   nic   tam   nie   było,   poza
nienaruszoną powłoką z kurzu.

  -   W   takim   razie   powinieneś   sobie   zbadać   wzrok.

Złodzieje zamietli to miejsce razem ze schodami.

 - Co? - Hamish poczuł ucisk w żołądku.
  - Sam zobacz. Skończyliśmy już tam na dole. Hamish

podszedł   do   drzwi   piwnicy,   włączył   światło   i   spojrzał   na
schody. Zobaczył na kurzu ślady miotły.

  - Nie było ich, kiedy przyszedłem tu wcześniej.  Teller

musiał to zrobić, kiedy wy dwaj byliście z tyłu.

Wściekły Hamish wrócił do sklepu, a za nim Jimmy.
  -   Dlaczego   zamiótł   pan   schody?   -   ze   złością   zażądał

wyjaśnień.

background image

Pan Teller wyglądał jak pomnik urażonej niewinności.
 - Nic nie zrobiłem. Poszedłem, żeby spytać, czy nie mają

ochoty   na   filiżankę   herbaty.   Jestem   szanowanym
handlowcem,   członkiem   Klubu   Rotarian   i   masonerii.
Porozmawiam sobie z pana przełożonym.

 - Proszę bardzo! - krzyknął Hamish. - Mam pana!
  - Chodź, Hamish. - Jimmy wyciągnął go przed sklep -

Wróćmy do baru. Kieliszek alkoholu cię uspokoi.

  - Mnie  już  wystarczy i  ty też  nie  powinieneś już  pić.

Prowadzisz.

  -   Jeszcze   jeden   nikomu   nie   zaszkodzi   -   zaszczebiotał

Jimmy, wpychając Hamisha do ciemnego wnętrza baru. Wziął
drinki i poprowadził posterunkowego do stolika w rogu.

  -   A   teraz,   Hamishu,   czy   przypadkiem   się   nie   mylisz?

Kiedy   ktoś   wspomina   o   wolnomularstwie,   czuję   ucisk   w
żołądku. Szef jest członkiem.

Mówiąc szef, Jimmy miał na myśli nadkomisarza Petera

Daviota.

 - Jestem całkiem pewny - odparł Hamish.
  - Więc  co  według  ciebie   mamy  zrobić, jeśli   ten  mały

człowieczek będzie miał księgi w porządku i wszystko będzie
się zgadzać z rejestrem dostaw od Frog's?

 - Nie wiem - odparł Hamish.
 - Twoje słowo przeciwko jego.
 - Myślisz, że słowo policjanta ma jakieś znaczenie w tych

czasach.

 - Nie przeciwko masonowi i członkowi Klubu Rotarian -

zauważył cynicznie Jimmy.

Hamish podjął decyzję.
 - Jadę do Frog's. Możesz wypić mojego drinka.
Jimmy spojrzał tęsknie na whisky.
 - Muszę donieść Blairowi, co robisz.
 - Wstrzymaj się chwilę.

background image

  - W porządku. Ale informuj mnie. Zobaczę, czy uda mi

się   wyciągnąć   coś   z   Tellera.   Cuda   nowoczesnej   techniki
śledczej, tak?

 - Coś jest nie tak z tą dwójką ze Strathbane. Wydaje mi

się, że chcą jak najszybciej skończyć robotę, bo mają jakiś
mecz albo coś w tym stylu.

Hamish najpierw sprawdził adres firmy Frog's w książce

telefonicznej, którą trzymał w land roverze, po czym pojechał
do Strathbane. Ich siedziba znajdowała się przy porcie, czyli w
tej okolicy Strathbane, której Hamish nienawidził. Z rzadka
pojawiające   się,   letnie   słońce   mogło   wydobyć   piękno
górskiego krajobrazu na wsi, ale port stawał się od tego ciepła
jeszcze bardziej śmierdzący: smród stęchłej ryby łączył się z
gnijącymi warzywami i czymś, co wiktoriańskie damy zwykły
nazywać „czymś jeszcze gorszym".

Nad drzwiami firmy wisiał wypłowiały od słońca szyld:

„Dystrybutor Whisky i Wina Frog's". Posterunkowy otworzył
drzwi i wszedł do środka.

  -   O   rany,   Mary!   -   krzyknął   na   widok   niewielkiej

dziewczyny siedzącej za biurkiem. - Co ty tutaj robisz?

Drobna i zuchwała Mary Bisset mieszkała w Lochdubh.

Jej zwykle łobuzerska twarz miała tym razem znękany wyraz.

  -   Jestem   na   okresie   próbnym,   Hamishu.   Nie   mogę

poradzić sobie z tym komputerem.

 - Gdzie jest twój szef?
W mieście na jakimś spotkaniu.
 - Jak się nazywa?
 - Pan Dunblane.
 - Nie nazywa się Frog?
  -   Wydaje   mi   się,   że   jakiś   pan   Frog   byt   kiedyś

właścicielem. Och, Hamish, co ja mam począć?

 - Przesuń się, zobaczę, co da się zrobić.

background image

Hamish   usiadł   przy   komputerze   i   włączył   go.   Żadnej

reakcji. Wygiął swoje patykowate ciało i zajrzał pod biurko.

  -   Mary,   Mary,   nie   włożyłaś   wtyczki   do   gniazdka.

Dziewczyna zachichotała. Hamish podłączył komputer.

 - Działa. Czy mogę ci jeszcze jakoś pomóc?
 - Potrzebuję jakiegoś edytora tekstu. Muszę napisać kilka

listów.

  - Zanim zaczniesz, wiesz może, gdzie twój szef trzyma

księgi rozliczeniowe?

 - W sejfie.
Twarz Hamisha spochmurniała.
 - Ale ty jesteś z policji, w związku z tym powinnam go

otworzyć.

 - Znasz szyfr?
 - To jeden z tych dawnych modeli. Klucz wisi na ścianie

razem z kluczami do wewnętrznego biura.

Hamish wszedł do środka.
 - Gdzie są wszyscy? - spytał przez ramię.
 - Pracują tu Jerry i Tam, ale oni pojechali do miasta razem

z panem Dunblane'em.

Hamish   uśmiechnął   się.   Klucz,   którego   potrzebował,

wisiał na tablicy razem z innymi kluczami, opatrzony zgrabną
tabliczką „Sejf".

 - Chodź, Mary - poprosił. - Lepiej, żebyś była świadkiem.
Hamish   otworzył   sejf.   W   środku   na   dolnej   półce   było

mnóstwo   pieniędzy   w   banknotach.   Wyżej   stały   dwie   duże
księgi oznaczone jako „Rachunki". Posterunkowy wyjął je i
zamknął sejf. Usiadł przy biurku i zaczął je przeglądać.

  -   Stań   na   czatach,   Mary,   i   krzycz,   gdybyś   kogoś

zobaczyła.

  -   O   co   w   tym   wszystkim   chodzi?   Posterunkowy

uśmiechnął się do niej.

background image

 - Jeśli się uda, zabiorę cię któregoś wieczoru na kolację i

wszystko ci opowiem.

Nadkomisarz   Peter   Daviot   skończył   swoją   przemowę,

wygłoszoną   przed   Stowarzyszeniem   Przedsiębiorców
Strathbane.   Lubił   być   zapraszany   na   tego   typu   imprezy.
Jednak jego zadowolenie nie miało potrwać długo. Właśnie
usiadł   ponownie,   oklaskiwany   przez   zgromadzonych,   kiedy
zabrzęczała   jego   komórka.   Przeprosił   gości   przy   stole   i
wyszedł, żeby odebrać. Dzwonił inspektor Blair.

 - Macbeth wpakował nas w niezłe gówno - zawył Blair.
 - Uważaj na słowa - warknął Daviot. - O co chodzi?
  - Ktoś włamał się do sklepu Tellera w Braikie i ukradł

cały alkohol. Macbeth oskarża Tellera o zacieranie śladów, a
on grozi, że nas pozwie.

 - O rany, lepiej pojedź tam i załagodź jakoś tę sytuację.
 - Anderson jest na miejscu.
 - Ty też tam jedź. To wymaga obecności oficera wyższej

rangi. Powiedz też Macbethowi, żeby się natychmiast do mnie
zgłosił.

Kiedy   Daviot   wrócił   do   komendy   głównej,   z

zaskoczeniem dowiedział się, że Hamish Macbeth już czekał,
żeby się z nim zobaczyć.

 - Szybko poszło - powiedział do swojej sekretarki, Helen.

- Gdzie on jest?

  -   W   pana   gabinecie   -   odparła   kwaśno   Helen.   Darzyła

Hamisha szczerą nienawiścią.

Daviot pchnął drzwi i wszedł do środka. Hamish wstał,

trzymając w ręku plik skserowanych kartek papieru.

 - O co w tym wszystkim chodzi, Macbeth? Słyszałem, że

złożono na ciebie skargę.

 - Chodzi o sklep Tellera - meldował Hamish. - Twierdzi,

że skradziono mu cały alkohol, którego dostawcą była firma
Frog's. Tutaj są kopie z ksiąg rachunkowych Frog's. Wszystko

background image

jest w nich czarno na białym. Ostatnia dostawa dla Tellera
zapisana jest w jednej z nich. Jednak w tej drugiej znajdziemy
pięciu innych właścicieli różnych sklepów, którzy domagali
się   odszkodowania.   Wypłacono   im   połowę   kwoty,   której
żądali.

 - Jak na to trafiłeś?
 - Dunblane'a, szefa Frog's, i jego dwóch pracowników nie

było w biurze. Znam sekretarkę. Otworzyła mi sejf.

  - Macbeth! Nie możesz robić takich rzeczy bez nakazu

przeszukania!

  - Więc teraz właśnie prosiłbym o ten nakaz. Sekretarka

nic nie powie. Powinniśmy się pospieszyć.

 - Wysłałem Blaira do Braikie, ponieważ Teller groził nam

pozwem. Wydam nakaz przeszukania, weźmiemy detektywa
Macnaba i dwóch policjantów, i pojedziemy tam.

Był   późny   wieczór,   kiedy   Hamish   Macbeth   dotarł   do

Lochdubh.   Był   szczęśliwym   i   zadowolonym   człowiekiem.
Blair wrócił z Lochdubh w samą porę, żeby dowiedzieć się o
powodzeniu   całej   operacji.   Pięciu   innych   sprzedawców
zostało zatrzymanych. Zgłosili domniemaną kradzież swoich
towarów,   które   sami   zabierali   i   ukrywali.   Po   zapłaceniu
Dunblane'owi  jego doli, dostawali  połowę  odszkodowania  i
wciąż mieli swój towar.

Wiejski pejzaż skąpany był w dziwnym, bladym, letnim

świetle. Na północy Szkocji o tej porze roku nigdy nie robiło
się   ciemno.   Niektórzy   ze   starszych   mieszkańców   wciąż
wierzyli, że o zmroku wokół czaiły się wróżki, czekając na
nieostrożnego wędrowca.

Kiedy   Hamish   otworzył   drzwi   posterunku,   powitało   go

pełne wyrzutu szczekanie Lugsa. Hamish wziął psa na spacer,
a po powrocie zabrał się za przygotowywanie kolacji dla nich
obu. Kiedy tylko postawił miskę Lugsa na podłodze i usiadł

background image

przy   stole,   żeby   rozkoszować   się   posiłkiem,   ktoś   z   pasją
załomotał do drzwi.

Otworzył i stanął twarzą w twarz ze wściekłą matką Mary

Bisset.

 - Zostaw moją córkę w spokoju, słyszysz? - krzyknęła. -

Ma   dopiero   dwadzieścia   lat.   Znajdź   sobie   kogoś   w   swoim
wieku.

Hamish zamrugał.
  - Pani córka bardzo mi pomogła w naszym śledztwie w

sprawie   wyłudzenia   odszkodowania.   Nie   mogłem   jej
powiedzieć, o co chodziło, ale  obiecałem,  że  zabiorę  ją  na
kolację, żeby podziękować i wszystko wyjaśnić.

  - Och, jasne - zadrwiła - cóż, romansuj sobie z kimś w

swoim wieku. Powinieneś się wstydzić. Casanova!

Po tych słowach wypadła na zewnątrz.
Hamish   zatrzasnął   drzwi.   Kobiety,   pomyślał.   Dopiero

skończyłem   trzydzieści   lat,   a   przez   nią   czuję   się   jak   stary
piernik.

background image

Rozdział drugi
Za   żonę   miał   trzpiotkę   ładną,   dziecinną,   bladą;   Choć

myśleć nie umiała, mówiła ze swadą.

George Crabbe

Rano Hamish usiadł przy komputerze, żeby spisać pełen

raport w sprawie wyłudzeń odszkodowania. Jego długie place
szybko   biegały   po   klawiaturze.   Na   zewnątrz   wciąż   było
słonecznie i nie mógł się doczekać, żeby wrócić do swoich
zwykłych   zajęć,   czyli   włóczenia   się   po   miasteczku   i
plotkowania z mieszkańcami.

Zadzwonił   telefon.   Przez   chwilę   przyglądał   mu   się

niechętnie, w końcu odebrał.

 - Hamish? - usłyszał cichy, przestraszony głosik. - To ja,

Bella Comyn.

 - Dzień dobry, Bello. Co mogę dla ciebie zrobić?
 - Boję się. Chcę od niego odejść, ale boję się, że mi coś

zrobi.

 - Gdzie on teraz jest?
 - W rzeźni w Strathbane.
 - Daj mi pół godziny to zaraz przyjadę.
Hamish pisał w pośpiechu. Skończył raport, wysłał go do

komendy głównej i postanowił dowiedzieć się, co się dzieje z
Bellą.

Jadąc w stronę ich gospodarstwa, próbował przypomnieć

sobie wszystko, co wiedział o niej i jej mężu, Seanie. Dwa lata
temu   Sean   skończył   czterdzieści   lat.   Był   cichym,
małomównym człowiekiem. Pewnego razu wrócił z Inverness
z nową żoną - Bellą. Dziewczyna była piętnaście lat młodsza
od niego i mieszkańcy szeptali między sobą, że trudno byłoby
znaleźć   gorszą   kandydatkę   na   gospodynię.   Bella   nosiła
cieniutkie, uwodzicielskie stroje i spacerowała po Lochdubh w
niepraktycznych,   wysokich   szpilkach.   Często   chichotała,

background image

szczebiotała   i   wydawała   się   być   względnie   zadowolona   ze
swojego życia.

Hamish zaparkował samochód przed bielonym domkiem i

zapukał do drzwi. Otworzyła Bella.

 - Bardzo się cieszę, że jesteś. Zastanawiałam się, co mam

zrobić.

Hamish zdjął czapkę i wszedł za nią do kuchni.
 - Napijesz się herbaty?
 - Może później. Powiedz mi, o co chodzi.
Usiadła   przy   kuchennym   stole.   Na   jej   niegdyś   blond

włosach,   zaczesanych   gładko   do   tyłu,   widać   było
kilkucentymetrowe   odrosty.   Jasnoniebieskie   oczy   były
zaczerwienione od płaczu.

 - Dłużej tego nie zniosę. Czuję się jak w więzieniu. Nie

mogę   nigdzie   wyjść.   Żadnego   kina,   kolacji   w   restauracji.
Tkwię tylko tutaj, dzień po dniu.

 - Czy on cię bije?
 - Nie, nie musi. Straszy mnie tylko, że uderzy, a ja robię

to,   czego   on   chce.   Popatrz   na   moje   włosy   -   zawołała,
wyciągając pasmo w stronę Hamisha, żeby mógł się przyjrzeć
- zapowiedział, że jeśli jeszcze raz je ufarbuję, zabije mnie.

 - Może powinniście pójść na terapię małżeńską?
 - Wyobrażasz sobie Seana na takiej terapii? On twierdzi,

że swoje brudy należy prać we własnym domu.

 - Dokąd byś poszła?
Nerwowo kręciła swoją złotą obrączką.
  - Mam przyjaciela w Inverness. To za niego powinnam

była   wyjść.   Zadzwoniłam   do   niego.   Powiedział,   że   mogę
przyjechać, kiedy tylko zechcę.

 - Więc do czego ja jestem ci potrzebny?
  -   Ludzie   tutaj   mówią,   że   jesteś   gotowy   nagiąć   trochę

prawo, żeby pomóc potrzebującym. Muszę mieć trochę czasu,
żeby spakować swoje rzeczy i wyjść. - Spojrzała z niepokojem

background image

na zegar. - Mamy tylko pół godziny. Nie umiem prowadzić.
Pomyślałam,   że   mógłbyś   go   za   coś   przymknąć,   a   potem
zawiózłbyś mnie na przystanek autobusowy w Lochdubh.

  -   Nie   mogę   tego   zrobić!   -   krzyknął   Hamish,   którego

akcent   stawał   się   mocniejszy   zawsze   wtedy,   kiedy   był
zdenerwowany. - Musisz porozmawiać z którąś z kobiet.

 - Nie znam żadnej z nich.
 - A ja nie mogę mieszać się w małżeńskie sprawy. Och,

mam   pomysł.   Zostaw   to   mnie.   Widuję   cię   czasem   w
miasteczku. Jak się tam dostajesz?

 - Sean mnie zawozi. Potem idzie do pubu, podczas gdy ja

robię zakupy.

 - Więc następnym razem po prostu wsiądź do autobusu.
 - I miałabym zostawić wszystkie moje rzeczy? Mam tutaj

biżuterię mojej matki.

  -   Mogłabyś   ją   schować   w   torebce   albo   w   siatce   na

zakupy.

 - On wciąż przeszukuje moje torby, a nuż ktoś podrzucił

mi   jakiś   liścik.   Sprawdza   rachunki   telefoniczne.   Jeśli   będę
tutaj   dalej   mieszkać   i   przyjdzie   kolejny   rachunek,   zapyta
mnie,   po   co   dzwoniłam   na   policję.   Chyba   będę   musiała
powiedzieć   mu,   że   widziałam,   jak   kręcił   się   tutaj   ktoś
podejrzany.

 - Jak więc udało ci się skontaktować z tym mężczyzną z

Inverness?

  -   Kiedy   byłam   ostatnio   w   Lochdubh,   zadzwoniłam   z

budki telefonicznej, jak tylko Sean zniknął w pubie. Poszło na
to kilka funtów, moje ostatnie własne pieniądze. Nie daje mi
nic, poza pieniędzmi na zakupy, a kiedy wracamy do domu,
sprawdza wszystkie towary i odznacza je na liście.

  - Musisz  mieć  przyjaciół, powinnaś zaprzyjaźnić się  z

tutejszymi kobietami. Postaram się coś zorganizować.

background image

  -   To   nic   nie   da.   On   je   odprawi.   Nagle   Hamish   się

uśmiechnął.

 - W takim razie nie zna pani Wellington.
Hamish wrócił na posterunek i wpuścił Lugsa do środka.

Szedł właśnie na plebanię do pani Wellington, żony pastora,
kiedy dołączyła do niego Elspeth.

 - Chodzi o Stoyre - zaczęła.
 - Później, Elspeth - uciął Hamish. - Jestem zajęty. Posłała

mu zdziwione, rozczarowane spojrzenie i odwróciła się.

Nie powinienem być dla niej taki nieuprzejmy, pomyślał

Hamish.   Ale   wszystko   w   swoim   czasie.   Stoyre   może
poczekać. Wszedł na plebanię.

Pani Wellington była budzącą grozę niewiastą, ubraną jak

zawsze, pomimo upału, w tweedowy żakiet, jedwabną bluzkę i
obszerną,   tweedową   spódnicę,   do   tego   grube   pończochy   i
półbuty.

 - Och, to ty - powitała go nieuprzejmie.
  - Chciałbym z panią porozmawiać o pewnej delikatnej

sprawie.

  - Znów masz problemy z dziewczynami? - zawołała. -

Matka Mary Bisset opowiada, że uganiasz się za jej córką.

 - Bzdura. Mogę wejść?
Hamish   wszedł   do   kuchni,   ponurego   pomieszczenia

wypełnionego   silnym   zapachem   środków   odkażających.
Zauważył, że na plebaniach zawsze panował mrok, tak jakby
światło uchodziło za coś zdrożnego.

Wyjaśnił, na czym polegał problem Belli. Pani Wellington

słuchała z uwagą i powiedziała:

 - To lekkomyślna dziewczyna i on nigdy nie powinien był

się z nią żenić, ona jednak musi od czasu do czasu wyrwać się
z domu, a Stowarzyszeniu Matek zawsze przydadzą się nowe
członkinie.

 - Ona nie ma dzieci.

background image

  -   Siostry   Currie   też   nie   -   zauważyła   pani   Wellington

oschle - to im jednak nie przeszkadza w próbach kierowania
całym przedsięwzięciem. Zostaw to mnie, Hamish.

Hamish   poszedł   do   biura   „Highland   Times",   żeby

poszukać Elspeth. Znalazł ją siedzącą przy biurku, markotnie
zaplatającą włosy na ołówek.

 - Więc o co chodzi ze Stoyre? - spytał.
 - Wybrałam się tam i nic. Nikogo nie było w kościele.
 - Więc tylko to mi chciałaś powiedzieć?
 - Wydaje mi się, że powinieneś tam wrócić. Wyczuwam

w tym miejscu coś dziwnego.

 - To znaczy co?
 - Strach.
  -   To   pewnie   strach   przed   jakimś   kalwińskim   bogiem.

Wygląda na to, że stali się bardzo pobożni.

 - Możliwe. Ale wyczuwam coś jeszcze.
Hamish nagle poczuł, że jest głodny jak wilk. Nie jadł

nawet   śniadania.   Aby   wynagrodzić   Elspeth   swoje   niemiłe
zachowanie,   miał   jej   właśnie   zaproponować,   żeby   poszła   z
nim na kolację do włoskiej restauracji, ale ona spojrzała na
niego badawczo i zapytała z uśmiechem:

 - Jak się ma twój romans z Mary Bisset?
  - Nie ma żadnego romansu - odparł Hamish sztywno i

wyszedł. Co za irytująca dziewczyna.

Hamish   poszedł   na   posterunek   i   wyjął   pstrąga   z

zamrażarki. Lugs zaskomlał. Nie lubił ryb i uważał, że jego
pan był samolubny. Rozchmurzył się jednak, kiedy Hamish
zaczął smażyć dla niego jagnięce wątróbki.

Po   przygotowaniu   jedzenia   ustawił   wszystko   na   tacy   i

zaniósł do ogrodu przed posterunkiem. Postawił miskę Lugsa
na   trawie,   a   sam   rozsiadł   się,   żeby   cieszyć   się   posiłkiem
złożonym z pstrąga smażonego w płatkach owsianych, sałatki
i frytek.

background image

Nad   ogrodzeniem   pojawiła   się   lisia   twarz   Jimmy'ego

Andersona.

 - To wygląda znakomicie. - Otworzył furtkę i wszedł do

środka.

 - Mam nadzieję, że już jadłeś - odparł Hamish. - Nie mam

ochoty znów gotować.

 - Nie, nie jestem głodny. - Jimmy rozsiadł się na krześle

obok posterunkowego. Rozejrzał się wokół: krzak róży piął się
wzdłuż drzwi wejściowych i w stronę ogrodzenia. W słońcu
migotała tafla jeziora.

 - Prowadzisz tutaj życie jak Riley („Szalone życie Maddy

Riley" - popularny brytyjski serial komediowy) - powiedział. -
Ciesz się tym, dopóki możesz.

 - Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał ostro Hamish.
  -   Cóż,   po   tym,   jak   rozwiązałeś   tę   wielką   aferę

ubezpieczeniową,   Daviot   zaczyna   coraz   głośniej   mówić,   że
marnujesz się tutaj, a Blair go w tym utwierdza.

 - Dlaczego? Przecież on mnie nienawidzi.
  -   Wydaje   mu   się,   że   jak   zostaniesz   przeniesiony   do

Strathbane,   to,   no   cóż,   będziesz   po   prostu   jednym   z   wielu
gliniarzy.   A   skoro   będziesz   blisko,   łatwiej   mu   będzie
przypisywać sobie twoje zasługi.

 - A co ciebie tutaj sprowadza?
 - Mam wolne. Przyjechałem, żeby cię ostrzec przed tym,

co   się   szykuje.   Poza   tym   wydaje   mi   się,   że   powinieneś
zaproponować mi coś do picia.

Hamish westchnął i wszedł do kuchni, po czym wrócił z

do   połowy   pełną   butelką   whisky   i   szklanką   i   postawił
wszystko na stole.

 - Częstuj się.
 - Dzięki.
  - Więc co mogę zrobić, żeby zablokować mój awans? -

spytał Hamish.

background image

 - Nie wiem. Skompromituj się jakoś - nie za mocno.
 - Jak mam to zrobić?
Jimmy upił sporą porcję whisky.
 - Wcześniej zawsze ci się jakoś udawało.
 - Nie chcę przenosić się do Strathbane - jęknął Hamish i

zatoczył koło ręką. - Spójrz, co mogę stracić.

 - Dziś jest piękny dzień, przyznaję. Ale co z tymi długimi

zimami?

 - Uwierz mi, długie zimy w Strathbane wydają się jeszcze

gorsze niż tutaj.

  -   Mów,   co   chcesz.   Wieśniak   pozostanie   wieśniakiem.

Chyba bym umarł, jakbym tu utknął i gadał do owiec.

 - Jeśli najpierw nie wykończy cię ta butelka.
 - Z tym dam sobie radę. Poczekaj chwilę. Mam pomysł. -

Jimmy wypił łyk whisky. - Właśnie rozpoczął służbę pupilek
Blaira,   bliski   krewny.   Aresztuje   każdego,   kogo   zobaczy.
Dzisiaj   stoi   z   radarem   przy   głównej   drodze   do   Strathbane.
Możesz   przejechać   obok   niego,   wyciągając   ponad   sto
kilometrów na godzinę.

 - Policyjnym radiowozem? Pomyśli, że kogoś ścigam.
 - Weź samochód prywatny, wypij trochę i zobaczysz, co

się stanie.

 - Stracę prawo jazdy!
  -  Jesteś  policjantem!  Każą   mu   to  zatuszować.  Hamish

parsknął z powątpiewaniem.

 - Kto mu każe? Blair? Daj spokój, Jimmy. Pomyśl trochę.
 - Nie, ja mu każę. Podlizuje mi się, bo chce się dostać do

wydziału zabójstw. Powiem mu, żeby zapomniał o wszystkim
i szepnął słowo Daviotowi. Nadkomisarz nienawidzi pijanych
kierowców.   Powiem   mu,   że   jeśli   ta   sprawa   trafi   do   prasy,
bardzo źle wpłynie na wizerunek policji.

Hamish   spojrzał   na   Jimmy'ego   z   namysłem,   po   czym

powiedział:

background image

 - Przyniosę jeszcze jedną szklankę.
Posterunkowy   Johnny   Peters   stłumił   ziewnięcie.   Był

znudzony   i   zmęczony.   Dochodził   koniec   jego   zmiany.
Podobnie jak Blair, pochodził z Glasgow i nie miał zaufania
dla   górali.   Podejrzewał,   że   na   swój   prymitywny,   prawie
telepatyczny sposób przekazali sobie informację o zastawionej
przez   niego   pułapce   na   pędzących   za   szybko   kierowców.
Samochody mijały go z prędkością pięćdziesięciu kilometrów
na godzinę, chociaż dozwolone było sześćdziesiąt.

Odezwało się jego radio.
 - Tu Peters - zameldował się.
  -   Z   tej   strony   Anderson   -   usłyszał   głos.   -   Właśnie

otrzymaliśmy informację o skradzionym samochodzie. Biały
ford eskort, należący do pani Angeli Brodie z Lochdubh. -
Peters właśnie zapisał numer rejestracyjny, kiedy jego bystre
spojrzenie   zanotowało   na   horyzoncie   białą   plamkę
samochodu.   Rozłączył   się,   pobiegł   do   samochodu   i
zaparkował go w poprzek drogi.

Na początku wydawało się, że zbliżający się samochód,

który jechał z zawrotną prędkością, uderzy w niego, jednak
kierowca zahamował dosłownie metr przed nim i siedział za
kierownicą, uśmiechając się głupkowato.

Peters wysiadł, podszedł do samochodu i zapukał w szybę.

Hamish   Macbeth   otworzył   okno   i   ze   środka   buchnął   ostry
zapach whisky.

 - Proszę wysiąść! - krzyknął Peters.
Hamish został zbadany alkomatem, skuty i oskarżony o

jazdę   pod   wpływem   alkoholu   i   kradzież   samochodu.   Czuł
ulgę, że wysiadł już z samochodu Angeli. Jechał niezwykle
ostrożnie   aż   do   momentu,   kiedy   znalazł   się   niedaleko
radiowozu i wtedy przyspieszył.

Kiedy   Hamisha   wyprowadzano   z   radiowozu,   czekał   na

niego Jimmy Anderson.

background image

  -   Peters   -   szepnął   -   co   ty   wyprawiasz,   aresztowałeś

Hamisha Macbetha! Jest w tym momencie naszym bohaterem.
To   on   rozwikłał   tę   wielką   sprawę   oszustw
ubezpieczeniowych.

  -   Ja   tylko   wykonuję   swoje   obowiązki   -   odparł   Peters

sztywno. - Jest pijany i jechał kradzionym samochodem.

 - Czy to był ford eskort? 
 - Tak.
  -   Och,   doktor   Brodie   właśnie   dzwonił.   To   jego   żona

zgłosiła   kradzież   samochodu,   nie   wiedziała,   że   jej   mąż
pożyczył go Hamishowi.

 - Niemniej jednak...
 - Dalej. Rozkuj go. Nauczysz się, że staramy się trzymać

takie   rzeczy   z   daleka   od   dziennikarzy.   Porozmawiam   z
Daviotem. Pozwól, że sam się tym zajmę.

Peters   miał   wątpliwości,   jednak   był   najwyraźniej   pod

wrażeniem tego, że Anderson był w tak dobrych stosunkach z
ich   zwierzchnikiem.   Zdjął   kajdanki   z   nadgarstków
posterunkowego.

 - Chodź, Hamish - powiedział Jimmy.
Hamish   poszedł   za   nim,   sztywnym,   bocianim   krokiem

pijanego człowieka.

 - Potrzebuję dużo wody, Jimmy - szepnął - i kawy.
  -   Zostawię   cię   w   stołówce   i   pójdę   porozmawiać   z

Daviotem.

Peter Daviot słuchał ponuro opowieści Jimmy'ego.
 - Mam nadzieję, że został oskarżony - dopytywał się.
  - Cóż, właśnie w tej sprawie przyszedłem, sir.  Macbeth

jest popularny i przyjaźni się z wieloma dziennikarzami. Jeśli
zostanie oskarżony, stanie przed sądem i sprawa trafi do gazet.
To źle wpłynie na nasz wizerunek, sir. Nie chcemy zresztą,
żeby   jakiś   reporter   przypomniał   sobie   o   tamtej   pijackiej
eskapadzie inspektora Blaira, którą udało nam się zatuszować.

background image

- Jakiś rok temu Blair wjechał swoim samochodem w drzewo
po tym, jak spił się wcześniej na policyjnym przyjęciu.

 - Gdzie jest teraz Macbeth?
 - W stołówce.
  - I pomyśleć, że  chciałem awansować tego człowieka.

Żeby   taki   talent   szedł   w   parze   z   takimi   niebezpiecznymi
skłonnościami.

 - Mógłbym coś zasugerować, sir?
 - Proszę.
  -   Macbeth   daje   sobie   doskonale   radę   na   swoim

stanowisku.   On   nigdy   nie   zaglądał   do   kieliszka.   To   była
jednorazowa wpadka. Pamięta pan jego narzeczoną, Priscillę
Halburton - Smythe?

 - Tak.
 - Cóż, dowiedział się, że dziewczyna wychodzi za mąż i

być może to go tak zdenerwowało.

  -   Powiedz   mu,   żeby   do   mnie   przyszedł.   Wyślij   też

funkcjonariusza do Lochdubh po panią Brodie, żeby mogła
odebrać swój samochód.

Pięć minut później, opity wodą mineralną i czarną kawą i

nieco bardziej trzeźwy Hamish Macbeth stanął przed swoim
przełożonym.

  - Siadaj - warknął  Daviot. - Podejrzewam, że pozycja

stojąca wymaga od ciebie wiele wysiłku. To poważna sprawa.
Powinieneś stracić prawo jazdy i zostać zawieszony.

Hamish zachichotał.
 - Co cię tak bawi?
 - Nie mogę przestać myśleć o tych wszystkich sprawach,

które   bym   rozwiązał,   jakby   mnie   zawieszono.   W   telewizji
detektywi   i   policjanci   zawsze   zostają   zawieszeni   i   wtedy
rozwiązują te wszystkie sprawy.

 - Weź się w garść, człowieku. Trzeba będzie zatuszować

tę sprawę dla dobra naszej reputacji. Wiesz, że zamierzałem

background image

cię awansować? To by było na razie tyle. Nadajesz się tylko
do tego, żeby być wiejskim posterunkowym. Bardzo się na
tobie zawiodłem.

 - Bardzo przepraszam, sir.
 - Nie pozwól, żeby to się powtórzyło. Wynoś się stąd. I

wytrzeźwiej!

***
  -   Mam   nadzieję,   że   się   udało   -   powiedziała  Angela

Brodie, odwożąc Hamisha z powrotem do Lochdubh.

  - Och, udało się. Dzięki,  Angela.  Przestań się na mnie

gapić i skup się na drodze.

 - Jak bardzo jesteś pijany?
 - Prawie wytrzeźwiałem. Wypiłem tyle, żeby przekroczyć

dopuszczalną normę.

  - Ten samochód cuchnie jak gorzelnia. Hamish spojrzał

na nią z poczuciem winy.

 - Wylałem trochę na siedzenia.
 - W takim razie, kiedy wrócisz, kupisz u Patela środek do

czyszczenia tapicerki i wszystko wyczyścisz.

 - Dobrze, Angelo.
 - Pani Wellington odwiedziła mnie tuż przed przyjazdem

policjanta ze Strathbane. Wygląda na to, że przydzieliłeś jej
misję uratowania Belli Comyn. Mówi, że mąż ją bije.

 - Jeszcze nie bije, ale zastrasza ją i nie daje jej w ogóle

swobody.

 - Wydaje się być w niej szaleńczo zakochany. Naprawdę

wydaje ci się, że mógłby ją kiedyś skrzywdzić?

 - Ona najwyraźniej się tego obawia.
 - Wybieram się do niej jutro z panią Wellington.
 - Daj mi znać, jak wam pójdzie.
Po   powrocie   do   Lochdubh   Hamish   kupił   środek   do

tapicerki   i   starannie   wyczyścił   przednie   siedzenia   w
samochodzie Angeli. Miał suche usta i czuł w nich okropny

background image

posmak, a głowa pękała mu z bólu. Wreszcie udało mu się
skończyć. Marzył teraz jedynie o dwóch aspirynach i długim
śnie.

Szedł   właśnie   w   stronę   posterunku,   kiedy   nadbiegła

Elspeth.

  -   Hamish,   jest   coś   jeszcze   w   sprawie   Stoyre.   Głowa

pękała mu z bólu.

 - Czy ktoś nie żyje, jest ranny albo został okradziony?
 - Nie, nie o to chodzi. Chodzi o...
 - Daj spokój, Elspeth. Porozmawiamy jutro. Dziennikarka

została, patrząc, jak posterunkowy odchodzi.

Rano   zbudził   się   wypoczęty   i   bardzo   głodny.   Poszedł

prosto do Patela, żeby kupić bekon. Kiedy przekroczył drzwi
sklepu, usłyszał siostry Currie, Nessie i Jessie, rozmawiające z
ożywieniem.

 - Mówię ci, czyścił jej samochód i śmierdział alkoholem -

mówiła Nessie. - Dlaczego miałby to robić?

 - Dlaczego go pani o to nie zapyta? - wtrącił się Patel.
  -   Ponieważ   on   ciągle   kłamie,   ciągle   kłamie   -   odparła

Jessie.

 - Jeśli chce pani wiedzieć - wyjaśniał Hamish ze złością -

zabrałem   się   z   panią   Brodie   do   Strathbane,   żeby   zawieźć
trochę   whisky   dla   mojego   chorego   przyjaciela.   Wpadła   na
jakiś kamień, butelka nie była dobrze zakręcona, więc trochę
alkoholu wylało się na tapicerkę.

W   sklepie   zapanowało   milczenie.   Siostry   Currie,   które

nienawidziły, gdy ktoś przyłapywał je na plotkowaniu (lubiły
opowiadać,   że   nigdy   nie   zajmowały   się   takimi   rzeczami),
zapłaciły za zakupy i pospiesznie wyszły ze sklepu. Hamish
kupił paczkę bekonu i wrócił do domu. Nie musiał kupować
jajek. Jego kury doskonale się niosły.

Rozmyślał   o   wydarzeniach   dnia   poprzedniego   i   wtedy

przypomniał sobie o Elspeth. Naprawdę musi przestać być dla

background image

niej   taki   nieuprzejmy.   Po   śniadaniu   poszedł   do   siedziby
miejscowej   gazety,   gdzie   dowiedział   się,   że   dziewczyna
pojechała,   żeby   napisać   reportaż   o   targach   kwiatów   w
Dornoch.

Zastanawiał się, czy nie pojechać do Stoyre, potem jednak

porzucił tę myśl. Miał inne wioski w swoim rewirze, które
musiał   odwiedzić,   a   w   Stoyre   nie   miało   przecież   miejsca
żadne przestępstwo.

Późnym wieczorem wrócił razem z Lugsem, zadowolony,

że jego teren był tak samo spokojny, jak na początku lata.
Ugotował   posiłek   dla   siebie   i   psa,   i   sięgał   właśnie   po
słuchawkę,   żeby   zadzwonić   do   Elspeth,   kiedy   rozległ   się
dzwonek telefonu. W słuchawce zabrzmiał potężny głos pani
Wellington:

 - Musisz coś zrobić.
 - Co się stało?
  - Sean odszedł od Belli. Byłam u nich dzisiaj razem z

Angelą,   żeby   zasugerować   dziewczynie   uczestnictwo   w
spotkaniach   Stowarzyszenia   Matek.   Sean   był   w   domu.
Wydawało   się,   że   jest   zadowolony   z   tego   pomysłu.   Jak
wychodziłyśmy,   wszystko   było   w   porządku.   Ale   właśnie
zadzwoniła do mnie Bella cała roztrzęsiona. Powiedziała, że
jej mąż po prostu wyszedł. Oświadczył, że już nie wróci.

 - Już do niej jadę.
 - Spotkamy się na miejscu.
Oczy Belli znów były czerwone, ponieważ znowu płakała.

Pani Wellington trzymała ją za rękę, podczas gdy dziewczyna
wyrzucała   z   siebie   całą   historię.   Sean   udawał,   że   jest
zachwycony, że została zaproszona do Stowarzyszenia Matek.
Kiedy Angela i pani Wellington wyszły, zaczął się wściekać i
powiedział,   że   wszystko   ukartowała,   żeby   mieć   okazję   do
wymykania   się   z   domu   i   spotkań   z   innymi   mężczyznami,

background image

potem podbił jej oko i zakomunikował, że ma jej dosyć i że
odchodzi na zawsze.

 - Będzie ci lepiej bez niego - stwierdziła pastorowa.
  -   Dasz   sobie   radę?   -   spytał   Hamish.   -  Mam   na   myśli

kwestie finansowe.

 - Mamy wspólne konto. Mogę wypłacać pieniądze.
  -   Myślałem,   że   Sean   nie   pozwalał   ci   mieć   żadnych

pieniędzy.

  - Nie pozwalał mi nic wypłacać bez swojej zgody. Ale

uwierzcie mi, tym razem nie zamierzam go pytać o zdanie.

 - Więc o której wyszedł?
 - Około jedenastej rano.
  -   Ale   zadzwoniłaś   do   pani   Wellington   dopiero

wieczorem.

Bella spuściła głowę.
  -   Myślałam,   że   wróci.   Wydawało   mi   się,   że   on   mnie

nigdy nie zostawi. Porzuciłam już pomysł o ucieczce.

Z   zewnątrz   dobiegło   ich   przeciągłe   wycie.   Bella

podskoczyła ze zdenerwowania.

 - Co to było?
 - To mój pies - odparł Hamish. - Zobaczę, co się dzieje.

Pani Wellington skrzywiła się niezadowolona.

  -   Nie   powinieneś   ciągnąć   tego   psa   wszędzie   ze   sobą.

Hamish   poszedł   do   land   rovera.   Otworzył   drzwi   od   strony
pasażera,   a   Lugs   wyskoczył   na   ziemię.   Podniósł   nogę   nad
kołem samochodu.

 - A więc to o to chodziło. - Hamish wrócił do środka.
  - Może Sean po prostu wyszedł, żeby trochę ochłonąć.

Pozwolisz, że rozejrzę się po domu?

Czy we wzroku Belli mignął przez chwilę strach?
 - Proszę bardzo.
Hamish przeszedł do salonu. Prawie nowy, trzyczęściowy

komplet   wypoczynkowy   w   jasnobrązowym   kolorze

background image

zdominował całe wnętrze. Przy jednej ze ścian stała etażerka
wypełniona   porcelaną.   Zamiast   kominka,   zamontowano
piecyk. Widać było, że pokój trzymano na specjalne okazje:
wizytę pastora albo jakieś przyjęcie od czasu do czasu.

Poszedł   do   sypialni.   Dwuosobowe   łóżko   przykrywała

krwistoczerwona,   pikowana   kapa.   Po   jednej   stronie   łóżka,
najwyraźniej należącej do Belli, stał stolik nocny, na którym
piętrzyły   się   magazyny   filmowe   i   romanse   w   miękkiej
oprawie. Podszedł do stolika stojącego po stronie Seana. Stał
tylko budzik, nic więcej. Otworzył górną szufladę. W środku
była Biblia Gedeonitów i paczka prezerwatyw. Czy Sean nie
chciał mieć dzieci? Wyszedł z sypialni, skierował się na tyły
małego domku i pchnął drzwi. Był tam gabinet Seana. Stało
tam starodawne, składane biurko, na nim komputer i starannie
poskładane   kartki   papieru.   Przejrzał   je.   Rachunki   z   farmy,
papiery   dotyczące   odrobaczania   owiec,   rachunki   za   prąd   i
telefon, nic, co mogłoby rzucić światło na zniknięcie Seana.
Otworzył szuflady i skrupulatnie sprawdził ich zawartość. W
dolnej   szufladzie   znalazł  dwa   paszporty,  jeden  należący  do
Seana, i drugi do Belli. Zajrzał do paszportu należącego do
dziewczyny.   W   środku   widniało   wciąż   jej   nazwisko
panieńskie - Bella Wilson.

Przejrzał   wszystko   ponownie,   nie   znajdując   żadnych

wskazówek wyjaśniających zniknięcie Seana.

Pomyślał, że nieobecność mężczyzny trwała zaledwie parę

godzin.   Z   pewnością   szkoda   było   czasu   policjanta,   żeby
panikować tak wcześnie.

Jechał   właśnie   wzdłuż   brzegu,   kiedy   zobaczył   Elspeth

Grant. Zatrzymał się z piskiem opon.

 - Masz ochotę wpaść na posterunek na filiżankę herbaty?
 - A co się stało?
  - Byłem dla ciebie ostatnio trochę niemiły. Ale miałem

ważne rzeczy na głowie.

background image

Elspeth odwróciła się w stronę posterunku.
 - Spotkajmy się na miejscu - rzuciła przez ramię. Hamish

pojechał dalej. Dziewczyna szła szybko i w momencie, kiedy
zaparkował land rovera, czekała już na niego przy kuchennych
drzwiach.

Otworzył drzwi i wprowadził ją do kuchni.
  - Masz dla mnie jakieś przestępstwo? - spytała Elspeth,

kiedy  Hamish  włączał  czajnik elektryczny,  swój  najnowszy
nabytek. Lato było takie ciepłe, więc nie trzeba było rozpalać
codziennie w piecu.

Hamish opowiedział jej o oszustwach ubezpieczeniowych.

Kiedy skończył, zapytała:

 - Wiesz, kiedy ta sprawa trafi do sądu?
 - Dowiem się dla ciebie. Byłem właśnie u Belli Comyn.
 - Ta blond cizia z Lochdubh. Co u niej?
 - Jej mąż się zmył. To znaczy wyszedł dopiero dziś rano.

Pewnie wróci. Dziewczyna twierdzi, że dręczył ją i zastraszał.

 - Widziałam ich na zawodach górskich w zeszłym roku.

Wydawał się być w niej szaleńczo zakochany.

 - Jestem pewien, że tak jest. Może to dlatego tak krótko ją

trzyma. Proszę, twoja herbata. Weź sobie cukier i mleko.

 - Dlaczego Lugs kładzie mi łapę na spódnicy?
  - Uwielbia herbatę. To niezwykłe jak na psa. Daję mu

trochę na urodziny i święta.

Elspeth wybuchła śmiechem.
  -   Traktujesz   tego   psa   jak   swoje   dziecko.   Ludzie

bezdzietni zawsze tak się zachowują.

Hamish zarumienił się z gniewu.
  - Mam już trochę dosyć twoich wycieczek osobistych,

Elspeth.

  - Przepraszam. Wydaje mi się, że powinieneś pojechać

jeszcze raz do Stoyre.

background image

  - Dlaczego? Ponieważ wyczułaś tam strach. Potrzebuję

faktów.

  -   Cóż,   są   na   przykład   państwo   Bainowie   ze   Stoyre.

Przeprowadzili się do domku na górze.

 - No i?
  - Wyglądają na przestraszonych i nie chcą rozmawiać o

Stoyre.   -   Elspeth   odgarnęła   z   twarzy   zabłąkany   kosmyk
włosów.   -   Powiem   ci   coś:   pojedźmy   razem   na   mszę   w
niedzielę. Sami rozeznamy się w sytuacji.

 - Mogę być zajęty - stwierdził Hamish wyniośle.
 - Gniewasz się, bo dokuczałam ci, mówiąc, jak traktujesz

psa. Daj spokój, Hamishu. Pojedźmy, może być zabawnie.

 - No dobrze - zgodził się niechętnie. - Msza jest zwykle o

jedenastej. Przyjadę po ciebie o dziesiątej.

  -   W   porządku,   panie   władzo.   Powinnam   już   iść.

Odwróciła się w drzwiach i spojrzała na niego z namysłem.

 - Na twoim miejscu nie wierzyłabym w nic, co opowiada

Bella - przestrzegała.

 - Czemu tak mówisz? Uśmiechnęła się.
 - To tylko przeczucie.
Po jej wyjściu Hamish przeszedł do policyjnego biura i

włączył komputer.

Po   wpisaniu   hasła,   wpisał   nazwisko   Belli   Wilson.

Wpatrywał   się   w   ekran.   Bella   Wilson,   zamieszkała   przy
Donnei   Street   w   Inverness,   w   wieku   lat   trzynastu   została
skazana przez sąd dla nieletnich za znęcanie się nad Aileen
Hendry poprzez ciągłe bicie i kopanie. W wieku osiemnastu
lat   została   skazana   za   uderzenie   Henry'ego   Cathcarta
pogrzebaczem w głowę. Hamish odchylił się na swoim krześle
i jęknął straszliwie. Sean zniknął, a Bella miała dostęp do ich
wspólnego konta. Gdzie był Sean?

background image

Rozdział trzeci
Śmierci,   śmierci,   przybądź   po   mnie,   Ciało   me   w

cyprysach złóż, Bo dziewczyna, bo dziewczyna W serce moje
wbiła nóż. (Tłum: Stanisław Barańczak.)

William Szekspir

Następnego dnia  Hamish  poszedł  porozmawiać  z Bellą.

Kiedy   podszedł   do   frontowych   drzwi,   usłyszał,   jak
dziewczyna   śpiewa.   Zapukał   i   czekając   na   jej   odpowiedź,
odwrócił się i rozejrzał. Nie mieli ogrodu, tylko obskubaną
przez owce murawę i stare, rdzewiejące maszyny. Przy murku
dostrzegł świeżo przekopany fragment ziemi.

Bella otworzyła drzwi. Włosy miała ufarbowane na blond,

wyglądała świeżo i ładnie.

 - Znalazłeś go? - spytała.
 - Jeszcze nie. Mogę wejść?
 - Tak - odsunęła się niechętnie. Hamish wszedł do kuchni

i zdjął czapkę.

 - Usiądź, Bello.
 - O co chodzi?
  -   Chodzi   o   twoją   kartotekę   policyjną   -   zaczął   trochę

podenerwowany   Hamish,   a   jego   akcent   zrobił   się   bardziej
syczący.

  - To było dawno temu - rzuciła wyzywająco. - I w obu

przypadkach zostałam sprowokowana.

Hamish odetchnął głęboko.
 - Czy biłaś swojego męża?
 - Co? - wrzasnęła. - Taka drobna kobieta jak ja miałaby

bić takiego wielkiego faceta?

 - To się zdarza.
 - Nie, powiedziałam prawdę. On się znęcał nade mną.
  - Przed domem jest świeżo przekopany kawałek ziemi.

Kto tam kopał?

background image

 - Ja. Zamierzałam posadzić tam kwiaty.
  -   Więc   nie   będziesz   miała   nic   przeciwko   temu,   jeśli

wezmę łopatę i sprawdzę.

Twarz Belli zesztywniała.
 - Będziesz potrzebował nakazu.
 - Och, zdobędę go. W tym celu będę musiał zgłosić twoją

przeszłość kryminalną, i nie tylko ja będę cię przesłuchiwał,
ale również oficerowie wyższej rangi ze Strathbane, a śledczy
przeszukają cały twój dom.

 - Och, w takim razie idź i kop sobie - prychnęła. - Łopata

jest obok kuchennych drzwi.

Hamish podszedł do drzwi i wziął łopatę. Wyszedł i stanął

w   jasnym   świetle   słonecznym.   Zaledwie   jakieś   kilkanaście
centymetrów   pod   powierzchnią   natknął   się   na   martwego
owczarka collie. Wyciągnął ciało psa i położył je na murawie.
Zwierzę zginęło niedawno. Zostało zabite, co widać było po
rozbitej głowie. Posterunkowy kucnął, czując, że robi mu się
niedobrze.

Odwrócił głowę. Bella stała obok kuchennych drzwi.
 - Ty to zrobiłaś - powiedział głucho.
  -   Nie   ja,   Sean   -   odparła.   -   Nie   chciałam,   żebyś   się

dowiedział.

Hamish  wstał   i   podszedł  do  land  rovera,  wezwał  przez

radio Strathbane i mówił coś bardzo szybko. Potem wrócił i
stanął obok martwego psa.

  -   Ty   wścibski   draniu   -   syknęła   Bella,   a   jej   twarz

wykrzywiła się paskudnie z gniewu - mówię ci, że on wyszedł
i powiedział, że nigdy nie wróci.

  -   Policjanci   ze   Strathbane   zjawią   się   tutaj   wkrótce   i

poproszą, żebyś pojechała z nimi na przesłuchanie.

 - Myślałam, że ty jesteś tutejszym policjantem - drwiła.
 - Nie, jeśli mamy do czynienia ze sprawą o morderstwo -

odparł Hamish cicho.

background image

Kiedy   Bella   została   zabrana,   Hamish   wrócił   na

posterunek, żeby spisać raport. Gdy już skończył, rozparł się
na krześle. Co, jeśli Sean naprawdę uciekł, ponieważ bał się
jej?  Będzie   potrzebował  pieniędzy.  Hamish   założył  czapkę,
wyszedł i wyruszył do banku, gdzie poprosił o rozmowę  z
dyrektorem, panem MacCallumem.

 - Chodzi o Seana Comyna. Zaginął, obawiamy się, że nie

żyje. Czy pobierał w ostatnim czasie pieniądze z konta?

  -   Nie   powinienem   rozmawiać   o   rachunkach   moich

klientów. To poufne informacje.

 - Domniemanie morderstwa oznacza, że nie ma mowy o

żadnych poufnych informacjach.

 - Przypuszczam, że jeśli panu nie pomogę, zdobędzie pan

nakaz - dyrektor włączył stojący na swoim biurku komputer.
Hamish czekał cierpliwie, kiedy mężczyzna wpisywał różne
kody zabezpieczające.

  - O, już mam - uśmiechnął się pan MacCallum. - Sean

Comyn   wypisał   czek   dla  Queen  i   Barrie,   agencji
nieruchomości ze Strathbane.

 - Kiedy? - Wczoraj.
 - Coś jeszcze?
 - Dwieście funtów wyjęte tego samego dnia z bankomatu

w Strathbane.

 - Cóż, wygląda na to, że wciąż żyje, dzięki Bogu. Hamish

wrócił na posterunek i wybrał numer agencji nieruchomości.
Wyjaśnił, że policja próbowała skontaktować się  z Seanem
Comynem.

  -   Wynajęliśmy   mu   dom.   Szukał   czegoś   taniego.

Znaleźliśmy mu coś odpowiedniego w Stoyre.

 - Pod jakim adresem?
 - Numer sześć, nad brzegiem.
  -   Dziękuję.   -   Znowu   Stoyre,   pomyślał   Hamish,   kiedy

wyjeżdżał, zostawiając ponurego Lugsa.

background image

Kiedy wjechał między skupisko domków, które składały

się na malutką wioskę Stoyre, z ulgą zauważył ruch na ulicach
i w przydomowych ogródkach. Mężczyźni pracowali głównie
przy   naprawie   sieci.   Elspeth   i   jej   lęki!   Zaparkował   przed
pubem i poszedł brzegiem morza w kierunku domku numer
sześć.   Była   to   rybacka   chatka,   biedna   i   zaniedbana,   w
przeciwieństwie do sąsiadujących z nią domów. Zapukał do
drzwi.

Odetchnął   z   ulgą,   kiedy   otworzył   mu   Sean   Comyn   we

własnej osobie. Był nieogolony i miał zaczerwienione oczy.

 - Czy coś się stało? - spytał. - Coś z Bellą?
 - Chciałbym z tobą porozmawiać. Wpuścisz mnie? Sean

zaprowadził go do salonu. Pokój był ciemny i prawie pusty,
stało tam jedynie kilka starych krzeseł i sofa.

 - Zanim zaczniemy - Hamish wyjął telefon komórkowy -

zadzwonię do komendy i powiem, że się znalazłeś.

Sean próbował coś powiedzieć, ale Hamish podniósł rękę,

żeby go uciszyć.

  -   Zaczekaj   chwilę   -   poprosił.   Zameldował   Jimmy'emu

Andersonowi, że Sean jest cały i zdrowy.

 - Jeśli ona go biła - dopytywał się Jimmy - będzie chciał

wnieść oskarżenie?

  - Zobaczę, co uda mi się zrobić. Hamish rozłączył się i

zwrócił do Seana.

 - Zanim zacznę, chciałbym, żebyś zadzwonił do dyrektora

banku i zamroził swoje konto bankowe. Jeśli tego nie zrobisz,
ona całkiem je wyczyści.

Sean   wziął   od   niego   telefon.   Nie   pytał   o   nic   ani   nie

protestował, po prostu zadzwonił i zrobił to, co zasugerował
mu   Hamish.   Potem   oddał   mu   telefon   i   usiadł,   lekko   się
garbiąc, wsunął dłonie między nogi.

 - A teraz - Hamish starał się być delikatny - ona cię biła,

prawda?

background image

Nastała długa cisza, a potem Sean wyprostował się i wziął

głęboki oddech.

  -   Skąd   miałem   wiedzieć?   Wydawała   się   taka   ładna,

delikatna jak mały ptaszek. Zaczęło się zaraz po ślubie.

Jej oczy przybierały taki pusty wyraz i zaczynała mnie bić,

czym   popadnie.   Pewnego   dnia   powiedziałem,   że   nie
zamierzam   już   tego   dłużej   znosić   i   odchodzę   od   niej.
Roześmiała mi się w twarz. Potem, patrząc wyzywająco na
mnie, sama uderzyła się mocno w okolicę oka. „Powiem, że ty
to zrobiłeś", poinformowała mnie.

 - Musisz wnieść oskarżenie.
 - Nie mogę, Hamish. Będę pośmiewiskiem całej Szkocji.
  - Zabiła jednego z twoich owczarków collie. - Hamish

opowiedział mu o grobie psa.

Twarz Seana poszarzała, bił się z myślami:
 - Nie mogę pozwolić, żeby ludzie się dowiedzieli, że ona

znęcała się nade mną.

  - Dowiedzą się prędzej czy później. Policjanci i śledczy

przetrząsnęli całe wasze gospodarstwo w poszukiwaniu twego
ciała.

 - Jeśli ta sprawa trafi przed sąd, gazety wszystko opiszą.

Nie utrzyma się to w tajemnicy.

Hamish westchnął i rozejrzał się wokół.
 - Kto jest właścicielem tego domku?
 - Jakaś para. Wynajmują go letnikom. Od dłuższego czasu

nie mogli znaleźć chętnych.

 - Masz tu telefon?
  - Jest tam. To automat na monety. Wszystko tutaj ma

licznik na monety - gaz i prąd.

  - Nie możesz dalej żyć w ten sposób. Pomyśl o swoich

zwierzętach.   Jest   gorąco,   a   Bella   raczej   je   zatłucze,   niż
zaniesie im wody.

Mężczyzna wzdrygnął się.

background image

 - Daj mi trochę czasu, Hamishu, aż zbiorę się na odwagę.

Ale nie zamierzam wnosić oskarżenia.

Hamish zanotował sobie jego numer telefonu.
 - Jeszcze tu wrócę - zapowiedział.
Kiedy Hamish wyszedł, udał się w kierunku land ro - vera

i zadzwonił ponownie do Jimmy'ego.

 - Na dzień dzisiejszy nie zamierza wnieść oskarżenia.
 - No cóż, za to TONZ zamierza to zrobić - odparł Jimmy,

mając   na   myśli   Towarzystwo   Opieki   Nad   Zwierzętami.   -
Znaleźliśmy   zakrwawiony   młotek.   Nie   dostaliśmy   jeszcze
raportu   o   pochodzeniu   krwi,   ale   na   młotku   są   jej   odcisk
palców, a skoro Sean żyje, należy przypuszczać, że  jest  to
krew  tego psa.  Sean  natomiast  zapłaci   grzywnę  i  utknie   w
Stoyre. A Bella doprowadzi jego gospodarstwo do ruiny.

 - Gdzie ona teraz jest?
 - Johnny Peters odwozi ją do domu.
 - Życzę mu powodzenia. Jadę się z nią zobaczyć.
Kiedy znów znalazł się w Lochdubh, sporządził kolejny

raport i udał się do gospodarstwa Seana. Kiedy zbliżał się do
drzwi,   czuł   instynktownie,   że   nikogo   nie   ma   w   domu.
Nacisnął   klamkę,   drzwi   były   zamknięte.   Może   jeszcze   nie
wróciła. Z drugiej strony spisanie raportu jednak zajęło mu
trochę czasu.

Wrócił do land rovera, pojechał do Lochdubh i zatrzymał

się   przed   sklepem   Patela.   Codzienny   autobus   do   Inverness
powinien odjechać jakieś pół godziny temu. Wszedł do sklepu
i spytał pana Patela:

 - Czy ktoś widział Bellę Comyn odjeżdżającą autobusem?
Nessie Currie zjawiła się za nim, jej oczy błyszczały zza

grubych szkieł okularów.

  -   Ta   biedulka   odjechała   z   dwiema   dużymi   walizkami.

Policjant odwiózł ją na przystanek autobusowy. Co się stało?

background image

Hamish   nie   odpowiedział.   Wrócił   na   posterunek   i

zadzwonił do Jimmy'ego.

  - Bella Comyn wyjechała  do Inverness. Johnny Peters

odwiózł ją na przystanek.

 - Sprawdzę, czy już wrócił i oddzwonię do ciebie.
Hamish   wyprowadził   Lugsa   na   spacer,   a   potem

przygotował   miskę   strawy   dla   swojego   czworonożnego
przyjaciela. Zastanawiał się właśnie, czy znowu zadzwonić do
Jimmy'ego, kiedy rozległ się dźwięk telefonu. Usłyszał głos
Jimmy'ego:

  -  Petersa   nie   poinformowano,  z   jakiego  powodu  Bella

znalazła   się   w   komendzie.   Przyszedł   na   służbę   i   od   razu
polecono   mu   odwieźć   ją   do   Lochdubh.   Wcisnęła   mu
historyjkę o tym, że przyjechała, żeby zgłosić zaginięcie męża
i że jest tak zdenerwowana, że chce zatrzymać się u swoich
krewnych w Inverness. Spakowała się szybko i on odwiózł ją
do   Lochdubh.   Tam   zadzwoniła   do   banku   i   najwyraźniej
zdenerwowało ją to, czego się dowiedziała.

  - Zasugerowałem Seanowi, żeby zamroził konto. Oboje

mieli do niego dostęp.

 - W każdym razie ona wsiadła do autobusu i odjechała.
 - Powiadom policję w Inverness. Dorwiemy ją choćby za

tego psa, jeśli nie uda się jej zatrzymać za nic innego.

 - Robi się.
 - Dzięki Bogu nie ma prawa jazdy, bo zabrałaby jeszcze

samochód Seana. Pojadę do Stoyre i odwiozę go do domu.

 - Dlaczego Stoyre? - spytał Hamish, kiedy wiózł Seana w

stronę Lochdubh.

 - To najtańszy dom, jaki udało mi się znaleźć. Chciałem

go wynająć tylko na miesiąc - na wakacje.

 - Domyślasz się, dokąd mogła udać się Bella?
 - Jest jedynaczką, a jej rodzice nie żyją.
 - A inni krewni, którzy byli na waszym ślubie?

background image

  -   Nikogo   nie   było.   Pobraliśmy   się   w   urzędzie   stanu

cywilnego, a świadkami byli moi dwaj kuzyni.

 - Miała jakichś przyjaciół? - Hamish zastanawiał się, czy

spytać   go   o   tego   mężczyznę   z   Inverness,   o   którym
wspominała Bella. Opowiadała przecież, że powinna była za
niego wyjść, ale nie zdecydował się na to.

 - Nic o tym nie wiem.
 - Nie wydało ci się to dziwne?
 - Nie. Myślałem, że po prostu chciała być tylko ze mną.

Nie mogłem uwierzyć, że tak młoda i ładna dziewczyna mogła
się mną zainteresować.

 - Mam nadzieję, że już jej nie kochasz, Sean. Jeśli wróci,

masz do mnie natychmiast zadzwonić.

 - Obiecuję. Jak mogła zabić mojego psa? Którego?
 - Nie wiem.
  - To pewnie Bob - stwierdził ponuro. - Zawsze był taki

przyjazny. Natomiast drugi, Queenie, śmiertelnie się jej bał.

Kiedy   przyjechali   do   gospodarstwa   Seana,   patrzyli   w

milczeniu na domostwo.

  - To dziwne. W zasadzie niby wszystko będzie tak, jak

przed ślubem. Ale nie tak samo, jeśli wiesz, co mam na myśli.
Będę żyć w strachu, że nagle się odwrócę i zobaczę, że ona
stoi za mną.

 - Jest poszukiwana za zabicie psa, to bestialstwo. Z tego

powodu uciekła. Wątpię, czy wróci. Znajdź prawnika i wystąp
o rozwód.

Hamish siedział cierpliwie w land  roverze.  Sean wysiadł

sztywno z wozu, po czym wyjął leżącą na tylnym siedzeniu
walizkę.

 - Dzięki, Hamishu.
 - Lepiej pójdę z tobą - postanowił posterunkowy. - Razem

zobaczymy, czy nie zabrała czegoś, czego nie powinna wziąć.

background image

Sean otworzył drzwi. Hamish czekał w kuchni, podczas

gdy mężczyzna rozglądał się po domu.

  -   Wzięła   tylko   swoje   rzeczy   i   ubrania   -   stwierdził.

Podszedł   do   drzwi   i   głośno   zagwizdał.   Przybiegł   do   niego
owczarek collie.

  -   To   jest  Queenie  -   uśmiechał   się   smutno,   głaszcząc

zwierzę. - Dam sobie radę, Hamishu.

  - Nie ukrywaj prawdy o tym, co się wydarzyło, Sean.

Przekonała wszystkich, że to ty znęcałeś się nad nią. Nie ma
się   czego  wstydzić.  Ludzie  nie  oczekują,  żebyś w  odwecie
uderzył kobietę.

 - Przemyślę to.
Hamish wrócił na posterunek i zadzwonił do  Jimmy'ego

Andersona:

 - Jakieś wieści?
  -   Ani   śladu   Belli.   W   Inverness   policja   czekała   na

przystanku, ale nie było jej w autobusie. Zapytany kierowca
oświadczył, że wysiadła w Dingwall. Nie wiemy nic o tym,
żeby pojechała stamtąd kolejnym autobusem albo pociągiem.
Zapadła się pod ziemię.

 - Czy policja w Dingwall sprawdza firmy taksówkarskie?
 - Nikt już niczego nie sprawdza, Hamishu.
 - Dlaczego?
  - Blair twierdzi, że szkoda, żeby nasi ludzie marnowali

czas i energię na szukanie dziewczyny, która zabiła psa. Kazał
nam wszystkim wziąć się do innej roboty.

 - Czy ten dureń nie wie, że następnym razem może zabić

człowieka?

 - Jego to nie obchodzi.
 - Skoro jesteś przy telefonie, powiedz mi, czy słyszałeś o

czymś, co dzieje się w Stoyre?

 - Gdzie leży Stoyre?
 - To mała wioska na wybrzeżu.

background image

 - To twój rewir. Nie, nic nie słyszałem.
Hamish podziękował mu i rozłączył się. Potem zadzwonił

do   pani   Wellington   i   opisał   jej,   jak   naprawdę   wyglądało
małżeństwo Seana. Na początku nie chciała mu uwierzyć, aż
opowiedział jej o zabitym psie.

 - Kobieta, która dopuściła się takiego czynu, jest zdolna

do wszystkiego - orzekła pani Wellington.

Z tą samą informacją Hamish zadzwonił do Angeli Brodie,

na koniec spytał:

  -   Do   Lochdubh   przeprowadziła   się   nowa   rodzina,

nazywają się Bain. Gdzie jest ich dom?

  - Na  obrzeżach. To ten, który  należał  kiedyś do żony

śmieciarza,   Marthy   Macleod.   Pamiętasz,   ona   i   twój   były
podwładny   przeprowadzili   się   po   ślubie,   żeby   zamieszkać
bliżej Hotelu Zamek Tommel.

Początkowo   Clarry   był   posterunkowym,   a   Hamish   na

krótki czas awansował do rangi sierżanta. Potem wystąpił ze
służby, żeby zostać szefem kuchni w hotelu.

 - Odwiedzę państwa Bain jutro - postanowił Hamish.
 - Po co?
 - Z uprzejmości, to wszystko.
Hamish   ciągle   pamiętał,   że   Elspeth,   kierowana

przeczuciem, nie ufała Belli. Twierdziła też, że Bainowie bali
się czegoś.

Hamish   przeszedł   obok   sklepu   Patela   i   ruszył   aleją   w

stronę domku Bainów. Zapukał do drzwi, otworzyła mu niska,
szczupła   kobieta.   Miała   ziemistą   cerę   i   małe   czarne   oczy,
którymi przyglądała mu się ostrożnie.

 - Pani Bain?
  -   Tak,   a   o   co   chodzi?   Chyba   nie   o   Mairie,   prawda?

Wysłałam ją do sklepu.

  -   Nie,   to   tylko   towarzyska   wizyta.   Słyszałem,   że

przeprowadziliście się państwo ze Stoyre.

background image

  -   Tak,   to   prawda.   Wszystko   u   nas   w   porządku   -

oświadczyła i zamierzała zamknąć drzwi.

  -   Chciałem   tylko   porozmawiać   z   panią.   -   Hamish   nie

przywykł do tak nieprzyjaznego traktowania. - Czy pani mąż
jest w domu?

  - Śpi. Całą noc pracował przy połowie. Jakiś cieniutki

głosik za Hamishem zapiszczał:

 - Przyniosłam mleko, mamo.
Hamish odwrócił się. Stała za nim mała dziewczynka, na

oko dziesięcioletnia.

  - W tej chwili wejdź do domu! - rozkazała jej matka.

Dziewczynka prześlizgnęła się pomiędzy nimi  i zniknęła w
korytarzu.

  -   Więc   wszystko   u   was   w   porządku?   -   nie   dawał   za

wygraną Hamish.

 - Tak, tak, w porządku. A teraz, jeśli pan pozwoli...
 - Czy coś się dzieje w Stoyre?
Miała ochotę zamknąć drzwi, ale zawahała się.
 - Nie, dlaczego pan pyta?
 - Kiedy tam byłem, jakaś dziwna atmosfera panowała w

wiosce.

  - Cóż, nie może  pan chyba aresztować atmosfery  - to

mówiąc, kobieta stanowczo zamknęła drzwi.

Hamish odsunął czapkę i podrapał się po swojej ognistej

czuprynie.   Odwrócił   się   i   poszedł   z   powrotem   nad   brzeg   i
wzdłuż przystani. Archie Maclean, rybak, siedział na murku
przed domkiem, paląc ręcznie skręconego papierosa.

 - Piękny dzień, Archie - zagadnął Hamish, siadając obok

niego.

 - Tak, to prawda.
 - Czy ty nigdy nie śpisz?
 - Kimnę się dziś po południu. Moja żona znowu sprząta.
Z domku za nimi dochodziły gorączkowe odgłosy.

background image

 - Poszedłem odwiedzić Bainów - ciągnął Hamish.
 - Tak, Harry Bain był z nami zeszłej nocy.
 - Jaki on jest?
  - Mały, cichy facet. Niewiele można o nim powiedzieć.

Dobrze pracuje, właśnie przeprowadził się ze Stoyre.

  - Doszły cię jakieś wieści, dlaczego się przeprowadzili,

Archie?

  -   Niewiele,   poza   tym,   że   najwyraźniej   mieli   tam

niezwykle   wpływowego   kaznodzieję.   Kościół   jest   wciąż
pełny.

  -   Jeśli   będziesz   miał   okazję   porozmawiać   z   Harrym,

spróbuj się czegoś dowiedzieć.

  - W porządku. Tylko po co? Myślisz, że dzieje się tam

coś podejrzanego?

 - Nie wiem. To tylko przeczucie.
Hamish   wstąpił   do   Patela   po   gazety   i   wrócił   na

posterunek. Pora, żeby odpocząć i zapomnieć o Belli i Stoyre.
Wziął leżak ze sobą do ogrodu i z Lugsem u stóp zasiadł do
czytania.

Na   posterunku   zadzwonił   telefon.   Hamish   ze

zniecierpliwieniem   zaszeleścił   gazetą.   Niech   automatyczna
sekretarka   nagra   wiadomość.   Okno   biura   było   otwarte.
Sekretarka włączyła się i zapowiadający się na spokojny dzień
zakłócił głos Blaira.

  -   Jedź   do   Stoyre.   Dom   majora   Jenningsa   został

wysadzony w powietrze.

 - A gdzie jest major? - spytał Hamish, kiedy stali razem z

Jimmym i innymi detektywami i policjantami.

Dokonywali   niespiesznie   oględzin   spalonej   konstrukcji,

która kiedyś była domkiem majora.

  -   Leci   tutaj   z   południa.   Mamy   tu   brygadę

antyterrorystyczną.

background image

 - Tak daleko na północy, to nie mogła być IRA (Irlandzka

Armia   Republikańska   -   organizacja   zbrojna   walcząca   o
niepodległość   Irlandii,   a   następnie   o   przyłączenie   Irlandii
Północnej do Republiki Irlandii).

  -   Major   jest   na   emeryturze,   ale   kiedyś   pracował   dla

wywiadu wojskowego. Może miał coś w wspólnego z Irlandią
Północną?

 - Jesteś pewien, że to jakiś środek wybuchowy? Może to

był piecyk gazowy?

 - Jest za wcześnie, żeby definitywnie stwierdzić. Może to

po   prostu   jacyś   dranie,   którzy   nienawidzą   Anglików?
Pamiętasz ten film „Braveheart"?

  -   Oczywiście   -   odparł   Hamish   -   ale   ten   film   był

przekłamany historycznie.

  -   Tak,   ale   wiesz,   że   spowodował   falę   antyangielskich

nastrojów wśród tych niezbyt rozgarniętych. Potem ten koleś z
show - biznesu, Cameron McIntosh z Mallaig. Jego dom też
został zniszczony.

 - No cóż, zobaczymy - zaniepokoił się Hamish. Pomyślał

w   tym   momencie,   że   to   chyba   nie   mogło   wydarzyć   się   w
Stoyre.   Spojrzał   na   spokojne   morze,   a   potem   na   ciepłą   od
słońca, kamienną przystań. A jednak działo się tutaj coś złego.

Blair właśnie szedł w jego kierunku.
 - Rusz ten swój leniwy tyłek, Macbeth, i sprawdź, czego

uda ci się dowiedzieć od miejscowych.

Hamish   zaczął   schodzić   z   pagórka,   oddalając   się   od

zrujnowanego domku majora.

Postanowił   spróbować   najpierw   zasięgnąć   języka   na

plebanii.   Wreszcie   drzwi   otworzyła   mu   kobieta,   którą   w
pierwszej chwili wziął za młodą dziewczynę. Ubrana była w
krótką, letnią sukienkę, włosy miała związane w dwa kucyki.
Na chudych nogach białe skarpetki do kostek i czarne, płaskie

background image

buty.  Subtelne,  drobne  rysy  nie  zdradzały  wieku,  zauważył
jednak cienką pajęczynę zmarszczek pokrywającą jej twarz.

 - Pani Mackenzie?
  - Tak, panie władzo. Może pan wejdzie? Mój mąż jest

zajęty swoimi obowiązkami w parafii - głos miała miękki i
śpiewny.

Hamish   zdjął   czapkę   i   ruszył   za   nią   do   kuchni   po

kamiennej   podłodze   korytarza.   Długie,   przesuwane
pionowookna   były   otwarte,   a   przez   śnieżnobiałe   firanki
wpadał do środka delikatny wiatr. Ciemnoczerwona kuchenka
marki Raeburn stała pod jedną ze ścian, naprzeciwko komody
z kolorowymi, wzorzystymi talerzami. Na środku znajdował
się   wyszorowany   drewniany   stół   kuchenny,   a   wokół   niego
krzesła z drabinkowymi oparciami.

 - Proszę usiąść - zapraszała pastorowa. - Może napije się

pan kawy?

 - Z przyjemnością.
Kobieta nasypała rozpuszczalną kawę do dwóch kubków,

zdjęła czajnik z kuchenki i zalała kawę wrzątkiem.

 - Proszę się częstować cukrem i mlekiem - podsunęła je

bliżej,   siadając   naprzeciwko   niego.   -   Podejrzewam,   że
przyszedł pan w sprawie tego okropnego wypadku.

  -   Domek   majora,   tak.   Co   może   mi   pani   na   ten   temat

powiedzieć?

 - Nic. - Jej oczy były szaroniebieskie i lekko skośne. To

był ten typ szkockich oczu, w których wszystko się odbijało,
nie zdradzając uczuć patrzącego. - Nad ranem obudziła nas
olbrzymia eksplozja, okna na plebanii zadrżały.

 - Więc wstaliście i poszliście zobaczyć, co się stało.
  -   No   cóż,   nie.   Oboje   byliśmy   bardzo   zmęczeni,   więc

ponownie zasnęliśmy.

 - Na Boga, kobieto! Zwykła ciekawość powinna każdego

skłonić do wyjścia, żeby zobaczyć, co się stało.

background image

 - Dziwne rzeczy dzieją się codziennie - oznajmiła sucho. -

To wola boska i nie do nas należy jej kwestionowanie.

  -   Powiedziałbym,   że   do   wszystkich   należy

kwestionowanie   woli  człowieka   - zauważył  Hamish  oschle.
Spojrzał na nią z zaciekawieniem. - Chodzi mi o to, że to nie
Bóg   wysadził   domek   majora   w   powietrze.   Zrobił   to   jakiś
niegodziwiec albo cała banda chuliganów.

 - To mógł być piorun albo błyskawica.
 - Bóg sam wysadził domek majora? Bzdura. Co niby taki

porządny człowiek jak major miałby zrobić, żeby narazić się
na gniew boży?

Jej   i   tak   wąskie   usta   stały   się   jeszcze   węższe,   kiedy

zacisnęła je z naganą w oczach.

 - Kiedy przebywał w wiosce, nie chodził do kościoła.
 - Tu jest kościół prezbiteriański. Można przypuszczać, że

major   jest   prawdopodobnie   członkiem   Kościoła
anglikańskiego.

 - Możliwe.
 - Co to niby ma znaczyć?
Piła w milczeniu kawę, podczas gdy Hamish spoglądał na

nią z rezygnacją.

 - Więc nie ma mi pani nic do powiedzenia?
 - Nie mam o czym. Wstał i sięgnął po czapkę.
 - Jeśli coś sobie pani przypomni, proszę dać mi znać.
 - Trafi pan do wyjścia? 
 - Tak.
Oszołomiony   Hamish   wyszedł   na   zewnątrz.   Stanął   pod

drzwiami plebanii i spojrzał w dół, na wioskę Stoyre, szeregi
domków   skupione   nad   spokojnym   morzem.   Powietrze   było
świeże i czyste. Gdzieś w górach zabeczała owca.

Zszedł   do   wioski   i   udał   się   do   pubu.   Przy   stolikach

siedziało   kilku   miejscowych.   Kiedy   przekroczył   próg   baru,

background image

wstali   i   wyszli.   Andy   Crummack,   właściciel,   polerował
szklanki.

  -   Wygląda   na   to,   że   nie   sprzyjam   twoim   interesom   -

podsumował Hamish.

 - My w wiosce trzymamy się razem - odparł Andy.
  -   Nie   lubimy   też   wścibskich   gliniarzy,   którzy   zadają

pytania.

 - Więc lepiej do tego przywyknijcie - warknął Hamish. -

Bo na mnie się nie skończy. - Wyjął notatnik.

  - A teraz powiedz mi, gdzie byłeś, kiedy domek majora

wyleciał w powietrze?

 - We własnym łóżku.
 - Wyszedłeś, żeby zobaczyć, co się stało?
 - Nie, myślałem, że to był grom.
  - Człowieku, huk musiał być niesamowity. O której to

usłyszałeś?

 - Jak spojrzałem na zegarek, było tuż po piątej.
  -   Andy,   coś   się   dzieje   w   tej   wiosce   i   ja   zamierzam

dowiedzieć się wszystkiego.

 - Tak, no cóż, to twoja praca.
Drzwi   pubu   otworzyły   się   i   do   środka   weszła   Elspeth.

Hamish   z   ulgą   ujrzał   twarz   kogoś,   kto   nie   pochodził   z   tej
wioski.

  - Chodź na drinka - pomachał do dziewczyny. Wskazał

palcem Andy'ego: - Nie ma sensu o nic go pytać.

Hamish zamówił wodę z tonikiem dla siebie, whisky dla

Elspeth i zaniósł szklanki do stolika w rogu.

 - Masz dla mnie jakieś informacje? - spytał.
  -   Zupełnie   nic.   Wszyscy   słyszeli   ten   huk   o   świcie   i

dosłownie nikt nie wyszedł ani nawet nie wyjrzał przez okno,
żeby sprawdzić, co się stało. Tak przynajmniej twierdzą.

 - Dalej uważasz, że oni się czegoś boją?

background image

  -   Nie,   ale   to   jest   właśnie   dziwne.   Ich   twarze   są   bez

wyrazu,   gdzieś   wewnątrz   oni   wszyscy   są   zachwyceni   i
tajemniczy, jak dzieci, które mają coś do ukrycia.

 - Czy nie uważasz - Hamish przyglądał się jej strojowi -

że   może   udałoby   ci   się   uzyskać   więcej   informacji   od
mieszkańców, jeśli włożyłabyś coś mniej dziwacznego?

Elspeth miała na sobie szarą szyfonową bluzkę, krótkie

dżinsowe szorty i rozczłapane buciory.

  - Nie, ty stary zgredzie. Nikomu nie uda się wyciągnąć

niczego z tej bandy.

Hamish   spojrzał   ponad   jej   ramieniem   przez   okno   i

zobaczył znajomą sylwetkę zbliżającą się do drzwi.

 - Blair - syknął. - Nie mów, że mnie widziałaś.
Przeskoczył przez bar i umknął na zaplecze w momencie,

kiedy   inspektor   wchodził   do   środka.   Z   tyłu   pomieszczenia
znajdował   się   magazyn,   którego   drzwi   wychodziły   na
zachwaszczony ogród. Pośrodku magazynu klęczał pogrążony
w modlitwie właściciel baru. W ręce trzymał Biblię. Hamish
przemknął obok niego i wypadł na zewnątrz. Andy wydawał
się nieświadomy jego obecności.

Hamish   chodził   wytrwale   od   drzwi   do   drzwi.   Zadawał

pytania   i   otrzymywał   takie   same   odpowiedzi.   Podobnie
Elspeth nic nie zwojowała. Właśnie wychodził z jednego z
domków, kiedy usłyszał wołającego Jimmy'ego Andersona.

  -   Dowiedziałeś   się   czegoś?   -   pytał   detektyw.   Hamish

westchnął.

 - Mam wrażenie, że oni wszyscy wierzą, że to był gniew

boży. Żaden z nich nigdy nie zaatakował Anglika, ale oni nie
lubią nawet tych, którzy mieszkają na południe od Perth.

 - Widziałeś Blaira?
 - Szedł do pubu. Pewnie wciąż tam jest.
 - Cóż, to go zajmie na jakiś czas. Major powinien zjawić

się   tutaj   dziś   po   południu.   Zastanawiam   się,   co   ma   do

background image

powiedzenia. Saperzy przeczesują ruinę domku. Mówią, że to
może być jedna z tych bomb używanych przez IRA.

  - Czemu nie mogę uwierzyć, że to ma coś wspólnego z

IRA - wymamrotał Hamish. - Dzieje się tutaj coś dziwnego,
Jimmy.

 - Zgadzam się z tobą. Uważam, że zrobił to ktoś z nich, z

czystej   zawiści.   Może   Pan   kazał   im   to   zrobić.   Czy   w   tej
wiosce   są   przypadki   endogamii?   (Zawieranie   małżeństw   w
obrębie wąskiej wspólnoty)

 - Teraz już nie.
  - Zgłupiałbym, jakbym miał mieszkać w takim miejscu

jak Stoyre. Pomyśl, jak to miejsce musi wyglądać zimą, kiedy
słońce wstaje o dziesiątej, a zachodzi o drugiej.

 - Tak samo dzieje się w Strathbane.
 - Tak, ale tam toczy się jakieś życie, człowieku. Światła,

ruch uliczny, teatry, kina, kluby.

 - Przestępczość i narkotyki.
 - Możliwe, ale nie mamy tam do czynienia z niczym tak

dramatycznym, jak tutaj.

 - O, jest twój szef - szepnął Hamish.
Podszedł   do   nich   Blair,   czerwony   na   twarzy   i   ziejący

whisky.

 - Ty - wskazał na Jimmy'ego - wrócisz ze mną do domu

majora.   A   ty,  Macbeth,  zajmij   się   swoimi   codziennymi
obowiązkami. Mamy tu wystarczająco dużo ludzi.

Hamish   odszedł.   Wiedział,   że  Jimmy  zapewne

wtajemniczy go później we wszystko. Był też przekonany, że
nie dowie się już niczego więcej od mieszkańców.

Kiedy   ruszył   do   Lochdubh,   zauważył   małą,   okrągłą

chmurę zbliżającą się w kierunku słońca. Poczuł na policzku
wilgotny wiatr wpadający przez otwarte okno. Podejrzewał, że
zacznie   padać,   zanim   dotrze   do   domu.   Kiedy   zajechał   na
posterunek,   niebo   było   całkiem   szare.   Wydawało   się,   że

background image

chmury   opadały   coraz   niżej,   zamiast   pędzić   z   wiatrem
nadciągającym od strony morza.

Wyprowadził Lugsa, nakarmił go i dopiero potem zadbał

o   siebie.   Zajrzał   jeszcze   do   owiec   i   wrócił   do   domu   w
momencie,   kiedy   pierwsze,   ciężki   krople   zaczęły   spadać.
Zaparzył imbryk herbaty, usiadł przy kuchennym stole, żeby
przemyśleć sytuację zaistniałą w Stoyre. Wraz z postępującą
szarością dnia i delikatnym deszczem padającym za oknem
Hamish zagłębiał się w domysłach. Był teraz pewien, że to
ktoś z miejscowych wysadził domek w powietrze. Z jakiegoś
powodu chciał się pozbyć majora. Jennings lub któryś z jego
gości,   którzy   zwykle   przyjeżdżali   w   góry,   musieli   kogoś
obrazić.   A   w   tych   stronach   o   urazach   nie   zapominano   i
Hamish   zdawał   sobie   sprawę,   że   górale   zawsze   cierpliwie
czekali na okazję do zemsty.

Zabrał   kubek   z   herbatą   do   biura   i   stanął   przy   oknie,

spoglądając   na   wzburzone   od   deszczu   wody   jeziora.   Ze
wzgórza naprzeciwko spływała mgła, opadając niczym szary
wieniec wokół czubków drzew. Mały jacht pojawił się w polu
widzenia.   Dwie   postaci   cumowały   łódź,   do   posterunku
dobiegały odgłosy silnika.

Usiadł za biurkiem, włączył komputer i zaczął spisywać

raport.   Jutro   będzie   niedziela.   Hamish   pamiętał,   że   obiecał
Elspeth, że pojadą razem do kościoła w Stoyre. Wysłuchanie
kazania Fergusa Mackenziego mogło okazać się interesujące.
Być   może   zrozumieją,   co   jest   w   nich   tak   niezwykłego,   że
wywołały w mieszkańcach tak silne duchowe odrodzenie.

Jimmy Anderson przyjechał wczesnym wieczorem.
 - Cholerna pogoda. Masz whisky?
 - Nie - odparł Hamish. - A sklep jest zamknięty. W sobotę

zamykają wcześniej.

 - Masz cokolwiek innego?
 - Zostało mi trochę brandy ze świąt.

background image

 - Może być.
Hamish wyjął z szafki butelkę.
 - Nie będę ci towarzyszył. Nie przepadam za brandy.
  -   Dlatego   została   ci   jeszcze   ze   świąt.   Dobrze.   Będzie

więcej dla mnie. Nalej do pełna.

Hamish nalał porcję brandy do szklanki i postawił ją przed

Jimmym.

 - Zimno się robi - poskarżył się detektyw.
 - Rozpalę w piecu. Masz jeszcze jakieś życzenia?
 - Nie - odparł Jimmy, pociągając łyk brandy. - O, już mi

lepiej. Blair działa mi na nerwy. Przyjechały jakieś szychy ze
Scotland Yardu i jakieś ważniaki z MI5 (Secret Service, czyli
brytyjska   Służba   Bezpieczeństwa),   więc   nasz   inspektor   się
popisuje, rozstawia wszystkich po kątach i płaszczy się przed
nimi.

Hamish włożył papier do pieca i zapalił zapałkę. Kiedy w

piecu   buchnął   ogień,   wrzucił   trochę   czarnego   torfu   i   kilka
polan.

  -   Uważam,   że   jest   to   sprawa   lokalna   -   stwierdził

posterunkowy.

 - Cóż, tak dla wyjaśnienia, ci idioci zrzucają to na Boga.
 - Udało ci się dowiedzieć, dlaczego Bóg miałby być zły

na major Jenningsa?

 - Pani MacBean ze sklepu była trochę bardziej rozmowna

niż pozostali.

 - Co powiedziała?
 - Kiedy spytałem, dlaczego Bóg wysadził domek majora

w   powietrze,   odpowiedziała,   że   ścieżki   Pana   są   nieznane.
Uwierz   mi,   w   porównaniu   do   całej   tej   szalonej   bandy,
powiedziała mi naprawdę sporo.

 - Tak długo, jak policja będzie przekonana, że był to atak

terrorystyczny, zostawią mieszkańców w spokoju. Czy major
już przyjechał?

background image

 - Tak, ale nie wyglądał na zmartwionego. Poinformował

nas,   że   domek   był   ubezpieczony.   Dodał   również,   że   miał
trochę   problemów   z   miejscowymi.   Uważa,   że   było   to
spowodowane czystą złośliwością.

 - Jakiego rodzaju problemy?
  - Takie, jakie ma  każdy nowo przybyły - nikt mu nie

ułatwia, hydraulik się nie zjawia, żadnej pomocy w ogrodzie
albo przy remoncie, tego typu rzeczy.

  - Jadę jutro do kościoła - oznajmił Hamish. - Może na

początek uda mi się dowiedzieć, dlaczego wszyscy zrobili się
tacy religijni.

 - Może i ty zobaczysz światłość - zadrwił Jimmy. - Podaj

mi butelkę.

background image

Rozdział czwarty
Gdzie stąpaliśmy po tej udręczonej, świętej ziemi.
Lord Byron

Kiedy   następnego   dnia   Hamish   wstąpił   po   Elspeth.

Pierwsze,   o   czym   pomyślał,   było   to,   że   dziewczyna
przynajmniej   postara   się   ubrać   tak,   żeby   wyglądać
przyzwoicie. Obawiał się, że mogła wpaść na pomysł i włożyć
króciutkie, obcisłe szorty. Jednak miała na sobie długą czarną
spódnicę,   czarny   sweter,   a   wokół   szyi   zawiązała   szal   w
szkocką  kratę. Kiedy  wsiadła  do land rovera, zauważył, że
włożyła swoje ulubione, rozczłapane buty.

 - Nie masz jakiegoś innego obuwia? - spytał Hamish.
  -   Hamishu   Macbeth!   Jakimś   cudem   udało   ci   się

przeistoczyć   w   zgorzkniałego   męża,   choć   nigdy   się   nie
ożeniłeś.   Widziałeś   kiedyś   stopy   kobiety,   która   całe   życie
chodziła w szpilkach? Całe są zdeformowane. Ruszaj więc i
pilnuj własnego nosa.

Na   przednią   szybę   padała   delikatna   mżawka.   Hamish

włączył wycieraczki. Zaczęły niechętnie pracować, zgrzytając
za każdym ruchem w prawo.

 - Musisz kupić nowe - zauważyła Elspeth.
  -   Nieprawda   -   odparł   Hamish.   Jeśli   chodziło   o   różne

drobiazgi,   czasami   okazywał   się   strasznym   sknerą.   -   Są
idealne na ulewy.

Jakby chcąc udowodnić jego słowa, deszcz zaczął padać

rzęsiście.

  -   Prognoza   pogody   nie   jest   najgorsza   -   powiedziała

Elspeth - podobno później ma się rozpogodzić.

 - Przychodzi ci do głowy jakikolwiek powód, dla którego

ktoś wysadził dom majora?

  - To ma coś wspólnego z mieszkańcami wioski. Jestem

tego pewna. Bije od nich jakiś religijny fanatyzm.

background image

 - Uważasz, że niby Bóg kazał im to zrobić?
 - Coś w tym stylu - odpowiedziała Elspeth niejasno. - O,

spójrz, tam przed nami widać kawałek błękitnego nieba.

Gdy dotarli do Stoyre, deszcz momentalnie ustał. Elspeth

przywykła już do nagłych zmian pogody w szkockich górach.
Wciąż jednak przyglądała się zafascynowana, w jaki sposób
chmury rozchodziły się i nad czarnymi, spokojnymi wodami
morza zaczynało świecić słońce. Z kominów chat stojących w
dole leciał dym. Większość mieszkańców wciąż korzystała z
bojlerów   montowanych   z   tyłu   kominków,   zatem   ogień
rozpalano przez okrągły rok.

Na wzgórzu wokół ruin domku majora łopotały na wietrze

taśmy   policyjne.   Nad   brzegiem   pełno   było   samochodów   i
telewizyjnych busów.

 - Masz konkurencję - zauważył Hamish.
  - Nie wyciągną niczego od mieszkańców. Jeśli mnie się

nie udało, to im też się nie uda.

 - Uważasz się za świetną reporterkę?
 - Nie, ale ja w przeciwieństwie do nich pochodzę z gór.
Hamish zaparkował w wąskiej przerwie między stojącymi

samochodami.

 - Nie będą mogli napić się tutaj niczego - stwierdził. - W

niedzielę pub jest zamknięty.

Wysiedli   z   policyjnego   land   rovera.   Wokół   kręciło   się

wielu znudzonych dziennikarzy. Żaden z nich nie zadał sobie
trudu,   żeby   podejść   do   nowo   przybyłych.   Po   nieudanych
próbach wydobycia jakichkolwiek informacji od mieszkańców
pewnie  uznali pobyt wśród tej małej  społeczności za stratę
czasu.

Elspeth   i   Hamish   dołączyli   do   mieszkańców   wioski,

idących rzędem do kościoła.

  -   A   teraz   zobaczymy,   jak   wyglądają   tutejsze   kazania.

Wnętrze kościoła było ciasne, pomalowane na biało.

background image

Nie zauważyli żadnych figur ani krzyży. Nie było nawet

organów. Kantor kościelny, siedzący w jednej z pierwszych
ławek,   uderzył   w   kamerton   (Kamerton,   inaczej   diapazon   -
przyrząd   służący   do   strojenia   instrumentów   muzycznych)   i
zaintonował hymn.

Wierni zaczęli śpiewać:
Jest zielone wzgórze, daleko od murów miasta.
  - Kiedyś myślałam, że chodzi o takie miasto, w którym

nie ma murów - szepnęła Elspeth. - Potem zrozumiałam, że
chodzi o wzgórze poza miastem.

 - Ciii! - warknęła jakaś starsza kobieta.
Po hymnie odczytano dwa fragmenty z  Biblii, a  potem

pastor   wstał,   żeby   wygłosić   kazanie.   Hamish   słuchał   z
niedowierzaniem.   Cokolwiek   wznieciło   w   sercach
mieszkańców tę religijną gorączkę, z pewnością nie były to
kazania Fergusa Mackenziego. Hamish i Elspeth siedzieli w
końcowych   ławach   kościoła   i   musieli   wysilać   się,   żeby
usłyszeć słowa pastora. Jego delikatny głos nie niósł się zbyt
dobrze. W jego kazaniu nie było pasji, nie straszył też ogniem
piekielnym. Mówił, że wszyscy mieszkańcy wiedzą, że zostali
wybrani   przez   Boga   i   muszą   sprostać   temu   wyróżnieniu.
Mówił   o   Mojżeszu   i   gorejącym   krzewie,   a   potem   o
poprowadzeniu   Izraelitów   do   ziemi   obiecanej.   Cichy   głos
pastora, ciepło stłoczonych ciał oraz słońce wpadające teraz
przez okna podziałały na Hamisha jak środek nasenny, głowa
zaczęła   mu   opadać.   Elspeth   energicznie   szturchnęła   go   w
żebra.

 - Uważaj.
Msza zakończyła się odśpiewaniem psalmu dwudziestego

trzeciego.

Elspeth   i   Hamish   czekali   na   zewnątrz   przy   drzwiach

kościoła,   żeby   zobaczyć,   czy   może   wierni   mają   coś
interesującego   do   powiedzenia   pastorowi,   jednak   słyszeli

background image

tylko   szepty   w   stylu   „wspaniała   msza"   lub   odpowiedzi   na
pytania pastora o zdrowie albo dzieci.

Hamish   zobaczył   panią   MacBean,   właścicielkę   sklepu,

wziął więc Elspeth pod rękę i ruszył za kobietą.

 - Kiepska sprawa z tym domkiem majora - zagadnął.
  -   Nie   powinniśmy   rozmawiać   o   takich   rzeczach   w

niedzielę - upomniała pani MacBean sztywno. - Nasze myśli
powinny zaprzątać wznioślejsze sprawy.

To przypomniało Hamishowi o szczególnych zwyczajach

niektórych   prezbiterian,   którzy   w   niedzielę   nawet   nie
pozdrawiali   swoich   przyjaciół.   Tak   jak   powiedziała   pani
MacBean,   powinni   zajmować   się   wówczas   bardziej
wzniosłymi sprawami. Wyjątkowo rygorystycznie obchodzili
Dzień   Pański.   Niektóre   zgromadzenia   miały   nawet   w
zwyczaju   wybieranie   specjalnej   „policji",   która   w   niedzielę
pilnuje, czy ktoś nie robi czegoś tak grzesznego jak oglądanie
telewizji albo rozwieszanie prania.

Kobieta zaczęła pospiesznie schodzić ze wzgórza.
 - Wziąłem ze sobą coś jedzenia - poinformował Hamish. -

Jeśli   masz   ochotę,   to   możemy   teraz   przekąsić   i   się   napić.
Siądźmy na murze przystani. Powinno być już sucho.

Otworzył drzwi land rovera i wyjął koszyk.
 - Niezły z ciebie gospodarz - skomentowała Elspeth.
Hamish poczuł ukłucie irytacji i zastanowił się, dlaczego

nawet najdrobniejsza uwaga dziewczyny brzmiała jak krytyka.

Hamish zabrał ze sobą owoce, kanapki i termos z kawą.
 - A teraz podsumujmy, co wiemy?
  -   Nic   -   odpowiedziała   Elspeth,   spoglądając   z

rozmarzeniem na morze.

 - Rusz głową! - fuknął ostro Hamish. - Może nasi chłopcy

znaleźli   tam   na   wzgórzu   dowody   na   obecność   IRA,   zatem
powinniśmy zapomnieć o całej sprawie. Ktokolwiek to zrobił,
jest już na pewno w Irlandii.

background image

  - W  porządku, zastanowię  się  - odparła  Elspeth. - Na

początku   mieszkańcy   bali   się.   Coś   ich   przerażało.   Potem
pozbyli   się   tego   lęku.   Coś   sprawiło,   że   nabrali   pewności.
Puśćmy wodze fantazji. Pastor mówił o Mojżeszu i gorejącym
krzewie. Mówił, że są ludem wybranym, nie Izraelitami, ale
mieszkańcami  Stoyre. Ludzie  tutaj  są  bardzo przesądni. Na
wybrzeżu rzadko panuje taka pogoda. Wiatr hula okrągły rok,
gleba   jest   nieurodzajna,   kiepskie   połowy   ryb,  spadek   cen   i
wszystkie te cholerne regulacje Unii Europejskiej.

  - Wszyscy powinniśmy przeprowadzić się do Brukseli -

zadrwił  Hamish. - Jestem  pewien, że  tam nie  przestrzegają
żadnych zasad i regulacji.

 - Cicho! Nie przerywaj! Kazałeś mi się zastanowić, więc

myślę. Może ktoś z wioski miał jakieś wizje.

 - Pewnie ktoś się upił i miał majaki.
  -  Komuś   najwyraźniej   coś   się   objawia.  Na   pewno   nie

Matka   Boska,   uznaliby   to   za   zbyt   papieskie.   Nie   może   to
również być żadne stare, celtyckie bóstwo jak kelpie (Postać z
celtyckiego folkloru; nadnaturalny wodny koń, który zgodnie
z wierzeniami celtyckimi nawiedza górskie jeziora i rzeki). To
nie   wyjaśniałoby,   czemu   wszyscy   tak   chętnie   chodzą   do
kościoła. Jest to jakaś wizja, która najpierw ich przeraziła, a
potem natchnęła nadzieją. Coś, co zabroniło im o tym mówić.

 - Może zapomnijmy o tych nadprzyrodzonych historiach.

Chcesz jeszcze kawy?

 - Chętnie.
 - W porządku. Powiedzmy, że jakaś osoba lub grupa osób

chce, żeby odgrodzić Stoyre od świata. Tylko dlaczego?

 - Ciche, przyjemne miejsce do handlu narkotykami.
  - To prawda. Wówczas jednak ktoś zobaczyłby jakichś

obcych   ludzi   lub   łodzie.   Spróbuję   jeszcze   raz   pogadać   z
Seanem Comynem, a potem porozmawiam z Bainami. Idzie
Jimmy.

background image

Hamish pomachał Jimmy'emu Andersonowi, który kroczył

wzdłuż przystani w ich kierunku. Detektyw podszedł i otarł
chusteczką spoconą, czerwoną, lisią twarz.

 - Nie wiedziałem, że będzie tak gorąco - zaczął narzekać.

- Cześć, Elspeth. Masz coś do picia, Hamish?

 - Zostało trochę kawy w termosie.
 - Kawa! Fuj! W tej wiosce nie ma ani kropli alkoholu.
 - Jak idzie śledztwo?
  - Wszędzie tylko kamienne twarze mieszkańców, którzy

nie chcą pisnąć ani słowa. Blair przejął część przesłuchań i
myślałem, że dostanie zawału. Nikt niczego nie widział. Nikt
nawet nie wstał z łóżka, żeby sprawdzić, co to był za hałas.

 - Jakieś wieści w sprawie ataku terrorystycznego?
 - Nic. A ty dowiedziałeś się czegoś?
 - Wiem tylko, że coś roznieciło w tych ludziach fanatyzm

religijny. Major zwykle przywoził tutaj swoich przyjaciół na
ryby.   Czy   na   liście   jego   gości   był   ktoś,   kim   mogliby
zainteresować się terroryści?

  -   Nie.   Natomiast   sam   major   wykonywał   tylko   jakieś

pomniejsze   czynności   wojskowe   w   Belfaście   i   to   wiele   lat
temu. Jako emeryt nie ma kontaktu z dawną pracą. Zresztą jest
dość   podekscytowany   całą   sprawą.   Planował   sprzedać   ten
dom,   jednak   ubezpieczenie   wypłaci   mu   dużo   więcej,   niż
uzyskałby ze sprzedaży.

 - Może sam to zrobił. Jimmy uśmiechnął się.
  - Blair go o to oskarżył i trzeba było wzywać Daviota,

żeby przyjechał i uspokoił majora. Masz dzisiaj wolne?

 - Tak.
  -   Może   wpadnę   do   ciebie   do   Lochdubh   w   drodze

powrotnej. Masz whisky?

 - Nie. A ty wypiłeś całą brandy.
 - Patel ma dzisiaj otwarte?

background image

  -   Teraz   nie.   Otwiera   sklep   tylko   rano,   ze   względu   na

niedzielną prasę.

 - Cholera! W takim razie wracam do siebie.
 - Jak długo policja zamierza tu zostać? - spytała Elspeth.
  - Jeszcze  kilka  dni, a  jeśli  coś dziwnego dzieje  się  w

Stoyre, to uwierz mi, że się szybko nie poddadzą. Powiedzmy,
że sprawa z domkiem majora to tylko miejscowe porachunki.
Mogła   to   być   czysta   złośliwość,   ale   wątpię   w   to.   On
przyjeżdżał   tutaj   tylko   latem.   Był   natomiast   członkiem
wywiadu. Może ktoś nie chciał, żeby w tej okolicy kręcił się
jakiś   bystry   nieznajomy,   który   mógłby   zauważyć   rzeczy,
których nie dostrzegliby inni mieszkańcy.

 - Jakieś wieści w sprawie Belli Comyn?
  -   Jeszcze   nic.   Chciałbym,   żeby   udało   nam   się   ją

zatrzymać, zanim zniszczy życie kolejnej osobie.

Hamish odwiózł Elspeth, wrócił na posterunek, nakarmił

kury (niektóre były już dość stare, ponieważ nie miał serca
zabić żadnej na rosół), po czym wyprowadził Lugsa i usiadł
przed   telewizorem.   Uważał,   że   na   dziś   wystarczająco   się
napracował. Sean i Bainowie mogą poczekać do jutra.

Jak   tylko   rozwiązał   i   zdjął   swoje   ciężkie   służbowe

buciska, które nosił, nawet gdy nie miał na sobie munduru, w
biurze   zadzwonił   telefon.   Zastanawiał   się   zbyt   długo,   czy
odebrać, więc włączyła się automatyczna sekretarka i usłyszał
głos pani Wellington:

  -   Clarry   zadzwonił   z   hotelu.   Próbował   się   z   tobą

skontaktować. Jedna z pokojówek twierdzi, że widziała dziś
Bellę Comyn w Bonar Bridge.

Hamish oddzwonił do pastorowej i spytał:
 - Gdzie ją widziano?
  -   Przy   tym   sklepie   tuż   obok   mostu.   Podziękował,   z

powrotem włożył buty i westchnąwszy głęboko, wyruszył w

background image

długą drogę do Bonar Bridge. Tym razem Lugs towarzyszył
mu, zajmując przednie siedzenie pasażera.

  - Wiesz, Lugs, zastanawiam się, co się teraz dzieje w

Stoyre - pies niechętnie odwrócił wzrok od umykającego za
oknem krajobrazu i lekko warknął.

  - Zgadzam się - potwierdził Hamish. - Ja też nie mam

pojęcia i nie podoba mi się to. Mam trochę zaległego urlopu.
Zastanawiam się, czy nie wybrać się tam na parę dni i się
rozejrzeć,   a   nuż   uda   mi   się   czegoś   dowiedzieć.   Mógłbym
zatrzymać się w tym domku, który wynajmował Sean. Podoba
ci się w Stoyre?

Lugs znowu westchnął.
 - Mnie też nie - odparł Hamish. - Ale dzieje się tam coś

dziwnego.

Pan i jego pies jechali dalej do Bonar Bridge w milczeniu.
Kiedy   Hamish   wreszcie   dotarł   do   miasteczka,   słońce

zniknęło za chmurami.

Miejsce   wyglądało   na   opuszczone.   Zaparkował   przed

sklepem  i  wszedł  do  środka.  Nie   było  ani  jednego  klienta.
Kobieta za ladą spytała:

  -   Mogę   w   czymś   pomóc?   To   pan,   panie   Macbeth,

prawda?

  -   Tak   -   potwierdził   Hamish,   podchodząc   bliżej   i

zdejmując czapkę. - Czy my się znamy?

  -   Poznaliśmy   się   dwa   lata   temu   podczas   zawodów

górskich w Braikie. Mój syn utknął na drzewie i pan pomógł
mu zejść.

 - Pamiętam. Pani Turner, prawda?
 - Zgadza się. Co mogę dla pana zrobić?
  -   Szukam   Belli   Comyn,   małej,   ładnej   blondynki.

Słyszałem, że była tu dzisiaj.

 - Och, ona! Za co jest poszukiwana?

background image

 - Tylko w jednej sprawie dotyczącej większego śledztwa.

Wie pani, gdzie ona mieszka?

  -  W  jednym  z   tych  szwedzkich  domów   komunalnych,

Sutherland Lane, pod numerem dwudziestym czwartym.

 - Mieszka sama?
  -   Nie,   spotyka   się   z   Jamiem   Stuartem.   Zamierzają   się

pobrać.

 - Naprawdę? Kim jest ten Jamie Stuart?
  -   Jest   mechanikiem   samochodowym.   Pracuje   w

warsztacie w Alness.

 - Dziękuję. Pójdę z nimi porozmawiać.
Szwedzkie domy były to dwukondygnacyjne, drewniane

budynki, budowane przez rząd po drugiej wojnie światowej.
Hamish   krążył   po   okolicy,   dopóki   nie   znalazł   Sutherland
Lane.   Dom   pod   numerem   dwadzieścia   cztery   wyglądał   na
świeżo wyremontowany. Ogród był schludny i posprzątany.
Framugi okienne zostały niedawno odmalowane, jak również
drzwi wejściowe.

Zadzwonił   do   drzwi.   Otworzył   mu   szczupły,   młody

mężczyzna.

 - Czy coś się stało? - spytał zaniepokojony.
  - Przyszedłem porozmawiać z Bellą. Młody mężczyzna

odsunął się.

  -   Proszę   wejść.   Mam   nadzieję,   że   nie   przynosi   pan

żadnych złych wieści - poprowadził Hamisha do salonu. Bella
siedziała   i   wyszywała   obrus.   Wyglądała   niczym   wzór   cnót
domowych. Kiedy zobaczyła Hamisha, w jej oczach rozbłysła
czysta nienawiść, zaraz jednak uśmiechnęła się i powiedziała:

 - Och, to ty, Hamishu. Jak miło cię widzieć. Napijesz się

herbaty?

Hamish usiadł i przyglądał się jej.
 - Szukaliśmy ciebie, Bello.
 - O co w tym wszystkim chodzi? - spytał ostro Jamie.

background image

  -   Chodzi   o   tego,   psa,   którego   zabiłam   -   niewinnie

szczebiotała Bella. - Opowiadałam ci o tym. Uderzyłam go w
głowę  w obronie  własnej, a  teraz  ściga  mnie  Towarzystwo
Opieki nad Zwierzętami.

Hamish odwrócił się i powiedział do Jamiego:
 - Słyszałem, że zamierzacie się pobrać. Wiedział pan, że

ona ma już męża?

 - Pobierzemy się, jak tylko Bella dostanie rozwód - odparł

Jamie.

Hamish spojrzał na Bellę.
 - Złożyłaś już pozew o rozwód?
 - Nie miała odwagi, żeby stawić czoło temu potworowi.

Jak on ją traktował! - wykrzyknął Jamie.

Hamish wstał.
  - Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami odezwie się do

ciebie,   Bello.   Chciałbym   zamienić   z   panem   słowo   na
osobności, Jamie.

Jamie   wyszedł   do   ogrodu   i   odwrócił   się   w   stronę

Hamisha:

  -   Dlaczego,   do   cholery,   prześladujecie   niewinną

dziewczynę?

 - Przyszedłem, żeby pana ostrzec. Proszę mnie posłuchać

i to uważnie. Bella biła swojego poprzedniego męża. Jeśli mi
pan nie wierzy, powinien pan pojechać do Lochdubh i z nim
porozmawiać.   Ona   jest   niebezpieczna   i   była   w   przeszłości
notowana za napaści.

Jamie spojrzał na niego wyniośle.
  - Ona wszystko mi powiedziała. To, jak Sean wszystko

przekręcał, żeby wyglądało na jej winę. Kocham ją i nic tego
nie zmieni.

  -   To   największa   kłamczucha,   jaką   znam.   Czy   ma   pan

jakieś pieniądze?

 - Słucham?

background image

 - Czy jest pan zamożny?
Jamie wyglądał na zbitego z tropu.
 - Jestem oszczędny i mam trochę odłożone. Moja matka

zmarła w zeszłym roku i zostawiła mi niezłą sumkę.

  - Więc proszę tego pilnować, bo ona wyczyści pana do

zera.   Niech   mi   pan   wyświadczy   przysługę.   Proszę   nie
spisywać testamentu.

  -   Mam   ochotę   wnieść   oskarżenie   przeciwko   panu   za

pomówienia!

  - Proszę bardzo - odparł Hamish ze znużeniem. Zaczął

szperać w swojej przepastnej kieszeni. - To moja wizytówka.
Jeśli   będzie   potrzebował   pan   pomocy,   proszę   do   mnie
zadzwonić.

Jamie  podarł  wizytówkę  i rzucił strzępki na  ziemię,  po

czym odwrócił się na pięcie i wszedł do domu.

Hamish wsiadł do land rovera i spojrzał na Lugsa.
 - Starałem się, jak mogłem. Co jeszcze mogę zrobić?
Kiedy   wrócił   na   posterunek,   wysłał   raport   do

Towarzystwa   Opieki   nad   Zwierzętami.   Czuł,   że   to   strata
czasu.   Kiedy   usłyszą   wymyśloną   przez   Bellę   historyjkę   o
agresywnym   psie,   uznają,   że   nie   mają   wystarczająco   dużo
dowodów,   żeby   postawić   ją   przed   sądem.   Sean   mógłby
protestować, że zwierzę było łagodne, ale nie widział całego
zajścia. Bella mogłaby twierdzić, że pies stał się agresywny
pod nieobecność swego pana. Policja wtedy umorzy śledztwo.

Drzwi kuchni otworzyły się i posterunkowy usłyszał głos

Jimmy'ego Andersona.

 - Jest ktoś w domu?
Hamish   wyszedł,   żeby   go   przywitać.   Jimmy   trzymał   w

rękach butelkę whisky.

  - Gdzie udało ci się kupić alkohol w niedzielę? - spytał

Hamish.

background image

 - W Hotelu Zamek Tommel. Powiedziałem menedżerowi,

żeby dopisał ci to do rachunku.

 - Ja nie mam rachunku w hotelu!
 - Cóż, teraz już masz. Nalej po szklance.
 - Wypiłeś już tyle mojej whisky, że za tę butelkę mógłbyś

sam zapłacić.

Jimmy uśmiechnął się lisio.
  - Gdyby nie ja, nie miałbyś dostępu do wszystkich tych

poufnych informacji.

Hamish wyjął z kuchennej szafki dwie szklanki i postawił

je na stole. Obaj mężczyźni usiedli przy stole. Jimmy najpierw
nalał sobie solidną porcję, a potem mniejszą Hamishowi.

  - Jak policjanci mogą aresztować ludzi za prowadzenie

samochodu pod wpływem alkoholu - zaczął Hamish - skoro
detektywi śmierdzą jak gorzelnia.

  -   Przestań   narzekać,   napij   się   i   posłuchaj.   To   nie   był

żaden   skomplikowany   ładunek   wybuchowy,   tylko   bomba
domowej produkcji.

 - Ale przecież IRA używa takich bomb.
  -   Tak,   ale   to   oznacza,   że   mógł   to   być   któryś   z

mieszkańców.   Wybuch   mógł   być   w   równym   stopniu
spowodowany   eksplozją   piecyka   gazowego,   jak   i   samej
bomby. Znasz majora, prawda?

 - Zamieniłem z nim tylko kilka zdań. Dość sympatyczny

człowiek - podsumował Hamish.

  -   Wszystko,   czego   udało   nam   się   dowiedzieć   od

mieszkańców, to że była to kara boska. Twierdzą, że major i
jego goście urządzali dzikie imprezy z upadłymi kobietami i
narkotykami.

 - O rany! Upadłe kobiety! Czy tak właśnie mówili?
  - Oczywiście. Nie sądzisz, że sam bym tak to ujął. Na

próżno próbowaliśmy ich przekonać, że major i jego goście są
szanowanymi obywatelami w średnim i starszym wieku i nie

background image

w głowie im takie zabawy. Mieszkańcy Stoyre patrzyli tylko
przed siebie uparcie i bez słowa.

  -   Nie   jestem   w   stanie   zrozumieć   tego   religijnego

fanatyzmu.   Poszedłem   na   jedną   z   mszy   Mackenziego   i   nie
działo się podczas niej nic gwałtownego czy podburzającego
tłum.

 - Może złagodził kazanie ze względu na twoją obecność.
  - Nie sądzę. Mam zaległy urlop. Może pojadę tam na

tydzień. Kiedy znajdę się pomiędzy nimi, może któreś z nich
pęknie i powie mi coś.

 - Zamierzasz wtajemniczyć Blaira w swoje zamiary?
  -  Za   żadne  skarby. Więc   jakie  jeszcze   masz  dla  mnie

wieści?

 - Nic, poza tym, że major wyjechał z Sutherland. Odebrał

odszkodowanie i powiedział, że zamierza osiedlić się gdzieś w
Perthshire, pomiędzy cywilizowanymi ludźmi. On uważa, że
to wina tych antyangielskich nastrojów.

 - Możliwe. Tak przy okazji, znalazłem tę wstrętną Bellę

Comyn. Mieszka w Bonar Bridge razem ze swoją nową ofiarą.
Zamierza   się   rozwieść   z   Seanem   i   wyjść   za   mąż   za   tego
nowego. - Hamish opowiedział Jimmy'emu więcej o swojej
wizycie.

  -   No   to   niedługo   będziemy   przeszukiwać   bagna   w

poszukiwaniu tego nieszczęśnika - wieszczył Jimmy. - Pójdę
już - wstał, zakręcił butelkę whisky i zamierzał schować ją do
kieszeni.

  -   Nawet   się   nie   waż   -   krzyknął   Hamish   gniewnie.   -

Zapłaciłem za ten bimber, więc zostaje u mnie. Następnym
razem kup sobie własną gorzałę!

Następnego dnia Hamish postanowił wybrać się ponownie

do   państwa   Bain.   Tym   razem   zobaczył   mężczyznę
przekopującego   grządki   z   kwiatami.   Musiał   to   być   Harry
Bain.

background image

 - Pan Bain?
 - Tak. O co chodzi?
Był   niskim,   zgarbionym   mężczyzną   o   długich   rękach.

Grube,   czarne,   kręcone   włosy   sterczały   na   czubku   głowy
niczym peruka. Jego wąskie oczy miały jasnoszary kolor, a
twarz wyglądała na zniszczoną od częstego przebywania na
zewnątrz.

  -   Słyszał   pan,   że   domek   majora   został   wysadzony   w

powietrze?

 - Tak, niesamowita sprawa.
  -   Co   się   dzieje   w   Stoyre?   O   co   chodzi   z   całą   tą

pobożnością?

Mężczyzna   odwrócił   się,   podniósł   łopatę   i   wbił   ją   w

ziemię, robiąc sobie przerwę w pracy.

  -   Nic   na   ten   temat   nie   wiem   -   odparł   Harry.   -   My

pilnujemy swoich spraw.

 - Więc czemu przeprowadziliście się tutaj?
 - Stoyre jest za bardzo oddalone od cywilizacji.
 - Lochdubh też raczej nie należy do wielkich miast.
  -   Macie   tutaj   lepszą   szkołę.   Tam   córka   nie   robiła

wystarczających postępów w nauce.

 - Musiał pan coś zauważyć - niecierpliwił się Hamish. -

Coś pan przecie mną ukrywa.

 - Nie ma czego ukrywać - uciął mężczyzna. - Nie ma pan

jakichś przestępców do złapania?

  - Tak, mam. Na początek tych, którzy wysadzili domek

majora.

 - Nie mogę panu w tym pomóc. A teraz chciałbym wrócić

do pracy.

Hamish poddał się i odszedł. Wrócił na posterunek, zabrał

psa i pojechał do Strathbane. Wstąpił do komendy głównej,
żeby złożyć podanie o tygodniowy urlop. Na schodach spotkał
nadkomisarza Daviota.

background image

 - Co cię tutaj sprowadza? - spytał Daviot.
  -   Należy   mi   się   kilka   dni   odpoczynku,   sir   -   odparł

Hamish.

  - W takim momencie? Jednak skoro mamy całą grupę

antyterrorystów,   którzy   pomagają   Blairowi   w   Stoyre,   nie
będziesz im potrzebny. Powiedz sierżantowi Macgregorowi z
Cnothan, żeby przejął twój rewir.

 - Oczywiście, sir.
 - Kiedy zamierzasz wyjechać?
Hamish zastanowił się szybko. Powinien odczekać kilka

tygodni, żeby wszystko wróciło do normy. Jeśli pojedzie do
Stoyre   od   razu,   Blair   wciąż   tam   będzie,   co   skutecznie
przeszkodzi mu w dochodzeniu.

 - Za dwa tygodnie, sir.
 - Dokąd się wybierasz?
 - Chyba odwiedzę mojego kuzyna z Dornoch - wymyślał

na   poczekaniu   Hamish,   a   jego   orzechowe   oczy   spoglądały
niewinnie, jak zawsze, kiedy kłamał.

  -   Baw   się   dobrze.   Jak   się   miewa   panna   Halburton   -

Smythe?

Hamish   nie   miał   ochoty   rozmawiać   o   swojej   dawnej

ukochanej, która teraz miała wyjść za kogoś innego.

  -   W   porządku   -   zasalutował   na   pożegnanie   i   zaczął

wspinać się po schodach.

Jak tylko załatwił swoje sprawy w komendzie, udał się do

biura nieruchomości i zarezerwował ten sam domek, w którym
wcześniej zatrzymał się Sean. Wręczono mu klucze, mówiąc,
że   w   tym   momencie   nikt   nie   chce   wynajmować   żadnych
nieruchomości w pobliżu Stoyre.

Wracając do Stoyre, Hamish wstąpił do Seana Comyna,

żeby opowiedzieć gospodarzowi o swoim spotkaniu z Bellą.

 - Mam nadzieję, że poprosi o rozwód - westchnął Sean. -

Ale nie zamierzam zapłacić jej ani centa.

background image

 - Nie sądzę, że będziesz musiał - odparł Hamish.
  -   Nie   będzie   chciała,   żeby   jej   kryminalna   przeszłość

wyszła na jaw przed sądem. Po co ci ogrodzenie dla saren? -
posterunkowy   wskazał   na   nowy   płot,   stojący   na   początku
pola.

 - Owce nie są już dochodowe - mruknął Sean - zamierzam

spróbować z sarnami.

 - W takim razie powodzenia. - Hamish odwrócił się.
  - Jeśli dowiesz się czegoś jeszcze o Belli, daj mi znać -

zawołał Sean.

 - Masz to jak w banku.
Kiedy Hamish wrócił na posterunek, zastał tam czekającą

na niego Elspeth.

 - Czy to towarzyska wizyta? - spytał. - Czy przyszłaś po

informacje?

  -  Słyszałam   od   pani   Wellington,  że   widziano   Bellę   w

Bonar Bridge.

  -   Wejdź   na   herbatę,   to   wszystko   ci   opowiem.   Elspeth

słuchała   uważanie,   podczas   gdy   Hamish,   relacjonując,
przygotowywał herbatę w imbryku.

Usiedli przy kuchennym stole, Lugs ułożył się obok.
  - Nie potrafię sobie jakoś wyobrazić, żeby poprosiła o

rozwód, nie żądając niczego w zamian.

 - Ona nie może nic zrobić. Mówiłem Seanowi, że pewnie

zdaje   sobie   sprawę,   że   w   sądzie   jej   kryminalna   przeszłość
wyjdzie na jaw.

 - Więc nic mu się nie stanie. - Elspeth wypiła łyk herbaty.

- Chyba że wcześniej spisał korzystny dla niej testament.

 - Co?
  - Jeśli zapisał jej wszystko, wówczas musi natychmiast

zmienić testament i powiadomić ją o tym.

 - Nie myślisz chyba, że mogłaby mu coś zrobić?

background image

 - Dlaczego nie? Zatłukła na śmierć psa. Teraz ma nowego

kochanka   i   jeśli   Seanowi   coś   się   stanie,   jej   chłopak
prawdopodobnie będzie się zaklinał, że była z nim cały czas.

 - Chyba powinienem mu o tym powiedzieć. Niech zmieni

swój testament - odparł powoli Hamish.

 - Zrób to teraz.
Hamish poszedł do biura i wybrał numer Seana. Nikt nie

odebrał. Wrócił do kuchni.

  - Nie ma go. Przerzuca się na hodowlę saren i buduje

nowe ogrodzenie. Pewnie jest gdzieś w polu.

 - Cóż, biegnij tam i porozmawiaj z nim.
  - Panikujesz, Elspeth. Bella ma nowego kochasia, który

najwyraźniej jest zamożny. Zadowoli się tym.

Jej cygańskie oczy przyjrzały się posterunkowemu.
 - Tylko nie mów, że cię nie ostrzegałam.
 - Posłuchaj, Elspeth, to, że piszesz horoskopy do gazety,

nie oznacza, że jesteś obdarzona szóstym zmysłem - odparł
Hamish, a jego szkocki akcent stawał się bardziej syczący, w
miarę jak posterunkowy irytował się.

  -   W   takim   razie,   ty   leniwy   gliniarzu,   sama   z   nim

porozmawiam.

 - Rób, jak chcesz.
Wścibska   baba,   pomyślał   Hamish   kwaśno,   kiedy

dziewczyna   wyszła.   Po   czym   prawie   natychmiast   poczuł
wyrzuty sumienia. Elspeth próbowała tylko pomóc.

Tego   popołudnia   pracował   w   swoim   gospodarstwie,

rozkoszując się słońcem i czystym powietrzem. Pracę w polu
przerwał dzwoniący na posterunku telefon. Niechętnie wrócił,
żeby   sprawdzić   wiadomość   na   sekretarce.   Usłyszał   głos
Seana.

  -   Bella   przyjeżdża,   żeby   się   ze   mną   zobaczyć.   Nie

zamierza o nic prosić. Szybki rozwód na podstawie rozbicia

background image

pożycia   małżeńskiego.   Przywiezie   ze   sobą   papiery
rozwodowe.

Hamish przypomniał sobie słowa Elspeth. Wsiadł do land

rovera i ruszył drogą wzdłuż brzegu. Zobaczył wychodzącą z
redakcji Elspeth i zatrzymał się z piskiem.

  - Wskakuj - zawołał. - Sean dzwonił. Bella jedzie, żeby

się z nim zobaczyć.

Elspeth wskoczyła do samochodu.
  - Więc doszedłeś do wniosku, że jednak istnieje jakieś

niebezpieczeństwo?

 - Lepiej się upewnić, że nie istnieje.
 - Nie jedź więc prosto do jego domu. Zaparkuj kawałek

dalej. Jeśli coś zamierza, schwytamy ją na gorącym uczynku.
Oczywiście, jeśli nie będzie za późno.

Hamish   zaparkował   na   końcu   zakurzonej   drogi,   która

prowadziła do gospodarstwa. Przed domem stał zaparkowany
ford metro.

  -   Wygląda   na   to,   że   już   przyjechała   -   powiedział.   -

Musiała nauczyć się prowadzić. Pospieszmy się.

  - Zajrzyj najpierw przez kuchenne okno - ponagliła go

Elspeth. - Jeśli siedzą tam i rozmawiają, zapukamy do drzwi.

Wokół domu nie było ogrodu. Jedynie sprężyste wrzosy

rosnące   pod   oknami   tłumiły   odgłosy   ich   kroków.   Hamish
kucnął   i   ostrożnie   zajrzał   przez   okno.   Sean   leżał   z
zamkniętymi oczami w fotelu przed kominkiem. Na stole stała
otwarta butelka whisky i dwie szklanki. Bella podniosła się z
siedziska, wyjmując broń. Miała cienkie, gumowe rękawiczki.
Potem   przyklęknęła   i   próbowała   zacisnąć   bezwładną   dłoń
Seana na pistolecie.

Hamish   pobiegł   do   drzwi   i   wpadł   do   środka.   Bella

odwróciła   się,   oszalała   ze   strachu   i   wściekłości.   Hamish   i
Elspeth padli się na ziemię. Wystrzał pistoletu ogłuszył ich
oboje. Hamish zerwał się, zanim dziewczyna zdążyła oddać

background image

drugi strzał. Wyrwał jej broń z ręki, przewrócił na ziemię i
skuł. Bella  krzyczała coś o nadużyciach. Hamish  sprawdził
puls   Seana.   Wciąż   żył.   Odgadł,   że   Bella   odurzyła   go
tabletkami i planowała upozorować samobójstwo.

Kiedy z Lochdubh dotarły posiłki, Bella płakała i mówiła,

że   Sean   chciał   popełnić   samobójstwo,   a   ona   próbowała   go
powstrzymać.

 - Cóż, to by było na tyle - powiedział zmęczony Hamish,

kiedy   Bella   odjechała   razem   z   policją.   Seana   zabrało
pogotowie.   -   Teraz   przynajmniej   ją   mamy.   Prędko   jej   nie
zobaczymy.

  -   To   nauczy   cię,   żeby   na   przyszłość   mnie   słuchać   -

podsumowała Elspeth. - Teraz lecę, żeby napisać o tym dla
krajowych dzienników.

 - Sprawa jest w toku. Nie możesz nic napisać, dopóki nie

zostanie oskarżona.

  -   Ależ   mogę.   Po   prostu   nie   wymienię   jej   nazwiska.

Opiszę wszystko i dodam, że jakaś kobieta pomogła policji w
śledztwie. Może postawisz mi kolację któregoś wieczoru?

 - Zapraszam cię na jutro. Do włoskiej restauracji.
Na posterunku Hamish usiadł i spisał długi raport. Biedny

Jamie Stuart. Policja pewnie ściągnęła go już do Strathbane,
na wypadek, gdyby okazał się wspólnikiem Belli.

background image

Rozdział piqty
Na Johna Barleycorna czyny wspaniałe! Strachu nie znają

już   serca   zuchwałe!   Gdy   piwa   nie   braknie,   zła   się   nie
zlękniemy; Z gorzałką w ręce, z diabłem w twarz staniemy!

Robert Burns

Następne   kilka   dni   upłynęły   Hamishowi   spokojnie.

Sierżant Macgregor z Cnothan niechętnie zgodził się przejąć
jego   rewir   na   czas   „urlopu"   posterunkowego.   Wieści   o
wybuchu w domku majora zniknęły nawet z lokalnych gazet.
Elspeth   odwołała   kolację,   mówiąc,   że   „pracuje   nad   jakąś
historią".   Hamisha   trochę   to   zaskoczyło,   poczuł   się
rozczarowany.

Pogoda   nie   była   najlepsza.   Deszcz   padał   bez   przerwy

przez   dwa   dni.   Jednak   pod   koniec   tygodnia   znowu   wyszło
słońce.   Purpurowe   wrzosy   płonęły   na   zboczach   dwóch   gór
wznoszących   się   nad   Lochdubh.   Tafla   jeziora   była   gładka,
niezmącona nawet jedną falą. Hamish rozłożył się na leżaku w
ogrodzie. Lugs leniuchował u jego stóp z łapami uniesionymi
do   góry.   Błogi   nastrój   nie   pozwalał   myśleć   o   brutalnych
wydarzeniach.

Niestety,   beztroski   spokój   został   zakłócony   przez

Jimmy'ego   Andersona.   Przyszedł   w   poszukiwaniu   resztek
tamtej   whisky.   Hamish   przyniósł   drugi   leżak   i   szklanki.
Jimmy usiadł wygodnie, rozejrzał się i westchnął zadowolony.

  -   Jak   postępuje   śledztwo   w   sprawie   Stoyre?   -   spytał

Hamish.

Jimmy  podniósł   szklankę,   podziwiając   kolor,   jaki

przybrała w słońcu whisky i pociągnął solidny łyk alkoholu.

  -   Nic   -   odparł   lakonicznie   -   po   staremu.   Mieszkańcy

milczą. Ci na górze są raczej pewni, że to był ktoś z wioski.

background image

  -   Zastanawiam   się,   dlaczego   tak   sądzą.   W   końcu

skonstruowanie bomby wymaga trochę znajomości w zakresie
chemii.

  -   Prawda   jest   taka:   doszli   do   wniosku,   że   nie   użyto

mocnego środka wybuchowego. Trochę gazet, trochę nawozu,
paliwo i jakaś szmatka. Wystarczy to podpalić, wrzucić do
środka   i   wiać,   gdzie   pieprz   rośnie.   Resztę   załatwił   piecyk
gazowy majora.

 - To jednak wciąż wymaga trochę wiedzy.
  -   Każdy   mógł   znaleźć   w   Internecie   instrukcję

skonstruowania takiej bomby.

  -   Nie   przypuszczałem,   że   ktokolwiek   w   Stoyre   ma

komputer!

  -   Każdy   mógł   przyjść   do   kafejki   internetowej   w

Strathbane.

Hamish przyjrzał się uważnie detektywowi.
 - Sprawdzili przecież tę kafejkę i nie znaleźli nikogo, kto

próbowałby szukać takich informacji.

 - Niby tak.
 - Chyba wezmę parę dni urlopu i zatrzymam się tam na

jakiś czas - zdecydował się Hamish.

 - Moim zdaniem to strata czasu. Czy Blair o tym wie?
 - Nie! I nic mu nie mów na ten temat.
 - W porządku.
 - Więc w Stoyre nic się nie dzieje?
 - Cisza i spokój. Wczoraj w kościele czytali wiersz „Tam

o'Shanter" (Od imienia  tytułowej postaci z wiersza Roberta
Burnsa wywodzi się nazwa tradycyjnego szkockiego nakrycia
głowy) Roberta Burnsa.

 - Mocna rzecz.
  -   Czytała   go   jakaś   kobieta   o   piskliwym   głosie.   O   co

chodzi z tym piwem?

 - Dzięki niemu nie zlękniesz się zła.

background image

 - A gorzałka?
 - To whisky. Woda życia. Nie mów mi, że nie wiedziałeś?
  - Nigdy nie miałem drygu do interpretacji wierszy. Ta

bomba to pewnie był wyraz tych antyangielskich nastrojów.
Blair   zasugerował,   że   to   może   sam   major   stoi   za   tym
wybuchem, potem jednak czym prędzej się z tego wycofał, bo
facet zaczął grozić, że zaciągnie całą wioskę przed Komisję do
spraw Stosunków Rasowych.

 - Wiesz co, żadna nacja chyba nie wie tak mało o swojej

historii jak Szkoci. Wiesz, Jimmy, skąd pochodzą Szkoci?

 - Myślałem, że zawsze tu byli.
  -  Pochodzą   z   Irlandii   Północnej,  skąd  wyruszyli,   żeby

wymordować Celtów i Piktów. Było to jedno z największych
ludobójstw   w   historii.   Problemy   zawsze   sprawiali   ci
mieszkający na nizinach, nie my. Żyli w cieniu Celtów, ubrani
we frędzle w szkocką kratę. Nieważne, wracając do Stoyre,
jakie panują tam nastroje? Czy mieszkańcy boją się czegoś?

  -   Nie.   Panuje   tam   dziwna   atmosfera.   Jakieś   tłumione

podniecenie,   zachowują   się   jak   dzieci   czekające   na   święta
Bożego Narodzenia.

 - To bardzo ciekawe. Nie mogę się doczekać, kiedy tam

pojadę.   Będę   się   trzymał   z   daleka   od   wszystkiego,   póki
przełożeni stamtąd nie wyjadą.

  - To nie powinno długo potrwać. Gdyby to była duża,

profesjonalna   bomba,   zostaliby   tam   na   dłużej.   W   tym
momencie wszystko wskazuje na to, że to miejscowi.

Furtka ogrodowa zaskrzypiała i weszła Elspeth. Miała na

sobie prawie przezroczystą hinduską bluzkę, pokrytą czymś,
co wyglądało jak malutkie kawałeczki lustra. Do tego włożyła
bardzo   krótkie   spodenki,   eksponujące   jej   mocne,   opalone
nogi, obute jak zwykle w rozczłapane mokasyny.

  -   Co   powiesz   na   kolację   dziś   wieczorem?   -   spytała

Hamisha.

background image

 - Bardzo chętnie. Widzimy się o dwudziestej we włoskiej

restauracji.

Elspeth uśmiechnęła się do Jimmy'ego.
 - Do zobaczenia, Hamishu.
 - Człowieku - wysapał Jimmy, kiedy dziewczyna wyszła

z ogrodu. - Ale z ciebie szczęściarz. Niezła sztuka.

 - Elspeth? To tylko lokalna dziennikarka.
  -   Wiem.   Spotkałem   ją   już   wcześniej,   pamiętasz?   Nie

podejrzewałem, że się tobą interesuje.

  -   Jesteśmy   tylko   przyjaciółmi   -   oświadczył   Hamish

sztywno.

  -   Chciałbym   mieć   takich   przyjaciół   -   uśmiechnął   się

Jimmy.

 - Trochę dziwacznie się ubiera.
  - Staraj się iść z duchem czasu. Jesteś trochę zacofany,

Hamishu.

Kiedy   Hamish   przyszedł   wieczorem   do   restauracji,

Elspeth już na niego czekała. Miała na sobie jaskrawy żakiet,
uszyty z rombów kolorowego aksamitu, pod nim wypłowiały
czarny   T   -   shirt,   do   tego   włożyła   długą   czarną   szyfonową
spódnicę. No i swoje buty.

Nagle przed oczami stanął mu obraz Priscilli, siedzącej w

tym   miejscu,   nienagannie   ubranej,   ze   starannie   ułożonymi
włosami. Poczuł głęboki smutek. Włosy Elspeth wprawdzie
nie   miały   już   koloru   oberżyny,   ale   sterczały   na   wszystkie
strony,   tak   jakby   dziewczyna   włożyła   palec   do   kontaktu.
Usiadł   i   ze   zdumieniem   zauważył,   że   paznokcie   miała
pomalowane na czarno.

Hamish   obiecał   sobie,   że   już   nie   będzie   komentował

wyglądu   Elspeth.   W   końcu   to,   w   co   się   ubierała   i   jak
wyglądała, nie było jego sprawą. Ale nie wytrzymał i spytał:

  -   Co   ty   zrobiłaś   z   paznokciami.   Wyglądają,   jakbyś

przytrzasnęła sobie palce drzwiami od samochodu.

background image

 - Siadaj, zamknij się i zamów coś do jedzenia - odrzekła

przyjaźnie Elspeth - umieram z głodu.

Kelner   Willie   Lamont,   który   przed   ślubem   z   kuzynką

właściciela   restauracji   był   policjantem,   przyszedł,   żeby
przyjąć zamówienie.

 - Co dla ciebie, Hamishu?
 - Czemu najpierw nie zapytasz damy, na co ma ochotę? -

skarcił go Hamish.

  - Racja. Na Boga, dziewczyno, twoje paznokcie są całe

czarne.

 - Na Boga, obsługa w tej restauracji jest koszmarna. Czy

masz w zwyczaju wygłaszanie osobistych uwag pod adresem
gości?

  - Przepraszam - wymamrotał Willie - więc na co masz

ochotę?

 - Najpierw na sałatkę Cezar, a potem lazanię.
  -   Ja   poproszę   o   zestaw   sałatek,   a   potem   penne   z

bazyliowym   sosem.   Przynieś   też   butelkę   wina   stołowego   -
poprosił Hamish.

Willie   zapisał   zamówienie,   po   czym   dalej   stał,

przestępując z nogi na nogę.

 - Na co czekasz? - zapytał ostro Hamish.
 - Zabawna sprawa z tym Stoyre - wystękał Willie.
 - Wiesz coś na ten temat?
 - Nie, ale słucham uważnie, co ludzie mówią.
  -   Super.   Teraz   może   jednak   przyniósłbyś   nam   nasze

dania?

  -   Lucia   zastanawia   się,   kiedy   przyjdziesz   odwiedzić

małego Hamisha, swojego chrześniaka.

 - Powiedz jej, że niedługo wpadnę.
  -   Zaczął   już   chodzić,   a   ty   nie   widziałeś,   jak   stawiał

pierwsze kroki.

 - Willie! Jedzenie!

background image

Elspeth patrzyła, jak Willie zniknął w kuchni.
 - Co Lucia w nim widzi? - spytała.
 - Jest schludny. Ma bzika na punkcie sprzątania. Zajmuje

się wszystkimi domowymi obowiązkami. To właśnie Lucia w
nim kocha.

  -   Więc   co   się   dzieje   w   Stoyre?   -   spytała   Elspeth.   -

Niedawno tam byłam.

 - Na pewno wiesz więcej niż ja. Dowiedziałaś się czegoś?
 - Nie, ale dzieje się tam coś niedobrego.
 - Skąd wiesz?
 - Czuję to.
  -   Zamierzam   zrobić   coś   bardziej   praktycznego,   żeby

dowiedzieć się, o co w tym chodzi. - Hamish wtajemniczył ją
w swoje plany urlopowe.

 - Ja też mam trochę zaległego wolnego - odparła Elspeth -

mogłabym pojechać z tobą.

 - I gdzie byś się tam zatrzymała?
 - Oczywiście tam, gdzie ty.
  -   Mielibyśmy   przeciwko   sobie   całą   tę   bogobojną

wspólnotę. Uznaliby, że żyjemy w grzechu.

 - Cóż, w takim razie wpadnę cię odwiedzić. Hamish miał

wrażenie, że dziewczyna go prześladuje.

 - Daj mi po prostu prowadzić w spokoju moje śledztwo -

westchnął cicho.

Elspeth lekko się zarumieniła i z ulgą zobaczyła, że Willie

przyniósł im wino.

 - Czy w Lochdubh dzieje się teraz coś, o czym nie wiem?

- spytał Hamish, żeby przerwać kłopotliwe milczenie, które
nastąpiło po wygłoszonej przez niego uwadze.

 - Może będziesz mógł pomóc - zastanawiała się Elspeth. -

Znasz starą panią Docherty?

 - Oczywiście. Dawno jej nie widziałem.

background image

  -   Jest   całkiem   sama.   Wymaga   profesjonalnej   opieki.

Zaczyna   tracić   zmysły   i   naprawdę   powinna   znaleźć   się   w
domu opieki.

 - Ma jakichś krewnych?
 - Tylko córkę, która mieszka w Glasgow. Pani Wellington

pisała do niej kilka razy, ale nie dostała żadnej odpowiedzi.

 - Do jakiego domu opieki mogłaby trafić?
 - Jest jeden niedaleko Braikie.
  - Rzeczywiście, zapomniałem o nim. Nazywa się „Dom

pod sosnami".

  -   Może   mógłbyś   ją   odwiedzić   i   przekonać,   żeby   tam

została. Pamiętaj, że to będzie oznaczało również, że trzeba
sprzedać jej domek.

Dalej rozmawiali przyjaźnie i Hamish musiał przyznać, że

naprawdę dobrze bawił się tego wieczora.

***
Następnego   dnia   odwiedził   panią   Docherty.   Drzwi

frontowe były otwarte na oścież, wsunął więc głowę do środka
i zawołał:

 - Pani Docherty! To ja, Hamish!
 - Wejdź! - głos kobiety był zadziwiająco mocny. Wszedł

do małego, zagraconego saloniku. Pani Docherty wyglądała
tak   samo   zdrowo   i   krzepko,   jak   w   dniu,   kiedy   widział   ją
ostatnim   razem.   Grube   włosy   posiwiały,   ale   postawna
sylwetka   nadal   nie   była   zgarbiona.   Twarz   miała   pooraną
licznymi zmarszczkami, jasne, szare oczy spoglądały żywo.

  - Siadaj, Hamishu. Możesz zaparzyć herbaty, kiedy już

powiesz, co cię sprowadza.

 - To towarzyska wizyta - zaczął niezdarnie.
Jej bystre oczy przyjrzały mu się z rozbawieniem.
  -   Doszły   mnie   słuchy,  że   trochę   pani   zniedołężniała   -

wykrztusił Hamish, po czym zaczerwienił się z zażenowania.

Kobieta roześmiała się.

background image

  - Nie denerwuj się tak. Komputer i książki są dla mnie

wystarczającą   rozrywką.   Większość   odwiedzających   ludzi
męczy   mnie.   Często   przychodzą   osoby,   których   nie   mam
ochoty   widzieć,   więc   mamroczę   coś   i   ślinię   się.   Chyba
powinnam przestać albo wsadzą mnie do domu starców.

 - Słyszałem, że otworzyli jakiś nowy w Braikie.
 - Nie taki nowy. Ma już rok. Nie poszłabym tam, nawet

jakbym była umierająca.

 - Dlaczego?
 - Uważam, że oni tam zabijają ludzi - odparła.
 - Och, niech pani da spokój. Wiedziałbym coś o tym.
  -   Miałam   serdeczną   przyjaciółkę   w   Braikie.   Maisie

Freeman. Zrobiła się bardzo słaba i rodzina namówiła ją, żeby
przeniosła   się   do   „Domu   pod   sosnami".   To   prywatny   dom
opieki,   jeśli   jednak   zapiszesz   im   swój   dom,   obiecują   ci
najlepszą na świecie opiekę medyczną aż do śmierci. Miała
tylko   córkę   Aileen,   która   jakiś   czas   temu   wyszła   za   mąż.
Aileen to samolubna krowa. Jej mąż jest dość zamożny, więc
strata pieniędzy za dom po śmierci Maisie nie dotknęła ich za
bardzo. Chcieli się tylko jej pozbyć. Jak mówiłam, była trochę
słaba, choć całkowicie sprawna. Kiedyś odwiedziłam ją. Nie
spodobali mi się pracownicy, byli odrażający i próbowali się
przymilać. Maisie wytrzymała tam tylko miesiąc.

 - Co jej się stało?
  -   Spadła   ze   schodów   i   złamała   kark.   Pokoje   są   na

parterze,  na   piętrze   znajdują   się   biura.  Nie   miała   potrzeby,
żeby wchodzić na górę.

  -   Może   chciała   poskarżyć   się   z   jakiegoś   powodu

menedżerowi?

  -   Wówczas   posłałaby   po   niego.   Miała   reumatyzm.

Wspinaczka po takich schodach była dla niej jak wejście na
Mount Everest.

 - Jak wytłumaczyli ten wypadek właściciele domu opieki?

background image

 - Stwierdzili, że Maisie postradała rozum. Musiała sama

wejść   po   schodach,   nie   zdawała   sobie   sprawy,   gdzie   się
znajduje i prozaicznie potknęła się. Odwiedziłam ją dwa dni
przed śmiercią, była zupełnie sprawna umysłowo. Wiesz, jak
to jest. Starsi ludzie uważani są za zbyteczny balast. Wiesz,
jak według mnie będzie wyglądała przyszłość? Wydaje mi się,
że znajdą sposób, żeby przedłużyć ludzkie życie i wszyscy
będą wyglądać tak samo młodo. Młodzi zwyrodnialcy zaczną
jednak   nienawidzić   wszystkich   starszych   ludzi,   bo   będą
zajmować im miejsca pracy i przestrzeń na tej planecie. Ktoś
zacznie   podawać   w   Internecie   daty   urodzin   i   będą   zaczną
zabijać starych.

 - Wie pani co, pojadę tam i porozmawiam z nimi.
  -   Nie   wiem,   jakim   cudem   chcesz   się   czegokolwiek

dowiedzieć. Mam odłożonych trochę pieniędzy. Ludzie o tym
nie wiedzą. Kusi mnie, żeby samej się tam zgłosić i zobaczyć,
co się stanie.

  -   Jeśli   pani   podejrzenia   okażą   się   prawdziwe,   to

odradzam, może to być niebezpieczne.

  -   Nie,   jeśli   będę   udawać   zniedołężniałą   staruszkę.

Oczywiście   nie   cały   czas,   musiałabym   od   czasu   do   czasu
wyglądać na sprawną umysłowo, żebym mogła się pewnego
dnia wypisać.

  -   Proszę   wziąć   też   pod   uwagę,   że   może   to   oznaczać

konieczność przepisania im na własność pani domu.

 - To będzie ryzykowne, ale również ekscytujące.
 - Proszę poczekać, nieruchomości w górach nie osiągają

zbyt   wysokich   cen   na   rynku.   Jeśli   pensjonariusze   zaczną
padać   jak   muchy   zaraz   po   przyjęciu   do   domu   opieki,
zostałoby przeprowadzone dochodzenie.

  -   Myślę,   że   oni   są   sprytniejsi.   Tylko   starsi,   naprawdę

chorzy ludzie decydują się na pobyt w domu opieki.

background image

  -   Pojadę   tam   i   się   rozejrzę.   Powiem,   że   to   prywatna

wizyta. Mam krewnego w podeszłym wieku, który może być
zainteresowany.

  -   Mógłbyś   również   poprosić   tę   reporterkę,   żeby

sprawdziła dla ciebie nekrologi ludzi z Braikie, którzy zmarli
w ciągu ostatniego roku.

 - Najpierw sam się rozejrzę.
 - No dobrze. A teraz idź i zrób herbatę.
Zaraz po wizycie u pani Docherty Hamish wstąpił do biura

redakcji.   Elspeth   siedziała   przed   komputerem   z   ołówkiem
wetkniętym we włosy.

  -   Tracę   tu   tylko   czas   -   westchnęła,   kiedy   zobaczyła

Hamisha. - Jak mogę dodać trochę dramatyzmu do ostatniego
spotkania Stowarzyszenia Matek?

  - Dlaczego nie postarasz się znaleźć pracy w którejś z

gazet w Glasgow?

 - Pomyślę o tym. Co ty tutaj robisz?
  - Chciałem cię prosić o przysługę. Mogłabyś sprawdzić

archiwum nekrologów i podać mi nazwiska starszych osób z
„Domu pod sosnami", które zmarły w ciągu ostatniego roku?

 - Po co ci to potrzebne?
 - Czy nie mogłabyś tego po prostu zrobić?
 - Zapomniałeś, że jestem reporterką? Co się dzieje? Ktoś

praktykuje eutanazję?

 - Możliwe. To pomysł pani Docherty.
 - Mówiłam, że jest stuknięta.
  - Ona tylko udaje, ale nie mów o tym nikomu. To jej

sposób na pozbycie się ludzi, którzy ją nudzą.

 - Och, doprawdy? - spytała Elspeth ze złością. - To jest jej

sposób   na   mnie.   Poszłam   do   niej,   bo   przygotowywałam
materiał  o Lochdubh w dawnych czasach, a ona gapiła się
tylko na mnie bezmyślnie.

 - Niektórzy ludzie nie przepadają za dziennikarzami.

background image

 - W porządku. Sprawdzę to dla ciebie, jeśli obiecasz mi,

że dasz znać, jeżeli coś więcej się za tym kryje.

Jeszcze   tego   popołudnia   Hamish   pojechał   do   Braikie.

„Dom pod sosnami"  był sporo oddalony od głównej drogi.
Teraz przypomniał sobie, że rok temu czytał o jego budowie.
Wokół rozciągał się sosnowy las, od którego ośrodek wziął
swoją   nazwę.   Słońce   migotało   pomiędzy   drzewami,   kiedy
posterunkowy jechał w stronę domu. Wreszcie ujrzał długi,
dwukondygnacyjny budynek.

Zaparkował przed wejściem i wszedł przez główne drzwi.

Ciemnoskóry pielęgniarz wyszedł mu na spotkanie. Hamish
próbował odgadnąć jego narodowość. Hindus? Pakistańczyk?

 - W czym mogę panu pomóc? - spytał pielęgniarz.
  - Moja matka jest już w podeszłym wieku i zastanawia

się,   czy   nie   zgłosić   się   do   państwa   -   zagadnął   Hamish.   -
Zastanawiałem się, czy mógłbym się tutaj najpierw rozejrzeć.

  -   Proszę   pójść   ze   mną   do   biura,   przedstawię   pana

naszemu menedżerowi, panu Dupont.

Hamish, idąc na górę, zauważył, że na schodach nie było

wykładziny. Pielęgniarz zapukał do drzwi z matowego szkła.
W środku odezwał się głos:

 - Proszę wejść.
Niski, elegancki mężczyzna ubrany w rozpinany sweter z

naszytym godłem wstał i przywitał się z nimi.

  -   Nazywam   się   Dupont   -   przedstawił   się.   Miał

przerzedzone brązowe włosy, duży nos, wydatne usta i czarne
oczy. W jego głosie słychać było delikatny akcent.

  -   Chciałbym   zorientować   się,   jakie   warunki   opieki

państwo   proponujecie.   Moja   matka   wkrótce   będzie
potrzebowała opieki.

Pan Dupont roześmiał się.
  - Dziwne. Człowiek nigdy by nie pomyślał, że policjant

może mieć matkę.

background image

 - Wie pan, kim jestem?
 - Pan nazywa się Hamish Macbeth i jest pan policjantem

stacjonującym w Lochdubh.

 - To jest sprawa prywatna. Czy mogę się rozejrzeć?
 - Sam pana oprowadzę.
Pan Dupont wyszedł zza biurka. Jego szare spodnie miały

ostro   zaprasowane   kanty,   a   małe   czarne   buty   były
wypolerowane   na   wysoki   połysk.   Odprawił   pielęgniarkę   i
poprowadził Hamisha po schodach w dół.

  -   Nie   pochodzi   pan   stąd   -   zagadnął   Hamish.   -   Co

sprowadziło pana w szkockie góry?

  -   Wcześniej   zarządzałem   domem   opieki   w   Kent.

Zaoferowano mi tutaj lepsze warunki zatrudnienia.

 - A czy właściciel pochodzi z tej okolicy?
  -  Pan  Frazier  również  pochodzi   z   południowej  Anglii.

Nieruchomości   i   ziemia   są   tutaj   znacznie   tańsze   niż   w
pozostałej części Wysp. Wszyscy pensjonariusze mają swoje
własne pokoje i profesjonalną opiekę pielęgniarską. Ci, którzy
nie   muszą   leżeć   w   łóżku,   mogą   korzystać   z   okolicznych
terenów   i   siłowni.   Tak,   mamy   trenera,   który   prowadzi
specjalną, niezbyt forsującą gimnastykę. Jeśli o mnie chodzi,
zapewniamy doskonałe jedzenie i jesteśmy w stanie sprostać
wszystkim gustom.

Mężczyzna otworzył drzwi.
  - Nie chcę przeszkadzać innym pensjonariuszom, a ten

pokój jest w tym momencie wolny.

W   pokoju   znajdowało   się   szpitalne   łóżko,   dwa   twarde

krzesła, jeden mały stolik i wygodny fotel. Perkalowe zasłonki
były odsłonięte, okno wychodziło na sosnowy las. W pokoju
stały   również   telewizor   i   radio.   Na   podłodze   leżała   gruba
wykładzina dywanowa.

 - Ile wynosi u was opłata za pobyt? - spytał Hamish.
 - Dwa tysiące funtów miesięcznie.

background image

 - O rany, nie mógłbym sobie na to pozwolić!
  -  Cóż,  przygotowaliśmy   też  pewną   interesującą   ofertę.

Nie   lubimy   odprawiać   z   kwitkiem   nikogo,   kto   jest   w
potrzebie. Czy pana matka posiada własny dom?

 - Tak.
  -   Więc   wystarczy,   że   przepisze   go   na   nas,   a   my

zagwarantujemy jej najlepszą opiekę aż do ostatnich dni.

  -   Czy   wszyscy   wasi   pacjenci   korzystają   z   tej   oferty?

Mężczyzna roześmiał się.

  -   Ależ   skąd.   Nie   moglibyśmy   sobie   na   to   pozwolić.

Większość naszych pacjentów płaci za pobyt lub robią to ich
bliscy.

 - Nie przypuszczałbym, że tutejszych ludzi byłoby stać na

taką opiekę.

 - Mamy u nas pensjonariuszy z różnych miejsc. Na tym

polegał   geniusz   całego   pomysłu.   Ludzie   mają   bardzo
romantyczne wyobrażenie na temat szkockich gór.

Zatrzasnął drzwi pokoju i poprowadził Hamisha  długim

korytarzem. Otworzył kolejne drzwi.

 - To jest jadalnia przeznaczona dla pensjonariuszy, którzy

poruszają się o własnych siłach.

Pokój nie był zbyt duży, znajdowało się w nim jedynie

dziesięć stołów.

  -   A   teraz   przejdziemy   do   sali   gimnastycznej   -

zaproponował   pan   Dupont.   Otworzył   kolejne   drzwi,   za
którymi znajdowało się przestronne pomieszczenie.

 - Nie przypuszczałbym, że którykolwiek z pensjonariuszy

będzie   wystarczająco   sprawny,   żeby   ćwiczyć   na   tych
maszynach i podnosić ciężary - zauważył Hamish.

  -   Och,   prowadzimy   również   zajęcia   dla   mieszkańców

Braikie. O, jest nasz trener, Jerry Andrews.

Jerry   wszedł   do   środka.   Był   wysportowanym,   młodym

mężczyzną o blond włosach. Miał na sobie biały dres, jego

background image

opaloną,   kwadratową   twarz   cechowały   niezwykle   regularne
rysy, skóra natomiast była gładka jak u plastikowej lalki. Pan
Dupont przedstawił go Hamishowi. Jerry sepleniąc wyjaśnił,
że specjalizuje się w masażach i zajęciach pilates dla starszych
osób.

Pan   Dupont   ponownie   ruszył,   aby   kontynuować

oprowadzanie, a jego małe, błyszczące buciki błyskały przed
Hamishem.

 - A to - otworzył kolejne drzwi - nasz gwóźdź programu.
Hamish   przyjrzał   się   dużemu   basenowi.   Żadnych

kąpiących   się,   pusto,   woda   była   błękitna   i   nieskazitelnie
czysta.

  - Bardzo ładny - stwierdził. - Przedyskutuję to z moją

matką i dam panu znać.

Kiedy odprowadzano Hamisha do wyjścia, posterunkowy

zauważył:

 - Nie widziałem żadnych pensjonariuszy. Skoro niektórzy

z nich są wystarczająco sprawni, żeby korzystać z siłowni i
basenu, czy nie powinni gdzieś tutaj chodzić?

Pan Dupont roześmiał się wesoło.
  - Popołudniami wszyscy idą do swoich pokoi, żeby się

zdrzemnąć.

  -   Myślałem,   że   starsi   ludzie   nie   śpią   zbyt   dużo,   moja

matka na pewno nie.

  - Nie sypiają zbyt dużo w nocy, ale lubią się spokojnie

zdrzemnąć   po   południu.   Starsi   ludzie   lubią   dyscyplinę   i
ustalony rytm dnia.

Skąd   pochodził   jego   dziwny   akcent?   -   zastanawiał   się

Hamish.   Nie,   to   nie   był   Francuz.   Może   Niemiec.   Czy
naprawdę nazywał się Dupont?

Kiedy   posterunkowy   znalazł   się   na   zewnątrz,   zadrżał.

Podejrzenia pani Docherty nie były bezpodstawne.

background image

Pojechał z powrotem do Lochdubh. Z dala zobaczył, że

Elspeth szła właśnie na posterunek.

  - Mam coś dla ciebie - zawołała, kiedy wysiadł z land

rovera.

  -   Chodź   do   domu.   Zobaczymy,  co   tam   masz.   Elspeth

usiadła przy kuchennym stole.

  - Mam cztery nazwiska, wszyscy ci ludzie mieszkali w

Sutherland,   w   „Domu   pod   sosnami"   i   zmarli   w   ciągu
ostatniego roku.

  - Pokaż. Panie Hudson, Jones, Chandler i Price. Dwie

pochodziły   z   Braikie   i   dwie   z   Cnothan.   Wszystkie   według
nekrologu umarły spokojnie.

  - Przynajmniej w jednym przypadku jest to kłamstwo -

stwierdziła   Elspeth,   a   oczy   jej   błyszczały.   Podsunęła   mu
wydruk. - Tutaj jest artykuł o pani Price. Miała siedemdziesiąt
trzy lata, nie taki znów sędziwy wiek. Znaleziono ją martwą w
basenie, tam, gdzie woda była najgłębsza. Jej córka mówi, że
kobieta   nie   umiała   pływać.   Przeprowadzono   śledztwo.
Według pracowników domu opieki pani Price nie była w pełni
władz umysłowych i musiała zawędrować do basenu. Po tym
incydencie zwolniono pielęgniarkę, która miała dopilnować,
żeby   drzwi   do   pomieszczenia   z   basenem   były   zamknięte,
kiedy   nikt   z   niego   nie   korzystał.   Nieszczęśliwy   wypadek.
Oczywiście jest jeszcze pani Maisie Freeman.

 - Zostaw mi te artykuły - poprosił Hamish. - Sprawdzę, co

się stało z pozostałymi trzema kobietami.

Elspeth   triumfalnie   wyciągnęła   kolejny   plik   kartek,

niczym magik wyjmujący królika z kapelusza.

 - Tutaj mam adresy ich krewnych.
 - Dobra robota. Zaraz się tym zajmę.
 - Nie zasłużyłam na buziaka? - dziewczyna uśmiechnęła

się do niego.

Hamish zarumienił się lekko i udał, że nie słyszy.

background image

  - Wielkie dzięki, Elspeth. Jeśli odkryję, że coś nie gra,

pierwsza się o tym dowiesz.

Córka   pani   Price,   Sarah   MacPherson,   mieszkała   w

Cnothan. Hamish wiedział, że najpierw powinien zadzwonić
do sierżanta Macgregora, ale ten będzie chciał wiedzieć, o co
dokładnie chodzi. Chciał sam wszystko załatwić po swojemu.
Posterunkowy nakarmił Lugsa, obiecał psu, że po powrocie
wyprowadzi   go   na   spacer,   po   czym   wyruszył   do   Cnothan,
małego   miasteczka,   które   uważał   za   najmniej   przyjazne
miejsce w szkockich górach. Pani MacPherson mieszkała w
schludnym domku za kościołem.

Drzwi otworzyła niska, okrągła kobieta. Miała na sobie

fartuch z dużymi kieszeniami. Siwe włosy nawinięte były na
plastikowe wałki.

 - Pani MacPherson?
 - Tak. W czym mogę pomóc?
  - Jestem posterunkowy Hamish Macbeth z Lochdubh -

przedstawił   się   Hamish.   Tym   razem   nie   miał   na   sobie
munduru.   Nie   chciał,   żeby   ktoś   z   mieszkańców   doniósł
sierżantowi, że widziano w Cnothan jakiegoś policjanta.

 - Mogę wejść?
 - Nie ma pan żadnych złych wieści?
  - Nie, nie - uspokajał Hamish. - To tylko taka drobna

sprawa.

 - W takim razie proszę wejść.
Hamish usiadł w małym, zagraconym salonie i zaczął:
 - Chodzi o pani matkę.
 - O jej śmierć? Myślałam, że policja nie zamierza się tym

zajmować.

 - Pojawiły się nowe okoliczności. Czy pani matka miała

jakąś nieruchomość, którą przepisała na rzecz domu opieki?

background image

  - Tak, miała mały, ładny domek, Rannoch Lodge, nad

jeziorem. Miałam go odziedziczyć, ale mama uznała, że lepiej
będzie, jak oszczędzi mi kosztów na dom opieki.

 - Czy była bardzo chora?
  -   Trochę   cierpiała   z   powodu   artretyzmu   i   miała

osteoporozę. Trudno jej było poruszać się bez czyjejś pomocy.
Ale   była   zupełnie   sprawna   umysłowo,   cokolwiek   by
opowiadali   pracownicy   tego   domu.   Nigdy   nie   nauczyła   się
pływać i panicznie bała się wody.

 - Kiedy widziała ją pani po raz ostatni?
  - To było dzień przed jej śmiercią - pani MacPherson

otarła łzę, która spłynęła po jej pulchnym policzku. - Mówiła,
że  podawali  jej   tabletki,  które  uśmierzały   ból.  Była   bardzo
rozmowna i wydawało się, że jej się tam podoba. Twierdziła:
„Będę  żyła jeszcze  naprawdę  długo i  to są  dobrze  wydane
pieniądze".

  - Nie chcę, żeby ktokolwiek, a w szczególności sierżant

Macgregor, wiedział, że prowadzę dochodzenie w tej sprawie
- powiedział Hamish. - Nie chcę, żeby pani komukolwiek o
tym   mówiła.   Jeśli   pracownicy   domu   opieki   coś   knują   i
dowiedzą się, że się nimi interesuję, zatrą wszystkie ślady.

 - Zrobię wszystko, co pan karze, oficerze, jestem to winna

mojej biednej matce.

Po powrocie do Lochdubh Hamish wziął Lugsa na spacer

wzdłuż brzegu i zastanawiał się, co robić. Jeśli zwróci się do
Strathbane,   Blair   podejdzie   do   telefonu   i   zacznie   na   niego
wrzeszczeć,   że   marnuje   czas   na   sprawę,   która   już   dawno
została zamknięta. Jeśli wyśle starszą pani Docherty do tego
domu opieki i coś jej się stanie, będzie miał ją na sumieniu. A
co, jeśli nic się nie stanie? Jeśli kobieta niczego się nie dowie?
Utknie w „Domu pod sosnami" na resztę życia, straci swój
przytulny   domek   i   własną   niezależność.   Zabrał   Lugsa   z
powrotem na posterunek i nakarmił go, podając mu solidną

background image

porcję jagnięcych wątróbek, po czym udał się do domku pani
Docherty.

Starsza   pani   słuchała   uważnie,   kiedy   posterunkowy

zdawał jej relację.

 - A co z pozostałymi trzema kobietami? - spytała, kiedy

Hamish skończył opowieść. - Powiedziałeś mi tylko o pani
Price.

 - Postanowiłem na razie ich nie niepokoić. Nie chcę, żeby

wieści dotarły do domu opieki.

Oczy pani Docherty błyszczały z podekscytowania.
 - Zamierzam to zrobić. Zapiszę się do nich.
 - Ale może pani stracić swój dom!
  -   Zawsze   chciałam   być   panną   Marple.   Przechowam

wszystkie moje rzeczy w magazynie.

 - To bardzo ryzykowne - odradzał Hamish, drapiąc się po

swojej ognistej czuprynie. - Nie mogę nawet sam pani tam
zarejestrować, ponieważ powiedziałem, że szukam czegoś dla
mojej matki.

  - Poproś tę dziewczynę z gazety. Może powiedzieć, że

jestem   jej   ciotką.   Ty   też   musisz   zaryzykować,   Hamishu.
Inaczej niczego się nie dowiesz. Nawet jeśli zostanę tam do
końca życia, to co z tego? Jeśli nie dzieje się tam nic złego,
zapewnią mi opiekę, kiedy będę bardzo słaba. Jeśli natomiast
coś się tam kryje, dowiem się tego.

 - Jeśli jest pani pewna...
 - Jestem całkiem pewna.

background image

Rozdział szósty
Śmierć anuluje wszystkie zobowiązania.
Przysłowie osiemnastowieczne

Elspeth   była   zaskoczona,   że   pani   Docherty   tak   szybko

została   przyjęta   do   „Domu   pod   sosnami".   Zawiozła   ją   tam
dzień po tym, jak Hamish powiedział jej o zaistniałej sytuacji.
Pani Docherty podpisała niezbędne dokumenty i postanowiła
przeprowadzić się już następnego dnia. Spakowała do walizki
swoje   książki   i   ubrania,   zabrała   komputer   i   telefon
komórkowy.   Uzgodniły   także,   że   skoro   Elspeth   ma   swój
udział   w   tym   przedsięwzięciu,   udając   jej   siostrzenicę,   to
zajmie   się   również   pakowaniem   mebli   oraz   pozostałych
rzeczy i przekaże je do magazynu.

Hamish   umówił   się   z   panią   Docherty,   że   natychmiast

zadzwoni   do   niego,   gdyby   pojawiły   się   jakieś   problemy.
Poprosił Angelę Brodie, żonę  doktora, żeby zajęła się jego
owcami i kurami, podczas jego urlopu w Stoyre.

  -   Nie   chcę,   żeby   ktokolwiek   wiedział,   że   się   tam

wybieram - ostrzegł ją.

  - Chyba oszalałeś! - wykrzyknęła Angela. - Jeśli masz

rację i coś się tam dzieje, narażasz ją na niebezpieczeństwo.

  - Myślę, że ona potrafi się o siebie zatroszczyć - odparł

Hamish gniewnie. Był zdenerwowany, ponieważ sam obawiał
się, że popełnia błąd.

  -   To   będzie   na   twoją   odpowiedzialność.   Mam   jednak

pewien pomysł. Jestem żoną lekarza, nie będzie więc w tym
nic   dziwnego,   jeśli   odwiedzę   panią   Docherty   od   czasu   do
czasu.

 - Och, zrobiłabyś to? Byłoby wspaniale, Angelo.
  -   Nie   dla   ciebie,   ty   nie   zasługujesz   na   przysługę.

Myślałam, że pani Docherty jest całkiem zdziecinniała.

background image

 - Ona od czasu do czasu udaje zniedołężniałą, żeby ludzie

nie zakłócali jej spokoju.

 - Tak czy inaczej, pójdę ją odwiedzić, ale powiem jej przy

okazji, że popełnia duży błąd.

  - Upewnij się tylko, że nikt was nie słyszy. Jeszcze nie

wyjeżdżam do Stoyre. Pozostanę tu przez jakiś czas.

Kiedy   pani   Docherty   została   zakwaterowana   w   „Domu

pod   sosnami",   sama   zaczęła   mieć   wątpliwości,   czy   to   jest
rozsądne   postępowanie.   Miejsce   nie   wydawało   się   być   ani
trochę podejrzane. Panowała tu jednak dyscyplina, a ona nie
była   zachwycona   tym,   że   ktoś   będzie   ją   zmuszał   do
dwugodzinnej,   popołudniowej   drzemki.   Pozostali
pensjonariusze,   choć   wciąż   mogli   o   własnych   siłach
opuszczać swoje pokoje, wyglądali jak kruche zjawy.

Kobieta   przyjęła   najbardziej   stosowną,   według   siebie,

taktykę:   najpierw   kilka   przebłysków   świadomości,   a   potem
stawała   się   rozchwiana   emocjonalnie   i   zapominała   o
wszystkim.   W   domu   pojawił   się   nowy   pensjonariusz,   pan
Jefferson.   Był   niecodziennym   zjawiskiem   wśród
mieszkańców.   Pani   Docherty   zauważyła   tu   głównie
zniedołężniałe, starsze panie. Pierwszego dnia zachęcono ją do
odwiedzenia   świetlicy.   Mniej   sprawnie   osoby   zostały
przywiezione   na   wózkach,   które   ustawiono   rzędem   przed
dużym telewizorem. Widok ten był bardzo przygnębiający. Na
zewnątrz   świeciło   słońce   i   kobieta   poczuła   potrzebę,   żeby
wymknąć się do sosnowego lasu i zaczerpnąć trochę świeżego
powietrza.

Nie mogła jednak bez pozwolenia wychodzić na zewnątrz.

Skoro   pracownicy   sądzili,   że   nie   była   w   pełni   władz
umysłowych,   z   pewnością   zaraz   ktoś   poszedłby   za   nią.
Wróciła   do   swojego   pokoju.   Okno   było   nisko   osadzone,   a
pomieszczenie znajdowało się na parterze. Czuła się na tyle
sprawna, żeby się wydostać na zewnątrz, nie robiąc przy tym

background image

zbyt dużo hałasu. Udało się, zaczerpnęła głęboko powietrze,
które pachniało sosnami, i pomału zaczęła iść w stronę lasu.
Stawiała na trawie niepewne kroki, na wypadek gdyby ktoś
miał ją zobaczyć. Wreszcie znalazła się pomiędzy sosnami.
Zagłębiła się w las. Zaraz na początku natrafiła na powalony
pień,  przysiadła  na   nim   ostrożnie,  żeby  zastanowić  się  nad
swoją sytuacją. Już wcześniej doszła do wniosku, że wszystko
się ułoży. Jeśli nic się nie wydarzy, będzie tu miała  swoje
książki   i   komputer,   które   dostarczą   jej   rozrywki.   Nie
zamierzała   również   pozwolić,   żeby   opanowało   ją
przygnębienie   z   powodu   przebywania   wśród   tylu   słabych,
starych i nie całkiem sprawnych umysłowo osób. Trochę się
obawiała,   że   czas   spędzany   wśród   tych   „żywych   trupów"
może spowodować, że sama postrada rozum. Zastanawiała się,
czy   jest   możliwość   odzyskania   aktu   własności   oraz
dokumentów,   które   podpisała,   przekazując   swoją   posesję
domowi opieki. Nagle poczuła, że włosy jeżą jej się na głowie.
Odniosła   wrażenie,   że   jest   obserwowana.   Odwróciła   się
powoli.

Pan Jefferson, nowy pensjonariusz, stał tam, podpierając

się   kijem.   Obserwował   ją   dyskretnie.   Kiedy   zauważył,   że
spojrzała na niego, podszedł i usiadł obok.

 - Piękny dzień - zagadnął.
Twarz pani Docherty miała pusty wyraz.
  - Nieźle pani udaje - uśmiechnął się przyjaźnie. W jego

mowie słychać było delikatny ślad cockneya (Dialekt miejski,
charakterystyczny dla mieszkańców Londynu). - Pani pokój
sąsiaduje   z   moim.   Wyglądałem   właśnie   przez   okno,   kiedy
zobaczyłem,   jak   się   pani   wymyka   na   zewnątrz.   Co   pani
kombinuje?

Pani Docherty zaśliniła się trochę i wydała z siebie kilka

nieartykułowanych dźwięków.

background image

 - Za chwilę przyjdą nas szukać - ostrzegał. - Zawsze tak

robią. To jest takie eleganckie więzienie. Chce pani wiedzieć,
czemu tu trafiłem?

Ciekawość   wzięła   górę   i   pani   Docherty   postanowiła

porzucić swoją grę.

 - Ponieważ jest pan stary?
 - Mam dopiero osiemdziesiąt osiem lat - odparł urażony. -

Wszystko zaczęło się od tego, kiedy po raz ostatni trafiłem
przed sąd.

 - Za co?
 - Za kradzież.
 - Jest pan włamywaczem?
 - Na przymusowej emeryturze. Pracowałem pod różnymi

nazwiskami. Ostatnio jako pułkownik Forbes - Peters - jego
akcent stał się bardzo elegancki. - Umiałem się odpowiednio
przypochlebiać miłośnikom jazdy konnej. Zapraszano mnie na
weekendy.   Tu   zwędziłem   trochę   porcelany   spode   (Słynna
angielska porcelana), tam trochę srebra, często trafiała się też
jakaś   biżuteria.   Jednak   mnie   złapano   -   wrócił   do   swojego
normalnego   akcentu.   -   Mój   syn   jest   prawnikiem,   zdobył
wykształcenie   dzięki   kapitałowi,   który   zarobiłem   w
nielegalnych interesach. On nie jest taki jak ja. Jest nadęty,
surowy, a jego żona ma wysokie aspiracje towarzyskie. Udało
mu się przekabacić jakiegoś psychiatrę, który zdiagnozował u
mnie kleptomanię średniego stopnia. Syn poinformował mnie,
że załatwi wszystko, jeśli dam mu spokój i pójdę do domu
opieki, który sam sobie wybiorę, i nigdy już nie będę narażać
jego kariery. I tak oto jestem. Intryguje mnie pani zachowanie,
o co chodzi z tym udawaniem?

Pani   Docherty   wzruszyła   ramionami   z   rezygnacją   i

opowiedziała mu o swoich podejrzeniach dotyczących domu
opieki. Swoją opowieść zakończyła słowami:

 - Mam wrażenie, że chyba popełniłam wielki błąd.

background image

  - Nie sądzę. Ja też czuję, że dzieje się tutaj coś złego.

Trafiła kosa na kamień.

Był   niedużym,   dziarskim   mężczyzną   o   brązowych

włosach i małych brązowych wąsikach. Najprawdopodobniej
farbowanych,   pomyślała   pani   Docherty.   Miał   dużą,   źle
dobraną sztuczną szczękę i odstające uszy. Nagle przekrzywił
głowę i znieruchomiał.

 - Posłuchaj. Idą po nas.
 - Te lasy są rozległe. Istnieje szansa, że nas nie znajdą.
 - Oni nie, ale psy tak. - Psy!
  -   Ciii.   Zacznij   udawać   ogłupiałą,   a   ja   powiem,   że

przyszedłem tutaj za tobą. Pamiętaj - dodał pospiesznie - nie
zażywaj   żadnych   lekarstw,   które   ci   podadzą.   Według   mnie
połowa z pensjonariuszy jest tak otępiała dlatego, że podają
im końskie dawki środków uspokajających.

 - Spuszczam je w toalecie. Czy myślisz, że...?
Pani   Docherty   przerwała,   kiedy   trener  Jerry  Andrews

wyłonił się spomiędzy drzew, prowadząc na smyczy dwa psy
gończe.

  -   Wstawaj,   mamuśka   -   pan   Jefferson   przybierał   znów

swój   „elegancki"   akcent.   -   Nie   powinnaś   tak   się   oddalać   -
uśmiechnął   się   promiennie   do   trenera.   -   Tutaj   jesteśmy!
Zobaczyłem, że ona idzie w tym kierunku i uznałem, że lepiej
za nią pójdę.

Plastikowa twarz Jerry'ego była niewzruszona.
  -   Nie   lubimy,   kiedy   pensjonariusze   błądzą   sami   po

okolicy. Może stać się im jakaś krzywda. Zabierz ją i chodźcie
za mną.

Pani   Docherty   zaczęła   się   bać   i   była   naprawdę

zadowolona,   że   może   się   złapać   silnego   ramienia   pana
Jeffersona.   Mamrotała   coś   niezrozumiałego,   kiedy
prowadzono ją do domu.

background image

  -   Na   razie   nie   wchodźcie   do   swoich   pokoi   -   rozkazał

Jerry. - Zabierz panią do świetlicy, a ja dam wam znać, kiedy
jej pokój będzie posprzątany.

Kiedy znaleźli się w świetlicy, pani Docherty opadła na

krzesło.

 - Jak się pani nazywa - szepnął pan Jefferson.
 - Pani Docherty.
 - A na imię?
 - Annie.
 - W porządku, Annie. Jestem Charlie. Lepiej udawajmy,

że   zasnęliśmy.   Będziemy   przez   to   wyglądać   całkiem
niegroźnie.

Pani Docherty rzeczywiście zasnęła, czuła się zmęczona

spacerem i strachem, jaki ją opanował, kiedy ujrzała Jerry'ego
i psy. Zbudziła się wreszcie i zobaczyła pochylającą się nad
nią pielęgniarkę.

  -   Chodź,   Annie   -   pielęgniarka   wyglądała   na   władczą

kobietę. - Pora na odpoczynek.

„Dopiero co się zdrzemnęłam" - pomyślała gniewnie pani

Docherty.   Pozwoliła   się   jednak   poprowadzić   do   pokoju,
dygocząc i mamrocząc niezrozumiale swoje żale.

Pani Docherty była dość wysoką kobietą, ale pielęgniarka

bez problemu, bardzo sprawnie położyła ją do łóżka. Podała
jej szklankę wody i dwie tabletki.

 - To twoje witaminy, kochanie.
Pani   Docherty   trzymała   tabletki   w   ustach,   dopóki

pielęgniarka   nie   wyszła,   po   czym   wstała   i   wypluła   je   do
znajdującego się w rogu pokoju zlewu. Kiedy się odwróciła,
zobaczyła,   że   w   jej   oknach   zamontowano   kraty.   Stłumiła
rodzącą się panikę i podeszła do drzwi. Były zamknięte na
klucz.

Nagłe poczuła się bardzo stara i słaba. Usiadła na łóżku i

położyła dłonie na kolanach, próbując opanować ich drżenie.

background image

Klamka  w drzwiach zaczęła się powoli obracać, a pani

Docherty zastygła ze strachu. Charlie Jefferson wsunął się do
środka.

  -   Jakim   cudem   otworzyłeś   drzwi?   -   wysapała   Annie.

Charlie pomachał jej przed oczami pękiem wytrychów.

 - A więc założyli ci kraty w oknach. To dobrze.
 - Dobrze dla kogo?
 - Teraz mam pewność, że oni coś knują. Ścigają ludzi z

psami. Zakładają kraty w oknach.

  -   Chciałabym   odzyskać   dokumenty,   które   podpisałam,

oddając im mój domek.

Mężczyzna wyciągnął z kieszeni w połowie pełną butelkę

whisky.   Na   umywalce   stały   dwie   szklanki.   Nalał   do   nich
porcje whisky i podał jedną pani Docherty.

  -   Wychyl   kielicha,   jak   to   mawiają   w   tych   obcych

stronach.

Usiedli obok siebie na łóżku, popijając whisky.
 - Mam dla ciebie propozycję.
Ośmielona alkoholem pani Docherty uśmiechnęła się:
 - Tego się nie spodziewałam.
  -   Posłuchaj,   jeśli   uda   mi   się   odzyskać   dla   ciebie   te

papiery, będę mógł z tobą zamieszkać?

 - Co takiego?
 - Masz, napij się jeszcze. Ile masz lat?
 - Jestem rok starsza od ciebie.
  -   W   porządku.   Będziemy   mogli   opiekować   się   sobą

nawzajem. Nie będę wchodził ci w drogę.

 - Lubię spędzać czas sama!
 - Zastanów się nad tym.
 - Zastanowię się.
  -   Oboje   zbliżamy   się   do   wieku,   kiedy   będziemy

potrzebowali pomocy.

 - Zrozum, nawet cię nie znam, a ty jesteś kryminalistą.

background image

 - Byłym kryminalistą.
 - Jest jeszcze jedna sprawa. Jeśli coś się tutaj dzieje i oni

mordują ludzi, chcę spróbować znaleźć jakiś dowód. Ujmę to
tak:   jeśli   pomożesz   mi   w   tym   przedsięwzięciu,   poważnie
zastanowię się nad tym, czy ze mną zamieszkasz.

  - Zgoda. Będę musiał dostać się do tych biur, przejrzeć

akta i sprawdzić, kto jeszcze przepisał im dom i mieć na nich
oko.

  - Nie daj się złapać. Może mają alarm na podczerwień

albo coś w tym stylu.

  - Wątpię. Kogo mogą się obawiać? O Boże, ktoś idzie.

Siedzieli sztywno. Na korytarzu słychać było kroki,

ktoś przystanął przy drzwiach do pokoju pani Docherty,

tak, jakby się zawahał i ruszył dalej.

 - Lepiej już pójdę - szepnął Charlie. Z powrotem sprawnie

zakorkował   butelkę.   Umył   obie   szklanki   i   odstawił   je   na
umywalkę, po czym sięgnął ręką przez kraty i otworzył okno.

  - Trzeba pozbyć się zapachu whisky. Zamknij je, kiedy

wyjdę.

Wymknął się po cichu z pokoju, a pani Docherty usłyszała

odgłos zamykanego zamka.

Kobieta spojrzała na zegarek. Została godzina do końca

sjesty.   Zamknęła   okno,   przepchnęła   przez   odpływ   tabletki,
które wcześniej wypluła do zlewu, po czym wzięła komórkę i
zadzwoniła na posterunek w Lochdubh.

Hamish Macbeth wysłuchał z niepokojem jej opowieści o

panie Jeffersonie i wydarzeniach minionego dnia.

  -   Nie   powinienem   był   na   to   pozwolić   -   westchnął   ze

smutkiem. - Chcę, żeby pani stamtąd wyszła. I to natychmiast!

 - Nie, jeśli nie odzyskam mojego domu.
 - Poproszę, żeby Elspeth przyjechała do pani.

background image

  - To chyba wiele nie da. Wydaje mi się, że teraz przez

jakiś   czas   będą   mnie   obserwować.   Muszę   dalej   udawać
zniedołężniała staruszkę.

 - I tak ją do pani wyślę.
Elspeth była tak samo zaniepokojona jak Hamish. Zdjęła z

posesji  pani  Docherty  tabliczkę  z   napisem   „Na   sprzedaż"  i
schowała  ją  w ogrodzie. Kiedy przyjechała  do „Domu  pod
sosnami",   obie   zaprowadzono   do   świetlicy.   Pełniąca   dyżur
pielęgniarka   cały   czas   nie   opuszczała   pomieszczenia   i
przysłuchiwała   się   każdemu   słowu.   Elspeth   musiała   grać
zatroskaną siostrzenicę, a biedna pani Docherty udawała, że
nie rozumie, co się do niej mówi.

Wreszcie zdesperowana dziewczyna spytała:
 - Mogę zabrać ciocię Annie na spacer?
  -   Obawiam   się,   że   nie   możemy   na   to   pozwolić   -

oświadczyła   spokojnie   pielęgniarka.   -   Znaleźli   pani   ciotkę
błądzącą   po   okolicy.   Nie   chcemy,   żeby   stała   się   jej   jakaś
krzywda.

 - Ale przecież zajmę się nią!
 - Nie, obawiam się, że to niemożliwe.
Elspeth wyszła więc stamtąd, czując się tak samo winna i

sfrustrowana jak Hamish Macbeth.

Godzinę   później   Angela   Brodie   odwiedziła   „Dom   pod

sosnami"   i   również   nie   mogła   wydobyć   z   pani   Docherty
żadnego sensownego słowa.

Tej   nocy   pani   Docherty   zastanawiała   się,   jakie   postępy

poczynił Charlie Jefferson. Musiała przyznać, że posiadanie
wspólnika   podnosiło   ją   na   duchu,   zwłaszcza   gdy   cisza
panująca w tym miejscu była tak przerażająca, a drzwi znów
zostały pozamykane. Pielęgniarka przyniosła tabletki, ale tym
razem   nie   czekała,   aż   pani   Docherty   je   zażyje.   Kobieta
zawinęła je w chusteczkę i schowała do torebki. Postanowiła
oddać je Elspeth podczas następnej wizyty. Wtedy przekażą te

background image

specyfiki do analizy. Powiedziano jej, że to witaminy, ale pani
Docherty   była   przekonana,   że   były   to   w   najlepszym   razie
tabletki nasenne. Mogły być przyczyną ciszy, jaka panowała
w nocy w domu opieki.

Na północy Szkocji noce nigdy nie były całkiem czarne,

szare   światło   przebijało   się   przez   zaciągnięte   zasłony.  Pani
Docherty rozsunęła je i usiadła w fotelu przy oknie, czekając
na Charliego.

Około czwartej zaczęła już zasypiać, nagle wyprostowała

się, usłyszała cichy trzask otwieranego zamka. Pan Jefferson
wślizgnął się do środka i zamknął za sobą drzwi.

  - W pokoju jest wystarczająco widno, a jeśli włączymy

światło, mogą nas zobaczyć. Nie jestem pewny, czy ktoś z
nich nie patroluje okolicy.

 - Co udało ci się znaleźć? - spytała niecierpliwie.
  -   Cóż,   w   każdej   chwili   mogę   ci   przynieść   twój   akt

własności   i   papiery,   które   podpisałaś.   W   tym   momencie
znalazłem oprócz ciebie jeszcze dwa nazwiska. Pani Hague i
pani   Prescott.   Właściwie   to   rozmawiałem   już   wcześniej   z
panią   Prescott.   Jest   zupełnie   sprawna   umysłowo.   Ma   duży
dom   w   Perthshire,   sporo   wart.   Myślę,   że   powinniśmy   ją
obserwować.

 - Jak ona wygląda?
  - Czarne, farbowane włosy, bardzo szczupła. Drobna i

zgarbiona.   Miała   na   sobie   bawełnianą   sukienkę   w   duże
czerwone róże.

 - Wiem, która to. Porusza się o własnych siłach. Wiesz, że

oni nigdy nie wspominają o basenie albo sali gimnastycznej?
W umowie mamy też masaże!

 - Prowadzą zajęcia sportowe i wodny aerobik dla osób z

zewnątrz - oświadczył pan Jefferson. - Nie będą tracić czasu i
pieniędzy na takich starych pierników, jak my.

 - Zastanawiam się, kto podpisał akt zgonu pani Price.

background image

 - Hamish powiedział, że pisano o tym w gazetach. Musiał

być tutaj lekarz. Nie pamiętam, jak się nazywał. Nieważne,
trzymajmy się blisko pani Prescott.

 - Łatwo ci powiedzieć. Ja mam być stuknięta, pamiętasz?

Jeśli zacznę z nią rozmawiać, nabiorą podejrzeń.

 - Jednak musimy spróbować.
Następnego ranka w świetlicy pan Jefferson usiadł obok

pani Prescott.

 - Nic, tylko ciągle ta telewizja. Strasznie to męczące, nie

uważa pani? - zaczął.

 - Nic innego nam nie oferują oprócz tabletek, przez które

po przebudzeniu czuję się, jakbym miała kaca - poskarżyła się
kobieta.

 - Czemu wybrała pani ten dom?
 - Kończyły mi się pieniądze. Sama nie byłam już w stanie

dłużej utrzymać tak dużego domu. Dowiedziałam się, że tutaj
oferują opiekę do końca życia i przepisałam na nich mój dom.
Wydawało mi się, że to dobry pomysł. Te wszystkie rachunki
przepełniały mnie strachem. Zeszłoroczna zima była bardzo
mroźna i rachunek za ogrzewanie był bardzo wysoki. Miło jest
nie martwić się o pieniądze za jedzenie i opiekę.

Przerwała,   kiedy   jej   ciałem   wstrząsnął   atak   kaszlu.   Po

chwili doszła do siebie i powiedziała ze smutkiem:

  - Mam rozedmę płuc. To efekt palenia przez całe życie.

Wciąż mam ochotę na papierosa. Wczoraj przyłapali mnie, jak
paliłam przy oknie. Dostałam porządną reprymendę. Lekarz
zaproponował,   że   może   zrobić   mi   zastrzyk,   po   którym   nie
będę już miała ochoty na papierosa.

 - Jaki lekarz?
 - Doktor Nash. Pracuje tu jako lekarz.
  - To dziwne. Słyszałem, że ludzie stosują akupunkturę,

plasterki   nikotynowe   albo   hipnozę.   Nigdy   nie   słyszałem   o
zastrzykach.

background image

 - Cóż, to oni są specjalistami. Powinni wiedzieć najlepiej.
 - Kiedy dostanie pani ten zastrzyk?
 - W gabinecie o piętnastej.
 - Gdzie to jest?
 - Na końcu tego korytarza, pomiędzy salą gimnastyczną i

basenem.

Pan Jefferson zagryzł nerwowo swoje sztuczne zęby. Jeśli

powie   jej,   żeby   tam   nie   szła,   będzie   musiał   wytłumaczyć
dlaczego. Jeśli zastrzyk okaże się właściwy, to straci okazję,
żeby dowiedzieć się czegokolwiek.

Czas   na   odpoczynek   zaczął   się   o   czternastej.

Zaprowadzono   wszystkich   do   pokoi.   Charlie   odczekał   pół
godziny i poszedł do pani Docherty. Słuchała o problemach
pani Prescott i o czekającym ją zastrzyku.

 - Co możemy zrobić? - spytała.
 - Już obszedłem cały budynek. Teraz już wiem, gdzie jest

gabinet   zabiegowy.   Przestali   cię   już   zamykać.   Widocznie
doszli do wniosku, że jesteś nieszkodliwa.

Pani Docherty spojrzała na niego z ciekawością.
 - Nie boisz się o swoje bezpieczeństwo?
  - Zapomniałaś, że mój nadęty syn umieścił mnie tutaj i

płaci za mój pobyt. Nie mogą odebrać mi domu. Chodźmy.

Wymknęli   się   najpierw   do   pokoju   pana   Jeffersona,   a

potem przez okno na zewnątrz. Pani Docherty czuła, jak serce
wali jej z  podekscytowania i  miała  nadzieję, że nie padnie
trupem, zanim nie odkryją, co się tutaj naprawdę dzieje. Pod
oknami musieli iść na czworakach.

 - Jestem na to za stara - wysapała w pewnym momencie.
  - Jest dobrze - syknął. - Wreszcie jesteśmy na miejscu.

Dochodzi piętnasta.

Zajrzeli do środka, spoglądając przez dolną część okna.

Mężczyzna w białym kitlu, zapewne doktor Nash, rozmawiał
z wyglądającym na Hindusa pielęgniarzem. Pani Docherty i

background image

pan Jefferson słyszeli stłumione głosy, jednak nie rozumieli, o
czym   rozmawiano.   Wtedy   pielęgniarka   wprowadziła   panią
Prescott.   Porozmawiali   z   nią   chwilę,   po   czym   położono
kobietę na łóżku. Wciąż rozmawiając, doktor Nash podniósł
strzykawkę.   Pielęgniarz   wyglądający   na   Hindusa   podwinął
rękaw bawełnianej sukienki pani Prescott. Zrobiono zastrzyk.
Doktor Nash wciąż coś mówił. Pani Prescott zamknęła oczy.
Dwie pielęgniarki i lekarz stali, obserwując ją, po czym doktor
Nash kiwnął głową i cała trójka wyszła z gabinetu.

  - Myślę, że ona nie żyje - wyszeptała przerażona pani

Docherty. - Co my zrobimy?

  - Poczekajmy do kolacji, wtedy spytam, gdzie ona jest.

Jeśli   nie   żyje,   zadzwonisz   do   tego   posterunkowego   i
sprowadzisz   tutaj   policyjnego   patologa,   który   przeprowadzi
porządną sekcję zwłok.

  - Policja będzie chciała nas przesłuchać - stęknęła pani

Docherty, kiedy wracali na czworakach do swoich pokoi. - A
ci tutaj mogą nas zawczasu uśmiercić.

  -   Więc   możemy   zwiać   stąd   w   cholerę   jeszcze   dziś   w

nocy.   Policja   przesłucha   nas   w   domu.   Zdobędę   twój   akt
własności.   Nie   będą   chcieli   nas   przesłuchać,   zanim   nie
przeprowadzą autopsji.

Kiedy   wrócili   do   pokoi,   pani   Docherty   była   tak

wyczerpana,   że   przespała   prawie   cały   czas,   jaki   został   do
kolacji. Kiedy się obudziła, wszystko wydawało się jedynie
złym snem. Z pewnością trochę poniosła ich fantazja. Pani
Prescott będzie siedziała tam, gdzie zwykle.

Po wyprawie na czworakach panią Docherty bardzo bolały

kolana. Umyła się i przebrała, ponieważ sukienka, którą miała
podczas wyprawy, była cała w plamach z trawy. Dopiero w
drodze   do   jadalni   pomyślała,   że   personel   może   nabrać
podejrzeń. Stuknięta stara baba zwykle nie przebierała się i nie
pojawiała tak ochoczo w porze posiłków.

background image

Serce jej zamarło, kiedy weszła do jadalni. Miejsce pani

Prescott było puste. Pan Jefferson strzepywał swoją serwetę.

 - Gdzie jest pani Prescott? - spytał kelnerkę.
 - Och, proszę pana, wybiła jej godzina i umarła.
 - Elsie! - krzyknęła stojąca przy drzwiach pielęgniarka. -

Nie plotkujemy z pensjonariuszami!

Pani   Docherty   grzebała   w   swoim   talerzu.   Nie   była   w

stanie   nic   zjeść.   Wieczór   wydawał   się   ciągnąć   w
nieskończoność. Musiała poczekać, aż skończy się kolacja, a
potem czas na telewizję, aż wreszcie przyjdzie pielęgniarka,
żeby zabrać ją do pokoju. Spojrzała na stojącą przy jej łóżku
półkę z książkami. Jak mogła być tak głupia, żeby zabierać ze
sobą książki i komputer?  Może pomyśleli, że to inicjatywa
Elspeth. Pamiętała, że dziewczyna mówiła personelowi, że jej
„ciotka" miewa czasem przebłyski świadomości.

Schowała   tabletki   razem   z   tymi,   które   ukryła   już

wcześniej, po czym wzięła komórkę i zadzwoniła do Hamisha
Macbetha. Wysłuchał jej uważnie i powiedział niecierpliwie:

  -   Proszę   nie   mówić   nikomu,   że   w   końcu   pozwoliłem

wybrać   się   pani   do   tego   domu   opieki.   Proszę   po   prostu
siedzieć cicho.

 - Zamierzamy uciec stąd dziś w nocy. - Jak?
Kobieta opowiedziała mu o panu Jeffersonie.
  -   Jeśli   w   Strathbane   kiedykolwiek   dowiedzą   się,   że

zachęcałem kogoś do włamania, to już po mnie. Proszę się
upewnić, że on nie zostawi żadnych odcisków palców.

 - Jestem pewna, że tego nie zrobi. Powiedz Elspeth, żeby

zabrała jutro moje rzeczy z magazynu.

Po telefonie pani Docherty Hamish siedział przez chwilę,

marszcząc   czoło.   Potem   zadzwonił   do   domu   nadkomisarza
Daviota i wytłumaczył mu całą sytuację.

background image

 - Zaraz wyślemy tam policyjnego patologa i nasz oddział.

Jesteś   pewien,   że   ta   pani   Docherty   nie   zmyśliła   sobie
wszystkiego?

Hamish cierpliwie opowiedział mu ponownie o umowie,

w ramach której pacjenci mogli przepisać swoją posesję na
rzecz domu opieki i jak pięcioro z nich zmarło, a pani Prescott
była szósta.

 - To straszne. Lepiej sam tam pojadę.
 - Zobaczymy się na miejscu, sir - odpowiedział Hamish,

po   czym   zaczął   się   modlić,   żeby   jego   podejrzenia   się
sprawdziły.

Pani Docherty spakowała swoją walizkę. Wydawało się

jej, że czeka całe wieki, a panu Jeffersonowi na pewno coś się
stało. Potem usłyszała jakiś delikatny dźwięk, dobiegający od
strony   okna,   wyjrzała   na   zewnątrz.   Pan   Jefferson   wysiadał
właśnie   z   długiego,   niskiego,   sportowego   samochodu.
Przechodząc, szepnął:

 - Idź do mojego pokoju i wyjdź przez okno.
Serce   waliło   jej   jak   młot,   kiedy   przenosiła   do   pokoju

Charliego   swoją   walizkę,   książki   i   komputer,   a   potem
podawała mu przez okno.

 - Pospiesz się - ponaglał ją.
Wyszła przez okno i wsiadła do samochodu, zamykając

pospiesznie drzwi.

Teraz muszę to jakoś odpalić - mruknął.
 - Jak udało ci przepchnąć tu to auto?
  -   Droga   prowadzi   z   góry.   Po   prostu   odblokowałem

hamulec i zepchnąłem samochód.

Nagle   samochód   zalało   światło.   Hinduski   pielęgniarz

pojawił się w oknie pokoju pani Docherty.

 - No dalej! - syknął pan Jefferson desperacko. Samochód

zapalił   z   hałasem.   Wycofał   auto,   wjeżdżając   na   wzgórze

background image

dokładnie w momencie, kiedy główne drzwi otworzyły się i
trener razem ze swoimi psami wypadł na zewnątrz.

Pani Docherty chwyciła gorączkowo pana Jeffersona za

ramię, samochód podskakiwał na wybojach podjazdu.

  -   Zdobyłeś   mój   akt   własności   i   papiery,   które

podpisałam? - spytała, próbując przekrzyczeć warkot silnika.

 - Tak! Poczekaj. Zapomniałem o elektrycznie sterowanej

bramie.

 - Zamyka się. Nigdy nie uciekniemy!
 - Trzymaj się, Annie. Jedziemy!
Docisnął   pedał   gazu   i   kiedy   samochód   przemykał   się

przez zamykającą się bramę, usłyszeli paskudny odgłos tarcia
metalu o metal.

  -   Zrobione!   -   krzyknął,   skręcając   z   piskiem   opon   na

drogę.   -   Samochód   tego   łajdaka   trochę   się   porysował,   ale
zasłużył, żeby go nawet całkiem skasować.

 - Czyj to samochód?
 - Doktora Nasha.
Annie Docherty zaczęła się śmiać naprawdę rozbawiona.
Hamish Macbeth musiał odłożyć swój wyjazd do Stoyre.

Okazało   się,   że   pani   Prescott   umarła   z   powodu
przedawkowania   morfiny.   Pozostałe   ciała   poddano
ekshumacji. Główny inspektor Blair był w szpitalu z powodu
problemów z wątrobą, dzięki czemu Hamishowi łatwiej było
kryć pana Jeffersona. Jefferson poinformował policję, że oboje
obawiali się o własne życie, a ponieważ biura domu opieki
były otwarte, poszedł tam i zabrał dokumenty pani Docherty.
Tak,   miał   bogatą   kartotekę,   ale   teraz   jest   praworządnym
obywatelem i jak zauważył, gdyby nie on i pani Docherty,
policja nigdy nie dowiedziałaby się prawdy.

Okazało   się,   że   pan   Dupont,   menedżer   domu   opieki,

nazywał   się   Heinrich   Bergen   i   był   poszukiwany   przez
hamburską policję za podobne przestępstwa.

background image

Z   powodu   papierkowej   roboty   związanej   z   tą   sprawą

Hamish spędził wiele godzin przed komputerem. Uznał, że to
prawdziwe   zrządzenie   losu   i   wszystkie   zasługi   przypisał
Annie Docherty i Charliemu Jeffersonowi. Nie musiał więc
martwić   się,   że   zostanie   awansowany   i   przeniesiony   do
Strathbane.

Elspeth   wysłała   artykuł   o   całym   zajściu   do   gazet

krajowych. Pani Docherty i pan Jefferson zostali okrzyknięci
współczesnymi panną Marple i Herkulesem Poirot. Kiedy cały
szum   wokół   sprawy   ucichł   wraz   z   nastaniem   pierwszych
zimnych, ciemnych nocy, myśli Hamisha znów powędrowały
do Stoyre.

Pod koniec sierpnia Hamish przeprowadził się do letniego

domku   w   Stoyre.   Bardziej   wyczuwał   niż   widział,   że
mieszkańcy obserwują go z zainteresowaniem. Lugs skomlał
niezadowolony, kiedy badał podejrzliwie teren.

 - Tak, wiem piesku, o co ci chodzi. Wnętrze śmierdziało

pleśnią i kurzem, chociaż domek najwyraźniej był niedawno
sprzątany.   Zaniósł   swoją   walizkę   do   sypialni   na   górze,   po
czym   wrócił   do   salonu   i   uklęknął   przy   kominku.   Poprosił,
żeby   przygotowano   opał,   ponieważ   noce   zaczynały   być
chłodne. Obok kominka stało wiadro torfu, kosz z drewnem
oraz   pudełko   ze   szczapami   na   rozpałkę.   Wziął   ze   stolika
„Highland Times", jakiś stary numer. Zmiął kartki gazety i
włożył je do palenisku, dodał trochę podpałki i rozpalił ogień,
po czym usiadł na piętach, obserwując płomienie. Z kominka
wyleciał   kłąb   gryzącego   dymu.   Przeklinając,   posterunkowy
pobiegł otworzyć okna. Poczekał, aż ogień wygaśnie, po czym
ostrożnie   wsunął   rękę   do   komina.   Otwór   był   zablokowany
zmiętymi gazetami. Wyciągnął je razem z sadzą.

Wciąż   przeklinając,   posprzątał   bałagan   i   ponownie

rozpalił ogień. Tym razem płomień buchnął w górę. Dosypał
torfu   i   drewna.   Wyjął   odkurzacz   z   szafki   pod   schodami   i

background image

włączył go. Nic się nie stało. Oczywiście, musiał płacić za
każde   użycie   prądu.   Wyłowił   z   kieszeni   monetę
pięćdziesięciopensową i wrzucił ją do licznika przy drzwiach
wejściowych. Tym razem odkurzacz zaczął działać. Sprzątnął
sadzę, która spadła na dywan, wyłączył urządzenie i poszedł
na górę, żeby się umyć i rozpakować.

Poszedł prosto do łazienki. Nie było tam wanny, jedynie

prysznic.   Hamish   Macbeth   nie   lubił   pryszniców.   Uwielbiał
wylegiwać   się   w   wannie.   Pomyślał   jednak,   że   w   tym
momencie,   kiedy   był   cały   pokryty   sadzą,   prysznic   jest
zdecydowanie   lepszym   rozwiązaniem.   Kiedy   zaczął   się   już
myć, zauważył, że w mydelniczce nie było mydła. Dobrze, że
wziął ze sobą pod prysznic butelkę szamponu, użył go, żeby
umyć włosy i ciało.

Wytarł się ręcznikiem, włożył czyste ubranie i zaczął się

rozpakowywać.   Szafa   była   po   prosty   wnęką   z   zasłonką,
dyndającą   na   zaledwie   trzech   zaczepkach.   Lugs   siedział   w
progu, przyglądając się swojemu panu z zainteresowaniem.

 - Jedno ci powiem, Lugs, to wstyd i hańba - oświadczył

Hamish,   a   jego   syczący   akcent   zdradzał   rosnące
zdenerwowanie. - Jak mogą spodziewać się, że turyści tu się
zatrzymają, skoro proponują takie okropne warunki?

W prowizorycznej, żółtej komodzie szuflady z trudem się

wysuwały. Hamish poukładał w nich tyle, ile zdołał, powiesił
swój jedyny porządny garnitur i mundur, a resztę zostawił w
walizce, którą kopnął pod łóżko.

Usiadł na łóżku. Było twarde, przykryte cienkimi kocami i

śliską, pikowaną narzutą.

  - Cóż, Lugs, musi nam to na razie wystarczyć. Chodź,

sprawdzimy, czy sklep jest jeszcze otwarty.

Posterunkowy wyszedł z domu razem z psem. Dochodząc

do sklepu, słyszał, że ze środka dobiegają rozmowy, ale kiedy
wszedł, zapanowała cisza.

background image

Wzruszył ramionami i zaczął przechadzać się z koszykiem

pomiędzy   półkami,   wybierając   potrzebne   produkty:   świeże
mleko, bekon i chleb oraz mydło.

Postawił   koszyk   na   ladzie,   pani   MacBean   po   kolei

wyjmowała   z   niego   produkty   i   wprowadzała   ceny   do
starodawnej kasy.

Zapłacił za zakupy. Produkty wciąż leżały na ladzie.
 - Nie ma pani jakiejś reklamówki? - spytał Hamish.
 - Torby są po trzy pensy. Hamish westchnął.
 - W takim razie poproszę dwie.
 - Co pan u nas robi? - spytała pani MacBean.
 - Przyjechałem na wakacje.
 - Z Lochdubh?
 - Tak, a dlaczego nie?
Spojrzała na niego, a jej oczy zdradzały wewnętrzną walkę

pomiędzy wielką ochotą na plotki a pragnieniem zachowania
milczenia. Wygrała ciekawość.

 - Pracował pan przy śledztwie w sprawie domu opieki w

Braikie?

 - Tak, okropna historia.
  -   Starość   jest   wystarczająco   okropna   -   zauważyła,

opierając się o ladę - i bez ludzi próbujących cię zabić.

 - Chodzi o to - odpowiedział Hamish przyjaźnie, - że to

byli nikczemni ludzie, ale pani Docherty okazała się bardzo
odważna. Ona...

Twarz kobiety nagle stężała.
  - Jeśli to wszystko, panie Macbeth, to ja muszę zrobić

remanent.

Hamish   odwrócił   się   powoli.   Sklep,   który   był

minisupermarketem,   składał   się   z   dwóch   alejek   pomiędzy
półkami, dwóch lodówek i zamrażarki. Drzwi z tyłu sklepu
zasłonięte   były   kotarą.   Kotara   poruszyła   się   lekko   i
znieruchomiała ponownie.

background image

Odwrócił   się   z   powrotem   do   pani   MacBean.   Jej   oczy

wyglądały, jakby były zrobione z szarego szkła. Całkiem bez
wyrazu. Posterunkowy wziął zakupy i wyszedł ze sklepu.

Dzień był mglisty. Wszystko znieruchomiało, z wyjątkiem

fal, które od czasu do czasu rozbijały się o kamienistą plażą.
Posterunkowy wrócił do domku i zaczął przygotowywać sobie
późne śniadanie.

W   domku   było   ciemno,   włączył   górne   oświetlenie,   na

które składały się dwie żarówki w porcelanowym żyrandolu
zwisającym na przewodach.

Schował wiktuały, które przywiózł ze sobą, razem z tymi,

które   kupił   w   sklepie,   zostawiając   bekon   i   jajka.   Lugs
zaskomlał cicho.

Hamish poczuł lekkie zniecierpliwienie.
  - No tak, zapomniałem  karmy  dla psa. Poczekaj  tutaj.

Wyszedł i pobiegł do sklepu. Kiedy otworzył drzwi, usłyszał
panią MacBean:

 - Mówi, że jest na wakacjach... - wtedy kobieta zobaczyła

Hamisha i zamilkła. W sklepie było pięć osób. Klienci zaczęli
wychodzić,   spuścili   głowy   i   przechodzili   obok   niego,   nie
podnosząc oczu.

Hamish   wziął   sześć   puszek   jedzenia   dla   psa   i   butelkę

whisky, zapłacił i wyszedł. Wrócił do domku, nakarmił Lugsa
i włączył kuchenkę elektryczną.

W   tym   momencie   zgasło   światło.   Przeklinając,   wrzucił

kolejne   pięćdziesiąt   pensów   do   licznika   i   lampy   znów   się
zapaliły.

  - Ci  dranie majstrowali  przy liczniku - zwrócił  się do

Lugsa. Zrobił sobie śniadanie, a potem zadzwonił do agencji
nieruchomości, żeby zgłosić „zepsuty" licznik, ponieważ „z
pewnością nie oszukaliby państwo swoich klientów".

background image

Agent   nieruchomości   zaniepokoił   się   i   obiecał,   że

natychmiast   wyśle   tam   elektryka.   W   Stoyre   był   jeden
fachowiec świadczący takie usługi.

Ktoś   właśnie   zapukał   do   drzwi,   w   momencie,   kiedy

Hamish odkrył z wściekłością, że bojler z ciepłą wodą też miał
licznik na monety.

Otworzył   i   spojrzał   w   dół   na   małego,   pokracznego

mężczyznę z torbą na narzędzia.

  - Jestem Hughie McGarry - przedstawił się. - Facet ze

Strathbane   mówi,   że   będzie   pan   tu   tylko   przez   tydzień.
Przyszedłem, żeby zrobić porządek z licznikiem.

 - Świetnie, proszę wejść.
 - To trochę zajmie. Lepiej by było, żeby pan w tym czasie

poszedł na krótki spacer i nie wchodził mi w drogę.

 - W porządku - zgodził się Hamish, lustrując w myślach

swoją walizkę, nie było tam nic, co warto by ukraść. Dorzucił
do ognia, wziął Lugsa na smycz i ruszył w kierunku drzwi.

 - Ile panu to zajmie?
 - Około godziny.
 - Pan tutaj mieszka?
  -   Tak,   na   wzgórzu,   kawałek   za   kościołem.   Pokraczny

mężczyzna wziął krzesło i postawił je pod licznikiem.

 - Zobaczę, jak to wygląda.
Chociaż mgła zaczęła się cofać i świeciło słońce, McGarry

miał na sobie kilka warstw ubrań, które pachniały intensywnie
palonym   torfem.   Jego   pomarszczona   twarz   była   ponura,   a
wokół oczu miał dziwne, czerwone obwódki. Obok pudełka
postawił lewar.

 - Muszę tylko wyłączyć prąd. Czemu pan sobie nie idzie?
Hamish   spacerował   wzdłuż   brzegu.   Pozdrawiał

mieszkańców wioski, mówiąc „witam" i „co za piękny dzień",
na co odpowiadali mu uprzejmie „tak, rzeczywiście", wokół
panowała jednak dziwna, pełna napięcia atmosfera.

background image

Ostatnie resztki mgły cofały się znad wioski w kierunku

górskich zboczy. Po niebie szybowała leniwie czapla. Hamish
pomyślał,   że   jest   to   jedna   z   tych   zapomnianych,   górskich
wiosek. Naprawdę piękna, ale jednocześnie tak oddalona od
głównego   szlaku,   że   turyści   rzadko   mieli   okazję   odkryć   to
miejsce. Powietrze było czyste i świeże. Posterunkowy nagle
całym   sercem   zapragnął,   żeby   w   Stoyre   nie   działo   się   nic
złego.   Jednak   wciąż   pozostawało   pytanie,   kto   wysadził   w
powietrze   domek   majora.   Teraz   na   zboczu   wzgórza   stały
ruiny, niczym czarna skorupa.

Posterunkowy   po   raz   pierwszy   zaczął   się   poważnie

zastanawiać,   czy   przypadkiem   nie   wystawił   się   na
niebezpieczeństwo.   Ktokolwiek   posunął   się   do   tego,   żeby
podłożyć bombę pod dom majora, może równie dobrze i jego
zaatakować. Wrócił niespiesznie, wsiadł razem z Lugsem do
land rovera i pojechał do Braikie, gdzie kupił dwa czujniki
dymu. Po powrocie do Stoyre zobaczył, ze McGarry skończył
już   pracę   i   wyszedł,   zostawiając   otwarte   drzwi.   Hamish
rozejrzał   się   wokół,   badając   wszystkie   pomieszczenia.
Ostrożnie włączył światło, nie nastąpił jednak żaden groźny
błysk ani wybuch.

Dołożył   do   ognia,   pomimo   iż   dzień   był   raczej   ciepły.

Chciał się pozbyć chłodu, który wciąż panował we wnętrzu
domku. Zamontował czujniki dymu, jeden na dole, na suficie
w   salonie,   a   drugi   u   szczytu   schodów,   nad   niewielkim
półpiętrem.

W   kuchni   znalazł   gaśnicę.   Umieścił   ją   przy   drzwiach

wejściowych.

Zjadł wczesną kolację i uznał, że odpocznie wieczorem i

trochę sobie poczyta. Kupił wcześniej w miejscowym sklepie
butelkę whisky, na wypadek gdyby Jimmy złożył mu wizytę.
Nalał sobie szklankę, sięgnął po książkę i zaczął czytać. Lugs
rozciągnął się przed kominkiem, wzdychając z zadowoleniem.

background image

Wcześniej   tego   samego   dnia   Elspeth   poszła   do   domku

pani   Docherty,   żeby   sprawdzić,   jak   radziły   sobie   dwie
miejscowe gwiazdy.

  - Bardzo dobrze, moja droga - odparła pani Docherty. -

Nacieszyliśmy się już naszymi pięcioma minutami sławy.

  -   To   jeszcze   nie   koniec   -   zapowiedziała   Elspeth.   -

Będziecie   zeznawać   w   tej   sprawie.   Jak   się   pani   mieszka   z
panem Jeffersonem?

 - Na początku myślałam, że będzie nam trochę ciasno, ale

wszystko dobrze się układa. Mamy osobne pokoje, a on lubi
wychodzić i włóczyć się po miasteczku.

 - Nie boi się pani, że będzie go kusił powrót do dawnych,

niechlubnych nawyków?

  -   Jest   już   trochę   za   stary,   żeby   ryzykować   kolejną

odsiadkę  w więzieniu. Myślę, że  będzie  dobrze. Gdzie  jest
Macbeth?   Na   drzwiach   posterunku   wisi   informacja,   żeby
kierować wszystkie zgłoszenia do Cnothan.

Elspeth zawahała się. Chyba nic złego się nie stanie, jeżeli

powie tej starszej pani, gdzie jest Hamish.

 - Jeśli pani nikomu nie powie...
 - Nie powiem.
 - Cóż, pamięta pani, jak ktoś wysadził domek majora w

Stoyre?

 - Tak, oczywiście. Pisały o tym wszystkie gazety.
  - Hamish pojechał tam na wakacje. Oficjalnie na urlop.

Zatrzymał   się   w   jakimś   domku   nad   brzegiem   jeziora.
Zamierza jednak rozejrzeć się tam i sprawdzić, czy uda mu się
czegoś dowiedzieć.

Po wyjściu Elspeth pani Docherty powitała wracającego

pana Jeffersona słowami:

 - Ten policjant, Hamish, pojechał do Stoyre na wakacje.
  -   Naprawdę?   To   ta   wioska,   gdzie   wysadzono   dom   w

powietrze?

background image

 - Właśnie ta. Tak naprawdę zamierza zatrzymać się tam i

zobaczyć, czy uda mu się coś odkryć.

  - Mógł nam o tym powiedzieć. Przecież rozwiązaliśmy

dla niego sprawę tego domu opieki.

  - Możemy wybrać się tam dziś wieczorem i złożyć mu

wizytę.

 - Ja prowadzę - zapowiedział pan Jefferson szybko. Pani

Docherty słynęła z tego, że pędziła z szybkością trzydziestu
kilometrów na godzinę.

***
W   domku   letniskowym   zaczął   dzwonić   alarm

przeciwpożarowy zamontowany nad schodami. Lugs podniósł
się z dywanu i zaczął szczekać. Jego pan spał w fotelu.

Pies   chwycił   go   za   jedną   z   nogawek   spodni   i   zaczął

ciągnąć. Hamish się jednak nie obudził. Lugs uniósł głowę i
zaczął wyć.

  - Wydaje się, jakby wszyscy stąd wyjechali - stwierdził

pan   Jefferson,   parkując   nad   brzegiem.   -   To   miejsce   jest
opustoszałe.

Pani Docherty wysiadła sztywno z samochodu.
 - Słyszę wycie psa - zaniepokoiła się.
  - Tam! - zawołał pan Jefferson. - Z górnego okna tego

domku wydobywa się dym.

Pobiegł   do   drzwi   domku,   podczas   gdy   pani   Docherty

podążała   za   nim   najszybciej,   jak   potrafiła.   Pan   Jefferson
załomotał do drzwi. Nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte.
Wyjął z kieszeni swój zestaw wytrychów i otworzył zamek.
Kiedy   otworzył   drzwi,   Lugs   wybiegł   mu   na   spotkanie,
szczekając   dziko.   Pan   Jefferson   zakrył   usta   chusteczką,
pobiegł   na   górę   i   wpadł   do   sypialni.   Płomienie   tańczyły
wzdłuż listwy podłogowej. Mężczyzna wrócił szybko na dół,
wyłączył prąd i cały domek pogrążył się w ciemności. Potem
wrócił na górę z gaśnicą i skierował ją na ogień, w końcu

background image

ugasił   pożar.   Okno   było   otwarte   na   kilka   centymetrów.
Otworzył je na oścież, aby dym swobodnie wydostał się na
zewnątrz.

Wrócił na dół, kaszląc i dławiąc się. W świetle kominka

zobaczył, jak pani Docherty klepie Hamisha po twarzy.

 - Czy on żyje? - zapytał.
  -   Tak,   stracił   tylko   przytomność.   Co   było   przyczyną

pożaru?

  - Chyba wadliwa instalacja elektryczna. Odciąłem prąd.

Musimy zadzwonić na policję.

  -   Nie,   najpierw   spróbujmy   dobudzić   Hamisha.   Jeśli

policja przyjedzie do Stoyre, będą mu utrudniać dochodzenie.
Może mu się to nie spodobać. Czy jest tutaj jakiś środek na
wymioty?

Pani Docherty przeszukała szuflady.
 - Nic, tylko sól. To może zadziałać, ale lepiej go najpierw

dobudźmy. Postaw go na nogi.

Starsza   para   dźwignęła   i   pchnęła   Hamisha,   który   tylko

zsunął się na podłogę.

 - Mogli go otruć - wysapał pan Jefferson. - Podjadę pod

drzwi   samochodem.   Spróbujemy   wsadzić   go   na   tylne
siedzenie i zawieziemy do doktora Brodie.

  - Na pewno jest czymś odurzony, ale puls ma mocny.

Dobrze, idź po samochód.

Na   szczęście  Hamish  odzyskał  przytomność   na   tyle, że

udało im się wyprowadzić go z domku i załadować na tylne
siedzenie   samochodu.   Lugs   wskoczył   do   auta   za   swoim
panem.   Pan   Jefferson   zamknął   drzwi   i   ruszył   z   zawrotną
prędkością.

Doktor   Brodie   otworzył   drzwi   i   patrzył   oniemiały   na

starszą   parę,   która   mówiła   jednocześnie   o   pożarze,
narkotykach   i   Hamishu.   W   końcu,   jak   tylko   udało   mu   się

background image

zrozumieć, o co im chodzi, poszedł do samochodu. Hamish
spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem.

 - Chodź, stary - powiedział lekarz, wyciągając go z auta -

zaprowadzimy cię do domu.

Angela, żona doktora, wyszła, żeby im pomóc.
Położyli Hamisha na dywanie w salonie. Doktor Brodie

zbadał mu wzrok, świecąc w oczy latarką.

 - Tak, najprawdopodobniej został odurzony. Powinniśmy

zadzwonić do Strathbane.

  - Myślę, że powinniśmy najpierw zapytać Hamisha, co

wolałby zrobić - stwierdziła pani Docherty. - To tajna misja -
dodała z powagą.

  -   Och,   w   porządku.   Najpierw   go   trochę   rozruszamy.

Angela, złap go z jednej strony, a ja wezmę go z drugiej.

Hamish pomału dochodził do siebie, aż wreszcie był w

stanie usiąść i wypić czarną kawę.

 - Jestem pewien, że coś było w tej whisky, którą kupiłem

w   tamtejszym   sklepie.   Mężczyzna   o   nazwisku   McGarry
przyszedł, żeby naprawić  mi  licznik. Mógł  dosypać coś do
butelki i majstrować przy okablowaniu. Wzięliście ze sobą tę
butelkę?

 - Nie widziałam żadnej butelki ani szklanki - oświadczyła

pani   Docherty.   -   Sprawdzałam   na   wypadek,   gdybyś   zażył
jakieś lekarstwo.

  -   W   Stoyre   musi   dziać   się   coś   naprawdę   poważnego,

skoro ktoś próbował zabić policjanta - zastanawiał się Hamish.
- Dzwoniliście do Strathbane?

 - Nie, czekaliśmy, żeby spytać cię o zdanie.
  -   Nie   mogę   zachować   tego   w   tajemnicy   -   stwierdził

Hamish. - Zadzwonię do Daviota.

Czekali,   podczas   gdy   posterunkowy   rozmawiał   przez

telefon. Słyszeli, jak Hamish mówił swojemu zwierzchnikowi,

background image

co   się   stało,   a   potem   słuchawka   zaskrzeczała   pełnym
oburzenia głosem nadkomisarza.

Wtedy Hamish przerwał mu, mówiąc:
  -   To   jest   poważna   sprawa,   sir.   Mam   pewien   pomysł.

Mogę przyjechać i omówić to z panem?

Kiedy odłożył słuchawkę, spytał Angelę:
  - Mogę pożyczyć twój samochód? Jadę porozmawiać z

Daviotem.

 - Nie możesz jeszcze prowadzić - stwierdził lekarz.
 - Nic nie szkodzi - wtrącił radośnie pan Jefferson
 - my go zawieziemy, prawda, Annie?
 - Oczywiście. Angela uśmiechnęła się.
  - Lepiej niech pan pójdzie ze mną do łazienki i umyje

sobie twarz, panie Jefferson. Jest pan cały czarny od dymu.

Choć   Hamish   był   jeszcze   otumaniony,   nie   mógł   się

nadziwić energii, jaka rozpierała starszą parę, kiedy jechali do
Strathbane z nim i Lugsem na tylnym siedzeniu.

 - Jedziemy do jego domu? - spytał pan Jefferson, hamując

gwałtownie,   kiedy   nagle   na   drogę   wyskoczył   jeleń.   -   Na
szczęście udało mi się w niego nie uderzyć

 - powiedział radośnie, kiedy zwierzę przebiegło i zniknęło

w ciemności. - Mógł mi całkiem zniszczyć samochód.

  - I nas też - dodał Hamish, który czuł, że przeżył już

wystarczająco   duży   stres.   -   Spotkanie   mam   w   komendzie.
Skąd pan wiedział, że to był przewód i że trzeba wyłączyć
prąd?

Zapadła cisza. Przed nimi przeleciała sowa i przez chwilę

słychać było jedynie pracujący silnik samochodu. Potem pan
Jefferson powiedział niechętnie:

  -   Mogę   się   równie   dobrze   przyznać,   jako   nawrócony

obywatel.   Próbowałem   kiedyś   tego   numeru.   Nie   chciałem
nikogo zabić, tylko wypłoszyć ludzi z domu, w którym się

background image

zatrzymałem, żebym mógł wynieść trochę błyskotek w całym
tym zamieszaniu.

 - Nigdy nie przypuszczałem, że będę komuś wdzięczny za

jego   przestępcze   umiejętności   -   skonstatował   Hamish.   -
Uratował   mi   pan   życie.   Skąd   wiedzieliście,   że   jestem   w
Stoyre?

  -   Twoja   dziewczyna   nam   powiedziała   -   odparła   pani

Docherty.

  -   Ona   nie   jest   moją   dziewczyną   -   sprostował   Hamish

gniewnie, po czym oparł się i zamknął oczy.

background image

Rozdział siódmy
Człowiek to jedyne stworzenie, które potrafi śmiać się i

płakać, ponieważ jest jedynym stworzeniem, które dostrzega
różnicę pomiędzy tym, jak jest, a jak być powinno.

William Hazlitt

  -   Mam   nadzieję,   że   masz   mi   do   przekazania   coś

konkretnego - powitał go Daviot. - Jest druga w nocy.

Hamish opowiedział mu o zamachu na swoje życie.
  -   I   nawet   nie   zadzwoniłeś?   Wyślę   tam   natychmiast

naszych chłopców!

  -   Proszę   chwilę   zaczekać,   sir.   Jeśli   pan   to   zrobi,

mieszkańcy będą utrudniać nam śledztwo, tak jak poprzednio.
Nie   ma   dowodów   na   to,   że   whisky   była   zatruta.   Wszyscy
zmówią   się   i   będą   twierdzić,   że   się   upiłem.   Jestem
przekonany, że ten elektryk wiedział, co robi. Również jestem
pewien, że przez lata nie wydano ani grosza na remont tego
domku.   Przewód   okaże   się   wadliwy   i   jeśli   jakiś   elektryk
sprawdzi   dom,   jestem   przekonany,   że   znajdzie   też   inne
usterki.

 - Więc, co proponujesz?
  -   Proszę,   żeby   wysłał   pan   do   Stoyre   policjantów

przebranych   za   robotników.   Niech   sprawdzą   wszystko   i
pomogą  mi  to uporządkować. Trzeba  też naprawić  zamki  i
zainstalować   alarm   przeciwwłamaniowy.  Proszę   jeszcze   nie
zgłaszać o niczym w agencji nieruchomości. Wrócę tam jutro
razem z robotnikami i będę się zachowywał, jakby nic się nie
stało. To zastanowi tego, który próbował mnie zabić. Myślę,
że na razie będą siedzieć cicho. To, co się tam dzieje, musi
być poważną sprawą, w którą zaangażowana jest cała wioska.
Na północ od Stoyre jest pełno zatok, które mogą okazać się
dla kogoś bardzo wygodne. Wiedzie tam tylko droga gruntowa
przebiegająca   przez   wioskę.   Chciałbym   się   tam   rozejrzeć   i

background image

sprawdzić,   czy   ktoś   nie   prowadzi   jakichś   nielegalnych
interesów.

Daviot przyjrzał się Hamishowi, po raz kolejny żałując, że

ten człowiek nie zachowywał się trochę bardziej jak zwykły
policjant.   Za   każdym   razem,   kiedy   patrzył   na   Hamisha
Macbetha, jego długie, patykowate ciało, przyjemną twarz i
ognistą czuprynę, widział, że jest indywidualistą. Pamiętał, że
dzięki  Hamishowi  policja ze  Strathbane trafiła  na  czołówki
gazet   z   powodu   rozwiązania   sprawy   oszustw
ubezpieczeniowych   i   domu   opieki.   Oba   te   sukcesy
zawdzięczali jemu.

 - Niech tak będzie - zgodził się niechętnie. - Masz czas do

końca tygodnia. Jeśli niczego nie znajdziesz, stracimy tylko
pieniądze. Nie jesteś już pod wpływem tych narkotyków?

 - Raczej nie.
 - Jak się tutaj dostałeś?
  - Docherty i Jefferson mnie przywieźli, ta starsza para

uratowała mi życie.

 - Obiecaj mi, że będziesz ich trzymał z dala od tej sprawy.
 - Zgoda - odparł Hamish.
Omówili szczegóły i Hamish poszedł do stołówki, gdzie

znalazł   pana   Jeffersona   karmiącego   Lugsa   słodkimi
bułeczkami.

  - Zepsuje mu pan zęby - zawołał Hamish. Popatrzył na

stojącą na ziemi miseczkę: - I dał mu pan kawy do picia.

  -   Temu   biednemu   psu   należało   się   coś   smacznego   -

powiedziała pani Docherty. - No i co, wyślą tam ludzi?

Hamish   zawahał   się.   Detektyw   Harry   MacNab   siedział

przy   stoliku   obok   i   najwyraźniej   przysłuchiwał   się   ich
rozmowie.

 - Chodźmy - odparł posterunkowy.
W drodze powrotnej para zadręczała Hamisha pytaniami,

aż ten w końcu znużony się poddał:

background image

 - Dobrze, powiem wam, ale musicie trzymać się z dala od

Stoyre - poprosił i wtajemniczył ich w szczegóły planu.

 - Możemy ci pomóc - zapalił się pan Jefferson.
 - Nie, zrobiliście już wystarczająco dużo. Nie wolno wam

zbliżać się do Stoyre. Możecie mi to obiecać?

Oboje zgodzili się niechętnie.
 - Czy policja dowiedziała się, co to były za tabletki, które

podawano   nam   w   tamtym   domu   opieki?   -   spytała   pani
Docherty, zmieniając temat.

 - „Betterdorm". Tabletki nasenne.
 - Co to jest „Betterdorm"? - spytała pani Docherty.
  -   To   nazwa   lekarstwa.   Jest   to   środek   uspokajający,

podobny   do   barbituranu.   Efektem   jest   spowolniona   akcja
serca, wolniejszy oddech i obniżenie ciśnienia. Małe dawki
powodują   euforię.   Większe   mogą   powodować   depresję,
irracjonalne   zachowania,   osłabione   odruchy   i   zaburzenia
mowy. To wspaniały sposób, żeby starsi ludzie wyglądali na
zniedołężniałych.

 - Może coś podobnego dzieje się w Stoyre - zastanawiał

się   pan   Jefferson.   -   Może   ktoś   zajmuje   się   przemytem
narkotyków,   a   cały   ten   fanatyzm   religijny   to   tylko
przykrywka.

 - Niech pan zapomni o Stoyre - uciął Hamish. - Po prostu

podwieźcie mnie i nie zbliżajcie się więcej do tego miejsca.

Następnego dnia Hamish wyjrzał przez okno i spojrzał na

brzeg. W domku pracowali robotnicy, usuwając zniszczenia
po pożarze i sprawdzając instalację elektryczną. Jeden z nich
zakładał   alarm   przeciwwłamaniowy,   a   ślusarz   wymieniał
zamki. Co oni z tego zrozumieją?

„Oni"   to   byli   mieszkańcy   wioski.   Stali   w   grupkach   w

pewnym oddaleniu od domu, przyglądali się i  szeptali  coś.
Przez   otwarte   okno   do   uszu   Hamisha   dotarły   szmery   ich
głosów, brzmiące jak szum fal na plaży.

background image

Poczuł zabobonny lęk, a po ciele przeszedł mu dreszcz. To

było  niczym  film  science   fiction,  gdzie  kosmici   zawładnęli
ludźmi.

Wtedy od strony brzegu nadjechał mały, głośny, sportowy

samochód   i   zatrzymał   się   przed   domem.   Z   auta   wysiadła
Elspeth. Miała na sobie ciemnoczerwony kardigan do kostek,
a pod spodem białą bluzkę i krótkie spodenki. Hamish poczuł
dziwną radość na jej widok. Jakby jej przyjazd przerwał nagle
jakieś dziwne zaklęcie. Mieszkańcy zaczęli się rozchodzić.

 - Wejdź - uśmiechnął się. - Co cię sprowadza?
 - Przyjechałam, żeby sprawdzić, co zamierzasz - odparła

Elspeth. - Co robią tutaj ci robotnicy?

 - Miałem problem z niesprawną instalacją elektryczną.
  -   Och,   naprawdę?   Więc   po   co   ci   alarm

przeciwwłamaniowy i nowe zamki?

 - Przejdźmy się na spacer wzdłuż wału. Chodź, Lugs.
 - Co mu się stało? - spytała. - Wygląda dość mizernie.
  - Jego futro przeszło zapachem od dymu. Musiałem go

wykąpać   dzisiaj   rano.   Rozchmurzy   się,   kiedy   wyjdzie   na
słońce.

Przystanęli   i   przyglądali   się,   jak   Lugs   wycierał   się

zawzięcie o trawę.

  - Dobrze, że nie ma  wichury - odezwał się Hamish. -

Sądzę,   że   wiem,   dlaczego   ten   domek   jest   taki   zimny   i
wilgotny. Mogę się założyć, że w czasie burzy fale rozbijają
się o ten wał i płyną prosto pod drzwi.

Elspeth pochyliła się i pogłaskała Lugsa. Pies wzdrygnął

się, tak jakby chciał ją odepchnąć, po czym odsunął się trochę
i spojrzał na nią swoimi dziwnymi, niebieskimi oczami.

 - Twój pies jest o mnie zazdrosny.
 - Bzdury. Nigdy nie był zazdrosny o Priscillę. „Szlag by

trafił tę cholerną babę" - pomyślała Elspeth.

 - Powiedz mi prawdę. Co się tak naprawdę tutaj dzieje?

background image

  - Nie możesz nikogo w to wtajemniczać i pamiętaj, nie

pisz   o   tym.   Jeśli   będę   coś   wiedział,   pierwsza   się   o   tym
dowiesz.

Opowiedział   jej   o   narkotykach,   które   mu   podano,   a

następnie   o   pożarze   i   o   tym,   jak   został   uratowany.   Oczy
dziewczyny błyszczały z podekscytowania.

  - Więc byli gotowi zabić policjanta, żeby ukryć to, co

tutaj knują!

 - Na to wygląda.
 - Czemu więc Strathbane nie przesłuchuje mieszkańców?
 - Przekonałem szefa, żeby zostawił to mnie. Miejscowi na

razie nic nie zrobią.

  -   Właśnie   -   zgodziła   się   Elspeth.   -   Będą   czekać,   aż

wyjedziesz.

  -   Kiedy   robotnicy   skończą,   zamierzam   wybrać   się   na

spacer wzdłuż wybrzeża, żeby się trochę rozejrzeć.

  -   Poszłabym   z   tobą,   ale   muszę   napisać   reportaż   z

Cnothan.

 - O czym?
 - O zawodach w pieczeniu ciast.
 - Nie wytrzymasz tutaj długo, jeśli będziesz ciągle pisać o

takich głupotach.

 - Jeśli będę się trzymać blisko ciebie, na pewno trafię na

jakiś duży temat. Mam takie przeczucie.

 - Mogłabyś coś dla mnie zrobić. 
 - Co?
 - Sprawdź, czy mogłabyś mi załatwić mapy morskie dla

północnej części tego wybrzeża. Muszę sprawdzić, czy nie ma
tutaj jakichś jaskiń, w których mogłaby ukryć się łódź.

Wracając   do   redakcji   późnym   popołudniem   Elspeth,

zobaczyła   starszą   pani   Docherty,   stojącą   nad   jeziorem.
Przeszła przez ulicę i stanęła obok niej.

 - Gdzie pani partner? - spytała.

background image

 - Och, mam go dosyć.
 - Tak szybko? Co się stało?
 - Chce, żebyśmy się pobrali.
 - A pani tego nie chce? Pani Docherty westchnęła.
 - Wolałabym, żeby zostawił mnie w spokoju. Nie wie, że

sporządziłam   testament   na   jego   korzyść.   Nie   zamierzam
zostawiać niczego mojej córce. Od lat mnie nie odwiedziła.
Jemu się wydaje, że jeśli mnie poślubi, będzie zabezpieczony.
Nie ma żadnych pieniędzy.

 - Jeśli i tak zamierza mu pani zostawić pieniądze, czemu

pani za niego nie wyjdzie?

 - Prawda jest taka, że nie miałabym nic przeciwko, żeby

znów   żyć   sama.   Denerwuje   mnie,   że   ciągle   ktoś   się   obok
kręci.   Czasem   boli   mnie   ramię.   Może   dlatego   jestem   taka
drażliwa.

„Mam nadzieję, że to nie angina" - pomyślała Elspeth.
 - Kiedy ostatni raz była pani u lekarza?
 - Lata temu. Nie ufam lekarzom i szpitalom.
 - Doktor Brodie jest w porządku. Dobrze by było, gdyby

powiedziała mu pani o bolącej ręce.

 - Zastanowię się.
Kiedy   pani   Docherty   otworzyła   drzwi   swojego   domku,

zakrztusiła się dymem papierosowym, który wydobywał się z
salonu.

  -   Mówiłam   ci,   żebyś   nie   palił   w   domu   -   krzyknęła   z

wściekłością.

Pan Jefferson zgasił papierosa i otworzył okno.
  -   Zamieniasz   się   w   zrzędę,   Annie.   Powinnaś   być   mi

wdzięczna. Gdyby nie ja, nie miałabyś swojego domu.

  -   Bez   ciebie   też   zdobyłabym   wystarczająco   dużo

informacji dla policji.

 - Skoro tak twierdzisz.

background image

Pani   Docherty   poczuła   nagle,   że   nie   jest   w   stanie

przebywać   z   nim   w   jednym   pomieszczeniu.   Będzie   musiał
stąd odejść. Hamish Macbeth! On będzie wiedział, co zrobić.

 - Dokąd idziesz? - spytał pan Jefferson, kiedy skierowała

się do drzwi.

 - Wychodzę - warknęła.
Kiedy pani Docherty jechała wzdłuż brzegu z prędkością

trzydziestu   kilometrów   na   godzinę,   zobaczyła   ponownie
Elspeth i zatrzymała się.

  -   Jadę   zobaczyć   się   z   Hamishem   Macbethem   -

wymamrotała.   -   On   będzie   wiedział,   jak   mogę   pozbyć   się
Charliego Jeffersona.

 - Może go pani nie zastać w domu. Wybierał się na spacer

na północ od Stoyre, żeby przeszukać tamtejsze zatoki.

  -   Niedługo   będzie   ciemno.   Powinnam   się   pospieszyć.

Odjechała.

Dotarcie do Stoyre zajęło jej dużo czasu, ponieważ zawsze

jeździła bardzo wolno. Zaparkowała przy brzegu i zadzwoniła
do drzwi Hamisha. On jednak nie otwierał.

Postanowiła pójść na północ, mając  nadzieję, że spotka

posterunkowego, kiedy ten będzie wracał do domu. Noc była
jasna   i   gwieździsta.   Szła   drogą   porosłą   trawą,   dopóki   nie
poczuła zmęczenia. Zdała sobie sprawę, że najwyższa pora,
żeby   zawrócić.   Usiadła   na   kamieniu   i   postanowiła   chwilę
odpocząć.

Pani Docherty miała właśnie wstać, kiedy nagle ujrzała

coś strasznego. Jakaś przerażająca postać, ubrana w pelerynę
stała przed nią, tak wysoka, że zasłaniała gwiazdy.

Wiedziała,   że   był   to   Ponury   Kosiarz.   Krzyknęła

przejmująco, śmiertelnie przerażona, i złapała się za serce.

***
Hamish Macbeth siedział w rogu pubu w Stoyre, a pies

leżał u jego stóp. Wokół nich było pusto. Miejscowi usiedli

background image

tak daleko od niego, jak tylko mogli. Niech się zdenerwują,
może   wtedy   coś   się   wydarzy.   Zadzwoniła   jego   komórka.
Odezwała się zaniepokojona Elspeth.

 - Trochę się martwię, Hamishu. Czy widziałeś może panią

Docherty?

  -   Nie,   jestem   w   pubie,   całkowicie   wykluczony   z

towarzystwa.

 - Ona ma dosyć Charliego Jeffersona, chociaż przepisała

mu wszystko w testamencie. Teraz znów chce żyć sama. Jakiś
czas temu pojechała do Stoyre, żeby poprosić cię o pomoc.
Niestety,   powiedziałam   jej,   że   wybierasz   się   na   północ   od
wioski i ona być może poszła w tamtym kierunku.

  -   Nie   poszedłem   tam   -   odparł   Hamish.   -   Robotnicy

pracowali  cały   dzień,  więc  chciałem  poczekać,  aż  skończą.
Lepiej pójdę jej poszukać.

Kiedy wyszedł z „Ręki rybaka", zobaczył mały samochód

pani   Docherty,   zaparkowany   przed   jego   domkiem.
Natychmiast wyruszył w kierunku prowadzącym na północ od
osady. Wiatr zaczął  się wzmagać, a cienka warstwa chmur
płynęła po niebie, zasłaniając księżyc i gwiazdy.

Posterunkowy   przyspieszył   kroku,   Lugs   dreptał   tuż   za

nim. Wyjął latarkę i oświetlał drogę przed sobą.

Wspiął się na wzgórze i wtedy zobaczył, że leży tam pani

Docherty. Sprawdził jej puls, ale nic nie wyczuł. Oświetlił jej
twarz latarką. Zobaczył pośmiertną maskę przerażenia.

Wyjął telefon i zadzwonił do Strathbane, a potem zdjął

kurtkę i delikatnie przykrył nią twarz pani Docherty.

Następne kilka dni były jak koszmarny sen. Sekcja zwłok

wykazała, że pani Docherty zmarła z powodu zawału. Daviot
uznał, że miarka się przebrała. Tajna operacja Hamisha nie
przynosiła   efektów.   Jeśli   Hamish   uważał,   że   coś   dziwnego
działo się na północ od osady, to najwyższy czas, żeby wysłać
tam cały oddział policji, by przeczesała ten obszar. Odrzucił

background image

argumenty Hamisha, który twierdził, że coś przestraszyło tę
kobietę.   Policyjny   patolog   powiedział,   że   pani   Docherty
cierpiała   na   dusznicę   i   mogła   umrzeć   w   każdej   chwili.
Wystarczająco   dużo   wydano   na   remont   domku.   Daviot
przedyskutował   sprawę   z   głównym   inspektorem   Blairem,
który   słusznie   zauważył,   że   była   to   strata   policyjnych
pieniędzy. Ustalono, że Hamish wraca do swojego rewiru, a
biuro   nieruchomości   zostanie   obciążone   kosztami   części
napraw.   To   prawdopodobnie   była   jednak   wina   wadliwego
przewodu elektrycznego.

Daviot otrzymał raport ze Scotland Yardu informujący o

tym,   że   kiedy   domek   majora   wyleciał   w   powietrze,   był
zadłużony   i   ubezpieczony   na   wyższą   kwotę,   niż   był   wart.
Obawiano   się,  że   major   sam   zaaranżował   wypadek,  jednak
niczego nie można mu było udowodnić.

Ale   Hamish   miał   do   wykonania   jeszcze   jedno   zadanie,

zanim   opuści   Stoyre.   Kiedy   pełne   policjantów   samochody
ruszyły, żeby przeczesać wybrzeże, on udał się do kościoła.
Wiedział, że w tym momencie odprawiana była msza.

Przeszedł przez nawę i podszedł do ambony, odsuwając na

bok   oniemiałego   pastora.   Posterunkowy   spojrzał   na
zgromadzonych i powiedział:

  - Zabiliście ją. Wiem, że jesteście winni jej śmierci, bo

pomagacie i wspieracie niegodziwości, które dzieją się tutaj.
Macie jej krew na swoich rękach. Coś lub ktoś przestraszył tę
niewinną   kobietę   na   śmierć.   Wy   i   wasze   cholerne
nabożeństwa. Mam nadzieję, że wszyscy będziecie się smażyć
w piekle.

Macbeth był w okropnym nastroju do końca dnia. Czuł, że

powinien odwiedzić biednego pana Jeffersona, ale postanowił
zostawić to na wieczór. Był pewien, że w Stoyre działo się coś
niedobrego. Pani Docherty może i miała słabe serce, jednak
był przekonany, że to, co się stało, to nie był przypadek.

background image

Po spisaniu obszernego raportu wysłał go do Strath - bane,

po   czym   przygotował   posiłek   dla   siebie   i   Lugsa,   a   potem
znużony postanowił wyruszyć do pana Jeffersona.

Starszy   mężczyzna   otworzył   drzwi,   jego   oczy   były

czerwone od płaczu.

  - Wejdź, Hamishu - cicho zapraszał. - Nie wiem,  czy

płaczę dlatego, że mój syn powiedział, że muszę teraz znaleźć
sobie kolejny dom opieki, czy że tak za nią tęsknię. Znałem ją
od niedawna, ale dzięki niej nie czułem się samotny. Siadaj.

 - Najwyraźniej nie słyszał pan o testamencie.
 - Jakim testamencie?
  - Pani Docherty. Przed śmiercią powiedziała Elspeth, że

zapisała   panu   wszystko.   Jeśli   więc   chce   pan   tu   nadal
mieszkać,   to   ma   pan   do   tego   prawo.   Lepiej   niech   się   pan
rozejrzy   i   sprawdzi,   czy   uda   się   panu   poznać   nazwisko
wykonawcy testamentu.

 - Mógłbyś sprawdzić, Hamishu? Jak będę przeglądać jej

rzeczy, znowu zacznę płakać.

Hamish zaczął przeszukiwać domek Annie Docherty. Na

szafie   znalazł   czarne   metalowe   pudełko.   W   środku   były
dokumenty, metryka urodzenia, akt ślubu i dwa testamenty.
Według   pierwszego   wszystko   dziedziczyła   córka   pani
Docherty,  jednak   Hamish   z   ulgą   wyciągnął   kopię   drugiego
testamentu,   w   którym   wszystko   zapisane   było   panu
Jeffersonowi. Wziął dokument, zaniósł go Charliemu.

 - Tutaj są nazwiska wykonawców testamentu. Niech pan

rano do nich zadzwoni. Córka została poinformowana.

 - Pewnie przyjedzie na pogrzeb.
 - Obawiam się, że nie.
 - Dlaczego?
  -   To   trudna   osoba.   Kiedy   poinformowałem   ją,   że   jej

matka  nie  żyje,  odparła   spokojnie,  że  można   się   było  tego
spodziewać.   Potem   spytała,  ile   może   uzyskać   ze   sprzedaży

background image

domku.   A   kiedy   uświadomiłem   jej,   że   Annie   zapisała
wszystko panu, wtedy wykrzyczała, że w takim razie musi pan
zapłacić za pogrzeb, a ona nie zamierza przyjeżdżać.

  -   I   tak   wszystko   już   zorganizowałem   -   odparł   pan

Jefferson. - Zająłem się tym wcześniej, bo wiedziałem, że żyją
z córką w konflikcie. To dziwne, że wykonawcy testamentu
nie zadzwonili do mnie.

  - Jeszcze  jest na  to za wcześnie  i pewnie  wyślą  panu

informację  listem  ekonomicznym, jak to mają  w zwyczaju.
Przynajmniej   będzie   pan   mógł   wysłać   im   rachunek   za
pogrzeb.

 - Będziesz na uroczystości?
 - Człowieku, jesteśmy w szkockich górach. Zjawi się całe

Lochdubh. Pogrzeb jest jutro o czternastej, prawda?

  -   Tak,   ciało   zostało   wczoraj   oddane.   Archie   Maclean

powiedział,   że   byłoby   miło,   żeby   przywieźć   ją   tutaj,   jak
nakazują dawne tradycje, jednak nie zniósłbym tego. Chcę ją
zapamiętać taką, jaka była za życia.

Archie Maclean - pomyślał nagle Hamish. - Zastanawiam

się, czy udało mu się dowiedzieć od Harry'ego Baina czegoś o
Stoyre.

  - Byłem w szoku, kiedy dowiedziałem się, że w chwili

śmierci   tak   naprawdę   miała   dziewięćdziesiąt   dwa   lata   -
oznajmił pan Jefferson. - Powiedziała mi, że jest młodsza.

  -   Pewnie   nie   czuła   się   na   dziewięćdziesiąt   dwa   lata   -

odparł Hamish. - Była tak pełna życia.

 - Czuję się winny jej śmierci.
 - Dlaczego?
 - Mogłem sam prowadzić to śledztwo w domu opieki. Nie

powinienem   pozwolić   jej,   żeby   tamtego   dnia   szła   na
czworakach aż pod tamten gabinet. Boję się, że te wszystkie
wydarzenia doprowadziły do jej śmierci.

background image

Hamish pomyślał, że nie jest to odpowiedni moment, żeby

mówić   mu   swoich   podejrzeniach.   Być   może   kobieta
wystraszyła się czegoś śmiertelnie.

Zamiast tego pocieszał:
 - Kiedy ktoś umiera, ludzie czują gniew i mają poczucie

winy. Ale sekcja zwłok wykazała, że w jej przypadku śmierć
mogła nadejść w każdym momencie. Po pogrzebie poczuje się
pan lepiej.

  -   Myślisz,   że   gdybym   zapalił   papierosa,   byłoby   to

bluźnierstwo? Annie nie mogła znieść, kiedy paliłem w domu.

 - Na pewno nie. Ona chciałaby, żeby poczuł się pan jak u

siebie.

 - Wiesz, że chciałem się z nią ożenić? Czy mówiła coś o

mnie?

Oczy Hamisha błyszczały szczerością, jak zwykle, kiedy

miał skłamać.

  - Powiedziała, że był pan największym dżentelmenem,

jakiego kiedykolwiek spotkała.

Jefferson zapalił papierosa drżącymi palcami.
 - Dzięki, Hamishu. Bardzo mi na niej zależało.
  -   Wierzę,   że   tak   było   -   powiedział   Hamish   cicho.   -

Zobaczymy się na pogrzebie. - Wstał i skierował się do drzwi.
- A tak przy okazji, czy zamówił pan catering?

  - Co? - pan Jefferson patrzył na Hamisha bezmyślnie w

kłębach papierosowego dymu.

  -   Stypa.   Wszyscy   przyjdą   tutaj   po   pogrzebie.   Och,

nieważne. Zajmę się tym. Niech pan tylko kupi u Patela trochę
whisky i trochę słodkiej sherry dla dam.

Hamish   wyszedł,   po   czym   odwiedził   panią   Wellington,

Angelę Brodie i siostry Currie, błagając je, żeby pomogły przy
cateringu. W przypadku sióstr Currie natrafił na opór.

  -   Ona   żyła   w   grzechu,   żyła   w   grzechu   -   powiedziała

Jessie.

background image

  -   W   tym   wieku?   Nie   robiła   nic   złego.   Tylko   ktoś   o

naprawdę nieczystych myślach mógł wpaść na coś takiego -
oburzył się Hamish. - Jeśli żadna z was nie zamierza pomóc,
lepiej już sobie pójdę i poszukam prawdziwych chrześcijan.

  - Nie musisz się od razu obrażać - łagodziła Nessie. -

Zaraz zaczniemy piec ciasta.

Dzień pogrzebu Annie Docherty był spokojny i słoneczny.

Na cmentarzu zgromadzili się wszyscy mieszkańcy Lochdubh.
Pan Patel zamknął sklep, kutry rybackie kiwały się leniwie,
zacumowane na jeziorze, poniżej kościoła. Hamish wiedział,
że   w   domu   pogrzebowym   zrobili,   co   w   ich   mocy,   żeby
przywrócić   twarzy   pani   Docherty   spokojny   wyraz.   Kiedy
jednak   spuszczano   trumnę   do   grobu,   poczuł,   jakby   jej
przerażone, pełne bólu spojrzenie przebijało się do niego przez
zamknięte   wieko.   Kiedy   inni   stali   pogrążeni   w   modlitwie,
Hamish   poprzysiągł   zemstę.   Kazano   mu   opuścić   Stoyre.
Powiedziano mu, że zmarnowano wystarczająco dużo czasu i
pieniędzy   na   tę   sprawę.   Informacja,   że   major   mógł   sam
wysadzić   swój   domek,   bardzo   zdenerwowała   Strathbane.
Jednak Hamish zamierzał dalej prowadzić to śledztwo.

Po ceremonii wszyscy weszli do kościoła. Pani Wellington

zadzwoniła   do   pana   Jeffersona   poprzedniego   wieczoru,
mówiąc,   że   domek   będzie   zbyt   mały,   żeby   pomieścić   tych
wszystkich   ludzi.   Stypa   rozpoczęła   się   spokojnie,   tace   ze
szklankami whisky krążyły z rąk do rąk, a ludzie opowiadali
sobie   historie   o   pani   Docherty,   jak   trzydzieści   lat   temu
przyjechała   do   miasteczka.   Pastor   wygłosił   krótkie
przemówienie   o   tym,   jak   wspaniałą   była   kobietą   i,   ku
przerażeniu   Hamisha,   pani   Wellington   zaintonowała
„Cudowną   Bożą   łaskę"   (Protestancka   pieśń   religijna   (ang.
„Amazing Grace")), a pianista próbował desperacko podążać
za   jej   fałszującym   śpiewem.   Potem   przyjęcie   zrobiło   się

background image

głośne i ku zaskoczeniu pana Jeffersona, miejscowy zespół,
składający się z perkusji, dud i akordeonu, zaczął przygrywać.

 - Jak długo to potrwa? - spytał Hamisha.
 - Całą noc. Kiedyś uroczystości ciągnęły się tygodniami -

posterunkowy zobaczył  Jimmy'ego Andersona, który wszedł,
żeby do nich dołączyć. - Nie spodziewałem się ciebie tutaj.

 - Pomyślałem, że złożę kondolencje.
 - Potrafisz wyczuć darmową whisky na kilometr - odparł

Hamish   cynicznie.   -   Weź   sobie   szklankę   i   chodźmy   na
zewnątrz.

Kiedy stali przed wejściem do kościoła, Hamish zapytał:
 - Więc sprawa w Stoyre jest już zakończona?
 - Na to wygląda.
 - Jimmy, ta starsza kobieta umarła ze strachu.
 - Zgadzam się z tobą. Jednak przeszukano całe wybrzeże i

nic nie znaleziono. Wydano kupę kasy i Daviot wciąż jest zły
z powodu kosztów naprawy instalacji elektrycznej, instalacji
alarmu przeciwwłamaniowego i nowych zamków w tamtym
domku letniskowym. Jak zwykle, chodzi o pieniądze.

 - Jeśli naprawdę coś znajdę, ciężko będzie sprowadzić ich

tutaj ponownie.

 - Naprawdę sądzisz, że dzieje się tam coś złego?
  -   Oczywiście.   Major   Jennings   może   i   ma   kłopoty

finansowe, ale założę się, że to nie on wysadził swój domek,
nie wynajął też nikogo, żeby to zrobił.

Jimmy dokończył swoją whisky.
  - Jeśli coś usłyszę, pierwszy się o tym dowiesz. Lepiej

wróćmy do środka.

Hamish podszedł do Archiego Macleana, który stał przy

bufecie, nakładając sobie jedzenie.

 - Dowiedziałeś się czegoś od Harry'ego Baina? - spytał.

background image

  -   Nic   na   temat   Stoyre   -   powiedział   Archie.   -   Ale   ten

człowiek   wydaje   się   być   naprawdę   przerażony.   Boi   się
własnego cienia. Wierzy we wróżki.

 - Co! W te małe, kolorowe stworki ze skrzydełkami?
  - Nie, w inne wróżki. Małych, złych ludzików. - Jest tu

dzisiaj? Chciałbym z nim porozmawiać.

  -   Kiepska   sprawa   z   panią   Docherty.   Była   wspaniałą

starszą damą. Zawsze można było z nią pożartować.

  -   Chcesz   powiedzieć,   że   nie   udawała   przed   tobą

zniedołężniałej staruszki?

 - Nie, lubiła mnie. Jesteś pewien, że ten Jefferson jej nie

zabił? Dostanie wszystko, co miała.

 - Kto ci o tym powiedział?
 - Och, wieści szybko się roznoszą.
 - Nie, on nie ma z tym nic wspólnego i jeśli usłyszysz, że

ktoś powtarza te plotki, postaraj się je uciąć. Ten człowiek za
dużo już przeszedł.

 - Jest twoja dziewczyna. - Archie się uśmiechnął.
 - Ona nie jest moją dziewczyną - odparł gniewnie Hamish

i odwrócił się. Spodziewał się ujrzeć za sobą Elspeth. Jednak
to Mary Bisset patrzyła na niego.

  -   Nigdy   nie   zabrałeś   mnie   na   tę   obiecaną   kolację,

Hamishu - powiedziała. Była już lekko wstawiona.

  -   Twoja   matka   praktycznie   wyzwała   mnie   od   starych

zboczeńców.

 - Och, ta moja matka. Nigdy jej nie słucham. Powinniśmy

się spotkać.

Przyciskała   do   niego   swoją   pierś.   Trzepotała   rzęsami,

grubo pokrytymi maskarą. Posterunkowy odsunął się.

  - Jesteś świetną dziewczyną - powiedział desperacko. -

Nie możesz jednak zachowywać się w ten sposób, bo moja
dziewczyna będzie wściekła.

Mary wydęła usta.

background image

 - Nie wiedziałam, że masz dziewczynę.
 - Hamish!
  - Elspeth - odetchnął z ulgą. - Zastanawiałem się, gdzie

byłaś? Masz ochotę odetchnąć trochę świeżym powietrzem? -
wziął ją pod ramię.

 - Dopiero przyszłam... - zaczęła, ale Hamish poprowadził

ją w kierunku drzwi.

  -   O   co   ci   chodzi?   -   spytała   zdumiona   Elspeth,   kiedy

znaleźli się na zewnątrz.

  -   O   Mary   Bisset.   Podrywała   mnie   i   bałem   się,   że   w

pewnej chwili jej matka rzuci się na mnie z wałkiem do ciasta.

Elspeth roześmiała się.
 - Przejdźmy się trochę, dajmy czas dziewczynie ochłonąć.

Hamish   spojrzał   teraz   na   Elspeth   uważniej.   W   świetle
płynącym z okien kościoła zauważył, że miała na sobie szarą,
zwiewną   sukienkę,   ozdobioną   kilkoma   drobnymi   cekinami,
które   błyszczały,   kiedy   się   poruszała,   niczym   gwiazdy
pomiędzy welonem z chmur. Włosy upięła na czubku głowy.
Na nogi włożyła sandałki na wysokim obcasie. Zaczął czuć się
niezręcznie   i   żałował,   że   nie   miała   na   sobie   któregoś   ze
swoich   idiotycznych   ubrań   lub   chociażby   rozczłapanych
buciorów.

 - O co chodzi? - spytała ponownie. Przeklął w duchu jej

szósty zmysł.

  - Nie jestem przyzwyczajony do tego, że wyglądasz tak

atrakcyjnie - wymamrotał niewyraźnie.

 - Cóż, to dość dwuznaczny komplement, jeśli to w ogóle

jest komplement. Kiedy masz wolne?

  - W sobotę. Posłuchaj, nie chciałbym, żebyś sobie coś

pomyślała...

  -   Spokojnie,   panie   władzo.   Nie   miałam   na   myśli   nic

zdrożnego. Co powiesz na wycieczkę do Stoyre?

background image

 - Po co? Sprawa jest zamknięta. Zatrzymała się i spojrzała

na niego.

 - Oboje wiemy, że dzieje się tam coś złego. Pojedziemy

na piknik. Włożymy górskie buty i sami rozejrzymy się po
wybrzeżu.

  -   Co   możemy   znaleźć,   skoro   całemu   oddziałowi

detektywów i policjantów się nie udało?

 - Na początek mam te mapy morskie. - I?
  - Jest tam wiele zatok, nie mogli sprawdzić wszystkich.

Jeśli pójdziesz drogą na północ do miejsca, gdzie teren się
wznosi i zaczynają się klify, zobaczysz, że droga się kończy.
Na dole są jaskinie. Wspinałeś się kiedyś?

 - Trochę.
  -   Ja   mam   spore   doświadczenie.   Warto   zejść   na   dół   i

rozejrzeć się w tych jaskiniach.

 - Masz liny i inny sprzęt?
  -   Tak.   Będziesz   potrzebował   odpowiednich   butów   do

wspinaczki. Możemy urządzić sobie piknik w Stoyre, a potem
wyruszymy   w   drogę.   Może   być   trochę   ciężko   z   koszem
piknikowym i sprzętem do wspinaczki.

 - W porządku - odparł Hamish.
  -   Będziemy   musieli   zostawić   Lugsa.   Może   próbować

schodzić za nami po klifie.

 - To mądry pies - odparł Hamish. - Będzie tęsknić, jeśli

go zostawię.

 - Jestem w stanie znieść inną kobietę - mruknęła Elspeth,

częściowo do siebie - ale pies!

 - Co?
 - Powiedziałam, żebyś zostawił Lugsa u Angeli. Lubi ją i

będzie mógł cały dzień uganiać się za kotami.

  -   Może   masz   rację.   Lepiej   wracajmy   na   przyjęcie.

Odwrócili   się   i   weszli   do   kościoła.   Mary   Bisset   stałana

background image

zewnątrz.   Elspeth   objęła   Hamisha   w   pasie   i   położyła   mu
głowę na ramieniu.

 - Kochanie - powiedziała głośno - nikt nie potrafi całować

tak, jak ty.

Mary wpadła z powrotem do kościoła.
  - No to koniec - bąknął niezadowolony Hamish. - Jutro

będą o tym mówić w całym miasteczku.

***
Stypa   trwała   dalej,   Hamish   przerzucił   się   na   wodę

mineralną.   Żałował,   że   Jimmy   Anderson   nie   zrobił   tego
samego.   Detektyw   odsypiał   pijaństwo   w   jednej   z   cel   na
posterunku. Następnego ranka Hamish próbował go dobudzić,
ale on tylko jęknął, że ma dzisiaj wolne i ponownie zasnął.

Jimmy   bardzo   namieszał,   pomyślał   Hamish.   Mocno   się

upił i powiedział siostrom Currie, że pani Docherty umarła, bo
bardzo   się   czegoś   przestraszyła.   Nessie   powiedziała   o   tym
pani Wellington, która powtórzyła jej słowa swoim donośnym
głosem   w   chwili,   kiedy   w   nawie   kościelnej   było   cicho.
Hamish bezskutecznie starał się uciąć tę plotkę. Mógł tylko
dziękować Bogu, że pan Jefferson poszedł wcześniej do łóżka.
Miał   nadzieję,   że   nie   usłyszy   o   tym   od   któregoś   z
mieszkańców,   w   przeciwnym   razie   Hamish   był   pewien,   że
mężczyzna   wyruszy   do   Stoyre,   żeby   zbadać   tę   sprawę   na
własną rękę.

Zostawił wiadomość Jimmy'emu, żeby sam przygotował

sobie śniadanie, a potem wyruszył na obchód. Chociaż miał
pełne prawo, żeby pojechać do Stoyre, które znajdowało się w
jego rewirze, postanowił zostawić to miejsce w spokoju aż do
soboty. Pojechał  do wioski  Drim  i  wstąpił  do Jocka, który
prowadził sklep wielobranżowy.

 - W wiosce jest spokojnie? - spytał sprzedawcę.
  -   Aż   za   spokojnie.   W   tym   roku   nie   mamy   żadnych

turystów.

background image

  -   I   to   cię   dziwi?   Powinniście   się   wstydzić   tego,   jak

traktujecie przyjezdnych.

 - Nie lubimy, jak obcy wtrącają się w nasze sprawy.
 - Co oznacza, że nigdy nie jesteście mili dla turystów, a

potem zastanawiacie się, dlaczego nie wracają.

 - Był taki jeden dziwny facet na łodzi.
 - Naprawdę? Na jakiej łodzi?
  -   To   był   potężny   jacht.   Przypłynęli,   żeby   uzupełnić

zapasy. Wyglądali na obcokrajowców.

Hamish wyjął notatnik.
 - Co możesz o nich powiedzieć?
  - Och, nigdy nie byłem spostrzegawczy, jeśli chodzi o

ludzi. Wszyscy obcokrajowcy wyglądają dla mnie tak samo.

Ktoś mógłby pomyśleć, że sprzedawca jest rasistą i mówił

w   ten   sposób   o   Japończykach   albo   Chińczykach,   jednak
Hamish wiedział, że dla Jocka nawet Anglicy wyglądali tak
samo.

 - Postaraj się - prosił cierpliwie. Jock odwrócił się.
 - Ailsa! - krzyknął.
Z zaplecza wyszła jego żona.
  -   Chodzi   o   tych   obcokrajowców   -   tłumaczył   Jock.   -

Macbeth chce wiedzieć, jak wyglądali.

  -   A,   ci.   Dwóch   przyszło   do   sklepu,   ale   na   łodzi   byli

jeszcze   jacyś.   Jeden   był   wysokim   blondynem   o   szczupłej
twarzy, a ten drugi był niski i ciemny. Rozmawiali ze sobą w
jakimś obcym języku.

 - Widzieliście może nazwę tej łodzi?
 - Tak.
 - Więc jak się nazywała?
 - Za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć. 
 - Jock?
  - Mnie nie pytaj, ja nie pamiętam nawet, co się działo

wczoraj.

background image

Hamish  westchnął  i  zamknął  notes. Pukał do kolejnych

domów   w   miasteczku.   Najlepsze   informacje   uzyskał   od
starszej pani, która mówiła, że lubi siedzieć nad jeziorem i
przez lornetkę obserwować ptaki. Powiedziała, że pomyślała
wówczas, że to trochę dziwne. Na bokach łodzi znajdowały
się   tablice   zasłaniające   jej   nazwę,   a   kiedy   wypłynęła   na
jezioro, coś wiszącego z tyłu również zasłaniało nazwę, a nie
była   to   żadna   flaga.   Więc   jakim   cudem   Ailsie   udało   się
zobaczyć nazwę? Posterunkowy wrócił do sklepu, jednak tym
razem kobieta oświadczyła, że prawdopodobnie tylko jej się
wydawało, że widzi nazwę łodzi.

Zastanawiam   się,   czy   ma   to   jakiś   związek   ze   Stoyre   -

pomyślał Hamish. Może jednak chodzi o narkotyki.

Odjechał i odwiedził jeszcze okoliczne wioski, sprawdzał,

co słychać u starszych osób, zatrzymywał się czasem, żeby
pogawędzić,   po   czym   wczesnym   wieczorem   wrócił   na
posterunek. Jimmy już poszedł sobie, zostawiając na stole w
kuchni brudne naczynia po śniadaniu. Lugs, który towarzyszył
Hamishowi, zaczął szurać głośno swoją miską.

Hamish ugotował jedzenie dla psa, a potem usmażył dla

siebie pstrąga. Kończył właśnie jeść, kiedy Lugs położył łapę
na jego kolanie i spojrzał mu oskarżycielsko w twarz.

  -  O  co  chodzi?  -  spytał  Hamish.   -  Nie   dostaniesz  nic

więcej jedzenia - pochylił się, żeby pogłaskać psa po głowie.
Lugs odskoczył. Hamish popatrzył na niego z zakłopotaniem.

Drzwi kuchni otworzyły się i Elspeth zawołała:
 - Mogę wejść? Mam mapy i inne rzeczy.
Lugs   warknął   cicho,   odszedł   do   rogu   i   położył   się,

odwracając się do nich tyłem.

Gdyby   ten   pies   był   człowiekiem,   przysiągłbym,   że   jest

zazdrosny - pomyślał Hamish, spoglądając ze zdziwieniem na
zwierzę. Ale Lugs wcale nie był zazdrosny o Priscillę. Może

background image

dlatego, że ta bestia wiedziała, że i tak nic z tego nie będzie -
pomyślał Hamish cynicznie.

 - Czemu więc myśli, że jest coś pomiędzy mną a Elspeth?
 - Jeśli przestałeś już rozmyślać o swoim psie, Hamishu -

fuknęła Elspeth - moglibyśmy przejrzeć te mapy.

 - Och, jasne. Poczekaj, tylko sprzątnę ze stołu. - Hamish

zebrał brudny talerz i sztućce i wrzucił je do zlewu.

 - W porządku, zobaczmy, co my tu mamy.
Zaczęli razem studiować mapy.
  -   Poniżej   ustępów   skalnych   znajdują   się   jaskinie   -

zauważył Hamish.

  -   Ale   klify   są   tutaj   bardzo   strome.   Czy   takie

ukształtowanie terenu nie utrudnia wpłynięcia łódką?

 - Może nie w czasie odpływu.
 - Jednak wciąż byłoby ciężko. Pogoda tego lata była dość

łagodna. Pomyśl, co się dzieje tam na dole podczas burzy.

 - Możemy tam zajrzeć. Pojadę jutro do Strathbane i kupię

buty do wspinaczki.

Kiedy   w   sobotę   wyruszyli   sportowym   samochodem

Elspeth,   Hamish   czuł   się   trochę   przygnębiony.   Buty   do
wspinaczki   kosztowały   według   niego   nieprzyzwoicie   dużo.
Nie   lubił   wydawać   pieniędzy   na   rzeczy,   które   uważał   za
zbędne.   Zwykle   wkładał   swoje   przydziałowe   buty   od
munduru, nawet kiedy był ubrany po cywilnemu. Lugsa trzeba
było   zanieść   do   Angeli   na   rękach,   ponieważ   zaparł   się
pazurami i odmówił wyjścia z samochodu.

Dzień był przyjemny, w powietrzu czuło się orzeźwiający

chłód, zapowiadający w szkockich górach nadejście wczesnej
jesieni.

 - Czyż to nie wspaniały dzień? - spytała Elspeth.
  -   Lepiej   zatrzymajmy   się   już   tu   i   rozłóżmy   się   z

piknikiem, zanim dojedziemy do Stoyre. Nie chcę, żebyśmy
zwracali na siebie uwagę.

background image

Elspeth   zatrzymała   się   na   poboczu   drogi   wiodącej   do

osady.   Rozgościli   się   na   wzgórzu   porośniętym   jaskrawymi
wrzosami, z którego widać było Stoyre.

 - Żadnego wina? - spytała Elspeth.
  - Żadnego - warknął Hamish. - Musimy być w formie,

kiedy będziemy się wspinać. Bóg jeden wie, ile to wszystko
kosztowało.

  -   Mogłam   sama   przygotować   jedzenie   -   obruszyła   się

Elspeth   -   gdybym   wiedziała,   że   kilka   kanapek   i   kawa
nadszarpnie twój budżet.

 - To nie jedzenie, dziewczyno. Chodzi o te buty. Elspeth

popatrzyła   z   zakłopotaniem   na   duże,   czarne   przydziałowe
buciska Hamisha.

 - Myślałam, że dostajecie za darmo obuwie do munduru.
 - Nie te! Buty do wspinaczki.
  -   Och,   nie   wiedziałam.   Jako   posterunkowy   pewnie   za

dużo nie zarabiasz. Nie mogłeś ich po prostu wypożyczyć?

 - Próbowałem. Nie udało się.
 - Powiem ci, co zrobimy: jeśli odkryjemy coś wielkiego i

sprzedam tę historię krajowym gazetom, zwrócę ci za te buty.

Hamish nagle uśmiechnął się do dziewczyny.
  - Byłem naprawdę nieprzyjemny, jeśli coś znajdziemy,

będą warte każdego pensa.

Zjedli   posiłek   w   przyjemnej   ciszy.   Potem   Hamish

rozejrzał się wokoło.

 - Dobrze byłoby tutaj zostawić samochód i obejść wioskę.

Jeśli pójdziemy drogą za osadą u stóp wzgórza, mogą dostrzec
nas z daleka i wziąć za turystów.

 - Masz rację - zgodziła się Elspeth, wkładając naczynia do

koszyka.   -   Ruszajmy,   zobaczmy,   co   znajdziemy   w   tych
jaskiniach.

Zrobili spore koło, zanim zeszli tam, gdzie kończyła się

porośnięta trawą droga prowadząca na północ od wioski.

background image

Szli cały czas naprzód, aż dotarli na szczyt klifów. W dole

słyszeli fale rozbijające się o skały i krzyki morskich ptaków,
nurkujących i zataczających koła nad ich głowami. Hamish
wyjął mapy i rozłożył je na płaskim kamieniu, pozostałości po
epoce   lodowcowej,   który   w   miarę   upływu   czasu   porósł
purpurowymi wrzosami.

  -   Jakieś   półtora   kilometra   stąd   -   powiedział   w   końcu,

zwijając mapy - zaczniemy schodzić w dół. Teraz jest odpływ,
więc   powinniśmy   znaleźć   kawałek   plaży.   Lepiej,   żeby   nie
okazało się, że pod nami jest tylko morze.

Szli   gęsiego,   prowadziła   Elspeth,   drobna,   ale   silna.   Jej

nogi   były   mocne   i   opalone   i   bez   wysiłku   dźwigała   swój
plecak. Miała na sobie szorty i koszulę w czerwono - białą
kratę. Wreszcie Hamish ogłosił postój.

 - Myślę, że to tutaj.
Charlie  Jefferson   szedł   właśnie   wzdłuż   brzegu,   kiedy

spotkał panią Wellington.

 - Dobrze pan wygląda - zauważyła pastorowa.
  -   Reszta   mieszkańców   ma   najwyraźniej   gigantycznego

kaca. Mam nadzieję, że jakoś pan sobie radzi.

 - Tak, jest w porządku - westchnął ze smutkiem.
 - Przynajmniej nie została zamordowana.
W   oczach   pani   Wellington   pojawiło   się   coś

nieprzeniknionego i Charlie spojrzał na nią badawczo.

 - To ciekawe.
 - O czym pan mówi?
  -   Powiedziałem,   że   przynajmniej   nie   została

zamordowana, a pani twarz przybrała jakiś dziwny wyraz.

  - Nikt nie lubi rozmyślać o morderstwie - odparła pani

Wellington i oddaliła się pospiesznie.

Pan   Jefferson   stał   i   patrzył   za   nią.   Potem   podeszła   do

niego Angela, prowadząc na smyczy Lugsa.

 - Gdzie jest Hamish? - spytał.

background image

  -   Wyjechał   gdzieś   na   jeden   dzień   -   poinformowała

Angela. - Zajmuję się Lugsem.

 - Dokąd pojechał?
 - Nie wiem.
Pan Jefferson odgadł, że kłamała. Pożegnała się z nim i

odeszła.

Jego   ciekawość   została   rozbudzona.   Poszedł   do   sklepu.

Jeśli w miasteczku krążyły jakieś plotki, ktoś na pewno powie
o tym panu Patelowi. Wtem usłyszał jakiś męski głos:

  -   Tamten   detektyw   był   bardzo   pijany,   słyszałeś,   co

powiedział?

 - Wyszedłem wcześniej - usłyszał odpowiedź pana Patela.
 - Opowiadał, że biedna, stara pani Docherty przestraszyła

się czegoś na śmierć.

 - Niemożliwe!
  - Widziałem, jak Macbeth jechał gdzieś z tą reporterką.

Może dowie się czegoś.

Pan Jefferson podbiegł do lady. Poznał Munga Pattersona,

pracownika leśnego.

  - Powiedziałeś, że coś przestraszyło Annie na śmierć? -

pytał niecierpliwie.

  - Ja nic nie mówiłem - skłamał Mungo. - Powiedziałem

tylko,   że   te   dzisiejsze   ceny   każdego   mogą   śmiertelnie
wystraszyć.

Pan   Jefferson   cmoknął   z   obrzydzeniem   swoimi

sztucznymi zębami i wyszedł. Pojedzie do Stoyre. Był pewien,
że znajdzie tam Hamisha.

Hamish   i   Elspeth   stali   na   kamienistej   plaży   i   patrzyli

oniemiali, jak wielkie fale Atlantyku rozbijały się u ich stóp.

  - Myślę, że mogliśmy zejść w złym miejscu. Nie widzę

żadnej jaskini.

 - Tam w skale jest jakaś szczelina - wypatrzyła Elspeth. -

Może dokądś prowadzi.

background image

  -   Lepiej   się   pospieszmy.   Nadciąga   przypływ.   Opuścili

plażę i pomaszerowali po śliskich od wodorostów kamieniach.

 - Nawet jeśli to dokądś prowadzi - krzyknął Hamish - nic

nam to nie da. Nie jest możliwe wpłynąć tutaj łodzią.

Elspeth weszła przez szczelinę w skale, Hamish podążył

za   nią.   Znaleźli   się   w  dużej   jaskini.   Oboje   wyjęli   latarki   i
zaczęli oświetlać wnętrze.

 - Nic tu nie ma - skwitował Hamish. - Lepiej wracajmy na

górę. Spróbujmy zejść trochę dalej.

 - Poczekaj! - zawołała Elspeth. - Ta jaskinia sięga bardzo

głęboko. Może gdzieś prowadzić.

Dziewczyna ruszyła do przodu, Hamish niechętnie poszedł

za nią.

  -   Tu   na   końcu   jaskinia   zakręca!   -   odwróciła   się   i

krzyknęła.

Szli   w   dół   naturalnym   korytarzem,   który   przez   wieki

rzeźbiły morskie fale.

  - Myślę, że powinniśmy zawrócić - ponaglał Hamish. -

Jeśli zostaniemy tu dłużej, fala odetnie nam drogę powrotną.

 - Jeszcze tylko kawałek.
Minęli następny zakręt i usłyszeli, że dźwięk fal stawał się

coraz głośniejszy. Korytarz nagle przeszedł w kolejną jaskinię,
a przed wąskim wejściem rozciągała się niewielka plaża.

  - Ktoś tutaj był. - Elspeth zeszła i podniosła puszkę po

coli.

 - To może być to miejsce - przyznał Hamish. - W czasie

przypływu  można   wpłynąć   tu   łodzią.   Z   trudem,   ale   jest   to
możliwe.

Podszedł do wejścia jaskini i wyjrzał na zewnątrz.
 - Z obu stron jaskini znajdują się skalne ścianki, tworząc

naturalną   zatokę.   Dlatego   fale   nie   atakują   tego   miejsca   tak
mocno.

background image

  - Hamish! - zawołała  Elspeth. - Chodź tutaj  i  zobacz.

Wrócił do jaskini i dołączył do niej. Dziewczyna trzymała w
ręku pęk wodorostów.

  - To plastik - triumfowała. - I to było tym przykryte.

Podążył   wzrokiem   w   kierunku,   który   wskazywała   palcem.
Zobaczył słupek do cumowania.

 - To jest zupełnie nowe - powiedział Hamish, a oczy mu

błyszczały.   -   Lepiej   chodźmy   stąd,   wracajmy   na   klif,   tam
zdecydujemy, co robić.

Pan   Jefferson   czuł,   że   jego   stare   nogi   mają   już   dosyć.

Kiedy   miał   jeszcze   sporo   energii,   postanowił   pójść   wzdłuż
klifów jeszcze dalej i potem zawrócić. Maszerował, myśląc:
„Robię to dla ciebie, Annie. Bądź przy mnie."

W   końcu   poczuł   się   zbyt   zmęczony,   żeby   iść   dalej.

Położył się na wrzosach.

Leżał na plecach i patrzył w niebo, obserwując szybujące

ptaki.  Może  zdrzemnie   się  chwilę,  żeby   zregenerować  siły.
Zamknął oczy.

Nagle otworzył je z powrotem. Niedaleko dobiegał odgłos

skrobania. Gdyby stał, mógłby nic nie usłyszeć, jednak leżąc,
zagrzebany we wrzosach, słyszał dźwięk wędrujący po ziemi.
Ostrożnie podniósł głowę. Na szczycie występu skalnego stał
człowiek,   pochylał   się   nad   czymś   i   skrobał.   Miał   na   sobie
czarną kurtkę z kapturem, który zasłaniał mu twarz.

Pan Jefferson schował się we wrzosach, a serce biło mu

jak szalone. Było coś złowrogiego w tej postaci. Leżał tam,
nasłuchując, aż skrobanie ustało. Wtem usłyszał zbliżające się
w jego kierunku kroki, ktoś minął go i podążał w stronę osady.
Odczekał dziesięć minut i podniósł się. Potem ostrożnie wstał
i się rozejrzał. Nikogo nie było widać.

Poszedł   do   miejsca,   w   którym   klęczał   mężczyzna.   Do

kamienia   przywiązana   była   lina,   przewieszona   przez   brzeg

background image

klifu i znikająca w dole. Lina była przecięta i nadszarpnięta,
zostało zaledwie kilka nitek.

Pan   Jefferson   rozejrzał   się   ze   strachem   na   boki.

Ktokolwiek   tam   był   -   a   przecież   mogli   to   być   Elspeth   i
Hamish - ktoś chciał, żeby lina pękła. Podciągnął ją, aż minął
przecięty fragment i zaczął zawiązywać linę wokół skały.

Potem podszedł do krawędzi klifu, położył się na brzuchu

i   spojrzał   w   dół.   Jednak   zbyt   mocno   wysunięta   do   przodu
krawędź zasłaniała mu widok.

Spróbował krzyknąć, ale uznał, że huk fal, wiatr i krzyki

mew zagłuszą jego głos.

 - Coś jest nie tak - zauważył Hamish. - Ta lina była trochę

dłuższa.

  - Hamish, jestem pewna, że wszystko jest w porządku.

Musimy spróbować.

Duża fala rozbiła się o kamienistą plażę, rozbryzgując się

u jej stóp.

 - Pospieszmy się! - krzyknęła.
  - Ty pierwsza - zaproponował Hamish. - Myślałem, że

masz profesjonalny sprzęt wspinaczkowy, a nie jakąś cholerną
linę.

  -   To   dobra   lina,   a   ten   klif   ma   tylko   dziesięć   metrów

wysokości.

Dziewczyna   złapała   linę   i   zaczęła   się   wspinać.   Hamish

czekał,   aż   zniknęła   za   górną   krawędzią   klifu,   złapał   linę   i
podciągnął nogi w chwili, kiedy olbrzymia fala rozbiła się w
miejscu, w którym stał.

Kiedy wreszcie wdrapał się na szczyt, zastał tam Elspeth i

pana Jeffersona. Siedzieli razem na wrzosowisku i rozmawiali.

 - Nie powinno pana tutaj być - oburzył się. - Co pana tu

sprowadziło? Jak pan nas znalazł?

background image

Zanim   pan   Jefferson   zdążył   otworzyć   usta,   Elspeth

pospiesznie   opowiedziała   Hamishowi   o   postrzępionej   linie.
Hamish pochylił się i obejrzał przecięcie.

 - Jak wyglądał ten człowiek?
 - Nie widziałem jego twarzy - referował pan Jefferson. -

Był ubrany w czarną kurtkę z kapturem, zasłaniającym mu
twarz.

  - Chodźmy stąd - zarządził Hamish, rozwiązując linę. -

Wrócimy przez wioskę i nie będziemy się nimi przejmować.
Stało się. Jakim cudem nas pan znalazł? - spytał ponownie.

Pan Jefferson opowiedział, jak usłyszał plotki o tym, że

pani Docherty została przestraszona, i doszedł do wniosku, że
Hamish i Elspeth wybrali się w to miejsce. Szedł w tę stronę,
aż w końcu zobaczył tamtego mężczyznę odcinającego linę.

Wyruszyli powoli w drogę powrotną, zatrzymując się od

czasu   do   czasu,   żeby   teraz   naprawdę   wykończony   pan
Jefferson mógł odpocząć. Kiedy dotarli do osady, nikogo nie
dostrzegli.   Żadna   firanka   nie   zadrżała,   kiedy   przechodzili
obok.

  - Spotkamy się wszyscy na posterunku policji - polecił

Hamish.

 - Nie zamierzasz zadzwonić do Strathbane?
 - Właśnie to chcę z wami omówić.
Kiedy wszyscy troje znaleźli się w kuchni na posterunku,

Hamish od razu zaczął naradę.

  -   Sprawa   wygląda   tak.   Jeśli   powiadomię   Strathbane,

wyślą tam swoich ludzi. Znajdą przystań w jaskini, ale nic
poza   tym.   Kimkolwiek   są   ci   przestępcy,   będą   czekać   w
ukryciu, aż policja znowu zniknie. Zastraszyli mieszkańców
osady i ci siedzą cicho.

  - Zrobili coś więcej, niż tylko ich zastraszyli - dodała

Elspeth. - Oni w ogóle nie wydają się przerażeni. Wszyscy są
pod   wpływem   jakichś   duchowych   eksperymentów.

background image

Zastanawiam   się,   co   to   takiego.   Myślisz,   że   ktoś   próbuje
zamelinować tam jakąś wielką dostawę narkotyków?

Hamish zastanawiał się przez chwilę w milczeniu.
  -   Nie   muszą   zastraszać   czy   manipulować   wszystkimi

mieszkańcami   osady,   żeby   się   nie   wtrącali.   W   północnej
Szkocji jest pełno takich ukrytych miejsc, a wpłynięcie łodzią
do tamtej jaskini wymaga od załogi dużych umiejętności.

 - Wrak statku? - spytał pan Jefferson.
  - Coś mi właśnie przyszło do głowy - wyprostował się

nagle Hamish. - Co prawo mówi na temat wraków?

  - Mam w samochodzie laptop - podchwyciła Elspeth. -

Pójdę po niego i sprawdzę.

Dziewczyna   ruszyła   żwawo   do   auta,   wróciła   zaraz   z

laptopem.

  - Niech popatrzę. O, mam. Wraki. Tutaj jest napisane:

„Ustawa   o   ochronie   wraków   z   1973   daje   uprawnienia
sekretarzowi stanu w odniesieniu do dowolnego miejsca na
wodach Wielkiej Brytanii, po których pływa lub może pływać
rozbity statek, lub znajduje się na dnie morza. Wraki te muszą
być   chronione   przed   bezprawną   ingerencją   ze   względu   na
historyczne, archeologiczne lub artystyczne znaczenie statku
lub ze względu na przedmioty znajdujące się na nim teraz lub
przedmioty, które mogły znajdować się dawniej, a które teraz
mogą się znajdować w okolicy wraku". Proszę bardzo!

 - Jak ktoś mógłby zdobyć pozwolenie? - spytał.
 - Od sekretarza stanu, ale tutaj jest napisane, że mogą je

otrzymać   jedynie   osoby,   które   wykażą,   że   posiadają
odpowiednie   umiejętności   oraz   sprzęt   do   przeprowadzania
operacji   ocalenia   mienia   statku   w   sposób   zgodny   z
historyczną, archeologiczną lub artystyczną wartością obiektu.
Nawet jeśli ktoś dostanie pozwolenie, wszystko, co znajdzie,
musi   zostać   zgłoszone   urzędnikowi   do   spraw   katastrof
morskich,   który   musi   ogłosić   odnalezienie   wraku   w   celu

background image

poinformowania   potencjalnych   osób   roszczących   sobie   do
niego prawo.

 - No, to już coś na początek - powiedział Hamish.
 - Zapytam w biurze sekretarza stanu, żeby sprawdzić, czy

ktoś składał wniosek o pozwolenie na jakieś operacje morskie
na naszych terenach. Jeśli nie, wezmę od nich listę wraków.
Panie   Jefferson,   to   nieocenione,   że   zjawił   się   pan   w
odpowiednim momencie, ale proszę nie zbliżać się już więcej
do Stoyre. Obiecuje pan?

 - Obiecuję - zgodził się pan Jefferson, krzyżując palce za

plecami.

Kiedy Elspeth i pan Jefferson wyszli, Hamish poszedł do

Angeli, żeby odebrać Lugsa.

 - Wejdź i siadaj - zapraszała Angela, kiedy pies zmęczył

się już szczekaniem i skakaniem wokół Hamisha.

  -   Lugs   był   bardzo   przygnębiony.   Nie   zaczepiał   nawet

moich kotów. Napijesz się kawy?

 - Bardzo chętnie. Chyba poproszę o czarną - dodał szybko

Hamish, widząc, że jeden z kotów włożył głowę do dzbanka z
mlekiem.

  - A więc, co się dzieje? - spytała Angela. - Czy ty i ta

ładna reporterka jesteście parą?

 - Nie, nie jesteśmy. Ona jest ładna?
  -  Jeśli   jeszcze   tego   nie   zauważyłeś,  to   chyba   tylko   ty

jeden. Mary Bisset opowiada, że wy dwoje spotykacie się ze
sobą.

 - Powiedziałem jej tak tylko po to, żeby dała mi spokój.
 - Więc co wy dwoje robicie?
 - Węszymy wokół Stoyre.
 - Znaleźliście coś? - spytała, stawiając przed nim kubek z

kawą.

Posterunkowy zdjął koci włos z brzegu kubka i zastanowił

się, czy Angela zauważyłaby, gdyby tego nie wypił.

background image

  - Nic a nic - odparł Hamish. - Chociaż zwykle zwierzał

się   Angeli,   nie   chciał,   żeby   jeszcze   komuś   w   Lochdubh
przyszło   do   głowy   bawić   się   w   detektywa.   -   Czy   oprócz
Harry'ego   Baina   jest   w   Lochdubh   jeszcze   ktoś,   kto   kiedyś
mieszkał w Stoyre?

 - Jest stary pan Gorrie, mieszka przy drodze do Drim.
 - Pójdę z nim porozmawiać.
 - Po co?
 - Po prostu ciekawi mnie jedna sprawa. - Jaka?
  - Nie wierć mi dziury w brzuchu, Angelo. Nie mam w

tym momencie ochoty na rozmowę.

Następnego ranka Hamish wyjechał, żeby odwiedzić pana

Gorrie. Spodziewał się, że będzie to bardzo stary człowiek.
Jednak   w   szkockich   górach   trudno   jest   określić   z   wyglądu
faktyczny   wiek,   ponieważ   whisky   i   ostra   pogoda   często
sprawiają, że ludzie wydają się starsi.

Pan   Gorrie   otworzył   drzwi.   Jego   twarz   była   poorana

bruzdami i naznaczona wieloma zmarszczkami. Wciąż jednak
trzymał   się   prosto,   choć   głowa   zapadła   mu   się   nieco   w
ramiona. Czuć było od niego mocny zapach palonego torfu i
papierosów.

 - Wejdź, Hamishu - miło zapraszał. - Dawno cię u mnie

nie było.

Hamish   poczuł   wyrzuty   sumienia.   Zwykle   starał   się

odwiedzać starszych, samotnych ludzi podczas obchodu, żeby
sprawdzić, czy wszystko u nich w porządku. Zapomniał jakoś
o panu Gorrie.

Hamish nie chciał od razu przechodzić do pytań o Stoyre,

rozmawiali więc o pogodzie, jesieni i cenach owiec. W końcu
Hamish powiedział tak zwyczajnie, jak tylko potrafił:

 - Mieszkał pan kiedyś w Stoyre, prawda?
 - Tak, kiedy moja Jeannie jeszcze żyła, świeć Panie nad

jej duszą. Mieliśmy mały domek nad brzegiem morza. Kiedy

background image

podczas dwóch wielkich burz fale rozbijały się o nasze drzwi,
Jeannie   stanowczo   powiedziała,   że   nie   chce   już   więcej
mieszkać tak blisko morza. Ja przestałem już wypływać na
połowy ryb, więc kupiliśmy domek tutaj. Biedna Jeannie. Nie
żyje już od dwudziestu lat. Przez długi czas chciałem do niej
dołączyć, ale miłościwy Pan miał inne plany, dlatego wciąż
chodzę po tej ziemi. Nadal prowadzę samochód, ale zaczyna
to   już   być   trochę   trudne.   Za   każdym   razem,   kiedy   chcę
odnowić   prawo   jazdy,   muszę   przesłać   opinię   lekarza
potwierdzającą moją sprawność.

 - Czy ma pan kontakt z kimś ze Stoyre?
 - Nie, nie mam tam rodziny, a żeby zrobić zakupy, jeżdżę

teraz tylko do Drim.

  - Kiedy mieszkał pan w Stoyre, czy słyszał pan coś o

wrakach statków znajdujących się w okolicy?

  -   Nie,   o   niczym   takim   nie   słyszałem.   Zaraz,   poczekaj

chwilę. Dawno temu, na początku wojny...

 - Drugiej wojny światowej?
 - Tak, właśnie tej. Pamiętam czasy, kiedy rozprawiało się

o wojnie, to każdy wiedział, o której mowa. Kiedy zostałem
zdemobilizowany i wróciłem, mój ojciec opowiedział mi, że
na   plaży   niedaleko   przystani   znaleziono   dwóch   Niemców.
Jeden był martwy, natomiast drugi nie pożył za długo. Ten,
który jeszcze żył, nie chciał powiedzieć, skąd się tam wzięli i
czy byli rozbitkami z jakiegoś statku.

 - Kiedy to miało miejsce?
 - Nie pamiętam dokładnie, ale to było gdzieś na początku

wojny.

Hamish   westchnął. Będzie  musiał   poczekać  na   raport   z

biura   sekretarza   stanu.   Złożył   wniosek   rano,   zanim   jeszcze
przyjechał do pana Gorrie. Miał nadzieję, że biuro rządowe
prześle raport bezpośrednio do niego, a nie przez Strathbane.

Nagle zdał sobie sprawę, że pan Gorrie coś mówił.

background image

 - ...jak Napoleon.
  - Przepraszam - odparł Hamish. - Nagle pomyślałem o

czymś innym. O co chodzi z tym Napoleonem?

  - Rosja. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby

Rosja zachowała przymierze z Niemcami. Jednak tak się nie
stało   i   decyzja   Hitlera   o   ataku   na   Rosję   osłabiła   Niemcy.
Widzisz,   Napoleon   zrobił   to   samo.   Stracił   tysiące   ludzi.
Człowieku, nie ma na świecie tak groźnego przeciwnika, jak
rosyjska zima.

Rozmawiali dalej o różnych sprawach i Hamish obiecał,

że będzie go częściej odwiedzał.

„Sam   możesz   tak   skończyć   -   przemawiał   do   siebie   -

pewnego dnia będziesz za stary, żeby żyć samemu".

Przypomniał sobie swoje słodkie marzenia o poślubieniu

Priscilli i założeniu rodziny. Teraz jednak dziewczyna miała
wyjść za kogoś innego. „Dlaczego?" - zastanawiał się. Nigdy
nie   była   specjalnie   zainteresowana   seksem.   Może   jej
narzeczony rozniecił w niej jakąś iskrę, a jemu się nie udało.

Wrócił   myślami   do   Stoyre.   Wiele   lat   temu   morze

wyrzuciło na brzeg dwóch rozbitków, jednego martwego, a
drugiego konającego. Nie wzięli się przecież znikąd, musieli
wypaść z jakiegoś statku.

Cóż, nic nie mógł zrobić, pozostało tylko czekać na raport.

background image

Rozdział ósmy
Od   duchów,   zjaw,   i   potworów   I   innych   nocnych

koszmarów Wybaw nas Panie!

Stara, szkocka modlitwa

Dwa   dni   później   Hamish   otrzymał   długi   faks   z   biura

sekretarza   stanu.   Chwycił   kartkę,   czytał   z   zapałem
wiadomość, po czym rzucił ją z niesmakiem.

 - Nic! - nachmurzył się. - Zupełnie nic. Żadnych danych

na temat wraków w okolicy Stoyre z jakiegokolwiek okresu.
Co   teraz?   -   Lugs   nie   odpowiadał   i   wydawał   się   być
niezainteresowany.

Jeśli istnieje raport o jakimś statku, który może zawierać

cenny   ładunek,   wówczas   mógłby   ponownie   otworzyć
śledztwo w Strathbane.

Zadzwonił do Elspeth i opowiedział jej o raporcie.
 - Co teraz? - spytała dziewczyna.
 - Nie wiem - odparł Hamish, czując bezradność. - Jestem

pewny, że coś lub ktoś przestraszył śmiertelnie biedną Annie
Docherty. Kiedy dotarła do Stoyre, mogło  być już  ciemno.
Zastanawiam się, czy próbowaliby mnie przestraszyć.

 - Już dwa razy próbowali cię zabić. Prawdopodobnie teraz

nie będą wyskakiwać zza krzaków, krzycząc „buu!", jeśli coś
takiego   zrobili   pani   Docherty.   Sądzę,   że   powinieneś
poinformować Strathbane o tej jaskini, w której ktoś niedawno
cumował.

 - A co będzie, jeśli okaże się, że nie ma tam żadnego pala

do   cumowania?   Mogli   się   stamtąd   przenieść.   Jeśli   jednak
później zdobędę jakiś dowód, policja niechętnie zabierze się
do tej sprawy.

Pan   Jefferson   usiadł   w   domku   Annie   i   błądził

niewidzącym   wzrokiem   za   chmurą   papierosowego   dymu.
Zastanawiał się, co mógłby zrobić. Jeśli coś było przyczyną

background image

tego dziwnego, duchowego odrodzenia w Stoyre, być może na
plebanii znajdowała się jakaś wskazówka. Mógłby zaczekać,
aż   wszyscy   znajdą   się   w   kościele   i   wtedy   włamać   się   na
plebanię.

Zadzwonił do Hamisha Macbetha.
 - Jak się nazywa właściciel pubu w Stoyre?
 - Andy Crummack. Czemu pan pyta?
 - Znam to nazwisko. Już go kiedyś spotkałem.
 - Niech pan posłucha, panie Jefferson, przypuszczam, że

Stoyre jest bardzo niebezpiecznym miejscem. Nie wolno tam
panu jechać.

  - Oczywiście, że nie - zapewniał pan Jefferson - dałem

panu słowo, prawda?

Pożegnał   się,   odłożył   słuchawkę,   sprawdził   w   książce

telefonicznej numer telefonu do „Ręki rybaka" i sięgnął po
aparat. Telefon odebrał mężczyzna i pan Jefferson spytał:

 - Czy to Andy Crummack.
 - Tak, a kto mówi?
 - Jestem turystą. Chciałem tylko odwiedzić wasz kościół.

Kiedy jest następna msza?

 - Jutro o jedenastej.
Pan Jefferson podziękował mu i rozłączył się. Jeśli byli

przygotowani na to, że ktoś z zewnątrz będzie przyglądał się
ich uroczystości, wówczas w kościele nie działo się nic, co
chcieli ukryć.

Pojedzie do Stoyre jutro rano i kiedy tylko upewni się, że

wszyscy są już w kościele, włamie się na plebanię i zobaczy,
czy uda mu się cokolwiek znaleźć. Był to winien Annie.

Pan   Jefferson   wyruszył   następnego   ranka,   czując   się

podekscytowany i odmłodzony tym, że wreszcie coś robi w
konkretnym   celu.   Zaplanował   swój   przyjazd   do   Stoyre   na
dziesięć   po   jedenastej.   Osada   wyglądała   na   opuszczoną.
Ruszył szybko w kierunku plebanii, obszedł dom i stanął pod

background image

kuchennym drzwiami. Nacisnął na klamkę i okazało się, że
drzwi   były   otwarte.   Wśliznął   się   do   środka,   przeszedł,
rozglądając   się,   przez   kuchnię,   szukał   gabinetu   pastora.
Podszedł do zamkniętych na klucz drzwi, wyciągnął swój pęk
wytrychów i otworzył je. Pospiesznie wkroczył do środka i
skierował się prosto do biurka. Zaczął przeglądać papiery.

Kazania i sprawy parafialne, nic interesującego. Otworzył

szufladę   po   prawej.   Nadal   nic   interesującego:   jakieś   sterty
papierów, wyciągi bankowe i stare kazania. Otworzył szuflady
po lewej. W górnej znalazł odbitkę obrazu.

Odwrócił   kartkę.   Na   odwrocie   widniał   napis:   „Józef,

biskup   Sarras,   syn   Józefa   z   Arymatei,   obiecał   po   śmierci
przekazać Święty Graal Alainowi, który klęczy, pogrążony w
modlitwie. Z 'Historii Świętego Graala', francuski manuskrypt,
początek XIV wieku".

„Czy to wszystko?" - zastanawiał się. Czy to był powód

duchowego odrodzenia w Stoyre? Czy przesądni mieszkańcy
zostali przekonani, że ktoś podaruje im Świętego Graala?

Wyczuł jakiś delikatny ruch za swoimi plecami, odwrócił

się, ale było już za późno. Ktoś zarzucił mu na głowę torbę i
wykręcił ręce do tyłu.

Przez   następne   dwa   dni   Hamish   musiał   zapomnieć   o

spekulacjach na temat Stoyre. Siedmiolatek Tommy Gilchrist
z Braikie zaginął. Policja przeczesywała Braikie i okoliczne
tereny. Główny inspektor Blair stał na czele śledztwa i kiedy
nie   był   zajęty   organizowaniem   konferencji   prasowych,
upewniał się, że Hamish nie zbliża się na krok do rodziców
chłopca. Chciał, żeby wszystkie zasługi związane z tą sprawą
były przypisane jemu.

Żeby   zdobyć   jakieś   informacje,   Hamish   musiał   polegać

jedynie na krótkich rozmowach z Jimmym Andersonem.

  - To całkiem zwyczajni ludzie - relacjonował Jimmy. -

Ian   i   Morag   Gilchrist   doczekali   się   dziecka   dość   późno.

background image

Według   mnie   byli   chyba   dość   surowi   dla   tego   chłopca.
Widziałem   jego   pokój.   Żadnych   plakatów,   zabawek,   nic   z
rzeczy, których mógłbyś się tam spodziewać.

 - A co z krewnymi? - spytał Hamish.
 - Ma ciotkę i wujka w Strathbane. Niczego się od nich nie

dowiedzieliśmy.

 - Czy zniknęły jakieś ubrania chłopca?
  -   Tylko   te,   w   które   był   ubrany   do   szkoły   w   dniu

zaginięcia. To wszystko.

 - Czy z domu zniknęły pieniądze albo jedzenie?
  -   Nie   sądzę,   żeby   ktoś   ich   o   to   pytał.   Czemu   cię   to

interesuje?

  - Ten malec  mógł   po prostu  uciec   z  domu   - dociekał

Hamish.

 - To trwa już dwa dni. Myślę, że mógł mieć wypadek. O,

idzie Daviot. Biegnę i popytam jeszcze tu i tam.

 - Macbeth! - zawołał Daviot.
W tym samym momencie, w którym Hamish podszedł do

swojego   przełożonego,   pojawiła   się   potężna   i   spocona
sylwetka Blaira.

  -  Wygląda   na   to,  że   stoimy   w  miejscu   -   podsumował

Daviot.

 - Robimy, co w naszej mocy - warknął Blair. - Wracaj do

swoich obowiązków, Macbeth.

 - Poczekaj chwilę - wtrącił Daviot. - Rozmawiałeś może z

rodzicami chłopca? - spytał Hamisha.

 - Nie.
 - Nie, co? - warknął Blair.
 - Nie, sir.
 - Myślę, że powinieneś z nimi porozmawiać.
  -   Nie   widzę...   -   zaczął   Blair   ze   złością,   jednak

nadkomisarz uniósł dłoń.

background image

  -   Macbeth   zna   tutejszych   ludzi.   Może   uda   mu   się

wyciągnąć   od   rodziców   jakieś   informacje,   które   ty
przeoczyłeś. Idź i zobacz się z nimi.

Hamish czym prędzej wyruszył do domu komunalnego na

obrzeżach miasteczka, w którym mieszkali państwo Gilchrist.
Wytłumaczył policjantowi, który pełnił wartę przy drzwiach,
że polecono mu porozmawiać z rodzicami.

Zdjął  czapkę  i  usiadł  w fotelu, naprzeciwko pani i pan

Gilchrist siedzieli obok siebie na sofie. Przyglądał się im. Byli
w średnim wieku i bardzo do siebie podobni, oboje okrągli,
korpulentni,   o   pucołowatych,   niewzruszonych   twarzach.   Na
nalanej twarzy pani Gilchrist nie widać było śladu łez. Hamish
z   niepokojem   pomyślał   o   mieszkańcach   Stoyre.   „Tutaj
również kryła się jakaś tajemnica" - pomyślał, a jego góralska
intuicja wyostrzyła się.

  -   Tylko   kilka   pytań   -   zaczął   uspokajająco.   -   Mówią

państwo,   że   syn   wyszedł   do   szkoły,   tak   jak   zwykle,   ale
nauczyciel zgłasza, że dziecko nigdy tam nie dotarło.

  -   Zgadza   się   -   odparł   pan   Gilchrist,   a   jego   głos   był

chrapliwy i nieprzyjemny. Był to głos człowieka, który nie
odzywał się za często.

 - Czy Tommy był szczęśliwym dzieckiem?
  - Nie miał żadnych powodów, żeby być nieszczęśliwy -

oświadczyła   pani   Gilchrist   -   dajemy   mu   wszystko,   czego
potrzebuje.

 - Zauważyłem, że w policyjnych raportach nie ma nic o

jego   przyjaciołach   ze   szkoły.   Czy   miał   jakiegoś   bliskiego
przyjaciela?

Rodzice   spojrzeli   na   siebie,   a   potem   pan   Gilchrist

poinformował:

 - Nic o tym nie wiemy.
 - Jednak chyba musicie utrzymywać kontakty z rodzicami

kolegów syna. Pani Gilchrist?

background image

 - Wolimy pilnować własnego nosa.
 - Mogę obejrzeć pokój chłopca?
Pani Gilchrist podniosła się z wysiłkiem i ruszyła w stronę

drzwi.   Hamish   podążył   za   nią.   Kobieta   poszła   na   górę   i
otworzyła drzwi.

„Jimmy nie mówił, że jest aż tak źle" - pomyślał Hamish.
W   pokoju   stało   wąskie   łóżko,   wąska,   wysoka   szafa,

twarde   krzesło   i   biurko.   Na   nocnej   szafce   leżała   Biblia.
Hamish   stał   w   bezruchu,   wczuwając   się   w   panującą   tu
atmosferę.

  -   Chodźmy   na   dół.   Chciałbym   zadać   państwu   jeszcze

kilka pytań.

Usiadł i zwrócił się do pani Gilchrist, kiedy kobieta opadła

już na sofę.

 - Czy Tommy chodził do kościoła?
  -   Tak   -   powiedział   pan   Gilchrist   z   dumą.   -   W   każdą

niedzielę   bez   wyjątku.   Rano   idzie   z   nami   na   mszę,   potem
szkoła niedzielna po południu i wieczorne czytanie Biblii.

  -   To   naprawdę   sporo   religii   jak   na   jednego,   małego

chłopca.

 - Religii nigdy za wiele - stwierdził pan Gilchrist, a jego

oczy płonęły.

  -   Czy   ma   pan   coś   przeciwko   temu,   żebym   zajrzał   do

waszego ogrodu?

Nic nie odpowiedzieli, siedzieli tylko i patrzyli na niego.

Hamish przeszedł przez kuchnię znajdującą się z tyłu domu,
otworzył drzwi, po czym trzasnął nimi, wciąż pozostając w
środku. Zaczął otwierać różne szuflady, aż znalazł tę, w której
znajdowały się klucze, z których wybrał jeden, mały, srebrny.
Cicho jak kot, poruszając się na palcach, wrócił do schodów.
Kiedy   szedł   do   pokoju   Tommy'ego,   zauważył,   że   pod
schodami znajdowała się zamknięta na kłódkę szafa. Wsunął
klucz   do   zamka   i   otworzył   drzwi.   Spojrzała   na   niego   para

background image

przerażonych   oczu.   Tommy   Gilchrist   siedział   tam,
zakneblowany i związany.

Hamish   pobiegł   do   frontowych   drzwi,   otworzył   je   i

krzyknął: - Jest tutaj!

Pobiegł z powrotem i wziął chłopca na ręce, podczas gdy

policjanci   wpadli   do   domu   i   zgromadzili   się   wokół   niego.
Chłopiec zaczął płakać. Hamish rozwiązał go i wyciągnął mu
knebel   z   buzi.   Podniósł   malca   delikatnie   i   wyniósł   na
zewnątrz. Z salonu dobiegał ostry głos Jimmy'ego Andersona,
który   odczytywał   rodzicom   zarzuty   o   znęcanie   się   i
zaniedbywanie dziecka.

  -   Zadzwoniliśmy   po   karetkę   -   zapewniał   policjant   -

biedny maluch. Jego rodzice muszą być potworami.

 - Podejrzewam, że są fanatykami religijnymi - stwierdził

Hamish ponuro - ale cicho, nie rozmawiajmy o tym więcej
przy chłopcu.

Flesze aparatów błyskały Hamishowi w twarz. Przyjechali

dziennikarze. Hamish odwrócił się do policjantki i szepnął:

 - Chłopiec bardzo śmierdzi. Nie pozwolili mu nawet iść

do toalety. Idź i weź pidżamę i czyste ubranie.

Karetka   szybko   dotarła   na   miejsce,   chociaż   Hamishowi

wydawało   się,   że   trwa   to   całe   wieki.   Podniósł   chłopca
delikatnie   i   ułożył   go  w   samochodzie.   Wróciła   policjantka,
niosąc   małą   walizkę   z   rzeczami  Tommy'ego,  wsiadła   do
środka, a Hamish przekazał jej chłopca.

Blair siedział przy barze w miejscowym pubie, pił dużą

whisky i rozmawiał z barmanem.

  - Jeśli o mnie chodzi, to szkoda czasu policji. Chłopak

pewnie spadł ze skały albo utopił się w bagnisku.

Potem usłyszeli odgłos policyjnych syren mijających pub.

Inspektor dopił whisky i wybiegł na ulicę. Pierwszą rzeczą,
jaką   zobaczył,   był   tłum   ludzi   kłębiących   się   pod   domem
państwa Gilchrist, których właśnie prowadzono do radiowozu.

background image

Blair brutalnie torował sobie drogę przez tłum, aż wreszcie

znalazł Jimmy'ego Andersona.

 - Co się stało?
 - Hamish znalazł Tommy'ego, siedział związany w szafie

pod schodami. O rany, a nam nawet nie przyszło do głowy,
żeby przeszukać dom - dodał  Jimmy  złośliwie. - Szkoda, że
pana   nie   było.   Dziennikarze   zrobili   kilka   niezłych   zdjęć
Hamisha niosącego chłopca.

***
  -   Co   skłoniło   rodziców   do   tego,   żeby   zrobić   coś   tak

potwornego własnemu dziecku? - spytał Hamish  Jimmy'ego,
kiedy siedzieli wieczorem na posterunku w Lochdubh.

  - Znaleźli „Playboya" schowanego pod jego materacem.

Powiedzieli,   że   opętał   go   diabeł   i   ich   obowiązkiem   było
wypędzić go z chłopca.

 - To chyba ich opętał diabeł. Co stanie się z chłopcem?
 - Państwo Clair, czyli ciotka i wujek chłopca, są przy nim

w   szpitalu.   Mam   nadzieję,   że   sąd   przyzna   im   opiekę   nad
dzieckiem.   Daviot   wezwał   nas   wszystkich   na   dywanik.
Dlaczego nie przeszukaliśmy domu? Na miłość boską, jak ty
na to wpadłeś? Kiedy nie ma dziecka, a rodzice zgłaszają jego
zaginięcie policji, nie myślisz o tym, żeby przeszukać dom.

 - Zobaczyłem pokój chłopca. Matka w ogóle nie płakała.

Widziałem Biblię przy jego łóżku. Czemu jednak zgłosili jego
zaginięcie.

  -   Nie   zgłosili.   To   wszystko   dzięki   tej   młodej

nauczycielce, która uczy Tommy'ego. Kiedy nie zjawił się w
szkole, poszła do jego domu. Rodzice powiedzieli, że wyszedł
do   szkoły   i   to   wszystko.   Zaczęła   więc   pytać   ludzi   z
miasteczka, a potem zadzwoniła na policję.

  - Mogę wejść - zawołała Elspeth, otwierając drzwi do

kuchni.

background image

Zanim Hamish zdążył odpowiedzieć, dziewczyna weszła i

usiadła razem z nimi.

 - Jesteś bohaterem dnia - uśmiechnęła się do Hamisha. -

W końcu cię awansują, czy ci się to podoba, czy nie. Ale ja
mam dla ciebie kolejną zagadkę.

 - Jaką?
  -   Nikt   nie   widział   ostatnio   pana   Jeffersona   i   jego

samochód   zniknął.   Przed   chwilą   byłam   u   niego   w   domu.
Drzwi   są   zamknięte.   Znalazłam   z   tyłu   okno,   przez   które
weszłam do środka.

  - Włamanie i wtargnięcie - zażartował z niej Jimmy  -

powinniśmy cię aresztować.

  -   Zobaczcie,   znalazłam   na   stole   kuchennym   kartkę

papieru, jest na niej napisane: „Wyjechałem na jakiś czas na
południe. Do zobaczenia wkrótce, Charlie".

 - Masz ją ze sobą?
 - Tak, proszę - dziewczyna wyciągnęła kartkę z kieszeni i

podała im.

 - Czy to jest jego charakter pisma?
  -   Nie   wiem   -   odparła   Elspeth   -   po   co   ktoś   miałby

zostawiać taki list u niego w domu?

 - Nie podoba mi się to. Ma to coś wspólnego ze Stoyre.

Jadę   tam   teraz.   Zobaczę,   czy   uda   mi   się   znaleźć   jego
samochód.

 - Jadę z tobą!
  - Nie, jadę sam. W ten sposób będę mniej się rzucał w

oczy.

Elspeth na próżno protestowała. Hamish wyruszył w drogę

razem z Lugsem.

Noc była jasna i gwieździsta, a w powietrzu czuć było

delikatny   przymrozek.   Hamish   zostawił   land   rovera   nad
brzegiem morza i zaczął iść w kierunku osady, jednak nigdzie
nie widział samochodu pana Jeffersona.

background image

  - Pójdziemy na północ - mruknął do Lugsa - ten stary

głupiec mógł znowu pójść w tamtą stronę.

Pan i jego pies wyszli z wioski. Właśnie dochodzili na

szczyt   wzgórza,   do   miejsca,   w   którym   nagle   kończyła   się
ścieżka, kiedy duża, zakapturzona postać wyrosła nagle tuż
przed Hamishem. W pierwszej chwili posterunkowy zamarł z
przerażenia,   potem   jednak   spojrzał   na   swojego   psa.   Lugs
siedział   spokojnie   w   świetle   księżyca,   zadowolony   z
odpoczynku   po   tak   długim   spacerze.   Hamish   odetchnął
głęboko.

  - Chodź, piesku - powiedział i przeszedł przez stojące

przed nim widziadło. Odwrócił się, a zjawa już zniknęła.

Wrócił biegiem do land rovera i ruszył w drogę powrotną

do   Lochdubh,   jadąc   tak   szybko,   jak   tylko   mógł.   Teraz   już
wiedział,   co   zabiło   Annie.   Pobiegł   do   biura   i   zawahał   się,
sięgając   po   telefon.   Zamiast   do   Strathbane,   zadzwonił   do
Elspeth i opowiedział jej, co się stało.

  -   To   hologram   -   szepnęła   zaskoczona   i   podniecona.   -

Widziałeś już jakiś wcześniej?

 - Nie, nigdy.
  -   Och,   czasami   używają   ich   w   zamkowych   muzeach,

gdzie przedstawiają jakieś historyczne postaci.

 - Znasz kogoś, kto potrafi je tworzyć?
  -   Tak   sądzę.   Mój   były   chłopak,   zawsze   był   kujonem,

mieszka w Strathbane. Lepiej zadzwoń do komendy.

  - Jeszcze nie. Muszę pokazać tym naiwniakom z osady,

jak   dali   się   nabrać.   Możesz   na   jutro   sprowadzić   swojego
przyjaciela   razem   z   jego   sprzętem?   Czy   długo   zajmie
przygotowanie takiego hologramu?

 - Muszę go spytać. Wydaje mi się, że eksperymentował z

nimi kiedyś. Wiem, że hologram to wiązki światła tworzące
pewien wzór, który nagrywa się na kliszę filmową, a który

background image

przy odpowiednim odtworzeniu tworzy trójwymiarowy obraz.
Czyj hologram chcesz zrobić?

 - Jezusa Chrystusa.
 - To żądanie, bluźnierstwo czy prośba?
 - Prośba. Jak ma na imię twój chłopak?
 - Były chłopak. Graham Southey.
  -   Jak   z   nim   porozmawiasz,   powiedz,   żeby   do   mnie

zadzwonił.

***
Hamish   chodził   w   tę   i   z   powrotem.   Kiedy   zadzwonił

telefon, chwycił nerwowo za słuchawkę. Odezwał się Graham.
Hamish wtajemniczył go w szczegóły sprawy, a potem spytał:

 - Dasz radę to zrobić?
  - Przywiozę jutro sprzęt - obiecał Graham. - To bardzo

ekscytujące.   Pamiętaj,   żadnych   gwałtownych   ruchów
powietrza w pomieszczeniu, nie może się tam znajdować zbyt
głośna wentylacja lub innego rodzaju wibracje. Temperatura
powinna być stała.

 - Myślę, że to się da zrobić.
 - Będę pracował całą noc i jutro przyjadę.
Hamish podziękował mu i rozłączył się. Teraz w końcu

przekona się, czy uda mu się stworzyć coś, co przerwie tę
osobliwą zmowę milczenia panującą w Stoyre.

W piwnicy plebanii siedział pan Jefferson, przywiązany

do krzesła. Nie został zakneblowany, krzyczał więc lak długo,
aż   opadł   z   sił.   W   czasie   posiłków   dwaj   zamaskowani
mężczyźni rozwiązywali go i czekali, aż skończy jeść. Potem
prowadzili go do wiadra z zamontowanym sedesem i czekali
cierpliwie,   kiedy   próbował   załatwić   swoje   potrzeby,   jak
dziecko, które uczy się korzystania z toalety. Potem znów go
związywali. Pan Jefferson był bardzo sprawny  jak na  swój
wiek, jednak zaczynał coraz bardziej opadać z sił. Mieszkańcy
Lochdubh   bardzo   troszczyli   się   o   niego   od   czasu   śmierci

background image

Annie, był więc przekonany, że wielu z nich pukało do drzwi
jego   domku.   Sądził,   że   nie   mogąc   go   zastać,   zawiadomili
Macbetha.   Jeśli   to   była   plebania,   to   co   za   pastor   w   niej
mieszkał? Przynajmniej go nie bili. Choć był zbyt przerażony,
żeby   jeść,   musiał   przyznać,   że   posiłki   były   smaczne   i
pożywne.   Daremnie   szarpał   krępujące   go   więzy.   Miał
przeczucie, że znajdująca się nad jego głową plebania była
pusta.   Najbardziej   przerażała   go   myśl,   że   oni,   kimkolwiek
byli, w końcu jednak go zabiją.

Zaniepokojeni   mieszkańcy   Stoyre   zgromadzili   się   w

kościele.   Czarny   materiał,   jeszcze   z   czasów   drugiej   wojny
światowej, zasłaniał okna.

Pastor   Fergus   Mackenzie   stanął   i   zwrócił   się   do

zgromadzonych.

 - Obecny tu pan Macbeth z jakiegoś powodu wierzy, że

zostaliśmy oszukani i zamierza pokazać nam, w jaki sposób.

  -   Bzdury   -   krzyknęła   ze   złością   jakaś   kobieta.   Ludzie

ruszyli do wyjścia, Hamish jednak wcześniej upewnił się, że
drzwi były pozamykane.

Graham   ustawił   swój   sprzęt   na   stole   z   tyłu   kościoła.

Hamish spodziewał się, że będzie chuderlawym mięczakiem
w grubych okularach, on jednak okazał się być wysokim i
przystojnym blondynem.

Hamish  skinął  mu głową. Kościół  wypełniła  niebiańska

muzyka, wznosząc się i opadając, i nagle przed oniemiałym
tłumem pojawiła się postać Jezusa. Ludzie zaczęli padać na
kolana. Oczy Jezusa były pełne współczucia, a ramiona miał
rozpostarte nad zgromadzonymi.

Muzyka   ucichła.   Zwykle   miękki   głos   Hamisha   brzmiał

ostro, kiedy posterunkowy krzyknął:

  -   Właśnie   tak   to   zostało   zrobione.   Ktoś   sprawił,   że

uwierzyliście,   że   coś   wam   się   objawiło.   To   jest   zwykły

background image

hologram. Chodźcie i dołączcie do Grahama, stojącego z tyłu
kościoła. On pokaże wam, jak to działa.

Elspeth   zaczęła   ściągać   zasłony   i   promienie   słońca

oświetliły   kościół.   Kiedy   ludzie   zgromadzili   się   wokół
Grahama,   zaczął   tłumaczył   im   zwięźle,   w   jaki   sposób
powstają hologramy. Ktoś głośno westchnął i usłyszeli odgłos
upadającego ciała. Pani Mackenzie, żona pastora, zemdlała.
Kilku mężczyzn podniosło ją i posadziło na ławce.

 - Więc teraz proszę, żebyście zaczęli mówić - przemawiał

Hamish, kiedy Graham skończył swój wykład. - Opowiedzcie,
w jaki sposób zostaliście oszukani.

Ludzie stali ze spuszczonymi głowami, szurając nogami.
  - Ja powiem - odezwał się Fergus Mackenzie. - Było to

kilka   miesięcy   temu,   dzień   był   ponury   i   miałem   właśnie
rozpocząć nabożeństwo, kiedy pojawił się przed nami Bóg.

 - Skąd pan wiedział, że to był Bóg? - spytał Hamish.
 - Wyglądało to jak ilustracja z Biblii.
 - Długie włosy, obfita, falująca broda, sandały?
 - Proszę nie bluźnić, oficerze?
  - No dalej! - krzyknął Hamish. - Jedna z tych waszych

wizji śmiertelnie przeraziła starszą kobietę.

  - Usłyszeliśmy  muzykę, a   potem  pojawił  się   ten głos,

jakby nie z tej ziemi. Bóg powiedział nam, że ludzie pracujący
dla niego zamierzają wydobyć z dna morza Świętego Graala.
Będzie to długie i trudne zadanie i nie wolno nam rozmawiać
o tym z nikim spoza osady. W przeciwnym razie jego gniew
zwróci się przeciwko nam i wszyscy będziemy smażyć się w
ogniu piekielnym.

 - Widzieliście tych ludzi? Gdzie oni są?
 - Ich łódź jest zacumowana w Scorie Bay. Nie może nas

pan winić, oficerze. Jesteśmy prostymi ludźmi.

  -   Czy   Bóg   kazał   wam   również   wysadzić   w   powietrze

domek majora?

background image

 - Mieliśmy następną wizję...
 - Co to było tym razem?
  -   Archanioł   Gabriel.   Powiedział   nam,   że   major   był

grzesznym człowiekiem i że Graal nie może zostać złożony w
naszym kościele, jeśli on nadal będzie mieszkał w osadzie.

 - Więc kto wykonał brudną robotę? Pastor zwiesił głowę.
 - Wszyscy ponosimy za to odpowiedzialność.
 - Zajmę się tym później. Macie trzymać język za zębami i

wrócić do swoich zajęć, tak jak zwykle. Nie chcę, żeby coś
zaalarmowało   tych   ludzi.   Teraz   powiedzcie   -   kontynuował
Hamish   -   co   zrobiliście   z   tym   starszym   dżentelmenem,
Charliem Jeffersonem?

Pan   Jefferson   usłyszał   odgłosy   kroków,   ktoś   schodził

szybko   po   schodach   do   piwnicy.   Poczuł,   że   ogarnia   go
przerażenie. Jeśli przyszli, żeby z nim skończyć?

Drzwi otworzyły się i do środka wszedł Hamish Macbeth,

a   za   nim   Elspeth   i   Graham.   Oczy   pana   Jeffersona   nagle
wypełniły się łzami i mężczyzna wykrztusił:

 - Myślałem, że już nigdy nie przyjdziecie.
Hamish   wyciągnął   składany   nóż,   otworzył   go   i   rozciął

więzy   krępujące   Jeffersona.   Elspeth   klęknęła   i   zaczęła
rozmasowywać   mu   kostki.   Hamish   podał   Charliemu
piersiówkę z whisky i mężczyzna pociągnął solidny łyk.

 - Może ktoś ma przy sobie papierosy?
Graham wyjął paczkę, zapalił jednego papierosa i podał go

Charliemu.

 - Więc co się stało? - spytał pan Jefferson.
  -   Najpierw   niech   pan   lepiej   powie,   skąd   pan   się   tutaj

wziął - odparł Hamish.

  -   Dowiedziałem   się,   że   ktoś   śmiertelnie   przestraszył

Annie. Pomyślałem, że przyjadę tutaj i kiedy wszyscy będą w
kościele, rozejrzę się po plebanii. Skoro ten pastor ma taki
wpływ na całą osadę, pomyślałem, że mogę tu coś znaleźć.

background image

Przeszukiwałem   właśnie   szuflady   jego   biurka,   kiedy   ktoś
zarzucił mi worek na głowę i zostałem tutaj sprowadzony siłą.

 - Panie Jefferson, trudno mi oskarżyć pastora o porwanie,

ponieważ Strathbane zna pana kryminalną przeszłość i będą
zadawać trudne pytania, na przykład dlaczego pan się włamał
i wtargnął na plebanię. Zabiorę pana do Lochdubh i proszę,
żeby pan tam został, aż cała sprawa się wyjaśni.

  - Nie chcę już mieszkać w Lochdubh - powiedział pan

Jefferson, a jego oczy znów wypełniły się łzami. - Bez Annie
to już nie to samo. Myślisz, że miałaby coś przeciwko temu,
gdybym sprzedał jej domek i wrócił do Londynu? Tutaj za
dużo się dzieje.

  - Nie sądzę, żeby miała coś przeciwko temu - zapewnił

Hamish.   -   Tymczasem   wracajmy   do   domu.   Elspeth   pana
odwiezie. Pański samochód znajduje się w garażu pastora. Na
razie   zostawimy   go   tam.   Nie   jest   pan   w   stanie   prowadzić.
Wyślę kogoś po pańskie auto.

  -   Ja   mogę   nim   pojechać   -   odezwał   się   Graham.   -

Zostawiłem swój samochód na posterunku.

 - Dzięki za pomoc, Graham. A teraz pozwólcie, że zajmę

się pastorem.

Kiedy wyszli, Hamish dołączył do siedzącego w kuchni

pastora.

  - Musi pan wybaczyć mojej żonie - sumitował się pan

Mackenzie - poszła się położyć. Żyła w dużym napięciu. Bała
się,   że   ten   starszy   dżentelmen   umrze.   Myślę,   że   wszyscy
oszaleliśmy.

Hamish spojrzał na niego z uwagą.
 - Mamy nowe stulecie. Jakim cudem ludzie mogą żyć w

takim   odizolowaniu   w   dobie   telewizji   i   wszystkich   tych
środków masowego przekazu?

background image

  - W Stoyre nie mamy telewizji. Góry blokują odbiór, a

nikt nie przejmuje się takim miejscem, jak to. Nasza wiara w
Boga jest bardzo silna.

 - Trochę gorzej jest natomiast ze zdrowym rozsądkiem -

odparł Hamish. - A teraz muszę powiedzieć, że jeszcze nie
ufam panu na tyle, żeby wtajemniczać pana w dochodzenie.
Proszę,   żeby   wszyscy   zajęli   się   własnymi   sprawami   i   pod
żadnym pozorem nie rozmawiali o tym, co tu się wydarzyło.
Albo   oskarżę   was   wszystkich   o   morderstwo   i   porwanie.
Rozumie pan?

Pastor skinął głową.
  - Jeśli będziecie współpracować, daruję wam porwanie

pana Jeffersona.

 - Zrobię wszystko, o co pan poprosi.
 - Czy widział pan tych mężczyzn z Scorie Bay?
  - Zostaliśmy poinstruowani, żeby trzymać się z dala od

tego miejsca. Wydaje mi się jednak, że za dnia chowają gdzieś
swoją   łódź   i   nurkują   w   nocy.   Musi   nam   pan   wybaczyć.
Myśleliśmy, że taka jest wola boska.

  - Dla odmiany  moglibyście  spróbować chrześcijaństwa

lub judaizmu - grzmiał Hamish sarkastycznie. - I przestańcie
się zachowywać, jakbyście byli członkami jakiegoś dziwnego
kultu. Wie pan, skąd się wzięła opowieść o Świętym Graalu?
Sięga czasów legend celtyckich i magicznych naczyń do picia.
- Przed oczami  stanęła mu wykrzywiona ze strachu twarzy
pani   Docherty,   dodał   więc   z   wściekłością:   -   Dorośnij,
człowieku! Po prostu dorośnij!

„Czas   wybrać   się   do   Strathbane   -   pomyślał   Hamish,

wychodząc z plebanii. - Mam sporo do wyjaśnienia".

Po   powrocie   do   Lochdubh   Hamish   próbował   zostawić

Lugsa u Elspeth, ale zwykle przyjaźnie usposobiony pies tym
razem   warczał   i   szczerzył   zęby.   Posterunkowy   musiał
ponownie   błagać   o   pomoc   Angelę.   Pojechał   do   komendy   i

background image

pomaszerował do gabinetu nadkomisarza Daviota. Natknął się
na zaporę w postaci jego sekretarki, Helen.

  - Nie wejdzie pan tam - oświadczyła, zasłaniając sobą

drzwi. - Jest bardzo zajęty i nie wolno mu przeszkadzać.

Hamish podniósł kobietę i postawił obok, po czym wszedł

do   środka.   Daviot   siedział   w   fotelu   przed   telewizorem,
oglądając mecz Rangersów z Celtikiem. Podniósł się z trudem
z fotela i zapytał z wściekłością:

  - Jak śmiesz wdzierać się tutaj? Prosiłem, żeby mi nie

przeszkadzać.

  -   Zmieni   pan   zdanie,   kiedy   usłyszy,   co   mam   do

powiedzenia - uśmiechnął się Hamish przyjaźnie.

  - W porządku. Możesz usiąść. Lepiej, żeby to było coś

naprawdę ważnego.

Hamish cierpliwie rozpoczął swoją relację od początku,

opowiadając   o   hologramie,   który   przestraszył   jego   i   panią
Docherty,   a   potem   o   przedstawieniu,   jakie   urządził
mieszkańcom   Stoyre.   Nie   wspomniał   jednak   nic   o   panu
Jeffersonie.

 - Zatem - kończył opowieść - nocą nurkują w Scorie Bay i

wtedy możemy ich złapać.

  -   Powinniśmy   zgłosić   się   do   biura   sekretarza   stanu   i

sprawdzić, czego oni tam szukają.

 - Już to zrobiłem - cierpliwie kontynuował Hamish. - Nie

mają żadnych informacji na temat jakiegokolwiek wraku w
tych okolicach.

  - Mogliśmy zająć się tą sprawą wcześniej, gdybyś nie

trzymał wszystkich informacji dla siebie!

  -   Dopóki   nie   zmusiłem   mieszkańców   i   pastora,   żeby

zaczęli   mówić,   niczego   byście   nie   znaleźli.   Oddział
przyjechałby w ciągu dnia i nie trafilibyście na żaden ślad.

  -   Gol!   -   przeciągle   krzyknął   sprawozdawca   z   ekranu

telewizora.

background image

Pan Daviot odwrócił się, spojrzał i westchnął.
  - W porządku. Zajmę się tym i będę cię informował na

bieżąco.

 - Nie - zaprotestował Hamish.
 - Coś ty powiedział, Macbeth?
 - Chodziło mi o to, sir, żeby być na miejscu, kiedy zjawi

się oddział. To moje dochodzenie.

  - Ta sprawa jest dla ciebie zbyt duża. No dobrze, niech

tak będzie. Spróbuję zorganizować ludzi i pojedziemy  tam,
powiedzmy,   o   północy.   Spotkajmy   się   w   Stoyre   i   stamtąd
ruszymy dalej.

  -   Wiem,   gdzie   cumują   łódź.   Urządzili   sobie   port   w

jaskini, do której można dostać się tylko schodząc z klifu. Nie
można   tam   dotrzeć   w   czasie   przypływu.   Potrzebni   są
wyszkoleni alpiniści.

 - Będziemy mieć łodzie i alpinistów - zapewnił Da - viot,

a jego wzrok znowu powędrował tęsknie w stronę odbiornika
telewizyjnego.

 - Ale da mi pan znać, jeśli to będzie dziś w nocy?
 - Tak, tak.
Hamish   czekał   niecierpliwie   cały   dzień.   Telefon

zadzwonił   kilka   razy,   ale   byli   to   tylko   mieszkańcy,   którzy
chcieli porozmawiać i Hamish musiał siłą powstrzymywać się,
żeby nie krzyczeć na nich, że blokują linię.

W   końcu   o   dwudziestej   pierwszej   zadzwonił   Jimmy

Anderson:

  -   Akcja   została   odwołana   z   dzisiejszej   nocy   -

poinformował.

 - Dlaczego, na Boga...?
 - Nie widziałeś prognozy pogody?
 - Człowieku, cały dzień siedzę przy telefonie i czekam na

informacje. Co jest nie tak z pogodą?

background image

 - Dziś wieczorem nad wybrzeże ma nadciągnąć huragan.

Przygotujmy się na najgorsze, poczekajmy do jutra i miejmy
nadzieję, że pogoda się uspokoi. W takich warunkach nie będą
nurkować.

Hamish   rozłączył   się   i   usiadł   pogrążony   w   niemiłych

rozmyślaniach. Jeśli istniał wrak statku, a w nim na tyle cenny
ładunek,   żeby   ci   ludzie   podejmowali   aż   takie   ryzyko,
kierowani chciwością mogą zignorować prognozę pogody.

Wyjął mapy, które dostał od Elspeth, i zlokalizował na

nich Scorie Bay. Był to szeroki basen wodny, znajdujący się
trochę dalej na północ w stosunku do jaskini. Nie nurkowali
więc   w   małej,   naturalnej   przystani   obok   jaskini,   gdzie
cumowali   swoją   łódź.   Hamish   czuł   niepokój.   A   co,   jeśli
wydobywali ładunek z jakiegoś wraku i magazynowali go?
Jeśli dziś w nocy zamierzali nurkować po raz ostatni? Jeśli
oddział   policji   przyjedzie   na   przykład   jutro,   mogą   już   stąd
zniknąć. Może mają w osadzie informatora, który ostrzeże ich,
że mieszkańcy poznali już prawdę o tym, skąd brały się owe
wizje.   Może   to   spowodować,   że   wpadną   w   panikę   i
postanowią nie przejmować się pogodą. Może przez pośpiech
i chciwość zapomnieli sprawdzić prognozę dla żeglarzy.

Postanowił,   że   musi   pojechać   do   Stoyre   i   zobaczyć   na

własne oczy, co się tam dzieje. Było to dość ryzykowne. Jeśli
zauważy go któryś z mężczyzn, mogą spakować się i odejść.
A kiedy przyjedzie policja, może  nie zostać po nich nawet
ślad.

Nakarmił   Lugsa,   wsiadł   do   policyjnego   land   rovera   i

wyruszył   do   Stoyre.   Wiał   silny   wiatr.   Ale   mieszkańcy
Sutherland,   w   tym   Hamish,   byli   przyzwyczajeni   do   tak
ekstremalnych warunków pogodowych.

Zaparkował samochód i ukrył go w starym kamieniołomie

niedaleko Stoyre. Obawiał się, że jeśli go zostawi przy brzegu
morza,   sól   z   rozpryskujących   się   fal   zniszczy   karoserię.

background image

Wysiadł z land  rovera  i zaczął iść w kierunku osady, potem
skręcił   na   północ.   Wzmagający   się   wiatr   zaatakował   go   z
całym   impetem   i   posterunkowy   zaczął   zataczać   się   pod
wpływem   siły   podmuchu   niczym   pijak.   Huragan   szarpał   i
grzmiał po niebie, niczym gniew boży, którego obawiali się
mieszkańcy  Stoyre. Powietrze  pełne było życia. Fale, które
rozbijały   się   o   brzeg,   bryzgały   naokoło   ostrymi,   słonymi
kroplami.

Hamish pochylił głowę i z trudem wspinał się na szczyt

klifu. Wydawało się, że cały świat trząsł się od tego zgiełku.
Duża   i   mocna   latarka,   którą   niósł   w   plecaku,   bardzo   mu
ciążyła.

Silny podmuch wiatru zrzucił go z drogi i posterunkowy

wylądował na wrzosach, próbując złapać oddech. Nie mógł
wyjąć map, ponieważ wiedział, że wiatr zaraz wyrwałby mu je
z rąk. Podniósł się z trudem i szedł dalej, oświetlając drogę
latarką.   Wreszcie   rozpoznał   skałę,   do   której   poprzednim
razem przywiązał linę. Już niedaleko.

Pomyślał,   że   szło   się   równie   ciężko,   jak   we   mgle.

Powietrze   było  gęste   od   rozbryzgującej   się   wody.  Huk   był
ogłuszający. Posterunkowy był tak zmęczony i poturbowany,
jakby przed chwilą uczestniczył w bójce. Oczy piekły go od
soli. Wiatr teraz świszczał niczym demon.

Dotarł na szczyt klifu. Pod nim, jeśli dobrze przypuszczał,

znajdowało się Scorie Bay.

W świetle latarki dostrzegł wąskie przejście, wyglądające

jak   królicza   ścieżka,   prowadząca   w   dół.   Według   mapy
powinna znajdować się tam plaża.

Hamish zdjął swój mały plecak i pociągnął go za sobą aż

do   krawędzi   klifu,   obok   ścieżki.   Wątpił,   że   niżej   wciąż
znajdowała się jakaś plaża.

background image

Odpiął ramiączka plecaka, wyjął dużą latarkę i włączył ją.

Mocny strumień światła oświetlił fale, piętrzące się jak góry.
W takich warunkach nikt nie mógł wypłynąć w morze.

Przechylił   wielką   latarkę,   umieszczoną   na   statywie,   i

zaczął kierować ją na lewo i na prawo.

Wtedy strumień światła padł na łódź motorową. Właśnie

wzniosła się na olbrzymiej fali. Kapitan siedzący za sterem
zasłonił   sobie   oczy   przed   padającym   na   łódź   światłem   i
krzyknął coś. Łódź zniknęła, zanurzając się dziobem w dół.
Hamish   czekał.   Myślał   o   twarzy   Annie   Docherty,
wykrzywionej w grymasie przerażenia, i w ogóle nie było mu
żal ludzi na pokładzie.

Łódź uniosła się ponownie. Kapitan wciąż coś krzyczał.

Hamish widział też innych mężczyzn, mniej więcej czterech.
Łódź dryfowała po grzbiecie fali całą wieczność. Kołysała się
na   szczycie,   jak   zabawka   w   szponach   porywczego   oceanu.
Zanurzyła się w kolejną otchłań i znikała.

Hamish wciąż oświetlał fale oceanu, wycierając sobie sól

z oczu. Na następnej fali nie wzniosła się żadna łódź. Wtedy w
świetle   latarki   zobaczył   żółty   kolor   kombinezonu
przeciwdeszczowego   i   białą   kamizelkę   ratunkową.   Jakiś
człowiek   próbował   dopłynąć   do   brzegu,   a   Hamish   żadnym
sposobem   nie  mógł  zejść   na   dół,  żeby  mu  pomóc.  Zdawał
sobie sprawę, że wiatr zmiótłby go ze ścieżki i wrzucił do
morza.

Mężczyzna   walczył   z   falą,   która   go   poniosła   w   stronę

klifu.   Hamish   zamknął   na   chwilę   oczy.   Kiedy   otworzył   je
ponownie,   na   szalejącym,   huczącym   morzu   nie   było   już
nikogo.   Po   kilku   minutach   w   świetle   latarki   ukazały   się
szczątki wraku.

Posterunkowy wyłączył latarkę i z trudem schował ją z

powrotem do plecaka, który wcisnął pomiędzy dwa kamienie.

background image

Ruszył   w   kierunku   Stoyre,   uginając   się   pod   naporem

wiatru.

Wydawało mu się, że podróż trwała wiele godzin. Mocny

podmuch wiatru zrzucił go ze ścieżki i uderzył nim o skałę,
posterunkowy krzyknął z bólu i leżał tam przez chwilę, łapiąc
oddech i zbierając siły, żeby dotrzeć do osady i tam schronić
się przed huraganem.

Kiedy pokonał wzgórze nad wioską, mały księżyc wyjrzał

zza czarnych, postrzępionych chmur.

Hamish patrzył z rozpaczą w dół i upadł na kolana.
Wielkie   fale   rozbijały   się   nad   osadą,   wdzierając   się

pomiędzy domy i zdążając w kierunku kościoła.

Zalewały Stoyre.

background image

Rozdział dziewiąty
Panie,   mój   Panie!   Utonąć   -   co   za   śmierć   bolesna;

Przeraźliwy huk wody, wdzierający mi się do uszu! Okropny
widok śmierci, co mi przed oczami staje! Wydaje mi się, że
zobaczyłbym tysiące wraków; Tysiące ludzi, których szczątki
ryby jedzą; Garnki złota, wielkie kotwice, stosy pereł...

William Szekspir

Hamish zamrugał, sól wciąż wdzierała mu się do oczu. W

kościele na wzgórzu nagle rozbłysło światło. Zataczając się i
potykając, posterunkowy pobiegł w tamtą stronę. Niebo nad
nim grzmiało i huczało, a ziemia pod jego stopami trzęsła się
od gwałtownych ataków burzy.

Dotarł   do   drzwi   kościoła.   Złapał   za   klamkę   małych

drzwiczek   prowadzących   do   głównego   wejścia,   nacisnął   i
wszedł do środka. Odwrócił się i z wysiłkiem zatrzasnął za
sobą drzwi, na które napierał wiatr.

Rozejrzał   się   po   kościele.   W   środku   znajdowali   się

wszyscy   mieszkańcy,   którzy   przyprowadzili   również   swoje
zwierzęta   domowe,   a   nawet   kury.  Siedzieli   w   milczeniu   w
ławkach. Pod ścianą piętrzyła się duża sterta ich dobytku.

Hamish wyjął komórkę, jednak nie mógł złapać zasięgu.

Jego ubranie było całkiem przemoczone. Podszedł do ołtarza,
przy którym pastor sprawdzał listę nazwisk.

 - Muszę porozmawiać z komendą - wysapał Hamish.
  - Telefony nie działają - odparł Fergus Mackenzie, po

czym podniósł głos: - Pani Tyle? Gdzie jest pani Tyle?

  -   Nie   mogła   z   nami   pójść   -   odpowiedział   jakiś   głos,

walcząc ze łzami. - Jest tam na dole, razem ze swoją małą
wnuczką, która przyjechała do niej z Oban.

 - Gdzie ona mieszka? - spytał Hamish.
 - Nad brzegiem.

background image

Fale   rozbijają   się   o   te   domy   -   pomyślał   posterunkowy.

Wstał i krzyknął:

  - Idę tam i zobaczę, czy uda mi  się sprowadzić panią

Tyle. Potrzebuję mocnej liny i kilku ochotników.

  -   Nie   uda   się   ci   się   zbliżyć   do   tego   miejsca   -   Andy

Crummack patrzył zrezygnowany.

 - Możemy spróbować. Na miłość boską, poszukaj jakiejś

liny.

Z   zakrystii   przyniesiono   solidny   sznur   od   dzwonu

kościelnego. Hamish zwinął go i zaniósł do drzwi kościoła.
Andy razem z dwoma innymi mężczyznami podążył za nim.

  -   Zejdziemy   na   dół   tak   daleko,   jak   nam   się   uda   -

komenderował posterunkowy. - Zawiążę sobie tę linę wokół
pasa.   Wciągnijcie   mnie,   jak   tylko   sytuacja   okaże   się
beznadziejna.

Otworzyli   drzwi   i   wyszli   w   noc.   Hamish   rozglądał   się

pospiesznie. Wielkie fale rozbijały się o małe, położone przy
brzegu,   dwukondygnacyjne,   domki   rybackie,   po   czym
wpadały do ogrodów i podchodziły aż pod kościół. Zawiązał
sobie linę wokół pasa.

 - Trzymajcie ją mocno, żeby cofająca się fala nie zmiotła

mnie w stronę domów. Który z nich należy do pani Tyle?

 - Trzeci od końca - krzyknął Andy.
Hamish czekał, aż fale się cofną, po czym ocenił, ile czasu

trwa   przerwa   przed   nadciągnięciem   kolejnych.   Wtedy
wyruszył. Czekał, aż większe fale rozbiją się nad domkami, a
potem zaczął biec. Cofająca się fala była bardzo silna, upadł
dwa razy i mężczyźni musieli podciągnąć go i postawić na
nogi za pomocą  liny. Na końcu ogrodu zobaczył metalową
konstrukcję   do   wieszania   prania   i   kiedy   fala   ponownie
uderzyła,   chwycił   się   jej.   Trzymał   się   mocno,   wstrzymując
oddech, aż fala się cofnęła. Teraz pobiegł pędem do domku
pani Tyle. Tylne drzwi były otwarte. Potknął się, biegnąc w

background image

ich   stronę,   popchnięty   cofającą   się   falą.   Kiedy   fala   znów
uderzyła, złapał się poręczy schodów. Woda wpadała przez
rozbite   okna   z   przodu   domu.   Znów   wstrzymał   oddech   i
poczuł,   jak   mu   się   mięśnie   napinają.   Fala   cofnęła   się   w
momencie, kiedy poręcz zaczęła pękać w miejscu, w którym
trzymał się jej dłońmi. Poczuł szarpnięcie liny wokół pasa.
Odwiązał ją. Otarł sól z oczu i pobiegł na górę. Pani Tyle i jej
wnuczka mogą znajdować się w pokoju z tyłu domu.

Na szczycie schodów potknął się o jakieś ciało. Sprawdził

po   omacku   dłonią.   Wyglądało   na   to,   że   była   to   kobieta.
Odnalazł jej szyję. Nie wyczul pulsu. Fala znów uderzyła w
domek, jednak tym razem z mniejszą siłą. Pchnął drzwi z tyłu
korytarza. Z pokoju, od strony sufitu dobiegł go płacz.

 - Gdzie jesteś? - krzyknął.
 - Tu, na górze - usłyszał drżący, dziecięcy głos. Srebrne

światło   księżyca   wpadło   do   pokoju.   Stała   tam   wysoka,
starodawna szafa. Na szczycie błysnęła para małych oczu.

 - Przyszedłem, żeby cię uratować! - krzyknął. - Podaj mi

rękę.

Poczuł,   jak   mała   dłoń   chwyta   jego   ramię   i   pociągnął,

zachęcając:

 - Skacz! Złapię cię.
Przycisnął dziecko do piersi i pobiegł w kierunku schodów

w momencie, kiedy kolejna  fala  zaatakowała domek.  Sufit,
pod którym przed chwilą chowało się dziecko, zawalił się.

  -   Już   po   nim!   -   krzyknął   Andy   Crummack,   kiedy

mężczyźni ciągnęli linę. Cofnęli się na teren pod kościołem i
usiedli,   patrząc   na   wzburzoną   wodę   i   fale,   oświetlone
światłem księżyca.

Byli   zbyt   oszołomieni   i   skołowani,   żeby   ponownie

schronić   się   w   kościele,   choć   wiatr   szarpał   ich   ubrania
przemoczone bryzgającą wokół woda. Kolejna olbrzymia fala

background image

rozbiła się o domki. Andy ściągnął czapkę i schylił głowę, a
słone łzy mieszały się ze słoną wodą na jego twarzy.

 - Coś się tam rusza! - zawołał jeden z mężczyzn. - Widzę

coś!

Fala cofnęła się, a wysoka sylwetka Hamisha wyłoniła się

z kuchennych drzwi domku pani Tyle. Posterunkowy trzymał
w ramionach dziecko.

Mężczyźni biegli naprzód, ślizgając się w wodzie, dopóki

nie   dotarli   do   Hamisha.   Złapali   go   silnymi   ramionami   i
pomogli wydostać się na suchy ląd, a potem do kościoła.

  -   Przebierzcie   to   dziecko   w   jakieś   suche   ubranie   -

krzyknął Hamish. - I dajcie jej coś ciepłego do picia. Jak ma
na imię?

 - Annie - powiedziała jedna z kobiet.
„Przynajmniej   jedną   Annie   udało   mi   się   uratować"   -

pomyślał Hamish. Odezwał się delikatnie do dziecka:

 - Jesteś już bezpieczna.
 - Gdzie babcia? - spytała żałośnie dziewczynka.
  - Przyjdzie później - skłamał Hamish. - Głowa do góry,

poczujesz się lepiej, jak wyschniesz.

Fergus Mackenzie podszedł do posterunkowego.
 - Przyniosłem swoje rzeczy z plebanii. Wyjąłem dla pana

suche ubranie i ręcznik.

Hamish poszedł za nim do zakrystii.
  -   Rozumiem,   że   pani   Tyle   nie   żyje?   -   spytał   pastor.

Hamish kiwnął głową i zaczął zdejmować ubranie.

 - Była upartą kobietą - powiedział ze smutkiem Fergus. -

Nie opuściłaby domu.

Andy   Crummack   wszedł   do   środka   i   podał   Hamishowi

ćwierćlitrową butelkę whisky.

 - Masz, napij się.
  -   Nie   pozwolę   na   picie   alkoholu   w   domu   bożym   -

oświadczył surowo pastor.

background image

Hamish zignorował go i pociągnął łyk alkoholu, po czym

oddał butelkę Andy'emu. Potem wytarł się, włożył bieliznę,
dżinsy i sweter, które zostawił dla niego pastor razem z parą
grubych skarpet i bamboszy.

Hamish zauważył podniszczony fotel w rogu zakrystii.
  -   Siądę   na   moment   -   postanowił.   -   Jestem   śmiertelnie

zmęczony.

Zanurzył   się   w   fotelu.   Oczy   same   mu   się   zamknęły   i

natychmiast zapadł w głęboki sen. Andy wyszedł i po chwili
wrócił z dwoma kocami, którymi przykrył Hamisha.

Zwrócił się do pastora.
 - Pewnie powie pan, że ta burza to kara boska.
 - Ja już nic nie wiem - westchnął pastor i zaczął płakać.
Hamish się obudził. Spojrzał na zegarek i potrząsnął nim,

ale   mechanizm   stanął.   Kupił   go   na   straganie   w   czasie
zawodów   górskich   i   zapłacił   za   niego   dwa   funty.   Była   to
imitacja   zegarków   do   nurkowania.   Sprzedawca   powiedział
mu, że zegarek był odporny na wodę i wstrząsy. „Powinienem
być mądrzejszy" - pomyślał Hamish.

Wyszedł   z   zakrystii.   Kościół   był   prawie   pusty,   oprócz

kilku kur i dwóch kotów, które spały na ławce, nie zauważył
nikogo.

Wyszedł na słońce. Teraz czuć było tylko delikatną bryzę,

niebo było błękitne i płynęło po nim zaledwie kilka puchatych
chmurek.   Morze   cofnęło   się,   jednak   fale   wciąż   groźnie
rozbijały   się   o   wał   na   przystani.   Ludzie   chodzili   wokół,
oglądając zniszczenia.

Hamish   czuł   się   obolały   i   zmęczony,   kiedy   szedł   po

namokniętej   trawie   w   stronę,   gdzie   zostawił   swojego   land
rovera.   Strome   ściany   kamieniołomu   osłaniały   to   miejsce
przed   szalejącym   wiatrem.   Włączył   radio   i   połączył   się   z
komendą,   żeby   złożyć   raport.   Daviot   kazał   mu   czekać   na
przybycie Morskiego Patrolu Powietrznego. Straż przybrzeżna

background image

również miała zostać powiadomiona. Może to chwilę zająć,
ponieważ zniszczone zostało całe wybrzeże.

 - Jeśli pan pozwoli, sir - proponował Hamish - wrócę do

Lochdubh, przebiorę się w mundur i sprawdzę, czy posterunek
nie   został   zniszczony.   Minie   trochę   czasu,   zanim   wszyscy
tutaj dotrą.

 - W porządku. Tylko pospiesz się.
„Żadnych gratulacji - pomyślał Hamish. - Żadnego jedź do

domu i odpocznij". Pojechał w kierunku Lochdubh, ciesząc
się, że w okolicy prawie nie było drzew, w innym wypadku
był pewien, że droga byłaby zablokowana.

Miał nadzieję, że Lochdubh zniosło nawałnicę dużo lepiej

niż Stoyre. Jego miasteczko przynajmniej nie znajdowało się
tuż nad brzegiem Atlantyku, ale na końcu jeziora.

Hamish   pokonał   wreszcie   mostek   w   kształcie   łuku   i

wjechał do miasteczka. Zobaczył panią Wellington, zatrzymał
land rovera i wychylił się przez okno.

 - Duże zniszczenia?
 - Zerwane dachy i brak elektryczności - poinformowała. -

Ale mieliśmy dużo szczęścia. Las po drugiej stronie zatrzymał
największe natarcie.

Hamish   spojrzał   na   drugi   brzeg   jeziora   i   zobaczył,   że

wiele drzew było wyrwanych z korzeniami.

 - Lepiej sprawdzę, co się dzieje na posterunku.
Pojechał   żwawo   i   niebawem   zaparkował   przed

komisariatem. Westchnął ze smutkiem. Dach z kurnika został
zerwany, a okno w salonie wybite.

Znużony   wysiadł   z   land   rovera   i   wyjął   narzędzia.

Planował zdrzemnąć się chwilę, ale musiał najpierw naprawić
kilka   rzeczy.   Kiedy   uporał   się   z   dachem   kurnika,   usłyszał
znajome   szczekanie   i   odwrócił   się.   Za   nim   stała   Angela   z
Lugsem.

background image

 - Zaczynałam się martwić, kiedy nie wracałeś na noc do

domu, wzięłam Lugsa. Musiałam powstrzymać Elspeth, żeby
nie jechała za tobą w tej burzy.

Hamish zszedł z drabiny i pogłaskał Lugsa.
  - Muszę cię prosić, żebyś zajęła się nim jeszcze przez

chwilę, Angelo. - Opowiedział jej szybko, co się wydarzyło. -
Wyświadcz mi przysługę i idź do Bainów powiadomić ich, co
się stało. Ta ich mała dziewczynka może mieć teraz koszmary
nocne.

 - Musisz tam wrócić? Wyglądasz na wyczerpanego.
  - Chcę tam być, żeby wszystko doprowadzić do końca.

Chcę   sprawdzić,   czy   któryś   z   tych   mężczyzn   przetrwał   i
jestem ciekaw, czego oni szukali. Rano nie udało mi się dostać
w pobliże Scorie Bay. Fale były wysokie niczym góry.

Kiedy Angela wyszła, ciągnąc za sobą Lugsa, który nie

miał ochoty z nią iść, Hamish zabezpieczył wybite okno w
salonie,   ogolił   się,   włożył   mundur   i   ponownie   wyruszył   w
drogę. Kiedy mijał redakcję, poczuł, że powinien odezwać się
do Elspeth, ale postanowił, że zrobi to później.

Kiedy jechał pospiesznie do Stoyre, zrównał się z długim

kordonem policyjnych radiowozów.

Dwa   helikoptery   z   Powietrznego   Patrolu   Morskiego

leciały w kierunku morza, zniżając lot.

Poczuł   przypływ   energii   na   myśl,   że   tak   wielu

profesjonalistów zjawiło się, żeby pomóc. Hamish dołączył do
jadącego do Stoyre konwoju.

Kiedy posterunkowy wysiadł z auta nad brzegiem, Blair

zbliżył się do niego, czerwony ze złości.

 - Opóźniłeś wszystko, zatrzymując dla siebie informacje -

wrzasnął. - Mogliśmy ich złapać.

 - W samym środku huraganu? - zdumiał się Hamish.

background image

Inspektor   otworzył   usta,   żeby   dalej   karcić

posterunkowego,   ale   szybko   je   zamknął,   kiedy  Daviot
podszedł do nich.

 - Dobrze, że jesteś, Hamishu. - Kiedy używał pierwszego

imienia   posterunkowego,   oznaczało   to,   że   był   z   niego
zadowolony. - Poprowadź naszych ludzi do Scorie Bay. Za pół
godziny będzie odpływ i morze się uspokaja. Może uda nam
się tam dostać.

  - Przynajmniej nie ma dziennikarzy, którzy plątaliby się

wokół - zauważył Hamish.

  -   Wszyscy   zostali   surowo   poinstruowani.   Nie   będzie

żadnego przecieku do prasy, dopóki to wszystko nie dobiegnie
końca.

Hamish zauważył, że Blair starannie skrywał malujące mu

się na twarzy uczucia. Posterunkowy zaczął się zastanawiać,
czy inspektor ich nie wsypał.

Dogonił  Jimmy'ego   Andersona   i   razem   wyprowadzili   z

osady   ludzi   ubranych   w   stroje   do   wspinaczki.   Mieszkańcy
stali przed swoimi zrujnowanymi domami, przyglądając się im
w milczeniu. Wyglądało na to, że byli w szoku. Przy przystani
rozbite kutry rybackie wznosiły się i opadały.

Ładna pogoda sprawiła, że nocna burza wydawała się być

tylko   koszmarnym   snem.   Gdyby   nie   zrujnowane   domy   w
osadzie, trudno byłoby uwierzyć, że cokolwiek się wydarzyło.

 - Sam nie zamierzasz schodzić z klifu? - spytał Jimmy.
  - Nie, chyba że będę musiał. Chcę tylko przetrwać ten

dzień i iść spać.

 - Musieli być naprawdę głupią gromadką, żeby uwierzyć,

że te hologramy to objawienia - podsumował Jimmy, który
słyszał już całą historię.

  -   Wszyscy   jesteśmy   owcami   zbaczającymi   ze   swych

ścieżek - zacytował Hamish. - Nie bądź dla nich zbyt surowy.
Zycie   w   Stoyre   jest   dość   trudne,   szczególnie   zimą,   kiedy

background image

osada   naprawdę   jest   odcięta   od   reszty   świata.   Nie   mogą
odbierać   telewizji,   chyba   że   cyfrową,   ale   wątpię,   żeby
ktokolwiek tutaj mógł sobie na to pozwolić. Mówię ci, Jimmy,
czasem w trakcie ciemnych, burzowych nocy, sam robię się
trochę przesądny.

 - Nie wiem, jak ty znosisz życie w Lochdubh, ale może to

już długo nie potrwać.

 - Co masz na myśli? - spytał Hamish.
 - Nie uda ci się uniknąć awansu po takiej akcji.
 - Coś wymyślę - odparł Hamish.
 - Pamiętasz, gdzie dokładnie znajduje się Scorie Bay?
  -   Zostawiłem   plecak   nad   zejściem,   leży   wciśnięty

pomiędzy dwa kamenie. Posłuży za drogowskaz.

  - Myślałem, że twoja dziewczyna, ta reporterka, będzie

tutaj.

 - Ona nie jest moją dziewczyną. - Hamish poczuł wyrzuty

sumienia. Zadzwoni do niej, jak tylko będzie mógł.

Szli   dalej.   Silny   wiatr,   który   wiał,   kiedy   przyjechali,

zamienił się teraz w delikatną bryzę.

  - Są jakieś zniszczenia jeszcze gdzieś w kraju? - spytał

Hamish. - Nie słuchałem wiadomości.

 - Tylko tutaj, na północy. Zatrzymaliśmy główne natarcie.

Zawsze uważałem za dziwne, że w takim małym kraju może
być taka różnica w pogodzie pomiędzy północą i południem.

 - To tutaj. Tam leży mój plecak. Poprowadził alpinistów

naprzód.

  -   Powinniście   bez   problemu   zejść   tą   małą   dróżką,   ale

sprzęt do wspinaczki może wam się przydać później.

Czterech mężczyzn wyruszyło w dół po wąskiej ścieżce.
 - Wziąłem ze sobą piersiówkę - możemy siąść i napić się,

zanim Blair do nas dołączy.

 - Nie, dzięki Jimmy. Chyba pójdę za nimi.

background image

Jimmy   zauważył,   że   Hamish   miał   na   sobie   buty   do

wspinaczki i mundur.

 - Wyglądasz w tym jak cofnięty w rozwoju gnom. I tak

zamierzałeś zejść razem z nimi?

  -   Ten   kawałek   jest   łatwy.   Może   odpuszczę   sobie   ten

odcinek prowadzący do jaskini.

  -   Ja   poczekam   tutaj   -   stwierdził   Jimmy,   siadając   na

kamieniu i wyciągając piersiówkę.

Hamish   ruszył   w   dół   po   stromej   ścieżce.   Droga   była

urwista i musiał chwytać się gałęzi janowca, żeby nie upaść.

W końcu dotarł do srebrnej, kamienistej plaży. Mężczyźni

pochylali się nad ciałem do połowy zanurzonym w wodzie.

Jeden z nich dal sygnał helikopterowi.
 - Zanim ich zawołacie - poprosił Hamish - pozwólcie mi

się przyjrzeć.

Pochylił się nad mężczyzną. Miał jasne włosy i pociągłą

twarz.

  -   Pomóżcie   mi   zdjąć   mu   kamizelkę   ratunkową   -

powiedział Hamish. - Jemu już się nie przyda.

 - Jest bardzo ciężki - stwierdził jeden z mężczyzn.
  -   Nadal   jest   ciężki?   -   spytał   Hamish,   klękając   przy

zwłokach   i   opróżniając   kieszenie   z   przodu   jego
nieprzemakalnego   kombinezonu.   Wyciągnął   dwie   sztabki
złota.

  - To pewnie przyczyniło się do jego śmierci - patrzył,

siadając na piętach. - Chciwość.

Za   nimi   rozległ   się   potok   przekleństw.   Blair   pokonał

ostatni odcinek trasy na tyłku. Za nim szedł Daviot, trzymając
się w miarę pewnie ścieżki w swoich miejskich butach.

 - Co znalazłeś, Hamish? - spytał Daviot.
  -   Nie   miałeś   prawa   dotykać   ciała   przed   przyjazdem

swoich   zwierzchników   -   krzyknął   Blair.   -   Jesteś   tylko
wiejskim gliną.

background image

  - Już,  Blair,  wystarczy  - uśmiechnął  się  Daviot.  - Już

niedługo będzie wiejskim gliną.

Hamish poczuł, że serce mu zamarło.
 - Ten mężczyzna miał przy sobie dwie sztabki złota.
  -   Rzeczywiście!   -   Daviot   klęknął   przy   ciele.   -

Przypuszczam,   że   pochodzą   z   jakiegoś   wraku.   Są   na   nich
jakieś pieczęcie?

 - Żadnych, sir.
Daviot zwrócił się do jednego z mężczyzn:
 - Przeszukajcie go i sprawdźcie, czy ma przy sobie jakieś

dokumenty. Policyjny fotograf powinien zaraz się tu zjawić
razem   z   patologiem.   Sprowadź   ich   tu,   Hamishu,   a   wtedy
wyniesiemy stąd ciało. Potem wróć tutaj. Nurkowie niedługo
przybędą i chcę, żebyś im wskazał, gdzie widziałeś tę łódź.

  - Dobrze, sir - zasalutował Hamish. Próbował zachować

jak największy dystans pomiędzy sobą a nadkomisarzem. Cały
czas myślał ze zgrozą o tym awansie.

Kiedy znużony ponownie piął się w górę, marzył tylko o

własnym, wygodnym łóżku. Zauważył, że policyjny fotograf i
patolog   zbliżali   się   w   jego   stronę,   więc   poprowadził   ich
ścieżką w dół.

 - Dziennikarze przyjechali do Stoyre - mruknął lekarz. -

Policja zatrzymuje ich w osadzie.

Hamish znów pomyślał o Elspeth i jęknął w duchu.
Elspeth   włączyła   telewizor   w   redakcji,   żeby   sprawdzić,

czy nie ma czegoś ciekawego w wiadomościach ze Strath -
bane.   Lochdubh   nadal   było   odcięte   od   prądu,   ale   redakcja
miała swoje własne zasilanie.

  - Największe zniszczenia zanotowano w osadzie Stoyre,

położonej w Sutherland, w północnych górach

  -   donosił   komentator.   -   Przekazujemy   głos   naszemu

reporterowi, Callumowi Sinclairowi.

Na ekranie pojawił się brodaty mężczyzna w skafandrze.

background image

  - Stoję nad brzegiem morza pośrodku szczątków osady,

która zeszłej nocy została zniszczona przez huragan.

 - Cały ekran zajmował reporter, w irytującym i typowym

dla telewizji stylu, odsłaniając jedynie fragment wioski.

 - Jednak rozgrywa się tutaj jeszcze jeden dramat
 - kontynuował. - Nad północnym klifem znajduje się duży

oddział   policji.   Wygląda   na   to,   że   zagraniczni   nurkowie
terroryzowali mieszkańców Stoyre...

Elspeth wyłączyła telewizor i pobiegła do samochodu. Jak

tylko się jej uda dorwać Hamisha Macbetha, to go zabije!

Hamish   czekał   cierpliwie   na   plaży   na   przybycie   łodzi.

Gdyby tylko nie było tutaj Daviota i Blaira, z chęcią położyłby
się na kamykach i zasnął.

Wreszcie   łajba   z   nurkami   przybiła   do   brzegu.   Hamish

wskazał   im   miejsce,   gdzie   po   raz   ostatni   podczas   sztormu
widział łódź. Patolog i fotograf skończyli pracę i Daviot dał
sygnał helikopterowi, że można zabrać ciało.

 - Teraz zaprowadzę alpinistów do tej jaskini - postanowił

Hamish.

Poprowadził mężczyzn z powrotem wąską ścieżką.
  - To tam - wskazał kierownikowi grupy. - Znajdziecie

szczelinę   w   skale.   Jeśli   wejdziecie   przez   nią   i   podążycie
zakręcającym   korytarzem,   znajdziecie   miejsce,   w   którym
cumowała ich łódź.

 - Przywiążemy cię liną - zaproponował mężczyzna.
  - Lepiej będzie, jeśli zejdziesz pierwszy i poprowadzisz

nas.

Hamish ze znużeniem poprowadził ich drogą w dół klifu i

odetchnął   z   ulgą,   kiedy   znaleźli   się   na   plaży.   Poczekał   na
pozostałych i zakomunikował:

 - Fala niedługo będzie zawracać, musimy się pospieszyć.

Poprowadził   ich   przez   szczelinę,   potem   zakręcającym
korytarzem. Przechodził w dużą jaskinię, którą badał razem z

background image

Elspeth.   „Och,   Elspeth   -   pomyślał   ponuro   -   nigdy   mi   nie
wybaczysz".

Pierwszą   rzeczą,   jaką   zobaczyli,   był   stos   sztabek   złota,

ułożony na krawędzi skały.

  - Człowieku, tylko spójrz na to! - wykrzyknął jeden z

mężczyzn. - To musi być warte fortunę.

Fala rozbiła się przed jaskinią.
 - Wiejmy stąd, dopóki możemy - ponaglał Hamish.
 - Mam przy sobie aparat - jeden z alpinistów sięgnął do

kieszeni.

Hamish czekał cierpliwie, kiedy mężczyzna robił zdjęcia

sztabkom złota, po czym ruszyli w drogę powrotną.

Bolały   go   niemiłosiernie   ręce,   a   głowa   ciążyła   ze

zmęczenia   jak   kamień.   Kiedy   dotarł   na   szczyt   klifu,   miał
szczerą nadzieję, że już nigdy nie będzie musiał tam schodzić.

Zgłosił znalezisko Daviotowi, po czym spytał:
 - Znaleźli jeszcze jakieś ciała?
 - Jeszcze jedno za Scorie Bay. Też miał przy sobie złoto.

Świetna robota, Hamishu. Myślę, że powinniśmy wrócić do
osady i przygotować wystąpienie dla prasy.

 - Ja się tym zajmę - powiedział ochoczo Blair.
  - Nie, to jest chwila dla Hamisha. Tylko kilka słów o

zagranicznych nurkach, którzy nielegalnie przeszukiwali wrak
statku. Istnieje obawa, że wszyscy zginęli podczas sztormu.
Później   Strathbane   wyda   obszerniejszą   notkę.   Potem   chyba
możesz iść do domu.

Hamish   miał   już   odmówić   rozmowy   z   prasą,   jednak

słysząc magiczne słowa o powrocie do domu, uznał, że może
stawić czoło każdemu, nawet dziennikarzom.

Kiedy wracali do zniszczonej osady, zostali otoczeni przez

ekipy telewizyjne, reporterów i fotografów.

Daviot przedstawił Hamisha jako posterunkowego, który

rozwikłał   tajemnicę   Stoyre.   Hamish   wygłosił   krótkie

background image

przemówienie,   tak   jak   go   poinstruowano.   Mówił   właśnie
„żadnych pytań", kiedy Andy Crummack krzyknął:

 - Powinni wiedzieć, że uratowałeś życie małej Annie!
 - O co chodzi? - zawołało kilka głosów, po czym kamery

i mikrofony zwróciły się w stronę Andy'ego.

Andy  dokładnie   opisał  grozę  sytuacji, w  której  Hamish

ryzykował   własne   życie,   wychodząc   w   środku   burzy   na
ratunek Annie.

Blair   zgrzytał   zębami,   kiedy   flesze   oślepiły   zmęczoną

twarz Hamisha.

 - Myślę, że to by było na tyle - zakończył Daviot.
 - Możesz iść, Hamishu. Dobra robota.
Natychmiast zebrał się i ruszył biegiem do land rove - ra,

wykorzystując resztkę sił, jaka mu pozostała. Jednak zanim
udało mu się dotrzeć do auta, ktoś z wściekłością złapał go za
rękaw.

 - Łajdak - syknęła dziewczyna.
 - Och, Elspeth. - Hamish starał się uśmiechnąć.
  - Nie miałem kiedy cię powiadomić. Ty i tak pracujesz

dla tygodnika.

  - Piszę też dla kilku krajowych gazet. Już nigdy się do

ciebie nie odezwę.

Hamish   zobaczył,   że   reporterzy   idą   w   jego   kierunku,

wskoczył więc do land rovera i odjechał. Obiecał sobie, że
wynagrodzi to jakoś Elspeth. Poda jej więcej szczegółów ze
śledztwa   i   będzie   wiedzieć   więcej   niż   inni   dziennikarze.
Wiedziała przecież o hologramach.

Kiedy wrócił do Lochdubh, wstąpił do Angeli, żebrząc,

żeby jeszcze przez jakiś czas mu pomogła. Planował spać tak
długo, jak to możliwe.

 - Po prostu zostaw Lugsa wieczorem w kuchni - prosił. -

Ale nie mów nikomu, że wróciłem. Nie zamierzam otwierać
drzwi ani odbierać telefonów.

background image

Kiedy   znalazł   się   już   na   posterunku,   zjadł   kanapkę,

rozebrał się, z westchnieniem ułożył się w wymarzonym łóżku
i   zapadł   w   głęboki   sen.   Tego   dnia   przed   posterunkiem
zgromadzili się dziennikarze. Pukali do drzwi, telefon wciąż
dzwonił, ale Hamish nic nie słyszał. Wieczorem pospiesznie
opuścili Lochdubh na  wieść o tym, że  Strath - bane miało
ogłosić raport w sprawie Stoyre.

Angela,   widząc,   że   wokół   nie   było   nikogo,   otworzyła

drzwi kuchni na posterunku i wpuściła do środka Lugsa. Pies
pobiegł  prosto do sypialni  i  wskoczył na  łóżko, szczekając
głośno. Hamish zbudził się i go pogłaskał.

Wstał, ubrał się i zaczął przeglądać zawartość lodówki i

szafek   kuchennych.   Krzycząc   przez   otwór   na   listy   w
drzwiach,   Jimmy   Anderson   obwieścił   swoją   obecność.
Hamish wpuścił go do środka. Jimmy miał ze sobą butelkę
whisky i dużą zapiekankę mięsną.

 - Whisky jest od Andy'ego Crummacka, a zapiekanka od

żony pastora.

  - Wstawię ją do piekarnika. Co się dzieje? Odnaleziono

jeszcze jakieś ciała?

  -   Tak,   jeszcze   cztery.  Sami   Niemcy.   Posłuchaj   jednak

tego:   nurkowie   znaleźli   wrak   niemieckiej   łodzi   podwodnej.
Znaleźli też jakieś dokumenty schowane w nieprzemakalnej
kasecie. Wygląda na to, że złoto było przeznaczone dla Rosji,
kiedy   podpisała   z   Niemcami   pakt   o   nieagresji   i   w   zamian
dostała część Polski i kraje bałtyckie. Nie wiem, co się stanie
ze złotem, ale to decyzja odbiorcy wraku. Podejrzewam, że
należy do rządu niemieckiego. Jednak pewnie to rozstrzygnie
się na samej górze.

 - W jaki sposób zatonęła ta łódź podwodna?
 - Zderzyła się czołowo z podwodną górą w Scorie Bay.
 - Czy załoga nie mogła uciec? Woda nie jest tam głęboka.

background image

  - Jeden człowiek dostał się na brzeg i potem umarł, tak

przynajmniej opowiadają miejscowi, którzy jeszcze pamiętają
tamte czasy. Z jakiegoś powodu reszta załogi została na statku
zbyt długo. Poza tym to stało się w środku zimy, więc woda
zapewne była lodowata. Niemcy zdecydują, czy ich szkielety
mają zostać na dnie, w tym wojennym grobie, czy zabiorą je i
pochowają.

  -   Musieli   płynąć   w   kierunku   brytyjskiego   wybrzeża,

opłynąć je i zawrócić w kierunku Rosji - spekulował

Hamish.
 - Może się zgubili. Kto wie? Cóż, nieważne, kogo to teraz

obchodzi? - bezdusznie zakończył dywagacje Jimmy. - Czy ta
zapiekanka nie jest już gotowa?

 - Poczekaj chwilę. To piec, a nie mikrofalówka.
  -   Czemu   nie   kupisz   sobie   mikrofali,   ty   zacofany

człowieku?

 - Nie mogę się do nich przekonać. Jimmy uśmiechnął się.
 - Blair jest na ciebie naprawdę wściekły za rozgłos, jaki

zdobyłeś.   Naciska   na  Daviota,  żeby   cię   awansował   i   może
nawet wysłał do Glasgow.

 - Coś wymyślę.
  - Jedyna rzecz, jaka mogłaby cię teraz uratować przed

tym awansem, to śmierć albo załamanie nerwowe.

Hamish wstał.
  -   Zajrzę   do   tej   zapiekanki.   Jeśli   miałbym   załamanie

nerwowe, mogliby wysłać mnie na przedwczesną emeryturę i
to też by mi się nie podobało.

 - To może małe załamanie nerwowe?
 - Musiałbym dostać zaświadczenie od doktora Brodie'ego,

a on jest uczciwym człowiekiem i nie zgodziłby się na taką
mistyfikację.

 - Mógłbyś mu to przedstawić w następujący sposób. Jeśli

zabiorą   cię   z   Lochdubh,   mogą   zlikwidować   tutejszy

background image

posterunek.   Wszędzie   dookoła   zamykają   komisariaty.
Powiedz mu, że wydanie zaświadczenia o twojej chwilowej
niepoczytalności   to   jego   obowiązek   względem   społeczności
miasteczka.

 - Może spróbuję. Zapiekanka gotowa.
Hamish podzielił potrawę na trzy części. Większą część

nałożył Jimmy'emu, i dwie mniejsze porcje sobie i Lugsowi.

  -   Nie   daje   się   psu   dobrej   zapiekanki!   -   wykrzyknął

Jimmy. - Nie słyszałeś o czymś takim, jak karma dla psów?

  -   Lugs   woli   jedzenie   dla   ludzi   -   oświadczył   Hamish

wyzywająco.   -   Poza   tym   ostatnio   często   zostawiałem   go
samego. Zasłużył na coś smacznego.

  -   Ech,   lepiej   znajdź   sobie   kobietę.   Lugs   zawarczał   z

wściekłością.

 - W porządku, on tylko żartuje - dodał Hamish szybko, a

Lugs schylił głowę i zaczął jeść.

  - Mówiąc o kobietach... ta zapiekanka jest wyśmienita.

Ale wracając do kobiet, co z tą twoją śliczną reporterką?

 - Jeśli ona się jeszcze kiedyś do mnie odezwie, to będzie

cud.   Znalazła   tego   kolesia,   który   przygotował   hologram.
Załatwiła mapy. Zeszła ze mną z klifu i znalazła tę jaskinię.
Powinienem   odwiedzić   ją,   żeby   opowiedzieć   o   dzisiejszym
przeszukiwaniu.

 - Kup jej bukiet róż.
 - W Lochdubh?
  - W Strathbane jest bardzo dobra kwiaciarnia. Hamish

spojrzał na Jimmy'ego.

  - Wiesz  co, jeśli  dam  ci  pieniądze, wyślesz  jej  bukiet

kwiatów w moim imieniu?

 - Jasne. Z jaką wiadomością?
  -   Napisz   po   prostu   „Przepraszam,   Hamish".   Powinno

wystarczyć.

background image

Następnego   dnia   Jimmy   wybrał   się   do   kwiaciarni.   Tuż

obok   znajdował   się   salonik   prasowy   pełen   gazet,   których
czarne   nagłówki   krzyczały   o   odnalezieniu   złota   i   mniejszą
czcionką   o   odważnym   posterunkowym,   który   uratował
dziecko.   Jimmy   wszedł   do   kwiaciarni   i   zamówił   tuzin
czerwonych róż dla Elspeth, które miały zostać wysłane do
redakcji w Lochdubh.

 - Jaką wiadomość mamy dołączyć? - spytał sprzedawca.
 - Zapiszę panu.
Gryzł   koniec   długopisu.   Wiadomość   od   Hamisha   była

zbyt ogólna. Temu facetowi przyda się w życiu trochę miłości.
Jimmy wykaligrafował dużymi literami:

„Jest mi bardzo przykro. Z wyrazami głębokiej miłości.

Twój Hamish".

Następnego dnia Hamish wyszedł z posterunku przez tylne

okno w kuchni, najpierw wynosząc swojego psa. Do drzwi
wejściowych   dobijali   się   dziennikarze.   Poszedł   w   stronę
wzgórza przez pole na którym pasły się jego owce, po czym
zawrócił   i   robiąc   spore   koło,   wrócił   do   miasteczka.   Szedł
aleją,   mijając   domek   sióstr   Currie,   i   udał   się   do   gabinetu
doktora Brodie'ego.

Poczekalnia była pełna ludzi i Hamish poczuł, że rośnie w

nim   nadzieja.   Wiedział,   że   połowa   miejscowych   obiboków
przychodziła   tutaj   po   fikcyjne   zwolnienia   z   powodu   bólu
pleców i skoro doktor Brodie godził się na to, mógł równie
dobrze przystać na załamanie nerwowe.

Przeczytał   kilka   opowiadań   miłosnych   w   starych

numerach   jakiegoś   pisma   dla   kobiet,   żeby   zabić   czas.
Pracownicy leśnictwa i ludzie pracujący w biurze w Strath -
bane   wchodzili   rzędem,   trzymając   się   za   plecy,   po   czym
wychodzili uśmiechnięci i wyprostowani.

W końcu przyszła jego kolej.

background image

  -   Siadaj,   Hamishu   -   poprosił   doktor   Brodie.   -   Co   ci

dolega? Nie pamiętam  kiedy ostatnio byłeś chory. Czytałeś
gazety? Zostałeś okrzyknięty bohaterem.

  -   Poniekąd   z   tego   powodu   tu   jestem   -   zaczął   smętnie

Hamish.   -   Sprawa   wygląda   tak:   wiem,   że   zamierzają
zaproponować   mi   awans,   co   oznacza   przeprowadzkę   do
Strathbane albo nawet do Glasgow.

 - Może już pora, żebyś ruszył naprzód. Jednak co to ma

ze mną wspólnego?

  -   Chciałbym,   żebyś   wystawił   mi   zaświadczenie,   że

przechodzę załamanie nerwowe.

 - Nie mogę tego zrobić. To byłoby oszustwo.
 - A co z tymi wszystkimi zwolnieniami, które wypisujesz

ludziom z bolącymi plecami?

  - To co innego. Niektórzy naprawdę mają problemy z

kręgosłupem.   Niektórzy   cierpią   na   bóle   psychosomatyczne,
ponieważ   nienawidzą   swojej   pracy,   ale   nie   mogą   sobie
pozwolić, żeby ją rzucić. Kilka dni wolnego od czasu do czasu
pozwala im zachować pracę.

 - Więc żeby ulżyć twojemu sumieniu, popatrz na to w ten

sposób:   jeśli   mnie   przeniosą,   prawdopodobnie   zamkną
posterunek w Lochdubh.

 - Nie złapiesz mnie na to - uśmiechnął się doktor Brodie.

-   Popatrz   tylko   na   te   wszystkie   sprawy,   które   ostatnio
rozwiązałeś.

  - Twierdzą, że sierżant Macgregor, ten leniwy obibok,

mógłby   otrzymać   wsparcie   ze   Strathbane   i   zająć   się   tymi
terenami. Powodem jest to, że Blair koniecznie chce sprawić,
żebym stał się jednym z bezimiennych policjantów, służących
w   dużym   oddziale.   Poprze   każdy   wniosek   o   przeniesieniu
mnie   gdziekolwiek.   Nie   będziecie   mieć   policjanta   w
Lochdubh.

background image

 - Możliwe. Jednak jeśli skłamię, że cierpisz na załamanie

nerwowe,   mogą   poprosić   wykwalifikowanego   psychiatrę,
żeby zajął się tobą.

  -   Poradzę   sobie   z   tym.   Będę   po   prostu   siedział

nieruchomo i patrzył tępo przed siebie.

  - Nie zauważą różnicy, porównując do tego, jak zwykle

się   zachowujesz.   W   porządku,   załatwmy   to   w  taki   sposób.
Wiele ostatnio zrobiłeś, nikt temu nie zaprzeczy. Powiemy, że
cierpisz  na  lekką   depresję  i  jesteś  wyczerpany   psychicznie.
Zalecę ci odpoczynek i przerwę w wykonywaniu czynności
służbowych. To wszystko, co mogę zrobić. Na twoim miejscu
wziąłbym urlop i zmył się stąd. Wyślę raport do Strathbane
razem z zaświadczeniem.

  -   Doskonale.   Będę   ci   bardzo   wdzięczny.   Jest   jeszcze

jedna sprawa.

 - Mów.
  -   Mógłbyś   poprosić   swoją   żonę,   żeby   wyszła   do   tych

dziennikarzy i powiedziała im, że wezwano mnie do komendy
głównej w Strathbane?

  -   Dobrze.   -   Doktor   Brodie   podniósł   słuchawkę   i

zadzwonił do żony. Potem rozłączył się i powiedział:

  - Jest już w drodze na posterunek. Poczekaj tu, a ona

oddzwoni, kiedy droga będzie wolna. Jesteś moim ostatnim
pacjentem, zgadza się?

 - Tak, ostatnim.
 - Wyjeżdżasz dzisiaj?
 - Chyba tak zrobię. Najpierw jednak pojadę do Stoyre.
 - Tam również będą dziennikarze.
 - Jeśli pojadę wieczorem, już ich nie będzie. Nie ma się

tam gdzie napić. Pub został zniszczony i nie mają się też gdzie
zatrzymać.

Doktor   Brodie   przyjrzał   się   patykowatemu,   rudemu

policjantowi.

background image

  -   To   dziwne   spotkać   człowieka   tak   pozbawionego

ambicji.

 - Sam taki jesteś - odparł Hamish wyzywająco.
 - Mógłbyś już mieć duży gabinet w mieście.
 - To co innego. Jestem lojalny wobec moich pacjentów.
  - A ja jestem lojalny wobec mieszkańców Lochdubh -

odparł Hamish delikatnie.

  - Cóż, miejmy nadzieję, że ta historia o twojej chorobie

wypali.

Zadzwonił telefon.
  -   To   Angela.   -   Wysłuchał   swojej   żony   i   odłożył

słuchawkę.

  -   Pozbyła   się   dla   ciebie   tych   dziennikarzy.   Czym

zamierzasz   jechać?   Jeśli   oficjalnie   będziesz   na   urlopie,   nie
możesz jeździć policyjnym land roverem.

Hamish uśmiechnął się.
  -   Wziąłem   go,   ponieważ   moja   zdolność   postrzegania

została   zaburzona.   Poza   tym   wątpię,   czy   będą   sprawdzać
posterunek.

Hamish   wyszedł   i   zawahał   się,   stając   przed   drzwiami

redakcji.   Zobaczył   nadjeżdżający   samochód   z   kwiaciarni.
Lepiej spotka się z Elspeth później, dużo później.

Wrócił   na   posterunek,   spakował   plecak   i   wydrukował

informację   z   prośbą   o   kierowanie   wszystkich   zgłoszeń   do
sierżanta   Macgregora   z   Cnothan.   Potem   otworzył   szafkę,
wyjął namiot i sprzęt kempingowy.

  -   Będziemy   żyć   w   spartańskich   warunkach,   Lugs.

Żadnych komórek, nikt nie będzie nam przeszkadzał.

Zapakował   wszystko   do   land   rovera   i   poczekał   do

wieczora. Od czasu do czasu słyszał pukanie do drzwi, jednak
nie otwierał. Oczywiście mogła to być Elspeth, ale zamierzał
zadzwonić do niej, kiedy opuści Stoyre.

***

background image

Kiedy   wjechał   do   Stoyre,   osada   pogrążona   była   w

ciemności. Zniszczona wioska nadal nie miała elektryczności.
Zaparkował   land   rovera,   poszedł   na   plebanię   razem   z
drepczącym za nim Lugsem i zapukał do drzwi.

Fergus   Mackenzie   otworzył   i   uśmiechnął   się   na   widok

Hamisha.

 - Proszę wejść. Co pana sprowadza?
Hamish podążył za pastorem do salonu, gdzie jego żona

siedziała nad robótką przy świetle oliwnej lampy.

 - Proszę siadać - zapraszał. - Będziesz tak dobra i zrobisz

nam   herbatę,   kochanie?   Chyba   że   ma   pan   ochotę   na   coś
mocniejszego?

 - Dziękuję, nie będę nic pił. Chciałem tylko spytać, jak się

sprawy mają. Czy wszyscy mieszkańcy byli ubezpieczeni?

 - Nie, wielu z nich nigdy nie zawracało sobie tym głowy.

Kutry rybackie też są zniszczone, ale one przynajmniej były
ubezpieczone. Wszyscy w wiosce są rozgoryczeni. Wszystkie
gazety opisały historię o tym, jak daliśmy się nabrać na te
hologramy. Ludzie nie chcą teraz rozmawiać z prasą.

  -   Podejrzewałem,   że   coś   takiego   może   się   wydarzyć.

Chciałbym, żeby poszedł pan do telewizji w Strathbane...

 - Wiem, że dużo pan dla nas zrobił, ale wszyscy uważają,

że media już wystarczająco z nas zadrwiły.

  -   Porozmawiam   z   nimi.   Jest   jakiś   sposób   na   to,   żeby

wszyscy zebrali się w kościele?

 - Mogę użyć kościelnego dzwonu. To powinno ich tutaj

sprowadzić.

 - Proszę tak zrobić. A ja z nimi porozmawiam.
Poszli razem do małego, kamiennego kościoła i Hamish

usłyszał,   jak   dzwon   zaczął   bić   dźwięcznie.   Mieszkańcy
maszerowali   do   kościoła   na   wzgórzu.   Hamish   czekał,   aż
wszyscy   siądą   w   ławkach.   Potem   wstał   i   zwrócił   się   do
zgromadzonych:

background image

 - Wiem, że prasa z was zadrwiła, ale wielu z was pilnie

potrzebuje pieniędzy. Możecie sprawić, że media będą dla was
pracować. Nie próbowaliście zdobyć współczucia brytyjskiej
widowni. Chcecie martwić się o pieniądze do końca swoich
dni, czy wolicie poszukać pomocy?

  - Wszystkim nam przyda się trochę pomocy - krzyknął

Andy Crummack.

  -   W   takim   razie   jutro   pastor   sprowadzi   telewizję   ze

Strathbane,   a   my   wszystko   przygotujemy.   Pastor   odprawi
krótkie nabożeństwo na przystani...

 - Mamy już dosyć religii! - krzyknęła jakaś kobieta.
  - Macie dosyć fałszywych bożków - odparł Hamish - a

teraz   pastor   odprawi   krótkie,   podkreślam   krótkie,
nabożeństwo, niektórzy z was muszą zacząć płakać. Musicie
wyglądać naprawdę żałośnie.

  - To nie będzie trudne - powiedział Andy i parę osób

roześmiało się.

  -   A   teraz   potrzebna   mi   ładna   dziewczyna   z   dobrym

głosem.

 - Elsie Queen! - krzyknęła jakaś kobieta. - To moja Elsie.

Wygrała medal podczas Mod.

Mod był corocznym festiwalem pieśni celtyckich.
 - Czy jest tu z nami? Proszę ją przyprowadzić. Szczupła

nastolatka   została   wypchnięta   do   przodu   przez   małą,
agresywną kobietę, która, jak ocenił Hamish, musiała być jej
matką.   Elsie   była   wysoka,   szczupła   i   miała   pociągłą   bladą
twarz   jak  z   obrazów  Modiglianiego  oraz   długie   jasnoblond
włosy.   Oczy   dziewczyny   były   lekko   skośne,   nadając   jej
twarzy egzotyczny wygląd, cechę, którą czasem można było
zauważyć w górach.

 - Masz białą sukienkę? - spytał Hamish.
  -  Mam   piękną   suknię,  którą   miałam   na   sobie   podczas

Mod - odpowiedziała dziewczyna.

background image

 - Dobrze. A teraz niech wszyscy podejdą do przodu, a ja

powiem wam, co zrobimy.

Sharon Judge od niedawna pracowała jako reporterka dla

telewizji w Strathbane. Kiedy wóz telewizyjny wjeżdżał do
Stoyre,   dziewczyna   zastanawiała   się,   czy   będzie   miała
kiedykolwiek   okazję,   żeby   się   wybić.   O   Stoyre   sporo   już
pisano. Słyszała, że miejscowi znowu przestali rozmawiać z
dziennikarzami.   Możliwe,   że   nie   będzie   czego   sfilmować   i
będzie to tylko strata czasu.

Pastor   powiedział   coś   o   jakimś   nabożeństwie.   Operator

sfilmuje   to,   ona   przygotuje   relację,   a   cały   materiał   pewnie
zostanie   odrzucony.   Nie   mogła   się   nadziwić,   ile   pieniędzy
marnowano na reportaże, które nigdy nie miały pojawić się na
ekranie.

Sharon wiedziała, że nie jest wystarczająco napastliwa -

albo   wystarczająco   seksowna.   Los   pokarał   ją   przyjazną,
otwartą twarzą, skrytą pod burzą loków. Mężczyźni drażnili
się   z   nią,   mówiąc,   że   wygląda   jak   uczennica,   ale   nie   była
dziewczyną, którą się podrywało. Jej seksowna przyjaciółka
Elena mówiła, że Sharon była dziewczyną, którą mężczyzna
chciałby poślubić, jednak uznała to za kiepskie pocieszenie.

Dźwiękowiec,   który   prowadził,   zatrzymał   wóz   przy

przystani.

  -   Jesteśmy   na   miejscu.   Potrzebuję   dziesięć   minut   na

rozstawienie sprzętu.

Wysiedli z wozu. Mieszkańcy gromadzili się na przystani.

Wszyscy   byli   ubrani   na   czarno,   z   wyjątkiem   niezwykłej,
przypominającej wróżkę dziewczyny, ubranej w długą białą
suknię. Na wale przystani stał dudziarz, ubrany w tradycyjny
szkocki strój.

 - Hej, to może być interesujące - powiedział kamerzysta,

odzyskując humor.

background image

  -   Poczekam,   aż   skończy   się   nabożeństwo   i   wtedy

przeprowadzę kilka wywiadów.

Kamerzysta   Jerry   Mathieson   spojrzał   na   nią   ze

współczuciem. Wiedział, że zawsze przydzielano jej najgorszą
pracę.   Miał   do   niej   słabość.   Była   inna   niż   pozostałe,
gruboskórne kobiety pracujące w telewizji. Zgłosił się do tego
zadania z nadzieją, że pozna ją trochę lepiej.

 - Wydaje mi się, że możemy zrobić coś ciekawego. Może

zrobię  kilka  dobrych ujęć podczas mszy, ty możesz  nagrać
komentarz.

Kiedy ubrani na czarno mieszkańcy zgromadzili się nad

przystanią,   na   tle   olśniewająco   błękitnego   morza,   Sharon
zaczęła czuć rosnącą ekscytację. Jakaś niska kobieta zawiązała
tej ładnej dziewczynie w białej sukni szarfę w szkocką kratę.
Szarfa została przypięta za pomocą wielkiej broszy z kwarcu
dymnego.

Pastor   zajął   swoje   miejsce   przed   zgromadzonymi   i

podniósł ręce.

  - Zebraliśmy się tu dzisiaj - zaczął - aby uczcić pamięć

pani Tyle, która utonęła podczas burzy. Niech spoczywa w
pokoju. Chcemy również dodać sobie nawzajem otuchy w tym
nieszczęściu. Zniszczone zostały nasze domy i łodzie. Pewnie
zastanawiacie się, jak poradzić sobie w tych trudnych czasach,
które są przed nami...

  - Popatrz na te twarze w pierwszym rzędzie - szepnął

Jerry do Sharon. - Są wspaniałe.

W   pierwszym   rzędzie   przed   pastorem   zgodnie   z

ustaleniami Hamisha, zgromadzili się najbardziej fotogeniczni
mieszkańcy Stoyre, o najbardziej wyrazistych twarzach.

 - Tak więc - ciągnął dalej pastor - możecie czuć, że świat

zapomniał   o   was   i   waszym   nieszczęściu.   Może   wam   się
wydawać, że spadła na nas jakaś kara za to, że daliśmy się
zwieść złym ludziom. Proszę was jednak, abyście nie tracili

background image

nadziei. Na świecie są jeszcze dobrzy ludzie, i jestem pewien,
że znajdą się tacy, którzy zechcą nam pomóc. Niech Bóg was
błogosławi.

Wśród zgromadzonych panowało milczenie. Potem Elsie

Queen  zaczęła   śpiewać   celtycką   pieśni   żałobą.   Jej   czysty,
donośny głos wzniósł się ponad wzgórza. Kilka kobiet zaczęło
głośno   płakać,   a   niektórym   mężczyznom   pociekły   łzy   po
policzkach, Sharon poczuła gulę w gardle.

Kiedy   Elsie   w   końcu   przestała   śpiewać,   włączył   się

dudziarz   i   wszyscy   odśpiewali   psalm   dwudziesty   trzeci.
Kamerzysta   czuł   narastające   podniecenie.   Te   niesamowite
twarze,   ta   dziewczyna   w   białej   sukience,   kontrastującej   z
czarnymi   ubraniami   reszty   mieszkańców,   do   tego   wysoki
dudziarz, a wszystko usytuowane na tle przystani. Dawało to
wspaniały obraz.

Po śpiewach nastąpiła krótka modlitwa.
Sharon   wyszła   naprzód,   żeby   przeprowadzić   kilka

wywiadów, oczekując, że zostanie zignorowana, jednak ludzie
opowiadali   jej   wzruszające   historie   o   tym,   jak   stracili
wszystko, w tym zwierzęta, oraz o wstydzie z powodu tego, że
dali się nabrać na te sztuczkę z hologramami.

Kiedy   wreszcie   spakowali   się   i   jechali   w   kierunku

Strathbane, Jerry powiedział:

  - Puścimy ten materiał w wiadomościach o osiemnastej.

Idealnie sobie poradziłaś, Sharon. Masz ochotę napić się ze
mną później drinka, żeby to uczcić?

 - Jesteś pewien, że mamy co świętować?
  -   Jestem   całkowicie   przekonany.   Uśmiechnęła   się   do

niego.

 - W takim razie bardzo chętnie.
  -   Nie   wiem,   czy   mnie   wzrok   nie   mylił   -   wtrącił   się

dźwiękowiec, manewrujący dużym wozem pomiędzy ostrymi
zakrętami   -   ale   wydawało   mi   się,   że   z   tyłu   zgromadzenia

background image

wdziałem tego wysokiego policjanta, tego, który ocalił tę małą
dziewczynkę, jednak kiedy spojrzałem tam ponownie, już go
nie było.

 - Rudowłosy, zgadza się? - spytał Jeny.
 - Tak, wyższy od reszty.
  -   Rozmawiałam   z   wysokim,   rudym   mężczyzną   -

oświadczyła Sharon. - Ale to był jeden z mieszkańców.

 - W taki razie to nie mógł być ten gliniarz.
Elspeth   włączyła   telewizor,   aby   obejrzeć   o   osiemnastej

wiadomości,   żeby   sprawdzić,   czy   policja   ze   Strathbane
przekazała   dalsze  raporty   w  sprawie  wraku  statku.  Zamiast
tego zobaczyła twarz urodziwej reporterki Sharon Judge, która
zapowiedziała   transmisję   nabożeństwa   ze   Stoyre.   Elspeth
musiała   przyznać,   że   ceremonia   była   bardzo   wzruszająca   i
była wściekła, że to przegapiła. Kiedy nabożeństwo ciągnęło
się   dalej,   zaczęła   odnosić   wrażenie,   że   jest   w   tym   coś
sztucznego. W pewnym momencie kamera przesuwała się po
twarzach zgromadzonych i  dziewczyna dostrzegła w tłumie
Hamisha Macbetha, który nagle schylił się i zniknął z pola
widzenia.

Kiedy ceremonia dobiegła końca, wściekła Elspeth usiadła

na krześle. Dzięki temu nabożeństwu zaczną napływać czeki z
pomocą z całego kraju. Mieszkańcy osady nigdy nie daliby
rady zaaranżować czegoś tak chwytliwego. Hamish Macbeth
jednak mógłby na to wpaść. Chciał więc zaprezentować ich
prośbę o pomoc i znów nie zadał sobie najmniejszego trudu,
żeby ją powiadomić.

Na biurku w wazonie stał bukiet róż, który jej przysłał.
Dziewczyna chwyciła go i cisnęła do kosza.

background image

Rozdział dziesiąty
GUILDENSTERN:   Tkanka,   która   buduje   ambicję,   jest

ledwie cieniem sennego marzenia.

HAMLET:   Senne   marzenie   samo   w   sobie   jest   niczym,

ponad cień.

ROSENCRANTZ:   To   prawda,   jednak   ja   pielęgnuję

ambicję tak lekkiej i ulotnej konstrukcji, że wydaje się być
cienia cieniem.

William Szekspir

 - Tak więc, panowie, wszyscy jesteśmy co do tego zgodni

- podsumował nadkomisarz Daviot, spoglądając na siedzących
przy   stole   wysokich   rangą   oficerów   -   Hamish   Macbeth
zostanie przeniesiony do Glasgow, żeby rozpocząć szkolenie
na stanowisko detektywa.

Oficerowie potwierdzili.
  -   Co   stanie   się   z   posterunkiem   w   Lochdubh?   -   spytał

Blair,   który   był   zachwycony,   że   przebywa   w   tak   zacnym
gronie i chciał w jakiś sposób zaznaczyć swoją obecność.

Rozgorzała dyskusja i komendant skwitował:
  -   Czy   jest   konieczne,   żeby   zatrzymać   ten   komisariat?

Musimy   ustalić   priorytety.   Sierżant   Macgregor   z   Cnothan
może spokojnie przejąć rewir Macbetha.

Główny   inspektor   z   Glasgow,   człowiek   o   bystrym

spojrzeniu, zabrał głos:

 - Poczekajcie chwilę. Przyglądaliśmy się tym wszystkim

sprawom,   które   Hamish   rozwiązał.   Na   początku   było
oszustwo ubezpieczeniowe...

 - To była sprawa Strathbane i nie należała do kompetencji

Macbetha - przerwał Blair.

  - Więc dlaczego potrzeba  było posterunkowego z  gór,

żeby to rozwiązał?

background image

  -   Macbeth   zajął   się   tymi   sprawami,   ponieważ   odkrył

oszustwo podczas badania  włamania  w Braikie  - tłumaczył
Daviot.

  -   Poradzilibyśmy   sobie   -   zaprotestował   Blair   -   nie

potrzebowaliśmy Macbetha.

  -   Och,   naprawdę?   -   spytał   inspektor   z   Glasgow.   -

Wcześniej miały jednak miejsce inne oszustwa, we wszystkich
brał udział ten sam dostawca whisky i nie byliście w stanie
sami niczego wykryć.

Daviot posłał Blairowi ostrzegawcze spojrzenie.
  -   Zazwyczaj   -   powiedział   pojednawczo   -   Macbeth

prowadzi   raczej   proste   życie,   a   my   spotkaliśmy   się   tutaj,
ponieważ szkoda, aby jego talenty marnowały się w górskiej
wiosce.

Do środka wszedł jakiś posterunkowy i wręczył kopertę

Helen, sekretarce pana Daviota, która spisywała protokół ze
spotkania. Otworzyła list i powiedziała:

 - Myślę, że powinien pan to przeczytać, sir.
Podała kartkę Daviotowi, który zapoznał się z jej treścią i

twarz mu pociemniała.

  - Obawiam się, panowie, ze jest to list i zaświadczenie

lekarskie   od   doktora   Brodie'ego   z   Lochdubh.   Pisze   on,   że
Macbeth cierpi na depresję i wyczerpanie i zaleca mu dwa
tygodnie urlopu.

 - Co! - zawołał Blair. - Ten człowiek to skończony łgarz!
 - Jeśli tak łatwo dopada go przemęczenie - zauważył ktoś

- wydaje mi się, że nie sprosta wymogom miejskiego światka
przestępczego.

 - On udaje! - zawył Blair, poczerwieniały z wściekłości. -

Ten lekarz to jego przyjaciel.

  -   Helen,   połącz   mnie   z   doktorem   Brodie'em.   Helen

wyszła z pokoju i po kilku minutach wróciła.

background image

 - Mam jego numer. Mam do niego zadzwonić i przełączyć

do pana?

  -   Nie,   daj   mi   telefon.   -   Helen   postawiła   aparat   przed

nadkomisarzem i podyktowała mu numer.

Reszta czekała. Słyszeli, jak Daviot zadawał pytania, po

czym   słuchał   w   milczeniu   odpowiedzi   lekarza.   W   końcu
podziękował mu i pożegnał się.

 - Macbeth - relacjonował - wyjechał gdzieś i nikt nie wie,

dokąd.  Ostatnia  wiadomość,   jaką  zostawił,  informowała,  że
wróci na posterunek za dwa tygodnie.

  - To jakieś brednie... - zaczął Blair. Daviot spojrzał na

niego lodowato.

 - Mógłbyś poczekać na zewnątrz?
Blair wyszedł, płonąc na twarzy. Chodził niecierpliwie w

tę i z powrotem. „Och, proszę cię - modlił się do Boga, w
którego nie wierzył - wyślij Hamisha Macbetha do Glasgow
albo   na   Hebrydy   Zewnętrzne   (Archipelag   położony   na
północnym   zachodzie   Szkocji,   złożony   z   dwustu   wysp),
wszędzie, byle nie do Lochdubh.

Inspektor czekał  długo.  Wreszcie  drzwi   otworzyły  się  i

wszyscy opuszczali salę gęsiego. Blair czekał niecierpliwie,
po czym podszedł do Daviota.

 - No i jak? - zapytał.
 - Co jak?
 - Chciałem spytać, co się stało, sir.
  - Postanowiliśmy zostawić Macbetha tu, gdzie obecnie

pracuje. Powinien nam to zgłosić. Nie możemy zawiesić go,
ponieważ jest bohaterem. Zawsze był indywidualistą. Może
będzie bezpieczniej zostawić go tam, gdzie jest teraz. Nie! -
nadkomisarz podniósł rękę, żeby powstrzymać wybuch Blaira.
-   Powinieneś   wiedzieć,   kiedy   się   nie   odzywać.   Nie   było
żadnego   powodu,   dla   którego   miałbyś   brać   udział   w   tym
zebraniu. Mogłeś chociaż siedzieć cicho i nie robić z siebie

background image

widowiska.   Doktor   Brodie   jest   porządnym   człowiekiem.
Byłem kiedyś w Lochdubh razem z żoną i nasz pudel Snuffy
zachorował.  Miejscowy   weterynarz   był  na  wakacjach,  więc
zabraliśmy   biednego   Snuffy'ego   do   doktora   Brodie'ego.
Okazał się być bardzo miły. Zatrzymał Snuffy'ego na nocną
obserwację i pies następnego dnia był całkiem zdrów. Musimy
liczyć się z opinią takiego człowieka. Możesz już odejść.

Blair odmaszerował i żeby trochę poprawić sobie humor

upił się na umór.

Hamish,   który   rozłożył   swój   kemping   na   wzgórzu,

usłyszał komórkę. Telefonował doktor Brodie.

  - Dzwonił ten twój przyjaciel, Jimmy Anderson. Twoje

kłopoty   zostały   pomyślnie   rozwiązane.   Możesz   cieszyć   się
urlopem.

 - Wielkie dzięki.
  -   Powinieneś   podziękować   psu   swojego   przełożonego.

Ten zwierzak zachorował kiedyś, zająłem się nim i oddałem
następnego dnia zupełnie zdrowego. Nadkomisarz uważa, że
jestem geniuszem.

 - Co mu dolegało?
 - Pobawiłem się trochę w detektywa i dowiedziałem się,

że   Daviotowie   jedli   tego   wieczora   kolację   we   włoskiej
restauracji, gdzie, jak się okazało, Willie Lamont zajmował się
w kuchni zwierzakiem i przekarmił tego żarłoka. Pozwoliłem
tylko tej bestii to przespać. A co teraz porabiasz?

 - Rozbiłem obozowisko. Tylko ja i Lugs. Cisza i spokój.

Jakieś wieści o Elspeth?

  -   Tej   reporterce?   Nie.   Czemu   pytasz?   Ona   nigdy   nie

choruje.

 - Dzwoniłem do niej kilka razy, ale zaraz się rozłącza.
  - Zawsze miałeś pecha w miłości - stwierdził lekarz i

zaniósł się bezdusznym śmiechem.

background image

Hamish   cały   następny   dzień   spędził   na   pieszych

wędrówkach, po czym wrócił na kemping nad rzeką, gdzie
zostawił   land   rovera.   Wyjął   namiot,   wyciągnął   kuchenkę
polową i zaczął smażyć kiełbaski.

  - To się nazywa życie, prawda, Lugs? - uśmiechał się,

odwracając kiełbaski na patelni.

Lugs   zamerdał   ogonem,   wystawił   język   i   zaczął

wpatrywać się niecierpliwie w naczynie.

Słońce zachodziło za górami, znikając w pełnym blasku

chwały. Hamish czuł zadowolenie. Zmartwienia związane ze
ślubem   Priscilli   i   sprawą   z   Elspeth   odsunął   stanowczo   od
siebie. Przez całe dwa tygodnie był wolny od obowiązków.
Cały   dzień   nie   widział   nikogo   oprócz   dwójki   piechurów
gdzieś w oddali.

Po kolacji czytał przez chwilę przy świetle gazowej lampy

i w końcu postanowił pójść spać. Umył się i zakopał w śpiwór,
wciąż ubrany w sweter i spodnie, ponieważ noc była bardzo
zimna. Lugs wcisnął się obok niego i obaj szybko pogrążyli
się we śnie.

***
Nagle Hamish zbudził się w środku nocy, a wszystkie jego

zmysły   raptownie   się   wyostrzyły.   Automatycznie   sięgnął,
żeby   odszukać   szorstkie   futro   Lugsa,   jednak   nie   mogąc
nigdzie   namacać   psa,   wygramolił   się   ze   śpiwora.   Zapalił
gazową lampę. Nadal nigdzie ani śladu Lugsa.

Wtem zamarł. Wejście do namiotu uchyliło się i do środka

wczołgał się jakiś mężczyzna. Trzymał przed sobą pistolet.

 - Nie ruszaj się. - Miał kilkudniowy zarost. Ubrany był w

skafander i czarne spodnie, na których Hamish dostrzegł białe
ślady od soli. Mężczyzna był niski i żylasty, z pociągłą twarzą
i   czarnymi   oczami,   które   błyszczały   złowrogo   w   świetle
lampy.

background image

 - Mój pies - jęknął Hamish, czując suchość w ustach. - Co

zrobiłeś z moim psem?

  - Jest bardzo cichy, nieprawdaż? - zadrwił mężczyzna.

Ten akcent!

 - Jesteś Niemcem. Byłeś członkiem tamtej załogi nurków.

-   A   ja   rozpoznałem   ciebie   z   gazet.   -   Mówił   lekko,   a   jego
angielski   był   perfekcyjny.   -   Więc   to   jest   policjant,   który
popsuł wszystkie nasze plany.

 - Jak udało ci się dostać na brzeg?
  -   Nie   naładowałem   sobie   złota   do   kieszeni,   tak   jak

pozostali. Teraz przygotuj mi coś do jedzenia. Będę cię miał
na muszce.

„Muszę   z   nim   dalej   rozmawiać"   -   pomyślał   Hamish.

Namiot był niski, musiał więc zginać się wpół.

 - Lepiej wystawię kuchenkę na zewnątrz.
 - Nie. Gotuj tutaj!
Hamish   ustawił   kuchenkę,   podpalił   ją   i   postawił   na

wierzchu patelnię.

 - Mam bekon i jajka.
 - Może być.
 - A co potem? - spytał Hamish.
  -   Potem   zabiję   cię   i   zabiorę   twój   radiowóz.   Hamish

spojrzał na broń.

 - My tutaj w górach nie znamy się za bardzo na broni -

głos Hamisha brzmiał miękko i przyjaźnie, tak jakby zabawiał
rozmową przyjaciela. - Co to za model?

Mężczyzna roześmiał się.
 - Ale jesteś odważny. Szkoda będzie cię zabijać. To, mój

przyjacielu,   jest   HS   dwa   tysiące,   półautomatyczny   pistolet,
wyprodukowany   w   Chorwacji.   Jest   najlepszy   w   swoim
rodzaju.

background image

Tłuszcz   był   rozgrzany.   Hamish   położył   na   patelni   dwa

plastry bekonu. „Ten człowiek może mnie zabić, ale najpierw
postaram się zrobić mu jakąś krzywdę" - pomyślał.

Wiedział, że na tym terenie nikt nie mieszkał w promieniu

wielu   kilometrów,   kto   więc   mógł   zjawić   się   tutaj   nagle   w
środku nocy?

Wtem usłyszał jakieś głosy. Ledwie był w stanie uwierzyć

własnym uszom. Potem jakaś kobieta krzyknęła.

  - Poświeć tutaj latarką. To pies. Jest ranny. Mężczyzna

zaklął.

  -   Wyłaź   na   zewnątrz   i   idź   do   nich.   Szybko!   Hamish

wyłączył kuchenkę i wyszedł z namiotu, niosąc przed sobą
gazową   lampę.   Światło   padło   na   Lugsa.   Pies   leżał
nieruchomo,   a   na   jego   głowie   widać   było   paskudną   ranę.
Hamish poczuł narastającą wściekłość. Dwie postaci klęczały
nad   nim.   Kobieta   i   mężczyzna.   To   pewnie   ci   piechurzy,
których   widział   wcześniej.   Mężczyzna   oświetlał   latarką
Lugsa.

 - Co się tutaj stało? - spytał.
  -   Podnosić   się   -   rozkazał   Niemiec   -   ręce   do   góry.

Oszołomieni podnieśli się, wpatrując się w pistolet.

  -   Dołącz   do   nich   -   rozkazał   Niemiec   Hamishowi.   -

Oprzyjcie się o land rovera. Wygląda na to, że będę musiał
was zabić.

  - Nie chcesz najpierw czegoś zjeść? Nurek uśmiechnął

się.

 - Niezły jesteś. Sam mogę sobie ugotować.
 - Uderzyłeś tego psa? - spytała kobieta, a oczy wezbrały

jej łzami.

  -   Musiałem   go   uciszyć.   Wywabiłem   go   z   namiotu

kawałkiem sera. Śledziłem tego człowieka cały dzień.

 - Zastrzel go, ale pozwól nam odejść - zawołała kobieta. -

Nic nie powiemy.

background image

 - Co robicie w środku nocy w górach? - spytał Hamish.
 - To nasz miesiąc miodowy. Pomyśleliśmy, że spacer w

gwiaździstą noc będzie romantyczny.

  - Jestem Hamish  Macbeth, posterunkowy z Lochdubh.

Jak się nazywacie?

 - Jestem Peter, a to Linda.
 - Na miłość boską - wtrącił się Niemiec, a jego akcent stał

się wyraźniejszy. - Miejmy to już za sobą.

Podniósł broń.
 - Mogę odwrócić się plecami? - spytał Hamish. - Nigdy

nie miałem ochoty patrzeć śmierci w twarz.

  - W porządku. Wszyscy się odwróćcie. Oprzyjcie się o

samochód.

 - Mogę zmówić krótką modlitwę?
 - Jesteś stuknięty, tylko szybko.
Hamish po cichu wsunął długą rękę przez otwarte okno

land rovera i zacisnął palce na czymś, co miał nadzieję tam
znaleźć.

  -   Dalej!   -   krzyknął   Niemiec.   -   Nie   wiem,   czemu

zawracam sobie głowę tymi bzdurami!

  -  Za   wszystko,   co  otrzymam   -   zaczął   Hamish   cicho   -

niech dziękuję Panu.

Jednym   szybkim   ruchem   chwycił   broń,   którą   wcześniej

naładował,   chcąc   upolować   królika   na   rosół,   rzucił   się   na
ziemię,   przeturlał   na   bok   i   strzelił   Niemcowi   w   klatkę
piersiową.

Linda zaczęła wrzeszczeć.
  - Zamknij się! - krzyknął Hamish. - Daj mi pomyśleć. -

Musiał   zawieźć   Lugsa   do   weterynarza.   Będzie   musiał
wyjaśnić, dlaczego wziął ze sobą land rovera na wakacje. Co
gorsza,   będzie   musiał   wyjaśnić,   po   co   trzymał   naładowaną
broń   na   przednim   siedzeniu   samochodu,   który   nie   był
zamknięty i miał otwarte okno.

background image

Ukląkł przy Niemcu. Nie wyczuł pulsu.
Ignorując   Lindę,   która   teraz   płakała,   oraz   Petera,   który

zwymiotował, Hamish wsiadł do land rovera i włączył radio.
Połączył   się   ze   Strathbane,   desperacko   prosząc   o   wysłanie
helikoptera   i   pokrótce   wyjaśniając,   co   się   stało.   Podał   im
swoją lokalizację najdokładniej, jak potrafił, i powiedział, że
rozpali ognisko.

Potem odwrócił się i powiedział do Petera.
  - Będziesz musiał pomóc mi znaleźć drewno i wrzosy,

żeby przygotować ognisko. Weź się w garść, człowieku.

Potem Hamish uklęknął przy Lugsie. Pies miał krwawiącą

ranę na głowie. Wciąż oddychał... ledwie.

Wyjął   z   namiotu   śpiwór   i   przykrył   nim   psa,   a   potem

poszedł po rzeczy na ognisko.

 - Tu są tylko wrzosy - wysapał Peter, wracając z pełnymi

rękami.

 - To wystarczy. Będziemy potrzebować całej sterty. Linda

skuliła się obok land rovera i zamknęła oczy.

Hamish postawił ją na nogi.
  -   Jesteś   w   szoku,   nie   możesz   teraz   spać.   Ruszaj   się   i

pomóż mi z tym ogniskiem.

  -   Nie   możesz   przykryć   czymś   tego   mężczyzny?   -

wzdrygnęła się i spojrzała na martwe ciało Niemca.

Hamish   poszedł   do   namiotu   i   wrócił   z   kocem,   którym

przykrył zwłoki.

Kiedy   zebrali   wielki   stos   wrzosów,   oblał   je   benzyną   i

zapalił zapałką.

  -   Powinni   to   zobaczyć.   Przynieście   więcej   wrzosów.

Minęła   godzina,   w   czasie   której   desperacko   dokładali   do
ognia, a Hamish cały czas modlił się, żeby Lugs przeżył.

Kiedy   usłyszał   huk   helikoptera   wynurzającego   się   zza

góry, poczuł, że mógłby się rozpłakać. Po chwili pojawił się
kolejny helikopter.

background image

Obie   maszyny   wylądowały   na   wrzosowisku.   Ze   środka

wyskoczyli policjanci, na czele z Jimmym Andersonem.

  - To Lugs! - zawołał Hamish. - Jest śmiertelnie ranny.

Musimy zawieźć go do weterynarza.

MacNab, partner Jimmy'ego, był razem z nimi.
  -   Hamish,   musimy   zebrać   pełne   zeznanie.   Trzeba

poczekać na patologa...

  -   Mamy   dwa   helikoptery   -   powiedział   Jimmy,   -   a

Macbeth potrzebuje opieki lekarskiej.

 - Z jakiego powodu? - spytał MacNab.
 - Coś wymyślę. Idź, Hamishu.
Hamish podniósł delikatnie Lugsa i wsiadł do helikoptera.
 - Do szpitala? - spytał pilot.
 - Nie, do weterynarza - odparł Hamish.
Hamish   trzymał   Lugsa   przez   całą   drogę   do   małego

lotniska w Strathbane. Pilot uprzedził o ich przybyciu i wóz
policyjny   już   na   nich   czekał.   Hamish   wiedział,   gdzie   w
Strathbane mieszkał weterynarz, więc pilotował kierowcę do
jego domu. Kiedy byli na miejscu, walił bez opamiętania do
drzwi, aż zaspany weterynarz otworzył, przecierając oczy.

 - To mój pies, Fred - wysapał Hamish. - On umiera. Ktoś

go uderzył. Nie chcę, żeby umarł.

  -   Zanieś   go   do   gabinetu,   drzwi   obok.   Wezmę   tylko

fartuch.

W gabinecie Lugs został położony na stole.
  - Źle to wygląda - mruknął weterynarz. - Musisz go ze

mną zostawić, Hamishu. Nie, nic nie możesz zrobić. Idź i się
prześpij.

Macbeth niechętnie wrócił do radiowozu.
  -   Przed   chwilą   dostałem   wiadomość   przez   radio   -

poinformował   kierowca.   -   Pan   Daviot   wstał   i   jedzie   do
komendy. Chce, żebyś złożył pełne zeznanie.

Hamish jęknął.

background image

Nadkomisarz  Daviot spotkał  się z Hamishem  w pokoju

przesłuchań, a nie w swoim gabinecie. Był tam jeszcze jeden
detektyw,   jakiś   nowy,   którego   Hamish   nie   rozpoznał.
Włączono magnetofon i Daviot wyjaśnił:

  - Chcę, żebyś złożył pełne  wyjaśnienie  w tej  sprawie.

Rozumiem,   że   ten   mężczyzna   był   ostatnim   członkiem
niemieckiej załogi. Dwoje turystów zeznało, że wyciągnąłeś
broń   z   policyjnego   land   rovera   i   zastrzeliłeś   go.   Twierdzą
również, że mężczyzna był gotowy zabić was wszystkich. My
jednak   musimy   wiedzieć,   dlaczego   wziąłeś   policyjny
radiowóz   w   momencie,   kiedy   powinieneś   być   na   urlopie   i
czemu   trzymałeś   naładowaną   broń   w   niezamkniętym
samochodzie, który do tego miał otwarte okno.

„Muszę z tego jakoś wybrnąć - pomyślał Hamish. - Nie

stać mnie na to, żeby stracić pracę".

  -   Kiedy   wyjeżdżałem   na   urlop,   podwiozła   mnie

przyjaciółka - zaczął Hamish. Nastała chwila ciszy. Taśma w
magnetofonie kręciła się. „Będę musiał poprosić Angelę, żeby
mnie kryła" - pomyślał Hamish. Potem kontynuował:

 - Do plecaka spakowałem sprzęt potrzebny na kempingu.

Razem   z   psem   spacerowaliśmy   po   wznoszących   się   nad
Stoyre   górach.   Nagle   dostrzegłem   jakiegoś   mężczyznę
czającego   się   w   oddali.   Zacząłem   się   zastanawiać,   czy
rzeczywiście wszyscy członkowie załogi utonęli.

  -   Dla   uzupełnienia   nagrania,   Macbeth,   mówisz   o

Niemcach, którzy przeszukiwali wrak statku w poszukiwaniu
złota?

  -   Tak,   chodzi   mi   o   nich.   Zadzwoniłem   do   mojej

przyjaciółki Angeli Brodie i poprosiłem ją, żeby zabrała mnie
do   Lochdubh.   Jestem   ostatnio   wyczerpany,   dlatego
zastanawiałem   się,   czy   mi   się   coś   nie   przywidziało.
Pomyślałem   jednak,   że   wrócę   i   zobaczę,   czy   uda   mi   się
odnaleźć tego człowieka. Wziąłem ze sobą broń. Wiedziałem,

background image

że jeśli byłby to jeden z nich, nie cofnie się przed niczym.
Wróciłem   tam,   żeby   przeszukać   teren,   jednak   niczego   nie
znalazłem. Nagle w środku nocy wydało mi się, że słyszę jakiś
hałas, otworzyłem więc land rovera i naładowałem broń. W
tym   momencie   mój   pies,   Lugs,   pobiegł   w   noc,   szczekając.
Usłyszałem   jakiś   trzask.   To   musiał   być   cios,   jaki   ten
mężczyzna zadał Lugsowi. Pobiegłem w tamtym kierunku i
znalazłem psa leżącego wśród wrzosów i tego Niemca, który
celował we mnie z pistoletu.

Kazał mi wrócić do namiotu. Podniosłem mojego psa i

wziąłem ze sobą. Przed namiotem kazał mi położyć Lugsa na
ziemi,   wejść   do   środka   i   przygotować   jedzenie.   Zacząłem
przygotowywać dla niego jajka i bekon, kiedy usłyszałem, jak
Linda i Peter, para tych turystów, wykrzykiwali coś na widok
psa. Ten mężczyzna kazał mi wyjść na zewnątrz. Powiedział,
że zamierza nas wszystkich zastrzelić. Spytałem, czy mogę się
odwrócić   plecami.   Zgodził   się.   Sięgnąłem   do   land   rovera,
chwyciłem broń, padłem na ziemię, przeturlałem się i wtedy
go zastrzeliłem.

  -   Jednak   skoro   podejrzewałeś,   że   na   wolności   grasuje

niebezpieczny przestępca, dlaczego tego nie zgłosiłeś?

  -   Ostatnio   nie   jestem   sobą,   sir   -   przyznał   się   Hamish

drżącym głosem. - Czuję się taki słaby i roztrzęsiony.

Daviot zwrócił się do detektywa.
  -   Wyłącz   magnetofon   i   poczekaj   na   zewnątrz.   Kiedy

detektyw wyszedł, Daviot spojrzał na Hamisha i westchnął.

 - Co ja mam z tobą zrobić? Poinformowaliśmy już prasę,

że   jesteś   na   urlopie.   Nie   chcemy,   żeby   się   dowiedzieli,   że
ganiałeś   po   okolicy,   bawiąc   się   w   samotnego   szeryfa   z
Dzikiego   Zachodu.   Wydamy   oświadczenie   o   tym,   że   na
wzgórzach widziano jakiegoś podejrzanego mężczyznę, a ty
musiałeś iść i to zbadać. Zrobimy z tego oficjalne śledztwo.
Wytłumacz mi tylko jedną rzecz. Jakim cudem ten Niemiec

background image

dał ci czas, żebyś mógł sięgnąć do land rovera, chwycić broń,
a potem odwrócić się i strzelić?

  - Spytałem, czy mogę odmówić modlitwę. Myślę, że to

go zbiło z tropu. Ja natomiast bardzo szybko strzelam, sir.

  - Rzeczywiście, przypominam  sobie. Zgarniałeś kiedyś

wszystkie   nagrody   na   strzelnicy   w   Moy   Hall.   Czemu
przestałeś brać udział w zawodach?

  -   Chciałem   dać   szansę   innym   -   odparł   Hamish   z

prostoduszną próżnością górala. - Jestem w tym zbyt dobry, a
to nie fair w stosunku do innych.

  -   Wyglądasz   jak   wrak   człowieka.   Zawiozę   cię   do

Lochdubh. Kazałem policjantowi odprowadzić twój samochód
na posterunek.

  - Jeśli mógłbym o coś prosić, sir, muszę zostać tutaj do

rana. Mój pies jest u weterynarza.

 - Oczywiście - zreflektował się Daviot szybko, a Hamish

był wdzięczny, że jego zwierzchnik miał słabość do zwierząt.

 - Sprawdzę, czy któraś z cel jest wolna.
 - Ten jeden raz możesz pozwolić sobie na hotel. Zapłać za

pokój kartą kredytową, a potem dołącz rachunek do innych
wydatków. Masz przy sobie swoją kartę?

Hamish sprawdził kieszenie.
 - Tak, wciąż mam swój portfel.
 - W takim razie do zobaczenia.
Hamish   wybrał   mały   hotelik   w   pobliżu   gabinetu

weterynarza. Zadzwonił do Angeli Brodie, która zgodziła się
przysiąc, że go woziła. Była szósta, kiedy wgramolił się do
łóżka. Zamówił budzenie na dziewiątą.

Kiedy   zadzwoniono   z   pobudką,   umył   się,   ubrał   i   ze

smutkiem   dostrzegł   rudą   szczecinę   na   brodzie.   Spróbował
zjeść szybkie śniadanie w małej jadalni, ale jedzenie stawało
mu w gardle. Odsuwał właśnie talerz, kiedy weszła Angela.
Jej szczupła twarz rozpogodziła się na jego widok.

background image

  - Pomyślałam, że lepiej będzie, jak przyjadę i będę cię

wozić,   żeby   wszystko   wyglądało   wiarygodnie.   Chodźmy,
zobaczmy, co z Lugsem.

Całą drogę do weterynarza Hamish siedział zgarbiony na

siedzeniu   pasażera.   Po   śmierci   swojego   poprzedniego   psa,
Towsera,   nie   chciał   mieć   kolejnego.   Pewnego   dnia   rybak
Archie   Maclean   znalazł   błąkającego   się   po   wrzosowiskach
Lugsa i podarował go Hamishowi na Gwiazdkę. Od samego
początku Hamish był oczarowany psem z wielkimi uszami i
dziwnymi, niebieskimi oczami.

 - Myślisz, że wyjdzie z tego? - spytał Angelę.
  -   Trudno   powiedzieć,   musimy   poczekać,   co   powie

weterynarz - odpowiedziała.

 - Jesteśmy na miejscu. Uspokój się, Hamishu. Nie próbuj

wyskakiwać z samochodu, dopóki nie zaparkuję.

Hamish   wszedł   do   poczekalni.   Była   pełna   ludzi

siedzących ze swoimi zwierzętami. Poszedł w kierunku drzwi
gabinetu.

  -   Proszę   czekać   na   swoją   kolej!   -   krzyknęła   z

wściekłością  jakaś kobieta. Hamish  i  Angela, nie oglądając
się, weszli do środka.

 - Nie potrafisz pukać? - spytał niezadowolony Fred, który

pochylał się właśnie nad kotem, żeby zrobić mu zastrzyk. -
Idźcie usiąść w poczekalni, a ja zaraz was zawołam.

 - A mój pies?
 - Z twoim psem wszystko w porządku.
 - Proszę pozwolić weterynarzowi zająć się moim kotem -

obruszyła się szczupła kobieta, kręcąca się wokół stołu.

Wrócili do poczekalni. Angela trzymała Hamisha za rękę,

żeby dodać mu otuchy. Wieczorem cale Lochdubh wiedziało,
że posterunkowy i żona lekarza trzymali się za ręce.

Wreszcie   szczupła   kobieta   wyszła   z   gabinetu   razem   ze

swoim kotem. Spojrzała na Hamisha:

background image

 - Mógł pan zaszkodzić Tiddles tym swoim wtargnięciem.
Weterynarz wyszedł za kobietą.
  -  Wy  dwoje,  wpychający  się   bez   kolejki,  chodźcie   do

środka. Ten twój pies musi mieć czaszkę ze stali. Zrobiłem mu
prześwietlenie. Porządnie oberwał, ale żadne kości czaszki nie
zostały uszkodzone. Doznał tylko mocnego wstrząsu.

Przechodząc, patrzyli na kojce, gdzie siedziały różne chore

zwierzęta.

 - Jesteśmy na miejscu - powiedział weterynarz.
Lugs   miał   na   czubku   głowy   biały   opatrunek.   Zamknął

oczy i leżał na boku.

 - Lugs - zawołał miękko Hamish.
Pies   otworzył   jedno   niebieskie   oko   i   zamerdał   słabo

ogonem.

 - Mogę zabrać go do domu?
 - Nie, zostaw go tutaj, dopóki do ciebie nie zadzwonię. A

teraz zmykaj. Muszę zająć się innymi zwierzętami.

Kiedy wrócili do samochodu Angeli, Hamish jęknął:
  -   Mógłbym   przespać   cały   miesiąc,   ale   powinienem

wracać do Lochdubh i spisać pełen raport.

  - Wiesz, co zrobimy? Spiszę ten raport za ciebie, ty mi

tylko dyktuj. Jesteś taki zmęczony, że palce będą ci się plątać
na klawiaturze komputera.

 - U Elspeth wszystko w porządku?
  -   Chyba   zaczęła   dochodzić   do   siebie.   Ale   znowu   się

wścieknie,   kiedy   obejrzy   wiadomości.   Jeszcze   większe
zamieszanie, a ty nawet nie dałeś jej znać.

 - Nie miałem czasu!
  - Miejmy nadzieję, że ona to zrozumie. Dzwonili, żeby

sprawdzić,   czy   cię   woziłam,   i   potwierdziłam.   Na   pewno
ucieszysz   się   na   wieść,   że   mój   wspaniały   mąż   przekonał
Daviota, że zdecydowanie powinieneś zaznać trochę ciszy i

background image

spokoju. Więc nadal jesteś na urlopie. Kiedy skończymy z tym
raportem, będziesz mógł spać całymi dniami.

Land rover stał zaparkowany przed posterunkiem. Hamish

zabrał rzeczy z auta i razem z Angelą weszli do środka. Zaczął
dyktować   jej   raport,   spisała   wszystko   dokładnie   na
komputerze i wysłała do Strathbane. Przez cały czas dzwonili
dziennikarze z prośbą o wywiad.

 - Tym razem to nie Blair jest odpowiedzialny za przeciek

do prasy - powiedział Hamish. - Uważa, że jestem za bardzo
popularny. Słyszałaś, jak mają się sprawy w Stoyre?

  -   Telewizja   ze   Strathbane   wyemitowała   bardzo

wzruszający program o mieszkańcach osady. Zaczęły spływać
czeki od dobroczyńców. Muszą założyć fundusz powierniczy.
Jakaś dziewczyna, Elsie Queen, która śpiewała celtycką pieśń,
podpisała kontrakt z agentem z Londynu. Stoyre już nigdy nie
będzie takie, jak dawniej.

  - Nie, to nieprawda - zapewniał Hamish. - Świat ruszy

dalej i wkrótce wszyscy zapomną o Stoyre. Czy to nie smutne,
że   wzruszamy   się   i   postanawiamy   pomóc   dopiero   wtedy,
kiedy powiedzą nam to w telewizji?

  -  Masz   coś  wspólnego  z  tą  historią   w  Stoyre?  Jestem

pewna,   że   sami   nie   wpadliby   na   pomysł,   żeby   odegrać
podobny spektakl. Sceneria była naprawdę bajeczna. Było w
tym coś hollywoodzkiego.

 - Och, naprawdę? Szkoda, że to przegapiłem.
 - Nie miałeś więc z tym nic wspólnego?
 - O rany, ale jestem zmęczony. Jeśli pozwolisz, Angelo,

to pójdę się położyć.

Kiedy   wreszcie   Hamish   rozciągnął   się   na   łóżku,   jego

myśli   zaczęły   galopować   jak   szalone   i   powróciły   dawne
zmartwienia: czy Lugs wyzdrowieje, czy Priscilla naprawdę
zamierzała   wyjść   za   mąż,   no   i   czy   Elspeth   jeszcze
kiedykolwiek się do niego odezwie?

background image

Sięgnął po amerykańską powieść kryminalną i zaczął ją

czytać w miejscu, w którym kiedyś przerwał. Amerykański
detektyw został pobity metalowym prętem, nie spał dwie noce
i ciągle się nie poddawał. „Czuję się przez to jak mięczak" -
pomyślał Hamish. Książka wysunęła mu się z ręki i upadła na
podłogę, posterunkowy zamknął oczy i wreszcie usnął.

Hamish   spał   nieprzerwanie   do   następnego   ranka   i

zauważył   niezadowolony,   że   pod   posterunkiem   stoją
dziennikarze.

Zadzwonił   do   Strathbane   i   poprosił   o   pozwolenie

porozmawiania   z   prasą,   ponieważ   wiedział,   że   inaczej   nie
odejdą   stąd,   a   on   bardzo   chciał   wrócić   do   swojego
codziennego, spokojnego życia.

Otrzymał wiadomość od Daviota, że przecież jest chory,

więc   główny   inspektor   Blair   zjawi   się   wkrótce,   żeby
porozmawiać z dziennikarzami.

Blair   w   końcu   przyjechał.   Wyglądało   na   to,   że   był   w

doskonałym humorze. Hamish uchylił lekko kuchenne drzwi i
zaczął słuchać.

 - Chcecie usłyszeć oświadczenie, chłopcy - zaczął Blair -

proponuję   więc,   żebyśmy   wszyscy   poszli   do   pubu,   a   ja
przekażę wam informacje.

 - Co z Macbethem? - krzyknął jeden z nich.
  -   Nie   znajdziecie   go   tutaj.   Jest   na   urlopie.   Chodźcie.

Hamish   czekał,   aż   wszyscy   odejdą,   potem   zadzwonił   do
Archiego Macleana.

  -   Blair   zabrał   dziennikarzy   do   pubu,   żeby   wygłosić

oświadczenie. Mógłbyś wyświadczyć mi przysługę, pójść tam
i posłuchać, co powie?

 - Pewnie - odparł Archie - ale będziesz mi winny piwo.
Tego ranka Hamish czekał cierpliwie, aż usłyszał pukanie

do   kuchennych   drzwi.   Otworzył   je   i   do   środka   wsunął   się
Archie.

background image

  - Nigdy nie słyszałem  takiego steku bzdur - śmiał  się

rybak. - Nie sądzę, żeby dziennikarze jeszcze cię niepokoili.

  - Co powiedział Blair? - spytał Hamish, stawiając przed

Archiem butelkę whisky i szklankę. - Nalej sobie.

 - Ten grubas powiedział im, że nadal cierpisz z powodu

wyczerpania,   ale   wrócisz   za   kilka   tygodni.   Potem   zaczął
opowiadać, jakim jest wspaniałym detektywem, a z minuty na
minutę stawał się coraz bardziej pijany i głośny. Dziennikarze
wychodzili jeden po drugim, aż w pewnym momencie Blair
został   sam,   przechwalając   się   przed   samym   sobą.   Potem
wsiadł do samochodu i odjechał.

 - On prowadził?
 - Tak, ale daleko nie zajedzie.
 - Dlaczego tak myślisz?
  -   Zadzwoniłem   do   Strathbane   i   powiedziałem,   że

zauważyłem jakiegoś zalanego w trupa grubasa, który właśnie
wyszedł z pubu i wyjechał na drogę do Strathbane, prowadząc
volvo   W   -   reg.   Według   mnie   całkiem   dobrze   wyglądasz.
Naprawdę cierpisz z powodu wyczerpania?

 - Nie do końca. Jestem na urlopie.
 - Wyjeżdżasz gdzieś?
 - Możliwe. Mój pies został ranny.
 - Lugs! Co się stało? Podobno pisali coś w gazetach, ale

nie czytałem.

Hamish opowiedział Archiemu o swoich przygodach.
 - Więc - dodał na koniec - chyba powinienem cieszyć się

tym   urlopem,   bo   później   spędzę   sporo   czasu   przed   sądem,
składając wyjaśnienia.

 - Wiesz, że całe Lochdubh mówi o tym, że trzymaliście

się za ręce z Angelą Brodie?

 - Och, na miłość boską! - wykrzyknął gniewnie Hamish.
 - Siostry Currie spytały ją o to i ona powiedziała, że od lat

jest w tobie zakochana.

background image

 - Lepiej pójdę porozmawiać z Angelą i powiem jej, żeby

dała   już   spokój.   Ona   nigdy   nie   rozumiała,   że   takie
nieodpowiedzialne żarty mogą narobić sporo zamieszania w
miasteczku.

Kiedy pół godziny później Hamish rozmówił się z Angelą,

kobieta wyglądała na skruszoną.

  - Wiesz, jak to jest, Hamishu. To są takie plotkary, do

tego przekonane o własnej praworządności, że po prostu nie
mogłam się powstrzymać.

 - Problem polega na tym, Angelo, że jeśli będę zaprzeczał

tym plotkom, ludzie naprawdę zaczną w to wierzyć.

 - Może powinieneś zacząć pokazywać się z Elspeth.
 - Próbowałem do niej zadzwonić, ale odkłada słuchawkę.
 - Porozmawiaj z nią. To ładna i mądra dziewczyna. Nie

mógłbyś lepiej trafić.

 - Mam już dosyć kobiet.
 - Przestań więc uganiać się za tymi, które są poza twoim

zasięgiem.

 - W każdym razie porozmawiam z nią.
 - Masz ochotę na kawę?
Hamish   spojrzał   na   koty  przechadzające  się   po stole   w

kuchni Angeli.

 - Może wpadnę później i wtedy się napiję.
Posterunkowy wyszedł i udał się do redakcji. Powietrze

było czyste i rześkie. Jezioro było spokojne i nieruchome i
nawet   najdelikatniejszy   podmuch   wiatru   nie   mącił
lustrzanogładkiej   tafli.   Nagle   po   wodzie   odbił   się   echem
warkot   pił   elektrycznych.   Pracownicy   leśnictwa   usuwali
powalone   pnie   drzew.   Z   kominów   niósł   się   dym   palonego
torfu.   Niebo   było   jasnobłękitne,   a   słońce   świeciło   żółtym,
zamglonym blaskiem, jakby traciło na sile przed nadejściem
szkockiej zimy.

background image

Powiedziano   mu,   że   Elspeth   wyszła,   żeby   przygotować

reportaż, ale miała niedługo wrócić. Hamish skręcił w aleję,
minął domek sióstr Currie i skierował się do państwa Bain.

Drzwi   otworzył   mu   pan   Bain.   Wyglądał   na

zawstydzonego widokiem Hamisha.

 - Pewnie uważa mnie pan za skończonego durnia. Proszę

wejść.

Hamish podążył za nim do salonu.
  -   Czy   to   dlatego   opuścił   pan   Stoyre?   -   spytał

posterunkowy.

 - Tak. Proszę siadać i odpocząć. Naprawdę się bałem. Nie

chciałem   brać   w   tym   udziału.   Widzi   pan,   oni   wszyscy
wierzyli, że dostaną Świętego Graala, będą z niego pić i żyć
wiecznie.

 - Pan w to nie uwierzył?
 - Pomyślałem, że lepiej nie mieszać się w takie sprawy,

ale to wszystko odcisnęło na mnie swoje piętno. Uznałem, że
najlepiej   wynieść   się   ze   Stoyre   do   miejsca,   gdzie   życie
wygląda normalnie. Tamta historia przestraszyła mnie na tyle,
że bałem się o tym mówić. Cieszę się, że odkrył pan, że to
była tylko sztuczka, bo wiele dzieci, w tym moja córeczka,
miałyby   potem   koszmary   senne   do   końca   życia.   Może   coś
panu podać? Kawa, herbata, coś zimnego?

 - Nie, dziękuję. Będę już szedł.
Harry Bain spojrzał na niego zawstydzony.
 - Mam nadzieję, że wszystko się panu ułoży.
  - Och, sprawa jest zamknięta, a ja mam urlop. Już po

wszystkim.

 - Nie o to mi chodziło.
 - Więc o co?
 - Na pewno ciężko jest kochać zamężną kobietę.
 - Nie jestem zakochany w Angeli! - zawył Hamish.

background image

  - Och, biedna kobieta. Ona pana kocha, a pan nie chce

tego przyjąć do wiadomości.

  -   Rusz   głową,   człowieku.   Ona   droczyła   się   tylko   z

siostrami Currie. Angela była ze mną u weterynarza. Byłem
bardzo zdenerwowany, bo myślałem, że Lugs nie przeżyje.
Ona ma dobre serce, więc trzymała mnie za rękę.

 - Naprawdę tak było? Wielu ludzi będzie zawiedzionych.
 - Dlaczego?
  -   Moja   żona   właśnie   opowiadała   mi,   jak   oni   wszyscy

lubią porządne plotki.

Hamish jęknął.
 - Boskie wizje, Święty Graal, wrak statku, morderstwo i

całe to zamieszanie, a wam chce się gadać tylko o zmyślonym
romansie.

  - Na to wygląda. Wie pan, jak to jest. Jednak straciłem,

opuszczając Stoyre. Po tym programie telewizyjnym pieniądze
płyną   do   osady   ze   wszystkich   stron.   Ale   w   Lochdubh   jest
lepiej. Więcej tu życia.

Hamish   wyszedł   i   udał   się   do   domku   pana   Jeffersona.

Zapukał   do   drzwi   i   mężczyzna   otworzył   ucieszony   jego
widokiem.

  -  A,   to  ty.  Czytałem   o  tobie   we   wszystkich   gazetach.

Mógłbyś mnie wtajemniczyć.

  -   Chodzi   panu   o   najnowsze   wieści,   o   tym,   że   jakiś

niebezpieczny   Niemiec   błąkał   się   po   okolicy?   Jak   się   pan
miewa? Nadal wybiera się pan na południe? Z powrotem do
miasta?

  -   Wciąż   to   odkładam.   W   tym   miasteczku   dzieje   się

więcej,   niż   można   by   sądzić.   Archie   Maclean   wziął   mnie
wczoraj   w   nocy   na   połów.   Doktor   Brodie   zabrał   mnie   do
Strathbane na golfa, a różne damy zapraszają mnie na obiad.
Zaczyna mi się tu podobać. Czasem myślę o Annie i wówczas
dopadają mnie wyrzuty sumienia.

background image

 - Annie Docherty byłaby zachwycona tym, że podoba się

panu w Lochdubh.

  - To prawda. Wiele się tutaj dzieje. O co chodzi z tym

romansem między tobą a żoną lekarza?

Posterunkowy   wyjaśnił   mu   całą   sytuację   z   Angelą   i

ponownie udał się do redakcji. Tym razem Elspeth siedziała
przy swoim komputerze z długopisem wetkniętym we włosy.

  -   Och,   to   ty   -   rzuciła   krótko.   -   Masz   jeszcze   jakieś

rewelacje zatajone przede mną?

 - Elspeth, bardzo cię przepraszam. Popatrz na to z innej

strony. Całą noc spędziłem wśród szalejącej burzy, a potem
przyjechała cała ekipa ze Strathbane. Nie było czasu. Dostałaś
kwiaty ode mnie?

  -   Tak,   razem   z   twoją   łzawą   wiadomością.   Orzechowe

oczy Hamisha spojrzały badawczo.

 - Jaką wiadomością? Ja po prostu cię przeprosiłem.
 - Razem z wyrazami miłości.
 - Poprosiłem Jimmy'ego Andersona. Musiał dodać coś od

siebie.

 - Więc nawet nie mogłeś się pofatygować, żeby samemu

wysłać mi kwiaty?

 - Elspeth, to jest niedorzeczne. O co my się tak naprawdę

kłócimy?

Dziewczyna patrzyła przez dłuższą chwilę w monitor.
 - W porządku. Postaw mi kolację.
 - Kiedy?
 - Dziś o dwudziestej.
 - Cieszę się. We włoskiej restauracji?
 - Niech będzie.
Tego   wieczora   Hamish   zadzwonił   do   weterynarza   i

dowiedział się, że następnego dnia może odebrać psa.

  -   Jednego   nie   rozumiem,   Fred,   dlaczego   Lugs   nie

szczekał? Ten Niemiec powiedział, że zwabił go kawałkiem

background image

sera.   Lugs   jednak   ma   szósty   zmysł   i   wyczuwa
niebezpieczeństwo na odległość.

  - Chyba mogę na to odpowiedzieć. Dziś byłem zajęty i

miałem tylko chwilę, żeby zjeść coś w gabinecie. Wyjąłem
jakieś krakersy i kawałek sera Stilton (Typ sera pleśniowego),
który   miałem   w   lodówce,   a   za   drzwiami   obok   usłyszałem
straszne   zawodzenie   i   szczekanie.   Poszedłem   tam   razem   z
krakersem i stiltonem w ręce i zobaczyłem szalejącego Lugsa.
Otworzyłem  drzwiczki   klatki  i  dałem  mu  kawałek.  Połknął
krakersa   z   serem,   prawie   odgryzając   mi   palce.   Czy
dowiedziałeś się kiedykolwiek, skąd pochodzi Lugs?

 - Nie, wiem tylko, że błąkał się po wrzosowisku.
  -   Może   jego   poprzedni   właściciel   miał   bardzo

wyrafinowany gust. Następnym razem twój pies będzie szukał
odpowiedniego porto, które pasowałoby do sera.

Hamish roześmiał się i obiecał, że przyjedzie jutro rano.
Wyjął swój jedyny porządny garnitur, wyszczotkował go

starannie, po czym wziął wyprasowaną koszulę i elegancki,
jedwabny krawat. Nie miał odpowiednich butów, włożył więc
swoje   zwykłe,   przydziałowe   buciory.   Nogi   będzie   przecież
trzymał pod stołem.

Elspeth, ubrana w wiśniową wełnianą sukienkę i czarną

moherową   etolę,   szła   brzegiem   jeziora   w   stronę   włoskiej
restauracji. Była zadowolona, że kłótnia dobiegła końca.

Była tak pogrążona w przyjemnych rozmyślaniach, że nie

zauważyła zbliżających się sióstr Currie, które nagle wyrosły
przed nią. Latarnie świecące nad jeziorem odbijały się w ich
grubych szkłach okularów.

  -   Dokąd   to   się   wybieramy   dziś   wieczorem?   -   spytała

Nessie.

 - Umówiłam się z Hamishem na kolację.

background image

  - Taka młoda dziewczyna jak ty mogłaby znaleźć sobie

kogoś   lepszego   niż   tego   cudzołożnika,   cudzołożnika   -
powiedziała Jessie.

  -   Nie   wiem,   o   czym   panie   mówią   -   odparła   Elspeth,

próbując je wyminąć, jednak Nessie ścisnęła ją za ramię.

 - Nikt ci nie powiedział? Całe miasteczko o tym mówi.
 - Nie, ludzie tobie by nie powiedzieli - dodała Nessie.
 - Ty dowiesz się ostatnia.
 - Ostatnia - powtórzyła Jessie.
  - Dowiem  się   o czym?  Proszę  posłuchać, robi   się  już

późno...

 - Hamish Macbeth ma romans z Angelą Brodie.
  -   Kto   wam   o   tym   powiedział?   -   zapytała   ze   złością

Elspeth.

  - Sama Angela. Czy nie powiedziała nam otwarcie, że

kocha go od lat?

 - Muszę już iść. - Elspeth wyswobodziła ramię. Ruszyła

w kierunku restauracji i zatrzymała się. Hamish mówi Angeli
bardzo dużo. Przypomniała sobie, jak pewnego dnia widziała
ich   oboje   nad   jeziorem,   pochylonych   i   pogrążonych   w
rozmowie.

Wszystkie   jej   żale   do   Hamisha   nagle   powróciły.

Odwróciła się na pięcie i wróciła do domu.

 - Chcesz już coś zamówić? - spytał Willie Lamont.
 - Jeszcze nie. Czekam na Elspeth. Spóźnia się. Spróbuję

do niej zadzwonić.

Poczekał,   aż   Willie   odejdzie,   wyjął   komórkę   i   wybrał

domowy numer dziewczyny.

 - Słucham? - usłyszał głos Elspeth.
 - Gdzie jesteś? - spytał Hamish. - Nie zamierzasz przyjść?
 - Nie, ale podejrzewam, że nie będziesz sam zbyt długo.

Czemu   nie   zaprosisz   Angeli   Brodie,   czy   może   wreszcie
pomyślałeś o jej mężu?

background image

Hamish rzadko tracił cierpliwość, tym razem jednak nie

mógł się pohamować.

 - Na miłość boską, ty idiotko...
 - Jak mnie nazwałeś?
 - Przepraszam, Elspeth, ja tylko...
Dziewczyna rzuciła słuchawką. Próbował dodzwonić się

do niej jeszcze kilka razy, ale sygnał był zajęty. Pomachał do
Williego.

 - Nie przyjdzie. Poproszę spaghetti i kieliszek wina.
 - W porządku, Hamish. Wiesz, że możesz na mnie liczyć.

Hamish popatrzył na niego z zaskoczeniem.

 - Dzięki, Willie.
 - Kiedy człowiek ma problem, zawsze dobrze jest z kimś

porozmawiać.

Hamish zmrużył oczy.
 - Mów, o co chodzi, Willie.
 - Wiem, że Kościół gani cudzołożenie, ale...
 - To się nazywa cudzołóstwo! - krzyknął Hamish.
W restauracji zapadło milczenie, a wszyscy goście zaczęli

mu się przyglądać.

  - Skreśl moje zamówienie - warknął Hamish  Macbeth  i

wyszedł z restauracji, trzaskając drzwiami.

Następnego dnia odebrał Lugsa od weterynarza i ruszył w

drogę powrotną do Lochdubh z psem na siedzeniu pasażera.

  - Co zrobimy z naszym urlopem, przyjacielu? - spytał

Hamish. - Mam ochotę wybrać się do  Inverness  i poderwać
jakąś ładną dziewczynę.

Lugs warknął głucho.
 - Och, dobrze to ująłeś - odparł Hamish. - Nie potrafiłeś

jednak wyczuć mordercy, tak byłeś zaaferowany stiltonem.

„Naprawdę   mi   odbija   -   pomyślał   ze   smutkiem.   -

Rozmawiam o wakacjach z własnym psem".