background image

Kir Bułyczow
Opowiadania

Czy mogę rozmawiać z Niną?

- Czy mogę rozmawiać z Niną?
- To ja, Nina.
- Tak? Dlaczego masz taki dziwny głos?
- Dziwny głos?
- Nie twój. Cienki. Jesteś czymś zmartwiona?
- Nie wiem.
- Może nie powinienem dzwonić?
- A kto mówi?
- Od kiedy przestałaś mnie poznawać?
- Kogo poznawać?
Głos był młodszy od Niny o dwadzieścia lat. A w 
rzeczywistości głos Niny był od niej młodszy o 
pięć lat. 
Jeśli się kogoś nie zna, to po głosie trudno 
odgadnąć jego 
wiek. Głosy często starzeją się wcześniej niż ich 
właściciele. Albo długo pozostają młode.
- No dobrze - powiedziałem. - Słuchaj, dzwonię 
do ciebie 
poniekąd w pewnej sprawie.
- Pan chyba pomylił numer - powiedziała Nina. - 
Ja pana 
nie znam.
- To ja, Wadim, Wadik, Wadim Nikołajewicz! 
Co się z tobą 
dzieje?

background image

- No właśnie! - Nina westchnęła, jakby żal jej 
było 
kończyć rozmowę. - Nie znam żadnego Wadika i 
Wadima 
Nikołajewicza.
Odczekałem chwilę, zanim wykręciłem ten 
numer jeszcze 
raz. Zdaje się, że po prostu dodzwaniałem się 
gdzie indziej. 
Moje palce nie chciały dzwonić do Niny. I 
wykręciły inny 
numer. A dlaczego nie chciały?
Odszukałem na stole paczkę kubańskich 
papierosów. Mocnych 
jak cygara. Robią je pewnie z obrzynków cygar. 
A jaką ja 
mogę mieć sprawę do Niny albo poniekąd 
sprawę? Żadnej. Po 
prostu chciałem się dowiedzieć, czy jest w domu. 
A jeśli jej 
nie ma, to też niczego nie zmienia. Może być na 
przykład u 
mamy. Albo w teatrze. Wieki całe nie była w 
teatrze.
Zadzwoniłem do Niny.
- Nina? - zapytałem.
- Nie, Wadimie Nikołajewiczu - odpowiedziała 
Nina. - 
Znowu się pan pomylił. Jaki numer pan 
wykręca?
- 149-40-89.

background image

- A mój to Arbat. Jeden - trzydzieści dwa - pięć 
trzy.
- Oczywiście - powiedziałem. - Arbat to cztery?
- Arbat to G.
- No cóż - powiedziałem. - Przepraszam, Nino.
- Proszę - powiedziała Nina. - I tak nic nie robię.
- Postaram się więcej do pani nie dzwonić - 
powiedziałem. 
- Gdzieś się zaklinowało i dodzwaniam się do 
pani. Telefon 
źle działa.
- Tak - zgodziła się ze mną Nina.
Odłożyłem słuchawkę.
Trzeba poczekać. Albo wykręcić setkę. 
Zegarynka. Coś się 
tam połączy w zaplątanych liniach na centrali. I 
dodzwonię 
się. "Dwudziesta zero zero" - powiedziała 
kobieta w 
zegarynce. Nagle pomyślałem, że jeżeli jej głos 
nagrali 
dawno, dziesięć lat temu, to ona wykręca 
"setkę", gdy jej 
nudno, gdy jest sama w domu i słucha swojego 
młodego głosu. 
A może ona umarła. Wtedy jej syn albo 
człowiek, który ją 
kochał, wykręca "setkę" i słucha jej głosu.
Zadzwoniłem do Niny.
- Tak, słucham - powiedziała Nina młodym 
głosem. - To 

background image

znowu pan, Wadimie Nikołajewiczu?
- Tak - powiedziałem. - Najwidoczniej nasze 
telefony 
połączyły się na amen. Tylko niech się pani nie 
gniewa, 
niech pani nie myśli, że ją żartuję. Bardzo 
uważnie 
wykręcałem numer.
- Oczywiście, oczywiście - powiedziała szybko 
Nina. - 
Nawet przez chwilę tak nie pomyślałam. Bardzo 
się panu 
spieszy Wadimie Nikołajewiczu?
- Nie - powiedziałem.
- Ma pan ważną sprawę do Niny?
- Nie, po prostu chciałem się dowiedzieć, czy jest 

domu.
- Stęsknił się pan?
- Jakby to pani powiedzieć...
- Rozumiem, jest pan zazdrosny - powiedziała 
Nina.
- Pani jest zabawna - powiedziałem. - Ile pani 
ma lat?
- Trzynaście. A pan?
- Czterdzieści kilka. Jest między nami grubaśny 
mur z 
cegieł.
- I każda cegla to jeden miesiąc, prawda?
- Nawet jeden dzień może być cegłą.
- Tak - westchnęła Nina. - Wtedy to naprawdę 

background image

gruby mur. O 
czym pan teraz myśli?
- Trudno powiedzieć. W tej chwili o niczym. 
Przecież 
rozmawiam z panią.
- A gdyby miał pan trzynaście lat albo nawet 
piętnaście, 
moglibyśmy się poznać - powiedziała Nina. - To 
by było 
bardzo śmieszne. Powiedziałabym: "Niech pan 
przyjedzie jutro 
wieczorem pod pomnik Puszkina. Będę na pana 
czekać punkt 
siódma". I byśmy się nie rozpoznali. Gdzie się 
pan spotyka z 
Niną?
- Jak kiedy.
- I pod Puszkinem?
- Niezupełnie. Jakoś tak wyszło, że spotykaliśmy 
się pod 
"Rosją".
- Gdzie?
- Pod kinem "Rosja".
- Nie znam.
- No, na Puszkińskiej.
- I tak nie wiem. Pan pewnie żatruje. Dobrze 
znam plac 
Puszkina.
- Nieważne - powiedziałem.
- Dlaczego?
- To było dawno.

background image

- Kiedy?
Dziewczynka nie chciała odkładać słuchawki. Z 
jakiegoś 
powodu z uporem ciągnęła rozmowę.
- Jest pani sama w domu? - zapytałem.
- Tak. Mama jest na wieczornej zmianie. 
Pracuje jako
pielęgniarka w szpitalu. Zostanie na noc. 
Mogłaby wrócić 
jeszcze dzisiaj, ale zostawiła w domu 
przepustkę.
- Aha - zgodziłem się. - Dobrze, kładź się spać, 
dziewczynko. Jutro idziesz do szkoły.
- Powiedział pan to jak do dziecka.
- Nie, coś ty, rozmawiam z tobą jak z dorosłą.
- Dziękuję. Tylko sam niech się pan kładzie o 
siódmej. Do 
widzenia. I niech pan więcej nie dzwoni do tej 
swojej Niny. 
Bo znowu się pan do mnie dodzwoni. I obudzi 
mnie, małą 
dziewczynkę.
Odłożyłem słuchawkę. Potem włączyłem 
telewizor i 
dowiedziałem się, że pojazd księżycowy 
przeszedł odcinek 337 
metrów. Pojazd księżycowy pracował, a ja się 
obijałem. 
Postanowiłem, że ostatni raz zadzwonię do Niny 
po 
jedenastej. Całą godzinę zajmowałem się 

background image

głupstwami. 
Zdecydowałem, że jeśli jeszcze raz trafię na 
dziewczynkę, to 
od razu odłożę słuchawkę.
- Wiedziałam, że pan jeszcze raz zadzwoni - 
powiedziała 
Nina, gdy odebrała telefon. - Tylko niech pan 
nie odkłada 
słuchawki. Strasznie się nudzę, słowo honoru. I 
nie mam co 
czytać i za wcześnie na spanie.
- No dobrze - powiedziałem. - Rozmawiajmy. 
Dlaczego pani 
jeszcze nie śpi? Już późno.
- Dopiero ósma - powiedziała Nina.
- Późni się pani zegarek - powiedziałem. - Już 
prawie 
dwunasta.
Nina roześmiała się. Miała ładny, miękki 
śmiech.
- Strasznie chce się pan mnie pozbyć - 
powiedziała. - 
Teraz październik, dlatego zrobiło się już 
ciemno i wydaje 
się panu, że to noc.
- Teraz pani żartuje? - zapytałem.
- Nie, ja nie żartuję. Nie tylko zegarek, ale i 
kalendarz 
panu kłamie.
- Dlaczego kłamie?
- Zaraz mi pan powie, że u pana jest nie 

background image

październik, 
tylko luty.
- Nie, grudzień - powiedziałem. I z jakiegoś 
powodu sam 
sobie nie uwierzyłem, spojrzałem na gazetę 
leżącą obok, na 
kanapie. Dwudziesty trzeci grudnia - było 
napisane pod 
nagłówkiem.
Pomilczeliśmy trochę, miałem nadzieję, że ona 
zaraz powie 
"Do widzenia". Ale ona nagle zapytała:
- Jadł pan kolację?
- Nie pamiętam - powiedziałem szczerze.
- To znaczy, że nie jest pan głodny.
- Nie, nie jestem.
- A ja jestem głodna.
- W domu nie ma nic do jedzenia?
- Nic! - powiedziała Nina. - Pusto jak wymiótł. 
Śmiesznie, co?
- Nawet nie wiem, jak pani pomóc - 
powiedziałem. - 
Pieniędzy też nie ma?
- Są, ale bardzo mało. I wszystko jest już 
zamknięte. A 
poza tym co by można kupić?
- No tak - zgodziłem się. - Wszystko już 
zamknięte. Chce 
pani, to zajrzę do lodówki, zobaczę, co mam?
- Ma pan lodówkę?
- Starą - powiedziałem. - "Siewier". Zna pani 

background image

taką?
- Nie - powiedziała Nina. - A jeśli pan coś 
znajdzie, to 
co potem?
- Potem? Złapię taksówkę i podwiozę pani. A 
pani zejdzie 
na podwórko i weźmie.
- A daleko pan mieszka? Bo ja na Siwcewom 
Wrażku, 15/25.
- A ja na Mosfilmowskiej. Przy Lenińskich 
Górach. Za 
uniwersytetem.
- Znowu nie wiem. Ale to nieważne. Dobrze pan 
to 
wymyślił, dziękuję panu. A co pan ma w 
lodówce? Ja tylko tak 
pytam, niech pan sobie nie myśli.
- Żebym to ja pamiętał - powiedziałem. - Zaraz 
przeniosę 
telefon do kuchni i zobaczymy.
Przeszedłem do kuchni, a sznur od telefonu 
ciągnął się za 
mną jak żmija.
- No więc - powiedziałem - otwieram lodówkę.
- Może pan nosić telefon ze sobą? Nigdy o takim 
nie 
słyszałam.
- Oczywiście, że mogę. A pani telefon gdzie stoi?
- W przedpokoju. Wisi na ścianie. No i co ma 
pan w 
lodówce?

background image

- To znaczy, tak... co my tu mamy w tej torebce? 
Jajka, 
nic ciekawego.
- Jajka?
- Aha, kurze. O, chce pani, przyniosę kurę? Nie, 
to 
francuska, mrożona. Zanim ją pani ugotuje, 
zgłodnieje pani 
na dobre. I mama wróci z pracy. Wezmę lepiej 
kiełbasę. Albo 
nie, znalazłem marokańskie sardynki, 
sześćdziesiąt kopiejek 
za puszkę. Mam do nich pół słoika majonezu. 
Słyszy pani?
- Tak - powiedziała Nina cichutko. - Dlaczego 
pan tak 
żartuje? Najpierw chciałam się roześmiać, ale 
potem zrobiło 
mi się smutno.
- A to dlaczego? Naprawdę pani tak zgłodniała?
- Nie, pan wie.
- Co wiem?
- Wie pan - powiedziała Nina. Przez chwilę 
milczała, 
potem dodała: - No i dobrze! Niech mi pan 
powie, ma pan 
czerwony kawior?
- Nie, ale za to mam filety z pałtusa.
- Nie trzeba, wystarczy - powiedziała Nina 
twardo. - 
Zmieńmy temat. Już wszystko zrozumiałam.

background image

- Co zrozumiałaś?
- Że pan też jest głodny. A co pan widzi z okna?
- Z okna? Domy, fabrykę lalek. Akurat wpół do 
dwunastej. 
Koniec zmiany. Sporo dziewcząt wychodzi z 
portierni. Poza 
tym widzę jeszcze "Mosfilm". I straż pożarną. I 
kolej. O, 
właśnie jedzie pociąg.
- I widzi pan to wszystko?
- No tak, pociąg jedzie daleko. Widać tylko 
łańcuszek 
ogników, okien!
- No i kłamie pan!
- Nie należy tak rozmawiać ze starszymi - 
powiedziałem. - 
Nie mogę kłamać. Mogę się mylić. A więc gdzie 
się pomyliłem?
- Pomylił się pan mówiąc, że widzi pan pociąg. 
Nie można 
go zobaczyć.
- A co on niewidzialny, czy co?
- Widzialny, tylko okna nie mogą się świecić. No 
i w 
ogóle, pan nie wyglądał przez okno.
- Dlaczego? Stoję przy samym oknie.
- A pali się u pana w kuchni światło?
- Oczywiście. Przecież po ciemku nie 
zaglądałbym do 
lodówki. Spaliła mi się w niej żarówka.
- No i proszę, już trzeci raz pana przyłapałam.

background image

- Nina, kochanie, wytłumacz mi, na czym mnie 
przyłapałaś?
- Jeśli patrzy pan przez okno, to odchylił pan 
zaciemnienie. A jeśli odchylił pan zaciemnienie, 
to zgasił 
pan światło. Zgadza się?
- Nie zgadza się. Po co mi zaciemnienie? Wojna 
czy co?
- Ojejej! Jak można się tak zapomnieć! A co, 
może pokój?
- No, jak rozumiem, Wietnam, Bliski Wschód... 
Ja nie o 
tym.
- Ja też nie o tym... Chwileczkę, czy pan jest 
kaleką?
- Na szczęście, wszystko mam na swoim miejscu.
- Ma pan broń?
- Jaką broń?
- To dlaczego nie jest pan na froncie?
Właśnie w tym momencie zacząłem podejrzewać 
coś 
niedobrego. Wyglądało na to, że dziewczynka 
robi sobie ze 
mnie żarty. Ale była przy tym tak naturalna i 
poważna, że 
omal mnie nie przestraszyła.
- Na jakim froncie powinienem być, Nino?
- Na najzwyklejszym. Gdzie są wszyscy. Gdzie 
tata. Na 
froncie niemieckim. Mówię poważnie, nie 
żartuję. To pan tak 

background image

dziwnie ze mną rozmawia. A może pan nie 
kłamie o kurze i 
jajkach?
- Nie kłamię - powiedziałem. - I żadnego frontu 
nie ma. 
Może ja naprawdę do pani przyjadę?
- Ale ja naprawdę nie żartuję! - prawie 
krzyknęła Nina. - 
I niech pan też przestanie. Na początku to było 
ciekawe i 
wesołe. A teraz zrobiło się jakoś dziwnie. 
Przepraszam. To 
tak jakby pan nie udawał, tylko mówił prawdę.
- Słowo honoru, dziewczynko, że mówię prawdę 

powiedziałem.
- Nawet się przestraszyłam. Nasz piec prawie nie 
grzeje. 
Jest mało drzewa. I ciemno. Tylko kaganek. 
Dzisiaj nie ma 
światła. I strasznie mi się nie chce siedzieć 
samej. 
Powkładałam na siebie wszystkie ciepłe rzeczy.
I w tym momencie ostro i jakoś tak gniewnie 
powtórzyła 
pytanie:
- Dlaczego nie jest pan na froncie?
- Na jakim ja mogę być froncie? - Rzeczywiście, 
żarty 
zaszły za daleko. - Jaki może być front w 
siedemdziesiątym 

background image

drugim roku!
- Śmieje się pan ze mnie?
Głos znowu zmienił ton, stał się nie 
dowierzający, 
malutki, trzy wierszyki od podłogi. I przed 
moimi oczami 
pojawił się niesamowity, zapomniany już 
obrazek: to, co 
działo się ze mną wiele, trzydzieści albo więcej 
lat temu. 
Gdy ja też miałem dwanaście lat. A w pokoju 
stała burżujka. 
A ja siedzę na kanapie z podwiniętymi nogami. I 
pali się 
świeczka, a może to była lampa naftowa? A 
kura wydaje się 
nierealnym, bajkowym ptakiem, który jedzą 
tylko w 
powieściach. Chociaż ja wtedy nie myślałem o 
kurze...
- Dlaczego pan zamilkł? - zapytała Nina. - Niech 
pan 
lepiej mówi.
- Nino - powiedziałem. - Jaki mamy teraz rok?
- Czterdziesty drugi - powiedziała Nina.
Zacząłem układać sobie w głowie kawałeczki 
niedorzeczności, które były w jej słowach. Nie 
zna kina 
"Rosja". I numer telefonu ma tylko sześć cyfr. I 
to 
zaciemnienie...

background image

- Nie mylisz się? - zapytałem.
- Nie - powiedziała Nina.
Wierzyła w to, co mówiła. A może głos mnie 
oszukał? Może 
ona nie ma trzynastu lat? Może to 
czterdziestoletnia 
kobieta, która zachorowała jeszcze wtedy, będąc 
dziewczynką 
i wydaje się jej, że została tam, gdzie wojna.
- Niech pani posłucha - powiedziałem spokojnie. 
Przecież 
nie odłożę słuchawki. - Dzisiaj jest dwudziesty 
trzeci 
grudnia 1972 roku. Wojna skończyła się 
dwadzieścia siedem 
lat temu. Wie pani o tym?
- Nie - powiedziała Nina.
- Wie pani. Jest godzina dwunasta. No, jak ja 
mam to pani 
wytłumaczyć?
- Dobrze - powiedziała Nina pokornie. - Ja też 
wiem, że 
nie przywiezie mi pan tej kury. Powinnam się 
domyślić, że 
francuskich kur nie ma.
- Dlaczego?
- Bo we Francji są Niemcy.
- We Francji od dawna nie ma żadnych 
Niemców. Chyba że 
turyści. Ale niemieccy turyści przyjeżdżają 
również do nas.

background image

- Jak to? Kto ich wpuszcza?
- A dlaczego mielibyśmy ich nie wpuszczać?
- Tylko niech mi pan nie próbuje wmówić, że 
fryce nas 
zwyciężą. Pan pewnie jest szkodnikiem albo 
szpiegiem.
- Nie, pracuję w RWPG, w Radzie Wzajemnej 
Pomocy 
Gospodarczej. Zajmuję się Węgrami.
- No i znowu pan kłamie! Na Węgrzech są 
faszyści.
- Węgrzy dawno temu przepędzili swoich 
faszystów. Węgry 
są republiką socjalistyczną.
- Ojej, a już się bałam, że pan naprawdę jest 
szkodnikiem. A pan to wszystko wymyśla. Nie, 
niech pan nie 
zaprzecza. Lepiej niech pan opowie, jak będzie 
potem. Niech 
pan wymyśli, co pan chce, żeby tylko było 
dobrze. Proszę. I 
przepraszam, że tak niegrzecznie z panem 
rozmawiałam. Po 
prostu nie zrozumiałam.
Przestałem się sprzeczać. Jak to wyjaśnić? 
Znowu 
wyobraziłem sobie, że siedzę w czterdziestym 
drugim roku i 
bardzo chcę wiedzieć, kiedy nasi zdobędą Berlin 
i powieszą 
Hitlera. I chciałem się jeszcze dowiedzieć, gdzie 

background image

zgubiłem 
kartki na chleb za październik. Powiedziałem:
- Zwyciężymy faszystów 9 maja 1945 roku.
- To niemożliwe! Strasznie długo trzeba czekać.
- Słuchaj, Nino, i nie przerywaj. Ja wiem lepiej. 
Berlin 
zdobędziemy drugiego maja. Będzie nawet taki 
medal - "Za 
zdobycie Berlina". A Hitler popełni 
samobójstwo. Otruje się. 
I da truciznę Ewie Braun. A potem esesmani 
wyniosą jego 
ciało na dziedziniec imperialnej kancelarii, 
obleją benzyną 
i spalą.
Nie opowiedziałem tego Ninie, lecz sobie. 
Posłusznie 
powtarzałem fakt, jeśli Nina nie wierzyła, albo 
nie 
rozumiała od razu. Powtarzałem, gdy prosiła o 
wyjaśnienie 
czegoś i omal znowu nie straciłem jej zaufania, 
gdy 
powiedziałem, że Stalin umrze. Ale potem je 
odzyskałem, 
opowiadając o Juriju Gagarinie i nowym 
Arbacie. I nawet 
rozśmieszyłem ją, gdy opowiedziałem, że kobiety 
będą nosić 
spodnie - dzwony i bardzo krótkie spódniczki. 
Mówiłem też, 

background image

kiedy nasi przejdą granicę z Prusami. Straciłem 
poczucie 
realności. Dziewczynka Nina i mały Wadik 
siedzieli na 
kanapie i słuchali. Tylko, że byli głodni jak 
diabli. I 
sprawy Wadika wyglądały jeszcze gorzej niż 
Niny: zgubił 
kartki na chleb i do końca miesiąca on i matka 
będą musieli 
żyć z jednej, robotniczej kartki. Dlatego, że 
Wadik zgubił 
kartki gdzieś na podwórku i dopiero po 
piętnastu latach 
przypomni sobie nagle, jak to było. I znowu się 
będzie 
denerwował, bo kartkę można byłoby znaleźć 
już po tygodniu. 
Ona pewnie wpadła do piwnicy, gdy Wadik 
rzucił palto na 
kratę, chcąc poganiać za piłką. I gdy Nina 
zmęczyła się 
słuchaniem tego, co brała za ładną bajkę, 
powiedziałem:
- Znasz Pietrowkę?
- Znam - powiedziała Nina. - Nie zmienią jej 
nazwy?
- Nie. No więc...
Wytłumaczyłem, jak wejść na podwórze pod 
arkę i gdzie w 
głębi jest piwnica, zasłonięta kratą i jeśli to 

background image

październik 
czterdziestego drugiego roku, połowa miesiąca, 
to 
najprawdopodobniej w piwnicy leży kartka na 
chleb. Zgubiłem 
ją, gdy graliśmy tam, na podwórku, w piłkę.
- To okropne! - powiedziała Nina. - Nie 
przeżyłabym tego. 
Trzeba ją natychmiast znaleźć. Musi pan to 
zrobić.
Ją też wciągnęła ta gra, oderwaliśmy się od 
realności i 
już ani ona, ani ja nie wiedzieliśmy, jaki jest 
teraz rok - 
byliśmy poza czasem, bliżej jej czterdziestego 
drugiego 
roku.
- Nie mogę odnaleźć kartki - powiedziałem. - 
Minęło wiele 
lat. Ale jeśli ty będziesz mogła, wejdź tam, 
piwnica powinna 
być otwarta. W razie czego powiesz, że to ty 
upuściłaś 
kartkę.
I w tym momencie rozłączono nas.
Niny nie było. Coś zatrzeszczało w słuchawce. 
Kobiecy 
głos powiedział:
- 143-18-15? Połączenie z Ordżonikidze.
- Pomyłka - powiedziałem.
- Przepraszam - powiedział kobiecy głos 

background image

obojętnie.
Pojawiły się krótkie sygnały. Natychmiast 
wykręciłem 
numer Niny. Chciałem ją przeprosić. Chciałem 
pośmiać się 
razem z dziewczynką. Przecież to wszystko 
wyglądało na 
absurd...
- Tak - powiedział głos Niny.
- To pani? - zapytałem.
- A, to ty, Wadim? Czemu nie śpisz?
- Przepraszam - powiedziałem. - Muszę 
porozmawiać z inną 
Niną.
- Co?
Odłożyłem słuchawkę i znowu wykręciłem 
numer.
- Zwariowałeś? - zapytała Nina. - Piłeś?
- Przepraszam - powiedziałem i znowu 
odłożyłem słuchawkę. 
Dzwonienie nie miało już sensu. Telefon z 
Ordżonikidze 
wrócił wszystko na swoje miejsce. A jaki jest jej 
właściwy 
telefon? Arbat - trzy, nie, Arbat - jeden - 
trzydzieści dwa - 
trzydzieści... Nie, czterdzieści...
Dorosła Nina zadzwoniła do mnie sama.
- Przez cały wieczór siedziałam w domu - 
powiedziała. - 
Myślałam, że zadzwonisz, wyjaśnisz, czemu 

background image

wczoraj się tak 
zachowywałeś. Ale ty najwidoczniej zupełnie 
straciłeś rozum. 
- Pewnie tak - zgodziłem się. Nie chciało mi się 
opowiadać jej o długich rozmowach z inną Niną.
- I jaka znowu inna Nina? - zapytała. - To ma 
być 
przenośnia? Chcesz powiedzieć, że chciałbyś, 
żebym była 
inna?
- Dobranoc, Nineczko - powiedziałem. - Jutro ci 
wszystko 
wyjaśnię.
,..Najciekawsze, że ta dziwna historia miała nie 
mniej 
dziwne zakończenie. Następnego dnia rano 
pojechałem do mamy. 
I powiedziałem, że zrobię porządek na antresoli. 
Trzy lata 
obiecywałem, że to zrobię, aż tu nagle 
przyjechałem. Wiem, 
że mama nie wyrzuca niczego, co jak sądzi, 
może się przydać. 
Przez półtorej godziny przekopywałem się przez 
stare 
czasopisma, podręczniki, zdekompletowane 
tomy dodatków do 
"Niwy". Książki nie były zakurzone, ale 
pachniały starym, 
ciepłym kurzem. W końcu odnalazłem książkę 
telefoniczną z 

background image

1950 roku. Książka spuchła od włożonych w nią 
notatek i 
zaznaczonych karteczkami stron o 
zatłuszczonych i 
wystrzępionych rogach. Książka wyglądała tak 
znajomo, że 
wydawało się dziwne, że mogłem o niej 
zapomnieć - gdyby nie 
rozmowa z Niną, nigdy bym sobie nie 
przypomniał o jej 
istnieniu. I zrobiło mi się wstyd, tak jak przed 
starym 
garniturem, który służył wiernie, a który oddaje 
się 
handlarzowi starzyzną na pewną śmierć.
Znalazłem cztery pierwsze cyfry. G-1-32... I 
wiedziałem, 
jeśli nikt z nas nie udawał i jeśli nie zażartowano 
sobie ze 
mnie, że telefon stał w zaułku Siwcew Wrażek 
15/25. Nie było 
żadnych szans na odnalezienie tego telefonu. 
Wyciągnąłem z 
łazienki stołeczek i rozsiadłem się z książką w 
przedpokoju. 
Mama nic nie zrozumiała, uśmiechnęła się tylko 
przechodząc i 
powiedziała:
- Z tobą to tak zawsze. Zaczniesz porządkować 
książki i 
po dziesięciu minutach któraś z nich cię 

background image

wciągnie. A z 
porządkami koniec.
Nie zauważyła, że czytam książkę telefoniczną. 
Znalazłem 
ten telefon. Dwadzieścia lat temu stał w tym 
samym 
mieszkaniu, co w czterdziestym drugim roku. 
Właścicielką 
była Frołowa K. G.
Przyznaję, że zajmowałem się głupotami. 
Szukałem tego, 
czego być nie mogło. Ale przypuszczam, że około 
dziesięciu 
procent zupełnie normalnych ludzi zrobiłoby to 
samo, gdyby 
znaleźli się na moim miejscu. Pojechałem na 
Siwcew Wrażek.
Nowi mieszkańcy nie wiedzieli, gdzie wyjechali 
Frołowie. 
I czy oni w ogóle tu mieszkali? Ale poszczęściło 
mi się w 
administracji domu. Staruszka księgowa 
pamiętała Frołowów, 
przy jej pomocy dowiedziałem się wszystkiego, 
czego 
chciałem, w biurze adresowym. Ściemniło się. Po 
nowej 
dzielnicy wśród identycznych wielkopłytowych 
wież hulał 
przejmujący zimny wiatr. W standardowym 
jednopiętrowym 

background image

sklepie sprzedawano francuskie kury w 
przezroczystych 
pokrytych szronem paczkach. Zapragnąłem 
kupić kurę i 
przynieść jej, tak jak obiecałem, chociaż z 
dwudziestodwuletnim opóźnieniem. Ale na 
szczęście nie 
zrobiłem tego. W mieszkaniu nie było nikogo. 
Dzwonek 
rozbrzmiewał donośnie i wyglądało na to, że 
nikt tu nie 
mieszka. Wyjechali.
Już miałem odejść, ale stwierdziłem, że skoro 
zabrnąłem 
już tak daleko, to zadzwonię do drzwi obok.
- Przepraszam, czy Frołowa Nina Siergiejewna 
to pańska 
sąsiadka? - Chłopak w podkoszulku, z dymiącą 
lutownicą w 
ręku, powiedział obojętnie:
- Wyjechali.
- Dokąd?
- Już z miesiąc będzie, jak wyjechali na północ. 
Przed 
wiosną nie wrócą. I Nina Siergiejewna i jej mąż.
Przeprosiłem i zacząłem schodzić po schodach. 
Bardzo 
możliwe, pomyślałem, że w Moskwie mieszka 
niejedna Nina 
Siergiejewna Frołowa, rok urodzenia 1939. I 
wtedy drzwi 

background image

sąsiadów znowu się otworzyły.
- Niech pan poczeka - powiedział ten sam 
chłopak. - Matka 
chce panu coś powiedzieć.
W tym momencie jego matka pojawiła się w 
drzwiach, 
przytrzymując poły szlafroka.
- Kim pan dla niej jest?
- Tak po prostu - powiedziałem. - Znajomy.
- Nie Wadim Nikołajewicz?
- Wadim Nikołajewicz.
- No proszę - ucieszyła się kobieta - o mało co, a 
bym 
pana przegapiła. Nie wybaczyłaby mi tego 
nigdy. Nina tak 
właśnie powiedziała - nie wybaczę. Nawet kartkę 
przyczepiła 
na drzwiach. Tylko pewnie dzieciaki zerwały. 
Już miesiąc 
minął. Powiedziała, że pan przyjdzie w grudniu. 
Nawet 
mówiła, że postara się wrócić, ale to tak daleko...
Kobieta stała, patrzyła na mnie, jakby czekając, 
że zaraz 
wyjaśnię jej jakąś tajemnicę, opowiem o nie 
spełnionej 
miłości. Pewnie i Ninę dręczyła: kim on dla 
ciebie jest? I 
Nina też jej powiedziała: "Po prostu znajomy".
Po chwili zastanowienia kobieta wyjęła list z 
kieszeni 

background image

szlafroka.
Drogi Wadimie Nikołajewiczu!
Wiem oczywiście, że pan nie przyjdzie. Bo i jak 
można 
wierzyć dziecięcym marzeniom, które nawet 
mnie samej wydają 
się tylo mrzonkami. Ale kartka na chleb była w 
tej piwnicy, 
o której zdążył mi pan powiedzieć...
Przełożyła Ewa Skórska
KIR BUŁYCZOW

kocioł

Kiedyś w Wieriowkinie nie było przemysłu 
ciężkiego. Jeżeli nie brać pod uwagę
warsztatów mechanicznych numer 1, 
ulokowanych w murowanym baraku, w którym 
przed
rewolucją znajdowała się parowa kuźnia 
Innokientjewa.
W 1976 roku w procesie uprzemysławiania 
okręgu tulskiego warsztaty otrzymały
status zakładu przemysłowego i znaczne środki 
na rozszerzenie i modernizację
produkcji. Za środki te obok baraku wzniesiono 
trzypiętrowy budynek
administracyjny; powstał też kwietnik z 
nasturcjami.
Od pierwszych chwil istnienia fabryka 
przynosiła straty. Zamówienia zdobywano w

background image

całym okręgu, wysyłano emisariuszy nawet do 
Republiki Kałmuckiej. A już pierwsze
chwile pierestrojki spowodowały, że kryzys w 
zakładzie nabrał cech dramatu.
Fabryka zdecydowała się na odważne kroki. 
Zwolniono jednego stróża i
sprzątaczkę. Nie uratowało to sytuacji. Nadal 
nie było z czego wypłacić pensji
pracownikom.
Ósmego lutego ubiegłego roku do gabinetu 
dyrektora fabryki Nikołaja
Pantelejmonowicza wszedł taki szybki, zręczny, 
niewysoki facecik z obliczem w
odcieniu zieleni, w czarnym i nowiutkim, ale 
wymiętym garniturze, w nasuniętym
na uszy kapeluszu i wysokich butach na 
wysokim również obcasie.
Człowiek ów usiadł na krześle przy 
dyrektorskim biurku, kapelusza nie zdjął i od
razu chwycił byka za rogi:
- Potrzebujecie zamówienia? Gwarantuję 
zapłatę.
- Proszę bez żartów - odezwał się Nikołaj 
Pantelejmonowicz, człowiek ociężały w
ruchach, ze skłonnością do tycia. Nie znał się na 
żartach i dlatego nie lubił
ich, podejrzewając otoczenie, że zamierza z 
niego zakpić.
- Ja nigdy nie żartuję - zapewnił dyrektora 
żwawy klient. Jego palce
nieprzyjemnie poruszały się po blacie biurka, 

background image

jakby dwa wielkie pająki szykowały
się, żeby skoczyć na dyrektora.
- Czego pan chce? - Dyrektor starał się nie 
patrzeć na ręce klienta.
- Kocioł. Naszej firmie potrzebny jest duży 
kocioł.
- Jaką firmę pan reprezentuje? - zapytał 
dyrektor.
Ach, jak ten klient mu się nie podobał!
Żwawy położył na biurku teczkę, dotąd 
spoczywającą na jego kolanach, wyjął z
niej płaską pomarańczową paczkę. A z niej 
wyjął plik dokumentów, złączonych
zagranicznym klipsem.
Dyrektor zaczął kartkować dokumentację, nic 
podejrzanego w niej nie widział, ale
jednocześnie nie dowierzał tym papierom.
Przeniósł wzrok na klienta. Nie, to nie Rosjanin 
i nawet nie Żyd.
Najprawdopodobniej przyjechał z Północnego 
Kaukazu. Jeszcze gorzej.
- Proszę się nie niepokoić - odpowiedział na 
myśli dyrektora żwawy. - Pochodzimy
z Wołogdy, ludzie spokojni, na Kaukazie nie 
byliśmy nawet na urlopie.
Dyrektor odsunął paczkę dokumentów.
- To nie nasz profil - oświadczył. - Nie damy 
rady.
- Dlaczego? -  W oku żwawego błysnęły 
czerwone ogniki.
- Z materiałem stoimy kiepsko - powiedział 

background image

Nikołaj Pantelejmonowicz. - Płynność
kadr... I sporo zamówień. Nie damy rady. - 
Jednocześnie pomyślał: "Jakby go
przepędzić z gabinetu? Pod jakim pretekstem? 
Zachowuje się uprzejmie, ma
sprawę..."
- Łżesz, Kola. - Klient zaczął mówić bezczelnym 
tonem, jak stary, ale niedobry
znajomy. - Nie masz, Kola, żadnych zamówień. 
A nasze zamówienie cię uratuje. W
innym przypadku jak zdobędziesz pieniądze na 
wypłaty? Z własnej kieszeni dasz?
- Jeden kocioł nie uratuje zakładu.
- Zrozum, ćwoku - żwawy pochylił się nad 
biurkiem, pachniało od niego spalenizną
- zrozum, bęcwale, że nasz kocioł to tylko 
początek współpracy. Jeśli wszystko
pójdzie dobrze, gwarantuję ci zamówienie na 
trzysta kotłów. Trzysta.
Dyrektor wzdrygnął się. Czuł, że przybysz nie 
kłamie i z tego powodu zrobiło mu
się strasznie.
Najlepiej by było go przepędzić, ale sytuacja 
ekonomiczna zakładu nie pozwalała.
Dyrektor patrzył na dokumenty. Formularze w 
porządku, litery wypukłe. Wszędzie
napis: "Trust I.N.F.Erno Spółka z o. o.". Adresu 
nie było, tylko numer faksu i
adres poczty elektronicznej.
- Co to znaczy "I.N.F.Erno"? - zapytał Nikołaj 
Pantelejmonowicz.

background image

Żwawy uśmiechnął się kpiąco. Uśmiech był 
wstrętny, nieszczery, nóż wbity w
plecy, a nie uśmiech.
- Jak za dużo będziesz wiedział, to do nas trafisz 
- oświadczył.
W tym momencie dyrektor skojarzył z jakiego 
resortu przybył żartowniś. A gdy
skojarzył - uspokoił się. Zawsze to lepiej mieć do 
czynienia z poważnym
partnerem.
- Musimy pomyśleć - powiedział z ulgą. A w 
duchu dodał: "Towarzyszu
inspektorze".
- Myśl. A póki będziesz myślał, my twoje 
zamówienie przeniesiemy do Aleksina. U
nas raz dwa. Nasza firma ma taką reputację, że 
każdy chce zaspokoić nasze
żądania.
- Do Aleksina - prychnął dyrektor. - Oni nawet 
kubka nie są w stanie wyklepać.
- Zmusimy ich - warknął żwawy. - Myśl do 
jutra. Sprawdzaj.
 Odwrócił się i wyszedł z gabinetu, nie 
pożegnawszy się nawet. Poła jego
marynarki z tyłu poruszyła się i zaczęła sterczeć. 
Jakby żwawy miał tam ogon,
którym wymachiwał z niecierpliwości.
 Dyrektor wykręcił numer województwa i zaczął 
sprawdzać, co to za "I.N.F.Erno",
gdzie ma siedzibę, jak stoją z finansami. I tak 
dalej.

background image

Dowiedział się niewiele, ale i w tym nie było 
niczego złego czy podejrzanego.
Dokumenty w porządku, rachunek w banku 
jest, i zawartość poważna, a to, że firma
utajniona, to się zdarza.
W sumie - gdziekolwiek się dyrektor zwrócił, 
radzono mu: decyduj sam. Skoro
dostałeś, bracie, od władz swobodę działania - 
wyciągaj przedsiębiorstwo z
przerębli.
Zgoda niosła z sobą niebezpieczeństwo. Fabryka 
nie miała doświadczenia w
wykonywaniu dużych kotłów. Ale sytuacja jej 
była krytyczna. A tymczasem słuchy o
zamówieniu rozpełzły się po zakładzie. Kadra 
kierownicza ustawiła się szeregiem
w dyrektorskim korytarzu. Robotnicy stali pod 
bramą cichej hali produkcyjnej.
Dyrektor nic nikomu nie powiedział. Przeszedł 
między szeregami kadry i wsiadł do
samochodu.
W nocy dyrektorowi przyśniły się dwa sny.
W pierwszym pojawiła się nieboszczka mama. 
"Kola, gołąbeczku" - mówiła,
pochylając się nad dyrektorem jak nad małym 
chłopcem. "Nie zgadzaj się. Lepiej
siedzieć z wyciągniętą ręką pod kościołem, niż 
służyć wrogowi rodu ludzkiego.
Sam diabeł cię odwiedził! Odmów mu!"
Potem w sennych majakach pojawił się jego wuj 
Sawielij, znany w swoim czasie

background image

bydlak i donosiciel.
"Koluszka!" - krzyczał. "Nie zgadzaj się. 
Ucierpimy na tym!"
"Kto my?" - spytał dyrektor wuja.
Wuj był straszliwie chudy, miał na twarzy ślady 
oparzeń i pobicia. "Pomyśl, a
staniesz po mojej stronie. W jednym szeregu".
Potem pojawił się uśmiechnięty kpiąco zielony 
pysk żwawego klienta.
"Przedstawienie skończone" - oświadczył pysk. 
"Nie masz prawa stawiać interesu
prywatnego ponad społecznym".
W tym momencie dyrektor obudził się - głowa 
trzeszczała, jakby w ogóle nie spał.
- Co ci jest? - zapytała żona.
- Odczep się.
- Sąsiadka powiedziała mi, że masz duże 
zamówienie państwowe.
- Ha, gdyby to było państwowe!
- Cieszysz się?
- Wierzysz w diabła, Masza? Co? W diabła, w 
tamten świat?
- Przeżegnaj się, bo jeszcze biedy napytasz! 
Przecież my jesteśmy niewierzący!
- A jak myślisz, moja mama gdzie po śmierci 
mogła trafić?
- Twoja mama była dobrym człowiekiem. Na 
pewno jest w raju.
- A wujek Sawielij?
- No, ten to z pewnością w piekle.
- To dlaczego oboje są zgodnie przeciwko 

background image

zamówieniu?
- Czekaj, czy ty nie masz aby gorączki?
Dyrektor nie wdawał się w wyjaśnienia, wstał, 
ubrał się i pośpieszył do wrzącej
z podniecenia fabryki.
Gdy o dziesiątej w gabinecie pojawił się żwawy, 
cały zarząd fabryki podsłuchiwał
pod drzwiami.
Dyrektor był sam. Zamierzał zadać klientowi 
pytania, które zadaje się tylko sam
na sam. Klient to rozumiał. Nawet nie pytał - 
zdecydował dyrektor czy nie.
Zaczął rozmowę z innej strony:
- Pańska mama jest źle poinformowana. Jest 
manipulowana. Znajduje się daleko od
nas, realiów nie zna i znać nie może.
- A wuj? - szepnął dyrektor.
- Przecież pan wie, jaka z niego była szuja. - 
Żwawy  zdjął kapelusz. - Gorąco
tu u pana.
Pod kapeluszem miał kędzierzawe włosy, jak 
Puszkin na portretach. Wystawały z
nich niewielkie matowe rożki.
"Nawet się nie maskuje" - z rozdrażnieniem 
pomyślał dyrektor. "Bezczelny".
Z ukosa zerknął na drzwi. Drżały i trzeszczały 
pod naporem podsłuchujących.
- Dokumenty są w porządku - powiedział diabeł. 
- Mamy doświadczenie.
- Ale dlaczego mój wujek oponuje? 
- Dlatego, że mamy w tej chwili straszliwy 

background image

niedobór kotłów. Wszystko się
dekapitalizuje, psuje. Kotły są przepełnione do 
maksimum, ale i tak jesteśmy w
stanie jednocześnie obsłużyć nie więcej niż 
siedem-osiem procent klienteli. A
oni całe tygodnie siedzą w zimnie, czekają na 
swoją kolej. I boją się, że dla
wszystkich wystarczy kotłów. Tak więc 
perspektywy twój zakład ma wspaniałe.
W tym momencie drzwi runęły i do gabinetu 
wpadła księgowość, dział głównego
technologa, planiści - same zainteresowane 
osoby.
Dyrektor rzucił przestraszone spojrzenie na 
diabła, ale ten już siedział w
kapeluszu i puścił do dyrektora oko, jak 
konspirator do konspiratora.
- Dobrze, żeście wpadli, towarzysze. - Dyrektor 
usiłował się uśmiechnąć. -
Proszę siadać. Zacznijmy rozmowy w sytuacji 
samowystarczalności gospodarczej.
Aktualnie nasz klient przedstawi warunki co do 
wyrobu. Będziemy zastanawiać się
razem.
Zastanawiali się, przyglądali dokumentacji 
technicznej. Według projektu pierwszy
kocioł miał sięgać dwunastu metrów średnicy, 
tam w "I.N.F.Erno" wszystkie kotły
mają standardowe wymiary. Ale wysokość 
miała być niewielka. Półtora metra.
Dziwny kocioł.

background image

- Po co wam takie? - zainteresował się  główny 
technolog.
- Żeby głowy wystawały - uprzejmie 
odpowiedział żwawy.
- Grzeszników gotujecie, czy co? - Technolog 
zaśmiał się ze swego żartu.
- Właśnie - roześmiał się w odpowiedzi żwawy. - 
Głębsze nie mogą być, bo się
potopią.
Dyrektor popatrzył na swoich 
współpracowników, ale nikt poza nim się nie
wystraszył. Jedni się uśmiechali, inni, ci bez 
poczucia humoru, czekali, kiedy
rozmowa nabierze znowu cech rzeczowej 
dyskusji.
- A jak poradzicie sobie z transportem? - 
zapytał dyrektor. - Dwanaście metrów.
Spawane.
- Damy sobie radę. - Żwawy nie miał 
wątpliwości.
Potem wszyscy mówili już na temat. 
Główny technolog proponował, żeby do kotła 
zamontować elektroniczne regulatory
temperatury i poziomu wody, ale klient 
odmówił, powiedział, że oni tam wszystko
robią po staremu i palą drewnem.
Księgowa wyliczyła, ile z opłat wejdzie do 
funduszu premiowego, i stwierdziła,
że za mało. Żwawy obiecał, że porozmawia z 
szefostwem. Kierownik jedynego w
fabryce wydziału oświadczył, że trzeba będzie 

background image

wynieść urządzenia.
Zaopatrzeniowiec podzielił się myślą, że blachy 
takiej grubości nie dostanie na
kredyt. I w ogóle nie dostanie.
Minęły dwa tygodnie. Zaopatrzeniowcy zdobyli 
trochę żelaznej walcówki,
urządzenia z hali zostały wyniesione, kowale już 
wyginali arkusze, spawacze
sprawdzali swoje palniki - wszystko szło jak 
należy. I wtedy znowu  przyjechał
żwawy, zajrzał do hali, zaczął poganiać 
robotników, wyjaśniać im, jakie to
odpowiedzialne zadanie przed nimi stoi.
- Słuchaj-no, dowódco - powiedział, zagłuszając 
hałas w hali potężny chłop,
Sidorczuk. - Czy to prawda, co baby powiadają, 
że jesteś diabłem i twoja firma
to nie żadne "I.N.F.Erno" tylko inferno, czyli 
piekło?
W hali zapanowała cisza.
Okazało się, że wszyscy o tym myśleli, radzili się 
żon, a wielu miało prorocze
sny, ale ze sobą nie rozmawiali. 
- Nie wszystko ci jedno, Sidorczuk? - Żwawy 
wzruszył ramionami. - Ratujesz
ojczystą fabrykę, pracujesz uczciwie. Czy nie 
wszystko ci jedno, do czego jest
wykorzystywana produkcja?
- Nie, nie wszystko mi jedno. Ja pracuję w 
celach humanistycznych.
Podniosła się wrzawa. Aż przybiegł dyrektor.

background image

Umówiono się, że problem będzie rozwiązany w 
trybie głasnosti, na ogólnym
zebraniu kolektywu pracowniczego.
Najpierw wyszedł przed zebranych sam klient. 
Zdjął kapelusz, żeby wszyscy
zobaczyli jego rogi, i dobitnie powiedział:
- Nie mamy czego ukrywać! Jesteśmy tu sami 
swoi!
- Nie jesteśmy ci swoi! - krzyknął ktoś z hali.
- Ty, Pieczkin, dzisiaj jeszcze jesteś swój, a jutro 
będziesz mój - warknął
żwawy.
Pieczkin zamilkł, więcej nie przerywał.
- Muszę rozwiać nieporozumienie. - Żwawy 
wachlował się kapeluszem. - Przez
długie lata i stulecia przedstawiciele rządzącego 
Kościoła wylewali na mnie i
moich współpracowników całe wiadra 
oszczerstw. Rysowano nasze karykatury,
straszono nami dzieci. Naszą szlachetną misję 
ukazywano w niekorzystnym
świetle...
- Do rzeczy! - przerwał Sidorczuk.
- Zmierzam ku temu. Kim jesteśmy?
- Diabli - powiedziała jakaś kobieta.
- Niech będzie, że diabli - zgodził się rogaty. - 
Ciągniemy dalej dzieło, jakim
w waszym świecie zajmują się organa 
sprawiedliwości. Jesteśmy sanitariuszami
ludzkości. Przez całe wieki mamy do czynienia z 
najgorszymi przedstawicielami

background image

ludzkiej cywilizacji, karzemy ich, reedukujemy, 
staramy się przemodelować ich
skostniałe dusze w prawdziwe, czyste i 
szlachetne.
- Czy to znaczy, że u was też są jakieś terminy? - 
zdziwił się Sidorczuk.
- Oczywiście! Wszak wiecznie w kotle się nie 
siedzi!
- A ile?
- Różnie. Bywa, że długo - odpowiedział żwawy. 
- Niedawno przekazaliśmy do
czyśćca Piłata. Dwa tysiące lat odsiedział. A 
zdarza się - żwawy zaczął mówić
głośniej, żeby przekrzyczeć hałas w hali - że i pół 
roku wystarczy.
- Nazywajmy rzeczy po imieniu! - wrzasnął Alik 
Chrienow z Wydziału Kontroli
Technicznej. - Stosujecie okrutne tortury!
- Tylko kiedy się należą. I, przy okazji, nie my 
decydujemy, kogo dostajemy do
reedukacji, a kto idzie do czyśćca. Dają nam 
kontyngent odgórnie. My mamy tylko
pracować. A do tego konieczne są normalne 
warunki. Żeby nie siedziało w kotle po
sto osób, na przykład. Surowość musi być 
rozumna.
Czart usiadł, a po nim zaczęli przemawiać inni.
Wstał Sidorczuk. Sidorczuk wiele zrozumiał.
- Wątpiłem. Ale teraz mam jasność. Wykonując 
zamówienie, występujemy przecież
nie przeciwko porządnym ludziom, ale 

background image

przeciwko słusznie ukaranym. To znaczy, że
pomagamy w krzewieniu porządku i dyscypliny.
Żona Sidorczuka klaskała najgłośniej. 
Sidorczukowie planowali zakup nowego
telewizora.
- Pomyślmy też o honorze ojczystego zakładu - 
wtrącił się do dyskusji dyrektor.
- Dziś miałem telefon. Gratulowano mi, że nasze 
przedsiębiorstwo wychodzi z
dołka. Nie dla siebie wszak się staramy, lecz dla 
narodu.
Dyrektor marzył o przeprowadzce do 
województwa. Aby dalej od diabłów i maminego
widma. Ale przeprowadzić się można z 
porządnego zakładu, inaczej na dobrą posadę
nie ma co liczyć.
Wyszła przed ludzi Sieńkina. Sieńkina 
wiedziała, że w komitecie rejonowym
niezależnego związku zawodowego 
rozpatrywany jest problem przechodniego
sztandaru dla jej zakładu.
- Przeanalizowałam dane z całego rejonu - 
powiedziała. - Wśród pracowników
naszej fabryki gwałtownie zmniejszyło się 
pijaństwo i rękoczyny. Wczoraj
zwróciła się do mnie nauczycielka Kuczkariewa 
ze szkoły numer trzy. Prosiła,
żebyśmy umożliwili przyprowadzenie do 
zakładu dzieci na wycieczkę. Ona ma w
klasie wielu psotników i nawet chuliganów. Ma 
nadzieję, że taka wycieczka będzie

background image

sprzyjała wzmocnieniu dyscypliny. W związku z 
tym jest prośba do naszego
klienta. Czy nie moglibyście być obecni podczas 
wycieczki? Niech się dzieci
przekonają. Bez kapelusza, rzecz jasna.
- Ogon też mam pokazać? - Żwawy się 
uśmiechnął.
- Jeśli się da. - Sieńkina nagle zawstydziła się, w 
sali rozległy się męskie
śmiechy. - Jeśli można, nie zdejmując spodni... 
Bo będą dziewczynki.
- Przyjdę boso - obiecał żwawy.
- Tak więc kończę tym optymistycznym 
akcentem, towarzysze! - krzyknęła Sieńkina.
- Weszliśmy na wyższy moralno-abstynencki 
poziom i postaramy się go stale
podnosić.
Alik Chrienow z WKT wygłosił życzenie, żeby 
pracownicy "I.N.F.Erno" pamiętali o
zasadach wysokiego humanizmu.
- Ty lepiej pilnuj jakości - przerwał mu żwawy - 
żeby szwy nie puszczały,
humanisto jeden.
Na samym końcu ciocia Szura, sprzątaczka, 
postarała się i wprowadziła negatywną
nutkę do powszechnej radości:
- Co to się wyrabia? Wychodzi, że pracujemy 
dla wroga rodu ludzkiego?
Żwawy zmarszczył się.
- Jaki ja tam wróg? Proszę o konkretne 
przykłady mojej wrogiej działalności,

background image

kobieto.
- Właśnie, podaj mu, podaj! - krzyknęła żona 
Sidorczuka.
- Pójdę na emeryturę - ciocia Szura skrzywiła 
się - żeby na pysk twój obrzydliwy
nie patrzeć.
- Do miłego zobaczenia - odpowiedział żwawy. - 
Ale faktów pani nie podała.
Mimo że z pojedynku owego żwawy wyszedł 
niby zwycięsko, zapanowała w hali jakaś
niepewność. Tak wszystko dobrze szło - wszyscy 
się kochali, wszyscy się
zgadzali. Wątpliwości zostały pogrzebane przez 
cały zgodny kolektyw. A tu ci
ciocia Szura z tymi swoimi starotestamentowymi 
normami!
Sytuację uratował kierownik działu planowania. 
Już wcześniej odbył rozmowę z
dyrektorem i został zapewniony, że jeśli dojdzie 
do rozszerzenia bloku
administracyjnego, dostanie oddzielny własny 
gabinet.
- Jesteśmy ludźmi dorosłymi - oświadczył. - 
Może przestańmy więc karmić się
jakimiś bajkami, co? Co to za gadanie: diabeł, 
czart, wróg ludzkości. Nauka
udowodniła z całą stanowczością - diabeł nie 
istnieje. Nie istnieje nic takiego.
Tak więc rozejdźmy się na stanowiska pracy i 
kujmy kocioł.
- A co z rogami? - zapytała pierwsza naiwna z 

background image

księgowości, Łyczikowa.
- Jakie rogi?
- Na ichniej głowie.
- Za wcześnie jeszcze, żebyś wiedziała, skąd 
chłopy miewają rogi - odpowiedział
planista.
Sala roześmiała się z ulgą. Zawsze znajdzie się 
proste i realistyczne
wytłumaczenie dziwnego zdarzenia. I wielu 
mężczyzn zaczęło współczuć żwawemu.
Ten, co prawda, krzyknął, że nie jest żonaty, ale 
potem machnął ręką i śmiał się
ze wszystkimi.
Potem wszyscy rozeszli się na stanowiska pracy,  
a żwawy wpadł do dyrektorskiego
gabinetu. Ostatnio nieco się zbliżyli do siebie.
- Proszę wybaczyć - sumitował się dyrektor - że 
tak wyszło.
- To nic, nawet lepiej. Teraz przynajmniej 
mamy pełną jasność stosunków. - Żwawy
był wyraźnie zadowolony. - A z rogami to nawet 
śmiesznie wyszło. Prawda?
- Dlaczego zawsze tak u nas jest?! - krzyknął 
podenerwowany dyrektor. - Uczciwie
się trudzimy, nikomu nie przeszkadzamy. Ale 
pewni ludzie muszą siać wątpliwości.
- W tym cała bieda ludzkości. - Żwawy 
spoważniał.
- Przecież to nie my dorzucamy drew do ognia! 
- Dokładnie tak - zgodził się żwawy.
- Rozpuściliśmy prasę i nawet telewizję. Piętnują 

background image

u nas ludzi niesłusznie. Ryb w
rzece nie ma - od razu krzyczą: projektanci 
winni. A co projektant winien?
Biedak ani jednej rybki w życiu nie zgładził. 
Albo krzyczą: architekt winien,
cerkiewkę zniszczył.
- A krzyż jej na drogę...
- Bo przecież ten architekt nic przeciwko 
cerkiewce nie ma. Nie zburzył on jej,
nie zburzył. Za co więc obrzuca się go błotem?
- No za co?
- Za to, że uczciwie wykonał swoją pracę. 
Krajowi potrzebna jest prosta
magistrala, więc ją zaprojektował.
- Miły z ciebie facet, Kola. Myślisz dialektycznie. 
Cieszę się, że ze sobą
współpracujemy.
- Dzięki. - Dyrektor trochę się zawstydził.  I 
pomyślał: "Żeby już zwiać stąd,
do województwa; zapomnieć o pysku twoim 
wstrętnym".
Gdy wyszli przez portiernię, diabeł nagle 
zatrzymał się, jakby właśnie o czymś
ważnym sobie przypomniał.
- Mam propozycję - powiedział. - Właściwie nie 
robimy tego, ale na zasadzie
wyjątku zapraszam cię na testy eksploatacyjne. 
Wpadniesz do nas do "I.N.F.Erno"
i zobaczysz, jak spisuje się kocioł. To jak?
Dyrektor nie był przekonany, że to dobry 
pomysł.

background image

- A kiedy trzeba będzie jechać?
- Za miesiąc, urządza cię?
- Za miesiąc nie mogę - z ulgą oświadczył 
dyrektor. - Za miesiąc będę na
wycieczce w Rumunii. To już może następnym 
razem.
- Jak chcesz - westchnął diabeł. - Bo przepustka 
już czeka.
Podał dyrektorowi chłodną wilgotną dłoń i stał, 
patrząc w ślad za nim.
Dyrektor minął kwietnik, podszedł do swojego 
samochodu, wyciągnął rękę, żeby
otworzyć drzwi, ale ręka klamki nie sięgnęła, 
ponieważ pod stopami dyrektora
otworzyła się przepaść i połknęła jego obszerne 
ciało.
Nie czas tu i nie miejsce tłumaczyć, jak mogła 
pojawić się przepaść w samym
środku miasta Wieriowkina. Nie ma sensu 
wyjaśniać, że brygada Guśkowa wyryła
rów, przypominający transzeję, żeby 
poprowadzić kabel telefoniczny, a zasypała
go byle jak, jak potem do tej transzei 
przeniknęła woda z pobliskiego
utajnionego przedsiębiorstwa, dlatego, że ktoś 
coś nie tak zaprojektował, jak
przepaść ta pogłębiała się z powodu zjawisk 
krasowych, a inny ktoś, kto miał tę
przepaść zlikwidować, wyjechał na urlop na 
Wyspy Kanaryjskie, uważając, że bez
niego i tak nic się nie zawali.

background image

Ciało dyrektora Nikołaja Pantelejmonowicza 
zostało przeniesione podziemnymi
ciekami do nieprzeniknionych głębinowych 
warstw Ziemi.
Dusza dyrektora trafiła na testy nowego kotła, 
przekazanego już firmie
"I.N.F.Erno".
Stłamszona, zagubiona w nowej sytuacji dusza, 
zewnętrznie podobna do jego ciała
jak dwie krople wody, stała z boku ogromnego 
tłumu gapiów, obserwując jak do
kotła, ozdobionego gałązkami, diabli pędzili 
gołych, wynędzniałych grzeszników i
jak tych grzeszników zmuszano do klaskania w 
dłonie i cieszenia się z tego, że
od dziś będą się kąpać we wrzątku w 
przodujących, postępowych warunkach.
- Hej, Kola! - krzyknął z tłumu goły i 
wychudzony wujek Sawielij.
Dyrektor nie zareagował na powitanie, 
uważając, że on sam jest ofiarą jakiegoś
przykrego nieporozumienia, które na pewno 
wkrótce się wyjaśni.
Pojawił się żwawy w towarzystwie kierownika, 
który kiedyś, zapewne, też był
żwawy, ale z czasem stał się podobny do 
Nikołaja Pantelejmonowicza i dlatego w
sercu dyrektora obudziła się nadzieja, że 
kierownictwo kierownictwu oka nie 
wykole i szybko się dojdzie do porozumienia.
Kierownictwo udzieliło dyrektorowi nagany:

background image

- I zachciało się też panu, Nikołaju 
Pantelejmonowiczu, tej wycieczki do
Rumunii! Gdyby się pan zgodził wpaść do nas 
dobrowolnie, nie trzeba by było
ściągać pana na wieki wieczne.
- A czy ktoś mnie uprzedził? - obraził się 
dyrektor. - Czy ktoś mi wyjaśnił
sytuację? Tak się nie załatwia interesów.
- U nas panuje pewna taka specyfika - 
westchnęło kierownictwo.
Miało ono krawat, a rogi - ciężkie, rozgałęzione.
- Specyfika jest jedna dla wszystkich - nie 
zgodził się dyrektor. - Troszczymy
się wszyscy o człowieka.
- To u was o człowieka - powiedziało 
kierownictwo -  a u nas dodatkowo o jego
duszę. Kapujesz różnicę, grzeszniku?
Kierownictwo zauważyło, jak dyrektor zbladł 
po tych słowach i pocieszającym
gestem poklepało duszę po ramieniu miękką 
pulchną dłonią.
- Będziesz u nas konsultantem do spraw 
produkcji swojej fabryki.
Kierownictwo odeszło. Dyrektor chciał pobiec 
za nim i błagać, ale w "I.N.F.Erno"
nie tak łatwo się biega za kierownictwem. Nogi 
przyrosły mu do kamiennej
podłogi, oczy wypełniły się łzami.
Gdy woda podgrzała się, ale jeszcze nie 
zawrzała, diabli zaczęli zaganiać
grzeszników do kotła. Gdy już zapędzili 

background image

wszystkich, żwawy, biorący w tej
operacji czynny udział, odwrócił się do 
dyrektora i wesoło krzyknął:
- A ty czego się nie rozbierasz, Kola? Co to - 
będziesz się gotował w
garniturze?
Roześmiał się i dokoła wielu się też roześmiało. 
W "I.N.F.Erno" w odróżnieniu od
naszej Ziemi cudza bieda daje ludziom kupę 
radości.
- Ja nie mogę - odparł dyrektor, starając 
zapanować nad drżeniem kolan. - Ja
jestem konsultantem.
- No to co? - zdziwił się żwawy.
- Nie mogę włazić do kotła.
- Możesz, możesz. - Żwawy roześmiał się, 
zaczepił dyrektora żelaznym hakiem i
przeniósł go nad kocioł.
Dyrektor zaś, będąc bezcielesną duszą, nie mógł 
się w żaden sposób opierać.
Hołubił tylko w sercu nadzieję, że wykonany w 
jego fabryce kocioł na pewno się
rozwali.
Przełożyli ..............  i Eugeniusz Dębski
Kir Bułyczow

Minione czasy

Nowy model maszyny czasu zbudowanej przez 
profesora Lwa 
Christoforowicza Minca przy udziale złotych 

background image

rąk Saszy 
Grubina został umieszczony pod schodami na 
parterze domu nr 
16 przy ulicy Puszkińskiej. Był on 
zakamuflowany drzwiami do 
komórki, żeby podczas zabawy któreś z dzieci 
nie przepadło w 
innej epoce. Maszyna czasu miała postać 
cieniutkiej taśmy, 
która przylegała od wewnątrz do ramy drzwi i 
pomalowana była 
sążycą tak, że postronne spojrzenie nigdy by nie 
zauważyło 
tego największego wynalazku. Kiedy człowiek 
po otwarciu 
drzwi do komórki przesunie wskazówkę na 
ukrytym cyferblaciku 
i wejdzie do wnętrza, to się znajdzie w 
minionych czasach. 
Teoretycznie można się udać i do dinozaurów, 
ale na razie 
brakowało energii, więc granicą było 
pięćdziesiąt lat. 
Profesor Minc i wąski krąg zaufanych, złożony z 
zaprzyjaźnionych sąsiadów - Aleksandra 
Grubina, Korneliusza 
Udałowa i starego Łożkina - maszyny nie 
nadużywali i jej 
istnienie utrzymywali w tajemnicy. W 
zamiarach ich było, po 
doprowadzeniu wynalazku do porządku, 

background image

oddanie go narodowi. 
Czasami któryś z eksperymentatorów odwiedzał 
przeszłość z 
zachowaniem wszelkich ostrożności. I to się 
udawało, póki 
nie zawinił Udałow. Jakoś wieczorem 
Korneliusz Iwanowicz, za 
zezwoleniem Minca, postanowił zajrzeć w czasy 
własnego 
dzieciństwa. 
Minc doświadczenie kontrolował od zewnątrz. 
Udałow wszedł w 
drzwi komórki, ustawił na cyferblacie rok 1948, 
nacisnął 
niebieski guziczek i znalazł się w tejże komórce, 
ale nie 
tak zakurzonej i zagraconej. Udałow odsunął 
deskę w tylnej 
ścianie i wyszedł na podwórko. Podwórko było 
prawie takie 
samo jak obecnie, tylko bez jeszcze się nie 
rozrósł.
Udałow był ubrany zgodnie z epoką. O to się 
zatroszczył 
stary Łożkin, który nigdy nic nie wyrzucał i 
dlatego mógł 
Korneliuszowi zapewnić płaszcz wojskowy z 
odprutymi 
naszywkami i szerokie spodnie. W kieszeni miał 
czterdzieści 
pięć rubli sprzed reformy, zrobione przez Minca 

background image

duplikatorem. 
Nie zauważony przez nikogo, Udałow przeszedł 
ulicą i 
znalazł się w parku miejskim. Grała tam 
orkiestra dęta, a na 
tarasie tańczyli młodzi ludzie, w jeszcze nie 
zniszczonych 
bluzach wojskowych i wyrostki podstrzyżone do 
połowy głowy. 
Ale dziewczęta i kobiety miały tam 
zdecydowaną przewagę. 
Nogi same zaniosły Udałowa na taras. Grano 
Rio Ritę, a 
następnie Rozalindę. I wtedy Udałow zobaczył 
Lekę. Leokadię. 
I serce Udałowa rozpaliły wspomnienia. 
W tamtym roku Udałow skończył dziesięć lat, a 
Leka była 
bliska trzydziestki. Była ona pierwszą, 
nieosiągalną, 
bajeczną miłością Korneliusza. Leka 
handlowała lodami na 
rogu Puszkińskiej i Radzieckiej z wózka 
podobnego do 
błękitnego kuferka. U góry miał on trzy 
pokrywki: pod jedną 
były lody, pod drugą okrągłe wafelki, pod 
trzecią słoik z 
wodą. Leka brała do ręki narzędzie podobne do 
niewielkiej 
pochodni olimpijskiej, wkładała w jego kielich 

background image

okrągły 
wafel, zanurzała w wodzie łyżkę, nabierała nią 
lody i 
kładła na wafel. Następnie przykrywała lody 
drugim wafelkiem 
i gotową porcję wypychała z pochodni. Lód był 
okrągły, 
ściśnięty między wafelkami, najpierw można go 
było wokół 
oblizywać, a później gryźć. 
Inne dzieci interesowały same lody, a Udałowa 
emocjonował 
sam proces ich przygotowywania. Sentyment do 
tego procesu 
przeniósł na samą Lekę, wielką, wesołą, 
zielonooką i dobrą. 
Powiadano, że Leka straciła na froncie 
narzeczonego, ale ona 
mimo wszystko na niego czekała. 
Leka wyróżniała Udałowa za wierność. Czasami 
proponowała mu 
porcję za darmo, ale Udałow i wówczas był już 
dumny. Nawet 
jeśli zupełnie nie miał pieniędzy, to cierpiał, ale 
odmawiał 
przyjęcia podarunku. 
Trzy lata później Leka wyszła za mąż za 
jednego górnika z 
Karagandy, który przyjeżdżał do Wielkiego 
Gulsaru do cioci 
na urlop. I wyjechała. I została zapomniana. I 

background image

nagle Udałow 
zobaczył ją na parkiecie tanecznym. I poznał od 
razu. 
Chociaż ona okazała się całkiem niewielka, jemu 
do ucha. 
Leka tańcowała z nieznaną dziewczyną. Udałow 
patrzył na 
Lekę i delektował się. A Leka zauważyła jego 
natarczywe 
spojrzenie i po tańcu sama podeszła do niego i z 
uśmiechem 
powiedziała: 
- Pańska twarz jakby mi była znana, ale nie 
pamiętam, kim 
pan jest. I pan ciągle patrzy na mnie tak 
natarczywie. 
Dlaczego? 
- Kiedyś oboje się spotykaliśmy - odpowiedział 
Udałow. 
Akordeonista zagrał "Bryzgi szampana" i poszli 
zatańczyć. 
Początkowo Udałow nie wiedział, o czym 
rozmawiać, więc 
spytał, jak idzie handel. Leka się roześmiała: 
"Jaki tam 
handel. Jedne dzieciaki kupują!" 
Kiedy tańce się skończyły, Udałow odprowadził 
Lekę 
do domu. Przysiedli sobie na ławeczce nad 
rzeką. Tam, na 
odległym brzegu, nie było jeszcze osiedla 

background image

czteropiętrówek, a 
za przedmieściem widoczny był las. Wyglądał 
jak czarna piła, 
a nad samymi jej zębami płonął księżyc w pełni. 
Udałow trzymał w dłoniach rękę Leki. Było mu 
dobrze. 
Następnie Leka powiedziała, że musi już iść, bo 
mieszka u niedobrej kobiety. Udałow prowadził 
Lekę przez ciemne, 
całkiem uśpione miasteczko. Zatrzymali się przy 
lampie 
płonącej na skrzyżowaniu. Leka oświadczyła, że 
dalej razem 
nie pójdą, bo gospodyni podgląda przez okno. 
Udałow nagle 
oznajmił, że umie wróżyć z ręki. Leka nie 
wytrzymała i 
poprosiła o powróżenie. Udałow powiedział, że 
za trzy lata 
wyjdzie ona za mąż za górnika z Karagandy. 
Leka się 
zmieszała. Dla niej trzy lata wydawało się 
wiecznością.
Albo być może ona jeszcze troszkę czekała na 
swego poległego 
narzeczonego. 
Później Leka zrozumiała żart, roześmiała się i 
spytała, czy 
Udałow jutro przyjdzie do parku na tańce. 
- Jestem już stary - odpowiedział Udałow. 
- Ja też nie jestem pierwszej młodości - 

background image

uśmiechnęła się 
Leka. - Zbliżam się do trzydziestki. I wolę 
mężczyzn 
statecznych. 
Pocałowała Udałowa w policzek i uciekła. A 
Udałow poszedł do 
domu i dopiero przy samym domu uświadomił 
sobie, że jest 
pierwsza w nocy, że on przepadł w minionych 
czasach i Minc 
szaleje z niepokoju, a może i zastanawia się nad 
wyprawą 
ratunkową. 
Ale szalał nie Minc, lecz żona Udałowa, Ksenia. 
Czekała ona 
u wejścia do komórki. Wydusiła już z Minca 
całą prawdę o 
eksperymencie. W pierwszej chwili mężem to się 
nawet ucieszyła, 
ale następnie wychwyciła zapach perfum 
"Czerwona Moskwa" i 
Korneliusza omalże nie zabiła. 
- Teraz jest jasne, co to za maszynę czasu macie! 
- zaczęła 
krzyczeć. - Pójdę z tym do partkomu! 
Minc z wysiłkiem nakłonił Ksenię, by z pójściem 
do partkomu 
poczekała do rana. 
Ksenia przepłakała całą noc, pakując rzeczy, 
żeby 
wyjechać do siostry do Saratowa, a rano 

background image

postawiła ultimatum. 
Albo puszczą ją do przeszłości, by mogła to 
sprawdzić, albo 
ona zostanie w przekonaniu, że Udałow biega z 
komórki 
podziemnym przejściem do nieznanej kochanki. 
Przyszło przyjąć od Kseni przyrzeczenie 
zachowania 
wszystkiego w tajemnicy i wręczyć jej 
czterdzieści pięć 
rubli eksperymentalnych. 
Ksenia przebrała się w sukienkę Łożkiny, którą 
przyniósł 
Łożkin, a przejęci eksperymentatorzy pozostali 
u drzwi do 
komórki. 
Ale Ksenia, jak obiecała, wróciła po godzinie. W 
podróż w 
czasie uwierzyła wówczas, kiedy w 1948 roku 
zobaczyła z 
daleka swoją matkę, która z nią, Ksenią, 
spacerowała po 
skwerze przy cerkwi Paraksewy Piatnicy. 
Wróciła bez pieniędzy, bowiem zaszła do sklepu 
komercyjnego, 
który pamiętała mgliście jako rajskie miejsce. 
Dawniej nie 
zdarzało się jej tam bywać, bo jej rodzina, jak 
większość 
rodzin w mieście, biedowała i żyła na kartki. Ale 
do sklepu 

background image

komercyjnego biegała z przyjaciółkami oglądać 
dostatek na 
wystawie. Tak więc byłoby okrucieństwem 
czynić Kseni wyrzuty 
za to, że zaprowadziła sprawiedliwość 
historyczną, kupując w 
sklepie komercyjnym puszkę czerwonego 
kawioru, trzy puszki 
krabów i połeć mięsa z jesiotra. 
Kiedy Ksenia przyznawała się do tego 
eksperymentatorom, 
oczy jej spokojnie świeciły blaskiem lwicy, która 
pożarła 
tłustą zebrę. 
Jak się to stało, że następnego dnia o zakupach 
Kseni 
dowiedziała się żona Łożkina, tłumaczyć nie ma 
potrzeby. 
Wszystko i tak jest oczywiste. Ale to, dlaczego 
Ksenia o 
kawiorze powiedziała swojej krewniaczce, 
której nie 
cierpiała, Antoninie - było już zagadką. A jak 
dowiedziały 
się o tych artykułach siostry Grubina - 
bliźniaczki Szura i 
Ola, można się domyślić. 
Rankiem następnego dnia profesor Minc został 
oblężony. 
Przyjaciele go opuścili. Oni swoje bitwy już 
przegrali. W 

background image

ciasno zastawionym książkami i aparaturą 
gabinecie profesora 
siedziało kilka kobiet i zasypywało go 
niesłusznymi 
zarzutami. Minc zrozumiał, że prace przyjdzie 
przerwać i po 
jeszcze staranniejszym ich utajnieniu przenieść 
poza 
miasto. Ale z kobietami trzeba było coś zrobić. 
Minc był 
jednak dobrym człowiekiem, więc wymyślił coś 
następującego. 
Sklep komercyjny na modłę roku 1948 mieścił 
się na 
Puszkińskiej w starej willi zesłanego do Gulsaru 
polskiego 
konfederata pana Ignacego Ząbkowskiego. 
Obecnie w 
pomieszczeniach sklepu była urządzona 
pracownia modelarstwa 
lotniczego dla młodzieży. 
W drugiej połowie dnia, kiedy modelarze 
rozeszli się do 
domów, ku drzwiom willi podeszli 
eksperymentatorzy. Sprawnie 
przymocowali do wejścia metalową taśmę 
maszyny czasu. Tak, 
że teraz kto przeszedł przez drzwi, natychmiast 
trafiał do 
sklepu komercyjnego nr 1 miasta Wielki Gulsar 
w czerwcu 1948 

background image

roku. 
Zrobione zostało tak dlatego, że Minc nie chciał 
dopuścić, by po ulicach przeszłości, w 
poszukiwaniu towarów 
deficytowych, uganiał się cały oddział kobiet 
współczesnych. 
Nieuchronnie wywołałoby to podejrzenia i 
skandal. Teraz 
jednak Minc wpuszczał damy do sklepu z 
pominięciem ulicy. I 
można było mieć nadzieję, że taki wypad 
doprowadzić do 
skandalu nie zdoła. Wszystko zapięto na ostatni 
guzik. 
Kobiety, w liczbie ośmiu, oczekiwały z torbami 
w rękach. 
Denerwowały się i szeptały między sobą. Minc 
rozdał im po 
sto rubli i powiedział: 
- Zachowujcie się przyzwoicie, nie poniżajcie 
godności 
człowieka radzieckiego. Kupisz, to wyjdź, ustąp 
kolejki 
następnej. 
Pierwsza, na znak Minca, weszła do sklepu 
Antonina. Na ulicy 
było spokojnie. Z sąsiedniego domu wyszła 
zaciekawiona 
staruszka. Łożkin został odesłany, by ją 
odciągnąć i 
wyprowadzić ze strefy. 

background image

Czas płynął. Według obliczeń Minca zakupy 
powinny były 
zająć pięć minut. Ale Antonina się nie pojawiła i 
po 
dziesięciu minutach. Minc i Grubin się nie 
niepokoili, bo 
rozumieli, że Antonina ze sklepu tak po prostu 
nie wyjdzie. 
Ale zdenerwowanie kobiet z każdą chwilą rosło 
przez 
obawę, że Antonina kupi zbyt wiele i dla 
pozostałych nie 
starczy. 
I kiedy upłynęło piętnaście minut, podniósł się 
nieoczekiwany bunt. 
Z krzykiem "Nie możemy już dłużej czekać!" 
żony, siostry i 
matki zmiotły strzegącego wejścia Minca i, 
zderzając się ze 
sobą, przebiły się do drzwi. Znalazłszy się w 
otworze 
drzwiowym, znikały. I kiedy zniknęła ostatnia, 
stara Łożkina, 
nastąpiła tragiczna cisza. 
- Co robić? - spytał Udałow. 
- Ano nic - odpowiedział lekkomyślny Grubin. - 
Wrócą, kiedy 
zrobią zakupy. Dał im pan, Lwie 
Christoforowiczu, dużo 
pieniędzy. Wcześniej niż za pół godziny 
oczekiwać ich nie 

background image

należy. 
Okazywało się, że Grubin miał rację. Nic się nie
działo. Trwało tak ponad dwadzieścia minut. 
Po upływie tego czasu w otworze drzwiowym 
pojawił się krzepki 
młody człowiek w wojskowym mundurze ze 
szlifami lejtnanta i 
w czapce z wiśniowym otokiem. 
Obrzucił obecnych srogim spojrzeniem i spytał: 
- Czy jest tu obecny Lew Christoforowicz Minc? 
- To ja - przyznał się profesor. 
- Pozostańcie na miejscu - polecił lejtnant i zaraz 
też 
zniknął. 
Po chwili w otworze drzwiowym pojawiło się 
biurko. Na nim 
stało krzesło. Lejtnant popychał je od tyłu. 
Następnie 
lejtnant ulokował obok drzwi krzesło, usiadł na 
nim i 
powiedział: 
- Obywatelu Minc, wasza sytuacja wygląda źle. 
- O co chodzi? - zakrzyknął Minc. - Nic z tego 
nie 
rozumiem. 
- Czy przyznajecie się do zorganizowania spisku 
antyradzieckiego? - spytał lejtnant. - Wasze 
wspólniczki już 
się przyznały. 
Udałow jęknął. Domyślił się, że Ksenia wpadła w 
kłopoty. 

background image

- O co jestem oskarżony? - zapytał Minc 
drżącym głosem. 
Lejtnant wyciągnął skądś teczkę z napisem 
"Sprawa nr 2451" i 
otworzył ją. 
- We wniosku powiedziane jest - przeczytał. 
- Po odprawieniu do miasta Wielki Gulsar 
grupy dywersyjnej 
liczącej osiem osób obywatel Minc L. Ch. polecił 
dywersantkom pozorującym przyjezdne 
nabywczynie kawioru 
otruć kierownictwo miasta, a także wysadzić 
most przez rzekę 
Guś. 
- To bzdury! - powiedział Minc. 
- One się przyznały - krótko i nawet ze 
smutkiem odezwał się 
lejtnant. - Tutaj są wszystkie ich zeznania. 
- Wypuśćcie je zaraz! - zakrzyknął Minc. - One 
w niczym nie 
zawiniły. 
- To znaczy, że się przyznajecie? - usta lejtnanta 
drgnęły w 
uśmiechu. 
- Przyznaję się do wszystkiego, co tylko chcecie - 
powiedział Minc. - Tak czy owak, nic nie 
zrozumiecie. 
- Chodźcie za mną! - polecił lejtnant. - Za 
jednym zachodem 
zabierzcie biurko. 
- Nie idź! - zakrzyknął Udałow. - Oni cię nie 

background image

wypuszczą. 
- Problem leży nie we mnie - wyjaśnił Minc. - To 
ja wysłałem 
nasze kobiety w przeszłość i ja ponoszę za to 
odpowiedzialność. 
- Ale on przecież ich też nie wypuści - powiedział 
Grubin. - 
Przecież jesteście razem w jednej sprawie. 
- Oczywiście - powiedział lejtnant. - O tym się 
wypowie 
trójka specjalna. Jeśli dywersantki nie są winne, 
to one do 
was wrócą. Ale jeśli... - I lejtnant z uśmiechem 
przyłożył do 
czoła palec i pstryknął językiem. 
Udałow z przerażenia zachwiał się. 
- Żegnajcie, towarzysze - powiedział Minc do 
Udałowa i 
Grubina i zrobił krok ku drzwiom. 
I wtedy usłyszeli głos Łożkina, który powrócił 
pod drzwi. 
- Co się tutaj dzieje? - zapytał. 
- Wy, obywatelu, przechodźcie, nie zatrzymujcie 
się - 
polecił lejtnant. - Bo też zostaniecie zatrzymani. 
- Chwileczkę, chwileczkę! - odezwał się Łożkin. 
- Oni aresztowali nasze kobiety - oznajmił 
Udałow. - I Minc 
teraz idzie poświęcić siebie. 
- On nigdzie nie pójdzie - zaoponował Łożkin. 
- Z drogi! - wrzasnął na starego lejtnant. 

background image

A ten oświadczył: 
- Poznaję ciebie, Kola. 
- Co takiego? My się nie znamy. 
- My się znamy i to jak jeszcze - powiedział 
Łożkin. - 
Miałem w młodości pewien epizod. Po 
demobilizacji jakiś
czas przesłużyłem w organach. Poznajcie się! 
I wtedy wszyscy się zorientowali, że lejtnant jest 
właśnie 
Mikołajem Łożkinem, tylko mocno 
odmłodniałym. 
- Nie wierzę - powiedział lejtnant. 
- Trzeba będzie uwierzyć. - Łożkin wyciągnął 
dowód osobisty 
i podał go samemu sobie. 
Lejtnant dowód otworzył, długo studiował 
fotografię, 
popatrzył na Łożkina starego. Zamknął dowód. 
- Diabli to wiedzą - powiedział w końcu i coś 
ludzkiego 
błysnęło mu w oczach. 
- Tak więc, Kola - podsumował Łożkin stary - ja 
jestem 
twoją przyszłością. Emerytem na skalę 
rejonową. Uczciwym, 
szanowanym człowiekiem. 
- Ty też jesteś spiskowcem! - powiedział lejtnant 
bez 
przekonania. - Ciebie też trzeba postawić pod 
ścianę. 

background image

- A Wierkę to już rzuciłeś, czy jeszcze z nią 
żyjesz? - 
spytał Łożkin stary. 
- Ja tam nic nie wiem. 
- Pytam się, czy rzuciłeś Wierkę Rabinowicz, 
swoją tajną 
miłość, córkę represjonowanego wroga narodu? 
Ja tego nie 
mogę sobie wybaczyć do tej pory. Nie mogę 
sobie wybaczyć 
własnego tchórzostwa. 
Przyjaciele na Łożkina starego patrzyli ze 
zdumieniem. 
Znali go już wiele lat, przepracował on całe 
życie jako 
buchalter. I, się okazuje, miał epizod! 
- Rzuciłem - powiedział lejtnant spuszczając 
oczy. 
- A na grób matki to jeździłeś, jak sobie 
przysiągłeś? Czy 
tylko ciągle sprawy, procesy, spiski? 
- Pojadę na pewno - przyrzekł lejtnant, i Udałow 
pomyślał, 
że on jeszcze nie jest człowiekiem straconym, 
tylko 
obowiązkowym i ograniczonym. Ofiarą epoki. 
- Tak więc posłuchaj mnie uważnie - powiedział 
Łożkin do 
samego siebie. - Kobiet, poza tobą, nikt więcej 
nie widział
i nikt nie wie o tym lipnym spisku. Żadnej 

background image

kariery na tym 
nie zrobisz. Wypuścisz je zaraz wszystkie, a 
wśród nich, 
muszę ci powiedzieć, i własną żonę, z którą się 
ożenisz pod 
koniec pięćdziesiątego pierwszego, ale nie tutaj, 
lecz w 
Tiumeniu. A wiesz, dlaczego w Tiumeniu? 
- Dlaczego? - oznajmił zgnębionym głosem 
lejtnant Łożkin. 
- Dlatego, że ty złożysz dzisiaj dymisję z powodu 
rany, 
która ci dokucza od czterdziestego drugiego 
roku. Pojedziesz 
do Tiumenia i zaczniesz pracować jako 
buchalter. Czy 
wszystko jasne? Wykonać, chłopcze! 
- Rozkaz. 
Lejtnant odsunął biurko i krzesło i zniknął w 
otworze 
drzwiowym. 
- Co za szubrawiec! - powiedział Łożkin starszy. 

Czyżbym ja taki był? 
- Zdarza się wszystko - powiedział ze znużeniem 
Minc. 
Patrzył na drzwi, oczekując, kiedy pojawią się w 
nich 
kobiety. 
Ale kobiety się nie pojawiały. 
Udałowowi wydawało się, że w uszach mu stuka 

background image

krew, 
wystukując sekundy. 
- Tak - oznajmił w końcu Łożkin - tego też i się 
obawiałem. 
W młodości to we mnie siedział łajdak. Bywa 
tak z ludźmi. 
Póki powodów nie ma, łajdak śpi, a kiedy się 
pojawia możność 
zrobienia kariery, zaczyna podszeptywać do 
ucha 
niebezpieczne słowa. Idę tam! 
- Nie - powiedział Minc. - To niebezpieczne. 
- Jeśli go nie zatrzymam, on dostanie awans i 
wzniesie 
się na drabinie służbowej. Przecież się nie 
zatrzyma. No to 
co ja mam ze sobą zrobić? 
I Łożkin uczynił krok ku drzwiom. 
- Eureka! - zakrzyknął Minc. - Zrobimy 
wszystko inaczej! 
Wydobył z kieszeni maleńki cyferblat, końcem 
paznokcia 
ostrożnie przesunął wskazówkę do tyłu. 
- Rozumiecie? - zapytał. 
- Rozumiemy - uśmiechnął się Grubin. 
- Teraz to ja wejdę do sklepu, ale to teraz nie 
będzie 
teraz, tylko moment po tym, jak tam się znalazły 
nasze 
kobiety. 
I Minc z tymi słowy zniknął w drzwiach. 

background image

I zaraz też się zaczęło coś niesamowitego. 
Z drzwi zaczęły wylatywać kobiety z pustymi 
torbami w 
rękach. Klęły, piszczały, opierały się, chwytały 
się rękami 
ramy drzwi, starając się powrócić do sklepu 
komercyjnego. 
Ale w gniewie Minc potrafił być bezwzględny, 
zaś jego 
przyjaciele tak zręcznie i szybko chwytali 
kobiety i 
tak energicznie je odpychali od sklepu, że po 
trzech 
minutach wszystkie uczestniczki podróży w 
czasie znalazły 
się w roku 1988. I o żadnym lejtnancie nic a nic 
oczywiście 
nie słyszały. Następnie wyszedł Minc. Udałow i 
Grubin 
pocieszali kobiety, próbując im wyjaśnić, 
jakiego okropnego 
losu cudem uniknęły. Ale kobiety najbardziej 
gniewało 
nie to, że one zostały bez kawioru, lecz to, że 
Antonina, 
jako pierwsza, zdążyła kupić kawioru za sto 
rubli w 
starych pieniądzach. 
Udałow uruchomił wszystkie swoje zdolności 
dyplomatyczne i 
jakoś namówił Antoninę do podzielenia się 

background image

kawiorem z 
towarzyszkami. Grubin szybko zdjął z ramy 
drzwi maszynę 
czasu, by lejtnant Łożkin nie wrócił po swoje 
biurko. 
A sam Łożkin stary objął Minca i zapłakał z 
radości. Minc 
przecież mu uratował honor i biografię. 
Ale przenikliwy Grubin powiedział: 
- A ja specjalnie to się nie niepokoję. Przecież ty, 
Łożkin, jesteś wśród nas. I jesteś uczciwym 
emerytem. A co 
to oznacza? A to oznacza, że lejtnant na pewno 
zgłosi 
dymisję i pojedzie do Tiumenia szukać sobie 
małżonki. 
Przełożył Tadeusz Litwiński
KIRYŁ BUŁYCZOW
Pseudonim rosyjskiego historyka i pisarza 
Iwana Możejki. 
Zawodowo specjalizuje się on w historii 
Dalekiego Wschodu, z 
zamiłowania jest pisarzem fantastą.
Urodzony w 1934 r., pierwsze opowiadania 
zaczął drukować 
w 1965 r. Wkrótce zdobył popularność dzięki 
humorystycznemu, 
a zarazem inteligentnemu cyklowi 
Guslarskiemu (do którego 
należy przestawiony przez nas utwór). Akcja 
opowiadań 

background image

rozgrywa się w starożytnym mieście Guslar, 
gdzie cuda 
zdarzają się wręcz rutynowo, na przykład 
lądują obcy albo w 
miejscowym sklepie zoologicznym trafia się, 
spełniająca 
życzenia, złota rybka.
Cztery z kilkunastu książek napisanych przez 
Bułyczowa 
ukazały się w Polsce. Były to "Ludzie jak 
ludzie", "Podróże 
Alicji", "Żuraw w garści" i "Rycerze na 
rozdrożu". W naszym 
miesięczniku drukowaliśmy jego mikropowieść 
"Przełęcz" ("F" 
4/83) oraz opowiadania: "Uparty Marsjasz" 
("F" 11/84), 
"Czarny kawior" ("F" 11/84), "Dwie metody 
teleportacji" ("F" 
11/84), "Timeo Danaos" ("F" 11/84).
D.M.
Kir Bułyczow

Na ratunek

Rozdział pierwszy. Z RAPORTU
Dnia 18 września o godzinie 16.40 od grupy, 
podczas 
przejścia z hali nr 3 do profilaktorium celem 
zaznajomienia 
zwiedzających z warunkami wypoczynku 

background image

pracowników 
przedsiębiorstwa, odłączyła się Galina N., 
uczennica klasy 
VII B szkoły podopiecznej. Mimo 
zastosowanego wobec dzieci 
dozoru, który polegał na tym, że oprócz 
głównego technologa 
N. R. Szczukina i jego zastępcy R. G. Kłopatego 
grupie 
towarzyszyli wychowawca klasy VII B R. R. 
Kalinina i 
strażnik straży przemysłowej G. Ł. Warnawski, 
Gali N., 
według oświadczeń jej kolegów klasowych 
obecnych podczas 
incydentu, udało się dyskretnie odejść na stronę 
pod 
pretekstem poprawienia pończoch. Do takiego 
zachowania 
popchnęły ją krążące wśród dzieci pogłoski o 
tym, że na 
terenie przedsiębiorstwa kryją się pewne skarby 
i sławetne 
Jeioro Życzeń. Wyżej wspomnianą Galinę N., 
według 
oświadczenia nauczycielki R. R. Kalininy, 
charakteryzuje 
zmienność charakteru, ciężka sytuacja rodzinna 
i słaba 
dyscyplina.
Po odkryciu zniknięcia Galiny N. podjęte zostały 

background image

następujące środki:
a) w sieci wewnętrznej przedsiębiorstwa 
ogłoszono 
komunikat w nadziei, iż Galina N. nie zagłębiła 
się zbyt 
daleko w głąb Strefy i zawróci po usłyszeniu 
wezwania. 
Środek ten nie dał efektu;
b) grupa uczniów została czasowo zatrzymana w 
profilaktorium, gdzie została im wydana gorąca 
kolacja; 
wyłączono wideofon, by pogłoski o zniknięciu 
Galiny N. nie 
rozeszły się po mieście i wśród ludności nie 
wywołały 
zbędnej paniki;
c) ściągnięty został z domu G. W. Wasjunin, 
monter z hali 
nr 2, który, jak wiadomo, bywał samowolnie w 
Strefie, za co 
został ukarany naganą i ostrzeżeniem o 
zwolnieniu w wypadku 
recydywy.
Rozdział drugi. STALKER ŻORA
Wyciągnęli mnie z wyrka. Skończyłem robotę o 
drugiej i 
poszedłem spać. Obudził mnie telefon od 
głównego technologa.
- Przepadł dzieciak. Został przepuszczony do 
Strefy. 
Przyjeżdżaj natychmiast.

background image

Oczywiście odpowiedziałem, że kiedy dzielili 
naganami, to 
do tego pasował im Wasjunin. Kiedy jednak 
poszkapili i 
dzieciaka przepuścili - to do Wasjunina lecą po 
ratunek!
Ubrałem się i przyjechałem do 
przedsiębiorstwa.
Tam przy bloku trzecim byli i się krzątali: 
dyrektor, 
główny technolog, zastępcy, straż przemysłowa. 
Dyrektor 
powiedział do mnie:
- Potrzebujemy, Stalker, pomocy.
Wołają na mnie Stalker przez jeden film. Był w 
nim tam 
taki typ, coś w rodzaju mnie. I była też Strefa. 
Obejrzałem 
ten film, ale nie wywarł na mnie wrażenia. 
Straszą tam, ale 
strachu to jakoś nie czuć. Gdzie im do naszej 
Strefy.
- Nie - powiedziałem - nie jestem w formie.
- Dostaniesz premię, poprawimy warunki 
mieszkaniowe - 
powiedział dyrektor.
No chyba, pomyślałem, co to się w mieście 
podniesie, 
kiedy przechwycą, że dzieciak przepadł bez 
śladu! A szans na 
wyjście to ma niewiele. Bywało, że do Strefy 

background image

różni włazili. 
Gdzież są teraz? Kto teraz zajmuje się ich 
dziećmi? Chociaż, 
oczywiście, pokus to jest niemało. Ale skarbów 
tam nie ma. 
To tylko plotki. Nikt tam daleko nie pójdzie. Być 
może jeden 
Łukianycz. Łukianycz to doszedł do punktu 
trzeciego. Dalej 
go nie puścił Biały Robal. Po powrocie 
pokazywał wszystkim 
bliznę na ręce.
- Pomyśl tak o jej matce - powiedział technolog.
- A kim jest jej matka?
- Może ją znasz? Ona wcześniej pracowała w 
"Jaskółce".
To mnie podcięło. Larisa! Serce moje, Larisa, 
ileż to 
było westchnień z jej powodu, ileż to łez zostało 
wylanych, 
a być może i krwi. I ja, jako chłopak, gapiłem się 
na jej 
złote kędziorki i szkarłatne usteczka! I zostałem 
raz 
dopuszczony. Nie, poważnie. Jeden pocałunek - i 
umrzeć! Więc 
Galka to jest jej? Cała matka!
- Pójdę - powiedziałem. - Tylko przygotujcie 
rentę dla 
mojej Ludmiły. Jakby co, to ona będzie Paszkę 
wychowywać.

background image

- Jaką rentę? - zakrzyknął dyrektor. - Ty 
przecież 
wrócisz! O niczym nie chcę słyszeć! Wierzymy w 
ciebie, Żora!
- Słuchaj, tylko bez demagogii - powiedziałem. - 
Szkoda 
mi dziewczynki, ale ja żyć to chcę. Jeśli ona 
poszła w głąb, 
to tam ja nie bywałem. Strefa jest Strefą. Ona 
człowieka nie 
uznaje. Ma własne prawa.
Wtedy to dyrektor dał mi słowo, że w razie 
czego to rentę 
załatwią formalnie, jako po zabitym podczas 
pracy.
Dyrektor powiedział, że pójdzie ze mną 
Szczukin.
- Słuchaj, ty inteligencie - powiedziałem do 
Szczukina. - 
Będziesz mi tylko ciężarem. Zamiast zajmować 
się wyciąganiem 
dzieciaka to będę musiał ciebie na garbie 
taszczyć. Lepiej 
będzie, jak wezmę Łukianycza.
Łukianycz początkowo, że za nic w świecie.
- Mnie już tam łamało - powiedział.
Ale poszliśmy we trójkę. Sam pobrałem w 
magazynie co 
trzeba. Straciłem na to prawie godzinę. 
Magazynier gdzieś 
sobie poszedł, dyrektor sam plomby zrywał. 

background image

Wziąłem porządną 
nylonową linkę. Łukianyczowi armatę kazałem 
zostawić. W 
Strefie kula to nie uratuje. Szczukina pognałem 
do 
sportowców. Wzięliśmy od nich, od alpinistów, 
wyposażenie. 
Wyłamaliśmy drzwi i wzięliśmy. Dwa czekany. 
Namiot. Ktoś z 
naczalstwa zaczął tam mówić, że po co nam 
namiot, przecież 
nocować tam nie zamierzamy. Oczywiście by się 
przydały 
kamizelki przeciwkulowe, ale czegoś takiego to u 
nas nie ma. 
Wzięliśmy waciaki i swetry. Lekarka przyniosła 
z punktu 
medycznego bandaże, watę, ja zażądałem do 
manierki 
spirytusu. Było to dalsze dziesięć minut 
czekania. 
Ostatecznie dyrektor napełnił manierkę 
koniakiem ze swoich 
zasobów.
Powiedziałem do Szczukina:
- Zostań, Kola.
Ale ten zamrugał, poprawił okulary i 
powiedział:
- Głupstwo, służyłem w młodości w wopie. Nie 
kłopotaj 
się. Ciężarem to ci nie będę. To moja wina, że 

background image

nie 
dopatrzyłem, i jestem za to odpowiedzialny.
- Dobra - powiedziałem - ale miej na uwadze, że 
idę 
ratować nie ciebie, ale Galkę Larisy.
- Rozumiem - powiedział.
Tyle że waciak to był na niego za mały - ręce 
miał 
odsłonięte niemal po łokcie. Ale on jest uparty.
Wyszliśmy o piątej trzydzieści.
To mi się nie podobało. Szybko miał nastać 
zmierzch. A 
nocy w Strefie to nikt jeszcze nie spędził. A jeśli i 
spędził, to już nie opowie.
Rozdział trzeci. TECHNOLOG SZCZUKIN
Szedłem w środku. Pierwszy szedł lekki, chudy i 
zły Żora 
Wasjunin. Zamykał przemarsz Łukianycz. 
Tracił odwagę, co 
chwila się oglądając. Dyrektor go zachęcił 
wysoką premią. 
Zresztą, to po co Łukianyczowi premia? 
Zadziwiająco 
nieporównywalne są nasze sprawy i ich 
następstwa! Ciekawe, a 
co, gdybym i ja zażądał premii? Uśmiechnąłem 
się w duchu. 
Pojmowałem, że dziewczynkę należy znaleźć 
przed zmierzchem. 
Dyrektor wziął od nas słowo, że wrócimy przed 
nastaniem 

background image

ciemności. Ja go rozumiałem; zaginięcie 
dziewczynki było
mieszczęściem, ale nie tragedią dla 
przedsiębiorstwa jako 
takiego. Jeśli zginie grupa - nie obędzie się bez 
sądu. A 
dyrektor do emerytury miał dwa lata.
Niosłem megafon. Kiedy go zabierałem, Żora 
nic nie 
powiedział. Lecz kiedy tylko ściany kontenerów 
skryły nas 
przed żałośnie zgnębioną grupą 
odprowadzającą, obejrzał się 
i krótko powiedział:
- Zostaw.
Położyłem megafon na skrzyni.
- Lepiej nie hałasować - powiedział krótko. - 
Strefa nie 
lubi obcego hałasu.
Chód Żory, jego głos uległy zmianie. Stał się 
człowiekiem 
pierwotnym. Właśnie pierwotnym - 
elastycznym, czujnym, 
gotowym odskoczyć. Idąc jego śladem starałem 
się go 
naśladować. Łukianycz za nami tupał i sapał. 
On tam nikogo 
nie naśladował.
Poszczerbiony asfalt pokrywał gęsty kurz. 
Jeszcze osiem, 
dziesięć lat temu tutaj był plac gospodarczy 

background image

przedsiębiorstwa. Przez te lata Strefa nas 
zaatakowała, 
pochłonęła tę część placu i zbliżyła się do hali 
trzeciej. 
Niektórzy pracownicy z drugiej zmiany 
twierdzą, że 
jesiennymi głuchymi wieczorami słychać ze 
Strefy jęki i 
krzyki. I czuć jej okropny dech.
- Zobacz - powiedział cicho Żora. Wskazał pod 
nogi. 
Podszedłem do niego. Między zniszczonymi 
kontenerami ciągnął 
się łańcuszek śladów delikatnych dziewczęcych 
stóp. Przez 
szpary w kontenerach wystawały metalowe 
zgrubiałe części 
maszyn.
- To ona - powiedział Łukianycz. - Zawołam ją.
- Ciszej - odpowiedział Żora. - Przeszła tędy z 
godzinę 
temu. Widzisz, kurz już znów osiadł... Teraz się 
nie 
dokrzyczysz.
Zatrzymaliśmy się pod dwoma płytami 
betonowymi, które 
utworzyły coś na podobieństwo domku z kart.
- Byłem tutaj - powiedział Łukianycz.
Żora podniósł rękę do góry. Od przodu doszedł 
cichy jęk. 
Chciałem się tam rzucić, sądząc, że to jęczy 

background image

Galka. Ale Żora 
mnie zatrzymał.
- To nie ona - wyszeptał.
Przecisnęliśmy się po kolei przez sploty 
armatury. Pod 
nogami chlupotała ruda ciecz. I wtedy 
zrozumiałem, skąd jęk 
usłyszeliśmy - wiszące na resztkach kolumn 
rury, przy pełnej 
nieruchomości powietrza kołysały się, jakby je 
popychała 
niewidzialna siła. Rury wydawały dziwnie 
żałosne i 
dokuczliwe dźwięki.
Westchnąłem z ulgą i chciałem iść dalej, ale 
Żora znakami 
polecił wziąć bardziej w prawo. Szliśmy, 
przyciskając się do 
zębisk ceglanej ściany. Śladów dziewczynki nie 
było już 
widać. Próbowałem sobie wyobrazić, jak ona 
wyglądała. 
Przecież ją widziałem w grupie tych wesołych, 
szczebioczących uczniów. Dlaczego właśnie ją 
pociągnęło do 
Strefy, choć wiadomo było wszystkim, że grozi 
tam śmiertelne 
niebezpieczeństwo? Co za zaciemniająca rozum 
siła siedzi w 
człowieku? Prędzej mógłbym zrozumieć 
Łukianycza, którego 

background image

tutaj wiodła interesowność, lub Żorę, tak w 
ogóle skłonnego 
do przygód i, jak mówiły pogłoski, wynoszącego 
ze Strefy 
cenne i zagadkowe rzeczy. Ale dziewczynka?
Zamyśliłem się i wpadłem na plecy 
znieruchomiałego Żory. 
Za mną dyszał Łukianycz. Może ma astmę?
- Przechodzimy rurę - wyszeptał Żora. - 
Przechodzimy 
pojedynczo. Ja pobiegnę pierwszy. Jeśli 
szczęśliwie, to 
pomacham ręką. Następny będziesz ty. Nie 
oglądaj się i nie 
zatrzymuj.
Pochyliłem się i zajrzałem do rury. Nie 
wydawała mi się 
straszna. W przodzie, niedaleko, widać było 
światło.
- A obejść nie można? - spytałem.
Żora nie odpowiedział. Głupio spytałem. Po obu 
stronach 
wznosiły się urwiska z cegły i zardzewiałych 
konstrukcji, z 
których zwisały szare brody porostów.
Żora pochylił się i pobiegł.
Patrzyłem jego śladem i liczyłem kroki. Jego 
czarna 
sylwetka wypełniała całą rurę.
I nagle zniknęła. Zniknęła wcześniej, niż się 
skończyła 

background image

rura. Mógłbym to przysiąc.
- Zginął - powiedział Łukianycz.
- Co ty gadasz! - warknąłem.
- To idź pan - powiedział Łukianycz. - Ja tam się 
nie 
śpieszę.
Zdawałem sobie sprawę, że iść trzeba. Zdjąłem z 
ramienia 
zwój linki i podałem go Łukianyczowi. Sam 
chwyciłem jej 
koniec.
- Będziesz pan ubezpieczać - powiedziałem.
Łukianycz przytaknął. Był przestraszony.
Pochyliłem się i wszedłem do rury. Przenikał ją 
ostry 
nieprzyjemny zapach, podobny do zapachu 
amoniaku. Dno rury 
było śliskie, szedłem ostrożnie - liczyłem kroki. 
Żora 
zniknął przy kroku dziesiątym. Przy kroku 
dziewiątym się 
zatrzymałem. Zapanowała nienaturalna martwa 
cisza.
Ku memu zdziwieniu dno rury i dalej wydawało 
się twarde, 
i przez to złudzenie wzrokowe omal nie zrobiłem 
następnego 
kroku, podniosłem nawet nogę, ale nie zdążyłem 
przenieść 
ciężaru ciała do przodu, kiedy zrozumiałem, że 
to dno rury 

background image

jest w samej rzeczy tylko odbiciem jej sufitu w 
pokrytym 
błyszczącą błonką mroku głębokiej studni. 
Przysiadłem na 
piętach i spróbowałem błonkę rozerwać. Błonka 
pękła z 
trzaskiem i zobaczyłem - całkiem blisko, w 
odległości metra 
- odrzuconą do tyłu głowę Żory, która powoli 
wpełzała w 
czarne błyszczące bagno. Jakoś się wcale nie 
przestraszyłem, 
niewątpliwie byłem przygotowany na coś 
podobnego. Rzuciłem 
koniec linki Żorze, a sam upadłem na śliskie dno 
rury i 
krzyknąłem do Łukianycza, żeby trzymał 
mocniej - szarpnięcie 
tak naprężyło linkę, że omal jej nie wypuściłem. 
A tymczasem 
Żora zdołał wyciągnąć ręce z cieczy i złapać 
linkę, przez co 
jego twarz na moment skryła się w czerni, ale 
kiedy obaj z 
Łukianyczem zaczęliśmy ciągnąć, bagno 
wypuściło Żorę ze 
szlochnięciem i chlupotem i po chwili okropnego 
napięcia 
znalazł się on obok mnie. Biła od niego 
odrażająca woń.
- Żyję - wychrypiał - żyję...

background image

- Wiedziałeś? - spytałem. - Wiedziałeś i 
poszedłeś?
- To się rzadko otwiera. A od czwartej jest 
zamknięte.
- Cały jest w gównie - oznajmił z wymówką 
Łukianycz.
- Idziemy - powiedział Żora, podnosząc się na 
czworaka. I 
tak, na czworakach, popełznął do przodu. 
Spróbowałem go 
zatrzymać, uważając, że zwariował, ale Żora 
tylko ordynarnie 
odszczeknął i pomyślnie minął miejsce, gdzie 
przed chwilą 
ziało bagno.
Wahałem się, czy iść za jego przykładem.
- Nie pietraj się, idź - wychrypiał, obracając ku 
mnie 
czarną twarz. - To jest zamknięte.
Popełzłem za nim i kiedy niebezpieczeństwo 
zostało z 
tyłu, pozwoliłem sobie zadać pytanie:
- Co to było? Dlaczego powstało? Dlaczego 
zniknęło?
- Powiem ci potem, teraz się zamknij...
Wyczołgaliśmy się z rury. Obróciłem się. Z 
czarnej 
paszczy rury wyłonił się Łukianycz. Nad rurą 
krzywo wisiała 
emaliowana tabliczka "Toaleta czynna do 
16.30". Jakby jakiś 

background image

żartowniś tę tabliczkę powiesił chwilę temu i 
podpowiedział 
mi, bym się obrócił i podzielił z nim naturalną 
radość z 
powodu jego pomysłu. A on sam uśmiechał się z 
ciemności.
W odpowiedzi na moje myśli z wnętrza rury 
dotarł hałas 
spuszczanej wody, jakby wybuchnął wodospad i 
w następnym 
momencie miał wylecieć na zewnątrz, żeby nas 
utopić... 
Szarpnąłem się do przodu i wpadłem na plecy 
Łukianycza, 
który mnie wyprzedził, i zamarł ramię w ramię 
z Żorą, 
zasłaniając przede mną to, co moich towarzyszy 
zmusiło do 
zatrzymania się.
Początkowo mi się wydało, że stoją oni na skraju 
łączki, 
która rozkwitła błękitnymi chabrami, ale też 
zaraz stało się 
oczywiste, że polanka jest żywa, lecz nie 
pokrywa jej trawa 
i kwiaty, ale tysiące okrągłych, wielobarwnych 
szklanych 
oczu, w większości zielonych i turkusowych. 
Były to same 
gałki oczne, pozbawione rzęs i powiek, ale 
niemniej jednak 

background image

one żyły, mrugały porozumiewawczo, 
przyglądając się nam, 
źrenice ich się zwężały, i po tej łączce oczu jakby 
się 
przetoczyła fala, przez co oczy do nas się 
zbliżyły, 
starając się dosięgnąć naszych nóg.
- W prawo! - krzyknął Żora i pobiegliśmy 
między 
rozsypiskiem oczu i szczątkami domu z płyty, 
który na 
podobieństwo domku z kart złożył się w długi 
stos płyt, ram, 
kawałków dachu, schodów...
Oczy były ruchliwsze od nas, płynęły, odcinając 
nam 
drogę, i oto już biegliśmy po oczach, które 
pękały z 
trzaskiem, rozpadały się pod nogami w pył, ale 
ku nam się 
rwały coraz to inne oczy, już się wspinały, 
wtaczały po 
spodniach, łaskotały nogi...
Już nie biegliśmy - brnęliśmy przez oczy prawie 
po pas, a 
Żora, przekrzykując trzask i szum, krzyczał do 
nas:
- Nie bójcie się, one nie gryzą, nie gryzą...
Ale Łukianyczowi puściły nerwy. Zobaczył z 
boku szczelinę 
między płytami, zaczął się do niej przeciskać, 

background image

rozdzierając 
wytarty mundur. Wrzeszczał i wierzgał, jeszcze 
moment - i 
zniknął nam z oczu, słychać było tylko, jak płyty 
trzeszczą 
i skrzypią, i zaraz też się rozległ hałas obwału, a 
stos 
płyt i schodów zaczął osiadać, wpadać do 
środka, grzebiąc 
pod sobą Łukianycza.
- Finis - powiedział Żora, strząsając z siebie 
błękitne 
oczy.
- Musimy go ratować - powiedziałem.
- Miał głośny pochówek.
- Możliwe jednak, że on żyje.
- No to idź sam - powiedział ze złością Żora.
- Idę - powiedziałem, patrząc z zakłopotaniem 
na ruiny 
domu i nie widząc ani szczeliny, ani otworu, w 
który można 
by było się wcisnąć.
A Żora, nie odwracając się, poszedł wzdłuż ruin, 
jakby 
zapomniał o Łukianyczu.
- Tak nie wolno! - krzyknąłem, doganiając go.
Żora nie odpowiedział.
Wreszcie zatrzymał się, patrząc do góry.
Podążyłem za jego spojrzeniem i zobaczyłem, że 
zwał na 
wysokości trzech metrów przecina szczelina.

background image

- Poczekaj tutaj - powiedział Żora.
- Nie - powiedziałem - idziemy razem.
Żora zaklął i zaczął się drapać do góry. 
Pomogłem mu. 
Potem Żora wyciągnął do mnie rękę i ja też się 
wdrapałem.
Szczelina była wąska, w dole ciemna. Żora 
rzucił do 
środka kamyk. Kamyk stukał po płytach - to 
znaczyło, że 
wyrwa nie była głęboka.
Żora spojrzał na niebo. Niebo było bezbarwne, 
wieczorne.
- Diabli nadali - powiedział. - Przez tego 
bałwana Galkę 
zmarnujemy.
Ale widać w tym ordynarnym na wygląd facecie 
zwyciężył 
pierwiastek dobroci.
Przecisnął się przez szczelinę, zeskoczył w dół, 
zniknął 
z widoku. I zaraz też ze środka usłyszałem:
- Skacz, tu nie jest wysoko.
Usłuchałem go. Uderzył mnie w nogi kamienny 
rumosz, 
padając na bok się potłukłem. Zamknąłem oczy. 
Kiedy je 
otworzyłem - wokół panowała ciemność. Ledwie 
można było się 
dopatrzeć sylwetki Żory.
- Żyjesz? - zapytał.

background image

- W porządku - powiedziałem.
- No to chodźmy. Musimy zejść na dół, jego tam 
wciągnęło.
Żora poszedł przodem, ja się podniosłem i 
poszedłem za 
nim.
- Trzymaj się ściany - powiedział Żora - ściana 
jest 
tutaj.
I rzeczywiście, z prawej strony była ściana.
- Schody - uprzedził mnie Żora, i to, że on 
schodzi w 
dół, rozpoznałem po tym, że jego czarny cień 
zaczął się 
zmniejszać.
Schodziłem jego śladem, wymacując stopnie 
nogą.
- Ostrożniej!
Jednego stopnia nie było.
A oto i podest schodów.
- Któż by pomyślał, że wewnątrz są takie 
przestrzenie - 
powiedziałem.
- Zamknij się. Nie wiadomo, kto nas słucha.
- Kto może tutaj być? - powiedziałem, 
uśmiechnąwszy się 
pod wąsem, ruiny nie wydawały mi się okropne. 
Dom jak dom, 
stary...
Pokonaliśmy kolejny odcinek schodów.
I w tym momencie coś szybkiego i gorącego 

background image

uderzyło mnie w 
szyję. Krzyknąłem. I przysiadłem. To gorące się 
poruszało i 
dusiło - to było Żywe.
- Co z tobą?
Miękkie, owłosione palce obmacywały moje 
policzki... 
Próbowałem jedną ręką oderwać je od twarzy, a 
drugą 
odruchowo macałem po ścianie. Koniuszkami 
palców wymacałem 
włącznik i go nacisnąłem. Zapaliło się światło. 
Lampa za 
białym kloszem oświetlała schody, było jasno 
jak w dzień.
Gorące palce oderwały się od mojej twarzy - 
pod sufitem 
zaczął się miotać wielki nietoperz. I zniknął...
Żora stał na dole i patrzył w sufit.
- Mutant - powiedział.
Poczułem okropny ubytek sił i opadłem na 
stopnie.
Żora podszedł do mnie, uchylił mi głowę, 
obejrzał szyję, 
przeciągnął po niej palcami. Potem pokazał mi 
palce. Były we 
krwi.
- Wampir - powiedział. - Dobrze, że światło się 
zapaliło.
- Wampir? - Głos mój brzmiał głucho, ja sam go 
nie 

background image

poznawałem. Jakby mówił jakiś starzec.
- Myślę, że nie zdążył wiele wyssać. Idziemy.
- Mogą tam być inne?
- Mogą. Niepotrzebnie cię wziąłem ze sobą. Jeśli 
się 
boisz, to wyłaź.
- A Łukianycz?
- No właśnie.
Weszliśmy do niskiego wąskiego korytarza, 
oświetlonego 
takimi samymi białymi okrągłymi kloszami. 
Drzwi były 
pozamykane. Podłogę pokrywała gruba warstwa 
kurzu. Pod 
ścianą stała otwarta skrzynia z różnobarwnymi 
grzechotkami. 
Zza drzwi słychać było stukot maszyny do 
pisania.
- Żora!
- Słyszę - powiedział. - Chodź.
- Ale tam ktoś jest.
- Powiedziałem, chodź!
Ja jednak uchyliłem drzwi.
Tam w pokoju panował półmrok. Światło do 
wnętrza 
przenikało z korytarza. Przez rozbite okno, 
osiągając 
podłogę, walał się stos cegieł. Na stole stała 
maszyna do 
pisania. Obok nie dopita butelka mleka i 
kawałek kiełbasy. 

background image

Żadnych innych drzwi w pokoju nie było. I 
żadnego człowieka.
- Nie wchodź! - Żora wyciągnął rękę, odciągnął 
mnie i 
zatrzasnął drzwi. - Żyć ci się odechciało?
Za nami dał się usłyszeć trzask. Drgnąłem i 
obejrzałem 
się. Z otwartej skrzynki jak pchły wyskakiwały 
grzechotki i 
padały na podłogę.
- Idziemy - powiedział Żora.
U końca korytarza były jeszcze jedne schody 
zakończone 
piwnicą.
Piwnica była długa i niska. Z rur kapała woda, 
woda była 
na podłodze, po wodzie pływały szerokie 
jasnozielone liście 
grzybienia, ale zamiast kwiatów na wodzie 
kołysały się kolby 
wypełnione różową cieczą.
- Łukianycz! - zawołał Żora.
Odpowiedziała cisza. Martwa, groźna.
- On zginął - powiedział Żora. - Niepotrzebnie 
tutaj 
leźliśmy. Sami stąd nie wyjdziemy.
Ale poszedł dalej piwnicą, odrzucając butami 
kolby i 
liście grzybienia. W rurze coś zaśpiewało, jakby 
był tam 
uwięziony ptak.

background image

I zaraz też zobaczyliśmy Łukianycza. Brnął nam 
na 
spotkanie powoli i niepewnie. Trudno sobie 
wyobrazić ulgę i 
radość, jakie odczułem na widok starego 
strażnika.
- Łukianycz! - krzyknąłem i pobiegłem ku 
niemu.
Usłyszał mnie.
- No tak - powiedział - a ja myślałem, że to z 
wami już 
koniec.
Nagle rura przecinająca piwnicę pod samym 
sufitem wygięła 
się, rozerwała na pół i na każdym z jej końców 
wytworzył się 
zębaty bezoki pysk. Pyski te obróciły się ku 
Łukianyczowi.
- Padnij! - krzyknął do niego Żora. - Mówię ci, 
padnij!
Ale Łukianycz był zdezorientowany lub tego 
krzyku nie 
usłyszał. Zatrzymał się, podniósł ręce i zaczął się 
opędzać 
przed pyskami.
Z pysków wypełzły białe włochate języki, 
złapały 
Łukianycza za ręce, objęły je i zaczęły ciągnąć, 
jakby go 
chciały wciągnąć do rury.
Łukianycz walczył, próbując oderwać od siebie 

background image

te białe 
języki, ale zanim zdążyliśmy podbiec, jakoś 
leniwie i 
obojętnie opuścił się w wodę - liście grzybienia 
odpłynęły 
we wszystkie strony, jakby się obawiając jego 
dotyku.
Języki z powrotem wciągnęły się do pysków, 
zetknęły się 
ze sobą, i rura, jak należy, wyciągnęła się pod 
sufitem.
Łukianycz leżał w wodzie. Uniosłem mu głowę.
- Za późno - powiedział Żora.
Uniosłem strażnikowi ręce. Nie czułem tętna.
- Idziemy - powiedział Żora. - Łukianycz nie 
żyje.
- Nie - powiedziałem - nie możemy go tak 
zostawić.
Spróbowałem podnieść Łukianycza, był 
niewiarygodnie 
ciężki, wyślizgnął mi się z rąk i upadł w wodę.
- No pomóż mi, Żora! - powiedziałem.
- Idiota - powiedział Żora - zobacz.
Łukianycz szybko ciemniał, usta mu się 
wyszczerzyły, 
ukazały się nierówne złote zęby. Wątpliwości już 
nie było. 
Był martwy. Ale zostawić człowieka w piwnicy - 
to było ponad 
moje siły. I Żora musiał mnie dosłownie 
odciągać od ciała 

background image

strażnika. Poprowadził mnie do schodów. I 
wtedy z tyłu 
usłyszałem głos Łukianycza:
- Poczekaj... Szczukin, poczekaj.
- On żyje! - krzyknąłem i wyrwałem się z rąk 
Żory. Ale 
kiedy podbiegłem do Łukianycza, zamarłem z 
przerażenia.
Jego szeroko otwarte oczy były zupełnie białe, 
co więcej, 
pokryły je krótkie, białe, świecące się włoski. 
Łukianycz 
się śmiał. Chciał mnie złapać, więc zacząłem się 
cofać - 
jego palce, palce szkieletu, prawie mnie dosięgły 
- i 
Łukianycz nagle padł w wodę kupą szmat i 
zaczął się w niej 
rozpuszczać. Nie pamiętam, jak mnie Żora 
stamtąd 
wyciągnął...
Rozdział czwarty. TECHNOLOG SZCZUKIN
Byłem bardzo zmęczony. Niewątpliwie straciłem 
niemało 
krwi. Chciałem odpocząć, ale strach było się 
zatrzymywać.
Szliśmy przez labirynt żelaznych skrzyń różnej 
wielkości 
i kształtu. Skrzynie były zardzewiałe, coś nimi 
wstrząsało, 
i z ich wnętrza docierało postukiwanie, jakby 

background image

ktoś się 
dopraszał wypuszczenia na zewnątrz... Ścianka 
jednej była 
wyłamana.
- Wyrwały się - powiedział Żora. - Teraz się 
trzymaj.
Nie wiedziałem, co się wyrwało, i nie miałem sił 
na 
zadawanie pytań.
Niebo było niebieskie, wieczorne i już się 
pojawiły 
pierwsze gwiazdy. Gdzieś daleko leciał samolot. 
Ściany 
skrzyń zwierały się nad głowami i szliśmy wąską 
krętą 
szczeliną.
Teren zaczął się obniżać. Schodziliśmy do 
jakiegoś leja.
Skrzynie się kończyły, ale wypadało się 
przedzierać przez 
zwały kłód, kłody były zgniłe, między nimi latały 
świetliki. 
Żora szedł pewnie. Zatrzymał się tylko raz i 
zamarł, 
podnosząc palec do ust. Zamarłem i ja. Już 
zrozumiałem, że 
jedyny ratunek - to we wszystkim się słuchać 
Stalkera. Nie 
mogę powiedzieć, że żałowałem tego, iż się 
wybrałem na tę 
nieszczęsną wyprawę. Byłem poza granicami 

background image

strachu i 
ciekawości.
Staliśmy, czekając, aż przetnie drogę przed 
nami długi 
łańcuch wielkich białych szczurów. Szczury nie 
zwracały na 
nas uwagi. Każdy z nich niósł w zębach malutką 
laleczkę. 
Ostatni, zupełne jeszcze szczurzątko, widać się 
zmęczył i 
upuścił laleczkę na ziemię. Kiedy szczury 
zniknęły, Żora się 
nachylił i laleczkę podniósł.
- Zobacz - powiedział, wyciągając ją do mnie.
Chociaż już było dość ciemno, zorientowałem 
się, że 
wielkości małego palca, pomalowana, ołowiana 
laleczka 
przedstawia Łukianycza w mundurze i czapce.
- Dobrze pracują - powiedział Żora.
- Kto?
Ale Żora nie odpowiedział. Pobiegł szybko do 
przodu, 
mignęło przed nim jakieś żywe stworzenie.
- Stój! - krzyknął Żora, rzucając się do przodu.
Rozległo się wycie.
Podszedłem. Żora leżał na ziemi, między 
kłodami, 
zwaliwszy się na jakiegoś chudego, 
obszarpanego psa.
Pies skowyczał i wyrywał się.

background image

- Nie widziałeś tu dziewczynki? - spytał Żora 
psa.
Pies nie odpowiadał. Skomlił tylko.
- No i czort z tobą - powiedział Żora i psa 
odepchnął. 
Ten rzucił się w bok.
Żora śledził wzrokiem, gdzie ten pognał.
- Za nim - powiedział.
Przyszło nam się przeprawić przez szybki, 
pachnący 
karbolem, mętny strumień, przedostać się przez 
zwał pudeł 
kartonowych napchanych szmatami. Były tam 
drzwi. Wymykał się 
zza nich strumień światła.
Żora uchylił je i ujrzeliśmy dziwne widowisko.
Wokół długiego niskiego stołu siedziało mnóstwo
psów, 
chudych i obszarpanych, podobnych we 
wszystkim do psa, 
którego złapał Żora. Psy patrzyły na stół nie 
odrywając 
oczu. Po stole, oświetlone płonącymi grubymi 
świecami, 
biegały samochodziki i lokomotywki. Na 
wielkim półmisku 
pośrodku stołu leżał stos błyszczących ozdób. 
Nagle niektóre 
z samochodzików zaczęły się rozbijać, słabe 
spadały ze 
stołu.

background image

- Hej - powiedział Żora. - Widział ktoś 
dziewczynkę?
Psy jak na komendę obróciły się ku drzwiom. 
Jeden z nich 
zaczął ryczeć. I wtedy usłyszeliśmy odległy płacz 
dziecka.
- To ona! - powiedział Żora.
Przebiegł przez pokój z psami, te cofnęły się 
warcząc. 
Pobiegłem za nim. Psy nas nie ruszyły.
Wyskoczyliśmy z leja. Trzeba było długo 
przedzierać się 
przez rozlatujące się bele wełny, potem człapać 
po kostki w 
błocie przez martwe zarośla. Nieoczekiwanie 
odsłoniła się 
przed nami błotnista polana, otoczona 
wydzielającymi okropny 
smród dołami na odpadki.
Pośrodku polany wznosiła się dziwna budowla, 
podobna do 
baszty zamku rycerskiego. Zorientowałem się, 
choć nie od 
razu, że jest to dolna część wielkiego komina 
fabrycznego. W 
kominie były zrobione drzwi. Na ziemię padał z 
nich słaby 
prostokąt światła. Stamtąd też docierał płacz 
dziecka.
Rozdział piąty. STALKER ŻORA
To był zamek Solveige'a. Jak on w rzeczy samej 

background image

się 
nazywa, nie pamiętał nawet on sam. Jestem 
jedynym żywym 
człowiekiem, który go widział. Do jego wieży 
dotarłem w 
zeszłym roku. Jest to najdalsze miejsce, do 
jakiego się 
przedostałem w Strefie. Wtedy Solveige 
powiedział mi, że 
Jeziora Życzeń to nie ma. I mu uwierzyłem. On 
to wiedział.
Szukał go wiele lat.
Solveigem nazwał sam siebie. Sprawdzałem. Jest 
taka 
opera, tam Solveige przyjeżdżała do niego na 
nartach. Ale 
niewątpliwie staremu się pomieszała ze 
słowikiem. Miał 
wcześniej patefon. Ale mu się złamała igła. 
Obiecałem igłę 
mu przynieść, ale nie znalazłem - teraz ich nie 
robią.
Jakże ta Galka do starego dotarła? Mocne 
chłopy zginęły, 
a ona dotarła.
W jego zamku stał złoty tron, wprawdzie 
obszarpany, ale 
złoty. On do tego tronu przywiązał Galkę. Była 
ledwie żywa, 
bluzkę miała w strzępach, dżinsy rozdarte... 
Ojej, ta głupia 

background image

to przeżyła co swoje! A tutaj jeszcze wpadła w 
niewolę 
maniaka!
Stary stał przed nią. W jednej ręce trzymał 
otwartą 
puszkę skondensowanego mleka. W drugiej - 
pogiętą łyżkę 
aluminiową. Oczy miał dzikie, pełne obłędu.
Ona to mleko jadła, w mleku miała całą 
fizjonomię, mleko 
ciekło jej po bluzce, po staniczku, w mleku były 
dżinsy, w 
mleku miała nawet włosy - widocznie na 
początku się 
opierała, kręciła głową. Ale teraz to nic już nie 
pojmowała, 
krzyczała tylko momentami, kiedy beczała.
- Jedz - mówił, skrzypiał stary - jedź, moja 
królowo. Ja 
tobie niczego nie pożałuję.
Wkładał jej łyżkę do ust, ona starała się 
odwrócić, on 
się złościł, tupał nogami.
- Zostaw Galkę! - powiedziałem.
Stary nie od razu sobie uświadomił, że 
przyszliśmy. Potem 
się przestraszył, rzucił w kąt i chwycił łom. 
Chałat mu się 
rozpiął, pod spodem był krzepki i nagi, jak go 
matka 
urodziła. Podniósł łom i ruszył na nas.

background image

Uchyliłem się, zrobiłem unik przed łomem i go 
rąbnąłem w 
szczękę z lewej strony.
A Szczukin w tym czasie zaczął odwiązywać 
Galkę, która 
tylko szlochała. Wokół na podłodze walały się 
puste puszki - 
cała podłoga była ciągłą lepką białawą kałużą.
Szczukin poślizgnął się na mleku, pomogłem mu 
uwolnić 
Galkę. Nie była w stanie ustać na nogach, więc 
ją 
odnieśliśmy na starą otomanę, na której 
zazwyczaj sypiał 
stary. Z otomany we wszystkie strony rozbiegły 
się pająki. 
Jego pająki były oswojone, umiały tańcować, 
sam mi to 
pokazywał.
- Wujek Żora - powtarzała Galka - wujek 
Żora...
Otworzyłem manierkę z koniakiem, zmusiłem ją 
do łyknięcia 
trochę. I Galka zaraz zaczęła wymiotować 
skondensowanym 
mlekiem.
Myślałem, że nam zemrze. Ale nic, po kilku 
minutach jej 
przeszło. Okazało się, że stary tak ją karmił 
ponad godzinę, 
wepchnął w nią co najmniej pięć puszek. Ten 

background image

psychol oddawał 
jej to, co miał najlepszego.
Kiedy Galkę cuciliśmy, stary się ocknął, zaczął 
prosić, 
płakać, byśmy mu jej nie odbierali.
Wyjrzałem na zewnątrz. Było już prawie 
ciemno.
- Przenocujemy tutaj - powiedziałem.
- Nie możemy, tam na nas czekają - powiedział 
mój 
technolog. - Jej matka wariuje.
- Moja matka od rana jest pijana - powiedziała 
Galka.
- Chcesz tutaj zostać?
- Nie, zabierz mnie stąd, wujku Żora.
- A co ciebie pociągnęło do tej dziury?
- Potrzebne mi było... potrzebne było Jezioro 
Życzeń.
- Dla matki? - spytał Szczukin.
- Dla matki? A po co dla niej?
- No to po co? - spytałem.
- Potrzebna mi miłość jednego człowieka - 
powiedziała 
Galka.
- Ile lat ma ten człowiek? - spytałem.
- Czterdzieści. On ma żonę. Brzydką, grubą, 
zabiłabym ją!
- Idiotka - powiedziałem - żałuję, że poszedłem 
cię 
wyciągać.
Stary znowu zaczął prosić, żebyśmy Galkę mu 

background image

zostawili.
- Idziemy - powiedział Szczukin. - Jest już 
późno.
- I gdzie chcesz iść? - spytałem.
- Z powrotem.
- Z powrotem to nie przejdziemy - 
powiedziałem. - Nawet 
za dnia przedarliśmy się cudem. W nocy 
zginiemy. Gorzej niż 
Łukianycz.
- Oddajcie mi królową - powiedział z groźbą w 
głosie 
stary. - Bo Nocni to szybko przyjdą. Zjedzą was.
- To prawda - powiedziałem. - Chodźmy.
Wyszliśmy, stary biegł za nami, prosił, żebym 
mu oddał 
jego łom. Ale go odgoniłem, a po pięćdziesięciu 
krokach 
poleciłem moim towarzyszom ukryć się w 
ruinach budki 
transformatorowej. Powiedziałem do nich 
szeptem:
- Siedzimy teraz cicho jakieś dziesięć minut. 
Niech sobie 
pomyśli, że poszliśmy.
- A my? - spytał Szczukin.
- A my pójdziemy dalej.
- A czy pan tam był?
- Tam nikt nie był. Ale za to wiem, że w drodze 
powrotnej 
na pewno zostaniemy zabici. A w przodzie - nie 

background image

wiadomo.
Nic nie odpowiedzieli. Byli zmęczeni. Było im 
właściwie 
wszystko jedno. Rozumiałem ich, mnie samemu 
też było 
właściwie wszystko jedno. Tylko że jestem 
uparty. Chciałem, 
żeby Galka wróciła do domu.
- A kim jest ten stary? - spytała szeptem Galka. 
Zaczęła 
dochodzić do siebie. Żywotna jak kot.
- To wariat - powiedział Szczukin.
- Jest dezerterem - powiedziałem. - To mi to 
powiedział.
- Jakim dezerterem?
- Ukrył się tutaj w czterdziestym pierwszym. A 
może to 
trockista?
- A cóż on je?
- Mleko skondensowane - powiedziałem. - W 
czasie wojny, w 
ramach lend-lease, szedł tędy skład z mlekiem 
skondensowanym, niedaleko jest bocznica, 
zaciągnięto go do 
Strefy i utracono. A może to kłamstwo.
Coś na piersi mnie załechtało. Przestraszyłem 
się. Może 
to coś jadowitego. Wsadziłem rękę za pazuchę. 
Okazało się, 
że to było zielone oko. Wyrzuciłem je, potoczyło 
się ku 

background image

Galce. Ta zapiszczała. Trzeba było je rozgnieść.
Kiedy mi się wydało, że ciągle jest cicho, 
poprowadziłem 
ich dalej. Ale odejść niezauważalnie się nie 
udało. Rozległ 
się taki hałas, jakiego w życiu nie słyszałem. 
Dziwny, 
okropny, donośny, jakby z tysiąc ludzi zaczęło 
walić w puste 
beczki.
Odrzuciło mnie, porwało... Rzuciło na ziemię, 
pogrzebało...
I minęło niewątpliwie ze sto lat, zanim sobie 
uświadomiłem, co się stało - Galka się natknęła 
na kraniec 
Wielkiej Piramidy. Tej samej, co mi ją stary 
pokazywał w 
ubiegłym roku. Była ona z pustych puszek. On 
to mleko żre od 
pięćdziesięciu lat. Dwie, trzy puszki dziennie. Ile 
to 
puszek - prosta arytmetyka! I całą tę piramidę 
rozwaliliśmy.
Nic nam się nie stało, jeśli nie liczyć nerwów. I, 
oczywiście, przepłoszyliśmy ten cały 
skorpionnik. Ale 
miejsca dalsze, najstarsze, najbardziej 
tajemnicze, były mi 
nieznane.
Biegliśmy przez ciernie i martwy las, 
przedzieraliśmy się 

background image

przez kwitnące pomarańczowymi dmuchawcami 
zarośla drutu 
miedzianego. Noc jeszcze nie zapadła, tak więc, 
na 
szczęście, cokolwiek widzieliśmy. A może na 
nieszczęście.
Galka i tak była ledwie żywa. I ona właśnie 
natknęła się 
na szkielet. Był on cały potrzaskany, zachowały 
się długie 
włosy na czaszce, strzępy dżinsów i nawet 
łańcuszek na 
wykręconej szyi. I Galka zaczęła ryczeć - ona 
znała tego 
typa. Był to hippis, co zaginął wiosną. Znaczy, że 
idiota 
polazł do Strefy.
Galka ponownie zaczęła wymiotować, szarpało 
nią, a po 
naszych śladach już szli Żelaźni Ludzie, 
bezgłowe wymalowane 
mechanizmy. Dobrze, że miałem łom, ja się 
broniłem, podczas 
gdy Szczukin dalej taszczył Galkę.
Omal nie wpadliśmy jak śliwka w kompot, kiedy 
się 
znaleźliśmy przed szczeliną. Nigdy nie 
słyszałem, że jest 
tutaj szczelina. Bez dna.
Jak przedostaliśmy się na drugi brzeg - nie mam 
pojęcia 

background image

do tej pory. Pełzaliśmy po pajęczynie. Zabiłem 
dwa pająki. 
Trzeci mi wyrwał połowę włosów... Ale 
uciekliśmy. A Żelaźni 
Ludzie zostali.
Ale pająki wezwały na pomoc inne. Może to i nie 
są pająki 
- żółte, pluszowe, nogi mają ze sprężyn. Nie 
skaczą, tylko 
się kołyszą.
Ostrożne jak szakale, czekały, kiedy pomrzemy 
czy 
osłabniemy. I widać było, że długo czekać to nie 
będą. 
Liczyłem ciągle, że Strefa się skończy, ale 
dokładnie to nie 
wiedziałem kiedy. I tak szliśmy według 
Księżyca, według 
gwiazd. Pewności to nie miałem.
Pająki nas zagnały pod betonową ścianę. Nie 
wiem, kto i 
kiedy ją postawił. Miała ze trzy metry i drut 
kolczasty na 
górze. Ścianę tę należało pokonać, ale sił do jej 
pokonania 
nie było.
Usiedliśmy rzędem, przyciskając się plecami do 
ściany.
Pająki dyżurowały półkolem, też czekały, 
kołysały się 
niczym trener piłkarski.

background image

I wtedy za ścianą usłyszałem stukanie. Szybkie 
częste 
stukanie. I zdałem sobie sprawę, że zginęliśmy - 
doszliśmy 
do Otchłani. Tam jeszcze nikt nie był, ale 
niektórzy to o 
niej słyszeli. Robota tam idzie na całego, jakby 
nigdy nic, 
ale nie wiadomo, kto tam pracuje... A może to 
Składany 
Ślimak, co było jeszcze gorsze...
Wówczas pająki ruszyły do ataku.
Wstałem, ja jeden zdołałem wstać. Podniosłem 
łom i 
zacząłem nim machać.
Pająki się cofnęły, uśmiechając się bezzębnymi 
ustami. 
Oczy świeciły się im jak spodki.
W przypływie rozpaczy się zamachnąłem i 
łomem uderzyłem w 
ścianę. Odleciał od niej kawałek betonu. 
Zacząłem w ścianę 
walić z zapamiętaniem - niech tam będzie i 
Otchłań - ale 
śmierć od tych pająków była zdecydowanie 
gorsza.
Wpadłem w rytm. Waliłem, waliłem i nic nie 
słyszałem. Ale 
kiedy Galka zapiszczała, to się obróciłem. I 
zobaczyłem, że 
pająki wloką mojego Szczukina. Szarpały go, 

background image

ciągnęły, a on 
prawie się nie opierał. Jak szmaciana kukła.
Rzuciłem się na pająki i zacząłem je walić 
łomem, miałem 
już wszystko gdzieś.
Pająki zostawiły Szczukina. Był nieprzytomny. 
Powlokłem 
go pod ścianę, a pająki poszły moim śladem.
I wtedy znów się rzuciłem na ścianę.
Niewątpliwie nigdy jeszcze nie było we mnie 
takich sił. 
Jak na ostatnich stu metrach w maratonie - a 
potem człowiek 
umiera.
Kawałek ściany się wyłamał i wypadł na tamtą 
stronę.
Łom przeleciał przez dziurę i tam zadzwonił.
Teraz jeśli tam nawet czekała niezwłoczna 
śmierć, to 
innej drogi już nie było. Tam była moja broń.
Uratowała nas Noga. Pająki jej się boją. Wyszła 

ciemności, skrzypiąc stawami; był to but mego 
wzrostu, 
sterczał z niego kamienny palec. Pająki prysnęły 
na boki. A 
Noga powoli skakała ku nam, żeby nas 
rozdeptać.
Galkę to dosłownie wrzuciłem do dziury, a 
następnie 
wyciągnąłem Szczukina.

background image

Tam był asfalt.
Upadłem obok Szczukina. Galka leżała na 
jezdni.
Za ścianą skrzypiała Noga. Potem zrobiło się 
cicho. 
Zamknąłem oczy.
W dali dało się usłyszeć znajome postukiwanie. 
Coraz to 
bliżej i bliżej...
Brzęczał, nadciągając Składany Ślimak... 
Zacząłem macać 
rękami, chciałem znaleźć łom. Łomu nie było. 
Podniosłem się 
na czworaka i wtedy zobaczyłem, że ku nam 
jedzie nie 
Składany Ślimak, lecz tramwaj.
Zwykły tramwaj, późny, prawie pusty. Nawet 
nie miałem 
pojęcia, że w Strefie są takie miejsca.
Niechaj przejedzie. Jest to, niewątpliwie, 
tramwaj 
zabójca.
Ale tramwaj nie przejechał. Skrzypiąc 
hamulcami zatrzymał 
się. Gdzie jest łom? Gdzie, do diabła, jest łom? 
Nie mogłem 
go przecież gołymi rękami!
Z tramwaju wyskoczyła kobieta w niebieskim 
sarafanie.
Podbiegła ku nam.
To była Larisa, matka Galki. Rozpoznam ją 

background image

zawsze z 
daleka. To stara miłość. Chociaż ona się teraz 
rozpiła, a ja 
mam Ludmiłę i Paszkę, to ze starej miłości coś 
zawsze 
zostało.
- Ja to po prostu wyczułam! - krzyknęła Lariska 
i rzuciła 
się ku Galce.
A Galka znowu zaczęła płakać.
- Mamo, ja więcej nie będę!
I dopiero wówczas zdałem sobie sprawę, że nad 
ulicą się 
palą latarnie. Rzadkie, zwykłe latarnie. Siadłem 
na 
chodniku.
Z tramwaju wyszedł motorniczy. Znałem go, był 
to Kolka 
Maksakow.
Oboje z Larisą poprowadzili Galkę do 
tramwaju.
Nadciągnęły reflektory. To była wołga 
dyrektora.
Dyrektor podszedł do nas pierwszy. Usiłował 
potrząsać 
moją ręką. Ale ja miałem wszystkiego już 
dosyć... 
Powiedziałem, że Szczukina trzeba odwieźć do 
szpitala, bo 
stracił dużo krwi. O Łukianycza to nikt nie 
pytał. 

background image

Zrozumieli widać i tak.
Dyrektor polecił wezwać brygadę do załatania 
ściany.
Rozdział szósty. TECHNOLOG SZCZUKIN
Wypuścili mnie ze szpitala na trzeci dzień. Przez 
ten 
czas przygotowałem memoriał o metodach 
likwidacji 
fabrycznego wysypiska śmieci, które w obecnym 
stanie stanowi 
niebezpieczeństwo dla fabryki i okolicznej 
ludności.
W memoriale wspomniałem, że nasza fabryka 
została 
zbudowana jeszcze przed rewolucją jako 
Fabryka Zabawek 
Mechanicznych niemieckiego fabrykanta 
Buchnera. Wysypisko 
się zrodziło, kiedy fabryka została zburzona w 
czasie wojny 
domowej.
Na nieszczęście, zamiast ruiny fabryki i 
magazynów 
rozebrać nowe hale Fabryki Zabawek 
Mechanicznych imienia 
Lassalle'a zdecydowano zbudować w sąsiedztwie 
zburzonych. A 
kiedy w dwudziestym piątym fabryka spłonęła, 
to podczas 
odbudowy znowu ją przesunięto. Od tamtej 
pory wysypisko 

background image

zaczęło być wykorzystywane i przez inne 
przedsiębiorstwa 
miejskie. Wysypisko nabrało samodzielności i 
fabryka 
stopniowo się cofała pod jego naporem, 
zostawiając w jego 
władaniu zagubione magazyny i drogi 
dojazdowe. A wysypisko 
ciągle rosło. Podejmowano co i rusz decyzję co 
do likwidacji 
wysypiska, kiedyś nawet próbowano 
wprowadzić je w życie, ale 
zginęły tam dwa spychacze, jednego operatora 
nie udało się 
odnaleźć, drugi to się wydostał, ale zwariował... 
Wysypisko 
zaczęto w mieście nazywać Strefą, i nawet się 
pojawili 
stalkerzy... Obecnie to fabryka odsunięta jest 
przez 
wysypisko od ulicy Młodzieżowej o sześć 
kilometrów i nikt 
dokładnie nie wie, co dzieje się wewnątrz. 
Napisałem, że 
wysypisko się przekształciło w zamknięty 
ekosystem. W każdej 
chwili może w nim nastąpić skok jakościowy i 
ono zaatakuje 
fabrykę lub ulicę Młodzieżową, z którą 
graniczy, oddzielone 
tylko betonowym płotem. Dlatego zażądałem, 

background image

żeby wysypisko 
niezwłocznie zostało zbombardowane przez 
lotnictwo wojskowe.
Po wyjściu ze szpitala memoriał przekazałem 
dyrektorowi.
Przeczytał go przy mnie. I zaproponował pójście 
na urlop. 
Powiedział, że sobie zasłużyłem na urlop.
- A co z wysypiskiem? - spytałem.
- Trochę tu pan przesadził. Ale źródło tego jest 
zrozumiałe - powiedział dyrektor, uciekając 
oczami. - Nerwy.
- Pan tam nie był! - krzyknąłem. - Pan nie wie! 
To jest 
straszne! Proszę pamiętać o losie Łukianycza.
- Podejmiemy bezwzględnie środki - powiedział 
dyrektor. - 
Ale co do lotnictwa, to pan przesadza. Tak więc, 
proszę się 
leczyć, odpoczywać.
Dyrektorowi do emerytury zostało dwa lata...
Rozdział siódmy. Z ZARZĄDZENIA NR 176 W 
FABRYCE ZABAWEK 
MECHANICZNYCH IMIENIA FERDINANDA 
LASSALLE'A:
"...Wychodząc z powyższego, przedsięwziąć 
niezwłocznie 
następujące środki:
1. Postawić od strony hali nr 3 tymczasowe 
ogrodzenie 
wysypiska kosztem zaoszczędzonych środków 

background image

działu socjalno-
bytowego.
2. Wzmocnić straż peryferii wysypiska w czasie 
nocnym, do 
czego znaleźć środki na zwiększenie etatów 
straży 
przemysłowej o dwóch ludzi.
3. Tymczasowo, aż do specjalnego 
rozporządzenia, 
wstrzymać zwiedzanie fabryki przez wycieczki, 
a także 
wstrzymać przedostawanie się na terytorium 
przedsiębiorstwa 
przedstawicieli prasy, którzy 
nieodpowiedzialnymi 
wystąpieniami mogą dezorientować społeczność.
4. Przyjść do wiadomości postanowienie 
Organizacji 
Terenowej Przedsiębiorstwa o zwrócenie się do 
zarządu 
Głównego Ministerstwa Przemysłu Terenowego 
Fabryki Zabawek 
Mechanicznych o wydzielenie dodatkowych 
funduszy na 
doprowadzenie do porządku terytorium fabryki.
5. Podać całemu składowi osobowemu 
przedsiębiorstwa 
deklarację o niedopuszczalności 
rozpowszechniania pogłosek 
na temat przypuszczalnego istnienia nieznanych 
zjawisk w 

background image

rejonie terytorium fabrycznego. W tym celu 
przeprowadzić 
zebrania w kolektywach wydziałów i dyrekcji.
6. Przeprowadzić w stosownych organach 
zaopatrzenia 
socjalnego ustanowienie renty w podwójnej 
wysokości po 
pracowniku straży przemysłowej Warnawskim 
G. Ł., jako 
poległym podczas wykonywania obowiązków 
służbowych.
7. Monterowi G. W. Wasjuninowi udzielić 
nagrody w 
wysokości dwutygodniowego uposażenia.
8. Zastępcy Głónego Technologa N. R. 
Szczukinowi udzielić 
dodatkowego urlopu celem leczenie.
Dyrektor Fabryki
Zabawek Mechanicznych
im. Ferdinanda Lassalle'a
Przełożyła Ewa Skórska
KIRYŁ BUŁYCZOW

ŚNIEŻKA

Tylko raz widziałem, jak ginie statek. Inni nigdy 
tego nie widzieli. 
Nie jest to straszne, gdyż człowiek nie ma czasu 
przenieść się myślami na jego 
pokład i odbierać wszystko tak, jakby katastrofa 
przytrafiła się jemu. 

background image

Patrzyliśmy z mostka, jak próbowali wylądować 
na planetce. Wydawało się, że już 
się im to udaje. Szybkość była jednak zbyt duża. 
Ich statek dotknął dna pochyłej rozpadliny, lecz 
zamiast znieruchomieć nadal 
sunął przed siebie, jakby zamierzał schować się 
we wnętrzu kamienia. Ale 
kamienne koryto wcale nie zamierzało poddać 
się metalowi i statek zaczął się 
rozlewać niczym kropla wody, która spadła na 
szkło. Ruch jego stawał się coraz 
wolniejszy; drobnymi bryzgami i bezdźwięcznie 
jakieś jego części oddzielały się 
od podstawowej masy statku i czarnymi 
kropelkami wzlatywały nad dolinę, szukając 
miejsc nadających się na to, by mogły opaść i 
znieruchomieć. A potem ten 
nieskończony, trwający około minuty, ruch 
ustał. 
Statek był martwy. Dopiero teraz, z 
opóźnieniem, moja świadomość 
zrekonstruowała 
gruchot pękających przepierzeń, jęki 
pękającego metalu, wycie uciekającego 
powietrza kryształkami osiadającego na 
ścianach. Żywe istoty, które tam były, na 
pewno zdążyły usłyszeć jedynie początek tych 
dźwięków. 
Na ekranie widniało wielokrotnie powiększone 
pęknięte czarne jajko otoczone 
potokami zamarzniętego białka. - Po wszystkim 

background image

- powiedział ktoś. 
Odebraliśmy ich wołanie o pomoc i podążyliśmy 
na ratunek. I ujrzeliśmy zagładę 
statku. 
Z bliska, kiedy spuściliśmy kuter i dotarliśmy do 
doliny, wszystko to, co 
widzieliśmy, nabrało właściwych rozmiarów i 
odpowiedniej tragiczności, 
wywodzącej się stąd, że człowiek mógł 
przymierzyć to, co się stało, do siebie: 
Czarne kropki przekształciły się w kawałki 
metali o wymiarach boiska do 
siatkówki, części silników, dysze i fragmenty 
kolumn hamulców - w połamane 
zabawki giganta. Miało się wrażenie, że kiedy 
statek, roztrzaskując się, wciskał 
się w skały, ktoś wsadził w jego wnętrze rękę i 
wypatroszył go. W odległości 
pięćdziesięciu metrów od statku znaleźliśmy 
dziewczynę. Była w skafandrze - 
wszyscy oni, poza kapitanem i wachtowymi, 
zdążyli włożyć skafandry. Widać 
znalazła się w pobliżu luku, który wyleciał przy 
uderzeniu. Wyrzuciło, ją ze 
statku tak, jak wylatuje ze szklanki z narzanem 
bańka powietrza. To, że 
pozostała przy życiu, należy zaliczyć do owych 
fantastycznych przypadków, które 
powtarzają się nieustannie od chwili, kiedy 
człowiek po raz pierwszy uniósł się 
w powietrze. Ludzie wypadali z samolotów na 

background image

wysokości pięciu kilometrów i jakimś 
cudem spadali na bardzo strome zaśnieżone 
zbocze czy też wierzchołki sosen, 
wykręcając się zadrapaniami i siniakami. 
Przenieśliśmy ją na kuter. Była w 
szoku, ale doktor Striesznyj nie pozwolił mi 
zdjąć jej hełmu, choć każdy z nas 
rozumiał, że jeśli nie udzielimy jej pomocy, 
może umrzeć. Doktor miał rację. Nie 
znaliśmy składu ich atmosfery i nie 
wiedzieliśmy, jakie śmiercionośne dla nas, a 
nieszkodliwe dla niej wirusy żyją sobie na jej 
białych, błyszczących, krótko 
ostrzyżonych włosach. 
Teraz wypada powiedzieć, jak wyglądała ta 
dziewczyna i dlaczego obawy doktora 
wydały się mnie, i nie tylko mnie, przesadzone, a 
nawet niepoważne. 
Przyzwyczailiśmy się wiązać niebezpieczeństwo 
z istotami nieprzyjemnymi dla 
naszego oka. Jeszcze w dwudziestym wieku 
pewien psycholog twierdził, że 
dysponuje niezawodnym testem dla kosmonauty 
lecącego ku odległym planetom. 
Trzeba tylko zapytać go, co zrobi, jeśli spotka 
się z sześciometrowym pająkiem 
O odrażającym wyglądzie. Pierwszą 
instynktowną reakcją badanego było 
wyciągnięcie blastera i władowanie w pająka 
całego magazynka. A przecież pająk 
mógł się okazać spacerującym samotnie 

background image

miejscowym poetą, pełniącym obowiązki 
stałego sekretarza dobrowolnego towarzystwa 
ochrony drobnych ptaków i 
pasikoników. 
Oczekiwać podstępu ze strony delikatnej 
dziewczyny, której długie rzęsy rzucały 
cień na blade policzki, której twarz wywoływała 
pragnienie, by ujrzeć, jakiego 
koloru są jej oczy, oczekiwać podstępu ze strony 
tej dziewczyny, nawet w postaci 
wirusów, było jakoś nie po męsku. 
Nikt tego nie powiedział, ja też, ale miałem 
wrażenie, że doktor Striesznyj czuł 
się jak drobny łajdak, biurokrata, który w imię 
litery instrukcji zadaje ból 
bezbronnemu gościowi. 
Nie widziałem, jak sterylizował najcieńsze igły, 
by wprowadzić je do wnętrza 
skafandra i pobrać próbki powietrza. Nie 
wiedziałem też, jakie są wyniki jego 
prac, gdyż znów ruszyliśmy w stronę statku z 
zamiarem dostania się do jego 
wnętrza i odnalezienia jeszcze jakiegoś ocalałego 
członka załogi. Było to 
bezmyślne zajęcie - jedno z tych bezmyślnych 
zajęć, których nie można zaniechać 
nie doprowadziwszy ich do końca. 
- Niedobrze - powiedział doktor. Usłyszeliśmy 
jego słowa w chwili, gdy 
usiłowaliśmy dostać się do wnętrza statku. Nie 
było to łatwe, gdyż niczym packa 

background image

nad muchami wisiała nad nami jego zgnieciona 
ściana. 
- Co z nią? - zapytałem, 
- Jeszcze żyje - odpowiedział doktor. - Ale my 
nie jesteśmy w stanie jej pomóc. 
To Śnieżka. 
Nasz doktor ma skłonność do poetyckich 
porównań, których przejrzystość nie 
zawsze jest zrozumiała dla nie 
wtajemniczonych. 
- Przyzwyczailiśmy się - kontynuował doktor i 
chociaż głos jego dźwięczał w 
moich słuchawkach tak, jakby zwracał się do 
mnie, wiedziałem, że mówi przede 
wszystkim do otaczających go w kajucie kutra 
osób. - Przyzwyczailiśmy się 
uważać, że podstawę wszelkiego życia stanowi 
woda. 
U niej tę podstawę stanowi amoniak. 
Znaczenie jego słów dotarło do mnie nie od 
razu. Do pozostałych również. 
- Przy ziemskim ciśnieniu - powiedział doktor - 
amoniak kipi przy minus 33, a 
zamarza przy minus 78 stopniach. 
I wtedy wszystko stało się jasne. 
Ponieważ w nausznikach panowała cisza, 
wyobraziłem sobie, w jaki sposób patrzą 
na dziewczynę, która stała się dla nich 
fantomem. Gdy tylko zdejmuje się mu 
hełm, może przekształcić się w obłok pary. 
Szturman Bauer myślał na głos w 

background image

nieodpowiedniej chwili popisując się erudycją. 
- Coś takiego przewidziano teoretycznie. Ciężar 
atomowy molekuły amoniaku wynosi 
17, wody - 18. Pojemność cieplną mają prawie 
jednakową. Amoniak równie łatwo jak 
woda traci jon wodoru. W ogóle to uniwersalny 
rozpuszczalnik. 
Zawsze zazdrościłem ludziom, którzy nie muszą 
sięgać po informator, by odnaleźć 
w nim informacje, które nigdy się nie przydają. 
Prawie nigdy. 
- Ale w niskich temperaturach amoniakowe 
białka będą zbyt stabilne - zaoponował 
doktor, jakby dziewczyna była jedynie 
konstrukcją teoretyczną, modelem zrodzonym 
przez fantazję Gleba Bauera. 
Nikt nie odezwał się słowem. 
Półtorej godziny przedzieraliśmy się przez 
oddziały roztrzaskanego statku, zanim 
znaleźliśmy nie uszkodzone butle z amoniakiem. 
Było to znacznie mniejszym cudem 
niż to, co wydarzyło się wcześniej. 
Zaszedłem do szpitala, jak zawsze, zaraz po 
wachcie. 
W szpitalu pachniało amoniakiem. W ogóle cały 
nasz statek przesiąknął zapachem 
amoniaku. Walka z jego ulatnianiem się nie 
miała jednak sensu. 
Doktor pokasływał sucho. Siedział przed długim 
rzędem probówek i butli. Z 
niektórych z nich wychodziły węże gumowe i 

background image

rury ginące za przepierzeniem. Nad 
iluminatorem czerniało niewielkie jajowate 
kółko głośnika. 
- Śpi? - zapytałem. 
- Nie, już pytała, gdzie jesteś - odpowiedział 
doktor. Głos jego był głuchy i 
zrzędliwy. Dolną część jego twarzy przykrywał 
filtr. Doktor musiał każdego dnia 
rozwiązywać kilka nierozwiązalnych problemów 
związanych z karmieniem, leczeniem 
i psychoterapią jego pacjentki i zrzędliwość jego 
pogłębiała przepełniająca go 
duma, gdyż lecieliśmy już trzeci tydzień, a 
Snieżka była zdrowa. Tyle tylko, że 
przeraźliwie się nudziła. 
Poczułem pieczenie w oczach. Drapało w gardle. 
Mogłem sobie obmyślić jakiś 
filtr, ale wydawało mi się, że ujawniłbym w ten 
sposób swe obrzydzenie. Na 
miejscu Śnieżki nie byłoby mi przyjemnie, 
gdyby moi gospodarze zbliżając się do 
mnie wkładali maski przeciwgazowe. 
Twarz Śnieżki niczym stary portret w owalnej 
ramie widniała w iluminatorze. 
- Fitaj - powiedziała. 
Potem szczęknęła translatorem, gdyż 
wyczerpała prawie cały zapas słów, jakim 
dysponowała. Wiedziała, że niekiedy pragnę 
usłyszeć jej głos, jej prawdziwy 
głos, i przed włączeniem translatora mówiła do 
mnie kilka słów. 

background image

- Co robisz? - zapytałem. 
Dźwiękowa izolacja nie była pełna i usłyszałem, 
jak za przegródką rozległ się 
świergot. Jej usta poruszyły się i translator 
odpowiedział mi z opóźnieniem 
kilku sekund, w czasie których mogłem się 
napawać widokiem jej twarzy i ruchem 
jej źrenic zmieniających barwę jak morze w 
wietrzny, pochmurny dzień. 
- Przypominam sobie to, czego uczyła mnie 
mama odpowiedziała chłodnym i 
obojętnym głosem translatora. Nigdy nie 
myślałam, że będę musiała sama 
przygotowywać sobie posiłki. Sądziłam, że 
mama jest dziwaczką, ale teraz to 
wszystko się przydaje. 
Roześmiała się, nim jeszcze translator zdążył 
przetłumaczyć jej słowa. 
- Poza tym uczę się czytać - powiedziała. 
- Wiem. Pamiętasz literę "y"? 
- To bardzo śmieszna litera. Ale jeszcze 
śmieszniejszą literą jest "f ". Wiesz, 
połamałam jedną książkę. 
Doktor podniósł głowę, odwracając się od 
strumyka śmierdzącej pary wydobywającej 
się z probówki, i powiedział: 
- Mogłem pomyśleć chwilę przed daniem jej 
książki. Plastyk kartek w temperaturze 
minus pięćdziesięciu stopni staje się kruchy: 
- No i rozkruszył się - powiedziała Śnieżka. 
Kiedy doktor wyszedł, po prostu staliśmy 

background image

naprzeciw siebie. Gdy się dotknęło 
szkła, było ono chłodne. Jej natomiast wydawało 
się prawie gorące. Mieliśmy 
czterdzieści minut do powrotu Bauera, który 
przytaszczy dyktafon i zacznie 
męczyć Śnieżkę niezliczonymi pytaniami. A jak 
u was to? A jak u was tamto? A jak 
przebiega w waszych warunkach taka a taka 
reakcja? 
Śnieżka przedrzeźniała Bauera i skarżyła mi się: 
"Przecież ja nie jestem 
biologiem. Mogę mu nakłamać i będzie wstyd". 
Przynosiłem jej widokówki i 
fotografie ludzi, miast oraz roślin. Śmiała się, 
wypytywała o detale, które mnie 
wydawały się nieistotne, a nawet niepotrzebne, a 
potem nagle przestawała pytać i 
patrzyła jakby przeze mnie. 
- Co z tobą? 
- Nudzę się. I boję. 
- Przecież bezwarunkowo dowieziemy cię do 
domu. 
- Nie dlatego się boję. 
A tego dnia zapytała mnie: 
- Masz podobiznę dziewczyny? 
- Jakiej? - zapytałem. 
- Tej, która czeka na ciebie w domu. 
- Nikt na mnie nie czeka w domu. 
- Nieprawda - powiedziała Śnieżka. Potrafiła 
być strasznie kategoryczna. 
Zwłaszcza wtedy gdy w coś nie wierzyła. Na 

background image

przykład nie uwierzyła w istnienie 
róż. 
- Dlaczego mi nie wierzysz? Śnieżka nie 
odpowiedziała. 
... Obłok płynący nad morzem przesłonił słońce i 
fale zmieniły barwę - stały się 
chłodne i szare, tylko przy brzegu woda miała 
zielonkawy odcień. Śnieżka nie 
potrafiła ukryć swych nastrojów i myśli. Kiedy 
było jej dobrze, oczy miała 
niebieskie, nawet fioletowe. Ale natychmiast 
blakły, szarzały, kiedy było jej 
smutno, i stawały się zielone, kiedy się złościła. 
Nie powinienem był zobaczyć 
jej oczu. Kiedy je otworzyła po raz pierwszy na 
pokładzie naszego statku, 
odczuwała ból. Oczy były. czarne, bezdenne, a 
my w żaden sposób nie mogliśmy jej 
pomóc przed zakończeniem przebudowy 
laboratorium. Śpieszyliśmy się tak, jakby 
statek w każdej chwili miał eksplodować, a ona 
milczała. 
Dopiero po trzech godzinach mogliśmy 
przenieść ją do laboratorium, gdzie został 
doktor, który pomógł jej w zdjęciu hełmu. 
Następnego dnia jej oczy błyszczały 
przezroczystym, liliowym zaciekawieniem i 
tylko ciut pociemniały, kiedy napotkały mój 
wzrok... 
Wszedł Bauer. Pojawił się wcześniej niż zwykle i 
był z tego bardzo zadowolony. 

background image

Śnieżka uśmiechnęła się do niego i powiedziała: 
- Akwarium do pańskich usług. 
- Nie zrozumiałem, Śnieżko - odparł Bauer. - A 
w akwarium doświadczalny mięczak. 
- Powiedziałbym raczej - złota rybka - Bauera 
nie tak łatwo zbić z tropu. 
Śnieżka coraz częściej była w złym nastroju. Ale 
cóż się dziwić, skoro całe 
tygodnie spędzała w pomieszczeniu o wymiarach 
dwa na trzy metry. Porównanie z 
akwarium było dobre. 
- Idę - powiedziałem, ale Śnieżka nie 
odpowiedziała jak zwykle: "Przychodź jak 
najszybciej". 
Jej szare oczy ze smutkiem patrzyły na Gleba, 
jakby ten był dentystą. 
Spróbowałem przeanalizować swój stan i 
zrozumiałem, że jest on sprzeczny z 
naturą. Z równym powodzeniem mogłem się 
zakochać w portrecie Marii Stuart czy 
też w statuetce Nefretete. A może było to 
współczucie dla samotnej istoty, za 
której życie odpowiedzialność w zadziwiający 
sposób zmieniła i złagodziła 
stosunki między nami, członkami załogi? 
Śnieżka przyniosła do nas coś dobrego, 
zmuszającego wszystkich do mimowolnego 
doskonalenia się, stawania się 
szlachetniejszymi i lepszymi niż przed 
pierwszym spotkaniem. Oczywista 
beznadziejność mojej namiętności rodziła w 

background image

sercach otaczających mnie ludzi coś 
pośredniego pomiędzy współczuciem a zawiścią, 
choć uczuć tych, jak wiadomo, nie 
da się ze sobą pogodzić. Czasami pragnąłem, 
żeby ktoś zażartował sobie ze mnie, 
uśmiechnął się, bym mógł wybuchnąć, wstawić 
się i w ogóle zacząć zachowywać się 
gorzej od innych. Ale nikt sobie na to nie 
pozwalał. W oczach swych towarzyszy 
byłem szczęśliwie chory, a to różniło mnie i 
oddalało od innych. 
Wieczorem doktor Striesznyj wywołał mnie 
przez głośnik i powiedział: 
- Śnieżka cię wzywa. 
- Stało się coś? 
- Nic się nie stało. Nie denerwuj się. 
Pobiegłem do szpitala. Śnieżka czekała na mnie 
przy iluminatorze. 
- Wybacz - powiedziała - ale nagle pomyślałam 
sobie, że jeśli umrę, to nie 
zobaczę cię już więcej. 
- Bzdury - mruknął doktor. 
Mimo woli spojrzałem na tarcze przyrządów. 
- Posiedź ze mną - powiedziała Śnieżka. 
Doktor wkrótce wyszedł, wymyśliwszy sobie 
jakiś pretekst. 
- Chcę cię dotknąć - powiedziała Śnieżka. 
- To niesprawiedliwe, że nie można cię dotknąć 
tak, by się przy tym nie 
poparzyć. 
- Mnie jest łatwiej - powiedziałem. - Ja co 

background image

najwyżej odmrożę sobie coś. 
- Szybko dolecimy? - zapytała Śnieżka. 
- Tak - odpowiedziałem. - Za cztery dni. 
- Nie chcę lecieć do domu - oznajmiła - bo 
dopóki jestem tu, mogę sobie 
wyobrazić, że cię dotykam. A tam ciebie nie 
będzie. Połóż dłoń na szkle. 
Usłuchałem jej. 
Śnieżka oparła głowę o szkło, a ja wyobraziłem 
sobie, że moje palce przenikają 
przez przezroczystą masę i spoczywają na jej 
głowie. 
- Nie odmroziłem sobie ręki? 
Śnieżka podniosła głowę i wysiliła się na 
uśmiech. 
- Musimy znaleźć neutralną planetę - 
powiedziałem. 
- Jaką? 
- Neutralną. Taką, na której byłoby zawsze 
minus czterdzieści stopni. 
- To zbyt gorąco. 
- Minus czterdzieści pięć. Wytrzymasz? 
- Oczywiście - odpowiedziała Śnieżka. 
- Ale czyż będziemy mogli żyć razem, jeśli 
zawsze trzeba będzie tylko cierpieć? 
- Żartowałem. 
- Wiem, że żartowałeś. 
- Nie będę mógł pisać do ciebie listów. Potrzebny 
byłby specjalny papier, taki, 
który by nie parował. A poza tym ten zapach 
amoniaku... 

background image

- A czym pachnie woda? Nie ma dla ciebie 
żadnego zapachu? - zapytała. 
- Żadnego. 
- Jesteś zdumiewająco niepojętny. - No i 
poprawił ci się humor. 
- Czy pokochałabym cię, gdybyśmy byli jednej 
krwi? 
- Nie wiem. Ja najpierw cię pokochałem, a 
dopiero później dowiedziałem się, że 
nigdy nie będę mógł być z tobą. 
Ostatniego dnia Śnieżka była nerwowa i choć 
mówiła do mnie, że nie wyobraża 
sobie, jak rozstanie się z nami, ze mną, błądziła 
myślami gdzieś daleko. Kiedy 
pakowałem w laboratorium rzeczy, które miała 
zabrać ze sobą, przyznała mi się, 
że najbardziej boi się tego, że nie doleci do 
domu. Była już tam i wędrowała 
między mną, który tu zostawał, a swym 
światem, który na nią czekał. 
Obok nas już od pół godziny leciał ich statek 
patrolowy i na mostku kapitańskim 
bez chwili wytchnienia trzeszczał translator z 
trudem radzący sobie z 
przekładem. Do laboratorium przyszedł Bauer i 
powiedział, że lądujemy na terenie 
kosmoportu. Spróbował przeczytać zapisaną 
nazwę. Śnieżka poprawiła go jakby 
mimochodem i natychmiast zapytała, czy dobrze 
sprawdził jej skafander. 
- Zaraz go sprawdzę - odpowiedział Gleb. - 

background image

Czego się boisz? Przecież będziesz 
miała do przejścia wszystkiego trzydzieści 
kroków. 
- I chcę je przejść - powiedziała nie rozumiejąc, 
że obraziła Gleba. 
- Sprawdź jeszcze raz - poprosiła mnie. 
- Dobrze - odpowiedziałem. 
Gleb wzruszył ramionami i wyszedł. Po trzech 
minutach wrócił i rozłożył na stole 
skafander. Butle głucho stuknęły o plastyk, a 
Śnieżka skrzywiła się tak, jakby 
ją uderzono. Potem wystukała na drzwiach 
przedniej komory: 
- Podaj mi skafander. Sama sprawdzę. 
Uczucie obcości, które pojawiło się między nami, 
powodowało u mnie autentyczny 
ból w skroniach: wiedziałem, że się rozstajemy, 
ale powinniśmy byli rozstać się 
nie w ten sposób. 
Usiedliśmy łagodnie. Śnieżka była już w 
skafandrze. Myślałem, że wyjdzie do 
laboratorium, ale nie zaryzykowała tego, dopóki 
nie usłyszała w głośniku głosu 
kapitana: 
- Załoga naziemna włożyć skafandry. 
Temperatura na zewnątrz - minus pięćdziesiąt 
trzy stopnie... 
Luk był otwarty. Stali przy nim ci, którzy chcieli 
się pożegnać ze Śnieżką. 
Wysforowałem się przed rozmawiającą z 
doktorem Śnieżkę i wyszedłem na placyk 

background image

przy trapie. 
Nad tym bardzo obcym światem pełzły niskie 
obłoki i siąpił deszcz. W odległości 
trzydziestu metrów od statku zatrzymał się niski 
żółty pojazd, w pobliżu którego 
na mokrych kamiennych płytach stało kilku 
ludzi. Byli oni bez skafandrów. To 
zrozumiałe - kto wkłada w domu te flaki. 
Maleńka grupa witających zagubiła się w 
nie mającym końca terenie kosmodromu, 
którego granice zniknęły za zasłoną 
deszczu i tylko z lewa czarnym wzgórzem 
wznosił się jakiś inny statek. 
Podjechał jeszcze jeden pojazd, z którego także 
wysiedli ludzie. Usłyszałem, że 
Śnieżka podeszła do mnie. 
Odwróciłem się. Pozostali członkowie załogi 
cofnęli się zostawiając nas samych. 
Śnieżka nie patrzyła na mnie. Starała się 
odgadnąć, kto wyszedł jej na 
spotkanie. I nagle poznała. 
Podniosła rękę i pomachała nią. Od grupy 
witających oderwała się kobieta, która 
pobiegła po płytach w stronę trapu. Śnieżka 
rzuciła się w dół, w jej stronę. 
A ja stałem. Stałem dlatego, że byłem jedyną 
osobą na statku, która nie 
pożegnała się ze Śnieżką. Poza tym dlatego, że 
trzymałem zawiniątko z jej 
rzeczami. No i wreszcie dlatego, że z racji 
zajmowanego stanowiska wchodziłem w 

background image

skład załogi naziemnej i powinienem był 
pracować na dole, asystować Bauerowi w 
czasie rozmów z kierownictwem kosmodromu. 
Nie mogliśmy się zatrzymać tu dłużej i 
po godzinie powinniśmy byli odlecieć. Kobieta 
powiedziała coś do Śnieżki, ta 
zaśmiała się i odrzuciła hełm. Hełm upadł i 
potoczył się po płytach. Śnieżka 
przeciągnęła ręką po włosach. Kobieta 
przytuliła się policzkiem do jej policzka, 
a ja pomyślałem sobie, że obu im jest ciepło. 
Patrzyłem na nie, były daleko. 
Śnieżka powiedziała coś do kobiety i nagle 
pobiegła z powrotem w stronę statku. 
Wchodziła po trapie patrząc na mnie i zrywając 
rękawiczki. 
- Wybacz - powiedziała. - Nie pożegnałam się z 
tobą. To nie był jej głos - mówił 
translator znajdujący się nad lukiem przezornie 
włączony przez któregoś z 
naszych. Ale słyszałem również jej głos. 
- Zdejmij rękawicę - powiedziała. - Tu jest tylko 
minus pięćdziesiąt stopni. 
Odpiąłem rękawicę, ale nikt mnie nie 
powstrzymywał, choć kapitan i doktor 
słyszeli i zrozumieli jej słowa. 
Nie poczułem zimna. Ani wtedy, ani później, 
kiedy wzięła moją rękę i na moment 
przycisnęła ją do policzka. Wyrwałem rękę, ale 
było już za późno. Na oparzonym 
policzku pozostał purpurowy ślad mojej dłoni. 

background image

- To nic - powiedziała Śnieżka potrząsając 
rękami, by tak nie bolało. - To 
przejdzie. A jeśli nie przejdzie, to też dobrze. 
- Zwariowałaś - powiedziałem 
- Włóż rękawicę, odmrozisz rękę - powiedziała 
Śnieżka. 
Z dołu kobieta krzyczała coś do niej. 
Śnieżka patrzyła na mnie, a jej 
ciemnoniebieskie, prawie czarne oczy były 
zupełnie suche... 
Kiedy już podeszli do pojazdu, Śnieżka 
zatrzymała się i podniosła rękę żegnając 
się ze mną i z nami wszystkimi. - Wpadnij 
potem do mnie - rzekł doktor. - 
Wysmaruję ci i zabandażuję rękę. 
- Nie boli mnie - powiedziałem. 
- Później będzie boleć - odpowiedział lekarz. 

przekład : Michał Siwiec

Kir Bułyczow

Wspólna wola narodu radzieckiego

Niniejsze zapiski dotyczą wydarzenia, które 
miało miejsce 

background image

w czasie ostatniego roku życia Leonida Iljicza 
Breżniewa. 
Wówczas ich publikacja była absolutnie 
niemożliwa: system 
grobowego milczenia i powszechnej 
dobrowolnej amnezji 
działał bez zarzutu. Połowa obszaru 
Krasnojarskiego mogłaby 
się zapaść pod ziemię, ale jeśli nie było przy tym 
przypadkowego zagranicznego turysty, 
ignorowaliśmy to 
wydarzenie. O trzęsieniu ziemi w Aszchabadzie 
dowiedziałem 
się dwadzieścia lat po zagładzie miasta. A o 
wojnie w 
Afganistanie - dopiero, gdy nasze wojska zaczęły 
się stamtąd 
wycofywać. Przez cały czas myślałem, że 
udzielamy tam 
bezinteresownej pomocy, dostarczając artykuły 
spożywcze i 
przemysłowe.
Nie wiem, co skłoniło mnie do utrwalenia 
okoliczności 
Wielkiego Głosowania. Być może przeczucie 
zgonu Sekretarza 
Generalnego.
Widziałem Kabinę na własne oczy. Pod koniec 
października 
wylądowała na brzegu rzeki Moskwy, obok 
Zwinigorodu, na 

background image

terenie pensjonatu akademickiego. Wylądowała 
o świcie, bez 
fanfar i fajerwerków, pomiędzy oranżerią, gdzie 
hoduje się 
róże i goździki dla zaprzyjaźnionych 
organizacji, a zejściem 
na przystań.
Kabina wyglądała niepozornie i była podobna 
do metalowego 
garażu. Jej dach świecił się, ściany były matowe. 
Drzwi 
zamknięte.
Gdy dyrektor pensjonatu, obudzony przez 
ogrodnika, 
podszedł do kabiny, wziął ją za czyjś chuligański 
wybryk. 
Spróbował otworzyć drzwi. Bez skutku.
Gdy czekaliśmy na przybycie milicji, Kabina 
zaczęła 
nadawać. Ona nadawała, a my, pensjonariusze, 
otoczyliśmy ją 
ciasnym kręgiem.
Głos Kabiny był głęboki, niski i bez akcentu.
"Mieszkańcy Związku Radzieckiego - mówiła 
Kabina - my, 
psychologowie Wielkiej Wspólnoty Cywilizacji 
Galaktycznych, 
przeprowadzamy eksperyment i prosimy was o 
wzięcie w nim 
udziału. Naszym celem jest ustalenie, kto z 
nieżyjących już 

background image

ludzi jest najbardziej lubiany i popularny w 
waszym kraju. 
Za trzy dni, o godzinie dwunastej czasu 
moskiewskiego, 
wszyscy mieszkańcy ZSRR usłyszą sygnał. Po 
usłyszeniu go 
powinni pomyśleć imię ulubionego człowieka. 
Ta osoba, która 
zdobędzie największą liczbę głosów, ożyje 
wewnątrz tej 
Kabiny i będzie taką, jaka była w dniu zgonu, 
ale zdrową i 
zdolną do życia. Myślcie, drodzy bracia i 
siostry".
Głos Kabiny był słyszalny nie tylko na terenie 
pensjonatu. Dziwnym sposobem rozbrzmiewał 
on we wszystkich 
zakątkach kraju, w uszach każdego z milionów 
moich 
współobywateli.
- Prowokacja - powiedział dyrektor pensjonatu. 
To była 
pierwsza reakcja na obwieszczenie. Pozostali 
słuchacze 
milczeli. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że 
Kabina 
przemawiała do całego narodu. Myśleliśmy, że 
to 
obwieszczenie dotyczy tylko nas. A ponieważ 
zazwyczaj nie 
wierzy się w przybyszów z kosmosu, mimo że 

background image

bardzo by się 
chciało, ludzie stojący obok mnie zaczęli się 
nieufnie i 
niepewnie uśmiechać.
Mniej więcej po półgodzinie na teren pensjonatu 
wjechało 
kilka wojskowych ciężarówek i trzy czarne 
wołgi. Polanę 
wokół Kabiny otoczyły wojska KGB, zaś 
mieszkańców pensjonatu 
przewieziono specjalnymi autobusami do 
Moskwy, gdzie każdego 
przesłuchiwano oddzielnie. Wydarzenie nie 
miało dla świadków 
żadnych nieprzyjemnych następstw, nie licząc 
tego, że nie 
zezwolono mi na wyjazd turystyczny do 
Bułgarii.
Następnego dnia rankiem, po otrzymaniu 
sprawozdania 
generała-lejtnanta Koladkina, Biuro Polityczne 
KC KPZR 
zebrało się na posiedzenie.
Przewodniczył Leonid Iljicz Breżniew, wówczas 
jeszcze 
żyjący.
Jako pierwszy wystąpił generał-lejtnant 
Koladkin, który 
zameldował, że Kabina jest zamknięta, 
przeniknięcie do 
wnętrza nie zostało dotychczas zrealizowane, 

background image

mimo prac 
specjalnej grupy. Tworzywa, z którego 
wykonano Kabinę, nie 
wzięto do analizy ze względu na jej wyjątkową 
twardość. 
Rozpoczęto prace podkopowe.
- To znaczy, nie zrobiliście nic? - zapytał 
Breżniew, 
zwracając się do Andropowa, który już nie 
pracował w KGB, ale 
Leonid Iljicz o tym zapomniał.
- Pośpiech może tylko zaszkodzić - powiedział 
Andropow. - 
Mamy jeszcze trzy dni.
- Jakie są doniesienia ze Stanów 
Zjednoczonych? - zapytał 
Breżniew.
- Telefonował Dobrynin - powiedział minister 
spraw 
zagranicznych Gromyko - że w USA też miał 
miejsce taki 
fenomen. Niedaleko New Jersey. Panuje tam 
masowa psychoza.
- Niewykluczone, że to prowokacja - powiedział 
Czernienko. - Oni to potrafią. Krzyczą "Łapaj 
złodzieja!" A 
sami nie lepsi.
- Konstantin Ustinowicz zrobił ważną uwagę - 
powiedział 
Breżniew w zamyśleniu - coś jeszcze?
- Są informacje z Pekinu - żując wargi 

background image

powiedział 
Gromyko.
- Czyżby u nich też? - zdziwił się Ustinow.
- Oficjalnych wiadomości nie ma, ale tłumacze z 
naszego 
poselstwa przechwycili tekst. Treść ta sama.
- Niewykluczone, że to prowokacja - powiedział 
Ustinow. - 
Proponuję zmobilizować Zabajkalski i 
zachodnie okręgi 
wojskowe.
- A co mówią nasi uczeni? - zapytał Breżniew.
Uczeni nie zostali zaproszeni do Biura 
Politycznego. 
Odpowiedział za nich Andropow.
- Zasięgnąłem informacji w Akademii Nauk. 
Podchodzą do 
tego sceptycznie. Twierdzą, że w Kosmosie nie 
ma życia.
- Wobec tego kontynuujcie badania - powiedział 
Breżniew. - 
A my przechodzimy do innych spraw. 
Chciałbym, towarzysze, 
poinformować was o moich pertraktacjach z 
towarzyszem 
Machelem, który, jak wiecie, jest przywódcą 
Mozambickiej 
Republiki Ludowej.
Biuro Polityczne przeszło do spraw bieżących, 
ale nie 
zdołało się w nich zagłębić. Po półgodzinie każdy 

background image

członek 
Biura Politycznego, podobnie jak każdy 
obywatel ZSRR, 
usłyszał powtórną informację Kabiny.
Członkowie Biura Politycznego w milczeniu 
wysłuchali 
obwieszczenia. Po chwili Breżniew powiedział:
- Izolacja akustyczna w tym pomieszczeniu jest 
poniżej 
wszelkiej krytyki.
- Zostaną przedsięwzięte odpowiednie środki - 
powiedział 
Czernienko.
- Za późno - powiedział Breżniew - jeśli my 
słyszymy 
tutaj, to ktoś mógł nas usłyszeć stąd.
- Bardzo trafna uwaga - powiedział Czernienko.
Wszyscy milczeli. Wreszcie Dołgich ośmielił się 
przerwać 
ciszę.
- Jest informacja z Nowosybirska. Tam też 
słyszeli.
- A jeśli to nie prowokacja? - Breżniew objął 
wzrokiem 
swoich współtowarzyszy.
- Niewykluczone - pierwszy poparł Generalnego 
Andropow - 
że powinniśmy zareagować.
Postanowiono ogłosić przerwę na obiad i zabiegi 
lecznicze. Po czym zebrać się ponownie.
W tym czasie jechałem do Moskwy autobusem z 

background image

zasłoniętymi 
oknami. Obok mnie siedział profesor 
Jewstigniejew z 
Instytutu Ichtiologii.
- Co pan o tym myśli? - zapytałem.
Profesor był zamyślony, okulary zjechały mu na 
czubek 
nosa, jakby szykowały się do skoku w górną 
kieszeń 
marynarki. Od profesora pachniało pyłem i 
cebulą. On był tak 
podobny do wizerunku typowego profesora, że 
było jasne - w 
nauce jest zerem. Naukę posuwają naprzód 
jedynie ci, którzy 
nie wyglądają na profesorów.
- Zmarła moja żona - powiedział profesor i 
spróbował 
odsunąć palcem storę w oknie, jakby wątpił, czy 
rzeczywiście 
wiozą nas do Moskwy.
- Obywatelu - zawołał na niego porucznik - 
wyglądanie 
jest zabronione.
- Bardzo mi przykro - powiedziałem 
profesorowi.
- A jeśli to szansa na odzyskanie jej?
Popatrzyłem na niego ze zdziwieniem. Okazało 
się, że 
profesor uwierzył w moc Kabiny.
- Ja rozumiem - powiedział profesor - każdy 

background image

będzie 
pragnął swojego.
- W takim wypadku ma pan mało szans - 
uśmiechnąłem się.
- Szanse są - powiedział profesor. - Każdy 
człowiek, 
nawet jeżeli nie uwierzy, zapragnie 
zmartwychwstania kogoś 
bliskiego. Każdy swojego. A ja mam pewne 
oszczędności.
- I cóż?
- A pan, osobiście, wymyślił, kogo chciałby pan 
ożywić?
Wtedy uzmysłowiłem sobie, że nie wymyśliłem.
- Może Puszkina? - zapytałem.
- Pan nieżonaty? Zresztą, jest pan jeszcze 
młody.
- Nie, nieżonaty.
- A jeżeli zaproponowałbym panu - profesor 
schwycił 
okulary, które runęły w dół - powiedzmy, 
pięćdziesiąt rubli, 
i powiedziałbym panu imię mojej żony. 
Przypuszczam, że 
potrzebuje pan pieniędzy?
- Zrobiłbym to nawet za darmo - powiedziałem - 
ale pana 
szanse są zerowe.
- Mam na książeczce cztery tysiące trzysta - 
powiedział 
profesor szeptem, przybliżając usta do mojego 

background image

ucha.
- Przerwać rozmowy - powiedział z tyłu 
porucznik.
- A jeśli zdobędę dwudziestu ludzi? - powiedział 
profesor szybko i odsunął się. Wzrok miał ptasi i 
pusty.
- Będę musiał pomyśleć - powiedziałem.
- Sześćdziesiąt rubli? - powiedział profesor. - 
Więcej 
nie mogę.
- A jeśli wezmę pieniądze i niechcący pomyślę o 
kimś 
innym?
- Nie jestem taki naiwny - powiedział profesor. - 
Da mi 
pan pokwitowanie, że zobowiązuje się pan 
myśleć tylko o 
mojej zmarłej żonie.
Pomysł profesora był naiwny. Profesor nie 
wiedział, że w 
Muzeum Puszkina na Kropotkińskiej właśnie 
odbywało się 
posiedzenie komisji, która jednogłośnie 
postanowiła 
wskrzesić Aleksandra Siergiejewicza Puszkina.
W tym samym czasie tłum ludzi huczał, a nawet 
tańczył 
dokoła Muzeum Stalina w Gori. Wielu ludzi 
było przekonanych, 
że wkrótce prawdziwy wódz zmartwychwstanie 
i zaprowadzi 

background image

porządek w tym chorym kraju.
Biuro Polityczne zebrało się ponownie po 
obiedzie. 
Przywódcy państwa byli najedzeni, ale 
zdenerwowani. Miały 
zapaść historyczne decyzje.
- Na wstępie - powiedział Leonid Iljicz - 
wysłuchamy 
wiadomości z zagranicy. Proszę, Andrieju 
Andriejewiczu.
Gromyko pożuł wargi i powiedział:
- W skrócie. W USA panuje anarchia. Telewizja 
przeprowadza badania opinii publicznej. 
Rozpoczęły się 
burzliwe demonstracje.
- Chwileczkę - Breżniew gestem powstrzymał 
mówcę i 
zwrócił się do Szczekołowa, którego specjalnie 
zaproszono na 
posiedzenie Biura Politycznego.
- Wzmocnijcie moskiewską milicję - powiedział 
Breżniew. - 
Poderwijcie na nogi akademię, uczelnie 
milicyjne. Zresztą 
sami wiecie, nie ja was będę uczyć. W stolicy 
musi być 
porządek.
- To już zostało zrobione - Szczełokow pozwolił 
sobie na 
uśmiech.
- Czego chcą reakcyjne kręgi w Ameryce? - 

background image

zapytał 
Breżniew Gromykę. - Za czym opowiada się 
postępowa część 
społeczeństwa?
- Jak zawsze, obraz pełen sprzeczności - 
powiedział 
Gromyko. - Postępowa część społeczeństwa na 
południu kraju 
opowiada się za przywróceniem do życia 
murzyńskiego lidera 
Martina Lutera Kinga.
Breżniew pomyślał. Po chwili powiedział:
- Pamiętam towarzysza Martina Lutera. Dużo 
zrobił dla 
sprawy pokoju. A czego domaga się kapitał 
monopolistyczny?
- Sytuacja zupełnego rozłamu - powiedział 
Gromyko. - Mam 
zestawionko procentowe na trzydzieści zero 
zero. Na 
pierwszym miejscu jest Lincoln.
- Znam towarzysza Lincolna - powiedział 
Breżniew. - A 
jakże. Postępowy działacz państwowy. A co tam 
w Chińskiej 
Republice Ludowej? To dla nas ważne.
- Radio Pekin ogłosiło, że ma się odbyć 
wskrzeszenie Mao 
Tse Tunga. Podaje się, że to wskrzeszenie 
zostało osobiście 
zabezpieczone przez przewidującego towarzysza 

background image

Mao.
- Mało prawdopodobne - powiedział Breżniew.
- Myślę, że to tylko zasłona dymna, wpływowe 
siły w 
Republice Chińskiej nie dopuszczą do tego.
- Dlaczego? - Breżniew dźgnął ołówkiem w pierś 
Kuzniecowa. Zainteresował się.
- Tam głowy polecą. To tak, jakbyśmy my 
Stalina 
wskrzesili - Kuzniecow pamiętał czasy kultu 
jednostki.
Zamarł, czując wokół siebie próżnię. W pokoju 
zapanowała 
taka cisza, jakby wszyscy przestali oddychać.
- Dopuściliście się nietaktu, towarzyszu 
Kuzniecow - 
powiedział wreszcie Breżniew. - Nie 
spodziewaliśmy się tego 
po was, starszym człowieku. Komunista nawet 
na chwilę nie 
powinien zapominać, że naszym wielkim 
nieżyjącym wodzem jest 
Włodzimierz Iljicz Lenin.
- Ależ ja do niczego nie wzywam - powiedział 
Kuzniecow, a 
na jego policzki wystąpiły czerwone, starcze 
plamy. - 
Chciałem zaproponować właśnie Iljcza.
- Jeśli - powiedział Czernienko - to wszystko nie 
jest 
prowokacją.

background image

- Otóż to - poparł go Breżniew. - A czyją 
prowokacją, 
ustaliliście?
- Małe szanse - powiedział Andropow. - Chociaż 
w tej 
sytuacji wolałbym, żeby to była prowokacja.
- Nie rozumiem - westchnął Breżniew.
- Jeśli to prowokacja, to skończy się na niczym. 
Jeśli to 
nie prowokacja, a, powiedzmy, prowokacja na 
skalę 
galaktyczną, to musimy wziąć to wydarzenie 
pod kontrolę i 
zapewnić, żeby naród jednogłośnie zażyczył 
sobie tego 
kandydata, którego wybierze Biuro Polityczne. I 
musimy 
podjąć odpowiednią decyzję. - Głos Andropowa 
był cichy, ale 
twardy i groźny. Andropow stał się podobny do 
Berii i, mimo 
że było to tylko zewnętrzne podobieństwo, 
Breżniew zjeżył 
się wewnętrznie.
- Jaką decyzję? - Breżniew usłyszał swój głuchy, 
zacinający się głos i zrozumiał, że głos go 
zdradził: nie on 
ma zadawać pytania. On ma podejmować 
decyzje.
- Ależ wy sami wskazaliście! - zdziwił się 
Andropow.

background image

- Ludzkość miała tylko jednego geniusza - 
powiedział 
Czernienko. - I właśnie Włodzmierz Iljicz jest 
nam 
potrzebny, prawda, Leonidzie Iljiczu?
Ale Breżniew milczał. Nie odpowiedział 
Czernience w żaden 
sposób, ani słowem, ani gestem. Dlatego, że 
spłynęło na 
niego zrozumienie... To była prowokacja. To 
była 
gigantyczna, kosmiczna, może nawet 
galaktyczna prowokacja, 
skierowana przeciwko niemu, Generalnemu 
Sekretarzowi 
osobiście i przeciwko państwu radzieckiemu w 
ogóle.
Ustinow, który nie domyślił się biegu myśli 
Generalnego, 
dolał oliwy do ognia.
- W kolektywach mas - powiedział - i w 
niektórych 
jednostkach wojskowych odbywają się 
spontaniczne zebrania 
pod hasłem: "Lenin jest z nami! Lenin wiecznie 
żywy!" W tej 
sytuacji proponuję podtrzymać to, co 
zapoczątkowały masy.
Zabrzmiały oklaski.
Breżniew w milczeniu wstał i skierował się do 
wyjścia.

background image

Od drzwi rzucili się ochroniarz i lekarz. Myśleli, 
że 
Generalny potrzebuje reanimacji. Ale on 
przeszedł obok nich.
Wypuszczono mnie nad ranem. Protestowałem, 
mówiłem, że 
metro jeszcze nie jeździ.
- Na taksówkę znajdziecie - powiedział major, 
który 
przesłuchiwał mnie ostatni. Znał zawartość 
mojego portfela.
Nie wziąłem taksówki. Poszedłem pieszo. Świt 
był jasny, 
ale zimny. Na ulicy leżały ostatnie liście.
W mieście panował nienaturalny spokój. 
Zupełnie, jakby 
zaczęła się Olimpiada. Na każdym rogu stali 
milicjanci. Po 
dwóch, po trzech.
Obok Komitetu Rejonowego Partii tłoczyło się, 
marzło i 
przestępowało z nogi na nogę kilku 
przygnębionych, ale 
skupionych emerytów. Kordon milicjantów 
oddzielał ich od 
drzwi Komitetu Rejonowego.
Kiedy przechodziłem obok, jeden z emerytów w 
czarnej, 
wyświeconej marynarce, obwieszonej znaczkami 
dywizjonowych i 
armijnych jubileuszy, podniósł kościstą pięść i 

background image

cichutko 
wykrzyknął:
- Lenin wiecznie żywy!
Milicjanci milczeli.
Rzecz jasna, zrozumiałem: wskrzeszać będziemy 
Iljicza.
Przy pomniku Puszkina na placu Puszkińskim, 
pomimo 
wczesnej godziny, babcie układały wianek ze 
świeżych astrów.
Wtedy właśnie, przenikając do świadomości 
każdego, 
ponownie zabrzmiał głos Kabiny. Tekst był 
dokładnie taki sam 
jak wczorajszy. Staruszki wyprostowały się i 
jedna z nich 
głośno krzyknęła:
- Do zobaczenia, nasz geniuszu!
Milicjant zaczął grzecznie popychać babcię ku 
wejściu do 
metra.
Być może, pomyślałem, warto było wziąć te pięć 
dych od 
profesora. I tak jego sprawa jest z góry 
przegrana.
Biuro Polityczne obradowało od rana.
Szczełokow przedstawił sytuację wewnętrzną. 
Potem 
wysłuchano raportu Komitetu Bezpieczeństwa 
Państwa. Sytuacja 
w kraju była, ogólnie rzecz biorąc, normalna. 

background image

Na 
stanowiskach oczekiwano na decyzję z centrali, 
a nawet 
domagano się ich, obawiając się przegapienia 
inicjatywy. W 
niektórych obwodach, przewidując decyzję 
Biura Politycznego, 
uchwalono rezolucję "Zwrócimy Lenina 
narodowi". Breżniew 
milczał. Następnie Gromyko odczytał telegram 
od lewego 
skrzydła Partii Robotniczej Liechtensteinu, w 
którym m.in. 
było napisane:
Wyrażamy nadzieję, drogi Leonidzie Iljiczu, że 
zobaczymy 
was na trybunie Mauzoleum w dniu parady z 
okazji rocznicy 
Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji 
Październikowej razem z 
Włodzimierzem Iljiczem Leninem, którego 
dzieła kontynuatorem 
jesteście wy.
Breżniew otworzył usta. Wszyscy czekali na to, 
co powie. 
Breżniew zapytał:
- "Wy" tam z dużej litery?
- Tu wszystko jest z dużej litery, Leonidzie 
Iljiczu - 
odpowiedział Czernienko uprzedzając 
Gromykę.

background image

Zamilkli. Należało coś przedsięwziąć. Sytuacja 
była o 
wiele bardziej złożona, niż wydawało się to na 
pierwszy rzut 
oka. Pierwotna decyzja, tak jednomyślnie 
podtrzymana 
wczoraj, po nocnych rozmyślaniach okazała się 
bynajmniej nie 
idealna.
- Tutaj towarzysze z Luksemburga... - zaczął 
Breżniew.
- Z Liechtensteinu - nietaktownie poprawił go 
Gromyko i 
Breżniew pomyślał, że Gromyko zbyt nachalnie 
pcha się na 
zastępcę. Ale Andropow go nie puści. Nie, nie 
puści. 
Breżniew zastanawiając się w ten sposób nie 
myślał o swojej 
śmierci - ona była czymś nierealnym. Ale nie 
przeszkadzało 
to w rozmyślaniu o następcy.
- Tutaj towarzysze z Luksemburga - 
kontynuował Breżniew - 
stawiają mnie na Mauzoleum obok Iljicza. To 
nietaktowne.
Andropow starał się nie uśmiechnąć. Ale 
wyobraźnia 
zdradziecko i wyraźnie rysowała obrazek - 
dwóch razem. Jeden 
w cyklistówce, drugi w kapeluszu. Ten obrazek 

background image

był nie do 
przyjęcia.
- A kto będzie leżał w Mauzoleum? - zapytał 
nagle 
Kunajew. Pytanie było dzikie i dokładnie tego 
można było 
oczekiwać od przedstawiciela republiki Azji 
Środkowej.
- W Mauzoleum - powiedział cicho i twardo 
Andropow, który 
wszystko już przemyślał i zrozumiał - będzie 
leżał 
Włodzimierz Iljicz Lenin.
- A na trybunie? - nie zrozumiał Kunajew.
- Na trybunie będzie Leonid Iljicz i, jeśli 
okoliczności 
nie ulegną zmianie, wy również.
Podniósł się aprobujący szumek. Wszyscy 
zrozumieli, że 
nie czas wskrzeszać Iljicza. Czernienko chciał z 
tej okazji 
wygłosić niewielką mowę, ale Kuzniecow 
dyskretnie położył mu 
rękę na łokciu i Czernienko ugryzł się w język. 
W tej 
sytuacji każde zbędne słowo groziło 
nieszczęściem.
- Należy wysunąć alternatywne hasło - 
powiedział 
Andropow. - Według danych, które otrzymałem, 
przywódcy Chin 

background image

będą się starali przywrócić do życia Sun Jat-
sena.
- Znam towarzysza Sun Jat-sena - powiedział 
zgodliwie 
Breżniew. Najgorsze było poza nim, znowu był 
wśród swoich 
pomocników, współbojowników i zwolenników 
tych samych 
poglądów. - Dużo zrobił dla rewolucji w 
Chinach. To klasyk 
chińskiej rewolucji.
- Klasyk? - powiedział Dołgich. - Otóż to, 
klasyk!
- Tylko nie Stalin! - krzyknął Ustinow. - Ja z 
nim 
pracowałem.
- Postarajcie się, proszę - powiedział do niego 
Breżniew 
- żeby w Gruzji był spokój. Jaki tam macie 
okręg? 
Zakaukaski?
- Towarzysze spełnią swój obowiązek - 
powiedział Ustinow.
Wieczorem, przed wiadomościami, spiker, nie 
skrywając 
dreszczu podniecenia i przydechu w głosie, 
zakomunikował o 
decyzji Biura Politycznego i Rady Ministrów: 
"Jutro o 
godzinie dwunastej zero zero czasu 
moskiewskiego każdy 

background image

obywatel Związku Radzieckiego wypełni swój 
partyjny i 
obywatelski obowiązek. Każdy zażyczy sobie, 
aby po długim 
grobowym śnie ocknął się i przystąpił do 
wykonywania swoich 
obowiązków wobec postępowego społeczeństwa 
wybitny klasyk 
marksizmu-leninizmu Karol Marks".
W momencie, gdy podawano tę informację, 
siedziałem u 
Eleonory.
Ella robiła kawę. Czerwone spodnie tak ciasno i 
bezczelnie opinały jej pośladki, że nagle 
zrozumiałem, 
dlaczego ona jest ciągle w stanie intensywnego 
podniecenia 
seksualnego.
- Słyszałaś? - krzyknąłem. - Wybrali Marksa.
- Słyszę - powiedziała Ella spokojnie. - Nie 
jestem 
głucha.
- Ale dlaczego nie Lenina? Dlaczego? Naród ich 
nie 
zrozumie.
- Po co im Lenin? - szczerze zdziwiła się Ella. - 
Co by z 
nim zrobili? Składali mu sprawozdania, jak 
przesrali jego 
świetlane idee?
- Przymknij się, Ella! - powiedziałem. - Nie masz 

background image

pojęcia 
o polityce.
- A ty o życiu. Ja na ich miejscu natychmiast 
zakopałabym 
go tak głęboko, że już żaden przybysz z kosmosu 
by się do 
niego nie dokopał.
- A Marks?
- Jeszcze ci to trzeba tłumaczyć? Marks nawet 
po rosyjsku 
nie kapuje. Oddadzą mu Instytut Marksizmu-
Leninizmu, daczę 
w Barwisze. Ile on miał lat, jak umarł?
- Dużo.
- No, to niech sobie dożywa ostatnich dni na 
emeryturze. 
Albo jeszcze lepiej - niech go przekażą do NRD. 
Niech tam 
się cieszą.
Ella miała rację, ale przygniatające uczucie 
niesprawiedliwości nie opuszczało mnie. 
Wszystko było jakoś 
nie tak, nie w porządku.
- To znaczy, że Ameryce będzie Lincoln, 
Chińczycy będą 
mieli Mao, a dla nas niemiecki klasyk?
- Nasłuchałeś się wrogiej propagandy - 
powiedziała Ella - 
a ona jak zawsze kłamie. Jeszcze zobaczymy, 
kogo tam u nich 
wskrzeszą. A może nikogo. Jeżeli to blef.

background image

- Jak to blef?
- Blef kosmiczny. Najnormalniejszy. Poddają 
nas badaniom. 
Pij kawę i rozbieraj się. Wychodzę dzisiaj na 
noc, 
zapomniałeś?
Ella jest pielęgniarką w psychiatryku. Ma ciężki 
charakter.
Tego wieczoru byłem beznadziejnym 
kochankiem. Ella była 
ze mnie niezadowolona. Zupełnie nie w porę 
zapytałem:
- A co będzie, jeżeli oni, to znaczy my, 
zażyczymy sobie 
Lenina? Albo Lermontowa?
- Mógłbyś się wreszcie skupić? - zapytała Ella 
złym, 
świszczącym szeptem.
Później, gdy już się ubierała, powiedziała:
- Zażyczycie sobie, akurat! Jutro postanowimy. 
I nawet 
przeprowadzimy próby.
Miała rację. Przez cały następny dzień od 
granicy do 
granicy w naszym kraju wrzało.
W każdej fabryce i w każdym kołchozie 
organizowano 
spontaniczne mityngi pod hasłem: "Marks 
wiecznie żywy!" 
Pionierzy w radiu śpiewali napisaną tej nocy 
przez 

background image

kompozytora Szaińskiego krzepiącą piosenkę: 
"Wszystkie tomy 
"Kapitału" Marks napisał nam od nowa!" - z 
refrenem: "Nauczmy 
się, przyjaciele, wszystkich tomów po kolei!"
U nas też było zebranie.
Kuprianow powiedział, że twórczy rozwój 
marksizmu otrzyma 
potężny bodziec, który pozwoli nam na 
pozostawienie systemów 
filozoficznych Zachodu daleko w tyle. Nowe 
prądy, 
odzwierciedlające troskę... i tak dalej. 
Przedstawiciel 
Komitetu Rejonowego przeczytał z kartki tajne 
opracowanie. W 
nim otwarcie mówiło się, że Biuro Polityczne z 
uwagą zbadało 
bieżący problem. Wypowiedziany został sąd o 
wskrzeszeniu 
gorąco przez nas wszystkich kochanego 
Włodzimierza Iljicza 
Lenina. Jednakże otrzymane z galaktyki 
wiadomości przekonały 
partię i jej Generalnego Sekretarza osobiście, że 
w razie 
pomyślnego wyniku pierwszego wskrzeszenia 
Związek Radziecki 
jako jedyny otrzyma prawo powtórzenia 
eksperymentu. W 
świetle tego, i w głębokim przekonaniu, że partia 

background image

nie ma 
prawa dopuścić do najmniejszego ryzyka 
względem wskrzeszenia 
naszego Iljicza, zdecydowano się na 
przywrócenie do życia 
wodza naszego proletariatu dopiero wtedy, gdy 
nauka 
dowiedzie z całą pewnością, że nie przyniesie to 
szkody jego 
zdolnościom umysłowym.
Nie mogę powiedzieć, żebym w to uwierzył, ale 
wielu 
uwierzyło. Nie mówili wprost, ale dawali do 
zrozumienia, że 
w każdym nowym przedsięwzięciu możliwe jest 
niepowodzenie. 
Niepowodzenie z Marksem - to nieszczęście. 
Niepowodzenie z 
Leninem - katastrofa.
Gdy wracałem z pracy, pomnik Puszkina był 
otoczony 
kordonem członków Ochotniczej Obywatelskiej 
Służby 
Porządkowej. Kwiatów pod nim nie było. 
Muzeum Puszkina 
zamknięto z powodu remanentu. Krążyły plotki, 
że w Gori 
przeprowadzano aresztowania. Na ulicach 
tłoczyli się ludzie, 
tak jakby było święto. Wielu z nich, głównie 
młodzież, 

background image

hałasowało i ignorowało milicję. Po ulicy 
Metrostrojewskiej 
długą kolumną jechały czołgi.
Do rana świeciło się w oknach budynków KGB 
na Łubiance. 
Czarne wołgi co chwila wypadały z placu 
Dzierżyńskiego i po 
wizgliwym okrążeniu monumentu Pierwszego 
Czekisty, mknęły na 
plac Stary. Później wracały.
Ustępując wobec nalegań lekarzy, Breżniew 
spędził noc 
poddając się reanimacji. Dopuszczono do niego 
tylko 
Andropowa. Zabijali czas, pijąc herbatę. 
Wspominali wojenne 
historie. O jutrzejszym dniu nie mówili. 
Andropow zapewnił 
Generalnego, że przedsięwzięto wszelkie środki.
Następnego dnia w całym kraju ludność zbierała 
się w 
aulach i salach konferencyjnych.
Grzmiała muzyka. Emerytów i dzieci zebrano w 
przedszkolach i świetlicach administracji 
domów. Na ulicach 
pozostali tylko milicjanci i członkowie 
Ochotniczej 
Obywatelskiej Służby Porządkowej.
Za dziesięć dwunasta Kabina po raz ostatni 
powtórzyła 
swoje obwieszczenie. Za pięć dwunasta zawyły 

background image

syreny 
wszystkich fabryk i zakładów pracy. Zaczęło się 
odliczanie 
czasu.
Zagranicznych korespondentów nie wpuszczono 
do 
Zwienigorodu. Miasto i okoliczne lasy otoczono 
czołgami.
Biuro Polityczne i generalicja przebywali w 
schronie 
przeciwlotniczym, wykopanym na miejscu 
oranżerii. Breżniew 
patrzył na zamknięte drzwi przez silną lunetę.
Za minutę dwunasta w kraju zapanowała 
grobowa cisza. 
Słychać było tylko metronom.
Potem było sześć krótkich sygnałów dokładnego 
czasu.
I wszyscy reproduktorzy Związku Radzieckiego 
jednocześnie 
powiedzieli:
- Chcemy, żeby twórca marksizmu Karol Marks 
ożył!
- Chcemy... żeby twórca...
- Chcemy...
- Chcę - powiedział w myśli Breżniew. I już nic 
nie mógł 
poradzić. W jego mózgu, przemęczonym 
zebraniami i brakiem 
snu, pojawił się obraz zmarłej mamy.
- Mama! - wyszeptał.

background image

Drzwi Kabiny zaczęły się powoli uchylać.
Andropow wyrwał z rąk oficera przenośny 
pulpit z 
przyciskiem. On, rzecz jasna, wierzył we 
wspólną wolę 
swojego narodu, ale przecież na nim ciążyła 
odpowiedzialność.
Palec Andropowa zawisł nad przyciskiem.
W drzwiach kabiny pojawił się człowiek...
Andropow nacisnął przycisk.
Nastąpił wybuch. Kabina uniosła się w 
powietrze i, 
rozsypując się, gruchnęła o ziemię, grzebiąc pod 
sobą 
Włodzimierza Wysockiego. Jego gitara poleciała 
na bok i 
upadła, prawie cała, na przywiędłą, jesienną 
trawę. Podkop, 
zrobiony wcześniej przez saperów Komitetu i 
nafaszerowany 
dynamitem, naprawił ewentualny błąd. Prochy 
Włodzimierza 
Wysockiego pogrzebano w więzieniu 
wewnętrznym KGB.
Biuro Polityczne nie wracało więcej do tej 
sprawy. 
Ogłoszono tylko, że eksperyment zakończył się 
fiaskiem z 
przyczyn technicznych poza granicami Związku 
Radzieckiego.
Z Kabiny w Chinach wyszedł Konfucjusz. Po 

background image

miesiącu zmarł 
z powodu nieustannych zgryzot. W USA Kabina 
obdarowała kraj 
gwiazdą kina Marylin Monroe. Żyje ona do dziś
A my zapomnieliśmy o wszystkim.
Przełożyła Ewa Skórska
KIR BUŁYCZOW

wybiła północ

Telewizor powiedział groźnie:
- Uszkin, a ty co, nie masz zamiaru oglądać 
wiadomości?
- Mam zamiar - odrzekłem. - Zjem i przyjdę.
Telewizor pomyślał chwilę i zaprotestował:
- Zjesz potem.
- Potem to mi wystygnie.
- Jak nie przyjdziesz mnie obejrzeć, to na ciebie 
doniosę. Wiesz, że to zrobię!
Skląłem go, wyszedłem z kuchni i poszedłem 
przed to pudło do pokoju.
Właśnie zaczynało się ostatnie wydanie 
dziennika.
Najpierw były wiadomości zza granicy - nasi 
oddali Tomsk, za to zajęli prawie
cały Symferopol. Rzeź białych w RPA.
Program prowadził ekstrasens Kałużenko, 
Parfen Kałużenko. Przez cały czas
wytrzeszczał oczy, żebym nie zasnął. Byłem zbyt 
najedzony i za mało głodny, żeby
spać; dla telewizora w sam raz. Potem 

background image

pokazywali palenie wiedźmy na stosie w
Sachalinie. W Sachalinie z powodu 
radioaktywnej wody było sporo wiedźm.
Czarownica broniła się, wołając, że zostanie 
niewolnicą każdego, kto tylko
zechce, ale ludzie woleli popatrzeć na jej agonię. 
Odwróciłem się w stronę
Wasyla, ale on nie patrzył na telewizor. A 
tymczasem na ekranie pokazywano
cudowne dziecko, które wszystkich chętnych 
popieliło spojrzeniem. Chętnych nie
było, więc przywieziono z więzienia 
zarośniętego, siwego demokratę. Dziecko bez
przeszkód zamieniło go w popiół.
Później znowu były wiadomości z kraju: 
konferencja telepatów. Telepaci milczeli,
przekazując sobie bezgłośne informacje. Spiker 
również nie wiedział, o czym
rozmawiają.
Potem pokazano dyskusję dwóch 
przepowiadaczy - jeden przepowiadał trzęsienie
ziemi w Moskwie na szóstego września, drugi - 
wybuch wulkanu na ulicy Twerskiej,
mniej więcej pod koniec czerwca. Zrobiło mi się 
żal Twerskiej. Później radzono,
co trzeba zrobić ze sceptykiem,  jeśli się go 
dorwie. Okazuje się, że najpierw
trzeba mu odrąbać prawą rękę, potem lewą, a 
jeśli nie będzie się sprzeciwiał, to
i głowę. Do studia przyprowadzono sceptyka - 
ciotecznego wnuka jakiegoś tam

background image

ateisty - i zaczęto odrąbywać mu prawą rękę. 
Wnuczek, całkiem jeszcze młody,
rzucał się i wył. Widownia biła brawo.
Pod koniec były wiadomości kulturalne - "Sen 
nocy letniej", premiera
telewizyjnego teatru miniatur. Tańczyły w nim 
sylfidy, rozebrane, ale ze
względów przyzwoitości w czadrach. Potem 
astrologowie małżonki Dogroby
przedstawili prognozę pogody i życia na dzień 
następny. Dowiedziałem się, że do
godziny 10.30 nie powinienem zakładać 
skarpetek, a do pracy najlepiej iść boso i
uważać, żeby nie zamoczyć lewej pięty. O 
godzinie 12.20 czeka mnie nieprzyjemne
spotkanie - jeśli chcę go uniknąć, muszę schować 
się pod stół. Do domu
powinienem wrócić pełzając i nie jeść kolacji. 
Odniosłem wrażenie, że Wasyl
westchnął, ale to było  przecież niemożliwe. 
Miałem ogromną ochotę wyłączyć
telewizor, ale nie dał się - uciekł w kąt i bił we 
mnie małymi błękitnymi
piorunkami. No i musiałem patrzeć na ucztę 
wampirów, które rządzą się na drugim
ogólnorosyjskim programie. Najpierw plemię 
wampirów wysysało krew z ładniutkiej
spikerki, a gdy już z nią skończyli, wzięli się za 
członków chóru chłopięcego.
Zdążyłem się ucieszyć, że program się skończył, 
gdy telewizor sam przełączył się

background image

na kanał moskiewski i znany czarownik zaczął 
opowiadać, co zrobić, żeby pozbyć
się teściowej, nie zostawiając śladów. A inny 
demonstrował, jak uzyskać lubczyk
z kompozycji gadów i ziół. Potem zaczęła się 
komedia z życia czartów. Telewizor
zaczął chichotać i parskać, i zapomniał o mnie. 
Odszedłem od ekranu i wtedy
usłyszałem, że coś skrobie w drzwi.
Odkąd opuściła mnie hrabina Niecziporionok, 
nikt nie skrobał w moje drzwi.
Podszedłem do nich na palcach. W drzwi ciągle 
coś skrobało i stukało.
Pomyślałem, że może to siła nieczysta, która 
uciekła z ekranu. Teraz nie brakuje
jej również na mieście.
Od czasu, gdy zabrakło papieru na książki i 
gazety, gdy zamknięto szkoły,
ponieważ przestały być potrzebne, a teatry i 
filharmonie z braku energii
elektrycznej, telewizja była wszystkim. Ja i tak 
miałem szczęście - dostałem
stary, leniwy i pasjonujący się telewizor. 
Pozwalał mi spać i nawet wyłączał
się, gdy jadłem śniadanie czy kolację. Inni mają 
nowiutkie telewizory, ruchliwe
i bardzo groźne. Nie dają się wyłączyć nawet na 
chwilę. A jeśli już się je
wyłączy - kopią prądem.
Przywarłem do drzwi i szeptem zapytałem:
- Kto tam?

background image

- Ja - zaszeleściło w dziurce od klucza. - Proszę 
mnie wpuścić. Nie mogę stać na
schodach. Mogą mnie  zobaczyć.
- Nie kłamie pan?
- Słowo honoru, że nie.
Uchyliłem drzwi. Przez szczelinę wcisnął się 
człowiek, przykryty szarą kołdrą.
Na pierwszy rzut oka trudno było się domyślić, 
że to człowiek: wyglądało to tak,
jakby pełzła sama kołdra - a co, nie może? 
Teraz tyle rzeczy pełza po ulicy. I
tak nie ma nic do jedzenia.
- Niech pan wejdzie - powiedziałem, bo jestem 
dobrze wychowany. Moją mamę
spalono na stosie (za to, że nie chciała latać na 
sabat) dopiero sześć lat temu
i nie zdążyłem jeszcze zapomnieć tego, czego 
mnie nauczyła.
- Nie mogę. Nie chcę, żeby on mnie zobaczył - 
zaszeptał mój gość. - Lepiej niech
pan zrobi głośniej. Wtedy nas nie usłyszy.
Wszedłem do pokoju i  zrobiłem głośniej, prawie 
maksymalnie. Teraz nie
usłyszałby nas nawet, gdybyśmy zaczęli 
krzyczeć.
Człowiek zrzucił kołdrę. Był dużo starszy ode 
mnie, łysy, z podbitym okiem,
jednym wąsem dłuższym od drugiego i siwizną 
na skroniach.
- Pan pozwoli, że się przedstawię . Jakow 
Miakow, dyrektor telewizji.

background image

- Pamiętam, oczywiście - powiedziałem. - 
Niedawno udzielał pan wywiadu i
prezentował pan nową latorośl wampirów 
redakcji sportowej.
- Ciiicho - wyjęczał Jakow Miakow. - Oni są 
wszędzie. Pilnują. Jestem zmuszony
udawać, że też wierzę w czarną i białą magię.
- A przecież u mnie nie ma tego plugastwa.
- Otóż to! - Jakow Miakow usiadł w kucki, 
opierając się plecami o wieszak. -
Chodźmy do łazienki - powiedział. - Ma pan 
łazienkę razem z toaletą? Tak? Niech
pan odkręci wodę.
Abstrahując od jego tragicznej sytuacji, Jakow 
Miakow miał w sobie coś z
przywódcy.
Gdy tylko zamknąłem drzwi od łazienki, w 
przewodzie wentylacyjnym coś
zaszeleściło, kratka upadła na podłogę, a w 
otworze pojawiła się czarnowłosa
główka komentatorki sportowej, Żanny 
Akułowej.
- No to jesteśmy w komplecie - stwierdził Jakow. 
- Zaczynamy zebranie.
- Do mnie tak goście nie przychodzą.
- A kiedy ostatnio byli u pana goście? - zapytała 
z góry Żanna.
- Przecież pani wie, że teraz nikt do nikogo nie 
chodzi.
- Właśnie dlatego do pana przyszliśmy - wyjaśnił 
Jakow Miakow. Kłęby pary

background image

unosiły się nad wanną, kryjąc twarz Żanny.
- Niech pani zejdzie na dół - zaproponowałem.
Razem z Jakowem wyciągnęliśmy ją z przewodu 
i postawiliśmy na podłodze. Żanna
była lekka, giętka i zwinna. Spodobało mi się to.
- Potrzebna nam pana pomoc, Uszkin - 
powiedział Jakow Miakow. - Władzę w
telewizji przejęły diabły, wampiry, astrolodzy, 
przepowiadacze i inne
diabelstwo.
- Jutro przejmą kontrolę nad całym państwem - 
dodała Żanna.
- Zgadza się - przytaknąłem. - Z radością nie 
oglądałbym tego ścierwa, ale
telewizor się złości. Jest u nich na służbie.
- Tak, wiele osób się skarży - westchnął Jakow. - 
Wczoraj w sypialni prezydenta
znaleziono wampirka. Trzeba było przetaczać 
krew.
Żanna chlipnęła. Chwyciła mnie za rękę i mocno 
ścisnęła. Para coraz gęściej
wypełniała łazienkę. Wyglądało to tak, jakby 
moi goście pływali we mgle.
- Normalni ludzie zostali pozbawieni władzy i 
zdrowego rozsądku - ciągnął Jakow
Miakow. - Kraj pogrąża się w nędzy. Na placach 
płoną stosy, wampiry bezkarnie
piją krew w domach dziecka, a nawet zabijają 
noworodki; wiedźmy robią szynkę z
rokujących nadzieję młodzieńców, a rusałki 
znęcają się seksualnie nad

background image

małoletnimi.
- W telewizji też? - zdziwiłem się.
- Mówimy ogólnie - powiedziała szybko Żanna. - 
Może pan odkręcić zimną wodę?
Przyznałem jej rację i woda zrobiła się 
chłodniejsza. Jakow Miakow tymczasem
kontynuował z zapałem.
- Nie dziś, to jutro resztki cywilizacji legną w 
gruzach. I wtedy świat powróci
do stanu pierwotnego.
- Sami jesteśmy sobie winni. - Żanna Akułowa 
wpatrywała się we mnie czarnymi
oczami.
- Oczywiście, że wy - zgodziłem się. - Pamiętam, 
jak się to wszystko zaczęło. Na
początku prowadziliście jakieś tam 
astrologiczne dyskusje, potem z ekranów
zaczęli wytrzeszczać oczy ekstrasensi i 
przepowiadacze, potem pojawili się
pierwsi czarownicy...
- Dosyć, dosyć! - przerwał mi Jakow Miakow. - 
To wszystko wydarzyło się, zanim
mianowano mnie dyrektorem telewizji...
- W płonnej nadziei - podchwyciła Żanna - że 
uda się powstrzymać ten potok
mistyki i czarnoksięstwa.
- Zostałem oblężony we własnym gabinecie - 
westchnął Jakow Miakow. - I dzisiaj
nawet musiałem wydostawać się z niego przez 
okno, po drabince sznurowej.
- Którą przyniosłam pod spódnicą - wyjaśniła 

background image

dzielna Żanna.
- Musi nam pan pomóc! - wykrzyknął Jakow 
Miakow, rzucając mi się do nóg.
Ciężko było to wykonać - w mojej łazience z 
trudem mieszczą się trzy osoby i
jeśli jedna z nich zacznie się rzucać do nóg, to 
pozostali muszą się
rozpłaszczyć na ścianach. Żanna musiała wejść 
na muszlę klozetową. Dzięki temu
zobaczyłem, jakie ma zgrabne nogi.
- Ale jak ja mógłbym pomóc? - zdziwiłem się.
- A zastanawiał się pan kiedyś, dlaczego u pana 
w domu nie ma ani jednego
wampira czy wilkołaka? - zapytała Żanna.
- Ani jednego kosmity lub ekstrasensa? - dodał 
Jakow.
Jakow wstał z podłogi, a ja pomogłem Żannie 
zejść z klozetu.
Przez szparę w drzwiach zajrzał Wasyl. 
Psyknąłem na niego, żeby wrócił do pokoju
przed telewizor, bo inaczej ten zauważy moją 
nieobecność. 
- A w innych domach? - zapytałem.
- Niech pan nie udaje głupiego, Uszkin - 
rozzłościł się Jakow Miakow. - Pana dom
jest jedynym domem w Moskwie, którego unika 
siła nieczysta. I pan dobrze wie
dlaczego.
- Nie wiem.
- Wie pan.
Nie zdążyłem ponownie zaprzeczyć, gdy 

background image

poczułem na policzku dotyk gorących ust
Żanny Akułowej.
- Kochany - wyszeptała - pomyśl o dzieciach, 
zamęczonych zjawami, o ludziach,
utopionych przez rusałki, okłamanych przez 
ekstrasensów, ogołoconych z pieniędzy
przez wróżki! O tych, którzy ukrywają się w 
lasach, bojąc się wrócić do swoich
domów. Pomyśl o losach ludzi, którzy musieli 
zrezygnować z podróży samolotami,
bo samoloty przeszkadzają latającym 
wiedźmom, którzy musieli zamknąć szkoły, bo
duże grupy dzieci przyciągają stada 
wampirów...
- Ale jak? - Wzruszyło mnie zaufanie, jakie 
okazywali mi tacy ważni ludzie.
- Tak samo, jak zrobiłeś to u siebie w domu. 
Tylko musisz to zrobić w studiu, w
Ostankinie, gdzie te potwory gnieżdżą się, 
rozmnażają i skąd wylatują na Moskwę
i cały świat.
- Kiedy? - zapytałem. Chciałem to odroczyć. 
Byłem przerażony.
- Dzisiaj - odpowiedział Jakow Miakow. - 
Dzisiaj oni wszyscy zbierają się w
telewizji, żeby ustalić, kiedy zadać ludzkości 
ostateczny cios.
- A może jutro?
- Kochany - Żanna objęła mnie gorąco. - jeśli 
tego dokonasz, będę twoja.
- Ależ ja nie dlatego - obraziłem się. - Tego by 

background image

jeszcze brakowało!
Jakow Miakow dyskretnie się uśmiechnął, 
najwidoczniej wierząc, że wygrał.
Zegar wybił 21.30.
Nie powiedzieliśmy telewizorowi, że 
wychodzimy. Prawie na pewno zawładnęła nim
już siła nieczysta. Wzięliśmy moją rudą walizkę.
Na dach wyszliśmy przez strych, potem szliśmy 
wśród anten telewizyjnych i
kominów. Gdy schodziliśmy po schodach 
przeciwpożarowych w dzielnicy
Małomoskiewskiej, zauważył nas jakiś astrolog 
w obszernej, długiej szacie. Stał
na dachu sąsiedniego domu i gapił się na 
gwiazdy. Gdy byliśmy już na ulicy,
zobaczyłem, że podtrzymując poły chałatu, 
biegnie do budki telefonicznej.
Jakow Miakow chciał go dogonić i przydusić, 
ale Żanna zaproponowała, żeby biec
podwórkami aż do skrzyżowania, a potem 
między nowymi domami za kinem "Kosmos".
Jeśli nawet widział nas jakiś diabeł, to my i tak 
tego nie zauważyliśmy. Szliśmy
przez podwórka, wśród topoli, osik i nowych 
domów. Gdzieniegdzie paliło się
jeszcze światło i nawet kątem oka dostrzegłem 
na pierwszym piętrze telewizor, z
którego na widzów groźnie patrzył ogolony na 
łyso joga. Na jego ramieniu
zasiadła śpiewająca tenorem wrona.
Biegliśmy, przekazując sobie walizkę. Byliśmy 

background image

zmęczeni. Pod nogami chlupał mokry
śnieg. Pierwszy sygnał alarmowy odebraliśmy, 
gdy widać już było światła ośrodka
telewizji. Zjawa, podobna do świecącej meduzy, 
wypłynęła zza rogu i zamachała
krótkimi łapkami. Chciała nas śmiertelnie 
przerazić. Nie udało jej się to, ale
widok był paskudny. Tyle się już człowiek 
naoglądał tych zjaw, a i tak się do
nich nie przyzwyczaił.
Żanna i Jakow klapnęli w śniegową papkę i 
dalej się czołgali - nie wytrzymali
nerwowo. Biegłem, dźwigając walizkę i 
opędzając się od zjawy, która wezwała na
pomoc latającego ekstrasensa, a ten wił się nade 
mną i wykonywał taneczne pas.
Jakow Miakow pełzł pierwszy, przez cały czas 
skręcając w lewo.
- Przez wejście główne się nie przebijemy! - 
krzyknął. - Ptrzcie, wszystko
pozamykane! Przestraszyli się, dranie!
Rzeczywiście, przed wejściem głównym kręciły 
się jakieś postacie, świeciły się
jakieś przedmioty, może latarki. Żanna wpadła 
w głęboką kałużę, wyciągnąłem ją.
Przy okazji jeszcze raz przekonałem się, jakie 
ma ładne nogi.
- Ktttóra ggggodddzina? - zapytała, szczękając 
zębami.
- Za dwadzieścia dwunasta - odpowiedziałem.
- Będą próbowali zatrzymać czas - stwierdził 

background image

Jakow Miakow. Leżał w śniegu i
prawie nie było go widać. - Ale na Spaskiej 
wieży stoją żołnierze straży
pogranicznej, chłopy na schwał, bezrobotni, z 
nimiim tak łatwo nie pójdzie.
Od wejścia rzucił się na nas tłum. Było ciemno, 
ale w mdłym świetle rzadkich
latarni widziałem wyszczerzone zęby wampirów 
i świecące oczy Obserwatorów
latających talerzy.
- A teraz za mną! - Dyrektor telewizji i nadzieja 
demokracji skoczył na równe
nogi jak prostująca się sprężyna i rzucił się do 
niewidocznych drzwi w budynku
techników.
Pobiegliśmy za nim.
Plugastwo nie spodziewało się po nas takiego 
zrywu i dzięki temu zdążyliśmy
zatrzasnąć za sobą drzwi i zasunąć zasuwę, 
zanim nas dopadli. Drzwiami
wstrząsały uderzenia i wycia, ale my biegliśmy 
już po korytarzach.
Po dziesięciu minutach stanęliśmy przed 
schodami przeciwpożarowymi, które
prowadziły na pierwsze piętro, do gabinetu 
Jakowa Miakowa.
Jako pierwszy zaczął się wdrapywać Jakow. Za 
nim Żanna Akułowa. Przed moimi
oczami migały jej śliczne nogi. Walizka była 
potwornie ciężka.
- Wszystko w porządku - powiedział Jakow.

background image

Wyszliśmy na korytarz i  zobaczyliśmy drzwi do 
jego gabinetu. Jak na złość na
klamce drzemało małe diablątko, jedna z tych 
swołoczy, którymi wysługują się
klany mafijno-zaświatowe.
- Aha! - pisnęło diablątko i odskoczyło, zanim 
Jakow Miakow zdążył je złapać. -
Doniosę, doniosę, doniosę!!!
Żanna rzuciła się za nim, ale nie udało się jej go 
dogonić.
Jakow Miakow otworzył drzwi gabinetu. 
Niepotrzebnie zresztą trudził się
zamykaniem ich na klucz. Na kanapie 
wylegiwała się roznegliżowana
przepowiadaczka, z otwartą na środku księgą 
losu, i paliła kalian; dwie stare
Cyganki grały na podłodze przed stołem 
kartami do tarota, a obok monitora wił
się korzeń mandragory.
Jakow podszedł do selektora i włączył go.
- Studio numer jeden?! - zawołał. - 
Odpowiedzcie!
Na monitorze pojawiła się zaniepokojona twarz 
mojej ulubionej spikerki
Tanieczki.
- Trzymamy się ostatkiem sił! - krzyknęła. - 
Gdzie są obiecane posiłki?
W tym momencie w kadr weszła dłoń szkieletu i 
zacisnęła się na ustach spikerki.
Tania straciła przytomność.
- Która godzina? - zapytał Jakow.

background image

- Za osiem dwunasta - odpowiedziała Żanna 
Akułowa. Widać było, że drży.
- Nie mamy innego wyjścia, musimy biec do 
pierwszego studia.
- Mogą wyłączyć energię - wtrąciłem się.
- Na szczęście są analfabetami i nie mają pojęcia 
o technice. Im się wydaje, że
nauki i techniki nie ma, że światło pali się samo 
z siebie. - Jakow Miakow
zaśmiał się powściągliwie, mimo że wcale nie 
było mu do śmiechu.
Nie bawiła mnie perspektywa biegania tam i z 
powrotem po korytarzach
wypełnionych plugastwem, ale wiedziałem, że 
moim obowiązkiem jest pomóc
ojczyźnie powrócić do normalnego życia. Przez 
siedemdziesiąt pięć lat żyliśmy
pod panowaniem wilkołaków, zwanych 
komunistami, potem, po krótkim okresie
demokracji, znowu nastąpiło panowanie 
wilkołaków, tym razem prawdziwych. I teraz
one, nie przestając się rozmnażać, żerują jak 
pasożyty na naszych zabobonach,
lękach i nadziejach. Nie przypadkiem najwięcej 
wszelkiego rodzaju astrologów,
ekstrasensów, przepowiadaczy i wampirów 
kręci się wokół szpitali - im gorzej
czuje się człowiek, tym lepiej powodzi się 
wszelkiego rodzaju
kaszpirowszczyźnie.
Szliśmy po korytarzach telewizji udając, że 

background image

właściwie nic takiego się nie
dzieje. Oto idzie dyrektor Jakow Miakow, 
pogodzony z tym, że władzę przejęły
wampiry. Obok niego czarująca, szczuplutka 
Żanna Akułowa z nowym mężnym
wielbicielem, niosącym w ręku walizkę.
Mijali nas inni pracownicy telewizji, każdy 
gdzieś się spieszył, każdy miał coś
do załatwienia. W telewizji muszą przecież 
pracować zwykli ludzie, w przeciwnym
razie staną maszyny, bo diabelstwo nie ma 
pojęcia, jak zbudowany jest parowóz.
Z przeciwka szedł jakiś diabeł wyższego 
zaszeregowania, jego rozłożyste poroże
unosiło się nad łbem. Obok niego, z ożywieniem 
szczebiocząc, dreptała
podstarzała brunetka Dżunna. Za nią biegli 
ochroniarze, od czasu do czasu
strzelając gdzie popadnie. Musieliśmy uważać, 
żeby nie nadepnąć na trupy.
Myśleliśmy, że dotrzemy do studia bez przygód, 
ale plugastwo nas oszukało.
Gdy tylko Jakow Miakow otworzył drzwi, ze 
wszystkich stron rzuciły się na nas
wampiry, astrologowie, wilkołaki, drapieżne 
rusałki i przepowiadacze z żółtą
watą wystającą z owłosionych uszu. Napadem 
kierowała, nie wychodząc z
moździerza, ohydna wiedźma, z braku miotły 
wymachująca szczotką do podłogi.
Zostaliśmy związani i zawleczeni na scenę, nad 

background image

którą ciągle wisiał napis TĘCZA
TWÓRCZOŚCI LUDOWEJ.
- Niech wszyscy to zobaczą! - zawyła wiedźma. - 
Włączyć wszystkie programy!
Słyszycie mnie?
- Słyszymy - odpowiedzieli smętnie zniewoleni 
operatorzy i reżyserzy.
- Włączyć Interwizję i Eurowizję! Włączyć 
wolne miasto Brześć! Niech cały świat
zobaczy, co robimy ze zdrajcami i wrogami 
wielkiego mistycznego bractwa!
Z prawej strony wieszała się na mnie młoda, 
śmierdząca zdechłymi rybami
rusałeczka; z lewej trzymał mnie wilkołak, który 
to zaczynał zmieniać się w
wilka, to, przyłapując się na tym, znowu 
przybierał rysy człowieka.
Zapłonęły monitory.
- Cisza w studio! - wrzasnął astrolog ze znanej 
bandy grabiącej w wolne dni
turystów na wielkiej drodze Smoleńskiej.
Wiedźma uderzyła moździerzem w scenę. 
Jupitery zwróciły w naszą stronę swoje
oślepiające mordy. Wiedziałem, czułem, że 
studio jest dosłownie nabite
plugastwem, które przybiegło świętować zgubę 
ostatniego ludzkiego dyrektora
telewizji, nieulękłej Żanny Akułowej i mnie, 
skromnej ostoi sił trzeźwości w
świecie szaleństwa.
- Dokładnie o północy - wyła wiedźma - pod 

background image

moim przywództwem, na oczach
miliardów telewidzów, kolektywnie 
rozszarpiemy tę złowieszczą trójcę...
Pozostała minuta...
Żanna popatrzyła na mnie.
- Jaka szkoda - powiedziała cicho - jaka szkoda, 
że spotkaliśmy się tak późno...
- To się jeszcze okaże.
- Panowie, towarzysze, obywatele - krzyknął 
Jakow Miakow, który nawet w takim
momencie pozostawał nieulękłym demokratą. - 
Triumf ciemnych sił irracjonalizmu
nie jest wieczny! Ludzkość zwycięży! A wy 
wszyscy skończycie w swoich tartarach!
- Kończ z nimi! - zawyła wzburzona sala.
Głośno i dźwięcznie wybił zegar.
Pierwsze uderzenie...
I wtedy przy akompaniamencie wyjącego tłumu 
podniosłem rękę z wiszącą na niej
rusałką i palnąłem nią wilkołaka w łeb. 
Wilkołak wbił w jej ciało swoje wilcze
kły.
Odskoczyłem.
Schyliłem się i otworzyłem walizkę.
Czując, że coś jest nie w porządku, wampiry i 
astrologowie rzucili się na mnie.
Ale było już za późno.
Zegar wybił po raz drugi, trzeci i czwarty. 
Wasyl, wypuszczony z walizki,
wleciał na jakąś poprzeczkę i głośno, na całe 
gardło, zapiał.

background image

- Kukurykuuu!!!
Jak rażone gromem zamarły wampiry, obwisły 
rusałki, westchnęły leśne licha,
zadrżeli ekstrasensi...
Pięć, sześć, siedem...
- Kukurykuuu! - rozległa się triumfalnie 
zwycięska pieśń Wasyla.
Mój bohater i przyjaciel, który tak niezawodnie 
chronił moje mieszkanie od
plugastwa, bojącego się jak śmierci koguciego 
krzyku... Teraz miał obronić
telewizję i cały mój piękny kraj...
Osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście...
- Kukurykuuu!!! - zapiał po raz trzeci kogut.
I wszyscy zniknęli - i wiedźmy, i 
przepowiadacze, i wróżki, i czarownicy, i
wampiry, i wodniki, i kandydaci nauk 
medycznych...
W sali było głośno i bardzo pusto... Na podłodze 
lśniła złota szpilka starej
wróżki-akuszerki.
Ktoś nieśmiało zaklaskał. Pewnie któryś z 
techników.
Żanna odwróciła się do mnie i zapytała:
- Co pan robi dziś wieczorem?
- Co pani rozkaże - odparłem.
Kogut usiadł mi na ramieniu.
- Niech pan nie przecenia swoich osiągnięć, 
Uszkin - powiedział srogo Jakow
Miakow. - To dopiero początek walki. 
Plugastwo jest praktycznie niezniszczalne.

background image

Przełożyła Ewa Skórska
Kir Bułyczow

Wybór

Było duszno, miałem ochotę zrobić przeciąg, ale 
przez 
cały czas ktoś zamykał drzwi. Byłem zmęczony. 
Tak bardzo, że 
przez pięć minut, zanim podniosłem słuchawkę, 
próbowałem 
wymyślić prawdopodobny pretekst, który 
przeszkodzi mi 
zobaczyć się z Katrin. A potem, gdy wykręcałem 
numer, 
wyobraziłem sobie, że Katrin zaraz powie, że nie 
może się ze 
mną spotkać, bo ma zebranie. Odebrała Katrin i 
powiedziała, 
że mogłem zadzwonić wcześniej. Obok stołu z 
telefonem stanął 
Krogius, położył na stole siatkę z konserwami i 
cukrem - 
wybierał się na daczę. Stał obok i czekał, aż 
skończę 
rozmowę. Patrzył na mnie żałośnie. Katrin 
mówiła cicho. 
- Co? - zapytałem. - Mów głośniej.
- Za czterdzieści minut - powiedziała Katrin. - 
Tam, 
gdzie zawsze.

background image

- No widzisz - powiedziałem do Krogiusa, gdy 
odłożyłem 
słuchawkę. - Dzwoń.
- Dziękuję - powiedział Krogius. - Żona zaraz 
wychodzi z 
pracy.
Przed wejściem do laboratorium czekała na 
mnie panienka z 
biblioteki. Powiedziała, że przez dawa lata nie 
płaciłem 
składek na Czerwony Krzyż i że mam 
wstrzymany abonament, bo 
nie oddałem ośmiu książek. Zupełnie 
zapomniałem o tych 
książkach. Przynajmniej dwie z nich wziął 
Suren. A Suren 
wyjechał do Armenii.
- Będzie pan występował na posiedzeniu? - 
zapytała mnie 
panienka z biblioteki.
- Nie - powiedziałem i uśmiechnąłem się 
uśmiechem 
Łanowego. Albo Jeana-Paula Belmondo.
Panienka powiedziała, że jestem wspaniałym 
aktorem, 
szkoda tylko, że się nie uczę. Powiedziałem, że 
nie muszę 
się uczyć, bo i tak wszystko umiem.
- Dobrze mi z panem - powiedziała panienka. - 
Jest pan 
dobrym człowiekiem.

background image

- Nieprawda - powiedziałem. - Udaję.
Panienka nie uwierzyła i poszła, prawie 
szczęśliwa. Ale 
ja nie kłamałem. Udaję. Było duszno. Poszedłem 
na plac 
Puszkina pieszo, żeby zabić czas. Przed salą 
koncertową im. 
Czajkowskiego w kiosku sprzedawano goździki, 
ale zwiędnięte. 
A poza tym pomyślałem, że jeśli pójdziemy 
gdzieś z Katrin, 
będę wyglądał jak amant.
Owładnęło mną głupie uczucie, jak gdyby to 
wszystko już 
było. I nawet ten posępny dzień. I Katrin tak 
samo czeka na 
mnie na półokrągłej długiej ławce. A u stóp 
Puszkina powinny 
stać doniczki z przywiędłymi kwiatami i 
bukiecik wyblakłych 
bławatków.
Tak też było. Nawet bławatki. Ale Katrin się 
spóźniła i 
to ja usiadłem na pustym brzegu ławki. Nie 
sięgał tutaj cień 
krzaków i dlatego nikt nie siadał. W cieniu 
gnietli się 
niemieccy turyści z zakupami, a dalej, tu i 
ówdzie siedzieli 
staruszkowie i tacy jak ja, którzy na kogoś 
czekali. Jeden 

background image

staruszek głośno mówił do sąsiada:
- To zbrodnia siedzieć w Moskwie w taką 
pogodę. Zbrodnia.
Złościł się, tak, jakby ktoś był temu winien. 
Katrin nie 
przyszła sama. Za nią, a raczej obok niej, szedł 
wysoki, 
szeroki w ramionach mężczyzna z kilkudniową 
bródką, 
nieumiejętnie przyklejoną do podbródka i 
policzków. Nadawało 
mu to wygląd oszusta. Mężczyzna miał na 
głoswie biały 
kaszkiecik. Jeśli byłoby chłodniej, założyłby 
zamszową 
marynarkę. Patrzyłem na niego dlatego, że na 
Katrin nie 
musiałem patrzeć. I tak ją znałem. Katrin jest 
podobna do 
małego doga - ręce i nogi ma za duże i jest ich za 
dużo, ale 
na tym właśnie polega jej urok.
Katrin odszukała mnie wzrokiem, podeszła i 
usiadła. Mężczyzna 
usiadł obok. Katrin udała, że mnie nie zna, ja 
też nie 
patrzyłem w jej stronę. Mężczyzna powiedział:
- Gorąco tutaj. Piekielny skwar. Można dostać 
porażenia 
słonecznego.
Katrin patrzyła prosto przed siebie, a on 

background image

podziwiał jej 
profil. Chciał dotknąć jej ręki, ale nie miał 
śmiałości i 
jego palce mimo woli zawisły nad jej dłonią. 
Mężczyzna miał 
mokre czoło, świeciły mu się policzki.
Katrin odwróciła się od niego, zabrała swoją 
rękę z 
kolana i nie patrząc na mnie, samymi wargami, 
powiedziała:
- Zamień się w pająka. Przestrasz go na śmierć. 
Tylko 
tak, żebym nie widziała.
- Pani coś mówiła? - zapytał mężczyzna i 
dotknął jej 
łokcia. Jego palce zamarły od dotyku chłodnej 
skóry.
Pochyliłem się do przodu, żeby spotkać jego 
wzrok i 
przeistoczyłem się w wielkiego pająka. Miałem 
prawie 
półmetrowej długości ciało i metrowe łapy. 
Wymyśliłem sobie 
szczękonóża podobne do krzywych pił, 
wymazane śmierdzącym 
jadem. Na plecy wpakowałem sobie ruchliwe 
młode. Młode też 
ruszały szczękonóżami i wydzielały jad.
Mężczyzna nie od razu pojął, co się stało. 
Zmrużył oczy, 
ale nie zabrał ręki z łokcia Katrin. Wtedy 

background image

przeistoczyłem 
Katrin w pajęczycę i zmusiłem go, żeby poczuł 
pod palcami 
chłód i śluz chitynowego pancerza. Mężczyzna 
przycisnął 
rozcapierzone palce do piersi, a drugą ręką 
zamachał przed 
oczami.
- Do diabła - powiedział. Wydawało mu się, że 
zasłabł, 
ale najwidoczniej, jak wielu takich dużych 
mężczyzn, był 
nieufny. Zmusił się, żeby jeszcze raz spojrzeć w 
moją stronę 
i wtedy wyciągnąłem do niego przednie łapy z 
pazurami. I on 
uciekł.
Wstyd mu było uciekać, ale nie mógł opanować 
strachu. 
Niemcy rzucili się do toreb z zakupami. 
Staruszkowie 
popatrzyli w ślad za nim.
Katrin zaśmiała się.
- Dziękuję - powiedziała. - Dobrze ci to 
wychodzi.
- Nie uciekłby - powiedziałem. - Gdybym ciebie 
nie 
zamienił w pajęczycę.
- Jak ci nie wstyd - powiedziała Katrin.
- Dokąd pójdziemy? - zapytałem.
- Dokąd chcesz - powiedziała Katrin.

background image

- Bardzo dzisiaj duszno - powiedziałem. - Gdzie 
on się do 
ciebie przyczepił?
- Szedł za mną od kina. Powiedziałam mu, że 
czeka na mnie 
mąż, ale potem postanowiłam, że dam mu 
nauczkę za jego 
pewność siebie. Może pójdziemy do parku? 
Napijemy się piwa.
- Tam jest mnóstwo ludzi - powiedziałem.
- Dzisiaj piątek. Sam przecież mówiłeś, że w 
piątek 
wszyscy inteligentni ludzie jadą za miasto.
- Jak chcesz.
- No to chodźmy złapać taksówkę.
Na postoju była spora kolejka. Słońce opuściło 
się na 
dachy i wydało się, że za bardzo zbliżyło się do 
Ziemi.
- Zrób coś - powiedziała Katrin.
Wyszedłem z kolejki i poszedłem łapać okazję. 
Nigdy tego 
nie robię, tylko dla Katrin. Na rogu zobaczyłem 
pusty 
samochód i przeistoczyłem się w Jurija 
Nikulina.
- Dokąd? - zapytał kierowca, gdy wsunąłem do 
samochodu 
głowę Nikulina.
- Do Sokolników.
- Siadaj, Jura - powiedział kierowca.

background image

Zawołałem Katrin. Gdy szliśmy do samochodu, 
zapytała:
- Kogo mu pokazałeś?
- Jurija Nikulina - odpowiedziałem.
- Słusznie - powiedziała Katrin. - Będzie dumny, 
że cię 
wiózł.
- Przecież wiesz...
- Coś dawno cię w kinie nie widziałem, Jura - 
powiedział 
kierowca, rozkoszując się możliwością 
obcowania ze mną.
- Jestem zajęty w cyrku - powiedziałem.
Musiałem przez cały czas o nim myśleć, chociaż 
wolałbym 
patrzeć na Katrin. Katrin była w dobrym 
humorze. Przygryzła 
dolną wargę i końce ostrych kłów wbiły się w 
różową skórę. 
Kierowca był bardzo rozmowny. Dałem mu 
rubla, a on 
powiedział, że zachowa go na pamiątkę.
Pod dużymi drzewami, przy wejściu było 
chłodno. Wszystkie 
miejsca na ławeczkach były zajęte. Przed nami, 
za okrągłym 
basenem, wznosiła się kopuła - pozostałość po 
Amerykanach, 
którzy robili tu wystawę. Teraz też była tu 
wystawa "Inter-
coś-71". Pomyślałem, że jeśli Gurow do 

background image

poniedziałku 
przeczyta referat, który napisaliśmy z 
Krogiusem, to we 
wtorek przyjdzie do laboratorium. Krogius nie 
miał pojęcia, 
co właściwie narobiliśmy. Ja wiedziałem. 
- Chodźmy bardziej w lewo - powiedziała 
Katrin.
W lesie, poprzecinanym ścieżkami, pod jakimś 
dawno nie 
malowanym płotem, Katrin rozłożyła dwie 
gazety i usiedliśmy 
na trawie. Katrin zachciało się piwa. Wyjąłem 
butelkę z 
teczki. Kupiłem ją po drodze z pracy, bo 
pomyślałem, że 
Katrin będzie miała ochotę na piwo. Nie było 
czym otworzyć 
butelki. Podszedłem do płotu, żeby wykorzystać 
brzeg 
sztachety. Przed płotem był duży rów i 
pomyślałem, że mogę 
nad nim przelecieć, nie przeskoczyć, ale 
przelecieć. Ale na 
ścieżce pojawiły się dwie kobiety z dziecięcymi 
wózkami, 
więc przeskoczyłem przez rów. 
- Chciałabyś latać? - zapytałem Katrin.
Katrin patrzyła mi prosto w oczy i zauważyłem, 
jak
zmniejszyły się jej źrenice, gdy padło na nie 

background image

światło 
słoneczne.
- Nic nie rozumiesz - powiedziała. - Nie umiesz 
czytać w 
myślach.
- Nie umiem - powiedziałem.
Piliśmy piwo z butelki i przekazywaliśmy ją 
sobie jak 
fajkę pokoju.
- Okropnie gorąco - powiedziała Katrin. - I 
wszystko 
dlatego, że nie pozwalasz mi spinać włosów.
- Ja?
- Powiedziałeś, że bardziej ci się podoba, gdy 
mam 
rozpuszczone włosy.
- Podobasz mi się zawsze - powiedziałem.
- Ale z rozpuszczonymi włosami bardziej.
- Z rozpuszczonymi bardziej.
Przyjąłem jej ofiarę.
Katrin siedziała, opierając się dłonią o trawę. 
Miała 
szczupłą i silną rękę.
- Katrin - powiedziałem. - Wyjdź za mnie. 
Kocham cię.
- Nie wierzę ci - powiedziała Katrin.
- Nie kochasz mnie.
- Głupi - powiedziała Katrin.
Nachyliłem się do samej ziemi i pocałowałem po 
kolei 
wszystkie jej długie opalone palce. Katrin 

background image

położyła mi na 
karku drugą dłoń.
- Dlaczego nie zgadzasz się za mnie wyjść? - 
zapytałem. - 
Chcesz, będę dla ciebie zawsze piękny. Jak 
amant filmowy.
- Zmęczysz się - powiedziała Katrin.
- A mimo to?
- Nigdy za ciebie nie wyjdę - powiedziała Katrin. 

Jesteś przybyszem z kosmosu. Obcym. 
Niebezpiecznym.
- Wychowałem się w domu dziecka - 
powiedziałem. - Wiesz o 
tym. I obiecuję, że nigdy nie będę nikogo 
hipnotyzować. Tym 
bardziej ciebie.
- A wmawiałeś mi już coś?
Zabrała dłoń z mojego karku i poczułem, jak jej 
palce 
zamarły w powietrzu.
- Tylko wtedy, gdy prosiłaś. Gdy bolał cię ząb. 
Pamiętasz? I gdy chciałaś zobaczyć żyrafę na 
placu 
Komsomolskim.
- Zasugerowałeś mnie, żebym cię pokochała.
- Nie mów głupstw i połóż łapkę na swoje 
miejsce. Tak 
było mi wygodniej.
- Oszukujesz mnie?
- Chcę, żebyś naprawdę mnie pokochała.

background image

Dłoń wróciła na miejsce i Katrin powiedziała:
- Nie wierzę ci.
Dopiliśmy piwo i postawiliśmy butelkę w 
widocznym 
miejscu, żeby ten, kto będzie jej potrzebował, 
znalazł ją i 
sprzedał. Rozmawialiśmy o zupełnie 
nieistotnych rzeczach, 
nawet o ojczymie Tatiany, o ludziach, którzy 
przechodzili 
obok nas. Wyszliśmy z parku, gdy zrobiło się 
całkiem ciemno 
i długo staliśmy w kolejce do taksówki. Gdy 
odprowadziłem 
Katrin pod dom, nie chciała mnie pocałować na 
pożegnanie i 
nie ustaliliśmy nic na przyszłość.
Poszedłem do domu pieszo, było mi smutno i 
wymyśliłem 
perpetuum mobile, a potem udowodniłem, że 
ono i tak nie 
będzie działać. Dowód okazał się bardzo trudny 
i niemalże 
zapomniałem o Katrin, gdy doszedłem do swojej 
ulicy. I wtedy 
zrozumiałem, że gdy przyjdę do domu, 
zadzwoni telefon i 
Krogius powie, że nic nam z tego nie wyjdzie. 
Nie chciało mi 
się obchodzić długiego gazonu i zdecydowałem, 
że przelecę 

background image

nad nim. Latanie było dość trudne, dlatego że co 
chwilę 
traciłem równowagę. Z tego powodu nie 
zdecydowałem się 
wlecieć do siebie na trzecie piętro, chociaż okno 
było 
otwarte. Wszedłem po schodach. 
Gdy otwierałem drzwi, uzmysłowiłem sobie, że 
ktoś siedzi 
w ciemnym pokoju i czeka na mnie. 
Zatrzasnąłem za sobą 
drzwi i, nie śpiesząc się, zamknąłem je na 
łańcuch. Potem 
zapaliłem światło w przedpokoju. Człowiek, 
który siedział w 
ciemnym pokoju, wiedział, że go wyczuwam, ale 
nie ruszał 
się. Zapytałem:
- Dlaczego pan siedzi po ciemku?
- Zdrzemnąłem się - odpowiedział człowiek. - 
Długo pana 
nie było.
Wszedłem do pokoju, zapaliłem światło i 
powiedziałem:
- Może zrobić kawę?
- Nie, chyba że dla siebie. Ja dziękuję.
Sprawiał wrażenie poważnego człowieka. 
Dlatego ja też 
przybrałem stateczny wygląd i wmówiłem 
gościowi, że mam na 
sobie niebieski krawat w paski. Gość uśmiechnął 

background image

się i 
powiedział:
- Proszę się nie wysilać, lepiej niech pan zrobi 
kawę.
Poszedł za mną do kuchni, wyjął z kieszeni 
zapałki i 
zapalił gaz. Ja w tym czasie sypałem kawę do 
filiżanki.
- Nie czuje się pan samotny? - zapytał.
- Nie.
- Nawet dzisiaj?
- Dzisiaj tak.
- A dlaczego nie ożenił się pan do tej pory?
- Dziewczęta mnie nie kochają.
- A może przyzwyczaił się pan do samotności?
- Może.
- Ale ma pan przyjaciół?
- Mam dużo przyjaciół.
- Ale mają pana gdzieś?
- Nieprawda. Jak pan wszedł do mieszkania?
Człowiek wzruszył ramionami i powiedział:
- Przyleciałem. Okno było otwarte.
Stał z przechyloną na bok głową i przyglądał mi 
się, 
jakby czekając, że wyrażę zdziwienie. Ale ja nie 
zdziwiłem 
się, przecież omal nie zrobiłem tego samego, 
bałem się 
tylko, że stracę równowagę i uderzę się w 
balustradę 
balkonu. Człowiek ze smutkiem pokiwał głową i 

background image

powiedział:
- Żadnych wątpliwości - i poprawił binokl.
Mógłbym przysiąc, że trzy minuty temu nie miał 
żadnego 
binokla. Nalałem kawy do filiżanki, wziąłem 
paczkę wafli i 
poprosiłem gościa do pokoju. Byłem zmęczony 
upałem i 
rozmowami prowadzącymi donikąd.
- Niech pan zdejmie buty - zatroszczył się gość. - 
Żeby 
nogi odpoczęły.
- Bardzo pan miły - powiedziałem. - Najpierw 
wypiję kawę, 
czuję się taki senny. 
Człowiek przeszedł się po pokoju, zatrzymał się 
przy 
regale z książkami i przejechał palcem po 
grzbietach książek 
jak kijem po sztachetach.
- A więc - powiedział głosem profesjonalisty. - 
Nie raz 
zadawał pan sobie pytanie: dlaczego nie jest pan 
taki jak 
inni? I nie znajdował pan na nie odpowiedzi. A 
jednocześnie 
coś pana powstrzymywało przed pójściem do 
lekarza.
- Jestem taki sam jak inni - odpowiedziałem i 
pożałowałem, że go nie posłuchałem. Trzeba 
było zdjąć buty.

background image

- Jeszcze w domu dziecka uczył się pan lepiej od 
swoich 
rówieśników. Znacznie lepiej. Zadziwiał pan 
nawet 
nauczycieli.
- Drugie miejsce w olimpiadzie matematycznej - 
powiedziałem. - Ale nauczycieli nie zadziwiłem. 
I medalu nie 
dostałem.
- Nie zdobył go pan celowo - powiedział gość. - 
Pańskie 
zdolności peszyły pana. Przekonał pan nawet 
Krogiusa, że 
jest pełnoprawnym współautorem. A to 
nieprawda. Ma pan 
potężną siłę przekonywania. Każdemu 
normalnemu człowiekowi 
może pan wmówić diabli wiedzą co.
- A panu? - zapytałem.
- Mnie nie - odpowiedział mój gość i przeistoczył 
się w 
nieduży pomnik Pierwszego Drukarza Iwana 
Fiodorowa.
- Interesujące - powiedziałem. - Zaraz mi pan 
powie, że 
jest pan moim krewnym i łączy nas 
niedostrzegalna więź 
genetyczna.
- Słusznie - powiedział gość. - Jeśli byłoby 
inaczej, nie 
domyśliłby się pan, że czekam na pana, i 

background image

przynajmniej by się 
pan zdziwił, widząc nieznajomego człowieka w 
zamkniętym 
mieszkaniu. Zdziwiłoby pana moje wyznanie, że 
wleciałem na 
trzecie piętro. A propos, umie pan już latać?
- Nie wiem - przyznałem się. - Dzisiaj pierwszy 
raz 
spróbowałem. A co jeszcze umiem robić?
- Wystarczy, że spojrzy pan na kartkę, a 
zapamięta pan 
jej treść. Dodaje pan, mnoży, wyciąga 
pierwiastki z taką 
łatwością i szybkością, że mógłby pan z 
powodzeniem 
występować na estradzie. Może pan nie spać 
przez kilka dni, 
nie jeść również.
- Mimo że lubię robić i jedno i drugie i nie 
ciągnie mnie 
na estradę.
- Przyzwyczajenie - powiedział chłodno gość. - 
Wpływ 
środowiska. W domu dziecka pilnowano, żeby 
wszystkie dzieci 
w nocy spały. Dostrzega pan związek między 
faktami i 
zjawiskami pozornie ze sobą nie związanymi. 
Jest pan 
geniuszem na lokalną skalę. Chociaż nie 
wszystkie swoje 

background image

zdolności umie pan wykorzystać, nie o wszystkie 
się pan 
podejrzewa.
- Na przykład? - zapytałem.
Gość w tym samym momencie rozpłynął się w 
powietrzu i 
pojawił się za moimi plecami, w drzwiach. Po 
czym nie 
spiesząc się wrócił do regału, wyjął stamtąd 
słownik 
angielsko-rosyjski i rzucił nim. Słownik zastygł 

powietrzu.
- I to wszystko mnie czeka? - zapytałem bez 
specjalnego 
entuzjazmu.
- To jeszcze nie wszystko.
- Jak dla mnie wystarczy.
- Jeśli będzie się pan uczył. Jeśli wróci pan do 
naturalnego dla siebie otoczenia. Jeśli znajdzie 
się pan 
wśród takich jak pan.
- Tak - powiedziałem. - To znaczy, że jestem 
mutantem, 
potworem genetycznym. W dodatku nie jestem 
sam.
- To nie tak - powiedział gość. - Po prostu jest 
pan 
tutaj obcy.
- Urodziłem się tu.
- Nie.

background image

- Urodziłem się w osadzie. Moi rodzice zginęli 
podczas 
pożaru lasu. Znaleźli mnie strażacy i zawieźli do 
miasta.
- Nie.
- No to niech pan powie.
- Powinniśmy byli znaleźć pana wcześniej. Ale to 
nie 
takie proste. Myśleliśmy, że nikt nie przeżył. To 
był statek 
zwiadowczy. Statek kosmiczny. Byli tam pana 
rodzice. Statek 
wybuchł. Spłonął. Zdążyli wyrzucić pana ze 
statku. Palił się 
las. W pożarze spłonęło osiedle przedsiębiorstwa 
przemysłu 
leśnego. Strażacy, którzy znaleźli pana żywego i 
całego, 
tylko bardzo głodnego, nie wiedzieli, że do końca 
pożaru 
otaczało pana pole siłowe.
Słuchałem go, ale męczyło mnie coś zupełnie 
innego.
- Niech pan powie - spytałem. - Jak ja naprawdę 
wyglądam?
- Zewnętrznie? Musi pan to wiedzieć?
- Tak.
Gość przeistoczył się w jakąś opływową 
substancję, 
półprzezroczystą, płynną, zmieniającą kształt i 
kolor, ale 

background image

nie pozbawioną pewnego wdzięku.
- To też sugestia?
- Nie.
- Ale ja przecież staram się być człowiekiem. Ja 
jestem 
człowiekiem.
- Bez tego nie przeżyłby pan na Ziemi. 
Myśleliśmy, że pan 
zginął. A pan się przystosował. Gdyby nie moja 
wizyta, do 
końca życia niczego by się pan nie domyślił.
- Muszę z panem odlecieć? - zapytałem.
- To oczywiste - powiedział gość. - Przecież mi 
pan 
wierzy.
- Wierzę - powiedziałem. - Zadzwonię tylko do 
Krogiusa.
- Nie ma potrzeby - powiedział gość. - To, co 
razem 
zrobiliście, na razie nie jest Ziemi potrzebne. Nie 
zrozumieją was. Akademicy wyśmialiby pana. 
Dziwi mnie, że w 
ogóle udało się panu spowodować, żeby Krogius 
uwierzył w tę 
fantazję.
- Ale to przecież nie są brednie?
- Nie. Za sto lat Ziemianie sami do tego dojdą. A 
nasza 
rola polega na przyglądaniu się. Co prawda, 
czasem się nam 
wydaje, że ta cywilizacja znalazła się w ślepej 

background image

uliczce.
Podniosłem słuchawkę.
- Prosiłem, żeby pan nie dzwonił do Krogiusa.
- Dobrze - odpowiedziałem. I wykręciłem numer 
Katrin.
Gość położył dłoń na widełki. Znowu przybrał 
ludzką 
postać.
- To już skończone - powiedział. - Samotność 
również. I 
przymus życia wśród istot nie dorównujących 
nam pod tyloma 
względami. Pod każdym względem. Gdybym 
pana nie znalazł, 
zginąłby pan. Jestem tego pewien. Musimy się 
spieszyć. 
Statek na nas czeka. Wcale nie jest łatwo dostać 
się aż 
tutaj, na koniec Galaktyki. I raczej rzadko 
bywają tu nasze 
statki. Niech pan zamknie mieszkanie. Nie od 
razu zorientują 
się, że pana nie ma.
Gdy byliśmy już na schodach, zadzwonił telefon. 
Zrobiłem 
krok do tyłu.
- To Krogius - powiedział gość. - Rozmawiał z 
Gurowem. I 
Gurow nie zostawił suchej nitki na pańskiej 
pracy. Teraz 
Krogius o wszystkim zapomni. Szybko zapomni.

background image

- Wiem - odpowiedziałem. - To był Krogius.
Szybko dolecieliśmy do statku. Wisiał nad 
krzewami, był 
nieduży, półprzezroczysty, na pierwszy rzut oka 
absolutnie 
niezdolny do dalszych podróży. Wisiał nad 
krzewami w 
Sokolnikach i nawet się obejrzałem, miałem 
nadzieję, że 
zobaczę pustą butelkę po piwie.
- Ostatnie spojrzenie? - zapytał gość.
- Tak - powiedziałem.
- Niech pan spróbuje przezwyciężyć smutek - 
powiedział 
gość. - Nie rodzi go rozstanie, lecz niepewność, 
niemożność 
zajrzenia w przyszłość. Jutro się pan uśmiechnie 
na myśl o 
małych radościach i małych troskach, które 
otaczały pana 
tutaj. Trosk było więcej.
- Więcej - zgodziłem się. I otuliło mnie miękkie i 
ciepłe 
powietrze statku.
- Startujemy - powiedział gość. - Nie poczuje 
pan 
przeciążenia. Niech mi się pan uważniej 
przyjrzy. Ziemska 
powłoka nie chce pana opuścić.
Gość przelewał się perłowymi falami, 
majstrując przy 

background image

przyrządach sterowniczych.
Przez półprzezroczystą podłogę statku 
zobaczyłem, jak 
ciemna zieleń parku coraz szybciej się oddala, 
jak zlewają 
się i maleją dróżki ulicznych świateł i ławice 
okien. Moskwa 
zmieniła się w jasną plamę na czarnym ciele 
Ziemi.
- Nigdy nie będzie pan żałował - powiedział do 
mnie gość. 
- Włączę muzykę i zrozumie pan, jakie wyżyny 
może osiągnąć 
rozum zwrócony ku pięknu.
Muzyka przyszła z zewnątrz, wpłynęła do 
statku, miękko 
pochwyciła nas i popłynęła do gwiazd. Była 
doskonała, tak 
jak doskonałe jest rozgwieżdżone niebo. To był 
ten ideał, do 
którego ciągnęło mnie w puste noce, w chwilach 
zmęczenia i 
rozdrażnienia.
Wtedy usłyszałem, że w opuszczonym, nie 
posprzątanym 
mieszkaniu znowu zadzwonił telefon, telefon, 
którego 
słuchawka była owinięta niebieską taśmą 
izolacyjną dlatego, 
że jeden z moich podpitych przyjaciół zrzucił go 
ze stołu, 

background image

żeby zrobić miejsce dla szachownicy.
- Wracam - powiedziałem gościowi.
- Nie - powiedział. - Za późno na powrót. A poza 
tym nie 
ma sensu wracać do przeszłości. Do dalekiej 
przeszłości.
- Do widzenia - powiedziałem.
Opuściłem statek. Tego wieczoru nauczyłem się 
wielu 
rzeczy. Wcześniej nie podejrzewałem nawet ich 
istnienia.
Ziemia przybliżała się. Moskwa z małej jasnej 
plamki 
zmieniła się w bezkresną ławicę świateł. Z 
trudem odnalazłem 
mój czteropiętrowy blok, nudny i bardzo 
podobny do swoich 
braci.
Dogonił mnie głos gościa:
- Skazuje się pan na życie pełne niedomówień, 
mąk i 
poniżeń. Przez całe życie będzie pan pragnął 
dotrzeć do mnie, 
do nas. Ale będzie już za późno. Niech się pan 
opamięta. Nie 
wolno panu wracać.
Drzwi na balkon były otwarte na oścież. Telefon 
już nie 
dzwonił. Wymacałem go, nie zapalając światła. 
Zadzwoniłem do 
Katrin i zapytałem:

background image

- Dzwoniłaś do mnie, Kasiu?
- Zwariowałeś - powiedziała Katrin. - Pierwsza 
godzina! 
Obudzisz wszystkich sąsiadów.
- Dzwoniłaś?
- To pewnie ten twój zwariowany Krogius 
dzwonił. Szuka 
cię po całym mieście. Ma jakieś 
nieprzyjemności.
- Szkoda - powiedziałem.
- Krogiusa?
- Nie, szkoda, że to nie ty dzwoniłaś.
- A dlaczego miałabym do ciebie dzwonić?
- Żeby powiedzieć, że zgadzasz się wyjść za 
mnie.
- Oszalałeś. Powiedziałam przecież, że nigdy nie 
wyjdę za 
mąż za przybysza z kosmosu, a w dodatku 
potwora moralnego, 
który może mi wmówić, że jest Jeanem-Paulem 
Belmondo.
- Nigdy?
- Kładź się spać - powiedziała Katrin - bo cię 
znienawidzę.
- O której jutro kończysz pracę?
- Nie interesuj się. Jestem umówiona.
- Jesteś umówiona ze mną - powiedziałem 
groźnie.
- No dobrze, z tobą - powiedziała Katrin. - Ale 
nie 
wyobrażaj sobie za dużo.

background image

- Prawie nie jestem w stanie teraz myśleć.
- Całuję cię - powiedziała Katrin. - Zadzwoń do 
Krogiusa. 
Uspokój go. Bo zwariuje.
Zadzwoniłem do Krogiusa i uspokoiłem go.
Potem zdjąłem buty i, już zasypiając, 
przypomniałem 
sobie, że skończyła mi się kawa i jutro trzeba 
koniecznie 
pójść na Kirowską, do sklepu, i wystać się w 
obłędnej 
kolejce.
Przełożyła Ewa Skórska
KIR BUŁYCZOW

Zhańbione miasto

Piętno hańby, jakim los naznaczył czoło 
Wielkiego 
Guslaru, tak jak każde piętno, było 
niezmywalne. I nie można 
obwiniać za nie masonów, syjonistów, CIA czy 
mafię.
My jesteśmy winni.
Ale przyznać się do tego nie możemy.
Wszystko zaczęło się od tego, że w okolicach 
Wielkiego 
Guslaru wylądował taki sobie zwyczajny statek 
kosmiczny z 
systemu Scypiona. Na statku był jeden kosmita. 
Nie wiadomo, 

background image

jak się nazywał.
Przybysz najprawdopodobniej nie miał złych 
zamiarów. Może 
była mu potrzebna pokrzywa, uważana w 
Galaktyce za 
uniwersalny środek wychowawczy, a może 
chciał nazrywać 
konwalii dla swojej przyjaciółki.
Kosmonauta wybrał bezludne miejsce w lesie, 
niedaleko od 
Wielkiego Guslaru, wypatrzył jaskrawozieloną 
polanę i 
nacisnął na hamulce.
Gdy statek powoli zbliżał się do Ziemi, 
kosmonauta 
przejrzał się w lustrze. Wszystko było w 
porządku, wyglądał 
jak najzwyklejszy guslarski grzybiarz. To na 
wypadek, gdyby 
w lesie doszło do jakiegoś przypadkowego 
spotkania. Kosmita 
ściśle przestrzegał zasady nieingerencji.
Statek dotknął ziemi, trawa rozchyliła się i na 
powierzchni pojawiło się czarne błoto. Okazało 
się, że na 
skutek niedopatrzenia ze strony kapitana i 
przyrządów, 
statek wylądował na niedużym, ale głębokim 
trzęsawisku.
Kosmita szybko otworzył górny luk statku 
podobnego do 

background image

gigantycznego srebrnego jaja i wydostał się na 
zewnątrz.
Przez jakieś pół minuty stał na szczycie statku. 
Ciągle 
miał nadzieję, że na chwilę statek dotknie dna 
trzęsawiska. 
Ale gdy czarna maź zaczęła ze wszystkich stron 
podchodzić do 
jego butów, kosmita zebrał siły i skoczył na 
suchy brzeg, 
oddalony od statku o jakieś dziesięć metrów.
Kosmita postał tak z dziesięć minut, patrząc na 
znikający 
w trzęsawisku statek. Bagno zamlaskało, 
wsysając go, 
zakołysało się i uspokoiło.
Kosmita gotów był się rozpłakać.
Sytuację, w jakiej się znalazł, można było 
nazwać 
tragiczną.
Był dziesiątki lat świetlnych od domu i 
najbliższej 
stacji technicznej, całkiem sam, na planecie, na 
której 
wcześniej nie postała stopa żadnej istoty z 
cywilizowanego 
Kosmosu, musiał odlecieć z niej, nie nawiązując 
kontaktu z 
miejscowymi władzami i prasą.
Jeżeli nie uda mu się zrealizować tego 
nierealnego 

background image

zadania, pozostanie mu tylko samobójstwo. A 
samobójstwo było 
dla tego kosmity czynem nie tylko 
niewykonalnym, ale i 
wstrętnym.
Nie podjąwszy żadnej decyzji, kosmita ruszył w 
stronę 
Wielkiego Guslaru, mając nadzieję, że po 
drodze uda mu się 
coś wymyślić.
Jak każdy galaktyczny podróżnik, kosmita miał 
za sobą 
szkołę przeżycia. Mógł nie oddychać przez 
trzydzieści dwie 
minuty, wydostać się z głębokości pięciuset 
metrów bez 
akwalungu, spaść z szóstego piętra i nie zabić 
się, mógł 
porozumiewać się z napotkanymi istotami w ich 
języku, biegał 
szybciej niż amerykańscy Murzyni, pływał lepiej 
niż 
krokodyl.
I znał sztuczki, do których kosmonauci mogli się 
uciekać 
na obcych planetach.
Rozmyślając o możliwościach ratunku, kosmita 
przypomniał 
sobie jedną taką sztuczkę, która mogła mu 
pomóc, jeśli 
mieszkańcy Ziemi byli skłonni do powszechnego 

background image

w Galaktyce 
grzechu czy, powiedzmy raczej, słabości.
Należało to sprawdzić.
Rozmyślając w ten sposób, kosmita wszedł do 
Wielkiego 
Guslaru.
Na przedmieściach królują jednopiętrowe 
domki, ale im 
bliżej centrum, tym domy są wyższe, osiągając w 
centrum 
wysokość czterech pięter.
Pomiędzy domami stoją cerkwie, które 
przetrwały 
antyreligijną propagandę, ulicami jeżdżą 
rowerzyści i 
motocykliści. Mercedesów kosmita nie 
zauważył, chociaż znał 
się na markach ziemskich samochodów.
Kierując się w stronę centrum, przybysz 
studiował 
lokalizację sklepów i sklepików.
We wszystkich sklepach kosmita zastygał przed 
ladą i 
długo wpatrywał się w towar, próbując 
zrozumieć, na co jest 
popyt, a co nie wywołuje zainteresowania 
klientów.
Doszedł do wniosku, że nikt nie kupuje napoju 
kawopodobnego "Rześki poranek". W jego 
skład wchodziły 
produkty czyste ekologicznie: mąka z żołędzi, 

background image

palona kora 
głogu i inne interesujące komponenty. 
Wydawało się, że ten 
produkt będzie odpowiedni do eksperymentu 
psychologicznego. 
Kosmita usiadł na ławce w ogródku, nieopodal 
cerkwi 
Paraskiewy Piatnicy, i patrzył na płynące 
obłoki. Zachowywał 
się jak pająk, który nieruchomo i nawet leniwie 
czeka na 
swoją zdobycz.
Zdobycz pojawiła się po dziesięciu minutach w 
osobie 
zasapanej od dźwigania ciężkiej torby staruszki, 
której 
imienia nie znamy.
Babcia siedziała przez minutę albo dwie w 
milczeniu, 
zanim jej sąsiad zwrócił się do niej z pytaniem.
- Ciśnienie?
Babcia odwróciła głowę i zobaczyła obok siebie 
człowieka
raczej młodego, należącego do typu mężczyzn, 
którzy 
wzbudzają zaufanie właśnie w starszych 
paniach. Z takich 
mężczyzn wychodzą doskonali zięciowie i 
beznadziejni 
mężowie.
- Zamęczyło mnie - zgodziła się babcia. - Od 

background image

rana w 
głowie tak stuka i stuka, jakby pociąg jechał i 
jechał i nie 
mógł przejechać.
- A mojej mamie przeszło, jak ręką odjął. Mogę 
zaświadczyć.
- A co zrobiła? - zainteresowała się babcia.
- Nie wiem wprawdzie, czy macie to u was w 
sklepach - 
środek na pierwszy rzut oka dziwny, nikt by się 
nie 
domyślił, a mojej mamie - jak ręką odjął.
W tym momencie kosmita przerwał i zaczął się 
wpatrywać w 
obłoki, tak jakby w życiu nie widział nic 
bardziej 
interesującego.
- Niechże pan mówi, niech pan mówi, chyba że 
to sekret.
- Właściwie to dałem mamie słowo, że nikomu 
nie powiem... 
Ale czuję do pani sympatię i współczuję, więc 
zdradzę pani 
tajemnicę.
- Obiecuję - nikomu ani słowa! - powiedziała na 
wszelki 
wypadek babcia.
Młody człowiek już jej nie słuchał. Jak 
modlitwę, jak 
pogańskie zaklęcia, mamrotał:
W gorącej wodzie rozpuścisz

background image

Dwie, trzy łyżki na szklankę odmierzysz
I do czterdziestu policzysz
Napój lecznicy otrzymasz!
- Jak, jak pan powiedział? - przejęła się 
staruszka. Bała 
się, że zapomni.
- Zapisać, czy nauczy się pani na pamięć? - 
zapytał 
kosmita. - Napój kawopodobny "Rześki 
poranek".
Kosmita zapisał czterowiersz drukowanymi 
literami. Potem 
powiedział:
- Lepiej nie gotować. Doprowadzić do wrzenia, 
ale nie 
gotować.
- Rozumiem - babcia z trudem oderwała się od 
kartki. - 
Dwie, trzy łyżki na szklankę odmierzyć, napój 
leczniczy 
otrzymasz.
Nie widziała już kosmity. Miała przed sobą 
szczytny cel.
Kosmita poszedł do hotelu, oczarował dyżurną i 
dostał 
łóżko w apartamencie. Mieszkało tam jeszcze 
dwóch facetów. Z 
województwa.
Nie zdejmując butów, kosmita położył się na 
łóżku i 
zaczął myśleć. Nikt mu nie przeszkadzał. W 

background image

środku 
roboczego dnia w pokoju nikogo nie było.
Ten pierwszy krok jeszcze nic nie znaczył. 
Nawet gdyby 
miał szczęście. Puszczona przez niego plotka 
mogła ucichnąć, 
gdyby trafiła na niezainteresowanego 
pośrednika. Trzeba było 
działać dalej, tymi samymi środkami. Zanim 
będzie można 
przejść do punktu głównego, kosmita musiał 
oszołomić miasto, 
rozhuśtać je jak łódkę, sprawić, żeby zagubiło 
się jak 
dziecko w gęstym lesie.
Potrzebny był kolejny nonsens.
- Eureka! - krzyknął kosmita, zrywając się z 
łóżka po 
półgodzinie intensywnego myślenia. - Eureka!
Oczywiście, słowo "eureka" jest tylko 
przybliżonym 
tłumaczeniem jego okrzyku.
Przybysz wyszedł na główną ulicę i rozpoczął 
poszukiwania 
przedmiotu swojej kolejnej dywersji.
Podszedł do straganu, gdzie gruba wąsata 
kobieta 
handlowała nietypowymi dla Guslaru owocami: 
bananami, 
ananasami, mango, kiwi. Trzy albo cztery osoby 
stały w 

background image

kolejce nie denerwując się, nie krzycząc i nie 
bojąc się, że 
owoców zabraknie - oto, jakie czasy nastały!
Kosmita poczekał na swoją kolej, wybrał kiść co 
żółciejszych bananów. Nie odchodził daleko, nie 
chował się 
nigdzie, żeby je zjeść, przeciwnie, podszedł do 
piaskownicy, 
w której maluchy uczyły się wznosić zamki z 
piasku. Mamy i 
babcie siedziały obok na ławkach.
Kosmita rozłożył dużą chusteczkę, usiadł na 
niej, a 
banany położył na ławeczce obok siebie. Potem 
odłamał 
jednego banana i powoli, demonstracyjnie, obrał 
go ze 
skórki. Robił to tak elegancko, że młode mamy 
patrząc na 
niego myślały: jaka szkoda, że los dał mi za 
męża Pietię albo 
podsunął Wasię. Dlaczego nie poczekał i nie 
wydał mnie za 
tego skromnego, pełnego wewnętrznej godności 
człowieka.
Wtedy ten pełen godności człowiek zburzył 
przyjemny 
obrazek.
Obrał banana, wyrzucił do kosza owoc, zostawił 
skórkę. I 
zaczął ją pożerać z dziwną, nieludzką 

background image

żarłocznością.
Tylko proszę nie myśleć, że sprawiało mu to 
przyjemność. 
Wręcz przeciwnie, w normalnych warunkach 
kosmita nigdy by 
nie zrobił czegoś tak wynaturzonego.
Niektóre mamy zaczęły ochać, inne odwracały 
wzrok. A 
kosmita pomyślał, że następnym razem 
powinien wziąć jajka. 
Można bardzo efektownie wylewać zawartość 
pod nogi i 
chrzęścić skorupkami.
Mamy, rozczarowane, milczały, a jakaś babcia, 
trzymając w 
ręku napój "Rześki poranek", ruszyła w stronę 
przybysza, 
żeby go skarcić. Ale nie zdążyła. Wyprzedziła ją 
trzyletnia 
dziewczynka Wiera. Dziewczynka podeszła do 
wujka, który jadł 
skórkę od banana i powiedziała:
- Jesteś głupi, tak?
- Nie - odpowiedział kosmita, z radością 
przysłuchując się 
ciszy, która zapanowała w ogródku. - Nie jestem 
głupi.
- To dlaczego jesz skórkę? Trzeba jeść banana.
- Nie masz racji dziewczynko - odpowiedział 
kosmita. - 
Jem to, co zdrowe.

background image

- To ty jedz to, co zdrowe, a mnie daj to, co 
niezdrowe 
- i dziewczynka pokazała pozostałe banany.
Wtedy jej mama, przystojna, farbowana 
blondynka ze 
skłonnością do tycia, podbiegła do przybysza, 
złapała Wierkę 
i ciągnąc ją za rękę, powiedziała:
- Niech się pan nie gniewa na dziecko, ona jest 
już taka 
wrażliwa...
- Proszę - powiedziała babcia z pudełkiem 
"Rześkiego 
poranku" w ręku. - Jak to psują dzieci. 
Pokazują im różne 
głupoty, a one powtarzają.
- Ach - zdziwił się przybysz - pani na pewno nie 
czytała 
książki profesora Poleżajewa "Żyjcie długo i 
cieszcie się 
życiem"?
- Nie, nie było okazji - powiedziała babcia, z 
pewnym 
przerażeniem patrząc, jak młody człowiek 
obiera drugiego 
banana, wyrzuca środek i żuje skórkę.
- Tam, na podstawie statysytki, dowiedziono 
czarno na 
białym, że skórka od banana powoduje 
niewiarygodne 
odmłodzenie. Jeżeli spożywa się regularnie 

background image

cztery skórki 
dziennie przed jedzeniem, to nie tylko wzrasta, 
za 
przeproszeniem, potencja, ale również znikają 
wszystkie 
zmarszczki, nie mówiąc już o nadnerczach.
- Oho! - powiedziała babcia z pogardą. - 
Myślałby kto!
- Niech pani spróbuje kupić banana w Japonii - 
powiedział 
kosmita. - Co tam w Japonii - proszę pojechać 
do Moskwy. U 
nas ludzie ustawiają się w kolejkach już 
wieczorem.
- A to dobre! - powiedziała babcia.
Jedna z mam pociągnęła swoje dziecko do 
wyjścia z 
ogródka.
- Dokąd idziesz, Dusia? - zapytała koleżanka.
- Późno się zrobiło, za pół godziny Grigorij 
przyjdzie z 
pracy na obiad.
Powiedziała to tak fałszywym głosem, że 
pozostałe kobiety 
zrozumiały: Dusia leci wykupić wszystkie 
banany. Zrozumiał to 
również kosmita, który życzliwie rzucił za 
Dusią:
- Za dużo skórek na raz może zaszkodzić! Może 
dojść do 
katastrofalnego odmłodzenia organizmu.

background image

Z charakterystyczną dla narodu rosyjskiego 
wrażliwością 
Dusia krzyknęła:
- Nie bądź taki mądry!
Dla pozostałych kobiet był to sygnał do zabrania 
dzieci i 
porzucenia ogródka.
Ostatnia wyszła babcia, przyciskając do piersi 
pudełko 
"Rześkiego poranka".
Kosmita wyciągnął nogi (rano kupił sobie buty 
firmy 
Salamander - marzył o nich od dawna), 
przeciągnął się i 
zaczął obmyślać nową intrygę dla mieszkańców 
Guslaru.
Należało rozpowszechnić szkodliwe plotki wśród 
pozostałych warstw społeczeństwa.
Kosmita poszedł do sklepu monopolowego.
Minęły czasy, gdy w kolejce po wódkę ludzie 
tratowali się 
i zabijali. Teraz wódki jest tyle, że można się w 
niej 
kąpać.
Ale po dziś dzień guslarscy amatorzy alkoholu 
mają swoje 
ulubione miejsce, z którym związane są jasne 
wspomnienia.
Najważniejsze z nich to dział monopolowy w 
sklepie 
spożywczym nr 1. Czego tam nie przywozili! 

background image

Czego nie 
sprzedawali, za czym się nie zabijali! Święte 
miejsce. Czy 
godzi się kupować teraz wódkę w innym sklepie, 
nawet jeśli 
wszędzie można ją kupić bez kolejki?
- Ciekawa rzecz - powiedział kosmita, zwracając 
się do 
ludzi przed sklepem - ciekawa rzecz, takie 
naruszenie 
technologii.
- A o co chodzi? - zapytał nieufnie człowiek z 
dziecięcym 
przezwiskiem Czerwononosy Jeleń. Nie pora 
teraz na 
wyjaśnianie, w jakich dramatycznych 
okolicznościach Benjamin 
Utkin stracił swoje imię i zyskał to indiańskie 
przezwisko.
- Gazety trzeba czytać - powiedział ostro 
kosmita. Do 
tego audytorium trzeba było mówić ostro. 
Inaczej wielu mogło 
nie zrozumieć.
- W gazetach nic już nie ma - powiedział 
Pogosian. - 
Wszystkie się zaprzedały.
- A "Ekspertyzę" czytaliście? - zapytał nie 
zmieszany 
przybysz.
- Jaką znowu ekspertyzę?

background image

- W "Ekspertyzie", dodatku do "Izwiestii", 
pisali, że 
teraz szukają winnego na całym świecie. W 
wyniku wojen 
konkurencji wódka Rosijskaja już drugi tydzień 
ma o dwa 
procent więcej niż zwykle. Ma, nie uwierzycie, 
czterdzieści 
dwa procent.
- Łżesz - powiedział Czerwononosy Jeleń. - 
Piłem ją 
wczoraj. Wódka jak wódka.
- O to, to, widzieli cię wczoraj w kanałku - 
powiedział 
Pogosian.
- No i proszę - powiedział przybysz. - Nie 
wytrzymał 
chłop. Rozumiecie, to nie o wódkę chodzi. 
Dodatkowy procent 
- oto, co zwala człowieka z nóg.
- Ożeż ty! - powiedział ktoś.
Rosijskaja - powiedział przybysz - ale nie każda. 
Tylko 
ta z zieloną etykietką.
W tym momencie przyszły dwie dziewczyny, 
które z 
ożywieniem rozmawiając żuły skórki od banana. 
Widok był tak 
nienaturalny, że mężczyźni zapomnieli o wódce, 
a kosmita 
ucieszył się, że jego działalność przynosi efekty.

background image

- Mówisz, o dwa procent? - zapytał Pogosian, 
człowiek 
ufny i prosty. - No i co z tego wychodzi?
- Wychodzi z tego, że niby wypiłeś litr, a tak 
naprawdę 
to nie litr, a litr i pięćdziesiąt gram - wyjaśnił 
ktoś.
- Za darmo? - zapytał Czerwononosy Jeleń.
- Otóż to - powiedział przybysz i poszedł dalej 
siać 
zamęt jak diabeł, chociaż oczywiście nie był 
diabłem, tylko 
najzwyklejszym księgowym, który niechcący 
trafił na obcą 
planetę i musiał się z niej wydostać.
Panujący w ludzkim mrowisku niepokój cieszył 
kosmitę. 
Jego przewidywania sprawdzały się, intuicja go 
nie zawiodła. 
Ale żeby zadać miastu ostateczny, miażdżący 
cios, kosmita 
potrzebował czasu i dodatkowego wysiłku 
umysłowego.
Każde miasto, jak żywy organizm, ma żyły i 
arterie. 
Ulice. Wypełnia je krew miasta - jego 
mieszkańcy. Potoki 
płyną w konkretnym kierunku, ich bieg jest 
celowy. Rano 
ludzie idą do pracy, wypełniając arterie i środki 
komunikacji, w ciągu dnia pracujący i 

background image

niepracujący chodzą po 
sklepach, wieczorem płyną ulicami - żyłami do 
swoich 
mieszkań, a potem znowu je porzucają, 
wychodzą do kina lub 
dyskoteki.
A przybysz robił wszystko, żeby zmylić bieg 
potoków, żeby 
organizm miał dosyć, żeby zagubił się w 
działaniach swoich 
erytrocycików.
Dzika jak tornado kolejka ustawiła się przed 
dwoma 
sklepami, w których wykryto obecność 
kawopodobnego napoju 
"Rześki poranek".
Po opuszczeniu straganów z bananami, tłum 
kobiet, głównie 
młodych, stał na przystani na rzece. 
Powiedziano im, że tam 
na osiedlu Zarzecze, na straganie u 
Kawiniakiana są jeszcze 
banany.
Mężczyźni biegali od sklepu do sklepu w 
poszukiwaniu 
czterdziestodwuprocentowej Rosijskiej.
Pozostawały jeszcze dzieci.
- Dzisiaj - powiedział przybysz, nachylając się 
do 
trzecioklasisty - w klubie miłośników rzeki będą 
wyświetlać 

background image

osiemnaście odcinków "Żółwi Ninja" - za 
darmo...
I wiele rodzin nie doczekało się swoich pociech 
na 
obiedzie.
A starsze pokolenie płci męskiej?
Dla nich przybysz nie żałował pieniędzy, kupił 
koszyk 
borowików (pustosząc w tym celu cały bazarek), 
po czym 
stanął na przystanku autobusowym i każdemu 
zainteresowanemu 
dawał kartkę z planem. Na planie zaznaczone 
były parowy, 
gdzie kosmita rzekomo zbierał borowiki. 
Podobno zostało ich 
tam jeszcze ze dwie ciężarówki.
Ostatnim ciosem, zadanym tego ranka, była 
wiadomość, 
którą usłyszał od przybysza Korneliusz Udałow. 
Przybysz 
oczywiście nie wiedział, że rozmawia z samym 
Korneliuszem 
Udałowem, którego nie weźmiesz na tanie 
galaktyczne plewy.
- Dziwne - przybysz podszedł do Udałowa, który 
czekał na 
autobus na rogu Puszkińskiej. - Nigdy jeszcze 
czegoś takiego 
nie widziałem.
- Czego pan nie widział? - zapytał przez 

background image

grzeczność 
Udałow.
- Takiego pluśnięcia. Dwadzieścia lat wędkuję, 
ale żeby 
tak plusnęło - nawet nie myślałem, że to 
możliwe.
Jakim szóstym zmysłem przybysz odgadł, że 
Korneliusz jest 
zapalonym wędkarzem - nie wiadomo. Ale od 
razu obudził w 
Udałowie czujność.
- Gdzie? - zapytał.
- A tam, w sadzawce. Widzi pan, cerkiew, a za 
nią jest 
sadzawka.
- Co pan! - zaśmiał się Korneliusz. - Jaki plusk? 
W tej 
sadzawce żyją tylko żaby.
- Dziwne, bardzo dziwne - myślał na głos 
kosmita. - 
Siedziałem na brzegu, a on przeszedł dosłownie 
przy moich 
nogach.
- Kto?
- Sum. Nieduży, z półtora metra, ale widziałem 
go na 
własne oczy. Gdybym nie był tu tylko 
przejazdem, wziąłbym 
spinning i ucieszył rodzinę połowem. Dobrze, że 
nie trzeba 
daleko jechać.

background image

Przyjechał autobus.
Udałow, który na niego czekał, stał dalej na 
jezdni i 
wytrzeszczał oczy, a przybysz spokojnie wsiadł 
do autobusu i 
powtórzył opowieść o sumie dwóm młodym 
obibokom, którzy go 
wyśmiali i wyskoczyli na następnym przystanku.
Tak więc, gdy Udałow, zwalczywszy 
wątpliwości, przybiegł 
nad sadzawkę z wędką i podrywką, na brzegach 
siedziało, 
wypisz wymaluj jak żaby, dwudziestu sześciu 
wędkarzy w 
różnym wieku.
Udałow splunął, ale rozepchnął łokciami co 
młodszych 
konkurentów i usiadł.
Teraz, gdy miasto osiągnęło stan organizmu 
chorego na 
świnkę z powikłaniami, kosmita zdecydował się 
na 
najważniejszy trik.
Od tego zależało jego życie.
A także od tego, czy Wielki Guslar jest gotowy 
rzucić się 
w przepaść hańby i poniżenia.
O pomyłce nie mogło być mowy. Kosmita tak 
jak saper - 
pomylić mógł się tylko raz. I byłby to jego 
ostatni błąd.

background image

Potrzebował mężczyzn. W dobrej formie.
Mężczyźni stali obok stadionu "Riecznik" i 
leniwie 
dyskutowali o szansach swojej drużyny 
piłkarskiej. Do 
rozpoczęcia meczu było jeszcze pół godziny.
Kosmita zaczął przysłuchiwać się rozmowie.
Tak jak przypuszczał, nie miała ona żadnego 
związku z 
piłką nożną.
W Wielkim Guslarze, dotkniętym chorobą 
plotek i pogłosek, 
zaplątanym w pajęczynę sumów, skórek od 
banana, napojów 
"Rześki poranek" i trzy lub cztery inne 
przedsięwzięcia 
kosmity, rozmowy były wyjątkowo 
monotematyczne i zakończyły 
się emocjonalną porażką mężczyzn. Mężczyźni 
zupełnie nie 
wiedzieli, co robić - wierzyć czy nie wierzyć... A 
jeśli 
wierzyć, to komu? Chcieli wierzyć. Bardzo. 
Rosjanin zawsze 
chce wierzyć i zawsze znajdują się ludzie, którzy 
powiedzą: 
"Uwierz mi, Iwanie Iwanowiczu! Ja wskażę ci 
drogę!"
- Ale co ciekawe - wtrącił się do rozmowy 
kosmita - 
Udałow jednak złowił suma w tej sadzawce. 

background image

Metr dwadzieścia. 
Sam widziałem.
- Dwa sumy - poprawił kosmitę mężczyzna w 
niebieskim 
dresie.
- I szczupaka - powiedział trzeci.
- Szczupaka nie - zaprotestował człowiek w 
niebieskim 
dresie. - Widziałem, jak wracał. Dwa sumy i 
jesiotr.
- Jaki tam jesiotr! - zezłościł się chłopak w 
bejsbolówce. - Skąd by się wziął jesiotr w tej 
kałuży? Tam 
są tylko pijawki.
- I co, może suma nie złapał, co, może nie złapał? 

gorączkował się człowiek w niebieskim.
- No, suma złapał - przyznał chłopak, nie chcąc 
dostać po 
karku.
- To jeszcze nic! - powstrzymał go gestem były 
sportowiec z 
fioletową twarzą pijaka. - A samochód z 
borowikami 
widzieliście?
Zaczęli się kłócić. Jedni widzieli, inni nie widzieli 
albo nie wierzyli...
- Ja też w to nie wierzę - powiedział kosmita tak 
głośno, 
że pozostali zamilkli. - Jestem nietutejszy i dziwi 
mnie, 

background image

jakie głupoty ludzie o was opowiadają. Szczerze 
mówiąc... - 
W tym momencie kosmita zająknął się i wszyscy 
nagle 
zrozumieli, że nawet jeśli do tej pory 
nieznajomy nie 
kłamał, to teraz zacznie. - Szczerze mówiąc, boję 
się - 
pójdę jutro na bagna w poszukiwaniu rzadkich 
roślinek, a 
ktoś z was przypomni sobie tę głupią bajeczkę i 
polezie za 
mną. A ja nie znoszę niekompetentnych ludzi. 
Nie, żeby mi 
było szkoda złota, nie, złota mi nie szkoda, ale 
nie znoszę 
niekompetencji.
I kosmita odwrócił się i zaczął iść, a wszyscy 
kibice w 
liczbie ponad dwudziestu ruszyli za nim, 
okrążyli go i 
odcięli mu drogę odwrotu.
- Przepraszam bardzo - powiedział człowiek w 
niebieskim 
dresie. Najwyraźniej miał duszę przywódcy. - 
Co to za 
rośliny?
- Ręce przy sobie! - zbuntował się kosmita 
przeciwko 
przesłuchaniu.
- Pokaż pozwolenie na zbieranie rzadkich roślin! 

background image


krzyczał jakiś facet, metr czterdzieści w 
kapeluszu, z 
włosami wystającymi z uszu.
- Z CIA, z CIA!
Kosmita z zadowoleniem skonstatował, że 
różnorodność i 
siła plotek rosną w oczach. Jutro całe miasto 
będzie mówić, 
jak to złapano agenta - truł wodę w stawie i pluł 
do studni.
- Mów! - rozkazał mężczyzna w niebieskim. 
Pozostali 
oddychali szybko i płytko.
- Ale nikomu ani słowa! - zastrzegł kosmita. - 
Sami 
rozumiecie.
- Rozumiemy, rozumiemy, co mamy nie 
rozumieć - 
pospieszyli z odpowiedzią słuchacze.
- W czasie rewolucji zatopili to na bagnach. 
Wywozili w 
pociągu pancernym pieniądze frontu 
północnego. Ale czerwoni 
deptali im po piętach. Oni tam - i czerwoni tam! 
Oni tutaj - 
i czerwoni tutaj! I wtedy generał Miller wydał 
rozkaz 
wrzucenia kanistra w bagno.
- Niech pan powtórzy nazwisko generała - 
poprosił 

background image

staruszek, przypominający białą myszkę 
doświadczalną. 
Trzymał w ręku notes i chciał zapisywać.
- Żadnych notatek! - ostrzegł kosmita. Sąsiedzi 
rzucili 
się na staruszka, zabrali mu notes i wyrzucili go 
z grupy 
okrążenia.
- Mam mapę - powiedział kosmita. - Kto chce 
popatrzeć? 
Ale tylko jedna osoba!
- Ja popatrzę - powiedział człowiek w 
niebieskim.
- Nie, nie, wybory! Trzeba wybrać delegatów! - 
sprzeciwił 
się metr czterdzieści w kapeluszu.
- Oto mapa - powiedział kosmita i wyciągnął z 
kieszeni 
przygotowaną wcześniej kartkę.
I zaczął objaśniać, w której części bagien leży 
kanister 
ze złotem. Pozostali zaglądali mu przez ramię, 
sapali, ale 
niczego nie mogli zrozumieć.
- Ty nas prowadź - powiedział staruszek z 
ostatniego 
rzędu.
- I po co mam was prowadzić? - zdziwił się 
przybysz. - 
Potrzebna mi koparka, a nie banda nierobów. 
Potrzebuję 

background image

łopat, pomp! Techniki!
- Technika tam nie dojedzie! - krzyknął metr 
czterdzieści.
- Zobaczymy - powiedział przybysz. - W razie 
czego 
pójdziemy po trupach.
Ludzie poczuli, że krew szybciej krąży w ich 
żyłach. 
Wyglądało na to, że trafił się wódz, który 
wiedział, czego 
chce.
- A rzeczywiście - powiedział staruszek z 
ostatniego 
rzędu. - Pamiętam, mówiono o tym w latach 
dwudziestych. 
Pętak był wtedy ze mnie, ale pamiętam.
Nie minęła nawet godzina, gdy na ósmym 
kilometrze na 
leśną drogę zjechała z szosy koparka, trzy 
wywrotki, 
samochód asenizacyjny z wielką karbowaną 
rurą do odciągania 
wody, żuraw, gazik, a za tą, nie wiadomo skąd i 
nie wiadomo 
jaką ściągnięci techniką, spieszyli ludzie z 
łopatami, 
grabiami i innymi narzędziami.
Maszyny grzęzły w błocie, ludzie wyciągali je na 
własnych 
plecach, stękali, przeklinali, walczyli, ale nie 
poddawali 

background image

się. Czuli się tak, jakby forsowali Dniepr.
Rzecz jasna, nie doszłoby do takiego masowego 
zaślepienia, gdyby miasto nie było odpowiednio 
przygotowane. 
Wielki Guslar zasypany lawiną plotek, 
oklapnięty, 
zatrwożony, bliski był wpadnięcia w panikę.
Przybysz nie wtrącał się do organizacji robót. 
Pokazał 
tylko okrągłą plamę trzęsawiska, gdzie należało 
szukać 
kanistra, a dowodzenie powierzył człowiekowi w 
niebieskim 
dresie.
Ludzie podzielili się pracą. Jedni pomagali 
koparce ryć 
kanały odprowadzające, inni razem z 
samochodem asenizacyjnym 
odciągali wodę, jeszcze inni ładowali wywrotki... 
Wszyscy 
mieli co robić. I wszystkich ogarnął ten 
szczególny zapał 
pracy, kiedy człowiek zapomina, po co się tak 
poświęca i 
wysila. Najważniejsza jest sama praca!
Po godzinie trudów z bagna wynurzył się 
wierzchołek 
podobnego do gigantycznego jaja statku 
kosmicznego. Rozległy 
się triumfalne okrzyki - wszyscy zrozumieli, że 
to jest 

background image

właśnie ten kanister.
- Zdwójmy ostrożność, towarzysze! - powiedział 
przybysz i 
zażądał, żeby koparka przeniosła go na środek 
trzęsawiska.
A tam zeskoczył na swój statek. Towarzysze 
pracy bili 
brawo.
- Zdwójmy wysiłki, przyjaciele - krzyknął. - 
Koniec już 
bliski. Skarby są prawie w naszych rękach.
Niektórzy zaczęli pytać, co on tam plecie o 
jakichś 
skarbach, skoro łowimy jesiotra, inni doszli do 
wniosku, że 
zaraz pojawią się borowiki - przypuszczeń było 
wiele.
Przybysz z całkowitym spokojem otworzył 
górny luk i 
wszedł na statek. Statek był do połowy 
wyciągnięty z błota.
Zapadła pełna napięcia cisza.
Czując, że coś jest nie w porządku, przybysz 
wystawił 
głowę z luku i krzyknął:
- Odejść na dwadzieścia kroków! Znalazłem 
minę! Dopóki 
jej nie rozbroję - nie podchodzić! Przerwijcie 
pracę! 
Ludzie, mówię do was - odciągnijcie koparkę, 
samochód, 

background image

jeszcze się, nie daj Boże, coś złego stanie!
Posłuchali go, a metr czterdzieści w kapeluszu 
krzyknął:
- Ostrożnie z tą miną, uważaj na siebie!
- Uważaj! - poparli go inni.
Wzruszony przybysz zamknął szczelnie luk, 
spojrzał przez 
peryskop, czy nie ma w pobliżu jakichś widzów. 
Na szczęście, 
wszyscy zgodnie z poleceniem wycofali się na 
suchy teren, 
przykucnęli wokół trzęsawiska.
"Żegnajcie, przyjaciele!" - powiedział w myśli 
przybysz.
Po krótkiej walce z bagnem statek kosmiczny 
wyrwał się w 
górę i, ciągnąc za sobą czarne strumienie błota, 
poleciał 
ku niebu... W chwilę później zniknął ludziom z 
oczu.
,..w Wielkim Guslarze opowiedzą wam wiele 
ciekawych 
historii. Ale nigdy nie usłyszycie o tym, jak 
mieszkanki 
miasta żuły skórki od banana, piły napój 
"Rześki poranek", a 
ich mężowie łowili w sadzawce jesiotra albo 
wyciągali z 
bagna kanister ze złotem.
Co prawda, zdarza się, że jakaś ślicznotka ni z 
tego, ni z 

background image

owego zje skórkę od banana i wyrzuci środek. 
Albo że ktoś od 
niechcenia zarzuci wędkę w sadzawkę... Ale to 
są wyjątki, 
atawizmy.
Przełożyła Ewa Skórska
KIR BUŁYCZOW
Właściwie Igor Wsiewołodowicz Możejko. 
Urodzony w 1934 r. 
w Moskwie (gdzie mieszka do dziś), ukończył 
Instytut Języków 
Obcych. Doktoryzował się w Instytucie 
Orientalistyki AN 
ZSRS. Pracuje tam do dzisiaj - zajmuje się 
historią i 
kulturą Azji Południowo-Wschodniej. Autor 
wielu rozpraw 
popularnonaukowych i prac z zakresu historii i 
historii 
sztuki, a także miłośnik i wierny czytelnik 
fantastyki 
naukowej, w 1966 r. sam zaczyna pisać utwory 
spod znaku SF - 
debiutuje opowiadaniem "Kogda wymierli 
dinozawry". W 1968 r. 
ukazuje się jego pierwsza powieść "Miecz 
gienierała 
Banduły", a w dwa lata później druga - 
"Posliedniaja wojna". 
Prawdziwe uznanie i popularność Bułyczow 
zdobywa dzięki 

background image

opowiadaniom o miasteczku Wielki Guslar i 
jego mieszkańcach 
("Czudiesa w Gusliarie" i "Liudi kak liudi") 
oraz 
opowieściom o Alicji - dziewczynce, której nigdy 
nie stanie 
się nic złego ("Putieszestwije Alisy", "Dzien' 
rożdzienja 
Alisy", "Dziewoczka s Ziemli" i in.).
W Rosji i byłym ZSRS na podstawie utworów 
Kira Bułyczowa 
nakręcono kilka filmów (pisarz nierzadko był 
autorem bądź 
współautorem scenariusza): "Osieczka '67" (na 
podstawie 
powieści pod tym samym tytułem), "Szans" (na 
podstawie 
opowiadania "Rycerze na rozdrożach"), 
"Zołotyje rybki" 
(opowiadanie "Świeży transport złotych 
rybek").
Utwory Kira Bułyczowa były tłumaczone na 
wiele języków, w 
tym również na język polski. Należą do nich 
m.in.: "Ludzie 
jak ludzie" (1976), "Żuraw w garści" (1977), 
"Rycerze na 
rozdrożach" (1979), "Nie drażnić czarownika" 
(1983), 
"Retrogenetyka i inne opowiadania" (1983), 
"Było to za sto 

background image

lat" (1983), "Miasto na górze" (1983), "Dzikusy. 
Białe 
skrzydła Kopciuszka" (1983), "Listy z 
laboratorium" (1985), 
"Cudza pamięć" (1985), "Guslar-Neapol" 
(1985), "Wielki 
Guslar i okolice" (1987), "Agent KF" (1988), 
"Osada" (1989).
Po roku 1990 utwory Kira Bułyczowa były 
wydawane coraz 
rzadziej, aż w końcu ich pojawianie się zostało 
ograniczone 
do miesięczników "Nowa Fantastyka" i 
"Feniks".
Na szczęście, ku radości wielbicieli Kira 
Bułyczowa 
wydawnictwo "Prószyński i S-ka" zapowiada 
rychłe ukazanie 
się dwóch tomów guslarskich opowiadań. 
Pierwszy z nich 
będzie zawierać opowiadania znane już 
czytelnikowi polskiemu 
(m.in. ze zbiorku "Wielki Guslar i okolice"), 
tom drugi zaś 
to opowiadania nie tłumaczone dotąd na język 
polski.
E.S.