background image

PAUL HERRMANN 

POKAŻCIE MI TESTAMENT 

ADAMA

 

NA SZLAKACH NOWOŻYTNYCH ODKRYĆ GEOGRAFICZNYCH 

Przełożył Kazimierz Rapaczyński 

TOM  2 

 

Część czwarta 

„PAŃSTWO CZTERECH STRON ŚWIATA' 
 
 

Cóż za szalone życie na Haiti! O wiele weselsze niż w zacnej starej Hiszpanii za wielką wodą. Tam, co prawda, 
Nunez de Balboa nie musiałby siedzieć na skrzyniach w porcie i czekać, aż marny szyldwach na rufie „Santa 
Barbara" przejdzie na lewą burtę — inaczej nie mógłby niepostrzeżenie wkraść się na pokład Tam, w Hiszpanii, 
byłby już co najmniej kapitanem, a może nawet pułkownikiem i mógłby wejść na każdy okręt, jaki by mu się 
spodobał. A tu był tylko zbankrutowanym plantatorem, któremu już nikt nie pożyczy złamanego szeląga. Nie, na 
Haiti wszystko skończone; jutro rano przyjdą pewnie po niego, by go wtrącić do więzienia za długi, a długów 
miał tyle, że drugiego życia nie starczyłoby, by je odsiedzieć. Nie ma co, trzeba wiać! 

— Niezbyt rycerskie pożegnanie — mruknął do siebie na wpół kpiąco siedzący na skrzyniach człowiek, 

pokrywając tym pewne zmieszanie. Właściwie to wstyd, że w ciągu trzydziestu pięciu lat ziemskiego bytowania 
nie doszedł do niczego więcej niż do roli pasażera na gapę. Ale, do kroćset, narzekanie na nic się nie zda, teraz 
najważniejsze, by się stąd wymknąć. Jest przecież jeszcze młody — trochę szczęścia, a da rzeczywiście spokój 
głupstwom. 

No, Bogu dzięki, teraz chłopak u góry przeszedł wreszcie na drugą stronę! Tak, teraz nadeszła chwila, na 

którą Balboa czekał przez cały wieczór. Wspiął się zręcznie po linie zwisającej z dziobowego kasztelu „Santa 
Barbary". U góry, na drugim pokładzie, luk był otwarty — tędy dostanie się na okręt. Jest już na wysokości gale-
rii _ byleby tylko nikogo nie było w koi! Przez krótką chwilę Nuńez zatrzymuje się przy luku nadsłuchując — 
nie, nie słychać mc. Lekki skok — luk zamknął się cicho za zbiegiem. 

Przypadek tylko zrządził, że do owej kahiny karaweli „Santa Barbara" nie wrócił jeszcze żaden z 

marynarzy, którzy otrzymali przepustkę na ląd; temu jedynie, błahemu na pozór, przypadkowi

background image

 
zawdzięcza Peru swe odkrycie przez białych ludzi. Może się to wydać dziwne, ale jest faktem. To niezwykłe 
zdarzenie: zdobycie dobrze zorganizowanego, wielkiego państwa, dysponującego potężną armią, przez stu 
siedemdziesięciu miernie uzbrojonych Europejczyków pod wodzą człowieka, który nie umiał czytać ani pisać i 
przez całe swoje życie nie nauczył się nawet skreślić własnoręcznie swego podpisu — to, jak powiadamy, 
niezwykłe zdarzenie miało również niezwykły początek. 

Z początkiem 1510 roku adwokat Enciso z Haiti postanowił zawrzeć spółkę z don Pedro Ojedą, któremu 

korona hiszpańska przyznała rozległe tereny na północnym wybrzeżu dzisiejszej Kolumbii, i uczestniczyć 
finansowo w eksploatacji tych obszarów. Wynająw- szy okręt, zwerbował ludzi, zakupił prowiant i udał się w 
podróż do Uraba w Kolumbii, gdzie Ojeda założył swą bazę operacyjną. W tej to podróży wziął udział także 
Nuńez de Balboa — jako pasażer na gapę i w warunkach, które bynajmniej nie przystoją rycerzowi. Ale było mu 
to dość obojętne, tak samo zresztą jak don Encisowi, gdy w dwa dni po wyjeździe Nuńez de Balboa nagle 
wyłonił się z towarowni i stanął przed armatorem. Stało się to bowiem w chwili, kiedy Enciso żałował, że wdał 
się w całą tę imprezę. Dwa dni podróży wystarczyły zupełnie, aby powziąć jak najgorsze mniemanie o załodze 
statku i o własnych zdolnościach przewodzenia gromadzie podejrzanych awanturników. 

Nuńez de Balboa natomiast był jakby stworzony do tego zadania. Rosły, silnie zbudowany, wytrzymały, 

lekkoduch, nienawidził jak morowej zarazy błogiego spokoju mieszczańskiej egzystencji. Enciso, uradowany, 
przyjął go natychmiast do służby i tym sposobem Balboa awansował nagle na kierownika ekspedycji. Po 
wylądowaniu został nawet burmistrzem nowo założonego miasta Darien, Enciso zaś, zapomniany przez 
wszystkich i rozgoryczony, wrócił do Hiszpanii. Balboa, pyszałek i fanfaron, stał się rozumnym, przez swoich 
ludzi uwielbianym wodzem, z którym fnimo febry i zatrutych strzał tubylców przemierzali wzdłuż i wszerz całą 
okolicę. 

Balboa nawiązał stosunki ze szczepami indiańskimi, a ponieważ starał się zapobiec krzywdzie i gwałtom, 

udało mu się w krótkim czasie pozyskać dla siebie miedzianoskórych tubylców. Dawali białym do dyspozycji 
siłę roboczą, zbierali i płukali dla nich złoto, 
dostarczali regularnie żywności. A gdy Balboa ożenił się z córką kacyka Carety, pokój był zapewniony. 

Przyjazny stosunek do krajowców umożliwił Nunezowi odsłonięcie największej tajemnicy, jaką krył jeszcze 

Nowy Świat. Na zachodzie, niedaleko stąd — opowiadali Indianie — leży olbrzymie, nieznane „Niebieskie 
Morze", którego dotychczas nie oglądało oko białego człowieka. Balboa słuchał pilnie. Był nie tylko 
zawodowym poszukiwaczem złota i awanturnikiem. Mile połechtało go napomknienie Indian, że dalej na 
zachodzie znajduje się dużo złota, ale nowina o oceanie po drugiej strome kontynentu amerykańskiego 
zainteresowała go i pobudziła w równym stopniu co wiadomości o obwieszonych złotem czerwonoskórych, ich 
pałacach i zamkach zbudowanych wśród rozległych parków i długich alei palmowych. Od czasu powrotu 
Kolumba nie ustawało zgadywanie, gdzie genueńczyk właściwie był i czy kraj, do którego dotarł, to 
rzeczywiście Azja. Nieznane morze na zachodzie, od którego dzieliła Balboę tylko krótka podróż, stanowiło 
dowód, że wielki genueńczyk odkrył nie Azję, lecz nowy kraj, nową część świata. 

Balboa był niezwykle podniecony wieścią o „Niebieskim Morzu". Tej samej jeszcze nocy, jak stał, dosiadł 

konia i pędził po rozległym Darien, objechał okoliczne haciendy, domy publiczne i podmiejskie knajpy. Gdy 
zaświtał poranek, korpus ekspedycyjny, złożony ze 190- pijanych, ale przedsiębiorczych ludzi, był już gotów do 
drogi Towarzyszyło mu nadto kilkuset Indian w charakterze tragarzy i sfora ujadających psów gończych. 
Czerwonoskórzy już się nie bali koni, ale drżeli ze strachu na widok półdzikich psów. Kto wybiera się w podróż 
odkrywczą w nieznaną dżunglę, ten postąpi mądrze zabierając z sobą psy. 

Była to piekielna wyprawa. Trwała zaledwie trzy tygodnie, ale każdego tygodnia umierało około 

czterdziestu ludzi. Ze stu dziewięćdziesięciu, którzy wyruszyli, pozostało tylko sześćdziesięciu dziewięciu, gdy 
wreszcie przebyli kraj bogatych obszarników indiańskich z lśniącymi świątyniami, pełnymi powykrzywianych 
mord demonów, warownymi zamkami, ludźmi uzbrojonymi w strzały, oszczepy i proce. Droga wiodła przez 
cuchnące bagna, rojące się od aligatorów i wężów wodnych, płaszczek kolczastych i drętw elektrycznych, przez 
cierniste strome góry i okropne przepaście. Kleszcze wisiały na liściach i gałęziach, na ziemi roiło się od 
skorpionów,

background image

 
mmm 
Część czwarta — „Państwo czterech stron świata" 
olbrzymich stonóg i mrówek wszelkich gatunków i wielkości. Gęste chmary komarów unosiły się nad każdym 
stworzeniem. Ręka, która ocierała je z twarzy, była natychmiast zalana krwią, jak gdyby przesunęła się po 
otwartych ranach. Pokąsanymi, zataczającymi się ludźmi wstrząsały lodowate dreszcze. W ciężkich, gorących 
wyziewach tropikalnego lasu szczękali zębami, drżeli na całym ciele, marzli do szpiku kości. Później płonęli 
godzinami szaloną gorączką, widzieli w malignie duchy zmarłych towarzyszy, poległych na polach bitew 
Europy, rozmawiali, grali z nimi w kości, przepijali do nich. Nagle wyciągali miecze, cięli na ślepo dokoła 
siebie, piana toczyła się im z ust — trzeba było przywiązać gdzieś tych obłąkanych i pozostawić ich swemu 
losowi. Gdy niedostępna ściana skalna zmusiła ekspedycję do odwrotu, ludzie zobaczyli, że z przywiązanych 
chorych pozostały tylko ohydne resztki usiane mrówkami taioca. Od tego czasu każdego, kogo chwyciły 
dreszcze i gorączka, zabijano pchnięciem sztyletu. W tym piekle mord z premedytacją był aktem anielskiej łaski, 
najokrutniejsze przekleństwo — modlitwą. 

Ponquiaco, syn jednego z bogatych, potężnych kacyków, przez których obszary Hiszpanie przechodzili, 

dołączył się do obcych przybyszów. Poprowadził ich na górę, z której można było ujrzeć „Niebieskie Morze". 
Ostatnich kilkanaście metrów Balboa szedł sam na przedzie. Przedzierał się na czworakach przez gęste poszycie 
lasu. Gdy nareszcie podniósł wzrok — była godzina 11 przed południem, 22 września 1513 roku — ujrzał 
niezmierzoną dal oceanu bijącego 
0  brzeg potężnymi, spienionymi falami. To był punkt szczytowy życia Nuńeza de Balboa. Nie przeczuwał, że 
w niedługi czas potem zostanie ścięty jako buntownik. Ale duma rozsadzała mu pierś, wiedział, że będzie 
nieśmiertelny jak Kolumb i Aleksander Wielki. W trzy dni później stanął nad brzegiem nowego morza. W 
hełmie 
1  pancerzu, z lśniącymi nagolennikami i obnażonym mieczem wszedł po pierś w słoną wodę. Zbryzgany białą 
pianą, wezwał swych towarzyszy na świadków, że w tej chwili objął w posiadanie dla korony hiszpańskiej nowy 
ocean oraz wszystkie graniczące z nim kraje i królestwa. 

Pochód przez przesmyk lądowy od Darien do Ooeanu Spokojnego nie był pierwszą wyprawą Balboi. Od 

swego przybycia do Nowego Świata przemierzał nieraz krótszymi lub dłuższymi marszami wszerz 
Odkrycie Oceanu Spokojnego 
i wzdłuż Amerykę Środkową. Podczas jednej z takich ekspedycji, w których wziął -udział także Francisco 
Pizarro, Balboa, jak podaje Prescott, otrzymał około 1511 roku pierwszą wiadomość o Peru. Gdy pewnego dnia 
ważył złoto, które otrzymał od jakiegoś krajowca, ten uderzył nagle pięścią w wagę i zawołał: „Jeżeli tak 
kochasz złoto, że dla niego opuściłeś swą daleką ojczyznę, a nawet życie swoje narażasz, to mogę ci wskazać 
kraj, gdzie się je i pije ze złotych naczyń i gdzie złoto jest równie tanie jak u was w domu żelazo!" 

Od tego zdarzenia aż do zdobycia Peru, o którego bogactwie i wielkości doszły niel>awem Hiszpanów 

dalsze wiadomości, była jeszcze daleka droga, ale odkrycie Balboi usunęło rzekome główne niebezpieczeństwo, 
a mianowicie obawę, że Indianie mogliby wezwać na pomoc Wielkiego Chana Tatarów. Teraz stało się 
oczywiste, że między Azją a Ameryką leży wielkie morze, które byłoby nie lada przeszkodą w szybkiej 
interwencji Tatarów. Toteż znalazł się niebawem człowiek, który był gotów przebyć i istotnie przebył drogę do 
Peru. Człowiekiem tym był Francisco Pizarro, prosty najmita w wojsku Nuńeza Balboi. 

Ujrzał on światło dzienne w 1475 roku w Trujillo w Hiszpanii jako nieślubny syn skromnego szlachcica 

wiejskiego, pułkownika Gon- zalo Pizarro. Nad jego kołyską nie śpiewano dźwięcznych pieśni bohaterskich. 
Nikomu się nie śniło, że syn brudnej dziewki służebnej mógłby zostać czym innym niż świniopasem. Ale choć 
pierwsze lata jego życia upłynęły całkiem nie po bohatersku — Pizarro został istotnie świniopasem i porzucił 
podobno zagrodę ojczystą, ponieważ jeden z jego czworonożnych podopiecznych pożegnał się ze swym 
towarzystwem w podobny sposób jak potem sam Pizarro — to przecież nosił już w plecaku buławę generała 
królestwa Aragonii i Kastylii. W Sewilli, hiszpańskim porcie wyjazdowym do Ameryki, gdzie w ostatnim 
dziesięcioleciu XV wieku zbiegli się wszyscy, którzy mieli w Europie coś na sumieniu, nie zwrócono chyba 
jeszcze na ten nędzny plecak baczniejszej uwagi. Młody Pizarro był jednym z wielu tysięcy i dopiero w 
kilkanaście lat później, jako obywatel Panamy i właściciel rozległych włości, mógł uważać, że jednak do ozegoś 
doszedł. 

Jako dobrany spólnik przyłączył się do Pizarra Diego de Almagro, odznaczający się niepospolitym talentem 

organizacyjnym, ale poza tym typ równie podejrzany, jak według pojęć hiszpańskiego towa

background image

 
rzystwa, sam Pizarro. Bardzo interesujące jest porównanie przekazanych nam portretów obu tych ludzi. Pizarro 
był niewątpliwie człowiekiem większego formatu, ale też z pewnością bardziej niesympatycznym. Chłopska, 
chytra twarz Almagra — ojciec jego był wyrobnikiem w jakiejś małej "Wioszczynie hiszpańskiej — zdradza 
wprawdzie, że jest on zdolny do brutalności lub porywczej nierozwagi, ale nie jest to twarz człowieka złego, 
okrutnego czy nieuczciwego. A to właśnie zdaje się być zasadniczym rysem Pizarra, któremu nieobce były 
najbardziej ponure tajnie natury ludzkiej. Mimo to jest w tej twarzy przepastnej jakiś wyraz szatańskiej dumy i 
imponującej siły, której nawet my, dzisiejsi, przy oglądaniu jego portretu nie możemy się oprzeć. Jest to pośród 
konkwistadorów charakter najbardziej zmienny, oscylujący między podłością a bohaterskimi porywami, między 
szatańskim okrucieństwem a gotową na śmierć ofiarnością, między zimnym wyrachowaniem a donldszoterią. 
Nie posiadamy niestety podobizny trzeciego uczestnika spółki dla zdobycia Peru — wikarego z Panamy, ojca 
Hernando de Luque. On był głową, kierowniczą siłą firmy, on też był duszą wyprawy, by potem, jak to zwykle 
bywa, nagle stwierdzić, że mimo uroczystych umów stał się piątym kołem u zwycięskiego wozu swych 
wspólników. 

Ta trójka hultajska, bo.tak musimy ją nazwać, połączyła się około 1522 roku w celu zdobycia i eksploatacji 

bogatego wielkiego kraju Biru, o którym w owym czasie doszły już do Panamy nieco dokładniejsze słuchy. 
Nawet mieszkańcy Panamy, choć obyci z mrzonkami i fantastycznymi planami, byli jednak zaskoczeni, gdy 
rozeszła się wieść o założeniu nowego interesu. Pater Ferdynand, który wniósł do „firmy" dwadzieścia tysięcy 
peso w złocie, otrzymał przezwisko „Ferdynand Szalony"; podobnie też patrzono na obu pozostałych. Przez 
długie tygodnie byli celem mniej lub więcej udanych kawałów, które wymyślali oaballeros z Panamy i okolic. 
Doszło do tego, że trzej wspólnicy woleli nie pokazywać się w Panamie. 

Pierwsze ekspedycje podjęte w latach 1524—1526 zbankrutowały z kretesem. Ze zwerbowanych, załóg 

wracała, na szczęście dla firmy, za każdym razem tylko połowa — reszta poległa od zatrutych strzał lub zmarła z 
głodu i wycieńczenia — ale i to wystarczyło, aby wyrobić przedsiębiorstwu złą opinię. Mimo to Pizarro i 
Almagro, w owym czasie liczący już ponad pięćdziesiątkę, pozostali niewzru 
szeni i tak niezłomnie przekonani o tym, iż pewnego dnia nie tylko odkryją legendarną krainę złota Biru, ale ją 
także zdobędą, że na wiosnę 1526 zawarli między sobą umowę w sprawie podziału tego kraju. Pater Luąue 
również w tym uczestniczył i uroczyście podpisał kontrakt, a pozostali wspólnicy, zachowując wszelkie formy 
prawne i ręcząc swym majątkiem, zapewnili mu udział w jednej trzeciej części wszystkich ziem, repartimientos, 
złota, srebra, drogich kamieni i wszystkich innych dochodów. Almagro i Pizarro nie umieli nawet się podpisać. 
Dwaj szacowni obywatele Panamy złożyli za hiszpańskich analfabetów podpisy pod szaleńczym dokumentem. 

Byli i w Panamie śmiałkowie marzący o odkryciu Peru, o wymianie handlowej z obszarami przybrzeżnymi. 

Ale całkowite opanowanie tego kraju — na taką skalę, jak Cortez opanował Meksyk — uważali za mrzonkę. 
Albowiem wiadomości, które nadchodziły w ciągu ostatnich lat o stosunkach panujących w imperium Inków, 
wzbudziły dla tego państwa największy szacunek. Granic imperium chronionych przez potężne, niedostępne 
góry strzegły podobno dziesiątki tysięcy znakomicie wyćwiczonych, odważnych żołnierzy. Świetnie 
rozbudowana sieć dróg, znakomicie funkcjonująca służba informacyjna łączyła, jak opowiadano, każdy punkt 
olbrzymiego kraju ze stolicą i rezydencją króla Inków. Potężne, niezwyciężone twierdze osłaniały najsłabsze 
choćby miejsce w systemie obronnym. Olbrzymie silosy, kilometrowej długości wodociągi zaspokajały także w 
ciężkich czasach potrzeby armii i ludności. Jeśli nawet wziąć w rachubę niewątpliwie lepsze uzbrojenie 
Hiszpanów, to wobec potęgi tego państwa nadzieja powodzenia wydawała się zuchwalstwem. 

Wszystko to jednak ześlizgiwało się po Pizarze, a jego żelazna stanowczość w czasach, gdy w oczach 

całego świata musiał uchodzić — i nie bez słuszności — za szaleńca, czyni z niego po6tać godną uwagi. Owa 
opętańcza wiara w wytknięty cel podnosi go, mimo ciemnych stron jego charakteru, do rzędu nielicznych ludzi, 
których historia świata przekazała pamięci potomności. Ostateczne spełnienie się jego planów było tylko 
zewnętrznym potwierdzeniem tkwiących w nim zdolności; ale sama indywidualność Pizarra nie ujawniła się 
nigdy wyraziściej niż to owych dziesięciu latach zaciekłych przygotowań do przyszłych triumfów. Albowiem 
dopiero w 1531 roku udało mu się wyruszyć do Peru na ozele 180 ludzi.

background image

 
Przedtem było jednak jeszcze kilka interludiów, których nie możemy przemilczeć, gdyż rzucają one jaskrawe 
światło na postać Pizarra. 

W pierwszym interludium odegrał pewną rolę Pedro de los Bios, gubernator Panamy, który widząc, że 

okręty Pizarra wracały stale do Panamy z nieboszczykami, chorymi, kalekami, zakazał staremu landśknechtowi 
jakichkolwiek dalszych wypraw, W walce z don Pedrem siła woli Pizarra zabłysła pełnym blaskiem. Gdy w r. 
1528 podczas wstępnej wyprawy wywiadowczej do Peru nadszedł od gubernatora rozkaz odwrotu, stary 
zabijaka wyrwał miecz z pochwy, pociągnął wobec zebranej załogi linię po piasku nadbrzeżnym, wskazał na 
południe i powiedział: „Towarzysze! Tędy prowadzi nasza droga krzyżowa. Zakończymy ją dopiero w Biru, ale 
staniemy się bogaczami!" Następnie zwrócił się ku północy i zawołał: „A tamtędy droga do leniwych 
wywczasów w Panamie, ale i do wiecznego ubóstwa! Wybierajcie!" Mówiąc to przekroczył zakreśloną przez 
siebie linię, a trzynastu ludzi spośród załogi okrętowej poszło za nim. To był rdzeń straceńczej gromady, która 
niedługo później podbiła Peru. 

W następnym interludium widzimy dwór cesarski w Toledo, na którym, za pożyczone pieniądze, w lecie 

1528 roku zjawił się niezbyt dworny konkwistador Pizarro. Poznał on tylko kilka miast nabrzeżnych w Peru, ale 
to, co tam widział i przeżył, wzmogło potężnie jego apetyt. Był przekonany, że relacja jego wywoła wrażenie w 
hiszpańskiej- ojczyźnie. I istotnie tra£ił na odpowiedni moment. Właśnie kiedy Cortez bawił w Hiszpanii, ukazał 
się przed Ich Cesarskimi Mościami Pizarro, aby prosić o finansowe poparcie. Na dowód prawdziwości swego 
sprawozdania zaprezentował kilka lam, delikatne, nie znane jeszcze wówczas w Europie jedwabiste tkaniny z 
wełny wikuni oraz złoto i srebro, a jako świadka — rycerza Pedra de Candię, pochodzącego ze szlachetnego 
rodu na Krecie, wysłannika Pizarra, który wyszedł na ląd w porcie peruwiańskim Tumbez położonym na 9° 
szerokości południowej. Wrażenia Candii przekazał nam obszernie Prescott: 

„Pedro de Candia został wysłany na ląd w pełnej zbroi, jak przystało na rycerza, z mieczem u boku i 

arkabuzą na ramieniu. Indianie przypatrywali mu się ze zdziwieniem, gdyż słońce padało na błyszczącą zbroję i 
odbijało się od broni wojennej. Słyszeli już wiele o straszliwej aikabuzie i prosili Candię, «aby pozwolił jej 
przemówić 

do nich». Candia postawił deskę jako tarczę, wycelował starannie i wystrzelił. Błysk prochu, nagły huk fuzji 

i strzaskana w kawałki deska przepełniły tubylców strachem. Niektórzy rzucili się na ziemię zakrywając twarz 
dłońmi, inni zbliżyli się do rycerza z uczuciem trwogi, która stopniowo znikała, gdy ujrzeli uśmiech na jego 
twarzy. 

Okazali mu wielką gościnność, a jego relacja po powrocie o cudach miasta zajęła żywo wszystkich 

słuchaczy. Twierdza otoczona potrójnym rzędem wałów miała ■ silną załogę. Świątynia była dosłownie 
wyłożona złotymi i srebrnymi płytami. Do tej budowli przylegał rodzaj klasztoru urządzonego dla dziewcząt 
zaręczonych z Inką, które okazały wielką ciekawość zobaczenia Candii. Czy rycerz zaspokoił tę ciekawość, nie 
wiadomo; ale opisał ogrody klasztorne pełne imitacji owoców i roślin ze szczerego złota i srebra. Widział też 
pracujących robotników, których jedynym zajęciem zdawało się być sporządzanie takich błyszczących ozdób dla 
świątyń." 

W Toledo, gdzie wszyscy byli pod wrażeniem cudów meksykańskich, o których doniósł Cortez, 

wiadomości tych wysłuchano z najżywszym zainteresowaniem. Ale gdy przybysz zorientował się w przychylnej 
postawie dworu hiszpańskiego, obudziła się w nim nędzna natura dawnego poganiacza bydła. Nie wspomniał ani 
słowem o Almagro — uważał, że wystarczy, gdy towarzysz, który w ciągu długich lat walczył o wspólną sprawę 
nie mniej uparcie niż on sam, otrzyma w kontraktach z koroną tylko połowę tego, co Pizarro zastrzegł dla siebie. 
Almagro będzie zadowolony, jeśli Jego Cesarska Mość uczyni go gubernatorem jakiejś zakazanej dziury w Peru, 
którą notabene trzeba dopiero zdobyć. Pizarro został mianowany głównym wodzem sił zbrojnych w. Peru. 
Krzywdząc w ten sposób Almagro, Pizarro postarał się jednak, aby trzynastu wiernych, którzy

background image

 

w swoim czasie opowiedzieli się za nim, podniesiono do godności hidalgów. Taka była w przybliżeniu treść 

kontraktu, który Pizarro zawarł w lipcu 1529 roku z koroną Hiszpanii „W zamian za to — pisze kronikarz 
hiszpański Gómara — Pizarro przyrzeka wielkie skarby i państwa. By zwerbować żołnierzy, opowiadał o dużo 
większych bogactwach, aniżeli były mu znane. A przecież wszystko to pozostało daleko w tyle za 
rzeczywistością." 

Di ego de Almagro nie mógł przeboleć tej krzywdy. Mimo przyznanych godności uważał się za 

oszukanego, a w swej chłopskiej chytrości nigdy tego Pizarrowi nie wybaczył. I słusznie! Pizarro zachował się w 
Hiszpanii równie sprytnie, jak podle. W kraju, który trzeba było dopiero zdobyć, nie mogło być dwóch równo-
prawnych władców. Almagro musiał ustąpić. Pizarro nie przeczuwał, że przyjdzie mu kiedyś zapłacić za to 
życiem. 

Po tym intermezzo rozpoczął się wielki dramat Peru. Kosztował on życie wielu, wielu tysięcy ludzi. Także 

główni aktorzy — Pizarro, Athahualpa, panujący Inka, Huascar, jego brat, i Almagro — zrosili swą krwią 
kamienisty grunt niesamowitego kraju. 

Zdaje się, że obaj królowie Inków byli jedynymi, którzy z góry wiedzieli, że przegrali i że umrą. Podobnie 

jak w Meksyku w czasie wylądowania Corteza, tak i nad Peru zabłysły złowrogie komety, trzęsienia ziemi 
wstrząsały górami, a krwawe, ogniste pierścienie otaczały przyjazne oblicze księżyca. Wszyscy wróżbici i 
mędrcy przepowiadali zgodnie, że zbliża się śmierć i czas jej straszliwego żniwa. Z głębokim przejęciem 
oglądano obrazy tańców śmierci, przekazane przez starą, świętą tradycję, i jak na Zachodzie, zapanował także w 
Peru ponury, beznadziejny nastrój upadku. 

Gdy w r. 1527 panujący wówczas Inka, Huayna Capac, dowiedział się, że do Tumbezu przybyli obcy biali 

ludzie, ogarnęło go przerażenie. Pedro Sarmiento de Gamboa, marynarz i dziejopisarz hiszpański; który wkrótce 
po zdobyciu Peru napisał historyczne dzieło o państwie Inków i przedłożył je do oceny i zatwierdzenia 
czterdziestu dwóm znanym i poważanym Inkom, opowiada o tym w taki sposób: 

„Gdy Inka dowiedział się o tym, osłupiał ze zdumienia i ogarnęła 
go taka trwoga i smutek, że zamknął się w swoim pokoju i nie wyszedł z niego aż do wieczora. Potem 

przybyły znad wybrzeży inne sztafety wysłane przez jego namiestników; doniosły one, że obcy ludzie wtargnęli 
do jego domów i pałaców, splądrowali je i wynieśli stamtąd wszystkie skarby. Nie pomogły żadne prośby i nic 
nie mogło ich odstraszyć, nawet gdy posłano ich do domów, w których znajdowały się dzikie zwierzęta Inki. 
Król usłyszawszy o tak niesłychanych rzeczach rozkazał posłańcom, aby jeszcze raz powtórzyli, co zaszło. 
Posłańcy odrzekli: «Inko, nie ma więcej nic do opowiedzenia poza tym, że lwy i inne dzikie zwierzęta, które 
trzymasz w tych domach, pełzały po ziemi przed obcymi i przymilnie machały ogonami, jak gdyby były 
oswojone.* Wówczas król przesiadł się na drugi stołek i kazał gońcom opowiadać jeszcze raz i ciągle od nowa, 
co zaszło. Albowiem nie mógł dać wiary tak niebywałym i niesłychanym wydarzeniom." 

A w kilka lat później, na łożu śmierci, w oficjalnym testamencie Huayna Capac nakazał swemu ludowi, aby 

nie sprzeciwiał się niebiosom. Wezwał do siebie naczelników ayllusów, tj. pierwszych rodów państwa, i 
oświadczył im: 

„Przed kilku laty wyjawił mi ojciec nasz, słońce, że po panowaniu dwanaściorga jego królewskich dzieci 

przybędzie obcy lud, którego w tych okolicach nigdy jeszcze nie widziano, i zdobędzie, i opanuje to królestwo i 
jeszcze wiele innych. Przypuszczam, że chodzi o tych ludzi, których ujrzano niedawno na morzu u naszych 
wybrzeży. Ma to być silny rodzaj ludzi, we wszystkim nas przewyższający. Wiemy zaś, że na mnie spełniła się 
ilość dwunastu Inków. Przeto przepowiadam wam: w niewiele lat po moim odejściu zjawi się ów silny lud i 
spełni proroctwo naszego ojca, słońca, zdobędzie nasze państwo i zawładnie nami. Nakazuję wam, abyście mu 
byli posłuszni i służyli mu, bowiem przewyższa was we wszystkim, prawa jego są lepsze od naszych, a broń 
jego silniejsza i niezwyciężona. 

Pokój i wami — odchodzę teraz do mego ojca, słońca, który mnie woła..." 
Jaka zastanawiająca zbieżność zjawisk! Kilkanaście zaledwie lat przedtem, wiele stopni szerokości 

geograficznej bardziej na północ, oddalony o tysiące kilometrów ostatni cesarz Azteków zaskakująco podobnym 
dokumentem poddaje się białym intruzom. Teraz dokonywa się to samo w Ameryce Południowej, w państwie 
Inków. Nie

background image

 
jest to naturalnie ani przypadek, ani dorabianie historii. Tak jak abdykacja Montezumy została nam wiernie 
przekazana — tak i testament polityczny Huayny Capac jest w treści swej niewątpliwie autentyczny. Montezumą 
był przekonany, że pozostała mu jedynie kapitulacja, ostatni Inka niepodzielnego państwa Peru wiedział, że czas 
jego ludu minął. 

Ale z jakich źródeł czerpali obydwaj władcy indiańscy tę wiedzę? Dotychczas brak danych, by móc 

odpowiedzieć na to pytanie. Istnieją tylko poszlaki wskazujące, że w Ameryce istniało mniej lub bardziej 
wyraźne przeczucie przemożnej siły białych ludzi — tak samo jak Europa w swych snach i przepowiedniach 
przewidywała i przeczuwała istnienie dalekiego, obcego kontynentu zachodniego. 

Rozkaz króla, by nie stawiać przybyszom oporu, obezwładnił Inków. Na dobitek wielkie państwo było 

rozdarte wojną domową. Wbrew starej tradycji dwunasty król Inków, Huayna Capac, podzielił władzę między 
dwóch synów, Athahuaipę i Huascara. Wkrótce po jego śmierci bracia zaczęli się zwalczać; właśnie wtedy, gdy 
Pizarro wyruszył na podbój Peru. To było jego szczęściem — nigdy bowiem nie osiągnąłby swego oelu, gdyby 
Peru było państwem jednolitym i zespolonym przez tradycję. Teraz jednak wrogie partie zwalczały się 
wzajemnie, urządzając straszliwe rzezie; gromada awanturników Pizarra wbiła się jak twardy klin w ciało 
schorzałego wewnętrznie ludu. 

Z początkiem stycznia 1531 roku Pizarro wyruszył z trzema okrętami z Panamy, w trzynaście dni później 

ujrzał wybrzeże Ekwadoru. Po wylądowaniu w zatoce San Mateo postanowił już tutaj rozpocząć zdobywanie 
państwa Inków i w krótki czas potem Hiszpanie, pocąc się w pancerzach i grubo watowanych kaftanach, wkro-
czyli do miasta Coaque, które od razu zaczęli plądrować, rabując złoto, srebro i inne kosztowności. Następnie 
wzięli szturmem wolne miasto Tumbez — to samo, które przed czterema laty tak przyjaźnie przyjęło i ugościło 
Hiszpanów. I tam znów znaleziono złota co niemiara. 

Już pierwsze wypady u wybrzeży były bardzo uciążliwe. Nie było tu żadnej roślinności, olbrzymie wydmy 

piaszczyste, niezmierzone pustynie, łyse góry — oto ponury krajobraz, jaki roztaczał się przed Hiszpanami. A po 
pokonaniu zachodnich Kordylierów trudności bynajmniej się nie skończyły. Andy osiągają, jak wiadomo, 
znaczną wysokość, nawet ich przełęcze leżą częściowo na wysokości 5000 m, a soroche, choroba górska, 
oszczędza tylko bardzo niewielu. Gdy Hiszpanie pokonali wreszcie góry, weszli na punę, płaskowyż, który w 
dzień spalają padające prawie pionowo promienie słońca, a w nocy skuwa mróz. Prócz rzadkiej, wyschniętej 
trawy nie ma tu żadnej niemal roślinności. 

Pizarro pozostawił przezornie na wybrzeżu wszystkie niezupełnie pewne elementy spośród swych załóg; 

reszta, złożona ze 102 piechurów rozporządzających łącznie około 17 kuszami, 63 konnych i 3 muszkieterów, z 
którą wyruszył do Cajamarki, rezydencji Atha- hualpy, była mu oddana na śmierć i życie. To właśnie 
przyczyniło się walnie do sukcesu wyprawy, gdyż Hiszpanie przechodzili przez przełęcze i wąwozy tak 
korzystnie położone, że garstka odważnych mężów mogła tu zatrzymać całą armię. Jednakże w żadnej z licz-
nych twierdz Inków w Wysokich Kordylierach nie było wojska. Hiszpanie, przyjaźnie przyjmowani, 
zaopatrywani obficie w żywność, przebyli wysokie górskie przełęcze, aż pewnego dnia stanęli przed stolicą 
Cajamarca. 

Pizarro był równie dokładnie poinformowany o wewnętrznych stosunkach Peru, jak Athahualpa o 

charakterze i wyglądzie zbliżających się Hiszpanów. W Cajamarce rozważano długo, czy nie wysłać przeciw 
obcym intruzom wojska i zniszczyć ich już w czasie marszu. Ale Athahualpa na krótko przedtem pobił na głowę 
swego brata Huascara i czuł się dość silny, by zwabić wrogów w głąb kraju. 

15 listopada 1532 roku Hiszpanie wtargnęli do Cajamarki. Zstępując z wyżyn górskich do stolicy widzieli 

po drugiej stronie miasta, na przeciwległym zboczu góry, obozowisko wojskowe Inków z mnóstwem namiotów, 
ludzi, połyskujących włóczni, narzędzi, szat — liczące 50 000 wypróbowanych w boju żołnierzy, którzy właśnie 
powrócili z pól bitewnych wojny domowej. Nocą na stokach gór jarzyły się i świeciły ogniska nieprzyjaciół. W 
tej chwili może nawet Pizarro uświadomił sobie szaleństwo swych zamiarów. Ale nie było już odwrotu. Tak jak 
Cortez podczas zdobywania Meksyku — mógł przejść przez ten kraj, jeśli tu, na płaskowyżu peruwiańskim, 
odniesie walne zwycięstwo. Obojętne, zdradą czy podstępem, musi zwyciężyć! I zwyciężył! Lecz zwycięstwo to 
okupione zostało najohydniejszą rzezią, zdradą wobec ludzi nie przeczuwają

background image

 
cych nic złego — a plan ten wymyślić i przeprowadzić mógł tylko człowiek taki jak Pizarro. 

Po wkroczeniu do wyludnionego, opuszczonego miasta Pizarro zatrzymał się na głównym placu. Jego brat 

przyrodni, ślubnie urodzony Hernando de Pizzaro, który otrzymał na dworze hiszpańskim wychowanie 
pozwalające mu na występowanie w charakterze wysłannika nawet na dworze Inki, udał się późnym 
popołudniem 15 listopada 1532 konno do Athahualpy zapraszając go, ażeby zechciał odwiedzić swego „brata" 
Pizarra w Cajamarce. Athahualpa słuchał z kamienną obojętnością; nie podniósł nawet głowy, gdy Hernando 
przed nim stanął. W końcu jeden z doradców Inki odpowiedział krótko i lodowato, że w tej chwili król odbywa 
jeszcze święte dni postu. Nazajutrz odwiedzi Hiszpana w Cajamarce, po czym zarządzi, co należy. Jeden z 
towarzyszących Heraandowi oficerów kawalerii, Hernando de Soto, wykonał podczas tej rozmowy na swym 
koniu kilka wolt, po czym popędził przez plac cwałem w stronę Inki, jak gdyby chciał go stratować. Tuż przed 
królem ściągnął konia wiedząc, jak wielkie wrażenie sprawiały na Inkach te nieznane zwierzęta, i skłonił się 
dwornie. Athahualpa siedział nadal milczący i ani drgnął. Kilku dworzan, którzy cofnęli się z przerażeniem 
przed parskającym „potworem", ścięto jeszcze tego samego wieczoru za tchórzostwo. 

Pierwsze spotkanie z inkaskim władcą wywarło na Hiszpanach silne wrażenie. Modląc się i ostrząc broń 

spędzili noc wśród wojska nieprzyjacielskiego. Można było się założyć dziesięć do jednego, że w ciągu 
najbliższych 24 godzin ani śladu po nich nie zostanie. Ale miało się stać inaczej. Pizarro obmyślił czyn 
wzorowany na uwięzieniu Montezumy przez Corteza. Gdy nazajutrz Athahualpa w otoczeniu wysokiej szlachty, 
duchowieństwa i gwardii przybocznej wybrał się w odwiedziny do Hiszpanów, zastał gniazdo puste. Nigdzie nie 
było widać przybyszów. Król zapytał zdziwiony, gdzie się po- dziewają. Odpowiedziano mu, że 
prawdopodobnie ukryli się z obawy przed dostojnym monarchą. „I prawdą jest — pisze Pedro Pizarro, brat 
stryjeczny gubernatora — że niektórzy z nas drżeli ze strachu i zmoczyli spodnie." Tymczasem ukazał się 
kapelan polowy Vincente Valverde i wygłosił mowę o religii chrześcijańskiej, Bogu, papieżu i cesarzu, którą 
rozumiejący po hiszpańsku Indianin przełożył z trudem i jąkaniem się na język Inków, ąuechwa. Kapelan 
wzywał Atha- hualpę do zrzeczenia się władzy na rzecz Karola V i swoich bogów 
Upadek państwa Inków 
na rzecz Chrystusa. Athahualpa przysłuchiwał się temu przez jakiś czas bardzo cierpliwie; potem odpowiedział 
ostro, sięgnął po brewiarz, z którego pater odczytywał, przyłożył do książki ucho, a gdy brewiarz nie chciał 
przemówić, jak tego król widocznie oczekiwał, rzucił go z gniewem na ziemię. Teraz stało się to, na co Pizarro 
tak żarliwie czekał. Inka podał mu hasło. Święta religia chrześcijańska została znieważona. Z okrzykiem 
bojowym: „Santiago! Nacierajcie!", Pizarro wybiegł z dwudziestu uzbrojonymi po zęby Hiszpanami ze swej 
kryjówki i, podobnie jak to uczynił Cortez z Monte- zumą w Meksyku, kazał ująć Athahualpę. 

„W tej chwili rozległ się grzmot działa. Zabrzmiały trąbki, piechota i jazda wypadły z zasadzki, w której 

ukrył je wódz. Gdy Indianie zobaczyli cwałujące konie, rzucili się prawie wszyscy do ucieczki, i to z takim 
impetem, że ciałami swymi wybili kawałek muru oka- lającego plac. Jeźdźcy natarli na nich i zabili prawie 
wszystkich. Pozostałych przy życiu dobiła piechota. W ten sposób w ciągu pół godziny zabitych zostało cztery 
tysiące ludzi." 

W ciągu tej półgodzinnej rzezi upadło państwo Inków. Warto może rzucić okiem na jego stosunki 

wewnętrzne, choćby po to, aby zrozumieć, że największe trudności czekały Pizarra dopiero po walnym 
zwycięstwie. 

Do wagonów pierwszej klasy linii kolejowej La Paz—Guaąui dolatuje przenikliwe wołanie: Monolos, 

monolos! Nie zaaklimatyzowany jeszcze Europejczyk zrywa się przestraszony z półsnu. Serce, serce! W 
rozrzedzonym powietrzu tego dziwnego kraju bije ono 
0  wiele za szybko. C do wiek żyje tu jak w upojeniu, podniecony 
1  ożywiony. Ale w nocy trudno zasnąć, toteż nowicjusze, znużeni, zapadają często za dnia w krótką drzemkę. 
Monolos, monolos! Brązowe twarze dzieci, wesoło roześmiane, ale o melancholijnych oczach, ukazują się u 
okien. Na szyldzie stacyjnym napis: 
TI AHUANACO 81 km, wysokość 3825 m nad poziomem morza Forjador de CivUlzadones

background image

 

Nieporuszony faktem, że znajduje się w „kuźni cywilizacji", długonogi Anglik wstaje i sięga po walizkę. 

Czyżby tutaj mieszkał? 

Czy ktoś w ogóle może tu żyć? W tej samotni? Cztery dni temu, owego chłodnego kwietnia 1954 roku, 

radiatory promieni ultraczer- wonych tak nas grzały na tarasie Hotelu Kempińskiego na Kur- furstendamm w 
Berlinie, jak gdybyśmy siedzieli na ruszcie. A dziewięćdziesiąt sześć godzin później jesteśmy już tutaj, na wyso-
kości 4000 metrów, na altiplano, płaskowyżu południowoamerykańskich Kordylierów, a stacja nazywa się 
Tiahuanaco. Monolos, monolos! — drze się cztery, pięć głosów. Dzieci ofiarowują małe, wcale udatne imitacje 
owych dziwnych monolitów, słynnych olbrzymich posągów, stojących wokół jeziora Titicaca, Wzrokiem obej-
mującym wieczność posągi te patrzą na pustynny, szarobrunatny kraj. 

Gdy przed sześćdziesięciu laty inżynier Artur Poznański przybył nad jezioro Titicaca i do Tiahuanaco, był 

tak samo przejęty i poruszony jak my. Potężne posągi kamienne, a w szczególności „świątynię słońca" z 
Tiahuanaco, Kalasassaya, której potężne ruiny wznoszą się blisko wsi po drugiej stronie toru kolejowego, 
szacował na szesnaście tysięcy lat i sądził, że tu znajduje się kolebka ludzkości i początek wszelkiej kultury. 
Mylił się zapewne, w każdym razie dzisiaj nauka już w to nie wierzy. Ocenia się Tiahuanaco najwyżej na dwa 
tysiąoe lat i uważa, że początki tej kultury przypadają na czas około narodzenia Chrystusa. Ale jeśli staniemy 
przed potężną budowlą świątyni, przed bogato rzeźbioną „bramą słońca", wyciosaną z jednego ogromnego bloku 
andezytu, przed filarami kamiennymi, postawionymi jakby przez gigantów, o 3 m wysokości, 2 m grubości i do 
5 m szerokości, jeśli zmierzymy olbrzymie płyty kamienne ołtarza, którego fragmenty mają do 6 m długości, 4 
m szerokości i 

l

/t m grubości, to zrozumiemy, dlaczego Poznański sądził, że w zamierzchłej przeszłości musiał 

tu żyć nieznany lud 
0  wysokiej kulturze i technice. 

Nie można sobie po prostu wyobrazić, aby prymitywni tubylcy wznieśli te budowle, wspaniałe jeszcze w 

stanie zniszczenia. Dłuta 
1 topory tyah artystów były przecież sporządzone tylko z kamienia. Tępiały po każdym uderzeniu i trzeba je 
było bezustannie ostrzyć. Mimo to płyty i filary świątyni słońca są tak precyzyjnie, tak 
dokładnie ociosane i do siebie dopasowane, że żaden dzisiejszy kamieniarz nie umiałby tego wykonać. 

Statki, którymi przewożono przez wodę owe bloki o wadze stu i więcej ton z kamieniołomów położonych 

po drugiej stronie jeziora Titicaca, były marnymi tratwami trzcinowymi. My nigdy byśmy tego nie dokonali. Bez 
berlinek i dźwigów parowych bylibyśmy bezradni. 

Ludzie z Tiahuanaco nie mieli też do dyspozycji wozów ani zwierząt pociągowych. Nie mieli nawet 

wielokrążków. Mimo to wznieśli owe cyklopiczne budowle. Ich wiedza techniczna stała więc niezwykle 
wysoko! Wszystko to dawno już przeminęło i przebrzmiało, gdy w XI wieku po Chr. przybyli do tego kraju 
Inkowie, więc zrozumiałe wydają się początkowe przypuszczenia, że kultura Tiahuanaco była prastara i 
najwcześniejsza ze wszystkich. 

450 000 m

a

 starego, świętego obszaru nad jeziorem to jeden wielki cmentarz. Wszędzie leżą czerepy urn i 

kości ludzkie. Potem oglądaliśmy w Cuzco czaszki ludzkie, wyblakłe i kruche ze starości, z dziwnymi dziurami 
wielkości pięciozłotówki w kości ciemieniowej, w tylnej części głowy i w kości czołowej. Jeśli to były rany 
odniesione w walce, musiały one być śmiertelne. Ale obwody tych dziur są tak odmierzone i równe, jak gdyby 
wycięła je piłka nowoczesnego chirurga. Nie są to więc obrażenia wojenne, lecz raczej ślady pooperacyjne. 
Zdziwienie zapiera nam dech: najtrudniejsze operacje czaszki, wykonane przed dwoma tysiącami lat przez 
chirurgów, którzy używali pilników z kamienia i skalpeli z obsydianu? I to w dodatku wykonane tak czysto i 
fachowo, jak gdyby mieli obok siebie na stole podręcznik operacji mózgu! 

Brzmi to niewiarygodnie, ale tak było. Już w La Paz opowiadano nam o tym. Widzieliśmy tam opaskę 

tętniczą liczącą dwa tysiące lat, przy pomocy której lekarze peruwiańscy dokonali niedawno skomplikowanego 
zabiegu operacyjnego tak znakomicie, że pacjent cierpiący na poważną anemię nie stracił prawie krwi. Jeżeli już 
ten 'fakt jest zdumiewający, to czaszki z niewątpliwymi śladami udanych operacji przedstawiają niezgłębioną 
zagadkę. Zabiegów tych dokonywano na ludziach żyjących, a wyniki były prawdopodobnie pozytywne. W wielu 
wypadkach widoczne są bowiem blizny kostne, świadczące o tym, że usunięte przez operację kawałki kości

background image

 
odrosły. Dowodzi to, że pacjent żył zarówno w czaiło zabiegu, jak 1 przez długie lata -potom. 

2aden dowód pisemny nie stwierdza tych cudów medycznych. Są tylko czoizki, setki czaszek z wszystkich 

prawie atron Boliwii li Peru. Na wielu z nich znajdują sfa} blizny kostne, ale bynajmniej 
nie na wszystkich. I gdyby n przed kilku zaledwie wic- ■ kami nie było także w Polinezji operacji mózgu, 
przeprowadzanych w celu przywrócenia zdrowia ofiarom nieszczęśliwych wypadków lub rannym, to można by 
przypuścić, że trepanacje czaszki w Ameryce Południowej nie miały charakteru medyczno- leczniczego, lecz 
były dokonywane z pobudek jakiegoś nieznanego kultu religijnego. 

Ponieważ tak trudne zabiegi operacyjne wymagają długiego i bogatego doświadczenia, podobnie jak 

budowa cyklopicznych budowli, o których wyżej mówiliśmy, więc szukano bez ustanku źródeł kultury 
Tlahuanaco. Do tej pory niewiele znaleziono. Uczeni sądzą wprawdzie, że ludność z Tlahuanaco należała do 
szczepu Indian Almara, którzy jeszcze działaj zamieszkują rozległe części płaskowyżu Kordylierów. Ale 
dowieść tego nie można i nie wyjaśniałoby to też, dlaczego kultura Tlahuanaco ukazuje cię obserwatorowi nagle 
w formie niezwykle wykształconej. 

Nauka zadaje sobie wciąż jeszcze pytanie, czy Jakaś nieznana 

 
 
  ________________ Zagadki kultury Tlahuanaco 
kultura nte wywarła z zewnątrz wpływu na kulturę Tlahuanaco. .Stanowisko to zajmuje m. in. etnolog norweski 
Thor Heyerdahi Powołuje się on na słynną „legendę o Virakosze", która w wielu częściach Ameryki 
Południowej Jest dzisiaj Jeszcze tak żywa, że każdego białego określa się tam jako „Vlrakochę". 

Według Heyerdahla Virakocha jest odpowiednikiem mitycznego Quetzalcoatla Majów ł Azteków. 

Vlrakocha był bowiem także białym bogiem i misjonarzem, starym i brodatym, który pewnego dnia, na długo 
przed Inkami, zjawił aię w kraju. Przyniósł z sobą krzyż, zatknął go na górze, nauczał i chrzcił, przyjmował 
spowiedź, nakładał pokutę skruszonemu winowajcy i ogłaszał odpuszczenie grzechów. Założył 1 wzniósł Cuzco, 
wdrożył krajowców we wszelkie kunszty techniczne i dobre obyczaje i wycofał się później na wyspę słońca na 
jeziorze Tlticaca, gdzie, jak głosi legenda, miał odtąd swą główną siedzibę. Potem Jednak popadł w spór z 
kacykiem Carl z doliny Coąuimbo. Carl zwyciężył Virakochę, zabił jego białych wojów, tylko kobietom i 
dzieciom darował życie. Sam biały zbawiciel uszedł nie ledwie cudem. Z kilkoma najbliższymi zwrócił się w 
kierunku zachodniego oceanu i usiadłszy na rozpostartym na falach czarodziejskim płaszczu, zniknął z oczu. 
Przedtem jednak wygłosił jeszcze raz kazanie i Obwieścił całemu światu, że gdy spełni się czas, w dalekiej, 
dalekiej przyszłości, przyśle swych wysłanników —. „białych, brodatych mężów"! 

Heyerdahi wymienia jako swe źródło Kron(ką Peru, napisaną w 1993 roku przez dziejopisarza 

hiszpańskiego Cieza de León, towarzysza walk Pizarra. Ale kronika ta, na co amerykaniści wyraźnie zwrócili 
uwagę, jest w tej kwestii opisem z drugiej ręki. Virakocha nie był przecież bogiem Inków, a to, co Hiszpan 
zanotował na podstawie opowiadań swych brunatnych informatorów, było dla Inków także już tylko legendą i 
tradycją. Mimo to Hiszpanie byli zdumieni. Dopiero co Majowie i Aztecy powitali ich jako „białych bogów", a 
teraz w Peru spotyka ich to samo. Widocznie takie Inkowie wiedzą, że istnieją biali. Jasnowłosi ludzie. Nieznani 
wysłannicy ze świata białych ludzi musieli zatem dawno temu dotrzeć do Ameryki. 

Cieza de León nie wyciągnął wyraźnie tego wniosku. Ale nie mógł uporać się z faktem, że gdy jego rodacy, 

wśród których znalazło się zapewne niemało jasnowłosych, niebieskookich i biaio-

background image

 
skórych potomków Gotów i Wandalów, wtargnęli w 1527 roku do Peru, zostali przywitani przez Indian z 
trwożnym szacunkiem jako biali bogowie. My znajdujemy się obecnie w takiej samej sytuacji jak Cieza de 
León. Jak ostatnio podniósł podróżnik szwajcarski Isiegfried Huber w swej książce Im Reich der Inka („W 
państwie Inków"), wszystko to „byłoby zupełnie niewytłumaczalne, gdyby 

■ nie istniała wspomniana tradycja, gdyby więc biali, brodaci ludzie nie byli już znani i nie oczekiwano ich 

powrotu w późniejszych czasach". 
Oczywista, że Hiszpanie stali się teraz bardzo spostrzegawczy. Z zainteresowaniem stwierdzili, że u Inków 
istnieje nie tylko spowiedź, którą przyj mu- _|je kapłan obowiązany do przestrzegania tajemnicy spowiedzi, I ale 
że podobnie jak w Europie 
■ 

nakłada się tu pokutę i udziela 

■ 

rozgrzeszenia. Tak samo w Cuz- I co rzuca się im w oczy rodzaj I symbolu 

trójcy: obrazy „słońca- 

1 pana", „słońca-syna" i „słońca- 

brata", którym składano ofiary i które nasuwały porównanie Hz Trójcą Świętą. Zdziwiło Hisz- / panów również 
niezmiernie, że istnieją tam zakony, w których mnisi umartwiają się, biczują do krwi, przestrzegają surowych 
postów; że podobnie jak w Starym Świecie znajdują się w Peru święci pustelnicy, którzy żyją w straszliwych 
samotniach oddając się rozmyślaniom. 

Zrozumiałe, że przybysze snuli porównania ze zwyczajami chrześcijańskimi. Nie wpadło im nawet na myśl, 

że te rzekome paralele mogły być złudzeniem, toteż ówcześni kronikarze nie mieli potrzeby przyozdabiania i 
upiększania w duchu chrześcijańskim wiadomości o życiu religijnym Inków. Najjaśniej wyraził to nie 
dawno amerykanista fiński Rafael Karsten. Podkreśla on, że Inkowie, jak wszyscy Indianie, byli politeistami. 
Nad Olimpem an- tropomorficznie pojętych bóstw istniał jednak jeden najwyższy władca, pojmowany, w sposób 
zupełnie nieindiański, jako istota duchowa i bezcielesna — bóg-stwórca Virakocha, którego znajomość i kult 
Inkowie przejęli z kultury Tiahuanaco. Virakocha stał wysoko ponad słońcem: „Wieczny pan, uzmysłowienie 
świata i jego wiecznie trwająca praprzyczyna. On jest słońcem słońca, stwórcą świata..." — mówi jedna z 
najstarszych modlitw in- kaskich. 

Według nowszych poglądów, Virakocha, podobnie jak Quetzal- coatl, był białym wysłannikiem, przybyłym 

z Zachodu. Na poparcie tej teorii warto przytoczyć, że za czasów konkwisty hiszpańskiej można było wśród 
ayllusów inkaskich, tj. wśród wysokiej szlachty peruwiańskiej, spotkać wielu ludzi o jasnej cerze. W 
szczególności coyas, „miłe panie", jak nazywano kobiety należące do najwyższych rodów magnackich, 
wyglądały często zupełnie jak Europejki. Fakt ten jest bardzo dziwny, gdyż Inkowie należą etnologicznie do 
grupy szczepowej Indian Quechua, przybyłej prawdopodobnie z północnego Peru, której pochodzenie i początki 
są jeszcze nie znane. Antropologicznie natomiast są oni, jak ustalił Rafael Karsten, „jedną z ras egzotycznych, 
które swym typem zbliżają się najbardziej do rasy białej". Relacje hiszpańskie wyraźnie to potwierdzają. Pisze o 
tym ze zdziwieniem Pedro Pizarro, brat stryjeczny zdobywcy Peru, w swej Relación del descubńmiento y 
conąuista de los reinos del Peru. Ludzie ci byli schludni i czyści, okazali i piękni dla oka. Uważali się sami za 
kształtnie zbudowanych i byli takimi w istocie. 

„Klasa panująca w królestwie Peru miała jasną barwę skóry i ciemnoblond włosy, mniej więcej koloru 

dojrzałej pszenicy. Wielcy panowie i damy byli przeważnie biali jak Hiszpanie. Spotkałem w tym kraju kobietę 
indiańską z dzieckiem, oboje tak jasnego koloru skóry, że nie różniły się prawie Od jasnowłosych, białych ludzi. 
Mówi się tam, że są dziećmi bogów." 

Ponieważ Relación Pedra Pizarra jest dość trudno dostępna, przytaczamy dosłownie także tekst hiszpański: 
Esta gente del reino del Peru era blanco, de color trigueno, y entre los seflores y sehoras eran mds blancos 

como espanoles. Yo vide en

background image

 
estra tierra utną muger india y un nino que de blcmeos y rubios casi no vian. Estos decian ellos que eran hijos de 
los (dolos. 

Wydaje się to niewiarygodne i bywa z reguły odrzucane jako j przesada, a nawet celowe kłamstwo. 

Jednakże w .poprzednim rozdziale czytaliśmy już o kolorowych malowidłach ściennych w Chi- chen Itza, 
przedstawiających biały lud w walce z ciemnoskórymi wojownikami. Świadectwo Pizarra nie musi więc być 
fałszywe, jeśli zważymy, że na dworze królów inkaskich były od dawna w zwyczaju małżeństwa między 
rodzeństwem, co (miało na celu zachowanie czystej krwi królewskiej; możliwe jest, że wśród wyższych warstw 
w Peru istniały jeszcze za czasów Hiszpanów liczne osobniki o białej skórze. 

Skąd biorą się pierwiastki europejskie u ludów amerykańskich odznaczających się wysoką kulturą — jeżeli 

w ogóle założymy, że pierwiastki takie rzeczywiście istnieją i że liczne poszlaki nie są tylko złudzeniem? Ta 
kwestia jest jeszcze nie zbadana. Elementy te mogły, podobnie jak składniki mongoloidalne u tubylców ame-
rykańskich, przywędrować z Azji, a wówczas liczne indo-europejskie grupy odpryskowe w północno-
wschodniej Azji byłyby ich krewnymi. Mogły także przybyć do Ameryki przez Ocean Atlantycki. Jest to na 
pozór dziwne. Ale w rzeczywistości morze przy sprzyjających wiatrach i prądach przedstawiało nie tyle zaporę, 
ile raczej pomost. Kolonizacja Madagaskaru przez Malajczyków jest argumentem przemawiającym za 
słusznością tej hipotezy. 

Poza tym zdaje się, że „biali" Indianie istnieją jeszcze po dziś dzień. Etnolog amerykański Harris, który 

badał Indian z San Blas, oświadczył w r. 1926, w sprawozdaniu ze swych 'badań, że kolor włosów tych Indian 
waha się między odcieniem lnu a słomy, a barwa ioh skóry jest „prawie biała". Badacz angielski, pułkownik 
Fawcett, członek Brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, który zaginął w 1925 roku podczas 
swej ostatniej wyprawy do dziewiczych lasów Ameryki Południowej, podał kilka razy w swym dziele 
Exploration Fawcett, opisującym podróże po dżungli amerykańskiej w latach 1906—1921, że on i inni 
wędrowcy leśni spotkali „białych" Indian: „ludzi o rudych włosach i niebieskich oczach, jakich nie powstydziłby 
się Gringo

1

". Wiadomości takie zbywano 

stale twierdzeniem, że chodziło o albinosów. Ale wyjaśnienie to nie wydaje się wystarczające. W każdym razie 
Fawcett opisując niebieskookiego, rudowłosego Indianina, należącego do dzikiego szczepu indiańskiego 
Maksubi z dorzecza Amazonki, zaznacza: „Nie był to albinos!" 

Jeszcze obszerniej mówi o tym informator Fawoetta, francuski dyrektor plantacji gumy Santa Rosa nad 

Abuną, dopływem Rio Negro. Opowiedział on Fawcettowi podczas jego pierwszej wyprawy w latach 1906—
1907 co następuje: 

„Nad Rio Acre żyją biali Indianie. Brat mój płynął łodzią w górę rzeki, gdy doniesiono mu pewnego dnia, 

że w pobliżu znajdują się biali Indianie. Nie uwierzył i pokpiwał sobie z tego, mimo to jednak wyszedł i znalazł 
wyraźne ślady po Indianach. Niebawem on i jego ludzie zaatakowani zostali przez wysokich, rosłych, dorodnych 
dzikusów, całkiem białych, o rudych włosach i niebieskich oczach. Walczyli oni jak szatany... Niektórzy 
twierdzą, że nie ma białych Indian, że chodzi tu o mieszańców pochodzących od Hiszpanów 
i Indian. Tak bają ludzie, którzy ich nigdy nie widzieli. Kto ich widział, jest innego zdania!" 

Fawcett, który od 1906 do 1914 podróżował bez przerwy w dorzeczu Amazonki, a po pierwszej wojnie 

światowej podjął na nowo działalność badawczą, by ustalić kartograficznie granicę między Peru, Brazylią a 
Boliwią, był nowoczesnym courreur de bois, jakich dzisiaj jest już mało; nie należy ignorować świadectwa tego 
badacza. W związku z relacją Pedra Pizarra, która była punktem wyjścia naszych rozważań, zyskuje ono 
szczególną wagę. 

Starsza amerykanistyka, która zwykła podkreślać niewątpliwe mongolskie rysy Indian, nie poświęciła wiele 

uwagi temu ustępowi opisu Pedra Pizarra. Biorąc rzecz emocjonalnie skłonni jesteśmy przyznać jej rację. 
Według wszelkich pozostałych wiadomości indiańsfkie sąuaws nie odznaczały się powabami niewieścimi. Ale 
albo nadworna szlachta hiszpańska miała za czasów Karola V i Filipa II inne wyobrażenia o piękności niż my — 
co znając malarstwo starohiszpańskie byłoby niezwykle dziwne i zupełnie niezrozumiałe — albo też opis coyas 
przekazany nam przez Pizarra zasługuje na baczniejszą uwagę. 

Gdyby choć ułamek podobnych świadectw istniał na przykład co do Etrusków lub tajemniczego ludu 

Hyksosów w Egipcie, uznano

background image

 
by je za dostatecznie wiarygodne. Jeśli chodzi o Inków, pozostaje ciągle sporo wątpliwości i niepewności 
Tłumaczy się to po części tym, że do państwa Inków przylgnęło od samego .początku coś dziwnie dwoistego i 
wieloznacznego. Wtargnąwszy do Peru Indianie Quechua przynieśli z sobą wprawdzie wysoko rozwiniętą 
kulturę, ale w ich późniejszych osiągnięciach politycznych i artystycznych uczestniczyli w dużym stopniu 
Indianie Aimara. Inkowie bez wahania przyswajali sobie wcześniejsze formy cywilizacyjne i kulturowe, jeśli 
uznali je za odpowiednie i dające się w ich warunkach przystosować. 

Jedną z nich była kultura Tiahuanaco. Drugą — kultura Chavinu, której najwcześniejsze ślady sięgają mniej 

więcej 800 roku przed Chr., a nazwa pochodzi od starego miejsca pielgrzymek Chavin de Huantar. Podobnie jak 
kultura Tiahuanaco z jej zagadkowymi osiągnięciami z dziedziny medycyny i techniki, tak i kultura Chavinu 
wynurzyła się nagle z nicości. Cudowne świątynie tego około tysiąc łat trwająoego okresu, przepyszna ceramika 
i wspaniałe urządzenia nawadniające budziły głęboki podziw już u Hiszpanów konkwisty. Trzecią, najmłodszą, 
była kultura Chimu, stworzona przez szczep indiański zamieszkujący dolinę Trujillo na północy kraju. W drugiej 
połowie XV wieku wpływy tego ludu sięgały od Tumbezu po Limę. Został on dopiero na krótko przed 
pojawieniem się białych podbity przez Inków i wcielony do ich państwa: obcy element, którego artyści — 
złotnicy, budowniczowie, garncarze, kamieniarze i architekci — złożyli swymi godnymi podziwu pracami 
wymowne świadectwo wysokiego poziomu kulturalnego swego ludu. 

Gdy Hiszpanie zdobyli Peru, zajmowało ono obszar od południowej Kolumbii do środkowego Chile, 

wynoszący około 36 stopni szerokości geograficznej, a więc ponad 4000 kilometrów; kraj ten obejmował oprócz 
dzisiejszego Peru także państwa sukoesyjne Ekwador, Boliwię i północne Chile. Naturalną granicę od zachodu 
stanowiło morze, od wschodu łańcuch Andów. Kraj Inków był więc niezwykle wąski i długi, z tego też powodu 
rząd przywiązywał szczególną wagę do dobrych połączeń komunikacyjnych. Przystąpiono do budowy 
wspaniałych dróg, przewyższających słynne drogi wojskowe Rzymian; pod względem rozmachu dadzą się one 
porównać tylko z murem chińskim. Jedna z dróg biegnąca ze stolicy Cuzoo w kierunku przeważnie północnym 
przez Abancay, Andahuylas i Aya- 
cucho do Cajamarki, a stamtąd przez Quito, stolicę Ekwadoru, do Pasto w południowej Kolumbii, miała około 
2000 kilometrów długości. Główna droga na południe biegła nad jeziorem Titicaca i przez dolinę Desaguadero 
do Chuąuisaca w Boliwii południowej, a stamtąd dalej do Tucuman w Argentynie. Niemal równolegle do tej 
linii biegły szlaki łączące 

IW 
10 

 
miasta nadbrzeżne od Tumbezu na północy do Nasca na południu; posiadały one liczne połączenia z drogą 
wyso-J kogórską. 

Na tych trasach trzeba by-1 ło pokonywać bardzo trudne ] partie górzyste i pustynne. Podróżni, którzy 

kiedykolwiek mieli sposobność poznać owe drogi o 8 metrach szerokości, są pełni zachwytu 
i podziwu dla osiągnięć technicznych dawnych indiańskich inżynierów. Ameryka- nista Hans Dietrich Dissel- 
hoff przytacza w swej Historii kultur staroamerykań- skich bardzo ciekawy ustęp z kroniki Ciezy de Leóna: 

„Huayna Capac kazał wybudować drogę, która miała być bardziej królewska, większa i szersza od tej, po 

której zwykł był podróżować jego ojciec... Zbudowano więc najwspanialszą i najbardziej godną widzenia drogę, 
jaka jest na świecie. Biegła od Cuzco do Quito i łączyła się z drogą prowadzącą do Chile. Jak daleko sięga 
pamięć ludzka, nie słyszano ani nie czytano o czymś tak wspaniałym jak ta droga. Wiodła ona przez głębokie 
doliny i wysokie pasma górskie, przez góry pokryte śniegiem, przez zdradzieckie bagna, lite skały i wzdłuż 
rwących rzek. Przez niektóre okolice biegła równo i była wybrukowana kamieniami, to znowu wiła się

background image

 

wzdłuż stoków, przez pasma górskie, wyrąbana w. skale, z murem ochronnym nad brzegami rzek, poprzez 

pola śnieżne, ze stopniami i platformami, a wszędzie dokładnie wymieciona, oczyszczona z rumowisk, po jej 
bokach zaś wznosiły się liczne zajazdy, spichlerze, świątynie słońca i stacje pocztowe. Wszystko to było przy tej 
drodze. Ach, czy tego rodzaju wspaniałości znane są z historii, czy dokonał ich Aleksander lub którykolwiek z 
wielkich królów, jacy rządzili światem? Czy zbudowali oni podobną drogę lub wznieśli takie budowle?..." 

Drogi wybudowane przez Indian nie nadają się, co prawda, dla wozów, choć odcinki biegnące przez 

równinę służą dzisiaj za autostrady. Albowiem mimo wielkich osiągnięć cywilizacyjnych, które tak często 
wydają się nam niewytłumaczalne, Inkowie nie znali wozu. Nie skrępowani wymogami komunikacji kołowej, 
wznosili wszędzie tam, gdzie zachodziła potrzeba, stopnie lub schody; mosty budowali z takim rozmachem, że 
nowoczesny podróżnik dostaje wprost zawrotu głowy, gdy przez nie przechodzi. Skonstruowane przeważnie 
jako mosty wiszące, o potężnych linach z włókna agawy, mogą śmiało unieść ciężar stada lam. 

Specjalnie zatrudnieni urzędnicy doglądali mostów i dróg oraz należących do nich tambos, tj. zajazdów 

państwowych. Poszczególne wsie miały dbać o to, aby naprawa dróg i mostów na przydzielonych im odcinkach 
była wykonywana bezzwłocznie i z wszelką starannością. Do obowiązków gmin należała również troska o 
należyty stan zajazdów i stacji pocztowych znajdujących się w ich rejonie. Inkowie poświęcali wiele uwagi 
budowie składów z Zapasami żywności i magazynów dla potrzeb wojskowych. Oto co pisze w swej Historia del 
nuevo mundo Bernabe de Cobo o magazynach w Peru za czasów konkwisty. 

„Zapasy przechowywane w tych spichrzach składały się z wszystkich płodów, które lud składał jako daniny, 

a więc z wielkich ilości kukurydzy oraz suszonych kartofli i innych jarzyn. Znajdowało się tam suszone mięso 
lam, jeleni i wikuni oraz wielkie ilości najrozmaitszych materiałów, jak wełna, bawełna, pierze i tym podobne. 

Była tam także broń służąca do uzbrojenia annii, gdy wyruszała z jednej części kraju do drugiej. Ponadto 

znajdowały się tam wielkie ilości wszelakich rzeczy, które z całego państwa Składano władcy jako daninę, 
nawet czerwone muszle morskie, przywożone z Tum- 
n i 

bez u do Cuzco, ponad trzysta mil; robiono z nich małe perły wyglądające jak korale." 

Rząd inkaski zdawał sobie sprawę nie tylko z ważności należycie utrzymanej sieci drogowej, zaopatrzenia 

składów i magazynów, ale troszczył się również o szybkie i sprawne przenoszenie wiadomości. Inkowie 
stworzyli wspaniały system sztafet pocztowych, w którym gońcy zmieniali 9ię co dwa lub trzy kilometry, aby 
możliwie ■ szybko przekazać ważne meldunki. Na przebycie drogi z Cuzco do Q uito poczta inkaska nie potrze-
bowała podobno więcej niż dziesięć dni, a więc sztafety przebiegały dziennie przeciętnie 175 kilometrów. 
Sztafety pocztowe Inków, chasąui, były o wiele szybeze niż poczta korma, którą później wprowadzili Hiszpanie. 

Jest bardzo dziwne, że Peru- wianie nie zdołali czy też nie chcieli rozwinąć formy pisemnego 

porozumiewania się, która nadawałaby się do ogólnego użytku. Mimo rozlicznych możliwości wyrazu, które 
posiadało bez wątpienia ich „pismo", quipu, składające I się z węzłów i przeplatań kilku- I 
kolorowych nici, służyło ono w -  ______________   
gruncie rzeczy tylko do statystyki 
i ustalania wartości liczbowych. Wartości te były wyrażone przez węzły, których odległość od początku sznura 
odpowiadała ich miejscu ustalonemu według ściśle przestrzeganego systemu dziesiętnego. Metoda ta nadawała 
się znakomicie do uchwycenia siły liczebnej wojsk, stad bydła, wymiarów podatkowych, świadczeń z tytułu da-
nin itp., ale nie do przekazywania wiadomości. Do służby telegraficznej, uprawianej za pomocą znaków 
ogniowych, „pisma" tego nie można było użyć. Przy wielkiej wynalazczości, którą odznaczali się Inkowie w 
innych dziedzinach wiedzy, brak ten szczególnie

background image

 
rzuca się w oczy i nasuwa wprost przypuszczenie, że klasy rządzące nie chciały dać szerokim masom 
możliwości porozumiewania się przy pomocy pisma, gdyż mogło się to okazać niebezpieczne. Tylko w bardzo 
nieznacznej mierze liczono się z prywatnymi, indywidualnymi potrzebami, do których niewątpliwie należy także 
możliwość pisemnego porozumiewania się. Z tej samej przyczyny nie było u nich na przykład także pieniądza. 
System gospodarczy Inków można określić jako swoisty komunizm agrarny, co prawda, nie w znaczeniu 
ekonomiczno-materialistycz- nym, lecz teokratyczno-hierarchicznym. Uprawa roli była obowiązkiem religijnym, 
któremu rok w rok poddawał się także sam Inka, syn słońca. Do niego należały w zasadzie dwie trzecie całego 
obszaru ziemi, resztą, jako własnością społeczną, rozporządzała wspólnota gminna. Ustrój taki istniał nie we 
wszystkich częściach Peru, ale prywatnego posiadania ziemi nie było. Pieczołowita uprawa roli, nawadnianie i 
dbałość o plony były nie tylko koniecznością państwową, lecz w wyższym jeszcze stopniu nakazem wiary, 
religii. , Z natury rzeczy wynikało z tego szczególnie ścisłe zespolenie wsi — klany wiejskie tworzyły właściwe 
jądro państwa Inków i władza centralna nieraz miewała kłopoty z niesfornymi wspólnotami wiejskimi. Mimo to 
jednak władcy nie znieśli tradycyjnych form życia społecznego. Zadowalali się na ogół tym, że naczelników wsi 
i sędziów mianowali urzędnikami, przeciągając ich na swą stronę podarunkami, nadaniami ziemi i innymi 
dowodami łaski. Oprócz tego trzymali ich jednak pod ostrym nadzorem tzw. tucui-ricuc (wszystkowiedzących), 
kontrolerów wyposażonych w specjalne pełnomocnictwa. Tymi środkami udało się panującym pozyskać dla 
państwa wspólnoty wiejskie i pokrewne im organizacje szerokich mas. Należy też wspomnieć, że wymiar 
sprawiedliwości nakładał drakońskie kary. Znamienne jest, że za przestępstwa przeciwko państwu wymierzano 
kary bez porównania surowsze aniżeli za wykroczenia natury prywatnej. W systemie kar na pierwszym miejscu 
znajdowała się chłosta, za cięższe przewinienia skazywano na roboty przymusowe; jeśli jakaś miejscowość nie 
wywiązała się ze swych zobowiązań, wymierzano kary kolektywne w postaci domiarów podatkowych i 
podwyższonych dostaw. Często dokonywano też przymusowego przesiedlenia całych >wsi, częściowo jako 
zarządzenie karne, częściowo zaś także z powodów politycznych, 
System gospodarczy i wojskowy Inków 
np. gdy chodziło o zabezpieczenie nowo zdobytej prowincji przez osadzenie kolonistów. Jak widzimy, nie ma 
nic nowego pod słońcem. 

Mimo to nie można twierdzić, że władza Inków była dyktaturą. Dzisiejszy świat uważałby tak niewątpliwie 

i odczuwałby ten ustrój jako szczególnie nieznośny, tym bardziej że organizacja państwowa stanowiła jedność z 
duchowieństwem. Ale podobne uczucia ■^■■i wyróść mogą jedynie na podłożu znacznego zróżniczkowania 
świadomości jednostek, dążących do niezależności od państwa w najważniejszych dziedzinach życia. W 
zespolonej tradycją społeczności agrarnej i klanowej uczucia tego rodzaju, jeżeli w ogóle występowały, były 
chyba bardzo rzadkie. 

Rozumie się, że w hierarchicznie zbudowanym „państwie termitów" funkcje systemu podatkowego i 

wojskowego były szczególnie wykształcone. Jak we Francji ancien rógime'u, tak i w państwie Inków szlachta, 
stan oficerski i duchowieństwo były wolne od podatków. Nie płacili ich także mężczyźni 
poniżej dwudziestu pięciu i po- -■■ ---------------- — -------- _   
wyżej pięćdziesięciu lat. Wszyscy inni byli opodatkowani w ten sposób, że nakładano na nich obowiązek 
wykonania pewnej ilości pracy lub dostarczenia produktów. Urzędy finansowe, tzn. miejsca przechowywania 
ęuipu podatkowych, sznurów rachunkowych, z których po węzłach odczytywano świadczenia podatkowe, 
znajdowały się w stolicach prowincji. W mniejszych miejscowościach i po wsiach specjalnie wysyłani urzędnicy 
finansowi dbali o terminowe wypełnianie dostaw. Jeśli tak skomplikowany system pracował skutecznie — a 
sądząc po niezmierzonych bogactwach leżących w skarb

background image

 
cach Inków, peruwiański system podatkowy pracował skutecznie — łatwo sobie wyobrazić, o ile doskonalej 
funkcjonował system wojskowej ewidencji poddanych. Między systemem finansowym a wojskowym istnieje 
przeważnie jakiś ukryty związek. W każdym Tazie rzadko się zdarza, aby wykształcona była tylko jedna strona 
„ewidencji" poddanych, a druga leżała odłogiem. W zasadzie daje się stwierdzić, że rozwój jednego systemu 
ewidencji prowadzi w niedługim czasie do tego, że hydrze państwowej wyrasta i druga głowa. 

Podobnie było u Inków i już Hiszpanie podkreślają, jak dokładnie funkcjonował u nich mechanizm 

wojskowy. Mężczyźni między dwudziestym piątym a pięćdziesiątym rokiem życia byli podzieleni w każdej wsi 
i w każdej miejscowości «na pięćdziesiątki i setki pod dowództwem oficerów. Pięć setek, odpowiadających 
mniej więcej nowoczesnemu batalionowi, i tysiąc setek, równających się w przybliżeniu jednej dywizji, 
tworzyły jednostki taktyczne wojska inka- skiego, którego siła wojenna wynosiła 200 000 ludzi. Przy poborze 
rekruta armia wyrastała jakby spod ziemi, a wyszkolenie wojskowe i sposób prowadzenia wałki były z precyzją 
obmyślone. Francisco de Xeres, sekretarz Pizarra, podaje w swej Verdadera Relación de la Conąuista del Peru 
interesujące szczegóły o organizacji wojska Inków: 

„O sposobie walki Inków należy powiedzieć co następuje: Straż przednią tworzą miotacze, którzy używają 

gładkich kamieni mniej więcej wielkości jaja; trafiają nimi śmiertelnie nawet na większą odległość. Miotacze 
mają tarcze sporządzone z cienkich, ale bardzo odpornych desek i noszą rodzaj pancerza z grubo wypchanych 
kaftanów. Za miotaczami postępuje czoło właściwego wojska: wojownicy z maczugami i berdyszami. Maczugi 
mają długość p|| sążnia i są tak grube jak lanca przodownika. Głowica maczugi ma kształt pięści ludzkiej, jest z 
metalu, wysadzana metalowymi kolcami. Berdysze Indian są równie długie; ostrze z brązu lub miedzi ma 
szerokość dłoni, mniej więcej jak naszej halabardy. Niektórzy naczelnicy mają maczugi i berdysze ze złota lub 
srebra. Oba rodzaje broni są w rękach Indian bardzo niebezpieczne. Za tym oddziałem postępuje drugi, 
posługujący się lancami podobnymi do dzirytów, które wyrzuca się za pomocą deszczułki do miotania. Straż 
tylną tworzą pikadorzy, których lance mają długość około 30 stóp. Wojsko Athahualpy dzieliło się na wiele 
pojedynczych 
System gospodarczy i wojskowy Inków 
oddziałów, z których każdy miał własny sztandar. Składało się bez wyjątku z rosłych, wyszkolonych w boju 
młodych ludzi, których tysiąc wystarczało, aby zdobyć każde miasto tego kraju, choćby liczyło ono 20 000 i 
więcej mieszkańców." 

Istnieje na ogół przekonanie, że Inkowie i wszyscy Indianie midi większe osiągnięcia na lądzie niż na 

morzu. Jeżeli zważymy, że linia wybrzeża państwa inkaskiego wynosiła wiele tysięcy kilometrów, wyda się nam 
to niezbyt zrozumiałe. Także Hiszpanie z okresu konkwisty byli przeciwnego zdania, oświadczając zgodnie, że 
Inkowie są świetnymi żeglarzami. Źródłem owych mylnych poglądów była prawdopodobnie książka poety 
niemieckiego Adelberta Cha- misso. W latach 1815—1818 brał on jako przyrodnik udział w podróży dookoła 
świata na rosyjskim brygu „Ruryk" i wkrótce po swym powrocie ogłosił świetnie napisany, dziś jeszcze bardzo 
zajmujący opis swych przeżyć. Znajdujemy tam lapidarne zdanie: „Żaden lud amerykański nie był ludem 
żeglarzy!" Ponieważ dzieło jego było jednym z wielkich bestsellerów XIX wieku, opinia J^hamissa — nie 
odpowiadająca istotnemu stanowi rzeczy — była bardzo rozpowszechniona. Powtarza się ją ciągle aż do naszych 
czasów. 

Wytłumaczenie sprzeczności między świadectwem Chamissa a tym, co przekazali nam Hiszpanie, jest 

stosunkowo proste. Od tysiącleci ludy żeglarskie Starego Świata przyzwyczaiły się do używania konstrukcji w 
formie łodzi, które wzięły początek od czółna sporządzonego z jednego pnia i w długim rozwoju doprowadziły 
do nowoczesnego okrętu. Gdy więc żeglarze Starego Świata spotykali gdzieś tubylców używających tratw, 
patrzyli na nich z lekceważeniem, nie pamiętając oczywista o tym, że i ch przodkowie również zaczynali 
niegdyś od tratw. Nie wpadło im też na myśl zapytać, jak się właściwie te tratwy sprawują podczas podróży. Z 
nieufnością oglądali owe rzekomo tak wątłe statki; zaobserwowano też nieraz, że podczas rozbicia się okrętu nie 
zwracano prawie wcale uwagi na tratwy ratunkowe. Nikomu z owych żeglarzy pędzonych bezradnie po wodzie 
nie przyszło nawet do głowy, że na ozymś takim można przepłynąć tysiące mil morskich. Podobnemu 
uprzedzeniu uległ Chamdsso. 

Jest to jeden z często obserwowanych wypadków, gdzie technika poraża człowieka ślepotą. Zapewne, tratwa 

nie jest szczególnie

background image

 
wygodna. Ale jeśli się ją za pomocą dryfującej kotwicy utrzyma w kierunku wiatru i fal, jest o wiele pewniejsza 
od łodzi, którą zalewa każda większa fala. 

Dowiódł tego niedawno lekarz francuski Alain Bombard, który przepłynął Ocean Atlantycki na 

nadmuchiwanej tratwie gumowej i potwierdził teorie wysunięte kilka lat przedtem przez badacza norweskiego 
Thora Heyerdahla. Heyerdahi chciał, jak wiadomo, dowieść, że kolonizacja Polinezji nastąpiła z Ameryki. Nie 
zadowolił 

I się przeprowadzeniem tego dowodu teoretycznie, zza biurka, lecz wybudował według staro- indiańskich 

wzorów wielką tratwę żaglową; on i jego towarzysze powierzywszy się pasatowi i prądom morskim wylądowali 
po trzymiesięcznej po-_ dróży na małej wyąpie polinezyjskiej.  • Na pierwszy rzut oka tratwy J wydają się 
niezgrabne i kruche. Mimo to od niepamiętnych czasów odbywano na nich dalekie podróże i istnieją liczne 
opisy, świadczące, że indiańskie tratwy z balsy pływały z kobietami i dziećmi często przez całe tygodnie po 
morzu. Do sfery wpływów Inków należały nie'tylko wyspy położone blisko wybrzeży, jak Lobos, Santa Olara 
koło Tumbezu lub La Plata u wybrzeży Ekwadoru, lecz także wyspy Galapagos oddalone o tysiące kilometrów 
od lądu stałego. Podczas jednej ze swych ostatnich wypraw Heyerdahi przeprowadził tam wiele robót wykopa-
liskowych, (które zdają się dowodzić, że nieraz z Peru zawijano do tych samotnych wysp. Jeżeli ogłoszone dotąd 
sprawozdania są słuszne, stanowiłyby potwierdzenie wiadomości uważanej za legendarną, według której Inka 
Tupać Yupanąui (1470—1495), dziad Athahualpy, odkrył daleko na morzu szereg wysp. Tradycja nie 
przekazała nam, czy czterysta tratw z balsy, które Tupać Yupanąui użył do tego celu, dotarło rzeczywiście do 
wysp Galapagos. Na wyspach Mangarewa w Polinezji, jednym z najdalej na wschód położonych archipelagów 
Mórz Południowych, zachowała się stara tradycja, że zjawił się tam niegdyś wielki żeglarz imieniem Tupa 
z potężną flotą tratw żaglowych. Wysuwano stąd wielokrotnie przypuszczenie, że podczas swej wyprawy 
morskiej trwającej prawie rok Tupać Yupanąui dotarł do Polinezji Jest to dość nieprawdopodobne, aczkolwiek 
należy przypomnieć, że zarówno on, jak w siedemdziesiąt lat po nim Hiszpanie wyruszyli na morze, ponieważ 
wzdłuż całego wybrzeża południowoamerykańskiego krążyły pogłoski o bogatych i urodzajnych wyspach po 
drugiej stronie zachodniego oceanu. 

Tratwy z balsy, choć spełniały swój cel, były jednak prymitywnymi konstrukcjami, a wobec tylu innych 

zaskakujących i wspaniałych osiągnięć zacofanie Inków na tym polu wywołuje zdumienje. Tego rodzaju „braki" 
zdarzały się jednak u nich w wielu innych dziedzinach. Nie znali wozu; konstrukcji budowlanych umożliwiają-
cych budowę mostów w naszym rozumieniu nie było. Na świątynie zbudowane pozornie wszelkimi środkami 
nowoczesnej techniki nakładano bardzo prymitywne dachy. Z drugiej strony, nawet inżynierowie naszych 
czasów łamią sobie głowę, jak odbywał się transport stutonowych bloków skalnych, które układano warstwami 
w olbrzymie ściany, i bez zaprawy murarskiej lub gliny tak mocno spajano, że dziś jeszcze nie można wetknąć 
między nie ostrza noża. Jest to do tej pory zagadką mimo krążących pogłosek, jakoby Inkowie znali jakiś 
tajemniczy sok roślinny, który niejako „zmiękczał" i czynił adolnym do obróbki najtwardszy kamień. Bryan 
Fawcett, syn podróżnika, który zaginął bez wieści w dziewiczych lasach Ameryki Południowej, często o tym 
wspomina. 

Przy wybitnych zdolnościach politycznych Inków, którzy nieraz dowody tego złożyli w ciągu długich 

stuleci uporczywych walk, wydać się też musi dziwne, że Cuzco, stolica i serce państwa Inków, leżało na 
uboczu, ściśnięte olbrzymimi pasmami górskimi. Po przyłączeniu prowincji Quito na północy i obszarów 
przybrzeżnych u stóp zachodnich Kordylierów pierwotna siedziba ojców znalazła się w odległym zakątku — 
symbol zanikającej siły władzy centralnej i geopolityczna przyczyna, dla której Pizarro w styczniu 1535 założył 
na wybrzeżu nową stolicę, Limę. Gdy wreszcie Athahualpa przeniósł stolicę do oentralnie położonej Cajamarki, 
było już za późno. Pod uderzeniami garstki hiszpańskich awanturników odpadły zrazu obszary kresowe; nieco 
później upadło całe państwo. Ale mimo to było ono bez porównania bardziej spoiste niż Meksyk, składający

background image

 

się z równorzędnych, raniej lub więcej własnowolnych państewek. A choć państwo Inków zginęło 

ostatecznie m wirach bezlitosnej wojny bratobójczej — pęd do stworzenia państwa, zaszczepiony przez ich 
władców, pozostał nie złamany. 

Pizarro i jego ludzie przeszli zwycięsko pierwszą próbę walki. Zakończyła się ona tak, jak tego oczekiwali 

— Athahualpę wzięto d<? niewoli, a jego gwardia, zdjęta panicznym strachem, rozproszyła się w górach. Ale co 
dalej? W tej sytuacji przyszedł bezradnym Hiszpanom w pomoc — co prawda mimo woli — sam Athahualpa. 
Kazał zamordować swego brata Huascara. Athahualpa, który przy pomocy swych generałów zwyciężył w 
walkach o tron peruwiański, uwięził brata rezydującego w Cuzco i będącego narzędziem duchowieństwa. 
Obawiał się, że Hiszpanie nawiążą stosunki ze zwolennikami Huascara, co mogło być dla niego niebezpieczne. 
Istotnie też w Cuzco powitano z zadowoleniem inwazję Hiszpanów. Istniała wszak możliwość, że dziwni ludzie, 
którzy przybyli z dalekich stron na potężnych okrętach, walczyli błyskawicą i gromem i zdawali się zrośnięci z 
osobliwymi, nigdy jeszcze nie oglądanymi dzikimi zwierzętami — że ci intruzi opowiedzą się z a Huascarem, a 
przeciw Athahualpie. 

Po zamordowaniu Huascara całą władzę przejął Athahualpa. Nietrudno było przewidzieć, że wkrótce 

nadejdzie dzień, kiedy Hiszpanie i z nim przestaną się liczyć. Co prawda, chwilowo rzeczy jeszcze tak daleko 
nie zaszły. Przy podziale łupów z wzdętego szturmem obozu Indian Athahualpa po raz pierwszy poznał 
^chorobliwą żądzę złota zwycięzców. To naprowadziło go na fantastyczny pomysł, jak by zaczerpnięty z baśni 
Tysiąca i jednej nocy. 

„Kazał się zaprowadzić przed namiestnika — opowiada Francisco de Xeres — i zaproponował, że jeżeli 

Hiszpanie zwrócą mu wolność, komnatę, w której jest uwięziony, wypełni złotem tak wysoko, jak sięga końcami 
palców. Namiestnik zapytał, ile potrzebuje na to czasu. Athahualpa odpowiedział: «Dwa miesiące.* Namiestnik 
zgodził się i oświadczył, że jeśli Inka dotrzyma swego przyrzeczenia, nie potrzebuje się niczejgo obawiać. Król 
wysłał zaraz posłańców 
do swych dowódców z rozkazem, aby wyprawili do niego dwa tysiące Inków obładowanych złotem." 

Teraz posypała się na Hiszpanów istna lawina złota. Dzień w dzień przybywali Indianie obładowani 

dzbanami, garnkami i innymi naczyniami ze szczerego złota. Stos darów rósł bez ustanku. Upłynęły już prawie 
dwa miesiące, a zostawało jeszcze dość dużo miejsca do linii wyznaczonej przez Athahualpę. Na życzenie Inki 
Pizarro wysłał trzech Hiszpanów do stolicy i miasta świątyń Cuzco z poleceniem, aby zdjęli i przywieźli mu 
obicie ze złota z głównej świątyni Coricancha. 

Trzej hiszpańscy najemnicy, których Pizarro wysłał do Cuzco, byli, o ile wiemy, pierwszymi białymi, 

którzy przestąpili próg tego miasta. Ich relacja o tym, co tam ujrzeli, należy do najbardziej zdumiewających 
dokumentów w historii odkryć. Przytaczamy ją zatem w dłuższym wyciągu według wersji sporządzonej w 1609 
roku w Lizbonie przez Garcilassa de Ja Vegę: 

„Stolica Inków jest wielkim miastem, leży w szerokiej dolinie, otoczonej z wszystkich stron wysokimi 

górami. Dolina ta jest bardzo urodzajna i ma wspaniały klimat, raczej chłodny niż ciepły. W ciągu całego roku 
nie ma tam większych wahań temperatury, dolina mimo obfitego nawodnienia przez kilka spadających z gór 
potoków jest tak sucha, że nawet mięso prawie tam nie gnije. Okolica jest też niemal zupełnie wolna od 
robactwa; tu i ówdzie znajdzie się tylko kilka moskitów. Samo miasto, podzielone na cztery części według 
czterech stron świata, liczy 20 000 mieszkańców. W pobliżu głównej ulicy biegną dwa podziemne wodociągi. 
Urządzenie to jest niewątpliwie bardzo stare, gdyż nikt nie wie, kiedy zostało założone. Domy i pałace 
arystokracji, które opiszemy dokładniej w innym miejscu, lśnią od blasku i przepychu. Jednakże budowlą 
najokazalszą i największe sprawiającą wrażenie jest bezspornie twierdza. Gdy się ją ogląda, można raczej 
uwierzyć, że została wykonana przez czary demonów niż przez zwykłych ludzi. Składa się bowiem z kamieni 
tak olbrzymiej wielkości, że jest wprost niepojęte, jak je sprowadzono z miejsca oddalonego o dziesięć do 
piętnastu godzin marszu po niezwykle stromej i prawie niedostępnej drodze. Indianie nie mieli przy tym ani 
wozów, ani bydła pociągowego, tak że transport tych (potężnych mas kamienia odbywał się tylko przy pomocy 
siły ludzkiej. Nie mieli też stali ani żelaza do ociosania bloków, ani

background image

 
poziomnicy, ani węgtelnicy, ani prostomierza, ani wapna, ani zaprawy, a przecież potężne te bloki były tak 
cudownie dopasowane, że między fugi z trudem dałoby się wcisnąć ostrze noża. Dźwigi i wielokrążki również 
były Indianom nie znane; jest wprost cudem, jak mogli te ogromne kamienie ruszyć z miejsca. Były to prawie 
wyłącznie bloki mające 38 stóp długości, 18 stóp szerokości i 2 stopy grubości. 
\Lhhhh ^^^ 

Największym szacunkiem otaczali jed- 

I fT® 

nak Indianie nie twierdzę, lecz poświęconą 

słońcu świątynię królewską. Piętrzyły się 

W

 niej niezmierzone skarby, przekracza- jąoe wszelkie ludzkie wyobrażenie. Ściany I (/ były od góry do dołu 

wyłożone złotem, m X najwspanialszy wszakże był wielki ołtarz, na którym widziałeś olbrzymi obraz słońca I 
sporządzony z litego złota. Słońce miało 1 oblicze okrągłe, okolone płomieniami, tak jak przedstawiają je nasi 
malarze, i się- gało od jednej ściany do drugiej. W całej świątyni znajdował się tylko ten jeden obraz; albowiem 
Inkowie czcili tylko jednego boga — słońce. Po obu stronach słońca ustawione były mumie królów inka- skich 
tak kunsztownie zabalsamowane, że zdawały się żyć. Siedziały na złotych tronach, które znowuż stały na 
złotych podstawach. Był to potężny, wstrząsający widok." 

Tyle sprawozdanie trzech Hiszpanów, którzy mimo chciwości odczuwali, być może, pewien wstyd przy 

świętokradczej robocie. Oczywiście wszystko zostało doszczętnie zniszczone — złote słońce zerwano i 
przetopiono, podobnie jak złote okładziny ścian świątyni. Kiedy wreszcie przyszło do podziału łupów, 
przyniesiono około 1325 funtów złotych sztab — ilość oszacowana bez wątpienia za nisko. W tym strumieniu 
złota tak pożądany metal nie miał już prawie wartości. Kto chciał spłacić długi, obwieszał swych indiańskich 
niewolników mnóstwem złotych dzbanów, garnków i innych przedmiotów i ciągnął z tym od jednego 
wierzyciela do drugiego. Jeżeli któremuś z nich ofiarowany towar nie wystarczał, dodawano mu bez wielu 
targów jeszcze jedną sztukę; podobnie postępowano, według 
opisów hiszpańskich, przy odważaniu sztab złota przetopionych ze zdobyczy. Można śmiało przyjąć, że łączny 
zysk tej barbarzyńskiej wyprawy łupieżczej ustalony na 1 326 500 peso w złocie (około 100 do 150 milionów 
złotych franków) został oszacowany o połowę za nisko. Nadmiar złota miał zresztą także swe ujemne strony. 
Ponieważ nie było żelaza, podkuwano konie srebrem, co bądź co bądź było trochę kosztowne. Francisco de 
Xeres podaje, że trzeba było płacić wprost zawrotne oeny za niezbędne do życia artykuły. Za konia dawano 2500 
peso — w Hiszpanii taka szkapa kosztowałaby jedną czwartą tej sumy — za butelkę wina 60 peso, za płaszcz 
120 peso itd. Uczestnicy wyprawy zdobywczej Pizarra uchodzili według .pojęć ojczystych za bogatych ludzi — 
każdy najemnik pobierał 4400 peso w złocie i 181 złotych w srebrze — tutaj w rzeczywistości pozostali tym, 
czym byli — biedakami. 

Przed upływem dwóch miesięcy Athahualpa spełnił swe przyrzeczenie — jego komnata więzienna długości 

22 i szerokości 17 stóp była wypełniona złotem do ustalonej wysokości Mimo to nie zwrócono mu wolności, 
lecz postanowiono zrobić to, do czego Athahualpa przez zamordowanie swego brata sam utorował drogę, tzn. 
pozbyć się go. Jest niezmiernie charakterystyczne, że przedtem wysłano z obozu jedynych dwóch ludzi, którzy 
zachowali jeszcze iskrę rycerskości, tj. Hernanda Pizarra, przyrodniego brata namiestnika, i dowódcę kawalerii 
de Soto. Teraz szajka była już między sobą i rzecz odbyła się prędko: w sierpniu 1533 Athahualpa został ścięty. 
Jeszcze idąc na śmierć Indianin wydał się białym wzorem dumnej wielkości. Tajny sekretarz mordercy podaje: 
„Umierał odważnie, nie okazując trwogi..." 

Inny współczesny sprawozdawca, który nie miał tak wielkiego długu wdzięczności wobec Pizarra, pisze: 
„Poza grzechem wobec Boga mordercy wyrządzili szkodę panu naszemu Karolowi V i narodowi 

hiszpańskiemu, pozbawiając go niezmierzonych skarbów, które ów książę byłby im jeszcze dał. Ponadto żaden z 
jego poddanych nie byłby się zbuntował, jak to nastąpiło po jego śmierci. Było ogólnie wiadomo, że gubernator 
poręczył za życie Athahualpy." 

Athahualpa mógłby był dać im o wiele więcej. Niebawem mordercy doszli też do tego przekonania. Zaczęli 

sobie stopniowo uświadamiać, że przez usunięcie króla sami podkopali podstawy swego

background image

 
autorytetu i że bez Athahualpy niewiele zdziałają w tym państwie, zależnym wyłącznie od swego władcy. Traf 
chciał, że obydwie strony odznaczały się kompletnym brakiem rozumu politycznego. Zamordowanie brata 
musiało oczywiście zemścić się na Athahualpie, a ścięcie Athahualpy na sprawcach tej zbrodni. Krew rodzi krew 
— to powiedzenie miało sprawdzić się i tutaj. Po wielu zwycięskich walkach przeciw wojskom cesarskim, po 
zajęciu w dniu 15 listopada 1533 stolicy Cuzco, która wskutek popełnionych wówczas przez Hiszpanów 
morderstw, gwałtów, tortur, wymuszeń i kradzieży zmieniła się w istne piekło, wybuchł wśród Inków aż nadto 
zrozumiały bunt przeciwko białym ciemięzcom, zakończony straszliwą rzezią. Za okrucieństwa, które popełnili 
Inkowie, Hiszpanie odpłacili im w dwójnasób i trójnasób. Wstręt bierze przed odtwarzaniem okropnych obrazów 
tych walk. 

Mimo to jednak Hiszpanie pozostali zwycięzcami — nie dzięki lepszemu uzbrojeniu, które w tych walkach 

wręcz nie miało wielkiego znaczenia, lecz z całkiem innej przyczyny. Nastał czas zasiewów, a Inka Manco, 
wódz powstańców, wiedział, że kraj jego nawiedzi głód, klęska straszliwsza niż Hiszpanie, jeśli w tak ważnej 
dla całego ludu chwili zatrzyma żołnierzy pod bronią. Rozpuścił więc wojsko i z kilku mężami szlachetnego 
rodu ukrył się w puszczy, skąd przez długie lata prowadził przeciw Hiszpanom zaciekłą wojnę podjazdową. 
Dopiero w 1544 roku Hiszpanie wytropili go i ścięli. 
Wśród tych wydarzeń udało się Hiszpanom w innym miejscu dokonać wielkiego odkrycia geograficznego. Nie 
było ono dziełem Francisca Pizarra, lecz jego młodszego brata Gonzala, a dokonano go — jak tylekroć w historii 
— na skutek pomyłki. Już podczas zdobywania Peru doszły Hiszpanów niejasne pogłoski, że wielka rzeka, którą 
przebyli w marszu na Cuzco i nazwali Marańon, prowadzi daleko na wschodzie do bajecznie bogatych, 
niezmierzonych krain leśnych, pełnych złota, szmaragdów, gdzie obfitość wszelkich korzeni i 
najszlachetniejszych rodzajów drzew przechodzi wszelkie wyobrażenie. Gdy żądni złota Hiszpanie, którzy pod 
wrażeniem zwycięskiego pochodu przez państwo Inków wszystko uważali za możliwe, zaczęli sprawę tę 
dokładniej badać, okazało się, że Inkowie nie wiedzą więcej niż to, co zawierały pogłoski. Ale te skąpe wiado-
mości, przywiezione zapewne z jakichś wypraw handlowych w dzie- 
wlcze lasy wschodu, padły u zdobywców hiszpańskich na podatny grunt. 

Meldunek, który późnym latem 1537 roku kapitan Lula Daza przesłał do Limy przez zadyszanych gońców, 

podziałał na nich jak iskra. Daza donosił, że jako komendant miasta Latacunga przyjął indiańskie poselstwo 
hołdownicze i dowiedział się, że daleko na wschodzie, w górach, leży święte jezioro, którego wody kryją 
miliony w złocie i drogich kamieniach. Podczas święta indiańskiego panuje tam bowiem zwyczaj, że wierni 
obsypują naczelnika złotym piaskiem, z którego następnie obmywa się on w jeziorze, a podczas tej kąpieli 
Indianie wrzucają do jeziora olbrzymią złotą misę wypełnioną po brzegi szafirami, diamentami, złotymi 
klejnotami i szmaragdami. Kacyka nazywają „Ozłocony", El dorado. Wobec tego obrazu bladło olbrzymie 
bogactwo Inków, nie mogąc się równać z niesłychanym przepychem El dorado, 

W szale zwycięstwa, odurzeni rozrzedzonym powietrzem wysokogórskim i indiańskim napojem chicha, 

wyrabianym ze sfermentowanych orzeszków ziemnych i kukurydzy, pod przemożnym wpływem tego dziwnego 
kraju, Hiszpanie biorą doniesienie kapitana Dazy za dobrą monetę, wierzą we wszystkie szczegóły. Najsilniej 
przejął się Gonzalo Pizarro. Nurtowała go chęć dokonania czegoś nadzwyczajnego, zdumiewającego, pragnął, 
by obok sławnego, wielkiego brata i jego widziano. Wyróżnił się już niejednym brawurowym czynem w wojnie 
z partyzantami Inki Manco i nie spoczął, póki w 1540 roku nie został gubernatorem Quito. 

Objęcie tego stanowiska dało mu sposobność zorganizowania wyprawy do wielkich dziewiczych lasów 

wschodu, o których w Quito krążyły niejasne słuchy. Miały tam żyć jednookie ludy, istniały podobno potężne 
państwa rządzone przez wojownicze kobiety, rosły olbrzymie lasy pełne drzew cynamonowych i drogocennych 
korzeni i przypraw, a przede wszystkim żył tam El dorado w krainie z bajki. Przygoda kusiła, Gonzalo drżał z 
niecierpliwości, by rzucić się w jej objęcia. 

Już w kilka tygodni po przybyciu do Quito zwerbował trzystu pięćdziesięciu Hiszpanów dla swej wyprawy. 

Poza tym przyłączyły się do niągo cztery tysiące żołnierzy indiańskich. Na początku roku 1541 armia ta, dobrze 
uzbrojona, znakomicie wyposażona i zaprowiantowana, wyruszyła z dwustu końmi w drogę na wschód;

background image

 
w taborach szło za nią olbrzymie stado świń i tysiąc psów gończych. Jakby dla spełnienia marzeń Gonzala, 
wyprawa zapowiadała się już na samym wstępie bardzo dramatycznie. Gonzalo i jego ludzie znaleźli się w 
ognisku jednego z owych potwornych trzęsień ziemi, które ten wulkaniczny rejon Andów czynią jeszcze dzisiaj 
groźnym. Dymiąoe czeluście rozwarły się przed oczami przerażonych Hiszpanów, którzy widzieli, jak cała 
ludna wieś indiańska zapada się w ziejącą siarką szczelinę. 

Dalej na wschód wyprawę ogarnęła wilgotna dżungla. Gonzalo i jego ludzie przebijali się krok za krokiem 

przez dziewiczą puszczę, odbywając dziennie zaledwie cztery kilometry. Potwierdziły się wprawdzie wieści o 
olbrzymich lasach cynamonowych i wspaniałych korzeniach, ale gdy po długich miesiącach straszliwego marszu 
Hiszpanie stanęli wreszcie przed drzewami o drogocennej korze, zrozumieli, że tutaj, w sercu puszczy, z dala od 
cywilizowanego świata, rzeczy te nie przedstawiają dla nich żadnej wartości. Zapragnęli wrócić. Ale 
napotkawszy w puszczy kilku Indian i dowiedziawszy się od nich, że zaledwie o dziesięć dni drogi leży bogaty, 
urodzajny kraj, obfitujący w złoto i szmaragdy, poderwali się jeszcze raz do dalszego marszu. 

W siedem miesięcy po wyruszeniu z Quito przybyli wreszcie nad rzekę Napo, dopływ górnej Amazonki. 

Rozległa przestrzeń wodna, straszliwe bagna, splątany gąszcz szuwarów były pieszo nie do przebycia. Hiszpanie 
postanowili zbudować okręt; po ośmiu tygodniach statek sklecony jako tako w środku puszczy był gotów. W 
pierwszy dzień Bożego Narodzenia 1541 roku Francisco de Orellana, rycerz rodem z Trujillo, który w wojsku 
Pizarra pełnił służbę oficera, otrzymał dowództwo nad statkiem i rozkaz, aby popłynął naprzód z sześćdziesięciu 
ludźmi i zdobył dla wyprawy żywność. Świnie z taborów Pizarra bądź zamarzły w wysokich Andach, bądź 
zostały pożarte przez aligatory w bagnach dżungli albo uciekły, a Hiszpanie, wyczerpani długimi miesiącami 
marszu przez lasy, -potrzebowali pilnie pomocy. 

Orellana dowodził dotychczas przednią strażą Gonzala Pizarro i dał się poznać jiako przezorny i roztropny 

oficer. Ale zaledwie stanął na pokładzie brygantyny „Victoria", i on dał się ponieść żądzy przygód. Nie 
troszcząc się o Gonzala i jego ludzi, postanowił popłynąć na los szczęścia z biegiem Napo i próbować dotrzeć 
Amazonką do Oceanu Atlantyckiego. Spośród awanturniczych podróży, które tu opisywaliśmy, ta była 
niewątpliwie jedną z najbardziej niezwykłych. 

Zaraz na początku natknęli się na osobliwych Indian, którzy płatki uszu obciążali wielkimi kołkami z 

fioletowego drzewa, sięgającymi im niemal do ramion. (Podobnie jak arystokraci inkascy noszący kołki z 
masywnego złota.) Hiszpanie dowiedzieli się, że wielka rzeka, o której opowiadali Inkowie, oddalona jest 
jeszcze tylko o dziesięć dni drogi; tam też przekonali się, że postanowienie Orellany odłączenia się od Pizarra 
było słuszne. Niemożliwością byłoby wrócić „Victorią" w porze deszczowej przez liczne progi rzeczne przeciw 
silnemu prądowi Teraz istniało tylko jedno wyjście: Iść naprzód! Zbudowano drugą brygantynę, „San Pedro", 
którą uszczelniono od biedy za pomocą cdhuchu, żywicy drzewa gumowego, i ruszono ku Amazonce. 

Znowu sprawdziły się pogłoski, o których mówili Inkowie. Olbrzymia rzeka była tak szeroka, że jej 

przeciwległy brzeg majaczył zaledwie jako czarniawy rąbek na horyzoncie. Ale rzeka, którą miano teraz płynąć, 
nie była spokojna. Hiszpanie znaleźli się w obliczu wszystkich tych trudności, które w porze deszczowej jeszcze 
dzisiaj muszą pokonywać sternicy płaskich lanchas, łodzi motorowych, stanowiących dotąd jedyny środek 
lokomocji po górnej Amazonce. W gmatwaninie odnóg rzecznych, lagun, wysp, dżungli, pędzonego po wodzie 
drzewa i bagien pokrytych szuwarem niezmiernie trudno jest utrzymać się w głównym nurcie i w odludnych 
połaciach ogromnych rozlewisk nie zabłądzić w martwe, boczne wody. 

Cudem odnajdują Hiszpanie główny nurt rzeki. Nad Rio Negro napotykają po raz pierwszy poważny opór 

ze strony Indian. Srebrzyste chmary długich świszczących strzał trzcinowych i ciemniejsze roje złowrogo 
syczących, zatrutych pocisków spowijają obie brygantyny. Pod osłoną tego ognia zaporowego tłumy 
czerwonoskóryćh wspinają się już z dzikim wyciem na pokład, gdy nagle z ołowianych chmur zrywa się burza. 
Statki hiszpańskie gnane huraganem pędzą przy wtórze dział na zaporę z indiańskich kanu, przerywają ją i 
chronią się w bezludnej puszczy leśnej. 

Tak więc Hiszpanie raz jeszcze uszli cało. Ale rozpaczliwy opór Indian natchnął Orellanę i jego ludzi myślą, 

że Rio Negro prowadzi

background image

 
Część czwarta — „Państwo czterech stron świata" 
niechybnie do El dorado. Czerwonoskórzy nie broniliby się z tak fanatycznym męstwem, gdyby kraina złota nie 
leżała blisko. To przekonanie towarzyszy konkwistadorom na Atlantyk i do Hiszpanii. Nic dziwnego, że w 
następnych dziesięcioleciach i stuleciach wciąż nowe wyprawy wyruszały w górę Amazonki do Rio Negro. 
Ginęły one przeważnie bez śladu, a rozbitkowie, którzy z wypraw tych tu i ówdzie wracali żywo, donosili 
jedynie, że nie udało się im odnaleźć jeziora ani El dorada, ozłoconego króla. Niepodobna ich było zresztą 
znaleźć nad czarnymi wodami Rio Negro, gdyż święte jezioro leży w Kolumbii, na północ od Bogoty, w 
Guatavita, obszarze znajdującym się pod władzą Indian Chibcha, którzy nigdy nie zostali podbici przez Inków. 
Tam istotnie główny kapłan-król, obsypany złotym piaskiem, co roku zstępował dla pokuty w fale jeziora, tam 
rzeczywiście zatopiono w wodzie bajeczne skarby, które dzisiaj kosztowne ekspedycje usiłują przy pomocy 
nurków i bagrów wydobyć na powierzchnię. Ale nie działo się to nad Rio Negro. Gonzalo 
Wieś Amazonek 
Pizarro i Orellana gonili za fantasmagorią, zwabiła ich w dziewiczą puszczę pomyłka, może źle przełożone 
słowo indiańskie w doniesieniu kapitana Luisa Dazy. Tej pomyłce zawdzięcza świat odkrycie kraju nad 
Amazonką. 

Choć dotychczasowy przebieg wyprawy Orellany obfitował w najrozmaitsze przygody, najdziwniejsze — 

do dzisiejszego dnia nie wyjaśnione — dopiero ją czekały. Już przed miesiącami, nad Napo, Hiszpanie słyszeli, 
że płynąc wiele mil morskich w dół rzeki dotrą do państwa olbrzymich wojowniczek coniupuara — tzn. „wiel-
kich władczyń". I znów sprawdziły się pogłoski — przynajmniej jeśli wierzyć ojcu Gasparowi de Carvajal, 
późniejszemu arcybiskupowi Limy, jednemu z dwóch duchownych, którzy wzięli udział w podróży Orellany. 
Albowiem u ujścia Jamundy Hiszpanie przybyli rzekomo do państwa kobiety-naczelnika Conori i jej żeńskich 
poddanych. Carvajal spotkanie to dokładnie opisał. 

Być może, że pater Carvajal nie odznaczał się szczególnym wykształceniem, lecz był raczej rębajłą i 

awanturnikiem. Tyle jednak chyba liznął z wiedzy swoich czasów, że nieobce mu były ówczesne wyobrażenia o 
wyspach, w których pod panowaniem kobiety żyły tylko istoty płci żeńskiej. Już w starożytności istniały relacje 
o Amazonkach i państwach Amazonek, które początkowo umieszczano w Małej Azji, a później, w związku z 
wyprawą Aleksandra Wielkiego, przeniesiono do południowej Rosji. Także w Europie północnej wśród 
Germanów i Słowian krążyły wieści o wyspach na Bałtyku z wojowniczą ludnością żeńską. Bajki te ożyły 
znowu podczas wypraw krzyżowych. Arabowie opowiadali, że podczas dalekich podróży morskich widzieli 
wyspy lub kraje zamieszkałe tylko przez kobiety i rządzone przez wojowniczą władczynię. Owe państwa 
Amazonek odwiedzane były w określonym czasie przez mężczyzn, a zrodzone potem dzieci, jeżeli były płci 
męskiej, odsyłano na wyspy męskie, dziewczęta zaś pozostawiano przy matkach. 

Pater Carvajal znał zapewne owe opowiadania. Za jego czasów państwa Amazonek umieszczano 

przeważnie na wyspach Oceanu Indyjskiego. Gdy usłyszał od Indian, że wielka, groźna rzeka, którą on i jego 
towarzysze płynęli już tyle miesięcy, nazywa się Amasso- nas, co znaczy „niszczyciel łodzi", mogła zrodzić się 
w nim wiara w istnienie Amazonek. 

Zważywszy, że wieści o państwach Amazonek pochodzą z wszysfc-

background image

 
kich -prawie części świata, musimy zadać sohie pytanie, czy jest to rzeczywiście tylko wspomnienie o 
wczesnych matriarchalnych ustrojach społecznych ubrane w formę legendy. Problem nie jest rozwiązany do dnia 
dzisiejszego. Baśnie te odnoszą się prawie bez wyjątku do wysp lub obszarów o charakterze oaz, -których niedo-
stateczna baza żywnościowa wymagała ograniczenia liczby ludności, możliwe więc, że nie są to jedynie mity. 
Podobne ustroje mogły rzeczywiście istnieć, i to zarówno na ubogich wyspach Morza Bałtyckiego, jak na 
urodzajnych wyspach Oceanu Indyjskiego albo na obszarach wykarczowanych mozolnie w zachłannej dżungli 
nad Amazonką. Z prerii Ameryki Północnej, z szerokich równin Europy i Azji nie przekazano nam wiadomości 
o Amazonkach; nie przekazano ich też z oaz pustyń afrykańskich czy arabskich. W każdym razie nie ma powodu 
przypuszczać, że Gaspar de Carvajal, biskup Limy, bezwstydnie kłamał. Może trochę przesadził, jednakże 
relacje jego są w gruncie rzeczy -prawdziwe; jeszcze dzisiaj wśród Indian znad Amazonki rozpowszechnione są 
podania o „kobietach-łucznicz- kach". Ostatnio o istnieniu takich podań pisał badacz szwajcarski Franz Caspar, 
który w 1949 roku odbył wyprawę do Mato Grosso. 

A oto, co mówi w swym suchym sprawozdańiu Carvajal: W delcie Madeiry, wypływającej z Mato Grosso w 

środkowej Brazylii, Hiszpa«- nie dowiedzieli się od gościnnych Indian Tupi, że niedaleko od ich terenów, po 
drugiej stronie rzeki, zaczyna się państwo Amazonek, wojowniczych kobiet, słynących jako znakomite 
łuczniczki. Za wysoką zapłatą Indianie Tupi po długim wahaniu dali im dziesięciu najdzielniejszych mężczyzn 
jako przewodników; wziąwszy ich na pokład Hiszpanie wyruszyli następnego dniia do kraju Amazonek... 24 
czerwca 1542 nad brzegami Jamundy, w głębi dziewiczej puszczy dotarli do wioski Amazonek i zajęli ją mimo 
zaciekłej obrony zaskoczonych kobiet. Zanim arkabuzy i działa były gotowe do strzału, zanim można było 
napiąć kusze, rosłe, jasnobrązowe wojowniczki były już na pokładzie i z wielkim trudem udało się je odeprzeć. 
Nie powiodło się, niestety, pochwycić kilku okazów tych długowłosych bestii. Hiszpanie radzi byli, że wyszli 
cało z opresji-! 

Według Carvajala położenie Hiszpanów było bardziej rozpaczliwe niż nad Rio Negro. Tylko dzięki 

nieustraszonej waleczności udało im się wypłynąć z kanałów Jamundy i dotrzeć do Amazonki. Ale 
niektóre strzały i pociski Amazonek były zatrute — wprawdzie nie kurarą, działającą natychmiast zabójczo, lecz 
jadem, który po upływie jednego dnia powodował pełną mąk śmierć z porażenia. Tylko starszy oficer Alcantara 
nie był ranny; obejmuje kierownictwo obydwóch okrętów i nie dbając o liczne progi rzeczne stara się z całych 
sił flotę swą utrzymać w coraz bystrzejszym nurcie rzeki. 

Szybko zapada tropikalna noc. Nadciąga burza. Po spienionych wodach potężnej rzeki okręty hiszpańskie 

pędzą z szybkością strzały. Na pokładach pełno konających, zatruci jadem strzał tarzają się w konwulsyjnych 
drgawkach. Inni, milczący już i nieruchomi, zaczynają się rozkładać w zwrotnikowym upale. Ciężko ranni jęczą 
i skomlą, przekleństwa przeplatają się z pełnymi skruchy modlitwami — straszliwa to noc! 

11 września 1542 roku Orellana i jego ludzie dotarli do brzegów Oceanu Atlantyckiego po 260 dniach 

.podróży i po przebyciu z górą czterech tysięcy kilometrów. Niemal w tym samym czasie Gonzalo Pizarro po 
ciężkim marszu powrócił do Quito z resztą swej załogi — dziewięcioma ludźmi śmiertelnie chorymi i 
wychudłymi jak szkielety. Już w ostatnim etapie podróży wyprawa Orellany znalazła się w wielkim 
niebezpieczeństwie; tym razem zagładą groziła nieokiełznana przyroda. Przy ujściu Amazonki następujący nagle 
przypływ osiąga niebywałą wysokość. Olbrzymi wał wodny nadciąga z szumem, niszcząc wszystko, co 
napotyka na swej drodze. Ostrzeżeni przez przyjaźnie usposobionych Indian, Hiszpanie zdążyli jeszcze w 
ostatniej chwili uciec na ląd i przyglądali się, jak -potworna fala z hukiem i sykiem opadała. To było niejako 
ostatnie pozdrowienie dzikiej, nieposkromionej części świata, która dzisiaj jeszcze bynajmniej nie wszędzie 
toleruje obecność białych ludzi. 

Orellana udał się następnie do Hiszpanii, aby złożyć sprawozdanie. W 1545 roku wrócił na czele pięciuset 

ludzi nad Amazonkę szukając krainy złota El dorado. Jak tylu innych po nim, zaginął w czasie tej wyprawy bez 
.śladu. Pochłonął go las, któremu za pierwszym razem z trudem zdołał umknąć.

background image

 

Zanim Athahualpa -wydał ostatnie tchnienie pod rękami siepaczy Pizarra, rzucił na obcych straszliwe 

przekleństwo — tak wierzy lud peruwiański, któremu koniec ten wydał się zbyt- szary i za mało dramatyczny. 
Indianie są jeszcze dzisiaj tak głęboko o tym przekonani, że w Casa Blanca, w pobliżu miejsca straoenia, kobiety 
noszą tylko czarne suknie — woda, ziemia i powietrze są tu przeklęte. 

Jest to najprawdopodobniej późniejszy wymysł, tak samo jak nie było słynnego „przekleństwa faraonów", 

rzuconego rzekomo na badaczy piramid. Legenda ma, być może, źródło w oburzeniu kapitanów Pizarra, 'którzy 
ścięcie Athahualpy uważali za mord i plamę na ■swym rycerskim honorze. Stare przysłowie hiszpańskie: El 
vencido vencido y el vencedor perdido! („Przeciwnik zwyciężony, zwycięzca zgubiony"), powtarzane przez 
członków ekspedycji miało wówczas iwą groźną wymowę. 

Przejmujące dreszczem proroctwa egipskie na ogół nie spełniły się, w Peru natomiast wszyscy, którzy mieli 

cokolwiek wspólnego z zamordowaniem ostatniego Inki, zmarli rzeczywiście nienaturalną śmiercią. A więc 
przede wszystkim trzynastu spośród dwudziestu czterech przysięgłych, którzy 3 sierpnia 1533 roku uznali 
Athahualpę winnym. Mimo najściślejszej tajemnicy Indianie wykryli ich nazwiska, a urządziwszy na nich 
formalne polowanie zabijali ich kolejno, jednego po drugim. 

Bogini zemsty nie nasyciła się tym. Gdy tylko Pizarro założył nową stolioę Limę, wybuchła bratobójcza 

wojna domowa między białymi. Almagro, od dawna obrażony na swego dawnego przyjaciela i wspólnika, 
gotował się teraz do zadania ciosu. Nie udało mu się jednak pomścić za liczne krzywdy, których doznał. 
Zwyciężony w otwartej waloe pod murami Cuzco, został uduszony w więzieniu przez zbirów Pizarra. 

Było to na wiosnę 1538 roku. Francisco Pizarro przeżył Almagra tylko o trzy lata. 26 czerwca 1541 roku 

napadli go we własnym domu zwolennicy partii Almagra i zamordowali broniącego się zaciekle. To morderstwo 
było pierwszym ogniwem w łańcuchu ustawicznych wstrząsów, które trwają po dziś dzień na rozległych po-
łaciach Ameryki Południowej. 

Na Almagrze spełniło się najpierw rzekome przekleństwo Inki. Drugim, którego dosięgła klątwa 

Athahualpy, był Pizarro. Trzecią ofiarą stała się Hiszpania. Zginęła ona z nadmiaru bogactw — jak legendarny 
król Midas. Zamiast zwiększać swój potencjał przemysłowy, przyciągać siły robocze i eksportować złoto, 
ustanawiając w ten sposób konieczną równowagę między importem szlachetnego kruszcu a produkcją krajową, 
Hiszpania wydała zakaz wywozu złota i srebra, zdławiła własną produkcję wełny i sukna, „ażeby nie pobudzać 
ludzi do zbytku", a wygnawszy ze swych granic Maurów i Żydów pozbawiła się najlepszych robotników i 
najbardziej doświadczonych kupców. Złoto ciągle taniało, chleb drożał. Ludziom wydawało się to niepojęte i 
widzieli w tym dzieło szatana. 

Ostatnim wreszcie, którego według wierzeń południowoamerykańskich dotknęła klątwa Inki, był wielki 

bojownik wolności, Bo- livar. Ci, których oswobodził, sami go haniebnie przepędzili. Przejęty głębokim bólem 
Bolivar wyznał przed śmiercią: 

„Nie ma wierności w Ameryce Południowej ani wśród jednostek, ani wśród narodów. Ich umowy są 

bezwartościowe; ich konstytucje to papier i atrament; ich wybory są bitwami; ich wolność jest anarchią, a życie 
— męką." 

Te wstrząsające słowa wyrzekł bohater narodowy pięciu państw południowoamerykańskich o kraju, który 

był jego ojczyzną, któremu zawdzięczał życie i któremu życie swoje poświęcił. Skłonni bylibyśmy niemal 
uwierzyć w istnienie owych złych mocy, które cesarz Azteków Montezuma i ostatni Inka Athahualpa wezwali 
na pomoc, by zniszczyć swych śmiertelnych wrogów. Tak, wiemy oczywiście, że to głupota i nierozsądek były 
przyczyną ich zguby. Ale na kogo bogowie się zawzięli, tego porażają ślepotą, tak aby obarczył się winą i 
uwikłał w sieć przeznaczenia. Tak właśnie stało się tutaj — zę straszliwą, bezlitosną logiką.

background image

 
DRZEWO GWAJAKOWE I FRANCUSKA CHOROBA

background image

 

Tarcza słoneczna toczy się po ołowianym niebie rozżarzona do białości, bezrzęsa jak oko złego demona. Gęste, 
ciężkie powietrze zawisło nieruchomo wśród domów. Nie słychać żadnego głosu. Chorągiew księcia biskupa 
zwisa bezwładnie z masztu. Nawet na zamku, wysoko nad miastem i jeziorem, nie czuć najlżejszego powiewu. Z 
dolnych dzielnic unoszą się przykre wyziewy. Podczas długotrwałej suszy poziom jeziora obniżył się odsłaniając 
brzegi pełne ścierwa zwierzęcego i cuchnących odpadków. Powietrze czuć zgnilizną. 

Pola są spalone. Studnie wysychają. Głębokie cysterny stoją puste. Na chudej szkapie jedzie głód. A w jego 

orszaku zbliża się złowrogi dusiciel — mór. 

Panie, zmiłuj się nad nami! 
Gdyby choć wino obrodziło! Jak często pomogło już w złych czasach. Nie ma lepszego w całej okolicy! Nie 

tylko dodaje otuchy pijącemu, jest też prawdziwym lekarstwem, oczyszczającym krew i soki. Ach, musujące, 
dobre meersburskie wino! 

Jest dzień sobotni. Sierpień. Warkot warsztatów umilkł od południa. Teraz byłaby pora dla kobiet i 

dziewcząt, dźwięcznego szmeru studzien, plotek i śmiechów oraz tęgiego, ciężkiego zapachu pieczeni, 
zmieszanego z kościelnym dymem kadzideł i pikantną wonią korzeni indyjskich rozchodzącą się z apteki na 
rynek. Ale nic z tego! Okna są szeroko otwarte, aby wpuścić choć trochę świeżego powietrza. Pełzające 
nieszczęście lęgnie się szybko w tępym żarze słonecznym. Rynek i uUce są puste i wyludnione. 

Ciszę przerywa nagle bicie bębnów. Z zamku schodzi straż biskupia — marsowe chłopiska w szarawarach, 

w stalowych szyszakach rzucających cień na zuchwałe twarze, z pancerzem na piersi i halabardą w ręce, z 
ciężkim, dwuręcznym mieczem u lewego boku. Sześć bębnów bije miarowo, strażnicy maszerują rytmicznie, z 
wieży

background image

 
Dagoberta rozlegają się fanfary, sześć cieniach trąbek wtóruje dudnieniu bębnów. 

Herold biskupa niesie uroczyście na purpurowej poduszce długi, gruby zwój pergaminu, do którego 

pięknymi, skórzanymi paskami przymocowana jest wielka pieczęć Maksymiliana I, cesarza rzymskiego narodu 
niemieckiego. Herold kroczy poważnie pośrodku straży. Jest jeszcze młody, po raz pierwszy sprawuje swój 
urząd. Przynosi wiadomości z wielkiego sejmu Rzeszy w Wormacji, który obraduje tam od marca 1495 roku. 
Herold zwilża językiem grube, mięsiste wargi, z dumą uderza się w pierś. Cieszy się, że oto nadeszła jego 
chwila. Nie wie, co obwieszcza, nie wie, że jest zwiastunem okropnej choroby i że on sam, zanim pół roku 
przeminie, uhirze wyjąc z bólu, oszpecony i pokryty wielkimi, cuchnącymi wrzodami. 

Jeszcze raz zagrały trąby, jeszcze raz uderzono w bębny, po czym wśród kamienic rozlegają się słowa 

słynnego edyktu Maksymiliana I przeciw blużniercom. Cesarz, elektorowie i stany ogłaszają, że surowo karani 
będą wszyscy, wzywający imienia Boga „nadaremnie i niepotrzebnie", jak i ci, co rzucają przekleństwa lub 
fałszywie przysięgają, znieważają Marię, Syna Bożego i świętych Pańskich! Śmiercią winni być karani, jeśli 
bluźnią umyślnie, więzieniem i ciężkimi grzywnami, jeśli majestat i chwałę Pana nieumyślnie lub z niedbałej 
bezmyślności obrażają. Zawsze Bóg karał za te grzechy „głodem, trzęsieniem ziemi, morową zarazą i innymi 
plagami. Szczególnie w tych dniach naszła ludzi ciężka choroba i zaraza, zwana złą ospą, której przedtem, jak 
pamięć ludzka sięga, inie było i o której nigdy dotąd nie słyszano, z czego gniew Boga łacnie poznać możemy..." 

Choć herold mówi wyraźnie i głośno, tylko skrzypliwe charczenie przenika do dusznych komnat wysokich 

domów, w wąskie uliczki i cuchnące podwórza. 

Herold podnosi wysoko zwój pergaminu z ciężką, żółtawą pieczęcią z twardego wosku, aby gapie wokoło 

mogli się przekonać, że dokument jest prawdziwy. 

„Dane i naszą królewską pieczęcią przypieczętowane w Wormacji siódmego dnia miesiąca sierpnia roku 

tysiącznego czterechsetnego dziewięćdziesiątego piątego po narodzeniu Chrystusa." 
Cztery razy wywija herold edyktem cesarskim jak chorągwią w cztery strony świata, po czym straż 
odmaszerowuje. Dzieci i gapie 
rozbiegają się, upał kładzie się ołowiem na plac. Wydaje się, jakby nic nie zaszło. 

Cesarz obwieścił światu nową, nieznaną zarazę, która od roku skrada się podstępnie z krajów romańskich. 

Słyszano o niej wprawdzie tu i ówdzie już wcześniej, ale teraz stoi u bram. 

Kiła nawiedziła kraj. 
W najbliższych tygodniach i miesiącach odbędzie się we wszystkich miastach i wsiach niemieckich to 

samo, co w Meersburgu, starej posiadłości biskupów Konstancji; herold w otoczeniu doboszy i trębaczy 
obwieści uroczyście edykt Maksymiliana. Już od dłuższego czasu mówi się o jakiejś tajemniczej chorobie. Jak 
świadczą współczesne relacje, edykt Maksymiliana wzbudza powszechne zainteresowanie, zwłaszcza zaś ustęp, 
w którym jest wzmianka o nowej chorobie, o „złej ospie", „francuskiej chorobie", mdlum frantzos, jak magistrzy 
i doktorowie zło to w uczonej mowie nazywają. 

Edykt okazał się skuteczny. Roztropni szambelanowie cesarza, którzy go redagowali, mogą być zadowoleni. 

Przekleństwa i bluż- nierstwa stały się tak powszechnym przyzwyczajeniem, że nawet naj życzliwsze 
upomnienia pobożnego cesarza nie byłyby wywarły wrażenia na szerokiej publiczności. Zagrożenie karami 
nikogo nie przerażało. Trzeba było zaprawić edykt jakąś domieszką sensacji, ażeby go w ogóle wysłuchano. 
Redaktor edyktu robi więc aluzję do zawleczonej z krajów romańskich nowej choroby, która nie była dżumą i 
nie zawsze kończyła się śmiercią, ale nie znano jeszcze przeciwko niej środków. 

|j|| 

Według tradycji historycznej syfilis wybuchnął w wojsku króla francuskiego Karola VIII, gdy w r. 1495 na 

czele swych armii od 22 lutego do 20 maja oblegał Neapol. Tak to .podają wszystkie niemal -podręczniki 
historii. Ale nie jest to prawdą. Epidemia kiły nie wybuchła podczas oblężenia Neapolu. W kronikach Neapolu i 
w ówczesnych opisach oblężenia Neapolu, utrwalających wypadki każdego dnia z dokumentaryczną wiernością, 
nie znajdujemy najmniejszej wzmianki o epidemii lub choćby o pojawieniu się jakieś nowej podejrzanej 
choroby. Wszystkie relacje o tym dziwnym, nieznanym cierpieniu pojawiły się dopiero, gdy Francuzi znajdowali 
się już daleko od Neapolu, w drodze powrotnej na północ. 

Było to z końcem maja 1495 roku. W tym samym czasie redaktor edyktu cesarskiego przeciw blużniercom -

wspomina już o nowej

background image

 
chorobie. Wynika z tego, że w chwili, gdy cierpienie owo wybuchło we Włoszech, było ono znane już także na 
północ od Alp. Z tego zaś należy wnosić, że istniało więcej ognisk infekcji. 

Istnieje w medycynie pogląd, że syfilis jest chorobą pochodzącą z Europy. Występował istotnie w krajach 

Zachodu, co prawda, w formie ukrytej. Wybuchał zapewne od czasu do czasu, ale.wobec wielkich epidemii 
trądu, dżumy czy „czarnej śmierci" nie zwracano na to schorzenie baczniejszej uwagi-. U schyłku średniowiecza 
sprawa syfilisu przedstawiała się więc podobnie jak dzisiaj sprawa porażenia dziecięcego, które w pewnych 
częściach Skandynawii istniało zawsze, lub tyfusu, który na Bałkanach i w Meksyku -panuje endemicznie, nie 
przybierając jednak charakteru masowego. 

Przedstawiciele tego poglądu przytaczają dwa dokumenty wspominające o mai franzoso. Pierwszym jest 

rękopis włoski pochodzący z 1430 roku, który używa tego określenia, drugim zaś źródło duńskie, według 
którego „i 1483 kom thmne svare franzoske siuge og krank- het ibland kristet folk" (w 1483 ciężka francuska 
zaraza i choroba nawiedziła lud chrześcijański). Jest to oczywiście bardzo interesujące. Dziwne tylko, że nie ma 
żadnych dalszych wiadomości z owych czasów, ze ani starożytność, która miała przecież bardzo doświad-
czonych lekarzy, ani arabscy lekarze średniowiecza nie wspominają ani słówkiem o straszliwej pladze boskiej. 
Dziwne, że wszyscy ludzie żyjący w czasie wybuchu tej choroby około roku 1500 opisują ją jako nową, 
dotychczas zupełnie nie znaną zarazę. 
Dlatego słuszniejszą wydaje się nam starsza hipoteza, która już pięćset lat temu określiła syfilis jako chorobę -
pochodzącą z Ameryki. Wspomniany już ksiądz Las Casas, wielki przyjaciel Indian, pisze w swej Historia de las 
Indias, że cierpienie to istniało w Ameryce już przed przybyciem białych w formie endemicznej, jak byśmy to 
dzisiaj określili. Opis swój kończy słowami: „Nikt nie powinien w to wątpić!" W każdym prawie narzeczu 
indiańskim istnieje osobne wyrażenie na oznaczenie kiły, co jest wskazówką, że czerwonoskórzy znali tę 
chorobę od dawna. Były to jednakże aż do, ostatnich czasów tylko poszlaki, nie dowody. Dopiero kilkanaście lat 
temu szwedzki profesor Folke-Henschen dowiódł w swej pracy NajdauftiAejsza historia syfilisu w świetle 
znalezionych óstatrpio szkieletów, że kiła jest istotnie pochodzenia amerykańskiego. 
Ta najstraszniejsza z chorób wenerycznych atakuje, jak wiadomo, 
nie tylko miękkie tkanki ciała ludzkiego, lecz wywołuje również poważne zmiany w kościach. Niezawodną 
oznaką choroby jest corona Veneris, określone zmiany czaszki; zaatakowane części głowy wyglądają, jak gdyby 
były nadżarte przez robaki. Podobne zmiany występują także w długich kościach ramion i nóg. Są one tak 
typowe i oczywiste, że można je wyraźnie rozpoznać na szkieletach o ustalonym czasie pochodzenia, 
znajdowanych w Nowym Świecie na przestrzeni od Ohio w Ameryce Północnej aż po Argentynę i Peru. 
Szkielety te, datujące się z czasów przedkolumbijskich, dowodzą, że syfilis znany już był w Ameryce przed 
pojawieniem się tam białych. A więc Las Casas miał słuszność. W Europie przed Kolumbem nie stwierdzono 
podobnych zmian na czaszkach. Badania, które przeprowadził Amerykanin Elliot Smith na dwudziestu kilku 
czaszkach pochodzących ze starożytnego Egiptu, również nie wykazały zmian syfi-litycznych. 

W jaki sposób dostał się syfilis do Europy? Czy przez Kolumba? W dzienniku okrętowym „admirał 

Oceanu" nie wspomina o żadnej nowej chorobie. Ludzie jego powracający do Hiszpanii byli wprawdzie 
wyczerpani, ale zupełnie zdrowi. Gdyby się byli w Ameryce zarazili, to przy szybkich postępach, jakie choroba 
wówczas czyniła, byłaby ona już w drodze powrotnej na morzu dała o sobie znać. Nic takiego nie zaszło. 

Na okręcie, którym dowodzili Pinzónowie, nie wszystko było natomiast w porządku, a pewne stare źródło 

hiszpańskie twierdzi wręcz, że jeden z Pinzónów oraz liczni członkowie jego załogi zarazili się w Ameryce. 
Faktem jest, że Martin Alonso Pinzón, kapitan „Pinty", zmarł zaraz po powrocie z Nowego Świata; zresztą 
relacje o stanie zdrowotności na „Pincie" wykazują luki. Więcej jednak nie wiadomo. Załoga „Pinty" mogła po 
powrocie ze swej pierwszej podróży zawlec syfilis do Europy. 

Kolumb przywiózł do Barcelony nie tylko swych marynarzy. Miał na pokładzie także sześciu Indian. 

Ponieważ na Wyspach Bahama, Kubie i Hispanioli syfilis panował endemicznie, byłoby dziwne, gdyby właśnie 
krew tych sześciu ludzi była wolna od spirochaeia pallida. Pewtne jest natomiast, że po przyjęciu chrztu ci 
czerwonoskórzy zostali zrównani i białymi chrześcijanami. Nie było jeszcze wówczas na Zachodzie pychy 
rasistowskiej, dobrze zbudowani, uprzejmi egzoci byli jako mężczyźni z pewnością bardzo -pożądani.

background image

 

Według świadectwa Diaza de Isla, słynnego w swoim czasie lekarza portugalskiego, syfilis wybuchnął w 

Barcelonie w 1493 roku. Jego nosicielami mogli być owi Indianie Kolumba lub zarażeni członkowie załogi 
„Pinty". W 1493 roku znano już syfilis w Anglii. Nazywa się on tam infirmity cumm out of Franche, wczesną 
wiosną 1495 roku okropna choroba była szeroko rozpowszechniona w Niemczech. Nazywano ją tam, jak 
wspominaliśmy, malum frantzos. W tym samym czasie Francuzi wracający z Włoch południowych określają 
nową chorobę jako mai de Naples, chorobę neapolitańską. Włosi narzekają, podobnie jak Niemcy, na mai 
francese, pozostawioną im przez armię króla Francji Karola VIII. W 1496 Polacy klną na grasującą u nich 
„chorobę niemiecką", w 1499 r. Rosjanie mówią o „chorobie polskiej", a w 1512 mieszkańcy Dalekiego Wscho-
du aż po Japonię wspominają o chorobie „portugalskiej", narriba- niassa. We wszystkich tych wypadkach chodzi 
o syfilis, określany wszędzie jako nowa, dotychczas nie znana choroba. 

Po wygaśnięciu średniowiecznej epidemii' dżumy pierwszy wybuch syfilisu można chyba tylko porównać z 

światową epidemią grypy w roku 1918. Nawet straszliwe wybuchy cholery w ostatnim stuleciu nie rozszerzały 
się tak szybko. Być może, każda epoka posiada jakąś szczególną dyspozycję fizyczną i psychiczną do owych 
zaraźliwych, błyskawicznie szerzących się chorób. 

W Niemczech u schyłku XV wieku istniała rzeczywiście chyba pewnego rodzaju predyspozycja psychiczna 

do syfilisu. Bliski wybuch przebiegającej jak mór, niesłychanie zaraźliwej choroby wenerycznej przepowiadano 
w licznych kalendarzach znachorskich już w 1483 roku, a więc na dziesięć lat przed jej pojawieniem się. Po-
twierdzają to liczne współczesne świadectwa. 

Anno 1484, w dniu św. Katarzyny, 25 listopada nastąpiła koniunk- cja Jowisza i Saturna. O ile Jowisz 

uchodził za gwiazdę przychylną, to Saturna uważano za złowróżbne ciało niebieskie. Ponieważ ko- niunkcja obu 
planet nastąpiła pod znakiem Skorpiona, któremu od wieków przyznawano sferę narządów rozrodczych, 
zapanowało przekonanie, że owo zbliżenie się dwóch wielkich gwiazd przyniesie chorobę narządów rodnych. 

Dzisiaj wiemy, że zarówno infekcja syfilityczna, jak i przeniesienie grypy wirusowej lub paraliżu 

dziecięcego to zjawiska racjonalne. Ale dlaczego jeden człowiek ulega zakażeniu, a drugi nie, 
dlaczego epidemie „oszczędzają" nie tylko poszczególne jednostki, lecz nieraz nawet całe okolice, dlaczego w 
jednym miejscu są endemiczne i ukryte, podczas gdy w drugich występują i szerzą się w straszliwy sposób — 
tego i dziś nie wiemy. Możliwe, że odgrywają tu pewną rolę nie wyjaśnione momenty natury psychicznej. 

Przodkom naszym konkluzje takie były bliższe aniżeli nam, którzy mamy naukowy stosunek do zjawisk 

tego świata. Dlatego też próbowali zapobiec okropnościom nowej choroby przez spowiedź, posty i modlitwy. W 
lecie 1506 roku Albrecht Diirer tak pisał do domu z Włoch: 

„Przekażcie naszemu priorowi moje ochotne służby. Powiedzcie mu, by prosił za mnie Boga, ażeby mnie 

strzegł, przede wszystkim przed chorobą francuską, albowiem im mniej wiem, tym bardziej się boję, gdyż tutaj 
wprost każdy ją ma. Wielu ludzi zżera ona tak, iż z tego umierają." — Powstał nagle kult specjalnych świętych, 
którzy mieli chronić przed syfilisem, jak nie znany przedtem Sankt Minus, a obrotni nakładcy zapewniali w 
przypisach do wydanych przez siebie pięknie ilustrowanych modlitw: „Kto modlitwę tę będzie nosił przy sobie 
lub odmawiał, ten ustrzeże się przed ospą." 

Ta profilaktyka duchowa prawdopodobnie nie na wiele się zdała, toteż wprowadzono ogólne przepisy 

higieniczne regimina sanitatis, których przestrzegano zresztą podczas każdej epidemii. Obcych wa- gantów, jeśli 
zachorowali, wydalano z kraju i eskortowano do granicy. Jeżeli byli osiadli w jakiejś miejscowości, zamykano 
ich w „domu francuzowym" i miejsoe odosobnienia otaczano kordonem sanitarnym. Poza tym unikano 
zbiegowisk publicznych, palono kadzidło lub jałowiec, płukano usta rano i wieczorem i dokładnie czesano włosy 
— zabiegi te w czasach normalnych nie były prawdopodobnie powszechnie przestrzegane. O specyficznym 
leczeniu kiły nie było więc z początku mowy, tym bardziej że nawet nie wszyscy lekarze byli przekonani, że 
przyczyną choroby są lekkomyślne hołdy Wenerze. A laik wyobrażał sobie nową chorobę i jej genezę w sposób 
dreszczem przejmujący. Opisał to obszernie tajny sekretarz cesarza Maksymiliana, włóczęga i literat w jednej 
osobie, Józef Griinpeck, urodzony w 1470 roku. Jako młody człowiek był świadkiem odwrotu pobitej armii 
francuskiej Karola VIII z Włoch do Szwajcarii, Szwabii, Breisgau i Alzacji. Griinpeck tak pisze: 

„Wśród żołnierzy jedni byli od głowy do kolan pokryci straszli

background image

 
Część pląta — Drzewo gwajakowe 1 francuska choroba 
wymi czarnymi krostami i wyglądali tak odstraszająco, że, opuszczeni przez towarzyszy, w samotności życzyli 
sobie śmierci. Inni mieli krosty w niektórych tylko miejscach, nip. z przodu i z tyłu głowy, na czole, na szyi, na 
piersiach, na tyłku itd., ale były to strupy tak twarde jako kora drzewna; z bólu rozdrapywali je paznokciami. 
Jeszcze inni byli na całym ciele pokryci niezliczonym mnóstwem pryszczy. U niektórych wreszcie wyrastały na 
policzkach, na uszach i na nosie grube, szorstkie pryszcze, jak czopy lub małe rogi, które pękały cuchnąc jak 
zaraza... 

Uważano, że obcowanie i mieszkanie razem z nimi, używanie ubrań, łóżek, miejsc kąpielowych lub naczyń 

stołowych, które były przez nich używane, całowanie, a nawet samo dotknięcie ręką wystarcza, by się zakazić. 
Starano się nawet unikać rozmowy z tymi chorymi, albowiem wielu ludzi było zdania, że już oddech chorych 
zatruwa powietrze i czyni ich nosicielami infekcji. Sądzono, że żadna inna choroba tak łatwo się nie przenosi jak 
ta. Nawet trędowaci nie chcieli mieszkać z syfilitykami w obawie, że zakażą się chorobą gorszą jeszcze niż 
trąd." 
Mimo nieznajomości przyczyn i istoty nowej choroby już z początkiem XVI wieku zaczęto stosować kurację 
polegającą na smarowaniu maścią rtęciową, a obok tego używano przez długi czas jako lekarstwa drzewa gwa 
jako w ego. Z początkiem XVI wieku cały świat, starzy i młodzi, chłopi, mieszczanie i szlachcice, książęta i 
królowie, zakażeni byli syfilisem, toteż import drzewa gwajako- wego przynosił wielkie zyski. 

Lignum sanctum, święte drzewo, z początkiem czasów nowożytnych nazywane także w Europie lignum 

vitae, rośnie na Florydzie, Antylach, w Gujanie, Wenezueli i Kolumbii, a więc w okolicach, z których 
prawdopodobnie zawleczono syfilis do Europy. Na skutek wysokiego ciężaru gatunkowego (około 1,5) nawet 
cienkie drzazgi tego drzewa nie pływają na wodzie, lecz spadają na dno, co uważano za cudowne zjawisko. 
Ponadto pachnie ono osobliwie, nie pali się jak drzewo europejskie i po spaleniu pozostawia masę lepką jak 
guma. 

Średniowiecze uznawało zasadę „odpowiedników". Jak światło rodzi cień, tak Bóg stworzył sohie 

przeciwwagę w szatanie. Jeśli istnieją moce nadziemskie, to muszą istnieć podziemne. Jeśli syfilis przywędrował 
z Ameryki, to tam znajduje się też lekarstwo na tę 
Drzewo gwajakowe 1 jego wartość lecznicza 
straszliwą zarazę. Toteż gdy w świecie zachodnim pojawiły się pierwsze, nie sprawdzone pogłoski o cudownym 
działaniu leczniczym, jakie wywiera lignum vitae u chorych na syfilis Indian, cała Europa była przekonana, że 
teraz wreszcie znaleziono zbawczy lek. 

Już około r. 1516 pogłoska o działającym cuda drzewie amerykańskim dotarła na dwór Karola V. Lekarz 

nadworny cesarza Nikolaus Poll otrzymał w tym czasie oficjalne polecenie, aby udał się do Hiszpanii i zbadał 
działanie nowego środka leczniczego. W 1517 roku Poll ogłosił wyniki swych badań i wykazał, że Indianie 
posługiwali się tym lekiem i że już 3000 Hiszpanów odzyskało zdrowie przez zażywanie wywaru z drzewa 
gwajakowego. Jest to nietrafne lub co najmniej przesadzone. Wprawdzie i nasze apteki mają drzewo gwajakowe 
na składzie i czasami zapisuje się je jako lekarstwo przeciw chronicznym egzemom, reumatyzmowi i podagrze. 
Działa ono uśmierzająco dzięki zawartości saponiny, która w rozcieńczonym roztworze pobudza żołądek, kiszki 
i nerki do żywszej przemiany materii. Był to więc lek przeczyszczający, innego działania zapewne nie wywierał. 

Być może, na skutek sprawozdań, które dożył lejhmedyk cesarza niemieckiego, Franciszek I, król Francji, 

wyprawił tegoż roku kapitana Jana Be Langer de Beserets na obszernym galeonie do Ameryki Południowej, aby 
przywiózł drzewo gwajakowe. Albowiem Franciszek I także się zaraził. Lekarze próbowali początkowo pięk-
nymi słówkami zbagatelizować pryszcze i wrzody, pokrywające ciało ich pana i króla. Wrzody te szybko się też 
zagoiły i król nic złego nie podejrzewał. Ale gdy w drugim stadium wystąpił brzydki, cuchnący wyprysk, 
lekarzom nie pozostawało nic innego, jak powiedzieć prawdę i wyjawić mu, że jest ciężko chory. 

Wiadomość ta uderzyła w króla jak grom. Według historycznej tradycji Franciszek I domyślił się od razu, 

od kogo się zaraził; tylko u Madame Ferron, ostatniej swej kochanki, pięknej żony poważanego adwokata 
paryskiego Ferrona. Malował ją Leonardo da Vinci i dziś jeszcze oglądać można w Luwrze jej portret zwany La 
belle Ferroniere. Każdy, kto w przestronnych salach muzeum zatrzyma się na chwilę przed obrazem, zrozumie, 
że król mógł ulec czarowi tej pięknej kobiety. 

Franciszek I, jak tylu innych królów francuskich, miał szerokie

background image

 
Część piąta — Drzewo gwajakowe i francuska choropa 
seroe, Ale -piękną Ferroni&re kochał chyba naprawdę i z pewnością ciężko przyszło mu pogodzić się z faktem, 
że los tak okrutnie go ukarał. Nigdy nie dowiedział się, że chorobę swą zawdzięcza szaleńczemu czynowi 
zazdrosnego męża. Tajna służba królewska nie odważyła się donieść królowi o tym, o czym wróble na dachu 
ćwierkały, a mianowicie, że adwokat Ferron świadomie zakaził się w domach publicznych Paryża, aby 
unieszczęśliwić swą żonę i jej królewskiego przyjaciela. Ferron przeżył swą piękną żonę, która niedługo potem 
umarła. Swego rywala jednak, niewątpliwie ku swemu ubolewaniu, nie widział umierającego i zjeżdżającego do 
piekieł. Dopiero w trzydzieści lat później, w 1547 roku, gdy adwokat Ferron dawno już nie żył, Franciszek I 
zeszedł z tego świata jako ofiara kiły. 

Entuzjastycznym zwolennikiem „drzewa życia" był w Niemczech słynny humanista Ulryk von Hutten, 

który zachorował i zmarł na kiłę. W swym traktacie wydanym w 1515 roku De gtuiiaci medicina et morbo 
gallico („O sile leczniczej gwajaku i o chorobie francuskiej") nie tylko zachwalał skuteczność egzotycznego 
drzewa, lecz podał także dokładny sposób przyrządzania i aplikacji rzekomego leku. Sposób użycia napisany jest 
tak przekonywająco, jak gdyby pochodził spod pióra wysoko opłacanych lekarzy-propagandystów nowo-
czesnych koncernów środków leczniczych. Można by zatem podejrzewać, że Fuggerowie i Welserowie, którzy 
w kilka lat później wyruszyli do Ameryki, aby szukać na własną rękę złota i importować drzewo gwajakowe, 
zaangażowali Huttena do układania tekstów reklamowych. Hutten nie wspomina o Welserach ani słówkiem — 
jego brat stryjeczny Filip von Hutten został, co prawda, później gubernatorem i dowódcą wojsk Welserów w 
Wenezueli — a Fug- gerom, którzy w imporcie gwajaku byli oczywiście również zainteresowani, nieraz nawet 
dość szpetnie przymawia. 

Mimo to pewien związek między Huttenem a tym lub innym południowoniemieckim domem handlowym 

nie jest wykluczony. Dowodzą tego nieprzyjemności, które spotkały Paracelsusa z Hohen- heim, jednego z 
największych lekarzy u progu czasów nowożytnych i twórcę chemii medycznej. Gdy mianowicie w 1529 roku 
Paraoelsus przystąpił w Norymberdze do wydania swej pracy o syfilisie, natrafił na niespodziewany opór. 
Dziekan wydziału medycznego w Lipsku założył w magistracie norymberskim energiczny protest przeciw 
Przepis Ulryka von Huttena 
poglądom Paracelsusa w sprawie leczenia francuskiej choroby i uzyskał zakaz wydania trzeciej części jego 
dzieła, choć ono dopiero dopełniało całości i znajdowało się już w składaniu. A dlaczego? Otóż wiel-ki lekarz 
dał tak dobitny wyraz swemu głębokiemu przekonaniu o bezskuteczności leczenia kiły drzewem gwajakowym i 
o daremności pokładanych w tym nadziei, że naraziłby na szwank interesy importerów drzewa gwajakowego. 
Aczkolwiek Paracelsus nie wystąpił wprost przeciwko Fuggerom, być może, rację ma Karl Sudhoff, nestor 
niemieckiej historii medycyny, twierdząc, że właśnie Fuggerowie byli inspiratorami protestu lipskiego wydziału 
medycyny. 

A więc już przed pięciuset laty istniały podstępne machinacje, ukryte wpływy i „kanty", jak za naszych 

czasów. Wprawiano je w ruch, aby tłumić niewygodne poglądy, można ich było naturalnie także użyć do 
poparcia akcji przynoszących korzyść importerom. Traktat Huttena zachwalający używanie gwajaku jak 
najbardziej do tego się nadawał. Przedrukowywano go też wiele razy w wysokich nakładach i rozprowadzano 
wśród szerokich warstw ludności. Import drzewa gwajakowego, które stosowali podobno ludzie światowej 
sławy, jak Albrecht Diirer i Benvenuto Cellini, przynosił ogromne zyski; nie jest wykluczone, że między 
Huttenem reklamującym drzewo gwajakowe a Welserami istniały jakieś powiązania. 

Firma Bartłomiej Welser, zajmująca pierwsze miejsce w handlu zachodnioindyjskim, importowała 

prawdopodobnie drzewo gwajakowe. Ale ze zbioru dokumentów w archiwum prywatnym barona Welsera nie 
można tego dowieść z dostateczną jasnością, a materiały hiszpańskie w sprawie Welserów są tylko częściowo 
zbadane, podobnie jak znajdujący się w Londynie Codex Welserów. Biorąc jednak pod uwagę, że uzyskanie 
lekarstwa na kiłę było rzeczą naglącą, brak dowodów pisanych nie umniejsza wagi naszej hipotezy. 
Posunęlibyśmy się prawdopodobnie za daleko przyjmując, że Iignum vitae było jedynym bodźcem, który skłonił 
Welserów do założenia kolonii w Wenezueli, ale chęć zdobycia leku -przeciw kile odegrała tu z pewnością dużą 
rolę. 

Oczywista, Welserowie nie mówili na głos o tym, iż są zainteresowani finansowo w przywozie nowego 

środka leczniczego. Wszak fabrykanci penicyliny i innych nowoczesnych cudownych środków

background image

 
leczniczych także nie mówią o tym, że chcą nie tylko leczyć i pomagać, ale że równie chętnie inkasują 
dywidendy. Welserowie uzasadniali swój plan założenia kolonii w Wenezueli zamiarem poszukiwania złota — 
nie w sposób lekkomyślny na wzór Hiszpanów czy Portugalczyków, którzy w gruncie rzeczy wszystko 
pozostawiali przypadkowi, lecz z iście niemiecką systematycznością. Z początkiem 1528 r. zawarty został 
kontrakt między Hieronimem Sailerem, dyrektorem spółki Welserów, a koroną hiszpańską, na podstawie któ-
rego Welserowie zobowiązali się do zwerbowania pięćdziesięciu górników niemieckich i do przewiezienia ich 
do Wenezueli, do założenia tam w ciągu dwóch lat co najmniej dwóch osad po trzysta dusz i do zbudowania 
trzech fortów. 

Wykonano to też niebawem. Złota znaleziono wprawdzie niezbyt wiele, jednakże zaopatrywanie owych 

pięćdziesięciu górników, ich rodzin i niewolników afrykańskich, potrzebnych do utrzymania kopalń w ruchu, 
okazało się zyskownym interesem. Poza tym już w r. 1529, a więc w rok później, wyszło na jaw, że Welserowie 
nie ograniczali się tylko do eksploatacji szlachetnego kruszcu i dostaw środków konsumpcyjnych. W kwietniu 
tegoż roku przyjechał do Wenezueli były lekarz nadworny księcia Kalabrii i króla Portugalii, Francisco de Ulate, 
aby z ramienia Welserów zorganizować produkcję tajemniczego środka leczniczego. Wiemy o tym tylko od 
wenezuelskich urzędników korony hiszpańskiej, którzy złożyli swemu rządowi sprawozdanie o tajemniczej 
działalności Franciszka Ulate i wskazali na to, że w stacji doświadczalnej, założonej przez Niemców w 
dziewiczym lesie o kilka godzin drogi od wybrzeża, wytwarza się leki. Hiszpańscy radcy dworu w Madrycie 
zareagowali na to doniesienie z zadziwiającą szybkością. Już 17 lutego 1531 zażądali od Welserów, aby 
przedłożyli próbki tajemniczego medykamentu. 

Nie wiadomo, o jaki środek leczniczy chodziło. Wiemy tylko, że był to jakiś cudowny lek staroindiański, 

który uzyskiwano z wywaru kory pewnego drzewa. Ponieważ nie mogło chyba chodzić o korę drzewa 
chinowego, które rosło wówczas głównie w Peru, nasuwa się przypuszczenie, że Francisco de Ulate wyrabiał 
balsam gwajakowy. Pogląd ten znajduje w pewnej mierze poparcie w sposobie przyrządzania gwajaku podanym 
przez Ulryka Huttena, który pisze: 
308 

„W celach leczniczych przyrządza się ten środek w sposób następujący: Najpierw rozszczepia się drewno na 

możliwie cienkie drzazgi. Następnie moczy się je w wodzie przez 24 godziny, zarówno drzazgi, jak i trociny, i to 
w stosunku 1 funt drzewa na 8 funtów wody. Tę mieszaninę gotuje się przynajmniej przez sześć godzin w 
nowym polerowanym garnku na małym ogniu z rozżarzonych węgli, aż zgę- ści się do połowy. Szumowinę 
tworzącą się na powierzchni podczas gotowania zbiera się łyżką i używa do smarowania wrzodów, a sam wywar 
przepuszcza przez sito i wlewa do płaskiego naczynia. Osad miesza się znowu z ośmiu funtami wody i jeszcze 
raz przego- towuje. 

Ten cienki wywar pije się podczas jedzenia, a tęższy zażywa się jako lekarstwo. Jest on alfą i omegą, 

punktem ciężkości całej kuracji i leczy z owej choroby." 

Sposób przyrządzania gwajaku podany przez Huttena pokrywa się dokładnie ze sposobem Francisca de 

Ulate, przekazanym nam przez hiszpańskich urzędników koronnych. Ta zgodność, jak i paląca wówczas 
potrzeba znalezienia leku przeciwko kile pozwalają na domysł, że chęć znalezienia remedium na straszną 
chorobę weneryczną przyczyniła się do założenia pierwszej niemieckiej posiadłości zamorskiej. 

Drzewo gwajakowe nie było oczywiście jedynym bodźcem, który skłonił Welserów do założenia swych 

faktorii w Wenezueli. Ale jest godne uwagi, że już w 1534 roku, a więc w kilka lat później, przestawili oni 
zupełnie kierunek swej polityki handlowej. Zmarł Hutten i bardzo wielu innych ludzi zeszło z tego świata na 
„francuską chorobę". Lignum vitae nie pomogło. Ugruntowało się przekonanie, że nie jest ono owym 
wymarzonym lekarstwem na syfilis. Zbyt tego środka sprawiał coraz więcej trudności i to doprowadziło 
zapewne do zmiany stosunku Welserów wobec kolonii założonej w Nowym Świecie. 

Porzucono plantacje, osady podupadły, pozostało tylko Coro i nieco dalej na zachodzie położone 

Maracaibo, nie zajmowano się więcej -poszukiwaniem i wydobywaniem złota. Welserowie i ich ka 
309

background image

 
pitanowie dokładali natomiast wszystkich sił, by posunąć się w głąb nieznanego lądu. Właśnie wtedy Pizarro 
zdobył państwo Inków. Saga o „Dorado", tajemniczej krainie złota, była na ustach wszystkich, kusiła 
perspektywa, aby za poniesione wysiłki znaleźć ekwiwalent w niezmierzonych dziewiczych lasach, ciągnących 
się poza wąskim skrawkiem wybrzeża. Gubernatorowie Welserów mają wolną rękę, jeśli chodzi o ekspedycje i 
wyprawy zwiadowcze. W latach 1536 do 1546 puszcza nad Orinoko została tak dokładnie zbadana, jak 
podówczas żadna chyba inna okolica Ameryki Południowej. 

Wśród owych gubernatorów znajdował się Filip von Hutten, brat stryjeczny sławnego Ulryka. Byli to ludzie 

niespokojnego ducha, którzy stanowisk swych nie uważali za synekury i nie mieli bynajmniej ochoty siedzieć w 
miejscowościach nadmorskich jako urzędnicy administracyjni lub prezydenci policji, podczas kiedy courreurs de 
bois przemierzali wolne obszary dzikiej puszczy i mogli istotnie odkryć sławne „Dorado". Wiodła ich żądza 
przygód i tęsknota do niezmierzonej dali, do nich wszystkich więc odnosi się to, co Filip von Hutten pisał 
wówczas z Wenezueli do „Szlachetnego i Czcigodnego" Bernarda von Huttena: 

„Bóg mi świadkiem, że nie żądza złota skłoniła mnie do tej podróży, lecz tylko szczególna chęć, jaką od 

dawna żywiłem. Zdaje mi się, że nie umarłbym w spokoju ducha, gdybym nie był przedtem zobaczył Indii — i 
zaiste, nie żałuję tego. Toteż proszę Was, byście nie mieli mi za złe tej podróży i pozdrowili ode mnie mateczkę 
moją i siostrę..." 

Urzędnicy Welserów zamiast pozostać spokojnie na wybrzeżu i uprawiać handel pomnażając zyski swych 

pracodawców, pewnego dnia znikali wyruszając na większe lub mniejsze, lecz przeważnie wojownicze wyprawy 
do lasów w głąb lądu. Często przez wiele lat nie było ich w faktorii, po czym pewnego dnia ku zdziwieniu osia-
dłych kolonistów wracali — obdarci, w łachmanach, nie znalazłszy „Dorada". Często też przepadali na zawsze. 
Las ich pochłaniał. 

Dla późniejszego obserwatora pierwsze miejsce wśród kapitanów welserowskich zajmuje bezspornie 

Mikołaj Federmann. Pochodził on z poważanej rodziny i nie wierny, co zawiodło go za morze. Gdy w 1529 roku 
wybór Welserów padł na niego jako na kapitana korpusu ekspedycyjnego do Wenezueli, miał 23 lub 24 lata i był 
zapewne gotów pójść śladem Corteza, którego sprawozdania wówczas właśnie ukazały się w druku. Już w końcu 
tegoż roku Federmann przybył na Haiti i w początku marca 1530 znajdował się w Wenezueli. 

Zaledwie pół roku później, bez doświadczenia i znajomości życia kolonialnego i Warunków tropikalnych 

wyruszył ze 126 Hiszpanami i 100 Indianami w swą pierwszą wyprawę w głąb Ameryki Południowej. Miał 
nadzieję, że dotrze do legendarnego Orinoko, a może nawet do owego morza południowego, które piętnaście lat 
temu odkrył Bal/boa. Panowało wtedy mniemanie, że morze południowe wrzyna się na wschodzie głęboko w 
kontynent południowoamerykański. Federmann spodziewał się więc, że z Wenezueli można je osiągnąć bez 
większego trudu. Gdyby młody podróżnik owego 12 września 1530 roku, w którym wyruszył z miasta 
portowego Coro, miał to doświadczenie, które nabył później, nie byłby z pewnością podjął swego marszu z tak 
lekkim sercem. 

Wyprawa skończyła się oczywiście niepowodzeniem. Po dotarciu do Rio Cojex i poprzez Acarigua do 

stepów trawiastych nad Rio Portugeza Federmann był już w połowie marca 1531 z powrotem w Wenezueli 
przywożąc z sobą 9586 pesos w złocie w jukach swych zwierząt pociągowych, kupę landsknechtów 
wyczerpanych chorobami tropikalnymi i pełny zasób wiadomości i doświadczeń tak co do geograficznych 
właściwości obszarów położonych w głębi Ameryki Południowej, jak i co do techniki podróżowania w 
dżunglach tropikalnych. Poza tym wiedział teraz, że następnym razem musi skierować się na zachód, a nie na 
południe. 

Najcenniejszą jednak rzeczą, którą przywiózł ze swej pierwszej podróży, był chyba odpis relacji, którą 

notariusz towarzyszący każdej wyprawie sporządzał dla rządu hiszpańskiego. Relację tę Federmann przełożył na 
język niemiecki i książka ta, Indianische Historia („Historia indiańska"), wydrukowana w 1557 roku, jest 
jednym z pierwszych niemieckich dzieł podróżniczych. Znajdują się w niej między innymi dwie wiadomości 
specjalnie nas interesujące. Najpierw opowiada Federmann, że w południowoamerykańskiej puszczy krążyły 
wśród krajowców pogłoski, że biali, brodaci przybysze są „synami słońca",'a następnie podaje z własnych 
obserwacji, że wśród bagien Wenezueli żyją Pigmeje, karły, dochodzące tylko do czterech lub pięciu piędzi 
wzrostu. Wiadomość ta uchodziła przez

background image

 
długi czas za zwykłe upiększenie opisu. W świetle ostatnich badań wydaje się jednak możliwe, że zbadane przez 
mego okolice Ameryki Południowej były dawniej istotnie zamieszkałe przez ludność o kar- lim wzroście. 

W roku 1536 Federmann wyruszył w drugą wyprawę badawczą, tym razem uwieńczoną powodzeniem. 

Udało mu się nie tylko przejść piekło dżungli, ale po przekroczeniu Aranca i Rio Meta przeszedł na wysokości 
4000 metrów przełęcze Kordylierów i dotarł do Bogoty, głównego ośrodka kultury Indian Chibcha. Było to na 
wiosnę 1539 roku. W Bogocie Federmann zastał już białych, a mianowicie konkwistadora Ximenesa de 
Quesado, który z Kolumbii popłynął rzeką Magdaleną w kierunku południowym i już w 1537 roku przybył do 
Bogoty. Równocześnie z Federmarmem zjawia się z południa, od strony Quito, także Hiszpan Sebastian de 
Benalcazar, mąż zaufania Pizarra, poszukujący tajemniczej krainy złota, „Dorado". Trzej awanturnicy, którzy tak 
niespodzianie się zetknęli, dobywają już szpad — opanowują się jednak i zawierają porozumienie, w myśl 
którego korona hiszpańska ma rozstrzygnąć o granicy między Wenezuelą, Kolumbią a Quito. Wszyscy trzej 
wyjeżdżają do Hiszpanii, Federmann przybywa następnie do Niemiec i tam z końcem 1541 roku umiera na 
skutek choroby tropikalnej. Nie odnaleziono dotychczas relacji z jego drugiej podróży; wiemy tylko z obcych 
źródeł, -że on pierwszy przemierzył wszerz Amerykę Południową i przebył Andy ze wschodu na zachód. 

Nie zachowały się bliższe wiadomości o żadnych prawie wędrówkach, podejmowanych w owym czasie 

przez innych kapitanów, jak Ehinger, Hohermuth. Tylko ostatnie wyprawy opisał, bardzo co prawda lakonicznie, 
Filip von Hutten, wówczas jeszcze zwyczajny oficer, w listach do swych rodziców i krewnych. Dają one wyo-
brażenie o trudach, z jakimi wyprawy te były połączone: 

„Wróciliśmy do Coro 27 marca 1538 roku. Ludzie od dawna mieli nas za zmarłych, toteż podzielili między 

siebie lub sprzedali nasze ubrania i inną naszą własność, którą pozostawiliśmy. Nic też w tym nie ma dziwnego 
— wszak przez trzy lata nic o nas nie słyszeli. Hohermuth wrócił ze swej podróży z 80 pieszymi i 30 konnymi, 
żaden z nich nie był lepiej odziany niż pogańscy Indianie, którzy chodzą zupełnie nago. Spośród czterystu, 
którzy wyruszyli, żyło stu dziesięciu. Bóg tylko wie, co ci biedacy podczas trzech lat 
wycierpieli. Strach zbiera, gdy wspomnieć, jakie podczas tej wyprawy musieli jeść plugastwo, np. węże, żaby, 
jaszczurki, robaki, żmije inp. Niektórzy jedli też wbrew naturze — ludzi. Znaleziono jednego, który razem z 
różną zieleniną ugotował ćwierć dziecka. Z .powodu tego przeciwnego naturze jedzenia, a także z powodu leże-
nia na deszczu, słońcu i wietrze biedni ci chrześcijanie tak zmarnieli, że było wielką łaską Boga, jeżeli któryś z 
nich uszedł z życiem." 

Mimo złych doświadczeń, jakie jego towarzysze poczynili w służbie Welserów, Filip von Hutten niedługo 

wytrzymał na wybrzeżu. Z synem szefa firmy Welser, młodym Bartłomiejem Welserem, wyruszył niebawem 
znowu na wyprawę w głąb lądu, z której ani on, ani jego towarzysz już nie powrócili. Zostali skrytobójczo 
zamordowani przez Hiszpanów, patrzących zawistnym okiem na konkurencję Niemców. Ich śmierć 
przypieczętowała też los całej akcji. Utrata spadkobiercy firmy była zbyt wielką ofiarą złożoną w imię interesu, 
którego wartość przedstawiała się w ogóle dość problematycznie. Do roku 1555 kolonia pozostawała wprawdzie 
nominalnie jeszcze pod zwierzchnictwem Welserów, potem jednak przypadła w udziale Hiszpanom. 

Lecz i korona hiszpańska nie miała szczęścia w Wenezueli. Udało się jej zawładnąć jedynie przybrzeżnymi 

skrawkami dzikiego lądu. Każdego, kto próbował wedrzeć się w dziewicze lasy, zasypywał grad złowrogich 
strzał. Tak jest zresztą do dnia dzisiejszego. Wielkie koncerny eksploatujące naftę w Wenezueli zdobyły 
wprawdzie część dżungli, kilometr po kilometrze, ale znajdują się w stanie nieustannej i zaciekłej wojny z 
właściwymi panami tego obszaru — Indianami Motilon. Jeszcze przed kilku laty byli oni ludem nieomal 
legendarnym. Nie wiedzieliśmy o nich nic bliższego, kto się z nimi zetknął, tego znajdowano później nieżywego 
z sercem przeszytym strzałą. 

A rozgrywało się to i rozgrywa zaledwie o dwie godziny drogi samochodem od Maracaibo, drugiego co do 

wielkości miasta Wenezueli i właściwego centrum naftowego tego bogatego kraju. Sto dwadzieścia kilometrów 
dalej na południo-zachód biały człowiek nie ma tam już absolutnie nic do roboty. A właśnie tam, w sercu kraju 
Motilonów, znajdują się, jak twierdzą geologowie, bogate złoża nafty, złota i miedzi. Oczywiście stale 
ponawiane są próby dobrania się przemocą, podstępem lub perswazją do skarbów. Motilonów.

background image

 

Ostatnim, który odważył się tam dotrzeć, był etnolog Preston Holder, wysłany przez amerykański Instytut 

Historii Naturalnej. Zaopatrzony w polecenia do Motilonów przez sąsiednie półcywili- zowane szczepy, 
wyruszył z bogatymi darami na początku 1953 roku łodzią motorową w górę rzeki do obszaru wojowniczych 
Indian. Podróż szła zrazu gładko. Pozwolono mu wyjść na brzeg, mógł też u brzegów rzeki złożyć swe 
podarunki — noże, tytoń, płótno. Ale gdy rankiem zapuścił motor, by ruszyć w dalszą drogę, spadł na białych 
deszcz syczących strzał. Łódź była silnie opancerzona, nawet ilumi- natory były z kuloodpornego szkła. Mister 
Holder znał Motilonów. Przez noc wyskubali płótno, otrzymanymi w ten sposób nićmi przymocowali 
podarowane noże do strzał i sporządzili bardzo niebezpieczną broń. Ekspedycję amerykańską ostrzeliwano 
czasem z większej odległości, aniżeli wynosił zasięg łuku lub kuszy, potwierdzała się więc pogłoska, krążąca 
wśród stacji misyjnych na przedpolach Maracaibo, że Motilonowie rozporządzają przenośnymi kata- pultami. 

Motilonowie byli chyba Indianami szczególnego pokroju. Nie ma dowodów, aby jakikolwiek inny szczep 

indiański od Cieśniny Beringa aż do Ziemi Ognistej używał dalekosiężnych katapult. Tylko wpływy europejskie 
mogły przywieść Indian do posługiwania się bronią, która — choć nie wynaleziona przez nich — odpowiadała 
jednak ich kulturze technicznej. Katapulty napięte strunami z kiszek, których dostarczały zwłoki każdego 
zwierzęcia, zaopatrzone w trzcinowe strzały, przynoszone w dowolnej ilości z dziewiczego lasu przez kobiety i 
dzieci — to była broń techniczna niezawodna, a jej uzupełnienie nie przedstawiało trudności. Gdy Wikingowie 
grenlandzcy zakładali swe osady w Massachusetts, akcja ich utknęła na martwym punkcie głównie z powodu 
trudności w dowozie broni. Ostrych mieczy, które nie nadawały się już do użytku lub zaginęły, nie można było 
zastąpić innymi. Każda siekiera, każdy metalowy grot, jaki wpadł w ręce Indian, był bezpowrotnie stracony. A 
ponieważ w rozwoju technicznym z reguły nie ma odwrotu, ponieważ ludy należące do kultury metalowej nie 
cofają się do epoki kamiennej, Wikingowie musieli opuścić swe osady amerykańskie. Motilonowie dowiedli, że 
posiadają zdrowy instynkt! Nowoczesną broń — granaty ręczne, karabiny maszynowe, karabinki, rewolwery, 
które nieraz zdobywali — pozostawiali spokojnie na miejscu. Nigdy żaden z nich nie 
próbował posługiwać się ową technicznie o tyle skuteczniejszą bronią. Zadowolili się strzałami, łukami i 
katapultami. 

Było to niezmiernie osobliwe i stało w jaskrawej sprzeczności z zachowaniem się wszystkich innych ludów 

indiańskich. Toteż nikt nie dziwił się w Maracaibo, gdy jakiś misjonarz chrześcijański po powrocie z puszczy 
opowiadał, że Motilonowie są białymi Indianami. Nikt zresztą nie widział żadnego członka tego szczepu. 
Misjonarz powtarzał tylko to, co mu opowiadali brązowi wychowankowie z puszczy. A w dziewiczych lasach 
wszystko było możliwe, nawet to, co opowiadali sobie szeptem ludzie z Maracaibo, że w dżungli żyją 
potomkowie dawnych landsknechtów monieckich, owych zbrojnych jeźdźców, którzy niegdyś pod dowództwem 
Filipa Huttena, Mikołaja Federmanna i Hansa Hohermutha zaginęli w dziewiczych lasach. Zabili oni podobno 
mężczyzn wrogich szczepów indiańskich, pożenili się z ich kobietami i w ten sposób stali się praojcami białych 
Indian, 
0  których ciągle przebąkiwano. 

Wielkie spółki naftowe nie zwracały uwagi na tę gadaninę. Gdy „Standard-Oil" stwierdziła, że robotnicy i 

inżynierowie padają jeden po drugim ofiarą ostrych strzałów Motilonów, trafiających z odległości ponad 300 
metrów — porzuciła zrazu eksploatację pola naftowego Santa Ana. Ale powróciła w porze deszczowej, w czasie 
której Motilonowie wędrują z lasów nizinnych w okolice górskie, położone na granicy między Wenezuelą a 
Kolumbią. Powróciła z długimi kolumnami drwali, buldożerów i traktorów, z drutem kolczastym 
1 wielkimi reflektorami. Robotnicy, pracując dniem i nocą, wykarczo- wali olbrzymie, wielokilometrowe 
przestrzenie lasu, obwiedli je drutami naładowanymi prądem elektrycznym, ustawili szkielety wież 
wiertniczych. Gdy po ustaniu deszczów Motilonowie wrócili, rozpościerała się przed nimi szeroka, otwarta 
równina, oblana w dzień i w nocy jasnym światłem i strzeżona przez strzelców zaopatrzonych w lunety. 

Brzmi to tak nieprawdopodobnie, że pragniemy przytoczyć źródło, z którego wiadomość tę zaczerpnęliśmy. 

Jest nim wychodzący w Hamburgu dziennik „Die Welt", który otrzymał ją od swego korespondenta z Machiąues 
w Wenezueli w jesieni 1953 r.

background image

 

W tym samym czasie, gdy akcja Welserów zaczęła chylić się ku upadkowi, znajdował się dalej na południu 

w tejże części świata Niemiec, który nie miał wprawdzie tak głośnego nazwiska jak syn Bartłomieja Welsera, ale 
za to szczęśliwie uniknął losu potomka tego zacnego rodu, po powrocie zaś do ojczyzny opisał swe przeżycia w 
niezwykle interesującej książce. Był to Ulryk Schmiedel, syn burmistrza miasta Straubing w Bawarii. 

Ulryk Schmiedel był w najdziwniejszy sposób spokrewniony z owym Hannsem Schiltbergerem z Freysing 

koło Monachium, który w 1394 roku, a więc około sto pięćdziesiąt lat przed synem burmistrza ze Straubing, 
wyruszył jako giermek rycerza Lienhardta Reichartingera w pole przeciw poganom i w trzydzieści dwa lata 
później, w 1427 roku, jako człowiek prawie pięćdziesięcioletni, powrócił do domu z niewoli wojennej w 
dalekich krajach Wschodu. Nie łączy tych Judzi pokrewieństwo rodowe ani nawet wspólność losu. Jeden z nich 
był jeńcem najpierw u Turków, a potem u Mongołów i Rosjan, drugi zachował wolność i podlegał tylko swemu 
własnemu prawu. Co tych ludzi czyni tak do siebie podobnymi, to zgodność ich typów. Obydwaj przedstawiają 
specyficzną formę odkrywcy wolontariusza, który wyrusza w daleki, obcy świat, nie wspomagany przez 
państwo i nie jako rzecznik korony, lecz samotny, zdany całkowicie na siebie i nie obowiązany do zdawania 
komukolwiek sprawy ze swoich czynów. 

Wolontariuszem był Schiltberger i Ulryk Schmiedel. Byli nimi także Engelbert Kampfer, który w XVII 

wieku zgłębił tajemnice Japonii, Hornemann, który z końcem XVIII wieku. zbadał Saharę, Ludwig Leichhardt, 
który w XIX wieku przeszedł wszerz Australię. Daje to ich przeżyciom niesłychaną barwność, ale nierzadko 
znikali oni, ginęli i marli pewnego dnia bez śladu wraz ze swymi zapiskami i spostrzeżeniami. Toteż często nic o 
nich nie wiemy. Tylko tu i ówdzie zachowało się samo nazwisko, jak na przykład magistra Johannesa, który pod 
admirałem portugalskim Cabralem pełnił w roku 1500 służbę jako pilot i oficer nawigacyjny podczas odkrycia 
Brazylii, Hansa Mayra i Baltazara Sprengera, którzy w latach 1505—1506 popłynęli z Franciszkiem Almeidą do 
Indii. Do nich na 
leżą marynarze Hans Barge i Hans Aleman, którzy wzięli udział w podróży Magellana dookoła świata, i 
wreszcie kapitanowie Welserów, o których wspominaliśmy. Z początkiem XVII wieku spotykamy nazwisko 
syna patrycjuszowskiego z Augsburga Ferdynanda Crona. Jako ekspert do spraw wschodnioazjatyckich i 
generalny dyrektor Filipa II hiszpańskiego zorganizował on dla korony Ara- gonii i Kastylii handel między 
Indiami Przedgangesowymi a Chinami i zapewnił w nim Hiszpanom przodującą rolę. Sto kilkadziesiąt lat 
później uczynił to samo dla Portugalii Feliks von Oldenburg, który od 1753 roku prowadził z polecenia króla 
Portugalii handel portugalski z Indiami i Chinami i był przez dziesięć lat niekorono- wanym królem Sumatry, 
Makao i Moluków. 

Mimo to nie wiemy prawie nic o tych ludziach. Albowiem na wyprawy wyruszały zawsze tylko jednostki. Z 

zachowanej przypadkowo statystyki dowiadujemy się, że z 94 okrętów, które w październiku i listopadzie 1597 
wpłynęły na Gwadałkwiwir, prawie połowa pochodziła z portów niemieckich, a spośród pasażerów jedna trzecia 
część z Hamburga. Być może, ten wysoki udział Niemców był w innych latach, zwłaszcza w sprzyjających 
porach roku, nie mniejszy. 

Wyprawę, w której wziął udział Ulryk Schmiedel, finansowali w znacznej mierze Welserowie. W składzie 

floty dowodzonej przez don Pedra de Mendoza, szambelana Karola V, znajdował się okręt, na którym faktor 
Welserów Heinrich Peime zgromadził część stu pięćdziesięciu niemieckich uczestników podróży. Wśród nich 
znajdował się prawdopodobnie także młody Ulryk Schmiedel. 

Czternaście okrętów z 1500 Hiszpanami i 150 Niemcami wypłynęło z Sewilli na morze 1 września 1534 

roku. W kilka miesięcy później, a więc już w 1535 roku, kotwice okrętów zaryły się w dno u ujścia rzeki La 
Plata. Tu zaczyna się relacja Schmiedla o kraju Indian Chibcha, w którym założono miasto Buenos Aires. 

„Znaleźliśmy wioskę indiańską, gdzie mieszkało około 2000 mężczyzn, którzy nazywają się Zechuruas. 

Gdy tam przybyliśmy, rzucili się oni do ucieczki i opuścili wioskę z żonami i dziećmi, tak że nie mogliśmy ich 
znaleźć. Ten lud indiański chodzi całkiem nago, a kobiety ich osłaniają srom małą bawełnianą szmatką od pępka 
do kolan. Tam zbudowaliśmy miasto, nazywało się Bonas Ayers, co

background image

 
znaczy „dobre powietrze". I budowano dookoła mur ziemny na pół włóczni wysokości; mur miał trzy stopy 
szerokości, ale co dzisiaj zbudowano, to nazajutrz znowu się zapadało. Lud nie (miał co jeść, umierał z głodu i 
był bardzo biedny. Zdarzyło się, że trzej Hiszpanie ukradli konia, zjedli go potajemnie, a gdy się to wydało, 
schwytano ich i wśród ciężkich mąk wypytywano, ażeby się prźyznali, po czym skazano ich . na szubienicę i 
wszystkich trzech powieszono. W nocy przyszli pod szubienicę inni Hiszpanie, odrąbali powieszonym uda i 
wykroili z nich kawałki mdęsa, by zaspokoić swój głód. Pewien Hiszpan zaś zjadł swego brata, który umarł w 
mieście Bonas Ayers." 

Kto dzisiaj, wiosną, przy pełni księżyca, słyszy brzdąkanie mandolin, zawodzenie jazzu i piosenkę: 

Bw&nos Aires, mi tierra ąuerida, Buenos Aires, la perlą del Plata, temu serce bije żywiej z miłości do tego kraju, 
do tej perły nad srebrzystą rzeką. Przed 450 laty nikomu zapewne nie wpadłoby na myśl nazwać perłą marny fort 
na bagnistych mieliznach u ujścia La Platy. Niebezpieczną sytuację pogarszały jeszcze bardziej ustawiczne 
napady Indian, tak że Mendoza wysłał w górę rzeki korpus pomocniczy złożony z trzystu ludzi na siedmiu 
brygantynach wiosłowych, który miał postarać się skądś o żywność. Hiszpanie nie mogli nic przeciwstawić 
taktyce Indian polegającej na tym, że z chwilą zbliżania się białych palono wsie i pola i z całym dobytkiem 
uciekano w lasy. Połowa koipusu hiszpańskiego zginęła z głodu, reszta wróciła śmiertelnie wyczerpana do 
Buenos Aires. Za radą Schmiedla Hiszpanie zmienili teraz sposób postępowania. Nie usiłowali już .podbić kraju, 
lecz pozyskać dla siebie przychylność jego mieszkańców. 

Nowa taktyka wydała wkrótce pożądane owoce. Hiszpanom udało się przekonać o swych pokojowych 

zamiarach szczep Timfoów. Mimo to położenie było tak krytyczne, że Mendoza postanowił zaniechać wszelkiej 
dalszej akcji. Do owej chwili włożył około 4000 dukatów w poszukiwanie nie odkrytej krainy złota i nie chciał 
nic więcej inwestować. Opuścił swoich ludzi i w 1538 roku powrócił do Hiszpanii. Schmiedel jednak nie upadł 
na duchu. Pozostał przy garstoe skazańców i choć nie był oficerem, został jednym z ich przywódców. Obok 
talentów dyplomatycznych, które okazały się nieraz skuteczne w stosunkach z Indianami, umiał też, gdy zaszła -
potrzeba, nieźle się bić. A ,po dobremu nie zawsze można sobie -było z Indianami 
poradzić. Zwłaszcza z hardymi Indianami Charrua dochodziło nieraz do poważnych starć, dopóki nie pojęli, że 
nie sprostają błyskawicy i gromowi białych. Wyobrażenia o Indianach i ryciny, które wówczas 
rozpowszechniano w ulotkach i innych popularnych publikacjach, były w znacznej mierze oparte na opisach 
Ulryka Schmiedla. Przytoczymy tu jeden z nich: 

„Bronią ich są toporki długie na pół włóczni, ale nie tak grube, a z przodu mają umocowaną halabardę z 

krzemienia; item mają pałkę za pasem, długą na cztery piędzi, zakończoną kulistym zgrubieniem. Każdy 
Indianin ma również 10 lub 12 drewienek, długich na dobrą piędź, zakończonych ostrym, szerokim zębem 
rybim. Ząb ten kraje jak nożyce. A teraz zrozumcie, co z tym robią i do czego tego potrzebują. Najpierw walczą 
wspomnianymi toporkami, potem rzucają pałkę wrogowi pod nogi, ażeby upadł na ziemię. Następnie odcinają 
mu zaraz głowę zębem rybim. Zważcie jednak, co Indianin robi dalej z głową ludzką i do czego jej .potrzebuje. 
Gdy zdarzy się sposobność po potyczce, bierze taką głowę i zdziera z niej skórę razem z włosami przez uszy, po 
czym bierze skórę razem z włosami i przechowuje ją, aż wyschnie. Potem bierże wyschniętą skórę i wkłada ją na 
żerdź, którą na pamiątkę wbija przed swoim szałasem, tak jak u nas rycerz lub hetman stawia w kościele 
zdobyczny proporczyk." 

Zwyczaj polowania na głowy i skalpowania Schmiedel komentuje przez porównanie ze stosunkami 

rycerskimi w Niemczech lp naszym zdaniem, nie bez odcienia ironii — ale nawet ten obyty z okrucieństwami 
żołnierz oburza się na brutalność, z jaką Indianie Gharrua zwykli obchodzić się ze swymi kobietami. Tak więc 
mężczyźni zjadają je po prostu, gdy się im sprzykrzą. Nie dość na tym — mężczyzna urządza przy tej 
sposobności „wielki bankiet, jaki u nas wyprawia się z okazji wesela. Stare kobiety pracują w polu, póki nie 
umrą." 

Przypomina to grozą przejmujące bajki, w które tak obfituje dawna literatura o odkryciach geograficznych. 

Ale relacje o upośledzeniu społecznym kobiet posiadamy także z licznych innych źródeł. Gdy król Nore, jeden z 
naczelników plemienia Chibcha w Kolumbii, złożył. oficjalną wizytę dowódcy hiszpańskiemu, którego korona 
ustanowiła tam gubernatorem, przyprowadził z sobą cztery kobiety. Dwie z nich, rozciągnięte na ziemi, służyły 
mu za łóżko, trzecia za

background image

 
Część piąta — Drzewo gwajakowe i francuska choroba 
poduszkę, a czwarta — za prowiant! Została zjedzona przez swągo pana i króla. 

Schmiedel pisze też o ich sposobie obchodzenia się z jeńcami wojennymi: „Tuczą jeńców bez względu na 

płeć, jak w Niemczech tuczy się świnie." I to, jak wiemy, odpowiada faktom. Jeńców pożerano nie tylko dlatego, 
że mięso ludzkie uchodziło za szczególnie smaczne — kanibalizm miał często tło nie tyle gospodarcze, ile 
religijne. Wywodził się z mistycznej wiary, że wchłonięcie rwe własne ciało innej walecznej istoty ludzkiej 
wzmacnia siłę zwycięzcy. 

•Siła bojowa Indian natomiast budzi szacunek Schmiedla. Palisady, wilcze doły i wysokie szańce ochraniają 

ich twierdze; biali muszą je najpierw porządnie ostrzeliwać, zanim przypuszczą do nich szturm. W otwartym 
boju Indianie dokonują czynów, które zdumiewają nawet obytego z wojną landsknechta. 

Schmiedel przemierzył kraj wzdłuż i wszerz, dotarł w głąb Mato Grosso, do Peru, w górę i w dół Parany i 

Paragwaju, przedzierał się wiele tysięcy kilometrów przez zielone piekło Ameryki Południowej. Pomagał w 
założeniu faktorii Corpus Christi i Asunción, był nie tylko żołnierzem, ale także osadnikiem, budowniczym 
okrętów, przepłukiwaczem złota, handlarzem niewolników. Prawie dwadzieścia lat przebywał w Ameryce 
Południowej. 

Ulryk Schmiedel w końcu lipca 1552 r. wrócił do ojczyzny. Z ludzi, którzy niegdyś przybyli z Mendozą, 

pozostało przy życiu tylko pięćdziesięciu. Postarzeli się i posiwieli po straszliwych przejściach owych lat. Ta 
garstka na wpół zagłodzonych mężczyzn marszami przez cały kontynent aż do ściany Andów i daleko w głąb 
Peru utorowała Europie drogę do zdobycia i opanowania tego wielkiego, urodzajnego, bogatego kraju. 

Część szósta ZMORA SZKORBUTU

background image

 
W ■podręcznikach geograficznych naszych czasów znajdujemy po Hdziś dzień twierdzenie, że zbadanie 
Pacyfiku, największego morza świata, nastąpiło późno, gdyż dopiero wynalazek chronometru i sekstansu 
lustrzanego na początku XVIII wieku umożliwił osiągnięcie tego celu. To słuszne, a zarazem z gruntu fałszywe. 
Albowiem Ocean Spokojny zbadano i udostępniono dla żeglugi nie dzięki tym postępom nautyczno-
technicznym, lecz dzięki — kiszonej kapuście i paście bulionowej. 

Może się to wydać paradoksalne i mało wiarygodne, ale w gruncie rzeczy zbadanie Pacyfiku było 

problemem nie tyle nawigacyjnym, ile raczej dietetycznym. Dowodem tego jest postępowanie Hiszpanów. Aż 
do połowy XVIII wieku płynęli oni świadomie z Nowego Świata najkrótszą drogą do swych posiadłości na 
Filipinach. Każda niedokładność w odczytaniu kompasu, każda burza oznaczała poważne niebezpieczeństwo, 
gdyż mogła zapędzić okręt w owe strefy ciszy morskiej, które już Magellana zawiodły nieomal nad brzeg 
przepaści, a w kilka wieków później przyprawiły wprost o szaleństwo Jacka Londona, gdy próbował żeglować z 
Tahiti na Hawaje. 

Każde morze jest nieobliczalne i podstępne. Pacyfik zaś, najpotężniejszy ocean świata, jest szczególnie 

złośliwy. Jednakże tajfuny, trzęsienia morza i rafy podwodne kosztowały o wiele mniej istnień ludzkich aniżeli 
szkorbut. 

Wspominaliśmy już o tym najstraszliwszym wrogu wszystkich podróżników morskich, opisując podróże 

Vasco da Gamy. Jeszcze w dwieście pięćdziesiąt lat później, w XVIII wieku, wróg ten był równie okrutny i nie 
znany jak przedtem. Uniemożliwiał prawie podróże po obcych, nie zbadanych morzach, a liczba ofiar, które 
pochłaniał nawet na wodach od dawna uczęszczanych, była przerażająca. Carl Friedrich Behrens, który jako 
dowódca małego oddziału wojskowego towarzyszył kapitanowi holenderskiemu Roggeveenowi

background image

 
Część szósta — Zmora szkorbutu 
w latach 1721—22 w jego podróży dookoła świata, dał przejmujący opis piekielnych cierpień, o jakie szkorbut 
przyprawiał marynarzy wszystkich narodowości świata. 

„Żadne pióro nie opisze nędznego życia na naszych okrętach. Bóg jeden wie, cośmy wycierpieli. Okręty 

cuchnęły trupami i chorymi. Już z samego tego zaduchu można się było rozchorować. Chorzy jęczeli i wyli 
rozdzierająco. Niektórzy byli od szkorbutu tak chudzi i wynędzniali jak szkielety wyobrażające śmierć. Ci 
umierali i gaśli jak świece. Inni zaś byli całkiem grubi i nabrzmiali. Ci przed śmiercią zaczynali szaleć. Jeszcze 
inni mieli czerwonkę. Lała się z nich sama krew. Ale na dwa lub trzy dni przed śmiercią wydzielali zamiast krwi 
jakąś wstrętną ciecz, która wyglądała jak szara siarka. Gdy ta się ukazała, los ich był przesądzony. Inni wreszcie 
byli przez szkorbut całkiem pokurczeni. Zamiast na nogach poruszali się tylko na rękach albo na tyłku. 
Niektórzy zapadali też na ciężką chorobę umysłową... Nie pomaga żadne inne lekarstwo, jak tylko świeże 
potrawy z mięsa, zielenina, owoce, brukiew i inne jarzyny... Kto pozostał zdrów, jak ja, był tak samo 
wyczerpany i osłabiony jak chorzy. Każdy z nas miał szkorbut. Moje zęby były prawie całkiem oddzielone od 
dziąseł, które spuchły na grubość palca. Na rękach, nogach i brzuchu mieliśmy guzy większe niż orzechy 
laskowe. Kolor guzów był czerwony, żółty, zielony i niebieski. Tak to było nawet u zdrowych..." . 

Tak pisał Carl Friedrich Behrens w swej naiwnej książce Der wohlversuchte Sudlander („Ciężkie 

doświadczenia południowca"), w której opowiada o swych przeżyciach podczas wyprawy Rogge- veena. 
Obliczono, że w pierwszym dwudziestoleciu XVII wieku zmarło tylko na szkorbut dziesięć tysięcy marynarzy 
europejskich. Uważano wówczas za rzecz zupełnie normalną, gdy ubytek .w ludziach wynosił 50 procent. Ale 
jeszcze w poło wie. XVIII wieku stan ten nie uległ poprawie. Niezmiernie znamienne i bynajmniej nie 
wyjątkowe są na przykład straty wykazywane przez listy załogi angielskiego okrętu liniowego „Eagle", na 
którym na początku swej kariery James Cook pełnił służbę jako marynarz. Gdy okręt ten po krótkiej podróży 
kaperskiej zawinął na początku czerwca 1756 roku do portu macierzystego w Plymouth, jego dowódca, Hugh 
Palliser, zameldował, że w ciągu ostatnich czterech tygodni, podczas których nie było zresztą żadnych działań 
wojennych, zmarło 22 ludzi, a 130 
Dieta witaminowa na okrętach 
jest chorych. Już w porcie zmarli ponadto lekarz okrętowy i czterej marynarze, a w dzień po meldunku o 
powrocie dowódca okrętu zachorował śmiertelnie i na wpół martwy został wyniesiony na ląd. 

Była to sytuacja nieznośna. Ponieważ zaś siła bojowa jednostek znajdujących się na morzu po krótkim 

czasie na skutek wszelkiego rodzaju chorób, zwłaszcza szkorbutu, dotkliwie malała, lordowie admiralicji 
angielskiej zaczęli myśleć o środkach zaradczych. Postanowili skorzystać z propozycji przedłożonej przez 
lekarza Johna Prihgle'a, w myśl której każdy okręt wyruszający w daleką podróż powinien zabierać z sobą 
możliwie dużo świeżych środków żywności. 

Pringle łamał sobie już od lat głowę nad zagadką szkorbutu. Wykrył niebawem, że cierpienie to nie ma nic 

wspólnego z mrozem lub upałem ani ze stale wiejącym wiatrem, jak to wielu przypuszczało, lecz że wynika ze 
złego sposobu odżywiania się. Początkowo przypisywał winę słonemu mięsu peklowanemu, które za jego 
czasów było głównym środkiem żywności na morzu. Ale gdy podczas wojny angielsko-francuskiej w latach 
1756—1763 zauważył, że w obozie jeńców Sisinghurst Castle w Kent wśród internowanych Francuzów 
wybuchł szkorbut, mimo że nie żywiono ich solonym mięsem, uświadomił sobie, że przyczyna leży gdzie 
indziej. Sprawozdania lekarzy angielskich praktykujących wśród ubogiej ludności naprowadziły go na właściwy 
trop. Szkorbut występował mianowicie czasem także w slumsach wielkich miast. Zastanawiające było, że w 
latach 
0  dobrych zbiorach owoców nie było wypadków szkorbutu. Pod wpływem tych obserwacji Pringle zbadał 
rozliczenia z zakupów żywności dla Sisinghurst Castle i stwierdził, że szkorbut zanikał, gdy zamiast zupy 
dawano jeńcom jarzyny, zieleninę i korzenie, a więc świeżą żywność. 

Ale jak to zrobić na morzu? W wilgotnych, ciasnych pomieszczeniach pod pokładem wszystko zaczynało 

natychmiast gnić. Poza tym nie starczyłoby miejsca na załadowanie potrzebnej ilości jarzyn. 
1  tu Pringle wpadł na genialny pomysł. Przypomniał sobie, że żeglarze północni, zarówno Skandynawowie, jak 
później Hanzeaci, wozili na pokładzie wielkie ilości beczek z surową kiszoną kapustą i że na ich okrętach 
szkorbutu nie było. Sięgnął także do literatury antycznej i znalazł zarówno u Katona, jak i u Pliniusza słowa po-
chwały dla wartości leczniczych tej jarzyny. Zaproponował zatem.

background image

 
aby zabierać kiszoną kapustę na okręty angielskie i dawać ją marynarzom. 

Wywołało to ogólne oburzenie. Prawie wszystkie powagi medyczne owych czasów stanęły jak jeden mąż 

przeciw Pringle'owi oświadczając, że kwaszona kapusta zawiera pierwiastki gnilne, wywołuje wzdęcie i jest 
ciężkostrawna. Jeden z najsławniejszych lekarzy angielskich twierdził nawet, że jest trująca. 

Admiralicja angielska postanowiła mimo to przeprowadzić próbę z kapustą. Oczywiście nie można było 

wykonać tego z dnia na dzień. Ale gdy w roku 1767 prezydent, rada i członkowie Royal Society of London 
zwrócili się do króla Anglii z prośbą o postawienie do ich dyspozycji dwóch okrętów i 4000 funtów, aby z Mórz 
Południowych obserwować oczekiwane w dniu 3 czerwca 1769 r. przejście Wenus przez tarczę słoneczną, 
nadarzyła się lordom admiralicji sposobność, której .potrzebowali. Admiralicja nie miała wprawdzie zbyt 
wielkiego zainteresowania do spraw astronomicznych, była to rzecz uczonych. Ale ponieważ Dania, Szwecja, 
Francja i Hiszpania wyposażyły już podobne wyprawy, a Rosja założyła na swych olbrzymich terytoriach liczne 
obserwatoria na lądzie, więc i Anglia musiała wziąć w tym udział. Może da się skorzystać ze sposobności, by 
rozejrzeć się po Pacyfiku, który był jeszcze prawie zupełnie nie zbadany. Jeśli leżał tam — jak wielu 
przypuszczało — wielki kontynent, terra australis, było rzeczą niezmiernej wagi zatknąć na nim „Union Jack". 
Ale to pozostawało oczywiście w cieniu i o tym nie mówiono. Oficjalnie podróż była ekspedycją naukową, za 
którą lordowie admiralicji nie ponosili odpowiedzialności. Było też jasne, że nadarza się znakomita okazja do 
wypróbowania skuteczności zaleceń Prin- gle'a. Jeżeli próba skończy się niepowodzeniem, nie obciąży to 
marynarki ani admiralicji, lecz zwariowanych naukowców. 

Jeśli sobie uświadomimy, że jeszcze w 1907 roku szkorbut uważano za chorobę zakaźną, to ostrożność 

dowództwa marynarki angielskiej wyda się nam zupełnie zrozumiała. Od dawna już wiedziano, jak ważne są 
owoce i jarzyny, od dawna już wszystkie handlujące narody świata zawijały podczas dalekich podróży morskich 
do specjalnych portów, aby zabierać na pokład świeże środki żywności, choćby było nimi kilka główek 
warzuchy, cochlearia officinalis, jak botanicy nazywają tę roślinę z rodziny krzyżowych. Geograf szwajcarski 
Ronald Nitsche w swej książce Uralte Wege, 
ewige Fahrt („Prastare drogi, odwieczna wędrówka"), traktującej 
0  roli handlu w poznaniu świata, nazwał owe porty bardzo trafnie „stacjami witaminy C", które, jego zdaniem, 
zapoczątkowały nową erę w polityce kolonialnej. Tak istotnie było. Ani położona daleko na południowym 
Atlantyku Wyspa Sw. Heleny, ani miejscowości 
1  wyspy, jak Capetown, Mauritius i Madagaskar, które w epoce odkryć nieraz zmieniały właściciela, nie były 
przyczółkami polityki mocarstwowej, lecz raczej ogrodami warzywnymi i stacjami aprowizacji. Musiano je, co 
prawda, przez budowę twierdz i stacjonowanie wojsk okupacyjnych zabezpieczać przed zamachami konkurencji. 
Nie robiono tego jednak dla demonstrowania władzy, lecz tak jak dobry gospodarz otacza płotem swój ogród. W 
końcowym rozrachunku okazywało się zawsze, że takie „ogrodzenie" kosztowało bardzo dużo pieniędzy, i to 
skłoniło prawdopodobnie admiralicję brytyjską do wypróbowania zaleceń PringŁe'a. Kwaszona kapusta była w 
każdym razie tańsza niż twierdze! 

Wolno wątpić, czy James Cook, kierownik angielskiej ekspedycji na Pacyfik w 1769 roku, wykazywał 

wiele zrozumienia dla idei naukowego sposobu odżywiania się. Ale był to oficer wykonujący rozkazy swych 
przełożonych z niezwykłą sumiennością. A o to lordom admiralicji właśnie chodziło. Tylko przy ścisłym 
przestrzeganiu nowych przepisów dietetycznych można było sprawdzić, czy posiadają one istotnie wartość 
praktyczną. W rezultacie okazało się, że rozważania te były słuszne. Cook podczas dwuletniej podróży nie 
stracił ani jednego człowieka na skutek szkorbutu. Wynik jego drugiej podróży był równie pomyślny. W ciągu 
trzech lat i osiemnastu dni zmarło ogółem nie więcej niż czterech ludzi, a żaden z powodu szkorbutu. Było to 
wręcz sensacyjne. Cook otrzymał od admiralicji zezwolenie, aby w „Philosophicai Transactions of the Royal 
Society" zdał sprawę z metody dietetycznej Pringle'a, co dowodzi, jak wielką wagę do tego przykładano. 

Nam, oczywista, sprawozdanie Cooka nie przynosi nic nowego. Zalecenie spożywania kiszonej kapusty, 

ekstraktu słodowego, marmolady z marchwi, soku cytrynowego i pomarańczowego stało się od dawna czymś 
oczywistym. Ale jest zaskakujące, że w Anglii istniała już w 1776 roku pasta bulionowa, zwana portable bro.h, 
tWffll known, that it needs no description", jak pisze Cook. Wynalazek ekstraktu mięsnego przypisuje się 
zazwyczaj chemikowi nie

background image

 
mieckiemu Justusowi Liebigowi, Widocznie jednak już na długo przed nim Brytyjczycy wpadli na podobny 
pomysł. Przyrodnik Georg Forster, który towarzyszył Cookowi w jego drugiej podróży, uważa ów „przenośny 
rosół" za godny szczególnej uwagi. W opisie podróży Forstera czytamy: 

„Placki bulionowe sporządza się w olbrzymich ilościach w Londynie i w innych portach Anglii pod nazwą 

portable soup ze świeżego mięsa, zwłaszcza wołowego, kości i innych odpadków, gotując je, aż zgęstnieją na 
brunatną galaretę, którą następnie kraje się w małe kostki. Mają one kolor i twardość kleju stolarskiego, można 
ich też używać do klejenia. Trzymają się przez wiele lat, jeżeli się je chroni przed wilgocią i pleśnią, i są bardzo 
wygodne i szczególnie pożyteczne podczas długich podróży, przede wszystkim morskich, gdy brak świeżego 
mięsa. Jeden lub dwa łuty tej pasty, pokrajane, rozpuszczone w gorącej wodzie i zagotowane, dają mocny rosół 
lub zupę na jedną osobę. Sprzedaje się ją na funty po bardzo niskiej cenie, gdyż można do niej użyć kości i 
odpadków. Sztuka kucharska nigdy chyba nie zrobiła lepszego wynalazku. Na nasz okręt zabraliśmy aż 3000 
funtów pasty w blaszanych puszkach po 25 funtów." 

Portable soup była więc istotnie poprzedniczką naszej pasty bulionowej. Nie należy sądzić, ażeby ten 

ekstrakt mięsny był skuteczny przeciwko szkorbutowi. Ale przyczynił się, być może, do nadania posiłkom 
lepszego smaku. Cook tak pisze: „Pasta bulionowa pomogła nam w przyrządzaniu rozmaitych smacznych i 
zdrowych potraw; dzięki niej udawało nam się nakłonić naszych marynarzy do spożywania większej ilości 
jarzyn, aniżeli zjadaliby bez tej przyprawy." 

Cook, typowy Brytyjczyk, traktował zapewne z wewnętrzną niechęcią ustalone przez admiralicję przepisy 

dietetyczne. Porter i stek były mu niewątpliwie milsze od ekstraktu słodowego i marmolady z marchwi. Ale 
wykonał otrzymane rozkazy, a to stworzyło możność zbadania Pacyfiku. Oczywista, prócz diety witaminowej 
odegrały tu najważniejszą rolę zalety Cooka jako człowieka i marynarza. 

Z Jamesa Cooka Albion słusznie może być dumny. Takich ludzi wydać może kraj miłujący wolność 

indywidualną, a jednocześnie przywiązany do tradycji. Cooka zalicza się od dawna do wielkich odkrywców kuli 
ziemskiej. Co prawda, jeśli go porównamy z tak wyjątkowymi postaciami jak Kolumb czy Magellan, okaże się 
od razu, że nie był geniuszem. Wiele dokonał z własnej inicjatywy, na ogół jednak działał na polecenie. 
Wykonywał je z żelaznym uporem, niestrudzoną obowiązkowością i niezaprzeczalną zręcznością — "jako 
człowiek owej wspaniałej przeciętnej miary, która w Anglii tak często się zdarza. 

Cook urodził się w ubogiej rodzinie wyrobnika, day labourer, w małej wiosce Marton pod Middlesbrough w 

hrabstwie York. Z siedmiorga czy ośmiorga dzieci zmarło wcześnie pięcioro, rodzicom Cooka żle się powodziło 
i bieda była u nich częstym gościem. Drugi syn, James, urodzony 27 października 1728 roku, uchodził 
widocznie za dziecko szczególnie rozgarnięte i uzdolnione, gdyż — co dla syna wyrobnika było wówczas rzeczą 
niecodzienną — otrzymał wykształcenie szkolne, najpierw uczył się prywatnie, a później chodził do szkoły 
parafialnej. Trwało to jednak tylko pięć czy sześć lat. James Cook nie zdobył tam więcej prócz elementarnych 
wiadomości, a ojciec jego rad był, gdy mógł oddać trzynastoletniego chłopca na naukę do Mr. Williama 
Sandersona, właściciela sklepiku w Staithes niedaleko Newcastle w zagłębiu węglowym. 

Z początku wszystko zapowiadało się dobrze. James, obdarzony chłopskim sprytem, chłodny, opanowany, 

dobry rachmistrz, szybko przystosował się do nowego życia i byłby może został zamożnym kupcem w 
przybrzeżnym miasteczku angielskim, gdyby wielkie, kuszące morze nie było tak blisko. Po upływie półtora 
roku opuścił swego patrona i wstąpił w Whitby jako chłopak okrętowy na „Free- love", 450-tonowy bark 
węglowy, należący do kwakra Johna Walkera i dwóch jego synów, kursujący między Newcastle a Londynem. 
Młody Cook stanął na pokładzie nie jako pan, lecz jako sługa. Zrozumiał niebawem, że jego warunki życiowe 
nie ulegną zmianie na lepsze, jeżeli sam nie ujmie swego losu w ręce. 

Tym razem nie uciekł, pozostał wierny swemu zawodowi. Przez

background image

 
siedem lat oszczędza każdego pensa, przez siedem lat studiuje w rzadkich wolnych chwilach na pokładzie i przy 
nadarzającej się sposobności na lądzie — nawigację, miernictwo i kartografię. 

Po upływie tego czasu dostaje się jako pierwszy oficer na „Friendship", nowo zbudowany statek firmy John 

Walker, przeznaczony do żeglugi między Anglią a Norwegią i po Bałtyku. Ma to być próba sprawności młodego 
Jamesa. Zdaje ją świetnie — szefowie mają właśnie zamiar zamianować go kapitanem i powierzyć mu statek, 
gdy Cook, wówczas dwudziestosiedmioletni, zaciąga się niespodziewanie jako marynarz do angielskiej 
marynarki wojennej. 25 czerwca 1755 roku zaczyna karierę wojskową na pokładzie okrętu liniowego „Eagle". 

Nieraz starano się odgadnąć, co go do tego skłoniło. James Cook wie, że coś umie. Wie także, że od lat 

mnożą się skargi na brak odpowiedniego narybku w angielskiej marynaroe wojennej. Nie będzie zatem trudno 
się wybić. Gdy w maju 1756 roku wybuchła na nowo wojna między Anglią a Francją, którą przed ośmiu»laty z 
trudem tylko udało się zażegnać, otworzyły się wielkie możliwości awansu. Już w 1757 roku Cook został jako 
master, oficer pokładowy, przeniesiony na okręt liniowy „Pembroke". 

Teraz zaczyna się właściwa kariera Cooka. „Pembroke" oraz osiemnaście innych okrętów liniowych 

wyrusza w podróż zamorską i podczas gdy Francję zaprząta wojna siedmioletnia w Europie, Anglia połyka 
kluczowe pozycje francuskie w Kanadzie. James Cook uczestniczył w tym na swój sposób. W r. 1759 Anglia 
zajmuje Quebec dzięki mapom, które Cook sporządził w obliczu wroga i często wprost pod ogniem 
nieprzyjaciela. Wkrótce dowódca floty zwraca uwagę na dzielnego oficera. W styczniu 1760 roku Cook w 
nagrodę za swą służbę otrzymuje premię w wysokości 50 funtów sumę na owe czasy pokaźną. Wkrótce potem 
niestrudzony master krąży u wybrzeży Nowej Fundlandii i Nowej Szkocji. Gdy dokonał pomiarów i sporządził 
mapy mało dotąd znanych i zdradliwych dróg wodnych, lew brytyjski kładzie swą łapę na te tereny. W r. 1761 
„Union Jack" powiewa nad tymi surowymi, niegościnnymi obszarami. 

Z końcem października 1762 roku, po czteroletniej nieobecności, Cook przybył znowu do Londynu. Siedem 

lat służby w marynarce wojennej umiał wyzyskać także w celach prywatnych; mając lat trzydzieści cztery 
posiada już dostateczny majątek, aby pomyśleć 
o ożenku. Dla Elżbiety Batts, dwudziestojednoletniej córki kupca londyńskiego, pożycie z Jamesem Cookiem 
nie było chyba łatwe. Małomówny, trzeźwy mąż, o wydatnym podbródku, ostrym, prostym nosie, głęboko 
osadzonych oczach i chłodnym, szerokim czole, bywał rzadkim gościem w domu. 

Zapisany w listach okrętowych jako 

lf

Mr. James Cook, engineer and retinue", z uposażeniem 10 szylingów 

dziennie, kontynuuje od wiosny 1763 r. do późnej jesieni 1767 r. prace pomiarowe w Labradorze, nad Zatoką 
Sw. Wawrzyńca, w Nowej Fundlandii, Nowej Szkocji i u ujścia Hudsonu. Gdy po powrocie przedkłada 
admiralicji swoje mapy, wprawiają one w podziw przełożonych. Admirable, nazywają pracę Cooka. Przez długi 
czas, prawie do naszych dni, mapy jego z tego niezwykle trudnego terenu uchodzą za najlepsze. 

Kapitanów o kwalifikacjach naukowych ściąga się w każdej marynarce świata z okrętów, aby posadzić ich 

przy biurku. Być może, spotkałoby to także Cooka. Ale właśnie gdy wrócił ze swej wyprawy, wpłynęło do 
admiralicji wspomniane już podanie Royal Society, ażeby król raczył postawić mu do dyspozycji dwa okręty w 
oelu obserwacji na Morzach Południowych przejścia Wenus przez tarczę słoneczną. Po krótkim wahaniu zapada 
postanowienie, aby kierownictwo ekspedycji powierzyć Cookowi przy równoczesnym awansowaniu go na 
porucznika i zlecić mu systematyczne zbadanie Oceanu Spokojnego. 

Cook zadanie to wykonał wzorowo. Dzięki niemu Pacyfik zbadany został wzdłuż i wszerz, od Antarktydy 

aż po daleką północ. Nie był on pierwszym, który przyniósł wieść o olbrzymich Morzach Południowych. 
Czterdzieści pięć lat po przepłynięciu oceanu przez Magellana, kiedy dostrzeżono tylko clwa nieurodzajne atole, 
Alvaro Men- dańa de Neyra wyruszył w 1567 roku z Callas w Peru w podróż na Pacyfik. Szukał na morzu 
zachodnim bogatych wysp, o których opowiadali Inkowie. Ale jak Magellan, tak i on przepłynął obok plejady 
wysp na Morzach Południowych i żadnej z nich nie zauważył. Daleko na zachodzie, po osiemdziesięciu dniach 
podróży, dopłynął wreszcie z obu swymi okrętami do Wysp Salomona w głębi Melanezji. Przez sześć miesięcy 
Hiszpanie żyli na wielkiej wyspie wśród negroidalnych ludożerców, po czym wrócili do Ameryki. Blisko 
trzydzieści lat później Mendańa de Neyra podjął drugą wyprawę, w czasie której odkrył wyspy Markizy.

background image

 

W roku 1605 udał się w jego ślady Pedro Fernandez de Quiros. Miał stwierdzić, czy na Morzach 

Południowych istnieje nie znany jeszcze wielki kontynent. Nie mówili wprawdzie o nim kapitanowie Inków, 
wspominając tylko o pojedynczych wyspach lub grupach wysp, mimo to jednak panowało ogólne przekonanie, 
że istnieje kontynent południowy, terra australis. Nie można sobie było wyobrazić, ażeby według planu 
stworzenia większa część kuli ziemskiej miała być niezamieszkałym obszarem wód. Sądzono, jak tego uczył w 
150 roku przed Chr. astronom Hipparch z Nikei i w trzysta pięćdziesiąt lat po nim Ptolemeusz, że doskonała 
równowaga, w jakiej znajduje się kula ziemska, wymaga, ażeby olbrzymie masy lądu na półkuli północnej miały 
swój odpowiednik na półkuli południowej. Twierdzono, że przemawiają za tym także argumenty astronomiczne. 
Podział gwiazd stałych na niebie odzwierciedla podział lądu na kuli ziemskiej, a gwiazdy stale na nieboskłonie 
południowym dowodzą, że po drugiej stronie równika, gdzieś wśród potężnej toni, musi leżeć nie odkryty 
jeszcze kontynent. 

Ale mimo to i Quiros nie znalazł terra australis. Dotarł wprawdzie do Pitcairn, Tahiti i na Nowe Hebrydy, 

towarzysz jego Torres przepłynął szczęśliwie nazwaną po nim niebezpieczną cieśninę między Nową Gwineą a 
Australią, ale wielkiego lądu nie znaleźli. Jednakże Hiszpanie zdawali sobie sprawę z ważności wypraw Quirosa 
i Torresa, a akta i mapy obu kapitanów zostały złożone w tajnych archiwach. Dopiero w pięćdziesiąt lat później 
świat dowiedział się o tych odkryciach, a Cook w r. 1770 przepłynął przez Cieśninę Torresa. 

W r. 1615 ukazali się na Morzach Południowych Holendrzy i statek holenderski „Eendracht" dobił do 

"brzegów Australii. Ale kapitan nie przywiązywał do tego większej wagi. Pozostawił na obcym wybrzeżu talerz, 
na którym umieścił swoje nazwisko i nazwę statku — talerz ten potem odnaleziono i umieszczono w muzeum w 
Amsterdamie — po czym odpłynął. W latach 1642—44 Holendrzy odkryli Tasmanię i Nową Zelandię i, nie 
wiedząc o tym, opłynęli całą Australię. Ale handel z Indiami Wschodnimi był dla nich ważniejszy. Zaprzestali 
podróży odkrywczych. Inne narody europejskie wyruszają na Morza Południowe. W latach 1764 i 1766—67 
kilka okrętów angielskich odbyło podróże okrężne po Pacyfiku. Jeden z nich, „Del- phin", pod komendą 
kapitana Wallisa, dotarł w 1767 na Tahiti. 
W kilka miesięcy później, w roku 1768 Francuz Bougainville bawił na tej przepięknej wyspie, a wkrótce potem 
na Wyspach Salomona, których od czasu podróży Mendani w 1567 poszukiwano na próżno przez dwieście lat z 
górą. Żadna z wypraw nie mogła zatrzymać się dłużej na tych szerokościach geograficznych z braku wody i z 
powodu szkorbutu, nikt nie przeprowadzał systematycznych badań, Ocean Spokojny był nadal mare incognitum, 
niezmierzonym, prawie nie znanym, mało uczęszczanym morzem. 

Ale w następstwie tych podróży Morza Południowe stały się w Europie „modne". Cały świat zaczął nagle 

mówić o wyśnionych, arkadyjskich wyspach, położonych wśród wiecznie niebieskiego oceanu, o ich miłych, 
uwieńczonych kwiatami kobietach i o wysokich, atletycznie zbudowanych mężczyznach, którzy polując i łowiąc 
ryby prowadzą beztroskie, dziecinnie szczęśliwe życie. Że ci ludzie stawiani za wzór — naiwni, rzekomo nie 
splamieni żadnym występkiem, nie uciskani przez despotów i żyjący w niewinności — byli prawie wszyscy 
ludożercami, mordercami i łowcami głów, tego nikt nie chciał dostrzec, gdyż nie godziło się to zupełnie z 
obrazem rokokowych owieczek i łagodnych pasterzy. 

Źródło zaś owej legendy o arkadyjskich Morzach Południowych było całkiem konkretne. Zbadanie Polinezji 

zaczęło się mianowicie od „romansu" — królowej Purei z Tahiti z kapitanem Wallisem, dowódcą angielskiej 
fregaty „Delphin". Wiemy o tym ze służbowego meldunku, który Wallis po powrocie do Londynu złożył 
admiralicji. Sztywny Brytyjczyk z pewnością źle zrozumiał brunatną władczynię. Była ona czarująco uprzejma. 
Podczas wizyty pożegnalnej tonęła we łzach; było to tylko wymogiem ceremoniału polinezyjskiego, a nie, jak 
sądził Wallis, wzruszony również do łez r— wyrazem miłości ku niemu. Kto się żegnał, ten miał prawo do żalu. 
Do tego nakazu uprzejmości zastosowała się też Purea i byłaby zapewne wybuchnęła gromkim śmiechem, gdyby 
mogła przeczytać meldunek Wallisa. Opowiedział on w nim mianowicie dokładnie o łzach Purei i o swoich 
własnych, a dla udokumentowania swej relacji dodał: „Cały orszak Purei dał wyraz swemu zmartwieniu z 
powodu mego odjazdu." 

W Londynie przyjęto wszystko poważnie, tym bardziej że kapitan Wallis uchodził za szczególnie 

nieprzystępnego. Trzeba jeszcze dodać,. że dowódca ,.Delphina" przedstawił wprawdzie nie Pureę, która

background image

 
bądź co bądź miała już czterdzieści pięć lat i odznaczała się pokaźną tuszą, ale damy jej orszaku jako „kobiety o 
niezwykle ujmującej powierzchowności". „Niektóre były nawet wybitnymi pięknościami." A między wierszami 
jego sprawozdania znajduje się — bardzo po rycersku zawoalowana, ale zupełnie niedwuznaczna — aluzja, że 
kapitan, oficerowie i załoga Jego Królewskiej Mości nie poprzestali na samej rejestracji wrażeń optycznych, lecz 
że damy dworu Purei i ich orszaku uczyniły niejedno, aby wejść w bardziej osobisty kontakt z brytyjskimi 
marynarzami. 

„Ładna historia!" — gorszyli się zasuszeni urzędnicy admiralicji, a Horace Walpole pisał do swego 

przyjaciela jeszcze w pięć lat później, gdy'już od dawna komendę dzierżył zimny jak bryła lodu Cook: 
„Spodziewam się, że jest pan tymi nowymi podróżami tak samo oburzony jak ja!" Było to wyrazem nie tyle 
purytańskiej zawiści, ile raczej żalu, że nie udało się odnaleźć lądu południowego, obfitującego w szlachetne 
kruszce i wszelkiego rodzaju klejnoty, a odkryto tylko kilka wysp, których jedynymi klejnotami były równie 
nadobne, jak liczne młode damy. 

Najgorsze było wszakże, że w niespełna osiem miesięcy po Brytyjczykach zawinęli do Tahiti na dwóch 

okrętach Francuzi pod dowództwem kapitana Ludwika Antoniego de Bougaumlle i że ich meldunki doszły do 
wiadomości ogółu prawie w tym samym czasie co sprawozdanie kapitana Wallisa. Francja wysłała swoich 
najlepszych ludzi — rosłych, krzepkich i wesołych chłopców z Bretanii i Normandii oraz południowców o 
gorącej krwi. Byli zdumieni, uszczęśliwieni, zachwyceni, a ponieważ nie mieli purytańskiego i komercjalnego 
usposobienia Anglików, nie martwili się wcale, że jedynymi klejnotami — wyruszyli bowiem także na 
poszukiwanie drogich kamieni — były piękne i przystępne kobiety. Wręcz przeciwnie! Nawet ich dowódca, 
opryskliwy komandor Bougainville, był oczarowany. Podczas uroczystego obejmowania Tahiti w posiadanie dla 
korony francuskiej nazwał wyspę La Nouvelle Cythere, Nową Cyterą, czyniąc tym zrozumiałą wówczas dla 
każdego aluzję do wyspy jońskiej, u której wybrzeża wyszła na ląd zrodzona z piany morskiej Afrodyta, bogini 
miłości. 
Już z końcem maja 1768 roku w rozmaitych czasopismach angielskich, między innymi w tak szacownych jak 
„The St. James Chronicie or the British Evening Post" i „The Gazetteer and New 
Daily Advertiser" ukazały się artykuły nieznanego autora opisujące w sposób dość dyskretny wyspy miłości na 
Morzach Południowych i przygody kapitana Wallisa. Wkrótce potem wrócili Francuzi i to, czego nie podały 
gazety angielskie, można było przeczytać w kilka miesięcy później w „Mercure de France". Sprawozdawcą był 
dr Commerson, doradca BougainvUle'a w sprawach przyrodoznawstwa. Po ogłoszeniu jego artykułów Anglicy 
ubolewali, że człowiek ten, w zasadzie poważny, nosi angielskie nazwisko. Pisał on bowiem pełen zachwytu: 

„Jest to jedyny zakątek na ziemi, gdzie ludzie żyją bez występków, bez przesądów stanowych, bez potrzeb i 

sporów. Urodzeni pod wiecznie pogodnym niebem, żyjący z dziko rosnących płodów urodzajnej ziemi, pod 
władzą nie tyle królów, ile ojców rodziny, znają oni i mają tylko j ednego boga — miłość! Każdego dnia 
składają hołdy temu bogu, cała wyspa jest jego świątynią, wszystkie kobiety służą mu za ołtarz, a wszyscy 
mężczyźni są jego kapłanami. «Et quelles femmes, me demanderez vous? Les rivales des Georgiennes en beautć 
et les soeurs des gr&ces t out es rtues!»" 

Do tego nic nie można było dodać. Już choćby dlatego, że dr Commerson wiedział wiele o tych sprawach. 

W podróż na Morza Południowe zabrał swą paryską przyjaciółkę, przebraną za służącego. Odegrała ona swą rolę 
tak znakomicie, że nikt na pokładzie nie żywił najmniejszych podejrzeń. Ale skoro tylko znalazła się na Tahiti, 
tubylcy przejrzeli ją natychmiast. Biała kobieta! Cóż za sensacja! Nazywają ją kotu hi haua — mój złoty 
paluszek, i ohu — mój kolczyk! I od stóp do głów, każdą część ciała młodej damy brązowi tubylcy, „wielcy 
kapłani miłości", opisują z takim samym zachwytem, z jakim Francuzi unosili się nad „świątynią Erosa". 

To dopełniło w Anglii miary cierpliwości. Być może, że pod wpływem tych opowiadań lordowie admiralicji 

postanowili, że jeśli w ogóle kogoś wyślą na Morza Południowe, to tylko najbardziej nieczułego na wdzięki 
niewieście spośród kapitanów marynarki angielskiej. Francuzi zareagowali całkiem inaczej. Ujęli sprawę filozo-
ficznie i zanim skorzy do miłości tubylcy Tahiti zdołali się obejrzeć, już zaawansowali na koronnych świadków 
nauk Jana Jakuba Rousseau o wrodzonej dobroci człowieka pierwotnego. Kto przeczyta wspomnienia 
księżniczki Arii Taimai i Tahiti, wydane w 1901 roku

background image

 
w Paryżu, po jej śmierci, będzie zdumiony sarkazmem, z jakim o tych poglądach opowiada. 

Wśród takich nastrojów panujących w Europie James Cook przybywa na wyspy Mórz Południowych. 

Przybywa jako oficer Jego Królewskiej Mości króla Anglii, ale nie na okręcie wojennym marynarki brytyjskiej, 
ani na żadnym z wielkich żaglowców handlowych Kompanii Wschodnio-Indyjskiej. Wie, że podczas ekspedycji 
nie na wiele mu się przyda szybki okręt o dużym zanurzeniu. Jego potrzebom odpowiada niezbyt wielki, szeroki 
żaglowiec o jak najmniejszym zanurzeniu, który by zniósł należytą porcję wiatrów, i mógł się pomyślnie 
poruszać także u płaskich wybrzeży i na płytkich wodach. Taki statek odpowiada wymaganiom okrętu 
ekspedycyjnego, a ponadto jest dość obszerny, aby można nań załadować zapasy żywności i sprzęt na tak długą 
podróż. Załodze też byłoby na nim wygodniej niż na wąskim okręcie wojennym. A przy tak dalekiej podróży 
jest to bardzo ważne. Cook powitał z zadowoleniem plan admiralicji, aby zakupić węglowiec w Whitby, jego 
dawnym porcie ojczystym. Za 2480 funtów 10 szylingów i 11 pensów został nabyty trójmasztowy bark i 
włączony do floty pod nazwą ,,Endeavour". 

26 sierpnia 1768 roku, około drugiej godziny po południu, „Ende- avour" rozwija żagle. Na pokładzie 

znajdowała się załoga złożona z 80 marynarzy, prócz niej 14 pasażerów, astronomów, przyrodników i ich sztab. 
Statek zabrał odpowiednią ilość żywności i wyposażenie na osiemnaście miesięcy oraz 10 dział lafetowych i 12 
mniejszych armat. Pod pokładem umieszczono poriadto dziesiątki olbrzymich beczek z kiszoną kapustą, pastą 
bulionową, marmoladą z marchwi i słód — istny sklep jarzynowy. Marynarze krzywią się — istotnie, nie było to 
zbyt imponujące. Gdy 13 listopada „Endeavour" zawija do Rio de Janeiro, trudno wytłumaczyć rezydującemu 
tam wicekrólowi portugalskiemu, że ma do czynienia z jednostką marynarki angielskiej, a nie z jakimś statkiem 
handlowym. 

Po kilkutygodniowym odpoczynku w cudownym porcie „Ende- avour" ruszyła w dalszą podróż i popłynęła 

wzdłuż wybrzeża na południe. W połowie stycznia 1769 opłynęła w rekordowym czasie Przylądek Horn, a w 
osiem tygodni później, 11 kwietnia 1769, wynurzyły się z morza góry Tahiti. Pierwszy cel podróży został osiąg-
nięty..

background image

 

Cookowi kamień spadł z serca. Ponieważ nie miał na pokładzie chronometrów, owych szczególnie 

dokładnych zegarów, które właśnie w tym czasie zostały wynalezione przez Francuzów, ale były taką samą 
rzadkością jak niedawno temu sporządzone sekstanse lustrzane, musiał oznaczać położenie statku bardzo 
skomplikowanym sposobem astronomicznym. Przy tej metodzie błędy były prawie nieuniknione. Szczęśliwym 
trafem dotarł jednak od razu do Tahiti W jego dzienniku okrętowym nie ma oczywiście ani słowa o troskach, 
które go nieraz trapiły. Westchnienie ulgi dobywa się z jego piersi, gdy notuje, że do tej pory nie było ani 
jednego wypadku szkorbutu. Z okazji lądowania w Zatoce Królewskiej (dzisiejszej zatoce Matavay) tak pisze: 

„Czwartek, -13 kwietnia 1769. Zawinąłem o piątej godzinie rano do Zatoki Królewskiej i rzuciłem kotwicę 

na głębokości 13 sążni (24 m). Tylko bardzo niewielu ludzi było zapisanych na liście chorych, i to z powodu 
drobnych dolegliwości. Z początku nie chcieli jeść kwaszonej kapusty, dopóki nie chwyciłem się środka, który u 
marynarzy, jak widziałem, zawsze prowadzi do celu. Kazałem mianowicie codziennie podawać kwaszoną 
kapustę na stół kapitański, częstowałem nią oficerów, a reszta załogi mogła jeść tyle kwaszonej kapusty, ile 
chciała, albo też wcale jej nie jeść. Nie upłynął tydzień, a trzeba było każdemu odmierzać należną porcję. 
Marynarz ma bowiem tę właściwość, że będzie zawsze szemrał na to, co mu się daje, choćby było nie wiedzieć 
jak pożyteczne. Ale skoro tylko zobaczy, że przełożeni rzecz tę cenią, wyda mu się najlepszą w świecie." 

Cook zapisał to spostrzeżenie po ośmiu miesiącach podróży, a na pokładzie, jak już podaliśmy, nie było ani 

jednego wypadku szkorbutu. Rzecz niezwykła! Usuwa to u niego chwilowo na dalszy plan wszelkie inne 
wrażenia. Dopiero po kilku dniach notuje w dzienniku okrętowym: „Cała sceneria sprawia wrażenie, jak gdyby 
pochodziła z poetycznych baśni opowiadających nam o Arkadii." Trzeźwy Yorkshirczyk, widocznie 
niezadowolony z tej nazbyt osobistej uwagi, wydaje równocześnie następujący rozkaz dzienny: „Rozkazuję: 
1.  Zjednywać sobie wszelkimi godziwymi sposobami przychylność tubylców i obchodzić się i nimi z jak 

największą życzliwością. 

2.  Wyznaczyć jednego lub kilku ludzi, którzy będą odpowiedzialni

background image

 

za nabywanie od tubylców żywności, owoców i innych płodów rolnych. Żadnemu oficerowi, marynarzowi lub 
innemu członkowi załogi nie wolno bez mego specjalnego zezwolenia uprawiać handlu jakimikolwiek środkami 
żywności, owocami lub innymi produktami. 
3.  Każdy, kto otrzyma polecenie wyjścia na ląd, winien ściśle je wykonać. Jeżeli z powodu niedbalstwa zgubi 

lub pozwoli sobie ukraść broń lub narzędzia, będzie musiał pokryć pełną ich wartość. Ponadto spotka go 
kara stosownie do stopnia przewinienia. 

4.  Tak samo karany będzie każdy schwytany na sprzeniewierzeniu, wymianie lub oferowaniu jakiegokolwiek 

przedmiotu należącego do wyposażenia okrętu. 

5.  Żadnego żelaza lub przedmiotu żelaznego, żadnych części odzieży i innych potrzebnych lub pożytecznych 

przedmiotów nie wolno wymieniać na nic innego, jak tylko na żywność." 
Rozkaz ten jest z wielu względów pouczający. Ujawnia on problemy, nad jakimi zastanawiał się Cook, gdy 

Tahiti wyłoniło się przed nim z morza. Przede wszystkim należało nawiązać przyjazne stosunki z tubylcami. 
Cook wiedział aż nazbyt dobrze, jak łatwo marynarze, zabijaki w gorącej wodzie kąpane, pociągali za cyngiel. 
Pamiętał doskonale opis podróży swego poprzednika Wallisa. Zaszły wtedy podczas lądowania pożałowania 
godne wypadki, Anglicy strzelali, na wybrzeżu leżeli zabici i ranni. To nie powinno się powtórzyć. Musi 
postawić sprawę jasno. Jeżeli się coś takiego zdarzy, nie tylko nie będzie bronił swych ludzi, lecz karał surowo. 

Następnie należało nabyć jak największe ilości owoców i płodów rolnych. Czekała ich daleka podróż i 

ciągle groziła zmora szkorbutu. Zapewne, kwaszona kapusta była bardzo pożyteczna. Ale tylko ten, komu przez 
trzy ćwierci roku podają ją codziennie jako główne danie, może zrozumieć, jak niesłychanie ważna jest odmiana 
w posiłkach. Cook nie mógł dopuścić do tego, aby mu pomieszał szyki „dziki" handel wymienny) który 
wywołuje niesnaski i powoduje wzrost cen. Los jego wyprawy zależał, być może, od tego, czy będzie w tej 
sprawie twardy i nieugięty. 

On sam chyba miał wątpliwości, czy potrafi przeprowadzić punkty 4 i 5 swego rozkazu. Analizując 

meldunki Wallisa, uświadomił sobie, że tu grozi główne niebezpieczeństwo. Wallis nie uporał się z tymi 
problemami i — przekreślił swoją karierę. Jemu, Cookowi, nie 
śmie coś takiego się zdarzyć. Ale naturalnie i on nie mógł powstrzymać biegu świata, a cóż dopiero cofnąć go. 
Przede wszystkim jednak nie wolno mu było pisnąć ani słówka o tym, co wiedział. 

Wiedział mianowicie, że ludzie na Tahiti żyją jeszcze w epoce kamiennej, ale poznali już w pełni wartość i 

znaczenie techniczne metali, a zwłaszcza żelaza, i szaleją wprost za żelaznymi gwoździami. 19 marca 1767 
Wallis rzucił kotwicę u wybrzeża Tahiti. Już nazajutrz Brytyjczycy zakupywali wszystko, co chcieli, za 
gwoździe — świnie, banany, bataty, orzechy kokosowe, kury, a nawet psy, uchodzące u dzikich za wielki 
przysmak. 

Tubylcy, naiwne dzieci przyrody, zastanawiając się głęboko, na jakim nieznanym gatunku drzew 

kolczastych rosną gwoździe, wpadli w końcu na wzruszająco dziecinny pomysł. Zasadzili gwoździe jako 
szczepki w swych ogrodach i podlewali je obficie, ażeby nie uschły w tropikalnym słońcu, lecz rozmnożyły się. 
Inni, którzy w drodze wymiany nabyli nożyce i topory, wkładali te obce przedmioty, gdy stępiały, do pieca, 
ażeby żar je wyostrzył i pozwolił im znów gładko ciąć łyko i drzewo. 

Ale na próżno. „Zasadzone" gwoździe nie wzeszły, lecz zardzewiały i rozsypały się, a „wypieczone" 

nożyce, topory i piły były oczywiście nadal tępe. 

Wówczas tubylcy wpadli na świetny kupiecki pomysł. Zjawiali się ze swymi żonami, siostrami i córkami na 

wybrzeżu, proponując je białym przybyszom. Cena: jeden gwóźdź! Tu i ówdzie powstawały wprawdzie 
niesnaski, gdyż nie wszystkie brązowe kobiety zgadzały się na ten „interes". Ale na ogół pomysł miał 
powodzenie. Obcy marynarze mieli gwoździ, ile dusza zapragnie. Wykradali je z arsenału, wyciągali płaskimi 
obcęgami z kadłuba okrętu i z takielunku, wyrywali z ławek i stołów. Wallis musiał uciec się do surowych 
środków, nie chcąc wydać swego statku na łup zniszczenia. Ale to niewiele pomogło. W każdym razie ceny 
wymienne za żywność podskoczyły szalenie w górę. 

Cook chciałby tego uniknąć. Ale nie może nazwać rzeczy po imieniu, nie wolno mu wyjawić tego, o czym 

dowiedział się 1 akt, a sam także ma chyba poważne wątpliwości, czy jego rozkaz będzie skuteczny, tym 
bardziej że na pokładzie znajdowali się trzej ludzie z ekspedycji kapitana Wallisa, żaglomistrz, starszy mat i 
trzeci oficer. Istotnie też wkrótce po lądowaniu znikł z magazynu cetnar gwoździ.

background image

 
Cookowi udało się jednak zapobiec zdemolowaniu okrętu, nie spotkało go to co Wallisa. Ludzie z Tahiti są 
równie chciwi na tkaniny europejskie jak na żelazo. Umieli wprawdzie sporządzać z kory krzaku mahute miękki 
materiał włóknisty, zwany tapa. Materiał ten jednak nie mógł się równać z suknem z Zachodu, toteż tubylcy 
nabywali w drodze wymiany albo jeszcze częściej kradli, gdzie tylko mogli, spodnie, kapelusze, koszule, 
surduty. 

Jest to zrozumiałe, lecz zarazem dziwne. Gdy dookoła u wybrzeży Azji epoka metalowa zaczęła się już na 

długie wieki przed narodzeniem Chrystusa, Polinezyjczycy żyli jeszcze w epoce kamiennej. I podczas gdy 
dokoła u wszystkich wybrzeży przędło się i tkało, mieszkańcy wysp na Morzach Południowych nosili marne 
okrycia sporządzane mozolnie z kory i łyka. 

Spotykamy tu po raz pierwszy zagadki, które Polinezyjczycy po dzień dzisiejszy zadają swym białym 

gościom. Na wiele tych problemów natknął się oczywiście także Cook, który nałamał sobie niemało nad nimi 
głowę. Najbardziej uderzający był dla niego wygląd zewnętrzny wyspiarzy i już w pierwszych dniach pobytu na 
Tahiti zapisał w dzienniku: 

„Różnią się bardzo pod względem koloru skóry. Ludzie prości, bardziej narażeni na działanie słońca i 

powietrza, mają kolor skóry ciemnobrunatny. Szlachta natomiast żyjąca w domach lub pod dachami ochronnymi 
nie ma ciemniejszej skóry niż ludzie, którzy urodzili się w Indiach Zachodnich albo tam przez dłuższy czas żyli. 
Niektóre kobiety są nawet tak jasne jak Europejki." 

Jak widzimy, Cook tłumaczy sobie różnicę w kolorze skóry szlachty polinezyjskiej i szerokich warstw 

ludności w sposób dość naiwny, jako skutek silniejszego lub słabszego promieniowania słonecznego. Takie 
tłumaczenie wskazuje, że był on w pełni dzieckiem swego czasu, w którym uważano np. Murzyna nie po prostu 
za ciemnoskórego, lecz za człowieka opalonego na czarno, a jego barwnik ^kóry za rodzaj bardzo intensywnej 
opalenizny. Dziś wiemy oczywiście, że to wyjaśnienie jest niesłuszne i że kolor skóry zależy od całkiem innych 
czynników. Ale o tym później! 
340 

W sobotę 3 czerwca 1769 roku nastąpić ma przejście Wenus przez tarczę słoneczną. Od wielu dni panuje na 

okręcie wielkie podniecenie. Aż do ostatniego midshipmana każdy na pokładzie wie, że jest to ważne zdarzenie i 
że najbliższe przejście Wenus nastąpi dopiero za sto lat. Profesor Edmund Halley, słynny astronom i dyrektor 
obserwatorium w Greenwich, obliczył to w 1693 roku, a więc prawie przed osiemdziesięciu laty, i doniósł o tym 
Royal Society. Ale nikt mu tam na dobre nie uwierzył. Jakże to? Dwa razy w ciągu siedmiu lat, w 1762 i 1769, 
można będzie zaobserwować przejścia Wenus, a potem już żadnego aż do roku 1874? Sprawozdanie Haileya 
wędruje do akt. Halley obliczył jednak również, że odkryta przez niego kometa, która w latach 1531, 1607 i 
1682 niepokoiła ludzkość, wynurzy się w 1759 znowu z nieskończoności kosmosu i będzie widoczna z ziemi. A 
gdy to istotnie nastąpiło, dokładnie co do minuty, zgodnie z przepowiednią wielkiego uczonego, zrodziły się w 
Royal Society wątpliwości, czy jej poprzednie stanowisko było słuszne. Wyszukano z archiwów pożółkłe i 
zakurzone akta z obliczeniami Haileya i w r. 1762 w rozmaitych punktach ziemi stanęli naukowcy- 
obserwatorzy, którzy oczekiwali z zainteresowaniem wielkiej chwili przejścia Wenus. Ale wszędzie prawie 
chmury wsunęły się między słońce a perspektywy obserwacyjne, wyniki były skąpe i niezadowalające. 

W roku 1769 ma być inaczej. Wydział przygotowawczy Towarzystwa Królewskiego postanowił już dwa 

lata wcześniej wysiać dwóch astronomów na Morza Południowe, dwóch do północnej Kanady oraz dwóch do 
Europy południowej. Członkiem tego wydziału jest niejaki dr Bevis, w swoim czasie znany w Anglii astrofizyk, 
jak byśmy go dzisiaj nazwali. Bevisowi wpada na myśl, że właściwie jest ktoś, kto by mógł poprowadzić 
ekspedycję na Morza Południowe — doświadczony marynarz i kartograf, a w dodatku wyszkolony astronom. 
Damnedl — mruczy Bevis. Jak się ten dziwny człowiek nazywa? Musi tu gdzieś być sprawozdanie o zaćmieniu 
słońca, którego miejsce i godzinę obliczył, a potem istotnie zaobserwował! Bevis sam odczytał to sprawozdanie 
podczas jednego z ostatnich posiedzeń Royal Society. Było ono datowane „Nowa Fundlandia, 
341

background image

 
5 sierpnia 1766" — ach, a oto i nazwisko! James Cook, oficer pokładowy w marynarce wojennej Jego 
Królewskiej Mości, odkomenderowany jako kartograf do Nowej Fundlandii! 

Tak, to byłby właściwy człowiek. Dość dużo czasu upłynęło, zanim go Bevis odnalazł, a tymczasem Royal 

Society wybrało już innego szefa ekspedycji i ostatecznie niemal dzięki przypadkowi admirałowie, którzy 
chcieli powierzyć okręt królewskiej marynarki wojennej tylko jednemu ze swoich ludzi, a nie jakiemuś naukow-
cowi, przypomnieli sobie o Cooku. Ach, do kroćset, naturalnie! Kartograf, astronom, świetny marynarz — ten i 
żaden Inny! I ażeby osłodzić ten rozkaz Towarzystwu Królewskiemu, które głośno lamentując broni się przed 
nim rękami i nogami, mianują swego kandydata 25 maja 1768 porucznikiem. James Cook, syn wyrobnika, został 
dżentelmenem Royal Society może z nim teraz pertraktować. Wyznacza mu też honorarium w wysokości 100 
gwinei, daje mu rocznie 120 funtów na wyposażenie i wyżywienie oraz zatwierdza go ze swej strony jako 
kierownika ekspedycji. Marynarka nie zdobywa się na szerszy gest. Zamiast 10 szylingów dziennie, które płaciła 
dotąd swemu engineer and retinue, wyznacza mu tylko 5 szylingów. Admiralicja nie interesuje się prawie całą tą 
wyprawą. Pięć szylingów wystarczy! 

Cook myśli o tym z pewnością owego pamiętnego dnia 3 czerwca 1769 roku. Jest to najwspanialszy dzień w 

jego życiu. Marynarze na „Endeavour" odczuli niewątpliwie, że ich „stary" jest szczęśliwy i zadowolony. Nie 
mają pojęcia, co oznacza astronomiczny termin „przejście Wenus", i robią głupie dowcipy. Uświadamiają sobie 
jednak, że uczestnictwo w tej ekspedycji jest zaszczytem. Nadchodzi wielka chwila, pogoda jest wspaniała i 
przez zaczernione teleskopy widać wyraźnie, jak o godzinie 9-tej 25 minut i 42 sekundy mały, ciemny punkt 
zaczyna wędrować przed tarczą słoneczną — to Wenus! Astronomowie są uradowani. Przyda im się to do 
obliczenia odległości słońca od ziemi i do uzyskania pewnej podstawy matematycznej dla teoretycznych 
wycieczek we wszechświat. 
Cook wykonał otrzymane zadanie. Sam stał przy teleskopie i pomagał, jak mógł, astronomom. Potem na lekkiej 
łodzi opłynął dookoła wyspę i sporządził zdjęcia kartograficzne. Ale teraz chce wreszcie ruszyć dalej. 
,JEndeavour" zostaje gruntownie odremontowana, zaopatrzona w żywność i wodę i w cztery tygodnie później, 
13 lipca 1769, Anglicy odpływają. W pobliżu leżą Wyspy Towarzystwa, grupa gęsto rozsianych atoli. Przez 
uroczyste wywieszenie flagi" zostają objęte w posiadanie, następnie spionowane i kartograficznie ujęte. Potem 
droga wiedzie na południe, zgodnie z tajnym rozkazem admiralicji: 

„Po przeprowadzeniu obserwacji astronomicznych popłynie pan na południe aż do 40° szerokości 

geograficznej. Jeżeli nie znajdzie pan tam lądu, zwróci się pan między 40° a 35° na zachód, aż dotrze pan do 
Nowej Zelandii. Zbada ją pan i powróci drogą, którą uzna za odpowiednią, do Anglii. Jeżeli odkryje pan 
kontynent, zwróci pan całą swą uwagę na to, aby zbadać na możliwie wielkiej przestrzeni jego wybrzeża. 
Winien pan następnie sporządzić mapy zatok, portów i tych odcinków wybrzeża, które mają znaczenie dla 
żeglugi... Zbada pan właściwości lądu i jakość jego ziemi, żyjące tam ptaki i zwierzęta oraz rozmaite gatunki 
ryb. Jeżeli znajdzie pan złoża minerałów lub drogich kamieni, winien pan przywieźć próbki... Tak samo zbada 
pan właściwości, charakter i obyczaje tubylców, jeśli tam są, oraz ustali w przybliżeniu ich liczebność. Winien 
pan dołożyć wszelkich starań, aby nawiązać z nimi przyjazne stosunki i zawrzeć przymierze... Korzystne 
terytoria zechce pan za zgodą tubylców objąć w posiadanie w imieniu Jego Królewskiej Mości, króla Wielkiej 
Brytanii..." 

Rozkaz ten jest logiczną konsekwencją holenderskich podróży odkrywczych, o których już poprzednio 

mówiliśmy i których wyniki mimo tajności dotarły do wiadomości ogółu. Abel Tasman, jeden z 
najdzielniejszych kapitanów floty holenderskiej, stwierdził około 1640 roku, że w południowej części Oceanu 
Indyjskiego nie ma żadnego wielkiego kontynentu. Żeglując z wyspy Mauritius w kierunku południowo-
wschodnim, przepłynął on niezmierzone morze, odkrył w 1642 r. Tasmanię i Nową Zelandię. Czy są to wyspy, 
czy też daleko na północ wysunięte przylądki hipotetycznego lądu południowego? 

Nikt tego nie wiedział. Wtem ukazała się w 1767 w Londynie książka, która wywołała ogólne poruszenie. 

Jej tytuł brzmiał: Odkrycia na Morzach Południowych do roku 1764, a autorem był niejaki Mr. Alexander 
Dalrymple, kierownik biura Brytyjskiej Kompanii Wschodnio-Indyjskiej. Admiralicja brytyjska dcwiedziała się 
wkrótce, że Mr. Dalrymple wiele podróżował, choć nie jest właściwie

background image

 

—^ 

człowiekiem morza, lecz raczej zbieraczem, domatorem i naukowcem Lordowie admiralicji kręcili nosem. 
Książka Dalrymple'a była jednak tak starannie opracowana, wyposażona w liczne mapy i tak przekonywająco 
napisana, że nie można jej było pominąć milczeniem. Jeżeli słuszne jest, że rojowisko wysp na Morzach 
Południowych to w istocie nie zbadana linia wybrzeża rozczłonkowanego potężnego lądu, to gdzieś między 
równikiem a 50° szerokości południowej rozciąga się olbrzymi kontynent południowy. Admirałowie Jego 
Królewskiej Mości naraziliby się na ciężkie zarzuty, gdyby się o to zawczasu nie zatroszczyli i tej hipotezy 
bliżej nie zbadali. 

Z tych powodów wydano Cookowi rozkaz, aby z Tahiti płynął kursem południowym, a później zwrócił się 

w kierunku Nowej Zelandii. Wykonując ściśle otrzymane polecenie, Cook gorliwie wypytywał tubylców o 
wielki ląd położony na południu, ale nikt o nim nie wiedział, a gdy dnia 1 września 1769 dopłynął do 40° 22' 
szerokości południowej, nie napotkawszy owej terra australis, Cook zmienił kurs na północno-zachodni. W sześć 
tygodni później, po bezustannym kołowaniu między 35° a 40° szerokości południowej, w sobotę, 7 października 
dostrzegł wyłaniające się przed nim z morza góry Nowej Zelandii. 

Po zbadaniu i sporządzeniu map tego kraju Cook mógłby udać się najbliższą drogą w podróż powrotną, tym 

bardziej że był przekonany, iż terra australis — jeśli w ogóle istnieje — leży o wiele dalej na południu. 31 marca 
1770 zapisał w dzienniku: 

„Jeśli chodzi o kontynent południowy, to nie wierzę weń, chyba że leży na bardzo dalekich szerokościach 

południowych. Jest to moje osobiste zdanie, przy czym nie mam bynajmniej zamiaru odradzać dalszych prób w 
tym kierunku. Przeciwnie, uważałbym za pożałowania godne, gdyby to, co stanowiło przedmiot zainteresowania 
tylu wieków i narodów, nie zostało teraz dokładnie wyjaśnione. Jednakowoż stan mojego okrętu nie pozwala na 
to, aby obecnie, zimą podjąć próbę dotarcia do tak dalekich szerokości geograficznych półkuli południowej."
 

- MHR8 

Choć „Endeavour" żeglowała już przez dwa lata po obcych morzach z dala od Anglii, oficerowie zgodzili 

się z propozycją Cooka, ażeby najpierw zbadać wschodnią część Nowej Holandii, jak wówczas nazywano 
Australię, i Hebrydy, a potem powrócić do ojczyzny

background image

 
drogą przez Archipelag Malajski, Przylądek Dobrej Nadziei i Ocean Atlantycki. 

31 marca „Endeavour" opuściła Nową Zelandię, 18 kwietnia wynurzyło się wschodnie wybrzeże Australii, 

wówczas jeszcze zupełnie nie znane. Obcy ląd wyglądał wcale zachęcająco. Były tam wprawdzie rozległe 
obszary pustynne, w innych wszakże miejscach ukształtowanie jego urozmaicały lasy i łąki, grzbiety górskie i 
doliny, a tu i ówdzie widać było także dymy ognisk. Ale przed wybrzeżem — miły Boże! trwoga lodowatymi 
szponami ścisnęła serce kapitana — morze pieniło się wokół ostrych skał i raf podwodnych. Jak daleko okiem 
sięgnąć, na przestrzeni niezliczonych mil morskich, ciągnął się podwodny pas koralowy. Można było oczywiście 
trzymać się z dala od niego, na bezpiecznym pełnym morzu. Ale Cook chcąc poznać kraj musiał podpłynąć 
blisko, przepłynąć między diabelskimi rafami, rzucić kotwicę i spuścić łodzie. 

Udało się to po raz pierwszy mniej więcej w okolicy dzisiejszego Sydney. Port ten jest jednym z 

najspokojniejszych i najdogodniejszych w Australii. Zadziwił on już Cooka i jego marynarzy, tu też nastąpiło 
pierwsze lądowanie. Przy tej sposobności Cook poznał kangura i jego zalety — kulinarne. Opisuje obszernie, 
lecz sucho, że ujrzeli i upolowali jedno z tych dziwnych zwierząt, którego mięso jest „niezwykle smaczne". 
Cook widocznie dopiero podczas lądowania dowiedział się, iż w Australii żyje osobliwe zwierzę, mniej więcej 
wielkości człowieka, o głowie sarny, z dużym, silnym ogonem — zwierzę, które trzyma się prosto na dwóch 
łapach, ale porusza się skokami jak żaba. Już sto trzydzieści lat przed Cookiem, w 1640 roku, opowiadał o tym 
dziwnym stworzeniu żeglarz holenderski Pelsaert, a zdumiewającą opowieść potwierdziło kilku kapitanów 
Holenderskiego Towarzystwa Wschodnio-Indyjskiego. Mimo to nauka europejska odniosła się sceptycznie do 
istnienia takiego zwierzęcia. Oświadczyła, że nie może ono istnieć, a opowiadania 
0  nim to zwykłe bajki żeglarzy. Wywiązała się długa dyskusja za 
1  przeciw, ale uczniowie Linneusza obstawali przy zasadzie: „Tyle jest gatunków w przyrodzie, ile ich na 
początku świata stworzył nieskończony Duch." Kangur wyglądem swym wprowadzał całkowite zamieszanie w 
zasady, formy i prawidła, więc nie może istnieć, ponieważ istnieć nie powinien. 

Cook był nieczuły na takie subtelne roztrząsania. Obejrzał dziwaczne stworzenie z ciekawością 

przeciętnego bywalca ogrodu zoologicznego, skosztował jego mięsa, stwierdził, że zupa i pieczeń z kangura są 
bardzo smaczne — i na tym koniec! Był marynarzem i oficerem, nie chciał być niczym więcej. Skoro tylko 
wrócił na pokład, kazał podnieść kotwicę i rozwinąć żagle. 

Podczas dalszej podróży nastąpiło pewnego dnia to, co na tym szlaku wodnym tak pełnym raf właściwie 

dawno już stać się było powinno — „Endeavour" wjechała na rafę. Zdarzyło się to setkom okrętów przed tym 
nieszczęśliwym wypadkiem i p o nim i zdarza się jeszcze bardzo często w naszych czasach. Tylko nieliczne 
okręty są tak skonstruowane, że mogą sprostać rafom koralowym; najbardziej nowoczesny system grodzi nie na 
wiele się przydaje, gdyż rafy są tutaj spiczaste i ostre jak noże, przebijają nawet stal. Gdy zdarzy się taka awaria, 
to nieraz tylko SOS radiotelegrafisty dotrze do zamieszkałego świata. Jeśli uda się spuścić na wodę łodzie, 
rekiny i równie groźne bezwodne, pustynne wybrzeża pozwalają niewielu tylko rozbitkom ujść cało. Opis Cooka 
jest więc jednym z nielicznych, jakie zachowały się o tych katastrofach. Przytaczamy go z nieznacznymi 
skrótami: 

„Było to 10 czerwca 1770 r. Żeglowaliśmy po otwartym morzu, mając pod stępką 17 do 21 sążni wody. Tak 

zapadł wieczór. Oficerowie opuścili pokład i położyli się spać. Około godziny 11 głębokość nagle zmalała i 
zanim mogliśmy rzucić sondę, okręt osiadł z okropnym, do szpiku kości przejmującym zgrzytem i trzaskiem. W 
kilka chwil potem cała załoga zbiegła się na pokład i na twarzach wszystkich odmalowało się przerażenie. 
Zwinęliśmy żagle i spuścili łodzie, aby zmierzyć głębokość wokół skał. Nasze obawy sprawdziły się. Osiedliśmy 
na rafie koralowej, w odległości ośmiu mil morskich od pustynnego i jałowego wybrzeża. Wszelkie wysiłki 
ściągnięcia okrętu na głęboką wodę były daremne. Fale uderzały z taką gwałtownością o leżący pochyło kadłub, 
że nie mogliśmy prawie ustać na nogach. W świetle księżyca ujrzeliśmy niebawem pływające w wodzie deski 
poszycia dna i w tej samej prawie chwili oficer pokładowy zameldował, że woda wdarła się do wnętrza kadłuba. 
Skoczyliśmy natychmiast do pomp, wyrzuciliśmy za burtę wszystkie ciężkie przedmioty, jak działa, balast, 
zapasy itd. Ale choć «Endea- vour» stała się lżejsza o 50 ton, nie ruszyła się ani o cal z rafy. Na

background image

 
nieszczęście osiedliśmy podczas przypływu; jeśliby okręt wytrzymał do następnego wieczora, istniała iskierka 
nadziei, że będzie można ściągnąć go z rafy. Przypływ dzienny jest tu mianowicie o wiele słabszy od nocnego i 
nie wystarczyłby, by uwolnić nas ze skały. 

Załoga zachowała się w sposób godny podziwu. Choć równie jasno jak ja zdawała sobie sprawę z 

beznadziejności położenia, pracowała niezmordowanie przy pompach. W ciągu dwudziestu czterech godzin 
najokropniejszego pasowania się ze śmiercią nie słyszałem ani jednego przekleństwa, nie widziałem u nikogo 
zgorzkniałego lub zniechęconego wyrazu twarzy. Niestety, dwie pompy pękły, tak że tylko trzy pompy 
pozostały zdatne do użytku. Pomimo nieustannej i niezwykle wytężonej pracy coraz więcej wody wlewało się 
przez otwór do pomieszczeń i zachodziła obawa, że podczas zejścia ze skały zatoniemy. Toteż chwili tej nie 
oczekiwaliśmy jako naszego ocalenia, lecz jako pewnej śmierci. Łodzie nie mogły zabrać wszystkich na ląd i ze 
zgrozą mówiłem sobie, iż w chwili, gdy zaczniemy tonąć, ustanie wszelkie posłuszeństwo, wszyscy zaczną 
cisnąć się do łodzi i wybuchnie straszliwa walka o tę odrobinę nadziei utrzymania się przy życiu. A przecież los 
tych, którzy pozostaliby na okręcie, ażeby znaleźć śmierć w falach, nie byłby ani w przybliżeniu tak straszny, jak 
los nieszczęsnych, którym udałoby się dopłynąć do brzegu. Ich bowiem czekały straszliwe męki śmierci z 
pragnienia. Oto była alternatywa, która stała przed nami w ciągu owych dwudziestu czterech godzin. Kto w 
podobnym położeniu nie czuł zbliżającej się śmierci, ten nie zna jej najstraszliwszej postaci." 

„Endeavour" cudem wyszła ostatecznie z tej opresji; cudem udało się uszczelnić prowizorycznie otwór w 

dnie podczas przejścia do zatoki, nad którą znajduje się dzisiaj miejscowość Cooktown; szczęśliwy los uchronił 
w ostatniej chwili załogę przed paniką wykluczającą wszelką rozwagę. „Endeavour" dobiła wreszcie do lądu; 
tam w ciągu dwumiesięcznego prawie pobytu załoga odremontowała okręt do dalszej podróży. Przy tej 
sposobności okazało się, że zawdzięcza swe ocalenie dziwacznemu przypadkowi: wierzchołek rafy koralowej, 
na której osiadła „Endeavour", wbił się w dno okrętu, następnie odłamał się i tkwił jak korek w otworze. 

Ze wschodniego wybrzeża Australii Cook popłynął w kierunku zachodnim między północnym cyplem tego 

kontynentu a Nową 
Gwineą przez Cieśninę Torresa na Timor i Jawę, gdzie rzucił kotwicę na dłuższy pobyt w Batawii. 

Kiedy tu wyszedł na ląd — według swego obliczenia we wtorek 

9  października 1770, według rachuby miejscowej ludności we środę 
10  października — nie miał prawie żadnych strat, ani jeden marynarz nie był zapisany na liście chorych. W trzy 
miesiące później, gdy podniesiono kotwicę udając się w podróż powrotną do ojczyzny, 26 grudnia 1770, 
opłakiwano stratę siedmiu marynarzy, a pod pokładem leżało tylu chorych, że „Endeavour", jak Cook z bólem 
zapisał, stała się istnym pływającym szpitalem. Malaria („złe powietrze") — choroba endemiczna w bagnistej 
Batawii, połączona z gorączką i dyzenterią — która w ciągu dwudziestu lat od 1735 do 1755, zanim zaczęto 
stosować chininę jako skuteczne lekarstwo, pochłonęła wśród marynarzy wszystkich narodów milion ofiar, 
poczyniła straszliwe spustoszenia także wśród Anglików. Jako jeden z pierwszych zmarł 5 listopada, zaledwie w 
cztery tygodnie po wylądowaniu, lekarz okrętowy Monkhouse. Do końca lutego 1771 r. zmarło dalszych 
dziewiętnastu ludzi, wśród nich jeden z astronomów. Przez pewien czas znajdowało się na „Endeavour" tylko 
dwunastu marynarzy zdolnych do pełnienia służby. 

W połowie marca 1771 r. „Endeavour" zawija po monotonnej podróży do Capetown, a w cztery miesiące 

później, 13 lipca 1771, 
0  godzinie trzeciej po południu, przybywa do Anglii, z poszarpanymi 
1 połatanymi żaglami, ze zniszczonym takielunkiem. Z 94 członków załogi, którzy przed trzema laty wypłynęli 
w czwartą z przedsięwziętych do owej pory podróży dookoła świata, 34 znalazło śmierć. Nieznany ląd 
południowy nie został odkryty, pytanie, czy istnieje, pozostało nadal bez odpowiedzi. Anglicy dokonali, co 
prawda, nie lada dzieła: zbadali Nową Zelandię i wschodnie wybrzeże Australii, odbyli podróże zwiadowcze po 
Morzach Południowych. Osiągnięcia te nie wywołały jednak zbyt wielkiego wrażenia wśród ogółu, tym bardziej 
że admiralicja zabroniła Cookowi i jego towarzyszom jakichkolwiek publikacji o wyprawie. Dzienniki podróży 
zostały opieczętowane i zasekwestrowane. Upłynie 122 lata, zanim ogłoszony zostanie drukiem oryginalny opis 
podróży Cooka. Toteż zaczęły krążyć szepty i plotki, do głosu doszli ludzie, którzy zawsze wszystko lepiej 
wiedzą i wszystko z góry przewidzieli. Król angielski udzielił Cookowi audiencji, wysłuchał jego sprawozdania 
i mianował go

background image

 
kapitanem. To położyło kres plotkom i upewniło wszystkich, że owiany mgłą tajemniczości kapitan, którego 
patent Jerzy III własnoręcznie podpisał, wyruszy niebawem znowu w podróż. 

Wspominaliśmy o tym, że Cook zdawał sobie sprawę z wielu zagadek, jakie Morza Południowe zadają 

nauce do dnia dzisiejszego. Przede wszystkim uderzyło go, że Polinezyjczycy nie byli ani czarni jak Murzyni, 
ani żółci jak Chińczycy, ani też miedzianoskórzy jak Indianie i że znajdowało się wśród nich wielu mężczyzn i 
wiele kobiet prawie tak jasnoskórych jak biali. O tym osobliwym zjawisku napomykał kilka razy; podobne 
uwagi znajdują się również w wielkim opisie podróży dwóch niemieckich przyrodników, Jana Reinholda 
Forstera i Jerzego Forstera, którzy towarzyszyli Cookowi w jego drugiej podróży. 

Rzecz zrozumiała, że w owym czasie, w końcu XVIII wieku, wiadomość ta wywarła duże wrażenie. U 

brzegów Oceanu Spokojnego poznano dotychczas tylko rasy indo-malajskie lub mongolskie. Mieszkańców 
wysp polinezyjskich nie sposób było zaliczyć do żadnej z nich. Ponieważ zajmujące się tymi sprawami gałęzie 
nauki były bardzo słabo rozwinięte — znajdowały się właściwie jeszcze w powijakach — zaklasyfikowano bez 
namysłu Polinezyjczyków jako odmianę rasy malajskiej. Aż do naszych dni mówiono i mówi się o jednolitej 
rasie i kulturze „malajo-polinezyjskiej". 

Od czasu słynnej „wyprawy Kon-tiki" etnologa norweskiego Thora Heyerdahla zajęto się tą kwestią 

ponownie. Nauka wyciągnęła najpierw relacje dawnych odkrywców, pierwszych Europejczyków, którzy dotarli 
na Morza Południowe i dokładnie je zbadali. Okazało się, że ich uwagi o Polinezyjczykach są identyczne. 
Tubylcy są wysokiego wzrostu, silni, o wiele okazalsi od drobnych Malajezyków; mają kolor skóry nie 
żółtawobrunatny, lecz prawie tak biały jak Europejczycy i rumienią się tak samo jak oni; lekko faliste, cienkie 
włosy Polinezyjczyków podobne są do włosów mieszkańców Europy. Spotyka się też u nich włosy 
jasnobrązowe, nieraz z odcieniem rudawym lub blond, a czasem także niebieskie oczy. Poza tym mężczyźni z 
Polinezji są w przeciwieństwie do Malajezyków i Mon- 
golów brodaci i widocznie świadomi owej wyróżniającej ich cechy, gdyż poświęcają sporo czasu na 
pielęgnowanie tej męskiej ozdoby, której się poza tym na Pacyfiku nie spotyka. Wreszcie Polinezyjczycy nie 
mają szerokich i płaskich nosów, a usta mniej pełne niż ludy malajskie. I pod tym względem przypominają 
raczej ludzi rasy białej. Jest to, jak mówią wcześni odkrywcy, niejako „szlachecki" typ Polinezyjczyków. Obok 
niego istnieją również jednostki, które nie są tak wysokiego wzrostu i mają ciemne, często kosmykowate włosy, 
szerokie nosy, wydęte wargi i o wiele ciemniejszy kolor skóry. Począwszy od Pedra Fernandeza de Quiros, który 
przybył na Morza Południowe w r. 1595, Karola Fryderyka Behrensa, który dotarł do Wyspy Wielkanocnej w 
1727, i kapitana Wallisa, który •wylądował na Tahiti w 1768, aż do Cooka i obu Forsterów — prawie wszyscy 
dawni odkrywcy są w tych spostrzeżeniach zgodni, podając je nieomal w identycznym brzmieniu. 

Polinezyjczycy sami zdali sobie rychło sprawę ze swego podobieństwa do białych; świadomość ta była u 

nich czasem jeszcze żywsza niż u białych. 

Jeszcze dzisiaj istnieje wśród Polinezyjczyków silna świadomość ich pokrewieństwa z Europejczykami. 

Potwierdził to niedawno Arthur Grimble, który jako angielski komisarz żył przez wiele lat na Wyspach Ellice i 
Gilberta. W swej książce A Pattern of Islamds opowiada: 

„Wielka serdeczność mieszkańców Wysp Gilberta wobec Europejczyków ma swe źródło nie w poczuciu 

własnej niższości, lecz przeciwnie, w świadomości pokrewieństwa. Ich wielcy bohaterowie mieli według 
tradycji jasną skórę, jak my... Należeli do'jasnej, niebieskookiej «społeczności drzewa*, do rodu matang.., Gdy 
przed około dwustu laty mieszkańcy Wysp Gilberta ujrzeli u siebie pierwszego białego człowieka, powiedzieli: 
«Spójrzcie, ród matang do nas powrócił... Przyjmijmy ich jako naszych wodzów i braci, tak ażeby przodkowie 
nie musieli się nas wstydzić...»" 

Dowody tego rodzaju, z których najbardziej zdumiewające zebrał etnolog Bundenzahl, można dowolnie 

mnożyć. Ale nie ma potrzeby szerzej się nad tym rozwodzić. Przytoczone przykłady tłumaczą, dlaczego 
antropologowie już przed dziesiątkami łat doszli do wniosku, że jasnoskóra „europidalna" grupa 
Polinezyjczyków należy do rasy białej.

background image

 
Część szósta — Zmora szkorbutu 

Pogląd ten zyskał bardzo poważne poparcie — bylibyśmy niemal skłonni powiedzieć: dowód — dopiero za 

naszych dni w pracach serologów, zajmujących się badaniem osocza krwi i jego właściwości. Landsteiner 
stwierdził w r. 1901, że krew ludzką można podzielić na trzy odrębne grupy o określonych cechach. Grupy te 
oznaczono literami O, A i B. Dalsze badania wykazały, że grupa krwi A występuje przede wszystkim w Europie. 
Im dalej na wschód, tym rzadziej spotyka się grupę A, a tym częściej grupę B. Grupa B jest więc 
charakterystyczną cechą wszystkich ludów azjatyckich aż po Mikronezję i Melanezję. Tylko w Polinezji jest 
inaczej. W zachodniej części wielkiego trójkąta polinezyjskiego grupa krwi B, przypuszczalnie importowana z 
Indonezji, występuje wprawdzie jeszcze tu i ówdzie, natomiast w Polinezji środkowej i na wyspach wschodnich 
brak jej zupełnie. Jasnoskórzy, europidalni tubylcy Mórz Południowych mają więc taki sam skład krwi jak ludy 
Europy środkowej i zachodniej. To zdumiewające zjawisko zostało stwierdzone tak wieloma badaniami, że 
można je niewątpliwie uznać za prawdziwe. 

Jest to nie lada sensacją. Wyłania się jednak pytanie, jakim sposobem i jaką drogą ludy europejskie dotarły 

do dalekich Mórz Południowych. Wkraczamy tu w istną dżunglę najrozmaitszych problemów. Nie dość bowiem 
na tym, że Polinezyjczyków należy zaliczyć do rasy białej — objęcie przez nich w posiadanie czarownych wysp 
na Morzach Południowych musiało się odbyć wcale nie tak dawno temu. Nastąpiło to prawdopodobnie z 
początkiem europejskiego średniowiecza, a więc w czasach historycznych. 

Sam Cook dostarczył zasadniczych materiałów obserwacyjnych na poparcie tej hipotezy. Podczas swej 

pierwszej podróży po Morzach Południowych zabrał w Tahiti na pokład kacyka Tupię, inteligentnego, żądnego 
przygód człowieka, który chciał poznać świat. Gdy AngUcy wylądowali w Nowej Zelandii, stwierdzili ku 
swemu zdumieniu, że Polinezyjczyk porozumiewa się bez trudności z miejscowymi ludożercami. Człowiek z 
Tahiti i mieszkańcy tej odległej wyspy mówili tym samym językiem. 
; Jest to istotnie niezwykle zadziwiające. Odległość między Tahiti a południowym cyplem Nowej Zelandii 
wynosi w linii powietrznej około 5500 km. W transpozycji na europejskie rzędy wielkości odpowiada to 
odcinkowi sięgającemu od Przylądka Północnego, najdalej na północ wysuniętego punktu Skandynawii, do 
jeziora Czad 

background image

 
 
„Europldalnl" Polinezyjczycy 
w Afryce lub jeśli wziąć pod uwagę kontynenty amerykańskie odległości od Nowej Fundlandii do San 
Francisco. W Ameryce istnieją na tej przestrzeni setki narzeczy, tak że Indianie już w zamierzchłej przeszłości 
nie mogli porozumiewać się z sobą, w Europie na obszarach tej wielkości używa się od niepamiętnych czasów 
aż po dzień dzisiejszy kilkudziesięciu, często zupełnie różnych języków  

kacyk Tupią zaś rozmawiał 

całkiem swobodnie z tubylcami Nowej Zelandii. 

Cook przekonał się w dalszym ciągu swej podróży, że w trójkącie polinezyjskim, którego wierzchołkiem są 

Hawaje, a podstawą linia biegnąca od Wyspy Wielkanocnej do Nowej Zelandii, tj. od 30° szerokości północnej 
do 50° szerokości południowej, panuje wiara w tych samych bogów, istnieją takie same tradycje i mówi się tym 
samym językiem. Dziwiło go to naturalnie, ale ponieważ jemu i jego epoce brak było tej wiedzy historycznej, 
którą my dziś rozporządzamy, więc nie wyciągnął wniosku, do jakiego dochodzimy z logiczną konsekwencją, a 
mianowicie że od skolonizowania wysp Mórz Południowych przez Polinezyjczyków do dnia dzisiejszego nie 
upłynęło wiele czasu. Izolowane wyspy, zwłaszcza jeśli leżą pośrodku olbrzymiego morza, rozwijają zazwyczaj 
całkiem odrębne życie duchowe. Musiałoby dojść do bardzo głęboko sięgających różnic w kulturze i do 
nieopisanego wręcz zamętu językowego, gdyby objęcie w posiadanie tych wysp przez Wikingów Mórz 
Południowych nastąpiło tak dawno, jak na przykład przybycie Indoeuropejczyków do krajów między Indusem a 
Gangesem. 

W ostatnich kilkudziesięciu latach nauka zajęła się tą kwestią szczególnie gorliwie. Posłużono się 

genealogią polinezyjską i stwierdzono, że przekazane nam w wielkiej ilości królewskie drzewa genealogiczne i 
linie przodków zaczynające się przeważnie od krewnych wstępnych pierwszego praszczura, który niegdyś 
przywędrował do Polinezji, sięgają do wczesnego średniowiecza. Mniej więcej od 400 roku mogą one w 
głównych zarysach uchodzić za ustalone. W porównaniu z czasem, który obejmuje historia Starego Świata, nie 
jest to wiele. Ale nie należy przy tym zapominać, że Polinezyjczycy nie posiadali pisma w naszym rozumieniu. 
Nie było u nich dzid historycznych ani archiwów, istniała tylko tradycja podawana z ust do ust. Działo się to 
zrazu oczywiście w ramach własnej rodziny, własnego klanu. Istniała jednak także odrębna grupa ludzi

background image

 
Część szósta — Zmora szkorbutu 
rongo-rongo, jak nazywali się na Wyspach Mangarewa i Wyspie Wielkanocnej, albo orero, jak zwano ich na 
Tahiti — uczonych, którzy uczyli się na pamięć wszystkich ważnych rzeczy o następstwie pokoleń, rozwoju 
religijnym, zwyczajach kultu i stanowili jak gdyby „żywe archiwa". 

Nam, szybko żyjącym ludziom nowoczesnym, wydaje się wątpliwe, ażeby ^a tradycja mogła być 

dostateczną formą dokumentacji 
[ _________________   ________________ historycznej. Nie możemy 
I sobie jpo prostu wyobrazić, że czterdzieści następujących po sobie pokoleń opowiadało i rozpowszechniało 
przez tysiąc Lat jakiś fakt historyczny bez zmian, bez dodatków, bez błędnych tłumaczeń lub upiększeń. Zdaje 
się, że tak jednak było. Gdy w r. 1864 peruwiańscy łowcy niewolników uprowadzili Polinezyjczyka Mauratę, 
ostatniego króla Wyspy Wielkanocnej, umiał on wyliczyć z pamięci szereg swych przodków od początku XI 
wieku. Samoańskie rodziny | szlacheckie posiadają drzewa genealogiczne od 400 roku po Chr., a król Kalakaua 
na Hawajach chlubił się, że jest potomkiem rodu liczącego siedemdziesiąt pokoleń. Jeżeli zważymy, że rody 
panująoe, które istniały w Europie w 1914 roku, miały na ogół bardzo poważne trudności z zebrar niem choćby 
trzydziestu dwóch szlachetnie urodzonych przodków, to musimy pochylić czoło przed starożytnością 
ludożerczego rodu książąt Mórz Południowych 1 

Nawet prosty człowiek potrafił wyliczyć bez trudu długi szereg swych przodków, a świętość ustnej tradycji 

zachowała się w niektórych okolicach Polinezji aż do naszych dni. Potwierdził to 
354 
Genealogia i tradycje polinezyjskie 
niedawno wspomniany już Arthur Grimble. Podaje on, że gdy był młodym urzędnikiem kolonialnym, Nei 
Tearia, najlepsza narratorka Wysp Gilberta, opowiedziała mu pewnego razu legendę o wygnaniu ludzi ze 
szczęśliwego kraju Matang: 

„W piętnaście lat później, gdy miała już chyba dobrze ponad siedemdziesiątkę, prosiłem ją, aby mi 

wszystko jeszcze raz opowiedziała, gdyż chciałem to porównać z zapiskami, które sobie w swoim czasie 
poczyniłem. Powtórzyła mi całą legendę dokładnie tak jak za pierwszym razem, a ja pochwaliłem jej doskonałą 
pamięć. Po jej surowej twarzy przemknął uśmiech i odpowiedziała po prostu: •Jakżeby mogło być inaczej? 
Każda karaki, każda opowieść, ma od pokoleń swoją własną formę. Tych samych słów używali ojcowie naszych 
dziadów, a my podajemy je nie zmienione dzieciom naszych dzieci. Czyż miałabym zmienić te słowa?*" 

Brzmi to przekonywająco i może uchodzić za dowód, że tradycja i daty genealogiczne Polinezyjczyków są 

na ogół prawdziwe. Zagadkowy ten lud przywędrował więc istotnie, jak twierdzą jego dawne sagi, około V 
wieku po Chr. do swej bezludnej lub tylko bardzo rzadko zaludnionej nowej ojczyzny położonej wśród 
olbrzymich wód. 

Ale skąd przywędrował? Tradycja polinezyjska nie daje na to jasnej odpowiedzi. Obok danych, które 

wskazywałyby, że Polinezyjczycy pochodzą z kraju leżącego daleko za morzem na wschodzie, a więc z 
Ameryki, nie brak też argumentów całkiem różnych, tak że dotąd nie osiągnięto pewnych wyników. 

Gdy okazało się, że historia i genealogia w tym wypadku zawodzą, na plan pierwszy wysunęli się filolodzy. 

Stwierdzili rychło, że w języku polinezyjskim istnieją pewne zgodności z językiem malaj- skim. Tak na 
przykład: 

Wynikałoby z tego, że Polinezyjczycy przybyli z zachodu, tj. z Indii lub Indonezji. Ale same zgodności 

językowe nie są jeszcze 
355

background image

 
dostatecznym dowodem i nie mogą uchodzić za całkiem pewny sprawdzian pochodzenia. Między językiem 
malajskim a polinezyjskim może jednakże istnieć pewne pokrewieństwo datujące się niewątpliwie z bardzo 
dawnych czasów. Filolog amerykański W. D. Alexander pisał w r. 1910: 

„Wielkie różnice w mowie i wyglądzie Polinezyjczyków i obecnych mieszkańców Archipelagu Malajskiego 

jako też rozmaite inne obserwacje wskazują na to, że Polinezyjczycy odłączyli się .od pozostałych gałęzi rasy 
oceanicznej już w czasach bardzo odległych." 

Do tego stanowiska przyłączyło się wielu lingwistów, inni obstają natomiast przy poglądzie, że istnieje 

blisko z sobą spokrewniona kultura malajo-polinezyjska. Jak widać, kwestia nie jest jeszcze definitywnie 
wyjaśniona. Zamiast dość ściśle określonego pojęcia wspólnej kultury malajo-polinezyjsklej nauka dzisiejsza 
przyjęła 
0  wiele szerszy termin „austronezyjsklej" wspólnoty kulturalnej. Etnolog Hans Nevermann oświadczył 
niedawno: „Język polinezyjski 
1  języki indonezyjskie są z sobą blisko spokrewnione i dadzą się wywieść ze wspólnego prajęzyka — 
praaustronezyjskiego." 

Ale tym samym sprawa nie jest jeszcze bynajmniej załatwiona. Jeżeli — argumentują językoznawcy — 

istnieje rzeczywiście pokrewieństwo między językiem malajskim a polinezyjskim — choćby stosunki te były 
bardzo starej daty, a pokrewieństwo bardzo dalekie — to język polinezyjski musiałby wykazywać bardzo duże 
wpływy pierwiastka indoeuropejskiego. Zalew Indii przez ludy aryjskie nastąpił przed wielu tysiącami lat. Około 
roku 350 przed Chr. sanskryt, indoeuropejski język potoczny, opanował także Indonezję. Ponieważ 
Polinezyjczycy przybyli na wyspy oceaniczne dopiero około 400 roku p o Chr., język ich powinien zawierać 
wiele wyrażeń sanskryckich. Pełni zapału językoznawcy przystąpili do sprawdzenia tego rozumowania. Ale 
gorzko się rozczarowali. Język malajski wykazuje dość znaczne wpływy sanskryckie, w*języku polinezyjskim 
natomiast nie sposób znaleźć choćby ich śladu. Zamiast tego wyszły na jaw pewne wpływy wskazujące wprost 
na Europę i jej języki i zgodnie z tym nowozelandzki uczony E. Tregear oświadczył już w r. 1891 w swym 
słowniku porównawczym języka polinezyjskiego: 
„Główny zarzut przeciw imigracji Maorysów z Azji polega na tym, że wiele ich słów wykazuje ściślejsze 
pokrewieństwo ze sło-

background image

 
wami aryjskich ludów Europy, ba, nawet Europy zachodniej, aniżeli ze słowami ludów Azji" 

Jest to zdumiewające, ale bynajmniej nie wszyscy językoznawcy przyjęli pogląd Tregeara. Zgodni są tylko 

co do tego, że język polinezyjski istotnie nie wykazuje wpływów sanskrytu. Teraz jednak uczeni znaleźli się 
przed bardzo niemiłym dylematem. Polinezyjczycy przybyli do swej nowej ojczyzny na wyspach oceanicznych 
ok. 400 r. po Chr., a sanskryt zaczął rozszerzać się w Indonezji już około roku 350 przed Chr. Jak to wyjaśnić? 
Czy Polinezyjczycy nie przybyli wcale z Indii? A jeśli rzeczywiście przyszli stamtąd, to czy wyemigrowali już 
przed wtargnięciem sanskrytu? Jeśli tak, to gdzie podziewali się przez owych 750 lat, zanim ukazali się na arenie 
historii? 

Pytania te wciągają nas w nowy rój zagadek, na które do dnia dzisiejszego nie ma odpowiedzi. 

Wspominaliśmy już, że gdy szczepy polinezyjskie zostały odkryte przez białych, żyły one jeszcze w epoce 
kamiennej. Nie znały metali, choć na wielu wyspach Mórz Południowych znajdowały się bogate rudy darniowe, 
nie mieli garncarstwa, choć glina nie należy tam bynajmniej do rzadkości, obcy im był warsztat tkacki, chociaż 
rosła tam dzika bawełna, nie znali koła ani wozu, żadnej architektury, ani zaprawy murarskiej, ani sklepień — 
nie znali wina palmowego i nie żuli betelu. Nie znali też ryżu, choć jest on jedną z najstarszych roślin 
użytkowych Azji. A w ich sztuce sakralnej czy świeckiej nie odkryto dotąd żadnych wyobrażeń słoni, bawołów 
ani innych świętych zwierząt Indii 

A przecież około roku 350 przed Chr., a więc mniej więcej w epoce Aleksandra Wielkiego, okres kamienny 

dawno się już w Indiach skończył. Znano tam tkactwo i sztukę garncarską, od niepamiętnych czasów używano 
koła i wozu, uprawiano ryż. Od dawna Indowie żuli betel, umieli sporządzać wino palmowe, wznosili wielkie 
budowle i na ich ścianach przedstawiali bawoły i słonie jako zwierzęta święte. W Polinezji natomiast wszystko 
to było zupełnie nie znane. Tego nie sposób zrozumieć. Jeżeli — jak się uporczywie twierdzi — Polinezyjczycy 
pochodzą z Indii Wschodnich, to powinni by znać choć część tych zwyczajów, rękodzieł czy kunsztów. 
Teoretycznie istnieje naturalnie możliwość, że w. jakimś totalnym upadku kulturalnym wszystko to 
„zapomnieli". Jest to jednak wysoce nieprawdopodobne, a poza tym nie da się udowodnić, zwłaszcza u ludu, 
który od samych 
swych początków tak bardzo cenił tradycję jak Polinezyjczycy. Toteż chciałoby się wyciągnąć wniosek, że nie 
może być mowy o ich pochodzeniu z Indii czy Indonezji. 
Ale to jest dopiero początek sprzeczności. Obserwacje zoologów 
i botaników na wyspach polinezyjskich dowodzą, że z Indonezji — przypuszczalnie drogą przez Melanezję i 
Wyspy Fidżi — przybyły na Morza Południowe nie tylko niektóre główne rośliny użytkowe, jak np. banany, 
trzcina cukrowa, drzewo chlebowe, yam i korzenie taro, ale także zwierzęta domowe, świnia, pies, kura. Nie 
wszystkie te rośliny i zwierzęta są, co prawda, równomiernie rozpowszechnione w całej Oceanii i można 
przypuścić, że zostały one tam wprowadzone przez późniejszy import, przez polinezyjskie wyprawy handlowe i 
wojenne albo przez pokojową wymianę, co nie przesądzałoby w niczym trasy wędrówki Polinezyjczyków. Jest 
to oczywiście możliwe, choć skłonni bylibyśmy raczej przyjąć, że europi- dalni mieszkańcy wysp na Morzach 
Południowych przybyli z tych stron, gdzie znajdują się niezbędne im do życia rośliny i zwierzęta. 

A jeśli wywędrowali z Melanezji na wschód, to dlaczego nie znali garncarstwa? Dlaczego panuje wśród 

nich patriarchat, a nie matriarchat, jak wszędzie niemal na obszarach melanezyjskich? Dlaczego nie żują betelu? 
Dlaczego nie ma wśród nich osobników z grupą krwi B? Dlaczego nie ma Murzynów? Przecież 950 000 km

obszaru „Czarnych Wysp", jak nazywa się Melanezja w dosłownym przekładzie, nie mogli przebyć w tempie 
błyskawicznym! Wszak wiemy, że wędrówkę swą musieli rozpocząć najpóźniej około 350 roku przed Chr., a 
przybyli na Morza Południowe dopiero około 400 roku p o Chr. To zaprawdę dostatecznie długi okres czasu, by 
od negroidalnej ludności kraju, w którym znaleźli gościnę, przyjąć ten lub ów zwyczaj, a także, by pozostawić 
cywilizacyjne, kulturalne lub antropologiczne ślady własnej tam bytności. Ale nic takiego nie zaszłol Nie ma 
najmniejszego choćby dowodu dłuższego lub krótszego pobytu ludzi polinezyjskich w Nowej Gwinei, na 
Wyspach Admiralicji lub Salomona, na Nowych Hebrydach czy w Nowej Kaledonii. Nasi Wikingowie Mórz 
Południowych nie zabrali też stamtąd żadnej pamiątki, choćby tylko malarii. Albowiem podczas gdy cała 
Melanezja jest jeszcze w naszych czasach, mimo chininy i atebryny, niepodzielnie zakażona jadem komara 
widliszka, to malaria i inne objawy tej choroby tropikalnej są nieznane na cza-

background image

 
równych wyspach Polinezyjczyków, brak tam też, co prawda, warunków klimatycznych dla powstania tej 
choroby. A więc przyjaciele nasi nie przywędrowali tu z Indonezji ani przez Melanezję! 

Dopiero co sądziliśmy, że możemy, ba, że musimy ten pogląd przyjąć, a teraz znów wydaje się on 

wątpliwy! Niestety, to nie wszystko. Albowiem możliwa jest jeszcze droga przebiegająca o wiele dalej na 
północ, mianowicie z Celebes i Filipin wielkimi skokami przez Mariany i Karoliny, a potem przez Mikronezję 
do Wysp Gilberta, Feniks i Ellice. Przy bliższym przyjrzeniu się napotykamy jednak i tutaj nieprzezwyciężone 
trudności. Mikronezja, „świat małych wysp", składa się łącznie z 1458 atoli i wysp, a więc stopniowe posuwanie 
się tamtędy wydaje się teoretycznie możliwe. Ale owych półtora tysiąca wysp zajmuje razem tylko 2700 km

8

, są 

one więc znikomo małe, a przy tym rozsiane na obszarze morskim 
0  około 15 milionach kilometrów kwadratowych. Leżą więc tak odosobnione na ogromnym oceanie jak garść 
szpilek w stogu siana. Przedrzeć się po tej „drodze" na wschód z kobietami i dziećmi, żywnością, bydłem i paszą 
na pokładzie, na prymitywnych statkach, przeciw wichrom i falom, mimo burz i straszliwych upałów — nie, jest 
to wręcz nie do pomyślenia! 

Jak wiadomo, Europejczycy zbadali dokładnie Melanezję właściwie dopiero w XIX wieku. Jeden rzut oka 

na mapę wystarcza, by zrozumieć, dlaczego stało się to tak późno. Odległości między wyspami, na których 
można znaleźć wodę i żywność, są tak wielkie, że dla ich pokonania potrzebna jest wysoko rozwinięta żegluga 
1  nowoczesne przyrządy nawigacyjne. Nie może zatem być nawet mowy o tym, aby atole mikronezyjskie 
służyły lub mogły służyć wędrującym na wschód Polinezyjczykom za stepping stones, tj. bazy do dalszych 
wypraw. Są to bowiem bardzo często nagie rafy koralowe albo skały pochodzenia wulkanicznego, na których nie 
udaje się ani ryż, ani banany, ani drzewo chlebowe. Na Wyspach Ellice i Gilberta dotąd jeszcze, jak podaje 
Arthur Grimble, nie można było zasadzić nawet trochę jarzyn. Przywieziona na okrętach ziemia nie utrzymała 
się na czystym, białym piasku koralowym, wysuszył ją na proch żar słoneczny i uniósł wiatr. Toteż nie udało się 
tam wyhodować fasoli lub pomidorów. Brak również często wody. Nierzadkie są okresy posuchy trwające do 
osiemnastu miesięcy. 

Nic dziwnego zatem, że w Mikronezji również brak wszelkich śla 

dów przejścia ludów polinezyjskich. Tam gdzie takie ślady pozornie istnieją, należy je odnieść do późniejszych 
podróży zwiadowczych i kupieckich, przedsięwziętych przez Wikingów Mórz Południowych już ze wschodu. 
Praktycznie i teoretycznie nie należy więc brać pod uwagę drogi przez Mikronezję, jak to w 1949 roku wyraźnie 
potwierdził Kongres Nauk Pacyfiku. 

Skąd więc, na Boga, Polinezyjczycy przybyli na wyspy Oceanii? 
Do dnia dzisiejszego nie można dać na to pytanie przekonywającej odpowiedzi. Wspaniała wyprawa „Kon-

tiki" Thora Heyerdahla, zuchwała podróż tratwą przez Pacyfik, dowiodła niewątpliwie, że Polinezja mogła 
zostać osiedlona z Ameryki Południowej. Nie jest jednak pewne, czy była to jedyna droga, czy imigracja poli-
nezyjska nastąpiła rzeczywiście t y. 1 k o ze wschodu. Ale tego Heyer- dahl wcale nie twierdzi. Wykazał on, 
narażając życie swoje i swych towarzyszy, jedynie możliwość. Hipotezę jego wspierają wszakże bardzo ważkie 
argumenty. 

Jednego z nich dostarczył już Cook. 21 października 1769 zapisał w swym dzienniku: 
„Rośnie tu w Nowej Zelandii wiele dzikiego seleru, a od tubylców zakupiliśmy 10 do 15 funtów słodkich 

kartofli. Sadzą je w dość wielkich ilościach, ale chwilowo, z powodu wczesnej pory roku, jest ich jeszcze mało." 

Sześć tygodni później, w czwartek, 30 listopada 1769, znajduje się w rejestrze kar „Endeavour" następująca 

notatka: 

„Kazałem wymierzyć po dwanaście batów marynarzom Mathew Coxowi, Henry'emu Stevensowi i 

Emanowi Parreyrze, ponieważ wczoraj wieczorem przekroczyli swe obowiązki na lądzie i wykopali kartofle z 
uprawy. Pierwszego z nich posłałem znowu do aresztu, gdyż upierał się, że nie zrobił nic złego." 

Jesteśmy zdumieni. Słodkie kartofle w Nowej Zelandii? Skąd się tam wzięły? W Europie poznano tę roślinę 

pochodzącą z Ameryki 
0  wiele później. Jak to możliwe, żeby kartofle znalazły się w odległej Nowej Zelandii przed pojawieniem się 
białych? I uprawiano je w znacznych ilościach? Cook stwierdził także, że batat rozpowszechniony był prawie w 
całej Polinezji, znany tam od dawna 
1  uprawiany starannie od wielu pokoleń. 

Początkowo przypuszczano, że to prądy morskie przyniosły kartofle z ich amerykańskiej ojczyzny do 

Polinezji albo że dostały się

background image

 
tam na szczątkach rozbitych okrętów. Ale wkrótce okazało się to niemożliwe, gdyż słodki kartofel nie znosi 
wody, w słonej wodzie morskiej bardzo szybko gnije. 

Należy więc przyjąć, że batat został przywieziony na Morza Południowe z Ameryki, i to na okrętach 

sterowanych i obsadzonych przez załogi. Istnieli więc, i to wcale nie tak dawno temu, żeglarze, którzy podjęli się 
olbrzymiego ryzyka podróży z Ameryki Południowej przez Pacyfik. Uczynił to wprawdzie także Heyerdahi i 
załoga jego tratwy. Ale mieli oni mapy morskie, sekstansy i radio, wiedzieli, że w tej okolicy pustyni wodnej, 
dokąd pędziły ich wiatry i prądy, istnieje ląd. Nieznani dawni żeglarze nie wiedzieli o tym, mimo to wyruszyli i 
wylądowali szczęśliwie gdzieś w Polinezji. Ten wniosek znajduje dodatkowe oparcie w tym, że po jednej i 
drugiej stronie Pacyfiku, w Peru i w Polinezji, słodki kartofel ma tę samą nazwę. W języku polinezyjskim i w 
ąuechua, języku Inków, nazwano go kumara. Nie jest to oczywiście przypadek, zgodność językowa wskazuje 
raczej wyraźnie na istnienie nieznanych wczesnych związków między Ameryką Południową a Polinezją. Batat 
nie jest zresztą jedyną rośliną, która mogła zostać przywieziona z Ameryki. Jest ich wcale pokaźna liczba — a 
najważniejszą z nich jest bawełna. 

Już w jednym z poprzednich rozdziałów wspominaliśmy, że bawełna hodowana przez Indian Ameryki 

prekolumbijskiej jest skrzyżowaniem nasion bawełny Starego i Nowego Świata i że posiada 26 chromosomów. 
Botanicy amerykańscy zbadali liczbę chromosomów w gatunkach bawełny rosnącej w Polinezji i stwierdzili, że 
nie występuje tam gatunek ze Starego Świata o 13 wielkich chromosomach, lecz tylko bawełna z Nowego 
Świata o 26 chromosomach. 

Z opisów kapitana Robertsona, który brał udział w wyprawie angielskiej w latach 1766—1768, wynika, że 

bawełna istniała już w Polinezji, gdy przybyli tam pierwsi europejscy odkrywcy. Nie została więc przywieziona 
przez białych. Ptaki nie mogły jej tam przenieść z Ameryki, gdyż nie tkną one nasion bawełny. Nie mogą tu 
również wchodzić w rachubę prądy morskie, gdyż w wodzie nasiona te szybko gniją. Pozostaje więc jedynie 
ymiosek, że nasiona bawełny przywiezione zostały z Ameryki do Polinezji przez ludzi, którzy przybyli na 
okrętach sterowanych. 

Zapewne, są to tylko poszlaki, a nie konkretne dowody. Poza starym grotem znalezionym niedawno na 

wyspie polinezyjskiej 
Pitcairn, a według wiadomości dziennikarskich sporządzonym z amerykańskiego kwarcu, nie ma żadnego 
innego dowodu rzeczowego, który by przemawiał za naszym przypuszczeniem, że już na długo przed 
Europejczykami statki obsadzone załogami pokonały olbrzymią przepaść między Ameryką a cza równymi 
wyspami Mórz Południowych i że Polinezyjczycy przybyli do swej oceanicznej ojczyzny ze wschodu. 

A jednak trzeba przyznać, że wiele za tym przemawia. Między Ameryką Południową a Polinezją są tak 

liczne zgodności kulturalne, że identyczny rozwój po obu stronach Oceanu Spokojnego nie może chyba być 
tylko dziełem przypadku. 

Etnolog norweski Erland Nordenskjóld zestawił w 1931 roku w swej książce Origin of the Indian 

Civilisations in South America listę 49 elementów kulturowych, stanowiących wspólną własność Ameryki 
Południowej i Polinezji. Lista ta wykazuje zadziwiające zgodności. Dokonywanie najtrudniejszych operacji 
mózgu i czaszki — ten kunszt lekarski znany jest w równej mierze w Peru, jak i w Polinezji. Nordenskjdld 
stawia quipu, sznury rachunkowe Inków, obok sznurów węzłowych Polinezyjczyków; za ich pomocą można 
było podawać obserwacje astronomiczne, kursy żeglarskie i krótkie wiadomości. Wymienia trąbki z muszli, 
flety, ozdoby z piór, poncho, osobliwe zgodności w kalendarzu, identyczność kauyy, upajającego piwa 
Polinezyjczyków, z chichą, odurzającym napojem Ameryki Południowej, wskazuje na jednakowe sposoby 
sporządzania tkanin z łyka i kory drzewnej, porównuje haczyki u wędek, aieci, wiosła itd. Katalog ten sprawia 
wielkie wrażenie, zwłaszcza jeżeli się ogląda wymienione przedmioty i narzędzia. Nie chcemy tu twierdzić, iż 
jest to pełny dowód amerykańskiego pochodzenia Polinezyjczyków. Problem jest zbyt wielowarstwowy i 
złożony. Ale nie ulega wątpliwości, że istniały nie znane w szczegółach kontakty między wyspami Mórz 
Południowych a kontynentem amerykańskim. 

Jeżeli wreszcie zajrzymy do jakiejś locji Oceanu Spokojnego, to skłonni jesteśmy przyznać słuszność 

Heyerdahlowi i przyjąć, że polinezyjscy wyspiarze, jak w tysiąc lat po nich pierwsi Europejczycy, przybyli tam z 
Ameryki i że dla prymitywnych statków nie ma w ogóle żadnej innej drogi. 

Od zachodniego wybrzeża amerykańskiego do 160° długości wschodniej, a więc mniej więcej do Australii, 

dmie rokrocznie

background image

 
pasat wschodni. Zmienia on wprawdzie kierunek, zależnie od pory roku, z północnego na bardziej południowy, 
ale od równika aż do trzydziestu kilku stopni szerokości południowej panuje na ogół niepodzielnie. Nie ma tam 
prawie wiatrów zachodnich, wskutek czego wszystkie niemal prądy morskie płyną ze wschodu na zachód. 
Szybkość ich dochodzi nierzadko do dwóch lub trzech mil morskich i jeszcze między Wyspami Fidżi a Nowymi 
Hebrydami wynosi 40—45 mil morskich na dobę. 
I -----  ---------------- riźr. --------------  " ----------- ES --------------- S ------  

-HMK.HUDUHW^^hwmm i i 

.I.J 

Także w rejonie Hawajów, na 20—30° szerokości północnej, pasat wschodni dmie przez sześć miesięcy w 

roku. W zimie, od listopada do marca, wieje około piętnaście dni w miesiącu wiatr wschodni. Co dziwna, nawet 
Mariany i Karoliny znajdują się pod znacznym wpływem pasatu wschodniego. Im bliżej wysp Palau, tym 
częstsze są zmienne, co prawda, wiatry z kierunków, wschodnich. Przewaga monsunu jest wszelako ograniczona 
do Filipin, Nowej Gwinei i wschodniej Australii. Monsun północno-zachodni połączony z ulewnymi burzami i 
gwałtownymi orkanami występuje tam szczególnie zimą, tak że tubylcy zwykli od dawna odkładać swe podróże 
na przychylniejsze pory roku. 

Tak mówią locje. Lakoniczne dane wzmagają jeszcze nasz sceptycyzm w odniesieniu do twierdzenia, że 

Polinezja została skolonizowana z Azji południowo-wschodniej, a kto sam jest starym żeglarzem, ten nie może 
sobie wyobrazić, jak można odbyć taką podróż po trasie liczącej wiele tysięcy mil morskich. 

Thor Heyerdahl zajął się gruntownie tymi problemami w swoim wspomnianym już przez nas kilkakrotnie 

dziele American Indiana in the Pacific. Czy rozwiązał te kwestie — to rzecz inna. W każdym razie dostarczył 
ważkich argumentów przemawiających za tezą, że już dawno przed Europejczykami statki obsadzone załogą 
przepłynęły Pacyfik ze wschodu na zachód. 

Ostatni temat, który teraz wypada nam jeszcze w krótkości poruszyć, jest może najbardziej zagadkową 

częścią tego rozdziału, tak bogatego w zagadki. Mówiliśmy już o dziwnym „białym" bogu nazwanym 
Virakochą, który pewnego dnia zniknął na zachodzie, za morzem. Nazwisko Virakocha pochodzi z quech.ua, 
języka Inków, jest więc stosunkowo świeżej daty. Sam bóg jest jednak chyba 
0  wiele starszy. Należy niewątpliwie do przedinkaskiej kultury Tiahuanaco i nazywał się w owej epoce 
prawdopodobnie Kon-tiki, Illa-tiki albo Tiki. 

Tę samą nazwę na określenie boga, półboga lub świętego antenata spotyka się, o dziwo, także w. Polinezji. 

Heyerdahl podał wiele dowodów i tak pisze: 

„W tradycji krajów należących do rozległego państwa Inków bóg słońca Tiki znany był jako dawny władca, 

który w czasach przedinkaskich opuścił Peru, aby podjąć wyprawę na wschodni Pacyfik. Jest niewątpliwie 
godne uwagi, że w całej Polinezji istnieje również tradycja bogopodobnego praojca słonecznego, od którego 
bierze początek najwcześniejsza historia polinezyjska." 

Jest to w istocie godne uwagi, a znaczenia tej zbieżności nie umniejsza w niczym pogląd etnologa Hansa 

Plischke, który zwrócił niedawno uwagę, iż treść pojęciowa peruwiańskiego „Tiki", boskiego początku 
wszechrzeczy, nie pokrywa się z polinezyjskim „Tiki", który jako praojciec oznacza ludzki początek rzeczy. 

Bóstwa są, jak wiadomo, łatwo przenośne. Dowodzi tego wymownie wielość bóstw w Rzymie cezarów u 

schyłku czasów antycznych, zdumiewające rozprzestrzenienie się religii światowych i ich obrzędów wśród ras i 
na obszarach geograficznych, których rozwój nie był bynajmniej współmierny do tego rozprzestrzenienia oraz 
niezwykle ożywiony import i eksport wszelkich wyobrażeń o niebie 
1  Hadesie w „ojkumene". Pojęcie Kon-Tiki — świętego peruwiań- sko-polinezyjskiego praszczura i początku 
wszechrzeczy — było widocznie równie sugestywne jak niegdyś babilońsko-hebrajska

background image

 
koncepcja Adama, praojca rodu ludzkiego. Imię boga Kon-Tiki spotykamy również w Afryce u szczepu 
Bambara w Sudanie francu" skim. Madame Georges Magnan w Same pod Kayes zwróciła piszącemu te słowa 
uwagę na zdumiewający fakt, że Bambarowie tłumaczą słowa „szef", „dyrektor", „pan" itd. na swój język jako 
„Koungh-Tighi". Nie jest to zgodność przypadkowa. Trudno byłoby nam uwierzyć, że osobliwym zbiegiem 
okoliczności Bambarowie utworzyli te słowa bez żadnych wpływów zewnętrznych. Musiał tu istnieć jakiś nie 
znany bliżej kontakt ze światem Mórz Południowych. Jeśli przyjąć to założenie, ujawni się dopiero w całej pełni, 
jaki blask mesjaniczny i urzekająca siła biły od pojęcia Kon-Tiki. 

Jak to wytłumaczyć? Niewątpliwie tylko tak, że historyczny pra- wzór półboga i praszczura Kon-Tiki był 

nosicielem wielkiej, nowej idei. Zgodnie z tą koncepcją Kon-Tiki—Virakocha byłby wysłannikiem 
chrześcijańskim, którego jakieś osobliwe, nieznane losy zapędziły do Peru i na Morza Południowe. Nie da się to, 
oczywiście, udowodnić. Ale jeśli we wspomnieniach Marka Polo, Ibn Batuty i innych podróżników 
średniowiecznych czytamy, jak nieoczekiwanie spotykali się oni na całym świecie, pod obcym niebem, z roz-
proszonymi rodakami, jeśli zbadamy dowody stwierdzające, że misjonarze chrześcijańscy dotarli w 
średniowieczu do Indii i Chin, to nie wyda nam się niemożliwe, że naukę Jezusa o zbawieniu głoszono na 
wyspach Mórz Południowych na długo przed zbadaniem Pacyfiku przez Europejczyków. Zwłaszcza w 
Środkowej i Południowej Ameryce myśl o miłosiernym, łaskawym i wszechmocnym ojcu musiała uderzyć jak 
grom. Trudno o jaskrawsze oświetlenie „niemocy" własnych bóstw, które dla zachowania swych sił wymagały 
ofiar ludzkich, drgających serc i dymiącej krwi. Jeśli wysłannicy świata chrześcijańskiego istotnie przebyli 
wielki ocean dzielący dwa kontynenty, to oddziałali jako niezwykle silny ferment. Gdy to sobie uzmysłowimy, 
wówczas nie wyda nam się już zdumiewające, że promienna postać Virakochy—Kon-Tiki, Zbawiciela Inków, 
blask swój rozszerzyła po Afrykę.

background image

 

Cook po wielkich osiągnięciach swej pierwszej podróży został w niespełna rok później wysłany po raz drugi 

na Morza Południowe, co było niewątpliwie dowodem zaufania, jakie pokładali w nim lordowie admiralicji. 
ALe nie wyjaśnia to jeszcze, dlaczego drugą wyprawę w ogóle przedsięwzięto. Jest wątpliwe, ale nie 
wykluczone, że na tę decyzję wpłynęły zainteresowania geograficzne, prawdopodobnie jednak motywy lordów 
były o wiele konkretniejsze. Stosunki między Anglią a jej koloniami amerykańskimi zaczynały się psuć. Liczono 
się z możliwością usamodzielnienia się rozległych krajów za Oceanem Atlantyckim, które byłyby dla macierzy 
brytyjskiej stracone jako kolonie. W miarę jak ewentualność ta stawała się coraz bardziej realna, rosło z natury 
rzeczy zainteresowanie słynną terra australis, tajemniczym prakontynentem, którego szukali także Francuzi 
wysyłając tam coraz to nowe ekspedycje. Może leżał on na południo-wschód od Tahiti i Wysp Towarzystwa. A 
jeśli nie rozciągał się dalej niż do trzydziestu kilku stopni szerokości południowej, to był zapewne urodzajny. 
Możliwe, iż zawierał bogactwa naturalne, złoto, srebro, perły i drogie kamienie, jak Ameryka, dzięki której 
Hiszpania i Portugalia stały się w swoim czasie wielkimi i bogatymi państwami. Gdyby się te nadzieje spełniły, 
można by buntownicze kolonie pozostawić ich własnemu losowi. Byłoby to dostatecznym odszkodowaniem za 
nadwerężenie prestiżu i straty materialne, jakie pociągnęłoby za sobą odpadnięcie kolonii amerykańskich. 

Na wiosnę r. 1772 Cook otrzymał rozkaz odbycia drugiej podróży na Morza Południowe. Zdawał sobie 

jasno sprawę, że tym razem nic nie będzie ryzykował i nic ryzykować nie potrzebuje. Zażądał dwóch okrętów 
ekspedycyjnych i otrzymał je. Były to żaglowce handlowe „Drakę" i „Raleigh" o wyporności 462 i 336 ton; 
przemianowano je na „Resolution" i „Adventure" i oddano pod jego komendę. Okrętem flagowym jest 
„Resolution", „Adventure" prowadzi kapitan Furneaux. Znowu ładuje się na oba okręty kwaszoną kapustę, 
cytryny i pastę bulionową, tym razem na podróż obliczoną na dwa lata. Znowu wchodzą na pokład przyrodnicy: 
dwaj naukowcy niemieccy Johann Reinhold Forster i jego osiemnastoletni 
syn Johann Georg Adam Forster, udział w wyprawie biorą też dwaj astronomowie oraz malarz W. Hodges jako 
sprawozdawca albo, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, fotoreporter. Zabrano na pokład armaty, działa 
sześciofuntowe i kilka lżejszych dział obrotowych. 

Młodzi inżynierowie wielkich stoczni angielskich krzywią się na widok tych okrętów. Uważają to za 

straszliwy krok w tył! Potężna marynarka angielska zdobyła panowanie na morzach dzięki temu, że przed 
dwustu laty, jako pierwsza w świecie, zrobiła wyraźny podział między statkiem handlowym a okrętem 
wojennym. Statek handlowy jest poza kilkoma lekkimi działkami obrotowymi nie uzbrojony, pękaty, ciężki i 
wypełniony ładunkiem, okręt wojenny natomiast wąski i smukły, naszpikowany działami, a cała konstrukcja 
obliczona jest na jak najlepszą jego żeglowność. Nadaje mu to ogromną siłę bojową. Specjalizacja ta sprawiła, 
że angielska marynarka wojenna w ciągu stu lat, od połowy XVI do połowy XVII wieku, stała się najlepszą w 
świecie. Przestarzały typ okrętu uniwersalnego, który wiezie ładunek i armaty, musiał się wydać inżynierom z 
Plymouth i Bristolu krokiem wstecz. 

Ale Cook wiedział, czego chce. Nie chodziło mu wcale o doprowadzone do perfekcji zalety żeglarskie. 

Przeciwnie, gdy maszty „Resolution" wydają mu się za wysokie, każe je skrócić o dwie stopy. Pociągnęło to za 
sobą zmianę całego takielunku i spowodowało pewną zwłokę, Cook pozostał jednak niewzruszony; „Resolution" 
i „Adventure" wypłynęły z portu macierzystego w Plymouth dopiero 13 lipca 1772. 

Cook otrzymał tym razem rozkaz zupełnie jasny i określony. Ma żeglować przez Maderę do Przylądka 

Dobrej Nadziei, stamtąd posunąć się na południe, zbadać ląd, jeśli go odkryje, i płynąc na możliwie dalekich 
szerokościach południowych Pacyfiku wrócić przez Przylądek Horn do Anglii. Po raz pierwszy w historii 
żeglugi miało nastąpić opłynięcie kuli ziemskiej z zachodu na wschód. Rozkaz ten był wynikiem obserwacji 
nautycznych poczynionych przez Anglików podczas ich pierwszej podróży. Przekonali się bowiem wówczas, że 
tylko w okolicy 40° szerokości południowej mogą w pewnej mierze liczyć na stałe wiatry zachodnie. Prawie 
dwieście lat przed nimi wiedzieli już o tym Holendrzy. W 1598 roku kapitan Peter Plank z Holenderskiej 
Kompanii Wschodnio-Indyjskiej ułożył wytyczne żeglarskie, w których zaleca okrętom holenderskim płynącym 
do

background image

 
Część szósta — Zmora szkorbutu 
Indonezji, ażeby, począwszy od Przylądka Dobrej Nadziei, nie przebijali się przez obszar pasatów i ciszy 
morskiej w kierunku północno- wschodnim, lecz trzymali się możliwie najdłużej na południe od zwrotnika. Na 
tym kursie oszczędzą dziesięć do dwunastu miesięcy podróży. W szesnaście lat później, w r. 1614, nowy kurs 
został wypróbowany i okazało się, że kapitan Peter Plank miał słuszność. Statek płynący według jego 
wskazówek przebył trasę Capetown— Jawa w. sześć miesięcy, podczas gdy dwa statki żeglujące dawnym 
kursem wzdłuż wybrzeża Afryki wschodniej przybyły do celu dopiero po szesnastu względnie osiemnastu 
miesiącach. Było to jednak tajemnicą i Cook nie miał pojęcia o tych poczynionych już dawno doświadczeniach. 

Z końcem października 1772 r. obydwa okręty zawijają do Przylądka Dobrej Nadziei, a w trzy tygodnie 

później, po wzięciu na pokład nowych zapasów żywności, ruszają dalej na spotkanie wielkiej przygody. 
„Ryczące czterdziestki", jak żeglarze nazwali później równoleżniki w okolicy 40° szerokości południowej, 
zasługują w pełni na to określenie. Przez cały prawie czas wiatr dmie niemiłosiernie, burze następują po burzach, 
robi się zimno i 10 grudnia 1772 r. Cook zapisuje w dzienniku okrętowym, że choć na półkuli południowej 
panuje właśnie lato, to jednak pada gęsty śnieg i jest tęgi mróz. 

Podobnie jak podczas pierwszej wyprawy Cook wprowadził wachtę na trzy zmiany zamiast ogólnie 

dotychczas przyjętych dwóch zmian. Zarządzenie to ma na celu oszczędzanie sił marynarzy. Poza tym załoga 
otrzymuje ciepłą odzież i od czasu do czasu porządny łyk rumu. Nastrój jest dobry. Dopiero pierwsze wielkie 
góry lodowe, dostrzeżone 10 grudnia 1772, kolosy o długości trzech i pół kilometra i dwudziestu metrach 
wysokości, budzą pewną trwogę. Cook notuje w dzienniku: 

„A jednak siła i wysokość fal były tak wielkie, że morze chwilami góry te całkowicie zalewało. Był to 

wprawdzie piękny widok, ale gdy pomyśleliśmy o niebezpieczeństwie, ogarniała nas trwoga. Statek rzucony 
przez wzburzone morze o ścianę jednej z tych wysp lodowych zostałby natychmiast roztrzaskany w kawałki." 

Cook przypuszcza nie bez słuszności, że tak olbrzymie góry lodowe mogły powstać tylko na lądzie jako 

części potężnych lodowców. Musi ten ląd odnaleźć! Mimo wszelkich niebezpieczeństw postanawia 
Cook w Nowej Zelandii 
płynąć dalej na południe. Dnia 17 stycznia 1773 roku, po przekroczeniu koła podbiegunowego, znalazł się na 
67° szerokości południowej. Ale tu kra była tak gęsta, że dalsze posuwanie się na południe stało się niemożliwe. 
Cook postanawia wrócić, a ponieważ zima południowa stała już i tak za pasem, wziął kurs na Nową Zelandię. 
Był pierwszym człowiekiem, który dotarł tak daleko na południe. Niewiele brakowało, a byłby rzeczywiście 
natrafił na kontynent południowy, Antarktydę, jak ją dzisiaj nazywamy, mniej więcej w okolicy oznaczonej na 
naszych mapach jako kraj Enderby. 

Cook jednakże wrócił. W poniedziałek, 8 lutego 1773, spadła gęsta mgła. „Adventure" znikła z pola 

widzenia, nie odpowiadała na sygnały, nawet na strzały armatnie, i mimo rozkazu, aby na wypadek rozłączenia 
się krążyć w miejscu przez trzy dni, była niewidoczna, gdy mgła się podniosła. Ponieważ Cook umówił z 
Furneaux miejsce spotkania w Nowej Zelandii, ruszył ostatecznie w dalszą drogę. Z końcem marca wylądował w 
Zatooe Dusky u południowo-zachodni ego cypla Nowej Zelandii po stu dziesięciu dniach żeglugi na pełnym 
morzu, a wkrótce potem odnalazł też „Adventure", która zgodnie z rozkazem wzięła kurs na Nową Zelandię i 
tara dobiła do brzegu. 

Niebawem ukazują się tubylcy. Rozwija się ożywiony handel wymienny; Nowozelandczycy są szczególnie 

łasi na butelki i przedmioty żelazne. Skoro tylko zauważyli, że biali marynarze nie okazują bynajmniej niechęci 
do brunatnych kobiet, wyzyskują to w pełni. Forster pisze: 

„Gdy Nowozelandczycy spostrzegli, że w ten sposób najtaniej i najłatwiej dojdą do narzędzi, zaczęli 

niebawem uganiać się po całym okręcie i ofiarowywali każdemu bez różnicy swe córki i siostry. O ile mogliśmy 
zauważyć, nie pozwalali jednak kobietom zamężnym zadawać się z naszymi marynarzami. Ich pojęcia o cnocie 
niewieściej różnią się bardzo od naszych; niezamężna dziewczyna może mieć wielu kochanków bez żadnej ujmy 
dla swej czci." 

Forster zauważył też, że bynajmniej nie wszystkie kobiety skłonne były zadawać się z białymi, i dodaje w 

swym opisie: 

„Przypuszczamy, że Nowozelandczycy poniżyli się do tego haniebnego handlu dziewczętami dopiero 

wówczas, gdy żelazo wzbudziło wśród nich nowe potrzeby. Jest nieszczęściem, że odkrycia nasze kosztowały 
życie tak wielu niewinnych ludzi. Jest to jednak za

background image

 
prawdę drobnostką w porównaniu z niepowetowaną szkodą, jaką wyrządziliśmy im wywołując przewrót w ich 
zasadach etycznych. Toteż obawiam się, że znajomość z nami wyszła mieszkańcom Mórz Południowych jedynie 
na szkodę." 

Kapitan Furneaux, biorąc rozkaz admiralicji dosłownie, chciał przebyć zimę w Nowej Zelandii Ale Cook 

nie dawał spokoju. Jeśli istnieje ląd południowy, należy natychmiast wyruszyć na jego odkrycie. Z początkiem 
czerwca 1773 ekspedycja rusza w dalszą drogę. Stan zdrowotny na obu okrętach jest znakomity. Ale w kilka 
tygodni później na „Adventure" jest jeden wypadek śmierci na szkorbut, a około dwunastu marynarzy leży ciężej 
lub lżej chorych. Cook wkracza z całą energią. Zarządza wydawanie kiszonej kapusty, cytryn i innych środków 
przeciwszkorbutowych, stan zdrowia chorych poprawia się, ale Furneaux dopuścił się widocznie niedbałości i to 
opóźnia ekspedycję. 

Poza tym wiatr jest niepomyślny. Nawet na tych szerokościach południowych wieje z reguły wiatr 

wschodni, co ze zdziwieniem stwierdził Forster. W jego zapiskach z połowy sierpnia czytamy: 

„Najosobliwszym wydał nam się jednak wiatr od chwili naszego wyjścia z Queen Charlotte Sound aż do 

czasu, gdy nastał prawdziwy pasat. Oczekiwaliśmy mianowicie, że w środkowych szerokościach południowych 
między 50 a 40°, gdzie spędziliśmy największą część czasu, będziemy mieli stałe wiatry zachodnie, jakie w 
zimie zwykliśmy mieć na półkuli północnej. Zamiast tego jednak przekonaliśmy się, że wiatr w dwa lub trzy dni 
oblatywał cały kompas i tylko na rumbach wschodnich był w pewnej mierze stały i stamtąd dął czasami bardzo 
gwałtownie. Nazwa Ocean Spokojny, którą obejmuje się cały obszar Mórz Południowych, odpowiada zatem, 
moim zdaniem, tylko części położonej między zwrotnikami, gdyż tylko tam wiatr jest stały, pogoda zazwyczaj 
piękna i łagodna, a morze spokojniejsze niż na dalszych szerokościach." 

Wyprawa posuwa się bardzo powoli naprzód. Pewne było wprawdzie — według Forstera — „że na 

środkowych szerokościach Mórz Południowych nie ma wielkiego lądu", a Cook notuje 1 sierpnia w dzienniku 
okrętowym, że jego zdaniem, jeśli nieznany kontynent w ogóle istnieje, należy go szukać dalej na południu, na 
wschód od Nowej Zelandii. Ponieważ rozstrzygnąć to mogą nie poglądy i mniemania, lecz tylko fakty, 
konieczny byłby ponowny wypad na 
południe. Chwilowo wszakże nie można było o tym myśleć. Ze względu na chorych na „Adventure" Cook 
musiał dotrzeć możliwie szybko do Tahiti. Toteż już w środę, 25 sierpnia 1773, załogi obu okrętów rzuciły 
kotwice w zatoce Matavay. 

Tubylcy przyjęli Anglików życzliwie. Mieli jeszcze w miłej pamięci ich pobyt przed czterema laty, toteż 

kontakty zostały natychmiast nawiązane. Tym razem Cook, wolny od trosk, mógł w pełni rozkoszować się 
pięknością Tahiti Był głęboko wzruszony, gdy jego dawny przyjaciel, król Tahiti, rzucił mu się na szyję płacząc 
ze wzruszenia. Cook ofiarował królowi szczególnie cenny podarunek, „ponieważ uważałem tego człowieka 
jakby za swego ojca". Kapitan pozostał chłodnym obserwatorem, jakim był zawsze. Opisuje rzeczowo położenie 
gospodarcze Tahiti, które wydało mu się gorsze niż przed czterema laty, a jedyna dygresja, na jaką sobie 
pozwala, dotyczy wyczynów sportowych —wielce znamienne dla tego człowieka będącego na wskroś 
Brytyjczykiem! Największe wrażenie zrobił bowiem na nim kunszt pływania tubylców na Tahiti: 

„Przy brzegu było miejsce nie chronione przez rafy koralowe. Morze było tam rzeczywiście straszliwie 

wzburzone i nie przypominam sobie, bym gdziekolwiek widział większe fale. Każdy okręt byłby tu stracony, a 
europejskiego pływaka fale rozbiłyby natychmiast o skały. Ale tu właśnie było jedno z ulubionych miejsc kąpieli 
Tahityjeżyków. Gdy fala z szumem nadbiegała, nurkowali i ukazywali się znowu z niepojętą wprost zręcznością 
i lekkością po jej drugiej stronie. Pewnego razu wśród wzburzonych fal znaleźli rufę strzaskanej pirogi. 
Pochwycili za część drewnianą i pływając zaciągnęli daleko w morze, wdrapali się na nią i pędzeni przez fale i 
wiatr zbliżali się z szybkością strzały do linii przyboju. Zabawa ta zdawała się sprawiać im olbrzymią 
przyjemność. Zachowywali się przy tym tak swobodnie jak dzieci angielskie, gdy w parku Greenwich zjeżdżają 
z pagórków." 

Równie piękni jak natura są tutaj także ludzie. Odkrywcy ciągle podkreślają urodę tubylców i ujmujący 

sposób bycia. Opisując Wyspy Markizy i ich mieszkańców Forster notuje: 

„...Wśród młodych ludzi, którzy nie byli jeszcze punktowani ani tatuowani, można było zauważyć typy 

niezwykle piękne, regularność ich budowy wzbudzała w nas podziw. Nięktórych można było śmiało postawić 
obok arcydzieł sztuki klasycznej, na tym porówaniu nie

background image

 
byliby z pewnością stracili... Wyraz twarzy mieli wszyscy łagodny, otwarty i pełen żywości, do czego niemało 
przyczyniają się wielkie, czarne oczy. Włosy ich są również czarne, kędzierzawe i mocne, tylko u pojedynczych 
osób jaśniejsze, bardziej płowe..." Podobnie pisze Cook o tubylcach z Wysp Przyjacielskich: „Spotykaliśmy 
setki twarzy prawdziwie europejskich, a wśród nich niejeden iście rzymski nos." 

Gdy Europejczycy zjawili się w Polinezji, tubylcy nie byli już widocznie zdolni do takich wyczynów, jakich 

niegdyś dokonywali. Forster pisze jednak z uznaniem o pilności chłopów polinezyjskich. Pola wznosząoe się jak 
w Indonezji i Ameryce Południowej tarasami na stokach gór były nawadniane bardzo starannie i na zasadzie 
przemyślanego planu. Ale i w tej dziedzinie dokonano więcej w przeszłości, podobnie jak w dziedzinie żeglugi. 
Łodzie dalekomorskie wyspiarzy zasługiwały jeszcze i teraz na baczną uwagę. Forster opisał je w następujący 
sposób: „Było tam około 159 wielkich podwójnych łodzi wojennych 
0  długości 50—90 stóp... Wszystkie ich łodzie są podwójne albo po dwie przymocowane do siebie za pomocą 
15—18 silnych belek poprzecznych. Belki te leżą zazwyczaj w odległości 4'/2 stóp od siebie 
1  mają 12—24 stóp długości. Wystają one poza burty łodzi i wskutek swej znacznej długości tworzą pewnego 
rodzaju pokład o długości 50—70 stóp. Ażeby jednak ta wielka ilość belek poprzecznych posiadała rodzaj 
oparcia, Polinezyjczycy przymocowują ponad nimi, na ścianach zewnętrznych oraz w środku między obiema 
złączonymi łodziami jeszcze 2—3 krokwi wzdłuż. Przednia i tylna część wznosi się o kilka stóp ponad wodę, 
część tylna czasami nawet o 20 stóp... Tak połączone łodzie mieszczą około 144 wioślarzy oraz 8 oficerów, z 
których czterech stoi na rufach łodzi..." 

Do owych 152 ludzi załogi marynarskiej doliczyć należy jeszcze w zasadzie 15—20 zbrojnych. Łódź 

dalekomorska mieściła więc zazwyczaj 170—180 ludzi. Na takich statkach można było pokonywać bardzo 
znaczne odległości. Odbywano zapewne podróże morskie na trasie wynoszącej około 2000 kilometrów, 
przeważnie w obrębie trójkąta polinezyjskiego. Co prawda, już Forster zaznacza, że statki te nie nadawały się 
szczególnie do żeglowania bejdewindem i że były skonstruowane raczej do żeglugi fordewindem. Podobne 
spostrzeżenie zrobił sto pięćdziesiąt lat później badacz 

austriacki Hugo Adolf Bernatzik. W swym opisie podróży po Morzach Południowych wspomina, że jego 

łódź z pływakiem równoważnikowym osiąga przy pełnym wietrze szybkość parowca i że mimo pozornej 
kruchości przewyższa pod względem własności morskich europejskie żaglowce motorowe. Widząc, jak łódź 
stawiała czoło porywistemu wiatrowi i wzburzonemu morzu, zdał sobie sprawę, iż na takich łodziach żaglowych 
już w zamierzchłej przeszłości ludzie mogli dotrzeć bezpiecznie na wyspy Oceanu Spokojnego i tam się osiedlić. 
Przytaczamy następujący ustęp z jego opisu, gdyż wprost wierzyć się nie chce, aby Polinezyjczycy mogli na 
swych prymitywnych łodziach długo manewrować przeciw wiatrom, prądom i falom: 

„Manewrowanie nie było bynajmniej łatwe. Przy zwrotach trzeba było obracać łódź o 180°, tak źe rufa 

stawała się dziobem, a potężne, ciężkie wiosło sterowe należało w tym celu przenosić na drugi koniec łodzi." 

Pokrywa się to w zupełności z przypuszczeniami, którym daliśmy już wyraz w książce Siódma minęła, 

ósma przemija, omawiając technikę żeglarską Polinezyjczyków. Czytelnicy, którzy sami stali kiedyś przy sterze 
żaglowca, zrozumieją, że nie mogliśmy pominąć tego potwierdzenia zamieszczonych tam rozważań. Do nich też 
apeluję. Albowiem przy omawianiu problemu polinezyjskiego doszli do głosu oprócz historyków, geografów i 
antropologów także przedstawiciele najbardziej odległych dziedzin wiedzy i umiejętności. Tylko fachowców, 
których by to przecież szczególnie zainteresowało, nikt nie pytał o zdanie — mianowicie żeglarzy. Nie ma już 
chyba zbyt wielu takich, którzy widzieli na własne oczy polinezyjskie łodzie dalekomorskie albo nawet na nich 
żeglowali. Ale, zwłaszcza w świecie anglosaskim, żyje może jeszcze ten lub ów stary żeglarz. Tych powinno się 
wreszcie zapytać, czy można manewrując pod wiatr i prąd przepłynąć na statkach tego rodzaju tysiące mil 
morskich na wschód! 

Po kilkudniowym pobycie na Tahiti Cook wyruszył wreszcie na południe. Trasa jego biegła przez Wyspy 

Towarzystwa i Wyspy Przyjacielskie do Nowej Zelandii, a stamtąd znów w stronę bieguna południowego. Tym 
razem Cook dotarł do 71° szerokości południowej; dalsze posuwanie się na południe udaremniło ponownie nie-
zmierzone pole lodowe. 

Podczas podróży do Nowej Zelandii „Adventure" znowu znikła

background image

 

z pola widzenia, tym razem na dobre, aż do owego odległego dnia, gdy Cook zobaczy ją znów w Plymouth. 

Powodzenie drugiej wyprawy zawisło więc wyłącznie od losu „Resolution". Cook zdawał sobie z tego sprawę. 
Zapiski w dzienniku podczas owego drugiego wypadu w stronę Antarktydy odzwierciedlają trapiące go bezu-
stannie troski. Pod datą niedziela, 30 stycznia 1774, czytamy: 

„O 4 godzinie rano zauważyliśmy, że chmury na południowym nieboskłonie mają niezwykle biały poblask. 

Oznaczało to, że zbliżamy się do pola lodowego. Wkrótce potem dojrzano je z bocianiego gniazda. Można było 
rozróżnić 97 gór lodowych, które piętrzyły się nad sobą gubiąc się w chmurach. Sądzę, że tak wielkich gór lodo-
wych nie zaobserwowano nigdy na morzach grenlandzkich... 

Na południu za polem lodowym musi leżeć ląd. Ale nie może on być schroniskiem dla ptaków lub innych 

stworzeń, gdyż jest prawdopodobnie całkowicie pokryty lodem. Ja, który miałem ambicję dotrzeć na południe 
nie tylko dalej niż ktokolwiek przede mną, ale w ogóle tak daleko, jak to jest dla człowieka możliwe, nie martwi-
łem się z powodu tej przeszkody. Wyszła nam ona poniekąd na dobre albo co najmniej zmniejszyła 
niebezpieczeństwa i uciążliwości, z którymi związana jest żegluga w okolicach antarktycznych. To, że wróciłem 
i wziąłem kurs na północ, nie wymaga dalszego uzasadnienia. Znajdowaliśmy się na 71° 10' szerokości 
południowej." 

Podobnie jak podczas pierwszej wyprawy Cook mógłby był także teraz wrócić do Anglii najkrótszą drogą 

przez Przylądek Horn. Z zapasami żywności rzecz miała się zgoła nieświetnie. Suchary okrętowe roiły się od 
czerwi, 300 funtów uległo zupełnemu zepsuciu, a pozostałe zapasy ,mogli jeść tylko ludzie w naszym 
położeniu". Tak pisał Cook w oficjalnym dzienniku okrętowym. Szczegółów dowiadujemy się od Forsterów: 

„Pora posiłku była nam nienawistna. Gdy tylko poczuliśmy zapach potraw, nie mogliśmy przełknąć niczego 

z niejakim apetytem... Przy tym droga na południe była niewymownie jednostajna i nudna. Lód, mgła, sztormy i 
silnie wzburzone morze składały się na ponury obraz, który rzadko tylko rozjaśniały przelotne promienie 
słońca." 

Na pokładzie zapanował posępny nastrój, gdy okazało się, że kapitan, choć sam chory na woreczek 

żółciowy, bierze kura nie do ojczyzny, lecz na Wyspę Wielkanocną. Ale zamknięty w swej kaju 

cie, ciężko chory Cook, którego jęki słychać było aż na pokładzie, nie wypuścił cugli z rąk. Na okręcie 

panowała Jedna wola i do buntu nie doszło. Nawet prosty marynarz zdawał sobie sprawę, że Cook nie mógł 
inaczej postąpić.* Na olbrzymich bezmiarach wodnych wokół Wyspy Wielkanocnej znajduje się ostatnia wielka 
biała plama południowego Pacyfiku. Czyżby tam leżał ląd południowy? 

Samolot stratosferyczny Nowy Jork—Valparaiso—Sydney jest zajęty do ostatniego miejsca, aczkolwiek 

odbywa dopiero lot próbny. Od czasu, gdy lotnicy australijscy i chilijscy oficerowie marynarki wypróbowali 
nową drogę powietrzną do Australii z -lądowaniem w Rapa Nui, nie tylko pasażerowie z Chile, Brazylii, 
Argentyny i Peru, ale i północni Amerykanie żywo interesują się nowym połączeniem z piątym kontynentem, 
które jest o wiele krótsze niż droga przez Hawaje. Z Valparaiso do Rapa Nui jest około 2000 mil morskich, tj. 
sześć godzin lotu. Po dalszych pięciu godzinach nastąpi lądowanie na Pitcairn, wyspie w Archipelagu Gambiera, 
na której rozegrały się ostatnie akty dramatu „Bounty", po czym nie jest już wcale daleko do Nowej Zelandii i 
Australii 

Nowa linia, którą w r. 1952 po raz pierwszy poleciał pilot australijski i na której w najbliższym czasie ma 

być podjęta regularna komunikacja, nie należy do zbyt zajmujących. Ale nie jest nią też żadna inna linia 
powietrzna, biegnąca nad Morzami Południowymi. Wszystkie wiodą pod pustynią nieba i nad pustynią wody. 
Żadnego samolotu, żadnego okrętu, bardzo rzadko jakiś bezimienny atol. Trasa przez Rapa Nui dostarcza więcej 
wrażeń. Jeszcze przez długą chwilę po starcie w Valparaiso widać po wschodniej stronie nad horyzontem 
wysoką na 7000 m Aconcaguę, najwyższy wierzchołek długiego, poszarpanego łańcucha Kordylierów, a blask 
jego czap lodowych widoczny jest z odległości kilkuset kilometrów. Po dobrej godzinie lotu, z lewej strony w 
dole wyłaniają się z morza Wyspy Juan Fernandez. Tu żył niegdyś Aleksander Selkirk, marynarz szkocki, który 
pokłóciwszy się ze swym kapitanem, dał się wysadzić w Mas-a-tierra, największej z trzech wysp tej grupy, i 
wytrzymał tam przez cztery lata — wzór dla Robinsona Cmzoe

background image

 
Część szósta — Zmora szkorbutu 
Defoego. Potem jednak nie ma już nic, horyzont jest pusty, a w dole sama woda, pomarszczona lekko jak krepa, 
nie poznać po Jliej, że regularne, delikatne zmarszczki oznaczają fale o wysokości dwunastu i więcej metrów. 

Około południa zarysowują się daleko na horyzoncie cienkie linie. Rosną, wznoszą się coraz wyżej, stają się 

wyrazistsze. Potem widać także gołym okiem unoszącą się nad wodą olbrzymią wieżę z chmur, gęsto stłoczoną, 
białą z ciemnofioletowymi cieniami. Takie wieże spotyka się wszędzie na Pacyfiku. Tworzą się nad każdą 
większą wyspą w następstwie gorącego prądu powietrza, wytryskującego 
z rozżarzonej słońcem skały, lśniącego piasku koralowego lub rozgrzanych lagun. W górze, wskutek niezmiernie 
szybkiego unoszenia się, gorące powietrze ulega ochłodzeniu, zgęszcza się i tworzy owo spiętrzenie chmur, 
wysokie na pięć tysięcy i więcej metrów, wskazujące nieomylnie, że głęboko pod nimi leży ląd. Niegdyś 
orientowali się według nich Polinezyjczycy podczas swych dalekich podróży, dzisiaj są one drogowskazami dla 
kapitanów wielkich towarzystw lotniczych. Z przodu, po prawej stronie samolotu, pod potężną wieżą z chmur 
leży Rapa Nui. 

W dwadzieścia minut później wyzierają z mgły kontury wysokich na 500 m wulkanów Puakatiki na 

wschodnim półwyspie Poike, z których jeden, Rano-aroi, leży bardziej na północ, a drugi, Rano- kao, na 
południo-zachodzie. W samolocie rozdają gumę do żucia; dziób stratosferycznego krążownika lekko się zniża, a 
olbrzymia maszyna wchodzi szerokim łukiem pod wschodni wiatr na linię lądowania. Srebrzyste jak zamki z 
bajki, ale jeszcze małe. jak zabaweczki ukazują się w dole budynki lotniska i hotel dla turystów. Nie opodal 
ciągną się domy wsi Hanga-roa, jedynego osiedla 
Wyspa Wielkanocna 
na Wyspie Wielkanocnej. Tam, owa okazała, biało otynkowana budowla — to pewnie kościół. Opiekuje się nim 
ojciec Sebastian, brodaty Bawarczyk, którego potem poznaliśmy bliżej. Budynek tuż obok to chyba szkoła, a 
biało malowane prostokąty, których okna w promieniach słońca rzucają lśniące refleksy, to domy wybudowane 
ostatnio na Wyspie Wielkanocnej. Rozłożyliśmy na kolanach wspaniały prospekt wydany przez założone w 
1946 roku Towarzystwo Przyjaciół Wyspy Wielkanocnej (La Sociedad Amigos de la Isła de Pascua), toteż 
orientujemy się dobrze. Pasażerowie przerzucają kartki prospektu. Wszyscy patrzą teraz z podnieceniem 
Is 
w dół. I rzeczywiście — najpierw tylko tu i ówdzie, a potem już wszędzie dookoła wznoszą się wśród ubogiego, 
szarozielonego pejzażu pojedyncze wysokie bloki skalne, w łącznej liczbie około sześciuset — zagadkowe 
głowy olbrzymów Rapa Nui, wyspy, na którą w niedzielę wielkanocną 1772 roku dotarł jako pierwszy Euro-
pejczyk admirał holenderski Roggeveen; nazywa się ona odtąd Wyspą Wielkanocną. 

Wyspa opuszczona przez bogów, samotna i zagubiona wśród bezmiarów morza, jest przypadkowym 

wytworem wulkanicznych sił trzeciorzędu. Wyrasta niespodziewanie z 3000 m głębokości, długa na 20 km, o 
obszarze 179 kilometrów kwadratowych. Brzmi to imponująco. Ale od wybrzeża Chile dzieli nas 3500 km, od 
Pitcairn, wyspy w Archipelagu Gambiera, najbliższego lotniska na zachodzie, 1900 km, a taka sama jest mniej 
więcej odległość od Markiz, Tua- motu czy Archipelagu Tubuai w Polinezji. Wyspa Wielkanocna jest więc w 
istocie znikomo mała. Toteż jej mieszkańcy od dawna uwa

background image

 
Część szósta — Zmora szkorbutu 
żali się za zupełnie izolowanych. Nazwali swą wyspę Tepito te Henua, „pępkiem ziemi". 

Wiedzieli też zawsze, że są przybyszami z dalekiego, obcego kraju za szerokim morzem W ich najstarszych 

sagach i legendach nie znajdujemy żadnej wzmianki, jakoby Rapa Nui było dawniej o wiele większą i ostatnią 
pozostałością zatopionego w morzu kontynentu — owego tajemniczego lądu, który okultystka Helena Bławatska 
widziała niegdyś w swych wizjach, pełnego wsi i miast, rządzonego przez olbrzymów. W gigantycznych 
obliczach Wyspy Wielkanocnej kamieniarze stworzyli nie symbole bogów, lecz własne podobizny. Już na sto lat 
przed Bławatską wierzono, że na Wyspie Wielkanocnej żyli olbrzymi ludzie, tak wielcy, że można było 
wygodnie przejść między ich nogami. Było to w czasie, gdy Roggeveen ogłosił po powrocie pierwsze opisy swej 
podróży. Prawie równocześnie ukazała się słynna satyra Swifta Podróże Guliwera. W świadomości 
współczesnych baśń o olbrzymach z kraju Brobdingnag stopiła się z niemniej baśniowymi opisami Roggeveena. 
Dopiero Cook położył ostatecznie kres tym dziecinnym bajeczkom. 

Kosmogonia glacjalna Hórbigera również nie znalazła oparcia w tradycjach osobliwej wyspy. Nic tam nie 

wiadomo o runięciu księżyca w epoce trzeciorzędu, jak to zakłada hipoteza Hórbigera, nie zachowały się żadne 
wiadomości o nagłym odpływie mas wodnych, które praksiężyc przez swą siłę przyciągania utrzymywał jako 
olbrzymią górę wodną na równiku. Żaden człowiek na Wyspie Wielkanocnej nie słyszał, jakoby w owej 
bezksiężycowej epoce rozległe obszary morskie były suchym lądem — „kontynentem Wyspy Wielkanocnej" na 
wschodzie i krajem „Lemurią" na zachodzie, siedzibami prastarej kultury. Nie wiedzą nic o wulkanach, choć 
mają ich z tuzin na wyspie i choć istnieje tam wiele gorących źródeł i innych świadectw działalności 
wulkanicznej. Nie mają w swym języku określeń ani na ziejącą ogniem górę, ani na katastrofy wulkaniczne. 

Być może, że katastrofy kosmiczne, o jakich mówi Hórbiger, zdarzyły się istotnie, ale działo się to tak 

dawno, że współcześni geologowie, którzy wielokrotnie badali Wyspę Wielkanocną, nic już nie mogli 
stwierdzić. Kuli, wiercili i oglądali niemal każdy kamień. W wyniku tych badań stwierdzono ostatecznie, że na 
tym obszarze nie zaszły od setek tysięcy lat żadne katastrofy kosmiczne 
Wyspa Wielkanocna 
o większych rozmiarach 1 że minerały Wyspy Wielkanocnej nie wykazują żadnego związku z formacjami 
kontynentalnymi. Rapa Nui n i e jest więc pozostałością zaginionego kontynentu, jej kultura n i e jest 
autochtoniczna — wyspa ta niegdyś w jakiś sposób i skądś została skolonizowana. 

To jest jedyne, co można z jaką taką pewnością powiedzieć o Wyspie Wielkanocnej — od czasu jej 

odkrycia aż po dzień dzisiejszy. Jednakże gdy amerykańscy badacze oceanów odkryli jesienią 1946 roku w 
odległości zaledwie 600 mil morskich od zagadkowej wyspy podwodne pasmo górskie, które ma z nią, być 
może, jakieś połączenie, i ten rzekomy pewnik został zachwiany. Ponieważ dotychczas nic bliższego o tym nie 
ogłoszono, musimy stan rzeczy podać tak, jak się nam przedstawia w chwili, gdy schodzimy po stopniach z 
samolotu i po raz pierwszy stawiamy nogę na owianej tajemnicą wyspie* 

Została ona dostrzeżona po raz pierwszy już przed około dwustu pięćdziesięciu laty. W 1687 roku 

dżentelmen-pirat Edward Davis ujrzał z pokładu swego okrętu flagowego ,3achelor's Delight" ląd na 27° 
szerokości południowej, a więc mniej więcej w okolicy Wyspy Wielkanocnej. Opisał ten ląd dość dokładnie, był 
pewny, że dostrzegł wyspę. Ale nie miał czasu na lądowanie. Napadł i złupił w Nikaragui miasto City of León, a 
teraz pędził z rozwiniętymi żaglami na południe, mając jeszcze w ściekach okrętowych błyszczące drogie 
kamienie, a wszystkie pomieszczenia pod pokładem zapchane skrzyniami złota. Ponieważ w owych czasach 
wszyscy wierzyli w bajkę o bogatym a nieznanym lądzie południowym, zrobiono z tej wyspy tajemniczą, bogatą 
i szczęśliwą krainę i nadano jej nazwę „Kraj Davisa". Szukając go na próżno, Roggeveen natknął się w 1772 
roku na wyspę. Trzy jego okręty stały zakotwiczone przez pełny tydzień na redzie przed skalistym wybrzeżem, 
ale że pogoda była zła, a silnie wzburzone morze utrudniało lądowanie, jemu i marynarzom udało się raz tylko 
dotrzeć na wyspę, gdzie przebywali przez jeden dzień. Wyprawa Roggeveena zatrzymała się więc na wyspie nie 
dłużej niż my. Od odlotu dzieli nas tylko kilka godzin, ale autobusy przemierzają ubogi kraj wzdłuż i wszerz, 
więc widzimy znacznie więcej niż owi dawni podróżnicy holenderscy. Droga, co prawda, nieco wyboista, 
wiedzie na południo-zachód do portu Hangapiko w Zatoce Cooka, gdzie wielki żeglarz angielski niegdyś rzucił 
kotwicę,

background image

 
Część iiiAala — Zmoro sskorbutu 
a obecnie raz do roku zawija kursujący regularnie statek chilijski. Potem jedziemy na południe, do świętego 
podziemnego miasta Orongo, gdzie dawniej z nastaniem wiosny odbywały się uroczystości religijne ku czci 
boskiego człowieka-ptaka, a w roku 1046 oczekiwała śmierci, dożywszy stu czternastu lat, ostatnia królowa tej 
osobliwej wyspy. Wreszcie zaś kierujemy się wzdłuż południowego wybrzeża na wschód do Rano-raraku, 
świętej góry, gdzie z wulkanicznych skał wyciosano owe gigantyczne głowy ludzkie, które rozsławiły Rapa Nui 
na całym świecie. Stoją na stoku wzgórza lub na sztucznie wzniesionej i obmurowanej platformie i patrzą z 
niezgłębionym spokojem na kraj i morze; ich uroczysta monotonia i milcząca wielkość sprawiają niezatarte 
wrażenie. 

Pod ich urokiem znalazł się już Carl Friedrich Behrens, podoficer Roggeveena. Z morza dostrzegł on na 

lądzie coś, co wyglądało jak potężne pomniki. Zorientował się, że to posągi bóstw, gdyż nocą widać było ognie 
ofiarne, a następnego ranka zauważono, że tubylcy padają przed olbrzymimi głowami jak gdyby do modlitwy. 
Ze względu na niepomyślny kierunek wiatru wylądowano wszelako dopiero w dwa dni później, tj. 8 kwietnia, 
we wtorek po Wielkanocy: 

„Z około 150 ludźmi, żołnierzami i marynarzami, wyszliśmy następnie w imię Boże na ląd, a admirał wziął 

w tym udział we własnej osobie. Byłem do niego przydzielony razem z kilkoma innymi ludźmi. Pierwszy 
postawiłem nogę na wyspie. Mieszkańcy wyspy przybyli do nas tak tłumnie, że nie mogliśmy prawie się 
przecisnąć. Niektórzy ośmielili się chwytać za nasze karabiny, toteż musieliśmy dać do nich ognia, wskutek 
czego bardzo się przerazili i rozbiegli. Wielu zastrzelono. Wśród tubylców powstało wielkie zamieszanie. 
Jeszcze wnuki ich będą w przyszłości o nas opowiadały... Ludzie cl byli weseli, foremni, silnie zbudowani, 
niezbyt chudzi, rączy w nogach, o miłych i wdzięcznych ruchach, ale zarazem bardzo boja- źliwi. Mieli smagły 
kolor skóry, mniej więcej Jak Hiszpanie, choć niektórzy byli ciemniejsi albo też zupełnie biali, a inni znów 
czerwonawi, jakby opaleni od słońca. W domach ich nie znaleziono żadnych godnych uwagi ruchomości, z 
wyjątkiem czerwonych i białych koców, którymi odziewali się i na których spali. Gdy się te koce wzięło do ręki, 
były jak jedwab. W okolicy, w której ataliśmy, znajdowała się wieś licząca około dwudziestu domów. Ludzie 
nie mieli żadnej broni. Polegali na swych bogach i posągach bożków, 
Wyapn Wlolknnocna 
których wielka liczba wznosiła się na brzegu. Upadali przód nimi na twarz 1 modlili się do nich. Posągi były 
wyciosane z kamienia i ukształtowane jak ludzie, z długimi uszami, z koroną na głowie, sporządzone z wielkim 
kunsztem, czemu bardzośmy się dziwili." 

A admirał Behrensa, Jacob Roggeveen, tak zapisał w dzienniku: 
„Ogarnęło nas zdumienie na widok tych posągów. Nie mogliśmy pojąć, jak ludzie nie posiadający ciężkiego 

i grubego drzewa do zbudowania rusztowań ani też silnych lin wznieśli posągi, które miały 30 stóp wysokości i 
odpowiednią do tej wysokości grubość." 

Na samotnej wyspie istnieje Jeszcze wlęoej niezwykłych rzeczy. Wszędzie kręcą się, jak pisze Behrens, 

kury, „które są zupełnie takie same jak u nas". Bez trudu udaje się przybyszom nabyć kilkaset kur. Skąd się tu 
wzięły? Nic umieją przecież latać! Poza tym są tam wielkie pola ziemniaków, których Behrens Jeszcze nie znał, 
a „które smakują prawie Jak chleb 1 zastępują też chleb tubylcom", nadto zaś trzcina cukrowa i wiele pisamgów 
(bananów). 

Carl Friedrich Behrens odnosi z Wyspy Wielkanocnej bardzo korzystne wrażenie i reasumując pisze: 
„Co się tyczy pożywienia mieszkańców wyspy, zdaje się, że mają je z uprawy roli, gdyż wszystko było tam 

obsadzone i uprawione, a role i niwy odmierzone akuratnie pod sznur i bardzo porządnie zagospodarowane. W 
czasie gdyśmy tam byli, wszystko właśnie dojrzewało... Wyspa jest dobrze i wygodnie położona, aby zażyć na 
niej odpoczynku... Powinno by się tu zasiać zboże 1 założyć winnice. Mogłoby się to okazać bardzo pożyteczne 
w razie nowej wyprawy w celu odkrycia lądu południowego." 

Było to proroctwo, które spełniło się pod niejednym względem. W 1868 były oficer francuski Jean O. 

Dutrou-Bornier założył winnice, plantacje trzciny cukrowej 1 innych roślin, tak że dzisiaj można się przechadzać 
po wielkich parkach, w których zbiera się cztery razy do roku figi, pomarańcze, banany, cytryny, ananasy, palty, 
chirimojc, papaje, kukurydzę, tytoń i kawę. Wyspa Wielkanocna służyła istotnie za stację aprowJzacyjną 1 
miejsce lądowania podczas badań Antarktydy. Admirał amerykański Byrd zawinął tam kilka razy w drodze do 
kraju lodów i wulkanów na biegunie południowym. 

Gdy w pięćdziesiąt lat po Roggeveenie Cook i jego ludzie przybyli na Wyspę Wielkanocną w nadziei, że 

podobnie Jak Holendrzy

background image

 
Część szósta — Zmora szkorbutu 
będą mogli nabyć tu świeże środki żywności, spotkało ich wielkie rozczarowanie. Kiedy w niedzielę 13 lutego 
1774 rzucili u wyspy kotwicę, podpłynęli do nich zaraz tubylcy wręczając im na powitanie wielki pęk bananów. 
Georg Forster zanotował z zachwytem: 

„Trudno opisać, jaką ogólną i nieoczekiwaną radość sprawił widok tych owoców. Tylko ludzie tak 

wyniszczeni, jak my byliśmy wówczas, mogą mieć o tym pewne wyobrażenie. Więcej niż pięódżiesięciu ludzi 
na raz zaczęło z nadmiernej radości rozmawiać z tubylcami w kanu..." 

Nazajutrz wysłano na ląd oddział marynarzy, wiele sobie obiecując. Znaleźli oni istotnie kilka pól kartofli, 

tu i ówdzie ujrzeli też jakąś kurę, gdzieniegdzie rosły banany i trzcina cukrowa, ale wszystko to było skąpe i 
mizerne. Po dzień dzisiejszy słuszna jest uwaga Cooka: 

„Żaden naród nie potrzebuje spierać się o zaszczyt odkrycia tej wyspy. Mało jest zaiste miejscowości, które 

by żeglarzowi ofiarowywały mniej powabów. Nie ma tam dogodnego miejsca do rzucenia kotwicy, nie ma 
drzewa opałowego ani świeżej wody, którą opłaciłoby się wziąć na pokład." 

Przez trzy dni marynarze przemierzali wyspę wzdłuż i wszerz, ale wdzięczne pastwiska opisane przez 

Roggeveena zniknęły. Często spotykali spustoszone pola, ślady dawnych upraw, resztki brukowanych dróg, 
szczątki urządzeń portowych, ruiny licznych wsi z budowlami z kamienia — wyglądało to tak, jak by jakaś 
straszliwa katastrofa nawiedziła wyspę. 

Wyprawy ostatnich czasów potwierdziły owo wrażenie. Odkryto w kraterze wygasłego wulkanu Rano-

raraku warsztat kamieniarski, w którym sporządzano głowy olbrzymów. Stoi tam i leży około stu pięćdziesięciu 
figur we wszystkich stadiach obróbki, od mniejszych do 23-metrowego kolosa, niektóre jeszcze na walcach 
kamiennych, na których je transportowano, inne porzucone po drodze, inne wreszcie w stanie surowym i 
połączone z wulkaniczną skałą, z której wyrąbywano je w jednej bryle. Obok leżą narzędzia kamieniarzy — dwa 
rodzaje dłut z obsydianu i wielkie, poręczne kawały pumeksu, którymi polerowano kolosy. Wszystko to sprawia 
wrażenie, jak gdyby werkmistrze nagle musieli przerwać robotę i uciekli na łeb na szyję. Czy nastąpiła jakaś 
katastrofa wulkaniczna? Nic o tym nie wiadomo i nie ma na to żadnych dowodów. Czy prawdziwe są 
Kamienne kolosy 
wyjaśnienia tubylców, że pięć czy sześć pokoleń wstecz, a więc według naszego rachunku około połowy XVIII 
wieku, między pobytem Roggeveena a Cooka, szalała krwawa wojna domowa? Nie jest to wykluczone, ale nie 
jest też faktem stwierdzonym. 

Same zagadki! 
W Boliwii znane są wprawdzie z epoki kultury Tiahuanaco podobne gigantyczne dzieła z kamienia, a typ 

głów-monolitów spotkać możemy także w dolinie San Agostin w Kolumbii, w Gwatemali i Jukatanie. Ale 
tysiące kilometrów dzielą te okolice od Wyspy Wielkanocnej i mimo pewnego podobieństwa nie jest wcale 
pewne, czy między głowami olbrzymów na kontynencie południowoamerykańskim a takimiż głowami na 
samotnej wyspie Mórz Południowych zachodzi istotnie jakiś związek. Pewności tej' nie można uzyskać nawet 
porównując kamienne lub wycięte w drzewie posągi na Markizach, Pitcairn lub Raivarae, położonych najbliżej 
Rapa Nui, z rzeźbami na Wyspie Wielkanocnej. Głowy na Rapa Nui z ostrymi rysami twarzy, prostymi nosami, 
wąskimi ustami i silnie rozwiniętą szczęką dolną odznaczają się w gruncie rzeczy wybitną oryginalnością i 
specyficzną odrębnością. 

Zastanawiano się, jaki motyw kultowy czy impuls religijny mógł pobudzić ludzi epoki kamiennej żyjących-

na Wyspie Wielkanocnej do stworzenia swymi niedoskonałymi narzędziami kamiennych gigantów. Ożywiała 
ich widocznie taka sama, ponad wszelkie wyobrażenie mocna wiara, jaka ludzi średniowiecza skłaniała do 
wznoszenia w ubogich miastach okazałych katedr, do poświęcania pieniędzy, dóbr i życia pokoleń, by budować 
przepyszne domy Boże, godne, według ich mniemania, Stwórcy świata i boskiego sędziego. Wiekowi naszemu 
brak wszelkiej wiary poza wiarą w bożka postępu, toteż nie znajdziemy klucza, który by mógł otworzyć nam 
tajemnicę piramid, katedr europejskich i kolosów Wyspy Wielkanocnej. 

Nierozwiązalna jest także ich zagadka od strony technicznej. Można sobie wprawdzie wyobrazić i według 

stanu znalezisk z niejaką pewnością odtworzyć sposób, w jaki wykonana została robota kamieniarska — 
aczkolwiek dzisiaj żaden rzeźbiarz nie mógłby tego dokonać. Można sobie także wyobrazić, w jaki sposób 
ustawiano oporne bloki skalne: wykopywano dół, przystawiano rampę i spuszczano idole z ich fundamentami w 
zagłębienie pod rampą. Ale skąd brano liny, walce i dźwigi, niezbędne do transportu tych ciężarów,

background image

 
jak pokonywano bardzo znaczne różnice wzniesień na Wyspie Wielkanocnej, skąd wzięły się potrzebne do tego 
masy ludzkie? Jest to i pozostaje nie wytłumaczone. 

Roggeveen i Behrens sądzili w r. 1772, że na wyspie żyje kilka tysięcy dusz. Nauka sądzi, że nie było ich 

więcej niż dwa tysiące, i szacuje liczbę mieszkańców za czasów Cooka na około 1500. Ta skromna ilość nie 
wystarczyłaby jednak, aby wyżłobić dłutem około 600 posągów z krateru Rano-raraku, przewieźć je i ustawić. 
Nie stoją one bowiem w terenie bezładnie, lecz, jak stwierdziły późniejsze ekspedycje, wzdłuż starych dróg o 3 
m szerokości, biegnących przez całą wyspę do świętej góry rzeźbiarskiej z północy, południa i zachodu. 
Technicy obliczyli, że dla wykonania tych prac potrzeba było czterdziestu tysięcy ludzi. 

Jest w tym wszystkim jakaś myśl i porządek, które zakładają istnienie stałych rządów i dostatecznej ilości 

poddanych. O takiej ustabilizowanej harmonii nie było już jednak mowy ani za czasów Roggeveena, ani Cooka. 
Nie oddawano już wówczas bóstwom kamiennym takiej czci, jaka jedynie mogłaby wyjaśnić ich wzniesienie, 
nie było też silnej władzy, zdolnej nakazać wykonanie tych wielkich dzieł. A już całkiem na pewno brakowało 
potrzebnych do tego sił roboczych, przekonanych o sensie własnego istnienia i swych zadań. 

Za czasów pobytu Cooka minął już okres świetności tak całej Polinezji, jak i Wyspy Wielkanocnej. Biali 

odkrywcy napotkali tu zamierającą kulturę. Mieszkańcy opowiadali im wprawdzie z dumą o legendarnym królu 
Hotu Motua, który niegdyś, wygnany przez swych poddanych, przybył na wyspę z sześciuset ludźmi na dwóch 
łodziach dalekomorskich. Przywiózł z sobą kartofle, trzcinę cukrową, korzeń yamu i banany. Ale w czasie gdy o 
tym opowiadali, znajdowało się na Wyspie Wielkanocnej tylko cztery czy pięć kruchych łodzi, tak 
prymitywnych, że ich właściciele mogli zaledwie wypływać na połów ryb. 

Hotu Motua przybył prawdopodobnie na Wyspę Wielkanocną stosunkowo niedawno. Nastąpiło to, jak 

przypuszczają naukowcy w oparciu o genealogię wyspiarzy, w XII lub XIII wieku. Wielki król miał też zapewne 
liczny orszak. Z jego przybyciem przerwana została łączność z pierwotną ojczyzną króla. Już za czasów Rogge- 
veena statki mieszkańców Wyspy Wielkanocnej znajdowały się 
w stanie godnym pożałowania. Zbite z wyrzuconych przez morze kawałków drzewa, łodzie te nie nadawały się 
w ogóle do żeglugi morskiej, a tym mniej, do tego, aby można było powrócić na nich do dawnej ojczyzny. Od 
prawieków nie było na Rapa Nui żadnego lasu. Hotu Motua i jego ludzie stwierdzili to też niewątpliwie od razu i 
zdali sobie sprawę, że będą więźniami swej wyspy, jeśli nie postarają się o okręty lub o drzewo budulcowe. 
Szukali, być może, połączenia z najbliżej położonymi wyspami polinezyjskimi. Ale o tym nie zachowały się 
żadne wiadomości. Co prawda, nie jest też pewne, czy rzeczywiście, jak się twierdzi, wywędrowali z Markiz, 
Tuamotu lub Tubuai. Byli wprawdzie niewątpliwie Polinezyjczykami i sądząc po znamionach rasowych i 
językowych, najbliższymi krewnymi swych zachodnich sąsiadów. Ale białym odkrywcom opowiadali, że ich 
przodkowie przybyli ze wschodu „żeglując stale za zachodzącym słońcem" z grupy wysp zwanej Maraetoa-hau, 
gdzie było tak gorąco, że wielu ludzi umierało, a rośliny i owoce często wysychały. Tak podaje kapitan Geiseler, 
dowódca kanonierki niemieckiej „Hyane"; jego zdaniem, mogło tu chodzić tylko o wyspy Galapagos. To samo 
oświadczył trzy lata później, w r. 1886, William E. Thompson, płatnik północnoamerykańskiej fregaty 
„Mohican", która stała na kotwicy przed Rapa Nui od 19 do 30 grudnia 1886 r. 

Opinii tych nie można pominąć milczeniem, tym bardziej że na Wyspie Wielkanocnej istnieją jeszcze inne 

dane, wskazujące na pewne związki z kontynentem amerykańskim. Obok niewątpliwie amerykańskiego 
ziemniaka spotkano na Wyspie Wielkanocnej zadomowioną tam już od dawna roślinę sapindus saponaria, której 
ojczyzną jest tropikalna Ameryka; tubylcy używali jej jako leku ściągającego i mydła. I co dziwna, ludzie z Rapa 
Nui nadali owej roślinie zawierającej saponinę tę samą nazwę, jakiej używali południowoamerykańscy Indianie: 
para-para. 

Podróżnicy zwrócili też uwagę, że podobne do ramp nasypy, na których stoi wiele posągów w Rapa Nui, 

wykazują osobliwe podobieństwo zarówno do „tarasów cmentarnych" w dalej na zachód położonej Polinezji 
środkowej, jak i do świętych piramid schodkowych, znanych z Ameryki Południowej. Piramidy te są wprawdzie 
o wiele większe i okazalsze aniżeli marae, tarasy umarłych na Wyspie Wielkanocnej, ale marae składają się 
także z ściśle dopasowanych, jak najstaranniej ociosanych i wygładzonych wielkich blo

background image

 
ków kamiennych, spojonych ze sobą, jak to już Cook zauważył, bez żadnego cementu ani zaprawy murarskiej. 
Sztukę tę opanowano w dawnych czasach także w Boliwii i Peru; jest zatem zrozumiałe, że uczeni, którzy badali 
olbrzymie pomniki kultury Tiahuanaco, a następnie szczątki podobnych budowli Wyspy Wielkanocnej, byli 
zdumieni i zaskoczeni. 

Mimo to mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej są niewątpliwie Polinezyjczykami. Rapa Nui była 

prawdopodobnie już zamieszkała, gdy jasnoskórzy Wikingowie Mórz Południowych przybyli tam na swych 
łodziach i tratwach dalekomorskich, i nie jest wykluczone, że owa nieznana ludność pierwotna miała także cechy 
negroidalne, mela- nezyjskie. Przeważającym elementem był jednak polinezyjski. Wynika to już z opisów 
Roggeveena, a w dwa pokolenia później Cook potwierdził, że tubylcy Wyspy Wielkanocnej są tak podobni 
barwą skóry, wzrostem i językiem do mieszkańców dalej na zachód położonych wysp, że jedni i drudzy należą 
widocznie do tej samej rasy i narodowości. Sto lat później, w r. 1883, kapitan Geiseler pisał, że mieszkańcy 
Wyspy Wielkanocnej są Polinezyjczykami. 

„Swym wyglądem, a zwłaszcza kształtem głowy, ludzie ci przypominają zupełnie rasę kaukaską. Mają 

wielkie oczy, tęczówkę pięknego koloru jasnobrązowego, spojrzenie żywe i dobroduszne. Zarost mają dość 
silny. Noszą przeważnie krótką, okrągłą brodę i zawsze wąsy. Kości policzkowe nie są wystające, usta pełne, ale 
nie wydęte." 

Nauka współczesna przyznała słuszność tym opisom. Mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej są 

Polinezyjczykami i nie tylko pod względem rasy, ale także kulturą i mową są jak najściślej związani ze swymi 
dalej na zachodzie żyjącymi współplemieńcami. 

Tym bardziej zagadkowy wydaje się ich odrębny rozwój w wielu dziedzinach; tak np. jako jedyny lud Mórz 

Południowych posiadali pewnego rodzaju „pismo". Rongo-rongo, „mówiące tablice", były tak święte, że ani 
Roggeveen, ani Cook, ani La Perouse (1786), Kotzebue (1816), ani Beechey (1826) nic o nich nie słyszeli 
Dopiero w r. 1864 tubylcy opowiedzieli o tym ojcu Eyraud, który przybył na Wyspę Wielkanocną jako 
misjonarz. Ten z gruntu dobry, ale naiwny człowiek bardzo się przeraził; zaklinał tubylców, aby odżegnali się od 
dzieła szatana. Wydobyli wówczas z ukrycia mnóstwo tablic drewnianych, niektóre aż dwumetrowej długości, 
zaopatrzone 
Rongo-rongo 
po obu stronach wcięciami przypominającymi pismo. Eugene Eyraud nie spalił ich sam, jak to uczynili kilka 
wieków wcześniej jego poprzednicy z rękopisami Majów w Ameryce Środkowej. Z ogromną szkodą dla nauki 
nakłonił swe owieczki, aby je wrzucili do ognia. Tak więc dość było czterech lat misyjnych, od 1864 do 1868, 
ażeby zniszczyć bogaty zbiór tablic Wyspy Wielkanocnej, z wyjątkiem kilku egzemplarzy rozsianych dziś po 
muzeach całego świata, i wytrzebić do cna tradycję sztuki pisania i czytania. 

Jest niezrozumiałe, jak się to mogło stać. Początkowo sądzono, że ludzie z Wyspy Wielkanocnej i tak nie 

umieli już odczytywać swych tablic, że były one dla nich bezwartościowe, i dlatego tak ślepo usłuchali ojca 
Eyraud. Ale przypuszczenie to jest niesłuszne. Okazało się bowiem, że „mówiące tablice" były jeszcze w 1860 
roku przedmiotem gorliwych studiów tubylców i że ostatni, uprowadzony przez południowoamerykańskich 
łowców niewolników król Rapa Nui umiał czytać i pisać. Tablice były przedmiotami świętymi, tylko nielicznym 
wtajemniczonym wolno ich było dotknąć, dla ogółu ludności były tabu. Na krótko przed przybyciem Eyraud 
odbyła się tam jedna z dawna praktykowanych, okresowych inspekcji religijnych, podczas których uczeni w 
piśmie rongo-rongo musieli przed całym ludem dowieść, że opanowali w pełni tę sztukę tajemną. Trudno 
wytłumaczyć, jak ojcu Eyraud udało się wykorzenić z dnia na dzień ów starodawny zwyczaj religijny, rzekomo 
przywieziony niegdyś na wyspę przez Hotu Motuę. 

Ale udało mu się, i to jest powodem, że wszystkie prawie wypowiedzi na temat Wyspy Wielkanocnej 

opierają się aż do dzisiejszego dnia raczej na poszlakach aniżeli na konkretnych dowodach. 

Nie wiadomo, dlaczego tubylcy z Rapa Nui, którzy nawet za swych najlepszych czasów na wyspie nie 

pędzili tak beztroskiego życia jak ich współplemieńcy w Polinezji środkowej, spisywali swe formuły 
czarodziejskie, legendy i mity. Ze względu na wiele podobieństw kulturalnych i cywilizacyjnych między 
Polinezją a Ameryką Południową wskazywano na amautas Inków, arystokrację, biegłą w czytaniu i pisaniu. 
Twierdzono, że istnieje pewien związek między owymi amautas a „ludźmi rongo-rongo". Polinezyjczycy 
zamiast „papieru" z liści agawy lub bananów, znanego w Południowej Ameryce, używali tablic drewnianych, 
bardziej odpornych na wilgotny klimat Rapa Nui.

background image

 

Nic z tego nie da się dowieść. Przeciwnie, można wykazać, że bardzo wiele obrazków i symboli pisma 

Wyspy Wielkanocnej to hieroglificzne pochodne przedmiotów, które zawsze tam istniały albo co najmniej znane 
były w Polinezji środkowej. Zdaje się, że od tej reguły istniały tylko dwa wyjątki. Jednym jest stylizowany 
hieroglif przedstawiający zwie- I rzę podobne do kota, być może rodzaj .pumy, co wskazuje na Amerykę 
Południową, drugi przedstawia ptaka fregatę wy- siadująoego jaja na drzewach, który na bezleśnej Wyspie 
Wielkanocnej jest równie nie znany jak kot; oddawano mu jednak cześć religijną na Wyspach Salomona 
położonych daleko na zachodzie, poza tym był on symbolem religijnym także w Peru. 
Wszystkie inne znaki są obrazami przedmiotów, które -— jak mówiliśmy — od samego początku istniały i były 
znane w. Polinezji. Wynika z tego, że żyjącym jeszcze ■w epoce kamiennej, prymitywnym mieszkańcom tego 
samotnego skrawka ziemi udało się w ciągu niewielu wieków dokonać czynu, do którego inne ludy świata 
doszły dopiero w trakcie rozwoju trwającego długie tysiące lat. Albowiem według badań Thomasa S. Barthela 
znaki Wyspy Wielkanocnej posiadały istotnie charakter pisma, którego używano do rejestrowania ważniejszych 
wydarzeń i formuł mitologicznych, obrzędowych lub magiczno-cza- rodziejskich. 

Jest to stwierdzenie zdumiewające, nic więc dziwnego, że bezustannie szukano jakiegoś wyjaśnienia, że 

próbowano znaleźć związek między Wyspą Wielkanocną a krajami o bardziej rozwiniętej kul- 
380 
Mliii ...... ni i 
Rotigo-rfmgo 
turze znająoej już słowo pisane. Związków takich nie zdołano jednak odkryć i należy przyjąć, że stadia wstępne 
rongo-rongo zostały rozwinięte w samej Polinezji. Prawdopodobnie zagadka ta, przynajmniej zasadniczo, nie 
jest wcale tak trudna do rozwiązania. Od dawna wiadomo, że sznury węzełkowe Inków, znane zresztą także w 
dawnych Chinach i gdzie indziej, znajdują pewnego rodzaju odpowiedniki na wielu wyspach polinezyjskich. 
Spotyka się tam system sznurów z węzełkami albo pałek drewnianych z nacięciami; przy czym położenie i 
następstwo węzłów lub nacięć określa ich treść. Jest to, co prawda, tylko pewnego rodzaju sposób 
przypominania, to znaczy, że z każdym węzełkiem lub nacięciem łączył się bardziej lub mniej obfity materiał 
pamięciowy. Możliwe, że były to zaczątki pisma Wyspy Wielkanocnej; przez długi czas sądzono też, że 
poszczególne symbole tablic rongo-rongo były znakami mnemotechnicznymi, podporami pamięci. 

Jeżeli tak jest w istocie, to należy porzucić wszelką nadzieję, że kiedykolwiek uda się odszyfrować pismo 

Wyspy Wielkanocnej. Jest bowiem niemożliwe odtworzyć i udostępnić wyobrażenia i reminiscencje związane z 
hieroglifami. 

Jest to godne ubolewania. Być może, że jeszcze przed niespełna stu laty udałoby się wyjaśnić tajemnicę 

Wyspy Wielkanocnej i rozwiązać zagadkę pochodzenia Polinezyjczyków. Albowiem podobno już król Hotu 
Motua miał na pokładzie rongo-rongo. Przywiózł z sobą na Rapa Nui sześćdziesiąt siedem świętych tablic. Co 
było na nich wypisane? Ojciec Eugene Eyraud mógł się jeszcze z pewnością w r. 1864 o tym dowiedzieć. Nie 
przywiązywał do tego jednak żadnej wagi i przyglądał się raczej z zadowoleniem, jak „mówiące tablice" 
uchodziły z dymem. 

Nadzieje związane z Wyspą Wielkanocną okazały się płonne. Cook zdał sobie z tego sprawę już podczas 

pierwszego lądowania, toteż ograniczył swój pobyt na Rapa Nui do kilku dni. Przez Markizy, do których od 
czasu ich odkrycia przez Mendanę w 1595 roku nikt więcej nie zawinął, pożeglował na Tahiti, aby zabrać wodę i 
żywność. Ponieważ wykonał już polecenie admiralicji, nie za- 
391

background image

 
trzymał się tam dłużej, lecz wypłynął znów na morze biorąc kurs na zachód. 

W połowie czerwca „Resolution" zatrzymała się na Wyspach Tonga. W cztery tygodnie później, w połowie 

lipca 1774, Cook dotarł na Nowe Hebrydy, a nieco później do Nowej Kaledonii. I jemu, i jego towarzyszom 
rzuciła się od razu w oczy różnica zachodząca między mieszkańcami tych wysp zachodnich a mieszkańcami 
polinezyjskiego obszaru rasowego i językowego. Tubylcy są tu nie tylko czarni jak Murzyni, mają wełniste 
włosy i wydęte wargi, tak charakterystyczne dla rasy czarnej, ale w przeciwieństwie do swych sąsiadów 
polinezyjskich niewiele wiedzą o żegludze, a mowa ich jest całkiem odmienna. Przybysze mieli wrażenie, jak 
gdyby nagle znaleźli się w całkiem innej części świata. 

Opisując tubylców z Nowych Hebryd Cook używa wyrazów, które swą stanowczością pozostają w 

jaskrawej sprzeczności z jego zwyczajną brytyjską powściągliwością: 

„Jest to najbrzydszy i najbardziej pokraczny lud, jaki do tej pory widziałem, różniący się pod każdym 

względem od wszystkich spotkanych na tym oceanie. Są to ludzie o bardzo ciemnym kolorze skóry i niskim 
wzroście, długiej czaszce, płaskiej twarzy i małpich ruchach..." 

Zdziwienie przebijające ze sprawozdania Cooka jest niewątpliwie szczere. Jeśli sobie uświadomimy, że 

przybył z okolic, gdzie od 20° szerokości północnej do 45° szerokości południowej mówiono tym samym 
językiem, gdzie zamieszkiwała ta sama ludność i panowała ta sama kultura, to w pełni zrozumiemy, że po kilku 
zaledwie dniach podróży musiał odczuć różnicę między Polinezją a Melanezją. 

Z Nowej Kaledonii Cook wyruszył do Nowej Zelandii. Tam wziął na pokład świeżą wodę, drzewo opałowe 

i trochę dzikich jarzyn, po czym popłynął kursem prowadzącym przez dalekie południowe szerokości 
geograficzne do Przylądka Horn. Zbadał przy tej sposobności jeszcze jedną białą plamę na mapie świata. Tędy 
bowiem, między 50 a 55°, nie płynął jeszcze nigdy żaden okręt. Jak okiem sięgnąć, nie było lądu, i tym samym 
stwierdzono definitywnie, że nie istnieje ląd południowy, terra australis. Z zadowoleniem zapisał Cook w 
dzienniku: 

„Sprawa południowego Pacyfiku byłaby tym samym załatwiona. Sądzę, że nikt nie może twierdzić, iż nie 

zbadałem go należycie albo 
392 
Ląd w pobliżu bieguna 
że inna wyprawa, której postawiono by to samo zadanie, zdziałałaby więcej niż nasza!" 

Dnia 17 grudnia 1774, po rekordowej, 36-dniowej podróży, u zachodniego wejścia do Cieśniny Magellana 

ukazuje się Przylądek Deseado, skąd droga wiedzie wzdłuż wybrzeża na południe. Zajęty przez cały czas 
pracami kartograficznymi i pomiarowymi Cook opływa 29 grudnia Przylądek Horo i oto rozciągają się już przed 
Anglikami wody poniekąd „ojczyste" — Ocean Atlantycki. Cook bierze kurs wprost na południowy cypel 
Afryki, przedgórze Przylądka Dobrej Nadziei. W połowie stycznia 1775 odkrywa Georgię południową i w 
imieniu Anglii obejmuje ją w posiadanie. Jest już jednak zmęczony. 

„Znużony byłem dalekimi szerokościami geograficznymi, gdzie przez cały czas płynęliśmy wśród lodów i 

gęstych mgieł. Ponadto mieliśmy długą, ciężką falę z zachodu — nieomylny znak, że w tym kierunku nie było 
żadnego lądu." 

Jeżeli na tym obszarze w ogóle jakiś ląd istnieje, to chyba tylko daleko na południe, koło bieguna. 
„Jestem przekonany, że w pobliżu bieguna leży ląd i że stamtąd pochodzi cały prawie lód pływający po 

olbrzymim oceanie południowym." 

Miało upłynąć ponad sto lat, zanim teza ta znalazła swe potwierdzenie i Norweg C. E. Borchgrevink, jako 

pierwszy biały człowiek i prawdopodobnie pierwszy człowiek w ogóle, postawił nogę na lądzie przeczuwanym 
przez Cooka — na Antarktydzie. 

Wśród lodowatego zimna krążyli przez długie tygodnie we wszystkie strony. Cook musiał nieraz 

wykonywać okrętem nagłe zwroty, aby strząsnąć z żagli masy śniegu, które przylgnęły do takielunku — zabieg 
ten przyprawia o dreszcz każdego żeglarza pływającego na bardziej umiarkowanych szerokościach 
geograficznych! 21 marca 1775 Cook zawinął do Zatoki Stołowej, skąd przed trzema laty i osiemnastu dniami 
rozpoczął swą właściwą podróż odkrywczą. 30 lipca 1775 „Resolution" rzuciła na koniec kotwicę w Spithead. 
Ze 112 ludzi, którzy wyruszyli w tę podróż, 108 wróciło zdrowo i cało. 

Król udzielił Cookowi audiencji, by wysłuchać jego sprawozdania. Dla dworu i admiralicji było po 

niedługim czasie pewne, że nominacja Cooka na postcaptaina i odkomenderowanie na okręt 
393

background image

 
Część szósta — Zmora szkorbutu 
liniowy „Kent" miały tylko znaczenie symboliczne. Tego człowieka nie można było zaprząc do wojskowego 
kieratu. Niebawem otrzyma znowu polecenie, by wyruszył w daleką podróż. 

Zadań było niemało. Kolonie północnoamerykańskie zamierzały oderwać się ostatecznie od macierzy 

brytyjskiej. Zjednoczone Królestwo, zdane bardziej ndż kiedykolwiek na handel zamorski, szukało krótszej 
drogi morskiej do Indii i Azji wschodniej. Gdyby można było opłynąć Amerykę od północy tak zwanym 
„przejściem pół- nocno-zachodnim" (które w sto pięćdziesiąt lat później, w 1906 roku, odkrył Amundsen na 
„Gjóa"), skróciłoby to tę długą podróż o kilka tygodni. Admiralicja wyznaczyła premię w wysokości 20 000 
funtów dla okrętu, któremu udałoby się udostępnić tę trasę. 

Problem należało jednak zbadać także od strony Oceanu Spokoje nego. To zadanie powierzono na wiosnę 

1776 roku Jamesowi Cookowi. Miał on popłynąć przez Capetown i Tahiti kursem północno- wschodnim do 
Ameryki i zbadać jej wybrzeże zachodnie od 45 — 65° szerokości północnej, szukając przede wszystldm 
połączenia z północnym Atlantykiem, 

Dnia 13 lipca 1776 roku, w czwartą rocznicę swego wyruszenia na drugą wyprawę, Cook wypłynął na 

morze na swym starym okręcie flagowym „Resolution". Niewiele dni przedtem kolonie północnoamerykańskie 
ogłosiły swą niepodległość. Cook nie dowiedział się już o tym, chociaż znał rozmiar sporów między Anglią a 
koloniami północnoamerykańskimi i mógł po wybuchu walk znaleźć się w krytycznej sytuacji. Cieszył się 
jednak tak wielkim poważaniem, że Beniamin Franklin wydał marynarce amerykańskiej polecenie, ażeby bez 
jakichkolwiek działań zaczepnych pozostawiła Cookowi i jego okrętom wolną drogę „za dobrodziejstwa, które 
swymi cennymi odkryciami wyświadczył całej ludzkości". Taki sam rozkaz otrzymały marynarki wojenne 
Hiszpanii i Francji: „Ponieważ odkrycia jego przynoszą równą korzyść wszystkim narodom, król rozkazać 
raczył, ażeby kapitan Cook był traktowany jak dowódca neutralnego lub sojuszniczego okrętu." 

Trzecia podróż Cooka zaczęła się pod niepomyślną gwiazdą. Roboty remontowe na „Resolution" zostały 

przeprowadzone niedbale. Gdy w połowie sierpnia zbliżono się do równika, listwy pokładu rozeszły się wskutek 
żaru słonecznego, tak że deszcz i woda morska dostawały się do wnętrza okrętu, żagle zapasowe zwilgotniały 
Odkrycie Wysp Hawajskich 
i zbutwiały, a marynarze mokli w kojach. Wkrótce potem wśród mnóstwa raf podwodnych omal nie doszło do 
ciężkiej awarii. Z trudem tylko „Resolution" wypłynęła z nich w ostatniej chwili na głębokie morze. Pewnym 
pocieszeniem wśród tych przeciwności losu był dla Cooka chronometr; po raz pierwszy miał na pokładzie jeden 
z owych dokładnie idących zegarów okrętowych, wynalezionych w pierwszych dziesiątkach XVIII wieku. Dla 
nas jest to samo przez się zrozumiałe. Wystarczy nam w ostateczności zwykły zegarek na rękę, ponieważ każda 
stacja radiowa podaje w regularnych odstępach dokładny czas. Przed dwustu laty jednak chronometr był dla 
żeglarza wielkim ułatwieniem, gdyż znając dokładnie czas można było stosunkowo łatwo oznaczyć położenie 
okrętu. 

Po dziewięciu tygodniach podróży, w listopadzie 1776 roku, Cook zawinął do Capetown, a w siedem 

tygodni później przybył tam także drugi jego okręt, 300-tonowa „Discovery". Po dalszych trzech tygodniach 
ukończono przygotowania, okręty Cooka otrzymały prowiant na dwa lata i trzecia podróż mogła się rozpocząć. 
Cook przeprowadził ją zgodnie z rozkazem. Okręty popłynęły przez Tasmanię i Nową Zelandię do Tahiti, gdzie 
tubylcy przyjęli Brytyjczyków jak starych przyjaciół. Cook stwierdza z wielkim zdziwieniem, że krajowcy 
szybko przyzwyczaili się do wygód cywilizacji europejskiej. 

„Topór kamienny jest u nich obecnie tak rzadki jak topór żelazny przed ośmiu laty, gdy po raz pierwszy tam 

wylądowałem. Nie używają już rylców z kości lub kamienia, gdyż zastąpili je przez długie gwoździe." 

Wcale mu to nie było miłe, toteż dodaje z troską: 
„Muszę niestety wyznać, że moim zdaniem byłoby dla tego ludu o wiele lepiej, gdyby nigdy nie był poznał 

naszych osiągnięć i umiejętności uprzyjemniających życie. Ludzie ci nie mogą już wrócić do stanu, w którym 
żyli, zanim zostali przez nas odkryci." 

W połowie stycznia 1778 roku, na 20° szerokości północnej, po dłuższej, monotonnej podróży Anglicy 

dostrzegają na północo-wschodzie ląd. Wkrótce przekonują się, że jest to kilka górzystych wysp. Są one gęsto 
zaludnione, drzewa kwitną właśnie wspaniale, a ich soczysta zieleń jest po długich tygodniach podróży rozkoszą 
i dobrodziejstwem dla oka. Ku czci lorda Sandwicha Cook nadaje tej grupie wysp nazwę Wysp Sandwicha. 
Nazwa ta jednak nie przyjęła się, wyspy zachowały dawną nazwę tubylców — Hawaje.

background image

 

Dopiero po upływie tygodni Cook odkrył pozostałych pięć wysp Archipelagu Hawajskiego, obejmujących 

łącznie prawie 1700 km

powierzchni. Jest to największe skupisko wysp Polinezji, a zarazem najpotężniejszy 

nasyp wulkaniczny świata. Z 5000 m głębokości wyspy wznoszą się na wysokość ponad 4000 m i właściwie ze 
względu na swą potężną „latarnię morską" oświetloną z piekielnych czeluści wnętrza ziemi — wulkan Mauna 
Loa, widoczny w promieniu setek kilometrów — powinny były już dawno zostać odkryte. Wszak dość blisko 
nich biegła trasa hiszpańskich liniowców, tzw. „galionów ma 
nilskich", które od 1569 kursowały raz do roku tam i z powrotem między Acapulco w Meksyku a stolicą Filipin 
Manilą. Ale jak się zdaje, nie zostały odkryte. Przypuszcza się wprawdzie, że już w 1527 roku kilku rozbitków 
hiszpańskich zostało zapędzonych na Hawaje, a w 1555 roku odkrył je podobno kapitan hiszpański Juan 
Gaetano i nazwał „Los Majos". Ale już dla Cooka nie było to zbyt wiarygodne. Notuje, że gdyby Hiszpanie 
istotnie odkryli Hawaje, to byliby tam, a nie do Guam, leżącego o wiele dalej na zachód, skierowali swój okręt 
filipiński, aby po drodze zabierał wodę i świeży prowiant. W tym celu wystarczyłaby im tylko nieznaczna 
zmiana kursu i pozostaliby mimo to w obrębie pasatu wschodniego. Argumentacja ta jest niewątpliwie trafna. 
Gdyby nawet legenda o wcześniejszym odkryciu Hawajów przez Hiszpanów była prawdziwa, to od tego 
zdarzenia aż do chwili, w której Brytyjczycy rzucili kotwioę przed Wyspami Hawajskimi, upłynęło już prawie 
250 lat. Zaehowanie się 
tubylców także nie wskazywało na to, ażeby kiedykolwiek słyszeli 
0  Europejczykach. Cook pisze w dzienniku: 

„Podczas mych licznych podróży nie stwierdziłem w żadnej innej okolicy takiego zdumienia u tubylców jak 

tutaj. Gdy weszli na okręt, wzrok ich biegł od jednego przedmiotu do drugiego... Poznać było wyraźnie, że 
dotychczas nie odwiedził ich żaden Europejczyk 
1  że nie znali żadnego z naszych wynalazków poza żelazem. A i o nim, zdaje się, tylko słyszeli lub w 
najlepszym razie poznali je w bardzo małych ilościach." 

Prymitywni tubylcy zachowywali się jednak z wrodzoną godnością. Oni także są jasnobrązowego koloru, 

ale przypominają Europejczyków jeszcze bardziej niż ich współplemieńcy z południa. Albowiem już po ich 
pierwszych słowach nie było żadnych wątpliwości co do tego, że mieszkańcy Hawajów są Polinezyjczykami. 
Mówili tym samym językiem co ludzie na Tahiti i w Nowej Zelandii Niestety, byli o wiele bardziej natarczywi. 
Gdy tylko weszli na okręty, próbowali kraść wszystko, co nie było silnie przybite gwoździami. Gdy następnego 
dnia porucznik Williamson wyszedł na ląd, aby wziąć wodę, wpadł w takie opały, że kazał dać ognia. Jeden z 
tubylców padł nieżywy. Zrazu nie miało to dalszych następstw. Gdziekolwiek Cook się pokazał, krajowcy 
oddawali mu cześć boską. Mężczyźni i kobiety, nawet szlachta i wodzowie, padali plackiem na ziemię. Mimo to 
jednak kolorowi zapamiętali, że obcy przynieśli z sobą śmierć. Nie byli, jak Anglicy wkrótce spostrzegli, 
lekkomyślni i niestali jak mieszkańcy Tahiti, lecz o wiele stateczniejsi i rozważniej si. 

Cook ma dla nich wiele uznania, mimo że byli ludożercami Ich pola i plantacje były bardzo starannie 

założone i sztucznie nawadniane. Wśród upraw biegły na nasypach umocnione drogi, nawierzchnię 
wyrównywano z wielką zręcznością. Drzewa morwowe, z których łyka tubylcy sporządzali swe ubrania, były 
zasadzone równo i w regularnych odstępach. Odzież tubylców świadczyła o niezwykłym smaku. „Można by 
rrihiemać — donoszą Brytyjczycy — że wzory wzięli ze sklepu z jedwabiem, mającego na składzie 
najpiękniejsze wytwory Chin i Europy." Naczynia z tykw i inne sprzęty domowe wykazywały również wysoki 
zmysł artystyczny. Znali sztukę konserwowania mięsa przez peklowanie, krótko mówiąc, mimo prymitywnego 
poziomu kulturalnego mogli pochwalić się

background image

 
osiągnięciami, które wywołały u Cooka zdumienie. O ich życiu rodzinnym Cook pisze: 

„Było przyjemnością patrzeć, jak czułe kobiety obchodzą się ze swymi dziećmi i jak chętnie mężczyżni 

pomagają im w tych czynnościach. To różni ich bardzo od owych tubylców, którzy żony swe i dzieci uważają 
tylko za zło konieczne, a nie za istoty godne szacunku i miłości." 

Wrażenia o idyllicznym życiu rodzinnym Hawajeżyków skłoniły Cooka do wydania zarządzenia, że załodze 

wolno udawać się na ląd tylko pod nadzorem. Z przerażeniem stwierdził podczas swej drugiej podróży, że na 
Tahiti i innych wyspach rozszerzyły się choroby weneryczne i że tubylcy mówili zupełnie jawnie o „chorobie 
brytyjskiej", którą biali z sobą przywieźli Do dnia dzisiejszego pozostaje nie wyjaśnione, czy kiła została istotnie 
zawleczona z Zachodu, czy też jak kartofel, bawełna, tykwa i inne elementy cywilizacyjne, pochodzące 
niewątpliwie z Nowego Świata — przybyła wprost z Ameryki. Cook nie mógł wiedzieć, że taka możliwość w 
ogóle istniała. Toteż przypisuje sobie i brakowi należytej uwagi ze swej strony winę tego stanu rzeczy i z 
głęboką powagą pisze w swym sprawozdaniu: 

„Zakaz wychodzenia na ląd został załodze wydany, aby zapobiec zawleczeniu na wyspę owej szkaradnej 

choroby, na którą, jak mi było wiadomo, cierpiało kilku naszych marynarzy. Zawlekliśmy ją już, niestety, na 
inne wyspy tego oceanu. Z tych samych powodów zabroniłem kobietom odwiedzin na pokładzie. Czas pokaże, 
czy podyktowane humanitaryzmem zarządzenia odniosą skutek. Podczas mych pierwszych odwiedzin na 
Wyspach Przyjacielskich poświęciłem tej sprawie równie baczną uwagę. A jednak, gdy teraz znów tam 
przybyłem, musiałem z wielkim ubolewaniem stwierdzić, że mimo ostrożności zarządzenia moje okazały się 
bezskuteczne." I z ojcowską zrzędliwością dodaje: 

„Sposobność i pokusy obcowania płciowego są zbyt liczne, aby można im było zapobiec lub uchronić się 

przed nimi." 

Gdy w trzy tygodnie po zapisaniu tych uwag oficer i dwudziestu marynarzy musi spędzić noc na wyspie, 

ponieważ wysoka fala przerwała łączność między okrętami a lądem, Cook zżyma się z gniewu: 

„Przez ten nieszczęsny zbieg okoliczności nastąpiło właśnie to, 

  __________ Cook u zachodnich wybrzeży Ameryki Północnej 
czemu tak bardzo starałem się przeszkodzić i spodziewałem się, że skutecznie zapobiegłem." 

Pisząc te słowa Cook miał lat pięćdziesiąt. Gdyby nie był marynarzem, miałby teraz może 

dwudziestoletniego syna. Ale od dziesięciu prawie lat nie spędził w domu więcej niż kilka miesięcy. Życia 
rodzinnego w mieszczańskim znaczeniu tego słowa prawie nie znał. Okręt jest dla niego ogniskiem rodzinnym, 
załoga rodziną. Ku niej zwracają się wszystkie jego ojcowskie uczucia, po ojcowsku opiekuje się również 
tubylcami. Żywił więcej miłości do ludzi niż przeciętni zjadacze chleba, za nią też oddał później życie. Nawet to 
nie czyni go geniuszem — Kolumb i Magellan byli więksi od niego — ale może lepiej działoby się na świecie, 
gdyby było mniej geniuszów, a więcej miłości bliźniego. 

Z początkiem lutego 1778 r. Brytyjczycy opuścili Hawaje. Przy stałym wietrze od wschodu żeglowali bej de 

windę m na północ. Po sześciu tygodniach ukazało się na 47° szerokości północnej, a więc na obszarze 
dzisiejszego stanu Oregon, zachodnie wybrzeże Ameryki Północnej., mniej więcej w okolicy Cieśniny Juan de 
Fuca. Z powodu ciągłych sztormów można było dopiero w połowie marca rzucić kotwicę i lądować W Zatoce 
Nootha na Vancouver. Nieznane wybrzeże było zamieszkały, w wielkich kanu podpłynęli Indianie pięknie 
przyozdobieni, piórami; wywiązał się ożywiony handel wymienny. Okazało się przy tej' sposobności, że 
czerwonoskórzy znają już żęlazo. Wysyło również na jaw, że podobnie jak Polinezyjczycy są kanibalafni. 

„Najbardziej osobliwe z wszystkich przedmiotów, jakie przynieśli, aby je wymienić na inne towary, były 

czaszki i ręce ludzkie, jeszcze niezupełnie ogołocone z mięsa. Dali nam do zrozumienia, że brakujące partie 
mięsa zjedli." 

Mają bardzo wyrobiony zmysł własności prywatnej. Drzewo, woda, trawa, pasza, potrzebne dla zwierząt 

znajdujących się na okrętach, mają swego właściciela i choć jest ich pod dostatkiem, należy je od niego odkupić. 
Wymieniają także święte obrazy bożków i -palikl-totemy, co prawda, już nie za przedmioty żelazne, jak z 
początku, lecz tylko za mosiądz i miedź. Metale były tak pożądane, pisze Cook, że Anglicy byliby się 
ostatecznie pozbyli okuć, blasza- nek, lichtarzy, a nawet guzików od mundurów. 

Z końcem kwietnia 1778 r., po 24 dniach niestrudzonych prac

background image

 
kartograficznych, Cook rozwija znowu żagle. Płynąc wzdłuż wybrzeża bierze kurs na północ. Podróż jest 
nadzwyczaj niebezpieczna. Wybrzeże jeży się od skał i raf podwodnych, gwałtowne prądy porywają okręty to w 
jedną, to w drugą stronę, ulewne burze następują po gęstej mgle, zalegającej morze całymi dniami. Wśród załogi 
wre. Coraz częściej podnoszą się głosy potępiające tę podróż jako szaleństwo. Posiadamy o tym dokładną relację 
marynarza i kowala niemieckiego, Henryka Zimmermanna, rodem z Palatynatu, który dał sdę zwerbować na 
trzecią podróż Cooka i w 1781 roku, zaraz po powrocie, ogłosił książkę o swych przeżyciach. Dla swego 
kapitana żywi głęboki szacunek i tak opowiada o tym etapie wyprawy: 

„Na obu okrętach wzbierała fala gwałtownej opozycji przeciw Cookowi. Ale niechęć, którą wielu żywiło, 

stłumiło -niebawem dziwne wydarzenie. Cook umiał zażegnywać niebezpieczeństwa, jakie kryło w sobie morze, 
znał je bowiem doskonale. Obok tej umiejętności posiadał jednak także osobliwą intuicję, która pozwalała mu 
niejako przeczuwać grożące niebezpieczeństwo. Nieraz ze zdziwieniem zauważyłem, że Cook spał w nocy ze 
spokojem dućha nawet tutaj, u wybrzeży Ameryki, gdzie czaiło się mnóstwo skał, mielizn i raf podwodnych. 
Zdarzało się jednak również,'że" wśród nocy przy-, biegał na pokład i nakazywał nagle zmiańę kursu. Często 
zdawało się nam, że otrzymywał jakieś tajemnicza znaki, które czyniły go jasnowidzącym. 

24 czerwca — datę tę dobrze sobie zapamiętałem -^"płynęliśmy bardzo mglistą nocą beztrosko i nie 

przeczuwając nic złego wzdłuż skalistego wybrzeża. Nic nie wskazywało na to, że gdzieś tu czai się 
niebezpieczeństwo. Porucznik Gore, pełniący wówczas służbę, zauważył tylko, że nagle zerwał się gwałtowny 
prąd, ale byłby spokojnie płynął dalej, gdyby Cook nagle nie wybiegł ze swej kajuty i w największym 
zdenerwowaniu Tiie wydał rozkazu, by natychmiast rzucić kotwicę... Byliśmy tym niezmiernie zdumieni. Z 
wszystkich zakamarków zbiegli się na pokład marynarze i pytali, co się stało. Ale nikt nic nie wiedział, gdyż 
dookoła okrętów wznosiły się szare, groźne ściany mgły. Dopiero następnego dnia około południa przejaśniło 
się. Zaledwie dwadzieścia metrów przed nami sterczała z wody stroma skała, woda wokoło najeżona była 
rafami. Żaden okręt nie wyszedłby cało, gdyby Cook nie kazał rzucić kotwicy." 

Zimmermann dodaje, że odtąd on i jego towarzysze przejęci byli 

Gdzie jest przejście morskie na Atlantyk? 
„prawie mistycznym podziwem" dla swego kapitana. Cook nie wierzy w istnienie drogi morskiej na wschód, 
chociaż za jej odkrycie wyznaczono nagrodę 20 000 funtów. W przekonaniu tym mógłby się był zachwiać, gdy 
20 maja znalazł się na 60° szerokości północnej w okolicy Cieśniny Księcia Williama na Alasce, w miejscu, w 
którym Aleuty przytykają do kontynentu amerykańskiego. Wielka 
rzeka wpada tu do morza, fiord wrzyna się głęboko w ląd — czyżby tu znajdowała się droga morska na Morze 
Hudsona lub do Zatoki Baffina? Pierwszy oficer Cooka, porucznik Gore, jest tego pewny. ■ Gwałtownie nalega 
na swego dowódcę, aby powierzył mu wyprawę na ląd. Jeśli dostanie dwudziestu ludzi, dwie szalupy i 
wystarczający prowiant, będzie za trzy miesiące w Anglii. Ale Cook odmawia tej prośbie. Dla pewności 
przeszukuje ze szczególną starannością fiordy i zatoki, ale ponieważ pora roku nagli, płynie wzdłuż łuku 
Aleutów na zachód do Unalaski. 

Wyprawa wypływa wreszcie znowu na otwarte morze. Gdy z początkiem lipca okręty posuwają się w 

kierunku północno-wschodnim, wydaje się, że w tym miejscu mogłoby znajdować się poszukiwane przejście. 9 
sierpnia 1778 r. przepływają Cieśninę Beringa, ale już w osiem dni później napotykają lód.

background image

 

„Na krótko przed godziną 12 ujrzeliśmy na północnym niebie poświatę, jaką zwykle wywołuje lód. Nie 

zważaliśmy prawie na to, gdyż uważaliśmy za niemożliwe, ażebyśmy tak rychło natknęli się na lód. W niecałą 
godzinę później widok rozległego pola lodowego usunął wszelkie nasze wątpliwości co do przyczyny poświaty 
na horyzoncie. O godzinie 2.30, blisko skraju lodu na 70°41' wykonaliśmy zwrot, gdyż było niemożliwe 
żeglować dalej." 

W następnych dniach również nie widać miejsca, w którym można by się przemknąć przez masy lodu, toteż 

Cook rezygnuje na razie z dalszego posuwania się na północo-wschód i postanawia wyszukać bardziej na 
południu odpowiedni port do przezimowania. Aby koło Pietropawłowska na Kamczatce południowej nie dać się 
zamknąć na siedem miesięcy przez lody, decyduje się powrócić na Hawaje. 

Z początkiem października 1778 rzucił kotwicę w Neeshaven na Unalasce. Tam poddał okręty remontowi, 

wysłał oddziały na ląd, aby zbierały jagody i gromadziły wierzchołki jodeł, z których Cook kazał sporządzić 
napój zwany przez niego „piwem"; inne otrzymały zadanie wystarania się o świeże ryby i mięso. Załogi okrętów 
były utrzymywane w ciągłym ruchu, ażeby pod smutnym, szarym niebem, przy coraz krótszych dniach i coraz 
dłuższych nocach nie popadły w melancholię. „Terapia pracy", prastary wojskowy środek zapobiegawczy, 
którego dziwnym zbiegiem okoliczności nawet Prusacy nie ujęli w „regulamin służbowy", zdała egzamin także 
na Unalasce. Nikt nie popadł w melancholię, nikt nie zwieszał głowy i dlatego — oczywiście też z powodu 
wiktu obfitującego w witaminy — nie było szkorbutu. 

Mimo to Cook rad był, gdy 26 października odpłynął z Unaiaski. Na krótko przedtem spotkał się z 

rosyjskimi rybakami i myśliwymi, którym powierzył meldunek dla admiralicji brytyjskiej. Tu i ówdzie zjawiali 
się także krajowcy, wśród nich, ku wielkiej irytacji Cooka, kilka kobiet, z którymi jego marynarze nawiązali 
oczywiście zaraz stosunki miłosne, przy czym .^otrzymują w darze pewną chorobę, która nie jest tu nie znana". 
Ale — nastał mróz i ukazał się lód — zima puka do bram. A więc jak najprędzej w drogę — na południe! 
Poszukiwana droga morska jest przecież tylko fantasmagorią. Możliwe nawet, że istnieje. Ale w takim razie jest 
tak zapchana lodem, że nie posiada żadnego praktycznego znaczenia. 

Wydaje się dziwne, że Cook nie wspomina ani słowem o bada 

Odkrycia podróżników rosyjskich 
■ 
niach rosyjskich we wschodniej Syberii i na Alasce. Wysłał z początkiem października swego podoficera 
Lediarda do kilku znajdujących się podobno w pobliżu myśliwych rosyjskich i polecił mu, „ażeby ich 
zawiadomił, że my, Brytyjczycy, jesteśmy przyjaciółmi i sojusznikami ich narodu''. Gdy później zjawili się 
rosyjscy marynarze, Cook przyjął ich gościnnie. Ani słowa jednakże o Siemionie Iwanowiczu Dieżniewie, 
hetmanie kozackim, który na kilku byle jak zbitych łodziach przepłynął w 1684 roku z Oceanu Lodowatego 
Północnego przez Cieśninę Beringa do Zatoki Anadyr na Pacyfiku i dowiódł, że Azja i Ameryka nie są z sobą 
połączone lądem, jak wówczas ogólnie sądzono. Duńczyka Vitusa Beringa Cook wymienia tylko mimochodem, 
a o rosyjskim oficerze marynarki Iwanie Fiodo- rowie, który w 1732 roku pierwszy ujrzał ze wschodniego cypla 
Azji przeciwległe wybrzeże Ameryki, nie wspomina wcale. Przyczyną przemilczenia nie jest to, że Cook chciał 
w ten sposób zwiększyć własną sławę; taka nielojalność, nawet gdyby leżała w jego charakterze, była mu 
niepotrzebna: jego własne osiągnięcia cieszyły się od dawna ogólnym uznaniem. Prawdopodobnie nie wiedział 
nic o swych rosyjskich poprzednikach. 
W niespełna cztery tygodnie po wypłynięciu z przystani na Una-

background image

 
lasce, dnia 19 listopada 1778 r., po szczęśliwej i niezwykle szybkiej podróży ujrzano na 20° szerokości 
północnej ląd. Okazało się wkrótce, ku ogólnej radości, że są to wyspy należące do Archipelagu Hawajskiego. 
Ponieważ nie były one jeszcze kartograficznie ujęte, Cook opłynął je i zbadał ze żmudną i szarpiącą nerwy 
dokładnością. Dopiero 17 stycznia 1779 okręty brytyjskie rzuciły ostatecznie kotwicę. 

Tubylcy, którzy w licznych łodziach krążyli wokół wielkich okrętów, wiedzieli od dawna, kto wynurzył się 

z dalekiego morza na „pływających wyspach", jak nazywali obce statki. Powiedzieli im to ich bracia z 
południowo-wschodnich wysp. Są to pływający po morzu bogowie, odziani w niezbyt odpowiednią skórę, która 
mieni się wieloma barwami. A skóra ta ma niezwykle dziwne otwory, w które przybysze sięgają, by wydobywać 
najcudowniejsze rzeczy. 

Marynarze przysłuchują się temu z uśmiechem. Bogowie! Ich mundury bierze się za przyrośniętą skórę, a 

okręty za pływające wyspy! Toż to dzieci — ci kolorowi! — Stare wilki morskie czują jakby nieśmiałą czułość 
dla dzikusów, tym bardziej że wyspiarze są najpiękniejszymi ludźmi, jakich kiedykolwiek widzieli. Wysocy, 
smukli, wspaniale zbudowani, odziani w przepyszne płaszcze z czerwonych piór. Ich mieszkania, narzędzia i 
sprzęty świadczą o wrodzonym zmyśle formy i piękna. 

Henryk Zimmermann, o którym już wspominaliśmy, jest wręcz zachwycony. Jeszcze większy zachwyt 

ogarnia jego towarzysza Barthela Lohmanna z Turyngii, którego niegdyś Holendrzy porwali na swą flotę, a 
później skusiły slogany werbunkowe londyńskiego biura rekrutacyjnego — podobnie jak jego rodaka z 
Palatynatu — do wzięcia udziału w trzeciej podróży Cooka. Zimmermann nastawia bystro uszu. Opadają go 
poważne myśli, gdy spostrzega marzycielski zachwyt Lohmanna. Zna to dobrze, sam przeżył podobny stan na 
Tahiti, gdy widok tańczących dziewcząt tak nim owładnął, że wymknął się na ląd, chcąc wiecznie, wiecznie 
pozostać na cza- rownej wyspie. „Gorączką Mórz Południowych" nazywa odtąd ten stan ducha, który nawet 
inteligentnego, obytego w świecie człowieka nawiedza jak choroba. Z bolesną wyrazistością wynurzył się z nie-
pamięci obraz owej cudownej nocy jego dezercji: 

,Rozgorzało we mnie nie znane dotąd nigdy uczucie wolności! Czymże było życie na pokładzie, czym były 

suche, ciężkie obowiązki 
wobec nieokiełznanej swobody, jaka mnie tu czekała!... Zza pni drzew patrzyłem na plac tańca. Oświetlały go 
pochodnie, a w ich ciepłym blasku wszystko, co się tam działo, wydawało się jeszcze cudowniejsze. Jasne 
światełka przemykały po ciałach dziewcząt, które właśnie zaczęły tańczyć. Giętko i gibko poruszały się postacie, 
ramiona falowały, ręce wznosiły się i opadały, jakby igrały z powietrzem... W wąskim kole siedzieli grajkowie. 
Ich pręty bambusowe zależnie od długości wydawały jasne lub przytłumione dźwięki, a tony te grajkowie 
zestrajali w melodyjną całość. Jeden z nich uderzał twardym małym kawałkiem drzewa w długi pręt, który 
wydawał bardzo jasne tony. Byli tam także śpiewacy... Śpiewali na różne głosy i w najszlachetniejszej harmonii 
pieśń słodką i czaro wną... Teraz dziewczęta znów się zbliżyły, rozpoczął się ogólny, posuwisty taniec i wspólny 
śpiew, a ja czułem, jak gdybym się znalazł w zaklętym ogrodzie, do którego dopiero teraz znalazłem dostęp... 
Zdawało mi się, że to najcudowniejsza chwila mego życia. Tu chciałem pozostać i być szczęśliwym." 

Kto się raz sparzył, ten na zimne dmucha. Zimmermann ma się na baczności i wreszcie udaje mu się 

przywieść swego towarzysza do opamiętania. Gorzej było z innymi. Mówią o szturmie na komorę z bronią, o 
jawnej rebelii, o wzięciu kapitana do niewoli i tym podobnych szaleństwach. Nie doszło do tego — gdyż 
wydarzenia następowały zbyt szybko po sobie. Ale widocznie wszyscy ci „nawiedzeni gorączką Mórz 
Południowych" siedzieli w łodzi porucznika Williamsona, która w kilka dni później miała dać swemu 
kapitanowi ochronę ognia, i nie oddali ani jednego strzału, gdy Cook padł zasztyletowany przez tubylców. 

Wieczorem 17 stycznia 1779 roku, w niedzielę, Cook wycofał się do swej kajuty. Z powodu nawału prac 

kartograficznych już od dłuższego czasu nie zapisywał nic w swym dzienniku i ma teraz poważne zaległości. 
Świeże, chłodne powietrze nocne wpada przez szeroko otwarte luki do obszernej, wykładanej taflami komnaty. 
Piękny był dzisiejszy dzień. Cook jest zadowolony z siebie, ze swych marynarzy. Świadom dokonanego dzieła, 
pisze: 

„O godzinie 11 rzuciliśmy kotwicę w tej zatoce. Piękność jej wywarła na nas głębokie wrażenie i nie było 

chyba nikogo na pokładzie, kto by jeszcze żałował, że usiłowania nasze ubiegłego lata, by znaleźć drogę morską 
do ojczyzny, pozostały bezowocne. Temu

background image

 
niepowodzeniu zawdzięczamy, że mogliśmy ponownie odwiedzić Wyspy Hawajskie i ukoronować naszą podróż 
odkryciem, które jest wprawdzie ostatnie, ale pod wieloma względami prawdopodobnie najważniejsze, jakiego 
Europejczycy dokonali dotąd na Pacyfiku." 

Kropka! Gdzie piasek, by wysuszyć atrament? Jest wilgotny, zbija się w grudki. Ze wzruszeniem poznajemy 

po ostatnich wierszach wielkiego, dobrego człowieka, że ogarnęło go zniecierpliwienie i palce jego miotały 
nerwowym ruchem mokre grudki piasku. 

James Cook nie zapisał już nic więcej. Kilka dni przedtem zanotował z goryczą: 
„Było niemożliwością utrzymać kobiety z dala od okrętów. Wydawało się rzeczywiście, że odwiedzają nas 

tylko po to, aby się oddawać naszym ludziom." Nie przeszło mu nawet przez myśl, że ten zmysłowy pociąg ku 
mężczyznom występującym w promiennym blasku zwycięzców, może zakłócić spokój. A że za jego czasów nie 
było jeszcze psychoanalizy, nie wiedział też, że nie ma na świecie ludzi bardziej zaślepionych jak bohaterscy, 
uwieńczeni zwycięstwem mężczyźni. Nie przeczuwał nic złego, gdy wokoło niego od dawna już wzbierała 
ponura wściekłość. Tubylcy początkowo uważali białych za bogów. Ale gdy spostrzegli, że cenią sobie kobiety 
jak inni śmiertelnicy, gdy ponadto zorientowali się, że przybysze zabierają na swoje potrzeby wprawdzie bardzo 
uprzejmie, ale nieubłaganie żywność z wysp, utwierdzili się w przekonaniu, że straszliwy głód wypędził ich z 
ojczyzny i że są to awanturnicy i pasożyty. 
Dochodziło do częstych bójek. Anglicy musieli strzelać, a 14 lutego sytuacja stała się tak groźna, że Cook 
postanowił wkroczyć osobiście. Wyszedł na ląd, próbował uspokajać, ale w chwili, gdy zwrócił się do załóg w 
łodziach z rozkazem zaprzestania ognia, otrzymał kilka pchnięć sztyletem w plecy. Cook nie był trafiony 
śmiertelnie; ciężko ranny wpadł z rozkrzyżowanymi ramionami górną częścią ciała do wody, podczas gdy jego 
nogi zawisły na przybrzeżnej skale. Nieprzytomny, nie umiejąc pływać, utonął. Jego śmierć rozwściekliła masy 
tubylców. Poza Cookiem rozdarli wielu marynarzy po prostu w kawałki, a najstarszy rangą oficer Cooka, 
dowódca „Discovery" — kapitan Clerke, z największym tylko trudem uratował siebie i załogi łodzi brytyjskich 
od podobnego losu. Należy mu poczytać za zasługę, że powstrzymał rozgoryczonych marynarzy od odwetu. 22 
lutego 1779 r. obydwa brytyjskie okręty opuszczają Hawaje.