background image

 

Janet Dailey GWIAŹDZISTE RANCZO 

Rozdział 1 

Jak  to  się  mówi?  Nieszczęścia  chodzą  parami?  Stadami?  Eben  MacCallister 

właśnie  próbował  sobie  to  przypomnieć,  kiedy  jego  bystre  oczy  dostrzegły  jeepa 
nadjeżdżającego  od  strony  sąsiedniego  rancza,  przekształconego  w  turystyczną 
atrakcję El Regale. Samochód był jeszcze daleko, a nad drogą wznosiły się tumany 
pyłu, Eben nie mógł więc rozpoznać kierowcy. Ale biorąc pod uwagę pecha, jaki 
go  ostatnio  prześladował,  domyślił  się,  kto  to  jest.  Zacisnął  zęby,  kiedy  sobie 
przypomniał  ten  przeklęty  list  sprzed  dziesięciu  dni,  który  zagroził  ruiną  jego 
całemu  światu.  Przypomniał  sobie  wściekłość,  jaka  go  ogarnęła,  kiedy  w  końcu 
pojął znaczenie prawniczego bełkotu. Wściekłość i zimny, mdlący strach. 

Ściskając  list  w  ręce,  Eben  zatrzasnął  drzwi  domu,  który  od  trzech  pokoleń  był 

siedzibą MacCallisterów. Wskoczył do swojej starej furgonetki i wcisnął do oporu 
pedał  gazu.  Spod  kół  prysnął  żwir.  Kilka  sekund  później  samochód  wyjechał  z 
rancza. 

Eben  nie  pamiętał  niczego  poza  furią,  która  rosła  w  nim  przez  całą  drogę  do 

banku. Ale wszystko, co zaszło potem, odcisnęło się w jego pamięci, jak wypalone 
gorącym żelazem... 

 
Nie  zwracając  uwagi  na  zdumione  spojrzenia,  Eben  przemierzył  szybko  hol 

banku,  stukając  głośno  obcasami.  Przy  każdym  kroku  jego  ostrogi  pobrzękiwały 
metalicznie.  Siedząca  w  informacji  błękitnooka  blondynka,  świeżo  po  szkole 
średniej, błysnęła swoim najpiękniejszym uśmiechem. 

- Dzień dobry panu. Mogę w czymś... 
Minął  ją,  nawet  nie  zwalniając.  Blondynka  patrzyła  za  nim  w  osłupieniu. 

Sekretarka prezesa banku dostrzegła go już wcześniej przez oszkloną ścianę biura. 
Mildred  Battles  była  wysoka  i  kolczasta,  jak  saguaro,  słynna  arizońska  odmiana 
kaktusa.  Wyrosła  nagle  tuż  przed  Ebenem,  zagradzając  mu  drogę  i  spoglądając  z 
dezaprobatą na jego zakurzone ubranie robocze i brzęczące ostrogi. Otworzyła usta, 
ale Eben ją ubiegł. 

- Nie mów mi, że Wildera nie ma w gabinecie, Mildred. Widziałem pod bankiem 

jego mercedesa. 

- Nie jesteś umówiony - odparła wyniośle. 
- Owszem, jestem. - Podniósł dłoń, w której ściskał list, wyminął ją i ruszył prosto 

do drzwi prywatnego gabinetu Billy’ego Joego Wildera. 

- Nie możesz się tak wdzierać! - Mildred, pospieszyła za nim, sapiąc z oburzenia. 
- Nie? To patrz! - Eben pchnął drzwi i wszedł do środka. 
Niemal  całą  drewnianą  podłogę  przestronnego  gabinetu  przykrywał  gruby 

wielobarwny  dywan  tkany  w  tradycyjne  wzory  Indian  Navaho,  który  natychmiast 
stłumił stukot obcasów Ebena. Przed lśniącym dębowym biurkiem stały wygodne 
skórzane fotele. Po drugiej stronie, rozparty na obitym zielonym zamszem krześle, 

background image

 

siedział złotowłosy mężczyzna. Nogi trzymał na blacie biurka, do ucha przyciskał 
słuchawkę telefonu. Elegancki garnitur nie pasował do jego kowbojskich butów i 
błyszczącej krawatki z diamentami i szmaragdami, zamiast tradycyjnych turkusów 
w srebrze. 

Nie wydawał się ani trochę zdziwiony pojawieniem się Ebena, najwyżej odrobinę 

rozbawiony. 

- Muszę już kończyć, Fred - powiedział do telefonu. - Ktoś tu na mnie czeka i już 

się trochę niecierpliwi. - Uśmiechnął się do siebie w odpowiedzi na to, co usłyszał 
od rozmówcy, wskazał Ebenowi jeden z foteli. 

Eben  jednak  nie  skorzystał  z  zaproszenia.  Przy  wzroście  metr  dziewięćdziesiąt 

wznosił  się  nad  biurkiem  jak  wieża  i  nie  spuszczał  zimnych,  niebieskich  oczu  z 
człowieka  siedzącego  naprzeciw  niego.  Nie  zdjął  kapelusza,  nie  zamierzał 
zawracać  sobie  głowy  manierami.  Tam,  gdzie  w  grę  wchodzi  kontakt  z  groźnym 
drapieżnikiem, nie ma miejsca na uprzejmości. A zdaniem Ebena, Billy Joe Wilder 
był drapieżnikiem. 

Wiele  lat  temu  rodzina  Wilderów  zgromadziła  fortunę,  kupując  wielkie  obszary 

ziemi  w  Arizonie.  Teraz  właścicielem  majątku  został  Billy  Joe,  który  postanowił 
pomnożyć dobra przez cztery. Miał zwyczaj żartować, że jego ulubioną grą zawsze 
był monopol. Bank natomiast należał do jego ukochanych - i potężnych - zabawek. 

- Mój samolot przyleci po ciebie dokładnie o ósmej. Nie zapomnij wziąć ze sobą 

planów, Fred - powiedział Billy Joe na pożegnanie i odłożył słuchawkę. 

Zmierzył Ebena spojrzeniem swoich jasnych oczu. Na chwilę zatrzymał wzrok na 

liście w jego dłoni. 

- Widzę, że dostałeś już wypowiedzenie. 
-  Nie  możesz  tego  zrobić.  -  Gorycz  i  gniew  sprawiały,  że  słowa  z  trudem 

przechodziły Ebenowi przez gardło. - Mam jeszcze całe pięć lat na spłatę pożyczki. 

Billy Joe Wilder założył ręce na piersi i uśmiechnął się przebiegle. 
-  Chyba  powinieneś  jeszcze  raz  przeczytać  umowę,  którą  podpisałeś.  Po  pięciu 

latach  bank  ma  prawo  zażądać  zwrotu  całej  kwoty  z  dwumiesięcznym  okresem 
wypowiedzenia. A to wypowiedzenie masz właśnie w ręce. 

-  Możesz  to  zrobić  tylko  wtedy,  gdybym  nie  wywiązywał  się  z  płatności.  A  ja 

spłacałem wszystko w terminie, bez jednego dnia zwłoki. Mam dowody. 

Wilder uśmiechnął się szerzej. Zdjął nogi w kowbojskich butach z biurka i sięgnął 

po duży folder. 

- Jak już powiedziałem, powinieneś jeszcze raz przeczytać umowę, MacCallister. 

Zwłoka  w  płatnościach  to  jeden  sposób,  żeby  zażądać  spłaty  pożyczki. 
Wypowiedzenie w terminie sześćdziesięciu dni to drugi sposób. - Wyjął dokument 
z foldera i pchnął go w stronę Ebena. - Strona trzecia, paragraf 5c. 

Starając  się  opanować  przerażenie,  Eben  chwycił  dokument.  Otworzył  go  na 

trzeciej stronie i przeczytał odpowiedni paragraf. Przeczytał go raz jeszcze, czując 
na sobie przygniatający ciężar. 

background image

 

-  O  ile  pamiętam  -  ciągnął  Wilder  -  radziłem  ci,  żebyś  przed  podpisaniem  dał  tę 

umowę prawnikowi, ale ty pożałowałeś pieniędzy. 

Eben cisnął papiery na biurko. 
- Myślisz, że w końcu udało ci się położyć łapę na  moim ranczu, co?  - wycedził 

przez zaciśnięte zęby. 

- To piękny kawał ziemi, MacCallister. Dzikiej, surowej. Pełno tam  wspaniałych 

widoków  i  ślicznych  zakątków.  Wszystko  to  pozostanie  twoją  własnością,  jeśli 
tylko  zdołasz  zwrócić  nam  ćwierć  miliona  dolarów  z  okładem  w  przeciągu 
sześćdziesięciu  dni.  A  jeśli  ci  się  to  nie  uda...  -  urwał  dla  zwiększenia  efektu  i 
wzruszył ramionami. - Bank nie będzie miał wyboru. Przejmie twoją ziemię, potem 
sprzeda. 

- Tobie, prawda? - powiedział oskarżycielsko Eben. Cały aż zesztywniał ze złości. 
Billy Joe zakołysał się w krześle. 
-  Powiedziałem  ci  już  wtedy,  kiedy  podpisywałeś  umowę,  a  teraz  powtórzę: 

hodowla  to  już  przeszłość.  Kraj  wszedł  w  epokę  usług.  Musisz  wychodzić 
naprzeciw potrzebom ludzi... 

-  Tak  jak  ty,  co?  -  przerwał  mu  Eben.  -  Zagarniając  cudzą  ziemię,  żeby 

wybudować  kolejne  hotele,  pola  golfowe,  centra  handlowe,  parkingi,  korty 
tenisowe  i  baseny,  no  i  oczywiście  kasyno  w  pobliżu,  na  wypadek  gdyby  komuś 
jednak zostały jakieś pieniądze. 

Na  myśl  o  tym,  że  taki  los  mógł  spotkać  Gwiaździste  Ranczo,  Ebena  ogarnęła 

ślepa  furia.  To  była  ziemia  jego  rodziny  od  trzech  pokoleń.  Tam  spędził  ponad 
dwadzieścia lat życia, oszczędzając na wszystkim, harując od świtu do zmierzchu, 
a nawet dłużej. Tej ziemi poświęcił całe swoje życie, wszystko - po to tylko, żeby 
ją utrzymać. 

- Cóż, czy ci się to podoba, czy nie, teraz jest popyt na takie rzeczy. Hodowla nie 

przynosi  już  zysków.  Szczerze  mówiąc,  nie  sądzę,  by  ktoś  udzielił  pożyczki 
ranczerowi,  który  nie  ma  żadnych  dodatkowych  źródeł  dochodu.  Tak  jak  ty, 
MacCallister. Co oznacza, że jesteś bez szans na otrzymanie kredytu gdzie indziej. 

- Dlaczego? Dałeś już znać swoim kolesiom z innych banków, żeby nie udzielili 

mi pożyczki? 

- W pewnym sensie inteligentny z ciebie facet, MacCallister - powiedział Wilder, 

a Eben zauważył, że nie zaprzeczył jego słowom. 

- Myślisz, że już wygrałeś, ale ja mam ciągle jeszcze sześćdziesiąt dni na zebranie 

pieniędzy. I oświadczam ci, że je oddam. Co do centa. 

Wilder zaśmiał się z niedowierzaniem. 
- Jasne. A świnie mają skrzydła. Możesz sprzedać wszystkie swoje krowy i woły, i 

ciągle jeszcze dużo będzie ci brakowało. 

Eben w duchu przyznał mu rację. Ale na jego ranczo to nie bydło przedstawiało 

prawdziwą wartość, ale konie. 

Eben  dość  szybko  się  zorientował,  że  choć  popyt  na  bydło  maleje,  dobre, 

background image

 

ranczerskie  konie  ciągle  cieszą  się  dużym  zainteresowaniem.  Przez  ostatnich 
dziesięć  lat  poświęcał  każdą  wolną  chwilę  i  każdego  zaoszczędzonego  dolara  na 
stworzenie stadniny. Kupował rasowe konie i stawiał zabudowania. Była to jedna z 
długoterminowych  inwestycji,  które  dopiero  po  dłuższym  czasie  przynoszą  zyski. 
Ale  Eben  w  końcu  dopiął  swego.  Konie  były  jego  najmocniejszą  kartą.  Ale  czy 
dość mocna,? Nie miał pewności. 

- Przekonamy się o tym za dwa miesiące, prawda? - odparł, odwrócił się na pięcie 

i ruszył do drzwi. 

-  Byłbym  zapomniał,  MacCallister!  -  zawołał  za  nim  Wilder.  -  Miłego  Święta 

Dziękczynienia. 

Eben  usłyszał  w  głosie  Wildera  sarkastyczną  nutę.  Zawsze  tak  było,  pomyślał  z 

goryczą.  Kiedy  tylko  coś,  na  czym  mu  zależało,  znajdowało  się  w  jego  zasięgu, 
komuś zawsze udawało się sprzątnąć mu to sprzed nosa. 

Ale nie tym razem. 
Tym razem nie może przegrać. 
Przez  całą  drogę  na  ranczo  Eben  liczył  co  sprzedać  i  za  jaką  cenę.  Wziął  pod 

uwagę  najgorszy  scenariusz.  Nie  było  sposobu  na  redukcję  wydatków;  już  i  tak 
zostały obcięte do niezbędnego minimum. 

W końcu stało się jasne, że Eben ma jeszcze szansę - a raczej cień szansy. 
Niecały tydzień po otrzymaniu z banku hiobowej wieści spadł kolejny cios. Eben 

poczuł, że ziemia usuwa mu się spod nóg, gdy odebrał telefon i usłyszał, że jego 
siostra zginęła w wypadku samochodowym. Zabronił sobie o tym rozmyślać. 

Pustynna  poczta  pantoflowa  działała  jednak  bez  zarzutu.  Wiadomość  o  śmierci 

Carli rozniosła się natychmiast. Eben oderwał wzrok od biało-granatowego jeepa. 
Jeśli Maddie Williams przyszła wyrazić swoje współczucie, on zdecydowanie sobie 
tego nie życzył. 

W ogóle nie życzył sobie wizyt Maddie Williams. 
W  górze  nad  jego  głową  grudniowe  niebo  lśniło  jasnym,  popołudniowym 

blaskiem,  oświetlając  upstrzony  kaktusami  pejzaż  południowej  Arizony.  Było 
ciepło, tylko czasem rześki powiew wiatru przypominał o zimie. 

Takim  dniem  powinno  się  rozkoszować,  wdychając  świeże,  czyste  powietrze  i 

podziwiając błękit bezchmurnego nieba. 

Ale Eben MacCallister nie miał na to czasu - ani na przyjmowanie gości. Ujeżdżał 

właśnie młodego ognistego ogiera, nad którym już długo pracował. Dziki dwulatek 
nie był zachwycony pobieranymi naukami - drażniła go ciężka opona, którą ciągnął 
za sobą na sznurze. 

Parskając, koń przystanął i spojrzał wrogo na oponę. Eben dał mu chwilę spokoju 

i  znowu  lekko  ukłuł  go  ostrogami.  Zdenerwowany  koń  szarpnął  ostro.  Opona 
podskoczyła  gwałtownie  do  góry,  płosząc  konia.  Usiłując  za  wszelką  cenę 
utrzymać się na jego grzbiecie, Eben usłyszał jak jeep wjeżdża na podjazd. Ogier 
także wyłowił ten dźwięk i odwrócił głowę w stronę dobiegającego warkotu. Klnąc 

background image

 

w  duchu,  Eben  ze  złością  spojrzał  na  samochód,  który  właśnie  zatrzymał  się  tuż 
przy padoku. 

Zacisnął zęby na widok Maddie Williams. Łagodne wieczorne słońce zalśniło w 

ciemnozłotych  włosach  kobiety.  Na  ułamek  sekundy  jego  błękitne  oczy  spotkały 
się  z  jej  -  ciepłymi,  brązowymi.  Maddie  zdecydowanie  pchnęła  furtkę,  która 
otworzyła się z przeraźliwym metalicznym skrzypnięciem. 

I wtedy rozpętało się piekło. Koń rzucił się w panice w bok, sznur zaplątał mu się 

pod ogonem. 

Eben  znalazł  się  pod  płotem  padoku,  rozłożony  na  łopatki.  Oszołomiony 

upadkiem, leżał mrugając i potrząsając głową. W końcu doszedł do siebie, spojrzał 
w górę i zobaczył Maddie - smukłą, elegancką i bardzo kobiecą. 

Uśmiechnęła  się  uroczo.  Drobne  zmarszczki  wokół  jej  ciemnych  oczu  pogłębiły 

się na kształt drobnych wachlarzyków. 

-  Po  tylu  latach  w  końcu  mam  cię  u  swoich  stóp,  MacCallister.  -  W  jej  głosie 

brzmiała nuta rozbawienia, ale oczy wyrażały inne nastroje. 

Eben odpowiedział gniewnym spojrzeniem. 
- Bardzo śmieszne, Maddie. Naprawdę bardzo śmieszne - mruknął rozzłoszczony. 

Podniósł  się  z  trudem,  nie  zwracając  uwagi  na  ból  poobijanego,  ponad 
czterdziestoletniego ciała. 

Odsunął  się  od  ogrodzenia  padoku.  Szybko  odnalazł  swój  kapelusz,  który  leżał 

kilka  metrów  dalej.  Ogier  parskał  nerwowo.  Wynajęty  do  pomocy  Ramon  Vargas 
trzymał zwierzę mocno za uzdę. Koń podrzucał głową, szarpiąc szczupłym ciałem 
Ramona. 

Eben zrobił krok w stronę kapelusza. Poczuł rozdzierający ból w prawym biodrze. 

Skrzywił się i kulejąc podszedł, żeby go podnieść. Schylając się, znowu wykrzywił 
twarz. 

-  Pan  w  porządku,  seńor  Mac?  -  Wyraziste  czarne  oczy  Ramona  spojrzały  na 

niego z troską. 

Eben tylko kiwnął głową i sięgnął po lejce. Nie zapytał, jak Meksykaninowi udało 

się tak szybko znaleźć na padoku i złapać konia - tak jak dziesięć lat wcześniej nie 
pytał o nic, kiedy Ramon przyszedł na ranczo w poszukiwaniu pracy. Po dziś dzień 
Eben  nie  wiedział,  gdzie  Ramon  mieszka,  ile  ma  lat,  czy  ma  rodzinę  -  i  zieloną 
kartę. Pojawił się w chwili, kiedy Eben po uszy tonął w długach i nie stać go było 
na  płacenie  obowiązujących  stawek.  Ramon  zgodził  się  pracować  za  mniej. 
Znacznie mniej. Eben przyjął go bez wahania. Później zatrudnił jeszcze jego kuzy-
na, Luisa, na tych samych warunkach. 

Ramon  podał  mu  lejce  i  odsunął  się  trochę.  Ogier,  ciągle  zdenerwowany,  rzucał 

się na boki, próbując uwolnić z uprzęży. Eben zaczął do niego przemawiać cichym, 
łagodnym głosem. 

-  Już  dobrze,  dobrze,  ty  głuptasie  -  mruczał.  -  Lepiej  się  uspokój,  bo  dojdę  do 

wniosku, że nie jesteś wart zachodu... A rzeźnik da mi za ciebie z osiemset dolców. 

background image

 

- Eben powoli przyciągnął konia do siebie i położył dłoń na jego drżącej szyi. - Nie 
podoba ci się ten sznur pod zadem, co? Musisz się przyzwyczaić, bo kiedyś na jego 
końcu znajdzie się dorosła krowa, a nie tylko stara opona. 

Skupił się na koniu, całkowicie ignorując wysoką, smukłą blondynkę, która ciągle 

stała przy płocie. Dwadzieścia lat temu nie potrafiłby się tak zachować. Ale wtedy 
Maddie  była  jego  ukochaną,  dziewczyną,  z  którą  chciał  się  ożenić.  Teraz  była 
bogatą wdową po Allanie Williamsie, a Eben miał więcej lat i rozumu. 

Nie czuł wzruszenia czy nostalgii i był z tego naprawdę dumny. 
Delikatnie  głaskał  konia.  Czekał,  aż  ogier  się  uspokoi.  Potem  postanowił  go 

znowu  dosiąść.  Szukając  stopą  strzemienia,  spojrzał  na  Maddie.  Zauważył  lekkie 
rozbawienie na jej twarzy. Kiedyś patrzyła na niego z nieskrywanym zachwytem, a 
on  chętnie  się  przed  nią  popisywał.  Teraz  samo  wspomnienie  tamtych  chwil  go 
zirytowało. 

Maddie przyglądała mu się, stojąc przy płocie. Eben zaczął trening od początku, 

by odzyskać zaufanie konia. Całkowicie skoncentrował się na zadaniu, ani razu nie 
spojrzał w stronę kobiety. Ignorował ją tak skutecznie, jakby zatrzasnął przed nią 
drzwi. 

Maddie  patrzyła  na  niego  chłodno.  Eben  MacCallister  był  wysoki  i  smukły.  W 

jego  twarzy  rysowała  się  twardość  górskich  skał,  których  poszarpane  krawędzie 
wznosiły  się  na  horyzoncie.  Oczy  miał  niebieskie  i  przenikliwe,  włosy  ciemne, 
gdzieniegdzie  już  przyprószone  siwizną.  Był  człowiekiem  pełnym  sprzeczności  - 
czasem niewiarygodnie twardym i nieustępliwym, czasem zdumiewająco czułym i 
troskliwym. 

Teraz  zgrywał  twardziela.  Zachowywał  się  tak  lodowato,  jakby  chciał  zmusić 

kobietę do ucieczki. 

Gdyby  kiedyś  odrzucił  ją  w  taki  sposób,  Maddie  rzeczywiście  uciekłaby  z 

płaczem.  Teraz  tylko  utwierdziła  się  w  swoim  uporze.  Wiedziała  jednak,  że  jej 
cierpliwość  nie  zostanie  nagrodzona.  Czuła,  że  mogłaby  stać  przy  ogrodzeniu  do 
końca świata, a on i tak nie oderwałby się od swojego zajęcia.  Miała tylko jedno 
wyjście z sytuacji - zmusić Ebena, żeby zaczął jej szukać. Ruszyła w stronę domu. 

Dom,  obłożony  piaskową  gliną  z  okolicznych  terenów  wtapiał  się  w  pustynny 

krajobraz.  Dach  nad  ciągnącym  się  wokół  gankiem  wspierały  wąskie,  zbielałe  od 
słońca belki. 

Podchodząc  do  drzwi,  Maddie  zwolniła  nieco  kroku.  Nagle  opadły  ją 

wspomnienia,  z którymi nie umiała  sobie radzić  tak dobrze jak Eben. Zresztą nie 
miała zamiaru uciekać przed Ebenem - ani przed przeszłością. 

Ale  przeszłość  otoczyła  ją  ze  wszystkich  stron,  kiedy  przekroczyła  próg  domu, 

który kiedyś omal nie stał się jej domem. 

 
Eben pracował nad swoim ogierem jeszcze przez dziesięć minut. W końcu udało 

mu się zrobić rundę wokół padoku, holując oponę. Doszedł do wniosku, że na dziś 

background image

 

to  wystarczy.  Zeskoczył  z  konia  przy  furcie  i  rzucił  wodze  Ramonowi.  Odwrócił 
się przodem do płotu, przystanął i zdrętwiał. Maddie nie było. 

- Ramon, gdzie jest pani Williams? - spytał. 
La seńora, ona pójść do la casa. 
Eben  spojrzał  gniewnie  na  dom  ocieniony  od  zachodu  przez  kępę  drzew.  Nie 

życzył sobie odwiedzin Maddie, tak samo jak nie chciał, by nawiedziła go zaraza. 
Przeskoczył  przez  ogrodzenie  i  ruszył  w  stronę  drzwi.  Szybko  pokonał  niewielki 
dystans.  Przy  każdym  kroku  pobrzękiwał  ostrogami.  Drewniana  podłoga  ganku 
zadudniła  głucho  pod  butami.  Wszedł  do  wyłożonego  terakotą  przedsionka  i 
przystanął,  żeby  rozejrzeć  się  po  pokoju  dziennym.  Kremowe  ściany,  kominek 
wyłożony  meksykańskimi  kafelkami,  belki  stropowe.  Z  kuchni  dobiegł  go  brzęk 
kostek lodu i szkła. Eben zaklął w duchu i wszedł do kuchni. 

Maddie  stała  przy  kuchennym  blacie  i  wyglądała  jak  wcielenie  domowej 

elegancji.  Miała  na  sobie  zieloną  bluzkę  z  grubego  jedwabiu,  beżowe  lniane 
spodnie i złoty łańcuszek zamiast paska. Złote, sięgające ramion włosy swobodnie 
okalały jej twarz. Prostota i czysta doskonałość. 

- Widzę, że czujesz się jak u siebie w domu - zauważył oschle Eben. 
- Kiedyś to był mój dom. W pewnym sensie. 
Eben nie chciał, żeby mu o tym przypominano. 
- Co tu robisz, Maddie? 
-  Zaschło  mi  w  gardle.  Wiedziałam,  że  prędzej  osiwieję,  niż  się  doczekam,  aż 

zaproponujesz  mi  coś  do  picia.  Więc  sama  przyrządziłam  lemoniadę.  - 
Wdzięcznym ruchem dłoni wskazała wyciśnięte połówki cytryn leżące na blacie. 

Maddie  oczywiście  postanowiła  przypomnieć  mu  o  czasach,  kiedy  czekała  na 

niego  z  dzbankiem  lemoniady  pod  koniec  kolejnego  dnia  jego  ciężkiej  pracy. 
Jeszcze jedno wspólne wspomnienie, słodko-gorzkie, jak tysiące innych. 

Przygotowała lemoniadę z premedytacją. Chciała przywołać przeszłość. Pokazać, 

że pamięta, jaki był kiedyś jego ulubiony napój. 

- Wiesz, że nie o to mi chodzi. Czego chcesz? 
-  Dawny  Eben  MacCallister  uśmiechał  się  czasami  -  powiedziała  Maddie, 

przyglądając mu się uważnie. 

- Nie mam czasu na słowne gierki  - odparł niecierpliwie Eben. - Zachowaj je dla 

swoich gości ze Wschodu. 

-  Jak  zwykle  interesuje  cię  tylko  praca?  -  Maddie  uniosła  dłoń,  żeby  jej  nie 

przerywał. - To było pytanie retoryczne, MacCallister. Znam odpowiedź. 

Upiła łyk lemoniady, podała mu drugą szklankę, a potem odeszła, zostawiając za 

sobą zapach drogich perfum, dziki i słodki jak woń rzadkiego pustynnego kwiatu. 

Przystanęła w przeciwległym rogu, koło telefonu. Oparła się biodrem o kuchenny 

blat. Eben poczuł, jak ogarnia go dawne pożądanie. Stłumił je natychmiast. 

- Przyjechałam tu w interesach, MacCallister. Ale pewnie już o tym wiesz. Chyba 

że  nie  odsłuchujesz  wiadomości  z  automatycznej  sekretarki.  -  Postukała  długim, 

background image

 

koralowym  paznokciem  w  migające  czerwone  światełko.  -  Widzę,  że  ich  nie 
kasujesz. Masz tu nagrania z dwóch dni. Chcesz posłuchać? Pięć ode mnie, dwa od 
jakiegoś  prawnika  z  Tucson,  jedno  od  kogoś,  kto  przedstawił  się  jako  H.D.  z 
Teksasu i dwa od Billy’ego Joego Wildera z banku. 

- Musiałaś węszyć, co? Nie mogłaś się powstrzymać? - Eben spojrzał na nią ostro. 

- Masz taką elegancką fryzurę,  markowe ciuchy, drogie perfumy, ale nie zdążyłaś 
nabrać odpowiednich manier. 

Uśmiechnęła  się  tylko,  słysząc  tę  obraźliwą  uwagę.  Pewnie  nie  zdawał  sobie 

sprawy, że elegancki strój miał ją tylko chronić przed nim. 

- To dlatego, że nieodpowiednich manier uczyłam się od mistrza, czyli od ciebie. 
- Te pochlebstwa donikąd cię nie doprowadzą, Maddie - odparł krótko. 
- Nic dziwnego. Nigdy mnie nie doprowadziły - powiedziała. - Ale tak naprawdę 

wcale  tu  nie  węszyłam.  -  Chciałam  tylko  sprawdzić,  czy  twoja  automatyczna 
sekretarka działa. 

- Jasne - prychnął Eben i upił łyk zimnej jak lód lemoniady. Jego usta natychmiast 

wykrzywił  grymas.  Lemoniada  była  potwornie  kwaśna.  -  Chryste  Panie,  nie 
dodałaś cukru? 

-  Nie  do  twojej  -  odparła,  uśmiechając  się  chytrze.  W  jej  ciemnych  oczach 

zamigotały iskierki rozbawienia. - Ale ciekawe, że sam to zauważyłeś. Sam jesteś 
taki skwaszony, jakby cię ochrzczono sokiem z cytryny. 

-  To  dziecinada,  Maddie.  Dorośnij  wreszcie.  -  Eben  podszedł  do  cukiernicy, 

wsypał trzy kopiaste łyżeczki cukru do swojej szklanki i zamieszał. 

- Kiedyś, MacCallister, święcie wierzyłam, że to przeze mnie stałeś się taki zimny 

i  cyniczny.  Ale  teraz  myślę  sobie,  że  ty  nigdy  nie  miałeś  poczucia  humoru. 
Uśmiechałeś się tak rzadko. Randka oznaczała dla ciebie tylko konną przejażdżkę 
w świetle księżyca. Nie znosiłeś wydawać pieniędzy na nic, nawet na pierścionek 
zaręczynowy. Interesowała cię tylko praca. Praca, praca, praca. 

-  A  jaki  miałem  wybór?  -  powiedział  wyzywająco.  -  To  pieniądze  zarobione 

ciężką pracą sprawiały, że na stole był chleb. Bo mój ojciec z całą pewnością  go 
tam nie kładł. 

-  Jasne,  obwiniaj  o  wszystko  swojego  ojca  -  odpaliła  Maddie,  zirytowana  jego 

słowami. - Ale on przynajmniej wiedział, jak cieszyć się życiem. 

- I tak był tym zajęty, że niemal stracił ranczo. 
- Czyż to nie byłoby okropne - mruknęła sarkastycznie Maddie. 
Eben zesztywniał. 
-  Gwiaździste  Ranczo  należało  do  naszej  rodziny  przez  sto  dwanaście  lat.  Dla 

mnie to coś znaczy. 

- Z pewnością znaczyło to dla ciebie więcej niż ja. 
- Nie jestem pewny, czy kiedyś tak było - odparł z goryczą Eben. 
Maddie sceptycznie uniosła brwi. 
- Naprawdę? - mruknęła chłodno. - Jak długo byliśmy zaręczeni? 

background image

 

Eben odwrócił wzrok. 
- Nie pamiętam. 
-  A  ja  tak  -  powiedziała,  czując  w  sercu  stary  ból.  -  Pięć  lat,  siedem  miesięcy  i 

dwadzieścia jeden dni. Byłam wtedy trochę tępa, dlatego tak dużo czasu zajęło mi 
zrozumienie, że w głębi serca nie chciałeś się ze mną ożenić. A nie miałam nawet 
pierścionka, który mogłabym ci rzucić w twarz. 

Eben zacisnął usta. 
-  Nie  mogliśmy  się  pobrać  wcześniej,  do  cholery.  Wtedy  nawet  nie  wiedziałem, 

czy za miesiąc będę miał dach nad głową. 

-  Nie  zamierzałam  wyjść  za  ciebie,  żeby  mieć  dach,  dom,  czy  ranczo.  Chciałam 

tylko ciebie - wybuchnęła Maddie. - Chciałam ci pomagać, pracować razem z tobą. 
Pragnęłam,  żebyśmy  razem  do  czegoś  doszli.  Ale  ty  nie.  Ty  chciałeś,  żebym 
siedziała  cicho  w  kącie  i  czekała.  Tkwiłabym  tam  do  dziś,  pokryta  pleśnią  i 
pajęczynami. 

Zraniony do żywego Eben stracił panowanie nad sobą. 
- Zamiast tego wolałaś dekorować dom jakiegoś starca. 
- Nie waż się powiedzieć jednego złego słowa o Allanie  - odpaliła z oburzeniem 

Maddie.  -  Był  dobrym  człowiekiem  i  mężem,  najlepszym  przyjacielem,  jakiego 
miałam  w  życiu.  -  Wycelowała  palec  w  klatkę  piersiową  Ebena.  -  Gdybyś 
dorównywał mu choć w połowie, może warto byłoby na ciebie czekać. 

- A co ty możesz o tym wiedzieć? Nie zaczekałaś, żeby się przekonać. 
To ją zaskoczyło. Opanowała się i spojrzała na niego chłodno. 
- Oboje wiemy, że gdybym zaczekała, czekałabym po dziś dzień. 
- Naprawdę? - odparował. 
- Naprawdę. Lepiej posłuchaj wiadomości od Wildera. - Maddie wyminęła Ebena 

i usiadła na brzegu stołu. - Krążą plotki, że bank zażądał od ciebie natychmiastowej 
spłaty  długu.  A  sądząc  z  wiadomości,  które  nagrał  Wilder,  to  nie  tylko  czcze 
gadanie. Powinieneś uważniej przeczytać, umowę, zanim ją podpisałeś. 

-  Prędzej  piekło  zamarznie,  niż  pozwolę  Wilderowi  położyć  chciwe  łapska  na 

moim ranczu - warknął, ale w jego oczach pojawił się niepokój. 

Maddie natychmiast to zauważyła. 
- Co zrobisz, Eben? - zapytała miękko. 
- To moja sprawa. - Dopił lemoniadę jednym haustem. - Zdaje się, że ty też miałaś 

do mnie interes. No więc, czego chcesz? 

Rozdział 2 

Maddie potrzebowała trochę czasu, żeby przestawić się na inny temat. 
- Chodzi o konie - zaczęła. 
- Przykro mi - przerwał jej Eben. - Nie mam żadnych półżywych koni, na których 

twoi goście mogliby sobie pojeździć. - Jego słowa ociekały sarkazmem. 

- To dobrze, bo nie interesuje  mnie  zakup półżywych zwierząt. Szukam  koni dla 

swoich  kowbojów  -  odpaliła.  -  Może  nie  pamiętasz,  ale  w  El  Regalo  ciągle 

background image

 

10 

hodujemy bydło - przypomniała mu uprzejmie. 

-  Domyślam  się,  że  tworzy  to  atmosferę,  jakiej  oczekują  twoi  nadziani  goście  - 

powiedział drwiąco Eben. 

Maddie zmrużyła oczy. Prowokował ją, dobrze o tym wiedziała. 
- Gdybym cię lepiej nie znała, mogłabym pomyśleć, że zazdrościsz mi pieniędzy, 

jakie na nich robię - odparowała. 

- Też coś - prychnął Eben. - Nie zależy mi na tych ludziach i ich rozwydrzonych 

dzieciakach. 

- Ile masz teraz krów w stadzie? - spytała wyzywająco Maddie. 
-  Prawie  sto.  Hodowla  nie  przynosi  dzisiaj  dużych  zysków  -  przyznał.  -  Masz 

szczęście,  że  z  tym  skończyłaś.  Ale  dobre,  wytrenowane  konie  sprzedają  się  po 
wysokich cenach. 

- Zapłacę ci wysoką cenę, pod warunkiem, że istotnie masz wytrenowane konie - 

odparła  sucho.  -  Tylko  proszę,  nie  próbuj  mi  wcisnąć  tego  narowistego  ogiera, 
którego dzisiaj widziałam. Nie urodziłam się wczoraj. 

- Rzeczywiście, masz na to za dużo zmarszczek. - Eben spojrzał na drobne bruzdki 

wokół jej oczu i ust. - To chyba znak, że stuknęła ci już czterdziestka, prawda? 

-  Zawsze  mówiłeś  to,  czego  akurat  nie  należało  powiedzieć  -  rzuciła  przez 

zaciśnięte zęby Maddie. 

- Domyślam się, że twój mąż był dżentelmenem i nie zauważał takich rzeczy. 
- Mylisz się. Był dżentelmenem, więc nie pozwalał sobie na takie komentarze. Ale 

ty nigdy nie miałeś taktu, MacCallister. Zawsze byłeś szczery aż do bólu. - Urwała 
i  przekrzywiła  głowę,  znowu  zaskoczona  sprzecznościami,  jakie  tkwiły  w  jego 
naturze. - Ilekroć widzę, jak pracujesz z młodym koniem, zawsze zdumiewa mnie, 
że  potrafisz  być  tak  cierpliwy  i  delikatny.  Nigdy  się  nie  wściekasz,  kiedy  koń 
zaczyna się płoszyć. Umiesz szybko odzyskać jego zaufanie. Jesteś stanowczy, ale 
spokojny i wyrozumiały. Dlaczego nie potrafisz tak samo postępować z ludźmi? 

-  Dlatego,  że  nie  są  tego  warci  -  odparł  szybko,  z  typową  dla  siebie  brutalną 

szczerością. - A za dobrego, wyszkolonego konia można dostać dużo pieniędzy. 

-  Pieniądze.  Czy  ty  o  niczym  innym  nie  myślisz?  -  Ciągle  nie  mogła  w  to 

uwierzyć. 

- Pieniądze to wszystko, czego potrzebuję. Wszystko, czego potrzebuje człowiek - 

oznajmił spokojnie Eben. 

-  Jest  w  życiu  wiele  ważniejszych  rzeczy,  których  nie  można  kupić.  -  Maddie 

dobrze wiedziała, że to prawda. 

- Na przykład jakich? - spytał wyzywająco. 
- Lojalność, uczucie, miłość. 
- No, nie wiem. Williams cię po prostu kupił. 
Maddie  zacisnęła  palce  na  szklance.  Niewiele  brakowało,  a  chlusnęłaby  mu  w 

twarz  jej  zawartością.  Wzięła  głęboki  wdech,  zacisnęła  zęby,  ostrożnie  odstawiła 
szklankę i policzyła do dziesięciu. 

background image

 

11 

- Nie wiem, dlaczego kiedykolwiek ci współczułam, MacCallister - powiedziała. - 

Och, tak, miałeś ciężkie dzieciństwo. Matka zmarła, kiedy rodziła twoją siostrę, a 
ojciec  szastał  pieniędzmi  i  pogrążył  ranczo  w  długach.  Cała  odpowiedzialność 
spoczywała  na  twoich  barkach:  ranczo,  Carla,  rachunki.  Kiedyś  myślałam,  że  to 
okropne.  Nigdy  nie  miałeś  szansy,  żeby  być  naprawdę  dzieckiem  i  marzyć  jak 
dziecko, ale ty zawsze mówiłeś, że marzenia to bzdury. A co gorsza, wierzyłeś w 
to. Pewnie też dlatego byłeś taki wściekły, kiedy Carla uciekła, bo chciała spełnić 
swoje marzenie i zostać piosenkarką. 

Eben  nie  miał  ochoty  rozmawiać  o  swojej  siostrze.  Na  samą  myśl  o  Carli  czuł 

dawny ból. 

-  Nie,  wkurzyłem  się,  bo  zabrała  wszystkie  pieniądze,  ponad  trzysta  dolarów, 

dzięki którym przetrwalibyśmy zimę. To był prezent na Boże Narodzenie od mojej 
kochanej siostrzyczki. 

-  Carla  miała  zaledwie  siedemnaście  lat  -  przypomniała  Maddie.  -  Była  młoda. 

Popełniła  błąd.  Ale  ty  nie  powinieneś  z  tego  powodu  wykreślać  jej  ze  swojego 
życia. 

Eben  spojrzał  na  nią  zimno,  wypił  resztę  lemoniady  i  wrzucił  kostki  lodu  do 

zlewozmywaka. 

- Zresztą to już bez znaczenia. 
- A cóż to ma znowu znaczyć? - Maddie założyła ręce na piersi. 
- To, że Carla nie żyje. - Nie zamierzał Maddie o tym mówić, w ogóle nie chciał 

rozmawiać o siostrze i dopuszczać do siebie tego, co w związku z tym czuł. 

-  Co?  -  Maddie  patrzyła  na  niego  z  otwartymi  ustami,  nie  wierząc  własnym 

uszom. 

Odwrócił się i zmierzył ją chłodnym spojrzeniem niebieskich oczu. 
-  Zginęła  wraz  z  mężem  w  wypadku  samochodowym  cztery  dni  temu.  -  Podał 

suche fakty, nie zdradzając, że na tym jego wiedza się kończy. 

- Z mężem? Carla wyszła za mąż? 
- Najwyraźniej. 
Maddie, zatopiona we wspomnieniach, nie dosłyszała cynicznej odpowiedzi. 
-  Ciągle  śpiewała  -  powiedziała  w  zamyśleniu.  -  Cokolwiek  robiła:  zmywała, 

sprzątała,  doglądała  cieląt,  zawsze  śpiewała...  albo  grała  na  taniej  meksykańskiej 
gitarze. Ty ją dla niej kupiłeś, pamiętani. W Nogales, za stary zegarek z pękniętym 
szkiełkiem. 

- I poszedł na marne. 
Spojrzała na niego, dotknięta ironiczną nutą. 
- Dziwię się, że ktokolwiek zadał sobie trud, by cię poinformować o śmierci Carli. 

- Maddie odwróciła się, nagle zirytowana. 

- W jej dokumentach figurowałem jako najbliższy krewny. Pewnie pomyślała, że 

zapłacę za pogrzeb - powiedział szorstko Eben, starając się skryć ból, którego nie 
chciał  wcale  odczuwać.  Ale  w  uszach  ciągle  rozbrzmiewał  mu  głos  ze  słuchawki 

background image

 

12 

telefonu.  Mówił  jakiś  obcy  człowiek.  Najpierw  upewnił  się,  że  Eben  jest  bratem 
Carli, potem poinformował krótko, że Carla zginęła w wypadku. Dodał coś jeszcze, 
ale Eben przestał słuchać. Kiedy mężczyzna - najwyraźniej typ religijnego świra - 
wspomniał,  że  siostra  pragnęła  dla  Ebena  nadziei  i  radości,  coś  w  nim  pękło, 
uwalniając  gniew.  Odparł  wtedy,  że  radość  i  nadzieja  będą  mu  towarzyszyły  tak 
długo,  jak  długo  nie  będzie  musiał  płacić  za  pogrzeb.  Nawet  teraz  Eben  nie 
pozwalał sobie na odczuwanie czegokolwiek poza gniewem. 

-  Domyślam  się  więc,  że  nie  pokryjesz  kosztów  pogrzebu  -  powiedziała  chłodno 

Maddie. 

-  Oczywiście,  że  nie.  -  Dezaprobata  w  jej  głosie  ani  trochę  go  nie  wzruszyła.  - 

Mówiłaś, że  chcesz kupić konie. Więc jeśli  skończyłaś już swoją podróż w świat 
wspomnień, pokażę ci, co mam. 

-  Nie,  dziękuję.  Zmieniłam  zdanie.  -  Maddie  wzięła  ze  stołu  swoją  szklankę  i  w 

nagłym porywie złości wylała jej zawartość do zlewozmywaka. 

- Przykro mi, ale...Odwróciła się do niego. 
-  Nie,  wcale  nie  jest  ci  przykro.  Z  żadnego  powodu.  I  pomyśleć,  że  naprawdę  ci 

współczułam, kiedy usłyszałam, co robi Billy Joe. Zdajesz sobie chyba sprawę, że 
już  uruchomił  swoje  kontakty  we  wszystkich  instytucjach  finansowych  w  tym 
stanie i dał do zrozumienia, komu trzeba, że udzielenie ci pożyczki byłoby bardzo 
ryzykowne.  A  jeśli  chcesz  utrzymać  ranczo,  będziesz  potrzebował  bardzo  dużo 
pieniędzy. 

- Dobrze o tym wiem. 
- Więc życzę ci dużo szczęścia, MacCallister.  - Maddie odwróciła się na pięcie i 

wyszła z kuchni. 

- Sam zapracuję na swoje szczęście. Zawsze tak było i tak będzie.  - Eben powoli 

poszedł za Maddie. 

-  Nie  masz  wyjścia.  Na  pewno  nikt  nawet  nie  kiwnie  palcem,  żeby  ci  pomóc.  - 

Zatrzymała się przy drzwiach i spojrzała na niego gniewnie. - Łącznie ze mną. 

Eben natychmiast uniósł się dumą. 
- Nie przypominam sobie, żebym prosił cię o pomoc. 
- Nie prosiłeś. Nigdy nie prosisz. Ale i tak chciałam ci ją zaoferować. - To dlatego 

była zła. Naprawdę przyjechała do niego, żeby mu pomóc. - Potrzebujemy teraz w 
El Regalo przynajmniej dwóch koni, ale prędzej mi kaktus wyrośnie na dłoni, niż 
kupię je od ciebie. 

Eben  przypomniał  sobie,  jak  bardzo  potrzebuje  gotówki  i  postanowił  na  chwilę 

zapomnieć o dumie. Nie stać go było na to, żeby zmarnować taką okazję. 

- Nigdzie nie znajdziesz lepszych koni. 
- Zaryzykuję. - Maddie pchnęła drzwi z taką siłą, że aż odbiły się od ściany. Eben 

zdążył je złapać, zanim uderzyły go w twarz. - Możesz sobie mówić, co chcesz o 
swoim ojcu, MacCallister, ale ludzie go kochali. A ty w całym hrabstwie nie masz 
ani jednego przyjaciela. 

background image

 

13 

-  Nie  potrzebuję  przyjaciół.  -  Eben  wyszedł  za  Maddie  przed  dom.  -  A  ludzie 

kochali mojego ojca tylko dlatego, że szastał pieniędzmi na prawo i lewo. 

-  Czego  o  tobie  nie  można  powiedzieć,  prawda?  -  odparła  drwiąco.  -  Każdego 

centa ściskasz tak długo, aż puści krew. 

- Nie ma w tym chyba nic złego. 
- Ale nie ma też nic dobrego. - Nagle cała dyskusja wydała jej się bez sensu. Był 

tak zatwardziały w swoich przekonaniach, że trzeba by chyba dynamitu albo łaski 
boskiej, żeby go wzruszyć. 

-  Czyżby?  Więc  skoro  nie  jest  to  ani  złe,  ani  dobre,  to  jakie  jest?  -  spytał 

wyzywająco. 

-  Puste.  -  Spojrzała  na  niego  ze  smutkiem.  -  I  taki  właśnie  sam  jesteś.  Pusty. 

Ciułasz,  ciułasz,  ciułasz  i  co  z  tego  masz?  Nie.  Nawet  jeśli  cudem  zdołasz 
zachować ranczo, w końcu zauważysz, że został ci tylko pusty dom, garść piachu i 
kilka  kolczastych  kaktusów.  W  twoim  życiu  nie  ma  żony,  dzieci,  śmiechu  ani 
miłości.  Poświęciłeś  to  wszystko  dla  tego.  -  Szerokim  gestem  wskazała 
rozciągającą  się  przed  nimi  pustynię  i  ostre  wierzchołki  gór  na  horyzoncie.  - 
Zrobiłeś kiepski interes, MacCallister. Nie rozumiesz? 

Eben szybkim spojrzeniem ogarnął surową ziemię, zdradziecką i piękną zarazem, 

potem znowu odwrócił się do Maddie. 

- To ty ode mnie odeszłaś. 
-  Nie  odeszłam;  uciekłam.  -  Odwróciła  wzrok  i  zacisnęła  usta  z  goryczą.  -  Nie 

czułeś do mnie nic poza pożądaniem. 

- A co czuł do ciebie Williams? 
-  O  to  chodzi.  -  Spojrzała  gniewnie.  -  W  końcu  udało  ci  się  mnie  od  siebie 

odepchnąć, tak jak wszystkich innych. 

- Mam się czuć źle z tego powodu? 
- Przerabialiśmy to już, MacCallister. Ty nie czujesz nic poza zimnem i gorącem. 
- I chyba mi z tym dobrze. - Uśmiechnął się lekko, chcąc ją rozzłościć. 
-  Możesz  sądzić,  że  jesteś  szczęśliwy,  ale  się  mylisz.  I  nawet  o  tym  nie  wiesz. 

Dlatego to takie smutne. Żal mi cię, MacCallister. 

- Nie potrzebuję współczucia. 
- Tak ci się wydaje - odpaliła Maddie. - Ale jeśli jest na świecie sprawiedliwość, 

dostaniesz to, na co zasługujesz. 

-  Czyli...  -  Nie  dokończył,  bo  właśnie  zauważył  ciemny  samochód  na  drodze  do 

rancza. - Kto to może być, do diabła? 

- Mam nadzieję, że Billy Joe - prychnęła Maddie. - Chętnie popatrzę, jak wbija ci 

nóż w plecy. 

-  Zawsze  wiedziałem,  że  jesteś  żądną  krwi  wiedźmą  -  rzucił  Eben,  schodząc  z 

ganku. 

Z  tylnego  okna  granatowego  lincolna  wyglądała  dziecięca  buzia  z  szeroko 

otwartymi oczami. Eben dostrzegł jeszcze dwie małe główki dzieci siedzących na 

background image

 

14 

tylnym siedzeniu. Jakby nie miał już dość kłopotów, jacyś turyści zgubili drogę do 
któregoś  z  ośrodków  wypoczynkowych,  w  które  zmieniono  okoliczne  rancza. 
Zdarzało się to już wcześniej. 

Samochód zatrzymał się. Z wnętrza dobiegł płacz niemowlęcia i chór dziecięcych 

głosów. 

- To tutaj? 
- Jesteśmy na miejscu? 
Z  auta  wysiadł  wysoki,  ciemnowłosy  mężczyzna,  typ  dobrze  sytuowanego 

mieszczucha,  z charakterystycznym  uśmiechem karierowicza na twarzy. Eben nie 
znosił takich facetów. 

- Dzień dobry, nazywam się... 
Eben nie pozwolił mu dokończyć. 
-  To  nie  jest  ośrodek  agroturystyczny.  -  W  tej  samej  chwili  z  samochodu 

wyskoczyła  mała  jasnowłosa  dziewczynka  w  różowej  sukience,  a  za  nią  druga, 
wyglądająca jak jej lustrzane odbicie. 

-  Patrz!  Koniki,  tak  jak  mama  mówiła!  -  Wyraźnie  podekscytowana  pierwsza  z 

dziewczynek wskazała pulchnym paluszkiem w stronę koni na padoku. 

- Proszę zabrać dzieci z powrotem do samochodu - powiedział cierpko Eben. - Nie 

przyjmujemy tu gości. To prawdziwe ranczo. 

- Zaszło chyba jakieś nieporozumienie... - zaczął znowu mężczyzna. 
-  Jeśli  tak,  to  nie  moja  wina  -  uciął  Eben.  Chciał  jak  najszybciej  pozbyć  się 

intruzów. 

- Jestem Spencer Davenport z kancelarii prawniczej Hughes, Hughes i Davenport. 

-  Uśmiech  na  twarzy  mężczyzny  przygasł,  kiedy  Eben  nie  zareagował  na  jego 
słowa. - Nie otrzymał pan mojej wiadomości? Pan Eben MacCallister, prawda? 

-  Owszem,  to  ja.  -  Eben  zmarszczył  brwi,  zaskoczony,  że  mężczyzna  zna  jego 

nazwisko. - O jakiej wiadomości pan mówi? 

Maddie podeszła do nich powoli. 
- Zapewne o tej na twojej automatycznej sekretarce  - wyjaśniła i uśmiechnęła się 

do Spencera Davenporta. - Była trochę niewyraźnie nagrana. 

- Tego się obawiałem. Dzwoniłem z lotniska. 
Z  samochodu  wyszedł  mały,  mniej  więcej  siedmioletni  chłopiec  i  stanął  obok 

dziewczynek. Za jego plecami rozległ się gniewny płacz niemowlęcia. 

- Tad jest zły - powiedziała dziewczynka stojąca po prawej stronie. 
- Bardzo zły - dodała ta po lewej. 
Chłopiec milczał, patrząc na Ebena nieufnie i podejrzliwie. 
Eben, ze zdenerwowania napięty jak struna, spojrzał twardo na prawnika. 
- Co dokładnie zawierała pańska wiadomość? 
- Informację, że odebrałem dzieci pańskiej siostry i przywożę je do pana  - odparł 

rzeczowo mężczyzna. 

- Co takiego?! - wykrzyknął Eben ze złością, wytrącony z równowagi. Nigdy nie 

background image

 

15 

przyszło mu do głowy, że Carla mogłaby mieć dzieci. 

- Chodzi o dzieci pańskiej siostry. - Spencer Davenport wyjął z samochodu grubą 

szarą  kopertę.  -  Tu  są  wszystkie  dokumenty,  potwierdzające,  że  zgodnie  z 
życzeniem pańskiej zmarłej siostry zostaje pan ich prawnym opiekunem. Są tu też 
ich akty urodzenia i wszelkie inne papiery, jakich może pan potrzebować. 

- To jakaś pomyłka. Na pewno. - Eben chwycił kopertę. 
- Mam nadzieję, że nie. - Ciemne oczy Maddie błyszczały rozbawieniem. 
- Pani MacCallister? - zapytał prawnik, podczas gdy Eben niecierpliwie rozdzierał 

kopertę. 

-  Nie,  dzięki  Bogu.  Jestem  tylko  sąsiadką.  -  Maddie,  uśmiechając  się  szeroko, 

odwróciła się do dzieci i pochyliła lekko. - Jak się nazywacie? 

Chłopiec tylko patrzył na nią w milczeniu, marszcząc jasne brwi. 
-  Dillon  jest  najstarszy.  Ma  siedem  lat.  -  Prawnik  podszedł  do  maluchów.  - 

Bliźniaczki  mają  po  cztery  lata.  Jedna  to...  ale  może  same  się  przedstawicie  tej 
miłej pani, dziewczynki? 

-  Ja  jestem  Joy  -  oznajmiła  szybko  dziewczynka  po  prawej,  bez  cienia 

nieśmiałości. 

- A ja Hope - powiedziała jej siostra. 
- Mamusia tak nas nazwała... 
- ...bo urodziłyśmy się w Wigilię... 
- ...tak jak Jezus. - Joy uśmiechnęła się z dumą. 
- Mamusia mówiła, że Boże Narodzenie to właśnie... 
- Hope i Joy . 
- I to właśnie my. 
Hope i Joy. Pod Ebenem ugięły się nogi, kiedy przypomniał sobie rozmowę przez 

telefon.  Mężczyzna  powiedział,  że  Carla  chciała,  by  nadzieja  i  radość  zawsze 
towarzyszyły bratu. Nie była to metafora. Chodziło o imiona. 

- Wyglądamy tak samo - dodała Hope. 
- Ale tak naprawdę, to nie - dodała Joy, zanim Maddie zdążyła przytaknąć. 
- Joy ma piegi na nosie. - Hope wskazała nos siostry. 
- A Hope nie. - Druga dziewczynka potrząsnęła głową. Długie loki zatańczyły nad 

ramionkami. 

-  Ale  ja  mam  za  to  znamię  na  nodze.  Chcesz  zobaczyć?  -  Hope  podciągnęła 

wymiętą sukienkę i zaprezentowała Maddie ciemny znak na prawym udzie. 

Maddie  obejrzała  znamię,  kątem  oka  spoglądając  na  Ebena,  który  przeglądał 

papiery  i  zerkał  na  prawnika  wyciągającego  z  bagażnika  walizki  i  pudła.  W  tle 
ciągle  rozlegał  się  wściekły  wrzask  niemowlęcia.  Scena  przypominała  Sąd 
Ostateczny. Maddie nie znała jednak nikogo, kto bardziej niż Eben zasługiwałby na 
zesłanie do piekieł. 

- Czy to wasz mały braciszek tam płacze? - spytała dzieci. 

                                                           

 Hope and joy (ang.) - nadzieja i radość. 

background image

 

16 

Piegowata Joy kiwnęła głową. 
- Ma na imię Tad. 
- Lecieliśmy samolotem - dodała Hope. 
-  Tad  tego  nie  lubi  -  wyjaśniła  Joy.  Jej  jasne  loki  podskakiwały,  kiedy  kręciła 

głową. 

Hope westchnęła, robiąc przy tym dorosłą minę. 
- Tad niczego nie lubi. 
- Mamusia mówiła, że Tad to skaranie boskie. 
W błękitnych oczach Hope natychmiast pojawił się smutek. 
- Nasza mamusia i tatuś nie żyją. 
Joy kiwnęła głową. 
- Są teraz w niebie. 
- Są aniołami - dodała szybko Hope. 
- Mamusia śpiewa. 
- Tatuś nie umie śpiewać - powiedziała wyraźnie zatroskana Hope. 
- Ale umie grać na skrzypcach - przypomniała jej siostra. 
- I na gitarze, i na banjo - poweselała Hope. 
- Na pewno szybko nauczyłby się grać na harfie - oznajmiła Joy z przekonaniem. 
- Na pewno tak - zgodziła się Maddie, wzruszona prostą dziecięcą wiarą. 
Joy spojrzała ciekawie na Ebena i przyłożyła zwiniętą dłoń do ust. 
- To jest wujek Ben? - wyszeptała głośno. 
Dillon szturchnął ją w ramię. 
- Jak to, nie wiesz? On ma na imię Eben. Głupia gęś. 
Joy odwróciła się do niego, wojowniczo opierając ręce na biodrach. 
- Nie jestem gęsią. 
- Ja też nie. - Hope natychmiast przybrała tę samą pozę. 
-  I  nie  wolno  ci  nas  przezywać.  -  Joy  pokazała  mu  język  i  znowu  spojrzała  na 

Maddie. - To nasz wujek, prawda? 

- Oczywiście. - Maddie uśmiechnęła się od ucha do ucha. 
Dillon popatrzył na niego nieufnie. 
- On nas nie chce - powiedział. - Od razu widać. 
Eben  spojrzał  na  bratanka  ostro.  Nie  chciał  poddać  się  współczuciu  dla  tych 

osieroconych maluchów. Przy wszystkich swoich problemach i długu, który musiał 
szybko  spłacić,  nie  miał  ani  czasu,  ani  pieniędzy,  by  zajmować  się  czwórką 
dzieciaków.  I  nie  zamierzał  udawać,  że  jest  inaczej.  Chłopak  najwyraźniej  to 
wyczuł. 

- Bystry chłopak - mruknął tylko pod nosem. 
Bliźniaczki były jednak innego zdania niż brat. 
- Wujek Eben na pewno nas chce - zaprzeczyła Joy. 
- To nasz wujek. - Słowa siostry od razu trafiły Hope do przekonania. 
Prawnik wyjął z bagażnika lincolna składany wózek spacerowy. Oparł go o stos 

background image

 

17 

walizek  i  sięgnął  do  wnętrza  samochodu.  Wrzaski  niemowlęcia  natychmiast 
umilkły i zapanowała upragniona, błogosławiona cisza. 

-  Tad  nie  lubi  być  sam  -  wyjaśniła  Joy,  kiedy  prawnik  wyciągnął  z  tylnego 

siedzenia  czerwonego  ze  złości  dzieciaka,  trzymając  go  możliwie  jak  najdalej  od 
siebie. 

Tad  był  krzepkim,  mniej  więcej  półrocznym  chłopcem.  Miał  miękkie 

jasnobrązowe  włoski  i  buzię  jak  bobas  z  reklamy  odżywek  Gerbera.  Teraz 
gaworzył już, uszczęśliwiony, wymachując pulchnymi rączkami i nóżkami. 

- Zaraz się złości - dodała Hope. 
- Tad to skaranie boskie - oznajmiły bliźniaczki chórem. 
Ciągle  trzymając  dziecko  daleko  od  siebie,  prawnik  podszedł  prosto  do Maddie, 

która  już  wyciągała  do  malucha  ręce,  kiedy  nagle  doleciał  ją  zapach  brudnej 
pieluchy. Szybko wskazała Ebena, dając Davenportowi do zrozumienia, że to jemu 
powinien dać chłopca. 

Eben ledwo zdążył przełożyć dokumenty z jednej ręki do drugiej, kiedy prawnik 

wepchnął  mu  niemowlę  w  ramiona.  Odruchowo  objął  Tada  i  przycisnął  go  do 
piersi. 

Przez  chwilę  obaj  patrzyli  na  siebie  ze  zdumieniem.  Zaraz  potem  Eben  poczuł 

zapaszek dolatujący z pieluchy i skrzywił się, na co Tad w przeraźliwym wrzasku 
zaprezentował świeżo wyrżnięty przedni ząb. 

Widok  Ebena  z  Tadem  w  objęciach  utwierdził  bliźniaczki  w  przekonaniu,  że 

miały  rację.  Podeszły  do  nich  natychmiast.  Tylko  Dillon  się  nie  poruszył.  Nadal 
obserwował wszystko nieufnie. 

- Tad narobił w pieluchę - wyjaśniła Joy, choć nie było to konieczne. 
- Nie przestanie ryczeć... - powiedziała ostrzegawczo Hope. 
- Aż ktoś mu ją zmieni - dokończyła Joy. 
Maddie  spojrzała  na  osłupiałą  twarz  Ebena  i  wybuchnęła  niepohamowanym 

śmiechem. Odrzuciła głowę w tył, a jej śmiech odbił się echem od dalekich gór. 

-  Szkoda,  że  nie  mam  aparatu  fotograficznego,  bo  chętnie  zrobiłabym  ci  zdjęcie. 

Masz taką pocieszną minę - powiedziała głosem ciągle łamiącym się od śmiechu. 

Eben spojrzał na nią ze złością, szukając w myślach ciętej riposty. Ale w tej samej 

chwili  dziecko  wyprężyło  się  niebezpiecznie  do  tyłu,  próbując  się  od  niego 
odsunąć. Eben szybko podłożył mu drugą rękę pod plecy, mnąc przy tym kopertę i 
wyjęte z niej dokumenty. 

- Lepiej go teraz za bardzo nie przytulać - ostrzegła Joy z miną kogoś, kto wie, co 

mówi. 

- Bo inaczej kupa wyleci bokami - wyjaśniła Hope. 
- ...i wszystko zabrudzi - dodała Joy, krzywiąc się na samą myśl. 
- Tad to prawdziwe... - zaczęły razem. 
- Skaranie boskie, wiem - dokończył zirytowany Eben. - Już to słyszałem. 
Maddie znów wybuchnęła śmiechem i odwróciła się do młodego prawnika, który 

background image

 

18 

z trudem ukrywał rozbawienie. 

-  Otto  Grimes  z  Branson  zajmuje  się  nieruchomościami,  które  należały  do 

pańskiej siostry i jej męża - powiedział do Ebena, starając się zachować powagę. - 
Gdyby  miał  pan  jakieś  pytania,  proszę  się  z  nim  skontaktować.  Adres  i  telefon 
znajdzie  pan  w  tych  papierach.  Życzę  powodzenia  -  dodał  i  ruszył  w  stronę 
samochodu. 

-  Zaraz,  zaraz!  -  wrzasnął  Eben,  usiłując  przekrzyczeć  ryk  niemowlęcia.  -  Nie 

może pan tak po prostu sobie odjechać i zostawić mnie z całym tym towarzystwem. 

- Przykro mi. - Prawnik wzruszył ramionami, również podnosząc trochę głos. - Jak 

już powiedziałem, jeśli ma pan pytania, proszę się skontaktować z Otto Grimesem. 
Nasza  firma  jest  tylko  miejscowym  oddziałem  -  rzucił  na  zakończenie,  wsiadł  do 
samochodu i zatrzasnął za sobą drzwiczki. 

Joy zadarła głowę do góry i pociągnęła Ebena za spodnie. 
- Wujku, muszę na nocnik - powiedziała, przestępując z nogi na nogę i patrząc na 

niego błagalnie. 

- Na litość boską, nie - jęknął Eben i spojrzał na Maddie. - Mogłabyś... 
Maddie podniosła ręce, nie pozwalając mu skończyć. 
- O nie, mowy nie ma. Znikam, MacCallister. Jesteś sam. 
Odeszła,  zostawiając  go  z  rozłoszczonym,  płaczącym  niemowlęciem,  małą 

dziewczynką,  przeskakującą  niecierpliwie  z  nogi  na  nogę,  drugą  dziewczynką, 
która  wyglądała  tak,  jakby  zaraz  miała  zacząć  robić  to  samo  co  pierwsza, 
podejrzliwym siedmiolatkiem i dziesiątkami walizek na podjeździe. 

Maddie  była  pewna,  że  Eben  sobie  poradzi.  Żałowała  jednak,  och,  jak  bardzo 

żałowała, że nie może zostać, żeby na to popatrzeć. 

Na samą myśl o tym znowu ogarnęła ją wesołość. 

Rozdział 3 

Wrzask dziecka szybko zagłuszył śmiech Maddie. Eben zazgrzytał zębami. Przez 

chwilę miał ochotę pójść za nią i zacisnąć palce na jej łabędziej szyi. Zanim jednak 
zdążył to zrobić, mała rączka znowu pociągnęła go za nogawkę dżinsów. 

- Wujku, ja już naprawdę muszę - powiedziała poważnie jedna z bliźniaczek. 
- Ja też - zawtórowała jej druga. 
Eben  spojrzał  w  dół,  ale  wtedy  zbliżył  niebezpiecznie  nos  do  zapaskudzonej 

pieluchy.  Co  gorsza  poczuł  nagle  dziwnie  lepką  wilgoć  na  rękawie  koszuli.  Nie 
miał żadnych wątpliwości - pielucha zaczęła właśnie przeciekać. 

- W domu jest łazienka. - Wskazał głową frontowe drzwi. 
Dziewczynki zniknęły w ułamku sekundy. Ich nieobecność natychmiast wywołała 

nową falę krzyków niemowlęcia. 

Eben spojrzał na niego gniewnie. 
- Przestań natychmiast ryczeć, bo popękają mi bębenki - powiedział stanowczo. 
Jego  mocny,  donośny  głos  zaskoczył  Tada.  Niemowlak  umilkł  na  chwilę, 

popatrzył na Ebena ze złością i uderzył w jeszcze głośniejszy płacz. 

background image

 

19 

- One mają rację. Tad nie przestanie krzyczeć, dopóki ktoś nie zmieni mu pieluchy 

- oświadczył Dillon ze złośliwym uśmieszkiem. 

Eben czuł, że to prawda, choć nie chciał się do tego przyznać. 
- Gdzieś w waszych bagażach muszą być pieluchy - powiedział tylko. - Znajdź je i 

przynieś jedną do domu. 

Chłopiec nawet nie drgnął. 
- Trzeba jeszcze powiedzieć „proszę” - rzucił mimochodem. 
Dziecko ciągle darło się wniebogłosy. Eben całkiem stracił cierpliwość. 
- Poszukaj pieluchy, dziecko. 
-  Nie  nazywam  się  dziecko,  tylko  Dillon  -  odpalił  chłopiec,  ale  obrócił  się  na 

pięcie i poszedł do bagaży. 

Zadowolony,  że  jego  rozkaz  został  wysłuchany,  Eben  ruszył  do  domu.  W  tej 

samej chwili zauważył Ramona, który stał pod stajnią. 

- Chodź tu z Luisem i wnieście te walizy do domu! - krzyknął. 
-  Wujku!  Nie  możemy  znaleźć  łazienki!  -  rozległ  się  rozpaczliwy  głos  w 

korytarzu. 

Eben odwrócił się powoli, wściekły na Maddie, która zostawiła go samego w tym 

chaosie. Wszedł do domu i zaprowadził bliźniaczki do jedynej łazienki, cały czas 
czując dolatujący z pieluchy odór i nieprzyjemną wilgoć na ramieniu. 

Kiedy  wrócił  do  salonu  zobaczył  Dillona.  Chłopiec  wlókł  za  sobą  wielką  torbę, 

wypchaną pieluchami. 

- Zanieś to do kuchni - rzucił przez ramię Eben. 
W  kuchni  cisnął  wygniecioną  kopertę  z  dokumentami  na  blat,  wyciągnął  kilka 

czystych  ściereczek  z  szuflady,  wrzucił  je  do  zlewu  i  odkręcił  kurek,  żeby  je 
zmoczyć.  W  głębi  domu  rozległ  się  szum  spuszczanej  wody.  Silny  strumień  z 
kuchennego  kranu  natychmiast  zmienił  się  w  ciurkający  strumyczek.  Niemowlę 
darło się przeraźliwie, zesztywniałe z wściekłości. 

Dillon wszedł do kuchni. Za nim kroczyła jedna z bliźniaczek. Eben spojrzał na 

chłopca  w  przelocie  i  podszedł  do  długiego  kuchennego  stołu,  który  pozostał  z 
czasów,  gdy  ranczo  przeżywało  okres  świetności.  Wymięty  i  postrzępiony  na 
brzegach obrus z ceraty, niemal tak stary jak sam stół, przykrywał porysowany blat. 

- Daj mi czystą pieluchę - zwrócił się do chłopca. 
Już miał zamiar położyć niemowlę na stole, kiedy dziewczynka spojrzała na niego 

przerażona. 

- Ale nie będziemy mu zmieniać pieluchy na stole, prawda? 
-  O,  fuj.  -  Dillon  skrzywił  się  z  obrzydzeniem.  -  Nikt  już  chyba  nie  chciałby  tu 

potem jeść. 

Eben niechętnie przyznał im rację. Schylił się, żeby położyć dziecko na podłodze, 

co wywołało nową falę protestów. 

- Chyba nie będziemy mu zmieniać pieluchy na podłodze?! - wykrzyknęła druga z 

dziewczynek, która właśnie wpadła do kuchni. 

background image

 

20 

- Podłoga jest brudna - poparła ją pierwsza. 
Eben  wyciągnął  z  kosza  ręcznik,  rzucił  go  na  podłogę,  potem  położył  na  nim 

dziecko. Obie dziewczynki z uznaniem pokiwały głowami. 

Tad,  ciągle  wrzeszcząc,  zaczął  machać  rączkami  i  nóżkami.  Koszmarny  smród 

uderzył  Ebenowi  prosto  w  nos.  Pozostała  trójka  dzieci  zebrała  się  wokół,  patrząc 
jak  wujek  rozwiązuje  sztruksowe  spodenki  niemowlęcia,  całe  w  brązowych 
plamach - takich samych, jak na rękawie koszuli Ebena. Zapach pieluchy obudził w 
nim wspomnienia z czasów, kiedy musiał przebierać siostrę. 

- Tad wszystko zafajdał - zauważyła jedna z dziewczynek. - Patrzcie tylko. 
- Trzeba mu zmienić całe ubranie - powiedziała druga. 
-  Widzę  -  mruknął  Eben.  Ostatnią  rzeczą,  jakiej  sobie  życzył  w  tej  chwili,  była 

publiczność.  Złapał  wierzgające,  mokre  nóżki  i  zaczął  szukać  agrafek 
przytrzymujących pieluchę. 

- Nie ruszaj się przez chwilę, to zaraz rozepnę agrafki - mruczał pod nosem. 
Stojący za jego plecami Dillon prychnął z pogardą. 
- Nie ma tam żadnych agrafek. Nigdy nie zmieniałeś nikomu pieluchy? 
Dopiero teraz Eben się zorientował, że była to jednorazowa pielucha zapinana na 

przylepce. Spojrzał na Dillona. 

- Zmieniałem pieluchy twojej matce, kiedy miałem siedem lat. Znam się na tym. 
Wyraźnie jednak wyszedłem z wprawy, pomyślał, ale nie powiedział tego głośno. 

Kiedy  w  końcu  rozpiął  przylepce,  niemowlę  zabulgotało  z  radością.  Cisza,  która 
potem  nastąpiła,  była  prawdziwym  błogosławieństwem.  Nie  trwała  jednak  długo. 
Jedna z dziewczynek zaraz przykucnęła przy Ebenie. 

- Mówiłyśmy, że Tad nie przestanie płakać... 
- ...aż ktoś go nie przebierze - dokończyła druga. 
Nie  zwracając  uwagi  na  ich  szczebiotanie,  Eben  podniósł  pieluchę  za  czyste 

końce. Cała podłoga była zachlapana. 

- To gorsze niż cielak z biegunką - mruczał do siebie. 
- Co to jest biegunka? - zapytała jedna z bliźniaczek. 
- To, co właśnie widzisz - odparł cierpko. 
Chwycił dziecko za nóżki, uniósł je trochę, wyciągnął pieluchę, pobieżnie wytarł 

zabrudzoną pupę, zwinął pieluchę i wręczył ją starszemu chłopcu. 

-  Wyrzuć  to.  -  Wskazał  głową  wysoki  plastykowy  kosz  na  śmieci  przy  końcu 

kuchennego blatu. 

Dillon zmarszczył brwi. 
- Trzeba powiedzieć „proszę”. 
Eben, zirytowany, spojrzał na niego z ukosa. 
-  To  ja  uczyłem  twoją  matkę  dobrych  manier,  więc  przestań  mnie  pouczać, 

dziecko. 

-  Mam  na  imię  Dillon,  więc  przestań  mnie  nazywać  dziecko  -  odparł  chłopiec, 

patrząc na wuja ze złością spod zmarszczonych brwi. - I nie martw się, ja też wcale 

background image

 

21 

nie chcę tu zostać. - Bez słowa chwycił brudną pieluchę i podszedł do kosza. Eben 
spojrzał  na  dzieciaka,  zdumiony  złością  w  jego  głosie.  Ale  chłopak  dobrze  go 
wyczuł,  Eben  nie  chciał  ich  wszystkich  tutaj.  Współczuł  im  z  powodu  śmierci 
rodziców, nie życzył tego żadnemu dziecku. Ale czy były to dzieci Carli, czy kogoś 
innego, dla niego pozostawały obce. Po tym, jak potraktowała go siostra, wydawało 
mu  się  nie  w  porządku,  że  zwaliła  mu  je  na  głowę.  Eben  przebrał  niemowlaka  i 
postanowił, że musi jak najszybciej pozbyć się dzieciaków. 

- Dillon wcale tak nie myśli, wujku. - Mała rączka poklepała go pocieszająco. 
- A właśnie, że tak! - Dillon cisnął pieluchę do kosza na śmieci. 
Druga z bliźniaczek zaraz poparła pierwszą. 
- On tylko jest zły, bo... 
- ...chce do mamy i taty. 
- Bardzo za nimi tęskni. 
- I my też. 
Eben  miał  wrażenie,  że  znalazł  się  między  dwoma  głośnikami  stereofonicznego 

nadajnika, naprzemiennie bombardującymi jego uszy.  Chcąc się  od tego uwolnić, 
zwrócił się do dziewczynek: 

- Niech no jedna z was przyniesie mi czystą pieluchę. 
- Proszę - dodał sarkastycznie Dillon. 
Eben  rzucił  mu  ostre  spojrzenie.  Na  szczęście  żadna  z  bliźniaczek  nie  zwróciła 

uwagi na brata, a jedna z nich natychmiast pobiegła do torby. Eben zaczął ostrożnie 
wycierać niemowlaka wilgotną ściereczką. W salonie rozległy się ciężkie kroki - to 
Ramon i Luis wnosili bagaże do domu. 

-  Trzeba  użyć  tych  chusteczek,  wujku  -  poinstruowała  go  jedna  z  bliźniaczek, 

wyjmując z torby plastykowy pojemnik. 

-  Są  już  namydlone  -  dodała  druga  i  wyciągnęła  wilgotną  papierową  chusteczkę, 

której  zapach  stanowił  przyjemną  odmianę  po  smrodzie  brudnej  pieluchy.  Eben 
przyjął  chusteczkę  z  wdzięcznością  i  dokończył  toaletę  Tada.  Pierwsza  z 
bliźniaczek cały czas grzebała w torbie z pieluchami. 

-  Proszę.  -  Wyjęła  z  niej  w  końcu  zieloną  ceratkę  i  podała  ją  Ebenowi.  -  Lepiej 

przykryj tym Tada. 

- Tak - zgodziła się druga. - Bo inaczej jeszcze na ciebie nasiusia - dodała, robiąc 

dorosłą minę. 

Argument  trafił  Ebenowi  do  przekonania.  Nakrył  ceratką  dziecko,  które 

natychmiast chwyciło jeden róg i wepchnęło go sobie do buzi. 

- A tu masz krem. - Dziewczynka podała plastykową butelkę. 
- Trzeba posmarować mu pupę - uzupełniła druga. 
- Bo inaczej będzie go piekło. 
- A jak go piecze, to krzyczy. 
- A tego na pewno nie chcemy - powiedział Eben z przekonaniem, zwłaszcza że 

mały w końcu przestał się drzeć. Wziął butelkę i zaczął smarować gołą pupę. 

background image

 

22 

- Daj mu jeszcze to. - Dziewczynka podała siostrze gryzaczek. 
-  Lubi  to  gryźć.  -  Druga  bliźniaczka  sprawnie  wyciągnęła  braciszkowi  z  buzi 

koniec ceraty i włożyła na jego miejsce gryzak. - Rośnie mu nowy ząb - wyjaśniła. 

- Pielucha - ponaglił ją Eben, zamykając butelkę z balsamem. 
Zamiast tego dziewczynka wyjęła malutką koszulkę. 
-  Trzeba  go  ubrać.  -  Znów  sięgnęła  do  torby  i  wyciągnęła  jeszcze  brązowe 

śpioszki z misiem na przedzie. 

-  Jest  tam  jakaś  pielucha,  czy  nie?  -  spytał  z  rozpaczą  Eben,  przysiadając  na 

piętach. Natychmiast nadział się na swoje ostrogi, zawył i podskoczył. 

- Auuu! Cholera! 
Dillon zaśmiał się drwiąco. 
- Widziałyście? Usiadł na ostrogach. Wbiły mu się prosto w tyłek! 
Obie  dziewczynki  natychmiast  ruszyły  w  stronę  Ebena  z  wyrazem  matczynej 

troski na twarzach. 

- Boli cię, wujku? 
- Zobaczę, co ci się stało. - Jedna z nich podeszła bliżej, żeby zbadać ewentualne 

rany. 

- Dajcie mi spokój, dobrze? - ofuknął je Eben. - Nic mi nie jest. 
Odpiął ostrogi i cisnął je na podłogę. 
-  Naprawdę  są  takie  ostre?  -  Joy  podniosła  ostrogę  i  krzyknęła  ze  zdumienia.  - 

Hope,  zobacz!  -  zawołała  do  siostry  podekscytowana.  -  To  gwiazdy!  Jak  na  Boże 
Narodzenie! 

- Aha. - Hope z zachwytem dotknęła metalowej gwiazdy. 
- Odłóżcie je - rozkazał ostro Eben. - Nie są do zabawy. I nie mają nic wspólnego 

z Bożym Narodzeniem. 

-  Nieprawda.  Zobacz.  -  Pierwsza  z  bliźniaczek  podbiegła  do  niego  z  ostrogą  w 

rączce. - Tu jest gwiazdka... 

- ...taka sama jak ta, która świeciła nad Betlejem... 
- ...kiedy urodził się Jezus. 
Eben odebrał dziewczynce ostrogę i rzucił ją z powrotem na podłogę. 
- Ostrogi są w kształcie gwiazd, bo to jest Gwiaździste Ranczo. Boże Narodzenie 

nie ma tu nic do rzeczy. 

- Ale mogłoby mieć... 
-  Ale  nie  ma.  A  teraz  daj  mi  w  końcu  pieluchę,  Hope,  Joy,  czy  jak  tam  się 

nazywasz? 

- Joy. - Dziewczynka zbliżyła swój nos do jego twarzy. - Widzisz piegi? 
- A ja jestem Hope - powiedziała druga. 
- Świetnie. - Eben dał za wygraną. - Teraz przysuń torbę. Sam znajdę tę cholerną 

pieluchę. 

-  Znowu  powiedziałeś  brzydkie  słowo  -  poinformowała  Joy,  patrząc  na  wujka  z 

dezaprobatą. 

background image

 

23 

- Mama mówi, że tak nie wolno - skarciła go Hope. 
-  Właśnie  -  przyłączył  się  Dillon,  ciągle  rozbawiony.  -  Ktoś,  kto  powiedział 

brzydkie słowo, musi umyć sobie buzię mydłem. 

- Wszyscy usłyszycie jeszcze wiele brzydkich słów, jeśli się zaraz nie odsuniecie i 

nie zrobicie tu trochę miejsca. - Eben spojrzał na dzieci ostrzegawczo. 

-  Ojej  -  mruknął  Dillon  z  udawanym  przestrachem.  -  Zdaje  się,  że  wujo  się 

rozzłościł. 

- Nie chciałyśmy cię rozgniewać, wujku. - Joy natychmiast okazała skruchę. 
- Chciałyśmy tylko pomóc - wyjaśniła Hope, a jej usta wygięły się w podkówkę. 
- Naprawdę. 
-  Dziękuję,  ale  nie  wytrzymam  już  więcej  pomocy  z  waszej  strony  -  wycedził 

Eben,  przerzucając  zawartość  torby,  pełnej  zabawek,  ubranek  i  dziecięcych 
kosmetyków. Ciągle nie mógł znaleźć pieluchy. 

- Seńor Mac? - Ramon przeszkodził mu w dalszych poszukiwaniach. 
- Co?! - ryknął zniecierpliwiony Eben. 
Ramon szybko zdjął kowbojski kapelusz  z głowy. Za  Ramonem krył się Luis, z 

przerażoną i zdumioną miną. 

- My przynieść już bagaże - wyjaśnił pospiesznie Ramon. - Co teraz robić? 
-  Nic.  Wracajcie  do  pracy.  -  Eben  machnął  ręką.  Zaczynał  się  obawiać,  że  już 

nigdy nie uda mu się założyć małemu pieluchy. 

- My zrobić już wszystko. Teraz pójść do domu - powiedział Ramon. 
Świetnie. Eben nie zauważył, że mały przekręcił się na brzuszek i próbował unieść 

się niezdarnie na czworaki. Nagle zobaczył przed sobą podrygującą gołą pupę. 

- A ty dokąd? Wracaj tu zaraz. - Złapał dziecko, zanim zdążyło odpełznąć dalej, i 

położył je z powrotem na ręczniku. Tad wydał radosny bulgot, zachwycony nową 
zabawą, i natychmiast spróbował znowu przekręcić się na brzuch. 

-  O,  nie!  -  Eben  znowu  go  złapał.  Tym  razem  położył  mu  dłoń  na  brzuchu,  by 

zapobiec  kolejnym  wycieczkom.  Tad,  zanosząc  się  gulgoczącym  śmiechem, 
wierzgał i wymachiwał rączkami. 

- Uspokoisz się, czy nie? - warknął Eben. 
- Tad myśli, że to zabawa - wyjaśniła Joy. 
- On ma łaskotki - dodała z uśmiechem Hope. 
- To już jego problem, nie mój. - Przytrzymując dziecko jedną ręką, drugą zaczął 

znowu grzebać w torbie. 

- Popilnować Tada? - zaproponowały chórem siostry. 
-  Nie  ma  takiej  potrzeby  -  odparł  Eben.  -  Zostawcie  nas  lepiej  w  spokoju.  -  W 

końcu udało mu się znaleźć pieluchę. Była na samym dnie. 

- Możemy pooglądać kreskówki? 
-  Róbcie,  co  chcecie.  -  Żeby  rozwinąć  pieluchę,  Eben  musiał  puścić  malucha, 

który natychmiast z tego skorzystał i znowu próbował uciec. 

- Gdzie jest telewizor? 

background image

 

24 

-  Nie  mam  telewizora.  -  Eben  złapał  radośnie  gaworzącego  Tada  za  nogę  i 

wciągnął go z powrotem na ręcznik. 

- Nie masz telewizora?! - wykrzyknęły bliźniaczki, zdumione i zgorszone. 
Dillon opadł na krzesło z wyrazem goryczy na twarzy. 
- Wiedziałem, że nie powinniśmy tu przyjeżdżać. 
- Ale... przecież wszyscy mają telewizory - wyjąkała Joy. 
- To dlaczego ty nie masz? - dopytywała Hope. 
- Bo to strata pieniędzy - odparł rzeczowo Eben. 
- Telewizory wcale nie są drogie - prychnął Dillon. 
-  Są  bardzo  drogie,  bo  trzeba  jeszcze  zapłacić  za  talerz  do  odbioru  telewizji 

satelitarnej, instalację i inne takie rzeczy, nie mówiąc już o abonamencie - wyliczył 
Eben,  usiłując  założyć  pieluchę  Tadowi,  który  wiercił  się  na  wszystkie  strony.  - 
Kiedy się wszystko doda, okazuje się, że to bardzo kosztowna impreza. 

- Jeśli nie możemy oglądać telewizji, to co mamy robić? - spytała ponuro Joy. 
- To, co ja robiłem jako dziecko: wyjść na dwór i bawić się na powietrzu. - Eben 

znowu zaczynał tracić cierpliwość. 

- Nic z tego - powiedziała Joy. 
- Mamy na sobie nasze najlepsze sukienki - wyjaśniła Hope. 
- Nie możemy ich pobrudzić. 
Eben  był  przekonany,  że  rozwiązanie  tego  problemu  nie  powinno  nastręczać 

trudności. 

- Więc idźcie się przebrać. 
- A gdzie są nasze ubrania? - zapytała bezradnie Joy. 
- W walizkach - odparł oschle Eben. - Stoją w salonie. 
- W których walizkach mamy szukać? 
-  Och,  na  litość  boską  -  mruknął  Eben  i  kiwnął  na  Dillona.  -  Zabierz  siostry  do 

pokoju i pomóż im znaleźć coś do ubrania. 

- Czemu ja? - spytał tonem pretensji Dillon. 
- Bo tak każę. - Eben nie był w nastroju do dyskusji. - Zmiatajcie. No już. 
Mamrocząc  coś  gniewnie  pod  nosem,  Dillon  zwlókł  się  z  krzesła  i  ruszył  do 

salonu. Bliźniaczki pobiegły za nim w podskokach. 

- Dillon, znajdź mi moje fioletowe spodnie - poprosiła Joy. 
- A ja chcę koszulkę z Małą Syrenką - wołała Hope. 
- Nie - zaprotestowała siostra. - Włóżmy koszulki z Pocahontas. 
Hope potrząsnęła głową. 
- One nie pasują do fioletowych spodni. 
- A właśnie, że pasują. 
- Nie pasują. Dillon, powiedz jej! 
Głosy ucichły, kiedy dzieci weszły do pokoju. Eben skupił się teraz na zakładaniu 

pieluchy. Zapiął ją, zdjął z Tada brudną koszulkę i zaczął szukać czystych ubranek. 
W  końcu  nie  bez  trudu  udało  mu  się  ubrać  dzieciaka.  Położył  go  z  powrotem  na 

background image

 

25 

ręczniku i wetknął mu gryzak do rączki. 

- Zostań tu - rozkazał i wstał. 
Tad  gaworzył,  zadowolony,  wymachując  gumowym  kółkiem.  Eben  podszedł  do 

kuchennego blatu, wziął wymięte dokumenty, przejrzał je i w końcu znalazł numer 
telefonu prawnika z Branson. 

Wystukał  numer.  Czekał  ze  słuchawką  przy  uchu,  kiedy  nagle  usłyszał  brzęk 

metalu  dobiegający  z  kuchni.  To  Tad.  Zdążył  już  zejść  z  ręcznika,  chwycił 
skórzany pasek jednej z ostróg i próbował ją do siebie przyciągnąć. 

-  O,  nie,  nie,  nie.  -  Eben  zerwał  się  w  stronę  dziecka,  ale  zapomniał,  że  sznur 

telefonu  nie  jest  dość  długi.  Szybko  rzucił  słuchawkę,  złapał  dziecko  i  wrócił  do 
telefonu w chwili, gdy w słuchawce rozległ się kobiecy głos. 

-  ...kancelaria  Grimes,  Norris  i  Brown.  Biura  czynne  od  ósmej  trzydzieści  do 

siedemnastej.  Przerwa  od  dwunastej  do  trzynastej.  Po  sygnale  proszę  podać 
nazwisko i numer telefonu oraz nagrać wiadomość. Oddzwonimy jak najszybciej - 
powiedział przeciągle automat, po czym rozległ się długi sygnał. 

Eben rzucił okiem na zegarek. W myślach szybko obliczył różnicę czasu. A więc 

biuro nie będzie już dzisiaj otwarte. 

- Świetnie. Po prostu doskonale - mruknął i cisnął słuchawkę na widełki. 
Do kuchni wbiegły bliźniaczki. Jedna miała na sobie jaskrawozieloną bluzeczkę i 

fioletowe spodnie, druga szorty w odcieniu zjadliwego różu i beżowy podkoszulek 
z indiańską księżniczką. Najwyraźniej w końcu postanowiły ubrać się inaczej. 

- Wujku, jesteśmy głodne - powiedziała dziewczynka w fioletowych spodniach. 
- Masz jakieś ciastka? - spytała ta w różowych. 
- Najbardziej smakują nam oreos. 
- Ja lubię ten krem ze środka. 
- A ja, jak się je wsadzi do mleka. - Dziewczynka w fioletowych spodniach miała 

piegi na nosie. Więc była to zapewne Joy. 

- A to pech - odparł Eben. - Nie mam ciastek. Ani oreos ani żadnych innych. 
- Ale my jesteśmy głodne. 
- W samolocie dostaliśmy tylko kanapki. 
- Musimy coś zjeść - upierała się Joy. 
-  Bo  inaczej  umrzemy.  -  Hope  dramatycznym  gestem  wyrzuciła  obie  ręce  w 

powietrze. 

-  Naprawdę?  Tak  czy  inaczej  musicie  zaczekać  do  kolacji  -  powiedział  twardo 

Eben. 

- A kiedy to będzie? 
- A co będzie na kolację? - Hope od razu przeszła do rzeczy. 
- Może pizza? - zasugerowała z nadzieją piegowata Joy. 
Buzie im się nie zamykały. Nie było od nich ucieczki. Słuchając bliźniaczek, Eben 

nabrał  przekonania,  że  nie  przestają  mówić  nawet  wtedy,  kiedy  mają  usta  pełne 
jedzenia. Nie mógł się już doczekać chwili, kiedy całe to towarzystwo zabierze się 

background image

 

26 

z rancza. 

- Na kolację będzie chilli. 
W lodówce stała pełna miska tej potrawy. 
Hope skrzywiła się z odrazą. Różowe szorty odsłaniały znamię na jej udzie. 
- Nie lubię chilli - oznajmiła. 
- Ja też nie - dodała Joy, potrząsając głową. 
Eben  już  miał  powiedzieć,  że  zjedzą  chilli,  czy  im  się  to  podoba,  czy  nie,  ale 

ugryzł  się  w  język.  Przy  jego  zezowatym  szczęściu  małe  pewnie  zaraz  by  się 
pochorowały i jeszcze zapaskudziły cały dom. 

Westchnął ciężko. Czuł, że został pokonany. 
- A co lubicie? 
- Mnóstwo rzeczy - pocieszyła go Joy. 
- Nieprawda - odezwał się Dillon, który właśnie stanął w drzwiach.  - Lubią tylko 

pizzę, hot-dogi i hamburgery albo jeszcze makaron z serem. 

- W takim razie będą hamburgery - oznajmił Eben. 

Rozdział 4 

Maddie  spoważniała,  dojeżdżając  do  eleganckiej  bramy  El  Regalo.  Miała  dość 

czasu, by zastanowić się nad swoim spotkaniem z Ebenem i rozmowie, jakąż nim 
odbyła, zanim pojawiły się dzieci. 

Eben  zareagował  dokładnie  tak,  jak  się  spodziewała.  W  końcu  od  początku 

wiedziała,  że  nie  ucieszy  się  na  jej  widok.  Sądziła  jednak,  że  kiedy  pozna  cel 
wizyty, okaże choć cień wdzięczności. 

Myliła się. 
Co  właściwie  chciała  uzyskać,  jadąc  do  niego?  Zadawała  sobie  to  pytanie  co 

najmniej  dziesięć  razy.  Niestety,  im  dłużej  analizowała  swoje  motywy,  tym 
bardziej wszystko wydawało jej się pogmatwane. 

Wiedziała,  że  bank,  to  znaczy  Billy  Joe  Wilder,  zażądał  spłaty  pożyczki,  i 

domyślała  się,  że  w  związku  z  tym  Eben  będzie  potrzebował  dużej  gotówki,  by 
utrzymać  ranczo.  Zamierzała  kupić  kilka  koni  do  El  Regalo.  Gdyby  kupiła  je  od 
Ebena,  zrealizowałaby  swój  zamiar,  a  jednocześnie  pomogłaby  mu  zebrać 
pieniądze.  Zwykła  sąsiedzka  pomoc;  w  końcu  wszystko  inne  należy  już  do 
przeszłości. 

Żaden złych argumentów nie wyjaśniał jednak, dlaczego postanowiła udać się do 

Ebena osobiście. Kupowaniem koni zajmował się Sam Adams, szef kowbojów, jej 
zadanie polegało tylko na zaakceptowaniu ilości i ceny, nie na wyborze zwierząt. 

Mogła polecić Adamsowi, żeby kupił konie od Ebena. Ale to jej nie wystarczało. 

Uparła się, żeby do niego pojechać. 

Dlaczego?  Powód  był  boleśnie  jasny  -  chciała  widzieć  jego  minę,  kiedy  mu  to 

zaproponuje.  Chciała  widzieć,  jak  bardzo  on  potrzebuje  jej  gotówki  -  a  więc 
pośrednio jej samej. Miała to być słodka zemsta za wydarzenia z przeszłości. 

Czy  jej  się  to  podobało,  czy  nie,  stare  rany  ciągle  się  jątrzyły.  Nadal  czuła  ból 

background image

 

27 

odrzucenia. Czas nie przyniósł aż takiej ulgi, jakiej się spodziewała. 

Przypomniała  sobie,  jak  młody  ogier  poniósł  i  Eben  wylądował  na  ziemi. 

Powiedziała: „W końcu mam cię u swoich stóp, MacCallister”. 

Wtedy wydawało jej się, że to tylko dowcipny komentarz. Nie od razu dostrzegła 

prawdę ukrytą w tych słowach. Nie od razu zdała sobie sprawę, że w głębi duszy 
chciała, by Eben leżał u jej stóp i błagał - ale o co? O litość? Pomoc? Przebaczenie? 

A gdyby istotnie błagał - odczułaby zadowolenie? A może byłaby to tylko ulotna 

satysfakcja. 

Maddie  poczuła  się  trochę  zawstydzona,  zwłaszcza  że  przypomniała  sobie 

czwórkę  pozostawionych  u  Ebena  dzieci.  Kiedy  odjeżdżała,  niemowlak  darł  się 
wniebogłosy,  jedna  z  bliźniaczek  ciągnęła  Ebena  za  spodnie,  a  starszy  chłopiec 
patrzył na niego nieufnie i ze wzgardą. 

Tarapaty,  w  jakich  nagle  znalazł  się  Eben,  tak  ją  rozbawiły,  że  nie  pomyślała  o 

dzieciach.  Najpierw  straciły  rodziców,  potem  zostały  zabrane  daleko  od  domu  i 
zostawione na łasce obcego człowieka - wszystko zaledwie w ciągu kilku dni. To z 
pewnością było dla nich traumatyczne przeżycie. 

A ona po prostu odjechała. Jak mogła to zrobić? 
 
Półtorej godziny później Eben na czworakach ścierał pod stołem rozlane mleko i 

zbierał  okruchy  szkła  z  rozbitej  szklanki.  Tad  siedział  na  kolanach  Dillona, 
piszcząc głośno i waląc łyżką w blat. 

Joy wsadziła głowę pod stół. 
- Hope nie chciała zbić szklanki. Naprawdę - powiedziała po raz dziesiąty. 
- Ona sama wysunęła mi się z ręki - dodała ze łzami w oczach Hope. 
-  Bo  masz  za  małe  ręce,  żeby  utrzymać  zwykłą  szklankę  -  powiedział  Dillon  z 

mądrą  miną.  -  Mówiłem  mu,  żeby  wam  dał  mniejsze  szklanki,  bo  te  zaraz 
potłuczecie. I co? 

- Nie mam mniejszych szklanek - wycedził przez zaciśnięte zęby Eben. 
- To lepiej kup. Inaczej wszystkie ci wytłuką - poradził mu rzeczowo Dillon. 
Eben wrzucił duży kawałek szkła do kosza na śmieci. 
- Lepiej, żebym się was stąd jak najszybciej pozbył - mruknął do siebie. 
-  Chcesz  jeszcze  kawałek  papierowego  ręcznika,  wujku?  -  Joy  zsunęła  się  z 

krzesła i postawiła jedną stopę na podłodze. - Zaraz ci przyniosę. 

- Wracaj na krzesło! - Eben poderwał się i walnął głową w stół. Jęknął z bólu, a 

przed oczami zaświeciły mu gwiazdy. 

- Auuu! Cholera! 
-  Dobrze  się  czujesz,  wujku?  -  Joy  znowu  wsadziła  głowę  pod  stół,  bardzo 

zaniepokojona. 

- Tak. Nie. Dzięki tobie. - Skrzywił się i zaczął rozcierać sobie głowę. - Chociaż 

raz zrób, co mówię, i zostań na krześle. Ile razy mam powtarzać, że tu jest pełno 
szkła? Pokaleczysz się i zabrudzisz wszystko krwią. 

background image

 

28 

- Nie... 
- Ona ma buty - przypomniała Hope. 
- Nieważne - warknął Eben. - Siadajcie i kończcie hamburgery. 
Nastąpiła chwila ciszy, przerywanej tylko brzękiem talerzy i krzykami Tada, który 

najwyraźniej  badał  możliwości  swojego  gardła.  Po  szaleństwie  ostatnich  dwóch 
godzin cisza wydała się Ebenowi najpiękniejszym zjawiskiem na świecie. Niemal 
już  zapomniał,  jak  może  być  wspaniała.  Niestety,  nie  trwała  długo,  bo  nad  jego 
bolącą głową zaraz wybuchła kłótnia. 

- Daj mi ten ketchup, Dillon! - zażądała Hope. 
- Ani mi się śni - przekomarzał się z nią brat. 
Joy znowu zajrzała pod stół. 
- Wujku, Dillon nie chce nam dać ketchupu! 
- Nie będę jadła bez ketchupu - oznajmiła Hope. 
-  Dillon,  daj  siostrze  ketchup.  -  Eben  wrzucił  do  kubła  papierowy  ręcznik 

nasiąknięty mlekiem. 

- A jak mam to zrobić? Tad siedzi mi na kolanach? - odparł niewinnie Dillon. 
- No to ja go wezmę - powiedziała z urazą Joy. 
Eben wyszedł spod stołu akurat w chwili, gdy Joy stanęła na krześle i zacisnęła 

paluszki na butli z ketchupem. Ich oczy spotkały się na moment. 

- Usiądź, zanim coś stłuczesz - rozkazał. 
- Ja niczego nie tłukę. Jestem Joy. 
- Siadaj natychmiast! - huknął Eben, doprowadzony do ostateczności. 
Dziewczynka, wystraszona, chciała jak najszybciej spełnić rozkaz i puściła butlę, 

która zachwiała się, przewróciła i wpadła do talerza Ebena. Mielona wieprzowina z 
fasolką  rozbryznęła  się  po  całym  stole.  Ketchup  chlusnął  z  butli  prosto  w  twarz 
Tada, a hamburger Ebena wyleciał z talerza. Eben próbował złapać go w powietrzu. 
Niestety, posmarowany musztardą kotlet wypadł z bułki i potoczył się po podłodze, 
a kawałki cebuli i marynowanych warzyw prysnęły na wszystkie strony. 

Tad  zapiszczał  z  uciechy  i  zaczął  klaskać  w  umazane  ketchupem  rączki.  Dillon 

wybuchnął  śmiechem.  Hope  też  zachichotała.  Rozzłoszczona  Joy  przyklękła  na 
krześle i ujęła się pod boki. 

-  To  twoja  wina!  -  powiedziała  do  Ebena,  przekrzykując  śmiech  rodzeństwa.  - 

Krzyczałeś na mnie! 

- Jasne! - odwrzasnął Eben. - Ale to mój hamburger wylądował na podłodze! 
- Możesz zjeść mojego - zaproponowała rozbawiona Hope. 
Eben rzucił okiem na obgryzioną dookoła bułkę na talerzu dziewczynki. 
- A kto miałby ochotę na coś takiego?! - ryknął. 
-  Rodzinna  idylla  -  powiedziała  Maddie,  stając  w  drzwiach  kuchni.  Nie  kryła 

rozbawienia. 

Eben,  zaskoczony,  odwrócił  się  gwałtownie,  trącił  szufelkę  i  wysypał  kawałki 

szkła na swoje krzesło. Zaklął szpetnie. 

background image

 

29 

Maddie cmoknęła z udawaną dezaprobatą. 
- No, no, takie wyrażenia przy dzieciach. Wstydź się, MacCallister. 
Spokojnie podeszła do zlewozmywaka i wykręciła mokrą ściereczkę do naczyń. 
- Co tu robisz? - Eben spojrzał na nią ze złością. 
Maddie zatrzymała się w pół kroku i uniosła brew. 
- Chcesz, żebym poszła? Bo jeśli tak... - zawiesiła głos. 
Eben ogarnął wzrokiem brudną podłogę, zapaskudzony ketchupem stół i śmieci na 

krześle. Jego gniew minął nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 

- Dobry Boże, nie - powiedział z przekonaniem. 
-  Biedny  Eben.  -  Tym  razem  w  jej  głosie,  poza  rozbawieniem,  brzmiała  nuta 

autentycznego współczucia. 

- Uważaj - ostrzegł ją, kiedy go mijała. - Nie nadepnij na hamburgera. 
Maddie podniosła kotlecik. 
- Czyje to było? 
- Moje - odparł Eben, a na widok drwiącej  miny Maddie oskarżycielsko wskazał 

palcem Joy. 

- Ja tego nie zrobiłem. To ona wrzuciła mi butlę z ketchupem do talerza. 
- Bo on na mnie krzyczał - broniła się Joy. 
- To Dillon zaczął. - Hope spojrzała ze złością na brata. 
- Nie chciał dać Hope ketchupu - poparła ją Joy. 
- Akurat. To ty pierwsza upuściłaś szklankę z mlekiem - przypomniał Dillon. 
- Bo była dla mnie za duża. 
-  Właśnie.  -  Joy  szybko  zgodziła  się  z  siostrą.  -  Wujek  miał  nam  dać  mniejsze 

szklanki. 

- Nie mam mniejszych - powtórzył z rozpaczą Eben. - Ile razy mam to powtarzać? 
Maddie uniosła ręce, prosząc o ciszę. 
- Dzieci, dzieci - zwróciła się do wszystkich, nie wyłączając Ebena. - Takie rzeczy 

się zdarzają. Nieważne, kto zawinił. Tak czy inaczej, trzeba posprzątać. Życie toczy 
się dalej. 

- Przy tych bachorach takie rzeczy wywołują reakcje łańcuchowe - mruknął Eben, 

zbierając z podłogi kawałki pikli. 

-  Większość  reakcji  łańcuchowych  zachodzi  za  pomocą  katalizatora  - 

przypomniała mu Maddie, patrząc na niego wymownie. 

Joy natychmiast zainteresowała się nieznanym słowem. 
- Co to jest kalizator? - spytała, marszcząc brwi. 
- Powiedzmy: prowokator - wyjaśniła szybko Maddie. 
- A co to jest prokator? - drążyła dalej bliźniaczka. 
- Prowokator - poprawiła ją Maddie. - To ktoś, kto wywołuje kłopoty. 
- To nie ja - oznajmiła stanowczo Hope, kręcąc głową. 
-  Nie  powiedziałam,  że  to  ty  -  zapewniła  dziewczynkę  Maddie.  -  Może 

przyniesiesz z łazienki mokry ręcznik? Powycieram Tada. 

background image

 

30 

- Siedź na swoim miejscu i nigdzie się nie ruszaj - wtrącił ostro Eben, zanim Hope 

zdążyła zrobić ruch. - Na podłodze ciągle może być szkło. 

Maddie uśmiechnęła się, widząc jego przesadną ostrożność. 
- Eben, przecież ona ma na nogach buty. 
- Hope mówiła mu to samo - powiedziała szybko Joy. 
Maddie pogroziła jej palcem. 
- Żadnego skarżenia. 
-  Joy  jest  skarżypytą,  Joy  jest  skarżypytą  -  zaczął  natychmiast  podśpiewywać 

Dillon. 

- Nie jestem! - Joy znowu oparła ręce na biodrach. 
- A właśnie, że jesteś! - zawołał Dillon i pokazał siostrze język. 
Joy spojrzała na Ebena. 
- Wujku, powiedz mu, żeby przestał! 
- Dobry Boże. - Eben wzniósł oczy do nieba. 
- A Dillon to prokator, prawda, wujku?  - spytała Hope, zadowolona, że udało jej 

się zapamiętać nowe słowo. 

-  No  dobrze,  dość  już  tego.  -  Eben  kątem  oka  dostrzegł  uśmiech  czający  się  w 

kącikach  ust  Maddie,  co  jeszcze  bardziej  go  zirytowało.  -  Hope,  idź  po  ręcznik  - 
rozkazał. - Słyszałaś, co powiedziała Maddie. Tylko uważaj i nie przewróć się. 

- Nie biegaj! - upomniała ją Maddie. 
Za  późno.  Hope  zsunęła  się  z  krzesła,  bardzo  powoli  zrobiła  kilka  kroków,  a 

potem rzuciła się pędem do drzwi. 

Maddie  wyjęła  butlę  z  ketchupem  z  talerza  Ebena.  Otarła  ją  z  fasolki  i  sosu. 

Cerata na stole też była bardzo zabrudzona. 

- Joy, podaj mi papierowe ręczniki - poprosiła, wskazując na rolkę, która stała na 

blacie roboczym. 

-  Dobrze!  -  Joy,  zawsze  chętna  do  pomocy,  zeskoczyła  z  krzesła  i  pobiegła  po 

ręcznik. 

W  ciągu  kilku  minut  sytuacja  była  opanowana  i  w  kuchni  znowu  zapanował 

porządek. 

-  Widzicie,  jakie  to  łatwe,  kiedy  wszyscy  pomagają?  -  powiedziała  Maddie, 

patrząc kpiąco na Ebena. 

-  Jeśli  wszystko  jest  takie  proste,  panno  Pollyanno,  to  może  przygotujesz  coś  do 

jedzenia. - Eben opadł ciężko na krzesło. - Chciałem zauważyć, że to ja cały dzień 
harowałem,  ale  to  oni  ciągle  mają  pełne  talerze.  Moja  porcja  wylądowała  w 
śmieciach. 

- Dogadajmy się, MacCallister.  - Zawsze, kiedy ją zdenerwował, zwracała się do 

niego po nazwisku. 

- Co proponujesz? - spojrzał na nią podejrzliwie. 
Maddie odebrała niemowlę Dillonowi i posadziła je na kolanach Ebena. 
- Jeśli nakarmisz Tada, ja przygotuję ci coś do jedzenia. Zgoda? 

background image

 

31 

- Nie ma więcej rozmrożonych hamburgerów. - Eben posłusznie wsadził łyżkę w 

słoiczek z przecierem. 

-  W  takim  razie  będziesz  musiał  się  zadowolić  jajkami  na  bekonie  -  odparła 

Maggie, otwierając lodówkę. 

Zanim  Tad  skończył  jeść,  Maddie  postawiła  przed  Ebenem  talerz  z  trzema 

sadzonymi  jajkami  na  grubych  plastrach  smażonego  bekonu  i  z  posmarowanym 
masłem tostem.  Nigdy żaden posiłek nie wydał  mu się tak apetyczny. Już  miał o 
tym powiedzieć, kiedy dostrzegł na jej twarzy uśmieszek, który mówił: „Chyba nie 
sądziłeś, że zapomniałam, jak przyrządzić dla ciebie jajka na bekonie?” Ugryzł się 
w język. 

- Nareszcie - mruknął tylko i podał jej dziecko. 
-  Co  za  wdzięczność,  MacCallister.  Następnym  razem  wyleję  ci  na  jedzenie  sos 

tabasco.  -  Maddie  zwilżoną  ściereczką  otarła  buzię  i  rączki  Tada,  umazane 
przecierem z kurczaka i gruszką. 

-  Oboje  wiemy,  że  nie  będzie  następnego  razu,  Maddie.  -  Eben  wbił  widelec  w 

żółtko jajka. 

Maddie zesztywniała, ale opanowała się szybko. 
- Święta prawda - mruknęła chłodno. 
- Ja już skończyłam, wujku. - Joy odsunęła od siebie talerz. 
- Ja też. - Hope, jak zwykle, nie pozostała w tyle za siostrą. 
- Po co mi to mówicie? - Eben zmarszczył brwi. 
- Bo chcemy już sobie iść - wyjaśniła Joy. 
- To idźcie - odparł i machnął ręką, w której trzymał widelec. 
Obie dziewczynki nie ruszyły się z miejsca. 
- Co mamy teraz robić? - spytała Joy. 
Eben popatrzył na nią pustym wzrokiem. 
- Iść sobie. A co innego? 
Hope spojrzała na Maddie. 
- Wujek Eben nie ma telewizora. 
- I nie możemy bawić się na dworze... 
- ...bo jest ciemno. 
- Jeśli nie możemy oglądać telewizji... 
- ...to, co mamy robić? 
- No i jest problem - powiedziała poważnie Maddie. Joy westchnęła przeciągle. 
- Wielki problem. 
- Masz jakiś pomysł? - Hope popatrzyła na Maddie z nadzieją. 
- Pomóżcie mi sprzątać naczynia? - zaproponowała Maddie. 
- Możemy powkładać je do zmywarki - zaoferowała z zapałem Joy. 
- Tak, wiemy, jak to się robi - dodała Hope. 
-  Świetnie.  Niestety  tak  się  składa,  że  wasz  wujek  nie  ma  zmywarki  -  odparła 

Maddie. 

background image

 

32 

-  Chryste  -  mruknął  z  niesmakiem  Dillon.  -  Gdzie  my  jesteśmy?  Ani  telewizora, 

ani mikrofalówki, a teraz okazuje się jeszcze, że zmywarki też tu nie ma. 

- Tak, ale jest prawdziwy kominek - przypomniała mu Joy. 
- Z dużym kominem - dodała pospiesznie Hope. 
- W Boże Narodzenie... 
- ...możemy tam powiesić nasze skarpety... 
-  ...a  Święty  Mikołaj  włoży  do  nich  mnóstwo  prezentów  -  dokończyła  radośnie 

Joy. 

- Nie licz na to - powiedział Eben. - Święty Mikołaj na pewno się tu nie pojawi. 
- Dlaczego? - Joy była naprawdę przerażona. 
- Będziemy grzeczne - obiecała Hope, poważnie kiwając głową. 
- Święty Mikołaj, Święty Mikołaj - przedrzeźniał siostry Dillon. - Mówiłem wam, 

nie ma żadnego Świętego Mikołaja - ciągnął, nagle rozzłoszczony. - To mama i tata 
kładli  prezenty  pod  choinką.  A  teraz  nie  żyją,  więc  nie  dostaniecie  już  żadnych 
prezentów. 

Rozdział 5 

Po  pełnym  goryczy  wybuchu  Dillona  w  kuchni  nagle  zapadła  cisza.  Maddie 

spojrzała z ukosa na Ebena. Patrzył  na  chłopca z aprobatą. Zirytowana odwróciła 
się  do  bliźniaczek,  chcąc  przywrócić  im  wiarę  w  Świętego  Mikołaja.  Ale  obie 
dziewczynki pozostały zupełnie niewzruszone słowami starszego brata. 

Joy popatrzyła tylko na niego i westchnęła, rozdrażniona. 
- Myślisz, że wszystko wiesz, Dillon. 
- Ale nie wiesz - dodała Hope. 
- Mama nam to wytłumaczyła - ciągnęła Joy. 
- Czasem mamusie i tatusiowie muszą mu pomagać... 
- ...kiedy ma dużo roboty. 
- Dawniej wszystko robił sam... 
- ...ale teraz na świecie jest za dużo dzieci. 
- To ta poplacja - dokończyła Hope. 
-  Mama  tak  powiedziała,  żebyście  dłużej  wierzyły  w  Świętego  Mikołaja  - 

prychnął pogardliwie Dillon. - Ale to nieprawda. 

- Prawda! - zaprzeczyła Joy. 
- Nieprawda! 
- Prawda! 
Maddie postanowiła interweniować. 
- No, koniec tego. Żadnych kłótni. 
- Ale on nie ma racji - zaprotestowała Joy. 
- W takim razie na pewno się o tym przekona. 
Dillon jednak postanowił mieć ostatnie słowo. 
- To wy się przekonacie, że nie macie racji. 
- Dość, Dillon. - Maddie położyła mu dłoń na ramieniu. 

background image

 

33 

Ale Eben wziął stronę chłopca. 
- Daj mu mówić. 
- Nie wtrącaj się, MacCallister - rzuciła ostrzegawczo Maddie i spojrzała na niego 

ostro. 

-  Niby  dlaczego?  -  Eben  wyzywająco  zadarł  głowę.  -  Nie  sądzisz  chyba,  że 

wyświadczasz dzieciom przysługę, umacniając ich wiarę w mity? 

Joy zmarszczyła brwi. 
- Co to są mity? 
- Czy nie masz żadnych względów dla ich... - zaczęła Maddie. 
-  Mit  to  taka  historia  wymyślona  przez  ludzi  -  wyjaśnił  uprzejmie  Eben.  -  Boże 

Narodzenie i Święty Mikołaj to tylko chwyt reklamowy. 

Joy popatrzyła na niego przerażona. 
- Nie wierzysz w Boże Narodzenie? 
- Musisz w to wierzyć, wujku - nalegała Hope. 
Eben otworzył usta, ale Maddie była szybsza. 
-  Jeszcze  jedno  słowo,  MacCallister,  i  już  mnie  tu  nie  ma.  Wracam  do  siebie  i 

zabieram z powrotem łóżeczko. 

- Jakie łóżeczko? - Eben spojrzał na nią chmurnie. 
- To, które przywiozłam dla Tada. A może nie zastanawiałeś się jeszcze, gdzie go 

dzisiaj położysz? - spytała wyzywająco. 

Tad akurat ziewnął i potarł buzię rączkami. 
Eben puścił pytanie mimo uszu. Nie chciał przyznać, że nie wybiegał myślami tak 

daleko w przyszłość. 

- Po co ci na ranczo dziecięce łóżeczko? 
- Mamy kilka na  wypadek, gdyby było potrzebne któremuś z naszych gości. Nie 

zachęcamy rodzin z małymi dziećmi, żeby do nas przyjeżdżały, ale to się czasem 
zdarza.  - Niemowlę przylgnęło do Maddie całym ciałkiem,  wywołując  w  niej falę 
ciepłych,  macierzyńskich  uczuć,  które  zawsze  tłumiła.  Przytuliła  je  do  siebie  i 
zakołysała się lekko. - Jak skończysz jeść, wypakuj łóżeczko i wstaw do swojego 
pokoju... 

-  Do  mojego  pokoju?  A  niby  czemu  ma  spać  u  mnie?  -  spytał  Eben,  marszcząc 

brwi. 

- Żebyś usłyszał, jak się obudzi w nocy. To chyba jasne. 
Eben  spuścił  głowę  i  wymruczał  coś  pod  nosem.  Ani  trochę  się  nie  zmienił, 

pomyślała  Maddie.  A  jednak  zmienił  się  bardzo.  Wiedziała,  że  to  paradoks,  ale 
czuła, że tak właśnie jest. 

Przez  wiele  lat  wyprowadzenie  rancza  na  prostą  było  największym  pragnieniem 

Ebena. Każdy sądził, że nigdy mu się to nie uda, łącznie z Maddie. A jednak zdołał 
je  uchronić  przed  bankructwem.  Pracował  ciężko  i  oszczędzał  na  wszystkim. 
Odmawiał  sobie  rzeczy,  które  inni  uważają  za  niezbędne.  Jeszcze  teraz  duma  nie 
pozwalała mu przyznać, że i on ich potrzebuje. 

background image

 

34 

Na tym polegał problem. Od zbyt dawna Eben udawał, że jest twardy, zimny, że 

na nikim mu nie zależy. W końcu sam w to uwierzył. 

Maddie  zastanawiała  się,  czy  Eben  pamięta,  jak  opowiadał  jej  o  czasach,  kiedy 

Carla była mała i często płakała po nocach, a on wyjmował ją z kołyski i brał do 
swojego łóżka. To on odprowadził Carlę do szkoły, kiedy szła tam po raz pierwszy. 
To on pomagał siostrze w odrabianiu prac domowych, zabierał na zakupy do tanich 
sklepów, kupował ubrania, opatrywał jej chłopaków. Carla zawsze przyznawała, że 
nikt inny, tylko brat ją wychował. Z tego, co zarówno Carla, jak i Eben opowiadali 
o swoim ojcu, Maddie odniosła wrażenie, że Johnny MacCallister - Johnny Mac dla 
przyjaciół  -  byłby świetnym  wujaszkiem.  Zawsze uśmiechnięty, często żartował i 
przekomarzał  się  z  dziećmi,  obsypując  je  prezentami.  Ale  jako  rodzic  zupełnie 
sobie nie radził z codziennymi obowiązkami. 

To  samo  dotyczyło  rancza  -  cieszył  się,  że  jest  jego  własnością,  ale  nie  potrafił 

nim  zarządzać.  Tak  więc  to  Eben  musiał  się  tym  zająć.  Najpierw  wziął  na  siebie 
odpowiedzialność za siostrę, potem za ranczo. 

Maddie  nie  była  zaskoczona,  że  Carla  wyznaczyła  na  opiekuna  swoich  dzieci 

właśnie Ebena. 

- Gdzie będziemy dzisiaj spać, wujku? - spytała Joy. 
-  Gdzie  będziemy  spać?  -  powtórzyła  jak  echo  Hope,  ale  zaraz  dodała  własne 

pytanie: - Z tobą, tak jak Tad? 

Eben omal nie udławił się kawałkiem bekonu. 
- Mowy nie ma! 
- No to gdzie? - Joy, wyraźnie zatroskana, zmarszczyła czoło. 
Maddie wyczuła, że niekończący się ciąg pytań mocno już nadwerężył cierpliwość 

Ebena, więc się nad nim ulitowała. 

- Zastanowimy się nad tym trochę później. Teraz posprzątajmy ze stołu i weźmy 

się  do  zmywania.  Niech  wujek  spokojnie  skończy  kolację.  Dillon,  ty  możesz 
zmywać. Joy będzie płukać, a Hope wycierać. 

-  Ja  nie  będę  pomagać  -  zaprotestował  natychmiast  Dillon.  -  Mężczyźni  nie 

zmywają naczyń - oznajmił stanowczo. 

-  Tutaj  mężczyźni  robią  wszystko  -  poinformował  go  Eben.  -  Gotują,  sprzątają, 

zmywają naczynia i ścielą łóżka. 

-  Założę  się,  że  ty  tego  wszystkiego  nie  robisz.  To  tylko  takie  gadanie  - 

przekomarzał się Dillon. 

- Przegrałbyś zakład. 
- Akurat - mruknął z niedowierzaniem Dillon. 
- Widziałeś tu gdzieś gospodynię? - spytał Eben. 
- No nie, ale... 
- Nie widziałeś, bo jej nie mam. A co więcej, wcale nie jest potrzebna. 
Maddie  uważała,  że  to  dość  dyskusyjna  kwestia.  Jej  zdaniem  dom  prosił  się  o 

gruntowne  porządki.  Owszem,  podłogi  były  zamiecione,  meble  odkurzone,  ale 

background image

 

35 

zasłony  pilnie  wymagały  prania,  przydałoby  się  też  wyczyścić  stolarkę,  a  na 
półkach położyć świeży papier. Doszła jednak do wniosku, że lepiej nie wspominać 
o tym Ebenowi w tej chwili. 

- Może nie pamiętasz, ale to ja przygotowałem ci hamburgera - ciągnął Eben, żeby 

przekonać Dillona. - Więc oczywiście powinieneś pomóc przy sprzątaniu. Bierz się 
do zmywania. - Wskazał widelcem zlewozmywak. - I zabierz od razu swoje sztućce 
i talerz. 

Dillon spojrzał na niego wrogo, niechętnie pozbierał swoje naczynia i  zaniósł  je 

do zlewu. Dziewczynki już tam były, pełne zapału do pracy. Okazało się jednak, że 
jest pewien problem. 

- Nie dosięgniemy do zlewu - stwierdziła ze smutkiem Joy. 
- Jesteśmy za małe - poskarżyła się Hope. 
- Co mamy zrobić, panno Maddie? - zapytała Joy. 
- Może staniecie na krzesłach? I proszę, nazywajcie  mnie po prostu Maddie. Nie 

musicie dodawać „panno”. Czuję się wtedy staro. 

- Ale mama mówiła, że tak trzeba. - Joy energicznie potrząsnęła głową. Jasne loki 

zatańczyły wesoło. 

- Mówiła, że należy okazywać sza...cunek - dodała Hope. 
-  Mama  miała  absolutną  rację  -  zapewniła  Maddie.  -  Ale  jeśli  sama  pozwalam 

wam mówić do siebie po imieniu, nie będzie to przecież brak szacunku, prawda? 

- Prawda - przyznały bliźniaczki chórem i pobiegły po krzesła. 
Dillon  ku  swemu  zaskoczeniu  odkrył,  że  i  on  jest  za  niski.  Cała  trójka 

przyciągnęła  krzesła  do  zlewu,  by  wziąć  się  do  pracy.  Maddie,  z  sennym 
niemowlęciem w ramionach, podeszła zobaczyć, co robią. 

Wkrótce  do  zmniejszającej  się  powoli  sterty  brudnych  naczyń  Eben  dodał  także 

swój talerz. 

-  Nie  rozumiem,  czemu  nie  zjedliśmy  z  papierowych  tacek  -  mruknął  Dillon.  - 

Moglibyśmy je po prostu wyrzucić, zamiast babrać się z tymi głupimi talerzami. 

- Bo papierowe tacki kosztują - odparł Eben i odwrócił się do Maddie. - Twój jeep 

jest otwarty? 

Kiwnęła głową i spojrzała czule na niemowlę, któremu już zamykały się oczy. 
- Tad jest bardzo zmęczony. Pójdzie spać, jak tylko przyniesiesz łóżeczko. 
-  Mam  nadzieję,  że  wszyscy  pójdą  spać  -  mruknął  sucho  Eben,  spoglądając  w 

stronę  pozostałej  trójki  dzieci.  Na  gadatliwych  bliźniaczkach  zatrzymał  wzrok 
trochę dłużej. 

- Tad musi dostać butelkę przed zaśnięciem - powiedziała szybko Joy. 
- Bo inaczej będzie płakał - dodała Hope. 
- Świetnie - mruknął Eben i wyszedł z kuchni. Nagle zatrzymał się w salonie. Na 

chwilę odjęło mu mowę. - Co się tu stało?! - ryknął, kiedy odzyskał głos. - Tornado 
przeszło? - Patrzył na wybebeszone walizy i rozwleczone po podłodze ubrania. W 
posprzątanym uprzednio pokoju panował chaos. Maddie szybko podeszła do drzwi. 

background image

 

36 

Trójka dzieci deptała jej po piętach. Z mokrych rąk Dillona i Joy na podłogę ście-
kała woda. 

-  Zastanawiałam  się,  czy  już  to  widziałeś  -  mruknęła  Maddie,  powstrzymując 

uśmiech. 

- Czy co widział? - Joy niewinnie rozejrzała się po pokoju. 
-  Ten...  -  Eben  szukał  właściwego  słowa.  -  Ten  bałagan!  Wasze  ciuchy  są 

wszędzie! 

- Miałyśmy się przebrać - zaczęła beztrosko Joy. 
- Ale nie wiedziałyśmy, gdzie są nasze rzeczy - dokończyła Hope. 
- Kazałeś nam ich poszukać. 
- Nie pamiętasz, wujku? 
-  Owszem,  pamiętam  -  burknął  Eben.  -  Ale  czy  musiałyście  rozkopać  wszystkie 

walizki? 

Joy wzruszyła ramionami. 
- Hope nie mogła znaleźć swoich różowych spodenek. 
- Oczywiście nie przyszło jej do głowy, żeby włożyć coś innego - warknął Eben i 

ze  zniecierpliwieniem  wskazał  zarzuconą  ubraniami  podłogę.  -  Jak  tylko 
skończycie myć naczynia, posprzątacie to wszystko. 

- Posprzątamy, posprzątamy. Jak przyjdziemy poszukać piżam - obiecała Maddie i 

zmieniła  temat.  -  Na  przednim  siedzeniu  leży  materacyk  i  pościel.  Przynieś  je 
razem z łóżeczkiem. 

-  Z  przyjemnością.  -  Piżamy,  materacyki  i  pościel  wywoływały  miłe  skojarzenia 

ze snem. Sen oznaczał ciszę i spokój. Nareszcie. Eben ruszył do drzwi, pewny jak 
nigdy, że pragnie wrócić do dawnego życia. Jak najszybciej. 

Czterdzieści pięć minut później łóżeczko stało już w jego pokoju, zmontowane i 

pościelone.  Przez  chwilę  Eben  zabawiał  się  myślą  o  tym,  jak  wspaniale  byłoby 
teraz  po  prostu  zamknąć  za  sobą  drzwi  i  zostawić  wszystko  na  głowie  Maddie. 
Wiedział  jednak,  że  ona  i  tak  przyszłaby  tu  za  nim,  ciągnąc  ze  sobą  dzieciaki. 
Ruszył  więc  z  powrotem  do  salonu,  skąd  dobiegały  ich  podniesione  głosy.  Na 
moment  przystanął  w  drzwiach.  Niezauważony,  patrzył  na  sterty  byle  jak 
poskładanych  ubrań.  Spojrzał  przelotnie  na  rozprawiające  bliźniaczki  i  Dillona, 
który  z  ponurą  miną  siedział  na  krześle,  od  niechcenia  kręcąc  kółkami 
miniaturowego  samochodu.  W  końcu  zatrzymał  wzrok  na  Maddie,  kołyszącej  w 
ramionach senne niemowlę. 

Z zadowoleniem zauważył, że nie sprawiała już wrażenia posągowej damy. Włosy 

miała  w  nieładzie,  na  jej  bluzce,  która  z  jednej  strony  wysunęła  się  spod  paska, 
widniały  plamy.  Tadowi  najwyraźniej  ulewało  się.  Mimo  że  uśmiechała  się 
promiennie do dziewczynek, wyglądała na zmęczoną. 

Spodobało mu się to, ucieszył go też fakt, że na jego widok odetchnęła z ulgą. 
- A wy jeszcze tutaj? - spytał, podchodząc do nich. - Sądziłem, że jesteście już w 

łóżkach i smacznie śpicie. 

background image

 

37 

- Równie dobrze moglibyśmy cały czas leżeć w łóżkach - burknął Dillon, wstając 

z krzesła. Cisnął samochodzik na siedzenie.  -  W tym strasznym  miejscu i tak nie 
ma co robić. 

Zanim Eben zdążył odpowiedzieć, podbiegły do niego bliźniaczki. 
- Nie mogliśmy iść spać, wujku - powiedziała z powagą Joy. 
- Nie wiemy, które pokoje są nasze - dodała Hope. 
-  Ale  za  to  znalazłyśmy  piżamki.  -  Joy  pokazała  mu  swój  nocny  strój  w  różowe 

kwiatki. 

- I Eloizę. - Hope ściskała w rękach starą, zniszczoną lalkę. Najwyraźniej Eloizę. 
- Ona zawsze z nami śpi - wyjaśniła Joy. 
- Szczęściara z niej - mruknął sucho Eben. 
Ale  lalka  wywołała  falę  wspomnień,  których  sobie  nie  życzył.  Carla  też  miała 

taką,  z  warkoczykami.  Wszędzie  ją  ze  sobą  zabierała.  Lalka  nazywała  się  Betsy. 
Carla  i  Betsy  były  nierozłączne.  Carla  spała  z  nią,  kąpała  się,  jadła  i  bawiła  - 
pierwszego dnia szkoły też wzięła ją ze sobą. Później przez wiele lat Betsy zawsze 
siedziała na jej łóżku - aż do dnia, w którym Carla uciekła z domu, zabierając lalkę 
ze sobą. I zostawiając Ebena samego. 

-  Gdzie  będziemy  spać,  wujku?  -  dopytywała  Hope,  mocno  zatroskana. 

Wpatrywała się w niego oczami tak błękitnymi, jak oczy Carli. 

- Maddie wam pokaże. - Bardzo chciał się od nich wszystkich uwolnić. 
Maddie nie zaprotestowała. Podała mu zmęczone niemowlę. 
- W takim razie ty połóż Tada. Jego śpiochy leżą na oparciu sofy, razem z nową 

pieluchą. Podgrzewam butelkę z mlekiem. Zobacz, czy już jest dobre. 

Tad spojrzał na Ebena, skrzywił się i zaczął płakać. 
-  W  pełni  odwzajemniam  twoje  uczucia  -  mruknął  Eben  i  zaczął  odruchowo 

poklepywać dziecko po pleckach, żeby je uspokoić. 

- Czy to ma jakieś znaczenie, w których pokojach położę dzieci? - spytała Maddie. 
- Połóż je, gdzie chcesz - odparł Eben, choć w głębi duszy wiedział, gdzie Maddie 

zaprowadzi gromadkę. Nie został, żeby to zobaczyć. Ruszył do kuchni. Chciał jak 
najszybciej zamknąć niemowlęciu buzię butelką. 

Maddie patrzyła za nim przez chwilę, potem odwróciła się do dzieci. 
- Chodźcie, pokażę wam sypialnie. - Poprowadziła rodzeństwo do holu. 
- Która jest nasza? - zapytała Joy, spoglądając na rząd drzwi. 
- Która? - Hope przeskakiwała z nogi na nogę. 
-  Ta  tutaj.  -  Maddie  otworzyła  drugie  drzwi  po  lewej  stronie.  -  To  był  pokój 

waszej mamy. 

- Mama tu spała? - Joy gapiła się na Maddie szeroko otwartymi oczami. 
- Naprawdę? - dopytywała nie mniej zdumiona Hope. 
-  Naprawdę.  -  Maddie  uśmiechnęła  się  wzruszona,  że  dziewczynki  tak  się  tym 

przejęły. Włączyła lampę, która oświetlała łóżko z baldachimem. 

Staroświeckie stoliki nocne, komoda i toaletka, wszystko pomalowane na biało i 

background image

 

38 

muśnięte  na  krawędziach  złotą  farbą.  Wystrój  tego  pokoju  był  jednym  z  bardziej 
ekstrawaganckich  prezentów,  jakie  Johnny  Mac  ofiarował  swojej  córce  wiele  lat 
temu. Wydał na to pieniądze przeznaczone na zakup nowego byka rozpłodowego. 
Eben omal nie wyszedł z siebie, kiedy się o tym dowiedział, ale Carla była wprost 
wniebowzięta. Która mała dziewczynka nie wpadłaby w zachwyt na widok takiego 
pokoju? 

Bliźniaczki też nie posiadały się ze szczęścia. Zaczęły biegać od łóżka do toaletki, 

ozdobionej falbanką w różowo-fioletowy wzorek. 

Tylko  Maddie  zauważyła  brak  należących  do  Carli  przedmiotów  -  fotografii, 

wstążek  i  szkolnych  pamiątek,  które  kiedyś  stały  na  toaletce  przed  lustrem.  Ze 
ściany zniknęło godło szkoły. Nie było też plakatów z Georgem Straitsem, tablicy, 
na której wisiały zdjęcia, plany lekcji, kokardy zdobywane w szkolnych zawodach i 
obrazki z bohaterami filmów rysunkowych. 

Eben  pozbył  się  wszelkich  śladów  obecności  siostry,  jakby  chciał  wymazać  z 

pamięci jej istnienie. Ale teraz dzieci Carli mu to uniemożliwiły. 

- To najpiękniejszy pokój na świecie. - Joy wdrapała się na stojące przed toaletką 

krzesło, żeby przejrzeć się w lustrze. 

Hope wskoczyła na łóżko. 
- Dillon, zobacz! 
- Tutaj mamusia się czesała. - Joy usiadła przed lustrem i przygładziła swoje jasne 

loki. 

Dillon jednak został przy drzwiach. 
- A co tu jest do oglądania? - burknął. - To tylko stara sypialnia. 
-  Ale  to  był  pokój  mamy.  -  Hope  czuła  się  dotknięta  jego  brakiem 

zainteresowania. 

Chłopiec nie zwrócił uwagi na słowa siostry i spojrzał na Maddie. 
- Pokażesz mi teraz mój pokój? 
Maddie czuła, że jego niegrzeczne zachowanie wynika z żalu po utracie rodziców 

i chciała go do siebie przytulić. Ale kiedy położyła mu łagodnie dłoń na ramieniu, 
odsunął się gwałtownie i spojrzał na nią wrogo. Przypomniała sobie wtedy, że jest 
dla  niego  zupełnie  obcą  osobą.  Nie  miał  zamiaru  dzielić  się  z  nią  swoimi 
uczuciami. 

- Pomyślałam sobie, że mógłbyś spać w pokoju obok. - Nie dodała, że kiedyś był 

to pokój Ebena. 

- Dobrze. - Dillon odsunął się od drzwi. 
- Zaraz ci pokażę, gdzie... - zaczęła, ruszając za chłopcem. 
- Sam znajdę - rzucił, najwyraźniej nie życząc sobie jej towarzystwa. 
-  W  porządku.  Przyjdę  później  opatulić  cię  kołdrą..  -  Maddie  nie  dawała  za 

wygraną. 

-  Jestem  już  duży.  -  Spojrzał  na  nią  pogardliwie.  -  Tylko  małe  dzieci  trzeba 

opatulać. 

background image

 

39 

Wszedł  do  pokoju,  włączył  światło  i  zamknął  drzwi,  dając  jej  jasno  do 

zrozumienia,  że  nie  będzie  tam  mile  widziana.  Maddie  podejrzewała  jednak,  że 
blefował. I tak zamierzała przyjść go otulić, czy mu się to podoba, czy nie. 

Ułożenie  do  snu  dziewczynek  okazało  się  prawdziwym  wyzwaniem.  Częściowo 

dlatego,  że  były  bardzo  podekscytowane  swoim  pokojem,  a  częściowo  z  powodu 
długiej  listy  czynności,  które  należało  przedtem  wykonać.  Kiedy  już  włożyły 
piżamki  i  umyły  zęby,  po  kolei  siadały  przed  lustrem,  a  Maddie  musiała 
szczotkować im włosy. Bliźniaczki twierdziły zgodnie, że mama zawsze czesała je 
przed snem. 

Maddie  szybko  zauważyła,  że  miarowe  ruchy  szczotki  działały  uspokajająco. 

Zrozumiała,  jak  dobry  był  to  zwyczaj.  Kiedy  wreszcie  skończyła,  obu 
dziewczynkom  zachciało  się  pić.  Później  uklękły  koło  łóżka  i  zmówiły  pacierz, 
pomagając sobie nawzajem, tak jak zwykle. I, jak zwykle, Joy zaczynała. 

- Aniele Boże, stróżu mój... 
- ...ty zawsze przy mnie stój... 
- Rano, wieczór, we dnie, w nocy... 
- ...bądź mi zawsze ku pomocy. 
- Boże, pobłogosław mamusię... 
- ... i tatusia w niebie. 
- I Dillona... 
- ...i Tada... 
- ...i Hope... 
- ...i Joy... 
- ... i wujka Ebena też - dodały chórem. - Amen. 
Wstały. Ale nagle Joy o czymś sobie przypomniała. 
-  Zapomniałyśmy  o  Maddie!  -  wykrzyknęła  z  przejęciem  i  chwyciła  siostrę  za 

ramię. Obie szybko znowu uklękły. - Boże, i pobłogosław też Maddie. 

- Amen - zakończyła Hope. 
- Przepraszam - powiedziała Joy, kiedy Maddie nakrywała je kołdrą. 
- Nie chciałyśmy o tobie zapomnieć - dodała Hope. 
- Wiem - zapewniła je Maddie, rozbawiona i wzruszona. 
Joy spojrzała na nią zatroskana. 
- Dlaczego wujek Eben nie wierzy w Boże Narodzenie? 
Maddie,  zaskoczona  niespodziewanym  pytaniem,  szukała  jakiejś  sensownej 

odpowiedzi. 

- Nie chodzi o to, że nie wierzy... 
- Tak powiedział - przypomniała Hope. 
- Musimy coś zrobić, żeby uwierzył - postanowiła Joy. 
- Ale co? - zastanawiała się Hope. 
- Może pomyślicie o tym jutro? - zaproponowała Maddie, - Teraz zamknijcie oczy 

i śpijcie. 

background image

 

40 

- Najpierw musisz przeczytać Eloizie bajkę - poinformowała Joy, przytulając lalę 

leżącą między nimi na łóżku. 

- Tak, mama zawsze czytała jej bajkę na dobranoc - potwierdziła Hope. 
- Naprawdę? - Maddie powstrzymała uśmiech. - A co robiła w te wieczory, kiedy 

Eloiza była zbyt zmęczona, żeby słuchać bajek? 

Joy myślała przez chwilę. 
- Czasami tylko jej śpiewała. 
-  Tak?  Cóż,  nie  umiem  śpiewać  tak  jak  wasza  mama,  ale  mogę  spróbować. 

Dobrze? 

- Dobrze - zgodziły się bliźniaczki. 
-  Ale  musicie  zamknąć  oczy  -  powiedziała  Maddie.  -  Nie  mogę  śpiewać,  kiedy 

ktoś na mnie patrzy. 

Dziewczynki  posłusznie  zamknęły  oczy.  Po  drugiej  zwrotce  Kołysanki  Brahmsa 

obie mocno spały. Maddie zgasiła światło, wyszła na palcach z pokoju i podeszła 
do drzwi obok, zobaczyć, co robi Dillon. 

Leżał w łóżku. Mocno zaciskał powieki, udając, że śpi. 
Maddie  zaufała  swojej  intuicji.  Obeszła  łóżko,  poprawiając  kołdrę,  potem 

delikatnie odgarnęła chłopcu z czoła kosmyk włosów. 

-  Dobranoc,  Dillon  -  szepnęła  i  bezszelestnie  wysunęła  się  z  pokoju.  Kiedy  szła 

korytarzem, ze swojej sypialni wyszedł Eben. - Tad zasnął? - spytała cicho. 

-  Tak,  nareszcie  -  wymamrotał  Eben,  nie  zatrzymując  się.  -  W  kuchni  czeka  na 

mnie szklaneczka whisky. 

 

Rozdział 6 

Maddie uśmiechnęła się, słysząc w jego głosie nutkę lekkiej paniki. Eben wyjął z 

szafki  butelkę  scotcha,  zdmuchnął  z  nakrętki  kurz  i  sięgnął  po  szklankę.  Nagle 
jednak znieruchomiał i spojrzał na Maddie przez ramię. 

- Napijesz się? 
- Tak, proszę. - Poszła do lodówki po lód. 
- Słyszysz? - Eben nalał do szklanki trochę whisky. 
- Co? - Maddie wytężyła słuch. Sądziła, że Tad zaczął płakać. 
- Ciszę. - Eben uśmiechnął się szeroko. - Od dawna nie słyszałem niczego równie 

pięknego. 

-  Szczerze  mówiąc,  nie  było  wcale  tak  źle.  -  Maddie  zamknęła  drzwi  lodówki  i 

postawiła kubełek z kostkami lodu na kuchennym blacie. 

- Tak uważasz? - Eben zaczął nalewać alkohol do drugiej szklanki. - Te dzieciaki 

albo gadają, albo krzyczą, albo płaczą, albo się kłócą. Dom wariatów. 

-  Owszem  -  zgodziła  się  Maddie,  wrzucając  lód  do  szklanek.  -  Ale  mi  się  to 

podobało. 

Eben miał już na końcu języka ironiczną odpowiedź, kiedy dostrzegł w jej oczach 

radosne iskierki. Nigdy jeszcze nie była tak piękna, pełna entuzjazmu. Jej wygląd 

background image

 

41 

na chwilę zaparł mu dech w piersiach. Złościł się na siebie, że ciągle robiła na nim 
takie wrażenie. 

- Mówisz poważnie? - spytał i odwrócił wzrok. 
-  Jesteś  zaskoczony.  -  Maddie  oparła  się  biodrem  o  blat.  -  A  nie  powinieneś. 

Zawsze planowaliśmy dużą rodzinę. 

-  Co  najmniej  sześcioro  dzieci  -  przypomniał  sobie  Eben.  Wróciło  do  niego 

jeszcze  wiele  innych  wspomnień,  które  sprawiły,  że  krew  zawrzała  mu  w  żyłach. 
Znowu  zapragnął  tego,  co  kiedyś  Maddie  rezerwowała  tylko  dla  niego.  Chciał  to 
pragnienie zepchnąć w przeszłość, w niepamięć, tam, gdzie było jego miejsce. 

-  Tak,  zgodziliśmy  się  na  szóstkę,  ale  w  ramach  kompromisu  -  powiedziała 

Maddie.  -  Dlatego,  że  w  tym  domu  jest  tylko  siedem  sypialni,  a  ty  uważałeś,  że 
każde dziecko powinno mieć swój własny pokój. 

Eben pamiętał nawet, dlaczego tak uważał. 
- Każdy ma prawo do odrobiny prywatności. 
Podała mu szklankę z whisky. Ich palce zetknęły się przelotnie. Eben zadrżał pod 

wpływem tego dotyku, co wytrąciło go z równowagi. Szybko zabrał szklankę, ale 
zanim zdążył podnieść ją do ust, Maddie stuknęła w nią swoją. 

- Za wspomnienia - powiedziała ciepło, z uśmiechem. 
- Jasne. - Pociągnął duży łyk. Fala gorąca spłynęła mu w dół przełyku. 
Maddie upiła mały łyczek i w zamyśleniu zamieszała kostki lodu. 
-  Jeśli  czegoś  w  życiu  żałuję...  -  zaczęła  powoli  -  ...to  tylko  tego,  że  nie  mam 

dzieci. 

Stała  bardzo  blisko  niego.  Za  blisko.  Eben  miał  ochotę  się  odsunąć,  zwiększyć 

dystans. Stał jednak w miejscu jak przymurowany. Nie był w stanie się poruszyć. 
Ani o centymetr. 

-  Zawsze  mnie  to  dziwiło,  że  ty  i  Allan  nie  macie  całej  hordy  dzieci.  -  Celowo 

wspomniał  jej  zmarłego  męża.  Sądził,  że  jego  imię  położy  kres  wspomnieniom  i 
uczuciom, które wywołały. 

Maddie  wbiła  wzrok  w  topniejące  kawałki  lodu,  a  z  jej  twarzy  zniknął  wyraz 

radości i ciepła. 

- Niestety, Allan nie mógł mieć dzieci. 
Eben  odczuł  perwersyjną  satysfakcję  na  wieść  o  tym,  że  mąż  Maddie  był 

bezpłodny. 

- Mogliście adoptować. 
-  Rozmawialiśmy  o  tym  -  przyznała  i  lekko  wzruszyła  ramionami,  jakby  chciała 

dać do zrozumienia, że rozmowę na ten temat uważa  za zakończoną.  -  Myślę, że 
Dillon bardzo przeżywa śmierć rodziców. Jest zdezorientowany, zły... i przerażony. 
Musisz zdobyć się na cierpliwość, Eben. 

- Chyba ktoś inny będzie musiał zdobyć się cierpliwość, nie ja - odparł, poruszając 

szklanką. Kostki lodu zagrzechotały cicho. Na samą myśl o dzieciach Carli stawał 
się nerwowy. 

background image

 

42 

-  Eben,  on  potrzebuje  ciebie  -  powiedziała  z  naciskiem  Maddie.  -  Jesteś  jego 

wujem. 

- To ma chłopak pecha. - Pociągnął kolejny łyk whisky. 
Maddie spojrzała na niego z niedowierzaniem i zmarszczyła brwi. 
- Chyba nie rozumiesz. Jesteś teraz odpowiedzialny za te dzieci. 
- To nie potrwa długo, mam nadzieję. 
Maddie otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale przez chwilę panowała cisza. 
- Wiem, że nie powinnam pytać, bo chyba nie spodoba mi się twoja odpowiedź  - 

mruknęła  w  końcu  sucho.  -  Ale  co  właściwie  chcesz  przez  to  powiedzieć, 
MacCallister? 

- Że jeśli wszystko dobrze pójdzie, jutro je spakuję i odeślę gdzie indziej - odparł 

stanowczo.  -  Stracę  przez  to  cały  dzień  pracy,  ale  tego,  niestety,  chyba  nie  da  się 
uniknąć. 

- Cały dzień pracy stracony. Straszne - zadrwiła. 
- Owszem. - Eben gniewnie zmarszczył brwi. 
- To są dzieci Carli, twojej siostry. - Maddie wskazała palcem drzwi sypialni. 
- Zgadza się. Mojej siostry, nie moje - odpalił. 
- Ale zostałeś ich opiekunem. - Maddie chwyciła wymiętą kopertę. - Zapomniałeś 

już, co to za dokumenty? 

- Nie zapomniałem. Nadają  mi pełną władzę nad tymi dziećmi. A to oznacza, że 

mogę z nimi zrobić, co zechcę. 

- Czyli? - zapytała, patrząc na niego gniewnie. 
- Zwalić je na głowę innemu krewnemu. 
- Jakiemu innemu krewnemu? 
- Jeszcze nie wiem - przyznał beztrosko. - Dowiem się jutro, jak porozmawiam z 

prawnikiem Carli. Przypuszczam, że człowiek, za którego wyszła za mąż, ma jakąś 
rodzinę: rodziców, siostrę, ciotkę, może też kuzynkę. 

- A jeśli nie ma? 
- Na pewno ma. - Eben nawet nie zamierzał rozważać innej ewentualności. 
- Nie sądzisz, że gdyby Carla i jej mąż chcieli, by ich dziećmi zajmował się inny 

krewny, to jego wyznaczyliby na prawnego opiekuna, nie ciebie? 

- Nie interesuje mnie, czego chcieli, ani czego nie chcieli. Te dzieci tu nie zostaną! 

- oznajmił twardo. 

- Dlaczego nie? 
- Bo ja tak mówię! - wybuchnął. Poniosły go nerwy. 
- To nie jest powód, MacCallister. - Maddie również traciła cierpliwość. 
- Chcesz, żebym podał ci powód? - powiedział wyzywająco. - Mogę ci podać sto 

powodów. Przede wszystkim powinienem zajmować się ranczem. Mam trzydzieści 
dwulatków  i  dziewiętnaście  trzylatków,  które  muszę  wytrenować  i  sprzedać  do 
połowy stycznia. A wytrenowane zwierzęta to nie znaczy tylko ujeżdżone. Te konie 
muszą wygrywać konkursy. 

background image

 

43 

- I co z tego? 
- Co z tego? - Eben nie wierzył własnym uszom. - Zastanów się! Przy założeniu, 

że z każdym koniem będę pracował tylko dwadzieścia minut co drugi dzień, zajmie 
mi  to  osiem  godzin  dziennie.  Osiem  godzin  w  siodle.  Poza  tym  ciągle  muszę 
doglądać bydła, zajmować się domem i Bóg wie, czym jeszcze. Chyba sama wiesz, 
jak wygląda życie na ranczu, Maddie. 

- A co to wszystko ma wspólnego z dziećmi? - Maddie delikatnie odłożyła kopertę 

na kuchenny blat. Starała się zapanować nad ogarniającym ją gniewem. 

-  No  nie!  -  Eben  machnął  rękami.  -  Chryste  Panie,  sama  widziałaś,  ci  się  dzisiaj 

działo! To potwory! Nie dam rady pracować, kiedy ta czwórka będzie mi się plątać 
pod nogami. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  te  dzieci  ci  przeszkadzają.  I  nie  zamierzasz  zawracać 

sobie nimi głowy - stwierdziła zimno Maddie. Zabrzmiało to jak oskarżenie. 

Eben postawił szklankę na blacie i spojrzał Maddie prosto w oczy. 
- Szczerze mówiąc, tak. 
- Jesteś pozbawionym serca egoistą, MacCallister.  - Maddie patrzyła na niego ze 

złością, mocno zaciskając palce na szklance. 

Przez  chwilę  Eben  myślał,  że  Maddie  chluśnie  mu  whisky  w  twarz.  Ale  nie, 

odwróciła  się  i  wylała  alkohol  do  zlewu,  tak  gwałtownie,  aż  bryznął  na  podłogę. 
Potem odwróciła się szybko, gniewnie spojrzała Ebenowi w twarz i założyła ręce 
na piersi. Brakowało tylko tupnięcia nogą. 

- Nie sądzę, żebym był bez serca, Maddie - powiedział Eben. - Moim zdaniem to 

jedyne rozsądne rozwiązanie. 

- Nie mów mi o rozsądku - odpaliła. - Gdyby światem rządził rozsądek, mężczyźni 

jeździliby na koniach bokiem, nie okrakiem. 

Eben spojrzał na nią, zbity z pantałyku. 
- Skąd ten pomysł, na Boga? - zmarszczył brwi. 
- Stąd, że przez całe życie obserwowałam mężczyzn  - odparła Maddie. - I wiem, 

że  ilekroć  chcą  kogoś  do  czegoś  przekonać,  zaczynają  rozprawiać  o  rozsądku. 
Jakby każdy mężczyzna był mistrzem logiki. 

- Dobrze, spróbujmy myśleć po prostu realnie - powiedział. - Nie mam ani czasu, 

ani pieniędzy, żeby zajmować się dziećmi. 

- Nieprawda - odparła Maddie. - Ty tylko nie chcesz im tego poświęcić. 
- A czemu miałbym to robić? - spytał. - Kim one dla mnie są? 
- Siostrzeńcami i siostrzenicami. 
-  To  obce  dzieci,  Maddie.  Pierwszy  raz  spotkaliśmy  się  pięć  godzin  temu  - 

przypomniał  Eben.  -  Nie  znają  mnie  i  ja  ich  nie  znam.  Co  więcej,  nie  lubię 
bachorów. 

-  Świadomie  postanowiłeś,  że  nie  będziesz  ich  lubić  -  uściśliła  Maddie.  -  To 

więcej niż smutne, MacCallister. To żałosne. 

Eben,  dotknięty  do  żywego,  odwrócił  się,  chwycił  butelkę  i  znów  nalał  sobie 

background image

 

44 

whisky. 

- Nie wiem, dlaczego w ogóle z tobą o tym rozmawiam - mruknął, rozeźlony. - To 

nie twoja sprawa. 

- Wyrzuty sumienia, MacCallister? - zadrwiła. 
-  Nie!  -  zaprzeczył  gwałtownie.  -  Wiem,  ile  kosztuje  utrzymanie  dzieci  w 

dzisiejszych czasach. Mnie na to nie stać. 

- Znowu mówimy o pieniądzach? 
- Tak. Czy ci się to podoba, czy nie, są potrzebne do życia. Może ty nie wiesz, jak 

to  jest,  nie  mieć  na  nic  pieniędzy.  Ale  ja  wiem,  i  nie  zamierzam  znowu  tego 
doświadczać. 

Zanim  jego  płomienna  mowa  dobiegła  końca,  gniew Maddie  stopniał.  Aż  do  tej 

chwili  nie  pamiętała,  jak  bardzo  Eben  nienawidził  ubóstwa.  Teraz  pojęła,  że  on 
panicznie  się  tego  boi.  Bezpieczeństwo  finansowe  było  dla  niego  najważniejsze. 
Dlatego  tak  skrupulatnie  składał  grosz  do  grosza.  Czuła,  że  żaden  argument  tego 
nie zmieni. Dyskusja o pieniądzach wydawała się bezcelowa. 

- Rozumiem cię, MacCallister - powiedziała w końcu. - Ale nie sądzę, żeby opieka 

nad dziećmi Carli doprowadziła cię do nędzy. 

- Maddie, jest ich czworo. Policz sama. - Rozłożył palce. - Raz, dwa, trzy, cztery. 
-  Aha,  zatrzymałbyś,  ale  tylko  troje?  -  Wiedziała,  że  nie  o  to  mu  chodziło,  ale 

musiała jakoś bronić swoich racji. 

- Oczywiście, że nie. 
- Więc dwoje? 
- Też nie. 
- Jedno? 
-  Czy  ty  mnie  w  ogóle  słuchasz?  -  wybuchnął  Eben,  zniecierpliwiony.  -  Jeśli  na 

sprzedaży  koni  nie  zarobię  przynajmniej  trzystu  tysięcy,  mogę  się  pożegnać  z 
ranczem.  A  jeśli  zwierzęta  nie  będą  porządnie  wytrenowane,  nie  dostanę  za  nie 
dobrej ceny, nawet jeśli są rasowe. Proszę, powiedz, jak mam przygotować konie 
przy  dzieciach  plączących  się  pod  nogami?  One  nie  potrafią  nawet  same  sobie 
wytrzeć nosa. 

- Nie mógłbyś wynająć trenera do koni? - zaproponowała Maddie, choć znała już 

odpowiedź. 

-  Wiesz,  jakich  ci  goście  żądają  teraz  pieniędzy?  Zresztą  nie  mam  czasu,  żeby 

poszukać kogoś odpowiedniego. 

- A Luis i Ramon? 
Eben potrząsnął głową. 
-  Oni  i  tak  są  zawaleni  robotą.  Muszą  dbać  o  klacze,  doglądać  bydła,  uczyć 

źrebaki chodzenia na postronku. Poza tym nie mają pojęcia, jak dobrze wyszkolić 
konia. Prędzej udałoby im się go znarowić na amen. 

- Rozumiem... - Maddie szukała już innego rozwiązania. 
- Spójrz prawdzie w oczy, Maddie - przerwał jej Eben. - Billy Joe Wilder trzyma 

background image

 

45 

mnie na muszce. Albo zdobędę pieniądze i spłacę ranczo, albo skończę bez dachu 
nad  głową,  bez  pracy  i  grosza  przy  duszy.  A  wtedy  wszystkie  lata,  które  ciężko 
przepracowałem,  pójdą  na  mamę.  Nie  pozwolę,  żeby  to  się  stało.  Zwłaszcza,  że 
ciągle jeszcze mogę temu zapobiec - powiedział poważnie. - Więc dzieci nie mogą 
tu  zostać.  Muszą  wyjechać  jutro  rano.  Koniec  dyskusji.  Ja...  -  Nie  dokończył,  bo 
nagle  dostrzegł  coś  nad  ramieniem  Maddie.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  wyraz 
zaskoczenia. 

Maddie  odwróciła  się  szybko  i  zobaczyła  Dillona.  Chłopiec  stał  w  drzwiach,  z 

ustami wygiętymi w podkówkę i gniewnie zmarszczonymi brwiami. Był wyraźnie 
zraniony  i  rozgoryczony.  Musiał  sporo  usłyszeć  z  rozmowy  i  nie  miał  już 
wątpliwości, że Eben zamierza odesłać go wraz z rodzeństwem następnego dnia. 

-  Och,  nie  -  mruknęła  Maddie,  bardzo  zmieszana.  Spojrzała  błagalnie  na  Ebena, 

który twardo zacisnął usta, choć w jego oczach krył się żal. 

- Dlaczego nie jesteś w łóżku? - zapytał ze zniecierpliwieniem. 
Dillon miał gotową odpowiedź. 
- Pić mi się chciało. 
Maddie szybko ruszyła do zlewu. 
- Dam ci szklankę wody - powiedziała słodkim głosem, chcąc załagodzić sytuację. 
-  Sam  sobie  wezmę.  -  Dillon  zdecydowanym  krokiem  podszedł  do 

zlewozmywaka. 

Wspiął się na palce, zdjął z półki szklankę, podstawił ją pod kran i odkręcił kurek 

z  zimną  wodą.  W  kuchni  panowała  nieznośna,  pełna  napięcia  cisza.  Maddie 
spojrzała ukradkiem na Ebena. Nadal twardo patrzył przed siebie. 

Dillon  upił  mały  łyk,  wylał  resztę  do  zlewu  i  postawił  szklankę  na  kuchennym 

blacie.  Potem,  nie  patrząc  na  nikogo,  ruszył  do  drzwi.  Zatrzymał  się  jednak  na 
progu i spod zmarszczonych brwi rzucił Ebenowi piorunujące spojrzenie. 

-  Lepiej  nie  mów  tak  głośno,  bo  obudzisz  moje  siostry  -  ostrzegł  i  wyszedł  z 

kuchni. 

Maddie natychmiast zrozumiała, że to wcale nie pragnienie sprowadziło chłopca 

do kuchni, tylko ich podniesione głosy. 

-  On  nas  słyszał,  Eben  -  wymamrotała,  przepełniona  poczuciem  winy.  -  Dillon 

wie. 

- I bardzo dobrze. - Eben spokojnie podniósł szklankę z whisky, ale jakiś mięsień 

w jego twarzy zaczął nagle drgać. 

-  To  tylko  mały  chłopiec,  który  właśnie  stracił  rodziców  -  tłumaczyła  Maddie.  - 

On cierpi, a my jeszcze bardziej go zraniliśmy. 

-  Nie  można  było  temu  zapobiec.  -  Eben  upił  łyk  whisky.  Ale  alkohol  nie 

znieczulił go tak, jak tego oczekiwał. Żal palił go nieznośnie. Podszedł do stołu i 
opadł na krzesło. Był bardzo zmęczony, fizycznie i psychicznie. 

-  Przecież  sam  wiesz,  jak  on  się  teraz  czuje.  -  Maddie  nie  dawała  za  wygraną.  - 

Byłeś w jego wieku, kiedy straciłeś matkę. 

background image

 

46 

Ebenowi,  choć  wcale  sobie  tego  nie  życzył,  stanęły  przed  oczami  obrazy  z 

przeszłości.  Mgliste  wspomnienia  pogrzebu,  tłum  przyjaciół  i  sąsiadów,  którzy 
potem  przyjechali  na  ranczo,  malutkie,  łkające  rozpaczliwie  dziecko  z  ciemnymi 
włosami. 

Tylko  jedną  rzecz  z  okresu,  który  nastąpił  bezpośrednio  po  śmierci  matki, 

pamiętał bardzo wyraźnie - tę noc, kiedy nie mógł zasnąć, a ból w jego sercu stał 
się tak dojmujący, wprost nie do wytrzymania. Miał siedem lat i rozumiał już, że 
śmierć jest czymś nieodwracalnym, ale rozpacz była nowym, nieznanym mu dotąd 
uczuciem. Bolesnym i przerażającym. 

Wstał  z  łóżka  i  poszedł  szukać  ojca.  Oczekiwał  od  niego  wsparcia  i  miłości. 

Znalazł go w kuchni. Siedział na tym samym krześle i zanosił się od płaczu. Eben 
stał  długą  chwilę,  zanim  ojciec  go  zauważył.  A  kiedy  już  dostrzegł  syna,  zaczął 
płakać jeszcze rozpaczliwiej. 

- Co ja teraz zrobię? - powtarzał. - Dobry Boże, tak bardzo mi jej brakuje, Eben. 

Jak  mam  sam  zajmować  się  tym  malutkim  dzieckiem?  Jak  sobie  radzić?  Nie 
potrafię. 

-  Ja  ci  pomogę,  tato.  -  Eben  podszedł  do  ojca,  wstrząśnięty  cierpieniem  w  jego 

głosie. 

- Nic nie rozumiesz. - Ojciec pociągał nosem, przeczesując włosy palcami. Potem 

chwycił  się  obiema  rękami  za  głowę.  -  To  dla  mnie  za  dużo.  Bez  niej  sobie  nie 
poradzę. Nie potrafię. Nie potrafię. 

Eben,  który  szukał  pocieszenia,  musiał  znaleźć  w  sobie  dość  siły,  by  pocieszać 

ojca. Nie miał z kim podzielić się swoim smutkiem i poczuciem straty. Wyszedł z 
kuchni równie zagubiony i samotny, jak wtedy, kiedy do niej wchodził. 

Nie po raz ostatni. 
-  Życie  jest  ciężkie  -  powiedział  do  Maddie.  -  Ten  dzieciak  po  prostu  dość 

wcześnie się o tym przekonał. 

- Za wcześnie. - Maddie potrząsnęła głową. 
-  W  pewnym  sensie  miał  więcej  szczęścia  niż  inni.  -  Eben  wpatrywał  się  w 

szklankę. Jego własne wspomnienia uodporniły go na cierpienie Dillona. - Prędzej 
czy później każdy musi się dowiedzieć, że ma tylko dwa wyjścia: stwardnieć albo 
się ugiąć. 

- Ty stwardniałeś, prawda? - Maddie stała blisko niego, obserwując zmiany, jakie 

zachodziły w jego twarzy. 

- Na pewno nie zamierzałem się ugiąć. - Uśmiechnął się chłodno. - Zwłaszcza, że 

mój ojciec był tak doskonałym przykładem człowieka, który się ugiął. 

- Miał też pewne zalety - powiedziała miękko Maddie. 
Eben tylko westchnął. Ogarniało go jeszcze większe zmęczenie i rozdrażnienie. 
- Nie chcę o nim rozmawiać - odparł. - Nie teraz. 
- To był ciężki dzień - mruknęła. 
- Bardzo delikatnie powiedziane - skomentował ironicznie. 

background image

 

47 

Maddie  stanęła  za  nim.  Zaraz  potem  Eben  poczuł  jej  dłonie  na  ramionach. 

Delikatne  palce  zaczęły  wprawnie  masować  jego  zmęczone,  napięte  mięśnie.  W 
pierwszej chwili zesztywniał, jakby nie chciał, by ręce Maddie przyniosły mu ulgę. 
Ale dotyk był tak przyjemny, a on potrzebował ukojenia. 

Kiedyś  tak  wyglądał  ich  wieczorny  rytuał,  pierwszy  krok,  po  którym  Maddie 

zawsze  lądowała  w  jego  ramionach.  Znowu  wróciły  wspomnienia,  budząc  stare 
pragnienie.  Eben  na  chwilę  nawet  zapomniał,  że  to  wszystko  należy  już  do 
przeszłości. 

Tak jak kiedyś, ujął jedną dłoń Maddie i pociągnął ją lekko do przodu. Przyglądał 

się długim, smukłym palcom, kształtnym paznokciom, pomalowanym bezbarwnym 
lakierem. 

- Jakie wprawne ręce - powtórzył słowa, które dawniej tak często wypowiadał. 
Poczuł,  jak  Maddie  zadrżała.  W  przeszłości  był  to  znak,  że  jest  gotowa,  by  ją 

przytulić  i  kochać,  sygnał  tak  dobrze  mu  znany,  jak  pożądanie,  którego  znowu 
doświadczał. Wiedział, co zawsze się później działo. 

Ale  tym  razem  nie  przyciągnął  Maddie  do  siebie,  żeby  usiadła  mu  na  kolanach, 

jak uczyniłby to dawniej. Wstał. Dłoń Maddie wysunęła się z jego rąk. 

-  Po  co  tu  wróciłaś?  -  spytał,  patrząc  jej  twardo  w  twarz.  Wyczytał  z  niej  wiele 

rzeczy, których wcale nie miał ochoty tam zobaczyć. 

-  Żeby  przywieźć  łóżeczko  dla  dziecka,  oczywiście  -  powiedziała  bez  tchu,  co 

było reakcją na bliskość jego ciała. 

-  Nie  o  to  mi  chodzi  -  odparł.  -  Maddie,  dlaczego  znowu  postanowiłaś  tu 

zamieszkać? Dlaczego po śmierci Allana nie zostałaś w Scottsdale? 

- Mówisz tak, jakbym przyjechała tu wczoraj. - Maddie uśmiechnęła się lekko. - A 

ja mieszkam w El Regalo od półtora roku. 

Ebena zirytowała ta wymijająca odpowiedź. 
-  Ale  dlaczego  nie  zostałaś  w  Scottsdale?  Z  tego,  co  słyszałem,  śmietanka 

towarzyska Phoenix przepadała za tobą. 

Maddie zaczęła się śmiać. 
-  Tak  naprawdę  nigdy  mnie  specjalnie  nie  interesowało,  czy  ci  ludzie  mnie 

akceptują, czy nie. 

Ebena zaczął ogarniać gniew, opanował go jednak... tak jak i inne uczucia. 
- Kiedyś odpowiadałaś bardziej bezpośrednio. 
Wzruszyła ramionami. 
- Cóż, zamieszkaliśmy w Phoenix, ponieważ Allan prowadził tam interesy. Ale ja 

nie  przepadam  za  życiem  w  mieście.  Sam  powinieneś  wiedzieć  najlepiej,  jak 
bardzo kocham pustynię. Jej surowe piękno i ten niezwykły kolor nieba. 

-  Ludzie  się  zmieniają.  -  Spojrzał  wymownie  na  jej  drogą  jedwabną  bluzkę  i 

niepraktyczne lniane spodnie. - A ty zmieniłaś się bardzo. 

-  Patrzysz  na  moje  ubranie  -  odparła  Maddie.  -  To  prawda,  kiedyś  inaczej  się 

ubierałam. Ale osoba, która kryje się pod tym strojem, nie zmieniła się za bardzo. 

background image

 

48 

Jest tylko starsza. 

- Może. - Eben nie był przekonany. 
- Myślisz, że wróciłam dlatego, że ty ciągle tu mieszkasz? - Maddie przekrzywiła 

głowę, spoglądając na niego z rozbawieniem. 

Eben tak właśnie przypuszczał, ale nie zamierzał się do tego przyznać. 
- A czy tak jest? - spytał wyzywająco. 
-  Szczerze  mówiąc,  nie  sądzę.  Właściwie  byłam  pewna,  że  nic  już  do  ciebie  nie 

czuję. A teraz... - Urwała, wędrując pytającym wzrokiem po twarzy Ebena. Potem 
nagle położyła dłoń na jego policzku. 

Eben osłupiał. Chwilę później Maddie wstała i dotknęła ustami jego warg w taki 

sposób, jakby chciała się o czymś przekonać, znaleźć odpowiedź na pytanie, które 
wyczytał w jej oczach. 

Eben  bezwiednie  przechylił  głowę,  jakby  i  on  chciał  coś  sprawdzić,  ale  niemal 

natychmiast  zrozumiał,  że  nic  się  nie  zmieniło.  Maddie  nadal  budziła  w  nim 
nienasycone pragnienie. 

Niewiele  brakowało,  a  byłby  zapomniał,  że  go  rzuciła  i  wyszła  za  innego 

mężczyznę. Uchwycił się tego wspomnienia i gniewu, jaki w nim wyzwalało. 

Ale zanim zdołał odepchnąć od siebie Maddie, ona zrobiła krok w tył. Patrzyła na 

Ebena bez tchu, z wyrazem oszołomienia na twarzy. 

- Stara magia ciągle działa, co? - powiedziała, zdumiona. - Chyba czułam, że tak 

będzie.  -  Jej  oczy pociemniały nagle. Pojawił się  w nich żal i coś jeszcze. Ból?  - 
Ale to nie wystarczy, Eben. Kiedyś nie wystarczyło i nadal nie wystarcza. 

-  Dlaczego?  -  spytał  i  natychmiast  przeklął  się  w  duchu  za  to  pytanie.  Znowu 

niepotrzebnie uchylił drzwi prowadzące w przeszłość. 

- Jeśli sam nie wiesz, nie ma sensu ci tego tłumaczyć. I tak byś nie zrozumiał. 
Przez  chwilę  patrzyła  mu  w  oczy,  potem  odwróciła  wzrok  i  przygładziła  ręką 

włosy. Eben wiedział, że robiła tak zawsze, kiedy czuła się zakłopotana. 

- No, na mnie już czas - powiedziała i rzuciła mu typowe dla siebie, lekko kpiące 

spojrzenie.  -  Odprowadzisz  mnie  do  samochodu,  czy  też  zapomniałeś  już  o 
towarzyskich grzecznościach, tak jak o poczuciu humoru? 

- Na pewno powinienem - burknął, ruszając za nią do drzwi. 
-  Nie  musisz  mi  towarzyszyć,  wiesz  o  tym  -  zakpiła,  spoglądając  na  niego  przez 

ramię. 

- Chcę się upewnić, że naprawdę odjeżdżasz - skłamał. 
Maddie  roześmiała  się  miękko,  pchnęła  drzwi  i  wyszła  w  rześki,  pustynny 

wieczór.  Przed  domem  zatrzymała  się  na  chwilę  i  popatrzyła  w  rozgwieżdżone 
niebo. 

-  Mogłam  zostawić  ci  łóżeczko  i  zaraz  odjechać.  Szkoda,  że  tak  nie  zrobiłam. 

Musiałbyś sam położyć dzieci spać - zażartowała? 

Eben  posłuchał  głosu  rozsądku  i nie  odpowiedział.  Przyspieszył  kroku  i  dogonił 

Maddie,  wsuwając  ręce  głęboko  w  kieszenie  dżinsów.  Krajobraz  spowijała 

background image

 

49 

tajemnicza ciemność. W górze niebo migotało milionami gwiazd. Piękno otoczenia 
zapierało mu dech w piersiach, tak jak ta idąca teraz przed nim kobieta. Jej bliskość 
poruszyła go, choć bardzo tego nie chciał. 

- Tak sobie  myślę, że chyba  masz rację  -  mruknęła Maddie, bezwiednie zniżając 

głos w nocnym bezruchu i ciszy. 

Pierwszy raz, pomyślał Eben, ale ugryzł się w język. I on uległ nastrojowi nocy. 

Wiedział,  że  jedno  ostre  słowo nieuchronnie  doprowadzi  do  następnego.  Dziwne, 
ale nie miał ochoty się kłócić. 

- Co do czego? - spytał tylko. 
- Co do dzieci - odparła po chwili wahania. - Będzie im lepiej gdzie indziej. 
- Naprawdę? - Uniósł brew. 
-  Tak.  Chociaż  na  początku  byłam  innego  zdania.  -  Jej  głos,  w  którym  najpierw 

brzmiała  nuta  rozbawienia,  nagle  spoważniał.  -  Nie  masz  czasu,  żeby  się  nimi 
zajmować. Oczywiście nie masz żadnych zobowiązań wobec Carli. Nie po tym, jak 
cię  potraktowała.  Uciekła  z  domu  bez  słowa,  zabrała  twoje  oszczędności.  Nie 
interesowało  jej,  jak  sobie  poradzisz.  Jeśli  się  nad  tym  zastanowić,  to  dziwne,  że 
jeszcze obarczyła cię odpowiedzialnością za swoje dzieci. 

- Nawet mi o tym nie mów - prychnął z niesmakiem Eben. 
- Teraz, w końcu, nadarzyła się okazja, żebyś wyrównał z nią rachunki. 
- Co chcesz przez to powiedzieć? - Eben zmarszczył brwi. Ta uwaga wydala  mu 

się dziwnie niesłuszna. 

-  To  chyba  jasne?  -  odparła  Maddie.  -  Carla  odwróciła  się  do  ciebie  plecami,  a 

teraz  ty  możesz  odwrócić  się  plecami  do  jej  dzieci.  To  w  pewnym  sensie 
sprawiedliwe. - Otworzyła drzwi jeepa, usiadła za kierownicą i spojrzała na Ebena. 
- Wpadnę jutro odebrać łóżeczko. 

-  Pewnie.  -  Z  roztargnieniem  kiwnął  głową.  Słowa  Maddie  wytrąciły  go  z 

równowagi. 

Odjeżdżając  spod  domu,  Maddie  dostrzegła  zakłopotanie  na  twarzy  Ebena. 

Uśmiechnęła się do siebie z satysfakcją. Dobrze pamiętała, jaki potrafi być uparty. 
Można  go  było  skłonić  do  zmiany  opinii  tylko  w  jeden  sposób  -  przyznając  mu 
rację. 

Ta sztuczka zwykle przynosiła oczekiwany efekt. 
Maddie  zacisnęła  kciuki.  Jutro  się  przekona,  czy  i  tym  razem  stara  metoda 

zadziałała. 

 

Rozdział 7 

Nocną  ciszę  rozdarł  przeraźliwy  krzyk.  Eben,  wyrwany  z  głębokiego  snu,  usiadł 

gwałtownie  na  łóżku.  W  pierwszej  chwili  był  zaskoczony  płaczem  i  stłumionymi 
głosami dobiegającymi z innej części domu. 

Przypomniał sobie o dzieciach. 
Jęknął  cicho,  potarł  twarz  dłońmi  i  spojrzał  na  stojący  na  nocnej  szafce  budzik. 

background image

 

50 

Dochodziła druga nad ranem. Klnąc pod nosem na czym świat stoi, odrzucił kołdrę 
i  wyskoczył  z  łóżka.  Chciał  uciszyć  hałasy,  zanim  Tad  się  obudzi,  a  on  będzie 
musiał przez resztę nocy spacerować z brzdącem po pokoju. 

Chwycił  dżinsy  z  krzesła,  wsadził  stopę  do  jednej  z  nogawek,  podskoczył  parę 

razy,  by  odzyskać  równowagę,  i  włożył  nogę  do  drugiej  nogawki.  Biegnąc 
korytarzem, szybko zapiął rozporek. Fakt, że płacz i uspokajające głosy dobiegają 
zza  drzwi  dawnego  pokoju  Carli,  wcale  go  nie  zaskoczył.  Zirytowany  wszedł  do 
sypialni bliźniaczek i włączył światło. 

-  Kto  tak  zawodzi?  -  spytał  i  spojrzał  podejrzliwie  na  Dillona,  który  mocno 

obejmował  trzęsącą  się  z  płaczu  dziewczynkę.  -  Co  ty  tu  robisz?  Ty  to  wszystko 
zacząłeś? - Przypomniał sobie podsłuchaną przez chłopca rozmowę. 

- Hope miała zły sen - wyjaśniła pospiesznie druga z bliźniaczek. 
Zanim Eben zdążył jej odpowiedzieć, Dillon popatrzył na niego twardo. 
-  Idź  sobie.  Wcale  cię  nie  potrzebujemy  -  rzucił  i  przygarnął  łkające  dziecko  do 

siebie. - Cicho, już wszystko w porządku, Hope. Już dobrze. Jestem z tobą. Nic ci 
się złego nie stanie. 

Te  słowa  i  cała  sytuacja  przypomniały  Ebenowi  czasy,  kiedy  sam  często 

przychodził  w  nocy  do  tego  pokoju  uspokoić  siostrę,  kiedy  obudził  ją  senny 
koszmar. Podszedł do łóżka. 

- Zły sen, tak? - powtórzył, żeby coś powiedzieć. Czuł się dziwnie pusty. 
- Aha - potwierdziła Joy. - Naprawdę zły. 
- Niedźwiedź mnie gonił - szlochała Hope w piżamę Dillona. 
- Chciał ją zjeść - dodała Joy, szeroko otwierając oczy. 
- Skąd wiesz? - Eben spojrzał na nią z powątpiewaniem. 
Joy wzruszyła ramionami. 
-  Ja  zawsze  wiem,  co  jej  się  śni.  Mama  mówiła,  że  to  dlatego,  że  jesteśmy 

bliźniaczkami. 

- Niedźwiedzia już tu nie ma - zapewnił siostrę Dillon. - Przegoniłem go. 
- Ale może wrócić. - Hope pociągnęła nosem. 
- Jeśli wróci, znowu go przegonię - odparł stanowczo Dillon. 
- Ale on jest większy od ciebie - przypomniała mu Joy. 
Dillon przewrócił oczami. 
- Zamknij się, Joy. 
- Przecież to prawda. - Hope odsunęła się od brata, ukazując mokrą od łez buzię. 
-  To  był  tylko  zły  sen,  nic  więcej  -  wtrącił  się  Eben.  Położył  dziewczynkę  i 

przykrył  ją  kołdrą.  -  To  nie  działo  się  naprawdę.  A  teraz  zapomnij  już  o  tym  i 
spróbuj zasnąć. 

- Ale ja nie chcę spać - powiedziała drżącym głosem Hope. 
Joy kiwnęła głową. 
- Ona się boi, że jak zaśnie, znowu przyśni jej się niedźwiedź. 
-  W  takim  razie  wprowadź  do  swojego  snu  coś  większego  i  gorszego  od 

background image

 

51 

niedźwiedzia,  i  spraw,  żeby  to  coś  go  przegoniło.  -  Eben  powtórzył  radę,  jaką 
kiedyś dawał matce dziewczynki. 

-  Właśnie  -  zgodził  się  Dillon  ze  złośliwym  błyskiem  w  oku.  -  Wprowadź  do 

swojego snu wujka Ebena, Hope. Jest dość duży i zły, żeby wystraszyć na śmierć 
tego twojego głupiego niedźwiedzia. 

- Naprawdę? - Hope spojrzała na niego pytająco. 
-  Wujek  Eben  jest  na  pewno  większy  i  gorszy  od  wszystkich  niedźwiedzi  razem 

wziętych - potwierdził niemal wesoło Dillon. 

W sypialni Ebena rozległ się pierwszy, jakby próbny, krzyk. 
-  Och,  Tad  się  obudził  -  mruknęła  Joy,  spoglądając  na  Ebena  z  troską.  -  On  nie 

lubi być sam - przypomniała wujkowi. - Lepiej do niego idź. 

-  Ale  wy  macie  teraz  spać  -  powiedział  do  bliźniaczek.  Spojrzał  na  Dillona  i 

wskazał drzwi. - A ty wracaj do swojego pokoju. Dziewczynkom nic nie będzie. 

Zanim Eben dotarł do swojej sypialni, Tad darł się już na cały regulator. Umilkł, 

kiedy  Eben  pochylił  się  nad  łóżeczkiem.  Popatrzył  na  niego  i  zagulgotał  ze 
śmiechem, zadowolony, że już ma towarzystwo. 

- Może ci się wydaje, że to czas na zabawę, ale się mylisz - oznajmił Eben. 
Wziął  uszczęśliwione,  gaworzące  niemowlę  na  ręce,  przełożył  je  sobie  przez 

ramię  i  zaczął  szukać  w  łóżeczku  smoczka.  Tad  machnął  piąstką  i  uderzył  go  w 
usta. 

- Au! - Eben skrzywił się, wyprostował  i przytrzymał małą rączkę.  - Radzę ci ze 

mną nie zaczynać. Jestem większy od ciebie. 

Tad spojrzał na wujka niewinnie, zaśmiał się i zagulgotał coś niezrozumiale, ale 

nie  próbował  już  machać  rękami.  Eben  znowu  schylił  się  nad  łóżeczkiem.  W 
chwili,  gdy  wreszcie  wymacał  plastykowy  uchwyt  smoczka,  Tad  zacisnął  małe 
paluszki  na  włosach  na  piersi  Ebena  i  szarpnął  mocno.  Eben  wydał  zduszony 
okrzyk, upuścił smoczek i złapał rączkę dziecka, żeby uwolnić włosy z uchwytu. 

- Ty mały diable - mruknął. Mógłby przysiąc, że w oczach Tada dostrzegł iskierkę 

złośliwości. 

Podniósł smoczek z podłogi, opłukał go w umywalce i wetknął dziecku do buzi. 

Tad  zaczął  ssać,  ale  kiedy  Eben  położył  go  do  łóżeczka,  maluch  natychmiast 
wypluł  smoczek.  Eben  cierpliwie  włożył  mu  go  do  ust.  Tad  zaprotestował 
gwałtownie. 

-  Koniec  zabawy,  mały.  Teraz  idziesz  spać  -  oznajmił  Eben,  znacznie  łagodniej, 

niż zamierzał. 

Ale  zanim  zdążył  się  odsunąć,  małe  paluszki  zacisnęły  się  na  jego  kciuku,  tak 

zachłannie, jak przedtem na włosach. Eben mógł bez trudu uwolnić rękę. Sam nie 
wiedział  dlaczego,  ale  nie  zrobił  tego  -  stał  koło  łóżeczka,  patrząc  na  powieki 
niemowlęcia:  opadały,  podnosiły  się  i  znowu  zaczynały  sennie  opadać.  Kiedy 
wreszcie wysunął palec z małej rączki, Tad już spał. 

Eben  podszedł  do  drzwi  i  nasłuchiwał  przez  chwilę.  W  domu  panowała  cisza. 

background image

 

52 

Zostawił  światło  w  holu  i  uchylone  drzwi,  potem  zdjął  dżinsy  i  wszedł  do  łóżka. 
Ugniótł  pięścią  poduszkę,  położył  się  i  zamknął  oczy.  Czuł  się  śmiertelnie 
zmęczony. Kilka sekund później usłyszał przyciszone głosy i kroki bosych stóp w 
holu. Znowu zaczął nasłuchiwać. Łudził się jeszcze w duchu, że to jedna z sióstr 
wybrała się do toalety. 

Ale  kroki  zatrzymały  się  przed  drzwiami  jego  pokoju,  a  zaraz  potem  światło  z 

zapalonej w korytarzu lampy wdarło się do sypialni. 

- Wujku? - rozległ się przyciszony głosik. 
Eben jęknął i uniósł się na łokciu. 
- Co znowu? - warknął cicho. 
W  drzwiach  stały  obie  bliźniaczki.  Ich  sylwetki  były  dobrze  widoczne  w 

padającym zza ich pleców świetle, twarze ginęły w mroku. 

- Możemy spać z tobą? - spytała jedna z nich odważnie. 
Eben domyślił się, że to piegowata Joy. Kiedy usłyszał następne słowa, zrozumiał, 

że się nie pomylił. 

- Hope ciągle się boi, że niedźwiedź ją porwie. 
Eben czuł, że jeśli się nie zgodzi, już tej nocy nie zaśnie. Doszedł do wniosku, że 

to uczciwy układ, ale sam też postanowił uciec się do małego szantażu. 

- Dobrze - powiedział. - Ale pod warunkiem, że nie będzie rozmów. Jeśli usłyszę 

choć jedno słowo, natychmiast wrócicie do swojej sypialni. Umowa stoi? 

Obie  dziewczynki,  jedna  energicznie,  druga  z  wahaniem,  pokiwały  głowami, 

żadna się jednak nie odezwała w obawie przed wygnaniem do własnego pokoju. 

- W takim razie, zgoda. - Odsunął kołdrę. - Możecie spać tutaj. 
Joy  wzięła  siostrę  za  rękę  i  pociągnęła  ją  do  łóżka.  Policzki  Hope  ciągle  były 

mokre  od  łez  i  lśniły  w  świetle  wpadającym  z  holu.  Dziewczynka  natychmiast 
wdrapała się na materac, schowała pod kołdrę i przytuliła do Ebena. Zaskoczony, w 
pierwszej  chwili  nie  zauważył,  że  Joy  szybko  przymknęła  drzwi,  podbiegła  do 
łóżka z drugiej strony i podniosła kołdrę. Chwilę później poczuł powiew na swoich 
nagich plecach i odwrócił głowę. 

- Co ty robisz? 
Joy  znieruchomiała,  ale  zaraz  pokazała  zamykanie  buzi  na  kłódkę.  W  milczeniu 

dała do zrozumienia, że zamierza spać z drugiej strony. 

- Dlaczego nie możesz się położyć obok siostry?  - Eben, zirytowany, zmarszczył 

brwi. 

Joy tylko potrząsnęła głową i wskazała miejsce po prawej stronie. Eben już miał 

zaprotestować, ale w końcu poddał się bez walki. 

- No dobrze, wskakuj. 
Joy uśmiechnęła się promiennie i wskoczyła do łóżka, ale zamiast od razu nakryć 

się kołdrą, podpełzła do wujka i pocałowała go w policzek, bezgłośnie wymawiając 
„dobranoc”. 

Wciśnięty między dziewczynki, Eben leżał, patrząc w sufit. Zastanawiał się, czy 

background image

 

53 

dane  mu  będzie  jeszcze  tej  nocy  zasnąć.  Pocieszył  się  myślą,  że  już  jutro  cała 
czwórka zostanie spakowana i odesłana do jakiegoś krewniaka. 

 
Budzik był nastawiony na piątą. Za pięć piąta Tad zaczął się drzeć. 
Eben, zaspany i nieprzytomny, wyciągnął rękę nad jasnowłosą główką i dwa razy 

trzepnął  wyłącznik  budzika.  Mrucząc  coś  pod  nosem,  odsunął  się  od  jednej 
bliźniaczki  i  przełazi  nad  drugą.  Podszedł  do  łóżeczka.  Tad  stał,  trzymając  się 
poręczy  i  wrzeszcząc  w  niebogłosy.  Po  jego  czerwonych  z  wysiłku  policzkach 
płynęły łzy. 

Eben podniósł dziecko i natychmiast poczuł odór brudnej pieluchy. 
- Na pewno trzeba mu zmienić pieluchę - rozległ się za nim znajomy głosik. 
Eben  odwrócił  się.  Joy  usiadła  na  łóżku.  Sprawiała  wrażenie  zmęczonej  i  miała 

zaczerwienione oczy. Wyglądała tak, jak on się czuł. 

- Zdążyłem zauważyć. - Eben nie miał ochoty użerać się naraz z niemowlęciem i 

bliźniaczkami. - Śpij, bo obudzisz siostrę. 

Dziewczynka bez słowa schowała się pod kołdrę. W połowie drogi do drzwi Eben 

przypomniał  sobie  o  budziku,  wrócił  więc,  wyłączył  go  i  poczłapał  do  salonu. 
Pogrzebał w torbie Tada i znalazł czystą pieluchę. 

Sprawniej niż za pierwszym razem przebrał dziecko i zaczął podgrzewać mleko. 

Tad  niecierpliwił  się,  łapczywie  ssąc  własną  piąstkę.  Przygotowanie  kawy  jedną 
ręką okazało się wyzwaniem. W końcu jednak się to udało i kiedy Tad głośno sapał 
przystawiony do butelki, Eben pociągał pierwsze ożywcze łyki porannej kawy. 

- Chyba wdałeś się w ojca - mruknął do dziecka. - Mam nadzieję, że reszta z was 

jest podobna do Carli. Musiałem ją wyciągać z łóżka każdego ranka - przypomniał 
sobie z uśmiechem, zaraz jednak odsunął od siebie myśli o siostrze. 

Minutę później usłyszał w holu kroki bosych stóp. Miał pecha. Do kuchni raźno 

wkroczyła Joy, a za nią pocierając zaspane oczy, snuła się Hope. 

-  Chciałam  tylko  powiedzieć,  że  Tad...  -  zaczęła  Joy  i  urwała.  -  O,  dostał  już 

butelkę. To dobrze, bo on lubi jeść, jak tylko się obudzi. 

Eben westchnął. 
- Mówiłem, że masz iść spać. 
- Poszłam, ale Hope się obudziła i przyszłyśmy ci pomóc. 
- Nie wydaje mi się, żeby twoja siostra się rzeczywiście obudziła. - Eben spojrzał 

na drugą z bliźniaczek, która wdrapała się na krzesło i ziewnęła szeroko. 

- Obudziła się, na pewno - zapewniła Joy. 
- To czemu się nie odzywa? - Eben pytająco uniósł brew. 
- Rano jej buzia jeszcze nie działa - odparła beztrosko Joy. 
- Szkoda, że twoja działa - wymamrotał pod nosem Eben. 
Joy miała świetny słuch. 
- Och, moja zawsze działa. 
- Zauważyłem. 

background image

 

54 

Joy  podeszła  do  braciszka,  pogłaskała  go  po  głowie  i  zaczęła  do  niego  czule 

przemawiać.  Tad,  zachwycony,  że  ktoś  się  nim  zajmuje,  wiercił  się  i  wierzgał, 
uśmiechając się ze smoczkiem butelki w ustach. 

Joy sprawdziła, ile mleka zostało w butli. 
- Musi mu się odbić, wujku - poinformowała. 
-  Zaraz  się  tym  zajmę  -  burknął  Eben,  zirytowany,  że  czteroletnia  dziewczynka 

udziela mu porad dotyczących opieki nad niemowlęciem. 

Joy wzruszyła ramionami i podeszła do lodówki. 
- Masz jakiś sok, wujku? - Otworzyła drzwiczki, żeby sprawdzić. - Hope chce się 

napić soku. 

- Nie ma żadnego soku - odparł krótko Eben. 
-  Chcesz  mleka,  Hope?  -  spytała  Joy.  Ale  zanim  Hope  zdążyła  podnieść  głowę, 

Eben, który wiedział już, co się zaraz stanie, zerwał się na równe nogi. 

- Ja podam. 
- A ja przyniosę szklanki. - Joy rzuciła się do stołu, chwyciła krzesło, przyciągnęła 

je do kredensu i wspięła się na siedzenie. 

- Nie bierz szklanek, tylko kubki. - Przytrzymując drzwi lodówki ramieniem, Eben 

zdjął dzbanek z mlekiem z górnej półki i postawił go na kuchennym blacie. 

-  Masz  owocowe  chrapki,  wujku?  -  Joy  wzięła  z  półki  dwa  kubki,  uklękła  na 

blacie i zaczęła otwierać drzwiczki kredensu. 

- Co takiego?  - Eben nalał  mleka do kubków, drugą ręką  mocno przyciskając do 

siebie Tada. 

- Owocowe chrapki - powtórzyła Joy. 
-  To  takie  płatki  śniadaniowe  -  rozległ  się  za  nim  chłopięcy  głos,  w  którym 

pobrzmiewała nuta wyższości. 

Eben spojrzał na Dillona i zrozumiał natychmiast, że nocny wypoczynek w żaden 

sposób nie wpłynął na postawę chłopca. 

- Nie, nie mam żadnych chrapek - odpowiedział Joy. 
Dillon parsknął śmiechem. 
- Chodzi o chrupki. Tak jak cheerios, tylko o smaku owoców. 
-  Chrupek  też  nie  mam.  -  Eben  włożył  dzbanek  z  powrotem  do  lodówki.  Tad 

czknął głośno i uśmiechnął się promiennie. 

- To jakie masz płatki? - spytała Joy, przeszukując kredens. 
- Tylko owsiane. 
- Owsiane - prychnął Dillon. - Ale kanał! 
Stanowczość w jego głosie zaniepokoiła Ebena. 
- Dlaczego? 
-  Bo  one  -  Dillon  wskazał  kciukiem  swoje  siostry  -  nie  jedzą  rano  nic  poza 

płatkami śniadaniowymi. 

- No to zjedzą owsiankę. - Eben, zadowolony, że tak łatwo udało mu się rozwiązać 

problem, usiadł na krześle, posadził sobie Tada na kolanach i wziął butelkę, żeby 

background image

 

55 

dokończyć karmienie. 

Joy skrzywiła się paskudnie. 
- My nie lubimy owsianki. 
- Nie mam nic innego. 
- Dlaczego? - Hope w końcu przerwała poranne milczenie; 
- Bo inne płatki zbyt dużo kosztują. - Uważał, że to wystarczający powód. - Poza 

tym są niezdrowe. 

- Ale myje lubimy! - zaprotestowała Joy. 
- I nie cierpimy owsianki. - Hope wydęła usta. 
Dillon tylko uśmiechał się złośliwie. 
- Nie będziemy jadły owsianki - oznajmiła Joy. 
- A jak będziesz nas zmuszać... - zaczęła Hope. 
- ...wszystko zwymiotujemy. 
W obliczu jawnego buntu Eben dał za wygraną. 
- Dobrze już, dobrze. Nie dostaniecie owsianki. W porządku? 
-  W  porządku  -  zgodziła  się  Joy,  znowu  cała  w  uśmiechach.  -  To  co  będziemy 

jeść? 

Eben spojrzał w ciemne okno. 
- Słońce jeszcze nie wstało - jęknął. 
- Ale my jesteśmy głodne - powiedziała wesoło Joy, ciągle siedząc na kuchennym 

blacie. 

-  A  co  chciałybyście  zjeść?  Poza  chrupkami,  oczywiście.  -  Eben  był  zły  i  nie 

zamierzał tego ukrywać. 

- A co masz? - spytała Joy w odpowiedzi na jego pytanie. 
Ebena  ogarnęło  zwątpienie.  Poranki  były  tu  zawsze  takie  spokojne.  O  tej  porze 

miał czas zastanowić się, co trzeba zrobić w ciągu dnia, obmyślić plan prac i wypić 
pierwszą filiżankę kawy. A oto jego kawa, stoi i stygnie. Co do planów na resztę 
dnia,  w  tej  chwili  w  ogóle  nie  był  w  stanie  zebrać  myśli.  Te  dzieci  całkowicie 
zaburzyły dotychczasowy rytm jego życia. 

Jeszcze tylko kilka godzin, uspakajał się w duchu. Musi je jakoś przetrwać, potem 

będzie miał dzieciaki z głowy i wszystko wróci do normy. 

Ożywiony tą myślą, wziął głęboki oddech. 
- Tosty, jajka, bekon... 
Joy nie pozwoliła mu skończyć. 
- Naleśniki. Umiesz robić naleśniki, wujku? 
- Tak, lubimy naleśniki - oznajmiła Hope. 
- Mama zawsze robiła nam naleśniki w niedzielę... 
- ...i czasem, jak byłyśmy bardzo, bardzo grzeczne. 
- To chyba rzadko - mruknął pod nosem Eben. 
Tym razem Joy nie dosłyszała jego słów. 
- Mama smażyła najlepsze naleśniki na świecie. 

background image

 

56 

- Nie lubię naleśników z resracji. - Hope stanowczo pokręciła głową. 
- Umiesz robić naleśniki takie jak mama? 
- Mogą być prawie tak samo dobre - próbowała dodać mu otuchy Hope. 
- Tak się składa, że to ja nauczyłem waszą matkę robić naleśniki  - poinformował 

je Eben. 

- Naprawdę? - Joy, zdumiona i zachwycona, szeroko otworzyła oczy. 
- Zrobisz nam naleśniki? 
- Proooszę! - dodała Joy. 
- Tak, ale... - zaczął Eben, ale nie skończył. 
- Naleśniki! Naleśniki! Tak! Naleśniki! - rozległy się uradowane okrzyki, którym 

towarzyszyło  klaskanie  w  dłonie.  Po  chwili  dziewczynki  zaczęły  się  gorączkowo 
miotać po kuchni. 

Hope zeskoczyła z krzesła i pobiegła do lodówki po syrop. Joy znowu wdrapała 

się na blat i zaczęła wyciągać z kredensu naczynia, żeby nakryć do stołu. Brzęczały 
talerze,  szczękały  sztućce,  trzaskały  drzwiczki  szafek,  skrzypiały  przesuwane  po 
podłodze  krzesła.  Ponad  cały  ten  zgiełk  wybijały  się  głosy  bliźniaczek, 
spierających się o to, która ma zrobić co i dlaczego. Obie zgodnie poganiały Ebena, 
żeby jak najszybciej zabrał się do naleśników. 

Takiego harmidru Eben jeszcze nie słyszał. Mieszał ciasto przy kuchennym blacie, 

stojąc  między  dwoma  krzesłami;  kiedy  jedna  z  bliźniaczek  zeskakiwała  na  dół, 
druga wdrapywała się  na siedzenie.  Eben zaczynał z nostalgią wspominać chwile 
względnego spokoju, gdy Hope jeszcze się nie odzywała i tylko Joy nie zamykały 
się usta. 

-  Teraz  jajka?  Zaraz  przyniosę!  -  Joy  zeskoczyła  z  krzesła,  niechcący  uderzając 

nim w nogę Ebena, która ciągle bolała go po wczorajszym upadku z konia. 

Eben  syknął  z  bólu.  Hope  wdrapała  się  na  drugie  krzesło  i  chwyciła  puszkę  z 

proszkiem do pieczenia. Spojrzała na obrazek na etykiecie i zmarszczyła brwi. 

-  Mama  tego  nie  używała  -  powiedziała,  poważnie  zaniepokojona.  -  U  nas  na 

obrazku były naleśniki. 

- A ja używam tego - odparł Eben i odwrócił się do Joy. - Sam wezmę jajka! Nie... 

- urwał, widząc, że Joy już niesie karton z jajkami. Zdążył go przechwycić, zanim 
dziewczynka zaczęła wchodzić na krzesło. 

Hope pociągnęła wujka za rękaw. 
- Ja też mogę coś przynieść? 
- Nie. 
- Ja mogę mieszać - oznajmiła Joy. 
- Świetnie. Idź zamieszaj powietrze nad stołem. 
- Powietrze? - Joy spojrzała zaskoczona. 
- O, nie - jęknął z rozpaczą Dillon. - Dajcie mi jakiś ręcznik. Tad mnie opluł. 
- Przyniosę ci. - Joy chwyciła krzesło i zaczęła je ciągnąć w stronę zlewu. 
- Nie, ja. - Hope natychmiast złapała swoje krzesło i zaczęła gonić siostrę. 

background image

 

57 

Po raz pierwszy Eben nie zareagował na rozlegające się krzyki, kłótnie i odgłosy 

wody chlapiącej na podłogę. Ucieszył się, że ma chwilę spokoju. Skończył mieszać 
ciasto  i  wylał  pierwszą  chochelkę  na  patelnię,  szczęśliwy,  że  nikt  mu  nie 
przeszkadza bezustannym pragnieniem niesienia pomocy. 

-  Dlaczego  to  ja  muszę  zawsze  pilnować  Tada?  -  spytał  z  pretensją  Dillon.  - 

Czemu one nie mogą się nim zająć? Są dwie. 

- Bo my nie jesteśmy jeszcze dość duże... 
- ...ani dość silne. 
- Jezu, Hope, rozmazujesz tylko - warknął Dillon. 
- Ja to zrobię - zaoferowała Joy. 
-  O  nie.  Daj  mi  tę  szmatę.  -  Dillon  posadził  Tada  na  podłodze  koło  krzesła.  - 

Pobaw się z nim i pilnuj, żeby nigdzie nie poszedł. 

- A gdzie jest jego kojec? 
-  Jeszcze  go  tu  nie  ma  -  jęknął  Dillon.  -  Jeżu,  czemu  on  zawsze  musi  ulać  na 

mnie? 

- A dlaczego jego kojca tu nie ma? 
- A bo ja wiem? Spytaj pani Evans - burknął Dillon. 
Eben spojrzał w ich stronę. 
- Kto to jest pani Evans? - zapytał, przewracając naleśnika na drugą stronę. 
- Nasza nauczycielka ze szkółki niedzielnej - wyjaśniła Joy. - Jest dość stara. 
Hope przerwała zabawę z Tadem. 
- Czasem dziwnie pachnie. 
Eben puścił tę uwagę mimo uszu. 
- Czemu ona miałaby wiedzieć, gdzie się podziewa kojec? 
- Bo obiecała spakować nasze zabawki i inne rzeczy, i wysłać je do nas.  - Dillon 

przekrzywił  głowę,  usiłując  przyjrzeć  się  wielkiej  mokrej  plamie  na  swoim 
ramieniu. 

- Jak to wysłać? Przecież nie zmieszczą się do koperty? - Joy zmarszczyła brwi. 
-  Większe  rzeczy  też  można  dostarczać,  nie  tylko  listy.  Ale  z  ciebie  głupia  gęś  - 

odparł z niesmakiem Dillon. 

- Powiedziałeś: wysłać. 
- Nie powiedziałem... 
- Właśnie, że powiedziałeś. Słyszałam - poparła siostrę Hope. 
- Powiedziałem, że przyśle nasze rzeczy. Pewnie przyjadą ciężarówką. 
- No to przyśle, czy przywiezie ciężarówką? - spytała Joy, rozkładając ramiona. 
- Przyśle ciężarówką. Jezu, ale ty jesteś tępa, Joy. 
- Nie jestem! 
- Jesteś. 
- Nie jestem! 
-  Dość  tego  -  wtrącił  się  Eben,  zsuwając  złocisty  placek  na  talerz.  -  Kto  chce 

pierwszego naleśnika? 

background image

 

58 

Bliźniaczki zerwały się na równe nogi. 
- Ja! Ja! 
Eben  postawił  talerz  na  stole.  Liczył,  że  dziewczynki  same  rozstrzygną  spór. 

Wylał  na  patelnię  kolejną  chochlę  ciasta.  Za  jego  plecami  rozległo  się  głośne 
szuranie  i  zgrzytanie  krzesłami  po  podłodze,  po  czym  nagle  zapadła  cisza. 
Odwrócił  się.  Bliźniaczki  siedziały  przy  stole  i  wpatrywały  się  w  naleśnik  z 
dziwnymi minami. 

Piegowata Joy spojrzała na Ebena z wyrzutem. 
- Mama robiła inne naleśniki. 
- Naleśnik to naleśnik. - Eben zmarszczył brwi i wskazał chochlą talerz. - Ten już 

inny nie będzie. 

Hope z żalem potrząsnęła głową. 
- Mama robiła nam takie malutkie. 
- Bo wy jesteście takie malutkie - zadrwił Dillon. 
Joy zareagowała błyskawicznie. 
- Nie jesteśmy! 
- Ale mamy małe buzie - upierała się Hope. 
-  Posłuchajcie  -  przerwał  im  Eben,  chcąc  załagodzić  sytuację.  -  Tu  też  było 

najpierw  kilka  malutkich  naleśniczków.  Potem  połączyły  się  na  patelni  w  jeden 
duży naleśnik. 

- Ale my wolimy malutkie - poinformowała rzeczowo Joy. 
-  To  macie  pecha.  Bierzcie  się  do  jedzenia,  smacznego.  -  Odwrócił  się  i  stanął 

przy kuchni. 

-  Nie,  dziękuję.  Weź  go  sobie,  Dillon.  -  Joy  odsunęła  od  siebie  talerz.  -  Wujek 

Eben zrobi nam innego naleśnika 

- Uch! - Dillon pchnął talerz z powrotem do siostry i wrócił do czyszczenia swojej 

bluzy.  -  Moja  piżama  ciągle  śmierdzi.  Nie  mogę  jeść,  kiedy  czuję  ten  okropny 
zapach. 

- To ją zdejmij - poradził Eben i nagle znieruchomiał. Powędrował wzrokiem po 

twarzach dzieci siedzących przy stole. - A kto pilnuje Tada? Gdzie on jest? 

Joy krzyknęła z przerażeniem, zeskoczyła z krzesła i zajrzała pod stół. 
- W porządku. - Wyprostowała się i uśmiechnęła szeroko. - Bawi się pod stołem. 
- Jedno z was ma go mieć na oku - nakazał Eben. 
-  Jasne  -  mruknął  Dillon  głosem  stłumionym  przez  bluzę,  którą  właśnie 

zdejmował  przez  głowę.  Zaraz  potem  bluza  poszybowała  w  powietrze  i 
wylądowała w kącie kuchni. 

-  Czy  mój  naleśnik  jest  już  gotowy?  -  Joy  wdrapała  się  na  krzesło  i  stanęła  na 

siedzeniu, żeby zajrzeć na patelnię. Westchnęła, wyraźnie niezadowolona. - Wujku, 
znowu zrobiłeś wielkiego naleśnika. 

-  Ten  jest  dla  mnie  -  odparł  szybko  Eben.  Coś  mu  mówiło,  że  nie  ma  sensu 

dzieciakom  tłumaczyć,  iż  naleśniki  smakują  tak  samo  niezależnie  od  wielkości.  - 

background image

 

59 

Teraz zrobię wasze. Ile zjecie tych małych? 

- Trzy. 
- Ja też trzy - dodała Hope. 
Dillon  wziął  talerz  z  pierwszym  naleśnikiem,  chwycił  butlę  z  syropem  i  zaczął 

udawać, że to rakieta. 

- Trzy, dwa, jeden... start! Odpalamy! 
Uniósł butlę wysoko, odwrócił do góry dnem i ścisnął  mocno, wydając przy tym 

przeraźliwe odgłosy. Z butli trysnął syrop. Większość wylądowała na naleśniku. 

Eben zamknął oczy. Jeszcze tylko kilka godzin, pomyślał. 
Te słowa były jak mantra. 

Rozdział 8 

Tad siedział okrakiem na kolanie Ebena, z zainteresowaniem obserwując skręcony 

sznur telefonu, który to opadał, to się unosił. Kiedy tylko kabel znalazł się w jego 
zasięgu, maluch schwycił go, piszcząc z radości. Eben był zbyt wstrząśnięty tym, 
co właśnie usłyszał, by zwrócić uwagę na małą rączkę, szarpiącą sznur. 

-  Zaraz,  zaraz  -  powiedział  do  słuchawki.  -  Mówi  pan,  że  ten  człowiek  nie  miał 

żadnej  rodziny?  Niemożliwe.  Ani  matki,  ani  ojca,  albo  chociaż  kuzyna  czy 
kuzynki? 

- Właśnie. Nikogo - potwierdził prawnik. - Jak już mówiłem, mąż pańskiej siostry 

został  porzucony  we  wczesnym  dzieciństwie.  Nigdy  nie  udało  się  odnaleźć  jego 
rodziców.  Dorastał  jako  sierota.  Tak  więc  jest  pan  jedynym  znanym  żyjącym 
krewnym tych dzieci, panie MacCallister, 

- Nie, nie... - wyjąkał Eben tonem człowieka schwytanego w pułapkę. 
- Ależ tak. - W głosie prawnika zabrzmiała lekka nuta rozbawienia. 
-  Pan  nie  rozumie,  Grimes  -  zaczął  znowu  Eben.  -  Te dzieci  nie  mogą  tu  zostać. 

Nie mam czasu, żeby się nimi zajmować. Muszę pracować na ranczu. 

- Na pewno się pan przystosuje do nowej... 
Tad z całej siły szarpnął za sznur, wyrywając Ebenowi słuchawkę z ręki. 
-  Chwileczkę,  panie  Grimes!  -  wrzasnął  Eben,  usiłując  wyjąć  Tadowi  sznur  z 

rączki. 

Kiedy  wreszcie  udało  mu  się  odgiąć  dziecięce  paluszki,  Tad  zaczął  krzyczeć, 

miotać się, wierzgać. 

-  Słyszy  pan?  -  spytał  Eben,  dając  upust  swojej  złości.  -  Słyszy  pan,  co  się  tu 

dzieje?  Mam  wrzeszczące  dziecko  na  kolanach,  straciłem  cały  poranek,  a  dwóch 
najętych  do  pracy  ludzi  odwala  robotę,  którą  ja  powinienem  się  zająć.  Proszę  się 
postawić  na  moim  miejscu.  Może  mi  pan  powie,  jak  wyglądałoby  pańskie  życie, 
gdyby ktoś nagle zwalił panu na głowę czworo dzieci? 

- Na pewno ma pan na ranczu kucharkę czy gospodynię, kogoś, kto... 
-  To  kawalerskie  gospodarstwo.  Nie  ma  tu  nikogo  poza  mną  i  dwoma 

robotnikami. - Eben przemilczał fakt, że do stycznia musi spłacić dług. 

- W takim razie radzę poszukać gospodyni albo niańki... 

background image

 

60 

-  Wie  pan,  ile  trzeba  na  to  pieniędzy?  -  wybuchnął  Eben.  -  Samo  wyżywienie  i 

ubranie  czworga  dzieci  kosztuje  fortunę.  A  teraz  mam  jeszcze  płacić  komuś,  kto 
będzie  się  nimi  zajmował?  Tak  się  składa,  że  nie  stać  mnie,  żeby  wyrzucać 
pieniądze w błoto. 

-  Wyrzucać  pieniądze  w  błoto  -  powtórzył  lodowato  prawnik.  -  Więc  taki  jest 

pański punkt widzenia, panie MacCallister? 

- A jest jakiś inny? - spytał wyzywająco Eben. 
-  Najwyraźniej  nie  ma  pan  za  grosz  poczucia  obowiązku  czy  lojalności  wobec 

rodziny,  nie  będę  więc  tracił  czasu  na  przypominanie,  że  mówimy  o  dzieciach 
pańskiej  siostry.  Ale  zgodnie  z  prawem,  to  pan  jest  teraz  za  nie  odpowiedzialny. 
Radzę  potraktować  to  bardzo  poważnie,  bo  zapewniam,  że  sądy  także  traktują  te 
sprawy bardzo poważnie. Życzę miłego dnia. 

Rozległ  się  trzask  odkładanej  słuchawki.  Połączenie  zostało  przerwane.  Eben  z 

wściekłością  zerwał  się  z  krzesła,  tak  gwałtownie,  że  zaskoczony  Tad  najpierw 
wydał lekki okrzyk, potem zapiszczał radośnie. 

Eben  jednym  susem  znalazł  się  przy  kuchennym  blacie  i  zaczął  gorączkowo 

przerzucać  dokumenty,  szukając  jakiegoś  nazwiska,  czy  czegokolwiek,  co 
pozwoliłoby  mu  znaleźć  wyjście  z  sytuacji.  Spomiędzy  papierów  wysunęła  się 
mała biała koperta i spadła na podłogę. 

Eben  schylił  się,  by  ją  podnieść.  Zachwycony  Tad  znowu  zapiszczał  radośnie. 

Eben nie zwrócił na to uwagi. Koperta była gruba, co pozwalało mieć nadzieję, że 
zawiera  dokumenty.  Rozdarł  ją  i  wyciągnął  ze  środka  kartki  papieru.  Tad 
natychmiast spróbował je złapać, ale Eben szybko odsunął je poza zasięg psotnych 
rączek. Spojrzał na napisaną odręcznie datę w rogu jednej z kartek i znieruchomiał. 

Patrzył na staranne pismo. Zaokrąglone litery gładko przechodziły jedna w drugą - 

doskonały  przykład  bezbłędnej  kaligrafii,  równe  linie  i  wdzięczne  zakrętasy.  To 
było  pismo  Carli.  Eben  sprawdził  kiedyś  taką  ilość  prac  domowych  siostry  i 
przeczytał tyle pozostawionych dla niego wiadomości, że nie mógł się mylić, choć 
od lat tego pisma nie widział. 

Ze ściśniętym gardłem przeniósł wzrok z daty, wskazującej, że list został napisany 

prawie rok wcześniej, na nagłówek. 

Drogi Ebenie - zaczął i poczuł, jak wszystko w nim tężeje - Mam nadzieję, że 

nigdy tego nie przeczytasz... 

Ogarnął  go  niepohamowany,  pełen  bólu  gniew.  Czuł,  że  nie  zniesie  ani  jednego 

słowa więcej. Zmiął list i wsadził go z powrotem do koperty, potem wrzuć ił ją do 
szuflady. 

Drżąc z wściekłości, której przyczyn sam dobrze nie rozumiał, spojrzał gniewnie 

gdzieś w górę. 

- To wszystko twoja wina, Carlo - wycharczał oskarżycielsko. - Gdybyś wtedy nie 

uciekła,  nie  siedziałbym  tu  teraz  z  twoimi  dziećmi.  Gdybyś  została  w  domu...  - 
Szukał właściwych słów, ale do głowy przychodziła mu tylko jedna myśl: Gdybyś 

background image

 

61 

wtedy została w domu, ciągle byś żyła. 

Roznosiła go złość, którą musiał jakoś rozładować. Wypadł z kuchni. Nawet nie 

dostrzegł  Dillona,  który  stał  przy  ścianie  koło  drzwi.  Wielkimi  krokami 
przemierzył  salon  i  wypadł  przed  dom,  z  hukiem  zatrzaskując  za  sobą  frontowe 
drzwi. Zbiegł z werandy. Małe kamyczki pustynnego piasku wbijały mu się w bose 
stopy.  Zaklął  z  furią.  Zatrzymał  się  gwałtownie  i  zaraz  ruszył  dalej  drobnymi 
krokami. 

Znalazł  kawałek  gładkiej  ziemi,  przystanął  i  zmrużonymi  oczami  spojrzał  na 

słońce, lśniące już dość  wysoko nad horyzontem. Krajobraz pławił się  w jasnym, 
złotym świetle. 

-  Zobacz  tylko  -  powiedział  ze  złością  do  dziecka.  -  Już  prawie  dziewiąta,  a  ja 

nawet nie zdążyłem się jeszcze ubrać. - Przez ciebie i twoje okropne rodzeństwo. 

Tad  zaśmiał się radośnie i zaklaskał w rączki.  Najwyraźniej uznał to za  świetny 

dowcip. Eben odruchowo wsunął drugą rękę pod pupę niemowlęcia i podciągnął je 
wyżej. 

Z  tyłu  otworzyły  się  frontowe  drzwi  i  ukazała  się  w  nich  jasna  głowa  jednej  z 

bliźniaczek. 

- Możemy też wyjść na dwór, wujku? 
- Możecie nawet rzucić się z okna w kępę kaktusów - warknął Eben. 
- Fajnie! Chodź, Hope, wujek pozwolił nam wyjść na dwór! 
Inwazja bliźniaczek zburzyła względny spokój, jaki Eben zdołał osiągnąć, patrząc 

w  poranny  bezruch  pustyni.  Tad  wyraźnie  się  ucieszył  na  widok  wybiegających  z 
domu dziewczynek. Były jeszcze w piżamach, potargane jasne włosy powiewały na 
wietrze. 

- Możemy pójść do koni, wujku? - Joy tęsknie popatrzyła na padok. 
- Masz jakiegoś miłego konika, na którym mogłybyśmy się przejechać? 
- Nie ważcie się zbliżać do koni - burknął stanowczo Eben. 
- Dlaczego? - Joy spojrzała na niego rozczarowana. 
- Czy one gryzą? 
- Nie, ale ja was ugryzę, jeśli podejdziecie do padoku. 
- Dlaczego? - dopytywała Joy. 
- Nie zrobimy im krzywdy. Naprawdę. 
- Bo jesteście tak głośne, że zaraz je spłoszycie. 
- Umiemy być cicho - oznajmiła z godnością piegowata Joy. 
- Tak, mama nas tego nauczyła. 
-  Przy  koniach  trzeba  tak  trzymać  ręce.  -  Joy  wyciągnęła  przed  siebie  dłonie  ze 

złączonymi ciasno palcami, wierzchem na dół. - I nie ruszać się za szybko. 

- Konie mają takie miękkie nosy... 
- ...jak aksamit. 
- Czasem łaskoczą. - Hope zachichotała na samo wspomnienie. 
- Mama często nas zabierała, żebyśmy sobie pojeździły. 

background image

 

62 

- Akurat - mruknął z niedowierzaniem Eben. 
- Ktoś tu jedzie, wujku. - Joy wskazała samochód zbliżający się do nich drogą. 
- Kto to może być? - zastanawiała się Hope. 
Eben od razu rozpoznał jeepa. 
- To Maddie - powiedział ponuro. 
- Maddie! Maddie! - zaczęły nucić bliźniaczki. 
Nie bacząc na piasek i kamyki, pobiegły boso na spotkanie z gościem. Eben stanął 

na  ganku.  Samochód  zatrzymał  się  przed  domem  i  Maddie  wysiadła.  Miała  na 
sobie kowbojską bluzę i prostą spódnicę, która rozszerzała się u dołu, falując wokół 
nóg. Maddie wyglądała olśniewająco. Eben był zły na siebie, że to zauważył. 

Kobieta,  zajęta  powitaniem  z  bliźniaczkami,  dostrzegła  gospodarza  dopiero  po 

chwili. Kiedy w końcu zobaczyła stojącą w cieniu na werandzie postać w samych 
dżinsach,  na  moment  odjęło  jej  mowę.  Z  trudem  oderwała  wzrok  od  jego 
umięśnionych  ramion  i  spojrzała  mu  w  twarz.  Od  razu  zauważyła,  że  miał  ciężki 
poranek. 

-  Nie  uwierzysz.  Ten  prawnik  miał  czelność  mnie  pouczać  na  temat  lojalności 

wobec rodziny! 

- Naprawdę? - Maddie od razu polubiła tego prawnika. 
- Carla wykazała  ogromną lojalność i poczucie  obowiązku wobec rodziny, kiedy 

postanowiła  nawiać  ze  wszystkimi  moimi  pieniędzmi.  Zostawiła  mnie  na  lodzie. 
Czy nie tak było? 

- Miała wtedy zaledwie siedemnaście lat - przypomniała Maddie. 
- Rozumiem, że to wszystko usprawiedliwia. 
- Nie. Ale trzeba wziąć na to poprawkę. Wszyscy kiedyś robiliśmy rzeczy, których 

potem przyszło nam żałować. 

- Ty z pewnością wiesz coś na ten temat - odparł z nutą goryczy w głosie. 
Maddie  postanowiła  zignorować  cierpką  uwagę.  Nie  chciała,  żeby  rozmowa 

przeszła we wzajemne oskarżenia. 

- Co zamierzasz zrobić, Eben? 
-  Według  tego  prawnika,  powinienem  teraz  nająć  na  stałe  opiekunkę  do  dzieci  - 

odparł  zirytowany.  -  Oczywiście  nie  powiedział  mi,  skąd  mam  wziąć  na  to 
pieniądze. 

Maddie nagle zdała sobie sprawę, że tej wymianie zdań przysłuchują się dwie pary 

małych uszu. Odwróciła się do dziewczynek. 

- Może pójdziecie do domu i poszukacie czegoś, co chciałybyście dzisiaj włożyć? 
- Musimy? - zaprotestowała Joy. 
- Fajnie jest chodzić w piżamie - dodała Hope. 
Maddie uśmiechnęła się. Sprytna taktyka. 
- Na pewno, ale już czas, żebyście się ubrały. 
- Pomożesz nam? - chciała wiedzieć Joy. 
- Tak, ktoś musi nas uczesać. 

background image

 

63 

- Ja chcę mieć warkoczyki. 
- A ja kucyk. 
-  Jak  tylko  się  ubierzecie,  przyjdę  was  uczesać  -  obiecała  Maddie.  -  A  teraz 

zmykajcie. 

Bliźniaczki niechętnie ruszyły do domu. Maddie odwróciła się do Ebena. Właśnie 

patrzył  na  nią  nieodgadnionym  wzrokiem.  Natychmiast  zaczęła  mieć  się  na 
baczności. 

-  Naprawdę  dobrze  sobie  radzisz  z  tymi  dziećmi,  Maddie  -  zauważył,  nie  bez 

powodu. - Może tyje sobie weźmiesz? 

- O nie, MacCallister - powiedziała szybko. - Nic z tego. 
- Przecież zawsze chciałaś mieć dzieci. - Uśmiechnął się zachęcająco. 
Uśmiechał  się  tak  rzadko,  że  Maddie  zdążyła  już  zapomnieć,  jakie  to  zawsze 

robiło na niej wrażenie. Zrozumiała, że postanowił pójść na całość. 

-  Masz  tu  gotową  rodzinę  -  ciągnął  Eben.  -  Z  powodzeniem  mogłabyś  się  zająć 

dziećmi. Na twoim ranczu są kucyki, jest plac zabaw, domek... wszystko. 

-  Dobrze  wiem,  co  znajduje  się  w  El  Regalo,  ale  odpowiedź  nadal  brzmi  „nie”  - 

odparła stanowczo. - To ty jesteś prawnym opiekunem, MacCallister, nie ja. 

- Ale one nie mogą tu zostać, Maddie - odparł z rozpaczą Eben. - Nie mam czasu, 

żeby  się  nimi  zająć.  Dobrze  o  tym  wiesz.  Na  litość  boską,  spójrz,  nawet  nie 
zdążyłem się ubrać. 

-  Widzę.  -  Stojąc  tak  blisko  Ebena,  Maddie  nie  była  w  stanie  przestać  myśleć  o 

jego umięśnionym, smukłym ciele. - Obawiam się, że masz tylko jedno wyjście. 

- To znaczy? - spytał ostrożnie. 
Maddie milczała chwilę. Chciała, by to, co powie, zabrzmiało mocno, ale niezbyt 

ostro. 

- Skoro jesteś za biedny, żeby zająć się dziećmi, powinieneś zwrócić się do opieki 

społecznej i poprosić, żeby ktoś je zabrał. Wtedy państwo będzie musiało się o nie 
martwić. 

- Nigdy nie mówiłem, że jestem za biedny. - Eben uchwycił się tych słów. Maddie 

właśnie na to miała nadzieję. 

- Sam powiedziałeś, że cię nie stać na zajmowanie się tymi maluchami. Na jedno 

wychodzi. - Wzruszyła ramionami z udawaną obojętnością. 

Eben podejrzliwie zmrużył oczy. 
- Próbujesz mnie nakłonić do zatrzymania tych dzieciaków, co? 
Maddie roześmiała się swobodnie. 
- Żartujesz? Za dobrze cię znam. Równie dobrze mogłabym nakłaniać górę, żeby 

się poruszyła. 

- Coś knujesz. Jesteś za bardzo wyrozumiała. Zbyt zgodna. 
-  Może  tak  to  wygląda,  ale  po  prostu  jasno  widzę  całą  sytuację.  Skoro  ty  nie 

zamierzasz zatrzymać dzieci, a ja nie chcę wziąć ich do siebie, jedynym wyjściem 
jest  oddać  je  opiece  społecznej.  -  Starała  się  mówić  chłodno  i  rzeczowo.  - 

background image

 

64 

Oczywiście mało prawdopodobne, by jakaś rodzina zechciała wziąć całą czwórkę. 
Trochę to smutne, że bliźniaczki zostaną rozdzielone. 

-  Nieźle,  Maddie.  Ale  nie  ze  mną  te  numery.  -  Spojrzał  na  nią  uważnie,  mrużąc 

oczy. 

- Stwierdzam tylko fakt - odparła, patrząc na Ebena niewinnie. 
- Jasne. - Uśmiechnął się lekko, jakby chciał pokazać, że nie dał się nabrać. 
Tad,  znudzony  rozmową  i  bezruchem,  zaczął  się  niecierpliwie  wiercić  w 

ramionach Ebena. Maddie chwyciła małą machającą rączkę, zadowolona, że może 
odwrócić wzrok od Ebena, który przyglądał jej się uważnie. 

-  Pewnie  na  początku  dzieci  zostaną  umieszczone  w  różnych  rodzinach 

zastępczych,  do  czasu,  aż  jakieś  małżeństwa  zdecydują  się  je  zaadoptować.  Ze 
znalezieniem  rodziny  dla  Tada  nie  będzie  problemu.  Ludzie  wolą  adoptować 
niemowlęta.  Gorsza  sprawa  ze  starszymi  dziećmi  -  dodała  z  żalem,  ale  zaraz 
postanowiła podejść do tej kwestii bardziej pozytywnie. - Chociaż z drugiej strony 
bliźniaczki są takie słodkie. Może ktoś je weźmie. A Dillon? Najprawdopodobniej 
będzie dorastał w różnych rodzinach zastępczych. 

- Daj już spokój, Maddie - warknął Eben. 
- Nie rozumiem - skłamała. 
-  Nie  bądź  taka  sprytna.  Dobrze  wiesz,  o  co  mi  chodzi  -  odparł.  -  Robisz,  co 

możesz, żebym poczuł się jak ostatni drań. 

Maddie  już  miała  na  końcu  języka,  że  mu  się  to  słusznie  należy,  ale  się 

powstrzymała. 

-  Przepraszam.  -  Starała  się  wyglądać  na  skruszoną.  -  Nie  chciałam,  żeby  to  tak 

zabrzmiało. Dzieci czeka taki smutny los, ale skoro cię nie stać, żeby... 

- Przestań powtarzać, że mnie nie stać, dobrze? - przerwał zniecierpliwiony. 
-  Na  litość  boską,  Eben!  Nie  zamierzam  rozgłosić  wszem  i  wobec,  że  jesteś  na 

skraju bankructwa... 

- Nie jestem na skraju bankructwa! - wybuchnął. 
- Nie bądź taki drażliwy - powiedziała niewinnie Maddie.- Nie ty jeden borykasz 

się z problemami finansowymi. Zresztą oboje wiemy, że bez względu na pieniądze, 
nie masz obowiązku zajmować się tymi dziećmi. Dziwne, że Carla miała czelność 
obarczyć cię nimi, po tym, co zrobiła. 

-  Szczerze  wątpię,  że  moja  siostra  planowała  tak  rychłą  śmierć  -  odparł  oschle 

Eben. 

-  Pewnie  nie,  ale  to  niczego  nie  zmienia  -  stwierdziła  Maddie.  Przyglądała  się 

uważnie  jego  twarzy,  niewzruszonej  i  obojętnej,  jak  góry  na  horyzoncie.  Wzięła 
głęboki  oddech  i  postanowiła  wyciągnąć  asa  z  rękawa.  -  Szkoda,  że  nie  możesz 
zatrzymać  siostrzeńców.  Może  któreś  z  nich  pokochałoby  to  ranczo  tak  jak  ty  i 
przejęłoby je pewnego dnia. Bo jesteś tu sam i po twojej śmierci to wszystko kupi 
ktoś pokroju Billy’ego Joego Wildera i jego popleczników. 

- To chwyt poniżej pasa, Maddie - wycedził przez zaciśnięte zęby Eben. 

background image

 

65 

-  Dlaczego?  Przecież  to  prawda  -  odparła  Maddie.  Czuła,  że  powinna  iść  za 

ciosem.  -  Chodź  do  mnie,  malutki  -  wyjęła  Tada  z  ramion  Ebena.  -  Popilnuję  go, 
kiedy  będziesz  dzwonił  do  opieki  społecznej.  Na  pewno  zrozumieją,  dlaczego 
chcesz pozbyć się dzieci. 

- Nie powiedziałem, że tam zadzwonię - przypomniał. 
Maddie spojrzała na niego pytająco. 
- Zmieniłeś zdanie? Chcesz je zatrzymać? 
- Tego też nie powiedziałem. - Oczy Ebena pociemniały ze złości. 
-  To  co  zamierzasz  zrobić?  -  spytała.  -  Nie  możesz  porzucić  ich  przy  drodze  jak 

niechciane kocięta, chyba że chcesz wylądować w więzieniu. 

- Wiem o tym - warknął Eben. 
-  Co  za  ulga  -  zadrwiła  Maddie  i  podeszła  do  drzwi.  -  Jak  tylko  bliźniaczki  się 

ubiorą, zacznę pakować ich rzeczy. W tym czasie możesz zadzwonić, gdzie trzeba. 

- Sam zdecyduję, kiedy i gdzie zadzwonić. 
Maddie, zadowolona w głębi duszy, pozwoliła sobie na lekki uśmiech. 
- Zrozum, im szybciej tam zadzwonisz, tym szybciej dzieci stąd znikną i będziesz 

mógł wrócić do pracy. 

Eben odwrócił wzrok i nie ruszył się z miejsca. Maddie zacisnęła kciuki i weszła 

do domu. Zaskoczyła przy tym Dillona, który stał z drugiej strony i podsłuchiwał. 
Cofnął  się  szybko,  ale  potem  zatrzymał  się,  gwałtownie  odrzucił  głowę  do  tyłu  i 
spojrzał na Maddie oskarżycielsko. 

- Dillon, to nie tak, jak przypuszczasz - wyjaśniła prędko. Serce jej się ściskało na 

myśl, co mógł usłyszeć. 

- Jasne - odparł drwiąco. - A żółwie mają skrzydła. 
Joy przerwała zapinanie guzików białej bluzki i spojrzała na brata z wyższością. 
- To głupie, Dillon. 
- Żółwie nie mają skrzydeł - poparła ją Hope. 
- Tylko ptaki... 
- ...i anioły... 
- ...i motyle... 
- ... i samoloty. 
Dillon odwrócił się do bliźniaczek i dał upust złości. 
- Wiem o tym. Same jesteście głupie. 
- Wcale nie jestem głupia. - Joy jak zawsze była gotowa do kłótni. 
- Właśnie, że jesteś. 
- To ty jesteś głupi, bo... 
- ...ciągle chodzisz w piżamie - dokończyła Hope. 
- I co z tego? - spytał wyzywająco Dillon. 
-  No...  -  Joy  spojrzała  na  Maddie,  szukając  u  niej  wsparcia.  -  Już  czas,  żeby  się 

ubrał, prawda? 

- Owszem, w zasadzie... - zaczęła Maddie. 

background image

 

66 

Ale Dillon nie pozwolił jej skończyć. 
-  Chcesz,  żebym  się  ubrał,  bo  wtedy  będziecie  mogli  nas  stąd  zabrać  i  porzucić 

gdzieś przy drodze. 

- To nieprawda... 
- Prawda - przerwał jej Dillon. - Słyszałem, jak o tym rozmawialiście. Planujecie 

się nas pozbyć. Ja nie jestem taki głupi jak one. Wiem, że chcecie nas wyrzucić. 

Joy spojrzała na brata z naganą. 
- Jesteś głupi, Dillon. 
- Wujek Eben chce, żebyśmy tu zostali - dodała Hope. 
- Wcale nie. Zaraz zadzwoni do kogoś i poprosi, żeby nas stąd zabrali. Rozdzielą 

nas  po  różnych  domach  i  już  się  nigdy  nie  zobaczymy!  -  krzyknął  Dillon, 
pociągając nosem i walcząc ze wzbierającymi w oczach łzami. 

-  Wujek  Eben  nigdy  by  tego  nie  zrobił  -  odparła  niepewnie  Joy,  odruchowo 

podchodząc do siostry. 

- Ja nie chcę stąd iść! - Hope szybciej uwierzyła bratu i zaczęła płakać. 
- Nigdzie nie musisz odchodzić - zapewniła dziewczynkę Maddie. 
-  Kłamiesz!  -  krzyknął  Dillon.  -  Chcecie  się  nas  stąd  pozbyć!  Słyszałem,  co 

mówiłaś! 

- Dlaczego? - spytała Joy ze łzami w oczach. - Myśmy przecież nic nie zrobili! 
- Mówiłem ci już, on nas tu nie chce  - powiedział ze złością Dillon.  - Nie cierpi 

was, bo jesteście głupie i tępe! 

- Ja chcę do mamy! - łkała Hope. 
Drzwi  wejściowe  otworzyły  się  z  takim  hukiem,  że  aż  wszyscy  podskoczyli.  W 

progu stał Eben i przyglądał się im spod groźnie zmarszczonych brwi. 

- Co tu się dzieje? - spytał. - O co te krzyki i płacze? 
-  Dillon  podsłuchał  naszą  rozmowę  -  wyjaśniła  Maddie.  Wstrzymała  oddech  i 

spojrzała na Ebena, ale wyraz jego twarzy pozostał nieodgadniony. 

- Dillon powiedział, że chcesz się nas pozbyć - wyłkała Joy. 
- I że się już nigdy nie spotkamy - dodała Hope, ocierając łzy. 
- Dillon jest w błędzie, jak zwykle - oznajmił Eben. 
Maddie odetchnęła z ulgą. 
-  Kłamiesz!  -  rzucił  szybko  Dillon.  -  Słyszałem,  co  mówiłeś.  Nigdy  nas  tu  nie 

chciałeś. 

-  Masz  rację.  -  Eben  kiwnął  głową.  -  A  wy  nie  chcieliście  tu  przyjeżdżać.  Ale 

jesteście, więc zostaniemy razem, czy nam się to podoba, czy nie. 

Joy spojrzała na wujka niepewnie. 
- To znaczy, że mamy zostać? 
- No przecież mówię, że tak - odparł krótko Eben. 
- Hope, zostajemy! - Joy chwyciła siostrę za rękę. 
- Hurra! Hurra! - Bliźniaczki zaczęły skakać z radości. 
Dillon patrzył na niego z pogardą i niedowierzaniem. 

background image

 

67 

- Po prostu chcesz tylko, żeby przestały się mazać. 
Eben spojrzał na chłopca twardo. 
- Przekonasz się jeszcze, że ja zawsze mówię dokładnie to, co myślę, dziecko. 
- Mam na imię Dillon. Nie cierpię, jak nazywasz mnie dziecko. 
-  Kiedy  przestaniesz  się  zachowywać  jak  rozwydrzony  dzieciak,  zacznę  cię 

nazywać  po  imieniu  -  oznajmił  Eben,  urwał  i  powiódł  wzrokiem  po  twarzach 
dzieci.  -  Ponieważ  teraz  będziecie  mieszkać  ze  mną,  już  czas,  żebyśmy  sobie 
wyjaśnili  pewne  sprawy.  W  tym  domu  obowiązują  określone  zasady,  to  znaczy: 
zakazy i nakazy, które... 

- Co to znaczy... nakazy? - spytała Hope marszcząc brwi. 
- To pewnie coś takiego jak przykazania - wyjaśniła Joy. 
- Tak jak mówili w szkółce niedzielnej, że Pan Jezus powiedział... 
- ...że trzeba kochać bliźniego swego jak siebie samego - dokończyła Joy. 
Eben patrzył w podłogę, z rozpaczą potrząsając głową. 
Hope spojrzała na niego z powagą. 
- My cię kochamy, wujku! 
- Szczęściarz ze  mnie - mruknął ironicznie Eben. - Póki co, zajmiemy się zasadą 

numer  jeden  -  podjął.  -  Nie  wolno  wam  zostawiać  ciuchów  w  salonie.  Tak  więc 
chcę, żebyście teraz pozbierali swoje rzeczy i zabrali je do sypialni. Ja w tym czasie 
się ubiorę. A kiedy wrócę, będą tu stały tylko puste torby. Jasne? 

Joy szeroko otworzyła usta. 
- Mamy zabrać to wszystko? - spytała z niedowierzaniem. 
- Ale co z tym zrobić? - chciała wiedzieć Hope. 
Eben uważał, że to jasne jak słońce. 
- Pochować, oczywiście. 
- Gdzie? - Joy była zupełnie zdezorientowana. 
- Do szuflad w komodzie. 
- Do których? 
-  Do  których  chcecie.  Same  zobaczycie,  co  się  w  nich  zmieści.  -  Eben  uznał,  że 

ma problem z głowy. 

- Ale my nie wiemy, jak to zrobić - oznajmiła Joy. 
- W domu mama zawsze układała ubrania - wyjaśniła Hope. 
- Waszej  mamy już nie ma.  - Eben znowu poczuł, że coś go ściska w gardle, ale 

postanowił się temu nie poddawać. - Teraz musicie same wszystko robić, bo ja nie 
zamierzam  was  obsługiwać  tak,  jak  wasza  mama.  Jesteście  już  dość  duże,  żeby 
dbać o własne rzeczy. - Zignorował pełne dezaprobaty spojrzenie Maddie. - No, do 
roboty. Zabierajcie stąd swoje bambetle. 

- Ale Maddie... 
- ...ma nas teraz uczesać. 
-  Uczesze  was  później,  jak  już  posprzątacie.  Pospieszcie  się,  bo  jak  nie,  to  zaraz 

wszystko wyrzucę. 

background image

 

68 

Zmobilizowane groźbą bliźniaczki gorliwie zabrały się do pracy. Zaczęły szybko 

zbierać ciuszki i wynosić je do sypialni. Dillon przez chwilę przyglądał się siostrom 
z  pogardą,  potem  spojrzał  gniewnie  na  Ebena  i  ostentacyjnie  usiadł  w  fotelu, 
zakładając ręce na piersi. 

- Ta zasada odnosi się także do ciebie, dziecko - powiedział Eben. - Wstań i bierz 

się do roboty. 

- Nie będę sprzątał. A ty nie będziesz mi rozkazywał. 
- Chcesz się założyć? - spytał Eben z przerażającym spokojem. 
Dillon poruszył się nerwowo. 
- Nie jesteś moim szefem - rzucił wyzywająco. 
- Tak się nieszczęśliwie dla nas obu składa, że właśnie zostałem twoim  szefem  - 

odparł Eben. - Wcale mnie to nie cieszy, ale tak jest. Jeśli ci się nie podoba, możesz 
mieć  pretensje  tylko  do  swojej  matki.  -  Złapał  Dillona  za  ramię  i  ściągnął  go  z 
fotela. - Pozbieraj swoje rzeczy i zanieś do pokoju. 

- Nienawidzę cię! - oznajmił Dillon, wyszarpując rękę z uścisku wuja. 
Eben tylko wzruszył ramionami. 
- Proszę bardzo, ale i tak musisz przestrzegać zasad Jakie tu obowiązują. 
Chłopiec rzucił mu ostatnie, wrogie spojrzenie, chwycił kłąb leżących na podłodze 

spodni i powłócząc nogami, ruszył do swojego pokoju. Maddie patrzyła za nim z 
troską na twarzy. Kiedy był już dość daleko, odwróciła się do Ebena. 

- Nie sądzisz, że potraktowałeś go trochę za ostro? 
Eben uśmiechnął się krzywo. 
- O co ci chodzi? Zostają tu, prawda? Powinnaś być zadowolona. 
- Ja? - Maddie zamrugała gwałtownie. Starała się wyglądać na bardzo zaskoczoną. 
- Nie udawaj, Maddie. To do ciebie nie pasuje. 
- Nie wiem, o czym mówisz - odparła, grając na zwłokę. 
- Akurat  - zakpił.  - Może i dałbym się nabrać,  ale ta twoja akcja była szyta zbyt 

grubymi nićmi. 

- Powiedziałam coś, co sprawiło, że  zmieniłeś zdanie?  - zapytała, ciekawa, co to 

mogło być. Miała nadzieję, że jej powie. 

-  Nie.  Potwierdziłaś  tylko  to,  do  czego  sam  doszedłem.  Tak  więc  zatrzymam 

dzieci i wychowam, choć nie spodziewam się, że ktoś będzie mi za to wdzięczny - 
mruknął. 

Drzwi  wejściowe  otworzyły  się  i  stanął  w  nich  Ramon.  Szybko  zdjął  z  głowy 

wystrzępiony kapelusz. 

-  Seńor  Mac,  skończyliśmy  poranną  robotę  -  oznajmił.  Mówił  po  angielsku  z 

silnym  meksykańskim  akcentem.  Spojrzał  ze  zdumieniem  na  Ebena,  który  ciągle 
miał na sobie tylko dżinsy, i zawahał się. - Osiodłać teraz ten gniady koń? 

-  Nie  -  odparł  Eben  i  urwał.  Do  salonu  wpadły  bliźniaczki,  nawołując  się  i 

chichocząc.  W  jakiś  sposób udało  im  się  zmienić  sprzątanie  w  świetną  zabawę.  - 
Dzisiaj nie będę pracował z końmi. 

background image

 

69 

Si, seńor. - Ramon kiwnął głową, znów się zawahał i zaczął  miętosić w rękach 

kapelusz. - To co robić? 

- Jedźcie sprawdzić, czy z bydłem wszystko w porządku. 
Si, seńor. - Ramon znowu przytaknął i ruszył do wyjścia. 
-  Zaczekaj  chwilę!  -  zawołał  Eben  i  wskazał  palcem  bliźniaczki.  -  Potrzebuję 

kogoś, kto mógłby tu codziennie przychodzić i zajmować się dziećmi. Może jakaś 
twoja ciotka albo kuzynka? 

Si, mi prima Sofia... - Ramon urwał i powtórzył swoją odpowiedź po angielsku: - 

Moja kuzynka Sofia, ona czasem doglądać dzieci z nasza wioska. Zapytam. 

Bueno. Jeśli się zgodzi, przyprowadź ją tu jutro rano. 
- Si, seńor. - Meksykanin uśmiechnął się szeroko i wyszedł. 
Eben odwrócił się i spojrzał na Maddie. 
-  Zadowolona?  -  spytał  kpiąco.  -  Nie  tylko  zatrzymałem  dzieci,  ale  jeszcze 

wynajmę opiekunkę. 

-  Nie  patrz  na  mnie,  to  nie  był  mój  pomysł  -  odparła  z  uśmiechem  Maddie, 

wyraźnie rozbawiona. 

- Cóż, chyba nie mam wielkiego wyboru, prawda? - stwierdził cynicznie. - Muszę 

to zrobić, jeśli w ogóle zamierzam jeszcze pracować. 

Maddie nie mogła zaprzeczyć. 
-  Sądzę,  że  powinieneś  się  postarać,  żeby  Ramon  i  inni  dostali  zielone  karty. 

Pewnego dnia pojawi się tu jakiś urzędnik i co wtedy zrobisz? 

- A kto powiedział, że Ramon nie ma zielonej karty? - spytał wyzywająco Eben. 
- Widziałeś ją? 
- Nie, i nie prosiłem, żeby mi pokazał. On pracuje, ja płacę. Skoro obaj jesteśmy 

zadowoleni z tego układu, nikomu nic do tego. 

- Nie sądzę, żeby władze podzielały twoją opinię - odparła oschle Maddie. 
- To już ich problem, nie mój. 
-  Ale  bardzo  szybko  może  stać  się  twoim  problemem  -  powiedziała  Maddie.  - 

Działasz nielegalnie. 

- To jakaś nowa krucjata? - Eben zmarszczył brwi. - Najpierw dzieci, teraz zielone 

karty. Nie mam czasu na bzdury, Maddie. Zapomniałaś, że Wilder trzyma mnie na 
muszce? 

- Nie zapomniałam, ale... 
- To daj mi spokój, dobrze? Sama wiesz, jak ciężko znaleźć pomocnika do pracy 

na  ranczu.  Jeśli  masz  dużo  szczęścia,  uda  ci  się  zatrzymać  kogoś  na  rok.  Później 
wszyscy  wolą  poszukać  sobie  lżejszej  roboty.  Ramon  został  ze  mną.  To  dobry 
robotnik, haruje jak wół, poza tym można na nim polegać. 

- Tym bardziej powinieneś załatwić mu zieloną kartę - odparła spokojnie Maddie. 

- To nic trudnego. W El Regalo... 

- Świetnie - przerwał jej Eben. - Więc ty się tym zajmij, jeśli uważasz, że to takie 

strasznie ważne. 

background image

 

70 

-  Tak  uważam.  -  Maddie  odsunęła  głowę.  Tad  właśnie  usiłował  jej  wepchnąć 

rączkę  do  ust.  -  To  bardzo  ważne  dla  Ramona  i  Luisa,  ale  także  ze  względu  na 
dzieci. 

- Słucham? - Eben pytająco uniósł brwi. 
-  Ze  względu  na  dzieci  -  powtórzyła.  -  Musisz  im  dawać  dobry  przykład.  To 

istotny element wychowania. 

Eben spojrzał na nią przeciągle. 
- Cóż, jeśli mam dawać dobry przykład, muszę się w końcu ubrać. 
-  Dałbyś  lepszy  przykład,  pomagając  swoim  robotnikom  w  zdobyciu  zielonych 

kart - upierała się Maddie. 

Eben był nieugięty. 
-  To  sama  się  tym  zajmij,  do  diabła  -  powiedział  ze  złością.  -  Ja  nie  mam  czasu 

użerać się z urzędnikami. Nie teraz, kiedy tyle kłopotów zwaliło mi się na głowę, 
dzięki Billy’emu Joemu Wilderowi i tym dzieciakom. 

Maddie wiedziała, że to prawda. 
- Dobrze, mogę się tym zająć. - W przeciwieństwie do Ebena miała więcej czasu i 

znacznie mniej problemów. 

-  Świetnie.  -  Eben  z  roztargnieniem  podrapał  się  po  brodzie.  -  Nie  zdążyłem  się 

nawet  ogolić  -  mruknął  do  siebie  i  spojrzał  na  Maddie.  -  Pewnie  nie  zdołam  cię 
namówić, żebyś zajęła się Tadem, kiedy pójdę się umyć? 

- Dlaczego nie - odparła. - Ale muszę cię ostrzec, że została już tylko jedna czysta 

pielucha. - Potrząsnęła prawie pustą plastykową torbą. 

Eben westchnął ciężko. 
-  Pojadę  do  miasta  zapisać  Dillona  do  szkoły.  Po  drodze  wstąpię  do  sklepu.  - 

Spojrzał na Maddie z nadzieją. - Zostań i przypilnuj dzieci do czasu, aż wrócę. 

- Proszę - dodała z uśmiechem Maddie. 
- Proszę - powtórzył niecierpliwie Eben. 
-  Skoro  tak  ładnie  mnie  prosisz,  odpowiedź  brzmi  „tak”.  -  Maddie  zaśmiała  się 

głośno. 

-  Dzięki.  -  Spojrzał  na  nią  z  nieudawaną  wdzięcznością,  a  błysk  ciepła  w  jego 

oczach na moment zaparł jej dech w piersiach. 

Maddie  zrozumiała,  że  mimo  jego  licznych  wad,  nadal  go  kocha.  Wiedziała 

jednak, że to nie wystarczy. I nie będzie wystarczało, dopóki Eben nie pojmie, że 
miłość jest najważniejsza, a wszystko inne ma drugorzędne znaczenie. Może dzieci 
go tego nauczą. 

Rozdział 9 

Pierwsze promienie wschodzącego słońca zabarwiły horyzont na różowo. Mgliste 

światło pogłębiło jeszcze  mrok ociągającej się z odejściem nocy. Eben wyszedł z 
domu z owiniętym w koc Tadem na jednej ręce i wiadrem z mydlinami w drugiej. 
Za  nim  szedł  Dillon.  Machał  pustym  wiadrem  i  mamrotał  coś  pod  nosem  z 
niezadowoleniem. Pochód zamykały zaspane bliźniaczki. 

background image

 

71 

- Dlaczego musiałyśmy wstać tak wcześnie, wujku? - spytała sennie Joy. 
- Oczy mi się jeszcze nie obudziły - dodała Hope, pocierając powieki. 
- Bo jesteście jeszcze za małe, żeby pilnować Tada same. 
Koń na padoku poruszył się niespokojnie i zaczął parskać z nadzieją. 
- Ale Dillon może się nim zajmować - przypomniała Joy. 
- On musi iść ze mną, żeby się nauczyć nowych obowiązków - odparł Eben. 
- Co to są obowiązki? - Hope podbiegła, żeby dotrzymać wujkowi kroku. 
- No... na przykład wy - odparł szczerze, ale Hope nie zrozumiała dowcipu i nadal 

patrzyła  pytająco.  -  Obowiązki  to  zadania,  które  trzeba  wykonać  codziennie,  bez 
wyjątku. 

- Co zrobimy z tą wodą? - Joy wskazała wiadro w ręce Ebena. 
- Muszę umyć krowie wymiona przed udojem. 
- Jakie imiona? - Dziewczynka była zaskoczona. 
- Nie imiona, tylko wymiona - poprawił Eben, co niczego nie wyjaśniło. - Krowa 

ma pod spodem taką torbę... - spróbował raz jeszcze. 

- Torbę? - Joy omal oczy nie wyszły z orbit. 
- Gdzieś wyjeżdża? - dopytywała się Hope, marszcząc brwi. 
Eben stłumił jęk rozpaczy. Było zdecydowanie za wcześnie na takie rozmowy. 
- Zaczekaj. Zaraz sama zobaczysz. 
Choć raz go posłuchały i na moment umilkły. 
Kiedy doszli do stajni, Eben postawił wiadro na ziemi, otworzył drzwi i zaświecił 

światło. Dillon zajrzał do środka i zmarszczył nos. 

- Ale śmierdzi. 
- Przyzwyczaisz się. - Eben pchnął go lekko i podniósł wiadro. 
-  Jezus  urodził  się  w  stajence  -  przypomniała  sobie  Joy,  rozglądając  się  wokół 

ciekawie. 

- Dlatego, że w motelach nie było pokoi - dodała Hope. 
Dillon spojrzał na nie pogardliwie. 
-  Wydaje  wam  się,  że  wiecie  wszystko  o Bożym  Narodzeniu,  ale  nie  wiecie  nic. 

Jezus urodził się w żłobie. 

- To jest to samo, prawda, wujku? - Joy wyciągnęła szyję, żeby spojrzeć na Ebena. 
- Mama tak mówiła. - Hope nie miała żadnych wątpliwości. 
-  Do  żłobu  farmer  wsypuje  jedzenie  dla  zwierząt  -  wyjaśnił  trochę  niecierpliwie 

Eben. - W większości stajni żłób znajduje się z przodu. 

Joy spojrzała na Dillona tryumfalnie. 
- Widzisz? Jezus urodził się w stajni. 
- A kogo to obchodzi? - mruknął Dillon. 
Eben  w  duchu  przytaknął  mu  ochoczo.  Posłał  chłopca  po  ziarno,  pilnując,  by 

wziął je z właściwej beczki. 

- W tej stajni też jest żłób? - Joy wybiegła do przodu, żeby się rozejrzeć. 
- Możemy włożyć Tada do środka? - spytała z zapałem Hope. 

background image

 

72 

- Właśnie! Pobawmy się w Boże Narodzenie! - zawołała Joy. 
Eben zrozumiał, że niestety obie bliźniaczki są już zupełnie rozbudzone. 
-  Nie,  nie  możecie  włożyć  Tada  do  żłoba  -  odparł  martwym  głosem.  -  Macie 

siedzieć tutaj, a ja pokażę waszemu bratu, jak się doi krowę. 

- Ale my też chcemy zobaczyć! - Joy wróciła do nich w podskokach. 
- Obiecałeś nam pokazać jej torbę - przypomniała Hope. 
Eben przykrył wiązkę słomy kocem i ustawił ją między dwoma klocami siana. 
-  Stąd  też  będziecie  wszystko  widziały.  -  Ułożył  Tada  na  sianie  i  podał  Joy  jego 

butelkę.  -  Może  zaśnie.  -  Chodź  tu!  -  zawołał  do  Dillona,  który  wyszedł  ze 
spichlerza,  niosąc  starą  puszkę  po  kawie.  -  Pokażę  ci,  gdzie  to  wrzucić,  potem 
przyprowadzimy krowę. 

- To gdzie ona teraz jest?! - zawołała jedna z bliźniaczek. 
Eben miał ochotę puścić pytanie mimo uszu, ale czuł, że to nic nie pomoże. Mała 

będzie powtarzać je tak długo, aż uzyska odpowiedź. 

- Na dworze. 
- Możemy pójść z tobą? 
-  Nie,  zostańcie  tu  i  siedźcie  cicho  -  rozkazał  Eben.  -  Bo  inaczej  wystraszycie 

krowę - dodał na wszelki wypadek. 

Wiedział,  że  to  mało  prawdopodobne.  Krasula  była  najspokojniejszą  mleczną 

krową, jaką kiedykolwiek miał. Wydawało się, że nic nigdy jej nie spłoszy. 

Otworzył boczne drzwi i przyłożył do ust zwiniętą dłoń. 
- Na! Krasula! Na! - zawołał, odwrócił się i spojrzał na Dillona, który stał obok z 

ponurą miną. - Teraz ty ją zawołaj - polecił. 

- Po co? - burknął Dillon. - Już to zrobiłeś. 
Gdyby  Eben  wiedział,  że  krótkie  wytłumaczenie  zmieni  postawę  chłopca, 

wyjaśniłby, że krowa  musi się nauczyć rozpoznawać nowy głos. Ale nie przyszło 
mu to do głowy. 

- Masz ją zawołać, bo tak kazałem - powiedział tylko. - No, już. 
W oddali usłyszał powolne, głuche stąpnięcia krowich kopyt. Krasula zbliżała się 

do stajni. 

Dillon niechętnie wyjął ręce z kieszeni i podniósł je do ust. 
- Na! Krasula! Na! - zawołał, przedrzeźniając Ebena. 
W ciemnościach rozległo się niskie muczenie. 
-  Ona  mówi,  że  musisz  jeszcze  poćwiczyć  -  zakpił  Eben  i  wciągnął  Dillona  z 

powrotem do stajni. 

- Krowy nie mówią - prychnął z pogardą Dillon. 
- Owszem, mówią, tylko nie po angielsku. 
- A ty oczywiście rozumiesz wszystko - mruknął drwiąco Dillon. 
- Nie wszystko. 
Kopyta  krowy  zastukały  o  betonową  posadzkę.  Obie  bliźniaczki  aż  jęknęły  z 

zachwytu  na  widok  jasnobrązowego  zwierzęcia  z  krótkimi,  wygiętymi  rogami. 

background image

 

73 

Krowa spojrzała na dzieci przyjaźnie ciemnymi, wilgotnymi oczami i zajęła swoje 
miejsce  przy  żłobie.  Wsunęła  głowę  między  pręty,  w  stronę  czekającego  na  nią 
ziarna. 

- Jaka piękna - westchnęła Joy. 
- Możemy się z nią pobawić? 
-  Nie,  macie  zostać  z  Tadem.  -  Eben  wziął  puste  wiadro  i  odwrócił  je  do  góry 

dnem. 

- Jak ona się nazywa? 
- Bessie - odparł Eben i polecił Dillonowi przynieść wiadro z mydlinami. 
- Nie wygląda na Bessie - stwierdziła Joy, nie odgrywając zachwyconych oczu od 

krowy. 

- Tak, ona wygląda na Annabelle - poparła ją z powagą Hope. 
- Możemy ją tak nazywać? 
- A nazywajcie, jak chcecie - odparł obojętnie Eben. 
Joy  zsunęła  się  cicho  z  siana,  podeszła  na  palcach  do  krowy,  przyjrzała  jej  się 

uważnie, a potem spod zmarszczonych brwi spojrzała na Ebena. 

- Gdzie ona ma torbę? 
- Nie przyniosła żadnej torby. - Hope potrząsnęła głową. 
- To jest torba. - Eben wskazał wezbrane mlekiem krowie wymię. 
- To jest jej torba? - spytała z niedowierzaniem Joy. 
- Tak. Tam krowa trzyma mleko. Trzeba ją umyć przed dojeniem. - Eben usiadł na 

wiadrze  i  rozejrzał  się  za  Dillonem.  Chłopiec  stał  w  bezpiecznej  odległości, 
nieufnie obserwując zwierzę. 

- Podejdź tu, mały, żebyś widział, co robię. 
Sądził, że Dillon ostro zareaguje na słowo „mały”, ale chłopiec tylko zmarszczył 

brwi. 

- Stąd też wszystko zobaczę. 
-  Na  oglądaniu  się  nie  skończy  -  poinformował  Eben.  -  To  będzie  lekcja 

praktyczna. 

- Dlaczego mam się tego uczyć? - spytał Dillon. 
-  Bo  to  będzie  twoje  zadanie  -  odparł  Eben.  -  Wkrótce  sam  się  tym  zajmiesz. 

Proponuję więc, żebyś tu przyszedł. 

- A dlaczego my nie możemy się tego nauczyć? - zapytała Joy. 
- Właśnie, dlaczego my nie możemy mieć zadania... 
- ...jak Dillon? 
-  Dostałyście  zadanie.  Pilnujecie  Tada.  -  Eben  pochylił  się,  wycisnął  szmatę  i 

zaczął obmywać wymiona krowy. 

- To nie jest prawdziwe zadanie. - Joy była wyraźnie rozczarowana. 
Eben  zrozumiał,  że  nie  ustąpią,  aż  wyznaczy  im  pracę,  której  jako  czterolatki 

podołają. 

- Dam wam prawdziwe zadanie, jak tylko skończymy doić - powiedział. 

background image

 

74 

- Fajnie! Co będziemy robić? - Joy radośnie zaklaskała w dłonie. 
-  Nakarmicie  kury.  A  teraz  cicho.  Mówiłem,  że  Bessie  może  się  wystraszyć 

hałasu. 

-  Ona  się  nazywa  Annabelle  -  poprawiła  go  Joy  i  uśmiechnęła  się  nagle,  jakby 

wpadła na jakiś znakomity pomysł. - Wiem, co możemy zrobić, Hope! Możemy... 

- ...zaśpiewać jej piosenkę! - dokończyła Hope, szeroko otwierając oczy. 
- Czy ona lubi piosenki, wujku? 
-  Uwielbia.  -  W  tej  chwili  Eben  powiedziałby  wszystko,  byle  tylko  przerwać 

niekończący się ciąg pytań. 

Wprowadzając Dillona w tajniki ręcznego dojenia krowy, słuchał więc kolędy  

żłobie  leży.  W  połowie  drugiej  zwrotki,  kiedy  dziewczynki  doszły  do  „bydlęta 
klękają”, śpiew zmienił się w kłótnię. Joy była przekonana, że bydlęta chciały się 
położyć, a Hope, twierdziła, że się kłaniały. 

Eben posłuchał głosu rozsądku i nie włączył się do wymiany zdań. 
Po kilku bezowocnych próbach uchwycenia wymion, Dillonowi udało się w końcu 

wycisnąć  trochę  mleka  do  wiadra.  Chcąc  oszczędzić  na  czasie,  Eben  sam 
dokończył dojenia Bessie, świeżo przemianowanej na Annabelle. 

Kiedy wreszcie kurczęta zostały nakarmione, a konie dostały siano, słońce wyszło 

zza  gór.  Na  niebie  pojawiły  się  smugi  złota  i  purpury.  Eben  zauważył,  że  przez 
trójkę  małych  pomocników  wypełnienie  porannych  obowiązków  zajęło  mu  dwa 
razy więcej czasu niż zwykle. 

Ruszył  do  domu  z  wiadrem  mleka  w  ręce  i  wiercącym  się  Tadem  na  biodrze. 

Bliźniaczki wesoło podskakiwały po obu jego stronach, a Dillon wlókł się z tyłu w 
nastroju równie ponurym, jak przedtem. 

- Ale było fajnie, wujku - zaszczebiotała uszczęśliwiona Joy. 
- Jutro też możemy to wszystko robić? - spytała z zapałem Hope. 
-  Będziemy  to  robić  codziennie.  -  Ebenowi  jego  własne  słowa  zabrzmiały  jak 

wyrok śmierci. 

- Lubię karmić kurczaki - powiedziała Joy, kiwając głową. 
- Dlaczego nie zabierzemy ich do domu? - dopytywała ciekawie Hope. 
- Czy wy nigdy nie przestajecie mówić? - spytał z rozpaczą Eben. 
Joy zachichotała i zatkała sobie usta rączką. 
- Mama powiedziała, że ja mówię nawet przez sen. 
- A ja nie. - Hope potrząsnęła jasnymi lokami. 
- Jestem głodny - odezwał się Dillon. 
- Ja też - powiedziała szybko Joy. 
- Będą naleśniki? 
- Te małe! 
Eben  jęknął  na  myśl  o  przyrządzaniu  śniadania  i  ponownym  sprzątaniu 

koszmarnego  bałaganu,  jaki  już  raz  przy  tym  powstał.  Ale  w  tej  samej  chwili 
zobaczył  coś  zachwycającego.  Prowadzącą  na  ranczo  drogą  szli  Ramon  i  Luis 

background image

 

75 

Vargasowie  w  towarzystwie  kobiety  w  długim,  jasnym  płaszczu.  Zatrzymał  się  i 
uśmiechnął z prawdziwym zadowoleniem. 

Ramon dokonał prezentacji. 
- Seńor Mac, to moja kuzynka. Sofia Perez. 
Dziewczyna była młodsza, niż Eben oczekiwał. Miała najwyżej osiemnaście czy 

dziewiętnaście  lat  i  piękne  ciemne  oczy.  Spod  kolorowej  chusty  wymykało  się 
pasmo  czarnych  jak  heban  włosów.  Widząc,  że  została  poddana  uważnym 
oględzinom,  dziewczyna  skromnie  spuściła  oczy.  Dopiero  po  chwili  podniosła 
wzrok i uśmiechnęła się nieśmiało. 

- Dzień dobry, seńor Mac - powiedziała bardzo powoli, łamaną angielszczyzną, co 

Eben przyjął z pewnym niepokojem. 

- Mówisz po angielsku? - spytał, mrużąc podejrzliwie oczy. 
-  Si.  Tak  -  poprawiła  się  szybko.  -  Uczę  się  w  szkole  -  urwała  i  spojrzała  na 

Ramona. - Ja czasem zapominać słowa. 

-  Mam  nadzieję,  że  niezbyt  często  -  mruknął  sucho  Eben.  -  Dzieci  znają  tylko 

angielski. 

Sofia kiwnęła głową. 
- Ramon mi powiedzieć. 
Dillon zmierzył dziewczynę nieufnym spojrzeniem. 
- Po co ona tu przyszła? - zwrócił się do Ebena. 
-  Po  to,  żebym  mógł  się  w  końcu  zająć  swoją  pracą,  a  nie  niańczeniem  waszej 

czwórki. Sofia będzie się wami opiekować. 

- Nie potrzebujemy opiekunki - oznajmił Dillon. 
-  Ciebie  to  właściwie  nie  dotyczy  -  odparł  Eben.  -  Od  poniedziałku  zaczynasz 

naukę w szkole. 

- Głupia szkoła - burknął Dillon dość głośno, by Eben to usłyszał. - Na pewno mi 

się nie spodoba - dodał i kopnął ze złością kamień. 

Eben nie zwrócił uwagi na protest chłopca i odwrócił się do młodej Meksykanki. 
-  Zdajesz  sobie  sprawę,  że  poza  opieką  nad  dziećmi  będziesz  musiała 

przygotowywać posiłki i utrzymywać w domu względny porządek? 

Si. Tak, seńor Mac. Wiem, jak to robić - zapewniła pospiesznie, chcąc zrobić jak 

najlepsze wrażenie. 

-  Umiesz  smażyć  naleśniki?  -  spytała  Joy,  która  w  przeciwieństwie  do  brata  nie 

miała nic przeciw nowej opiekunce. 

- My lubimy naleśniki - dodała Hope. 
- Ja mogę zjeść trzy naraz... 
- ...jeśli są małe - sprecyzowała Hope. 
Sofia wysłuchała ich uważnie i pytająco spojrzała na Ramona. 
- Que
Ramon nachylił się i wyszeptał jej coś do ucha. Sofia natychmiast uśmiechnęła się 

ze zrozumieniem. 

background image

 

76 

Si, umiem naleśniki. 
Dziewczynki  dały  wyraz  radości.  Tym  razem  jednak  Tad  nie  miał  zamiaru 

podzielać  entuzjazmu.  Poruszył  się  niespokojnie,  kaszlnął  kilka  razy  i  zaniósł  się 
przeraźliwym  płaczem.  Eben  próbował  uciszyć  malucha,  ale  efekt  był  jeszcze 
gorszy. 

Seńor mi go dać. - Sofia wyciągnęła ręce. 
- Albo jest zmęczony, albo głodny, albo ma mokro - poinformował Eben. 
Kiedy dziewczyna brała dziecko na ręce, poły jej płaszcza rozchyliły się i Eben, 

wstrząśnięty,  dostrzegł  wyraźnie  zaokrąglony  brzuch.  Zanim  jednak  odzyskał 
mowę. Sofia prowadziła już dzieci do domu. 

Eben odwrócił się do swojego robotnika. 
- Ramon, ona spodziewa się dziecka! 
-  Si  -  rozpromienił  się  Meksykanin.  -  To  ich  pierwsze.  Sofia  i  jej  mąż  Juan,  oni 

mucho szczęśliwi. 

- Pewnie są też szczęśliwi, że dostała pracę - mruknął ponuro Eben. 
Ramon sprytnie udał, że nie zrozumiał podtekstu. 
-  Och,  si,  seńor  Mac.  Mucho  dobrze  mieć  dodatkowy  pieniądze,  zanim  dziecko 

przyjść na świat. 

- A jeszcze lepiej, jak dziecko urodzi się po tej stronie granicy, co? 
Ramon  spojrzał  na  niego  niepewnie,  ale  zaraz  uśmiechnął  się  i  lekko  wzruszył 

ramionami. 

- To już w ręce Boga. Dziecko urodzić się za wiele miesięcy. 
- Za ile, Ramon? - spytał łagodnie Eben. - Kiedy dokładnie? 
- Dopiero w marzec, seńor
Eben sceptycznie uniósł brew. 
- W marcu? 
Ramon zawahał się i niepewnie poruszył ręką. 
- Marzec, luty. Quien sabe? 
- Lepiej, żebyś wiedział - oznajmił Eben. - Bo jeśli nastąpi to wcześniej, stracisz 

pracę. 

- Seńor Mac, ja przysięgać na Najświętsza Dziewica Maria, że... - zaczął z powagą 

Ramon, ale Eben tylko machnął ręką. 

-  Już  dość  zmarnowaliśmy  dzisiaj  czasu  na  pogawędki.  Luis,  zabierz  mleko  do 

domu i pokaż swojej kuzynce, jak je odcedzić. - Wręczył Meksykaninowi wiadro. - 
A ty złap i osiodłaj tego młodego ogiera - polecił Ramonowi. 

Robotnicy ruszyli do zajęć, a na ganku pojawiła się Sofia. 
- Seńor Mac? 
- Co? - warknął Eben, nagle rozdrażniony. 
Dziewczyna cofnęła się trochę, przestraszona. 
- Robić naleśniki dla seńor
- Nie! - odkrzyknął. - Zrób jajecznicę, dodaj do tego trochę sera i zawiń w tortillę, 

background image

 

77 

a chłopak niech mi to przyniesie na padok. 

Eben  zamierzał  przez  resztę  dnia  trzymać  się  z  dala  od  domu.  Postanowił,  że 

śniadanie  i  obiad  zje  na  dworze.  Kiedy  wreszcie  skończył  pracę,  było  już  niemal 
ciemno. W drzwiach domu spotkał się z Sofią. 

-  Los  nińos,  one  już  zjeść.  Kolacja  dla  seńor  jest  w  piecyk,  żeby  być  ciepła  - 

powiedziała,  nieśmiało  skinęła  głową  na  pożegnanie  i  spiesznie  dołączyła  do 
kuzynów.  Eben  patrzył  za  nią  przez  chwilę.  Myślał,  że  może  znalazł  dobre 
rozwiązanie sytuacji. Sofia nakarmiła dzieci, trzymała je przez cały dzień z dala od 
niego i jeszcze przygotowała mu kolację. Utwierdził się w tym przekonaniu, kiedy 
się  okazało,  że  bliźniaczki  są  już  zbyt  zmęczone  i  senne,  by  dręczyć  go  swoją 
paplaniną. 

 
Maddie wyszła  spod prysznica, narzuciła na siebie jedwabny szlafrok w kolorze 

szampana,  ściągnęła  go  w  talii  paskiem  i  odgarnęła  mokre  włosy  z  twarzy.  Na 
lustrze osiadła para. Maddie odwróciła się więc od swojego zamglonego odbicia i 
poszła do sypialni. 

Na  szklanym  blacie  stolika,  w  pobliżu  błękitnego  szezlongu  stała  taca  ze 

śniadaniem. Przez otwarte drzwi wychodzące na ogród wpadało światło porannego 
słońca, co oznaczało, że w sypialni była już gosposia. 

Maddie nie spojrzała nawet na szklankę świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy. 

Nalała  sobie  filiżankę  kawy  i  wciągnęła  w  nozdrza  gorzkawy  aromat.  Niepokój 
nadal ją gnębił. 

Podeszła do drzwi. Dom stał wprawdzie w pewnym oddaleniu od hotelu, domków 

kempingowych, basenu i kortów tenisowych, ale z okien sypialni widziała niemal 
całą posesję. 

W tygodniu zawsze panowało tu wielkie ożywienie, ale niedzielny poranek był jak 

zwykle cichy i spokojny. Na wielkim padoku koło stajni pasło się kilka koni. Dziś 
żaden z gości hotelowych nie wybierał się na konną przejażdżkę. 

Przed kilkoma domkami stały spakowane torby i walizki. Wiele osób przyjeżdżało 

i wyjeżdżało z El Regalo w niedzielę. 

Po zachodniej stronie, za zabudowaniami, rozciągała się pustynia. Na horyzoncie 

widniały  błękitne,  zamglone  góry,  jakby  wyrastały  wprost  z  wyschłej  równiny  - 
wysokie  i  wyniosłe  w  swym  surowym  pięknie.  Ale  Maddie  patrzyła  na  wschód, 
gdzie  poranne  słońce  zalewało  ziemię  złotym  blaskiem.  Trzydzieści  kilometrów 
dalej leżało ranczo MacCallisterów. 

Maddie zmrużyła  oczy, zerknęła w jego kierunku, potem odwróciła  się  szybko i 

podeszła do telefonu. Ciekawość zwyciężyła. 

W ciągu kilku ostatnich dni setki razy zastanawiała się, jak też Eben radzi sobie z 

dziećmi. Wiedziała, oczywiście, że to nie jej sprawa, ale... Rozsądek podpowiadał, 
że nie powinna zbliżać się ponownie do Ebena, bo może zostać boleśnie zraniona 
po raz drugi. 

background image

 

78 

Podniosła jednak słuchawkę i wystukała numer. Usiłowała przekonać samą siebie, 

że  robi  to  tylko  z  troski  o  dzieci,  a  Eben  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego.  Była  też 
trochę  zła,  że  nie  przyszło  mu  do  głowy,  by  do  niej  zadzwonić  i  powiedzieć,  co 
słychać u dzieci. 

Bezmyślny,  nieczuły,  zgryźliwy  drań,  pomyślała.  Sama  nie  mogła  uwierzyć,  że 

nadal go kocha. 

A  jednak  -  Eben  MacCallister  potrafił  też  być  zdumiewająco  delikatny  i 

niewzruszenie  lojalny.  I  pewnie  właśnie  dlatego  nie  mógł  jej  wybaczyć  braku 
lojalności. 

Przyciskając  słuchawkę  do  ucha,  Maddie  pociągnęła  łyk  kawy.  Po  czwartym 

sygnale ktoś odebrał telefon. 

- MacCallister, słucham - warknął głos w słuchawce. 
Maddie nie zwróciła jednak uwagi na niegrzeczny ton, zaintrygowana odgłosami 

płaczu w tle. 

- Eben, co tam się dzieje? - spytała, marszcząc brwi. 
- Co mówiłaś? - Eben usiłował przekrzyczeć panujący w domu zgiełk. 
- Pytałam... 
-  Zaczekaj  chwilę.  Nic  nie  słyszę  -  rzucił.  Zaraz  potem  Maddie  usłyszała  jego 

stłumiony głos. - Natychmiast przestańcie się wydzierać! - krzyknął. - Nie widzicie, 
że  rozmawiam  przez  telefon?  Nic  nie  słyszę  przez  te  wasze  wrzaski.  Zamknijcie 
się, ale już! 

-  Nie  waż  się  krzyczeć  na  moje  siostry!  -  odezwał  się  inny,  ostry  głos,  z  całą 

pewnością należący do Dillona. 

-  Jeśli  się  nie  zamkną,  zaraz  dostaną!  -  zagroził  Eben.  Płacz  przeszedł  w  cichy 

szloch. - Przepraszam - powiedział Eben do słuchawki. - Jesteś tam jeszcze? 

- Tak - odparła Maddie, zastanawiając się, o co ta cała awantura. 
- To ty, Maddie, prawda? - spytał gderliwie. 
- I ja się cieszę, że cię słyszę - powiedziała ironicznie. 
- O co chodzi? 
-  Właściwie  o  nic  -  przyznała  uczciwie.  -  Chciałam  tylko  zapytać,  co  tam  u  was 

słychać. Ale chyba już znam odpowiedź. A tak przy okazji, o co poszło? 

- One chcą iść do szkółki niedzielnej - wyjaśnił wyraźnie zmęczony Eben. 
- Niech zgadnę, odmówiłeś - mruknęła Maddie. Starała się nie ulec ogarniającej ją 

irytacji. - Oczywiście jesteś zbyt zajęty. 

-  Owszem  -  odparł  sucho.  -  Muszę  podkuć  sześć  koni  i  sprawdzić  zbiornik  w 

kanionie  Serrado.  Może  ci  się  wydaje,  że  to  niewiele,  ale  pilnowanie  tych 
potworów nie ułatwia mi zadania. 

- Skoro chcą pojechać do szkółki, powinieneś je tam zabrać, MacCallister. Będzie 

to dla nich korzystne. 

- Mówiłem ci już, nie mam czasu - uciął ostro Eben. 
Maddie  zawahała  się.  Potem,  wbrew  temu,  co  podpowiadał  jej  rozsądek,  wzięła 

background image

 

79 

głęboki oddech i powiedziała: 

- Mam dla ciebie propozycję, MacCallister. 
- Jaką propozycję? - spytał podejrzliwie. 
- Wyszykujesz dzieci, a ja zawiozę je do szkółki niedzielnej. 
- Dobra - zgodził się szybko Eben. 
-  Ale  musisz  je  ubrać  w  odświętne  sukienki  i  wyszczotkować  im  włosy  -  dodała 

Maddie. 

- O której po nie przyjedziesz? - spytał Eben bez słowa komentarza. 
Maddie spojrzała na zegar. 
- Za czterdzieści pięć minut. Ale nie spodziewaj się z mojej strony żadnej pomocy. 

Jeśli  nie  będą  gotowe,  zabiorę  się  z  powrotem,  a  ty  im  wytłumaczysz,  dlaczego 
jednak nie jadą do kościoła. 

- Spokojna głowa - rzucił Eben i natychmiast się rozłączył. 
Uśmiechając się do siebie, Maddie odłożyła słuchawkę. Zaraz jednak zdała sobie 

sprawę, co właśnie zrobiła - znalazła kolejny pretekst, żeby zobaczyć się z Ebenem. 

Sama  będziesz  sobie  winna,  Madeline  Marie,  skarciła  się  surowo  w  duchu.  On 

znowu  złamie  ci  serce,  a  tym  razem  nie  licz  na  to,  że  jakiś  Allan  Williams 
pospieszy ci na ratunek. 

Westchnęła, odruchowo przeczesała wilgotne włosy palcami i znowu zerknęła na 

zegarek. Nagle ogarnęła ją panika. Miała niecałe dwadzieścia minut, żeby się ubrać 
i wysuszyć włosy. Szybko postawiła filiżankę na stoliku i pobiegła do łazienki. 

Dokładnie czterdzieści pięć minut po rozmowie z Ebenem podjechała pod dom na 

Gwiaździstym  Ranczu  i  wysiadła  z  jeepa.  Bliźniaczki  wybiegły  jej  na  spotkanie, 
stukając czarnymi lakierkami o kamienną posadzkę werandy. Wyglądały jak dwie 
identyczne  lalki  -  miały  na  sobie  takie  same  sukienki  z  bordowego  aksamitu 
obszyte białą koronką i bordowe kokardy we włosach. 

- Czekałyśmy... - zaczęła Joy. 
- ...i czekałyśmy na ciebie - dokończyła Hope. 
- Myślałyśmy już... 
- ...że się spóźnisz. 
-  No  to  się  pomyliłyście.  Już  jestem.  -  Maddie  otworzyła  tylne  drzwiczki  i 

spojrzała w stronę domu, trochę zdumiona. - A gdzie Dillon? 

- Już idzie. - Joy wdrapała się na siedzenie. - Wujek Eben kazał mu... 
- ...założyć krawat. 
- Dillon nie cierpi krawatów. - Hope zajęła miejsce obok siostry. 
- Wujek Eben był strasznie na niego zły - powiedziała trochę złośliwie Joy. 
- Bo Dillon ciągle się wiercił - wyjaśniła Hope, kiwając głową. 
Joy zrobiła dorosła minę i westchnęła. 
- Wujek Eben bardzo się namęczył... 
- ...żeby mu ten krawat zawiązać. 
- Ale w końcu się udało - zakończyła Joy takim tonem, jakby nigdy nie wątpiła w 

background image

 

80 

sukces Ebena. 

- Bardzo mnie to cieszy - odparła Maddie. - Zapnijcie pasy. Pomóc wam? 
- Nie. 
- Poradzimy sobie. - Hope wsunęła klamrę pasa w zatrzask. 
Z domu wyszedł Dillon, szarpiąc węzeł krawata na szyi. Za chłopcem szedł Eben 

z Tadem na ręku. 

-  Tylko  rusz  ten  krawat,  mały,  a  przez  tydzień  będziesz  sam  czyścił  stajnie  - 

powiedział ostrzegawczo do Dillona. 

- Dlaczego mam nosić krawat? - burczał Dillon. - W domu nie musiałem zakładać 

krawata, jak szliśmy do kościoła. 

- Ale bardzo dobrze w nim wyglądasz - wtrąciła się Maddie. 
-  A  kogo  to  obchodzi?  -  odparł  obojętnie,  ale  Maddie  zauważyła,  że  się 

wyprostował i dumnie uniósł podbródek. 

- Może usiądziesz z przodu, Dillon? - zaproponowała. 
Eben zmarszczył brwi. 
- A nie zamierzasz umieścić Tada na przednim siedzeniu? 
- Tada? - spytała zaskoczona. Jej zdumienie szybko ustąpiło miejsca rozbawieniu, 

kiedy  zobaczyła,  że  Eben  wystroił  niemowlę  w  elegancki  błękitny  komplecik  i 
czapkę z daszkiem w tym samym kolorze. - Bardzo mi przykro, ale obawiam się, że 
w szkółce niedzielnej nie mają grup dla niemowlaków. 

- No i co teraz? - Eben spojrzał na nią niepewnie. 
-  Cóż,  powiedziałam,  że  zabiorę  dzieci  do  szkółki.  A  Tad  jest  jeszcze  na  to  za 

mały. 

- Ale i tak weźmiesz dzieciaka ze sobą, prawda? Już go ubrałem. 
Maddie przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się szelmowsko. 
- Czy ja wyglądam na niańkę, MacCallister? 
Eben  powoli  przesunął  wzrokiem  po  całej  postaci  Maddie,  od  eleganckiej, 

gładkiej  fryzury,  przez  podkreślającą  figurę  sukienkę  z  cienkiego  kaszmiru,  do 
małych stóp. Widok zaparł mu dech w piersiach. 

Z tyłu trzasnęły drzwi samochodu. 
-  Wyglądasz  raczej  na  kochankę  -  powiedział  w  końcu,  tak  cicho,  by  dzieci  nie 

usłyszały. 

Maddie,  której  serce  zaczęło  nagle  bić  bardzo  szybko,  zaniemówiła  na  chwilę, 

zahipnotyzowana  pożądaniem,  jakie  dostrzegła  w  jego  oczach.  Ale  Eben  zaraz 
zacisnął usta i gniewnie zmarszczył brwi. 

- Do diabła, Maddie, kobieta w twoim wieku nie powinna aż tak dobrze wyglądać. 
Roześmiała się, ale głos lekko jej drżał. 
-  Prawienie  komplementów  nigdy  nie  było  twoją  najmocniejszą  stroną, 

MacCallister. Kobieta w moim wieku - prychnęła ironicznie. - Naprawdę, bardzo ci 
dziękuję.  -  Obeszła  samochód  i  stanęła  przy  drzwiczkach  od  strony  kierowcy.  - 
Zaraz po szkółce niedzielnej odwiozę dzieci do domu. 

background image

 

81 

- No dobrze, a co z Tadem? - zaniepokoił się Eben. 
-  Zostawiam  was  razem.  -  Maddie  wsiadła  do  samochodu.  -  Zobaczymy  się  za 

parę godzin. Miłej zabawy! - zawołała na pożegnanie. 

Patrząc  za  odjeżdżającym  jeepem,  Eben  zaklął  siarczyście.  W  odpowiedzi  Tad 

zaczął  radośnie  gaworzyć  i  machać  rączkami.  Eben  spojrzał  na  niego  ponuro  i 
westchnął. 

- Zdaje się, że jesteśmy na siebie skazani - powiedział i znów popatrzył w stronę 

znikającego w chmurze pyłu samochodu. - Chyba muszę się nauczyć poprzestawać 
na małym. W końcu mogłem się użerać z całą waszą bandą dziś rano. Problem w 
tym,  że  ona  to  sobie  zaplanowała.  Wiesz  o  tym,  prawda?  -  spytał  Tada,  unosząc 
brew. 

Maluch zaśmiał się i wykonał jeszcze kilka wymachów rękami. 
-  Widzę,  że  ty  też  uważasz  to  za  świetny  dowcip.  -  Ebenowi  zdecydowanie  nie 

było do śmiechu. 

Nagle  Tad  spoważniał  i  szeroko  otworzył  oczy.  Eben  uśmiechnął  się,  widząc  tę 

nagłą zmianę nastroju. 

-  No  dobrze,  to  rzeczywiście  dość  zabawne  -  przyznał.  -  Tak  czy  inaczej,  mamy 

huk roboty. Już najwyższy czas, żebyśmy się do niej zabrali - powiedział i przyjrzał 
się  dziecku  uważnie.  -  A  skoro  mam  cię  wszędzie  ze  sobą  taszczyć,  muszę  coś 
wymyślić, żeby mieć wolne ręce. 

Wpadł już na pewien pomysł. Ruszył z Tadem do domu wprowadzić plan w życie. 
 

Rozdział 10 

Gdzie jest wujek Eben? - Joy spojrzała przez boczną szybę, mocując się z pasem. 
Maddie zatrzymała pod domem samochód. 
Po drugiej stronie Hope, równie podekscytowana, też wyciągnęła szyję w stronę 

okna. 

- Nie mogę się już doczekać... 
- ...żeby pokazać, co dla niego zrobiłyśmy... 
- ...w szkółce niedzielnej. 
- Na pewno mu się spodoba. - Joy z przekonaniem kiwnęła głową. 
- To tylko głupie rysunki - burknął Dillon. 
- Nie słuchaj go, Joy - wtrąciła się szybko Maddie. - Wasze prace są śliczne. 
Postanowiła,  że  jeśli  Eben  nie  okaże  zachwytu,  udusi  go  własnymi  rękami. 

Spojrzała na stajnię, gdzie Eben zazwyczaj podkuwał konie. Ale tam go nie było, 
nie  zauważyła  też  narzędzi  do  podkuwania.  Nie  wierzyła,  by  zdołał  podczas  jej 
nieobecności podkuć sześć koni, zwłaszcza, że musiał jeszcze pilnować Tada. 

Koło  kurnika  stała  niebieska  furgonetka  Ebena,  co  oznaczało,  że  jeśli  nawet 

pojechał do kanionu Serrado, zdążył już wrócić. 

A skoro tak, to gdzie się podział? 
- Widzisz go, Maddie? - Joy odpięła pas. 

background image

 

82 

- Pewnie jest w domu - odparła, wyłączając silnik. 
Bliźniaczki  wyskoczyły  z  samochodu  i  pędem  rzuciły  się  do  frontowych  drzwi. 

Maddie  wysiadła,  rozejrzała  się  wokół  raz  jeszcze,  potem  poszła  za  Dillonem  na 
ganek. Na progu spotkała dziewczynki, głęboko zatroskane. 

- Nie ma go tu, Maddie - powiedziała płaczliwie Joy. 
- Wołałyśmy i wołałyśmy... - zaczęła z powagą Hope. 
-  ...ale  nie  odpowiedział.  -  Joy  potrząsnęła  głową  i  spojrzała  na  Maddie  z 

przestrachem. 

-  Nie?  -  Istotnie,  w  domu  panowała  cisza.  Maddie  sama  nie  wiedziała,  co  o  tym 

myśleć. - A jest może... 

-  Tada  też  tu  nie  ma.  -  Odpowiedziała  Joy,  zanim  Maddie  zdążyła  skończyć 

pytanie. 

- Na pewno? - Nieprzekonana, Maddie ruszyła do sypialni. 
- Zaglądałyśmy do jego łóżeczka - odparła Joy. 
Hope powoli pokręciła głową. 
- I nie ma. 
- Nigdzie go nie ma. 
- Myślisz, że coś im się stało? - Oczy Hope powoli wypełniły się łzami. 
-  Czy  oni  umarli,  jak  mama  i  tata?  -  spytała  Joy,  a  jej  podbródek  nagle  zaczął 

drżeć. 

- Oczywiście, że nie - uspokoiła je szybko Maddie. 
- No to gdzie są? - Hope była naprawdę wystraszona. 
-  Pewnie  w  stajni  -  wtrącił  się  Dillon.  Tym  razem,  dla  odmiany,  przyjął 

optymistyczny punkt widzenia. 

Maddie  wiedziała,  że  o  tej  porze  dnia  to  mało  prawdopodobne,  ale  bliźniaczki 

były innego zdania. Wyraźnie im ulżyło. 

- Na pewno są w stajni - podchwyciła Joy. 
- Chodź. - Hope chwyciła siostrę za rękę. - Poszukajmy ich tam. 
-  Nie  w  tych  sukienkach  -  powstrzymała  dziewczynki  Maddie.  Starała  się  nie 

poddawać panice. - Najpierw musicie się przebrać. 

Bliźniaczki  bez słowa protestu zmieniły kierunek i pobiegły do swojego pokoju. 

Dillon ruszył za nimi, wściekle szarpiąc znienawidzony krawat. 

Maddie  została  sama.  Szybko  obeszła  pokoje  w  nadziei,  że  Eben  zostawił  jakąś 

wiadomość,  ale  niczego  nie  znalazła.  Wyjrzała  na  zewnątrz.  Pusto.  Dillon  i 
bliźniaczki  już  się  przebrali  w  codzienne  stroje,  więc  pomaszerowała  z  nimi  w 
stronę stajni. W połowie drogi usłyszeli nagle stukot końskich kopyt. 

- Patrzcie! - Joy wskazała palcem jeźdźca zbliżającego się do nich od wschodu.  - 

To wujek Eben! 

- Ale gdzie Tad? - Hope zmarszczyła brwi. 
Maddie też miała ochotę o to zapytać. Poczuła, jak ogarnia ją wściekłość na myśl, 

że wyjechał z domu, zostawiając gdzieś niemowlę bez opieki. Ruszyła szybko ku 

background image

 

83 

Ebenowi, ale kiedy podeszła bliżej, zauważyła tobołek na jego plecach i roześmiała 
się z ulgą. 

- Gdzie byłeś, wujku? - spytała Joy, kiedy zeskoczył z siodła. 
- Myśleliśmy, że jesteś w stajni. - Hope szeroko otwartymi oczami wpatrywała się 

w wielkiego siwego konia. 

- Wszędzie cię szukaliśmy. 
- Co tam masz na plecach? - spytała Hope, kiedy tobołek zaczął się ruszać. 
- Waszego brata - odparł Eben i zwrócił się do Maddie: - Pomożesz mi? Zrobiłem 

nosidełko z koca i pojechałem do zbiornika, żeby je przetestować. 

-  Tam  siedzi  Tad!  -  wykrzyknęła  ze  zdumieniem  Joy,  kiedy  ze  zwojów  koca 

wyjrzała mała buzia. 

- Tad jechał na koniu - powiedziała z zazdrością Hope. 
- My też chcemy! Posadzisz nas? - spytała Joy, bardzo podniecona tym pomysłem. 
- Prosimy! Wujku! Prosimy! - powtarzała błagalnie Hope. 
Maddie widziała, że Eben zamierza odmówić, podeszła więc do konia i poklepała 

zwierzę po szyi. 

- To jest Duffy, prawda? - spytała, pewna, że rozpoznała siwego ogiera. 
- Wiem, co chcesz powiedzieć - zaczął ostrzegawczo Eben. 
- To świetnie. - Maddie uśmiechnęła się przebiegle. - Bo ja wiem, że Duffy nie ma 

nic  przeciwko  temu,  żebyś  pozwolił  dziewczynkom  siedzieć  w  siodle,  kiedy 
będziesz go odprowadzał do stajni. 

Bliźniaczki zaczęły skakać i piszczeć z radości. Eben czuł, że powinien być zły, 

ale nie potrafił się gniewać, kiedy widział ciepły uśmiech Maddie. Zawsze potrafiła 
go nakłonić do robienia rzeczy, na które wcale nie miał ochoty. 

Nie,  jednak  nie  zawsze,  poprawił  się  w  myślach.  W  jednej  kwestii  pozostał 

nieugięty  -  nie  zgodził  się,  by  wzięli  ślub,  dopóki  nie  zgromadzi  odpowiedniej 
ilości  pieniędzy.  Sądził,  że  byłoby  nie  w  porządku  prosić  dziewczynę,  by  wraz  z 
nim biedowała i ciułała grosz do grosza. 

Teraz, pierwszy raz życiu przyszło mu do głowy, że może popełnił błąd. 
- To jak? - zapytała łagodnie, odrywając go od wspomnień. 
-  Mam  dla  ciebie  propozycję  -  odparł  tymi  samymi  słowami,  których  ona  użyła 

podczas porannej rozmowy telefonicznej. 

- Jaką propozycję? - W oczach Maddie błysnęły iskierki rozbawienia. 
- Pozwolę dziewczynkom pojechać na koniu do stajni, jeśli ty pójdziesz do kuchni 

i zaparzysz dzbanek kawy. 

- Zgoda - powiedziała szybko Maddie. 
Eben posadził na koniu najpierw jedną bliźniaczkę, potem drugą. Upewnił się, czy 

Joy  trzyma  się  mocno  siodła,  a  Hope  siostry,  wziął  lejce  i  cmoknął  na  ogiera. 
Dillon patrzył za nimi spod zmarszczonych brwi. 

Maddie zauważyła to i domyśliła się przyczyny jego posępnego nastroju. 
- Ty też chciałbyś się przejechać, Dillon? 

background image

 

84 

- Takie przejażdżki są dobre dla dzieci - odparł z udawaną pogardą. 
Maddie już miała zaprzeczyć, ale zmieniła zdanie. 
- Pomożesz mi więc zaparzyć kawę? 
-  Nie.  -  Dillon  kopnął  ze  złością  kamień  i  odszedł,  wsuwając  ręce  głęboko  w 

kieszenie spodni. 

Maddie  ruszyła  do  kuchni  sama.  Posadziła  Tada  na  podłodze.  Gdy  zajęła  się 

przyrządzaniem kawy, niemowlę już raczkowało koło stołu. Po niedługim czasie do 
kuchni  wpadły  bliźniaczki,  niesłychanie  podekscytowane  konną  przejażdżką. 
Najwyraźniej  nie  mogły  się  doczekać,  kiedy  opowiedzą  Maddie  wszystko  ze 
szczegółami. 

- Duffy jest naprawdę słodki - zaczęła Joy. 
-  Wujek  Eben  powiedział,  że  niedługo  znowu  będziemy  mogły  na  nim  jeździć  - 

oznajmiła Hope. 

- Może - dodał Eben, stojąc w progu kuchni. 
Bliźniaczki spojrzały na siebie znacząco. 
- To znaczy... - powiedziała Joy. 
- ...musimy być bardzo grzeczne - dokończyła Hope, kiwając głową. 
-  Nic  nie  szkodzi,  wujku  -  rzuciła  beztrosko  Joy  i  niestropiona,  wdrapała  się  na 

krzesło. 

- I tak musimy być grzeczne - stwierdziła spokojnie Hope. 
- Bo niedługo przyjdzie Święty Mikołaj. 
- Nie do tego domu. - Eben przekroczył Tada i sięgnął po dzbanek z kawą. 
- Nie mów tak, Eben - mruknęła z wyrzutem Maddie. 
- A to dlaczego? - spytał, unosząc brew. 
- Dlatego. - Maddie nie miała ochoty omawiać jego poglądów na temat świąt przy 

dzieciach. 

- To rzeczywiście ważny powód - zadrwił. 
- Och! - wykrzyknęła nagle Joy. - Prawie zapomniałyśmy... 
- Zrobiłyśmy coś dla ciebie, wujku... - przypomniała sobie Hope. 
- ...w szkółce niedzielnej. 
Dziewczynki wypadły z kuchni, pozostawiając Maddie i Ebena samych z Tadem. 

Maluch bawił się na podłodze plastykowymi miseczkami, które wyciągnął z jednej 
z  dolnych  szafek.  Ebenowi  wydało  się  nagle,  że  w  kuchni  zapanowała  bezmierna 
cisza. Spojrzał na Maddie. Sukienka podkreślała idealne kształty jej ciała. Upił łyk 
kawy. Ogarnęła go fala gorąca. Wiedział jednak, że to nie skutek ciepłego płynu. 

- Napijesz się? 
Zauważył, że nie napełniła swojej filiżanki. 
- Nie - odparła i zmierzyła go wzrokiem. 
Zaczął się zastanawiać, czy ta sytuacja nie wprawiła także Maddie w zakłopotanie. 

Na myśl o tym nie poczuł się ani trochę swobodniej. 

- Widziałeś gdzieś Dillona? - spytała Maddie. 

background image

 

85 

Eben kiwnął głową. 
- Rzucał kamieniami w kaktusy. 
-  Chyba  zrobiło  mu  się  trochę  przykro,  że  pozwoliłeś  dziewczynkom  przejechać 

się na koniu, a jemu tego nie zaproponowałeś. 

-  Dziwię  się,  że  nie  zaciągnęłaś  go  do  stajni  i  nie  kazałaś  mi  siodłać  dla  niego 

konia. 

- Myślałam o tym - przyznała Maddie. - Ale on stwierdził, że takie przejażdżki są 

dobre dla dzieci. 

- Bo tak jest. 
- Owszem, ale od czegoś trzeba zacząć. 
- Z nami było inaczej. Oboje urodziliśmy się na ranczu. A to są dzieci wychowane 

w mieście. - Wskazał ręką drzwi, za którymi zniknęły bliźniaczki. 

- Tym bardziej powinieneś nauczyć je jeździć konno - stwierdziła Maddie. 
- Nie mam na to czasu.  - Sam nie przypominał sobie, żeby ktoś uczył go jeździć 

na koniu. Odnosił wrażenie, że umiał to robić od urodzenia. 

- Nie mówię przecież, żebyś zaczął już jutro - rzuciła Maddie ciętym tonem, który 

zazwyczaj wskazywał, że jest gotowa do kłótni. 

Eben  nie  miałby  nic  przeciwko  małej  sprzeczce,  chętnie  rozładowałby  jakoś 

napięcie.  Już  się  szykował  do  ostrej  odpowiedzi,  gdy  do  kuchni  wbiegły 
bliźniaczki. 

-  Zobacz,  co  narysowałam  dla  ciebie  w  szkółce  niedzielnej,  wujku.  -  Joy 

wyhamowała gwałtownie tuż przed nim i podniosła krzywo pokolorowany obrazek. 

- Ja też mam dla ciebie rysunek. - Hope zamachała kartką. 
- Mój jest inny - dodała Joy i z powagą pokiwała głową. 
- Najpierw pokaż swój. 
Joy  nie  trzeba  było  tego  powtarzać  dwa  razy.  Wyciągnęła  przed  siebie  ręce  z 

rysunkiem, unosząc je przy tym do góry, żeby Eben mógł go obejrzeć. 

-  To  Jezus  w  żłobie.  -  Joy  stanęła  koło  Ebena,  żeby  pokazać  mu  wszystko 

dokładnie. - To jest Jezus, to Maria, a to Józef. To jest anioł i gwiazda. - Taka jak 
na twoich ostrogach. 

Hope podeszła bliżej. 
- Zapomniałaś o chłopcu z owcami. 
- Wcale nie - prychnęła Joy i spojrzała na rysunek. - Tu jest chłopiec z owcami. A 

tu Annabelle. - Uśmiechnęła się tryumfalnie, wskazując bezkształtnego brązowego 
stwora na patykowatych nogach. 

Eben spojrzał przelotnie na dzieło, po czym skupił się na kawie. Wnikliwa analiza 

sztuki rodem ze szkółki niedzielnej była ostatnią rzeczą, na jaką miał teraz ochotę. 
Omal nie udusił Maddie, kiedy przyszła mu z pomocą. 

- Kto to jest Annabelle? - zapytała. 
- Krowa wujka Ebena - odparła Joy. 
- Myśmy ją tak nazwały - dodała Hope, uśmiechając się z dumą. 

background image

 

86 

- Dillon uczy się doić. 
- Jak będziemy większe... 
- ...wujek Eben nam pokaże... 
- ...jak to się robi. 
-  Pewnie  nie  możecie  się  już  doczekać.  -  Maddie  spojrzała  z  ukosa  na  Ebena  ze 

złośliwym błyskiem w oku. 

- Aha! - odparła z zapałem Joy. - Teraz co rano... 
- ...karmimy kury. 
- Ale nie możemy zbierać jajek. - Joy stanowczo pokręciła głową. 
Hope westchnęła z żalem. 
- Jak chcemy zabrać jajko... 
- ...kury nas dziobią. 
- To boli. 
- Na pewno. - Maddie ze współczuciem kiwnęła głową. 
Eben był bliski apopleksji. Nie rozumiał, po co Maddie podtrzymuje tę idiotyczną 

rozmowę. 

- No dobrze, Hope, teraz twoja kolej. Pokaż wujkowi swój obrazek. - Joy odsunęła 

się trochę, żeby zrobić miejsce dla siostry. 

- Ja narysowałam Trzech Króli. - Hope zaprezentowała swoje dzieło. 
- Ja nie mogłam ich narysować - wyjaśniła spiesznie Joy. 
- Bo wtedy jeszcze byli  w podróży.  Szli za tą gwiazdą.  - Hope wskazała palcem 

żółty bazgroł na swoim obrazku. 

- Wtedy nie było samolotów... - wtrąciła Joy. 
-  ...więc  narysowałam  ich  na  koniach  -  dodała  Hope,  wyraźnie  zadowolona  ze 

swojego pomysłu. 

-  Dillon  mówi,  że  powinni  siedzieć  na  wielbłądach.  -  Joy  spojrzała  pytająco  na 

Ebena. 

- Ale chyba mogli przyjechać do Betlejem na koniach, prawda? - drążyła Hope. 
-  Chyba  tak.  -  Eben  uśmiechnął  się  ze  zniecierpliwieniem.  Z  drugiej  strony  nie 

potrafił  się  na  nie  złościć,  kiedy  tak  się  w  niego  wpatrywały  szeroko  otwartymi, 
ufnymi oczami. 

-  Narysowałabym  Duffy’ego,  tak  jak  Joy  narysowała  Annabelle,  ale  wtedy  go 

jeszcze nie znałam - usprawiedliwiła się Hope. - On jest taki miły. Bardzo go lubię. 

- Podobają ci się rysunki, wujku? - spytała Joy. 
- Piękne, prawda? - ponagliła go Maddie ostrzegawczo, na wypadek, gdyby  miał 

ochotę powiedzieć coś, co zraniłoby uczucia bliźniaczek. 

- Śliczne. Obydwa - burknął Eben, zły, że Maddie mogła go posądzić o taki brak 

delikatności. 

- Są twoje, wujku. - Joy wręczyła mu swój rysunek. 
Hope natychmiast poszła w ślady siostry. 
- Narysowałyśmy je dla ciebie. 

background image

 

87 

- Dziękuję. - Eben wziął prace i położył je na stole. 
- Możesz je powiesić na lodówce - zaproponowała Joy. 
- Przynieść taśmę klejącą? - spytała Hope. 
- Później - odparł Eben. - Teraz idźcie pobawić się na dworze. 
- Dobrze. - Joy ruszyła do drzwi. 
Ale Hope ociągała się z odejściem, zerkając nieśmiało na Maddie. 
- Pójdziesz się z nami pobawić? 
-  Nie  dzisiaj.  -  Maddie  uśmiechnęła  się  serdecznie,  żeby  nie  urazić  dziewczynki 

odmową. - Muszę wracać do domu. 

-  Jeszcze  nie.  -  Eben  położył  jej  dłoń  na  ramieniu,  gdy  zrobiła  krok  w  stronę 

drzwi. 

Maddie  zatrzymała  się  i  spojrzała  na  niego,  zdumiona,  z  lekko  rozchylonymi 

ustami. Eben spojrzał na jej wargi i nagle bardzo wyraźnie przypomniał sobie ich 
smak. 

- Dlaczego nie? - spytała stłumionym, drżącym głosem. 
Ucieszył się, widząc zmieszanie Maddie, zwłaszcza że sam czuł się skrępowany, 

kiedy była tak blisko. 

- Musimy porozmawiać - wyjaśnił i zwrócił się do dziewczynek: - No, zmykajcie 

już. 

Bliźniaczki  pobiegły  do  swojego  pokoju  po  lalkę  Eloizę.  Po  chwili  rozległo  się 

trzaśniecie frontowych drzwi. Eben nie spuszczał wzroku z Maddie. 

- O czym chcesz porozmawiać? - zapytała z ciekawością, pewnym głosem. 
Eben wyczuł, że Maddie znowu ma się na baczności. 
Zirytowało  go  to,  tak  jak  i  fakt,  że  ona  nadal  wzbudzała  w  nim  pożądanie. 

Denerwowały go wspomnienia - i te dobre, i te złe - oraz aluzje Maddie, z których 
wywnioskował, że jej zdaniem, tylko on jest odpowiedzialny za rozstanie. Wkurzał 
się też na mnóstwo innych rzeczy. 

- O nas - wycedził przez zęby. 
Gwałtownie chwycił ją w ramiona i pocałował namiętnie. Maddie opierała mu się 

przez krótką chwilę, potem nagle uległa jego sile i odpowiedziała równie mocnym 
pocałunkiem. 

Eben  zapragnął  posiąść  ją  całą,  znowu  otrzymać  to,  co  kiedyś  należało  tylko  do 

niego. Ona także wyraźnie tego chciała. 

Ale  to  nie  dawało  mu  satysfakcji.  Kiedyś  też  go  pragnęła  -  a  potem  odeszła. 

Zamierzał  ją  za  to  ukarać,  zranić  tak,  jak  ona  zraniła  jego.  Trzymając  jednak 
Maddie w objęciach, czuł, że zemsta jest pusta. 

-  Dlaczego?  -  spytał  z  ustami  przy  jej  ustach.  Nadal  towarzyszył  mu  ten  sam 

rozdzierający  ból  i  gniew,  że  ciągle  mu  na  niej  zależy,  a  ona  nie  odwzajemnia 
uczuć. - Dlaczego tu wróciłaś? 

Odsunął  się  trochę,  żeby  uspokoić  oddech  i  walące  mu  jak  młotem  serce.  Stała 

przed  nim  z  głową  odrzuconą  w  tył,  ukazując  pięknie  wygiętą  szyję,  z  pełnymi, 

background image

 

88 

wilgotnymi ustami i ciągle jeszcze przymkniętymi powiekami. 

- Było mi dobrze. Pozbierałem się po twoim odejściu. A teraz... - urwał. Duma nie 

pozwoliła mu dokończyć zdania. 

Ciągle  jednak  dręczył  go  ból,  fizyczny  i  psychiczny.  Ten  pierwszy  można  było 

uśmierzyć, tego drugiego nie. 

- Po co tu przyjechałaś? - spytał chrapliwie. 
- Do diabła, MacCallister  - odparła Maddie, głosem  drżącym z emocji. - Zawsze 

mnie tylko oskarżasz. Twoim zdaniem to ja jestem wszystkiemu winna. 

- Bo jesteś. - Zaskoczyło go, że ona może uważać inaczej.  - Dlaczego? Dlaczego 

ode mnie odeszłaś? - spytał gniewnie. 

Maddie odepchnęła go od siebie z nagłą siłą. 
- Dlaczego odeszłam? - powtórzyła z niedowierzaniem. 
- Tak, dlaczego to zrobiłaś? Cholera, Maddie, mam chyba prawo wiedzieć. 
Roześmiała się, co jeszcze bardziej go rozwścieczyło. 
- Nie wiem, jak możesz w ogóle o to pytać. Nawet idiota by to zrozumiał. 
- Ach tak, więc jestem idiotą? - wycedził zimno Eben. 
-  Najwyraźniej  nie,  skoro  zadajesz  takie  pytania.  -  Maddie  uśmiechnęła  się 

smutno. 

-  Więc  powiedz,  dlaczego  mnie  zostawiłaś?  Dlaczego  wyszłaś  za  Williamsa? 

Kochałaś go tak, jak twierdziłaś, że kochasz mnie? 

- Na początku go nie kochałam  - przyznała z zamyśleniem Maddie.  - Ale bardzo 

lubiłam.  Allan  był  taki  dobry  i  czuły.  Zawsze  umiał  mnie  rozśmieszyć.  - 
Mimochodem zauważyła, że Eben zacisnął gniewnie usta. 

- Pamiętaj, że wtedy nie szukałam miłości. Wiedziałam już, jak bardzo może być 

bolesna. Myślę, że w pewnym sensie przed nią uciekałam. 

- Ale dlaczego? - spytał znowu Eben, w udręce czekając na odpowiedź. 
Maddie podeszła do niego. 
- Bo byłam przekonana, że mnie nie kochasz. 
- Że ja nie kocham ciebie? - powtórzył Eben w osłupieniu. - Skąd ci to przyszło do 

głowy? 

-  A  co  miałam  myśleć?  -  odparła.  -  Ilekroć  wspominałam  o  ślubie,  ucinałeś 

rozmowę. Twierdziłeś, że musimy jeszcze poczekać, że może w przyszłym roku... 
Ale przychodził następny rok, a twoja odpowiedź była zawsze taka sama. W końcu 
doszłam  do  wniosku,  że  skoro  nie  chcesz  się  ze  mną  ożenić,  to  znaczy,  że  nie 
zamierzasz dzielić ze mną swojego życia, że chodzi ci tylko o zaspokajanie swoich 
fizycznych potrzeb. Sądziłam, że nie potrzebujesz żony, tylko kochanki. 

- To śmieszne - zaprzeczył Eben. - Nie było mnie stać na żonę. 
- Tak. - Maddie uśmiechnęła się drwiąco. - Twoja ulubiona wymówka. 
- To nie wymówka, to prawda. 
- Powiem ci coś, co także jest prawdą, kochanie.  - Maddie wspięła się na palce i 

lekko  pocałowała  go  w  usta.  -  Tak  bardzo  byłeś  skupiony  na  walce  o  finansowe 

background image

 

89 

bezpieczeństwo, że odrzuciłeś moją miłość. 

- Nieprawda - wydusił Eben. - To ty ode mnie odeszłaś. 
-  Zawsze  w  końcu  wracamy  do  tego,  co  ja  zrobiłam  tobie  -  stwierdziła  smutno 

Maddie. - Nawet nie dostrzegasz tego, co ty zrobiłeś mnie. 

- Ja ci nic nie zrobiłem - odparł stanowczo Eben. 
- Przyznaj, pieniądze zawsze były dla ciebie najważniejsze. 
- Bzdura. - Nie mógł uwierzyć, że Maddie rzeczywiście tak myśli. 
- Czyżby? 
Jej  ciemne,  łagodne  oczy  były  pełne  żalu.  To  ciche  pytanie  trochę  osłabiło  jego 

niezachwiane  dotąd  przekonania.  Nagle  poczuł,  jak  mała  rączka  ciągnie  za 
nogawkę jego dżinsów. Spojrzał w dół. Tad usiłował ustać na swoich niepewnych 
nóżkach,  kurczowo  trzymając  się  spodni.  Dziecko  popatrzyło  na  niego  i 
zabulgotało wesoło. 

- Eben! Tad stoi! - wykrzyknęła Maddie. - Sam się podciągnął? 
- A skąd mam wiedzieć? Nie zwróciłem uwagi. 
Nadal nie bardzo go to interesowało. 
Kiedy  podniósł  wzrok,  zobaczył,  że  Maddie  nie  ma  już  tam,  gdzie  stała  jeszcze 

przed  chwilą.  Przykucnęła  obok  dziecka  i  podtrzymywała  je  lekko,  na  wypadek, 
gdyby miało się przewrócić. 

- Pierwszy raz to zrobił? - spytała z zachwytem. 
- Co? - Eben zmarszczył brwi. 
- No, podciągnął się. 
- Wczoraj przy kolacji złapał się krzesła i wstał. Bo co? 
- Bo co? - powtórzyła z politowaniem i potrząsnęła głową. - Stanąłeś na własnych 

nóżkach, a na twoim wujku nie zrobiło to najmniejszego wrażenia - zaćwierkała do 
dziecka. 

Tad uśmiechnął się szeroko, puścił spodnie Ebena i wyciągnął rączki do Maddie, 

która zdążyła go chwycić, zanim stracił równowagę. 

- Niesamowite. - Maddie asekurowała malucha, kiedy ruszył przed siebie krokiem 

przypominającym  taniec wojenny.  -  Jak ty szybko rośniesz! Ledwo nauczyłeś się 
raczkować, a już próbujesz stawiać pierwsze kroki. 

- Nie do wiary. - Eben patrzył na Maddie, zdezorientowany. 
- O co chodzi?  - Maddie podniosła Tada, przytuliła do siebie i dmuchnęła  mu w 

szyję. Tad zapiszczał radośnie. 

-  O  to,  że  potrafisz  tak  błyskawicznie  przejść  od  kłótni  do  szczebiotów  nad 

dzieckiem.  -  Eben  był  ciągle  zbyt  oszołomiony  pocałunkiem  i  bliskością  Maddie, 
by mógł równie szybko zająć się czymś innym. 

- To proste. - Maddie nie przestała się uśmiechać i robić min do dziecka. - Jestem 

kobietą. A może tego nie zauważyłeś? 

-  Zauważyłem  -  odparł  sucho.  Zawsze  dostrzegał  kobiecość  Maddie  bardziej, 

niżby tego chciał. W przeszłości i teraz. 

background image

 

90 

-  Och,  och.  -  Maddie  popatrzyła  uważnie  na  Tada,  potem  zajrzała  do  jego 

spodenek.  -  Tak  właśnie  myślałam.  Najwyższy  czas,  żeby  wujek  zmienił  ci 
pieluszkę. - Już miała podać Ebenowi dziecko, ale nagle znieruchomiała, po czym 
jeszcze raz zajrzała w spodenki. - Zaraz, zaraz. Agrafka? To pielucha z tetry? 

- Oczywiście. 
Maddie westchnęła, rozbawiona. 
- Jasne. Nie wydałbyś pieniędzy na jednorazówki. 
-  Masz  pojęcie,  ile  kosztują?  -  Eben  wziął  niemowlaka  na  ręce.  -  To  dziecko 

zużywa je w takim tempie, że musiałbym wyrzucić fortunę do kosza na śmieci. A 
zwykłe  pieluchy  piorę  i  już.  Potem  zawsze  można  wykorzystać  je  na  ścierki  do 
podłogi. 

Maddie parsknęła śmiechem. 
- Eben MacCallister, mistrz przetwórstwa surowców wtórnych. 
- To źle? - spytał, dotknięty szyderstwem w jej głosie. 
- Ależ skąd. - Maddie przyglądała mu się w zamyśleniu. - Tylko jest w tym pewna 

ironia.  Jeśli  chodzi  o  rzeczy,  nigdy  ich  nie  wyrzucasz,  choćby  były  nie  wiem  jak 
stare czy zniszczone. Kiedy się psują, naprawiasz je, wymieniasz części. Do ludzi 
masz  zupełnie  inne  podejście,  jeśli  raz  cię  zawiodą,  nie  dostaną  swojej  drugiej 
szansy. Młodzi, starzy, nowi czy dobrze znani, bez znaczenia. Już po nich. 

- Czy to jakaś aluzja? - spytał sarkastycznie Eben. 
Maddie spojrzała na niego przeciągle i uśmiechnęła się lekko. 
- Powiedzmy, że tylko moje przemyślenia. Do zobaczenia, MacCallister. - Maddie 

ruszyła do drzwi. 

- Zaczekaj, nie skończyliśmy rozmowy - zaprotestował, chociaż nie miał pojęcia o 

czym jeszcze mówić. 

Maddie zatrzymała się i wdzięcznie oparła jedną ręką o futrynę. 
- Jeśli będziesz chciał porozmawiać, zadzwoń do mnie. - Jej ciepły uśmiech nagle 

stał  się  kuszący.  -  Ale  tego  nie  zrobisz,  rzecz  jasna.  Bo  wtedy  to  ty  musiałbyś 
wykonać  jakiś  ruch.  A  przecież  dajesz  każdemu  tylko  jedną  szansę.  Ja  już  swoją 
zmarnowałam.  -  Wzruszyła  lekko  ramionami.  -  Oczywiście  z  mojego  punktu 
widzenia to ty zaprzepaściłeś swoją szansę. 

- Wyczuwam, że to kwestia ambicji - rzucił kpiąco Eben, chcąc odpłacić pięknym 

za  nadobne.  -  Bardzo  chcesz,  żeby  było  jasne,  że  odeszłaś,  a  nie  zostałaś 
odrzucona. 

- Pozwól więc, że sprecyzuję  - powiedziała zimno. - Nie wróciłam w nadziei, że 

może  zechcesz  dać  mi  drugą  szansę,  MacCallister.  Wręcz  przeciwnie,  będziesz 
miał dużo szczęścia, jeśli ja ci ją ofiaruję. 

- Doprawdy? - Eben nie umiał ukryć irytacji. 
- Doprawdy. - Maddie uśmiechnęła się słodko. - Przemyśl to sobie. 
Pomachała mu ręką i wyszła z kuchni. Eben kipiał ze złości. 
W  tej  właśnie  chwili  Tad  zorientował  się,  że  pielucha  zaczęła  przeciekać.  Jego 

background image

 

91 

wściekły krzyk zagłuszył trzaśniecie frontowych drzwi. 

Rozdział 11 

Rozmowa z Maddie nie dawała Ebenowi spokoju przez wiele dni, przez co stał się 

jeszcze bardziej drażliwy i wybuchowy niż zwykle. 

W  środę  rano  pod  dom  zajechała  furgonetka.  Eben  musiał  przerwać  pracę  z 

dwuletnią  klaczą.  Kierowca  oznajmił,  że  zasady  ustanowione  przez  związki 
zawodowe  nie  pozwalają  mu  rozładować  przesyłki,  zawierającej  rzeczy  należące 
do dzieci. Niezadowolenie Ebena przeszło w zimną wściekłość. 

Nie  miał  jednak  wyboru.  Oderwał  Ramona  i  Luisa  od  zajęć,  żeby  pomogli  mu 

opróżnić  furgonetkę.  Na  domiar  złego  kierowca  uparł  się,  żeby  Eben  policzył 
paczki,  sprawdził,  czy  ich  ilość  zgadza  się  z  tym,  co  było  napisane  w  liście 
przewozowym, i upewnił się, czy nic nie uległo uszkodzeniu w czasie transportu, 
zanim złoży swój podpis na stosownym kwicie. 

Eben stracił na tę ceremonię całą godzinę. 
Ale na tym się nie skończyło. 
Kiedy bliźniaczki zobaczyły pudła, zaczęły kręcić się wokół niego i nie dały mu 

spokoju  tak  długo,  aż  znalazł  lalki  Barbie.  Lalki  znajdowały  się  oczywiście  w 
ostatnim  pudle,  które  otworzył.  W  czasie  szukania  wszystkie  inne  rzeczy  zostały 
wyciągnięte, a to z kolei oznaczało, że trzeba je było teraz gdzieś pochować. 

Zanim się obejrzał, nastało południe. 
Co  gorsza,  podjazd  i  wnętrze  domu  zmieniły  się  w  prawdziwy  tor  przeszkód, 

zawalony  zabawkami,  rowerkami  na  trzech  kółkach  i  mnóstwem  innych 
przedmiotów, wśród których znajdował się też większy rower, wysokie krzesełko, 
kojec,  huśtawka,  chodzik,  łóżeczko.  Wszystkich  dziecięcych  drobiazgów  było 
więcej, niż Eben mógł sobie kiedykolwiek wyobrazić. 

Dwa  razy  niemal  zadzwonił  do  Maddie,  żeby  przyjechała  po  wypożyczone 

łóżeczko. Powstrzymało go jednak wspomnienie ostatniej rozmowy. Absolutnie nie 
życzył sobie, by pomyślała, że czeka, aż ona da mu drugą szansę. Bo to on został 
przecież skrzywdzony. 

Poskładane łóżeczko z El Regalo ciągle więc stało pod ścianą w jego sypialni. 
W niedzielę rano Eben sam zawiózł dzieci do szkółki niedzielnej. Potem wrócił na 

ranczo,  ustawił  płócienny  daszek  koło  padoku,  znów  pojechał  po  dzieci  do 
kościoła.  Po  południu  zainstalował  kojec  pod  daszkiem.  Kazał  Dillonowi  i 
bliźniaczkom bawić się w jego pobliżu, tak by siedzący w kojcu Tad  miał ich na 
widoku.  Dopiero  pod  koniec  dnia  Eben  zdołał  popracować  trochę  ze  starszymi 
końmi. 

W poniedziałek zaczął widzieć wszystko w jaśniejszych barwach. Poranny trening 

z  trzylatkami  poszedł  tak  gładko,  że  Eben  postanowił  wysłać  wszystkie,  z 
wyjątkiem  dwóch,  na  pastwisko  i  sprowadzić  je  z  powrotem  dopiero  na  tydzień 
przed  sprzedażą,  by  dopracować  szczegóły.  Dzięki  temu  mógł  się  skoncentrować 
na dwulatkach. 

background image

 

92 

W  południe  szybko  zjadł  przygotowany  przez  Sofię  obiad,  a  kwadrans  później 

wskoczył  na  narowistego  ogiera.  Pracował  z  trzecim  koniem  tego  popołudnia, 
kiedy Sofia wybiegła z domu, mocno wzburzona, przytrzymując brzuch dłonią. 

- Seńor Mac! Seńor Mac! - krzyknęła, przystając bez tchu przy płocie. - Szybko! 
- Co się stało?  - Eben rzucił okiem  na jej pobladłą z wysiłku twarz i pomyślał  o 

najgorszym. Spojrzał wściekle na Ramona, który czekał przy wjeździe na padok z 
następnym koniem. - Cholera, uprzedzałem, że jeśli dziecko... 

- Jest wiadomość na telefon - uspokoiła go Sofia. - Bardzo importante. 
- Ważna wiadomość? Skąd wiesz? - spytał niecierpliwie. 
-  To  nauczycielka  ze  szkoły.  Mówi,  żeby  pan  do  niej  zadzwonić  zaraz.  Muy 

importante. - Sofia zamachała trzymaną w ręce kartką. - Ja zapisać numer. 

Szkoła. Dillon. Chłopak zachorował. Miał wypadek. Jest ranny. 
Tysiąc  myśli  przetaczało  się  Ebenowi  przez  głowę,  kiedy  biegł  do  domu, 

wystukiwał numer i czekał, aż nauczycielka wreszcie odbierze telefon. 

- Mówi Eben MacCallister... - zaczął, ale nic więcej nie zdążył dodać. 
- Pan MacCallister - powiedziała z naganą nauczycielka. - Cieszę się, że w końcu 

znalazł pan czas, żeby się ze mną skontaktować. 

- Bardzo przepraszam - odparł Eben, dotknięty nutą sarkazmu w jej głosie.  - Ale 

zadzwoniłem do pani natychmiast, jak tylko otrzymałem wiadomość. 

-  Owszem,  tym  razem  -  powiedziała  kobieta  z  naciskiem.  -  Niestety,  nie  raczył 

pan  odpowiedzieć  na  żaden  z  listów,  które  przekazałam  przez  siostrzeńca.  Dillon 
poinformował mnie, że jest pan zbyt zajęty, żeby sobie tym zawracać głowę. 

- O jakich listach pani mówi? - Eben zmarszczył brwi. - Niczego nie dostałem od 

Dillona. 

-  Zapewniam  pana,  panie  MacCallister,  że  od  czterech  dni  podawałam  przez 

chłopca wiadomości dla pana - odparła chłodno. 

- A ja zapewniam panią, że ich nie otrzymałem - powtórzył przez zaciśnięte zęby. 

- A więc, o co chodzi? 

Gotując się ze złości, wysłuchał długiej litanii zarzutów pod adresem Dillona. Po 

skończonej rozmowie z nauczycielką cisnął słuchawkę na telefon i chwycił swoje 
jeździeckie rękawice. 

- Zabiję smarkacza - mruknął i wielkimi krokami ruszył do drzwi. Zatrzymał się w 

połowie  drogi,  bo  do  kuchni  właśnie  wpadły  bliźniaczki.  Ciągnęły  za  sobą  sznur 
dużych  staroświeckich  lampek,  jakie  kiedyś  wykorzystywano  w  zewnętrznych 
świątecznych dekoracjach. 

Natychmiast rozpoznał różnokolorowe żarówki, choć nie widział ich od wielu lat. 

Zdążył już niemal zapomnieć o pudłach z choinkowymi ozdobami, które leżały na 
strychu i tylko gromadziły kurz. 

Jego ojciec zawsze przystrajał cały dom na Boże Narodzenie. Każdy kąt zawalał 

świątecznymi  gadżetami.  Carla  to  uwielbiała  i  po  jego  śmierci  kontynuowała  tę 
tradycję. 

background image

 

93 

Eben  natomiast  zawsze  uważał  to  za  stratę  czasu,  pieniędzy  i  energii.  Nigdy 

jednak  nie  zabraniał  siostrze  wyciągać  tego  wszystkiego  przed  świętami.  Upierał 
się tylko przy jednym - by zewnętrzne lampki paliły się wyłącznie w Wigilię. 

- Wujku! Wujku! Zobacz! - krzyczały bardzo podekscytowane dziewczynki. 
-  Co  robicie  z  tymi  lampkami?  Dokąd  je  zabieracie?  -  Patrzył  ze  złością  na 

dziewczynki. 

- Znalazłyśmy je... - zaczęła Joy. 
-  ...w  pudle  na  górze  -  dokończyła  Hope,  najwyraźniej  zachwycona  odkrytym 

skarbem. 

-  Na  górze?  -  Zmarszczka  między  jego  brwiami  pogłębiła  się,  gdy  pomyślał,  że 

bliźniaczki buszowały w pokojach na poddaszu. - A co wyście tam robiły? 

Joy usłyszała nutę dezaprobaty i spojrzała na niego niewinnie. 
- Myśmy... patrzyły. 
-  Tam  jest  tyle  pokoi...  -  ciągnęła  Hope,  która  tym  razem  nie  wyczuła  zmiany 

nastroju swojej siostry. 

- A w tych pokojach tyle pudeł - dodała ostrożnie Joy. 
-  Wiem,  ale  wy  nie  macie  tam  czego  szukać  -  oznajmił  stanowczo  Eben.  - 

Rozumiecie? 

- T-tak. - Joy kiwnęła głową i spróbowała zmienić temat. - Zobacz, jakie piękne... 
-  ...lampki  choinkowe.  -  Hope  wyciągnęła  przed  siebie  ręce  z  poskręcanym 

sznurem. 

- Na górze jest ich mnóstwo, wujku. 
- Możemy je zawiesić wieczorem na dworze? - spytała z zapałem Hope. 
- Nie. - Eben wyminął dziewczynki i ruszył do drzwi. 
Bliźniaczki  osłupiały  na  moment.  Zaraz  jednak  pobiegły  za  Ebenem,  wlokąc 

klekoczące po podłodze lampki. 

- Ale już prawie Boże Narodzenie! 
Eben zatrzymał się i odwrócił gwałtownie. Dziewczynki przystanęły. Spojrzały na 

wujka niepewnie. 

-  Gdzie  Sofia?  -  Rozejrzał  się  po  salonie  w  poszukiwaniu  młodej  Meksykanki.  - 

Miała was pilnować. 

-  Jest  z  Tadem  -  wyjaśniła  szybko  Joy.  Natychmiast  wyczuła,  że  wujek  jest 

zirytowany. 

- Powiedziała, że mamy iść się pobawić... 
- ...i być cicho. 
- Ona próbuje uśpić Tada. 
- Ale on nie chce spać. - Joy z żalem potrząsnęła głową. 
- Tad to skaranie boskie - westchnęła Hope. 
- Może jutro zawiesimy lampki? - zaproponowała Joy. 
- Nie. Ani jutro, ani pojutrze, ani popojutrze - uciął krótko Eben. 
- Dlaczego? - spytała płaczliwie Joy. 

background image

 

94 

- Niedługo Boże Narodzenie - przypomniała mu Hope. 
- A jak jest Boże Narodzenie, wszyscy muszą... 
- ...zawiesić mnóstwo... 
- ...mnóstwo lampek. 
- Ja nic nie muszę - oznajmił zdecydowanie Eben. 
- To nie jest trudne - pocieszyła go szybko Joy. 
- My ci pomożemy - zawołała ochoczo Hope. 
Eben uciszył dziewczynki stanowczym ruchem ręki. 
- Nie potrzebuję pomocy, bo nie zamierzam wieszać żadnych lampek. 
- Ale to są urodziny Jezusa - upierała się Joy. 
- A mamusia mówiła... 
- ...że Jezus był Światłością Świata. 
- Musisz zawiesić lampki... 
- ...żeby ludzie widzieli... 
- ...jak On jasno wszędzie świeci. - Hope rozpostarła ramiona, kołysząc sznurem z 

lampkami, który ciągle trzymała w rękach. Omal nie uderzyła nim siostry w głowę. 

-  Myślę,  że  On  świeci  dość  jasno  i  bez  jakichś  idiotycznych  lampek.  -  Eben 

zaczynał się już trochę niecierpliwić. 

- Ale... 
- Żadnych lampek! - ryknął, tracąc panowanie nad sobą. 
Dziewczynki  drgnęły  i  spojrzały  na  niego  szeroko  otwartymi,  przestraszonymi 

oczami. Eben zmitygował się i potarł twarz dłonią żeby opanować gniew. 

- Posłuchajcie, lampki zużywają prąd, a prąd kosztuje. Nie mam na to pieniędzy. - 

Sklął  się  w  duchu,  że  opowiada  o  finansach  dwóm  czterolatkom.  Ale  w  końcu 
mówił prawdę. Nie miał czasu na rozwieszanie lampek, a już na pewno pieniędzy 
na opłacenie dodatkowego zużycia energii elektrycznej. - Jasne? - zakończył. 

Dwie pary oczu spojrzały na niego ze smutkiem. Dziewczynki pokiwały głowami, 

chociaż  buzie  wygięły  się  im  w  podkówki.  Eben  zaczął  przypuszczać,  że 
bliźniaczki pobierały nauki u Maddie, która zawsze wiedziała, jak sprawić, żeby się 
czuł jak ostatni drań. Na myśl o niej znowu ogarnęła go złość. 

Spojrzał na sznur z lampkami. 
-  Zabierzcie  to  stąd  i  połóżcie  tam,  skąd  wzięłyście.  I  nie  wchodźcie  więcej  na 

strych. 

- Dobrze. - Joy wysunęła dolną wargę w wyrazie rozczarowania i odwróciła się do 

siostry. - Chodź, Hope. 

Wzięły się za ręce i wolno ruszyły do drzwi, wlokąc za sobą sznur lampek, które 

klekotały  na  wyłożonej  terakotą  podłodze.  Eben  postanowił  nie  przejmować  się 
spuszczonymi głowami bliźniaczek i ich przygarbionymi plecami. 

-  I  nie  ciągnijcie  tych  lampek  po  podłodze  -  rzucił.  -  Żarówki  się  potłuką  i 

wszędzie będzie pełno szkła. Podnieście je wyżej. 

Zirytowany powolnymi ruchami dziewczynek, patrzył, jak usiłują zwinąć sznur i 

background image

 

95 

pomieścić  zwoje  w  małych  rączkach.  Był  przekonany,  że  sobie  nie  poradzą. 
Wyszedł. Nie chciał oglądać ich klęski. 

Był  zły  na  siebie,  zirytowany  na  bliźniaczki  i  wściekły  na  Dillona.  Wrócił  na 

padok,  chociaż  wiedział,  że  w  takim  nastroju  nie  powinien  dosiadać  młodego 
konia.  Zrobił  to  jednak.  Ogier  natychmiast  wyczuł  stłumiony  gniew  jeźdźca.  Po 
kilku minutach spokojny zazwyczaj koń był mokry od potu i opierał się wszystkim 
poleceniom.  Eben  bał  się  zniweczyć  pracę  kilku  tygodni,  więc  w  końcu  zsiadł  i 
rzucił lejce Ramonowi. 

Meksykanin poklepał zwierzę uspokajająco i spojrzał na Ebena spod oka. 
- Przyprowadzić następnego, seńor Mac? 
- Nie. - Eben popatrzył na słońce, by w przybliżeniu określić godzinę. Zbliżał się 

wieczór.  -  Na  dzisiaj  koniec  -  oznajmił  i  zdjął  rękawice.  -  Wyprowadź  konie  i 
wracajcie z Luisem do pracy. 

Zszedł  z  padoku  i  ruszył  do  domu.  Przy  każdym  kroku  ze  złością  uderzał 

rękawicami  po  udzie.  Był  tak  spięty  i  zdenerwowany,  że  brzęk  własnych  ostróg 
działał na niego jak płachta na byka. Miał ochotę coś kopnąć. 

W połowie drogi zdał sobie sprawę, że w tym nastroju nie powinien ani ujeżdżać 

koni,  ani  siedzieć  w  domu  z  Tadem  i  bliźniaczkami.  Zatrzymał  się  i  zmienił 
kierunek.  Nagle  na  drodze  poniżej  zauważył  tuman  kurzu.  Po  chwili  rozpoznał 
żółty szkolny autobus, którym Dillon zawsze wracał do domu. Zacisnął gniewnie 
usta. 

Doszedł do wniosku, że jeśli ktoś zasłużył sobie na kilka ostrych słów, to właśnie 

Dillon. Postanowił więc na niego zaczekać. Autobus wjechał na plac przed domem, 
zakręcił i stanął, przeraźliwie skrzypiąc hamulcami i wzniecając kłęby pyłu. Eben 
dostrzegł  kobietę  za  kierownicą,  a  zaraz  potem  chłopca,  który  z  plecakiem 
przewieszonym przez ramię przechodził między siedzeniami. Po drodze do wyjścia 
Dillon  zdążył  jeszcze  uderzyć  innego  ucznia  i  wytrącić  książki  z  rąk  jakiejś 
dziewczynce. 

Eben wspiął się na stopień. 
- Podnieś te książki. 
Uśmiech na twarzy Dillona ustąpił miejsca wyrazowi zaskoczenia. 
- Co... 
-  Dobrze  słyszałeś.  -  Eben  chwycił  chłopaka  za  ramię  i  obrócił  gwałtownie  w 

stronę  rozrzuconych  książek.  Kobieta  za  kierownicą  spojrzała  na  niego  z 
wdzięcznością. 

- Ale to nie ja... 
-  Widziałem,  co  zrobiłeś  -  uciął  Eben  tonem  nieznoszącym  dyskusji.  -  A  teraz 

zbieraj. 

Powiedział to tak ostro, że ciemnowłosa dziewczynka aż się wcisnęła w siedzenie, 

a Dillon przykucnął i zaczął podnosić z podłogi książki. 

Nikt w całym autobusie się nie odezwał. Słychać było tylko szum silnika i szelest 

background image

 

96 

papieru. 

- A teraz ją przeproś - powiedział Eben, kiedy Dillon podał książki koleżance. 
- Przykro mi - mruknął Dillon i ruszył do wyjścia. 
Eben zagrodził mu drogę. 
- Z jakiego powodu? 
-  Że  twoje  książki  spadły  na  podłogę  -  uzupełnił  chłopiec,  uśmiechając  się 

bezczelnie. 

Eben zacisnął palce na jego ramieniu. 
- Źle. Spróbuj jeszcze raz. 
- Przepraszam, że wytrąciłem ci książki - burknął niechętnie Dillon. 
- Nic nie szkodzi - odparła z zakłopotaniem dziewczynka. 
Ze spuszczoną głową Dillon wyminął Ebena i wysiadł z autobusu. Eben zeskoczył 

ze stopni. 

- Przepraszam, że zabrało to tyle czasu - powiedział do kierowcy. 
-  Nie  ma  za  co  -  odparła  ze  zmęczonym  uśmiechem.  -  Dawno  nie  było  tu  tak 

cicho. 

Drzwi  zamknęły  się  z  sykiem  i  autobus  odjechał.  Dillon  natychmiast  puścił  się 

pędem do domu. 

- Wracaj tu zaraz! - ryknął Eben. 
Dillon przebiegł jeszcze kilka kroków, po czym najwyraźniej doszedł do wniosku, 

że ucieczka nie ma sensu, więc przystanął. 

- Co znowu? - spytał, odwracając się do wuja. 
- A jak sądzisz? - odpalił Eben. 
- Skąd mam wiedzieć? - Dillon pogardliwie wzruszył ramionami. 
Tym razem Eben postanowił nie zwracać na to uwagi. 
- Masz jakieś zadanie domowe na dzisiaj? 
- Nie - skłamał Dillon, patrząc mu prosto w oczy. 
- Twoja nauczycielka mówiła co innego. 
Dillon spuścił wzrok i poruszył się nerwowo. 
- No, to znaczy... już odrobiłem. 
- Tak? - odparł spokojnie Eben. - Pokaż. 
Dillon podniósł głowę. Wróciła mu pewność siebie. 
- Zostawiłem w szkole. 
Eben zrobił kilka kroków w stronę furgonetki i spojrzał na chłopaka przez ramię. 
- To chodź. Pojedziemy po nie. 
- No, dobra. Nie odrobiłem zadania - przyznał Dillon. - Wielkie mi rzeczy. 
Eben oparł ręce na biodrach. 
-  Twoja  nauczycielka  powiedziała  mi  dzisiaj,  że  nie  odrobiłeś  dotąd  ani  jednej 

pracy domowej. 

- I co z tego? Co cię to obchodzi? - odparł wrogo Dillon. 
- Powiedziała też, że przeszkadzasz na lekcjach. 

background image

 

97 

Dillon wzruszył ramionami z udawaną obojętnością. 
- Ona ciągle się czepia. 
-  Powiedziała,  że  rozmawiasz  w  czasie  lekcji,  bijesz  się  z  chłopcami,  rzucasz 

papierkami i czym się da w innych uczniów... - wyliczał Eben. 

-  Ja  nigdy  nie  zaczynam  -  przerwał  Dillon.  -  Ona  mnie  nie  cierpi.  Zawsze  ma 

pretensje. 

- Więc to nieprawda, że porysowałeś swój stolik, skleiłeś kartki podręcznika i... 
- To było niechcący - bronił się Dillon. - Butelka z klejem się przewróciła... 
-  I  w  przedziwny  sposób  klej  wylał  się  na  wszystkie  kartki  -  przerwał  mu 

ironicznie Eben. 

Dillon był dość inteligentny, by zmienić taktykę. 
- Inni też to robią, ale im uchodzi na sucho. 
- A co się stało z wiadomościami dla mnie, które dawała ci nauczycielka? - spytał 

Eben. 

-  Wyrzuciłem  -  odparł  buntowniczo  Dillon.  -  I  tak  nie  miałbyś  czasu  ich 

przeczytać, więc co za różnica? 

-  Zaraz  się  dowiesz  -  odpalił  Eben,  gotując  się  z  wściekłości.  -  Pójdziesz  teraz 

prosto  do  domu  i  nie  wyjdziesz,  dopóki  nie  odrobisz  pracy  domowej.  Potem  ją 
sprawdzę. A jutro rano pojedziemy razem do szkoły i w czasie weekendu nadrobisz 
wszystkie zaległości. Nie będzie żadnych zabaw, jazdy na rowerze, nie, dopóki nie 
skończysz. Jasne? 

- Nie! - krzyknął Dillon ze łzami złości w oczach. 
- Zrobisz, co powiedziałem, albo gorzko pożałujesz - ostrzegł Eben. 
-  Nienawidzę  cię!  Słyszysz?  Nienawidzę!  -  wybuchnął  Dillon.  -  Żałuję,  że 

musieliśmy tu przyjechać! Nie cierpię ciebie i tego miejsca! 

- Proszę bardzo - odparł spokojnie Eben. - Ale i tak musisz odrobić swoje zadania 

domowe. 

Chwycił Dillona za ramię i bez słowa pociągnął go do domu. W kuchni posadził 

chłopaka na krześle, otworzył plecak i wyciągnął z niego zeszyty i ołówki. 

- Bierz się do roboty - rozkazał. 
- Ani mi się śni - powiedział niewyraźnie Dillon. Oparł łokcie na stole i schował 

twarz w dłoniach, chcąc ukryć łzy i drżący podbródek. 

- Będziesz tu siedział tak długo, aż skończysz - rzucił ze złością Eben i wyszedł z 

kuchni. Czuł, że jeszcze chwila, a straci panowanie nad sobą. 

- Wujku! 
- Wujku! 
Bliźniaczki wybiegły za nim na dwór. 
- Co znowu? - odwrócił się i spojrzał na nie groźnie. Nie miał w tej chwili ochoty 

na żadne bzdury. 

- Kiedy będziemy ubierać choinkę? - spytała radośnie Joy. 
-  Znalazłyśmy  mnóstwo  fajnych  rzeczy  do  powieszenia  -  dodała  Hope.  W  ręce 

background image

 

98 

trzymała czerwoną bombkę na metalowym haczyku. 

Eben wbił wzrok w ozdobę choinkową. 
- Skąd to macie? Mówiłem wyraźnie, żebyście nie wchodziły na strych, prawda? 
Joy zamrugała ze zdziwieniem. 
- Ale kazałeś nam położyć lampki tam, skąd je wzięłyśmy, wujku. 
- A jak je zaniosłyśmy z powrotem na strych... 
-  ...to  pudło  spadło  i  samo  się  otworzyło  -  wyjaśniła  Joy,  patrząc  na  niego 

niewinnie. 

- Jasne. 
Z  pomocą  czterech  małych  rączek,  dodał  w  myślach  i  ruszył  przed  siebie, 

zirytowany. 

- Kiedy dostaniemy choinkę?! - zawołała Joy. Dogoniła wujka i truchtała teraz po 

jego prawej stronie 

-  W  ogóle  nie  dostaniecie  -  odparł  Eben,  nie  zatrzymując  się.  Chciał  jak 

najszybciej uciec od tej paplaniny. 

-  Ale  musimy  mieć  choinkę  na  święta.  -  Hope,  która  pojawiła  się  po  drugiej 

stronie,  nie  dawała  za  wygraną.  Eben  znów  miał  wrażenie,  że  dostał  się  między 
dwa głośniki stereo. 

- Nie będzie żadnych lampek i żadnej choinki - uciął niecierpliwie. 
- Ale musimy mieć choinkę - powtórzyła z rozpaczą Joy. 
- Bo inaczej... 
- ...gdzie Święty Mikołaj położy prezenty? 
Eben przystanął. 
- Rozejrzyjcie się dookoła. To jest pustynia. Tu nie ma ani choinek, ani śniegu... 
- Ale... - przerwała mu Joy, mocno zaniepokojona. 
-  Żadnych  „ale”  -  uciął,  zanim  Hope  zdążyła  coś  dodać.  -  Nie  mam  zamiaru 

wyrzucać pieniędzy na choinkę. Koniec dyskusji. Jeszcze jedno słowo, a świąt też 
nie będzie - powiedział i odszedł. 

Tym razem bliźniaczki nie poszły za wujkiem. Eben usłyszał za sobą cichy szloch, 

ale postanowił go zignorować. 

Problemy. Same problemy, odkąd dzieci pojawiły się na ranczu, pomyślał. 
 
Maddie, w wysokich butach, jasnoniebieskich dżinsach i krótkiej skórzanej kurtce 

z frędzlami na ramionach, weszła bocznymi drzwiami do przestronnej kuchni w El 
Regalo. 

Tu  nie  było  belkowanego  stropu,  cennych  indiańskich  kilimów  ani  kaktusów  w 

malowanych  donicach  -  niczego,  co  przywodziłoby  na  myśl  atmosferę 
Południowego  Zachodu,  która  panowała  w  Hotelu  El  Regalo.  Na  tle  wyłożonych 
białymi płytkami ścian lśniły w świetle jarzeniówek utensylia z nierdzewnej stali. 

Jak  zwykle  po  południu  w  kuchni  panował  wielki  ruch,  brzęczały  garnki,  w 

powietrzu  unosił  się  wspaniały  aromat  pieprzu  cayenne,  cebuli  i  ziół.  Maddie 

background image

 

99 

przystanęła  przy  długim  stole  roboczym,  przy  którym  główny  cukiernik  kończył 
właśnie  dekorować  sernik.  Maddie  poszukała  wzrokiem  Guya  Bonelle’a,  szefa 
kuchni. Usłyszała jego śmiech, a po chwili wysoka, chuda postać kucharza ukazała 
się w drzwiach spiżarni. 

- Cześć, Maddie! - zawołał i spojrzał na jej strój. - Jak się dziś miewa nasza piękna 

Indianka? - zażartował. 

- Jej bystre oczy dostrzegły grupę jeźdźców na horyzoncie - odparła z uśmiechem. 
Kucharz spojrzał na zegarek. 
- Spóźniłaś się z tą wiadomością jakieś pięć minut. Fran już nas uprzedziła. 
Fran Sawyer od siedemnastu lat pełniła w El Regalo funkcję kierownika. Nic na 

ranczu nie uchodziło jej uwagi. 

Maddie  natomiast,  jako  właścicielka,  niewiele  miała  do  roboty  poza 

sprawdzaniem  miesięcznych  sprawozdań  finansowych,  zatwierdzaniem  kampanii 
reklamowych i podpisywaniem umów dotyczących większych zakupów. Od czasu 
do czasu pojawiała się na przyjęciach dla gości. Jej obecność jednak z pewnością 
nie była obowiązkowa. 

-  Powinnam  się  domyślić,  że  Fran  już  dała  ci  znać  -  przyznała  Maddie.  Miała 

zamiar powiedzieć jeszcze, że w barze, gdzie goście często przychodzili po konnej 
przejażdżce,  zabrakło  lodu,  ale  zauważyła,  że  jeden  z  podkuchennych  krząta  się 
właśnie przy maszynie, wrzucając kostki do kubełka. 

Nie chciała poddać się uczuciu, że jest tu właściwie zbędna, więc poszła popatrzeć 

na  przystawki,  które  jeden  z  kucharzy  układał  na  srebrnych  tacach.  Zauważyła 
kilka rodzajów kanapek, często serwowane rulonki z szynki na pumperniklu, bliny 
z kawiorem, ser z portwajnem na chlebie testowym i roladki z musem z tuńczyka. 

Na  drugiej  tacy  znajdowały  się  tradycyjne  zakąski  Południowego  Zachodu, 

między innymi małże z kremem serowym, udekorowane listkami bazylii. 

-  Wydaje  mi  się,  że  jeden  z  gości  zaznaczył,  że  jest  uczulony  na  owoce  morza  - 

wtrąciła. 

Guy Bonelle spojrzał na swego podwładnego. 
- Mówiłem przecież, żebyś oznaczył małże, zanim wyłożysz je na tacę. 
-  Zapomniałem.  -  Kucharz  pospiesznie  zdjął  małże  z  tacy  i  pobiegł  po  stosowne 

oznaczenie. 

- Dziękuję - powiedział Guy do Maddie, która tylko potrząsnęła głową. 
- I tak byś to zauważył, sprawdzając przystawki. 
Nie  miała  co  do  tego  najmniejszych  wątpliwości.  Guy  sam  był  uczulony  na 

truskawki, więc pamiętał o wszelkich alergiach pokarmowych gości. 

- Pewnie - zgodził się. - Ale im wcześniej wyłapie się takie niedociągnięcia, tym 

lepiej. 

-  Pani  Williams,  telefon  do  pani.  -  Jeden  z  pomocników  kuchennych  podał  jej 

słuchawkę. 

Maddie, zaskoczona i zaintrygowana, stanęła we wnęce, zdjęła klips i przyłożyła 

background image

 

100 

słuchawkę do ucha. 

- Maddie Williams. W czym mogę pomóc? 
-  Ja  chcę  do  mamusi!  -  zawołał  jakiś  drżący  głos.  W  tle  rozbrzmiewał  miarowy 

szloch, przerywany od czasu do czasu gniewnymi wrzaskami niemowlęcia. 

-  Joy?  To  ty,  prawda?  -  odgadła  Maddie  i  zmarszczyła  brwi.  -  Kochanie,  co  się 

stało? 

Dziecko usiłowało coś wykrztusić, ale zanosiło się od płaczu i Maddie nie mogła 

zrozumieć ani słowa. 

- Cśś, nie płacz. Wszystko będzie dobrze, tylko powiedz, co się stało - powtórzyła, 

ale  druga  odpowiedź  była  równie  niewyraźna,  jak  pierwsza.  Maddie  postanowiła 
zmienić taktykę. - Gdzie jest wasz wujek? 

Pytanie wywołało kolejny wybuch płaczu. 
- A Sofia? - spróbowała Maddie. 
- N-n-nie w-wiem - wyjąkała Joy. 
Czyżby Eben wyjechał i zostawił dzieci same w domu, bez opieki? Jeśli to zrobił, 

Maddie  postanowiła,  że  zabije  go  gołymi  rękami.  Poczuła,  jak  ogarnia  ją  zimna 
wściekłość. 

-  Joy,  posłuchaj.  -  Ścisnęła  mocniej  słuchawkę.  -  Zaraz  tam  będę.  Słyszysz? 

Przyjadę najszybciej, jak tylko zdołam. 

Rzuciła słuchawkę i wybiegła z kuchni. 

Rozdział 12 

Na  trasie  między  El  Regalo  a  ranczo  Ebena  Maddie  przekroczyła  wszelkie 

ograniczenia prędkości i dotarła na miejsce w rekordowo krótkim czasie. Od razu 
zauważyła Ebena, który właśnie wykładał siano dla koni. 

Na  myśl  o  tym,  że  zostawił  dzieci  same  w  domu,  znowu  ogarnął  ją  gniew.  A 

gdyby któreś z nich nagle zrobiło sobie krzywdę? 

Maddie zahamowała ostro i wyskoczyła z samochodu, zanim zdążył opaść pył. W 

ostatniej  chwili  zauważyła  leżący  na  podjeździe  dziecięcy  rowerek.  Omal  nie 
upadła,  potykając  się  o  plastykową  ciężarówkę.  Odsunęła  nogą  piłkę,  otworzyła 
frontowe drzwi i ruszyła w stronę, z której dobiegał szloch. Po drodze nadepnęła na 
pluszowego tygrysa i wyminęła wózek dla lalek wyładowany książkami dla dzieci. 

- Hope? Joy? Już jestem! - zawołała. 
Tad  natychmiast  zaczął  krzyczeć.  Zaskrzypiały  odsuwane  krzesła,  rozległo  się 

tupanie małych nóżek i zapłakane bliźniaczki wybiegły jej na spotkanie. 

Maddie przykucnęła i przytuliła je do siebie. Podniosła wzrok. W drzwiach stanęła 

Sofia,  kołysząc  w  ramionach  czerwonego  ze  złości,  zanoszącego  się  od  płaczu 
Tada. Młoda kobieta sprawiała wrażenie kompletnie wykończonej. 

- Co się tu dzieje? Co się stało? - spytała Maddie. 
Sofia sama wyglądała tak, jakby miała się zaraz rozpłakać. Zaczęła coś mówić w 

swoim ojczystym języku, ale szybko się zreflektowała i przeszła na angielski. 

-  Los  nińos  ciągle  płakać.  Ja  pytać  dlaczego,  one  mi  nie  mówić.  Mały,  on 

background image

 

101 

ząbkować, ale... - Spojrzała bezradnie na dziewczynki. 

-  Gdzie  jest  Dillon?  -  spytała  Maddie  łagodnym  głosem,  żeby  uspokoić płaczące 

bliźniaczki. 

La cocina. - Sofie wskazała głową drzwi. 
- Chodźcie. - Maddie wzięła obie dziewczynki za ręce i weszła do kuchni. 
Dillon siedział przygarbiony przy stole. Przed nim leżały porozrzucane  książki i 

zeszyty, których nawet jeszcze nie otworzył. 

- Co się stało, Dillon? Dlaczego dziewczynki płaczą? 
Chłopiec potrząsnął głową. 
- Przyszły tu całe zapłakane. To na pewno przez niego - dodał jadowicie. 
Maddie nie wątpiła, że miał na myśli Ebena, chciała to jednak usłyszeć. 
- Przez kogo? Przez waszego wujka? 
Dillon przytaknął. Jej gniew wyraźnie sprawił mu przyjemność. 
- Słyszałem, jak na nie krzyczał. 
Maddie  opanowała  się,  usiadła  na  krześle  i  wzięła  bliźniaczki  na  kolana.  Obie 

miały blade, ściągnięte buzie, mokre od łez policzki i zaczerwienione nosy. 

Na  stole  stało  pudełko  chusteczek  higienicznych.  Kilka  zużytych  chusteczek 

stanowiło dowód, że ktoś już próbował wytrzeć oczy i nosy dziewczynek. Maddie 
wyciągnęła  dwie  chusteczki  z  pudełka  i  otarła  najpierw  buzię  Hope,  potem 
piegowaty  nos  Joy.  W  tym  czasie  Sofia  przechadzała  się  po  kuchni,  usiłując 
uspokoić Tada. 

- Co wam powiedział wujek? - spytała Maddie. - Jak wam mogę pomóc? 
Hope znowu wygięła usta w podkówkę, a Joy spojrzała na Maddie ze smutkiem i 

powątpiewaniem. 

-  Wujek...  powiedział...  -  zaczęła  urywanym  głosem.  -  Że  nie  będzie...  Bożego 

Narodzenia... 

- Bo tu nie ma... śniegu... ani... choinek... - dodała Hope. 
- Powiedział... że to... pustynia... - ciągnęła Joy, rozmazując po policzkach łzy. 
- A na pustyni... 
- ...nie ma... świąt... 
- Tak wam powiedział? - wycedziła przez zęby Maddie. 
Zabić go to mało, pomyślała. Zasłużył na najgorsze tortury. 
- Aha - dziewczynki zgodnie pokiwały głowami. 
-  No  to  słuchajcie.  Wujek  nie  ma  racji  -  oznajmiła  Maddie  i  pogładziła 

rozwichrzone loki Joy. - Wiem na pewno, że się myli. 

- Naprawdę? - Hope spojrzała na nią sceptycznie. 
- Tak - odparła Maddie bardzo stanowczo. 
- Jak to? - Joy nie była przekonana. 
-  Jezus  urodził  się  w  miejscu,  które  wygląda  bardzo  podobnie  do  tego  tutaj  - 

powiedziała Maddie. 

- Tak? - Hope rozpogodziła się trochę. 

background image

 

102 

- Mhm. 
- Skąd wiesz? - Joy przekrzywiła głowę i uniosła brwi z zaciekawieniem. 
-  Wiem,  bo  Boże  Narodzenie  to  święta,  które  upamiętniają  narodziny  Jezusa,  a 

Jezus urodził się w... 

- Betlejem! - wykrzyknęły dziewczynki chórem. 
-  Właśnie.  A  Betlejem  leży  na  Wzgórzach  Jerozolimskich.  Jest  tam  sucho  i 

gorąco,  zupełnie  jak  tutaj,  i  są  takie  same  skały.  -  Maddie  uśmiechnęła  się  do 
dziewczynek, zadowolona, że ich łzy zaczęły w końcu obsychać.  - Pamiętacie, na 
czym jechała Maria, kiedy Józef zabrał ją do Betlejem? 

- Na osiołku - odpowiedziała szybko Joy. 
- Ja chciałam to powiedzieć - nadąsała się Hope. 
-  Hope,  pamiętasz  swój  rysunek  z  Trzema  Królami  na  koniach?  Co  wtedy 

powiedział Dillon? Że właściwie powinnaś narysować ich na... 

Hope myślała przez chwilę. 
- Wielbłądach? - odezwała się niepewnie. 
- Właśnie. A gdzie żyją wielbłądy? 
Obie zapłakane buzie natychmiast rozjaśnił uśmiech. 
- Na pustyni! 
- Więc tu też może być Boże Narodzenie... - Joy klasnęła w ręce z radości. 
- ...nawet jeśli nie ma śniegu i choinek! - dokończyła Hope, uszczęśliwiona. 
-  Zgadza  się.  Dopilnuję,  żeby  wasz  wujek  się  o  tym  dowiedział.  -  Nie  była  to 

obietnica,  ale  przysięga,  choć  wypowiadając  ją,  Maddie  uśmiechała  się  do  siebie 
złośliwie. 

- Święta! - wykrzyknęła Joy. 
- Święta! Święta! - podjęła Hope. - Boże Narodzenie! 
Bliźniaczki  zeskoczyły z kolan Maddie i zaczęły skakać po kuchni, klaszcząc w 

dłonie.  Wyczerpany  płaczem  Tad  poruszył  się  niespokojnie  w  ramionach  Sofii  i 
natychmiast znowu zapadł w drzemkę. Maddie postanowiła teraz rozwikłać kolejną 
zagadkę. 

- Sofio, czy dziewczynki poprosiły cię, żebyś do mnie zadzwoniła? 
- One dzwonić? - zdumiała się Meksykanka. - Ja nic o tym nie wiedzieć, seńora. 
Dillon skulił się na krześle, spuścił głowę i odwrócił wzrok. Zachowanie chłopca 

nie uszło uwagi Maddie. 

- Wiesz coś na ten temat, Dillon? - spytała podejrzliwie. 
- Niby skąd? - odparł, natychmiast zamykając się w sobie. 
- No jakkolwiek twoje siostry są bardzo mądre jak na swój wiek, nie dałyby rady 

same do mnie zadzwonić - odparła. - Ktoś musiał im pomóc. A skoro nie Sofia, to 
kto? 

Dillon poruszył się niespokojnie i wbił wzrok w swoje dłonie. 
- Nie mogłem ich uspokoić. Płakały, wołały mamę i... - Urwał i zawahał się. - W 

końcu zapytałem, czy chcą porozmawiać z tobą. 

background image

 

103 

Maddie natychmiast przyszło do głowy następne pytanie. 
- A skąd wziąłeś mój numer? 
-  Był  na  karteczce  koło  telefonu.  Razem  z  twoim  nazwiskiem.  -  Spojrzał  na  nią 

niepewnie. - Nie powiesz mu, prawda? Mówił, że gorzko pożałuję, jeśli ruszę się z 
tego krzesła. 

- Nie powiem - odparła Maddie przerażająco spokojnie. Był to ten rodzaj spokoju, 

jaki zazwyczaj poprzedza tornado. 

Dillon patrzył na nią przez chwilę. W jego oczach pojawił się błysk złośliwości. 
- Dasz mu trochę popalić, co? - Uśmiechnął się z satysfakcją. 
Maddie także się uśmiechnęła, rozbrojona łobuzerskim spojrzeniem chłopca. 
- Myślę, że nie tylko trochę. 
Dillon zaczął ukradkiem zsuwać się z krzesła. 
- A ty dokąd? - zatrzymała go Maddie. - Gdzie się wybierasz? 
-  Pomyślałem  sobie,  że  miło  będzie  na  to  popatrzeć  -  powiedział,  ciągle 

uśmiechając się konspiracyjnie. 

-  To  źle  pomyślałeś  -  oznajmiła  Maddie.  -  Jeśli  wujek  kazał  ci  tu  siedzieć,  to 

powinieneś siedzieć tak długo, aż pozwoli ci wstać. 

- O, nie - jęknął Dillon i niechętnie wrócił na swoje miejsce. 
 
Stary traktor zatrzymał się, podrygując i kaszląc, tuż za ostatnim wybiegiem dla 

koni.  Przytrzymując  jedną  ręką  sfatygowaną  kierownicę,  a  wyprostowaną  nogą 
wciskając pedał hamulca, Ramon odwrócił się na siodełku, żeby spojrzeć na Ebena, 
który  okręcił  właśnie  snop  siana  sznurem  i  zrzucił  go  z  ciągnika  za  ogrodzenie. 
Siano wylądowało ciężko na wybiegu, wzniecając tumany pyłu. 

Eben wyprostował się, zdjął kapelusz i otarł usta  rękawem. Potem znów założył 

kapelusz na głowę. Wszędzie miał na sobie źdźbła suchej trawy. 

Jeszcze 

wyraźniej 

czuł 

napięcie 

zmęczonych 

mięśni. 

Przerzucanie 

dziesięciokilogramowych  beli  siana  było  jednym  z  najlepszych  znanych  mu 
sposobów na rozładowanie złości, zaraz po rąbaniu drew na opał. Tym razem także 
zadziałało. 

- Gotowe, seńor?! - zawołał Ramon, przekrzykując warkot silnika. 
Zanim jednak Eben zdążył przytaknąć, w polu jego widzenia znalazło się coś, co 

przypominało  powiewające  na  wietrze  skórzane  frędzle.  Odwrócił  się  i  zobaczył 
Maddie,  ubraną  jak  Indianka  w  wełnianą  granatową  kurtkę,  obszytą  długimi 
frędzlami. 

Uświadomił  sobie  nagle,  że  ten  widok  sprawił  mu  ogromną  przyjemność.  W 

pierwszej chwili miał ochotę zeskoczyć z ciągnika i pobiec Maddie na spotkanie. 
Ale ona go uprzedziła. 

- MacCallister, złaź stamtąd! Mam ci coś do powiedzenia! - zawołała. 
Jej  gniewne  słowa  podziałały  na  niego  jak  zapałka  na  benzynę.  Zeskoczył  z 

traktora, machnął na Ramona, żeby dalej robił swoje, i wielkimi krokami podszedł 

background image

 

104 

do płotu. 

-  Co  ty  tu  robisz?  -  Jego  głos  spłoszył  ptaka,  który  poderwał  się  gwałtownie  z 

ziemi i odleciał w przeciwnym kierunku. 

Maddie od razu przeszła do rzeczy. 
-  Jak  śmiałeś  powiedzieć  dzieciom,  że  ludzie  na  pustyni  nie  obchodzą  Bożego 

Narodzenia?  Nigdy  nie  słyszałam  czegoś  równie  okrutnego!  -  oznajmiła.  -  Nie 
dość,  że  próbowałeś  im  wmówić,  że  Święty  Mikołaj  nie  istnieje?  A  odebrać  tym 
biednym dzieciom święta... 

- O czym ty mówisz? - spytał Eben, kompletnie wytrącony z równowagi. 
-  Jakbyś  nie  wiedział!  -  rzuciła  ze  złością  Maddie.  -  Kiedy  tu  przyjechałam, 

dziewczynki  były  niemal  w  histerii.  Szkoda,  że  nie  widziałeś,  jak  wypłakiwały 
sobie oczy. Złamałeś im serca, mówiąc, że święta to jedna wielka bzdura. 

- Niczego podobnego nie powiedziałem - zaprzeczył trochę niepewnie Eben. 
-  Teraz  oczywiście  będziesz  utrzymywał,  że  same  wszystko  sobie  wymyśliły. 

Słuchaj,  MacCallister.  -  Maddie  dźgnęła  go  palcem  w  klatkę  piersiową.  -  Takie 
małe  dziewczynki  nigdy  nie  wykombinowałyby  czegoś  tak  potwornego.  Nie  ma 
świąt Bożego Narodzenia! - powtórzyła z oburzeniem. - Za karę powinno się ciebie 
związać i posadzić na mrowisku albo... 

-  Cholera,  Maddie!  Nigdy  niczego  takiego  nie  mówiłem  -  zaprotestował  Eben.  - 

Męczyły  mnie  o  choinkę,  więc  im  powiedziałem,  że  choinki  nie  będzie.  To 
wszystko. 

Maddie spojrzała na niego nieufnie. 
-  Nie  wierzę  ci,  MacCallister  -  odparła  w  końcu.  -  Dwie  małe  dziewczynki  nie 

przekręciłyby tak twoich słów. A zresztą, dlaczego nie miałbyś im kupić choinki? - 
podjęła gniewnie. 

- Dlaczego? - powtórzył z niedowierzaniem Eben. - Czy ty wiesz, ile to kosztuje? 

Nie zamierzam wyrzucać pieniędzy na ścięte drzewo. 

- To kup choinkę w donicy. Po świętach będziesz mógł ją posadzić przed domem. 
- I patrzeć, jak usycha z braku wody? - prychnął Eben, który uznał tę sugestię za 

absurd.  -  Żyjemy  na  pustyni,  Maddie.  Pomyśl  rozsądnie.  To  byłyby  wyrzucone 
pieniądze. 

- Pieniądze, pieniądze, pieniądze.  Tylko to cię interesuje  - odparła z niesmakiem 

Maddie. - Ty i twoje bezcenne pieniądze! Nie zniósłbyś myśli, że można je wydać 
na głupią choinkę. 

-  Nie  rób  ze  mnie  cholernego  skąpca  -  wybuchnął  Eben.  -  Postaram  się,  żeby 

dzieci dostały prezenty na Boże Narodzenie. 

-  To  dobrze.  -  Maddie  z  zadowoleniem  kiwnęła  głową.  -  Cieszę  się,  że  choć  do 

tego zdołałam cię nakłonić. 

Eben  zdębiał.  Otworzył  usta,  żeby  coś  powiedzieć,  ale  Maddie  odwróciła  się 

napięcie  i  ruszyła  szybko  przed  siebie.  Frędzle  jej  kurtki  miarowo  powiewały  na 
wietrze. 

background image

 

105 

Eben  otrząsnął  się,  dał  nura  pod  belkę  płotu  i  pobiegł  za  Maddie.  Złapał  ją  za 

łokieć i odwrócił do siebie. 

- Dla twojej informacji, Panno Wszystkowiedząca: do niczego mnie nie nakłoniłaś 

- rzucił gniewnie. 

- Naprawdę? - Maddie sceptycznie uniosła brew. 
- Naprawdę! - odpalił z wściekłością. 
- Nie? - Maddie założyła ręce na piersi. - W takim razie, dlaczego dzieci odniosły 

wrażenie, że w ogóle nie będziecie obchodzić świąt? 

- A skąd ja mam wiedzieć, co się dzieje w ich głowach? - spytał z rozpaczą Eben. 

-  Oczywiście,  powiedziałem,  że  mieszkamy  na  pustyni,  że  nie  pada  tu  śnieg  i  nie 
rosną  drzewa,  jakie  znają  z  rodzinnych  stron.  Doprowadzały  mnie  do  szału, 
bajdurząc o lampkach, ozdobach i choinkach. 

- To tylko dzieci, MacCallister. Musisz wziąć to pod uwagę. 
-  Łatwo  ci  mówić  -  odparł  Eben.  -  Spróbuj  z  nimi  zamieszkać  pod  jednym 

dachem. 

-  Widzę,  że  chcesz  wzbudzić  moje  współczucie,  ale  masz  pecha.  Jeśli  ktoś  tu 

zasługuje  na  litość,  to  tylko  te  dzieci,  które  są  na  ciebie  skazane.  -  Ciemne  oczy 
Maddie  patrzyły  na  niego  z  wyrzutem.  -  Groziłeś  Dillonowi,  że  go  zbijesz,  jeśli 
wstanie od stołu. Co z ciebie za człowiek? Jesteś potworem. 

-  Smarkacz  zasługuje  na  niezłe  lanie.  -  Co  do  tego  Eben  nie  miał  żadnych 

wątpliwości. - Dzisiaj zadzwoniła do mnie jego nauczycielka. Ten chłopak jest na 
najlepszej drodze, by zostać nieletnim przestępcą. 

- Nie przesadzaj. 
- A kto przesadza?! Nie odrobił dotąd ani jednego zadania domowego, wszczyna 

bójki  w  klasie,  wymądrza  się,  przeszkadza  w  lekcjach  i  niszczy  mienie  szkoły. 
Może nie pamiętasz, ale chodzi tam zaledwie od tygodnia! 

-  Robi  to  wszystko,  żeby  zwrócić  na  siebie  uwagę  -  wyjaśniła  Maddie,  choć  w 

głębi ducha była poważnie zaniepokojona tak długą listą wykroczeń. 

- Cóż, właśnie mu się to udało - odparł Eben i zacisnął zęby. 
-  Gdybyś  wcześniej  okazał  mu  trochę  zainteresowania,  nie  doszłoby  do  tego.  - 

Maddie  postanowiła  bronić  chłopaka.  -  Dillon  ma  dopiero  siedem  lat.  Nie 
wystarczy  go  nakarmić  i  ubrać.  Musisz  spędzać  z  nim  więcej  czasu,  okazać  mu 
trochę  uczucia,  on  tego  potrzebuje.  Jeśli  nadal  będziesz  ignorował  jego  potrzeby, 
nie przestanie się buntować i rozrabiać. Właśnie po to, żebyś go w końcu zauważył. 

- Nie mam czasu... 
-  Jak  zwykle  -  przerwała  mu  ze  zniecierpliwieniem,  zirytowana  tą  od  dawna 

nadużywaną wymówką. 

Eben milczał ponuro przez chwilę. 
-  Nie  wiem,  po  co  w  ogóle  ta  dyskusja.  To  nie  twoja  sprawa  -  rzucił  w  końcu  i 

ruszył do stajni. 

Ale Maddie jeszcze nie skończyła. 

background image

 

106 

- Najłatwiej jest odwrócić się i odejść. 
-  Już  dość  kłótni  -  odpalił.  -  Cokolwiek  powiem,  ty  zawsze  się  do  czegoś 

przyczepisz. Kiedyś taka nie byłaś, Maddie. 

-  Masz  rację.  I  to  był  mój  błąd.  -  Maddie  przekroczyła  próg  tuż  za  Ebenem.  W 

stajni  mocno  pachniało  zwierzętami,  sianem  i  zbożem.  Maddie  jednak  ze 
zdenerwowania  nawet  tego  nie  zauważyła.  -  Już  dawno  powinnam  ci  się 
przeciwstawić, zamiast dusić wszystko w sobie. 

Eben odwrócił się gwałtownie i utkwił w niej swoje zimne, niebieskie oczy. 
- Dlaczego więc tego nie zrobiłaś? 
- Dlaczego? - powtórzyła drżąc z tłumionego gniewu. 
Stali  bardzo  blisko  siebie.  Mrok  stajni  odgradzał  ich  od  reszty  świata.  Maddie 

zmierzyła  wzrokiem  stojącego  przed  nią  mężczyznę,  który  całym  sobą  rzucał  jej 
wyzwanie.  Ale  to  nie  on  sam  tak  wytrącił  Maddie  z  równowagi.  Podobnie  jak  w 
przeszłości, była to jej fizyczna i emocjonalna reakcja na jego bliskość. 

-  Tak  bardzo  mi  na  tobie  zależało,  tak  cholernie  pragnęłam,  żebyś  był 

zadowolony, że nie potrafiłam zrobić ani powiedzieć niczego, co mogłoby ci się nie 
spodobać  -  przyznała  niechętnie,  ale  w  końcu  chciała  to  wszystko  wyjaśnić.  - 
Myślałam, że to coś da. Ale nie, bo ty i tak nie kochałeś mnie na tyle, żeby się ze 
mną ożenić. 

-  Znowu  wracamy  do  tych  bzdur?  -  odparł  Eben,  szybko  i  ostro.  -  Doskonale 

wiesz,  że  cię  kochałem.  Ile  razy  trzeba  powtórzyć  coś  kobiecie,  żeby  w  to 
uwierzyła? 

- Słowa nic nie znaczą, jeśli nie następują po nich czyny - odparowała Maddie. 
Odkąd  weszli  do  stajni,  atmosfera  była  bardzo  naładowana.  Teraz  ostry  głos 

Maddie  zadziałał  jak  iskra  na  beczkę  prochu.  Eben  chwycił  Maddie  wpół  i 
przyciągnął do siebie. 

- Więc ja nie popierałem swoich słów czynami? Nawet wtedy, gdy brałem cię w 

ramiona? - spytał sarkastycznie. 

Maddie  chciała  się  od  niego  odsunąć,  ale  on  ujął  jej  podbródek  swoją  wielką 

dłonią. W jego oczach, poza gniewem, kryły się jeszcze inne emocje. 

-  Nawet  wtedy,  gdy  cię  całowałem?  -  dodał.  Przywarł  ustami  do  jej  warg  w 

dzikim, gwałtownym pocałunku. 

Maddie  usłyszała  cichy,  tłumiony  jęk  tęsknoty.  Po  raz  pierwszy  poczuła,  jak 

głęboki był ból Ebena. 

Eben podniósł głowę, owiewając jej twarz wilgotnym, ciepłym oddechem. 
- Nie popierałem swoich słów czynami, gdy się z tobą kochałem? 
Maddie przesunęła palcami po jego policzku. 
- Seks nie jest dowodem miłości - powiedziała z łagodnym wyrzutem. 
Spojrzał na nią zimno. 
- Tylko małżeństwo, tak? 
W obawie, że znowu odejdzie, położyła  mu dłoń na ramieniu. Tyle pytań ciągle 

background image

 

107 

jeszcze  pozostawało  bez  odpowiedzi.  W  przeszłości  nie  miała  odwagi  ich  zadać. 
Dlatego zaczynała przypuszczać, że kiedyś zadała Ebenowi tyle samo bólu, ile on 
jej zadał. 

- Tak, małżeństwo też - odparła i urwała. Szukała odpowiednich słów.  - Jest coś, 

czego  nigdy  nie  potrafiłam  zrozumieć.  Jeśli  naprawdę  mnie  kochałeś,  dlaczego 
pozwoliłeś mi odejść? 

- A co mogłem zrobić? Nie miałem wyboru - odparł z goryczą. Nie chciał przyjąć 

do wiadomości, że ponosi odpowiedzialność za ich rozstanie. - Postawiłaś sprawę 
jasno: albo ślub, albo do widzenia. A ja wtedy nie byłem gotowy, żeby się z tobą 
ożenić. 

Maddie westchnęła ze zniecierpliwieniem. 
- Jasne. Nie zgromadziłeś wystarczająco dużo pieniędzy. 
Tak  brzmiała  jego  zwykła  odpowiedź.  Ale  tym  razem  Maddie  liczyła  na  coś 

więcej. 

-  Właśnie,  nie  było  mnie  stać  na  żonę  -  powiedział  z  naciskiem.  -  Nic  nie 

wiedziałaś  o  mojej  trudnej  sytuacji.  Nie  chciałem,  żebyś  wiedziała.  -  Podniósł 
dumnie głowę. - Całymi tygodniami ja i Carla żywiliśmy się tylko fasolą, jajkami i 
mlekiem. Nie było mnie stać na to, żeby zarżnąć krowę, chyba że któraś złamała 
nogę. Naprawdę cię kochałem, Maddie. Ale nie mogłem od ciebie wymagać, żebyś 
tak żyła. 

- Mogłam ci pomóc, pracować, przynosić dodatkowy dochód... - zaprotestowała. 
-  Już  to  przerabialiśmy  -  powiedział  Eben  tonem  ucinającym  dalszą  dyskusję  na 

ten  temat.  -  Nic  by  z  tego  nie  wyszło.  Jeśli  nawet  miałem  co  do  swojej  decyzji 
jakieś  wątpliwości,  Carla  je  rozwiała.  To  był  jej  dom,  a  jednak  nie  wytrzymała. 
Uciekła  przy  pierwszej  nadarzającej  się  okazji.  Ty  też  w  końcu  miałabyś  dość 
takiego życia. Z czasem byś mnie znienawidziła. - Spojrzał jej z bólem w oczy. - 
Nie zniósłbym tego. To bolałoby mnie bardziej niż fakt, że ode mnie odeszłaś. 

Mówił szczerze. Maddie widziała to w jego oczach, słyszała w głosie. Nagle, po 

raz pierwszy, wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. 

-  Dlatego  nie  próbowałeś  mnie  odzyskać,  kiedy  zaręczyłam  się  z  Allanem, 

prawda? - Teraz widziała to już jasno i wyraźnie. 

Jego oczy pociemniały dawnym gniewem i goryczą. 
-  Jak  miałbym  się  mierzyć  z  Williamsem?  -  Odwrócił  wzrok.  -  On  mógł  ci  dać 

pieniądze, o jakich ja nawet nie marzyłem. 

- Czy ty naprawdę nie rozumiesz? - Maddie aż się serce krajało na myśl o głupiej 

dumie... jego i swojej własnej. - Nie wyszłam za Allana dla pieniędzy. Był bogaty, 
ale darzył mnie prawdziwą miłością, bo ożenił się ze mną, chociaż nie mogłam mu 
dać w zamian nic  poza samą sobą.  Na początku wiedział, że nadal kocham tylko 
ciebie.  -  Uśmiechnęła  się  do  swoich  wspomnień.  -  Ale  Allan  kochał  mnie 
bezwarunkowo.  Taką,  jaką  byłam.  I  chciał  zaryzykować.  Liczył,  że  z  czasem 
zacznie mi na nim zależeć. Zaufał mi, ty nie. 

background image

 

108 

- Przy jego pieniądzach to nic trudnego  - odparł Eben z urazą, która dziwnie nie 

pasowała do żalu w jego oczach. 

Maddie uśmiechnęła się lekko. 
-  Teraz  mnie  obrażasz.  -  Pogłaskała  go  delikatnie  po  policzku.  -  Nie  należę  do 

kobiet, które można kupić. 

- Wiem - mruknął, zły na siebie, że znowu powiedział coś nie tak. 
Spojrzał na Maddie pokornie. Chciał ją w ten sposób przeprosić, ale ona machnęła 

ręką. 

-  Oboje  zawiniliśmy,  nie  ufając  sobie  nawzajem.  Cóż,  byliśmy  wtedy  młodzi  i 

głupi. 

- Maddie. - W tym jednym słowie Eben zawarł wszystko, co chciał jej powiedzieć, 

ale nie wiedział, jak to ująć. 

Maddie podeszła i pocałowała go delikatnie. Eben przesunął dłońmi po jej ciele z 

czułością, o jakiej niemal zapomniała. To było drugie oblicze Ebena  - delikatny i 
namiętny mężczyzna, który potrafił dawać i brać. 

Maddie,  oszołomiona,  przylgnęła  do  niego  całym  ciałem.  To  był  człowiek, 

którego  kochała.  Uwielbiała  zapach  jego  potu,  pył  na  ubraniu  i  męskie  dłonie.  I 
nigdy  nie  przestała  go  kochać.  Oddała  mu  serce  wiele  lat  temu...  a  odchodząc, 
zapomniała je ze sobą zabrać. 

Czasem  potrafił  być  dumny  i  nieprzejednany,  a  nawet  brutalny.  Ale  życie 

nauczyło Maddie, że nikt nie jest doskonały. Dobrze wiedziała, ile sama popełniła 
błędów. 

Ale  miłość  pozwoliła  jej  dostrzec,  że  mimo  wielu  wad,  Eben  ma  dobre  serce.  I 

bardzo czułe. 

- Drugi raz nie pozwolę ci odejść, Maddie  - wyszeptał stłumionym przez emocje 

głosem. 

Maddie zadrżała, słysząc to wyznanie, ale uczciwość kazała jej ostrzec Ebena. 
-  Ja  się  zmieniłam.  Nie  jestem  już  tą  młodą,  potulną  dziewczyną,  którą  kiedyś 

kochałeś.  Teraz  mówię  to,  co  myślę.  Będę  się  z  tobą  kłócić,  upierać  przy  swoim 
zdaniu. 

-  Zdążyłem  zauważyć.  -  Eben  uśmiechnął  się.  -  Ostatnio  rzadko  się  ze  mną 

zgadzałaś. 

- Masz coś przeciwko temu? - spytała, wstrzymując oddech. 
- Och, owszem. - Kiwnął głową, patrząc na Maddie zachłannie. - Ale nauczę się z 

tym żyć. To łatwiejsze, niż żyć bez ciebie. 

W  przypływie  pożądania  przywarli  do  siebie  w  długim,  gorącym  pocałunku. 

Maddie  zarzuciła  Ebenowi  ręce  na  szyję.  Kiedy  on  w  końcu  oderwał  usta  od  jej 
warg,  stali  jeszcze  przez  chwilę.  Obejmowali  się  ciągle  i  uśmiechali  do  siebie  z 
zakłopotaniem wywołanym przez nagły poryw odrodzonej miłości. 

-  Zostań  dziś  na  noc.  -  Eben  przesunął  dłonią  po  jej  plecach.  Denerwowała  go 

gruba  indiańska  kurtka,  a  nawet  cienka  bluzka  pod  spodem;  teraz  nie  chciał,  by 

background image

 

109 

cokolwiek ich dzieliło. 

Maddie uśmiechnęła się z żalem. 
-  Organizujemy  dziś  amatorskie  przedstawienie  dla  naszych  gości  -  wyjaśniła.  - 

Nie mogę się z tego wykręcić. 

- Więc jutro - zaproponował Eben, tłumiąc irytację. 
Maddie usłyszała nagle swój własny głos: 
-  Przykro  mi,  jutro  wydajemy  uroczystą  kolację  i  bal,  a  w  sobotę  będą  zawody 

hippiczne i barbecue. 

Eben zaczynał tracić cierpliwość. 
- Zatrudniasz tyle osób, że chyba ktoś mógłby cię zastąpić. 
Miał  oczywiście  rację.  Obecność  Maddie  nie  była  konieczna.  Może  to  duma, 

może ostrożność, a może po prostu potrzeba utwierdzenia się w poczuciu, że jest 
wolna  i  niezależna  -  dość,  że  Maddie  nie  miała  zamiaru  skorzystać  z  propozycji. 
Nie chciała też sprawiać wrażenia, że znowu jest na każde jego zawołanie. 

- Chyba nie powiesz, że praca nie jest najważniejsza?- spytała przekornie. 
Eben  natychmiast  się  zorientował,  że  omal  nie  wpadł  w  pułapkę.  Szybko  zaczął 

się wycofywać. 

- Nie. Miałem tylko nadzieję, że... 
- Więc pewnie się ucieszysz, jeśli ci zdradzę, że mogę wymknąć się w sobotę po 

barbecue i przyjechać tutaj.  -  Wygładziła kołnierzyk jego koszuli.  -  Rozpal ogień 
na  kominku.  Uprażymy  popcorn,  a  dzieci  będą  mogły  zrobić  z  niego  girlandy, 
zanim pójdą spać... 

- Girlandy? Po co? - Eben spojrzał na nią podejrzliwie. - Nie kupię żadnej choinki. 
- Nawet malutkiej? - przekomarzała się Maddie. - W końcu przecież idą święta. 
- Nie i koniec - oznajmił stanowczo, choć czuł, że to jeszcze wcale nie jest koniec. 

- Nie waż się kupić im choinki za moimi plecami, Maddie. Bo jeśli kupisz... 

-  To  co?  -  Maddie  wsunęła  dłonie  pod  koszulę  Ebena,  przylgnęła  do  niego  i 

potarła nosem o jego szyję. 

-  Wyrzucę  ją  i  tyle  -  powiedział,  walcząc  z  ogarniającym  go  podnieceniem.  Nie 

wiedział,  jak  ma  sobie  radzić  z  tą  nową,  agresywną  Maddie,  która  dobrze 
wiedziała, co robi i jak on to odbiera. - Przysięgam. 

- Nie mógłbyś być aż tak okrutny - wymruczała słodko. 
-  Maddie.  -  Chciał,  by  zabrzmiało  to  jak  ostrzeżenie,  ale  wyszło  raczej  jak 

błaganie. 

Maddie zaśmiała się cicho, tryumfalnie. 
Eben objął ją mocniej, jakby pragnął na zawsze zamknąć w tym uścisku. Szumiało 

mu  w  uszach,  nie  usłyszał  więc  chrzęstu  pustynnego  piasku  przed  stajnią  i 
nawoływań dzieci. 

Skrzypnęły  zardzewiałe  zawiasy.  Zaraz  potem  przez  uchylone  drzwi  do  środka 

wdarło się światło. 

- Wujku? - rozległ się głos małej dziewczynki. 

background image

 

110 

Eben  i  Maddie  odskoczyli  od  siebie  gwałtownie.  Joy  i  Hope  stały  przed  nimi  z 

szeroko otwartymi ustami. Joy pierwsza odzyskała mowę. 

- Całowaliście się... 
-  ...tak  jak  mama  i  tatuś  -  dokończyła  Hope,  wyraźnie  zaintrygowana  swoim 

odkryciem. 

- Mamusia mówiła, że całuje tatę... 
- ...bo go bardzo kocha. 
- Czy ty kochasz Maddie, wujku? - Joy przekrzywiła głowę. 
Eben czuł, że się czerwieni. 
- Co wy tu robicie? - zignorował pytanie. - Miałyście się nie oddalać od domu. 
- Sofia pozwoliła nam przyjść. - Joy przyglądała mu się z ciekawością. 
- Tak, a Dillon pyta... - zaczęła Hope, która właśnie przypomniała sobie cel wizyty 

w stajni. 

- ...czy ma iść wydoić Annabelle... 
- ...czy siedzieć przy stole. 
- Siedzi tam już bardzo długo. - Joy wstawiła się za bratem. 
-  Sam  ją  dzisiaj  wydoję  -  odparł  Eben.  -  Powiedzcie  Dillonowi,  że  ma  skończyć 

zadanie domowe do mojego powrotu. 

- W porządku. - Joy westchnęła z żalem. 
-  Czy  Maddie  mówiła  ci  już,  że  będą  święta?  -  spytała  Hope  trochę  nieśmiało, 

jakby się bała, że Eben zaraz zacznie się sprzeciwiać. 

- Nigdy nie twierdziłem, że nie będzie świąt - odparł defensywnie Eben. 
Joy już otwierała usta, żeby mu zaprzeczyć, ale Maddie ją ubiegła. 
- To było nieporozumienie, dziewczynki. 
-  Więc  dostaniemy  choinkę?  -  rozpromieniła  się  Joy,  składając  ręce  jak  do 

modlitwy. 

- Nie - uciął krótko Eben. A spodziewając się, że Maddie podniesie krzyk, spojrzał 

na nią ostro. - Już raz wam to powiedziałem i nie zmienię zdania. 

- Ale my musimy mieć choinkę... 
- ...żeby położyć pod nią prezenty - upierały się bliźniaczki. 
Joy nie dała mu czasu na odpowiedź. Czuła, że pozostanie głuchy na ich prośby, 

więc postanowiła zwrócić się do Maddie. 

- Proszę, powiedz wujkowi... 
- ...że musimy mieć choinkę. 
Maddie,  rozbawiona  sytuacją,  spojrzała  z  ukosa  na  Ebena.  Potrafiła  dokładnie 

określić stopień jego zniecierpliwienia. 

- To nie jest odpowiednia chwila, żeby rozmawiać z wujkiem na temat choinki  - 

odparła. - Kiedy się go do czegoś zmusza, robi się bardzo uparty. 

Joy z namysłem zmarszczyła brwi. 
- Ale my go nie zmuszamy, Maddie. 
- Tylko prosimy - dodała niewinnie Hope, szeroko otwierając oczy. 

background image

 

111 

- Odpowiedź nadal brzmi: nie - wtrącił się Eben. 
- Ale, wujku... - zaczęła błagalnie Joy. 
- Powiedziałem... 
Maddie łagodnie ujęła go za rękę. 
-  Wiemy,  wiemy.  I  nie  zamierzamy  się  już  dzisiaj  o  to  spierać,  prawda, 

dziewczynki? 

Bliźniaczki westchnęły ciężko i niechętnie pokiwały głowami. 
Maddie lekko uścisnęła dłoń Ebena. 
- Do zobaczenia w sobotę - szepnęła. Spojrzała na niego przeciągle, odsunęła się i 

wyprowadziła dzieci ze stajni. 

Eben  natychmiast  zapomniał  o  choince.  W  tej  chwili  potrafił  myśleć  tylko  o 

obietnicy, jaką dostrzegł w oczach Maddie. Od wielu lat nie czekał na weekend tak 
niecierpliwie. Zaczął liczyć dni dzielące go od soboty. Ale wydała  mu się bardzo 
odległa,  kiedy  wrócił  z  wiadrem  mleka  do  domu  i  odkrył,  że  Dillon  nie  zaczął 
jeszcze  odrabiać  lekcji.  W  tej  walce  nie  zamierzał  ulec  komuś,  kto  ma  zaledwie 
siedem lat. 

Rozdział 13 

Jasne  jak  zboże  włosy  lśniły  w  świetle  lampy.  Eben  przycupnął  niepewnie  na 

staroświeckim  stołku  przy  toaletce  i  rozczesywał  jedwabiste  loki  Joy,  która 
siedziała  mu  na  kolanach  ubrana  w  liliową  koszulkę  nocną.  Przy  każdym 
pociągnięciu szczotką pochylała głowę lekko do przodu. 

Hope przysiadła na podłodze i uczyła Tada zabawy „idzie kominiarz po drabinie”. 

Tad machał rączkami, usiłując naśladować, ruchy siostry. Od czasu do czasu udało 
mu  się  odpowiednio  spleść  paluszki,  ale  nie  potrafił  utrzymać  ich  wszystkich  we 
właściwej  pozycji.  Niezrażony  porażką  śmiał  się  radośnie,  pokazując  nowo 
wyrżnięte ząbki. 

Eben przerwał na chwilę czesanie i obrócił Joy, by wyszczotkować jej włosy po 

drugiej  stronie.  Już  niemal  kończył,  kiedy  szczotka  nagle  zaplątała  się  w  kołtun. 
Niechcący szarpnął dość mocno, tak że Joy krzyknęła: 

- Auuu! To boli, wujku. 
- Wytrzymaj chwilę - powiedział. - Zaraz skończymy. 
Zaczynając od końcówek włosów, rozplatał kołtun, tak jak to robił, gdy koniom 

splątały się grzywy. 

Ten  wieczorny  rytuał nieuchronnie przywodził  mu na  myśl czasy, kiedy układał 

włosy małej Carli. Warkocze, kucyki, koki - kiedyś potrafił zrobić każdą fryzurę. A 
teraz  znowu  musiał  się  ich  wszystkich  nauczyć.  O  dziwo,  nie  miał  już  nic 
przeciwko temu. 

Starał się tylko nie dopuszczać do siebie uczucia dziwnego ciepła, jakie ogarniało 

go  zawsze,  gdy  czesał  włosy  bliźniaczek.  W  głębi  duszy  wiedział,  że  jest  ono 
związane  ze  wspomnieniem  Carli.  Czy  mu  się  to  podobało,  czy  nie,  dostrzegał 
czasem swoją siostrę w jej córkach. 

background image

 

112 

Poza tym, że obie miały jej błękitne oczy, nie były właściwie do niej podobne. Ich 

okrągłe  buzie  nie  przypominały  kanciastej  twarzy  matki.  Jasne  loki  dziewczynek 
oczywiście wyglądały zupełnie inaczej niż ciemne, proste włosy Carli. 

Ale  Joy  emanowała  takim  samym  optymizmem,  jak  Carla.  Reagowała  równie 

spontanicznie. Wszystko wokół budziło jej entuzjazm i żywiołową radość. Trudno 
byłoby wybrać dla Joy bardziej odpowiednie imię. 

Hope odziedziczyła po matce inne cechy - wrażliwość, lekką rezerwę i skłonność 

do  fantazjowania.  Tak  jak  Carla  żyła  marzeniami,  z  których  nie  zawsze  się 
zwierzała. 

Eben zastanawiał się czasami, o czym marzyła jego siostra. 
Choć bardzo się starał, coraz trudniej było mu pielęgnować w sobie stary gniew. 

Głównie za sprawą bliźniaczek. 

Poczuł się dziwnie nieswojo. Trochę obcesowo zdjął Joy z kolan i postawił ją na 

podłodze. 

- Gotowe - oznajmił. - Czas do łóżka. 
- Jeszcze nie - zaprotestowała Joy, dokładnie tak, jak się spodziewał. 
- Prosimy, wujku! - dodała natychmiast Hope. 
-  Nie.  Obie  marsz  do  łóżka.  -  Eben  wziął  na  ręce  Tada,  który  zapiszczał, 

zaskoczony. 

Joy westchnęła z niezadowoleniem. 
- Dlaczego Dillon może jeszcze siedzieć? 
- Bo ma pracę domową do odrobienia - odparł Eben, podciągając Tada wyżej. 
- Ale on jutro idzie do szkoły - przypomniała mu surowo Hope. 
-  Właśnie  dlatego  musi  odrobić  lekcje  -  wyjaśnił  cierpliwie.  Tad  skorzystał  z 

okazji i złapał go paluszkami za dolną wargę, zadrapując ją przy tym lekko. Eben 
odsunął małą rączkę i postanowił w najbliższym czasie przyciąć Tadowi paznokcie. 
- A wy bierzcie swoją lalkę i idźcie spać. 

Joy, z miną zirytowanej dorosłej osoby, pokręciła głową. 
- Najpierw musimy zmówić paciorek, wujku. Zapomniałeś? 
- Więc zróbcie to szybko - odparł Eben. - Już późno. 
Bez  najmniejszego  pośpiechu  bliźniaczki  uklękły  przy  łóżku,  złożyły  dłonie  i 

zamknęły  oczy,  po  czym  zaczęły  wieczorną  modlitwę,  która  w  dziwny  sposób  z 
dnia na dzień stawała się coraz dłuższa. 

Tym razem prosiły Pana Boga o błogosławieństwo nie tylko dla członków własnej 

rodziny,  ale  także  dla  Sofii,  Ramona,  Luisa,  krowy  Annabelle  i  konia  Duffy’ego. 
Wspomniały  też  nauczycielkę  Dillona,  co  Eben  uznał  za  bardzo  stosowne. 
Spodziewając  się  już  sakramentalnego  „amen”,  zaczął  zaganiać  dziewczynki  do 
łóżka, ale okazało się, że to jeszcze nie koniec. Joy spojrzała na niego spod oka. 

-  I  prosimy  cię,  Boże,  spraw,  żeby  wujek  Eben  kupił  nam  choinkę  na  święta  - 

dodała do wyjątkowo rozbudowanej tym razem listy próśb i podziękowań. 

-  Naprawdę  musimy  mieć  choinkę  -  poparła  ją  z  przekonaniem  Hope,  ciągle 

background image

 

113 

mocno zaciskając powieki. 

- Amen - zakończyły chórem, szybko wdrapały się na łóżko i przykryły kołdrą. 
Eben  poczuł  lekkie  wyrzuty  sumienia,  ale  postanowił  je  zwalczyć.  Żadna  z 

dziewczynek  nawet  na  niego  nie  spojrzała.  Dopiero  kiedy  Eloiza  została 
usadowiona wygodnie w środku, podniosły na niego niewinne błękitne oczy. 

-  Sprytnie.  -  Eben,  bardziej  rozbawiony  niż  zirytowany,  przysiadł  na  łóżku  i 

przytrzymując Tada na kolanie jedną ręką, drugą otulił dziewczynki kołdrą. - Ale 
choinki  i  tak  nie  będzie  -  oznajmił,  żeby  utwierdzić  w  tym  przekonaniu  zarówno 
bliźniaczki, jak i samego siebie. 

- Jeszcze nie ma świąt - przypomniała Joy. 
- Panu Bogu zostało jeszcze trochę czasu - dodała z uśmiechem Hope. 
To był szantaż emocjonalny. Eben za nic nie zamierzał mu ulec. 
- Nie róbcie sobie nadziei - ostrzegł. 
- Ale przecież Boże Narodzenie to właśnie... - zaczęła Joy. 
- ...radość i nadzieja - dokończyła jej siostra, kiwając głową. 
- A to przecież my - stwierdziła z dumą Joy, usiadła na łóżku i pocałowała Ebena. 

- Dobranoc, wujku. 

Hope natychmiast się poderwała i pocałowała go w drugi policzek. 
- Dobranoc, wujku. 
- Dobranoc. 
Pocałunki  dziewczynek  obudziły  w  Ebenie  czułość,  do  której  nie  chciał  się 

przyznać. W połowie drogi do drzwi usłyszał nagle hałas. W holu nikogo nie było. 
Nasłuchiwał przez chwilę. Podejrzany szelest dobiegał z kuchni. 

-  Ciekawe,  co  robi  twój  starszy  brat  -  mruknął  do  Tada,  który  odpowiedział  mu 

sennym  spojrzeniem  i  szerokim  ziewnięciem.  -  Pójdziemy  po  twoją  butelkę  i 
zobaczymy, dobrze? 

Dillon siedział w kuchni na krześle z ponurą miną. Sprawiał wrażenie, że był tam 

przez cały czas. 

-  Odrobiłem  lekcje.  Zadowolony?  -  burknął  sarkastycznie,  unikając  wzroku 

Ebena. 

- Pokaż. - Eben spojrzał przelotnie na stół i podszedł do lodówki. 
- Proszę. - Dillon wskazał dłonią zeszyt. - Mogę już iść? 
- Nie, pójdziesz, jak sprawdzę - odparł Eben. 
Wyjął  butelkę  z  lodówki,  włożył  ją  do  stojącego  na  piecyku  garnka  z  wodą  i 

włączył  palnik.  Dopiero  potem  podszedł  do  stołu  sprawdzić  zadanie  domowe 
Dillona. Spodziewał się, że będzie odrobione byle jak, ale przeczytał je  uważnie  i 
stwierdził, że wszystkie odpowiedzi, z wyjątkiem dwóch, są poprawne. 

- W porządku. - Usatysfakcjonowany kiwnął głową. - Możesz iść do łóżka. 
-  Skoro  już  odrobiłem  lekcje,  to  chyba  nie  zamierzasz  odwozić  mnie  jutro  do 

szkoły? - Dillon spojrzał na wuja niepewnie. 

- Oczywiście, że zamierzam. 

background image

 

114 

Woda w garnku zaczęła się gotować. Butelka zabrzęczała cicho. 
- Przecież mogę pojechać autobusem - zaprotestował Dillon. 
Eben sprawdził temperaturę mleka. 
- Nic z tego. 
- Ale ja nie chcę, żebyś mnie odwoził - upierał się Dillon, wyraźnie niespokojny. 
-  Szkoda  -  odparł  Eben.  -  Ale  ja  chcę  dostać  wszystkie  twoje  zaległe  prace 

domowe. 

- Pani wcale nie mówiła, że mam je odrabiać. 
- Zgadza się. To ja powiedziałem, że uzupełnisz zadania. 
Eben wylał kilka kropel mleka na nadgarstek. Było ciepłe, ale nie gorące. 
- To nie w porządku! 
-  W  porządku  czy  nie,  i  tak  je  odrobisz.  -  Eben  wsunął  smoczek  butelki  do  buzi 

Tada, który zaczął łapczywie ssać, przymykając z zadowoleniem oczy. 

Dillon nie podzielał uczuć brata. 
-  Nie  będę  odrabiał  tych  głupich  zadań  domowych!  -  zawołał,  zebrał  ze  stołu 

swoje rzeczy i wybiegł z kuchni. 

Kilka sekund później drzwi jego pokoju zamknęły się z hukiem. 
 
Wojna o zaległe prace domowe rozpętała się na dobre. 
W piątek Dillon spędził cały wieczór przy kuchennym stole ze wzrokiem wbitym 

w stertę zadań, ale żadnego z nich nawet nie zaczął odrabiać. 

Sądząc po upartej minie chłopca, sobota zapowiadała się podobnie. 
- Bierz się do roboty. - Eben spojrzał na siostrzeńca groźnie. 
- Ani mi się śni! - odparł butnie Dillon. 
Zakłopotana Sofia sprzątała ze stołu po śniadaniu. 
- Cóż, twój wybór, mały... 
-  Nie  nazywam  się  mały!  -  krzyknął  ze  złością  Dillon.  -  Nienawidzę,  jak  tak  do 

mnie mówisz! 

Eben zignorował wybuch złości chłopaka. 
-  Bez  względu  na  to,  będziesz  tu  siedział  tak  długo,  aż  zrobisz,  co  do  ciebie 

należy. 

- Nie. - Dillon wojowniczo założył ręce na piersi i tupnął mocno nogą. 
-  Ja  ci  pomóc  -  zaproponowała  szybko  Sofia,  która  wyraźnie  współczuła 

dzieciakowi. - Razem my to zrobić prędko, nie? 

- Nie! - Spojrzał na nią oczami pełnymi łez.  - Są ferie świąteczne. Idę do szkoły 

dopiero za dwa tygodnie. Nawet nie tknę tych głupich zadań domowych! 

-  Gdybyś  odrobił  je  wtedy,  kiedy  były  zadane,  nie  musiałbyś  siedzieć  nad  nimi 

teraz - przypomniał mu Eben. - No, przynieś tu swoje rzeczy. 

- Nie! - krzyknął z wściekłością Dillon. - Nigdy! 
Zerwał się z krzesła i wybiegł z kuchni. Eben ruszył za nim. 
-  Wracaj,  bo...  -  ryknął,  ale  w  tej  samej  chwili  usłyszał  trzaśniecie  frontowych 

background image

 

115 

drzwi. Zatrzymał się w pół kroku. W oknie przelotnie dostrzegł zalaną łzami twarz 
Dillona, który biegł, potykając się i płacząc, na tył domu. Eben westchnął, odwrócił 
się i natychmiast napotkał pełne wyrzutu spojrzenie bliźniaczek. 

- Co mu jest? - spytała Joy. Wyraz jej twarzy nie pozostawiał wątpliwości, kogo 

dziewczynka uważa za winnego zaistniałej sytuacji. 

- Nic. Po prostu jest zły. - Eben sam kipiał wściekłością. 
Była sobota, wieczorem miała przyjechać Maddie. Eben dobrze wiedział, jak ona 

zareaguje, kiedy zobaczy Dillona pokutującego nad zadaniami domowymi. 

- Mam za nim pójść, seńor Mac? - spytała z wahaniem Sofia. 
Eben myślał nad tym przez chwilę. W końcu westchnął ciężko i potrząsnął głową. 
- Nie. Niech się wypłacze. Nic mu nie będzie. 
-  Ale  to  tylko  mały  chłopiec  -  zaprotestowała  Sofia.  Mówiła  dokładnie  jak 

Maddie. - Może się zgubić. On nie znać pustyni. 

- Nie odejdzie daleko - odparł Eben z pewnością, której nie odczuwał. 
Wyszedł  na  zewnątrz  i  ukradkiem  spojrzał  na  skaliste  zbocze  za  domem.  Przy 

zwalisku  wielkich,  obłych  głazów  dostrzegł  niewielki  błękitny  punkcik,  w  tym 
samym odcieniu, jaki miała bluza Dillona. 

Eben  zapamiętał  to  miejsce  i  ruszył  na  padok  zająć  się  szkoleniem  koni.  Kiedy 

dosiadał drugiego z kolei, błękitnego punkciku już nigdzie nie było widać. 

Po pewnym czasie za dom wyszła Sofia z bliźniaczkami. Zaczęła wołać Dillona. 

Jej głos dźwięczał czysto w pustynnym powietrzu. 

Ale nikt na wołanie nie odpowiedział. 
Uparty,  głupi  smarkacz,  pomyślał  Eben.  Nie  zdaje  sobie  sprawy,  że  ktoś  się  o 

niego  martwi?  A  może  to  część  jego  planu?  Pewnie  postanowił  nastraszyć 
wszystkich i w ten sposób zwrócić na siebie uwagę. 

Jeśli  dzieciak  wkrótce  się  nie  pojawi,  osiągnie  swój  cel,  pomyślał  Eben  i 

zdecydował spuścić urwisowi tęgie lanie. Zakładając, oczywiście, że chłopak wróci 
cały i zdrowy. 

Nadeszła pora obiadu, a Dillona ciągle nie było. 
Zaniepokojona  Sofia  krzątała  się  po  kuchni.  Stanęła  za  krzesłem  Ebena  z 

dzbankiem kawy, choć filiżanka na stole była pełna po sam brzeg. 

- Dillon, może on się zgubić? - spytała z niemal namacalnym strachem. 
- Może. - Eben włożył łyżkę do talerza z zupą. Czuł na sobie oskarżycielski wzrok 

bliźniaczek.  Dziewczynki  patrzyły  na  wujka  szeroko  otwartymi  oczami  znad 
swoich nietkniętych porcji. W kącie kuchni Tad złapał się siatki kojca i podciągnął 
na nogi, potem zapiszczał wesoło, żeby zwrócić na siebie czyjąś uwagę. 

Ale nikt nawet nie spojrzał na uradowanego malucha. 
Tad  wydał  więc  jeszcze  jeden  okrzyk  i  klapnął  na  miękko  wyściełaną  podłogę 

kojca.  Chwycił  wypchanego  lwa,  potrząsnął  nim  gwałtownie  i  wepchnął  sobie  do 
buzi jego ogon. 

Sofia odstawiła dzbanek z kawą na piecyk i wyjrzała przez okno. 

background image

 

116 

- Dillon nie zjeść rano naleśników. Na pewno teraz on być głodny  - powiedziała, 

głęboko zatroskana. 

- Na pewno. - Eben unikał wzroku bliźniaczek. 
Pomyślał, że jedzenie w ciszy, bez ich bezustannej paplaniny to wielka ulga, ale 

już po chwili przedłużająca się cisza zaczęła mu grać na nerwach. 

-  A  jeśli  on  upaść,  seńor  Mac.  -  Oczy  Sofii  pociemniały  z  przerażenia.  -  Leżeć 

ranny? Wąż go ugryźć? 

Eben sam zdążył już opracować w myślach całą listę ponurych możliwości. 
- O tej porze roku grzechotniki rzadko wypełzają z nor. 
Wiedział jednak, że Dillon mógł nadepnąć na takiego, który akurat wygrzewał się 

w słońcu. 

- Wujku? - zaczęła Joy, cicho i z wahaniem. 
- Co? - Podniósł wzrok na jej przestraszoną buzię. 
- Czy Dillon poszedł do nieba... 
- ...jak tatuś i mamusia? - dokończyła drżącym głosem Hope. 
-  Oczywiście,  że  nie  -  odparł  Eben,  celowo  dość  szorstko.  -  No,  dlaczego  nie 

jecie? - spróbował zająć bliźniaczki czymś innym. 

Joy odsunęła od siebie talerz z zupą. 
- Nie jestem głodna. 
- Ja też - mruknęła Hope i spuściła głowę. 
Prawdę mówiąc, Eben także nie miał apetytu. Czuł jednak, że powinien coś zjeść, 

bo będzie potrzebował dużo sił. 

Joy spojrzała na niego smutno. 
- Ja chcę do Dillona - powiedziała drżącym głosikiem. 
- On wkrótce wróci. 
Nawet gdybym miał go tu przywlec za włosy, dodał w myślach. 
- Może pan pójść go poszukać - zaproponowała nieśmiało Sofia. 
- Mam zamiar to zrobić. Jak tylko skończę jeść. 
Znowu  zanurzył  łyżkę  w  zupie,  chociaż  nie  spodziewał  się,  że  będzie  w  stanie 

jeszcze cokolwiek przełknąć. 

- Naprawdę? - Sofia odetchnęła z ulgą, zaskoczona i uradowana. 
-  Oczywiście.  -  Zirytowało  go,  że  się  tego  nie  spodziewała.  -  Luis  i  Ramon 

powinni tu być lada chwila. Kazałem im osiodłać konie zaraz po obiedzie. 

-  Ja  się  bardzo  cieszyć,  seńor  Mac  -  oznajmiła  Sofia.  -  Ja  się  martwić,  czy  coś 

złego Dillon się nie przytrafić. 

- A smarkacz pewnie się śmieje w głos z kłopotów, które narobił - burknął Eben. 
Zupa rosła mu w ustach. Odłożył łyżkę i wstał od stołu. 
Dziesięć  minut  później  pod  dom  podjechali  Ramon  i  Luis.  Prowadzili  ze  sobą 

Duffy’ego. Eben dał im strzelby i kazał wystrzelić trzy razy, gdyby któryś odnalazł 
Dillona.  Jedną  lornetkę  wręczył  Ramonowi,  drugą  przywiązał  sobie  do  siodła. 
Upewnił się, czy  wszyscy  mają wodę w bukłakach,  wskoczył na szarego ogiera i 

background image

 

117 

chwycił  lejce.  Spojrzał  w  stronę  zbocza,  na  którym  ostatni  raz  widział  błękitną 
bluzę Dillona. 

-  Gdzie  mamy  najpierw  szukać,  seńor  Mac?  -  spytał  Ramon.  Jego  twarz 

przypominała  pozbawioną  wyrazu  maskę.  Tylko  z  oczu  wyzierał  niepokój,  który 
wszyscy odczuwali. 

Eben  nie  musiał  zastanawiać  się  nad  odpowiedzią.  Wiedział  już,  skąd  zaczną 

poszukiwania. 

Zakładając,  że  Dillon  nie  zawrócił  od  strony  pastwisk  i  stajni,  Eben  doszedł  do 

wniosku, że powinni skupić się na skalistym obszarze za domem. Wysłał Luisa w 
lewo, w labirynt niskich pustynnych skał, a Ramona na prawo, gdzie ciągnęła się 
kamienista  równina,  poznaczona  gdzieniegdzie  kępami  kaktusów  i  rzadkiej, 
wyschłej  trawy.  Sam  postanowił  ruszyć  na  wzgórze,  gdzie  wcześniej  dostrzegł 
błękitny  punkt.  Nie  miał  pewności,  czy  rzeczywiście  widział  bluzę  Dillona,  ale 
pamiętał, że jako chłopiec tam właśnie uciekał z domu, kiedy był zły na ojca. Tylko 
raz  w  takiej  sytuacji  wybrał  się  do  miasta.  Zazwyczaj  wspinał  się  na  smagane 
wiatrem skały, wysoko, jakby chciał w dole zostawić wszystkie swoje problemy. 

Teraz mógł tylko mieć nadzieję, że Dillon zrobił to samo. 
Dźgnął lekko ostrogą szarego konia. Ogier ruszył stępa, omijając szerokim łukiem 

rozłożyste  kolczaste  drzewo,  które  rosło  tuż  za  domem.  Spod  podkutych  kopyt 
pryskały  cząstki  żwiru  i  drobne  kamienie.  Eben,  skupiony  na  przepatrywaniu 
wznoszących  się  przed  nim  skał,  nie  odwrócił  się  nawet  w  stronę  Sofii  i 
bliźniaczek.  Meksykanka  z  dziećmi  stała  na  werandzie  i  odprowadzała  wzrokiem 
trzech  oddalających  się  jeźdźców.  Po  kilku  minutach  Eben  był  już  za  daleko,  by 
usłyszeć dzwonek telefonu, który nagle rozległ się wewnątrz domu. 

Twarzyczka Joy pojaśniała. 
- Może to Dillon! - zawołała dziewczynka i pobiegła do kuchni. 
Hope natychmiast ruszyła za siostrą. Razem przysunęły krzesło do kredensu. Joy 

wdrapała się na siedzenie, chwyciła słuchawkę i przycisnęła ją do ucha. 

- Halo? Dillon? 
- Nie, kochanie, to ja. Maddie. 
Joy, rozczarowana, odwróciła się do Hope. 
-  To  tylko  Maddie  -  powiedziała.  -  Myślałyśmy,  że  może  Dillon  -  dodała  do 

słuchawki. 

- Dlaczego? - Maddie zaśmiała się z zakłopotaniem. 
- Bo on sobie poszedł. - Joy zaczęła skręcać sznur telefonu w palcach. 
- Poszedł? A dokąd? 
- Nie wiemy. - Broda Joy zaczęła lekko drżeć. 
- Jak to... - zaczęła Maddie i urwała. - Jest tam gdzieś wasz wujek? 
- Nie, pojechał szukać Dillona. Razem z Ramonem i Luisem. 
- A kiedy Dillon sobie poszedł? - spytała Maddie. - Od jak dawna go nie ma? 
- Od rana - odparła Joy z oczami pełnymi łez. - Był zły na wujka Ebena i wybiegł 

background image

 

118 

z domu. Nawet nie zjadł naleśników. Nie widziałaś go, Maddie? 

- Nie, przykro mi, ale... 
- Myślisz, że poszedł do nieba, tak jak mama i tatuś? - Joy zaczęła płakać. 
- Jestem pewna, że nie... 
-  Wujek  też  tak  powiedział.  Ale  ja  wiem,  że  Dillon  za  nimi  bardzo  tęskni  - 

wyszlochała Joy. 

- Oczywiście, ale... 
Hope wybuchła płaczem i Joy całkiem straciła panowanie nad sobą. 
- Chcę mojego brata! - zawołała do słuchawki. 
- Ćśś, uspokój się, skarbie. Wasz wujek odszuka Dillona. Naprawdę - zapewniła ją 

szybko Maddie. - A teraz idźcie do Sofii. Ja zaraz przyjadę. Dobrze? 

- ...brze - odparła Joy zduszonym głosem i odwiesiła słuchawkę. 
 
Poszukiwania trwały już od trzech godzin, ale Eben nie znalazł nigdzie ani śladu 

chłopca. W końcu pozwolił koniowi iść własną drogą wśród skał. 

Nad ich głowami krążył sokół. Ale Eben nawet go nie zauważył. Ciągle rozglądał 

się uważnie dookoła. Czekał na jakiś ruch czy dźwięk. 

Od czasu do czasu przykładał dłoń do ust i wołał Dillona. Potem wstrzymywał na 

moment konia i nasłuchiwał, choć już przestał spodziewać się odpowiedzi. 

Gdyby dzieciak chciał, by go odnaleziono, już dałby o sobie znać. Chyba że nie 

chciał - to zupełnie inna sprawa. 

W  okolicy  było  mnóstwo  kryjówek.  Dillon  mógł  bez  końca  bawić  się  w 

chowanego. Wystarczyło ukrywać się za skałami. 

Niewykluczone jednak, że chłopak leżał gdzieś ranny i nieprzytomny. Myśl o tym 

sprawiała, że Eben nie zaprzestał poszukiwań. 

Kolejny  raz  wyjął  lornetkę  z  futerału  i  rozejrzał  się  wokół.  Potem  spojrzał  na 

słońce.  Dał  sobie  jeszcze  jedną  godzinę.  Postanowił,  że  jeśli  w  tym  czasie  nie 
odnajdzie chłopca, powiadomi władze i sprowadzi śmigłowiec - dopóki jeszcze jest 
jasno. Może z góry uda im się dostrzec Dillona. 

Eben  wolał  nie  myśleć,  co  będzie,  jeśli  chłopiec  nie  znajdzie  się  do  wieczoru. 

Dillon nie miał nawet kurtki, a o tej porze roku po zmierzchu robiło się już bardzo 
chłodno. Zresztą noc w skalistych wzgórzach nigdy nie należy do przyjemności. 

Nagle za plecami Ebena rozległ się stukot spadających kamieni. Eben odwrócił się 

szybko. Kątem oka zdążył dojrzeć błękitną bluzę i jasne włosy chłopca, zanim ten 
zniknął za wysoką, ostro wystrzępioną skałą. 

Dillon żył. Był cały i zdrowy. 
Ulga,  jaką  odczuł  Eben,  natychmiast  ustąpiła  miejsca  wściekłości.  Chłopak 

napędził wszystkim sporego strachu. 

- Dillon! - ryknął Eben, wbił ostrogi w boki konia i ściągnął lejce, żeby zawrócić. 
Kiedy  ogier  zbliżył  się  do  wysokiej  skały,  Dillon  przeskoczył  na  wielki  gładki 

kamień  leżący  poniżej,  ześlizgnął  się  jeszcze  trochę  w  dół  i  stanął  na  wąskiej 

background image

 

119 

skalnej  półce.  Przytulił  do  głazu  odwróconą  twarz  i  zaczął  powoli  przesuwać  się 
wzdłuż  skalnego  występu.  Niżej  zaczynało  się  strome,  najeżone  odłamkami  skał 
urwisko, o wysokości co najmniej siedmiu metrów. 

- Dillon, wracaj tu natychmiast! - krzyknął Eben i wstrzymał konia, który i tak nie 

byłby w stanie pójść dalej. 

Chłopiec rzucił mu trochę wystraszone spojrzenie, zrobił kolejny krok i zniknął za 

skałą. Eben zeskoczył z konia i ruszył za siostrzeńcem, przeskakując z jednej skały 
na  drugą.  Nagle  usłyszał  krótki,  urwany  krzyk  dziecka  i  odgłos  osuwających  się 
kamieni. Z przerażenia serce podeszło mu do gardła. 

- Dillon? Dillon!  - zawołał.  Wyjrzał  za skalny występ,  ale zobaczył tylko lawinę 

kamieni spadających w dół zbocza. - Dillon, wszystko w porządku? Co z tobą? 

W odpowiedzi usłyszał tylko przyspieszony oddech chłopca. 
Bardzo ostrożnie zszedł trochę niżej. Wtedy zobaczył, co się stało. Wąska półka 

skalna  zarwała  się  pod  ciężarem  Dillona.  Został  zaledwie  niewielki  fragment,  tak 
wąski, że Dillon mógł oprzeć na nim tylko palce stóp. 

Chłopiec stał przyklejony do skały. Eben wyraźnie widział jego pobladłą twarz i 

oczy pełne strachu, ale za nic nie zdołałby dosięgnąć dzieciaka. 

- Trzymaj się, mały - powiedział. - Idę po sznur. Zaraz wracam. 
Dillon był zbyt przerażony, by odpowiedzieć. 
Eben wspiął się na górę, gdzie zostawił konia, zdjął zwój liny i przywiązał jeden 

koniec  do  siodła.  Potem  wrócił  na  dół,  rozwijając  linę  po  drodze.  Obwiązał 
sznurem najbliższą sterczącą skałkę, złapał za jego luźny koniec i pociągnął. Kiedy 
sznur się napiął, Eben dał znak koniowi, by stał w miejscu. Potem powoli zsunął się 
jeszcze niżej. Zrównał się z chłopcem i zaczął bardzo ostrożnie posuwać się w jego 
stronę.  Ale  sznur  okazał  się  za  krótki.  Eben  mógł  dosięgnąć  zaledwie  nadgarstka 
chłopca. 

-  Dillon,  posłuchaj  mnie  -  powiedział  z  naciskiem.  -  Złapię  cię  za  prawą  rękę. 

Wtedy spróbuj przesunąć się odrobinę w moim kierunku. 

- Nie - odparł Dillon ze szlochem i mocno zaciśniętymi powiekami. 
-  Nie  dam  rady  podejść  bliżej  -  wyjaśnił  Eben.  Ze  wszystkich  sił  starał  się 

opanować  ogarniające  go  zniecierpliwienie.  Nie  wiedział,  jak  długo  jeszcze 
chłopcu uda się utrzymać na wąskim występie. - Musisz mi zaufać. 

- Puścisz mnie i spadnę - wyjąkał Dillon. 
- Nie puszczę - obiecał Eben. - Przysięgam na Boga, mały. 
Dillon  spojrzał  na  Ebena.  Teraz  z  oczu  dziecka  oprócz  strachu  wyzierał  także 

gniew. 

- Ty nie wierzysz w Boga. Ty w nic nie wierzysz! 
Eben mógł powiedzieć w tej chwili wiele rzeczy, wiedział jednak, że Dillon i tak 

mu nie uwierzy. I pewnie miał powody. 

Wyciągnął  nogę  trochę  do  przodu  i  znalazł  oparcie  dla  stopy.  Sprawdził 

wytrzymałość podłoża, potem jeszcze bardziej naprężył linę i kilkakrotnie okręcił 

background image

 

120 

ją sobie wokół ramienia. 

Eben rzadko się modlił, tym razem jednak zmówił krótką modlitwę. Zakołysał się 

i  w  końcu  zdołał  objąć  chłopca.  Zdecydowanym  ruchem  oderwał  go  od  skały. 
Dillon  krzyknął.  Eben  poczuł  rozdzierający  ból  w  obwiązanej  liną  ręce.  Musiał 
teraz utrzymać na niej podwójny ciężar. Poruszył się lekko, żeby poluzować ucisk. 

- Obejmij mnie za szyję - rozkazał Dillonowi przez zaciśnięte z wysiłku zęby. - I 

trzymaj mocno. 

Chłopiec opasał go mocno rękami i nogami, drżąc ze strachu. Eben chwycił sznur 

obiema dłońmi i zaczął powoli, mozolnie wspinać się po skale. 

Po kilku długich jak cała wieczność sekundach byli bezpieczni. 
Na  górze  Eben  oparł  się  o  głaz.  Cały  dygotał  z  wysiłku.  Czuł,  jak  opuszcza  go 

napięcie.  Puścił  linę,  potem  oderwał  zaciśnięte  kurczowo  ręce  Dillona  od  swojej 
szyi. 

- Udało się, mały - powiedział urywanym głosem. - Już wszystko dobrze. 
Ale Dillon nie odpowiedział. Spuścił głowę jeszcze niżej i odwrócił wzrok. 
Eben, zaniepokojony, spojrzał na blade, brudne i zalane łzami policzki chłopca. 
- O co chodzi? Jesteś ranny? - spytał, choć nie dostrzegał na ciele chłopca żadnych 

obrażeń. 

- Nie - odparł Dillon dziwnie cicho. 
- No to w porządku. - Eben odepchnął się od skały, zadowolony, że dzieciak tylko 

najadł się strachu. Odwrócił się i zaczął zwijać sznur. Chciał dać chłopcu czas na 
uspokojenie. 

Dillon siedział bez ruchu na ziemi. 
- Teraz pewnie chcesz mnie zbić za to, że uciekłem - mruknął. 
Eben odwrócił się gwałtownie. 
- Co takiego? - wybuchnął. 
- Powiedziałem, że... - zaczął z wahaniem Dillon. 
- Wiem, co powiedziałeś - rzucił Eben. - Ale nie wiem, jak mogłeś pomyśleć, że... 

- urwał, zbyt zaskoczony i rozgniewany, by ciągnąć swój wywód. 

Szybko  dokończył  zwijanie  liny  i  zdenerwowany,  wielkimi  krokami  ruszył  w 

stronę konia. Starannie przymocował linę do siodła i odwrócił się do Dillona. 

- Wracam na ranczo - oznajmił krótko. - Idziesz ze mną, czy nie? Chłopiec powoli 

pokiwał głową. 

- Idę. 
Eben, ciągle bardzo zły, stanął do niego tyłem i zajął się koniem. Słyszał jednak 

chrzęst  żwiru  pod  stopami  chłopca.  Kiedy  już  wyszli  na  ścieżkę,  Eben  rzucił 
chłopakowi bukłak. Dillon, zaskoczony, uchylił się, ale bukłak uderzył go w rękę. 
W ostatniej chwili złapał za skórzany pasek. 

- Masz tu wodę, jeśli chce ci się pić - powiedział oschle Eben i wyjął strzelbę. 
Dillon spojrzał na lśniącą lufę i szeroko otworzył oczy. 
- Co chcesz zrobić? 

background image

 

121 

-  Muszę  dać  znać  Ramonowi  i  Luisowi.  Oni  też  cię  szukają  -  odparł  szorstko 

Eben. 

Wycelował  w  górę  i  wystrzelił  trzy  razy  w  równych  odstępach.  Huk  szerokim 

echem odbił się od skał. 

 

Rozdział 14 

Maddie słyszała wystrzały, ale odetchnęła z ulgą dopiero wtedy, kiedy na własne 

oczy  zobaczyła,  że  Dillon  jest  cały  i  zdrowy.  Siedział  w  siodle  przed  Ebenem  ze 
spuszczoną  głową  i  trochę  niepewną,  ale  zaciętą  miną.  Przyjrzała  się  chłopcu 
uważnie.  Na  szczęście  nie  miał  ran  ani  obrażeń.  Przytuliła  do  siebie  Tada  i 
uśmiechnęła się z ulgą do Joy, która poklepała ją po nodze. 

- Patrz, Maddie! - Wskazała dwóch jeźdźców na jednym koniu. 
- To Dillon! - wykrzyknęła Hope. 
Sofia przeżegnała się i wymruczała pod nosem krótką modlitwę dziękczynną. 
- Widzę - odparła Maddie. Teraz skupiła wzrok na Ebenie. 
Jego  ponure,  kamienne  oblicze  sprawiło,  że  znowu  odczuła  niepokój. Domyśliła 

się, że cała ta sprawa nie pomogła Ebenowi i Dillonowi znaleźć wspólnego języka. 
Wydawało się raczej, że tylko pogłębiła dzielącą ich przepaść. 

A Maddie  miała taką nadzieję, że... właściwie sama nie bardzo wiedziała na co. 

Westchnęła ciężko. W głębi duszy była przekonana, że Dillon chciał zmusić Ebena, 
do  okazania  troski  i  miłości  -  tak  samo  jak  ona,  kiedy  wiele  lat  temu  odeszła. 
Sądząc jednak po zniechęconej minie Dillona, i on poniósł sromotną klęskę. 

Koń  zbliżył  się  do  domu.  Bliźniaczki,  z  zapuchniętymi  od  płaczu  oczami, 

wybiegły na spotkanie. Maddie poszła wolno za dziewczynkami. Eben zeskoczył z 
konia, zdjął z siodła Dillona i postawił go na ziemi. Siostry rzuciły się, żeby objąć 
brata, ale on odgiął zaciśnięte na swoim ubraniu paluszki i ruszył szybko do domu. 
W ogóle nie zwracał uwagi na radosne okrzyki. 

Eben,  równie  milczący,  zajął  się  koniem.  Kiedy  spostrzegł  Maddie,  jego  wzrok 

złagodniał trochę. 

-  Nie  spodziewałem  się,  że  przyjedziesz.  -  Spojrzał  znacząco  na  bliźniaczki.  - 

Domyślam się, że znowu do ciebie zadzwoniły. 

-  Nie,  tym  razem  to  ja  zadzwoniłam  -  odparła  Maddie.  Powód,  dla  którego  to 

zrobiła, nie wydawał jej się już istotny. - Gdzie znalazłeś Dillona? 

Na dźwięk imienia siostrzeńca Eben gniewnie zacisnął usta. 
-  Bawił  się  w  chowanego  na  skałach.  Tak  bardzo  chciał  wystrychnąć  mnie  na 

dudka,  że  omal  nie  skręcił  sobie  karku  -  mruknął.  -  Gdybym  go  w  porę  nie 
zauważył,  leżałby  teraz  na  dnie  wąwozu.  Miał  dużo  szczęścia,  że  zdołałem  go  w 
porę złapać. 

-  Dzięki  Bogu  -  westchnęła  po  chwili.  Odruchowo  mocniej  przytuliła  do  siebie 

Tada.  -  Biedny  Dillon  -  powiedziała  współczująco.  -  Pewnie  był  śmiertelnie 
przerażony. 

background image

 

122 

- Nawet jeśli nie, to na pewno powinien być - rzucił twardo Eben. 
Maddie wyczuła, że wydarzyło się coś jeszcze. 
- Nie rozumiem, Eben. - Maddie spodziewała się najgorszego. - Chyba nie zbiłeś 

go za to, że uciekł? 

- Jesteś taka sama, jak Dillon. - Popatrzył na nią z niesmakiem. 
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytała zdezorientowana. 
- Po tym, jak wreszcie udało mi się go zdjąć ze skały, ten smarkacz też sądził, że 

zaraz  dostanie  lanie!  -  odparł  Eben  ze  szczerym  oburzeniem.  -  Dobry  Boże, 
przecież nigdy nawet nie podniosłem na niego ręki. 

- Za to wiele razy podniosłeś na niego głos - przypomniała Maddie, która patrzyła 

na sytuację z punktu widzenia Dillona. 

- Ale nigdy nie uderzyłem - powtórzył z uporem Eben. 
-  Założę  się,  że  nigdy  też  nie  powiedziałeś  ani  jednego  dobrego  słowa  -  rzuciła 

oskarży cielsko Maddie. 

- A co to ma do rzeczy? 
Maddie spojrzała, zdumiona, że w ogóle mógł zadać takie pytanie. 
-  Naprawdę  nic  nie  rozumiesz,  MacCallister?  Przecież  gdybyś  ciągle  tylko 

krzyczał  na  młodego  konia,  on  by  się  ciebie  bał,  bez  względu  na  to,  czy  go 
kiedykolwiek  uderzyłeś,  czy  nie.  Dlaczego  mały  chłopiec  miałby  reagować 
inaczej? 

Twarz Ebena stężała. Nie zamierzał przyjąć do wiadomości, że ponosi część winy 

za to, co się stało. 

-  Uważasz,  że  powinienem  pochwalić  dzieciaka  za  problemy,  jakich  nam 

przysporzył? Zastanów się, Maddie. 

- Niczego takiego nie powiedziałam. Ale myślę, że mógłbyś go czasem pochwalić 

za to, co zrobił dobrze. 

-  Maddie...  -  zaczął  niecierpliwie,  ale  urwał  i  odwrócił  wzrok.  -  Posłuchaj, 

szukałem  Dillona  cztery  godziny  na  skałach,  ryzykowałem  własne  życie,  żeby 
wyciągnąć  go  z  opresji,  w  którą  się  wpakował.  Jeśli  chcesz  wiedzieć,  bałem  się 
bardziej  niż  on.  Więc  teraz  naprawdę  nie  mam  sił,  żeby  się  z  tobą  kłócić. 
Odczytywanie listy skarg i żądań zostaw na później, dobrze? 

Po raz pierwszy  Maddie spostrzegła, że jego gniew jest  tylko  maską skrywającą 

niepokój i ból. 

Eben  MacCallister  nie  był  typem  człowieka,  który  by  przyznał,  że  zachowanie 

Dillona bardzo go zraniło - na pewno też nigdy nie powiedziałby, że martwił się o 
chłopca. A jednak tak właśnie było, choć tego nie okazywał. 

Eben głęboko skrywał swoje uczucia. Otwarcie potrafił wyrażać wyłącznie gniew. 

Maddie  zawsze  to  irytowało,  ale  przypuszczała,  że  taka  jest  jego  strategia 
samoobrony - chybiona, niestety. 

-  Przepraszam  -  powiedziała  wspaniałomyślnie.  -  Chyba  tak  bardzo  niepokoiłam 

się o Dillona, że w końcu wyładowałam się na tobie. 

background image

 

123 

Eben spojrzał na nią przeciągle. Zimne niebieskie oczy złagodniały. 
- Cieszę się, że tu jesteś, Maddie. 
Jego  niski  głos  był  jak  pieszczota.  Maddie  zadrżała  lekko  i  uśmiechnęła  się  z 

zakłopotaniem. W przeciwieństwie do Ebena nigdy nie umiała ukryć swoich uczuć. 
Doświadczenie nauczyło ją jednak, jak sobie z tym radzić. 

- Ja też się cieszę, że tu jestem - odparła i zaraz dodała trochę przekornie: - Jednak 

nadal  uważam,  że  ponosisz  część  odpowiedzialności  za  ucieczkę  Dillona.  -  Na 
widok błysku zniecierpliwienia w jego oczach uśmiechnęła się szerzej.  - Ale o to 
możemy  pokłócić  się  później.  Teraz  najważniejsze,  że  obaj  wróciliście  cali  i 
zdrowi. 

Eben spojrzał na nią, rozbawiony, i potrząsnął głową. 
- No tak, powinienem pamiętać, że nowa Maddie nie podda się tak łatwo. 
- To prawda - przyznała miękko. - Mam nadzieję, że to nie problem. 
-  Cóż,  myślałem,  że  to  może  być  problem,  ale...  nie  jest  -  odparł  z  niezwykłą 

łagodnością i odwrócił się, dziwnie tym skrępowany. - Co oczywiście nie znaczy, 
że się z tobą zgadzam - dodał szorstko. 

- Boże broń! - Zaśmiała się głośno. 
Tad zawtórował Maddie radosnym piskiem. 
Eben rzucił okiem na dziecko w jej ramionach i znów przeniósł wzrok na Maddie. 

Atmosfera zrobiła się nagle bardzo intymna. Maddie jak zahipnotyzowana patrzyła 
na Ebena. 

W końcu to on odwrócił wzrok. 
- Muszę się zająć Duffym. Po tej przejażdżce trzeba go porządnie wyszczotkować 

- stwierdził i pociągnął za sobą szarego konia. 

Maddie  odprowadziła  go  wzrokiem.  Niespodziewanie  mała  rączka  złapała  ją  za 

podbródek.  Odwróciła  głowę  i  chwyciła  paluszki  Tada,  który  najwyraźniej 
zamierzał  włożyć  jej  swoją  piąstkę  do  ust.  Uśmiechnęła  się  do  rozbawionego 
dziecka. 

- O co chodzi? Uważasz, że już za długo nie zwracam na ciebie uwagi? - spytała 

głosem stłumionym jeszcze przez emocje. 

Tad  odpowiedział  uśmiechem,  a  wyraz  oczekiwania  w  jego  oczach  wyraźnie 

dawał  do  zrozumienia,  że  czas  na  zabawę.  Maddie  roześmiała  się  i  spełniła 
życzenie  malucha.  Przytuliła  twarz  do  mięciutkiej  szyi  i  dmuchnęła.  Tad 
zachichotał radośnie, czekając na więcej. 

Ale Maddie potrząsnęła głową. 
- Myślę, że powinniśmy teraz zobaczyć, jak się czuje twój brat. - Rzuciła ostatnie 

spojrzenie w stronę odchodzącego Ebena i ruszyła do domu. 

Dillon siedział w kuchni. Wiercił się i odwracał głowę, gdy Sofia usiłowała otrzeć 

mu  twarz  zwilżoną  ściereczką.  Po  obu  stronach  krzesła  stały  bliźniaczki  i 
przyglądały się bratu z troską. 

-  To  nic,  tylko  trochę  się  pobrudziłem  -  burczał  ze  złością,  zakłopotany 

background image

 

124 

zamieszaniem wokół swojej osoby. - Sam mogę się umyć. 

Sofia nie zwracała uwagi na kaprysy Dillona. 
-  Policzek  -  mruknęła,  kiedy  na  oczyszczonej  skórze  ukazało  się  czerwone 

zadrapanie. - Ja przynieść coś na rany. 

Odłożyła ściereczkę i ruszyła do drzwi. Joy natychmiast złapała mokrą szmatkę. 
- O nie, tylko nie to! - Dillon zerwał się z krzesła. 
- Ale ja chcę pomóc! - powiedziała płaczliwie Joy. 
-  Nie  potrzebuję  twojej  pomocy.  -  Odsunął  siostrę.  -  Idźcie  sobie  -  rzucił  ze 

złością.  W  tej  samej  chwili  dostrzegł  Maddie.  Spojrzał  na  nią,  zawstydzony.  - 
Zostawcie mnie wszyscy w spokoju. 

-  Martwiliśmy  się  o  ciebie,  Dillon  -  powiedziała  Maddie  i  postawiła  Tada  na 

podłodze.  Dziecko  natychmiast  na  czworakach  ruszyło  do  brata,  gaworząc  coś 
wesoło. 

-  Niepotrzebnie.  Nic  mi  nie  jest  -  odparł  gniewnie  Dillon.  Przede  wszystkim 

jednak wydawał się smutny i zraniony. 

- Ale myśmy o tym nie wiedzieli - przypomniała mu łagodnie Maddie. 
- Myśleliśmy... - poparła ją Joy, ciągle bliska płaczu. - Myśleliśmy, że... 
- ...że się zgubiłeś. - Hope złapała go za ramię. 
- Ale się nie zgubiłem, jasne? - rzucił niecierpliwie i odepchnął jej rękę. 
Bliźniaczki były zupełnie zdezorientowane. 
- Jeśli się nie zgubiłeś... - zaczęła Joy. 
- ...to dlaczego nie wróciłeś do domu? 
- Bo mi się nie chciało - burknął Dillon. Był oszołomiony i roztrzęsiony. 
- Dlaczego? - spytała Joy. Jej broda zaczęła lekko drżeć. 
- Właśnie. Dlaczego uciekłeś i nas zostawiłeś? - Hope odsunęła się i spojrzała na 

niego nieufnie. 

- Bo mnie wkurzacie. Włóczycie się za mną bez przerwy, nie mam chwili spokoju 

- odparł ze złością, ale sam był już bliski łez. 

Jeszcze  chwila,  a  wszyscy  wybuchnęliby  płaczem.  Maddie  postanowiła  się 

wtrącić. 

-  Nie  słuchajcie  go,  dziewczynki.  On  wcale  tak  nie  myśli.  Prawda,  Dillon?  - 

Popatrzyła na niego znacząco. 

- Nieprawda! - zawołał chłopak i pociągnął nosem. 
-  Prawda  -  powiedziała  Maddie.  -  Dillon  tylko  udaje,  żebyście  nie  zobaczyły,  że 

sam jest wystraszony i zagubiony, tak samo jak wy - wyjaśniła bliźniaczkom. 

-  Wcale  nie  jestem  wystraszony  -  zaprzeczył  Dillon.  Do  oczu  napłynęły  mu  łzy, 

choć bardzo starał sieje powstrzymać. - Ja się niczego nie boję. 

Maddie  nie  chciała  się  z  chłopcem  sprzeczać,  z  ulgą  powitała  więc  Sofię,  która 

wróciła do kuchni z tubką maści w ręce. Skorzystała z okazji, by zmienić temat. 

-  Dillon  nie  zjadł  obiadu.  Na  pewno  jest  głodny.  Zrób  kanapki,  Sofio,  a  ja 

posmaruję mu policzek - zaproponowała. - Pomóżcie Sofii, dziewczynki - dodała i 

background image

 

125 

odwróciła się do Dillona. - Usiądź tutaj. - Wskazała krzesło. 

- Nie potrzebuję żadnych maści. - Spojrzał podejrzliwie na tubkę. 
-  Pewnie  masz  rację  -  odparła  spokojnie  Maddie.  -  Ale  na  wszelki  wypadek 

zdezynfekujemy  zadrapanie.  -  Położyła  chłopcu  rękę  na  ramieniu  i  pchnęła  go 
lekko w stronę krzesła. 

Dillon  usiadł  niechętnie.  Maddie  przysunęła  drugie  krzesło,  usiadła  i  odkręciła 

nakrętkę. Wycisnęła trochę maści na palec i delikatnie odwróciła głowę Dillona do 
światła. 

- Dobrze, że nie spotkało cię nic gorszego - powiedziała. 
- Uhum - mruknął Dillon, uparcie unikając jej wzroku. 
- Miałeś dużo szczęścia, że nie spadłeś z urwiska i nie połamałeś sobie wszystkich 

kości. 

Dillon  spojrzał  na  Maddie  zbolałym  wzrokiem  i  skrzywił  się,  kiedy  zaczęła 

smarować zadrapane miejsce. 

- Powiedział ci, prawda? - spytał, jak zwykle nie używając imienia wuja. 
-  Tak.  -  Maddie  rozsmarowała  maść  wzdłuż  skaleczenia.  -  To  musiało  być 

okropne, tak wisieć nad urwiskiem. 

Kiwnął głową i przymknął oczy. 
- Bałem się - przyznał szeptem i zadrżał na wspomnienie tej strasznej chwili. 
-  Wiem  -  odparła.  Intuicja  podpowiadała  jej  jednak,  że  Dillon  potrzebuje  czegoś 

więcej,  niż  tylko  słów.  Z  trudem  podniosła  chłopca  i  posadziła  go  sobie  na 
kolanach.  Opierał  się  przez  chwilę,  ale  potem  z  wdzięcznością  wtulił  się  w  jej 
ramiona. 

Maddie objęła Dillona i oparła policzek o jego głowę. 
- Kiedy uciekłeś, wszyscy byliśmy przerażeni, tak samo jak ty. Nie wiedzieliśmy, 

gdzie  jesteś.  Martwiliśmy  się,  czy  nie  przytrafiło  ci  się  coś  złego  -  powiedziała 
cicho. 

-  On  na  pewno  się  o  mnie  nie  martwił  -  mruknął  Dillon  ze  złością,  która  jednak 

skrywała cierpienie. 

- Nie  masz racji.  - Maddie odgarnęła  mu  z czoła kosmyk  włosów.  - Twój wujek 

martwił się o ciebie tak samo, jak wszyscy. 

Dillon z niedowierzaniem pokręcił głową. 
- On mnie nienawidzi. 
- Nieprawda, kochanie - odparła z przekonaniem Maddie. 
- Prawda. - Dillon wbił wzrok w podłogę. Wyglądał na bardzo nieszczęśliwego. 
- Gdyby twój wujek cię nienawidził, byłby zadowolony, że uciekłeś - dowodziła. - 

A on pojechał cię szukać. Jak myślisz, dlaczego to zrobił? 

Dillon miał na to gotową odpowiedź. 
- Chciał się upewnić, że już nie wrócę. 
-  No  dobrze.  -  Maddie  stwierdziła,  że  chłopiec  potrzebuje  bardziej 

przekonywających dowodów.  - Więc dlaczego pomógł ci zejść ze skały? To było 

background image

 

126 

bardzo niebezpieczne, prawda? 

-  Chyba  tak.  -  Dzieciak  wzruszył  ramionami,  ale  słowa  Maddie  najwyraźniej  go 

zastanowiły. 

- Gdyby cię rzeczywiście nienawidził, pozwoliłby ci spaść, nie sądzisz? 
Dillon w zamyśleniu zmarszczył brwi. 
- Sam nie wiem - przyznał w końcu. 
- Myślę, że wujek nie pozwolił ci spaść, bo nie chciał, żebyś zrobił sobie krzywdę. 

-  Maddie  przytuliła  go  do  siebie  mocniej.  -  A  nie  chciał,  żebyś  zrobił  sobie 
krzywdę, bo naprawdę mu na tobie zależy. 

Dillon myślał nad tym przez chwilę. 
- Może - powiedział w końcu z wahaniem. - Ale i tak jest na mnie wściekły. 
- No, trochę się złości z powodu pewnych rzeczy, które zrobiłeś - odparła Maddie. 
- Chodzi o lekcje? - domyślił się Dillon i spuścił głowę jeszcze niżej. 
-  Tak,  i  o  to,  że  byłeś  niegrzeczny  w  szkole,  i  uciekłeś,  przez  co  wszyscy  się  o 

ciebie  martwili.  -  Maddie  uzupełniła  listę  przewinień.  -  To  nie  było  w  porządku, 
prawda? 

- Prawda. - Dillon westchnął ciężko. 
- Wszyscy popełniamy błędy - stwierdziła Maddie. - Ale najważniejsze, żeby ich 

w przyszłości nie powtórzyć. 

Do stołu podeszła Joy. Dumnie niosła przed sobą talerz z kanapkami. 
- Zrobiłyśmy ci kromkę z masłem orzechowym... 
- ...i z piklami. - Hope postawiła na stole szklankę mleka. 
- Taką, jak kiedyś... 
- ...robiła dla nas mama. 
- Sofia podgrzewa jeszcze... 
- ...zupę dla ciebie. 
Joy zmarszczyła brwi i przekrzywiła głowę, przyglądając się bratu z uwagą. 
- Dlaczego siedzisz u Maddie na kolanach? 
Hope spojrzała na twarz Dillona i otworzyła usta w wyrazie nagłego zrozumienia. 
- Płakałeś? - spytała z niedowierzaniem. 
Dillon zaczął spiesznie ścierać z policzków ślady łez. 
- Ta maść bardzo szczypie - powiedziała Maddie. 
- Podmuchałaś? - zapytała Joy, przekonana o skuteczności tego sposobu. 
Hope kiwnęła głową. 
- Mama zawsze dmuchała. 
- Podmuchałam, oczywiście. Właśnie dlatego Dillon musiał mi usiąść na kolanach 

- skłamała Maddie. Podtrzymała go lekko ręką, kiedy zsuwał się na podłogę. 

Gdy tylko chłopiec usiadł na swoim krześle, dziewczynki natychmiast zasypały go 

pytaniami. Chciały wiedzieć, dokąd poszedł i czy widział węże. Ciągle wracały też 
do  tego,  jak  bardzo  czuły  się  porzucone  i  samotne,  kiedy  uciekł.  Dopytywały, 
dlaczego to zrobił. 

background image

 

127 

Dillon unikał bezpośrednich odpowiedzi, wzruszał ramionami i na siłę zajadał się 

kanapkami.  Starał  się  mieć  ciągle  wypchane  usta.  W  ten  sposób  właściwie  nie 
musiał się odzywać. 

Był  w  połowie  posiłku,  kiedy  do  kuchni  wszedł  Eben  z  trzema  strzelbami  pod 

pachą.  Dillon  zesztywniał,  spojrzał  ukradkiem  na  wuja,  potem  szybko  znowu 
skoncentrował się na zupie. 

Eben  popatrzył  na  niego  równie  przelotnie  i  podszedł  do  kuchennego  blatu. 

Maddie  zauważyła  jednak,  że  z  oczu  Ebena  zniknął  wyraz  irytacji,  choć  twarz 
pozostała surowa. Poza tym wydawał się zupełnie opanowany. 

- Czy mogłabyś zaparzyć kawę? - spytał. - Chętnie bym się napił. 
- Ja to zrobić. - Sofia spiesznie podeszła do ekspresu. 
Eben  podziękował  ruchem  głowy  i  ruszył  do  swojej  sypialni,  żeby  schować 

strzelby. Wrócił po chwili, a przy każdym jego kroku ostrogi brzęczały melodyjnie. 
Nalał sobie kawy. 

Ku  niezadowoleniu  Dillona  postawił  filiżankę  na  stole  i  usiadł  dokładnie 

naprzeciw  niego.  Powiesił  kapelusz  na  oparciu  krzesła  i  zwichrzył  sobie  włosy 
palcami.  Niesforny  kosmyk  opadł  mu  na  czoło.  Maddie  uśmiechnęła  się,  bo 
zauważyła, że Dillon w bardzo podobny sposób przeczesuje włosy ręką. 

-  Wujku?  -  zaczęła  Joy.  W  przeciwieństwie  do  brata  nie  czuła  się  w  obecności 

Ebena ani trochę nieswojo. - Pytałyśmy Dillona, dlaczego uciekł... 

- ...i dlaczego nie chciał wrócić - dokończyła Hope. 
- Ale on nie chce nam powiedzieć. - Joy zmarszczyła czoło. 
Eben upił łyk kawy, popatrując na Dillona znad brzegu filiżanki. 
- Odpowiedz siostrom, Dillon. 
-  Ale  właśnie  jem,  a  nie  wolno  mówić  z  pełnymi  ustami  -  odpalił  Dillon. 

Natychmiast znowu chwycił kanapkę i wbił w nią zęby. 

-  Bardzo  dogodny  moment,  żeby  przypomnieć  sobie  o  manierach  przy  stole  - 

zauważył sucho Eben. Schylił się i podniósł Tada, który przypełzł do jego krzesła i 
spróbował stanąć. 

-  Kiedy  już  przełkniesz,  możesz  na  chwilę  przerwać  jedzenie  i  odpowiedzieć  na 

pytania sióstr. 

Dillon  grał  na  zwłokę.  Powoli  przeżuwał  odgryziony  kęs,  w  nadziei,  że  jeśli 

będzie to robił dostatecznie długo, wszyscy zapomną, że w ogóle go o coś pytali. 
Taktyka mogłaby się okazać skuteczna w przypadku bliźniaczek, które natychmiast 
skupiły  uwagę  na  Ebenie,  dopytując,  dlaczego  tak  długo  szukał  Dillona  i  czy 
widział po drodze węże. Ebena jednak znacznie trudniej było zwieść. 

Obserwując całą scenę, Maddie dostrzegła to, co zauważyłby każdy - że przy stole 

siedzi  rodzina.  Tad  i  dziewczynki  dobrze  o  tym  wiedzieli.  Tylko  Eben  i  Dillon 
wydawali się nie do końca przekonani. Z tego samego powodu - obaj się bali. 

Dillon  skrycie  łaknął  poczucia  bliskości  i  bezpieczeństwa,  które  zostało  mu 

odebrane  wraz  ze  śmiercią  rodziców;  ale  Eben  pragnął  zachować  swoją 

background image

 

128 

niezależność  i  nie  przywiązywać  się  do  nikogo.  Jego  zniecierpliwienie  i  irytacja 
stanowiły  rodzaj  skorupy,  która  miała  trzymać  dzieci  na  dystans.  W  przypadku 
Dillona osiągnął swój cel. 

Dillon szybko otworzył usta, żeby ugryźć kolejny kęs kanapki, zanim ktokolwiek 

się  zorientuje,  że  już  przełknął  poprzedni.  Ale  bystre  oczy  Ebena  natychmiast  to 
dostrzegły. 

- Zaczekaj - rzucił ostrzegawczo. - Najpierw musisz odpowiedzieć na kilka pytań. 
- Zapomniałem. - Dillon odłożył kromkę na talerz i wbił w nią wzrok. - No więc, 

schowałem  się  za  skałami  -  stwierdził  lakonicznie.  -  I  nie  wróciłem,  bo  nie 
chciałem. 

- Dlaczego? - Joy spojrzała na brata zaskoczona. 
- Bo zamierzałem być sam - odparł krótko. 
-  Ale  dlaczego  się  nie  odezwałeś,  kiedy  Sofia  cię  wołała?  -  Hope  zmarszczyła 

brwi. 

- Bo nie chciałem, żeby wiedziała, gdzie jestem. Mówiłem wam, że się schowałem 

- dodał trochę niecierpliwie. 

- Nie bałeś się? Na skałach, całkiem sam? - Joy szeroko otworzyła oczy. 
- Widzisz? - Dillon spojrzał z rozpaczą na Ebena. - Odpowiadam na jedno pytanie, 

a one zaraz zadają następne. Jak mam skończyć kolację? 

-  Trzeba  było  o  tym  pomyśleć,  zanim  uciekłeś  -  odparł  Eben  bez  cienia 

współczucia. W końcu jednak ulitował się nad chłopcem. - Może któraś z was wie, 
gdzie jest kubek Tada? Wydaje mi się, że wasz braciszek ma ochotę na mleko. 

- Koło zlewu - odparła Joy. 
- Sofia go umyła - wyjaśniła Hope. 
- Przyniosę go! - poderwała się Joy. 
- Nie, ja przyniosę! - zaprotestowała Hope i rzuciła się w stronę zlewu. 
Podczas  gdy  bliźniaczki  walczyły  o  kubek.  Sofia  wyjęła  z  lodówki  dzbanek  z 

mlekiem,  a  Eben  posadził  Tada  w  wysokim  krzesełku.  Dillon  tymczasem  robił 
wszystko, by nie zwracać na siebie uwagi. Całkowicie koncentrował się na zupie i 
kanapkach. Jadł bardzo powoli, ale i tak uważał, że skończył posiłek zdecydowanie 
za wcześnie. 

- Ty się najeść? - Sofia sprzątnęła ze stołu miseczkę i talerzyk. 
-  Tak.  -  Dillon  kiwnął  głową,  zawahał  się  i  popatrzył  z  ukosa  na  Ebena. 

Natychmiast  napotkał  spojrzenie  bystrych  oczu  wuja.  -  Muszę  jeszcze  dzisiaj 
odrabiać zadania? 

Eben uniósł brew ze zdziwieniem. 
- Najpierw narozrabiałeś w szkole, potem zrobiłeś awanturę w domu i uciekłeś, a 

wszyscy  odchodzili  od  zmysłów,  bo  postanowiłeś  nie  wracać  -  powiedział 
spokojnie.  -  Ramon,  Luis  i  ja  spędziliśmy  pół  dnia  na  poszukiwaniach.  A  teraz 
pytasz, czy masz odrabiać lekcje. Naprawdę sądzisz, że zasłużyłeś na nagrodę? 

Dillon zwiesił głowę. 

background image

 

129 

- Nie. 
- Cieszę się, że to słyszę. - Eben patrzył na siostrzeńca twardo przez chwilę. 
Maddie znieruchomiała, gotowa interweniować, gdyby okazał się zbyt surowy dla 

chłopca.  Dillon  dostał  już  dziś  za  swoje.  Może  nie  zasłużył  na  nagrodę,  ale  nie 
potrzebował też dodatkowej kary. 

-  Cóż,  to  szczególny  dzień  -  odezwał  się  w  końcu  Eben.  -  Więc  zrobisz  jeszcze 

tylko jedno zadanie. 

Joy nadstawiła uszu. 
- Dlaczego dziś jest szczególny dzień? 
Eben spojrzał na Maddie z uśmiechem. 
- Dlatego że Maddie zostanie u nas na kolacji. 
Bliźniaczki  podbiegły  do  niej  z  radosnym  piskiem.  Dillon  nie  podzielał 

entuzjazmu sióstr. Popatrzył ponuro na książki, westchnął z rezygnacją i sięgnął po 
zeszyt. 

- Nie teraz - powstrzymał go Eben, co zaskoczyło i Dillona, i Maddie. - Niedługo 

trzeba  będzie  nakrywać  do  stołu.  To  wyjątkowa  okazja,  więc  stół  powinien 
wyglądać odświętnie. Odrobisz  zadanie, jak już zjemy -  powiedział do chłopca.  - 
Na razie zabierz stąd książki. 

Przez chwilę Dillon nie wierzył własnym uszom, potem błyskawicznie uprzątnął 

swoje rzeczy, jakby się bał, że Eben może jeszcze zmienić zdanie. 

- Postawimy na stole kwiaty i świece... - zaczęła z zapałem Joy. 
- ...jak mama i tatuś... 
- ...kiedy mama robiła dla niego ro...roman...tyczną kolację? 
Eben spojrzał z ukosa na Maddie zachłannym, pełnym czułości wzrokiem. Maddie 

zadrżała lekko. 

- Jakieś świece na pewno się znajdą, ale kwiatów raczej nie będzie. Pora roku nam 

nie sprzyja. 

Maddie poczuła znajomy przypływ pożądania i uśmiechnęła się do Ebena. 
- Dzisiaj możemy darować sobie kwiaty. 
Joy  rozjaśniła  się  pod  wpływem  nagłego  olśnienia.  Chwyciła  siostrę  za  rękę  i 

wyszeptała  jej  coś  do  ucha.  Hope  też  natychmiast  się  rozpogodziła.  Razem 
wybiegły z kuchni. 

- Gdzie one poleciały? - spytał Eben. 
Tad walnął pustym kubkiem o poręcz krzesełka i pisnął przeciągle. 
- Nie wiem. - Maddie wzięła niemowlaka na ręce. 
- Idź, zobacz, co kombinują twoje siostry - polecił Eben Dillonowi. 
- Dlaczego zawsze ja muszę za nimi łazić? - spytał gderliwie chłopak i spojrzał z 

ukosa na Ebena w oczekiwaniu reprymendy. 

Nie przeliczył się. Wuj zmarszczył brwi. 
- Bo to twój obowiązek. 
-  Ja  zobaczę,  co  robią  dziewczynki  -  powiedziała  Maddie.  -  I  tak  muszę  iść  do 

background image

 

130 

pokoju - wyjaśniła. - Tadowi trzeba zmienić pieluchę. 

- No dobrze - zgodził się Eben po chwili wahania. - W takim razie mały pomoże 

mi przy zwierzętach. 

Dillon  nie  zaprotestował  tym  razem,  co  było  bardzo  rozsądne  z  jego  strony. 

Maddie zauważyła jednak, że nie okazał także cienia entuzjazmu. 

-  Nie  traktuj  go  zbyt  surowo  -  mruknęła  do  Ebena  i  od  razu  dostrzegła  błysk 

zniecierpliwienia w jego oczach. - Proszę - dodała miękko. 

Eben uważał, że do tej pory był raczej zbyt pobłażliwy dla chłopaka, ale tego nie 

powiedział.  Milczał,  dopóki  nie  wyszli  przed  dom.  Słowa  Maddie  ciągle 
dźwięczały mu w uszach, więc hamował irytację. 

-  Już  czas,  byś  zrozumiał,  Dillon,  że  spoczywa  na  tobie  większa  od-

powiedzialność,  bo  jesteś  najstarszy  -  zaczął.  -  Oznacza  to,  że  musisz  opiekować 
się rodzeństwem i zawsze dawać im dobry przykład. 

-  Wiem.  Ale  to  niesprawiedliwe  -  mruknął  Dillon  i  kopnął  wystający  z  ziemi 

kamień. 

-  Owszem,  ale  tak  już  jest.  -  Eben  spojrzał  na  siostrzeńca  surowo.  -  Tad  i  twoje 

siostry  bardzo  cię  podziwiają.  Liczą,  że  zawsze  im  pomożesz.  Zwłaszcza  teraz, 
kiedy  nie  ma  już  mamy  i  taty.  Wasi  rodzice  także  na  ciebie  liczą  i  oczekują,  że 
będziesz się troszczył o brata i siostry. 

Słowa  te  nagle  wydały  się  Ebenowi  dziwnie  znajome.  Próbował  sobie 

przypomnieć,  kiedy  je  słyszał.  Nagle  uświadomił  sobie,  że  jego  ojciec  wiele  lat 
temu mówił to samo do niego. 

Eben  pamiętał  też  ten  okropny  ciężar,  który  wtedy  czuł  na  swoich  barkach  - 

odpowiedzialność, ból i samotność. 

- Na pewno sobie poradzisz - powtórzył słowa swego ojca. 
Eben wtedy rozpaczliwie pragnął w to uwierzyć, ale wiedział, że to zbyt wiele, że 

jest jeszcze za młody. A jego ojciec nigdy nie dodał do tego trzech bardzo ważnych 
słów, które mogły całkowicie zmienić sytuację. Postanowił, że Dillon je usłyszy. 

- Ja ci pomogę. 
Chłopiec podniósł głowę i spojrzał na wuja z niedowierzaniem i nadzieją. 
- Naprawdę? 
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy - zapewnił Eben. - Ale ty też musisz się nimi 

zajmować. 

-  Chyba  dam  sobie  radę  -  stwierdził  Dillon  i  wzruszył  ramionami  z  miną 

dojrzałego mężczyzny.  -  Właściwie i tak dużo się nimi zajmowałem, więc jestem 
przyzwyczajony. 

-  Zauważyłem  -  odparł  Eben.  Pamiętał,  jak  chłopiec  tulił  siostrę  zbudzoną 

koszmarnym snem albo stanął w obronie bliźniaczek. 

Dillon  spojrzał  na  Ebena,  zaskoczony,  potem  szybko  odwrócił  wzrok.  Nic  nie 

powiedział, ale wyprostował się lekko i dumnie podniósł głowę. 

Rozdział 15 

background image

 

131 

Na  kominku,  wśród  skaczących  płomieni,  wesoło  trzaskały  polana.  Migotliwe 

światło spowiło cały pokój ciepłym blaskiem. Eben rozparł się na starej skórzanej 
sofie, wyciągnął przed siebie nogi i leniwie patrzył w ogień. Odwrócił głowę, gdy 
usłyszał  odgłos  kroków  w  korytarzu.  Po  chwili  w  drzwiach  pojawiła  się  Maddie. 
Światło  ognia  ozłociło  jej  brązowobeżowy  sweter.  Ebenowi  podobało  się,  że 
miękka  dzianina  łagodnie  opływa  kształty  Maddie,  uwydatniając  smukłą  figurę. 
Jeszcze bardziej podobał mu się jej ciepły wyraz twarzy. 

-  Bliźniaczki  już  śpią?  -  spytał  i  podciągnął  nogi,  żeby  zrobić  miejsce  między 

kanapą a stolikiem do kawy. 

-  Leżą  w  łóżku.  Nie  sądzę  jednak,  żeby  spały  -  odparła  z  trochę  ironicznym 

uśmiechem. - A jak tam Tad? 

- Ledwo włożyłem mu smoczek od butelki do buzi, od razu zamknął oczy. - Eben 

pstryknął palcami. 

-  Szczęściarz  z  ciebie  -  mruknęła  zazdrośnie  Maddie  i  spojrzała  na  drzwi  do 

kuchni, w której nadal paliło się światło. - Dillon ciągle jeszcze pracuje, jak widzę. 

- Chyba już prawie skończył. 
Maddie z wdziękiem opadła na sofę. Eben wziął ze stolika dwa kieliszki i jeden 

podał Maddie. 

- Przygotowałem dla nas drinki. 
-  Cudownie.  -  Upiła  łyk  whisky  z  wodą  sodową,  westchnęła  z  zadowoleniem  i 

leniwie  rozejrzała  się  po  tonącym  w  intymnym  półmroku  pokoju,  oświetlonym 
tylko przez ogień na kominku. - Jak miło. Idealne zakończenie wspaniałego dnia. 

Eben uśmiechnął się krzywo, objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. 
- Kolacja nie upłynęła tak idealnie. 
-  Jestem  innego  zdania  -  sprzeciwiła  się  Maddie  -  Może  nie  była  zbyt  spokojna, 

ale... 

-  Tak,  przy  czwórce  dokazujących  dzieciaków  trudno  mówić  o  spokoju  -  wtrącił 

sucho Eben. 

- ...ale były świece, kwiaty i biały obrus - dokończyła. 
-  No,  niedługo  pozostał  biały  -  mruknął  Eben  i  pytająco  uniósł  brwi.  -  Ale  skąd 

dziewczynki wytrzasnęły te okropne sztuczne róże? 

Maddie położyła palec na ustach. 
- Prosiły, żebym ci nie mówiła - szepnęła konspiracyjnie, jakby dzieliła się z nim 

bardzo  poufną  informacją.  -  Joy  i  Hope  oderwały  róże  od  swoich  letnich 
kapelusików. Kiedy odkryłam, co spryciule zamierzają, było za późno. Zdążyły już 
odpruć jeden z kwiatów. Próbowałam je przekonać, że nie potrzebujemy aż takich 
ozdób,  ale  one  twierdziły  uparcie,  że  bez  kwiatów  na  stole  nie  można  mówić  o 
romantycznej  kolacji  -  powiedziała  Maddie,  naśladując  dziecinną  wymowę 
bliźniaczek. 

-  Nie  wiem,  na  ile  ta  kolacja  była  roman...tyczna,  ale  z  pewnością  godna 

zapamiętania. - Eben westchnął z rozbawieniem. 

background image

 

132 

- Mnie się podobała. Wszystkie inne wypadają na jej tle strasznie blado  - odparła 

Maddie, która ostatnio brała udział w wielu spokojnych i dość nudnych spotkaniach 
przy stole. 

Eben spojrzał na nią z ukosa. 
-  Pewnie  chodziłaś  na  bardzo  różne  przyjęcie  -  mruknął.  Dobrze  wiedział,  że 

Allan Williams wprowadził Maddie w wielki, elegancki świat, gdzie nakryte tylko 
na dwie osoby stoliki lśnią od kryształów i świec na białych lnianych obrusach. 

- Owszem - spojrzała mu w oczy. Dobrze wiedziała, o czym pomyślał. Na chwilę 

ogarnęło  ją  lekkie  poczucie  winy,  postanowiła  jednak  mu  się  nie  poddać.  -  Nie 
powinnam tego mówić, ale najbardziej lubię takie kolacje, jak dzisiejsza. 

- Chyba oszalałaś - powiedział, zdumiony i zadowolony. 
-  Może.  -  Przewróciła  oczami.  Tak  czy  inaczej,  mówiła  prawdę.  Kolacja,  którą 

zjedli  tego  wieczoru,  była  wydarzeniem  wyjątkowym  i  na  pewno  zostanie 
najmilszym wspomnieniem. Wiele czasu minęło, odkąd Maddie czuła się potrzebna 
i  użyteczna...  a  przede  wszystkim  upragniona  i  kochana  przez  siedzącego  obok 
mężczyznę. 

Spojrzała mu w oczy i zobaczyła w nich ciepły błysk pożądania. Eben patrzył tak 

na nią od chwili, kiedy przyjechała. Gdy pochylił ku niej głowę, uniosła się lekko. 
Ich  usta  spotkały  się...  w  tym  samym  momencie  w  kuchni  rozległ  się  zgrzyt 
przesuwanego po podłodze krzesła i szelest zamykanych zeszytów. 

Eben skrzywił się lekko i odsunął od Maddie. 
- Coś mi mówi, że Dillon zaraz nas nakryje - mruknął. 
Maddie zaśmiała się cicho. 
- Co cię tak śmieszy? - Eben uniósł brwi. 
-  Czuję  się  jak  nastolatka  przyłapana  na  ściskaniu  się  z  kolegą  na  kanapie  - 

wyjaśniła z rozbawieniem. 

Eben  także  się  uśmiechnął.  Do  pokoju  nonszalanckim  krokiem  wszedł  Dillon, 

wykazując trochę ze swej dawnej butności. 

- Skończyłeś? - spytał Eben, choć znał już odpowiedź. 
-  Tak.  Wszystko  zrobiłem,  zobacz.  -  Chłopak  podsunął  wujowi  zeszyt  pod  nos. 

Starając się zachować obojętny wyraz twarzy patrzył, jak Eben przerzuca kartki. 

- Dobra robota! - Eben uśmiechnął się z zadowoleniem i oddał mu zeszyt. 
Dillon spuścił głowę. Chciał ukryć twarz, która cała aż pojaśniała z dumy. 
- To łatwe. - Wzruszył ramionami. - Prawie wszystko z tego już miałem w starej 

szkole. 

- Więc dokończenie tych zadań nie powinno ci jutro zabrać zbyt wiele czasu. 
- Chyba nie.  - Dillon znowu wzruszył lekko ramionami.  -  Muszę iść do łóżka?  - 

spytał z wahaniem. 

Eben kiwnął głową. 
- Tak, jest późno. 
-  Dobrze.  -  Dillon  westchnął  z  rezygnacją,  spojrzał  na  wuja  i  prawie  się 

background image

 

133 

uśmiechnął. - Dobranoc. 

- Dobranoc. 
Maddie,  która  uważnie  przyglądała  się  tej  scenie,  usłyszała  ciepłą  nutę  w  głosie 

Ebena  i  zauważyła,  że  jego  oczy  złagodniały,  chociaż  wyraz  twarzy  pozostał 
nieprzenikniony. 

- Jaka niezwykła przemiana - mruknęła, kiedy chłopiec się oddalił. 
Eben  spojrzał  na  nią,  trochę  zaskoczony,  i  lekko  zmarszczył  brwi,  ale  zaraz  się 

rozpogodził. 

- Mówisz o Dillonie? Rzeczywiście, można to tak określić. 
Maddie  właściwie  miała  na  myśli  ich  obu,  ale  postanowiła  nie  wyprowadzać 

Ebena z błędu. 

-  Musiałeś  mu  chyba  coś  powiedzieć  -  domyśliła  się.  -  Ledwie  sprzątnęłam  z 

dziewczynkami ze stołu, kiedy wyjął swoje książki. 

- Tak, w drodze do stajni pogadaliśmy sobie trochę jak mężczyzna z mężczyzną - 

wyjaśnił,  choć  wiedział,  że  nie  było  to  najbardziej  precyzyjne  określenie  ich 
rozmowy. W rzeczywistości rozmawiali raczej jak chłopiec z chłopcem. 

Wolał  jednak  nie  mówić  o  tym  teraz,  kiedy  Maddie  siedziała  u  jego  boku,  a 

dzieciaki w końcu poszły spać. 

Postawił  szklankę  na  stoliku  i  spojrzał  na  Maddie  z  ukosa,  trochę  wyzywająco, 

trochę z rozbawieniem i rosnącym pożądaniem. 

- Coś wspomniałaś o ściskaniu się na kanapie? - mruknął. 
Maddie  parsknęła  niskim,  gardłowym  śmiechem  i  pochyliła  się  trochę,  by 

odstawić  na  stolik  swojego  drinka.  Eben  skorzystał  z  okazji  i  przyciągnął  ją  ku 
sobie. 

Śmiech  zamarł  na  jej  ustach,  kiedy  Eben  delikatnie  dotknął  ich  wargami. 

Pocałunek nie był gwałtowny. Oboje czuli, że mają przed sobą mnóstwo czasu i że 
nie muszą się spieszyć. 

Wsunęła palce w jego włosy, sypkie i lśniące czystością. To nie spocony, pokryty 

pyłem  i  drapiący  kilkudniowym  zarostem  kowboj  trzymał  ją  teraz  w  objęciach  - 
Eben wziął prysznic i przebrał się przed randką. Drobiazg, być może, ale stanowił 
dowód, jak wiele ten wieczór znaczył. 

Dla obydwojga. 
Maddie  czuła  się  tak  podekscytowana  i  rozdygotana  jak  wtedy,  kiedy  jeszcze 

wszystko  to  było dla  niej  nowe.  Ale  tym  razem  czuła  też  uniesienie  i  radość,  nie 
mające nic wspólnego z pieszczotą jego dłoni i zmysłowym dotykiem. 

Teraz nie liczyło się to, co zaszło między nimi w przeszłości. Dla Maddie istniały 

już tylko silne ramiona i gorące usta Ebena. 

Czuła się tak szczęśliwa, że miała ochotę ogłosić to całemu światu. Oboje dostali 

od losu drugą szansę, choć nie śmiała o tym marzyć. 

Zadrżała pod wpływem emocji, które wypełniały ją ciepłem i światłem. Z każdym 

oddechem coraz bardziej. 

background image

 

134 

- Kocham cię - wyszeptała. Nie potrafiła dłużej tego przed nim skrywać. 
Nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  teraz  kocha  Ebena  nawet  bardziej  niż  kiedyś. 

Dawniej  była  zaślepiona  tym  uczuciem  i  przekonana,  że  miłość  nieuchronnie 
pociąga za sobą szczęśliwe zakończenie. Życie nauczyło ją jednak, że nie zawsze 
tak bywa. 

-  Lepiej,  żebyś  mnie  kochała.  -  Eben  uniósł  lekko  głowę,  żeby  spojrzeć  na 

Maddie. - Bo ja kocham cię za bardzo, by pozwolić ci odejść po raz drugi - dodał 
drżącym głosem. 

- To dobrze, bo nigdzie się nie wybieram - szepnęła Maddie. 
Eben przylgnął wargami do jej ust w namiętnym pocałunku. 
- Pobierzmy się - powiedział, z trudem chwytając oddech. 
Serce  Maddie  gwałtownie  podskoczyło  ze  szczęścia.  Otworzyła  usta,  żeby 

wyrazić zgodę, ale nie zdążyła tego zrobić. 

- Jak tylko spłacę ranczo - dodał Eben 
- Nie - odparła spokojnie. Starała się nie okazywać bólu i gniewu, jaki ją ogarnął. 
- Co? - spytał z niedowierzaniem Eben, zmrożony odpowiedzią, którą usłyszał. 
Maddie skwapliwie wysunęła się z jego objęć i usiadła prosto. 
- Tak. Dobrze słyszałeś. Albo pobierzemy się natychmiast, albo wcale. 
- Zaczekaj... 
-  Nie,  nie  zaczekam.  -  Wstała,  żeby  zwiększyć  dystans  między  nimi,  zanim 

bliskość jego ciała osłabi jej determinację. 

-  Chodzi  o  jeden  miesiąc!  -  Eben  zerwał  się  na  równe  nogi  i  patrzył  na  Maddie 

gniewnie. 

- Nie zaczekam nawet jednego tygodnia! Wykluczone! 
- A cóż to za głupie nastawienie? 
-  Wcale  nie  głupie  -  rzuciła  z  bólem  i  złością,  i  odwróciła  się  do  niego:  -  Jak  w 

ogóle  mogło  mi przyjść  do głowy,  że ty się  choć trochę zmieniłeś,  MacCallister? 
Nigdy nie słuchałeś tego, co mówię. 

-  Oczywiście,  że  słuchałem  -  odparł.  -  Przedtem,  kiedy  cię  prosiłem,  żebyś 

zaczekała, myślałaś, że cię nie kocham. Teraz wiesz, że to nieprawda. 

-  Powiedz  mi  jedno.  -  Co  zamierzasz  zrobić,  jeśli  jednak  nie  uda  ci  się  zebrać 

pieniędzy? - spytała wyzywająco. - Co się stanie, jeśli stracisz ranczo? 

- Zbiorę pieniądze - obiecał. - Uwierz we mnie choć trochę. 
-  Dlaczego  miałabym  w  ciebie  wierzyć?  -  odpaliła  Maddie.  -  Ty  we  mnie  nie 

wierzysz ani trochę! 

- Nieprawda... 
- Nieprawda? Ile razy mam ci powtarzać, że to za ciebie chcę wyjść za mąż? Nic 

mnie nie obchodzi ranczo. 

-  Ale  mnie  obchodzi!  To  część  mnie  samego.  Tego,  kim  jestem.  Całe  życie 

harowałem,  zbierałem  grosz  do  grosza,  byle  tylko  zachować  tę  ziemię.  A  teraz 
mam rzucić wszystko w diabły, tylko dlatego, że ciebie to nie obchodzi? 

background image

 

135 

- Nigdy niczego podobnego nie powiedziałam  - zaoponowała gniewnie Maddie i 

zamilkła. Czuła, że dalsza kłótnia jest zupełnie bezcelowa. 

Miała  dość  funduszy,  by  od  ręki  wypisać  czek  na  sumę,  która  pozwoliłaby 

Ebenowi  spłacić  ranczo,  ale  była  pewna,  że  on  nigdy  nie  przyjąłby  od  niej 
pieniędzy.  Częściowo  z  powodu  uporu  i  męskiej  dumy,  a  częściowo  dlatego,  że 
jego poczucie własnej wartości było tak silnie związane z Gwiaździstym Ranczem. 
Maddie  patrzyła  na  Ebena  z  mieszanymi  uczuciami  -  żalem,  złością,  goryczą  -  i 
miłością, która nie chciała umrzeć, nawet teraz. 

- Nigdy dotąd nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo jesteś podobny do swojego 

ojca - powiedziała ze smutkiem. 

- Bzdury - zaprzeczył gwałtownie. 
-  Niestety,  to  prawda.  -  Pokręciła  głową.  -  Tak  samo  jak  twój  ojciec  myślisz,  że 

ludzie  będą  cię  cenić  tylko  ze  względu  na  to,  co  uda  ci  się  posiąść.  Twój  ojciec 
wydawał pieniądze, których nie miał, kupował prezenty i żył na cudzy rachunek. A 
ty dusisz każdy grosz, by zachować ranczo. Nie dlatego, żeby pozbyć się długów, 
tylko po to, by ludzie patrzyli na ciebie z szacunkiem i podziwem. Bo nie wierzysz, 
że  będziesz  dla  nich  coś  znaczył,  jeśli  stracisz  tę  ziemię.  Ale  to  nie  pieniądze  i 
rzeczy są naprawdę ważne, tylko ludzie. 

Eben patrzył na nią z kamienną twarzą, zimnymi jak lód oczami. 
- Skończyłaś? 
Maddie spojrzała na niego przeciągle. 
- Nie. Ale z nami koniec - odparła. Z trudem powstrzymując łzy wybiegła z domu. 
Eben  nie  ruszył  się  z  miejsca.  Kiedy  dobiegł  go  trzask  zamykanych  drzwi, 

odwrócił  się  do  ognia.  Czuł  narastający  gniew.  W  holu  rozległy  się  ciche  kroki 
bosych stóp. Do pokoju wszedł ubrany w piżamę Dillon. Zatrzymał się na progu. 

- Miałeś być w łóżku - warknął Eben. 
Chłopiec spuścił głowę i spojrzał na wuja spod oka. 
- Wiem, ale... Czy to prawda? Stracisz ranczo? 
- Nie - odparł Eben krótko i twardo. - Jeśli tylko zdołam spłacić pożyczkę - dodał 

z przyczyn, których sam do końca nie rozumiał. 

-  Musielibyśmy  się  stąd  wyprowadzić,  tak?  -  spytał  Dillon.  -  To  dlatego  ciągle 

martwisz się o pieniądze. 

- Nigdzie się nie wyprowadzamy i nie stracimy rancza. Maddie nie wie, co mówi. 

Zapomnij  o  tym  wszystkim  i  wracaj  do  łóżka  -  rozkazał  szorstko  Eben,  z  trudem 
nad sobą panując. 

Dillon zawahał się, spuścił wzrok i powoli wyszedł z pokoju. Eben znowu został 

sam. Chwycił pogrzebacz i wsadził go z furią w płonące na kominku drwa. Chciał, 
żeby ogień jak najszybciej zgasł. 

Ale płomienie, które rozpaliła  w nim  Maddie, nie dały się  tak łatwo unicestwić. 

Ciągle paliły go i raniły jak tysiąc ostrych noży. 

Przecież ona nie miała racji. Zupełnie nie miała racji. 

background image

 

136 

Był głupi, że pozwolił jej znowu wejść w swoje życie. Otworzył się przed nią i po 

raz kolejny dał się zranić. W odpowiedzi na oświadczyny otrzymał gorzką lekcję. 
A oczekiwał od niej tylko zrozumienia i wsparcia. 

Dopalające  się  na  kominku  polana  trzaskały  cicho.  Eben  pociągnął  łyk  whisky. 

Ale  tym  razem  alkohol  nie  przytępił  bólu.  Eben  zacisnął  palce  na  szklance,  aż 
zbielały mu kostki. Poruszył nią lekko, patrząc na odblask żaru w złotawym płynie. 
Nagle zauważył Dillona. Chłopiec niósł niewielką cynową puszkę. 

-  Chyba  mówiłem,  żebyś  wracał  do  łóżka  -  burknął  ze  złością  Eben.  Chciał  w 

samotności lizać swoje rany. 

Unikając  wzroku  wuja,  Dillon  podszedł  prosto  do  stolika  i  postawił  na  nim 

blaszane pudełko. 

- Możesz to wziąć - powiedział i podważył wieko. W puszce znajdowała się garść 

monet  i  kilka  zmiętych  banknotów.  -  Tu  jest  dwadzieścia  jeden  dolarów  i 
czterdzieści  cztery  centy.  Chciałem  za  to  kupić  prezent  dla  sióstr,  ale...  im  się  tu 
podoba. Wiem, że nie chciałyby się stąd wyprowadzać. 

Eben,  całkiem  osłupiały,  wpatrywał  się  w  zawartość  puszki.  Przypomniał  sobie 

czasy,  kiedy  jako  mały  chłopiec  wręczał  ojcu  swoje  oszczędności,  żeby  zapłacić 
zaległy rachunek. 

- Nie chcę twoich pieniędzy - rzucił szorstko. 
Dillon spojrzał na niego ze zrozumieniem. 
-  To  żaden  problem.  Zwrócisz  mi,  jak  będziesz  miał,  wujku.  Mama  i  tatuś  też 

czasami  ode  mnie  pożyczali,  jak  im  nie  starczyło  na  czynsz.  -  Uśmiechnął  się, 
wyraźnie dumny z siebie. - Dobranoc. 

Właśnie  ten  uśmiech  i  duma  na  twarzy  siostrzeńca  powstrzymały  Ebena  przed 

zwróceniem  cynowej  skarbonki.  Kiedyś  sam  postępował  równie  bezinteresownie, 
bo czuł, że oddaje swoje pieniądze na ważny cel. Było to na długo przed tym jak 
odkrył, że ojciec wydaje je na coś zupełnie innego. 

Nie  chciał  pieniędzy  Dillona,  ale  nie  wiedział,  jak  zwrócić  je  chłopcu  żeby  nie 

zranić  jego  uczuć.  Na  pewno  istniał  jakiś  sposób.  Eben  nie  umiał  jednak  w  tej 
chwili zebrać myśli. Oczywiście przez Maddie. 

Ten dzieciak w niego wierzył. Ufał mu. Dlaczego ona tego nie potrafiła? 
Zły, przygnębiony i zraniony dopił whisky i wbił wzrok w pustą  szklankę. Miał 

wielką ochotę się upić. Ale zanim zdążył poddać się tej pokusie, zerknął raz jeszcze 
na cynową puszkę. Po chwili wahania odstawił szklankę, zamknął wieko i poszedł 
do kuchni. Tam wysypał całą zawartość skarbonki na stół. 

Wiedział, że pod żadnym warunkiem nie weźmie od Dillona ani centa. Później, w 

odpowiednim momencie, odda chłopcu całą sumę, a do tego czasu pieniądze będą 
schowane  w  bezpiecznym  miejscu.  Otworzył  szufladę  koło  telefonu.  Zaczął 
przeglądać zgromadzone tam stare rachunki i inne papiery. Szukał pustej koperty. 
Na  pierwszej,  która  wpadła  mu  w  ręce,  widniało  jego  imię  i  nazwisko,  wypisane 
wprawną ręką Carli. 

background image

 

137 

Eben  już  miał  ją  odłożyć  na  bok,  kiedy  coś  go  przed  tym  powstrzymało.  Może 

oskarżenie Maddie, że jest taki sam jak jego ojciec? A może fakt, że nie potrafił już 
wzbudzić  w  sobie  dawnej  nieprzejednanej  urazy  do  siostry?  Albo  szczodry  gest 
Dillona,  który  przypomniał  mu  jego  własne  dzieciństwo?  Eben  sam  nie  wiedział, 
dlaczego  wyjął  kopertę  i  rozłożył  odręcznie  napisany  list.  Nie  był  nawet  pewien, 
czy zrobił to świadomie. 

Tak czy inaczej trzymał teraz w ręce list Carli. 
 
Drogi Ebenie! 
Mam  nadzieję,  że  nigdy  tego  nie  przeczytasz.  Jeśli  jednak  stanie  się 

inaczej, to wiesz już, dlaczego napisałam ten list. 

Wiem,  że  moje  dzieci  nie  mogłyby  trafić  pod  lepszą  opiekę  niż  Twoja. 

Byłeś zawsze najwspanialszym starszym bratem, o jakim mogłaby marzyć 
mała dziewczynka. Zastępowałeś mi też matkę i ojca. 

Żałuję, że nie powiedziałam Ci tego osobiście. Dzwoniłam wiele razy, ale 

zawsze  odkładałam  słuchawkę,  zanim  zdążyłeś  odebrać.  Pisałam  listy, 
wszystkie jednak w końcu podarłam. 

Miałam takie śmiałe marzenia i plany, kiedy opuszczałam ranczo. Wzięłam 

pieniądze,  ale  sądziłam,  że  zwrócę  Ci  je  w  ciągu  kilku  miesięcy  wraz  z 
procentem... 

 
Eben  zacisnął  palce  na  kartce.  Wzmianka  o  pieniądzach  obudziła  w  nim  dawny 

gniew.  Czuł  przemożną  chęć  wyrzucenia  listu  do  śmieci.  Zmusił  się  jednak,  by 
czytać dalej. 

 
...ale szybko się okazało, że nie zostanę wielką gwiazdą. Nie pojawię się 

pewnego dnia w lśniącej limuzynie i nie ofiaruję Ci tylu pieniędzy, byś mógł 
spłacić ranczo. 

Szczerze mówiąc, wiedziałam, że tak będzie, już kilka miesięcy po tym, jak 

wyjechałam  do  Nashville.  Postanowiłam  się  jednak  nie  poddawać.  Ciągle 
pukałam do różnych drzwi i śpiewałam, gdzie tylko mogłam. 

To ty mnie 

tego nauczyłeś, ty dałeś mi odwagę, by realizować marzenia i 

trzymać się ich nawet wtedy, kiedy idzie źle, kiedy wszyscy powtarzają, że 
lepiej  będzie  z  nich  zrezygnować.  Ale  ja  pamiętałam,  jak  walczyłeś  o  to, 
żeby  utrzymać  ranczo,  jak  ciężko  pracowałeś  i  ile  poświęciłeś,  i  zawsze, 
gdy  miałam  ochotę  schować  się  gdzieś  w  kącie  i  użalać  nad  sobą, 
myślałam o Tobie i próbowałam znowu. 

 
Mała, szalona dziewczynka, pomyślał Eben. 
A jednak po raz pierwszy zrozumiał, co nią kierowało. I po raz pierwszy poczuł 

podziw dla siostry. 

background image

 

138 

 
Nie odniosłam sukcesu, ale domyślam się, że już o tym wiesz. Przykro mi, 

że zabrałam Ci pieniądze, ale nie żałuję, że pojechałam do Nashville. Tam 
właśnie  poznałam  Nolana  Rogersa,  mojego  męża.  Na  pewno  byś  go 
polubił.  To  cudowny  człowiek,  świetny  muzyk  i  wspaniały  ojciec.  Pod  tym 
względem  jest  równie  zwariowany,  jak  ja  -  nie  umie  wytrzymać  z  dala  od 
dzieci  dłużej  niż jeden  dzień.  Zaraz  po  tym,  jak  przyjechaliśmy  z  Dillonem 
ze szpitala, Nolan znalazł sobie pracę w Branson, żeby co wieczór wracać 
do domu, a nie jeździć z występami. 

Pewnie  poznałeś  już  dzieci.  Nie  martwię  się  o  bliźniaczki.  Hope  i  Joy 

kochają  wszystko  i  wszystkich.  Odkąd  im  powiedziałam,  że  wychowałam 
się  na  ranczu,  chcą,  żebyśmy  Cię  odwiedzili.  Uważaj,  prawdopodobnie 
oszalej

ą  na  punkcie  koni.  Wiem,  że  potrafią  być  prawdziwym  utrapieniem, 

ale to takie słodkie utrapienie. Cokolwiek się stanie, dziewczynki na pewno 
szybko  się  z  tym  uporają.  To  błogosławieństwo,  że  są  bliźniaczkami  - 
zawsze mają siebie nawzajem. 

A  jeśli  chodzi  o  Dillona  -  och,  bardzo  przypomina  mi  Ciebie!  Jest  taki 

dojrzały jak na swój wiek, odpowiedzialny. Opiekuje się siostrami tak samo, 
jak Ty mną się opiekowałeś. Martwi mnie czasem, że bardziej interesuje go 
rozwiązywanie cudzych problemów niż zabawy z rówieśnikami. 

Niewiele  mogę  ci  powiedzieć  o  naszym  najmłodszym  dziecku,  poza  tym, 

że zdaniem lekarza, to chłopiec. Mam nadzieję, że będzie zdrowy i silny. 

Jak  przychodzą  na  świat  dzieci,  wszystko  się  zmienia.  Mam  nadzieję,  że 

coś o tym wiesz. Wtedy nie myślisz już tyle o sobie. Nagle okazuje się, że 
jesteś odpowiedzialny za inną istotę ludzką. W moim przypadku, za cztery 
takie istotki. 

Zaczynasz się zastanawiać, co się stanie, jeśli spotka cię coś złego. Albo, 

co gorsza, jeśli coś niedobrego przytrafi się i tobie, i twojemu partnerowi. 

 
W tym miejscu pismo Carli zmieniło się trochę. Pociągnięcia pióra wydawały się 

pewniejsze, bardziej zdecydowane, jakby każde słowo zostało dobrze przemyślane. 

 
Może  to  nie  w  porządku  z  mojej  strony,  bo  i  tak  jestem  już  Twoją 

dłużniczką. I nie myślę tylko o pieniądzach. Rozmawiałam ostatnio wiele z 
Nolanem  na  temat  wyznaczenia  opiekuna  dla  naszych  dzieci  na wypadek, 
gdyby coś się nam stało. Znamy wielu dobrych ludzi - ale ja wiem, jaki dom 
znalazłyby u Ciebie. Właśnie taki, jakiego bym dla nich pragnęła. 

Mam  nadzieję,  że  do  czasu,  kiedy  przeczytasz  ten  list,  uda  mi  się 

zaoszczędzić  dość  pieniędzy,  by  zwrócić  Ci  dług.  Jeśli  jednak  tak  się  nie 
stało, myślę, że zrozumiesz, iż oddaję Ci coś znacznie cenniejsze go - moje 
dzieci. 

background image

 

139 

Koch

aj je tak, jak mnie kochałeś. 

Twoja siostra Carla 

 
Eben  patrzył  na  podpis  przez  długą,  długą  chwilę.  Czuł,  jak  coś  ściska  go  w 

gardle. Potem powoli, starannie złożył kartkę, wsunął ją z powrotem do koperty i 
jeszcze patrzył na nią wilgotnymi ze wzruszenia oczami. 

Duma. Oboje byli tacy dumni. 
To właśnie było coś, czego Maddie ciągle nie rozumiała. 
 

Rozdział 16 

Dwuletni  kasztanek  strzygł  uszami,  popatrując  na  stojącą  samotnie  na  padoku 

krowę. Eben podprowadził go do niej ostrożnie. Łaciata cofnęła się i odeszła trochę 
dalej. Cały czas trzymała się blisko ogrodzenia. Eben pozwolił koniowi zatrzymać 
się i obrócić, tak by znowu stanął równolegle do krowy. 

Dla  konia  była  to  zabawa.  Eben  zaś  przeprowadzał  trening,  przy  czym  rolę 

instruktora  odgrywała  głównie  krowa.  Uczyła  młodego  ogiera  konieczności 
nagłych zwrotów i zmian kierunku. 

Eben siedział w siodle i poddawał się ruchom kasztanka. Przy tej pracy nie musiał 

wiele myśleć. I dobrze, bo od czasu ostatniej rozmowy z Maddie nie potrafił się na 
niczym skupić. 

W  sercu  czuł  pustkę,  choć  robił  wszystko,  by  przekonać  samego  siebie,  że  nie 

potrzebuje Maddie i sam świetnie sobie radzi. Żył bez niej przedtem i nadal może 
tak żyć. Potem przypominał sobie list Carli. Znowu dopadł go ból. 

Krowa  zatrzymała  się  i  stanęła  przodem  do  konia.  Przez  chwilę  Jeździec  i 

zwierzęta stali tak, oko w oko. Czekali w napięciu na kolejny ruch. Koń zastrzygł 
uchem,  bo  pierwszy  dosłyszał  skrzypienie  i  stukot  czerwonej  ciężarówki,  którą 
ciągnął  za  sobą  Dillon.  Eben  spojrzał  w  tamtą  stronę.  Zobaczył  chłopca  na  czele 
małej  procesji.  Dziewczynki  podskakiwały  po  obu  stronach  ciężarówki.  Jedna 
przez  drugą  mówiły  coś  do  Sofii,  która  niosła  na  ręku  Tada.  Na  przyczepie 
chybotało  się  wiadro.  Dillon  ciągnął  za  sobą  coś  jeszcze,  ale  Eben  nie  zdołał 
dostrzec, co to jest. Niezwykła kawalkada zniknęła mu z oczu. 

Przez  chwilę  zastanawiał  się  nad  tym,  co  zobaczył.  Potem  szybko  wrócił  do 

swojego  zajęcia,  bo  koń  skoczył  za  krową,  która  nagle  skręciła  w  prawo.  Cóż, 
cokolwiek dzieciaki zamierzają, jest z nimi Sofia. Nie powinny więc zrobić sobie 
krzywdy. 

Zaraz jednak przyszło mu do głowy, że Maddie na pewno poszłaby za dziećmi i 

dowiedziała się, co planują i dlaczego. Zacisnął zęby, zły, że znowu o niej myśli. W 
końcu Maddie ma mnóstwo czasu na takie rzeczy, a on musi wykonać pracę. 

Przypomniały  mu  się  słowa  Maddie:  „Praca.  Ty  zawsze  myślisz  tylko  o  pracy.” 

Wspomnienie podziałało na niego jak ostroga. Ostro wziął się do roboty, jakby w 
ten sposób zamierzał przekonać Maddie, że się myliła. Jednocześnie był na siebie 

background image

 

140 

wściekły,  że  chce  komukolwiek  cokolwiek  udowadniać.  Carla  mu  zaufała,  to 
wystarczy. 

Cały czas jednak spoglądał w stronę, gdzie zniknęły dzieci, i niecierpliwie czekał 

na ich powrót. Skończył wreszcie trening, a dzieci nadal się nie pojawiały. 

Zaniepokojony ich przedłużającą się nieobecnością, poddał się i zszedł z padoku. 

Wtedy  dostrzegł  jedną  z  bliźniaczek.  Biegła  w  stronę  domu,  dopadła  drzwi  i 
zamknęła je za sobą z hukiem. Eben przyspieszył kroku. Postanowił jak najszybciej 
się  dowiedzieć,  co  się  dzieje.  Zanim  dotarł  do  ganku, dziewczynka  wyskoczyła  z 
domu,  przyciskając  do  siebie  zwiniętą  kurtkę.  Eben  zmarszczył  brwi.  Było 
południe, słońce stało wysoko i prażyło niemiłosiernie. 

- Po co ci ta kurtka?! - zawołał. 
Piegowata Joy zwolniła trochę. 
- To dla Dillona, żeby go nie pokłuło - wyjaśniła. 
Zmarszczka między brwiami Ebena pogłębiła się jeszcze. 
- A cóż miałoby go pokłuć? 
-  Kaktus  -  odparła  dziewczynka  takim  tonem,  jakby  było  to  oczywiste,  i  ruszyła 

pędem przed siebie. 

Eben, zupełnie zdezorientowany, poszedł jej śladem. Niedługo potem znalazł się 

za wysoką kępą zielonych krzewów. 

Sofia stała w cieniu zielonych liści, niespokojnie przestępowała z nogi na nogę i 

odruchowo poklepywała trzymanego na rękach Tada po plecach. Hope siedziała na 
ziemi  obok  czerwonej  ciężarówki.  Uważnie  patrzyła  na  spoconego,  pokrytego 
pyłem brata. Dillon miał na sobie impregnowane rękawice Ebena, które sięgały mu 
do  połowy  ramion.  U  jego  stóp,  przy  płytkiej  dziurze,  wykopanej  w  piaszczystej 
glebie,  leżała  łopata.  Ale  uwagę  Ebena  przyciągnął  przede  wszystkim  wysoki, 
podobny  do  drzewa  kaktus.  Korzenie  rośliny  zostały  już  częściowo  wykopane  i 
przycięte. 

- Co tu się dzieje? - spytał Eben, zaskoczony. 
Dillon spojrzał na wuja. Zdjął rękawice, żeby założyć kurtkę. 
- Nie bardzo umiem wsadzić go do wiadra. Strasznie kłuje. 
- Co chcesz zrobić z tym kaktusem? - Eben zmarszczył brwi. 
- To prezent na nasze urodziny - odparła Joy z promiennym uśmiechem. 
- Prezent? - Eben osłupiał. 
- Tak - potwierdził Dillon z dumą, ale i lekkim zakłopotaniem. - Wiedziałem, że 

one najbardziej chciały dostać choinkę na święta. A ty nie masz pieniędzy, żeby ją 
kupić.  Więc  pomyślałem  sobie,  że  mógłbym  dać  im  kaktusa  zamiast  choinki.  W 
końcu mieszkamy na pustyni - zakończył, przekonany, że to logiczne rozwiązanie. 

- Jak na choinkę ma bardzo ostre igły - zauważył Eben. 
- Nic nie szkodzi - zapewniła Joy. 
- Jezus nosił koronę z cierni - przypomniała Hope. 
-  Ale  nie  wtedy,  kiedy  był  dzieckiem  -  odparł  Eben,  choć  w  głębi  ducha  był 

background image

 

141 

zachwycony jej tokiem rozumowania. 

-  Pomyślałem,  że  przytnę  je  trochę  nożyczkami  -  oznajmił  Dillon.  Zapiął  już 

kurtkę i teraz sięgał po rękawice. 

W pierwszej chwili Eben zamierzał powiedzieć chłopcu, że pod żadnym pozorem 

nie  pozwoli  ściągnąć  kaktusa  do  domu.  Zanim  jednak  zdążył  otworzyć  usta,  Joy 
spojrzała na niego rozpromienionym wzrokiem. 

- Piękny. Prawda, wujku? 
Hope z przekonaniem pokiwała głową. 
- To najlepszejsza choinka... 
- ...na całym świecie. 
Zapał  dziewczynek  powstrzymał  Ebena.  Było  z  dziesięć  powodów,  dla  których 

ustawienie  w  domu  kaktusa  w  charakterze  drzewka  bożonarodzeniowego  Eben 
uważał za kiepski pomysł. Żaden z nich jednak nie chciał mu w tej chwili przejść 
przez gardło. Oczyma duszy zobaczył Carlę, zachwyconą tym przedsięwzięciem. 

-  W  ten  sposób  nigdy  nie  wsadzisz  go  do  wiadra  -  poinformował  Dillona  i 

podszedł bliżej. - Zawołaj Ramona. I powiedz, żeby przyniósł brezent ze stajni. 

Godzinę później wielki, rozgałęziony kaktus stał w salonie. Część ostrych kolców 

została wcześniej usunięta gazową opalarką. Mogłoby się wydawać, że poczerniałe 
badyle  ze  zwęglonymi  końcówkami  będą  wyglądać  dziwacznie,  jednak  zdaniem 
Ebena  kaktus  prezentował  się  świetnie  na  tle  pobielonych  ścian  i  indiańskich, 
ręcznie  tkanych  kilimów.  W  głębi  ducha  musiał  przyznać,  że  bardzo  mu  się 
spodobał. 

Bliźniaczki  nie  posiadały  się  z  radości.  W  końcu  dostały  „choinkę”.  Nie 

odstępowały starszego brata na krok, głośno wyrażając swoją wdzięczność. Dillon, 
zażenowany, odsunął je od siebie. 

- Wujek Eben i Ramon też pomagali - przypomniał siostrom. 
Zanim  Eben  zdążył  dać  nogę,  dziewczynki  rzuciły  się  na  niego.  Złapały  go  za 

spodnie  i  dziękowały  wylewnie.  Ramon  przyglądał  się  temu  z  szerokim 
uśmiechem. Podobnie jak Dillon, Eben czuł się trochę zakłopotany. 

-  Ależ  proszę...  nie  ma  za  co...  nie  przesadzajcie  -  powiedział  szorstko  co  w 

najmniejszym stopniu nie zraziło żadnej z dziewcząt. 

Joy  zadarła  głowę,  żeby  spojrzeć  na  wujka.  Obiema  rękami  ciągle  mocno 

obejmowała go za nogę. 

- Na pewno nikt inny... 
- ...na całym świecie... - dodała z naciskiem Hope. 
- ...nie ma takiej choinki... 
- ...jak nasza. 
Eben uznał, że mają rację. 
- Chyba tak. Jest jedyna w swoim rodzaju. 
- Wiedziałyśmy, że dasz nam choinkę - oznajmiła Joy. 
- Bo prosiłyśmy o to Pana Boga. 

background image

 

142 

- I On nas wysłuchał! - dodały chórem. 
Odwróciły się obie, żeby spojrzeć na kaktusa. 
- Teraz mamy gdzie położyć prezenty - stwierdziła Joy. 
Prezenty. Eben uświadomił sobie, że jest Wigilia, i zmartwiał. Wiedział, że musi 

się bardzo spieszyć. 

-  Chodź,  Hope.  -  Joy  złapała  siostrę  za  rękę  i  pociągnęła  ją  do  holu.  - 

Przyniesiemy ozdoby. 

- Nie! - krzyknął ostro Eben. 
Dziewczynki, zaskoczone, odwróciły się do wujka. 
-  Muszę  teraz  pojechać  do  miasta  -  dodał  spokojniej  Eben.  -  Kiedy  mnie  tu  nie 

będzie, nie wolno wam zbliżać się  do kaktusa. Ciągle są  na nim kolce.  Nie chcę, 
żebyście zrobiły sobie krzywdę. Udekorujemy go wieczorem. 

- Wszyscy? - spytała Joy. 
- Zgadza się - potwierdził Eben. 
Joy uśmiechnęła się radośnie. 
- Jak prawdziwa rodzina? 
- Noo... tak - odparł miękko Eben. 
 
Bliźniaczki,  podekscytowane  ubieraniem  kaktusa  i  oczekiwaniem  na  świąteczny 

poranek, ociągały się z pójściem do łóżka. Później, kiedy Eben już wyszedł z ich 
pokoju, przez uchylone drzwi ciągle słyszał szepty dziewczynek. 

Cicho ruszył korytarzem i zajrzał do Dillona. Chłopiec leżał w łóżku z zatroskaną 

miną. 

- Idziesz spać? - spytał. 
Eben potrząsnął głową. 
- Nie, najpierw muszę posprzątać w salonie. 
- Chcesz, żebym ci pomógł? 
- Nie, chcę, żebyś już zasnął. 
Dillon uporczywie patrzył w kołdrę. Po chwili znowu podniósł wzrok na Ebena. 
- One myślą, że jutro znajdą pod choinką prezenty. Są za małe, żeby zrozumieć, że 

nie ma na to pieniędzy. 

Słowa Dillona brzmiały bardzo dojrzale, ale w oczach kryła się dziecięca troska. 
- Będą i prezenty - powiedział Eben. Widział, że siostrzeniec wyraźnie wątpi, czy 

świąteczny poranek coś mu przyniesie. - Dobranoc, Dillon. 

Eben  ciągle  widział  spojrzenie  Dillona.  Wrócił  do  salonu,  przeszedł  między 

rozłożonymi  na  podłodze  pudłami  na  ozdoby  i  zatrzymał  się  przed  przerobionym 
na  choinkę  kaktusem.  Łańcuchy  z  papieru  pociętego  w  nierówne  paski  i  zwoje 
choinkowych  lampek  oplatały  grube  gałęzie.  Gdzieniegdzie  zwisały  kolorowe 
bombki,  które  niemal  ginęły  w  spływających  miękko  srebrzystych  anielskich 
włosach.  Na  najwyższej  z  gałęzi  chwiała  się  niepewnie  tekturowa  gwiazda, 
obłożona  folią  aluminiową.  Wiadro  z  pustynnym  piaskiem  zostało  owinięte 

background image

 

143 

kolorową bibułą. 

Wiele lat minęło od czasu, kiedy w tym domu stała choinka. Teraz im dłużej Eben 

przyglądał się  temu dziwactwu,  tym bardziej  mu się  podobało. Czysty absurd. W 
ogóle wszystko to graniczyło z groteską. 

Ale nie dla bliźniaczek, pomyślał. Przypomniał sobie ich rozpromienione twarze 

podczas ubierania kaktusa. I nie dla Carli - ona też byłaby tym zachwycona. 

Stwierdził, że Maddie jednak nie miała racji - rzeczy też są ważne. 
Myśl  ta  zmobilizowała  Ebena  do  działania.  Podniósł  leżące  u  jego  stóp  pudło  i 

zabrał się do pracy. 

 
Ostry, nieustępliwy dzwonek telefonu rozdarł ciszę i wyrwał Maddie z głębokiego 

snu. Obróciła się z jękiem i rzuciła okiem na stojący obok budzik. 

Dochodziła czwarta rano. 
Już  miała  nakryć  głowę  poduszką,  pewna,  że  to  pomyłka.  Ostatecznie  jednak 

sięgnęła po słuchawkę. 

- Ha...lo - wymamrotała sennie. 
- Maddie? Mówi Eben. 
Znajomy głos sprawił, że natychmiast oprzytomniała. W pierwszej chwili jej serce 

zatrzepotało z nadzieją, ale zaraz potem wróciła uraza. 

- Wiesz, która godzina? - spytała ostro. 
- Tak. Przepraszam, ale... chodzi o dzieci - powiedział przy wtórze rozpaczliwego 

płaczu Tada. - Coś się stało. Mogłabyś tu zaraz przyjechać? 

Maddie postanowiła, że tym razem będzie twarda. 
- Nie. 
- Maddie, błagam. Potrzebuję cię... to znaczy dzieci cię potrzebują  - poprawił się 

szybko. - Pospiesz się, na litość boską. 

Rozległ  się  kolejny  krzyk  Tada,  przerwany  w  pół  przez  trzask  odkładanej 

słuchawki. Maddie przez chwilę patrzyła na telefon. Czuła jak ogarnia ją niepokój. 
Znała  Ebena  MacCallistera.  Wiedziała,  że  po  ostatniej  wymianie  zdań  nie 
zwróciłby się do niej po pomoc, gdyby miał inne wyjście. 

Musiało się więc stać coś bardzo złego. 
Zerwała  się  z  łóżka,  podbiegła  do  szafy  i  chwyciła  dżinsy  z  wieszaka.  Zdjęła  z 

półki sweter. Pięć minut po telefonie Ebena siadała już za kierownicą jeepa. 

O  tej  porze  drogi  były  prawie  puste.  Podświadomie  oczekiwała,  że  napotka 

karetkę  pogotowia.  Kiedy  w  końcu  skręciła  w  aleję  prowadzącą  na  ranczo 
zauważyła  w  oddali  dziwną  poświatę.  Pomyślała,  że  to  pożar,  ale  światło  jaśniało 
równym, jednostajnym blaskiem. W miarę, jak zbliżała się do rancza, stawało się 
coraz  wyraźniejsze.  Wreszcie  Maddie  zrozumiała,  że  źródłem  blasku  są  setki 
lampek oplatających dom. Podkreślały linię dachu i okapu nad werandą. Spływały 
wzdłuż  słupów.  Były  czerwone,  zielone,  żółte  i  niebieskie  -  lśniły  wszystkimi 
kolorami. 

background image

 

144 

Zdezorientowana  zatrzymała  samochód  i  patrzyła  na  tę  wielobarwną  feerię 

świateł.  Kiedy  wysiadła  z  jeepa,  z  domu  wypadły  bliźniaczki.  W  pośpiechu 
naciągnęły kurtki na piżamki. Biegły do Maddie z powitalnymi okrzykami. 

- Przyjechałaś! Przyjechałaś! - wołały chórem i podskakiwały wokół niej radośnie. 

- Powiedział, że na pewno przyjedziesz. 

Maddie złapała za ramiona Hope. 
- Wszystko w porządku? Co tu się stało? 
Joy zachichotała wesoło. 
- Nabraliśmy cię. 
- Ale Tad był naprawdę zły - powiedziała Hope, ogarnięta wyrzutami sumienia. 
- Bo musiałyśmy go szczypać... 
- ...żeby naprawdę głośno krzyczał. 
Maddie odetchnęła z ulgą, ale zaraz potem wpadła w złość. 
- Więc mnie nabraliście? 
Joy pokiwała radośnie głową, zupełnie niezrażona zmianą wyrazu twarzy Maddie. 
- Chcieliśmy, żebyś przyjechała i zobaczyła nasze lampki! - Wskazała ręką dom. 
- Święty Mikołaj to zrobił - wyjaśniła Hope. 
W drzwiach stanął Eben. Na ręku trzymał Tada, który z zadowoleniem łapczywie 

ssał mleko z butelki. 

- Święty Mikołaj? - Maddie spojrzała przeciągle na Ebena. 
- Wesołych Świąt - odpowiedział jej niskim, zmysłowym głosem. 
Maddie  aż  zadrżała.  Zwłaszcza,  że  słowom  MacCallistera  towarzyszył  ciepły 

uśmiech. 

Na  szczęście,  zanim  Maddie  całkiem  uległa  jego  czarowi,  do  rozmowy  wtrąciła 

się Joy. 

- Słyszałyśmy renifery na dachu - oznajmiła. 
- Tupały i skakały - dodała Hope. 
- Wujek Eben wyszedł na dwór sprawdzić, co się dzieje... 
- ...i zobaczył, jak odlatują. 
- Tak wam powiedział? - spytała z niedowierzaniem Maddie i spojrzała spod oka 

na Ebena. 

-  Aha.  -  Joy  energicznie  pokiwała  głową.  -  Święty  Mikołaj  zostawił  też  dla  nas 

prezenty. 

- Dostałyśmy kowbojskie buty. 
- Zobacz. - Joy podciągnęła nogawkę piżamy. 
-  A  Bilionowi  przyniósł  kowbojski  kapelusz.  -  Hope  wskazała  palcem,  na  brata, 

który stał koło Ebena w słomkowym stetsonie zsuniętym na tył głowy. 

- W domu jest też prezent dla ciebie, Maddie - wtrącił Dillon. 
- Tak. - Joy chwyciła ją za rękę i pociągnęła do drzwi. - Musisz go otworzyć. 
- Właśnie, musisz go otworzyć - powtórzył Eben uśmiechając się szeroko. 
Nie  mogła  odmówić,  żeby  nie  zranić  uczuć  dzieci.  Eben  miał  nadzieję  że  tak 

background image

 

145 

będzie. Maddie podejrzewała, że tylko na to liczył. 

Zżymając się w głębi ducha, pozwoliła się zaciągnąć do środka. Zatrzymała się na 

progu salonu. Ciągle była zbyt zagniewana, by zauważyć niezwykłą choinkę przy 
kominku. Eben stanął obok, bardzo z siebie zadowolony, a bliźniaczki pobiegły po 
prezent. 

- To nie w porządku, wykorzystywać dzieci... - skarciła po cichu Ebena. 
- Nie przyjechałabyś inaczej - odparł szeptem. - A Bóg jeden wie, że robiłem już 

w życiu gorsze rzeczy. 

- Cieszę się, że zdajesz sobie z tego sprawę - mruknęła oschle. 
-  Tak,  dziś  wieczorem  zrozumiałem  na  przykład,  że  się  mylisz.  -  Spojrzał  na 

Maddie  w  taki  sposób,  że  serce  nagle  zaczęło  jej  bić  szybciej.  -  Przynajmniej 
częściowo. Rzeczy są ważne... właśnie dlatego, że ważni są ludzie. 

- Wcale się z tym nie zgadzam. - Maddie z trudem zachowywała spokój. 
- Popatrz tylko na dzieciaki, na ich twarze, i powiedz mi, że to drzewko i lampki, i 

prezenty, są bez znaczenia. 

- A czego się spodziewałeś po dzieciach, MacCallister? - zaoponowała. 
- Nie doceniasz ich, Maddie. One doskonale zdają sobie sprawę z tego, że rzeczy 

są darem serca. Tak jak ten kaktus. Dillon go wykopał, bo wiedział, że dziewczynki 
rozpaczliwie pragnęły mieć swoją choinkę na święta. 

Maddie,  zaskoczona,  jeszcze  raz  spojrzała  na  dziwaczne  drzewko,  skryte  pod 

błyszczącymi  ozdobami  i  papierowymi  łańcuchami.  Dillon  podszedł  do  niej, 
wyciągając  rękę,  w  której  trzymał  białą  kopertę  z  wypisanym  na  czerwono 
imieniem. 

- Proszę, to prezent dla ciebie, Maddie. 
-  Dziękuję.  -  Przez  chwilę  obracała  kopertę  w  palcach.  Spojrzała  na  bliźniaczki, 

które podeszły, stukając kowbojskimi butami. 

- Zobacz, co Święty Mikołaj nam przyniósł, Maddie. 
Hope zamachała pudełkiem z płatkami śniadaniowymi. 
- Dostałyśmy chrapki owocowe... 
- ...i czekoladowe... 
- ...i mrożoną pizzę... 
- ...ale jest już w zamrażarce... 
- ...bo inaczej by się roztopiła. 
- Nie otworzysz swojego prezentu, Maddie? - wtrącił niecierpliwie Dillon. 
- Tak, chcemy... 
- ...zobaczyć, co masz - ponagliła Hope. 
- Ja też jestem ciekawy. - Eben uśmiechnął się lekko. 
Drżącymi ze zdenerwowania rękoma Maddie rozerwała kopertę. Spodziewała się, 

że  w  środku  znajdzie  wypisaną  odręcznie  kartkę  świąteczną  albo  zakładkę  do 
książki. Ale w rogu lśnił złoty pierścionek z brylantem. Maddie szeroko otworzyła 
oczy. 

background image

 

146 

- Co tam jest? - Joy wspięła się na palce. 
- Możemy zobaczyć? - Hope podeszła bliżej. 
- Właśnie, możemy? - Eben wyjął Maddie kopertę z rąk, obrócił się nagle i szybko 

wcisnął jej Tada w ramiona. - Potrzymaj go przez chwilę - powiedział i sięgnął do 
wnętrza koperty. - No, no, pierścionek. Ciekawe, czy będzie pasował. 

Chwycił Maddie za lewą rękę, choć próbowała ją cofnąć. 
- Jeśli to znowu jakiś kawał, MacCallister... - zaczęła i urwała. Głos drżał jej zbyt 

mocno.  Spróbowała  raz  jeszcze.  -  Wczoraj  mówiłam  poważnie.  Pierścionek 
niczego nie zmieni. I tak nie będę czekać. 

-  Wiem.  -  Eben  wsunął  pierścionek  na  smukły  palec.  -  Należał  do  mojej  matki. 

Zawsze planowałem, że dam ci go w dniu naszego ślubu. 

Joy szeroko otworzyła oczy. 
- Wujku, czy ty chcesz ożenić się z Maddie? 
-  Zaraz  po  śniadaniu  -  odparł,  nie  odrywając  wzroku  od  ukochanej  kobiety.  - 

Pomyślałem,  że  moglibyśmy  wszyscy  załadować  się  do  jeepa  i  pojechać  do 
Meksyku. Pewnie nie będzie łatwo znaleźć kogoś, kto zechce udzielić nam ślubu, 
ale  podoba  mi  się  pomysł,  żebyśmy  się  pobrali  w  Boże  Narodzenie.  Co  ty  na  to, 
Maddie? - spytał ciepłym, czułym głosem. 

- A ranczo? - spytała. Ciągle bała się uwierzyć w to, co usłyszała. 
- Rzeczy są ważne, Maddie - powtórzył Eben. - Takie jak pierścionek i akt ślubu. 
- Mówię poważnie. Co masz zamiar zrobić z ranczem? 
Eben lekko wzruszył ramionami. 
- Jeśli nie uda mi się samemu zebrać pieniędzy, pożyczę trochę od ciebie. Ale to 

będzie tylko pożyczka - dodał z naciskiem. - Zwrócę wszystko, co do centa. 

- Jasne. - Maddie śmiała się i płakała. 
Eben  wziął  ją  w  ramiona  i  pocałował.  Bliźniaczki  zaczęły  tańczyć  wokół  całej 

trojki. W końcu udało im się wciągnąć do kółeczka także Dillona. 

Nikt nie powiedział już ani słowa. Ale wszyscy wiedzieli, że choć w czasie świąt 

bardzo ważne są nadzieja i radość, najważniejsza jest zawsze miłość.