background image

L

L

E

E

I

I

G

G

H

H

M

M

I

I

C

C

H

H

A

A

E

E

L

L

S

S

S

S

p

p

r

r

z

z

e

e

d

d

a

a

j

j

m

m

i

i

m

m

a

a

r

r

z

z

e

e

n

n

i

i

e

e

Tytuł oryginału: Sell Me a Dream

Przełożył: 

Stanisław Bębenek

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Wiatr  wzmógł  się  i  kolorowe  liście  posypały  się  z  drzew.  Stephanie 

Kendall stała na frontowych schodach okazałego nowego domu, spogląda-
jąc  w  zadumie  na  pagórkowaty  krajobraz.  Jej  kasztanowe  włosy,  targane 

chłodnymi podmuchami, sprawiały, że sama przypominała jesienny liść.

Z tyłu odezwał się głos kobiety:

– Dziękuję, Stephanie – powiedziała lekko zdyszana. – Musiałam wyjść i 

jeszcze raz mu się przyjrzeć. – Szerokim gestem objęła front domu: – Zaw-
sze  marzyłam  o  czymś  takim,  a  dziś  marzenie  staje  się  rzeczywistością. 

Dziękuję, że pomogła mi go pani znaleźć.

– Cała przyjemność po mojej strome, pani Bruce. – Twarz Stephanie po-

jaśniała w uśmiechu.

Nie zarabiam na życie sprzedawaniem domów, lecz marzeń, pomyślała. 

Handel nieruchomościami nie oznaczał dla niej wyłącznie interesu. Radość, 

że mogła spełniać cudze marzenia, obserwować, jak pierwsze iskierki zain-
teresowania  przeradzają  się  stopniowo  w  namiętną  miłość  do  czterech 

ścian i dachu – to była prawdziwa treść jej pracy. I to było to, co Stephanie 

uwielbiała.

Jestem  głupia,  rozmyślała  dalej.  Sprzedawanie  domów  jest  po  prostu 

pracą taką jak inne. Łatwo zachwycać się nią w dniu zawierania umowy, 
podpisywania  dokumentów,  przekazywania  gotówki,  przyjmowania  pro-

wizji. Lecz w pozostałe dni, podczas tych  nie kończących się  godzin spę-

dzanych  z  panią  Bruce  i  mnóstwem  jej  podobnych  osób  na  lustrowaniu 
każdej nowej, zgłoszonej oferty, o wiele trudniej o entuzjazm do tego zaję-

cia. Za to dzień taki jak dzisiejszy – i prowizja tej wielkości – były dowo-
dem,  że  wszystkie  te  godziny  nie  szły  na  marne.  Dziś  mogła  wracać  do 

domu ze spokojną głową, wiedząc, że starczy jej na zapłacenie rachunków 

za kilka najbliższych miesięcy, do czasu, gdy po sfinalizowaniu następnej 
transakcji otrzyma nową prowizję. 

– Przyślę pani zaproszenie na oblewanie domu! – zawołała pani Bruce, 

kiedy Stephanie wsiadła już do samochodu. – Pani i Tony'emu. Słyszałam, 

jak mówił, że idziecie dziś na kolację, więc postaramy się nie zatrzymywać 

background image

go długo.

Stephanie pomachała ręką na pożegnanie. Potem krętą alejką wydostała 

się  swoim  niewielkim  samochodzikiem  na  główną  ulicę.  Była  to  jedna  z 

lepszych – i droższych dzielnic w mieście. I była to jej pierwsza naprawdę 

duża  sprzedaż.  Do  tej  pory  handlowała  jakimiś  budami,  parterowymi 

domkami,  podupadającymi  kamienicami  czynszowymi.  Lecz  Tony,  po-
średnik, dla którego pracowała, uznał, że jest już gotowa do większych za-

dań.  Dzięki jego  pomocy  sprzedała ostatnio kilka  nowszych  domów.  No, 

pomyślała,  kariera  zawodowa,  zapowiadająca  się  tak  skromnie  trzy  lata 

temu, nareszcie nabiera rozpędu.

Był również Tony. Spojrzała na serdeczny palec lewej dłoni. Brylancik 

osadzony w złocie był mały, ale dobrej jakości. Poza tym, tłumaczyła sobie 

Stephanie,  imponowanie  blaskiem  i  okazałością  wielkich  brylantów  to 

dziecinada.  Ten  mały  kamyk  był dla  niej  takim  samym  symbolem narze-

czeństwa jak wielokaratowe klejnoty. Dobra, solidna jakość w zupełności jej 

wystarczy.

Przyszło jej do głowy, że ten pierścionek przypomina nieco samego To-

ny'ego. Niezbyt efektowny i zdecydowanie starszy od Stephanie, wzbudzał 

za to zaufanie swą solidnością i rzetelnością – a to na dłuższą metę liczy się 

najbardziej. Tony nigdy jej nie zdradzi, nigdy nie opuści, ponieważ w jego 

życiu ona będzie najważniejsza.

W jej myślach mignął przez moment obraz twarzy innego mężczyzny. 

Potrząsnęła  głową,  pragnąc  go  odepchnąć,  lecz  wizja  ciemnych  włosów  i 

oczu barwy tropikalnej zatoki nie chciała jej opuścić.

Czemu tak często wspomina ostatnio Jordana, zastanawiała się gniew-

nie. Porzucił ją przecież dawno temu i nie było powodu myśleć o nim wię-
cej. Powinna teraz myśleć raczej o Tonym.

Kiedy parkowała samochód przed domem rodziców, znad pryzmy liści 

przy krawężniku unosiła się wstęga dymu. Ojciec oparł się o grabie i pod-

niósł na powitanie rękę. Od drugiej, większej pryzmy oderwała się maleńka 

postać w pomarańczowej kurtce i popędziła w kierunku samochodu.

– Mamusiu! – szczebiotała zachwycona. – Dziadek pali liście, a babcia 

piecze ciastka, a...

Stephanie  wzięła  na  ręce  i  przytuliła  rozdokazywaną  dziewczynkę. 

background image

Okrągłe policzki dziecka zaróżowiły się od chłodu, a niebieskie oczy pro-
mieniały radością. Spod kaptura wysuwały się ciemne loki...

Nagle Stephanie zrozumiała, dlaczego ostatnio tak często myśli o Jorda-

nie. Katie była także jego córką i teraz, kiedy z jej buzi ustępowała pucoło-

watość pierwszych lat dzieciństwa, z dnia na dzień stawała się coraz bar-

dziej podobna do ojca. Raptowna zmiana zaskoczyła ją do tego stopnia, że 
doznała wrażenia, jak gdyby zamieniono jej dziecko.

Dlaczego, myślała gorączkowo, dlaczego nie może wyglądać jak ja? To 

nie jest sprawiedliwe, że będę go miała przed oczami zawsze, ilekroć na nią 

popatrzę... Nie, nie jest ważne, kogo Katie przypomina. Bez względu na to, 

kto był jej ojcem, teraz jest tylko moją córką.

– Czy sprzedałaś dziś jakieś marzenie? – dopytywała się dziewczynka.

– Tak, kochanie – roześmiała się Stephanie. – Sprzedałam ogromne ma-

rzenie i jesteśmy względnie bogate. Przynajmniej na razie.

Katie spojrzała zaintrygowana. Wywinęła się z objęć matki.

– Czy to znaczy, że teraz dostanę prawdziwy rower zamiast tego głu-

piego trzykółkowca?

– Niezupełnie. Ciągle jeszcze jesteś za mała.

Szły  przez  trawnik,  wysoko  wymachując  splecionymi  dłońmi.  Ojciec 

krzątał się wokół ogniska, ale kłęby dymu snuły się nisko po ziemi.

– Nie wiedzie ci się dzisiaj, prawda? – spytała Stephanie.
– Są  zbyt  wilgotne  –  Karl  Daniels  uśmiechnął  się  –  ale  palone  liście 

pachną tak pięknie, że musiałem spróbować. Nasze małe radio donosi, jak 

słyszałem, że babcia piecze ciastka. Chodźmy spróbować.

Dużą  kuchnię  wypełniał  wspaniały  aromat  dochodzący  z  piekarnika. 

Przez moment Stephanie miała wrażenie, że z powrotem wkroczyła w cza-
sy własnego dzieciństwa. Oto właśnie wróciła ze szkoły, mama krząta się 

przy  piecu, pachnie  ciasto.  Gdyby  nie  dziecko  kręcące się  obok,  mogłaby 

nawet zapomnieć o upływie lat.

Pocałowała matkę w policzek i wzięła gorące ciastko prosto z blachy.

– Zawsze miałaś do tego smykałkę – Anne Daniels przywitała się z cór-

ką.

– Tata uczył mnie, że najpierw należy wycałować kucharkę, a jeść moż-

na potem.

background image

– Ona zdradza wszystkie moje sekrety – żachnął się Karl. – Chodź, Ka-

tie, umyjemy się.

Kiedy ich głosy ucichły w przedpokoju, Stephanie powiesiła kurtkę na 

poręczy krzesła i usiadła przy stole.

– Wszystko poszło dziś dobrze? – zapytała Anne, wyjmując z piecyka 

następną blachę ciastek.

– Zgodnie z planem. Pani Bruce ma nowy dom, a ja dostanę jutro czek, 

jak tylko Tony obliczy, ile mu się należy.

– To chyba nie jest w porządku – westchnęła Anne – że ty wykonujesz 

całą robotę przy sprzedaży domu, a on potem zabiera tak dużo.

– Ale on przecież ponosi wszystkie wydatki biurowe, płaci za wszystkie 

ogłoszenia i rozmowy telefoniczne.

– Sądzę, że twoja umowa powinna być korzystniejsza niż reszty sprze-

dawców. W końcu, Stephanie, jesteś w trochę innym położeniu.

– To prawda, mamo, jestem z nim zaręczona – roześmiała się Stephanie 

– ale poza tym on prowadzi jednak interes. Musi mieć zysk. – Napoczęła 
następne ciastko i powiedziała niewyraźnie: – Zabiera mnie dziś na kolację, 

żeby to uczcić.

– Oby cuda trwały wiecznie! – Anne przygryzła wargi i dodała: – Prze-

praszam, wymknęło mi się.

Stephanie skończyła ciastko i zapytała z naciskiem:
– Dlaczego nie lubisz Tony'ego? 

Anne milczała długo. Potem odrzekła:

– Dokąd zabiera cię na kolację?

– Nie odpowiesz mi na pytanie, mamo?

– Wolałabym, żebyś go nie zadawała. – W oczach Anne pojawiło się za-

kłopotanie. – Jeżeli rzeczywiście zależy ci na Tonym, przyjmiemy go do ro-

dziny. Ale...

– Ale nie akceptujesz tego pomysłu, prawda? Chcę tylko wiedzieć dla-

czego. Co ci się nie podoba w Tonym?

Zapanowało długie milczenie.
– Stephanie, nie chcę nikogo urazić. Będzie ci i tak ciężko rozpoczynać 

drugie małżeństwo bez żadnej nici porozumienia między Tonym a nami.

– Mamo, odpowiedz mi...

background image

Przez moment stały naprzeciw siebie, podobne do bokserów na ringu, 

jak to zdarzało im się niegdyś, w czasach dziewczęcych buntów Stephanie. 

Potem Anne westchnęła i powiedziała:

– Naprawdę nie mam nic przeciwko Tony'emu. To jedynie takie wraże-

nie. Widzisz, Stephanie, on jest tak cholernie pozbierany. Każda chwila jego 

życia jest zaplanowana, uładzona, ustalona do najdrobniejszego szczegółu.

– Jest bardzo dobrze zorganizowany – przyznała Stephanie.

– Właśnie mówię, pozbierany. Żadnej improwizacji, nic spontanicznego. 

On najwyraźniej nie spieszy się, żeby cię poślubić.

– To chyba punkt na jego korzyść!

– I zawsze jest tak nieprawdopodobnie schludny – Anne zdawała się nie 

słyszeć, że jej przerwano. – Założę się, że nigdy w życiu nie był na pikniku, 

bo tam się można pobrudzić.

– Mamo, mnóstwo ludzi nie lubi pikników.

– Nie w tym rzecz, Stephanie, i ty wiesz dobrze, że nie. Dzieci nie zno-

szą szablonów. Boję się o Katie, że on będzie usiłował zrobić z niej dosko-
nałą małą dziewczynkę, odpowiadającą jego wyobrażeniom.

– On uwielbia Katie, mamo. Bardzo chce być jej ojcem.

– Ależ, Stephanie, Katie ma już ojca.

– Ojca? On nigdy w życiu jej nie widział, nigdy nie wykazał żadnego za-

interesowania.

Ani mną, dodała w myśli, żeby złagodzić gnębiące ją wyrzuty sumienia. 

Zataiła przed matką, że kiedy Jordan ją opuszczał, nie wiedział wcale o Ka-

tie. Rozdrażniona, zaczęła usprawiedliwiać się przed sobą: nie powiedziała 

mu, że będzie miała dziecko, ponieważ sama się jeszcze nie orientowała. A 

on nie odezwał się więcej, dlatego nie miała okazji go poinformować. Nie 
zależało mu...

– Mamo,  czemu  tak  nagle  bronisz  Jordana?  –  zapytała  po  chwili  po-

dejrzliwie.

– Nie bronię go – zaprzeczyła Anne łagodnie. – Uważam, że to, co zro-

bił,  było okropne. Ale Katie potrzebuje  go, a  tobie też przydałaby się po-
moc. Powinien przynajmniej posyłać dla niej jakieś pieniądze.

– Mamo,  nie  potrzebuję  pomocy  Jordana.  Ani  jego  pieniędzy,  jeśli  w 

ogóle  je  ma,  ani  czegokolwiek  innego.  Teraz  sama  zarabiam.  Dzisiejsza 

background image

prowizja to punkt zwrotny. A jeżeli chodzi o Katie – ona także go nie po-
trzebuje. O wiele bardziej przyda jej się Tony jako ojczym niż przypadkowe 

zapomogi, które Jordan podrzucałby od czasu do czasu.

– Przecież on powinien ponosić odpowiedzialność...

– Nie jestem pewna, czy traktowałby to poważnie. Jordan nigdy nie sza-

lał na punkcie dzieci... Nie mogę sobie wyobrazić, że troszczyłby się o Katie 
tylko dlatego, iż ja go o to poprosiłam.

– Zmieniłby zdanie, gdyby choć raz ją zobaczył – pokręciła głową Anne. 

– Ona jest tak czarująca, że żaden ojciec nie potrafiłby się od niej odwrócić.

Mamo,  pomyślała  Stephanie,  gdybyś  się  zastanowiła,  zrozumiałabyś 

może, dlaczego nie chcę od niego pieniędzy. Chyba się mylisz, a ja nie będę 
ryzykować.

– Sądzę też, że Jordan postąpiłby tak, jak powinien – nie dawała za wy-

graną Anne. – Przecież w czasie rozwodu zaproponował ci alimenty.

– Alimenciki – sprostowała Stephanie.

– Nigdy  nie  zrozumiem,  dlaczego  nie  chciałaś  nic  od  niego  przyjąć. 

Masz  swoją  dumę,  oczywiście,  ale  powinnaś  była  to  zrobić  przynajmniej 

dla Katie. Była to hojna propozycja...

–  Odświeżę  twoją  pamięć,  mamo  –  westchnęła  Stephanie.  –  Zapropo-

nował  mi  procent  od  swoich zarobków.  To  rzeczywiście  brzmiało  hojnie, 

ale – jeśli pamiętasz – on zostawił mnie, bo chciał pracować z tymi śmiesz-
nymi ludźmi, gdzie wszyscy urywali się w dni wypłat tylko po to, żeby za-

oszczędzić  sobie  papierkowej  roboty  z  przyjmowaniem  czeku.  Jordan, 

człowiek, który chciał podpalić świat, pracował wyłącznie dla zabawy.

– Ale może wtedy skończyłabyś studia – rzekła Anne ze smutkiem.

– Niekoniecznie, mamo. Dwadzieścia procent od niczego zawsze równa 

się zero. To była propozycja bez pokrycia. Mógł mi dawać i połowę zarob-

ków, a ja i tak miałabym z tego guzik oraz na dodatek mnóstwo kłopotów, 

żeby go dostać. Nie, dziękuję. Sama zadbam o siebie i o Katie, bez Jordana.

– Twoje obecne zajęcie przynosi ci niewiele więcej – stwierdziła cierpko 

Anne.

– W handlu nieruchomościami potrzeba dużo czasu, żeby ruszyć z miej-

sca. Ale teraz, mamo, jestem na dobrej drodze. Jeżeli tylko wszyscy będzie-

cie cierpliwi, z pomocą Tony'ego dam sobie radę.

background image

– Przyjmij jego pomoc, ale proszę cię, kochanie, nie wychodź za niego.
– Wyjdę, za kogo zechcę, mamo.

– Wiem, kochanie.

– Co  to  ma  znaczyć?  –  spytała  Stephanie  podejrzliwie. –  Ty  i  tata  nie 

chcieliście również, bym wyszła za Jordana...

– To prawda. Ledwie go znaliśmy. I widzisz, do czego to doprowadziło!
Stephanie policzyła do dziesięciu i, uspokojona, odrzekła:

– Spróbuję zapomnieć, że  to powiedziałaś. No,  trzeba zabrać Katie do 

domu, nakarmić ją i przygotować się do wyjścia. Dziękuję za opiekę.

– Przepraszam, Stephanie. Nie powinnam była tego mówić – usprawie-

dliwiała się Anne.

Stephanie przystanęła w drzwiach, a jej sylwetka zdradzała napięcie. Po 

chwili jednak ruszyła dalej, jak gdyby nic nie usłyszała.

Jej własny domek, ukryty pod gałęziami rozłożystego klonu, wyglądał 

przytulnie i zapraszająco. Jak zwykle o tej porze roku, większość liści już 

opadła z drzewa.

– Czy wiesz, Katie, jaki mamy plan na najbliższy weekend? – mówiła do 

córeczki, odpinając jej pas bezpieczeństwa. – Wysprzątamy ogródek i przy-

gotujemy go do zimy.

Z komina wydobywała się smużka dymu. Dni stawały się coraz chłod-

niejsze i trzeba było uruchomić piec centralnego ogrzewania. Przyszła pora 

dużych  wydatków,  pomyślała.  Przypomniała  sobie  o  czeku,  który  Tony 

miał jej wręczyć jutro w biurze. Jak bardzo pragnęła mieć takie pieniądze 

zeszłej  zimy!  Chciała  wówczas  tyle  zmienić  u  siebie  –  przede  wszystkim 
kupić zmywarkę do naczyń i powiesić nowe zasłony. I może jeszcze poło-

żyć dywan w sypialni Katie – drewniana podłoga tak ziębi bose stopki, a 

dziewczynka po prostu nie chce nosić kapci.

Lecz teraz, kiedy wystawiła już dom na sprzedaż, nie było sensu inwe-

stować. Sprzeda go tak, jak jest, i pozwoli nowym właścicielom wymyślać 
ulepszenia, które sama tak długo planowała. Pieniądze, pozostałe po spła-

ceniu hipoteki, przeznaczą z Tonym na pierwszą ratę za większy dom dla 

nich trojga.

background image

Zdziwiła  się,  że  matka  nie  zapytała,  czy  może  znalazł  się  już  kupiec. 

Lecz po chwili uznała, że w końcu było to naturalne. Widocznie Anne Da-

niels nie chciała nic wiedzieć na ten temat. Najpewniej też prosiła Boga w 

swych wieczornych modlitwach, by dom Stephanie wcale nie został sprze-

dany. Wiedziała przecież równie dobrze jak wszyscy, że zanim to nie na-

stąpi, data ślubu stale będzie odwlekana.

Matka  w  jednym miała  rację.  Tony wcale  się  nie  spieszył. Przełożenie 

ślubu było jego pomysłem. Stephanie chciała mieć to jak najszybciej za sobą 

i wówczas sprowadzić Tony'ego do siebie. Byłoby im ciasno we trójkę, ale 

przecież nie trwałoby to długo. Poza tym mogliby zaoszczędzić na czynszu, 

płaconym za jego mieszkanie. Ale Tony postawił się okoniem. Powiedział, 
że nie będzie przez całą zimę gnieździł się u niej jak w klatce...

–  Cześć,  Julie!  –  Zatrzymała  się  w  furtce,  kiedy  z  sąsiedniego  domku 

wyszła  nastolatka,  niosąc  chodnik  do  wytrzepania.  –  Czy  mogłabyś  dziś 

wieczorem posiedzieć z Katie?

– Pewnie, dokąd wychodzisz?
– Tony zabiera mnie na kolację do klubu.

–  No,  no!  –  roześmiała  się  Julie.  –  Widzę,  że  idziesz  w  górę!  Pewnie 

przestaniesz się odzywać do nas prostaków, kiedy już wyjdziesz za Tony-

'ego i zaczniesz chodzić do lokali co wieczór?

Stephanie śmiała się również, ale bez przekonania. Tony należał do klu-

bu, ponieważ uważał, że jest to niezbędne dla kogoś z jego pozycją. Jednak 

przez cały ten czas, odkąd pracowali razem, zabrał ją na kolację zaledwie 

parę razy.

Zastanawiała się nad tym, przygotowując jedzenie dla Katie. Tłumaczy-

ła sobie, że Tony, jak wszyscy doświadczeni przedsiębiorcy handlu nieru-
chomościami, po prostu starannie planował wydatki, by zachować rezerwę 

na okres zastoju w interesie.

Jakże  inaczej  było  jednak  w  pierwszym  małżeństwie!  Oboje  uczyli  się 

jeszcze  i  z  pieniędzmi  było  krucho,  ale  każdą  niespodziewaną  gotówkę 

wydawali z radością i co do grosza.

I znowu  myślę  o  Jordanie, uświadomiła sobie  Stephanie, przyrzekając 

solennie, że więcej to się nie powtórzy.

Do kuchni weszła Katie. Utkwiła wzrok w smażącym się hamburgerze i 

background image

powiedziała stanowczo:

– Nie chcę, żeby Julie mnie pilnowała.

– Dlaczego? – Stephanie spojrzała czule na maleńką postać, stojącą po-

środku kuchni z rękami wyzywająco opartymi na biodrach. – Czy masz coś 

przeciw Julie, czy w ogóle przeciw opiekunkom do dziecka?

– Nie jestem dzieckiem – odparła Katie z godnością.
– Wybacz mi, zapomniałam, że masz już cztery lata.

– Ja nie chcę Julie! Chcę ciebie – usta Katie wydęły się w grymasie.

– Śliczna  minka,  kochanie.  Robisz  to  bardzo  dobrze  –  pochwaliła  Ste-

phanie. – Poza tym będziesz mnie miała przez cały jutrzejszy dzień.

– Cały dzień? – spytała Katie podejrzliwie.
– Tak. Biorę wolne, w nagrodę za dzisiejszy sukces.

– Dziś wieczorem też? – Katie wielkimi niebieskimi oczyma obserwowa-

ła swą ofiarę.

– Nie, dziś wieczorem wychodzę.

– Nie chcę, żebyś wychodziła.
– Bardzo mi pochlebiasz, kochanie. No, jesteś już gotowa do kolacji?

Katie  namyślała  się  przez  chwilę,  jak  gdyby  chciała  rozpocząć  strajk 

głodowy. Potem wspięła się na krzesełko.

– Nie jestem głodna – oznajmiła.

– Nie dziwię się, po ciastkach babci. – Stephanie nalała sobie herbaty i 

usiadła naprzeciwko Katie, która właśnie układała na talerzu idealnie pro-

stą linię z zielonego groszku.

– Znowu wychodzisz z Tonym? – spytała Katie.

– Tak.

– Sprzedawać marzenia?
Stephanie zaczęła niemal żałować, że nauczyła kiedyś dziewczynkę te-

go powiedzenia.

– Nie, kochanie. Na kolację.

– Nie lubię Tony'ego.

Przez moment zarys upartej szczęki Katie, zdecydowany wyraz jej oczu 

tak przypominały Jordana, że Stephanie doznała uczucia, jak gdyby zoba-

czyła ducha.

– Kathleen Kendall, dręczy cię zły, zielony potwór! – powiedziała gło-

background image

śno.

Stephanie nie spotykała się z wieloma mężczyznami. Dla większości z 

nich ona sama okazywała  się zbyt zajęta, a odpowiedzialność związana z 

Katie zbyt kłopotliwa, by chcieli interesować się nią dłużej. Tylko Tony był 

inny. Pojawiał się częściej i Katie reagowała zawsze tak samo, zdecydowa-

nie w przykry sposób.

Stephanie wiedziała, że wina leży po jej stronie. Psuła Katie, zbyt długo 

była dla dziecka całym światem. Z pewnością dziewczynka pokocha Tony'-

ego, jak tylko staną się prawdziwą rodziną. Kiedy będzie miała ojca na co 

dzień, przyzwyczai się.

– Potwór? – oczy Katie stały się jeszcze większe. 
Stephanie pożałowała, że nie zawsze uważa na to, co mówi.

– Nic takiego, córeczko. Myślałam po prostu na głos. Co chcesz robić ju-

tro?

Katie ciągle jeszcze zastanawiała się nad odpowiedzią, kiedy zapukała 

Julie.

– Przepraszam za spóźnienie –  rzekła wchodząc i zrzucając ociekającą 

wodą kurtkę.

– Już jesteś? Od dawna pada?

– Zaczęło przed chwilą. Za to leje jak z cebra.

Julie zmierzwiła włosy Katie i usiadła przy stole.
– Posiedzę z nią, aż skończy jeść. Idź się szykować. Wspaniała randka 

wymaga specjalnych starań.

W  rzeczywistości przygotowania  nie zajęły  wiele  czasu.  Stephanie  nie 

miała olśniewających toalet. Większość ubrań w jej szafie była dobrana tak, 

by pasowały do granatowego żakietu – stroju, jaki obowiązywał w biurze. 
Włożyła zielonkawą sukienkę, zeszłoroczny prezent urodzinowy od matki. 

Ciągle jeszcze pasowała doskonale, podkreślała też zielonkawe plamki na 

jej piwnych tęczówkach i harmonizowała z kasztanowymi włosami. Wyszła 

z sypialni, zatrzymała się pośrodku salonu i zmagając się z zapięciem ze-

garka, wydawała Julie instrukcje:

– Katie nie idzie jutro do przedszkola, może więc pobawić się nieco dłu-

żej niż zwykle. Babcia dała trochę swoich ciasteczek...

– Mam nadzieję,  że  to  są  czekoladowe  chrupki  – ucieszyła  się  Julie.  –

background image

Ona je robi najlepiej na świecie. Zapomniałaś kolczyków.

– Nie zdążę już – Stephanie sięgnęła do uszu. 

Katie spojrzała znad klocków i poprosiła:

– Ja ci przyniosę, dobrze?

– Dobrze. Tylko pospiesz się.

Ale Katie już nie słyszała. Tanecznym krokiem weszła do pokoju matki i 

drobnymi  paluszkami  zaczęła  przeszukiwać  szkatułkę,  podczas  gdy  Ste-

phanie krzątała się w pośpiechu.

Dziewczynka  w  głębokim  namyśle,  z  językiem  wysuniętym  na  znak 

skupienia przeglądała kolczyki jeden po drugim. Potem wybrała jedną parę 

i zaniosła matce.

– Te – powiedziała, kładąc jej na dłoni maleńkie klejnociki.

Stephanie  spoglądała w  zadumie na  delikatne  złote  ozdoby. Katie ma 

dobry gust, stwierdziła z zadowoleniem. Wybrała jedną z nielicznych do-

brych  par,  jakie  Stephanie  posiadała.  Większość  jej  biżuterii  pochodziła z 

przygodnych zakupów na straganach.

– Nigdy ich przedtem nie nosiłaś – zauważyła Julie. – Są piękne.

Stephanie  pogładziła  koniuszkami  palców  misterny  drobiazg.  Nie  pa-

miętała już,  kiedy ostatni  raz  nosiła te  kolczyki. Wiązało się  z  nimi wiele 

wspomnień – dostała je w prezencie od Jordana w któryś z tych rzadkich 

dni, kiedy mieli pieniądze.

Postanowiła, że nie będzie ich więcej chować w szufladzie. Były to naj-

piękniejsze ozdoby, jakie miała, i przyszedł już czas, by przestać rozpamię-

tywać to, co minęło.

Wspomnienia,  dumała,  obserwując  Katie  zajętą  badaniem  maleńkich 

przegródek szkatułki. Jestem zbyt młoda, by wspomnienia przesłoniły mi 
resztę życia.

Odezwał się dzwonek u drzwi, radośnie poszła więc powitać Tony'ego.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Tony precyzyjnie oddzielił ostatni kawałek mięsa od kości i nadział go z 

satysfakcją na widelec:

–  Kotlety  są  niezłe,  choć  wolę  nowojorski  medalion,  bo  nie  ma  kości. 

Mniej się marnuje.

Dlaczego  więc  nie  zamówiłeś  tego,  co  chciałeś?  To  pytanie  Stephanie 

miała już na końcu języka, ale nie zadała go. I tak znała odpowiedź: scha-

bowy był dziś w daniach firmowych, a medalion nowojorski nie. Rachunek 
Tony'ego zmniejszy się o dwa dolary.

Spojrzała przez wielkie okno, wychodzące na budynek basenu. Ich sto-

lik znajdował się w bocznym pomieszczeniu, z dala od głównej sali. O tej 

porze panował tu jeszcze spokój i mieli prawie całą przestrzeń dla siebie. 

Była  pewna,  że  dziewczynce przypadnie  ten  klub  do  gustu.  Jak  tylko  się 
pobiorą, Stephanie będzie ją tu przyprowadzać. Katie mogłaby tu przez ca-

ły rok korzystać z basenu, a kiedy nieco podrośnie, brałaby lekcje tenisa i 
golfa. Tak, znajdzie się miejsce dla jej córki w tym świecie.

– Słyszałaś  może  jakieś  plotki  o  tym,  że  zakłady  McDonalda  idą  na 

sprzedaż? – spytał Tony.

– Ani słowa – Stephanie pokręciła przecząco głową. – Czemu pytasz?

– Rozmawiałem wczoraj z Jake’em McDonaldem, ale nic nie mogłem od 

niego wyciągnąć – Tony wyglądał na zmartwionego. – Bardzo bym chciał 

dostać takie zlecenie. Może twój ojciec wiedziałby coś na ten temat? Praco-

wał, zdaje się, dla McDonalda.

Wiesz  doskonale,  że  pracował,  chciała  odpowiedzieć  urażona  Stepha-

nie.  Wiesz  także,  że  przeszedł  na  wcześniejszą  emeryturę,  kiedy  spółka 
McDonald zbankrutowała, i że od tego czasu stale chodzi przygnębiony, a 

mama musi bardzo uważać z wydatkami... Ale powstrzymała się znowu.

– Tata  nic o  tym  nie wspominał, może dlatego, że  nie bardzo miałam 

dziś okazję dłużej z nim porozmawiać.

– Mógł też  nie  wiedzieć. W  końcu pracował  tylko  w  produkcji,  nie w 

głównym biurze.

– Ale był kierownikiem – przypomniała Stephanie. – I Jake McDonald 

background image

ciągle jeszcze dzwoni do niego.

– Bardzo bym chciał dostać takie zlecenie – powtórzył Tony.

– Nie  chcę  cię  sprowadzać  na  ziemię,  ale  komu  byś  to  wcisnął?  Nie 

przychodzi  mi  do  głowy  nikt  w  okolicy,  kto  chciałby  kupić  budynek  tak 

wielki, że można by w nim produkować samoloty. Jeśli Jake McDonald ma 

głowę  na  karku,  pójdzie  do  firmy  specjalizującej  się  w  nieruchomościach 
przemysłowych.

– Sugerujesz, że nie dałbym rady tego sprzedać? – najeżył się Tony.

– Niezupełnie. Chodzi tylko o to, że twoje możliwości są ograniczone, a 

to  nie  jest  chodliwy  obiekt.  Najprawdopodobniej  będzie  tak  stał  pusty 

przez  najbliższych  piętnaście  lat,  bez  względu  na  to,  kto  zajmie  się  jego 
sprzedażą.

– Ale, Stephanie, pomyśl tylko, jaki piękny dochód dawałaby przez lata 

właściwie zainwestowana prowizja za taką transakcję.

– Masz rację. – Nie było sensu kłócić się z nim, więc zmieniła temat: –

Oglądałam wczoraj dom Evansów.

– Ten wspaniały pałacyk w Maple Hill?

– Tak,  ten  z  gontowym  dachem  i  ośmiokątnym  salonem.  Proponują 

bardzo rozsądną cenę.

– Masz w związku z nim jakieś plany?

– Pełno –  Stephanie wzięła głęboki oddech.  –  Myślę, że dla  nas  byłby 

znakomity.

– Ta olbrzymia stodoła?

– Przed chwilą nazwałeś go...

– To  było,  zanim  mnie  zdenerwowałaś.  Pomyśl tylko  o  kosztach  kon-

serwacji i utrzymania takiego wielkiego domu.

– Tony, ja myślę o powierzchni. O przepięknym drugim piętrze, gdzie 

można  by  urządzić  bawialnię  dla  Katie,  o  wysokich  pokojach  i  misternej 

stolarce w całym domu.

– Stephanie, chyba nie mówisz poważnie. Tam jest co najmniej pięć sy-

pialni.

– Prawdę powiedziawszy, sześć. Ale jedną chciałabym przeznaczyć na 

garderobę, drugą na pralnię i suszarnię, żeby nie nosić prania po schodach 

tam i z powrotem...

background image

– Ma też wewnętrzne schody, prawda?
– Dębowe – podkreśliła Stephanie rzeczowo. 

Tony pokręcił głową:

– Taki dom wykończyłby nas kosztami utrzymania. Chyba żeby urzą-

dzić  kilka  mieszkań  na  pierwszym  piętrze  i  przynajmniej  jedno  na  dru-

gim...

– W ten sposób bylibyśmy jeszcze bardziej ściśnięci niż u mnie.

– Ale tylko w ten sposób moglibyśmy sobie pozwolić na to, żeby tam 

zamieszkać.

Westchnęła przygnębiona. W głębi duszy wiedziała, że Tony ma rację. 

Trzeba  było  brać  pod  uwagę  nie  tylko  cenę  kupna.  Dom  Evansów  miał 
prawie sto lat. W czasie, kiedy był budowany, nikt nie myślał o cenach opa-

łu. Mieszkanie w nim byłoby już teraz niezwykle kosztowne, nie mówiąc o 

przyszłości.

– A może sami zbudowalibyśmy dom? – zaproponowała.

– To wykluczone – Tony kręcił głową sceptycznie. – Zbyt wielu widzia-

łem ludzi płacących w rezultacie dwa razy tyle, ile miała początkowo kosz-

tować budowa. Stephanie, nie potrafisz ograniczać wydatków.

Powiedział  to  z  uśmiechem,  ale  słowa  dotknęły  ją.  Miała  ochotę  od-

burknąć, że przez ostatnie cztery lata ograniczała wydatki, ale powstrzyma-

ła się.

–  Skoro  już  mówimy  o  interesach  –  dodał  Tony  –  dziś  po  południu 

wpadła do biura Beth Anderson. Zgłosiła swój dom do sprzedaży i zosta-

wiła klucze. Chciałbym, żebyś go jutro zobaczyła.

– Ale ja biorę jutro wolne. – Uświadomiła sobie, że nazwisko z czymś jej 

się  kojarzyło.  –  Chyba  znam  Andersonów,  prawda?  Mają  willę  w  West 
Elm?

– Masz rację. To sympatyczny dom – salon, kominki, spora kuchnia, ga-

binet w piwnicy, świetne położenie. Obejrzyj go dobrze i powiedz, co my-

ślisz.

Ulżyło jej.  Najpewniej  Tony  szukał  równie  intensywnie jak  ona.  Willa 

Andersonów mogłaby okazać się w sam raz dla nich trojga. Rozmarzyła się: 

Katie miałaby nareszcie dużo miejsca, a Stephanie nie musiałaby cały czas 

lawirować pośród jej zabawek w salonie.

background image

– Wpadnę tam jutro – zdecydowała.
– Dobrze. Ona będzie oczywiście w pracy – wyciągnął z kieszeni klucze.

– Dlaczego  Andersonowie  się  wyprzedają?  –  spytała  z  zainteresowa-

niem, wsuwając klucze do torebki.

– Są w finansowym dołku – wzruszył ramionami. – Jak wszyscy. A pro-

pos...

Stephanie  sięgnęła  skwapliwie po  złożony pasek papieru, który podał 

jej Tony.

– Dziękuję.  Nie  sądziłam,  że  zostaniesz  w  biurze  do  późna,  aby  to 

wszystko policzyć.

– Pomyślałem, że byłoby ci przyjemnie dostać go już dziś.
Stephanie rzuciła okiem na cyfry.

– Tony – rzekła wreszcie, siląc się na spokój – spodziewałam się znacz-

nie więcej. Co się stało? Jest tutaj o tysiąc dolarów mniej.

– Wiem. Włożyłem je dla ciebie na konto systematycznego oszczędza-

nia.

– Co zrobiłeś? – była wstrząśnięta. – Tony, ja potrzebuję tych pieniędzy 

teraz!

– Ale w przyszłym roku możesz ich potrzebować bardziej. Okazje takie 

jak z panią Bruce nie trafiają się co miesiąc, ani nawet co rok. Musisz zacząć 

gromadzić rezerwę.

– Najpierw  muszę  mieć  z  czego.  Tony,  już  dawno  zaplanowałam,  jak 

wydać ten tysiąc.

–  Wydać na  rzeczy  niezbędne  czy  na głupstwa? –  potrząsnął głową z 

powątpiewaniem. – Stephanie, musisz zrozumieć, że nikt nie zatroszczy się 

o twoją przyszłość za ciebie. Musisz to zrobić sama.

Ale ja chcę żyć także teraz, buntowała się wewnętrznie. Chcę mieć nową 

sukienkę, chcę kupić Katie upragnioną lalkę, chcę też przynajmniej raz na 

tydzień zjeść obiad w restauracji zamiast pędzić do domu na sandwicza. I 

jeszcze  wydać  odrobinę pieniędzy  na coś  przyjemnego  –  może  na  krótką 

wycieczkę wiosną. Czy naprawdę żądam tak wiele?

Westchnęła jednak tylko zrezygnowana. Tony prowadził interesy o wie-

le dłużej i wiedział, jak łatwo tysiąc dolarów potrafi przelecieć przez palce. 

Ale cóż w tym złego, sprzeciwiała się w duchu, że chcę czasem zjeść kraby 

background image

zamiast dorsza? Oczywiście, nie co dzień – nie, ale raz na jakiś czas, kiedy 
mam ochotę na coś specjalnego!

Kiedyś marzyła o życiu, w którym krabów mogłoby być tyle, ile dusza 

zapragnie. Ojciec pracował w zakładach McDonalda i chociaż zawsze do-

brze zarabiał, nigdy nie starczało na fantastyczne ubrania, podróże i luksu-

sy, do których tęskniła Stephanie. Tak więc, gdy zaczęła planować własną 
przyszłość, wybrała coś, co zapewniało naprawdę duże pieniądze – zawód 

eksperta sporządzającego dla towarzystw ubezpieczeniowych tabele staty-

styczne spodziewanej długości życia ich klientów. Była już w połowie drogi 

do celu, kiedy spotkała Jordana i wszystko poza nim stało się nieważne.

Szybki  ślub  w  uczelnianej  kaplicy,  zabawa  w  urządzanie  pierwszego 

wspólnego  mieszkania,  gdzie  fantazją  i  własną  ciężką  pracą  trzeba  było 

nadrabiać brak pieniędzy, szczęście pierwszej namiętnej miłości...

A potem życie rozpadło się na kawałki. Jej marzenia o karierze runęły w 

przepaść razem ze studiami i małżeństwem. Czekał ją los porzuconej żony, 

samotnie wychowującej dziecko.

Może matka miała jednak rację, zastanawiała się. Może Jordan powinien 

zapłacić za to, co uczynił?

–  Kelnerka  najwidoczniej  nie  ma  zamiaru  podać  mi  drugiej  kawy  –

zrzędził Tony. – W takim razie możemy już iść.

Oto siedzę tutaj z moim narzeczonym, uświadomiła sobie Stephanie, a 

po raz setny dzisiaj myślę o byłym mężu. Co, na miłość boską, dzieje się ze 

mną?

– Nie dawałbym tak dużego napiwku – Tony odliczył drobnymi okrą-

głego dolara – gdyby nie spodziewano się tyle ode mnie. A może ty zrobisz 

kawę w domu?

– Oczywiście – Stephanie odłożyła serwetę i wstała. 

Sąsiednia sala była prawie pusta. Tony objął ją, a ona rozglądała się z 

uśmiechem.  Właśnie  w  przeciwległym  rogu  trzej  mężczyźni  wstawali  od 

stołu. Jeden z nich przekomarzał się z kelnerką. Stephanie pamiętała go, był 

to przewodniczący miejscowej Izby Handlu. Ostatni raz widziała go kilka 
miesięcy temu, kiedy wraz z żoną podpisywał dokumenty domu, który im 

sprzedała. Posłała mu szeroki uśmiech. Mężczyzna obok ucieszył się na jej 

widok:

background image

– O, to nasza mała Stephanie! Nie widziałem cię wieki, moja droga.
– Witam pana, panie McDonald – podała mu rękę. Lubiła tego człowie-

ka, który był przyjacielem jej ojca. Wprawdzie dość gburowaty, do niej jed-

nak zawsze odnosił się przyjaźnie.

Tony  stał  spięty  u  jej  boku.  Czuła  niemal  fizycznie,  jakiej  gimnastyce 

poddawał swój umysł: jeżeli przewodniczący Izby i właściciel największe-
go  nieczynnego  zakładu  w  mieście  zapraszają  nieznajomego  na  przy-

jacielską kolację, to kim jest nieznajomy?

Stephanie utkwiła wzrok w karku mężczyzny, tam gdzie biały kołnie-

rzyk koszuli stykał się z ciemnymi włosami okalającymi doskonale kształt-

ną głowę.

Serce  jej  biło  tak  mocno,  że  zdawało  się  kołysać  salą.  To  niemożliwe, 

myślała gorączkowo. To tylko chora wyobraźnia. Wyczarowałaś go z nico-

ści!

Odwrócił  głowę...  i  wszystko  zaczęło  toczyć  się  jakby  w  zwolnionym 

tempie.  Światła  na  sali  przygasły.  Gdzieś  w  oddali  ktoś  coś  mówił.  Głos 
brzmiał głucho i bezcieleśnie, a każda sylaba ciągnęła się godzinami. Real-

ny był tylko błękit oczu Jordana.

Nie wiedziała, jak długo tak stali naprzeciw siebie. Nie mogło to jednak 

trwać dłużej niż ułamek sekundy, ponieważ nikt nie spostrzegł, co się z nią 

działo. W końcu Jordan opuścił wzrok i podał rękę Tony'emu.

– Oto dziewczyna, z którą powinieneś porozmawiać, Jordanie – powie-

dział przewodniczący Izby. – To ona sprzedała nam dom i Martha jest za-

chwycona.  Znajdzie,  czego  ci  potrzeba.  Stephanie,  to  jest  Jordan  Kendall. 

Właśnie kupił fabrykę McDonalda i teraz rozgląda się za czymś do miesz-

kania. Jordanie, Stephanie Kendall... – przerwał raptownie. – To bardzo za-
bawne, że nosicie to samo nazwisko.

– Obawiam się, że to wcale nie jest zabawne – Stephanie zmusiła się do 

uśmiechu. – My... się znamy.

Zimny wzrok Jordana spoczął na niej znowu.

– Zdaje mi się, że wyraziłaś w sądzie chęć powrotu do panieńskiego na-

zwiska natychmiast po orzeczeniu rozwodu?

Przewodniczący Izby zakrztusił się i Jake McDonald musiał mu pomóc 

uderzeniem w plecy.

background image

– Okazało się to niewygodne – odparła chłodno Stephanie. – W końcu 

wolałam zatrzymać twoje nazwisko. Mamy u nas kilku dobrych agentów 

handlu nieruchomościami. Na pewno znajdziesz kogoś, kto zechce dla cie-

bie pracować. Dobranoc. – Odwróciła się i szła przez salę sztywno wypro-

stowana, jakby spodziewała się, że dosięgnie ją cios noża.

Jordan wyglądał, jakby rzeczywiście mógł zamordować, myślała drżąc z 

przeżytej emocji.

Czekała  już  ubrana  przy  wyjściu,  z  rękami  wciśniętymi  w  kieszenie 

płaszcza, kiedy Tony wyszedł z sali.

–  Mój  Boże,  Stephanie  –  wysapał.  –  Wyglądasz,  jak  gdybyś  zobaczyła 

ducha.

Bo zobaczyłam. Wielkiego, z krwi i kości, wściekłego ducha. Dlaczego 

był  wściekły?,  próbowała  zebrać  rozproszone  myśli.  Minęło  kilka  lat  i  w 

dodatku to Jordan ją opuścił, a nie ona jego...

– Przecież nie jesteś już jego żoną. On chce tylko ubić z tobą interes.

– Skąd ci przyszedł ten pomysł do głowy?
– Kiedy odeszłaś, powiedział McDonaldowi, że chyba zadzwoni do cie-

bie. – Pomógł jej usiąść na przednim siedzeniu i zatrzasnął drzwi.

– Starał  się  tylko  być  uprzejmy  –  Stephanie  ciągle  jeszcze  nie  mogła 

przyjść do siebie. – Nie zwróciłby się do mnie, nawet gdyby chciał kupić 

budę dla psa!

– Nie mogę uwierzyć, że go spławiłaś. Odmówić człowiekowi, który ma 

dość  forsy, żeby kupić fabrykę McDonalda! Czy wiesz, ile w  dzisiejszych 

czasach kosztują wille dla grubych ryb? I jak niewielu ludzi może sobie na 

nie pozwolić?

– Nie wyciągaj pochopnych wniosków. Można kupić fabrykę nie mając 

żywej gotówki, a nawet za pożyczone pieniądze. Poza tym, kto powiedział, 

że on potrzebuje willi dla grubych ryb? Może wcale nie jest grubą rybą...

– Nigdy  nie  widziałem  jeszcze  zwykłego,  szarego  człowieka  w  takim 

garniturze.

– A może on wcale nie chce dużego domu? W końcu jest przecież sam...
– Skąd wiesz?

– Nie wiem... – Stephanie przerwała raptownie swoją tyradę. Jak to, Jor-

dan żonaty, Jordan z rodziną?

background image

– Gdybyśmy znaleźli dom – Tony wzruszył ramionami – który nam się 

podoba, już byśmy byli po ślubie. Co więc miałoby jego powstrzymywać?

– Jordanowi małżeństwo nie odpowiadało. Zbyt go krępowało.  Chciał 

decydować o wszystkim.

Wiedziała, że mówi to z goryczą. Właśnie upór Jordana, żeby decydo-

wać samemu, nie brać pod uwagę jej pragnień, stał się przyczyną klęski ich 
związku.

–  Nie  przejmuj  się tak,  Stephanie. No  dobrze,  byłaś  jego  żoną.  To  jest 

niewielkie miasto, więc będziesz musiała go widywać od czasu do czasu. 

Lepiej, jeżeli przejdziesz nad tym do porządku.

Nie mogła nie przyznać mu racji. Miasteczko było zbyt małe, żeby uda-

ło jej się nie spotykać Jordana, nawet jeśli on także próbowałby trzymać się 

z  daleka.  Kupując  fabrykę,  automatycznie  stawał  się  członkiem  miejskiej 

elity.  Jej  zawód  sprawiał, że  będą  się  poruszać  w  podobnych  kręgach to-

warzyskich.

Kiedy Tony podjeżdżał pod jej dom, wyciągnęła klucze z torebki.
– Ciągle  masz  ochotę  na  kawę?  –  spytała  marząc,  żeby  odmówił.  Po-

trzebowała trochę czasu, żeby ochłonąć. Samo spotkanie po latach wystar-

czająco nią wstrząsnęło, a myśl, że będzie zmuszona nauczyć się mieszkać 

w jednym mieście z Jordanem Kendallem, była jeszcze trudniejsza do znie-

sienia.

– Oczywiście – Tony wyglądał na zaskoczonego pytaniem.

Deszcz  lunął  znowu  i  tych  kilka  kroków  od  samochodu  wystarczyło, 

żeby płaszcz Stephanie przemókł na wylot. Drzwi otworzyła Julie.

– Usłyszałam samochód, więc nastawiłam kawę – powiedziała, zbierając 

się do wyjścia.

– Jesteś aniołem – pochwaliła ją Stephanie.

Stanęła w drzwiach obserwując, czy Julie bezpiecznie dotarła do domu. 

Kiedy gasiła światło przy furtce, Tony już wracał do salonu ze swoją kawą.

– Tobie też zrobić? – dopiero teraz pomyślał o niej.

– Nie, dziękuję – oparła głowę na poduszce kanapy.
– Ciągle jesteś blada – zauważył. – Daj spokój, Stephanie, świat się jesz-

cze nie kończy. Przecież nic się nie zmieniło.

Jednak zmieniło się wszystko. Stephanie przypomniała sobie dzisiejsze 

background image

słowa matki: kiedy Jordan zobaczy Katie, nie będzie umiał odwrócić się od 
niej.

– Kochanie – Tony objął ją i niezgrabnie pocałował. – Wszystko będzie 

dobrze.

Z sąsiedniego pokoju dobiegł ich hałas.

– Co to było? – zaniepokoił się Tony.
– Pewnie Katie – Stephanie nie poruszyła się, otworzyła jedynie oczy.

Po  chwili  w  drzwiach  pojawiła  się  dziewczynka.  Z  potarganymi  wło-

sami,  z  kciukiem  w  buzi,  ciągnęła po  podłodze  za  nogę  szmacianą  lalkę. 

Miała na sobie ulubioną piżamę, jasnożółtą w kaczuszki. Stephanie dopiero 

teraz zauważyła, jak bardzo piżama była znoszona i powyciągana.

– Nie mogę zasnąć – oznajmiła Katie. Jej wszystkowidzące oczy strzeliły 

błyskiem gniewu, kiedy zobaczyła dłoń Tony'ego na ramieniu matki. Prze-

szła przez pokój i wdrapała się jej na kolana.

– O co chodzi? – spytała Stephanie.

– Zły, zielony potwór będzie mnie dręczył.
– To coś nowego – zdziwił się Tony.

– Katie, jaki zły, zielony potwór?

– Sama mówiłaś – nie ustępowała Katie, a z jej oczu wyzierał ten sam 

chłód, co z oczu Jordana.

Stephanie przebiegła pamięcią dzisiejsze rozmowy i znalazła potwora. 

Myślała wówczas o tym, jak Katie jest zazdrosna o Tony'ego. Rzeczywiście 

wymknęło jej się takie wyrażenie.

– Myliłam się, Katie, nie ma w ogóle żadnego potwora, więc możesz za-

snąć zupełnie bezpiecznie.

Katie długo zastanawiała się, po czym spytała:
– Czy mogę dziś spać z tobą?

– Rany boskie! – wymamrotał Tony pod nosem.

– Nie, kochanie. Ale możesz zostawić drzwi otwarte i zapalić lampkę.

– Zaprowadzę cię do łóżka – zaofiarował się Tony.

– Nie chcę ciebie. Chcę mamy – spojrzenie Katie nie wróżyło nic dobre-

go.

– Mama jest zmęczona – Tony nie dawał za wygraną.

– No to idź do domu – odparowała Katie z żelazną logiką.

background image

– Prawdę powiedziawszy... – wtrąciła Stephanie.
– Widzę, że dwóm kobietom naraz nie dam rady – poddał się z wymu-

szonym uśmiechem. – Do jutra, Stephanie.

– Nie lubi mnie, prawda? – stwierdził Tony, kiedy odprowadzała go do 

drzwi.

– Bzdura. Nie jest po prostu przyzwyczajona dzielić się mną z kimkol-

wiek. Wyrośnie z tego.

– Kiedy? Jak zda maturę?

Stephanie nie znalazła odpowiedzi. Stała patrząc, aż samochód Tony'e-

go znikł w strugach deszczu. Potem zamknęła drzwi, wyłączyła wszystkie 

światła i usiadła w spokojnym, ciemnym salonie.

Tak  więc  Jordan  przybył  do jej  miasta.  Ze wszystkich miejscowości w 

kraju wybrał właśnie tę. I najwyraźniej zamierzał tu pozostać.

Przez te pięć lat niewiele się zmienił. Lepiej się teraz ubierał – nie tylko 

Tony zauważył mistrzowską robotę krawca. Był też nieco krócej ostrzyżo-

ny. Ale mimo większej dbałości o wygląd był to ciągle ten sam Jordan, któ-
rego pamiętała.

Nigdy nie był zbyt wylewny, ale dziś miała wrażenie, że trafiła na mur. 

Podobnie  czuła  się  w  ostatnich  dniach  małżeństwa.  Co  się  z  tobą  stało, 

chciała krzyczeć. Co sprawiło, że jesteś taki zimny, szorstki i nieprzystęp-

ny?

Podniosła ją nieco na duchu świadomość, że Jordan okazał się równie 

zaskoczony i wstrząśnięty jak ona. Z pewnością zapomniał, skąd pochodzi-

ła. Nigdy nawet nie odwiedził jej rodzinnych stron. Teraz, po pięciu latach, 

stanęli  raptem  naprzeciw siebie,  przerażeni  i  niezdolni uniknąć  tego  spo-

tkania.

W każdym razie wyglądało na to, że Jordanowi udało się osiągnąć coś 

w życiu. Cieszyła się, ale też chciała wiedzieć, czy sukces był dla niego wart 

ceny, jaką zapłacili – zniszczenia małżeństwa.

Wróciła wspomnieniami  do ciasnej sypialenki w  ich mieszkaniu. Zno-

wu  zmagała się z zimną desperacją Jordana i znowu próbowała wyjaśnić 
mu, jak to bezskutecznie czyniła wtedy, dlaczego nie mogła rzucić studiów, 

żeby pojechać z nim do jakiejś zapadłej dziury, gdzie taki sam jak on ma-

rzyciel gwarantował mu pracę. Nie gwarantował jednak, że pensja wystar-

background image

czy dla obojga, że praca jest pewna i że stwarza widoki na przyszłość. Mu-
sieliby zawiesić swój los na wątłej nitce szczęśliwego trafu. Jordan nie spró-

bował  nawet  zrozumieć  Stephanie,  która  nade  wszystko  ceniła  poczucie 

bezpieczeństwa i dlatego nie umiała podjąć tak wielkiego ryzyka.

Tamta rozmowa przechodziła stopniowo w oskarżenia, awantury, pła-

cze, by ostatecznie zakończyć się martwą ciszą, kiedy Jordan pakował swo-
je rzeczy.

Nie było ich wiele. Jordan nie przywiązywał wagi do materialnej strony 

życia i większość tego, co mieli w mieszkaniu, należała do Stephanie.

To zabawne, rozmyślała dalej. Wówczas nie zauważyła nawet, że przez 

te kilka miesięcy małżeństwa nie przyniósł do domu nic większego. Trochę 
ubrań,  jakieś  błyskotki  –  musnęła  dłonią  misterne  kolczyki  –  ale  niczego 

znaczniejszych rozmiarów. Jak gdyby wiedział, że nie pozostanie długo...

Po jego odejściu płakała bezprzytomnie. Kiedy jednak po dwóch tygo-

dniach ciągle nie było od niego żadnej wiadomości, zebrała się na odwagę i 

złożyła pozew o rozwód.

Nigdy więcej  z  nim  nie  rozmawiała,  aż  do dziś.  Chłodne grzeczności, 

które wymienili ze sobą w klubie, staną się epitafium ich małżeństwa. Na-

stępnym razem, kiedy się spotkają, będzie jej łatwiej, pocieszyła się. Może 

nawet  wcale  nie  zaboli,  może  nie  pozostanie  nic  oprócz  mglistego  wspo-

mnienia kilku spędzonych razem miesięcy.

A  Katie?  Zapomniała  o  niej  przez  chwilę.  Prędzej  czy  później  ktoś 

usłużny powie mu przecież.

–  Niech  cię  diabli  wezmą,  Jordanie  Kendall!  –  powiedziała  dobitnie, 

spoglądając na ulewę za oknem. Odgłosy grzmotów zdawały się wtórować 

jej wewnętrznemu wzburzeniu. – Dlaczego musiałeś wrócić po tylu latach i 
znowu zniszczyć mój spokój?

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Stephanie  obudziła  się.  Słowa  koślawej  dziecinnej  pioseneczki  docho-

dziły ją zza łóżka. Katie dostrzegła otwarte oczy matki i popędziła ją przy-
witać.

– Dzień dobry, mamusiu!
– Katie, błagam cię, to jest mój wolny dzień! – jęknęła i przykryła głowę 

poduszką.

– Chodźmy do baru, dobrze? Jestem głodna. 
Zrezygnowana,  wygramoliła  się  z  łóżka.  Zauważyła, że  pościel  była 

zmięta. Musiała mieć jeszcze bardziej niespokojną noc, niż sądziła. Budziła 
się kilkakrotnie i leżała w ciemnościach, dręczona przez nieokreślone stra-

chy, które zagroziły jej spokojnemu życiu.

Teraz jednak, w  dziennym świetle, nie wyglądało to  tak  przerażająco. 

Nawet gdy Jordan dowie się o Katie, co kiedyś musi nastąpić, nic takiego 

się nie stanie. W końcu Stephanie o nic nie będzie go prosić. A jeśli chodzi o 
przypuszczenie matki, że żaden ojciec nie mógłby się odwrócić od tak mi-

łego dziecka, jak Katie – cóż, Anne Daniels zawsze była romantyczką. Jor-

dan nigdy nie okazywał zainteresowania dziećmi i Katie nie zdoła stopić tej 
dwumetrowej bryły lodu, choćby była najbardziej czarująca.

Stała pod prysznicem, ile tylko mogła wytrzymać, pozwalając zmywać 

troski gorącym igiełkom wody. W tym czasie Katie zdążyła się ubrać i krę-

ciła się teraz, czekając, aż ktoś zawiąże jej sznurowadła, podopina guziki i 

suwaki.

– Jestem głodna – powtarzała uporczywie. 

Stephanie piła kawę, a Katie czekała z niecierpliwością na swoje jajka na 

bekonie,  kiedy  do  baru  wkroczyła  grupka  mężczyzn.  Katie  spojrzała  za-

chwycona, zeskoczyła z krzesła i popędziła do dziadka.

Karl Daniels przyniósł ją z powrotem do stolika.
– Co za niespodzianka – witał się radośnie. – Mogę się przysiąść?

– Oczywiście. Ale nie obrazimy się, jeśli zostaniesz ze znajomymi.
– Prawdę powiedziawszy – szepnął konspiracyjnie – zaczynam się mar-

twić, że widywanie się z nimi co rano zrujnuje moją reputację. Poza tym od 

background image

dawna już nie siedziałem przy stoliku z dwiema damami.

W tym momencie kelnerka podeszła z tacą i Katie rzuciła się na swoją 

porcję, jak gdyby nie jadła od tygodnia. Stephanie smarując bułkę spytała:

– Przychodzisz tutaj z nimi na kawę codziennie?

– Prawie. Ciągłe siedzenie w domu męczy mnie. I, prawdę powiedziaw-

szy, męczy matkę.

– Jak się czujesz na emeryturze? – w jej głosie brzmiała nuta współczu-

cia.

– Nie miałem wyboru. Ale nudzę się, Stephanie – dobry humor opuścił 

go wyraźnie. – Cholernie się nudzę. Straciłam ochotę na cokolwiek. Porobi-

łem  już  wszystkie  drobne  reperacje  domowe,  które  miały  mi  starczyć  do 
przyszłego  roku,  a  grabienie  liści  zabrało  tylko  jedno  popołudnie.  Nigdy 

nie nauczyłem się zbierać znaczków czy czegoś w tym rodzaju i...

– Brakuje ci ludzi z pracy – dokończyła Stephanie.

– O to właśnie chodzi – przyznał. – Kiedy się kierowało przez lata całym 

zespołem, z wielkim trudem przychodzi zajmować się później tylko sobą.

– Rozmawiałeś ostatnio z Jake’em McDonaldem?

– Nie. Czemu pytasz?

– Sprzedał zakłady.

– Naprawdę? Co  nowi właściciele mają  zamiar z  nimi zrobić?  –  błysk 

zainteresowania w jego oczach uświadomił jej, że ojciec ma nadzieję.

– Nie wiem. Dopiero wczoraj dowiedziałam się, że zostały sprzedane. –

Odstawiła filiżankę i wypaliła z determinacją: – Kupił je Jordan.

– Jordan? – Karl zacisnął szczęki. – Co on robi w naszym mieście, ten 

suk...

– Tato,  proszę  cię  –  uspokajała  go,  spoglądając  jednocześnie  na  Katie. 

Na szczęście dziewczynka bardziej interesowała się pomarańczowym dże-

mem na grzance niż rozmową. – Był w końcu moim mężem.

– Ładny mi mąż! – Karl denerwował się coraz bardziej. – Porzucił cię, 

zostawił na lodzie z dzieckiem, bez grosza pomocy...

– Tato – Stephanie żałowała teraz, że poruszyła ten temat. – Po pierw-

sze, Jordan nie miał grosza, który mógłby mi dać. Po drugie, gdyby nawet 

miał, nie przyjęłabym.

– To skąd się wzięły pieniądze na fabrykę?

background image

– Nie  wiem.  Najpewniej  działa  w  czyimś  imieniu  –  położyła  dłoń  na 

ramieniu ojca. – Tato, proszę cię, obiecaj, że nie zrobisz nic szalonego. Poin-

formowałam cię dlatego, że i tak dowiedziałbyś się o wszystkim.

– Dlaczego tutaj? – gorączkował się Karl. – Dlaczego tu właśnie musiał 

przyjechać?

– Nie wiem. Ale to ja muszę dać sobie z tym radę. Proszę cię, nie wtrącaj 

się.

– Jak chcesz – ojciec był już nieco spokojniejszy. – Ale jeśli on coś knuje...

– Nie knuje, wierz mi. Był równie wstrząśnięty jak ja. Wyraźnie nie spo-

dziewał się zobaczyć mnie tutaj.

– Widziałaś się z nim?
– Był wczoraj na kolacji z Jake’em McDonaldem.

– I miał czelność rozmawiać z tobą? – mięsień jego szczęki drgał gniew-

nie.

– A co mógł zrobić? Mieliśmy urządzić wielką scenę pośrodku klubu? –

dopiero teraz Stephanie dostrzegła śmieszność tamtej sytuacji.

– Pójdę uprzedzić matkę – ojciec nie wydawał się przekonany. – A pro-

pos, mówiła mi, że wczoraj posprzeczałyście się.

– To nie była sprzeczka, tato.

– Wszystko jedno, jej i tak jest przykro, że wygadywała na Tony'ego.

– Ma prawo mówić, co myśli – obruszyła się. – Ma swoje zdanie o To-

nym, a ja mam swoje.

– Tony  bardzo  dużo  osiągnął  od  czasu,  jak  tu  przyjechał.  Jest  w  nim 

jednak coś, co mnie drażni, podobnie jak matkę. Tak czy inaczej, można na 

nim polegać, a to wiele znaczy.

– Rzeczywiście – przytaknęła, wspominając przy tym, jak nieobliczalny 

był Jordan. Podeszła kelnerka i Stephanie spojrzała na zegarek. – Boże, jak 

późno – stwierdziła. – Katie, musimy obejrzeć teraz dom. 

Willa Andersonów, usadowiona u podnóża pagórka, była jota w jotę tak 

ładna, jak ją pamiętała. Cedrowy gont nabrał z czasem równej, srebrzystej 

barwy. Stephanie nigdy jeszcze nie była w środku. Otwierając drzwi musia-
ła  powściągać nie tylko  ciekawość Katie,  ale  i  swoją. Nie  pozwól zbytnio 

ponieść się marzeniom, powtarzała sobie. Tony odrzucał każdy dom, który 

jej  się  podobał.  Ale  o  tym  zdawał  się  mówić  z  uznaniem,  więc  jeśli  po-

background image

twierdzi się jej pierwsze wrażenie...

Wędrowały z pokoju do pokoju, wchłaniając atmosferę domu. Beth An-

derson  poustawiała  tu  i  tam  świeże  kwiaty,  a  perfumowane  świece  roz-

snuwały w powietrzu orzeźwiający zapach. Wszędzie panował nienaganny 

porządek. Stephanie zachwyciła się kuchnią – dębowymi szafkami i błysz-

czącymi  kafelkami.  Jej  uwagę  zwrócił  też  duży,  odseparowany  od  reszty 
pokój, w sam raz do zabawy dla Katie. Dwie sypialnie ze skośnymi sufita-

mi miały okna wychodzące na trzy strony, olbrzymie szafy i łazienki.

Stephanie  rozejrzała się po mniejszej sypialni, po eleganckich tapetach 

w różowe kwiatki, i zwróciła się do Katie, która stała przy niej niezwykle 

spokojna:

– Chciałabyś, żeby to była twoja sypialnia? 

Katie zlustrowała pomieszczenie i potrząsnęła przecząco głową.

– Ale to bardzo ładny pokój.

– Wolę mój – odparła dziewczynka stanowczo. 

Stephanie nie upierała się. Będzie wystarczająco dużo czasu, żeby prze-

konać małą. Pokój był przynajmniej dwa razy większy od tego, który zaj-

mowała teraz. Szybko polubi swoje nowe miejsce.

– Wolę nasz dom.

Stephanie westchnęła, lecz nie próbowała przekonywać małej. Ich ma-

leńki  domek  był  dotychczas  jedynym  mieszkaniem  Katie,  więc  przepro-
wadzka  oznaczałaby  dla  niej  olbrzymią  zmianę.  Było  zrozumiałe,  że  się 

buntowała. Stephanie miała przy tym nadzieję, że dziewczynka przyzwy-

czai się szybko, kiedy zobaczy swoje mebelki w nowym pokoju.

Stephanie  nabierała  pewności,  że  dom  Andersonów  byłby  niemal  bez 

zarzutu. Miał wystarczająco dużo miejsca dla całej trójki, a nawet i czwórki, 
gdyby zdecydowali się powiększyć rodzinę. Będzie musiała porozmawiać z 

Tonym w poniedziałek, jak tylko przyjdzie do biura. Nie, zdecydowała po 

namyśle, zadzwoni do niego zaraz po powrocie.

Odrobinę  współczuła  Andersonom.  Muszą  być  nieźle  przyciśnięci  fi-

nansowo – myślała w drodze do domu. – Sprzedaż tak wspaniałego domu 
na pewno była ostatnią deską ratunku.

Zatrzymała samochód i wysiadła, żeby usunąć rowerek Katie z podjaz-

du.

background image

–  Kathleen –  beształa  ją,  wstawiając samochód do  garażu –  to nie jest 

właściwe miejsce dla twoich zabawek.

– Przepraszam, mamusiu.

– Nie rób tego więcej – zmieniła ton na łagodniejszy. – Będę teraz grabić 

liście i przycinać krzewy na zimę.

– Mogę ci pomagać?
Pomoc w wykonaniu Katie pozostawiała zawsze wiele do życzenia, ale 

Stephanie zgodziła się, wiedząc, jak ważne jest, żeby dziecko czuło się po-

trzebne.

–  Możesz zacząć  od poszukania  twojej  łopatki i  grabek. Zostawiłaś je, 

zdaje się, tydzień temu.

Stos liści rósł systematycznie od godziny, kiedy ulicą nadjechał srebrzy-

sty samochód. Najnowszy model lincolna z obcą rejestracją przyhamował 

ostro i stanął na podjeździe. Nietrudno było się domyślić, że za kierownicą 

siedział Jordan.

Stephanie zamarła. W pierwszym odruchu chciała zawołać Katie i po-

wiedzieć jej, żeby się schowała. Uświadomiła sobie jednak, że uzyskałaby 

odwrotny efekt,  opuściła więc grabie i czekała. Nie wiedziała, czego chce 

Jordan, ale postanowiła pozbyć się go.

Przyglądał się domkowi, marszcząc ironicznie czarne brwi. Kiedy pod-

szedł bliżej, jego spojrzenie skierowało się na nią.

– Nie  jest  to  miejsce,  w  którym  spodziewałem  się  ciebie  zobaczyć.  Ty 

przecież  chciałaś,  zdaje  się,  mieć  luksusowy  apartament,  najlepiej  w  No-

wym Jorku.

– Ludzie się zmieniają – odpowiedziała chłodno, z namysłem.

– Właśnie widzę, że się zmieniają – zgodził się spokojnie. – Byłaś uni-

wersyteckim geniuszem matematycznym, a  teraz  handlujesz nieruchomo-

ściami na prowincji. Stephanie, co się stało?

– Moje plany zostały... przerwane.

– Tak? – wydawał się lekko zdziwiony. – Przekonywałaś mnie kiedyś, 

że nic nie jest w stanie  ci przeszkodzić. Handel nieruchomościami... – za-
stanawiał się. – To nie najlepsze zajęcie dla kobiety, która nader ceni finan-

sowe bezpieczeństwo.

Stephanie zaczerwieniła się i zacisnęła zęby, żeby nie odpowiedzieć na 

background image

zaczepkę.

– Dawało lepsze możliwości niż praca sekretarki – odrzekła siląc się na 

spokój. – W tym mieście nawet z dyplomem nie ma się wielkiego wyboru.

– Ale ty nie zrobiłaś dyplomu. Rzuciłaś studia. 

Starannie przygotowałeś swoje lekcje, pomyślała.

– Szpiegowałeś mnie. Co wiesz jeszcze?
– Jake McDonald chętnie opowiedział mi co nieco – dodał Jordan w za-

myśleniu. – Dziwię się tylko jednemu. Tyle zawsze mówiłaś, jak ważny jest 

dla ciebie ten dyplom, a jednak zrezygnowałaś. Dlaczego?

– Nie muszę ci się tłumaczyć.

– Chyba nie – stwierdził łagodnie. – Wszystko skończyło się dawno te-

mu. A jednak wczoraj nosiłaś kolczyki ode mnie.

– Naprawdę? – miała już dość udawania, mimo to brnęła dalej. – Zapo-

mniałam, skąd je mam. Czemu zawdzięczam twoją wizytę?

– Nie  słuchałaś  wczoraj?  –  zdziwił  się.  –  Stephanie,  chcę  kupić  dom. 

Przewodniczący Izby Handlowej twierdzi, że jesteś najlepsza w mieście.

– Słuchaj, nikt nie obraziłby się, gdybyś zignorował jego radę. Nie mu-

sisz...

– Nie chcesz sprzedać mi domu?

– Nie. Nie wiem, dlaczego chcesz właśnie mnie... – urwała, starając się 

powstrzymać rumieniec zażenowania, który mógł ją zdradzić.

– Chcę ciebie... – przerwał rozmyślnie, przebiegając oczami jej postać w 

dżinsach i swetrze, do którego przylgnęło kilka suchych liści. Stephanie za-

drżała pod jego uważnym wzrokiem, jak gdyby to było fizyczne dotknięcie. 

– Chcę ciebie, ponieważ interesuje mnie tylko to, co najlepsze. A taką opinię 

ma firma Tony'ego Malone. I chcę ciebie, ponieważ wolałbym, żebyś pra-
cowała dla mnie niż przeciwko mnie. Nie jestem głupcem, Stephanie.

– Cóż, tym razem masz pecha – Stephanie schyliła się po grabie i zaczęła 

zgarniać liście do worka.

Wyjął worek z jej rąk i trzymał tak, żeby łatwiej było napełniać.

– Co byś powiedziała na to, że rozmawiałem dziś rano z twoim szefem i 

że był zachwycony pomysłem, abyś swój czas poświęciła wyłącznie mnie?

Stephanie skończyła z pierwszym workiem i sięgnęła po następny. Od-

dychała szybko i z przykrością uświadamiała sobie, że to nie fizyczny wysi-

background image

łek ją tak wyczerpał.

–  Powiedziałabym,  że mój narzeczony –  starannie podkreśliła słowo –

ufa ci znacznie bardziej niż ja.

– Co to ma wspólnego z zaufaniem? – zdziwił się.

– Porozmawiam z Tonym. Jestem pewna, że zrozumie, dlaczego wola-

łabym nie robić z tobą interesów.

– Zaskoczę cię. Widzisz, Stephanie, to nie chodzi tylko o dom dla mnie. 

Zamierzam sprowadzić tutaj sztab złożony z dwudziestu-trzydziestu ludzi, 

jak tylko będziemy gotowi do otwarcia fabryki. Większość z nich również 

zechce kupić domy. Jeśli więc będę zadowolony z twojej pracy, oczywiście 

polecę im ciebie.

– Powiedziałeś o tym Tony'emu? – wyszeptała zaniepokojona.

– Jasne.  Wydawał  się  być  zachwycony  taką  możliwością.  Daj  spokój, 

Stephanie, o co ci chodzi? Chyba nie myślisz, że chcę cię uwieść? Jeśli tak, 

to  masz  wygórowane mniemanie  o  sobie.  Oczywiście,  ciągle  jesteś ładna, 

ale przecież można ci się oprzeć.

To była zamierzona zniewaga i Stephanie z całej siły przygryzła wargi, 

żeby nie wybuchnąć. Worek trzasnął pod paznokciami. Sięgnęła po grabie, 

a kiedy zwróciła się ponownie do Jordana, potrafiła już panować nad gło-

sem:

– Wynoś się stąd. Zniknij. Nie jesteś już moim mężem, nie muszę więc 

znosić takiego traktowania.

Nie słuchał wcale. Utkwił wzrok za jej plecami. Kiedy się odwróciła, że-

by zobaczyć, o co chodzi, ogarnął ją paniczny strach.

Zza domu wychodziła właśnie Katie. Ciągnęła za sobą plastikowe grab-

ki. Szła prosto do matki, ale z wielką ciekawością spoglądała na nieznajo-
mego.

– Znalazłam, mamusiu – oświadczyła i położyła grabki u jej stóp.

– Mamusiu? – powtórzył Jordan w zdumieniu. 

Katie nie zwróciła na to uwagi. Patrząc ciągle na Jordana swymi wiel-

kimi, uważnymi oczami, powiedziała:

– Ładny samochód. Twój?

– Mój – przytaknął Jordan. – Jak się nazywasz?

–  Kathleen  Kendall  –  odpowiedziała  wstydliwie,  chwytając  matkę  za 

background image

rękę. – Przewieziesz mnie kiedyś?

Stephanie  dostrzegła  wściekłość  na  twarzy  Jordana.  Schyliła  się  nad 

dziewczynką.

– Katie, pobiegnij do Julie i poproś jej mamę, żeby pożyczyła nam jajko 

i... i proszek do pieczenia, dobrze? I pośpiesz się!

Katie zdziwiła się, ale pobiegła, szczęśliwa, że może w czymś pomóc.
– Dlaczego ją odesłałaś? – spytał Jordan przez zaciśnięte zęby.

Stephanie odczekała, aż dziewczynka zniknie.

–  Ponieważ nikt jeszcze nie przestraszył tego dziecka  i nie  pozwolę ci 

być pierwszym.

– Chciałem tylko z nią porozmawiać. 
Stephanie  cofnęła się o krok, jakby pragnęła oddalić gniew płonący w 

jego oczach.

– Przepraszam, jeśli to był dla ciebie szok.

– Szok? – reześmiał się nerwowo. – Pewnie, że szok! To dlatego zatrzy-

małaś moje nazwisko! Kto jest ojcem twojej córki?

Oskarżenie oszołomiło ją i odebrało mowę.

– Nic dziwnego, że nie chciałaś ze mną pojechać, kiedy dostałem tę pra-

cę. Nic dziwnego, że tak ci się spieszyło z rozwodem.

– Nie – zaprzeczyła słabym, schrypniętym głosem – ona jest twoją cór-

ką.

– Na pewno powiesz mi teraz, że zawiodły pigułki. Co za dziwny zbieg 

okoliczności!

– W ostatnim miesiącu przed twoim odejściem byłam tak rozstrojona, że 

często  zapominałam  je  brać  –  przyznała.  Przerwała.  W  najstraszniejszych 

snach nie przypuściłaby, że Jordan jej nie uwierzy.

Tym lepiej, pocieszyła się w duchu. Jeśli wątpi, że Katie może być jego 

córką, zostawi nas w spokoju.

–  Jutro  wyjeżdżam  –  oznajmił  sucho.  –  Muszę  załatwić  kilka  spraw. 

Wracam w poniedziałek. Chcę, żebyśmy od razu zaczęli szukać.

– Znajdź innego agenta – poprosiła.
– Jak chcesz, moja droga – uśmiechnął się mściwie. – Oczywiście, jeśli 

odmówisz, będę musiał powiedzieć twojemu narzeczonemu parę rzeczy o 

tobie. Z pewnością dalej będziesz utrzymywać, że Katie, bo tak się ona na-

background image

zywa, jest moją córką.

– Ona nazywa się Kathleen Anne Kendall – odrzekła Stephanie, specjal-

nie podkreślając nazwisko.

– Trzymaj się dalej tej wersji – twarz Jordana pociemniała – a zmusisz 

mnie do wystąpienia na drogę sądową.

– Nie proszę cię o nic! Zostaw tylko mnie i Katie w spokoju!
– Uważaj – ostrzegł – bo możesz dostać więcej, niż się spodziewasz.

Nie dopowiedziana groźba zawisła w powietrzu.

– No więc, Stephanie, dogadamy się? Czy...

Sparaliżowało ją. Miała nadzieję, że kiedy Jordan zobaczy Katie, przej-

dzie mu ochota do współpracy. Tymczasem on chciał posłużyć się dziew-
czynką jako środkiem nacisku przeciwko niej...

Cisza, jak gęsta mgła, otoczyła ich i oblepiła szczelnie. Wreszcie, ze ści-

śniętym do bólu gardłem, Stephanie wykrztusiła:

– Jakiego domu potrzebujesz, Jordanie?

– Naprawdę nie wiem – zastanawiał się. – Myślę, że będziemy musieli 

obejrzeć  wszystkie,  jakie  są  w  mieście.  –  Wsiadł  do  lincolna  i  zatrzasnął 

drzwi.

Resztę dnia spędziła jak w malignie. Wiedziała, że skończyła grabić li-

ście, ponieważ worki stały równo przy krawężniku, czekając na wywiezie-

nie.

Późną nocą poddała się. Koszmary, które ją dręczyły, były tak przeraża-

jące, że nie chciałaby ich zaznać nawet za dnia. Zrezygnowała ze snu. Za-

parzyła herbatę i usiadła w kuchni, żeby ją wypić. Było to uniwersalne le-
karstwo matki na wszystkie złe chwile i Stephanie użyła go teraz jak czaro-

dziejskiego napoju. Podobnie czyniła wtedy, kiedy małżeństwo rozsypywa-

ło się jej w rękach.

Znali się przed ślubem jedynie kilka miesięcy. Raz rozbudzona namięt-

ność wybuchała coraz mocniejszym ogniem, ale jej płomienie, zamiast spo-
pielić  dzielące  ich  różnice,  tylko  je  podsycały.  Byli  oboje  tak  młodzi,  tak 

niedojrzali,  tak samolubni, że  nie  potrafili  uniknąć  klęski. Stephanie, jako 

jedynaczka,  nigdy  nie  musiała  myśleć  o  innych.  Matka  Jordana  umarła, 

background image

kiedy był jeszcze dzieckiem. Wcześnie nauczył się więc, że jeśli on nie za-
dba o siebie, nikt mu też nie pomoże.

Teraz  widziała wyraźnie  skazę,  która  okazała  się  zgubna  dla  ich  mał-

żeństwa. Oboje nie uznawali kompromisu. Kiedy ich potrzeby były zgodne, 

było  im  dobrze  razem.  Tam jednak,  gdzie  ich  ścieżki  się  rozchodziły, nie 

znajdowali nic, co mogłoby je połączyć.

To kulejące małżeństwo trzymało się tylko dzięki ich namiętności. Jedy-

nie w łóżku, i nigdzie indziej, zapominali o egoizmie. Tutaj potrafili wza-

jemnie wspomagać się i ochraniać.

Lecz wysiłek wspólnego życia wiele  ich kosztował. Dystans zaczął się 

szybko powiększać, kiedy Jordan otrzymał propozycję pracy, która dla nie-
go  oznaczała  spełnienie  pielęgnowanych  od  dawna  marzeń.  Dawano  mu 

szansę działania w debiutującym dopiero przedsiębiorstwie, otwartym na 

pomysły i ryzyko.

Dla Stephanie  równało  się  to  wyrokowi  śmierci. Przedsiębiorstwo  po-

wstało w małej mieścinie, setki mil od najbliższego uniwersytetu. Nie mo-
głaby tam skończyć studiów, byłaby tylko żoną Jordana.

Próbowała zatrzymać go przy sobie wszystkimi sposobami. Pozostawa-

ła im jeszcze namiętność, ale i jej wszechpotężna moc stopniowo słabła. W 

końcu Jordan nie chciał już z nią być dłużej i odszedł.

Nigdy nie żałowała, że odmówiła podróży w nieznane. Jeżeli nie kochał 

mnie na tyle, by wziąć pod uwagę moje pragnienia, myślała jeszcze teraz, 

to nawet dziecko nic by nie zmieniło. Martwiliby się we trójkę zamiast we 

dwoje, co będzie, jeśli przedsiębiorstwo splajtuje.

Najwidoczniej jednak nie splajtowało, skonstatowała oschle, przypomi-

nając  sobie  nowiutki  samochód  Jordana.  A  jeśli  nawet,  to  najwidoczniej
wykorzystał szansę i stanął na nogi. Albo może znalazł usłużnego bankiera, 

który pożyczył mu pieniądze, żeby mógł efektownie pojawić się w jej mie-

ście.

On jest nie do zdarcia. Jeśli nie będę uważała, zaniepokoiła się, da mi z 

pewnością radę. A Katie? Niepokój przeobraził się w paniczny strach. Co 
Jordan zrobi z nami teraz, kiedy już wkroczył w nasze życie?

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Dzień wstał chłodny i nieprzyjemny, idealna pogoda na długie spanie. 

Kiedy Stephanie wybiegła do biura, była mocno spóźniona. Miała nadzieję, 
że  Jordan  jej  nie  wyprzedzi.  W  sekretariacie  zastała  jedynie  Susan,  swoją 

koleżankę po fachu. Odetchnęła z ulgą. Susan odłożyła właśnie słuchawkę i 
zapisywała coś w notesie.

– Jest Tony? – spytała Stephanie.

– Tak,  rozmawia  z  drugiego aparatu. –  W  tym momencie  telefon roz-

dzwonił się znowu i Susan burknęła niecierpliwie: – To urządzenie chyba 

dziś oszalało.

– Co się stało?

– Rzuć okiem na artykuł wstępny – Susan wskazała gazetę. – Wszyscy 

w mieście mają od rana domy na sprzedaż.

Stephanie wzięła do ręki gazetę. Nie spieszyła się. I tak wiedziała, co w 

niej znajdzie.

Sprzedaż  zakładów McDonalda stanowiła wielką  sensację dla  lokalnej 

społeczności. W gazecie były zdjęcia Jake'a McDonalda, Jordana, zakładów. 

Z  jakichś niepojętych  dla  Stephanie względów było  nawet zdjęcie  robota. 
Nie zdejmując kurtki usiadła za biurkiem i zaczęła czytać.

Zdążyła przebrnąć przez  kilka  pierwszych akapitów, kiedy  otworzyły 

się drzwi Tony'ego.

– Czemu nie rozbierzesz się i nie posiedzisz z nami choć trochę? – Był 

wyraźnie poirytowany. – Znowu się spóźniasz.

– Katie nie chciała iść do przedszkola – rzuciła w odpowiedzi, próbując 

czytać dalej.

– Katie musi zrozumieć, że jej kaprysy nie są najważniejsze na świecie –

oburzył się Tony.

– Chyba zaczyna łapać przeziębienie.
– To, zdaje  się, oznacza, że  będziesz chciała wziąć wolne dni, żeby jej 

dogadzać? – I nie pozostawiając czasu na odpowiedź, zadał następne pyta-
nie: – Co myślisz o willi Andersonów?

– Tony, jest piękna – na wspomnienie domu irytacja Stephanie zniknęła 

background image

jak ręką odjął. – Byłaby dla nas w sam raz.

– Dla nas? – zdumiał się. – Skąd ty chcesz wziąć pieniądze? Ten dom 

jest wystawiony za sumę dwa razy większą, niż planowaliśmy wydać.

– Myślałam...

– Co myślałaś? Że wygram na loterii, żebyś mogła żyć jak królowa? Nie, 

Stephanie. Sprzedaj go i dołożymy całą prowizję do tego, co już mamy.

Jeszcze jeden cel oszczędzania? Oczywiście, mitygowała się, Tony rów-

nież poświęcał znaczną część swoich zysków na ten  kosztowny wydatek. 

Jeśli dom ma być ich wspólną własnością, ona też musi się dokładać.

– Myślałam, że go oglądałam z myślą o nas.

– Nie bądź śmieszna – Tony stawał się coraz bardziej opryskliwy. – Pro-

siłem cię, żebyś go oceniła, a nie zakochała się w nim od pierwszego wej-

rzenia.  Aha,  nie  zapomnij  zaprowadzić  tam  dziś  Jordana.  Może  mu  się 

spodoba. Byłoby nieźle ubić interes bez inwestowania w ogłoszenia. – Za-

mknął z hukiem drzwi.

Susan była mimowolnym świadkiem kłótni. Odwróciła się na krześle i 

obserwowała, jak Stephanie próbuje się uspokoić. W końcu rzekła z troską 

w głosie:

– Stephanie, dlaczego ty się z nim zadajesz?

– Nikt nie jest doskonały, Susan.

– Racja, ale widziałam takich, którzy byli bliżsi ideału niż Tony Malone. 

Dlaczego rujnujesz sobie życie? Może sądzisz, że nie stać cię na nic lepsze-

go?

– Nie porównuję go z nikim.

Susan bąknęła coś pod nosem, a potem spytała:

– Czy wiesz, że przez te wszystkie miesiące, kiedy jesteś zaręczona, nie 

słyszałam nigdy, byś powiedziała, że go kochasz?

– Słowa nie są tu potrzebne.

– Czy to ci nic nie mówi? – Po dłuższej chwili milczenia Susan dodała: –

Przez dziesięć lat handluję nieruchomościami w jego biurze i w tym czasie 

żadna kobieta nie potraktowała poważnie tego kutwy. Dopiero kiedy ty się 
pojawiłaś... Myślę, że on boi się, że...

– Susan, powinnaś zmienić zawód, jeśli czujesz taki pociąg do psycho-

analizy – ucięła szorstko Stephanie. Nie miała dziś najmniejszej ochoty na 

background image

roztrząsanie swych spraw osobistych.

– Przepraszam – w głosie Susan nie było wcale skruchy. Zadzwonił tele-

fon, odwróciła się więc, by go odebrać.

Kilka  minut  później  do  biura  wkroczyła  elegancko  ubrana  kobieta  po 

pięćdziesiątce.  Susan  rozmawiała  jeszcze,  więc  mimo  iż  do  niej  należało 

dziś przyjmowanie klientów, Stephanie wstała z ociąganiem, żeby przywi-
tać damę. Hallie McDonald nigdy nie zaliczała się do grona jej ulubienic. 

Nie miała nawet części wdzięku i ciepła, jakim odznaczał się jej mąż.

– Dzień dobry, pani McDonald – starała się wykrzesać z siebie odrobinę 

serdeczności. – Chyba nie przychodzi pani kupić domu.

– Nie,  Stephanie. Ani  też  nie  planujemy  sprzedawać  naszego,  chociaż 

pojawił się w mieście młody człowiek, który wydaje się nim bardzo zainte-

resowany  –  odpowiedziała,  nadając  przy  tym  swemu  spojrzeniu  wyraz 

dziewczęcej niewinności.

A więc Jordan próbuje nabyć nie tylko fabrykę McDonaldów, ale także 

ich willę. Stephanie nie była zdziwiona. Spodziewała się, że będzie ją zamę-
czał swymi poszukiwaniami, aż mu się ta zabawa znudzi, a potem albo do-

kładnie  sprecyzuje  swoje  życzenie,  albo  w  ogóle  nic  u  niej  nie  kupi.  Jeśli 

naprawdę potrzebuje domu, będzie się starał tak wszystko zorganizować, 

by nie dostała prowizji. A jeśli jednocześnie zaangażuje ją na tyle, żeby po-

zbawić ją innych klientów, zemsta będzie mu się wydawać jeszcze słodsza.

Tony nie dostrzega, w czym rzecz. Widzi tylko dyndającą przed nosem 

marchewkę – trzydzieści prowizji w najbliższym czasie. Nie bierze nawet 

pod uwagę możliwości blefu. A bez jego pomocy ona nie może walczyć z 

Jordanem.

Ale to na razie nie było najważniejsze – miała teraz klientkę.
– Czym mogę służyć, pani McDonald?

–  Wpadłam zapytać,  czy  nie  pomogłabyś w  tym  roku  w  przygotowa-

niach do Domowych Wizyt?

Stephanie była zaskoczona. Doroczne zwiedzanie kilku najbardziej eks-

kluzywnych domów w mieście było nie tylko imprezą dobroczynną, ale też 
jednym  z  najważniejszych  wydarzeń towarzyskich roku  i  do  jego  organi-

zowania dopuszczano zwykle najdostojniejsze matrony. Do tej pory udział 

Stephanie ograniczał się do kupienia biletu. Dlaczego ja?, zastanawiała się 

background image

teraz. Jeżeli pani McDonald zaprasza ją ze względu na pozycję Jordana, to 
grubo przecenia jej wartość!

– Co prawda, wszystko odbędzie się dopiero wiosną, ale już teraz czy-

nimy wstępne przymiarki. Mamy kłopoty z przekonaniem właścicieli, żeby 

udostępnili publiczności swoje domy – pani McDonald z ubolewaniem po-

trząsała głową. – To przecież taki zaszczyt. Nie rozumiem, dlaczego ludzie 
wzbraniają się wziąć udział w przedsięwzięciu tak ważnym dla całej spo-

łeczności i naszych podopiecznych.

Ten zaszczyt można sobie darować, pomyślała lekceważąco Stephanie. 

To udręka pozwolić pięciuset gapiom włóczyć się po swoim własnym do-

mu.

– Co miałabym zrobić, pani McDonald? – spytała ostrożnie.

– Rozmawiasz  z  tyloma  ludźmi,  którzy  mają  eleganckie  wille  –  pani 

McDonald  uśmiechała  się  promiennie  –  więc  mogłabyś  namówić  niektó-

rych. Mam tutaj listę...

– Obawiam się, że nie będę w stanie tego zrobić, proszę pani. To koli-

dowałoby z moimi zajęciami.

– Cóż – dama wydawała się zawiedziona, ale szybko pokryła to uśmie-

chem – rozumiem, oczywiście. A tak przy okazji, moja droga, twój mąż nie-

źle sobie u nas poczyna.

– Mój były mąż – sprostowała Stephanie przez zaciśnięte zęby. – Roz-

wiedliśmy się prawie pięć lat temu.

– Pomyliłam się. Przykro mi – zaszczebiotała pani McDonald,  ale Ste-

phanie miała wrażenie, że wcale jej nie było przykro. – Szkoda, że nie mo-

żesz nam pomóc, kochanie.

Po jej wyjściu Stephanie popadła w zamyślenie.
– Dlaczego mam poczucie, jakbym była manipulowana bez widocznego 

powodu? – zwróciła się w pewnej chwili do Susan. – Pani McDonald wcale 

nie wyglądała na zmartwioną, że odmówiłam wykonywania brudnej robo-

ty  przy  Domowych  Wizytach,  więc  zastanawiam  się,  o  co  jej  naprawdę 

chodziło.

Susan popatrywała na nią z zastanowieniem:

– Czy Jordan Kendall był rzeczywiście twoim mężem? Ten Jordan Ken-

dall? – wskazała na gazetę.

background image

– Tak, dawno temu.
– A teraz jesteś zaręczona z Tonym Malone? – Susan pokiwała głową ze 

smutkiem. – Co się wyprawia na tym świecie? Jeśli chodzi o panią McDo-

nald, to myślę, że dostała to, czego chciała. – Susan spojrzała na fotografię 

Jordana, a potem na Stephanie bawiącą się gazetą. – O ile sobie przypomi-

nam, McDonaldowie mają córkę.

– Oczywiście,  że  mają.  Chodziłam  z  Tashą  do  tej  samej  klasy.  Potem 

matka posłała ją gdzieś daleko do internatu.

– Widziałaś ją ostatnio?

– Nie. Ona nie przyjeżdża tu często. Ale czemu pytasz?

– Stephanie nie bądź tępa. Oni chronili tę dziewczynę od niemowlęcia, 

ponieważ nikt w okolicy nie był wystarczająco dobry dla McDonaldów.

– A teraz zdecydowali, że Jordan mógłby być, i Hallie McDonald przy-

szła sprawdzić, czy on jest do wzięcia? Życzę im szczęścia. Jeżeli zdobędą

Jordana, szybko zobaczą, że nie było o co walczyć.

– Nie byłabym taka pewna – wtrąciła refleksyjnie Susan. – Ma taki szy-

kowny samochód.

Ze swojego gabinetu wyszedł Tony.

– Dajcie gazetę – zażądał. – Cholera, kto wyciął fragment notowań gieł-

dowych?

– Ja  – przyznała  bez  wahania  Susan.  –  Po  drugiej  stronie  jest  kupon 

zniżkowy  na  kawę,  pięćdziesiąt  centów  na  paczce.  Pan  tak  oszczędza  na 

utrzymaniu biura. Myślałam, że moje starania będą docenione.

Stephanie nie słuchała. Była zajęta czym innym.

– Tony  –  powiedziała,  kończąc  sumować  kolumnę  cyfr  –  gdybyśmy 

przeznaczyli cały zysk z mojego domu, moglibyśmy się wyrobić.

– Ciągle myślisz, że stać nas na willę Andersonów? Bądź rozsądna. Nie 

możesz  przecież  dokładnie  obliczyć,  ile  dostaniesz.  Nie  wiadomo,  ile  bę-

dziemy musieli opuścić z ceny wywoławczej. Nie wydawaj pieniędzy, za-

nim ich nie zdobędziesz. To jedyna sensowna metoda.

– Ale w ten sposób traci się całą radość życia – odezwał się od drzwi ni-

ski, głęboki głos.

Stephanie  z  niechęcią  zastanawiała  się,  jak  długo  Jordan  tkwił  tam  i 

podsłuchiwał.

background image

– Dzień dobry, panie Kendall. – Tony stał się nagle bardzo serdeczny. –

Właśnie mówiliśmy o domu, który dla pana mógłby się okazać w sam raz. 

Stephanie zaraz go panu pokaże.

– Jak zrozumiałem, ona jest nim zachwycona. Idziemy, moja droga?

– Może  weźmiemy  mój  samochód  –  zaproponowała  Stephanie.  –  Bę-

dziesz mógł się wtedy lepiej rozejrzeć.

– Nie, dziękuję. Pamiętam, jak prowadzisz. Cały czas patrzyłbym tylko 

na jezdnię przed nami.

Stephanie postanowiła ignorować jego zaczepki. Jeśli straci panowanie 

nad sobą, nie będzie miała szans wyjścia obronną ręką z tej sytuacji.

– Musisz mi jednak przynajmniej powiedzieć, czego naprawdę szukasz. 

Inaczej stracimy niepotrzebnie mnóstwo czasu.

– Mamy cały dzień przed sobą.

– Tutaj jest dwieście domów na sprzedaż. Dobrze byłoby wiedzieć, na 

przykład... na przykład, ile potrzebujesz sypialni.

– A ile byś mi poleciła? Potrafię spać tylko w jednej naraz.
– To znaczy, że dom byłby wyłącznie dla ciebie?

– Gdybyś spytała  mnie o  to, jak  tylko tu  przyjechałem, odpowiedział-

bym,  że  nie  mam  rodziny.  Teraz  moglibyśmy  posprzeczać  się  o  to,  więc 

wolę milczeć.

– Czy  chcesz  mieć oddzielną  jadalnię? Kominek? Saunę? Patio?  –  Ste-

phanie usilnie brnęła dalej, aby uniknąć drażliwego tematu.

– Tak.

– Wszystko?

– To, oczywiście, zależy od domu. Skąd zaczynamy? – włączył silnik.

W ten sposób można rozmawiać bez końca, zżymała się. Z minuty na 

minutę nabierała pewności, że Jordan specjalnie nadużywa jej czasu.

Dwa  pierwsze domy  zostały  zdyskwalifikowane  bez  wysiadania z  sa-

mochodu. Kiedy przejeżdżali, ledwie zwalniając, obok trzeciego, Stephanie 

zaprotestowała.

– Skąd możesz wiedzieć, że ci się nie podoba? Nawet nie spojrzałeś.
– Po co tracić czas? Nie podoba mi się okolica. Mogłabyś mnie trakto-

wać poważniej – przeszedł nagle do ataku. – Nie pozbędziesz się mnie, po-

kazując każdą ruderę w mieście.

background image

– Ten dom nie jest ruderą – oburzyła się. – Nie da się tego stwierdzić...
– A może ty specjalnie chcesz przedłużyć wspólnie spędzany czas. Nie 

miałem pojęcia, że jeszcze ci na tym zależy, moja droga!

– Skręć w lewo. – Stephanie nie dawała poznać po sobie, że poczuła się 

dotknięta. Nie mogła zachęcać go do dalszych napaści.

– Następny raj dla majsterkowicza? Jeśli tak, to oszczędź mi go. Stepha-

nie, ja szukam domu ze snów, a nie z koszmarów.

– A stać cię na taki dom? One nie są tanie, nawet w tym miasteczku. Nie 

chcę tracić czasu i pokazywać ci czegoś, czego nie będziesz mógł kupić.

– Masz rację. Ale proszę cię, nie zamartwiaj się o moje finanse. Sam po-

trafię doskonale spędzać bezsenne noce na kombinowaniu, skąd wziąć for-
sę.

Znowu mnie upokorzył, myślała z wściekłością. Brak pieniędzy nigdy 

nie spędzał mu snu z powiek. To ja musiałam zawsze drżeć z obawy, czym 

opłacimy najbliższy czynsz. Sen mogła mu zakłócić tylko praca. Albo mi-

łość...

Jordan zatrzymał samochód na poboczu i obserwował ją uważnie.

– Myślisz o Tonym?

– Dlaczego pytasz? I dlaczego stoimy?

– Pytam, ponieważ się zaczerwieniłaś. A stoimy, ponieważ nie powie-

działaś, dokąd jechać dalej.

Nie kuś mnie, broniła się w duchu. Spojrzała w kierunku domu, który 

zamierzała mu pokazać, i zmieniła decyzję. Nie wydaje się, by Jordan pod-

chodził dziś poważnie do sprawy. Równie dobrze może zacząć od najdroż-

szych ofert.

–  Wiesz,  gdzie  mieszkają  McDonaldowie,  prawda?  Pojedź  w  tamtym 

kierunku, a ja powiem, gdzie skręcić.

Najgorsze, rozważała w trakcie jazdy, że Jordana prawdopodobnie by-

łoby stać na kupno domu Andersonów. Może pewnie od ręki załatwić ze 

swoim  bankierem  przy  kawie  kwotę,  którą  oboje  z  Tonym  wyskrobaliby 

kosztem  największych  wyrzeczeń.  To  nie  fair.  Jemu  potrzebny  jest  tylko 
dach nad głową. Nie zależy mu ani na architekturze, ani na wystroju wnę-

trza, byleby tylko miał ciepło i wygodnie. Dom Andersonów dla niego to 

marnotrawstwo.

background image

– Nie wiedziałem, że obok McDonaldów są jakieś slumsy.
– Poczekaj z komentarzami, aż zobaczysz. 

Wzdłuż szerokiej alei ciągnęły się wille, odgrodzone od ulicznego hała-

su starymi, rozłożystymi drzewami. Jaskrawe liście osypywały się na zie-

mię. Słońce przedarło się już przez poranną szarość i dzień nabierał blasku.

– Wiesz – rzucił Jordan mimochodem – cały weekend myślałem o twojej 

córce.

– Skręć w prawo – Stephanie z trudem opanowała zdenerwowanie.

– Z początku sądziłem, że jej ojcem mógłby być Tony – samochód po-

konał zakręt bez wysiłku, niemal nie zwalniając. – Ale najwyraźniej nie jest. 

Nie wygląda na prawdziwego mężczyznę ten twój narzeczony.

– Tak? – zatkało ją. – Jeśli chcesz wiedzieć, ojcem potrafi być każdy. Du-

żo trudniej zostać tatą.

– Więc nawet ty przyznajesz, że Tony nie jest w tym najlepszy? – Jordan 

wpadł w doskonały humor.

– Nie to miałam na myśli – ucięła krótko.
–  Gdzie on  ci  kupił zaręczynowy pierścionek?  W kawiarnianym auto-

macie z gumą do żucia?

– Brylant jest bardzo dobrej jakości – broniła się.

– O, jest nawet brylant? Przykro mi, że nie mam przy sobie mikroskopu.

– Proszę cię, nie czepiaj się Tony'ego. Jeśli pamiętasz, ty nie ofiarowałeś 

mi z okazji zaręczyn żadnego pierścionka.

– Gdybym ci ofiarował, nikt nie musiałby domyślać się w nim brylantu.

– To nie ulega wątpliwości. Jesteśmy na miejscu. 

Lincoln zatrzymał się na podjeździe. Jordan, ciągle jeszcze z rękami na 

kierownicy, studiował uważnie willę Andersonów.

– To ta, o której myślicie z Tonym?

W  jego  głosie  Stephanie  usłyszała  nutę  zastanowienia.  Jeżeli  Jordan, 

przyszło jej na myśl, zechce kupić ten dom tylko po to, żeby zrobić jej na 

złość, niech kupuje. Niech ta uciążliwa sytuacja skończy się jak najszybciej. 

Przynajmniej więcej nie będzie musiała go widywać. Może nawet opłaci się 
wtedy poświęcić swoje marzenie.

– Zastanawiam się – odpowiedziała, starannie udając obojętność. – Jest 

piękny  i  chciałabym  w  nim  mieszkać.  Ale  oczywiście  nasi  klienci  mają 

background image

pierwszeństwo.

– Rozumiem – odrzekł lakonicznie, Stephanie miała jednak wrażenie, że 

nareszcie był naprawdę zainteresowany.

Ręka jej drżała, kiedy wsuwała klucz w zamek. Tak chciała teraz, żeby 

Jordanowi dom się spodobał...

Przemierzał  pokoje  w  skupieniu.  Stephanie  trzymała  się  z  boku,  żeby 

nie przeszkadzać. Próbowała trzymać swą wyobraźnię na wodzy, ale bez-

skutecznie. Zdawało się jej, że mieszka tutaj. Widziała swoje meble w salo-

nie, zabawki Katie w bawialni, rzeczy swoje i Tony'ego w ich sypialni z po-

chyłym sufitem...

Po chwili pojawił się Jordan, kręcąc z powątpiewaniem głową.
– Nie  pojmuję  –  zlustrował  uważnie  urządzenie  kuchni  i  rozejrzał  się 

jeszcze raz dookoła. – Nie pojmuję, co jest tutaj tak wspaniałego?

– To ładny dom. I ma to wszystko, czego chciałeś – kominek, patio, ja-

dalnię. Jeśli nie podoba ci się, bo brak mu sauny, to...

– Nie chodzi...
–...pamiętaj, że zaledwie ze dwa domy w mieście ją mają, że jeden z nich 

należy do McDonaldów i że, jak wiem z dobrze poinformowanego źródła, 

nie jest on na sprzedaż.

– Nie chodzi o saunę. Nie ma tu na przykład porządnej jadalni – wyja-

śnił  rzeczowo.  –  To  tylko  przestrzeń komunikacyjna pomiędzy  kuchnią a 
tylnym wejściem. Postawili tu stół z krzesłami i już.

Stephanie  widziała  stół  ze  swojego  miejsca.  Otworzyła  już  usta,  żeby 

zaoponować,  ale  rozmyśliła  się,  podeszła  od  strony  drzwi  wejściowych  i 

spojrzała jeszcze raz.

– Masz  rację  –  przyznała  zaskoczona,  że  tak  łatwo  spostrzegł  to,  co 

umknęło jej uwagi. – Ten pokój zawsze podobał mi się mniej od innych. Te-

raz już wiem dlaczego. Człowiek stale potyka się w nim o meble.

– Musi jednak być tu coś atrakcyjnego – Jordan nie dawał za wygraną. –

Zacznij wreszcie swoje zawodowe zachwalanie.

– Przede  wszystkim  kuchnia  –  zreflektowała  się  Stephanie.  –  Dębowe 

szafki wraz z całym wyposażeniem stwarzają komfortowe wręcz warunki 

do zorganizowanej i wydajnej pracy.

– I co jeszcze?

background image

– Bawialnia. Idealna dla dzieci... – przerwała zdając sobie sprawę, że w 

najmniejszym stopniu nie obchodziły go te sprawy.

– Jest źle położona – ku jej zdziwieniu Jordan wykazał jednak zaintere-

sowanie.

– Znajduje się na uboczu. Co masz na myśli?

– Bawialnia powinna być blisko kuchni. Gdzie twoja pociecha przebywa 

najczęściej?

– W salonie.

– Właśnie – przytaknął Jordan. – Jesteś nierozumna, jeśli myślisz, że bę-

dzie siedzieć sama, gdy reszta rodziny przebywa na drugim końcu domu. 

W rezultacie masz jeden zmarnowany pokój.

– Czy rzeczywiście nic ci się tutaj nie podoba?

– Niewiele. Co masz następnego na liście? 

Kiedy ich samochód mknął już ulicą, Jordan obejrzał się na dom Ander-

sonów.

– Możesz go sobie wziąć z moim błogosławieństwem. Oczywiście, jeśli 

twój ukochany zechce sypnąć groszem.

– Tony  jest  ostrożny  z  wydawaniem  pieniędzy  –  jego  zawoalowane 

szyderstwo dosięgło Stephanie. – Nie tak jak inni, którzy wydają wszystko 

bez  opamiętania,  by  potem  głodować  do  najbliższej  wypłaty.  Ostrożność 

zabezpiecza  przed  nieprzewidzianymi  nieszczęściami, zapewnia  poczucie 
bezpieczeństwa i...

–... i nudę. Swoją drogą, to zdumiewające.

– Co takiego?

– Że wybrałaś na drugiego męża kogoś tak różnego ode mnie – powie-

dział ze spokojem. – Wszystko można o mnie powiedzieć, tylko nie to, że 
jestem nudny.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Budzik  zadzwonił  przeraźliwie  i  Stephanie  podskoczyła  w  łóżku,  jak 

gdyby obok zawyła syrena. To niemożliwe, to nie może być już ranek, jęk-
nęła w duchu. Myliła się. Oczekiwał ją kolejny dzień, kolejne domy, które 

Jordan miał oglądać i odrzucać, być może kolejny klient stracony wskutek 
tej bezsensownej bieganiny.

– Gdybym ci pokazała Buckingham Palace, też by ci się nie podobał –

powiedziała mu wczoraj po południu w bezsilnej złości.

– Nie jestem pewny. Zawsze chciałem mieszkać w zamku.

W zamku, wspominała z irytacją wczorajszy dialog. Długo będziesz go 

szukał w tym miasteczku.

Tarła wściekle oczy, które piekły ją i łzawiły od niedostatku snu. Wy-

schło jej w gardle, a głowę miała obolałą. Piękne dzięki, Katie, pomyślała. 
Nie tylko złapałaś katar w przedszkolu, ale sprezentowałaś go mnie. Z de-

terminacją odrzuciła kołdrę.

Nawet łyk wody drażnił jej przełyk. Myjąc się kichała bez przerwy, a z 

lustra patrzyły na nią zaczerwienione, błyszczące gorączką oczy. Nie dam 

rady zmagać się dziś z Jordanem, stwierdziła. Nie sprzedałabym mu nawet 
chustki do nosa, nie mówiąc o domu. Zmierzyła temperaturę, westchnęła i 

poszła zadzwonić do biura, że jest chora. Głowa jej pękała, kiedy wracała 
do łóżka.

Godzinę później do sypialni wsunęła się rozespana Katie z nieodłączną 

szmacianą lalką.

– Nie idziesz dziś do pracy, mamusiu? – spytała grzecznie.

– Nie, kochanie. Jestem chora.
Katie  zmarszczyła  czoło  w  zamyśleniu.  Potem  poprawiła  poduszkę, 

wygładziła fałdy prześcieradła i otuliła ją kołdrą.

– Śpij, mamusiu – poradziła.
Stephanie przeklinała dzień, w którym zrezygnowała z zainstalowania 

telefonu przy łóżku. Odległość do salonu wydawała się jej nie do pokona-
nia, chociaż wiedziała, musi zawiadomić teraz matkę. Zadzwonię za chwi-

lę, postanowiła.

background image

– Zamknę drzwi. Nikt  cię nie będzie niepokoił –  oznajmiła Katie, wy-

chodząc na paluszkach.

– Dobrze, córeczko. A jeśli ktoś zadzwoni, powiedz, że umieram i żeby 

mi nie przeszkadzano. – Zdążyła jeszcze pomyśleć, że mała zaczyna trosz-

czyć się o innych, i zapadła w niebyt.

Cztery lata matczynego doświadczenia wzięły jednak górę. Kiedy roz-

legł się ostry brzęk, wyskoczyła natychmiast z łóżka i znalazła się w poło-

wie sąsiedniego pokoju, zanim zdążyła otworzyć szerzej oczy. Przerażona 

stanęła w drzwiach kuchni.

– Kathleen! – krzyknęła gniewnie i dziecko w tym momencie wybuch-

nęło płaczem.

Dziewczynka stała pośrodku kuchni, od stóp do głów obsypana mąką, i 

tylko  na  policzkach  widniały  czyste  smużki  wyżłobione  przez  łzy.  Spod 

warstwy  mąki  wyzierał  czerwony  szlafroczek  i  na  wpół  splątane  kucyki. 

Była boso, a nie dalej niż dziesięć centymetrów od jej paluszków leżała roz-

trzaskana butelka syropu klonowego.

– Na miłość boską, Katie, nie ruszaj się! – krzyknęła w panice, przedzie-

rając się przez zrujnowaną podłogę i wyciągając córkę z kleistej mazi.

Dziewczynka rozpaczała coraz głośniej w obawie przed konsekwencja-

mi. Matka posadziła ją na stole i uważnie obejrzała stopki. Odłamki szkła 

nie wyrządziły żadnej szkody. Stephanie odetchnęła z ulgą i dopiero wtedy 
popatrzyła groźnie na córkę.

– Kathleen, coś ty tutaj narobiła!

– Przygotowywałam śniadanie dla ciebie – wychlipała dziewczynka.

Obawa o  Katie  sprawiła, że  ból głowy ustąpił  na chwilę,  teraz jednak 

nasilił  się  znowu.  Stephanie  bezradnie  przyglądała  się  zdewastowanej 
kuchni.

Syrop  zrobił  największe  spustoszenie,  ale  nie  tylko  on.  Jajko  spadło  i 

rozmazało  się  na  podłodze,  obok  zlewu  widniała  kałuża  soku  pomarań-

czowego, a nad wszystkim unosił się delikatny mączny pył.

– Naleśniki? – domyśliła się Stephanie.
–  Widziałam,  jak  robisz  –  ochoczo  przytaknęła  Katie,  zadowolona,  że 

matka pojęła ją w mig.

Powinna była przewidzieć, że zdarzy się coś w tym rodzaju. W końcu, 

background image

dla małej był to zwykły dzień zabawy.

– Zadzwonisz  do  babci  i  zapytasz,  czy  będziesz  mogła  spędzić  u  niej 

dzień, dobrze?

– Kocham cię, mamusiu – Katie znowu się nachmurzyła.

Gniew  Stephanie  stopniał.  Przecież  dziewczynka  chciała  jak  najlepiej. 

Całe szczęście, że nie eksperymentowała z kawą i jajecznicą!

– Ja ciebie też kocham. Ale dziś jestem chora. Zadzwoń, proszę, do bab-

ci, a ja trochę posprzątam.

– Nie chcę do babci – broniła się Katie. Siąkając nosem i powłócząc no-

gami  poszła  jednak  w  stronę  telefonu.  Po  policzkach  spływały  jej  dwie 

wielkie łzy.

Stephanie zabrała się do porządkowania kuchni. Obok zlewu zauważy-

ła  nienagannie  zastawioną  tacę  –  talerzyki,  srebrne  sztućce,  serwetka... 

Zdjęcie  czerwonej  róży,  wycięte z  ilustrowanego pisma,  spoczywało przy 

filiżance na kawę. Dobrze, że nie udało się jej dokończyć śniadania, pomy-

ślała z ulgą.

Zdążyła powyjmować szkło z kałuży syropu, kiedy u drzwi odezwał się 

dzwonek. Dzięki Bogu, westchnęła z ulgą, babcia serio potraktowała tele-

fon  Katie, przychodząc tak szybko. Może posiedzi tu  chwilę i  o mnie  też 

nieco zadba.

W drzwiach znowu pojawiła się Katie. Ciągle paradowała w szlafroczku 

i boso.

– Ubierz się szybko, żeby babcia mogła cię wziąć ze sobą.

– Babci nie ma – odparła zachwycona dziewczynka.

– To  kto...  –  Stephanie  urwała  nagle.  Szorując  na  klęczkach  podłogę, 

znajdowała  się  na  poziomie  oczu  dziecka.  Niespodziewanie  obok  bosych 
stopek pojawiła się para wielkich, czarnych skórzanych butów.

Jej  wzrok  powędrował  z  ociąganiem  w  górę,  wzdłuż  szarych  spodni, 

granatowej marynarki, jedwabnego krawata w paski...

– Witaj, Jordanie – rzekła niepewnie.

Była załamana. Coś ty zrobiła, moja droga córko, rozpaczała w duchu. 

Gdyby zapukał Kuba Rozpruwacz i chciał pożyczyć nóż do mięsa, zaprosi-

łabyś go z pewnością, żeby sobie wybrał najostrzejszy.

Nie  miała  najmniejszych  wątpliwości,  że  nigdy  jeszcze  nie  wyglądała 

background image

gorzej – podkrążone i zapuchnięte oczy, matowe włosy w nieładzie, zno-
szona koszula nocna, do tego ubabrana po łokcie w syropie i mące.

– Katie  była  głodna,  więc  postanowiła  przygotować  śniadanie  –  wy-

krztusiła wreszcie.

– Jest jedenasta – Jordan bezlitośnie wskazywał na zegarek. – Sądzę, że 

do tej pory mogłaś nakarmić ją sama. Ona wygląda jak zapomniany przez 
wszystkich podrzutek.

Katie przyglądała im się uważnie. Na jej czole pojawiła się zmarszczka 

zastanowienia. Stephanie pragnęła pomóc dziewczynce, ale nie potrafiła się 

zdobyć na wyjaśnienia.

– I pomyśleć – cedził słowa Jordan – że ona tak cię chroni, a ty najwy-

raźniej w ogóle o nią nie dbasz.

– Chroni? – Stephanie nie rozumiała, o co chodzi.

– Tak. Rano powiedziała mi, żebym ci nie przeszkadzał, i odwiesiła słu-

chawkę.

– A, więc dzwoniłeś.
– Powiedzieli mi w biurze, że jesteś chora. Trudno mi było w to uwie-

rzyć, wpadłem więc, żeby się upewnić, czy przypadkiem nie ukrywasz się 

przede mną. Muszę przyznać, że nie wyglądasz na okaz zdrowia.

– Masz dwa punkty za spostrzegawczość – podniosła się chwiejnie na 

nogi, spłukała z dłoni syrop i sięgnęła po następną ścierkę.

Nagle pokój zawirował. Wyciągnęła ręce, żeby się podeprzeć, ale trafiła 

w próżnię. Wszystko wokół poczerwieniało. Zaraz zemdleję, przeraziła się, 

a on nigdy nie uwierzy, że nie zrobiłam tego specjalnie.

Otoczył ją ramieniem jak stalową obręczą. Chciała się wyswobodzić, ale 

nie miała siły.

– Przepraszam  –  powiedziała,  gdy  tylko  zawrót  głowy  zaczął  ustępo-

wać.  –  Chyba  wstałam  zbyt  szybko.  Dziękuję.  Byłoby  okropnie,  gdybym 

uderzyła  o  kuchenkę.  –  Wiedziała,  że  mówi  nieskładnie,  ale  nie  potrafiła 

przerwać tej paplaniny.

– Masz gorączkę – przytrzymał ją mocniej, kiedy próbowała się  odsu-

nąć. – Cała płoniesz.

– Brawo. Mówiłam ci przecież, że jestem chora. Katie, czy rozmawiałaś 

z babcią? 

background image

– Nie chcę iść do babci – Katie potrząsnęła głową przecząco i wyjęła pa-

lec z buzi.

– Ale musisz. Jordanie, puść mnie. Już mi lepiej.

– Twoje miejsce jest w łóżku – zaoponował. Ciągłe trzymał ją mocno w 

ramionach.

– Wspaniały pomysł. Dlaczego więc nie pozwolisz mi się położyć?
Nie odpowiedział, tylko wziął ją na ręce i skierował się w stronę sypial-

ni.

– Ciągle jeszcze nie ważysz tyle, żeby mi to sprawiało kłopot.

Zaschło jej w gardle. Wspomnienie czasów, kiedy nosił ją często w ten 

sposób,  spowodowało,  że  oddychała  szybciej.  Zapach  wody  po  goleniu 
przywodził  na myśl dawne chwile czułych pieszczot i miłości. Stephanie, 

nie szalej, przywołała się do porządku.

Ułożył  ją  ostrożnie  i  chwilę  stał  pochylony  nad  jej  wielkim  łóżkiem. 

Przez  moment  miała  wrażenie,  że  dostrzegła  w  jego  spojrzeniu  odrobinę 

ciepła.  Potem  sprawnie  i  fachowo  poprawił  kołdrę,  a  oczy  przybrały  na 
powrót wyraz lodowatej obojętności.

To było tylko przewidzenie, przekonywała się. Twoje głupie, śmieszne 

przewidzenie.

– Zawiozę Katie do rodziców – zaofiarował się Jordan.

Stephanie przygryzła wargi. Nie miała ochoty przyjmować od niego ko-

lejnej przysługi, ale jednocześnie wybawiłby ją w ten sposób z prawdziwe-

go kłopotu. Z pewnością nie wstałaby teraz z łóżka.

– Dziękuję – powiedziała sztywno.

– Nie chodzi wcale o ciebie. Chcę, żeby ktoś zaopiekował się Katie – od-

parł szybko i wyszedł z pokoju.

Po kilku minutach wpadła Katie.

– Pojadę jego samochodem – oznajmiła.

– Tak, kochanie. Wiem – uniosła się z wysiłkiem, żeby zapiąć jej guzik.

– Kto to jest?

Otóż i problem! Stephanie zamyśliła się głęboko. Nie mogła powiedzieć 

o nim: „pan Kendall”, a Jordan z pewnością nie chciałby zostać nazwany 

tatą, jakkolwiek była to najczystsza prawda.

– Dlaczego sama go o to nie spytasz? – odrzekła w końcu. Był to jedyny 

background image

uczciwy sposób przekazania inicjatywy w jego ręce. W końcu to on musiał 
się zdeklarować. 

Katie zastanawiała się przez chwilę, po czym pocałowała matkę na po-

żegnanie.

Stephanie z rozkoszą przytuliła się znów do poduszki, ale nie dane jej 

było zaznać spokoju. Niedługo potem wrócił Jordan ze wspaniale parują-
cym kubkiem, wysoką szklanką pomarańczowego soku i aspiryną.

– To tylko zupa z puszki, ale pomoże ci na gardło – rzucił szorstko. –

Prześpij się trochę. – Znikł, zanim mogła mu podziękować.

Kiedy  się  obudziła,  było  już  ciemno.  Leżała  chwilę  bez  ruchu,  żeby 

oprzytomnieć.  Potem  przeciągnęła  się  i  stwierdziła,  że  ból  mięśni  oraz 

odrętwienie ustąpiły. Od lat nie przespałam całego dnia, uświadomiła sobie 

z  niejakim poczuciem winy. Głowa  nie  była jeszcze całkiem  w porządku, 

ale dojmujące kłucie przeszło. Czuła się prawie jak ludzka istota.

Wysunęła się spod kołdry i ostrożnie spróbowała wstać. Po zawrotach 

nie było śladu, a mocny, gorący prysznic i świeża piżama postawiły ją cał-

kowicie na nogi.

Zaczął jej doskwierać głód. W lodówce znalazła resztkę zupy, postawiła 

więc rondelek na ogniu, żeby ją odgrzać. Podłoga w kuchni błyszczała czy-
stością. Poczuła wdzięczność do Jordana, że usunął ten bałagan.

Postanowiła zadzwonić do matki i poprosić, żeby przywiozła Katie. Po-

tem wypije jeszcze jedną filiżankę zupy, poogląda telewizję i położy się tak 

wcześnie, jak tylko dziewczynka jej na to pozwoli.

Wspaniały plan – telewizja i wcześnie do łóżka! Stephanie uśmiechnęła 

się do siebie. – Starzejesz się, moja droga – powiedziała głośno, wykręcając 

numer rodziców. Zaskoczył ją chrapliwy dźwięk, jaki wydała.

– Masz okropny głos – Anne była przerażona.

– I tak jest dużo lepiej niż rano. Mogę już zająć się Katie, jeśli zechciała-

byś ją dostarczyć.

W słuchawce zapanowała cisza. Dopiero po chwili matka odpowiedzia-

ła wolno:

– Katie nie ma tutaj.

background image

– Co  chcesz  przez  to  powiedzieć?  –  Stephanie  wsparła  się  o  krawędź 

stołu, porażona strachem. Może tata zabrał ją ze sobą, zgadywała gorącz-

kowo, albo bawi się z dziećmi na dworze...

– Nie  widziałam  jej  cały  dzień.  Ty...  Ty  nie  posłałaś  jej  do  nas  samej, 

prawda? – w głosie Anny wibrowało przerażenie.

– Oczywiście, że nie. Jordan miał ją podrzucić.
– Poszłam  z  przyjaciółkami  na  obiad.  Ale  nie  było  mnie  tylko  przez 

chwilę, a później siedziałam cały czas w domu...

– W  porządku,  mamo.  Skąd  mogłaś  wiedzieć?  –  Stephanie  pocieszała 

matkę i tylko to sprawiło, że sama nie wybuchnęła płaczem.

Ty idiotko, oskarżała się, jak mogłaś mu uwierzyć? Co on zrobił, dokąd 

zabrał Katie? Na razie jednak nie było sensu wciągać matki we własne kło-

poty.

– Pojechali do ciebie właśnie w porze obiadowej. Mogli cię akurat nie 

zastać i...

– Czy mam przyjść?
– Nie,  nie  trzeba.  –  Stephanie  wolała  być  sama.  Cokolwiek  uczyniłby 

Jordan, uspokajała się, nie skrzywdzi przecież Katie. A może jednak? Chy-

ba trzeba zadzwonić na policję... Wzdrygnęła się na samą myśl o tym.

Światła samochodu prześlizgnęły się po ścianie domu. Stephanie odsu-

nęła firankę i ogarnęła ją fala ulgi, gdy rozpoznała lincolna. Wzruszenie by-
ło tak silne, że omal nie osunęła się na ziemię. Patrzyła, jak otworzyły się 

drzwi i na zewnątrz wygramoliła się Katie.

– Już wszystko w porządku – powiedziała do słuchawki. – Właśnie ją 

przywiózł. – Pożegnała się pośpiesznie i popędziła do frontowego wejścia.

Uklękła  na  wycieraczce  i  Katie  wpadła  jej  w  ramiona.  Stephanie  była 

szczęśliwa, że może tulić do siebie ten mały kłębek sprężonej energii. Do-

piero teraz uświadomiła sobie w pełni, czym jest dla niej córka.

– Bawiliśmy się w parku i karmiliśmy wiewiórki, i patrzyliśmy, jak gra-

ją  w piłkę –  słowa padały tak szybko, że zlewały się w trudną do zrozu-

mienia całość.

– Wiewiórki grały w piłkę? – dziwiła się Stephanie oszołomiona kaska-

dą słów.

– Coś ty, głupia? Piłkarze. I gęś prawie mnie uszczypnęła, i widzieliśmy 

background image

zamek, i tata huśtał mnie wysoko na huśtawce, wyżej niż chmury.

Więc teraz jest tatą. Łzy wzruszenia napłynęły jej do oczu. Poczuła, że w 

tym momencie stało się coś bardzo ważnego, że nieodwracalnie odpłynął w 

przeszłość ten pierwszy okres życia Katie, kiedy była małym dzieckiem.

– I  jedliśmy  hamburgery,  i  przyniosłam  ci  kwiatek,  bo  jesteś  chora  –

ostrożnie wręczyła długą różę.

– Nie powinieneś był... – strofowała Jordana bez przekonania.

– To ona wybrała różę. Ja nie miałem zamiaru – wzruszył ramionami.

– I zobacz, co tata mi kupił. Tato, gdzie jest Miranda Panda?

– Ciągle w samochodzie – odparł Jordan poważnie. – Pamiętasz? Mieli-

śmy ją przynieść, jak będziemy pewni, że mama nie śpi.

– To idź i przynieś!

– Kathleen! – zaprotestowała Stephanie. – Gdzie są twoje maniery?

– Poproszę? – Katie zwróciła buzię w kierunku Jordana, który stał wy-

czekująco.

– Tak jest lepiej, groszku – pochwalił i poszedł do samochodu.
Zarówno przezwisko, jak głęboki, łagodny ton jego głosu zaniepokoiły 

Stephanie. Matka miała jednak rację, doszła do wniosku. Całkowicie zmie-

nił zdanie o Katie.

Wrócił  po  chwili  z  olbrzymim  misiem.  Katie  chwyciła  niedźwiadka, 

który był wyższy od niej, i powlokła go do siebie, szczebiocząc bez prze-
rwy.

W salonie zaległa nagle kłopotliwa cisza. Stephanie poczuła, że ból gło-

wy wraca.

– Nie wiem, jak ci dziękować za dzisiejszą opiekę – powiedziała wresz-

cie. – Widać, że Katie dobrze się bawiła.

–  Ja  też  –  odpowiedź  brzmiała  sucho,  beznamiętnie.  Stephanie  zapra-

gnęła, żeby sobie poszedł. Przyłożyła dłoń do czoła, żeby ukoić wzmagają-

cy się ból.

– Jadłaś coś?

Zapomniała  o  rondelku na  kuchni. Zaprzeczyła,  ale  po  chwili pożało-

wała tego. Jordan bez słowa udał się do kuchni.

– To musi być strasznie nudne dla ciebie – próbowała żartować – opieka 

nad dzieckiem i chorą...

background image

– Nic z tych rzezy. Po prostu muszę cię przywrócić do formy, ponieważ 

dziś znalazłem dom, który chcę kupić.

– Który?

– Ach, żaden z tych, co mi pokazywałaś. Jutro powinnaś się tym zająć.

– Tak? A skąd wiesz, że jest na sprzedaż? Jasnowidzenie?

– Wszystko jest na sprzedaż za odpowiednią cenę. Poza tym stoi pusty, i 

to najwyraźniej od dłuższego czasu.

W  drzwiach  pokoju  stanęła  Katie.  Miała  już  na  sobie  piżamę  w  ka-

czuszki.  Stephanie  zdumiała  się  do  tego  stopnia,  że  omal  nie  wypuściła 

kubka z rąk. Czyżby to była ta sama dziewczynka, która co wieczór stacza-

ła bitwy, żeby nie iść do łóżka, która zawsze się upierała, że zegar jest ze-
psuty?

– Chce mi się spać – ziewnęła. – Dobranoc, mamo, dobranoc, tato. Przy-

kryjecie mnie?

Stephanie dokończyła zupę. Czuła się samotnie, siedząc tak w salonie i 

słuchając opadającej, to znów wznoszącej się melodii głosu Jordana, który 
czytał bajkę. Nareszcie światło u Katie zgasło i Jordan pojawił się znowu. 

Wyciągnął się z westchnieniem w fotelu.

– Teraz wiem, dlaczego potrzebowałaś dziś pomocy – stwierdził ziewa-

jąc. – Ona potrafi dać nieźle w kość.

– Rozumiem, że pogodziłeś się ze swoim ojcostwem – zapytała ostroż-

nie Stephanie.

– Przyznasz chyba, że miałem prawo przeżyć wstrząs. Ale już oswoiłem 

się z myślą, że Katie jest moją córką – jego granatowe oczy promieniały, a w 

głosie nie było najmniejszej nuty żalu.

– Zdaje  się,  że  spędziliście  wspaniały  dzień  –  Stephanie  z  roztargnie-

niem  okręcała  swój  kasztanowy  lok  wokół  palca.  –  Nie  wyobrażaj  sobie 

jednak  zbyt  wiele,  ponieważ  uważam,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  wszystko 

pozostanie tak jak do tej pory.

– Najlepiej dla kogo?

– Cóż, nie mam zamiaru niczego zmieniać.
– A jak ci się wydaje, jakie zmiany ja mogę mieć na myśli? Na pewno 

nie chcę wracać do punktu, w którym się rozstaliśmy. Mam wystarczająco 

dużo kłopotów, żeby jeszcze dodawać do nich ciebie.

background image

Spodziewała się czegoś w tym rodzaju, ale mimo to odpowiedź była bo-

lesna.

– Ty przecież masz zamiar wyjść za mąż – ciągnął dalej. – To już ozna-

cza wielką zmianę dla wszystkich, szczególnie dla Katie. Pragnąłbym tylko 

móc ją zobaczyć od czasu do czasu. Nie żądam chyba zbyt wiele?

Stephanie  milczała.  Z  pewnością  nie  mogła  mu  zabronić  widywania 

dziecka. Narobiłaby sobie tylko kłopotów, gdyby odmówiła.

– Nie musisz więc tkwić tutaj, kiedy ona jest w łóżku – zakonkludowała.

– Poczekam, aż uśnie na dobre, żeby ci nie przeszkadzała – Jordan od-

rzucił głowę do tyłu i zamknął oczy. Długo trwał tak bez słowa, w końcu 

odezwał się jednak:

– Będę  jutro  bardzo  zajęty  w  fabryce,  więc  sama  musisz  popracować 

nad domem.

– Ach tak, zapomniałam o domu. Gdzie znalazłeś tę chatkę ze snów?

– To nie jest chatka – obruszył się – ale raczej zamek. Czy mówi ci coś 

nazwa Whiteoaks?

– Chyba żartujesz! – Stephanie roześmiała się. – To gmaszysko pośród 

chwastów, zdziczałych krzewów i uschniętych drzew?

– Tak – potwierdził. – Ten dom z wieżyczką, piękną dachówką i kutą 

bramą wjazdową.

– Jest opuszczony od lat. To część masy spadkowej, a spadkobiercy nie 

mogą dojść ze sobą do porozumienia. Nie jest na sprzedaż.

– Jesteś zbyt skromna, moja droga – uśmiechnął się. – Mam pewność, że 

potrafisz namówić właścicieli, by się zastanowili.

– Nie bądź śmieszny, Jordanie!

– Muszę  się  przespać  –  ziewnął,  przeciągnął  się  i  wstał.  –  Jutro  mam 

spotkanie z moim adwokatem – mówił dalej jakby do siebie. – Bardzo je-

stem ciekaw, czego się dowiedział.

– Tak? – Stephanie zdziwiła się, że tak proste na pozór zdanie zaniepo-

koiło ją do tego stopnia.

– Tak. Zleciłem mu drobne poszukiwania. Jak pewnie pamiętasz, moja 

droga, nasze dokumenty rozwodowe zawierały oświadczenie, że nie mamy 

dzieci. Skłamałaś przed sądem i mogą powstać z tego najrozmaitsze kom-

plikacje  –  mówił  teraz  jedwabiście  uprzejmym  głosem.  –  Krzywoprzysię-

background image

stwo to paskudna rzecz.

– Nie kłamałam! Nie wiedziałam, że jestem w ciąży, kiedy wypełniałam 

te papiery... – głos jej się łamał.

Co on jej zresztą może obecnie zrobić, zastanowiła się. To było tak daw-

no.

– Idź już sobie! – krzyknęła. – Idź i nie wracaj. Nigdy więcej nie chcę cię 

widzieć!

Zacisnął pięści, a oczy pociemniały mu z gniewu. Przez chwilę sądziła, 

że może ją uderzyć. Wolałaby chyba nawet, żeby tak się stało. Przynajmniej 

zachowałby się jak żywy człowiek, a nie jak zimny, bezlitosny zły los, który 

ją prześladował.

– Postaraj się zdobyć dla mnie Whiteoaks, Stephanie – jego głos był nad-

spodziewanie  łagodny.  –  Jak  już  go  dostanę,  nie  będę  zwracał  uwagi  na 

głupstwa. Ale do tego czasu...

Nie dokończył groźby. Z rękami przyciśniętymi do piersi obserwowała, 

jak odjeżdża.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Następnego  ranka  Stephanie  znowu  pokazywała  willę  Andersonów. 

Klientka była zachwycona.

– Kupiłabym natychmiast, ale mąż musi się też zgodzić, a on narzeka na 

cenę.

Stephanie oprowadzała ją po pokojach, usiłując wyobrazić sobie, że jest 

tutaj  gospodynią, która prezentuje gościowi swój  nowy dom. Jednak czar 

prysł. Jadalnia stała się mała i ciasna, a bawialnia niewygodnie położona. 
Ten cholerny Jordan, rozzłościła się w myślach. Po chwili jednak doszła do 

wniosku, że może to i lepiej, iż zdruzgotał jej marzenie. Tony nigdy nie po-
zwoliłby kupić willi, jeśli więc Stephanie nie mogła jej zatrzymać dla siebie, 

to nie miało żadnego znaczenia, do kogo będzie należała.

Pożegnała się uprzejmie z klientką i przez kilka minut siedziała w  sa-

mochodzie, myśląc, w jaki sposób odwieść Jordana od kupna Whiteoaks.

Nic  dziwnego,  że  nie  przyszło  jej  nawet do  głowy  zaproponować  mu 

wcześniej ten dom. Każdy pośrednik w mieście, łącznie z Tonym, próbował 

w  swoim  czasie  –  jak  widać,  bezskutecznie  –  pertraktować  ze  spad-

kobiercami. Teraz dom stał opustoszały i nawet ci, którzy kiedyś mieli na 
niego  wielką  ochotę, zrezygnowali  ostatecznie.  Dla wszystkich  w  mieście 

było  jasne,  że  będzie  niszczał  spokojnie,  zarastając  chwastami,  a  spadko-
biercy będą się kłócić.

Whiteoaks usytuowany był w znacznym oddaleniu od dojazdowej uli-

cy, na końcu rzędu eleganckich rezydencji. Ich mieszkańcy z pewnością by-
liby zachwyceni zmianą właściciela. Mimo że położony na uboczu i oddzie-

lony płytkim wąwozem, jaskrawo kontrastował z domostwami sąsiadów.

Tylne  wejście  nie  było  zamknięte.  Stephanie  zaparkowała  więc  samo-

chód nie opodal, otworzyła furtkę i okrążyła budynek. Stojąc pośrodku za-

rośniętego  chwastami  trawnika  podziwiała  intensywną  czerwień  liści 
bluszczu, który gęsto oplatał frontową ścianę. Przypomniała sobie, że Katie 

mówiła coś wczoraj zamku. Tak, stwierdziła, ta masywna ceglana budowla, 
wyglądająca, jakby mogła  przetrwać każdą  napaść, istotnie przypominała 

zamek.  Nad  potężnymi  rzeźbionymi  drzwiami  wejściowymi  wznosiła  się 

background image

wieżyczka,  same zaś  drzwi przywodziły na myśl  zwodzony most. Był  tu 
nawet  maszt,  ustawiony  na  wystrzępionym  kwietniku  obok  głównego

wjazdu  –  czyż  każdy  szanujący  się  pan  władca  nie  wciąga  chorągwi  ze 

swymi barwami?

Znając Jordana, zauważyła złośliwie, nie zdziwię się, jeśli zaprojektuje 

taką chorągiew dla siebie!

Bez klucza mogła zajrzeć do środka jedynie przez zakurzone szyby. To 

cud, pomyślała, że okoliczne dzieciaki nie wpadły na pomysł wypróbowa-

nia na nich celności swych proc.

Podejrzewając, że Jordan nie mógł zobaczyć więcej niż ona, zastanawia-

ła się, skąd mógł wiedzieć, że to jest właśnie dom, o jaki mu chodzi. Naj-
prawdopodobniej, doszła do wniosku, powiedział tak, ponieważ był pew-

ny, że nie da sobie rady ze wszystkimi przeszkodami. Jak przyjemnie było-

by  jednak  przeforsować  sprzedaż!  Jordan  musiałby  się  wtedy  wycofać,  a 

publiczna kompromitacja byłaby piękną nagrodą.

Tony siedział w biurze pochylony nad gazetą i studiował kursy giełdo-

we. 

– Zastanawiam się, czy warto kupić akcje Robonicsa.

– To coś nowego – bąknęła Stephanie.
–  Jeśli  kupię  teraz  i  będą  zwyżkować,  zarobię  kupę  pieniędzy.  Ale  z 

drugiej strony, jeśli im się nie powiedzie... To duże ryzyko inwestować w 

akcje nowej firmy. Nie wiem, co robić.

–  Gdybyś  to  wszystko  wiedział,  nie  handlowałbyś  nieruchomościami. 

Co to jest Robonics?

– Przedsiębiorstwo, dla którego Kendall kupił zakłady McDonalda. Po-

nieważ to firma miejscowa, łatwiej będzie mieć na nią oko, ale...

– Widzisz? Mówiłam ci, że to nie były jego pieniądze!

– Spółka wydaje się silna. – Tony nie słuchał, pogrążony we własnych 

spekulacjach. – Właściciele porobili miliony, ale nie musi im się udawać za 
każdym razem. Kompletnie nic nie wiem o tej nowej dziedzinie.

– Jakiej  dziedzinie?  –  Stephanie  było  obojętne  jakiej,  ale  kiedy  Tony 

mówił o akcjach, zmiana tematu była niemożliwa.

background image

– Produkcja robotów. To ty nie wiesz, co oni mają zamiar robić w tej fa-

bryce?

– Skąd? –  Dopiero teraz zainteresowała się na dobre. Tak więc Jordan 

specjalizuje się w robotach. Oczywiście, musi zajmować się czymś, o czym 

zwykli ludzie nie mają nawet zielonego pojęcia!

– Jeśli nie opowiedział ci o swojej pracy – Tony spoglądał podejrzliwie –

to o czym rozmawiasz ze swoim byłym mężem przez cały ten czas, który 

spędzacie razem?

– Tony, daj spokój. Mówisz, że produkuje roboty? Czy rzeczywiście do 

tych zabawek potrzebne są tak wielkie zakłady?

– To nie są wcale zabawki – obruszył się Tony. – Roboty służą do wy-

twarzania  różnych  towarów,  zakładania  materiałów  wybuchowych,  kon-

trolowania wyrobisk górniczych i kanałów ściekowych, w których człowiek 

narażony byłby na gazy... do wszystkiego.

– Ale może też splajtować. Tony, do kogo naprawdę należy Whiteoaks?

– Stephanie – zmarszczył brwi ostrzegawczo – nie wiem, w jakie intrygi 

się wdajesz, ale lepiej daj spokój. Nie pozwolę się wmanewrować w willę 

Andersonów!

– Co ma wspólnego jedno z  drugim? –  Stephanie  nie posiadała  się ze 

zdumienia. – Pytam tylko w imieniu klienta. Jordan chce kupić Whiteoaks. 

Nie mogę rozmawiać z właścicielami nie wiedząc, kim są.

– Ach tak? Sądziłem, że chodzi ci o Andersonów, ponieważ jedną z czę-

ści odziedziczyła właśnie Beth Anderson. Jej matka, z domu Barclay, była 

spokrewniona z mężem zmarłej właścicielki.

– A inni? – Stephanie słuchała uważnie.

– Dwoje mieszka gdzieś daleko. To zaledwie kuzyni pani Barclay.
– Kto jest czwarty?

– Hallie McDonald.

– Hallie? To znaczy, że żona Jake'a posiada udział w Whiteoaks?

– Czwartą część – uściślił Tony.

– Chciałabym  zobaczyć  minę  Jordana,  kiedy  się  o  tym  dowie  –  roze-

śmiała się Stephanie. – Wydawało mu się, że zleca mi zadanie niemożliwe 

do wykonania, a to akurat Hallie McDonald trzyma na tym łapę.

– Ona właśnie jest przeciwna sprzedaży.

background image

– A dlaczego? Nie zamierza tam mieszkać.
– Skąd mam wiedzieć? Nie spowiadała mi się. Prawdopodobnie nie za-

leży jej na pieniądzach. Mimo plajty McDonald jest dobrze zabezpieczony. 

Poza tym większość majątku należy i tak do niej.

Stephanie wyjęła z szuflady cukierka, starannie odwinęła go i włożyła 

do ust.

– A co z panią Anderson? – spytała ze sztuczną obojętnością.

– Czasami  wydaje  mi  się,  że  jesteś  rówieśniczką Katie  –  zirytował  się 

Tony.

– Potraktuj  to  jako  część  mojego  młodzieńczego  wdzięku  –  Stephanie 

nie dała wyprowadzić się z równowagi.

– Nie wiem, co pani Anderson o tym myśli – wrócił do tematu. – Od lat 

z nią nie rozmawiałem. To wszystko działo się dawno.

– Kiedyś będą musieli coś postanowić.

– Może tak, może nie. – Tony wskazał na gazetę i zmienił temat: – W 

sobotę jest licytacja, która zapowiada się interesująco. Chcesz pójść?

– Z moim przeziębieniem? Nie wytrzymam na dworze. Poza tym Katie 

tego nie znosi.

– Myślałem, że może byś wynajęła kogoś do opieki i moglibyśmy spę-

dzić czas sami.

Gdyby Stephanie zastanowiła się, nie odpowiedziałaby, ale słowa same 

cisnęły się na usta:

– Odkładasz mi tyle  z moich prowizji, że nie mogę pozwolić sobie na 

płatną opiekę.

– Kiedy masz na coś ochotę, nie żałujesz sobie.

– Z pewnością nie należę do tych, którzy zamartwiają się, w co zainwe-

stować nadmiar gotówki.

– Któregoś  dnia  podziękujesz  mi.  Jak  już  będziemy  gotowi  do  kupna 

domu, przyda się niewielki kapitał.

– Czasami zastanawiam się, czy w ogóle kiedyś będziemy gotowi. Po co 

mieć  konto,  jeśli  nie  można  z  niego  korzystać?  Oszczędzanie  to  nie  ulica 
jednokierunkowa. – Nie odpowiadał, więc Stephanie usiadła za biurkiem i 

sięgnęła po telefon. – Ponieważ nie mogę wydawać moich oszczędności –

rzuciła z goryczą – muszę wziąć się do roboty, żeby coś znowu sprzedać.

background image

– Nie licz tylko, że to będzie Whiteoaks.

Kiedy  Stephanie,  obładowana  zakupami,  zmagała  się  z  zamkiem  u 

drzwi wejściowych, usłyszała telefon.

Oto  mój  spokojny  sobotni  poranek,  zirytowała  się.  Ale  zignoruję  go  i 

wtedy  będzie  dzwonił  bez  końca,  albo  popędzę  na  złamanie  karku  i  nie 

zdążę. Jednak zdążyła.

– Zawsze tyle czasu potrzeba, żeby cię obudzić? – usłyszała w słuchaw-

ce uprzejmy głos Jordana.

– Nie  spałam. Byłam  na zakupach.  Dzwonisz  w  określonym celu, czy 

tylko tak sobie, żeby mnie trochę pomęczyć?

– Nie sprawi ci kłopotu, jeśli zabiorę dziś Katie na cały dzień?

Sprawi,  pomyślała.  Jeszcze  jak  sprawi.  Już  miała  odmówić,  kiedy  do-

strzegła przez okno Katie, pedałującą w szaleńczym tempie po  chodniku. 

Ona byłaby zachwycona, zreflektowała się. Przecież do tej pory nie przesta-
ła wspominać tamtego dnia spędzonego ze swoim tatusiem. Poza tym, jeśli 

się nie zgodzi, nie wiadomo, co Jordan może zrobić.

– Oczywiście, że nie – odrzekła zrezygnowana.

– Wpadnę więc po nią za godzinę – nie czekał na odpowiedź.

Stephanie odłożyła słuchawkę z westchnieniem i wróciła do swych za-

kupów. Przeklęty Jordan, on przecież nie prosił, lecz żądał...

Ale odmowa oznaczałaby tylko kłopoty. Prawa ojca są niepodważalne i 

gdyby Jordan postanowił odwołać się do sądu, Stephanie byłaby związana 

wyznaczonymi dniami wizyt albo jeszcze gorszymi ustaleniami. Wiedziała, 

że  nie mogła odpowiedzieć inaczej, czuła się jednak, jak gdyby ją  szanta-
żowano.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, pocieszała się. Mogli te-

raz w spokoju pójść z Tonym na licytację i zostać tak długo, jak tylko będą 

chcieli, bez oglądania się na Katie. Ale ta myśl nie sprawiła jej ulgi.

Wyjmowała właśnie zakupy z toreb, kiedy w drzwi załomotał ojciec.
– Czy znajdzie się odrobina kawy dla zziębniętego? – wołał od progu.

– Przyszedłeś pieszo? – Stephanie już stawiała kubek.

– Muszę  się  dużo  ruszać.  Kiedy  pracowałem,  przemierzałem  przy  ta-

background image

śmie przynajmniej dziesięć kilometrów dziennie. Teraz jestem emerytem. –
Poklepał się po brzuchu: – Kuchnia mamy robi swoje. – Objął dłońmi gorą-

cy kubek i przyglądał się z zaciekawieniem towarom rozłożonym na blacie. 

– Zapasy na zimę?

– Uzupełniam  tylko  to,  co  Katie  zużyła  do  naleśników,  kiedy  byłam 

chora. Tamto śniadanie kosztowało mnie więcej, niż przejadłybyśmy przez 
tydzień.

– Słyszałem coś o tym. Byłbym  tu wcześniej, ale  natknąłem  się  na nią 

przed domem i wszystko mi opowiedziała. Cały czas trajkotała o Jordanie.

– Wcale się nie dziwię.

– Często ją widuje?
– Zabiera ją dziś na cały dzień.

Karl spokojnie i powoli wycedził przekleństwo, którego Stephanie nig-

dy jeszcze u niego nie słyszała.

– Tato! – mitygowała go.

– Przez cztery okrągłe lata nawet nie spojrzał w jej stronę – pienił się. –

Teraz pojawia się ni z tego, ni z owego, a ona szaleje z radości. Co się sta-

nie, kiedy zniknie znowu? Dobrze wiesz, że on robi to tylko dlatego, żeby ci 

dokuczyć.  Ale  gdy  się  już  znudzi,  najbardziej  ucierpi  Katie.  Trzeba  go 

przywołać do porządku. Nie będę patrzył spokojnie, jak krzywdzi się moją 

wnuczkę!

– Nie mówiąc o córce – dorzuciła Stephanie. – Tato, chcę ci coś wyznać...

– Jeśli powiesz, że chciał cię siłą...

– Ależ  skąd!  Nawet  mnie  nie  tknął...  –  Jak  błyskawica  przemknęło  jej 

przez myśl wspomnienie tej krótkiej chwili, kiedy niósł ją przez cały dom i 

układał w łóżku. Poczuła, że się rumieni. Odwróciła twarz od ojca, w na-
dziei, że nie zauważy jej zamieszania. – Na niczym mu mniej nie zależy niż 

na tym.

– Wystarczy to, co ci zrobił za pierwszym razem. Zostawić cię samą, z 

dzieckiem w drodze i przez tyle lat nawet nie zapytać, jak wam się powo-

dzi.

Nie mogła dłużej tego znieść.

– Jordan nie wiedział nic o Katie – wykrztusiła. – Nigdy mu o niej nie 

mówiłam. – Ojciec nie odezwał się ani słowem, więc brnęła dalej: – On nie 

background image

jest naprawdę taki zły, jak myślicie. Z początku tak bardzo go nienawidzi-
łam, że było mi wszystko jedno, potem zaś nie bardzo wiedziałam, jak wam 

to powiedzieć...

– A teraz go bronisz – dokończył łagodnie Karl.

– Nie bronię! Myślę tylko, że nie jest w porządku oskarżać go o nie po-

pełnione winy.

– Tata idzie! Tata idzie! – dobiegł zza drzwi głos uradowanej Katie.

– Nareszcie mam okazję, żeby mu powiedzieć, co o nim myślę – ojciec 

zbierał się do ataku.

Jordan  wszedł  do  salonu,  trzymając  dziewczynkę  za  rękę.  Z  potarga-

nymi  od  wiatru  ciemnymi  włosami,  bez  zwykłego  krawata  i  marynarki, 
ubrany  swobodnie  jak  na  wycieczkę,  był  dziś  lepiej  przygotowany  do 

wspólnej  wyprawy.  Uważnym  spojrzeniem  obrzucił  szczupłą  figurę  Ste-

phanie w obcisłych dżinsach i swetrze. Ciekawa jestem, zastanowiła się, co 

on sobie myśli, kiedy tak na mnie patrzy.

W  jego  wzroku  dostrzegła  jednak  tylko  obojętność.  Spogląda,  jakbym 

była plastikową lalką, oburzyła się, a nie kobietą, którą kiedyś tulił, pieścił i 

kochał. Przestań o tym  myśleć, przywoływała się do porządku. Sama na-

miętność, jak dowodzi nasz przykład, nie prowadzi do niczego. Pomyśl o 

tamtych  czasach,  które zamiast spodziewanego  szczęścia przyniosły kata-

strofę i mnóstwo cierpień.

– Jordanie, chciałem z tobą porozmawiać – Karl był wyraźnie spięty, ale 

głos miał opanowany.

– To się dobrze składa, bo ja też – ucieszył się Jordan. – Jake McDonald 

twierdzi, że jesteś najlepszym kierownikiem, jakiego zna. Interesuje mnie, 

czy nie zechciałbyś rozważyć możliwości powrotu do pracy?

Warto  było  zobaczyć  twarz  Karla.  Ze  swojego  miejsca  opodal  drzwi 

Stephanie widziała dokładnie, jak ojciec zmaga się ze sobą, i omal nie wy-

buchnęła śmiechem. Mięśnie jego szczęki kurczyły się, kilkakrotnie otwie-

rał usta w odpowiedzi i znów je mocno zaciskał. Brawo, Jordan, gratulowa-

ła w duchu, to było mistrzowskie posunięcie.

– Nie do produkcji – kontynuował Jordan. – Potrzebuję kogoś do spraw 

kadrowych,  kto  zna  tutaj  ludzi  i  wiedziałby,  kogo  warto  zatrudnić.  Jake 

McDonald utrzymuje, że dałbyś sobie radę, ale może emerytura bardziej ci 

background image

odpowiada.

Karl poddawał się szybko. Niezależnie od tego, jak bardzo pragnął od-

rzucić propozycję, pokusa nowej pracy, nowych zadań okazała się zbyt sil-

na.

– Nie znam się zupełnie na tych robotach – odrzekł niepewnie.

– Nic nie szkodzi. Będziesz przecież pracował z ludźmi.
– Zawsze chciałem mieć taką pracę...

– No, to załatwione. Możesz zacząć od przyszłego tygodnia?

– Mogę – Karl był zupełnie oszołomiony.

– Podrzucę cię do domu, jeśli chcesz – Jordan zbierał się do wyjścia.

Stephanie odprowadziła wszystkich do samochodu.
– Zaczekaj chwilę – zwróciła się do Jordana. – Chciałabym przynajmniej 

wiedzieć, dokąd zabierasz Katie.

– Na mecz piłki nożnej – Jordan zapinał dziewczynce pasy. – Odwiozę 

ją wieczorem.

W  tym  momencie  nadjechał  Tony.  Parkował  właśnie  na  podjeździe, 

kiedy  rozległ się  głuchy trzask i  zgrzyt metalu.  Wyskoczył z  samochodu, 

huknął drzwiami i podniósł rowerek Katie. Przednie kółko było  zgięte w 

ósemkę. Czerwony z wściekłości cisnął nieszczęsną przeszkodę na środek 

trawnika.

–  Mówiłem  jej  sto  razy,  żeby  nie  stawiała  tego  żelastwa  na  drodze!  –

krzyczał oburzony.

Katie wychyliła się, żeby obejrzeć zniszczenia, i rozszlochała się tak, że 

słychać ją było w całej okolicy.

– Mam wrażenie – powiedział stanowczo Jordan, przekrzykując głośny 

płacz dziewczynki – że doświadczony kierowca powinien o tej porze dnia 
zauważyć leżący przed nim rower.

– Temu dziecku przydałoby się dla odmiany nieco więcej dyscypliny ze 

strony ojca! – pieklił się nadal Tony.

– Zgadzam się z tobą najzupełniej – głos Jordana, początkowo serdecz-

ny,  stopniowo  nabierał niebezpiecznych tonów –  ponieważ jednak nie  je-
steś jej ojcem, nie wtrącaj się. Trzymaj od niej z daleka swoje łapy i złośliwy 

język! A teraz bądź łaskaw odsunąć samochód. Będę szczęśliwy, kiedy nie 

będę musiał już na ciebie patrzeć.

background image

Stephanie nie chciała stawać w tej kłótni po czyjejkolwiek stronie, wyco-

fała się więc do kuchni. Kiedy wszedł Tony, kończyła właśnie rozpakowy-

wać torby z zakupami.

– Co za tyran! – nie posiadał się z oburzenia. – Jak ty mogłaś z nim wy-

trzymać?

– Nigdy o tym nie myślałam.
– Cóż, byłaś wtedy młoda, niedoświadczona. Chociaż i tak głupio zrobi-

łaś, że nie poczekałaś trochę ze ślubem. Oszczędziłoby to wszystkim kłopo-

tów.

– Nie traćmy cennego czasu na rozmowy o Jordanie  – odpowiedziała, 

zastanawiając się jednocześnie, czy do tych kłopotów zaliczał również Ka-
tie. Sięgnęła po karton płatków, żeby go wstawić do szafki.

Tony zbliżył się z tyłu. Objął ją ramieniem i zanurzył twarz we włosach.

– Masz rację. Po co tracić czas, kiedy jesteśmy tylko we dwoje. Dajmy 

spokój licytacji i zostańmy w domu. Przyda nam się odrobina przyjemno-

ści. – Jego dłonie powędrowały w kierunku piersi Stephanie.

Zdziwiło ją mile, że licytacja, niedawno tak ważna, nagle przestała go 

interesować. Przyjemnie było wiedzieć, że wciąż potrafi być pociągająca... 

–  Katie  zawsze  staje  nam  na  drodze  –  użalał  się  Tony.  –  Albo  siedzi 

między nami, albo inaczej zawraca ci głowę. Jeśli już mamy to popołudnie 

dla  siebie,  spędźmy  je  sami  Stephanie,  tak  bardzo  cię  pragnę  –  gorącymi 
ustami muskał jej szyję. – Proszę cię, kochanie...

Właściwie, pomyślała, czemu nie? W końcu jest to mężczyzna, którego 

ma zamiar poślubić, mężczyzna, z którym spędzi resztę życia. Cóż złego się 

stanie,  jeśli  przyspieszą  noc  poślubną?  Pochlebiało  jej  także,  że  Tony  na-

reszcie  zachowywał  się  jak  niecierpliwy  kochanek.  Do  tej  pory  zawsze 
chciał czekać aż do ślubu. Chwilami nawet ta jego cierpliwość drażniła ją i 

sprawiała, że Stephanie zaczynała wątpić, czy jest dla niego atrakcyjna. Od-

wróciła się w jego ramionach, bliska i uległa, gotowa na wszystko. Od tak 

dawna nie zaznała płomieni miłości...

Zrazu  niepewnie,  później  coraz  bardziej gorączkowo,  niemal boleśnie, 

pokrywał jej usta natarczywymi pocałunkami. Zamknęła oczy, czekając, aż 

ogarnie ją niegdysiejszy żar namiętności.

Czekała wszakże  na próżno.  Usiłowała się  skupić, ale  jej wysiłki uda-

background image

remniało  nieodparte  wrażenie, że  oto gdzieś obok, ze  skrzyżowanymi  ra-
mionami  i  ironicznie  uniesionymi  brwiami  stoi  Jordan,  obserwując  ich 

uważnie.

Zniknij, błagała rozpaczliwie. Dosyć mnie udręczyłeś przez te wszystkie 

lata,  teraz  więc  daj  mi  spokój!  Nie  potrafiła  jednak  pokonać  własnej  wy-

obraźni. Z jękiem rozpaczy wyswobodziła się z objęć Tony'ego.

– Co się stało, kochanie? – spytał troskliwie Tony.

– Nie mogę – wykrztusiła, szukając pospiesznie znośnego usprawiedli-

wienia. – Nie podobałoby się to Katie.

– Przecież jej tutaj nie ma.

– Sądzę...  sądzę,  że  lepiej poczekać  –  z  trudem  zbierała  myśli.  –  Chcę 

pozostać wobec niej uczciwa. Nadużyłabym jej zaufania, gdybyśmy sypiali 

ze sobą przed ślubem.

– Zawsze Katie, prawda? – westchnął ciężko. – Nie ma sensu mówić o 

tym więcej. Chodźmy lepiej na licytację – dodał, sięgając po marynarkę.

Z trudem przełknęła ślinę. Była wdzięczna Tony'emu za jego wyrozu-

miałość. Popełniła przecież czyn niewybaczalny. W głębi duszy przeczuwa-

ła, że nie zazna spokoju, dopóki nie uda jej się wymazać Jordana ze swych 

myśli. Nie wiedziała tylko, jak ma przepędzić tego ducha, który ją straszył.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Licytacja skończyła się późno. Wilgotny chłód przeniknął Stephanie na 

wkroś.

–  Wpadniesz  do  mnie?  –  spytała,  kiedy  w  nagrzanym  samochodzie 

przyszła nieco do siebie.

Ulga, z jaką przyjęła jego odmowę, wprawiła ją samą w zakłopotanie. 

To przecież ona była główną przyczyną dzisiejszych niepowodzeń. Jej nie-

fortunne  zachowanie  i  na  dodatek  wypadek  z  rowerkiem  Katie  zepsuły 
dzień  zupełnie.  Jednak  po  tylu  godzinach  znoszenia  humorów  Tony'ego 

potrzebowała odrobiny spokoju.

– Do zobaczenia w poniedziałek – powiedział zdawkowo.

Odjechał  nie  czekając  nawet,  aż  Stephanie  dotrze  do  drzwi.  Czasami, 

pomyślała, tak mnie irytuje, że miałabym ochotę pozbyć się go raz na zaw-
sze. Szybko jednak zreflektowała się. Nie, to nieprawda. Oczywiście, nieraz 

złoszczę się na niego, każdemu zdarza się gniewać na ukochaną osobę. Ka-
tie  też  doprowadza  mnie  do  rozpaczy,  a  przecież  nie  mogłabym  żyć  bez 

niej!

Pobyt na świeżym powietrzu sprawił, że poczuła wilczy głód. Zlustro-

wała zawartość szafek kuchennych, zdecydowała się na jajecznicę z grzan-

kami  i  nastawiła patelnię. Machinalnie sięgnęła po sztućce. Szuflada, wy-
ciągnięta ćwiczonym przez lata ruchem, wypadła na ziemię. Zepsuła się już 

jakiś czas temu, ale Stephanie ciągle zapominała poprosić ojca, żeby ją na-

prawił.  Była  to  jedna  z  tych  przykrości,  jakie  nękają  samotną  kobietę  o 
dwóch lewych rękach.

Wrzuciła na patelnię masło, wbiła jajka do garnuszka. Zaniepokoiło ją, 

że tak długo nie wracają. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak można wysie-

dzieć z Katie do końca na meczu. Albo Jordan miał świętą cierpliwość, albo 

postradał rozum...

Może  ojciec  nie  mylił  się,  twierdząc,  że  zainteresowanie  dziewczynką 

było  tylko  pretekstem do  dręczenia  Stephanie? Jeśli  tak, to  ile  jeszcze ma 
przed sobą tych wizyt, zanim Jordanowi znudzi się ta zabawa? Katie będzie 

wtedy zdruzgotana.

background image

Zza drzwi wejściowych dobiegła ją wesoła paplanina małej i wtórujący 

jej  głęboki,  pogodny  głos  Jordana.  Postanowiła,  że  będzie  uprzejma.  Nie 

okaże ani zainteresowania, ani złości. Poszła otworzyć, starannie dobierając 

powitalny uśmiech.

– No i jak mecz?

– Mamusiu, zobacz, mam nowy płaszcz! Tatuś mi kupił! – Katie tańczy-

ła przed nią radośnie.

Uśmiech zastygł jej na ustach. Katie kręciła się jak fryga. Zsunięty kap-

tur odsłaniał długie, ciemne włosy, opadające na delikatną biel futra.

– Dlaczego kupiłeś czteroletniemu dziecku białe futro? – krzyknęła obu-

rzona.

– Ponieważ było jej zimno. Wróciliśmy po sweter, ale było zamknięte, 

więc poszliśmy po zakupy.

Stephanie oblała się zimnym potem na myśl, co by się stało, gdyby jed-

nak zdecydowała nie iść z Tonym na licytację.

– Katie uznała je za najładniejsze w całym sklepie – ciągnął dalej. – Mia-

ła zresztą rację. – Zawiesił swą kurtkę na krześle i usiadł.

– Białe?

– Ono łatwo się pierze. Jest przecież sztuczne.

– Dobrze, że nie kupiłeś jej gronostajów! Białe futro dla kogoś, kto...

Jordan uciszył ją gestem i wskazał na Katie. Mała chłonęła tę wymianę 

zdań z otwartymi szeroko oczami, a jej buzia układała się w grymas płaczu.

– To płaszcz księżniczki – wyznała. – Pani tak powiedziała.

– Pani  miała  na  myśli,  że  tak  nazywa  się  ten  model  – Stephanie 

uśmiechnęła  się,  całkowicie  rozbrojona. – Ale  rzeczywiście,  wyglądasz w 

nim jak księżniczka.

– Mam  też  nowy  sweterek  i  nowe  dżinsy,  i  nowe  buty  –  rozpięła 

płaszcz, demonstrując kompletny strój.

– To była prawdziwa frajda wybierać to wszystko – dodał Jordan.

– Wyobrażam sobie – Stephanie z trudem opanowywała rozdrażnienie. 

Miała tego dość. Potrafi przecież sama zadbać o ubranie Katie. – Dziwię się, 
że w ogóle znaleźliście czas na mecz.

– Prawdę  powiedziawszy,  niewiele.  Pierwsza  połowa  była  nudna, 

więc...

background image

– Więc poszliście kupować. Katie, rozbierz się i umyj do kolacji.
– Nie jestem głodna – oznajmiła dziewczynka.

– Objadała sie bez przerwy. To moja wina – pospieszył z usprawiedli-

wieniem małej. – Dwa hot dogi, olbrzymie lody z owocami, lizaki, mrożony 

banan...

– Czy zostaniesz z nią na noc, kiedy się rozchoruje? – rzuciła ostro.
– Z przyjemnością. Nigdy nie miałem szansy współuczestniczyć w wy-

chowaniu  córki.  Zarezerwowałaś  to  prawo  dla  siebie.  –  Przez  chwilę  ich 

spojrzenia spotkały się, po czym Stephanie opuściła wzrok, a Jordan konty-

nuował  ze  złością:  –  Nie  mniej  do  mnie  pretensji.  Gdybym  chciał  ci  wy-

tknąć, że jesteś złą matką, wykupiłbym dla niej cały sklep. Potraktuj to jako 
spóźniony prezent urodzinowy.

– Mamusiu... – próbowała zwrócić na siebie uwagę Katie.

– Nie wtrącaj się – przerwała jej Stephanie. – Zdaje ci się, Jordanie, że te-

raz, kiedy znów się pojawiłeś w naszym życiu, masz wszystkie prawa do 

Katie...

– Mamusiu... – dziewczynka nie dawała za wygraną.

– Uważaj, Stephanie. Nie prowokuj mnie. Jedno musimy wyjaśnić. Nie 

pojawiłem się znów w twoim życiu. Na tobie mi nie zależy, ale dla Katie 

pójdę do piekła i z powrotem.

– Nie zabierzesz mi dziecka – Stephanie bezskutecznie starała się opa-

nować drżenie głosu. – Nie zaniedbuję jej. Nie znajdziesz nic, czego mógł-

byś użyć przeciwko mnie.

– Znajdę, moja droga – Jordan był nieco zaskoczony. – Trudno byłoby ci 

na przykład wytłumaczyć przed sądem twoje dziwne przeoczenie. Nie ra-

czyłaś nawet poinformować mnie o istnieniu Katie.

– Nie dałeś powodów, by sądzić, że to cię w ogóle interesuje.

– Mamusiu... – Katie ciągnęła ją za rękę.

– Zdaje się – Jordan zauważył wysiłki dziewczynki i rozejrzał się po po-

koju – że Katie chce ci zwrócić uwagę na dym.

– O, Boże! – Stephanie popędziła do kuchni. Sczerniałe masło wydziela-

ło  kłęby  ciemnego  dymu.  Sięgnęła  po  uchwyt,  którym mogłaby  podnieść 

rozgrzaną do niemożliwości patelnię, i szuflada została jej w ręce.

– Co się stało z szufladą? – Jordan wszedł za nią do kuchni.

background image

– Co miało się stać? Jest zepsuta – odstawiła syczącą złowieszczo patel-

nię do zlewu.

Kiedy schylony szukał w skupieniu przyczyny awarii, Stephanie otwo-

rzyła szeroko okno.

– Nie potrzebuję twojej pomocy – rzuciła niechętnie. – Potrafię dać sobie 

radę sama.

– Czyżby?  –  po  raz  pierwszy  od  przyjazdu  z  miasta  spojrzał  na  nią 

przyjaźniej.  –  Nigdy  nie  zapomnę,  jak  mocowałaś  półki  na  książki  w  na-

szym mieszkaniu.

– Przynajmniej  próbowałam  –  broniła  się  bez  przekonania.  –  Wyszły 

zresztą prawie poziomo.

– Obluzowała się prowadnica – oznajmił, kończąc oględziny. – Trzeba ją 

tylko umocować. Czy masz gwiazdkowy śrubokręt?

Nie chcąc przyznać, że nie ma pojęcia, o jaki śrubokręt chodzi, Stepha-

nie  wskazała  miejsce  z  narzędziami.  Zalała  patelnię  wodą  i  chmura  pary 

uniosła się nad zlewem.

– Opowiedz coś jeszcze o mamusi – zażądała Katie.

– Innym razem, groszku. Dziś nie moglibyśmy nawet dobrze zacząć. –

Dokręcił ostatnią śrubkę i wsunął szufladę na miejsce. Działała bez zarzutu.

– Gotowe.

– Dziękuję – rzekła Stephanie z ociąganiem.
– Bez  specjalnego  przekonania,  ale  lepsze  to  niż  nic  –  skomentował 

kwaśno Jordan, po czym, zmieniając ton, dodał: – Wybacz mi moje zacho-

wanie z tymi zakupami. Nie chciałem cię urazić. Powinienem był zapytać, 

ale naprawdę nie miałem pojęcia, że to może być ważne.

Tym razem zaskoczył ją. Tak rzadko zdarzało jej się usłyszeć z jego ust 

słowa przeprosin...

– Nie ma o czym mówić – odrzekła po chwili. – Ona rzeczywiście po-

trzebuje ubrań. Byłam tylko mocno zaskoczona. A z tym białym futrem... 

Jordanie, co za pomysł kupować coś takiego dziecku!

–  Kiedy  byłem  dzieckiem,  marzyłem  o  marynarce  z  wełny.  Kremowa 

wełna,  mieli  taką  na  wystawie.  Spędzałem  tam  godziny  z  nosem  przyle-

pionym  do  szyby. Matka  mówiła,  że  to  niepraktyczne, więc  nigdy  jej  nie 

dostałem.

background image

Stephanie wydawało się, że śni. Wstrzymała oddech w obawie, by nie-

opatrznym ruchem nie przerwać chwili zwierzeń. Nigdy przedtem Jordan 

nie rozmawiał z nią w ten sposób.

– Długo miałem do niej o to żal, nawet po jej śmierci. Byłem pewien, że 

obchodziłbym  się  z  marynarką  ostrożnie,  a  ona  nie  dała  mi  szansy  tego 

udowodnić. Dopiero kiedy dorosłem, zrozumiałem, że matka po prostu nie 
miała pieniędzy. Teraz też zamierzałem powiedzieć Katie w sklepie, że bia-

ły kolor jest niepraktyczny, ale przypomniałem sobie tę historię.

Stephanie odruchowo wyciągnęła rękę przed siebie. Objął jej dłoń. Stali 

tak przez krótką chwilę, a ciepło ich palców, jak magiczne spoiwo, zdawało 

się zbliżać ich ku sobie.

Cofnęła się, odrobinę zażenowana swoim sentymentalizmem. Opowie-

dział jej tę historyjkę tylko po to, żeby ją rozrzewnić. Jeśli naprawdę miał 

taki zamiar, odniósł pełny sukces.

Katie rozłożyła się na dywanie ze swoim kocykiem, a Jordan przyłączył 

się do niej.

– Wszystkie domowe przyjemności – pomrukiwał cicho.

– Nie jest tu tak wytwornie, jak lubisz – Stephanie wzięła jego słowa za 

ironię – ale z pewnością wygodnie.

– Skąd wiesz, co naprawdę lubię? – odparł zamykając oczy. – Powiedz 

lepiej, co wyszperałaś o Whiteoaks?

– Nie naciskałabym tak mocno. Dlaczego ci się tak spieszy?

– Ponieważ mieszkam w hotelu. To jest miejsce, w którym ma się ochotę 

wyć.

– Myślałam, że zatrzymałeś się u McDonaldów.

– Zapraszali mnie – otworzył oczy. – Hallie mnie uwielbia.
– Nie rozumiem dlaczego. Byłbyś uciążliwym gościem, zjawiałbyś się i 

znikał o najdziwniejszych porach, nigdy nie potrafiłbyś zdążyć na posiłki.

Powinieneś jednak pielęgnować tę znajomość. Hallie jest współwłaścicielką 

Whiteoaks.

– Co jeszcze? – ku jej rozczarowaniu Jordan wcale nie był zaskoczony.
– Masz pecha. Oni nie mogą się dogadać na żaden temat, nie mówiąc o 

warunkach  sprzedaży. Nie  rozmawiałam  z  Hallie,  ponieważ  sądzę,  że  to 

zajęcie  dla  ciebie.  Za  to  Beth  Anderson  gwałtownie  potrzebuje  gotówki. 

background image

Gdyby  ktoś kupił Whiteoaks,  nie musiałaby sprzedawać własnego domu. 
Nic nie wiem o dwóch pozostałych spadkobiercach, ale ze słów Beth wyni-

ka,  że  z  radością pozbyliby  się  tego  kłopotu.  Jak  widać, tylko  Hallie  robi 

trudności. Co prawda, kilka lat temu namawiała ich, żeby przekazać dom 

miejscowemu towarzystwu historycznemu z przeznaczeniem na muzeum.

– To  nie  ma  sensu.  Sama  powiedziałaś,  że  właśnie  ona  sprzeciwia  się 

sprzedaży.

– Chciała symbolicznego dolara zapłaty. Planowała uczynić z tego da-

rowiznę, która przyniosłaby McDonaldom niebywałe ulgi podatkowe.

– Oczywiście pozostali współwłaściciele nie mieliby z tego nic.

– Właśnie. Towarzystwo nie ma pieniędzy na spłacenie ich części, Hallie 

odmawia  sprzedaży  komuś  innemu,  więc  Whiteoaks  spokojnie  niszczeje. 

Bądź rozsądny, to beznadziejna sprawa.

– Chciałbym jednak obejrzeć ten dom dokładnie.

– W  porządku  –  westchnęła  Stephanie.  –  Poproszę  Beth  Anderson  o 

klucz. Może wtedy nabierzesz rozumu.

– To zależy, co przez to rozumiesz. Chcesz się założyć, że zamieszkam 

tam na Boże Narodzenie?

– Nie mam zwyczaju się zakładać.

– Słusznie. Ze mną byłoby  to zbyt ryzykowne. Mam kilka asów w rę-

kawie.

– Co masz w rękawie, tato? – włączyła się do rozmowy Katie.

– Coś, co ty też tam masz, groszku: rękę – Jordan wsunął palce w rękaw 

jej swetra.

– Tato, łaskocze! – z błyskiem radości w oczach odwzajemniła się ojcu w 

ten sam sposób.

W jednej chwili unieruchomił ją na podłodze, łaskocząc bezlitośnie.

– Mamo – wołała, chichocząc bez opamiętania – pomóż!

– Córeczko – przypomniała sobie Stephanie – tata ma wrażliwą szyję.

– Nie podpowiadać! – zagroził Jordan.

–  Tak?  Ciekawe,  jak  możesz  mi  przeszkodzić.  Katie,  dmuchnij  mu  w 

ucho!

Żelaznym chwytem ściągnął ją z kanapy. Katie wykorzystała jego nie-

uwagę  i  wyswobodziła  się.  Stephanie  od  lat  baraszkowała  w  ten  sposób 

background image

tylko z córką. Teraz nie miała żadnych szans. Obezwładniona i bezradna, 
przygwożdżona  do  podłogi,  skręcała  się  w  konwulsjach  śmiechu  pod 

zwinnymi palcami Jordana. To chyba nie jest jednak zwykła dziecięca za-

bawa, przemknęło jej przez myśl, kiedy raptownie uświadomiła sobie, jak 

blisko ma przed sobą te ciemne oczy i śniadą twarz, jak pali ją skóra w ze-

tknięciu z jego gorącym ciałem.

– Nie mogę oddychać – zdołała wyszeptać. Szybko jednak przestała po-

trzebować powietrza.

Ich usta zwarły się gorączkowo. Pamiętała wiernie smak jego pocałun-

ków,  jakby  od  ostatniego minął  zaledwie dzień.  Przepełniona  aż  do  bólu 

własnym pragnieniem,  nie myślała  o  tym,  co  odczuwa Jordan. Wiedziała 
tylko, że jedynie on potrafi ugasić trawiący ją pożar.

Wolno  położył  dłoń  na  jej  piersi.  Westchnęła  głęboko.  Nieskładnymi 

myślami  przywołała  wspomnienie  tej  nieokiełznanej  rozkoszy,  jakiej  do-

znawała  oddając  się  w  jego  władanie.  Nic  nie  było  ważne,  nic  nie  miało 

znaczenia, liczył się tylko uścisk ich splecionych ciał.

– Mamusiu, tatusiu, dlaczego się ze mną nie bawicie? – odezwała się ża-

łośnie Katie.

Mój  Boże,  wzdrygnęła  się  Stephanie.  Zapomniałam  nawet,  że  dziecko 

jest tutaj... Spojrzała Jordanowi w oczy, te ciemne oczy, których namiętny 

wyraz znała tak dobrze.

– Po co wróciłeś? – jej szept był delikatny jak tchnienie. – Zostaw mnie, 

Jordanie. Zostaw mnie w spokoju.

Widziała,  jak  wzrok  Jordana  przytomnieje,  czuła  też  chłodne  krople 

otrzeźwienia wsiąkające w jej własne ciało, ciągle jeszcze przygniecione je-

go ciężarem. Zsunął się z niej i przetoczył na plecy, przykrywając jednocze-
śnie oczy ramieniem, jak gdyby nie chciał już jej widzieć i nie zdawał sobie 

sprawy, do czego przed chwilą nieomal doprowadził.

Katie znów rzuciła się na Jordana, tarmosząc go i chichocząc. Stephanie 

podniosła się, rozczesując splątane włosy drżącymi palcami.

– Czas do łóżka, Katie – powiedziała w nadziei, że Jordan zrozumie jej 

intencję. Ale on zdawał się nie słyszeć. Leżał nie zmieniając pozycji, kiedy 

zabierała do łazienki protestującą dziewczynkę.

– Chcę tatusia – prosiła Katie, kiedy matka ubierała ją w piżamkę i cze-

background image

sała jedwabiste włosy w koński ogon. – Chcę, żeby tatuś poczytał mi na do-
branoc.

– Dobrze, córeczko – Stephanie była zbyt zmęczona, by oponować.

Wróciła do pokoju. Jordan, z rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie, 

ze  zmarszczonym czołem,  wyglądał  przez  okno.  Spojrzał  na  nią,  lecz  nie 

rozchmurzył się. Nie chce mnie nawet dostrzec, pomyślała. To dziwne, jak 
dwoje ludzi może być tak zgodnych w sypialni i tak sobie obcych poza nią.

– Księżniczka prosi, by jej powiedzieć dobranoc – oznajmiła.

Kiedy  Jordan  zbliżał  się  do  finału  bajki,  Katie  ziewała.  Stephanie,  sie-

dząc w bujanym fotelu obok łóżka dziewczynki, starała się wyłączyć uwa-

gę, ale nie mogła nie słyszeć tego wspaniałego, swobodnego barytonu, wy-
raźnie ubawionego prostą historyjką.

– Tato, możemy już zapytać mamusię o rower? – odezwała się na koniec 

Katie.

– Jaki rower? – podchwyciła podejrzliwie Stephanie.

– Widzieliśmy dziecięcy rowerek – przyznał z ociąganiem Jordan. – Na 

dwóch kółkach, nie większy od...

– Nie. – Niepowodzenia całego dnia spłynęły na nią w jednej chwili. –

Nie próbuj jej przekupić. Jestem jej matką i ja dbam o jej potrzeby! – była 

wściekła i łzy zaczęły napływać jej do oczu. – Ona być może chce, żebyś jej 

od czasu do czasu poczytał na dobranoc, ale to nie znaczy, że będzie wolała 
z tobą mieszkać. Jesteś dla niej po prostu nową zabawką, dużym, żywym 

pluszowym misiem!

Nigdy nie przypominał zabawki, tym bardziej w tej chwili. Był gniew-

ny,  niemal groźny, a  w  jego  pozornie opanowanym  głosie pobrzmiewały 

niebezpieczne tony:

– Skończyłaś, Stephanie?

– Jeszcze nie – odgarnęła włosy z oczu, wyzywająco wysunęła podbró-

dek i mówiła dalej: – Zostaw nas w spokoju, Jordanie. Nie chcemy ciebie. 

Nie potrzebujemy. Odejdź i pozwól nam znów zapomnieć o tobie.

Podniósł z krzesła marynarkę. Odwrócił się w drzwiach i powiedział z 

nieoczekiwaną łagodnością:

–  Nie oszukuj się, Stephanie. Nie zapomniałaś mnie  i  nigdy nie zapo-

mnisz.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Padał deszcz, szary, posępny deszcz jesienny, i Stephanie była w równie 

ponurym nastroju jak pogoda na dworze. Nie tylko pogoda psuła zresztą 
jej humor. Na biurku leżał błyszczący mosiężny klucz. Był to klucz do Whi-

teoaks, przypominający jej bezlitośnie, że dziś musi spotkać się z Jordanem. 
Nie mogła tego dłużej odkładać.

Nie widziała się z nim od trzech dni, od owego wieczoru, kiedy wypro-

siła go z domu. Długo potem nie mogła zasnąć, pełna wyrzutów, rozpamię-
tując  swój  wybuch  namiętności.  Zastanawiała  się  też,  jak  mogła  go  była 

uniknąć i jak powinna się zachować w przyszłości.

Gdyby  nie  obecność  Katie,  zapomnieliby  się  w  fizycznym  pożądaniu. 

Leżąc  w  ciemnym  pokoju,  z  pałającymi  wstydem  policzkami,  musiała 

przyznać,  że  jej  samej  brakowało  niewiele.  W  tamtej  szalonej  chwili  nie 
mogła się oprzeć przepotężnej sile namiętności, pragnieniu, by ich ciała po-

łączyły się w jedno.

To ją przeraziło. Czy była może nadpobudliwa, skoro mężczyzna, któ-

rego nawet nie lubiła, potrafił działać na nią w ten sposób?

A jednak tamtego wieczoru kilkakrotnie widziała Jordana takim, jakim 

go nigdy nie znała. Zwracając się do Katie potrafił być delikatny, cierpliwy 

i ujmujący. Co to za człowiek? Czy ktoś potrafiłby odsłonić jego prawdziwą 
duszę?

Zakłady McDonalda, teraz już zakłady Robonics, leżały na skraju mia-

sta, w miejscu, gdzie niegdyś rozciągały się pola kukurydzy. Stephanie za-
trzymała się na parkingu dla pracowników. Zaskoczyła ją liczba stojących 

tu samochodów. Większa jego część pozostawała jednak pusta, przypomi-

nając  boleśnie  o  czasach,  kiedy  fabryka  McDonalda  zatrudniała  tylu  pra-
cowników, że pozwalała nieźle prosperować całej okolicy.

Stephanie wkroczyła do biura. Powitała ją elegancka kobieta koło trzy-

dziestki, ubrana w stylu, który jeszcze rok temu byłby w miasteczku nie do 

przyjęcia. Jaka wspaniała recepcjonistka, pomyślała, zastanawiając się jed-

background image

nocześnie, co mogło skłonić tę kobietę do przybycia na prowincję. Z pew-
nością pensja nie była na miarę jej potrzeb. A może to przywiązanie do Jor-

dana przygnało ją tutaj?

Jesteś zabawna, skarciła się. Motywy decyzji tej kobiety ciebie nie doty-

czą. Nie wiesz przecież, skąd się ona tu wzięła. Poza tym, nawet jeśli Jordan 

rzeczywiście miał z nią romans, co cię to obchodzi?

– Czym mogę służyć? – Stephanie uświadomiła sobie z zakłopotaniem, 

że kobieta zwraca się do niej po raz pierwszy.

– Witaj! Czemu zawdzięczamy dzisiejszą wizytę? – z biurowego pokoju 

wyłonił się Karl Daniels, trzymając w ręce plik papierów.

– Jeśli stara się pani o pracę, panno... – kobieta jednym palcem przesu-

nęła kwestionariusz w kierunku Stephanie.

– To jest moja córka – wyjaśnił Karl uprzejmie. – Proszę cię, wejdź na 

chwilę.

– Czekam  na  Jordana  –  Stephanie  dostrzegła  w  oczach  kobiety  błysk 

zrozumienia. – Proszę mu powiedzieć, że tu jestem – rzuciła, wchodząc za 
ojcem do jego pokoju.

– Oczywiście pani Kendall – ton głosu sekretarki zmienił się radykalnie.

To  wiele  wyjaśnia,  uspokoiła  się.  Może  ona  zaleca  się  do  Jordana,  ale 

najwidoczniej nie jest zbyt dobrze poinformowana albo po  prostu nie ma 

powodu  obawiać  się  takiego  spotkania.  Zresztą,  jakie  to  może  mieć  dla 
mnie znaczenie? Niech Jordan robi, co mu się podoba, byle tylko zostawił 

mnie i Katie w spokoju.

– Wasza recepcjonistka nie jest najlepiej wychowana – stwierdziła, kiedy 

znaleźli się w pokoju Karla.

– Zauważyłaś?  Ona  zresztą  nie  jest  recepcjonistką.  To  jeden  z  najlep-

szych w kraju fachowców od programów komputerowych.

– Tak? – Stephanie nie okazała zaskoczenia, ale postanowiła przyjrzeć 

się lepiej tej kobiecie. – Jak ci się podoba nowa praca? Wspaniale wyglądasz 

w tym nowym garniturze.

– Praca  jest  bez  wątpienia  inna.  Ale  lubię  ją.  Poza  tym,  wiesz,  gdy 

pierwszy raz zobaczyłem Jordana, wydał mi się jednym z tych spryciarzy, 

którzy cenią się o wiele wyżej, niż na to naprawdę zasługują. Nawet kiedy 

zacząłem z nim pracować, sądziłem, że okaże się niewart funta kłaków, że 

background image

może nawet mieć pomysły, ale będzie zbyt próżny, by pobrudzić sobie ręce 
prawdziwą robotą. Cóż, myliłem się.

– Tato, proszę cię, oszczędź mi wymieniania jego wszystkich zalet.

– On jest znakomitym inżynierem, a także dobrym kompanem. Widzia-

łem go z Katie i to było coś wspaniałego.

– To Jordan spotyka się z Katie za moimi plecami? – przerwała zasko-

czona.

– Wiesz... – zmieszał się Karl. – Nie wiedziałem, że to było za twoimi 

plecami. Myślałem, że Katie wszystko ci i tak opowie.

– Przynajmniej raz moja kochana córeczka wiedziała, kiedy trzymać bu-

zię na kłódkę. A ty z mamą pomogliście jej w tym.

– Stephanie, co w tym złego? No, więc widział się z nią. Wielkie rzeczy.

– To ty ostrzegałeś mnie, że kiedyś ta zabawa znudzi mu się i że właśnie 

Katie najbardziej na tym ucierpi. A teraz pozwalasz mu...

– Nikt nie musi mi na nic pozwalać – dobiegł ich głos od drzwi. – I tak 

zrobię, co zechcę.

– Wiem  –  odparowała  Stephanie.  –  Zawsze  tak  postępowałeś,  bez 

względu na to, kogo mogłeś przy tym zranić. Katie nie będzie jednak cier-

pieć z twojego powodu. Nie pozwolę ci jej skrzywdzić.

– Z pewnością nie ja krzywdzę. To ty usiłujesz mi zabronić widywania 

jej. Ja tylko korzystam z ojcowskich praw.

– Każąc jej ukrywać wszystko przede mną!

– Nic z tych rzeczy! Czy musisz mieszać w to ojca? – gestem nakazał jej 

wyjść za sobą z pokoju.

To  rzeczywiście  nie  było  zbyt  taktowne,  zreflektowała  się  Stephanie. 

Urządzić taką scenę w obecności ojca! Wciąganie go w konflikt z pewnością 
nie ułatwi mu pracy. Nie mogła zresztą nawet gniewać się na niego. Prze-

cież nie prosiła go, żeby nie pozwolił Jordanowi zbliżać się do Katie.

Przestało już padać,  lecz kiedy pokonali pogruchotaną bramę wjazdo-

wą, ich oczom ukazał się smutny widok. Stephanie była przygnębiona wi-

dokiem  olbrzymich  kałuż  na  podjeździe,  bujnych  chwastów  zsiekanych 

przez deszcz, beznadziejnie mokrych dachówek.

background image

– Przynajmniej od razu sprawdzimy, czy dach nie przecieka – nie potra-

fiła ukryć swego sceptycyzmu.

– I czy w piwnicy stoi woda – Jordan nie dawał się zbić z tropu i pro-

mieniał entuzjazmem.

W środku panował chłód, obezwładniający chłód domu, który od lat nie 

zaznał ciepła. To nie tylko brak ogrzewania, rozmyślała Stephanie, mijając 
ciężkie, rzeźbione drzwi wejściowe i stąpając po marmurowej posadzce ho-

lu. Czuła tu dojmujący chłód opuszczenia. To, co mogło dawać schronienie 

całej rodzinie, stało tak bezużytecznie przez lata i zimno stopniowo prze-

niknęło ściany na wskroś.

– Nigdy nie uda ci się ogrzać tego domu – powiedziała, ale Jordan nie 

słuchał.

Obrzucił hol jednym taksującym spojrzeniem i bez namysłu skierował 

się  w  lewo.  Stephanie  postępowała  za  nim,  cały  czas  mając  nadzieję,  że 

szybko uda się wyperswadować mu ten pomysł. Żałowała też, że nie wzię-

ła cieplejszego płaszcza.

Kuchnia była pełna starych rupieci.

– Tu nie są potrzebne żadne przeróbki, żeby zrobić muzeum – stwier-

dziła ironicznie.

– Co z ciebie za sprzedawca? Powinnaś raczej powiedzieć mi, że istot-

nie, wnętrze jest nieco przestarzałe, ale za kilka tysięcy dolarów można je 
fantastycznie urządzić.

– Za kilka grubych tysięcy. Trzeba by zerwać wszystko do gołych ścian.

– Oczywiście – zgodził się łatwo. – To było pomieszczenie dla służby. 

Nie sądzisz chyba, że dawni właściciele kiedykolwiek postawili tu stopę?

Kiedy krążył po kuchni, znalazł się nagle blisko niej. Ciepło promieniu-

jące od jego ciała sprawiło, że ogarnęły ją dwa sprzeczne pragnienia: chciała 

uciec jak najdalej i zarazem czuć rozgrzewającą bliskość Jordana. Z ociąga-

niem odsunęła się i ruszyła w stronę jadalni.

Olbrzymie okno, umieszczone w wykuszu, wychodziło na resztki tego, 

co  kiedyś  stanowiło reprezentacyjny ogród.  Był  on  teraz  całkowicie  zaro-
śnięty bluszczem i zdziczałymi krzakami róży.

Jordan  ostrożnie  otworzył  szklane  drzwiczki  chińskiego  sekretarzyka 

wbudowanego w ścianę.

background image

– Ci ludzie nie zadowalali się byle czym, prawda? – stwierdził, wodząc 

palcem po ołowianych listwach, spinających geometryczne  kształty rżnię-

tego szkła.

Szedł dalej. Poruszał się tutaj bez wahania, jak gdyby znał drogę. Na ra-

zie Stephanie nie dostrzegła niczego, co wywarłoby na niej większe wraże-

nie. Niskim, wąskim korytarzem  dotarli do przestrzennego salonu. Kiedy 
wchodzili tam, zza chmur wychynęło słońce. Promienie przeniknęły przez 

romboidalne szybki witrażowego okna i rozprysły się po pokoju tęczowy-

mi barwami.

Stephanie  bezwiednie  wydała  cichy  okrzyk  zachwytu  i  zrozumiała, 

czemu  ten  dom  tak  przypadł  Jordanowi  do  gustu.  Światło,  wdzięk,  czar, 
muzyka są tutaj cały czas, zostały tylko zamrożone w oczekiwaniu, aż cie-

pło domowego ogniska pozwoli im znowu odtajać.

Jordan,  pochylony  nisko,  oglądał  właśnie  kominek.  Kiedy  krzyknęła, 

wyprostował  się raptownie, uderzając  w  jego  obramowanie.  Podniósł się, 

pocierając stłuczenie. Od razu pojął, w czym rzecz.

– Widzę, że i ciebie ten dom zaczyna wciągać – zauważył.

Stephanie,  nie  chcąc przyznać mu  racji, rozglądała się  z namysłem po 

pokoju, starając się nie zwracać uwagi na cudowną grę światła.

– Tu jest okropnie, Jordanie – powiedziała w końcu. – Podłoga skrzypi, 

kuchnia w ruinie, brudu tyle, że trzeba by go zmywać pompą strażacką.

– Mnie urzekło to, że ten dom, nawet opuszczony, zachował swą dawną 

dumę. Kiedy go dostrzegłem, wiedziałem od razu, że czeka na mnie.

– Cóż, pewnie długo teraz będziecie czekać we dwójkę. Co jest za tymi 

drzwiami?

– Biblioteka. 
– Widziałeś ją przedtem?

– Nie. Po prostu wiem, że tam jest.

– Pewnie zaglądałeś przez okno.

Pchnęła drzwi  i  obiegła  spojrzeniem  wnętrze.  Pokój  wypełniały  półki, 

sięgające od podłogi aż po sufit, a nad nimi widniał rzeźbiony w dębie fryz. 
Kominek był wystarczająco duży, by upiec na nim wołu.

– W porządku – przyznała Stephanie. – Biblioteka jest piękna, ale założę 

się, że łazienki pozostawiają wiele do życzenia. – Skierowała się  ku scho-

background image

dom wewnątrz wieżyczki.

Dom  wyposażony  był  w  pięć  łazienek  i,  jakkolwiek  staroświeckie, 

wszystkie  były  zachwycające.  Jedna  z  nich,  tuż  obok  głównej  sypialni, 

zdumiewała rozmiarami. Prowadziły z niej drzwi do kompletnie wyposa-

żonej garderoby. Okna sąsiedniego gabinetu wychodziły na ogród. Stepha-

nie odjęło mowę z zachwytu, kiedy przez zakurzoną szybę kontemplowała 
pozostałości kunsztownych  niegdyś  szpalerów krzewów.  Miała wrażenie, 

że na chwilę przeniosła się w inne czasy.

– No co, poddajesz się? – Jordan promieniał. – Nie uda ci się mnie znie-

chęcić. To jest dom, jakiego pragnę.

– Cóż, kremowe dywany, trochę starych obrazów, dobre meble z pew-

nością dałyby tu wspaniały efekt. Ale po co ci taki wielki zabytek? Nie po-

trzebujesz  przecież  pięciu  sypialni,  nie  mówiąc  o  pomieszczeniach  dla 

służby!

– Zawsze marzyłem o własnym luksusowym domu i nigdy nic takiego 

nie miałem. – Jordan był mocno zakłopotany, jakby obawiał się, że go wy-
śmieje. – Teraz, kiedy mogę sobie na wszystko pozwolić, tylko Whiteoaks 

wart jest dla mnie każdych pieniędzy. Urzeka mnie w nim atmosfera daw-

nego przepychu. Mógłbym sobie coś zbudować, ale nowe mury nie prze-

mawiają do mnie w ten sposób.

– W porządku – stwierdziła sucho Stephanie. – Czy rozmawiałeś już z 

Hallie McDonald?

– Jeszcze nie. Jestem pewny, że ty dasz sobie radę.

– Dlaczego ja?

– Chcesz dostać prowizję czy nie? – rozglądał się uważnie po głównej 

sypialni. – Widzę, że jednak dach jest nieszczelny.

Brudne zacieki na suficie wcale go jednak nie zmartwiły. Gdyby teraz 

podłoga  zawaliła  mu  się  pod  stopami,  doszła  do  wniosku  Stephanie, 

uśmiechnąłby się tylko i powiedział, że takie rzeczy w starych domach się 

zdarzają. Rozłościła się. Dlaczego nie miał takiego stosunku do czegoś, co 

rzeczywiście jest na sprzedaż?

– Podoba mi się, że jest tyle okien w sypialni – entuzjazmował się dalej. 

–  A  także  kominek.  Wyobraź  sobie,  Stephanie:  leżeć  tak  na  dywanie  nie 

opodal buzującego ognia i kochać się w mroźną noc...

background image

Jego  czułe  słowa  wypełniły  pokój  magiczną  mocą.  Stephanie  słuchała 

zauroczona, przepojona tęsknotą za tymi dawno minionymi dniami, które 

spędzili wspólnie, kiedy to każde słowo tchnęło obietnicą i pięknem, kiedy 

wszystko wydawało się możliwe, ponieważ byli zakochani. Po chwili jed-

nak ocknęła się i, starając się rozwiać czar, powiedziała:

– Powinieneś wybierać ostrożnie. Wełna perskich dywanów może oka-

zać się na przykład zbyt szorstka. – Skierowała się do wyjścia. – Idziemy?

– Może obejrzymy jeszcze strych? Chcę sprawdzić, ile będzie roboty z 

dachem.

– Nie ufasz mojej fachowej wiedzy?

– Oczywiście, że nie. Powiedziano mi co prawda, że jesteś najlepszym 

agentem w mieście. Teraz będę miał okazję przekonać się, czy to prawda.

Kiedy zniknął na wąskich schodach, Stephanie postanowiła bronić swej 

godności i zostać. Nie pojawiał się jednak dłuższy czas, weszła więc na gó-

rę.

– Co się stało? Wpadłeś w pułapkę na niedźwiedzie?
– Nie, ale nie zdziwiłbym się, gdybym jakąś znalazł. Tutaj jest wszystko. 

Zawsze  sobie  wyobrażałem,  że  tak  właśnie  powinien  wyglądać  strych  –

wołał rozradowany.

–  Nie  należy  chyba  grzebać  w  tym  wszystkim  –  Stephanie  wpadła  w 

półmroku na krawiecki manekin i odruchowo skłoniła się przepraszająco.

– Chcę mieć w kontrakcie, że kupuję dom z całą zawartością.

– Bądź  rozsądny.  Tutaj  z  pewnością  znajdują  się  rodzinne  skarby.  –

Przedzierając się przez rumowisko staroci, dotarła do czegoś, co przypomi-

nało  segment  metalowego  płotu.  Była  to  rama  łóżka,  bez  wątpienia  naj-

większego, jakie kiedykolwiek widziała.

– Spójrz, czy  to też  skarb rodzinny? –  Jordan uniósł w  górę  kapelusz, 

pochodzący  najpewniej  z  przełomu  wieków.  Pióra  dawno  obróciły  się  w 

pył, a z ronda wystawały tylko resztki stosin.

– Wiesz,  o  co  mi  chodzi.  –  Stephanie  bezwiednie  zarysowała  paznok-

ciem ramę i krzyknęła zaskoczona: – Niemożliwe, to łóżko jest z mosiądzu, 
i to najprawdopodobniej litego. Co za idiota pomalował je na biało?

– Rozejrzyj się tutaj trochę. Może mina ci zrzednie jeszcze bardziej.

– Nie martw się o mnie. Popatrz na jego poręcze. Mają z piętnaście cen-

background image

tymetrów grubości i są wyższe ode mnie!

– Czy sądzisz, że to dobrze? – spytał niewinnie. Otrzepał dłonie z kurzu 

i zaczął iść schodami na dół.

– Więc jak, jesteś zainteresowany kupnem?

– Łóżka? To zależy, kto oprócz mnie miałby w nim sypiać.

– Miałam na myśli dom – Stephanie poczuła, że się czerwieni. – Jeśli da-

lej masz ochotę się wygłupiać, musimy ustalić, co konkretnie moglibyśmy 

zaproponować właścicielom.

– Jasne. Dowiedz się, ile to może być warte, i zaoferuj na początek... bo 

ja wiem... dwa razy tyle.

– Dwa razy ile? Ty nawet nie wiesz, co to może oznaczać!
– Nie bardzo. A powinienem?

– Zaraz ci powiem. Nie chcę się ośmieszyć, składając ofertę, której nie 

mógłbyś sprostać finansowo.

Uśmiechnął się tylko. Kiedy zamykała drzwi wejściowe na klucz, rzucił 

od niechcenia, spoglądając w górę na wieżyczkę:

– Nie zapominaj, że mam tu zamieszkać na Boże Narodzenie.

– A co będzie, jeśli oni jednak nie zechcą sprzedać? Zresztą, nawet gdy-

by się zgodzili, wszystkie negocjacje i formalności z pewnością przeciągną 

się...

– Nie rozumiem, dlaczego miałoby to być takie trudne. Są różne sposo-

by. Weź pod uwagę, moja droga, że im szybciej zdobędę Whiteoaks, tym 

krócej  będziesz musiała  się  ze  mną  męczyć.  A  jeśli  ci  się  nie  uda,  zacznę 

szukać od nowa. I niełatwo ci przyjdzie mnie zadowolić.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Stephanie kończyła właśnie obrębiać swoją nową suknię, próbując jed-

nocześnie przekonać Katie, że nie powinna traktować Tony'ego jak wyrzut-
ka.

– To niegrzecznie, że się do niego w ogóle nie odzywasz – upomniała 

dziewczynkę.

Katie siedziała na podłodze i rozbierała lalkę. Wzruszyła ramionami, jak 

gdyby chciała powiedzieć: co mnie to obchodzi? Lalka była nowa i miała 
wystarczającą  ilość ubranek,  by zaspokoić potrzeby przeciętnego dziecka. 

Przyniósł ją ostatnio Jordan.

– Dlaczego nie chcesz z nim rozmawiać?

– Przejechał mój rowerek.

– Przecież to był przypadek. Poza tym, kto go zostawił na podjeździe? 

Gdyby Tony nie wpadł na niego, z pewnością zrobiłby to tata.

– Tatuś by zauważył – stwierdziła dziewczynka.
– Cóż,  może  masz  rację.  –  Stephanie  pomyślała,  że  prowadząc  tak 

wspaniały samochód też by uważała na przeszkody. – Tony odkupił ci ro-

werek.

Był  on  co  prawda  identyczny  jak  poprzedni,  ale  Katie  nie  chciała  go 

używać.

–  Nie  chcę  takiego  –  usta  dziewczynki  wygięły  się  w  podkówkę.  –

Trzykółkowce są dla maluchów.

– W takim razie oddamy go z powrotem do sklepu. 
Katie nie była zachwycona tą perspektywą, ale zanim Stephanie zdołała 

wykorzystać sytuację, zadzwonił telefon.

– Cholera! – zaklęła pod nosem. – Tony będzie tu za piętnaście minut, 

sukienka jeszcze niegotowa, w żadnej starej nie mogę się ludziom pokazać, 

a ktoś akurat teraz chce sobie porozmawiać! 

W słuchawce usłyszała głos matki.

– Przepraszam cię, mamo, nie mam czasu. Pani Bruce urządza przyjęcie 

z okazji przeprowadzki do domu, który jej sprzedałam...

– To  nie  potrwa  długo.  Właśnie  obmyślam  menu  na  kolację  z  okazji 

background image

Dnia Dziękczynienia i chcę się upewnić, czy nie macie z Katie innych pla-
nów. Spędzicie z nami święto, prawda?

– Jak zwykle, mamo.

– A Tony? Może on też wpadłby do nas? 

Stephanie  ścisnęła  mocniej  słuchawkę.  Głos  matki  brzmiał  co  prawda 

oschle,  równocześnie  jednak  po  raz  pierwszy  od  zaręczyn  uwzględniła 
Tony'ego w rodzinnej uroczystości. Może zaakceptowała go nareszcie?

– Zapytam go dzisiaj, ale sądzę, że nie odmówi. – Odchrząknęła i doda-

ła z wahaniem: – Dziękuję, mamo, że zaaprobowałaś mój wybór.

– Nie bardzo. Dalej za nim nie przepadam. Ale dla rodzinnego spokoju 

chcę go lepiej poznać.

– Jutro cię zawiadomię, czy się zgodził. Do widzenia.

Odłożyła słuchawkę z mglistym uczuciem niepewności. Nie wspomina-

ły o Tonym od czasu ostatniej kłótni, jednak ta sprawa ciążyła im jak ka-

mień. Teraz mama poczuła chyba wyrzuty sumienia. Może też uświadomi-

ła sobie, że odrzucając Tony'ego, prawdopodobnie straci córkę.

Kiedy odezwał się dzwonek u drzwi, sukienka była gotowa.

– Katie, otwórz, proszę i bądź miła dla Tony'ego, bo inaczej... – nie po-

trafiła wymyślić dość srogiej groźby, nie starczyło jej też czasu, żeby ją wy-

powiedzieć,  ponieważ  dzwonek  znów  zadźwięczał  natarczywie.  Znikła 

więc pośpiesznie w sypialni.

Chętnie szyła swoje sukienki. Lubiła mieć pewność, że na większych ga-

lach nie spotka drugiej kobiety ubranej tak samo. Zresztą, stwierdziła przed 

lustrem, tym razem wysiłek opłacił się. Delikatny materiał miękko układał 

się  na  jej  szczupłej  figurze  i  szeleścił  przyjemnie,  kiedy  przechadzała  się 

tam  i  z  powrotem,  studiując  swoje  odbicie  ze  wszystkich  stron.  Brzosk-
winiowy  kolor  podkreślał  karnację  twarzy  i  przydawał  blasku  kasztano-

wym włosom.

– Przynajmniej raz mogłabyś być gotowa na czas – Tony zrzędził już na 

progu.

Stephanie spojrzała najpierw na niego, potem na Katie, siedzącą sztyw-

no na swoim krzesełku, i od razu pojęła, że jest poirytowany głównie z po-

wodu dziecka. Nie warto było sprzeczać się teraz, wydała więc Julie ostat-

nie polecenia, pocałowała dziewczynkę i włożyła płaszcz, nie odzywając się 

background image

do niego.

– Rozmawiałaś już z Hallie McDonald? – zapytał.

– Jeszcze nie, chociaż zmarnowałam dwa dni, żeby ją złapać – westchnę-

ła.  –  Czasami  mam  ochotę  to  rzucić.  Nie  ma  sensu  tracić  tyle  czasu  na 

sprawę, która nigdy nie dojdzie do skutku.

– Jeżeli nie uda ci się jej załatwić albo, co gorsza, zrezygnujesz, możesz 

równie dobrze zupełnie się wycofać z interesu. Kiedy ludzie usłyszą, że się 

poddajesz w trudniejszym przypadku, nigdy więcej nie sprzedasz już do-

mu.

Miał rację. Po raz pierwszy uświadomiła sobie wyraźnie, jak łatwo Jor-

dan mógł zniszczyć jej zawodową reputację. Uparł się, żeby ją pognębić i 
odciął wszystkie drogi ucieczki. Obojętnie, co ona teraz zrobi, zawsze bę-

dzie  trzymał ją w  garści.  Co gorsza, jeśli Stephanie straci pracę i  zarobki, 

może nawet spróbować odebrać jej Katie. Strach chwycił ją za gardło.

Nie miała jednak czasu na dłuższe rozmyślania. Oblewanie domu pań-

stwa Bruce było wydarzeniem sezonu i zgromadziło towarzyską śmietankę 
miasteczka. Uwagę wszystkich gości przyciągnęła nowa para: Jordan Ken-

dall z kobietą w czerni.

Palce Stephanie, zaciśnięte kurczowo na kieliszku, zwilgotniały. Ta ko-

bieta z ciemnymi, wysoko upiętymi włosami, wyglądała wspaniale. Żadna 

z tu obecnych pań nie ośmieliłaby się włożyć tak wyzywającego kapelusza, 
ale  do niej pasował on,  o dziwo, bez zarzutu.  Z  niewymuszoną swobodą 

wspierała się na ramieniu Jordana.

– Kto to jest? – spytała szeptem Tony'ego. Jordan nie mógł jej usłyszeć. 

Była zbyt oddalona, a pomiędzy nimi znajdował się tłum gwarzących gości. 

Mimo to, gdy się  odezwała, podniósł raptownie wzrok, śmiejąc się z cze-
goś,  co  powiedziała  jego  towarzyszka,  i  przeszył  Stephanie  spojrzeniem. 

Wydało jej się, że wszyscy nagle ucichli, a nieme pytanie jego oczu było tak 

wyraźne,  jakby  wykrzyczał  je  pełnym  głosem:  Co  się  stało,  moja  droga? 

Czyżbyś była zazdrosna?

Stephanie  pojęła  z  porażającą  jasnością,  że  jej  odpowiedź  mogłaby 

brzmieć tylko twierdząco. Minęło tyle lat, myślała w oszołomieniu, i nagle, 

kiedy  się  człowiek  najmniej  spodziewa,  zły,  zielony  potwór  atakuje.  Na 

usta  cisnęły  się  słowa,  którymi  chciała  upomnieć  tę  kobietę,  by  przestała 

background image

spoglądać na Jordana z tak ciepłym rozmarzeniem. Miała ochotę zniszczyć 
to spojrzenie, zniszczyć tę kobietę, zniszczyć nawet Jordana, gdyby zaszła 

taka konieczność.

– Ona jest twoją największą szansą na sprzedanie Whiteoaks – odrzekł 

Tony. – Nie poznajesz jej? To przecież Tasha McDonald.

Przez chwilę Stephanie sądziła, że się przesłyszała. Ta wspaniała istota 

miałaby być córką Jake'a i Hallie McDonaldów?

– Tasha zawsze przypominała szarą myszkę...

– Przypominała – Tony rozejrzał się za następnym drinkiem – ale już nie 

przypomina. Poza tym wygląda na to, że ma zamiar zostać panią Kendall –

w jego głosie pobrzmiewała satysfakcja.

Gwar wokół Stephanie przyprawił ją o ból głowy. Przez chwilę pożało-

wała nawet, że przyszła, lecz zaraz zmieniła zdanie. Uświadomiła sobie, że 

i ona jest równie uważnie obserwowana jak Jordan z Tashą. Nie da poznać 

po  sobie,  co  czuje,  widząc  swojego  byłego  męża  z  nową  dziewczyną.  Z 

uśmiechem zwróciła się do najbliższej sąsiadki.

– Jaka ładna z nich para, prawda?

– Masz niewątpliwie rację. – Stephanie dopiero teraz stwierdziła, że stoi 

obok Hallie McDonald, która przygląda się jej badawczo. – Słyszałam, że 

mnie poszukiwałaś.

– Tak, rzeczywiście. Mam obiecującego klienta, który jest zainteresowa-

ny Whiteoaks. Chcę przedstawić pani korzystną propozycję.

– Rozumiem  –  Hallie  McDonald  uśmiechnęła  się  nieszczerze.  –  Ja  też 

mam propozycję dla ciebie. Poszukajmy jakiegoś ustronnego miejsca, żeby 

wszystko omówić.

Pani  McDonald torowała drogę  przez olbrzymi  salon, zatrzymując  się 

od czasu do czasu dla wymiany grzeczności z którymś z uczestników przy-

jęcia. Kiedy już znalazły się w części sypialnej, otworzyła pierwsze lepsze 

drzwi i bezceremonialnie wciągnęła Stephanie do środka.

– Chcesz więc wiedzieć, co mogłoby mnie przekonać do sprzedaży Whi-

teoaks? Nie  dziwię ci  się. Byłaby z  tego ładna prowizja, nawet  wziąwszy 
pod uwagę niewielką cenę, którą z pewnością chciałabyś wytargować.

– Oferta jest więcej niż wysoka, jak na obecny stan domu i...

– A  ja  chciałabym  wiedzieć,  jak  cię  przekonać,  żebyś  zrezygnowała  z 

background image

Jordana.

– Ja mu się nie narzucam – zaprotestowała zdumiona. – Przyjechał tutaj 

z własnej woli. Nic nie mogę na to poradzić.

– Daj  spokój.  Bez  twojej  zachęty  nie  przesiadywałby  u  ciebie  całymi 

wieczorami. Jaka jest więc twoja cena za usunięcie się?

– Co pani rozumie przez usunięcie się? Mam się wyprowadzić? Uciec?
– Czemu nie? Raz już go przecież zostawiłaś.

– Pani chyba jest źle poinformowana. Ja nie mam zwyczaju uciekać. Po-

za tym on jest ojcem mojej córki i do niej właśnie przychodzi tak często. Te-

go nie da się uniknąć.

– Przez  tyle  lat  wytrzymywał  bez  niej,  wytrzymałby  i  teraz.  Podobno 

chcesz sprzedać swój dom. Kupię go za najlepszą cenę, żebyś mogła gdzie 

indziej dobrze wystartować...

– Wykluczone. Ja nie biorę łapówek.

– Whiteoaks  nie  jest  na  sprzedaż,  Stephanie.  Za  żadną  cenę  –  pani 

McDonald ruszyła majestatycznie w stronę drzwi. – W razie czego zaprze-
czę, oczywiście, że rozmawiałyśmy – dodała od progu.

– Ja  też – odparła Stephanie. – Nie mam ochoty, żeby ktoś się  dowie-

dział, jak tanio chciała mnie pani kupić. Może jednak interesuje panią, kto 

jest tym potencjalnym klientem?

– Stephanie,  to  nie  ma  znaczenia.  Powiedziałam  ci,  że  Whiteoaks  nie 

jest...

– To Jordan Kendall. Proponuje dwukrotną cenę w  stosunku do  osza-

cowanej. Proszę się nad tym zastanowić. Byłby z tego hojny dar dla towa-

rzystwa historycznego – prześlizgnęła się obok zamarłej w zdumieniu pani 

McDonald i wróciła do salonu.

Stephanie  usiłowała brać  udział w  ogólnej  wesołości, podziwiać  urzą-

dzenie  domu,  być  zwyczajnym  gościem  na  zwyczajnym  przyjęciu.  Czuła 

się jednak jak delikatny kryształ, który pod najlżejszym dotknięciem mógł-

by roztrzaskać się na kawałki. W tamtym zacisznym pokoju poszarpano i 

skrwawiono jej duszę.

Ogarnęło ją  oburzenie. Jakim prawem Hallie  McDonald śmiała  złożyć 

jej  tak  poniżającą propozycję? Jakim prawem usiłowała ją przekupić, wy-

pędzić z miasteczka, w  którym się wychowała? Jak mogła  targować się z 

background image

nią o Jordana?

– Jordanie, muszę z tobą porozmawiać – zdołała wykrztusić, kiedy na-

pór tłumu zetknął ich ze sobą.

– Wpadnę do ciebie po przyjęciu.

Otworzyła usta, żeby powiedzieć, że to nic pilnego, ale on popędził da-

lej porywając Tashę na krąg taneczny, urządzony naprędce w bawialni.

Samotność szczelną zasłoną odgrodziła ją od pozostałych gości. Zasta-

nawiała się teraz, jak dziwnie skonstruowana jest dusza ludzka. Dlaczego, 

kiedy Jordan oddalił się, raptem poczuła się tak dojmująco samotna? Czyż-

by  tylko dlatego, że  nie mogła  z  nim zatańczyć?  Albo ta  niespodziewana 

zazdrość, kiedy zobaczyła obok niego Tashę... Przecież sama była zaręczo-
na z Tonym. Byłoby śmieszne sądzić, że Jordan postępuje nielojalnie, spo-

tykając się z inną kobietą.

Niepokoję się o los Katie, tłumaczyła sobie. Jordan najprawdopodobniej 

ożeni się ponownie i założy rodzinę. Po cóż zresztą byłby mu potrzebny tak 

wielki  dom?  Jego  żona,  mając  własne  dzieci,  nie  będzie miała  ochoty  za-
wracać sobie głowy jego córką, z pierwszego małżeństwa. Katie stanie się 

wtedy dzieckiem odrzuconym, niedopasowanym, różniącym od innych...

Musimy postarać się z Tonym, przyrzekła sobie, żeby Katie nie związała 

się zbytnio z Jordanem.

Trzeba  będzie  jak  najszybciej  wytłumaczyć  Tony'emu,  jak  ważne  jest, 

żeby zdobył jej sympatię. Ale teraz nie pora na to ani miejsce.

– Zastanawiałem się długo – odezwał się Tony z zakłopotaniem – nad 

tym, co kiedyś mówiłem, że nie stać nas na willę Andersonów.

Stephanie w roztargnieniu sączyła swego szampana. Prawie go nie słu-

chała.  Po  przeciwnej  stronie  salonu  Tasha  uśmiechała  się  promiennie  do 
Jordana.  Jaka  ona  jest  piękna,  jak  bardzo  zmieniła  się  od  czasów  szkol-

nych...

–  Doszedłem  do  wniosku,  że  chyba  poradzilibyśmy  sobie  –  kontynu-

ował Tony.

– Z czym byśmy sobie poradzili?
– Z kupnem willi Andersonów.

Powinna  teraz  właściwie  wybuchnąć  radością.  Będą  mieli  cudowny 

dom w dobrej dzielnicy, dom, w którym można należycie wychować Katie. 

background image

Czuła jednak tylko tępy ból w piersi. Jordan zniszczył także i to marzenie.

– Jeśli dobrze sprzedamy twój, starczy nam na opłaty. Miałaś jednak ra-

cję.

Najprościej byłoby dogadać się z Hallie McDonald. Trzeba tylko zrezy-

gnować z Jordana. Głupia sprawa! Jak można zrezygnować z czegoś, czego 

się tak naprawdę nie posiadało! Nigdy przecież nie stanowiliśmy jedności, 
byliśmy  tylko  dwojgiem  ludzi,  mieszkających  krótko  pod  wspólnym  da-

chem.

Czemu jednak Hallie wpadła na taki pomysł? Gołym okiem widać prze-

cież,  że  Tasha  owinęła  go  sobie  wokół  małego  palca.  Oczywiście,  pozory 

mogą mylić. Jej także wydawało się niegdyś, że Jordan ją uwielbia. Dlacze-
go więc nie przyjęła propozycji, przynajmniej nie wysłuchała jej do końca?

Ponieważ  to  nie  byłoby  uczciwe.  Ponieważ  chce  zostać  tu  i  poślubić 

Tony'ego. A także dlatego, że w głębi duszy nie potrafi zrezygnować z Jor-

dana.

– Dobrze się czujesz, Stephanie?
Głos Tony'ego dobiegał ją z oddali. Spojrzała nań bezprzytomnie, led-

wie go rozpoznając.

– Czy mam teraz porozmawiać z Beth Anderson? Ona jest tutaj.

– O czym?

– O kupnie domu. Co się z tobą dzieje?
– Nie. Nic jej nie mów.

– Przecież  jeszcze  tak  niedawno  bardzo  chciałaś  –  Tony  był  zupełnie 

zdezorientowany, jakby w połowie gry ktoś zmienił jej reguły.

– Każdy ma mnóstwo pragnień, Tony – odrzekła, obserwując w zamy-

śleniu Jordana i Tashę. – Nie wszystkie można spełnić. Czasem nawet, kie-
dy jakieś marzenie się ziści, okazuje się, że wcale nam na nim nie zależało...

Tak, to z powodu Katie, upewniła się raz jeszcze, kiedy wróciła do do-

mu i w ciemności przemierzała pokoje. Dziewczynka spała spokojnie, za to 
Stephanie była zbyt poruszona, by położyć się do łóżka. Było już dobrze po 

północy, a Jordan jeszcze się nie zjawił. Musi być jeszcze z Tashą, mówiła 

sobie, udając, że nic ją to nie obchodzi.

background image

Ale obchodziła ją Katie. Właśnie w interesie córki nie powinna zrywać 

wszystkich  łączących  ją  z  Jordanem  więzów.  Nie  wolno  przecież  pozba-

wiać jej ojca!

Nagle dotarł do niej sens ostatniej myśli. Właśnie w ten sposób postąpi-

ła cztery lata temu, kiedy zataiła wszystko przed Jordanem. Zachowała się 

jak rozkapryszone dziecko, które zagarnia wszystkie zabawki dla siebie. Na 
swoją obronę miała tylko fakt, że on również nie chciał ustąpić. Oboje byli

egoistycznymi dzieciakami, niezdolnymi do prawdziwej miłości.

Może  jednak  ciągłe  jeszcze  kocha  Jordana?  Może  właśnie  dlatego  tak 

boleśnie  przeżyła  spotkanie z  Tashą?  Chyba  nie.  Można  być  zazdrosnym 

nie kochając. Zazdrość nie oznacza jeszcze miłości, bierze się raczej z żądzy 
posiadania, niedojrzałości, z poczucia zagrożenia. Gdyby go kiedykolwiek 

kochała, stwierdziła z żalem, poszłaby za nim wtedy.

Drzwi  samochodu  na  podjeździe  zamknęły  się  cicho,  ale  Stephanie 

usłyszała trzaśniecie.

– Chciałaś się ze mną widzieć – zaczął od razu, kiedy mu otworzyła.
– To  nie  było  pilne.  Z  pewnością  nie  musiałeś  przychodzić  w  środku 

nocy. Może porozmawiamy jutro.

– Widziałem cię już w nocnej koszuli, bez niej zresztą też. Nie zgwałcę 

cię – mówił z namysłem, bardziej do siebie niż do niej.

– Jeśli tak, to możesz wejść – zaczerwieniła się, speszona, że dała po so-

bie poznać, iż usłyszała, co mówił. – Mam nadzieję, że Hallie McDonald nie 

wie, gdzie się teraz znajdujesz. I tak jest wystarczająco nadęta. – Opowie-

działa mu krótko i bez ogródek, czego dowiedziała się od niej na przyjęciu.

– Wezwałaś mnie tutaj tylko po to, żeby mi to zakomunikować? – Jor-

dan najwyraźniej nie przejął się niepomyślnymi wiadomościami.

– Z  pewnością  nie  dla  twojego  miłego  towarzystwa  –  odparowała  ze 

złością.

– Chyba zapomniałaś, że mamy do czynienia z czterema właścicielami. 

Dlaczego nie zaczniesz pertraktować z pozostałą trójką?

– Ponieważ bez zgody Hallie nic nie uzyskasz. Musisz mieć całość.
– Cóż, zacznijmy gromadzić ją po kawałku. Najlepiej pisemnie. Na razie 

w zupełności wystarczy ich zgoda na sprzedaż. Za odpowiednią cenę moż-

na kupić wszystko.

background image

Ostatnie słowa, wypowiedziane twardo i bezwzględnie, zmroziły ją.
– Prawie  wszystko  –  rzuciła  szybko. –  O  tym  też  chciałam  z  tobą po-

rozmawiać. Na przykład Katie nie jest na sprzedaż. Masz dla niej zawsze 

piękne zabawki, wspaniałe wspólne spacery, drogie ubrania. Wiesz dosko-

nale, że ja nie mogę sobie na to wszystko pozwolić. Nie próbuj więcej ku-

pować jej miłości, Jordanie.

– Dla Katie zrobię wszystko, na co będzie miała ochotę.

– To jeszcze dziecko. Nie rozumie, że nie mogę zapewnić jej tego co ty.

– Co więc mam zrobić? Przestać ją widywać?

– Nie – odpowiedziała, myśląc jednocześnie, że tak byłoby najlepiej. –

Nie spotykaj się tylko z nią tak często, nie psuj jej prezentami i nie rozbu-
dzaj w niej nadziei, że kiedyś będzie cię miała na zawsze.

Ciszę,  która  nastąpiła  po  jej  słowach,  przerwał  tupot  bosych  stópek. 

Nieoczekiwanie w drzwiach pojawiła się Katie.

– Mamo, w moim pokoju są potwory – oznajmiła cicho, wdrapując się 

jej na kolana. Na jej twarzy odmalowało się zaskoczenie. – Tatuś! – zapisz-
czała i rzuciła się Jordanowi w objęcia.

– Cześć,  groszku  –  odparł,  posyłając  Stephanie  triumfujące  spojrzenie 

znad ciemnej główki, wtulonej w jego ramiona. – Chodźmy do potworów.

Stephanie czekała cierpliwie. Z pokoju dziewczynki dobiegały ją odgło-

sy zabawy, radosny chichot. Potem zapadła cisza. Po chwili wrócił Jordan z 
papierową torbą.

– Potwory – powiedział z kwaśną miną. – Pozbierałem je do torby, żeby 

można było wyrzucić na śmieci. To ją uspokoiło.

– Przynajmniej na razie – Stephanie wróciła do przerwanego wątku. –

Wychowanie dziecka nie jest prostym zajęciem. To nie tylko lody owocowe, 
mecze piłki nożnej i rowery. To także dyscyplina, choroby, i pytania, skąd 

się biorą dzieci, potwory w pokoju, które nie zawsze pozwalają się złapać 

do torby...

– Powiedz mi – przerwał jej w pół zdania – jak wyjaśniasz jej obecność 

Tony'ego? Było przecież jasne, kogo spodziewała się zobaczyć przed chwi-
lą.

– Tony nie spędza tu nocy, jeśli o to ci chodzi – stwierdziła urażona.

– Cieszę się. To znaczy, że zachowałaś resztki zdrowego rozsądku. Być 

background image

może nawet ockniesz się na czas i unikniesz błędu, jakim byłoby wyjście za 
niego za mąż.

– Nie rozumiem, co się to może obchodzić.

– Nie rozumiesz? Uwierz nareszcie, że los Katie obchodzi mnie w tym 

samym stopniu co ciebie. Ze swoim życiem możesz zrobić, co zechcesz, ale 

jeżeli chodzi o nią...

– Wynoś się! Nie chcę cię nigdy więcej widzieć!

– Będziesz mnie widziała jeszcze nieraz. Wpadnę po nią jak zwykle w 

sobotę – groźny wyraz jego twarzy nie dopuszczał sprzeciwu.

Zatrzasnęła  drzwi i  oparła  się  o  nie, nieświadoma mrozu,  który wtar-

gnął do środka. Właściwie była nawet zadowolona, że jej nie posłuchał. Być 
może Katie znaczyła dla niego więcej, niż można było sądzić. Jeśli więc da-

lej będzie przychodził ją odwiedzać...

– ... będę mogła też go widywać – słowa zawisły w powietrzu i dopiero 

wtedy Stephanie zdała sobie sprawę, że powiedziała je na głos.

Mój Boże, pomyślała znużona. To nie zwykła zazdrość dręczyła mnie na 

przyjęciu.  To  nie  troska o  los  Katie  tak mnie  trapi.  Ja  ciągle  go  kocham  i 

chcę do niego wrócić.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Było jednak o wiele za późno.

Gdyby tej pierwszej nocy w klubie zrozumiała, co rzeczywiście czuje do 

niego, może byłaby jeszcze nadzieja. Gdyby w tamtym wstrząsie, wywoła-

nym  jego  widokiem,  potrafiła  oprócz  zaskoczenia  i  przerażenia  dostrzec 
również  radość, może zdołaliby uratować coś od  katastrofy. Gdyby  tylko 

zachowała cierpliwość, zauważyła zmianę w jego zachowaniu zamiast da-

wać upust swej złości, wszystko mogłoby być inaczej. Ostatnią szansę po-
jednania  zaprzepaściła  wyrzucając  go  z  domu  i  zabraniając  mu  przycho-

dzić.

Nie mogła jednak oskarżać wyłącznie siebie, zakładać, że tylko ona po-

nosi  winę,  zaś  Jordan wszystkimi  sposobami  usiłuje  odbudować ich  mał-

żeństwo. To byłoby niedorzeczne. Już tamtego wieczoru w klubie wściekł 
się, jak gdyby sądził, że został przez nią celowo wmanewrowany w kłopo-

tliwą sytuację.

Nie, Jordan na pewno nie pragnie zaczynać od nowa. Ona zresztą też 

chyba nie myśli o tym poważnie. Można interesować się mężczyzną, moż-

na nawet do pewnego stopnia kochać go – i nie chcieć z nim być. Cóż więc 
z tego, upewniała się z determinacją, że odkryła drzemiące gdzieś w głębi 

serca  uczucie  do  kogoś, kto  dawno  temu  był  jej  mężem i  został  ojcem  jej 
dziecka? Nie oznaczało to jeszcze, że jest jej niezbędny, że wszystkie plany 

życiowe,  które  tak  starannie  obmyśliła,  muszą  teraz  nagle  rozwiać  się  na 

wietrze.

Dawałaś sobie bez niego radę przez cztery z górą lata, dasz sobie radę i 

teraz,  zdecydowała  ostatecznie  i  czując,  że  głowa  jej  pęknie,  jeśli  będzie 
dłużej o tym rozmyślać, poszła nareszcie spać. Śniły jej się złe, zielone po-

twory,  goniące  ją  po  długich  korytarzach  Whiteoaks,  i  szyderczy  śmiech 

Hallie McDonald, który odbijał się echem w pustych pokojach.

Nie widziała się z nim aż do weekendu, kiedy przyszedł, żeby zabrać 

Katie do klubu na basen. Była trochę niespokojna, ponieważ obawiała się, 

background image

że spotkanie twarzą w twarz może ożywić uczucia, które właśnie pogrze-
bała. Nie chciała też, żeby postawił ją w kłopotliwym położeniu, odgadując, 

co dzieje się w jej duszy.

Jordan zachowywał się jednak uprzejmie, odprężyła się więc nieco. Mo-

że wszystkiemu jest winna moja przewrażliwiona wyobraźnia, zastanawia-

ła się, może denerwuję się niepotrzebnie?

Katie,  z  kostiumem  kąpielowym  i  ręcznikiem  w  garści,  niecierpliwie 

czekała na kąpiel w podgrzewanym basenie. Od kilku dni zamęczała tym 

matkę do tego stopnia, że Stephanie stała się odrobinę zazdrosna. Sądziła 

niegdyś, że to ona z Tonym zaprowadzą tam dziewczynkę po raz pierwszy. 

Jednak Jordan od razu zapisał się do klubu. Spodziewano się zresztą tego 
po kimś z jego pozycją. Zbyt wielu rzeczy spodziewano się po nim, skon-

statowała mimo woli.

– Mamusiu, chodź z  nami –  Katie  nieoczekiwanie  odmówiła pójścia  z 

samym tylko ojcem.

– Nie, Katie. To wykluczone – Jordan zdecydowanie uciął dyskusję, za-

nim Stephanie zdołała odpowiedzieć.

Poczuła się, jakby ją uderzył. Nie miała wcale ochoty iść do klubu, ale 

czy musiał tak jasno dawać do zrozumienia, że nie życzy sobie mieć z nią 

nic wspólnego? Trudno, pogodziła się z sytuacją, w końcu nie ma znacze-

nia, co Jordan o niej myśli. Załatwi z nim tylko swoje interesy i wróci do 
normalnego życia.

– Mam zgodę spadkobierców Whiteoaks – próbowała zatuszować chwi-

lowe zmieszanie.

– Wszystkich trzech?

– Tak. Ci dwaj dalecy krewni przystali bez wahania, a Beth Anderson aż 

się paliła, żeby się pozbyć swojego udziału. Jej oświadczenie leży już w biu-

rze, zaś pozostałe dwa nadejdą pocztą lada dzień. Możesz wpłacić zadatki i 

mieć je w każdej chwili. – Zawahała się, potem spytała z zaciekawieniem: –

Co chcesz z nimi zrobić? Bez części Hallie te zgody nie przydadzą ci się na 

nic.

– Sądzę, że potrafisz się z nią jakoś dogadać.

W jego głosie odnalazła tyle chłodu i dystansu... Tknęło ją złe przeczu-

cie. Trudno jej było przyjąć do wiadomości, że Jordan też miałby ochotę się 

background image

jej pozbyć.

– Czy masz na myśli, że powinnam przyjąć propozycję Hallie? – spytała 

w końcu łamiącym się głosem.

– Mogłaby  to  być  bardzo  interesująca  propozycja  –  odpowiedział  po 

dłuższej chwili.

– Nie biorę łapówek, Jordanie, szczególnie za coś, co i tak bym zrobiła. 

Mam  nadzieję,  że  jednak  zdobędziesz  Whiteoaks,  i  to  szybko,  ponieważ 

chcę się od ciebie ostatecznie uwolnić.

– Jeżeli tak jest rzeczywiście, to w jednym się mylisz. Ciągle jeszcze coś 

nas łączy – wskazał na Katie, wyraźnie próbując opanować zdenerwowa-

nie.

Kiedy  wyszedł,  nie  dopowiedziana  groźba  długo  dźwięczała  jej  w 

uszach. Sama sobie jestem winna, stwierdziła po namyśle. To ja zaczęłam tę 

zajadłą walkę, a Jordan tylko ją dokończył. Jeżeli jeszcze potrzebował do-

wodu, że nic się nie zmieniło, teraz właśnie go dostarczyłam.

Zawiązała  na  włosach  chustkę,  włożyła  najbardziej  znoszone  dżinsy  i 

wzięła  się  do  porządków.  Był  to  jej  najlepszy  sposób,  żeby  zapomnieć  o 

zmartwieniach –  rzucić się z  pasją na  kurz, brud  i  śmieci, które  nawet w 

najlepiej  utrzymanej  kuchni  zdawały  się  same  rozmnażać.  I  tak  wkrótce, 

przed sprzedażą domu, należało wykonać tę robotę.

Dom był bowiem ciągle do sprzedania. Rozmyśliła się wprawdzie co do 

willi Andersonów, ale znajdą z Tonym coś innego, gdzie nic nie będzie jej 

przypominać Jordana. Miała nadzieję, że nastąpi to szybko.

Siedziała  właśnie  na  lodówce,  wycierając  kurz  z  najwyższych  półek, 

kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Z pewnością Tony, pomyślała gramoląc się 

na dół. Wiedział przecież, że Katie wyszła z Jordanem. Pomyliła się jednak, 
i  to  bardzo.  Ostatnią  osobą,  której  mogłaby  się  spodziewać,  była  Tasha 

McDonald.

– Mogę wejść? –  spytała. Zanim Stephanie zdobyła  się  na odpowiedź, 

już była w salonie. – Pomyślałam sobie, że wpadnę, naciągnę cię na filiżan-

kę kawy i dowiem się, co u ciebie słychać. Nie widziałyśmy się od wieków. 
Jakoś nigdy nie miałam czasu, żeby poodwiedzać stare przyjaciółki, kiedy 

przyjeżdżałam do domu.

– Rozgość się – chłód w głosie Stephanie ostro kontrastował z przymil-

background image

nym szczebiotem Tashy. – Więc raptem zostałyśmy starymi przyjaciółkami. 
Przyszłaś  tu,  żeby  wywęszyć,  co  zamierzam  zrobić  w  sprawie  Jordana  i 

pewnie  ponowić  wspaniałomyślną  ofertę  matki.  Nie  mam  ochoty  rozma-

wiać na żaden z tych tematów. Nie trać czasu, idź lepiej kupić sobie jakąś 

sukienkę albo coś w tym rodzaju.

– Nie musisz być aż tak brutalna – Tasha uśmiechała się zimno.
– To mój dom, zachowuję się w nim, jak mi się podoba.

– O rany, jeżeli w ten sposób traktowałaś Jordana...

– Wiesz, Tasho, zdumiewasz mnie. Wy, McDonaldowie, zawsze starali-

ście się mieć wszystko co najlepsze, a raptem teraz ty uwzięłaś się na uży-

wanego męża.

Tasha  przechadzała  się  po  pokoju  sprężystym  krokiem  modelki.  Nie 

pasowała do tego wnętrza.

– Wszyscy w  młodości  popełniamy  błędy.  Ty  popełniłaś,  Jordan  rów-

nież. Nie powiększaj tylko błędu nadzieją, że on wróci do ciebie.

– Zastanów się, dlaczego miałabym chcieć, żeby do mnie wrócił? Twoja 

matka, zdaje się, żywi to samo mylne przekonanie co ty. Powiedz jej, pro-

szę, że działa wbrew waszym interesom.

– Wbrew interesom? Nie bardzo rozumiem.

– Nie sądzę, żeby mi uwierzyła, ale zawsze może zapytać Jordana. Prze-

stanie się ze mną widywać, jak tylko uda mu się zdobyć Whiteoaks.

– Jordan chce kupić Whiteoaks? – oczy Tashy rozbłysły w zdumieniu.

– Nie powiedziała ci? Im bardziej ona się upiera, tym dłużej my musimy 

się spotykać.

– To  wy  spotykacie  się  wyłącznie  w  interesach?  –  w  głosie  Tashy 

brzmiało powątpiewanie. Obrzuciła lekceważącym spojrzeniem zakurzone 
ubranie Stephanie i zdawało się, że ten widok ją przekonał. – Tak, chyba ci 

wierzę.

– Dziękuję pięknie. – Stephanie miała ochotę chwycić najbliższy ciężki 

przedmiot i cisnąć nim w dziewczynę.

– Nie bardzo rozumiem, po co mu potrzebna ta waląca się rudera. Cóż, 

jeśli tak, to tym lepiej dla mnie – ze swym uśmiechem modelki skierowała 

się ku drzwiom. – Bardzo miło się z tobą rozmawiało, Stephanie. Mam na-

dzieję, że jednak będziemy przyjaciółkami, jeśli zdecydujesz się tu zostać.

background image

Stephanie  pożegnała  się  i  ze  zdwojoną energią  wróciła do  swoich  ku-

chennych porządków. Każda nowa plamka brudu przypominała jej Tashę, 

likwidowała  ją  więc  zaciekle. Nigdy  naprawdę  nie  lubiła  tej dziewczyny. 

Przypominała jej swoją matkę – pretensjonalną, małostkową, mściwą, pod-

rzędną dyktatorkę. Teraz postanowiła zdobyć Jordana. Stephanie była cie-

kawa, czy on dostrzeże, jak płytkie wnętrze kryje się pod tą zwiewną i miłą 
powierzchownością.  Jeśli  nie,  sam  sobie  będzie  winien.  To  w  końcu  jego 

życie i ma prawo zrujnować je poślubiając Tashę McDonald.

Niedługo potem zjawił się Tony. Stephanie zdążyła już opróżnić szafki i 

ze wszystkich stron otaczały ją pudełka, słoiki i puszki.

– Gdzie jest ekspres do kawy? – spytał.
– Za mąką razową. Zrobisz też dla mnie?

– Oczywiście, jeśli znajdę gdzieś filiżankę. Masz kurz na nosie.

– Na pewno nie tylko na nosie – zeszła z drabinki i przysiadła z wes-

tchnieniem ulgi. – Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tyle czasu pracuję 

bez odpoczynku.

– Kiedy wprowadzimy się  do willi  Andersonów,  będziemy chyba po-

trzebować sprzątaczki.

– Nigdy co prawda nie myślałam o tym, ale to dobry pomysł. Zaraz, czy 

powiedziałeś „do willi Andersonów”?

– Pewnie. Rozmawiałem wczoraj z Beth i złożyłem jej ofertę.
– Mówiłam ci przecież, że nie chcę już tego domu!

–  Chyba  żartujesz? –  Tony  nie  posiadał  się  ze  zdumienia.  –  Po  całym 

tym zamieszaniu, którego narobiłaś, mówisz teraz, że nie chcesz? Dlacze-

go?

Bo tam straszy duch Jordana... Słowa z taką mocą cisnęły jej się na usta, 

że musiała się powstrzymywać, by nie powiedzieć ich głośno. Poszła więc 

do kuchni po kawę i dopiero po powrocie odparła:

– Nie podoba mi się aż tak bardzo, jak się początkowo wydawało.

– Tak? Teraz więc jesteśmy w kropce, ponieważ złożyliśmy już ofertę.

– Mylisz się, Tony. Ty jesteś w kropce. Mówiłam ci wtedy na przyjęciu 

wyraźnie, że nie chcę...

– Myślałem, że to wpływ nadmiernej ilości szampana. Nie zachowywa-

łaś się zbyt dorzecznie. Potrafiłaś tylko gapić się na Jordana z tą ladacznicą 

background image

McDonaldów. Prawdę powiedziawszy, Stephanie, byłem zakłopotany, wi-
dząc  własną narzeczoną z  oczami wlepionymi cały czas w mydłka, który 

porzucił ją przed czterema laty...

W  tym  momencie  drzwi  wejściowe  otworzyły  się  i  weszła  Katie.  Jej 

dziecięce szczebiotanie było mniej donośne niż zwykle. Stephanie spojrzała 

na Jordana pytająco.

–  Wyczerpała  się  pływaniem  do  cna  –  wyjaśnił. –  Myślę,  że  mała 

drzemka  dobrze  jej  zrobi  –  dodał,  prowadząc  dziewczynkę  prosto  do  ła-

zienki.

– Czuje się tu jak u siebie w domu, prawda? – zauważył z przekąsem 

Tony.

– Jest jej ojcem... – Stephanie wolała zmilczeć, że i ją denerwowała cza-

sami swoboda, z jaką Jordan zachowywał się u niej.

– Ale nie jest twoim mężem. Jeśli myślisz, że będę grał drugie skrzypce 

przy tym artyście od naciągania...

– To zabawne. Nie twierdziłeś, że jest naciągaczem, kiedy przyjechał do 

miasta i opowiadał o prowizjach za trzydzieści domów.

– To było, zanim zaczął intrygować.

– Przepraszam, że przeszkadzam wam w kłótni – odezwał się Jordan od 

drzwi – ale Katie potrzebuje swojej kołderki.

– Jest w suszarce – Stephanie podniosła się.
– Nie  trzeba, moja  droga.  Sam  znajdę  –  poszedł  pogwizdując nonsza-

lancko.

Twarz Tony'ego poczerwieniała  z  irytacji. Stephanie wiedziała, że  Jor-

dan słyszał każde słowo ich rozmowy. Odczekała w milczeniu, aż pojawi 

się ponownie z kołdrą i zaniesie ją do pokoju dziewczynki.

– Tony, jesteś ślepy – zaczęła strapiona. – Sam powiedziałeś, że to intry-

gant. Naprawdę nie widzisz, że on to robi specjalnie?

Telefon zadzwonił tak natarczywie, że Stephanie aż podskoczyła. Tego 

tylko  brakowało,  pomyślała  z  rozpaczą.  Nie  dość,  że  zostałam  wzięta  w 

dwa ognie i nie wiem, jak wybrnąć z trudnej sytuacji, to jeszcze na dodatek 
ktoś teraz czegoś chce od niej!

– Czy to Stephanie Kendall? – głos po drugiej stronie słuchawki był pe-

łen słodyczy.

background image

– Witam panią, pani McDonald – Stephanie zamarła z przerażenia.
– Tak się cieszę, że cię zastałam, kochanie. Rozważyłam starannie twoją 

propozycję...

Tasha  szybko  wróciła  do  domu,  stwierdziła  Stephanie.  Była  nieco  za-

skoczona obrotem oprawy, ponieważ nie sądziła, żeby ich rozmowa mogła 

mieć jakikolwiek wpływ na decyzję Hallie.

–... i teraz bardzo mi zależy, żeby sprzedać Whiteoaks Jordanowi Ken-

dall.

– Czy cena panią zadowala? – zaskoczenie sprawiło, że z  trudem wy-

krztusiła pytanie.

– O, w zupełności, kochanie.
– Pan  Kendall  podpisze  więc  formalną  ofertę  i,  jeśli  można,  podrzuci 

pani jeszcze dziś wieczorem.

– Nie ma takiego pośpiechu...

Dla mnie jest, gorączkowała się w duchu Stephanie. Twój podpis na tej 

kartce  papieru  nie  ma  wprawdzie  większego  znaczenia,  ale  na  pewno 
utrudni ci zmianę decyzji. Nie wypuszczę takiej okazji z rąk. Zbyt wiele dla 

mnie znaczy. Przede wszystkim uwolnię się od Jordana.

– Ponieważ dom stoi pusty – kuła żelazo póki gorące – a panu Kendall 

bardzo zależy na czasie, czy możemy umówić się ze wszystkimi formalno-

ściami na najbliższy piątek, to znaczy w dzień po Święcie Dziękczynienia? 
– w odpowiedzi na jej szaleńcze gesty Tony już zerkał w swój kalendarz i 

notował datę.

– Trzeba jednak wziąć pod uwagę współwłaścicieli – w głosie Hallie po-

jawiło się wahanie. – Być może...

– Wiem – Stephanie promieniała. Jak bardzo chciała podetknąć jej pod 

nos te zgody! Nie zaryzykowała jednak. – Zaraz z nimi porozmawiam i jeśli 

będą trudności, przełożymy termin.

– Dobrze. Sądzę więc, że możemy zaczynać. 

Odłożyła słuchawkę i wówczas spostrzegła, że Jordan przygląda jej się 

uważnie, stojąc nie opodal.

– Czy możesz zdobyć forsę na piątek? – Skinął głową twierdząco. Jego 

twarz pozostawała obojętna. Żadnego triumfu, żadnej radości. – W takim 

razie właśnie kupiłeś Whiteoaks. Jesteś geniuszem. Mając te trzy podpisane 

background image

zgody...

– Musiałaś coś uczynić, że zmieniła zdanie – zauważył chłodno.

– Tak, w pewnym sensie coś zrobiłam. Będę musiała porozmawiać z to-

bą o tym.

A więc to koniec, pomyślała. Jak tylko Hallie podpisze papiery, wszyst-

ko się skończy i nie zobaczę go więcej. Wyjąwszy Katie, będzie tak, jakby-
śmy nigdy się nie widzieli, nigdy nie kochali...

– Cóż, pójdę sobie, żebyście mogli ustalić szczegóły – Tony podniósł się 

i objął mocno Stephanie. – Do widzenia, kochana – ucałował ją namiętnie i 

wyszedł, mijając Jordana bez słowa.

Długo stali w milczeniu, przypatrując się sobie nawzajem. Potem Jordan 

zapytał:

– Co więc zrobiłaś? Czy zgodziłaś się na warunki Hallie?

Czyżby naprawdę chciał, żeby tak było? Roześmiała się nerwowo i od-

rzekła:

– Niezupełnie. Powtórzyłam tylko jej córce to, co mi kiedyś powiedzia-

łeś: że jak tylko uda ci się zdobyć Whiteoaks, nie będziemy musieli się wię-

cej widywać. Zdaje się, popędziła z tym prosto do matki.

– Dziękuję  ci  za  Whiteoaks,  Stephanie.  Ten  dom  to  spełnienie  moich 

marzeń. Przynajmniej ich części.

Niespodziewana czułość w jego głosie sprawiła, że postąpiła krok w je-

go kierunku. A druga część?, zastanowiła się. Czyżby była to Tasha? Teraz 

jednak nie miało to już znaczenia.

– Moja praca polega na sprzedawaniu marzeń – wyszeptała.

Miał  delikatne,  czułe  usta.  Jego  wargi  wędrował  pieszczotliwie  po  jej 

policzku, powiekach, skroni. Kiedy dotknęły ust, westchnęła i osunęła mu 
się w ramiona. Tony żądał zawsze swymi pocałunkami, podczas gdy Jor-

dan prosił, niemal błagał. Pod jego delikatną pieszczotą Stephanie otworzy-

ła się jak kwiat.

Weź mnie na ręce, zapragnęła nagle, zanieś mnie do sypialni, przypo-

mnij mi, że byłam twoją żoną. Ogień, płonący w każdej komórce jej ciała, 
przyzywał go, domagał się tej ostatecznej fizycznej bliskości, która jako je-

dyna potrafiła ukoić dręczący ją ból samotności. Tylko w ten sposób potra-

fili do tej pory wyrazić wzajemną czułość i troskę.

background image

Raptem wątpliwość wtargnęła w jej nieprzytomne myśli. Dlaczego wy-

daje jej  się,  że tym razem miałoby być inaczej? Przypomniała  sobie o To-

nym i o zaręczynowym pierścionku, który nosiła na palcu. Jak bliska była 

nadużycia jego zaufania! Wyrwała się z objęć Jordana.

– Nie – powiedziała bardziej do siebie niż do niego – Tony...

Przyspieszony oddech  Jordana  był jedyną  oznaką, że  w  ogóle  coś  od-

czuwał. Przyglądał się jej uważnie w końcu zapytał łagodnie:

– Naprawdę zamierzasz to zrobić? Poślubić go?

– A nie powinnam? – Jej głos brzmiał nienaturalnie nisko. – Nie jestem 

już twoją żoną. Nie masz mnie na własność.

– Nigdy nie miałem, Stephanie. Ale i tak znam cię lepiej niż ktokolwiek 

na świecie. Wiem, że nie będziesz z Tonym szczęśliwa.

– Dlaczego nie miałabym wyjść za Tony'ego? Zależy mi na nim, mamy 

ze sobą wiele wspólnego. Tyle dla mnie zrobił...

– To mają być słowa zakochanej kobiety? Zastanów się nad tym, co po-

wiedziałaś! Sama masz wątpliwości. Kiedy cię całuję...

– My potrafiliśmy się porozumieć tylko w sypialni. Z Tonym łączy mnie 

praca, zainteresowania.

– Nie wystarczy pracować ze sobą, żeby być dobrym małżeństwem.

– Sypiać ze sobą też nie, jeżeli tylko to wiąże ludzi.

– Nigdy nie myślałem, że tylko to nas łączyło. Ty za to przeszłaś z jednej 

skrajności w drugą. Tony cię nie pociąga. Jego dotyk na ciebie nie działa. 

Widziałem, jak reagowałaś, kiedy cię całował.

– No, w tym jesteś bez wątpienia lepszy – powiedziała z sarkazmem –

ale nie zapominaj, że seks nie jest najważniejszy.

– Nie  można  go  też  lekceważyć.  Poza  tym,  dla  ciebie  jest  naprawdę 

ważny. Kobieta tak namiętna jak ty nie zazna szczęścia, sypiając z kimś, kto 

przypomina zimną rybę.

Może jednak rzeczywiście obchodzi go, czy będzie szczęśliwa w drugim 

małżeństwie, pomyślała. Może pozostała jeszcze cieniutka niteczka zespala-

jąca ich ze sobą? Może naprawdę zależy mu na niej?

– Na miłość boską, Stephanie, nie rób tego! – nalegał błagalnie. – Czy to, 

że Katie instynktownie go nie znosi, nic dla ciebie nie znaczy?

– Ona jest tylko o niego zazdrosna.

background image

– Nie tylko! Przede wszystkim boi się go i nienawidzi.
– A ty ją do tego zachęcasz.

– Nieprawda! Sam starałem się z nią walczyć, zanim na to wpadłem. –

Przerwał, wziął głęboki oddech i dokończył: – Słuchaj, Stephanie. Nic mnie 

nie obchodzi, co zrobisz ze swoim życiem. Jesteś dorosła i możesz je spa-

skudzić, jak ci się tylko podoba. Ale Katie jest jeszcze dzieckiem...

A  więc jednak  tylko  Katie miała dla  niego znaczenie. Teraz Stephanie 

pozbyła  się  już  najmniejszych  wątpliwości.  Jej  ciałem,  pomnym  ciągle  tej 

szaleńczej chwili w jego ramionach, wstrząsnął dreszcz. Nie nalegał, żeby 

się  z  nią  kochać,  ponieważ  było  mu  to  obojętne.  Całował  ją,  bo  chciał  jej 

uświadomić, że nie ceni Tony'ego na tyle, by za niego wyjść.

Zaledwie jeden pocałunek... Prawie wystarczył, aby zniszczyć starannie 

pielęgnowaną nadzieję na spokojniejszą przyszłość. Mało brakowało, a po-

deptałaby wszystko, co udało jej się stworzyć przez ostatnie cztery lata. I to 

dla kogo? Dla mężczyzny, który już raz ją porzucił?

Powinna była właściwie rozpaczać, ale nie miała siły. Serce jej przepeł-

niała tylko gorycz. Spokojnym, doskonale obojętnym głosem powiedziała:

– Zobaczymy  się  więc  w  piątek  w  biurze.  Będziemy  mogli  wtedy 

wszystko zakończyć. Żegnaj, Jordanie.

Miała wrażenie, że w ten sposób żegna się z połową swego życia.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Listopad zbliżał się do  końca. Znikły już kolorowe liście, a  te,  którym

udało się pozostać na gałęziach, zszarzały i wyschły. Drżały teraz na mroź-
nym wietrze, zwiastującym początek zimy.

Był poranek Dnia Dziękczynienia, święta, w którym wszyscy, zdawało 

się,  przystanęli  w  biegu,  by  w  skupieniu  podziękować  za  szczodre  dary, 

jakie  przyniósł  mijający  rok.  Katie  kąpała  się,  fałszując  niemiłosiernie 

przedszkolną piosenkę.

Stephanie wsunęła głowę do łazienki.

– Pośpiesz się, rybko. Wyjdź z wody, bo nie zdążysz. Niedługo przyj-

dzie Tony.

– Czy on musi iść z nami? – usta dziewczynki ułożyły się w grymas nie-

zadowolenia.

– Babcia zaprosiła go na obiad. Chcesz się ubrać w swoją nową niebie-

ską sukienkę?

– Tę od tatusia? – wygramoliła się z wanny, zapominając o Tonym.

Stephanie wytarła ją i w nagrodę otrzymała całusa.

– Kocham cię, mamusiu.
Stephanie  wzruszyła  się.  Jak  łatwo  ta  istotka  umiała  poprawić  jej  na-

strój. Jeszcze przed chwilą potrafiła myśleć wyłącznie o jutrzejszej transak-
cji, o tym, że na wszystko przychodzi kres, że chyba nikt już się nie wycofa. 

Teraz, tuląc dziewczynkę i zanurzając twarz w pachnące dziecięcym szam-

ponem włosy, uświadomiła sobie, jak wiele jej jeszcze pozostało.

– Mamusiu – Katie wierciła się, chichocząc – łaskoczesz mnie w szyję!

Co będzie najlepsze dla Katie? To pytanie dręczyło matkę od ostatniej 

wizyty Jordana. Miał rację mówiąc, że Katie jest jeszcze dzieckiem, ale czy 

potrzeby  dziecka  miałyby  być  najważniejsze?  Co  zrobić,  gdy  staną  w 

sprzeczności z jej własnymi pragnieniami?

Katie  wyglądała  bardzo  poważnie  w  swoje  niebieskiej  aksamitnej  su-

kience.  Stephanie  musiała  przyznać,  że  Jordan  nie  uznawał  półśrodków. 
Większości ojców sama sukienka wydawałaby się wystarczająca, natomiast 

Katie  wróciła do  domu  taszcząc jeszcze plisowaną halkę,  rajstopy, czarne 

background image

lakierki i dopasowane kolorem kokardy.

Stephanie powinna poczuć się dotknięta. Zawsze chciała ubierać córkę 

w ten sposób, ale nigdy nie było jej na to stać. Nie potrafiła jednak wykrze-

sać z siebie złości, widząc radość, z jaką dziewczynka przeglądała się w lu-

strze.

– Jestem śliczna – stwierdziła mała poważnie, jak gdyby dokonała epo-

kowego odkrycia.

– Jesteś, córeczko. Na pewno spodobasz się babci. – Zostawiła krygującą 

się przed lustrem dziewczynkę i zajęła się własną toaletą.

Kończyła właśnie czesanie, kiedy odezwał się dzwonek do drzwi. Wes-

tchnęła z ulgą. Przynajmniej tym razem Tony nie będzie czekał.

Katie wykonała przed Tonym piruet.

– Prawda, że jestem śliczna w nowej sukience?

– Widzę, że sklepy z ubraniami nie zbankrutują na razie. Co za dziwny 

pomysł kupować dziecku aksamitną sukienkę. Wyrośnie z niej, zanim bę-

dzie miała okazję kilka razy ją włożyć.

– Być może – zgodziła się sztywno Stephanie. Wyjęła z szafy swoje ze-

szłoroczne zimowe palto oraz białe futerko Katie.

– Nie do wiary – oczy Tony'ego o mało nie wyszły z orbit. – Dać ci tro-

chę pieniędzy i od razu wariujesz. Skóra mi cierpnie, kiedy sobie wyobrażę, 

co ci strzeli do głowy po jutrzejszej prowizji.

– Nie myśl więc o tym. To w końcu moje pieniądze.

– Ale tracić je na takie głupstwa...

– Kiedy  zaczniesz  płacić  za  ubrania  Katie  –  dobry  nastrój  Stephanie 

prysł  jak  bańka  mydlana  –  będziesz  miał  prawo  decydować,  co  powinna 

nosić. Na razie nic cię to nie powinno obchodzić. Idziemy?

Tony kilkakrotnie otwierał i zamykał usta jak wyjęta z wody ryba, ale 

nic nie odpowiedział.

Po raz pierwszy Stephanie zdała sobie sprawę, jak bardzo Tony nie zno-

sił Katie. Może to dlatego, że była córką Jordana, analizowała beznamiętnie. 

Nigdy nie spodziewała się, że będzie ją uwielbiał, mało który ojczym to po-
trafi. Czy Tony polubi jednak ich wspólne dziecko, jeśli będzie ono pochła-

niało tyle czasu, uwagi i pieniędzy?

– Co robi ten cholerny samochód na podjeździe twoich rodziców?

background image

– Proszę cię, Tony – Stephanie odruchowo przywołała go do porządku, 

ciągle  jeszcze  pogrążona  w  swych  myślach.  Dopiero  potem  dostrzegła 

błyszczącą srebrzyście sylwetkę lincolna i zmartwiała.

– Tatuś przyjechał! – krzyknęła uradowana Katie.

– Może wpadł na chwilę omówić coś z tatą – rzekła Stephanie niepew-

nie.

– To on nie umie telefonować? Dlaczego mi nie powiedziałaś, że też tu 

będzie? Co to ma być, narada familijna?

– Daj spokój, Tony. Nic nie wiedziałam. Pewnie przyszedł tylko złożyć 

życzenia.

Cały dom był przesiąknięty aromatem pieczonego indyka. Karl zauwa-

żył nadjeżdżający samochód i czekał w drzwiach na gości. W głębi dostrze-

gli Jordana, podnoszącego się na powitanie.

Zawsze  miał  nienaganne  maniery,  skonstatowała  Stephanie.  Ciekawe, 

gdzie się ich nauczył, skoro wychowywali go przypadkowi ludzie...

Karl, zajęty paltami, zapraszał wszystkich do środka. Najwyraźniej nie 

dostrzegał  nieprzyjaznych  spojrzeń,  jakie  wymienili  dwaj  mężczyźni,  nie 

umknęły  one  jednak  uwagi  córki.  Atmosfera  w  pokoju  ochłodziła  się 

znacznie.

Ciszę przerwała Katie.

– Mama  mówi,  że  nie  mogę  pytać  pierwsza,  czy  ładnie  wyglądam  –

zwierzyła się Jordanowi – musisz więc sam mi to powiedzieć.

– Jesteś nie tylko ładna, groszku – parsknął śmiechem Jordan. – Jesteś 

dziś przepiękna. – Mówiąc to, cały czas obserwował Stephanie: podziwiał 

nową suknię, świetliste miedziane włosy, by w końcu zatrzymać wzrok na 

jej twarzy. Ciepło tego spojrzenia przyprawiło ją o dreszcze, jak gdyby rap-
tem stanęła naga pośrodku salonu rodziców.

On robi to specjalnie, pomyślała. Chce, żebym się głupio poczuła.

– Pójdę pomóc mamie – rzuciła pospiesznie. 

Aby dojść do korytarza, musiała prześlizgnąć się obok Jordana. Usunął 

się, żeby ją przepuścić, i szepnął:

– Uciekasz, moja droga?

Nic nie  odpowiedziała.  Chyba rzeczywiście uciekała. Z  pewnością zo-

stawiła Tony'ego na pastwę losu. Będzie musiał radzić sobie sam.

background image

Anne pochylała się nad piecem, polewając indyka roztopionym masłem.

Wyprostowała się na powitanie córki. Pozdrowiła ją z radością w głosie, ale 

nie potrafiła ukryć napięcia, malującego się na twarzy. Stephanie, ignorując 

pozdrowienie, od razu przystąpiła do rzeczy.

– Co tutaj robi Jordan?

–  Wiesz,  jaki  jest  ojciec  –  Anne  odwróciła  z  zakłopotaniem  wzrok.  –

Zawsze mi mówił, że odpowiadają mu wszystkie moje pomysły. Zaprosi-

łam więc Tony'ego bez porozumienia z nim, a...

– ...a on zaprosił Jordana bez porozumienia z tobą.

– Właśnie.

– I teraz będziemy musieli znosić to przez cały dzień?
– Nie będzie tak źle – Anne próbowała wymyślić coś na pocieszenie. –

Indyk jest już prawie gotowy, zaraz potem będzie mecz...

– Tony nie znosi meczów.

– To niedobrze. Obawiałam się czegoś takiego – westchnęła Anne.

– Czy macie coś jeszcze do picia? – Karl wsunął głowę do kuchni.
– Tato, dlaczego zaprosiłeś Jordana? – spytała Stephanie, sięgając do lo-

dówki.

– Przykro byłoby, gdyby został sam. – Karl najwyraźniej nie podzielał 

obiekcji  córki.  –  Cała  radość  ze  świąt  polega  na  spędzaniu  ich  z  rodziną. 

Poza tym, wiesz, tu jest Katie... Pomyśl, jak ty byś się dziś czuła bez niej?

– Tato, on jest moim byłym mężem.

– O to właśnie chodzi – odpowiedział Karl, zadowolony, że go pojęła. –

Macie to już za sobą, dlaczego więc nie zostać przyjaciółmi? Ze względu na 

Katie, na mnie chociażby. To w końcu mój szef.

– Nie ja o tym decydowałam – stwierdziła kwaśno Stephanie.
Ojciec najwyraźniej nic nie rozumiał. Gdyby jednak udało się jej uświa-

domić  mu,  jaką  stworzył  sytuację,  zepsułaby  dzień  również  jemu.  Niech 

przynajmniej jedna osoba bawi się dobrze.

W jadalni Katie wgramoliła się na puste krzesło obok Jordana, nieświa-

domie korzystając z tego, że nikt nie miał ochoty zająć go wcześniej.

– Babciu, jestem głodna – oznajmiła.

– Uważaj, co robisz! – strofował ją Tony. – Nie rozlej soku, bo więcej nie 

dostaniesz.

background image

Niechęć, wyzierająca z bliźniaczych spojrzeń córki i ojca, wystarczyłaby 

każdemu, żeby zapaść się pod ziemię, ale Tony nic nie spostrzegł. Był zbyt 

pochłonięty przygotowaniami do posiłku.

– Indyk wygląda naprawdę wspaniale, pani Daniels – powiedział w za-

chwycie, starannie rozkładając na kolanach serwetkę.

Jordan  wstał  i  z  właściwą  mu  niewymuszoną  elegancją  przytrzymał 

krzesło Anne, pomagając jej zasiąść przy stole.

– Dziękuję, mój drogi – odwzajemniła mu się serdecznym uśmiechem.

– Odrobina  alkoholu  nie  zaszkodzi,  żeby  uczcić  mijający  rok  –  Karl 

ostrożnie uwalniał korek z butelki szampana. – W końcu, mamy mu wiele 

do zawdzięczenia.

Jeśli chodzi o ojca, to z pewnością ma rację, pomyślała Stephanie. Nowa 

praca bardzo  go odmieniła. Jego  chód odzyskał zwykłą sprężystość, oczy 

jarzyły  się  dawnym  blaskiem,  a  z  całej  postaci  biła  gotowość  sprostania 

wszystkim  wyzwaniom,  jakie  mógł  przynieść  każdy  nowy  dzień.  Nawet 

zmarszczki na twarzy wygładziły się nieco.

Poszukała wzroku Jordana, próbując przekazać mu niemą wdzięczność 

za to, że tak wydatnie pomógł ojcu odmłodnieć. W jego spojrzeniu dostrze-

gła jednak tylko spokój, chłód i obojętność.

Korek wystrzelił i Karl napełnił kieliszki. Wznosząc toast promieniał ra-

dością.

– Za nasze zdrowie, za szczęśliwy mijający rok i za następny, który jest 

przed nami.

Stephanie miała wątpliwości, czy mijający rok okazał się dla niej szczę-

śliwy, ale nie protestowała.

– I za Stephanie, dla której nadchodzą teraz wspaniałe czasy – dorzucił 

Tony.

– Dziękuję – odpowiedziała.

– Wypijmy też za zbliżający się ślub – Karl znalazł się z właściwym mu 

wyczuciem sytuacji. – Zdrowie Stephanie i Tony'ego, z życzeniami szczę-

ścia na przyszłość.

Stephanie usłyszała gwałtowny kaszel matki, kątem oka dostrzegła też 

promienny uśmiech Tony'ego, gotowego do spełnienia toastu. Wrażenia te 

docierały do niej z trudem, całą bowiem uwagę skupiła na Jordanie.

background image

Podniósł kieliszek, ponieważ odmawiając popełniłby nietakt. Jego cięż-

kie, utkwione w  nią spojrzenie  zdawało się  jednak mówić: Nic  nie zmusi 

mnie do wypicia za szczęście waszego małżeństwa.

Była pewna, że to z powodu Katie. Wystarczająco często utwierdzał ją 

w  tym  przekonaniu.  Miał  zresztą  rację.  Ślub  z  Tonym  oznaczałby  dla 

dziewczynki  najgorsze,  co  mogło  jej  się  zdarzyć.  Muszę  z  tym  skończyć, 
postanowiła. Muszę jak najszybciej uwolnić się od tego zobowiązania.

A może jednak nie tylko z powodu Katie? Wpatrując się w te zniewala-

jące  oczy  po  przeciwnej  stronie  stołu,  zdała  sobie  z  pełną  wyrazistością 

sprawę, że ciągle go kocha. Kochała go zawsze, zawsze też będzie go ko-

chać i żaden mężczyzna nie potrafi jej zastąpić Jordana.

Wszystkie uprawiane przez nią gry, wszystkie tłumaczenia, wszystkie 

argumenty  na  rzecz  poślubienia  Tony'ego,  które  tak  pewnie  wymieniała 

jednym tchem, okazały się nagle ponurym żartem. W ten sposób uciekała 

tylko od Jordana najdalej i najszybciej, jak tylko umiała, szukając schronie-

nia u kogoś najmniej do niego podobnego. Teraz jednak przestało to mieć 
sens, ponieważ nie mogła uciec od siebie samej.

Mój Boże, rozmarzyła się, jak cudownie byłoby siedzieć tu tylko z Jor-

danem i Katie, a po obiedzie wrócić we trójkę do domu...

Z porażającą jasnością uświadomiła sobie, że przecież miała już kiedyś i 

odrzuciła precz wszystko, czego pragnęła. Wszystko to przepadło, znikło, 
ponieważ nie zaufała mężczyźnie swego życia. Szkoda, że nie zrozumiała 

tego wcześniej. Szkoda, że nie przeczuła od razu, jak tylko go zobaczyła, że 

okaże się dla niej tak ważny.

–  Jeszcze  jeden  toast!  –  dopominała  się  rozbawiona  Katie,  ciągnąć

dziadka za rękaw.

Karl uśmiechnął się do niej i trącił swój kieliszek o wypełnioną sokiem 

szklaneczkę małej.

– Zdrowie Katie, naszej nadziei na przyszłość – powiedział uroczyście.

Dziewczynka pęczniała z dumy, kiedy wszyscy spełniali toast.

Twoje  zdrowie,  córeczko,  pomyślała  Stephanie.  Nauczyłaś  mnie  cier-

pliwości, miłości i dojrzałości. Teraz będziesz musiała mnie nauczyć wyba-

czania,  spokoju  ducha  i  pogodnego  znoszenia  tego,  co  przyniesie  jałowy 

los.

background image

– Wiesz, kochanie – zwrócił się Karl do Stephanie, krojąc parujące mięso 

– powinnaś teraz zdobyć licencję pośrednika. Tony ma rację. Otwierają się 

przed tobą wspaniałe czasy. Tylu nowych ludzi przyjedzie do miasta, mo-

głabyś więc...

Tony sięgał właśnie po łyżkę, żeby nabrać sobie sosu. Myśl o Stephanie 

jako pełnoprawnym pośredniku wstrząsnęła nim. Rzucił szybkie spojrzenie 
na Karla. Dłoń zadrżała mu i zahaczył rękawem o kieliszek, przewracając 

go z trzaskiem. Nie pozostało w nim wiele, ale i to wystarczyło, by popla-

mić  lniany  obrus.  Tony,  zaczerwieniony  po  uszy,  mamrotał  coś  przep-

raszająco.

Katie uniosła swoją szklaneczkę i popijając z gracją zauważyła uprzej-

mie:

– Tony, rozlałeś swego szampana. Nie dostaniesz więcej.

Spojrzenie, jakie Tony posłał dziewczynce, potwierdziło najgorsze oba-

wy Stephanie. Nawet Karl był zaskoczony jadem, który ono zawierało.

Tony nie jest niegodziwcem, broniła go w myślach. Wiele mu zawdzię-

cza, pomógł jej przecież bardzo w drodze do kariery. Czuła jednak, że jego 

surowość i nieugięte zasady szybko stłamsiłyby Katie i ją samą.

Z zaskoczeniem skonstatowała, że gdyby postąpili wedle jej woli, byliby 

po ślubie, na długo zanim Jordan pojawił się w mieście. Siedziałaby teraz 

tutaj przy stole, rozdarta pomiędzy dwoma mężami – byłym i aktualnym.

Rzeczywiście, winna mu jestem wdzięczność, nawet jeśli to przewrotny 

rodzaj  wdzięczności.  Dzięki  niemu  nie  będę  zmuszona  rozwodzić  się  po 

raz drugi.

Poszła  do  kuchni  pomóc  matce  w  zmywaniu.  Anne,  widząc  napiętą 

twarz  córki, próbowała  ją  rozpogodzić, powtarzając plotki  z  sąsiedztwa  i 
gawędząc niezmordowanie, mimo iż pogrążona w swych myślach Stepha-

nie odpowiadała jej tylko monosylabami.

Muszę to jak najszybciej zakończyć, zdecydowała w końcu. Dłużej tego 

nie wytrzymam.

Weszła  do  salonu.  Zamierzała  zabrać  Katie  do  domu  na  poobiednią 

drzemkę.  Zastała  ją  smacznie  śpiącą  w  objęciach  Jordana,  który  oglądał 

mecz.

– Czy sądzisz, że gdybym podniosła ją bardzo ostrożnie... – spytała, po-

background image

chylając się nad jego krzesłem.

– Po co? Tutaj jest jej całkiem wygodnie. O co chodzi? Tak bardzo spie-

szy ci się do domu?

Było jasne, co miał na myśli. Przypuszczał, że resztę świątecznego popo-

łudnia zamierza spędzić w łóżku. Niech tam, może myśleć, co mu się po-

doba. Nigdy się nie dowie, jak bardzo mylił się tym razem.

– Idź, jeśli chcesz – dodał, patrząc na ekran. – Przywiozę Katie później. 

Kilka godzin wam wystarczy?

– Wystarczy w zupełności – odburknęła.

Tony  był  w  bardzo  dobrym  humorze. Kiedy  jechali  przez  miasto,  po-

gwizdywał cicho jakąś melodyjkę i w końcu stwierdził:

– Football zawsze nudził mnie śmiertelnie. Nie rozumiem, co cywilizo-

wani ludzie widzą w tak brutalnej grze.

– Wyglądasz na zadowolonego z siebie – zauważyła Stephanie z sarka-

zmem.

– O, tak –  odrzekł zaskoczony, że może w  to wątpić. –  Jestem  bardzo 

rad. Chyba wywarłem dziś niezłe wrażenie na twoich rodzicach.

– Niewątpliwie  –  odrzekła  powściągliwie,  przypominając  sobie  plamę 

na obrusie.

– Ojciec, zdaje się, nawet mnie polubił. Naprawdę, nie sądziłem, że się 

do mnie tak łatwo przekonają. Nawet z Kendallem wyszło nieźle, że wpadł.

Stephanie milczała, aż dotarli do domu. Kiedy znaleźli się już w środku, 

zdjęła płaszcz, skrzyżowała ramiona i powiedziała:

– Nic z tego nie będzie, Tony.

– Nie rozumiem...

– Z  naszego  małżeństwa.  –  Zsunęła  pierścionek  zaręczynowy  z  palca. 

Próbując złagodzić brutalność swych słów, dodała: – Jesteś wspaniałym fa-

cetem, naprawdę, ale nie pasujemy do siebie.

– Ależ, Stephanie...

– Byłeś mi bardzo pomocny – nie pozwoliła mu przerwać – i chyba po-

myliłam wdzięczność z miłością. Nie, to też nie tak. Myślę, że kocham cię w 
pewien sposób, ale nie w taki...

– ...w jaki kochasz Jordana?

– Tamto jest już dawno skończone, Tony – jej głos załamał się.

background image

– Dlaczego więc...
– Ponieważ nie potrafię żyć tak, jak ty chciałbyś, żebym żyła, nie umiem 

też dostosować się do twych wymagań. – Jej słowa były bolesne, lecz szcze-

re.  Niełatwo  przychodziło  jej  mówić  o  tym,  ale  wolała  dopowiedzieć 

wszystko do końca. Lepiej od razu oczyścić ranę, żeby mogła się zagoić, niż 

jątrzyć ją niedomówieniami.

– Chciałem dla ciebie jak najlepiej, Stephanie. 

Słowa goryczy cisnęły się jej na usta, ale zdołała je powstrzymać. W za-

mian dodała łagodnie:

– Wiem,  że  miałeś  dobre  chęci.  Czasem  jednak  traktowałeś  mnie  jak 

dziewczynkę. Jestem dorosła i muszę sama decydować o sobie.

– Czy to naprawdę koniec? – spytał obracając machinalnie w dłoni pier-

ścionek.

Skinęła głową.

– Co teraz zrobisz?

– Chciałabym  dalej  sprzedawać  domy,  jeżeli...  jeżeli  mi  pozwolisz.  –

Przestraszyła się nagle. Co stanie się, gdy Tony odmówi? Jak zdoła utrzy-

mać Katie i siebie?

– Oczywiście. Po co zrywać owocną współpracę? – Uśmiechnął się nie-

pewnie  i  przez  chwilę  Stephanie  zwątpiła,  czy  postępuje  słusznie.  Wspo-

mniała  jednak wszystkie te  milczące waśnie,  które wiedli ze  sobą miesią-
cami.  Nie  mieli  zwyczaju  o  wszystko  wykłócać  się  otwarcie,  ale  zawsze 

dzieliło  ich  mnóstwo  drażniących  drobiazgów,  niewartych  gadania,  osa-

dzających się jednak na dnie duszy.

– Sama będę decydowała, jak wydawać zarobione pieniądze – zastrze-

gła się.

– Zawsze chciałem ci tylko...

– Dziękuję za  wszystko –  przerwała  mu,  zdecydowana nie  wracać  do 

dawnych sporów. – Zobaczymy się jutro w biurze.

– Oczywiście. – Westchnął przygnębiony, wziął swój kapelusz i pochylił 

się, by po raz ostatni ją pocałować.

W tym momencie drzwi wejściowe otworzyły się.

–  Babcia  dała  nam  mnóstwo  indyka  –  oznajmiła  Katie,  nadzwyczaj 

ostrożnie niosąc paczkę.

background image

Stephanie ledwie jej słuchała. Widziała tylko wściekłość na twarzy Jor-

dana, zdradzającą, że  ten niewinny pocałunek nie  uszedł  jego  uwagi  i  że 

wyciągnął zeń fałszywe wnioski.

Nie wyrzekł ani słowa. Znikł, zanim zdążyła dojść do siebie. Usłyszała 

za  moment  oddalający  się  ryk  silnika  lincolna.  Po  chwili  Tony  również 

opuścił  dom.  Stephanie  opadła na  podłogę pośrodku  salonu i  płakała,  aż 
zabrakło jej łez.

Biuro Tony'ego było zatłoczone do ostatnich granic. W nie ogrzewanych 

od lat murach Whiteoaks panował taki ziąb, że wszyscy przemarzliby do 
szpiku kości przed zakończeniem transakcji. Stephanie doskonale zdawała 

sobie  z  tego  sprawę,  ciągle  jednak  buntowała  się  wewnętrznie.  Było  coś 

wysoce niestosownego w fakcie, że losy tak imponującego domu decydo-

wały  się  w  mikroskopijnym  lokalu,  gdzie  połowę  zainteresowanych  mu-

siano upchnąć po kątach na stojąco.

Formalności przebiegały zgodnie z planem. Dopiero kiedy przekazano 

ostatni  czek i złożono ostatni podpis w wyznaczonym miejscu, Stephanie 

uświadomiła  sobie,  jak  bardzo cały  czas  była  zdenerwowana. Odetchnęła 

teraz swobodniej i uśmiechnęła się z satysfakcją do Tony'ego. Dopięli swe-

go tam, gdzie inni dawno już by się poddali, a czek w jego ręku oznaczał 
dla obojga zabezpieczenie na kilka miesięcy.

Obie strony były zadowolone. Sprzedający, że pozbyli się nareszcie kło-

potu. Nabywca, że ziściło się jego marzenie, choć cena tego marzenia mogła 

przyprawiać o zawrót głowy. Stephanie zastanawiała się przez chwilę, czy 

to  właśnie  gnębi w  tej  chwili  Jordana.  Spodziewała się wybuchu entuzja-
zmu, on zaś zdawał się nawet nie dostrzegać, że wszystkie żmudne stara-

nia, wszystkie podchody i intrygi dobiegły końca.

Tony natomiast był w lepszej formie, niż oczekiwała. W przewidywaniu 

jego błagalnych min czy możliwych próśb o ponowne rozważenie jej decy-

zji obmyśliła sobie nawet zręczną odpowiedź. On jednak wyglądał na cał-
kowicie rozluźnionego. Może też odczuwa ulgę, pomyślała niepewnie, że 

ich niefortunne narzeczeństwo wreszcie się rozpadło?

Hallie McDonald promieniała.

background image

– Będziesz musiał zaprosić nas wszystkich na pierwsze przyjęcie – mó-

wiła  kokieteryjnie  do  Jordana.  –  Chcemy  zobaczyć  Whiteoaks  w  jego  no-

wym blasku.

Beth  Anderson  także  była  obecna.  Ponieważ  załatwiła  własne  sprawy 

wcześniej, nie musiała asystować przy finalizowaniu transakcji. Miała jed-

nak swoje powody, żeby przyjść.

– Nie mogłam znieść niepewności – szepnęła Stephanie w tajemnicy – i 

zadręczać  się  w  domu,  czy  rzeczywiście  wszystko  idzie  tu  dobrze.  Przy-

szłam więc z mocnym postanowieniem, że połamię Hallie nogi, jeżeli spró-

buje się wycofać.

Wsparła się na ramieniu Tony'ego i odciągnęła go na bok.
– Przemyślałam ponownie decyzję o sprzedaży naszego domu i...

Stephanie nie usłyszała dalszego ciągu, ale mogła się go domyślić. Wy-

glądało na to, że Tony wywikła się z kłopotów. Odczuła znaczną ulgę. Mar-

twiła  się,  że  będzie  zmuszony  kupić  dom,  którego  nie  chciał.  Mógł  co 

prawda sam zrezygnować, ale postąpiłby wtedy nieetycznie.

Wzięła torebkę i skierowała się ku drzwiom. Doszła do wniosku, że nie 

ma potrzeby kręcić się tu dłużej i że może dać sobie wolne na resztę dnia. 

Jordan nie odezwał się do niej słowem przez cały czas, postanowiła więc się 

nie napraszać. Miała przecież swoją godność.

Była już w połowie drogi do samochodu, kiedy ją zawołał. Zatrzymała 

się, sztywniejąc zaskoczona. Zanim zdążyła się odwrócić, zbliżył się do niej. 

Z tymi włosami potarganymi na wietrze jest bardzo przystojny, stwierdziła 

i serce ścisnęło się jej na myśl, że kiedyś przecież należał do niej. A teraz, 

cóż, Hallie McDonald niedwuznacznie dała przed chwilą do zrozumienia, 

że spodziewa się widzieć Tashę jako gospodynię na pierwszym przyjęciu u 
Jordana. Co gorsza, mogła mieć rację.

– Stephanie... – zaczął i przesunął rękę po włosach gestem zakłopotania. 

– Wypełniłaś swoje zadanie nadzwyczajnie. Czeka cię teraz dużo roboty z 

moimi ludźmi. Zaczną się zjeżdżać po Bożym Narodzeniu i każdy zechce 

natychmiast gdzieś zamieszkać.

– Będę musiała zmobilizować się do pośpiechu – odpowiedziała ozięble.

– Wpadnę  po  Katie jutro  rano,  jak  zwykle  –  dodał  po  dłuższej  chwili 

milczenia.

background image

– Przygotuję ją na dziesiątą. – Wsiadła do samochodu. – Żegnaj, Jorda-

nie.

Było to coś więcej niż zwykłe pożegnanie z kimś, kogo niedługo znowu 

zobaczy.  Rozstawała  się  przecież  z  całą  epoką  swego  życia.  Jutro,  kiedy 

Jordan przyjedzie po Katie, będzie już dla niej tylko byłym mężem i nikim 

więcej.

Nigdy nikim więcej, pomyślała z determinacją. Wszystko, co było, mi-

nęło, odeszło w przeszłość.

Da sobie radę. Życie nie kończy się tylko dlatego, że jedna z jego dróg 

została zamknięta. Ma przecież Katie, ma jeszcze swą pracę i swój dom. To 

wystarczy. To będzie musiało wystarczyć, przestraszyła się raptem, ponie-
waż uświadomiła sobie, że nie ma innej możliwości.

Udało jej się uśmiechnąć swobodnie i skinąć dłonią na pożegnanie. Za-

nim ruszyła, obiecała sobie, że rozpłacze się dopiero w domu. Były to jed-

nak próżne obietnice.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Stephanie była w łazience, kiedy zadźwięczał telefon. Cholera, zaklęła, 

przynajmniej w sobotę powinno się mieć czas na miłą, niespieszną kąpiel.

– Tata dzwoni – zawiadomiła ją Katie przez uchylone drzwi. – Chce z 

tobą mówić.

Jordan! Na chwilę serce jej zamarło, lecz poskromiła swą nieoczekiwaną 

radość. Przez ostatnie dwa tygodnie od zakończenia transakcji widziała się 

z nim przelotnie kilka razy, gdy przyjeżdżał zabrać Katie. Zachowywał się 
wtedy uprzejmie, ale powściągliwie. Nie widziała więc powodu, żeby dziś 

miało być inaczej.

– Mogłaś mu powiedzieć, że cała jestem w szamponie – zawołała Ste-

phanie, lecz dziewczynka już znikła.

Spłukała więc włosy, owinęła je ręcznikiem włożyła szlafrok i udała się 

do pokoju. W tym czasie Katie zdążyła się wczołgać pod choinkę i buszo-

wała wśród paczek. Stephanie wyciągnęła ją stamtąd za nogi.

– Nie wolno grzebać w prezentach – skarciła małą i podniosła słuchaw-

kę.

– Wybacz  mi  –  przepraszał  Jordan.  –  Poinformowała  mnie,  że  się  ką-

piesz, ale pobiegła, zanim zdążyłem powiedzieć, że to nic pilnego, i więcej 

nie wróciła.

– Przegrałeś konkurencję z atrakcjami spod choinki.

– Zawsze wiedziałem, że nie zostanę jej wybrańcem na zawsze, miałem 

jednak nadzieję, że będę nim przynajmniej do czasu, aż odkryje chłopców. 
To  przykre  być  porzuconym  dla  marnego  drzewka.  Słuchaj,  dzwonię  z 

prośbą.

– Wyduś wreszcie, o co ci chodzi – niecierpliwiła się. Zmarzła trochę w 

cienkim szlafroku.

– Mam  tu  wszędzie pełno  robotników,  którzy  śpieszą  się, żeby  zrobić 

jak  najwięcej  przed pierwszym  śniegiem. Nie  mogę  wyjść. Czy  mogłabyś 

podrzucić Katie? Zwrócę ją wieczorem.

– Oczywiście, ale to potrawa. Nie jestem gotowa.

– Będę ci bardzo wdzięczny.

background image

– Zakładam, że Katie nie musi być elegancko ubrana...
– Ona czuje wielki pociąg do trocin – roześmiał się. – Tutaj jest ich peł-

no. W zeszłym tygodniu rozebraliśmy kuchnię i teraz zaczynamy ją prze-

budowywać.

Miał  taki  uradowany  głos,  stwierdziła  odkładając  słuchawkę.  Czy

sprawił  to nowy dom, czy może Tasha? Widziała ją parę  razy w mieście. 
Zdaje się, wróciła tu na dobre...

Postanowiła o tym nie myśleć. Ponownie wyciągnęła Katie spod choin-

ki, zagroziła, że przyniesie ze strychu jej niemowlęcy kojec i wsadzi ją do 

środka, po czym poszła się ubrać.

Miała nadzieję, że uda jej się rzucić okiem na zmiany wewnątrz domu. 

Przejeżdżała ostatnio kilkakrotnie obok Whiteoaks i zauważyła, że roboty 

posuwają się naprzód. Obluzowana jeszcze niedawno brama wjazdowa by-

ła wyprostowana, usunięto chwasty, starannie przycięto niektóre drzewa i 

krzewy. Większość prac na dworze musiała jednak poczekać do wiosny.

Z pracami w środku musiało być zupełnie inaczej. Witrażowe okna od 

razu  rozbłysły  nieskazitelnym  blaskiem,  symbolizując  pośpiech,  z  jakim 

Jordan  chciał  oddać  swój  zamek  do  użytku.  Widywała  też  zaparkowane 

furgonetki  hydraulika,  elektryka,  dekoratora  wnętrz.  Pewnego  razu  do-

strzegła  ciężarówkę  wyładowaną  dywanami.  Była  wtedy  tak  bardzo  cie-

kawa ich koloru, że aż musiała przywołać się do porządku. Nawet jeśli Jor-
dan  zechce  wyłożyć  sobie  podłogi  skórami  lamparta,  to  jego  sprawa.  Od 

tego czasu, dla własnego spokoju, starała się omijać to miejsce.

Dziś  było  inaczej.  Została  przecież  w  pewnym  sensie  zaproszona.  Co 

więcej, Jordan mógł chcieć pokazać jej dom w środku. W końcu, miała pra-

wo się tym interesować.

Kiedy  zatrzymywała  się  na  podjeździe,  stały  tam  samochody  robotni-

ków, ale poza tym nie widać było śladu życia. Katie podskakiwała z tyłu, 

na ile pozwalał jej pas bezpieczeństwa.

– Patrz, mamusiu. Tam jest kuchnia, tutaj zaraz jadalnia, a tutaj...

– Wiem, kochanie.
– Skąd? – zdziwiła się dziewczynka.

– Byłam tu kiedyś, zanim tatuś kupił ten dom.

– Tutaj, ten z dużymi oknami, to mój pokój.

background image

– Twój pokój? – wyrwało jej się pełne przerażenia pytanie, zanim zdoła-

ła je powstrzymać.

– Tak  –  skinęła  głową  Katie.  –  Tatuś  powiedział,  że  powinnam  mieć 

własny pokój, gdybym chciała zostać na noc.

– Rozumiem. – To brzmi nawet logicznie, pomyślała. Nie musi też ko-

niecznie oznaczać, że Jordan zamierza całkiem zabrać Katie do siebie.

– Popatrz, to są wszystkie nowe rzeczy do kuchni – dziewczynka wska-

zała na otwarte drzwi garażu.

– Rzeczywiście. Widzę tam nawet coś, co przypomina rower na dwóch 

kółkach – zauważyła oschle Stephanie.

– Tatuś  powiedział,  że  jeśli  nie  będę  zostawiać  go  na  podjeździe...  –

dziewczynka,  przygryzając  wargę,  spoglądała  badawczo  na  matkę,  jak 

gdyby odgadując rozmiar kłopotów, które ściągnęła na siebie.

– Mam nadzieję, że nie będziesz – odwróciła się i otworzyła tylne drzwi. 

– Zadzwonisz, a ja poczekam, aż wejdziesz do środka.

– Na razie – Katie ulokowała wilgotny pocałunek na policzku matki. –

Nie wpuszczaj Świętego Mikołaja beze mnie!

I tyle zostało z jej nadziei na zobaczenie postępu robót! Mogła co praw-

da podejść z córką do drzwi i wprosić się do środka, ale duma jej nie po-

zwalała. Zobaczyła jeszcze, jak Katie wspina się na paluszkach do dzwonka 

i jak Jordan otwiera drzwi. Odpowiedziała na jego zdawkowe pozdrowie-
nie ręką, a potem wycofała samochód na ulicę. Wiedziała, że nie powinna

być zazdrosna o córkę. Zrobiło jej się jednak przykro na myśl, że gdy ze-

chce zobaczyć Whiteoaks, będzie najpewniej musiała wykupić bilet na naj-

bliższe dobroczynne zwiedzanie.

Śnieg zaczął padać po południu. Zaskoczył Stephanie w mieście, kiedy 

korzystając z nieobecności Katie robiła końcowe zakupy na Gwiazdkę. Te 

ostatnie  prezenty  zawsze  były  najtrudniejsze  do  znalezienia.  Ojciec,  na 

przykład, miał już wszystko, czego mógł chcieć. Przemierzała więc dział z 

męskimi ubraniami w nadziei, że coś jej wpadnie w oko.

I wtedy zobaczyła sweter. Był ciemnobłękitny jak tropikalna zatoka, jak 

oczy Jordana. Bez jakiegokolwiek zamiaru dotknęła palcem delikatnej weł-

ny. Nie pomyślała nawet do tej pory, żeby i jemu kupić prezent. On jednak 

z  pewnością nie zapomniał o Katie.  Dziewczynka musi mieć więc coś, co 

background image

mogłaby mu podarować.

Dała  sweter do zapakowania i dołożyła go do  stosu innych zakupów, 

zanim  zdążyłaby  się  rozmyślić.  Co  za  głupota  z  mojej  strony,  wyrzucała 

sobie w drodze powrotnej. To nic, pocieszyła się zaraz potem, jeśli w ostat-

niej chwili zmienię zamiar, zawsze będę mogła go zwrócić.

Natychmiast jednak po wejściu do domu położyła kolorową paczuszkę 

pod choinką. Błyszczące opakowanie przyciągało uwagę i nie dawało spo-

koju. Spójrz prawdzie w oczy, zdawało się mówić, nie kupiłaś tego swetra 

ze względu na Katie. Przyznaj lepiej, że w ten sposób chciałaś przywłasz-

czyć sobie część jego Gwiazdki.

Nastawiła wodę na herbatę, przebrała się po domowemu i zaczęła snuć 

plany  na  najbliższą przyszłość. Po  raz  pierwszy  od  lat mogła  sobie  na to 

pozwolić. Będzie oczywiście dalej mieszkała w swoim domku. Trzeba więc 

zdecydować się nareszcie na zmywarkę do naczyń i nowy dywan do poko-

ju Katie. Może nawet uda się tanim kosztem urządzić dodatkowy pokój na 

poddaszu. Tak bardzo potrzebowały więcej miejsca, a prowizja za Whiteo-
aks umożliwiała im tę odrobinę luksusu.

Było już późno, kiedy światła lincolna prześlizgnęły się po oknach. Ste-

phanie  szkicowała  właśnie  plany  nowego  pokoju,  poszła  więc  otworzyć, 

trzymając jeszcze ołówek w ustach.

Katie wpadła jak burza, trajkocząc o postępie robót w kuchni.
– Daj spokój, groszku – uspokajał ją ojciec. – Kuchnia nic mamę nie ob-

chodzi. – Spojrzał zdziwiony na Stephanie. – Zawsze myślałem, że tańczy 

się z różą w zębach, nie z ołówkiem.

– To prawie na jedno wychodzi – Stephanie nie miała ochoty do żartów. 

– Jak więc idzie ci z kuchnią?

– Naprawdę cię to interesuje?

– Oczywiście. Sama myślę o przeróbkach u siebie.

– Czyli zostajesz tutaj?

– Tak – starała się nadać swemu głosowi możliwie obojętny ton. – Po-

nieważ w końcu nie wychodzę za mąż, nie ma sensu się przeprowadzać. –
Skinął głową w sposób, który pozwalał się domyślać, że wiedział o zerwa-

nych zaręczynach i że niewiele go to obeszło.

– Mamusiu, co jest w tej nowej paczce? – Katie znowu wczołgała się pod 

background image

choinkę.

– Katie, nie grzeb tam, proszę cię.

– W tej błyszczącej? Dla kogo to?

Stephanie spojrzała na barwne pudełko. Jeszcze go nie podpisała, jesz-

cze  miała  szansę  je  zwrócić.  Czy  jednak  mały,  niezobowiązujący  prezent 

może komuś zaszkodzić?

– Jordanie, czy ubierasz u siebie choinkę?

– Prawdopodobnie tak, jeżeli robotnicy skończą wszystko w terminie.

– Będziesz więc mógł położyć pod nią coś od Katie – sięgnęła po kolo-

rową paczkę.

Katie ostrożnie wycofała się spod drzewka i spytała z niewinną miną:
– Co ja mu dałam?

Stephanie  starała się ukryć rumieniec zakłopotania, ogarniający jej po-

liczki, ale nie dała rady. Można się było tego spodziewać, pomyślała. Katie, 

ze swym brakiem taktu, zawsze umiała ją zdemaskować.

Jordan zachował powagę. Ważąc prezent w ręce, rzekł ze spokojem:
– Jestem przekonany, że mała okazała dobry gust. Dziękuję ci, Katie... 

dziękuję wam obu.

Stephanie zamierzała mu wyjaśnić, że nie spodziewa się niczego w za-

mian, że chciała tylko, by dziewczynka miała coś dla niego, ale najwyraź-

niej nie było potrzeby. Odczytał to w jej oczach i uśmiechnął się. Tak ser-
deczny, poruszający do głębi uśmiech nieczęsto zdarzało jej się ostatnio wi-

dzieć u niego.

– Słuchaj – powiedział nagle z ożywieniem – mógłbym godzinami opo-

wiadać ci o tej kuchni, rysować projekty, ale zawsze lepiej byłoby ją zoba-

czyć. Może wpadniemy tam, żebyś obejrzała wszystko na własne oczy?

– Jordanie,  to  nie  jest  konieczne  –  oczy  Stephanie  błyszczały  zadając 

kłam jej słowom. – Tyle kłopotu dla ciebie...

– Chcesz więc, czy nie?

– Chciałabym, ale...

– To uczesz się trochę i jedziemy. 
Zabrzmiało to, jakby mówił do Katie. Poszła się uczesać. Potem, czując 

się  niewymownie  głupio,  zmieniła  swobodny  domowy  strój  na  bardziej 

kobiecy. Jordanowi z pewnością było obojętne, jak się prezentowała, jej jed-

background image

nak nie, poprawiła więc jeszcze makijaż.

– Ładnie wyglądasz, mamusiu – zauważyła natychmiast Katie. Siedziała 

teraz pośrodku salonu, gotowa do drogi, ze swoją szmacianą lalką i kołder-

ką w ramionach.

– Dziękuję, kochanie.

– Bardzo ładnie – potwierdził Jordan opinię córki.
– Czy  koniecznie  musisz  taszczyć  to  wszystko  ze  sobą?  –  Stephanie, 

zmieszana komplementem, pochyliła się nad dziewczynką, walcząc z guzi-

kami jej futerka.

– Jedziemy przecież tylko na chwilę.

– To żaden kłopot – wstawił się Jordan za córką.
– Dobrze,  ale  jeśli  ona  zapomni  zabrać  kołderkę  z  powrotem,  ty  ją 

przywieziesz, żeby miała pod czym spać.

– Nie zapomni – zapewnił.

– Jedźmy więc – ponieważ było za późno, żeby się wycofać, Stephanie 

zaczęła się teraz niecierpliwić.

– Mogę wziąć mój samochód – zaofiarowała się. – Nie będziesz musiał 

nas odwozić.

– Nie ma sensu jechać w dwa samochody, kiedy jest tak ślisko – zaopo-

nował Jordan. Byli  już na  dworze i  jego ciemne włosy  zasrebrzyły się  od 

płatków śniegu.

Nie mogła dłużej się spierać, wsiedli więc razem do lincolna i ruszyli. 

Jezdnia była gładka jak szklanka, ale doskonały samochód radził sobie bez 

trudu.

– Nie wybrałeś najkrótszej trasy – zwróciła uwagę Stephanie.

– To zależy, dokąd się jedzie – odparł wymijająco. Po chwili zaparkował 

na podjeździe rodziców. Rzucił pośpiesznie, zanim zdążyła się zdziwić: –

Jest późno, a Katie miała wyczerpujący dzień. Zadzwoniłem więc do mojej 

matki z prośbą, żeby zajęła się nią przez jakiś czas. – Kiedy był już z Katie 

w połowie ścieżki do domu, osłupiała Stephanie ciągle jeszcze stała bez ru-

chu.

– Nie można obejrzeć twojej kuchni razem z Katie? – zapytała, kiedy ru-

szyli dalej.

– To nie takie proste, słowo daję. – Śnieg padał coraz gęstszy, skrząc się 

background image

w  świetle ulicznych latarni. – Musimy też uzgodnić inne  sprawy i wolał-
bym, żeby ona tego nie słyszała.

Mówił tonem nie dopuszczającym sprzeciwu. O jakie sprawy mu cho-

dzi,  zastanawiała  się  zaniepokojona.  Czy  przypadkiem  nie  o  to,  gdzie 

dziewczynka  ma  mieszkać?  Nie  odezwała  się  jednak  do  czasu,  aż  samo-

chód bezpiecznie dotarł na miejsce.

– Jakie sprawy? – spytała wówczas spokojnie.

– Zmieniłem testament, jak tylko dowiedziałem się o Katie. Teraz, gdy-

by coś mi się stało, będzie ona najbogatszą czterolatką w mieście. Ale to nie 

jest idealna sytuacja... – zawahał się i otwierając drzwi zmienił temat: – Oto 

słynna kuchnia. Na razie wszystko trzeba sobie jeszcze wyobrazić.

Stephanie miała wyobraźnię. Wystarczyło jej przymknąć oczy, żeby uj-

rzeć, jak pomieszczenie będzie wyglądało w przyszłości. Teraz oczywiście 

podłoga była goła, w kątach leżały sterty trocin, poniewierały się deski, ru-

ry  i  przewody  elektryczne.  Część  szafek  była  już  zawieszona,  ożywiając 

nieco wnętrze soczystym blaskiem dębowego drewna.

– Przypomina z grubsza kuchnię u Andersonów – powiedziała wresz-

cie.

– Może masz rację – potwierdził niefrasobliwie.

– Oczywiście, ta będzie ładniejsza. – Przesunęła dłonią po kafelkach nad 

zlewem: – Są śliczne.

Jak wspaniale byłoby tutaj gotować, rozmarzyła się, mając tyle światła 

wlewającego się przez okna. Pomalowałabym ściany na żółto i... Zreflekto-

wała się. Tasha może je sobie malować, jak zechce.

– Chcesz zobaczyć resztę domu?

Skinęła głową. Poprowadził ją długim korytarzem. Uderzyła ją zmiana 

atmosfery.  Dom,  który  do  niedawna  był  stary,  zimny  i  opuszczony,  ożył 

nagle wraz z wniesionym tu ciepłem i ruchem, odmłodniał w obliczu cze-

kających go nowych zadań.

Weszli  do  gabinetu  i  stopy  Stephanie  zanurzyły  się  w  miękkości  kre-

mowego dywanu. Spojrzała nań pytająco.

– Bardzo sugestywnie wtedy mówiłaś – wyjaśnił niepewnie.

Rozglądała  się  dalej  ciekawie.  Mało  było  tu  mebli,  brakowało  zasłon, 

żadnych  osobistych  przedmiotów.  Jeżeli  jego  projektant  wnętrz  zdziałał 

background image

tylko tyle, to nie wysilił się zbytnio.

– Nie jest tu jeszcze skończone – usprawiedliwiał się. – Nie było sensu 

robić  więcej  ze  względu  na  pył.  Próbowaliśmy  odizolować  kuchnię,  ale  i 

tak się kurzyło.

– Trochę tu goło – stwierdziła Stephanie.

– To prawda. Potrzebuję nieco... odrobinę kobiecej rady – z wysiłkiem 

dobierał słowa. – Bardzo trudno urządzić dom dla kogoś, kto...

Dobrze, że nie widział w  tej chwili jej twarzy. A więc to jest ta druga 

sprawa, o której chciał z nią mówić! Może to nawet w porządku, pomyślała, 

że chce najpierw powiadomić byłą żonę, zanim publicznie ogłosi swe pla-

ny. Nie stwierdził wprawdzie wyraźnie, że ma zamiar poślubić Tashę, ale 
to właśnie z pewnością miał na myśli. Tak czy inaczej, nic jej to nie powin-

no obchodzić.

– Zdaje się, że Katie ma tu swój pokój – zmieniła na wszelki wypadek 

temat.

– To dawny pokój dziecinny na górze. Mam nadzieję, że się nie sprze-

ciwisz.

– Na  pewno  będzie  potrzebowała  zdrzemnąć  się  od  czasu  do  czasu. 

Mogę go zobaczyć?

Pomieszczenie przypominało krainę czarów. Dywan był gruby i miękki, 

w sam raz, żeby ogrzać bose stopy. Na ścianie wymalowano postaci boha-
terów różnych filmów rysunkowych, dokładnie tak jak w ich własnym do-

mu.

– Chciała mieć wszystko tak jak u siebie – tłumaczył Jordan. – Ustąpiła 

tylko przy dywanie.

Stephanie  nie  mogła  się  nie  uśmiechnąć.  Było  to  bardzo  do  małej  po-

dobne. Przypomniała sobie dzień, w którym dziewczynka nie zgodziła się 

na nowy pokój w domu Andersonów.

– Nie ma tu łóżka – zauważyła.

– Jeszcze nie ma. Nie znalazłem dotąd takiego, które by zaaprobowała.

– Może nie być łatwo, ponieważ tamto zrobił dla niej dziadek.
– Spodziewałem się czegoś takiego. Nie rezygnuję jednak.

– Bardzo ładnie z twojej strony, że zadajesz sobie tyle trudu, by czuła się 

tu jak w domu.

background image

– Wcale nie chcę, żeby się czuła jak w domu – odrzekł szybko ostrym, 

nienaturalnym głosem. – Ani trochę. Chcę, żeby to był jej dom!

Stephanie zamarła w przestrachu. W końcu musiało to nadejść. Zebrała 

wszystkie swe siły i powiedziała spokojnie:

–  Wiem,  że  źle  postąpiłam,  nie  mówiąc  ci  o  niej.  Rozumiem  też,  że 

chcesz mieć większy udział w jej życiu. Sądzę nawet, że mogłaby tu zosta-
wać na weekendy bądź przy innych okazjach. Poza tym...

– Stephanie, to nie wystarczy.

– Będzie musiało wystarczyć, ponieważ nic więcej nie jest możliwe.

– Słuchaj, myślę jednak, że taka możliwość istnieje. Czy chcesz oglądać 

dalej?

Kiedy szła w stronę głównej sypialni, drżała nieco, i to zarówno z po-

wodu jego słów, jak z obawy przed tym, co mogła tam ujrzeć. Chyba jed-

nak nie zaprosiłby jej, gdyby wszędzie poniewierały się rzeczy Tashy. Na-

wet jeśli ta kobieta sypia tutaj, raczej nie podtykałby Stephanie pod nos nie-

zbitych dowodów...

Pokój  był  urządzony  prosto  i  w  dobrym  guście.  Dwa  obite  błękitnym 

aksamitem  fotele  stały  przy  oknie,  pomiędzy  nimi  lampa.  Przed  komin-

kiem, na którym pełgały jeszcze płomyki dogasającego ognia, leżał olbrzy-

mi biały futrzak...

Dawno wypowiedziane słowa odbiły się echem w jej pamięci: „leżeć tak 

na dywanie nie opodal buzującego ognia i kochać się w mroźną noc...”

To nie fair, oburzyła się. Nie powinnam była tego oglądać wiedząc, że 

to właśnie Tasha będzie tutaj z nim sypiać... Muszę stąd wyjść jak najszyb-

ciej.

Z  pośpiechu  zwróciła  się  niezręcznie w  stronę  drzwi  i  dopiero  wtedy 

naprawdę  dostrzegła  łóżko.  Jego  mosiężna  przednia  poręcz  o  zawiłych, 

tworzących skomplikowany wzór krzywiznach, sięgała niemal sufitu. Tyl-

na poręcz była wykonana równie kunsztownie.

Widziałam  już  kiedyś  to  łóżko,  przypomniała  sobie.  Stało  na  strychu, 

pokryte farbą...

Łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Cholera,  pomyślała,  ono  należy  do  niego, 

może z nim uczynić, co tylko zechce. Ale po co przyprowadził mnie tutaj? 

Żeby się pochwalić? Żeby sprawić mi przyjemność i pokazać, że posłuchał 

background image

mojej rady?

– Jest śliczne – mówiąc to, spróbowała niepostrzeżenie obetrzeć oczy.

On jednak dostrzegł.

– Stephanie, nie płacz. Proszę cię, nie płacz. – Objął ją delikatnie i scało-

wał łzę.

– Nie rań mnie więc – odrzekła łamiącym się głosem. – Nie wyrządzaj 

mi przykrości.

– Chyba nic nie mogę na to poradzić. 

Przywarła do niego mocno. Obejmował ją, aż przeszło najgorsze.

– Przepraszam – wyszeptała. – Nie wiem, co się ze mną dzieje.

– Stephanie,  czy  jest  jakakolwiek  szansa...  –  spytał  po  krótkiej  chwili 

milczenia.

– Że  pozwolę  ci  zabrać  Katie?  Nigdy!  –  odparła  z  nagłym  błyskiem 

gniewu.

Wpatrywał  się  w  nią  długo  i  intensywnie.  Nagle  pocałował  ją  z  nie-

zdarną niecierpliwością i jeszcze raz, delikatniej. Próbowała się opierać, lecz 
nie rozluźnił uścisku, tłumiąc słowa jej protestu spragnionymi ustami. – Ci-

cho! – rozkazał. Wplótł palce w jej włosy i tulił ją tak mocno, że nie mogła 

się wyswobodzić.

Szybko przestała walczyć. Hipnotyczna moc pocałunku oszołomiła ją i 

obezwładniła,  sprawiła, że zapragnęła  na zawsze  pozostać  w  jego  ramio-
nach, stać się jego częścią, nigdy go nie opuścić. Cierpienie, tłumione pod-

czas długich lat rozłąki, wzmogło się. Rany, które zadali sobie wzajemnie, 

zostawiły piekące blizny, pragnęła więc tulić się do niego i uśmierzyć ból w 

jedyny znany im sposób.

– Stephanie – wyszeptał i objął ją ciaśniej. Nic nie pozostało z uprzedniej 

brutalności,  kiedy  jego  dłoń  błądziła  w  jej  włosach,  wzdłuż  ramion,  aby 

wreszcie  otoczyć  biodro  i  przyciągnąć  ją  tak  blisko,  że  ciepło  jego  ciała 

zdawało się przenikać na wskroś.

Wszystko mi jedno, myślała Stephanie. Wszystko jedno, co stanie się ju-

tro, dopóki mogę być z nim dzisiaj. Sięgnęła po omacku do guzików jego 
koszuli, a palce jej drżały, kiedy usiłowała je odpiąć.

Westchnął, uniósł ją raptownie i położył na łóżku. Byli siebie spragnieni 

w  sposób  niemożliwy do  opisania słowami. Tylko  ciała potrafiły  wyrazić 

background image

ich tęsknotę.

Ostatni guzik ustąpił i Jordan odrzucił koszulę.

– Boże – rzekła drżącym głosem – już zapomniałam, jak jesteś piękny.

– Piękny? – zapytał bez tchu.

Skinęła głową i wyszeptała, nie całkiem świadoma swych słów:

– Kochaj mnie dziś, Jordanie. Dam ci wszystko, co zechcesz. Nie potrafię 

ci się oprzeć... Nigdy nie potrafiłam...

Przez moment leżał spokojnie, ciągle wtulony w jej piersi, tuż przy ko-

ronce stanika. Potem odsunął się.

– Jordan? – spytała.

Siedział na brzegu łóżka, z twarzą ukrytą w dłoniach:
– Nie potrafię tego zrobić – odpowiedział szorstkim, schrypniętym gło-

sem. – Sprowadziłem cię tutaj, żeby cię uwieść. Zaplanowałem, tak, z zim-

ną krwią zaplanowałem, jak pójść z tobą do łóżka. Ale teraz nie potrafię po-

sunąć się dalej.

W jej głowie rozdzwonił się  dzwoneczek,  którego pulsujące uderzenia 

zdawały się wołać: Oszalałaś? OSZALAŁAŚ?

Chciała  obrzucić  go  przekleństwami.  Chciała  tłuc  pięściami.  Chciała 

uciec i już nigdy, przenigdy go nie zobaczyć.

Rozdygotanymi palcami zapięła bluzkę, wsunęła w spódnicę i spytała:

– Odwieziesz mnie teraz do domu? – Jej głos brzmiał nierówno i łamał 

się.

Nie słyszał jej. Siedząc, jak przedtem, na brzegu łóżka, rozpoczął:

– Widzisz, Stephanie, to jest tak. Ja zawsze wygrywałem nasze spory –

w łóżku. Tym razem musi być inaczej. W łóżku nie możemy rozwiązać na-

szego problemu.  A jeśli  go  nie  rozwiążemy,  nie mamy  żadnych  szans  na
przyszłość.

– Przyszłość? – spytała niepewnie. – Dla nas? Chyba żartujesz?

– Nie prosiłem cię, byś oddała mi Katie – spojrzał na nią z napięciem. –

Chcę, byście obie zamieszkały tutaj. W Witheoaks.

Jej oszołomiony umysł potrzebował dobrej chwili, by pojąć to, co usły-

szała. Dopiero wtedy popatrzyła nań zdumiona.

– Chcesz, żebym tu zamieszkała? Z tobą?

– Chcę – odpowiedział porywczo.

background image

Ciągle nie mogła uwierzyć. To musi być jakaś gra, głowiła się. Przecież 

dopiero co ofiarowała mu wszystko, a on odprawił ją z kwitkiem, niezdol-

ny  kochać  się  z  nią mimo  wszystkich starannie  przygotowanych planów. 

Nie  potrafiłaby  z  nim być  bez  tego  poczucia  fizycznej  bliskości, które  ich 

niegdyś łączyło.

– Nie, Jordanie – zaczęła, starannie dobierając argumenty. – Rozumiem 

wszystko, ale...

– Nie, nie rozumiesz, do cholery. Przez wszystkie lata, od  kiedy mnie 

rzuciłaś...

– To ty mnie rzuciłeś, Jordanie – sprostowała urażona.

– Chciałem po ciebie wrócić. Chciałem ci powiedzieć, że nie wytrzymuję 

tej idiotycznej sytuacji, że przecież jesteś moją żoną i twoje miejsce jest przy 

mnie. Wtedy właśnie przyszedł pozew rozwodowy.

– Sądziłam, że odszedłeś na dobre, trzeba więc było tak to zakończyć.

– Przez  jakiś  czas  też  tak  uważałem.  Próbowałem  zapomnieć  o  tobie, 

udawać, że nigdy cię nie było. Miewałem inne kobiety, nie przeczę. Zawsze 
jednak, kiedy byłem z którąś z nich, myślałem tylko o tobie. Zawsze czu-

łem, jakbyś stała gdzieś z boku, jakbyś prześladowała mnie swoją mglistą 

obecnością.

Stephanie natychmiast przywołała wszystkie te chwile, kiedy całowała 

Tony'ego, mając przed oczami Jordana.

– Potem przyjechałem tutaj i spotkałem cię znowu. Co gorsza, okazałaś 

się taka sama, jaką cię pamiętałem. Miałem nadzieję, że może zbrzydniesz, 

może staniesz się odstręczająca i kłótliwa. Nic z tego. Jeśli się zmieniłaś, to 

na  lepsze.  Sądziłem,  że  to  dzięki  Tony'emu  nabrałaś  łagodności  i  ciepła. 

Nienawidziłem go, ponieważ udało mu się uczynić z tobą coś, czego ja nie 
potrafiłem. Kochając cię tak mocno, pobudzałem cię tylko do gniewu, histe-

rii i zawziętości.

– Bałam  się  ciebie.  Tego  pierwszego  wieczoru,  kiedy  byłeś  tak  wście-

kły...

– Tony obejmował cię wtedy jak swoją własność – przypomniał. – Mia-

łaś wyjść za niego. Zabolało mnie, że tak łatwo przekreśliłaś to, co nas łą-

czyło. Potem dowiedziałem się o Katie...

– Nie musisz się poświęcać ze względu na nią. To nic nie da. Nigdy jej 

background image

nie opuszczę. Będę walczyć o nią do upadłego...

– Ty  naprawdę  myślisz,  że  chodzi  mi  tylko  o  Katie?  Gdyby  tak  było, 

wziąłbym cię przed chwilą bez wahania i z przyjemnością. Nie możesz tego 

zrozumieć? Stephanie, zależy mi przede wszystkim na tobie.

– Ciągle  powtarzałeś  mi  co  innego  –  poczuła  się  słabo  i  zapragnęła 

usiąść,  lecz  zrezygnowała  w  obawie,  że  nie  przejdzie  tych  kilku  kroków 
dzielących ją od krzesła.

– Sam chciałem utwierdzić się w tym przekonaniu. Wmawiałem sobie, 

że nic mnie nie obchodzisz. Dopiero kiedy zachorowałaś, miałaś czerwony 

nos, chrypiałaś i wyglądałaś okropnie, dopiero wtedy przekonałem się, że 

dla mnie jesteś najpiękniejsza na świecie.

– Zgodziłeś się jednak na rozwód – mówiła nieswoim głosem.

– Adwokaci kosztują majątek. Byłem wtedy bez grosza, ledwie wiąza-

łem koniec z końcem. Kiedy zaczęły pojawiać się pieniądze, okazało się za 

późno,  nie  było  o  co  walczyć.  Przecież nawet  nie  powiadomiłaś mnie,  że 

złożyłaś pozew. Te papiery przyszły do mnie pocztą.

– Teraz Katie sprawiła, że zmieniłeś zdanie – powiedziała z goryczą.

– Kiedy kupowałem zakłady McDonalda, nic nie wiedziałem o Katie.

– Musiałeś być wstrząśnięty naszym spotkaniem w klubie.

– Nie całkiem. To miasto jest dobrym miejscem dla rozwinięcia mojego 

interesu, ale podobnych mogłem znaleźć więcej. Wybrałem je ze względu 
na ciebie. Nie spodziewałem się wprawdzie zastać cię w klubie, ale miałem 

zamiar  odszukać  twoich  rodziców  i  dowiedzieć  się,  co  się  z  tobą  dzieje. 

Wiadomość, że mieszkasz tutaj, była tylko dodatkową premią.

– A Tasha?

– Wyjeżdża  po  świętach,  dzięki  Bogu.  –  Uśmiechnął się  i  odgarnął  jej 

włosy opadające na policzek.

– To ty jej... nie kochasz?

– Jakże mógłbym, kiedy wszedł mi w paradę pewien ognisty rudzielec? 

Pamiętasz, co deklamowałaś podczas naszego ślubu? – Uroczystym głosem 

zacytował: – „Wstanę a obieżę miasto: po ulicach i po rynkach szukać będą 
tego, którego miłuje dusza moja...”

Przemknęła oczy, wsłuchana w echo dawno minionej przeszłości.

–  Myślałaś  tak  wówczas  naprawdę,  czy  były  to  tylko  puste  słowa?  Ja 

background image

ciebie  szukałem,  Stephanie.  Nie  Katie,  lecz  ciebie.  Teraz  wszystko  jest  w 
twoich rękach. Spróbujemy jeszcze raz, czy rozstaniemy się na zawsze?

– Czemu  pytasz  dopiero  teraz,  a  nie  od  razu,  kiedy  zwróciłam  Ton-

y'emu pierścionek?

– Chciałem mieć dom, do którego mógłbym cię wprowadzić, a nie roz-

padającą się ruinę. Chciałem, byś zobaczyła, co teraz potrafię ci ofiarować.

Otarła dłonią wilgotny policzek i słuchała dalej.

– Dziś jednak nie mogłem się powstrzymać. Muszę wiedzieć. Więc jak, 

Stephanie?

– Marzyłam, żebyś do mnie wrócił – mówiła z  trudem, gdyż  głos od-

mawiał jej posłuszeństwa. – Jednocześnie zależało mi, żebyś wziął całą wi-
nę na siebie. Przykro mi teraz, że byłam taka uparta, samolubna i wyniosła.

Objął ją mocno. Tulili się gorączkowo do siebie, spragnieni nie tyle ero-

tycznej bliskości, ile zwykłego ludzkiego ciepła.

– Chcę znowu spróbować, Jordanie – wyszeptała cicho.

Mało  brakowało,  byśmy  oboje  przepadli  przez  nasz  dziecięcy  upór, 

pomyślała z pokorą. Teraz, kiedy dojrzeliśmy, dana jest nam rzadka szansa 

zaczynania  jeszcze  raz.  Błędy  młodości  sprawiły,  że  staliśmy  się  starsi  i 

mądrzejsi.  Nigdy  nie  spuszczę  oka  z  tego  człowieka.  Nie,  poprawiła  się, 

pozwolę  mu  czuć  się  wolnym,  ponieważ  umiem  nie  tylko  kochać,  ale  i 

ufać...

– Nie chciałbym o tym wspominać – odezwał się, głaszcząc jej włosy –

ale jestem tylko słabym człowiekiem, więc jeśli nie masz zamiaru kochać się 

dziś ze mną, lepiej przenieś się do innego pokoju. To poważne ostrzeżenie, 

pierwsze i ostatnie, jakiego ci udzielam.

– Nie jesteśmy przecież małżeństwem, jak wiesz.
– Rozwód jest czysto techniczną przeszkodą, łatwą do pokonania. Jeśli o 

mnie chodzi, Stephanie Kendall, nigdy nie przestałaś być moją żoną.

Blask jego  oczu zapierał  jej dech w piersiach.  Długo dobierała słowa i 

przygotowywała się, żeby je wypowiedzieć:

– Jest późno – rzekła z żalem, nie ruszając głowy z jego ramienia. – Le-

piej odbierzmy Katie, zanim mama zacznie nas szukać przez policję.

– Katie  zostaje  przecież  na  noc.  –  Przytknął  policzek  do  jej  włosów  i 

uśmiechał się figlarnie.

background image

– Kiedy to załatwiłeś?
– Od razu, gdy zadzwoniłem do twojej matki.

– Ty rzeczywiście wszystko zaplanowałeś, prawda?

Odsunęła się na tyle tylko, by widzieć jego twarz.

– A ona ci pomogła.

–  Powiedzmy,  że  już  kilka  tygodni  temu  rozmawiałem  z  nią,  snując 

różne przypuszczenia – potwierdził z tym samym uśmiechem, przyciągając 

ją znów do siebie. – Wiesz, cały dzień nie mogłem odżałować jednej rzeczy. 

Kiedy zadzwoniłem dziś rano, Katie powiedziała mi o twojej kąpieli. Póź-

niej  bez  przerwy  wyobrażałem  sobie,  jak  stoisz  ze  słuchawką,  ociekająca 

wodą, w samym tylko szlafroku, i to wyobrażenie nie dawało mi spokoju...

– Szkoda byłoby zniweczyć wszystkie te plany – powiedziała łagodnie 

Stephanie. – Nie mam racji?

– Witaj w domu, kochana – odrzekł Jordan i słowa przestały już być po-

trzebne.