background image

EWA NOWAK 

CHŁOPAK BEATY

background image

ROZDZIAŁ 1

Eliza rzuciła torbę na podłogę w przedpokoju. Zerknęła do lustra 

i potargała sobie mokrą od śniegu grzywkę. Rzuciła okiem na siostrę. 

Zosia siedziała  przy stole i pilnie  wpatrywała się w coś na swoim 

palcu.

- Idę sobie odmoczyć strupa - oznajmiła i poszła do łazienki.

- Czy to dziecko bez przerwy musi sobie coś odmaczać? - Eliza 

zdegustowana popatrzyła na młodszą siostrę.

- Daj spokój, niech sobie odmacza. Co ci szkodzi? - powiedział 

ojciec i zaszeleścił gazetą.

Od   dwóch   tygodni   nie   miał   pracy.   Z   końcem   roku   nakielska 

cukrownia zwolniła go z funkcji magazyniera.

Od tego czasu czytanie ogłoszeń z ofertami pracy stało się jego 

obsesją.

W Nakle nad Notecią padał śnieg. Było ślisko, ale za to bardzo 

przyjemnie,   bo   wszelkie   pęknięcia,   odpryski   i   brudy   przykryła 

malownicza   warstwa   srebrzystego   puchu.   Miasto   wyglądało   jak   z 

bajki. Śnieg sprawił, że nie tylko dzieci, które od razu po lekcjach 

mogły iść na sanki, ale również dorośli (nawet jeśli mieli zmartwienia, 

jak ojciec sióstr Dukackich) byli w zdecydowanie lepszych nastrojach.

Rodzina Dukackich mieszkała na drugim piętrze w bloku przy 

ulicy Kilińskiego. Właściwie wszędzie mieli blisko. Nad Noteć szli 

kilka   minut,   do   Rynku   było   parę   kroków.   Tylko   mama   do   swojej 

pracowni musiała iść kwadrans.

Zbliżała się siedemnasta. Zosia pierwsza usłyszała dzwonek, ale 

background image

była tak zajęta obserwowaniem pęczniejącego na jej palcu strupa, że 

tylko krzyknęła:

- Beaaata idzieee!

Eliza   podbiegła   do   drzwi,   żeby   jak   najszybciej   otworzyć 

przyjaciółce.   Beata   zawsze   dzwoniła,   jakby   się   gdzieś   paliło   i 

wystarczała dosłownie chwila, żeby sąsiadka z naprzeciwka pojawiła 

się na korytarzu.

Beata,  z gołą  głową,  w  jaskrawoczerwonej  kurtce,  z  włosami 

wilgotnymi   od   śniegu,   wyglądała   ślicznie,   ale   Eliza   jak   zwykle 

zwróciła   uwagę   tylko   na   maleńkie   jak   dwa   ślimaczki   uszy 

przyjaciółki. Zawsze ich Beacie zazdrościła.

- Hej! Ale cudnie, aż mnie oczy bolą od oglądania tego śniegu. 

Nasza dziura pod śniegiem nawet może się podobać.

Beata   zdjęła   buty   w   przedpokoju.   Rzuciła   na   nie   czerwoną 

kurtkę, a na sam wierzch - wielki szalik.

- Bez śniegu też da się przeżyć. Byłaś u Sylwii? - Byłam. Dzień 

dobry. Był pan już w pogotowiu?

Coś mi się obiło, że szukają kierowcy.

- Zaraz sprawdzę. Dziękuję! - Ojciec od razu poszedł dzwonić. - 

Zośka, żyjesz? - krzyknął jeszcze w stronę łazienki.

- Żyję,   żyję,   ale   słabo   się   odmacza   -   odpowiedziała   córka,   a 

dziewczyny, korzystając z okazji, zamknęły się w pokoju, który Eliza 

dzieliła z siostrą.

- Siadaj. - Beata pokazała Elizie fotel.

- Przecież siedzę.  - Eliza wstała i podeszła do okna. Spuściła 

background image

żaluzje, zgasiła górne światło i zapaliła małą lampkę, która dawała 

ciepłe, miodowe światło.

- Zaraz będziesz mnie całować po rękach.

- To może najpierw je umyj, co?

- Nie mogę umyć, bo Zośka jest w łazience. Siadaj, mówię ci po 

dobroci. I słuchaj.

- To mam siedzieć czy słuchać?

- Słuchaj, siedząc. Czy to takie trudne? Dobra. - Beata nabrała 

powietrza. - Sylwia jest chora. Ustaliłyśmy, że ty idziesz zamiast niej.

- Na pewno nie! Ja nie idę.

- Ta znowu swoje! Co za dzikuska z ciebie. Zaczęły się kłócić.

Minęło   dobrych   piętnaście   minut,   a   one   powtarzały   wciąż   to 

samo: idziesz - nie idę.

- Czy możesz mi zdradzić powody?

- Mogę. Po pierwsze, miała iść Sylwia. Tak było czy nie? Po 

drugie, podwójne randki są fajne na filmach albo w dużym mieście, a 

nie u nas. A po trzecie, chyba bym ze wstydu zwariowała.

- Oj, Eliza, nie rób mi tego! Leszek pokazywał mi zdjęcia swojej 

klasy, widziałam już Oskara! Dlaczego mi to robisz?

- Dziewczynki, chodźcie. Odgrzałem barszcz z uszkami. - Ojciec 

wszedł i gestem zaprosił je do stołu.

- A czyje to są uszka? Miałam fajnego strupa na palcu. Suszę go 

teraz. Mogę wam pokazać za... - Zosia chwilę się zastanawiała, za 

jaką sumę jest skłonna zaprezentować swojego świeżo odmoczonego 

strupa - ...za sto złotych - wypaliła bardzo z siebie zadowolona.

background image

- Za   sto   złotych   to   musiałabyś   mieć   cybernetycznego   strupa, 

który   umie   przenikać   przez   ściany.   Raz   coś   takiego   widziałam   - 

drażniła się z małą Beata.

- Koniec   rozmów   o   strupach.   Ja   już   dziękuję.   Zadzwonię   do 

mamy, zapytam, czy nie trzeba po nią wyjść. - Ojciec wyszedł do 

dużego pokoju.

- U mnie w grupie jest jeden taki chłopiec, co ma bliznę po...

- Ucisz się. Rany, blizny, choroby! I tak w koło. Co za durny 

dzieciak   z   ciebie.   O,   już   mi   niedobrze.   Przez   ciebie   nie   mogę 

dokończyć zupy.

- Ja tam mogę. - Zosia z rozkoszą oblizała buraczkowe od zupy 

wargi. - A widziałaś kiedyś wesz?

- Nie przy jedzeniu! - warknęła na siostrę Eliza. - Przy jedzeniu 

to ja też nigdy nie widziałam, ale w jednej książce to...

Przyjaciółki dokończyły to, co im zostało na talerzach, i szybko 

podziękowały Zosi za towarzystwo.

- Jak   mi   powiecie,   o   czym   rozmawiałyście,   to   po   was 

pozmywam - kusiła Zosia.

- Nic ci nie powiemy, same pozmywamy. Czy ty nie możesz być 

normalna?   -   Eliza   z   politowaniem   pokręciła   głową   nad   ślicznymi, 

złotymi lokami siostry.

- Przecież ja chodzę dopiero do zerówki - rozżaliło się dziecko.

Dziewczyny   wzięły   lekko   już   podsuszony   makowiec 

(pozostałość z Nowego Roku) i poszły do pokoju, żeby wrócić do 

przerwanego   wątku:   „Jak   to   Eliza   absolutnie   w   to   nie   wchodzi. 

background image

Absolutnie, ale to w żadnym wypadku”.

*

- Zobacz, idę. Nie garb się tak - szepnęła Beata.

- Nie jestem na targu niewolników, przypominam ci... - zaczęła 

Eliza, a zobaczywszy chłopców ze śmiechem przepychających się w 

drzwiach, zaczęła czegoś nerwowo szukać.

- Gdzie moja czapka? - syknęła do przyjaciółki, ale Beata już nic 

nie   słyszała.   Stała   z   przekrzywione   głową   i   uśmiechała   się   do 

chłopców.   Eliza,   ani   na   chwilę   nie   przestając   szukać   czapki, 

zauważyła,   że   jeden   z   nich   jest   nawet   przystojny,   ale   oczywiście 

udała, że chłopcy jej w ogóle nie obchodzą.

- Cześć! To jest właśnie Oskar.

„A więc ten drugi to Leszek, kuzyn Beaty” - domyśliła się Eliza 

i znalazłszy czapkę, błyskawicznie naciągnęła ją na głowę. Ponieważ 

wszyscy na nią spojrzeli, powiedziała w stronę tego nie - Oskara:

- A ty musisz być Leszek, tak?

- Muszę   -   odparł   Leszek,   a   Eliza   o   mało   nie   zerwała   się   z 

miejsca, bo Beata i Oskar zaczęli się śmiać. –Jestem Leszek, cześć! - 

Chłopak wyciągnął do Elizy rękę. - Ty jesteś Sylwia, tak?

- Nie. Jestem Eliza.

- A, przepraszam, pomyliło mi się.

- Tylko   nie   mów,   że   dużo   o   mnie   słyszałeś...   -   zaćwierkała 

Beata.

- Nic   o   tobie   nie   słyszałem,   ale   już   wszystko   o   tobie   wiem. 

Pijecie colę? Ja lubię dużo lodu. - Podszedł do lady i po chwili wrócił 

background image

z czterema szklankami coli. - Jednak przyznaję, to fakt, dużo o tobie 

słyszałem. Leszek mi opowiadał.

- Tak? A co?

„Już z nim flirtuje - wściekała się Eliza. - Nawet go dobrze nie 

obejrzała!”.

- Leszek   ci   na   pewno   naopowiadał   samych   niestworzonych 

rzeczy...

Eliza (w czapce, w której było jej gorąco) piła lodowatą colę i 

myślała, żeby tylko się nie przeziębić. Nie mogła oderwać wzroku od 

wielkiej, smakowitej wuzetki, ale bała się, że wyjdzie na obżartucha, 

więc jej nie zamówiła. Patrzyła tylko, jak rozpromieniona Beata gada, 

co jej ślina na język przyniesie.

Cola   szybko   się   skończyła.  Eliza   poprosiła   więc  o   herbatę,   a 

Leszek nie zamówił dla siebie nic. „Skąpiradło jakieś - pomyślała o 

nim Eliza. - I czemu przez cały czas obciąga tak ten rękaw? Jakby tam 

coś chował. Dziwny jakiś... To Sylwia powinna tu być. Na pewno 

rozmawiałaby z nim jak normalny człowiek. Ale oczywiście musiała z 

mokrą głową lecieć do Beaty i złapać zapalenie oskrzeli. - Ten Leszek 

to nawet podobny do Beaty. Widać, że to rodzina” - Eliza dyskretnie 

na niego  zerknęła.  Niestety,  on też  na  nią  spojrzał   i  oboje szybko 

skierowali wzrok gdzie indziej.

- Zróbmy sobie zdjęcie! - Oskar wyciągnął komórkę.

- O, masz komórkę! Ja też! - ucieszyła się Beata. - Ale moja jest 

stara, bez aparatu.

- Tym   chcecie   robić   zdjęcia?   -   Leszek   spojrzał   na   telefon 

background image

przyjaciela. - Poczekajcie, ja zrobię. - Wyjął z wewnętrznej kieszeni 

kurtki maleńki, srebrny aparacik i pstryknął kilka zdjęć. - Oskar, zrób 

i mi. - Podał koledze aparat. Potem, starannie go chowając, powiedział 

do Elizy: - Cyfrowy, ale to nie mój. Wujka. Muszę pilnować, bo jak 

zgubię, to będzie ze mną źle.

Eliza kiwnęła głową, jakby wszystko rozumiała. „Nie powinnam 

tu przychodzić. Dlaczego zawsze daję się namówić?” - rozmyślała, 

patrząc na ćwierkającą koleżankę. Przed tą podwójną randką oglądały 

razem z Sylwią i Beatą aż dwa filmy, na których randkujące pary 

bawiły się świetnie, polubiły się, a potem żyły długo i szczęśliwie. Tu, 

w cukierni w Nakle, pod czujnym okiem właścicielki, która zresztą 

była szkolną koleżanką mamy Elizy, jakoś inaczej to wyglądało.

Przez szybę Eliza zobaczyła sąsiadkę. Brakowało tylko, żeby jej 

rodzice   przyszli   tu   po   kruche   ciastka.   Postanowiła,   że   doliczy   do 

dziesięciu i powie, że już musi iść. Gdy była przy sześciu, do cukierni 

weszła   nauczycielka   fizyki,   więc   Eliza   odruchowo   się   zerwała, 

mówiąc: „dzień dobry”. Od razu przypomniała się jej praca domowa, 

której na pewno znów nie będzie umiała zrobić.

- Przepraszam,   ale   ja...   za   piętnaście   minut   mamy   autobus.   - 

Leszek zaczął zakładać kurtkę i po chwili wszyscy wyszli na ulicę.

W świetle latarni wirowały srebrne drobinki śniegu. Eliza z ulgą 

odetchnęła świeżym powietrzem i spojrzała na zegarek. Było kilka 

minut po czwartej.

Nagle, ni stąd, ni zowąd, Oskar rzucił w Beatę śnieżką. Ona nie 

pozostała mu dłużna. I tak się zaczęło. Przez dobre piętnaście minut 

background image

obsypywali się śniegiem, zapominając o całym świecie.

- Nie   znałem   Beaty   od   tej   strony   -   powiedział   zaskoczony 

Leszek. Patrzył, jak Eliza usiłuje wygrzebać śnieg zza kołnierza.

- Może   ci   pomóc?   -   zapytał   Leszek   (chyba   Wielką 

Niedźwiedzicę, bo nawet nie zerknął na Elizę).

- Nie, to nic takiego.

- Ja   muszę   już   iść...   -   powiedział   przepraszającym   tonem   i 

wyciągnął do Elizy rękę. - Miło było cię poznać, Sylwia.

- Eliza, mnie też było miło.

- Przepraszam.   Beata   mi   cały   czas   gadała,   że   masz   na   imię 

Sylwia.   Nie   wiem,   co   jej   odbiło.   Oskar,   ruszamy.   -   Spojrzał   na 

zegarek. - I to biegiem!

- Pa, pa! - Oskar machał rękami i biegnąc tyłem, krzyczał do 

Beaty: - Zadzwonię. Do zobaczenia! Pa!

- Czy   on   nie   jest   wspaniały?   -   Beata   cały   czas   patrzyła   za 

znikającymi chłopakami.

- Widziała nas Niedzielska, zauważyłaś ją w ogóle?

- Nie. Co mi tam Niedzielska! Zobacz, jeszcze do mnie macha. - 

Beata   zaczęła   skakać   i   wymachiwać   rękami,   chociaż   Eliza   była 

pewna, że chłopcy już ich nie widzą.

Ruszyły w kierunku domu Sylwii, żeby zdać jej dokładną relację 

z wydarzeń dzisiejszego wieczoru.

- Twoje idiotyczne pomysły zmarnowały... - zaczęła Eliza.

- Poczekaj,   dostałam   wiadomość.   Zobacz:   „Już   mi   ciebie 

brakuje. Może jutro? O.”. To niesamowite! Co za chłopak! Już za mną 

background image

tęskni!

- Podrywacz jakiś, nie za szyb...

- Zazdrosna jesteś, bo Oskar od razu się mną zainteresował, co?

- Tak. Zakochałam się w nim na zabój i teraz jestem zazdrosna - 

całkowicie obojętnym głosem odparła Eliza.

- Sorki, no, sorki. Wzięło mnie. Co to, nie wolno się zakochać? - 

Beata zerwała z szyi biały szalik i rozłożyła szeroko ramiona. - Proszę 

pani,   zakochałam   się!   -   oświadczyła   przechodzącej   obok   kobiecie, 

dźwigającej siatki z zakupami.

- Nie za wcześnie trochę? - Kobieta zmierzyła Beatę wzrokiem.

- Na miłość  nigdy  nie jest za wcześnie!  - Beata zakręciła się 

wokół własnej osi.

- Ani za późno - skwitowała kobieta i ruszyła w swoją stronę.

- Od  czego  ci   chłopcy  w  końcu  są?  Tylko  od  tego,   żeby...  o 

matko! Ściska mnie w dołku. Gorąco mi!

- Zapnij   się,   bo   się   zaziębisz.   O,   zobacz!   Jest   nowa 

„Trzynastka”! - Eliza złapała Beatę za rękaw. - Kupmy Sylwii, będzie 

miała niespodziankę. Ile masz przy sobie?

Po chwili, z ukrytą pod kurtką Elizy „Trzynastką”, dziewczyny 

ruszyły w stronę Podgórnej.

- Tylko   u   Sylwii   będziemy   niezbyt   długo,   bo   muszę   jeszcze 

wejść do mamy.

- Idziemy do twojej mamy? Super! - ucieszyła się Beata. - Może 

pozwoli coś przymierzyć. A jak sprawa dziesiątego numeru?

- Nijak. Cisza.

background image

- O matko, mam pomysł! Powiem Oskarowi, on na pewno to 

spod ziemi wykopie. - Beata znów się zatrzymała. Wyjęła komórkę i 

zaczęła   stukać   w   klawiaturę:   „Eliza   poszukuje   dziesiątego   numeru 

komiksu »Witch«. Pytaj każdego. Buziaki!”.

- Buziaki? Beta, zwolnij! Znasz go od dwóch godzin.

- Toooo coooo z tegoooo?! - Beata znów wydzierała się na całe 

gardło i obracała.

- Ja nie znam tej wariatki, słowo honoru. - Eliza popatrzyła na 

jakiegoś młodego mężczyznę, który stał, chyba na kogoś czekając.

- Ja też nie - oznajmił  ponuro i dla rozgrzewki zaczął stukać 

butem o but.

*

- Jak się czujesz? - spytała Eliza, wchodząc do pokoju Sylwii.

- Bywało lepiej - ledwie wykrztusiła  leżąca w łóżku Sylwia i 

zaczęła okropnie kaszleć. Gdy trochę jej minęło, głośno wydmuchała 

nos i, biorąc do ręki „Trzynastkę”, powiedziała: - Dzięki, że o mnie 

pomyślałyście. Uratowałyście mnie od śmierci z powodu nudy. - Z 

ciekawością   przekartkowała   pismo,   ale   zaraz   schowała   je   pod 

poduszkę.   Chciała   poczytać   dopiero,   gdy   zostanie   sama.   -   Szybko 

mówcie, jak było.

- Było   beznadziejnie.   Było   cudownie   -   powiedziały 

jednocześnie.

- Sylwia! Szkoda, że się rozchorowałaś, bo Eliza była sztywna, 

jakby   kij   połknęła.   Tylko   kornik   mógłby   się   na   nią   skusić.   Mój 

braciszek zresztą nie lepszy.

background image

- Ten Leszek? - Sylwia uniosła się na poduszkach i zwróciła do 

Elizy: - To przecież miał być mój Leszek, więc doceńcie, jaka jestem 

wspaniałomyślna. Doceniacie?

- Tak.

- No, to macie szczęście. Coś wam jeszcze pokażę.

Przechyliła   się   i   spod   łóżka   wyciągnęła...   całkowicie   letni 

krajobraz.   Pola,   drzewa,   maki   na   łące,   jakiś   brodzący   w   wodzie 

bocian,   w   tle   trzy   bardzo   foremne   krowy.   Wszystko   z   misternie 

naklejonych kawałeczków materiału.

- Z czego to zrobiłaś? O, poznaję! To moje skarpetki! - Beata 

położyła palec na pniu jednego z drzew.

- Zgadłaś.   Fajnie   wyszło,   co?   No,   to   idźcie   już.   Teraz   sobie 

poczytam. Tylko odwiedzajcie mnie codziennie i obiecajcie nie robić 

beze mnie nic ciekawego. Pamiętajcie!

*

Na   podłodze   leżał   poszarpany   tiul.   Z   krzesła   puszystą   falą 

spływały   na   regał   z   wiankami   i   rękawiczkami   pasma   koronek. 

Dziewczyny były w pracowni sukien ślubnych i komunijnych u mamy 

Elizy.

- Beatko, dlaczego chodzisz taka porozpinana? - Bo ja...

- Co szyjesz, mamuś? - przerwała Beacie Eliza. - Suknię ślubne 

dla   przyszłej   żony   siostrzeńca   pani   Bednarskiej,   waszej 

wicedyrektorki. Ślub w marcu. - Mama zaczęła szeleścić katalogami. - 

A wiesz, pytałam o tę twoją dziesiątkę i jutro ciocia Tereska ma nam 

przynieść. Olga już podobno nie zbiera i chętnie ci odda. To ta suknia. 

background image

- Postukała długim, ale maleńkim jak u dziewczynki paznokciem w 

wysoką, przepiękną modelkę, ubraną w dwuczęściową suknię ślubną z 

króciutkim welonem.

- O   matko,   ale   śliczna!   -   Beata   rzuciła   kurtkę   na   krzesło   i 

wpatrywała się w sukienkę. - Ja też będę miała taką.

- Zawsze tak się wydaje, ale moda się zmienia. Na szczęście, co 

sezon   wchodzi   coś   całkiem   nowego.   Może   napijecie   się   herbaty? 

Mam kruche ciasteczka z cukierni Pod Lipami.

- Ja pomogę. - Beata poszła za mamą Elizy do mikroskopijnej 

wnęki kuchennej na zapleczu pracowni.

W miejscach, gdzie stały maszyny i wielki stół do krojenia, było 

aż biało od światła, a tu paliła się tylko mała lampka. Beata nerwowo 

obejrzała się, czy koleżanka na pewno jej nie usłyszy.

- Byłyśmy na podwójnej randce - wyszeptała mamie Elizy do 

ucha.

- Ooo!

- Tak. Mój cioteczny brat Leszek... bardzo spokojny, ale chyba 

się sobie nie spodobali. - Odwróciła się, żeby zerknąć, co robi Eliza.

- A ty?

- Jejku!   Jak   pani   wszystko   wie.   -   Beata   skrzyżowała   ręce   na 

sercu  i   zamknęła   oczy.  -  Ja  oczywiście,   tak.  Nareszcie.  -  Głęboko 

westchnęła.   -   Cicho,   idzie...   A   potem   Zośka   chciała   nam   pokazać 

strupa.

- Mam nadzieję, że się nie zgodziłyście?

- O   czym   szepczecie?   -   zainteresowała   się   Eliza.   Zapikała 

background image

komórka Beaty.

- Do końca tygodnia będzie komiks dla twojej koleżanki. Twój 

Oskar - głośno odczytała Beata.

- Widzi pani! Co za chłopak! - Beata głośno cmoknęła komórkę. 

- Zaraz zwariuję - jęczała.

- Mamo, masz coś na uspokojenie?

- Mam.   Trzeba   zebrać   te   rzeczy   do   woreczka.   Suknię 

przewieście   tam...   Tu   zamiećcie.   Ścinki,   jak   zawsze,   dla   was.   Idę 

zadzwonić do Bednarskiej, że może jutro odbierać. W ostatniej chwili 

zmieniła   koncepcję   rękawów,   ale   dałam   jakoś   radę.   Beatko,   a 

obszyłabyś mi jedno miejsce, bardzo małe?

Beata,   mimo   całego   swojego   roztrzepania,   niezwykle   równo 

szyła   i   mama   Elizy   czasami,   w   wyjątkowych   sytuacjach   prosiła 

przyjaciółkę córki o pomoc. Teraz też, pochylona nad, wydawałoby 

się, rozbieganymi dłońmi Beaty, patrzyła, jak ta idealnie i dokładnie 

robi obszycie przy samym dekolcie.

- Jesteś skarbem, Beatko. No, idę. Aha! Jeśli chcecie ścinki dla 

Sylwii, to można zabrać te w reklamówce z Mikołajem.

- Możemy przymierzyć?

- Jak posprzątacie! I ostrożnie!

- To szybko. Najwyższe obroty - zarządziła Beata.

Dziewczyny zostały same. Nie minęło kilka minut, jak Beata w 

błyszczących lycrą beżowych rajstopach i koszulce stała na szerokim 

stołeczku do przymierzania, a Eliza pomagała jej włożyć gotową już 

suknię ślubną. Potem przymierzyła jeszcze jedną, prawie gotową, tyl-

background image

ko bez doszytej halki.

Wiedziały, jak to robić. Trzeba było przedtem dokładnie umyć 

twarz i ręce, a na włosy zakładało się specjalną jedwabną czapeczkę, 

żeby   niczego   nie   pobrudzić.   Mama   Elizy   pozwalała   im   na   to,   bo 

wiedziała, że nie zniszczą jej pracy.

Beata,   machając   błyszczącą   krynoliną,   podśpiewywała   pod 

nosem, a Eliza siedziała przy biurku mamy, zajadała kruche ciasteczka 

i smutno kręciła głową.

- Nie mogę na ciebie patrzeć. - Ostentacyjne odwróciła się do 

ściany. - Pomieszało ci się w głowie.

- Zazdrośnica jestem, z samego Zazdrosa. Zazdrośnica jestem, 

kto mi  utrze nosa? - wymyśliła  przyśpiewkę Beata. - A właściwie 

dlaczego mój brat ci się nie spodobał?

Eliza wstała i poszła umyć ręce. Po chwili wróciła, wyciągnęła z 

kieszeni kurtki pomadkę i podała ją Beacie, a ta szybko pomalowała 

sobie usta.

- No, teraz jest naprawdę super. - Beata oglądała się, machając 

szeleszczącą suknią.

Eliza pokręciła głową.

- Wyskakuj   z   tej   sukienki.   O,   jesteś   już,   mamuś.   Idziemy   do 

domu?

- A   dla   kogo   ta   suknia,   proszę   pani?   -   Beata   pokazała  na 

jasnobeżową,   prostą  sukienkę  haftowaną   w   esy  -   floresy.   -   Może 

znamy?

- Znacie. Dla Małgosi Gajowniczek, córki głównej księgowej z 

background image

cukrowni. Za trzy tygodnie wychodzi za mążZa studenta medycyny z 

Warszawy.

- A, wiem która! Ciekawe, dlaczego wybrała taką brudną?

Nie żadną brudną, tylko écru. Taka moda, nie wiesz?

- Nie wiem. Ja lubię białe. A écru - Beata prychnęła pogardliwie 

- wygląda jakby już kilka osób w niej chodziło.

- Beatko, zdejmuj sukienkę. Zamykamy.

- O matko!  Proszę   pani,  pomocy!  -  Beata  zawołała   nagle,  bo 

ukryta w materiale szpilka zarysowała ją ostro i trzeba było ratować 

sukienkę przed pobrudzeniem.

Mama Elizy natychmiast owinęła przedramię kawałkiem białego 

materiału i pomogła zdjąć suknię. Potem poszła po apteczkę.

- Woda utleniona? - Beata zbladła. - Nigdy! To szczypie, piecze, 

ohydnie się pieni, syczyJa nie chcę!

- Stój spokojnie. Wolisz zakażenie?

- Chyba   wolę.   Ssss,   ojoj,   auuuu!   -   Beata   dmuchała   sobie   na 

ramię.

- Jakie ty masz przebogate słownictwo! - Wyszczerzyła do niej 

zęby Eliza.

- To na pociechę. - Pani Halina wyciągnęła z szuflady śliczny 

kawałek lekko różowego, tłoczonego w różyczki materiału i owinęła 

nim rękę Beaty.

- Dziękuję.   Ale   dla   mnie   to   szkoda.   A   możemy   wziąć   dla 

Sylwii? - Mama Elizy skinęła głową i zaczęła chować akcesoria do 

apteczki. - Jak myślicie... - Beata, wpatrując się w zasychający ślad po 

background image

zadrapaniu, udała Zosię: - Będę mieć dobrego strupa?

Wszystkie trzy parsknęły śmiechem.

background image

ROZDZIAŁ 2

- Mamo, a jak to się zakłada? - Zosia jeszcze w spodniach od 

piżamy snuła się po kuchni z jakimś pismem w rączce.

Mama   rzuciła   okiem   na   gazetę,   jednocześnie   podgrzewając 

mleko do płatków śniadaniowych. O mało nie upuściła naczynia na 

podłogę.

- Matko,   co   to   jest?   -   Wytrzeszczyła   oczy,   bo   zdjęcie 

przedstawiało   makabrycznie   pokiereszowaną   stopę   i   obok   drugą, 

foremną, wykonaną z licznych rurek i drucików, sztuczną stopę.

- Fajna, nie?

- Nie. Skąd to masz?

- Tylko   mi   nie   zabierajcie.   -   Zosia   była   bliska   płaczu.   - 

Znalazłam przy śmietniku za warzywniakiem u Potockich. Nikt tego 

nie chciał, a mnie się przyda.

- Nie wolno niczego brać ze śmietnika. Widział cię ktoś?

- Tylko mama Andżeliki - wesoło odparło dziecko.

- To   teraz   całe   miasto   się   dowie,   że   wystarczyło,   by   ojciec 

przestał pracować, a córki po śmietnikach grzebią.

- Były jeszcze inne fajne rzeczy... - zaczęła Zosia.

- Nie wolno nigdy brać rzeczy ze śmietnika, zrozumiano? Żeby 

tam nie wiem, co leżało. Nie wiedziałaś o tym?

- A skąd mogłam  wiedzieć? Chodzę dopiero do zerówki. Dla 

mnie więcej. O, tych brązowych to duuużo więcej i mleka jeszcze 

poproszę. Duuużo więcej.

- Przecież masz w przedszkolu śniadanie. - Eliza zdenerwowała 

background image

się na siostrę, widząc, że zabraknie dla niej płatków na dokładkę.

- Co to za śniadanie? - prychnęło dziecko. - Ale wiecie, nasza 

ciocia Krysia z kuchni to się oparzyła wrzątkiem i skóra jej o! takimi 

płatami odchodziła.

- Jedz - mruknął ojciec.

- Nie mogę jeść, jak opowiadam - oburzyła się Zosia. - To nie 

opowiadaj, tylko jedz. Założyłaś rajstopy?

Czy znowu jesteś boso? - spytała mama i bez słowa zdjęła córce 

łokieć ze stołu.

- Założyłam i jestem boso.

- Nie wiesz, co mówisz - powiedziała Eliza.

- Wiem - twardo oznajmiła Zosia.

Na te słowa siostra i rodzice zanurkowali pod stół. Nóżki wesoło 

dyndały nad podłogą, raz po raz klepiąc nogi tatusia. Były to nogi w 

rajstopach - zimowych dziecięcych rajstopach w rozmiarze 128, ale 

bez stóp. Gdzieś w połowie łydki były niezdarnie obcięte.

- Jak się wytłumaczysz?

Mama pierwsza wyszła spod stołu.

- Z czego?

- Z tego, że obcięłaś swoim najlepszym rajstopom końce?

- A, z tego. Raj - sto - py, tak? Czyli raj dla stopy. A w raju jest 

ciepło. To po co je okrywać, skoro tam jest ciepło?

- Wychodzę. - Mama wstała od stołu. - Mam dziś dwa odbiory i 

muszę wziąć nową miarę od małej Kaliszanki, bo przez ten miesiąc 

już się roztyła. Irku, zostawiam cię z tym wszystkim. Pa!

background image

- Czekaj, odprowadzę cię chociaż kawałek. A gdzie jest moje 

pióro? - Ojciec zaczął klepać się po kieszeniach, ale zaraz przestał i 

wyszedł za mamą.

*

Eliza fuknęła na siostrę.

- Wiesz, że tata nie ma pracy. Dlaczego zniszczyłaś rajstopy?

- A jakbym nie zniszczyła, to by miał? - ze zdziwieniem zapytała 

Zosia.

Nie doczekała się jednak odpowiedzi, bo wrócił ojciec, a przy 

nim   Eliza   nie   chciała   poruszać   tematu   braku   pracy.   I   tak 

wystarczająco   dużo   rodzice   o   tym   rozmawiali.   Właściwie   o 

czymkolwiek   zaczęli   mówić,   zawsze   kończyło   się   na   tym,   gdzie 

jeszcze można szukać pracy dla taty.

- A ty co? Jeszcze nie jesteś gotowa? Ojciec spojrzał na Elizę.

- Czwartek, dopiero na trzecią lekcję.

- Aha. Zośka, zmień rajstopy. Ubieraj się. Ja cię odprowadzę. Idę 

do   Potockich,   mają   jakąś   dużą   robotę.   Może   nawet   ze   trzy   dni 

popracuję.

- Cieszę się, tato, że masz pracę. Nic nie mówiliście.

- No, to tylko na trzy dni, ale dobre i to, nie? - Jasne, tato. Może 

będzie na dłużej.

- Może.

- A ja bym chciała psa - oznajmiła nagle Zosia.

- Nie, na psa nigdy się nie zgodzę. Nie ma takiej siły, która by 

mnie przekonała do psa w mieszkaniu. Dobrze wiecie. No, marsz do 

background image

siebie. Liczę do sześciu i wychodzimy.

- To chodź mi pomóż, bo jak tylko do sześciu, to ja nie dam 

sobie rady.

Ojciec   poszedł   do   pokoju   córek   i   pilnował,   żeby   Zosia   jak 

najszybciej się ubrała. Ta jednak cały czas usiłowała wciągnąć ojca w 

rozmowę.

- Tato, a to prawda, że jak się kurczakowi głowę utnie, to on 

jeszcze biega?

- Nieprawda.

- Czyli nie biega?

- Nie wiem.

- Jak to nie wiesz? ja jestem w zerówce i wiem. Tylko jak on 

biega, skoro nie widzi już, dokąd biegnie? Dziwne, prawda. Może mu 

wyrasta na ten czas nowe oko, co?

- Nie wiem - nie dawał się ojciec.

W końcu poszli. Eliza została sama. Błyskawicznie sprzątnęła ze 

stołu, podlała kwiaty, obrała ziemniaki i starła blat w kuchni.

- Jestem brzydka - wygięła się w pałąk przed lustrem - i krzywa 

jakaś...

Zadzwonił telefon.

- Co robisz, bo idę do ciebie - spytała Beata. - Lituję się nad 

sobą. Zrobiłaś zadania z fizy?

- Coś ty? Jak jestem zakochana, to nie odrabiam lekcji. Właśnie 

dlatego idę do ciebie.

- To jest prawdziwa przyjaźń. Czekam. - Eliza poszła do siebie i 

background image

rzuciła się na jeszcze niepościelone łóżko.

„Kiedy   ja   będę   zakochana?   Beata   niczym   się   nie   przejmuje, 

nawet   fizą.   A   wiadomo,   że   z   Niedzielska   nie   ma   żartów”.   -   Eliza 

jeszcze raz podeszła do lustra i wykrzywiła się do niego najgorzej, jak 

tylko umiała.

- Z taką gębą nikt na ciebie nie spojrzy. I te uszy... Koszmar - 

powiedziała sama do siebie i poszła pościelić łóżko.

*

- Zaraz padniesz. Daj coś jeść, bo u nas wczoraj niespodziewanie 

zjawili się znajomi mamy i zjedli wszystko, co było w domu. Nawet 

moje   ukochane   rogaliki.   -   Beata   udała,   że   łka.   -   Agnieszka,   córka 

wójta,   urodziła   bliźniaczki,   wyobrażasz   sobie?   Dziewczynki.   Moja 

mama   po   pracy   jedzie   z   koleżankami   do   Bydgoszczy,   żeby   je 

obejrzeć. Wszyscy się strasznie cieszą. No, dajesz coś do jedzenia czy 

nie?

- Chodź do kuchni. Chcesz herbatę czy kakao? - Herbatę. Co ty? 

Chciałaś mnie zabić tym kakao?

Teraz słuchaj.

- Słucham.

- Jedna znajoma mamy Oskara jest... wiesz kim?

- No, kim? Czekaj, wiem! - Eliza klasnęła w ręce. - Znajomą 

mamy Oskara, tak?

- Jesteś złośliwa. Jest redaktorem w „Buźce” i ja tam będę na 

okładce.

- Na dokładce?!

background image

- Na okładce! No, tego pisma. Oskar mi to załatwi. Zrobił mi 

próbne zdjęcia...

- Kiedy?

- Eee... - zmieszała się Beata - spotkaliśmy się. - Sami? Już się z 

nim   spotykasz?   Powiedziałaś,   że   dopóki   go   lepiej   nie   poznasz, 

będziemy się widywać we czworo, tak?

- Przecież Leszek ci się nie spodobał.

- Nie o to chodzi. Chodzi o zasadę. Pij.

- Mówiłam, że nie chcę kakao. Ale trudno.

- To dawaj, ja wypiję. I co z tą okładką? To na serio czy tylko 

taki podryw?

- No wiesz? Jesteś głupio zazdrosna, bo nie wyszło z Leszkiem, 

tak?   A   mi   zazdrościsz,   bo   jestem   szczęśliwa   i   umiem   się   tym 

szczęściem cieszyć, tak?

- Tak. - Co tak?

- Nie wiem, co tak. Dla mnie to wszystko dzieje się za szybko. 

Jakoś nie po mojemu. Ale słuchaj, Beta. Ja bym chciała, żeby wam 

było dobrze, żeby moja mama ci kiedyś uszyła sukienkę. Na serio. 

Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Poza Sylwią.

- A   ty   moją.   Poza   Sylwią.   No   dobrze,   wybaczam   ci.   Masz 

jeszcze taki pasztet, bardzo dobry?

- Proszę, ale to już koniec. Siadamy do fizy. Jeszcze nam tylko 

kłopotów   w   szkole   brakuje.   Pisz:   „Jeżeli   na   ciało   zadziałamy   siłą 

równą co do wartości...”. Idziemy przed szkołą do Sylwii?

- Nie, po szkole. Ja już u niej byłam.

background image

Eliza poczuła ukłucie zazdrości, ale nic nie powiedziała.

- No, wiem, wiem, że powinnam ci powiedzieć od razu, ale jak 

ty jesteś, to nie mogę jej nic normalnie opowiedzieć, bo zaraz mnie 

uciszasz. To poszłam sama.

- Pisz...: „Na ciało o masie działa siła...”.

*

W cukierni Pod Lipami Eliza sączyła świeżo wyciśnięty sok z 

pomarańczy   i   spisywała   na   kartce   przyczyny   swojej   niechęci   do 

fizyki. Nagle zwróciła uwagę, że Beata strasznie się kręci i co chwila 

zerka albo na zegarek, albo w lusterko.

- Co ty tak... - Eliza aż otworzyła usta.

W progu cukierni stał Oskar, a za nim Leszek. Oskar od razu 

rozłożył ramiona.

- Witam.   Cześć,   Elizabeth!   Beatko,   co   jesz?   Tęskniłaś?   - 

Dosunął krzesło i objął Beatę za ramię.

- Cześć! - Leszek zerknął na Elizę, w panice zakładającą czapkę 

i przysunął sobie krzesło. - Oskar nic mi nie powiedział, a ja, głupi, 

nie domyśliłem się.

Zawsze mnie oszukuje, a ja się zawsze daję nabrać. Co jesz?

- Sernik.

- Dobry?

- Tak.

Elizie ciasto z trudem przechodziło przez gardło. Myślała, że we 

dwie   spędzą  miłe,  spokojne  popołudnie.   Potem   pójdą  spacerem   do 

Sylwii i obejrzą, co wyczarowała ze ścinków z pracowni mamy. A tu 

background image

Oskar... i do tego Leszek... Znów obciąga ten rękaw. Ma fajną kurtkę. 

Pewnie   kupił   w  Bydgoszczy.   I,   co   ważniejsze,   jest   w   czapce.   Nie 

lubiła, gdy ludzie zimą, w trzaskający mróz, chodzą z gołą głową. Ona 

najchętniej   nosiłaby   grubą   czapkę   przez   cały   rok.   Zauważyła,   że 

Oskar jest bez czapki.

Kiedy   Leszek   kupował   sernik   i   herbatę,   Eliza   sięgnęła   do 

kieszeni   kurtki   po   pomadkę   i   szybko   pomalowała   sobie   usta. 

Ukradkiem obserwowała, jak usiłując nie zrzucić ciastka z kartonowej 

tacki, Leszek powoli idzie w ich kierunku. Wbił łyżeczkę w sernik, 

chwilę gryzł i ciepło spojrzał na Elizę:

- Bardzo dobry.

Do końca spotkania mówili już tylko Oskar i Beata. Opowiadali 

o swoim spacerze i wielkim bałwanie, którego ulepili nad Notecią. Jak 

mu   w   głowę   powbijali   uschnięte   trzciny,   więc   wyglądał   jak 

rozczochrany Indianin. Bardzo się z tego śmiali. Eliza widziała, że 

Oskar cały czas trzyma rękę na oparciu krzesła Beaty. Beata też to 

widziała, tego Eliza była pewna.

- Jutro nasz wielki dzień - oznajmił nagle Oskar.

- Jaki? - Beata roziskrzona radością oparła się o krzesło i teraz 

ręka Oskara leżała już na jej ramieniu.

- Mija tydzień, odkąd chodzimy ze sobą.

Leszek   spuścił   wzrok   i   zaczął   szybko   pić   herbatę.   Elizie 

wydawało   się,   że   się   lekko   uśmiecha.   Ale   może   jej   się   tylko 

wydawało.

- Już   tydzień?   -   z   przekąsem   powiedziała   Eliza.   -   Za   chwilę 

background image

będziecie mieli rocznicę.

- Elizabeth się odezwała. No, coś takiego. A wy z Lesiem, co? - 

Oskar wykrzywił się do Elizy.

- Zejdź   z   nas,   dobrze?   -   Od   razu   odpowiedział   Leszek.   -   Ja 

muszę przeprosić. Muszę... no, wracać.

- Dobra, idziemy wszyscy - zarządził Oskar. - I tak nie ma co 

robić w tej dziurze.

Obaj   chłopcy   mieszkali   w   Paterku,   małej   wiosce   kilka 

kilometrów od Nakła, więc zabrzmiało to dość głupio.

Wyszli.   Znów   padało.   Gdziekolwiek   się   spojrzało,   ktoś 

posypywał   piaskiem   chodnik   przed   swoim   domem.   Niemal   pod 

każdym   wejściem   stały   małe,   lepione   naprędce   bałwany   z 

wetkniętymi patykami lub niedopałkami.

- Może cię odpro...

- Nie, nie. To kawałek. Hej! - Eliza odwróciła się na pięcie. Nie 

miała ochoty oglądać pożegnania Oskara i Beaty. Tego miętoszenia 

rąk... Nagle stanęła. „A może ja rzeczywiście jestem zazdrosna? Może 

ja go kocham i dlatego oni mnie tak złoszczą?”. Jednak nie. Oskar jej 

nie interesował. Wolałaby umrzeć albo do końca życia przez nikogo 

nie być kochana, niż zadać się z takim Oskarem. „On mnie po prostu 

denerwuje. Tak się obnosi z tym podrywaniem, jakby to był dla niego 

chleb powszedni”.

*

Zamiast do domu poszła jednak do pracowni mamy. Usiadła na 

krześle   i,   nawet   się   nie   rozbierając,   patrzyła   na   czarne   witrynowe 

background image

okno.

- Co w szkole?

- Normalnie.

- A w domu? - W porządku.

- No, powiedz coś więcej. Jak z fizyką?

- Bez zmian. Teoria w porządku, z zadań leżę.

- Gdyby tatuś miał pracę, to syn tej mojej znajomej, wiesz, pani 

Lilii, kończy fizykę... Ale teraz... Gdyby tak znalazł pracę... Wiesz, 

dziś przyjechały do mnie dwie klientki z Piły. Od nas do Bydgoszczy 

po suknie jeżdżą, a tu proszę, z Piły. Wiesz, którą wybrały? Tę z 

dwiema różami z tyłu.

- Mamo... myślisz, że jestem ładna?

- Bardzo ładna.

- Eee, tak tylko mówisz. A te uszy? - Jakie uszy?

- No,   moje   wielkie,   odstające   wachlarze.   -   Przecież   masz 

normalne, foremne uszy... przytulić cię? - Mama wyciągnęła ramiona.

- Nie, nie - wycofała się Eliza, chociaż bardzo chciała poczuć 

teraz   ciepło   mamy   i   wypłakać   się   jej,   że   tak   wszystko   źle   z   tym 

Leszkiem wychodzi.

Całą   drogę   musiała   połykać   łzy,   tak   bardzo   chciała,   żeby   ją 

odprowadził. Był miły, mało mówił, miał taki zgrabny nos i patrzył na 

nią tak... łagodnie. Ale przecież głupio powiedzieć chłopakowi, że się 

chce,   żeby   cię   odprowadził.   Nie   mógł   się   sam   domyślić?   Nie   był 

takim głupkiem jak Oskar, ale ona oczywiście musiała zachować się 

jak...

background image

„Zawsze   wszystko   psuję.   Zawsze   milczę,   gdy   trzeba   coś 

powiedzieć. Słusznie teraz cierpię za własną głupotę Za karę stanęła 

sobie jednym butem na drugim i aż syknęła z bólu.

Mama opuściła ramiona i zaczęła porządkować skrawki. Eliza 

wstała, zdjęła kurtkę i zabrała się do pomocy. Po chwili podeszła do 

nowej sukienki, która (jeszcze nieskończona) wisiała na podręcznym 

wieszaku, zdjęła ja, weszła na szeroki stołeczek do przymierzania i 

przyłożyła do siebie.

- Będziesz piękną panną młodą...

- Nie żartuj. Z takimi uszami?

Mama zagryzła wargi, żeby nie było widać, że się śmieje.

- O, damy ci taki stroik na głowę... czekaj... zaraz... i jeszcze 

miniwelonik...   nic   nie   będzie   widać...   -   Mama   wyjęła   z 

przezroczystego   pudełka   malutki   stroik.   -   Sama   zobacz!   Uszy   się 

świetnie komponują.

- Może być. Ja nigdy nie wyjdę za mąż. Nigdy nie będę miała 

takiej sukienki.

Elizie   było   strasznie   żal   siebie   samej.   Wkoło   było   tyle 

dziewczyn   ładniejszych   od   niej,   z   normalnymi   uszami.   Dlaczego 

Leszek... Leszek? - Sama przestraszyła się tego, że myśląc o swoim 

ślubie, myśli właśnie o nim. „Leszek przyjeżdża tu z Oskarem, tylko 

dlatego. Nie ma się co oszukiwać. Gdyby spotkał Sylwię... przecież 

jemu to obojętne, czy to ona, czy Sylwia”.

Mimo że na twarzy nic nie było widać, Eliza czuła, że boli coś w 

środku i że płyną jej łzy. Niewidoczne.

background image

W środku. Co z tego, że nikt ich nie zobaczy? Eliza je wyraźnie 

czuła.

- Mamo, a co z tym... przytuleniem?

- Hm? - Jeszcze aktualne?

- Zawsze   aktualne.   Mama   odłożyła   stroik,   wzięła   z   rąk   córki 

sukienkę i odwiesiła na wieszak. Potem podeszła do wciąż stojącej na 

stołku Elizy i zaczęła kołysać ją w ramionach. Były teraz tego samego 

wzrostu i mama z przyjemnością raz po raz zerkała w lustro, patrząc, 

jak jej córka pięknie wyrosła i jaka z niej śliczna panienka. Jej też 

zakręciły się łzy w oczach.

- Jesteś bardzo fajną córeczką.

- A ty jesteś bardzo fajną mamą. Kocham cię - wyszeptała Eliza i 

zaczęła płakać, ale już nie w środku.

background image

ROZDZIAŁ 3

Zosia skończyła się bawić z Andżeliką. Odprowadziła sąsiadkę 

do drzwi. Nalała sobie mleka z folii, wypiła, potem wzięła gazetę i 

podeszła do ojca. Położyła mu ją na kolanach.

- Tatusiu, przeczytaj mi, na co ten kot jest chory. Wskazała na 

zdjęcie w rubryce: „Zwierzak czeka na człowieka”. Na zdjęciu był 

czarno   -   biały   kotek   bez   jednego   ucha   i   z   resztką   ogona.   Pił   coś 

białego z miseczki.

- Kotek   Felicjan,   okaleczony,   bez   uszka,   ze   zwichniętą   łapką 

poszukuje   domu,   w   którym   mógłby   się   wyleczyć   i   odpocząć   po 

strasznych przeżyciach...

- Czytaj dalej.

- Kotek   jest   nauczony   czystości,   lubi   właściwie   wszystko   jest 

miły, doskonale rozumie się z małymi dziećmi.

- Czyli ze mną.

- O, ty jesteś już duża. Jesteś przecież w zerówce.

- Weźmiemy tego kotka? - Nie.

- Dlaczego?

- Dlaczego... - ojciec podrapał się po czole - bo... bo...

- Ja wiem dlaczego. Bo jest chory. A wszyscy boją się chorych. 

A ty teraz masz dużo czasu, mógłbyś mu dawać mleczko. I on by 

mruczał. Ale ja wiem, że nawet jak film jest bardzo długi, to ci, co 

tam występują, zawsze są cały czas zdrowi, nie mają ran ani strupów. 

Ja   wiem.   Jak   my   go   nie   weźmiemy,   to   on   umrze.   I   ty   na   to   się 

zgadzasz, tatusiu? - zakończyła dramatycznie.

background image

- Zosieńko! Jest  tyle innych zdrowych, ślicznych kociaczków. 

Czy nie możemy wziąć normalnego kota z ogonem i ze wszystkim?

- Możemy. Czy ja mówię, że nie możemy? Weźmy zdrowego.

Ojciec poczuł, że się poci. Nie planował kota, a teraz poczuł, że 

córka ma nad nim przewagę.

- Ale kot w domu...

- Tego nikt nie weźmie. Nawet ty, taki dobry, taki kochany, też 

nie chcesz go wziąć. Tak robi tylko człowiek bez serca, a ty masz 

serce, prawda? Czy on już zawsze ma nie mieć domku?

- Nie. I kończymy dyskusję. - Nie masz serca.

Popatrzyła   jeszcze   na   ojca   przymrużonymi   oczami   i 

naburmuszona   zeszła   z   jego   kolan.   Wzięła   nożyczki   i   nieporadnie 

wycięła zdjęcie wraz z tekstem. Poszła do pokoju i zapaliła miodową 

lampkę.   Mamrocząc   pod   nosem,   długo   coś   malowała,   wycinała   i 

okropnie skrzypiała podsuszonymi już flamastrami. Następnie, nucąc 

pod nosem „Do pierwszej klasy pójdę pierwszy raz”, nakleiła swoje 

dzieło na lodówce i poszła umyć ręce.

Po kilku minutach weszła mama.

- Cześć wszys... no, coś takiego! Irek, czy ty to już widziałeś?

Ojciec  podniósł  się z fotela  i podszedł  do lodówki. Najpierw 

spojrzał   na   żonę   i   jej   dziwną   minę,   a   potem   przeniósł   wzrok   na 

wycinankę przyczepioną krzywo do białych drzwi lodówki.

Na   kawałku   kartonu   zrobiona   była   flamastrami   ramka. 

Dokładnie było widać, gdzie który flamaster się skończył. Na środku, 

wykorzystując   bardzo   grubą   warstwę   kleju,   Zosia   przykleiła 

background image

postrzępione   zdjęcie   kota   Felicjana   ze   schroniska,   a   na   niego 

przykleiła   liczne   strupy   ze   swojej   kolekcji.   W   pustych   miejscach 

dorysowała   blizny,   rany   i   lejącą   się   krew.   Nad   tym   wszystkim 

krzywymi literami napisała: „Mój tatuś nie ma serca!!!”.

*

Eliza miała dość słuchania po raz dziesiąty opowieści o tym, jak 

Oskar pocałował Beatę w policzek. Znała już wszelkie szczegóły i 

mogła równie dobrze sama opowiadać, jak to było. Jednak nic nie 

mówiła. A Beata znów zaczynała swoją opowieść i znów znacząco 

gładziła się po policzku. Eliza w końcu nie wytrzymała i powiedziała 

co myśli.

- Ty go wcale nie znasz. Pozwalasz się całować? - Ja go nie 

znam? To kolega mojego kuzyna. Ja go bardzo dobrze znam. Sylwia 

mnie   rozumie,   prawda,   Sylwia?   -   Popatrzyła   na   przyjaciółkę,   a   ta 

kiwnęła głową. Pogorszyło jej się z gardłem i odzywała się bardzo 

mało. - Tylko nikomu ani słowa.

- O czym?

- Fo,   fo   nas.   Fo   mnie   i   fo   Foskarze.   -   Beata   ze   smakiem 

pochłaniała   rosół   z   domowym   makaronem,   który   dla   chorej 

codziennie gotowała babcia. Swoją porcję zjadła błyskawicznie i teraz 

znacząco spojrzała na talerz Sylwii, a ta zachęcająco kiwnęła głową.

- Przecież   już   sama   wszystkim   rozgadałaś.   Nawet   gdybym 

chciała komuś powiedzieć, to na całej planecie nie ma nikogo, kto by 

o WAS nie wiedział. Pewnie będzie dziś o tym w „Wiadomościach”. 

Sylwia, ty nic nie zjesz? - Sylwia wzdrygnęła się z obrzydzeniem, 

background image

patrząc na pełen marchewek i drobno posiekanej natki klarowny rosół.

- Chybabym umarła -  wydusiła  Sylwia i pokazała Beacie ręką, 

żeby zjadła do końca.

- Zazdrość. Jesteś zazdrosna, bo Leszek...

- Zostaw nas w...

- Nas? Aha, „nas”, no proszę. Więc jednak coś tu się zaczęło.

- Nic się nie zaczęło. Nie znam Leszka, a on mnie. Widzieliśmy 

się... dwa razy - dodała cicho.

- Ale podoba ci się, powiedz prawdę. Podoba ci się? - Beata 

przechyliła talerz i zjadła ostatnią łyżkę zupy. - Nie może ci się nie 

podobać, jest przecież podobny do mnie.

- Sylwia, zrobiłaś coś fajnego? - zmieniła temat Eliza.

- Uhm. - Sylwia pokazała ręką w stronę parapetu i dziewczyny 

podeszły do okna.

- Wow! No, no. O matko!

- Mówiłam   ci   już,   że   masz   bogate   słownictwo?   -   Eliza 

popatrzyła na zachwyconą Beatę i jeszcze raz zaczęła przyglądać się 

pracy. - Sylwuś, zatkało mnie. Ty musisz iść do liceum plastycznego. 

Żeby nie wiem co.

- Aha, na pewno się zgodzą - mruknęła Sylwia i wykorzystując 

małe  lusterko,   po raz  kolejny  zajrzała  sobie  do  gardła.  -  Dobre?  - 

wyszeptała jeszcze.

- Śliczne. Dziewczyny stały cały czas obok okna i nie mogły 

oderwać   oczu   od   tego,   co   ze   ścinków   z   pracowni   krawieckiej 

wyczarowała Sylwia. Praca przedstawiała grupę wolno idących wąską 

background image

uliczką osób. Wszyscy byli tyłem, tylko jedna osoba odsłaniała swój 

profil. Mimo to doskonale widać było, kto jest w jakim nastroju, kto 

co czuje i kto kogo lubi. Z boku w misternej, koronkowej sukni kilka 

kroków   za   innymi   szła   samotna,   młoda   dziewczyna.   To   o   niej 

rozmawiali pozostali. I to niezbyt pochlebnie, sądząc po spojrzeniu, 

jakie rzucał na nią lekko odwrócony wysoki, przystojny chłopak.

- Wiesz, Sylwuś, jak tak na ciebie patrzę, to nie mogę uwierzyć, 

że ty umiesz takie rzeczy - przyznała Eliza. - Może potrzebujesz coś 

jeszcze z materiałów?

- Kurczę, ja naprawdę nie mogę - wyraziła swój zachwyt Beata.

Sylwia   pokręciła   głową   i   palcem   pokazała   miejsce,   gdzie   na 

przegubie powinna mieć zegarek.

- A racja, już lecimy. Pa, Sylwuś. Pozdrowimy Reńkę od ciebie. 

Do jutra! Beta, zbieraj się.

- Jestem już zebrana. Dziękujemy za rosół. Do widzenia pani.

Wyszły. Renata Kulczyńska z ich klasy przedwczoraj na sankach 

zwichnęła   nogę   i   dziewczyny   szły   do   niej   z   lekcjami.   Po   drodze 

kupiły   grejpfrutowe   mentosy   i   torcik   wedlowski.   Obie   te   rzeczy 

Renata uwielbiała, ale mama, która była stomatologiem, nie pozwalała 

jej ich jeść ze względu na zęby, dlatego Renata jadła słodycze tylko po 

kryjomu.

*

Renata,   w   dresie,   ze   świeżo   pomalowanymi   błyszczykiem 

ustami, przywitała je wylewnie.

- Już   myślałam,   że   nie   przyjdziecie.   Grejpfrutowe,   dzięki. 

background image

Patrzcie, co mam. - Odchyliła poduszkę, pod którą leżały zmiażdżone 

Pieguski i delicje z nadzieniem gruszkowym. - Rafał już u mnie był - 

wyjaśniła. - No, mówcie, mówcie, bo Rafał to cały czas milczy. Nic 

nie umie powiedzieć, jakby w ogóle w szkole nie był. I co tam?

Dziewczyny opowiedziały jej, co w szkole: jak to Eliza dostała 

piątkę za odpowiedź z fizyki i jedynkę za brak zadań, też z fizyki; o 

tym, że zauważyli, że Marcin ma na plecach wielki napis: „Kocham 

Ankę”.   Wszyscy,   oczywiście   poza   Anką,   mieli   świetny   ubaw.   A 

potem   się   okazało,   że   on   naprawdę   zakochał   się   w   Ance,   a   ona 

przecież  chodzi   z  Michałem.  Michał  się  wściekł   i  chciał  się   bić  z 

Marcinem.   Na   szczęście,   nie   zdążył,   bo   matematyczka 

niespodziewanie   zrobiła   kartkówkę.   No,   z  potem   nikt   już   nie   miał 

humoru.

- A co ty robisz całymi dniami? Pewnie telewizorek i komputer... 

- rozmarzyła się Beata.

- Coś ty? Kuję. Przecież jak wrócę, to się na mnie rzucą. Wiesz, 

ile rzeczy będę musiała zaliczyć? Kuję i czytam. Jak mama wraca z 

pracy, to mnie niby tak przy okazji pyta, o czym jest ta książka, jak się 

kończy. Sprawdza mnie, rozumiecie? Myśli, że jest taka sprytna, że ja 

tego nie wyczuwam.  Rafał  ma  mi  przynieść streszczenia lektur,  to 

może będę mogła coś obejrzeć, bo tak to nic. Zaraz by było, że nie 

doceniam   tego,   co   mam,   same   wiecie...   Beata,   a   co   z   Oskarem? 

Widzieliście się?

Eliza gwałtownie odwróciła głowę. „Czyli Renata też już wie”.

- Eee   -   zawahała   się   Beata,   ale   oczywiście   przysiadła   się   do 

background image

Renaty  i  z  wypiekami  zaczęła  opowiadać  to,  co Eliza  słyszała  już 

wiele razy. Eliza usiadła po turecku na podłodze i zaczęła przerzucać 

stertę gazet. Szósta gazeta od góry to był komiks. Numer dziesiąty. 

Trzecia strona była naderwana, ale żaden z obrazków nie ucierpiał. 

Brakowało   tylko   numeru   strony.   Obok   leżały   też   inne   komiksy. 

Renata   najwyraźniej   też   miała   swoją   komiksową   kolekcję.   Eliza 

zerknęła na plotkujące koleżanki. „Gdybym ją teraz poprosiła o ten 

numer, może by mi dała. Ale jak mi da, skoro sama zbiera? Ja bym ni-

komu   nie   dała   żadnego   numeru,   więc   byłabym   naiwna,   licząc,   że 

Renia mi da. Nie, nie wolno nic mówić, bo to zwróci uwagę na ten 

numer. Trzeba zabrać po cichu. Muszę wziąć i nic nie mówić. Może 

nie zauważy”. - Szybko odepchnęła tę myśl. Zaraz jednak zerknęła do 

tyłu   i   upewniwszy   się,   że   dziewczyny   są   zajęte   opowiadaniem   o 

pocałunku wszech czasów, zwinęła dziesiątkę w rulon i schowała pod 

sweter.

Gazeta prawie ją paliła. Być może to ze zdenerwowania zrobiło 

jej się tak gorąco, jakby miała pod swetrem rozżarzone kamienie. Nie 

mogła się ruszyć i brakowało jej powietrza.

Wyjęła komiks, rozprasowała go na stercie gazet i włożyła pod 

kilka innych numerów.

Poczuła   ulgę.   „Ojejku!   O   mało   nie   zostałam   złodziejką”.   - 

Zrobiła   kilka   głębokich   wdechów.   Powietrza   znów   było   tyle,   ile 

trzeba.

- O   czym   gadacie?   -   zapytała   wesoło   i   rzuciła   ostatnie 

pożegnalne spojrzenie na stertę gazet. „Żegnaj, dziesiątko”.

background image

*

Była za pięć dziesiąta wieczorem, kiedy Eliza ze słuchawką w 

dłoni stała przy komodzie i ciągle nie mogła się zdecydować.

- Mamo, jak myślisz? Czy mogę jeszcze zadzwonić do Renaty?

- A świeci się u nich? Z okien ich mieszkania na drugim piętrze 

było widać, między innymi domami, dom Renaty.

- Świeci.

- To dzwoń. Kulczyńska zawsze długo siedzi. A nie byłaś dziś u 

Reni?

- Byłam, byłam, ale jeszcze mi się coś ważnego przypomniało.

Drżące dłonią wybrała numer. Szczęśliwie odebrała Renata.

Eliza zapytała o komiks.

- Rafał   zabrał   wieczorem   wszystkie   gazety,   bo   mieli   coś   do 

spalenia i potrzebowali papieru.

Zamarła   w   bezruchu,   wyobrażając   sobie,   jak   dziesiątkę   bez 

kawałka   trzeciej   strony   pożerają   okrutne   czerwone   języki   ognia. 

Oparła się o ścianę.

- Jak to... jak to... Dlaczego mi ich nie oddałaś?

- A   skąd   ja   mogłam   wiedzieć?   Powiedziałaś   mi,   że   chcesz? 

Myślałam, że masz wszystkie swoje. Każdy wie, że zbierasz i masz 

wszystko.

- Taaa, wszystko. Bez dziesiątki, bo właśnie przegapiłam.

- Cała ty! Nic nie powiesz, nigdy nic nie powiesz. Mogłaś sobie 

wziąć, co chciałaś, ale skąd ja mogłam wiedzieć, że ci brakuje. I teraz 

mi głupio. Mam przez ciebie wyrzuty sumienia. Przecież mogłaś coś 

background image

powiedzieć!

- Nie   wiem,   dlaczego   nie   powiedziałam.   Jakoś   nie   umiałam. 

Myślałam, że...

- Eliza, kończę. Pa!

- Pa!

*

Mama   siedziała   przed   telewizorem   i   obszywała   jakąś 

podszewkę, ojciec natomiast chodził po domu i zaglądał w różne kąty, 

mrucząc:

- Gdzie jesteś, no gdzie, no, pokaż się, nie bój się, wyjrzyj...

Eliza dosiadła się do mamy.

- Co   byś   powiedziała,   gdybym   zadzwoniła   na   komórkę   do 

Beaty?

- Nie   zgodziłabym   się.   Nie   mam   zamiaru   rujnować   się   na 

telefon. Nie możesz zadzwonić normalnie?

- Nie, bo telefon jest w pokoju, gdzie śpi jej ojciec...

- To musisz poczekać do jutra. Coś się stało?

- Nie, nic. Tylko coś sobie przypomniałam.

- Ale nic złego?

- Nie. Trudno. To już idę spać.

- A co ty tak długo dziś siedzisz?

- Jutro   czwartek,   idę   na   trzecią   lekcję.   To   dobranoc,   mamuś. 

Cześć, tato.

- Cześć, cześć. Nie widziałaś mojego pióra?

- Nie, tato. Dobranoc.

background image

- Dobranoc.

Eliza weszła do pokoju i w tym momencie zadzwonił telefon. 

Usłyszała przez drzwi, jak ojciec mówi: „halo” i czekała, co będzie 

dalej. Po kilku sekundach usłyszała, jak mówi:

- Ale wiesz, Beatko, Eliza właśnie poszła spać. - Na te słowa 

Eliza dosłownie wyskoczyła z pokoju. - A jednak nie poszła. Proszę. - 

I wręczył córce słuchawkę.

- Cześć, Eliza, uważaj! Co robisz?

- Co robię? Rozmawiam z tobą. - Eliza spojrzała na rodziców, bo 

oboje na nią patrzyli.

- A, prawda. To usiądź lepiej.

- Dobrze, już siedzę - powiedziała Eliza, stojąc przy szafce z 

telefonem.

- Wiesz, jakiego SMS - a przysłał mi dziś Oskar?

- Nie wiem, ale pewnie zaraz mi powiesz. - Ojciec cały czas stał 

obok córki i ostentacyjnie patrzył na zegarek.

- Słuchaj. Uwaga, czytam. Słuchasz?

- Słucham, słucham. No?

- Powiedz   Elizabeth,   że   mam   dla   niej,   co   chciała.   Twój   na 

zawsze Oskar.

- Co?! Powtórz!

- Twój na zawsze Oskar.

- Nie to! To wcześniej.

- Może ja wysłucham, bo widzę, że nigdy nie skończycie.

- Tatku...   -   Eliza   zakryła   mikrofon   ręką   -   jeszcze   minuta,   to 

background image

bardzo ważne.

- Bardzo,   koniecznie   trzeba   to   załatwiać   po   dziesiątej.   A   ja 

czekam na ważny telefon - zdenerwował się ojciec.

- Beata! Czyli co? On to ma! Jak się cieszę. Muszę kończyć, bo 

tata czeka na ważny telefon - powiedziała z przekąsem, jakby mogło 

być coś ważniejszego niż to, że już ma ten dziesiąty numer. - Oskar 

jest wielki. Pa!

- Pewnie! Ja to wiem od zawsze! Pa!

- Co takiego się stało? - spytała mama i podniosła wzrok znad 

białego podszewkowego materiału.

- Nic takiego. Beata coś dla mnie ma. Nic ważnego. Dobranoc! - 

zakończyła wesoło.

- A kto to jest Oskar?

- Chłopak   Beaty.   Dobranoc   -   powiedziała   po   raz   kolejny   i 

szybko   pobiegła   do   pokoju.   Zgasiła   światło   i   postanowiła,   że   już 

nigdy, nigdy nie powie niczego złego o Oskarze, skoro załatwił jej 

dziesiątkę. I to w momencie, kiedy tak głupio ją przegapiła.

- Oskar jest w porządku - powiedziała na głos.

- Siostro,   poproszę   skalpel   -   wymruczała   przez   sen   Zosia   -   i 

widelec. Zaczynamy operować.

background image

ROZDZIAŁ 4

- Co oglądasz, Zosiu?

- Jak się robi taką operację, że potem uszy  nie odstają. Eliza 

wbiła w siostrę wzrok. Nie myślała, że Zosia i może być tak złośliwa.

- Ale ty jesteś wredna.

- Dlaczego? - Dziecko prawie się rozpłakało. - ja sobie lubię tak 

popatrzeć, jak człowiek ma w środku.

- I przypadkowo oglądasz o uszach?

- Tak. A co?

- Nic - fuknęła Eliza i pomyślała, że siostra chyba rzeczywiście 

niezłośliwie o tych uszach zaczęła. Poszła do łazienki, dla niepoznaki 

puściła   wodę   w   kranie   i  zaczęła   oglądać   swoje   uszy.   Były 

gigantyczne. Na dodatek, prawy płatek przyrośnięty był do czaszki, a 

lewy nie.

Jakby   były   od   dwóch   różnych   osób.   Lewe   sterczało   dra-

matycznie, prawe trochę lepiej - robiła rachunek Eliza.

„Jak tylko zacznę zarabiać, od razu je sobie zoperuję”.

Wyszła z łazienki i poszła do siostry.

- Pokaż tę operację uszu.

- Naprawdę chcesz zobaczyć? - rozpromieniła się Zosia.

Poszukała gazety i usiadła koło siostry.

Zdjęcia   były   makabryczne.   Rozcięta   skóra   naciągana   jakimiś 

hakami i różowe mięśnie pod spodem.

- O rany! - jęknęła Eliza.

- Widzisz, to proste. Tylko po co to robić? - Jak to po co? Żeby 

background image

nie mieć odstających uszu.

- A   kto   ma   odstające?   Ja   bym   chciała   raz   zobaczyć   kogoś   z 

odstającymi.

- No, to widzisz... Masz kogoś takiego przed sobą.

- Kogo? - Dziecko pokręciło głową, jakby się rozglądało. I do 

Elizy dotarło, że siostra wcale nie uważa, że ona ma odstające uszy. 

Przez moment poczuła radość, ale po chwili przyszło jej do głowy, że 

Zośka   jest   jeszcze   za   mała,   żeby   cokolwiek   zrozumieć.   Chodzi 

przecież dopiero do zerówki.

*

Sylwia była szczęśliwa, że nareszcie może wychodzić z domu. 

Żeby to uczcić, zjadła opakowanie lodów pistacjowych i nabawiła się 

ropnej anginy. Babcia karmiła ją więc rosołem. Wraz z przedłużaniem 

się choroby rosół był coraz bardziej tłusty i coraz bardziej gorący. 

Nawet Beata, której mama zawsze robiła tylko drugie danie, miała już 

dość i tylko z przyjaźni zjadała zupę za przyjaciółkę. I tym razem, jak 

zawsze tuż po ich wejściu, babcia wniosła do pokoju trzy parujące 

talerze rosołu.

- Jeśli   nie  będziecie  najedzone,  to  się  zaraz  zarazicie.  Jedzcie 

szybko, póki gorący. Ja wyjdę na chwilę kupić kurę.

- Na   jutrzejszy   rosół.   -   Sylwia   jęknęła.   -   Czy   wiecie,   ile   kur 

oddało   życie,   żebym   ja   była   zdrowa?   Cała   hodowla.   A   właściwie 

dlaczego przyszłyście tak późno?

- Byłyśmy w Paterku.

- U Oskara? - Sylwii zaświeciły się oczy.

background image

- Tak, u Oskara - odpowiedziała Eliza znacząco. Oskar bardzo 

się   ucieszył   na   ich   widok.   Było   bardzo   miło.   Tylko   że   dziesiątkę 

będzie miał dopiero jutro. Dziś ma ją jego kolega, ale akurat go nie 

ma, bo pojechał z rodzicami do Torunia po coś tam, ale jutro Oskar 

przyjedzie   do   Nakła   i   przywiezie   dziesiątkę.   Miał   ją   już   w   ręku 

wczoraj, ale nie zabrał od kolegi, bo sypał śnieg i bał się nieść, żeby 

się nie zniszczyła. Eliza chciała co prawda jechać do domu tego kolegi 

(może jest tam ktoś, kto wyda im dziesiątkę), ale Oskarowi nie podo-

bał się ten pomysł. Zaraz poleciał po Leszka.

Eliza nie wspomniała Sylwii, że Leszek powiedział tylko dwa 

słowa: „cześć” na początku i „cześć” na końcu. Ani tego, że raz stanął 

tak blisko Elizy, aż ta poczuła jego spojrzenie, jakby ktoś dotknął jej 

oczu czymś gorącym. Powiedziała  tylko, że Oskar znalazł  dla niej 

dziesiątkę i że będzie ją miał jutro. Kiedy Beata zrozumiała, że Eliza 

nie będzie obgadywać Oskara, zaczęła ćwierkać. O tym, jaki Oskar 

jest mądry, jak świetnie jeździ na łyżwach, bo jej o tym mówił, i że 

ma w domu cztery komputery połączone w sieć i że chcą wybrać się 

do Bydgoszczy.

- Sami?

- Tak. Ale jeśli chcecie... - Kto?

- No, ty i Leszek...

- Nie wiem jak Leszek. Widziałam go... trzy razy. Ja nie chcę i 

wątpię, czy ciebie mama puści.

- Nic jej nie powiem. Pojedziemy i wrócimy. Co się stanie?

- Bardzo rozsądnie - burknęła Eliza.

background image

- Widzisz, Sylwia, to jest to, o czym ci mówiłam. Ona jest po 

prostu zazdrosna. Leszek stoi jak tyczka i nic nie mówi, a... powiedz 

prawdę: nie lubisz Oskara?

- Ani lubię, ani nie lubię. Jestem mu wdzięczna za dziesiątkę. 

Naprawdę. Tylko jakoś tak za szybko wszystko się dzieje. Już się z 

nim obejmujesz, tak się cmokacie bez przerwy i wszystkim o nim 

opowiadasz. A nawet u niego w domu nie byłaś.

- Już   jestem!   -   Babcia   Sylwii   wróciła   i   z   zadowoleniem 

pozbierała  po  dziewczynkach   puste   talerze.   -   Zaraz   wam   dam 

kluseczki z sosikiem.

- A jak ten Leszek? - Sylwia zmieniła temat.

- Nijak. Daleko mu do Oskarka - odparła Eliza z przekąsem i 

zobaczyła, że Beata rzuca się na kluski, które zdążyła już przynieść 

babcia.

- Fidzicie, fudze fczęście fodzi fazdrość.

- Tak, tak. A ty rozmawiałaś z Leszkiem na poważnie o tym 

Oskarze? Bo, to fakt, Oskar jakoś mi się nie podoba.

- Fo nie fobie ma się fodobać, ale mnie.

- Na całe szczęście.

Zjadły kluski i poszły do Renaty.

*

Następnego   dnia   rodzice   zaplanowali   wizytę   u   dziadków   w 

Kcyni. Mama wcześniej wyszła z pracowni, bo akurat odbiór miała do 

południa, a ojciec jeszcze golił się przed wyjściem.

- Lekcje odrobione? - krzyknął.

background image

- Odrobione - szybko odkrzyknęła Zosia.

- A miałaś coś zadane?

- Przecież ja chodzę do zerówki. Mnie nic nie zadają.

- To po co się odzywasz?

- To po co ty pytasz?

- Wiecie   co,   chodźmy   już.   Czy   ktoś   może   wreszcie  zdjąć  te 

ohydne  bazgroły z  lodówki? Ten kot śni mi się każdej nocy. Już ty 

lepiej nic nie mów. - Ojciec nie dał Zosi dojść do słowa. - Widziałaś 

gdzieś moje pióro? Wychodźcie, ja zamknę.

Poszli piechotą na dworzec autobusowy w górnej części miasta. 

Spędzili bardzo miły i wesoły wieczór u dziadków. Tym bardziej, że 

dziadek przywitał ich dumny z tego, że znalazł dla tatusia dorywczą 

pracę   u   znajomego   producenta   mebli.   Wszystkim   to   poprawiło 

humory. Kiedy wracali, było już ciemno. W autobusie Zosia zasnęła, 

cały czas trzymając w rączce kilka złotych, które dali jej dziadkowie, 

a Eliza wyglądała przez okno.

Autobus zatrzymał się w Paterku i...

Nie, to niemożliwe! A jednak... Na przystanku stał Oskar. Oskar 

Beaty.  Był   ubrany   tak   samo   jak   poprzedniego   dnia,   kiedy   były   w 

Paterku po dziesiątkę. Stał i żegnał się z jakąś dziewczyną. Na głowie 

miała rudą czapkę i bardzo modny, jasnobrązowy, sztuczny kożuszek.

Nie była to Beata, a Oskar pocałował ją w policzek i jeszcze, 

gdy wsiadała, trzymał za rękę.

Elizie zrobiło się gorąco. Patrzyła długo na Oskara znikającego 

w mroku nocy. A potem na dziewczynę, która wsiadła do autobusu. 

background image

Nie znała jej. Nie była ani ładna, ani brzydka, chyba w ich wieku.

„Może on ma brata bliźniaka? Na pewno tak. Musi być przecież 

jakieś wytłumaczenie. Albo to jego siostra. Tylko dlaczego ją trzymał 

za   rękę?   Ma   brata,   tak.   I   wszystko   jasne.   Przecież   to   możliwe, 

prawda?”.

*

- To niemożliwe, on nie ma żadnego brata - syknęła Beata.

- Może ma, tylko ci nie powiedział.

- Wiesz co? Wymyśliłaś to! Jesteś zła, że nie dał ci komiksu. 

Widziałam twoją minę. Myślisz, że on wcale nie ma tego numeru, 

tylko   zmyśla,   tak?   Nigdy   go   nie   lubiłaś!   -   Ze   złości   Beata   miała 

całkowicie   zmienioną   twarz.   Nie   była   teraz   wesołą,   zawsze   pełną 

optymizmu przyjaciółką. Wyglądała jak warczący na kogoś amstaff. 

Nagle sama siebie klepnęła w czoło. - Już wszystko rozumiem! Nie 

podoba ci się Leszek, bo podoba ci się Oskar. Przejrzałam cię. Jesteś 

podła!

- Bea...

Ale nie było już dla kogo kończyć. Beata odwróciła się na pięcie 

i odeszła.

*

- Jakubiak, dlaczego ty nie ćwiczysz? - Mikra oderwała się od 

prowadzenia   rozgrzewki,   bo   zobaczyła,   że   Beata   podskakuje   w 

miejscu, zamiast jak reszta dziewczyn robić naprzemienne skłony z 

uczepioną u boku partnerkę.

- Bo nie mam pary.

background image

- A Dukacka? Co się z wami dzieje?

- Z Dukacką nie będę ćwiczyć.

- Beatko, natychmiast stwórzcie parę i do roboty.

- Przepraszam, proszę pani, ale ja się brzydzę dotknąć Dukacką.

Na   sali   zrobiło   się   bardzo   cicho.   Mikra,   sporej   postury 

nauczycielka od WF - u, stała i bezradnie bawiła się dyndającym na 

szyi gwizdkiem.

- Proszę stanąć w rzędach, ćwiczymy dalej bez par - wpadła na 

wspaniały   pomysł.   I   po   chwili,   jakby   nic   się   nie   stało,   cała   klasa 

równo robiła pajacyki. Lekcja potoczyła się dalej.

Po rozgrzewce grały w siatkówkę. Mikra rozdała połowie klasy 

żółte szarfy.

- Proszę...   Jakubiak,   co   się   znowu   z   tobą   dzieje?   Dlaczego 

siedzisz na ławce, zamiast grać?

- Ja, proszę pani, nie zagram w jednej drużynie z...

- Dziewczyny,   jeśli   natychmiast   się   nie   uspokoicie...   Zawsze 

mam   z   wami   kłopoty.   Albo   chcecie   ćwiczyć   we   trzy,   teraz   na 

szczęście Dolińska jest chora, albo dostajecie ataku śmiechu akurat, 

gdy na wizytacji jest pani dyrektor. Myślałam, że choć raz nie będzie 

problemu par. Co się stało? Możecie mi wytłumaczyć?

- Ja mogę - powiedziała Beata. Odczekała chwilę, jakby się nad 

czymś zastanawiała, a potem zadziornie spojrzała na bladą Elizę.

- Nie będę z nią już nigdy ćwiczyła, bo ona zakochała się w 

moim chłopaku i specjalnie, żeby mi go odbić, opowiada o nim różne 

kłamstwa! A udawała moją najlepszą przyjaciółkę.

background image

Eliza poczuła, że przed oczami robi jej się ciemno, zrobiła więc 

krok do tyłu, żeby oprzeć się o drabinki. W sali gimnastycznej nawet 

w ciepłe dni bywa chłodnawo, ale teraz, zimą, sala była ogrzewana. 

Mimo to Eliza zobaczyła na swoich rękach gęsią skórkę.

- Takie   dobre   przyjaciółki,   a   kłócą   się   o   chłopaka?   Dajcie 

spokój, nie warto. Tego kwiatu jest pół światu! Eliza, zastanów się, co 

robisz.   Nie   spodziewałam   się   tego   po   tobie.   No,   panny,   koniec 

gadania,   gramy.   Żółte   serwują.   Jakubiak,   możesz   przejść   do 

przeciwnej drużyny.

*

Na   niemieckim   Beata   usiadła   w   pierwszej   ławce   z   Adasiem. 

Adaś był starszy od wszystkich o dwa lata - powtarzał już dwie klasy i 

nikt z nim nigdy nie siadał. Teraz, co chwila odwracał się i sprawdzał, 

czy wszyscy widzą, że Beata przysiadła się do niego.

Klasa wrogo patrzyła na Elizę. Nikt z nią nie rozmawiał. Nikt do 

niej nie podchodził. Dziewczyny ciągle coś między sobą szeptały i 

zerkały na Elizę, więc było jasne, że mówią o niej. Tylko na polskim u 

pani Mielcarz, której wszyscy się panicznie bali, emocje ucichły. Ale 

gdy tylko skończyli notować temat wypracowania, które mieli pisać 

przez   zbliżające   się   ferie,   zaraz   przypomnieli   sobie   o   Elizie.   Na 

ostatniej lekcji o aferze wiedzieli już chłopcy.

- Eliza, ale cicha woda z ciebie. No, no, taka zawsze milcząca. 

Jak chcesz go odbić? Może kilofem. - Chłopcy ryknęli śmiechem, a 

Eliza   jak   zawsze   nic   nie   odpowiadała.   Po   lekcjach   przeczekała   w 

łazience pół godziny, żeby na pewno już wszyscy poszli. W drodze do 

background image

domu wstąpiła do Sylwii.

- Eliza, jak mogłaś? - powitała ją Sylwia. - Beata wszystko mi 

opowiedziała. Wpadła zjeść za mnie rosół. - Chora ściszyła głos. - 

Widzisz, to jest prawdziwa przyjaciółka. A ty? Nigdy nic nie mówisz. 

Mogłaś mi  powiedzieć, że ten Oskar ci się spodobał. To w końcu 

normalne.   Z   tego,   co   Beata   opowiada,   to   on   się   każdemu   musi 

podobać.   Wzięło   cię,   to   się   przecież   zdarza.   A   ty   tylko   ciągle 

powtarzasz, że to za szybko i za szybko. Tak się nie robi. - Ja tylko...

- Wybacz, ale Beata jest na ciebie wściekła, i wiesz, ja muszę się 

z nią zgodzić. No, co masz na swoje usprawiedliwienie?

- Nic - mruknęła Eliza, oglądając nową pracę Sylwii. Tym razem 

była to owalna ramka z bardzo ciemnego, postrzępionego materiału, a 

w   środku   portret   zamyślonej,   zapatrzonej   w   dal   młodej   damy   w 

zgrabnym kapeluszu. - Ładne. - Eliza wskazała pracę.

- Tak, tylko ona jest chyba trochę za smutna. Dałabyś na chwilę 

swoją pomadkę...

Sylwia   delikatnie,   w   dwóch   miejscach,   dotknęła   pomadką 

portretu.   Następnie   roztarła   palcem   dwie   maleńkie   kropeczki   i 

zamyślona dziewczyna od razu zaczęła się uśmiechać.

- A jak się czujesz?

- Ucho mi zaatakowało i zmienili mi antybiotyk. Babcia chce mi 

robić prześwietlenie, bo jest pewna, że mam niedoleczone zapalenie 

oskrzeli albo nawet płuc.

- Jak to ucho? Dlaczego?

- Bo wiesz, miałam już tak brudną głowę, że musiałam umyć, a 

background image

akurat   zawołał   mnie   przez   okno   Rafał.   Więc   wyjrzałam   i   mnie 

zawiało.

- Powiedziała   ci   Beata,   jakie   wypracowanie   Mielcarka 

wymyśliła?   To   sobie   zapisz.   Po   feriach   wszyscy   mamy   oddać. 

„Najważniejsze zdjęcie z mojego domowego archiwum”. Ja się chyba 

przeniosę...

- O, telefon! Może to Beata. - Sylwia wyskoczyła na bosaka z 

łóżka,   a   Eliza   poszła   do   przedpokoju.   Założyła   buty,   kurtkę   i 

nieżegnana przez nikogo poszła do pracowni mamy.

*

- Co ty, chora jesteś? Takie masz wypieki.

- Nie, nie. Biegłam kawałek.

- Dobrze, że jesteś. Ty wiesz, że ta Święcicka, co miała odbiór 

na   czwartek,   dziś   dzwoniła,   że   jednak   chce   zielone   przy   każdej 

różyczce   i   muszę   doszywać?   Ja   dziś   tego   nie   skończę.   Sto 

siedemdziesiąt pięć różyczek! Ale co mam robić? Pomożesz? - Eliza 

kiwnęła głową. - To myj ręce, póki mamy resztkę światła dziennego. 

Szkoda, że Beatka nie przyszła. Na pewno nic ci nie jest?

- Na   pewno   -   odpowiedziała   Eliza   i   usiłowała   zmusić   się   do 

uśmiechu.

*

- Mamo, czy Andżelika może do mnie przyjść? - zapytała Zosia, 

wieszając się na mamie.

- A co będziecie robić?

- Jej wypadł ząb, to sobie obejrzymy dziurkę z żywym mięsem. I 

background image

ona chce popatrzeć na tatusia.

- Na naszego tatusia?

- Tak. To może przyjść?

- Może. Tylko ładnie się bawcie.

- Pobawimy się w szpital dla bardzo ciężko chorych. Po chwili 

Zosia wróciła z Andżeliką Koziołek, ich małą sąsiadką.

Andżelika była rówieśnicą Zosi, ale nie chodziła do przedszkola, 

tylko do zerówki w szkole, bo zajmowała się nią babcia. Mimo że 

była już u Dukackich wiele razy, stała stremowana w przedpokoju.

- Chodź - zachęciła ją Zosia.

- A jest twój tatuś? - wyszeptało dziecko. - Jest.

- Dzień dobly - przywitała się Andżelika.

- Dzień dobry. Co słychać, Agnieszko?

- U nas? Bo ja jestem Andżelika, nie Agnieszka.

- A, przepraszam. Ciągle mi się imiona mylą.

- Babcia   lobi   nową   plotezę,   bo   stalą   jej   pękła   -   dziecko   nie 

spuszczało wzroku z ojca Zosi.

Ojciec powrócił do zaznaczania ogłoszeń w gazecie, myśląc, że 

dziewczynki pójdę do pokoju się  bawić. Jednak Andżelika uparcie 

stała i prześwietlała go wzrokiem.

- Ploszę pana, a pan może chodzić?

- Mogę. - A jeść?

- Mogę. A co znowu się stało?

- A ma pan dziulkę po tym?

- Po czym?

background image

- No,   Zosia   mi   mówiła,   że   pan   selca   nie   ma,   to   przyszłam 

popatrzeć.

- Zośka! - krzyknął ojciec.

- Czyli bez selca można też krzyczeć. A babcia mi mówiła, że 

bez   selca   to   się   nie   żyje.   Ona   mnie   zawsze   oszukuje.   Ładnie   pan 

wygląda. Niech się pan nie maltwi. Ten kotek umrze sobie spokojnie. 

- Andżelika uśmiechnęła się do ojca uśmiechem bez górnych dwójek i 

poszła się bawić z Zosią.

*

- Nie, nie umieraj. Ja cię uratuję... podaj ogon! Mamę obudziło 

wołanie ojca.

- Kochanie, obudź się. To zły sen.

Ireneusz Dukacki, zlany potem, w wymiętej pidżamę, próbował 

dojść do siebie.

- Co ja przeszedłem?! Ten kulawy kot ciągle mi się; śni. Topi się 

albo zamarza... matko, jestem cały mokry.

Następnej nocy znów to samo; ojciec obudził się z krzykiem, 

mokry i zmęczony, jakby z kimś walczył. W końcu, nie widząc innego 

wyjścia, postanowił, że pojadą do schroniska. Ani mama, ani siostry 

nie mogły uwierzyć, że zgodził się na kotka. Zawsze kategorycznie 

odmawiał obecności wszelkich zwierząt w domu.

Pojechali wszyscy.

Pani weterynarz poinformowała ich, że kotka już dawno nie ma. 

Tego dnia,  kiedy   ukazało  się  ogłoszenie,   przyjechało  masę  ludzi   z 

dziećmi i każdy chciał właśnie tego kota.

background image

- To co robimy?

- Może weźmiemy innego. Może mają tu jeszcze jakieś chore 

zwierzęta   -   zaczęła   Zosia.   -   O,   tamten   mi   wygląda   na   chorego.   - 

Wskazała   osowiałego   kundla   przypominającego   miniaturowego 

wilczura.

Podeszli do jego wybiegu. Pies natychmiast wstał.

- Piesku, jak się nazywasz?

- Auuuu - zawyło psisko.

- A dasz łapę?

Zwierzak za siatką usiadł i podał lewą łapę. Po chwili dotknął do 

siatki prawą łapą.

- A daj głos.

- Hau, hau.

- Ten pies wszystko rozumie. Waruj! - Pies posłusznie wykonał 

polecenie. - Siad! - Usiadł.

- Tak,   to   Buster.   Nazywamy   go   Buster,   bo   to   łowca   po 

angielsku, a on dobrze łapie muchy.

- Pies nie może wszystkiego rozumieć - zauważył ojciec.

- A gdyby rozumiał, to byśmy go wzięli?

Ojciec   pokręcił   głowę.   Myśl   o   posiadaniu   psa   wcale   go   nie 

zachwycała.

- Gdyby... gdyby... - chciał powiedzieć coś, czego pies na pewno 

nie zrobi. - Gdyby wiedział, jak mam na imię.

Buster zastrzygł uszami i zamerdał zadowolony ogonem. Potem 

odszedł   kawałek   od   nich   i   zaczął   szczekać   na   pracownika,   który 

background image

czyścił budę dwa wybiegi dalej. Szczekał i szczekał.

- Irek, kończysz już? - zawołał do tego człowieka ktoś z innej 

części schroniska.

- Kończę,   kończę   -   odburknął   pracownik.   Wszyscy   stali   w 

milczeniu, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało.

- To   pan   ma   na   imię   Irek?   -   Zosia   podeszła   do   pana   w 

kombinezonie i gumowych rękawicach.

- Tak, a co?

- To tak samo jak mój tatuś. Oj, tato, tato, dziękuję! Dziękuję!

- Niech pan od razu powie, że pan psa nie bierze, a nie... tak 

dziecko oszukiwać. - Pani weterynarz z niechęcią popatrzyła na ojca. 

Potem odeszła, a Dukaccy stali przy wybiegu Bustera i nic nie mówili.

Po   kilku   minutach   lekarka   podeszła   do   wybiegu   z   jakimś 

mężczyzną trzymającym za rękę małego chłopca.

- To byłby ten pies. - Pokazała ręką na Bustera i okazało się, że 

Buster chyba znalazł dom, bo mężczyzna szeroko uśmiechnął się do 

chłopca.

- Jak   to?   My   byliśmy   pierwsi.   To   nasz   pies!   -   rozpłakała   się 

Zosia.

- Tak. Racja - twardo powiedział ojciec. - Decydujemy się...

Buster zaczął podskakiwać w miejscu, szczekać, gonić wkoło 

własny ogon.

- Uspokój się - powiedział do niego ojciec, a pies natychmiast 

usiadł i zaczął cicho popiskiwać.

- To ponad moje siły. Bierzcie psa i idziemy do sklepu. Ja muszę 

background image

sobie kupić wodę.

Załatwili   wszystkie   formalności   i,  prowadząc  go   na 

prowizorycznej smyczy zrobionej z paska, poszli do autobusu. Buster 

jeszcze raz przeciągle zawył, a z odległego końca schroniska odezwał 

się jakiś  pies. Buster  znów zawył, a pies  tym razem  odpowiedział 

szczekaniem. Potem otrząsnął się, jakby chciał zamknąć smutny okres 

w swoim życiu, i pojechał z Dukackimi do Nakła.

background image

ROZDZIAŁ 5

Eliza   przeglądała   zdjęcia   byle   jak   powrzucane   do   starego 

pudełka po butach. Te w albumach przejrzała już kilka razy, ale żadne 

nie wydało jej się wystarczająco ważne. Szukała więc dalej. Obok niej 

siedziała Zosia, która przed chwilą powiesiła na lodówce wielkie serce 

z napisem: „To jest mój tatuś”.

- Buster, zobacz. To jest mój strupek z łokcia, a ten z kolana. 

Widzisz, ten jest najlepszy. A teraz pokażę ci bliznę po rozcięciu. - 

Zosia wprowadzała zwierzę w swój świat.

Ktoś zadzwonił do drzwi. Sposób dzwonienia był dokładnie taki 

jak Beaty, ale to nie mogła być ona, więc Eliza odstawiła pudełko na 

biurko i ciekawa, kto to, poszła otworzyć.

Na   progu   stała   Beata.   Niedbale   oparta   ramieniem   o   ścianę 

kopała w cementową podłogę. Milczała. Eliza też nic nie powiedziała. 

Stały tak przez chwilę, aż poczuły przeciąg.

- Mogę wejść?

- Wejdź. - Eliza zrobiła jej miejsce.

- Dzień dobry. Jak tam scrabble? Ciągle pana bije?

- Ostatnio mało gramy, mam pracę.

- A, to gratuluję.

- Niestety, dorywcza. Buster, co ty tam węszysz? Chodź tu do 

pana. No, dobry piesek.

- Macie psa? Nic nie mówiłaś.

- Ja nic nie mówiłam?

- A, no tak. Słuchaj. Przemyślałam wszystko i wybaczam ci.

background image

- Ty mi wybaczasz? - Tak.

- Beata, zerwałaś z Oskarem?

- Nie,   dlaczego?   Do   Oskara   zaraz   wysłałam   SMS   -   a   i 

powiedział... zresztą nieważne. Wytłumaczył mi, że ty cierpisz. I ja 

zrozumiałam,   jak   to   jest.   Zrozumiałam,   jak   ty   musisz   cierpieć.   A 

wiesz, byliśmy u wujków i Leszek mnie pytał o ciebie.

- I co mu powiedziałaś?

- No... - zawahała się Beata.

- Powiedziałaś mu, że ja się kocham w Oskarze, tak?

- Coś w tym guście. Ale o co ci chodzi? Przecież mówiłaś, że on 

ci się nie podoba!

- Nic takiego nie mówiłam.

- A więc podoba ci się?!

- Nic takiego nie mówiłam.  - Sylwia uważa, że trzeba ci dać 

szansę, bo...

- Sylwia tak uważa? Świetnie!

- Słuchaj!   Dajmy   już   temu   spokój,   bo   muszę   zaraz   lecieć. 

Umówiłam się pod Relaxem z...

- Z Oskarem.

- Tak, z Oskarem. A Leszek zrobił fajne zdjęcia. Pamiętasz? Te 

wtedy. Mam ze sobą.

Eliza wolno przeglądała kolejne.

- Wiesz co? Ja ci je zostawię. Oddasz mi jutro w szkole, bo się 

spóźnię. Oskar przyjeżdża tym o piętnastej cztery. Pa!

- Pa!

background image

Eliza zamknęła za Beatą drzwi. Zgasiła górne światło, zapaliła 

miodową   lampkę,   potem   uchyliła   okno,   zrobiła   kilka   głębokich 

wdechów i zaczęła jeszcze raz oglądać zdjęcia.

Leszek siedzi obok niej. Nawet uszy nieźle wyszły. Ona pije 

herbatę. Leszek na nią patrzy. Wtedy tego w ogóle nie zauważyła. 

Jakie on ma długie rzęsy... Tu Beata z Oskarem. Już do końca na 

wszystkich zdjęciach nie było Leszka, bo to on je robił.

- Kochanie, dzwoniła przed chwilą zdyszana Beatka i prosiła, 

żebyś poszła do Sylwii z jakimiś zdjęciami. Wiesz, o co chodzi? - 

spytał tata.

- Wiem.

- Idź. My z Zosią też się przejdziemy. Zajrzę jeszcze do Janusza 

Dalskiego...

- Do Janka Dalskiego - poprawiła ojca.

- A   tak,   do   Janka.   Podobno   w   Bydgoszczy   jest   etat   dla 

magazyniera.

- W Bydgoszczy? - przeraziła się Eliza. - Przeprowadzimy się?

- Nie, będę dojeżdżał. Co jesteś taka zdenerwowana?

- Nie, nic. Uczyłam się. Tato, to ja idę do Sylwii.

*

- ...to bardzo przystojny chłopak. Beata chce z nim i z Oskarem 

przyjść do mnie. Właściwie to inaczej go sobie wyobrażałam. Ale, no, 

powiedz, jaki on jest?

- Jaki?   -   Eliza   się   zamyśliła.   -   Normalny.  Ma   taki   tik:   ciągle 

poprawia sobie rękaw kurtki. O, tak. Ma oczy... 

n

o, normalne... takie 

background image

mniej więcej jak te zasłony. No... może... może inne... jest o, tego 

wzrostu...   nie,   może   tego...   lubi   sernik   i   herbatę...   nie   pije   coli... 

mieszka w Paterku, ale to wiesz. No, co jeszcze... jest nawet miły - a 

w myślach dodała: „Jest kochany”.

*

Ojciec od wczoraj znów nie miał pracy. Najpierw przetrząsnął 

całe mieszkanie w poszukiwaniu swojego pióra, a potem postanowił 

wykorzystać wolny czas i odmalować wreszcie pracownię mamy, bo 

akurat nie miała zamówień. Szli więc teraz do sklepu chemicznego. 

Zosia z tatą, z narzędziami, puszkami farby i pędzlami szli przodem, a 

Eliza  z mamą   na spółkę  dźwigały  dziesięciolitrowe  wiadro  z  białą 

farbą emulsyjną. Eliza ledwo szła, bo uchwyt wbijał się jej w rękę. 

Mama też nic nie mówiła, co oznaczało, że nie jest z nią za dobrze.

- Może   ja   pomogę?   -   Eliza   usłyszała   znajomy   głos.   -   Dzień 

dobry. - Leszek wyjął im wiaderko z rąk.

- Oj, dziękujemy. Nie myślałam, że to takie ciężkie. A to kolega 

z klasy? - Mama spojrzała na Elizę.

- Nie. To brat cioteczny Beaty... - Eliza zrobiła się czerwona, 

jakby to jakiś wstyd być bratem ciotecznym Beaty.

- Jestem z Paterka. Nazywam się Leszek Madej.

- Madej?! No tak! - ucieszyła się mama. - Znam twojego ojca. 

Chodziliśmy razem do szkoły. Pewnie mnie już nie pamięta. W samą 

porę nas spotkałeś.

- Akurat przyjechałem.

Doszli do pracowni. Ojciec poodsuwał szafy, a Zosia skorzystała 

background image

z jedynej okazji, żeby malować kredą krawiecką po ścianach.

- Może   się   przejdziecie,   bo   tu   zaprosić   was   nie   mogę.   Ale 

dziękuję, dziękuję serdecznie. I pozdrów koniecznie tatę.

Mama   zamknęła   drzwi   pracowni,   a   oni   zostali   sami   przed 

tabliczką:

Halina Dukacka

Salon mody ślubnej „Bianka”

Czynne od poniedziałku do piątku: 08.00 - 17.00

soboty: 09.00 - 13.00

Suknie gotowe i na zamówienie

Najnowsze fasony

- Twoja mama tu pracuje?

- Tak.

Ruszyli w kierunku Noteci. Posypanymi piaskiem uliczkami szli 

w dół, do rzeki. Kiedy chodnik się skończył, weszli na wydeptaną w 

śniegu ścieżkę.

- Fajnie skrzypi, co?

- Fajnie. Znów cisza.

- Widziałaś zdjęcia?

- Tak. Bardzo ładne.

- Uczę   się   dopiero,   ale   mam   wujka   w   Choszcznie,   niedaleko 

Szczecina. Nazywa się Przemysław Lipski.) Jest fotografem. Latem 

do niego pojadę, to się trochę] poduczę. Lubisz zdjęcia?

background image

- Bardzo.

- Wzięłaś   sobie   jakieś   z...   Oskarem?   -   A   po   co   mi   zdjęcie   z 

Oskarem? - No, myślałem...

- Beata ci nagadała.

- No   tak,   ale   w   porządku,   rozumiem.   Oskar   podoba   się 

wszystkim   dziewczynom.   Może   to   i   nie   jego   wina,   że   taki   jest. 

Czasem tak sobie myślę.

- Mnie się nie podoba! - Wcale?

- Wcale.

- A, to dobrze - Leszek wyraźnie się ucieszył. - On zresztą... 

chciałem ostrzec Beatę, ale ona nie chce mnie słuchać. Głupio mi, że 

przyłożyłem do tego rękę. O, jak ładnie! Szkoda, że nie mam aparatu.

Po   drugiej   stronie   rzeki   woda   była   zamarznięta.   Zaschnięte 

trzciny   pokryte   śniegiem   tuliły   się   do   siebie.   Suche   trawy,   już 

otrzepane z białych czapek, wychylały  się  znad śniegu  i nadawały 

wszystkiemu   niesamowitego   wyglądu.   Kilka   kroków   od   nich   był 

zrujnowany most, który teraz, uszkodzony i już nienadający się do 

chodzenia,   był   jedynym   śladem,   że   na   tym   pustkowiu   jednak 

mieszkają ludzie. Niebo było fioletowo - różowe. A stada ptaków co 

chwila podrywały się, jakby przeganiała je wielka łapa.

- Czyli Oskar ci się nie podoba - wrócił do tematu Leszek.

- Nie.

- Ale na pewno?

- Na pewno.

Weszli   na   groblę   i   znów   patrzyli   w   milczeniu   na   zimowe 

background image

przedstawienie. „Jak tutaj pięknie - pomyślała Eliza. - Tyle razy tu 

przychodziłam i nigdy tak nie było”.

- Słyszałam,   że   Beata   chce   cię   umówić   z   naszą   przyjaciółką, 

Sylwią?

- A tak, słyszałem o tym.

- I co? Sylwia jest bardzo miła i dobrze się uczy, co rok ma 

nagrodę.   Jest   zdolna,   ślicznie   rysuje.   Kiedyś   miała   psa,   boksera. 

Nazwali go Jarosz, bo lubił sałatę.

- Tak?   To   śmiesznie.   A   u   nas   w   szkole   jeden   kolega   ma 

owczarka. Nazwał go Bobik. Ten owczarek ma rodowód i Bobik na 

imię. A znów drugi jest takim za długim kundlem na krótkich nogach 

i wabi się Murgrabia. Wszystko odwrotnie. Uważaj! - Eliza wpadła w 

sporą  zaspę  i Leszek  odruchowo wyciągnął  rękę  w jej  kierunku.  - 

Jesteś cała?

- Chyba   tak.   -   Eliza   nie  odważyła  się  podać  mu   ręki,   więc 

Leszek szybko ją zabrał.

- Tam się urodziłam. Wiesz, w tym domu.

- W domu, nie w szpitalu?

- Nie, bo karetka nie zdążyła.

- To fajnie. A co teraz jest w tym domu?

- Tam mieszka brat mojej mamy. - Zobacz, kaczki lecą. Fajne 

byłoby zdjęcie.

- Chyba tak.

- Muszę już iść. - Leszek nosił zegarek na prawej ręce, chociaż 

Elizie wydawało się, że nie jest leworęczny. - Mam zaraz autobus i 

background image

mama będzie czekać.

- Rozumiem. Odwrócili się, zostawiając pokryte śniegiem łąki za 

plecami, i poszli ulicami w górę, do Kilińskiego.

- To cześć! - Leszek zdjął rękawiczkę i wyciągnął dłoń do Elizy, 

ale zaraz chwycił palcami za brzeg rękawa i naciągnął.

„Ma taki odruch” - pomyślała Eliza i podała mu rękę.

- Cześć.

- Ojej, jaka zimna. Zmarzłaś?

- Nie, ciepło mi. Ja mam zawsze takie zimne.

- Aha. To cześć.

- Cześć.

Leszek  poszedł w  kierunku  dworca, a Eliza weszła do  swojej 

klatki. W szybie w drzwiach mignęła jej twarz.

„Jak ja wyglądam... Od razu zapakują mnie do łóżka”. Wyjęła z 

kieszeni   pomadkę   i   dla   uspokojenia   otwierała   ją   i   zamykała.   Gdy 

plastikowa   obudowa   była   już   ciepła   od   jej   dotyku,   poczuła   się 

spokojniejsza.

Wyszła z klatki, zrobiła jeszcze jedno okrążenie wokół kościoła i 

wróciła do domu.

*

„A jednak jestem złodziejką” - myślała o sobie Eliza, oglądając 

po   raz   tysięczny   zdjęcie   Leszka.   Oddała   Sylwii   do   obejrzenia 

wszystkie, poza rym jednym. Leszek miał taką ciepłą dłoń i ciągle 

obciągał ten rękaw kurtki. I chyba ani razu na nią nie spojrzał, a mimo 

to   zauważyła,   że   ma   piwne   oczy   z   takimi   małymi   zielonymi 

background image

plameczkami. „O matko! - nagle uświadomiła sobie coś strasznego. - 

Leszek nigdy nie widział mnie bez czapki. On zawsze widzi mnie w 

czapce. Nie wie, jakie mam uszy. Tylko raz byłam bez czapki, ale on 

wtedy   wszedł...”.   -   Przypomniała   sobie   ich   drugie   spotkanie   w 

cukierni.

Za   oknem   była   już   noc.   Z   łóżka   Zosi   słychać   było   równe, 

głębokie posapywanie. Buster biegł gdzieś przez sen i przednie łapy 

cały czas mu drżały. Rodzice oglądali telewizję, a gdzieś w Paterku 

był Leszek... Leszek i jego ciepła ręka.

Eliza rzuciła się na łóżko i znów poczuła, że jest szczęśliwa. 

Bardzo szczęśliwa.

„A uszy?! - Szczęście znikło. - Przecież przyjdzie lato. Cały czas 

mam   chodzić   w   czapce?”.   -   Wstała   z   łóżka   i   podeszła   do   biurka 

siostry.   Na   samym   wierzchu   leżał   gruby,   pękaty   zeszyt   z 

powklejanymi   wycinkami   o   chorobach   i   operacjach.   Eliza   znalazła 

zdjęcie   z   operacji   plastycznej   uszu   i   długo   je   oglądała.   W   końcu 

pokręciła głową.

„Trudno. Mam takie uszy i tyle. Czegoś takiego nie dam sobie z 

własnej woli zrobić. Nigdy!”.

Zgasiła   światło   i   dotknęła   uszu.   Postanowiła,   że   następnym 

razem od razu zdejmie czapkę i niech Leszek decyduje, czy chce ją z 

takimi   uszami,   czy   nie.   „Jak   to   następnym   razem?   Przecież 

następnego razu może już nigdy nie być?”.

Poczuła, że łzy płyną jej po policzkach.

*

background image

- Czy   mnie   wzrok   myli,   czy   Dukacka   ćwiczy   z   Jakubiak?   - 

zapytała   Mikra,   widząc,   że   dziewczyny   po   czterech   okrążeniach 

biegiem dobrały się w pary.

- Tak, proszę pani, a dlaczego miałybyśmy nie ćwiczyć? - Beata 

wyglądała  na szczerze  zdumioną.   - Przecież  my   zawsze  ćwiczymy 

razem.

- Jak to? Przecież się pokłóciłyście?

- My? O co my się miałyśmy pokłócić?

- O jakiegoś chłopca, o ile dobrze pamiętam.

- My, o chłopca? Nigdy! Jeszcze by tego brakowało na świecie, 

żebyśmy my się o chłopca pokłóciły. Prawda, Eliza? - Ale Eliza znów 

zrobiła się czerwona i podeszła do nauczycielki.

- Już się pogodziłyśmy.

- No, to w porządku. Już myślałam, że tak źle z moją pamięcią. 

A   teraz   proszę:   jedna   się   kładzie,   druga   trzyma   ją   za   nogi   i 

czterdzieści brzuszków. Jakubiak, widziałam twoją minę. Nie szczerz 

się, tylko ćwicz.

- Dwa... cztery... sześć - zaczęła liczyć Beata. - Osiemnaście... 

dwadzieścia dwa... czterdzieści! Już skończyłam!

- Tak szybko?

- Nie, dlaczego szybko? Ja normalnie ćwiczę, to one tak wolno 

ćwiczą.

*

- Jak to spotkałaś się z Leszkiem? Z moim Leszkiem? - Sylwia 

była oburzona.

background image

- Jak to z twoim? Przecież go nawet nie znasz.

- Tylko dlatego, że go nie znam, bo jestem chora, ty nie musisz 

zaraz się z nim spotykać?! Ja się miałam z nim spotykać! - Sylwia z 

owiniętym   gardłem   udawała   całkiem   spokojną.   -   Wiesz   co?   Nie 

spodziewałam się po tobie, że będziesz podrywać dwóch chłopaków 

naraz!

- Ja go przypadkowo spotkałam.

- Tak? I co robiliście?

- Nic. Poszliśmy nad Noteć.

- Tak   całkiem   przypadkowo   poszłaś   z   nim   nad   Noteć.   I   co? 

Może się całowaliście?

- Nie, no coś ty?! Nie całowaliśmy się.

- Nie wierzę ci... po tym, co zrobiłaś Beacie! Ja tu siedzę już 

prawie miesiąc...  jestem sama...  nikt  mnie  nie  odwiedza...  i babcia 

mnie  tuczy! Nienawidzę rosołu! Nikt mnie nie rozumie!  Wy sobie 

latacie, a ja? Umrę tutaj! - Sylwia się poryczała.

Eliza   usiadła   blisko   niej.   Przytuliła   ją   i   zaczęła   głaskać   po 

włosach.

- Wiem, wiem. Wszystkim strasznie pusto w szkole bez ciebie.

- Naprawdę?   Tylko   tak   mówisz,   żeby   mnie   pocieszyć,   tak?   - 

Sylwia zaczęła ocierać łzy.

- Wszyscy się ciągle pytają, kiedy wrócisz i co ci jest. Nawet 

Rafał się pytał kilka razy. Na WF - ie jest nudno. Ostatnio Mikra 

mówiła,   żebyś   już   wróciła,   bo   nie   ma   kto   nam   pokazać   stania   na 

rękach.

background image

- Serio? Beata nic mi nie mówiła.

- Wiesz, jaka ona jest roztrzepana. Teraz gada tylko o Oskarze, 

ale   zapytaj   ją,   to   powie   ci   to   samo.   Straszna   ta   klasa   bez   ciebie, 

wszyscy   to   widzą.   Przestań   już   chorować   -   powiedziała   i   objęła 

koleżankę.

- Czasem myślę, że nigdy nie będę zdrowa. O wyjechaniu gdzieś 

na kolonie latem to nie mam co marzyć. A ty jedziesz na ten obóz 

językowy, o którym mówiłaś? - Eliza kiwnęła głową. - A widzisz! A 

mnie chyba do śmierci nigdzie samej nie puszcza. Chcę już wyjść na 

spacer.

- To   połóż   się,   nie   łaź   po   mieszkaniu   boso   i   nie   stercz   na 

balkonie z mokrą, świeżo umytą, głową.

- Mówisz?

- Mówię. Muszę iść. Mam mamie pomóc podszyć halkę, bo coś 

jej się marszczy.

- A dla kogo?

- Siostra Jędrka z Lisiego Ogona wychodzi za mąż za jakiegoś 

Holendra. Suknia do Amsterdamu jedzie. Nawet mamie pokazywała 

zdjęcia domu tego Holendra. Fajnie, że z Lisiego Ogona do mojej 

mamy przyjechała, nie?

- Szczęściara - powiedziała Sylwia, nie wiadomo o kim.

- Sylwuniu,   telefon   do   ciebie.   Babcia   Sylwii   weszła   ze 

słuchawką.

- Tak? O... cześć... - Sylwia zakryła słuchawkę. - To Rafał. - 

Przewróciła oczami i niemal kucnęła, gdy to mówiła.

background image

- A   widzisz   -   szeptem   odpowiedziała   Eliza.   Chciała   jeszcze 

pogadać   z   Sylwią,   jak   teraz   wydobyć   od   Oskara   ten   poszukiwany 

komiks, ale gdy zorientowała się, że rozmowa Sylwii z Rafałem może 

potrwać, zaczęła się ubierać.

*

- Cześć, Eliza! - Oskar dobiegł do niej tuż przed wejściem do 

spożywczego.

- Cześć! Co tu robisz?

- Słyszałem,   że   się   we   mnie   kochasz.   -   Wyszczerzył   się 

idiotycznie.

Eliza   przez   chwilę   stała,   nie   wierząc,   że   to   powiedział. 

Opanowała się jednak.

- Źle   słyszałeś.   -   Odwróciła   się   wściekła   na   Beatę.   Wzięła 

koszyk i poszła po pieczywo. Oskar za nią.

- Nie ma się czego wstydzić. Normalne. Ja tak mam.

- Nic nie masz. Beata jest kretynką.

- To fakt, najmądrzejsza nie jest, ale nie musisz się wstydzić.

- Oskar, idź stąd. Robię zakupy.

- Ja   też.   -   Wskazał   na   koszyk,   gdzie   miał   jedną   kajzerkę.   - 

Przecież   nie   musimy   jej   niczego   mówić.   Ona   zresztą   wierzy   we 

wszystko, co jej powiem. Nic jej nie powiemy.

- O czym?

- O nas. - Oskar usiłował ją objąć.

- Przestań. Wszyscy na nas patrzą. - Kiwnęła głową sąsiadce, 

mamie  Andżeliki. - Jeszcze tylko jej  tu brakowało. - Eliza szybko 

background image

podeszła do kasy. Oskar za nią.

Poczuła jego rękę wpychającą się pod jej ramię, ale sąsiadka i 

Andżelika też nie spuszczały z niej oczu, więc czym prędzej wyszła ze 

sklepu.

Oskar   nadal   trzymał   swoją   dłoń   pod   pachą   Elizy,   kiedy   w 

wejściu wpadła na nich Beata.

Najpierw zbladła, potem długo wpatrywała się w wystającą z 

boku dłoń Oskara. A ten wcale jej nie cofnął.

- Widzisz,   Beata,   musiałem   ją   aż   wyprowadzić   ze   sklepu. 

Dosłownie rzuciła się na mnie.

- Ty małpo! Jesteś podła! Od początku wiedziałam! Dlaczego ja 

ci przebaczyłam? - Beata z całej siły popchnęła przyjaciółkę i tylko 

dlatego, że Oskar ją przytrzymał, Eliza nie przewróciła się na ulicę.

- Beta!   Jak   fajnie   wyglądasz   -   zaczął   Oskar,   kompletnie 

zapominając   o   Elizie.   -   Właśnie   przyjechałem   do   ciebie,   gdy   ta 

wariatka się do mnie przyczepiła. Chodź, idziemy. Nie zwracajmy na 

nią uwagi. Zjemy coś Pod Lipami?

Oskar objął Beatę i Eliza przez kilka sekund oglądała ich plecy. 

Przeszli jakieś dwadzieścia metrów, gdy Beata objęła Oskara w pasie. 

Najwyraźniej   uznała,   że   między   nimi   wszystko   jest   w   najlepszym 

porządku.

*

- Gdzie   jest   moje   pióro?!   -   ojciec   miotał   się   po   całym 

mieszkaniu.

- Czego ty ciągle szukasz, kochanie?

background image

- Pióra, mojego pióra. Któraś z was je wzięła. Zosiu, nie brałaś 

mojego pióra?

- Czego?

- Pióra. Mów prawdę. Brałaś.

- Chodzi ci o takie duże zielone, tak? - Tak.

- To ja je brałam. Ale jego już nie ma w domu. Wyszło... sobie... 

Ale tam, dokąd poszło, jest mu dobrze.

- Kochanie, czy możesz zabrać głos w sprawie? - Nie mogę, bo 

wypisuję zgłoszenie  dla Elizki na obóz językowy - odparła mama, 

przepisując dane ze swojego dowodu osobistego.

- Teraz, zimą?  Jedzie na ferie?  Nic mi  nie mówiłyście. - Nie 

teraz. Latem, ale trzeba się zdeklarować do końca miesiąca, bo musi 

jeszcze   zdać   egzamin   i   muszą   zdecydować,   do   jakiej   grupy   ją 

zakwalifikują.

- Jedzie na obóz językowy? A pieniądze?

- Dziadkowie się dołożą. Przed chwilą dzwoniła babcia.

Ojciec, który przez chwilę stał cierpliwie, wrócił do tematu.

- Więc gdzie jest moje pióro?

- Tato, przecież to tylko przedmiot - zaczęła niewinnie Zosia.

- Ty coś wiesz. Siadaj tu. Mów.

- Ale o czym? - Zosia zrobiła wielkie oczy. - Gdzie jest teraz 

moje zielone pióro? Mam nadzieję, że jeszcze żyje - jęknął ojciec.

- Kolega jeden... - No?

- Więc jeden kolega, to... - No?

- Taki mój jeden kolega to...

background image

- No wiem, twój jeden kolega. Więc?

- On ma ślad po wyrostku.

- Wiedziałem! Dałaś mu moje pióro.

- Nie, ja bym mu w życiu nie dała twojego pióra!

- Dzięki Bogu. Więc co z nim zrobiłaś? - Ja się z nim na to pióro 

zamieniłam.

- A, to dobrze. Oddasz mu to, na co żeście się zamienili, i w 

porządku - uspokoił się ojciec, ale Zosia stała przed nim i nerwowo 

zaciskała piąstki. - Co jeszcze?

- Bo tego... ten jeden mój kolega... to ma ślad po wyrostku i ja 

się zamieniłam, że ja mu dam pióro, a on mi da popatrzeć. To jak ja 

mu teraz oddam?

- Zośka, ja cię uduszę!

- Tato,   a   ile   ty   byś   musiał   mnie   trzymać   za   szyję,   żebym   ja 

porządnie umarła?

*

Mama cicho zaklęła pod nosem. Potem wstała i oprócz kolejnej 

lampki zapaliła jeszcze górne światło.

- No, nie idzie mi to, nie idzie. A na jutro muszę mieć. Może 

Beatka mnie poratuje?

Eliza niespokojnie spojrzała na mamę i poczuła, że po plecach 

spływa jej strużka potu. Potarła oczy rękami, jakby chciała obudzić się 

ze złego snu.

Mama   postawiła   palec  na   zapisanym   na   kartce  numerze 

Jakubiaków. Wybrała numer, chwilę pogadała z ojcem Beaty i zaraz 

background image

poprosiła ją do telefonu.

- Tak się cieszę, Beatko, że cię zastałam. Tu mama Elizy. Ratuj 

mnie! Jestem dziś nie w formie, a mam jedno maleńkie obszycie, ale 

w widocznym miejscu. Pomożesz?... Tak... kochana jesteś... To Eliza 

zaraz ci przyniesie... No, dziękuję... dziękuję jeszcze raz. Masz u mnie 

drożdżowe   rogaliki.   Odchudzasz...   ty?   No,   to   pomyślę   o   czymś 

innym. Do widzenia. - Odłożyła słuchawkę. - Eliza, ubieraj się, ja ci 

już pakuję suknię. Masz tu nici i niech Beatka tą igłą szyje. Co tak 

stoisz?

- Nie, nic.

Eliza   ubrała   się,   wzięła   suknię   zapakowaną   w  wielką   folię   i, 

najwolniej jak umiała, poszła w stronę domu Beaty.

*

Trzy   razy   okrążyła   dom   Jakubiaków.   Kilka   razy   w   myślach 

pochwaliła,   jak   ojciec   Beaty   starannie   odśnieżył   chodnik   przed 

domem. Przypomniała sobie, że jutro mają iść z mamą na cmentarz, 

bo   jest   rocznica   śmierci   dziadka,   ojca   mamy,   i   że   musi   jeszcze 

powtórzyć definicje z fizyki, bo zadań znów nie zrobiła, więc z teorii 

nie może się dać zagiąć. Nie mogła się zdecydować, żeby wejść do 

koleżanki. Co jej powie? A co odpowie jej Beata? A jeśli ją uderzy? 

Ona jest taka nerwowa...

Eliza popatrzyła na zasłonięte okna Beaty i zaczęła wracać do 

domu.   Ale   co   powie   mama?   Zaraz   zacznie   pytać   dlaczego,   co   się 

stało, o co poszło i czy nie mogą się pogodzić? Ojciec też będzie 

chciał wiedzieć... Zaczną dawać mi cudowne rady... potem przyjdzie 

background image

Zosia... nie, nie, wszystko jest lepsze od tego.

Zawróciła, ale nie mogła nacisnąć dzwonka.

- Trudno,  zawsze  jakoś  to  będzie.   Nie   idę.   -   Energicznie   się 

odwróciła i zaczęła po skrzypiącym śniegu wracać na Kilińskiego.

Weszła na klatkę schodową, delikatnie wyjęła sukienkę i przy 

marnym, jarzeniowym świetle zaczęła, najlepiej jak umiała, obszywać 

dekolt.   Nawet   nie   zauważyła,   kiedy   przestała   cokolwiek   widzieć   z 

powodu płynących łez.

*

Mama obejrzała suknię i tylko mruknęła:

- No,   patrz,   córuś...   całkiem   jak   nie   Beata.   I   taki   supeł 

wielgachny... Chyba się śpieszyła, co? A może chora? Nie? No, to 

sama nie wiem. Niepotrzebnie ją wykorzystuję. Może chciała mi dać 

do zrozumienia, że ją naciągam na pomoc... - Mama wzięła żyletkę i 

całe obszycie odpruła. - Jak będzie, tak będzie. A, wiem. Dam tu tę 

gotową lamówkę, co została po sukni...

Dobrze, że mama nie podniosła wzroku na córkę, bo gdyby to 

zrobiła,   zobaczyłaby,   że   Eliza   cały   czas   płacze.   Tylko   Buster   to 

widział. Poszedł za Elizą do pokoju i cicho skomląc, zaczął ją lizać po 

rękach. A potem otworzył pysk, jakby się uśmiechał, i zaczął ganiać 

za swoim ogonem.

- Chcesz mnie pocieszyć? - poklepała psa po głowie.

- A ty nie jesteś samotny, co?

Buster zastrzygł uszami. Usiadł, a potem położył się koło jej nóg 

i zaczął cicho piszczeć.

background image

Zasnęli razem. Przez sen oboje lekko poruszali: Eliza - nogą, a 

Buster - wszystkimi czterema łapami. Jej śniło się, że kogoś goni, a 

Busterowi, że przed kimś ucieka.

background image

ROZDZIAŁ 6

- O   co   chodzi   temu   psu?   -   Ojciec   stał   nad   Busterem   i 

niespokojnie mu  się przyglądał. - Jest  jakiś dziwny. Siedzi murem 

koło regału, jakby na coś czekał.

- Myjcie ręce. Drugie! - krzyknęła mama. - Tylko szybko, bo 

mam za godzinę odbiór.

- Buster! - Zosia wzięła całego schabowego ze swojego talerza i 

pomachała psu koło pyska. Ale Buster ani drgnął. Tylko przeciągle 

zawył. - Czy po obiedzie będzie kisiel? - Zosia za pomocą widelca 

budowała na talerzu zamek, a fosę wypełniła surówką z tartej mar-

chewki.

- Nie. Po obiedzie mam odbiór - dobitnie powiedziała mama. - A 

ty po obiedzie zrobisz porządek u siebie we wszystkich szufladach.

- We   wszystkich?   -   oburzyła   się   Zosia.   -   Przecież   ja   chodzę 

dopiero do zerówki. A wiecie, u mnie w grupie jeden kolega...

- Zosiu, nie przy jedzeniu.

- A   to   właśnie   nie   było   przy   jedzeniu   -   naburmuszyło   się 

dziecko. - Jak nie chcecie wiedzieć, to wam nie powiem, że ten jeden 

kolega, to mi dziś oddał pióro. Wasza strata.

Zapadła cisza.

- Jakie pióro? Moje pióro? Gdzie je masz? - Ojciec zerwał się z 

krzesła.

- U mnie w worku na kapcie.

- W   worku   na   kapcie?   Dziecko   kochane,   jak   mogłaś   je   tam 

włożyć? - Ojciec gorączkowo przerzucał rzeczy wiszące na wieszaku 

background image

w przedpokoju.

- Było trudno, to fakt, ale sobie poradziłam. Ostatecznie chodzę 

już do zerówki.

- Gdzie   ten   worek?   -   Ojciec   pod   kurtkami   znalazł   dziecięcy 

worek na buty z wyhaftowanym napisem: „Zosia Dukacka grupa 0”. 

Wyrzucił z niego trzy kapcie dziecięce, z czego dwa były do pary, 

zmiętoszone spodenki, kilka napoczętych opakowań mentosów, jakieś 

uschnięte   resztki   chleba   z   masłem,   połamane   pióro   pawia,   kilka 

podartych kartek z rysunkami dziecięcymi... ale pióra wiecznego nie 

było.

- I gdzie to pióro? Zosiu, chodź tutaj.

- No, przecież leży. - Zosia machnęła ręką.

- Nie ma tu mojego pióra - powiedział ojciec dobitnie.

- A to? - Zosia z miną starej obrażonej ciotki wzięła do rączki 

pióro pawia i podsunęła ojcu pod same oczy.

- To jest pióro pawia, nie moje. Gdzie jest moje?

- A, to ja nie wiem. Ja zamieniałam się tylko na to. Zrobiło się 

znów cicho i słychać było, jak Buster przestępuje z nogi na nogę. 

Rodzina wróciła do drugiego dania.

*

- Tatusiu, widzisz, co robi Buster?

Pies stał na dwóch łapach, opierając się o regał, i hipnotyzował 

wzrokiem gazetę.

Ojciec   wziął   ją   do   ręki,   a   Buster   zaczął   jak   szalony   merdać 

ogonem. Ojciec usiadł w fotelu, Buster koło niego i położył mu łapę 

background image

na kolanie. Ojciec rozłożył gazetę. Buster zaczął popiskiwać.

- O   raju,   co   się   dzieje?   On   chce,   żeby   tata   mu   poczytał.   - 

Wszystkie trzy panie zbliżyły się i w milczeniu przyglądały się temu 

przedstawieniu.

- Zacznijmy. Chodzi ci o tę gazetę? - zaczął ojciec niepewnie. - 

Jak ktoś zobaczy, że gadam z psem, to nigdy nie znajdę pracy.

- Hau - odpowiedział Buster. - Ja nie mogę! - wyszeptała Eliza.

- Ja   jeszcze   bardziej   nie   mogę,   ja   chodzę...   -   Eliza   zatkała 

siostrze buzię.

- Ze świata. - Pies stał cicho i merdał ogonem. - Z kraju... też 

nie...   wydarzenia   kulturalne...   nie   to.   Co   ty,   Busterku,   chcesz 

przeczytać? Zguby. - Pies zawył. - Zwierzak czeka na człowieka - 

Buster zaczął tańczyć ogonem i dreptał w miejscu, stukając pazurami 

o podłogę. - Dam pracę... czy możecie zasłonić okna? Jeśli ktoś to 

zobaczy...   -   Ojciec   przebiegł   wzrokiem   po   stronie   z   ogłoszeniami. 

Buster złapał zębami gazetę, ale bardzo lekko, potem puścił i pobiegł 

w kierunku drzwi. - Zwariowałem i takie mam objawy: widzę psa, 

który   czyta   moją   gazetę.   -   Ojciec   otarł   sobie   pot   z   czoła.   Chwilę 

pomyślał i położył rozłożoną gazetę na dywanie.

- Sam pokaż. - I Buster, ku ogólnej konsternacji, stanął nad nią, 

kręcił łbem we wszystkie strony, a potem raptownie usiadł, stawiając 

jedną łapę na gazecie. Zaczął szczekać.

- Pokaż! Gdybym tego nie widział na własne oczy... Słuchajcie! 

Widziałyście to, co ja? Nasz pies czyta gazety i na czym on postawił 

tę łapę? - Ojciec wziął gazetę do ręki. Zaczął czytać dokładnie w tym 

background image

miejscu, gdzie Buster zostawił mały ślad po pazurze.

- Nowo otwierający się... poszukiwani są... około dwóch tysięcy 

pracowników... zainteresowanych... zgłoszenie...

Ojciec pobiegł do telefonu. Trzęsącymi się rękami wybrał numer 

i poprosił o połączenie z kadrami. Rozmawiał bardzo krótko. Kiedy 

odłożył   słuchawkę,   długo   milczał   i   mrugał   oczami.   Potem   ciężko 

usiadł w fotelu, zdjął okulary, przetarł oczy i powiedział:

- Wygląda   na   to,   że   mam   pracę.   Do   czwartej   mam   donieść 

dokumenty, więc zjedzmy to drugie danie. Co za dzień!

- Tato, mogę dać Busterowi mojego kotleta?

- Tak kochanie, ale jeśli to będzie prawda, to Buster będzie miał 

codziennie swojego kotleta. Od razu mówiłem, że trzeba go brać z 

tego schroniska. Jestem taki zadowolony, że namówiłem was na tego 

psa. Co się tak patrzycie? Przecież tak było. Dobrze pamiętam. Nie 

mam tylko pamięci do imion. Poza tym wszystko pamiętam zawsze 

świetnie.

- Jedz, jedz. - Mama poklepała ojca po ręku.

- Buster, proś, o co chcesz, a to dostaniesz - powiedział ojciec do 

psa, gdy z teczką pod pachą wychodził z domu.

Buster nadstawił uszu, a potem pognał na swoje posłanie. Zwinął 

się w kłębek, a oczy przykrył sobie łapą. Całkiem jakby się chciał w 

spokoju nad czymś zastanowić.

*

- Tylko,   dziewczynki,   piętnaście   minut.   Nie   dłużej   -   Babcia 

Sylwii po raz kolejny poprawiała wnuczce szalik i naciągnęła głębiej 

background image

czapkę. - Nie wiem, czy to dobry pomysł. Pójdę z wami i przypilnuję, 

żebyś nie biegała.

- Oj, babciu. Nie będę biegać! Przysięgam.

- No,   idźcie   już,   idźcie   i   zaraz   wracajcie.   Ja   tymczasem 

podgrzeję rosół.

- Dobrze,   babciu,   dobrze.   Zaraz   wrócimy,   tylko   łyk  świeżego 

powietrza. - Sylwia blada i osłabiona, ale już bez gorączki, dostała 

zgodę lekarza na krótki spacer. I właśnie razem z Elizą postanowiły 

wykorzystać to pozwolenie.

Eliza   podała   Sylwii   ramię   i   przytulone   do   siebie   wyszły   na 

ganek.   Wprawdzie   śnieg   jeszcze   leżał,   ale   ulice   były   odśnieżone, 

posypane piachem i solą. To już nie to, co kilka dni temu.

- Pójdziemy   nad   Noteć,   co?   Proszę...   babcię   jakoś   ubłagam 

potem.

- No, dobrze. Ale musimy uważać, żeby nie przesadzić. Poszły 

spacerem w stronę rzeki.

- Ale   się   narobiło,   co?   Nie   myślałam,   że   tak   się   pokłócicie. 

Wiesz, powinno mi być was żal, ale ja cały czas myślę o sobie. Bo jak 

to będzie teraz, jak wy ze sobą nie rozmawiacie?

- Może Beacie przejdzie.

- Nie.   Ona   bardzo   serio   to   wszystko   wzięła.   A   Oskar   jej 

dokładnie   opowiedział,   jak   ty   do   niego   wydzwaniasz,   prosisz   o 

spotkanie, jak się narzucasz i że ciągle za nim łazisz.

- Już mi nie powtarzaj. Zaraz się poryczę.

- O   patrz!   Beata.   To   jest   okazja!   Cześć,   Beata!   -   krzyknęła 

background image

Sylwia,   a   Beata   zatrzymała   się   w   miejscu,   jakby   się   nad   czymś 

zastanawiała. Potem podeszła do dziewczyn.

- Widzę, że wyszłaś na spacer SAMA - powiedziała znacząco. - 

A co u tej idiotki, Elizy Dukackiej, przepraszam Elizy Wredniackiej? 

Dawno jej nie widziałam. Żyje jeszcze? Czy może umarła z rozpaczy, 

że nie może mi odbić chłopaka?

- Ja już pójdę. Tylko zaraz wracaj... - Eliza wyswobodziła się z 

uścisku Sylwii.

- Dziewczyny,   czy   nie   możecie   się   pogodzić?   -   powiedziała 

Sylwia błagalnie.

- Z kim mam się godzić? Nikogo tu nie widzę - prawie wesoło 

odpowiedziała Beata.

Eliza nie czekała na ciąg dalszy. Wcisnęła ręce w kieszenie i 

poszła w kierunku Noteci.

*

Mikra przerwała sprawdzanie listy.

- Dlaczego mówisz, że Dukacka jest nieobecna, skoro tu stoi?

- Gdzie?   -   Beata   ostentacyjnie   zaczęła   przyglądać   się 

koleżankom.

- Tu. - Mikra, nic nie rozumiejąc, pokazała długopisem na Elizę.

- Nikogo nie widzę. Tu jest tylko powietrze, proszę pani.

W sali zapanowała cisza.

Mikra głośno przełknęła ślinę i zaczęła ze zdenerwowania gryźć 

końcówkę długopisu.

- Proszę,   zaczynamy   od   rozgrzewki.   Kto   chce   poprowadzić? 

background image

Może Asia Tomaszewska? Dawno nie prowadziłaś.

Lekcja potoczyła się normalnym torem. Tylko Asia, na wszelki 

wypadek, nie dała ani jednego ćwiczenia w parach.

*

Zosia od kilku chwil przyglądała się kucharce, która miała ich 

przypilnować w czasie obiadu, bo ich pani wyszła do kierowniczki. 

Zosię zainteresowały wielkie, fioletowe żyły na jej czole. Widziała 

ciocię Kazię wiele razy, ale ta nigdy nie miała takich interesujących 

żył jak dziś. I Zosia zaczęła się jej przyglądać z ciekawością. Pani 

kucharka,   w   białym   fartuchu   i   śmiesznym   koronkowym   czepku, 

ciężko oparła się o ścianę i zrobiła się bardzo blada. Wiaderko z zupą 

wysunęło jej się z ręki, ale na szczęcie tylko ciężko stuknęło o ziemię, 

co   uratowało   ogórkową   przed   rozlaniem.   Zosia   podeszła   do   cioci 

Kazi.

- Ciociu, źle się czujesz, prawda? Wyszły ci wszystkie żyły na 

czole.   Tutaj   sobie   usiądź,   zdejmij   ten   czepek.   Widzę,   że   ty   raczej 

musisz  się położyć. Co dalej? Aha! - odpowiedziała  sama  sobie.  - 

Otwórzcie okno. To co, że zimno? Rozepniemy guziki.

- Kochanie, w mojej torebce... - Ciocia Kazia nie dokończyła, 

tylko złapała się ręką za szyję.

Zosia poklepała kucharkę po dłoni i szybko poszła do kuchni.

- Ciocia   Kazia   jest   chora.   Trzeba   zadzwonić   po   pogotowie. 

Gdzie telefon? Nie wolno tak stać, trzeba zaraz dzwonić.

W kuchni zrobiło się zamieszanie. Pozostałe kucharki podbiegły 

do   leżącej   na   podłodze   koleżanki.   Zaczęły   ją   cucić,   usiłowały 

background image

podnieść   i   ciągle   klepały   ją   po   twarzy,   a   jedna   zaczęła   płakać   i 

lamentować. Po chwili wbiegła do sali pani dyrektor i pozostałe na-

uczycielki.

- Co się stało? Zaraz trzeba dzwonić po pogotowie, tylko co im 

powiedzieć?   Zaraz,   ile   Kazia   ma   lat?   Kto   wie?   A   może   najpierw 

zadzwonić do syna?

- Ja już zadzwoniłam po pogotowie - cicho powiedziała Zosia, 

ale   dyrektorka   jej   nie   uwierzyła   i   sama   pobiegła   do   telefonu. 

Dowiedziała się, że już było zgłoszenie i wróciła po chwili.

Zanim jednak przyjechało pogotowie, kucharki wydusiły z Kazi, 

że bierze lekarstwa i koniecznie chciały je podać.

- Nie wolno! - Zosia zasłoniła swoim ciałem kucharkę. - A jak to 

zaszkodzi?

- Co ty tam możesz wiedzieć, dziecko?

- Ja nie dam. I proszę nie podnosić cioci głowy, bo jej te żyły 

pękną. Najlepiej...

Wszyscy, dorośli i dzieci, które na próżno usiłowano odgonić od 

chorej Kazi, zwróciły jak na komendę głowy w stronę ulicy. Słychać 

było wyraźny sygnał karetki, potem ostry pisk hamulców. Lekarz od 

razu ukląkł przy chorej. Posłuchał w milczeniu bicia jej serca i rzucił 

w stronę dwóch sanitariuszy:

- Zawał. Zabieramy.

- Panie   doktorze,   to   lekarstwa   chorej.   Lekarz   spojrzał   na 

buteleczkę i zmarszczył czoło.

- Czy to zostało podane chorej?

background image

- No, właśnie nie. - Kucharka z wyrzutem spojrzała na Zosię.

- No,   to   dziękujmy   Bogu.   Bo   jakbyście   to   podały   w   takim 

stanie... No, jedziemy, jedziemy.

Następnego dnia zaraz po śniadaniu do sali zerówki wkroczył 

doktor z pogotowia, ubrany nie w fartuch lekarski, ale w granatowy 

płaszcz zimowy.

- Które to dziecko?

- O   ta.   To   Zosia.   Zosiu,   przywitaj   się   z   panem   doktorem. 

Przyszedł specjalnie do ciebie.

- Dzień dobry. - Zosia grzecznie dygnęła. - Jak ciocia? Żyje?

- No pewnie, że żyje. I to dzięki tobie, mała panienko. Wiesz, że 

ją uratowałaś? Bo gdyby chwilę później...

- E, to normalne. Chodzę już do zerówki, nie jestem taka mała.

- A skąd ty to wszystko wiedziałaś? - Lekarz kucnął przed Zosią.

- Ja? Czytam sobie o chorobach, bo to fajne.

- Wspaniale się spisałaś. - Lekarz pogłaskał jej złote loczki.

- Wiem.   A   nie   dałby   mi   pan   w   nagrodę   jednego   skalpelika? 

Może być nawet najmniejszy.

- A co byś nim robiła?

- Mogłabym zacząć operować na poważnie.

- Tego się obawiałem. A czy masz taki zestaw „Mały doktor”?

- Taka plastikowa słuchawka i udawane pojemniki na lekarstwa? 

- z pogardę zapytała Zosia.

- No, takie.

- A pan by czymś takim chciał pracować? - Nie.

background image

- No to widzi pan. - To co byś chciała dostać, poza skalpelem?

- Poza   skalpelem?   -   Zosia   podrapała   się   po   brodzie,   głęboko 

myśląc nad odpowiedzią. - Poza skalpelem to mógłby jeszcze być taki 

młot, którym w czasie operacji czaszkę się... dlaczego pan jest taki 

blady? Dlaczego pan usiadł? A może by pan zemdlał? - ucieszyła się 

Zosia. - To zrobimy sekcję zwłok.

- Czyją sekcję zwłok? - wymamrotał lekarz.

- Pana, panie doktorze.

Zosia ucieszyła się znowu i aż otworzyła usta, widząc, jak lekarz 

szybko podniósł się i zaczął żegnać z paniami i z panią dyrektor.

- To   chyba   nie   był   prawdziwy   lekarz   -   podzieliła   się   swoimi 

wątpliwościami   Zosia   -   bo   nie   chciał   sobie   sekcji   zwłok   zrobić.   - 

Podejrzliwie   popatrzyła   na   znikającego   doktora.   -   Ja   tam   bym   na 

przykład chciała. To musi być fajna blizna po takim czymś.

*

- Nie. Żadne „oj, tato”, tylko nie ma mowy o żadnym skalpeliku. 

Boże,   z   tym   dzieckiem   życie   staje   się   niebezpieczne.   Nie   masz 

żadnego strupa, żeby sobie odmoczyć?

- No,   właśnie   ostatnio   jakoś   nie   mam.   To   przez   tę   zimę.   W 

rajstopach trudniej sobie kolana zedrzeć.

- A może spiszesz sobie wszystkie...

- Tato, a mogę sobie tym spisać? - Zosia wyciągnęła w kierunku 

ojca zielone wieczne pióro.

- To... To przecież moje pióro - wydukał ojciec. - To jest pióro? 

Przecież tym się nie da latać?

background image

- Zosiu! Taki długopis na atrament nazywa się pióro. A gdzie 

ono było?

- O, tu leżało. Cały czas leżało. - Zosia pokazała szufladę, gdzie 

ojciec trzymał swoje przybory do pisania.

- Nie powiem nic - powiedział ojciec.

- Ja też nie. To co z tym skalpelikiem... - A widząc, że ojciec nie 

da się przekonać do kupienia skalpela, zaczęła z innej beczki. - To za 

to, że ci znalazłam twoje pióro, może chociaż podasz mi tę granatową 

książkę z tej, o z tej półki, co?

- Którą?

- O tę,   tę.  -  Zosia   stała   na  palcach  i   pokazywała,  o  którą  jej 

chodzi.

Ojciec zdjął książkę z półki i głośno przeczytał tytuł.

- Choroba wrzodowa?! - popatrzył pytająco na córkę.

- Chcesz pooglądać ze mną? Na pewno obrazki będą fajowe. Nie 

chcesz? To zaproszę Andżelikę. Ona tak cię lubi, tatusiu.

*

Eliza wyszła z psem na spacer. Spuściła Bustera dopiero nad 

samą   Notecią.   Chciała   z   nim   dojść   aż   do   mostu,   żeby   po   tym 

wszystkim ochłonąć. Dzień w szkole był koszmarem. A popołudnie 

jeszcze gorsze. Eliza zdjęła czapkę i pozwoliła włosom potańczyć na 

wietrze, ale zaraz poczuła, że przewiewa jej uszy, i szybko naciągnęła 

ją z powrotem. Jeszcze raz przystąpiła do podsumowania tego dnia. W 

szkole   koszmar.   Beata,   gdyby   tylko   mogła,   na   całej   Mroteckiej 

powiesiłaby   plakaty,   że   Eliza   jest   dla   niej   powietrzem.   Po   szkole 

background image

zeszła schodkami w dół i widziała w lodziarni Beatę. Ta też ją wi-

działa i oczywiście zrobiła minę, jakby za szybą nie było nikogo. To 

było   potworne!   Sylwia   też   zrobiła   się   nachmurzona   i   co   chwila 

patrzyła na zegarek, mówiąc, że za moment musi iść do szpitala na 

rentgen. Ojca nie ma, bo jest w pracy i jakoś tak pusto bez niego. 

Mama pojechała z panią Bednarską do Bydgoszczy, żeby pooglądać 

na wystawach suknie konkurencji. Jeśli mama zaprzyjaźni się z jej 

wicedyrektorką, to Eliza przestanie chodzić na Mrotecką. Przeniesie 

się jak nic, bo tego już nie wytrzyma. „Zośka opowiada Andżelice, że 

będzie weterynarzem, który leczy ludzi. Tylko ja jestem samotna jak 

palec. To wszystko przez to, że się zgodziłam. Można było poczekać, 

aż Sylwia wyzdrowieje, ale wtedy nie poznałabym Leszka... i co z 

tego, że go poznałam? Nic z tego nie wynika!”.

Zrobiła ze śniegu twardą kulę i rzuciła w drzewo, ale nie trafiła. 

Zrezygnowana spojrzała na psa. Buster stał z uśmiechniętym pyskiem 

i   niczym   się   nie   przejmował,   ale   kiedy   zaczęła   dochodzić   szósta 

(godzina,   kiedy   miał   wrócić   ojciec),   zaczął   nerwowo   spoglądać   w 

stronę domu, jakby chciał już wracać.

Zza zakrętu wyszła jakaś objęta para. Eliza od razu ich poznała. 

To Magda Borsuk, mieszka na Podgórnej, koło Sylwii. Z kim ona tak 

się obejmuje? A! - już wiedziała. Tego chłopaka też znała. To syn 

kierowniczki poczty. Jego ojciec zostawił mamę, gdy ten był malutki, 

a wrócił dokładnie w jego szesnaste urodziny. Całe miasto huczało o 

tym jakiś czas temu. Tym bardziej że po pół roku jego rodzice się 

pobrali i zaprosili do kościoła chyba całe Nakło. Dostali tyle kartek z 

background image

życzeniami, że musieli je nieść w kilku reklamówkach.

„Ale im fajnie. - Eliza popatrzyła z zazdrością na objętą parę i 

ruszyła do domu. Jacy oni szczęśliwi. - Zakręciły jej się łzy w oczach. 

- A ja? Na mnie nikt nie zwraca uwagi. Mnie nikt nie chce. Pewnie! Z 

takimi   uszami...   musiałby   być   ślepy.   Mam   szansę   tylko   u   słonia 

Dumbo. Nawet przyjaciółki już nie mam”.

Eliza schyliła się, wzięła smycz pod pachę i wolnymi dłońmi 

zrobiła kulę. Zaczęła ją toczyć. Kiedy kula była już spora i nadawała 

się   na   głowę   bałwana,   Eliza   wzięła   rozbieg   i   z   impetem   na   nią 

wskoczyła.   A   potem   zaczęła   deptać   grudkę   świeżego,   dzisiejszego 

śniegu. Zawołała psa i zaczęła już na dobre wracać do domu. Lewa 

noga wyraźnie przemarzła. Eliza otworzyła drzwi klatki schodowej i 

wpuściła psa.

- Eliza!

Usłyszała   głos   Beaty   i   szybko   się   odwróciła.   Beata   siedziała 

skulona na obsypanej śniegiem ławce. Widać było, że długo już tak 

siedzi, bo na ramionach i włosach miała śniegowy puch. Wyglądała 

jak jedno wielkie nieszczęście.

Eliza   zwolniła   kroku.   Nie   wiedziała,   co   powiedzieć,   więc 

zaczęła zwyczajnie.

- Hej.

- Hej.

Znów cisza.

- Chodź do mnie. Zimno tu...

- Nie...

background image

- Nie chcesz wejść?

- Chcę, ale nie mogę. Cztery litery mi przymarzły. - Dawaj rękę. 

- Eliza wyciągnęła do przyjaciółki dłoń i zaczęła ją ciągnąć, a Beata 

wyrzucona jak z procy wpadła wprost w jej ramiona. Czuła, jak Beata 

przez chwilę stoi sztywna i nieufna, a potem zaczyna szlochać. Objęła 

zmarzniętą przyjaciółkę i zaczęła głaskać ją po włosach, tak samo jak 

niedawno Sylwię.

- No, już dobrze, dobrze. Przecież nic się nie stało. - Ja go z nią 

widziałam... - szlochała Beata. - Widziałam... - Rozkleiła się zupełnie.

- Oj, daj spokój. On nie jest nawet wart, żeby ci buty czyścić.

- Ale dlaczego? Dlaczego zrobił mi coś takiego? Tak wspaniale 

się   wszystko   zaczęło!   Leszek   próbował   mi   powiedzieć,   ale   ja   nie 

słuchałam. O, jaka jestem głupia! W pełni zasłużyłam na to, co się 

stało.

- Nic podobnego. To się każdemu mogło zdarzyć. Nic się nie 

stało. Będziesz miała nauczkę. To wszystko.

- Cześć,   Eliza!   -   Minął   ich   wysoki   chłopak   i   podejrzliwie 

spojrzał na dwie objęte dziewczyny na ciemnej klatce schodowej.

- Cześć, Maciek.

- Coś się stało? Pomóc wam jakoś? Ktoś was napadł?

- Nie, nie. Takie tam babskie sprawy...

- Bo gdyby coś, to wiesz.

- Wiem, dzięki.

- Kto to? - szepnęła Beata, gdy chłopak zniknął im z oczu.

- Maciek.   Nie   znasz   go?   Chodzi   do   gimnazjum   na   osiedlu 

background image

Łokietka. Wejdźmy, bo słyszę, jak Buster skomli pod drzwiami.

- Nie   gniewasz   się   na   mnie?   -   Beata   zajrzała   w   oczy 

przyjaciółce.

- No pewnie, że nie. Chodźmy, bo rodzice będę się martwić.

Beata otarła łzy rękawem czerwonej kurtki.

- Leszek   pytał,   co   u   ciebie   i   czy   może   do   ciebie   zadzwonić. 

Dałam mu twój telefon. Dobrze zrobiłam?

- Bardzo dobrze - odpowiedziała Eliza i mocno przytuliła Beatę.

background image

ROZDZIAŁ 7

Eliza   starannie   wytarła   buty   i   strasznie   stremowana   zdjęła 

kurtkę. Leszek opowiadał jej, że ma fajnych rodziców, ale i tak była 

bardzo   zdenerwowana.   Potem   czuła,   jak   idiotycznie   się   czerwieni. 

Weszła do dużego pokoju z dwoma wielkimi fikusami.

- Oj, znam skądś tę dziewuszkę. - Mama Leszka wyciągnęła do 

niej obie ręce. - Odkurzam ją dwa razy w tygodniu. Co najmniej!

Eliza zdziwiona, nic nie rozumiejąc, spojrzała na Leszka, ale on 

tylko pokręcił głową i zaprosił do swojego pokoju.

Wtedy od razu zrozumiała, o czym mówi jego mama. Na regale, 

między   całą   armią   miniaturowych,   pomalowanych   na   różne   kolory 

żołnierzyków, stało jej zdjęcie. Ładna ramka, skromna. Twarz Elizy 

powiększona. Ale kiedy? Jak?

Spojrzała na Leszka zdziwiona.

- Kiedy to zrobiłeś?

- No wtedy, za pierwszym razem, zanim jeszcze weszliśmy do 

cukierni Pod Lipami. Bo tak, to zawsze jesteś w czapce. Wiesz... - 

Leszek cicho zamknął drzwi pokoju. - Może byśmy... kiedyś... jeszcze 

poszli nad Noteć, bo wtedy nie miałem aparatu... a...

- Dobrze. Chętnie.

- Tylko   nic   nie   mów   Beacie,   bo...   zaraz   cała   rodzina   będzie 

wiedziała, że ja... że my...

Eliza poczuła, że Leszek staje blisko niej.

„O Boże! On mnie trzyma za rękę! Ludzie! On trzyma mnie za 

rękę!” - chciała krzyknąć Eliza, ale nie zdążyła, bo nagle drzwi się 

background image

otworzyły   i   weszła   mama   z   tacą,   na   której   niosła   dwie   herbaty   w 

śmiesznych pękatych kubeczkach i kokosanki na kwadratowym tale-

rzyku.

- Tylko nie przegapcie autobusu Elizki - powiedziała do Leszka.

- No coś ty, mamo! Za kogo mnie masz. Kiedy mama wyszła, 

usiedli na podłodze.

- Może   w   sobotę   pojechalibyśmy   do   Myślęcinka?   Zimą   tam 

musi być ładnie.

- Fajnie by było.

Postawili na dywanie talerz z kokosankami i milczeli. A potem 

tak się nachylili, że ich głowy się dotknęły. Patrzyli na siebie z bliska. 

Każde poczuło na swoim czole czoło drugiego. Było bardzo cicho. 

Jakby zniknął cały świat poza tym pokojem. Nawet herbata milcząco 

wabiła esami - floresami. Eliza pomyślała, że tak właśnie wygląda 

koniec świata. Cisza i już nigdy nikt nic nie powie, bo jak tu coś 

powiedzieć.

- Dorota,  zrzuć marchew,  bo ktoś znowu bałwanowi zeżarł!  - 

Usłyszeli wyraźny głos tuż pod oknami Leszka. Oboje odsunęli się od 

siebie i uśmiechnęli.

- Tylko... wiesz... mnie samej, to znaczy tylko z tobą... to... - 

Eliza zrobiła się czerwona i zagryzła wargi.

- Wiem, mnie też samego nie puszczą. Ale moi są w porządku. 

Możemy ich zabrać. Albo twoich, jak chcesz.

- Moi   też   są   w   porządku...   tylko   muszę   ci   coś   od   razu 

powiedzieć. Ja mam nienormalną siostrę.

background image

- Jest chora umysłowo?

- Nie jest chora, tylko nienormalna. Cały czas gada o strupach, 

bliznach, ranach, szóstych palcach i protezach. Nienormalne dziecko.

- A ile ma lat?

- Sześć, chodzi do zerówki.

- Aaa, sześć - uspokoił się Leszek. - To ją też zabierzemy. No i 

moją myszkę.

- Jaką myszkę?

- Moją. O tę. - Odchylił delikatnie mankiet rękawa i wskazał na 

znamię. - Ja się bez niej nigdzie nie ruszam.

Na   nadgarstku,   tu,   gdzie   zazwyczaj   nosi   się   zegarek,   Leszek 

miał   plamkę.   Sporą,   właśnie   wielkości   cyferblatu   w  zegarku.   Była 

brązowa, pokryta krótkimi włoskami. Eliza poczuła, że serce zamiast 

w klatce piersiowej jest gdzieś w okolicach gardła. Głośno i z trudem 

przełknęła ślinę.

„Teraz albo nigdy - pomyślała. - Teraz!”. Wyciągnęła swoją rękę 

i   wskazującym   palcem,   tak   lekko,   jak   tylko   umiała,   pogłaskała 

myszkę.

- Moja   siostra   oszaleje,   jak   ją   zobaczy   -   powiedziała,   nie 

podnosząc na Leszka oczu. - Pokocha cię od razu.

- A ty? - Leszek trzymał wyciągniętą rękę i patrzył na głaszczący 

ją palec Elizy. - Lubisz mnie... trochę?

*

Mikra potoczyła po klasie nieufnym wzrokiem.

- Czy Eliza Dukacka jest dziś obecna?

background image

- Oczywiście,   proszę   pani.   Razem   ćwiczymy.   -   Beata 

uśmiechnięta i rozradowana objęła cicho stojącą Elizę.

- Eliza, może ty mi wytłumaczysz, co tu się dzieje, bo ja się w 

tym gubię. Przecież się pokłóciłyście, tak?

- Tak, proszę pani, ale się pogodziłyśmy.

- A kiedy znów zamierzacie się pokłócić?

- Nie wiem, proszę pani. To jakoś samo tak wychodzi. Mikra 

odłożyła kajet, gdzie zawsze notowała obecności, i zaczęła bawić się 

wiszącym na szyi gwizdkiem.

- Nic z tego nie rozumiem, ale jedno mi się u was podoba, że na 

końcu umiecie się pogodzić.

- Proszę pani...

- Słucham cię, Beatko?

- A jak przyjdzie Sylwia, to będziemy mogły ćwiczyć we trzy?

- O, zaczęło się - mruknęła Mikra.

- Nie,   proszę   pani.   Właśnie,   że   się   skończyło.   Mogę 

poprowadzić   rozgrzewkę.   Proszę!   Proszę!   Dziękuję!   Dziękuję! 

Dziewczyny, zaczynamy od biegu! Auuuu!

Beata z dzikim okrzykiem zaczęła krążyć po sali. Mikra oparła 

się o drabinki i wytarła sobie rękawem dresu pot z czoła.

- Dobrze, że ferie od jutra, bo zdecydowanie muszę już odpocząć 

- powiedziała sama do siebie.

*

Dziewczyny   we   trzy   siedziały   na   podłodze   w   pokoju   Sylwii. 

Zjadły   już   rosół,   a   teraz   zajadały   się   mandarynkami.   Ich   zapach 

background image

wypełniał   całe   mieszkanie.   Babcia   Sylwii   dzwoniła   naczyniami   w 

kuchni.

- Jak ci się udało z tą Niedzielską, to do dziś nie rozumiem. - 

Beata wepchnęła sobie mandarynkę w usta. - Zawsze byłaś, nie obraź 

się, beznadziejna z zadań, a tu masz! Zrobiłaś! No, ja byłam w szoku. 

Niedzielska też.

- Ja też nie wiem, jak to rozwiązałam. Po prostu robiłam tyle 

zadań,   że  w  końcu...   wiecie...   olśniło   mnie,   że   to   chodzi   tylko   o 

przekształcenie...

- Tak, tylko o przekształcenie. Ale piątka z fizy to jest coś, no 

nie?

Przyjaciółki z uznaniem poklepały Elizę po plecach.

- Nauczyciele to jednak też ludzie. A najfajniejsza jest Mikra. 

Chyba od nowego semestru zapiszę się na siatkówkę.

- Przecież beznadziejnie serwujesz.

- Jak ty możesz robić zadania, to ja mogę serwować, nie sądzisz? 

- I nie czekając na odpowiedź, mówiła dalej: - Mamy całe ferie wolne. 

Nic do odrabiania. - Beata rozciągnęła się na dywanie.

- A napisałaś wypracowanie?

- Jasne,   że   napisałam.   Nie   mam   zamiaru   psuć   sobie   ferii. 

Napisałam. Wiecie o czym?

- A   chcesz   powiedzieć?   Nie   musisz,   jak   nie   chcesz.   Eliza 

położyła   przyjaciółce   rękę   na   ramieniu.   -   Jasne.   Ja   opisałam   moje 

zdjęcie z Oskarem. Zresztą mam je przy sobie. Jutro je uroczyście 

spalę.   I   wiecie,   co   napisałam?   Że   jest   najważniejsze,   bo   tyle   się 

background image

wydarzyło   i   tyle   przeżyłam   i   gdyby   nie   Oskar,   tobym   nigdy   nie 

poznała Maćka, prawda? Bo nie ryczałabym wtedy na klatce u Elizy, 

nie? Więc to wszystko opisałam. A ty, Eliza, opisałaś swoje zdjęcie z 

Leszkiem?

- No  coś  ty?! - Eliza  zrobiła się  czerwona. Wstała  i doszła do 

parapetu, udając, że ogląda kolejną, schnącą tam pracę Sylwii. - Ja 

takie   opisałam...   o,   też   mam   ze   sobą,   bo   chciałam   właśnie   wam 

pokazać.

Sięgnęła   do   plecaka   i   wyciągnęła   zeszyt   do   polskiego.   Zza 

okładki wyjęła zdjęcie swojej mamy, bardzo młodej, przytulonej do 

jakiegoś pana.

- To twój ojciec? Jakiś niepodobny.

- To nie jest mój ojciec. To taki narzeczony mamy. Bardzo długo 

z nim chodziła i prawie wyszła za niego za mąż.

- To po co opisujesz takie zdjęcie?

- Nie rozumiesz? Przecież gdyby za niego wyszła, to ja bym się 

nigdy nie urodziła. Mnie by tu nie było.

- A, racja. - Beata z uznaniem popatrzyła na przyjaciółkę. - Ale 

to sprytnie wymyśliłaś. A ty, Sylwuś, jakie opisałaś?

- Ja? To. - Sylwia wyciągnęła z szuflady wielką szarą kopertę i 

po chwili wyjęła z niej szarą, jakby pełną zacieków, płachtę grubej 

folii.

- A co to niby ma być?

- To   zdjęcie   moich   płuc.   Mam   liczne   ślady   po   nieleczonych 

zapaleniach.   Dzięki   temu   zdjęciu   pojadę   na   sześć   tygodni   do 

background image

sanatorium.

- I z tego się cieszysz?

- Tak, bo pojadę sama. Muszą mnie puścić, bo lekarz tak zalecił. 

Pierwszy raz wyjadę sama. A rosół, nawet jak mi dadzą w słoikach, to 

wyleję.

- No fakt, nareszcie puszczę cię gdzieś sarnę. Masz rację, to jest 

najważniejsze   zdjęcie.   Ale   z   was   spryciary   -   Beata   wzięła   kolejne 

mandarynkę.

- Cześć, dziewczyny. - Na progu stanęła Renata. Już nie kulała, 

ale nie chodziła jeszcze do szkoły. - O czym gadacie?

- O zdjęciach, które wybrałyśmy do wypracowania z polskiego.

- Aha.

- A ty już napisałaś?

- Tak. Chcę mieć to z głowy. - I jakie opisałaś?

- Żadne.

- Mówiłaś, że opisałaś!  - Beata oskarżycielskim  gestem wbiła 

Renacie palec w ramię.

- Napisałam,   że   najważniejszego   zdjęcia   w   mojej   kolekcji 

jeszcze nie ma. Na pewno kiedyś będzie, ale na razie nie wiem, jakie. 

Mam czas na najważniejsze zdjęcie w swoim życiu.

- Ale   fajnie   wymyśliłaś!   No   tak,   przecież   takiego   naj-

ważniejszego   zdjęcia   możemy   jeszcze   nie   mieć.   Fakt.   Po   tym,   co 

powiedziałyście, ja chyba napiszę swoje od nowa. Opiszę zdjęcie z 

Maćkiem. Nie mam go jeszcze, ale to przecież będzie najważniejsze 

zdjęcie, prawda?

background image

- Na   pewno   -   powiedziała   Eliza   i   pokiwała   głową   nad   swoją 

przyjaciółką.

*

- Kończ już, kończ, bo chcę zadzwonić - ojciec ponaglał Elizę.

- Minutkę - odpowiedziała mu szeptem.

- Tak? I co Maciek powiedział? Aha... ale kiedy? I ty trzymasz 

to w ręku, tak? Patrzysz na to, tak? Daj słowo honoru... Maciek jest 

wielki,   wiesz?   Ale   to   na   pewno   jest   dziesiątka?   Maciek   musi   mi 

wszystko opowiedzieć. Ta... tata podsłuchuje... to przyjdź zaraz... aha, 

czyli idziesz z nim... to pa!

- Kto to jest Maciek? - zainteresował się ojciec.

- Chłopak Beaty.

- Maciek? Myślałem, że jakoś inaczej się nazywa. Ja jednak nie 

mam pamięci do imion. - Ojciec poklepał Bustera po łbie. - Niedziela. 

Jak   wspaniale,   że   ktoś   wymyślił   niedzielę.   Kto   zagra   ze   mną   w 

scrabble?

Wolne   od   szkoły   dzieciaki   szły   nad   Noteć,   na   górkę,   żeby 

dobrze wykorzystać słoneczny, zimowy dzień. Eliza zamyśliła się nad 

tym, ile rzeczy zdarzyło się przez te cztery tygodnie stycznia. Wczoraj 

była z Zosią, Leszkiem i jego rodzicami w Myślęcinku. A wracając, 

zajechali do piekarni. Zośka, co prawda, wypytywała ekspedientkę, co 

ma pod bandażem i co jej robili na ten schodzący paznokieć, ale i to 

nie   popsuło   cudownego   dnia.   Eliza   uśmiechnęła   się   do   siebie   na 

wspomnienie wszystkiego,  co przeszła przez  ten czas. Nagle Buster 

zaszczekał głośno i przyciągnął wzrok całej rodziny.

background image

Pies stanął znów przy regale z gazetami. Zaczął merdać ogonem 

i biegać od regału do ojca.

- No,   znowu   coś   się   dzieje   -   ucieszyła   się   Zosia,   która   z 

czerwonymi od mrozu policzkami właśnie wróciła z górki, żeby się 

trochę ogrzać.

Ojciec już bez namysłu położył gazetę przed psem. W pokoju 

zrobiło się zupełnie cicho.

- Gdyby nie to, że to się dzieje tu i teraz, nigdy bym nie uwierzył 

-   mrugnął   do   mamy,   a   Buster,   siedząc   na   dywanie,   przebierał 

przednimi łapami i kręcił łbem nad gazetą. Aż w końcu, gdy ojciec 

otworzył na stronie z rubryką „Zwierzak czeka na człowieka”, Buster 

od razu położył łapę w upatrzonym miejscu.

Ojciec wolno podniósł  gazetę  i  poprawił okulary. W miejscu, 

gdzie Buster trzymał łapę, było zamazane zdjęcie burego kundelka i 

podpis:

„W   schronisku   w   Bydgoszczy   na   miłych   właścicieli   czeka 

Mucha. Urocza, wesoła  suczka, odrobaczona, szczepiona i zdrowa. 

Lubi się bawić piłeczką. Tęskni za przyjacielem. Jest w schronisku od 

początku stycznia”.

- Jedziemy. - Ojciec zerwał się z miejsca.

- Ja nie mogę, ja mam odbiór - przypomniała mama.

- W niedzielę?

- Tak,   bo   to   klientka   ze   Szczecina.   Wyobrażasz   sobie,   ze 

Szczecina! A co chcesz zrobić?

- Dziewczynki, Buster! Ubierajcie się! Jedziemy po Muchę.

background image

*

- Nie mogę uwierzyć, że jutro znów do szkoły. Szkoda, że nie 

istnieje taka maszyna do zatrzymywania czasu. Jak tylko mijały by 

lekcje,   człowiek   by   sobie   ją   włączył   i   wszystko,   co   przyjemne, 

trwałoby dłużej. - Eliza z Leszkiem siedzieli u niego w pokoju.

- To   co   porobimy?   Bo   do   autobusu   mamy   jeszcze   ponad 

godzinę.

- Miałeś pokazać mi zdjęcia.

Eliza patrzyła, jak Leszek wstaje. Bierze pudło. Kiedy siadał z 

powrotem na podłodze, koszula odsłoniła myszkę na nadgarstku, ale 

Leszek jej nie zakrył. Eliza kilka razy zauważyła, że wcale nie zwraca 

uwagi, czy ja widać, czy nie. Całkiem inaczej niż na początku.

Zaczęli   oglądać   fotografie.   W   wielkim   pudle   znajdowały   się 

nieuporządkowane   zdjęcia   różnych   osób   z   różnych   lat.   Leszek 

pokazywał   kolejno,   ale   nie   umiał   zidentyfikować   wszystkich 

sfotografowanych osób.

- A to jest mój tato. Zobacz, z jakąś dziewczyną. To była wielka 

miłość ojca, jeszcze zanim poznał mamę. Co tak patrzysz? Coś się 

stało?

Eliza pokręciła głową i bez słowa wpatrywała się w zdjęcie, na 

którym ojciec Leszka stał przytulony do młodej dziewczyny.

- Ja wiem, co to za dziewczyna - powiedziała bardzo cicho. - To 

moja mama.

Leszek nachylił się nad fotografią.

- No   tak.   Teraz   poznaję.   To   naprawdę   jest   twoja   mama!   To 

background image

niesamowite! Co za przypadek!

- No właśnie, niesamowity przypadek. - Eliza?

- Hm?

- A może to nie jest żaden przypadek?

- No   właśnie,   może   to   nie   jest   przypadek?   Ale   jeśli   nie 

przypadek, to co?


Document Outline