background image

Sat-Okh - Głos prerii

„KB”

„Opowiem wam, tak jak umiem, w jaki sposób Indianin pojmuje rzeczy. Biały 

człowiek posiada więcej słów na wyraŜenie swoich poglądów, ale aby powiedzieć 

prawdę, nie potrzeba wielu słów...”

JOSEPH - wódz plemienia Nez Perce rok 1979

PRZEDMOWA

Do dzisiaj nie udało się dokładnie ustalić daty, od kiedy na kontynencie 

północnoamerykańskim postawił swą stopę pierwszy człowiek. Wśród 

najwybitniejszych badaczy i uczonych wielu krajów panują na ten temat róŜne opinie i 

poglądy.

Znaczna ich część zgodna jest właściwie w dwu sprawach. Po pierwsze, Ŝe 

najdogodniejsze warunki zasiedlania panowały od 40 000 do 20 000 lat temu oraz 

między dwunastym a trzynastym tysiącleciem. I po drugie, Ŝe pierwszymi ludźmi, 

którzy wkroczyli na amerykańską ziemię, byli pierwotni myśliwi.

Uczeni wielu dziedzin wiedzy zgodni są równieŜ na ogół co do tego, Ŝe w tych 

właśnie okresach, w miejscu dzisiejszej Cieśniny Beringa, istniał między kontynentem

azjatyckim a północnoamerykańskim lądowy przesmyk, umoŜliwiający myśliwym 

przenikanie na Nowy Kontynent.

Nie przeszli jednorazowo, nie przechodzili masowo, nie napływali większymi 

falami. Przenikali w ciągu setek, a moŜe tysięcy lat, w niewielkich grupach, w 

hordach liczących kilkanaście do kilkudziesięciu osób.

Skąd przybywali, jaki był cel ich wędrówki, do jakiego ludu lub ludów 

naleŜeli? Jak poprzez bezdroŜa Syberii znajdowali szlak wiodący właśnie ku owemu 

wąskiemu pomostowi lądowemu? Czy właśnie tego szlaku poszukiwali? Jaka siła 

popychała ich w tym kierunku? Czy wiedzieli w ogóle, Ŝe wkraczają na nowy 

kontynent i jakie wiązali z nim nadzieje i plany? Trudno odpowiedzieć dokładnie na 

wiele z tych pytań. Być moŜe, na niektóre nigdy nie znajdziemy odpowiedzi. Ale 

istnieje kilka przesłanek, zda się, niepodwaŜalnych.

background image

Pochodzili z róŜnych obszarów olbrzymiego kontynentu azjatyckiego; 

wywodzili się z róŜnych zamieszkujących go ludów, byli potomkami róŜnych ras, 

które dały początek fasie indiańskiej. Posiadali pewne, podobne cechy fizyczne, takie 

jak barwa skóry w odcieniach od z lekka Ŝółtej do jasnobrązowej, wystające kości 

policzkowe oraz proste, sztywne, czarne włosy. Okrywały ich futra i skóry zwierzęce, 

posługiwali się podobną bronią - oszczepem opatrzonym grotem i cięŜką maczugą.

Poza tym, Ŝe byli myśliwymi, niewiele więcej juŜ potrafimy o nich 

powiedzieć. Nie wiemy, jak wyglądała organizacja wewnętrzna i Ŝycie takiej grupy, 

czy i jakie posiadała wierzenia, jakim posługiwała się językiem.

Wiemy, iŜ po przekroczeniu przesmyku i znalezieniu się na amerykańskiej 

ziemi, tropami wielkich zwierząt, szlakami biegnącymi wzdłuŜ wschodniego podnóŜa 

Gór Skalistych i Wielkiej Prerii podąŜali na południe - ku coraz wyŜej wznoszącym 

się Ŝyciodajnym promieniom słońca.

Nie szli bez przerwy. Na dziesiątki, a moŜe setki lub niekiedy nawet na tysiące 

lat, zatrzymywali się w jednej okolicy, w rejonie, w którym występowała 

wystarczająca ilość zwierząt łownych.

Polowali - od tego zaleŜał ich byt. Polowali ha Ŝółto-brunatnego leniwca 

olbrzymiego, zwierzę roślinoŜerne, dające przeszło półtorej tony czystego mięsa. 

Zastawiali pułapki na mamuta, pokrytego gęstym, długim włosem i nieco mniejszego 

mastodonta - praprzodka dzisiejszych słoni. Łupem ich często padał bizon wielki, a 

takŜe, być moŜe, koń, zamieszkujący rozległe faliste równiny.

Sobie znanymi sposobami łowili i inne, mniejsze zwierzęta, zamieszkujące w 

tym czasie Amerykę Północną.

Pod wpływem naporu nowych hord ciągnących z północy, a takŜe być moŜe ze 

względu na zmniejszenie się w ich okolicy ilości wielkich zwierząt, schodzili coraz 

dalej na południe w kierunku WyŜyny Meksykańskiej. Część podąŜyła jeszcze dalej 

przez Kanał Panamski na kontynent Ameryki Południowej. Część skręciła szerokim 

łukiem na wschód, by po wielu wiekach, a moŜe tysiącleciach osiągnąć wielkie, 

ś

rodkowo-wschodnie puszcze i dotrzeć do wybrzeŜy Atlantyku, by później pójść z 

powrotem na północ w stronę Wielkich Jezior i Doliny Św. Wawrzyńca.

W ciągu kolejnych pokoleń, w czasie między dziesiątym tysiącleciem a 

czasami nowoŜytnymi, rozprzestrzenili się na całym kontynencie. Zajęli Dolinę Sw. 

Wawrzyńca i północno-wschodnie puszcze; rozciągnęli się długim pasem wzdłuŜ 

atlantyckiego wybrzeŜa; zasiedlili rejony wzdłuŜ Missisipi i Missouri. Wytworzyli 

background image

bogatą kulturę nad brzegami Pacyfiku. Zamieszkiwali na Wielkich Równinach i w 

Górach Skalistych. Znaleźli się w kaŜdym miejscu kontynentu. Nie trwali w bezruchu. 

Plemiona przemieszczały się, wędrowały, zmieniały miejsca. W ostatnim okresie 

przed przybyciem białych migracje te jeszcze trwały.

Ilu spośród nich drogą poprzez lądowy przesmyk z Azji przybyło na kontynent 

- nie wiadomo. I nikt tego juŜ nie ustali. Wiadomo jednak, Ŝe ta tysiące lat trwająca 

migracja została zahamowana około 10 000 lat temu kiedy w epoce topnienia lodu i 

cofania się lodowca, wezbrały wody i zatopiły ów lądowy pomost, tworząc 

kilkudziesięciokilometrowej szerokości cieśninę - dzisiejszą Cieśninę Beringa. Co 

prawda, pas wody o szerokości kilkudziesięciu kilometrów nie stanowi dzisiaj Ŝadnej 

przeszkody, ale wtedy - dziewięć, dziesięć tysięcy lat temu, dla myśliwych epoki 

kamienia łupanego, musiał stanowić nie lada trudność do pokonania.

Nie ma dowodów na to, Ŝe przekraczano go jeszcze, nie ma i takich, które 

wykluczyłyby taką moŜliwość. A więc moŜe jakieś pojedyncze grupy korzystały i w 

bliŜszych nam okresach z tej drogi. KtóŜ to wie?

W kaŜdym razie na północnoamerykańskim kontynencie znaleźli się ludzie. 

Pozostali tu, przetrwali. Mimo iŜ około dziesięć tysięcy lat wstecz, z powodów nie 

wyjaśnionych dotąd przez naukę, wyginęły wszystkie wielkie zwierzęta, łącznie z 

koniem - ludzie przetrwali, a właściwie przetrwali potomkowie pierwszych 

przybyszów.

Dowodów na potwierdzenie przetrwania potomków ludzi przybyłych z głębi 

Azji dostarczają liczne wykopaliska, prace archeologiczne i antropologiczne, fizyka, 

chemia, i wiele innych nauk, badających historię kultury materiałnej. Człowiek 

pochodzący z Azji - z róŜnych rejonów tego olbrzymiego kontynentu, człowiek 

reprezentujący róŜne ludy azjatyckie nie tylko przetrwał na kontynencie 

amerykańskim, nie tylko rozprzestrzenił się na jego bezkresnych obszarach, ale 

rozwinął się i wytworzył bogatą i zróŜnicowaną kulturę.

Jak to czytelnik zapewne zauwaŜył, nie mówię o jednym ludzie azjatyckim. 

Mówię, iŜ na kontynent amerykański napłynęli przedstawiciele wielu pradawnych 

azjatyckich ludów i moŜe nie tylko azjatyckich.

Twierdząc tak, mam ku temu powaŜne podstawy. Pierwszą z nich jest to, iŜ 

mimo znacznych podobieństw, występują teŜ znaczne róŜnice cech antropologicznych 

przedkolumbijskiej ludności Ameryki, róŜnice, których nie da się wytłumaczyć 

jedynie innymi warunkami środowiskowymi, w jakich przez tysiące lat kształtowały 

background image

się poszczególne indiańskie grupy plemienne. Gdybyśmy przyjęli tu inne załoŜenie, 

musielibyśmy stwierdzić, Ŝe rasa biała i rasa murzyńska wywodzą się z jednego pnia 

etnicznego. Indianie właśnie z uwagi na swoje róŜnice i cechy antropologiczne nie 

mogą wywodzić się z jednego pnia. Wywodzą się z róŜnych pni i róŜnych ras, a więc 

takŜe z róŜnych ludów.

Istnieje dowód drugi. W czasach gdy Kolumb odkrył Nowy Świat, kontynent 

północnoamerykański - od Zatoki Meksykańskiej po Cieśninę Beringa - 

zamieszkiwało około dwu tysięcy róŜnych plemion, z których kaŜde posługiwało się 

innym językiem. Prawdą jest, Ŝe wiele tych języków wykazywało znaczne 

podobieństwa, takie, jakie istnieją np. między językami polskim, słowackim, czy 

rosyjskim - podobieństwa potwierdzające nie tylko wspólny pień etniczny. Istniały 

jednak i istnieją nadal plemiona uŜywające róŜnych języków, języków róŜniących się 

od siebie tak bardzo, jak np. polski, arabski, chiński, czy suahili. Nikt nie odwaŜy się 

powiedzieć, Ŝe te cztery języki posiadają wspólny rodowód, wywodzą się ze 

wspólnego pnia kulturowego, a zróŜnicowały się tak bardzo pod wpływem 

ewolucyjnych przemian róŜnych środowisk, w których kształtowały się przez 

tysiąclecia. Byłby to absurd. A więc plemiona indiańskie, plemiona o tak róŜniących 

się językach, muszą pochodzić z róŜnych ludów.

Te dwie pozorne dygresje, uczynione tu przeze mnie rozmyślnie i celowo, 

mają posłuŜyć jedynie jako wprowadzenie do uczynienia dygresji najwaŜniejszej.

OtóŜ plemiona indiańskie, z którymi przeszło w sto lat po podróŜach Kolumba 

zetknęli się inni biali - europejscy przybysze róŜniły się między sobą i to bardzo 

znacznie zwyczajami i obyczajami, prawami ustanowionymi przez praojców i, co 

najwaŜniejsze, róŜniły się wierzeniami.

Ten oczywisty fakt z jednej strony potwierdza róŜnorodność historycznych, 

kulturowych i genealogicznych rodowodów Indian; z drugiej uzasadnia zjawiska 

wielości i trwałości zróŜnicowanych postaw etyczno-moralnych, zróŜnicowanych 

tradycji i obyczajów, róŜnych praźródeł duchowego Ŝycia i duchowych postaw 

jednego indiańskiego kręgu kulturowego wobec innych.

Oczywiście, nie tylko inność źródeł decydowała o róŜnorodności wierzeń. 

Wpływ na pogłębianie się lub łagodzenie niektórych róŜnic wywierał klimat, 

ś

rodowisko geograficzne i uwarunkowany nimi często rodzaj zajęcia. Wiele co 

prawda plemion pozostało na etapie niemal pierwotnego myślistwa, czy zbieractwa, 

inne jednak w wielu, szczególnie południowych i południowo-wschodnich regionach 

background image

kraju, w ostatniej fazie przed pojawieniem się białego człowieka, nabrały wielu cech 

ludów osiadłych, co musiało odbić się na wierzeniach. Trzeba teŜ dodać, Ŝe plemiona 

nie Ŝyły w zupełnym odosobnieniu. Sąsiadowały z innymi, prowadziły z nimi handel 

wymienny, często wojny, przemieszczały się z miejsca na miejsce. Istniał więc 

przepływ, przenikanie elementów kulturowych, takich jak np.: zwyczaje, elementy 

zachowań, rozwijającej się wiedzy o otaczającym świecie, prawidłowościach 

rządzących Ŝyciem, przyrodniczych czy astronomicznych zjawiskach. Ten pierwotny 

przepływ kultury materialnej i niematerialnej musiał wywierać mniejszy lub większy 

wpływ równieŜ na wierzenia. W jednym przypadku elementy wspólne utrwaliły i 

niejako upodobniły wierzenia, tradycje wywodzące się z jednego kulturowego pnia; w 

innym oddalały je od siebie - były nie do przyjęcia dla innego kulturowego kręgu.

Posługuję się tu określeniem „wierzenia” - określeniem niezbyt jasno 

zdefiniowanym, jedynie dlatego, Ŝe nie mogę uŜywać określenia „religia”.

O religii w odniesieniu do obu Ameryk moŜna mówić jedynie, gdy ma się na 

myśli względnie jednorodny, całościowy, bogaty i zunifikowany system wierzeń 

Majów na Jukatanie, Azteków w Meksyku czy Inków w Peru. Nie moŜna natomiast, 

jak czynią to niektóre pseudoautorytety naukowe, ogromnie zróŜnicowanych wierzeń 

Indian północnoamerykańskich nazywać religią - w dodatku jedną religią. Bowiem z 

podanych wyŜej przyczyn jedna religia nie mogła się w Ameryce Północnej rozwinąć 

i nie rozwinęła się wśród Indian do tej pory.

Pozostaję więc przy określeniu „wierzenia”, chociaŜ, jak zastrzegłem 

wcześniej, i to określenie w odniesieniu do Ŝycia duchowego Indian 

północnoamerykańskich nie wydaje się określeniem najlepszym.

By wyjaśnić nieco bliŜej, co rozumiem pod pojęciem „wierzenia”, muszę 

przytoczyć przynajmniej kilka przykładów.

Większość czytelników, szczególnie młodych, zna z licznych ksiąŜek 

przygodowo-podróŜniczych słowo „tabu”. Tak, wiele plemion szczególnie 

myśliwskich, moŜe nawet ogromna większość, posiadało rozliczne tabu, 

obowiązujące bądź całe plemię, bądź tylko jedną lub kilka osób. Tabu to głównie 

nakazy bądź zakazy, których przekroczenie, według wierzeń przekazywanych z 

pokolenia na pokolenie, mogło narazić naruszającego je na powaŜne kłopoty, 

niepowodzenia, czy nawet nieszczęście. Takim tabu w licznych szczepach Dakotów, 

wśród wielu plemion algonkińskich i athapaskijskich był nakaz przepraszania 

upolowanej zwierzyny za zadanie jej śmierci. Myśliwy wierzył, Ŝe gdyby nie dopełnił 

background image

tego obowiązku, mogłoby opuścić go szczęście i powodzenie w łowach, od czego 

zaleŜało przecieŜ Ŝycie jego i jego rodziny. A więc przepraszał upolowane przez 

siebie zwierzę zawsze, traktując to jako swą powinność wobec ducha zabitego oraz 

wobec duchów jego współbraci - innych zwierząt. Do dnia dzisiejszego wszystkim 

ptakom i zwierzętom przysługuje sześć praw-przywilejów, które wszystkie plemiona 

uczciwie respektują: 1) Prawo do ludzkiej miłości; 2) Prawo do ludzkiej opieki; 3) 

Prawo do Ŝycia; 4) Prawo rozmnaŜania się; 5) Prawo nieograniczonej swobody; 6)

Prawo do ludzkiej wdzięczności.

I takie tabu stanowiły istotny element wierzeń. Oczywiście w jednym 

przypadku był to nakaz przepraszania, w innym - nakaz nie spoŜywania ani kawałka 

upolowanej przez siebie zwierzyny, jeszcze w innym nakaz nie zabijania w ogóle 

jakiegoś zwierzęcia przez określonego myśliwego, zakaz karmienia psa mięsem 

jakiegoś zwierzęcia. Takich tabu łowieckich istniały tysiące. Ale istniały takŜe tysiące 

innych związanych z innymi czynnościami Ŝycia codziennego. KaŜdego członka 

plemienia obowiązywały inne tabu i one właśnie tworzyły istotną część jego własnych 

wierzeń - a nie wierzeń wspólnych.

Innym przejawem Ŝycia duchowego, towarzyszącym członkom róŜnych 

plemiennych wspólnot, były sny i wizje, o przeŜywanie których usilnie zabiegali 

wszyscy i to w róŜny sposób; najczęściej poprzez długotrwały post w odosobnieniu, 

modlitwy, niekiedy w regionach południowych równieŜ przy pomocy udzielanej przez 

czarowników, znających sposoby wywoływania wizji czy snów. Ale posty, modlitwy i 

pieśni, samotność i pomoc czarownika nie stanowiły wierzenia czy religii - były 

jedynie środkiem, drogą do przeŜycia snu czy doznania wizji. 

Wierzono powszechnie, Ŝe w czasie snów i wizji duchy praojców, duchy 

opiekuńcze, duchy nieba i ziemi udzielają chłopcu, młodzieńcowi, dziewczynie czy 

dorosłemu męŜczyźnie rad i wskazówek często na całe jego Ŝycie, Ŝe swym 

pojawieniem się duchy opiekuńcze biorą go pod swoją opiekę i będą towarzyszyły mu 

we wszystkich waŜnych momentach na całej długiej ścieŜce Ŝycia. Będą pomagały, 

chroniły, wskazywały właściwą drogę. W czasie snów i wizji otrzymywano 

wskazówki czy nakazy, co do tego, jak naleŜy postępować. Czasami sny i wizje nie 

przynosiły tak wyraźnych pouczeń - ukazywały natomiast róŜne sytuacje, zdarzenia, 

przedmioty, rośliny, zwierzęta, ptaki, których znaczenie mógł interpretować lub 

wyjaśniać tylko czarownik. Taka interpretacja niosła z sobą kolejne nakazy, 

wskazówki, rady, co do postępowania jednostki w Ŝyciu i znów wzbogacała 

background image

indywidualne wierzenia. 

Codzienny świat Indian wypełniały niezliczone ilości reguł postępowania, ale i 

niezliczona ilość duchów. KaŜdy miał przecieŜ własnego ducha opiekuńczego, który 

pojawił mu się w czasie snu czy wizji i od niego przede wszystkim mógł i musiał 

oczekiwać rady, pomocy, przestrogi. Wzbogacały się więc i róŜnicowały wierzenia.

Mamy juŜ tabu, sny i wizje, ale mamy jeszcze coś więcej. Są przodkowie i 

praprzodkowie, którzy bardzo dawno temu ustanowili pewne prawa i zwyczaje 

wspólne dla wszystkich członków plemienia. Duchy przodków - te istniejące gdzieś 

bardzo daleko i te pozostające wśród swych najbliŜszych - pilnują przestrzegania 

praw, nagradzają powodzeniem tych, którzy są im posłuszni, odwracają swe 

zagniewane twarze od nieposłusznych - nie szanujących praw praojców.

KaŜde plemię ma innych przodków, kieruje się więc innymi prawami 

wewnętrznymi i innymi nakazami. Stanowią one kolejny istotny składnik wierzeń.

Czy to juŜ wszystko? Nie! Są przecieŜ duchy wyŜszego rzędu. Duchy nieba i 

ziemi, duchy Słońca, KsięŜyca i Gwiazd, Gwiazdy Porannej, Gwiazdy Północnej, 

duchy Grzmotu i Ognia, duchy gór i skał, duchy dobra i zła. Istnieje kraina Kicze 

Manitou, Orendy, Usana, Wakondy, Nesaru. Jest ziemia Wielkiego śółwia i Małego 

ś

ółwia. Jest Kraina Orłów. W dalekich północnych puszczach kryją się wielkie 

niebezpieczne ludojady - potwory windigos. Są duchy płodności i plonów, duchy 

urodzaju, duchy przynoszące pomyślność i zdrowie, ale i takie, które przynoszą 

nieszczęścia, choroby, cierpienia.

Czy są to duchy wspólne dla wszystkich Indian? AleŜ nic podobnego. KaŜde 

plemię ma swój własny panteon duchów. I duchy jednego plemienia nie są duchami 

plemienia innego, chociaŜ tak jedne, jak i drugie wzbogacają wierzenia swych 

wyznawców.

Wierzenia, nierozerwalnie związane z nimi zwyczaje i obyczaje, prawa i 

nakazy tworzą w sumie niewyobraŜalny wręcz panteon duchów, nadnaturalnych sił i 

mocy, cudownych, tajemniczych, niewidzialnych istot, a więc tworzą 

wszechogarniającą i przenikającą wszystko sferę Ŝycia duchowego, ale Ŝycia zupełnie 

róŜnego w kaŜdym z około dwóch tysięcy plemion indiańskich, Ŝyjących od granic 

dzisiejszego Meksyku - dawnego imperium Azteków.

Na te proste stosunkowo wierzenia plemion, szczepów i indywidualnych osób 

nakładają się mity i legendy, baśnie i opowieści, jedne sięgające swymi korzeniami w 

daleką nieodgadniona przeszłość - moŜe jeszcze na azjatycki kontynent; inne 

background image

zawierające w sobie nalot nowszych czasów, wpływy innych kultur i wierzeń - w tym 

reminiscencje - niekiedy wyraźne - religii chrześcijańskiej, wdzierającej się od kilku 

wieków w Ŝycie duchowe Indian.

Tak rozumiane wierzenia indiańskie nigdy więc religią nie były, nie miały z 

sobą nic wspólnego i nie są nią do dzisiaj. I wszelkie „naukowe” dywagacje na temat 

jednej wspólnej religii Indian północnoamerykańskich są zwykłym 

nieporozumieniem.

Indiańskie wierzenia wywierały i wywierają wielki Wpływ na całą złoŜoną 

obrzędowość tego kręgu kulturowego, na kształtowanie się osobowości, cech 

charakteru, mentalności, etyki i moralności, Ŝyciowych postaw jednostek, niekiedy 

całych plemion lub grup plemiennych, wywodzących się z jednego pnia kulturowego. 

Przez całe wieki wywierały wpływ na zwyczaje i codzienne Ŝycie Indian, na ich 

umiłowanie wolności i swobody, przywiązanie do ziemi praojców, brak lęku przed 

ś

miercią.

Znajdują swoje odbicie w ubiorach i ozdobach, paleniu fajki pokoju, w 

noszeniu świętego woreczka z lekami i przechowywaniu świętych zawiniątek 

plemiennych, w zwyczaju składania duchom ofiar, w samotorturowaniu i zadawaniu 

tortur innym, w praktykach i obrzędach czarowników, a nawet w kształtach 

budowanych „domów”, jak to miało miejsce szczególnie wyraźnie wśród plemion 

Mandanów.

Istnieje szereg przesłanek wskazujących na to, Ŝe na kontynent 

północnoamerykański mogły w ciągu wielu tysięcy lat od chwili jego zasiedlenia 

przenikać pewne wpływy nie tylko z kontynentu azjatyckiego, ale równieŜ z innych 

obszarów kulturowych i etnicznych, których dosyć wyraźne reminiscencje znajdujemy 

w wierzeniach Azteków czy Majów. Ale mogły one jedynie wzbogacać wierzenia i 

kulturę północnoamerykańskich Indian.

Nadszedł jednak czas, kiedy na Nowej Ziemi pojawił się biały człowiek, dla 

którego wierzenia Indian były niezrozumiałe i barbarzyńskie. Zaczęto masowo 

mordować i przesiedlać na inne tereny wolne do tej pory plemiona. Następnie pojawił 

się misjonarz, który starał się nawrócić „grzeszne dusze” nawiarę białych.

Mimo tragicznej przeszłości Indian, mimo mordów, przesiedleń i celowych 

zabójstw wodzów plemiennych i duchowych, nie dali się wchłonąć kulturze białego 

człowieka. Konieczność upamiętnienia dawnych zwyczajów, legend i wierzeń jest 

obecnie nawet większa niŜ kiedykolwiek.

background image

Sat-Okh

O, Wielki Duchu

O, Wielki Duchu! JeŜeli cofniesz Ŝycie moje, to wejdę znów do Kraju 

Przodków, do czasów, kiedy praojcowie lecznictwo magii poznawali, myślistwo 

ceniąc i odwagę...

O, Wielki Duchu, wskaŜ mi drogę do mych Praojców, by mi oni swą wiedzę 

przekazali w darze, a ja ją dalej juŜ przekaŜę, na ścieŜkach dawno zapomnianych.

O, Wieiki Duchu! Smutno przecie.

I coraz gorsze nasze Ŝycie, bo zapominamy, co umiemy...

O! Gdybym poznała Duchów drogi, niosłabym ludziom pocieszenie, a ja - im 

pomóc nic nie mogę i smucę się tym nieskończenie.

Wiersz napisała 15-letnia Kenneth Pitawanakwat z rezerwatu Wikwemikong 

(w prowincji Quebec).

Tłumaczył Sat-Okh

Na zachodzie, tam gdzie Słońce udaje się na spoczynek, wznosił się ciemny 

szczyt skalny, nazwany przez niedawno zamieszkałych tu Indian Kiowa - Płaczącą 

Górą. Plemię to przywędrowało z Górnych Prerii, gdzie swoje tereny łowieckie 

dzieliło z ludźmi o Włosach Uciętych nad Czołem (Przekłute Nosy) i graniczyło z 

łowiskami Sitsikan (Czarne Stopy).

Po krwawej walce Kiowa ulegli zjednoczonym plemionom Czejenów i 

Arapahów i przenieśli się na południe w dolinę rzeki Cimarron...

Na zachodnich równinach wschodziło słońce. Pomiędzy drzewami lasku 

pekanowego i drzewami bawełnicy tkało czerwonym światłem misterną koronkę, 

która czasami jakby falowała, to znowu jakby unosiła się niby wątłe płomyki nad 

dogasającym ogniskiem. Zalegało na połyskliwej i pofalowanej trawie.

Chmury na wyścigi z promieniami słonecznymi biegły na zachód, zostawiając 

na błękicie nieba białe, delikatne smugi, podobne do pociągnięcia pędzlem 

nieostroŜnego malarza. Dalej hen, na zachodzie, przy szczytach Gór Skalistych 

skłębiły się w cięŜkie, sine zwały, otulające najwyŜsze szczyty.

Słońce dosięgło rzeki, musnęło blaskiem drobne fale, które zaczęły mienić się, 

jak łuski ławicy drobnych rybek, uciekających przed atakującym ich podwodnym 

drapieŜnikiem.

background image

Na południowych preriach przy takich wschodach słońca powietrze 

przewaŜnie jest cięŜkie i gęste, wydaje się, Ŝe moŜna je ciąć noŜem na duŜe plastry. 

Wtedy wszystko, co Ŝyje, jest nabrzmiałe i zmęczone, jak starcy którym wiek pobielił 

włosy. Czasami przy takim wschodzie słońca, kiedy pojawi się najlŜejszy nawet 

powiew wiatru, powietrze natychmiast staje się pełne ruchu i oŜywczego zamieszania, 

ma się wraŜenie, Ŝe świat odmłodniał, a wszystko wokoło staje się piękne i doskonałe.

W pobliŜu lasku, przez który przedzierały się promienie słońca, tuŜ nad 

brzegiem rzeki stały ustawione półkoliście tipi Kiowa. Jedne poszarzałe od starości z 

okopconymi płatami dymnymi, inne białe, całkiem nowe, jeszcze bez malowideł 

rytualnych, gdzieniegdzie zaś stały tylko drewniane Ŝerdzie bez skórzanego pokrycia. 

Widok takiej wioski wskazywał, Ŝe obóz został rozbity niedawno.

Kończyła się druga połowa miesiąca Gdy Konie Zmieniają Sierści. Wokoło 

było radośnie i świeŜo. Drzewa kwitły, okolicę pokrywała zielona soczysta trawa, na 

której pasły się puszczone luźno konie, pilnowane jedynie przez dziesięcio-, 

dwunastoletnich wyrostków.

Z jednego z tipi wyszły dwie kobiety i skierowały się do pobliskiego lasu. 

Młodsza z kobiet podtrzymywana przez starszą, co parę kroków przystawała i 

cichutko pojękując, obejmowała dłońmi nabrzmiały brzuch. Starsza miała 

przerzucone przez ramię dwie skóry białych wilków i starannie zawiązany tobołek.

Siłą ciągnęła młodą kobietę ku ścianie lasu, porastającego zbocze Płaczącej 

Góry. Było tam stare drzewo, które widocznie w młodości zostało zgięte przez 

niedźwiedzia, a moŜe przez wiatr - któŜ to wie - a teraz rozrośnięte, jednym potęŜnym 

konarem schylonym ku dołowi, całowało wdzięcznie Matkę Ziemię. Gdy wiatr 

poruszał drzewem, zwisająca gałąź zmiatała zeschłe liście, gładziła rodzicielkę, 

dziękując za jej Ŝywotne soki.

Kobiety znalazły się wkrótce pod tym drzewem. Tsomahee (Jasne Włosy), bo 

tak nazywała się starsza kobieta, pomogła młodszej usiąść na ziemi, sama natomiast 

zabrała się do zgarniania liści pod zgięty ku ziemi konar. Gdy stwierdziła, Ŝe podłoŜe 

jest wystarczająco miękkie, nakryła je wilczą skórą. ZbliŜyła się teraz do dziewczyny, 

podała jej rękę i rzekła:

- Wstań, Kau-at-ciny (Mała Chmuro), nadszedł juŜ twój czas.

Podprowadziła ją do zwisającego konara i Mała Chmura wstąpiła na kopiec 

liści okryty futrem. Tsomahee delikatnie ściągnęła z niej miękką skórzaną suknię i 

pomogła dziewczynie chwycić się dłońmi przygiętej gałęzi drzewa.

background image

Kau-at-ciny zawisła na rękach, wbijając z całej mocy paznokcie w korę. Nogi 

podkurczyła, z jej ust wydobył się słaby jęk, całe ciało pokryło się kroplami potu, 

rozpuszczone włosy oblepiły jej wilgotną twarz.

W tym czasie Tsomahee wyciągnęła z tobołka mały bębenek, potem zaś 

grzechotkę z rogu bizoniego i pojemnik z kory brzozowej pełen świeŜego tłuszczu 

niedźwiedziego.

Naraz rozległ się głośniejszy jęk młodej kobiety. Tsomahee jednym skokiem 

znalazła się przy rodzącej i niemal w ostatniej chwili odebrała dziecko. Był to 

chłopiec. Po wszystkich zabiegach związanych z porodem, Tsomahee połoŜyła 

płaczące niemowlę na drugiej przygotowanej wilczej skórze i zajęła się matką, 

pomagając jej ułoŜyć się wygodnie na miękkiej podściółce z liści.

Teraz starsza kobieta spokojnie zajęła się płaczącym malcem. Starannie 

natarła jego ciałko sadłem niedźwiedzim i dokładnie wytarła miękko wyprawioną 

skórą koźlaka. W ten sposób umyte niemowlę moŜna było delikatnie natrzeć świeŜą 

szałwią, po czym naleŜało zostawić je na chwilę w spokoju.

Wypoczęta juŜ nieco matka wolno podniosła się z legowiska i umieściła 

łoŜysko płodowe na drzewie, pod którym rodziła. Odtąd będzie to „Drzewo Płodowe” 

jej syna, którego od czasu do czasu będzie przynosiła w to miejsce i połoŜywszy na 

ziemi, będzie delikatnie turlać malucha kolejno w cztery strony świata. Gdy chłopiec 

dorośnie, sam” będzie wykonywał te czynności w miejscu swego urodzenia, dziękując 

Matce Ziemi za to, Ŝe w tym miejscu ujrzał po raz pierwszy światło Ŝycia.

Potem z wielkim trudem zbliŜyła się do swego pierworodnego syna, przytuliła 

jego główkę do piersi i poczęła karmić. Tsomahee delikatnie uderzała grzechotką w 

bębenek i mruczała jakieś zaklęcia, odganiając złe duchy od Nowego śycia.

Kiedy słońce znalazło się na środku nieba, młoda matka ułoŜyła niemowlę na 

złoŜonych razem skórach wilczych i poczęła toczyć je kolejno w czterech kierunkach. 

W ten sposób dziękowała Matce Ziemi i Czterem Wiatrom za syna.

Po dłuŜszym odpoczynku, gdy słońce znajdowało się juŜ na progu swego 

kamiennego domu, obydwie kobiety z niemowlęciem powróciły do obozu i cichutko 

wślizgnęły się do tipi.

Minęło pół Wielkiego Słońca. Kiowa juŜ na dobre zapuścili korzenie w tej 

ziemi. Zaprzyjaźnili się z Komanczami-Kwahadi, koczującym w tych okolicach 

niewielkim plemieniem Apaczów oraz z rolniczymi ludami Wichita z południa i 

Nawaho z zachodu, od których niekiedy za mięso i skóry dostawali kukurydzę i inne 

background image

płody ziemi.

Oto pewnego dnia ukazał się na koniu obwoływacz wioskowy, uderzając co 

chwilę w bęben przytwierdzony do końskiego boku, krąŜył między namiotami i 

donośnym głosem przekazywał wiadomość:

- Słuchajcie mnie, dzielni Kiowa! Siostry i bracia otwórzcie swoje uszy, aby 

doszła do was radosna wiadomość! Wiedzcie, Ŝe w tipi Wojennej Lancy i Małej 

Chmury znajduje się Nowe śycie. Wojenna Lanca raduje się, Ŝe Ŝona obdarowała go 

chłopcem!

W tym samym czasie w pobliŜu ogniska na rozłoŜonym futrze bizonim 

wierciło się niespokojnie piwnookie niemowlę.

Tsomahee, ciotka małego, przyniosła mu pierwszy podarunek - parę miękko 

wyprawionych mokasynów z łosiowej skóry. Delikatnie włoŜyła je na malutkie stopki 

tego, który w przyszłości stanie się wojownikiem.

ChociaŜ mokasyny były nowiutkie, w podeszwie kaŜdego z nich znajdowała 

się dziura, jak gdyby były przetarte od długiego chodzenia po kamienistym gruncie. 

To Tsomahee sama podziurawiła nowe mokasyny, aby ochronić Ŝycie nowo 

narodzonego dziecka. JeŜeli Ten Co Usypia Na Zawsze przybędzie od Man-ka-iha 

(Ducha Świata), by zabrać ze sobą chłopca, jego zamiar spełznie na niczym, gdy 

spostrzeŜe podziurawione spody mokasynów. Jak bowiem moŜna wyruszyć na daleki 

szlak w podartym obuwiu? Ten Co Usypia Na Zawsze będzie zmuszony zawrócić 

samotnie do krainy Man-ka-iha, nie zabrawszy ze sobą małego dzieciątka.

Minął jeszcze jeden KsięŜyc, nastał miesiąc Gdy Wilki Chodzą Stadami. 

Wojenna Lanca ponownie przywołał do siebie obwoływacza. Obdarował go sowicie i 

polecił, aby tym razem ogłosił, Ŝe wraz z Ŝoną wydają uroczystą ucztę w związku z 

nadaniem pierwszego imienia dziecku. Przez trzy dni obwoływacz krąŜył między tipi, 

aby kaŜdy mieszkaniec wsi mógł usłyszeć nowinę. Wieczorem czwartego dnia krewni 

i goście zaczęli się schodzić do tipi Wojennej Lancy.

Pierwszymi, którzy przyszli, byli męŜczyźni z wojennego stowarzyszenia Kai-

tsen-ko (Prawdziwe Psy), którego członkiem był ojciec dziecka.

Powoli i dostojnie weszli do tipi i zasiedli wokół ogniska, które znajdowało 

się pośrodku namiotu. Przepiękne, barwne hafty z kolców jeŜozwierza na ich 

mokasynach lśniły w błasku ognia. Starannie dobrane kolorowe wzory opowiadały 

historie odległych i niedawnych pamiętnych czynów właściciela mokasynów. Barwnie 

wyszywane mokasyny były noszone przez męŜczyzn tylko w czasie plemiennych 

background image

uroczystości lub podczas świąt. ChociaŜ powierzchnię mokasynów tworzył płat skóry 

nie większy niŜ dwie ludzkie dłonie, kobiety wojowników potrafiły, dobierając 

odpowiednie wzory i kolory, opowiedzieć o licznych sukcesach i wspaniałych 

czynach swoich męŜów czy braci. Niekiedy zdarzało się im umieszczać na 

mokasynach ozdoby i wzory wynikające ze snów lub wizji tego, który miał je nosić.

Ludzie prerii nauczyli się sztuki haftowania kolcami jeŜozwierza od plemion 

zamieszkujących lasy i puszcze, a poniewaŜ jeŜozwierze zamieszkują zazwyczaj 

tereny leśne, kolce ich stały się przedmiotem wymiany handlowej między plemionami 

leśnymi i preryjnymi. Bardzo dawno temu plemiona z prerii ozdabiały swoje stroje 

ornamentami malowanymi na skórze.

Coraz liczniej zaczęli przybywać goście Wojennej Lancy (Huan-tos). KaŜdy z 

nich przynosił własne naczynia do jedzenia. Było to przyjęte zwyczajowo, poniewaŜ 

w Ŝadnym tipi nie było specjalnego pomieszczenia na dodatkowe naczynia ani Ŝadna 

rodzina nie obarczała się takim sprzętem.

Mała Chmura i spokrewnione z nią kobiety napełniały miski gości mięsem 

antylopy widłorogiej upieczonym nad ogniskiem. RóŜnego rodzaju korzenie roślin lub 

ich owoce pieczone wraz z dziczyzną słuŜyły jako przyprawy, nadające lepszego 

smaku i zapachu tej potrawie.

Tylko jedna osoba w tipi nie tknęła Ŝadnego pokarmu w czasie trwania całej 

uczty. Kiedy wszyscy byli syci, Wojenna Lanca zwrócił się do tej osoby i powiedział:

- Biegnący Wilku, wiele, wiele zim przyszło i przeminęło od czasu, kiedy 

załoŜono na twoje stopy pierwsze mokasyny. Jesteś szanowany i lubiany przez 

wszystkich w całym plemieniu, przez młodych i starych. Do jakiegokolwiek tipi 

skierujesz swe kroki, zawsze znajdziesz tam przygotowane obok gospodarza miejsce, 

dlatego teŜ poprosiliśmy cię, abyś nadał imię naszemu dziecku. Jesteś stary, przez 

dziesiątki lat swego Ŝywota nabyłeś doświadczenia i mądrości. Teraz w ceremonii 

nadania imienia mojemu synowi twoje modlitwy pomogą mu trwać w zdrowiu, 

doporriogą w zyskaniu siły i wiedzy. Wierzę, Ŝe podobnie jak ty, doŜyje on wieku, w 

którym włosy zamieniają się w biały kolor spokojnej starości.

Uprzedzony odpowiednio wcześnie o tej uroczystości Biegnący Wilk pościł od

kilku dni, oczekując na nadejście wizji. Na dzień przed uroczystością nadania 

malcowi imienia, wizja nareszcie nadeszła do duszy i serca dzielnego, starego 

wojownika. W swym widzeniu wyczytał imię, jakie winien nadać nowo narodzonemu 

dziecku.

background image

Po słowach wypowiedzianych przez Huan-tosa, Biegnący Wilk siedział 

jeszcze parę chwil w milczeniu i nikt z obecnych nie śmiał naruszyć ciszy, która 

zapanowała w tipi.

Wreszcie stary wojownik podniósł się i stanął przed zebranymi. Jego 

obrzędowy strój był jednym z najpiękniejszych. Na głowie miał opaskę z futra wilka, 

z dwoma piórami złotego orła zatkniętymi za nią z tyłu głowy, przypominającymi 

rozstawione uszy zwierzęcia, którego imię otrzymał dawno temu i które zaszczytnie 

nosił nadal, rezygnując nawet z imienia wojennego.

Jego koszula i legginy zostały wykonane z najbardziej miękkiej skóry jelenia i 

ozdobione szerokimi pasami z naszytym wzorem z kolców jeŜozwierza. Ze szwów 

obydwóch rękawów i legginów długie, cienkie frędzle chwiały się wdzięcznie przy 

kaŜdym ruchu. Jego mokasyny były całkowicie pokryte haftem. Dookoła całej stopy 

znajdował się szeroki pas wyszyty białymi kolcami. Pas ten ozdabiały dodatkowo 

czerwone trójkąty. Symbole te oznaczały konie wrogów zdobyte podczas wypraw 

wojennych. Między trójkątami zostały umieszczone niebieskie krzyŜe-gwiazdy. Były 

to symbole Gwiazdy Porannej - przewodnie znaki, które zawsze pomagały mu 

odnaleźć właściwy szlak. Na wierzchniej części mokasynów wyszyte były dwa 

czerwone rogi bizonie na białym tle - symbol siły.

Kiedy Biegnący Wilk stał naprzeciw zebranych, Mała Chmura podała mu 

niemowlę umieszczone w płaskiej kołysce-nosiłkach, które kobiety umieszczają wraz 

z dzieckiem na swoich plecach w pozycji pionowej.

Zmęczony i znuŜony parodniowym rytualnym postem, lecz stojący dumnie i 

prosto niczym młody męŜczyzna, Biegnący Wilk wziął dziecko z rąk matki, uniósł je 

wysoko, aby wszyscy mogli zobaczyć przyszłego obrońcę plemienia. Zaraz potem 

otoczył chłopca ramieniem i trzymając go tak, wygłosił kwieciste i kunsztowne 

przemówienie.

Mówił o walecznych czynach wielkich męŜów Kiowa, mówił o zmarłych i 

Ŝ

yjących jeszcze wybitnych wojownikach. Wspomniał o wspaniałych czynach, 

których dokonał Wojenna Lanca. Opowiadał o swym własnym Ŝyciu. Wszystkie 

przymioty, które sławił - jak zręczność, umiejętność, mądrość i odwaga, cechujące 

najbardziej znanych i cenionych męŜczyzn tego ludu, będą dane temu dziecku, gdy 

osiągnie ono wiek męski. Na koniec swojej długiej mowy przeszedł wreszcie do 

sprawy imienia.

Unosząc dziecko do góry i obracając je twarzą na wschód, Biegnący Wilk 

background image

przytrzymał malca w tej pozycji przez chwilę i rzekł:

- 0, Wielki Twórco, który jesteś nad nami! W mądrości swej przysłałeś Nowe 

ś

ycie do naszej wioski. Bądź jego przewodnikiem we wszystkim i daj mu mądrość. 

Daj mu długie Ŝycie. Daj mu odwagę, aby gdy wejdzie na swoją ścieŜkę, miał siłę 

podąŜać nią wytrwale aŜ do jej kresu. A kiedy na koniec swych dni dojdzie tam, gdzie 

prowadzi ostatni szlak do Świata Duchów, niech włosy jego będą białe jak śnieg, 

który okrywa szczyty gór. To właśnie ty. Wielki Twórco, będziesz widział go zawsze. 

My nadajemy temu dziecku-męŜczyźnie jego imię. Odtąd, jak to zostało przekazane 

mi przez Ducha Świata, męŜcźyzna-dziecko zwać się będzie Mas-gwa-ah-Sid 

(Niedźwiedź Wędrujący Po Górach). Powiedziałem!

Biegnący Wilk podał małego Niedźwiedzia Wędrującego Po Górach jego 

dumnej matce, po czym usiadł. UsłuŜne ręce kobiet podsunęły w jego kierunku 

najsmaczniejsze kęsy pokarmu i ceremonia została zakończona.

Kiedy Biegnący Wilk zakończył swój posiłek, wyszedł wraz z Wojenną Lancą 

przed tipi, gdzie szczęśliwy ojciec podarował staremu wojownikowi pięknego konia, 

uzdę plecioną z wyprawionej skóry i nowe nakrycie ze skóry bizona, słuŜące jako 

siodło. Do grzywy konia przyczepione były pięknie wyszyte kolcami jeŜozwierza 

mokasyny, dar od matki chłopca, pięknej Kau-at-ciny. Od ostatniego polowania minął 

juŜ okres dwóch KsięŜyców, a w Ŝadnym tipi nie było zapasów ani suszonego, ani 

wędzonego mięsa. Zarówno starzy, jak i dzieci tęsknili za świeŜym, soczystym, 

czerwonym mięsiwem. Wielki wódz, Skaleczona Twarz, zwołał radę plemienną, na 

której wybrano najlepszego, najsprytniejszego tropiciela, by ten jak najprędzej 

wyśledził stado bizonów, których mięso uratowałoby ludzi przed głodem.

Wodzowie po naradzie wybrali słynącego ze swej biegłości w tropieniu 

zwierząt, myśliwego o imieniu Che-ne-ka (Zagubiony Pies).

- Jak tylko usną sowy i psy prerii, udasz się na poszukiwanie bizonów, a jak 

trafisz na ślad stada - powiadomisz nas o tym jak najszybciej!

Były to słowa wodza. JuŜ następny świt zastał dzielnego i odwaŜnego 

myśliwego daleko od wioski. UwaŜnie i w napięciu wypatrywał on zwierząt z 

kaŜdego wzniesienia, z kaŜdej skały. Stąpał miękko i ostroŜnie jak puma, a umiał przy 

tym zachować ciszę i spokój tak, by nie spłoszyć tropionych bizonów.

W chwili gdy słońce szykowało się do spoczynku w swym kamiennym - tipi, 

Zagubiony Pies ujrzał zwierzęta, których szukał. LeŜały w gęstej trawie na przełęczy, 

cierpliwie przeŜuwając pokarm. Che-ne-ka zaczął liczyć na; palcach leŜące bizony. 

background image

Okazało się, Ŝe było ich dziesięć razy po dziesięć sztuk i tyleŜ kresek naznaczył na 

swoich legginach. Jeszcze tej samej nocy powrócił do swego obozu tak zmęczony, Ŝe 

ledwie powłóczył nogami.

Na wiadomość o odnalezieniu przez Zagubionego Psa stada bizonów cały 

obóz - męŜczyźni, a z nimi kobiety i nawet dzieci - udał się na łowy.

Sam tropiciel legł na spoczynek w wysokiej wonnej trawie. Zapadał juŜ 

zmrok, kiedy do uszu wypoczywającego dobiegły jakieś nieznane mu przedtem 

osobliwe dźwięki. Były one odmienne od tych, jakie wydają flety Indian Kiowa, 

jakieś bardziej miękkie i jak gdyby bardziej przeciągłe, łagodne.

Zagubiony Pies uniósł się na łokciu i spojrzał w stronę, skąd dochodziły 

dziwne odgłosy. Zobaczył w pewnej odległości jakby kłębowisko cieni, które 

poruszały się lekko i rytmicznie.

- Chyba ci ludzie, którzy tam tańczą bez dźwięków wojennego bębna, nie 

mogą być groźni - pomyślał.

Poruszył się jednak ostroŜnie, podniósł z legowiska i z taką samą ostroŜnością 

skierował w stronę tańczących cieni. Gdy zbliŜał się do celu, muzyka brzmiała coraz 

wyraźniej, a rytmicznie kołyszące się ciała stały się bardziej widoczne.

I zdarzyło się tak, Ŝe mimowoli Zagubiony Pies poddał się rytmowi muzyki i 

wciągnięty przez nieznaną, ale piękną melodię dał się jej porwać do tego stopnia, iŜ 

sam zaczął tańczyć. Tak zatracił się w końcu w tym tańcu, Ŝe nawet zapomniał o 

tłumie postaci, które w tanecznym pląsie falowały w odległości trzech wystrzelonych 

z łuku strzał.

Tak oto na niewielkiej przestrzeni prerii, na której trawa była wyskubana przez 

cienkowargie antylopy, Zagubiony Pies wił się w ceremonialnym tańcu swego 

szczepu. Trwał ciągle pod wraŜeniem odgłosów dziwnej melodii, która raz unosiła się 

wysokimi dźwiękami, to znów opadała niskimi tonami.

Zagubiony Pies tańczył do późnej nocy, aŜ wreszcie Padł na ziemię 

wyczerpany do ostateczności. Dopiero słońce, które musnęło swoim ciepłem jego 

zamknięte powieki, zbudziło go ze snu. Rozejrzał się wokół. Nie zobaczył juŜ obcych 

ludzi, a na miejscu, gdzie tańczyli, jeszcze lekko kołysała się trawa.Zagubiony Pies na 

próŜno przez pół dnia szukał miejsca, w którym jego mokasyny w tańcu podeptały 

trawę i mimo iŜ był wspaniałym tropicielem, nie odnalazł stratowanych grzyw 

stepowej roślinności. Jedynie lekki wiatr, który się w owej chwili zerwał i ppruszył 

trawami - przyniósł odgłosy tej samej dziwnej muzyki. Wówczas Zagubiony Pies 

background image

zrozumiał, Ŝe przydarzyło mu się coś waŜnego.

Tak oto przeŜył wizję, a potem przyniósł do obozu nowy taniec, którego 

nauczył wszystkich ludzi z plemienia Kiowa. Był to Taniec Trawy, który wkrótce 

przyniósł mu sławę i rozgłos.

Minęło juŜ dziesięć lat od czasu nadania pierwszego imienia Niedźwiedziowi 

Wędrującemu Po Górach. Od roku naleŜał do stowarzyszenia chłopięcego Młodych 

Psów, w którym wyrabiał w sobie hart ducha, odwagę, siłę, poznawał tajniki walki, 

tropienie. Uczył się władać bronią, wierzeń swojego plemienia i zapoznawał się z 

legendami i obyczajami swego narodu. Właśnie z zaciekawieniem wraz z gromadką 

rówieśników wysłuchał opowiadania, w jaki sposób powstał Taniec Trawy, 

przekazywanego im przez starego wojownika, a ich nauczyciela, Ansotę 

(Cętkowanego Ptaka). Jeszcze w ich uszach brzmiały ostatni słowa o Zagubionym 

Psie, gdy wychowawca wyznaczył im kolejne nowe zadanie.

Przed środkiem nocy chłopcy mieli wyruszyć w prerię i powrócić dopiero 

wtedy, gdy kaŜdy z nich sporządzi kamienny nóŜ zdatny do uŜytku. Wędrujący 

Niedźwiedź zdawał sobie sprawę z trudności, których przysporzy mu wykonanie tego 

zadania. Nieraz przypatrywał się, w jak sposób obrabiali kamienie dorośli męŜczyźni, 

ale nawet im nie udawało się niekiedy sporządzenie takiego noŜa.. Nim wyruszył w 

drogę, zaopatrzył się w kołczan pełen strzał o kamiennych grotach, mocny spręŜysty 

łuk i krzemienny nóŜ.

Kiedy chłopcy ponownie zebrali się przy ognisku, okazało się, Ŝe Mas-gwa-

ah-Sid jest najmłodszy w gromadzie, która miała wyruszyć w prerię, toteŜ drwiny 

starszych chłopców raniły go bardziej niŜ głód i mróz, były nie do zniesienia, jak 

ogień. Wędrujący Niedźwiedź zacisnął zęby i spoglądał im prosto w oczy. Miał juŜ 

wyryte w duszy prawa wojowników, mówiące, ze ten, kto nie potrafi zachować 

kamiennej twarzy w kaŜdej okoliczności, kto nie potrafi opanować ciała i duszy - nie 

jest nic wart. Wreszcie chłopcy dali mu spokój i nawet przyjaźnie zaczęli się do niego 

odnosić. Widocznie jego opanowanie i odporność na ich drwiny zrobiły na nich dobre 

wraŜenie.

Nieoczekiwanie i przez nikogo nie zauwaŜony znalazł się między nimi Ansota 

- ich opiekun, wprowadzający chłopców na drogę wojowników i dorosłego Ŝycia. Bez 

słowa powiódł przenikliwym spojrzeniem pó zbitej gromadce młodzieŜy, a następnie 

rozdzielił chłopców na pary. KaŜdą dwójkę wysłał w innym kierunku i miała ona tak 

długo wędrować, aŜ słońce nie uśmiechnie się do połowy.”

background image

Wędrujący Niedźwiedź znalazł się w towarzystwie starszego o dwa lata 

chłopca. Ludzie nazywali go Pitah-pe-kis (Orle śebro). Jego matką była Szoszonka, 

wzięta niegdyś przez jego ojca do niewoli. Przez pewien czas była jego niewolnicą, 

okazała się jednak dobrą kobietą i ojciec chłopca pojął ją za Ŝonę. Słynęła w całym 

plemieniu z wyrobu doskonałych strzał do łuku, które były bardzo lekkie, delikatne, a 

przy tym niezawodne.

Orle śebro był uzbrojony tak, jak wszyscy kini chłopcy.

Cętkowany Ptak skierował ich na północ, tam gdzie płynęła duŜa rzeka 

Arkansas. Konie w tym czasie były zbyt cenne, aby powierzać je niedoświadczonym 

chłopcom. Szli więc na piechotę, gdyby się jednak pospieszyli, świt powinien ich 

zastać w pobliŜu tei rzeki.

Starym zwyczajem podąŜali w milczeniu jeden za drugim. Nad nimi wisiał 

księŜyc, jak olbrzymia tarcza wojownika. Wisiał tak cięŜki, rozjaśniony na brzegach, 

jakby wypolerowany przez ciemne chmury, które przesuwały się po jego powierzchni. 

Unosił się stopniowo coraz wyŜej i wyŜej i tracił swoją moc tarczy wojennej. Ot, stał 

się zwyczajnym punktem świetlnym w mrocznej poświacie nocy.

Cały czas prowadził Pitah-pekis. Bacznie obserwując gwiazdy, kierowali się 

na północ. Zręcznie omijali skały, które z daleka wyglądały jak zastygłe na wieki 

postacie ludzkie. Robiły wraŜenie jakby stały na granicy innegoświata. Kiedy zbliŜali 

się do takiej skały, wydawało się im, Ŝe czas ziemski zbliŜa się do końca, Ŝe oto nastał 

kres ich wędrówki, a za skałami zastaną juŜ tylko urwisko, z którego zsuną się gdzieś 

do innego świata.

Jednak za skalnymi blokami rozciągały się zielone pola prerii o wysokiej, 

kołyszącej się majestatycznie w mroku trawie. Przy blasku księŜyca odnosiło się 

nieodparte wraŜenie, Ŝe Matka Ziemia oddycha.

Minęli brzozowy zagajnik i znaleźli się na skraju szlaku bizonów. Przystanęli 

na chwilę niezdecydowani, lecz zorientowali się szybko, Ŝe szlak ten wiódł w tym 

samym kierunku, dokąd wędrowali i oni.

Ruszyli śladami pozostawionymi przez wielkie zwierzęta. WzdłuŜ 

wydeptanych racicami kolein rozpościerał się kobierzec wysokiej trawy. Daleko w 

przodzie, gdzieś na linii horyzontu, widniały wyspy rozrzuconych pekanowych 

lasków, a za nimi rozciągała się rozległa równina. Równinę przetykały co najwyŜej 

pojedyncze szare krzaki i zeschłe grudy czerwonej ziemi rozrzucone kopytami 

pędzących bizonów. Gdzieniegdzie widniało samotne drzewo.

background image

Celowo wybrali wydeptaną drogę. Nie tylko dlatego, Ŝe prowadziła na północ, 

a przede wszystkim dlatego, Ŝe była ubita setkami racic i nie groziło im przypadkowe 

wpadnięcie nogą w jakąś norę pieska preryjnego lub nadepnięcie na śpiącego 

grzechotnika, co mogłoby się źle skończyć. Wreszcie bizoni szlak pozwalał na 

szybszy marsz.

Nadal prowadził Orle śebro, a za nim, jak jego cień, szedł Wędrujący 

Niedźwiedź. Towarzyszyły im odgłosy prerii. Ze wszystkich stron słychać było wycia 

kojotów, to znowu pohukiwanie szarej sowy, polującej gdzieś w trawie na drobne 

gryzonie. Czasami dochodził do ich uszu śmiertelny pisk upolowanej przez nocną 

łowczynię ofiary, po którym na krótko następowała cisza, jak gdyby śmierć 

nakazywała wszystkim zamilknąć. Po takiej ciszy rozlegało się zawsze najpierw 

przeciągłe wycie kojota, a następnie dołączały doń inne odgłosy i znowu oŜywiała się 

pokryta mrokiem preria, aŜ do kolejnego jęku śmierci, po którym nawet milkło 

rechotanie rogatych Ŝab - kadiei-hyadlei i cykanie świerszczy.

W pewnym momencie chłopcy usłyszeli za sobą trzask pękających suchych 

traw i przyspieszony oddech biegnącego za nimi zwierzęcia. Momentalnie znaleźli się 

za jakąś osamotnioną kępą nie stratowanej trawy. Dokładnie umieścili strzały na 

cięciwach łuku, a oczy ich uwaŜnie wwiercały się w ciemność nocy. Czekali.

Po chwili z mroku wyłoniło się stworzenie podobne do wilka. Orle śebro 

naciągnął cięciwę, czekając stosownej chwili, by celnie wypuścić opierzoną 

zwiastunkę śmierci, lecz Wędrujący Niedźwiedź delikatnie oparł dłoń na jego 

ramieniu, następnie cichutko niby to syknął, niby gwizdnął. Biegnące zwierzę 

zatrzymało się, a po chwili radośnie skomląc, pobiegło w stronę ukrytych chłopców. 

Był to ulubiony młody pies Wędrującego Niedźwiedzia - Pa-hao (Samotny).

Cała trójka znalazła się w radosnym nastroju. Pies doskakiwał do chłopców, 

szerokim ostrym językiem przeciągając po ich twarzach, to znowu biegł w noc jak 

szalony, zawracał, obiegał chłopców dookoła, szarpał delikatnie ich ramiona ostrymi 

zębami. Chłopcy tarmosili psa za gęste futro, drapali za uszami. Ta wzajemna czułość 

odbywała się w całkowitym milczeniu. Radość nie uśpiła bowiem ich czujności. 

Trzeba było mieć oczy i uszy otwarte na odgłosy nocy. Nigdy nie było wiadomo skąd 

i kiedy moŜe nadejść niebezpieczeństwo.

Dalej juŜ szli we trójkę. Na samym przodzie Pahao, który z nosem przy ziemi 

węszył i wchłaniał tylko dla niego waŜne zapachy, a za nim jeden za drugim obydwaj 

chłopcy, którzy nie czuli się juŜ tak bardzo samotni.

background image

Niebo stawało się jaśniejsze, gwiazdy bladły, a hen na wschodzie moŜna było 

dostrzec ciemniejsze zarysy chmur na tle jaśniejszego nieba. Nawet granie świerszczy, 

rechotanie Ŝab, skowyt kojotów powoli zanikały. Poświst wiatru takŜe stawał się inny 

i zeschłe trawy ocierając się oj siebie wydawały inne odgłosy.

Przed oczami chłopców wszystko dookoła nabierało barw, stawało się tak 

piękne, Ŝe samo patrzenie napełniało ich serca radością. W powstającym świetle dnia 

ginęła tajemnicza noc.

Stanęli na jednym ze wzniesień, których pełno było na prerii. Przed nimi w 

dole wił się ciemną wstęgą czarny potok, usiany po brzegach ogromnymi 

rozrzuconymi tu i ówdzie głazami. Gdzieniegdzie prawie Ŝe z wody wyrastały drzewa 

pominaku, którego łyko było świetnym opatrunkiem na rany i skaleczenia.

Pierwszy do brzegu dobiegł pies i z rozkoszą zaczął chłeptać wodę. Chłopcy 

ostroŜnie zbliŜyli się do rzeczki. Najpierw dokładnie rozejrzeli się po okolicy. Nic nie 

uszło ich uwagi, nawet wysoko szybujący orzeł, który majestatycznie wznosił się do 

góry coraz to wyŜej i wyŜej, jakby chciał utorować drogę dla wschodzącego słońca. 

Po drugiej stronie rzeczki pojawił się biały wilk i tak jak niespodziewanie się ukazał, 

tak niespodziewanie znikł wśród złomowisk kamiennych, spod których z głośnym 

trzepotem skrzydeł zerwało się stado preryjnych gołębi. Teraz dopiero obydwaj 

chłopcy zbliŜyli się do wody, ugasili pragnienie i starannie zmyli z siebie pył 

przebytej drogi.

Nagle Pitah-pekis wydał stłumiony okrzyk radości. TuŜ u swoich stóp ujrzał w 

wodzie dość duŜy odłam krzemienia.

- Patrz, mój bracie - zwrócił się do Wędrującego Niedźwiedzia. - Teraz 

będziemy mieli noŜe, ostre groty do strzał, a nasze matki skrobaczki i szydła!

DuŜa bryła krzemienia miała na powierzchni kilka nieznacznych rys, to 

ułatwiło im obróbkę kamienia.

- JuŜ nie musimy iść aŜ nad rzekę Arkansas - rzekł Wędrujący Niedźwiedź - 

postaramy się tutaj na miejscu zrobić te wszystkie rzeczy, o których mówił mój brat.

- Musimy rozpalić bezdymny ogień, gdzieś między tymi głazami nad samą 

rzeką, ale tak, Ŝeby nikt go nie wypatrzył - dodał Orle śebro.

Za pomocą cięciwy łuku oraz kawałka twardego i miękkiego drewna chłopcy 

rozpalili ogień, dorzucając suche patyki, których sporo znaleźli nad brzegiem rzeki.

Kiedy wreszcie kawałki drzewa dobrze się rozpaliły, wrzucili w nie bryłę 

krzemienia i nakryli ją warstwą suchego chrustu. Poczekali chwilę, aŜ drzewo całkiem 

background image

się zwęgliło, i teraz za pomocą dwóch mocnych patyków wrzucili rozpalony krzemień 

do zimnej wody. Woda, jak gdyby rozgniewana na chłopców, zasyczała i pochłonęła 

kamień. Po jakimś czasie wydostali z rzeki ostygły krzemień i połoŜyli go na płaskim 

zrębie skalnym. Teraz wspólnie przynieśli spory głaz i zaczęli nim energicznie tłuc 

leŜący krzemień. Po którymś z kolei uderzeniu krzemień rozpadł się na kilka 

podłuŜnych płaskich kawałków. NaleŜało jeszcze tylko obtłuc ostre płytki i nadać im 

poŜądaną formę noŜa, czy innych przedmiotów.

Ale nie było dane chłopcom ukończyć tej pracy, bo oto między nich wpadł z 

nastroszoną sierścią Pahao i szczerząc groźnie kły, zaniepokojony, wpatrywał się w 

stronę, skąd wzeszło słońce. Z niezwykłego zachowania się psa chłopcy 

wywnioskowali, Ŝe tylko obecność obcego człowieka mogła tak poruszyć ich 

czworonoŜnego przyjaciela. Gdyby było to zwierzę lub jakiekolwiek inne stworzenie, 

pies zachowywałby się inaczej, a z jego gardła wydobywałby się stłumiony charkot.

Natychmiast zalali wodą tlące się ognisko. Dokładnie pozbierali połupany 

krzemień, schowali do skórzanych toreb i w milczeniu, kryjąc się” wśród kamiennych 

bloków, poczęli wspinać się na najwyŜsze wzniesienie w pobliŜu rzeki, które swym 

masywem kryło wschodnią część prerii.

Na szczycie wzniesienia zalegli w wysokiej trawie. Pahao nadal był 

niespokojny, w jego krtani bulgotała złość, a oczy zaszły krwią. LeŜał jednak 

spokojnie obok chłopców, nie wyrywając się do przodu.

Przed nimi, daleko aŜ po kraniec wschodu, rozciągała się pofałdowana, 

ukwiecona o tej porze roku preria. Był to przecieŜ KsięŜyc Wysokiej Trawy, albo, jak 

nazywali ten miesiąc ich bracia Komańcze, KsięŜyc Truskawek.

Bacznie obserwowali pasmo pagórków ciągnących się z północy na południe i 

czuli instynktownie, Ŝe coś się tam wkrótce zdarzy.

Niespodziewanie w odległości półtora lotu strzały od nich, na szczycie 

jednego z takich wzniesień, ukazała się czyjaś głowa. Bystre oczy najpierw rozejrzały 

się dookoła, a po chwili wychyliły się ramiona i cała postać jakiegoś wojownika. 

Lewa strona jego twarzy pomalowana była na biało z poprzeczną czerwoną krechą 

biegnącą przez policzek. Głowę miał po bokach wygoloną, a przez jej środek od czoła 

aŜ do karku biegł usztywniony pas włosów. MęŜczyzna stał nieruchomo i bacznie 

rozglądał się po okolicy. Widocznie nic groźnego nie wypatrzył, bo wzniósł prawe 

ramię uzbrojone we włócznię i kilkakrotnie zakreślił nią koło. Następnie szybko 

zbiegł z pagórka i ponownie ostroŜnie, bez hałasu wynurzył się dopiero na następnym 

background image

wzniesieniu. Znowu przekazał komuś, kogo chłopcy jeszcze nie widzieli, serię 

znaków. Potem znikł w wysokiej trawie i chłopcy juŜ więcej nie ujrzeli obcego 

tropiciela.

LeŜeli jednak nadal ukryci w trawie i krzakach bylicy. Zdawali sobie sprawę, 

Ŝ

e ktoś, komu zwiadowca przekazywał znaki, wkrótce się ukaŜe.

Nie mylili się. Po chwili na ten sam pagórek poczęli pojedynczo wjeŜdŜać 

jeden za drugim jeźdźcy, tworząc długi wąŜ. Chłopcy policzyli na palcach. Było ich 

dwa razy po dziesięć i pięć.

Jeźdźcy byli rozebrani do połowy, niektórzy nawet tylko w samych 

przepaskach biodrowych i mokasynach. Słońce połyskiwało na ich ciemnych, 

natartych tłuszczem ciałach, a przeróŜne wymalowane na nich wzory wojenne 

tworzyły barwną, mieniącą się mozaikę. Jeźdźcy prezentowali się niezwykle 

majestatycznie, ale i groźnie.

- Pawnee, łowcy kobiet szepnął Orle śebro.

- Tak - potwierdził Wędrujący Niedźwiedź. - Rogate Łby. Są na wojennym 

szlaku i podąŜają z pewnością w kierunku naszej wioski.

- Musimy ostrzec naszych ludzi, ale jak? - zastanawiał się Pitah-pekis. - Nie 

zdąŜymy przed nimi dobiec do obozu i na dodatek jeszcze moglibyśmy wpaść w ich 

łapy Patrzyli w milczeniu, jak wojownicy Pawnee podjeŜdŜali do następnego 

wzniesienia. Zatrzymali się, a jeden z męŜczyzn skierował swego konia na sam szczyt 

pagórka i przez jakiś czas uwaŜnie rozglądał się po okolicy. Po chwili podniósł rękę 

do góry i wojownicy znowu ruszyli dalej, jeden za drugim.

Wędrujący Niedźwiedź zwrócił się do swego przyjaciela:

- Niech mój brat uplecie z trawy cienki sznur długości swego ramienia, a ja za 

chwilę wrócę.

Nie obawiając się teraz, Ŝe mógłby go ktoś zobaczyć, pobiegł co sił w nogach 

nad brzeg strumienia. ZbliŜył się do najbliŜszego drzewa i krzemiennym noŜem 

odkroił płat kory wielkości swojej dłoni.

- Nie gniewaj się na mnie, drzewo, Ŝe cię kaleczę. Wybacz! - wyszeptał 

pospiesznie.

Na wewnętrznej stronie kory czubkiem noŜa narysował głowę wojownika, a 

nad nią róg. Obok naciął dwadzieścia pięć znaków imitujących kopyta koni i dwie 

mijające się strzały - znak wojny. Na samym końcu płata narysował tipi, jakich 

uŜywają Kiowa. Nacięte rysunki zatarł popiołem, aby je bardziej uwidocznić. 

background image

Przewiercił jeszcze w korze mały otwór i z gotowym „listem” powrócił do Orlego 

ś

ebra.

Sznurek z trawy takŜe juŜ był gotowy. Wędrujący Niedźwiedź nawlókł na 

niego gotowy rysunek i przywołał psa, który leŜał obok.

- Dobry Pahao - wyszeptał, przywiązując do karku psa sznurek z listem.

- Pahao pobiegnie tam - wskazał ręką kierunek. - Pahao pobiegnie do tipi 

Kiowa. Wojenna Lanca... - Kilkakrotnie powtarzał te same słowa i w końcu leciutko 

popchnął psa na południe, Pies stał jednak w miejscu i radośnie merdał ogonem, jak 

gdyby nie rozumiał, czego chłopcy Ŝądają od niego. Wędrujący Niedźwiedź głosem 

pełnym rozpaczy błagał:

- Pahao, biegnij! Wojenna Lanca... Mała Chmura... Dopiero na brzmienie 

słowa „Mała Chmura” pies drgnął i zerwał się do biegu. Wkrótce chłopcy stracili go z 

oczu gdzieś wśród traw. Sami równieŜ po chwili wyruszyli w drogę powrotną. 

Musieli pilnie uwaŜać, aby przypadkowo nie natknąć się na zwiadowców Pawnee. 

NaleŜało zachować jak największą ostroŜność, toteŜ zrezygnowali ze szlaku bizonów, 

a wybrali drogę trudniejszą, ale na tyle bezpieczną, Ŝe mogli uwaŜniej rozglądać się 

po okolicy, sami będąc nie do wyśledzenia. Mieli nadzieję, Ŝe jeŜeli nie napotkają w 

czasie swojej wędrówki Ŝadnych nieprzewidzianych przeszkód, to powinni znaleźć 

się w wiosce juŜ przed wschodem słońca. Wiedzieli takŜe i o tym, Ŝe Pawnee w nocy 

nie zaatakują Kiowów. Indianie w nocy nie prowadzili wojen, gdyŜ wierzyli, Ŝe duch 

zabitego wojownika nigdy by nie odnalazł w ciemności drogi do Świata Zmarłych.

Dopóki było jasno, z kaŜdego wzgórza, z kaŜdego wzniesienia bacznie 

obserwowali rozległe tereny. Gdy nadeszła noc, zdani byli tylko na własny słuch i 

instynkt, którym bezbłędnie wyczuwali na odległość groŜące im niebezpieczeństwo.

Poruszali się szybko i cicho, kierowali się tam, gdzie odgłosy przyrody były 

najdonośniejsze. Wiedzieli dobrze, Ŝe tam, gdzie trwa nie zmącone Ŝycie prerii, nie 

moŜe być człowieka, który swoją obecnością mógłby zakłócić codzienne Ŝycie natury.

Dzieliła ich od wioski juŜ tylko odległość jednego krótkiego biegu konia, gdy 

nagle poczuli na ustach szerokie dłonie i niby psie szczeniaki zostali uniesieni do góry 

i zawleczeni między najbliŜsze rumowisko głazów.

Działo się to tak szybko i cicho, Ŝe nie zdąŜyli nawet wydać z siebie 

najmniejszego odgłosu.

ROZDZIAŁ III

background image

Wioska Indian Kiowa o kaŜdej porze dnia przypominała białe kretowiska 

okopcone na szczycie, rozrzucone na gładkiej, zielonej płaszczyźnie prerii. Zielone 

pola wznosiły się ku północy coraz, to wyŜej i wyŜej, tam z kolei jak gdyby 

zatrzymały je ściany bloków skalnych o przedziwnych formach i barwie zabrudzonej 

czerwieni. Tam teŜ rozciągały się plamy lasów cedrowych lub pekanowych, zawsze 

pełnych dzikich zwierząt, na których skraju spokojnie skubały trawę takidal - kury 

preryjne.

O krainie tej mówią, Ŝe nie ma początku ani końca, Ŝe ciągnie się bez przerwy 

z jednej strony ku północnej Ziemi Śniegów, z drugiej zaś aŜ po gorące słońce 

południa, pod którego promieniami dojrzewają kolczaste kaktusy. Gdzieś daleko na 

wschodzie granice jej zamykają ogromne rozlewiska rzeczne, natomiast na zachodzie 

zamykają ją ośnieŜone szczyty niezdobytych gór.

Pawnee podkradli się pod pierwsze wzgórza okalające wioskę. Zobaczyć stąd 

mogli, jak kobiety spokojnie rozpalały ogniska, gdzieniegdzie między tipi pojawił się 

męŜczyzna. Gdyby dobrze natęŜyć słuch, moŜna by usłyszeć ostry trzask otulonych 

płomieniami ogniska drewnianych polan, moŜna by nawet poczuć delikatny, słodki 

zapach dymu, podnoszonego czasami podmuchem wiatru.

W dali rozciągał się lasek, w którym ciemne pnie drzew zdawały się stać na 

zboczu Płaczącej Góry, niczym zbiorowisko starców przygarbionych wiekiem, 

milczących, zadumanych nad bezkresnym krajem bez początku i bez końca.

Pawnee juŜ wcześniej pozostawili swoje konie pod opieką jednego z 

najmłodszych wojowników, członków ich obecnej wyprawy. Pod wioskę podkradli 

się teraz pieszo i czekali na zwiadowców, którzy mieli wyśledzić, jaką siłą dysponują 

Kiowa. Mieli równieŜ zorientować się, która z dziewczyn z tej wioski jest najbardziej 

urodziwa, gdyŜ tylko duch takiej dziewczyny moŜe zostać ich pośrednikiem do 

Gwiazdy Porannej i Gwiazdy Wieczornej, by przekazywać im wszystkie prośby i 

błagania ludu Pawnee. Wkrótce jeden z tropicieli, pełzając bezszelestnie, znalazł się 

między przyczajonymi wojownikami. Po krótkiej chwili inny równie niepostrzeŜenie 

dołączył do ukrytej grupy.

- Nie ma wojowników Kiowa w wiosce - zgodnie oznajmili obydwaj. - Z 

paplaniny kobiet zrozumieliśmy, Ŝe prawie wszyscy wybrali się w kierunku rzeki 

Washita, aby zapolować na bizony.

- W wiosce pozostało tylko paru męŜczyzn, kilka kobiet, trochę dzieci, no i 

starcy. Myśliwi nie pozostawili na miejscu nawet paru koni - dodał drugi zwiadowca.

background image

- Widziałem tylko paru wyrostków zdolnych do obrony wioski.

- Czy zauwaŜyliście jakieś młode kobiety?

- Jest ich kilka, ale trudno będzie wybrać odpowiednią, bowiem prawie 

wszystkie odznaczają się urodą i dumną postawą. Dziewczyny Kiowa są znane z 

piękności.

Jeden ze starszych wojowników nieznacznie uniósł ramię do góry na znak, Ŝe 

chce zabrać głos. Widocznie był to wódz wybrany na tę wyprawę, bo wszyscy 

zamilkli, czekając na słowa dowódcy.

- Nasi czarownicy Ŝądają najładniejszej dziewczyny i znajdziemy ją między 

tymi kobietami, które przyjdą nad brzeg rzeki po wodę. Dziesięciu wojowników 

odetnie im powrót do wioski, a ja z Czerwonym Krukiem - tu wskazał na pięknie 

zbudowanego młodego męŜczyznę - postaramy się wybrać najpiękniejszą z pięknych. 

Reszta wojowników będzie nas osłaniać. Ty - zwrócił teraz twarz do najmłodszego z 

grupy - jak tylko zaatakujemy wieś Kiowów, pobiegniesz po konie, których pilnuje 

Brzydka Głowa (Pokapiw-itoian) i przyprowadzisz je tutaj, w to miejsce. Atak 

zaczniemy na mój znak. Dziesięciu ludzi, którzy mają odciąć dziewczynom drogę 

powrotną do wioski, niech juŜ teraz podkradnie się jak najbliŜej rzeki. Powiedziałem!

Z daleka słychać było, jak dziewczyny Kiowa nawoływały się głośno między 

tipi, aby wspólnie udać się nad wodę. Jedne szły z wysuszonymi tykwami do 

nabierania i przechowywania świeŜej wody, inne natomiast niosły zwinięte w rulony 

kudłate skóry, które miały zamiar rozłoŜyć na dnie rzeki, a po paru dniach moczenia, 

za pomocą kamiennych skrobaczek, oczyścić je z sierści.

Beztroski śmiech, Ŝarty i przekomarzanie się dziewcząt utwierdziły 

napastników w przekonaniu, Ŝe młode kobiety nie zdają sobie sprawy z czyhającego 

na nie niebezpieczeństwa.

Gdy dotarły juŜ w pobliŜe rzeki, naraz rozległ się przejmujący okrzyk wojenny 

Pawnee i zaskoczone dziewczyny zostały odcięte od wioski przez łowców kobiet. 

Wszystkie dziewczęta, jak gdyby kierowane wspólnym instynktem, pędem rzuciły się 

ku rzece i na jej brzegu przycupnęły między kamieniami i trawą, niczym stado 

spłoszonych gołębi.

Nim jednak zdąŜyły ukryć się w przybrzeŜnym sitowiu, rozległ się gwizd 

wojennych świstawek sporządzonych z orlich kości. To Map-odal (Skaleczona 

Twarz) wysokim gwizdem dawał znak swym ukrytym wojownikom. Nim przebrzmiał 

ś

wist bojowego gwizdka, odsunęły się zasłony osłaniające wejścia do tipi i pojawili 

background image

się ukryci tam wojownicy. Grad strzał poszybował w kierunku biegnących Pawnee.

Zaskoczeni wrogowie rzucili się do ucieczki, lecz ze wszystkich stron 

nadbiegali wojownicy Kiowa i razili napastników strzałami. Piętnasto-, szesnastoletni 

chłopcy podjeŜdŜali na koniach do walczących, zeskakiwali w galopie z mustangów, a

ich miejsce na galopujących koniach zajmowali dorośli wojownicy Kiowa.

Pawnee nadaremnie oczekiwali na swoje wierzchowce, nie wiedząc jeszcze o 

tym, Ŝe zostały przechwycone tuŜ przed bitwą przez wojowników Wojennej Lancy. 

Dozorujący je młody Pawnee, Brzydka Głowa, stał się pierwszą ofiarą tego starcia.

Wszystkie konie dostały się w ręce ludzi Kiowa. Zaskoczeni i zdezorientowani 

wrogowie nie mieli Ŝadnych szans, aby wyjść z Ŝyciem z zasadzki. Walczyli z wielką 

odwagą i umierali, jak przystało męŜczyznom. Paru wojownikom jeszcze na początku 

bitwy udało się przedrzeć przez otaczający ich pierścień Indian Kiowa i zbiec na 

prerie. Nie byli ścigani, bowiem pobitego wroga nie gnębi się do ostatka.

Jeden tylko młody wojownik uniknął śmierci i dostał się do niewoli. Był to 

Czerwony Kruk (Mekasto) - wspaniale zbudowany wojownik, ten, który z dowódcą 

oddziału Pawnee miał porwać najpiękniejszą dziewczynę.

Schwytał go Kayo-okosis (Tarcza Niedźwiedzia), niewiele starszy od Pawnee i

przywiódł do swego tipi, związanego dokładnie rzemieniem.. Dla pewności, Ŝe wróg 

nie będzie próbował ucieczki, zdjął z jego szyi woreczek z lekami i zawiesił na 

swojej. Teraz juŜ ze spokojem wyszedł z namiotu i udał się na wielki plac w pobliŜu 

ke-tipi (namiotu narad).

Zebrali się tutaj wszyscy wojownicy, którzy brali udział w bitwie. Opowiadali, 

ile ciosów zaliczył kaŜdy z nich, inni z niezadowoleniem ganili siebie za śmiertelne 

uderzenia zadane nieprzyjaciołom. Kobiety częstowały zmęczonych wojowników 

mięsem, szpikiem bizonim i tytoniem.

Kiedy wreszcie zakończono relację o męskich czynach dokonanych tego dnia, 

najstarszy z męŜczyzn wstał, wszedł w krąg wojowników, zrzucił z ramion skórzaną 

derkę i opasał się nią powyŜej bioder. Górną część ciała miał odkrytą. Na jego 

piersiach wyraźnie były widoczne blizny po Tańcu Słońca. Stary wojownik chwilę 

spoglądał w milczeniu po twarzach obecnych.

- Duchy naszych przodków i Man-ka-twa (Wielki Twórca) nie chcieli, aby 

nasze kobiety ginęły z rąk Pawnee, dlatego natchnęli naszych dzielnych synów 

roztropną myślą, aby w porę zawiadomić nas o zbliŜającym się niebezpieczeństwie. 

Od wielu, wielu Wielkich Słońc pies był naszym przyjacielem, tak jak przyjacielem 

background image

wszystkich ludzi prerii są obecnie konie. Młode Psy zasłuŜyły na to, aby same mogły 

opowiedzieć wojownikom, kiedy zauwaŜyły Rogate Łby i w jaki sposób powiadomiły 

nas o groŜącym niebezpieczeństwie.

Wprowadzono Wędrującego Niedźwiedzia i Orle śebro w krąg dorosłych 

męŜczyzn. Za nimi przybiegł takŜe ich czworonoŜny przyjaciel, Pahao.

Chłopcy byli zaŜenowani tym, Ŝe mają opowiadać o sobie zgromadzonym 

wokół wspaniałym wojownikom i członkom wojennego stowarzyszenia Kai-tsen-ko 

(Prawdziwych Psów). Wszyscy jednak zebrani z dumą patrzyli na malców, a 

odwrócone do góry dłonie wojowników zachęcały ich, by śmiało opowiadali o swej 

przygodzie.

Pierwszy zaczął mówić Orle śebro. Mówił o tym, jak wraz ze swoim druhem 

znaleźli wielki krzemień w potoku, jak przybiegł do nich pies ze zjeŜoną sierścią i po 

jego zachowaniu zorientowali się, Ŝe gdzieś w pobliŜu muszą znajdować się obcy 

ludzie. Wędrujący Niedźwiedź opowiedział takŜe o piśmie na korze, o trudnościach z 

posłaniem Pahao do obozu. Chłopcy mówili z takim przejęciem, jakby na nowo 

przeŜywali minione zdarzenia, zapomnieli nawet zupełnie o skrępowaniu, które na 

początku wciskało im słowa do gardeł.

W swej opowieści doszli właśnie do momentu, kiedy zostali pochwyceni z 

drogi jak niemowlaki, które dopiero zaczynają chodzić i tu zamilkli ze wstydem 

opuszczając głowy. Wtedy ich wychowawca i opiekun, Ansota, z wolna powstał i 

unosząc ramię poziomo, dał zebranym do zrozumienia, Ŝe pragnie wyjaśnić to, co 

wydarzyło się później:

- Kiedy zziajany pies wpadł do tipi Wojennej Lancy z przywiązaną do karku 

wiadomością na korze, mówiącą o zbliŜających się Pawnee, Wojenna Lanca, nie 

wzywając obwoływacza obozowego, sam powiadomił mieszkańców wioski o 

zbliŜającym się niebezpieczeństwie. Na krótkiej naradzie w tipi wodza Map-odala, jak 

wszyscy juŜ o tym wiemy, postanowiliśmy przygotować zasadzkę na wrogów. 

Dziewczętom nakazaliśmy iść nad rzekę i zachowywać się, jak zwykle w takich 

chwilach, kiedy udają się nad wodę. Na wypadek ataku miały uciekać nie do obozu, 

lecz w kierunku rzeki. Nasze dziewczęta dzielnie się zachowały, udowadniając, Ŝe są 

córkami wojowników Kiowa.

Ja w tym czasie śledziłem zwiadowcę Pawnee. LeŜałem za skałą, a Pawnee 

był poniŜej mnie na odległość lotu strzały. Usłyszałem ciche stąpanie, patrzę, a tu 

dwóch naszych Młodych Psów idzie ostroŜnie wprost na ukrytego tropiciela wrogów. 

background image

Musiałem działać szybko i cicho. MoŜe naszych chłopców przestraszyłem, ale 

uratowałem im Ŝycie.

Obaj mali bohaterowie z wdzięcznością spojrzeli na swego nauczyciela. 

Spojrzenie to wyraŜało wszystko: miłość, szacunek i podziękę.

- Kiedy nasi zmarli rozpalą pierwsze ogniska w Świecie Duchów - na 

zakończenie powiedział wódz Skaleczona Twarz - odtańczymy w podzięce naszym 

przodkom Taniec Antylopy, aby uczcić zwycięstwo, a chłopcom ofiarujemy po 

jednym zdobycznym koniu, albowiem swoją roztropnością zasłuŜyli na to. Otsedaba 

(Powiedziałem).

Wielka tarcza księŜyca z wolna wyłoniła się ponad ziemię i wznosząc się 

coraz wyŜej i wyŜej rozlewała srebrzystą poświatę na grzywach stepowej trawy. Naraz 

na tle księŜycowego dysku zarysowała się ostro ciemna bryła skały, na której stał 

dumnie wyprostowany stary człowiek z podniesionymi do góry ramionami. Wiatr 

lekko rozwiewał jego białe, rozpuszczone włosy. Troszkę niŜej, u podnóŜa występu 

skalnego, stał jego wierny koń. Stary człowiek był prawie nagi. Wiatr tylko obijał o 

jego uda przepaskę biodrową, słuŜącą mu za całe okrycie. Starzec stał skierowany 

twarzą w stronę, gdzie niedawno zaszło Słońce. W jego postaci tkwiła jakaś 

niezwykła siła. Modlił się.

Kiedy wreszcie opuścił ramiona, rozległ się łoskot bębnów. Z tipi poczęli 

wychodzić wojownicy w swych wspaniałych obrzędowych strojach, w wyszywanych 

długich bluzach i legginach. Głowy jednych zdobiły wspaniałe pióropusze z orlich 

piór, innych ogony jelenie ufarbowane na czerwono i umieszczone na środku głowy 

niby długie szczotki zwisające od czoła aŜ po kark.

Bębny grzmiały. W ich rytm włączył się śpiew kobiet i męŜczyzn 

opiewających dzielność wojowników Kiowa. Do łoskotu bębnów dołączył dźwięk 

grzechotek z bizonich rogów i tykw wypełnionych róŜnymi nasionami i wydającymi 

suchy chrzęst niby ogon grzechotnika. Bębny i śpiewy raptownie zamilkły, a krąg 

wojowników i kobiet się zacisnął, W sam środek odświętnego tłumu wbiegł tancerz 

odziany tylko w przepaskę biodrową i mokasyny. Nad kostkami nóg i na przegubach 

rąk miał umocowane kościane grzechotki wypełnione kamykami. Głowę okrywał mu 

skalp antylopy widłorogiej wraz z rogami. Był to „człowiek-antylopa”!

Za nim na środek placu wbiegli łowcy z podobnymi grzechotkami, które zrazu 

cicho, potem coraz głośniej zaczęły wydawać rytmiczne dźwięki. W dłoniach trzymali 

łuki, gotowe wypuścić z cięciwy tępą, pierzastą strzałę.

background image

„Człowiek-antylopa” zaniepokoił się. Nasłuchuje. Teraz stąpa ostroŜnie, 

miękko, na czubkach palców. Głosy grzechotek narastają, gonią go. „Człowiek-

antylopa” zaczyna uciekać przed łowcami. Wykonuje zręcznie płochliwe ruchy, 

lekkie, szybkie, podpatrzone w czasie polowań na antylopy. Myśliwi okrąŜają 

„zwierzę”, sypią się strzały, „antylopa” pada. Jeszcze podnosi głowę, próbuje wstać...

W końcu grzechotki milkną i znowu odzywa się głuchy odgłos bębna i śpiewy, 

które umilkną dopiero, gdy księŜyc znajdzie się wysoko, wysoko ponad Matką 

Ziemią.

Rano Tarcza Niedźwiedzia uwolnił z więzów swego niewolnika, nakarmił go, 

napoił i opuścił tipi, nie obawiając się, Ŝe w czasie jasnego dnia schwytany Pawnee 

moŜe spróbować ucieczki. Miał zresztą nadal jego leki, bez których Ŝaden męŜczyzna 

się nie ruszy.

Ale tu spotkała go wielka niespodzianka, bo oto w kilka chwil po jego wyjściu 

z namiotu wyszedł za nim Pawnee, trzymając jego mokasyny w ręku. Oficjalnie, na 

ś

rodku wioski, w obecności ludzi Kiowa, zdjął z nóg własne mokasyny i odrzucił je 

daleko od siebie. Następnie nałoŜył na swoje stopy mokasyny naleŜące do Tarczy 

Niedźwiedziej.

Taki gest nie mógł być nie zauwaŜony przez Kiowów, a Kayo-okosis utracił 

niewolnika. Młody Pawnee pozostał w plemieniu dawnych wrogów, po jakimś czasie 

oŜenił się, a jego dawny zwycięzca stał się jego dobrym przyjacielem.

- Gdyby nie Pahao - mówił Ansota - na pewno Pawnee uprowadziliby kilka 

dziewcząt, a wiele kobiet opłakiwałoby śmierć swoich męŜów i braci. Wierność psa 

uratowała nasze plemię od hańby. Nawet Wędrujący Niedźwiedź i Orle śebro, mimo 

swej przebiegłości i odwagi, nie byliby w stanie uprzedzić naszych wojowników na 

czas o zamiarach wroga. Wierności psa nie zastąpi Ŝona, siostra czy syn.

- OtóŜ bardzo dawno temu - ciągnął - kiedy nasze plemię Ŝyło na Górnych 

Preriach w pobliŜu Czarnych Gór, wodzem jednego ze szczepów naszego plemienia 

był Czarny Niedźwiedź. Nie było mnie wtedy jeszcze na świecie i usłyszałem tę 

opowieść od swego dziada. Teraz przekazuję ją wam, a wy kiedyś opowiecie ją 

swoim dzieciom.

Jak juŜ powiedziałem, wodzem jednego z naszych szczepów był Czarny 

Niedźwiedź. Jak zwykle siedział z przymkniętymi powiekami przed swoim tipi i 

błądził myślami w tylko sobie znanych miejscach.

Gdzieś wysoko nad ośnieŜonymi szczytami najwyŜszych gór, na tle błękitnego 

background image

nieba i rozrzuconych zewsząd puszystych obłoków szybował orzeł. Dumny ptak 

dostrzegł bystrym wzrokiem siedzącego przed swoim namiotem wodza.

Stary wódz nie dostrzegł wodza skrzydlatych stworzeń szybującego nad nim, a 

jednak posłyszał w swoim sercu jakiś głos, który szeptał mu:- Czarny Niedźwiedziu! 

Przez swoje długie Ŝycie zaliczyłeś wiele, wiele ciosów zadanych odwiecznym 

wrogom twego ludu, Indianom Crow. Nigdy nie mieli oni sposobności oglądać twoich 

pleców, ale za to ty jakŜe często widziałeś ich postacie uciekające w popłochu na 

widok twego wojennego tomahawka. Zaprawdę byłeś tak znakomitym łucznikiem, Ŝe 

nawet przelatująca nad twoją głową jaskółka czuła oddech śmierci. Twoje pierzaste 

strzały były niczym dotknięcie Ducha Wiecznego Snu, snu bez końca. Z tego powodu 

w twojej rodzinie nigdy nie brakowało róŜowego mięsa bizonów, a w wiosce, w 

której Ŝyłeś, nie wiedziano, co to znaczy głód. I jeszcze coś! Nigdy nie zapomniałeś o 

obyczajach i rytuałach plemiennych, paląc kaŜdego miesiąca Świętą Trawę, aŜ dym - 

pukwana wznosił się ponad najwyŜsze szczyty gór. Byłeś równieŜ świetnym mówcą i 

na naradach starszyzny twój głos i twoje zdanie przyjmowane były z naleŜytym 

szacunkiem. Wielki Twórca (Man-ka-twa) jest z ciebie bardzo zadowolony i teraz 

moŜesz juŜ rozpocząć wielką wędrówkę do Krainy Spokoju.

Po uwaŜnym wysłuchaniu szeptu serca Czarny Niedźwiedź zwołał cały swój 

lud na plac narad. Tam poŜegnał się ze swymi walecznymi wojownikami, po czym 

wkroczył na Drogę Zachodzącego Słońca. Odprowadzała go Ŝona, dwaj synowie i 

mały piesek, który niósł w zębach jego zapasowe mokasyny.

Droga, którą podąŜał do celu, była trudna, kamienista, a słońce niemiłosiernie 

praŜyło swoimi promieniami utrudzone ciała.

Trudy tej mozolnej wędrówki najwcześniej odczuł młodszy z dwóch synów. 

PołoŜył się w cieniu przydroŜnego drzewa na miękkiej i wonnej od kwitnących ziół 

trawie. Chciał wypocząć.

Po przejściu kilku odległości lotu strzały starszy syn zwrócił się do ojca, by 

mu zezwolił zawrócić po brata. Ojciec zgodził się, a gdy starszy syn odnalazł 

wypoczywającego brata, połoŜył się u jego boku i znuŜony usnął mocnym snem.

W tym czasie Czarny Niedźwiedź niezmordowanie wędrował wciąŜ naprzód, 

za nim zaś szła jego Ŝona i pies, niosący w zębach zapasowe mokasyny.

Kiedy wreszcie słońce skryło się za ostatnią górę i zapanował oŜywczy chłód. 

Czarny Niedźwiedź wraz z Ŝoną rozłoŜyli obóz pod wielką skałą i udali się na 

spoczynek. Spali bardzo krótko, bo juŜ wczesnym rankiem udali się w dalszą drogę.

background image

Dzień ten był jeszcze bardziej upalny od poprzedniego, szli więc bardzo 

zmęczeni, aŜ na jednym ze wzniesień Ŝona upadła ze zmęczenia. Nie miała juŜ siły iść 

dalej. Długo odprowadzała wzrokiem swego męŜa, a gdy ten oddalił się na znaczną 

odległość, podniosła się z trudem i zawróciła na miejsce, gdzie wypoczywali jej 

utrudzeni synowie.

Tymczasem Czarny Niedźwiedź podąŜał uparcie cięŜką drogą coraz dalej i 

dalej, ale juŜ samotnie. Jedynie poczciwy wierny pies wlókł się za nim ze 

spuszczonym ogonem. Z gorąca i zmęczenia wysunął język i błędnym wzrokiem 

ś

ledził kroki starego wodza. Tylko resztkami sił udawało mu się utrzymać w zębach 

mokasyny swego pana.

Kiedy po wielkich trudach Czarny Niedźwiedź i jego pies dotarli wreszcie do 

miejsca przeznaczenia, stary wódz stanął na cyplu skalnym i donośnym głosem 

krzyknął przed siebie:

- Wielki Twórco! Wołałeś mnie, więc jestem!

Z zupełnie nieokreślonego kierunku i niewiadomej przestrzeni odezwał się 

potęŜny głos, tak przenikliwy, jak echo gromu podczas burzy.

- To dobrze! Widzę, Ŝe przybyłeś i jestem zadowolony, Ŝe usłuchałeś mego 

wezwania. Gdzie jednak są osoby, które towarzyszyły ci w drodze z wioski twego 

ludu?

- Wybacz, ale Droga Zachodzącego Słońca zmęczyła je tak bardzo, Ŝe 

odpoczywają gdzieś.

- A cóŜ to za cień, który ci towarzyszy? - spytał Man-ka-twa.

- To jest mój wierny pies, który mnie nigdy nie opuszcza.

- Skoro tak, niech wejdzie tu równieŜ twój wielki przyjaciel, swoją wiernością 

bowiem zasłuŜył na własne miejsce w Krainie Spokoju.

Minęło znowu parę Wielkich Słońc. Wędrujący Niedźwiedź miał juŜ 

piętnaście lat, a jego przyjaciel siedemnaście, i myślał sobie, Ŝe moŜe jeśli w tym roku 

wykaŜe się jakimś nadzwyczajnym czynem, to w przyszłym będzie mógł być przyjęty 

do wojennego stowarzyszenia Kai-tsen-ko. Wędrujący Niedźwiedź dumny był ze 

swego przyjaciela.

Wszystkie minione lata byli zawsze razem. Poddawani przeróŜnym próbom 

wytrzymałości i samozaparcia zawsze pomagali sobie, a w bardzo cięŜkich chwilach 

jeden drugiego podtrzymywał na duchu.

Jako siedmioletni chłopiec Wędrujący Niedźwiedź opanował juŜ kontrolę nad 

background image

własnym snem i potrafił obudzić się wtedy, kiedy chciał. Od dawna potrafił świetnie 

jeździć konno, a juŜ jako ośmioletni chłopiec nauczył się sztuki tropienia zwierząt i 

rozpoznawania siadów nieprzyjaciół. Posługiwał się bronią, umiał znosić głód i 

pragnienie, całkowicie panował nad swoim ciałem i duchem. Wspaniale opanował 

„mowę rąk” i „mowę dotyku”, sam rysował i odczytywał pismo obrazkowe. Kiedy 

minęło mu dziesięć Wielkich Słońc, bez trudu wyrabiał strzały do łuku, rozstawiał tipi 

i orientował się w nieznanych okolicach. Umiał mówić prawdę nawet wtedy, gdy była 

dla niego przykra.

Dla kaŜdego z Indian cały otaczający go świat był olbrzymią uczelnią. Jego 

podręcznikami były skały, kamienie, strumyki, rzeki, jeziora, drzewa, kwiaty, trawa, 

zioła, słońce, księŜyc, gwiazdy. Były to elementy, z których otrzymywał natchnienie 

do tworzenia swoich ceremonii i pieśni.

Ryby, ptaki, owady i zwierzęta uczyły Indianina, jak być odwaŜnym, szczerym 

i sprawiedliwym. Ludzie byli zawsze szczęśliwi, nie czuli się nigdy samotni. Z całą 

otaczającą ich przyrodą tworzyli jedność, a ta zawsze pulsowała intensywnym Ŝyciem.

Nie była im straszna burza, nigdy nie gniewały ich wściekłe podmuchy 

wiatrów, siarczyste mrozy ani zawieje śnieŜne. Nigdy nikt się nie skarŜył ani nie 

lamentował, bowiem wierzyli, Ŝe te wszystkie rzeczy są jedynie rozmaitymi 

wcieleniami Man-ka-twa (Wielkiego Twórcy).

W ciągu minionych lat tylko jeden raz rozdzielono na parę dni dwóch 

serdecznych przyjaciół, kiedy to kaŜdy z nich w samotności i o głodzie czekał na 

nadejście proroczego snu - Wielkiej Tajemnicy. Po paru dniach postu doczekali się 

wreszcie, kaŜdy z osobna, upragnionej wizji, w której ujrzeli swoje duchy opiekuńcze.

Czarownik wyjaśnił im, co oznaczały ich wizje, i sporządził dla obu 

młodzieńców odpowiednie „leki”, które od tej pory nosili na piersi i nigdy nie 

rozstawali się z nimi.

Nadchodził właśnie KsięŜyc Wysychającej Trawy, a w KsięŜycu Opadających 

Liści miały odbywać się wielkie łowy na bizony, które w tym czasie odwiecznym 

szlakiem wędrówek przenosiły się z północy na południe.

Konie, które dostali po rozgromieniu Pawnee, chłopcy wypuścili na wolność, 

malując im szerokie Ŝółte pasy wzdłuŜ grzbietu poniewaŜ były juŜ za stare i nie 

nadawały się do uŜytku. Tak oznaczone wierzchowce były nietykalne i przestrzegały 

tego nawet wrogo usposobione do Kio-wów inne plemiona z Wielkich Równin.

Kiowom bardzo brakowało koni. W owym czasie konie były niezwykle cenne 

background image

i niewiele jeszcze spotykało się ich w wolnym stanie.

Pewnego dnia po krótkiej naradzie wszyscy męŜczyźni, którzy nie posiadali 

koni, postanowili udać się po nie do zaprzyjaźnionego ludu Komanczów. Gdyby 

przyjaciele nie mogli ich wspomóc, naleŜało wyruszyć do spowinowaconego z 

Kiowami ludu Apaczów, zamieszkujących nad rzeką Washita, właścicieli sporych 

tabunów doskonałych wierzchowców.

- Wyruszamy w czasie Wysokiego KsięŜyca dzisiejszej nocy - rzekł najstarszy 

z wojowników, imieniem Czarny Kruk.

- Eh, neh, neh, neh, neh! - zgodzili się wszyscy.

Pięciu męŜczyzn oraz Wędrujący Niedźwiedź i Orle śebro z pierwszą 

ciemnością zeszli po pochyłości parowu. Rozległy wąwóz biegł niŜej wąskim 

korytarzem, zaś dostępu do jego stromych zboczy broniła plątanina ciernistych 

krzewów.

Wszyscy ubrani byli tylko w legginy, w pasie zaś dodatkowo opasani białymi 

skórami wilczymi, które w chłodne noce słuŜyć im miały za posłanie i okrycia, zaś w 

drodze powrotnej miały być przeznaczone jako derki na grzbiety końskie. KaŜdy z 

nich był dobrze uzbrojony, a wskórzanych torbach znajdował się pemikan, który miał 

słuŜyć wędrowcom za poŜywienie na cały czas wyprawy.

KsięŜyc w pełni oświetlał im drogę. Przed nimi połyskiwały bielą zeschnięte 

grzebienie preryjnej trawy. Dookoła wszędzie brzęczały kaskadami dźwięków owady, 

raz po raz uderzając w nagie torsy męŜczyzn i odlatując w noc, by wrócić 

nieoczekiwanie i z jeszcze większą zaciętością atakować ich gołe ciała.

Tu i ówdzie przebłyskiwały gwiazdy jeszcze nie okryte obłokami chmur. 

Promienie księŜyca rozpryskiwały się na rzadko rozrzuconych samotnych skałach jak 

gwałtownie raŜone ostrze wypolerowanego krzemiennego noŜa.

Coraz donośniej dobiegało skowyczenie kojotów, a głos ich niósł się daleko. 

Powietrze stało się czyste i zimne, wydawało się, Ŝe ściąga skórę na ciele. Gdzieś w 

dali w południowym kierunku ciągnęła się długa ściana brudnoczerwonych skał. 

Nieco bliŜej natomiast rozciągała się wielka dolina o poszarpanych krawędziach, 

przechodząca w rumowisko kamieni, za którym rozciągała się w nieskończoność 

pofałdowana płaszczyzna prerii - Wielkie Łąki.

Wreszcie noc z wolna poczęła się oddalać, zamieniła swoją barwę w jasny 

granat i odpłynęła do gwiazd, ustępując na wschodzie miejsca czerwieni, zwiastunce 

nadchodzącego słońca, wydobywającej się niczym krew z dna ziemi.

background image

W pełnym juŜ blasku słońca siedem postaci przeszło przez rzekę Nizhoni 

(Piękną), by powitać wspaniałe równiny Dolnych Prerii. Odtąd szlak ich wędrówki 

wiódł przez łagodnie faliste łąki pełne dzikiego kwiecia i przepływającej nad nimi 

porannej, chłodnej mgły. Kraj ten zdawał się nie mieć początku ani końca, był pusty i 

piękny. Wiatr delikatnie muskał tę ziemię, zganiał mgły i przygrywał na źdźbłach 

trawy smutną, rzewną melodię.

Z kaŜdą chwilą stawało się coraz cieplej, a nagrzane promieniami słonecznymi 

preryjne zioła, trawy i kwiaty wydzielały taki aromat, Ŝe kręciło się w głowie.

Pod koniec dnia znaleźli się na terenach łowieckich ludu Semat, bo tak 

nazywali swoich kuzynów Kiowa-Kwuda.

Postanowili zatrzymać się na noc, posilić, odpocząć, a jutro tuŜ przed 

wschodem słońca wyruszyć dalej, aby w samo południe znaleźć się w obozie 

zaprzyjaźnionego plemienia.

Noc była chłodna i wilgotna, chłopcy przytulili się do siebie i okryli wilczymi 

derkami. Ognia nie rozpalali, gdyŜ najmniejszy płomyk był widoczny z daleka. Mimo 

Ŝ

e znajdowali się juŜ na terenach Sematów i tu mogły zawitać watahy wrogów. 

Ogrzewając się nawzajem, przetrwali tak do rana.

Nim pierwsze promienie słoneczne wkroczyły na prerię, ruszyli w dalszą 

drogę.

Gdzieś około południa Czarny Kruk niespodziewanie dał ręką znak, aby 

natychmiast skryli się w trawie. Przed oczyma wędrowców w odległości czterech 

lotów strzały ukazał się jeździec. Powoli wjeŜdŜał na wzniesienie, które jak wyspa na 

jeziorze wynurzało się z traw.

Czarny Kruk bacznie obserwował obcego wojownika. Po uczesaniu, kroju 

legginów poznał, Ŝe to jeden z młodych męŜczyzn Sematów. Podniósł się więc z 

ukrycia, stanął wyprostowany i wzniósł obydwa ramiona do góry, krzyŜując je nad 

głową.

Wojownik na koniu przyglądał mu się przez pewien czas, następnie poderwał 

konia i galopem pognał w kierunku siedmiu Kiowów, którzy podnieśli się z ziemi. 

TuŜ przed nimi gwałtownie zatrzymał wierzchowca, aŜ ten przysiadł na zadzie, a 

chmura pyłu okryła na chwilę konia i jeźdźca.

Nim pył zdąŜył opaść, wojownik Sematów zeskoczył z końskiego grzbietu i 

stanął przed grupką Kiowa.

- Witajcie. Domyślam się, Ŝe moi kuzyni pragną próbą Dymnego Konia 

background image

uzyskać wierzchowce, bo inaczej nie trudziliby się niepotrzebnie marszem przez 

Zielone Pola. ZbliŜają się wielkie łowy, a tylko ten zdobędzie wiele mięsa i skór 

bizonich, kto będzie miał dobrego konia.

- Nasz brat powiedział prawdę - odrzekł Czarny Kruk.

- Niech moi bracia udadzą się za mną - rozkazał Kio-wa-Apacz. Jednym 

skokiem znalazł się na grzbiecie mustanga i wolnym kłusem skierował się w stronę, 

gdzie widocznie znajdowała się wioska jego plemienia. Wędrujący Niedźwiedź i jego 

sześciu towarzyszy biegło za nim „psim truchtem”.

Wkrótce pokonali ostatnie wzniesienia i ujrzeli tuŜ nad brzegiem rzeki tipi 

swoich kuzynów.

Mieszkańcy wioski dostrzegli ich z daleka i zebrali się na krańcu obozowiska, 

a na powitanie gości popędzili na swych koniach młodzi chłopcy, ścigani przez sforę 

psów.

Wśród radosnych okrzyków i psich poszczekiwań cała gromadka nowo 

przybyłych udała się przed namiot wodza - Szybkiego Sokoła (Giakaita).

Giakaita, potęŜnie zbudowany męŜczyzna o siwiejących włosach, ostrych, 

regularnych i przyjemnych rysach twarzy, czekał przed swoim tipi na gości.

Wojownik Sematów zręcznie zeskoczył z konia i w milczeniu stanął po 

prawej stronie wodza, krzyŜując ręce na piersi.

Goście zatrzymali się takŜe i, jak zwyczaj nakazywał, czekali, aŜ starszy 

pierwszy do nich przemówi.

- Witam moich kuzynów. Wzrok mój widzi zmęczenie i kurz, pokrywający 

wasze ciała. Najpierw niech moi kuzyni skorzystają z namiotu potów, a po 

oczyszczeniu ciała i posiłku spotkamy się w tym miejscu i rozwaŜymy, w czym 

będziemy mogli być wam pomocni. Otsedaba - oznajmił Szybki Sokół.

Ten sam wojownik, który przywiózł ich do wioski, teraz poprowadził 

zdroŜonych Kiowów na skraj obozu, gdzie prawie nad samym brzegiem rzeki stało 

Seidl-ku-toh (tipi potów).

RóŜniło się ono od innych namiotów tym, Ŝe nie posiadało otworu dymnego, a 

kształtem podobne było do przepołowionej półkuli i szczelnie okryte natłuszczonymi 

skórami.

Krzątały się koło niego dwie stare kobiety, które w rozpalone ognisko, 

znajdujące się o kilka kroków od wejścia do namiotu, wkładały dość duŜe okrągłe 

kamienie. Przy otworze wejściowym tipi leŜały szczelnie związane bizonie pęcherze 

background image

pełne wody.

MęŜczyźni spokojnie usiedli na trawie, starsi wyjęli krótkie fajki i zajęli się 

paleniem tytoniu. Nie był to święty kinni-kinnick, który przewaŜnie był mieszanką 

róŜnych ziół i kory drzew, uŜywany tylko do ceremonialnych fajek.

Po pierwszych „dymach” zaczęły się rozmowy i opowiadania o minionych 

zdarzeniach wojennych i łowieckich. Teraz dopiero goście dowiedzieli się, Ŝe ich 

opiekun jest synem wodza i Ŝe nazywa się Złamany Cierń. Złamany Cierń mówił: - W 

czasie, kiedy spotkałem moich braci, byłem na zwiadach. Jeden z naszych myśliwych 

doniósł nam, Ŝe przypadkowo natknął się na kilku wojowników Tonkawa, którzy są 

tak samo waszymi wrogami, jak i naszymi. Śledziłem ich przez dwa Małe Słońca. 

Byli to tylko myśliwi, którzy przypadkowo zapuścili się na nasze łowiska, ale szybko 

się z nich wycofali. W drodze powrotnej spotkałem moich braci i moje serce 

wypełnione jest radością, Ŝe wreszcie mogłem poznać naszych północnych kuzynów.

- Eh, neh, neh, neh, neh! - rozległo się radosne potwierdzenie wojowników 

Kiowa.

Ale nim rozmowa na dobre się rozkręciła, jedna ze starszych kobiet podeszła 

do wojowników i głosem nie znoszącym sprzeciwu rzekła:

- NajwyŜszy juŜ czas, aby moi synowie zmyli z ciał preryjny pył!

MęŜczyźni bez słowa sprzeciwu podnieśli się z ziemi i przed samym wejściem 

do namiotu potów pozdejmowali z siebie legginy, przepaski biodrowe, mokasyny i 

jeden po drugim zaczęli nago wchodzić do wnętrza tipi.

Kobiety poczęły nosić do dołka wykopanego pośrodku tipi rozpalone kamienie 

i polewać je wodą. Wytworzyła się gorąca, gęsta para, a ciała siedzących wewnątrz 

pokryły się potem, który usuwał ze skóry nieczystość, a z mięśni zmęczenie.

Odłam Osagów.”Dni.Kobiety wniosły do tipi potów ostatnie rozpalone 

kamienie i ostatnie pęcherze z wodą, po czym dokładnie zasłoniły otwór wejściowy 

na zewnątrz, aby najmniejsza smuŜka pary nie wydostała się ze środka.

Po pewnym czasie męŜczyźni zlani strugami potu wybiegli z namiotu i 

wskoczyli do zimnej, rzecznej wody. Chłodna woda zmyła lepki pot z ich eiał i 

przyniosła orzeźwiający chłód. Ubrali się z powrotem w swoją skromną odzieŜ i 

Złamany Cierń podprowadził ich pod namiot swego ojca, gdzie na gości czekały juŜ 

przygotowane połacie bizoniego mięsa nadzianego na wierzbowe pręty.

Koło ogniska krzątały się dwie kobiety. Jedna, starsza o włosach pokrytych 

siwizną, odziana była w prostą suknię ze skóry jelenia, sięgającą do połowy łydek. 

background image

Druga, młoda, moŜe w wieku Wędrującego Niedźwiedzia, a moŜe o rok, dwa 

młodsza, miała na sobie długą suknię z bardzo delikatnej, miękkiej skórki, ozdobionej 

na dole i rękawach cieniutkimi frędzelkami. Pasek opinający jej talię uwidaczniał 

smukłość i gibkość postaci. Łydki jej okrywały krótkie, sięgające do kolan legginy 

haftowane kolcami jeŜozwierza, a maleńkie stopy okrywały białe mokasyny.

Jej grube, długie, starannie splecione warkocze sięgały do pasa. Co chwilę 

spoglądała na nadchodzących męŜczyzn, ale wzrok jej jakby zacieniała mgiełka 

smutku.

Wędrujący Niedźwiedź dyskretnie, ale z zaciekawieniem przypatrywał się 

dziewczynie. ZauwaŜył to jednak Złamany Cierń.

- To moja przyrodnia siostra, sierota. Rodzice jej zginęli z ręki niewolnika 

Tonkawy, który potem chytrze wymknął się z naszego obozu, chcąc uniknąć srogiej 

kary.

Młody Kiowa zmarszczył brwi i zacisnął zęby, aŜ mięśnie nerwowo zagrały 

mu na szczękach.

Złamany Cierń mówił dalej:

Pojechałem jego śladami i dopadłem go nad Rzeką Bobrów, a jego głowę 

rzuciłem dziewczynie pod stopy. Pomściłem jej rodziców. Jej matka była siostrą 

mojej matki.

Wędrujący Niedźwiedź jeszcze raz spojrzał na dziewczynę i w milczeniu 

usiadł przy ognisku obok Złamanego Ciernia.

Dziewczyna zręcznie rozłoŜyła przed kaŜdym z gości po dwa okrągłe płaty 

kory brzozowej, a obok łyŜki sporządzone z rogów bizonich.

Po chwili zjawiła się stara kobieta o twarzy pooranej zmarszczkami i napełniła 

kaŜdemu z Kiowów jeden talerz szpikiem bizonim, drugi zaś pieczenia. Po chwili na 

znak starej dziewczyna umieściła na liściu kukurydzy przed kaŜdym z męŜczyzn garść 

tytoniu zmieszanego z wysuszonym nawozem bizonim. Następnie obie kobiety w 

milczeniu wycofały się do namiotu.

Kiedy goście zakończyli posiłek, z tipi wyszedł wódz Giakaita.

Złamany Cierń powstał na widok ojca, a razem z nim podniósł się Czarny 

Kruk i usadowili wodza na honorowym miejscu. Wszyscy milczeli, nie wypadało 

bowiem, aby ktoś z młodszych wiekiem zabrał głos, dopóki wódz Sematów pierwszy 

się nie odezwie.

- Słyszałem, Ŝe syn mojej siostry od najmłodszych lat jest roztropnym 

background image

młodzieńcem i dzielnie się spisuje - zwrócił się Giakaita do Wędrującego 

Niedźwiedzia. - Moje serce wypełnione jest radością, Ŝe moja siostra urodziła tak 

wspaniałego następcę naszych rodów. Do moich uszu dotarło to, Ŝe Mas-gwa-ah-Sid 

jest takŜe wspaniałym strzelcem. Szczęśliwi być muszą Wojenna Lanca i Mała 

Chmura, mając takiego syna.

Chłopiec słuchając tych słów, poczerwieniał z radości.

- Jutro, kiedy słońce uśmiechnie się do połowy, młodzi Samatowie popiszą się 

przed wami umiejętnościami ujeŜdŜania koni, a syn mojej siostry popisze się 

zręcznością we władaniu łukiem, jaka przystoi przyszłemu wojownikowi. A Orle 

ś

ebro, który go podobno nigdy nie opuszcza, pomoŜe swemu bratu.

Chłopcy zdumieli się, skąd wódz wiedział tyle o nich.

- Po próbach sprawnościowych rozpoczniemy ceremonię „Dymnego Konia” - 

powiedział na zakończenie Giakaita.

Po chwili milczenia zabrali głos inni wojownicy, oŜyły wspomnienia 

myśliwskie, opowieści o męŜnych czynach, wesołe i śmieszne przygody, które prawie 

codziennie spotykały mieszkańców prerii.

Późnym wieczorem wszyscy rozeszli się do przeznaczonych im tipi na nocny 

odpoczynek. TuŜ przed wschodem słońca głuchy, rytmiczny głos bębna obudził 

ś

piących. To obwoływacz zawiadamiał wszystkich, Ŝe nim słońce ukaŜe się w całej 

krasie, młodzieŜ wykaŜe się swoją zręcznością i sprawnością.

Nim słońce uśmiechnęło się do połowy, prawie cała ludność wioski zebrała się 

na wolnej przestrzeni, tuŜ za namiotami.

MłodzieŜ Sematów, juŜ nie chłopcy, a jeszcze nie męŜczyźni, ustawili się w 

jednej linii, jeden obok drugiego. Swoje konie trzymali za grzywy, stojąc obok nich. 

Daleko z tyłu za ich plecami rozwieszono skóry bizonie” słuŜące jako cel.

Wędrujący Niedźwiedź stał oparty o drzewo bawełnicy, a u jego stóp 

przykucnął Orle śebro. Bacznie obserwowali przygotowania do zawodów, śledzili w 

milczeniu wszystko, co się działo wokół, chociaŜ bardziej interesowały ich konie niŜ 

młodzieńcy, którzy za chwilę mieli ich dosiąść.

Na znak dany przez wodza obrzędowego - Dwa Palce młodzi Sematowie 

pognali swoje wierzchowce i biegnąc obok nich, odbijali się spręŜyście od ziemi i 

okrakiem dosiadali pędzących rumaków. Galopowali teraz do miejsca, gdzie sterczały 

wbite w ziemię dzidy. Nie zwalniając mijali lance, gwałtownie zawracali i w 

szalonym powrotnym galopie wyrywali broń z ziemi, następnie pędzili w stronę 

background image

rozpiętych skór, ciskając w nie zdobytymi dzidami. Dziurawili cele prawie 

jednocześnie i z zadziwiającą precyzją. Trudno było wyłuskać spośród znakomitych 

zawodników zwycięzcę, ale rada starszych przyznała zwycięstwo osiemnastoletniemu 

chłopcu, który w ostatniej bitwie z Ton-kawami stracił ojca i teraz samodzielnie 

opiekował się matką i młodszą siostrą.

Wtem na środek placu wjechał na czarnym, usianym białymi plamkami koniu 

Złamany Cierń. Wyglądał wyjątkowo dostojnie; do połowy rozebrany, tylko w pięknie 

wyszywanych legginach i w białej skórzanej przepasce biodrowej, z włosami 

związanymi w gruby kok, w którym tkwiło pojedyncze orle pióro.

Oczy wszystkich zebranych zwróciły się na niego. Jego ruchy były pewne, ale 

i swobodne. Złamany Cierń zsiadł z konia, wyciągnął zza paska nóŜ o ostrzu z 

krzemienia, wetknął go w piasek tak, Ŝe wystawała tylko połowa rękojeści. 

Znaczącym gestem wskazał go widzom. Wszyscy przyglądali mu się z duŜą uwagą. 

Złamany Cierń delikatnie ściągnął konia rzemieniem przywiązanym do dolnej szczęki 

wierzchowca, lekko wskoczył na jego grzbiet i odjechał kilka kroków. Naraz zrobił 

gwałtowny obrót i popuścił cugli. Koń ruszył galopem. Jeździec zsunął się na bok 

konia, sięgając prawie ziemi piórem wetkniętym we włosy. Wydawało się, Ŝe palcami 

musnął rękojeść noŜa, jednak chybił o włos, mimo to widzom bardzo podobały się 

jego popisy.

Wtem nie wiadomo skąd ukazała się śliczna dziewczyna na srokatym koniu. 

ZbliŜała się szybko w tumanie kurzu wzbitym w powietrze przez konia Złamanego 

Ciernia. Pędziła o wiele szybciej niŜ on, utrzymując rumaka w równym, długim 

galopie. Przechyliła się, wyciągając ramię niemal na całą długość. Włosy opadły jej na 

dół dotykając ziemi, plecy wygięła w łuk, kolanami mocniej obejmując konia. Nagle 

wyrzuciła prawe ramię w dół, po czym błyskawicznie uniosła wysoko nad głową, 

pewnie trzymając w dłoni nóŜ.

Siedziała teraz prosto. Koń nawet nie zgubił rytmu. Kiedy przejeŜdŜała koło 

drzewa bawełnicy, pod którym stał Wędrujący Niedźwiedź, jej ramię wysunęło się do 

przodu jak strzała wypuszczona z łuku i nóŜ utkwił w pniu tuŜ nad głową 

Niedźwiedzia. Młody Kiowa nie unosząc głowy, sięgnął po sterczący nad nim nóŜ, 

delikatnie wyciągnął go z pnia i zatknął za swój skórzany pas. W tym czasie 

dziewczyna zniknęła między namiotami.

Naraz rozległ się świst gwizdków wojennych i głośne skandowanie:

- I-sha-wi! I-sha-wi! I-sha-wi! (Nocny Kwiat!)

background image

W ten to sposób Wędrujący Niedźwiedź poznał imię przybranej siostry 

Złamanego Ciernia. Nie zdąŜył jeszcze ochłonąć oczarowany pięknością i zwinnością 

Nocnego Kwiatu, gdy znowu rozległy się głosy piszczałek i bębnów. Na środek placu 

wjechał teraz na koniu stary człowiek. Smukłość kończyn mustanga, jego 

temperament i sprawność, jego mały, okrągły, zwarty i spręŜysty zad, lekko uniesiony 

ogon wzbudzały ogólny podziw. Koń przez cały czas tańczył w miejscu w rytm 

oszalałego grzmotu bębna. Wydawało się, Ŝe wspaniałe zwierzę za chwilę zerwie się 

do szalonego biegu.

Niespodziewanie grzmot bębnów nagle ucichł i zapanowała taka cisza, Ŝe 

słychać było bicie własnego serca. Do stojącego teraz nieruchomo konia zbliŜył się 

wódz obrzędowy - Dwa Palce i posypał drobno pokrojoną trawę na głowę konia i 

ś

piewnym głosem zwrócił się do zebranych:

- O, męŜczyźni Kiowa-Kwuda, którzy przyszliście po konie, miejcie uszy 

otwarte na moje słowa i niech zamieszkają one na zawsze w waszej duszy. 

Dostaniecie rumaki, które w przyszłości będziecie poganiać batami, które wkrótce juŜ 

poznają wasze rzemienne pętle na karku, które nieraz będziecie bez wytchnienia 

poganiać, albowiem chyŜość ich nóg nieraz uratuje wam Ŝycie i które zawsze będą 

naraŜone na ciosy bizonich rogów w czasie wielkich łowów. ZwiąŜecie wasze Ŝycie 

na zawsze z koniem. Dlatego teraz w tym miejscu niechaj one zobaczą, Ŝe i wy takŜe 

jesteście gotowi przyjąć część tych razów, które później im będą przeznaczone. Tak 

jak wasze konie, które nigdy się wam nie poskarŜą, tak i wy przyjmijcie obrzęd 

„Dymnego Konia” bez leku i skargi. Powiedziałem.

Po tych słowach na środek placu wyszło siedmiu Indian Kiowa i usiedli na 

ziemi ze skrzyŜowanymi nogami, tworząc dość duŜy krąg. Usiedli twarzami do 

wnętrza koła, wystawiając na zewnątrz gołe plecy. KaŜdy z nich otrzymał małą fajkę 

napełnioną dziko rosnącym tytoniem zmieszanym z bizonim nawozem. Fajki te 

trzymali w zębach, nie wolno było podtrzymywać ich rękami. Dłonie oparli na 

skrzyŜowanych nogach.

Dwa Palce podchodził do kaŜdego z siedzących i zapalonym prętem podawał 

ogień do fajki. Kiedy nad siedzącymi poczęła unosić się pukwana - dym, wódz 

obrzędowy uniósł do góry ramię. Na ten znak spomiędzy namiotów wyjechał 

wojownik na koniu o maści jak piasek pustyni, białej grzywie i ogonie.

- Piękny - pomyślał Wędrujący Niedźwiedź. Jeździec trzymał w prawej ręce 

krótki bat z trzema rzemieniami, słuŜący do poganiania koni. W lewej dłoni dzierŜył 

background image

lancę przybraną orlimi piórami. Koniem kierował naciskając go kolanami i łydkami.

Objechał powoli siedzących w kręgu męŜczyzn, dokładnie im się 

przyglądając. Przy następnym okrąŜeniu puścił konia spokojnym galopem. Zaciskał 

pierścień okrąŜeń coraz bliŜej siedzących. Obserwując go z daleka, miało się 

wraŜenie, Ŝe wystarczy jakiś nieostroŜny manewr, a jeździec wpadnie na spokojnie 

palących tytoń. Wystarczyło takŜe, aby nieco przechylił się w prawo, a dłonią mógł 

przejechać po plecach siedzących nieruchomo wojowników.

Wtem jeździec uniósł ramię uzbrojone w krótki bat i mijając siedzącego 

Czarnego Kruka zdzielił go rzemieniem przez plecy. Dało się słyszeć głuche 

plaśnięcie na gołym ciele, gdzie wystąpiły natychmiast trzy czerwone pręgi. Mimo Ŝe 

cios był niespodziewany, wojownik ani drgnął i nadal pykał spokojnie fajkę.

Następne okrąŜenie i znowu cios, znowu okrąŜenie i cios. Dalsze razy 

przecinały poprzednie nabrzmiałe ślady bata. Po plecach Czarnego Kruka płynęła 

krew, ale fajka trzymana w zębach wojownika ani drgnęła.

Cztery razy wojownik Sematów objeŜdŜał siedzących i cztery razy bat spadał 

na plecy Czarnego Kruka.

Zatrzymawszy wreszcie konia, popatrzył w milczeniu na plecy nadal 

siedzącego spokojnie Indianina, wzniósł dzidę w górę i odjechał kawałek od 

siedzących w kręgu. Z rozmachem wbił oszczep w ziemię i zaczął krąŜyć wokół niego 

lekkim kłusem.

Teraz dopiero Czarny Kruk powstał, wyjął fajkę z ust i zbliŜył się do 

zataczającego koła jeźdźca.

Semat zatrzymał konia. Czarny Kruk zaciągnął się fajką i dmuchnął dymem w 

nozdrza konia. Następnie obszedł go dookoła i dotykał kolejno dymiącą fajką nogi, 

brzucha, zadu a na końcu grzbietu końskiego. Teraz dopiero wojownik Sematów 

zeskoczył z mustanga, odebrał fajkę z rąk Czarnego Kruka i gestem nakazał mu 

dosiąść konia.

Głuchy łoskot bębna przewala się jak grzmot po górach. Koń kręci zadem, bije 

kopytami ziemię, opuszczony przez właściciela nie dopuszcza do siebie obcego, 

bucha Parą z nozdrzy i wodzi wokoło przekrwionymi oczami. W 9rzywę ma 

wplecione orle pióra i kępki zielonej trawy. Zarzucona na grzbiet biała skóra wilcza 

przymocowana jest rzemieniem, który opasuje jego tułów. Ramiona Czarnego Kruka 

są napręŜone - pragnie poskromić Ŝywiołową siłę, dziką wolę i opór konia.

Delikatnie podchodzi do mustanga. Rzemień przywiązany do dolnej szczęki 

background image

konia cały czas jest napręŜony. Bębny grzmią bez przerwy. Czarny Kruk wyciąga 

powoli ramię w stronę konia, z jego ust wydobywa się cichutkie i spokojne: hrr, hrr, 

hrr. Koń na moment uspokoił się i to wystarczyło, Ŝeby wojownik niczym płowa 

puma znalazł się na jego grzbiecie.

Koń zadrŜał, chciał odbić się wszystkimi czterema nogami od ziemi, wygiąć 

grzbiet w pałąk, gwałtownym zwrotem zrzucić z siebie obcego, ale zaniechał oporu. 

Łeb ściągnięty aŜ do piersi, uścisk nóg, dały mu do zrozumienia, Ŝe próŜny byłby to 

wysiłek. Zrozumiał, Ŝe człowiek który siedzi teraz na jego grzbiecie, jest równie 

wspaniałym jeźdźcem, jak poprzedni jego właściciel. Tylko drŜenie skóry przebiegło 

po jego grzbiecie od łba do ogona i Ŝałosne rŜenie wmieszało się w głos bębnów. Koń 

zmienił właściciela.

Kolejno z wioski wyjeŜdŜali inni wojownicy Sematów, a kaŜdy z nich 

wybierał sobie wojownika Kwudę i powtarzał ceremonię. Na końcu w kręgu pozostali 

tylko Wędrujący Niedźwiedź i Orle śebro.

Spomiędzy namiotów wypadło dwóch wojowników na koniach. Jeden z 

rumaków był ciemny, o jasnym zadzie upstrzonym ciemnymi plamami. Natomiast 

drugi był czarny o skórze jakby pokrytej płatkami śniegu. Obydwa konie miały białe 

rogówki oka, a na kopytach białe pręgi. Były tak piękne, Ŝe chłopcom zaiskrzyły się 

oczy na ich widok.

Jednego z wierzchowców dosiadał Złamany Cierń, drugiego jego przyjaciel, 

nie znany bliŜej chłopcom młodzieniec, zwany Bezręki.

JuŜ po pierwszym okrąŜeniu Wędrujący Niedźwiedź poczuł rzemienie na 

plecach, które wcięły się w jego skórę jak trzy ostrza noŜy. Spojrzał w oczy swego 

przyjaciela, siedzącego naprzeciwko. Orle śebro nawet nie przymruŜył powiek, 

chociaŜ otrzymał juŜ drugi cios. Po następnym uderzeniu krew zaczęła mu spływać po 

plecach. Jeszcze dwa chlaśnięcia batem. Ostatniego nawet nie odczuł, lecz gdy 

podnosił się z ziemi, aby podąŜyć do krąŜącego wokół lancy Złamanego Ciernia, 

odniósł wraŜenie, Ŝe pęka mu skóra na opuchniętych plecach. Stłumił w sobie ból, nie 

dając najmniejszym grymasem poznać, jak cierpi.

Po zakończeniu ceremonii Złamany Cierń z uśmiechem oddał mu konia.

Wędrujący Niedźwiedź i Orle śebro juz na swoich koniach podjechali do 

tłumu zebranych Sematów. Powitały ich okrzyki wojenne i wysoki, przeraźliwy świst 

kościanych gwizdków. Dzielność i męstwo umiano docenić.Kobiety przyniosły w 

glinianych miseczkach roztopiony tłuszcz niedźwiedzi, który oczyszcza z kurzu i 

background image

zmiękcza skórę. Delikatnie i zręcznie nasmarowały obraŜenia na plecach męŜczyzn, a 

gdy tłuszcz wsiąkł w ciało, posypały rany wysuszonymi i roztartymi na proszek 

ziołami, które koiły ból i zasklepiały skaleczenia.

Na drugi dzień rano Mas-gwa-ah-Sid przed opuszczeniem gościnnej wioski 

dał pokaz swoich umiejętności strzeleckich.

Gnając na swym nowym koniu, strzelał z łuku do wyrzucanych na róŜną 

wysokość tykw wielkości końskiego kopyta. Orle śebro, pędząc obok niego, starał się 

utrudnić przyjacielowi trafienie do celu. Tykwy wyrzucane jego ręką szybowały w 

róŜnych kierunkach i na róŜną wysokość. JednakŜe strzały jego przyjaciela zawsze 

więzły w celu, chociaŜ niekiedy tykwy znajdowały się tuŜ, tuŜ nad ziemią.

- Eh, neh, neh, neh, neh! - Za kaŜdym udanym strzałem powtarzał Giakaita, a 

wokół rozlegały się okrzyki wojenne Sematów i świsty kościanych gwizdków.

Gdy juŜ wszyscy Kiowa siedzieli na koniach, podszedł do nich Giakaita i 

zwracając się do odjeŜdŜających rzekł:

- Serce moje wypełnione jest radością, Ŝe moi kuzyni okazali się dzielnymi 

męŜczyznami. Moi bracia udowodnili, Ŝe stanowią cząstkę otaczającej nas natury, tak 

jak biały wilk, bizon, szary niedźwiedź czy kury prerii. Ich dusze związane są z tym 

wszystkim, co ich otacza i chociaŜ teraz tu na ziemi polujemy na naszych preryjnych 

braci, to po drugiej stronie Piaskowych Wzgórz, gdy nasze dusze spotkają się z 

duszami pokonanych, ocenią oni nasze męstwo i sprawiedliwość, a zwycięzcy i 

pokonani zostaną braćmi. Otsedaba!

Wędrujący Niedźwiedź słuchając wodza, dyskretnie rozglądał się, czy moŜe 

gdzieś między tipi ujrzy tę, która głęboko zapadła mu w serce. Ale na próŜno błądził 

wzrokiem, dziewczyny nigdzie nie dostrzegł.

Jeźdźcy zawrócili swoje nowo nabyte konie i powoli, z godnością, zaczęli 

oddalać się od wioski Sematów. ZdąŜali na północ, ale nim ujechali dwie długości 

biegu konia, dogonił ich Złamany Cierń.

- Przed chwilą wrócili nasi zwiadowcy. Niechaj moi bracia mają się na 

baczności, a ich uszy i oczy niech będą otwarte w dzień i w nocy. Wojownicy Osagów 

połączyli swoje siły, zwiadowcy nasi zauwaŜyli między nimi nawet paru wojowników 

Ouapaw. MoŜe tylko udają się wspólnie na wielkie łowy, niewykluczone jednak, Ŝe 

coś niedobrego knują, dlatego niech moi bracia będą ostroŜni.

PoŜegnali go znakiem przyjaźni, unosząc otwartą dłoń do góry i ruszyli jeden 

za drugim długim szeregiem. W razie pościgu lub ataku z boku w takim szyku łatwiej 

background image

było jeźdźcom rozsypać się na wszystkie strony. Podczas bitwy wystarczył jeden 

krótki zwrot w prawo lub w lewo i wojownicy stawali kolumną gotową do boju.

Jechali ostroŜnie w pewnej odległości pd siebie. Raz po raz spod końskich 

kopyt umykały spłoszone króliki, kojoty. Spotykali takŜe chmary preryjnych gołębi. 

Natknęli się równieŜ na starego, samotnego bizona, którego widocznie młode byki 

przegnały ze stada. Szary od kurzu pasł się spokojnie w parowie, który właśnie mijali. 

Góry i skały na horyzoncie raz się zbliŜały, to znowu oddalały, ukazując czasami 

swoje dalekie, ośnieŜone szczyty, od których ciągnęło chłodem, gdy czasami powiał z 

tamtej strony mocniejszy wiatr.

Dojechali juŜ do Rzeki Bobrów, nad którą Złamany Cierń rozprawił się z 

Tonkawą-zabójcą, gdy nagle zauwaŜyli za sobą obłok kurzu. Przystanęli w gotowości 

bojowej, przygotowali łuki, dzidy i czekali. Z tumanu pyłu najpierw wynurzył się 

srokaty koń i prawie leŜąca na jego grzbiecie postać. Wszyscy poznali jeźdźca. Była 

to I-sha-wi, której przed opuszczeniem wioski Kiowa-Apaczów na próŜno tak 

wypatrywał Wędrujący Niedźwiedź.

Pędziła galopem wzdłuŜ szeregu, a jej rozpuszczone włosy wyglądały, jakby 

nieznana ręka płasko rozłoŜyła je na wietrze. Był to dziwny, zapierający dech widok, 

coś co moŜe budzić wiarę, ze człowiek i przyroda stanowią całość.

Zwolniła nieco przy Wędrującym Niedźwiedziu i w jednej chwili rzuciła w 

jego stronę jakieś zawiniątko, które młody człowiek natychmiast chwycił w locie. 

Nim się zorientował, co to jest, dziewczyna zawróciła konia i zniknęła mu z oczu 

okryta tumanem kurzu.

Chłopak odwinął skórę. Wewnątrz znajdowały się białe, cudownie wyszyte 

kolcami jeŜozwierza mokasyny. Patrzył na nie przez chwilę w zamyśleniu, aŜ głos 

Czarnego Kruka przywrócił go do rzeczywistości:

- Nocny Kwiat czekać będzie na ciebie, aŜ staniesz się męŜczyzną - rzekł z 

uśmiechem.

Jej nagły, bez słowa, odjazd zasmucił Wędrującego Niedźwiedzia, ale 

jednocześnie myśl o dziewczynie utwierdziła go w postanowieniu, Ŝe juŜ następnej 

wiosny uprosi stowarzyszenie Kai-tsen-ko, aby dopuścili go do Świętego Tańca 

Słońca. Urok i czar dziewczyny pomogły mu zrozumieć, co to znaczy być męŜczyzną. 

Sam nie wiedział, kiedy jego duch zaczął krąŜyć ponad nim i odpłynął wraz z 

Nocnym Kwiatem gdzieś w dal, na bezkresną, zalana słońcem równinę.

Później słońce wywędrowało wysoko, wysoko, powietrze zrobiło się cięŜkie i 

background image

duszące. Światło jeszcze nie nabrało jednolitej matowości, ale obok nich” na trawie 

stało się prawie złote, niekiedy jego promienie załamywały się i spadały na mijane 

przez jeźdźców konary rzadkich drzew pekanowych i kolczaste krzaki qua-hei-peip, 

wreszcie rozlewało się jasnymi plamami na trawie i ziemi. Jeden z jeźdźców 

zauwaŜył, jak zbudzona ze snu sowa preriowa o grzbiecie czerwono-brunatno-szarym 

z zaokrąglonymi białymi plamkami, śmignęła mu prawie spod kopyt końskich i 

poleciała w cień drzewa, gdzie usiadła na jednej z gałęzi cała błyszcząca, w 

cętkowanym świetle.

Ś

wit zastał Kiowów w pobliŜu rodzinnej wioski. Zatrzymali się, aby pozwolić 

koniom nieco odpocząć, sami zaś wykąpali się w strumieniu nie opodal i natarli ciała 

pachnącą szałwią. Nad doliną przelatywały gęsi. Było ich bardzo wiele, a rozgęgane 

klucze ciągnęły się aŜ po daleki kres płaskiego nieba.

- Gęsi zapowiadają przybycie kadl-hia (bizonów) - rzekł do Niedźwiedzia Orle 

ś

ebro.

Wędrujący Niedźwiedź skierował twarz ku górze. Gdy zamknął oczy, na 

moment jego dusza uniosła się nad rozległymi łąkami i parowami, w których lśniły 

oczka jezior. Naraz samotność jego duszy stopiła się w szalonej sile Wielkiego 

Bizona. Zaśpiewał z głębi swego serca głosem, który brzmiał, jak wołanie polującego 

wilka.

Jeszcze przez chwilę siedział nieruchomo na swoim koniu, jak gdyby czekał 

na powrót swojej duszy. Potem zwinnie zeskoczył z grzbietu wierzchowca, zerwał 

garść ostrej trawy, wprowadził konia do strumienia i dokładnie zmył z jego sierści 

brud i pył.

Kiedy rumak wysechł, wziął od starszych towarzyszy bizoni róg z czerwoną 

farbą i na obydwu stronach końskiego zadu namalował swój znak własności. Było to 

czerwone koło z łapą niedźwiedzia w środku.

Umyci i odświeŜeni, oznaczywszy swoje mustangi, galopem puścili się w 

stronę rodzinnego obozowiska. Wstrzymali konie tuŜ przed pierwszymi namiotami. 

Natychmiast otoczyły ich dzieci i kobiety, nawet zwykle samotny Pahao przybiegł z 

innymi psami powitać swojego opiekuna.

MęŜczyźni w milczeniu stali na placu narad, zaś nieco wysunięty do przodu 

oczekiwał na powracających wódz szczepu. Skaleczona Twarz.

Siedmiu młodych męŜczyzn podjechało do wodza.

- Oto są konie, których nam brakowało - oznajmił z dumą Czarny Kruk.

background image

- Między nimi są cztery klacze i trzy ogiery. Kuzyni z ludu Sematów mają 

hojne serca - dodał.

Skaleczona Twarz dokładnie obejrzał konie, spojrzał przelotnie na 

pokaleczone plecy chłopców i dał znak, Ŝe mogą się udać do swoich tipi.

Kau-at-ciny i Huan-tos czekali juz na swojego syna przed namiotem. Matka 

nie potrafiła ukryć radości i dumy. Ojciec zachował więcej powściągliwości na widok 

syna, dokładnie go obejrzał i przesunął palcami po jego plecach, następnie zaś 

podszedł do konia.

Najpierw zajrzał mu w zęby, obmacał pęciny, grzbiet i pogłaskał po 

nozdrzach. NajdłuŜej marudził przy kopytach, które dokładnie oglądał, naciskał. W 

końcu dłonią przejechał po jego karku i rzekł:

- Eh, neh, neh, neh, neh - młoda i zdrowa klacz. Wędrujący Niedźwiedź 

uśmiechnął się i wraz z matką wszedł do tipi.

- Inahu (matko), Szybki Sokół przysyła ci pozdrowienia.

- Jak się czuje mój brat? - zapytała Kau-at-ciny.

- Jest zdrowy i cieszy się wielkim szacunkiem swego ludu. Jego syn, mimo Ŝe 

jest o wiele Wielkich Słońc starszy ode mnie, stał się moim przyjacielem. To on 

właśnie podarował mi swoją klacz, sprawdzając moją wytrzymałość na ból podczas 

obrzędu „Dymnego Konia”.

- Twoja Inahu jest zadowolona, Ŝe jej syn okazał się dzielny i mógł to ocenić 

jej brat, Giakaita. Odpocznij teraz, ja zaś zaraz zajmę się twoimi plecami.

- Mam naczynie ze świętej gliny, a w nim zioła rozpuszczone w tłuszczu 

bobrowym. Po trzech Małych Słońcach mój syn będzie zdrowy - rzekła matka.

Nadszedł KsięŜyc Opadających Liści.

Daleko w pferie udało się pięciu tropicieli w poszukiwaniu stada bizonów. 

Kiowom potrzebne było mięso i skóry na długi okres zimowy. Po udanych łowach 

całe plemię miało przenieść się do osady zimowej, która znajdowała się w Dolinie 

Rwącej Rzeki. Tam znajdowały się cieplejsze domy usypane z ziemi, w których 

moŜna było przetrwać mroźne miesiące. Kiowowie wędrując ongiś z Czarnych Gór na 

Dolne Prerie napotykali po drodze przeróŜnego kształtu i wielkości ziemianki u 

ludów Mandatów, Hidatsa, Ponca, Omaha, Pawnee - czy Osagów. Szczep 

Wędrującego Niedźwiedzia odnalazł na swoich nowych terenach opuszczone domy z 

ziemi, które nie wiadomo komu do niedawna słuŜyły, albowiem po ich poprzednich 

mieszkańcach nie pozostało ani śladu. Z czasem Kiowowie przełamując tradycyjne 

background image

nawyki swoich współplemieńców chętnie spędzali tu zimy.

Po sześciu dniach tropiciele powrócili, a przygnębienie i zmęczenie wyzierało 

z ich twarzy. Podjechali pod tipi wodza i wbili w ziemię dzidy na znak, Ŝe nie 

wypatrzyli Ŝadnego stada ani nawet pojedynczego kadl-hia.

- Gdy miną dwa Małe Słońca, moi bracia udadzą się z powrotem na szlak. 

Przedtem Matka Bizonów rozpocznie taniec, prosząc Wielkiego Twórcę, aby 

porozmawiał z Matką Ziemią, by uwolniła ze swego ciała duchy bizonów i przestała 

się na nas gniewać. Taniec będzie trwał tak długo, aŜ złagodnieje gniew Matki Ziemi, 

a tropiciele znajdą stado bizonów.

W dwa dni później na Matkę Bizonów wybrano kobietę najbardziej 

doświadczoną w wyprawianiu skór upolowanych zwierząt. Myśliwi w tym czasie 

przygotowywali konie, broń, skóry bizonie i wilcze, czekając w pogotowiu na sygnał 

rozpoczęcia łowów.

Matka Bizonów rozpoczęła taniec w specjalnej masce obrzędowej, wykonanej 

z głowy bizona.

Rozległo się bicie w bębny i śpiewy przy odgłosie grzechotek. Do tańczącej 

Matki Bizonów dołączyło dwunastu męŜczyzn z rogatymi łbami ha głowach i 

zwisającą na plecy skórą bizonów z przyczepionymi do nich ogonami.

Widzowie otaczający tańczących śpiewali pieśni myśliwskie i przytupywali do 

taktu. Gdy któryś z tancerzy zmęczony wyczerpującym tańcem zginał się w pół, 

dłońmi prawie dotykając ziemi, wtedy jeden z widzów wypuszczał z łuku w jego 

kierunku tępą strzałę. Tancerz-Bizon padał, a kobiety wyciągały go poza krąg 

tancerzy i udawały, Ŝe ściągają z niego skórę i ćwiartują. „Zabitego bizona” 

zastępował nowy tancerz i taniec trwał bez przerwy dzień i noc, dzień i noc. Pod 

koniec czwartego dnia zauwaŜono na horyzoncie sygnały dymne, mówiące, Ŝe kadl-

hia nadeszły.

- Matka Ziemia wypuściła stada bizonów! - krzyczały kobiety.

Myśliwi wyruszyli na łowy. KaŜdy z nich miał strzały do łuku i dzidy 

indywidualnie oznakowane odpowiednimi kolorami nałoŜonymi wokół drzewca dzid 

i strzał.

Znaki takie z góry uniemoŜliwiały wszelkie spory, co do tego, kto zabił 

określoną sztukę i jest jej właścicielem. Ponadto pomagały kobietom w 

zlokalizowaniu miejsca zdobyczy swego męŜa, syna, czy brata.

Myśliwym przewodził doświadczony wódz stowarzyszenia myśliwskiego 

background image

Zerwanych Cięciw - Guipagho (Samotny Wilk).

On to wyznaczył najpierw straŜników, aby pilnowali zbyt porywczych 

młodzieńców, którzy mogliby swoją zapalczywością przedwcześnie wystraszyć 

bizony.

Na samym początku łowów zezwolono podkraść się do stada najpierw 

starszym męŜczyznom, mniej juŜ sprawnym i odpornym na trudy polowania.

Mieli oni głowy i plecy okryte futrami białych wilków. Wilcze paszcze 

sterczały im nad czołami, przykrywając długie ciemne włosy opadające na ramiona.

Myśliwi ci czołgając się, ostroŜnie podchodzili pod stado tak blisko, jak było 

to tylko moŜliwe. Bizony nie zwracały na nich zbytniej uwagi, gdyŜ stadu zawsze 

towarzyszyły wilki i kojoty. Spokojnie wybierali odpowiednie byki lub niecielne 

krowy. Strzelali tylko do tych, które były odwrócone do nich lewą stroną ciała. Celna, 

mocno wypuszczona z łuku strzała, dosięgała bezpośrednio serca i trafiona sztuka 

padała na miejscu. Wiedzieli dobrze starzy, doświadczeni łowcy, Ŝe padający bizon 

nie spłoszy stada i nie zakłóci swym upadkiem spokoju pasących się bizonów.

Po upolowaniu odpowiedniej liczby zwierząt starzy myśliwi wycofywali się, 

ustępując miejsca młodym i silnym. Ci, leŜąc na grzbiecie i karku końskim z 

narzuconą na siebie skórą bizonia, podobni byli do spokojnie pasących się zwierząt. 

Młodzi wojownicy z wolna okrąŜyli nic nie podejrzewające stado i dopiero na znak 

Samotnego Wilka zrzucili z siebie skóry upodabniające ich do pasących się bizonów. 

Zaczęli teraz wymachiwać nimi i wydawać głośne okrzyki. Spłoszone stado rzuciło 

się do szaleńczej ucieczki. O to właśnie chodziło młodym, zapalczywym myśliwym. 

Mogli się teraz wykazać odwagą, sprawnością oraz popisać umiejętnościami 

jeździeckimi. Niektórzy galopem wpadali w środek stada i gnając razem z bizonami 

wybierali odpowiednie sztuki, raŜąc je strzałami z łuku lub straszliwymi ciosami 

krótkich dzid.

Ten sposób polowania dostarczał wprawdzie myśliwemu wielu emocji, lecz 

groziło mu teŜ wielkie niebezpieczeństwo, poniewaŜ koń gnający w środku stada 

naraŜony był na rozprucie brzucha rogiem bizonim czy złamanie nogi w jakiejś norze 

ziemnych piesków. Oślepiony kurzem mógł takŜe nieznacznie zboczyć i wtedy 

tratowało go oszalałe stado, a upadek konia oznaczał równieŜ śmierć myśliwego pod 

racicami bizonów.

Wędrujący Niedźwiedź i Orle śebro spisywali się wspaniale. KaŜdy z nich 

upolował po pięć młodych byków, a ich konie okazały się świetnie przygotowane do 

background image

tego rodzaju polowań.

Spoceni, oblepieni kurzem i zmęczeni myśliwi zaprzestali dalszej pogoni za 

bizonami. Bardzo zadowoleni byli z nich równieŜ doświadczeni myśliwi ze 

stowarzyszenia Zerwanych Cięciw.

Obaj młodzieńcy jako najmłodsi z łowców po krótkim odpoczynku udali się 

do wioski, aby powiadomić kobiety o udanym polowaniu. Swoje ciała pomalowali 

krwią bizonia, aby kaŜdy, kto napotka ich w obozie, wiedział o udanych wielkich 

łowach.

Po zakończeniu i przeliczeniu strzał okazało się, Ŝe najwięcej bizonów ubił 

dawny wojownik Pawnee - Meka-sto (Czerwony Kruk) i jego przyjaciel, Tarcza 

Niedźwiedzia. Na kaŜdego z nich przypadło po osiem byków i kilka młodych krów.

Mekasto, od czasu kiedy to został adoptowany przez lud Kiowa, zdobył sobie 

szacunek plemienia, został równieŜ szczęśliwym męŜem a przed trzema laty ojcem 

córeczki o imieniu Keahdineeah - Spadająca Gwiazda.

Niebawem nadjechały kobiety na koniach ciągnących włóki zwane „travois”. 

Były to długie drewniane tyczki, jednym końcem skrzyŜowane nad karkiem mustanga, 

zaś grubsza część tych tyczek wlokła się za koniem po ziemi. TuŜ za ogonem 

końskim Ŝerdzie były połączone ze sobą plecionką z łyka lub rzemienia, na którą 

kobiety najpierw ładowały skóry ściągnięte z bizonów, na nie zaś poćwiartowane 

mięso. Połacie mięsa naleŜało starannie owinąć skórą, aby podczas przewoŜenia go do 

wioski nie zakurzyło się. Skóry i mięso kobiety składowały obok swoich tipi, wbijały 

teŜ znak własności, charakterystyczny dla kaŜdej rodziny. W ten sposób opuszczając 

obóz po nowy transport Ŝywności, zyskiwały pewność, Ŝe pozostawione dobro 

pozostanie nietknięte.

Kobiety w tym okresie miały bardzo cięŜką pracę. Nie dość, Ŝe musiały 

oprawić ubitą zwierzynę i zwieźć ją do wioski, to później mięso to musiały pociąć na 

pasy i dokładnie wysuszyć w zacienionym, przewiewnym miejscu. Z wybranych 

połaci mięsa z dodatkiem szpiku kostnego i owoców jarzębiny lub wiśni sporządzały 

pemikan, skóry naleŜało wyprawić, a z rogów i kości zrobić łyŜki i inne narzędzia 

potrzebne w gospodarstwie domowym.

Mimo cięŜkiej pracy wśród kobiet panowała wielka radość. Mięsa wystarczy 

teraz na całą zimę i jeszcze wiele moŜna wymienić na kukurydzę z zaprzyjaźnionym 

plemieniem Navajów.

Cieszyły się kobiety równieŜ i tym, Ŝe w czasie ostatnich łowów, nie zdarzył 

background image

się Ŝaden przykry wypadek. Wszyscy męŜczyźni powrócili do wioski cali i zdrowi, 

toteŜ Ŝadna rodzina nie będzie opłakiwać śmierci męŜa, brata, czy syna.

Jeszcze kilkakrotnie udawali się myśliwi na polowania, ale juŜ tylko w małych 

grupkach, a nawet pojedynczo.

KsięŜyc Gdy Wilki Chodzą Stadami powitał Kiowów podmuchami wiatru i 

ciemnymi jak dym chmurami. Wiał północny wiatr, który zimnymi podmuchami 

obwieszczał Ŝyjącej prerii, Ŝe teraz tylko on będzie tutaj władcą.

Ś

ciągano z drewnianych Ŝerdzi pokrycia tipi i ładowano je na travois. Na 

skórach tych umieszczono cały skromny dobytek i Ŝywność, która musiała starczyć 

Indianom do wiosny.

Na znak dany przez wodza długa karawana objuczonych koni, na których 

siedziały kobiety (niektóre z małymi dziećmi umieszczonymi na plecach w 

specjalnych nosidłach) ruszyła na południowy zachód, ku zimowemu osiedlu, które 

znajdowało się w Dolinie Rwącej Rzeki.

Mali chłopcy i dziewczynki siedzieli na załadowanych travois, bawiąc się i 

przekomarzając. Po bokach długiego pochodu jechali uzbrojeni wojownicy, w kaŜdej 

chwili gotowi stanąć do walki w obronie swojej małej społeczności.

Tropiciele wysłani zostali o wiele wcześniej i przeczesywali teraz okolicę, aby 

uprzedzić natychmiast o niebezpieczeństwie.

Dziesiątki kopyt końskich rozbijały grudy wyschniętej ziemi, która zamieniała 

się w powolnie opadający i nie kończący się kurz. MęŜczyźni mimo chłodu rozebrani 

byli do połowy. Ciała ich natarte tłuszczem błyszczały w bladych promieniach słońca. 

Bił od nich blask siły i zdecydowania. Ciemnoskórzy i ciemnowłosi wojownicy 

wyglądali dumnie i groźnie, prowadząc ten niemy pochód.

Na pół dzikie psy biegły między ciągniętymi po ziemi Ŝerdziami travois, liŜąc 

w podskokach pyzate buzie dzieci.

W środku pochodu jechała na koniu wlokącym travois matka Wędrującego 

Niedźwiedzia, który uzbrojony w łuk i dzidę osłaniał ją z lewej strony na wypadek 

niespodziewanego ataku. Po prawej stronie natomiast zapewniał bezpieczeństwo 

swojej Ŝonie Wojenna Lanca.

Był to okres wędrówek całych plemion, szczepów, nawet samotnych rodów, i 

nigdy nie było wiadomo, czy w czasie tych zmian koczowisk nie spotkają się jakieś 

grupy wrogo nastawione do siebie.

Kiowa wędrowali juŜ dwa Małe Słońca, z krótkimi postojami w czasie nocy. 

background image

Do tej pory nie natknęli się na obcych ludzi. Jeszcze tylko jeden dzień wędrówki i 

poczują się bezpieczni, znajdą się w pobliŜu terenów penetrowanych przez 

zaprzyjaźnione z nimi ludy Navajo i Jicaril-la-Apaczów.

Mała Chmura spoglądała z dumą na swojego pierworodnego syna. Dumna 

była z niego, bo i teŜ był dzielnym, rozwaŜnym młodzieńcem. Chwaliła go starszyzna 

plemienna, w przyszłym roku, o ile przejdzie chwalebnie Taniec Słońca, miał być 

przyjęty do Rady Wojennej.

On sam o tym jeszcze nie wiedział. Matczyne serce drŜało z Ŝalu, Ŝe zbliŜa się 

juŜ koniec jego młodzieńczych dni, a zarazem duma wypełniała jej serce, Ŝe 

przywódcy stowarzyszenia Kai-tsen-ko zwrócili na niego uwagę i pragną go widzieć 

między doświadczonymi wojownikami.

Kau-at-ciny spostrzegła, Ŝe obserwowana jest ukradkiem przez syna.

Minęło juŜ wiele, wiele Wielkich Słońc od jej narodzin, lecz niewiele się 

zmieniła i ciągle cieszyła oczy męŜa pełnymi, krągłymi kształtami. Nigdzie - ani w 

kącikach oczu, ani wokół ust - nie było stwardnień czy zmarszczek. Nadal nosiła się 

prosto, z dumnie uniesioną głową. Promienie delikatnie drŜały w jej ciemnych 

włosach, a jej śniadą skórę na twarzy opromieniały radość i zadowolenie. Była piękną 

kobietą, wspaniałą matką i Ŝoną.

- Nie oszczędzałbym Ŝycia w obronie mojej Inahu - pomyślał Mas-gwa-ah-

Sid, pognał konie bliŜej matki i kierowany uczuciem delikatnie dotknął palcami jej 

twarzy.

Wokół panowała cisza, tylko słaby wiatr wydawał się wielkim niewidocznym 

ptakiem, a delikatny szelest jego ogromnych skrzydeł wprawiał w drŜenie wiechcie 

traw i kępy krzewów. Raz po raz unosił ku górze obłoki pyłu, który osiadał na ciałach 

wojowników.

- Wszystko, co mnie otacza, Ŝyje i ja Ŝyję we wszystkim - pomyślał Wędrujący 

Niedźwiedź, ogarniając wzrokiem i sercem wszelkie przejawy Ŝycia prerii.

Złocista jesień zawładnęła bez reszty Dolnymi Preriami. Pająki opuszczały się 

jakby z samego nieba po lśniących nitkach pajęczyny i zręcznie zwijały ją kosmatymi 

łapkami, przebiegając srebrzystobłękitne przestrzenie osnowy. Niebo było jasne i 

zimne. Trawa z kaŜdym dniem stawała się coraz bardziej złocista, a okoliczne skały 

co rano okrywał srebrzysty nalot szronu. Ryby tkwiły nieruchomo między 

zatopionymi pniami drzew, ledwie poruszając płomienistymi piórami płetw. Słaby 

wietrzyk unosił lekkie źdźbła traw i rzucał je w nurt rzeki oraz między parowy, 

background image

przecinające tu i ówdzie prerię.

Do silnych przymrozków było jeszcze daleko, ale noce, a zwłaszcza ranki, 

były juŜ chłodne i wojownicy zarzucali wieczorami na swe gołe ciała futra z białych 

wilków lub derki bizonie.

Ostatnie promienie słońca zaglądały jeźdźcom w oczy i śmiesznie wydłuŜały 

ich cienie. Jechali wciąŜ na zachód. Plusk końskich kopyt brzmiał ostro na 

podmokłym w tej okolicy terenie. Wieczorami gwiazdy migającym kobiercem krasiły 

ciemniejące jesienne niebo, wirowały, drgały, czasami nawet znikały, aby znowu się 

pojawić, jakby jaśniejsze i bardziej widoczne.

Przez pewien czas kolumna Kiowów brodziła po podmokłym gruncie, potem 

pięła się ku górze, aby po jakimś czasie znowu wjechać w koryto rzeki. Rzeki na 

preriach są szeroko rozlane, ale mało kiedy traffają się głębokie nurty.

Znane wędrowcom gwiazdy błyskały to z przodu to z boku, a droga zdawała 

się ciągnąć bez końca, wirowała, biegła pętlami w górę i w dół. Ochłodziło się. 

Wokół mokrych końskich nóg ulatywała ledwie widoczna w ciemności para. Od 

czasu do czasu gdzieś w dali rozlegało się tęskne wycie kojotów, na które 

odpowiadały psy towarzyszące karawanie.

Indianie wreszcie wjechali na twardy teren i ruszyli szybciej. Koniom głośniej 

zaczynała grać śledziona, coraz częściej kopyta uderzały o kamienie. Głośniej teŜ 

trzeszczały i klekotały ciągnięte po ziemi tyczki travois.

Ranki były teraz bardziej chłodne niŜ jeszcze przed kilkoma tygodniami, zaś 

gwiazdy wolniej gasły. Kiedy jeźdźcy wjechali na szczyt kolejnego Wzgórza, światło 

od wschodu rozjaśniało juŜ prerie. JakŜe pięknie wyglądały rozległe równiny przy 

samej ziemi spowite błękitną mgłą, a na zachodzie podświetlone porannym słońcem 

purpurowe odległe wierzchołki ośnieŜonych szczytów oraz poniŜej nich zielone 

wzgórza z rudymi plamami.

Wędrujący Niedźwiedź popatrzył z ostatniego wzniesienia przed siebie. 

Głęboko w dole leŜała jasno oświetlona słońcem przestronna kotlina. Wśród 

ciemnorudej i srebrzystej trawy lśniła wstęga rzeki. Nad poŜółkłymi nizinami dymiły 

jeszcze mgły. Za szare, wystające głazy chowały się siwe cienie. W dali wznosiły się 

łagodne wzgórza, na ich płaskich szczytach gęstniał ciemny zarys ich kamienistych 

krawędzi. Rozciągały się one wyraźnym półkolem, z lewa i z prawa zamykając 

obszerną kotlinę, pośrodku której stały okolone drewnianą palisadą półokrągłe 

zimowe siedziby Kiowów. Tu właśnie zmierzała karawana, do Doliny Rwącej 

background image

Rzeki.W dół pognali najpierw tropiciele i kilku młodych wojowników, aby zbadać 

zimowe osiedle, zorientować się, czy w czasie nieobecności właścicieli ktoś 

niepoŜądany nie zagościł w ziemnych domostwach.

Zimowa wioska była duŜa, ogrodzona palisadą z wbitych w ziemię 

drewnianych pali wypłowiałych na deszczu i słońcu i przeplataną prętami wikliny. 

Palisada ta nie słuŜyła celom obronnym, ale skutecznie chroniła przed zawiejami 

ś

nieŜnymi. W niektórych miejscach była uszkodzona i sprawiała wraŜenie 

szczerbatego starca, któremu wiele, wiele przeŜytych zim przerzedziło uzębienie.

Pośrodku ogromnego, ogrodzonego placu stały przytulone do ziemi kuliste 

ziemianki z wejściami umieszczonymi bardzo nisko i otworem dymnym na samym 

szczycie. Przy kaŜdym takim domu znajdowała się zagroda dla koni, nierzadko z 

daszkiem, ochraniającym zwierzęta przed deszczem i śniegiem.

Czas jednak zrobił spustoszenie w niektórych ziemiankach i przydomowych 

zagrodach, duŜo było więc do naprawy.

Zwiadowcy na razie nie zwracali zbytniej uwagi na uszkodzenia, ostroŜnie 

podchodząc do ogrodzenia, za którym mógł czatować wróg. Z gotową do strzału 

bronią zakradli się do pierwszych z brzegu ziemianek. Za nimi ostroŜnie skradali się, 

ubezpieczając z tyłu, młodzi wojownicy.

Jeden z tropicieli podszedł do podłuŜnego tunelu z gałęzi pokrytych ziemią - 

wejścia prowadzącego do wnęirza doorze zachowanej ziemianki, gdy naraz ze środka 

doszedł jego uszu przejmujący ryk, a zaraz potem ujrzał biegnącego mu naprzeciw 

brunatnego niedźwiedzia. Niedźwiedź zatrzymał się na chwilę, uniósł na tylne łapy, 

ale widząc wkoło kilku spokojnie stojących ludzi, zrezygnował z ataku i czmychnął 

przez wyrwę w uszkodzonej palisadzie, by po chwili zniknąć wśród załomów 

skalnych. Długo jeszcze odprowadzał go śmiech rozbawionych wojowników.

Nikt go nie zaczepił, nikt go nie ścigał, bowiem obecność niedźwiedzia w 

wiosce była najlepszym dowodem, Ŝe reszta domów jest pusta.

Według wierzeń Kiowa, jeŜeli w czasie nieobecności właścicieli jakiegoś 

osiedla wezmą go w posiadanie dzikie zwierzęta, przyniesie to szczęście i pomyślność 

plemieniu. Zwierzęta te nie są przez ludzi prześladowane i dość często zostają w 

wiosce, na okres zimy.

Na znak dany przez zwiadowców, Ŝe wioska jest pusta, ze wzgórza począł 

schodzić długi sznur kobiet, koni i reszta wojowników.

Po rozładowaniu travois i rozpuszczeniu koni na świeŜą jeszcze trawę, 

background image

znajdującą się w dolinie, męŜczyźni i kobiety zabrali się do reperacji i sprzątania 

domostw.

Ziemianek było tak wiele, Ŝe część z nich pozostała pusta. Do niektórych z 

nich, z wejściem bez tunelów, wprowadzono konie. Gdzieniegdzie paliły się juŜ 

ogniska i wąskie pasma dymu unosiły się nad kopulastymi budowlami, a smakowity 

zapach pieczonego mięsa rozchodził się po całym osiedlu.

Nim zaszło słońce, zimowe domy częściowo nadawały się juŜ do 

zamieszkania. Zmęczeni wędrówką ludzie z przyjemnością odpoczywali przy 

trzaskających wewnątrz ogniskach. Niektórzy segregowali skóry i mięso, które chcieli 

wymienić na płody rolne z plemieniem Navaja, którego przybycia spodziewano się 

lada dzień.

Niespodziewanie przed wejściem do domu Huan-tosa stanął Orle śebro i 

głośnym chrząknięciem powiadamiał mieszkańców o swojej obecności.

Wojenna Lanca gestem ręki zaprosił go do środka.

- Szukam mojego brata, Wędrującego Niedźwiedzia - rzekł młody człowiek, 

siadając przy ognisku. Na niemepytanie Huan-tosa, Orle śebro odezwał się 

zakłopotany:

- Ja i mój brat bardzo uwielbiamy małą Keahdineeah (Spadającą Gwiazdę), 

córkę Czerwonego Kruka. Dó ciała małej dostały się złe duchy choroby, głowa jej 

rozpalona jak kamień w, ognisku, dziewczynka straciła mowę. Meka-sto po przybyciu 

do zimowego osiedla zaraz wyruszył z Tarczą Niedźwiedzia i wodzem obrzędowym 

Biegnącym Wilkiem przeszukać okolice naszego obozowiska, aby upewnić się, czy w 

pobliŜu nie znajdują się jacyś wrogowie. Myślę, Ŝe wraz z Wędrującym 

Niedźwiedziem uda się nam odnaleźć ojca małej oraz czarownika - muszą oni 

uratować małą Keahdineeah przed duchem, który kaŜe ludziom spać snem bez końca.

- Mój syn powinien lada chwila...

Nim Wojenna Lanca dokończył zdanie. Wędrujący Niedźwiedź 

niespodziewanie wszedł do ziemianki. Na widok Orlego śebra ucieszył się bardzo, 

ale gdy przyjaciel wyjaśnił mu powód swego przybycia, oblicze Niedźwiedzia pokryła 

chmura smutku.

- Synowie moi - rzekł Wojenna Lanca - natychmiast wyruszą na poszukiwanie 

Mekasto, a ja z Małą Chmurą udamy się do małej, aby pomóc jej matce. Myślę, Ŝe 

dobrze będzie, jeŜeli udacie się na zachód. Upłynęło juŜ dość duŜo czasu od chwili, 

kiedy zwiadowcy wyruszyli z obozu. Mieli okrąŜyć go duŜym kołem i w tej Chwili 

background image

powinni się juŜ znajdować na szlaku zachodzącego słońca.

Orle śebro i Wędrujący Niedźwiedź zarzucili wilcze skóry na gołe ciała. 

Uzupełnili kołczany strzałami i dosiadłszy koni, popędzili w kierunku nocnego domu 

słońca.

Droga, którą jechali, nie była łatwa, często musieli przeciskać się między 

blokami skalnymi, tak blisko siebie ułoŜonymi, Ŝe swoje nogi podciągali na grzbiet 

wierzchowców, aby nie poranić ich o szorstkie kamienie.

Kolczaste krzaki qua-hei-peip szarpały ich legginy, jak gdyby chcąc mocą 

swych kolców zatrzymać chłopców i obrzydzić im drogę.

Słońce razem z nimi wędrowało na zachód. Początkowo przyglądało im się z 

boku, a później kiedy ich wyprzedziło, zaglądało im W oczy bezczelnie i złośliwie 

oślepiało.

Co pewien czas przyjaciele zostawiali swoje konie u podnóŜa wielkich bloków 

skalnych, a sami wdzierali się na ich wierzchołki, aby z wysokości dokładnie 

przyjrzeć się okolicy. Wokół zalegało rumowisko głazów, jak gdyby kiedyś stoczyły 

tu wielką walkę duchy - a olbrzymie skały ujęte mocarnymi ramionami słuŜyły im do 

miotania na przeciwnika.

Gdzieniegdzie pomiędzy tymi blokami wstydliwie wyrastało drzewo 

bawełnicy i przerzedzone kępki drzew pekanowych, pokrywając swymi gałęziami i 

listowiem zapomniane pobojowisko.

Słońce usnęło, nadchodził zmrok, a wraz z nim smętne wycie kojotów. 

Wzmagał się chłód, który siłą wciskał się pod wilcze skóry i zimnymi szponami 

szarpał gołe ciała Niedźwiedzia i Orlego śebra.

Mimo ciemności, która spowiła okolice, jeźdźcy posuwali się naprzód. 

Zmienili nieco kierunek i podąŜali teraz na południe. Skały z wolna ustępowały 

miejsca piaskom o rudawym zabarwieniu, mocno porośniętymi kępami wysokiej, 

ostrej trawy. Gdzieniegdzie poskręcane badyle wypuszczonych bylin gnane 

podmuchami wiatru toczyły się po piaszczystych wydmach jak olbrzymie kule.

Krótko po północy chłopcy zauwaŜyli w dali słabiutkie migotanie ognia i 

poczuli słaby zapach dymu. Podjechali ostroŜnie bliŜej i wyraźniej juŜ mogli dostrzec 

skromne ognisko, a dookoła niego siedzących i otulonych w bizonie derki ludzi.

Było ich wielu, ale w ciemności nie mogli dokładnie ich policzyć. Niestety nie 

byli to Kiowa, których poszukiwali.

- Mój brat zostanie tutaj z końmi - zwrócił się szeptem do Niedźwiedzia jego 

background image

współtowarzysz - ja zaś podkradnę się do tych ludzi i spróbuję dowiedzieć się, co to 

za jedni. Wydaje mi się, Ŝe to nasi wrogowie, bo zbyt pewnie czują się w tej okolicy.

Wędrujący Niedźwiedź skinął głową i jego druh bezszelestnie zniknął w 

mroku nocy.

Minął czas potrzebny na zjedzenie jednej pieczeni, gdy od strony obcego 

obozowiska doszło do uszu Niedźwiedzia trzykrotne pohukiwanie rudej sowy. Był to 

umówiony sygnał, Ŝe nie ma się czego obawiać, bo przy ognisku znajduje się grono 

przyjaciół. Niedźwiedź dosiadł swego konia i prowadząc drugiego na rzemieniu 

wkrótce znalazł się w pobliŜu ogniska. Otoczyła go gromadka przyjaźnie 

uśmiechających się męŜczyzn Tagui-Navajów.

- Witam syna Wojennej Lancy - rzekł najstarszy z nich”.

Był to wódz Szpon Orła, który kiedyś zawarł braterstwo krwi z Map-odalem 

(Skaleczoną Twarzą), naczelnikiem Kiowów.

Odzienie jego róŜniło się od ubioru ludzi z prerii. Miał na sobie rodzaj 

obszernej koszuli ze skóry antylopy, spadającej na biodra i związanej pasem 

kunsztownie wybijanym srebrem i oczkami turkusów. Nogi jego okrywały mokasyny, 

sięgające do połowy łydek, a czarne włosy przycięte tuŜ nad ramionami opasane były 

skórą węŜa.

- Co się stało, Ŝe synowie moich przyjaciół, samotnie wędrują nocą z dala od 

obozowiska swego ludu?

Chłopcy krótko opowiedzieli Navajowi o chorobie dziewczynki i o 

poszukiwaniach jej ojca i czarownika Kiowów.

- Smutek zagościł w naszych sercach - rzekł na koniec Wędrujący 

Niedźwiedź. - Nie moŜemy trafić na ślad Czerwonego Kruka i naszego wodza 

obrzędowego.

- Bardzo dobrze się stało, Ŝe na waszym szlaku znaleźli się Navajowie. 

Między nami jest czarownik, który uwolni Keahdineeah od ducha choroby.

Szpon Orła zwrócił się następnie do swoich ludzi w niezrozumiałym dla 

ehłopców języku i męŜczyźni Navajo w milczeniu poczęli objuczać konie. Zakładali 

na nie olbrzymie kosze o lejkowatym kształcie, uplecione z drzewnego łyka, pełne 

kukurydzy i suszonych wiśni. Inni znowu zamocowywali na grzbietach koni duŜe 

skórzane toboły. Navajowie, jak to ze zdumieniem spostrzegli chłopcy, nie uŜywali 

travois, jak większość Indian z Wielkich Równin.

Wreszcie wszyscy byli gotowi do drogi i jeźdźcy jeden za drugim podąŜali w 

background image

kierunku zimowej osady Kiowa. Na czele jechał Szpon Orła, obok niego w milczeniu 

dwaj chłopcy. Noc nie lubi słów, toteŜ nikt się nie odzywał.

Wędrujący Niedźwiedź zauwaŜył, Ŝe droga powrotna prowadziła przez 

okolice mniej usiane głazami, a tym samym była dogodniejsza do szybkiego 

przebycia.

Wzeszło czerwone słońce, podobne do wojennej tarczy zanurzonej we krwi, 

wysunęło się wolno purpurowym dyskiem spoza pofalowanej linii horyzontu i 

mozolnie pięło ku górze. Jeźdźcy dojrzeli z daleka uśpioną osadę Kiowów. Słońce 

swymi promieniami jeszcze do niej nie dotarło, ślizgając się jedynie po 

wyszczerbionych kamienistych krawędziach kotliny, na której dnie przycupnęły 

zimowe kopulaste ziemianki Kiowów.

Pochód Indian zatrzymał się, gdyŜ wszyscy Indianie, których świt zastał w 

podróŜy, na chwilę zatrzymują się przed wschodem słońca.

Stary czarownik Navajów, ucięty Róg, wjechał konno na ogromny pochyły 

blok skalny, który od strony wioski urywał się stromo. Zaczekał chwilę, aŜ słońce 

swym blaskiem obleje jego postać, wzniósł obie ręce w górę, odchylił nieco tułów i 

przemówił szeptem do Wielkiego Nieznanego:

- O, dziękuję ci Nakawaha, Ŝe jesteś i mnie słuchasz, tak jak ja jestem i do 

ciebie mówię.

Prosił dalej o zdrowie dla swoich ludzi i dziękował Wielkiemu Nieznanemu 

za spokojnie przebytą drogę.

Słońce rozjaśniło się juŜ jasną Ŝółcią, gdy pochód ruszył w dalszą drogę.

Od ciemnej ściany wioski oderwało się pięciu jeźdźców i wydając krótkie 

okrzyki gnało w kierunku kolumny Navajów.

Byli to dwunasto-, trzynastoletni chłopcy, którzy potrafili bez przerwy od 

ś

witu do nocy harcować na koniach i to właśnie oni pierwsi zauwaŜyli nadciągających 

Navajów. Wśród okrzyków radości okrąŜyli wolno posuwającą się karawanę, po czym

galopem pognali do wioski.

Po chwili za palisadą rozległ się miarowy odgłos bębna. To obwoływacz 

oznajmiał ludziom Kiowa:

- Eh, neh, neh, neh, neh! NadjeŜdŜają nasi bracia Navajo z owocami 

zrodzonymi przez Matkę Ziemię. Przygotujcie, siostry, wielką ucztę dla naszych 

strudzonych braci, którzy przybyli do nas z kraju Południowego Wiatru!

Wszyscy Kiowa: męŜczyźni, kobiety i dzieci utworzyli podwójny szpaler 

background image

przed wjazdem do osiedla. Środkiem, między dwoma rzędami zebranych, jechał 

dostojnie Szpon Orła ze swymi ludźmi.

Dwaj chłopcy i czarownik Ucięty Róg bezzwłocznie skierowali się do 

ziemianki Czerwonego Kruka.

Chora dziewczynka leŜała na hamaku, zaczepionym jednym końcem o ścianę 

domu, drugim zaś, nieco szerszym, o palik wbity w klepisko.

Czarownik, mrucząc coś do siebie, w pewnej chwili nakazał matce 

dziewczynki usunąć z jej ciała okrycia z futer. Oczom zebranych ukazało się 

szczuplutkie, wynędzniałe ciało.

- Niech mój syn przyniesie okrągły kosz z czarnymi wzorami zawieszony na 

boku mojego konia - zwrócił się do Orlego śebra.

Pitah-pekis wyszedł, a Ucięty Róg począł obmacywać i delikatnie naciskać 

całe ciało dziewczynki, cały czas uwaŜnie obserwując twarz chorej. Przy ucisku w 

okolicy brzuszka Keahdineeah gwałtownie drgnęła i grymas bólu przebiegł po jej 

wymizerowanej buzi.

Po chwili wrócił Orle śebro, niosąc pięknie pleciony kosz czarownika.

- Niech kobieta Mekasty zagotuje wody - polecił czarownik, zabierając swój 

kosz i wychodząc przed ziemiankę.

Podniósł maleńkie wieko i wydobył z wnętrza kosza białe gołębie skrzydło, po 

czym zmiótł nim dokładnie ziemię dookoła. Potem rozebrał się do naga i udał się nad 

rzekę, aby oczyścić ciało. Gdy wrócił niebawem, wydobył z kosza wyprawioną skórę 

antylopy wraz z łbem i zarzucił ją na plecy, umieszczając na swojej głowie rogaty łeb 

zwierzęcia.

Wyjął jeszcze z kosza kilkanaście wysuszonych pęcherzy napełnionych 

kolorowym piaskiem.

Ś

piewając cicho, brał barwny piasek i usypywał na zamiecionym placyku 

obraz wyobraŜający bóstwa związane z ziołami i duchy odpowiednich roślin 

leczniczych.

Kiedy „obraz piaskowy” był juŜ gotowy, nalał do tykwy gorącej 

przegotowanej wody, którą przyniosła kobieta Czerwonego Kruka. Wodę tę 

przyniosła w skórzanym worku, słuŜącym do przegotowywania poprzez wrzucanie 

doń rozgrzanych w ognisku kamieni.

Wokół czarownika zebrali się Navajowie, śpiewając pieśń „dobrych roślin”. 

Ucięty Róg wsypał do tykwy wypełnionej gorącą wodą jakieś zioła, uniósł naczynie 

background image

ku górze i śpiewając ochrypłym głosem pokazywał je duchom nieba. Kiedy zakończył 

ceremonię z ziołami, nakazał przynieść chorą dziewczynkę i usadowił ją ostroŜnie na 

piaskowym obrazie. Zaterkotały grzechotki i połączyły swój dźwięk z monotonnym 

ś

piewem czarownika.

Ucięty Róg nachylił się nad chorą, lewą ręką wolno przechylił jej głowę do 

tyłu, prawą zaś przytknął brzeg tykwy do ust dziewczynki i delikatnie poił ją 

wywarem z ziół. Następnie, przy odgłosie rytmicznego chrzęstu grzechotek, podniósł 

Keahdineeah do góry i zwrócił ją twarzą w stronę tarczy słonecznej.

Nastała cisza. Do wodza obrzędowego Navajów podeszła zatroskana matka, 

której Ucięty Róg zwrócił dziecko, udzielając kilku krótkich instrukcji:

- Mała pójdzie spać. Nasypiesz w jej leŜe świętych traw górskich 

wymieszanych z kwiatem kawinnu (sasanki). Gdy na ciele twojej córki pojawi się 

czysty pot, będzie to znak, Ŝe dziewczynka wraca do zdrowia. Jutro, kiedy słońce 

oprze się swoimi promieniami na szczytach gór, moja siostra napoi chore dziecko tym 

wywarem. Kiedy słońce zacznie spoglądać na świat i kiedy później będzie schodziło 

do swego kamiennego łoŜa, moja siostra poda jej ten wywar. Pojutrze zaś nakarmi ją 

wywarem z jeleniego mięsa. Powiedziałem!

Kobieta z dzieckiem znikła w ziemiance, a Ucięty Róg zmiótł gołębim 

skrzydłem barwny, piaskowy obraz.

Wieczorem powrócił Mekasto i gdy dowiedział się o chorobie córki i 

rozpoczęciu jej leczenia przez wodza obrzędowego Navajów, natychmiast udał się do 

czarownika Navajów z trzema pięknymi skórami bizonimi.

- Dziękuję ci, ojcze - rzekł kładąc skóry przed czarownikiem - Ŝe wypędziłeś 

Ducha Wiecznego Snu z ciała mej córki. Spadającej Gwiazdy. Niech skóry te 

ochronią cię przed oddechem zimnego Północnego Wiatru...

Noc spędzili Kiowa i Navajowie przy ogniskach, tańcząc tańce „opowiem”, w 

których wyraŜano i opowiadano przeŜycia, zdarzenia plemienne, szczepowe oraz 

przygody poszczególnych wojowników. Po obfitej uczcie, na której nie Ŝałowano 

tłustego mięsa ani smakowitych ozorów bizon ich, Navajowie rozłoŜyli przywiezione 

ze sobą towary na obszernym placu między ziemnymi domostwami gospodarzy.

Były tam - łuskana kukurydza i kukurydza w pełnych, nabrzmiałych ziarnem 

kolbach, okazałe kręgi słoneczników, dynie, fasola, suszone wiśnie, jagody leśne, 

owoce jarzębiny i dzikiej - czereśni. Niektórzy Navajowie wyłoŜyli skórzane 

zawiniątka z szarą solą, bardzo poszukiwaną przez ludzi z prerii oraz tłuszcz rybi, 

background image

słuŜący do rozpuszczania roztartych zióHeczniczych.

MoŜna było takŜe wymienić skóry i mięso za srebrne naszyjniki i pasy 

zdobione „kamieniami księŜycowymi” (turkusami), powszechnie spotykane u 

Navajów.

Wymiana odbywała się w milczeniu, bez rozgardiaszu i targów. Wiadomo 

było wszystkim, Ŝe nikt nikogo nie oszuka ani nie wykorzysta handlowej niewiedzy 

partnera.

Przed zachodem słońca zakończono wymianę towarów. Navajowie spakowali 

resztki nie sprzedanych towarów i wypełnili opustoszałe kosze nowo nabytą 

Ŝ

ywnością oraz innym dobrem otrzymanym od Kiowów. Wiadomo było, Ŝe dó końca 

pobytu wśród gościnnych mieszkańców ziemianek nie zginie nawet najmniejszy 

drobiazg, toteŜ cały dobytek moŜna było pozostawić na placu i spokojnie udać się do 

wyznaczonych kaŜdemu z gości domostw.

- Witajcie - rzekł Huan-tos do wchodzących do jego domu Navajów.

Na gości czekali juŜ stary Ouipagho (Samotny Wilk), Mekasto i jego 

przyjaciel Kayo-okosis, Ansota i Biegnący Wilk, czarownik Kiowów.

Wszyscy usiedli wokół ogniska. Tylko przy samym otworze wejściowym do 

ziemianki nikt nie zajął miejsca, toteŜ w tym miejscu pierścień siedzących się nie 

zamykał.

Za plecami wojowników zajęły miejsca kobiety oraz nie będący jeszcze 

wojownikami dwaj przyjaciele - Niedźwiedź Wędrujący Po Górach i Orle śebro. 

Chłopcy nie przeszli jeszcze próby Tańca Słońca i dlatego nie mieli prawa zajmować 

miejsca w kręgu dorosłych męŜczyzn.

Naprzeciw wejścia zasiadł właściciel ziemianki - Wojenna Lanca, zaś po jego 

prawej ręce czarownik Biegnący Wilk, następnie Samotny Wilk, Czerwony Kruk, 

Ansota i Tarcza Niedźwiedzia. Po jego lewej stronie usiedli czarownik Navajów - 

Ucięty Róg, śółta Twarz, starzec rówieśny wiekiem Samotnemu Wilkowi, następnie 

Kamienny Grot - wojownik Navajo o nie spotykanej sile i jeszcze dwóch męŜczyzn, 

których imion chłopcy nie znali.

Huan-tos wziął do ręki szczyptę tytoniu, uniósł w górę i chwilę trzymał w 

powietrzu jako ofiarę dla Wielkiego Twórcy, następnie schylił się ku ziemi i 

trzymając tytoń tuŜ nad klepiskiem, uczynił ofiarę Matce Ziemi.

ZłoŜył jeszcze symboliczne ofiary czterem stronom świata: Północy, 

Południowi, Wschodowi i Zachodowi.Przy kaŜdej ofierze Wojenna Lanca odmawiał 

background image

krótką modlitwę.

Dopiero później napełnił cybuch fajki obrzędowej kin-ni-kinnickiem i 

umieścił na tytoniu węgielek z ogniska. Po rozŜarzeniu się świętego tytoniu i 

pociągnięciu dymu Wojenna Lanca podał fajkę czarownikowi Navajów, który 

siedział, po jego lewej stronie, poniewaŜ zgodnie z obyczajem gospodarzy fajka 

musiała najpierw odbyć wędrówkę zgodnie z drogą słońca.

Czarownik po „napiciu” się dymu przekazał ją dalej męŜczyźnie siedzącemu 

po jego lewej stronie.

Niedźwiedź i Orle śebro pierwszy raz mogli przyjrzeć się temu obrzędowi, 

przedtem nie wpuszczano ich bowiem do pomieszczenia, w którym odbywała się 

narada lub obrzęd palenia świętej fajki.

ZauwaŜyli, Ŝe palący fajkę podawali ją jeden drugiemu w taki sposób, aby jej 

ustnik skierowany był w stronę ścian pomieszczenia. W obrzędzie tym kaŜde 

pomieszczenie symbolizowało cały świat, a przestrzeń poza nim wyobraŜała 

Wielkiego Twórcę, który jest wszędzie.

Fajkę trzeba było podawać tak, aby nie przechodziła przed otworem 

wejściowym. Kiedy doszła do męŜczyzny siedzącego najbliŜej wejścia, zwracał ją z 

powrotem, by kolejno podawana z rąk do rąk wróciła ponownie do Wojennej Lancy. 

W drodze powrotnej nikt jej nie palił. Gdyby fajkę przeniesiono przed otworem 

wejściowym, siła modlących się mogłaby utracić swą moc.

Wojenna Lanca puścił ją teraz w obieg po swojej prawej ręce i kiedy 

skończono palenie Świętej Fajki, Huan-tos połoŜył ją na małej rozwidlonej podpórce, 

główką opartą o ziemię, a ustnikiem ukośnie skierowanym w górę. Tak oto fajka stała 

się łącznikiem między niebem i ziemią.

Gospodarz domu podniósł się, a za nim powstała reszta gości i kaŜdy z nich 

mógł teraz usadowić się tam, gdzie było mu najwygodniej.

Kobiety bezzwłocznie zajęły się gośćmi, dostarczając kaŜdemu z nich na 

talerzu z kory szpik bizoni oraz plastry chudego mięsa, które miały zastąpić łyŜkę i 

chleb. Pamiętały teŜ o tym, by Ŝadnemu z nich nie zabrakło tytoniu do małych, 

drewnianych fajek.

A kiedy zmrok ogarnął świat swymi ramionami, a wszelkie duchy dnia ułoŜyły 

się do snu, wojownicy poczęli snuć opowieści, które zawsze znajdowały chętnych 

słuchaczy.

- Kiedyś, gdy byłem jeszcze małym chłopcem - rozpoczął swoje opowiadanie 

background image

Ucięty Róg - przywędrował do nas, a właściwie uciekł z niewoli Tonkawów, pewien 

wojownik Arapaho. Przebywał w naszej wiosce około trzech Wielkich Słońc. W 

czasie zimowych wieczorów niekiedy zbieraliśmy się, tak jak teraz tutaj, i 

doświadczeni wojownicy chętnie opowiadali o swoich przeŜyciach, powtarzali 

zasłyszane historie. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem opowieść, którą znają chyba 

wszyscy Arapaho, a brzmiała ona mniej więcej tak:

Kiedy ongiś pierwsi ludzie zamieszkali na ziemi, większa część lądu była 

pokryta wodą. W owym czasie ludzie i zwierzęta Ŝyli w przyjaźni i pomagali sobie 

nawzajem. Ale potem, gdy Napiwa (Stary Człowiek) przy pomocy piŜmoszczura 

utworzył z ziarenka piasku ogromną pływającą wyspę, ludzie tak szybko poczęli się 

rozmnaŜać, Ŝe z wolna opanowali tereny zamieszkane przez zwierzęta. Zwierzęta 

zmuszone były poszukać sobie nowych łowisk. Łosie zamieszkały w podmokłych 

lasach, w stronach skąd nadchodzi zima. Bizon poprowadził swoją rodzinę na wielkie 

łąki, a za nim udały się antylopy, szare niedźwiedzie i wilki. Muflony i dzikie kozy 

zamieszkały w górach wśród skał. Wiele zaś małych zwierząt skryło się pod ziemią. 

W taki to sposób iudzie i zwierzęta przestali się spotykać ze sobą, rozmawiać, a w 

końcu rozumieć się.

Wkrótce nadeszły dla zwierząt jeszcze gorsze czasy. Człowiek zdobył broń i 

zanim skierował ją przeciwko drugiemu, najpierw postanowił wypróbować na 

zwierzętach. Szybko przywykł do zabijania swoich starych, czworonoŜnych 

przyjaciół. Ich mięso stało się codziennym ludzkim poŜywieniem, zaś futra i skóry 

zwierząt - jego odzieniem. Od tego czasu kaŜde Małe Słońce (dzień) oglądało 

nieustający rozlew krwi. Ciągłe gwałcenie stałego paktu przyjaźni wołało o pomstę!

Niedźwiedzie jako pierwsze ze zwierząt zwołały naradę, na której miano ustalić, w 

jaki sposób ukarać człowieka. Zwierzęta zebrały się na duŜej polanie, wezwane przez 

Wielkiego Białego Niedźwiedzia.

Słuchano pierwszych mówców, którzy mówili o Ŝądnych krwi ludziach, o ich 

podstępnych sposobach polowania, o przewadze ludzkiej broni nad zwierzęcymi 

pazurami i kłami. W końcu mówcy wezwali wszystkich zebranych, aby natychmiast 

wypowiedzieli wojnę ludziom.

Trzy - i czteroletnie młode niedźwiedzie w gorącym zapale chciały 

natychmiast wyruszyć przeciw ludziom.

- Stójcie, młodzi, waleczni przyjaciele! - krzyknął Wielki Biały Niedźwiedź. - 

Ludzie są uzbrojeni, nie damy im rady!

background image

- Dlaczego i my nie mielibyśmy posiadać łuków i strzał? - zapytała stara 

niedźwiedzica, która była juŜ kiedyś raniona przez myśliwego. - Wiemy przecieŜ, z 

jakiego drzewa ludzie robią łuki i jakich kamieni uŜywają na groty do strzał.

- Nasza siostra dobrze powiedziała, uzbroimy się!

- Uzbroimy się! - zakrzyczała młodzieŜ.

Zanim Wielki Biały Niedźwiedź zdołał powstrzymać młodzieŜ, rozochocone 

młodziki udały się na poszukiwanie świerku sitkajskiego i krzemienia.

Gdy zebrano odpowiedni materiał, jeden z czteroletnich niedźwiedzi poświęcił 

się, oddając swoje ścięgna na cięciwy łuków.

Odpowiednio uzbrojone juŜ niedźwiedzie zaczęły ćwiczyć się w strzelaniu. 

Zrozumiały rychło, Ŝe ich długie, zakrzywione pazury przeszkadzają w naciąganiu 

cięciwy łuku. Chciały je obciąć, ale Wielki Biały Niedźwiedź zwrócił im uwagę, Ŝe 

bez pazurów nie będą mogły wspinać się na drzewa, rozrywać spróchniałych pni, w 

których zamieszkują osy ze smacznym miodem, ani wydobywać z ziemi tłustych 

ś

wistaków.

- Moi bracia, bez pazurów pomrzemy z głodu - zauwaŜył ktoś z niepokojem.

Uwagą ta ostudziła zapał najbardziej zapalonych wojowników i całe 

zgromadzenie poprosiło o radę Wielkieg Białego Niedźwiedzia.

- Wiele myślałem, jak pokonać ludzi - powiedział - Otwarta walka z nimi 

byłaby dla nas klęską. Oto więc co proponuję w imieniu naszego plemienia: kiedy 

ludzie zabiją jednego z nas, korzystając z wyŜszości swego uzbrojenia, za kaŜdym 

razem będą musieli wyraŜać uczucie Ŝalu i przepraszać zmarłego za zadaną mu 

ś

mierć, a ponadto złoŜyć duchowi zabitego ofiarę z tytoniu. Temu, kto zaniedba 

obowiązku oddania szacunku zabitemu zwierzęciu, ześlemy chorobę, jaka nęka 

naszych starców. Całe jego ciało będzie szarpał straszliwy ból, a największy 

zamieszka w jego nogach, nie pozwalając mu chodzić.

Wszystkim niedźwiedziom spodobała się mądra rada Wielkiego Białego 

Niedźwiedzia i od tej pory kaŜdy indiański myśliwy, który nie chce, aby łamało go w 

kościach, nigdy nie zaniedbuje obowiązku wyraŜania Ŝalu wobec upolowanego 

niedźwiedzia i przeprosin za to, Ŝe pozbawił go Ŝycia. Pamięta teŜ o złoŜeniu w 

ofierze duchowi zabitego szczypty tytoniu.

Ryby, gady i płazy równieŜ zebrały się na naradę.

Po długim trzęsieniu się i syczeniu uchwaliły, Ŝe najbrzydsze z nich 

odwiedzać będzie człowieka podczas jego snu. Nawiedzeni ludzie będą musieli prosić 

background image

czarownika, Ŝeby oczyścił jego sny od niemiłych widziadeł.

W końcu postanowiły teŜ spotkać się wszystkie robaki oraz inne malutkie 

zwierzęta Ŝyjące pod ziemią. Długo szukały sposobu zemsty na człowieku, który 

zabijał je bez opamiętania.

Oto co wymyśliła wesz:

- Będziemy przenosić na ludzi wszystkie choroby, jakie znajdziemy w 

powietrzu, w ciemnych zakamarkach i brudzie.

Rośliny, które mają wszędzie swoich wywiadowców, od dawna 

przysłuchiwały się opowieściom o niecnych postępkach ludzi. Gdy wszystkie 

zwierzęta uzgodniły swoją zemstę, rośliny takŜe rozpoczęły własną naradę. Zjawiły 

się na niej wszystkie oprócz tych, które kłują, i traw, które trują. Zgodzono się, Ŝe 

trzeba nie tylko pozostawać w dobrych stosunkach z ludźmi, ale takŜe chronić ich 

przed tymi z roślin które pragną czynić im zło.

Krzewy, trawy i mchy miały dostarczać ludziom leków przeciw wszelkim 

chorobom sprowadzanym przez zwierzęta i owady. Młode buki postanowiły 

utrzymywać swoje liście przez zimę, aby moŜna było z nich robić okłady przeciw 

swędzącym zapaleniom skóry oraz egzemie. Porzeczki przyrzekły leczyć śliną swoich 

korzeni zapalenie płuc, zaś przeciw tej samej chorobie sosny i jodły ofiarowały swoje 

igły. Rzepień obiecał, Ŝe dym z jego ciała będzie leczył wszelkie wrzody na ciele 

człowieka. Dereń postanowił pomagać przy leczeniu wszelkich zapaleń spojówek i 

ran od rzemieni rakiet śnieŜnych. Jałowce podjęły się przeciwdziałania atakom serca, 

cebula leśna zobowiązała się leczyć astmę, a czarny korzeń pieprzu usuwać 

krwawienia z dziąseł.

Po ustaleniu sposobów walki z chorobami ludzkimi wszystkie rośliny 

postanowiły, Ŝe jeŜeli czarownik pragnąłby rozpoznać nie znaną mu chorobę, znaleźć 

odpowiedni lek na jej zwalczenie, musi zwrócić się do Wielkiego Ducha Roślin, a ten 

wskaŜe mu właściwy środek leczniczy - zakończył swoją opowieść Ucięty Róg.

- Tak, prawdę powiedział mój brat - rzekł Biegnący Wilk. - Wielki Duch 

Roślin jest nam bardzo pomocny. Ale trzeba znać odpowiednie modły, aby w śnie 

proroczym natchnął nas wizją tych roślin, które pomagają ludziom. Nasze plemię 

dość późno poznało właściwości Wielkiego Ducha Roślin.

Wszystko, co dookoła nas Ŝyje, kiedyś musiało mieć swój początek. Tak samo 

było i z plemieniem Kiowa, które kiedyś, bardzo dawno zamieszkiwało świat 

podziemny.

background image

Na Górnych Preriach rosło olbrzymie drzewo, które korzeniami sięgało aŜ do 

tego świata. W czasie wędrówek po podziemnym świecie nasi prapraojcowie natknęli 

się na korzenie tego drzewa, które w środku było puste. Nasi pierwsi ludzie przez ten 

spróchniały pień poczęli wychodzić do świata, w którym obecnie Ŝyjemy. Wśród nich 

znajdowała się kobieta, w ciele której Ŝyło dziecko. Kobieta z dzieckiem była gruba i 

utknęła w pniu nie mogąc ani się cofnąć, ani wyjść do góry. Dlatego teŜ jesteśmy tak 

małym plemieniem, bowiem nie wszyscy ludzie Kiowa zdąŜyli wyjść z podziemnego 

ś

wiata..

Ci, co wyszli na zewnątrz, zobaczyli barwny świat, a na nim bizony, antylopy, 

niedźwiedzie i mnóstwo wielobarwnych roślin. Tego wszystkiego brakowało im tam 

na dole. Pozostali juz na zawsze na preriach, a siebie nazwali Kwuda, czyli 

„wychodzący”.

- Tak, to prawda - potwierdził sędziwy Samotny Wilk - wszyscy Kwuda są 

bardzo piękni i wysmukli. Ciała im się wydłuŜyły, gdy przeciskali się przez 

spróchniały pień, który znajduje się gdzieś na prerii, a kto go obecnie ujrzy, musi z 

powrotem wrócić do podziemnego świata.

- Navajowie teŜ pochodzą z podziemnych światów, tylko Ŝe na ziemię 

wydostali się przez pustą wewnątrz trzcinę. Miejsce, w którym pojawili się pierwszy 

raz, istnieje do dzisiaj, otoczone jest przez nasz naród czcią i nazywa się Tsegi - 

Miejsce Wśród Skał...

KsięŜyc w całej swej krasie znajdował się na środku nieba, kiedy męŜczyźni 

zakończyli swoje opowieści. Goście podnieśli się z miejsc i w milczeniu opuszczali 

gościnnego gospodarza, udając się na spoczynek do swoich ziemianek.

Wędrujący Niedźwiedź wyszedł takŜe, odprowadzając swojego przyjaciela. 

Ciemność szczelnie okryła cały świat wokół, a niebo usiane było niezliczoną ilością 

„ognisk zmarłych”. Gdzieś z nocy dochodziło przeciągłe, płaczliwe wycie wilków i 

ostre, krótkie poszczekiwanie kojotów. Przyjaciele przystanęli na chwilę i wchłaniali 

w siebie te tak bliskie im odgłosy, które towarzyszyły im od chwili narodzin.

Nad obozem bezszelestnie przeleciała sowa i ponuro pohukując usiadła na 

pobliskiej skale.

Chłopcy spojrzeli sobie w oczy. Wiedzieli, czuli, Ŝe wszystko, co ich wokoło 

otacza, i oni sami tworzą jedność, Ŝe to ich Ŝycie i szczęście. Przez chwilę stali nie 

odzywając się do siebie, po czym rozeszli się kaŜdy do swojego domostwa.

.Cisza otuliła wioskę, czasami tylko psy poszczekując przebiegały między 

background image

ziemiankami, a gdzieniegdzie w zagrodzie prychnął przebudzony koń.

Rano, tuŜ przed wschodem słońca, prawie wszyscy mieszkańcy zimowego 

obozu byli juŜ na nogach. Navajowie szykowali się do odjazdu, umieszczając na 

jucznych koniach swój dobytek.

Wtem w oddali ukazało się dwóch obcych jeźdźców, szybko zbliŜających się 

do obozowiska Kiowów. Przerwano pracę, kilku uzbrojonych męŜczyzn wyszło przed 

palisadę. Z zaciekawieniem oczekiwano przybyszów.

Po chwili rozpoznano ich. Jednym z jeźdźców okazał się Matose-Apiw (Stare 

Słońce), świetny tropiciel Kiowów, drugim natomiast jakiś młody wojownik odziany 

w charakterystyczny strój noszony przez męŜczyzn z plemienia Sematów. Wszystkich 

ogarnęło zdumienie na jego widok.

- Co teŜ moŜe sprowadzać do nas wojownika Sematów? - zastanawiali się 

Kiowa.

Tajemnica szybko się wyjaśniła.

Zjednoczone siły Omahów i Tonkawów niespodziewanie uderzyły na zimowy 

obóz Sematów, wykorzystując nieobecność większości wojowników polujących w 

pobliskich lasach na płową zwierzynę. Szczęśliwym trafem mieszkańcom udało się 

zbiec i ukryć przed napastnikami, ale domostwa Sematów zostały zniszczone, a 

dobytek splądrowany.

- Kiowa-Apacze nie mają gdzie przezimować, zwracają się więc do swoich 

kuzynów Kiowa-Kwuda, aby pozwolili im na okres zimy zamieszkać w swoim 

osiedlu.

Wędrujący Niedźwiedź z gniewem zacisnął zęby, ale I gdy uświadomił sobie, 

Ŝ

e juŜ wkrótce zobaczy I-sha-wi i Złamanego Ciernia, złość mu szybko minęła i 

wybiegł na drogę, chcąc jako pierwszy powitać plemię Sematów.

Nie czekał długo, za chwilę bowiem spomiędzy załomów skalnych począł 

wynurzać się długi wąŜ jeźdźców. Jechali zwyczajem mieszkańców wielkich równin 

jeden za drugim.

Z grupy tej wyskoczył jakiś wojownik i w pełnym galopie począł zbliŜać się 

do samotnio stojącego Wędrującego Niedźwiedzia.

- Mas-gwa-ah-Sid, broń się! - usłyszał i zobaczył, jak jeździec w galopie 

ś

ciąga z siebie skórzaną bluzę i odrzuca ją za siebie.

Teraz dopiero Wędrujący Niedźwiedź poznał swojeg starego przyjaciela, 

Złamanego Ciernia. Szybko zerwał z siebie górne okrycie, pozostając tylko w 

background image

legginach i przpasce biodrowej.

Złamany Cierń nie zwalniał biegu konia i nadal pędził w stronę stojącego 

nieruchomo Kiowy. Kiedy był juŜ blisko Niedźwiedzia, odbił się od grzbietu 

mustanga i niby puma skoczył na przyjaciela. Lecz Mas-gwa-ah-Sid zapewne 

przewidział ten atak, bo chwycił spadającego nań Cierni? i błyskawicznym zwrotem 

ciała rzucił go na plecy.

Złamany Cierń zdąŜył jednak pociągnąć Niedźwiedzia na siebie i padając na 

ziemię, podkurczył prawą nogę, na którą nadział się Niedźwiedź. Złamany Cierń leŜąc 

na trawie gwałtownie wyprostował kolano i przerzucił młodego Kiowę nad sobą. Nim 

Niedźwiedź legł na murawie, Cierń stanął juŜ na równe nogi.

Otoczyli ich Navajowie i mieszkańcy wioski. W tym czasie zdąŜyli takŜe 

nadjechać Sematowie. Wszyscy z zaciekawieniem przyglądali się zmaganiom.

Następny skok na leŜącego Wędrującego Niedźwiedzia Złamanemu Cierniowi 

nie udał się, bo w chwili kiedy miał juŜ pochwycić Kwudę, ten przeturlał się w bok i 

błyskawicznie stanął na nogi. Schwycił Złamanego Ciernia za udo i kark, unosząc go 

wysoko nad głową jak kawał kłody. Był juŜ pewien zwycięstwa, lecz doświadczony i 

zaprawiony w podobnych bojach Semat zwinął się w jego wyciągniętych ramionach i 

całym swoim cięŜarem runął na kark i barki Niedźwiedzia. Razem zwalili się na 

ziemię, leŜeli jakiś czas cięŜko dysząc, potem jeden drugiemu pomógł podnieść się z 

trawy i padli sobie z radością w ramiona.

- Eh, neh, neh, neh, neh! - rozległo się dookoła. Mimo sińców i zadrapań dwaj 

przyjaciele byli zadowoleni ze stoczonej przed chwilą walki.

Najbardziej jednak szczęśliwe były dwie kobiety, których oczy błyszczały niby 

gwiazdy na niebie. Była to Kau-at-ciny (Mała Chmura), matka Niedźwiedzia i I-sha-

wi (Nocny Kwiat), przybrana siostra Złamanego Ciernia.

- Mój brat obrósł w siłę, jak niedźwiedź w sadło przed snem zimowym - rzekł 

z uznaniem Złamany Cierń. - Jeszcze jedno Wielkie Słońce minie, a trudno się będzie 

zmierzyć z moim bratem.

Wędrujący Niedźwiedź podziękował uśmiechem przyjacielowi za tę 

pochwałę.

- Głos prerii

- Chodź, bracie - rzekł do Złamanego Ciernia - pójdziemy nad rzekę zmyć z 

siebie kurz.

Biegiem podąŜyli do wody, po drodze ściągając z siebie legginy i przepaski 

background image

biodrowe. Z rozkoszą zanurzyli się w lodowatym nurcie Rzeki Bobrów, prychając 

przy tym jak rozeźlone rosomaki.

Powoli znikało z ich mięśni zmęczenie, a chłodna woda jak dłoń matki 

łagodziła ból stłuczeń.

W ziemiance Skaleczonej Twarzy zebrała się cała starszyzna Navajów, 

Kiowów i Sematów z wodzami obrzędowymi na czele.

Po tradycyjnym wypaleniu Świętej Fajki i skromnym posiłku wódz Sematów, 

Giakaita (Szybki Sokół) opowiedział, co przytrafiło się jego plemieniu:

- Tego roku dosyć późno zakończyliśmy jesienne łowy na bizony, bo dopiero 

na początku KsięŜyca Gdy Wilki Chodzą Stadami. Nasze kobiety sprawnie zajęły się 

wyprawianiem skór i przygotowaniem zapasów mięsa na długie zimowe miesiące, 

toteŜ juŜ wkrótce mogliśmy udać się do Doliny Białych Kamieni, gdzie zazwyczaj 

rozbijamy nasze tipi na okres zimy.

W kilka dni po przybyciu do doliny, nasi zwiadowcy donieśli, Ŝe w lasach 

odległych o dzień konnej jazdy od naszej wsi pokazały się stada dorodnych jeleni. 

Sematowie zdecydowali, Ŝe warto by uzupełnić swoje zapasy o mięso tych zwierząt, 

poniewaŜ tegoroczna zima zapowiada się na długą. Poza tym skóry jelenie najlepiej 

nadają się na odświętne koszule i suknie. Na polowanie wyruszyli prawie wszyscy 

męŜczyźni z naszego plemienia, pozostawiając we wsi kobiety, dzieci, starców i kilku 

wyrostków do pilnowania koni. Jeden z chłopców doglądających stada koni, pasących 

się poza doliną, zauwaŜył świeŜe ślady pozostawione przez obcych 

zwiadowcówmyszkujących w okolicy i natychmiast zaalarmował o tym naszą wieś. 

Kobiety na wszelki wypadek spakowały trochę zapasów Ŝywności i co cenniejsze 

rzeczy, chroniąc się w jednej z jaskiń, w jakie obfituje Dolina Białych Kamieni...

Kiedy po paru dniach wędrówki zbliŜyliśmy się do naszego osiedla - ciągnął 

dalej Szybki Sokół - doszedł do nas zapach spalenizny. Wcześniej wysłani zwiadowcy 

po powrocie powiedzieli nam, Ŝe cała zimowa osada jest zniszczona i spalona. 

Odnaleźliśmy ślady sprawców. Byli to Tonkawowie i Omaha. Było ich nieduŜo, 

niecałe trzy dziesiątki. Widocznie bardzo się spieszyli, bo nawet nie zdąŜyli zatrzeć 

ś

ladów, a drzewce szkieletów tipi w niektórych miejscach jeszcze tliły się lekko.

Nasi wojownicy ruszyli tropem najeźdźców, ale nie dogonili ich. Te 

tchórzliwe skunksy widocznie uciekały tak, jak królik przed orłem. Zrezygnowaliśmy 

z szycia namiotów, nie mając moŜliwości zdobycia odpowiedniej ilości skór bizonich. 

Poza tym nasze kobiety nie zdąŜyły sporządzić nowych tipi dla wszystkich 

background image

poszkodowanych rodzin przed nadejściem pory wielkiego śniegu. Wiedzieliśmy, Ŝe 

nasi kuzyni przyjmą nas na czas zimy, więc jesteśmy. Otsedaba!

- Wieści Szybkiego Sokoła zasmuciły serca Navajów. Nasza druga grupa 

udała się z owocami Matki Ziemi do Doliny Białych Kamieni. Obawiam się, Ŝe mogą 

się natknąć tam na krąŜących po okolicy naszych wspólnych wrogów - zatrwoŜył się 

wódz Navajów.

- Niechaj nasi bracia nie obawiają się - uspokoił wodza czarownik Sematów, 

Dwa Palce. - Oczekiwaliśm przybycia Navajów, toteŜ na ich spotkanie wysłaliśm 

trzech naszych zwiadowców, którzy zatrzymali się na Przełęczy Grzechotników. 

JeŜeli wspólnie wyruszyliście waszej wioski, to wasi ziomkowie jeszcze dzisiaj powin 

znaleźć się tutaj w Dolinie Rwącej Rzeki, zawróceni prz zwiadowców Sematów.

Razem ze wschodem słońca we wsi Kiowów zjawiła si druga grupa Navajów. 

Sprawdziły się słowa wodza Dw Palce. Znowu rozpoczęła się wymiana towarów, ale 

ty razem klientami Navajów byli Sematowie.

Późnym popołudniem Navajowie opuścili gościnn wioskę i udali się na swoje 

rodzinne ziemie do Krainy Kaktusów, gdzie zimy były łagodne, bez śnieŜnych burz i 

siarczystych mrozów.

Wszyscy mieszkańcy osiedla wyszli przed palisadę, aby serdecznie poŜegnać 

wodza Navajów i jego ludzi. Patrzyli za nimi długo, aŜ ostatni jeździec znikł za 

horyzontem.

Do stojącego ze wszystkimi Wędrującego Niedźwiedzia podszedł Orle febro:

- Chodź, bracie, ona czeka nad rzeką - szepnął tajemniczo. 

Mas-gwa-ah-Sida jakby raziło uderzenie pioruna. Do jego świadomości doszły 

tylko ostatnie słowa przyjaciela: - Ona czeka nad rzeką...

- Tak, ona czeka - pomyślał. - Nie zapomniała, jej myśli krąŜyły wokół mnie, 

jak moje wokół niej.

Chciał iść dostojnie, powoli, lecz nogi same niosły go szybko przed siebie. 

Ujrzał ją, jak siedziała nad brzegiem rzeki z podciągniętymi kolanami, które objęła, 

rękoma. Stopy jej okrywały mokasyny z grubej, miękko wyprawionej białej skóry, 

wyszywane barwionymi kolcami jeŜozwierza. Jej smukłe łydki aŜ do kolan okrywały 

krótkie legginy ściągnięte tuŜ pod kolanami rzemiennymi troczkami. Odziana była w 

białą suknię, jej ramiona i plecy chroniła od wieczornego chłodu miękka skóra 

młodego bizona z dokładnie wyczesaną sierścią.

Wędrujący Niedźwiedź cicho podszedł do dziewczyny i oparł się o stojące 

background image

obok drzewo. Podziwiał jej kształtną głowę, ciemne grube włosy podtrzymywane 

rzemienną opaską biegnącą dookoła głowy.

Nagle drgnął, słysząc głos I-sha-wi:

- Upłynęło wiele wody w tej i innych rzekach, nim Wędrujący Niedźwiedź 

raczył przybyć. Czy ciepłe uczucie, jakie kiedyś do mnie Ŝywił, odleciało z jesiennym 

chłodem? A moŜe Niedźwiedź oddał serce innej dziewczynie? Niech mi o tym powie, 

a Nocny Kwiat odejdzie! Z mego oka nie spłynie najmniejsza łza, bo my, kobiety, 

zawodzimy tylko po zmarłych.

- Moje myśli, dusza i serce zawsze były przy tobie, Nocny Kwiecie - odrzekł 

chłopiec nieco drŜącym głosem. - W moim sercu goszczą trzy miłości, jedna do 

ciebie, druga do rodziców, a trzecia do mojego konia oraz psa i nikt tego nie zmieni. 

Od chwili, kiedy tu przybyłaś, czekałem na jakikolwiek znak od ciebie i choć moje 

oczy szukały go, niczego nie spostrzegły. Gdy ujrzałem cię z daleka, ogarnęła mnie 

radość, tak jak się raduje pająk, gdy jest unoszony na pajęczynie delikatnymi 

powiewami wiatru nad trawami prerii.

- Nasze plemię miało przezimować w jednej ze wsi Komanczów-Kwahadi, 

było do nich bliŜej niŜ do was. Uprosiłam jednak swego przybranego ojca, abyśmy 

zimę spędzili tutaj. On zrozumiał szept mego serca, i oto jesteśmy. Miałam wraŜenie, 

Ŝ

e wszystkie konie mojego narodu przemieniły się w powolne Ŝółwie, a moje oczy 

pokryły się pomroką i nie mogą wypatrzyć zimowych domostw ludu Kwuda. KaŜdy 

dzień wydawał mi się długi jak Wielkie Słońce, rok...

Słowa dziewczyny upoiły Mas-gwa-ah-Sida niemal do zawrotu głowy. 

Zdawało mu się, Ŝe po szarym, mrocznym niebie płyną kobierce wielobarwnych 

iskierek.

Z wioski dochodziło szczekanie psów i jakiś stłumiony płacz dziecka. Ktoś z 

oddali zawodził gardłowym głosem przy cichym odgłosie bębenka.

I-sha-wi mówiła dalej, jej czarne włosy rozwiane podmuchem wiatru otulały ją 

połyskliwą peleryną, a na kształtnych ramionach drŜała bizonia Opończa.

JakaŜ siła potęŜniejsza od bicia serca i ruchliwsza od krwi popychała chłopca 

ku tej pięknej dziewczynie? CzyŜ moŜna w obecności kobiety być płatkiem śniegu 

topniejącym na ostrzu kamiennego noŜa?

Przyglądał się teraz bacznie dziewczynie przesuwając wzrokiem po jej oczach, 

ustach, ciemnych długich rzęsach.

Nigdy jeszcze nie rozmawiał z nią tak długo, nigdy nie przebywał z nią tak 

background image

długo sam na sam. Zrozumiał, Ŝe mimo gorących szeptów serca i krzyku duszy, jego 

wybranka musi jeszcze pewien czas pozostać samotna, musi czekać cierpliwie.

ZbliŜył się do niej i otwartą dłonią, opuszkami palców czule przesunął po jej 

twarzy.

- Tak jak orzeł bez skrzydeł nie jest orłem, jak te góry na zachodzie bez 

szczytów w chmurach nie są górami, tak ja nie będę nigdy szczęśliwy bez ciebie... - 

rzekł.

Zagarnął garść Ŝwiru spod jej stóp, otworzył dłoń i silnie dmuchnął. Na 

powierzchni dłoni pozostały mu tylko dwa większe kamyki.

- Popatrz, I-sha-wi, duchy rzeki powiedziały, Ŝe zasiądziesz przy moim 

ognisku w drugim Wielkim Słońcu...

Nocny Kwiat podniosłą się z ziemi i podeszła nad brzeg rzeki. Śniadą dłonią 

zaczerpnęła kilka łyków chłodnej wody. Srebrzyste krople spadały jej z palców i z 

powrotem mieszały się z nurtem Rzeki Bobrów. Dziewczyna zdjęła z szyi woreczek 

przywieszony na rzemieniu, rozerwała zębami roŜek skórzanej torebki, pochyliła się 

nad wodą i wytrząsnęła na wilgotną dłoń szczyptę włosów swoich rodziców. Powoli 

zanurzała dłoń w nurcie rzeki, a woda spłukiwała z jej palców pasemka włosów jej 

matki i ojca.

- Dziękuję wam, o duchy wody - szeptała.

Noc rozpoczęła się ponuro, wietrznie. Kosmate ciemne chmury skradały się 

nad obozowiskiem. Zacinał drobny, zimny deszcz ze śniegiem.

Wracali do wioski razem. Kobiety uporządkowały juŜ puste domy i 

przydzieliły do nich w pierwszej kolejności rodziny z dziećmi i starcami, następnie 

samotne kobiety i osobno samotnych wojowników.

Zimowy dom Giakaity (Szybkiego Sokoła), przybranego ojca I-sha-wi, 

znajdował się w pobliŜu ziemianki rodziców Wędrującego Niedźwiedzia. Ucieszyli 

się młodzi, Ŝe będą mogli widywać się co dzień.

Po paru dniach Ŝycie w obozie nabrało zwykłego rytmu, charakterystycznego 

dla zimowych dni i długich wieczorów.

Naprawiano odzieŜ, szyto z nowych skór ubrania, mokasyny, wyrabiano 

strzały, tomahawki, dzidy. Obrabiano krzemień, łupano go na groty do dzid i strzał, 

szlifowano na noŜe. Nie zapomniano i o kobietach, dla nich robiono skrobaczki do 

skór i szydła, z kości bizonich i ości rybich sporządzano igły do szycia.

Wieczorami zaprzyjaźnione rodziny odwiedzały się i snuto długie, barwne 

background image

opowieści o czynach dawno juŜ zmarłych wojowników, o bitwach i o odległych 

czasach, kiedy to Kiowa zamieszkiwali jeszcze Górne Prerie. Opowiadano stare 

legendy, w których praojcowie zaklęli przeróŜne motywy swoich wierzeń, zawarli 

podstawy przeróŜnych zakazów lub nakazów religijno-obrzędowych.

Od czasu, kiedy Nocny Kwiat spotkała się nad rzeką z Wędrującym 

Niedźwiedziem, minęło juŜ kilka dni.

Ś

nieg przyszedł niespodziewanie i nocą okrył białym puchem skały, drzewa i 

całą wioskę. Nastał KsięŜyc Wielkiego Chłodu.

Pewnego wieczoru Wojenna Lanca zaprosił do swojego domu grupkę 

przyjaciół. Zjawili się Szybki Sokół, brat jego Ŝony wraz z synem Złamanym 

Cierniem, przybył teŜ Biegnący Wilk, Mekasto (Czerwony Kruk), Kayo-okosis 

(Tarcza Niedźwiedzia), wychowawca młodzieŜy - Ansota, Tsomahee (Jasne Włosy), 

ciotka Niedźwiedzia Wędrującego Po Górach, towarzysząca ongiś przy jego 

narodzinach. Przyszedł takŜe Orle śebro (Pitah-pekis) z matką Szoszonką, którą 

Kiowa nazywali Ta Która Zawsze Rozpala Ogień. Na samym końcu wcisnęła się 

cichutko między gości Nocny Kwiat - I-sha-wi.

Kobiety ulokowały się w odległym miejscu ziemianki i tam beztrosko 

plotkowały o ostatnich wydarzeniach w zimowym osiedlu. Co chwilę któraś z nich 

wybuchała gromkim śmiechem, lecz natychmiast dłonią zakrywała usta, bo przecieŜ 

nie wypadało w obecności męŜczyzn okazywać głośno radości.

Osobno siedzieli męŜczyźni, wspominając dawne dzieje, róŜne zdarzenia ze 

swojej młodości. Wędrujący Niedźwiedź i Orle śebro przysłuchiwali się z 

ciekawością tym opowieściom. Niedźwiedź jednak co chwilę zerkał w stronę kobiet, 

między którymi siedziała jego dziewczyna, Nocny Kwiat.

JednakŜe Ansota zauwaŜył dyskretne spojrzenia i zaczął mówić niby to do 

wszystkich, ale słowa jego skierowane były przede wszystkim do Wędrującego 

Niedźwiedzia.

- Było to w czasach, kiedy mieszkaliśmy jeszcze na, Górnych Preriach, a 

naszymi sąsiadami byli Pikuni (Czarne Stopy). Pewnego dnia po wspólnych łowach z 

myśliwym z tego plemienia, udaliśmy się w gościnę do mojego przyjaciela - Białej 

Antylopry.

Usiedliśmy wokół ogniska w jego tipi i usłyszałem z ust gospodarza historię 

pewnego wojownika, który nosił na ciele wiele blizn po ranach otrzymanych w walce 

i na łowach, lecz serce jego było nieskalane.

background image

Pewnego dnia gdy wojownik ten polował na ziemiacb z dala od rodzinnej 

wioski, spotkał na swej drodze wrogą z plemienia Atsina, zwanego Wielkimi 

Brzuchami.

W ostatniej chwili zdąŜył uchylić głowę przed lancą rzuconą w jego stronę i 

cisnąć swój tomahawk w przeciwnika. Niestety, spóźnił się o mgnienie oka i poczuł, 

jak grot oszczepu wroga zrywa mu część nosa i druzgocze kość policzkową. Zanim na 

długo stracił świadomość, kątem oka spostrzegł, Ŝe kamienne ostrze jego tomahawka 

tkwi w czole wrogiego wojownika. Ogarnęła go ciemność i bez czucia osunął się na 

trawę.

Kiedy odzyskał przytomność, leŜał w swoim tipi, a jego siostra opatrywała mu 

ranę, okładając ją sproszkowaną korą jesionu wymieszaną z pajęczyną.

Po upływie dwóch KsięŜyców wyszedł pierwszy raz przed tipi. Prawym okiem 

oglądał świat jak przez gęstą mgłę, ale lewe oko było całkiem dobre. Po prawej 

stronie twarzy pozostała mu okropna blizna zaczerwieniona i opuchnięta, dodatkowo 

oszpecona opadłą powieką.

Pierwszy z wojowników, którego spotkał, rzekł:

- Zepsuta Twarz! - i to nowe przezwisko juŜ przy nim pozostało.

Z roku na rok polował coraz gorzej. Tipi jego było juŜ stare, odzieŜ zniszczona

i połatana w wielu miejscach. Częściej z siostrą głodował, niŜ bywał syty. Po prostu 

był teraz biednym i do tego marnym myśliwym.

Pewnego dnia, gdy wracał z nieudanego polowania, ujrzał córkę wodza, która 

wyszywała mokasyny, siedząc przed tipi swego ojca. Była tak piękna, Ŝe zachwycony 

urodą dziewczyny Zepsuta Twarz zapragnął pojąć ją za Ŝonę, jednakŜe nie ośmielił się

wyjawić swego pragnienia. Córka wodza tak zawładnęła jego sercem, Ŝe juŜ po 

upływie kilku Małych Słońc, wysłał swą siostrę, by zapytała młodą dziewczynę, czy 

nie zechciałaby zająć miejsca przy ognisku Zepsutej Twarzy.

Córka wodza była oburzona tym, Ŝe młody, biedny męŜczyzna, w dodatku tak 

strasznie oszpecony, ośmiela się marzyć o jej poślubieniu. Uderzając się po udach 

odpowiedziała wysłanniczce:

- Niech twój brat wie, Ŝe zostanę jego squaw tylko wtedy, jeśli jego twarz 

stanie się tak gładka, jak powierzchnia jeziora nie dotknięta oddechem wiatru! 

Kiedy siostra przekazała bratu odpowiedź dziewczyny, Zepsuta Twarz nie 

zrozumiał, Ŝe to okrutna drwina. Udał się więc do czarownika, aby ten przywrócił 

jego twarzy dawną gładkość. Czarownik bezradnie rozłoŜył ręce, bowiem nie miał 

background image

takiej mocy, która by naprawiła twarz młodemu wojownikowi.

- Jedynie Słońce, które czyni wszystko, jest w stanie ci pomóc - powiedział do 

Zepsutej Twarzy na poŜegnanie.

- Dobrze, pójdę odnaleźć Słońce! - oświadczył wojownik.

Wziął swoją broń, odrobinę pemikanu i ruszył w kierunku, gdzie światło dnia 

układa się do snu.

Przeszedł przez kraj równin, przeprawił się przez rzeki, pokonał góry i 

zakończył wędrówkę nad brzegiem Wielkiej Wody.

Tutaj musiał się zatrzymać. Ale nie stracił nadziei. Zbudował z kory 

brzozowej mały wigwam, zamknął się w nim, by pościć, prosząc duchy o przyjście 

mu z pomocą. Minęło juŜ ćwierć KsięŜyca jego głodówki, kiedy ujrzał, jak 

wieczorem uchyla się zasłona przy wejściu do tipi Słońca. Przez wejście wypłynęła 

jasna droga, zatrzymując się dopiero przed jego wigwamem. Zepsuta Twarz wziął swą

broń do ręki i śmiało wszedł na słoneczną drogę.

Na słonecznym szlaku spotykał bardzo czarnych ludzi, którzy radzili mu, by 

zawrócił i zrezygnował z dalszej wędrówki.

- Widzisz, co Słońce uczyniło z nami - mówili. - Jeśli pójdziesz dalej, to i 

ciebie z pewnością spali.

Zepsuta Twarz zatkał sobie mchem uszy i szedł dalej nie chcąc słyszeć skarg 

spalonych ludzi.

Pewnego poranka, po kilku juŜ dniach wędrówki, ujrz piękny biały kościany 

łuk leŜący na skraju drogi. Chętni zamieniłby go na swój, ale pomyślał sobie, Ŝe ten, 

kto go zgubił, będzie go potrzebował i na pewno wróci,”aby łu odnaleźć. Zepsuta 

Twarz przeszedł obok tej wspaniałe broni, nawet jej nie dotykając.

Uszedł kawałek drogi i spotkał pięknego młodzieńca, który zapytał go, czy nie 

widział białegu łuku.

- Dała mi go moja matka i jestem do niego bardzo przywiązany - powiedział 

ze smutkiem w głosie.

Zepsuta Twarz zaprowadził młodzieńca do miejsca, gdzie leŜał biały, kościany 

łuk. Tak oto dwaj młodzi męŜczyźni stali się przyjaciółmi.

Gdy juŜ razem przemierzali dalszą drogę, młodzieniec, który nazywał się 

Apicira (Gwiazda Poranna), spytał swego nowego przyjaciela, dokąd zdąŜa.

- Do Słońca - odparł Zepsuta Twarz.

- To mój ojciec - powiedział Apicira. - Ostrzegam cię jednak: on nie lubi 

background image

obcych. Kiedy zobaczy nieproszonego gościa, wyciera z kurzu swoją twarz, patrzy na 

niego i spala go. Ja jednak poproszę moją matkę - KsięŜyc, aby wstawiła się za tobą.

Po powrocie do domu, Gwiazda Poranna zaprowadził Zepsutą Twarz do swej 

matki, Kokomikis, i powiedział:

- Ten młodzieniec z ludu Czarnych Stóp jest moim przyjacielem. Chciałbym 

mieć go przy sobie. Czy zechcesz poprosić mojego ojca, aby zezwolił mojemu 

przyjacielowi pozostać tu i nie uczynił mu krzywdy?

KsięŜyc, która była dobrą kobietą, zgodziła się przedstawić swemu męŜowi 

Zepsutą Twarz jak najkorzystniej.

- Przedtem jednak trzeba go najpierw ukryć - powiedziała - aby twój ojciec, 

nim mu powiem o naszym gościu, nie zabił go.

Zawinęła Czarną Stopę w gęstą chmurę i ukryła w najdalszym zakątku tipi pod 

gałęziami tui.

Wkrótce dało się odczuć wielki skwar i Słońce pojawiło się u wejścia.

- Pouah! - powiedziało wchodząc. - Jaki obrzydliwy zapach! Czuć tutaj 

człowiekiem! Czy ukrywasz kogoś w naszym tipi, Ŝono?

- Tak - nieśmiało przyznała Kokomikis. - Znajduje się tu pewien młody 

męŜczyzna, którego nasz syn poznał na drodze i którego pragnie mieć za towarzysza. 

Kiedy go zobaczysz, miej dla niego chociaŜ odrobinkę litości.

- Chcę go zaraz zobaczyć - powiedziało gromkim głosem Słońce. - Dorzuć 

torfu do ognia i zrób duŜo dymu, abym mógł obejrzeć tego młodzieńca, nie 

poparzywszy go nagle.

Kiedy dym zrobił się dostatecznie gęsty, Zepsuta Twarz wyszedł ze swego 

ukrycia i stanął po drugiej stronie dymnej ściany. Słońce widząc go tak biednym i 

zmęczonym podróŜą, zlitowało się nad młodzieńcem.

- MoŜesz zostać tutaj jakiś czas i polować wraz z noim synem. Nie chodźcie 

jednak nad brzeg jeziora, które znajduje się na północnej stronie. Mieszkają tam 

bardzo złośliwe ptaki, które mogłyby uczynić memu synowi krzywdę. Ja teŜ ich 

unikam i dlatego chodzę tylko południową stroną nieba.

Zanim Słońce przebyło dziesięciokrotnie drogę po niebie, Apicira zapomniał o 

zaleceniu ojca.

Pewnego dnia zdecydował, by dla odmiany ruszyć na polowanie na północ. 

Zepsuta Twarz daremnie przypominał mu, Ŝe wyprawa ta moŜe być bardzo 

niebezpieczna. Apicira uparł się jednak i poszedł. Przyjaciel szedł za nim myśląc, co 

background image

teŜ moŜe ich tam spotkać?

Przekonał się o tym juŜ wkrótce.

Gdy Gwiazda Poranna przechodził przez mały lasek, zaatakowało go nagle 

siedem wielkich Ŝurawi. Zaskoczony tym nagłym atakiem syn Słońca nie mógł zrobić 

uŜytku ze swej broni i o włos postradałby Ŝycie pod dziobami rozwścieczonych 

ptaków. W ostatniej chwili nadbiegł Zepsuta Twarz i rozpostarł przed przyjacielem 

swoją starą skórę bizonia. Gdy olbrzymie ptaki dziurawiły ją zawzięcie ciosami swych

ostrych dziobów, Zepsuta Twarz zabijał jednego po drugim celnymi uderzeniami 

tomahawka.

Po powrocie do domu Gwiazda Poranna, który był prawym i uczciwym 

młodzieńcem, opowiedział swemu ojcu o nieszczęsnej wyprawie na północ i o tym, 

co się wydarzyło. Nie ukrywał, Ŝe młody Czarna Stopa odradzał mu tę wyprawę i 

później uratował mu Ŝycie.

- Mówisz, Ŝe było siedem, siedem olbrzymich Ŝurawi?

- dopytywało się Słońce.

- Tak, a mój przyjaciel zabił wszystkie, jednego po drugim.

- Nie wierzę, dopóki nie zobaczę ich uciętych głów. Zepsuta Twarz przyniósł 

je wkrótce, a na pamiątkę tego zdarzenia, kaŜdy wojownik musi przynosić skalpy 

zabitych wrogów, jako dowód dokonanego przezeń czynu.

Słońce tak było zadowolone z wyczynu przyjaciela swego syna, Ŝe spytało, czy 

młodzieniec nie ma jakiegoś Ŝyczenia.

- Tak - odparł Zepsuta Twarz. - Chciałbym, abyś wygładził moją twarz, bym 

mógł poślubić córkę wodza mojego plemienia.

- Przywrócić twej twarzy dawny wygląd nie jest dla mnie trudne. Jeśli jednak 

chodzi o córkę wodza, pomówimy o niej innym razem. Kokomikis, przygotuj Seidl-

ku-toh (namiot potów) - zwrócił się do Ŝony.

Gdy tipi potów zostało juŜ przygotowane, Słońce wprowadziło do środka 

Zepsutą Twarz i wrzuciło tam koniuszek jednej ze swych rzęs. Natychmiast biała 

chmura wypełniła wnętrze tipi. Kiedy rozproszyła się, Słońce poleciło Czarnej Stopie 

wyjść z tipi i poprowadziło go wraz z Gwiazdą Poranną przed oblicze Kokomikis.

- Powiedz mi teraz, Ŝono, który z tych młodzieńców jest twoim synem? - 

zapytało.

Kokomikis nie mogła rozpoznać swego syna, poniewaŜ obydwaj młodzieńcy 

byli do siebie tak podobni, jak podobne są dwie krople wody.

background image

Nazajutrz czarne chmury rozpostarły się cięŜkimi zwałami między Światem 

Który Jest Wysoko, a Światem Który Jest Nisko.

Słońce skorzystało z tego, by udać się z obydwoma chłopcami na polowanie.

Kiedy przeszli juŜ szmat drogi i nie zobaczyli nic, co mogliby upolować, 

młody Pikuni, który poczuł głód, zapytał:

- Kiedy będziemy jedli?

- Natychmiast, jeśli chcesz! - mówiąc to Słońce chuchnęło, aby rozdzielić 

dwie chmury i młodzieniec ujrzał w dole obóz, z którego przywędrował do Słońca. 

Ujrzał, jak wdole młodzi męŜczyźni z jego plemienia rozgrywali właśnie zawody 

zręcznościowe.

Słońce pokazało Zepsutej Twarzy małego chłopca siedzącego między widzami 

i nakazało mu pilnie uwaŜać na to, co się za chwilę stanie.

Nagle ciałem dziecka zaczęły wstrząsać konwulsje. Rozgrywki zostały 

przerwane, a czarownik wezwany przez rodziców dziecka bezzwłocznie nakazał zabić 

w ofierze białego psa. Ofiara została złoŜona i wkrótce dziecko wyzdrowiało.

- Widzisz - powiedziało Słońce do młodego wojownika. - Czarownicy kaŜą 

wam wierzyć, Ŝe to ich magia uzdrawia chorych, ale to właśnie ja zwracam ludziom 

zdrowie, kiedy mi w ofierze dają to, czego pragnę. Dzisiaj chciałem tego białego psa. 

Siadajmy więc i jedzmy.

Podczas jedzenia młody Pikuni nie mógł się powstrzymać od spoglądania w 

dół. Słońce rychło spostrzegło to i powiedziało:

- Szukasz córki wodza i nie widzisz jej w tłumie ludzi. Td dlatego, Ŝe w tej 

właśnie chwili spoczywa ona w ramionach syna czarownika, który potrafi rzucać 

uroki na dziewczyny. Nie Ŝałuj jej, poniewaŜ ta dziewczyna nie jest nic warta. 

Postanowiłem, Ŝe jej ojciec zaskoczy ich i oboje poniosą śmierć, jak nakazuje wasze 

prawo. Ty masz waŜniejsze rzeczy do zrobienia w Świecie Który Jest Nisko. Oprócz 

białych psów, które ludzie twego plemienia składają mi czasami w ofierze, oddają mi 

oni za mało czci. Powrócisz więc na dół. Wiem, Ŝe Ŝyczysz sobie tego, a przy okazji 

zaniesiesz swym braciom pieśni i tańce, których cię nauczę. Dam ci takŜe legginy 

oznaczone siedmioma poprzecznymi czarnymi pasami na pamiątkę siedmiu Ŝurawi, 

które zabiłeś. Dostaniesz teŜ nakrycie głowy ze skóry jelenia wapiti, które będzie 

musiała nosić na otwarcie uroczystości Tańca Słońca kobieta czysta duchem i ciałem. 

Staniesz się wielkim wodzem i będziesz mógł mieć wszystkie kobiety, których tylko 

zapragniesz.

background image

- Jak jednakŜe będę mógł wrócić do swoich? Nie potrafię przecieŜ odnaleźć 

drogi, którą tutaj przybyłem - powiedział młodzieniec.

- Powrócisz drogą o wiele krótszą - odpowiedziało Słońce. - Widzisz te ogniki 

ś

ciśnięte jeden obok drugiego, które rysują łuk w Świecie Który Jest Wysoko i w 

Ś

wiecie Który Jest Nisko? To jest droga, z której korzystają ptaki w czasie swych 

przelotów z północy na południe i z południa na północ. Właśnie tym szlakiem 

powrócisz teraz do obozu swego ludu i nim kiedyś udasz się, by odszukać Gwiazdę 

Poranną, gdy Wielki Twórca zdecyduje zatrzymać cię na zawsze między nami...

Opowiadając historię Zepsutej Twarzy - mówił Ansota

- chciałem, aby Wędrujący Niedźwiedź i jego przyjaciel, Orle śebro, domyślili 

się, Ŝe gdy świeŜa trawa pokryje prerie, powinni być juz gotowi do wzięcia udziału w 

obrzędzie Tańca Słońca. Tak właśnie zaŜyczyła sobie rada starszych naszego 

plemienia.

Mas-gwa-ah-Sid i Pitah-pekis skamienieli na chwilę, trudno było im uwierzyć, 

Ŝ

e to juŜ wiosną okaŜe się, czy są godni miana wojowników, czy będą mogli zasiąść 

w kręgu doświadczonych i walecznych męŜczyzn.

Wędrujący Niedźwiedź zerknął w stronę I-sha-wi. Dziewczyna lekko 

uśmiechnęła się do niego. ZauwaŜył w jej oczach iskierki dumy i zadowolenia.

Przebiegł wzrokiem po twarzach wszystkich zebranych w ziemiance. Matka, 

ojciec, ciotka - wszyscy byli bardzo zadowoleni z postanowienia starszyzny.

Po krótkiej przerwie znowu odezwał się Ansota:

- W czasie duŜych śniegów młodzi ludzie będą musieli zdobyć parę skórek 

białych królików, aby z ich futra porobić frędzle do obrzędowych koszul, jakie noszą 

wojownicy stowarzyszenia Kai-tsen-ko (Prawdziwych Psów). Otsedaba! Ślady 

królicze wiodły przez wąwóz wzdłuŜ ściany rzadkiego lasku, a potem wychodziły na 

równinę rozciągającą się aŜ do linii horyzontu. Gdy słońce wstało na spotkanie dnia, 

wznosząc się hen ponad biel pokrytej śniegiem ziemi, równe ślady królików 

zaróŜowiły się.

Wędrujący Niedźwiedź i Orle śebro uzbrojeni byli tylko w łuki, a w 

kołczanach mieli po parę strzał. Zatrzyhnali się przy tropach króliczych, zbadali, z 

której strony wieje wiatr, i skierowali się w przeciwną jego podmuchom stronę. Śnieg 

sięgał im prawie do kolan, a w niektórych miejscach zapadali się nawet po pas. 

Wreszcie dotarli do skalnego rumowiska i wczołgali się na jego wierzchołek. TuŜ pod 

sobą mieli teraz równinę, a na niej rozproszoną gromadkę królików, które przednimi 

background image

łapkami rozkopywały śnieg, usiłując dobrać się do zmarzłego mchu i traw.

Orle śebro wzniósł cztery palce do góry, powiadamiając w ten sposób swego 

przyjaciela, Ŝe króliki są duŜe i wystarczy upolować cztery. Powoli powstali ze skały, 

jęknęły wypuszczone cięciwy. Dwa króliki zostały w śniegu, reszta zaś rzuciła się do 

ucieczki. Trzeciego dogoniła pierzasta strzała Orlego śebra, przybijając biedaka do 

ś

niegu. Wędrujący Niedźwiedź upolował czwartego.

Gdyby nie struŜki krwi wyciekające z ran i barwiące na czerwono śnieg wokół 

leŜących królików, trudno byłoby wypatrzeć ubite zwierzęta na śniegu, tak bowiem 

białe były ich futerka.

Gdy chłopcy powrócili do obozu, upolowanymi królikami zajęła się I-sha-wi. 

Przygotowała najpierw wiklinowe obręcze, potem sprawnie ściągnęła skórki ze 

zwierzątek, obcinając wszystkie wystające i zbędne kawałki futerka. Cienkim 

rzemieniem naciągnęła kaŜdą skórkę wewnątrz obręczy, po dokładnym oczyszczeniu 

ich z resztek Ŝył i błon, następnie natarła je tukiem niedźwiedzim i powiesiła tak 

przygotowane futerka w przewiewnym miejscu, wysoko przy otworze dymnym. Po 

dwóch dniach ponownie natarła tłuszczem bobrowym wewnętrzne części skórek. 

Czynności te powtarzała jeszcze cztery razy. Dopiero gdy futerka stały się miękkie, 

elastyczne, a białe włosie puszyste, pocięła skórki na cienkie paski jednakowej 

długości. Postanowiła takŜe, Ŝe podczas długich zimowych wieczorów uszyje swoim 

przyjaciołom nowe koszule i ozdobi je kolcami jeŜozwierza we wzory, jakie noszą 

wojownicy ze stowarzyszenia Prawdziwych Psów.

Któregoś wieczoru Mekasto (Czerwony Kruk) i jego Ŝona zaprosili do siebie 

kilkoro przyjaciół i ich kobiety. W ziemiance Czerwonego Kruka zebrali się ci sami 

wojownicy, co poprzednio u Wojennej Lancy.

Kobiety zbite w osobnej grupce zajęły się reperowaniem i szyciem odzieŜy ze 

skór, przekazując sobie półgłosem ostatnie ploteczki obozowe. MęŜczyźni natomiast 

konserwowali starą i sporządzali nową broń.

- Kiedyś w czasach mojej młodości przyjaźniłem się z paroma wojownikami z 

plemienia Arikara. Pamiętacie, Ŝe nigdy z nimi nie prowadziliśmy wojen, oni 

polowali na naszych terenach, a my na ich i nikt do nikogo nie miał o to pretensji ani 

Ŝ

alu. Nawet parę naszych kobiet pojęli za Ŝony wojownicy z tego plemienia i są one 

szczęśliwe do dzisiaj, chociaŜ wiele przeŜytych zim pobieliło im włosy - tak zaczął 

swoją opowieść Biegnący Wilk. - Zdarzyło się kiedyś, Ŝe musiałem szukać 

schronienia u Arikarów przed samą burzą śnieŜną. Przyjęli mnie z szacunkiem i 

background image

gościnnie, a wieczorem pewien bardzo stary człowiek, pamiętam to do dziś - nazywał 

się Akka-Kitcipimiw-otas (DuŜo Nakrapianych Koni), opowiedział, skąd na ziemi 

wzięli się ludzie Arikara. Oni, podobnie jak my, Kwuda, wyszli z podziemnego 

ś

wiata przez drzewa. A było to tak:

Kiedyś, bardzo dawno temu, tak dawno, Ŝe nie pamiętają tych czasów najstarsi 

ludzie, a wspomnienia o tym zachowały się tylko w opowiadaniach przekazywanych 

przez starców następnym pokoleniom, istniała wioska bizonów, które w owym czasie 

przybrały ludzką postać. W wiosce tej znajdowało się święte zawiniątko plemiennej 

noszące nazwę „Sęk w Drzewie”.

Bizony o ludzkich kształtach korzystały z magicznych mocy tego zawiniątka, 

ale w nieuczciwy sposób. Za pomocą jego siły i mocy polowały na ludzi i karmiły się 

ich mięsem.

Pewnego razu bizony, straŜnicy zawiniątka, po odśpiewaniu magicznych 

pieśni podeszły do starego, potęŜnego drzewa bawełnicy i uderzyły najpierw trzy, a 

potem cztery razy w sęk tkwiący w jego pniu.

Wkrótce usłyszały dźwięki podobne do ludzkiego płaczu i ludzkie głosy 

dochodzące spod ziemi i z wnętrza drzewa: Sęk został wybity i bardzo wielu ludzi 

wyszło przez powstały otwór.

Omaksi Sapop (Wielkie Pióro) był pierwszym, który stanął na ziemi. 

Przyczajony w pobliŜu lud bizonów polował na kolejnych ludzi wychodzących z pnia 

i wkrótce pozabijał bardzo wielu z nich. Wielkie Pióro oraz kilku innych zdołało 

zawrócić do zbawczego otworu i ukryć się w drzewie, lecz wielu innych ludzie-

bizony dosięgły swymi maczugami, a zwłoki zabitych poćwiartowały na drobne 

kawałki. Przez cały wieczór i noc tańczono wokół upolowanych ludzi, ciesząc się z 

łatwego zwycięstwa.

W czasie łowów na ludzi, bizony w ludzkiej postaci tak szczelnie otoczyły 

drzewo bawełnicy, Ŝe jeden z młodych męŜczyzn, który wraz z innymi wyszedł przez 

otwór zaraz po usunięciu sęka, nie zdołał powrócić do wnętrza drzewa. Będąc chyŜym 

biegaczem uszedł jakoś przed rzucanymi weń maczugami i ukrył się w pobliskich 

zaroślach.

Wkrótce jednak spostrzegł, Ŝe kryjówkę jego wytropiła ścigająca go kobieta-

bizon. Młody męŜczyzna zacierając za sobą ślady umknął przed swoją 

prześladowczynią i ukrył się pośród gałęzi dzikiej winorośli tak, Ŝe najbystrzejsze oko 

nie było w stanie go wykryć. Nie dowierzał jednak swojej nowej kryjówce, gdyŜ 

background image

znajdowała się zbyt blisko wioski bizonów, toteŜ szybko zmienił miejsce swojego 

ukrycia. W trosce o swoje Ŝycie i bezpieczeństwo musiał to robić wiele razy.

Gdy był głodny, zbierał owoce, łapał małe zwierzątka i wyszukiwał jadalne, 

korzonki.. 

Pewnego dnia, gdy mocno spragniony zaszedł nad źródełko pełne krystalicznie

czystej wody, ujrzał przed sobą śliczną dziewczynę z głową okrytą czapką futrzaną z 

dwoma bizonimi rogami. Dziewczyna była niezwykle urodziwa, a na ramiona miała 

zarzuconą miękko wyprawioną skórę młodej samicy bizona. Długie czarne, proste 

włosy spływały na jej kark i sięgały aŜ do pasa. Piękne dziewczę szło gdzieś 

zamyślone. MęŜczyzna podąŜył za nią. Widział, jak weszła do pięknie pomalowanego 

tipi. Gdy zbliŜył się do namiotu, przywitała go grzecznie i poprosiła, by zanocował u 

niej.

PoniewaŜ męŜczyzna był zmęczony i głodny, dziewczyna nakarmiła go. 

Potem okryci jej białą bizonia skórą legli w objęciach, jak na kochanków przystało. 

Po jakimś czasie młodzieniec zasnął. Gdy obudził się następnego ranka, ze 

zdumieniem spostrzegł, Ŝe tipi gdzieś zniknęło.

Dziewczyna-bizon powiedziała mu szczerze i uczciwie, Ŝe niektóre bizony, z 

tych które przybrały ludzką postać, pragnęłyby zmienić się ponownie w zwierzęta. 

Niestety, dotąd nie znalazły człowieka, który pomógłby im powrócić do dawnych, 

zwierzęcych kształtów.

Dziewczyna przyznała się, Ŝe właśnie jego wybrała, by został bohaterem 

swojego narodu i uwolnił bizony od ich ludzkiej postaci. Powiedziała mu, Ŝe będzie 

musiał stawić czoło licznym niebezpieczeństwom. Musi pokonać złych i groźnych 

zjadaczy ludzkiego mięsa - ludzi-bizony.

Pouczyła go, w jaki sposób będzie mógł przedostać się do tipi ich wodza, 

omijając cztery szeregi straŜników, i obiecała mu w tym pomóc.

Okryła wojownika swoją pięknie wyprawioną skórą bizonia i poprowadziła 

tuŜ pod stanowiska czujnych straŜników. Niektórzy z nich poczęli krzyczeć, Ŝe w 

pobliŜu czują ludzkie mięso, ale dziewczyna śmiejąc się odparła, Ŝe pewnie ten 

zapach pochodzi od świeŜej jeszcze ludzkiej krwi pozostałej na ich broni, skórach i 

ciałach.

StraŜnicy uspokoili się nieco, toteŜ młody męŜczyzna prowadzony przez 

piękną dziewczynę mógł bez przeszkód wślizgnąć się do tipi wodza.

Dziewczyna-bizon posadziła go na stosie miękkich skór, aby trochę odpoczął. 

background image

Gdy do namiotu wkrótce zbliŜył się wódz, męŜczyzna ukrył się w najdalszym kącie 

tipi, pilnie nasłuchując dźwięków dobiegających z przedniej części namiotu. Wódz 

nie podejrzewał, Ŝe ktoś mógłby ukryć się w jego namiocie, toteŜ powtarzał sobie 

głośno wszystkie pieśni i modlitwy, które słuŜyły mu do wywabiania ludzi z drzewa 

bawełnicy. Młodzieniec podsłuchał teŜ, jak wódz wyjaśniał dziewczynie sposób 

uŜycia magicznej laski, którą straŜnicy uderzali w pień drzewa, zmuszając 

zgłodniałych ludzi do wyjścia na zewnątrz.

MęŜczyzna pilnie słuchał, powtarzając sobie w pamięci wszystko, co 

dobiegało jego uszu.

Rankiem, kiedy wódz wyszedł z tipi, by pokierować przygotowaniami do 

następnego wielkiego polowania na ludzi, nadbiegła dziewczyna-bizon, by natchnąć 

serce młodego męŜczyzny odwagą. Pokazała mu u szczytu tipi ogromne ilości 

wędzonego ludzkiego mięsa. Na ten widok w sercu młodzieńca wezbrał straszny 

gniew, który dał mu siłę do walki z niegodziwymi bizonami w ludzkiej postaci. 

Dziewczyna-bizon zabrała go do lasu w pobliŜu drzewa bawełnicy, w którym 

ukrywali się ludzie. Tam powiedziała mu, by naciął wiele gałęzi jesionu, potrzebnych 

do zrobienia mocnych i elastycznych łuków, a takŜe wiele cienkich, prostych prętów 

brzozowych do sporządzania strzał. Pozwoliła, by pociął na rzemienie całą skórę, 

którą go okryła pamiętnej nocy i porobił z nich cięciwy do łuków.

Młody człowiek energicznie zabrał się do pracy. Pracował bardzo długo, a gdy 

skończył, wiedział, Ŝe teraz on i wszyscy ludzie będą wreszcie dobrze przygotowani 

do walki.

Korzystając z chwilowej nieobecności ludzi-bizonów, wraz z dziewczyną 

podszedł do drzewa bawełnicy i poprosił ją, aby wywołała jego przyjaciela. Wielkie 

Pióro. Wielkie Pióro dowiedział się ze gdy nadejdzie odpowiednia pora, winien 

wybiec z drzewa i chwycić przygotowany dlań łuk i strzały i natychmiast zacząć 

strzelać do ludzi-bizonów. To samo winni czynić męŜczyźni, którzy wydostaną się z 

pnia razem z nim.

Następnego dnia dziewczyna-bizon i młody człowiek przynieśli jesionowe 

łuki i strzały pod drzewo i ukryli broń pod resztkami bizoniej skóry, którą z wierzchu 

zamaskowali mchem. Wkrótce pod wielkie drzewo bawełnicy przybył wódz bizonów 

ze swoimi wojownikami i śpiewając obrzędowe pieśni, uderzył w drzewo trzy, a 

następnie cztery razy.

W głębi drzewa odezwały się liczne głosy, wyskoczył ha zewnątrz Wielkie 

background image

Pióro. Chwycił jeden z ukrytych w pobliŜu łuków wraz ze strzałami i pobiegł na tyły 

ludzi-bizonów. Inni męŜczyźni, którzy wyskakiwali z pnia drzewa, równieŜ chwytali 

przygotowaną dla nich broń. Napięto łuki, jęknęły cięciwy i ulewa strzał posypała się 

na ludzi-bizony, które przeraŜone niespodziewanym atakiem prawdziwych ludzi 

zaczęły umykać w popłochu. Zmykając kaŜdy chwytał ze swego tipi kawałek 

ludzkiego mięsa i chował pod pachą. Mimo Ŝe ludzie-bizony biegły bardzo szybko, 

kaŜdego dosięgła jeszcze szybsza pierzasta strzała.

Jednak w czasie tej walki Ŝaden człowiek-bizon nie stracił Ŝycia, bowiem z 

chwilą gdy raziła go strzała wypuszczona z ludzkiej ręki, zamieniał się natychmiast w 

prawdziwego, kosmatego bizona i spokojnie zaczynał szczypać zieloną trawę.

Dziewczyna-bizon, do której nikt nie ośmielił się strzelić, zachowała ludzką 

postać i pośłubiła później dzielnego młodzieńca, a ich potomstwo załoŜyło ród 

Arikara.

Chłopak i dziewczyna znali tajemnicę Zawiniątka Leków i zachowali je jako 

ś

więtość plemienną. Leki te nadal nazywają się „Sęk w Drzewie”.

PoniewaŜ ludzie, którzy wyszli z pnia drzewa i stoczyli pierwszą walkę z 

narodem bizonów pozwolili powrócić swoim prześladowcom do zwierzęcej postaci i 

nie zabijali Ŝadnego z nich, w zamian otrzymali od bizonów przyrzeczenie, Ŝe gdy 

ludziom zabraknie poŜywienia i za pomocą Zawiniątka Leków wezwą je,- bizony 

przybędą w ich strony i zapewnią wszystkim ludziom dostatek mięsa.

Dzisiaj, kiedy Arikara polują na bizony, pamiętają o tym, Ŝe mięso spod pachy 

kaŜdego bizona jest przesiąknięte ciałem praprzodków, toteŜ nigdy nie jedzą mięsa z 

tej części bizona.

Biegnący Wilk zakończył swoją opowieść, a w chacie zaległo milczenie.

- Tak, mój sędziwy ojciec powiedział prawdę, ja teŜ przebywałem wśród ludzi 

Arikara i to w okresie, w którym drzewa gubią liście. Był to KsięŜyc Wysychającej 

Trawy. W plemieniu było bardzo mało mięsa, głód zaglądał ludziom w oczy, a 

ostatnie polowanie na bizony nie powiodło się. - Zaczął mówić Huan-tos, ojciec 

Wędrującego Niedźwiedzia. - Głodne dzieci płakały. Znacie ten; czas, bo i u nas 

często głód wyciskał naszym dzieciom łzy. Widziałem, jak zrozpaczone kobiety 

błagały wodza, był wezwał czarownika, który strzeŜe świętych leków, zwanych „Sęk 

w Drzewie”. Błagały, by czarownik poprosił opiekuńczego ducha wioski o pomoc.

Wódz przychylił się do prośby kobiet, sam przecieŜ nie znalazłby innego 

wyjścia. Brak mięsa, jak wszyscy wiedzą, oznacza dla wielu śmierć głodową, nieraz 

background image

nawet dla całych rodzin.

Wyjął więc zawiniątko ze świętym tytoniem, z jego dymu złoŜył ofiarę 

duchom i wezwał czarowników, by otworzyli leki, sprawiając swymi modlitwami, Ŝe 

bizony pojawią się w okolicach ich wioski.

Czarownicy polecili, aby wódz dokładnie posprzątał swoje tipi i starannie 

wyczyścił klepisko. Kiedy wykonano ich polecenie, do tipi wodza wniesiono Święte 

Zawiniątko z lekami. Przed tipi ustawiono słup, a na nim zawieszono ofiary dla 

duchów. Ludziom nakazano, by w całkowitym milczeniu zasiedli przed namiotem.

Wkrótce czarownicy rozpoczęli obrzęd, w czasie którego śpiewali święte 

pieśni, kreślili magiczne znaki, potem zaś uderzali trzykrotnie w słup z ofiarami, a 

następnie jeszcze cztery razy, przywołując w ten sposób duchy bizonów. 

Przypominali zwierzętom, Ŝe obiecywały zaraz przybyć, kiedy ludzie z wioski, będący 

w potrzebie, odbędą specjalny obrzęd przed Świętym Zawiniątkiem Bizonim.

Po upływie trzech dni usłyszeliśmy grzmot nadchodzącego stada. Wtedy 

czarownicy wybrali kilku młodych męŜczyzn i polecili, by schwytali oni i 

przyprowadzili do namiotu wodza młodego bizona-byka.

MęŜczyźni wykonali polecenie. W tipi wodza nad związanym zwierzęciem 

czarownicy, a zarazem i straŜnicy Świętego Zawiniątka, śpiewali dziękczynne pieśni i 

kierowali dp duchów bizonów modlitwy z podziękowaniem za wysłuchanie ich próśb. 

W przerwach między śpiewami i modlitwami opowiadali stare podania o bizonach, 

które dawniej były ludźmi.

Potem schwytanego młodego bizona wyprowadzono na skraj wioski i 

puszczono wolno, aby doniósł swoim braciom o tym, co widział.

Po zakończeniu uroczystości wszyscy myśliwi udali się w kierunku pasącego 

się spokojnie stada i upolowali tylko tyle bizonów, aby przez całą zimę nikt w wiosce 

nie cierpiał głodu.

W ten sposób Święte Zawiniątko z lekami okazało swą siłę i nakarmiło 

głodujących Arikarów.

- Oni mają swoje leki, zawiniątka i ich duchy pomagają tylko im. Nam na 

pewno by nie pomogły, chociaŜ pochodzimy, tak samo jak oni, z podziemnego świata. 

My mamy inne duchy opiekuńcze - zauwaŜył czarownik Sematów, Dwa Palce - i z 

pewnością nasze duchy takŜe nie pomogłyby w kłopotach ludziom Arikara.

- Moje uszy słyszą słowa doświadczonych męŜczyzn o obrzędach 

zaprzyjaźnionych plemion z Wielkich Łąk - rzekła bardzo stara kobieta, przygarnięta 

background image

kiedyś przez rodzinę Wojennej Lancy. - Ja nie pochodzę z waszego narodu, nie mam 

nawet domieszki krwi Kiowa. Moje plemię mieszka daleko na północy i pochodzi z 

ludu Manganów - dodała staruszka skrzeki i wym i powolnym głosem. - Wśród 

waszego ludu Ŝyję bardzo długo i pamiętam czasy, kiedy zamieszkiwał on jeszcze 

Górne Prerie. Pamiętam, Wojenna Lanco, jak się rodziłeś i to właśnie moje dłonie 

pierwsze dotknęły twego ciała. W tamtych czasach byłam waszą niewolnicą. Mimo 

tylu Wielkich Słońc rozłąki z moim plemieniem z mej pamięci nie uleciały jak 

płochliwe ptaki ani nie zatarły się niepamięcią dawne obrzędy Mandanów.

Wśród mojego plemienia największym świętem była uroczystość zwana 

Okipa. Obchodzono ją raz w ciągu

Tak Indianie nazywali kraj prerii, wszystkie prerie: Górne i Dolne. Wielkiego 

Słońca. W czasie tej uroczystości przez wiele dni trwały tańce i śpiewy, a głos 

bębnów niósł się po prerii jak tumań kurzu po przejściu bizonów. MęŜczyźni ranili się 

zadając sobie własnoręcznie cierpienia i tortury, które ofiarowywali duchom świata. 

Najstarsi wiekiem męŜczyźni - straŜnicy legend opowiadali historie o stworzeniu 

wszystkich rzeczy i narodzeniu pierwszego człowieka, o powstaniu plemienia 

Mandanów.

Ta historia, którą chcę wam opowiedzieć, o wielcy męŜowie Kiowa, stanowi 

treść Świętego Zawiniątka, zwanego przez nasz naród „Samotny MęŜczyzna”. 

Posłuchajcie.

Samotny MęŜczyzna nieskończenie długo wędrował po wielkich obszarach 

wód. Nie widział, kiedy i jak przyszedł na świat i stał się istotą ludzką. PoniewaŜ 

często rozmyślał o swym pochodzeniu i chciał poznać jego początek, postanowił 

podąŜyć szlakiem prowadzącym wstecz - w powrotną drogę.

W tej długiej wędrówce odnalazł przepiękny czerwony kwiat, który 

powiedział mu, Ŝe to właśnie on dał Ŝycie MęŜczyźnie i zezwolił mu chodzić po 

całym świecie.

Samotny MęŜczyzna domyślił się, Ŝe skoro kwiat wypłynął na powierzchnię 

wody, to znaczy, Ŝe matka MęŜczyzny musiała Ŝyć głęboko pod wodą, moŜe nawet na 

jej dnie - i tam dała mu Ŝycie.

Przemierzając dalej bezmiar wód, spotkał dwie kaczki. Poprosił je, by z głębin 

wydobyły mu trochę ziemi. Kaczki spełniły jego Ŝyczenie, a Samotny MęŜczyzna 

ziemię tęlj rozrzucił w cztery strony świata. Powstała wielka wyspa, a na niej wyrosły 

zielone, soczyste, kwietne trawy i drzewa owocowe. MęŜczyzna nie musiał juŜ błąkać 

background image

się więcej po wodzie. Wędrował teraz po ziemi i gdziekolwiek się pojawił, tworzył 

coraz to nowe Ŝycie i róŜne rzeczy.

Odbywszy wiele długich podróŜy, pewnego razu spotkał kojota, który siebie 

nazywał Ishanibe (Pierwszy Człowiek).

Obydwaj pokłócili się gwałtownie o to, który z nich jest rzeczywiście 

pierwszym człowiekiem i Samotny MęŜczyzna w złości przebił kojota swym 

oszczepem. Odczekał jakiś czas i kiedy upewnił się, Ŝe ten, który nazywał siebie 

Ishanibe, zamienił się w kupkę kości, złamał swój oszczep i odrzucił go daleko od 

siebie.

Było mu przyjemnie, gdy wraz ze śmiercią kojota upewnił się, Ŝe teraz tylko 

on, Samotny MęŜczyzna, jest pierwszym człowiekiem. Lecz gdy tylko porzucił swój 

złamany oszczep, kości kojota połączyły się i Ishanibe stanął przed nim Ŝywy i cały.

Pragnąc uniknąć dalszego rozlewu krwi, obydwaj postanowili, Ŝe odtąd będą 

razem przebywać i polować. Wspólnie teraz zajęli się tworzeniem róŜnych rodzajów 

ziem i przeróŜnych krain” uzupełniając je najrozmaitszymi gatunkami zwierząt i 

ptaków. Po pewnym czasie odkryli, Ŝe na ziemi Ŝyją ludzie.

Samotny MęŜczyzna zapragnął zostać jednym z nich, toteŜ pilnie zaczął 

szukać jakiejś kobiety, z której mógłby się narodzić jako człowiek.

Pewnego dnia ujrzał dziewczynę rozcierającą na miazgę ziarna kukurydzy. 

Pomyślał, Ŝe zanim dostanie się do jej wnętrza, dziewczyna moŜe go rozbić tak jak 

ziarna, szybko więc zrezygnował z tego zamiaru.

Następnym razem ujrzał inną bardzo piękną dziewczynę, która wraz ze swą 

matką łowiła w rzece ryby.

Postanowił wykorzystać tę szansę, toteŜ udał się w górę rzeki i przemienił w 

zabitego bizona, unoszonego przez prąd wody. W boku bizona ziała otwarta rana z 

widoczną tłustą nerką. Gdy dziewczyna ujrzała martwego bizona, który przepływał 

wolno koło niej, chwyciła smakowicie wyglądającą nerkę i natychmiast ją połknęła.

Po pewnym czasie poczuła się jakoś dziwnie. ZauwaŜyła, Ŝe jej brzuch 

powiększa się, toteŜ zaniepokojona, przywołała swą matkę. Po krótkim czasie 

urodziła ładnego, zdrowego chłopca z magicznymi, czarnymi znakami na czole.

Dziecko rosło i rozwijało się z niespotykaną szybkością, aŜ wkrótce stało się 

dorodnym pięknym młodzieńcem, który nade wszystko lubił piękne stroje.

W pobliŜu wioski mieszkał w tym czasie Hoita (Orzeł), posiadający 

przepiękne białe okrycie z bizoniej skóry.

background image

Młody Samotny MęŜczyzna, który obdarzony był cudowną mocą, wezwał do 

siebie Wiatr i nakazał mu, by uniósł tę skórę bardzo daleko z gniazda Orła. Gdy biała 

derka z bizoniej skóry spadła na gładką równinę, deszcz i słońce sprawiły, Ŝe stała się 

jeszcze piękniejsza.

Derka ta została znaleziona przez kilku męŜczyzn, którzy przypadkowo 

przebywali w pobliŜu. Stwierdzili oni, Ŝe nowo znaleziona skóra jest znacznie 

piękniejsza niŜ ta, którą nosił uprzednio Orzeł-Hoita. Przynieśli ją do wioski i 

podarowali uroczyście w obecności czarowników Samotnemu MęŜczyźnie.

Hoita obraził się śmiertelnie z tego powodu i opuścił wioskę, zabierając z sobą 

wszystkie zwierzęta. Samotny MęŜczyzna widział czasami te zwierzęta, jak 

wędrowały na północ, do Krainy Śniegów, omijając wioskę z daleka i z tego powodu 

bardzo się martwił.

Pewnego jednak dnia spotkał Kobietę-Mysz, która mu powiedziała w 

zaufaniu, Ŝe jego bizonia derka została zamieniona w zwierzęta, które stały się białej 

powędrowały daleko na północ, do Krainy Śniegów. Za radą Kobiety-Myszy Samotny 

MęŜczyzna przemienił się w białego królika, udał się do Jamy Psa, gdzie Hoita 

zamknął zwierzęta i korzystając ze swojej przemiany, swobodnie wszedł do kryjówki.

W tym czasie Orzeł tańczył ze zwierzętami magiczny taniec i śpiewał pieśni, 

które miały sprowadzić głód na wioskę Samotnego MęŜczyzny. Czarodziejską siłę 

pieśni i moc tańca Hoita zaklął w bębnie, który był wykonany z wielkiego płata skóry 

antylopy widłorogiej.

Kiedy Samotny MęŜczyzna poznał tajemnicę potęŜnych mocy Orła, wymknął 

się niepostrzeŜenie na zewnątrz, aby wykonać znacznie większy i silniej dudniący 

bęben, o jeszcze większej magicznej sile. Przywołał wtedy do siebie wszystkie 

stworzenia, lecz Ŝadne z nich nie było w stanie mu pomóc, z wyjątkiem Wielkiego 

ś

ółwia, który na swym grzbiecie podtrzymywał Ziemię, PoniewaŜ śółw nie mógł 

uczynić najmniejszego ruchu, by nie uszkodzić Ziemi, Samotny MęŜczyzna wykonał 

dokładną podobiznę Wielkiego śółwia. Następnie zdjął z przywołanych zwierząt 

skórę, którą naciągnął na wielką dębową obręcz, bowiem właśnie dębowa obręcz 

utrzymywała Ziemię na skorupie Wielkiego śółwia. Kiedy bęben był juŜ prawie 

gotowy, przy wiązał doń jeszcze pęk ozdobnych piór. Samotny MęŜczyzna był bardzo 

zadowolony ze swojego dzieła. Gdy uderzył w nowy cudowny bęben, jego dudnienie 

dobiegło do Jamy Psa, wprowadzając Hoitę w zakłopotanie. Orzeł natychmiast 

powysyłał zwierzęta na zwiady, aby dowiedziały się, co to za odgłos bębna 

background image

przeszkadza mu w odprawianiu czarów.

Tymczasem Samotny MęŜczyzna zręcznie Wyłapywał zwiadowców, jednego 

po drugim, i wszystkich podarował swojemu ludowi.

Hoita przekonał się wreszcie, Ŝe został pokonany i resztę zwierząt z Jamy Psa 

rozproszył po całej Ziemi. Dlatego właśnie podczas swych wędrówek lud Mandanów 

mógł zawsze znaleźć potrzebne mu poŜywienie.

Samotny MęŜczyzna miał równieŜ innych wrogów. Szczególnie zaciekle 

prześladował go potwór imieniem Maninga, lecz dzięki magicznej sile swego bębna 

zwycięŜył potwora. Maninga po pierwszej poraŜce wycofał się daleko w góry, lecz w 

cztery Wielkie Słońca później powrócił znowu w pobliŜe ziemi ludu Samotnego 

MęŜczyzny pod postacią wielkiej powodzi.

W tym czasie Mandanowie posiadali pięć wiosek, w których Ŝyło wielu ludzi. 

Kiedy powódź zaczęła zatapiać niŜej połoŜone osiedla Mandanów, ci, którym udało 

się ocalić Ŝycie, chronili się do wiosek, które były połoŜone wyŜej.

Wreszcie Samotny MęŜczyzna, chroniąc się przed ciągle przybierającą wodą, 

musiał ujść ze swoim narodem do ostatniej wioski połoŜonej najwyŜej. W osiedlu tym 

zasadził święte drzewo cedru, które wyobraŜało jego samego i jego lud. Następnie 

wybudował z wierzbowych pali dookoła wioski niewysoki częstokół w kształcie koła. 

Częstokół ten, chociaŜ nie słuŜył do pływania, nazwany został Wielkie Kanu.

Maninga dąŜył - całą swą mocą do całkowitego zniszczenia plemienia 

Mandanów, lecz Samotny MęŜczyzna, znając podstępną mściwość i zachłanność 

potwora, ozdobił zewnętrzne ściany Wielkiego Kanu najpiękniejszymi muszlami, 

kolorowymi kamieniami i innymi wspaniałymi ozdobami.

Gdy Maninga ujrzał tak wspaniałe ozdoby, postanowił zdobyć je. Chcąc je 

jednak pozdejmować, musiał cofnąć swe wody, aby odsłonić piękno muszli i 

kolorowych malunków. Wezbrane wody zaczęły stopniowo opadać. Wówczas 

Samotny MęŜczyzna liderzył w swój cudowny bęben w kształcie skorupy Wielkiego 

ś

ółwia, a jego magiczna moc sprawiła, Ŝe szybko ustępujące wody porwały z sobą 

Maningę.

Ś

więte Drzewo cedru stało w najwyŜej połoŜonej wiosce Mandanów przez 

wiele, wiele Wielkich Słońc i zachowały się tam takŜe części częstokołu. 

Mandanowie do dziś wierzą, Ŝe to są szczątki Wielkiego Kanu.

Po wielu walkach z róŜnymi wrogami i po wielu zwycięstwach nad wrogimi 

siłami przyrody Samotny MęŜczyzna udał się na południowy wschód, pozostawiając 

background image

Mandanom na pamiątkę drzewo cedru i święte zawiniątko uŜywane w czasie 

obrzędów Okipa...

Staruszka umilkła na chwilę, usuwając dłonią białe jak śnieg włosy, spadające 

na jej pomarszczoną twarz.

- Moje plemię do dzisiejszego dnia uŜywa łodzi o okrągłym kształcie, 

przypominającym dawną palisadę, a nasze domy ziemne podobne są do skorupy 

Wielkiego śółwia - powiedziała kończąc swoją opowieść. - Stara juŜ jestem, moŜe 

coś i zapomniałam, niechaj więc Kiowa wybaczą to kobiecie, która przeŜyła wiele, 

wiele zim. Zmęczyła mnie ta opowieść i wspomnienia mych dziewczęcych lat, 

dlatego pozwólcie, Ŝe pójdę ułoŜyć juŜ na spoczynek moje utrudzone ciało.

Przed nim rozpościerał się bezkresny, ośnieŜony szlak, prowadzący przez 

malownicze tereny częściowo pokryte drzewami, częściowo blokami skalnymi 

otulonymi grubą białą powłoką. Mas-gwa-ah-Sid przedzierał się przez gęste 

podszycie lasu w pobliŜu ujścia zamarzniętego strumyka, aby skrócić sobie drogę do 

zarośniętego „psimi krzakami” zbocza, na którym poprzedniego dnia odkrył tropy 

jeleni. Naraz przystanął, nadsłuchując uwaŜnie i pilnie rozglądając się dookoła. 

Wciągnął mocno powietrze nosem, lecz nic nie wyczuł i nie usłyszał nic 

podejrzanego. Coś mu jednak mówiło, Ŝe ktoś, czy coś posuwało się szybko jego 

ś

ladami. Było to tym bardziej oczywiste, Ŝe kruki z wrzaskiem krąŜyły nad pobliskimi 

drzewami. Wędrujący Niedźwiedź ruszył dalej i brnął poprzez krzaki i śnieg, 

zmierzając do pierwszych widocznych większych drzew, gdzie postanowił się ukryć i 

wyśledzić, kto podąŜa jego tropem. W wypadku nieprzewidzianego ataku mógłby 

skuteczniej bronić się na mniej zalesionej przestrzeni.

Spieszył się. Jeszcze chwila, a słońce zajdzie i świat stanie się srebrzysty, nocą 

zaś uderzy trzaskający mróz. Chciał jeszcze zapolować na jelenia, bo na myśl o 

ś

wieŜym mięsie aŜ ściskało go w Ŝołądku. Poza tym przecieŜ obiecał Nocnemu 

Kwiatu, Ŝe zdobędzie trochę dziczyzny.

W tej chwili szerokie, zachodzące promienie słońca Padły na wierzchołki 

stęŜałych w bezruchu, wysokich drzew i rozczapierzone badyle nieruchomych 

krzaków pokrytych czapami śniegu. Krzewiasty gąszcz przeszedłwkrótce w drobny 

las. Tu właśnie zamierzał się zaczaić.

Przechodząc pod wielkim drzewem w stronę wypatrzo - - nej juŜ z dala 

kryjówki, usłyszał nagle nad sobą jakby trzask łamanych gałązek, a z góry posypały 

mu się na głowę grudy zbitego śniegu. Niemal w tej samej chwili coś runęło z konara, 

background image

pociągając za sobą płaty śniegu i ulewę suchych choinkowych igieł. Odruchowo 

uskoczył w bok, ale nie zdąŜył juŜ naciągnąć cięciwy łuku. Kątem oka spostrzegł 

potęŜnego rysia, ale nim zwierzę zaatakowało go po raz drugi, usłyszał jego bolesne 

parskanie i śmiertelnie raniony drapieŜnik tarzał się w śniegu. W jego gardzieli tkwiła 

pierzasta strzała. Jeszcze jedna strzała nadleciała zel świstem i na dobre 

przygwoździła rysia do śniegu.

Wędrujący Niedźwiedź rozejrzał się dokoła i w ukośnych promieniach 

słonecznych ujrzał dziewczynę z łukiem w ręku. Dziewczyna zbliŜyła się do niego na 

kilka kroków. Na twarzy młodzieńca pot zamarzł niby rybia łuska, lecz w oczach 

zamigotały iskierki radości. Otarł twarz skórzanym rękawem, ale lodowy naskórek 

narastał na nowo.

- Moje serce przepełnione jest radością - odezwała się dziewczyna - Ŝe szpony 

rysia oszczędziły mego brata.

- Jestem ci wdzięczny, I-sha-wi, Ŝe uratowałaś mnie przed pazurami tego 

zwierzęcia. Ale czemu podąŜałaś Ŝa mną? Chciałem przecieŜ zrobić ci przyjemność i 

zdobyć trochę czerwonego mięsa...

- Duchy nakazały mi iść za tobą i powiedziały mojej duszy, Ŝe będę potrzebna 

mojemu męŜczyźnie. Duchy opiekuńcze miały rację, a za czerwonym mięsem jeszcze 

nie tęsknię. Kiedy go zapragnę, to powiem o tym Wędrującemu Niedźwiedziowi. 

Wracajmy lepiej do zimowego osiedla, bo słońce stoi przed wejściem do swego 

kamiennego domu. Jestem głodna i chcę się ogrzać - powiedziała na zakończenie.

Mas-gwa-ałvSid zarzucił martwego rysia na plecy ii powrócili do obozowiska.

W wiosce powitał ich Pitah-pekis (Orle śebro). Obejrzał dokładnie zabite 

zwierzę, bacznie przyglądając się strzałom tkwiącym jeszcze w ciele rysia.

- Mój brat będzie miał dzielną kobietę - zwrócił się z uznaniem do 

Wędrującego Niedźwiedzia. - Szczęście zagości w twoim tipi, gdy I-sha-wi zasiądzie 

na zawsze przy waszym wspólnym ognisku.

Wieczorem, kiedy zebrano się jak zwykle, młodzi musieli opowiedzieć 

wszystkim o przygodzie z rysiem i o tym, jak Nocny Kwiat zastrzeliła go.

- I-sha-wi ma bystre oko i pewną rękę - głośno pochwalił dziewczynę Huan-

tos.

- Eh, neh, neh, neh, neh - potwierdzili wszyscy. Najbardziej zadowolony był z 

tej pochwały przybrany ojciec I-sha-wi, Szybki Sokół i Złamany Cierń, jego syn.

- Będziesz miał dzielną i wierną squaw - zwrócił się Giakaita do Wędrującego 

background image

Niedźwiedzia. - Nocny Kwiat jest piękną dziewczyną, a jej serce wiedziało, kogo 

wybrać.

- Czy znacie opowieść o pięknej dziewczynie, która poślubiła grzmot? - 

zapytał nagle zebranych. - Nie? No, to posłuchajcie.

Była sobie kiedyś pewna piękna dziewczyna. Świadoma swojej urody była tak 

głęboko pogrąŜona w podziwie i uwielbieniu dla samej siebie, Ŝe doszła w końcu do 

przekonania, iŜ Ŝaden ze znanych jej męŜczyzn nie jest godzien jej poślubić.

JednakŜe pewnego dnia, gdy spacerowała wśród złocących się łanów 

kukurydzy - bo to działo się u naszych wschodnich sąsiadów, którzy grzebią w ziemi - 

na swej ścieŜce spotkała młodego człowieka. Młodzieniec ten był najprzystojniejszym 

i najpiękniejszym chłopcem, o jakim mogłaby marzyć nawet najurodziwsza 

dziewczyna.

Zaledwie młodzi spojrzeli na siebie, dziewczyna zakochała się w 

nieznajomym i przyrzekła sobie głośno, Ŝe zostanie jego Ŝoną. Młody człowiek 

usłyszawszy to, kazał jej pójść za sobą.

Dziewczyna zostawiła rodziców, porzuciła rodzinną wioskę i wszystko, czym 

dotąd Ŝyła. PodąŜyła za młodzieńcem tak, jak uczyniłaby kaŜda dobra i posłuszna 

Ŝ

ona.

ChociaŜ wydawało się, Ŝe droga nie jest zbyt daleka, młodzi ludzie szli jednak 

bardzo długo. Wreszcie, gdy dziewczyna była juŜ u kresu sił, dotarli do wigwamu 

młodzieńca, gdzie przyszłą synową powitała serdecznie matka młodego człowieka i 

jego trzy siostry.

KaŜdego dnia młody mąŜ pięknej dziewczyny wychodził przed wschodem 

słońca na łowy i wracał z upolowanym jeleniem, kiedy słońce układało się do snu. W 

tym samym czasie jego Ŝona oraz trzy siostry pracowały w polu, wyprawiały skóry i 

przygotowywały posiłek dla wszystkich.

Pewnego razu, gdy piękny małŜonek wrócił z polowania, wydawał się bardzo 

zmęczony. Opuściła go jego magiczna siła i wytrzymałość, toteŜ połoŜył głowę na 

kolanach swej Ŝony i poprosił, by uczesała jego włosy. Kiedy zaczęła gładzić czarne 

warkocze swego umiłowanego, spostrzegła nagle, Ŝe jego skórę porasta węŜowa 

łuska. Nie minęło wiele czasu, a jej mąŜ przekształcił się w przeraŜającego wielkiego 

węŜa.

Matka młodzieńca, która lubiła swoją synową i której zrobiło się Ŝal 

zrozpaczonej dziewczyny, zdradziła jej w tajemnicy, Ŝe cała rodzina naleŜy do rodu 

background image

węŜy. Błagała, by dziewczyna, ile sił w nogach, uciekła z ich wigwamu.

Biednej dziewczynie dostatecznie ukaranej za jej uprzednią pychę i 

zarozumiałość, dane było teraz udać się tylko pod opiekę Grzmotu.

Kiedy dziewczyna mknęła niczym spłoszona i przeraŜona łania, okazało się, 

Ŝ

e droga do jej domu rodzinnego jest teraz znacznie dłuŜsza. Słyszała ciągle za sobą 

okropny chrzęst goniącego ją węŜa. WytęŜając więc wszystkie siły, przemykała jak 

wiatr przez góry, parowy i chaszcze, aŜ wreszcie wyczerpana do granic wytrzymałości 

przybyła nad brzeg jeziora w pobliŜe swej rodzinnej wioski.

Nad brzegiem jeziora stało trzech nieznajomych męŜczyzn. NajwyŜszy z nich 

trzymał w dłoni błyszczący oszczep i gdy dojrzał potworne, wijące się cielsko węŜa, 

dopadające zza krzaków dziewczyny, spokojnie uniósł swe ramię do góry i z ogromną 

siłą wbił oszczep w łeb potwora. Ugodzony potęŜnym ciosem wąŜ, padł martwy u 

stóp zwycięzcy. W tym momencie rycząca czarna chmura zakryła swym tumanem 

wszystkich zgromadzonych nad brzegiem jeziora, a potęŜna błyskawica rozjaśniła 

niebo i ziemię.

Okazało się, Ŝe wysokim wojownikiem był sam Grzmot.

Trzej męŜczyźni odprowadzili dziewczynę na wyspę, do nieznanej jej krainy, 

do domu ich ojca. Tam teŜ w krótkim czasie poślubiła ona najmłodszego z synów.

Po upływie jakiegoś czasu piękna dziewczyna urodziła chłopca, który będąc 

synem tak wielkiego i potęŜnego ducha, równieŜ posiadł siłę grzmotu i pioruna.

Kiedy chłopiec osiągnął czwarty rok Ŝycia, jego maleńkie strzały wypuszczane 

z dziecięcego łuku, miały tak wielką moc, Ŝe mogły nawet powalić olbrzymie drzewo.

PoniewaŜ chłopiec był silny i zdrowy, jego matka poprosiła swego męŜa, aby 

pozwolił jej odwiedzić swoich rodziców na ziemi i przedstawić im wnuka. Grzmot 

ostrzegał Ŝonę, aby nigdy nie pozwalała ich małemu synkowi na strzelanie z łuku, a 

jeŜeli nie zechce jej posłuchać, by nie kierował swych strzał w Ŝadnym razie przeciw 

ludziom, nawet w czasie zabawy.

Grzmot uprzedził teŜ Ŝonę, Ŝe gdyby chłopiec na ziemi wystrzelił chociaŜ 

jedną ze swych niezwykłych strzał, strzałę-błyskawicę, to nie mógłby juŜ dłuŜej 

pozostać u ziemskich dziadków i na zawsze musiałby powrócić do Świata Który Jest 

Wysoko.

W początkowym okresie pobytu na ziemi wszystko przebiegało pomyślnie. 

Chłopiec-Grzmot bawił się ze swymi rówieśnikami i był nawet przez nich lubiany.

JednakŜe chłopcy z wioski, którzy bardzo lubią się bawić w dorosłych 

background image

wojowników lub myśliwych, spostrzegli po pewnym czasie, Ŝe ich nowy przyjaciel 

podczas zabawy w wojnę lub polowanie nie ma przy sobie nigdy ani swego łuku, ani 

strzał. Wkrótce syn Grzmotu stał się obiektem Ŝartów i drwin.

Chłopiec nie wytrzymał wreszcie i któregoś dnia pochwycił, swój łuk i 

wypuścił w kierunku urągających mu rówieśników błyszczącą strzałę. Na szczęście 

strzała przeleciała bokiem i zapaliła tylko kilka drzew za plecami chłopców.

W tym samym momencie dziadek chłopca, Grzmot, pomknął w dół na swej 

czarnej, ryczącej chmurze, porwał go i uniósł do góry. śyje tam do dzisiaj, bardzo 

wysoko, tak wysoko, Ŝe nie moŜe juŜ szkodzić ludziom...

Gospodarze i goście milczeli jakiś czas, zapewne myśląc o duchu Grzmocie, 

który występuje w legendach prawie kaŜdego plemienia, gdy do ogniska cicho 

podszedł przygarbiony latami wychowawca młodzieŜy, Ansota. Stanął przy jarzących 

się drewnach i po chwili nieznacznie podniósł w górę rękę. Jakaś kobieta podała 

staremu wojów nikowi miękką włochatą skórę, aby mógł wygodnie usiąść w pobliŜu 

ciepłych płomieni ogniska.

- Słyszałem, Ŝe rozmawiacie o duchu Grzmocie - zaczął mówić Ansota. - 

Znam i ja kilka ciekawych historii na ten temat.

To było w czasach, kiedy nasze plemię polowało jeszcze na naszych 

rodzinnych Górnych Preriach. Naszymi sąsiadami od północnej strony byli Czarne 

Stopy, lud przyjaźnie nastawiony do Kiowów. Dzielny to jest naród, lecz dawniej 

rzadko kiedy angaŜował się w jakieś wielkie wojenne rozprawy, a nawet drobne 

bitwy. Mój przyjaciel z tego plemienia; dzielny i wspaniały wykrywacz śladów 

Onistah (Cielęca Derka), opowiadał mi kiedyś takie zdarzenie:

Błękitna Cyranka, Kura Prerii i Mały Patyk, trzy młode dziewczyny ze 

szczepu Pikunis (Czarne Stopy), zbierały maliny na zboczu górskim pokrytym lasem, 

gdy wtem posłyszały zbliŜanie się Grzmotu.

- Uciekajmy szybko, schrońmy się gdzieś - powiedziała Mały Patyk. - Jeśli nas 

tu dosięgnie, to z pewnością zginiemy!

- Nasz obóz jest zbyt daleko - zauwaŜyła Błękitna Cyranka. - Grzmot nas 

dosięgnie znacznie prędzej, aniŜeli zdołamy schronić się w naszych tipi. MoŜe lepiej 

byłoby go w jakiś sposób uspokoić...

- Ale jak? - spytała Kura Prerii. - PrzecieŜ nie mamy nic, co mogłybyśmy mu 

ofiarować, poza koszykami z kory pełnymi owoców.

- A my same? - rzuciła Błękitna Cyranka, śmiejąc się zalotnie. - Mogłabym 

background image

zostać Ŝoną Grzmotu, jeśli tylko zechciałby nas oszczędzić.

Zaledwie zdąŜyła złoŜyć swą obietnicę, gdy dmuchnął silny wiatr, zrywając 

liście z drzew. Grzmot odziany w swą wielką skórę skierował się ku południowi, 

wściekle ciskając swe ogniste oszczepy w szczyty Gór Skalistych. Po sześciu Małych 

Słońcach (dniach) trzy dziewczyny ponownie zjawiły się w lesie, aby nazbierać 

drewna na opał. Kiedy wybierały się juŜ w drogę powrotną, dźwigając wiązki chrustu, 

rzemień, którym owiązana była wiązka Błękitnej Cyranki, niespodziewanie przerwał 

się.

- Nie zatrzymujcie się - powiedziała do swych towarzyszek. - Dogonię was 

wkrótce.

Ale kiedy uniosła się znad swojej wiązki chrustu, ujrzała przed sobą 

przystojnego młodego męŜczyznę o włosach koloru płomienia.

- Przyszedłem, abyś została moją kobietą - powiedział nieznajomy.

- Pomyliłeś się, obcy męŜczyzno, nie jestem taką dziewczyną jak myślisz. Nie 

znam cię i dlatego cię nie poślubię.

- Przyrzekłaś jednak pewnego dnia, Ŝe jeśli cię oszczędzę i twoje przyjaciółki, 

to zostaniesz moją squaw.

- MęŜczyzna-Grzmot! - wykrzyknęła Błękitna Cyranka.

- Tak, to ja i przyszedłem po ciebie po to, by cię przedstawić moim rodzicom 

jako ich przyszłą synową.

Wziął dziewczynę w ramiona i uniósł do Świata, Który Jest Wysoko.

Ojciec Błękitnej Cyranki był wodzem wojennym. Gdy się dowiedział o 

zaginięciu córki, natychmiast polecił swoim wojownikom, by jej poszukali. Ale nawet 

najlepsi zwiadowcy i tropiciele śladów prowadzeni przez Kurę Prerii i Mały Patyk, 

nie mogli odnaleźć tropu córki wodza. Jedynie Biały Bóbr, młody czarownik, odgadł, 

co naprawdę spotkało Cyrankę, Odszukał ojca Błękitnej Cyranki i powiedział mu:

- Wiem, gdzie jest twoja córka, ale nikomu nie uda się dotrzeć do miejsca jej 

pobytu! Być moŜe za pbmocą odpowiednich czarów uda mi się sprawić, Ŝe twoja 

córka powróci do domu. Jeśli dokonam tego, czy oddasz mi ją za Ŝonę? Pragnąłem 

zawsze mieć ją w swoim tipi.

- Przyprowadź ją z powrotem, a będzie twoja. Podczas gdy szukano 

dziewczyny w górach, Błękitną Cyrankę rozpieszczano w domu MęŜczyzny-Grzmotu. 

Nie miała nic do pracy, a niewolnicy przynosili jej wszystko, czego tylko zapragnęła. 

Codziennie znajdowała w tipi świeŜe mięso bizona i antylopy oraz owoce. MąŜ nigdy 

background image

na nią nie krzyczał, a gdy powracał zmęczony z wędrówki po Świecie Który Jest 

Nisko, przynosił jej stamtąd błyszczące kamienie we wszystkich kolorach, nawet 

takie, jakich nigdy przedtem w Ŝyciu nie widziała. Zrobiła sobie z nich najpiękniejszy 

naszyjnik, taki, jakiego nie nosiła jeszcze Ŝadna kobieta ze szczepu Pikuni.

Błękitna Cyranka przeŜyła w ten sposób wiele KsięŜyców i w tym czasie nie 

miała Ŝadnego powodu, by skarŜyć się na cokolwiek. Pewnego dnia zapragnęła 

towarzyszyć kobietom, które wybierały się na wykopki dzikiej rzepy. Matka jej męŜa 

poŜyczyła Cyrance swoją motykę, zrobioną z łopatki bizoniej, i powiedziała, Ŝe moŜe 

wykopywać sobie tyle bulw rzepy, ile tylko zechce, pod warunkiem jednakŜe, by nie 

dotykała Rzepy-Matki, która daje Ŝycie wszystkim innym rzepom. Objaśniła jeszcze 

synowej, Ŝe Rzepę-Matkę moŜna rozpoznać bardzo łatwo, poniewaŜ jest duŜo 

większa niŜ wszystkie pozostałe.

Po napełnieniu swego koszyka zwykłymi rzepami Błękitna Cyranka 

zapragnęła popatrzeć na Rzepę-Matkę. Kiedy przyjaciółki pokazały jej Rzepę-Matkę, 

Cyranka poczuła wielką chęć, by wydobyć ją z ziemi. Było to coś silniejszego od 

rozsądku i siły woli, coś co zmuszało ją, by zobaczyć ukrytą część korzenia. Nie 

ośmieliła się zaspokoić swej zachcianki w obecności innych kobiet, ale nazajutrz 

wróciła w to miejsce sama i zabrała się do wykopywania ziemi wokół Rzepy-Matki. 

Aby lepiej ocenić wielkość jej korzenia,Cyranka kopała tak głęboko z jednej strony, 

Ŝ

e przekopała się na wylot przez ziemię Świata Który Jest Wysoko. Przez powstałą 

dziurę ujrzała obóz swego szczepu, gdzie pośrodku stało tipi jej ojca.

Od tego dnia ogarniał ją smutek i często płakała. MałŜonek próbował ją 

pocieszyć wszystkimi sposobami, ale nie udawało mu się przywołać uśmiechu na jej 

pięknej twarzy. W końcu spytał, co mógłby uczynić, by przywrócić jej szczęście.

- Pozwól mk odwiedzić moich rodziców - odpowiedziała Błękitna Cyranka - 

w Świecie Który Jest Nisko. Nie zabawię tam dłuŜej, jak jeden KsięŜyc.

MęŜczyzna-Grzmot przystał na to. Polecił kobietom, by uplotły wielki kosz z 

włókna drzewa bawełnicy, a olbrzymiemu pająkowi, by sporządził długi sznur. Kiedy 

wszystko było gotowe, Błękitną Cyrankę opuszczono nocą na ziemię przez dziurę, 

którą sama wydrąŜyła.

Ojciec dziewczyny był bardzo zadowolony, widząc ponownie ukochaną córkę. 

Jeszcze szczęśliwszy był Biały Bóbr. Skoro tylko dowiedział się o powrocie młodej 

kobiety, poszedł przypomnieć wodzowi o jego obietnicy.

- Błękitna Cyranka jest juŜ squaw innego męŜczyzny, co odpowiem 

background image

MęŜczyźnie-Grzmotowi, gdy przyjdzie i upomni się o nią?

- Przyrzeczenie pozostaje przyrzeczeniem - powiedział Biały Bóbr. - Jeśli 

MęŜczyzna-Grzmot powróci upomnieć się o Cyrankę, mam na niego dobry lek. JeŜeli 

sprawdzę jego skuteczność, ofiaruję ci go w podarunku.

Pomysł ten spodobał się ojcu i Cyrance, która od dawna i w tajemnicy kochała 

Białego Bobra, marząc, by usiąść kiedyś przy jego ognisku.

Nadszedł dzień, gdy MęŜczyzna-Grzmot przyszedł odebrać swą Ŝonę. Biały 

Bóbr juŜ z daleka słysząc go, szybko przywdział na siebie specjalny ubiór obrzędowy 

i wyszedł ze swego tipi, trzymając w ręku fajkę wypaloną na czarno i ozdobioną 

czterema piórami kruka. Pociągnął z fajki cztery kłęby dymu i wydmuchał je z 

kierunku północnego na południe. Wkrótce ochłodziło się bardzo, a wiadomo, Ŝe 

MęŜczyzna-Grzmot lubi, gdy jest gorąco i zwykle nie słyszy się go zimą. Grzmot 

pomyślał sobie, Ŝe pomylił pory roku, i wycofał się szybko znad wioski Pikuni bez 

najmniejszego hałasu.

Tak jak to przewidział Biały Bóbr, MęŜczyzna-Grzmot nie ośmielił się juŜ 

nigdy więcej zbliŜyć do wioski, w której przebywała jego Ŝona.

Zgodnie ze swoją obietnicą, czarownik podarował ojcu Cyranki fajkę 

wypaloną na czarno, ozdobioną czterema piórami kruka. Po wielu latach wódz 

przekazał fajkę swemu następcy. Lek Białego Bobra w dalszym ciągu nosi nazwę 

„Czarna Fajka Grzmotu” i od niepamiętnych czasów jest wielką świętością wśród 

Czarnych Stóp.

Nazajutrz wczesnym świtem obudził wszystkich głośny krzyk jednego ze 

zwiadowców, którzy zawsze w dzień i w nocy krąŜyli wokół zimowej osady Kiowów, 

aby zapobiec nieoczekiwanemu napadowi wrogów na wioskę.

- Kadl-hia, kadl-hia, bizony przeszły z północy na południe! - krzyczał.

- Trawa odsłonięta, śnieg rozniesiony racicami zwierząt, szykować konie do 

wypasu!Prawie wszyscy wyszli z ziemianek. Dwaj wodzowie plemion Kiowa i 

Sematów wybrali grupy chłopców od trzynastu do szesnastu lat, którzy mieli się zająć 

wypasem koni. Przywódcami tych grup zostali Mas-gwa-ah-Sid i Pitah-pekis.

Konie spędzono w jedno miejsce: Zwierzęta przedstawiały Ŝałosny widok: 

wychudzone, z opuszczonymi łbami, niczym nie przypominające dawnych ognistych 

rumaków.

Przez całą zimę musiały zadowolić się marną karmą. Podprowadzono je do 

miejsc osłoniętych skałami, gdzie znajdowała się cienka warstwa śniegu, a pod nią 

background image

resztki zmarzniętej trawy. Konie rozbijały przednimi kopytami powłokę śnieŜną, 

dostając się w ten sposób do nędznego poŜywienia.

Często chłopcy pomagali im, zdzierając śnieg z trawy kościanymi bizonimi 

łopatkami, słuŜącymi teraz jako rodzaj szufli. Konie, których uŜywali zwiadowcy do 

swoich wędrówek wokół obozu, dokarmiano ziarnem kukurydzy, ale i tego było mało.

Nadarzyła się teraz okazja, aby konie nieco podkarmić. Przemieszczające się 

stado bizonów odsłoniło trawę i szlak bizoni mógł słuŜyć jako świetne miejsce ich 

zimowego wypasu.

Chłopcy zabrali z sobą zimowe mokasyny, rakiety śnieŜne, trochę Ŝywności, 

ciepłe derki ze skóry bizoniej oraz broń. Nigdy nie było wiadomo, czy za stadem 

bizonów nie wędrują myśliwi z nieprzyjaznego plemienia.

Musieli takŜe strzec koni przed białymi preryjnymi wilkami, które w czasie 

zimy łączyły się w stada i przez to były bardziej niebezpieczne dla ludzi i zwierząt.

MłodzieŜ prowadziła konie za rzemienie przywiązane do dolnych szczęk 

zwierząt. Nie do pomyślenia było, aby dosiadać wierzchem w czasie „głodu trawy” 

wymizerowanych wierzchowców. Szli piechotą, a „śnieŜne buty” - karpie pozwalały 

im utrzymać się na powierzchni śniegu. Reszta koni zbita w tabun zajmowała środek 

pochodu.

Po prawie jednym dniu wędrówki przybyli na wskazane przez zwiadowców 

miejsce. Ujrzeli przed sobą pas odkrytej trawy szerokości kilku lotów strzały, 

ciągnący się gdzieś z północy aŜ na południe. Z rozbitego śniegu wystawały kępkami 

trawiaste, zmarznięte, poŜółkłe wysepki, jakŜeŜ cenne o tej porze dla wygłodniałych 

koni.

Wpuścili konie na tę wysuszoną i zmarzniętą łąkę. Zwierzęta z miejsca 

wyczuły poŜywienie i wytrząsając kopytami resztki śniegu z trawy ze spokojem i 

godnie zabrały się do jedzenia.

Wędrujący Niedźwiedź rozstawił swoich chłopców po zachodniej stronie 

tabunu, a Orle śebro ze swoimi pomocnikami strzegł stada od wschodu. Pilnowali 

koni dzień i noc, przemieszczając się powoli, coraz bardziej na południe.

Nocami część chłopców spała bezpośrednio na śniegu. Owinięci w kudłate 

skóry bizonie, przy maleńkich ogniskach, leŜeli skurczeni i przytuleni do siebie, aby 

zachować jak najwięcej ciepła.

Inna grupa chłopców w tym czasie doglądała pasącego się tabunu, odganiając 

groźnymi okrzykami skradające się do koni wygłodniałe wilki. Gdy nie pomagały 

background image

okrzyki, zabijano strzałami z łuku co bardziej napastliwe osobniki. Skóry z zabitych 

wilków ściągano, gdy zwierzęta były jeszcze ciepłe.

Z pozostawioną na prerii padliną rozprawiały się inne wilki, walcząc między 

sobą o kaŜdy kawałek.

Po pięciu Małych Słońcach chłopcy wrócili z końmi do zimowego osiedla, nie 

tracąc w tej wyprawie ani jednego konia. Był to duŜy sukces, naleŜycie oceniony 

przez starszyznę wioski.

Wiosna zbliŜała się powoli, ale juŜ czuło się ją w powietrzu. Kończył się 

KsięŜyc Wyjącego Wilka,

ROZDZIAŁ XI

Była juŜ druga połowa KsięŜyca Pękających Pąków”. Od strony rzeki 

dochodził jakiś głuchy łoskot i miarowy zgrzyt. Wody w korycie przybywało, a szary 

lód pękał w gwiaździste wzory i oddzielał się od brzegów. Jeszcze dzień i rzeka 

radośnie zaszumiała. Przezroczyste, zmoczone tafle lodu, małe i duŜe, waliły się z 

jękiem jedna na djugą. Woda ściekała z wykoślawionej kry, spadała w bulgocące 

łoŜysko i na nowo rzucała się na lód. Drzewa wyrywane z nadbrzeŜnych skarp, 

pędziły teraz w ryczącym odmęcie.

Wilgotny i silny wiatr szarpał za skórzane zasłony zimowych domów, 

wdzierał się przez otwory dymne i rozganiał dym po pomieszczeniach.

Ziemia budziła się do Ŝycia. Wczesnymi rankami słychać było stukot jelenich 

rogów. Niedługo łosie ruszą na coroczną wędrówkę rzecznymi szlakami. 

Niedźwiedzie budziły się ze snu zimowego i wychodziły ku brzegom rzek.

Za parę dni Kiowa mieli juŜ opuścić Dolinę Rwącej Rzeki i udać się na 

szerokie, bezkresne prerie.

Wędrujący Niedźwiedź i Orle śebro uzgodnili, Ŝe wcześniej któregoś dnia, 

przed wschodem słońca, wybiorą się na polowanie.

Było jeszcze bardzo ciemno, ale daleko na wschodzie niebo przybierało juŜ 

jasnoszarą barwę. Gdy chłopcy po cichu wyprowadzali konie poza ostrokół 

ogradzający zimowe domy, wioska pogrąŜona była jeszcze we śnie.

Jechali powoli i w milczeniu w górę rzeki, tam gdzie czerniała ściana lasu 

ciemniejsza od nocy. Spodziewali się spotkać w przecinających tę okolicę parowach 

jelenie lub antylopy widłorogie.

Nie zdąŜyli jeszcze oddalić się od wioski zbyt daleko, gdy zza samotnej 

background image

najbliŜszej skały, wyjechała na koniu I-sha-wi.

Myśliwi stanęli zdumieni.

- Niech moi przyjaciele nie mają w swych sercach do mnie Ŝalu - rzekła 

dziewczyna - ale przypadkiem słyszałam, jak moi bracia umawiali się na polowanie. 

Wiedząc, Ŝe z dziewczyną nie chcielibyście wyruszyć na łowy, postanowiłam 

dołączyć do was juŜ na szlaku. MoŜe się przydam dzielnym łowcom...

CóŜ mieli zrobić? Mas-gwa-ah-Sid machnął tylko ręką i bez słowa skierował 

konia w stronę najbliŜszego parowu. Za nim zawrócili mustangi Pitah-pekis i I-sha-

wi.

Miejscami w szczelinach skalnych i ziemnych zagłębieniach leŜał jeszcze 

poczerniały, brudnoszary śnieg, jakby zapomniany przez nadchodzącą wiosnę.

Natrafili wreszcie na całkiem świeŜe ślady jeleni. Stado musiało być 

niedaleko. Obydwaj łowcy przygotowali łuki i poprawili na plecach kołczany pełne 

pierzastej śmierci o ostrych kamiennych grotach.

Ś

lady wiodły brzegiem dna wąwozu wzdłuŜ ciemnych drzew lasu. Skierowali 

się trudną drogą między wielkimi złomami skalnymi, aby jak najszybciej wydostać się 

na wzgórze, nad urwisko, z którego mieliby obserwować parów.

Podjechali pod szczyt najwyŜszego wzniesienia, które górowało nad całym 

wąwozem. Orle śebro zeskoczył z konia i ostroŜnie, aby nie strącić Ŝadnego 

kamienia, wczołgał się na szczyt wzgórza.

Na dnie parowu, nieco w prawo, dostrzegł stado składające się z czterech 

byków i pięciu samic. Jelenie były głodne, bo rozkopywały zmarzniętą ziemię 

kopytami i podrywały rogami zeschłe liście i resztki śniegu, usiłując dobrać się do 

resztek zeszłorocznej trawy.

Orle śebro wycofał się ostroŜnie ze szczytu góry i podszedł do Wędrującego 

Niedźwiedzia.- Pójdziemy do wejścia prowadzącego do parowu i tam zaczekamy. 

Mamy dogodny wiatr, wiejący od strony stadka jeleni - zwrócił się do przyjaciela. - 

Nocny Kwiat pojedzie w górę wąwozu, zejdzie z konia i będzie szła przy jego boku. 

Jelenie nie poznają, Ŝe z koniem idzie człowiek, a gdy będzie blisko stada, szybko 

wskoczy na mustanga i z krzykiem zjedzie w dół parowu. Spłoszone zwierzęta 

popędzą prosto na nas.

I-sha-wi podniosła rękę i w miejscu zawróciła konia, spokojnym kłusem 

udając się na wyznaczone miejsce. Odnalazła łagodny zjazd i wkrótce była juŜ na dnie 

wąwozu.

background image

Wędrujący Niedźwiedź z Orlim śebrem odbili od parowu jak najdalej w bok, 

a później pognali galopem do jego wylotu, który przy końcu rozszerzał się niby ujście 

rzeki.

Konie pozostawili w małej kotlince, a sami zajęli miejsca po jednej i po 

drugiej stronie wylotu.

Strzały starannie umieścili na cięciwach swoich łuków, resztę wbili grotami w 

ziemię obok siebie, aby móc jak najszybciej umieścić je na łukach.

Dookoła panowała idealna cisza, lekki wietrzyk podwiewał z głębi przełęczy 

od strony, gdzie znajdowały się jelenie. Czekali jakiś czas,” gdy wtem rozległ się 

krzyk dziewczyny i szalony tętent wielu kopyt. Naciągnęli łuki i w tej samej chwili 

ukazały się jelenie, pędzące olbrzymimi skokami. Na przodzie biegły łanie osłaniane 

od tyłu przez samce, które odchyliwszy ku grzbietom rogi, uciekały spłoszone przed 

niewidocznym na razie prześladowcą. Wkrótce ukazała się dziewczyna z rozwianymi 

włosami, przyklejona do grzbietu wierzchowca.

Myśliwi wyskoczyli ze swych kryjówek. KaŜdy z nich brał na cel rogacza po 

swojej stronie. Świsnęły opierzone, strzały, jeszcze nie ugrzęzły dobrze w ciałach 

zwierząt, a juŜ nadlatywały następne. Dwa jelenie przekoziołkowały i martwe legły na 

twardej ziemi. Reszta stada uszła z Ŝyciem.

Nadjechała Nocny Kwiat, zadowolona, zadyszana, a w jej oczach promieniała 

radość, Ŝe mogła przydać się mło-: dym łowcom.

Tymczasem męŜczyźni wyciągnęli kamienne noŜe i wy-; cięli zabitym 

zwierzętom jądra, aby mięso nie skaziło się.;

Zapach świeŜej krwi rozszedł się dookoła. Nad głowami myśliwych poczęły 

krąŜyć kruki.

Dziewczyna, która do tej pory stała nieco z boku i raczej przyglądała się 

okolicy niŜ pracy swoich współtowarzyszy, podeszła do Wędrującego Niedźwiedzia i 

dotknęła jego ramienia. Chłopiec uniósł głowę, a I-sha-wi wskazała wyciągniętą ręką, 

przeciwne zbocze parowu, łagodnie wznoszące się aŜ do plamy krzaków qua-geu-

peip, rosnących u podnóŜa lasu.

Wśród krzaków stała wielka niedźwiedzica. Mas-gwa-ah-Sid ze spokojem i 

dokładnie wytarł dłonie o trawę, wziął łuk i zarzucił na plecy kołczan ze strzałami.

- Orle śebro zostanie, aby w razie czego chronić Nocny Kwiat. Niedźwiedzica 

poczuła świeŜe mięso i chce się podzielić z nami naszą zdobyczą. Pójdę do niej.

Tymczasem szara niedźwiedzica podrzucając do góry kosmaty łeb węszyła, a 

background image

koniec jej czarnego nosa kierował się śmiesznie w róŜne strony.

Młody myśliwy ostroŜnie szedł w jej kierunku. Stanął w bezpiecznej 

odległości, aby nie sprowokować niedźwiedzicy do przedwczesnego ataku. 

Niedźwiedzica takŜe zrobiła kilka kroków do przodu, raz po raz wyrywając ze złością 

przednimi łapami kawałki darniny i wyrzucając je za siebie. Mas-gwa-ah-Sid stał 

spokojnie z naciągniętą cięciwą łuku. Bacznie obserwował niedźwiedzicę i 

zastanawiał się, dlaczego zwierzę nie atakuje go.

Spojrzał nieco wyŜej, ponad łeb niedźwiedzicy, i dostrzegł w krzakach na 

pagórku jej małe dziecko, które niespokojnie kręciło się w miejscu.. Zobaczył jeszcze 

coś, co ostudziło jego zapędy łowieckie do tego stopnia, Ŝe opuścił broń i zwolnił 

cięciwę. Obok niedźwiedziątka znajdował się stary, na wpół wyliniały niedźwiedź o 

oczach zasnutych mgłą.

- Kayokechepvot, Ten Co Umiera Ze Starości - szepnął do siebie myśliwy. - 

Dzielna Inahu (matka) opiekuje się swym dzieckiem i starcem. Pomogę ei, starsza 

siostro.

OstroŜnie, bez Ŝadnego gwałtownego ruchu, który mógłby rozdraŜnić 

niedźwiedzicę, począł się wycofywać, aŜ doszedł do przyjaciół.- Matka z dzieckiem i 

opiekunka Kayokechepvota - oświadczył przyjaciołom. Zrozumieli - dla nich 

zwierzęta te były nietykalne. Orle śebro ukląkł przy swoim martwym jeleniu i 

spokojnie począł ściągać z niego skórę. Przesuwał pod skórą mocno zaciśniętą pięść, 

unosząc ją nieco ku górze. W niektórych miejscach musiał nią udąrzać od spodu, aby 

oderwać skórę od mięsa. Wkrótce praca była juŜ zakończona. Wędrujący Niedźwiedź 

z przyjacielem dźwignęli oprawionego jelenia i udali się z nim w stronę dobrej matki 

niedźwiedziej. PołoŜyli mięso w bezpiecznej odległości od niedźwiedzicy i ostroŜnie 

wycofali się przed wylot wąwozu.

Wychudzona po śnie zimowym niedźwiedzica, kołysząc się dostojnie podeszła 

do zabitego i oprawionego jelenia. Obwąchała go dokładnie, przewróciła łapą na 

drugą stronę i wróciła do dziecka i starca.

Oparła się o bok Tego Który Umierał Ze Starości i delikatnie pchnęła go 

całym swym ciałem w stronę leŜącego mięsa. Kayokechepyot cięŜko stanął na 

szerokich łapach i dopiero teraz moŜna było zobaczyć, jaki był wychudzony. 

Wyliniała skóra wisiała na jego kościach, jak pofałdowany skórzany wór. Szedł 

bardzo wolno, podpierany przez Inahu. Obok pary dorosłych niedźwiedzi niezdarnie i 

ś

miesznie toczył się mały niedźwiadek.

background image

Niedźwiedzica chwyciła kłami brzuch jelenia, łapą przytrzymując resztę 

korpusu. Szarpnęła gwałtownie i brzuch rozerwał się jak listek klonowy. Łapą 

sięgnęła do wnętrza i zakrzywione pazury kolejno wyciągały płuca, wątrobę i 

wnętrzności. Popchnęła znowu na pół ślepego niedźwiedzia prosto ku miękkim 

jelenim wnętrznościom. Starusze zajął się swoim poŜywieniem i dopiero teraz 

niedźwiedzica poczęła szarpać mięso przeznaczone na posiłek dla nie i jej malca.

Trójka ludzi w milczeniu obserwowała tę scenę. Nie płosząc niedźwiedzi 

zabrali ciało drugiego jelenia i świeŜo zdartą skórę pierwszego i wycofali się wolno 

do kotliny, gdzie ukryli swoje konie.

Po powrocie do obozu Wędrujący Niedźwiedź opowie dział ojcu o przygodzie 

z niedźwiedzicą i starym Kayoke-chepvotem.

Wojenna Lanca z uwagą wysłuchał syna. - Mój syn dobrze uczynił, Ŝe 

podzielił się mięsem z głodną Inahu - rzekł. - Wszystkie plemiona, jakie znam, nawet 

nasi wrogowie, szanują starość, czy to u ludzi, czy teŜ u zwierząt. Na Tych Którzy 

Umierają Ze Starości nigdy nie polują, nawet gdy są bardzo głodni.

Za parę Małych Słońc Kiowa mieli opuścić dolinę i juŜ teraz wyczuwało się 

atmosferę zapowiadającą wielką wędrówkę po szlakach prerii. Kobiety pakowały 

toboły i wyszukiwały nowe zdrowe Ŝerdzie potrzebne do budowy tipi. MęŜczyźni po 

raz ostatni przeglądali broń, sprawdzali jej moc i wytrzymałość. Nawet koniom 

udzielił się nastrój przygotowań do wędrówki. Były niespokojne, w końcu one teŜ 

tęskniły juŜ za polami, pokrytymi świeŜą trawą i wonnymi ziołami.

Wreszcie nadszedł dzień, kiedy kobiety zaczęły wybierać konie. Starsze i 

wolniejsze przeznaczyły dla siebie. To właśnie na nich miały jechać z przyczepionymi 

do końskich karków travois, załadowanych całym dobytkiem rodzinnym. Młodsze i 

szybsze konie były własnością wojowników.

Wędrujący Niedźwiedź jeszcze przed opuszczeniem zimowego osiedla udał 

się do ziemianki Czerwonego Kruka (Mekasto).

- To dla małej Spadającej Gwiazdy - zwrócił się do Ŝony Mekasto, Białej 

Chmury, podając jej skórę z jelenia - niech mała powita prerie w nowym odzieniu.

Wieczorem mało kto kręcił się po osadzie i wszyscy szykowali się do drogi. 

Niedźwiedź z ojcem i matką wiązali ostatnie zrolowane skóry. Pahao połoŜył się w 

najdalszym miejscu pomieszczenia, oparł pysk na wyciągniętych łapach i patrzył na 

krzątających się ludzi.

Wtem zasłona wejściowa uchyliła się i do ziemianki wkroczył Mekasto.

background image

- Wędrujący Niedźwiedź uwaŜa małą Spadającą Gwiazdę za swoją siostrę, 

toteŜ Czerwony Kruk ma prawo uwaŜać Wędrującego Niedźwiedzia za swego syna - 

powiedział wojownik. - Te dwie skóry z krów bizonich niechaj zostaną umieszczone 

w poszyciu przyszłego tipi, w którym zamieszka takŜe I-sha-wi. Otsedaba. PołoŜył 

przed zdumionym Wędrującym Niedźwiedziem swój podarunek i tak samo cicho jak 

wszedł - wyszedł z ziemianki.

„Ale-tego wieczora to nie był koniec odwiedzin, bo oto znowu uchyliła się 

zasłona wejściowa i do wnętrza ziemianki weszła I-sha-wi.

- Jutro gdzieś na szlaku rozejdą się nasze drogi - powiedziała smutno 

dziewczyna. - Chciałabym, aby pamięć o mnie na zawsze pozostała w duszy 

Wędrującego Niedźwiedzia. Weź te mokasyny, uszyłam je specjalnie na wiosenne 

deszcze. Mokasyny zrobiłam z górnej części tipi, nie przepuszczającej wody i zimna. 

Starannie wybrałam skórę, dobrze nasyconą unoszącymi się ku górze zawiesinami 

tłuszczu i pary z gotowanego lub pieczonego mięsa. Mokasyny z tej skóry nigdy się 

nie skurczą ani nie stwardnieją. Noś je, Niedźwiedziu, i pamiętaj, Ŝe będę czekała na 

ciebie.

Nazajutrz, kiedy tylko wzeszło słońce, rozległ się łomot bębna i donośny głos 

obwoływacza:

- Słuchajcie mnie, dzielni wojownicy Kwuda i Sematów. Słuchajcie kobiety i 

ludzie młodzi, a takŜe ci, którym wiele Wielkich Słońc pobieliło włosy. Słuchajcie, 

słuchajcie, otóŜ w pierwszej połowie KsięŜyca Czerwonych Traw, starszyzna ludu 

Kwuda pragnie zaprosić Sematów oraz Komanczów-Kwahadi na wielkie” święto 

Tańca Słońca Przybywajcie na tę uroczystość, bowiem Zawiniątko leków będzie 

przekazane nowemu pokoleniu przez starych straŜników świętego zawiniątka naszego 

plemienia!

Jeszcze kilkakrotnie objechał osiedle i parę razy głośno obwieścił nowinę 

mieszkańcom zimowego osiedla.

Gdy wszyscy byli gotowi do drogi, czarownicy obydwu plemion poczęli 

modlić się do swoich plemiennych świętych zawiniątek i śpiewać magiczne pieśni, 

prosząc duch opiekuńcze o pomyślność wędrówki na Wielkie Łąki.

Wreszcie ruszyli. Na przodzie plemię Sematów. Wstęga jeźdźców rozciągała 

się coraz bardziej. Pierwsi, którzy w jechali z zimowego osiedla, zniknęli juŜ w 

miejscu, gdzie rzeka tworzyła wielki zakręt, a w jej głębokim wcięciu rosły na brzegu 

drzewa bawełnicy. Między konarami drze ukazały się promienie słońca, świetliste 

background image

plamki błąkały się po zieleniejącej twardej ziemi i pod kopytami koni.

Kiedy ludzie Kwuda formowali się w długi wąŜ, słońce było juŜ wysoko, 

powietrze stało się cięŜkie, ale światło jeszcze nie nabrało jednolitej matowości, 

chociaŜ odblaski na skałach grały złotymi smugami miki, pokrywającej tutejsze 

kamienie. Czasami światło załamywało się i odbite od błyszczących głazów spadało 

na powierzchnię rzeki, przeglądając się w drobnych zmarszczkach pofalowanej wody, 

obijającej się o brzeg. Gdzieniegdzie przelatywał gołąb połyskujący nieskazitelną 

bielą w promieniach słońca.

Oblani słoneczną poświatą wojownicy rzucali na ziemię wydłuŜone śmieszne 

cienie. Pomiędzy jeźdźcami biegały radośnie psy merdające ogonami, one wyczuwały 

tak samo jak konie, Ŝe nadchodzi okres sytości.

Wędrujący Niedźwiedź zauwaŜył, Ŝe jego czworonoŜny przyjaciel, stary 

Pahao, biegnie jakoś cięŜko, z opuszczonym ogonem. Podjechał do niego, miękko 

zawisł na boku konia, pochwycił psa wpół i uniósł do góry. Podjechał z nim do matki.

- Mój stary przyjaciel - rzekł - strudzony jest drogą. Pozwól, Inahu, Ŝe połoŜę 

go na travois.

Mała Chmura na znak zgody skinęła głową. Zadowolony Pahao legł na stosie 

skór. Wjechali na równinę, a właściwie w ogromną rozległą dolinę, nad którą 

kluczami przelatywały gęsi. Ciągnęły z południa na północ, aŜ po kres błękitnego 

nieba. Wokoło słychać było świergot radującego się ptactwa, który dobiegał ze 

wszystkich stron do jadących. Raz po raz prawie spod kopyt końskich zrywały się z 

głośnym trzaskiem skrzydeł stada gołębi, było ich setki. Między pękającymi pąkami 

bawełnicy i rozwiniętymi listkami niskich krzaków szybowały pierwsze barwne 

motyle.

Mas-gwa-ah-Sid czuł, jak po jego twarzy wędrują promienie Ŝycia, zaś lekkie 

podmuchy wiatru rozwiewały mu włosy i bujną grzywę konia. Poprzez smukłe nogi i 

pełne kłęby rumaka, poprzez jego spręŜysty grzbiet, młodzieniec wyczuwał pod sobą 

Matkę Ziemię. Miał wraŜenie, Ŝe cień jego duszy odlatywał ku słońcu, wijąc się 

wokół pochodu ludzi i zwierząt i sunąc po prerii.

Po paru dniach wspólnego marszu nadszedł czas rozłąki. Sematowie skręcili 

na południe, a Kwuda wędrowalidalej na wschód. Przeprawili się przez płytki rzeczny 

bród, który w tym miejscu sięgał koniom tylko do kolan. Kiowa nazywali go 

Na’nizhoozhi (miejsce mostu).

Na przeciwległym brzegu rzeki Wędrujący Niedźwiedź wjechał na najwyŜsze 

background image

wzniesienie, z którego roztaczał się widok na całą okolicę. Z tego miejsca mógł 

oglądać długi pochód wędrujących Kiowa-Apaczów i miał wraŜenie, Ŝe jechali w 

chmurze. Tak kurz wzniecony kopytami koni i ciągnącymi się po ziemi travois 

okrywał cięŜkim, szarym tumanem nogi wierzchowców..

Bacznie wypatrywał w tym wędrującym tłumie I-sha-wi. Dojrzał ją. Jej biała 

suknia odcinała się wyraźnie na tle brązowych, odkrytych ciał współplemieńców.

Młody męŜczyzna uniósł ramię do góry, a dziewczyna widocznie zauwaŜyła 

go, bo wyjechała z pochodu kobiet i wojowników i takŜe podniosła ramię do góry. 

Potem zawróciła konia i wmieszała się między Sematów.

Nadchodził wieczór, słońce schodziło coraz to niŜej, niŜej, dotykało juŜ dolną 

częścią swej twarzy niby to chmur, niby to kłębowiska oparów, oblekających 

poszarpane krawędzie szczytów górskich.-

Pochód Kiowa zatrzymał się, gdyŜ pochody wszystkich wędrujących plemion 

zatrzymują się przed wschodem i zachodem słońca. Czarownik Biegnący Wilk w 

imieniu plemienia przemówił do Man-ka-twa (Wielkiego Twórcy):

- O! Wielki Twórco, my, lud Kwuda, prosimy cię o pokój i szczęśliwą drogę. 

O, Wielki Twórco, przenieś swoją moc na mój naród, na jego konie i miej w opiece 

starców o włosach koloru górskiego śniegu, nasze pisklęta - dzieci i kobiety, które za 

twoją sprawą dają nowe Ŝycie.

Wędrujący Niedźwiedź znał ten prastary zwyczaj od najwcześniejszego 

dzieciństwa, ale dzisiaj zrobił on na nim szczególne wraŜenie. Uświadomił sobie, Ŝe 

mimo woli coraz częściej myśli o Tańcu Słońca, po którym zostanie juŜ wojownikiem 

i będzie mógł decydować o sobie.

Niespodziewanie poczęły pojawiać się przed jego oczyma fragmenty z 

przeszłości, jakieś minione juŜ i częściowo; zapomniane, ale mające znaczenie w 

nowym, przyszłym Ŝyciu, sprawy i zdarzenia.

Przypomniał sobie, jak pod nadzorem doświadczonego Ansoty, zrobił 

pierwszą w Ŝyciu Świętą Fajkę, która słuŜy mu do dziś, pomagając w obcowaniu z 

duchami całego świata. Uczył się uparcie wielu obrzędów, nim wykonał fajkę, a 

potem musiał nauczyć się jej uŜywania, gdyŜ w przeciwnym przypadku modlitwy 

kierowane do duchów nie byłyby nigdy wysłuchane.

Główka jego fajki symbolizowała ludzkie ciało. Dolna, pozioma część 

cybucha przedstawiała ludzką duszę, a okrągły zbiorniczek na tytoń - serce człowieka.

Pamięta dokładnie, jak wychowawca pouczał, Ŝe tytoń do napełniania fajki 

background image

winien być ostroŜnie pokrojony na specjalnej podstawce, aby przy cięciu liści 

najmniejsza nawet cząstka tytoniu nie spadła poza tę podstawkę. Gdyby zdarzyło się 

coś podobnego, Man-ka-twa (Wielki Twórca) mógłby poczuć się obraŜony, myśląc, 

Ŝ

e to Matce Ziemi złoŜono pierwszą ofiarę.

- Mój synu - mówił do niego jego wychowawca, Ansota - jeśli pragniesz 

pomocy od człowieka, którego „Leki” są silne, pójdź do niego z fajką napełnioną 

tytoniem i kiedy wstąpisz do jego tipi, zwróć ustnik w stronę gospodarza. On cię 

zapyta wtedy, co ma dla ciebie uczynić. Jeśli będzie chciał ci pomóc, weźmie do rąk 

twoją fajkę i zapali ją.

- Pamiętaj zawsze, mój synu - mówił Ansota do Wędrującego Niedźwiedzia, 

gdy byli tylko we dwoje na jesionowym wzgórzu. - Święta Fajka jest i będzie twoim 

ołtarzem. Gdy zapalisz ją, ofiarujesz modlitwę, a Man-ka-twa wysłucha cię i zaświeci 

słońcem w twojej duszy. Pamiętaj i o tym, Ŝe na Wielkich Równinach nie znajdziesz 

ś

więtej trawy do fajki, musisz jej szukać daleko na wschodzie, na ziemiach 

zamieszkanych przez ludzi Chero-kee, Choctaw, Creek i Muskogi.

- A skąd się u nich wziął tytoń? - zapytał kiedyś Wędrujący Niedźwiedź.

- Oni mówią, Ŝe pewnego razu młody męŜczyzna i młoda dziewczyna 

wspólnie wędrowali ścieŜka;. Tak dobrze było im razem, Ŝe postanowili się pobrać. 

W jakiś czas, po ślubie, gdy młody męŜczyzna był na myśliwskiej wyprawie, znalazł 

się przypadkowo w miejscu, gdzie po raz pierwszy spoczywał z dziewczyną - swoją 

obecną) squaw, i znalazł tam piękny kwiat z pachnącymi liśćmi.

Zabrał więc roślinę do swojej wioski i opowiedział ludziom o swym odkryciu. 

Gdy wysuszono liście, okazało się, Ŝe moŜna je palić i Ŝe przy paleniu wydzielają 

bardzo przyjemny zapach. Na pamiątkę miejsce, w którym znaleziono kwitnącą 

roślinę, nazwano „Tam Gdzie Przyszliśmy Razem”.

Rada plemienna ogłosiła to wszystkim. PoniewaŜ kobieta i męŜczyzna w 

szczęściu i pokoju stanowią jedność, skoro sprawili, Ŝe na miejscu spełnienia ich 

miłości wyrósł tytoń - stał się on symbolem pokoju i przyjaźni. Od tego czasu tytoń 

jest palony podczas narad, aby wspierał pokój i przyjaźń między narodami.

ROZDZIAŁ XII

Przez dwa dni jeszcze wędrowali Kiowowie, nim znaleźli się na dawnym 

letnim obozowisku. W lesie, na zboczu wzniesienia, w tym samym w którym urodził 

się Wędrujący Niedźwiedź, „przedrzeźniacze” szeleściły w gałęziach drzew 

background image

pekanowych. Niekiedy uszu wędrowców dochodził trzepot ich skrzydeł i cichy 

ś

wiergot i wydawało się, Ŝe ptaki rozmawiają ze sobą niczym ludzie.

KaŜda rodzina zajęła dawne miejsce wbijając w ziemię znak własności, obok 

którego zaczęto zdejmować z travois cały dobytek i pokrycie tipi, tyki na jego 

rusztowanie, sprzęty gospodarstwa domowego, skóry i futra oraz wierzbowe maty-

leŜaki do spania. To wszystko układano w sterty, na sam wierzch połoŜono jeszcze 

kilka parfleche’ów - toreb-kopert z nie wyprawionej skóry, w których przechowywano 

stroje obrzędowe, wojenne pióropusze, narzędzia krzemienne i kościane. Zawiniątka 

Leków i przedmioty otoczone szczególną czcią złoŜone były w specjalnych 

zawiniątkach na samym wierzchołku sterty, obok tarcz wojennych, dzid, łuków i innej 

broni.

Kiedy juŜ wszystko zostało rozpakowane, kobiety brały po jednym z jucznych 

koni i oddalały się poza obóz, by przed rozstawieniem tipi zgromadzić odpowiednią 

ilość opału i przywieźć wodę w wysuszonych bizonich pęcherzach.

Wojenna Lanca w tym czasie dołączył do wodzów i innych męŜczyzn, aby 

wziąć udział w rozmowach odbywających się w dopiero co wzniesionym tipi narad. 

Wojownicy omawiali przebieg planowanych uroczystości. Cały ich rodzinny dobytek 

pozostał na ziemi nie pilnowany przez nikogo. Pozornie moŜna by odnieść wraŜenie, 

Ŝ

e sterty wszelkiego mienia nie mają właścicieli, ale z chwilą gdy męŜczyźni ustawili 

przy nich swoje znaki własności, wskazywali kaŜdemu, kto przypadkiem mógł się 

zbliŜyć do tego miejsca, Ŝe ułoŜony stos róŜnych dóbr naleŜy do posiadacza znaku i 

nie moŜe być tknięty przez nikogo innego.

KaŜda rodzina miała swój znak, a niekiedy nawet kilka. Jeden ze znaków 

„strzegł” osobistych rzeczy, jednocześnie inny mógł być uŜyty dla oznaczenia stosu 

drzewa, własnego ogniska, które miało być później rozpalone.

Jedyną sytuacją, kiedy znaku własności nie uŜywano, były wspólne plemienne 

polowania. W tym wypadku wojenno-myśliwska strzała kaŜdego łowcy, tkwiąca w 

zabitym zwierzęciu, zawsze róŜna od strzał innego myśliwego, zastępowała z 

powodzeniem znak własności. Podobnie jak znak własności, strzały kaŜdego 

męŜczyzny były indywidualnie oznakowane odpowiednimi paskami kolorów 

malowanych wokół strzały, przy pierzastej nasadzie bełtu. Znaki te z góry wykluczały 

wszelkie spory co do tego, kto zabił określoną sztukę i jest jej właścicielem, a ponadto 

pomagały kobietom w zlokalizowaniu miejsca zdobyczy swego ojca, męŜa, syna czy 

brata.

background image

Kiedy Ŝona znajdowała bizona upolowanego przez swego męŜa, zdejmowała 

skórę, patroszyła, ćwiartowała mięso i zawijała je w obciągniętą skórę. Następnie 

ładowała zdobycz na travois i zabierała do obozu.

Dopiero tutaj znak własności był ustawiony obok mięsa na czas, kiedy kobieta 

opuszczała obóz, by sprowadzić następny ładunek skór i mięsa.

W bardzo krótkim czasie ustawiono wszystkie tipi w kształcie podkowy, z 

wylotem skierowanym ku rzece. NajbliŜej wody rozstawiono Seidl-ku-toh (namiot 

potów).

Pomiędzy rozstawionymi juŜ tipi panował ruch. Kręcili się zarówno 

męŜczyźni, jak i kobiety oraz dzieci. Psy podobne do wilków, uganiały się to tu, to 

tam, węsząc uparcie za resztkami strawy. Nieco na uboczu, poza kręgiem namiotów, 

luzem puszczone konie szczypały świeŜą, soczystą trawę.

W jaki sposób powstały tipi? Opowiadacze plemienni niekiedy opowiadają 

taką legendę:

Bardzo dawno temu, pewnego letniego dnia, pewien wojownik siedział w 

cieniu bawełnicowego drzewa. Podniósł z ziemi jeden z opadłych liści, skręcił go 

między palcami i w ten sposób narodził się pomysł konstrukcji nowego mieszkania. 

Czy historie te są prawdziwe - nie wiadomo. Ale do dzisiejszego dnia dzieci z 

Wielkich Równin robią w czasie zabawy maleńkie tipi z liści bawełnicy i do dnia 

dzisiejszego ludzie z prerii mieszkają w namiotach robionych na ten wzór. Sporządza 

się je ze skór bizonich krów, gdyŜ są cieńsze i lŜejsze od skór byków.

Dni mijały na polowaniach, kaŜdy po zimie tęsknił za świeŜym mięsem. 

Wędrujący Niedźwiedź zebrał juŜ prawie wystarczającą ilość skór na nowe tipi. 

Wkrótce miała nadejść połowa KsięŜyca Czerwonych Traw.

Rada plemienna wybrała juŜ siedmiu młodych ludzi, którzy mieli przygotować 

się do tegorocznego wiosennego Tańca Słońca.

Wszyscy wskazani przez starszyznę z radością przyjęli nowinę i Ŝaden z nich 

nie okazał tchórzostwa lub strachu przed krwawą i bolesną próbą. Zdawali sobie 

sprawę z tego, Ŝe gdyby któryś z nich chociaŜ przez chwilę zawahał się, okazał cień 

strachu, starszyzna z miejsca uznałaby go za babę i na zawsze odmówiono by 

młodemu człowiekowi udziału w naradach plemienia, wojennych ucztach i tańcach.

Na sześć dni przed uroczystością zaczęli zjeŜdŜać zaproszeni goście, którzy 

rozbijali swoje tipi poza kręgiem utworzonym z namiotów Kiowa. Między 

męŜczyznami Sematów i Kwuda wyróŜniali się wojownicy Komanczów-Kwahadi. 

background image

Ich legginy nie posiadały frędzli, za to na samym dole tuŜ nad podbiciem stopy były 

zazwyczaj wyszywane w barwny wzór, tworzący z pfzodu kwadrat. Rękawy ich 

skórzanych koszul nie posiadały frędzli, natomiast tuŜ za łokciami ściągały je na 

przedramionach kolorowe opaski. Włosy wojowników Kwahadi, rozdzielone na 

ś

rodku głowy przedziałkiem, spadały luźno po obydwóch stronach twarzy, okręcone u 

dołu skórą węŜa lub pasem futra z grzbietu antylopy. Wszyscy byli wysocy, szczupłi, 

a ich kobiety oznaczały się niezwykłą urodą.

Wędrujący Niedźwiedź, Orle śebro i reszta młodych męŜczyzn, którzy mieli 

wziąć udział w uroczystości Tańca Słońca udali się w odosobnione miejsca na dwa 

dni, aby tam nie jedząc i nie pijąc, mogli modlić się do Człowie-ka-Słońce (Na-tush).

Mas-gwa-ah-Sid znalazł swoją samotnię między rozrzuconymi kamieniami, 

między którymi wił się mizerny strumyk, a przy jego brzegu rosło samotne drzewo 

pekanowe.

Nazbierał najpierw trochę uschniętych gałązek, zeschłej zeszłorocznej trawy, 

ułoŜył to wszystko w stoŜek i podpalił. Kiedy na palenisku pozostały juŜ tylko jarzące 

się kawałki drzewa, nasypał na nie Świętej Trawy, a nad małym ogniskiem począł 

unosić się prosto w górę jasny dym. Oczyścił najpierw całe swoje ubranie, potem 

ciało, a następnie pochylił się nad Świętym Dymem i wciągnął go w płuca, wchłonął 

w siebie, aby oczyścić swoje wnętrze. Nie zakrztusił się przy tym, dym nie podraŜnił 

jego płuc. Był to dobry znak, duchy były mu przychylne.

Stanął teraz nagi, prosty, wzniósł ramiona ku Słońcu, a z jego ust popłynęła 

prośba-modlitwa:

- O Wielki Na-tush, Ojcze-Słońce, zawsze ustępujesz w ciemności, lecz 

rankiem powstajesz i dajesz Ŝycie. JeŜeli pragniesz, to pójdę tam, gdzie trwają 

wieczne mroki i zasnę snem bez końca. UŜycz mi, Ojcze, swej promiennej siły, nim 

dusza moja powędruje za Piaskowe Wzgórza. Daj swemu synowi siłę, Ojcze Na-tush, 

aby mógł, w podzięce podarować ci swoją krew, a ty przyjmij ją w ofierze. Prośba 

moja niech będzie grą cieni przesuwających się przed twoim wiecznym i 

niezniszczalnym obliczem. Pozwól, Ojcze, a bym przetrwał tę próbę tak, jak powinien 

przetrwać ją wojownik Kwuda, o Wielki Na-tush.

W nocy w czasie niespokojnego snu naszła go wizja, w której zobaczył nad 

sobą rogatą głowę białego bizona. Biały bizon przybiegł do niego, gdzieś z wysokich 

prerii. Nachylił się nad zwierzęciem, a z jego nozdrzy buchnęła para, otulając nagie 

ciało Niedźwiedzia białym obłokiem. Cztery razy biały bizon chuchnął parą, a potem 

background image

odszedł i wkroczył na jasny szlak wiodący ku Słońcu. Następnej nocy powtórzyła się 

ta sama wizja z białym bizonem.

Wędrujący Niedźwiedź wstał bardzo wcześnie, bowiem słońce dopiero 

barwiło na szkarłat dolne krawędzie chmur i udał się w drogę powrotną do 

obozowiska.

Był jeszcze daleko od wioski, gdy usłyszał chrzęst bębnów, początkowo słaby, 

przytłumiony odległością, ale z kaŜdym jego krokiem głos bębna stawał się 

wyraźniejszy. Młodzieniec zrozumiał, Ŝe juŜ niewiele czasu pozostało mu do wielkiej 

próby.

Mas-gwa-ah-Sid szedł dumnie i prosto, kierując się bezpośrednio do namiotu 

obrzędowego. Nim wstąpił do tipi, zobaczył jeszcze, Ŝe z drugiej strony nadchodził 

Orle śebro, takŜe z uniesioną dumnie głową, Z chwilą kiedy zaczęto wkopywać w 

ziemię pal z przyczepionymi do jego szczytu długimi rzemieniami, wzmógł się głuchy 

łoskot grzmotu, przewalający się po bębnach, jak gdyby obsunęła się na nie wszystkie 

lawina skalnych odłamków.

Tańczący zatrzymali się w miejscu, śpiewy ustały. Otoczono kołem 

obrzędowy pal ze świętym zawiniątkiem na szczycie.

Przed namiotem narad rozłoŜone były dary dla Słońca od rodziców młodych 

męŜczyzn, którzy za chwilę mieli wkroczyć na drogę dorosłych wojowników.

Wewnątrz tipi młodzieńcy zdjęli odzieŜ, pozostając tylko w przepaskach 

biodrowych.

Wędrujący Niedźwiedź jako pierwszy wystąpił z grupy nagich juŜ chłopców i 

zbliŜył się do wodza obrzędowego, Biegnącego Wilka:

- Ojcze, oto jestem tu, gdzie być powinienem - rzekł. - Wiem, ojcze, Ŝe 

obdarzony jesteś podwójnym widzeniem. Raz widzisz wszystko takim, jakim jest, 

drugim razem rzeczy zakryte dla oczu. Widzisz okiem ciała i okiem duszy. 

Wytłumacz mi moje widzenie, które miałem, gdy oczyszczałem swoje ciało i wnętrze 

Ś

więtą Trawą.

- Wielkim będziesz, synu, wojownikiem i sławnym myśliwym. Biały Bizon, 

wysłannik Ojca Bizonów, przyszedł do ciebie we śnie, tak więc ofiara twojej krwi 

będzie łaskawie przyjęta przez Na-tusha. Będziesz Ŝył w sławie, lecz krótko i 

odejdziesz w młodym wieku szlakiem Słońca tak, jak odszedł tą drogą Biały Bizon. 

Bądź dzielny, mój synu, nadszedł czas próby.

Rozległ się rytmiczny głos grzechotek czarowników, bębny na zewnątrz 

background image

ofiarnego szałasu wpadły w ten sam rytm. Zebrani w tipi obrzędowym poczęli 

ś

piewać rytualną pieśń do Słońca.

Biegnący Wilk w najpiękniejszym swoim stroju, w skalpie bizonim na głowie 

o rogach pomalowanych na czerwono, zbliŜył się do Niedźwiedzia. Dwoma palcami 

naciągnął skórę na jego piersi i kamiennym noŜem uczynił dwa nacięcia. Te same 

nacięcia zrobił na drugiej piersi chłopca, tuŜ nad sutkami. Wcisnął teraz nóŜ pod 

skórę, szybkim ruchem wpychając po klindze kołek, którego oba końce juŜ po chwili 

wystawały z naciętych ran. Wędrujący Niedźwiedź nawet nie drgnął przy tym 

zabiegu. Zachował kamienną twarz. Krew sączyła się struŜkami po piersiach, 

spływała na brzuch i wsiąkała w przepaskę biodrową. Kolejni chłopcy podchodzili do 

czarownika, a po umieszczeniu kaŜdemu z nich patyków pod skórą na piersiach, 

stawali obok Wędrującego Niedźwiedzia.

Wreszcie wyprowadzono ich na zewnątrz. Promienie słońca padając na 

okrwawione piersi młodzieńców i sterczące w nich drewniane kołki zdawały się 

jeszcze bardziej podkreślać grozę krwawej próby. Chłopcy podeszli do pala i kaŜdy z 

nich stanął przy zwisającym ze szczytu rzemieniu zakończonym pętlą.

Wędrujący Niedźwiedź rozejrzał się po twarzach zebranych dookoła. Dojrzał 

wśród nich swego ojca i matkę, a przy nich Nocny Kwiat, był teŜ Czerwony Kruk z 

synem. Złamanym Cierniem, i wielu innych przyjaciół i krewnych.

Wpatrzył się w oczy swojej dziewczyny, jej twarz wyraŜała dumę, ale i radość, 

I-sha-wi nie ukrywała, Ŝe pragnie dzielić ze swoim wybranym tak waŜne przeŜycie, 

jakim będzie dla niego przystąpienie do próby krwi.

Kiedy podszedł do niego Biegnący Wilk, Wędrujący Niedźwiedź zwrócił się 

doń spokojnym głosem:- Ojcze, w sennym widzeniu Na-tush zaŜądał ode mnie 

większej ofiary i muszę spełnić jego polecenie. PomóŜ mi.

Stary czarownik ze zrozumieniem skinął siwą głową i szepnął parę słów 

swemu pomocnikowi. Młodszy czarownik oddalił się w kierunku obrzędowego tipi i 

po chwili wrócił, niosąc kudłaty cięŜki łeb bizona.

Biegnący Wilk nadciął Niedźwiedziowi skórę powyŜej łopatek na plecach i 

przewlekł pod skórą drewniane kołki, a o nie zaczepił włosianą plecionkę z 

przymocowaną doń głową bizona. Znowu polała się krew, Niedźwiedziowi zadrŜały 

nogi i na chwilę zabrakło mu tchu w piersiach.

KaŜdy z młodych Kiowa został połączony rzemieniami z palem, gdyŜ pętle 

rzemiennych sznurów zaciśnięto na patykach wystających ze skóry na ich piersiach.

background image

Grzechotki warczały, bębny grzmiały coraz donośniej, a pieśń do Słońca 

unosiła się hen nad prerią.

Chłopcy z kamiennymi twarzami wpatrywali się w zamgloną tarczę słoneczną. 

Orle śebro takŜe zaŜądał dla siebie większej ofiary, toteŜ rychło przyczepiono mu do 

pleców dwie cięŜkie tarcze wojenne.

KaŜdemu z tancerzy wręczono kościaną świstawkę. Wędrujący Niedźwiedź z 

trudem podniósł rękę do góry, by włoŜyć gwizdek do ust. Pot wystąpił mu na czoło i 

zalewał oczy.

Bębny raptownie zamilkły, nastała cisza. Jedynie z daleka dobiegało rŜenie 

koni i śpiew cykad. Wędrujący Niedźwiedź jeszcze raz spojrzał na I-sha-wi. Zasłoniła 

dłonią usta i z przeraŜeniem w oczach przemieszanym z podziwem wpatrywała się w 

jego zalane krwią ciało.

Uśmiechnął się do niej lekko, choć przywołanie tego uśmiechu na usta 

kosztowało go męczarnie.

Bębny zaczęły drŜeć, powietrze wibrowało. Zebrani widzowie rozpoczęli 

pieśń o daninie krwi i w tym momencie na plac wbiegła kobieta, szamanka-dziewica. 

Na głowie miała czapkę z rogami antylopy widłorogiej. Nie posiadała na sobie nic 

prócz krótkiego fartuszka z przodu i z tyłu. OkrąŜyła czterokrotnie plac, odganiając 

rytualną pieśnią i grzechotkami ze skorup Ŝółwia złe duchy i tak jak niespodziewanie 

się pojawiła, tak niespodziewanie znikła z placu.

Głos bębnów wzmógł się, huczał, tancerze ze świstawkami w ustach 

rozpoczęli taniec. Najpierw powoli, ostroŜnie zwrócili ku Słońcu głowy i ciała w 

błagalnej pozycji. Ze spokojem w oczach i jasnymi umysłami czekali na objawienie 

się wizji.

Kołysząc się na długich rzemieniach przytwierdzonych jednym końcem do 

pala, a drugim do kołków przewleczonych pod skórą na piersiach, jedni gwizdali na 

ś

wistawkach, inni krzycząc i na zmianę śpiewając wychwalali się czynami, których 

będą dokonywać w bitwie i na łowach.

Taniec stawał się coraz gwałtowniejszy, nerwowy. Tancerze raz zbliŜają się do 

pala, to znowu gwałtownie odskakują. Skórzana lina napina się na piersiach, drŜy, 

naciąga skórę. Czasami u któregoś z tancerzy skóra pęka na jednej z piersi i jest on 

juŜ prawie wolny, ale trzyma go jeszcze jeden rzemień. Krew obficie kapie na ziemię 

i zbryzguje nogi tańczących wokół pala.

Wędrujący Niedźwiedź w tańcu zbliŜa się do swoich bliskich, ciało jego drŜy, 

background image

wiotczeją nogi. Ból, straszny ból przeszywa go na wskroś, władnie całym jego ciałem. 

Słońce widzi juŜ tylko jak przez mgłę, pot miesza mu się ze spływającą po ciele 

krwią.

Wojenna Lanca podbiega do syna i silnym uderzeniem zrzuca wiszący na 

plecach chłopca łeb bizoni. Słychać soczyste klaśnięcie przerwanej napiętej skóry na 

łopatce Wędrującego Niedźwiedzia, ale zrywa się tylko jedna włosianą plecionka, na 

drugiej kosmaty łeb jeszcze wisi. Teraz do swojego ukochanego podbiega Nocny 

Kwiat i z krzykiem łapie za rogi bizonia głowę. Całym cięŜarem swego ciała wiesza 

się na niej, słychać znowu plaśnięcie skóry i dziewczyna z oderwaną głową bizonia 

przewraca się na ziemię.

Krew spływa po plecach Wędrującego Niedźwiedzia szerokimi strugami, i 

ginie gdzieś w opasce biodrowej. Niedźwiedziowi ćmi się w oczach, jednak siłą woli 

zmusza się do dalszego tańca, jego udręczone ciało drŜy, nogi stają się miękkie jak u 

niemowlęcia, które próbuje swoich pierwszych kroków.

Oto wycieńczony Orle śebro potyka się i bezwładnie pada na udeptaną ziemię. 

Nie ma juŜ sił, aby podnieść się, więc podbiega do niego matka, z trudem stawia go 

na nogi, krzycząc synowi prosto do ucha:

- Tańcz synu, tańcz! Musisz!

Uroczystość trwa prawie pół dnia. Słońce dotarło juŜ do najwyŜszego punktu 

swej codziennej wędrówki.

Wędrujący Niedźwiedź z przymkniętymi powiekami, ze zdrętwiałym od bólu 

ciałem, ostatkiem woli i energii naciąga rzemienie, które napinają mu skórę na 

piersiach. Teraz pochyla się do przodu, liny luzują się nieco i naraz niby rozpręŜonym 

łukiem rzuca całym swoim ciałem do tyłu, aŜ daje się słyszeć podwójny trzask 

przerywanej skóry. Niedźwiedź pada na ziemię i ogarnia go zupełna ciemność.

Obudził się dopiero w swoim starym tipi z ranami obwiązanymi szerokimi 

pasami z łyka klonu, I-sha-wi czuwała przy nim.

- Jesteś znuŜony i osłabiony, leŜ więc spokojnie - powiedziała łagodnie, 

podając mu kubek z kory brzozowej napełniony zimną wodą.

Pił łapczywie, woda ściekała mu po policzkach, spływała na szyję. Poprosił o 

jeszcze. Teraz pił juŜ spokojniej, małymi łyczkami. Nocny Kwiat kościanym 

grzebieniem rozczesywała mu włosy. Patrzył na jej piękną twarz, ale mimo woli 

powieki opadały mu, aŜ popadł w zdrowy sen bez Ŝadnych zwidów.

Obudził się dopiero następnego dnia i od razu poczuł zapach świeŜego 

background image

wywaru z mięsa antylopy. To Nocny Kwiat szykowała dla niego posiłek, który 

przywraca siły. Dopiero teraz doznał straszliwego uczucia głodu, nic dziwnego, bo 

przecieŜ razem z rytualnym postem juŜ czwarty dzień nie miał nic w ustach poza 

wodą.

Po chwili do tipi wszedł ojciec z matką oraz stary wychowawca, Ansota i 

wódz plemienia, Map-odal.

Wszyscy patrzyli z dumą na młodego wojownika.

- Czy nasz brat będzie miał tyle siły, aby wyjść na wielki plac, gdzie odbędzie 

się wspaniała uczta na cześć nowych wojowników, których po Tańcu Słońca 

przyjęliśmy do stowarzyszenia Kai-tsen-ko? Jest to takŜe uczta poŜegnalna na cześć 

naszych braci Komanczów i Kiowa-Apaczów.

- Przyjdę - odpowiedział.

Wszyscy, nawet rodzice, wyszli z namiotu. Pozostał teraz sam z dziewczyną. 

Gdy tylko zasłona wejściowa zapadła za ostatnim z odwiedzających, I-sha-wi 

uderzyła radośnie dłońmi o uda i zawołała:

- Oni, starzy doświadczeni wodzowie, nazwali ciebie swoim bratem! Wiele, 

bardzo wiele ciepła wpłynęło do mojego serca, gdy usłyszałam te słowa.

Wędrujący Niedźwiedź uśmiechnął się, widząc radość dziewczyny. On teŜ był 

dumny, Ŝe ma juŜ za sobą bezpowrotnie lata, gdy kaŜdy dorosły mówił do niego, jak 

do małego chłopca, „synu”. Tak jak rzeki na prerii nie zawracają swego biegu, tak juŜ 

nie powrócą do niego chłopięce lata.

- Muszę teraz przygotować mojego wojownika, aby godnie pokazał się 

zebranym - radośnie zaszczebiotała dziewczyna. Zamoczyła garść mchu i zwilŜyła 

łyko słuŜące Wędrującemu Niedźwiedziowi za opatrunek. Pod wpływem wilgoci łyko 

nieco się rozluźniło i juŜ tak mocno nie opinało ran.

Pomogła mu powstać. Gdy stanął na nogi, uświadomił sobie, jaki jest słaby. 

Gdyby nie I-sha-wi, niechybnie padłby z powrotem na posłanie, ale dziewczyna 

zdąŜyła go w porę podtrzymać.

Całe jego ciało obmyła rozgniecioną w wodzie szałwią, a następnie natarła 

sadłem niedźwiedzim. Teraz ostroŜnie wciągnęła na jego nogi i uda nogawice-legginy 

i na stopy załoŜyła białe, pięknie wyszywane kolcami jeŜozwierza mokasyny. 

Kościanym grzebieniem rozczesała mu włosy, formując równy przedziałek pośrodku 

głowy. Za lewym uchem zaplotła warkocz, który później owinęła pasem z futra 

wydry, natomiast po prawej stronie głowy zostawiła włosy luźno spadające na ramię i 

background image

plecy, następnie zaś wplotła w nie orle pióro ozdobione czerwonynrpuchem.

Piersi, ramiona i plecy miał odkryte. Wszak minęły dopiero dwa dni od 

zakończenia krwawej próby i rany były jeszcze zbyt świeŜe, by cokolwiek na nie 

nakładać.

Przy pomocy dziewczyny postąpił parę kroków, ale zawirowało mu w głowie 

od bólu, jednakŜe najmniejszym grymasem nie dał poznać, jak cierpi.

Nocny Kwiat pomogła mu wydostać się z tipi, ale kiedy znaleźli się na 

zewnątrz, Wędrujący Niedźwiedź delikatnie i stanowczo odsunął dziewczynę od 

siebie.

Sztywno, ostroŜnie o własnych siłach szedł tam, gdzie dwa dni temu tak wiele 

krwi wsiąkło w ziemię.

Pal, do którego byli przywiązani, stał jeszcze w tym samym miejscu. Tylko 

wiatr zabawiał się porozrywanymi rzemieniami, podrzucając je w górę lub oplatając 

wkoło wysoki drzewiec słupa tanecznego.

Podbiegło do niego dwóch Komanczów, delikatnie podprowadzając go do 

specjalnie przygotowanej sterty futer, gdzie posadzili go, podsuwając mu pod plecy 

skórzany wałek tak, aby mógł się wygodnie oprzeć, nie dotykając niczego nie 

zagojonymi ranami.

Nadchodziło coraz więcej uczestników Tańca Słońca, tak samo jak, on 

sztywnych, obolałych i niedołęŜnych, ale kaŜdego z nich dwaj Komańcze 

przyjmowali z szacunkiem i pieczołowicie sadzali jeden obok drugiego.

Gdy juŜ wszyscy wygodnie pozajmowali wyznaczone miejsca, zgromadzeni 

wokół Komańcze, Sematowie i Kwuda zaczęli na ich cześć wydawać długie okrzyki 

wojenne i gwizdać na kościanych świstawkach.

Na środek placu wkroczyło trzech wodzów we wspaniałych, sięgających ziemi 

pióropuszach z orlich piór. Wiatr składał i rozkładał piękne pióra niby wachlarze.

Pośrodku stał stary Map-odal, wódz Kwuda, zaś po jego lewej ręce Giakaita, a 

po prawej wódz Komanczów - Acee (Orzeł).

Skaleczona Twarz podniósł rękę do góry w starodawnym znaku pokoju, dając 

zebranym do zrozumienia, Ŝe pragnie mówić.

- Mamy przed sobą nową siłę naszego ludu, nowych mówców, nowych 

członków stowarzyszenia wojennego Kai-tsen-ko.

Dookoła dało się słyszeć głośne „Eh, neh, neh, neh, neh”, a wódz mówił dalej:

- Po mojej prawej i lewej stronie są świadkowie, którzy zawsze mogą 

background image

stwierdzić, Ŝe Taniec Słońca odbył się według obowiązujących starych tradycji i nasi 

młodzi bracia Kwuda bez lęku w sercach poddali się próbie krwi. Od tego dnia 

wszyscy tutaj zebrani mogą uwaŜać ich za męŜczyzn zas po naradzie starszyzny 

plemiennej Święte Zawiniątko zostało przekazane pod opiekę Wojennej Lancy On 

teraz będzie straŜnikiem Zawiniątka i będzie ono zawsze wisiało na drewnianym 

trójnogu przy jego tipi aby kaŜdy mógł je zobaczyć. Podziękujmy teraz tańcami i 

ucztą naszym przyjaciołom z ludu Sematów i Komanczów - Kwahadi za to, Ŝe 

zechcieli przybyć na naszą uroczystość. Otsedaba!

Znowu rozległy się radośnie wibrujące okrzyki przy wtórze łomotu bębnów.

ROZDZIAŁ XIII

Skończył się juŜ KsięŜyc Czerwonych Traw i miał się prawie ku końcowi 

KsięŜyc Gdy Konie Zmieniają Sierść.

Rany na piersiach i barkach Wędrującego Niedźwiedzia pięknie się zabliźniły. 

Na razie pozostały róŜowe pręgi, ale z upływem czasu i one znikną i zostaną tylko 

blizny, którymi Niedźwiedź będzie się szczycił i przy kaŜdej uroczystości będzie 

podmalowywał je czerwoną farbą. Orle śebro i inni młodzi męŜczyźni równieŜ czuli 

się świetnie i kaŜdy z nich teraz marzył o dokonaniu takiego czynu, który w oczach 

doświadczonych wojowników zyskałby najwyŜsze uznanie.

Pewnego dnia do tipi Wędrującego Niedźwiedzia wszedł jego ojciec Huan-tos, 

Wojenna Lanca. Usiadł wygodnie na rozłoŜonej na ziemi skórze bizoniej, po czym 

zapalił małą kamienną fajeczkę z ustnikiem z trzciny. Po wydmuchaniu kilku kłębów 

dymu, zwrócił się do syna:

- NajwyŜszy czas, aby mój syn pomyślał o Lasce Czynów, przy której 

zawisłoby kilka piór, o których mogliby poświadczyć naoczni świadkowie. Ja, twój 

ojciec, pragnę widzieć Laskę Czynów wbitą w ziemię przed twoim namiotem. Dam ci 

jeszcze jedną radę: nigdy nie uśmiercaj orłów, aby zdobyć ich pióra. Kupuj je od 

ludzi, którzy trudnią się zdobywaniem piór. Ludzie Navajo specjalnie hodują orły i 

otrzymują pióra nie krzywdząc ptaków. Od nich moŜesz kupić pióra, kiedy znowu 

przybędą do naszego zimowego osiedla.

Łyknął trochę dymu z fajeczki i mówił dalej:

- Pragnę opowiedzieć ci, synu, pewną historię. Jest to opowieść o myśliwym, 

który miał wyjątkowe powodzenie w polowaniach na jelenie.

Myśliwy ten posiadał cudowną umiejętność w przywoływaniu jeleni na 

background image

pastwisko, w pobliŜu którego urządzał zasadzkę, i bez trudu zabijał niczego nie 

podejrzewające zwierzęta.

Nie wystarczyło mu to jednak, marzył o czymś więcej. Zapragnął tak samo 

przywoływać orły i polować na nie. Zbudował więc specjalną pułapkę i naśladując 

piski zwierząt, na które ptaki te chętnie polowały, przywabiał je do swej przemyślnej 

pułapki. Orły słysząc głosy wskazujące na to, Ŝe w pobliŜu znajduje się świeŜe 

poŜywienie, sfruwały nisko, a wtedy myśliwy strzelał do nich z ukrycia i zabierał ich 

pióra.

Wszyscy doświadczeni i mądrzy myśliwi przestrzegali go, Ŝe takie polowanie 

na orły jest niegodziwe, niebezpieczne i moŜe narazić go na odwet orłów.

Myśliwy jednak nie usłuchał dobrych rad i kiedy pewnego dnia jak zwykle 

zaczął przywoływać podstępnie pięknopióre orły, olbrzymia Matka Wszystkich Orłów 

niespodziewanie spadła na zaczajonego w swej kryjówce myśliwego. PrzeraŜony 

gwałtownym atakiem łowca począł uciekać i skrył się w wydrąŜonym pniu zwalonego 

drzewa.

Matka Orłów nie zrezygnowała jednak z walki: potęŜnymi szponami chwyciła 

pień razem z ukrytym wewnątrz zabójcą orłów i uniosła go w powietrze, po czym 

złoŜyła w swoim gnieździe na wysokiej stromej skale.

Myśliwy jak zwykle miał przy sobie nie wyprawione sznury rzemienne i 

trochę suszonego mięsa.

Kiedy Matka Orłów zostawiła gniazdo bez opieki, by upolować jakąś 

zwierzynę dla swych piskląt, myśliwy kaŜdemu z maleństw dał po kawałku suszonego 

mięsa i usypiając ich czujność zręcznie powiązał wysunięte ku niemu dzioby małych 

orląt skórzanymi rzemieniami, sam zaś skrył się ponownie w wydrąŜonym pniu.

Przez całe dwa dni orlica próbowała rozwiązać dzioby piskląt, jednakŜe nie 

mogła uwolnić swoich dzieci. Postanowiła zawrzeć z myśliwym porozumienie. 

Powiedziała mu, Ŝe jeŜeli przyrzeknie, iŜ będzie polował tylko na jelenie i bizony, nie 

zabije zaś orła bez specjalnego zezwolenia Wielkiego Twórcy, to odniesie go 

bezpiecznie na ziemię. ZaŜądała takŜe, by myśliwy natychmiast rozwiązał rzemienie 

na dziobach jej dzieci. Zabójca orłów zgodził się na te warunki.

Jego potomkowie później, tak jak i on sam, dotrzymywali tej obietnicy i nigdy 

juŜ nie polowali na orły bez potrzeby. Co więcej, gdziekolwiek upolowali jelenia, 

zostawiali część mięsa, a wówczas czarownik przywoływał orły, aby i one mogły 

poŜywić się bezpiecznie i spokojnie oraz zanieść świeŜe mięso swym pisklętom.

background image

- Dlatego Wędrujący Niedźwiedź musi poszukać takiego człowieka, który 

zawarł umowę z orłami lub hoduje Ŝywe orły w swojej wiosce - kończył swoją 

opowieść Wojenna Lanca. - Tylko pióra takich ptaków przynoszą szczęście, a 

sporządzony z nich pióropusz chroni wojownika w czasie walki. Niech mój syn 

któregoś dnia wybierze się do Tsegi - Świętego Uroczyska ludu Wichita. śyje tam 

doskonały hodowca orłów imieniem Naat’aanineez.

- Tak, mój ojcze, wybiorę się tam z Orlim śebrem, aby odszukać 

Naat’aanineeza. Przedtem jednak chciałbym, abyś oznajmił wioskowemu 

obwoływaczowi, by powiadomił nasze plemię, Ŝe wybieram się do Kiowa-Apaczów, 

poślubić tam I-sha-wi. Kto chce udać się razem ze mną, niech po trzech Małych 

Słońcach dosiądzie swojego konia. Modliłem się dzisiaj do Tal-yi-da-i, które wisi 

przed twoim tipi, a jest Świętym Zawiniątkiem wszystkich Kiowa. Niebo było 

zachmurzone, ale gdy modliłem się błagając o pomyślność w mych zamierzeniach, 

ciemny obłok rozwiał się i promienie Słońca padły na Tal-yi-da-i i moje serce.

Jeszcze tego samego dnia obozowy obwoływacz kłusował na koniu między 

namiotami i bijąc w bęben wykrzykiwał:

- Nasz brat Mas-gwa-ah-Sid zaprasza przyjaciół do odwiedzenia plemienia 

Sematów, gdzie pragnie zaślubić piękną i dzielną dziewczynę o imieniu I-sha-wi, 

którą wszyscy znają i lubią. Słuchajcie! słuchajcie! Kto pragnie oglądać na własne 

oczy szczęście Wędrującego Niedźwiedzia i Nocnego Kwiatu, niechaj przygotuje 

konie do drogi za trzy Małe Słońca! Słuchajcie! słuchajcie!...

Po trzech dniach prawie sto męŜczyzn i kobiet ubranych w najpiękniejsze 

stroje czekało na znak, aby udać się na szlak prowadzący do wioski Sematów. 

Wspaniałe pióropusze chwiały się majestatycznie na głowach doświadczonych i 

walecznych wojowników. Na przodzie pochodu znajdował się Wędrujący Niedźwiedź 

z ojcem. Prowadzili na rzemieniach cztery konie ciągnące travois wypełnione 

wszelakim dobrem.

Pochód skierował się na południowy wschód, gdzie wśród barwnej prerii 

płynęła rzeka Washita.

Nazajutrz rano jeźdźcy znaleźli się w wielkiej dolinie ciągnącej się z północy 

ną południe, gdzie płynęła płytka, ale szeroko rozlana Rzeka w Której Niedźwiedź 

Zamoczył Grzbiet. Gdzieś na zachodzie wznosiły się majestatyczne góry do połowy 

zboczy pokryte lasem, spośród którego wyglądały niekiedy ogromne gładkie głazy o 

rudym zabarwieniu. śyły tam niedźwiedzie, jelenie, pumy i leśne wilki, róŜniące się 

background image

kolorem sierści od białych wilków” preryjnych.

Wokoło wirował wśród traw ostry głos cykad, a spod kopyt końskich uciekały 

całe chmary koników polnych, aby troszkę dalej znowu przysiąść na zielonych 

łodygach albo skoczyć w dal z delikatnym chrzęstem twardej powłoki długich tylnych 

nóg.

Około południa podróŜni zatrzymali się na odpoczynek i krótki posiłek. 

Pozdejmowali z siebie stroje, zapakowali je w skórzane „koperty” - parfleche i 

przytwierdzili do boków koni, w miejscu, gdzie zazwyczaj wojownicy mocują swoje 

tarcze wojenne. MęŜczyźni zostali tylko w przepaskach biodrowych, a słońce barwiło 

ich brązowe ciała na jeszcze ciemniejszy kolor.

Po trzech dniach wędrówki dojechali do krystalicznie czystej rzeczki 

nazywanej Ta w Której KsięŜyc Lubi się Przeglądać. Od rzeki tej do wioski Kiowa-

Apaczów dzieliły ich juŜ niecałe cztery biegi koni. Szybko doprowadzili swoje ciała 

do idealnej czystości, zmyli z koni kurz preryjny, po czym z powrotem przebrali się w 

swoje uroczyste szaty. Przed opuszczeniem doliny rzeki wysłali jednego z młodszych 

wojowników do obozowiska Sematów, aby powiadomić gospodarzy o zbliŜających 

się Kwuda.

Wczesnym świtem Kiowowie ruszyli W drogę, znowu dostojni i wspaniali w 

swych uroczystych strojach.

Mas-gwa-ah-Sid popadł w zadumę. Krzykliwa dojrzałość przyrody otaczała go 

wokoło, a wschodzące światło słoneczne, jasne i ostre, przenikało jego ciało, 

zabierało jego duszę. Myśli wędrowały razem ze światłem słonecznym po 

zieleniejącej się prerii, po jego świecie, w którym wyrósł, przeszedł tu wszystkie 

stopnie wtajemniczenia i zrósł się z zielonymi polami, tak jak wilk, antylopa i bizon.

Te rozmyślania przerwała głośna wrzawa, krzyki i gwizdy. Jego duch powrócił

do ciała, młodzieniec spojrzał przed siebie.

W tumanach kurzu wzniecanych kopytami koni pędziło w ich kierunku 

kilkunastu wyrostków Sematów. Wydając radosne okrzyki i nie zmniejszając galopu, 

okrąŜyli kilkakrotnie pochód, zawrócili i takim samym szaleńczym biegiem odjechali 

w kierunku widniejących juŜ na horyzoncie białych tipi swego ludu.

TuŜ przed samym obozem powitał Kiowów szpaler Sematów tak samo 

uroczyście strojnych. Po jednej stronie stały kobiety, a po drugiej męŜczyźni.

Witano ich głośno: Oyefaigua! Oyefaigua!

Wędrujący Niedźwiedź z ciekawością rozglądał się dookoła. Zewsząd 

background image

napotykał szczere uśmiechy ludzi, których pamiętał z zimowego wspólnego 

obozowiska. Witały go nie tylko Ŝyczliwe serca, ale i ciepły suchy wiatr - czinuk, 

powiewający łagodnie i głaskający miękko jego ciało.

Wjechali na duŜy plac otoczony barwnymi tipi. Namalowane na pokryciach 

stoŜkowatych namiotów rysunki przedstawiały czyny właścicieli namiotów lub wizje, 

które nawiedziły kaŜdego z nich w czasie snu przed budową nowego pomieszczenia.

Na środku placu przed tipi narad oczekiwał gości Szybki Sokół, a po lewej 

jego stronie wódz obrzędowy Dwa Palce. Nieco za nimi stał uśmiechnięty Złamany 

Cierń, przyjaciel Wędrującego Niedźwiedzia.

Grupa jeźdźców Kwuda zatrzymała swoje konie. Wędrujący Niedźwiedź i 

jego ojciec, Wojenna Lanca, powoli i dostojnie zsiedli z koni. Ojciec wręczył 

Wędrującemu Niedźwiedziowi rzemienne postronki, na których uwiązane były cztery 

konie z przymocowanymi do karków travois, sam zaś cofnął się. Niedźwiedź 

zbliŜając się do Szybkiego Sokoła, dyskretnie wypatrywał swojej dziewczyny. 

Nigdzie jednak nie spostrzegł I-sha-wi, po którą przygnało go tutaj serce.

Stanął wreszcie na wprost wodza Sematów.

- Ojcze, znasz mnie, więc nie będę ci się przedstawiał. Twoje oczy śledziły 

moje Ŝycie od początku, kiedy ujrzałem świat. Dobrze wiesz, ojcze, jaki jestem i 

potrafisz ocenić, czy zasłuŜyłem, aby twoja przybrana córka mogła dzielić ze mną 

miejsce przy ognisku w moim tipi. Serce Niedźwiedzia pragnie tej dziewczyny, jak 

wygłodzony mustang świeŜej wiosennej trawy w czasie zimy. Tymi oto darami pragnę

wyrazić szacunek tym, którzy sprawili, Ŝe ze słabiutkiego pączka rozwinął się piękny 

kwiat. JeŜeli uwaŜasz, wielki wodzu, Ŝe jestem godzien I-sha-wi, to daj mi ją, aby 

kwiat wyhodowany przez ciebie równieŜ ucieszył moje oczy.

Młodzieniec postąpił jeszcze krok do przodu i wręczył Szybkiemu Sokołowi 

rzemienie czterech koni. Szybki Sokół odebrał sznury rzemienne z rąk Wędrującego 

Niedźwiedzia, uśmiechnął się i powiedział:

- Masz rację, Wędrujący Niedźwiedziu, moje oczy śledziły twoją ścieŜkę Ŝycia 

od początku aŜ do teraz i znam cię tak, jak własnego syna. Od dawna, od bardzo 

dawna postanowiłem, Ŝe jeŜeli serce twoje zwróci się do Nocnego Kwiatu - to 

zostanie ona twoją squaw. Serce moje przepełnione jest radością, Ŝe nadeszła chwila 

spełnienia moich marzeń i moje stare oczy będą mogły nacieszyć się waszą radością. - 

Zamilkł na chwilę i mruŜąc filuternie oczy, dodał: - Ale czy ona ciebie zechce?

Podniósł lewą rękę i na ten znak wybiegło z tłumu czterech wojowników z 

background image

ogromnym bębnem, przymocowanym do czterech kijów-podstawek. Z zakrzywionych 

końców drewnianych kijów-lasek zwisały pęki sokolich piór. Laski wbito 

zaostrzonymi końcami w ziemię tak, aby dolna membrana bębna wystawała ponad jej 

powierzchnię. Płaszczyzna górnej membrany w połowie zielona symbolizowała 

ziemię, zaś w połowie błękitna - niebo. Muzycy-śpiewacy usiedli na ziemi wkoło 

bębna i jednocześnie drewnianymi pałkami w kształcie fajek uderzyli w naciągniętą 

skórę bębna. Rozległ się głuchy łoskot.

Z namiotu narad wyszła I-sha-wi.

Była tak piękna, Ŝe Niedźwiedź, kiedy ją ujrzał, zamarł z zachwytu. Jej włosy 

splecione w dwa grube warkocze zakończone ogonkami z gronostajów spadały na 

piersi. Przedziałek pośrodku głowy podkreślony był czerwoną kreską. Górna część 

białej sukni z delikatnej skóry antylopy widłorogiej wyszyta była błękitnymi kolcami 

jeŜozwierza, a na tym tle czyjeś delikatne ręce wkomponowały białe, Ŝółte i czerwone 

geometryczne wzory, tworzące miły dla oka wielobarwny ornament. Od ramion do 

połowy ud wdzięcznie falowały wąskie frędzle. W pasie suknię opinał szeroki na trzy 

palce pasek, wyszywany kolcami jeŜozwierza, w takie same motywy jak góra sukni. 

Stopy dziewczyny zdobiły białe mokasyny z czerwonym ornamentem biegnącym od 

podbicia aŜ do palców, zaś jej łydki aŜ do kolan chroniły legginy zakryte częściowo 

zwisającymi z dolnej krawędzi sukni frędzlami.

I-sha-wi wzniosła oba ramiona ku górze, jakby na powitanie obłoków 

snujących się po niebie, jej piwne oczy bez zmruŜenia wpatrywały się w słońce. Ni to 

ś

piewając, ni to mówiąc, modliła się na głos:

- Oo-tuk-koo-pah-kah-may-tou-may-yet.

- O, Duchy Górnego Świata, o Ojcze-Słońce, pomóŜcie mi na nowej drodze 

Ŝ

ycia.

- O, Duchy z Krainy Orłów, uŜyczcie mi siły, abym mogła w potrzebie być 

pomocną memu męŜczyźnie.

- O, Ptaki-Gromy, poraźcie mnie swoimi ognistymi strzałami, gdybym 

zawiodła mego męŜczyznę.

Zagrzmiał głos bębna, jak gdyby grom się przewalił przez osadę, i czterej 

męŜczyźni czterokrotnie powtórzyli:

- A’lek-i-odah! Niech się tak stanie!

Teraz dziewczyna opuściła - ręce i zbliŜyła je ku trawie, schyliła głowę, aŜ jej 

warkocze oparły się o ziemię niby dwie złamane gałęzie i znowu melodyjnym głosem 

background image

poczęła błagać Matkę-Ziemię:

- O Matko, stąpamy bezlitośnie po twoim ciele i kaleczymy twoją skórę, ty 

jednak cierpliwie i bez skargi dajesz nam, ludziom, Nowe śycie. Obdarz i mnie, 

Matko, takim małym Ŝyciem, niechaj narodzi się ono we mnie za twoją zgodą.

Znowu łomot bębna i czterokrotny krzyk bębniących: - A’lek-i-odah!

Jeszcze czterokrotnie dziewczyna wyciągała ręce na wschód, południe, zachód 

i północ, prosząc Duchy Czterech Wiatrów o pomoc. Po zakończeniu tych próśb 

uklękła przysiadając na piętach. Teraz zbliŜył się do niej dostojnym krokiem 

Wędrujący Niedźwiedź i przyklęknął naprzeciw niej. Dotknęli się kolanami, on oparł 

swoje dłonie na jej udach, ona oparła swoje na jego, pochylili głowy i czoło 

Niedźwiedzia oparło się o czoło I-sha-wi.

Czarownik Dwa Palce rozwinął białą skórę ze Świętego Bizona. Szybki Sokół, 

Wojenna Lanca i Złamany Cierń podeszli do niej i kaŜdy z nich ujął jeden róg skóry, 

po czym zbliŜyli się do klęczących i nakryli ich świętą skórą.

W tej chwili z otaczającego tłumu wystąpiły dziewczęta i dojrzałe niewiasty, 

okrąŜyły okrytych skórą i tańcząc Taniec Przemiany śpiewały:

- I-sha-wini, I-sha-wini ke-nek’aya, ke-nek’aya semah’t-ol samh’a’della Nocny 

Kwiatuszku, Nocny Kwiatuszku! JuŜ nie zobaczymy ciebie, juŜ nie będziesz w 

naszym tanecznym kole.

Czterej muzycy-śpiewacy miarowo wybijali rytm i co jakiś czas powtarzali za 

ś

piewającymi kobietami:. - JuŜ nie będzie I-sha-wi! JuŜ jej nie będzie!

Z tanecznego i śpiewającego korowodu kobiety uformowały półkole między 

namiotem narad a klęczącymi. Bębny zamilkły, nastała cisza. Do klęczących 

nieruchomo zbliŜyli się teraz najstarsi męŜczyźni Sematów. Ujęli białą skórę i 

ś

ciągnęli ją z klęczącej młodej pary. Młodzi powstali. Jakaś wiekowa kobieta 

podeszła do Nocnego Kwiatu i załoŜyła na jej głowę wyszytą kolcami jeŜozwierza 

białą opaskę. Rozległo się zajadłe bicie w bębny i gwizdy kościanych świstawek.

I-sha-wi była juŜ squaw Wędrującego Niedźwiedzia. Wszyscy zebrani 

odprowadzili młode małŜeństwo do Ke-tipi (tipi narad), bez przerwy śpiewając o 

szczęściu i radości, jakie będą czekać na młodych. Do następnego dnia nie wolno było 

nikomu przekroczyć progu tego pomieszczenia, ale równieŜ młodemu małŜeństwu nie 

wolno było opuścić Ke-tipi.

Na znak odseparowania młodej pary od świata zewnętrznego powieszono przy 

wejściu do namiotu Świętą Skórę Białego Bizona.

background image

Dla Sematów i przybyłych gości dopiero teraz rozpoczęło się święto 

połączone z wielką ucztą i obrzędowymi tańcami. Młodzi męŜczyźni, świetni łowcy i 

wojownicy, w tańcu „Czterech Strzał” ukazywali za pomocą gestów i tanecznych 

kroków swoje przeŜycia z ostatniego roku.

ROZDZIAŁ XIV

Mas-gwa-ah-Sid i Pitah-pekis wjechali konno na szczyt wzniesienia, aby 

przyjrzeć się nowej okolicy po zmianie koczowiska. Na wschodzie przebiegał 

rozległy szlak bizoni, prowadzący z północy na południe. To dlatego po naradzie ze 

starszyzną Skaleczona Twarz wybrał tę dolinę, którą teraz mieli u swoich stóp, a w 

której Kiowa juŜ nieraz rozstawiali namioty.

Na zachodzie, gdzie zasypiające słońce barwiło na fioletowo skały, wznosił się 

garb olbrzymiej góry, zwanej przez zamieszkujących tutaj dawniej Komanczów 

„Umierającym Bizonem”, bo rzeczywiście, na tle zachodzącego słońca, skała do 

złudzenia przypominała zamarłego w bezruchu, leŜącego, brodatego bizona.

Trochę na północ od wyniosłej garbatej góry wznosił się inny szczyt, jakŜe od 

niej odmienny - rdzawy i smukły niby grot oszczepu. Podobno od bardzo dawna na 

wierzchołku pionowej, prawie gładkiej skały, orły wiły swe gniazda. Komanczowie 

nazywali ją „atchkinigan” - Rodząca Orły.

Na tle skalistego i niedostępnego krajobrazu rozmaitość kolorów zawsze 

zaskakiwała nowo przybyłych: bogaty fiolet, rdzawa, niby miedzią powleczona, skała 

atchkinigan, szare zakurzone trawy, jaskrawa Ŝółć osypisk piaskowych i czarne, 

groźne, wydłuŜone cienie, wywołane przez ukośnie padające promienie słońca. Nad 

całą okolicą górowało, niby jakaś narzucona derka, szafirowobłękitne niebo bez 

jednej chmurki.

Dalej, nad brzegiem ciemnej rzeki, która ginęła gdzieś na ogromnych 

przestrzeniach prerii, w miejscu gdzie nie padały jeszcze długie cienie skał i drzew, 

strzelały ku górze stoŜkowe tipi dopiero co rozbitego tutaj obozu.

W wiosce panował ruch. Gdzie tylko spojrzeć, krzątali się pracowicie 

męŜczyźni, kobiety, a nawet dzieci. Na wpół dzikie psy snuły się w poszukiwaniu 

jakiegoś kąska. Nieco dalej konie puszczone wolno szczypały trawę, a niektóre tarzały 

się w niej.

Którejś nocy Mas-gwa-ah-Sid miał dziwny sen. Śnił, Ŝe spotkał na prerii 

obcego męŜczyznę, który polecił mu, by poszedł za nim. Przez pewien czas szli przez 

background image

równinę, potem weszli między skały, aŜ doszli do olbrzymiej groty. Człowiek z 

sennego widziadła wszedł do wnętrza jaskini, dając znak Wędrującemu 

Niedźwiedziowi, by podąŜył za nim. W chwili kiedy wojownik rozpoczął schodzić w 

głąb ziemi, spostrzegł, Ŝe senna zjawa zamienia się w ogromnego niedźwiedzia 

grizzli. Wkrótce obaj doszli do wielkiego podziemnego placu, na którym stało bardzo 

duŜo tipi - wszystkie z wymalowanymi na ściankach wizerunkami róŜnych zwierząt. 

A więc były tam namioty niedźwiedzi, bizonów, wilków, jeleni, antylop i jeszcze 

bardzo wielu innych zwierząt.

W jednym z tych namiotów, wraz ze swoją Ŝoną, zamieszkiwał Olbrzymi 

Niedźwiedź. Obaj weszli do tego tipi. Gospodarz zaoferował Mas-gwa-ah-Sidowi 

fajkę na znak przyjacielskiego powitania, a jego Ŝona podała posiłek. Potem Olbrzymi 

Niedźwiedź powiedział:

- Ludzie Kiowa, niedźwiedzie, jelenie i bizony są braćmi. My wiemy, Ŝe nasi 

bracia od czasu do czasu muszą prowadzić wojny przeciwko któremuś z naszych 

plemion, poniewaŜ my, zwierzęta, jesteśmy waszym poŜywieniem. Ale mimo to my 

pozostajemy waszymi braćmi, poniewaŜ Kiowa nigdy nie zabijają więcej, niŜ 

potrzebują, ani nigdy nie zabijają dla przyjemności. Wiemy, Ŝe serce ich boli, gdy 

zabierają Ŝycie swoim czworonoŜnym braciom, gdyŜ wasza natura nie jest naturą 

zabójcy. Przyprowadziłem cię tutaj dlatego, by dać ci mój silny lek, a ty zabierzesz go 

swemu ludowi. Po powrocie musisz zbudować tipi i ozdobić je dokładnie tak, jak jest 

pomalowane to, w którym teraz się znajdujesz. Olbrzymi Niedźwiedź wyjaśnił 

wojownikowi, jakie wzory i rysunki muszą znaleźć się na nowym tipi. Nauczył go teŜ 

odpowiednich pieśni, towarzyszących rytuałowi malowania. Zaznaczył jeszcze, aby 

Mas-gwa-ah-Sid nie zapomniał zrobić przy budowie nowego tipi Świętego 

Zawiniątka.

Ś

więte Zawiniątko musi zawierać cztery bizonie racice, czubki rogów jelenia, 

cztery grzechotki, pazury i kły niedźwiedzie oraz kilka piór z ogona orła, a takŜe 

skórę z „bizoniego ptaka”, który oczyszcza skóry - bizonów z pasoŜytów.

- Te wszystkie przedmioty - mówił dalej Olbrzymi Niedźwiedź - muszą być 

owinięte razem w skórę cielaka z zachowaną sierścią i ogonem. Całe zawiniątko 

naleŜy opasać wąskim rzemieniem, pod który ma być włoŜona Święta Fajka.

Wędrujący Niedźwiedź otrzymał takŜe wskazówki, jak naleŜy postępować 

przy oczyszczaniu Świętego Zawiniątka, gdyby zostało otwarte i uŜyte z prośbą o 

pomoc. Aby dokonać takiego oczyszczenia, naleŜy przygotować za głównym 

background image

ogniskiem płonącym w tipi mały dymiący ogień ze słodkiej świeŜej trawy. Całe 

zawiniątko oraz kaŜdy przedmiot wchodzący w jego skład musi koniecznie być 

przeniesiony dla oczyszczenia przez dym ponad ogniskiem z lewej strony na prawą.

Wędrujący Niedźwiedź otrzymał jeszcze inne waŜne instrukcje, które muszą 

być przestrzegane w nowym tipi.

- Przede wszystkim ani czaszka, ani głowa bizona czy teŜ niedźwiedzia nie 

mogą być nigdy wniesione do wnętrza namiotu. Nie wolno wędzić Ŝadnego mięsa w 

ś

rodku namiotu. Zasłona otworu wejściowego nie moŜe być uchylona, lecz po 

kaŜdym wejściu, czy teŜ wyjściu z tipi, naleŜy ją opuścić, aby wejście do namiotu 

było zawsze zasłonięte.

Kiedy Mas-gwa-ah-Sid wysłuchał tych wszystkich poleceń i nauczył się 

potrzebnych pieśni obrzędowych, duch Wielkiego Niedźwiedzia zabrał go z 

powrotem na powierzchnię ziemi. Gdy tak szli razem w kierunku wioski Kiowów, w 

pewnej chwili senne widziadło znikło.

Po obudzeniu się Wędrujący Niedźwiedź zwrócił się do swojej Ŝony, I-sha-wi:

- Potrzebujemy jeszcze czterech skór bizonich. Jak tylko uda mi się je zdobyć, 

będziesz musiała uszyć nowe tipi.

Leki Wędrującego Niedźwiedzia okazały się dobre, bo wkrótce młody 

wojownik miał juŜ sześć nowych skór. Najlepszą ze skór I-sha-wi wyprawiła tak, by 

pozostała na niej sierść bizonia, zaś wewnętrzną stronę skóry ozdobiła symbolicznymi 

rysunkami rzek, Słońca, KsięŜyca i gwiazd.

Kiedy skóra była juŜ odpowiednio przygotowana, czterech starych 

czarowników przeniosło ją w ustronne miejsce na szczyt największego wzniesienia. 

Cała wioska towarzyszyła tym, którzy nieśli skórę-symbol pokrycia tipi i symbol 

sytości. Po ceremonii dziękczynienia skórę bizona umieszczono w obszernym, 

płytkim wykopie, malunkiem na wierzchu i przykryto cienką warstwą ziemi.

Była to ofiara dla Matki Ziemi; ofiarowano jej w ten sposób modlitwę od 

myśliwych, by jeszcze więcej bizonich stad mogło przywędrować w ich okolice.

Po tej uroczystości I-sha-wi rozłoŜyła resztę skór na ziemi i przybiła je do niej 

kołkami, ułatwiającymi naciągnięcie i potem oczyszczenie specjalnymi skrobaczkami.

Najpierw musiała przez kilkanaście dni moczyć skóry w rzece, aby całe włosie 

moŜna było łatwiej zeskrobać. Po usunięciu sierści, wtarła w oczyszczone płaty skóry 

tłustą mieszaninę sporządzoną z mózgu bizoniego, szpiku i wątroby, tak aby stały się 

one miękkie, elastyczne i nie przepuszczały wody.

background image

Gdy I-sha-wi skończyła wyprawianie skór, rozłoŜyła je na trawie jedną przy 

drugiej i poprzycinała tak, aby jeden skraj pasował do drugiej, następnie kościanym 

szydłem podziurkowała krawędzie. Skóry dopasowała tak, aby po ich zeszyciu 

tworzyły kształt rozłoŜonego na ziemi tipi.

Kiedy zakończyła wstępne prace, zaprosiła kilka kobiet na wspólny posiłek. 

Kobiety przyjmując jej zaproszenie, wyraziły tym samym chęć pomocy w pracy nad 

nowym tipi i pod koniec dnia pokrycie namiotu było juŜ zszyte.

Na samych krańcach skór leŜących na wprost środka tego półkola, kobiety 

przeszyły dodatkowo podwójne skórzane łaty i jeszcze po kaŜdej stronie zostały 

dodane dwa płaty skóry, stosowane jako tzw. płaty dymne. Wykonuje to zawsze 

najbardziej doświadczona w tej pracy kobieta, w przeciwnym razie nie spełniłyby one 

właściwej roli i tipi byłoby zawsze pełne dymu.

Po wykonaniu całego pokrycia I-sha-wi i jej przyjaciółki udały się na pobliskie 

stoki wzgórz. Wycięły tutaj pewną liczbę prostych tyczek sosnowych i oczyściły je z 

kory. Tyczki te potrzebne były do zbudowania szkieletu tipi. Po kilku dniach, kiedy 

były wystarczająco suche, I-sha-wi związała cztery tyczki przy końcach razem, w 

miejscu, w którym zszyta skóra sięgała od ziemi do wylotu dymnego. Następnie 

wybrała odpowiednie miejsce na ustawienie namiotu. Rozstawiła najpierw cztery 

związane tyczki nośne, następnie promieniście rozłoŜyła inne opierając je na 

wiązaniu. Rozwidlona przy końcu tyczka posłuŜyła do podniesienia skóry - pokrycia 

zawieszonego za specjalnie sporządzoną pętlę. Dostawiła tę tyczkę do pozostałych, 

skrzyŜowanych na górze, po czym okryła stoŜkowaty drewniany szkielet skórą. 

Frontowe brzegi pokrycia zachodziły na siebie i zawierały niewielkie otwory, przez 

które naleŜało poprzetykać wierzbowe, zaostrzone na obu końcach szpilki, aby 

zasznurować tipi.

Kobieta weszła do środka namiotu - i kolejno przesuwała tyczki w taki 

sposób, aby poszycie tipi stało się gładkie i równo napięte. Zakryła jeszcze otwór 

wejściowy skórą bizona, a dolną część tipi przytwierdziła kołkami do ziemi.

Zostały jeszcze dwie tyczki, których górne końce umieściła w rogach płatów 

dymnych i rozstawiła je na zewnątrz tipi tak, Ŝe dolna część opierała się na ziemi, a 

górna rozchodziła na boki razem z płatami dymnymi, odsłaniając na szczycie namiotu 

otwór wentylacyjny.

Gdy wszystko było juŜ gotowe, I-sha-wi rozpaliła ogień wewnątrz tipi, 

podsycając go krzakami byliey, aby powstał gęsty dym. Dymem tym nasyciła i 

background image

zakonserwowała skóry, zabezpieczając je przed twardnieniem i kurczeniem pod 

wpływem deszczu i śniegu.

Końcową pracę przejął na siebie Wędrujący Niedźwiedź. Poprosił o pomoc 

jednego z męŜczyzn, którego zdolności malarskie bardzo ceniono w wiosce. Wyjaśnił 

mu w szczegółach, jakie symbole i rysunki powinny znaidować się na pokryciu tipi. 

Po wysłuchaniu tych wyjaśnień artysta wioskowy za pomocą kilku wierzbowych 

kijków i farby z czarnej ziemi naszkicował rysunki, jakich Ŝyczył sobie właściciel tipi. 

Dla poprowadzenia linii prostych uŜywał wygotowanej porowatej kości, która 

zatrzymywała w sobie pewną ilość farby. Wszystkie rysunki malarz wykonywał 

zgodnie z zaleceniami Wędrującego Niedźwiedzia, któremu treść malowideł 

przekazała senna zjawa. Olbrzymi Niedźwiedź. Gdyby artysta nie dość dokładnie 

wywiązał się ze swojej pracy, symbole mogłyby stracić swoją magiczną moc.

Kiedy wreszcie praca artysty została ukończona, opuszczono na ziemię 

powłokę namiotu i rozpostarto ją na trawie. Mas-gwa-ah-Sid zaprosił kilku męŜczyzn, 

aŜeby pomogli mu w wypełnianiu naszkicowanych przez malarza konturów-symboli.

MęŜczyźni najpierw zebrali się w starym namiocie młodego wojownika, gdzie 

wspólnie wypalili fajkę i modlili się o powodzenie w malowaniu sennych symboli. 

Wędrujący Niedźwiedź odśpiewał święte pieśni, których nauczył go Ogromny 

Niedźwiedź. Po zakończeniu obrzędu męŜczyźni wzięli się do pracy i zaczęli 

starannie wypełniać właściwymi barwami miejsca oznaczone konturami rysunków.

Do rozprowadzenia farby na duŜych płaszczyznach uŜywali przyciętych 

ogonów bizonich lub wiązek sierści. Dla pokrycia farbą drobniejszych szczegółów 

dobierano odpowiedniej wielkości ości rybie, powiązane w pęczki i zmiaŜdŜone przy 

końcach. Farby pochodzące z róŜnych rud, ziemnych jagód, czy teŜ innych owoców, 

były wcierane bardzo mocno w powłoki tipi. Jedna trzecia części szczytowej została 

pomalowana na czarno. Na czarno takŜe ubarwiono płaty dymne, na nich zaś 

wymalowano białe kropy, symbolizujące drogę po gwiazdach, prowadzącą do 

Wielkiej Niedźwiedzicy.

Pomalowano takŜe na czarno szeroki pas u dołu tipi. Na nim z kolei 

umieszczono w równych odległościach Ŝółte koła, które przedstawiały pyliste kule, 

często spotykane na prerii. Kule te powstają ze zbierającego się kurzu, początkowo 

tworząc małe chmury tuŜ nad powierzchnią ziemi, potem zaczynają wirować wraz z 

wiatrem, podrywając po arnie coraz więcej pyłu. Rozrastają się, powiększają objętość 

przypominając ogromne kule śnieŜne, aŜ«w końcu na drodze natrafiają na skałę, czy 

background image

teŜ drzewo, uderzają w nie, rozsypują się i znikają.

Między dolnym czarnym pasem, a czarnym szczytem namiotu, namalowano 

dwa niedźwiedzie grizzli, które zajmowały prawie połowę powierzchni tipi i 

zwrócone były łbami ku otworowi wejściowemu.

Skoro tylko malowanie zostało ukończone, na nowo naciągnięto skórzane 

pokrycie na tyczki. Przedtem Wędrujący Niedźwiedź poprosił kogoś, aby przed tipi 

ustawił trójnóg, na którym umieszczono Święte Zawiniątko.

Inne namioty w obozie Kiowa równieŜ były pomalowane w znaki i symbole 

widziane w snach lub wizyjnych majaczeniach. KaŜdy Kiowa posiadał teŜ swoje 

Ś

więte Zawiniątko lub woreczek z lekami.

W jednym tipi duchy wymagały, aby nigdy nie zawieszano w nim mokasynów, 

z innego nie wolno było wynosić ognia w czasie dnia albo bębnić w bęben. Jeszcze w 

innym nie pozwalano rozłupywać łba bizona.

Kilka innych tipi miało malowidła całkiem róŜniące się od pozostałych. Nie 

wyraŜały one świętych czy teŜ sennych symboli, lecz ukazywały wojenne zasługi 

plemienia albo poszczególnych właścicieli tych namiotów. Malowidła te 

przedstawiały jedynie chwałę poszczególnych wojowników lub całych rodów, 

natomiast nigdy nie ukazywano na nich własnych klęsk.

Ustawiając w miejsce starego, nowe tipi Wędrującego Niedźwiedzia, 

odprawiono jeszcze inne waŜne obrzędy. Przed zdjęciem starego pokrycia jego 

właściciel zapalił Świętą Fajkę, ofiarując dym tytoniowy duchowi, Olbrzymiemu 

Niedźwiedziowi. Dopiero wtedy I-sha-wi dotknęła Ŝerdzi starego tipi po obu stronach 

otworu wejściowego i wyciągnęła jedną z drewnianych szpilek, spinających namiot 

od góry do dołu. Te symboliczne gesty oznaczały, Ŝe teraz moŜna juŜ rozebrać stare 

tipi.

Po ściągnięciu poszycia ze szkieletu, zuŜyte pokrycie zabrano daleko na prerię 

i rozciągnięto na ziemi. Mas-gwa-ah-Sid na jego obrzeŜach połoŜył kamienie, by nie 

zostało uniesione przez wiatr. Pokrycie było połoŜone wymalowanymi symbolami na 

wierzch. Znaki te były ofiarą dla Słońca i Jednocześnie modlitwą, by Słońce łaskawie 

patrzyło na nowe tipi Wędrującego Niedźwiedzia.

Po czterech lub siedmiu dniach stary namiot moŜna było przynieść z 

powrotem do obozu i nie zniszczone części skóry zuŜytkować na własne potrzeby.

Po zakończeniu wszystkich wyznaczonych obrzędów Wędrujący Niedźwiedź 

zaprosił swoich przyjaciół i rodzinę na ucztę, aby uczcić nowe tipi. Zjawili się 

background image

wszyscy, nawet Ansota - jego stary nauczyciel, a zarazem wspaniały bajarz wioskowy.

KaŜdy z przyjaciół przyniósł ze sobą jakiś podarek dla młodego małŜeństwa. 

Wędrującego Niedźwiedzia najbardziej ucieszył prezent od Orlego śebra. Przyjaciel 

przyniósł mu wiązkę wspaniałych strzał do łuku, wykonanych przez jego matkę, i pęk 

wielkich piór ze złotego orła. Teraz juŜ powaŜnie mógł myśleć o Lasce Czynów.

I-sha-wi juŜ jako Ŝona Wędrującego Niedźwiedzia zrobiła na wszystkich 

zebranych jak najlepsze wraŜenie. Uroda, gibkość postaci, uprzejmość i doskonały 

smak przyrządzonych przez nią potraw, wszystko to razem zyskało w oczach gości 

jak największe uznanie.

Kiedy wszyscy najedli się do syta, męŜczyźni zabrali się do palenia fajek, 

kobiety zaś cofnęły się w głąb namiotu. Jako pierwszy jak zwykle zaczął snuć swą 

opowieść Ansota:

- Wchodząc do tego tipi, zauwaŜyłem Święte Zawiniątko, którego obecność 

jest związana z budową tego namiotu, jego namalowanymi symbolami i wizjami 

właściciela. Natomiast straŜnikiem plemiennym Świętego Zawiniątka został ojciec 

naszego brata, Wojenna Lanca, i to najwaŜniejsze dla Kiowów zawiniątko znajduje 

się przy jego tipi.

U naszych przyjaciół Mandanów natomiast Święte Zawiniątko jest 

przechowywane w tipi narad, a historia tego cudownego zawiniątka znana jest jako 

opowieść o „Sukni Nuptadi”.Pewnego dnia siedział na travois mały chłopiec z 

plemienia Mandanów. Travois ciągnął Pierwszy MęŜczyzna - Kojot, który przybrał 

postać psa i wędrując przez ziemię tworzył ją i kształtował na niej Ŝycie.

W pewnym momencie Kojot ciągnący travois z siedzącym na nim chłopcem, 

spostrzegł innego kojota i pognał za nim. Obcego kojota nie złapał, ale za to zgubił 

ś

cieŜkę powrotną do wioski.

Kiedy chłopiec znalazł się z dala od swego domu, w zupełnie nieznanej sobie 

okolicy, poczuł się bardzo zagubiony. Zszedł z travois i oto zobaczył leŜący w pobliŜu 

łuk i kilka strzał. Bardzo się ucieszył ze swego znaleziska i zaraz podziękował 

duchowi, który to dla niego pozostawił.

A poniewaŜ cierpiał straszliwy głód, więc gdy tylko w pobliŜu ujrzał bizona, 

porwał łuk i wypuścił celną strzałę. Strzała, nie mająca jednak grotu, nie przebiła 

nawet skóry zwierzęcia. Chłopiec znalazł ostry kamień, przywiązał go do końca 

strzały kosmykiem swoich włosów i przekonał się wkrótce, Ŝe dopiero tak uzbrojona, 

moŜe zadali śmierć. Innym ostrym kamieniem przeciął skórę zabitego przez siebie 

background image

zwierzęcia, wydobył tłustą nerkę i poŜywił się nią.

Potrzebował czegoś twardego, by sporządzić niezbędną mu broń i mocne 

narzędzia, wziął więc kość z nogi bizona i zaczął uderzać nią w kant twardej skały. 

Kość została wreszcie złamana, ale wraz z pęknięciem odłupała się od niej maleńka 

ostra drzazga i upadła nie opodal na murawę. W miejscu, w którym upadła, chłopiec 

spostrzegł nagle małą dziewczynkę.

Nie wiedział początkowo, co z nią począć, był przecieŜ sam. Niebawem 

Pierwszy MęŜczyzna-Kojot, który ciągnął dotychczas travois, powrócił, przybrał 

postać ludzką i poradził chłopcu, by uzbierał trochę szałwii i rozpalił ogień. Gdy 

ognisko juŜ dymiło, polecił chłopcu, aby przeniósł maleńką dziewczynkę cztery razy 

nad dymem ogniska.

Za kaŜdym przeniesieniem przez dym dziewczynka sta - wała się coraz 

większa. Kiedy po raz ostatni dym owionął jej ciało, stała się juŜ dostatecznie dorosła 

i duŜa, aby zająć się gotowaniem i szyciem pięknych strojów z bizoniej skóry, 

natomiast chłopiec stał się pięknym, dorosłym młodzieńcem.

Kojot był zadowolony, Ŝe dziewczyna i młodzieniec mogą pomagać sobie 

nawzajem, toteŜ wkrótce ich opuścił.

Obydwoje młodzi pracowali gorliwie i w niedługim czasie wybudowali sobie 

obszerne, wygodne tipi i zamieszkali w nim. Pewnego dnia dziewczyna spytała swego 

przyrodniego brata, czy nie zechciałby znaleźć dla siebie Ŝony. Powiedziała mu, Ŝe w 

pobliŜe przybyły dwie dziewczyny, które zaczęły budować dla siebie zimowe 

mieszkanie.

Będąc kiedyś w pobliŜu domostwa dziewczyn, chłopiec odwiedził je i spytał, 

czy nie zechciałyby go poślubić. Dziewczęta zgodziły się, uprzedziły go jednak, Ŝe 

jego przyrodnia siostra skarŜyła się na jego gwałtowne usposobienie.

Wkrótce po poślubieniu obu dziewcząt małŜonek został ostrzeŜony znowu 

przez swoje Ŝony, Ŝe jego przyrodnia siostra potrzebuje ludzkiego skalpu, by ozdobić 

nim swą suknię, którą właśnie uszyła.

Usłyszawszy to, młody męŜczyzna korzystając z nieobecności siostry w domu 

postanowił poszukać zawiniątka z suknią. Zanim jednak rozpoczął poszukiwania, 

rozpalił ognisko z miękkich, soczystych traw, modląc się przy tym, by nie został przez 

duchy ukarany za to, co czyni.

Gdy wreszcie znalazł zawiniątko i rozwinął je, ujrzał piękną suknię ozdobioną 

muszelkami. Dostrzegł jednak z przeraŜeniem, Ŝe pod kaŜdą muszlą wisiał ludzki 

background image

skalp. Puste muszle przyszyte na rękawie wskazywały w oczywisty sposób, Ŝe miały 

się tam znaleźć nowe skalpy.

Spoglądając na tę niesamowitą suknię, przypomniał sobie, Ŝe jego przyrodnia 

siostra zawsze kiedy gotowała mięso, jadła je potem w ukryciu, chroniąc się przed 

wzrokiem brata.

Uświadomiwszy to sobie, zrozumiał, Ŝe jest ona stworzeniem nie naleŜącym 

do ludzkiej rasy, co więcej,- ta, którą przywykł uwaŜać za swą siostrę, jest potworem - 

ludojadem, w którym zamieszkuje Zły Duch.

Gdy w jakiś czas potem przyrodnia siostra wróciła do tipi, podniosła z ziemi 

zawiniątko, zawierające jej nie dokończoną suknię i dotknęła nim przepaski 

biodrowej brata..

W momencie zetknięcia oba okrycia zapłonęły jasnoniebieskim płomieniem. 

Okazało się, Ŝe brat posiadał równieŜ cudowną, nadnaturalną moc, która uchroniła go 

przed śmiercią. Wybiegł więc na zewnątrz i pomknął szybko do białego tipi swych 

młodych Ŝon i przewidując rychłą walkę zaczął się tam przygotowywać do 

ś

miertelnego starcia z przyrodnią siostrą. Dziewczyna spostrzegła, Ŝe nie moŜe 

pozbawić brata Ŝycia dotknięciem swej sukni. Zdała sobie sprawę, Ŝe czas jej Ŝycia na 

ziemi dobiega końca. Z daleka zawołała, Ŝe gdy umrze, brat przyrodni ma zabrać 

magiczną suknię i zachować ją jako świętą rzecz, która przyniesie pomyślność i 

dobrobyt plemieniu Mandanów.

Tymczasem młody Mandan uzbrojony oczekiwał rozpoczęcia walki. A 

poniewaŜ siostra długo nie przychodziła, wszedł do jej tipi. Dziewczyna leŜała 

martwa na ziemi. Wziął więc jej suknię, owinął delikatną skórą i sporządził cudowne 

zawiniątko, które nazwał „Suknią Nuptadi”. Pod koniec swego Ŝycia podarował 

zawiniątko swym dzieciom, one z kolei swoim, aŜ wreszcie „Suknia Nuptadi” stała 

się Świętym Zawiniątkiem całego plemienia Mandanów.

ZbliŜał się czas obumierania przyrody i okres jesiennych wielkich łowów na 

bizony, po których Kiowa mieli udać się do zimowych domów.

Bardzo stary człowiek stanął na występie skalnym, ze Świętym Zawiniątkiem 

na tle zalanej słońcem prerii. Ramiona i głowę uniósł wysoko, jakby tam między 

rzadkimi, z wolna snującymi się po niebie obłokami, wypatrywał stada bizonów. 

PoniŜej skały stał jego koń, przyuczony do polowania na bizony i gotów w kaŜdej 

chwili popędzić za stadem krów i byków. Twarz i szyję starego poorało wiele 

Wielkich Słońc, ale w jego postawie była jakaś siła i witalność.

background image

Z oddali dochodził miarowy odgłos bębna, a starzec niby śpiewając, niby 

mrucząc prosił duchy nieba i ziemi o mięso, o czerwone, soczyste mięso dla swego 

ludu.

Jego leki okazały się nadzwyczaj mocne, bo myśliwi w czasie jesiennych 

łowów ubili masę bizonów, a polowanie odbyło się bez Ŝadnego wypadku.

Gdy uporano się z dopiero co zdobytym mięsem i skórami, Kiowa wyruszyli 

w drogę. Mas-gwa-ah-Sid jadąc obok I-sha-wi grał na flecie i śpiewał ułoŜone przez 

siebie pieśni o swojej pięknej i dobrej Ŝonie, bo męŜczyzna zawsze śpiewa o pięknej 

kobiecie.

Dzień był pogodny, po niebie sunęły leniwie obłoki, gdzieniegdzie gromadząc 

się w gęste chmurzaste kłęby. Niespodziewanie dmuchnął silny wiatr, który sprawił, 

Ŝ

e chmury przysłoniły słońce, przybrały najpierw szarą a potern granatową barwę. 

Gdzieś nad horyzontem ukazały się Ptaki-Gromy, z których dziobów posypały się 

sznury błyskawic. Po sklepieniu nieba przetoczył się odgłos grzmotu. Wkrótce ziemię 

zrosił drobny deszcz, który wnet zamienił się w ulewę. Końskie kopyta miękko 

plaskały po mokrej ziemi, rozpryskując wokoło wodę. Wichura targała koniom 

grzywy i ogony. Ludzie szczelnie okryli się skórami, ale nawet na chwilę nie 

przerwano pochodu.

Ochłodziło się. Z góry posypały się ostre bryłki gradu, siekąc po twarzach. W 

chwilę później pośród kotłujących się chmur znów pojawiło się słońce, rozpędzając w 

gniewie granatowe chmurzaste bałwany, tylko gdzieniegdzie preria mieniła się 

srebrzystymi plamami gradowego opadu.

Przelotna burza trwała krótko, przeleciała przez prerię jak stado bizonów i 

znowu rozległ się głos fletu, na którym przygrywał swej kobiecie Wędrujący 

Niedźwiedź.

Po wielu dniach wędrówki Kiowa znaleźli się w starym zimowym osiedlu i 

jak co roku musieli przystąpić do drobnych napraw ziemianek, a przede wszystkim 

szykować drewno na opał, bardzo duŜo drewna.

Kiedy byli juŜ dobrze zagospodarowani, zjawili się ludzie Navajo, aby jak 

zawsze wymienić płody ziemi za mięso i skóry.

Wędrujący Niedźwiedź teraz juŜ sam brał udział w transakcjach handlowych, 

był przecieŜ głową rodziny. Po wymianie skór na produkty potrzebne w czasie zimy, 

kupił jeszcze I-sha-wi piękny naszyjnik z „księŜycowych kamieni” - turkusów i 

srebrny pas nabijany tymi samymi kamieniami.

background image

Gdy Navajowie odjechali, Kiowa znowu zostali sami i cisza napełniła dolinę.

Nadszedł KsięŜyc w Którym Śnieg Wdziera się do Tipi - (styczeń)”. Mroźny, 

zimowy wiatr przelatywał ze świstem i jękiem nad lasami i skałami. Drzewa gięły się 

i prostowały w jakimś obłędnym tańcu, niekiedy bijąc pokłony niewidzialnemu 

Północnemu Wiatrowi.

Rozgadał się las, on miał teraz coś do powiedzenia, bo gdy laą mówi, wszelkie 

Ŝ

yjące w nim stworzenia milczą - takie jest prawo natury.

Wędrujący Niedźwiedź usiadł blisko ogniska w swojejziemiance i zdrzemnął 

się. Było mu ciepło i wygodnie mimo śniegu, który grubą pokrywą okrył świat. 

Ognisko umieszczone w płytkim zagłębieniu pośrodku zimowego domostwa 

ogrzewało całe wnętrze zimowego domu. Sporo ciepła zatrzymywały teŜ grube futra 

rozłoŜone na klepisku.

Naraz zasłona przy wejściu, zrobiona z kudłatej skóry niedźwiedzia, drgnęła. 

Do ziemianki wszedł stary, ukochany Pahao i ułoŜył się na podłodze w pobliŜu 

Wędrującego Niedźwiedzia. Wojownik obudzony przez powiew chłodnego 

powietrza, które przeniknęło do pomieszczenia, poprawił ogień i przestawił ramę z 

naciągniętą skórą bizonia, nad którą właśnie pracował. Mas-gwa-ah-Sid nie dość Ŝe 

stawał się liczącym w plemieniu wojownikiem i doskonałym myśliwym, dodatkowo 

odkrył w sobie zdolności plastyczne. Wodzowie stowarzyszenia Kai-tsen-ko 

(Prawdziwych Psów) powierzyli mu wykonanie i odnowienie wielu derek skórzanych, 

na których za pomocą symboli i obrazków uwieczniano zasługi stowarzyszenia. Znaki 

te były nacinane na wewnętrznej powierzchni skóry za pomocą ostrego, cienko 

zakończonego kamiennego lub kościanego rylca. Rysunki te później nacierano 

róŜnymi kolorami suchych farb.

Wędrujący Niedźwiedź pracował teraz nad rysunkami, które miały wyobraŜać 

minione KsięŜyce w ciągu Wielkiego Słońca. Miały one przypominać Kiowom, czego 

naleŜy oczekiwać podczas wszystkich tajemniczych przemian przyrody, od jednego 

ś

niegu do drugiego.

Wędrujący Niedźwiedź podniósł rylec z kości, aby narysować KsięŜyc w 

Którym Śnieg Wdziera się do Tipi.

„Śnieg, cięŜki śnieg leŜy na prerii, na szczytach gór i skalistych zboczach, w 

dolinach i na zamarzniętych jeziorach. Pokrył białym puchem wszystko, lasy i 

siedziby. Wilki podchodzą blisko osady i wyją pieśni głodu w czasie zimnych, 

jasnych nocy. Północny Wiatr nadciąga, wszystko, ca Ŝyje, kryje się przed nim, nawet 

background image

ś

nieg ucieka i chce się wedrzeć do tipi, aby skryć się przed zawsze głodnym Wichrem 

Północnym. Ludzie przytuleni w swych zimowych domach modlą się do Wielkiego 

Twórcy, prosząc go, aby KsięŜyc w Którym Śnieg Wdziera się do Tipi przeszedł 

łagodnie nad wioską”.

Mas-gwa-ah-Sid narysował to wszystko starannie na naciągniętej w ramach 

skórze. Narysował tipi z zadartą osłoną wejściową, nad namiotem półksięŜyc oraz 

kilka nieregularnych, ukośnych linii przedstawiających padający śnieg. Następnie 

wyrył inny półksięŜyc, na drugi miesiąc - luty, KsięŜyc Wyjącego Wilka lub KsięŜyc 

Głodu.

„Na tym rysunku widać wilka, który przysiadł na zadzie w głębokim śniegu i 

wyje z łbem uniesionym ku niebu. Jego wystające Ŝebra świadczą o cierpieniu głodu. 

Głód, cichy wróg, zakrada się do wioski. Na próŜno myśliwi zapuszczają się w 

dalekie strony w poszukiwaniu zwierzyny. Wracają z pustymi rękoma. Wszystkie 

zwierzęta znalazły kryjówki głęboko w swych norach, a ich tropy od dawna zakrył 

głęboki śnieg. Bizony powędrowały na południe do krainy Białych Kamieni i 

Kaktusów. W wiosce młody i silny przeŜyje, lecz stary i słaby umiera. Rodziny 

opłakują zmarłego i malują twarze na czarno w głębokim smutku”.

Gałązka z pąkami jest symbolem KsięŜyca Pąków lub KsięŜyca Przebudzenia 

(marzec).

„Wiosnę wyczuwa się w powietrzu. Topnieją śniegi, spływają do 

zamarzniętych jeszcze, ale budzących się rzek, na których teŜ pękają i ruszają potem 

lody. Czarne kruki, które zdają się nigdy nie odczuwać głodu, latają kracząc głośno 

nad budzącą się wioską lub przysiadają całą chmarą na gałęziach drzewa pokrytego 

pąkami”.

Wędrujący Niedźwiedź wyŜłobił swym ostrym rylcem jeszcze jeden księŜyc - 

KsięŜyc Zielonej Trawy (kwiecień).

.”Młoda trawa przebija się do góry przez ziemię pokrytą grubo liśćmi, a dzika 

gęś powraca do północnej krainy. Matka Ziemia uśmiecha się do swych dzieci. 

Jeziora zapełniają się stadami nadbrzeŜnego ptactwa wodnego. Bizony wracają na 

zieleniejącą się prerię. Zielone trawy rozrastają się, jak okiem sięgnąć po całej 

wielkiej równinie. Nowy świt przynosi z sobą pokarm, promienie słońca i radość dla 

ludzi, którzy w swych sercach składają za to podziękowanie”.

Młody wojownik rozpoczął rysować konie. KsięŜyc Gdy Konie Zmieniają 

Sierść (maj). Rysuje równieŜ bizony, z których całymi płatami opada sierść. „Jest 

background image

ciepło, więc zwierzęta zmieniają zimowe okrycia na lŜejsze, letnie, nawet białe 

puszyste w zimie króliki stały się teraz szare i wysmukłe. Śpiewy ptaków i dobry 

Wschodni Wiatr zapowiadają nadejście lata”.

Wędrujący Niedźwiedź rysuje na skórze jakby skorupę ślimaka. Pies obudził 

się i przysunął bliŜej jego stóp. Wojownik podrapał go delikatnie za uszami i na nowo 

podjął pracę, opisując wydarzenia w następnym księŜycu - KsięŜyc Wysokiej Trawy 

(czerwiec).

„Leniwy Południowy Wiatr pieści łagodnie trawy prerii, kwiaty, twarze ludzi, 

a nawet ich serca. Starzy męŜczyźni siadają w ciepłym słońcu i palą fajki, 

rozmawiając o swoich zasługach, odniesionych zwycięstwach oraz zaszczytach, jakie 

ich spotkały dawno temu na wojennych ścieŜkach. Dla męŜczyzn jest to czas 

przeŜywania przygód i dokonywania dzielnych czynów. Dla młodszych z nich to 

takŜe pora wygrywania miłosnych pieśni na drewnianych lub kościanych fletach, zaś 

dla dziewczyn czas słuchania miłosnych dźwięków fletu ukochanego. Wkrótce 

wioska zobaczy nowe tipi zbudowane przez nowoŜeńców. Wysoka trawa gęsto 

pokrywa Zielone Pola”.

KsięŜyc Grzmotu lub KsięŜyc Kwitnących Czerwonych Lilii (lipiec). 

Wędrujący Niedźwiedź narysował ciemną chmurę, przeciętą jasną błyskawicą 

pioruna.

„Na odgłos pierwszego uderzenia pioruna człowiek zatrzymuje się, 

gdziekolwiek by się znajdował lub cokolwiek czynił, aby pomodlić się:

- Ho, Grzmocie! Cieszę się, słysząc znów twój głos. Ześlij na moj naród 

szczęście, zdrowie i dobre Ŝycie!!! Ho! Wam równieŜ dziękuję, Ptaki-Gromy, za to, 

Ŝ

e przyleciałyście w nasze strony.

Wraz z grzmotem przychodzi deszcz, a kiedy jego krople przenikną w głąb 

Matki Ziemi, rozbudzą korzenie i nasiona, preria odŜyje i pokryje się świeŜą trawą, 

zakwitną Czerwone Lilie”.

Następnie Wędrujący Niedźwiedź cienkim ostrzem wyrył na wewnętrznej 

części skóry księŜyc oraz kolbę kukurydzy okrytą podłuŜnymi liśćmi - był to KsięŜyc 

Zielonej Kukurydzy (sierpień). Inne plemiona miesiąc ten nazywały - KsięŜycem w 

Którym Jelenie Zrzucają PoroŜa.

„Wysokie łodygi stoją w równych szeregach. Jak jedwabiste kitki wyrastają na 

szczycie kaczana, falują w letnim powiewie, niczym pęk końskiego włosia 

umieszczonego na szczycie pióra wojownika. Jelenie biegają z gołymi łbami”.

background image

OdłoŜywszy narzędzia, Mas-gwa-ah-Sid dorzucił trochę drzewa do 

dogasającego ogniska; odpoczął chwilę, by dać wytchnienie swym zgiętym w 

niewygodnej pozycji plecom. Pies podniósł się i przeciągnął, pokręcił się parokrotnie 

w kółko i ułoŜył z powrotem obok swego pana, mrucząc z zadowolenia. Wędrujący 

Niedźwiedź ustawił bliŜej światła ramę z naciągniętą skórą i kontynuował swoją 

pracę. Nadeszła kolej na KsięŜyc Zbiorów (wrzesień).

„Obfite dary Matki Ziemi są zrywane i zbierane przez kobiety. Niektóre z tych 

plonów zostaną zuŜyte zaraz po przyniesieniu ich do tipi, lecz większość zostanie 

złoŜona lub ususzona, by zaspokajała głód lub leczyła w czasie zimy. Ziemne płody 

zawieszano wysoko nad ziemią, aby dostatecznie wyschły”.

Wędrujący Niedźwiedź narysował przeróŜne rodzaje liści na miesiąc - KsięŜyc 

Opadających Liści (październik).

„Po zakończeniu się KsięŜyca Zbiorów, nadchodzi ojciec wszystkich wiatrów 

- Wiatr Zachodni. Liście zaczynają opadać na ziemię i wyglądają jak cudowne barwne 

motyle. W czasie tego właśnie KsięŜyca męŜczyźni przygotowują się do odbycia 

łowów. Wkrótce bizon, antylopa, wilk, jeleń i inni Leśni Ludzie i Ludzie Wielkich 

Łąk będą nosić znowu długie i grube futra. W lesie, tuŜ za wioską, kobiety zbierają 

drewno na zimowy opał, układając je w stosy w pobliŜu zimowych domów. Spieszą 

się, by pracę tę wykonać przed powrotem wielkiego śniegu, który zakryje wszystko. 

Natomiast młode dziewczęta gromadzą w swych koszykach z kory owoce cierpkiej 

jarzębiny, ulubioną przyprawę Kiowów do przyrządzania dziczyzny”.

Dla zobrazowania KsięŜyca Łowów lub KsięŜyca Gdy Wilki Chodzą Stadami 

(listopada) Wędrujący Niedźwiedź narysował napięty łuk z nałoŜoną na cięciwę 

strzałą.

„Wczesnym rankiem kaŜdego dnia lub zaraz po północy myśliwi opuszczają 

wioskę, by powrócić do niej o zachodzie słońca, zmęczeni lub szczęśliwi. Polowanie 

udało się i przywieźli na swych koniach duŜo zwierzyny do domu.Mając co dzień w 

wiosce wielką ilość mięsa, kobiety nie mają czasu na pogawędki. Cały swój czas 

spędzają na zdejmowaniu skór z upolowanych zwierząt, krojeniu i przygotowywaniu 

mięsa na zimę. AŜ do końca KsięŜyca Łowów nie mają wolnej chwili ani na 

ploteczki, ani na zabawy”.

Przez chwilę Wędrujący Niedźwiedź pomyślał o dniach, które stawały się 

coraz krótsze. Przygotował się do wykonania ostatniego rysunku. Obok półksięŜyca 

zrobił półkole. Dolne końce tego półkola połączył linią prostą, a całe wnętrze 

background image

pomalował na czarno. To czarne półkole to niebo nocą, poniewaŜ grudzień jest 

KsięŜycem Nocy i Wielkiego Chłodu.

„Śnieg przykrył ziemię puchem podobnym do futra białego królika - wabasso. 

Ludzie, otuleni futrzanymi derkami, opowiadają dzieciom w swych zimowych 

domach, Ŝe Ten Który Czyni Zimno powraca do swego domostwa w północnym 

kraju. Przedziera się nocą przez lasy, zrywając korę z drzew i łamiąc najtwardsze pnie 

i gałęzie swoją bojową maczugą”.

Ukończywszy swą misterną pracę, Mas-gwa-ah-Sid ostroŜnie zdjął skórę z 

ramy i zwinął ją w rulon, przewiązując go w środku cienkim rzemieniem, po czym 

zawiesił swoje dzieło nad miejscem, gdzie spał. Dorzucił po raz ostatni drzewa do 

ognia i ułoŜył się na puszystym posłaniu z futer niedźwiedzich. Pies przycupnął u 

kolan swego pana. Kiedy I-sha-wi wróciła z odwiedzin w sąsiedniej ziemiance, jej 

mąŜ i jego pies byli pogrąŜeni juŜ w głębokim śnie. Być moŜe śnili o wczesnej 

wiośnie i ciepłym lecie.

Pewnego dnia wilgotny i mocarny wiatr nadleciał z południa, zmiótł śnieg ze 

skał i strząsnął go z drzew. Po całym dniu i nocy hulania wichury wszystko wokół 

zmieniło swą barwę na szarobrunatną, a od rzeki dochodził głuchy łoskot i miarowy 

huk. Po paru dniach lody na rzece ruszyły.

PotęŜny wiatr takŜe rozgonił chmury na niebie. Wyjrzało słońce, początkowo 

nieśmiało, bojaźliwie, lecz w końcu nabrało sił i poczęło ciskać na ziemię wiązki 

swych ciepłych promieni. Połaskotana słońcem rzeka zaszumiała, przemówiła do 

przybrzeŜnych krzaków i drzew, aby i one obudziły się z drętwego zimowego snu i 

powitały Ŝyciodajne słońce świeŜymi pąkami.

Kiedy rzeka uspokoiła się nieco, I-sha-wi wybrała się z innymi kobietami na 

połów ryb. Zabrały ze sobą plecione z wikliny Ŝaki - koszyki-pułapki, które rozstawiły 

na nadbrzeŜnych płyciznach i juŜ wkrótce w mętnej jeszcze wodzie zabłysło coś 

srebrzyście.

Nocny Kwiat wyciągnęła z pułapek za skrzela wielkie błyszczące ryby o 

grubej łusce i kolejno ogłuszała je.

Wróciła do męŜa z obfitą zdobyczą. On tymczasem siedział przed domem i 

pykał swoją małą fajeczkę. Przyglądał się teraz Ŝonie, jej dłoniom z przylepioną do 

nich łuską rybią. Słońce igrało na powierzchni wyszlifowanego kamiennego noŜa, 

kiedy I-sha-wi zręcznymi cięciami płatała ryby.

- Odpocznij, Nocny Kwiecie - zwrócił się do Ŝony. Wziął od niej rozpłatane 

background image

ryby, przewlekł przez nie pręt wierzbowy i zawiesił nad ogniskiem, aby upiekły się 

powoli.

Pahao z daleka wywęszył zapach pieczonych ryb, porzucił towarzystwo innych 

psów i teraz niespokojnie kręcił się w pobliŜu, co chwila unosząc głowę i mocno 

wdychając smakowity zapach. Wędrujący Niedźwiedź uśmiechnął się do Ŝony, 

wskazując ruchem głowy psa.

I-sha-wi podeszła do ogniska, zdjęła z pręta płat na wpół upieczonej ryby i 

rzuciła go psu. Pahao odczekał, aŜ ryba nieco ostygnie, potem delikatnie wziął ją w 

pysk i powolnym krokiem odszedł w stronę najbliŜszych krzaków.

Niespodziewanie nadszedł Orle śebro. Usiadł przy ognisku i nie zwracając na 

nikogo uwagi począł wpatrywać się w drgający ogień. Rudawy płomień to się 

zmniejszał, to znowu wybuchał, kiedy na trzaskające polana skapywał tłuszcz z ryby.

Wędrujący Niedźwiedź usiadł naprzeciw przyjaciela, nie pytał go jednak o nic, 

gdyŜ byłby to wielki nietakt zadawać pytania, kiedy jego brat milczał. Mas-gwa-ah-

Sid badawczo wpatrywał się w twarz druha zmienioną teraz, dziwnie wyostrzoną i 

nieruchomą.

Wędrujący Niedźwiedź mimo woli powrócił myślami do chwil przeŜytych 

razem z Orlim śebrem. Wspólne walki z wrogami, łowy, wspólne Ŝycie: trudne, pełne 

niebezpieczeństw. Przymknął powieki i wspominał chwile, gdy kiedyś w górach 

zaskoczyła ich zamieć śnieŜna. Smugi twardego śniegu przewalały się po oblodzonej 

ziemi, ciemne, cięŜkie obłoki zasłaniały dzień. Niedźwiedź poślizgnął się, noga 

trzasnęła mu, jak suchy patyk i obsunął się ze skały. Orle śebro ocalił go, niosąc na 

swych ramionach - przez wiele „biegów koni”. Na wpół zamarznięci, zmęczeni do 

granic wytrzymałości, głodni, niemal cudem dotarli do wioski. Jeszcze do dzisiaj 

noszą na twarzy i dłoniach ślady zadrapań od ostrych kolców, przez które się 

przedzierali, aby skrócić sobie długą drogę z gór do obozu.

Potem walka z Osagami, gdzie we dwóch stawili czoła pięciu wojownikom. 

Wyszli z tej walki niepokonani, a kości wrogów bieleją gdzieś w prerii okradzione z 

ciał przez kojoty.

„ZnuŜony jesteś, bracie - myślał spoglądając na przyjaciela. - Twarz ci się 

zmieniła, chociaŜ dusza i serce pozostały te same. Ja to widzę. Nawet najlepszemu 

myśliwemu się zdarzy, Ŝe wpadnie sam w pułapkę przez siebie zastawioną. Wpadłeś 

w potrzask nie nogą, lecz sercem. Widzę to, bracie”.

Wędrujący Niedźwiedź wiedział, co gnębi jego przyjaciela. Ból, który nim 

background image

owładnął, był bólem serca, nie ciała. „My wszyscy - dumał dalej Niedźwiedź - 

potrafimy znosić ból cielesny z uśmiechem. Widok fizycznych mąk nie porusza ani 

wojowników, ani kobiet, a u dzieci wywołuje tylko naiwny uśmiech”.

Obydwaj byli tak głęboko zatopieni w swoich myślach, Ŝe nie zauwaŜyli 

nawet, kiedy ryba upiekła się. Dopiero wtedy, gdy I-sha-wi wetknęła im do rąk tacki z 

kory brzozowej z duŜymi płatami ryby, ocknęli się ze swej zadumy i w milczeniu 

zajęli się jedzeniem.

Po skończonym posiłku Pitah-pekis spojrzał na swego przyjaciela i rzekł:

- Na moją ścieŜkę Ŝycia, którą do tej pory kroczyłem sam lub z tobą, bracie, 

nie wdepnął nigdy nikt i tak było do jednego KsięŜyca wstecz. Pewnego dnia na tej 

ś

cieŜce postawiła swoje stopy dziewczyna i przez moje oczy weszła do mojego serca. 

Patrz tam w górę, oto orzeł, jeden z tych, co lecą do słońca, Ŝeby ostrzyć w jego tarczy 

dzioby, a potem wracają. Mam swojego orła z wyostrzonym dziobem, który wraca do 

mnie co dzień i szarpie moje serce. Dzieje się tak dlatego, Ŝe dniami i nocami myślę o 

Ko-sahn, której głos słyszę wszędzie. Ona stała się duszą mojej duszy i sercem mego 

serca. Nie znałem do tej pory bólu serca, póki nie stanęła na mojej drodze ta 

dziewczyna.

- Czy to córka Bizoniego Rogu, ta z dziewcząt, która ma najdłuŜsze 

warkocze? - zapytał Niedźwiedź.

- Prawdę powiedział mój brat, to ta dziewczyna.

- Jaka więc przeszkoda znalazła się na waszej drodze do szczęścia? Czy moŜe 

Ko-sahn nie chce mojego brata? Czy powiedziała juŜ, Ŝe nie zasiądzie przy ognisku 

Orlego śebra?

- Nie, Ko-sahn dzisiaj nawet zajęłaby miejsce Ŝony w moim tipi. Jest jednak 

pewna przeszkoda... - zamilkł, na chwilę.

Wędrujący Niedźwiedź słuchał przyjaciela w skupieniu.

- Straciłem ojca, gdy byłem jeszcze dzieckiem, Ŝaden męŜczyzna z rodziny 

ojca nie ocalał, została tylko moja matka, a jej do spraw małŜeńskich nie wolno się 

wtrącać. Mój brat wie o tym, Ŝe musi w tym obrzędzie wziąć udział męŜczyzna mojej 

krwi, aby ojcu Ko-sahn wręczyć „dary uznania”. Moja matka jest Szoszonką i ma 

brata, który juŜ dawno pogrzebał nienawiść do mojego ojca za porwanie mu siostry. 

Wuj nazywa się Onistah-pokah (Biały Cielak) i chętnie zastąpiłby mi ojca, ale trzeba 

go powiadomić o moich zamiarach, a tereny Szoszonów są daleko. Aby dotrzeć do 

nich, trzeba przedrzeć się przez ziemie Arapahów i południowych Czejenów, tym teŜ 

background image

szlakiem prowadzi droga powrotna. Biały Cielak i jego plemię Ŝyje w pokoju z 

tamtymi narodami i moŜe spokojnie i bez obawy wędrować po ich terenach. Trzeba 

go tylko zawiadomić, ale jak?

- Dobrze się stało, mój przyjacielu, Ŝe otworzyłeś swoje serce przede mną. 

Zaradzimy jakoś twojemu bólowi i ponownie radość zamieszka w twojej duszy, gdy 

Ko-sahn będzie mogła zasiąść przy ognisku Pitah-pekisa. Mój ojciec ma serdecznego 

przyjaciela wśród Czejenów Południowych, którzy, jak wiesz, sąsiadują z nami od 

północy. Zdarzyło się kiedyś, Ŝe na wspólnych łowach Wojenna Lanca wyciągnął go 

spod kopyt rozszalałego stada bizonów. Koń Czejena padł i ojciec w ostatniej chwili 

zdąŜył wciągnąć go na swojego konia. Za uratowanie mu Ŝycia Czejen zawarł z moim 

ojcem braterstwo krwi. Kiedy tylko wrócimy na prerie, udamy się do Omaksi Sapopa 

(Wielkiego Pióra), tak się nazywa ów Czejen, on zawiadomi Onistah-pokaha o twoich 

kłopotach.

Orle Zebro uniósł powieki, a w jego przygasłych oczach na chwilę zalśnił 

krótki błysk, po czym znowu utkwił skupione spojrzenie w wygasającym juŜ ognisku.

- Stałem nad urwiskiem skalnym - począł mówić - a dusza moja krąŜyła nad 

przepaścią, jak ptak z przestrzelonym skrzydłem, aby za chwilę paść w ciemność dołu 

pomiędzy kamienie, ale nadleciał inny ptak i uniósł rannego na swoich skrzydłach. 

Uratowałeś mnie i moją wybrankę. Ptak duszy wyzdrowiał i wrócił do gniazda!

Podali sobie ręce nad spopielałym ogniskiem.

ROZDZIAŁ XVI

Matka Ziemia przebudziła się. Kiowa jeden za drugim opuszczali zimowe 

osiedle. Na pustej przestrzeni począł formować się długi wąŜ jeźdźców, który 

skierował się w stronę Wielkich Łąk, tradycyjnego miejsca letnich wędrówek.

Kończyła się wiosna i nadszedł KsięŜyc Gdy Konie Zmieniają Sierść. 

Wędrujący Niedźwiedź stał przed swoim tipi, ciesząc się pięknem rozległej prerii, 

która niby wielka woda falowała wokoło, mieniąc się wszystkimi odcieniami zieleni i 

seledynu. Gdzieniegdzie, niby jakieś niesamowite wyspy o przedziwnych kształtach, 

wystawały ponad trawami rude skały i bloki kamienne, rozrzucone jeden obok 

drugiego ręką jakiegoś mocarza.

Delikatny i aksamitny wiatr, jeszcze nie tak dawno mocny i porywisty, rozsiał 

niegdyś nasiona wierzb wzdłuŜ brzegów rzeki, nad którą obozowali Kiowa, a teraz 

delikatnie bawił się gałązkami wyrosłych juŜ drzew, pieszcząc je łagodnie.

background image

Wysoko w górze piętrzyły się białe obłoki, pełzając leniwie po błękitnym 

niebie. PoniŜej szybował orzeł - władca przestrzeni. Od wieków obłoki te wędrują w 

czasie lata na północ, a jesienią wracają na południe, przynosząc ze sobą zimny wiatr i 

ś

nieg.

Wędrujący Niedźwiedź z uwielbieniem spoglądał na otaczające go zielone 

pola. Preria była jego domem, karmiła go i odziewała, tu miał prawdziwych 

przyjaciół, tu byli pochowani jego przodkowie, w czasie niebezpieczeństwa chroniła 

przed wrogiem w gęsto rozsianych rozpadlinach i wąwozach.

Młody wojownik miał na sobie zwykły, letni ubiór, taki sam, jaki nosili jego 

współplemieńcy: przepaskę biodrową, mokasyny i derkę ze skóry bizona. W czasie 

chłodniejszej pogody zakładał na nogi skórzane nogawice-legginy, sięgające do 

bioder.

Derki noszono zarówno w zimie, jak i w lecie. Zimowe okrycie wykonane 

było z wyprawionej na Ŝółtobrązowy kolor skóry bizona z zachowaną sierścią. W 

mroźną zimę derkę taką nosiło się futrem odwróconym do gołego ciała, natomiast w 

czasie pogodnych dni zimowych okrycie to odwracano na drugą stronę, włosem na 

zewnątrz.

Letnie okrycia wykonane przewaŜnie ze skóry jelenia lub antylopy widłorogiej 

były juŜ bez sierści i wyprawione na zamsz.

Okrycia te pokryte kolorowymi rysunkami, noszone, zarówno przez 

męŜczyzn, jak i kobiety były miękkie i nieprzemakalne. KaŜda grupa rodowa w 

plemieniu przyjmowała własny styl dekoracji. Męskie okrycia opowiadały o 

stoczonych bitwach, zwycięstwach właściciela derki lub o szczęśliwych łowach. 

Nierzadko rysunki przedstawiały wybitne osoby lub waŜne rodowe wydarzenia. 

Wojownik szczelnie okrywał się derką tak, aby cały malunek był czytelny.

Derki kobiet były skromniejsze i nie umieszczano na nich scen 

batalistycznych. Malowidła sprowadzały się do rysunków abstrakcyjnych i form 

geometrycznych. Te wszystkie okrycia nosiło się przede wszystkim dla ochrony przed 

zimnem i deszczem, ale jednocześnie w zaleŜności od sposobu ich noszenia były 

rodzajem osobliwego „języka okryć”.

Na przykład Mas-gwa-an-Sid, przygotowując się do wyjścia, narzucał swoją 

derkę luźno przez lewe ramię i zbierał ją w fałdy lewym przedramieniem tak, Ŝe jego 

prawe ramię i lewa dłoń były odkryte. W ten sposób narzucone okrycie nie krępowało 

mu ruchów, a fałdy dodawały sylwetce gracji i godności.

background image

Nad rzeką zebrali się wojownicy w małych grupach. Wędrujący Niedźwiedź 

podszedł do jednej z takich gromadek, w której między innymi znajdował się jego 

ojciec.

Wojenna Lanca. Stanął za plecami siedzących. Jeden z męŜczyzn powitał go 

uprzejmie, po czym nie zwracając juŜ więcej uwagi na młodzieńca przysłuchiwał się 

dalej rozmowie współtowarzyszy.

Mas-gwa-ah-Sid nadal stał za kołem siedzących wojowników i zarzucił swoje 

okrycie na ramiona w taki sposób, Ŝe teraz trzymało się ono luźno na obu jego 

barkach. Gest ten oznaczał wahanie. Młody wojownik przez szacunek dla siedzących 

męŜczyzn nie mógł zdecydować się na przerwanie ich dyskursu i wyłuszczenie swojej 

sprawy.

Wreszcie zdecydował się i powoli, nieznacznie, począł odpowiednio układać 

swoją derkę. Pozwolił, aŜeby zsunęła się z prawego ramienia, zebrał ręką spadające 

okrycie i owinął się nim wokół pasa. Na lewym barku i ramieniu derka pozostała 

luźno ułoŜona. Tak ułoŜone okrycie oznaczało, Ŝe kiedy tylko nadejdzie odpowiedni 

moment, chciałby zabrać głos.

Siedzący wojownicy w mig zrozumieli swój nietakt, przerwali rozmowę i 

zrobili przejście do wnętrza kręgu. Wędrujący Niedźwiedź oczekiwał tej chwili. 

Wstąpił teraz w krąg siedzących i stanął na jego środku. Następnie opuścił okrycie z 

lewego ramienia, ściągnął je fałdami wokół bioder, przytrzymując w pasie lewą ręką. 

Górna część jego ciała była teraz zupełnie obnaŜona.

Jeden ze starszych męŜczyzn rozchylił na chwilę połę swej derki, po czym 

znowu ją zarzucił, zwracając w ten sposób uwagę zebranych, Ŝe Wędrujący 

Niedźwiedź ma zamiar przemówić. 

Młody wojownik, na którym skoncentrowała się uwaga siedzących, jednym 

zdecydowanym ruchem zarzucił okrycie na lewe ramię, pozostawiając prawe 

odsłonięte. Był to gest wdzięczności dla słuchaczy oczekujących jego wystąpienia. 

Potem zaczął mówić.

Według przyjętych zwyczajów najpierw poświęcił kilka słów przeszłości. 

Potem dokładnie opowiedział o zmartwieniu Orlego śebra i jego dziewczyny, Ko-

sahn. Zwrócił się teraz do swojego ojca i w obecności zebranych poprosił go o 

„Błękitną Strzałę” - znak na kawałku skóry wielkości dłoni ludzkiej, który miał 

ułatwić kontakt z Czejenem, Onistah-pokah (Białym Cielakiem) oraz zapewnić 

wszelka pomoc z jego strony. MęŜczyźni z uwagą słuchali Wędrującego 

background image

Niedźwiedzia. Starzy wojownicy poparli jego prośbę, a na znak aprobaty zapalili 

fajkę, wydmuchując dym w jego kierunku.

Kiedy Wędrujący Niedźwiedź zakończył swoją mowę, okrycie zwisało mu juŜ 

swobodnie z lewego ramienia. Dla słuchaczy był to znak, Ŝe mówca nie ma juŜ nic 

więcej do powiedzenia.

Ktoś nadchodził od strony rzeki okryty szczelnie swoją derką, tak Ŝe tylko 

oczy świeciły mu spod narzuconego na głowę okrycia. Szedł milczący, ale po jego 

chodzie moŜna było poznać, Ŝe jest to młody męŜczyzna.

Niedźwiedź uśmiechnął się. Poznał od razu, kto przyszedł nad rzekę, zapewne 

spotkać się ze swoją wybranką, a dla niepoznaki załoŜył na nogi mokasyny bez 

Ŝ

adnych ozdób.

Kiedy młody zalotnik przechodził w pobliŜu starszych wojowników, 

rozmawiających jeszcze ze sobą, nieznacznym ruchem głowy spowodował obsunięcie 

okrycia nieco do tyłu, przez cały czas wpatrując się w pobliskie tipi i szukając 

tęsknym wzrokiem ukochanej dziewczyny.

Miał nadzieję, Ŝe zwróci ona uwagę na dany jej znak i z powrotem uda się nad 

rzekę, co dałoby mu sposobność do porozmawiania z nią o małŜeństwie.

Co będzie jednak, jeśli inne dziewczęta albo starsze kobiety podąŜą jej 

ś

ladem? Znów będzie zmuszony okryć swoją głowę i ze smutkiem w sercu odejść 

tam, skąd przyszedł.

W grupie przebywającej z Wędrującym Niedźwiedziem znajdowało się dwóch 

starszych męŜczyzn. Ci właśnie starcy okazywali zakochanemu wojownikowi 

najwięcej Ŝyczliwości i Ŝyczyli mu gorąco pomyślności, podciągając ostentacyjnie 

swoje okrycia aŜ na szyję i ramiona, szczelnie przy tym okrywając swoje ciała. Pod 

derkami mieli skrzyŜowane na piersiach ramiona, którymi obejmowali fałdy i zagięcia 

okryć. W tej pozie przechadzali się tam i z powrotem, a ich wolne, stateczne kroki i 

ułoŜenie derek oznaczało brzemię starego wieku i oznakę poparcia dla zamierzeń 

zakochanego.

Dzieci równieŜ posiadały okrycia ze skór bizonich cielaków, zdobione w 

geometryczne wzory podobne do uŜywanych przez kobiety.

Przez całe Ŝycie, od dzieciństwa przez młodość aŜ do sędziwego wieku, derki 

skórzane były stale w uŜyciu. Czy to podczas krótkich wędrówek, czy teŜ dalszych 

okrycia te stale noszono. Niekiedy dla wygody były one zebrane i przełoŜone luźno 

przez lewe ramię. W czasie długiej jazdy konnej derki rolowano i okręcano się nimi w 

background image

pasie tak jednak, aby moŜna je było rozłoŜyć w kaŜdej chwili. Derką posługiwano się 

takŜe przy sygnalizacji dymnej zakrywając nią na chwilę dym z ogniska, czy teŜ była 

pomocna w czasie naganiania stad bizonich nad skraj przepaści. Tylko podczas 

sportowych gonitw okrycia starannie składano i odkładano na bok.

W swych codziennych rozrywkach, zabawach, polowaniach, grach, chłopcy 

naśladowali dorosłych. Przygotowywali „wyprawy wojenne”, o których słyszeli od 

starszych przy wieczornych ogniskach i naśladując dorosłych, nosili swoje małe 

okrycia na ich wzór.

Następnego dnia Huan-tos na kawałku skóry wielkości męskiej dłoni 

wymalował włócznię, skierowaną przeciw nadlatującej strzale. Była to właśnie 

„Błękitna Strzała”, która tak wiele mogła pomóc zakochanemu przyjacielowi jego 

syna.

Po przeglądzie broni, uzupełnieniu kołczanów zapasem strzał, zapakowano 

woreczki z pemikanem - wysuszonym i startym na proszek mięsem bizonim, do 

którego dodawano tłuszcz z suszonymi jagodami jarzębiny i wiśni. Dwaj przyjaciele 

udali się najpierw do Seidl-ku-toh (namiotu potów), aby przed podróŜą oczyścić swe 

ciała, po czym przystąpić do modłów przy Tal-yi-da-i (Świętym Zawiniątku) z 

błaganiami o pomyślność wyprawy.

Kiedy po tym wszystkim zbliŜyli się do swoich koni, oczekiwała ich tam juŜ 

uzbrojona, jak i oni, I-sha-wi. Mas-gwa-ah-Sid spojrzał na Ŝonę, ale widząc jej 

stanowczą minę, nie wyrzekł ani słowa i w milczeniu dosiadł swojego konia.

Po chwili cała trójka znalazła się poza obrębem namiotów i swobodnym 

galopem pognała na północny wschód. Daleko od obozu wstrzymali konie i stanęli na 

duŜym, płaskim wzniesieniu. Przed nimi, jak okiem sięgnąć, falowała preria, ciągnąca 

się hen daleko aŜ po horyzont i zlewała się tam z niebem. Postanowili teraz jechać w 

pewnej odległości od siebie, a tylko nocą razem zatrzymywać się na krótkie 

odpoczynki. Ludzie wędrujący razem widzą to samo, jadąc zaś oddzielnie, kaŜdy robi 

swoje własne spostrzeŜenia - tak nakazywały doświadczenia Kiowów.

Po pewnym czasie drogę przegrodziło im kamieniste, wyschnięte koryto 

potoku, usiane na dnie tak białymi i płaskimi kamieniami, jakby je ktoś zmiaŜdŜył i 

pomalował. Brzegi strumyka były brązowe i twarde jak skorupa glinianego garnka. 

Pokonując trudną drogę omijali raz po raz mniejsze i większe, zawsze niezmiernie 

ostre, kłujące przy dotknięciu skały. Wkrótce jednak skalisty stok zamienił się w 

pofałdowany teren, porośnięty nędzną trawą. W oddali, po paru „biegach konia”, 

background image

znowu rozciągała się wielka, pagórkowata, zielona preria, upstrzona rozlicznymi 

parowami, to znów niespodziewanie wyskakującymi brązowymi skałami o dziwnych 

kształtach i formach. Musieli teraz jechać ostroŜnie, aby niespodziewanie nie natknąć 

się na nieprzyjaciela.

Jeszcze jedno, najwyŜej dwa wzniesienia i znajdą się nad brzegiem rzeki, 

która, jak mówili doświadczeni męŜczyźni, gdzieś daleko na wschodzie wpada do 

Ojca Rzek - Missouri.

Wtem w najmniej spodziewanej chwili dobiegły do nich głośne wojenne 

okrzyki Osagów i gwałtowny tętent kopyt końskich. Złowrogie odgłosy dolatywały 

znad rzeki, do której zmierzali.

Wędrujący Niedźwiedź podniesioną dłonią dał znak Ŝonie i przyjacielowi, 

aŜeby się zatrzymali, sam zaś ostroŜnie wjechał na szczyt wzniesienia, które 

oddzielało ich od rzeki.

Ujrzał płaski, dość szeroki brzeg rzeki, na którym leŜała łódka o dziwnym 

kształcie, nie spotykanym w tych stronach, za nią zaś ukrywali się męŜczyzna i 

kobieta z nieznanego mu plemienia.

Dziwną parę atakowało dziewięciu Osagów, wszyscy na koniach, pragnąc za 

wszelką cenę podejść obcych od strony lądu, obawiali się jednak zbliŜyć do nich na 

odległość lotu strzały. Wędrujący Niedźwiedź zauwaŜył dwa leŜące ciała Osagów z 

tkwiącymi w piersiach długimi, pierzastymi strzałami. Widocznie pierwsza próba 

zaatakowania pary ukrytej za łodzią nie powiodła się.

Przywołał gestem swego przyjaciela i Ŝonę. Kiedy Pi-tah-pekis ujrzał Osagów, 

srogi grymas wykrzywił mu twarz. Będzie mógł teraz pomścić śmierć ojca i swoich 

braci.

Wędrujący Niedźwiedź znaczącym gestem wskazał na siebie a potem na 

prawe skrzydło nacierających wrogów. Orle śebro zrozumiał, miał zająć się ich 

lewym skrzydłem. Wojownicy nakazali I-sha-wi pozostać z dala od pola bitwy.

Orle śebro jeszcze raz przyjrzał się odwiecznym wrogom, ich gołym torsom, 

wygolonym na czubkach głowom, na których na ciemieniu powiewały niespokojnie 

tylko kosmyki skalpowe. Całe ciała napastników, twarze, a nawet wygolone głowy, 

pomalowane były barwami wojennymi z przewagą koloru czarnego i czerwonego.

Kiowa przygotowali łuki, zatknęli tomahawki pod rzemienie przytrzymujące 

futrzane derki na grzbietach koni, słuŜące za siodła. W kaŜdej chwili mogli je 

wyciągnąć spod rzemieni, nie tracąc na to zbyt wiele czasu. Jeszcze raz spojrzeli na 

background image

siebie i cała trójka z okrzykiem wojennym Kiowów popędziła zboczem w kierunku 

wrogów.

Zaskoczyło to Osagów, bowiem zupełnie nie spodziewali się ataku z tej 

strony. Moment zaskoczenia i wahania nieprzyjaciół natychmiast wykorzystała 

dwójka atakowanych za łodzią. Błyskawicznie wychylili się zza burty, napięli cięciwy 

łuków i dwójka raŜonych strzałami Osagów spadła z koni. Znowu świsnęły opierzone 

strzały i dwa groty, jeden za drugim, utkwiły w piersi przywódcy Osagów, 

wyróŜniającego się wpiętym w kosmyk skalpowy pękiem orlich piór pomalowanych 

na czerwono.

Widząc swego wodza leŜącego nieruchomo na grzbiecie końskim, Osagowie 

zawyli z wściekłości. Spłoszony koń zerwał się do galopu, a ciało zabitego 

bezwładnie runęło na ziemię.

Wędrujący Niedźwiedź szybko pojął, dlaczego Osagowie nie mogli podejść 

bliŜej obcych. Krótkie łuki, jakich uŜywały prawie wszystkie plemiona na prerii, nie 

były tak nośne, jak strzały wypuszczane z dwa razy dłuŜszych łuków obcych.

Tymczasem Mas-gwa-ah-Sid podjechał do napastników na odległość lotu 

strzały. Rozpłaszczony na grzbiecie konia i ukryty za jego karkiem wypuścił strzałę w 

kierunku najbliŜszego wroga. Strzała uwięzła w oku Osaga i cięŜko ranny z jękiem 

osunął się ze swego konia. Następna strzała dosięgła konia galopującego obok 

wojownika. Nieszczęsny rumak w przeraŜeniu wspiął się na tylne nogi, stracił 

równowagę i runął na grzbiet, przygniatając swym cięŜarem dosiadającego go 

jeźdźca.

Wtem jeden z Osagów ruszył szalonym galopem w stronę stojącej na uboczu 

I-sha-wi. Wędrujący Niedźwiedź kątem oka zauwaŜył śmiertelne niebezpieczeństwo, 

zagraŜające jego Ŝonie. Oddalił się od Osagów i pomknął za napastnikiem.

I-sha-wi, widząc nadciągającego wroga, zawróciła w miejscu konia i zaczęła 

uciekać w głąb prerii. PołoŜyła się na grzbiecie wierzchowca, obejmując jego zad 

stopami. Spod rzemienia przytrzymującego derkę wyciągnęła łuk i na cięciwę 

załoŜyła strzałę. TuŜ przed samym wzgórzem, z którego niedawno we trójkę zjechali, 

zatrzymała konia, zawróciła i pełnym galopem ruszyła na spotkanie ścigającego ją 

wojownika.

Zdumiała Osaga ta nieroztropność dziewczyny, uniósł oszczep, ale nim zdąŜył 

go wyrzucić w jej stronę, strzała z łuku I-sha-wi utkwiła w jego krtani. Dziewczyna 

minęła konającego wroga, który rozpłaszczony leŜał na trawie, zaś jego koń stał obok 

background image

i spokojnie szczypał trawę.

Mas-gwa-ah-Sid natychmiast ściągnął wodze swego mustanga i pognał z 

powrotem na pomoc swemu druhowi, który szalał wśród wojowników Osagów. Orle 

ś

ebro walczył tomahawkiem, zadawał rany, ale i jego nie oszczędziło kilka 

dotkliwych razów zadanych ręką wroga. Wędrujący Niedźwiedź wpadł w sam wir 

walki.

I-sha-wi przystanęła z boku i czystym, donośnym głosem śpiewała wojenną 

pieśń Kiowów, zagrzewając swych wojowników do walki.

Obca kobieta podbiegła do niej i stanęła przy jej koniu. W ręku trzymała swój 

duŜy łuk, w kaŜdej chwili gotowa wypuścić strzałę śmierci. Ubrana była w prostą 

ciemnobrązową suknię ze skóry jelenia, na głowie zawiązała przepaskę z tej samej 

skóry, przytrzymującą luźno rozpuszczone włosy. Była o wiele starsza od I-sha-wi.

Nocny Kwiat, śpiewając pieśń wojenną, uwaŜnie obserwowała walczących. W 

pewnej chwili zauwaŜyła, jak jakiś wojownik Osagów, dosiadający czarnej klaczy, 

cisnął włócznię, która wbiła się w lewą pierś Orlego śebra. Bezwładne ciało młodego 

Indianina spadło na ziemię.

Wędrujący Niedźwiedź, chcąc pomścić przyjaciela, wymierzył zabójcy Orlego 

ś

ebra straszliwy cios tomahawkiem, lecz Osag w ostatniej chwili odchylił się i 

kamienne ostrze maczugi zerwało z głowy wroga tylko część skóry i odcięło ucho. 

Chciał powtórzyć cios” lecz strzała drugiego wroga utkwiła mu w ramieniu, a 

tomahawk wolno osunął się z drętwiejącej ręki. Osag nie zdąŜył nałoŜyć na cięciwę 

łuku drugiej strzały, gdy długa strzała obcego męŜczyzny przeszyła go na wylot.

Ku walczącym ruszyły kobiety.

Ranny Osag z ocalałym współtowarzyszem zawrócili konie i w popłochu 

uciekli z pola walki.

Obcy męŜczyzna podszedł do Wędrującego Niedźwiedzia, bez słowa chwycił 

za strzałę tkwiącą w ramieniu młodego Kiowy i jednym szarpnięciem wyciągnął ją 

wraz z grotem z rany. Zaraz potem mocno ściągnął zranione miejsce opaską z jeleniej 

skóry.

Mas-gwa-ah-Sid wolno zbliŜył się do leŜącego nieruchomo przyjaciela. Usiadł 

przy nim i długo wpatrywał się w zastygłe juŜ rysy Orlego śebra. Nikt nie śmiał 

przerwać zadumy wojownika. Podniósł rękę, chcąc dotknąć zimnej juŜ twarzy 

wiernego druha, lecz ręka bezwładnie opadła mu na biodro, a spod opaski wypłynęła 

krew. Nachylił się więc nisko nad głową zabitego, dotykając prawie czołem jego czoła

background image

i poczuł wilgoć pod powiekami. Pomyślał sobie, Ŝe pewnie wkrótce i jemu przyjdzie 

wkroczyć na ścieŜkę, która prowadzi na Piaszczyste Wzgórza. Poczuł, jak palce f-sha-

wi dotknęły jego twarzy i przesunęły się po niej. Na palcach dziewczyny zabłyszczała 

przezroczysta struŜka. Nie starła jej, udała, Ŝe niczego nie zauwaŜyła. Jedynie ścisnęła 

łokieć męŜa, starając się nie okazać, Ŝe dostrzegła jego rozpacz.

Kiedy po długiej chwili Wędrujący Niedźwiedź podniósł się, nie było juŜ na 

jego twarzy śladów łez, ale l-sha-wi zauwaŜyła w jego oczach nie znany jej przedtem 

dziwny blask. Teraz dopiero Kiowa dokładnie przyjrzał się parze nieznajomych. 

MęŜczyzna ubrany był w prostą, skórzaną bluzę. Szwy rękawów obszyte były 

frędzlami z tej samej skóry, zaś cała reszta bluzy była gładka i bez Ŝadnych ozdób. 

Nieznajomy nosił dziwne legginy. Były to proste, zafarbowane na czarno nogawice, 

rozcięte na podbiciu stopy tak, Ŝe chroniły dwoma płatami skóry kostki nóg. Z 

przodu, od rozcięcia wzdłuŜ nogi aŜ do uda, biegł wyszyty wzorzyście pas. Wędrujący 

Niedźwiedź zauwaŜył teŜ, Ŝe kobieta nie ma przy swej sukni lewego rękawa. 

Przypuszczał, Ŝe zapewne specjalnie pozbyła się go, aby nie utrudniał jej naciągania 

cięciwy łuku w czasie odpierania ataków wroga.

- Jesteśmy Kiowa, Kiowa-Kwuda - rzekł Wędrujący Niedźwiedź, wskazując 

ręką na siebie i Ŝonę. Zdziwił się bardzo, gdy obcy męŜczyzna odpowiedział mu w 

jego języku.

- Pochodzimy z ludu Bungi-Ojebway’ów, który Ŝyje daleko na północy, tam 

gdzie Wielkie Równiny łączą się z krainą lasów i jezior. Waszej mowy nauczyłem się 

u Czejenów, wśród których dość długo Ŝyliśmy. Teraz zamierzaliśmy udać się do 

waszego plemienia. Gdy dopłynęliśmy tu na brzeg rzeki, aby dalej ruszyć przez 

Wielkie Łąki, niespodziewanie zaskoczyli nas Osagowie.

Mas-gwa-ah-Sid był na tyle delikatny, Ŝe nie zapytał przybyszów o cel ich 

wędrówki do wioski Kiowów. Dowie się przecieŜ wszystkiego w obozie, a ciekawość 

nie świadczy dobrze o wojowniku. Zresztą jego serce w tej chwili tak było 

przepełnione bólem i Ŝalem po śmierci przyjaciela, Ŝe wszystkie inne sprawy 

wydawały mu się błahe i niewaŜne.

Wędrujący Niedźwiedź zdrową ręką wskazał na rozproszone konie Osagów.

- Musimy je wyłapać i wracajmy zaraz do obozu. Myślę, Ŝe przyjaciele Bungi 

pomogą nam.

Uwinęli się szybko, łapiąc zmęczone długim biegiem i walką wierzchowce na 

rzemienne pętle. Mieli teraz sześć koni Osagów i trzy swoje. Kobiety udały się 

background image

jeszcze nad rzekę, i wycięły kilka długich Ŝerdzi na travois, na którym miano złoŜyć 

ciało Orlego śebra.

Kiedy juŜ wszystko było gotowe do drogi, załoŜono skrzyŜowane tyczki na 

kark koniowi zabitego wojownika, zaś na poprzecznych rzemieniach łączących dolną 

część tyczek umieszczono kanu, jak obcy nazywał swoją łódź, sporządzoną z płatów 

kory brzozowej. Kobiety dosiadły koni, a obcy męŜczyzna podniósł ciało zabitego i 

umieścił na dnie łodzi. Wędrujący Niedźwiedź okrył przyjaciela swoją skórzaną 

derką.

MęŜczyźni jeszcze raz rozejrzeli się po okolicy, pozbierali porozrzucaną broń, 

wskoczyli na swoje rumaki i ruszyli Ŝwawo w stronę wsi Kiowów. Na przodzie jechał 

powaŜny, ze stęŜałą, kamienną twarzą Mas-gwa-ah-Sid, za nim posłusznie szedł koń 

Orlego śebra, ciągnąc travois ze zwłokami swego pana, dalej zaś dwie kobiety. 

Pochód zamykał wojownik Bungi, prowadząc na rzemieniach cztery konie Osagów.

Wszyscy milczeli. Wędrujący Niedźwiedź nie zgadzał się na odpoczynek, 

dlatego jechali nawet nocą. Konie i ludzie gasili pragnienie tylko wtedy, kiedy 

przeprawiali się przez bród rzeki, ale Wędrujący Niedźwiedź ani razu nie sięgnął 

dłonią po wodę, aby choć odrobinę zwilŜyć usta.

Pod koniec trzeciego dnia wędrówki w oddali zamajaczyły oczom wędrowców 

stoŜkowe tipi Kiowów. Mas-gwa-ah-Sid dał zdrową ręką znak, Ŝe mają się zatrzymać. 

Do tej pory milczał uparcie, toteŜ jego współtowarzysze ze zrozumieniem przyjęli 

jego słowa:

- Niech I-sha-wi rozrobi czarnej farby i pokryje nią moją i swoją twarz na znak 

ś

mierci i Ŝałoby.

Nocny Kwiat sięgnęła do torby przywieszonej u boku swego konia i wydobyła 

z niej dwa nieduŜe rogi bizonie. W jednym znajdował się czarny proszek, a w drugim 

stopiony tłuszcz rybi. Dolała trochę tłuszczu do czarnego proszku i zeschłym 

patyczkiem rozrobiła farbę. Nabrała na dłoń nieco farby i podeszła do Wędrującego 

Niedźwiedzia. Wojownik przymknął oczy i nadstawił twarz, I-sha-wi dokładnie 

rozprowadziła czarny barwnik na jego skroniach i policzkach, po czym starannie 

pomalowała swoją twarz. Gdy po chwili dosiedli koni, rozpuściła warkocze i sczesała 

je do przodu zakrywając włosami uczernione lica. WjeŜdŜających do wioski powitała 

ś

miertelna cisza. Nawet psy wyczuły, Ŝe w smętnym pochodzie zagościł Duch 

Ś

mierci, więc pochowały się po kątach.

Jechali wśród milczącego, nieruchomego tłumu, w stronę tipi matki Orlego 

background image

ś

ebra, gdzie Rozpalająca Ogień czekała juŜ na nich, przygarbiona bólem i rozpaczą. 

Przy niej stała z rozwianymi włosami Ko-sahn.

Zatrzymali się przed tipi. Matka zabitego spojrzała na nich niewidzącymi 

oczami, a Ŝaden grymas nie poruszył jej zastygłej twarzy.

Dookoła panowała taka cisza, Ŝe Wędrujący Niedźwiedź słyszał uderzenia 

własnego serca. Zeskoczył z konia, odwiązał travois, odprowadził na bok 

wierzchowca Orlego śebra. Następnie poszedł do kanu i zdecydowanym ruchem 

zerwał derkę z ciała martwego przyjaciela.

Kobiety podbiegły do zabitego i przejmującym głosem poczęły zawodzić, 

zadając sobie paznokciami i ostrymi narzędziami krwawe rany na rękach i ramionach. 

Rozpalająca Ogień chwytała garściami swoje włosy i noŜem obcinała je tuŜ przy 

skórze, Ŝe wyglądały jak trawa stratowana przez stado bizonów.

Rozległ się głuchy głos bębna i zabrzmiała donośnie Pieśń Śmierci, którą 

ś

piewali czarownicy plemienni:

O, Słońce, ty będziesz nadal świecić, Lecz my, Kai-tsen-ko, musimy umrzeć. 

Matko Ziemio, będziesz Ŝyła wiecznie, Lecz my. Prawdziwe Psy, musimy umrzeć...

Wędrujący Niedźwiedź podszedł do ciała przyjaciela i noŜem odciął jeden z 

jego warkoczy, który później I-sha-wi wplotła we włosy swego męŜa. Warkocz 

Orlego śebra od tej chwili miał mu towarzyszyć aŜ do śmierci.

ROZDZIAŁ XVII

Jeszcze tego samego wieczoru Mas-gwa-ah-Sida zaproszono do tipi narad, w 

którym zebrała się starszyzna Kai-tsen-ko. Kiedy Wędrujący Niedźwiedź wkroczył do 

namiotu, wszystkie spojrzenia skierowały się na niego. JuŜ nie był to młody, oeztroski 

wojownik. Śmierć najserdeczniejszego przyjaciela wycisnęła na jego obliczu piętno 

dojrzałego męŜczyzny.

Rysy jego-twarzy wyostrzyły się, oczy zapadły, a usta stały się wąską kreską z 

kącikami opadłymi ku dołowi. Sprawiały wraŜenie, jakby ten młody człowiek nigdy 

nie znał uśmiechu. Z tyłu głowy zwieszał mu się jeszcze jeden warkocz, warkocz jego 

przyjaciela, obcięty po jego śmierci na znak, Ŝe dusze ich na zawsze są połączone i 

nic nie jest w stanie ich rozdzielić.

Czarownik podszedł do niego, delikatnie odwiązał mu opaskę z jeleniej skóry, 

przemył rany wystudzonym naparem z ziół, następnie ugodzone miejsce zasypał 

startymi na proszek ziołami leczniczymi, szepcząc przy tych czynnościach jakieś 

background image

niezrozumiałe zaklęcia. Okolice rany namaścił obficie sadłem niedźwiedzim i całe 

ramię obandaŜował łykiem z klonowego drzewa.

Ranny wojownik usiadł w kręgu starszyzny obok męŜczyzny Bungi na 

specjalnie wyznaczonym mu miejscu.

Po ceremonii wypalenia Świętej Fajki Map-odal, wódz wojenny 

stowarzyszenia Prawdziwych Psów, poprosił Wędrującego Niedźwiedzia, Ŝeby 

opowiedział o walce z Osagami i okolicznościach śmierci swojego 

przyjaciela.Celowo nie wymieniano imienia zabitego, aby nie zawrócił ze szlaku swej 

duszy, wędrującej do Piaskowych Wzgórz.

Mas-gwa-ah-Sid obrazowo przedstawił przebieg walki, opisując jej 

najdrobniejsze szczegóły i chwaląc dzielność obojga Bungi. Kończąc swoją relację, 

rzekł:

- Kiedy duchy roślin sprawią, Ŝe moja rana się zasklepi i siła powróci do 

chorego ramienia, udam się do kraju Osagów, aby pomścić śmierć mojego brata, z 

którym się wychowywałem od najmłodszych lat. Otsedaba!

Teraz wszystkie twarze zwróciły się z niemym pytaniem w stronę Ojebway’a.

- Pokierowało mną serce, Ŝe musiałem przybyć do tego kraju - rozpoczął 

wojownik. - Opowiem o sobie, o moim zmartwieniu. Pragnę wyrzucić z duszy 

gnębiący ją ból i Ŝal. Nazywam się Kis-kay-im (Ogon Gronostaja), zaś moją Ŝonę 

nazywano Seyseyp (Dzika Kaczka). Oboje pochodzimy z plemienia Bungi-

Ojebway’ów. Nasze tereny znajdują się na obrzeŜach krainy lasów, daleko na 

północnym wschodzie, gdzie bizony rozpoczynają swoją doroczną wędrówkę. 

Byliśmy szczęśliwi - męŜczyźni polowali, nasze kobiety opiekowały się ziemią i jej 

płodami. Działo się tak do chwili, kiedy ze wschodu zza Wielkiej Wody przypłynęły 

skrzydlate kanu z ludźmi o białej skórze i zarośniętych twarzach. Początkowo 

pomagaliśmy im. Byli biedni, słabi i głodni. Mimo naszej pomocy pierwszej zimy 

duŜo obcych ludzi umarło, ale ci, co przetrwali, przyzwyczaili się do warunków, w 

jakich Ŝyjemy. Następnego lata ludzi o białej skórze i jasnych włosach było juŜ 

więcej. Mieli mało kobiet, więc zaczęli zniewalać i porywać nasze kobiety. Nie 

podobało się to ludziom Bungi, ale nikt nie myślał o ukaraniu przybyszów. 

Przenieśliśmy się tylko dalej w puszcze. Tak przeminęło jeszcze jedno Wielkie 

Słońce.

Pewnego dnia zjawił się u nas jeden z młodych wojowników z 

zaprzyjaźnionego i spokrewnionego z nami szczepu Soto, oznajmiając nam straszną 

background image

nowinę. Pewnej nocy wioskę Soto otoczyli biali i za pomocą swoich ognistych kijów, 

które miotają pioruny, oraz długich noŜy, wycięli prawie wszystkich mieszkańców. 

WyrŜnięto dzieci, kobiety, męŜczyzn i starców. Ocalało tylko paru wojowników, 

którym udało się zbiec.

Nie mogliśmy im pomóc, bo białych w tym czasie było o wiele więcej niŜ 

plemion zamieszkujących okoliczne ziemie. Nasz wódz zawarł pokój z białymi pod 

gałęziami wielkich wiązów. Nastał pokój, a biali? Biali w tym czasie budowali swoje 

drewniane osiedla, dom przy domu, wielkie wigwamy, które nie przepuszczały 

powietrza i wiatru. Zapanował w tych osiedlach brud, a przykry zapach dochodzący z 

ich domów wyczuć moŜna było na duŜą odległość. W swoich domach obcy przybysze 

rozpalali ogniska byle czym, dlatego nad ich osiedlami unosił się czarny gęsty dym, 

nad którym przelatujący biały gołąb zamieniał się w czarną wronę. Biali niszczyli 

wszystko - lasy, ziemię, nawet rzeki i strumienie, zanieczyszczając je swoimi 

odchodami, których pełno było takŜe wokół ich domów. Biali nienawidzą 

wszystkiego co ich otacza, a co stworzył Wielki Duch. Nienawidzą lasów, a w nich 

ś

piewających ptaków, nienawidzą zwierzyny, zielonych, kwietnych polan, srebrzystej 

przezroczystej wody i Dobrej Matki Ziemi. Wszystko, co ich otacza, obrasta brudem, 

gnije, a oni sami takŜe cuchną. Myją tylko ręce i twarze obrośnięte włosem, bardzo 

rzadko się kąpią. Nawet ich łaciate bizony oblepione są gnojem, tak samo jak te 

dziwne, tłuste zwierzęta bez sierści, o skórze podobnej do tej, jaką mają biali ludzie. 

ŁaŜą one po stertach śmieci i swymi długimi pyskami grzebią w śmierdzących 

odpadkach, które zjadają.

Nie tylko ich bizony mają łaty na sierści, ale równieŜ psy. Sami biali mają 

dusze podwójnej barwy, podwójne języki. Nie moŜna nigdy polegać na ich słowie ani 

przyjaźni. Jednego dnia mówią tak, a drugiego inaczej. Poza tym są zachłanni, niszczą 

wszystko. Wybijają zwierzęta bez potrzeby i dla przyjemności, bowiem zadawanie 

ś

mierci uwaŜają za miłą rozrywkę. Zaczęliśmy zabijać białych i napychać im usta 

ziemią, Ŝeby raz wreszcie nasycili się nią.

Nasze plemiona czeka zagłada. Białych przybywa coraz więcej i więcej. 

Potrafią się zjednoczyć przeciw naszym narodom, chociaŜ wielu z nich mówi róŜnymi 

językami. A my? My wykorzystujemy zwady, nieporozumienia plemienne i walczymy 

między sobą.

„Czarne Suknie” białych namawiają nas do przyjęcia ich wiary, wyśmiewając 

się z naszych starych świętych obrzędów. Twierdzą, Ŝe ich Wielki Duch mieszkał 

background image

pomiędzy nami i rozmawiał, jak człowiek z człowiekiem. Mówią takŜe, Ŝe ich Wielki 

Duch ustanowił prawa i wypisał je na kamiennej tablicy, prawa, które obowiązują 

wszystkie narody. Sami biali otrzymali chyba inne prawa, bo tych praw, do których 

mówią „Czarne Suknie”, wcale nie przestrzegają. Prawa te mówią: nie zabijaj - biali 

zabijają. Mówią: nie kradnij - biali kradną. TakŜe mówią: nie kłam, nie zabieraj Ŝony 

innemu, miej serce dla wszystkiego, co cię otacza - a oni robią wszystko odwrotnie. 

Gdzie tylko przejdą, pozostawiają za sobą popiół, krew i łzy. śądają od nas, abyśmy 

postępowali według praw ich Boga.

Jak juŜ mówiłem, zawarliśmy z nimi pokój. Gdy się z kimś zawiera pokój, to 

wróg staje się przyjacielem - tak jest między naszymi narodami, ale nie u białych. My 

mieliśmy zakopać nasze topory wojenne, oni jednak mogli dalej nas zabijać.

Nasza córka ze swoim męŜem i dwojgiem dzieci, wierząc w pokój zawarty z 

białymi, wybrała się z rodziną do osiedla białych, aby zamienić tam futra na ich 

wyroby. W drodze powrotnej spotkali pięciu męŜczyzn o zarośniętych ustach, 

krzykliwych i zataczających się. Byli oni pod wpływem złego ducha, który znajduje 

się w wodzie ognistej, którą wyrabiają, a potem uczą naszych braci jej uŜywać. Woda 

ognista potrafi uczynić z mądrego głupca, a z silnego słabego. Zabija w człowieku 

jego honor i godność.

OtóŜ pięciu takich męŜczyzn zatrzymało moją córkę z rodziną. MęŜa jej 

pochwyciło trzech białych, a dwóch na jego oczach i oczach dzieci zniewoliło matkę i 

Ŝ

onę.

MęŜowi córki udało się wyrwać z rąk oprawców i z wojennym okrzykiem 

Bungi na ustach przebił noŜem jednego z nich. CóŜ jednak moŜe zdziałać nóŜ przeciw 

grzmiącym kijom... Zabili go, nim ponownie mógł zadać pchnięcie noŜem.

PrzeraŜone dzieci zaczęły uciekać, lecz pociski z broni białych dogoniły je i 

ś

ladem ojca skierowały na szlak umarłych.

Moja poniŜona i zhańbiona córka wróciła do naszego wigwamu i 

opowiedziała nam o śmierci swoich dzieci i męŜa. Rozerwała suknię i pokazała swoje 

skrwawione uda, potem wzięła moją włócznię, wyszła przed wigwam i oparłszy 

koniec dzidy o pień drzewa nadziała się na ostrze.

W ciągu jednego dnia straciłem to, co było najdroŜsze memu sercu. Moja Ŝona 

w rozpaczy obcięła sobie włosy, a twarz poorała paznokciami.

CóŜ mogłem uczynić? Ciało córki owinąłem w skórę jelenia i pochowałem w 

rozwidleniu drzewa. Pod tym drzewem zaprzysięgłem zemstę wszystkim białym. 

background image

Byłem spokojny, bardzo spokojny. Wigwam córki spaliłem ze wszystkim, co 

znajdowało się w środku i to samo zrobiłem z naszym. Potem z Seyseyp udaliśmy się 

nad rzekę Souris, tutaj biali jeszcze nie dotarli. Przez jeden KsięŜyc robiliśmy 

wspólnie z Ŝoną strzały z lotkami z piór kruka, a kiedy mieliśmy ich dość, wróciliśmy 

pod osiedle białych, w którym zginęły nasze wnuki.

Ja stałem się lisem, a Ŝona lisicą. Zaczęło się wielkie polowanie na białych. 

ś

aden nie uszedł z Ŝyciem, gdy tylko wycelowaliśmy w jego stronę nasze łuki. 

KrąŜyliśmy wokół osady jak głodne wilki, a gdy nie udawało się upolować białego, 

podpalaliśmy jego dom.

Biali kilkakrotnie robili na nas nagonkę z psami. Zawsze jednak zdąŜyliśmy 

im ujść w porę, a psy szybko gubiły nasze tropy, gdyŜ posypywaliśmy je dobrze 

wysuszonym i sproszkowanym tytoniem. W końcu opuściły nas siły, mieliśmy juŜ 

dość zabijania, zrezygnowaliśmy z zemsty.

Wróciliśmy wymęczeni nad Souris. Po pewnym czasie zbudowaliśmy mocne 

kanu i rozpoczęliśmy wędrówkę od plemienia do plemienia, namawiając je do 

zaprzestania wzajemnych sporów i zjednoczenia się przeciw białym.

Znad rzeki Souris ruszyliśmy w daleką drogę, aŜ dotarliśmy do Missouri. 

Wędrowaliśmy latem i zimą, w czasie deszczu i w słońcu. Niektóre plemiona słuchały 

nas, wierzyły i obiecały stawianie oporu białym, inne nie chciały nawet uwierzyć, Ŝe 

istnieje człowiek o białej skórze. Uczyliśmy się języków obcych ludów, aby 

dokładniej przekazać naszym braciom to, co sami widzieliśmy i czego 

doświadczyliśmy.

Ostatnio Ŝyliśmy wśród południowych Czejenów, skąd nasz wspólny 

przyjaciel skierował mnie i moją Ŝonę do ludu Kiowa. Opowiadał nam o waszej 

dzielności i waleczności, o tym mogłem się zresztą sam przekonać. Oma-ksi-Sapop 

(Wielkie Pióro) powiedział prawdę.

Moi dzielni bracia moŜe nie wierzą w potęgę białych, ale mam z sobą dwie 

rzeczy, które oni wyrabiają. Sami przyznacie, Ŝe ich wyroby znacznie przewyŜszają 

jakością takie same wyroby naszych narodów.

- Oto topór i nóŜ z metalu - Kis-kay-im podniósł do góry oba przedmioty, aby 

zebrani mogli dokładnie się im przyjrzeć. - Patrzcie, bracia, a oto kamień, z którego 

wy wyrabiacie podobne rzeczy. Kładę ten krzemień na ziemi i tępą stroną metalowego 

topora z łatwością roztrzaskam kamień - uderzył. - Widzicie: krzemień się rozprysnął, 

a na toporze białych nie został najmniejszy ślad skaleczenia. Teraz popatrzcie na ten 

background image

nóŜ. Moja Ŝona jest słabsza od męŜczyzny, a ten oto kij przetnie noŜem białych za 

jednym pociągnięciem. Ile trzeba pociągnięć kamiennego noŜa, aby silny męŜczyzna 

przeciął ten patyk?

- Eh, neh, neh, neh, neh! - odezwały się zdziwione głosy, gdy Ogon Gronostaja 

pokazywał te cuda, których dokonują przedmioty białych ludzi.

- Pragnę ofiarować mocny nóŜ mojemu bratu Mas-gwa-ah-Sidowi, aby mu 

słuŜył w potrzebie. Otsedaba! Powiedziałem!

- Zastanówmy się nad słowami naszego brata. A kiedy podejmiemy decyzję, to 

powiadomimy go o tym - powiedział Wojenna Lanca. - Niech wojownik Bungi i jego 

Ŝ

ona czują się dobrze wśród ludzi Kiowa, których uwaŜacie za swoich braci, lest juŜ 

noc, specjalnie przygotowane tipi czeka na naszych gości. Pora spać. Tymczasem 

wojownicy Kiowa pójdą spędzić ostatnią noc z naszym bratem, który jutro wraz ze 

wschodem słońca znajdzie się na szlaku, którym odchodzą zmarli.

Całą noc zebrani Kiowa czuwali wokół ciała Orlego śebra, śpiewając pieśni 

Ŝ

ałobne. Rano w miejscu, gdzie znajdowały się groby zmarłych, wbito w ziemię 

cztery pale wysokości męŜczyzny z podniesioną ręką. Na szczycie słupów 

umieszczono mary sporządzone z gałęzi, na których miały spocząć zwłoki zabitego 

wojownika. Do przedniej pary słupów przywiązano dwie głowy zabitych najlepszych 

koni, naleŜących do Orlego śebra, natomiast do tylnej pary słupów - końskie ogony. 

Duchy wierzchowców miały słuŜyć zmarłemu w wędrówce do Krainy Przodków.

Czterech czarowników połoŜyło ciało na wymalowanej skórze, na której 

wyrysowano wszystkie godne odnotowania czyny Orlego śebra. Jak nakazywał 

zwyczaj, zwłoki ubrano w najpiękniejszy strój ozdobny, na stopy załoŜono specjalnie 

wyszywane mokasyny, całkowicie pokryte ornamentami z kolców jeŜozwierza. 

Pomalowaną skórę z ciałem przeniesiono teraz na kudłate futro bizona. Obok 

zmarłego połoŜono Świętą Fajkę, kołczan pełen strzał i inną broń, a na piersi 

połoŜono mu woreczek z lekami oraz woreczek z kinni-kinnickiem.

Od tej chwili matce ani Ŝadnej kobiecie nie wolno było dotknąć zwłok, 

naleŜały one juŜ do innego świata, do Świata Praojców.

Zanim szczelnie owinięto ciało skórą bizonia, do zwłok przyjaciela podszedł 

Wędrujący Niedźwiedź. Przez chwilę wpatrywał się w zastygłe rysy swego 

duchowego brata, następnie wyciągnął z pochwy nóŜ podarowany przez Ojebway’a i 

zdecydowanym ruchem przeciągnął ostrzem po swoich piersiach. Najpierw wystąpiła 

czerwona, nabrzmiała pręga, która powoli zaczęła wypełniać się krwią. Mas-gwa-ah-

background image

Sid pochylił się nad zwłokami, a krew kapała duŜymi kroplami na ciało zabitego.

- Kiedy Ŝyłeś, byłeś mi bratem, teraz gdy Duch Śmierci objął cię swoim 

ramieniem, zostań moim bratem krwi. Gdy nadejdzie czas, Ŝe i ja będę musiał 

podąŜyć ścieŜką za Piaskowe Wzgórza, wyjdź mi naprzeciw, mój bracie, podaj mi 

rękę i poprowadź szlakiem, który poznałeś pierwszy. Dla mnie, bracie, nie umarłeś, 

zmieniłeś tylko światy...

Do zwłok podeszło znowu czterech czarowników i owinęli je dokładnie w 

skórę, unieśli na wyciągniętych w górę rękach, po czym delikatnie ułoŜyli na 

drewnianym pomoście.

- Urodził się na prerii, gdzie wieje wiatr i świeci wieczystym światłem słońce. 

Umarł, lecz słońce nadal będzie mu świeciło i szumiał wiatr, a zewsząd otaczał go 

zapach prerii - śpiewali czarownicy, uderzając w wodne bębny.

Przeszło lato, przeszła zima, znowu nadeszły słoneczne dni. Kiowa rozbili 

obóz w tej samej dolinie, nad którą wznosiła się pionowa skała - atchkinigąn. 

Rodząca Orły. Wokoło jest ciepło i kwietnie, w powietrzu czuje się lato. Z odległych 

pastwisk dochodzi rŜenie ogierów, przeciągłe, namiętne, oznajmiające klaczom o 

miłości, o nadmiarze nowych wiosennych sił.

Niedźwiedziowi Wędrującemu Po Górach rana na ramieniu pięknie się 

zagoiła, zostawiając tylko bliznę, przypominającą rozwinięty kwiat.

Nadszedł KsięŜyc Wysokiej Trawy. Pewnego dnia Mas-gwa-ah-Sid wezwał 

wioskowego obwoływacza i poprosił go, aby oznajmił wszystkim mieszkańcom 

obozowiska, Ŝe za parę dni udaje się sam na ścieŜkę wojenną przeciw Osagom. - Po 

trzech dniach nadejdzie czas milczenia - mówił do obwoływacza. - Niechaj nikt nie 

przerywa moich ślubów, przemówię dopiero, kiedy powrócę ze skalpem wroga, który 

zabił mi brata.

Jeszcze tego samego dnia Kis-kay-im wstąpił do tipi Wędrującego 

Niedźwiedzia i podarował mu włócznię z metalowym ostrym grotem.

- Walczyliście w naszej obronie - mówił Bungi. - Uratowałeś nam Ŝycie, ale 

straciłeś przyjaciela. Weź tę broń, a wiernie ci będzie słuŜyć.

Wędrujący Niedźwiedź wziął do ręki włócznię, zwaŜył ją w dłoni i wyszukał 

punkt cięŜkości. Wyszedł z tipi. Na wprost jego namiotu stało drzewo bawełnicy, do 

którego często przywiązywał swe rumaki. Po prawej stronie pnia widoczne było 

zgrubienie kory, powstałe po jakimś skaleczeniu lub po obciętym dawno temu 

konarze.

background image

Młody wojownik uniósł włócznię do góry, odchylił się mocno do tyłu i silnym 

zamachem cisnął wysmukły drzewiec przed siebie. Grot wbił się w sam środek 

zgrubienia na drzewie bawełnicy. Przez jakiś czas drzewiec włóczni drgał elastycznie, 

jakby dziękował za celny rzut.

- Niech ci słuŜy jak najlepiej - powtórzył Bungi, odchodząc do swego tipi;-

Przez następne dwa dni Wędrujący Niedźwiedź przygotowywał broń i oglądał 

dokładnie kaŜdą strzałę, sprawdzał gładkość prętów, umocowanie kamiennych 

grotów, pierzastych lotek. Spośród swoich czterech łuków wybrał najbardziej giętki i 

mocny. Łuk od strony cięciwy wyłoŜony był płytkami z rogów bizona, a zewnętrzna 

strona, grzbiet, miała naciągnięte szerokie ścięgna jelenia. Wymienił starą cięciwę 

skręconą z jelit wilczych i dodatkowo przygotował dwie zapasowe.

I-sha-wi szykowała w tym czasie pemikan, umieszczając go w specjalnych 

woreczkach.

Pod koniec trzeciego dnia w tipi Wędrującego Niedźwiedzia zjawiła się Ko-

sahn, niedoszła Ŝona Orlego śebra.

- Mój brat zabierze mnie z sobą, duch mego przyszłego męŜa nawiedził mnie 

w czasie snu nakazał mi iść razem z Niedźwiedziem. Od śmierci mego męŜczyzny 

moje serce jest niespokojne i muszę je uciszyć widokiem martwego Osaga.

Wędrujący Niedźwiedź niechętnie przyjął propozycję dziewczyny, ale nie 

mógł sprzeciwić się jej postanowieniu - wszak dostała nakaz ducha, a nakazy 

zmarłych są święte.

Skinął głową, Ŝe się zgadza, i dodał:

- Jutro, kiedy słońce będzie na szczycie swojej drogi, czekaj na mnie przed tipi 

Rozpalającej Ogień. Do granicy naszych terenów łowieckich odprowadzi nas Nocny 

Kwiat. Tam odbierze od nas konie, my zaś dalej pójdziemy pieszo, I-sha-wi z końmi 

będzie czekała aŜ do naszego powrotu.

Jeszcze tego samego popołudnia Mas-gwa-ah-Sid poprosił wodza 

obrzędowego, aby wspomógł go w czasie rozmowy z duchami. Stary wojownik zjawił 

się wkrótce, niosąc swój bęben obrzędowy. Na głowie miał skalp bizoni ze 

szlifowanymi cienko rogami, a swoje ciało i twarz pomalował symbolicznymi 

barwami Ŝycia i śmierci.

Wędrujący Niedźwiedź tylko w przepasce biodrowej, z rozczesanymi 

włosami, udał się w ślad za wodzem obrzędowym na skraj obozu, gdzie wznosiła się 

niewielka skała. Wszedł na jej wierzchołek, pozostawiając czarownika u jej podnóŜa.

background image

Rozległy się miarowe, głębokie uderzenia w bęben. Słońce opuszczało się 

coraz niŜej i niŜej. W pobliŜe skały zaczęli się schodzić mieszkańcy wioski, a bęben 

dudnił bez przerwy.

Mas-gwa-ah-Sid uniósł w górę ramiona, twarz zwrócił w stronę zachodzącego 

Ducha Niebios i począł się modlić:

- Ach, Na-tush i ty, Wielki Duchu Świata, Dobra Matko Ziemio! Otwórzcie 

szeroko wasze uszy na moje słowa. To ja, Wędrujący Niedźwiedź, potrzebuję was! 

Jutro wkroczę na ścieŜkę, z której mogę juŜ nie wrócić. Nie proszę o swoje Ŝycie, 

będzie tak, jaka będzie wasza wola. Niedźwiedź prosi was tylko o zezwolenie 

spełnienia zemsty. Ach, Na-tush i ty, Wielki Duchu Świata, Dobra Matko Ziemio! 

Mówię do was, ja, Mas-gwa-ah-Sid, czy słyszycie mnie?

Tłum stał milczący i wpatrywał się razem z Wędrującym Niedźwiedziem w 

zachodzące słońce.

ROZDZIAŁ XVIII

Nazajutrz wczesnym rankiem Wędrujący Niedźwiedź z Nocnym Kwiatem 

podjechali pod tipi Rozpalającej Ogień. Wojownik zwinnie zeskoczył z konia i stanął 

przed wejściem do namiotu matki swego przyjaciela.

Ubrany był tak, jak się ubierali męŜczyźni z jego plemienia wyruszający na 

wojenną wyprawę. Oprócz przepaski biodrowej z miękkiej skóry i leków na szyi nic 

więcej nie posiadał. Włosy miał starannie zaplecione w dwa warkocze, zaś trzeci - 

warkocz zabitego brata - zwisał mu z tyłu głowy i opadał aŜ na plecy. We włosy 

wplótł dwa orle pióra. Jedno sterczało pionowo i wystawało ponad głowę. Było to 

pióro „zadanej śmierci”. Oznaczało, Ŝę jego właściciel zabił wroga jako pierwszy na 

początku walki. Drugie pióro wpięte poziomo było mu przyznane za zabicie rannego 

przeciwnika.

Stopy okrywały mu mokasyny tropicieli, sporządzone z miękkiej skóry bez 

Ŝ

adnych wzorów, jednakŜe z jednym waŜnym dodatkiem: za piętą kaŜdego mokasyna 

wlokły się po ziemi skórzane frędzle. Frędzle te miały za zadanie zacierać ślady 

wojownika, szczególnie na miękkim lub piaszczystym gruncie. Przy boku konia 

Wędrującego Niedźwiedzia wisiała torba z pemikanem.

Nocny Kwiat ubrana była w suknię z jeleniej skóry, wyprawioną na brązowy 

kolor. Na sukni nie było Ŝadnych ozdób ani frędzli. Suknia miała rozcięcia po bokach 

aŜ do bioder, aby nie przeszkadzała w konnej jeździe. Na plecach dziewczyna 

background image

zawiesiła kołczan pełen strzał i łuk. Za pasem miała kamienną siekierę i krzemienny 

nóŜ.

- Inahu! Inahu! - krzyknął Niedźwiedź. - To twój drugi syn cię wzywa! Przed 

pełnią księŜyca wilk wyrusza na łowy, a nad ranem zawraca z wiatrem. Inahu, Matko, 

wyjdź!

Rozpalająca Ogień wyszła. Na twarzy i ramionach miała jeszcze liczne ślady 

zadrapań, choć zagojone, ale jeszcze widoczne. Oczy jej były zapadnięte, jakby 

chciały za wszelką cenę dojrzeć zrozpaczone serce.

- Inahu, twój syn był moim bratem. Weź tę strzałę na znak, Ŝe masz prawo do 

mięsa i skór, które ja zdobędę. Nie zaznasz głodu, matko - głos Wędrującego. 

Niedźwiedzia był tkliwy i spokojny. - Pomaluj górną część mojej twarzy w barwy 

wojenne twego syna, bo jadę go pomścić.

Słońce wędrowało coraz wyŜej. Wkrótce nadjechała Ko-sahn. Ubrana była jak 

wojownik. Mokasyny bez Ŝadnych ozdób sięgały jej aŜ do kolan, ściągnięte pod 

kolanami skórzanymi troczkami. Zamiast sukni załoŜyła przepaskę biodrową, 

podobną do przepaski Niedźwiedzia. Z przodu fartuszek sięgał jej kolan, z tyłu, nieco 

dłuŜszy, zwieszał się do połowy łydek. Górną część ciała okryła czymś w rodzaju 

kamizelki z gładkiej brązowej skóry, ciasno opinającej kibić i piersi. Od głębokiego 

dekoltu po pas kamizelka była zasznurowana rzemieniem.

Gęste włosy zebrała na czubku głowy i związała rzemieniem tak, Ŝe niby 

koński ogon spadały kaskadą na jej plecy. Podobnie jak Nocny Kwiat na plecach 

zawiesiła kołczan ze strzałami i łukiem, a do prawego uda przywiązała pochwę z 

ostrym kamiennym noŜem. Przy boku konia sterczała ukośnie krótka, mocna włócznia 

z kościanym grotem. W poprzek czoła wymalowała sobie czarną, szeroką na dwa 

palce krechę. Był to symbol śmierci i znak, Ŝe straciła wybranego, zanim zdąŜyła go 

poślubić.

Farby były juŜ przygotowane i Rozpalająca Ogień przystąpiła do nakładania 

ich na twarz Wędrującego Niedźwiedzia. Najpierw dokładnie pomalowała mu na 

czerwono lewy oczodół wraz z powieką, po czym prawy na czarno. Od brwi wzdłuŜ 

nosa namalowała białą, obramowaną czerwienią kreskę, a na środku czoła coś w 

rodzaju litery „V”, równieŜ czerwonego koloru. Ramiona i uda wojownika pokryła 

poprzecznymi czarnymi pasami.

Na samym końcu Mas-gwa-ah-Sid zamoczył dłoń w czarnej farbie, odbijając 

ją na ustach, brodzie i policzkach tak, aby cztery rozłoŜone palce odbiły się na lewym 

background image

policzku, a kciuk z częścią dłoni na prawym, zaś całe wnętrze dłoni na ustach i 

brodzie. Od tej chwili obowiązywało go milczenie aŜ do ślubowanej zemsty na 

wrogu. Mógł porozumiewać się tylko mową gestów.

W trójkę opuścili wioskę i po niedługim czasie zanurzyli się w trawiastym 

łanie, sięgającym koniom prawie do brzuchów.

Słońce, które dotychczas świetliście barwiło powierzchnię prerii, znikło 

zasłonięte zewsząd napływającymi chmurami. Nastała szarość deszczowego dnia. 

Gorąca duchota przytłaczała przed burzą, nadchodzącą gdzieś od północy. Jednak 

jeźdźcy nie szukali schronienia, byli przecieŜ cząstką otaczającej ich przyrody i 

bezbłędnie potrafili rozpoznawać wszelkie zwiastuny zmieniającej się pogody. 

Nieomylny instynkt podpowiadał im, Ŝe burza tym razem ich ominie. Rzeczywiście, 

ptaki-gromy odleciały w stronę gór i po chwili przejaśniło się, powiał oŜywczy wiatr, 

konie zaś raźniej ruszyły przed siebie.

Po dwóch dniach wędrówki dojechali do wąskiej rzeczki o twardych i 

spękanych brzegach. Tutaj rozstali się z I-sha-wi. Mas-gwa-ah-Sid i Ko-sahn 

zostawili konie pod jej opieką, a zabrali ze sobą tyJko włócznie i skórzane woreczki z 

pemikanem.

MąŜ i Ŝona popatrzyli sobie głęboko w oczy, jednak Wędrujący Niedźwiedź 

zaraz gwałtownie odwrócił się i skierował kroki w koryto strumienia, I-sha-wi jeszcze 

długo odprowadzała wzrokiem bliską jej sercu parę, aŜ skryły ją garbate wzniesienia 

prerii. Zdawała sobie sprawę, Ŝe musi być przygotowana na wszystko. Nawet 

najbardziej doświadczony i waleczny wojownik wkraczając w sam środek terenów 

penetrowanych przez nieprzyjaciół, ma marne szanse wyjścia cało z takiej wyprawy. 

Dziewczyna była pełna obaw o Ŝycie tych dwojga, ale kobiecie ludu Kiowa nie 

przystawało uzewnętrzniać swoich uczuć. Dobrze wiedziała, Ŝe jej sprzeciw nie 

zmieniłby postanowienia męŜa, zresztą nawet nie było jej wolno zabierać głosu w 

męskich sprawach. PoŜegnała się z nim bez słów, a Ŝegnać się to tak, jakby trochę 

umierać. Chwyciła w niemym bólu za uzdę i pognała wierzchowca w stronę gęstych 

krzaków bylicy, porastających najwyŜsze wzniesienie w tej okolicy.

Niedźwiedź wędrował coraz dalej w stronę wioski Osagów, czujny teraz i 

uwaŜny na wszystko, co wokół niego się działo. W pewnej odległości za nim 

podąŜała Ko-sahn i jej oczom nie uszedł Ŝaden szczegół nie pasujący do zwykłego 

Ŝ

ycia na prerii. Oto gdzieś przed nimi zerwało się stado gołębi z głośnym trzepotem 

skrzydeł. Natychmiast bezszmerowo legli w trawie. Zbyt duŜa odległość dzieliła ich 

background image

od ptaków, aby to oni mogli je spłoszyć.

Mas-gwa-ah-Sid znakiem dłoni nakazał dziewczynie pozostać w ukryciu, a 

sam chyłkiem, z łukiem gotowym do strzału, począł skradać się w kierunku, w którym 

przed chwilą zalegały gołębie. Kierował się ku wystającej spośród traw skale. Musiał 

w tym celu nieco nadłoŜyć drogi. JeŜeli uda mu się bez przeszkód zbliŜyć do niej, 

będzie mógł z wierzchołka dokładnie rozejrzeć się dookoła.

Co jakiś czas zatrzymywał się na chwilę, przylegał do ziemi i nadsłuchiwał, 

wchłaniając w nozdrza powietrze jak wilk, gdy tropi zwierzynę. Na razie nic nie 

wskazywało na to, Ŝe w pobliŜu znajdował się ktoś obcy. Kilkoma skokami, mocno 

nachylony, dopadł do skały. Przez chwilę leŜał nieruchomo, nasłuchiwał, potem 

powoli podniósł się, rozejrzał bystro dookoła i ostroŜnie wspiął na ogromny kamienny 

blok. Na jego szczycie zaległ nieruchomo, kładąc się na brzuchu, sam podobny do 

kamienia. Miał teraz przed sobą dosyć rozległą panoramę. W oddali po prawej stronie 

leniwie płynęła rzeka, nad którą stoczyli pamiętną walkę w obronie Ojebway’ów. 

Nieco bliŜej skały, po jej lewej stronie, leŜał w trawie kojot i spokojnie posilał się 

schwytanym gołębiem. Niedźwiedź uśmiechnął się do siebie i bez pośpiechu zszedł 

ze skały. Dał znak Ko-sahn, Ŝe wszystko w porządku i śmiało moŜe dołączyć do 

niego.

Wieczorem znaleźli się daleko od miejsca polowań kojota. Wyszukali sobie 

bezpieczną kryjówkę wśród złomowiska ogromnych głazów. Wyszedł srebrzysty 

księŜyc, zbudził sowy. Mimo nocnego chłodu nie było im zimno. Kamienie nagrzane 

przez słońce, nocą promieniowały przyjemnym ciepłem.

Rano wcześnie wstali. Przed wyruszeniem w dalszą drogę Wędrujący 

Niedźwiedź rozejrzał się najpierw uwaŜnie po najbliŜszej okolicy. Kilkakrotnie 

przytknął ucho do ziemi, jednak nie usłyszał nic podejrzanego. Spojrzał do góry i 

ujrzał dwa orły, które spokojnie szybowały w kierunku, w którym oni równieŜ 

zmierzali. Poczytał to sobie za pomyślną wróŜbę.

Szli teraz jeszcze bardziej czujni i ostroŜni. Od osiedla Osagów dzieliły ich 

jeszcze tylko dwa dni marszu. Wkroczyli na ziemie, na których zaczynał się świat 

lasów, na razie jeszcze skąpo rozrzuconych w małych kępach, ale ciągnących się hen, 

hen w dal, gdzie władał jeleń, czarny niedźwiedź, łoś i szary wilk.

Któregoś dnia, wychodząc z rzadkiego lasku, zauwaŜyli stado wron krąŜących 

niespokojnie nad wierzchołkami wysokich sosen. Cofnęli się natychmiast pomiędzy 

drzewa i cicho zalegli w gęstych krzakach. Przed sobą widzieli pustą przestrzeń, na 

background image

której gdzieniegdzie tylko wyrastała gromadka drzew obojętnych na mrozy i wichury. 

Pojedyncze drzewa mocno wrosły korzeniami w ziemię, przeŜywając wszystkie 

demonstracje sił natury i dumnie górowały nad innymi drzewami skupionymi w 

rzadkich zagajnikach. Niespokojne wrony przysiadały na konarach olbrzymiego 

drzewa, to znowu z głośnym krakaniem zrywały się do krótkiego lotu.

Wędrujący Niedźwiedź czekał spokojnie, gdy nagle spostrzegł gromadkę 

jeźdźców. Było ich pięciu, jechali jeden za drugim. Po wygolonych głowach i 

obcisłych legginach poznał Osagów. Wracali widocznie z polowania, bo na jucznym 

koniu leŜały dwie antylopy widłorogie. Czuli się bezpieczni, bo głośno rozmawiali. 

Widocznie opowiadali sobie wraŜenia z ostatniego polowania, gdyŜ co chwilę 

wskazywali na dwa martwe rogacze.

Znaleźli się wkrótce na wysokości ukrytej w krzakach pary. Dzieliło ich od 

kryjówki Niedźwiedzia i Ko-sahn jakieś dziesięć kroków. Dziewczyna i wojownik 

jeszcze bardziej przylgnęli do ziemi. Jeden z koni Osagów parsknął i począł w 

miejscu drobić nogami, widocznie wyczuł obcych, jednak jeździec będąc jeszcze pod 

wraŜeniem polowania, nie zwrócił uwagi na nagły niepokój konia i uderzeniem pięt 

zmusił go do dalszego truchtu. Skąd mógł przypuszczać, Ŝe tuŜ przy jego wiosce czai 

się śmiertelny wróg.

Myśliwi odjechali, ale Wędrujący Niedźwiedź i dziewczyna poczekali jeszcze 

chwilę, aŜ od Osagów dzieliła ich bezpieczna odległość. Wkrótce podąŜyli za nimi. 

Skradali się między drzewami, tak aby nie zostać niespodziewanie odkrytym przez 

kogoś przypadkowego.

Słońce wznosiło się coraz wyŜej i wyŜej, ale nie widać było jeszcze wioski 

nieprzyjaciół. Niespodziewanie las skończył się i jeźdźcy gwałtownie skręcili w lewo, 

w kierunku zielonych pól gęsto upstrzonych skałami, ogromnymi kamiennymi 

blokami o dziwnych formach. Ogromne głazy w niektórych miejscach leŜały jeden na 

drugim, przypominając niezwykłe piramidy i figury.

Kiowa zatrzymali się na skraju lasu i poczekali, aŜ myśliwi znikną im z oczu. 

Teraz szybko przeskoczyli pustą przestrzeń i znaleźli się między rumowiskiem 

skalnych bloków. Wspięli się na najwyŜszą napotkaną platformę, po czym ostroŜnie 

podczołgali na jej przeciwległy kraniec. W dole ujrzeli wspaniałe ogromne jezioro.

Było prawie południe, słońce wisiało prosto nad rozlewiskiem wodnym, a 

sosnowy gaj na przeciwległym brzegu mienił się w jego promieniach róŜnymi 

barwami mocnej zieleni.

background image

Dalej po lewej stronie wznosiło się spore osiedle Osagów, otoczone mocną, 

drewnianą palisadą. Wewnątrz znajdowały się ustawione rzędami prostokątne chaty z 

ostrymi dwuspadowymi dachami. Mimo duŜej liczby domostw, wszędzie było czysto 

i schludnie.

Od wioski Osagów prowadziła dróŜka nad sam brzeg jeziora. Nie opodal 

wody biegały nagie dzieci; wpadały do przybrzeŜnych płycizn, wybiegały i znowu 

uganiały się nad brzegiem. Ich dziecinny szczebiot i krzyki niosły się daleko po 

wodnej tafli.

Wędrujący Niedźwiedź dokładnie rozejrzał się po skalnym wzniesieniu, na 

którym się ukryli. Nie było tu najmniejszego śladu bytności człowieka. śaden liść, 

Ŝ

adna gałązka, czy kamień nie zostały naruszone.

Ko-sahn milcząc wskazała wzrokiem w dół, gdzie niemal do podnóŜa skały 

dochodziły wody jeziora. Delikatnie szurając mokasynami po przybrzeŜnej 

niewysokiej trawie szedł jakiś męŜczyzna Osagów. Na chwilę zniknął osłonięty 

występem skały, niebawem jednak ukazał się znowu. OstroŜnie omijał rozrzucone 

kamienie i tylko raz, gdy wskoczył na gruby zwalony pień drzewa, który wystawał z 

wody, rozejrzał się wokół, jakby oczekiwał lub wypatrywał kogoś, po czym zeskoczył 

na ziemię i wędrował dalej, kierując się w stronę wioski.

Gdzieniegdzie stały wyniosłe świerki skupione w zbitej gromadce przy 

brzegach jeziora. Przejrzysta woda szumiała i skrzyła się, a nad jej taflą zwisało 

błękitne bezchmurne niebo, hojnie wylewając potoki światła. Wydawało się, Ŝe w 

tych słonecznych blaskach tu i ówdzie rozsiane na jeziorze wyspy poruszają się wraz 

z drzewami.

Na zewnątrz palisady wioski płasko rozłoŜyły się pola kukurydzy, fasoli i 

dyni. Tutejsi ludzie nie znali głodu, nawet ich konie były lepiej odŜywione, gdyŜ zimą 

nie potrzebowały szukać pod śniegiem resztek zmarzniętej trawy. W osiedlu miały 

dość liści kukurydzy i wyschniętego ziarna.

Rozglądając się po okolicy Wędrujący Niedźwiedź przypadkowo spojrzał w 

bok i zamarł w bezruchu. Obok niego leŜał grzechotnik zwinięty w ogromnym 

splocie. Trójkątną głowę oparł na jego wierzchołku i nieruchomym wzrokiem 

wpatrywał się w leŜącego wojownika, co chwilę wysuwając swój długi, rozwidlony 

język, jakby badając najbliŜsze otoczenie.

Wędrujący Niedźwiedź zrozumiał, ze wystarczy teraz najmniejszy ruch, a 

jadowity gad zaatakuje go. Powoli, ostroŜnie, wyciągnął prawą rękę w stronę Ko-

background image

sahn, oparł palce na jej ramieniu i począł delikatnie naciskać, pociągać dłonią i 

palcami po jej ciele. Mówił „cichą mową:

- Z lewej strony leŜy grzechotnik. Rzuć za niego ostroŜnie kamieniem, ale tak, 

by go nie trafić.

Ko-sahn w mig zrozumiała, jakie niebezpieczeństwo grozi jej 

współtowarzyszowi. Nie podnosząc się, ostroŜnie macała skalne podłoŜe, aŜ 

wyszukała obok siebie niewielki kamień i gwałtownym ruchem samej dłoni 

przerzuciła go ponad rozpłaszczonym wojownikiem poza węŜowy zwój. Grzechotnik 

gwałtownie zwrócił głowę w kierunku, skąd doszedł go stukot upadającego kamienia, 

i w tej samej chwili Wędrujący Niedźwiedź końcem włóczni błyskawicznie strącił 

gada ze skały. Grzechotnik leciał w powietrzu, jak kawał ułamanej gałęzi i z plaskiem 

spadł na trawę, po której przed chwilą przechodził Osag. LeŜał przez moment 

nieruchomo, potem niezdarnie poczołgał się między kamieniami, zalegającymi nad 

brzegiem jeziora i znikł gdzieś między nimi.

Wędrujący Niedźwiedź uśmiechem podziękował dziewczynie.

Nadchodził wieczór. Kobiety schodziły z pól, męŜczyźni zjeŜdŜali się z 

pobliskich okolic, zostawiając swoje konie wyrostkom, którzy następnie popędzali 

mustangi na nocne pastwisko, niewidoczne ze szczytu nadjeziornej skały.

Dziewczyna i wojownik ciągle czaili się w swojej kryjówce i tutaj musieli 

zanocować. Ile jeszcze nocy trzeba będzie tkwić na tej skale, nim wypatrzą tego, który 

winien jest im swoje Ŝycie?

Kiedy słońce całkowicie skryło się i ziemię ogarnął mrok, nieco rozprostowali 

zmęczone kości i zjedli po garści pemikanu. W takich warunkach nie mogli się 

objadać, bo w kaŜdej chwili musieli być gotowi do wysiłku. ObciąŜony Ŝołądek 

powoduje, Ŝe człowiek staje się leniwy, a chwila rozpręŜenia mogła kosztować ich 

zbyt wiele.

Wędrujący Niedźwiedź czuwał prawie przez całą noc, zaś rano, kiedy słońce 

rozproszyło zmrok, począł dokładnie obserwować wioskę. Nic nie uszło jego uwadze, 

kaŜdy waŜny dla siebie szczegół notował głęboko w pamięci. Zapamiętał, ilu 

wojowników opuściło wioskę i w jakim kierunku się udali, ile kobiet wyruszyło na 

przyobozowe poletka, porachował nawet, ile koni mogło pozostać na pastwiskach.

Słońce było juŜ dość wysoko. Wojownik uniósł się nieco na rękach i bacznym 

wzrokiem śledził, jak przytulone do siebie białe chmury pędzą wysoko nad jeziorem i 

odbijają w jego wodach. Odnosił wraŜenie, jakby z tych delikatnych obłoków płynęła 

background image

jakaś ogromna siła ciepłych oczu I-sha-wi.

W tej właśnie chwili błogosławioną ciszę zburzył nieoczekiwany, przejmujący 

dźwięk: w stronę jeziora, drogą, przy której rosły bezwładnie porozrzucane młode 

brzózki, rŜąc biegła czarna klacz z białym znamieniem na czole. Dosiadał jej 

wojownik z szeroką szramą po prawej stronie głowy i strzępem ucha. Mas-gwa-ah-

Sid wskazał go dziewczynie i złowrogo błysnął oczami.

Obydwoje teraz obserwowali wojownika. Klacz przybiegła na piaszczyste 

wybrzeŜe, zatrzymała się na chwilę, parsknęła i ostroŜnie zaczęła wchodzić do wody. 

Osag załoŜył teraz nogi na jej kark, aby nie zamoczyć mokasynów. Klacz pijąc wodę 

zabawnie rozgarniała ją chrapami. Nagle podniosła głowę, rozejrzała się po niemal 

nieruchomej tafli jeziora i przednimi kopytami uderzyła o dno rozpryskując wodne 

bryzgi. Zniecierpliwiony Osag mruknął coś gniewnie. Wędrujący Niedźwiedź, nie 

spuszczając z oczu konia i jeźdźca, próbował unieść się na rękach nieco wyŜej, ale 

szybko zrezygnował z tego i znowu opadł na skałę. Roziskrzonym wzrokiem 

odprowadził klacz i dosiadającego ją Osaga, który zmusił wierzchowca do wyjścia na 

brzeg i pognał stępa ku osiedlu.

Dopiero teraz obydwoje zauwaŜyli, Ŝe Osag zarzucił na plecy kołczan ze 

strzałami i łukiem, a przy jego prawej nodze kołysała się krótka dzida, umieszczona w 

specjalnym futerale przymocowanym do końskiego grzbietu. Dodatkowo na zadzie 

klaczy spoczywał zrolowany zwój grubej skóry z karku bizona. Wędrujący 

Niedźwiedź od razu domyślił się, czemu ma słuŜyć ten ekwipunek Osaga i dokąd 

zamierza się udać. Odkrycie to bardzo go ucieszyło i teraz juŜ spokojnie czekał, aŜ 

słońce zajdzie za horyzont.

Kiedy wreszcie na niebie ukazały się gwiazdy. Wędrujący Niedźwiedź jak 

duch zsunął się ze skały, a tuŜ za nim towarzysząca mu dziewczyna. Unikając światła 

wschodzącego księŜyca, pobiegli „psim truchtem” w kierunku, gdzie udał się Osag.

Byli juŜ daleko od wioski, ostroŜnie mijali rozrzucone tu i ówdzie ciemne i 

spokojne kępy drzew. W pewnej chwili, kiedy znajdowali się na dość duŜej nie 

zarośniętej przestrzeni, wydało im się, Ŝe z daleka doleciał krzyk jakiegoś ptaka.

Przystanęli. Krzyk ponownie rozdarł nocną ciszę. To zbudzony ptak szukał 

schronienia. Mas-gwa-ah-Sid wskazał ręką przed siebie, tam gdzie blisko horyzontu 

czerniły się zarysy sporego lasu.

- Moja siostra pójdzie pod wiatr - oznajmił mową gestów - a kiedy ujrzy 

człowieka z blizną na głowie, zalegnie tak, jakby była kępą preryjnej trawy. Tam 

background image

będzie czekała na mnie. Nie wolno jej tknąć Osaga. On naleŜy do mnie.

Dziewczyna skinęła głową i zniknęła w ciemnościach.

Wędrujący Niedźwiedź jak polujący wilk skradał się w stronę lasu. Zdawał 

sobie doskonale sprawę, Ŝe ktoś, kto obserwowałby spomiędzy drzew otwartą 

przestrzeń, mógłby go łatwo dostrzec w poświacie księŜyca. Mniej więcej w połowie 

drogi do lasu wyciął parę krzaków bylicy i trzymając je przed sobą, przesuwał się do 

przodu mocno schylony do ziemi. Co jakiś czas przystawał, nasłuchiwał i znowu 

skradał się. Mozolna to była wędrówka, a musiał się spieszyć, bo minął juŜ środek 

nocy.

Wtem poczuł słabą woń dymu z ogniska. Uśmiechnął się, zadowolony, Ŝe 

dobrze przejrzał Osaga i domyślił się, do czego miała mu słuŜyć skóra z karku bizona.

Dobrnął wreszcie do pierwszych drzew, rzucił za siebie krzaki bylicy i teraz 

juŜ swobodnie czołgał się po ziemi od drzewa do drzewa. Wiatr lekko powiewał z 

jego lewej strony. JeŜeli Ko-sahn znajdowała się juŜ na miejscu, to powinna czatować 

gdzieś niedaleko po jego prawej stronie.

Pomiędzy pniami drzew błyskał płomień nikłego ogniska. Mas-gwa-ah-Sid 

upodobnił się teraz do skradającej pumy. Był coraz bliŜej zabójcy Orlego śebra, 

jeszcze trochę, a dobrnie na skraj obszernej polany, na środku której rosło samotne 

drzewo bawełnicy. Na obrzeŜu polanki stała czarna klacz Osaga przywiązana do 

drzewa. Stała spokojnie, wiatr powiewał od niej w kierunku skradającego się Kiowy. 

Do tej pory jeszcze nikogo nie zwęszyła, chociaŜ do grzywy miała przyczepione 

ś

wieŜe pęczki trawy, które oznaczały, Ŝe koń jest bardzo czujny i potrafi wyczuć 

wroga ze znacznej odległości.

Wędrujący Niedźwiedź spenetrował bacznym wzrokiem całą polanę. Na 

ś

rodku, tuŜ przy samotnym drzewie, dogasało ognisko, przy którym spał owinięty w 

derkę bizonia jego wróg i jednocześnie cel wyprawy. TuŜ obok śpiącego znajdował 

się wypukły kopczyk, na którym leŜała przybita do ziemi skóra z karku bizona.

Widocznie Osag, kiedy tylko tu przybył, zabrał się niezwłocznie do roboty. Za 

pomocą przedniej łopatki bizona lub jelenia wykopał w ziemi odpowiedniej wielkości 

dół. Dół ten nakrył skórą, wokoło przytwierdzając ją do ziemi drewnianymi kołkami. 

Zostawił tylko w jednym miejscu między ziemią a rozpostartą skórą mały otwór. W 

ognisku mocno rozgrzał wiele kamieni i włoŜył je do dołu przez pozostawiony w 

skórze mały otwór. Na rozgrzane kamienie nalał wody, a powstała w ten sposób 

gorąca para spowodowała, Ŝe skóra skurczyła się, tak Ŝe wojownik Osagów musiał od 

background image

czasu do czasu przestawiać mocujące je kołki.

Kiedy skóra odpowiednio skurczyła się w stosunku do swojej pierwotnej 

wielkości i pogrubiała prawie dwukrotnie, ostrą skrobaczką usunął z niej sierść. 

Następnie prze niósł miękką jeszcze skórę na przygotowany uprzednio kopiec ziemi i 

jeszcze raz przybił ją kołkami. Zadowolony z rezultatów dotychczasowej pracy 

połoŜył się i usnął. Do rana skóra wystygnie i stwardnieje. Podczas wykonywania 

pracy nad tarczą wojenną wojownik zapewne odśpiewał kilka rytualnych pieśni, 

wymaganych w trakcie przygotowywania skóry na tarczę.

Wędrujący Niedźwiedź postanowił czuwać do rana. Wydał przytłumiony 

krzyk polującej sowy, na co odpowiedział mu pisk nietoperza. Ko-sahn była na 

miejscu.

Słońce wstawało leniwie, jakby nie chcąc patrzeć na dramat, który wkrótce 

miał się tutaj rozegrać. Delikatny szelest ptasich skrzydeł i ostry głos cykad obudził 

Osaga. Przyprawiło to Wędrującego Niedźwiedzia o drŜenie serca. Jeszcze raz 

ogarnął wzrokiem i sercem wszystkie przejawy budzącego się Ŝycia. Migotanie 

promieni słonecznych na gałęziach i liściach, oŜywione pracowite mrówki, Ŝywicę 

topniejącą na pniach sosen, odległy krzyk orła - w tym wszystkim odnajdował cząstkę 

samego siebie. Patrzył na poranną krzątaninę wroga. Podły Osag odebrał mu na 

zawsze najbliŜszego przyjaciela i na to wspomnienie Ŝywiej poczęła krąŜyć krew w 

jego Ŝyłach. W ostatnim czasie wychudł od Ŝałości tak, Ŝe jego oblicze stało się ostre i 

twarde.

Tymczasem Osag obejrzał skórę, połoŜył ją na ziemi i zwęglonym patyczkiem 

obrysował dosyć równo zarys koła wokół jej nieco wypukłego środka. NoŜem odciął 

zewnętrzne kawałki skóry wzdłuŜ narysowanej linii.Na samotnym drzewie powiesił 

nie wykończoną jeszcze tarczę, po czym odszedł od niej parę kroków i zaczął strzelać 

z łuku w środek koła. Ani jedna strzała, które wystrzelił do zawieszonej skóry, nie 

przebiła jej. Groty jakby uderzały w litą skałę.

W tej chwili Mas-gwa-ah-Sid wyszedł ze swego ukrycia. Osag jeszcze go nie 

zauwaŜył, gdyŜ właśnie zdąŜał w stronę drzewa, na którym wisiało koło przyszłej 

tarczy. Odwrócił się gwałtownie dopiero wtedy, gdy Wędrujący Niedźwiedź rzucił na 

ziemię swój kołczan wypełniony strzałami z przytwierdzonym do niego łukiem. W 

ręku pozostała mu tylko włócznia. Osag był bezbronny. Wokół niego na ziemi leŜały 

bezładnie porozrzucane strzały, które odbiły się od spreparowanej skóry. Łuk i krótka 

włócznia, jakich uŜywają na wpół rolnicze plemiona, pozostały w miejscu, z którego 

background image

strzelał do tarczy.

Wędrujący Niedźwiedź podszedł do leŜącej broni. Podniósł włócznię wroga i 

cisnął ją w kierunku stojącego nieruchomo przeciwnika. Ostrze wbiło się między 

stopami Osaga. Wojownik ani drgnął. Wyrwał włócznię z ziemi, cofnął się parę 

kroków tak, Ŝe tuŜ za plecami miał pień samotnego drzewa.

Obserwowali się bacznie, ani na moment nie spuszczając z siebie oka. 

Wojownik Osagów rozpoznał Niedźwiedzia i wiedział, Ŝe tylko jeden z nich opuści tę 

polanę Ŝywy, inaczej nie moŜe być.

Wędrujący Niedźwiedź w pewnej chwili poderwał do góry ramię z włócznią, 

ale Osag, chcąc wyprzedzić rzut przeciwnika, cisnął w Kiowę swój drzewiec 

uzbrojony w kamienny grot. Między drzewami rozległ się krótki, przeraźliwy krzyk 

dziewczyny. Ale wróg nie przewidział podstępu Kiowy. Wędrujący Niedźwiedź 

gwałtownie podrywając ramię sprowokował Osaga do wcześniejszego ataku, a 

nadlatującą włócznię wroga odbił drzewcem swojej włóczni, odrzucając ją w krzaki. 

Zanim zdąŜyła dosięgnąć ziemi, włócznia Kiowy utkwiła w piersi Osaga.

Uderzenie było tak straszne, Ŝe ostrze przeszyło korpus - wojownika i 

ugrzęzło w pniu drzewa, przygwaŜdŜając doń jego ciało. Głowa Osaga bezwładnie 

opadła na piersi, ręce wypręŜyły się wzdłuŜ tułowia. Ze skraju polany nadbiegła Ko-

sahn i stanęła przed ciałem martwego wroga. Jednym okręŜnym pociągnięciem noŜa 

ś

ciągnęła mu z głowy kosmyk skalpowy. Następnie odszukała włócznię Osaga i 

przywiązała swoje krwawe trofeum do drzewca poniŜej kamiennego grotu.

Mas-gwa-ah-Sid wolnym krokiem zbliŜył się do ciała nieprzyjaciela, popatrzył 

na nie przez chwilę, zmierzył wzrokiem jego leki zawieszone na szyi, zbroczone teraz 

ś

wieŜą krwią.

- Przez całe swoje Ŝycie walczyłeś dzielnie - pomyślał Wędrujący Niedźwiedź 

- lecz nadszedł teraz kres twojego szlaku i zginąłeś jak wojownik. Zostawiam ci twoje 

leki, abyś mógł wstąpić do Świata Duchów.

Mocnym szarpnięciem wyrwał włócznię wbitą w drzewo i piersi Osaga. Ciało 

nieprzyjaciela zwiotczało, skurczyło się i zwaliło jak kłoda na ziemię.

Wędrujący Niedźwiedź podszedł do czarnej klaczy. Obejrzał ją, chwycił za 

nozdrza, poklepał po karku i jednym skokiem dosiadł jej grzbietu. Klacz nawet nie 

drgnęła, bo i po co. Zdawała sobie widocznie sprawę, Ŝe juŜ na zawsze zmieniła pana.

- Jedziemy, siostro - przemówił Wędrujący Niedźwiedź pierwszy raz od 

opuszczenia swojej wioski.

background image

Ko-sahn usadowiła się za plecami wojownika i po chwili opuścili polanę i las. 

Nad drzewami zbierały się wrony i kruki, wyczuwając śmierć.

W drodze powrotnej wpadli między wyrostków pilnujących stado koni. Klacz 

Osaga, ujrzawszy znajomy tabun, poczęła rŜeć i kilka koni pobiegło za nią. Chłopcy 

początkowo próbowali schwytać, potem juŜ tylko przywołać swoje konie, ale w końcu 

dali za wygraną, widząc odwaŜnego Kiowę, który samotnie wtargnął w serce ziem 

naleŜących do ich plemienia.

Wędrujący Niedźwiedź podjechał do boku gniadego ogiera, który trzymał się 

najbliŜej klaczy i Ko-sahn w galopie przeskoczyła na jego grzbiet. OdciąŜona klacz 

Ŝ

wawiej pomknęła do przodu.

Spodziewając się pościgu, pędzili bez wytchnienia. Dopiero wieczorem zsiedli 

z koni, podeszli do strumienia, w którym wszyscy, ludzie i zwierzęta, mogli ugasić 

pragnienie. Poprowadzili jeszcze konie kamienistym korytem wąskiej rzeczki przez 

parę biegów na północ, aby zgubić ewentualnie ścigających ich Osagów.

Wczesnym rankiem, kiedy mgły nie zdąŜyły jeszcze opaść, dosiedli koni, 

opuścili brzeg kamienistej rzeczki i ze zdobycznym stadkiem koni znowu 

pocwałowali na południe. Po paru dniach kluczenia po prerii dobrnęli wreszcie do 

wyschniętej rzeczki, nad którą oczekiwała ich niecierpliwie I-sha-wi.

Dojrzała męŜa i przyjaciółkę juŜ z daleka i pędząc im naprzeciw wydawała 

radosne okrzyki. Niedźwiedź spiął swą klacz i pognał ku Ŝonie. Radość wypełniała 

serca całej trójki.

Do wioski wjeŜdŜali dostojnie, a na ich powitanie wylegli chyba wszyscy 

mieszkańcy, podziwiając zdobyte konie. Wokoło słychać było okrzyki zadowolenia i 

podziwu:

- Eh-neh, neh, neh, neh!!!

Mas-gwa-ah-Sid podjechał przed tipi Rozpalającej Ogień, która czekała juŜ na 

niego. Wziął z rąk Ko-sahn włócznię Osaga z przytwierdzonym doń skalpem wroga i 

wbił ją przed stopami samotnej, nieszczęśliwej kobiety.

- Matko, oto spełniłem to, co przyrzekłem!

ROZDZIAŁ XIX

Wędrujący Niedźwiedź pracował samotnie, gdyŜ dokończenie zdobytej tarczy 

było powaŜnym przedsięwzięciem i moŜna było to zrobić tylko w zupełnej tajemnicy. 

Kiedy tylko zdobył ją na Osagu, od razu okrył derką i w tajemnicy nawet przed Ko-

background image

sahn przywiózł do obozowiska.

Nie chcąc teraz, aby ktokolwiek przeszkadzał mu, opuścił płachtę zasłaniającą 

wejście do tipi i skrzyŜował dwa grube polana przed otworem wejściowym na 

zewnątrz namiotu. Był to znak dla kaŜdego, kto mógł się znaleźć w pobliŜu, Ŝe 

Wędrujący Niedźwiedź nie Ŝyczy sobie, by mu przeszkadzano. Nawet jego Ŝona nie 

miała w tym czasie prawa wstępu do tipi.

Tajemne znaki, jakie chciał wymalować na wypukłej części tarczy, dawały 

większą ochronę niŜ sama tarcza, ale tylko wtedy, kiedy były malowane w całkowitej 

tajemnicy.

PoniewaŜ chodziło o tak waŜną sprawę, Mas-gwa-ah-Sid otrzymał w czasie 

snu wskazówki co do tego, jak ma być wymalowana tarcza. W czasie snu „nauczono” 

go takŜe odpowiednich pieśni związanych z rytuałem sporządzania tarczy i 

nanoszenia na nią stosownych znaków.

UŜywając odpowiednich rodzajów ziemi, tłukąc na proszek suszone owoce 

oraz mieszając to wszystko w gorącej wodzie, otrzymał właściwy kolor farby. Musiał 

postępować ostroŜnie i zgodnie z sennymi poleceniami. Namalował najpierw szeroki 

pas przez środek tarczy. Pas ten został podzielony na równe kwadraty, na przemian 

czarne i białe, oznaczające noc i dzień. Symbole te oznaczały, Ŝe będzie się znajdował 

przez cały czas pod opieką duchów opiekuńczych. Górną połowę tarczy ubarwił na 

czerwono

- symbol wojny, Ŝycia i słońca. Na czerwonym tle umieścił sylwetkę 

niedźwiedzia - zwierzę, które juŜ po raz drugi objawiło mu się w czasie snu i którego 

imię nosił.

Dolną połowę tarczy pomalował na zielono, kolorem Matki Ziemi. Teraz, w 

dolnej części, zawiesił trzy barwione na ciemno orle pióra, przedstawiające siłę, 

wytrwałość i szybkość. Na koniec przywiązał na zielonym tle mały pęk piór nura 

wodnego. Powszechnie wierzono, Ŝe ptak ten posiada nadzwyczajną, wielką moc. 

Mas-gwa-ah-Sid zawiesił pęczek piór w taki sposób, Ŝe w kaŜdej chwili mógł go 

zdjąć. Dowiedział się w śnie, Ŝe kiedy będzie wstępował na wojenną ścieŜkę, pęczek 

piór winien wpiąć we włosy na czubku głowy, dla jeszcze większej i skuteczniejszej 

ochrony przed razami wroga.

Liczba „cztery”, wyobraŜająca cztery wiatry - cztery strony świata w 

większości obrzędów jest święta. ToteŜ kiedy Wędrujący Niedźwiedź śpiewał swoją 

ostatnią rytualną pieśń, przesunął tarczę cztery razy ponad dymem ogniska 

background image

rozpalonego ze „słodkiej trawy”.

Po uzupełnieniu takich szczegółów, jak szeroki pas ze skóry, który pozwalał 

przymocować tarczę do ramienia wojownika lub boku konia oraz sporządzeniu 

uchwytów na dłonie, wyniósł tarczę na zewnątrz tipi i zawiesił ją na specjalnie 

wykonanym do tego celu trójnogu.

Od tego czasu kaŜdego dnia, kiedy pogoda była dobra, tarcza wisiała na swym 

stojaku. Wynosząc ją rano o wschodzie słońca umieszczał tak, by poranne promienie 

padały wprost na nią. Kiedy słońce oddalało się od wejścia tipi, które znajdowało się 

od wschodu, przenosił tarczę i ustawiał kolejno w róŜnych punktach dookoła namiotu, 

zgodnie z odwiecznym cyklem słonecznej wędrówki. W ten sposób słońce przez cały 

długi dzień uŜyczało tarczy swej łaski, nadając jej przez to jeszcze większej siły i 

mocy.

Przed samym zachodem słońca Wędrujący Niedźwiedź

- kierował tarczę na północ, po czym wnosił ją do tipi. Nocą lub w czasie złej 

pogody wojenna tarcza wisiała w tipi przymocowana do Ŝerdzi, nad posłaniem 

wojownika.

Tylko bardzo dzielny męŜczyzna mógł podczas walki nosić tego rodzaju 

tarczę. Jej wyraziste wzory i powiewające pióra czyniły posiadacza tarczy 

przedmiotem bezustannego ataku ze strony wroga. Zadanie mu ciosu i zdobycie jego 

ochronnej tarczy uwaŜane było za wielki czyn wojenny.

Wiele tarcz posiadanych przez męŜczyzn Kiowa zostało zdobytych na 

wrogach. Tak zdobyte tarcze były zabezpieczone przez dodatkowe pokrycie ich skórą 

bizona, która zwykle była malowana jako duplikat oryginalnego pierwotnego wzoru.

Do uŜytku w trakcie obrzędowych tańców robiono kopie wojennych tarcz. 

Wykonywano je w ten sposób, Ŝe obręcze z wierzbowych lub wiklinowych gałęzi 

pokrywano jakąkolwiek skórą. Takie tarcze miały znacznie mniejszy cięŜar i nie 

wymagały traktowania ich posiadaczy z szacunkiem naleŜnym posiadaczom 

prawdziwych tarcz wojennych.

Nowa zima zabrała wiele istnień wśród ludzi Kiowa. Mrozy i śnieŜyce 

nawiedziły okolice ich zimowiska z dawno nie oglądaną siłą. Nie wytrzymali trudów 

zimy między innymi: Tsomahee - ciotka Wędrującego Niedźwiedzia, Ansota - 

wychowawca młodzieŜy, czy chociaŜby stary, czworonoŜny przyjaciel dzielnego 

wojownika, pies Pahao. Umarła takŜe stara Rozpalająca Ogień. Ludzie mówili, Ŝe 

umarła z rozpaczy po śmierci syna. Od czasu jego śmierci nie mogła dojść do siebie i 

background image

choć nie brakowało jej ani Ŝywności, ani ciepłych futer, płakała w samotności i prawie 

nie jadła, zaś mrozy dokonały reszty. Znaleziono ją któregoś dnia zamarzniętą przy 

ognisku, choć spory zapas drewna na opał leŜał obok.

Jeszcze bardzo długo mówiono o jej matczynym uczuciu. Szoszonka była 

wspaniałą matką i Ŝoną. Jej ciało Wędrujący Niedźwiedź zawiózł na prerię, aby 

pochować obok ukochanego syna. Przez pewien czas młody wojownik chodził 

smutny i zgaszony, bowiem w ostatnim czasie stracił przyjaciół jednego za drugim. 

UwaŜał to za zły los i złośliwość Tego Co Usypia Na Zawsze.Składał ofiary i palił 

regularnie Świętą Trawę, aby Duch Świata odsunął te wszystkie nieszczęścia od ludzi 

Kiowa.

Nadszedł wreszcie czas, aby młody, ale juŜ doświadczony wojownik pomyślał 

o wojennym pióropuszu.

Mas-gwa-ah-Sid od trzech dni stawał przed Radą Starszych. Na wprost niego 

zasiadali Biegnący Wilk - stary szaman, a zarazem doświadczony wojownik, DuŜo 

Nakrapianych Koni - jeden z młodszych wodzów, który był gotów nałoŜyć na głowę 

Niedźwiedzia nowy wojenny pióropusz.

Pięć dni temu młody wojownik wysłał obwoływacza, aby zaprosił do jego tipi 

Biegnącego Wilka, DuŜo Nakrapianych Koni oraz dwudziestu ośmiu innych 

męŜczyzn, z którymi przemierzał wojenne i łowieckie ścieŜki. Długa ceremonia 

zbliŜała się do końca. Wędrujący Niedźwiedź otrzymał prawo do noszenia wojennego 

pióropusza, jako zaszczytnego wyróŜnienia za swe dzielne czyny, których sporo juŜ 

dokonał w dotychczasowym młodym Ŝyciu.

Trzy dni temu Mas-gwa-ah-Sid stał w swym własnym tipi i patrzył z dumą, 

jak powszechnie znani i szanowani wojownicy Rady Starszych, przyodziani w swe 

najpiękniejsze uroczyste stroje i ozdoby, weszli do jego namiotu w odpowiedzi na 

przekazane im zaproszenie. Teraz uzyskał ich pozwolenie na to, by w skrócie 

opowiedzieć im o trzydziestu odwaŜnych czynach, które pozwoliły mu zdobyć 

trzydzieści piór, najwyŜszych wyróŜnień, jakimi moŜe szczycić się wojownik.

Zanim Wędrujący Niedźwiedź zaczął wyliczać swe czyny, podał swoją fajkę 

kaŜdemu z członków rady. Następnie stanął na wprost zaproszonych gości, trzymając 

w prawej wyciągniętej dłoni długi prosty kij owinięty bizonia skórą, do którego z góry 

na dół było przymocowanych trzydzieści orlich piór. Była to Laska Czynów i kiedy 

Wędrujący Niedźwiedź niósł ją w czasie walki, wrogowie wiedzieli, Ŝe jest to 

wojownik, przed którym naleŜy czuć obawę i respekt.

background image

Wędrujący Niedźwiedź przypomniał obecnym swoje pierwsze waŜne 

dokonanie:

Owego dnia jego leki były dobre i zabił maczugą wroga. W dowód uznania 

pozwolono mu przygotować i nosić we włosach pióro „zadanej śmierci”. Pióro to 

było pomalowane w czerwone cętki, symbol, czynu, jakiego dokonał. Ta pierwsza 

zasługa dała mu takŜe prawo do przywieszenia pierwszego pióra do jego Laski 

Czynów, ustawionej przed tipi.

KaŜdy wojownik, obecny na tej uroczystości, przygotował pióro właściwego 

kształtu i wzoru oraz wymiaru i kiedy opowieść o pierwszym bohaterstwie została 

zakończona, jedno z tych piór wręczono Wędrującemu Niedźwiedziowi na znak, Ŝe 

moŜe zaliczyć sobie ten czyn jako godny wojownika. Jego opowieść była 

potwierdzana przez kilku naocznych świadków tamtego zdarzenia, zwyczajowym, 

gardłowym: Eh, neh, neh, neh, neh! Niedźwiedź kolejne otrzymane pióra wręczał 

czarownikowi, który miał wykonać dla niego wojenny pióropusz. KaŜde pióro było za 

pomocą rzemienia umocowywane przez czarownika na obwodzie miękkiej skórzanej 

czapki.

Opowiedzenie trzydziestu takich historii w szczegółach i kolejne ich 

potwierdzenia przez naocznych świadków, zajęło wiele czasu. Coraz bardziej 

zagęszczona końcówkami orlich piór krawędź miękkiej czapeczki z wolna tworzyła 

pierzastą koronę. Kiedy wreszcie korona została zamknięta, czarownik zamocował 

pośrodku czapeczki najwaŜniejsze pióro, które miało reprezentować i wyróŜniać 

właściciela tego pióropusza.

Na koniec do pióropusza dodano na wysokości skroni kilka luźno zwisających 

piór oraz długich pasemek wyciętych z futra łasicy. PoniewaŜ łasica znana jest ze swej

zręczności i sprytu w starciu z wrogami, jak sądzono, jej moc przejdzie poprzez te 

skórki na właściciela pióropusza.

Nareszcie wojenny pióropusz był gotowy do ogólnej prezentacji. DuŜo 

Nakrapianych Koni uroczyście włoŜył go na głowę Wędrującego Niedźwiedzia, a 

Biegnący,Wilk odezwał się do zebranych w następujących słowach:

- Mas-gwa-ah-Sid! Podobnie jak zwierzę, którego imię nosisz, niejednokrotnie 

okazywałeś swoją siłę i przebiegłość. W ciągu trzech Małych Słońc przedstawiciele 

Rady Starszych i stowarzyszenia Prawdziwych Psów, słuchali, jak opowiadałeś o 

swych czynach. Kiedy wyliczyłeś któryś z nich, męŜczyźni tu zgromadzeni 

potwierdzali, Ŝe język twój mówi prawdę. Zdobyłeś trzy razy po dziesięć wyróŜnień i 

background image

wyliczyłeś się z nich. Dlatego teŜ rada nadajeci zaszczytne prawo noszenia wojennego 

pióropusza, jako największego dowodu dzielności wojownika. Niech Duch Świata 

sprawi, by twoje mokasyny doprowadziły cię bezpiecznie poprzez Szlak Czterech Gór 

aŜ do sędziwego wieku. Otsedaba!

Po pokazaniu wszystkim zebranym pióropusza. Wędrujący Niedźwiedź 

zaprosił swoich gości na wystawną ucztę. Kiedy wojownicy spoŜywali posiłek, 

czarownik wysłał obwoływacza, który jeŜdŜąc konno po wiosce ogłaszał wszystkim 

mieszkańcom, Ŝe Mas-gwa-ah-Sid z plemienia Kiowa-Kwuda ma prawo do noszenia 

wojennego pióropusza.

Od tej pory pióropusz ten mógł być noszony tylko w czasie bitwy, czy podczas 

szczególnie waŜnych uroczystości. Za to często wisiał na szczycie drzewca wbitego w 

ziemię przed wejściem do tipi właściciela.

Następnego dnia Niedźwiedź umieścił przed namiotem drewnianą tyczkę i 

zawiesił na niej swój pióropusz, I-sha-wi dumna była z męŜa i jeszcze tego samego 

dnia, jakby w nagrodę, powiedziała mu trochę czerwieniąc się przy tym, Ŝe w jej łonie 

powstało Nowe śycie. Na tę nowinę Niedźwiedź o mało nie podskoczył z radości. 

Opanował się jednak, czule spojrzał na Nocny Kwiat i przytulił jej głowę do swej 

muskularnej piersi. Udali się razem przed tipi ojca, gdzie wisiało Święte Zawiniątko, 

Tal-yi-da-i.

Niedźwiedź Wędrujący Po Górach stanął przed zawiniątkiem, a za jego 

plecami skryła się I-sha-wi.

- Posłuchajcie, duchy plemienia Kiowa, kto do was mówi! To ja, 

najszczęśliwszy męŜczyzna pośród mego ludu. To mówi ten, który dziś doznał 

zaszczytu noszenia wojennego pióropusza. To mówi ten, któremu Ŝona powiedziała, 

Ŝ

e zostanie ojcem. O! Duchy Nieba i Ziemi i wszystkich Czterech Rogów Świata, 

dziękuję wam, Ŝe tyle radości wpłynęło do mego serca!

Oboje wrócili szczęśliwi do tipi, kobieta zajęła się swoimi obowiązkami, a 

męŜczyzna zasiadł wygodnie przed namiotem, by przygotować „Pióro Dzielności”. 

Obie strony pióra obszył cienkim rzemykiem, ozdobionym kolcami jeŜozwierza w 

kolorach niebieskim, białym i czerwonym.

Końskie włosie umocowane na szczycie pióra pochodziło z ogona lub grzywy 

białego konia i zostało ufarbowane na czerwono. Do farby tej, która przewaŜnie 

wyrabiana była z owoców czereśni, dodano troszkę sproszkowanego rogu jako 

substancji wiąŜącej barwnik.

background image

Wędrujący Niedźwiedź cofnął się myślami do czasu, kiedy zdobył pierwsze 

wojenne pióro ozdobione czerwonymi cętkami. Po tym pierwszym przychodziły inne 

dokonania, jedno następowało po drugim, a ich liczba ciągle rosła. Niektóre z piór 

zdobytych bojowymi czynami były wpinane we włosy pionowo, inne naleŜało 

umieścić poziomo, jak skrzydła ptaka, jeszcze inne nosiło się puszczone ku dołowi.

Pęk piór przyznanych wojownikowi za wyjątkową odwagę był noszony 

pionowo w górę. Jednym z takich godnych uznania czynów było na przykład zadanie 

ciosu gołą ręką Ŝywemu, nie zranionemu wrogowi, smagnięcie go batem albo 

dotknięcie łukiem.

Pióra o znaczeniu drugorzędnym nosiło się poziomo i były przyznawane za 

uderzenie rannego wroga.

Dotknięcie lub uderzenie martwego przeciwnika było traktowane jako czyn 

trzeciorzędny i oznaką takiego czynu było pióro noszone pionowo w dół.

Pewnego razu, kiedy Wędrujący Niedźwiedź został zraniony w walce, 

otrzymał prawo noszenia pióra pomalowanego na kolor czerwony.

Nawet koń dzielił z nim zaszczyty ścieŜki wojennej. Czerwone koło wokół 

jego jednego oka znaczyło, Ŝe pomógł jeźdźcowi w odkryciu niebezpieczeństwa. 

Natomiast jasne, malowane zygzakiem pręgi na przedniej części nóg od barku do 

pęciny znaczyły, Ŝe koń jest bardzo szybki. Pewnego razu, kiedy koń Niedźwiedzia 

sam zrzucił wroga na ziemię, zaliczył ten czyn wyłącznie dla siebie, a Wędrujący 

Niedźwiedź zawiesił u jego uzdy pióro zwycięzcy.

Kiedy Mas-gwa-ah-Sid zadawał wrogowi cios z lewej albo z prawej strony 

swego konia, na odpowiednim boku wierzchowca malowane były czerwone pasy, a 

było ich tyle, ile zadanych z odpowiedniej strony uderzeń.

Młody wojownik, który jeszcze nie wykazał się w walkach, mógł sobie 

sporządzić pióropusz i powiesić w tipi swojego ojca. Stała obecność „wojennej 

czapki” była dla niego bodźcem i zachętą do dokonywania wielkich czynów, ale nie 

wolno mu było załoŜyć jej na głowę.

Niekiedy, chociaŜ rzadko, pióropusz był pokazywany publicznie męŜczyźnie 

niegodnemu jego noszenia. Czyniły to zwykle kobiety wobec wojownika, który 

chwalił się swoimi wielkimi sukcesami, lecz którego czyny i dzielność były znikome. 

Takiego męŜczyznę uwaŜano za tchórza i po uznaniu tego za fakt i ogłoszeniu 

mieszkańcom wioski, kłamca musiał odwołać swe chełpliwe słowa i opowiedzieć 

rzetelną prawdę. W przeciwnym razie na zawsze pozostawał w niełasce swego ludu. 

background image

Po pewnym czasie taki człowiek zwykle opuszczał własne plemię nocą i nigdy go juŜ 

ani nie widziano, ani o nim nie słyszano.

ZbliŜał się Miesiąc Opadania Liści, ostatnie przedzimowe polowanie na 

bizony i wędrówka do zimowego osiedla. Wędrujący Niedźwiedź czule opiekował się 

brzemienną Ŝoną i po udanym polowaniu sam ściągał skóry z ubitych zwierząt, 

własnoręcznie ćwiartował mięso i zwoził je do wioski, pozostawiając I-sha-wi tylko 

wykonywanie lŜejszych prac.

Zdawał sobie sprawę, Ŝe z chwilą kiedy Nocnemu Kwiatu zaokrągli się brzuch 

i będzie zauwaŜony przez - wszystkich, jego Ŝona przejdzie pod opiekę kobiet, a on 

zostanie sam aŜ do chwili, kiedy ujrzy ją w swoim tipi z nowo narodzonym 

dzieckiem.

Po przybyciu do zimowego osiedla prawie nie opuszczał swojego zimowego 

domostwa, ciesząc się śliczną I-sha-wi. Jej serdeczną przyjaciółką, a zarazem i 

opiekunką stała się Ko-sahn. Niedźwiedź stracił druha, ale Nocny Kwiat zyskała 

bliską sercu przyjaciółkę, tak to w Ŝyciu bywa. Cieszył się, gdy słyszał szczebioty i 

ś

miechy dwóch kobiet w odległym końcu ziemianki. Radość i śmiech I-sha-wi 

rozgrzewały mu serce. 

Pewnego wieczoru, chcąc kobietom sprawić przyjemność, zaprosił do siebie 

starych przyjaciół razem z Ŝonami. Po wspólnym posiłku męŜczyźni usiedli wokół 

ogniska, ćmiąc swoje małe fajeczki. Kobiety natomiast we własnym gronie zabawiały 

się ploteczkami.

- Słuchajcie - rozległ się głos Kayo-ofcosisa (Tarczy Niedźwiedziej). 

Wszystkie głowy skierowały się w stronę wojownika w oczekiwaniu ciekawej 

opowieści i goście nie zawiedli się. Wojownik ten był znany jako świetny bajarz.

- Dawnymi czasy Wielkie Słońce (rok) dzieliło się tak, jak dzisiaj. Czterej 

wodzowie wiatrów podzielili Wielkie Słońce między siebie i najsilniejszy z nich - 

Wiatr Północny przywłaszczył sobie aŜ połowę Wielkiego Słońca. Podczas sześciu 

KsięŜyców to on trzymał ziemię pokrytą śniegiem, skutą lodem, ku wielkiemu 

niezadowoleniu Wiatru Wschodniego, Wiatru Zachodniego i Południowego, którzy z 

kolei chcieli widzieć bez przerwy zieleń i kolorowe kwiaty, poniewaŜ lubili igrać 

między trawami i oddychać wonnym powietrzem.

KaŜdy z tych władców mieszkał w wielkim tipi na jednym z czterech krańców 

naszego Świata PołoŜonego Nisko. Wiatr Południowy miał pięcioro dzieci, czterech 

synów i jedną córkę. Najstarszym z jego synów był Wielki Deszcz, drugim - Szara 

background image

Chmura, trzecim natomiast - Woda do Kolan i wreszcie czwartym - Lecący tuŜ nad 

Ziemią. Córka Południowego Wiatru nosiła imię Wietrzyk Poranny.

Wiatr Wschodni i Zachodni mieli po dwóch synów. Dzieci Wiatru 

Wschodniego nosiły imiona: Wiatr Wieczorny i Czerwona Twarz, Dzieci Wiatru 

Zachodniego nazywały się Szeroki Wiatr i Rosa Chmur.

Wiatr Północny miał bliźnięta, chłopca i dziewczynkę i nazwano je 

odpowiednio Sopel oraz Lód.

Gdy Sopel i Lód osiągnęli odpowiedni wiek, by załoŜyć własne rodziny, ich 

ojciec zdecydował, Ŝe syn poślubi córkę Wiatru Południowego, aby on - Wiatr 

Północny mógł dorzucić do swego pala totemowego przywileje i zaszczyty swojego 

południowego sąsiada. Wysłał więc jednego ze swych wodzów - Gołoledź, by złoŜył 

w tej sprawie odpowiednią propozycję Wiatrowi Południowemu.

Wietrzyk Poranny zapłakała cichutko, kiedy poznała tego, którego 

przeznaczono jej na męŜa. Od tego czasu przez sympatię dla niej wszystkie źdźbła 

trawy pokrywają się łzami rosy. PoniewaŜ Wiatr Północny był bogaty i silny, nie 

moŜna mu było niczego odmówić. Tak ojciec, jak i córka musieli zgodzić się na ten 

ś

lub.

Zaślubiny odbyły się uroczyście, na oczach wielkiego tłumu, poniewaŜ Wiatr 

Północny zaprosił na to święto inne wiatry z rodzinami, tak Ŝe podczas czterech dni, 

w ciągu których odbywała się uroczystość, na Zimną Krainę Wiatru Północnego 

spadła wielka obfitość deszczu.

Po zakończeniu ceremonii ślubnych kaŜdy z gości wrócił do siebie inną drogą, 

a Wietrzyk Poranny pozostała sama w tipi swego teścia, tam gdzie nigdy nie płonęło 

ognisko. Zaprzyjaźniła się bardzo ze swą szwagierką, Małym Lodem, która była 

delikatna i niewinna. Wszystko przez pewien czas układało się dobrze. Ale kiedyś 

wcześnie rano Wiatr Północny wyszedł ze swego domu w bardzo złym humorze i 

dmuchnął z ogromną siłą. Wkrótce rzeki skuł lód, a ziemia stała się twarda niby 

kamień. Następnie we wszystkie strony świata zostali wysłani wodzowie, aby wyć i 

przeciągle świstać. Ziemię pokrył śnieg, drzewa pękały z hukiem, a wilki wyły z 

głodu.

Wietrzyk Poranny marzła okropnie, szczególnie wtedy, gdy przebywała blisko 

swego małŜonka. Za kaŜdym razem, gdy ją obejmował soplami swoich rąk, cudem 

unikała śmierci.

Pewnego dnia, gdy siedziała nad brzegiem wielkiego jeziora i śpiewała o 

background image

krainie swego ojca, przyszła jej do głowy myśl, aby wysłać posłańca do rodziny i 

powiadomić ją o swym nieszczęściu. NoŜem z kości łosia wyrzeźbiła więc w 

maleńkim kawałeczku cedrowego drzewa kaczkę, następnie powiedziała jej coś 

cichutko, ptak oŜył i odleciał na południe.

Wiatr Południowy odpoczywał przed swoim tipi, oczekując nadejścia dwóch 

KsięŜyców, które były zastrzeŜone dla niego, gdy wtem ujrzał na pobliskim jeziorku 

kaczkę, co jakiś czas nurkującą dla zwrócenia na siebie uwagi. Podpłynął więc do 

kaczki i usłyszał przykrą nowinę:

- Twoja córka ma zamroŜony uśmiech, a poniewaŜ jest zawsze smutna, jej 

mąŜ wypędzi ją ze swego tipi w czasie przyszłego KsięŜyca. Wysłała mnie tutaj, bym 

ci to powiedziała.

Wiatr Południowy powrócił do swego namiotu bardzo zatroskany, po czym 

wezwał do siebie synów:

- Wasza siostra - powiedział im - ma zamroŜony uśmiech i jej mąŜ wkrótce 

wyrzuci ją z domu, juŜ w czasie przyszłego KsięŜyca. Moim Ŝyczeniem jest, abyście 

ją tu przyprowadzili. Idźcie!

Wielki Deszcz, syn pierworodny, wyruszył pierwszy pod postacią tłustej 

czarnej chmury, ale kiedy przebył połowę drogi, źli towarzysze Wiatru Północnego 

spostrzegli go, a ich władca natychmiast zamienił czarną chmurę w grad.

Szara Chmura wyruszył jako następny, ale juŜ w swej naturalnej postaci. 

Dotarł tak daleko, Ŝe dostrzegł wreszcie Wietrzyk Poranny. Siostra rozpoznała go i 

tak się ucieszyła, Ŝe swą radością zwróciła na brata uwagę złego teścia. Szara Chmura 

został zamieniony w śnieg.

Trzeci brat - Woda do Kolan wzniósł się bardzo wysoko, zatoczył długi łuk i 

spróbował zbliŜyć się do siostry z boku. Został jednak odkryty tak, jak jego bracia i 

zamroŜony na miejscu.

Kolej teraz wypadła na Lecącego tuŜ nad Ziemią. Przybrał postać chmury 

postrzępionej na krańcach i poczekał do nadejścia nocy. Przemykając się zręcznie 

między górami i niemal dotykając równin, dotarł do krainy zimna, zanim Wiatr 

Północny i jego wodzowie wyszli ze swych tipi. Po drodze odmroził swych braci i 

wtedy wszyscy czterej ze wszystkich sił spuścili na zamarzniętą ziemię ogromną 

ulewę, tak wielką i skuteczną, Ŝe dom Wiatru Północnego został prawie natychmiast 

wypełniony do połowy wodą. Aby nie zostać utopionym, właściciel wyszedł na 

zewnątrz i wypluwając wodę, zwrócił się do czterech braci:

background image

- Dosyć! Zabierajcie swą siostrę, lecz mnie zostawcie w spokoju!

Ale Lecący tuŜ nad Ziemią nie był jeszcze całkiem zadowolony ze swoich 

dokonań i aby ukarać Wiatr Północny za jego poprzednią zuchwałość, butę i pychę - 

zabrał mu trzy KsięŜyce z sześciu miesięcy jego panowania. Aby raz na zawsze 

załatwić podział na pory roku, postanowił jeden z trzech odebranych KsięŜyców 

podarować swemu ojcu, jeden Wiatrowi Wschodniemu i jeden Wiatrowi 

Zachodniemu. Tak więc wszystkie wiatry mogły być sobie równe i jednakowo waŜne.

Wiatr Północny nie chciał zgodzić się na takie rozwiązanie, ale Lecący tuŜ nad 

Ziemią i jego bracia zagrozili mu, Ŝe się połączą z synami Wiatru Wschodniego i 

Wiatru Zachodniego i będą zlewać wodą jego zimny kraj przez okres Wielkiego 

Słońca. Wobec tak strasznej groźby Wiatr Północny przestał się upierać, przystał na 

ich Ŝądania i przyrzekł, Ŝe więcej juŜ nie będzie naruszać pór roku naleŜnych jego 

trzem sąsiadom. Niestety, nie zawsze dotrzymuje słowa.

Skoro została załatwiona ostatecznie sprawa podziału na pory roku, czterej 

bracia i ich siostra zaczęli przygotowywać się do opuszczenia Zimnej Krainy, gdy 

nagle usłyszeli słabiutki głos kobiety, wołającej z wnętrza tipi:

- Zabierzcie mnie! Zabierzcie mnie!

Była to Mały Lód, córka Wiatru Północnego, która pływała w swym szałasie i 

którą woda deszczowa zaczęła roztapiać.

Synowie Wiatru Południowego, z niecierpliwością pragnący donieść ojcu o 

swoim zwycięstwie, nie chcieli zająć się córką ich wroga. Jednak Wietrzyk Poranny 

wierna przyjaźni, jaka łączyła ją z dziewczyną, zabrała ją i przez całą drogę powrotną 

ukrywała między swymi kolanami. Właśnie od tamtego czasu wszystkie kobiety mają 

zimne kolana. Jeśli moi bracia nie wierzą, to mogą sprawdzić - wesoło powiedział na 

zakończenie Tarcza Niedźwiedzia.

Kilku młodych wojowników rzuciło się w stronę siedzących kobiet, rozległy 

się ich piski i śmiechy.

ROZDZIAŁ XX 

Letni obóz rozbili w KsięŜycu Pojawienia się Czerwonych Traw. MałŜeństwo 

Bungi postanowiło na zawsze pozostać w plemieniu Kiowa.

I-sha-wi od dawna juŜ przebywała w osobnym tipi, pod serdeczną opieką Ko-

sahn. Mas-gwa-ah-Sid w tym okresie nie miał prawa widywać się z Ŝoną ani nawet po 

kryjomu zaglądać do namiotu, w którym obecnie mieszkała. Widywał ją czasami z 

background image

daleka, kiedy była zmuszona opuścić na chwilę swoje nowe tipi.

Wędrujący Niedźwiedź w tym czasie duŜo polował, a wieczory spędzał u Kis-

kay-im (Ogona Gronostaja) lub u Mekasto (Czerwonego Kruka), podziwiając, jak 

szybko rosła i piękniała mała Keahdineeah (Spadająca Gwiazda).

Pewnego wieczoru, gdy zmęczony wrócił z polowania, udał się do namiotu 

potów, aby w gorącej parze odświeŜyć i umyć ciało. Wyszedł dziarski i wypoczęty, 

pokręcił się trochę przed tipi, w którym przebywała jego Ŝona, z nadzieją, Ŝe moŜe ją 

przypadkowo zobaczy. Na próŜno wpatrywał się w skórę osłaniającą wejście do jej 

namiotu. Tego wieczoru zasłona nawet nie drgnęła. Zniechęcony począł krąŜyć 

między namiotami i przypadkowo znalazł się przed tipi Mekasto.

- Wstąpię - pomyślał - i chociaŜ nacieszę swoje oczy śliczną Keahdineeah.

W środku obok Mekasto siedział Kis-kay-im i jego Ŝona, Seyseyp. Czerwony 

Kruk opowiadał coś właśnie i widząc Wędrującego Niedźwiedzia, gestem wskazał mu

wolne miejsce obok siebie.

- Na niebie istnieją dwie gwiazdy-bieguny: Gwiazda Północna i Gwiazda 

Południowa, a gdy te gwiazdy powędrują razem - nadejdzie koniec świata.

Gwiazdy te z kaŜdą nocą zbliŜają się coraz bardziej do siebie i gdy się zetkną 

wreszcie, zginą wszystkie plemiona na tej ziemi. Nasi starcy śpiewają przed Świętym 

Zawiniątkiem pieśni o Sile NajwyŜszej w rytm bicia w bębny i uderzeń w tykwy, ale 

jak do tej pory nic nie moŜe powstrzymać spotkania Gwiazd. Bardzo starzy ludzie 

mówią, Ŝe zagłada na prerie przyjdzie ze wschodu.

- Tak, dobrze mówią wasi starcy - rzekł Bungi.:-Wkroczyła ona juŜ na naszą 

ziemię, a teraz jak ogromne stada mrówek dąŜy tutaj, na Zielone Pola. Czy doŜyjemy 

następnego lata?...

Wędrujący Niedźwiedź zamyślił 6ię.

Zewsząd nadchodziły coraz groźniejsze wieści: oto na południu Apacze 

Chiricahua i Mescalero juŜ od dawna staczają potyczki z białymi. Podobno na 

wschodzie dawno juŜ widziano ich nad rzeką Missisipi. Niektórzy mówią takŜe, Ŝe 

podobno obcy biali wycinają wszystkich ludzi, nie oszczędzając ani starców, ani 

kobiet; ani dzieci. Po plemionach Pequat, Chosapeake, Chickahominy, Mon-tauk, 

Nanticoke, Machapunga, Cheraw, Mohegan zostały tylko nazwy - nikt nie ocalał.

Niedźwiedź wyszedł z tipi Mekasto z obolałym sercem i burzą w duszy. 

Zrozumiał teraz Ojebway’a, który namawiał napotkane plemiona do zgody i 

połączenia sił przeciw ludziom przybyłym zza Wielkiej Słonej Wody.

background image

Minął KsięŜyc Gdy Konie Zmieniają Sierść. Mas-gwa-ah-Sid cały czas 

chodził przygaszony i smutny. Mimo Ŝe ostatnio polował, był nadal jednym z 

najlepszych myśliwych i tropicieli. Często opuszczał obóz i bez celu włóczył się po 

prerii. Czego szukał? Czego oczekiwał? Zapytany o to wprost, nie potrafiłby 

odpowiedzieć.

Pewnego wieczoru, kiedy w samotności siedział w swoim tipi i w zadumie 

wpatrywał się w igrające płomienie ogniska, odsunęła się skórzana derka i wkroczyły 

dwie niewiasty szczelnie otulone skórami bizona.

Była to I-sha-wi i jej przyjaciółka, Ko-sahn. Dziewczyna opiekująca się 

Nocnym Kwiatem podała zdumionemu Niedźwiedziowi futrzane zawiniątko.

Wojownik delikatnie począł rozchylać futro. Wewnątrz tobołka leŜało dziecko 

- chłopiec.

- Eh, neh, neh, neh, neh - sapnął radośnie.

Oddał dziecko Ko-sahn, powstał i zbliŜył się do I-sha-wi. Oparł obie dłonie na 

barkach Ŝony i zajrzał jej głęboko w oczy tak spoglądać potrafi tylko ten, którego 

uczucie płynie z głębi serca.

- Kiedy nasze dziecko ujrzało świat?

- Wtedy, kiedy słońce wędrowało po szczytach gór - odrzekła I-sha-wi.

- Dzielną mam kobietę - mruknął niby to do siebie Wędrujący Niedźwiedź - i 

za to jestem wdzięczny Duchowi Świata.

Wybrał najlepiej wyprawione skóry niedźwiedzie, usłał z nich miękkie 

posłanie, wziął I-sha-wi na ręce i delikatnie połoŜył ją na futrach, a potem zwrócił się 

do przyjaciółki Ŝony:

- Ko-sahn pozostanie w naszym tipi do chwili, kiedy chłopiec dostanie imię. 

Pomiędzy Ko-sahn a I-sha-wi nie będzie Ŝadnej róŜnicy, takie same futra i skóry, jakie 

będzie otrzymywać moja Ŝona, dostanie moja siostra. Co na to powie Ko-sahn?

- Mój starszy brat wie dobrze, Ŝe Ko-sahn nigdy niczego mu nie odmówi. Ta 

sama krew wroga jest na jego rękach, jak i na moich. A teraz niech Wędrujący 

Niedźwiedź się połoŜy i jego sny niechaj krąŜą wokół dziec-ka-męŜczyzny. Ja jeszcze 

trochę posiedzę przy ognisku, chcę skroić pierwsze mokasyny dla Nowego śycia.

Od tego dnia minęło sześć KsięŜyców i znowu obwoływacz zapraszał gości do 

tipi Mas-gwa-ah-Sida i I-sha-wi. W czasie uroczystości chłopcu nadano imię Set-

angya, Siedzący Niedźwiedź.

Coraz częściej dochodziły do Indian Kiowa-Kwuda wieści o wyczynach 

background image

okrutnych białych ludzi.

Pewnego dnia do wioski Kiowa zjechali wodzowie ludu Komanczów-

Kwahadi, Kiowa-Apaczów, Arapahów i południowych Czejenów. Podczas palenia 

Ś

więtej Fajki wodzowie przyrzekli sobie wzajemną pomoc w obronie przed białymi.

Na wodza wojennego wybrano Acee (Błękitnego Orła), przywódcę Zerwanych 

Cięciw z plemienia Komanczów. Plemię to władało terenami najbardziej wysuhiętymi 

na wschód i pierwsze było naraŜone na spotkanie z białymi.

Od tej chwili wyznaczono tropicieli z kaŜdego plemienia, którzy mieli bez 

przerwy krąŜyć po prerii i wykrywszy na swych terenach obecność ludzi obcej rasy, 

natychmiast o tym powiadomić wodzów swoich plemion.

Tego roku lato było o wiele cieplejsze niŜ w poprzednich Wielkich Słońcach. 

Wody w rzekach wyschły o połowę, toteŜ Wielkie Łąki dość długo nie zaznały 

deszczu. Trawa poŜółkła i nieprzyjemnie trzeszczała pod końskimi kopytami.

Wędrujący Niedźwiedź juŜ od dwóch dni penetrował okolice rzeki W Której 

KsięŜyc Lubi się Przeglądać.

Rozebrany do połowy, zakurzony i zmęczony zatrzymał się nad rzeką, aby 

napoić konia, umyć się i ugasić pragnienie. Tego dnia był dziwnie osowiały i 

przygnębiony.

Ś

ciągnął z nóg legginy i mokasyny, obok rzucił przepaskę biodrową i po 

chwili z przyjemnością zanurzył się w chłodnej wodzie. Koń specjalnie do tego 

przyuczony nie oddalał się zbyt daleko od swego pana i skubał soczystą i bujną trawę 

nadbrzeŜną.

OdświeŜony wyszedł wreszcie z rzeki. Dłońmi strzepnął z ciała resztki wody, 

ubrał się i delikatnie świsnął na konia, który natychmiast podbiegł do niego.

Pojechał wzdłuŜ rzeki szlakiem wiodącym donikąd, kończącym się moŜe 

gdzieś za którymś zakrętem rzeki lub w jakichś bagnistych przybrzeŜach. Po jakimś 

czasie oddalił się od brzegu leniwie płynącej rzeki i skierował na kamienistą drogę, 

prowadzącą między wypłowiałymi skałami, ciągnącymi się hen w głąb prerii. Droga 

ta wznosiła się coraz wyŜej i coraz bardziej była usiana ogromnymi, kamiennymi 

blokami.

Zanurzył się między skały, chcąc zgubić ślad konia. Przejechał wolno obok 

samotnie rosnącego drzewa bawełnicy o poprzekrzywianych I powykręcanych 

konarach.Miał juŜ wyjechać na rozległą trawiastą przestrzeń, gdy wtem tuŜ przed nim, 

na niecałą odległość lotu strzały, pojawił się wojownik z plemienia Osągów.

background image

Wędrujący Niedźwiedź osadził swojego wierzchowca w miejscu i sięgnął po 

włócznię przytwierdzoną do prawego boku konia. Osag siedział na koniu spokojnie i 

kiedy zobaczył, Ŝe Wędrujący Niedźwiedź jest gotów do walki, podniósł do góry dłoń 

w starodawnym geście pokoju, po czym wbił w ziemię przed sobą włócznię.

Wędrujący Niedźwiedź odpowiedział mu takim samym gestem pokoju i 

zbliŜył się do niego.

- Gyefaigwa! Skąd wracasz i jakie nosisz imię? - zapytał.

- Nazywają mnie Mocarz, wracam z tamtej strony rzeki. Wzrok mój wytropił 

tam ślady koni białych ludzi. Prowadzą one z północy i łukiem skręcają do brzegów 

tej rzeki. JeŜeli będą jechać w tym samym tempie, to znajdą się nad brzegiem za 

jakieś dwie zmiany cienia

- Czy mój brat jest pewien, Ŝe to ślady rumaków białych ludzi?

- Mocarz jest pewny, gdyŜ tylko konie białych noszą pod kopytami mokasyny 

z białego metalu, takiego samego, z jakiego jest zrobiony grot włóczni mojego brata 

Kiowy.

- Dokąd teraz udaje się mój brat?

- ZdąŜałem właśnie do waszego obozu, gdyŜ nasi wodzowie postanowili 

wypalić z waszymi wodzami Świętą Fajkę i złączyć swe siły z siłami Kiowa przeciw 

obcemu narodowi. Biali znajdują się juŜ na terenach łowieckich Kiowa-Kwuda.

- Czy naprawdę ludzie Osagów zrozumieli, Ŝe lepiej jest Ŝyć w pokoju z 

sąsiadami i razem walczyć przeciw wspólnym wrogom?

- Mocarz nie posiada języka węŜa. Gdyby było inaczej, mój brat juŜ dawno by 

nie Ŝył. Obserwuję go od dłuŜszego czasu i było wiele okazji, aby Kiowę wysłać do 

Krainy Ojców.

Wędrujący Niedźwiedź zagryzł zęby, Ŝe pozwolił sobie na taką nieostroŜność. 

Nie okazując jednak niczego po sobie, rzekł:

- Niech mój brat jedzie dalej w pokoju i powiadomi ludzi Kiowa o decyzji 

swoich wodzów. Niech powie im takŜe, Ŝe rozmawiał ze mną. Ja poczekam tu na 

białych. Ilu ich moŜe być?

- Wyczytałem ze śladów, Ŝe dziewięciu. Mają jeszcze dodatkowo dwa juczne 

konie, których kopyta zostawiły głębsze tropy.

Osag wyrwał z ziemi włócznię, zawrócił w miejscu konia i kłusem ruszył w 

kierunku osady Kiowów.

Wędrujący Niedźwiedź długo patrzył za nim, aŜ całkowicie znikł za 

background image

trawiastymi wzniesieniami, po czym skierował swego konia w stronę rzeki.

Po jakimś czasie skierował się na południe, ominął okolicę upstrzoną 

kamiennymi blokami, wjechał wreszcie na największe w okolicy wzniesienie, skąd 

doskonale mógł obserwować przestrzeń dookoła siebie. Stał nieruchomo podobny 

raczej do granitowej postaci, niŜ do człowieka z krwi i kości.

PoniŜej wzniesienia płynęła rzeka, w tym miejscu nie przekraczająca od 

pagórka odległości pół lotu strzały. Daleko, bliŜej horyzontu ujrzał obłok pyłu, który 

zbliŜał się coraz bardziej do rzeki. W pewnej chwili kurz zaczął opadać i Niedźwiedź 

ujrzał jeźdźców. Nie byli to ludzie z Wielkich Łąk. To byli biali.

Z ciekawością przyglądał się im. Cerę mieli jasną jak oskubany gołąb, a 

twarze tak zarośnięte, Ŝe spomiędzy włosów sterczał im tylko nos, a powyŜej chytrze 

mrugały oczy koloru nieba. Ubrani byli w skórzane bluzy, jakieś dziwne, długie 

mokasyny, zaś na skołtunionych głowach nosili nakrycia ze skóry szopów.

Tak się zapatrzył, Ŝe nie spostrzegł nawet, kiedy biali znaleźli się tuŜ na 

przeciwległym brzegu rzeki. Dopiero jak ich konie zaczęły pić wodę, zorientował się, 

Ŝ

e jest doskonale przez nich widziany.

- Ich strzały na pewno mnie tutaj nie dosięgną - pomyślał. - Zresztą nie 

wyciągnęli jeszcze łuków. Zanim przeprawią się przez rzekę, zdąŜę im uciec.

Jeden z białych, siedzący na rosłym koniu, podniósł coś z ramienia, coś, co 

podobne było do kija.Wędrujący Niedźwiedź poczuł straszliwe, palące uderzenie w 

piersi, które o mało nie strąciło go z konia, potem zobaczył błysk ognia i usłyszał głos 

gromu.

PrzezwycięŜając ból dotknął dłonią piersi. Cała dłoń była czerwona - od krwi, 

w ustach teŜ poczuł jej smak. Z wolna poczęła ogarniać go jakaś nieopanowana 

ocięŜałość. Zawrócił konia i galopem pognał w stronę wioski. Przez szum w uszach 

dosłyszał jeszcze, Ŝe biali przeprawiają się przez rzekę. Zmusił konia do niemal 

szalonego biegu. Czuł, Ŝe nadchodzi jego koniec, całe piersi miał zakrwawione, z jego 

ust ściekała na kark wierzchowca krew, ostatkiem sił trzymał się na jego grzbiecie.

Do wioski wpadł na wpół przytomny. Z końskiego pyska kapała piana, a 

grzbiet wierzchowca lepił się od potu. ZauwaŜył jeszcze, Ŝe wojownicy Kiowa 

szykują się gdzieś do wyjazdu i towarzyszy im niedawno napotkany Osag.

Koń stanął, a Wędrujący Niedźwiedź zsunął się z jego grzbietu na ziemię.

Wojownicy w galopie dosiadali koni i z głośnymi okrzykami kierowali się w 

stronę, skąd przed chwilą przybył.

background image

LeŜał spokojnie na ziemi. Zobaczył jeszcze, jak podbiega do niego I-sha-wi z 

synem na plecach. śona przysiadła obok niego. Nie słyszał juŜ, co do niego mówiła, 

ale ujrzał w jej przeraŜonych oczach łzy.

Ostatnim wysiłkiem uniósł rękę i dotknął palcami jej policzka, czując wilgoć. 

ZbliŜył drŜące, mokre palce do swoich ust. Łzy były ciepłe i słone.

- To tak smakuje krew duszy - myślał, a twarz I-sha-wi ginęła mu coraz 

bardziej za gęstą mgłą, którą miał na oczach. Później ogarnęła go ciemność, a jeszcze 

później ujrzał w mroku świetlistą drogę, po której szedł ku niemu Orle śebro z 

wyciągniętą ręką, a przed nim, merdając ogonem, biegł na spotkanie swojego pana 

jego wierny pies, Pahao.

W roku 1839 Kiowa zostali zdziesiątkowani przez ospę przywleczoną przez 

białych. Okres ten nazwali Ta’dal-kop-Sai (Zimą Czarnej Śmierci).

Koniec

„KB”