background image

MICHAŁ CHOROMAŃSKI

background image
background image

Zacznę  od  drzew.  Czy  słyszał  kto  o  mówiących  drzewach?  Ręczę,  że  nie.  A  tam  są!  I  są  — 

nie tylko   takie   wynaturzenia.  Opowiadali  mi  ludzie,  godni  całkowitego  zaufania,   że   pod   Kurytybą 
rosło drzewo,  które  mówiło  nawet  po  polsku,  mazurząc.  Za  czasów  prezydenta  Yargasa,  który  miał 
dziwną ansę  do  Polaków  i,  zdaniem  moim,  był  po  trochu  dyktatorem,  wkroczyła  w  to  policja.  Było 
to    przed  wojną,  kiedy  legioniści  z  Pierwszej  Brygady  obsadzili  w  Paranie  kluczowe  stanowiska 
kierowników  szkól polskich,  polskich  spółdzielni,  a nawet nie zawahali się opanować pewnego warsztatu 

kilimarskiego,  do  którego  niebawem  powrócę.  Pobrzękiwali  szabelką  i  chodziły  słuchy  o  tym,  że  nasze 
kontrtorpedowce  i    niektóre  statki  Żeglugowych  Linii  Gdynia—Ameryka  zamierzają    dokonać    na 
wybrzeżu  desantu.

Obecnie   brzmi   to   nieprzekonywująco.   Czują   się   głupio   i   mogę   wyglądać   niepoważnie,   ale 

proszę   zajrzeć   do   podręczników   historii   międzywojennej:   czy   chcieliśmy   kolonii,   czy   nie?!   Mimo 
arystokratycznego pochodzenia, nie jestem  błahym  sobie  człowiekiem  i  nie  rzucam  słów  na  wiatr.  O 

niektórych  rzeczach  jednak  w  towarzystwie  przestałem  już  opowiadać.  Zrezygnowałem.  Niezależnie 
od  tego,  jakim  tonem  mówię,  wszyscy  patrzą  na  mnie  z  tym  samym  obrażającym  wyrazem  twarzy: 
że  niby   —   hrabia  błaznuje!  Ale  proszę  się  we  mnie  wczuć.  Co  mam  robić?  Są  przeklęte  prawdy, 

wywołujące  nieufność,  bo  w  naturze  swojej  mają  coś  lekkomyślnego.  Doświadczyłem  tego  na  sobie. 
Więc  na  skutek  projektowanego  desantu  zaczęły  się  w  Paranie  polakożercze  nastroje.  Ya r g a s  n i e 

m i a ł    p o c z u c i a    h u m o r u    z a    g r o s z    i   pomysł   przyłączenia   Kurytyby   do   macierzy   nie 
wywołał    na  jego   wargach   nawet   uśmiechu.   Z    miejsca    zamknięto    polski    teatr.    W    warsztacie 

kilimarskim    kazano  zamiast    łowickich    pasów    i  krakowskich  kogucików  trzymać  się  motywów 
portugalskich.  Na  ulicach  nie wolno  było  rozmawiać  po  polsku.  Wyszło  nawet  rozporządzenie,  żeby 
na    cmentarzu    miejskim    napisy  na    nagrobkach   przetłumaczono   na   portugalski   język.   Śmieszne? 
Proszę   pojechać   i   zapytać   starych  wychodźców.    Znajdą    tam    państwo    prochy    nie    tyle    pana 
Władysława  Kowalca,  co  senhora  Ladislau Covalez.

Drzewo,    o    którym    pisałem    na    początku,    ścięto    w    tym    samym    okresie    prześladowań. 

Swą polszczyzną   zanadto   zawadzało   władzom.   Po   prostu   pewnego   rana   znaleziono   po   nim   tylko 
pniak. Policja  wywiozła  je  w  nieznanym  kierunku.  Tak  mi  przynajmniej  opowiadano,  bo  wtedy  tam 
jeszcze nie  byłem.  Ale  w  mówiące  drzewa  nie  wątpię.  Znalazłem  się  kiedyś  pod  wieczór  na  skraju 
puszczy,    i  sam  słyszałem,  jak  ktoś  powiedział:  Pardon.  W  puszczy  dzieje  się  straszliwy  harmider.  Coś 

jęczy,  stęka, wyje  —  na  wszystkie  sposoby  i  głosy.  Jednak  obok  mnie  nie  było  ani  ptaków,  ani  gadów 
—  stało  tylko drzewo,  jeżeli  to  paskudztwo  można  tak  nazwać.  Więc  kto  powiedział:  Pardon?

Co   prawda   potrąciłem   o   pień   łokciem,   ale   w   takim   razie   to   ja   raczej   powinienem   był 

przeprosić?  Włosy   stanęły   mi   dęba.  To   paskudztwo  z  zewnątrz  zupełnie  nie  wyglądało  uprzejmie. 
Było  od  stóp  do  głów  porosłe  brodami.  Teraz,  kiedy  brody  zwycięsko  powracają  do  mody  męskiej, 

wydałoby  się  to  mniej  niepokojące.  Ale  wtedy  wszyscy  się  jeszcze  golili,  z   wyjątkiem   nielicznych 
literatów.  Właśnie  o n i !  P r o s z ę  s o b i e  w yo b ra z i ć ,  ż e  u  p a ń s t wa  w  podwórku  na  drzewie 

zamiast liści  rośnie  coś,  co  przypomina  Bernarda  Shawa  lub  Hemingwaya.  Każda  gałązka  obwieszona 
brodami! Ty l k o  f r y z j e r  m ó g ł b y  s i ę  n i e  p r z e s t ra s z y ć .  I właśnie to brodate paskudztwo 

powiedziało  wyraźnie:  Pardon.    Zawróciłem    i,    z    maczetą    w  ręku.  rzuciłem  się  do  ucieczki.  Nie 
pamiętam, jak dobiegiem do szakary,  czyli  po  naszemu  -  -  małego  dworku,  który  sobie  nabyłem  za 

background image

parukaratowy    brylant    oraz  pewne    renesansowe    kolczyki    z    ametystami.    Do    kolczyków    tych    też 
niebawem  powrócę.

Mulat  Petroniusz,  zatrudniony  u  mnie  w  charakterze  kuchcika  (bo  słowo  gosposia  było  wówczas 

jeszcze  nie  znane),  stat  właśnie  na  ganku  i,  zobaczywszy  mój  roztrzęsiony  wygląd,  uśmiechnął  się 
łagodnym,  biorącym  za  serce  uśmiechem.  Nikt  nie  umie  się  tak  kojąco  uśmiechać,  jak  kolorowi. 
Zrozumiał  od  razu,  że  spotkało  mnie  coś  raczej  przykrego,  lecz  pomyślał,  że  to  policja.

— Policja?  —  spytał  po  portugalsku.

background image

Całe   życie   władałem   biegle   czterema   językami   i   nauczenie   się   piątego   nie   sprawiło   mi 

trudności.   Kiedy,   zdyszany,   opowiedziałem   mu   o   drzewie,   nie   okazał   najmniejszego   zdziwienia. 
Uśmiechnął  się,  tym  razem  ze  znawstwem.  Pois  no?  Certa!  —  rzekł  współczująco.  —  A  dlaczego  by 
nie? Jasne,  że  mówiło!

Miał życzliwe, na poły czarne serce. Wygrzebał coś z kieszeni portek i wyciągnął dłoń. Zobaczyłem 

na   niej   kawałek   drewna   w   kształcie   malutkiej   ludzkiej   rączki.   Kciuk   rączki   włożony    był    między 
wskazujący  a  średni  palec.

— Przecież  to  figa?  —  spytałem  niedowierzająco.

―  Niech  senhor  nigdy  się  z  nią  nie  rozstaje!  Zawsze   nosi  przy  sobie!

Podziękowałem

nieufnie

ale

nie

chciałem  go  obrazić.  Stawiałem  w  Paranie  dopiero 

pierwsze  kroki.  Byłem  niedowiarkiem.  Schowałem  amulet  lekceważącym  ruchem  do  spodni  i  wszedłem 
do  dworku.  Dyszałem.  Ręce  miałem  podrapane,  w  bąblach.  Włosów  moich  i  koszuli  czepiały   się 

zielska.  Chciałem  się  umyć.  Był  jeszcze  jasny  dzień,  kiedy  wszedłem  do  łazienki. Atoli  noc  w  tamtych 
stronach  zapada  tak  gwałtownie,  że  kiedy  zbliżyłem  się  do  zlewu,  w  łazience  zrobiło  się  już  czarno.  Po 
omacku  otworzyłem  kran.

Trzeba wiedzieć, że takie codzienne zjawisko, jak  zimna  woda,  w  Brazylii  po  prostu  nie  zachodzi. 

Nikt o niej nawet nie słyszał. Wszystko, co cieknie, co płynne —  jest ciepłe. Byłem więc przygotowany, że 
z    kranu    poleje    się    wstrętna  rozgrzana  ciecz.  Jakież  było  moje  zdumienie  i  ulga,  kiedy  w  zlewie  pod 

palcami  uczułem    coś    zimnego.    Zamarłem    z    rozkoszy,    chłodząc    zbolałe    ręce.   Wtem    zrozumiałem 
pewną rzecz,  która  wydała  mi  się  zaskakująca.  To  nie  woda  była  zimna  —  to,  co  mnie  chłodziło,  było 

twarde,  okrągłe  i  leżało  na  dnie  zlewu.  Przypominało  kiełbasę.  Pomacałem  ją  palcami.  Oburzyłem  się  i 
zawołałem na cały głos: Petroniuszu!

Miałem    zawsze    z    nim    kłopoty,    i    minęło    sporo    czasu,    zanim    przyzwyczaiłem    go    do 

gospodarskiej  solidności,     Gdy     się     pojawił     w     drzwiach     oświetlonego     sąsiedniego     pokoju, 
wytłumaczyłem   mu,   że prowianty  trzeba  trzymać  w  spiżarni,  a  nie  \v  łazience.  Owszem,  kiełbasa  w 
tym  klimacie  łatwo  się psuje,  ale  to  nie  znaczy,  że  ma ją chować w porcelanowym zlewie. A propos,  w 

jaki sposób i dlaczego jest  zimna?  Jak  to  możliwe?

―  Jaka  kiełbasa?  —  spytał  i  zapalił  światło.
― A  ta!  —  odpowiedziałem,  wciąż  macając  palcami.  Byłem  tak  pewien  swej  racji,  że  z 

początku  nie  spojrzałem  w  dół.  Wiedziałem  na

wet,  jaki  to  był  gatunek.  Krakowska  —  bo  polska  masarnia  w  Kurytybie  słynęła  z  niej.

To  nie  była  ani  krakowska,  ani  polędwicowa,  moi  państwo.  To  była  żararaka.  Dwumetrowy, 

p o w i e d z i a ł b y m   w y p a s i e my   o k a z .   Zw i n i ę t a   w   kłębek   patrzyła   na   mnie   niemal   po 
ludzku,   z pretensją   człowieka,   którego   nagle   wyrwano   z   d r z e m k i .   Po n a d t o   m i a ł a   w   s o b 
i e     c o ś ,     c o     w ogóle   cechuje   trujące   węże   i   jest   odpychające.  Dwuznaczny,  niesympatyczny 

magnes.  Odpychała   i przyciągała  zarazem.  Nigdy  nie  zapomnę  tego  wahadłowego  uczucia,  które  mnie 
ogarnęło.  Patrzyliśmy  sobie    w    oczy    z    tym    wzajemnym    niesmakiem    i    szokiem,    jakiego    w 

towarzystwie  doznaje  przy poznaniu   się   dwoje  ludzi  o  różnych  poglądach  politycznych.  Takie  rzeczy 
od  razu  się  czuje.  Jestem przekonany,  że  jej  się  nie  podobałem,  a  co  najdziwniejsza  -—  uczułem  z 

tego  powodu  zawód.  Bo nie  wstydzę  się  dodać  —  byłem  już  w  niej  trochę  zakochany.  Nie  mogę 
tego  ująć  inaczej.  Czułem, że  wzbiera  we  mnie  jeżeli  nie  określony  sentyment,  to  rodzaj  ciągoty 

background image

miłosnej  —  un  faible,  jak  do młodej  kobiety,  o  której  instynkt  podpowiada,  że  jest  naszym  typem  w 
sensie  doboru  seksualnego. Przypuszczałem,    że    jeżeli    nie    ugryzła    mnie,    to    tylko    dlatego,    że 
wciąż    jeszcze    była    nie    bardzo  obudzona.  Jednak  Petroniusz  zapewniał  potem,  że  mnie  uratował 
amulet.  Ta  figa.  W  tamtych  czasach w  takie  rzeczy  jeszcze  nie  wierzyłem.

Ale  wracając  do  drzew.  Jeżeli  państwa  nie  przekonałem,  to  powiem,  że  tam  nie  tylko  na 

ziemi  rosną    i    dzieją    się    rzeczy    zaskakujące,    lecz  i  na  niebie.  Na  ma  zwykłych  obłoków!  Możecie 

godzinami patrzeć,  a  nie  zobaczą  państwo  ani   curnulusów,  ani  altostratusów.   Niebo   tam   po  prostu 
niczego porządnego nie przypomina. Cholera  wie,  dlaczego  tam  się  tak  dzieje.  Szedłem kiedyś ulicą z 

młodym księciem  Do-bieslawem  K.  W  pewnej  chwili  podniósł  oczy,  nie  podejrzewając,  co  go  tam,  w 
niebie czeka  —  i  wzdrygnął  się.

―  Wszelki duch Pana Boga chwali!  krzyknął.
Nad naszymi głowami rozpościerało się fiołkowe  niebo  w  regularne  białe  groszki.  Zupełnie  jak 

perkal.  Aż  nas  zatkało.
Młody  książę  Dobiesław  pochodził  z  gorszej  gałęzi  K.,  z  tych  kołomyjskich.  Na  domiar  mówiono  o 
nim,  a    właściwie    o    jego    matce,    że    zapatrzyła    się    w    swego    domowego    lekarza.    Dobiesław 
rzeczywiście  był hipochondrykiem,  zawsze  łapał  się  za  puls  i  nosił  przy  sobie  moc  różnych   pigułek. 

Nie   wiem,   czy się  na  tym  znał,  ale  miał  słabość  do  lekarstw.  Poza  tym  uchodził  za  wyjątkowego 
szczęściarza,    i    w  pokera    waliły    mu    co    najmniej    sarnę    fulle.   We   Wrześniu    opuścił    swą    willę    na 
Saskiej  Kępie,  akurat  w

background image

momencie,  gdy  do  jego  sypialni  trafił  pocisk.  Przeniósł  się  do  hotelu,  a  kiedy  Niemcy wchodzili, żeby go 

aresztować  —  weszli  przez  omyłkę  do  sąsiedniego  numeru!  Ze  wszystkimi    się    mijał    i    wszystko    go 
omijało.  Nie imały się go nawet kule. Gdy przechodził nielegalnie węgierską granice,, byt obstrzeliwany z 

tylu,  z  tym  jeno  skutkiem,  że  wytrącono  mu  z  ręki  tobołek  z  piżamą  i  kosztownościami.  To  właśnie 
razem  z  nim,  poprzez  Węgry,  Włochy  i  Irlandię,  przyjechałem  do  południowej  Brazylii.  Dlaczego  o  tym 
wspominam?  Bo  „kiedy  przystanęliśmy  na  ulicy,  patrząc  w  to  wysoce  niestosowne  niebo  —  spadł  na 
niego mamon.

Mamon zupełnie niesłusznie uważa się za owoc.   Przypomina   co   prawda   dynię,   ale 

czy w  przeciętnym  europejskim  społeczeństwie  dynie  rosną  na  czubkach  drzew?  Tam  rosną. 
Książę  Dobiesław  mógł  się  o  tym  przekonać.  Trzeba  dodać,  że  taka  dynia  po  rozcięciu  nie  ma
w  sobie  nic  normalnego.  Ma  w  środku  czarne  pestki,  które  —  jak  wykazuje  analiza  —  są  w 
rzeczywistości  tabletkami  skondensowanej  pepsyny.  Czy  jedlibyśmy  nasze  kawony,  gdyby zamiast  
nasion  zawierały  preparaty  farmaceutyczne?    Tam   wszystko    jest   możliwe.    Wnętrze mamonu

jest

pomarańczowej

barwy,

kiedy jednak   człowiek   pochyla   się   nad   nim   z

widelcem,    straszliwy    odór    wyzwala    mu    się wprost   w   twarz.

Nie znam   się   na   małpach, 

ale  w  Paranie  zapewniano  mnie,  że  tak  pachną  pawiany.  Trudno  naprawdę  zrozumieć,  jak mogą 
wszyscy  bez  wyjątku  tubylcy  zajadać  się  tą  potwornością  co  rano  na  czczo.  Lecz  i  tutaj zetknąłem 

się z dwuznaczną właściwością tropików.  Tutaj  znowu  występowało  wahadłowe prawo. Po miesiącu 
ciągnęło mnie do mamonów,  jak  gdybym  był  narkomanem.  Czułem  się  wobec  nich  bezbronny,  i  nic 
nie  pomogła  mi  świadomość,  że  pepsyna  na  ogół  nie  wytwarza  szkodliwego  nawyku.

Był  to  oczywisty  nonsens  —  nie  po  to  się  uniknęło  gestapo,  przetrwało  bombardowanie  itp., 

żeby  oberwać  po  głowie  wielokilowym  ciężarem  zwyrodniałego  frukta.  Dobek  —  bo  tak  w  naszych 
kołach  nazywano  księcia  —  nie  zdążył  nawet  dokończyć  zdania.  Bez  szemrania  runął  do  moich  nóg. 
Dopiero po kilku miesiącach dowiedziałem  się,  o  co  szło,  i  że  Dobek...  obraził naszych gospodarzy — to 
znaczy Brazylij-czyków,  Jaki  to  ma  związek  z  rnamonem?

A  ma!  Dobeb  kiedyś  miał  nieostrożność  wyrazić  się  w  rozmowie  z  pewnym  fidalgo,  że  

pogoda jest  po  prostu  do  niczego.  Taka  krytyka  autochtonów  nad  wyraz  boli.  A  Dobkowi  ona  się  
wyrwała
—  nie  zważając  na  guwernantki,  które  miał  w  dzieciństwie,  a  także  na  to,  że  nigdy  przedtem  nie 
uchybiał  savoir  vivre’u.

background image

Brazylijczycy  to  przemili  ludzie.  Nie  raz  i  nie  dwa  wydawali  mi  się  sympatyczniejsi  od  nas.  Ich 

wierność  w  przyjaźni  jest  przysłowiowa,  a  miłość  do  kobiet  nie  pozostawia  nic  do  życzenia.  Nasze 
Kasie  i  Jasie  powinny  zazdrościć  Gloriom  i  Aurorom,  chociaż  wiem,  że  imiona  te  mogą  je  razić.  Tam 
nie  rażą.  Znałem  starą  chłopkę  spod  Kurytyby,  której  na  imię  było  nawet  Petunia.  I  nic.  Nikt  nie 

zwracał  na  to  uwagi.  Opowiadano  mi  też  o  małżeńskim  nieporozumieniu,  które  dla  lepszej  ilustracji 
tamecznych  stosunków  zaraz  przytoczę.

G d z i e ś   w   g ł ę b i   k ra j u ,   n a   f a ze n d z i e ,   c z y l i   w   swym   majątku,   zazdrosny   mąż 

przyłapał kochanka   żony.   Zabił   go   w   krzakach   kawy,   w  których  się  ten  schował,  uciekając.  Nie 
byłoby  w tym  nic  szczególnego,  gdyby  mąż  nie  kazał  go  potem  w  kuchni  usmażyć.  Dokładnie  nie 

wiem,   ale prawdopodobnie  wykroił  nożem  najlepsze   kawałki   i   przyniósł   nieświadomej   ku  charce. 
Brazylijska kuchnia  w ogóle odznacza s i ę  s w y m i  p o t ra wa m i  a  l a  b r o c h e ,  k t ó r e  s i ę  u  nich 

nazywają szurasko. Nie  znaczy  to  jednak,  że  tam  panuje  kanibalizm.

background image

Oczywiście  w  czasie  posiłku  mąż  nic  nie  wspomniał  o  dokonanym  przez  siebie  geście.  Całe  clou 

polegać  miało  na  niespodziance,  na  końcowym  efekcie.  Kiedy  na  drugie  przyniesiono  coś  w  rodzaju 
szaszłyka  —  nie  tknąwszy  pieczeni  osobiście, jął ją wychwalać, mlaszcząc  językiem.  Nie  tylko  namawiał 
małżonkę,  żeby  jeszcze  i  jeszcze  jadja,  ale  wciąż  zapytywał:  jak  smakuje?  Dopiero  przy  kawie  wyznał 
prawdę.  Nie  potrafimy  chyba  uplastycznić  sobie  zdziwienia  niewiernej  kobiety,  kiedy  dowiedziała  się, 
kogo właściwie zjadła. Co przy tym czuła? Wypadek ten zdarzył się co prawda przed w i e l u ,  w i e l u  l a 
t y, a l e   s i ę   z d a r z y ł .   Za z d r o ś ć   i  zemsta  rosną  pod  zwrotnikami  na  każdym  kroku,  jak 

bananowce  lub inne kaktusy. Klimat robi  cuda.

Myślą   państwo,   że   tam   po   prostu   panuje   upał?   Naiwność!   Pewien   inżynier   rolny   przed 

wyjazdem  do  Brazylii  przesiadywał  całymi  dniami  w  inspektach  poznańskiego  ogrodu  botanicznego. 
Jak  to  poznaniak,  miał  dobrze  we  łbie  i  chciał  się  z  góry  przyzwyczaić  do  temperatury  45  stopni  w 
cieniu  i  wyżej.  Może  też  nakłoniły  go  do  tego  władze.  Znowu  obawiam  się,  że  wyglądam  niepoważnie, 
atoli  był  to  fakt,  o  którym  wiem  z  całą  pewnością,  bo  znałem  inżyniera  osobiście.  Fakt  zaistniał 
przed wojną,   więc   chyba   nie   obeszło   się   bez   wpływów   ów   czesnego   MSZ,  z   którego  ramienia 

inżynier wyjeżdżał. Ponoć miał zbadać, czy można nad Amazonką  uprawiać  hreczychę.

Proszę    mieć    na    uwadze    te    lata!    Narzekano    podówczas,    że    tak    zwane    wychodźcze    fale 

rozbijają  się    raz    po    raz    o    rzeczywistość,    do    której    nie    były    przygotowane!    Ze    nasi    chłopi,    po 
wylądowaniu  w    tej    łaźni,    całkiem    tracą    głowy!    Jeżeli    w    istocie    chciano    temu    zaradzić,    i    próby 

inżyniera  rolnego miały  utorować  innym  drog ę ,  t o  t r z e b a  p r z y z n a ć ,  ż e  ś w i a d c z y ł y  o n e 
o  sanacyjnym  MSZ  raczej dodatnio.  Mimo  to.  jest coś  śmiesznego w  przesiadywaniu  w inspektach,  nie 
mówiąc  o  tym  -  -  jak  się to  żałośnie  skończyło.  Zahartowany  zdawałoby  się  inżynier,  po  opuszczeniu 
statku  w  Santos,  doznał natychmiast poparzeń drugiego i trzeciego f.topnia!

To nie jest upał! To nie jest łaźnia! W warszawskich zakładach kąpielowych nie tylko szorujący się 

by  walce,  lecz  nawet  kąpielowi  mogą  przetrwać,  i  żyć.  Tam  nikt  żyć  nie  może,  do  czego  przyznają 
się  sami  gospodarze.

Zastanawiające  jednak,  że  nie  lubią,  kiedy  ini klimat wypominają. Przeżywają to niemal, jak 

śmiertelną  obrazę  osobistą.

Toteż  krytyczna  uwaga  księcia  Dobka,  że  pogoda  jest  do  niczego  —  była  nie  tylko  nietaktem. 

Mogła  wywołać,  i  wywołała  —  dla  nas  niezrozumiałe,  ciemne  chęci.  Państwo  mogą  mi  przerwać  i 
sceptycznie  spytać:  Dobrze,  tylko  co  to  wspólnego  ma  z  mamonem?  W  jaki  sposób  mógł  spaść?  Czy 

pan  przypuszcza,  że  było to z góry ukartowanym aktem zemsty? — Na  to  mogę  ii  ę  jeno  uśmiechnąć 
pobłażliwie. Proszę  poczekać  i  czytać  dalej.

Kupiłem  swój  dworek  niemal  od  razu  po  przyjeździe,   ponieważ   wychwalano   mi   pogodę   w 

Paranie:,  wyróżniającą  się  swym  względnym  chłodem.  Był  ładnie,  skądinąd  korzystnie  położony  na 

skiaju  miasta,  akurat  w  pobliżu  kurytybskiego  kasyna,  czego  me  mim  zamiaru  taić.  Sąsiedztwo  było 
takie  intymne,  że  przy  mocniejszym  podmuchu  wiatru  na  werandę  dolatywały  stówa  krupiera:  rien 
ne  va  plus.

Dopiero  po  kupnie  szakary  zorientowałem  się.,  jaką  właściwie  ma  nazwę  —  stara 

wywieszka przy bramie była nieczytelna. Otóż poprzedni  właściciele  nazywali  dworek  Laguną 
Zapomnienia. Domyślałem się, że byli emigrantami  włoskiego  pochodzenia,  ponieważ  ściany 
werandy  zdobił  fresk  domowej  roboty,  wyobrażający zatokę Neapolu. Dodam, że wykonanie było 

partackie i po czasie kazałem go przemalować kurytybskiemu malarzowi pokojowemu — rodakowi 
z kaszubskich okolic. Byliśmy  w  rozgwarze  wojny  i  nic  mogłam  pozwolić, żeby u mnie na ścianie

background image

widniało coś faszystowskiego.  Malarz  pozostawił  zatokę  nie tkniętą, ale domalował do niej parę 
naszych rybackich  kutrów,  powiewających  banderami,  oraz  przerobił  domki  tak,  że  Neapol  w  rzeczy 

samej  zaczął  przypominać  Jastarnię.  Miałem  z tego powodu potem przykrości, bo posądzono mnie, że  
jestem  kontynuatorem  naszej  zaborczej  ekspansji  morskiej.  Na  razie  jeszcze  nic  0   tym  nie 
wiedziałem,  a  że  wille  w  Kurytybie  często   zdobią  malowidła,  nie  przypuszczałem,

że  to  się  rzuca  komukolwiek  w  oczy.

Pewnego  ranka  przyszedł  policjant.  Cały  oblany  potem  --  byłem  tylko  w  kąpielówkach,

za co go przeprosiłem. Miałem jednak wrażenie, że  patrzy  na  mój  tors  nie  tak,  jak  trzeba.  Raczej 
podejrzliwie. Wytłumaczył swą wczesną wizytę przypadkiem. Miał interes do dawniejszych właścicieli, i 

nie wiedział, że już się wyprowadzili.  Lecz  mimo  tego  nieporozumienia,  nie  odchodził.  Przeciwnie, 
zajrzał  na  werandę  i  zawołał   z   udanym   zaciekawieniem:

― A  co  to  takiego?  Que  e  isto?

— To  morski  widoczek  z  moich  ojczystych  stron.

Patrzył na zamalowaną ścianę nad wyraz przenikliwie,  ale  trudno  było  zrozumieć,  co  myśli.

―  A  to?  —  Wskazał  palcem  szkuner  z  proporcem.

― Rybacka łódeczka.

― A  tu  obok?

background image

— To  zdaje  się  wiosło.

―  A  nie  armata?...

Cisza,  która  zapadła,  bardzo  mi  się  nie  podobała.  Nie  wiedziałem,  gdzie  patrzeć.  Jestem  w 

ogóle  nerwowy,  ale  kiedy  czuję  na  sobie  nieufne,  a  tym  bardziej  niezasłużone  spojrzenia,  robię  się 
jeszcze  nerwowszy.  Odruchowo  zaczynam  niecodziennie  się  zachowywać.  Spojrzenie  policjanta  było 
bardzo  niestosowne.  Czego  ode  mnie  chciał?  Co  ja  mu  takiego  zrobiłem....