background image

 
 
 
 

CHARLOTTE LAMB 

Pamiętasz mnie? 

 
 
 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ  PIERWSZY 
 
Pierwszy z serii tajemniczych telefonów otrzymała 

Annie pewnej chłodnej, wiosennej nocy. 

- Pamiętasz mnie? - wyszeptał męski głos, a ona 

poczuła, że drętwieje z przerażenia. 

Wróciła właśnie z przyjęcia weselnego; była 

całkiem rozbita, bliska płaczu, ponieważ jej najlepsza 
przyjaciółka, Diana, poślubiła dziś mężczyznę, w 
którym Annie kochała się od lat. 

- Kto mówi? - spytała zbolałym głosem, ale nie 

doczekała 
się odpowiedzi. Połączenie zostało przerwane. 

Z ponurą miną odłożyła słuchawkę, a potem 

przełączyła telefon na automatyczną sekretarkę. 
Pocieszała się myślą, że ktoś z zespołu za dużo wypił 
na przyjęciu i zrobił jej dowcip. Stanowczo nie miała 
dziś nastroju do żartów. 

Odwróciła się z szelestem jedwabiu, którego miękki, 

zmysłowy dotyk zdawał się koić jej nerwy. Annie 
uwielbiała wytworne stroje i w tej dziedzinie uchodziła 
za znawcę. Pomogła Dianie w wyborze ślubnej sukni, 
dla siebie zaś - ponieważ była druhną - wybrała kreację 
w jasnozielonym kolorze, który znakomicie podkreślał 
barwę jej oczu. Obie suknie były stylizowane na epokę 
wiktoriańską. Annie uczesała więc swe długie, czarne 
włosy w wytworny, gładki węzeł i wpięła weń malutki 
bukiecik fiołków ozdobiony liśćmi paproci. 

Wyjęła teraz kwiaty z włosów i pieczołowicie 

umieściła je pomiędzy kartkami tomiku wierszy.  

background image

Miała zwyczaj suszyć kwiaty, które towarzyszyły jej 
przy ważnych, uroczystych okazjach. Potem, gdy 
znienacka otwierała książkę, subtelna, ulotna woń 
kwiatów przywracała wspomnienia minionych chwil. 
A dzień dzisiejszy - musiała przyznać mimo bólu i łez - 
był niezwykle ważny w jej życiu. Wiedziała, że nigdy 
go nie zapomni. 

Ziewając spojrzała na zegarek. Dochodziła północ, 

Annie zaś, nawet wówczas gdy nie planowała 
występów, kładła się spać około dziesiątej i wstawała 
skoro świt. Jutro musiała wstać przed siódmą, czekała 
ją bowiem sesja zdjęciowa w studiu nagrań, gdzie 
czyniono właśnie ostatnie poprawki do jej nowego 
albumu. 

Szybko zamieniła zieloną, jedwabną suknię na 

krótką koszulę nocną i szlafrok, po czym zasiadła 
przed toaletką i rozpoczęła zmywanie makijażu. Nawet 
gdy było bardzo późno i padała z nóg, niezmiennie od 
lat przed udaniem się do snu wykonywała rutynowe 
czynności. 

- Gdy się jest osobą publiczną, trzeba zawsze 

pamiętać o swoim wyglądzie - powiedział jej kiedyś 
Philip. 

Powinna potraktować te słowa jak przestrogę, że 

sława i sukces mają swe blaski i cienie. 

Do dziś pamiętała badawczy wzrok Philipa na swej 

twarzy. 

- Nie jesteś pewna, czy to ci odpowiada, dziecino? – 

spytał wówczas, jakby czytając w jej myślach. - 
Najwyższy zatem czas na podjęcie decyzji. Jeśli chcesz 

background image

zostać gwiazdą, musisz zrozumieć, że sława wymaga 
poświęceń. Nie ma róży bez kolców. A więc, 
wycofujesz się? Na razie nikt cię nie zna, więc łatwo 
możesz wrócić do normalnego życia. 

Nie zamierzała się wycofać. Patrzyła na Philipa 

ogromnymi, melancholijnymi oczami i westchnęła 
zniecierpliwiona jego podejrzliwością. 

- Nie mam nic, do czego mogłabym wrócić - 

powiedziała. 

 - Nic, za czym bym tęskniła... Ponad wszystko na 

świecie pragnę zostać piosenkarką. 

Jakże to wtedy wydawało się proste! Ale Philip nie 

ostrzegł jej przed najważniejszym. Znalezienie się na 
szczycie wiązało się z ogromnym wysiłkiem, 
nadludzką pracą i dotkliwym stresem, przede 
wszystkim jednak na ołtarzu sławy trzeba było złożyć 
ofiarę z własnego życia osobistego. Gwieździe nie 
pozostawiano najmniejszego marginesu swobody, nie 
mogła mieć również do nikogo bezwzględnego 
zaufania. Zwłaszcza nowe znajomości należało 
traktować bardzo ostrożnie. Ludzie sprawiający 
sympatyczne wrażenie często okazywali się zwykłymi 
koniunkturalistami. 

Życie wcale nie rozpieszczało gwiazd. Annie szybko 

zrozumiała, że powinna przyodziać ochronny pancerz i 
stwardnieć wewnętrznie. Obawiała się jednak, że jej 
muzyka straci wówczas swą świeżość i wrażliwość. 
Czasami ból i gorycz pomagały przy komponowaniu. 
Miała wrażenie, że jej najlepsze piosenki mówiły o nie 
spełnionych uczuciach do Philipa. O uczuciach, któ-

background image

rych, jak się zdawało, on był całkowicie nieświadomy. 

Philip nadal traktował ją tak, jakby miała 

siedemnaście lat. Był twardym biznesmenem, ale w 
stosunku do niej zachowywał się ciepło i opiekuńczo. 
Nigdy nie robił jej żadnych propozycji, nie opowiadał 
przy niej sprośnych dowcipów; traktował ją jak córkę 
albo młodszą siostrę. Na początku znajomości bardzo 
jej to odpowiadało. Do czasu jednak... Aż do chwili, 
gdy odkryła, że go kocha... Philip jednak zdawał się 
tego nie spostrzegać. 

Od tamtej pory jej piosenki nabrały szczególnego 

dramatyzmu, pomyślała, z goryczą wspominając 
przeszłość. Zanim zakochała się w Philipie, udawała, 
że zna miłość, że cierpi. Pisała o miłości, której nigdy 
nie zaznała. Uczucie do Philipa sprawiło, że jej 
twórczość nabrała osobistego charakteru, stała się 
odzwierciedleniem rzeczywistości. W ciągu ostatniego 
pół roku powstały jej najciekawsze utwory. Ból i 
rozpacz, które nią targały, rozbudziły twórczą wenę. 

Praca pomagała zagłuszyć cierpienie; nagrania do 

nowego albumu i przygotowania do zbliżającego się 
tournee po Europie pochłonęły ją bez reszty. 

Przez ostatnie osiem lat Philip i Diana byli dla Annie 

wszystkim. Służyli jej pomocą, radą, pocieszeniem i 
własnym towarzystwem. Philip był jej agentem i 
menedżerem; kiedy się poznali, od razu oddał ją pod 
opiekę Diany Abbot - swej wówczas 
dwudziestodwuletniej sekretarki. Od tamtej pory Diana 
mieszkała z Annie, pilnowała jej rozkładu zajęć, 
towarzyszyła podczas podróży, utrzymywała kontakty 

background image

z prasą i w ogóle rozwiązywała za Annie wszelkie 
problemy dnia codziennego. Diana - z pozoru twarda, 
energiczna dziewczyna, pochodząca z przedmieść 
Liverpoolu - miała miękkie serce, ciepłe brązowe oczy 
i zaraźliwy śmiech. 

Annie kochała Philipa i uwielbiała Dianę, swą 

prawdziwą, jedyną przyjaciółkę. Philip nie był 
szczególnie przystojny, posiadał jednak dużo męskiego 
uroku. Wysoki, smukły, o poważnych, niebieskich 
oczach i jasnokasztanowych włosach, budził 
zainteresowanie kobiet. Annie przez lata obserwowała 
korowód pań przewijających się u jego boku, 
pocieszała się jednak myślą, że żaden z tych romansów 
nie trwał długo. Philip był zbyt pochłonięty pracą, by 
zaangażować się na stałe. I dziewczyny, znie-
cierpliwione wyczekiwaniem na poważną deklarację z 
jego strony, odchodziły. W Annie zaś rosła nadzieja, że 
Philip w końcu dostrzeże w niej kobietę. Ale nigdy, 
przenigdy nie przyszłoby jej do głowy, że Philip 
zakocha się w Dianie! 

Rozwój wypadków przyspieszył najzwyklejszy 

zbieg okoliczności. Philip i Diana spóźnili się na 
samolot podczas niedawnego tournee Annie po 
Stanach Zjednoczonych, a potem burza śnieżna 
zatrzymała ich na kilka dni w hotelu. 

- Poznałam go wówczas naprawdę - wyznała później 

Diana, oświadczając bladej i osłupiałej Annie, że ona i 
Philip wkrótce zamierzają się pobrać. - Popatrz, jakie 
to dziwne - ciągnęła Diana w zadumie. - Znaliśmy się 
tyle lat, a dotąd nie wiedziałam, co kryje się w jego 

background image

sercu. Nasze rozmowy przypominały obieranie 
cebuli... Odkryłam w Philipie cechy, o które nigdy bym 
go nie podejrzewała! Nie mogliśmy wyjść z hotelu: 
wiatr był porywisty, zaspy śniegu dochodziły do 
półtora metra, wyłączono elektryczność, nie mieliśmy 
telewizora, więc po prostu owinęliśmy się kocem i 
rozmawialiśmy. Rozmawialiśmy i rozmawialiśmy... 

- I zakochaliście się w sobie? - dokończyła Annie, 

zmuszając się do uśmiechu. 

Diana z twarzą jaśniejącą szczęściem przytaknęła. 
- Zakochaliśmy się. To szaleństwo, prawda? Po tylu 

latach znajomości! Zupełnie tak, jakby rozdzielająca 
nas ściana nie oczekiwanie runęła. 

Annie długo jeszcze pozostawała w szoku po 

otrzymaniu tej wiadomości. Była zraniona, zbolała i 
ogromnie zazdrosna. 

Ani Philip, ani Diana nie domyślali się jej reakcji. I 

całe szczęście. Dzięki Bogu nigdy nie zwierzyła się 
Dianie ze swej skrywanej miłości do Philipa. Teraz 
tylko musiała nadal grać swoją niewdzięczną rolę - 
musiała udawać, że jest niezwykle szczęśliwa z 
powodu ich małżeństwa. Sytuację komplikował fakt, 
że przecież kochała ich oboje i każdemu z osobna 
życzyła jak najlepiej. 

Philipa poznała dawno temu na przyjęciu, na którym 

zaśpiewała kilka piosenek. Aż do tamtej chwili nawet 
nie postało jej w głowie, że może kiedyś zostać 
prawdziwą piosenkarką. Właśnie tamtego wieczoru 
Philip oznajmił, że zrobi z niej gwiazdę. Z początku 
nie uwierzyła. Brakowało jej tupetu, wiary we własne 

background image

siły. A jednak jakiś wewnętrzny głos podpowiadał, że 
powinna uwierzyć. I zaufała Philipowi. 

Przepowiednie Philipa zaczęły się sprawdzać - zrazu 

wolno, potem coraz szybciej, od kilku zaś lat w tempie 
przyprawiającym o zawrót głowy. Najpierw śpiewała 
w nocnych klubach, żeby we dnie uczęszczać na lekcje 
śpiewu i tańca. Dopiero kontrakt na nagranie pierwszej 
płyty, który załatwił jej Philip, otworzył przed nią 
drzwi do kariery. Dziś była już znana nawet w 
Ameryce. Za dwa tygodnie zaś wyruszała w kolejną 
trasę koncertową po Europie. Tournee rozpoczynał 
galowy koncert w Paryżu. 

Sława jednak niosła ze sobą pewne problemy. 

Należały do nich, między innymi, anonimowe telefony. 
Czy to wielbiciele dzwonili, czy szaleńcy - nie 
wiedziała. Od czasu jednak, gdy przeniosła się do 
ekskluzywnej dzielnicy Londynu i zastrzegła swój 
numer telefonu, zdarzało się to coraz rzadziej. 

Zamieszkała przy wysadzanej drzewami ulicy, po 

której mogły się poruszać jedynie samochody 
mieszkańców, dom zaś, w którym mieścił się jej 
apartament, był dodatkowo chroniony. Przez całą noc 
budynek patrolował umundurowany strażnik w 
towarzystwie groźnie wyglądającego dobermana, a 
elektronicznie otwierane drzwi sforsować mógł 
wyłącznie posiadacz specjalnej karty magnetycznej. Co 
więcej, otwierały się dopiero wówczas, gdy po 
włożeniu karty wybrało się odpowiedni numer 
kodowy. 

Było to jedno z tych wytwornych, anonimowych 

background image

osiedli, których mieszkańcy prawie sienie znali. Nikt 
nie nastawiał tu głośno telewizora, nikt nie wydawał 
hucznych przyjęć, nie dochodziło też do gwałtownych 
kłótni. Odnosiło się wrażenie, że sąsiedzi wyjechali. W 
apartamencie Annie znajdowały się dwie sypialnie - 
jedna dla niej, druga zaś dla Diany, która do niedawna 
tu mieszkała. 

Po wyprowadzce Diany Annie z trudem oswajała się 

z samotnością. Nigdy dotąd nie mieszkała sama. Nim 
poznała Philipa, mieszkała z matką i ojczymem oraz 
dwoma przyrodnimi braćmi. Rodzina nie protestowała, 
gdy Annie wyprowadzała się; dom był ciasny, poza 
tym Annie nie zgadzała się z ojczymem. Od tamtej 
pory rzadko ich odwiedzała. 

Jednak takie samotne wsłuchiwanie się w ciszę - jak 

to czyniła właśnie teraz - kompletnie ją rozstrajało. 
Jedynym dźwiękiem, który wyławiały jej uszy, był 
monotonny szum kuchennej lodówki. W myślach 
przekonywała się, że przecież wokół mieszkają ludzie, 
ale cisza była tak dojmująca, że z trudem przychodziło 
jej w to uwierzyć. Czuła się teraz tak, jakby 
przebywała na Księżycu... 

W rzeczywistości za ścianą mieszkali ludzie. 

Apartamenty w tej dzielnicy cieszyły się wielką 
popularnością i rzadko stały puste. Mieszkało tu wielu 
artystów, ludzi sztuki. Niekiedy posiadali domy na 
prowincji, a te apartamenty służyły im tylko na czas 
pobytu w Londynie. Dom był starannie utrzymany, 
wygodny, znajdował się tu basen, sauna i świetnie 
wyposażona sala gimnastyczna. 

background image

Żyło się tu komfortowo. Windy bezszelestnie 

poruszały się w górę i w dół, przy wejściowych 
drzwiach dyżurował portier, a w podziemiach 
znajdował się parking samochodowy. Gdyby więc dom 
otoczyli wielbiciele lub wścibscy dziennikarze, można 
było uciec niepostrzeżenie samochodem. 

Aż do dzisiaj Annie czuła się tu całkiem 

bezpiecznie. 

Właściwie dlaczego tak bardzo przejęła się tym 

telefonem? Nie był ani ordynarny, ani obsceniczny... 
Zapewne jakiś głupi kawał, być może autorstwa 
jednego z kolegów... 

A jednak, gdy kładła się do łóżka, nadal myślała o 

tajemniczym telefonie. „Pamiętasz mnie?" - słowa te 
dźwięczały jej w głowie. Czy kryło się w nich pytanie, 
czy stwierdzenie? - zastanawiała się przez chwilę. 
Właściwie wszystko jedno, i tak te dwa słowa 
wyprowadziły ją z równowagi. Przejęła się tak bardzo 
być może dlatego, że po raz pierwszy w życiu czuła się 
samotna i opuszczona. 

Dziś wieczór rzeczywiście łatwo było ją zranić. Na 

szczęście nikt o tym nie wiedział i miała nadzieję, że 
nikt się tego nie domyślał. W każdym razie na weselu 
starała się oszukać wszystkich - nie wyłączając samej 
siebie. Była duszą towarzystwa, za żadną cenę nie 
chciała dopuścić, by Philip i Diana odgadli jej 
prawdziwy nastrój. Byli tak bardzo szczęśliwi - i mieli 
do tego prawo. Nie mogła popsuć im wielkiego dnia. 

Na litość boską, miała już przecież dwadzieścia pięć 

lat i niewątpliwie potrafiła zatroszczyć się o siebie! 

background image

Wielokrotnie sama podróżowała do Ameryki, nieźle 
mówiła po francusku i włosku, a teraz uczyła się 
również hiszpańskiego. Philip częstokroć mawiał, że 
muzyka to międzynarodowy biznes: trzeba wiele 
podróżować i znać języki obce. 

Musi więc przestać użalać się nad sobą, pomyślała z 

gniewną miną. Ma wystarczająco dużo życiowych 
umiejętności, by dać sobie radę sama! 

Potrafiła prowadzić samochód, gotować, a nawet 

skończyła kurs samoobrony. W razie potrzeby z 
łatwością przerzuci mężczyznę przez ramię. Z 
pewnością nauczy się żyć sama i zapanuje nad 
dzisiejszą dziecinną rozpaczą. Jeśli trzeba, ze 
wszystkim można sobie poradzić! Z tą optymistyczną 
myślą odwróciła się na drugi bok. Przez sen słyszała 
dzwonek telefonu, ponieważ jednak szybko włączyła 
się automatyczna sekretarka, nie zwróciła na niego 
uwagi. 

 
Rano tak bardzo spieszyła się do pracy, że nie 

zdążyła przesłuchać taśmy. 

Sesja zdjęciowa ciągnęła się w nieskończoność. 

Annie czuła się jak marionetka, gdy kolejny już raz 
ustawiano ją na tle sklepowej witryny, a od sztucznego 
uśmiechu po prostu bolały ją usta. 

- Postaraj się mieć bardziej zadowoloną minę, 

kochanie! - pouczał ją zniecierpliwionym głosem 
fotograf. 

Wybacz, ale nie znoszę zdjęć! - rzuciła gniewnie. 
Niestety, to widać - westchnął. - Odpręż się trochę... 

background image

Daję słowo, jeszcze tylko kilka ujęć i kończymy. 

Chłopcy z zespołu stanęli za plecami fotografa i 

zaczęli robić tak głupie miny, że wreszcie roześmiała 
się naturalnie. 

- Tak trzymaj! - krzyknął uradowany fotograf. 

Perkusista, potężny dwudziestoletni chłopak, którego 
ze względu na masywną budowę ciała przezywano 
Brick, uśmiechał się radośnie do Annie, gdy opuszczali 
studio. 

- Przeczytałem kiedyś, że niektóre prymitywne 

plemiona nie pozwalają robić sobie zdjęć, uważając, że 
w ten sposób kradnie się im dusze. Czy podzielasz tę 
opinię, Annie? 

Brick uchodził za wielkiego kawalarza w zespole. 

Pozostali chłopcy, słysząc jego komentarz, 
zachichotali. 

- Och, po prostu nie znoszę własnych zdjęć! - 

wymamrotała. 
Nagle przyszło jej do głowy, że to Brick mógł dzwonić 
dziś w nocy. Jeśli za dużo wypił, robił się nieznośny. 

Brick z uwagą przyglądał się jej skośnym, zielonym 

oczom, lśniącym czarnym włosom i drobnej trójkątnej 
twarzyczce w kształcie serca. Niedawno jeden z 
dziennikarzy napisał, że wyglądem przypominała kota 
moknącego na deszczu. 

- Chyba nie mówisz tego poważnie! - zawyrokował 

Brick, z niedowierzaniem potrząsając głową. - Przecież 
jesteś niebywale fotogeniczna! Najwyższy czas, byś 
przywykła do fotografów. Twoja twarz codziennie 
zdobi okładkę jakiegoś magazynu. W odpowiedzi 

background image

wzruszyła tylko ramionami. Kamera budziła w niej 
instynktowną niechęć. Było to prymitywne uczucie, nie 
mające żadnych racjonalnych podstaw. Ludzie nie 
potrafili tego zrozumieć. I nie starała się im tego na siłę 
wyjaśniać. 

- Dzwoniłeś do mnie wczoraj w nocy, Brick? - 

spytała nieoczekiwanie. 

- Czy do ciebie dzwoniłem? - Wyglądał na 

oszołomionego. - Nie... A prosiłaś mnie, bym dzwonił? 
Zresztą niewiele pamiętam z weselnego przyjęcia. 

Pozostali wybuchnęli szczerym śmiechem. Annie 

uśmiechnęła się również. Nie, to nie był Brick... Ani 
żaden z nich. Znała ich wystarczająco dobrze, by 
zauważyć nagłe zakłopotanie na ich twarzach, gdyby 
coś przeskrobali. 

Próby z zespołem trwały całymi godzinami, bez 

przerwy na lunch. W ciągu dnia musiała więc 
zadowolić się jabłkiem i jogurtem. Zresztą Philip byłby 
niezadowolony, gdyby choć trochę przytyła. Zwykł jej 
powtarzać: „W tym biznesie liczy się przede 
wszystkim wygląd. Jak cię widzą, tak cię piszą. 
Nieważne, kim jesteś... ważne, żebyś wyglądała 
zawsze tak, jak sobie ludzie ciebie wyobrażają". 

A ludzie postrzegali ją tak, jak życzył sobie tego 

Philip -jak uliczną piosenkarkę: smutną, tragiczną i 
pełną ekspresji. 

Długie, czarne włosy okalały bladą twarz; makijaż 

podkreślał duże, wyraziste oczy i pełne usta. Jej 
kostiumy sceniczne były proste i niezbyt drogie; 
przeważnie nosiła czerń, którą podkreślała swą smukłą, 

background image

drobną sylwetkę. A jej piosenki, mimo że z biegiem lat 
nieco się zmieniały, nadal wprawiały w ten sam 
rzewny nastrój. Jej wielbicielom właśnie to się 
podobało. 

Czasami jednak Annie czuła się zapędzona w ślepy 

zaułek, nie była bowiem wcale pewna, czy osobowość, 
którą stworzył 
Philip, jeszcze do niej pasuje...   

- Brakuje ci Phila i Di? - spytał rezolutnie Brick, gdy 

opuścili już studio. - Chodź z nami na curry do 
hinduskiej knajpy! 

- To dla mnie zbyt tuczące. - Potrząsnęła głową. - 

Zjem w domu. Do zobaczenia, Brick! 

W domu od razu włączyła sekretarkę, jak to miała w 

zwyczaju, i zaczęła przeglądać pocztę. W większości 
były to listy i kartki od przyjaciół z muzycznego 
świata, ale była także wiadomość z agencji Philipa, 
dotycząca zbliżającego się tournee, podpisana w 
zastępstwie przez jego sekretarkę oraz rachunek 
telefoniczny. 

Raptem uniosła głowę; jej uszu dobiegł ten sam 

przerażający szept: „Pamiętasz mnie?". A potem trzask 
odkładanej słuchawki. Nie był to jednak koniec 
nagrania. Magnetofon znów zaszumiał ostrzegawczo, a 
znajomy głos złowieszczym, chrapliwym szeptem 
powiedział: „Pamiętam cię, Annie... Pamiętam 
wszystko". 

Zimny dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie; 

wpatrywała się niemo w maszynę, jakby oczekując 
dalszego ciągu. Ale nagranie definitywnie się 

background image

skończyło. 

Któż to był? Przecież nie Brick... To już ustaliła. 

Zresztą te telefony wcale nie były żartobliwe. One ją 
przerażały. Czyżby zawierały ukrytą groźbę? A może 
ktoś chciał ją tylko zaintrygować? Nic sensownego nie 
przychodziło jej do głowy poza jednym oczywistym 
stwierdzeniem: nigdy przedtem nie słyszała tego głosu! 

Była przekonana, że-nigdy nie poznała tego 

mężczyzny. A nawet jeśli spotkali się gdzieś w 
przelocie, musiało to być całkiem zdawkowe, 
przypadkowe spotkanie, takie, o którym za chwilę się 
zapomina. 

Dlaczego więc on nie zapomniał? Drżała ze strachu. 

Ogarniał ją paraliżujący lęk na samą myśl, że istnieje 
gdzieś mężczyzna, który ją zna i obserwuje, a którego 
ona zupełnie nie kojarzy. Czyżby jakiś szalony 
wielbiciel, który uwierzył we własne fantazje? Słyszała 
już o takich przypadkach, ale nigdy nie przyszło jej do 
głowy, że przytrafi się to właśnie jej. 

I ten jego dziwny, trudny do zidentyfikowania 

akcent... Mówił doskonałą angielszczyzną, ale raz po 
raz pobrzmiewała w niej jakaś obca nuta. Czyżby 
cudzoziemiec? 

Zapadła już głęboka noc i wokół zrobiło się 

nieznośnie cicho. Odnosiła nieprzyjemne wrażenie, że 
była jedyną osobą w całej kamienicy, która jeszcze nie 
spała. 

Na palcach podeszła do okna i przez dłuższą chwilę 

obserwowała londyńskie niebo rozświetlone żółtymi 
refleksami ulicznych latarni. Przyglądała się oknom 

background image

wysokiego domu naprzeciwko; w niektórych pokojach 
paliły się jeszcze światła. Wszędzie przebywali ludzie; 
byli w mieszkaniu obok i w mieszkaniu poniżej. A 
jednak była śmiertelnie wystraszona i czuła się bardzo, 
bardzo samotna. 

Gdy zadzwonił telefon, nerwowo podskoczyła. 

Odwróciła się powoli i z ociąganiem przemierzyła 
pokój. Zapomniała włączyć sekretarkę. Co za 
nieostrożność! Nie podniesie teraz słuchawki. Niech 
sobie dzwoni... W końcu kiedyś zrezygnuje. 

Poszła do łazienki, żeby wziąć prysznic i celowo 

odkręciła kurki na cały regulator, żeby zagłuszyć 
dźwięki dzwonka. Chwilę później, owinięta 
szlafrokiem, wróciła do pokoju. W mieszkaniu 
panowała głucha cisza. Odetchnęła z ulgą, ale gdy boso 
maszerowała do kuchni, telefon odezwał się znów. 

Ze złością trzasnęła kuchennymi drzwiami, jednak 

gdy robiła sobie kolację - dietetyczną sałatkę z 
orzechów i owoców - telefon wciąż dzwonił i dzwonił. 

Nie zareagował tak jak sądziła. Dlaczego nie 

zrezygnował? Powinien przecież dojść do wniosku, że 
nie ma jej w domu... 

I nagle doznała olśnienia. Przecież była w domu i 

on... on o tym mógł wiedzieć! Dygotała ze strachu. 
Czyżby był gdzieś blisko? Czyżby ją obserwował? 

Na myśl o tym serce niemal przestało jej bić. Jeśli 

mieszkał blisko albo stał na ulicy, mógł przecież 
widzieć zapalone światło w jej mieszkaniu! 

Och, musi opanować nerwy. Może dzwonił zupełnie 

ktoś inny? Być może dzwoniła Diana albo Philip, żeby 

background image

dowiedzieć się, co u niej słychać. Jeśli więc nie 
odbierze telefonu, gotowi pomyśleć, że coś jej się 
stało... 

Wybiegła z kuchni do salonu i nerwowo chwyciła 

słuchawkę. 

- Halo? - odezwała się, dysząc ciężko. 
Zastanawiałem się, ile jeszcze będę musiał czekać, 

nim zdecydujesz się podejść do telefonu - powiedział 
ktoś głębokim, stłumionym głosem. 

- Dlaczego? - Serce biło jej jak oszalałe. - Dlaczego 

to robisz? Przestań mnie dręczyć! Zostaw mnie w 
spokoju! Kim jesteś...? - wyrzuciła z siebie jednym 
tchem, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co mówi. 

- A więc nie przypominasz mnie sobie? - nalegał. - 

Nie szkodzi, przyjdzie czas, że odzyskasz pamięć. 

- Posłuchaj, jest bardzo późno, a ja padam z nóg. 

Odłóż słuchawkę. I więcej do mnie nie dzwoń! 

- Szykujesz się do łóżka? - szepnął zadziwiająco 

czule, a ona zadygotała z przerażenia. Czyżby 
domyślał się, że ma na sobie tylko szlafrok... A może 
widział? Może po prostu ją widział! - Jesteś zmęczona 
- ciągnął uspokajająco - miałaś ciężki dzień. Nie będę 
ci już przeszkadzał. Chciałem tylko powiedzieć 
dobranoc... I do zobaczenia wkrótce, Annie. 

Gdy usłyszała trzask odkładanej słuchawki, w 

panice cisnęła swoją. On się zbliża. Na litość boską, on 
tu idzie! Co innego mogły oznaczać te słowa? 

Podbiegła do wejściowych drzwi, żeby sprawdzić, 

czy są dobrze zamknięte, a potem zastygła w holu, 
wsłuchana w złowrogą ciszę, jakby oczekując odgłosu 

background image

kroków, dzwonka do drzwi... 

Minęła długa, nieskończenie długa minuta, nim 

przypomniała sobie o skomplikowanym systemie 
bezpieczeństwa, który chronił ją przed nieproszonymi 
gośćmi. Nikt nie mógł bez jej wiedzy wejść do środka, 
nocny portier nikogo nie wpuściłby bez telefonicznego 
uprzedzenia. 

A jednak nie czuła się bezpiecznie; ze ściśniętym 

sercem czekała i czekała... Minuty płynęły, nic się nie 
działo. Telefon nie zadzwonił, nikt nie podszedł pod 
drzwi. Wróciła do salonu i długo siedziała wpatrzona 
w martwy aparat. 

Dopiero po upływie dwóch godzin zdała sobie 

sprawę, że on nie przyjdzie. Przynajmniej nie dzisiaj. 
Przemknęło jej przez myśl, że może powinna 
zadzwonić na policję albo wyprowadzić się do hotelu... 
Nie, to by oznaczało porażkę. Z jakiegoś tajemniczego 
powodu ten intruz usiłował ją przestraszyć, a ona nie 
powinna mu na to pozwolić. Cóż zrobiłaby policja? 
Nagrywaliby rozmowy telefoniczne? Może powinna 
znów zmienić numer... Cóż, jeśli poznał ten, z 
pewnością zdobędzie następny. To nie miało sensu. 

Kim był ten mężczyzna? Skąd wiedział o niej tak 

dużo? 

Te myśli nie dawały jej spokoju jeszcze długo w 

nocy, gdy bezsennie przewracała się na łóżku. A potem 
miała koszmarny sen: telefon dzwonił, a gdy podnosiła 
słuchawkę, stale słyszała ten sam przerażający głos; 
dziwne, upiorne światła rozjaśniały mrok i nie 
wiadomo dlaczego gdzieś z oddali dochodził szum 

background image

morza...      

To musiał być łoskot ruchu ulicznego dobiegający z 

dołu, stwierdziła po przebudzeniu. Czasami w nocy 
przypominał do złudzenia szum morza, a. smugi 
światła z pewnością pochodziły od przejeżdżających 
samochodów. 

 
Tego dnia próby z zespołem trwały osiem godzin, 

nie miała więc czasu myśleć o niczym innym. Ale gdy 
wracała zmęczona do domu, podświadomie 
zastanawiała się, jaką wiadomość zastanie nagraną na 
sekretarce. 

Jednak tym razem niczego tam nie było. Doznała 

niewysłowionej ulgi. Następnego dnia sytuacja się 
powtórzyła: żadnych wiadomości od intrygującego 
nieznajomego, tylko kilka rzeczowych uwag w sprawie 
zbliżającego się tournee, pochodzących z biura Philipa. 

Dwa dni później nadeszła kartka od Philipa i Diany - 

lazurowe niebo, palmy, nieprawdopodobnie niebieskie 
morze, a na odwrocie kilka serdecznych słów oraz 
przypomnienie, że za tydzień spotykają się w Paryżu. 

Kilka dni później w drodze na lotnisko Annie doszła 

do wniosku, że zaczyna się przyzwyczajać do życia w 
pojedynkę. Podróżowała sama, ponieważ pozostali 
członkowie zespołu pojechali razem ze sprzętem drogą 
lądową i morską. Szczególnie Brick niepokoił się o 
swoją drogocenną perkusję i nie chciał ani na chwilę 
stracić jej z oczu. Annie wolała podróż lotniczą - była 
szybsza i bez wątpienia wygodniejsza. 

Intrygujące telefony nie powtórzyły się więcej i 

background image

przez ostatnie noce mogła się spokojnie wyspać. Teraz 
niecierpliwie oczekiwała spotkania z Philem i Di. 
Zdążyła już przywyknąć do myśli, że się pobrali i z 
pewnością nie będą poświęcali jej tyle czasu co 
niegdyś. Ta myśl trochę bolała, ale postanowiła śmiało 
stawić czoło nowej sytuacji. Tych dwoje znaczyło dla 
niej zbyt wiele, by miała ochotę ich teraz stracić. 
Ukryje więc swoje uczucie, tak jak czyniła to od wielu 
lat. Być może pewnego dnia uda jej się przezwyciężyć 
miłość do Philipa... 

W drodze towarzyszyło jej dwóch ochroniarzy 

wynajętych przez Philipa. Annie usiadła przy oknie, a 
dwaj mężczyźni obok niej przy przejściu, na wypadek 
gdyby ktoś próbował ją zaczepić. 

Ubrana była w czarno-czerwoną kurtkę, białą 

koszulę i wąskie czarne spodnie. Kilku pasażerów, 
przechodząc, przyglądało jej się z zainteresowaniem, 
ona jednak uparcie patrzyła przez okno. Po 
wylądowaniu na lotnisku Charlesa de Gaulle'a szybko 
podążyła do wyjścia dla VIP-ów i znalazła się na 
zewnątrz. Czekała tam na nią czarna limuzyna. Dwóch 
ochroniarzy zamieniło kilka słów z kierowcą, który 
wysiadł, gdy się zbliżyli. Szofer ukłonił się raz i drugi, 
powiedział coś po francusku i otworzył Annie drzwi do 
luksusowego wnętrza. Ochroniarze pomogli mu 
jeszcze załadować walizki do bagażnika i oddalili się. 
Ich rola dobiegła końca. Wracali następnym 
samolotem do Londynu. Na terenie Francji, zgodnie z 
kontraktem, ochronę zapewniali Francuzi. 

Szofer zajął miejsce za kierownicą i włączył silnik. 

background image

Przez przyciemnione szyby Annie obserwowała 
znikające zabudowania lotniska. 

Kilka chwil później spojrzała przed siebie, 

mimochodem zatrzymując wzrok na kierowcy. Nie 
mogła ujrzeć jego twarzy, spostrzegła jednak lśniące, 
czarne włosy, szerokie, muskularne ramiona i kształtną 
głowę osadzoną na mocnej, opalonej szyi. Nie odezwał 
się dotąd ani słowem i w głębi duszy była mu za to 
wdzięczna. Nie miała ochoty na konwersację, w 
dodatku czuła tremę przed inauguracją swego 
książkowego francuskiego. Z łatwością porozumiewała 
się z nauczycielem, ale to nie to samo co rozmowa z 
Francuzem w jego własnym kraju. 

 Wyglądała więc przez okno, choć tutejsze 

przedmieścia, trochę podobne do londyńskich, nie 
prezentowały się ciekawie. Ruch na jezdni był duży, 
zauważyła jednak, że poruszali się szybciej niż inni. 
Trochę za szybko jak na jej gust. Może powinna 
poprosić kierowcę, żeby zwolnił? Spojrzała nań znów, 
ale coś nieuchwytnego w jego sylwetce - dumne 
osadzenie głowy, pewność siebie bijąca z szerokich 
ramion? - sprawiło, że nie ośmieliła się niczego mu 
sugerować. 

Obserwowała gęstniejącą zabudowę po obu stronach 

autostrady, dachy wysokich domów, wieże kościelne 
widoczne w oddali. Migały jej przed oczami znajome 
nazwy na drogowskazach: Neuilly, Clichy, St Denis, 
zjazdy do centrum miasta - samochód jednak jechał 
dalej, i w końcu przyszło jej do głowy, że znowu 
wyjeżdżają z Paryża, kierując się ku przedmieściom po 

background image

drugiej stronie. 

Czyżby pomylił drogę? Może podano mu zły adres? 

A może wybrał całkiem nie znaną jej, okrężną trasę? 

Już miała pochylić się do przodu, żeby zapytać, gdy 

nagle zwolnili przed wjazdem na płatną autostradę. 
Annie dojrzała przed sobą ogromne drogowskazy. 
Lyon... W tej samej chwili kierowca wychylił się przez 
okno i wsunął bilet do automatu. Gdy szlaban uniósł 
się do góry, limuzyna wyrwała do przodu jak rączy 
koń. 

Annie zaniepokojona zastukała w szybę oddzielającą 

ją od kierowcy. 

-Dokąd pan jedzie? - krzyknęła najpierw po 

angielsku, a potem po francusku: - Monsieur, oCE 
allez-vous?
 

Nadal nie odwracał się, tylko zerknął w przelocie we 

wsteczne lusterko. Zobaczyła jego oczy - ciemne, 
błyszczące okolone gęstymi rzęsami. 

- Miał mnie pan zawieźć do Paryża! - zawołała 

niezbyt dobrym, łamanym francuskim. - Pomylił pan 
drogę? Musi pan zawrócić. Czy pan mnie słyszy, 
monsieur? 

Nie odpowiadając, skinął głową, ale nie zmienił 

kierunku jazdy. Jechali tak szybko, że Annie musiała 
przytrzymywać się skórzanego siedzenia, żeby 
zachować równowagę. Do licha, pewnie przekracza sto 
pięćdziesiąt na godzinę! - pomyślała oszołomiona. 
Kolejny drogowskaz mignął jej przed oczami: 
Versailles.. Przecież to ponad dwadzieścia kilometrów 
za Paryżem! Dokąd jechali? 

background image

Po chwili czarna limuzyna zaczęła znów zwalniać, 

ponieważ zbliżali się do następnego punktu opłat 
drogowych. 

- Zamierza pan zawrócić? - Pytanie zawisło w 

próżni. 

Annie zirytowała się na dobre. Czyżby nie znał 

drogi z lotniska do miasta? A może płacono mu za 
ilość przejechanych kilometrów? Och, poskarży się 
Philipowi! Poskarży się przy płaceniu rachunku! Już 
Phil rozprawi się z tym nieznośnym szoferem... 

Gdy doczekali się swojej kolejki, mężczyzna 

wychylił się i wrzucił kilka monet do automatu. 
Szlaban podniósł się do góry i znów ruszyli przed 
siebie. 

Annie, wciśnięta w kąt samochodu, nerwowo 

wyglądała przez okno. Spodziewała się, że za chwilę 
zawrócą w kierunku Paryża. 

Ale szofer wcale tego nie zrobił. Skręcił w lokalną, 

wąską drogę i jechali teraz, nadal z dużą szybkością, 
wśród zielonych łąk i lasów. 

Starała się nie poddawać panice. Usiadła prosto i 

zaczęła, tym razem energicznie, walić w szybę. 

OCE allez-vous, monsieurl Aretez! - A po chwili, 

ponieważ narastała w niej wściekłość i strach, 
powtórzyła po angielsku: - Proszę się zatrzymać! 
Proszę mnie natychmiast wypuścić! 

Nie było żadnej reakcji. Nawet nie raczył obejrzeć 

się za siebie. Gdy dojechali do zakrętu, Annie 
gwałtownie rzuciła się ku drzwiom i zaczęła szarpać 
klamkę. Drzwi były automatycznie zablokowane! 

background image

A więc została uwięziona! Serce biło jej jak 

oszalałe, pociła się, bladła i pąsowiała na przemian. 
Gdy spojrzała we wsteczne lusterko, dojrzała w nim 
blask ciemnych oczu kierowcy. 

- O co tu chodzi? - spytała głucho. - Dokąd mnie pan 

zabiera? 

- Powiedziałem ci już, Annie, że wkrótce się 

zobaczymy - przemówił miękkim, stłumionym głosem, 
który rozpoznała natychmiast. 

Miała wrażenie, że serce jej przestało bić. 

background image

ROZDZIAŁ  DRUGI 
 
Przez nieskończenie długą chwilę Annie siedziała 

sztywna i blada, a umysł jej pracował gorączkowo. 

- Kim pan jest? - wyszeptała wreszcie nie swoim 

głosem. 

Nie odpowiedział, a gdy zerknęła we wsteczne 

lusterko, zamiast jego ciemnych oczu zobaczyła 
oliwkową skórę jego twarzy zwróconej do niej 
półprofilem. Miał wydatny nos i mocno zarysowane 
kości policzkowe. Była to surowa twarz; Annie próbo-
wała ją przeniknąć, aby zrozumieć motywy 
postępowania jej właściciela. Jakim był typem 
człowieka? A najważniejsze, co miał zamiar z nią 
zrobić? 

- Czy myśmy się już gdzieś poznali? - spytała znów 

i uśmiechnęła się, usiłując pod maską układnej 
grzeczności ukryć strach i zdenerwowanie. - 
Przepraszam, jeśli pana nie rozpoznałam, ale spotykam 
tylu ludzi, że trudno spamiętać wszystkie twarze... 
Wielbiciele polują na mnie po koncertach, proszą o 
autografy... Czy właśnie tak się poznaliśmy? Jest pan 
moim wielbicielem? 

Nie mówiła tego z wielkim przekonaniem. 

Mężczyzna w niczym nie przypominał jej wielbicieli. 
To były przeważnie nastolatki ubrane i uczesane 
zgodnie z najnowszą młodzieżową modą. Dziewczyny 
naśladowały jej stroje, nawet paznokcie i usta ma-
lowały na czarno, choć w jej życiu ta ekstrawagancja 
była zaledwie krótkim epizodem... 

background image

Ten mężczyzna wyglądał zbyt poważnie jak na jej 

wielbiciela. Miał z pewnością ponad trzydziestkę i 
nosił się, według niej, dość staroświecko: ciemny 
garnitur, biała koszula, stonowany krawat. W dodatku 
ubranie było w dobrym gatunku, garnitur zapewne 
szyty na miarę, koszula i krawat pochodziły z drogiego 
sklepu. 

Ubranie zwykle coś mówi o człowieku. Sądząc z 

wyglądu, był godnym szacunku, dobrze wychowanym 
dżentelmenem. Dlaczego więc zajął się kidnapingiem? 

Och, skądże mogła wiedzieć, jak wygląda 

prawdziwy porywacz? Pozory często mylą... Mógł się 
celowo przebrać, żeby wzbudzić zaufanie. 

Przedłużająca się cisza potęgowała w Annie strach. 

Przełknęła nerwowo ślinę i znów spróbowała nawiązać 
konwersację: 

- Dlaczego nic pan nie mówi? Kim pan jest? 
- Później ci powiem - rzucił zdawkowo. 
- Dokąd mnie wieziesz? - wybuchła, nie zauważając 

nawet, że zwróciła się do niego per ty. 

- Za chwilę sama zobaczysz. 
- Powiedz mi natychmiast! - Starała się ukryć strach, 

chciała, by jej głos brzmiał chłodno i spokojnie, ale 
gardło miała ściśnięte, a usta poruszały się z 
największym trudem. 

Mężczyzna nie odpowiedział. 
Przyglądała się dłoniom obejmującym kierownicę - 

stanowczym, zwinnym dłoniom, o długich palcach i 
opalonej skórze. Drzemała w nich siła, która ją 
przerażała. Spojrzała przez okno na zielony, bujny 

background image

krajobraz francuskiej prowincji. Wiosna dopiero się 
zaczynała, drzewa i krzewy powoli rozkwitały, niebo 
było jasnoniebieskie, ale słońce nie grzało jeszcze zbyt 
mocno. Gdzie on się tak opalił? - pomyślała 
niespodziewanie. 

Kiedy po raz pierwszy usłyszała jego głos przez 

telefon, uderzył ją lekko cudzoziemski akcent... Czy 
był Francuzem? A może pochodził z jakiegoś innego 
gorącego kraju? Może z Sycylii...? Słyszała o gorącym 
temperamencie Sycylijczyków, ich nieliczeniu się z 
prawem... Handel żywym towarem? - nawiedziła ją 
szalona myśl. Zerknęła znów ukradkiem na oliwkową 
twarz i ciemne włosy mężczyzny. Tak, mógł być 
Włochem. Ale dlaczego porwał ją w Paryżu? Przecież 
później jechała z koncertami do Włoch. 

- Czy zostałam porwana? - spytała i ponownie 

dojrzała w lusterku błysk jego czarnych oczu. 

Jakkolwiek nie odezwał się i było to wysoce 

denerwujące, doszła do wniosku, że przyznaje jej rację. 
W każdym razie nie zaprzeczył. 

- Wkrótce zaczną mnie szukać - podjęła stłumionym 

głosem. - Mój menedżer i koledzy z zespołu, jak tylko 
pojawią się w hotelu, zawiadomią policję! Mnóstwo 
ludzi widziało, jak wsiadam do tego samochodu. Także 
ochroniarze, którzy przyle cieli ze mną z Londynu. 
Widzieli cię przecież, zauważyli numery twojego 
samochodu... 

Wzruszył obojętnie ramionami. I nagle przeszyła ją 

przerażająca myśl: czy rzeczywiście tak było? 
Rozmawiali z nim, widzieli jego samochód, ale czy 

background image

zwrócili uwagę na numery rejestracyjne czarnej 
limuzyny? Wokół prawie nie było ludzi... Nawet jeśli 
ktoś im się przyglądał z daleka, przyglądał się przede 
wszystkim jej, ponieważ opuszczała lotnisko pod 
eskortą ochroniarzy i strażników. 

Co prawda nie była jeszcze szeroko znana w 

Europie i prasa nie wykazała nadmiernego 
zainteresowania jej przyjazdem, ale na wszelki 
wypadek władze lotniska podjęły szczególne środki 
ostrożności. 

- Limuzyna była przecież zamówiona - 

przypomniała sobie. - Czy jesteś pracownikiem firmy 
wynajmującej samochody? Och, przecież policja 
natychmiast cię odnajdzie! 

W odpowiedzi roześmiał się tylko nieprzyjemnie. 
- Dlaczego to robisz? - rzuciła ze złością. - A może 

to kiepski żart? Może wieziesz mnie po prostu na 
spotkanie z Philem i Di? - Phil słynął ze swoich 
dowcipów, myślała w roztargnieniu. Że też wcześniej 
nie przyszło jej to do głowy! 

- Nie, to nie jest kawał, Annie - odpowiedział ze 

spokojem, który ją przeraził. 

Omal nie przestała oddychać... Zapadła się głębiej w 

siedzenie i przymknęła oczy. Za wszelką cenę... za 
wszelką cenę musiała opanować nerwy. Musiała 
myśleć logicznie. 

Na razie nic nie mogła zrobić. Zamknięta w 

samochodzie, odgrodzona od świata przyciemnionymi 
szybami, nie mogła ani krzyczeć, ani w jakikolwiek 
inny sposób przyciągnąć ludzkiej uwagi. Szarpanie się 

background image

nie miało sensu. Musi spokojnie dojechać do... celu 
swojego przeznaczenia. Jej serce biło nierównym ryt-
mem. I co wtedy? Co ją tam czeka? 

Gdyby choć znała motywy postępowania tego 

mężczyzny... Nie wyglądał na niebezpiecznego 
maniaka czy kryminalistę. Właściwie był uderzająco 
przystojny. Oczywiście, jeśli gustowało się w typach 
śródziemnomorskich, a ona bardzo ten typ urody 
lubiła. Może dlatego, że w żyłach jej płynęła francuska 
krew, kto wie? Ojciec Annie był Francuzem, mimo że 
prawie całe swoje życie spędził w Anglii. 

Annie odwiedziła Francję jedynie dwa razy. Nigdy 

nie była tu za życia ojca, ale zawsze obiecywała sobie, 
że pewnego dnia odnajdzie miejscowość w górach 
Jura, gdzie on się urodził. Nigdy jednak nie 
wystarczyło czasu na tak daleką wycieczkę. Program 
koncertów zwykle był napięty. 

Ojciec Annie, podobnie jak porywacz, miał ciemne 

włosy, oliwkową karnację i oczy czarne jak węgle. Ale 
był dużo niższy i nie tak mocnej budowy. Annie 
odziedziczyła po ojcu gęste krucze włosy, ale karnację 
i zielone oczy miała po matce. Jako dziecko żałowała, 
że nie odziedziczyła również matki blond włosów, ale 
gdy dojrzała, była nawet zadowolona ze swej egzo-
tycznej urody, tak innej niż uroda Angielek. Dziś 
wolałaby nawet być jeszcze bardziej podobna do ojca. 

Uwielbiała swego ojca, i jego śmierć, gdy miała lat 

niespełna jedenaście, rzuciła ponury cień na całe jej 
dzieciństwo. Matka zaledwie po roku wdowieństwa 
wyszła ponownie za mąż. Annie nie przepadała za 

background image

ojczymem i nie starała się ukryć swych uczuć, Bernard 
Tyler zaś tę niechęć odwzajemniał. 

Joyce Tyler domyślała się, że córka potępia jej 

związek, ale nie potrafiła tej sytuacji zaradzić. Dwa 
lata później urodziła bliźniaki - dwóch chłopców, i 
poświęciła im całą swoją uwagę. 

Gdy ojczym zaczął wymierzać Annie kary fizyczne, 

Joyce nie uczyniła niczego, by go powstrzymać. Bez 
ogródek powiedziała córce, że sobie na to zasłużyła. 
„Gdybyś była dla niego milsza, on by ci się 
odwzajemnił - powiedziała. - Sama sobie jesteś 
winna".     

Czternastoletnia wówczas Annie zaczęła coraz 

dłużej przebywać poza domem. Nie tylko nie lubiła 
Bernarda Tylera, ale teraz także się go bała. Tęskniła 
za dniem, gdy wreszcie dorośnie i będzie mogła na 
dobre opuścić domowe pielesze. Gdy więc spotkała 
Philipa, który roztoczył przed nią perspektywę 
muzycznej kariery, natychmiast spakowała manatki i 
wyprowadziła się z domu. Zdawała sobie sprawę, że 
matka i ojczym w gruncie rzeczy będą zachwyceni, że 
się jej pozbyli. 

Później, gdy już była znaną piosenkarką, raptem 

nawiązali z nią kontakt i poprosili ó pożyczkę. Tą 
sprawą, podobnie jak całymi jej finansami, zajął się 
Philip. Zostali zaproszeni na koncert i spotkali się z 
Annie, ale wkrótce potem znowu słuch o nich zaginął. 
Zapewne rozczarowała ich wysokość kwoty, jaką 
zaoferował im Philip. Annie odetchnęła z ulgą. Nie 
chciała przywoływać wspomnień z ponurej przeszłości. 

background image

Z pewnością życie jej potoczyłoby się inaczej, 

gdyby ojciec nie umarł przedwcześnie. Szczęśliwe 
dzieciństwo skończyło się dla Annie, gdy miała 
zaledwie jedenaście lat. Do siedemnastego roku życia 
była samotną, smutną, nieszczęśliwą nastolatką. Nawet 
teraz, gdy wspominała tamte dni, czuła jakąś żelazną 
obręcz zaciskającą się wokół jej szyi. Zmarszczyła 
brwi, wymazując z pamięci ponure myśli. 

- Dlaczego tak ucichłaś? - odezwał się nagle 

mężczyzna. 

- Zastanawiam się... Moi przyjaciele ogromnie 

zdenerwują się, gdy nie stawię się w umówionym 
miejscu. Będą zaniepokojeni, co się ze mną stało... 

- Niebawem się dowiedzą - odparł obojętnie. 
- Jak mam to rozumieć? Zadzwonisz do nich i 

zażądasz wysokiego okupu? 

Żałowała, że nie może widzieć całej jego twarzy. 

Wyraz oczu zapewne powiedziałby jej więcej niż 
lakoniczne słowa. Gdy jednak spojrzał w lusterko, jego 
oczy przypominały bezdenną studnię - ciemne, 
błyszczące, niezgłębione... A jednak... Zaczynała 
doznawać dziwnego, irytującego uczucia, że go skądś 
zna! Czyżby naprawdę się kiedyś spotkali? A może 
tylko podsunął jej ten pomysł sugestywnymi 
telefonami? 

Nim zdążyła rozważyć ten problem, limuzyna nagle 

skręciła w prawo i zjechała z głównej drogi. Podążali 
teraz jakąś polną drogą czy też aleją wysadzaną 
drzewami i kępami krzewów. 

Do licha! To nie była droga, to był podjazd pod 

background image

dom! Chwilę później miała w zasięgu wzroku nieduży, 
jednopiętrowy budynek, pokryty omszałą dachówką. Z 
pomalowanymi na biało ścianami kontrastowały 
zamknięte czarne okiennice. 

Gdy zatrzymali się przed frontowymi drzwiami, 

Annie rozejrzała się nerwowo na wszystkie strony i 
serce w niej zamarło, gdy pojęła, że biały domek stał 
na skraju lasu, za nim zaś rozciągały się puste pola. 
Kompletne bezludzie. Nie mogła dojrzeć żadnego 
domostwa. I nagle paniczny strach chwycił ją za 
gardło.! 

W tej samej chwili kierowca wysiadł, obszedł wóz 

dookoła i otworzył jej drzwi. Annie, obezwładniona 
strachem, niezdolna była się poruszyć. Ostatkiem woli 
wysunęła podbródek i powie działa drżącym głosem: 

- Nie wysiądę. Zostanę tu, dopóki nie odwieziesz 

mnie z powrotem do Paryża. A jeśli tego nie zrobisz... 

Wsunął długie ramię do samochodu, chwycił ją za 

rękę i szarpnął gwałtownie. Był silniejszy, niż się 
spodziewała, nie potrafiła mu stawić oporu i 
wypadłaby z samochodu, gdyby drugim ramieniem nie 
objął jej w talii i nie uniósł do góry. Kopała, krzyczała, 
starała się oswobodzić - na próżno. 

Trzymając ją jak dziecko pod pachą i ignorując jej 

prośby i groźby, wniósł ją na podest schodów. Gdy 
otwierał drzwi, wykręciła głowę i ugryzła go w rękę; 
jęknął z bólu, ale puścił dopiero, gdy weszli do wnętrza 
i kopnięciem nogi zdołał zatrzasnąć za sobą drzwi. 

Zręcznie postawił ją na podłodze, nadal ramieniem 

opasując jej talię. Zsunęła się bezwolnie w dół po jego 

background image

ciele i poczuła dotyk jego muskularnej klatki 
piersiowej, twardych ud, a ciepło jego skóry parzyło ją 
przez ubranie. Efekt był piorunujący: mimo że broniła 
się, wewnętrznie doznała bardzo silnego podniecenia. 
Czuła zawrót głowy i drżała na całym ciele, gdy 
wreszcie stanęła na nogach i odepchnęła się odeń 
gwałtownie. On jednak nadal obejmował ją ramieniem, 
a ramię to było twarde jak stal. Przez zasłonę długich 
czarnych włosów, które opadły jej na twarz, patrzyła 
na swego ciemiężyciela szeroko otwartymi, 
przerażonymi oczami. 

Uniósł dłoń, którą ugryzła w ferworze walki, i 

przyjrzał się jej uważnie. 

- Krwawię - powiedział z lekkim zdziwieniem. - 

Masz ostre zęby. - Wysunął czubek języka i zlizał 
krew. 

Annie obserwowała go w wielkim napięciu. Do tej 

pory nie mogła uwierzyć, że wszystko dzieje się na 
jawie. Teraz powoli docierała do niej prawda: została 
oto porwana, z powodów, których nie potrafiła dociec, 
przez mężczyznę, który ją przerażał i... pociągał 
zarazem. Musiała poskromić strach. Uniosła głowę i 
patrzyła nieznajomemu prosto w oczy z miną z pozoru 
spokojną i pewną siebie. 

- Dlaczego nie odwieziesz mnie z powrotem do 

Paryża, zanim nie rozpęta się awantura? Porwanie to 
ciężkie przestępstwo, nie uważasz? 

- Bardzo ciężkie - przyznał z nieporuszoną twarzą. 

Policzki Annie zapłonęły, pojęła bowiem, że jej 
przeciwnik drwi. 

background image

- Możesz spędzić w więzieniu resztę życia! - 

wybuchła. 

- Nie zapominaj, że najpierw będą musieli mnie 

złapać - zauważył spokojnie, jednocześnie długimi, 
zwinnymi palcami odsuwając włosy z jej twarzy. 

Lodowaty dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie. Ten 

czuły w istocie gest przeraził ją bardziej niż groźne 
słowa. Zastanawiała się, czy nieznajomy słyszy 
przyspieszone bicie jej serca, czy widzi krople potu 
perlące się na jej twarzy. 

Może obejrzysz pokój, który dla ciebie 

przygotowałem? - powiedział, ignorując jej nerwową 
reakcję. - Potem zjemy lunch i... 

- Wcale nie jestem głodna! - przerwała mu ze 

złością. - Nic nie mogłabym przełknąć. Niedobrze mi! 

- Poczujesz się z pewnością lepiej, jeśli coś zjesz - 

powiedział protekcjonalnym tonem, jakby przemawiał 
do dziecka. - Posiłek nie będzie co prawda wykwintny. 
Mam tylko sałatę, owoce i ser. No i oczywiście butelkę 
dobrego wina. 

- Nie piję wina! 
Uniósł proste, czarne brwi w wyrazie 

niedowierzania. 

- Nie pijesz wina? W takim razie nie wiesz, co 

tracisz. Będziesz musiała polubić wino. Zapewniam, że 
wino cię uspokoi. 

Tego właśnie się bała, nie pozwoli więc, by tak się 

stało. Musi zachować czujność, musi mieć się na 
baczności i nieustannie szukać sposobności ucieczki. 
Gdyby udało jej się wydostać z domu, mogłaby ukryć 

background image

się w lesie, a potem, gdy zapadnie zmierzch, 
pobiegłaby przed siebie... 

- Uspokoję się, jeśli mnie w końcu puścisz - 

powiedziała, a on bez słowa uwolnił jej ramię. 

Postąpiła kilka kroków, rozglądając się po małym, 

ciemnym holu, z którego schody wiodły na górę. 

- To twój dom? 
Nie odpowiedział, ale z wyrazu jego twarzy 

wywnioskowała, że nie. 

- Powiedz mi chociaż, jak się nazywasz? Jak mam 

się do ciebie zwracać? 

Zauważyła na jego twarzy lekkie wahanie, a potem 

odrzekł uprzejmym tonem: 

- Mark. 
- Mark... -powtórzyła, zastanawiając się, czy podał 

jej swe prawdziwe imię. - Jesteś więc Francuzem? 

- Jak na to wpadłaś? - zażartował. 
- Ślepy strzał - rzekła poważnie. 
Odwróciła głowę w stronę drzwi, nastawiając uszu. 

Jakiś znajomy dźwięk... Ale wokół panowała 
kompletna cisza. Nie słychać było samochodów ani 
żadnych odgłosów cywilizacji. Tylko szum drzew - 
dźwięk, który w niepojęty sposób wydawał jej się 
znajomy... I nagle doznała olśnienia. Szum morza! 
Szum morza, który, jak jej się zdawało, słyszała w 
swoim śnie, był w rzeczywistości szelestem gałęzi 
poruszanych lekkim wiatrem. 

Dlaczego, na Boga, słyszała ten dźwięk w swoim 

śnie? Pod wpływem zabobonnego lęku zadrżała. 
Przecież nigdy w życiu nie była w tym domu! 

background image

Dlaczego pamiętała ze snu ten dźwięk? A może 
właśnie stąd do niej dzwonił i ten niesamowity szum 
nagrał się na sekretarkę... ? 

- Czy stąd do mnie telefonowałeś? - spytała jednym 

tchem. 

- Telefon jest odcięty - wyjaśnił i spojrzał na nią 

uważnie. 

Odpowiedź sprawiła jej zawód. Nie mogła zebrać 

rozbieganych myśli. Nie potrafiła niczego sobie 
wytłumaczyć. Wszystko wydało się dziwne, tak bardzo 
dziwne... Ten szum... Czemu miała w głowie ten 
szum? 

- Dlaczego odciąłeś telefon? 
- Nie potrzebowałem go. 
- A więc skąd do mnie telefonowałeś? 
Brak odpowiedzi. Przyglądał jej się tylko z miną 

poważną i bardzo skupioną. 

Dopiero teraz zauważyła kilka par drzwi otwartych 

na oścież, przez które wchodziło się do pokojów, 
tonących w ponurym mroku z powodu zamkniętych 
okiennic. Zerknęła przelotnie na ciemne dębowe 
meble, skórzane fotele, tapety w kwiatowy deseń... Ten 
dom miał dziwną atmosferę. Zionął pustką. 

- Czy jest tu jeszcze ktoś? - spytała nasłuchując. 
- Jesteśmy tu całkiem sami, Annie. - Uśmiechnął się. 
To ją zmroziło. Zagryzła wargę i obserwowała go w 

niemym skupieniu. Co też mu chodziło po głowie? A 
może lepiej, że nie zna prawdy...? 

- Powiedz mi, o co tu chodzi? - krzyknęła, dając 

upust bezsilnej złości. - Po co mnie tu przywiozłeś? 

background image

Chcesz okupu? Liczysz na okup... - Nagle głos jej się 
załamał, ponieważ dotarła do niej myśl, że porywacz 
zwykle zabija swoją ofiarę. Nawet jeśli dostanie okup, 
zabija, żeby nie zostać później rozpoznanym... Nowa 
fala strachu ścisnęła jej żołądek. Miała wrażenie, że 
jeszcze chwila i zemdleje. 

- Tu nie chodzi o pieniądze. - Stanowcze słowa 

wdarły się w jej myśli. 

Jeśli nie o pieniądze, w takim razie, o co chodziło? 

Co miał zamiar z nią zrobić?! 

-A więc dlaczego mnie porwałeś? - Przyglądała się 

badawczo jego twarzy, ale nic z niej nie mogła 
wyczytać. – Może pomyliłeś mnie z kimś innym? - 
uchwyciła się nowej myśli. 

- Pytałeś mnie, czy cię pamiętam, a ja jestem pewna, 

że nigdy cię nie widziałam. Mam dobrą pamięć, 
pamiętałabym cię, gdy byśmy się już spotkali. 

Wpatrywał się w jej zielone oczy hipnotycznym, 

upartym wzrokiem. 

- Przypomnisz sobie, Annie - rzekł cicho. - Mogę 

jeszcze zaczekać, skoro czekam już tak długo. 

Znów po jej kręgosłupie przebiegł dreszcz. Musiał 

być obłąkany. .. Co prawda nie wyglądał na szaleńca... 
ale musiał nim być! 

- Zostawmy to na razie, Annie - powiedział 

uspokajająco. 

- Chodź na górę, pokażę ci twój pokój. 
Zaparła się w miejscu, ale on chwycił ją pod ramię i 

pociągnął w stronę schodów. 

- To ci nie ujdzie na sucho! - groziła. - Wtrącę cię do 

background image

więzienia. .. - A potem dodała łagodniej, jakby 
zmieniając taktykę: 

- Posłuchaj, jeśli chcesz, zjemy razem lunch, a 

potem odwieziesz mnie do Paryża. W Paryżu spotkamy 
się znów, zgoda? Dam ci bilet na mój koncert i... 

background image

- Dobrze wiesz, że to nieprawda - roześmiał się 

gardłowo. - Jeśli się ze mną umówisz, wyślesz na to 
spotkanie policję! Nie jestem idiotą, Annie. Teraz 
obiecasz mi wszystko, byle tylko się stąd wydostać. 
Myślisz, że o tym nie wiem? 

Co chcesz ze mną zrobić? - Starała się ukryć strach, 

ale on musiałby być całkiem ślepy, gdyby nie 
spostrzegł w jej oczach wyrazu przerażenia. 

Zmarszczył mocno brwi. 

 

- Nie zrobię ci krzywdy, Annie - zapewnił. - Nie 

patrz na mnie w ten sposób. 

To zabrzmiało szalenie przekonywająco. Wbrew 

zdrowemu rozsądkowi i wszelkiej logice wyciągnęła 
do niego rękę. 

- Proszę więc, puść mnie, Mark... Proszę... 
Ujął jej dłoń, popatrzył na smukłe, blade palce, po 

czym oplótł je swoimi. Pod wpływem tego dotknięcia, 
serce Annie dziwnie zatrzepotało. 

- Jeszcze nie teraz - powiedział. - Przez pewien czas 

będziesz moim gościem. Dom jest bardzo wygodny, 
okolica cicha. Znajdziesz tu spokój, o którym próżno 
by marzyć w Paryżu. Żadnych dziennikarzy, żadnych 
telefonów ani wielbicieli. Dla czego nie przestaniesz 
się zadręczać i nie zaczniesz korzystać z chwili? 

Postara się nie być dla niego odpychająca, poskromi 

swój ostry język i wybuchowy temperament... Cóż za 
zbawienna myśl! A wtedy... być może wówczas 
przemówi mu do rozsądku i skłoni do powrotu do 
Paryża. 

Wolno cofnęła dłoń; pozwolił jej na to bez słowa 

background image

sprzeciwu. 

Poszła na górę po schodach, świadoma, że dziwny 

gospodarz tego domostwa idzie tuż za nią. 

- Tutaj, proszę - powiedział, otwierając jakieś drzwi. 

Stanęła w progu i obserwowała, jak przemierza ciemny 
pokój, kierując się w stronę okna. Otworzył je, pchnął 
okiennice i pokój zalało ostre światło wiosennego dnia. 

Annie stała porażona nagłą jasnością. W ułamku 

sekundy doznała najdziwniejszego w świecie uczucia 
zaskoczenia, oszołomienia, jakiegoś osobliwego 
chaosu. Miała wrażenie, że umysł jej rozdarła na 
moment oślepiająca błyskawica, zalewając nieziemską 
jasnością jego najbardziej mroczne zakamarki. Po 
chwili niezwykłe złudzenie pierzchło i wpatrywała się 
w mężczyznę szeroko otwartymi, na wpół oślepionymi 
oczami. 

On także przyglądał jej się intensywnie i, jakby 

czytając w jej myślach, nagle zrozumiał, że oto 
przytrafiło jej się coś nieoczekiwanego. Potrafił czytać 
w jej myślach... To mogło być bardzo niebezpieczne. 
Powinna staranniej ukrywać swe uczucia i nieustannie 
mieć się na baczności, w przeciwnym razie stanie się 
jego bezbronną ofiarą. 

- Annie... - szepnął. 
- Gdzie jest łazienka? - spytała, starając się 

zapanować nad własnym zmieszaniem. 

Z jego piersi wydobyło się ciężkie westchnienie, a 

potem wskazał ręką. 

- Za tymi drzwiami. Zejdę teraz na dół i przygotuję 

lunch. 

background image

Później przyniosę twoje walizki z samochodu. 
Będziesz mogła się rozpakować. 

Gdy tylko opuścił pokój, Annie podbiegła do okna. 

Piętro było dość wysokie, nie mogła marzyć o 
bezpiecznym skoku w dół. Najbliższa rynna, po której 
mogłaby się zsunąć, znajdowała się dopiero obok 
łazienki, ale tamto okienko wyglądało na bardzo 
malutkie. Jeszcze raz omiotła spojrzeniem okolicę. 
Kompletna głusza. Ani krzyk, ani ucieczka tą drogą nie 
wchodziły w grę. Chyba że... Tak, pozostawały 
związane prześcieradła! Na filmach ludzie w ten 
sposób spuszczali się z okien... Na razie jednak nie 
mogła podjąć tej próby. Mark znajdował się w kuchni 
na dole, skąd dochodziły tu odgłosy jego krzątaniny. 
Jeśli spróbuje teraz uciekać, on z pewnością ją 
zauważy. 

Zdesperowana weszła do łazienki. Pomieszczenie 

wyglądało bardzo przyjemnie. Ściany wyłożono 
wesołymi żółtymi kafelkami, a na sosnowej półce nad 
wanną stało rzędem wiele dobrych francuskich 
kosmetyków. 

Annie umyła się pospiesznie i zaczesała długie 

lśniące włosy w prosty węzeł na karku. Nie zrobiła 
żadnego makijażu. Pragnęła wyglądać nieatrakcyjnie. 

Ale gdy baczniej przyjrzała się swemu odbiciu w 

lustrze, zauważyła w swych przejrzyście zielonych 
oczach wyraz nerwowego podniecenia. Były to oczy... 
polującego kota. Do licha, przyznanie się nawet tylko 
w myślach, że uważa Marka za atrakcyjnego 
mężczyznę, było wielce niebezpieczne. Więcej niż nie-

background image

bezpieczne, jeśli miała być szczera. Od chwili gdy 
ujrzała go po raz pierwszy, zachowywała się jak 
zahipnotyzowana, i to właśnie ją przerażało. 

Porwał ją i przywiózł siłą do tego dziwnego miejsca. 

Po co to robił, skoro nie chodziło o okup? Co się za 
tym wszystkim kryło? Bała się nawet pomyśleć, ale 
pytania wbrew jej woli nasuwały się same. 

Czy był nienormalny? Chory psychicznie? 

Obsesyjnie twierdził, że już kiedyś się spotkali... Och, 
któreś z nich musiało postradać rozum! Ale przecież 
chyba nie ona...? Ona nie miała najmniejszej 
wątpliwości, że nigdy przedtem go nie widziała. 

A jednak... A jednak gdy otworzył nagle okiennice, 

doznała jakże niezwykłego wrażenia deja vu... 
Zmarszczyła brwi i zagryzła wargę. Na Boga, o co tu 
chodzi? I przez sekundę, ku własnemu ogromnemu 
zdumieniu, pomyślała, że przypomina sobie... coś. 
Odepchnęła głupie myśli. Nie może pozwolić, by ten 
człowiek ją hipnotyzował i wciągał we własne rojenia. 
To była prosta droga do szaleństwa. 

Niespokojna zeszła na dół. Zajrzała najpierw do 

kilku pomieszczeń, po czym trafiła do dużej kuchni o 
białych ścianach i jasnych sosnowych szafkach. Okna 
zdobiły zasłonki w biało-czerwoną kratkę, a na 
parapecie stały doniczki z kwitnącymi hiacyntami. W 
pomieszczeniu unosił się aromatyczny zapach świeżo 
parzonej kawy. 

 

Gdy z wahaniem przystanęła na progu, Mark 

odwrócił się 
i przez chwilę patrzył na nią zmrużonymi oczami.   

background image

- Wyglądasz jak nastolatka - uśmiechnął się. - Czy w 

ten sposób chcesz mnie trzymać z dala od siebie?   

Na chwilę zapadła cisza, po czym Annie spojrzała 

mu w oczy  i napotkała jego spokojny, poważny 
wzrok. 

 

- Powiedziałem ci już, że nie masz się czego bać. 

Nie liczę na okup, nie zrobię ci krzywdy i zapewniam, 
że się na ciebie nie rzucę. Nie zmuszę cię też do 
niczego, czego nie chcesz zrobić. 

- Zmusiłeś mnie już, abym tu przyjechała i zmuszasz 

do pozostania tu wbrew mojej woli! - zawołała, 
rumieniąc się.         

- To jedyny sposób, bym zatrzymał cię przy sobie 

wystarczająco długo - rzekł spokojnym tonem. 

- Wystarczająco długo? 
- Wystarczająco długo, byś mnie poznała - dodał. - 

A teraz usiądź, zjemy lunch. 

Pochłonięta roztrząsaniem słów, które przed chwilą 

usłyszała, automatycznie usiadła i popatrzyła na 
gustowne nakrycie. Aż do tej pory nie czuła głodu, ale 
sałatka, sery i czarne oliwki wyglądały niezwykle 
apetycznie, nieoczekiwanie więc ślinka napłynęła jej 
do ust. 

- Proszę, poczęstuj się - zachęcił, siadając naprzeciw 

niej. 

Nałożyła na talerz sałatkę - mieszaninę avocado, 

zielonej sałaty, ogórków i papryki - oraz jajko na 
twardo i kilka czarnych oliwek. 

- Przykro mi, że nie mogę cię ugościć niczym 

bardziej oryginalnym, ale mam tylko to - powiedział. 

background image

Annie uniosła głowę i niespodziewanie dla samej 

siebie posłała mu miły uśmiech. 

  - Jedzenie jest wspaniałe - oświadczyła. - 

Uwielbiam pikniki, a to mi przypomina piknik... tyle że 
w domu. 

- Ale na powietrzu lepiej smakuje, prawda? 
Gdy wyciągnął rękę, żeby nalać jej białego wina, 

Annie znów zaskoczyło dziwne wrażenie deja vu, 
znów miała niejasne odczucie, że już ten gest gdzieś... 
kiedyś... widziała! 

- Annie? - Jego czarne oczy były czujne i skupione. - 

Powiedz mi, co czułaś przed chwilą. 

- Nie wiem... - zająknęła się. - Nie rozumiem... 
- A więc zaczynasz sobie przypominać - powiedział 

tonem nie skrywanego triumfu. 

background image

ROZDZIAŁ  TRZECI 
- Przestań się wreszcie bawić moim kosztem i 

powiedz mi, gdzie się spotkaliśmy! - wybuchła Annie, 
nie wytrzymując już dłużej tego napięcia. 

Spokojnym gestem wskazał jej kieliszek. 
- Spróbuj wina - powiedział sucho. 
Czy było to w Anglii? W Londynie? 
- Nie ma teraz sensu zgadywać, sama to sobie kiedyś 

przypomnisz. 

Zadziwiająco szybko nauczyła się czytać z jego 

twarzy, odgadywać przelotne uczucia iskrzące się w 
głębi czarnych, przepaścistych oczu i malujące się na 
jego wargach. I zrozumiała natychmiast, że nie spotkali 
się w Anglii; powiedziało jej to po prostu jakieś 
mimowolne drgnienie, jakiś cień, który przebiegł po 
jego twarzy. 

- W Ameryce? - nie dawała za wygraną. 

Roześmiał się tylko i potrząsnął głową. 

Cóż więc pozostawało? Annie nie podróżowała zbyt 

wiele. 

- Czy spotkaliśmy się tutaj, we Francji? 
Znów nie odpowiedział, ale oczy zalśniły mu jak 

czarne brylanty. 

- To stało się tutaj, prawda? - powiedziała z 

drżeniem. 

- A więc nareszcie wierzysz, że się spotkaliśmy - 

skonstatował głębokim, jakby udręczonym głosem, w 
którym dźwięczała namiętność. 

background image

Annie słyszała głuchy stukot własnego serca, które 

zdawało się rozsadzać klatkę piersiową. Zarumieniła 
się nagle, spuściła oczy, ciemne rzęsy położyły się 
cieniem na jej policzkach. 

W końcu odezwała się cichym, zduszonym głosem: 
- Mówisz, że się już spotkaliśmy... Wierzę ci, ale 

naprawdę tego nie pamiętam. Przykro mi. We Francji 
byłam tylko dwa razy... Ostatnim razem dwa tygodnie 
spędziłam w Normandii z moją najlepszą przyjaciółką i 
jej siostrą. Mieszkałyśmy w uroczym, staroświeckim 
hoteliku w Caborg, nad samym morzem. 
To było upalne lato i dużo czasu spędzałyśmy na 
plaży... Czy właśnie tam cię poznałam? 

Mark siedział wygodnie oparty o krzesło i drobnymi 

łykami sączył wino. Oczy miał na wpół przymknięte, 
jakby przywoływał w pamięci wspomnienia. Annie 
czyniła wysiłki, by się weń nie wpatrywać, ale 
mimowolnie obserwowała grę mięśni na jego klatce 
piersiowej za każdym razem, gdy oddychał. Miał 
smukłą talię i biodra, i niezwykle długie nogi... Nie 
mogła zaprzeczyć, że był w jej typie. 

Podniosła na niego oczy i nieoczekiwanie napotkała 

jego spojrzenie. Zmieszana zarumieniła się i odwróciła 
wzrok. 

- Dlaczego nie chcesz powiedzieć mi, gdzie się 

spotkaliśmy? - odezwała się zmienionym, drżącym 
głosem. - Gdybyś mi powiedział, być może bym sobie 
coś przypomniała... 

- Musisz sama to sobie przypomnieć - oświadczył z 

niezmąconym spokojem i dziwną, wręcz przerażającą 

background image

pewnością siebie. 

 - Dlaczego? - nalegała. 
- Dajmy temu spokój - zignorował pytanie. - Zjedz, 

proszę, jeszcze trochę sałatki. To ci może poprawi 
nastrój. 

- Jestem w złym nastroju, ponieważ mnie porwałeś! 

- odparowała z rosnącą wściekłością, ale podniosła 
kieliszek do ust i wysączyła wino do dna. 

- Uważaj! - Uśmiechnął się lekko. - Ludziom nie 

przywykłym do wina może ono uderzyć do głowy. 

Ostentacyjnie, jak zbuntowane dziecko, sięgnęła po 

butelkę stojącą na środku stołu, ale Mark był szybszy. 
Uniósł butelkę i nalał jej pół kieliszka, a potem 
napełnił swój. 

- Nim to wypijesz, zjedz coś - poradził jej z 

zatroskaną miną. - Picie na pusty żołądek może się 
kiepsko skończyć. 

- Przestań wydawać mi rozkazy! - zaperzyła się, ale 

skubnęła trochę smakowitej sałatki. 

Napięcie wzmagało jej apetyt. A może była to 

zasługa wina? Na deser były owoce oraz 
najwspanialsza kawa, jaką kiedykolwiek piła. Nie 
omieszkała jej pochwalić. 

- Cały sekret leży w ziarnach - wyjaśnił. - A poza 

tym nie można mielić zbyt długo, traci wówczas swój 
zapach i smak. 

- W domu piję wyłącznie neskę - wyznała ze 

skruchą, a on się skrzywił z niesmakiem. - Nie mam 
czasu ani siły, żeby co dzień parzyć świeżą kawę - 
dodała tonem usprawiedliwienia. - Bardzo ciężko 

background image

pracuję i gdy wracam do domu, jestem śmiertelnie 
zmęczona. Mam ochotę tylko leżeć, oglądać telewizję 
albo przeglądać gazety; cokolwiek, byle odwrócić 
uwagę od trudów dnia. Zapewne podobnie jak 
większość ludzi uważasz, że piosenkarze tylko 
nagrywają płyty i dobrze przy tym się bawią. A tak 
naprawdę nie mają pojęcia ani o muzyce, ani o 
śpiewaniu, prawda? Ale my bardzo ciężko pracujemy i 
jesteśmy naprawdę profesjonalistami. Do znudzenia 
powtarza się te same frazy, aby je doprowadzić do 
perfekcji. Czasami próby trwają od świtu do nocy. 
Wierz mi, to strasznie wyczerpujące i w gruncie rzeczy 
bardzo nudne. A gdy jedziemy na tournee, pracujemy 
jeszcze ciężej. Cały dzień się ćwiczy, żeby wieczorem 
dać koncert. I trzeba jeszcze stale przenosić się z 
miejsca na miejsce... 

- Chciałem jedynie powiedzieć, że świeżo zmielona 

kawa smakuje lepiej niż rozpuszczalna - wtrącił 
przepraszająco. - Nie miałem zamiaru krytykować 
twego stylu życia. 

- Tak, wiem, przepraszam - uśmiechnęła się sama do 

siebie. - To był w pewnym sensie dalszy ciąg 
wywiadu, jakiego udzieliłam niedawno pewnemu 
dziennikarzowi. Wyprowadził mnie z równowagi, 
sugerując, że należę do kobiet, które ze względu na 
własną karierę kupują kuchenkę mikrofalową, zamiast 
ugotować mężowi obiad z prawdziwego zdarzenia. 
Rozmowa skończyła się okropną awanturą i w 
rezultacie napisał o mnie artykuł odsądzający mnie od 
czci i wiary. 

background image

Mark słuchał z zainteresowaniem, lekko pochylając 

głowę i przymykając oczy. 

-Nie ma w twoim życiu żadnego mężczyzny, 

prawda? - spytał niespodziewanie. - Chyba że udało ci 
się to w jakiś sposób ukryć... 

Patrzył na nią pytającym wzrokiem, a ona czuła 

dziwny dreszcz przebiegający jej po kręgosłupie. Nie 
po raz pierwszy ją podrywano. Wielbiciele uwielbiali 
ją obsesyjnie, szczególnie na początku. Była dla nich 
jak święty obraz, przed którym codziennie się modlili. 
Nie znosiła tego fanatycznego oddania i napawało ją 
ono zabobonnym lękiem. Nie mogła zapomnieć o 
tragicznej śmierci Johna Lennona... Miała nadzieję, że 
jej nigdy się to nie przytrafi. Przede wszystkim dlatego, 
że nie była aż tak sławna. Zdarzało się jednak, że jacyś 
dziwni mężczyźni kręcili się pod jej domem albo 
studiem nagrań. Wówczas ten sam zimny dreszcz 
przebiegał po jej kręgosłupie. 

Gdy nie odezwała się ani słowem, Mark powtórzył 

pytanie napiętym, szorstkim głosem: 

- Czy masz kochanka? 
W pierwszej chwili nie zamierzała odpowiadać, ale 

zlękła się niebezpiecznej siły czającej się w jego 
ciemnych oczach. 

- Nie - szepnęła.  

Zdążyła zauważyć błysk satysfakcji w jego twarzy, 
nim pospiesznie wstała i zaczęła sprzątać ze stołu. 
Mark wstał również, by jej pomóc. 

 

Pójdę po twoje walizki - oświadczył, gdy skończyli. 
Proszę, odwieź mnie do Paryża - zaczęła znów 

background image

błagać. 

- Skończ z tą zabawą. Na pewno już mnie szukają... 
- Nikt cię nie oczekuje aż do jutra - przypomniał ze 

stoickim spokojem. - Zawiadomiłem hotelową 
recepcję, że pojechałaś  z wizytą do przyjaciół na dzień 
lub dwa. - Z ponurą miną obserwował zmianę wyrazu 
jej twarzy. -I nie rób sobie nadziei, że uciekniesz. 
Samochód ma zamontowaną blokadę, a kluczyki noszę 
cały czas przy sobie. 

- Jak długo zamierzasz mnie tu trzymać? - zawołała 

z furią. 

- Tylko dzisiejszą noc. 
Cała zesztywniała, serce boleśnie waliło jej o żebra. 

Co też zaplanował na dzisiejszą noc? Czyżby porwał 
ją, przywiózł na to bezludzie, żeby ją zgwałcić? 

Poczuła mdlący skurcz w żołądku. Nie miała 

żadnych szans, by go powstrzymać. Był zbyt silny, by 
mogła się z nim zmierzyć... Jedyna nadzieja w tym, że 
uda jej się ogłuszyć go znienacka, uderzyć czymś w 
głowę... Rozejrzała się w panice po kuchni, ale po 
sekundzie przyszło opamiętanie. Czy naprawdę była 
zdolna do tego? Mogłaby go zabić, a wtedy... 

Drżąc z emocji, zagryzła wargę. 
- Jeśli mój agent przyjedzie do hotelu i mnie tam nie 

zastanie, wpadnie w panikę bez względu na to, co 
usłyszy - wymamrotała przez zaciśnięte gardło. - Wie, 
że nie mam przyjaciół we Francji. 

- On jest obecnie w podróży poślubnej, o ile się nie 

mylę - sprostował. - Nie ma powodu, by ją skracał. - 
Zamyślił się na moment, a potem rzekł: - Mieszkałaś 

background image

razem z Dianą Abbot, czyż nie? 

Annie starała się zapanować nad zdenerwowaniem i 

przerażeniem, gdy kolejny raz podawał szczegóły z jej 
życia. 

- Tak - powiedziała sucho. - Przypuszczam, że nie 

ma sensu pytać, skąd zdobyłeś te wszystkie 
wiadomości? 

Popatrzył na nią z ukosa i uśmiechnął się blado. 
- Czytam gazety - wyjaśnił.- Napisali tam wszystko 

o tobie i twoich przyjaciołach. Ostatnio rozwodzono 
się nad weselem twojej sekretarki, Diany Abbot, która 
z tobą mieszkała, opiekowała się tobą i załatwiała 
wszystkie sprawy, na które nie starczało ci czasu. 
Spekulowano nawet, co teraz zrobisz, czy będziesz 
mieszkać sama, czy też ktoś inny przejmie jej 
obowiązki. 

- Zadzwoniłeś do mnie po raz pierwszy tamtej 

nocy... po weselu... - powiedziała wolno i cicho, jakby 
sama do siebie. 

Skinął głową, obserwując ją spod zmrużonych 

powiek. 

- Miałeś nadzieję - ciągnęła - że będę sama w 

mieszkaniu... Zakładałeś, że po tak emocjonującym 
dniu twój tajemniczy telefon zrobi na mnie szczególne 
wrażenie. - Rzuciła mu pogardliwe, nienawistne 
spojrzenie. - To było zrobione z premedytacją, 
obrzydliwe działanie obliczone na wystraszenie mnie 
na śmierć! Kim jesteś? Jakimś obłąkanym sadystą? 
Podniecają cię przerażone kobiety? 

- Trudno powiedzieć, żeby przekazana przeze mnie 

background image

wiadomość była przerażająca. To były tylko dwa 
słowa. - Popatrzył jej prosto w oczy i powiedział tym 
samym aksamitnym głosem: - Pamiętasz mnie? - A 
widząc, że drgnęła nerwowo, dodał: -I cóż w tym 
przerażającego? 

Właściwie miał rację. To były dwa zwykłe, często 

używane słowa, za którymi nie kryła się żadna groźba. 
Z jakiego więc powodu przejmowały ją do szpiku 
kości, dręczyły w nocnych koszmarach? 

- W tych słowach było coś... osobliwego - wyjaśniła 

niepewnie. - Bardzo mnie zdenerwowały. I pewna 
jestem, że właśnie na taki efekt liczyłeś. Wyglądasz na 
człowieka, który planuje każdy swój krok, 

- Owszem, precyzyjnie wybrałem właściwy moment 

- wyznał bez cienia skruchy. - Zresztą skoro niebawem 
rozpoczynałaś tournee po Francji, był już najwyższy 
czas, żeby się z tobą skontaktować. 

- To znaczy porwać mnie! - rzuciła z pasją, ale w 

głębi serca drżała ze strachu. Co było powodem tych 
szaleńczych działań? Obsesja? Jakieś chorobliwe 
fantazje? 

- Nie miałem wyboru, jeśli chciałem spokojnie z 

tobą porozmawiać - powiedział chłodno. - Wiedziałem, 
że rozpoczynasz tournee i wkrótce będziesz 
podróżować przez kilka tygodni. To były jedyne dwa 
dni, które miałaś sama spędzić w Paryżu... 

- Dwa dni? - wtrąciła szybko.- A potem mnie 

uwolnisz? - Popatrzyła na niego z niedowierzaniem. 

- Jutro wieczorem będziesz z powrotem w Paryżu - 

rzekł cicho i z dziwnym naciskiem. 

background image

- I mam ci uwierzyć? - spytała wyzywająco. 
Spojrzał na nią znów tymi swoimi oczami 

podobnymi do ciemnych, otulonych mgłą jezior i przez 
chwilę przytrzymał jej zalękniony wzrok. 

- Uwierz - powiedział. - Daję ci słowo honoru. 

Wrócisz bezpiecznie do hotelu, nim ktokolwiek 
zacznie się o ciebie niepokoić. Cokolwiek by się 
między nami wydarzyło... 

Ostatnie słowa przecięły powietrze jak nóż. Poczuła 

suchość w ustach, zadrżała, bo nagle wyobraziła sobie, 
co może się między nimi wydarzyć... Wyobraziła sobie 
jego nagie, prężne ciało pochylone nad sobą, dotyk 
jego rąk, jego ust na swoim ciele... 

Co się z nią dzieje? Z wysiłkiem odepchnęła 

natrętne, grzeszne myśli. Do licha, czyżby zapragnęła 
tego nieznajomego, groźnego mężczyzny! 

Mark wpatrywał się w nią z irytującą 

natarczywością i czuła, że jego zamiarem było coś 
więcej, niż tylko poznanie sławnej piosenkarki... 
Chciał nią zawładnąć - jej duszą i ciałem. Tak, 
niewątpliwie jej pożądał. To było przerażające i 
podniecające zarazem. 

- Idę po twoje bagaże - rzekł nieoczekiwanie i 

szybkim krokiem opuścił kuchnię. 

Annie instynktownie podreptała za nim na korytarz. 

Przy drzwiach odwrócił się i nakazał: 

- Poczekaj na górze. Zaniosę ci walizki. 
Boi się, że spróbuję uciec, pomyślała. Ciężko, 

niechętnie zaczęła wchodzić po schodach na górę, 
czując na sobie jego wzrok. Wyszedł z domu, dopiero 

background image

gdy zniknęła za drzwiami sypialni. 

Z góry słyszała kroki Marka na wyżwirowanej 

ścieżce. Na chwilę owładnęło nią przemożne 
pragnienie ucieczki, ale w okamgnieniu zapanowała 
nad nierozsądną myślą. Nie uciekłaby daleko. Wyszła 
z przeznaczonego dla niej pokoju i po cichu zakradła 
się do drugiej sypialni na piętrze, jak sądziła - sypialni 
pana domu. Okiennice były zamknięte i pokój tonął w 
półmroku. Stojąc w drzwiach, rozejrzała się z 
zaciekawieniem po wnętrzu i... dech jej zaparło. 

Na przeciwległej ścianie ujrzała własną, ogromną 

twarz. Nie było to odbicie w lustrze ani złudzenie 
optyczne. Na wprost niej wisiał wielki, kolorowy 
plakat, który, jak sobie przypominała, wydrukowano 
jakiś rok temu w Anglii. 

Nie był to jej jedyny wizerunek w tym pokoju. Jeden 

obok drugiego wisiały na ścianach jej portrety: 
fotografie wycięte z czasopism, okładki płyt, portrety 
olejne i akwarele oraz czarno-białe zdjęcia z 
autografem, jakie wysyłała do jej wielbicieli  agencja 
reklamowa.    

Kompletnie  oszołomiona  nie  mogła  uwierzyć  

własnym  oczom. Słyszała o fanatycznych 
wielbicielach, którzy robili takie I rzeczy, dotąd jednak 
nie zetknęła się z nimi osobiście. Była przekonana, że 
taką obsesyjną miłość do swego idola mogą żywić 
jedynie nastoletnie dzieciaki. Ale człowiek dorosły? 
Zrobiło jej się zimno na samą myśl. On musi być 
pomylony! 

Wielki Boże, muszę się stąd wydostać, pomyślała. 

background image

Za wszelką cenę! Ale jak to zrobić? 

Usłyszała, że Mark wchodzi po schodach i 

wzdrygnęła się nerwowo. Nie miała już drogi odwrotu, 
musiała zostać tutaj. Serce trzepotało jej dziko, gdy po 
chwili skrzypienie podłogi na korytarzu oznajmiło, że 
zmierza do swojej sypialni. Musiał od razu zauważyć, 
że pokój przeznaczony dla gościa był pusty... 

Drgnęła, gdy stanął za nią. Poczuła znajomą już woń 

sosnowej wody toaletowej i powiew świeżego, 
chłodnego powietrza. 

- Znalazłaś więc moją sypialnię - zauważył. - 

Zapalmy światło, zobaczysz wszystko dokładnie. - 
Dotknął kontaktu i pokój zalało ostre światło 
elektryczne. - Mam wszystkie twoje nagrania - 
powiedział, robiąc wymowny ruch ręką. 

Na ścianie pod oknem stała supernowoczesna, 

kosztowna aparatura do odtwarzania muzyki, a obok na 
półkach mnóstwo płyt, taśm magnetofonowych i kaset 
wideo. 

- To wszystko moje? - zdziwiła się. - Nie nagrałam 

aż tyle! 

- Zgromadziłem różne wersje językowe... - wyjaśnił 

rzeczowo. - Najbardziej podoba mi się wersja 
angielska. Od razu widać, że to oryginał. A może 
posłuchamy twoich nagrań po francusku? 

- Nie, proszę, nie! - zaprotestowała żywo. 
- Nie podoba ci się własna praca? - Jego twarz miała 

dziwny, nieodgadniony wyraz. 

Przez chwilę zastanawiała się, czy przeczytał o tym 

w jakimś artykule o niej, które wycinał z gazet i 

background image

magazynów. 

- Właśnie w tym rzecz, że to jest moja praca! - 

podkreśliła z naciskiem, - Cieszy mnie, gdy pracuję, 
ale teraz nie chcę, by mi o tym przypominano. 

- Jak ci się tutaj podoba? - spytał łagodnie. 
Wiedziała, że miał na myśli jej portrety zawieszone 

na ścianach, i choć wolałaby nie komentować tego, co 
zobaczyła, czuła, że na dłuższą metę nie uniknie 
odpowiedzi. 

Kto je malował? - spytała, z góry znając odpowiedź. 
Ja. 
Przyjrzała się bliżej jednemu z rysunków; był to 

szkic do większego, olejnego obrazu. 

- Masz talent - powiedziała z niechęcią. - Jesteś 

artystą? 
Skrzywił się lekko i popatrzył na Annie z ukosa. 

- Przez rok studiowałem w Akademii Sztuk 

Pięknych, doszedłem jednak do wniosku, że nie jestem 
wystarczająco dobry, żeby poświęcić życie sztuce. 
Porzuciłem studia, ale nadal lubię malować... 

Gdy Mark mówił, wzrok Annie przykuła nieduża, 

oprawiona w srebrną ramkę fotografia stojąca na 
nocnej szafce obok łóżka. Podeszła bliżej, aby się 
przyjrzeć. Przedstawiała trzy osoby stojące przed 
domem zbudowanym w alpejskim stylu, za którym 
widać było panoramę gór porośniętych lasem. Zdjęcie 
musiało być zrobione dawno temu, ponieważ 
rozpoznała na nim Marka, wówczas około 
dwudziestoletniego młodzieńca. Pozostałe dwie osoby 
- siwowłosy mężczyzna i brunetka o ogorzałej, smagłej 

background image

twarzy - mogły być jego rodzicami. Ale gdzie zrobiono 
tę fotografię? 

background image

Piękne miejsce - odezwała się po chwili. - Gdzie to 

jest? W Szwajcarii? 

Nie, to we Francji - odparł cichym, stłumionym 

głosem. 

- Okolice Jury. 
Utkwiła w jego twarzy szeroko otwarte, 

przestraszone oczy. 

- Jura? Ale... Och, jakie to niezwykłe. Mój ojciec 

tam się urodził... 

- Wiem - przerwał jej szybko. 
Czy był jakikolwiek szczegół z jej życia, o którym 

on nie wiedział?! Spojrzała znów na fotografię. 

- Czy to twoi rodzice? Widać duże podobieństwo. 
- Tak. - Uśmiechnął się lekko. - Podobno bardzo 

przypominam swego ojca w młodości. 

- Co porabialiście w Jurze? Byliście na wakacjach? 
- Cała trójka wyglądała na ludzi spędzających wiele 

czasu na świeżym powietrzu. Mimo że nigdy tam nie 
była, pamiętała, z jaką nostalgią ojciec wspominał 
rodzinny dom położony pośród porośniętych gęstym 
sosnowym lasem wzgórz i zielonych kwitnących łąk... 

- Urodziłem się tam - oznajmił spokojnie. 
Przez chwilę nic nie pojmowała, tak nagle oderwana 

od własnych myśli; wpatrywała się w niego z szeroko 
otwartymi ustami i oddychała nierówno. 

- Urodziłeś się w Jurze? - wykrztusiła z 

niedowierzaniem. 

-Co za zbieg okoliczności... - powiedziała wolno, z 

namysłem, zastanawiając się, jaki to ma związek z jej 
obecnym położeniem. 

background image

- To nie jest żaden zbieg okoliczności - rzekł z 

naciskiem. 

- To potwierdzenie moich przekonań. 
- Przekonań...? 
- O istnieniu przeznaczenia - odparł. - Nie wierzysz 

w przeznaczenie, Annie? 

- Nigdy się nad tym nie zastanawiałam - rzekła 

pospiesznie, trochę mijając się z prawdą. 

Oczywiście, że frapowało ją przeznaczenie, los, 

dziwne przypadki, które niosło życie... Jej własne życie 
było przykładem niewytłumaczalnych zbiegów 
okoliczności. Na przykład jej kariera. Czyż nie był to 
niezwykły przypadek? Żyła bez żadnych nadziei, bez 
planów na przyszłość, gdy nieoczekiwanie Phil 
wkroczył w jej życie i przejął jego ster. 

W życiu Phila też przypadek odegrał decydujące 

znaczenie. Zatrudnił Dianę do pomocy i przez drugie 
lata nie zwracał na nią żadnej uwagi. Aż wreszcie 
śnieżyca nieoczekiwanie zbliżyła ich do siebie - 
zbliżyła tak bardzo, że wkrótce się pobrali! 

Oczywiście, Annie wierzyła w los, w przeznaczenie, 

ale nie chciała się do tego przyznać przed mężczyzną, 
który sprawiał wrażenie szaleńca. Nie chciała 
utwierdzać go w przekonaniu, że są dla siebie 
przeznaczeni... Czyżby to właśnie miał na myśli? 

Nagle wpadła na nowy, szczęśliwy pomysł. 
- Nigdy nie byłam w Jurze, wiesz? Więc jeśli 

uważasz, że tam właśnie się poznaliśmy... 

Patrzył na nią tak intensywnie, że zamilkła w pół 

słowa. 

background image

- Właśnie tam się poznaliśmy, Annie. 
- Przecież ci mówię, że nigdy tam nie byłam! - 

powtórzyła z rosnącą irytacją. 

- Przypomnisz sobie - rzekł. 
- Powtarzam ci, że nigdy się nie spotkaliśmy i nigdy 

nie byłam w Jurze, rozumiesz? 

background image

ROZDZIAŁ  CZWARTY 
 
Annie wypowiedziała ostatnie słowa z wyraźną 

złością i takim tonem, jakby przekonywała samą 
siebie. Bała się- okropnie się bała, że za chwilę 
uwierzy Markowi. Był tak pewny swego, tak 
zdecydowany, że w myślach jej powstał zamęt. Czy to 
możliwe, by zapomniała o spotkaniu z tym 
mężczyzną? Możliwe, by wymazała z pamięci pobyt w 
Jurze? Czy mogłaby o czymś tak istotnym zapomnieć? 
Ale to mogło się zdarzyć... Biła się z myślami. Ludzie 
mają czasami dziury w pamięci, wypadają im dni, 
miesiące, a nawet całe lata życia... Na tym polega 
amnezja. A potem zdarza się, że wszystko sobie 
przypominają. Czyżby jej się to przytrafiło? 

Odkąd opuściła rodzinny dom, cały swój czas 

spędzała z Philipem i Dianą. Nie mogła przypomnieć 
sobie choćby krótkiego okresu, kiedy pozostawała 
całkiem sama... 

Och, przestań, zgromiła się w duchu. Oczywiście, że 

nigdy nie spotkałaś tego faceta. Nigdy nie miałaś 
amnezji. To wszystko nonsens. Nie pozwól mu sobą 
zawładnąć! 

W tym właśnie tkwiło szaleństwo. Musi teraz 

walczyć, by zachować trzeźwość umysłu, racjonalny 
osąd spraw, by poddawać logicznej krytyce wszystko, 
co on jej powie. 

Odwróciła się na pięcie, by czym prędzej uciec i 

zamknąć się w swoim pokoju, nie spodziewała się 
jednak, że Mark postawi walizki przyniesione z 

background image

samochodu w drzwiach sypialni. Biegła, nie patrząc 
przed siebie i w rezultacie potknęła się o nie i upadła. 

- Nic ci się nie stało? - Znalazł się przy niej, nim 

zdążyła wstać. Ukląkł, odgarnął pukiel czarnych 
włosów z jej twarzy i zatroskanym wzrokiem oglądał 
czoło. 

Czuła, że coś ścieka jej po policzku. W pierwszym 

odruchu pomyślała, że to łzy. Przesunęła ręką po 
twarzy i przestraszyła się, widząc krew na swoich 
palcach. 

- Jak to się mogło stać? - dziwił się Mark, 

pomagając jej podnieść się z miejsca. 

- Nie wiem - odparła bezradnie. 

Obejrzał walizki i gwizdnął przeciągle. 

- Spójrz na to! - powiedział. Metalowy pasek 

stanowiący obramowanie walizki oderwał się i sterczał 
groźnie niczym ząbkowany nóż. - Musiałaś o to 
rozciąć sobie głowę - skonstatował. 

- Postaram się później naprawić. - Posadził Annie na 

brzegu łóżka i dodał łagodnym tonem: - Poczekaj tu, 
przyniosę wodę i obmyję ci twarz. 

Kręciło jej się w głowie, była zbyt słaba, bezbronna, 

by go nie posłuchać. Zamknęła oczy, a potem 
ostrożnie, krzywiąc się z bólu, dotknęła palcem 
pulsującego guza na czole. Wydawał się ogromny, 
wyrastał spomiędzy włosów jak twardy głaz. 

- Nie dotykaj! - powiedział Mark, wróciwszy 

właśnie z miską wody, gąbką i ręcznikiem. Ukląkł, 
zmył delikatnie krew z jej czoła i twarzy, a potem 
dokładnie obejrzał zranione miejsce. 

background image

- Na szczęście nic poważnego - orzekł. - Ranka 

malutka, krwawienie już ustaje. Ale będziesz miała 
ogromnego siniaka. Nim 
się zagoi, trzeba będzie ukryć go pod włosami.    

Nadal czuła zawrót głowy... ale teraz z całkiem 

innego powodu. To bliskość Marka, który pochylał się 
nad nią, przemywając ranę, wprawiała jej zmysły w 
drżenie. 

- Założyć ci opatrunek? - zapytał. 
Miała trudności z wydobyciem głosu, brakowało jej 

powietrza, jednak za wszelką cenę starała się ukryć 
wrażenie, jakie wywierała na niej jego obecność. 

- Nie - wykrztusiła zduszonym głosem. - Lepiej 

niech się goi naturalnie. Jeśli założysz opatrunek, nie 
będzie dostępu powietrza. 

- Masz rację - zgodził się bez wahania. 
Gdy delikatnie odgarniał jedwabisty pukiel z jej 

skroni, siedziała ze spuszczonymi oczami, walcząc o 
zachowanie równowagi. 

- Nie masz jakichś innych ran, skoro już zabawiam 

się w doktora? - spytał żartobliwym tonem i roześmiał 
się, a ona lekko potrząsnęła głową i słodki kobiecy 
uśmiech rozjaśnił jej twarz. 

- Dziękuję, ale to wszystko. 
- No, to świetnie. 
Opuścił wzrok, wycierając dłonie; jego gęste, 

ciemne rzęsy rzucały cienie na opaloną skórę 
policzków. Teraz mogła bezpiecznie mu się 
przyglądać, pewna, że nie zostanie przyłapana na 
gorącym uczynku. Cóż to był za dziwny mężczyzna! 

background image

Okazywał jej tyle troski i czułości, mimo że 
uprowadził ją siłą, przywiózł tu wbrew jej woli i 
przemawiał do niej jak szaleniec... A przecież teraz 
zachowywał się subtelnie, z takim taktem jak prawdzi-
wy dżentelmen. 

Spojrzał do góry tak nagle, że nie zdążyła  odwrócić 

wzroku. Głośno wciągnęła powietrze, ujrzawszy jego 
czarne, przepastne oczy, które błyszczały dziwnym 
blaskiem, świeciły się niczym oczy polującego w nocy 
kota. Nie mogła oderwać od nich wzroku. Czuła, że 
tonie w ich mrocznej głębi. 

- Annie - wyszeptał, przesuwając wierzchem dłoni 

po jej policzku. 

Poczuła elektryzujący dreszcz, ale była niezdolna do 

wykonania żadnego ruchu. 

Mark nieoczekiwanie pochylił się do przodu, a ona 

siedziała przykuta do miejsca, nie ruszając się, nie 
oddychając, obserwując jego usta. Gdy nareszcie 
dotknęły jej warg, jęknęła cicho, zamykając oczy. 
Poczuła falę rozkosznego ciepła, rozlewającą się po 
całym ciele - i zlękła się własnej niepohamowanej 
reakcji. Nie może pozwolić, aby ją całował! Od 
samego początku wiedziała, że to się źle skończy... 
Pełna wyrzutów sumienia odsunęła się w nagłym 
przestrachu. 

Wtedy właśnie zdała sobie sprawę, że Mark również 

miał zamknięte oczy. Gdy chwilę później otworzył je, 
zauważyła, że jego czarne tęczówki przypominają 
ogromne, lśniące czarne kule, płonące niesamowitym 
blaskiem niczym dziury w przestrzeni kosmicznej. 

background image

Nagle wstał z klęczek i pociągnął ją do góry. 
- Przestań! - krzyknęła, wstrząśnięta wyrazem jego 

twarzy. 

Nie powinien tak mocno tego przeżywać! 

Świadomość, że była obiektem dzikiego, szaleńczego 
pożądania napawała ją lękiem. Sprawiał wrażenie, 
jakby nie usłyszał jej słów, pochylił głowę i głodnymi 
wargami poszukał jej ust. 

Zaczęła się wyrywać, ale Mark tylko przycisnął ją 

mocniej do siebie i uwięził w kleszczowym uścisku 
potężnych ramion. Potem nagle rozluźnił uścisk i 
powiódł rękoma po jej ciele, od szyi do pasa, a każde 
delikatne dotknięcie jego palców budziło w niej 
nieznane dotąd, rozkoszne dreszcze. Po raz pierwszy w 
życiu Annie doświadczyła tak silnych wzruszeń, po raz 
pierwszy czuła tak pochłaniającą namiętność, że cała 
drżała jak w febrze, że było jej na przemian zimno i 
gorąco, a skóra na ciele - od czubka głowy, po palce u 
stóp - paliła ją żywym ogniem. Musiała uchwycić się 
jego koszuli, aby nie upaść. 

Nigdy nie była tak całowana... Właściwie to nawet 

nie przypominało pocałunku. Miała wrażenie, że jakaś 
wezbrana fala wciąga ją w zawrotny wir, a ten ją 
wsysa, wchłania bez reszty. 

Niezdolna do myślenia, niezdolna do stawiania 

oporu zamknęła oczy i trzymała się Marka jak jedynej 
deski ratunku. 

Czuła, że Mark rozpina guziki jej białej jedwabnej 

bluzki; wyczuwała drżenie jego palców, gdy wsunął 
rękę i pokonując obrzeżenie koronkowego stanika, 

background image

dotarł do gładkich, rozpalonych piersi... Odgięła 
bezwolnie ciało do tyłu i wydała z siebie cichy jęk ni to 
rozkoszy, ni cierpienia. 

- Annie... Annie... - szeptał, cały drżąc. 

Nagle oderwał od niej usta i uniósł głowę. 

Z trudem, powoli otworzyła oczy i popatrzyła na 

niego, jakby wróciła właśnie z dalekich przestrzeni. 
Słowa, które padły z jego ust, podziałały na nią jak 
zimny prysznic. 

- Czy spałaś już z kimś? - spytał niskim, ochrypłym 

głosem. 

- Moje prywatne życie nie powinno cię interesować- 

odcięła się. - Nie życzę sobie takich pytań! 

- Przeczytałem kiedyś artykuł - ciągnął, przyglądając 

jej się uważnie - w którym sugerowano, że twój 
menedżer jest twoim kochankiem. 

- Dziennikarze często wymyślają takie historie - 

powiedziała z rumieńcem na policzkach. 

- I wszystko to były wymysły? - Jego ciemne 

błyszczące oczy penetrowały ją na wskroś. 

Nie mogła wytrzymać siły tego spojrzenia. 

Odwróciła głowę i instynktownie uniosła podbródek. 
Krew pulsowała jej w skroniach, gdy przemówiła: 

- Nigdy niczego nie było między mną a Philipem... 
Była to szczera prawda. Phil nigdy nawet się nie 

domyślał, że ona czuje do niego coś więcej niż zwykłą 
sympatię. Był on kompletnie ślepy, jeśli chodziło o 
miłość... Ileż czasu musiało minąć, nim zorientował się 
w swych uczuciach wobec Diany... Właściwie dopiero 
zrządzenie losu ich połączyło. Tak, Annie ze swej 

background image

strony też była niezmiernie wdzięczna losowi. Jakie to 
bowiem szczęście, że nigdy żadnym słowem ani 
gestem nie zdradziła się przed Philipem. Przynajmniej 
zaoszczędziła sobie bolesnych wspomnień i 
upokorzenia... 

- A co czułaś, gdy poślubił twoją współlokatorkę? - 

usłyszała natarczywe pytanie. 

- Przecież byłam ich druhną! - Z jej piersi wyrwało 

się zniecierpliwione westchnienie, gdy uświadomiła 
sobie, że mimowolnie zaczęła się bronić. O, nie, nie 
wydostanie z niej żadnych zwierzeń, pomyślała z pasją 
i powiedziała: - Czyżbyś był dziennikarzem? 

Popatrzyła na niego czujnie w nagłym przebłysku 

świadomości, że być może uderzyła we właściwy 
punkt, ale Mark tylko roześmiał się w głos. 

- Nie, nie jestem dziennikarzem, Annie. 
- Kimże więc jesteś? Przecież musisz się czymś 

zajmować. 

- Robię interesy. - Wzruszył niedbale ramionami. - 

Ale teraz to nie jest istotne. 

- Skoro ty ciągle zadajesz mi pytania, ja też mam do 

nich prawo! - rzuciła ostrym tonem. 

- A ja mam prawo unikać odpowiedzi, tak samo jak 

ty - zadrwił, wybuchając śmiechem. - Opowiedz mi, 
proszę, o twoim Philipie... To znaczy o swoim 
menedżerze - poprawił się. -Zdaje się, że jest bardzo 
przystojny... Wiem, że zajmuje się twoją karierą, odkąd 
skończyłaś siedemnaście lat. Wiem również, że bywa 
bardzo zaborczy w stosunku do ciebie. Nie pozwala ci 
na przykład z nikim się spotykać... Odizolował cię od 

background image

świata, prawda? 

- To nieprawda! - warknęła ze złością. - To bzdury 

wymyślone przez dziennikarzy, których Philip trzymał 
ode mnie z daleka. Nie mogli się do mnie dostać, więc 
zemścili się, tworząc te plotki! Oni już tacy są. Jeśli z 
nimi nie współpracujesz, obrzucają cię błotem. 

- Philip jednak odmienił całe twoje życie, czyż nie? - 

naciskał. - I z pewnością jesteś mu za wszystko 
wdzięczna... Być może nawet trochę zakochana, co? 

- Może kiedyś tak było... - wyznała ze złością i 

pewnym zdziwieniem. Jakim cudem udało mu się to z 
niej wydobyć? Przecież nie zamierzała mu nic 
powiedzieć. Zagryzła wargi, a na jej policzki wypłynął 
rumieniec wstydu. 

- A więc nie było to nic poważnego? - zapytał z 

naciskiem, jakby od jej odpowiedzi wiele zależało. 

- Nic poważnego... - powtórzyła jak echo i dodała 

ostrzejszym tonem: - Powtarzam jednak, że to nie 
twoja sprawa! 

Mark odprężył się, jakby takiej odpowiedzi 

oczekiwał. 

- Czy kiedykolwiek był ktoś inny...? 
Do licha, widzę, że się nigdy nie poddajesz! - 

wybuchła, naprawdę zirytowana. 

- Masz rację - potwierdził. Twarz miał bladą i 

skupioną, głos przytłumiony i lekko drżący. - Annie, 
muszę wiedzieć, czy byłem twoim jedynym 
kochankiem... 

- Na moment zabrakło jej tchu. 
- Przecież nigdy nie byłeś moim kochankiem! - 

background image

zawołała. 

- Ależ byłem nim... i będę, Annie -powiedział z 

wielką pewnością siebie. 

- O czym ty mówisz? - Patrzyła nań jak na szaleńca. 

- Nigdy z tobą nie spałam! 

- Jesteś tego pewna? - Uniósł swe czarne brwi z 

sardonicznym wyrazem twarzy. 

Patrzyła na niego z przejęciem, ponieważ 

nieoczekiwanie zaświtała jej myśl, że go rozpoznaje... 
Cóż za dziwne zaburzenie pamięci... wrażenie, że po 
raz wtóry przeżywa się to samo wydarzenie! Deja vu... 
Ależ tak! Widziała go już przedtem! Tę samą twarz 
wykrzywioną w sardonicznym uśmiechu... Słyszała ten 
sam głos... głęboki, wibrujący namiętnością. 

Nerwowo przełknęła ślinę, musiała za wszelką cenę 

uspokoić rozbiegane myśli, postarać się, by jej twarz 
nie odzwierciedlała żadnych uczuć. 

- Przestań mącić mi w głowie - odezwała się z 

pozornym spokojem. - Nie uda ci się niczego mi 
zasugerować. Od kiedy sięgam pamięcią, znam każdy 
dzień własnego życia... I znają moje życie także Phil i 
Diana. Gdybym cierpiała na amnezję, z pewnością by 
mi o tym napomknęli. 

- Annie, posłuchaj... - zaczął, lecz ona przerwała mu 

gwałtownie: 

- Nie, to ty posłuchaj! W nic mnie nie wrobisz! 

Wiem, że nigdy cię nie spotkałam i, rzecz jasna, nigdy 
nie byłeś moim kochankiem! - Niezdarnie zapinała 
guziki białej bluzki, świadoma, że Mark ją bacznie 
obserwuje. 

background image

- Byłem i będę - powtórzył z irytującym uporem. 
- Powiedziałeś, że nie mam powodu się ciebie bać - 

usiłowała zmienić temat w przypływie desperacji. - Ale 
po tym, co przed chwilą wyprawiałeś, jakże mogę ci 
ufać? Te drzwi nie mają zamka. Jaką mogę mieć 
pewność, że nie pojawisz się tu w środku nocy i... 

- Nie zrobię tego - odrzekł, zaciskając usta. - Ale 

skoro tak bardzo się boisz, możesz zabarykadować 
drzwi meblami. Zapewniam cię jednak, Annie, że dziś 
w nocy będziesz w tym łóżku równie bezpieczna jak u 
siebie w domu. 

Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem i znów 

zaczęła go prosić: 

- Mark, słuchaj, jeśli to wszystko prawda, to zawieź 

mnie jeszcze dziś wieczór do Paryża. Proszę... Nie 
mogę tu zostać... Muszę wrócić. 

- Wrócisz jutro - zawyrokował. - Potrzebuję jeszcze 

trochę czasu. 

- Ale po co? Dlaczego mnie tu trzymasz? Dlaczego 

mnie więzisz? 

 - Już ci powiedziałem. Chcę z tobą porozmawiać, 

Annie... Przyjdzie czas, że zrozumiesz, ale teraz 
jeszcze na to za wcześnie. Zrozumiesz, kiedy sobie 
przypomnisz... Proszę o jeszcze kilka godzin. 

Ciężko, z westchnieniem, usiadła na brzegu łóżka. 
- Jestem taka zmęczona... To mnie ogromnie 

wyczerpuje, nie zauważasz tego? Wkrótce 
rozpoczynam długie, męczące tournee i powinnam 
teraz odpoczywać... 

Połóż się więc i trochę prześpij - zasugerował 

background image

delikatnie. 

 
Może chciałabyś się przebrać? - Popatrzył na stojące 

walizki. 

- Rozpakować? 
- Nie! - powiedziała ze złością. - Zostaw je. Wyjmę 

tylko kilka rzeczy z nesesera. Jeśli nie zamierzasz 
zawieźć mnie do 
Paryża, wyjdź stąd i przynajmniej zostaw mnie w 
spokoju. Jestem kompletnie wyczerpana, a nie 
odpocznę, gdy będziesz tu tkwił! 

Twarz mu nagle spoważniała, a oczy pociemniały. 

Przez chwilę patrzył na nią nieobecnym wzrokiem, 
potem odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju. 

Annie natychmiast podbiegła do drzwi i zastawiła je 

dwoma krzesłami oraz małym stolikiem. 

- Wrócę za dwie godziny! - zawołał. 
Zrozumiała, że podsłuchiwał. Wiedział więc, że 

przesuwała meble i zabarykadowała drzwi. To dobrze, 
pomyślała wojowniczo, otwierając mniejszą walizkę i 
wyjmując niezbędne rzeczy. 

Długą jedwabną koszulę i pasujący do niej 

szlafroczek rozłożyła na łóżku, a potem weszła do 
łazienki, by się umyć. Gdy czesząc włosy, przyglądała 
się swemu odbiciu w lustrze, zadziwił ją wyraz własnej 
twarzy. Miała rumieńce na policzkach, a oczy pałały 
jej gorączkowo. Wyglądała całkiem inaczej niż kilka 
godzin temu... Niesamowite, że tak szybko się 
zmieniła! Prawie nie poznawała samej siebie: oczy jej, 
lekko zamglone, nabrały mrocznej, tajemniczej głębi, a 

background image

usta zdawały się pełniejsze i bardziej czerwone. 

Patrzyła na siebie w niemym przerażeniu, 

przypominając sobie dotyk palców Marka, który 
rozbudził jej zmysły. 

Nadal czuła podniecenie. Pragnę go, przyznała z 

drżeniem. Po raz pierwszy w życiu tak silnie, tak 
chciwie pożądała mężczyzny. I on o tym wiedział. 
Dlaczego przestał ją całować? Wcale nie chciała, żeby 
przestał - i o tym wiedział również. 

Cała sytuacja, w której tak nagle się znalazła, była 

zdumiewająca... niemal nierzeczywista. Nieznajomy, 
zagadkowy mężczyzna zdawał się wszystko wiedzieć o 
jej życiu. Jak do tego doszedł? Niektóre fakty mógł 
wyczytać w gazetach, ale skąd znał jej myśli? Musiała 
przyznać, że czytał w niej jak w otwartej książce i 
właśnie to było przerażające. 

Zirytowana własnymi myślami odwróciła się od 

lustra i pospiesznie opuściła łazienkę. Musi 
natychmiast zapomnieć, pokonać szok wywołany 
wydarzeniami ostatnich godzin. Była we Francji 
zaledwie pół dnia, a zdawało się, że minęły już całe 
tygodnie. Dzień przypominał szaloną jazdę na karuzeli. 
Nie potrafiła sobie nawet przypomnieć, kiedy po raz 
ostatni była tak bardzo zmęczona. 

Prędko zrzuciła buty, zdjęła jedwabną bluzkę i 

spodnie i położyła się do łóżka tylko w koronkowych 
majteczkach i krótkiej cienkiej koszuli. W pokoju 
panował półmrok, za oknem ptaki wyśpiewywały 
jakieś monotonne trele. Annie zrobiło się przyjemnie 
ciepło, gdy okryła się lekką kołdrą. Powoli ogarniała ją 

background image

nieprzezwyciężona senność. 

Jakiś czas później — we śnie - wędrowała skrajem 

lasu sosnowego i kogoś szukała, jakby oczekiwała 
czyjegoś nadejścia. Powietrze przesycał mocny zapach 
sosen, paproci i jałowca. Promienie słońca przedzierały 
się ukosem przez gałązki wysokich drzew, a igły i 
szyszki trzaskały pod jej stopami, tu i ówdzie 
przefruwał ptak, ale dalej, w głębi lasu, panowała 
niczym nie zmącona cisza i mrok. 

Powoli dotarła do niewielkiej polanki. Nagle za 

drzewami coś się poruszyło. Z napięciem spojrzała w 
bok, czując przyspieszone bicie własnego serca. 
Chwilę później wyłoniła się zza drzew wysoka ciemna 
postać. Widziała mężczyznę, ale dopiero gdy stanął na 
zalanej słońcem polanie, rozpoznała jego twarz. 

Z sercem oszalałym z radości zaczęła biec, 

wyciągnąwszy ramiona. Mężczyzna chwycił ją wpół, 
uniósł w górę i zaczął całować, jednocześnie obracając 
się z nią wkoło. 

Nagle obraz znikł, bez powodu, jak to często bywa 

we śnie... Nadal wędrowała po sosnowym lesie, ale 
tym razem była głucha noc. Wspinała się stromą 
ścieżką na wzgórze, dźwigając ciężką torbę ze sznurka. 
Gdy wdrapała się na wierzchołek wzgórza, 
pomaszerowała dalej ścieżką prowadzącą w głąb lasu, 
aż dotarła do małej polanki, na której stała drewniana 
chata. 

Ujrzawszy chatę, doznała takiej samej 

niewysłowionej radości, jak przed chwilą na widok 
mężczyzny. Zaczęła biec, ale gdy z rozmachem 

background image

otworzyła drzwi, okazało się, że w środku nie było 
nikogo; panowała martwa cisza i pustka, tak jakby nikt 
tu nie zaglądał od lat. 

A potem, łkając, biegła przez gęsty las, wśród 

ciemnych zarośli i złowrogiej ciszy. Przepełniał ją 
głęboki żal, miała dojmujące poczucie straty... 
krzyczała czyjeś imię... Nie była pewna, kogo 
poszukuje, odczuwała jednak przemożny lęk. 

I nagle niebo rozwarło się nad nią z ogłuszającym 

hałasem i oślepiającym światłem. Słyszała terkot 
karabinów maszynowych i dzikie krzyki, strumienie 
światła przypominające błyskawice raziły ją w oczy. 
Niepojęty żal przeszywał jej serce... Miała wrażenie, że 
umiera z rozpaczy. Zaczęła dziko krzyczeć. 

Annie... Annie... Jakiś głos wypowiadał jej imię. 

Słyszała trzask drewna, łoskot... Wreszcie oślepiło ją 
światło i obudziła się. 

Wsparta na łokciu nieprzytomnym wzrokiem 

rozglądała się po pokoju. W jaskrawym świetle 
elektrycznym zobaczyła Marka, który wdarł się do 
pokoju, przewrócił krzesła i stolik, i biegł ku niej... 

- Nic ci nie jest? - Pochylił się nad nią z pobladłą 

twarzą. - Annie, usłyszałem hałas. Czy śniły ci się 
jakieś koszmary? 

- Miałam sen... - wyszeptała, zlana potem i drżąca. - 

Okropny sen... 

Mark zarzucił jej kołdrę na nagie ramiona i owinął 

wokół niej, jakby była małym dzieckiem. Potem usiadł 
obok na brzegu łóżka, objął ją wpół i kołysał. 

- To już minęło, kochanie... Jesteś bezpieczna. Nie 

background image

martw się. Jestem tu i nie pozwolę, aby ktokolwiek 
zrobił ci krzywdę. Umarłbym dla ciebie... 

Nie lubiła takich emocjonalnych, egzaltowanych 

obietnic. Z pewnością tak nie myślał. Zdrowy rozsądek 
nie pozwalał jej w to uwierzyć. 

W świecie, w którym przyszło jej żyć, ludzie tak nie 

kochali, nie obiecywali takich rzeczy... Nie spotkała się 
dotąd z silną namiętnością i takie uczucie ją po prostu 
przerażało, obawiała się jego konsekwencji. 

Annie, ciągle jeszcze drżąc ze strachu, przytuliła się 

do jego ciepłej, silnej piersi. Objął ją mocniej i 
poprosił: 

- Opowiedz mi swój sen. 
Czuła nieodpartą potrzebę podzielenia się z kimś 

tym przeżyciem. Sen był w niej nadal tak żywy, tak 
realny, że musiała go opowiedzieć. 

- Byłam w sosnowym lesie - zaczęła, porządkując 

chaotyczne obrazy. - Być może gdzieś w okolicach 
Jury, ponieważ właśnie o niej wspominałeś... - 
Ściągnęła brwi. - Chyba śniłeś mi się... ale nie 
zapamiętałam twojej twarzy. Wiem tylko, że był to 
mężczyzna... 

Nie powiedziała całej prawdy. Wiedziała, że to 

Mark występował w jej śnie. Była o tym przekonana. 
Choć nie widziała jego twarzy, gdy wpadła w jego 
rozpostarte ramiona, rozpoznała go... po pocałunkach. 

Mark siedział zamyślony, uważnie słuchając jej słów 

i gładząc jej potargane, czarne włosy. 

- A potem... - podjęła, zamykając oczy - wszystko 

się po mieszało.. . Gdzieś biegłam, płakałam, 

background image

krzyczałam, wokół rozlegał się terkot karabinów 
maszynowych, krzyki w jakimś obcym języku... Chyba 
był to niemiecki... Doprawdy nie mam pojęcia, 
dlaczego mi się to śniło. Skąd przyszły mi do głowy 
takie sceny? 
Mam wrażenie, że ostatnio widziałam jakiś film... 

Nic nie mówił, przesuwał tylko od czasu do czasu 

dłonią po jej włosach. 

Ktoś biegł między drzewami - ciągnęła. - Chyba 

próbował uciec... Myślę, że go zastrzelono, ale 
dokładnie nie widziałam. Byłam przerażona, zaczęłam 
krzyczeć... 

I na tym właśnie urwał się twój sen? Wtedy się 

obudziłaś z krzykiem? - spytał. 

Skinęła głową i wytarła dłonią mokre policzki. 

Odsunęła się delikatnie od Marka, żeby wyjąć z 
opakowania papierową chusteczkę do nosa. Dopiero 
wówczas uświadomiła sobie, jak skąpo była ubrana. 
Przejrzysta jedwabna halka ledwie skrywała nagość. 
Zauważyła, że Mark przyglądał jej się z 
zainteresowaniem i oddychał nierówno. 

Pospiesznie okryła się kołdrą, spoglądając gniewnie. 
- Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek śnił mi się taki 

koszmar - powiedziała. - I nie sądzę, by przytrafiło mi 
się coś równie przerażającego. Ale trudno się dziwić... 
To wszystko przez ciebie. Przez ciebie znalazłam się 
na skraju rozstroju nerwowego i śnią mi się koszmary. 
Odwieź mnie wreszcie do Paryża! Już dziś tu nie usnę, 
będę się bała, że wróci ten straszny sen... 

- Zapewne masz rację - rzekł cicho. 

background image

Popatrzyła na niego z wyrzutem. 

- Jak możesz mówić o tym z takim spokojem! To 

było przerażające. .. Nie zniosę tego po raz drugi! Nie 
masz pojęcia, jakie to było straszne... 

- Mam - powiedział, a ona usiadła sztywno z 

szeroko otwartymi oczami. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 
- Całymi latami miewałem takie sny, Annie. I nadal 

mnie nawiedzają. 

- Przez całe życie śnią ci się koszmary? - spytała 

wolno, usiłując go zrozumieć. 

- Takie same jak twój - odrzekł. 
- Jak mój...? - Czuła, że w głowie jej się mąci. - O 

czym ty mówisz? 

- Mam na myśli sny o sosnowym lesie, o chacie... 

Zastygła ze zdumienia. Przecież nie wspomniała o 
chacie, gdy opowiadała swój sen! 

Czarne oczy Marka badawczo studiowały jej twarz. 

Mówił serio i patrzył na nią ze śmiertelną powagą. 

- Jakiej chacie? - szepnęła zdezorientowana. 
- Nie śniła ci się chata wśród drzew? - zdziwił się 

szczerze. - Chata drwala, obok której leżał stos belek? 

Zamarła z wrażenia, przypomniała sobie bowiem 

stos drewna oparty o ścianę chaty. We śnie nie 
zwróciła na ten szczegół uwagi, biegła bowiem na 
spotkanie z ukochanym mężczyzną... 

- Śniła ci się chata, nieprawdaż? - nalegał Mark, 

obserwując uważnie najmniejsze drgnienie na jej 
twarzy. 

- Tak - westchnęła głęboko. - Ale skąd wiesz... Co tu 

background image

się dzieje? - Walczyła z chaosem myśli. - 
Przeprowadzasz na mnie jakiś eksperyment? Coś z 
tych nadprzyrodzonych zjawisk? Chciałeś przekazać 
mi jakieś myśli przy pomocy telepatii? - usiłowała 
zgadywać. - Co ty ze mną wyrabiasz? 

- Ależ nic - zapewnił ją, ale nie potrafiła mu 

uwierzyć. 

- Skąd więc wiedziałeś, co mi się śniło? Może mnie 

zahipnotyzowałeś? Niektórzy ludzie potrafią 
zasugerować drugiej osobie pewne myśli, a nawet 
czynności do wykonania... 

Nie zahipnotyzowałem cię, Annie. 
- W takim razie, skąd znasz mój sen? - nie 

ustępowała. 

- Powiedziałem ci już, że miewam takie same sny. 
- Nie rozumiem... - Ze zmarszczonymi brwiami 

patrzyła mu prosto w oczy. - Jak możesz mieć takie 
same sny? I skąd o tym wiesz, nawet jeśli to prawda? 

- Źródło naszych snów musi być takie samo... 
- Wiem, że sny rodzą się w podświadomości - 

podjęła. - Ale przecież moja podświadomość nie jest 
taka sama jak twoja! 

- Śnimy o naszym życiu, Annie. O tym, co robiliśmy 

dzisiaj, wczoraj, rok temu... Posuwamy się w czasie do 
przodu i do tyłu, śnimy o teraźniejszości i o 
przeszłości; zdarzenia mieszają się w czasie, a nasze 
życie jest w pewnym sensie wypadkową tych zdarzeń. 

- Ale te sny nie miały nic wspólnego z moim życiem 

- odezwała się ze zniecierpliwieniem. - Nie 
rozpoznałam tamtego miejsca, prócz tego, że... - 

background image

Urwała, zagryzła wargę, a Mark popatrzył na nią z 
triumfalnym uśmiechem w oczach. 

- Prócz tego, że były to właśnie okolice Jury, 

prawda? - podpowiedział jej cicho. 

- Wbiłeś mi to do głowy, pokazując fotografię - 

broniła się. - Nigdy tam nie byłam i nie wmawiaj mi, 
że kiedyś to sobie przypomnę! Owszem, mój ojciec 
pochodził z tamtych stron, ale nigdy mnie tam nie 
zabrał. Często myślałam, żeby odwiedzić te okolice, 
ale jak dotąd nie starczało mi czasu. 

- Annie, nic nie rozumiesz... 
- Powtarzam ci, nigdy tam nie byłam! - przerwała 

mu ze złością. - Nigdy w tym życiu! 

Zapanowała złowroga, dźwięcząca w uszach cisza. 

Annie szybko spojrzała na Marka i uderzył ją dziwny, 
zakłopotany wyraz jego twarzy. 

- Nigdy w tym życiu - powtórzył wolno, 

zagadkowym głosem. - Ale byłaś tam, Annie, i 
zaczynasz to sobie przypominać. Tego właśnie się 
spodziewałem. Wstąpiłaś na ścieżkę, którą ja już 
przeszedłem... Wszystko, o czym przed chwilą śniłaś, 
wydarzyło się naprawdę. Droga przez las, chata, 
ciemność, a potem 
rozbłyskujące światła, przerażające głosy, ogień z 
broni maszynowej ... Od lat mam takie sny. Pamiętam 
najmniejszy szczegół. 
I pamiętam z ważnego powodu: właśnie w ten sposób 
zginąłem... 

background image

ROZDZIAŁ  PIĄTY 
 
Annie zaniemówiła z wrażenia. Nie mogła uwierzyć 

własnym uszom. Ostatnie słowa, zdawałoby się 
bezsensowne, odbijały się echem w jej mózgu. 
Wpatrywała siew Marka tak szeroko otwartymi 
oczami, że zaczęły ją boleć. Oddychała głęboko, 
starając się nieco uspokoić. 

- Jesteś szalony - powiedziała wreszcie. - Zupełnie 

zwariowałeś! 

- Armie, posłuchaj... 
- Słuchałam już wystarczająco długo - odparła z 

narastającą irytacją. - Nie mam zamiaru wysłuchiwać 
tych głupstw. Jesteś chory... masz jakieś poważne 
problemy i potrzebujesz pomocy - orzekła. - Ale ja nie 
jestem lekarzem i nie mam ochoty, abyś bawił się 
swoimi fantazjami na mój koszt. 

Odepchnęła go na bok i nie zwracając uwagi na swe 

skąpe odzienie, wyskoczyła z łóżka. W głowie 
wirowała jej jedna myśl: uciekać - uciec jak najdalej. 
Boso podbiegła do drzwi. Nim jednak dotknęła klamki, 
Mark chwycił ją za łokieć i energicznie odwrócił 
twarzą do siebie. 

- To nie są żadne fantazje, Annie! 1 twój sen też nie 

był fantazją! 

- Udało ci się wbić mi to do głowy! 
- Och, dajże spokój. Nie można wbić komuś do 

głowy snu. 

- Musiałeś... musiałeś mnie zahipnotyzować! 
- Nic podobnego. - Miał niezwykle poważny wyraz 

background image

twarzy, oczy mu błyszczały. - Każdy sen ma swego 
właściciela. Zastanów się, dlaczego miałaś taki sen? 
Spytaj o to samą siebie. 

- Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi! - 

odpowiedziała ze złością, usiłując się wyrwać z 
mocnego uścisku jego dłoni. 

- To było wspomnienie, Annie. Wspomnienie 

czegoś, co naprawdę ci się przytrafiło. 

Był niebywale przekonywający. Obawiała się, że 

zacznie mu wierzyć. W panice rozejrzała się za czymś 
ciężkim, czym mogłaby go uderzyć... Wzrok jej padł 
na dwie walizki stojące nadal przy drzwiach. W 
mgnieniu oka schyliła się, chwyciła walizkę za rączkę i 
z całej siły cisnęła ją prosto na Marka. Uderzyła go w 
żołądek. Jęknął z bólu, zachwiał się i runął na dywan. 

Annie, nie odwracając się, wypadła na korytarz, a 

potem zbiegła ze schodów, przeskakując co drugi 
stopień. Na krześle przy drzwiach spostrzegła swoją 
czerwono-czarną kurtkę. Chwyciła ją w locie, nawet 
sienie zatrzymując i otworzyła frontowe drzwi. 

Na dworze było już całkiem ciemno, wiał wiatr i 

padał drobny deszcz. Zarzuciła kurtkę na ramiona i 
pobiegła pędem w stronę lasu. Księżyc przesłaniały 
chmury, na niebie nie było gwiazd, ale dzięki światłu 
płynącemu z okien domu zauważyła w ogrodzie 
ścieżkę wiodącą do drewnianej furtki, którą widziała 
wcześniej z okna swego pokoju. Za furtką był już las. 
Tam znajdzie bezpieczne schronienie... A potem 
rozejrzy się po okolicy. Wszystkie zakątki Francji są 
zamieszkane, pocieszała się w duchu. W pobliżu musi 

background image

być jakaś ludzka osada... 

Gdy dotarła do furtki i otwierała metalowy skobel, 

usłyszała za sobą odgłosy pościgu. Wystraszona 
rzuciła się do przodu z jeszcze większą determinacją. 
Serce biło jej jak oszalałe, oddychała z najwyższym 
trudem. 

Musi uciec. Musi. Nie może dać się złapać... 

Słyszała jednak, że Mark jest coraz bliżej i bliżej. Miał 
dłuższe nogi i więcej sił. 

Biegła teraz pod górę, ciało oblewał jej pot. Nic nie 

widziała w ciemnościach, obijała się raz po raz o 
drzewa, gałęzie wyrywały jej włosy. 

Potknęła się i upadła, tłumiąc jęk. Boże, jak boli! 

Nie mogła już biec. Nie mogła zrobić nawet kroku. 
Utykając, zeszła ze ścieżki, i cała drżąc, oparła się o 
najbliższe drzewo. Dyszała tak ciężko i głośno, że nie 
słyszała nic poza własnym oddechem. Dopiero po 
chwili dobiegł ją trzask łamanych gałęzi, trzeszczenie 
igliwia pod czyimiś stopami. Odgłosy te stawały się 
coraz wyraźniejsze. Mark nadbiegał wąską ścieżką 
wijącą się pomiędzy drzewami. 

Czekała, aż ją minie, ale on zwolnił nieoczekiwanie 

i wreszcie zatrzymał się tuż obok niej. Wyczuwała, że 
nasłuchuje. Słyszała jego ciężki i nierówny oddech. 

Sama próbowała nie oddychać. Przytuliła twarz do 

chropowatego pnia i trzęsła się gwałtownie. 

- Annie! - zawołał. - Annie, nie możesz tu zostać. 

Przeziębisz się! - Nastąpiła długa pauza, potem zawołał 
znów: - Annie, nie wygłupiaj się. To niebezpieczna 
zabawa. W lesie, w ciemności, łatwo możesz się 

background image

zranić. Niedaleko jest stary kamieniołom. Jeśli tam 
wpadniesz, zabijesz się. - Znów zapadła cisza, znów 
nasłuchiwał. Po chwili odezwał się ze złością: - Do 
licha, znajdę cię, nawet jeśli zajmie mi to całą noc! 

Odczekał jeszcze chwilę, a potem dobiegł ją głośny 

trzask, tak jakby gwałtownie się poruszył. Czyżby 
zawrócił? Odniosła wrażenie, że się od niej oddala. 

Zaryzykowała i wychyliła się zza drzewa. Było tak 

ciemno, że nie widziała nic choć oko wykol. I nagle 
całkiem nieoczekiwanie ciemność rozdarł snop 
żółtawego światła. 

Zaskoczona krzyknęła. Zdawało jej się, że śni na 

jawie. Sparaliżował ją strach, nasłuchiwała krzyków, 
czekała na ogień karabinów maszynowych. Nim 
pomyślała o ponownym ukryciu się za drzewem, snop 
światła przygwoździł ją do podłoża jak oślepioną ćmę. 

Mark biegł w jej kierunku, światło zataczało w 

ciemności dziwne koła. Przestała krzyczeć i rzuciła się 
na oślep przed siebie. Najważniejsza była ucieczka. 
Musiała uciekać... 

Nagle czyjeś ramiona zatrzymały ją w miejscu. 

Głośny, nierówny oddech Marka mieszał się z jej 
chrapliwym dyszeniem. Gdy odwróciła głowę, 
niespodziewanie gałąź uderzyła ją w twarz. Zachwiała 
się na nogach i zawyła z bólu. Mark rzucił się ku niej i 
w nieprzeniknionej ciemności ich ciała boleśnie się 
zderzyły. Annie upadła i przez dłuższą chwilę leżała na 
wilgotnej ziemi, nie mogąc się poruszyć, czując ciężar 
ciała mężczyzny na swoich plecach. Oddychał szybko, 
z wysiłkiem. 

background image

Dopiero po jakimś czasie poruszył się, chwycił ją za 

ramiona i odwrócił do siebie twarzą. Annie była zbyt 
wyczerpana, by stawiać jakikolwiek opór. 

Leżał teraz na niej i oświetlał jej twarz latarką. 

Zamrugała oszołomiona, nic nie widząc w jaskrawym 
świetle. 

- Oślepiasz mnie! - zaprotestowała nieśmiało. 
- Chcę przyjrzeć się twojej twarzy. 
- No więc, przyjrzałeś się - wymamrotała z 

niechęcią. - A teraz zgaś latarkę. 

Nie zgasił, tylko przesunął snop światła nieco w 

bok. 

- Jesteś okropnie brudna - powiedział. - Wyglądasz 

jak wiedźma z filmu grozy. Cała w liściach, 
pajęczynach, z gałęźmi we włosach... - Delikatnie 
pogładził ją po policzku, a potem wyjął z włosów 
gałązkę. 

Dotyk jego palców zaczął od nowa rozbudzać jej 

zmysły. I nagle przeszył ją szalony dreszcz, ponieważ 
uświadomiła sobie z mdlącym uczuciem w żołądku, że 
zaznała już takiej pieszczoty, że łączyły ją z tym 
mężczyzną intymne więzy w przeszłości... 

Czyżby wpadła w pułapkę, którą na nią zastawił? 

Czyżby udało mu się zaczarować również jej zmysły? 
Zawsze uważała się za osobę odporną na wszelkie 
sugestie, realistkę mocno stojącą na ziemi. 

Cóż, widać człowiek stale odkrywa w sobie coś 

nowego, pomyślała ponuro. 

Gdy przesunął opuszkami palców po jej ustach, ku 

własnej wściekłości i rozpaczy poczuła, że drży. Oczy 

background image

Marka były tak blisko, że zdawały się zasłaniać cały 
świat... 

Nagle latarka zgasła, ogarnęła ich miękka, życzliwa 

im ciemność. 

- Skończyła się bateria? - spytała słabym głosem. 
- Zgasiłem latarkę, żeby ją oszczędzić - powiedział i 

przylgnął mocniej do Annie. 

- Zimno mi, lepiej wracajmy do domu... 
- Pamiętasz, jak lubiłaś leżeć w ciemności w lesie ze 

mną... ? 

- Przestań! .- Od razu, w jednej chwili wróciła jej 

przytomność umysłu. - Powiedziałam ci już, że nie 
wierzę w ani jedno twoje słowo! Tracisz czas. 

- Wtedy było lato... - ciągnął, jakby jej nie usłyszał. - 

Długie, ciepłe letnie noce... 

- Ale teraz jest zimno... - Usiłowała przeniknąć 

ciemność i dojrzeć jego twarz na tle zachmurzonego 
nieba, lecz w gęstym mroku błyskały tylko jego oczy, a 
poza nimi była noc - rześka, wiosenna noc i ciemne 
chmury pędzące po bezkresnym niebie. 

Gdy tak wpatrywała się w błyszczące w ciemności 

oczy Marka, znów w mrocznej głębi jej umysłu 
pojawił się przebłysk niezwykłej szalonej wizji. To już 
się kiedyś zdarzyło... Zdarzyło się na pewno! 

Tak jak teraz leżeli w lesie, na wilgotnej, parującej 

ziemi, a wokół była ciepła letnia noc przesycona wonią 
mchu i dzikiego kwiecia... 

Usiłowała przypomnieć sobie szczegóły, ale tu 

pamięć zawodziła. A może nigdy to się nie zdarzyło? 
Och, czyżby traciła rozum? Czyżby na dobre 

background image

ubezwłasnowolnił jej- myśli? Może poddała się, uległa 
dziwnej sugestii, gdy tak przekonująco opowiadał o 
kochaniu się z nią w długie, ciepłe, letnie noce? Cóż by 
dała, żeby to wiedzieć! 

Pogrążona w chaosie sprzecznych myśli, zanim się 

spostrzegła, Mark przytulił się do niej całym ciałem, 
przycisnął ją do podłoża i zatopił wargi w jej ustach z 
taką chciwością, że w jednej chwili tworzone w 
myślach obrazy rozpłynęły się w nicość. Nieświadoma, 
co czyni, oplotła go pożądliwie ramionami i drżała z 
rozkoszy, czując ciepło jego dłoni pod swoją kurtką, a 
potem pod cienką, koronkową koszulą... Serce trze-
potało jej dziko, chciała naraz płakać, śmiać się i 
krzyczeć -tak wielkie czuła wewnętrzne napięcie. Co 
się z nią działo? Na to nie liczyła wcale, na tę 
zdradziecką falę uczucia, która kazała gładzić go po 
głowie, przesypywać włosy między palcami i tęsknić 
za chwilą, gdy jego usta znów spoczną na jej wargach. 

Dłoń Marka wolno wędrowała w dół, wzdłuż jej 

bioder i ud, pieszcząc jej rozpaloną i drżącą skórę.        

- Nie, nie rób tego! - zaprotestowała dziko, trzęsąc 

się jak w febrze. 

Mark uniósł z wysiłkiem głowę; oddychał ciężko, 

jak po długim biegu. 

- Annie... - Głos jego głęboki był jak ocean i 

dochodził jakby z oddali. 

- Nie, nie mogę... Nie chcę... -Każdy dźwięk, każdą 

głoskę 

siłą wyrywała z krtani. Gardło miała wyschnięte na 

wiór, nie była w stanie przełykać. 

background image

Nagle księżyc wyszedł zza chmur, blade światło 

przenikło między drzewami i w tej poświacie ujrzeć 
mogli swe twarze. 

Mark był mocno zarumieniony, zdyszany, oczy miał 

szeroko otwarte i dziwnie płonące, ale w wyrazie 
zaciśniętych ust znać było frustrację. 

- Odsuń się ode mnie! - wykrztusiła Annie, blada i 

drżąca. Jakże niewiele brakowało, by oddała się temu 
obcemu, niepokojącemu mężczyźnie! Patrzyła teraz na 
niego z trwogą w oczach. Co będzie, jeśli jej nie 
usłucha? Co będzie... 

Ale on westchnął tylko głęboko i szybko wstał. A 

potem również jej pomógł stanąć na nogi. Miała 
wrażenie, że nie zrobi kroku, zatoczyła się jak pijana i 
ciężko wsparła o pobliskie drzewo. 

Mark włączył latarkę, ale gdy dostrzegł w oczach 

Annie niemy protest, ponownie ją zgasił. 

- Dlaczego zaczęłaś krzyczeć, gdy zobaczyłaś snop 

światła?- przypomniał sobie reakcję Annie sprzed 
kilkunastu minut. 

- Bo mnie przestraszyłeś. 
- Na litość boską, Annie! Powiedz mi wreszcie 

prawdę! 

- Skoro jesteś pewien, że ją znasz, to czemu mnie 

pytasz? - odcięła się. 

-  Chcę, żebyś sama mi powiedziała. Żebyś sama 

przyznała mi rację. Dlaczego krzyczałaś, Annie? 

Przerwałeś mój sen... - wyznała, sama się dziwiąc 

swej nagłej szczerości. Nie mogła odmówić mu 
odpowiedzi. Była zbyt oszołomiona, zbulwersowana 

background image

wszystkim, co wydarzyło się odkąd porwał ją z 
lotniska, by stawiać mu opór. Było jej teraz wszystko 
jedno. Czuła się słaba i bezbronna jak dziecko. - Gdy 
zaświeciłeś latarkę - wymamrotała - śniło mi się 
właśnie... Och, wszystko wyglądało jak we śnie... 
drzewa, ciemność... a ja biegłam, biegłam jak 
obłąkana, bo ktoś mnie ścigał... Gdy zapaliłeś latarkę, 
nagle straciłam nad sobą kontrolę. Nie zdawałam sobie 
sprawy, czy nadal śnię, czy też wszystko dzieje się na 
jawie. Byłam zdezorientowana i wpadłam w panikę. 

- Wróćmy lepiej do domu - rzekł łagodnie i objął ją 

w pasie. - Boję się, byś nie dostała zapalenia płuc. 

Nie protestowała; była zresztą zbyt słaba, by go 

odepchnąć. Wsparta o jego bark pozwoliła 
poprowadzić się ścieżką między drzewami do ogrodu. 

- Dobrze się czujesz? — spytał z troską, gdy 

potknęła się o wystający korzeń. 

- Oczywiście - powiedziała z drwiną w głosie - czuję 

się znakomicie. Spędziłam przecież uroczy, spokojny 
dzień i pobiegałam sobie nawet po lesie. Dlaczego 
miałabym się źle czuć? 

- Nie powinnaś uciekać, Annie - rzekł poważnie. - 

Obiecałem przecież, że odwiozę cię jutro do Paryża, i 
tak zrobię. Uwierz mi, proszę. 

Musiała przyznać, że miał niezwykły dar 

przekonywania. 

- Uciekłam, ponieważ... - zająknęła się - ponieważ 

wszystko, co mówiłeś było tak... 

- Niesamowite? - uzupełnił. - Wiem. To jest szalone, 

ale... 

background image

- Właśnie! - przerwała mu gwałtownie. - Nie lubię 

spraw, które wymykają się spod kontroli rozumu. 
Przerażają mnie. Przestań więc opowiadać takie 
niesamowite rzeczy! 

 

- Porozmawiamy w domu, zgoda? - starał się ją 

uspokoić. 

Zbliżali się już do ogrodowej furtki. Światła domu z 

tej perspektywy wyglądały bardzo gościnnie i 
zachęcająco. Popatrzyła na nie z wdzięcznością i 
ogarnął ją względny spokój. Miała wrażenie, że wraca 
do domu. Do prawdziwego domu. Cóż za niedorzeczne 
uczucie, zważywszy że zaledwie godzinę temu była 
opętana myślą o ucieczce, a ten sam dom wydawał jej 
się więzieniem. Doznawała więc jakiejś gwałtownej, 
zastanawiającej przemiany. I to był jeszcze jeden 
zdumiewający aspekt sytuacji, w jakiej się znalazła. 

Gdy weszli do wnętrza, Mark od razu bez pytania 

zaprowadził ją na górę do sypialni. 

- Weź gorącą kąpiel - zachęcił. - Zrobię tymczasem 

kolację.  Masz ochotę na omlet? Potrafię przyrządzić 
znakomity omlet z ziołami. Za domem znajduje się 
mały warzywnik... Szczypiorek, estragon, pietruszka, 
trybula... Pamiętasz, jak przyrządzałaś mi omlet 
auxfines herbes? 

Posłała mu z ukosa nieprzeniknione spojrzenie. 

Miała ochotę zaprzeczyć, powiedzieć, że nigdy nie 
robiła omletu z ziołami, ale właściwie cóż to miało 
teraz za znaczenie? Doszła do kresu sił... do kresu 
wytrzymałości. Wszystkie jej głośne i nieme protesty 
obijały się jak groch o ścianę. 

background image

Niech sobie opowiada, co chce, pomyślała z 

rezygnacją. Wyjęła z walizki bieliznę, dżinsy oraz 
sweter, i weszła do łazienki. Zadowolona, że wreszcie 
może być sama, odkręciła kurki z gorącą wodą i 
czekając aż wanna napełni się, zdjęła ubranie. 

Po chwili zęby szczękały jej z zimna; sprawdziła 

temperaturę wody i szybko się w niej zanurzyła. Przez 
chwilę leżała nieruchomo, rozkoszując się ciepłem 
otulającym jej ciało. 

Usiłowała nie myśleć o niczym, ale to było nazbyt 

trudne! Mózg pracował wbrew jej woli. Nieustannie 
przesuwały się przed jej oczami obrazy tego, co 
wydarzyło się w lesie między nią i Markiem i znów 
zaczęło narastać w niej pożądanie. 

- O Boże, co się ze mną dzieje? - pytała głośno samą 

siebie. 
Zrobiło jej się nagle bardzo gorąco. Zaczęła nerwowo 
liczyć kafelki na ścianie, byle tylko odepchnąć zdrożne 
myśli. Nadal nie mogła uwierzyć we własne reakcje. 
Czyżby zaczynała tracić rozum? Czyżby szaleństwo 
Marka było zaraźliwe? Jeszcze wczoraj w ogóle go nie 
znała, a dziś... pożądała go sercem i ciałem...  

Całe lata żyła w przeświadczeniu, że kocha Philipa. 

Dwa tygodnie temu cierpiała z powodu jego ślubu z 
Dianą; sądziła, że złamał jej serce. A teraz to nagle 
przestało boleć. Okazało się, że wcale nie kochała 
Philipa! Uczucie, które brała za miłość, było niczym 
więcej niż dziecinnym zadurzeniem. Nie była w nikim 
zakochana, a więc sama stworzyła sobie obiekt 
miłości! Tak wiele zawdzięczała Philipowi, z łatwością 

background image

więc uwierzyła, że wdzięczność i sympatia, jakie do 
niego żywiła, oznaczają miłość. 

Czy to możliwe, żeby szalone zadurzenie, które 

brała za miłość, a które nadawało sens jej życiu przez 
tyle lat, minęło w jednej chwili jak sen, jak poranne 
opary? Była zmęczona, śmiertelnie zmęczona i myśli 
jej zaczynały mozolnie kręcić się w kółko... Po chwili 
aż usiadła w wannie ze zdumienia. Nie kochała Philipa, 
zgoda, ale przecież nie mogła kochać Marka! Znała go 
dopiero kilka godzin. W dodatku sprawiał wrażenie 
niezrównoważonego psychicznie... Och, nie rozumiała 
swoich uczuć, ale była to niewątpliwie niebezpieczna, 
wybuchowa mieszanka - emocjonalny dynamit, który 
powoli wyślizgiwał jej się z rąk i w każdej sekundzie 
groził wysadzeniem jej świata w powietrze. Jeśli więc 
zrobi fałszywy krok... 

- Daję ci pięć minut, Annie! - zawołał Mark zza 

drzwi łazienki. - Wszystko w porządku? 

- Tak - odpowiedziała ochryple. - Zaraz wychodzę. 
- Omlety nie mogą czekać! Pospiesz się! - Głos jego 

brzmiał łagodnie i spokojnie. 

Spojrzała na swe odbicie w lustrze wiszącym nad 

wanną i skrzywiła się z dezaprobatą. Wyglądała jak 
górnik po wyjściu z kopalni! Pospiesznie umyła twarz, 
zanurzyła głowę, żeby wypłukać z włosów resztki 
leśnego runa, po czym wyszła wreszcie z wanny, na 
koniec wyżymając wodę z włosów. 

Szybko wytarła się, ubrała i przyjemnie ożywiona 

zeszła na dół. 

- W samą porę! - ucieszył się Mark, prześlizgując się 

background image

wzrokiem po Annie. 

Oczekiwała jakiegoś komentarza na temat swego 

wyglądu. Związała mokre jeszcze włosy kawałkiem 
wstążki i włożyła do wąskich dżinsów szmaragdowy 
sweter, który opinał jej ciało niczym druga skóra. 

Gdy Mark nic nie powiedział, poczuła lekki zawód. 
- Proszę, jedz. - Postawił przed nią na stole złocisty 

omlet na podgrzanym talerzu. - Zrobię teraz dla siebie - 
dodał, odwracając się do kuchni. 

- Wygląda wspaniale - pochwaliła, przysuwając się 

na krześle do stołu. - Czyżbyś był kucharzem? 

- Nie, po prostu jestem Francuzem - odparł z uśmie-

chem. Wlał rozbite jajka na patelnię, a potem robiąc 
magiczne ruchy widelcem, posypywał rosnące ciasto 
drobno posiekaną zieleniną..      

Annie z prawdziwą przyjemnością zaczęła jeść. Na 

stole spostrzegła również miskę z sałatą, pokrojoną 
bagietkę i owoce. Nałożyła więc sobie na talerz 
również sałatę i wzięła kawałek bułki. 

Wieczorem kuchnia wyglądała bardziej przytulnie. 

Mark zgasił górne światło i zapalił świece, 
wprowadzając intymny, romantyczny nastrój. 

Gdy była już w połowie omletu, Mark przysiadł się 

do stołu. 

- Zapomniałaś o winie? - Podniósł butelkę białego 

wina i napełnił dwa kieliszki. 

- Czy to matka nauczyła cię gotować? - podjęła 

rozmowę Annie. 

background image

- Owszem, lubiłem pomagać jej w kuchni. Ale 

ojciec też czasami pichcił. 

- Spędziłeś dzieciństwo w Jurze? - spytała z 

zaciekawieniem. - Mieszkałeś na wsi? 

- Tak. To była bardzo mała wioska. Kilka domów 

zaledwie i bardzo stary kościół. - Jadł, lecz Annie 
czuła, że obserwuje ją ukradkiem. - W St Jeandes-Pins. 

Choć właściwie spodziewała się tego, poczuła nagły 

skurcz w żołądku. Chwyciła gwałtowny oddech i 
odłożyła widelec. 

- Tam urodził się mój ojciec - powiedziała 

nienaturalnie wolno i wyraźnie. 

- Tak, wiem. Znałem go. 
Oczy zrobiły jej się okrągłe jak spodki. 
- Znałeś mojego ojca?! Gdzie... gdzie go poznałeś? 

Jestem pewna, że od czasu, gdy opuścił Jurę, nigdy 
więcej tam nie powrócił. 

- Znałem go, gdy był jeszcze małym chłopcem. 

Wybuchnęła nerwowym śmiechem. 

- Chcesz powiedzieć, gdy ty byłeś małym chłopcem 

- sprostowała. 

Uniósł głowę i z miną wielce poważną popatrzył 

Annie prosto w oczy. 

- Nie. To on miał siedem lat, gdy go poznałem. 
Poczuła w uszach dziwny szum, poprzez który 

słyszała niewyraźne, szybkie walenie własnego serca. 

- O czym ty mówisz? Przecież to niemożliwe. Moj 

ojciec urodził się w... 

- W 1936 roku. 
Z łatwością mógł się dowiedzieć daty urodzenia jej 

background image

ojca. Nie powinna wpadać w panikę. 

- Tak, dokładnie - powiedziała, ukrywając 

zniecierpliwinie. - A jego matka zabrała go do Anglii 
w 1945. Nigdy potem nie odwiedził rodzinnych stron, 
nie mogłeś więc go tam spotkać - sprostowała. - 
Urodziłeś się dopiero, gdy on miał... - Szybko 
przeliczyła w pamięci i wyrzuciła z siebie gwałtownie: 
- Mniej więcej dwadzieścia cztery lata... Musiał mieć 
przynajmniej tyle, gdy się urodziłeś. 

- Skończ omlet - zmienił niespodzianie temat, 

zamykając dyskusję. 

Annie całkiem już straciła apetyt, ale posłusznie 

dokończyła swoją porcję, popijając winem. Zauważyła, 
że wysączyła już cały kieliszek i Mark napełnił go na 
nowo. 

Czy ojciec opowiadał ci o swojej matce? - spytał. 
Czasami - przyznała ostrożnie. - Miałam zaledwie 

jedenaście lat, gdy umarł. Moje wspomnienia o ojcu są 
trochę zamglone... Babka natomiast zmarła jeszcze 
przed moim urodzeniem. Po wojnie przyjechała do 
Anglii. Nigdy nie dowiedziałam się dlaczego. Chyba w 
czasie wojny działała we francuskim ruchu oporu... W 
każdym razie po przyjeździe do Anglii pracowała jako 
tłumaczka. Ojciec niezbyt chętnie wspominał wojenne 
czasy. Tylko czasami coś mu się wymknęło... 

Mark roześmiał się szeroko; w śniadej twarzy 

błysnęły białe zęby. 

- Och, cały Pierre! Zawsze był upartym, skrytym 

chłopcem. 
Odziedziczył te cechy po swoim ojcu. Wiesz, że twój 

background image

dziadek, Jacques Dumont, zginął w 1940, w 
pierwszych dniach niemieckiej inwazji? 

- Wiem, że babka owdowiała na początku wojny. 

Annie nie mogła pytać matki o rodzinę ojca. Matka nie 
lubiła rozmów o zmarłym mężu, a gdy wyszła 
powtórnie za mąż, nie ośmieliła się nawet wspominać 
o swym pierwszym związku. Annie szybko nauczyła 
się, że temat ten doprowadzał ojczyma do ataków furii, 
a ponieważ bała się go bardzo, nie podejmowała 
ryzyka. 

- Twój dziadek zaciągnął się do wojska, gdy tylko 

wybuchła wojna - powiedział Mark, bacznie 
obserwując napięcie na twarzy Annie. - Kilka tygodni 
później zginął, pozostawiając żonę wraz z czteroletnim 
wówczas synkiem, Pierre'em, twoim ojcem... 

Annie nigdy nie słyszała tej rodzinnej historii. 

Siedziała teraz cała zamieniona w słuch, ani przez 
chwilę nie wątpiąc, że to, co opowiadał Mark, było 
prawdą. Szczegóły te pasowały do jej wiadomości o 
dzieciństwie ojca. 

Mark upił łyk wina i przez dłuższą chwilę w 

zamyśleniu wpatrywał się w drgający płomień. W 
ciepłym blasku świecy jego czarne oczy wydawały się 
jeszcze bardziej przepastne i lśniące. 

- Twoja babka prowadziła w wiosce sklep - podjął 

po namyśle. - Nie była podobna do innych kobiet z 
tych stron. Miała angielską babkę i doskonale mówiła 
po angielsku. Nim poślubiła twego dziadka, kształciła 
się, zrobiła nawet dyplom z tego języka na 
uniwersytecie. Jej małżeństwo zostało zaaranżowane, 

background image

gdy miała zaledwie osiemnaście lat. Rodzice tego sobie 
życzyli. Bardzo lubili Jacquesa Dumonta, przyjaźnili 
się z jego rodzicami... 
Właściwie byli nawet ze sobą spokrewnieni. Bardzo 
dalekie pokrewieństwo.. . Anna znała Jacquesa przez 
całe swe życie, niemal razem się wychowywali. Ona 
także bardzo go lubiła... 

Słysząc własne imię, Annie drgnęła niespokojnie. 

Zerknęła na Marka, ale on, jak się zdawało, nie zwracał 
na nią żadnej uwagi. Z głową wspartą na rękach, z 
włosami opadającymi na czoło, sprawiał wrażenie, 
jakby mówił sam do siebie. 

- Ona go nigdy nie kochała... On też jej nie kochał. 

Powiedziała mi kiedyś o tym. Zgodzili się na ślub, 
żeby uszczęśliwić rodziny. Żadne z nich nie poznało 
nikogo innego, a ponieważ szczerze się lubili i byli do 
siebie przywiązani, uznali, że nie ma przeszkód, by się 
pobrać. Anna miała wówczas dwadzieścia jeden lat, 
Jacques był kilka lat starszy. Wprawdzie nie łączyła 
ich namiętność, ale byli dla siebie prawdziwymi 
przyjaciółmi i życie ich bez specjalnych wzlotów czy 
upadków płynęło spokojnym, szczęśliwym rytmem. 

Annie nie była pewna, czy o takim właśnie 

małżeństwie by marzyła. Mark napotkał jej spojrzenie i 
uśmiechnął się porozumiewawczo, jakby czytając w jej 
myślach. 

- Gdy zginął, bardzo cierpiała... Cierpiała tak jak po 

stracie brata. Powiedziała mi kiedyś, że był jej 
najlepszym przyjacielem. Być może, by łatwiej 
zapomnieć o bólu, po upadku Francji zaczęła działać w 

background image

ruchu oporu. Miała wrażenie, że kontynuuje walkę, 
którą rozpoczął jej mąż. W Jurze sporo się wówczas 
działo ze względu na bliskość szwajcarskiej i 
niemieckiej granicy... 

- Och, to musiało być bardzo niebezpieczne - 

westchnęła cicho Annie. 

- Oczywiście - uśmiechnął się pobłażliwie. - Cała 

okolica była naszpikowana niemieckimi żołnierzami. 
Rząd w Vichy kontrolował tylko południe Francji. 
Tereny przygraniczne Niemcy woleli mieć sami na 
oku. Chodziło o udaremnienie przerzutu ludzi przez 
granicę szwajcarską. 

- Ale mimo wszystko przedostawano się do 

Szwajcarii, prawda? 

- Ludzie miejscowi, którzy działali w ruchu oporu, 

znali każdą piędź tamtejszej ziemi, każdą leśną 
ścieżkę. Ocalili życie wielu ludziom zagrożonym 
represjami, którzy musieli wydostać się z Francji. Na 
przykład pomagali w ucieczce brytyjskim lotnikom, 
którzy rozbili się na terenach kontrolowanych przez 
Niemców. Przeprowadzali ich do Szwajcarii, wędrując 
w nocy przez góry i lasy, przekazując ich sobie z rąk 
do rąk, od jednej bezpiecznej kryjówki do drugiej. 
Bojownicy ruchu oporu ryzykowali własnym życiem, 
aby przedrzeć się przez niemieckie posterunki, przez 
straże graniczne i potem w dół ku szwajcarskim 
jeziorom. 

- Czy twoja rodzina walczyła w ruchu oporu? - 

spytała Annie zafascynowana. 

Spojrzał na nią z dziwnym, ponurym uśmiechem. 

background image

- Byłem jednym z tych brytyjskich lotników, Annie. 

background image

ROZDZIAŁ  SZÓSTY 
 
Tego Annie nie oczekiwała. Wstała raptownie, blada 

i wstrząśnięta. 

- Och, nie! - zaprotestowała kategorycznie. - Nie 

zaczynaj tego znów. Gdy już udaje mi się uwierzyć, że 
jesteś zdrowy i normalny, ty wyskakujesz z taką 
historią! Niczego już nie chcę słyszeć. Nie zniosę tego 
dłużej. Pozwól, że zrobię kawę, a potem natychmiast 
idę do łóżka. 

- Annie, obiecałem, że odwiozę cię jutro do Paryża i 

mam zamiar dotrzymać słowa - powiedział ze 
śmiertelnym spokojem. - A to oznacza, że czas ucieka. 
Dziś wieczór więc musisz wysłuchać mnie do końca! - 
Podniósł nieco głos i chwycił ją za przegub dłoni. 
Popatrzył na nią tak ostro, że musiała odwrócić wzrok. 
- Zdaję sobie sprawę, że to, co mówię, brzmi niepraw-
dopodobnie i możesz uważać mnie za wariata. 
Zapewniam cię jednak, że jestem całkiem normalny. 
Jeśli wysłuchasz mnie do końca, być może więcej 
zrozumiesz. Czy pozwolisz mi mówić dalej, Annie? 

Zmarszczyła brwi i zagryzła wargę. Nie chciała 

słyszeć niczego więcej. To przerastało jej siły. 
Panicznie bała się nie tylko tego, co jeszcze usłyszy, 
ale również własnych reakcji: dziwnych przebłysków 
deja vu, niesamowitych, koszmarnych snów, a przede 
wszystkim intensywności uczuć w stosunku do tego 
mężczyzny, niezwykłego wrażenia, że go zna, i to zna 
bardzo blisko. Choć wszystkie własne odczucia 
usiłowała sobie racjonalnie tłumaczyć, zawsze 

background image

pozostawała w głębi serca iskierka niepewności, 
pojawiał się w myślach mimowolny odprysk: a jeśli. ..? 
A jeśli to była prawda? Jeśli kiedyś naprawdę znała 
Marka, tylko już tego nie pamięta? Które z nich było 
szalone? Może ona...? 

Przez chwilę biła się z myślami. Do tej pory Mark 

robił jedynie irytujące aluzje i tajemnicze wzmianki. 
Mogła mu wierzyć lub nie, mogła się zastanawiać. Ale 
ostatnie jego słowa były czystym szaleństwem! Teraz 
już nie mogła mu wierzyć, jeśli sama była przy 
zdrowych zmysłach. Nigdy nie traktowała poważnie 
ludzi opowiadających o swych poprzednich 
wcieleniach i nie zamierzała teraz zmieniać swych 
racjonalnych zapatrywań. 

- Zadałem sobie wiele trudu, byś miała okazję mnie 

wysłuchać - odezwał się znów głębokim, stłumionym 
głosem. - Proszę cię, Annie, usiądź jeszcze na chwilę. 
Zrobię kawę, a potem opowiem ci do końca całą 
historię. 

Popatrzyła na niego w zadumie i doszła do wniosku, 

że musi wysłuchać jego opowieści do końca. W 
przeciwnym razie nigdy nie przestanie się zastanawiać, 
co miał jej jeszcze do powiedzenia. 

- Muszę być chyba stuknięta... - wymamrotała pod 

nosem. 
Uśmiechnął się, a oczy jego błysnęły zrozumieniem. 

- Przyznaj się, że po prostu jesteś ciekawa. I choćby 

przez czystą ciekawość chcesz poznać resztę tej 
niezwykłej historii. 

- Może masz rację- rzekła pojednawczo. - Ale nie 

background image

obiecuję, że ci uwierzę. 

Usiadła ponownie przy stole i podziwiała Marka, 

który z dużą wprawą przyrządzał kawę. Jej zmysły 
reagowały na każdy jego ruch, każdy gest, na sposób, 
w jaki włosy opadały mu na czoło, gdy pochylał się 
nad kuchenką... na każde poruszenie j ego giętkiego, 
smukłego ciała 

Krew w jej żyłach zdawała się szybciej płynąć, usta 

miała wyschnięte, a w głowie huczał wir 
niespokojnych myśli. Natrętnie wracało wspomnienie 
tego, co wydarzyło się w lesie, gdy czuła ciało Marka 
stopione ze swoim ciałem... Nie do wiary, że znała go 
zaledwie od kilku godzin! Jakże mogła zapomnieć, że 
ją brutalnie porwał i trzymał tu wbrew jej woli! 

Nie mogła wprost uwierzyć, że była zdolna do tak 

gwałtownej, niszczącej namiętności. Przyglądała się 
teraz sobie w niemym zdziwieniu, jak obcej kobiecie, 
której - mimo usilnych starań-nie potrafiła zrozumieć... 

Kawa bulgotała w ekspresie, czarny płyn 

rozbryzgiwał się po szklanych ściankach naczynia. 
Mark ustawiał pieczołowicie na tacy filiżanki, 
spodeczki, cukiernicę, mały dzbanuszek ze śmietanką i 
talerz z miętowymi czekoladkami. Każdą czynność 
wykonywał z podziwu godną precyzją, długimi, 
zręcznymi palcami układając łyżeczki pod właściwym 
kątem. 

- Nadal nie powiedziałeś mi, czym naprawdę się 

zajmujesz - wtrąciła jakby od niechcenia, a on spojrzał 
na nią z ukosa z zagadkowym wyrazem twarzy i tak 
intensywnym błyskiem w swych czarnych oczach, że 

background image

znów poczuła przyspieszone bicie serca. 

Och, nie miał prawa tak na nią działać! - zżymała się 

w duchu i żałowała jednocześnie, że nie poznała go w 
innych okolicznościach, żałowała, że był tak 
niepokojący, tak odmienny od wszystkich innych 
mężczyzn, których w życiu znała. Wiedziała jedno - 
długo o nim nie zapomni. 

Powiem ci później - odrzekł, stawiając tacę z 

dzbankiem parującej kawy na stole. - Wypijemy tutaj, 
czy przeniesiemy się do salonu? 

- Jak długa jest twoja historia? - spytała rzeczowo. 
- Obawiam się, że dość długa - powiedział z 

wahaniem 

- W takim razie przenieśmy się na wygodniejsze 

miejsce - podjęła decyzję. 

Mark przestawił świece na tacę i powiedział: 
- W salonie jest cieplej. Napaliłem w kominku. 
Kiedy szła za nim mrocznym korytarzem i 

obserwowała na ścianach grę długich, ponurych cieni 
rzucanych przez światło świec, owładnął nią jakiś 
nieokreślony niepokój. 

Uspokoiła się nieco, dopiero gdy usiadła przed 

kominkiem w wygodnym, obitym zielonym aksamitem 
fotelu i zaczęła rozgrzewać dłonie nad ogniem. Na 
palenisku z trzaskiem płonęły sosnowe polana, w 
powietrzu unosił się aromatyczny zapach żywicy. 

Rozejrzała się z zainteresowaniem po wnętrzu, w 

którym była po raz pierwszy, ale niewiele zdołała 
dojrzeć. Pokój tonął w półmroku; jedynym źródłem 
światła był blask płynący z kominka i świece, które 

background image

Mark właśnie zestawiał z tacy. 

- Śmietanka? Cukier? - spytał, zajęty rozlewaniem 

kawy. 

- Nie, dziękuję. 
Podał jej filiżankę mocnej czarnej kawy. 
- Pachnie cudownie - powiedziała, wciągając w 

nozdrza aromatyczny zapach. 

- Zjedz czekoladkę - zachęcił. 
- Wzięła jedną i wolno zaczęła ją nadgryzać, 

wpatrując się w zamyśleniu w płomienie. Zauważyła, 
że wewnętrzne ściany kominka, wymurowane z cegieł, 
zdobił wizerunek Feniksa z rozpostartymi skrzydłami, 
a ruszt został kunsztownie wykuty z żelaza. Samo 
palenisko było nienagannie uporządkowane, choć iskry 
raz po raz strzelały w górę i opadały na kamienne 
obramowanie. 

Mark zajął drugi fotel i wyciągnąwszy długie nogi, 

siedział przez chwilę w milczeniu, trzymając w dłoni 
filiżankę z kawą. 

- Uwielbiam ogień - powiedziała Annie, przerywając 

ciszę. - W Londynie mam tylko centralne ogrzewanie... 
Jest coś bardzo uspokajającego w prawdziwym ogniu, 
nie sądzisz? 

- Nie zapominaj, że w lesie ogień bywa przerażający 

- odparł z ponurą zmarszczką przecinającą mu czoło. - 
Latem w Jurze często wybuchają pożary... potrafią 
zniszczyć ogromne połacie lasu, który potem odrasta 
przez co najmniej dwadzieścia lat. Okropne jest 
uczucie, gdy ogień wymyka się spod kontroli... 
Człowiek jest całkowicie bezradny. Płomienie 

background image

rozprzestrzeniają się na wietrze, niosąc za sobą smugi 
czarnego, gryzącego dymu i niszczą wszystko, co 
napotkają po drodze... Taka sama jest wojna. Gdy 
wybuchnie, wymyka się spod kontroli. Potrafi 
zawładnąć człowiekiem i zmusić go do robienia 
rzeczy, których by nie uczynił w innych 
okolicznościach. Wojna zmienia naturę człowieka: pali 
i trawi wszystko, co napotka... Ma się ochotę uciec, 
zejść z drogi, ale wówczas porzuca się to, co się 
kocha... 

- Czy walczyłeś kiedyś z pożarem? - spytała, 

ponieważ tak sugestywnie opowiadał o żywiole ognia i 
wojny, że mogła przypuszczać, iż zna to z autopsji. 

- Owszem, gdy miałem dwadzieścia lat... gasiłem 

pożar lasu w Jurze. Jacyś chłopcy urządzili sobie 
piknik na skraju lasu i rozpalili ognisko. Od iskry 
zajęła się sucha trawa, a potem ogień wymknął się 
spod kontroli. Wszyscy mieszkańcy wioski pomagali 
strażakom, lano wodę z samolotów, ale wiatr nieubła-
ganie pchał płomienie ku wiosce. W pewnym 
momencie myśleliśmy, że wszystko stracimy. Na 
szczęście wiatr ucichł i po godzinie żywioł został 
opanowany. Ale ja dowiedziałem się o tym znacznie 
później, ponieważ płonąca gałąź, spadając, uderzyła 
mnie w głowę i na pewien czas straciłem przytomność. 
- Odsunął pukiel włosów z czoła i pokazał Annie 
niewielką bliznę. 

background image

Widzisz, mam to od tamtej pory. Specjalnie 

zapuszczam włosy, żeby ukryć szramę - dodał tonem 
lekkiej kokieterii. 

- Och, naprawdę nic nie widać - pocieszyła go 

skwapliwie. - Nigdy bym niczego nie zauważyła, 
gdybyś sam mi nie pokazał. Czy rana była 
rzeczywiście poważna? - spytała, marszcząc brwi. 

Miałeś wstrząs mózgu? 
- Tak mi powiedziano... Pamiętam jedynie, że wtedy 

właśnie po raz pierwszy wszystko sobie 
przypomniałem. 

Właśnie tego się domyślała. Utkwiła w nim teraz 

szeroko otwarte oczy i wstrzymała oddech. 

- Nie, Annie... - uśmiechnął się lekko, jakby czytając 

w jej myślach. - Tego nie da się zapisać na karb 
wstrząsu mózgu. Odtworzyły mi się w pamięci różne 
obrazy z mojego życia, odkąd byłem dzieckiem. To 
były całkiem zwyczajne sceny: na przykład 
obserwowałem padający deszcz albo gotującą się wodę 
w czajniku, lub też ktoś śmiał się w mojej obecności. I 
nagle ni stąd, ni zowąd przecinały mój umysł szybkie, 
ostre przebłyski, zupełnie tak, jakby mi w głowie 
wyświetlano klatki filmu. 

Annie z twarzą barwy popiołu przyglądała mu się 

jak zaczarowana. 

- Rozumiesz, co mam na myśli? - dopytywał się 

takim tonem, jakby wiedział z góry, że również jej 
zdarzały się momenty deja vu. 

Nie odpowiedziała. Wolała nie przyznawać się, że 

przytrafiło jej się to parokrotnie, odkąd go poznała. 

background image

- To było tak - tłumaczył spokojnie -jakby jakieś 

prozaiczne wydarzenie wyławiało z mroków pamięci 
podobne, z którym w przeszłości wiązało się coś 
dramatycznego. Pewnego razu, na przykład, stałem 
przy oknie, obserwując krople deszczu opadające na 
liście, i nagle... zobaczyłem kobietę o długich czarnych 
włosach przewiązanych chustką, która szła w deszczu 
przez las na spotkanie ze mną, a ja byłem przerażony i 
jednocześnie niezwykle podniecony z tego powodu. 

- To mogła być scena z jakiegoś filmu, który kiedyś 

widziałeś - zbagatelizowała, poszukując racjonalnych 
wyjaśnień. 

- Być może - zgodził się z powątpiewaniem. - Ale 

miałem wówczas siedem lat i odczuwałem to zbyt 
intensywnie, zbyt realnie, żeby mogła to być scena z 
filmu. Podświadomie wiedziałem, że to przytrafiło się 
mnie osobiście... Śniło mi się, że biegłem w nocy przez 
las, biegłem i biegłem, kluczyłem między drzewami, 
uciekałem przed ludźmi, którzy chcieli mnie zabić. Ale 
w końcu zostałem osaczony... Sen skończył się, gdy 
mnie zastrzelili. 

- Zastrzelili? - Koniuszkiem języka zwilżyła wargi. - 

W moim śnie słyszałam... - urwała nagle, chcąc 
odsunąć dramatyczne wspomnienie. 

- Wiem - powiedział cichym, spokojnym głosem. - 

Słyszałaś ogień z karabinów maszynowych i 
wiedziałaś, że ktoś został zabity. Tym kimś byłem ja. 

Annie podskoczyła na fotelu tak gwałtownie, że 

przewróciła filiżankę z kawą i gorący płyn ochlapał jej 
nogi. 

background image

- Boli? - Mark wstał i z nachmurzoną miną patrzył z 

góry na brunatne plamy na jej dżinsach. - Oparzyłaś 
się? 

Lekko krzywiąc się, przesunęła dłonią po mokrym 

materiale. 

- Kawa nie była już zbyt gorąca - powiedziała. – 

Wysuszę się przy ogniu, - Przysunęła fotel do 
kominka, wyprostowała nogi i przez chwilę 
obserwowała parę unoszącą się nad mokrym 
materiałem. Odwróciła głowę i odezwała się 
gniewnym tonem: - W każdym razie to twoja wina. 
Skończ z tymi niesamowitymi 
historiami. 

Wyraz twarzy miał bardzo poważny, a na dnie jego 

ciemnych oczu malował się smutek i żal. 

- Nie mogę, Annie. Mimo że uważasz mnie za 

szaleńca, wierzę w to, co mówię. Choć już wcześniej 
przypominałem sobie maleńkie fragmenty z mojego 
poprzedniego życia, po tym wypadku okazało się, że 
zacząłem to życie przeżywać na nowo. Wciąż na nowo 
i na nowo... Być może takie sny miewałem również w 
dzieciństwie, ale przedtem po obudzeniu nigdy nie 
pamiętałem całego snu. Pozostawały mi w głowie tylko 
jakieś fragmenty, strzępy, które trudno było ułożyć w 
logiczną całość... 

Annie wyglądała na bardzo wystraszoną. Głosem 

przypominającym szelest suchej trawy szepnęła: 

- Prawdopodobnie przeszedłeś poważny wstrząs 

mózgu i od tamtej pory zacząłeś to sobie wyobrażać. 

Potrząsnął głową, a jego ciemne włosy w 

background image

migotliwym świetle kominka przypominały czarną 
lustrzaną toń górskiego jeziora. Annie drgnęła 
niespokojnie. Kiedyś już go widziała - widziała, jak 
siedział przy ogniu, obserwowała płomienie odbijające 
się w jego czarnych włosach... Wezbraną falą zalały ją 
emocje, chciała płakać i śmiać się jednocześnie, tak 
była wzburzona głębią własnych odczuć. 

Nigdy nie przypuszczała, że kiedykolwiek 

doświadczy takich szczególnych wzruszeń. To było 
jak... umieranie. Taka otchłań rozpaczy i smutku 
otwierała się przed nią. 

- Nie, Annie - odezwał się Mark. - Niczego sobie nie 

wyobraziłem. Wszystko wydarzyło się naprawdę. Są 
na to dowody. 
Ten lotnik istniał rzeczywiście. Nazywał się Mark 
Grant. 

Usłyszawszy to imię, Annie z wrażenia głośno 

wciągnęła powietrze, ale Mark nie zwrócił na to uwagi 
i mówił dalej: 

- Każdy we wsi słyszał o brytyjskim lotniku, który 

podczas próby ucieczki został zastrzelony w lesie. 
Pochowano go w St Jean-des-Pins na małym wiejskim 
cmentarzu. Na jego grobie postawiono prosty, 
marmurowy krzyż z wyrytym nazwiskiem i datą 
śmierci. Pomnik ufundowała jego rodzina kilka lat po 
wojnie, gdy w końcu udało jej się odnaleźć grób. Cała 
wioska była dumna z Marka Granta. Na trwałe zapisał 
się w naszej lokalnej historii. Nawet dzieci często 
chrzczono jego imieniem... W mojej klasie było nas aż 
czterech Marków. 

background image

- Na litość boską, Mark! - przerwała mu raptownie. 

– Nic dziwnego, że zawsze miałeś obsesję na jego 
punkcie! Czy to jedyny brytyjski grób na waszym 
cmentarzu? 

Gdy przytaknął, ciągnęła: 
- Stał się ośrodkiem lokalnej legendy. Takie 

dramatyczne historie zawsze fascynują dzieci. Dla nich 
wojna jest już przeszłością. .. odległą, romantyczną 
przeszłością, z której niewiele rozumieją. Często 
prawda miesza im się z fikcją, przenoszą rzeczywiste 
wydarzenia w krainę baśni i na odwrót. Tak jak angiel-
skie dzieci chętnie bawią się w Robin Hooda i jego 
towarzyszy, tak ty z pewnością bawiłeś się w Anglika 
ściganego w lesie przez Niemców! 

Zmarszczył brwi i przez chwilę milczał. 

Obserwowała go z wyrazem niepokoju i współczucia 
w roziskrzonych, zielonych oczach. 

- Mark, nie rozumiesz? - perswadowała. - Od 

wczesnego dzieciństwa miałeś tę historię zakodowaną 
w podświadomości, a gdy doznałeś wstrząsu mózgu, 
gasząc pożar, wspomnienie walki z ogniem pomieszało 
ci się z opowieściami o wojnie. 

Mark miał niezgłębiony wyraz twarzy. Jakże by 

chciała wniknąć do jego duszy, dowiedzieć się, czy jej 
słowa do niego przemówiły, czy też pozostał wierny 
własnym fantazjom... 

- Doznałeś urazu głowy - mówiła pieszczotliwie, jak 

do chorego dziecka - i straciłeś przytomność. Wiesz 
przecież, że sny często mieszają wydarzenia 
rzeczywiste z fikcją. Śniło ci się, że w lesie ścigają cię 

background image

Niemcy i w końcu zostajesz zastrzelony. Założę się, że 
tego brytyjskiego lotnika również trafiono w głowę! 
Czy nie widzisz, jak to wszystko do siebie pasuje? 

- Z wyjątkiem jednej rzeczy - uśmiechnął się 

ponuro. - Nigdy w wiosce nie opowiadano, kto 
opiekował się tym zestrzelonym lotnikiem w małej 
leśnej chatce, kto go żywił i leczył, ponieważ był ranny 
po wypadku. I nikt nigdy nie opowiadał, co wydarzyło 
się między owym Anglikiem a Anną Dumont, ponie-
waż ona zachowała na ten temat całkowite milczenie. 
Może 
jeden czy dwóch ludzi z ruchu oporu wiedziało, że 
Anna się nim opiekuje, ale z pewnością nie mieli 
pojęcia, że tych dwoje się w sobie zakochało... Gdy 
byłem małym chłopcem, nikt mi nie opowiadał o 
Annie Dumont i jej synu, ponieważ obydwoje opuścili 
tamte strony dwa lata przed moim urodzeniem. 
Powiedziano mi tylko, że w pobliskim lesie podczas 
wojny ukrywał się brytyjski lotnik, którego po jakimś 
czasie Niemcy schwytali i zastrzelili. - Popatrzył na nią 
pytająco, z dziwnym półuśmiechem na wargach. - 
Wytłumacz mi w takim razie, Annie, skąd mogłem 
wiedzieć o romansie poległego lotnika z Anną 
Dumont? 

Zagryzła wargę, a potem odezwała się, dobierając 

słowa: 

- Musiałeś kiedyś o tym usłyszeć... A potem tylko 

połączyć fakty. 

Nie chciała dopuścić innego rozwiązania. Było zbyt 

niesamowite. Uczepiła się jedynego racjonalnego 

background image

wytłumaczenia, jedynego wyjaśnienia zgodnego ze 
zdrowym rozsądkiem. 

Mylisz się, Annie. 
Jeśli nikt ci nie powiedział, że moja babka miała 

romans z angielskim lotnikiem, to być może nie było 
żadnego romansu! - odcięła się ze złością. - Być może 
sam to sobie wymyśliłeś! 

Popatrzyła na niego ze zniecierpliwieniem. - A poza 

tym, skoro w poprzednim wcieleniu byłeś Anglikiem, 
dlaczego teraz urodziłeś się jako Francuz? 

- Nie wiem. Po prostu tak jest... Może dlatego, że 

umarłem we Francji? A ty powróciłaś jako Angielka, 
może właśnie dlatego, że zmarłaś w Anglii? Kto wie... 

Mimo że od kilku minut spodziewała się właśnie 

takiego rozwiązania, przeżyła znowu szok. 

- Chcesz mi wmówić, że jestem wcieleniem własnej 

babki?! - Parsknęła histerycznym śmiechem. - Na 
litość boską, Mark, czy nie uważasz, że powinieneś się 
leczyć? 

Z gwałtownością, która ją zaskoczyła, poderwał się 

z fotela i nim spojrzała w dół, już klęczał u jej stóp, i 
chwyciwszy ją za ręce, patrzył na nią płonącym, 
przenikliwym wzrokiem. 

- Jesteś jej doskonałym wizerunkiem, Annie! - 

mówił z pasją, chrapliwie, bezładnie. - Musiałaś ją 
przecież widzieć... Musisz mieć jej fotografie z 
młodości... Kiedy wiele lat później zobaczyłem twoją 
twarz na okładce płyty, och, od razu cię rozpoznałem, 
mimo że byłaś... że jesteś młodsza od Anny, gdy ją  
spotkałem. Ona miała wtedy trzydzieści dwa lata, a ty 

background image

dwadzieścia dwa, gdy usłyszałem o tobie po raz 
pierwszy... W tym 
właśnie wieku Anna wyszła za mąż, a potem przeżyła 
dziesięć trudnych, bardzo bolesnych lat. Wiele 
przecierpiała... - Skrzywił twarz. - Wiele wydarzyło się 
na świecie przez te dziesięć lat, a potem przyszła 
wojna... najokrutniej sza z okrutnych. Anna wiele 
przeszła, nim ją poznałem. W rysunku jej ust, w 
wyrazie czarnych oczu znać było, że wiele przeżyła. 
Ale ciągle była 
bardzo piękna..! 

Annie nagle poczuła dziwne, niedorzeczne ukłucie 

zazdrości. W jego oczach, w jego twarzy była jakaś 
świetlana pogoda, a w głosie dźwięczały echa gorącej 
namiętności, gdy mówił o jej babce. On naprawdę 
kochał tamtą kobietę - kobietę, której nigdy w życiu 
nie spotkał! Och, to istne szaleństwo, że ją to 
zabolało... Nie potrafiła zrozumieć swej reakcji, 
podobnie jak nie potrafiła zniweczyć jego urojeń. 

- Ty, Annie, również jesteś piękna - powiedział z 

oczami płonącymi jak rozżarzone węgle. 

- Dobrze przynajmniej, że odróżniasz mnie od 

tamtej kobiety - westchnęła ciężko. 

- Ja też nie jestem tamtym Markiem - wyszeptał 

drżącymi wargami. - Nasze życie różni się od ich 
życia, ale są to różnice powierzchowne... Dotyczą 
miejsca, czasu i okoliczności, w jakich przyszło nam 
teraz żyć... W pewnym sensie człowiek przypomina 
zaklejoną kopertę: wszystko, co ważne, znajduje się w 
środku. A w środku mamy dusze, które są wieczne... 

background image

Patrzyła na niego oczami oniemiałymi z wrażenia, 

tylko z piersi jej wyrwało się głębokie, udręczone 
westchnienie. 

- Nie masz pojęcia, jak bardzo przypominasz swoją 

babkę... Zwłaszcza, gdy milczysz. Ona często milczała. 
Milczała i rozmyślała... Miała takie same jak ty długie 
czarne włosy, które sięgały jej prawie do pasa, często 
upinała je w kok... I przeważnie nosiła się na czarno. 
We Francji w tamtych czasach wdowy nosiły żałobę 
przez całe lata, niektóre nawet do końca życia... Wiesz, 
że ona także śpiewała? - ożywił się i popatrzył pytająco 
na Annie. 

- Skąd o tym wszystkim wiesz?! - przerwała, cała 

drżąca. 

- Musiałeś to wszystko wymyślić, uroić sobie! 

Nawet ja tyle o niej nie wiem, a przecież była moją 
babką! 

- Kochałem ją bardziej niż własne życie. I 

dowiodłem tego. 
Umarłem dla niej. 

Annie ze świstem wciągnęła powietrze. 
- Byliśmy razem w leśnej chacie, gdy 

nieoczekiwanie pojawili się Niemcy - mówił dalej. - 
Jeśliby ją schwytali, zabiliby ją również, ale przedtem 
by ją torturowali, żeby wydobyć informacje o ludziach 
działających w podziemiu. Nie mogłem do tego 
dopuścić. Anna nie chciała mnie zostawić, ale 
wytłumaczyłem jej, na jakie niebezpieczeństwo naraża 
swoich przyjaciół z ruchu oporu. Była niezwykle 
odważna, ale zlękła się, że tortury ją złamią. W końcu 

background image

zmusiłem ją do odejścia, a potem sam zacząłem 
uciekać, robiąc przy tym sporo hałasu. Niemcy puścili 
się za mną w pościg, a w tym czasie Anna mogła 
spokojnie dotrzeć do wioski. Mieli psy i reflektory, 
osaczenie mnie było tylko kwestią czasu... Uciekałem, 
biegłem przed siebie do końca. Aż mnie zastrzelili. 

Annie ze zdumieniem stwierdziła, że łzy ciekną jej 

strumieniami po policzkach. Była zła na siebie. Nie 
chciała się wzruszyć, przede wszystkim jednak nie 
chciała uwierzyć... Och, oczywiście to prawda, że jakiś 
angielski lotnik został zabity w lesie i pochowany na 
miejscowym cmentarzu, ale jeśli chodzi o resztę... 

- Bardzo romantyczna historia - rzekła z nutką ironii 

w głosie. - Nie sądź jednak, że w nią uwierzę. 

Nie odpowiedział, obserwował ją tylko swymi 

ciemnymi, głębokimi jak studnie oczami. 

- Masz niezwykle bujną wyobraźnię - ciągnęła 

niewzruszona i wmówiłeś sobie, że to wszystko 
wydarzyło się naprawdę. Ale mnie nie udało ci się 
przekonać. - Spojrzała ostentacyjnie na zegar stojący 
nad kominkiem. - Zrobiło się późno - zauważyła. - 
Padam z nóg i chciałabym się już położyć. 

Wstała i ruszyła pospiesznie w kierunku drzwi, ale 

nim do nich dotarła, Mark pobiegł za nią i chwycił ją 
mocno za ramię. 

- Annie, nie odchodź. - Twarz miał bladą, jakby 

znużoną, a kącik ust drgał mu nerwowo. 

- Muszę - odrzekła, czując, że zaczyna drżeć. - 

Muszę, Mark! To był bardzo długi dzień. 

background image

- Musisz mi uwierzyć. - Twarz jego wyrażała 

najwyższe napięcie. - Czas ucieka, Annie. Nie broń się, 
nie zamykaj przed prawdą. Jesteś już w połowie drogi. 
Obserwowałem cię przez cały dzień i wiem, że 
zaczynasz sobie przypominać... Ale nie możesz ze sobą 
walczyć! Musisz wreszcie otworzyć drzwi... 

Jego słowa obudziły w niej lęk i przerażenie. 
- Nie chcę stać się taką samą wariatką jak ty! - 

rzuciła mu w twarz, usiłując wyrwać się z jego objęć. - 
Puść mnie, Mark! 

Otoczył ramieniem jej talię i trzymał teraz tak 

mocno, że w żaden sposób nie mogła się uwolnić. 
Czuła mięśnie jego ud, jego klatki piersiowej tuż przy 
swoim ciele - i wiedziała, że pierś ta jest silna, 
nieustępliwa jak prawdziwy mur, o który można się 
oprzeć, ale z którym nie ma sensu walczyć. 

- Nie bój się, Annie - szepnął wprost do jej ucha. – 

Nie pozwoliłbym cię skrzywdzić i nigdy sam bym tego 
nie uczynił. Ileż razy mam ci to powtarzać? Ze mną 
jesteś bezpieczna. 

Gdy przysunął twarz jeszcze bliżej i omiótł ją 

gorącym oddechem, zadrżała. Był to dreszcz strachu i 
namiętności zarazem - tak samo prymitywnej i 
pochłaniającej jak strach. 

- Puść mnie... 
Poczuła jego pieszczotliwą dłoń na swoich piersiach, 

a jednocześnie usta jego przylgnęły do jej warg z 
natrętną, nienasyconą chciwością, której nie potrafiła 
się przeciwstawić. Ogarnęła ją znów fala 
zdradzieckiego uczucia, która popchnęła ją ku niemu, 

background image

kazała otoczyć mu szyję ramionami i oddawać 
pocałunki. Po nieskończenie długiej chwili przyszło 
otrzeźwienie, zakiełkowała jej bowiem w głowie 
straszliwa myśl. On nie całuje ciebie! - myślała 
gorączkowo. Całuje ją! Wyśnioną, wymarzoną kobietę, 
na punkcie której od lat ma obsesję. Kobietę, dla 
której, jak sobie uroił, zginął pół wieku temu. Twoją 
babkę! Mark kocha twoją babkę. 
To szaleństwo, szaleństwo... Musi z tym skończyć! Nie 
mogła jednak oddychać, Mark obsypywał pocałunkami 
jej szyję, a ręką wciśniętą pod sweter gładził rozpaloną 
skórę jej piersi. To szaleństwo, powtarzała sobie w 
kółko. On nawet nie zdaje sobie sprawy, kogo dotyka! 
I nagle dotarła do niej szokująca myśl, że Mark 
całował ją tylko dlatego, że tak żywo przypominała 
swoją babkę. Całował tamtą upragnioną Annę - Annę 
ze swoich snów.'.. Och, dlaczego mu na to pozwala? 
Dlaczego nie przestanie... Jeszcze chwila i poczuje się 
zawiedziona, zraniona, ponieważ zakocha się w tym 
obłąkanym mężczyźnie! 

Nie! - zaprotestowała w myślach. Nie jestem w nim 

zakochana. Tylko nie to! 

A jednak ostatnie dwanaście godzin zdawały się 

wiecznością. Wydawało jej się, że stała się kimś 
innym, zmieniła poglądy na życie, na siebie, na cały 
świat... 

- Pragnę cię, Annie... Tak bardzo cię pragnę... - 

wyszeptał Mark, dysząc ciężko w jej szyję.   

Miała wrażenie, że nagle oblano ją lodowatą wodą. 

Gwałtownie otworzyła oczy. Jeśli go teraz nie 

background image

powstrzyma, czuła, że jeszcze dziś mu ulegnie. 
Musiała położyć temu kres. 

Odepchnęła go gwałtownie, ze wszystkich sił, tak 

gwałtownie, że zaskoczony zatoczył się na środek 
pokoju i, nim zdążył się otrząsnąć, wbiegała już na 
schody. Wpadła do swego pokoju i zastawiła drzwi 
komodą. Biegł za nią, biegł tak szybko, że gdy dopadł 
drzwi, omal ich nie wyważył. 

- Annie, wpuść mnie! - prosił, ale ona położyła się 

na komodzie, oddychając ciężko i drżąc jak w febrze. 

- Odejdź, Mark! - wykrztusiła. 
- Dlaczego uciekłaś? Czyżbym cię wystraszył? Nie 

bój się mnie... Och, myślałem, że już to zrozumiałaś. 
Nie wyrwałbym ci włosa z głowy. - Mówił bezładnie, 
niewyraźnie, jak człowiek trawiony gorączką. - Czy 
nie rozumiesz, co do ciebie czuję, Annie? 

- Nie jestem moją babką! - burknęła. 
Nastała długa, dręcząca cisza. W oczach Annie 

pojawiły się łzy! 

- Och, połóż się już spać, Mark - wyszeptała 

udręczonym głosem. - Zostaw mnie samą. Kobieta, 
której pragniesz, żyje tylko w twoich snach. Ja ci jej 
nie zastąpię. 

Wolno odeszła od drzwi, słyszała jeszcze, że Mark 

mówi coś cicho. Zatkała uszy. Niczego nie chciała już 
słyszeć. Niczego. Upadła bezradnie na łóżko i wtuliła 
zapłakaną twarz w poduszkę. Czuła się śmiertelnie 
zraniona i nieszczęśliwa. Teraz była już pewna. Na 
próżno by się okłamywać, że nie kocha tego mężczy-
zny - pokochała go w ciągu zaledwie dwunastu godzin 

background image

szalonej, nieprawdopodobnej znajomości. Czuła się 
teraz równie bezradna i zdumiona jak Alicja w Krainie 
Czarów, która bez zastanowienia wskoczyła do 
króliczej nory i spadała wciąż w dół i w dół, w 
ciemność nie mającą końca, nie zdążywszy nawet 
pomyśleć o tym, jak by się zatrzymać. W głąb czegoś, 
co przypominało bezdenną studnię i być może 
prowadziło do środka ziemi. 

background image

ROZDZIAŁ   SIÓDMY 
 
Annie źle spała tej nocy. Musiała mieć jakieś 

koszmarne sny, ponieważ często się budziła i siadała 
na łóżku z mocno bijącym sercem. Zazwyczaj długo 
wracała do rzeczywistości, wsłuchując się w panującą 
w domu ciszę i szum drzew na zewnątrz. Gdy wreszcie 
uświadomiła sobie, gdzie się znajduje, drżącą ręką za-
palała nocną lampkę, żeby zerknąć na zegar, a potem 
znów zamykała oczy, ponieważ do rana było jeszcze 
daleko. Była tak zmęczona, że ledwie gasiła światło, 
znów przenosiła się w szary świat mar i widm, by po 
godzinie obudzić się na nowo. 

To była bardzo długa noc... 
W pewnym momencie ocknęła się tak nagle, jakby 

strącono ją z wysokiej skały. Miała zmysłowy, 
erotyczny sen: była z Markiem w lesie, na małej 
polance. Całowali się namiętnie. Mark trzymał ją w 
ramionach, ich ciała wstrząsały rozkoszne dreszcze. 
Och, jakże pragnęła - pragnęła aż do bólu należeć do 
Marka... I właśnie wtedy sen się urwał. 

Po krótkiej chwili oszołomienia zrozumiała, że 

obudził ją krzyk. W domu ktoś krzyczał! 

Pobladła z przerażenia i szeroko otworzyła oczy. Na 

Boga, co się dzieje? Wyskoczyła z łóżka i przez chwilę 
nasłuchiwała pod drzwiami. Czyżby to Mark...? Głos 
był ochrypły, donośny... Może został napadnięty? 
Może złodzieje wtargnęli do domu? 

Nie zastanawiając się dłużej, energicznie odsunęła 

komodę i otworzyła drzwi. Zawahała się na progu; 

background image

spojrzenie jej padło na złamaną nogę od krzesła, którą 
Mark postawił pod ścianą. Chwyciła ją jak maczugę, i 
tak uzbrojona wybiegła na korytarz. 

Mark już nie krzyczał, ale z jego sypialni dochodziły 

teraz jakieś pomrukiwania, niezrozumiały bełkot. 

Annie z bijącym sercem nacisnęła klamkę, uchyliła 

drzwi i ostrożnie rozejrzała się po pokoju. Nie było tam 
żadnego intruza ani oznak stoczonej walki. Mark leżał 
na plecach z rozpostartymi ramionami i nerwowo 
rzucał głową po poduszce, mamrocząc pod nosem 
niezrozumiałe wyrazy. 

Wolniutko zbliżyła się do łóżka. Zobaczyła 

wówczas, że oczy miał zamknięte, wokół nich 
zaznaczały się teraz wyraźnie ciemne obwódki, a usta 
drżały mu nerwowo i wydobywał się z nich żałosny 
jęk. 

Wstrząśnięta tym widokiem, zastygła w niemym 

bólu, a z bezwładnej dłoni wyśliznęła się na podłogę 
bezużyteczna noga od krzesła. Wiedziała, co mu się 
śni... I nie mogła patrzeć na jego męki. 

- Mark... Mark, obudź się! - Pochyliła się nad nim i 

dłonią dotknęła jego rozpalonego policzka. 

Głęboko wciągnął powietrze i przestał bredzić. 

Przez moment leżał nieruchomo, a potem zamrugał 
gęstymi, czarnymi rzęsami i szeroko otworzył oczy. 

- Annie? - Westchnął urywanie. 
- To był tylko zły sen, Mark... - powiedziała 

łagodnie. 

W szarym świetle poranka widziała teraz wyraźnie 

jego śmiertelnie bladą twarz i krople potu perlące się 

background image

na czole. Wyglądał jak ciężko chory człowiek. Miała 
przemożną ochotę odgarnąć mu potargane włosy ze 
skroni, ująć głowę w dłonie, przycisnąć do piersi i 
ukołysać. 

- Bardzo krzyczałem? - Uśmiechnął się blado. - To 

zdarza się jedynie wówczas, gdy sen jest nieznośnie 
realny. - Odwrócił głowę, żeby zerknąć na zegarek. - 
Która to godzina? 

- Minęła szósta. 
Nie zapytała, co mu się śniło, ani on nie czuł 

potrzeby wyjaśnień. Z niezrozumiałych powodów była 
głęboko przeświadczona, że dzisiejszej nocy mieli 
takie same sny. 

- Przepraszam, że cię tak wcześnie obudziłem. – 

Uśmiechnął się znów kącikiem warg. Usiadł na łóżku i 
palcami zaczesał do tyłu zmierzwione włosy. 

Dopiero teraz zorientowała się, że spał nago. 

Zobaczyła nagie ramiona, opaloną pierś pokrytą 
gęstym, czarnym włosem i... wstrząśnięta, pospiesznie 
odwróciła wzrok. Tętent dudnił jej w skroniach - 
głuchy, rytmiczny, bolesny niemal tętent. 

- Zaparzę kawę - powiedziała słabym głosem, czując 

w ustach nagłą suchość. 

Musiała uciec pod byle pretekstem. Zarumieniona i 

drżąca, zaczęła się już wycofywać, gdy nieoczekiwanie 
jego mocna dłoń chwyciła ją za ramię. Zachwiała się i 
upadła na łóżko, wydając głośny okrzyk przestrachu. 

Usiłowała wstać, ale Mark przyciskał jej ramiona do 

materaca, jednocześnie wbijając ostry wzrok w jej 
rozgorączkowane, zielone oczy, 

background image

Śniłaś mi się przez całą noc, Annie... 
Nic nie mów, proszę! 
Zamrugała powiekami, by usunąć sprzed oczu 

natrętne obrazy z własnego snu, i oblała się gorącym 
rumieńcem. Mark obserwował ją przez chwilę 
bacznym wzrokiem. 

-  Annie... - usłyszała ochrypły szept i 

niespodziewanie jego usta dotknęły jej warg. 

Poczuła się znów zagubiona, zdezorientowana. Nie 

wiedziała, czy wszystko to dzieje się na jawie, czy we 
śnie. Przeszłość i teraźniejszość przeniknęły się, 
zmieszały... Raz zdawało jej się, że leży na miękkiej, 
pachnącej trawie, w lesie, w gorącą, letnią noc - to 
znów, że jest rześki, wiosenny poranek i zapada się w 
miękkiej pościeli pod ciężarem mężczyzny, którego 
kocha... 

To jedno było pewne: kochała go dziś, wczoraj i 

zawsze. 

Przesuwała palcami po klatce piersiowej, słyszała 

głuchy łoskot jego serca i ciężki, dyszący oddech. 
Ramiona miał gładkie jak jedwab, potężne mięśnie 
prężyły się pod wpływem jej pieszczoty. Na samą myśl 
o możliwości jego śmierci bolesny skurcz chwytał ją za 
gardło. Mark był tak żywy, tak dynamiczny... I znów 
ujrzała ciemny las, pocięty snopami reflektorów, 
usłyszała terkot karabinów maszynowych... Dziki 
krzyk uwiązł jej w gardle. 

Kocham go, pomyślała znów. Objęła dłońmi jego 

głowę i tym razem sama poszukała jego warg. 

Jeśli on umarł, ja też chcę umrzeć... Och, czy 

background image

właśnie tak się czuła moja babka, gdy Mark Grant 
został zastrzelony w lesie? Co ja mówię?! Wierzę w to 
wszystko! Uwierzyłam w każde jego słowo... Och, jak 
to się stało? Jak to się mogło stać? 

- Annie... - dyszał prosto w jej usta. Patrzył na nią 

teraz ciemnymi, błyszczącymi od łez oczami, 
rozdartymi walką i rozpaczą. - Annie... - powtórzył. - 
Jeszcze chwila, a nie będę mógł przestać. Zdecyduj 
się... Obiecałem, że nie będę cię zmuszał i nie zrobię 
tego. Ale tak bardzo cię pragnę, tak bardzo... 

- Prawie cię nie znam, Mark... - broniła się bez 

przekonania, - Cóż ja o tobie wiem? Nawet nie wiem, 
czym się zajmujesz, gdzie mieszkasz, kim naprawdę 
jesteś... Dużo mówiłeś, ale nie masz żadnych dowodów 
na potwierdzenie swych słów... 

- Ja jestem żywym dowodem, Annie - przerwał jej 

gwałtownie. - Reszta jest kwestią wiary... Nie 
wszystko w życiu da się udowodnić na sali sądowej. 
Jestem przekonany, że już kiedyś żyłem. Dobrze 
pamiętam całe fragmenty z tamtego życia, szczególnie 
zaś ostatnie miesiące... Nie mogę tego udowodnić, tak 
samo jak nie mogę udowodnić, że jesteś wcieleniem 
swej babki, 
ani że oni byli kochankami. Musisz sama zdecydować, 
czy wierzysz w to, czynie. 

 

Oczywiście, że miał rację. To, o czym mówił, 

dotyczyło sfery uczuć i przeczuć, instynktów i 
odruchów - tych niejasnych, niematerialnych rzeczy, 
które trudno było zdefiniować, a co dopiero 
udowodnić. Czyż musiała rozumieć światło księżyca, 

background image

grę cieni albo blask tęczy w letnim drgającym 
powietrzu, by ulegać ich ulotnemu czarowi? 

Nie mogła znaleźć odpowiednich słów. Odwróciła 

ku niemu twarz, przycisnęła usta do jego szyi i 
namiętnie wpiła się w nią wargami. A potem z 
zamkniętymi oczami, na oślep, obsypywała całe jego 
ciało szalonymi pocałunkami... Robiła to już we śnie. Z 
pewnością robiła, a sen ów urwał się w najmniej 
pożądanym momencie... 

Dobiegł jej uszu cichy jęk Marka, wyczuwała 

napięcie mięśni na całym jego ciele... W ten sposób 
kochali się już we śnie. Teraz na jawie odtwarzała 
tylko przerwany sen. 

Jęki Marka stawały się coraz bardziej intensywne. 

Nagle ukląkł i patrzył na nią z góry radosnymi, 
błyszczącymi oczami. 

- Nie potrzebujemy tego! - wyszeptał, ściągając z 

niej długą, jedwabną koszulę. Zrzucił ją na podłogę, 
nie odrywając oczu od Annie. 

Skóra jej, gładka jak aksamit, jaśniała na tle 

pastelowego prześcieradła. Mark z nienasyconą 
chciwością powiódł wzrokiem po jej ciele, poczynając 
od krągłych piersi o twardych różowych brodawkach, 
poprzez płaski, gładki brzuch, aż po ciemny trójkąt 
między jej smukłymi, białymi udami. I nagle w dzikim 
jakimś pragnieniu oplótł ją wpół ramionami i 
przyciągnął władczo do siebie. 

Chwilę później zesztywniała z bólu, krzyknęła. 
-Boli cię...? 
- Kochaj mnie... - wyszeptała. - Nie przerywaj... - 

background image

Objęła go wpół i przytuliła się do niego jeszcze 
mocniej. Było jej gorąco, jakby palono ją żywym 
ogniem. 

- Jesteś dziewicą, prawda? - Głos miał niski, 

ochrypły. 

- Nieważne, Mark... Nie przestawaj! - Uniosła głowę 

i spojrzała mu w oczy z tęsknotą i oddaniem. - Kiedyś 
trzeba stracić dziewictwo, prawda? 

Mark z uśmiechem pochylił się nad nią, aby ją 

pocałować, ona zaś namiętnie rozchyliła wargi gotowe 
do pocałunku. 

Zamknęła znów oczy i westchnęła, gdy całował jej 

szyję i piersi, a potem czułymi, drżącymi wargami 
przesuwał się niżej i niżej. Zadrżała, wydając 
stłumiony jęk, gdy poczuła dotyk jego włosów między 
swoimi udami. 

Odkrywała nieznane ścieżki zmysłowości, tracąc 

powoli kontrolę nad reakcjami własnego ciała; 
przerzucała głowę z jednej strony na drugą, jęczała z 
otwartymi ustami, jakby dotknięta jakimś groźnym 
szaleństwem. Krzyczała i krzyczała z rozkoszy, a 
potem niemal straciła przytomność. Czuła, że roztapia 
się w cudownym jakimś spokoju, gdy ocknęła się po 
chwili dłuższej niż wieczność. Miała wrażenie, że 
przespała co najmniej sto lat, jak księżniczka z bajki. 
Odwróciła głowę. Jej książę był tu - w łóżku, obok 
niej... 

Długi czas leżeli w milczeniu, potem Annie 

przybliżyła twarz do klatki piersiowej Marka i dotknęła 
jej ciepłymi, otwartymi wargami. 

background image

- Chciałabym przeżyć to jeszcze raz, Mark... - 

wyszeptała. 

- Ja też, Annie - odparł, bawiąc się jej włosami. - 

Ale teraz, mówię o tym z przykrością, musimy zaraz 
zjeść śniadanie i jechać do Paryża. 

Jej zielone oczy wyrażały przestrach, gdy uniosła 

głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. 

- Zaraz? 
- Przypominam ci, że nie dalej jak wczoraj o niczym 

innym nie marzyłaś - zaśmiał się głośno. 

- To było naprawdę wczoraj? - zdziwiła się, 

ponieważ czas niemiłosiernie jej się wydłużył. Miała 
wrażenie, że zna Marka od zawsze. Ale, co ważniejsze, 
wcale nie miała ochoty wyjeżdżać! 

- Zaledwie wczoraj - powtórzył, przyglądając jej się 

z zainteresowaniem. 

- Nie masz wrażenia, że czas stanął w miejscu? - 

westchnęła. - Znamy się tylko dobę, a... 

- Znamy się o wiele dłużej, Annie - poprawił ją, a 

ona spojrzała nań ponownie, czując bolesny ucisk w 
sercu. 

- Och, Mark, naprawdę chciałabym wiedzieć... 
- Czy to prawda? - W jego lśniących oczach 

malowała się niezachwiana pewność. - To prawda, 
Annie. 

 Bała się, że go zrani, ale nie mogła przecież 

oszukiwać samej siebie. 

- Wiem, że jesteś tego pewien - powiedziała miękko 

– ale ja, choćbym nawet chciała, nie mogę w to 
uwierzyć. Po prostu nie mogę. Jakaś racjonalna część 

background image

mnie broni się przed uznaniem tego za prawdę. 

Twarz Marka pozostawała nieporuszona. 
- To już nie ma znaczenia, Annie - odezwał się po 

chwili. 
- Uprowadziłem cię tutaj, ponieważ chciałem cię 
przekonać, że już kiedyś się poznaliśmy... Żywiłem 
przekonanie, że mi się to uda oraz że jest to bardzo 
ważne. Doszedłem jednak do wniosku, że to już nie ma 
znaczenia. Ważne, co dzieje się teraz między nami. 
Jeśli kiedyś żyliśmy i teraz tego nie pamiętamy, to 
widocznie tak miało być... Gdybyśmy pamiętali, być 
może trudniej byłoby zacząć wszystko od nowa... A 
może ty masz rację? Może rzeczywiście jestem ofiarą 
własnej wybujałej wyobraźni i obsesji mającej źródło 
w dzieciństwie, kto wie? - Wzruszył niedbale 
ramionami. - To wszystko nie ma już znaczenia. 

Pochyliła się niespodziewanie i pocałowała go 

delikatnie w usta. 

- Lepiej się pospieszmy - powiedział, odrywając się 

od niej z wyraźnym ociąganiem. - O pierwszej masz 
umówiony lunch z szefem francuskiej wytwórni 
płytowej oraz jego współpracownikami, a później 
pozujesz fotografom zaproszonym do hotelu. 
- Szybko wyśliznął się z łóżka, włożył szlafrok w 
czarno-złote pasy i przewiązał go paskiem w talii. 

Annie wstrzymała oddech ze zdumienia. 
- O czym ty mówisz? - wyjąkała wreszcie. - Nie 

pamiętam, żebym miała na dziś ustalone jakieś 
służbowe spotkania. A jeśli nawet, skąd o tym wiesz?! 

Francuska wytwórnia płytowa ma swego menedżera 

background image

do spraw kontaktu z mediami - powiedział jakby od 
niechcenia, idąc do łazienki. - To on ustalił twoje 
spotkanie z prasą przed koncertem. Widziałem 
harmonogram twych zajęć wysłany do dziennikarzy.  -
Uśmiechnął się do niej przez ramię i zamknął za sobą 
drzwi. 

Kimże on jest? - rozmyślała, idąc do swojej sypialni. 

Co jeszcze przed nią zataił? Od pierwszej chwili, gdy 
się poznali, zdawała sobie sprawę, że musiał mieć 
jakieś specjalne dojścia, skoro zdobył tyle informacji 
na temat jej prywatnego życia. Powiedział, że nie jest 
dziennikarzem, ale powoli nabierała pewności, że 
musiał pracować w mediach... 

 
Wzięła prysznic i ubrała się w jeden z zestawów 

przygotowanych specjalnie na spotkanie z prasą. W 
przeciwieństwie do innych modnych piosenkarek 
nigdy nie przywdziewała błyszczących sukien. Na 
scenę wychodziła w dżinsach, zazwyczaj czarnych, 
często boso lub w starych tenisówkach oraz w ob-
cisłych czarnych podkoszulkach. Taki styl wymyślił 
dla niej Philip. 

Na początku kariery kupowała ubrania w zwykłych 

domach towarowych, teraz jednak Phil nalegał, by 
nosiła stroje specjalnie dla niej zaprojektowane przez 
awangardowego londyńskiego kreatora. W gruncie 
rzeczy poza metką i ceną niewiele różniły się od 
tamtych. Projektant zyskał jednak sławę i zbił fortunę, 
sprzedając młodzieży popularne wersje tych strojów. 

Annie włożyła dziś krótki, czarny podkoszulek - tak 

background image

krótki, że przy każdym ruchu odsłaniał jej pępek, oraz 
czarne dżinsy ciasno opinające biodra. Dzień jednak 
był chłodny, zarzuciła więc na wierzch luźny biały 
sweter, który zamierzała zdjąć przed samą konferencją 
prasową. 

- Wyglądasz cudownie - powiedział Mark z 

uśmiechem, gdy zeszła na dół i stanęła w drzwiach 
kuchni. 

Nie mogła uwierzyć własnym oczom, ponieważ 

Mark otwierał właśnie piekarnik i zdejmował z blachy 
złociste rogaliki, których zapach rozchodził się 
wokoło. 

- Sam je upiekłeś? - spytała z niedowierzaniem, 

zajmując miejsce przy stole. 

- Oczywiście, że potrafiłbym je upiec - pochwalił się 

z dumą. - Nauczyła mnie tego matka. Dziś jednak nie 
miałem na to czasu. Te niestety pochodzą z 
zamrażarki. 

- Smakują wyśmienicie - powiedziała Annie, 

nadgryzając miękkie, maślane ciasto. - Och, przez 
chwilę zapomniałam, że nie powinnam ich jeść. - 
Zrobiła żałosną minę. - Z pewnością maj ą mnóstwo 
kalorii... Ale nie potrafię się powstrzymać. Francuzi 
mają najwspanialszą kuchnię na świecie. 

- Przez skromność nie zaprzeczę - zażartował. 

Siedział na wprost niej, sączył swój sok i uśmiechał się 
szeroko. - Opowiedz mi o swoim ojcu - poprosił. - Jak 
się czuł, mieszkając w Anglii? Czy kiedykolwiek 
myślał o powrocie w rodzinne strony? Był takim 
prawdziwym Francuzem, wiesz? 

background image

- Może w młodości myślał o powrocie do Francji... - 

zastanawiała się na głos. - Nie wiem... Od kiedy go 
pamiętam, był już mocno osadzony w Anglii, miał tam 
dobrą pracę, przyjaciół, a przede wszystkim rodzinę. 

- Masz rację, gdy człowiek się ożeni, staje się 

bardziej ostrożny w swych poczynaniach, bardziej 
przywiązany do miejsca. 

Rzuciła mu ukradkowe spojrzenie. 
- Nigdy nie byłeś żonaty? 
- Nigdy nie poznałem kobiety, z którą chciałbym się 

ożenić. 

- Ale przecież musiałeś przeżywać jakieś... jakieś 

romanse... Ile właściwie masz lat? 

- Och, mówiłem ci to już wczoraj, nie pamiętasz? - 

Popatrzył na nią z lekkim wyzwaniem. - Skończyłem 
trzydzieści cztery, jestem więc od ciebie o całe 
dziewięć lat starszy, Annie. Owszem, spotykałem się z 
kobietami, ale nigdy nie było to nic poważnego ani z 
mojej, ani z ich strony. Można kogoś lubić, można 
kogoś pociągać, ale to nie to samo co miłość. 

- Niewiele o tym wiem... - Umilkła na chwilę i 

nalała kawy do pustych już filiżanek. - Nie 
przeżywałam żadnych miłosnych historii. Jeśli nawet 
ktoś mi się podobał, Philip pilnował, żeby sprawy nie 
posunęły się zbyt daleko. 

- Widzę, że on naprawdę kontroluje każdy twój ruch 

- burknął z ironią Mark. 

- Gdy się poznaliśmy, byłam bardzo młoda - 

obruszyła się. 

- Philip uznał, że powinien mnie chronić. Zatrudnił 

background image

Dianę, żeby ze mną mieszkała i wszędzie mi 
towarzyszyła. Philip dobrze znał świat muzyki 
rozrywkowej i zdawał sobie sprawę, co może się 
przytrafić naiwnej nastolatce, która osiągnie sukces, 
nie mając żadnego życiowego doświadczenia... Całe 
życie pracował w tym biznesie i napatrzył się na 
młodych gwiazdorów, którzy nadużywali alkoholu, 
narkotyków albo zmarli na AIDS. Za wszelką cenę 
chciał uchronić mnie od tych zagrożeń i, choć nieraz 
się buntowałam, teraz jestem mu stokrotnie wdzięczna 
za wszystko... Głos jej zamarł, jakby nagle straciła 
ochotę do zwierzeń. 

Mark patrzył na nią przenikliwie spod zmrużonych 

powiek. 

- Byłaś w nim trochę zakochana, prawda? - spytał 

głucho. 

- Podobał mi się, to fakt. - Zarumieniła się lekko. - 

Myślę, że zastępował mi ojca. Zawsze ojca kochałam 
bardziej niż matkę i ogromnie mi go brakowało. Phil 
był opiekuńczy i taki... ojcowski. Tego właśnie 
potrzebowałam. Moja matka szybko wyszła powtórnie 
za mąż. Miałam jej to za złe i nie znosiłam ojczyma. 
Zresztą z wzajemnością. Często się kłóciliśmy, a gdy 
nie znajdował innych argumentów, bił mnie... - 
Skrzywiła boleśnie twarz. - Gwoli sprawiedliwości 
muszę dodać, że byłam nieznośną nastolatką. 
Potrafiłam mu zawsze dokuczyć... Właściwie sama go 
prowokowałam. 

- Miałaś niezbyt wesołe dzieciństwo - zauważył 

Mark z posępną miną. 

background image

- Bardzo ponure - odparła. - Po śmierci ojca cały 

mój świat legł w gruzach. 

- Aż do chwili, gdy poznałaś Philipa? 
- Owszem, spotkałam Philipa we właściwym 

momencie. Gdyby nie on, Bóg jeden wie, co mogłoby 
mi się przydarzyć! Pewnie uciekłabym z domu i 
skończyła na ulicy... Na samą myśl o tym przechodzą 
mnie ciarki. 

background image

- W takim razie nie będę zazdrosny o Phila - 

powiedział, podnosząc jej rękę do ust. 

- Nie masz najmniejszego powodu. - Posłała mu 

słodki, kobiecy uśmiech. 

Mark zerknął na kuchenny zegar i wzdychając, z 

żalem powiedział: 

- Niestety, musimy już wyjeżdżać. Idź na górę i 

spakuj rzeczy, Annie. Ja tymczasem posprzątam. 

Szła na górę wolno, noga za nogą, jak dziecko, które 

buntuje się przeciw woli rodziców. 

Och, nie chciała wracać do Paryża! Nie chciała 

wracać do zamętu dnia codziennego, ciężkiej pracy, 
prób, koncertów, ustawicznych podróży i prasowych 
wywiadów. Przebywając na odludziu, straciła poczucie 
czasu, jakby znalazła się nagle na innej planecie. Tak 
wiele wydarzyło się w ciągu ostatniej doby, że patrzyła 
teraz na swe życie całkiem innymi oczami. Miała wra-
żenie, że widzi wszystko w innych barwach i 
kształtach. 

- Jesteś gotowa, Annie? - dobiegł ją z dołu głos 

Marka. 
Po chwili spotkali się na podeście, skąd Mark zabrał jej 
walizki i zaniósł do samochodu. 

- Chcesz jechać z tyłu... w zupełnym odosobnieniu, 

czy też zaryzykujesz i usiądziesz ze mną z przodu? - 
zażartował. 

Usiadła z przodu. Gdy już odjeżdżali, raz jeszcze 

odwróciła się za siebie i boleśnie westchnęła. Nie 
patrząc na nią, Mark powiedział: 

- Wrócisz tu. 

background image

- Widzę, że potrafisz odczytywać przyszłość równie 

tramie jak przeszłość - zadrwiła. 

- Mam nadzieję - uśmiechnął się, a w jego czarnych 

oczach zajaśniały figlarne błyski. 

Policzki Annie nagle zapłonęły, zdała sobie bowiem 

sprawę, że gdzieś w głębi serca podświadomie liczy na 
wspólną przyszłość z Markiem... A przecież tak wiele 
było przeciwko nim. Jej uczucie było świeżej daty i 
mogło okazać się nietrwałe, a jego obsesja na jej 
punkcie mogła zniknąć jak sen w zetknięciu z rze-
czywistością. Poza tym ze względu na jej karierę 
czekały ich długie okresy rozłąki, podczas których 
wszystko mogło się zdarzyć. Lękała się zbytniego 
optymizmu... A jednak nadzieja tliła się w jej sercu jak 
dalekie światełko w ciemnym tunelu. I pragnęła tę 
nadzieję pielęgnować. Była tak bardzo szczęśliwa, 
szczęśliwsza niż kiedykolwiek przedtem. Za każdym 
razem, gdy zerkała w bok, widziała Marka siedzącego 
za kierownicą, jego profil jak wyrzeźbiony dłutem 
artysty, smagłą skórę pokrywającą surowe rysy 
skupionej twarzy, miękką linię warg... I za każdym 
razem od nowa ulegała fascynacji - chciała śmiać się w 
głos, a krew jak szampan musowała jej w żyłach. 
Czuła, że mogłaby pofrunąć, gdyby rozpostarła 
ramiona... 

- Opowiedz mi o swoim dzieciństwie - poprosiła. - 

Czy zimy w Jurze bywają mroźne? 

- Och, tak! - ożywił się. - Czasami śnieg zasypywał 

nas na całe tygodnie. Gdy byłem chłopcem, kochałem 
zimy. Wszyscy je kochaliśmy. Jeździło się na łyżwach, 

background image

na nartach i sankach... Ciągle chodziliśmy z kolegami 
potłuczeni, posiniaczeni i często łamaliśmy kończyny. 
Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego nasi rodzice 
narzekali na śnieg; myślałem, że chcą nam popsuć 
zabawę. 

- Twoja matka pewnie stale martwiła się o ciebie... 
- Nawet bardzo. Była niezwykle rodzinna i całym jej 

światem był dom. Większość dnia sprzątała, gotowała i 
pracowała w ogrodzie. Uwielbiała ogrodnictwo. Ale 
nie hodowała wielu kwiatów, wolała warzywa. Była 
bardzo praktyczną kobietą. Za domem miała mały 
ogródek ziołowy i sad. Nawet w zimie rzadko 
kupowała coś na targu. Chyba bardzo mnie kochała... 
Gdy tylko miała czas, a ja kręciłem się w pobliżu, 
zawsze mnie przytuliła do siebie, pogłaskała... Ale 
przeważnie bawiłem się z kolegami, grałem w rugby, 
biłem się i wspinałem na drzewa. 

Annie nie spostrzegła upływu czasu, zasłuchana w 

opowieść Marka o jego dzieciństwie i rodzinie. Oczom 
jej wyobraźni ukazywał się sielski i romantyczny obraz 
życia w górach i dolinach Jury. Zapragnęła zobaczyć to 
urzekające miejsce tak gorąco, jakby było jej własnym 
domem... 

Nagle ujrzawszy drogowskaz, zdała sobie sprawę, że 

wkrótce dojadą do Paryża, i jakiś nieokreślony 
niepokój ogarnął jej umysł i ciało. Mark twierdził, że 
nikt nie będzie jej szukać, ale zaczynała w to 
powątpiewać. A jeśli Phil i Di zadzwonili do hotelu i 
dowiedzieli się, że tam nie dojechała? Na pewno nie 
uwierzyli w wersję o zatrzymaniu się u przyjaciół. 

background image

Och, z pewnością wpadli w panikę i zawiadomili 
policję! Co będzie, jeśli teraz na nich czekają i 
zaaresztują Marka? Rzuciła mu ukradkiem zakłopotane 
spojrzenie. 

- Mark - odezwała się niepewnie - być może 

powinieneś mnie zostawić gdzieś po drodze... Mogę 
wziąć taksówkę do hotelu. 

Popatrzył na nią ciepło, rozbawionymi oczami. 
- Dlaczego miałbym tak głupio się zachować? 
- Policja może się kręcić po hotelu! 

W odpowiedzi tylko się roześmiał. 

- Mark! - podjęła zdenerwowanym głosem, ale on 

wyciągnął rękę i poklepał ją pieszczotliwie po kolanie. 

Przestań się zamartwiać. Przecież ci powiedziałem, 

że wszyscy uwierzyli w moją wersję. 

- Mieszkasz w Paryżu? - spytała, gdy przeciskali się 

przez zatłoczone miejskie ulice. 

- Przez cały tydzień. Dopiero w piątek wieczorem 

wyjeżdżam na wieś. 

- A więc wracamy z twojej wiejskiej posiadłości? - 

spytała z oczami rozszerzonymi ze zdziwienia. Dotąd 
była pewna, że wynajął ten dom na kilka dni. 

- Tak - przyznał. - Spędzam tam weekendy i urlopy. 

Wolę życie na wsi, na łonie przyrody. Niestety, praca 
zmusza mnie do częstego przebywania w mieście. 

- Nie powiedziałeś mi dotąd, czym się zajmujesz - 

poskarżyła się. 

- Powiem ci później. - Zwolnił i po chwili zatrzymał 

samochód przed okazałym hotelem. 

Portier ubrany w liberię pospieszył ich przywitać. 

background image

Otworzył drzwi i pomógł Annie wysiąść. 

Mark rzucił mu kluczyki i odezwał się po francusku: 
- Witaj, Jean-Pierre! Bądź tak uprzejmy, zaparkuj 

mój samochód i dopilnuj, by bagaż panny Dumont 
wniesiono do jej apartamentu. 

- Bień sur, monsieur Pascal - odrzekł portier z 

uśmiechem. 
Annie doznała szoku. Portier przywitał Marka jak 
dobrego znajomego! Dopiero po chwili dotarło do niej, 
że już gdzieś słyszała nazwisko Pascal... Tak, padało 
ono ostatnio dość często w rozmowach Philipa z 
Dianą. Mark Pascal był dyrektorem generalnym 
francuskiej wytwórni płytowej... A więc przyjechała do 
Paryża, aby zjeść lunch z Markiem! 

background image

ROZDZIAŁ  ÓSMY 

 
- Nie powiedziałem ci, ponieważ chciałem pokonać 

wszystkie normalne bariery - usprawiedliwiał się, gdy 
znów byli sami w jej eleganckim apartamencie na 
najwyższym piętrze hotelu. 

- Trzeba przyznać, że poszło ci świetnie! - 

powiedziała z wyrzutem, posyłając mu niechętne 
spojrzenie. 

- Gdybyś od początku znała prawdę i czuła się 

całkiem bezpiecznie, nigdy byś mnie nie dopuściła do 
słowa. - Westchnął głęboko. - Śmiałabyś się ze mnie, 
uważając, że to znakomity kawał. A ja chciałem, żebyś 
dokładnie wysłuchała mojej historii i dlatego musiałem 
wywołać w tobie szok, doprowadzić twój umysł do 
stanu najwyższego skupienia. 

- Nieprawda! - zaperzyła się. - Raczej chciałeś 

pozbawić mnie kontroli nad swym własnym umysłem! 

- Nie masz racji, Annie. - Uśmiechnął się ciepło. - 

Nie było innego sposobu dotarcia do twego serca. Nie 
wiedziałem, czy cokolwiek pamiętasz ze swego 
przeszłego życia, ale wyglądałaś dokładnie tak jak 
twoja babka, jak kobieta, o której śniłem od lat... Gdy 
po raz pierwszy zobaczyłem twoje zdjęcie, serce mi 
niemal przestało bić. 

Jej własne serce ścisnęło się teraz gwałtownie pod 

wpływem spojrzenia i czułej tonacji w głosie Marka. 

-Uwierz mi - ciągnął - że przez długi czas 

zastanawiałem się, czy kobieta ze snu nie jest li tylko 
wytworem mojej wyobraźni. Nigdy przecież nie 

background image

widziałem zdjęcia twojej babki. Nie mogłem być 
pewien, czy Anna, o której śniłem, była tą samą Anną 
Dumont, która mieszkała kiedyś w mojej wiosce. 
Pytałem ludzi, starałem się to sprawdzić na różne 
sposoby, ale nikt jej zbyt dobrze nie pamiętał. I na 
pewno nikt mi nie powiedział, że miała coś wspólnego 
z lotnikiem, którego grób znajdował się na 
miejscowym cmentarzu. Dopiero gdy zobaczyłem 
twoje zdjęcie, gdy dowiedziałem się, że nosisz to samo 
nazwisko... Cóż, zacząłem wówczas zastanawiać się, 
czy mogłabyś być jej wnuczką. Wiedziałem, że Anna 
wyemigrowała po wojnie do Anglii. Gdy odkryłem, że 
twoim ojcem był Pierre Dumont, wiedziałem już, kim 
jesteś. Oczywiście, podobieństwo rodzinne nie oznacza 
jeszcze, że jesteś wcieleniem tamtej kobiety... 

- Właśnie, nie oznacza - wtrąciła pospiesznie. - 

Cieszę się, że przynajmniej zdajesz sobie z tego 
sprawę, Mark. 

- Nie jestem szalony, Annie - rzekł poważnie. - 

Staram się myśleć tak samo rozsądnie jak ty... 
Pamiętasz słowa Szekspira? Powiedział coś w tym 
sensie: „Więcej jest takich rzeczy na niebie i ziemi, 
Horacy, niż śniło się waszym filozofom". I choć 
wydaje się to nieprawdopodobne, wszystko jest 
możliwe. Gdy zrozumiałem, że jestem wcieleniem tego 
Anglika, zacząłem się zastanawiać, dlaczego nie 
miałaby żyć kobieta, którą on niegdyś kochał. 
Musiałem tylko ją odnaleźć. Gdy więc zobaczyłem 
twoje zdjęcie, zapragnąłem przekonać się, czy... - 
Urwał, a jego usta wykrzywił sardoniczny grymas. - 

background image

Przypuszczam, że w głębi serca żywiłem nadzieję, że 
miewasz takie same sny jak ja... 

-Ale ja nie miewałam takich snów - powiedziała 

ostro, coraz bardziej zła, że udało mu się wystraszyć ją 
niemal na śmierć, podczas gdy całe to „porwanie" było 
uzgodnione z agencją Philipa i miało stanowić dla niej 
niespodziankę zaraz po przyjeździe do Paryża. 
Niespodzianka! Długo nie zapomni tej niespodzianki! 

- Ale teraz już masz - wtrącił cicho, a ona rzuciła mu 

pełne irytacji spojrzenie. 

- Dlaczego nie chcesz przyznać, że mnie 

zahipnotyzowałeś? - podniosła głos. - To, co śniło mi 
się u ciebie w domu..- Och, to wszystko sam 
wtłoczyłeś mi do głowy! 

- To nieprawda! - przerwał jej gwałtownie. 
 - Nie wierzę ci! Nie wierzę ani jednemu twemu 

słowu! Już raz udało ci się wystrychnąć mnie na dudka, 
organizując to rzekome porwanie! 

- Hipnoza byłaby z mej strony działaniem 

bezsensownym - powiedział tonem głębokiej irytacji. - 
Pragnąłem dowiedzieć się, czy jesteś tą kobietą, którą 
kiedyś kochałem, zabrałem cię więc na wieś, abyś 
znalazła się w warunkach, które mogłyby pobudzić 
wspomnienia, być może utajone w głębokich pokła-
dach twej podświadomości. Dlaczego, na Boga, 
miałbym sam 
siebie oszukiwać? 

- Przyznałeś przecież, że bardzo pragnąłeś, bym 

uwierzyła, że jestem wcieleniem swej babki! Miałeś 
wręcz na tym punkcie obsesję. Zrobiłbyś wszystko, 

background image

bym uwierzyła, a tym samym po 
twierdziła twoją koncepcję. 

- Mylisz się, Annie. Chciałem, abyś nią była 

naprawdę. 
Mierzyli się przez chwilę wzrokiem; zielone oczy 
Annie płonęły oskarżeniem, oczy Marka zaś były 
uparte i nieprzeniknione. 

- A gdybym nią była w istocie? - spytała. - Co 

wtedy? Pewnie przestałbyś się mną interesować... 

Telefon przerwał rozmowę w najmniej pożądanym 

momencie. Ostry dzwonek przeciął powietrze jak nóż. 
Mark, złorzecząc pod nosem, odwrócił się i 
energicznie podniósł słuchawkę. 

- Słucham? - burknął do aparatu. 
Annie cała się trzęsła. Nie mogła jeszcze dojść do 

siebie, po odkryciu, kim Mark był naprawdę i jaką z 
niej zrobił idiotkę. Nawet nie pamiętała, kiedy po raz 
ostatni była tak wściekła. 

Rozglądała się właśnie po wytwornie urządzonym 

wnętrzu, aby odwrócić natrętne myśli, gdy Mark 
raptownie rzucił słuchawkę. Zwróciła ku niemu 
zdziwioną twarz. 

- Musimy zejść na dół - zakomunikował. - Ludzie z 

mojej wytwórni czekają już na nas w barze. Chcemy 
spokojnie zjeść lunch, nim będziesz musiała stanąć 
przed kamerami. 

- Zjedź na dół sam. Muszę poprawić makijaż. 
- Poczekam. - Spojrzał na zegarek. - Masz pięć 

minut, Annie, więc pospiesz się! 

Zaciskając zęby, pomaszerowała do łazienki, 

background image

świadoma, że Mark ją obserwuje i wściekła zarówno 
na niego, jak i na siebie. Szczerze wątpiła teraz, czy 
rzeczywiście czuje do niego taki pociąg. Zaplanował to 
zbyt dokładnie, ukartował, zrobił ogromny wysiłek, by 
ją oszukać! Sam przecież przyznał, że chciał wywołać 
szok, uczynić jej umysł podatnym na swoje słowa... 
Właściwie, jak daleko zamierzał się posunąć? 

Wyobraźnia zaczęła podsuwać jej niestworzone 

pomysły - od mącących rozum narkotyków, poprzez 
rozmaite oddziaływania na podświadomość, aż po 
samą hipnozę. 

Och, to czyste szaleństwo! - powtarzała w duchu, 

rozczesując długie, jedwabiste włosy i związując je w 
węzeł na karku. Wszystkie pomysły, które 
przychodziły jej do głowy wydawały się zbyt 
nieprawdopodobne, aby mogły być prawdziwe. 

Jak więc wytłumaczyć niesamowity pociąg, który do 

niego poczuła niemal od pierwszego wejrzenia? Nigdy 
w życiu nic podobnego jej się nie przytrafiło. To 
prawda, że nie spotykała się w przeszłości z wieloma 
mężczyznami, ale przecież poznała ich mnóstwo 
podczas tras koncertowych i nagrań. Nikt nigdy nie 
wywarł na niej tak piorunującego wrażenia. 

Nikt oprócz Marka. Od pierwszej chwili, gdy go 

poznała - gdy w milczeniu wiózł ją z lotniska - czuła 
do niego silny fizyczny pociąg. Pamiętała, że 
wpatrywała się wówczas w jego kształtną ciemną 
głowę i szerokie ramiona jak urzeczona, i była 
przekonana, że widzi najprzystojniejszego mężczyznę 
na świecie. 

background image

A później całkiem straciła dlań głowę... 
Spojrzawszy w lustro zauważyła, że krwisty 

rumieniec oblał jej twarz na wspomnienie nocy, a 
raczej poranka, kiedy się kochali. Jak mogła do tego 
dopuścić? W dodatku trudno go było oskarżyć o 
zastosowanie przymusu... Po prostu zapragnęła tego 
mężczyzny. Wstrzymała oddech z wrażenia, gdy 
zrozumiała, że pragnie go nadal... Jak to się mogło 
stać? Nie należała do kobiet, które potrafią oszaleć na 
punkcie nieznajomego mężczyzny i gotowe są pójść z 
nim do łóżka po kilku godzinach znajomości. 

Nie rozumiała, jak Mark tego dokonał i pomyślała, 

że gdyby żyli w innych czasach, posądziłaby go o 
rzucenie na nią uroku! 

Nałożyła srebrnozielony cień na powieki, pociągnęła 

usta czerwoną, błyszczącą szminką i przechyliwszy 
głowę, przyjrzała się swemu odbiciu w lustrze. Na 
razie musiało wystarczyć. Na pewno jeszcze znajdzie 
okazję, by poprawić makijaż przed konferencją 
prasową. 

Gdy wyszła z łazienki, Mark nerwowo przemierzał 

pokój. 

- Nareszcie jesteś! - Odwrócił się do niej na pięcie z 

ponurym wyrazem twarzy. - Zaczynałem się już 
zastanawiać, czy nie zamierzasz spędzić w łazience 
reszty dnia. 

Annie zdjęła biały sweter, pozostając w kusej 

bluzeczce, specjalnie wybranej przez Philipa na 
pierwsze spotkanie z paryskimi reporterami, a która 
odsłaniała kokieteryjnie pępek i znaczną część dekoltu. 

background image

Mark spod zmrużonych powiek mierzył ją taksującym 
spojrzeniem. 

background image

- Czy w tym stroju masz zamiar wystąpić? - 

Prześliznął się pełnym dezaprobaty wzrokiem po 
głęboko wyciętym dekolcie, odsłaniającym niemal 
połowę piersi. 

- Oczywiście! - Popatrzyła na niego wyzywająco. - 

Nie podoba ci się? Koledzy z zespołu uważają, że jest 
bardzo seksy. 

- Nie wątpię - uciął krótko i zmarszczywszy brwi 

spojrzał na zegarek. - Nie ma już czasu na 
przebieranie. Pozwolisz jednak, że później przejrzę 
twoją garderobę. Może o tym nie wiesz, ale 
reklamowaliśmy cię tutaj jako skromną i pełną 
ekspresji pieśniarkę ulicy. Nigdy nie byłaś 
uosobieniem seksu. 

- Nie byłam, ale zamierzam zostać w niedalekiej 

przyszłości - powiedziała agresywnie. 

W oczach Marka pojawiły się złośliwe błyski. 
- Doprawdy? Jeszcze o tym porozmawiamy. - 

Otworzył z rozmachem drzwi i gestem zaprosił ją do 
wyjścia. – Chodźmy już. Jesteśmy wystarczająco 
spóźnieni. 

Miała przewrotną ochotę trochę się z nim podrażnić. 

Nie spoglądając nań ani razu, przeszła obok powolnym 
krokiem, przyoblekając maskę niewzruszonej powagi i 
kamiennego spokoju. Czuła na sobie jego wzrok. 

Stanowili parę dosyć ekscentryczną. Ona - 

niezwykle seksowna w swej czarnej opiętej bluzeczce i 
wąskich czarnych spodniach, on zaś bardzo oficjalny i 
wytworny w eleganckim ciemnym garniturze, koszuli 
w bladoniebieskie paski oraz granatowym krawacie. 

background image

Annie, nerwowo zerkając w lustro, pomyślała, że 

oto jedzie windą z chłodnym, dystyngowanym 
nieznajomym - i wprost nie mogła dać wiary, że 
jeszcze wczoraj była powierniczką jego 
najintymniejszych sekretów. Czy ktoś mógłby 
podejrzewać, że Mark, który wyglądał teraz jak 
przystało na energicznego i dynamicznego biznesmena, 
w głębi duszy wierzy w reinkarnację, przywiązuje 
wagę do snów i ma tak bardzo złożoną, wrażliwą 
osobowość? 

Jeśli dzisiaj spotkaliby się po raz pierwszy, z 

pewnością zrobiłby na niej niezatarte wrażenie, ale nie 
dowiedziałaby się, jaki jest naprawdę... Musiała 
niechętnie przyznać, że dokonując tego szalonego 
porwania, w pewnym sensie postąpił rozsądnie. Ani 
dziś, ani jutro nie byliby sami... Wszystkie następne 
dni miała szczelnie wypełnione spotkaniami z prasą i 
nie kończącymi się próbami przed koncertem. A 
potem... potem udałaby się w dalszą trasę. Nie było 
najmniejszej szansy, by ich związek wyszedł poza 
konwencjonalną znajomość. 

Gdy wysiedli z windy w hotelowym foyer, kilka 

osób ją rozpoznało. Usłyszała szmer głosów, potem 
głośne okrzyki. Ludzie przyglądali jej się ciekawie i, 
nim zdążyła się spostrzec, otoczył ją wianuszek 
wielbicieli. 

- O jej! - jęknęła bezradnie, jak na złość nie mogąc 

przypomnieć sobie ani jednego stosownego wyrażenia 
po francusku. 

- Co się dzieje? Panna Dumont nie ma teraz czasu. - 

background image

Mark energicznie utorował jej drogę. - Chodźmy! - 
ponaglił, a potem objął ją wpół i pociągnął za sobą do 
hotelowej restauracji. - Anton, ścigają nas - zwrócił się 
do kelnera. - Postaraj się ich zatrzymać! 

- Bień sur, monsieur Pascal - kelner uśmiechnął się 

uspokajająco i zagrodził drzwi wścibskim gapiom. 

Mark poprowadził Annie do dużego stołu, przy 

którym czekało już na nich z pół tuzina osób. Annie, 
lekko zarumieniona, przywitała się z wdziękiem, ale w 
głębi duszy marzyła o powrocie do swego apartamentu. 
Takie spotkania zawsze ją żenowały, i zastanawiała 
się, czy kiedykolwiek przywyknie do swej popu-
larności. W gruncie rzeczy była nieśmiała i lękała się, 
że swą osobą rozczaruje towarzystwo. Być może 
spodziewano się poznać gwiazdę świecącą 
nieziemskim blaskiem - tymczasem ona była bardzo 
zwyczajną, filigranową dziewczyną z długimi czar-
nymi włosami i zielonymi oczami o trochę smutnym 
wyrazie twarzy. Posiadała tylko jedną prawdziwie 
niezwykłą cechę: głos. Potrafiła śpiewać. Głos był 
jedynym darem, jakim obdarzyła ją Opatrzność. 

- Oto nasza Annie Dumont - powiedział swobodnie 

Mark, obejmując ją władczo ramieniem. 

A potem kolejno przedstawiał jej swoich 

współpracowników. 

- To jest Raoul, szef działu artystycznego. 
Annie podała rękę niskiemu młodemu mężczyźnie, 

kierującemu działem, który uchodził za najważniejszy 
w każdej wytwórni płytowej. Raoul przypominał 
Napoleona z czasów młodości. Miał smagłą cerę, twarz 

background image

nieco zbyt pełną, lecz o mocno wysuniętym podbródku 
i krucze włosy uczesane z grzywką. Zauważyła także, 
że miał na sobie ekstrawagancki strój - zapewne z 
awangardowej kolekcji Jean Paul Gaultiera. 

- A ta urocza dwójka, to nasi najlepsi łowcy 

talentów - objaśniał dalej Mark. - Simone i Gerard. 

Wyglądali jeszcze młodziej niż Raoul; dziewczyna, 

o ciemnych włosach zaczesanych w koński ogon, nie 
mogła mieć więcej jak dwadzieścia dwa lata. Chłopak 
był chudy, poważny, również ciemnooki i 
ciemnowłosy. Obydwoje ubrani byli w czarne spodnie, 
czarne koszule i różowe krawaty. Wyglądali jak 
bliźniaki. 

- Złowiliście ostatnio jakiś talent? - zażartowała 

Annie. 
Spojrzeli na siebie i jednocześnie wzruszyli 
ramionami, jak marionetki poruszane tym samym 
sznurkiem. 

- Każdego tygodnia przesłuchujemy wielu 

wykonawców - odezwała się Simone. 

- Ale bardzo rzadko trafiamy na kogoś naprawdę 

oryginalnego - dopowiedział Gerard. 

Sama najlepiej wiesz, jak to jest - wtrąciła Simone. 
- Trudno się przebić w tym biznesie - zawyrokował 

Gerard. 
Annie zastanawiała się z rozbawieniem, czy zawsze tak 
samo się poruszają i mówią jednym głosem. Prędko 
jednak doszła do wniosku, że była to ich wystudiowana 
poza. 

- Ja miałam dużo szczęścia - powiedziała. 

background image

- To prawda - przyznali chórem po angielsku. 
- A to jest Francine - powiedział Mark, kierując 

spojrzenie ku młodej blondynce. - Odpowiada za 
okładki twoich francuskich płyt, więc jeśli miałabyś 
jakieś zastrzeżenia, możesz się do niej zwracać. 

Wysoka, długonoga blondynka uśmiechnęła się, ale 

jej niebieskie oczy miały lodowaty wyraz. 

- Mam nadzieję, że nie będziesz miała żadnych 

zastrzeżeń - powiedziała tonem przestrogi. 

- Ależ skądże! - zapewniła pospiesznie Annie. - 

Francuskie okładki są fascynujące. 

Francine natychmiast złagodniała. 
- Dziękuję. Też tak uważamy. Właśnie widziałam 

twój nowy znak graficzny i doprawdy jestem nim 
zachwycona. – Spojrzała na gruby folder leżący przed 
nią na stole. - Myślę, że wygląda wspaniale, 
szczególnie na czarnym tle. 

Okładka folderu była czarna; na tym tle świeciła 

srebrzystym blaskiem para skośnych oczu, podobnych 
do oczu kota, okolonych firanką gęstych, czarnych 
rzęs. 

- Gdy po raz pierwszy przedstawiono mi ten pomysł, 

niezbyt mi się spodobał - wyznała Annie. - Ale mój 
menedżer był zachwycony. 

- My też jesteśmy zachwyceni - podchwyciła 

Francine. 

Ostatnim gościem przy stole okazał się szef działu 

reklamy. Louis był eleganckim, młodym mężczyzną, 
który natychmiast zaczął Annie opowiadać o 
plakatach, jakie przygotował na jej francuskie tournee. 

background image

Niebawem pojawił się kelner. 
- Czy możemy podać lunch? - spytał uprzejmie. 
Mark skwapliwie przytaknął i zwrócił się do Annie z 

wyjaśnieniem: 

- Zamówiłem już dania, żeby nie tracić czasu. Jeśli 

coś nie będzie ci smakować, zamówimy następne. 
Pytałem w Londynie, czy są potrawy, których nie 
jadasz, ale nie potrafiono mi odpowiedzieć. 

- Jadam większość rzeczy - przyznała. 
Na przystawkę podano pasztet z królika ze 

śliwkami, ozdobiony plasterkami korniszonów, 
pomidorów i wczesnej cebulki. 

- Wspaniały! - zachwycała się Annie. 
- Jemy to często w Jurze. 
- Stamtąd właśnie pochodzi Mark – wyjaśnił - 

Raoul. - Z czego zresztą jest niezwykle dumny. Czy 
byłaś kiedyś w Jurze, Annie? 

Annie zaprzeczyła ruchem głowy, unikając 

śledzących ją z ukosa oczu Marka, w których 
błyszczały iskierki rozbawienia. 

- Też tam nie byłem - ciągnął Raoul. - I podobno 

mam czego żałować. Sądząc ze słów Marka, Jura jest 
przedsionkiem raju. 

- A ty skąd pochodzisz? - wtrąciła Annie. 
- Jestem rodowitym paryżaninem - oświadczył z nie 

skrywaną dumą Raoul. 

- Musisz zrozumieć, Annie - wtrącił Mark z 

przekąsem - że Francja dzieli się właściwie na dwa 
kraje: Paryż i całą resztę. 

- Można być paryżaninem albo Francuzem; nie są to 

background image

pojęcia równorzędne. 

Raoul wybuchnął śmiechem. 
- Nie zapominaj, że przede wszystkim jesteśmy 

kosmopolitami. Jadamy w Paryżu najlepsze francuskie 
prowincjonalne potrawy. 

- Takie jak poulet au vin jaune - zaśmiał się Mark, 

gdy kelner zmieniał im talerze, a podgrzewany wózek 
wypełniony naczyniami zjedzeniem zbliżał się w ich 
kierunku. - Nasze dzisiejsze główne danie to również 
specjalność Jury: kurczak duszony w złotym winie, 
śmietanie i smardzach, które rosną w naszych 
sosnowych lasach i są najwspanialszymi grzybami na 
świecie. 

Raoul mrugnął do Annie porozumiewawczo, ona zaś 

uśmiechnęła się z zadowoleniem, obserwując, jak 
kelner nakłada jej na talerz porcję kurczaka z ryżem i 
zielonym groszkiem. 

- Jeśli nie możesz pojechać do Jury - szepnął jej 

Mark do ucha - pomyślałem sobie, że podam ci Jurę na 
talerzu. 

Serce zabiło jej szybciej, ponieważ napotkała 

wpatrzone w siebie ciemne, intrygujące oczy. Było w 
tym spojrzeniu coś żenująco intymnego... 

Miała nadzieję, że nikt nie zwrócił uwagi na to 

spojrzenie, ani na czułą nutę w jego głosie, gdy się do 
niej odzywał. Całe też szczęście, że nie mogli widzieć, 
co się dzieje pod stołem! Mark raz po raz dotykał 
kolanem jej kolana, przesuwał ręką po jej udzie albo 
muskał palcami jej ramię... 

Te niby mimowolne pieszczoty sprawiały jej wielką 

background image

przyjemność, traciła nagle oddech, a serce tłukło jej się 
w piersiach jak dziki ptak w klatce. 

Nie wiedziała, co o tym sądzić, jak rozumieć jego 

zachowane. Czyżby czułym gestem starał się 
przemówić do jej serca? 

Potrzebowała czasu, aby przemyśleć sobie 

wszystko... aby zrozumieć samą siebie... Nie może już 
jej bardziej popędzać! I tak wypadki toczyły się w 
zawrotnym tempie... 

Delikatnie odsunęła od niego kolano, odepchnęła 

jego rękę, ale jej zachowanie zdawało się Marka bawić. 
Zauważyła w jego oczach figlarne błyski. 

Po lunchu Louis i Mark zaprowadzili ją na spotkanie 

z reporterami. Nie lubiła zwłaszcza sesji 
fotograficznych, zawsze ją wyczerpywały, ponieważ 
traktowano ją jak żywą lalkę, ustawiano w rozmaitych 
pozycjach, proszono o uśmiech, o odwracanie głowy, o 
spoglądanie to tu, to tam. 

Gdy wreszcie wracała do swego apartamentu, na jej 

twarzy malowała się niewysłowiona ulga. Mark 
pozostał w saloniku, aby załatwić kilka rozmów 
telefonicznych, ona zaś poszła prosto do sypialni, 
położyła się na łóżku i przymknęła oczy. 

Wydawało jej się, że minęło niecałe pięć minut, gdy 

obudził ją natarczywy dzwonek do drzwi. Usłyszała 
zdenerwowany głos Marka: 

- Cicho, do licha... Och, to wy? Nie spodziewałem 

się was tak szybko. 

Po chwili dobiegł ją głos Philipa: 
- Jest zmęczona? Jeszcze nie zaczęliśmy i już jest 

background image

zmęczona? Och, mniejsza z tym... Witaj, Mark! Jak się 
miewasz? Chciałbym przedstawić ci moją żonę... 
Diano, to jest Mark Pascal, dyrektor generalny 
francuskiej wytwórni płytowej. 

Annie aż potknęła się, biegnąc do drzwi, i wpadła do 

salonu, akurat gdy Mark wprowadzał tam gości. 

- Nareszcie jesteś! - zawołał Philip. - O co chodzi z 

tym zmęczeniem? - Popatrzył na nią przeciągle.'- Mam 
nadzieję, że nie prowadziłaś zbyt intensywnego trybu 
życia podczas naszej nieobecności - westchnął i 
ucałował ją w oba policzki, a potem wziął jej obie ręce 
w swoje i przez chwilę jakby szacował niebieskimi 
przenikliwymi oczami. - No, cóż - rzekł wreszcie -ja-
koś inaczej wyglądasz... A może tylko mi się wydaje? 
Wszystko w porządku? 

- W jak najlepszym - odrzekła z uśmiechem. - 

Jestem już dużą dziewczynką, Phil. Potrafię sobie sama 
radzić. – Odwróciła się, aby uściskać Dianę. - 
Cudownie, że was wreszcie widzę! Och, jak ślicznie 
wyglądacie... Obydwoje tacy opaleni. Jak ci się żyje w 
małżeńskim stanie, Di? - uśmiechnęła się serdecznie do 
przyjaciółki. 

- Jak do tej pory świetnie. - Wielkie oczy Diany 

pełne były łagodnego ciepła. - Na szczęście on nie 
chrapie. A co u ciebie? Nie czułaś się samotnie po 
mojej wyprowadzce? - Mówiła swobodnym tonem, 
Annie jednak dostrzegła w jej oczach cień niepokoju. 

- Z początku było mi trochę dziwnie - wyznała 

szczerze ale teraz podoba mi się moja samotność i 
niezależność. Przynajmniej nikt się ze mną nie spiera, 

background image

co mam oglądać w telewizji - roześmiała się w głos. - I 
nie muszę ściszać muzyki! 

Diana roześmiała się również. 
- Przypuszczam, że wkrótce sąsiedzi zaczną się na 

ciebie skarżyć. 

- Jak sądzicie - Philip zmarszczył brwi - czy w tym 

hotelu można liczyć na porządną herbatę? 

- Herbatę? - spytał Mark z udawaną powagą. - 

Myślę, że Anglicy często się o nią dopraszają, ale, 
wybaczcie, nie jestem w stanie jej ocenić. - Podniósł 
słuchawkę telefonu. - Zatem herbata. .. dla ilu osób? 
Dwóch? A ty, Annie? 

- Też poproszę - skinęła głową. 
Gdy Mark zajęty był rozmową, Diana szepnęła 

Annie do ucha: 

- On jest niezwykle seksowny, nie uważasz? Czy 

zabrał cię już do swojego wiejskiego domku? 

Co, na Boga, miała jej odpowiedzieć?! Nerwowo 

przełknęła ślinę. 

- Bardzo... bardzo spokojne miejsce - wyjąkała. 
- Czy on jest żonaty? - dopytywała się Diana, a gdy 

Annie przecząco potrząsnęła głową, spojrzała na nią z 
wyraźnym zaciekawieniem. - Kto jeszcze tam był? 

Annie drgnęła nerwowo. Powinna się spodziewać 

tego pytania! I co teraz...? Mark, który odkładał 
właśnie słuchawkę, zauważył niemą prośbę o ratunek i 
szybko pospieszył jej na odsiecz. 

- Czy Annie opowiadała ci o moich przyjaciołach? 

Wszyscy chcieli ją poznać, miałem więc duże 
problemy z ograniczeniem liczby gości. . 

background image

Diana zmarszczyła brwi. 
- Miała wypoczywać przed rozpoczęciem koncertów 

- powiedziała z lekkim wyrzutem. 

- Dopilnowałem, by wypoczywała i osiągnęła jak 

najlepszą formę. W końcu leży to w moim interesie. 
Mam nadzieję, że w najbliższych dniach sprzedamy 
mnóstwo płyt i zbijemy fortunę. Annie już dziś budzi 
ogromne zainteresowanie we Francji, a pod koniec 
tournee z pewnością zostanie okrzyczana gwiazdą. 

Diana, która już całkiem zapomniała o swym 

pierwotnym pytaniu, zwróciła się z uśmiechem do 
Annie: 

Oczywiście, moja droga. I to nie tylko we Francji. 

W całej Europie! — Objęła ją ramieniem i uściskała 
mocno. - Prawda, kochanie? 

Bądźmy dobrej myśli - odpowiedziała Annie 

zdawkowo, ponieważ nieustannie myślała o Marku. 
Ależ potrafił zamydlić oczy! Kłamał bez mrugnięcia 
powieką. Jakim człowiekiem był naprawdę? Ile 
prawdy było w tym, co jej naopowiadał? 

Mark obserwował ją twardym, badawczym 

spojrzeniem; zdała sobie sprawę, że usiłował odczytać 
jej myśli. 

Przyjazd Philipa i Diany wszystko odmienił. Teraz 

znów będzie stale przebywać w ich towarzystwie, pod 
ich czułą kuratelą - znów odnajdzie się w kręgu starych 
przyjaciół - i to z pewnością oddali ją od Marka. Mark 
musiał to zrozumieć i musiał się z tym pogodzić... 

I nagle zdała sobie sprawę, że po dwudziestu 

czterech godzinach spędzonych z Markiem zna siebie 

background image

lepiej niż kiedykolwiek w życiu. Po raz pierwszy miała 
okazję zachowywać się swobodnie, nie musiała nikogo 
udawać. Mogła być sobą! Przez długie lata zbyt ciężko 
pracowała, by trawić czas na próżne rozmyślania o 
stale powiększającej się różnicy między prawdziwą 
naturą Annie Dumont, a maską, którą nałożyli jej na 
twarz specjaliści od reklamy. Gdy miała siedemnaście 
lat, odpowiadali za nią na pytania, wymyślając 
odpowiedzi pasujące do narzuconego jej stylu. Annie 
poddała się temu bez oporów. Nie miała Czasu 
zatrzymać się w pół drogi i pomyśleć: Kim właściwie 
jestem? Jakie mam poglądy? Co czuję naprawdę? 

Otwierała tylko usta i powtarzała frazesy 

przygotowane dla niej przez Phila i Dianę. Nosiła 
stroje, które dla niej wybrali. Bywała w miejscach, 
które oni uważali za stosowne... Ale przecież nigdy nie 
miała pretensji, że się nią manipuluje! Była szczęśliwa, 
że może ich zadowolić. Ostatecznie zawdzięczała im 
tak wiele... 

Jakie to dziwne, że właśnie teraz, pod wpływem 

całkiem nieznajomego mężczyzny, obudziła się w niej 
prawdziwa natura! Nagle poczuła w sobie nowe siły, 
poczuła, że powinna sama kierować swym życiem. 
Mark pomógł jej to sobie uświadomić. I co za ironia 
losu - podejmując pierwszą samodzielną decyzję, 
postanowiła nigdy więcej nie pozwolić mu się do 
siebie zbliżyć. 

Popatrzyła na niego dumnie, z błyskiem wyzwania 

w zielonych oczach, i pozwoliła mu wyczytać z nich 
bezgłośne przesłanie: Trzymaj się z dala ode mnie, 

background image

Mark. Wszystko skończone. Nie ufam ci i nie chcę cię 
więcej widzieć. 

background image

ROZDZIAŁ  DZIEWIĄTY 
 
Bilety na jej pierwszy paryski koncert zostały 

błyskawicznie wysprzedane. Annie nawet nie 
podejrzewała, że cieszy się we Francji tak wielką 
popularnością. Domyślała się natomiast, że Mark i jego 
specjaliści od reklamy wykonali gigantyczną pracę, od 
wielu miesięcy podgrzewając atmosferę wokół jej 
osoby za pomocą artykułów prasowych, programów 
radiowych i telewizyjnych, olbrzymich plakatów 
rozwieszonych w miejscach publicznych oraz 
strumienia wywiadów, jakich udzielała rozmaitym 
muzycznym czasopismom. 

Od wielu tygodni jesteś obecna w mediach - 

zakomunikował z wyraźną dumą i satysfakcją Louis, 
szef biura reklamy. - Bilety na koncert zniknęły w 
ciągu kilku dni od rozpoczęcia sprzedaży. Zobaczysz, 
że zrobisz u nas furorę, chociaż Francja wcale nie jest 
łatwym rynkiem dla zagranicznych wykonawców. 
Muszę przyznać, że sam jestem zaskoczony sukcesem 
kampanii reklamowej. 

- Dokonaliście prawdziwego cudu - pogratulowała 

mu szczerze Annie. 

- Dzięki - ucieszył się z komplementu. - Będę ci 

towarzyszył na całej trasie, więc jeśli zaistnieją 
jakiekolwiek problemy, zwracaj się do mnie bez 
wahania. 

Annie wstała dziś o świcie, zjadła tylko lekkie 

kontynentalne śniadanie i udała się na stadion, aby 
odbyć próbę przed wieczornym koncertem. 

background image

 
Podium sceniczne było już prawie gotowe, choć tu i 

ówdzie rozlegało się jeszcze stukanie młotków, a 
mężczyźni w roboczych kombinezonach montowali 
stalowe podpory podtrzymujące podłogę. Znane były 
przecież wypadki, że scena zapadała się pod ciężarem 
instrumentów i licznego zespołu, a widzowie ulegali 
panice. Podjęto więc dodatkowe środki ostrożności. 

Pod sceną nadal pracowali elektrycy, podłączając 

obwody, raz po raz któryś z nich pojawiał się na górze 
i sprawdzał mikrofony; dawały się wówczas słyszeć 
charakterystyczne szumy i trzaski. Na scenie muzycy 
ustawiali instrumenty; pianino elektryczne, perkusja i 
potężne wzmacniacze zajmowały dużo miejsca. 

Annie ze swoim zespołem, tancerze i chórzyści 

zaczęli powtarzać zaplanowane przez choreografa w 
najdrobniejszych szczegółach układy. Wszystko mieli 
dokładnie przećwiczone w londyńskim atelier, teraz 
należało tylko odtworzyć misterną kompozycję ruchów 
i gestów na wielkiej scenie pod gołym niebem, 
uważając, aby przy okazji nie potknąć się o kable i nie 
spaść z podium. 

Podczas trwania prób układów choreograficznych 

sprawdzono jeszcze światła, ich działanie i 
prawidłowość ustawienia. 

- Istny dom wariatów, no nie? - powiedział Brick, 

uśmiechając się do Annie z entuzjazmem. - Uwielbiam 
przygotowania do koncertu. Podniecenie przenika mnie 
aż do czubków palców. 

-  Co takiego? - spytała nieobecnym głosem, 

background image

obserwując mijających ją w podskokach tancerzy. 

- Adrenalina, głuptasku! 
- Och, ty nigdy nie miewasz tremy, Brick - 

pozazdrościła mu beztroskiej radości. 

- Przenigdy! Nie mogę po prostu doczekać się 

wyjścia na scenę. A gdy wszystko się już rozpoczyna i 
zaczynam walić w perkusję, jestem tak podniecony, że 
mógłbym fruwać! Koncert na żywo, to jedyna okazja, 
żeby pójść na całość i grać tak głośno i tak mocno, jak 
się chce. 

Annie prawie nie słuchała, pożerając wzrokiem 

Marka, który rozmawiał właśnie z Philipem. Obaj 
wpatrywali się w potężne reflektory umieszczone nad 
sceną i komenderowali pracą mężczyzny, który siedząc 
na dźwigu, ustawiał je we właściwej pozycji. 

Mark miał dziś na sobie czarny sweter i niebieskie 

dżinsy. Dziwne, ale również w tak zwykłym stroju 
wyglądał elegancko i pociągająco zarazem. 

Z trudem odwróciła wzrok; nie mogła pozwolić, by 

zauważył, że mu się natarczywie przygląda. Przez 
ostatnie kilka dni udawało jej się trzymać go na 
dystans, tak jak sobie zaplanowała. Miała nadzieję, że 
po dzisiejszym koncercie, gdy pojedzie w trasę 
koncertową, Mark pozostanie w Paryżu. 

Poczuła się nagle bardzo zmęczona. Dobiegał końca 

kolejny żmudny dzień. 

- Idź i trochę odpocznij - powiedziała Di, gdy Annie 

że złością odłożyła mikrofon, przerywając w połowie 
piosenkę. 

- To było okropne! - żaliła się. - Zupełnie się 

background image

pogubiłam... Muszę spróbować jeszcze raz. 

- Natychmiast przerwij! - zagrzmiał Philip, który stał 

tuż przed sceną. 

Patrzyła właśnie w dół na Philipa i Marka, gdy 

nieoczekiwanie elektrycy włączyli wszystkie reflektory 
i ich upiorne światło kompletnie ją oślepiło. Stała jak 
wryta - ogłuszona szczekotem karabinów 
maszynowych i dzikim krzykiem jakiejś kobiety... 

- Wielki Boże, Annie, co się dzieje? - dobiegał jak 

zza szklanej ściany głos Di. 

- Natychmiast zgaście światło! - zawołał z dołu 

Mark. 

W sekundę zapadła całkowita ciemność. Annie stała 

nadal w tym samym miejscu, cała drżąca i zapłakana. 
Diana obejmowała ją ramieniem i szeptała 
uspokajająco: 

- Jestem tu, kochanie... Wszystko w porządku, jesteś 

bezpieczna... Co się stało? 

Gdy po chwili ujrzała pochyloną nad sobą twarz 

Marka, w jego ciemnych oczach dostrzegła błysk 
zrozumienia. A więc domyślił się, co przed chwilą 
widziała, co słyszała, czego doświadczyła... 

Zadrżała nerwowo, zamykając oczy. 
- Zabierz ją do hotelu - zwrócił się Phil do Diany. - 

Jest wykończona. Powinniśmy przerwać już dwie 
godziny temu... Daj jej aspirynę, gorące mleko i połóż 
ją do łóżka. 

- Pozwólcie, że ja się nią zajmę - wtrącił Mark, a 

Phil i Diana spojrzeli na niego z zaciekawieniem. 

- To miło z twojej strony - powiedziała Diana z 

background image

uprzejmym uśmiechem - ale opieka nad Annie należy 
do mnie. -I nie zwracając uwagi na zniecierpliwioną 
minę Marka, zwróciła się znów do Annie: - Chodźmy, 
kochanie. - A potem władczo otoczyła ją ramieniem i 
sprowadziła ze sceny. 

W hotelu Annie zasnęła niemal od razu. Ale nie 

miała spokojnych snów. Budziła się raz po raz, 
oszołomiona i drżąca, i rozglądała się z przerażeniem 
po ciemnym, nieznajomym wnętrzu. 

Obudziła ją Diana z filiżanką parującej herbaty w 

ręce. 

- Chcesz coś zjeść? - spytała. 
Annie tylko potrząsnęła głową czuła, że ma pełny 

żołądek. 

- Powinnaś zjeść choć kanapkę - upierała się Di, ale 

były to 
próżne namowy. 

- Nawet mi o tym nie wspominaj. Chodźmy już! 

Pojechały na stadion mikrobusem wiozącym 
zaopatrzenie, aby zmylić fanów, którzy oblegali 
wejście. Mikrobus przemknął obok tłumu gapiów 
niepostrzeżenie. Gdy wysiadły z furgonetki, zniknęły 
w okamgnieniu w czeluściach prywatnego wejścia, a 
potem labiryntem korytarzy dotarły do garderoby 
zespołu. 

- Nie denerwuj się, kochanie - powiedział Phil, 

podchodząc do niej, by ją pocałować. 

- Och, Phil, umieram ze strachu - przyznała 

szczerze. 

- Gdy już wyjdziesz na scenę, wszystko wróci do 

background image

normy. Jak zwykle, pamiętasz? 

Annie skrzywiła twarz, słysząc wrzask dochodzący 

ze stadionu. Występował przed nimi francuski zespół 
rockowy. 

- Wykonują dla nas znakomitą robotę - powiedział 

wesoło Phil. - Rozgrzewają publiczność, przygotowują 
ją na twoje wejście. - Spojrzał na zegarek. - Już za 
kilka minut zespół może wyjść na scenę, a potem ty, 
jak usłyszysz swój sygnał. 

Annie poczuła, że kropelki potu spływają jej po 

skroniach. Odwróciła się na pięcie i pobiegła do 
łazienki. Myślała, że zwymiotuje, ale gdy ochlapała 
wodą kark, nerwowe kurcze żołądka ustąpiły. 
Spojrzała w lusterko, żeby poprawić makijaż, gdy 
nagle usłyszała pukanie do drzwi. 

- Annie? - To był głos Marka, 
Nie spodziewała się, że go tu zobaczy. Musiała dwa 

razy przełknąć ślinę, nim zdołała się odezwać. -
Słucham? 

- Twoi koledzy wyszli już na scenę - powiedział. - 

Masz niecałe pięć minut! 

- Och... -jęknęła, a jej żołądek znów zaczął kręcić się 

jak na karuzeli. 

Drzwi do łazienki otworzyły się niespodziewanie. 
- Mogę wejść? 
- Nie, odejdź! - krzyknęła. - Gdzie jest Phil? Gdzie 

Diana? - Zaczęła nerwowo gestykulować i tupać 
nogami jak dziecko. Ogarniała ją straszliwa, 
bezrozumna panika. 

background image

- Przestań! - Głos Marka był chłodny i stanowczy. 

Złapał ją za rękę, przytrzymał, a potem mimo oporów 
objął ją mocno ramieniem. 

- Puść mnie! - krzyczała. - Dlaczego nie ma tu 

Diany? Ona zawsze jest przy mnie... i Phil... Gdzie oni 
są? - Usiłowała się wyrwać, ale jednocześnie walczyła 
z pokusą, by się do niego przytulić. 

- Są już na górze - odparł spokojnie. - Czekają tam 

na ciebie. Obiecałem, że cię przyprowadzę. Tutaj we 
Francji jesteś także pod moją opieką. Do czasu, aż 
wyjedziesz... - Wolno, pieszczotliwie gładził jej włosy 
i uspokajał ją tak łagodnie i kojąco, jakby była małym 
dzieckiem. 

- Potrzebuję ich... - poskarżyła się cicho. 
- To nieprawda, Annie - wyszeptał, przybliżając usta 

do jej czoła. - Sama przecież powiedziałaś, że jesteś 
już dużą dziewczynką i potrafisz sobie poradzić. 

- Więc ciebie także nie potrzebuję! - zawołała 

buńczucznie, mimo że ogarniało ją usilne pragnienie 
przytulenia głowy do jego szerokiej piersi. 

- Doprawdy, Annie? - wyszeptał, wodząc ręką w dół 

i w górę po jej kręgosłupie. - Ale ja ciebie potrzebuję. 
Bardzo potrzebuję... Tak jak potrzebuje się powietrza, 
światła i nieba nad sobą... 

- Gdy odpoczywałam w hotelu, znowu nawiedził 

mnie ten sen... - powiedziała, cała drżąc, a serce 
trzepotało jej jak skrzydła uwięzionego motyla. - 
Wciąż do mnie powraca... Och, to twoja wina! 
Dlaczego narzuciłeś mi te sny? Aż do chwili gdy cię 
poznałam, nigdy nie miewałam koszmarów. A teraz 

background image

nie uwolnię się od nich do końca życia! Będę stale 
śniła o czymś, czego w ogóle nie pamiętam... 

Musnął wargami jej przymknięte powieki. 
- Nie myśl teraz o tym, odpręż się. Musisz wyjść na 

scenę i śpiewać. 

- Nie mogę... - Głos jej się załamał i chwyciła 

kurczowo Marka za ramię, jakby był ostatnią deską 
ratunku. 

- Oczywiście, że możesz - pocieszył ją czule. - Nie 

zapominaj, że ja też tam będę. Będziesz dziś śpiewać 
dla mnie, Annie... 

W jego głosie dała się słyszeć jakaś zaborcza nuta; 

serce Annie ścisnęło się z emocji. 

Nagle wargi Marka znalazły się na jej ustach. Nie 

stawiała im oporu. Otoczyła ramionami jego szyję, a 
wargi jej zaczęły drżeć pod dotknięciem jego warg. 
Mimo zaprzeczeń, ona także go potrzebowała. 

Mark oderwał się od niej pierwszy; oddychał ciężko, 

twarz miał zarumienioną. 

- Musisz już iść - wymamrotał i poprowadził ją do 

drzwi. 

Na zewnątrz zgromadził się spory tłumek 

dziennikarzy i sympatyków. Poklepywano ją po 
ramieniu i życzono powodzenia. Szła długim 
korytarzem, nie słysząc ani jednego słowa, uśmiechała 
się tylko i automatycznie poruszała nogami. 

Zatrzymała się dopiero za kulisami; Mark nadal 

obejmował ją ramieniem, a Phil i Di, którzy podeszli, 
aby ją ucałować, przyglądali się mu z wyrazem 
zaskoczenia w oczach. 

background image

Na scenie konferansjer, ubrany w błyszczący 

czerwono-srebrny kostium, zapowiadał właśnie jej 
występ, a publiczność na widowni skandowała: 
„Annie! Annie! Annie!". 

- A oto, proszę państwa - mówił z emfazą 

konferansjer - dama, na którą wszyscy czekamy! 
Pokażcie więc, jak bardzo ją kochacie... -Nastąpiła 
kolejna, ostatnia już przygrywka perkusji przy 
akompaniamencie rzęsistych oklasków. - Oto Annie 
Dumont! 

Mark pocałował ją w czubek głowy i delikatnie 

popchnął do przodu. Przy wtórze ogłuszających 
oklasków wbiegła na środek ogromnej sceny. Po chwili 
stała w smudze niebieskawego światła w pozycji, którą 
wymyślił dla niej Philip: z szeroko rozpostartymi 
ramionami, drapieżnie rozczapierzając palce, jakby 
chciała przycisnąć do serca całą widownię. 

Zewsząd dobiegały ją okrzyki i radosne 

pozdrowienia. Uśmiechnęła się naturalnie, przełamując 
początkowe onieśmielenie i oszołomienie. 

Salut! Ca va? - krzyknęła do mikrofonu. 
Salut, Annie! - odpowiedziała jej publiczność. 
Powiedziała jeszcze kilka słów po francusku 

zgodnie ze scenariuszem, który opracował Philip, a 
potem zaczęła śpiewać pierwszą piosenkę. 

Występ zakończył się wielkim sukcesem. Annie 

bisowała w nieskończoność; odnosiło się wrażenie, że 
publiczność chciała zatrzymać ją dla siebie na zawsze. 
Za każdym razem, gdy usiłowała zejść ze sceny, 
rozlegały się znów oklaski i głośne wiwaty. 

background image

Gdy wreszcie znaleźli się za kulisami, ogarnął 

wszystkich szał zbiorowej radości, śmiano się w głos, 
strzelały korki, a szampan musował w kieliszkach. 
Wszyscy całowali wszystkich, ale szczególnie mocno 
ściskano Annie. Była pewna, że jutro odkryje na ciele 
mnóstwo siniaków. 

Phil i Di promienieli z radości. Stwierdzili zgodnie, 

że Annie była wspaniała, cudowna, że nigdy dotąd nie 
zaśpiewała tak dobrze. To był czarodziejski, magiczny 
występ... 

W głębi pokoju spostrzegła Marka. Przyglądał jej się 

bacznym, przenikliwym wzrokiem. 

Nie podszedł do niej, ale gdy ich spojrzenia się 

spotkały, czuła na ciele elektryzujące dreszcze. 

I nagle ucichł gwar i wrzawa. Zobaczyła domek na 

skraju lasu, stojący wśród ciszy kompletnego 
odludzia... A potem oczami duszy ujrzała siebie i 
Marka leżących w objęciach pod drzewami... I nagle 
znów zawładnęły nią uczucia, których ani się 
spodziewała, ani nie rozumiała, i poczuła namiętność, 
której nie potrafiła opanować... Przywykła już do 
publicznych występów, obecności tłumów, 
przyzwyczaiła się do tremy i krzyków wielbicieli, ale 
nie mogła pogodzić się z falą emocji, która ją ogarniała 
w obecności Marka... 

- Musimy już wracać do hotelu - zwróciła się do niej 

Diana. - Powinnaś przebrać się przed przyjęciem, które 
zorganizowano na twoją cześć. 

- Przyjęcie? - zdziwiła się Annie. 
- Bez paniki! - Diana roześmiała się perliście. - 

background image

Kameralne grono przyjaciół, zaledwie kilkaset osób. 

Zazwyczaj po koncercie wszyscy byli niezwykle 

podnieceni i długo nie mogli dojść do siebie. Brick 
dzisiaj wprost szalał z radości. Nadal trzymał w ręku 
pałeczki od perkusji i wystukiwał nimi wszędzie - na 
głowach ludzi, stołach i ścianach -jakieś sobie tylko 
wiadome rytmy. Nie był ani pijany, ani odurzony 
narkotykami... po prostu wysoki poziom adrenaliny 
doprowadził go do nie kontrolowanych zachowań. 

Annie zwykle odczuwała podobny nastrój. 

Uwielbiała pokazywać się na scenie, śpiewać i tańczyć. 
Całymi godzinami po koncercie nie mogła skupić 
myśli. Ale nie dziś wieczór... Dziś wieczór myślała 
wyłącznie o Marku. 

Wzięła prysznic i włożyła wieczorową suknię - 

połyskliwie zieloną obcisłą mini z dużym dekoltem i 
niemal bez pleców, trzymającą się jedynie na cienkich 
ramiączkach. 

Gdy kilka minut później pojawiła się ponownie, 

wszyscy zagwizdali z podziwu, a Brick zaczął 
podśpiewywać pod nosem swoją własną kompozycję: 
„Ona jest seksy, och, jak bardzo seksy". 

Annie, udając, że się na niego złości, rzuciła w 

Bricka poduszką. 

Kilka minut później ochroniarze wyprowadzili ją i 

zespół ukrytym tylnym wyjściem i pomogli wsiąść do 
specjalnie podstawionego samochodu, którym 
zawieziono ich do hotelu. 

W hotelu duża sala bankietowa tętniła gwarem 

głosów i muzyką. Annie podano kieliszek szampana, 

background image

który popijała teraz wolno, łyk za łykiem. 

Mark był na przyjęciu, ale jak dotąd nie zbliżył się 

do niej ani na chwilę. Raz po raz, gdy zerkała na niego 
ukradkiem i magnetycznie przyciągała jego spojrzenia, 
czuła, jakby jakaś trąba powietrzna wciągała ją w 
czarną głębię jego oczu. 

Od czasu do czasu ktoś ją zagadywał, musiała więc 

odpowiadać przytomnie i patrzeć na swego rozmówcę. 
Zdarzało się, że Mark znikał wówczas w tłumie. 
Szukała go potem zaniepokojonym wzrokiem, nie 
mogąc się na kimkolwiek innym skupić. 

To dla niego dzisiaj śpiewała... Nie dla publiczności. 

Dla Marka. Przez cały czas trwania koncertu czuła jego 
obecność, śpiewała więc tylko dla niego, dla niego 
oddała się cała muzyce. 

Podniecenie, jakie wypełniało ją od chwili 

zakończenia występu, zaczęło powoli ustępować 
miejsca zmęczeniu. Właśnie wtedy Mark 
nieoczekiwanie do niej podszedł. 

- Czas już, byś położyła się do łóżka - oznajmił. 

Stojący wokoło ludzie żywo zaprotestowali, 

- Och, nie psuj przyjęcia, Mark! Jeszcze jest 

wcześnie! 
Annie jednak, bardzo blada i wyczerpana, skinęła tylko 
głową i powiedziała: 

- Naprawdę jestem zmęczona. 
- Odprowadzę cię na górę - zaofiarował się Mark. 

Spostrzegła ukradkowe, badawcze spojrzenie Diany, 
wyczuła wzrastającą ciekawość Phila. Nie odezwali się 
jednak ani słowem. Zazwyczaj podczas tournee sami 

background image

się nią opiekowali. A jednak dziś wieczór Mark bez 
pytania wszedł w ich rolę, co obserwowali z 
zainteresowaniem i nie bez pewnego niepokoju. 
Podeszła do nich i ucałowała na dobranoc. 

- Bawcie się dobrze - powiedziała. - Idę już spać. 

Wyczytała z wyrazu twarzy Phila i Diany, że chętnie 
by jej towarzyszyli, powstrzymali się jednak od 
komentarza; nie ośmielili się zrobić publicznej sceny. 

Gdy szła obok Marka cichym, hotelowym 

korytarzem, nie odezwali się do siebie ani słowem. Pod 
drzwiami apartamentu zawahała się, on jednak nic nie 
mówiąc, wszedł za nią do środka. 

Odwróciła się do niego; oczy jej błyszczały z 

podniecenia. 

- Dobranoc, Mark - szepnęła. 
Chwycił ją mocno za ramiona, przyciągnął do siebie 

i pocałował dziko i zachłannie. Potem uniósł głowę i 
popatrzył na jej rozognioną twarz. 

- Śpiewałaś dla mnie, prawda? Powiedz, że tak, bo... 

- Wargi jego znów były nad jej ustami, a oczy, takie 
wielkie z bliska, zdawały się przesłaniać cały świat. 

Wyszeptała „tak", zanim zdążyła cokolwiek 

pomyśleć. 

- Dobranoc, Annie - powiedział z uśmiechem. 
Stanęła na palcach, aby raz jeszcze dotknąć jego ust, 

tym razem jednak pocałunek był krótki, zaledwie 
przelotne muśnięcie. Chwilę później Marka już nie 
było. 

Długo jeszcze stała z bijącym sercem i patrzyła na 

zamknięte drzwi. 

background image

Następnego dnia ani Philip, ani Diana nie poruszyli 

niezręcznego tematu. Gdy padało w rozmowie imię 
Marka, wymieniali tylko porozumiewawcze spojrzenia 
i dusili w sobie ciekawość. Annie chciała nawet, by dla 
oczyszczenia atmosfery wreszcie padły te nie 
wypowiedziane pytania, które dostrzegła w ich oczach. 
Ale temat okazał się tabu. A gdyby nawet spytali ją o 
Marka? Właściwie cóż by mogła im odpowiedzieć? 

 
Po południu wyjeżdżali do Lyonu. Rano wszyscy 

spali dłużej niż zwykle, ale i tak, gdy spotkali się przy 
śniadaniu, mieli twarze blade i wymęczone. Nawet 
Brick był milczący, nie bębnił łyże-~ czka o talerzyk, 
co zazwyczaj czynił w trakcie posiłków, ziewał tylko i 
patrzył ponuro w przestrzeń. 

O trzeciej po południu pod hotel podjechał 

luksusowy autokar, którym mieli podróżować do 
Lyonu. Przed odjazdem Annie rozglądała się nerwowo, 
wypatrując Marka, ale nigdzie go nie było. 

Czy pokaże się w Lyonie? - zastanawiała się, na 

wpół leżąc w fotelu i patrząc przez zaciemnioną szybę 
autokaru. W miarę upływu czasu coraz dotkliwiej 
odczuwała jego brak. Myślała o nim nieprzerwanie. 
Ledwie zamknęła oczy, widziała jego twarz, 
przypominała sobie jego słowa i dotyk jego gorących 
warg. 

Minuty ciągnęły się niemiłosiernie, zdawało jej się, 

że czas stanął w miejscu. Uległa w końcu złudzeniu, że 
minęły całe tygodnie, odkąd widziała Marka po raz 
ostatni... 

background image

Zjawił się w jej garderobie w ostatnim momencie, 

gdy szykowała się do wyjścia na scenę. Na jego 
nieoczekiwany widok serce jej wykonało groźne salto 
mortale. Od razu poprawił jej się nastrój, oczy 
zajaśniały blaskiem, a policzki nabrały żywszych 
kolorów. 

- Sam ją odprowadzę - zwrócił się autorytatywnie do 

Phila i Di, którzy jej towarzyszyli. 

Spojrzeli na niego niechętnie, potem przenieśli 

wzrok na Annie, ale ona, wpatrzona w Marka, 
szybowała gdzieś daleko myślami, w ogóle nie 
zwracając na nich uwagi. Wszelkie protesty zamarły 
im na ustach; ucałowali ją, życząc powodzenia na 
scenie i dyskretnie odeszli. 

Gdy tylko drzwi za Philem i Dianą się zamknęły, 

Annie wpadła Markowi w ramiona. 

- Tęskniłaś za mną? - zapytał czule. 
Nie musiała odpowiadać. Uczucie malowało się na 

jej twarzy. Wziął ją na ręce, usiadł na kanapie i mocno 
przytulił do siebie. 

Gdy byli sami, zapominała o sennych koszmarach, o 

przeszłości jej babki, która kładła się ponurym cieniem 
na ich związku. Liczyła się wyłącznie teraźniejszość, ta 
chwila, gdy Mark ją tulił, pieścił, całował... 

- Dziś też zaśpiewasz tylko dla mnie - wyszeptał, a 

ona nie zaprzeczyła. 

Śpiewała z wyjątkową pasją, drapieżnie, 

agresywnie. Nawet koledzy z zespołu patrzyli na nią 
zdumieni, widownia zaś reagowała dzikim, 
żywiołowym aplauzem. To był najlepszy koncert, z 

background image

jakim wystąpiła w życiu. 

Po koncercie, gdy stała zalana łzami, a wszyscy 

ściskali ją i całowali, powtarzając komplementy, 
wypatrywała wzrokiem Marka. On był najważniejszy. 

I tak jak poprzednio, to on powiedział jej, kiedy 

powinna udać się na spoczynek, a potem zgodnie z 
ustalonym już rytuałem odprowadził ją do hotelowego 
apartamentu. 

Wydawało się, że już wszyscy domyślają się, co się 

między nimi dzieje. W każdym razie koledzy z zespołu 
bezlitośnie dowcipkowali sobie na ich temat, 
uśmiechali się znacząco i robili głupie miny, ale 
jedynie wówczas, gdy nie było w pobliżu Marka. Mark 
budził zadziwiający respekt i szacunek. 

Wreszcie zaniepokojona Diana zadała pytanie, które 

musiało ją i Phila dręczyć od dawna: 

- Czy to coś poważnego, Annie? Widzisz... on jest 

od ciebie dużo starszy i... I poza tym jest Francuzem - 
dokończyła. 

Annie roześmiała się w głos. 
- Och, Diano, oczywiście, że jest Francuzem! Ale 

cóż to ma za znaczenie? Nie zapominaj, że ja także 
jestem w połowie Francuzką.        

- Tak, rzeczywiście, zapomniałam... - odezwała się 

Diana z wielce roztargnioną miną. 

- A jeśli chodzi o wiek... dziewięć lat, to niezbyt 

duża różnica. 

- Tak, owszem... -jąkała się Diana - ale taki 

mężczyzna jak on musiał mieć w życiu wiele kobiet, 
wiele romansów... 

background image

- Wiem wszystko o jego przeszłości - ucięła Annie. - 

Byłabyś naprawdę bardzo zdziwiona, gdybyś 
wiedziała, ile o nim wiem! -I o wiele bardziej 
zaniepokojona, pomyślała. 

- Nie możesz być pewna, że wszystko, co ci 

powiedział, jest prawdą! - Diana zarumieniła się z 
irytacji. - Tyle lat się tobą opiekowaliśmy, i teraz 
niepokoimy się, czy poradzisz sobie z takim 
mężczyzną jak Mark - dodała tonem 
usprawiedliwienia. 

- Diano, mam już dwadzieścia pięć lat i najwyższy 

czas, bym zaczęła robić błędy na własny rachunek. 
Opiekowaliście się mną wspaniale, troskliwie, ale teraz 
tyle rzeczy się zmieniło... W końcu to musiało się stać, 
prawda? Muszę pomyśleć o życiu na własną rękę. 
Wiesz, ostatnio, będąc przy Marku, tak wiele 
dowiedziałam się o sobie... 

- To wspaniale, naprawdę wspaniale, Annie... - 

Diana potakiwała automatycznie, ale wcale nie była 
wyznaniem Annie uspokojona. - Myślę, że Phil 
powinien z nim porozmawiać... Dowiedzieć się czegoś 
więcej o jego przeszłości - ciągnęła zasępiona. - 
Powinien chociażby sprawdzić, czy on nie jest żonaty. 

- Nie jest - zapewniła ją Annie z wielką 

stanowczością.  

Diana popatrzyła na nią z uwagą, a w oczach jej 

współczucie walczyło o prymat ze zniecierpliwieniem. 

- Annie, on przecież mógł kłamać - ostrzegała. - 

Dopiero co go poznałaś, nie możesz mieć 
stuprocentowej pewności. Znasz Phila od lat, wiesz 

background image

przecież, że można mu zaufać w tej sprawie... Pozwól, 
by dowiedział się o Marku czegoś więcej - nalegała. - 
Mężczyźni łatwo potrafią wyprowadzić w pole. 

Po krótkim wahaniu Annie skinęła głową. Zawsze 

pozwalała Philowi zajmować się jej sprawami... A 
jednak... Jednak gdy rzuciła okiem wstecz na ostatnich 
kilka tygodni, zrozumiała, że bardzo wiele się 
zmieniło. Być może od czasu małżeństwa Phila i 
Diany? A może od chwili, gdy poznała Marka...? 

Nie pozwól, by ten człowiek stanął między nami - 

prosiła Diana. - Phil był z tobą od samego początku... 
To niesprawiedliwe, by obcy człowiek wszedł między 
nas właśnie teraz, gdy stajesz się wielką gwiazdą. 

- Tak się nie stanie - powiedziała Annie. W jej głosie 

nie było jednak pewności. Wiedziała, że Mark już 
stanął między nią a Philipem. 

- On usiłuje cię przechwycić - zawyrokowała Diana. 

- Jeśli staniesz się międzynarodową gwiazdą, zarobi na 
tobie fortunę. Nie mam wątpliwości, że gdy tylko cię 
poznał, wyczuł pismo nosem. 

- On wcale taki nie jest! - zaprotestowała Annie 

żywo, ale w głębi jej serca zakiełkował niepokój. 

- A może...? Tak naprawdę niewiele o nim 

wiedziała. Może Diana miała rację? Może 
zainteresował się nią tylko ze względu na pieniądze, 
które mógłby zarobić w przyszłości jako jej menedżer? 
Postępował wobec niej tak władczo, jakby już do niego 
należała... 

- Trzymaj się od niego z daleka - poradziła Di. - 

Przynajmniej dopóki Phil go nie sprawdzi. 

background image

- Opuszczam już Francję, wątpię więc, bym często 

go widywała - powiedziała Annie z wyraźnym 
smutkiem i ciężko westchnęła. 

Philip jeszcze tego samego dnia wykonał kilka 

telefonów, po czym, wzruszywszy ramionami, 
zawyrokował: 

- Cóż, jak do tej pory wydaje się w porządku. Nie 

znalazłem żadnych wstydliwych tajemnic w jego 
życiu, ale poszukamy głębiej i zobaczymy, co jeszcze 
wyjdzie na jaw. 

- Nic nie wyjdzie - powiedziała wojowniczo Annie i 

zacisnęła usta. 

 
Nazajutrz po koncercie w Lyonie wyjeżdżali do 

Szwajcarii i Niemiec. Po południu, gdy już wsiadali do 
autokaru, nieoczekiwanie podjechał pod hotel Mark w 
swoim czerwonym ferrari.    . 

- Pojedziesz ze mną - powiedział, chwytając Annie 

za rękę. 
Potrząsnęła głową tak gwałtownie, że czarne włosy 
rozsypały się na jej ramionach. 

Przykro mi, Mark, ale nie mogę z tobą jechać. 

Muszę podróżować z kolegami z zespołu, w 
przeciwnym razie poczują się urażeni i będą się na 
mnie długo dąsać. 

- Będziesz z nimi przez resztę podróży, ale te dwa 

dni chcę, byś spędziła ze mną - odrzekł z uporem. - 
Najbliższą próbę masz dopiero w środę, prawda? 
Mamy więc mnóstwo czasu. 

- Na co? - spytała podniecona. 

background image

Otoczył ją ramieniem i władczo poprowadził do 

samochodu. 

-Nie mogę, Mark... - opierała się. - Mam bagaż w 

autokarze. Phil i Diana będą się niepokoić, co się ze 
mną dzieje... 

- Phil i Diana wyjechali kilka godzin wcześniej, aby 

w Szwajcarii przygotować wszystko na przyjazd 
zespołu. 

- Twoi koledzy powiedzą im, że pojechałaś ze mną. 

– Mark popchnął ją do samochodu i zamknął drzwi. 
Odwrócił się do Bricka, wyglądającego przez okno 
autokaru i zawołał: - Zabieram Annie ze sobą! 
Dołączymy do was przed koncertem! 

Nie zważając na protesty Bricka, wskoczył za 

kierownicę i samochód ruszył z ogłuszającym rykiem 
silnika. 

- Zapnij pas! - nakazał Annie, która bezradnie 

rozglądała się wokół. 

- Dokąd mnie znów porywasz? - spytała drżącym 

głosem, ponieważ uświadomiła sobie, że byli sami. Co 
on knuł? Czyżby Diana miała rację...? 

- Do Jury - odrzekł z niezmąconym spokojem, 

zerkając na nią kątem oka. - Dziwię się, że od razu nie 
odgadłaś. 

- Ależ... to setki kilometrów stąd! 
- W ogóle nie masz orientacji. - Mark był wyraźnie 

rozbawiony. - To całkiem niedaleko. Dojedziemy 
akurat na kolację. Zamówiłem stolik w małej 
gospodzie w pobliżu mojej wioski. Gotują tam 
znakomicie, przekonasz się! 

background image

- Czy chcesz, bym poznała twoją rodzinę? - spytała 

z wahaniem, a serce biło jej tak mocno, jakby chciało 
wyskoczyć z piersi. Jeśli zabierał ją do rodzinnego 
domu, to by znaczyło, że traktuje ją poważnie. Co 
więcej, to by znaczyło, że Diana nie miała racji! 

- Tak, jutro - padła odpowiedź. - Zobaczysz, że ich 

pokochasz, a oni pokochają ciebie. I nie denerwuj się! 
Dziś jesteś po prostu zmęczona... Oprzyj się teraz 
wygodnie i zamknij oczy. 

Nawet nie usiłowała protestować. Rzeczywiście była 

bardzo zmęczona i jak dotąd nie miała czasu na solidny 
wypoczynek. Zamknęła oczy, odchyliła głowę do tyłu i 
pozwoliła płynąć myślom... A więc jechała do Jury... 

Do domu! - pomyślała zaskoczona. Jadę do domu... 
Od śmierci ojca właściwie nie miała domu i czuła 

się przez to tym bardziej samotna. Matka nigdy jej nie 
kochała... Annie brakowało poczucia, że gdzieś 
przynależy, a przecież każdy posiada głęboką potrzebę 
odnalezienia swego miejsca na ziemi. 

Być może jej miejsce było właśnie w Jurze... 
Zdrzemnęła się i śniła o zielonych lasach i dolinach, 

o rześkim, górskim powietrzu; widziała kwiaty na 
łąkach i pod kamiennymi murami zagród, słyszała 
dźwięk kościelnych dzwonów rozchodzący się po 
dolinach i wspinała się na okoliczne wzgórza owiane 
niebieskawą mgiełką, za którymi ciągnęły się pokryte 
czapami śniegu górskie masywy. Podświadomie czuła, 
że kraina, którą znała jedynie z opowiadań ojca i 
Marka, okaże się bliska jej sercu. 

Gdy zaczęli zbliżać się do szwajcarskiej granicy, 

background image

zrobiło się chłodniej, a niebo stało się niebieskie i 
czyste jak kryształ. Annie była teraz wdzięczna 
Markowi za zapasowy sweter, który specjalnie dla niej 
wrzucił do samochodu. 

Mam również zapasową piżamę - powiedział. - 

Musimy ci tylko kupić szczoteczkę do zębów. 

- Och, dlaczego mi nie pozwoliłeś zabrać z autokaru 

walizki! - żaliła się. 

- Gdybym dał ci czas do namysłu, z pewnością byś 

ze mną nie uciekła! 

Popatrzyła na niego z irytacją. 
- Dlaczego mężczyźni tak bardzo lubią rządzić? - 

westchnęła. - Phil i Diana z pewnością będą się 
niepokoić... 

- Oni mnie nie lubią - skonstatował. 
- Niewiele o tobie wiedzą.. 
- Boją się, że im ciebie zabiorę... - Zerknął na nią z 

ukosa i skrzywił usta. -I zrobię to! - dokończył. 

Znów zadrżała; była podniecona i niespokojna, 

jakby zawieszona między nadzieją a zwątpieniem. Czy 
chciał powiedzieć, że ją kocha? A może traktował ją 
jak intratną zdobycz? 

Zmierzchało się, gdy dotarli do skraju wioski St 

Jean-des -Pins. Mark zwolnił nieco, mijając małą, białą 
gospodę z wymalowaną na szyldzie srebrną rybą na tle 
zielonych trzcin. 

- Bywa tu wielu wędkarzy, którzy łowią ryby w 

naszych rzekach - wyjaśnił. - Zatrzymamy się tu 
później. 

Jechali przez sosnowy las długą drogą, 

background image

przypominającą tunel z ciemnych drzew. Droga 
zdawała się nie mieć końca. 

- Dokąd mnie wieziesz? - spytała nerwowo, usiłując 

prze niknąć wzrokiem ciemną ścianę drzew. Zmierzch 
zapadał szybko, w środku lasu panował już zupełny 
mrok. 

Mark skręcił i jechali dalej wąską leśną przecinką. 
- Nie! - zaprotestowała, ogarnięta nagłą paniką. 

Znała tę drogę! Wiedziała, dokąd prowadzi... - Nie 
mogę, Mark, nie zabieraj mnie tam! Nie zmuszaj mnie 
do tego! 

- Nie bój się, cherie. - Wziął ją za rękę. - Jestem z 

tobą i nic ci nie grozi. 

Szarpnęła się i dosięgła klamki. Gdy zatrzymał 

samochód, wyskoczyła jak oszalała. Mark pobiegł za 
nią, chwycił ją wpół i otoczył ramionami. 

- Nie bój się, Annie - uspokajał. - Tutaj już nic nie 

ma. 

- Jest, jest! - krzyczała. - To mi się śniło... To za 

dużo, nie zniosę tego, Mark! 

- Posłuchaj, Annie... Posłuchaj lasu... - Przycisnął 

twarz do jej potarganych wiatrem włosów. 

Las oddychał wokół nich; słyszeli groźne pomruki 

wichru, szepty i szelesty liści, trzask łamiących się i 
opadających gałęzi. Nigdy nie nastawała cisza... 

- Zaufaj mi - prosił Mark. - Chcę, byś poszła ze mną 

ścieżką prowadzącą do chaty... 

background image

- Wiem, dokąd ta ścieżka prowadzi - przerwała mu. - 

Wiem to ze swoich koszmarnych snów... Snów, 
których nienawidzę i których się boję... Chata jest 
pusta... On odszedł... odszedł na zawsze. -I znów 
ogarnęła ją fala bólu i przeraźliwej rozpaczy. 

- Jestem tu, jestem - szeptał, całując jej policzki, ona 

zaś objęła go mocno i patrzyła nań nieprzytomnym 
wzrokiem, jakby w obawie, że znów go jej odbiorą. 

-Och, Mark!. Co się ze mną dzieje? Jestem 

przerażona. Może zwariowałam? Nie mogę tam pójść... 
Wiem, co tam zastanę! 

- Chcę, byś zobaczyła - nalegał. - Musisz sprawdzić 

na własne oczy, czy to prawda. 

Po chwili wahania, ciągle drżąc, poddała się. Mark 

miał rację. Musiała przekonać się na własne oczy. 
Musiała wiedzieć. 

W narastających ciemnościach wspinali się ostro 

pod górę. Annie wzdrygała się na każdy dźwięk i 
rozglądała wokół szeroko otwartymi oczami. Gdy 
zobaczyła chatę, zatrzymała się raptownie z mocno 
bijącym sercem. 

Ona jest... dokładnie taka, jak ją pamiętam... 

Widziałam ją... - W swoich snach, myślała. Jedynie w 
swoich snach! Ale dlaczego pamiętała tak wyraziście 
każdy szczegół? Rozpoznawała bale drewna ułożone w 
sagi pod gontowym daszkiem, drzwi i okna zasłonięte 
okiennicami i drewnianą beczkę na wodę, a nawet 
wiekowy górski jesion rosnący obok chaty, którego 
połamane konary porastały teraz młode, zielone liście. 
- Nie, nie mogę wejść do środka - szepnęła przerażona. 

background image

- Nie wejdę! 

- Nawet ze mną? 
Popatrzyła w jego głębokie, ciemne oczy i z lekka 

się uspokoiła. 

Z Markiem u boku była w stanie wszystkiemu 

sprostać. 

- Gdzie jest klucz? - zapytał. 
- Pod progiem - odrzekła bez chwili zastanowienia.  
I naraz zesztywniała, a twarz jej przybrała barwę 

popiołu. Skąd, u licha, o tym wiedziała? 

Słyszała szybki, głośny oddech Marka, gdy pochylał 

się i uważnie macał ręką pod progiem. Po chwili 
wyprostował się z kluczem w ręku. 

Nie odezwali się ani słowem. Mark przekręcił klucz 

w zamku i mocnym pchnięciem otworzył drzwi. 

Z wnętrza powiało chłodem i stęchlizną. Annie 

przekroczyła próg i dopiero wówczas ujrzała proste 
stare sprzęty: krzesło, drewniane łóżko bez siennika, 
zardzewiały piec, którego komin wychodził przez 
dach, półkę, a na niej kilka kubków i talerzy, oraz stos 
suchego drewna pod ścianą. 

Nic tu się nie zmieniło. Rozpoznała wszystko, co do 

najmniejszego szczegółu. Nawet rondel wisiał na haku 
w tym samym miejscu! Wszystkie przedmioty były tak 
realne, tak znajome, jakby widziała je wczoraj... 

Łzy napłynęły jej do oczu. Odwróciła się twarzą do 

ściany, 
ogłuszona wspomnieniami, które przesuwały się przed 
jej oczami jak obrazy za oknem pędzącego pociągu. Z 
mgły czasu wyłaniały się znajome twarze i miejsca, 

background image

epizody zdarzeń i strzępy rozmów...   

- Och, nie, nie! - powtarzała w kółko. 
Mark stał za nią z tyłu i obejmował ją ramieniem. 
- Cicho, kochanie, nie płacz. Pójdziemy już, jeśli tak 

bardzo to przeżywasz. 

Nawet go nie słyszała. Myślami przeniosła się w 

daleką przeszłość. 

Była znów ciepła, letnia noc. Leżała w ramionach 

Marka na łożu z paproci, w lesie, pod drzewami, 
odurzona świeżym zapachem zgniecionych liści i 
trawy. Nawet teraz, zamykając oczy, czuła jeszcze ten 
upajający zapach... Kojarzył jej się z rozkoszą, jakiej 
doznawała w ramionach Marka... Przesuwała 
pieszczotliwymi dłońmi po jego ciele, po szerokich 
barach i każdym najmniejszym zagłębieniu kręgosłupa. 
Chętnie pozostałaby w jego ramionach na zawsze... 

Światło księżyca przydawało metalicznego blasku 

ich białym ciałom, drgało, falowało na ich skórze jak 
na powierzchni krystalicznie czystej, spokojnej wody. 
Świadomi czyhającego zewsząd niebezpieczeństwa 
kochali się z jakąś dramatyczną, dziką desperacją, 
jakby trawieni głodem, którego nie mogli zaspokoić. 
W tym niepewnym, okrutnym świecie tylko miłość 
miała znaczenie. Jednak ich miłość skazana została na 
śmierć. 

Obraz przed jej oczami nagle się zmienił. Jęknęła 

cicho pod naporem nowej fali bólu... To było dzień 
później. Niemcy przywlekli ciało Marka do wioski, 
żądając identyfikacji, miotając groźby i przekleństwa, 
oskarżając mieszkańców o zmowę i dywersję. Annie 

background image

stała na progu sklepu i patrzyła pustym, nieobecnym 
wzrokiem na sine, zastygłe, poplamione czarną krwią, 
martwe ciało Marka. 

To było ponad jej siły; łkając i drżąc spazmatycznie, 

zmusiła się do powrotu w teraźniejszość. 

- Och, dlaczego mnie tu przywiozłeś! - Łzy 

przerażenia i rozpaczy spływały jej po twarzy. - Nie 
chcę tego sobie przypominać! Nie chcę! 

- Cicho, cicho, kochanie - mówił łagodnie. - To już 

minęło. .. Teraz nic nam nie grozi. - Gładził ręką jej 
plecy, przesuwał wargami po jej włosach. - Powiedz 
mi, co sobie przypomniałaś. Bo coś sobie 
przypomniałaś, prawda? 

- Tamtego, ostatniego dnia - szeptała drżącym 

głosem - kochaliśmy się w lesie, a potem wróciliśmy 
tu, do chaty... Powiedziałeś, że chciałbyś mieć ze mną 
dziecko... - Nagle znów ujrzała jego przejętą twarz, 
usłyszała jego stłumiony głos, i znów chciała płakać, 
chciała krzyczeć, ponieważ on nie żył! Potrząsnęła 
głową, żeby usunąć sprzed oczu twarz Marka, ale on tu 
był. Był nadal i słuchał... - Powiedziałeś, że wrócisz tu 
po wojnie - wyjąkała, mając w głowie coraz większy 
zamęt - odnajdziesz mnie i weźmiemy ślub. Ale jeśli 
nie przeżyjemy wojny i nigdy się już nie spotkamy, 
powiedziałeś, że nie chcesz, by nasza miłość była jak 
płomień świecy, który zgasł i nie pozostawił po sobie 
śladu... - Umilkła i z twarzą bladą jak kreda 
wpatrywała się w odległy kąt pokoju, tam gdzie stos 
drewna zasłaniał ścianę pod oknem. - Tam... To było 
tam! - wyszeptała jak w transie. 

background image

- Co ci jest, Annie? Co się stało? 
Annie podbiegła do okna i zaczęła jak szalona 

odgarniać drewno, żeby odsłonić znajdującą się za nim 
ścianę. Mark, o nic nie pytając, przyszedł jej z pomocą. 

Kilka minut później klęczeli zdyszani, wpatrując się 

w skupieniu w inicjały wyrzeźbione na najniższej belce 
pod oknem. Mimo że trochę starte i zakurzone, można 
je było z łatwością odczytać. Pierwsze litery ich imion, 
A i M, splatały się ze sobą, pod nimi zaś widniał napis: 
„Na zawsze". Nie zatarł ich czas. 

- Na zawsze... - westchnęła Annie. Czyżby dlatego 

obydwoje tu wrócili? Czyżby ich uczucie przez swą 
niespotykaną intensywność osiągnęło nieśmiertelność? 
- Och, Mark! - Odwróciła ku niemu twarz. - One nadal 
tu są... 

- My też tu jesteśmy, Annie - powiedział, dotykając 

liter koniuszkami palców, a potem spojrzał jej prosto w 
oczy. - Kocham cię, Annie - wyznał głosem głębokim, 
przepojonym namiętnością, i dotknął jej ust swymi 
gorącymi, natarczywymi wargami. 

W tej jednej chwili wszystkie wątpliwości, jakie 

kiedykolwiek żywiła, rozpłynęły się w nicość. Nabrała 
absolutnej, niezachwianej pewności, że od dawna 
kocha tego mężczyznę – kocha go teraz z taką samą 
siłą, jak kochała niegdyś w innym miejscu i czasie, w 
innym życiu. Wówczas śmierć go zabrała, ale teraz los 
dał im drugą szansę. 

- Cherie - szepnął, odrywając na moment usta od jej 

warg - kochałem cię od zawsze i wiedziałem, że 
pewnego dnia się odnajdziemy. Gdy zobaczyłem twoją 

background image

fotografię, rozpoznałem cię natychmiast, ale musiałem 
trochę poczekać i wszystko spokojnie zaplanować. 
Bałem się, że weźmiesz mnie za wariata... 

- I tak się stało - wtrąciła z łagodnym uśmiechem. 
- Ale teraz mi wierzysz, prawda? - Oczy jego 

jaśniały wiarą i miłością. 

- Kiedy cię poznałam, zaczęły mi się przypominać 

różne oderwane fragmenty - wyznała. - Ale za nic w 
świecie nie chciałam uwierzyć... Bałam się, że tracę 
rozum... Och, dopiero teraz wiem, że nie była to tylko 
gra wyobraźni! Wiem, że przypomniałam sobie 
epizody, które zdarzyły się naprawdę. 

- Wiedziałem, że sobie przypomnisz - powiedział z 

westchnieniem ulgi. - Przypominamy sobie okruchy 
wieczności... One przychodzą do nas i odchodzą jak 
morskie fale... Pewne rzeczy są dla nas zrozumiałe, 
inne nie, ale jednego jestem całkowicie pewien: 
należymy do siebie. I dano nam powtórną szansę na 
wspólne życie. 

Nieoczekiwanie zmarszczył brwi i popatrzył na nią 

jakby z wahaniem. 

- Co się stało, Mark? - spytała zaniepokojona. 
- Nie mógłbym żyć nigdzie poza Francją - 

powiedział jednym tchem. - Co o tym myślisz, Annie? 
Może moglibyśmy osiągnąć kompromis: pół roku tutaj, 
a drugie pół w Anglii. 

- Będę szczęśliwa, mieszkając w Paryżu - 

powiedziała pospiesznie, by przeciąć wszelkie 
wątpliwości. - Czyżbyś zapomniał, że jestem w 
połowie Francuzką? Poza tym mój dom będzie tam, 

background image

gdzie jesteś ty. Załatwimy wszystko z Philipem i Dia-
ną, zgoda? Chyba nie masz nic przeciwko, by Phil był 
nadal moim menedżerem, prawda? 

- Absolutnie nic. Lubię go i myślę, że osiągniemy 

przyjacielskie porozumienie. Wszystko się uda, 
zobaczysz. – Przesunął ustami po jej policzku, a potem 
ucałował jej powieki. - Najważniejsze, Annie, że znów 
jesteśmy razem... 

Przytuliła się doń mocnej i obdarzyła go długim, 

czułym pocałunkiem. Mogłaby resztę życia spędzić w 
jego mocnych, kojących ramionach, on jednak po 
chwili westchnął i odsunął ją lekko od siebie. 

- Zrobiło się późno, Annie - powiedział. - 

Powinniśmy już wracać do gospody. 

Wyszli z chaty spleceni ramionami, z twarzami 

jaśniejącymi szczęściem. 

- Zjemy teraz wspaniałą kolację - obiecał. -I 

wszystko dokładnie omówimy. A jutro... Jutro rano 
zapoznam cię z moją rodziną. Powiem im, że 
spotkałem wreszcie kobietę, na którą czekałem całe 
życie, i którą natychmiast poślubię, jeśli powie „tak". 

- Tak - powiedziała Annie.