background image

Juliusz slowacki – kordian 

 
MOTTO
 
Fragment  tzw.  „Pieśni  Greka”,  tj.  pierwszej  pieśni  powieści  poetyckiej  Słowackiego  pt.  „Lambro”.  W 
motcie tym  „przytoczone wiersze wypowiada  narodowy  bard, grecki patriota do zebranych w gospodzie 
rodaków,  pragnąc  zachęcić  ich  do  walki  z  Turkami”  (cytat  za:  M.  Inglot,  BN).  Treść  motta  jest 
następująca: 
„Więc będę śpiewał i dążył do kresu; Ożywię ogień, jeśli jest w iskierce. Tak Egipcjanin w liście z aloesu, 
Obwija zwiędłe umarłego serce; Na liściu pisze zmartwychwstania słowa; Chociaż w tym liściu serce nie 
ożyje, Lecz od zepsucia wiecznie się zachowa, W proch nie rozsypie... Godzina wybije, Kiedy myśl słowa 
tajemną odgadnie, Wtenczas odpowiedź będzie w sercu - na dnie”.  
PRZYGOTOWANIE 
Miejscem  akcji  jest  chata  czarnoksiężnika  Twardowskiego  –  w  Karpatach.  Wszystko  odbywa  się 
ostatniego  dnia  1799  roku  i  jest  to rzekome  przygotowanie  do  nowego  wieku  –  w  przekonaniu  szatana, 
diabłów i czarownicy, którzy tutaj występują. Według M. Inglota „przesunięcie o rok daty narodzin nowej 
epoki  nie  było  pomyłką,  lecz  celowym  zabiegiem  poety,  zmierzającego  do  podkreślenia,  iż  Szatan  nie 
panuje  nad  historią  w  sposób  absolutny”,  a  więc  jest  nad  nim  siła  wyższa  –  Bóg.  Diabły  wspólnie 
wrzucają  do  kotła  rozmaite  składniki,  z  których  wytwarzają  się  nowe  mieszanki,  a  z  nich  wychodzą 
widma  postaci,  które  w  ich  intencji  odegrać  mają  kluczową  rolę  w  nadchodzącym  nowym  wieku  dla 
Polaków  –  niestety,  rolę  negatywną.  Dzięki  symbolicznym  cechom  tych  widm  –  pomimo  tego,  iż  w 
żadnym  miejscu  nie  pada  ani  jedno  konkretne  nazwisko,  bez  trudu  można  odgadnąć,  jaka  autentyczna 
sylwetka, znana z kart historii, kryje się pod daną „mieszanką” diabłów. Po kolei z kotła wychodzą zatem 
następujące postaci: 
- gen. Józef Chłopicki („Stary – jakby ojciec dzieci, Nie do boju, nie do trudu; Dajmy mu na pośmiewisko, 
Sprzeczne  z  naturą  nazwisko”)  –  dyktator  powstania  listopadowego,  krytyka  jego  ugodowej  postawy 
wobec Rosjan, braku odwagi i zapału; 
- książę Adam Jerzy Czartoryski („Dajmy mu na pośmiewisko, Sprzeczne z naturą nazwisko; Ochrzcijmy 
imieniem Czarta”) – prezes oraz minister spraw zagranicznych rządu powstańczego, krytyka  nadmiernej 
ostrożności  („okulary  rozsądku”),  braku  wiary  w  bitność  Polaków  oraz  naiwnego  przekonania,  iż 
wszystko można rozwiązać za pomocą rozmów dyplomatycznych; 
-  generał  Jan  Skrzynecki  („Wódz  chodem  raka  przewini,  Jak  ślimak  rogiem  uderzy,  Sprobuje  –  i  do 
skorupy  Schowa  rogi,  i  do  skrzyni”)  –  jeden  z  następców  Chłopickiego,  krytyka  jego  defensywnej 
postawy (niczym cofający się rak: „Teraz z konstelacji raka Odłamać oczy i nogi”) oraz niewykorzystania 
różnych dobrych dla Polaków momentów, aby odnieść militarny sukces; 
- Julian Ursyn Niemcewicz („Rzucić w kocioł  Lachów dzieje, Słownik rymowanych końcówek;  Milijon 
drukarskich czcionek, Sennego maku trzy główek […] Starzec, jak skowronek, Zastygły pod wspomnień 
bryłą, Na pół zastygłą, przegniłą, Poeta – rycerz – starzec – nic […] Eunuch…”) – znany poeta, krytyka 
jego przesadnej ostrożności i hamowania młodzieńczego zapału innych spiskowców; 
-  Joachim  Lelewel  („Paszczę  myśli  otwiera  wciąż  głodną,  Wiecznie  dławi  księgarnie  i  mole;  I  na 
krzywych  dwóch  nogach  się  chwieje”)  –  członek  Rządu  Narodowego,  krytyka  nieustannej  zmiany  jego 
poglądów  oraz  podobnie  jak  u  Niemcewicza  –  hamowania  młodzieńczego  zapału  i  wreszcie: 
niezdecydowania podczas dyskusji w sejmie w sprawie pozbawienia polskiej korony Mikołaja I; 
-  generał  Jan  Krukowiecki  („On  z  krwi  na  wierzch  wypłynie  –  to  zdrajca!  A  gdy  zabrzmi  nad  miastem 
dział  huk,  On  rycerzy  ginących  porzuci;  Z  arki  kraju  wyleci  jak  kruk,  Strząśnie  skrzydła,  do  arki  nie 
wróci… Kraj przedany on wyda pod miecz”) – ostatni dyktator powstania listopadowego, krytyka dojścia 
do porozumienia z oficerstwem rosyjskim, uwieńczonego podpisaniem aktu kapitulacji Warszawy w 1831 
roku (stąd zarzut dotyczący zdrady narodu). 
Diabły  natychmiast  znikają  po  tym,  jak  słyszą  Głos  w  Powietrzu  mówiący:  „W  imię  Boga!  precz  stąd! 
precz!”. Wyłania się Archanioł, który przemawia do Boga słowami: „Lud skonał… Czas, byś go podniósł, 
Boże, lub gromem dokonał. A  jeśli Twoja dłoń  ich  nie ocali, Spraw, by krwi więcej  niźli  łez wylali…”. 
Oznacza to tyle, iż Archanioł roztacza tutaj podwójną wizję przyszłości Polaków – albo będą oni wolnym 
narodem, albo zatracą się na wieki i nigdy więcej nie podniosą. Prosi jednak Boga, ażeby – zanim się ów 
drugi  wariant  wypełni  –  lud  poderwał  się  choć  na  chwilę  i  wzniecił  bunt,  oddał  swą  krew  (symbol 
aktywnego działania), nie łzy (bierność wobec sytuacji).  

background image

PROLOG 
1. Pierwsza Osoba Prologu: można odczytywać tę kwestię jako aluzja do sympatyków „usypiającej naród” 
koncepcji  Mickiewicza,  w  myśl  której  rolą  poety  jest  ukojenie  zbolałych,  cierpiących  rodaków;  jest  on 
niczym  prorok,  „strażnik  masowego  snu”;  w  koncepcji  tej  mieści  się  bierność  ludzi  i  nieustanne 
wylewanie łez. 
2. Druga Osoba Prologu: występuje przeciw walce nieudolnych, bo uśpionych rodaków, również krytyka 
koncepcji narodowych wieszczy, poetów-proroków. 
3. Trzecia Osoba Prologu: wielu utożsamia jej kwestię z autentycznymi poglądami samego Słowackiego, 
w jej myśl poeta przeciwstawia się bierności narodu, rolą poety nie jest ocieranie ludziom łez i budowanie 
fałszywych  obrazów,  a  jedynie  pobudzanie  do  aktywnych  działań  poprzez  wskrzeszanie  pamięci  o 
prawdziwych dawnych bohaterach  
AKT 

Scena I 
Scena  rozgrywa  się  na  dziedzińcu  domu  wiejskiego  (domek  znajduje  się  po  jednej  stronie  sceny), 
niedaleko  ogrodu  (ten  zaś  po  drugiej  stronie).  Kordian  jest  15-letnim  chłopcem,  siedzi  pod  drzewem 
lipowym, a jego służący, Grzegorz, stoi w pobliżu i czyści myśliwską broń. Młodzieniec rozpoczyna swe 
egzystencjalne  rozmyślania  słowami:  „Zabił  się  –  młody…”,  mając  na  myśli  prawdopodobnie  jakiegoś 
dawnego swego przyjaciela.  Kordian podkreśla, że wcześniej wraz z  innymi potępiał ten czyn,  ale teraz 
gardzi „głupią ostrożnością gminu, (…), zapala się i płonie” – porównując tym samym własne przeżycia 
do stanu, w jakim  znajduje się przyroda  jesienią („cicho, odludnie  i zimno”). Jednocześnie prosi Boga o 
zesłanie  na  niego  jakiegoś  większego  celu  życia  i  wyzwolenie  z  jarzma  egzystencjalnej  nudy.  Widzi  to 
stary sługa, który postanawia czymś swego pana zająć, więc raczy go trzema różnymi opowieściami: 
-  „bajka  o  Janku”  –  o  chłopcu,  który  nie  miał  zapędów  do  nauki,  a  zmuszany  do  niej  przez  matkę, 
postanowił  któregoś  razu  uciec,  aż  dotarł  na  okręcie  na  „jakąś  wyspę  ludną”  i  natrafił  tam  na  orszak 
królewski  –  królowi  tak  się  spodobał  młodzieniec,  że  zaangażował  go  do  szycia  butów  nadwornym 
chartom;  z  tego  „stanowiska”  Janek  już  po  trzech  dniach  awansował  na  szambelana,  po  sześciu  –  na 
rządcę  prowincji,  a  po  dwunastu  „został  panem”,  po  czym  sprowadził  na  dwór  swoją  matkę  oraz 
przyczynił  się  do  mianowania  na  biskupa  przez  króla  plebana,  który  parę  lat  wcześniej  nakazał  wysłać 
Janka na nauki do szewca; przypowieść ta służyć ma przede wszystkim zmuszeniu Kordiana do przyjęcia 
postawy aktywnego działania, dzięki której można w życiu naprawdę wiele osiągnąć; 
- opowieść o wyprawie Napoleona na walki o Egipt (1798 r.), w której udział brał także sam Grzegorz – 
próba wszczepienia Kordianowi przekonania, iż wszelkie walki o wolność i niepodległość są naznaczone 
Bożym błogosławieństwem; 
- „opowieść o Kazimierzu”, który wraz z innymi Polakami (po klęsce kampanii napoleońskiej na Moskwę 
w  1812  r.)  dostał  się  do  rosyjskiej  niewoli  i  aby  przywrócić  godność  swemu  narodowi,  rzucił  się  na 
tatarskiego pułkownika (wrzucając go do wody, po czym dwie kry na rzece zeszły się i odcięły Tatarowi 
głowę), po czym Kazimierz zginął sam, jednak z honorem. 
Chociaż  Grzegorzowi  przez  chwilę  udaje  się  zaciekawić  tymi  historiami  Kordiana,  to  na  dłuższą  metę 
młodzieniec  na  nowo  sprawia  wrażenie  znudzonego  życiem,  niemającego  żadnego  celu,  mówi  przeto: 
„Trzeba  mi  nowych  skrzydeł,  nowych  dróg  potrzeba”.  Po  chwili  słyszy  wołanie  Laury,  pani  jego  serca, 
którą to wychwala tymi słowy: „Ten głos rozwiewa złote zapału świtanie (…)”.  
Scena II 
Kordian  spaceruje  z  nieco  starszą  od  siebie  Laurą  po  swoim  ogrodzie.  Podczas  gdy  on  pała  do  niej 
miłością sentymentalną, wygłaszając wzruszające wyznania, Laura traktuje go ostrożnie, nie chce  go ani 
do  siebie  przekonać,  ani  tym  bardziej  zrazić,  postrzega  go  bardziej  jako  swego  młodszego  brata  aniżeli 
jako  potencjalnego  kochanka.  Przyznaje  mu  się,  iż  przeczytała  jego  wiersz,  który  zostawił  w  jej 
pamiętniku,  z  którego  wywnioskowała,  iż  pragnie  on  popełnić  samobójstwo,  stąd  jej  słowa:  „Kordian 
zapomniał,  że  ma  matkę,  matkę  wdowę”,  chcąc  go  prawdopodobnie  od  tego  pomysłu  odwieźć.  Kordian 
poczytuje to jednak nie jako „matczyną” opiekę z jej strony, a zwyczajnie jako chłód i bawienie się jego 
uczuciami, przyrównując  słowa  Laury do szronu, który pokrywa drzewa  jesienią. Młodzieniec poświęca 
mnóstwo uwagi swemu osamotnieniu, na co kobieta odpowiada, że istnieją również inne cele w życiu, a 
ich osiągnięciu służyć mają rozmaite talenty otrzymane od Boga. Kordian zaczyna się buntować: „Talenta, 
są to w ręku szalonych latarnie, Ze światłem idą prosto topić się do rzeki. Lepiej światło zgasić, i zamknąć 
powieki,  Albo  kupić  rozsądku,  zimnych  wyobrażeń,  Zapłacić  za  ten  towar  całych  skarbem  marzeń…”. 
Laura  zaczyna  się  niepokoić  o  stan  psychiczny  chłopaka,  mówi  więc  mu,  że  musi  iść,  ale  zawczasu 

background image

pragnie  się  upewnić,  czy  ten  się  uspokoi.  Kiedy  Kordian  „z  obłąkaniem”  odpowiada,  że  tak  (choć 
niepewnie), ukochana rzecze mu: „Przyszłość daleka, Póki jesteśmy młodzi, wszystko jest przed nami”. 
Kordian w obecności niewiasty i wygłasza monolog dotyczący teorii „dusz bliźniaczych” (teoria ta oparta 
na filozofii Emanuela Swedenborga), iż ziemscy kochankowie po śmierci łączą się razem w postać anioła: 
„Dusza  się roztrysnęła  na uczuć kolory, Z których pięć wzięło zmysły cielesne za sługi, Inne zagasły  w 
nicość… ale jest świat drugi! Tam z uczuć razem zlanych wstanie anioł biały, mniejszy może niż człowiek 
(…), ale jasny cały, I plam ludzkich nie będzie na sercu anioła..” 
Na te słowa Laura dopytuje, co mu jest, na co on sam odpowiada, że „oszalał”. Kiedy ukochana odchodzi 
przerażona, Kordian zostaje sam  na  sam z własnymi  myślami, po czym  przykład do czoła swego broń  i 
mówi: „Nie… nie w tym ogrodzie. Znajdę wśród lasów łąkę kwietną i odludną”.  
Scena III 
Jest noc, Laura siedzi sama w  swoim pokoju  i rozmyśla  nad tym, w  jaki  sposób obeszła się tego dnia  z 
Kordianem.  Zastanawia  się,  czy  go  przypadkiem  nie  uraziła,  kpiąc  z  jego  rzekomych,  tak –  jak  na  jego 
wiek – gorących uczuć. Ponadto denerwuje się, że wybiła godzina jedenasta, a chłopca wciąż nie ma we 
dworze.  Później  przystępuje  do  lektury  wiersza  Kordiana,  który  ten  zostawił  na  jednej  z  kart  jej 
pamiętnika  (pośród  wierszy  od  innych  adoratorów).  Laura  zostaje  nazwana  w  nim  „jego  aniołem”.  W 
pewnej chwili słyszy tętent konia, cieszy się z powrotu chłopaka, tymczasem okazuje się, że przybył sam 
jego koń, bez jeźdźca. Ponadto Panna (pokojówka) informuje, że Grzegorz nie zasiadł do wieczerzy, tylko 
poszedł  szukać  panicza.  Za  chwilę  jednak  powraca  i  w  swym  zdenerwowaniu  ledwie  jest  w  stanie 
wypowiedzieć: „Nieszczęście! Oh nieszczęście! Panicz się zastrzelił!”.  
AKT II („ROK 1828. WĘDROWIEC”)  
„Scena” 1 (ujęte w cudzysłów, ponieważ formalnie akt nie jest podzielony na sceny, zmiany miejsca akcji 
zapowiadane są jedynie przez didaskalia) 
Kordian  przenosi  się  do  James  Parku  w  Londynie.  Obawia  się,  że  ślad,  który  został  na  jego  czole  od 
chybionego  strzału,  rzuci  się  wszystkim  ludziom  w  oczy  i  poświadczy  im,  że  Kordian  jest  niedoszłym 
samobójcą (tu przyrównanie do Kaina – wedle zasady, że „człowiek winien miłować siebie jak własnego 
brata,  stąd  samobójstwo  jest  zbrodnią  równą  zabójstwu”  –  wg  M.  Inglota,  BN).  Cieszy  się,  że  mógł 
porzucić  zgiełk  wielkiego  miasta  na  rzecz  spokojnej  okolicy,  w  otoczeniu  przyrody,  którą  też  się 
zachwyca. Po chwili przychodzi do Kordiana Dozorca, który pobiera opłatę za krzesło. Kiedy mężczyzna 
spostrzega, że Polak płaci  mu więcej  niż trzeba  i wcale  nie domaga się reszty, Dozorca komentuje to w 
sposób następujący: „Pan mój jak lord płaci, A jak lord siąść nie umie! (…) Na trzech krzesłach zarazem 
siadają magnaci: Na jednym lord się kładzie, a na drugim nogi, A na trzecim kapelusz, to trzech pensów 
suma”. Kordian spostrzega po drugiej stronie sadzawki pewnego zadumanego człowieka i dopytuje się o 
niego  Dozorcę.  Ten  odpowiada  mu,  że  to  bankrut,  który  za  długi  „potępion  wyrokiem”.  Kordian  pyta, 
dlaczego  człowiek  ten  „nie  w  więzieniu  duma,  w  ogrodzie”,  na  co  Dozorca odpowiada,  że  wielu  jest  w 
Anglii  ludzi  niewypłacalnych,  którzy  popadli  w  długi,  naśladując  życie  arystokracji –  przyznaje,  że  i  za 
takiego brał Kordiana, kiedy ten zapłacił mu za krzesło więcej niż trzeba. Ponadto Dozorca opowiada, że 
za  pieniądze  można  kupić  wszystko,  np.  „krzesła  w  parlamencie”,  „herbowe  pieczęcie”  czy  „groby  w 
Westminsterze”.  
„Scena” 2 
Kordian „siedzi na białej kredowej skale nad morzem, czyta Szekspira” w Dover (nadmorskie angielskie 
miasto).  Pochłonięty  jest  lekturą  tragedii  pt.  „Król  Lear”,  a  konkretnie  fragmentem,  w  którym  Edgar 
opisuje niewidomemu Gloucesterowi widok ze szczytu góry. Kordian zachwycony jest tym opisem i pełen 
jest podziwu dla geniuszu samego Szekspira, który doskonale potrafi pobudzić  jego własną wyobraźnię. 
W  pewnym  momencie  jednak  młodzieniec  przestaje  czytać  i  zauważa,  że  poezja  jest  tylko  chwilowym 
uniesieniem,  natomiast  prawdziwa  rzeczywistość  jest  inna,  o  wiele  bardziej  brutalna:  „Prawdziwie  jam 
podobny do tego człowieka, Co zbiera chwast po skałach życia. – Ciężka praca!”.  
„Scena” 3 
Tym  razem  miejscem  rozgrywania  się  akcji  jest  „pokój  cały  zwierciadłami  wybity”  we  włoskiej  willi. 
Kordian  rozmawia  z  Wiolettą  –  kobietą,  z  którą  się  związał.  Postanawia  ją  jednak  wystawić  na  małą 
próbę, aby sprawdzić, na ile prawdziwe są uczucia, które do niego rzekomo żywi. Dopóki więc zapewnia 
Wiolettę o swoim bogactwie, którego i ona jest udziałem (np. „Bo zamek ojców moich stopiłem na złoto, 
A  z  tego  złota  nosisz  przepaskę  na  skroni”),  ta  przekonuje  go  o  swej  wielkiej  miłości.  Kiedy  jednak 
młodzieniec  mówi  jej,  że  przegrał  wszystko  podczas  gry  w  karty  poprzedniego  wieczoru  –  pragnie  go 
zrazu  porzucić.  Za  chwilę  jednak  Kordian  przyznaje  się  do  kłamstwa  i  odkrywa  prawdę,  że  w 

background image

rzeczywistości  podczas  owej  gry  w  karty  udało  mu  się  posiąść  jeszcze  więcej  –  dziewczyna  na  powrót 
wyznaje  mu  miłość.  Kordian  jednak  nie chce  już tak interesownej kobiety, więc każe  jej zsiąść z  konia, 
kiedy oboje „przelatują czwałem” na publicznej drodze. Patrząc chwilę za jej odejściem, Kordian mówi ze 
wzgardą: „Prawdziwie ta kobieta kocha mię szalenie, Poszła, szukając śladów kochanka po drodze…”.  
„Scena” 4 
Kordian  znajduje  się  w  pałacu  papieskim  w  Watykanie  i  udaje  się  na  prywatne  spotkanie  z  Papieżem, 
który  wita  go  słowami:  „Witam  potomka  Sobieskich”.  Mówi  ponadto,  że  Polaków  spotkało  ogromne 
szczęście, ponieważ rosyjski car „jako anioł z gałązką oliwy, Dla katolickiej wiary chęci chowa szczere: 
Powinniśmy hosanna śpiewać”. Kordian przynosi mu garść polskiej ziemi, aby przekonać głowę Kościoła 
o cierpieniu Polaków (aluzja do rzezi Pragi w 1794 r., ale równie dobrze też do mającego nastąpić później 
powstania listopadowego), w zamian prosi on o „jedną łzę”, wsparcie dla narodu polskiego. Papież zbywa 
go jednak pytaniami o to, czy przybysz zdążył zwiedzić już Bazylikę św. Piotra, Koloseum bądź Panteon. 
Na  jego sugestię:  „Niech się Polaki  modlą, czczą cara i wierzą…”, Kordian upomina się o swoje:  „Lecz 
garści krwawej ziemi nikt nie błogosławi. Cóż powiem?”. Papież odpowiada mu drwiąco: „(…) No, mój 
synu, idź z Bogiem, a niechaj wasz naród, Wygubi w sobie ogniów jakobińskich zaród, Niech się weźmie 
psałterza  i  radeł  i  sochy”  (ostatni  wers  odnosić  się  ma  do  popularnej  maksymy:  „módl  się  i  pracuj”). 
Kordian nie wytrzymuje, rzuca garść ziemi i krzyczy: „Rzucam na cztery wiatry męczennika prochy! Ze 
skalanymi usty do kraju powrócę…”. Papież zapowiada, że w razie jakiegokolwiek buntu przeciw carowi, 
obłoży  on  Polaków  klątwą.  Słowa  te  „przypieczętowuje”  znajdująca  się  obok  Papuga,  która  skrzeczy: 
„Alleluja!” (radosny okrzyk wielkanocny). 
„Scena” 5 
Scena na szczycie góry Mont Blanc (scena kulminacyjna dramatu, w której zachodzi wyraźna wewnętrzna 
przemiana  bohatera).  Kordian  stoi  na  najwyższym  punkcie  Europy  i  czuje,  że  w  miejscu  tym  zarówno 
przynależy do świata doczesnego, ale również ociera się o sferę niebiańską, że przez niego przechodzą w 
tym momencie wszelkie modlitwy zanoszone do Boga, a on sam pierwszy zginie, „jeśli niebo się zawali”. 
Mówi o sobie:  „Jam  jest posąg człowieka,  na posągu świata”. Chciałby wspiąć  się  „na umysłów górę” i 
„być  najwyższą  myślą  wcieloną”.  Czuje  w  sobie  ogromną  wewnętrzną  siłę  –  tak  mocną,  by  porwać  za 
sobą rzesze ludzi: „Mogę – więc pójdę! ludy zawołam! obudzę!”. Po chwili jednak dopada go zwątpienie i 
rozważa możliwość rzucenia się w przepaść, ale znów zbiera się na odwagę i zaczyna rozpamiętywać swe 
dotychczasowe  życie.  Przypomina  sobie,  że  niepotrzebnie  jego  młodzieńcze  lata  wypełnione  były 
rozmyślaniem o kobietach, zaś uświadamia sobie, iż największy szok przeżył podczas audiencji u Papieża, 
kiedy  został  brutalnie  zbyty.  Podsumowując  dawniejsze  dokonania,  a  raczej  ich  brak,  Kordian  czuje,  że 
powołany  został  do  celu  najwyższego,  tj.  do  objęcia  przywództwa  nad  polskim  narodem,  który  kocha 
bardzo  mocno,  a  jednocześnie  pragnie  działać  w  pojedynkę.  Na  sam  koniec  wykrzykuje  najważniejszą 
kwestię w całym dramacie:  „Polska  Winkelriedem  narodów! Poświęci  się, choć padnie  jak dawniej!  jak 
nieraz!”.  Świadczy  to  o  alternatywnej  koncepcji  samego  Słowackiego  dotyczącej  sprawy  narodowej,  a 
więc tego, jak Polacy winni się ustosunkować do upadku powstania  listopadowego – i to w opozycji do 
koncepcji  mickiewiczowskiego  mesjanizmu.  Winkelriedyzm  zakłada  niebagatelną  rolę  narodu  polskiego 
na  tle  innych  uciśnionych  narodów,  które  dzięki  jego  poświęceniu  i  powstaniu  do  walki,  same  mogą 
zdobyć  niepodległość.  Wysiłek  Polaków  nie  idzie  zatem  na  marne,  ponieważ  ich  heroiczne  czyny 
pozwalają  osiągnąć  zwycięstwo  innym.  Po  słowach  tych  Kordian  wraca  na  swą  ojczystą  ziemię, 
przeniesiony do niej przez chmurę.  
AKT III („SPISEK KORONACYJNY”)  
Scena I 
Scena  rozgrywa  się  na  placu  przed  Zamkiem  Królewskim,  gdzie  zbiera  się  pokaźna  widownia 
koronacyjnej  ceremonii cara. Odtąd ma się on stać także królem państwa polskiego. Gapie podzieleni są 
na  grupki,  z  których  każda  na  inny  sposób  komentuje  zachodzące  wydarzenia.  W  scenie  tej  żarliwie 
dyskutują  ze  sobą:  Pierwszy  z  Ludu,  Drugi  z  Ludu,  Pierwszy  Młodzieniec,  Drugi  Młodzieniec,  Szewc, 
Szlachcic  oraz  Garbaty  Elegant.  Niektórzy  ludzie  krzyczą  w  stronę  cara:  „Niech  żyje!  Niech  żyje!”  i  z 
chęcią  biorą  udział  w  hucznych  uroczystościach.  Wszędzie  słychać  hymn  państwowy  Rosji,  który 
zaczerpnął inspirację w angielskim hymnie, w którym padają słowa: „God save the King” (a więc „Boże, 
chroń króla”). Tymczasem jeden z widowni, Żołnierz, śpiewa inaczej niż wszyscy: „Boże, pochowaj nam 
króla”.  Zwraca  mu  uwagę  Szewc,  ale  Żołnierz  odpowiada:  „Ha!  nie  moja  wina,  Pod  Maciejowicami 
ogłuchłem  od  kuli  (…)”.  Car  udaje  się  do  katedry,  gdzie  ma  dokonać  się  akt  koronacji,  a  tymczasem 

background image

zgromadzony  na  placu  tłum  rozchodzi  się  na  ulice  Warszawy,  aby  wspólnie  uczestniczyć  w  wesołych 
zabawach i oddać się pijaństwu z tej okazji.  
Scena II 
Najkrótsza scena całego dramatu. Akcja przenosi się do wnętrza warszawskiej katedry, gdzie ma miejsce 
uroczysta  msza.  Prymas  (w  rzeczywistości  był  nim  Jan  Paweł  Woronicz)  podaje  Cesarzowi  (a  więc 
carowi) księgę konstytucyjną, na którą to car kładzie rękę i wypowiada tylko jedno słowo: „Przysięgam!”.  
Scena III 
Scena  ta  ponownie  rozgrywa  się  na  placu  przed  Zamkiem  Królewskim  w  Warszawie,  już  po  ceremonii 
koronacji. Zebrani na placu ludzie rozmawiają ze sobą na temat tych wydarzeń. Pierwszy z Ludu wraz z 
Drugim  z  Ludu  zastanawiają  się,  jaką  ucztę  wyprawi  sobie  teraz  car  („Choć  królem,  to  jeść  musi  jak  i 
każde  źwierze”  lub  „Toć  zapewne  nie  będzie  ogryzał  tam  kości,  Toż  królowi  na  pokarm  dostateczny 
stawa”).  Szlachcic  komentuje  zaś  bardziej  drwiąco:  „Będzie  zjadał  bażanty,  a  na  wety  [czyli  deser  – 
przypis  M.  Inglota,  BN]  prawa”,  co  stanowić  ma  aluzję  do  łamania  przez  cara  postanowień  polskiej 
konstytucji. Wszyscy zebrani zastanawiają się, skąd pochodzi pewien głośny krzyk. Okazuje się, iż jest to 
krzyk pewnej kobiety, której książę (Konstanty, brat cara) zabił dziecko podczas brutalnego rozpędzania 
tłumu. Orszak króla wraca do Zamku,  muzyka wciąż gra, robi się ciemno, wówczas na estradę wchodzą 
zebrani widzowie i rozrywają pokrywające ją sukno, każdy stara się zabrać jak najwięcej dla siebie (być 
może  jest  to  paralelna  wizja  do  biblijnego  rzucania  kości  o  szaty  Chrystusowe,  przed  Jego  męczeńską 
śmiercią  na  krzyżu).  Po  tym  wydarzeniu  duża  część  „publiczności”  rozchodzi  się  do  domów,  pozostali 
zostają,  aby  napić  się  wina.  Pośród  nich  przechadza  się  Nieznajomy,  ubrany  w  czarny  płaszcz,  który 
śpiewa: „(…) Pijcie wino! idźcie śnić! Lecz się będzie świt promienić, Trzeba wino w krew przemienić, 
Przemienione  wino  pić!”.  Jest  to  zapowiedź  dalszego  rozwoju  akcji,  która  skupić  się  ma  na  tytułowym 
spisku  koronacyjnym.  Wedle  Nieznajomego  bowiem  Chrystus  za  życia  wpierw  zamienił  wodę  w  wino 
(cud w Kanie Galilejskiej), zaś w trakcie wieczerzy oraz po zmartwychwstaniu wino przemienił w krew. 
Nieznajomy fakt ten interpretuje na swój własny sposób, jako swoiste „przyzwolenie” na zabicie cara (być 
może uważa, iż zabójcy otrzymają za ten czyn rozgrzeszenie, a przynajmniej że rozgrzeszy ich historia). 
Ludzie wokoło nie pojmują tych słów, więc wyczuwając tę przedziwną atmosferę, rozchodzą się po kolei 
do domów.  
Scena IV 
W podziemnym lochu w kościele św. Jana, gdzie tegoż samego dnia odbywała się koronacja cara na króla 
Polaków, w nocy odbywa się tajne spotkanie spiskowców. Przewodniczy im Prezes, który siedzi w czarnej 
masce  i  „z  siwymi  jak  śnieg  włosami”  (starość oraz  „siwe  włosy”  wyraźnie  na  tle  całego  dramatu  mają 
negatywną  konotację,  są  synonimem  przesadnej  ostrożności  i  hamowania  młodzieńczego  zapału  mniej 
doświadczonych,  a  zatem  porywczych  spiskowców).  W  postaci  Prezesa  wielu  badaczy  dopatruje  się 
sylwetki  Juliana  Ursyna  Niemcewicza  („Prezes  reprezentuje  często  wspominanych  w  dramacie  starców, 
paraliżujących  zamiary  młodzieży”  –  M.  Inglot, BN).  Prezes  siedzi  obok  trumien  prawowitych  polskich 
królów,  a  zatem  czuje  się  w  obowiązku  być  na  straży  polskich  obyczajów,  aby  nie  splamić  kart  historii 
swego  narodu;  dopóki  jest  sam,  zadaje  sztandarowe  pytanie:  „Jaż  bym  tron  nieskalany  Polaków 
zakrwawił?  (…)  Zapalonej  młodzieży  sztyletami  władam  (…)”.  Każdy,  kto  chce  wejść  do  środka,  przy 
wejściu, już na schodach, musi podać Szyldwachowi (będącemu na warcie) hasło „Winkelried”. Zbiera się 
pokaźna  liczba  spiskowców,  wszyscy  są  ubrani  w  maski.  Kiedy  pojawia  się  Ksiądz  (reprezentujący 
konserwatywne  stronnictwo),  Prezes  przemawia  do  niego:  „Nie  dziw  się,  że  mię  w  grobach  pierwszego 
spostrzegłeś,  Starość  mię  prowadziła”.  Ksiądz  –  podobnie  jak  starzec  –  pragnie  powstrzymać  szaleńcze 
zapały  młodych.  Jako  następny  wchodzi  Podchorąży.  Jeden  ze  spiskowców  przyznaje,  że  Prezes wybrał 
bardzo dobre miejsce na naradę, ponieważ „kościół otwarty Na czterdziestogodzinne pacierze za cara, A 
przy bramie kościelnej stoją szpiegów warty, I spisują pochwały, dla człeka, co wchodzi Pomodlić się za 
cara.  (…)  Będzie  nas  i  kraj  kochać,  i  szpieg  cara  chwalić”.  Kiedy  jakiś  inny  zamaskowany  pyta,  co  to 
znaczy  Winkelried,  Podchorąży  odpowiada,  że  „był  to  niegdyś  dowodca  u  wolnych  Szwajcarów,  Śród 
walki, w obie dłonie zgarnął wrogów dzidy, I wbił we własne serce i drogę rozgrodził”. Prezes zarządza 
początek obrad i jako pierwszy przemawia do zebranych: 
„Ludzie,  stoję  przed  wami  z  osiwiałą  głową  I  powiadam:  czekajcie!  Moje  oczy  stare  Widziały  wielkich 
mężów,  i  mówię  wam  święcie,  Żeście  wy  niepodobni  do  nich!  Jeśli  wiarę  Boga  chowacie  w  sercu?  na 
Boga  zaklęcie  Zamieńcie  na  święcone  w  kościołach  pałasze,  A  kiedyś  uderzymy  w  zmartwychwstania 
dzwony, Tak że odgłosem królów zachwieją się trony Jak drzewa porąbane”. 

background image

Przeciwny  temu  stanowisku  jest  Podchorąży,  który  wzywa  zebranych  do  okrutnej  zemsty  na  wrogu,  tj. 
zabicia  go,  ponieważ  dopiero  wtedy:  „Carowi  nie  dopita  z  rąk  wypadnie  czara!  (…)  A  potem  kraj  nasz 
wolny! potem jasność dniowa! Polska się granicami ku morzom rozstrzela, I po burzliwej nocy oddycha i 
żyje  (…)”.  Prezes  sprzeciwia  się,  twierdząc,  że  Polska  nie  może  budować  swej  wolności  na 
niezmywalnym,  śmiertelnym  grzechu,  tym  bardziej,  że  car  ma  po  swojej  stronie  większość  władców 
europejskich, a także –  jak się przecież okazało – samego papieża. Spiskowcy dochodzą do wniosku, że 
nie wystarczy  zabić samego cara – aby plan wyzwolenia polskiego narodu się udał,  należałoby zabić po 
kolei:  cara,  jego  żonę,  syna  oraz  dwóch  braci.  Inny  Starzec  (co  dziwne,  ponieważ  –  jak  już  wcześniej 
podano  –  starość  i  „białe  włosy”  stanowią  w  dramacie  niejako  symbol  zdrady  narodu)  nakazuje  zabijać 
królewską rodzinę i obiecuje wziąć tę winę na siebie, a jeśli to nie wystarczy, to i na swoich potomków. 
Prezes dziwi się tym słowom, mówi, że Starzec nosi przecie „biały włos”. Przez długi okres czasu toczy 
się zażarta dyskusja, której uwieńczeniem ma być tajne głosowanie – wszyscy „za” zabójstwem cara mają 
rzucić  na  stół  kulę,  a  przeciwni  takiemu  rozwiązaniu  –  położyć  grosz,  który  „znajdzie  się  zawsze  w 
ubogich szkatule...” (słowa Księdza). Prezes liczy wszystkie głosy i, ku rozpaczy Podchorążego, okazuje 
się,  że  padło  jedynie  pięć  kul,  zaś  „stu  pięćdziesięciu  przeciw  zbrodni  głosowało”.  Podchorąży,  pełen 
goryczy i żalu do spiskowców-tchórzów, przemawia, że wcale ich nie potrzebuje, aby walczyć o wolność, 
iż  poradzi  sobie  doskonale  sam  i  osobiście  zabije  cara,  po  czym  zrywa  maskę  z  twarzy.  Dopiero  wtedy 
zebrani  dostrzegają,  że  to  Podchorąży  to  nikt  inny  jak  Kordian  we  własnej  osobie.  Po  tym  wszyscy 
również zdejmują swe maski. Kordian pisze na kartce: „Narodowi Zapisuję, co mogę… Krew moją i życie 
I tron do rozrządzenia próżny”, kartkę tę rzuca konspiratorom. Choć Prezes próbuje go powstrzymać przed 
tym szaleństwem, bohater odchodzi z zamiarem zgładzenia polskiego króla-uzurpatora.  
Scena V 
Kordian  znajduje  się  w  Zamku  Królewskim,  rozpoczyna  swą  wędrówkę  od  tzw.  Sali  Koncertowej,  po 
czym  wchodzi  w  długi  korytarz  i  idzie  z  karabinem  z  bagnetem.  Przed  swymi  oczami  widzi  rozmaite 
widma, więc każe  im  natychmiast odejść od niego: „Puszczajcie  mię! puszczajcie!  jam carów morderca; 
Idę  zabijać…  ktoś  mię  za  włos  trzyma”.  Imaginacja  twierdzi,  że  mówi  oczyma,  zaś  Strach  –  że  mówi 
biciem serca. W jednej z sal, tj. w gabinecie konferencyjnym, na trójnogu „sztucznie ze złota urobionym” 
leży  „carska  korona”  (wg  M.  Inglota,  BN:  „Eksponując  obraz  obcej,  krwawej  korony,  chciał  poeta 
podkreślić  złudność  konserwatywnych  poglądów,  których  zwolennicy  uważali  cara  za  kontynuatora 
dziedzictwa  królów  polskich”).  Kordian  uporczywie  walczy  z  głosami  Imaginacji  i  Strachu,  które 
odradzają mu ten haniebny czyn. W pewnym momencie Kordian dostrzega postać wychodzącą z sypialni 
cara, jest nią Diabeł, który  mówi:  „Zdławiłem  cara – i  byłbym go dobił, Lecz tak we śnie do ojca  mego 
podobny”.  Kiedy  słychać  dzwony  na  jutrznię  (liturgia  odprawiana  o  wschodzie  słońca),  Kordian  –  po 
wewnętrznej  walce  –  pada  zemdlony  tuż  przed  drzwiami  do  pokoju  swej  niedoszłej  ofiary,  wcześniej 
jedynie krzyczy: „Ktoś mi przez ucho Do mózgu sztylet wbija… Jezus Maryja!”. Car wychodzi z pokoju, 
a  kiedy  dostrzega  młodzieńca,  pyta  mu  się,  czy  to  sprawka  jego  brata  (nie  jest  bowiem  tajemnicą,  iż 
Mikołaj I z Konstantym żyli w ciągłym konflikcie). Car nakazuje swojej straży pojmać swego niedoszłego 
zabójcę i następnie go rozstrzelać.  
Scena VI 
Scena ta rozgrywa się w szpitalu wariatów, gdzie w stanie gorączki przebywa Kordian. Obok niego ludzie 
powiązani  łańcuchami  w  klatkach,  niektórzy  też  spacerują.  Do  Dozorcy  przybywa  obcy  Doktor  (w 
zamyśle  Słowackiego  uosobienie  szatana).  Oboje  wdają  się  w  dyskusję  dotyczącą  stanu  psychicznego 
Kordiana  –  Dozorca  jest  zdania,  że  ten  rozum  ma  bardziej  trzeźwy,  aniżeli  ktokolwiek  inny.  Doktor 
przekupuje  stróża i  wchodzi odwiedzić  Kordiana. Na pytanie bohatera, kim on  jest, odpowiada:  „Jestem 
zapaleńcem”, co Kordian komentuje w sposób następujący: „Musiałeś się więc chyba urodzić dziś rano? 
Wszyscy  dotąd  mówili,  żem  jeden  na  świecie”.  Doktor  przyznaje  się,  że  to  on  o  północy  wychodził  z 
komnaty  cara,  zaś  później  wyraża  pogląd,  iż  naród  ginie  po  to,  „aby  wieszcz  narodu  Miał  treść  do 
poematu,  wieszcz  rym  odlewał,  Aby  nieliczną  iskrę  ognia,  pośród  lodu,  Z  pieśni  wygrzebał  anioł  i  w 
niebie  zaspiewał.  Widzisz,  jak  cenię  wieszczów  gromowładne  plemię”.  Doktor  kpi  następnie  z 
chrześcijańskiej  wizji  stworzenia  świata  przez  Boga  –  według  niego  szóstego  dnia  Stwórca  zlepił 
Napoleona,  zaś  siódmego  „Bóg  rękę  na  rękę  założył,  Odpoczywa  po  pracy,  nikogo  nie  stworzył”. 
Następnie przedstawia  Kordianowi dwóch wariatów, z których  jednemu wydaje  się, że jest krzyżem, do 
którego został przybity Jezus (wykpienie idei ofiary), zaś drugiemu – że podtrzymuje sklepienie niebieskie 
(wyszydzenie  oświeceniowej  koncepcji  prymatu  rozumu  nad  uczuciem  –  wg  M.  Inglota,  BN).  Do 

background image

Kordiana  przychodzi  Wielki  Książę  (Konstanty),  który  nakazuje  swym  żołnierzom  zabrać  niedoszłego 
zabójcę, zapowiada także jego ogromne męki.  
Scena VII 
Scena rozgrywa się na placu Saskim, gdzie zostaje wprowadzony Kordian. Konstanty wpierw zapowiada 
mu,  że  jego  ciało  zostanie  przywiązane  do  czterech  koni  i  po  drodze  rozszarpane,  jednak  po  chwili 
zmienia zdanie – chcąc zabłysnąć przed zebranymi na placu ludźmi, a przede wszystkim przed carem, jak 
również wzmocnić swój autorytet przed żołnierzami – obiecuje Kordianowi darować mu życie, jeżeli uda 
mu się na koniu przeskoczyć ponad górą ułożoną z karabinów z bagnetami. Kiedy Kordianowi udaje się to 
zrobić, Konstanty oraz zebrany tłum nie kryje swej radości. Książę nakazuje odprowadzić młodzieńca do 
pokoju,  ale  car  na  boku  mówi  do  generałów,  że  i  tak  nakazuje  go  rozstrzelać,  ponieważ  godził  na  jego 
życie.  
Scena VIII 
W dawnej celi klasztornej (a obecnie w celi więziennej) przebywa Kordian, który spowiada się Księdzu – 
m.in.  z  tego,  iż  nie  miał  żadnych  przyjaciół  oraz  że  nie  ma  dla  niego  miejsca  pośród  żywych  Polaków, 
gdyż  kiedy  na  nich  liczył  najbardziej,  wówczas  wszyscy  stchórzyli.  Jego  miejsce  jest  zaś  przy 
prawdziwych bohaterach, którzy zginęli w imię swej ojczyzny, mówi zatem: „O zmarli Polacy! Ja idę do 
was!”. Do Kordiana przychodzi także jego stary sługa Grzegorz, który modli się gorliwie za swego pana, a 
jednocześnie  wypomina  dawne  dzieje,  np.  próbę  samobójczą:  „Szatańską  pieczątką  Pan  naznaczyłeś 
czoło, giniesz z owej winy”. Kordian pyta się Grzegorza, czy ma dziecko, na co sługa odpowiada, że ma 
syna. Bohater prosi, aby  dziecku owego syna  nadano  jego  imię, tj.  Kordian. Po chwili wchodzi oficer z 
„Księdzem  zapłakanym”,  który  obwieszcza  mu,  iż  czeka  go  śmierć  przez  rozstrzelanie.  Kordian  czule 
żegna się z Grzegorzem i odchodzi.  
Scena IX 
Scena  rozgrywa  się  w  pokoju  w  Zamku  Królewskim.  Car  wygłasza  monolog,  w  którym  roztacza  swoją 
wizję, jakoby wszyscy władcy europejscy byli w jego rękach tak, że będzie mógł nimi dowolnie sterować, 
wedle uznania. Ponadto cieszy się, mówiąc: „Polska już ostygła, Umarła i na wieki”. Po chwili wbiega do 
niego  Wielki  Książę,  próbując  przekonać  do  zmiany  decyzji  w  sprawie  Kordiana.  Car  ani  śmie  tknąć 
palcem w tej kwestii. Oboje zaczynają sobie wypominać dawne dzieje – car Konstantemu haniebny epizod 
z  młodziutką  Angielką  w  roli  głównej,  którą  to  książę  zgwałcił,  a  potem  zabił.  Konstanty  nie  pozostaje 
dłużny bratu – wypomina mu, że zrzekł się na jego rzecz korony, a nie musiał tego robić, ponieważ jest 
starszy. Ponadto zapowiada mu, iż w każdej chwili może wzniecić w mieście bunt, gdyż ma pod sobą całe 
wojsko.  Car  w  obliczu  tego  argumentu  postanawia  zmienić  swoją  decyzję  i  podpisuje  ułaskawienie  dla 
Kordiana, po czym wypowiada znamienne słowa: „Mój brat… już Polakiem”.  
Scena Ostatnia 
Na Placu Marsowym zbiera się tłum ludzi, którzy przybyli obejrzeć egzekucję Kordiana. Cała „procedura” 
zaczyna się od aktu pozbawienia bohatera szlachectwa. Następnie Kordian odmawia założenia mu na oczy 
opaski.  Ktoś  z  tłumu  pada  z  jękiem  (Grzegorz?).  Oficer  rosyjski  wydaje  rozkaz  rozstrzelania.  Tłum 
zauważa carskiego gońca, jednak Pierwszy z Ludu mówi, iż „oficer go nie widzi… rękę podniósł w górę”. 
Kompozycja dramatu  jest otwarta, tj. dalsze  losy  Kordiana  są  nieznane –  niewiadomo zatem, czy  carski 
adiutant dotarł na czas, czy też główny bohater został autentycznie zabity. Można się jedynie domyślać, iż 
Kordian  miał  przeżyć  –  w  koncepcji  Słowackiego,  ponieważ  sugeruje  to  sam  podtytuł  dzieła:  „Część 
pierwsza trylogii”.