background image

Anne–Lise Boge 

 

GRZECH PIERWORODNY I 

 

FATALNE SPOTKANIE 

 

 

Wydarzenia  przedstawione  w  serii  powieściowej  „Grzech  pierworodny'"  rozgrywają  się 

w gospodarstwie należącym do rodziny mojej matki. Dwór, przyroda, postaci i tło kulturowe 
s
ą autentyczne. Chciałabym jednak zaznaczyćże ani ludzie, ani cała historia opisana w serii, 
nie ma 
żadnego związku z rzeczywistością. To powstało w mojej wyobraźni.

 

  
Dziękuję wszystkim, którzy we mnie wierzyli, wspierali mnie i pomagali w czasie pracy nad 

„Grzechem  pierworodnym  "  -  przede  wszystkim  mojej  rodzinie.  Bez  was  marzenie  nigdy  nie 
stałoby si
ę rzeczywistością.

 

Anne-Lise Boge

 

 
ROZDZIAŁ 1. 
  
Nigdy  przedtem  jej  nie  widział.  Była  wysoka  i  szczupła,  z  wdziękiem  przeciskała  się 

między  rzędami  ław,  podając  półmiski  pełne  jedzenia  i  ciężkie  misy  z  zupą.  Miała  twarz  o 
czystych,  pięknych  rysach,  ale  to,  co  przykuwało  jego  uwagę  najbardziej,  to  były  oczy. 
Wielkie,  ciemnobrązowe,  ze  złotymi  plamkami.  Stanowiły  niezwykły  kontrast  z  jasnymi 
włosami, upiętymi wysoko pod białym czepeczkiem. 

Johan  Stornes,  dziedzic  dworu  Stornes,  pierwszy  raz  zobaczył  młodą  Mali  Buvik  na 

weselu we dworze Gjelstad w środkowym Nordmore. 

Był rok 1910. Johan i jego rodzice znajdowali się wśród licznych  gości usadzonych przy 

stołach w wielkiej izbie i czekających, aż podadzą jedzenie. 

-  Kim jest tamta dziewczyna? - zapytał Johan swojego sąsiada, syna bogatych właścicieli 

jednego z pobliskich dworów. 

-   Mali?  -  tamten  w  szerokim  uśmiechu  wyszczerzył  zęby  pokazując,  że  są  one  w 

opłakanym stanie. 

Zdążył  już  wlać  w  siebie  wiele  kufli  mocnego  piwa  domowej  roboty,  a  na  dodatek  parę 

razy  wychodził  za  oborę,  by  pociągnąć  solidny  łyk  bimbru  również  pędzonego  w  domu, 
który,  podobnie  jak  inni,  nosił  w  butelce  w  tylnej  kieszeni  spodni,  panna,  co?  Nie  ty  jeden 
jesteś tego zdania. Ale ty, Johanie Stornes, powinieneś się rozglądać gdzie indziej, bo to nie 
jest panna dla ciebie. Mali pochodzi z malutkiej zagrody na drugim końcu doli 

-  Urodziwa,  ale  dzieciaków  mają  tam  więcej  niż  owiec.  A  już  najmniej  ze  wszystkiego 

pieniędzy. 

Roześmiał się głośno ze swojego dowcipu. 
-  Tego  lata  Mali  jest  na  służbie  w  Gjelstad.  Coś  mi  się  zdaje,  że  w  zeszłym  roku  też  tu 

służyła - wyjaśnił. - Robi to pewnie dla rodziny. Jej ojciec niewiele wyciska z tego kawałka 
ziemi w Buvika, a inwentarza też ma niewiele. Parę krów, trochę owiec, z tego, co słyszałem. 
Wszyscy  wiedzą,  że  w  ich  gospodarstwie  bieda  aż  piszczy.  Gadają,  że  dziewczyna  jest 
zręczna w robocie, ale głowę nosi wysoko, jak sam widzisz. 

background image

Zachichotał i szturchnął Johana w bok. 
-  Ale przecież nie musisz się z nią zaraz żenić. Taki bogacz jak ty mógłby zaciągnąć ją na 

siano. 

Johan nie odpowiadał. Śledził wzrokiem wysoką dziewczęcą sylwetkę i czuł, że narasta w 

nim  jakiś  dziwny,  niepokój.  Było  w  niej  coś  niezwykłego,  sam  nie  wiedział,  jak to  nazwać. 
Dlaczego  nigdy  przedtem  jej  nie  widział,  skoro  prawdopodobnie  pracuje  w  Gjelstad  już 
drugie  lato?  Jego  rodzice  przyjaźnili  się  z  tutejszymi  gospodarzami,  przeważnie  razem 
spędzali  święta  Bożego  Narodzenia,  latem  jednak  nie  było  wielu  okazji  do  wizyt,  bo  każdy 
musiał  się  przede  wszystkim  troszczyć  o  plony.  A  jeśli  już  koniecznie  trzeba  było  coś 
załatwić  w  Gjelstad,  to  przeważnie  ojciec  wyprawiał  się  w  drogę.  Pewnie  dlatego  jej  nie 
spotkałem, myślał. 

-  Zresztą dla ciebie, Johan, to już chyba najwyższy czas, żeby się rozejrzeć za jakąś babą, 

co? - ciągnął sąsiad głośno siorbiąc zupę, w której pływały smakowite klopsiki. 

-  Ile ty właściwie masz lat? 
-   Nie  jestem  jeszcze taki  stary,  żeby  się  specjalnie  spieszyć  -  uciął  Johan  krótko  i  potarł 

ręką spoconą głowę. 

Włosy  mu  się  już  wyraźnie  przerzedziły,  ale  to  u  nich  rodzinne.  Mimo  to  jego  okrągła 

twarz mocno poczerwieniała, bo sąsiad trafił w czuły punkt. 

-  Na jesieni skończę czterdzieści - mruknął niechętnie. 
-  To  powinieneś  mieć  już  co  najmniej  z  pięcioro  dzieciaków  i  wnuki  w  drodze  -  rzekł 

tamten,  otarł  wierzchem  dłoni  usta  i  beknął  głośno.  -  Nie  masz  na  co  czekać,  chłopie.  Ale 
gdyby  nawet  Mali  była  odpowiednią  kandydatką,  to  jest  chyba  dla  ciebie  za  młoda. 
Dziewczyna  dopiero  co  skończyła  dziewiętnaście  lat.  Chociaż,  z  drugiej  strony,  wiek  nie 
powinien  być  przeszkodą.  Młoda  dziewczyna  w  łóżku  to  kąsek  nie  do  pogardzenia  dla 
podstarzałego kawalera, wiadomo. 

Zachichotał, podniecony, i znowu szturchnął Johana w bok. 
Ten  jednak  nie  odpowiedział.  Pociągnął  solidny  łyk  letniego  piwa  i  patrzył  w  ślad  za 

wyprostowanymi dziewczęcymi plecami, które zniknęły w drzwiach. Mali, tak ma na imię... 

  
 Johan  był  jedynakiem.  Gospodarze  Stornes  wychowali  tylko  jednego  syna.  Beret,  jego 

matka,  dała  co  prawda  życie  pięciorgu  dzieciom,  ale  wszystkie  pozostałe  zmarły,  nim 
skończyły rok. Ludzie gadali, że to żal po utraconych dzieciach uczynił Beret taką, jaka jest, 
zgorzkniałą, żądną władzy kobietą, która prawie nigdy się nie uśmiecha. Choć prawda wydaje 
się jednak nieco bardziej skomplikowana. Beret bowiem nigdy nie była ani prostolinijna, ani 
miła  w  obejściu.  Już  jako  młoda  dziewczyna  wyróżniała  się  uporem  i  zadzierała  nosa.  Była 
jednak świetną kandydatką na żonę. Zdaje się, że to głównie z tego powodu Sivert Stornes się 
w  swoim  czasie  do  niej  zalecał,  zresztą  nie  bez  pewnego  nacisku  ze  strony  własnych 
rodziców, zwłaszcza ojca, który miał na myśli przede wszystkim posag panny. 

Kiedy Sivert ją spotkał. Beret miała dwadzieścia lat; wysoka i zimna, budziła w nim coś w 

rodzaju lęku. Sam nie wiedział dlaczego. Być może to przez te jej ciemne oczy, które zdawały 
się  wszystko  widzieć  i  z  których  rzadko  można  było  wyczytać  uznanie  dla  czegokolwiek. 
Nieczęsto pojawiał się w nich błysk radości czy uśmiechu, Sivert od początku zdawał sobie z 
tego sprawę. Trudno było o niej powiedzieć, że jest piękna, ale zdaniem Siverta sprawiał to 
jej charakter, gdyby bowiem była miła i przyjazna, sprawiałaby zupełnie inne wrażenie, może 
nawet  wydawałaby  się  urodziwa.  Sivert  pamiętał,  jak  bardzo  fascynowała  go  jej  niezwykle 
szczupła  talia,  którą  świadomie  podkreślała  mocno  dopasowanymi  bluzkami  i  sukniami.  A 
włosy  miała  ciemne,  prawie  czarne.  To  raczej  niezwykle  w  tej  części  kraju.  Ojciec  Beret 
tłumaczył, że włosy odziedziczyła po swojej babce, jakby się obawiał, że narzeczony pomyśli 
o jakiejś nieczystej krwi w rodzinie. 

background image

Beret była najstarsza z czwórki rodzeństwa. Pozostali trzej to chłopcy. A jednak Sivert od 

początku wiedział, kto rządzi w ich domu. Jak na pannę miała niebywale ostry język i nikomu 
nie pozwoliła sobą kierować. Nawet jej ojciec musiał przyznać w rozmowie z ojcem Siverta, 
ż

e tak właśnie jest. 

-  Pojęcia nie mam, skąd jej się to wzięło - mówił z wymuszonym śmiechem. - Ale tam, 

gdzie znajdzie się Beret, tam wszystkim rządzi ona. Od maleńkości taka była. Może przez to, 
ż

e jej matka dużo chorowała, leżała w łóżku i Beret musiała ją zastępować, dopóki matka nie 

umarła? Przedwcześnie - dodał ze smutkiem na twarzy. - Beret była gospodynią w tym domu 
już jako kilkunastoletnia dziewczyna. Być może z czasem stała się trochę... 

Umilkł i gładził rękami głowę. 
-  Ale  zręczniejszej  kobiety  ani  bardziej  robotnej  żaden  chłop  nie  znajdzie,  to  mogę  ci 

obiecać, Stornes. Twój syn dostaje dobrą gospodynię, lepszej od mojej Beret nie ma! 

O uczuciach się nie mówiło. 
 
Beret przyjęła oświadczyny Siverta pewnie dlatego, że był właścicielem okazałego dworu, 

przynajmniej on tak myślał.  Innymi jego  cechami specjalnie się nie interesowała, spostrzegł 
to dość szybko. Właściwie Beret w ogóle nie  była zainteresowana mężczyznami, pojął to w 
miarę upływu lat. Mężczyzna był jej potrzebny jedynie po to, by płodzić dzieci. 

Może zresztą zdawała sobie sprawę z tego, że osoba tak wojownicza i mało sympatyczna 

jak  ona  nie  będzie  miała  zbyt  wielu  możliwości  wyjścia  za  mąż,  i  dlatego  zgodziła  się  bez 
protestów? 

Tak więc pobrali się. Sivert dostał gospodynię, ale niewiele więcej. Beret nie była z tych, 

co wślizgują się mężowi do łóżka, pozwalała mu jedynie z wielką łaską zbliżyć się do siebie 
od  czasu  do  czasu.  Trzeba  zapewnić  przyszłość  rodu.  Mąż  szybko  się  domyślił,  że  tylko  to 
jest dla niej ważne. 

Sivert  nie  pamiętał,  by  oni  oboje  kiedykolwiek  przeżyli  chwile  prawdziwych  uniesień. 

Beret  wypełniała  jednak  swój  małżeński  obowiązek  i  Sivert  nauczył  się  z  nią  żyć.  W  miarę 
jak  lata  mijały,  popadał  w  rezygnację,  stał  się  milkliwy  i  ponury.  Człowiek  robi  się  taki  z 
braku  miłości,  myślał.  Co  do  jednego  mimo  wszystko  ojciec  Beret  miał  rację  okazała  się 
znakomitą  gospodynią.  Prowadziła  gospodarstwo  męża  żelazną  ręką.  Posag  żony  Sivert 
przeznaczył na zakup większej ilości ziemi i lasu, pomnożył też liczbę inwentarza. Z czasem 
Stornes  stało  się  jednym  z  największych  gospodarstw  w  okolicy,  a  jego  właściciele  cieszyli 
się szacunkiem sąsiadów, chociaż może nikt ich specjalnie nie lubił. 

Ludzie  nie  mieli  Sivertowi  wiele  do  zarzucenia,  uważali  raczej,  że  jest  bezwolnym 

pionkiem w rękach władczej żony. Niewielu też wierzyło, że jest z nią szczęśliwy, mimo do-
statku.  Z  Beret  mało  kto  utrzymywał  bliższe  stosunki,  chyba  że  było  to  już  absolutnie 
konieczne.  Większość  znajomych  z  trudem  znosiła  krytyczne  spojrzenie  i  złośliwe  ko-
mentarze.  Do  wielkiej  rzadkości  należały  przypadki,  że  Beret  zamieniła  z  kimś  parę 
ż

yczliwych słów. Prawie nikt nie wyrażał się o niej ciepło, a ona sama sprawiała wrażenie, że 

na nikim jej nie zależy i nikogo nie potrzebuje. 

Johan Stornes, dziedzic majątku i oczko w głowie matki, uważany był przez ludzi ze wsi 

za  człowieka  słabego  charakteru.  Lata  mijały,  a  on  kręcił  się  po  obejściu,  wydawał  się 
ociężały i niezbyt rozgarnięty. I nie ma się czemu dziwić, plotkowano w okolicy, kiedy parę 
osób  miało  okazję  zebrać  się  nad  kubkiem  kawy  czy  piwa.  Nie  ma  się  czemu  dziwić,  bo 
przecież niełatwo być innym pod okiem takiej matki jak Beret. Niektórzy uważali, że skoro 
Johan  nigdy  nie  potrafi  się  matce  postawić,  to  jest  pewnie  bardziej  gamoniowaty,  niż  na  to 
wygląda. Bo to przecież on miał objąć gospodarstwo i zadbać o dalszy rozwój rodu, czas więc 
najwyższy, by okazał wreszcie jakąś inicjatywę. Johan jednak niezmiennie robił, co mu matka 
kazała,  zdumiewająco  bierny  i  pozbawiony  wyrazu.  Niewielu  udało  się  nawiązać  z  nim 
kontakt, a już chyba nikt nie mógłby powiedzieć, że go zna. 

background image

-  Jeśli kiedykolwiek jakaś panna zechce za niego wyjść, zrobi to jedynie dla pieniędzy i 

pozycji  -  szeptały  kobiety,  którym  zdarzyło  się  pracować  w  Stornes  i  które  za  nic  nie 
chciałyby tam wrócić. - Co to za kawaler, ani na niego popatrzeć, ani, ech, pod każdym innym 
względem  też  nic  specjalnego.  Ponury  i  milkliwy,  a  w  obecności  kobiet  zachowuje  się  bez 
pojęcia, jak jakiś głupek. I która to by chciała się za takiego wydać, zwłaszcza gdy pomyśleć, 
ż

e  za  teściową  będzie  miała  Beret?  Ani  dobrobyt,  ani  pozycja  nic  tu  nie  pomogą.  Jeśli 

znajdzie  się  w  końcu  jakaś  kandydatka,  to  tylko  z  musu  zgodzi  się  na  małżeństwo  z  tym 
dziedzicem. 

Tak  więc  Johan  dobijał  czterdziestki  i  jak  dotychczas  żadna  panna  nie  zgodziła  się 

sprowadzić  do  Stornes  jako  młoda  gospodyni.  Zresztą  nikt  też  nie  był  pewien,  czy  Johan 
wiele  panien  pytał  o  zgodę.  Nie  ulegało  jednak  wątpliwości,  że  prędzej  czy  później  musi 
sobie  żonę  znaleźć.  Beret  przecież  chciała,  żeby  ród  trwał  również  w  przyszłości,  choć 
kandydatce  na  żonę  łatwiej  byłoby  chyba  przecisnąć  się  przez  ucho  igielne,  niż  zdobyć 
uznanie  przyszłej  teściowej.  Johan  ze  swej  strony  przyjmie  każdą,  jaką  matka  mu  znajdzie, 
uważali ludzie. Zawsze przecież był jej podporządkowany. 

-    Ciekawe,  kogo  w  końcu  Beret  uzna  za  odpowiednią  żonę  dla  swojego  syna?  - 

zastanawiali się wszyscy w okolicy. 

Nigdy  dotychczas  nie  było  nawet  plotek  o  Johanie  i  jakiejś  pannie,  większość  myślała 

jednak  podobnie  jak  jego  sąsiad  na  weselu,  że  czasu  Johan  ma  coraz  mniej.  A  może  z  tym 
Johanem  coś  nie  w  porządku?  Kobiety  stawały  blisko  siebie  z  pochylonymi  głowami  i 
szeptały, mężczyźni byli bardziej dosadni, jeśli rozmowa zeszła na dziedzica Stornes. Czy to 
możliwe,  żeby  Johan  nie  był  w  stanie  zbliżyć  się  do  kobiety?  Gdyby  tak,  byłby  wielki 
skandal. Beret nigdy by się do czegoś takiego nie przyznała. I gdyby nawet tak było, i tak by 
go ożeniła, fantazjowali i chichotali złośliwie. 

Weselny  posiłek  ciągnął  się  długo,  jak  to  zwykle  bywa  przy  tego  rodzaju  okazjach.  W 

końcu  w  izbie  zrobiło  się  nieznośnie  gorąco,  a  zupa  mięsna,  którą  podano,  jeszcze  bardziej 
rozgrzewała  gości.  Johan  musiał  raz  po  raz  wyciągać  z  kieszeni  wielką  chustkę  i  ocierać 
czerwoną  od  upału  twarz,  po  której  pot  spływał  strumieniami.  Ostry  odór  potu,  tabaki  i 
cierpkiego dymu z fajek mieszał się z wonią jedzenia i wywoływał w nim mdłości. Pragnął 
wstać i wyjść, ale w porządnym towarzystwie nie wolno się tak zachowywać. A już na pewno 
nie wolno, jeśli pochodzi się ze Stornes. 

Pospiesznie  zerkał  w  stronę  rodziców,  których  posadzono  przy  stole  dla  gości 

honorowych.  Matka  siedziała  sztywna  i  wyprostowana,  sprawiała  wrażenie,  że  nie  czuje 
gorąca,  wyniosła  jak  zawsze.  Czujnym  wzrokiem  obserwowała  zgromadzonych,  niczym 
jastrząb, który czai się po zdobycz. I w jakimś sensie tak właśnie było. W towarzystwach, w 
których znajdowały się córki bogatych gospodarzy, Beret nieustannie wypatrywała przyszłej 
synowej. Dotychczas jednak żadnej nie znalazła. 

Ojciec, zdaje się, zdążył już wypić więcej, niż obyczaj dozwalał, i dla odmiany wyglądał 

na rozluźnionego, ożywiony rozmawiał z sąsiadami. Długo to nie potrwa, myślał Johan. 

Jak  tylko  obiad  dobiegnie  końca,  zaraz  dostanie  od  matki  ostrą  reprymendę  i  zostanie 

usadzony w nielicznej grupie abstynentów obecnych na weselu. Jeśli o niego chodzi, radość 
na  tym  się  skończy,  będzie  się  plątał  bez  sensu,  milczący,  pośród  smutnych,  trzeźwych 
chłopów, dopóki nie nadejdzie czas powrotu do domu. 

   
W  końcu  zaczęto  wstawać  od  stołu.  Johan  czuł,  że  przepocona  koszula  lepi  mu  się  do 

pleców,  podniósł  się  pospiesznie  i  wyszedł  z  izby.  Głęboko  zaczerpnął  powietrza.  Na 
dziedzińcu  ludzie  zbierali  się  w  grupy,  rozmowy  były  coraz  bardziej  ożywione.  Kiedy 
zobaczył, że przed wygódką koło obory ustawiła się długa kolejka oczekujących, pobiegł za 
spichlerz, by tam sobie ulżyć. Tego piwa było jednak trochę za dużo, pomyślał. Czuł, że kręci 
mu się w głowie. 

background image

W  drodze  powrotnej  na  podwórze  znowu  zobaczył  Mali.  Szła  do  budynku,  w  którym 

przygotowywano  jedzenie  przy  takich  okazjach  jak  ta,  kiedy  do  dworu  zjeżdżało  mnóstwo 
ludzi. Mali niosła dwa duże wiadra z wodą i Johan, zanim zdał sobie sprawę z tego, co robi, 
podbiegł i powiedział, że jej pomoże. Pomyślał zakłopotany, że chyba przez to piwo w ogóle 
z nią rozmawia. Na ogół nie był typem, który się narzuca, a już żeby rozmawiać ze służącą, to 
chyba  tylko  w  razie  oczywistej  konieczności.  Gdyby  matka  mnie  teraz  zobaczyła,  byłaby 
bardzo  niezadowolona,  przemknęło  mu  przez  myśl  i  pospiesznie  rozejrzał  się  po  podwórzu. 
Na szczęście ani ojca, ani matki nigdzie nie było. 

-  Dam sobie radę sama - odparła Mali, kiedy chciał wziąć od niej wiadra. - Jesteś przecież 

gościem. 

Ż

adna  odpowiedź  nie  przyszła  mu  do  głowy,  wiadra  jednak  wziął.  Przypadkiem  dotknął 

dłonią  chłodnej  ręki  dziewczyny  i  przeniknął  go  dreszcz.  Oszołomiony  poszedł  za  nią.  To 
musi być piwo, myślał. Piwo i upał. Kiedy jednak w mrocznym pomieszczeniu wpiła w niego 
te swoje brązowe oczy,  uznał, że to jednak coś innego. W jakiś niezwykły  sposób ta młoda 
istota  pozbawiła  go  siły.  Sprawiła,  że  kolana  się  pod  nim  uginały  i  poczuł  dziwne  ssanie  w 
podbrzuszu. Żadna kobiety nigdy takich odczuć w nim nie wzbudziła. Postawił wiadra, stał i 
patrzył  na  nią,  jak  wlewa  wodę  do  żelaznego  kociołka  zawieszonego  nad  paleniskiem.  Mali 
miała  opaloną  skórę,  widać  było,  że  pracuje  na  dworze.  Podwinęła  rękawy  bluzki,  żeby  się 
nie  zamoczyły,  i  dostrzegł,  że  delikatny  puszek  na  rękach  spłowiał  od  słońca.  Ogarnęło  go 
nagłe i bardzo intensywne pragnienie, by dotknąć jej skóry. 

-   Dziękuję  za  pomoc  -  powiedziała.  Spojrzała  na  niego  jeszcze  raz,  po  czym  znowu 

odwróciła się do paleniska. 

Zrozumiał,  że  dała  mu  w  ten  sposób  znak,  iż  powinien  sobie  iść,  mimo  to  nadal  stał  w 

bezruchu. 

-  Ty jesteś Mali, prawda? 
Kiwnęła  głową  i  zdjęła  czepek.  Ogień  płonął  pod  żelaznym  kociołkiem,  było  bardzo 

gorąco  i  włosy  Mali  nad  karkiem  zrobiły  się  zupełnie  mokre  od  potu.  Gruby  warkocz  się 
rozplótł i uwolniony spod czepka, ciężko opadł na plecy. Kilka kosmyków zwijało się miękko 
przy uszach. 

W głowie Johana huczało. Serce tłukło się pod mokrą od potu koszulą i czuł, że lepią mu 

się  dłonie.  Na  moment  przymknął  oczy,  ale  kiedy  je  znowu  otworzył,  ona  nadal  stała  przed 
nim,  jeszcze  piękniejsza  i  bardziej  godna  pożądania  niż  przed  zamknięciem  oczu.  Znowu 
pojawiło  się  to  intensywne  pragnienie,  by  jej  dotknąć.  Poczuć  delikatną  skórę  przy  swojej, 
poruszyć jedwabiste loki nad jej uszami. Odnaleźć jej usta... 

Później nigdy nie mógł sobie przypomnieć, co go skłoniło, żeby tak się zachować. Zrobił 

szybko  dwa  kroki  w  stronę  paleniska,  objął  ramieniem  szczupłą  talię  i  gorączkowo 
przyciągnął  dziewczynę  do  siebie.  Wyczuwał,  że  jej  ciało  sztywnieje,  stawia  opór,  mimo  to 
trzymał  je  mocno  i  z  całej  siły  przyciskał  wargi  do  ust  Mali.  Były  słodkie,  a  oddech 
dziewczyny  łaskotał  go  w  policzek.  Czuł,  jak  prężą  się  jej  mocne  piersi,  i  ogarnęło  go 
podniecenie. 

Policzek,  jaki  mu  wymierzyła,  sprawił,  że  Johan  zatoczył  się  oszołomiony.  Jej  brunatne 

oczy pociemniały i miotały błyskawice. 

-  Myślę, że najlepiej będzie, jak sobie pójdziesz - syknęła lodowato. 
Johan odchrząknął i przeciągnął ręką po głowie, jakby sprawdzał, czy jego rzadkie włosy 

się nie potargały. Czuł się upokorzony,  ale zdawał sobie sprawę z tego,  że się wygłupił. To 
ostatnie uczucie wzbudziło w nim gniew. 

-  Czy wiesz, kim jestem, dziewczyno? - wybełkotał. - Jestem dziedzicem majątku Stornes 

i byle kto nie będzie mnie popychał. A już na pewno nie służąca, taka jak ty. 

Pogardy w jej wzroku nie można było mylnie zrozumieć. 

background image

-  Przez  cały  czas  wiedziałam,  kim  jesteś.  Ale  dobrze  też  wiem,  kim  ja  jestem.  Nie  ma 

między  nami  żadnej  różnicy,  Johanie  Stornes.  Nie  jestem  bogata,  ale  przynajmniej  sama  o 
sobie  decyduję.  I  sama  wybieram  tych,  którzy  mogą  mnie  całować.  Ale  ty  do  nich  nie 
należysz. 

Ta  zdecydowana  odprawa  i  nieskrywana  pogarda  w  jej  ciemnych  oczach  sprawiły,  że 

Johan odwrócił wzrok. Czuł się niemal tak, jakby go spoliczkowała po raz drugi. Wiedział, że 
robi  się  czerwony  z  gniewu  i  oburzenia,  równocześnie  jednak  ta  młoda  dziewczyna  stojąca 
naprzeciwko strasznie go pociągała. W gniewie jest co najmniej tak samo ładna, pomyślał, nie 
przestając się na nią gapić. Tak samo ładna i tak samo godna pożądania. Widział jednak, że 
jej  zwinne  ciało  i  jędrne  piersi,  jej  szczupła  kibić  nadal  są  jak  sparaliżowane  z  niechęci  do 
niego.  Włosy  Mali  całkiem  się  rozsypały  podczas  szamotaniny  z  Johanem  i  spływały  teraz 
niczym  złocista  fala  na  plecy.  Johan  wciągnął  głęboko  powietrze  i  kolejny  raz  potarł  dłonią 
spoconą twarz. 

Nie mówiąc już nic więcej, odwrócił się i na niepewnych nogach wyszedł z izby. 
 
ROZDZIAŁ 2. 
  
Mali wchodziła wolno na łagodne wzniesienie w stronę małego domostwa w Buvika. Była 

to jedyna niedziela w ciągu całego lata, kiedy Mali miała wolne i mogła odwiedzić rodziców. 
Przystanęła  pod  wielką  brzozą  u  podnóża  zbocza  i  patrzyła  w  górę,  gdzie  stał  jej  rodzinny 
dom.  Bardzo  dawno  temu  była  tu  po  raz  ostatni.  Wieczorne  słońce  odbijało  się  czerwonym 
blaskiem w oknach domu, a na małych poletkach wokół na specjalnych stojakach suszyła się 
trawa. 

Nieoczekiwanie  zdała  sobie  sprawę,  jaki  maleńki  jest  ten  dom.  Przedtem  o  tym  nie 

myślała,  ale  teraz,  po  miesiącach  pracy  w  dużym  dworze,  pojęła  nagle,  jakie  małe  i  biedne 
jest wszystko tutaj, w Buvika. 

Nigdy nie sprawiało jej to przykrości. Mali nie należała do takich, co to pochylają głowy 

ze  wstydu  nad  swoim  ubóstwem.  Nigdy  taka  nie  byłam  i  nigdy  nie  będę,  myślała.  Wielu 
ludziom się to nie podobało. 

-  Ta dziewczyna nosi się jak gospodyni jakiegoś dworu - powiadali i oczy im ciemniały. - 

A przecież to tylko zwyczajna biedaczka. 

-  Ale  za  to  jaka  urodziwa  biedaczka  -  cmokali  mężczyźni,  kiedy  znaleźli  się  we  własnej 

kompanii.  Oczy  im  się  szkliły  z  pożądania  i  długo  spoglądali  w  ślad  za  wysoką,  szczupłą 
sylwetką. - Można sypiać w bogatszym łożu niż te w Buvika, kiedy się wygląda tak jak Mali. 

Owszem,  Mali  słyszała  ich  gadanie,  ale  nie  przejmowała  się  ani  tym,  co  mówią,  ani  co 

myślą. Plotki krążące po wsi nigdy jej nie obchodziły. 

Usiadła  na  kamieniu  i  zerwała  na  pół  zwiędniętą  margerytkę.  Rośliny  dramatycznie 

potrzebują  deszczu,  przemknęło  jej  przez  myśl.  Kwiaty  pozwieszały  już  główki.  Powoli  za-
częła obrywać jeden płatek za drugim. Często tak robiła, zwłaszcza kiedy była młodsza. Teraz 
uśmiechnęła  się  blado  na  to  wspomnienie.  Bywało,  że  siedziała  na  łące  z  bukietem 
margerytek na kolanach i skubała ich płatki, szepcząc przy tym: „Kocha - nie kocha, kocha - 
nie  kocha",  dopóki  nie  wyszło  jej  na  koniec  to,  czego  oczekiwała.  O  kim  tak  dokładnie 
myślała przy tych wróżbach, sama nie umiałaby powiedzieć. Przynajmniej wtedy. 

Sprawa wyjaśniła się nieco bardziej, kiedy Mali zaczęła chodzić do pastora na nauki przed 

konfirmacją.  Zresztą  jej  ciało  zaczęło  się  w  tym  czasie  zmieniać,  pojawiły  się  miesięczne 
krwawienia.  Bywało,  że  stała  naga  i  bosa  na  lodowato  zimnej  podłodze  w  swojej  sypialnej 
izdebce, zanim włożyła nocną koszulę; przyglądała się swojemu ciału, głaskała małe, jędrne 
piersi, plaski brzuch i biodra, które zaczynały się zaokrąglać. Staję się powoli dorosłą kobietą, 
myślała i czuła w ciele dreszcz nieznanego dotychczas podniecenia. 

background image

Chociaż małżeństwo rodziców nie mogło budzić w niej chęci wyjścia za mąż, Mali miała 

jednak  swoje  marzenia.  Widocznie  zawsze  je  miałam,  myślała,  odrywając  ostatni  płatek  z 
kwiatka margerytki. Dojrzewały wolno, ale zawsze były w moim sercu. 

Zdarzało się, że ogarniało ją uczucie jakiejś tajemnicy, skrywającej się w jej ciele. Było tak 

wtedy,  kiedy  napotykała  mroczne,  intensywne  spojrzenie  jakiegoś  chłopca.  Przenikał  ją 
wówczas  dziwny  dreszcz  i  na  ogół  budził  lęk.  Bo  nie  wiedziała,  co  to  jest,  zdawała  sobie 
tylko sprawę, że w jej ciele drzemią jakieś potężne siły. 

Tamtego  lata,  kiedy  zaczęła  chodzić  do  pastora,  natknęła  się  pewnego  dnia  na  swoich 

braci,  kąpiących  się  w  strumieniu.  Chlapali  wodą,  śmiali  się  i  nie  zauważyli  jej.  A  ją,  na 
widok  dwóch  nagich,  sprężystych,  chłopięcych  ciał,  ogarnęła  fala  gorąca.  Długo  nie  mogła 
oderwać  wzroku  od  największej  tajemnicy  tych  ciał,  oddychała  przy  tym  ciężko  i  czuła,  że 
coś dławi ją w gardle. Rozgrzana i zaczerwieniona pobiegła z powrotem do domu i ukrywała 
się w obórce, dopóki gwałtowne bicie serca nie ustało. 

To właśnie tego popołudnia uświadomiła sobie bardzo wyraźnie, że Pan Bóg stworzył nie 

po  prostu  człowieka,  lecz  mężczyznę  i  kobietę.  Ta  myśl  przerażała  ją  i  zarazem  bardzo 
pociągała. W nocy śniła o nagich, mocnych chłopcach, a rano obudziła się rozgrzana i zlana 
potem, choć nie mogła sobie przypomnieć, co takiego właściwie jej się śniło. 

 
Magnar  chodził  do  pastora  razem  z  nią.  Mieszkał  w  gospodarstwie  niedaleko  Buvika. 

Wysoki,  ciemnowłosy  chłopak  miał  we  wzroku  coś,  co  sprawiało,  że  pod  Mali  uginały  się 
kolana, kiedy na nią spojrzał. Rumieniła się zawsze, kiedy się do niej odzywał; rumieniła się i 
milkła.  Głos  tego  Magnara  poruszał  w  niej  nieznane  struny,  budził  coś  tajemniczego  i 
słodkiego...  Właściwie  nie  wiedziała,  co  to  może  być.  Coś  w  tym  silnym,  sprężystym 
chłopaku, może ta jego ciemna czupryna, grzywka, która mu zawsze opadała na czoło, i błysk 
w oczach, kiedy Magnar na nią patrzył. Coś mrocznego, czającego się. 

Ponieważ  do  domu  wracali  tą  samą  drogą,  z  czasem  zaczęli  chodzić  razem.  Szli  sobie, 

kopiąc drobne kamyki, każde na swoim skraju drogi, i na ogół rozmawiali niewiele. Jednak 
serce  Mali  podczas  tych  powrotów  od  pastora  zawsze  biło  szybciej  niż  normalnie.  Miała 
wilgotne dłonie, szła w milczeniu i bardzo chciała wiedzieć, co się z nią dzieje. 

-    Czy  wiesz,  że  jesteś  bardzo  ładna?  -  zapytał  szeptem  pewnego  wieczora  w  drodze  do 

domu. - Najładniejsza ze wszystkich dziewcząt, jakie znam. 

Zatrzymali się pod grupą drzew i stali, nic nie mówiąc, w ten ciepły, letni wieczór. Mali aż 

w gardle czuła bicie serca. 

Kiedy Magnar z pewnym wahaniem przyciągnął ją do siebie, chciała mu się oprzeć, ale do 

tego  nie  doszło.  Jakby  zabrakło  jej  siły.  On  wsunął  palce  w  jej  długie  włosy,  a  jego  wargi 
niczym motyle leciuteńko dotykały policzków, czoła, powiek. Mali uniosła twarz w górę, ku 
niemu, i przymknęła oczy. Pragnęła, aby ta chwila nie skończyła się nigdy, aby on stał przy 
niej, obejmował ją i dotykał. Ale on wypuścił Mali z objęć gwałtownie, był zaczerwieniony i 
oddychał pospiesznie. Długo potem nie patrzył jej w oczy. 

Tej nocy do późna leżała, nie śpiąc, a kiedy nareszcie zasnęła, to z uśmiechem na wargach. 
Od tej pory zawsze już wracali od pastora razem, ona i Magnar. Nigdy się nie umawiali, 

ale  zawsze  zatrzymywali  się  przy  tej  kępie  drzew.  Kiedy  tam  stali,  Mali  odczuwała  w  ciele 
napięcie  podobne  do  bólu.  Nie  przyznawała  się  do  tego  nawet  sama  przed  sobą,  ale  bardzo 
chciała, żeby Magnar jej dotykał. I on to robił, za każdym razem, kiedy wracali, pieścił ją pod 
drzewami.  Niecierpliwe  chłopięce  usta  odnajdywały  jej  wargi  w  trochę  niezdarnych 
pocałunkach,  które  ona,  bez  doświadczenia,  nieśmiało  próbowała  odwzajemniać.  Pragnęła 
bowiem  dawać  mu  tę  samą  radość,  jaką  on  dawał  jej.  W  tym  czasie  najbardziej  w  ciągu 
całego tygodnia tęskniła do dnia, kiedy pójdzie do pastora. Bynajmniej nie z powodu tego, co 
pastor mówił i starał się wbijać do głów młodych słuchaczy na temat grzechu i potępienia, ale 
dlatego,  że  potem  mogła  znowu  wracać  do  domu  z  Magnarem.  Grzechom  i  potępieniu  nie 

background image

poświęcała ani jednej myśli, jedynie gdzieś w głębi duszy pojawiało się niejasne przeczucie, 
ż

e  być  może  nie  powinna  pozwalać,  by  Magnar  ją  całował.  Bo  to  chyba  jest  grzech.  Pastor 

pewnie tak uważa. Największy grzech musi jednak być w niej samej, bo ona bardzo pragnęła, 
by Magnar robił z nią to, co robi. Pragnęła, żeby on... nie do końca wiedziała, co to ma być, 
ale odczuwała gorące mrowienie w dole brzucha. 

Pewnego  wieczora  Magnar  położył  gorącą  dłoń  na  jej  piersi.  Całował  ją  też  inaczej  niż 

przedtem,  wsunął  język  do  jej  ust  tak  gwałtownie,  że  zatoczyła  się  do  tyłu  i  chciała  mu  się 
wyrwać. On jednak trzymał ją mocno, dała więc za wygraną. Palce Magnara wsunęły się pod 
bluzkę,  chłopak  powoli  rozpinał  drobne  guziczki  i  zsunął  bluzkę  z  jej  ramion.  Poczuła  na 
odsłoniętych  piersiach  powiew  ciepłego  wieczornego  wiatru,  który  sprawił,  że  brodawki  się 
napięły  i  stwardniały.  Serce  biło  jej  gwałtownie,  mimo  to  Mali  się  nie  cofnęła.  Kiedy  dłoń 
Magnara spoczęła na piersi, jęknęła. Coś niezwykłego działo się w dole jej brzucha. 

-  Mali, Mali - szeptał jej Magnar do ucha. - To ciebie chcę mieć, wiesz o tym? 
Nie  była  w  stanie  odpowiedzieć,  głos  całkiem  ją  zawiódł.  Usta  Magnara  posuwały  się 

wolno  w  dół  i  spoczęły  na  twardej  brodawce  piersi.  Gdyby  nie  trzymał  Mali  tak  mocno,  to 
upadłaby na ziemię, była tego pewna. Nigdy przedtem jej ciało nie odczuwało czegoś takiego, 
kręciło jej się od tego w głowie, miała wrażenie, że zaraz zemdleje. 

-  Nie, Magnar - wyszeptała i próbowała odwrócić twarz. - Nie powinniśmy tego robić. 
Kiedy jednak położył ją na trawie, nie stawiała już żadnego oporu. Wiedziała, że powinna 

mu się wyrwać, ale nie była w stanie tego zrobić. 

Język  Magnara  bawił  się  brodawkami  piersi,  Mali  szeptała  coś  z  rozkoszy,  nagle  jednak 

poczuła, że chłopak wsuwa rękę pod jej spódnicę, chce zdjąć jej majtki. Wtedy się ocknęła. 
Odepchnęła  go  gwałtownie  i  zerwała  się  z  miejsca,  obciągnęła  spódnicę  i  trzęsącymi  się 
lodowatymi palcami zaczęła zapinać bluzkę. 

-   Co  się  stało,  Mali?  Przecież  tego  chcesz  -  wydyszał  Magnar  tuż  obok  niej,  bardzo 

podniecony. 

Ona jednak nie chciała. 
No  i  wszystko  się  skończyło.  Magnar  nieoczekiwanie  zaczął  szukać  towarzystwa  innych 

chłopców, kiedy po godzinie nauki wychodzili od pastora. Stał w grupie i rozmawiał Mali zaś 
nie  uważała,  że  powinna  na  niego  czekać.  I  tak  by  do  niej  nie  przyszedł.  Tak  więc  zaczęła 
wracać do domu sama. Szła zwykle wolno w nadziei, że może Magnar ją dogoni, ale on tego 
nie  robił.  Przez  jakiś  czas  myślała,  że  chłopak  jej  unika,  bo  go  odepchnęła,  potem  jednak 
dotarło do niej, że ktoś musiał ich widzieć i powiedział o wszystkim jego rodzicom. Chociaż 
Magnar nie pochodził z bogatego dworu, to jednak uważali, że jest za dobry dla biedaczki z 
Buvika. 

W jakiś czas potem przestała na niego czekać, wiedziała bowiem, że on i tak nie przyjdzie. 
Bywało, że niekiedy ich spojrzenia spotykały się nad psałterzem. I wtedy widziała w jego 

oczach,  że  nic  więcej  już  z  tego  nie  będzie.  Wolał  ulec  rodzicom  i  ludzkiemu  gadaniu, 
myślała Mali, prostując kark. I chociaż tęskniła za Magnarem strasznie, to nigdy by tego nie 
okazała, ani jemu, ani innym. Jej duma była większa niż pragnienie odzyskania chłopca. Ale 
dobrze pamięta, że w tamtym czasie często płakała przez sen. 

Po  tych  przeżyciach  Mali  zaczęła  w  marzeniach  tworzyć  wizerunek  mężczyzny  na  tyle 

szlachetnego,  by  mogła  go  kochać  w  tym  życiu.  Potrafiła  leżeć  długo  w  noc,  nie  śpiąc,  i 
wyobrażać go sobie, chociaż obraz wymarzonego mężczyzny zwykle był dosyć niewyraźny. 
Mali nie miała jednak wątpliwości, że jest piękny, że ma oczy zdolne ją oczarować, takie jak 
oczy Magnara. Miał też mieć dobre, czułe ręce i gorące usta. Miał dbać o nią i być dla niej 
dobry,  ona  zaś  pozwoli mu  robić  „wszystko",  myślała  z  rozkosznym  dreszczem.  Będzie  mu 
się oddawała z pożądaniem i radością, bo on jest dla niej stworzony. Tylko dla niej... 

W  zamyśleniu  głaskała  wargami  to,  co  zostało  z  oskubanej  margerytki,  i  znowu  poczuła 

mrowienie  w  dole  brzucha.  Wszystko  by  było  dobrze,  gdyby  tylko  spotkała,”jego",  męż-

background image

czyznę  z  marzeń,  była  o  tym  przekonana.  Zresztą  nie  wątpiła  też  wcale,  że  kiedyś  się  to 
stanie.  On  jest  gdzieś  na  świecie  i  czeka  na  nią,  tej  pewności  nikt  nie  mógłby  jej  odebrać. 
Wydobędzie  ją  z  tej  nędzy  i  harówki  w  Buvika,  uczyni  swoją  żoną  po  wsze  czasy.  Mali 
bowiem marzyła o szczęściu i wielkiej miłości. 

Odgarnęła  włosy  ze  spoconego  czoła  i  uśmiechnęła  się.  Marzenia  sprawiały,  że  jej  ciało 

stawało się ciepłe i miękkie. Pewnego razu, gdy była jeszcze młodsza, powiedziała matce. To 
o marzeniu. Matka uśmiechnęła się ze smutkiem i przytuliła córkę. 

-    Dzięki  marzeniom  łatwiej  nam  znieść  powszedni  dzień,  pamiętaj  jednak,  że  często 

marzenia pozostają tylko marzeniami, niestety - powiedziała z westchnieniem. - Ja też kiedyś 
miałam marzenia... Pochodzisz z biednej rodziny, Mali, i masz wiele trosk. Tak to już jest na 
tym świecie. Nie możesz oczekiwać, że wyjdziesz za jakiegoś pana. Twój ojciec jest dobrym i 
uczciwym człowiekiem, ale jest i pozostanie jednym z tych, który stoją najniżej. A u bogatych 
ranga człowieka jest ważniejsza niż wszystko inne - dodała z goryczą. - Ale dopóki możesz, 
nie rezygnuj z marzeń, to dobrze człowiekowi robi, a przecież nic nie kosztuje. Codzienność 
sama każdego z nas dopadnie - rzekła z ciężkim westchnieniem. 

Tego  dnia  Mali  zrozumiała,  że  matka  nie  jest  szczęśliwa.  Przez  długi  czas  odczuwała  z 

tego  powodu  ból.  Ze  mną  musi  być  inaczej,  myślała.  Albo  zjawi  się  „on",  albo  wcale  nie 
wyjdę za mąż. Tak sobie postanawiała. Bo nie potrafiła sobie wyobrazić życia bez miłości i 
bliskości. Co by to miało być za życie? 

Powoli wstała z miejsca i zaczęła wchodzić po zboczu. Od tamtego czasu nigdy nawet nie 

wspomniała matce o marzeniu. Innym zresztą też nie. Ale z niego nie zrezygnowała. Wprost 
przeciwnie,  z  czasem  stało  się  ono  dla  niej  jak  opętanie.  Zarówno  młodzi  chłopcy,  jak  i 
dojrzali  mężczyźni  próbowali  zaczepiać  Mali,  i  tam,  gdzie  pracowała,  i  w  tych  rzadkich 
przypadkach,  kiedy  wybierała  się  na  tańce.  Nigdy  jednak  nie  pojawił  się  „on".  Za  to 
pospieszne  pocałunki  i  silne  męskie  dłonie  na  jej  ciele  podtrzymywały  w  niej  marzenie.  Bo 
chociaż  odpychała  od  siebie  mężczyzn,  to  zawsze  ich  dotyk  wywoływał  w  niej  dziwne 
drżenie. 

-  Jaka ty jesteś piękna, Mali - mizdrzył się do niej któregoś wieczora gospodarz Gjelstad, 

kiedy znaleźli się sami w oborze. 

Nie  był  w  stanie  utrzymać  rąk  przy  sobie  i  chciał  ją  pociągnąć  na  siano.  Udało  mu  się 

przewrócić  Mali,  zwalił  się  na  nią  i  próbował  wsunąć  ręce  pod  bluzkę.  Wiła  się,  starała  się 
wyrwać, kiedy ją całował. Odór alkoholu doprowadzał ją do mdłości. On cały budził w niej 
mdłości  i  wściekłość,  że  ma  ją  za  taką,  która  pozwoli  mu  robić  ze  sobą,  co  będzie  chciał. 
Wbiła kolano w jego podbrzusze z taką siłą, że stoczył się z niej i jęczał z bólu. Pewnie też ze 
złości, myślała, przyglądając mu się z pogardą. 

-   Miałem  na  sianie  sto  razy  lepsze  baby  od  ciebie  -  wysyczał  z  furią,  kiedy  w  końcu 

odzyskał mowę. - I one wszystkie były bardzo chętne. 

-  No to się ich trzymaj! - warknęła, patrząc na niego swoimi brązowymi oczyma. - Ja nie 

idę na siano z byle kim. 

Zapuchnięta gęba gospodarza zrobiła się sina z oburzenia, że służąca może go nazwać byle 

kim. Potem już nigdy się do niej nie dobierał, ale dawał jej tyle ciężkiej pracy, że dni stały się 
długie, i bardzo trudne. Gdyby nie to, że jego żona bardzo sobie ceniła Mali, o czym dobrze 
wiedział i czego zresztą nie pochwalał, już dawno by ją wyrzucił za drzwi. Zresztą gdyby nie 
to,  że  rodzice  bardzo  potrzebowali  pieniędzy,  Mali  sama  by  odeszła  z  Gjelstad.  Ale  nie 
mogła. Biedaków takich jak ja nie stać na dumę, myślała z goryczą. Sama mogłaby odejść z 
Gjelstad i poszukać sobie innego miejsca, ale to nie zależało tylko od niej. Chodziło przede 
wszystkim o rodzinę. Dla swoich bliskich gotowa była poświęcić wiele. Zawsze to robiła. 

Na zboczu, kawałek od domu, natknęła się na starego kota. Ocierał się o jej nogi, mruczał 

przyjaźnie, wzięła go więc na ręce i przytuliła twarz do miękkiego futerka. I nagle stanęło jej 

background image

w oczach to, co niedawno przydarzyło się w ciemnej pralni w Gjelstad. Johan Stornes złapał 
ją i zaczął całować, gwałtownie i łapczywie. 

Wstrętny  głupek,  do  tego  był  pijany.  Poza  tym  to  jakiś  tępak,  myślała  z  pogardą, 

niezdarny,  jakby  niedorozwinięty.  Chłop,  który  musi  się  upić,  żeby  nabrać  odwagi  do 
rozmowy  z  kobietą.  Nie  uważała,  że  jest  złym  człowiekiem,  tylko  jak  na  mężczyznę  to  o 
wiele gorszy od innych... 

Mali posadziła kota na ziemi i weszła do środka. 
Natychmiast  zauważyła,  że  w  domu  dzieje  się  coś  złego.  Coś  bardzo  złego,  pomyślała  i 

poczuła,  że  obręcz  strachu  zaciska  się  jej  wokół  serca.  Nastrój  w  domu  był  przygnębiający. 
Mali patrzyła na rodzinę, przede wszystkim na rodziców. Cieszyli się na jej widok, co do tego 
nie  miała  wątpliwości.  Mimo  to  z  jakiegoś  powodu  ta  radość  nie  rozjaśniała  ich  oczu.  Mali 
udawała,  że  tego  nie  zauważa.  Pozostali  zresztą  też  udawali,  że  wszystko  jest  w  porządku, 
serdecznie  witali  Mali  po  długiej  nieobecności.  Czekali  na  nią,  stół  był  nakryty  do  kolacji. 
Zanim  jednak  usiedli,  Mali  wyjęła  drobne  podarunki,  które  dla  nich  przyniosła.  Niektóre 
kupiła  sama,  niektóre  dostała  od  gospodyni  Gjelstad,  na  ogół  nic  nadzwyczajnego,  ale  w 
Buvika każdy drobiazg przyjmowano z radością. 

Matka  wprost  nie  posiadała  się  z  zachwytu  nad  wędzoną  szynką,  którą  przysłała  jej 

gospodyni  z  Gjelstad,  ojciec  natomiast  mruczał  zadowolony  nad  woreczkiem  tytoniu.  Przez 
krótką chwilę jego uśmiech był szczery i ciepły. Tytoń to jedyna forma luksusu, na jaką sobie 
pozwalał, ale chociaż był bardzo oszczędny, nie zawsze miał czym nabić fajkę, bo zniszczony 
woreczek nie zawierał już ani okruszka. 

-    Mali!  Czy  nie  jestem  ładna?  -  szczebiotała  Margrethe  i  kręciła  się  po  izbie  z  nową, 

krwisto czerwoną spinką w długich włosach. 

-    Niczym  księżniczka  -  śmiała  się  Mali  i  odkryła  nagle,  że  nawet  jej  mała  siostrzyczka 

zaczęła dorastać, choć do konfirmacji przystąpi dopiero jesienią tego roku. 

Margrethe była teraz jedyną dziewczyną w domu. Eli, druga po Mali, tego lata też poszła 

na służbę. Dwaj bracia wyciągnęli się bardzo od czasu, kiedy widziała ich ostatni raz. Obaj są 
już wyżsi od ojca, stwierdziła Mali z uśmiechem. Dla każdego z nich miała kieszonkowy nóż 
w prezencie, a oni dziękowali zakłopotani, z płonącymi uszami. Nie przywykli do prezentów, 
pomyślała ze smutkiem. To też jedna z tych spraw, które łączą się z ubóstwem. 

-  Jak wyście wyrośli, chłopcy! - zawołała ze śmiechem. - Mogę dotknąć waszych mięśni? 
Obaj się wymawiali i odsuwali speszeni. Są zbyt duzi na takie dziecinne zabawy. Niedługo 

będą  dorosłymi  mężczyznami.  Obaj  -  stwierdziła  Mali,  patrząc  na  braci.  Dwaj  rośli,  silni  i 
piękni  kawalerowie,  którzy,  jak  wiedziała,  już  pracują  niczym  dorośli  i  we  wszystkim 
pomagają ojcu w gospodarstwie. A co się stanie tego dnia, kiedy znajdą sobie żony i znikną z 
domu? Mali szybko odepchnęła od siebie tę myśl. Mamy jeszcze dużo czasu, pomyślała. W 
każdym razie taką miała nadzieję. 

Na  koniec  dała  matce  szal,  który  przyniosła  w  torbie.  Ona  sama  dostała  go  od  swojej 

gospodyni,  ale  uznała,  że  matka  będzie  z  niego  bardziej  zadowolona.  W  każdym  razie 
uważała, że matka bardziej go potrzebuje. Stary, który służył od lat, całkiem się już zniszczył. 
Teraz przynajmniej matka będzie mogła iść do kościoła z podniesioną głową, w nowym szalu, 
myślała  Mali.  I  nagle  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  chyba  nigdy  nie  widziała  matki  z 
podniesioną  głową. Człowiek staje się taki, kiedy jest biedny; biedny, pozbawiony  nadziei i 
radości  życia.  Ta  odrobina  radości,  jaką  matka  musiała  w  sobie  kiedyś  mieć,  została 
zmarnowana w biedzie i ciężkiej pracy. 

-    Mali,  coś  ty!  -  szeptała  matka,  a  jej  oczy  napełniły  się  łzami.  -  To  przecież  czyste 

szaleństwo. 

Mali objęła ją i poczuła, jaka matka jest chudziutka pod ubraniem.  Znowu zimne szpony 

strachu  zacisnęły  się  na  jej  sercu.  Może  matka  jest  chora?  To  prawda,  że  nie  wygląda  na 

background image

zdrową,  oczy  pełne  cierpienia,  z  czerwonymi  obwódkami.  Musiała  ostatnio  dużo  płakać,  a 
mało sypiać, pomyślała Mali z trwogą. Ale pytać nie chciała. Jeszcze nie teraz. 

Po  kolacji  ofiarowała  się  do  pomocy  przy  zmywaniu,  ale  jej  nie  pozwolili.  W  tę  jedyną 

niedzielę,  jaką  latem  spędza  w  domu,  powinna  odpoczywać,  powiedziała  matka  i  nad 
cynkową wanienką postawiła Margrethe. 

-  W takim razie chyba się trochę przejdę - powiedziała Mali. - Taki piękny wieczór. 
Wyszła, bo miała wrażenie, że się udusi w izbie, gdzie jakiś ciężar przytłaczał wszystkich, 

chociaż nikt nie chciał o tym rozmawiać. 

Dwie krowy pasły się spokojnie na maleńkiej łączce. Wokół panował spokój i letnia idylla, 

Mali jednak aż za dobrze wiedziała, że w rzeczywistości o żadnej idylli mówić nie można. 

Jej  ojciec  nigdy  nie  zdołał  zebrać  dość  pieniędzy,  by  wykupić  na  własność  ziemię,  którą 

uprawiał.  Dzierżawił  ją  i  budynki  od  bogatego  gospodarza  i  co  roku  przez  wiele  miesięcy 
pracował  tylko  na  to,  by  spłacić  należne  procenty.  Dawało  mu  się  to  mocno  we  znaki.  Z 
każdym  rokiem  stawał  się  bardziej  siwy  i  bardziej  przygarbiony,  Mali  zauważyła  to  już 
wcześniej. 

Matka też się przedwcześnie postarzała, ale tak to bywa, kiedy człowiek nieustannie musi 

się  zastanawiać  nad  każdym  wydanym  szylingiem  i  nigdy  nie  wie,  czym  jutro  nakarmi 
czeredę  wygłodniałych  dzieciaków.  Rodzina  z  Buvika  od  wielu  lat  znajdowała  się,  można 
powiedzieć, na ostrzu noża, nigdy nie było wiadomo, co dalej. Gdyby przytrafił się naprawdę 
nieurodzajny rok albo poważna choroba w domu, to wszystko się rozpadnie niczym domek z 
kart. To, co posiadają, tyle właśnie jest warte. Wtedy nie mieliby czym zapłacić dzierżawy, a 
nikt z bogatych na pewno nie przyszedłby im z pomocą. Mali zrozumiała to już dawno temu. 

Teraz i ona, i Eli były na tyle dorosłe, by latem pracować w bogatych dworach i zarabiać 

pieniądze, ale i tego na długo nie starczy. Obaj bracia byli dobrymi robotnikami i już wzięli 
na siebie większość obowiązków w małym gospodarstwie. W żniwa wynajmowali się też do 
pracy  w  sąsiednim  Nerset,  mimo  wszystko  jednak  rodzinie  ledwo  starczało  na 
najpotrzebniejsze  wydatki.  Ja  nigdy  nie  będę  tak  żyć,  obiecywała  sobie  Mali.  Nie  żeby  się 
wstydziła  swojej  trudnej  sytuacji,  ale  w  takim  ubóstwie  nikt  żyć  nie  powinien.  Bieda 
przemienia człowieka  w niewolnika, bez szans, bez wolności. Takim  człowiekiem Mali być 
nie chciała, choć wiele wskazywało na to, że taki właśnie los ją czeka. Wydobyć się z długów 
i  ubóstwa  nie  jest  łatwo,  wiedziała  o  tym.  Zdecydowanym  ruchem  głowy  przerzuciła  ciężki 
warkocz do tyłu i wyprostowała plecy. Nigdy, pomyślała znowu. 

Dopiero  kiedy  wieczorem  została  sama  z  rodzicami  w  małej  izdebce,  zapytała,  co  ich 

dręczy. 

-  Nie powinnaś się tym martwić - rzekł ojciec ponuro. 
-   Jestem  już  wystarczająco  dorosła,  ojcze  -  powiedziała  Mali,  patrząc  na  niego.  -  To,  co 

dotyczy  was  tutaj,  w  domu,  dotyczy  też  i  mnie.  Widzę  przecież,  że  mama  poszarzała  i 
wychudła, a ty posiwiałeś, chodzisz milczący. Mam prawo wiedzieć, co się dzieje. 

Cicho  i  przerywając  co  chwila,  ojciec  wyznał,  że  od  paru  lat  zalega  z  opłatami  za 

dzierżawę. Ostatnio też nie poszło tak, jak się spodziewał, wciąż zdarzały się jakieś nieszczę-
ś

cia w najmniej spodziewanym czasie. Rozpadały się narzędzia, które trzeba było oddawać do 

naprawy  albo  kupować  nowe,  kosztowało  to  o  wiele  więcej,  niż  ojciec  liczył  i  niż  mógł 
zapłacić. 

-    A  tu  w  dodatku  ja  się  rozchorowałam  na  początku  lata  -  wtrąciła  matka  cicho,  z 

poczuciem winy. - Trzeba było wzywać doktora, kupować lekarstwa, a to wszystko strasznie 
dużo kosztuje - dodała z goryczą. 

Mali poczuła, że robi jej się gorąco. O tym nie miała pojęcia. Ani że matka jest chora, ani 

ż

e ojciec od wielu łat nie płaci dzierżawy. 

-  I co teraz? - spytała, patrząc na rodziców. 
-  Jaka właściwie jest sytuacja w Buvika, ojcze? 

background image

-  Ojciec spojrzał na nią oczyma, które utraciły wszelki blask i wszelką nadzieję.  
Mali skuliła się pod jego wzrokiem, objęła matkę i przytuliła ją mocno do siebie. 
-  Na jesieni nie będę miał czym zapłacić - powiedział ojciec z ciężkim westchnieniem. - A 

właściciel,  kiedy  ostatnio  próbowałem  z  nim  rozmawiać,  powiedział,  że  nie  może  dłużej 
czekać. Albo zdobędę pieniądze, albo... 

Matka  szlochała  cicho  w  jej  ramionach,  ojciec  zerwał  się  z  miejsca  i  krążył  zrozpaczony 

po izbie. 

Boże  drogi,  myślała  Mali,  a  żal  dławił  ją  w  gardle.  Teraz  nasza  rodzina  idzie  na  dno. 

Dłużej nie damy sobie rady, a ja nic nie wiedziałam, pojęcia nie miałam, że jest aż tak źle. 

-   Jest  tylko  jedno  wyjście  -  powiedziała  szybko.  -  Musimy  znaleźć  kogoś,  kto  pożyczy 

nam pieniądze. Kogoś, kto nam pomoże... dopóki sami nie... 

Umilkła, kiedy zobaczyła spojrzenie ojca. Pojęła, że już próbował kogoś takiego znaleźć. 

Milczała  więc.  Ale  w  jej  duszy  aż  się  gotowało  z  poczucia  bezradności  i  rozpaczy.  Nie 
wiedziała,  jak  to  zrobi,  była  jednak  pewna,  że  znajdzie  jakieś  wyjście.  Nie  będzie  biernie 
patrzeć na to, jak rodzice i rodzeństwo tracą dach nad głową, wystawieni na pogardę i kpiny 
otoczenia,  na  łaskę  i  niełaskę  ludzi.  A  przecież  już  tyle  musieli  znieść,  nędza  ściągnęła  na 
nich już dość cierpień, więcej nie będzie, myślała gniewnie. Coś w głębi duszy nie pozwalało 
jej  opuścić  głowy.  Nigdy  nie  nauczyła  się  ulegać  biedzie  ani  stojącym  wyżej  ludziom.  Nie 
mogła  pogodzić  się  z  tym,  że  teraz  ubóstwo  miałoby  przemienić  ją  i  jej  bliskich  w 
niewolników. 

-  Poradzimy sobie z tym - oznajmiła z pewnością w głosie, której wcale w sobie nie czuła. 

- Dawaliśmy sobie radę przedtem, to i tym razem nie będzie gorzej. 

-  Ale co moglibyśmy zrobić? - spytał ojciec, nie spuszczając z niej tego wzroku, którego 

nie była w stanie znieść. 

-  Może masz jakiś pomysł, co? 
-   Możliwe,  że  mam  -  odparła  z  uporem,  sama  zdumiona  tym  kłamstwem.  -  Wydostanę 

rodzinę z biedy! 

Nadal  nie  miała  żadnego  pomysłu,  jak  tego  dokona,  ale  za  nic  nie  chciała  się  poddawać. 

Znajdę wyjście, powtarzała sobie w duszy. Znajdę, żeby nie wiem co. 

 
ROZDZIAŁ 3. 
  
Johan  kroczył  za  kobyłą,  ciągnącą  bronę  po  dużym  polu  położonym  wysoko  ponad 

zabudowaniami  gospodarczymi.  Wyżej,  tam  gdzie  kończy  się  ziemia  uprawna,  a  zaczynają 
lasy,  znajdowały  się  letnie  obory.  Były  używane  wczesną  wiosną  i  późną  jesienią,  zanim 
trzeba  ostatecznie  wprowadzić  krowy  pod  dach.  Teraz  jednak,  jak  co  roku  o  tej  porze, 
inwentarz  znajdował  się  w  górach,  na  halach.  Mniej  więcej  miesiąc  po  świętym  Janie,  w 
sobotę  wypadającą  najbliżej  dwudziestego  lipca,  pakowano  wszystko,  co  potrzebne  na 
górskich  pastwiskach,  zabierano  dziewczyny,  które  miały  tam  pracować,  i  oczywiście 
zwierzęta, po czym cały orszak wyruszał w góry, by spędzić tam dwa letnie miesiące. Johan 
zwykle pomagał w przeprowadzce. Wieziono na górskie pastwiska mnóstwo różnych rzeczy, 
orszak bardzo wolno piął się po zboczach i trzeba było silnych mężczyzn, żeby to wszystko 
przetransportować. 

Teraz Johan spoglądał na ciemny las sosnowy. Tam, gdzie się kończy, zaczynają się żyzne 

górskie pastwiska, porośnięte wysoką, soczystą trawą, nad którymi w ciepłym letnim wietrze 
wirują  puszyste  kłębki  niezwykle  białej  wełnianki.  Johan  już  wcześniej  tego  lata  odwiedzał 
znajdujące  się  tam  szałasy.  Poszli  z  kilkoma  innymi  mężczyznami  zaraz  po  sianokosach 
przygotować  drewno  na  opał  tak,  by  wyschło,  nim  zacznie  się  sezon.  Opału  zużywa  się  w 
górach  dużo,  bo  dziewczyny  muszą  gotować  mleko,  z  którego  robią  ser.  W  tym  roku  mieli 
szczęście do pogody i w rekordowym czasie uporali się z przygotowaniami. Nie zawsze tak 

background image

bywa, pomyślał Johan i skulił się na myśl o tych deszczowych, bardzo zimnych dniach, które 
w swoim życiu spędził u stóp wielkiej góry. 

Przeciągnął  dłonią  po  zmęczonych,  zaczerwienionych  oczach.  Mało  sypiał  w  ostatnim 

czasie. W ciągu tygodni, które minęły od wesela w Gjelstad, nie mógł przestać myśleć o Mali. 
Wciąż miał ją przed oczyma, zarówno we śnie, jak i podczas ciężkiej pracy przy sianokosach. 
Bywało,  że  nocami  budził  się  z  jękiem,  a  potem  długo  leżał,  przyciskając  do  siebie  wielką 
poduszkę, rozpłomieniony z podniecenia i od zmysłowych snów, w których zawsze pojawiała 
się ona. 

Oczywiście  śnił  i  przedtem  o  bujnych  dziewczynach  z  miękkimi  brzuchami  i  okrągłymi 

biodrami. Najczęściej zdarzało mu się to w okresie dojrzewania i wtedy wyobrażał sobie, że 
sprawy z kobietami są łatwe i nieskomplikowane. Wtedy też bywało czasami, że budził się w 
nocy mokry i z przerażeniem myślał, co matka powie na zabrudzone prześcieradło. Ale, jeśli 
chodzi o kobiety, nic nie było takie, jak Johan wcześniej myślał. Oczywiście, że podejmował 
różne próby. Niezdarnymi palcami rozpinał beznadziejnie drobne guziki bluzek i dyszał nad 
ś

miejącymi się, rozgrzanymi twarzami służących. Nigdy jednak do niczego nie dochodziło i 

w końcu odpychały go zirytowane. 

-      Boże  drogi,  jaka  z  ciebie  ofiara  losu  -  mówiły,  otrzepując  spódnice.  -  Czyś  ty  nigdy 

kobiety  nie  widział?  Łatwiej  podniecić  kawałek  drewna  niż  ciebie.  Nic  ci  nie  pomoże,  że 
jesteś dziedzicem Stornes - dodawały ze złością. 

Po takich przeżyciach zwykle długo czekał, zanim zdecydował się znowu spróbować. I w 

miarę jak lata mijały, robił to coraz rzadziej. Z goryczą myślał, że właściwie to boi się kobiet. 
Przede  wszystkim  ich  szyderczego  śmiechu  i  pogardy,  jaką  mu  okazywały,  kiedy  nie  udało 
mu  się  niczego  zdziałać.  Od  tego  śmiechu  czuł  się  dziwnie  mały,  jakby  nie  był  mężczyzną. 
Bezpieczniej  jest  trzymać  się  od  nich  na  dystans,  myślał,  i  najchętniej  zadowalał  się 
patrzeniem na nie oraz tym co się działo w jego snach. 

Takich  snów  jak  teraz  nie  miewał  jednak  nigdy  przedtem.  Kręciło  mu  się  od  nich  w 

głowie,  ale  też  przepełniały  go  lękiem.  Długo  potem  leżał  rozbudzony  i  nie  był  w  stanie 
uporządkować myśli, kłębiących się w głowie. 

W  Mali  było  coś,  co  nie  dawało  mu  spokoju,  od  czego  nie  potrafił  się  uwolnić.  I  jeśli 

nawet  dawniej  odczuwał  pewne  podniecenie,  zresztą  i  teraz  mu  się  to  zdarzało  na  widok 
piersiastej,  bujnej  panny,  to  nigdy  tamte  kobiety  nie  dręczyły  go  w  snach.  Przynajmniej 
niczego takiego nie pamiętał. Z Mali było inaczej. Wzbudziła coś, co prawdopodobnie zawsze 
tam było, ale przedtem nie dawało o sobie znać. W każdym razie nie tak boleśnie jak teraz. 
Sam  tak  naprawdę  nie  wiedział,  co  to  jest,  ale  nie  potrafił  zapanować  nad  uczuciami,  które 
ż

ywił  do  tej  nieznajomej  dziewczyny.  I  to  właśnie  jest  przerażające,  pomyślał,  przystanął  i 

rękawem  koszuli  otarł  spocone  czoło.  Zwykle  kontrolował  swoje  sprawy.  Bardzo  nie  lubił, 
ż

eby go coś niepokoiło. 

Spojrzenie Johana znowu pożeglowało w górę. Gdy tylko sianokosy się skończyły, trzeba 

było  jeszcze  raz  iść  na  górskie  pastwisko.  Tym  razem  po  to,  by  skosić  i  wysuszyć  trawę. 
Będzie  siano  na  zapas,  złożone  w  szałasach  poczeka  do  wiosny  i  zwierzęta  będą  miały  co 
jeść, zanim wyjdą na zieloną trawę. 

Za  lasami  i  halami  wznosiły  się  ku  błękitnemu  niebu  wysokie,  dzikie  szczyty  gór.  Tam 

ś

nieg pojawiał się wcześnie i topniał późno. Bywało, że któraś z owiec wpadła w kamienną 

pułapkę  na  osypisku,  Johan  wielokrotnie  brał  udział  w  poszukiwaniu  takich  zabłąkanych 
zwierząt.  Właściwie  nie  przepadał  za  górską  wspinaczką,  ale  nawet  on  potrafił  stanąć  w 
niemym  podziwie  dla  widoków,  jakie  się  stamtąd  rozciągały.  W  takich  chwilach,  kiedy  stał 
wysoko i patrzył na świat, czuł się dziwnie malutki. Góry nad nim wydawały się ogromne. Co 
prawda  dziedzic  Stornes  często  czuł  się  mały,  ale  wrażenie,  jakiego  doznawał  w  obliczu 
czegoś nieskończenie wielkiego, było jednak inne niż to, z jakim musiał sobie poradzić, kiedy 
mu  nie  wyszło  z  kobietą  albo  został  skrzyczany  przez  matkę.  W  takich  chwilach  jak  ta  w 

background image

górach  pojawiało  się  coś  w  rodzaju  pokory,  nie  do  końca  wiedział  dlaczego.  Wielokrotnie 
jednak przychodziła mu do głowy myśl, że wobec natury wszyscy są mali. Nawet jego matka, 
choć akurat ona nigdy by się do tego nie przyznała. Johan jednak zetknął się w swoim życiu z 
działaniami tylu sił natury, że wiedział, iż tak właśnie jest. Natura jest większa niż człowiek. 

Odwrócił się i popatrzył w drugą stronę, poniżej leżał dwór Stornes. Był to naprawdę duży 

dwór  z  charakterystycznym,  długim  domem  mieszkalnym.  Wszystkie  większe  dwory  w  tej 
części  kraju  były  budowane  w  takim  właśnie  stylu.  Pomalowany  na  brązowo,  właściwie 
ponury dom, stał teraz skąpany w blasku słońca, otaczało go porządnie utrzymane podwórze. 
Budynki  gospodarcze  długo  stały  zaniedbane,  ale  w  ubiegłym  roku  wszystko  zostało 
wyremontowane  i  pomalowane  na  ten  sam  kolor  co  dom  mieszkalny.  Poniżej  domostwa 
rozciągał się stary sad jabłoniowy, a na jego krańcach stała stara, poszarzała stodoła. Jesienią 
młócili w niej zboże, zdarzało się też, że cygański tabor ciągnący przez wieś zatrzymywał się 
w niej na noc czy dwie. Ludzie mogli spać na słomie, którą tam przechowywano. 

To  bardzo  porządny  dwór,  pomyślał  Johan.  On  sam  zaś  uważał  się  za  wyjątkowo  dobrą 

partię do małżeństwa dla każdej panny, zresztą matka wbijała mu to do głowy od małego. W 
takich chwilach dumę ze swojego majątku odczuwał z ciepłym drżeniem w piersi. Bywało, że 
miał  wtedy  ochotę  porozmawiać  z  matką,  zbliżyć  się  do  niej,  ale  ona  zawsze  go  od  siebie 
odsuwała. 

-  Jesteś dziedzicem Stornes - mówiła, patrząc na niego tym swoim niemal hipnotycznym 

wzrokiem, od czego Johan dosłownie zapominał języka w gębie. - Otrzymasz w przyszłości 
bardzo porządny dwór, synu, i nigdy nie wolno ci go zmarnować. Zapamiętaj to! 

Johan  wcześnie  zrozumiał,  że  dla  matki  znaczy  wiele,  ale  miał  też  gorzkie,  dręczące 

wrażenie,  że  ona  nie  traktuje  go  jak  dziecka  ani  jak  człowieka.  Dla  niej  Johan  jest  przede 
wszystkim dziedzicem, tym, który ma poprowadzić dalej dzieło jej życia. Bo z czasem Johan 
odkrył,  że  w  domu  to  matka  rządzi.  Dyrygowała  wszystkim  i  wszystkimi,  nikt  nie  miał 
odwagi  się  jej  przeciwstawić.  On  także  nie,  choć  wiele  razy  miał  na  to  ochotę.  Czasami 
wprost nienawidził ojca, który pozwalał, by matka tak wszystkim dyrygowała. Z latami złość 
przeszła w niechęć i coś w rodzaju współczucia. 

Kiedy był mały, trzymał się matczynej spódnicy, chory z tęsknoty za jej dobrym słowem i 

za  tym,  żeby  go  kiedyś  pogłaskała  po  głowie.  Bywało,  że  próbował  wejść  jej  na  kolana, 
zmusić matkę do jakiejś pieszczoty, ale ona bezceremonialnie spychała go na ziemię. 

-  Dziedzice nie czulą się do matek - mówiła. - A ty jesteś dziedzicem, Johan. Mężczyźni 

nie czulą się do kobiet. Powinieneś się tego nauczyć. 

-  Czy ty mnie nie kochasz, mamo? - pytał wielokrotnie z buzią w podkówkę i patrzył na 

nią błagalnie. 

Matka  prychała,  słysząc  takie  słowa,  zdarzało  się  jednak,  że  kładła  mu  wtedy  rękę  na 

głowie. Dokładnie tak jak pastor robi w kościele, myślał Johan. 

-  Jesteś przecież moim synem - odpowiadała matka. - I to ty masz dalej prowadzić rodowe 

dziedzictwo. 

Nie znajdował w jej słowach odpowiedzi na to, o co pytał. Tak sądził. Bywało, że wolałby 

nie być dziedzicem, tylko całkiem zwyczajnym chłopcem. Bo może wtedy matka brałaby go 
na  kolana  i  była  dla  niego  choć  trochę  lepsza? W  okresie  dojrzewania  czuł  się  czasami  taki 
samotny i opuszczony, że z radością sprzedałby swoje prawa pierworodnego, gdyby mu za to 
dano  trochę  ludzkiego  ciepła  i  bliskości.  Szybko  jednak  odpędzał  od  siebie  tego  rodzaju 
marzenia,  strwożony,  że  matka  mogłaby  odczytać  jego  myśli.  Jako  małe  dziecko  naprawdę 
wierzył w to, że ona widzi, co ludzie myślą. W każdym razie, co myśli Johan. I w ten sposób 
matka kształtowała nie tylko jego uczucia, lecz także myśli. 

W miarę jak dorastał, coraz bardziej upewniał się w przekonaniu, że ona nie ma w sobie 

dobra. Po prostu jest go pozbawiona, więc nie może go dawać. Nie tylko własnemu dziecku, 
nikomu. Ale rządzić mogła. I była bardzo surowa. Nigdy wprawdzie nie podniosła na niego 

background image

ręki,  pamiętał  dobrze,  ale  jeśli  zrobił  coś,  co  się jej  nie  podobało,  wzrok jej  stawał  się  jakiś 
mroczny,  widać  było,  jak  bardzo  jest  niezadowolona,  i  przestawała  się  odzywać,  co  mogło 
trwać całymi dniami i było o wiele gorsze, niż gdyby mu po prostu spuściła lanie. 

Zdarzało  się,  że  marzył  o  odwadze,  żeby  się  postawić,  ale  to  zawsze  pozostawało  tylko 

marzeniem.  Mimo  to  gdzieś  w  głębi  wiedział,  że  na  swój  dziwny  sposób  Beret  najbardziej 
lubi właśnie jego, bo to on ma zapewnić przyszłość rodu. 

W takich warunkach Johan wyrastał na milczącego i niepewnego człowieka, który prawie 

nic nie wiedział o tym, jak ludzie mogą ze sobą żyć. Niewiele wiedział o miłości, nauczył się 
jednak, że ten, kto ma władzę, może rządzić innymi. Była to niebezpieczna wiedza. 

Zawsze  gdzieś  w  pobliżu  znajdowała  się  matka  ze  swoim  jastrzębim  spojrzeniem,  która 

upominała  i  krytykowała.  Nie  tylko  jego,  wszystkich  wokoło.  Ciągle  były  połajanki,  a 
najczęściej pełen przygany i niezadowolenia wzrok. 

Z  upływem  czasu,  Johan  stawał  się  coraz  bardziej  podobny  do  ojca,  który  najchętniej 

schodził matce z drogi, tak będzie, jak ona zechce, myślał ponuro. 

Bywało,  że  życzył  jej  śmierci,  żeby  móc  nareszcie  żyć  własnym  życiem.  Oddychać 

swobodnie! Ale tego rodzaju myśli przerażały go, nigdy więc nikomu o nich nie wspominał. 
Kiedy go nachodziły, potem nie był w stanie spojrzeć matce w oczy, w śmiertelnym strachu, 
ż

e  ona  jednak  mogłaby  je  odczytać,  tak  jak  za  czasów  dzieciństwa.  Bo  w  jego  mniemaniu 

matka wciąż wiedziała wszystko, widziała wszystko i wszystko słyszała. Johan czuł, że matka 
czai  się  za  nim  nieustannie  jak  cień,  że  to  ten  cień  kieruje  jego  życiem.  Nienawidził  sam 
siebie  za  to,  nie  ma  dość  męskiej  siły,  by  się  jej  przeciwstawić.  W  starciu  z  matką  jednak 
Johan zawsze wybierał najłatwiejsze rozwiązanie. Przynajmniej dotychczas. 

Właściwie  to  chyba  nigdy  nie  myślał  o  sobie  jako  o  gospodarzu  Stornes;  nie  wyobrażał 

sobie, że kiedyś będzie z młodą gospodynią rządzić dworem. Może dlatego, że przeczuwał, iż 
matka  nigdy  nikogo  do  władzy  nie  dopuści.  Nawet  jego.  Często  myślał,  że  matka  będzie  tu 
rządzić po wieczne czasy, chociaż i ona, i ojciec zanudzali go, żeby sobie już jak najszybciej 
znalazł jakąś odpowiednią żonę. 

-  Musimy  się  martwić  o  przyszłość  rodu  -  powtarzała  matka  coraz  częściej  i  wpijała  w 

niego  swój  przenikliwy  wzrok.  -  Musisz  sobie  znaleźć  porządną  pannę  i  ożenić  się,  synu! 
Niewielu  ma  taki  majątek  do  zaoferowania  młodej  gospodyni  jak  ty.  I  dziewczyn  też  nie 
brakuje, o ile mi wiadomo, ale tobie trudno się ruszyć z miejsca, jesteś taki sam jak ojciec! 

On sam też rozmyślał o tym, że powinien znaleźć sobie kobietę. Więc sprawa nie polegała 

na  tym,  że  on  nie  chce.  Wprost  przeciwnie.  Kiedy  poszedł  na  zabawę,  co  zdarzało  się, 
niestety, rzadko, i w tańcu brał roześmiane dziewczyny w ramiona, myślał sobie zawsze, jak 
wspaniale  by  było  mieć  nareszcie  własną  kobietę.  Nigdy  jednak  nie  wiedział,  co  ma  zrobić 
czy  powiedzieć.  Stawał  się  jeszcze  bardziej  niezdarny  i  głupi,  i  dawał  temu  wszystkiemu 
spokój.  Albo  zaczynał  pić  na  umór,  parę  razy  się  tak  zdarzyło.  Wtedy  czuł  się  wielki  i 
odważny, nie słuchał, że niechętna dziewczyna mówi „nie". Kiedy następnego dnia myślał to 
tym,  co  zrobił,  było  mu  głupio  i  żałował  wszystkiego.  Bo  Johan  po  prostu  gwałcił 
dziewczyny, przewracał je na ziemię, zrywał z nich ubranie, chodziło mu tylko o to, by sobie 
ulżyć.  Nigdy  mu  to  jednak  nie  dawało  zadowolenia.  Mógł  sobie  tylko  ulżyć  i  potem 
przechwalać  się  przed  innymi,  jaki  to  z  niego  zawadiaka.  Wiedział  jednak  dobrze,  że to  nie 
tak powinno być. 

Spotykał  też  młode  dziewczyny,  które,  jak  dobrze  rozumiał,  ich  pełni  nadziei  na  dobre 

małżeństwo  rodzice  pchali  mu  w  ramiona.  Johan  nie  chciał  mieć  z  nimi  nic  wspólnego 
Wiedział, że chodzi im głównie o jego majątek, on sam się nie liczył. Aż tak to mi się jeszcze 
nie  spieszy,  myślał  urażony.  I  nagle  teraz  zaczęło  mu  się  spieszyć,  bo  kiedy  zobaczył  Mali, 
wszystko się odmieniło. 

background image

- A ty co, Johan, stoisz i gapisz się przed siebie? - krzyczał ojciec z drugiego krańca pola. - 

Jeszcze  nie  czas  na  obiad,  a  marzenia  zostaw  sobie  na  noc.  Tutaj  jest  robota,  którą  trzeba 
zrobić. 

Johan poczuł, że się czerwieni, jakby ojciec też potrafił czytać w jego myślach. Cmoknął 

na kobyłę, która niechętnie ruszyła po przyjemnej chwili odpoczynku. 

Chyba  jednak  Mali  nie  zostanie  młodą  gospodynią  w  Stornes,  pomyślał  Johan  i  znowu 

poczuł  to  dziwne  ssanie  w  podbrzuszu.  Przeczuwał,  że  jeśli  nawet  odważy  się  złożyć  taką 
propozycję  rodzicom,  to  nie  zostanie  ona  przyjęta  łaskawie.  Zwłaszcza  matka  będzie 
protestować.  No  i  w  jakim  stopniu  sam  to  rozumiał.  Bo  matka  wprawdzie  chętnie  by  go 
ożeniła,  ale  przecież  Mali  nawet  się  nie  zbliża  do  wyobrażeń  Beret  o  przyszłej  synowej, 
kobiecie, która miałaby zapewnić przyszłość rodowi Stornes. Na tyle swoją matkę Johan znał. 
Mimo to nie potrafił przestać marzyć. Ech, mieć ją tutaj, tę wysoką, smukłą pannę, i w dzień, 
i w nocy. Na myśl o tym zaczynało mu się kręcić w  głowie. A mieć ją przy sobie w łóżku, 
posiadać ją, móc ją wszystkim pokazywać, to dopiero szczęście! Wielu przestałoby chichotać 
na mój widok, myślał i uśmiechał się do siebie z goryczą. 

Nad tym, czy Mali by go chciała, wiele się nie zastanawiał, kiedy tak chodził mozolnie po 

polu w upalnym słońcu, wpatrzony w zad starej kobyły. Dziewczyna nie będzie się posiadać z 
radości,  kiedy  usłyszy  jego  oświadczyny,  to  przecież  biedaczka.  Zarówno  dla  niej,  jak  i  dla 
całej jej rodziny byłoby to największe szczęście na ziemi. Nie poświęcił też ani jednej myśli 
kwestii, czy Mali żywi do niego tak samo gorące uczucia jak on do niej. Kobiety nie muszą 
niczego takiego odczuwać, myślał, kierując się przykładem własnej matki. Wystarczy, że się 
podporządkują  w  łóżku,  nie  będą  odmawiać  mężowi  jego  praw,  których  on  zamierzał  się 
domagać. Kobiety mają zajmować się domem i rodzić dzieci. One wszystkie są pewnie takie 
jak  Beret,  a  przynajmniej  mniej  więcej  takie  same,  zwłaszcza  kiedy  już  wyjdą  za  mąż, 
rozmyślał. To młode dziewczyny mogą baraszkować i chichotać z chłopakami na sianie. Od 
kobiet zamężnych, o ile wiedział, nikt już chichotów ani baraszkowania nie oczekuje. A poza 
tym  jest  wystarczająco  dobrym  mężczyzną,  jak  przyjdzie  co  do  czego,  pomyślał,  prostując 
plecy. 

Ale gdyby dostał Mali...  Przynosiłby jej podarunki usługiwał, jak tylko  można. A wtedy 

ona  z  pewnością  złagodnieje,  wyobrażał  sobie.  Mali  będzie  miła  i  zadowolona,  będzie  mu 
więc  dziękować  w  sposób,  który  on  najbardziej  lubi.  Wszystko  się  odmieni,  niech  no  tylko 
zostanie jego żoną. Znowu oczyma wyobraźni zobaczył jej postać, szczupłą talię, pełne piersi 
i te ciemne oczy ze słonecznymi plamkami, jedwabistą skórę. No i jej włosy! Musi wyglądać 
niczym zjawisko, kiedy wieczorem, przed położeniem się do łóżka, rozplecie gruby warkocz i 
włosy opadną na plecy. Mrowienie w podbrzuszu sprawiło, że zgiął się wpół. Mali rozplecie 
włosy,  zdejmie  ubranie  i  wślizgnie  się  do  niego,  do  małżeńskiego  łóżka,  ciepła,  piękna  i 
chętna.  Ona  nie  będzie  się  z  niego  wyśmiewać.  Wprost  przeciwnie,  będzie  mu  na  wieki 
wdzięczna za wszystko, co jej dał, i w zamian będzie mu dawać siebie. Będzie się przed nim 
otwierać, gorąca i pełna pożądania. Od tych podniecających rojeń pot lał mu się z czoła. Tak 
będzie, tak będzie, powtarzał sobie w duchu. 

Myśl o tym, że nie znalazł sobie dotychczas kobiety, ponieważ to kobiety go nie chciały, 

nie mąciła jego marzeń o Mali. Być może dlatego, że nic szczególnego do żadnej z nich nie 
czuł.  Mali  jednak  była  niczym  pożar  we  krwi.  A  może  bardziej  jak  choroba,  poprawił  się. 
Choroba,  z  której  nie  chciał  być  wyleczony,  dopóki  nie  zdobędzie  dziewczyny.  Na  myśl  o 
tym  przenikał  go  jednak  zimny  dreszcz,  bo  nie  wyobrażał  sobie,  jak  to  możliwe,  by  ją 
kiedykolwiek zdobył. 

Ponownie zatrzymał kobyłę i udawał, że poprawia coś przy uprzęży. Czule głaskał ciepłe, 

miękkie chrapy zwierzęcia i znowu, po raz już nie wiadomo który, czuł w sobie owo dziwne 
ssanie.  Przytulił  twarz  do  końskiego  karku  i  łzy  napłynęły  mu  do  oczu.  Ciepło  zwierzęcego 
ciała,  wilgotne  chrapy  dotykające  jego  skóry  -  wszystko  mu  ją  przypominało.  Chociaż  Mali 

background image

nie przytulała się do niego, kiedy wziął ją w ramiona, to jednak wyobrażał sobie, że tak było. 
Miękkie, ciepłe, przyjazne kobiece ciało wtulone w niego. Wszystko, czym matka nigdy nie 
była, przemknęło mu przez głowę. A on o tym marzył i do tego tęsknił przez całe życie... 

-  Co mam robić, Brona? - szeptał w koński kark. 
-  Ona jest wszystkim, czego pragnę, ale jak ją dostać? Muszę ją mieć, bo jak nie, to nie 

zaznam w życiu ani jednego więcej radosnego dnia. I umrę z tęs... 

Odpowiedzi od zwierzęcia nie dostał, za to nieoczekiwanie odezwał się za nim głos ojca, 

ostry i taki zły, że Johan wyprostował się przerażony. 

-  Co się z tobą dzieje, ty gamoniu? Stoisz i głaszczesz kobyłę w środku roboczego dnia? 

Jesteś chory czy tylko leniwy? 

Chory jestem, chciał odpowiedzieć ojcu. Chory z pożądania. Ona ma na imię Mali i chcę, 

ż

eby została w Stornes młodą gospodynią. Pomóż mi, ojcze! 

Nie powiedział jednak nic. Cmoknął tylko na kobyłę i wrócił do przerwanej roboty. 
-  To chyba przez ten upał - bąknął niewyraźnie po chwili, niepewny, czy ojciec go słyszy, 

czy nie. - Niedobrze mi od tego upału. 

Ale to nie był upał. To Mali. 
  
ROZDZIAŁ 4. 
  
Johan dotarł do skraju pola, ponownie zatrzymał konia i patrzy! w dół, na rozciągający się 

tam dwór. 

Poniżej  jabłoniowego  sadu  mieniły  się  ciemne  wody  fiordu.  W  dni  takie  jak  ten,  kiedy 

słońce  świeciło,  a  rozgrzane  letnie  powietrze  było  niczym  rozedrgana  delikatna  mgiełka, 
widziało się dwory po drugiej stronie wody. Mieszkali tam krewni ze strony ojca, ale rodziny 
nie  spotykały  się  zbyt  często.  Ciężko  pokonać  fiord  sześciowiosłową  łodzią,  bez  wyraźnej 
potrzeby nikt tego nie robił, toteż rodziny spotykały się najczęściej na weselach i pogrzebach. 
Od  czasu  do  czasu  jednak  tamci  przyjeżdżali  tutaj  na  zakupy.  Kram,  który  znajdował  się 
całkiem  w  dole,  na  kamienistym  brzegu,  był  jedynym  sklepem  w  obrębie  kilkunastu 
kilometrów,  a  handlował  wszystkim,  od  towarów  kolonialnych  po  gwoździe,  machorkę  i 
narzędzia potrzebne w domu i w polu. Funkcjonował poza tym jako miejsce spotkań swoich 
klientów.  Na  wąskiej,  zniszczonej  ławie  przy  dłuższej  ścianie,  pod  wiszącymi  u  powały 
wiadrami,  uprzężą  oraz  rybackimi  sieciami,  i  kobiety,  i  mężczyźni  wymieniali  nowiny  i 
plotki. Chociaż robili to o różnych porach. Kobiety najchętniej przybiegały przed południem i 
nie zostawały długo. Mężczyźni natomiast przychodzili, kiedy dzień pracy mieli już za sobą, i 
mogli  przesiadywać  godzinami.  W  sklepie  nie  było  stałych  godzin  otwarcia,  a  przecież 
zawsze jest coś do obgadania i przedyskutowania. Peder Plassen zamykał więc drzwi, kiedy 
ostatni klient poszedł do domu. 

W  maju  u  wybrzeży  fiordu  pojawiły  się  ławice  wielkich  czarniaków.    Zapowiadały    to   

najpierw   mewy,   które w ogromnych chmarach uwijały się nad wodą. z krzykiem spadały w 
dół i nurkowały. Ludzie wiedzieli wtedy, że są oto małe śledzie, „drobnica", jak je nazywano. 
Za śledzikami idą wielkie czarniaki. I chyba nie tylko dlatego tu płyną, że mają szansę żywić 
się  drobnymi  śledzikami.  Bywa  często,  że  czarniaki  zaganiane  są  w  głąb  fiordów,  nawet  do 
samego  brzegu,  przez  mniejsze  wieloryby.  Wszystko  to  sprawia,  że  przez  jakiś,  dość  krótki 
niestety, czas wody fiordu są niemal gęste od ryb. Rybie żniwa - nazywają ludzie ten czas. 

I  mimo  że  o  tej  porze  roku  wszyscy  w  gospodarstwach  są  przeważnie  bardzo  zajęci,  to 

każdy  znajdzie  chwilę,  by  przynajmniej  późnym  wieczorem  wypłynąć  na  wody  fiordu. 
Najchętniej wyruszają  gromadami, bo połów jest  dzięki temu łatwiejszy,  a ryb i tak tyle, że 
dla wszystkich wystarczy. Wszyscy zaopatrują się w jedzenie i picie, wieczory zaś mogą być 
bardzo wesołe i przynosić spore dochody. Miła odmiana w na ogół mozolnym, powszednim 
dniu. 

background image

A  jeśli  się  zdarzy  jakiś  wyjątkowo  piękny  majowy  wieczór,  to  rybacy  rozpalają  na 

kamiennym brzegu ogniska, i gotują w morskiej wodzie świeżutkie ryby, które wszyscy jedzą 
gołymi rękami. Smakuje to wybornie, a szklaneczka domowego bimbru smaku ryb w żadnym 
razie nie psuje. W takie wieczory nawet starzy i kulawi zachowują się jak młodzi chłopcy, ale 
kobietom nigdy o tych wieczorach się nie wspomina. To męska sprawa. 

Czarniaki były pożywieniem cenionym zwłaszcza w zimie. Solone duże sztuki wieszano w 

spichlerzu  i  suszono,  dopóki  nie  stały  się  całkiem  sztywne  i  brunatne.  Trudno  powiedzieć, 
ż

eby w tym stanie wyglądały smakowicie, ale jeśli poleżały dobę w wodzie i potem zostały 

ugotowane, stanowiły smaczne i pożywne jedzenie na zimne dni. 

W  ogóle  tutejsi  ludzie  znaczną  część  pożywienia  czerpali  z  morza.  Kiedy  pojawiały  się 

małe  śledzie,  to  wody  fiordu  dosłownie  się  gotowały.  Wtedy  nawet  kobiety  wychodziły  na 
brzeg i patrzyły, bo ryby można było wybierać gołymi rękami. Przeważnie łodzie wracały na 
ląd wyładowane po brzegi. 

Mimo  wszystko  największe  znaczenie  miały  duże  śledzie.  A  one  przypływały  zwykle  w 

styczniu na wielkich kutrach rybackich. 

-  Kutry ze śledziami płyną! - wołali ci, którzy jako pierwsi dostrzegali flotyllę fiordzie. - 

Kutry ze śledziami! 

Wtedy  kto  żyw  rzucał,  co  miał  w  rękach,  chwytał  za  wiadro  albo  jakąś  bańkę  i  biegł  do 

przystani. Śledzie były okazałe, tłuste i piękne, a ponadto tanie. Duże dwory kupowały je w 
ogromnych  ilościach.  Część  śledzi  mrożono,  to  znaczy  zakopywano  w  głębokim  śniegu  i 
pokrywano wszystko płytami grubego lodu. W każdej chwili można było pójść do kryjówki i 
wyjąć tyle ryb, ile trzeba. Przechowywały się w ten sposób do końca zimy. 

Część  mrożonych  śledzi  zużywano  nawet  jako  karmę  dla  zwierząt,  zjadały  je  chętnie  i 

ś

winie, i krowy. W Stornes wkładało się śledzie do wiader i zalewało wrzątkiem. Nim woda 

wystygła, były na pół ugotowane i zwierzęta za nimi przepadały. Sporo dużych śledzi solono 
w  beczkach.  Mogły  w  ten  sposób  przetrwać  wiele  lat,  ale  już  po  paru  miesiącach  robiły  się 
straszliwie  słone.  I  nawet  najdłuższe  moczenie  na  to  nie  pomagało.  Po  obiedzie  z  solonymi 
ś

ledziami  wszyscy  pili  aż  do  wieczora,  po  czym  mężczyźni  przeważnie  sięgali  po  bimber, 

nawet jeśli był to środek tygodnia. Mówili, że przeganiają pragnienie na drugi dzień. 

Inna  powszechnie  lubiana  ryba  to  morski  okoń.  Jeśli  ktoś  chce  nałowić  okoni,  to  musi 

bardzo  dobrze  znać  wody  fiordu.  Okonie  morskie  trzymają  się  w  głębinach,  i  to  tylko  w 
wybranych miejscach. Najlepiej łowi się je o brzasku, bo wtedy właśnie żerują. Morski okoń, 
puree z ziemniaków i domowe podpłomyki to jedzenie, którego nikt nie odmawia. 

Kiedy  ciężkie  uderzenia  podwórzowego  dzwonu  oznajmiły,  że  już  południe  i  czas  na 

obiad,  Johan  odetchnął  z  ulgą  zdjął  koszulę  ze  stojaka  do  suszenia  siana  i  w  ślad  za  swoją 
kobyłą poczłapał w dół, do domu. 

Długi  stół  w  największym  pomieszczeniu  w  domu,  obejmującym  i  kuchnię,  i  izbę,  był 

zastawiony  wędlinami  i  drewnianymi  misami  pełnymi  świeżych  podpłomyków.  Latem  do 
picia podawano kwaśne mleko, które w upalne dni smakowało znakomicie. Ojciec siadywał 
w  końcu  stołu,  tam  gdzie  w  dawnych  czasach  znajdowało  się  miejsce  honorowe,  nazywane 
wysokim,  zachowało  zresztą  tę  pozycję  do  dzisiejszego  dnia.  Miejsce  po  lewej  ręce  ojca 
przeznaczone  było  dla  matki,  obok  niej  zaś  siedziała  babcia  Johana,  matka  Siverta. 
Dochodziła  do  osiemdziesiątki,  zachowała  jednak  dobre  zdrowie  i  zupełnie  niezmącony 
umysł.  Największymi  jej  problemem  były  słabe  nogi  i  coraz  gorszy  wzrok.  Dziadek  umarł 
kilka lat temu, po wypadku, jakiemu uległ zimą w lesie, przy zwożeniu drewna. 

Babcia  mieszkała  we  własnym  domu,  jak  zwyczaj  nakazuje,  „na  dożywociu",  jak  się  to 

nazywało, i była jedną z niewielu osób, których Beret raczej wprost nie atakowała. Nie żeby 
się  z  nią  tak  we  wszystkim  zgadzała,  tylko  całkiem  po  prostu  nie  miała  odwagi.  Johan 
domyślił się tego dosyć wcześnie. Babcia Johana była sympatyczną i mądrą staruszką. To do 
niej  Johan  biegał  w  dzieciństwie  i  domagał  się  pieszczot,  których  matka  mu  odmawiała. 

background image

Dziadkowie  przenieśli  się  do  małego  domku,  kiedy  Sivert  sprowadził  do  dworu  Beret  jako 
młodą  gospodynię.  Jako  mały  chłopiec  Johan  spędzał  w  ich  domu  co  najmniej  tyle  samo 
czasu, co u matki i ojca. 

Wszystkie  bajki  i  stare  sagi,  jakie  kiedykolwiek  słyszał,  opowiedziała  mu  babka.  I 

poczucie bliskości, jakiego w życiu doznał, też zawdzięczał właśnie jej. To ona przychodziła 
do  jego  pokoiku  na  strychu,  kiedy  bywał  chory,  przynosiła  mu  gorące  picie  i  bryłki 
brązowego  cukru.  Czuł,  że  babcia  jest  jedynym  człowiekiem,  który  naprawdę  go  kocha. 
Zresztą mówiła mu o tym, i to często. Babcia zawsze była szczodra, jeśli chodzi o pieszczoty i 
dobre słowo, wspominał, spoglądając na nią z pewną urazą. 

Johan  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  babka  jest  kimś  więcej  niż  tylko  sympatyczną 

staruszką.  Ona  miała  też  silną  wolę.  Kiedy  obserwowała  Beret,  widział  w  jej  oczach  coś, 
czego  nie  potrafił  zrozumieć.  Potem,  kiedy  był  większy,  dotarło  do  mego,  że  babcia  też 
niespecjalnie  lubi  jego  matkę.  Nawet  ona.  Tylko  że  ona  nigdy  nic  złego  o  ludziach  nie  mó-
wiła, niezależnie od tego, co sobie myślała. 

Kiedy  Beret  się  zorientowała,  że  chłopiec  bezustannie  biega  do  domku  babki,  postawiła 

temu tamę. Uzmysłowiła synowi wyraźnie, gdzie jest jego miejsce. Nic pogardliwego o babce 
nie  powiedziała,  na  to  matka  była  za  mądra,  Johan  jednak  pojął,  że  powinien  się  trzymać  z 
daleka od domu babki. 

-  Dlaczego nie mogę chodzić do babci jak dawniej? -spytał. - Mamo, ona jest taka miła i 

dobra, lubię tam być. 

Dopiero później zrozumiał, że to akurat sytuacji nie poprawiło. Beret uznała to za wyraźne 

przyznanie, że Johan woli być u babci niż w domu z matką i ojcem. 

-  Tutaj jest twoje miejsce, chłopcze! - oznajmiła ostro. 
-  I  na  przyszłość  masz  się  trzymać  domu.  Zrozumiano?  Nie,  Johan  nie  rozumiał,  o  co 

chodzi. Miał wtedy pięć lat i nie mógł zrozumieć, dlaczego nie wolno mu chodzić do babci 
tak  często,  jak  chodził.  Pochylił  jednak  głowę  i  nie  powiedział  nic.  Matce  nigdy  by  się  nie 
przeciwstawił. 

Johan nie wiedział, czy matka tak bardzo się bała konfrontacji z babcią, że sama do niej nie 

poszła, wiedział tylko, że to ojciec został wysłany z wiadomością, by staruszka trzymała się 
od wnuka z daleka. Johan jest synem Beret i nikt nie będzie się wtrącał do jego wychowania. 
Później Johan myślał sobie, że pewnie z wychowaniem miało to niewiele wspólnego, ale co 
innego Beret mogła powiedzieć? 

Tak  naprawdę  bała  się  wpływu  teściowej  na  chłopca,  tylko  nie  chciała  się  do  tego 

przyznać. Dlatego ojciec miał zanieść babce wiadomość, że będzie tak, jak Beret sobie życzy. 
Babka powinna unikać wnuka, Beret sama go ukształtuje tak, by był godny miana dziedzica 
Stornes. 

Johan  o  tym  nie  wiedział,  dowiedział  się  dopiero  po  latach.  Służące  miały  długie  uszy, 

wszystko słyszały i w razie potrzeby mogły przekazać dalej. To one od początku mówiły mu 
o sprawach dorosłych, choć wtedy był za mały, by rozumieć, o co chodzi. Jedyne, co do niego 
docierało, to poczucie, że odebrano mu coś dobrego i bezpiecznego. 

-  Chciałbym być tutaj z tobą, babciu - powiedział pewnego dnia, kiedy matki nie było w 

domu i mógł po kryjomu pójść do małego domku. - Czy ty już mnie nie kochasz? 

Staruszka przygarnęła  go do siebie i długo  głaskała po włosach. Przytulony do jej piersi, 

czuł, że płacz dławi go w gardle. 

-  Kocham  cię  bardziej,  niż  możesz  zrozumieć,  Johan.  Nigdy  nie  wolno  ci  w  to  wątpić  - 

powiedziała cicho. - Ale mama chce się tobą zajmować sama. Może myśli, że bym jej ciebie 
odebrała,  chociaż  ja  wcale  nie  mam  takiego  zamiaru.  Chcę  tylko  być  tutaj  dla  ciebie,  ale 
nawet to... 

Westchnęła  ciężko  i  znowu  pogłaskała  go  po  włosach  pokrzywionymi  przez  reumatyzm 

rękami. 

background image

-  No i ja zaczynam być stara, mój chłopcze... - rzekła pojednawczo. 
Nie miał pojęcia, co to za walka toczy się między obiema kobietami. Nigdy tego nie pojął. 

Babka jest stara i opowiada mnóstwo dziwacznych historii - powiedziała matka krótko, jakby 
chciała dać do zrozumienia, że staruszka ma trochę źle w głowie. W ten sposób Johan stracił 
ostatnią osobę, która mogłaby mu pomóc stać się pełnym człowiekiem. 

Później wielekroć zastanawiał się, dlaczego babka wtedy ustąpiła. Parę razy już miał ją o 

to  zapytać,  ale  zawsze  jakoś  zabrakło  mu  odwagi.  Zauważył  jedynie,  że  od  tamtego  czasu, 
kiedy babcia na niego patrzyła, w jej oczach pojawiało się coś smutnego. Jakby jego  widok 
sprawiał jej ból. 

Nigdy się też nie dowiedział, czy ona sama uważa, że ustępując żądaniu Beret, zrobiła to, 

co  dla  Johana  było  najlepsze.  Babcia  najwyraźniej  myślała,  że  nieszczęsne  dziecko  nie 
powinno się znajdować między dwiema kobietami jak między młotem a kowadłem. Bo wtedy 
jego życie stałoby się jeszcze smutniejsze. Nie miała chyba jednak żadnych złudzeń, że Beret, 
jeśli  sama  będzie  kierować  wychowaniem  syna,  stanie  się  przez  to  lepszą  matką.  Serce  jej 
krwawiło  na  widok  poszukującego  uczucia  dziecka,  które  tak  kochała.  Nie  mogła 
przeciwstawić  się  Beret  i  przez  to  uczynić  życie  dziecka  jeszcze  trudniejszym.  Tak  pewnie 
myślała.  W  domu  i  tak  było  dość  nieporozumień,  a  babka  od  dawna  wiedziała,  że  Johan 
cierpi.  Więc  ustąpiła.  I  właśnie  tego  później  często  żałowała,  widząc,  jaki  słaby,  samotny  i 
milczący  staje  się  Johan.  Dopiero  wtedy  zdała  sobie  sprawę,  że  Johan  potrzebował  jej 
bardziej, niż myślała, ale było za późno. 

Po  tych  wydarzeniach  Johan,  rzecz  jasna,  również  bywał  u  babci,  ale  nie  tak  często  jak 

dawniej.  I  rzadko  zdarzało  mu  się  pobyć  tam  dłużej.  Ostry  głos  matki  zaraz  wzywał  go  z 
powrotem.  Mimo  wszystko  nigdy  nie  przestał  myśleć,  że  babcia  jest  jedynym  człowiekiem 
we dworze, który go naprawdę kocha dlatego, że on po prostu istnieje, a nie dlatego, że jest 
pierworodnym synem i zostanie dziedzicem majątku. 

 
Ludzi  przy  stole  przybywało.  Teraz,  w  najgorętszym  okresie  żniw,  zatrudniało  się 

dodatkowych  robotników  do  pomocy,  oprócz  tych  czworga  stałych  służących,  którzy 
mieszkali we dworze przez okrągły rok; dwóch parobków i dwie służące do pracy w obejściu. 
Parobcy  sypiali  na  stryszku  w  pralni,  służące  natomiast  miały  pokoik  na  strychu  w  dużym 
domu mieszkalnym. Zdarzało się w zimie, że w pralni było nocami za zimno, wtedy parobcy 
robili sobie posłania w oborze, bo tam ogrzewały ich duże ciała zwierząt. 

Ż

niwiarze  pochodzili  z  małych  gospodarstw  w  dolinie  i  z  rodzin  komorników.  Oni  po 

zakończonym dniu praca wracali do swoich domów. 

Wszyscy  czekali,  aż  ojciec  usiądzie,  dopiero  wtedy  reszta  zajmowała  miejsca  na  ławach 

przy  wyszorowanym  do  białości  długim  stole  -  Johan  po  prawej  ręce  ojca.  Służące  wniosły 
misy  dymiących  ziemniaków,  po  czym  wszyscy  długo  jedli  w  milczeniu.  Wzrok  Johana 
spoczął  na  Ane,  kiedy  pochyliła  się  nad  stołem,  by  wziąć  pustą  tacę.  Ona  pracowała  w 
Stornes  najdłużej,  wesoła,  sympatyczna  i  bystra  dziewczyna.  Pochodziła  z  odległej  wsi  i 
nieczęsto odwiedzała swoją rodzinę. Wyglądało jednak na to, że w Stornes czuje się dobrze, 
chociaż jej także gospodyni nie szczędziła uwag. Kiedy się jednak wychowało w skromnych 
warunkach,  jest  jednym  z  licznej  gromady  rodzeństwa,  to  wiele  się  zniesie,  by  zachować 
dobrą pracę. Biodro Ane mimo woli dotknęło ramienia Johana i to sprawiło, że znowu zaczął 
myśleć  o  Mali,  o  jej  ciemnych,  pięknych  oczach,  o  szczupłej  talii,  którą  nie  tak  dawno 
obejmował. Zarumieniony i spocony podniósł do ust miseczkę z kwaśnym mlekiem, by nikt 
nie zauważył, co się z nim dzieje. 

Siedział i zastanawiał się, co powinien zrobić. Żołądek mu się kurczył ze zdenerwowania i 

strachu. Raz po raz zerkał pospiesznie na matkę. Co też ona powie, kiedy Johan oznajmi, że 
chciałby  sprowadzić  Mali  do  Stornes?  Nie  przyjmie  tego  łaskawie,  o  nie!  Zresztą  ojciec  też 
się  chyba  nie  ucieszy,  myślał,  nabierając  więcej  ziemniaków.  Jeżeli  jednak  Johan  nic  nie 

background image

powie, to już na pewno nie będzie mógł sprowadzić Mali do tego domu. A jak długo jest w 
stanie czekać? A może istnieje coś, co mógłby wykorzystać dla wywarcia na rodzicach presji? 
Coś takiego, co sprawi, że ustąpią? Już sama myśl, że będzie musiał przeciwstawić się matce, 
budziła  w  nim  przerażenie.  Nigdy  przedtem  tego  nie  zrobił.  A  jeśli,  rzadko,  bo  rzadko, 
zdarzało się niekiedy, że próbował dostać coś, na czym mu zależało, to i tak zawsze było tak, 
jak  ona  chciała.  Dlatego  musiał  postawić  rodziców  w  takiej  sytuacji,  by  to  uniemożliwiło 
protest. 

-  Johan, ty chyba nie jesteś chory? 
Podskoczył, słysząc głos babki, która patrzyła na niego z niepokojem w oczach. 
-  Moim zdaniem on się po prostu leni - rzekł ojciec z ustami pełnymi jedzenia. - Chociaż 

sam twierdzi, że to od upału. 

Johan  wiedział,  że  uszy  mu  płoną.  Czuł  na  sobie  badawcze  spojrzenie  matki  i  nie  miał 

odwagi podnieść głowy. 

-  Upał  mi  bardzo  dokuczył  -  wymamrotał,  skubiąc  nerwowo  kawałek  podpłomyka.  -  I 

marnie ostatnio sypiam. Ale nic mi nie będzie, nie ma o czym mówić. 

-  Coś  mi  się  zdaje,  że  naszemu  dziedzicowi  jakaś  panna  wpadła  w  oko  -  roześmiał  się 

jeden ze żniwiarzy. - Ludzie wtedy tak się zachowują, nie śpią po nocach, a w dzień chodzą 
jak pijani. 

Mężczyźni  wybuchnęli  śmiechem,  służące  zachichotały.  Johan  zrobił się czerwony  aż  po 

korzonki włosów. 

-   Zachowajcie spokój przy stole!  - krzyknęła  Beret. - Głupstwa nie przystoją w domu,  a 

tym bardziej przy jedzeniu. Przynajmniej w tym dworze, żeby to było jasne! 

W  izbie  zaległa  kompletna  cisza,  wszyscy  jedli  w  milczeniu.  Johan  widział  jednak,  że 

matka  wciąż  go  obserwuje,  i  czuł  się  okropnie. Nieustannie  marudziła,  żebym  sobie  znalazł 
ż

onę, myślał. I nareszcie znalazłem taką, którą bym chciał, może matka nareszcie będzie rada, 

jak przyjdzie co do czego? Szybko jednak zrezygnował. Beret rada nie będzie, Johan dobrze o 
tym wiedział. Ale jak bardzo się na niego rozzłości? I do czego to doprowadzi? Bo teraz to on 
ma w głowie jedynie Mali. 

Nie należy sądzić, że Johan Stornes byt typem romantyka. Tutaj, na wsiach, ludzie rzadko 

bywają  romantykami.  Małżeństwo  jest  koniecznością,  by  zapewnić  ciągłość  rodu.  Jeśli 
człowiek  ma  szczęście  i  trafi  mu  się  dobra  żona.  to  powinien  Bogu  dziękować.  Przeważnie 
jednak ani gwałtowne uczucia, ani wzniosłe słowa nie są tu czymś zwyczajnym. To dlatego 
sprawa  z  Mali  tak  bardzo  niepokoiła Johana,  dlatego  był  taki  bezradny.  Co  się  z  nim  stało? 
Dlaczego na samą myśl o niej czuje się po prostu chory? 

Johan nienawidził awantur i stawania twarzą w twarz, zwłaszcza z matką. Zawsze tak było. 

Matka  miała  jakąś  dziwną  zdolność,  kiedy  tylko  z  czymś  do  niej  przychodził  spoglądała  na 
niego tak, że czuł się głupi. To jednak będę musiał wytrzymać, myślał i prostował kark. Nie 
potrafił  sobie  poradzić  z  uczuciami  do  Mali.  Musi  stoczyć  tę  walkę  z  matką.  Tym  razem 
innego  wyjścia  nie  miał.  Powinien  tylko  znaleźć  coś,  co  zmusi  matkę  do  ustąpienia.  Wciąż 
jednak nie wiedział, co by to mogło być. 

Siorbał  kwaśne  mleko  i  myślał,  że  tak  czy  inaczej  powinien  porozmawiać  z  Mali. 

Powinien się z nią w jakiś sposób spotkać. Jeśli przyjdzie do niej trzeźwy, porządnie ubrany i 
przedstawi jej swoją sprawę, to z pewnością spojrzy na niego zupełnie inaczej niż wtedy, w 
czasie wesela. Wtedy nie był, niestety, trzeźwy i za szybko zaczął się do niej dobierać. Jeśli 
więc teraz przyjdzie i będzie się zachowywał, jak należy... 

Zanim  wstał  od  stołu,  podjął  ostateczne  postanowienie.  Następnego  dnia  pojedzie  do 

Gjelstad,  żeby  się  rozmówić  z  Mali.  Ta  myśl  wprawiła  go  w  drżenie,  czuł,  że  jest  ogniście 
czerwony. Powie wszystkim, że zostawił tam coś w czasie wesela i musi znaleźć zgubę. Albo 
ż

e  ma  coś  do  omówienia  z  tamtejszym  gospodarzem,  gdyby  rodzice  się  dopytywali,  po  co 

jedzie. Ostatnie, co mogłoby im przyjść do głowy, to to, że syn jedzie do Gjelstad, żeby się 

background image

oświadczyć  służącej,  myślał  z  ironią.  Tego  szoku  chciał  im  oszczędzić,  zanim  sprawa  nie 
zostanie do końca wyjaśniona. 

 
ROZDZIAŁ 5. 
  
Kiedy  w  kilka  dni  potem  Johan  oznajmił  ojcu,  że  zamierza  pojechać  do  Gjelstad,  Sivert 

uniósł brwi. 

-  W  środku  najgorętszych  żniw?  -  zapytał,  wytrząsając  popiół  z  fajki.  -  Co  ci  się  tak 

spieszy, chłopcze? A może masz coś do omówienia z Gjelstadami? 

Johan czuł, że płoną mu uszy, i gładził się nerwowo po głowie. 
-  Ze żniwami posunęliśmy się bardzo do przodu - powiedział. - A ja zostawiłem tam coś w 

czasie wesela i chciałbym teraz odebrać. 

Więcej słów między synem i ojcem nie padło, a Johan uznał, że matki w ogóle nie musi o 

niczym informować. Byłoby najlepiej, gdyby wyjechał z domu, a matka by nic nie wiedziała. 
Przynajmniej  do  jego  powrotu.  Kiedy  jednak  szedł  przez  podwórze  do  stajni,  by  zaprząc 
kobyłę, wymyty, uczesany na mokro i w świątecznym ubraniu, spotkał matkę, która wracała 
ze spichlerza. 

-  I dokąd to się wybierasz? - spytała ostro, ogarniając wzrokiem jego postać. 
Niepewnie wyjąkał swoje wyjaśnienie. Nienawidził siebie w tej chwili, że nie potrafi być 

mężczyzną i w każdej sprawie musi się matce tłumaczyć. 

-  Nikt  się  przecież  tak  nie  stroi  tylko  dlatego,  że  chce  odebrać  zgubę,  a  jeszcze  jak  się 

wybiera  do  normalnych  ludzi  -  powiedziała  Beret,  rzucając  synowi  tak  podejrzliwe 
spojrzenie, że aż musiał odwrócić wzrok. - Wygląda bardziej, jakbyś jechał z oświadczynami, 
ś

wiąteczne ubranie i cała ta parada - roześmiała się złośliwie. 

Gorąco falami spływało na twarz Johana, strumienie potu ciekły mu po plecach. Dzień był 

słoneczny  i  upalny,  za  gorąco  na  świąteczną  marynarkę,  powinienem  włożyć  coś  innego, 
myślał. 

-  I komu to miałbym się oświadczać w Gjelstad? - spytał krótko. - O ile mi wiadomo, to 

oni tam mają samych synów. 

Przerażało go, że matka jest taka spostrzegawcza. Nic się przed nią nie ukryje. 
-   Powinieneś  się   raczej   zajmować   swoim  gospodarstwem,  a  tego  rodzaju  wizyty 

zostawić na niedzielę - ucięła Beret. - Nie stało się chyba nic ważnego, co? 

Johan nie odpowiedział. 
Kiedy jego kariolka wjechała na dziedziniec w Gjelstad, znowu poczuł to dziwne ssanie i 

napięcie  w  całym  ciele.  Próbował  wymyślić,  co  powie  Mali,  ale  jakoś  nic  mu  nie 
przychodziło  do  głowy.  Ech,  samo  się  znajdzie,  niech  no  tylko  zostaniemy  we  dwoje, 
uspokajał się. Całkiem pewny jednak nie był. 

Tak  jak  miał  nadzieję,  wszyscy  mężczyźni  pracowali  w  polu,  przy  żniwach,  gospodarza 

nie wyłączając.  Ruth Gjelstad wybiegła mu na spotkanie, zarumieniona i przejeta taką wizytą 
w środku tygodnia. 

-  Na Boga, któż to do nas przyjechał - powiedziała, starając się zdjąć domowy fartuch. - 

Szkoda, że nie wiedzieliśmy... żeby cię przyjąć, jak zwyczaj nakazuje. 

Nie  należało  do  dobrych  obyczajów  witanie  gości  w  fartuchu  i  roboczym  ubraniu, 

zwłaszcza takich eleganckich gości. 

-  Mam nadzieję, że w Stornes nic złego się nie stało? - pytała zaniepokojona. 
Johan czuł się po prostu głupio i był czerwony jak burak. Może matka jednak miała rację, 

ż

e powinien był odłożyć wizytę do niedzieli. Bo przyjeżdżać tak bez zaproszenia, w żniwa, to 

ludzie  mogą  sobie  pomyśleć,  że  dzieje  się  coś  złego.  A  przynajmniej  ważnego.  Ale  on, 
niestety, dłużej czekać nie mógł. I niech sobie myślą, co chcą. 

background image

-   Nie,  u  nas  wszystko  w  porządku  -  odparł,  wpatrując  się  w  ziemię.  Raz  po  raz  kopnął 

jakiś kamyk. - No i mam przekazać serdeczne pozdrowienia, a także podziękować za ostatnią 
wizytę. To było naprawdę wspaniałe wesele, tak. 

Gospodyni Gjelstad zarumieniła, się słysząc pochwałę, i Johan widział, że naprawdę sobie 

to ceni. Jej mąż nie był znany ze szczodrości, jeśli chodzi o dobre słowo, nie chwalił nikogo 
bez potrzeby, ani żony, ani innych. Był to człowiek skłonny do awantur, który za często i za 
wiele  pił,  Johan  słyszał  o  tym  nie  raz.  Rzadko  kiedy  jednak  ktoś  odważył  się  mu 
przeciwstawić. 

-  Nie, przyjechałem, bo chodzi o to, że w czasie wesela zgubiłem tu jedną rzecz - ciągnął 

Johan.  - A ponieważ ze żniwami stoimy nieźle, to pomyślałem sobie, że przyjadę i rozejrzę 
się trochę koło domu. 

-  O, naturalnie, rozejrzyj się. Jeszcze by tego brakowało, że miałbyś być stratny - mówiła 

gospodyni, poprawiając włosy. - Ja też z tobą pójdę. 

-  Nie, no, nie trzeba się tak mną zajmować, kiedy akurat jest tyle roboty - Johan uśmiechał 

się  niepewnie.  -  Może  jakaś  służąca  by  ze  mną  poszła?  W  czasie  wesela  pomogłem  jednej 
zanieść wiadra z wodą do pralni... Jak to ona ma na imię...? Mali, czy jakoś tak... 

-   A tak, Mali, nadal u nas pracuje. Niech ona pomoże ci poszukać zguby, a ja tymczasem 

zrobię kawę. Mam nadzieję, że znajdziesz chwilkę, żeby się ze mną napić przed powrotem do 
domu? 

Johan  chętnie  przyjął  zaproszenie,  choć  akurat  w  tej  chwili  kawa  była  ostatnią  rzeczą,  o 

jakiej by pomyślał. Serce biło mu tak gwałtownie, że czuł pulsowanie żyły na szyi. Nareszcie 
znowu  ją  zobaczy,  tę  dziewczynę,  której  od  pierwszego  spotkania  nie  mógł  sobie  wybić 
głowy. 

-   Dobrze,  w  takim  razie  przyślę  ci  Mali  -  powiedziała  gospodyni.  -  I  mam  nadzieję,  że 

znajdziesz to, co zgubiłeś. 

Johan  poczuł  ukłucie  w  sercu,  kiedy  zobaczył  Mali  wychodzącą  z  domu.  Zdjęła  fartuch, 

pewnie dlatego, że  gospodyni jej kazała, pomyślał. Nie nosiła też czepka. Również i dzisiaj 
miała  jedwabiste  loki  nad  uszami.  Johan  stwierdził,  że  jest  jeszcze  ładniejsza  niż  w  jego 
wyobrażeniach.  Zwrócił  uwagę,  że  jest  też  bledsza  niż  ostatnio  i  w  jej  oczach  też  było  coś, 
czego  w  czasie  wesela  nie  dostrzegał.  Coś  jakby  niepokój...  mroczny  niepokój.  Johan 
odetchnął z jękiem, przypominającym szloch. 

Kiedy Mali do niego podeszła, wyciągnął rękę na powitanie. Jej dłoń była delikatna, ginęła 

w jego wielkiej, spracowanej dłoni. Dotyk sprawił, że dostał gęsiej skórki mimo upału. 

-  Ja... myślę, że zgubiłem tu coś w czasie wesela - wyjąkał, zaczerwieniony po korzonki 

włosów. 

Bliskość dziewczyny odbierała mu zdolność mowy. 
-  Wiem, pani mi mówiła - odparła spokojnie. 
Nie wyczuwał w jej słowach wrogości. Więc chyba nie chowa do mnie urazy za to, co się 

wtedy stało, pomyślał z ulgą. 

-  Gdzie mam z tobą pójść szukać? A właściwie to czego będziemy szukać? 
Nagle zrobił się jeszcze bardziej czerwony. Akurat o tym wcześniej nie pomyślał. 
-   To  tylko...  mój  kieszonkowy  nóż  -  rzekł  pospiesznie,  -  Ale  odziedziczyłem  go  po 

dziadku i dlatego... 

Spojrzał w dół, bo nie mógł znieść tych jej ciemnobrązowych, szacujących oczu. Kłamać 

nigdy  nie  umiał  i  teraz  też  czuł,  że  pot  dosłownie  leje  mu  się  po  plecach  pod  świąteczną 
koszulą. - Myślałem, że nóż może leżeć gdzieś w pralni - wymamrotał. 

Dziewczyna  skinęła  głową  i  ruszyła  w  tamtą  stronę.  Kiedy  chciała  odciągnąć  ciężki, 

ż

elazny skobel na drzwiach, szybko położył rękę na jej dłoni. 

-  To za ciężkie - powiedział. - Daj, ja to zrobię. 

background image

Leciutki uśmiech przemknął po jej twarzy. Johan nie był całkiem pewien, czy nie było w 

nim  trochę  wyniosłości.  Może  ona  myśli,  że  Johan  jest  przesadnie  grzeczny,  a  może,  że 
całkiem  po  prostu  głupi.  Długo  się  jednak  nad  tym  nie  zastanawiał.  Bardziej  był 
zainteresowany trzymaniem jej za rękę, i to w końcu ona tę rękę cofnęła. 

Znowu  znaleźli  się  sami  w  mrocznej  pralni.  Dzisiaj  ognia  na  palenisku  nie  było,  w 

pomieszczeniu  wyczuwało  się  nawet  chłód.  Skąpe  promienie  słońca  wpadały  przez  małe 
okienko i zabarwiały na złoto kurz, który wzniecała z podłogi długa spódnica Mali. 

-  Ja  myślałem  o...  No...  chciałbym  cię  prosić  o  wybaczenie,  że  ja...  że  tak...  -  wyjąkał 

Johan.  Stał  przed  nią  bezradny.  Mali  skinęła  głową  i  delikatny  uśmiech  rozjaśnił  jej  piękną 
twarz. Ich oczy na moment się spotkały i Johan poczuł, że całkiem się pogrąża. - Zachowałem 
się  niewłaściwie  -  ciągnął  niepewnie.  -  Ale  nigdy  nie  miałem  zamiaru,  żeby...  Zachowałem 
się niewłaściwie - powtórzył. 

-  Bardzo ładnie z twojej strony, że tak mówisz - rzekła Mali spokojnie. - Myślę, że miałeś 

w czubie trochę za dużo piwa - dodała trzeźwo. - Często tak bywa przy takich okazjach. I upał 
był wtedy niemiłosierny. Zapomnijmy o całej sprawie - dodała. 

Boże, jaka ona piękna, myślał Johan kompletnie oszołomiony. Oczu nie mógł oderwać od 

smukłej postaci. Odpięła parę guzików bluzki pod szyją, Johan dostrzegał żyłę pulsującą pod 
skórą.  Mało  brakowało,  a  byłby  wyciągnął  rękę  i  dotknął  tej  żyłki.  Ledwie  słyszał,  co  Mali 
mówi, pojmował jedynie, że nie jest na niego zła, nie chowa urazy. To dodało mu odwagi. 

-   Ale  czy  nie  powinniśmy  szukać  tego  noża?  -  spytała  zdecydowanie.  -  Myślisz,  że 

właśnie tutaj mogłeś go zgubić? 

Odwróciła  się  i  zaczęta  szukać  pod  ławami  i  pod  stołem.  Johan  stał  i  gapił  się  na  jej 

szczupłą  talię  i  proste  plecy.  Na  biodra,  rysujące  się  pięknie  pod  długą  spódnicą,  na  ciężki 
warkocz przesuwający się po plecach, kiedy dziewczyna się pochylała, i na śliczny profil, na 
który  raz  po  raz  padał  promień  słońca.  Czuł  ucisk  w  gardle,  ogarniało  go  podniecenie. 
Przerażony skrzyżował ręce na piersi. 

-  Wiesz, Mali, ja... Jest jedna sprawa... Musiał odchrząknąć, bo głos go zawodził. 
Mali  odwróciła  się  wyraźnie  zaskoczona.  Przyglądała  mu  się  tak  natarczywie,  że  musiał 

odwrócić wzrok. 

-   Przyjechałem  tutaj  również  w  innej  sprawie.  Tak  się,  widzisz,  złożyło,  że  ja...  Nie 

znalazłem sobie jeszcze kobiety, pewnie wiesz. Wszyscy to wiedzą. Ludzie pewnie o niczym 
innym nie gadają - dodał nie bez ironii. - No i właściwie teraz to już najwyższy czas. I kiedy 
zobaczyłem ciebie, to... 

Jej oczy stały się wielkie, zdziwione, oparła się o stojącą za nią ławę i patrzyła bez słowa. 

Johan  widział,  że  się  zarumieniła,  i  ogarnęło  go  dojmujące  pragnienie,  by  dotknąć  wargami 
jej skóry. Czuć ją przy sobie tak blisko jak w snach... 

- Pragnę, żebyś została moją żoną - powiedział szybko i bardzo cicho. 
Mali  stała  jak  wryta.  Bardzo  źle  się  czuł  pod  jej  spojrzeniem,  bo  dobrze  wiedział,  że 

przystojny  to  nie  jest.  Niespokojnie  przestępował  z  nogi  na  nogę.  Koszula  kleiła  mu  się  do 
pleców i zdawał sobie sprawę, że czuć od niego potem. 

-  Moglibyśmy  się  pobrać  jeszcze  tej  jesieni  -  dodał  pospiesznie,  bo  ona  nadal  nic  nie 

mówiła. - Rozmówię się z twoim ojcem, ale najpierw chciałem z tobą... 

-   Ale  ja  nic  do  ciebie  nie  czuję  -  powiedziała  nareszcie,  patrząc  mu  prosto  w  oczy.  -  I 

przecież wcale cię nie znam - dodała. - Ledwo wiem, kim jesteś. 

Johan gapił się na nią z otwartymi ustami. 
- Nic do mnie nie czujesz? Ale przecież i bez tego możemy dobrze żyć, moim zdaniem. I 

chyba doskonale wiesz, że dla ciebie to bardzo dobre małżeństwo? Nie tak wiele dziewczyn 
twojego stanu dostaje takie propozycje... 

background image

Za  późno  dotarło  do  niego,  że  akurat  tego  nie  powinien  był  mówić.  Że  uraził  jej  dumę  i 

zachował  się  tak,  jakby  wyświadczał  jej  łaskę.  Nagle  w  oczach  dziewczyny  pojawił  się 
lodowaty chłód, cofnęła się pospiesznie. 

-   Nie,  nie,  ja  wcale  tak  nie  myślałem  -  mamrotał  przerażony,  chociaż  nie  ulegało 

wątpliwości,  że  powiedział  dokładnie  to,  co  myśli.  -  Chciałem  powiedzieć,  że  nigdy  nie 
spotkałem dziewczyny, którą chciałbym mieć za żonę, tylko ciebie. Uczynię cię gospodynią 
dużego dworu i... Chcę się z tobą ożenić - oznajmił na koniec gorączkowo. 

Mali  odgarnęła  kosmyki  włosów,  które  wysunęły  się  z  warkocza,  i  cofnęła  się  jeszcze 

dalej. Spojrzenie wciąż miała mroczne. 

-  Rozumiem,  że  to,  co  mi  proponujesz,  jest...  jest  wspaniałe  -  powiedziała  wolno.  - 

Zwłaszcza  dla  mnie,  bo  nie  pochodzę  z  takiej  dobrej  rodziny  jak  ty.  Chyba  wiesz,  że  twoja 
rodzina  bardzo  się  zmartwi,  kiedy  się  dowie,  co  chcesz  zrobić.  Zresztą  nigdy  ci  na  to  nie 
pozwolą. Oni nigdy by mnie nie uznali jako synową. 

-  Zgodzą  się,  zgodzą!  -  zawołał  z  przekonaniem,  zadowolony,  że  nie  odrzuciła  go  bez 

gadania, że ma jakieś wątpliwości. - Ja wiem, że oni wyrażą zgodę. Ty się tym nie martw! 

Mali stalą z dziwnym wyrazem oczu. Na moment przemknęło jej przez myśl, że być może 

ratunek  dla  jej  rodziny  spoczywa  w  rękach  mężczyzny,  który  stoi  teraz  przed  nią.  Gdyby 
zgodziła się za niego wyjść, on z pewnością pomógłby też jej rodzicom. Wyglądał tak, jakby 
był gotów spełnić każde jej żądanie, byleby tylko została jego żoną. 

Ogarnęła  raz  jeszcze  wzrokiem  stojącego  przed  nią  mężczyznę  i  wyprostowała  się.  To 

jednak za wysoka cena, nawet jak dla mnie, pomyślała. 

-  Bardzo ci dziękuję, ale ja ciebie nie kocham, Johanie Stornes - powtórzyła spokojnie. 
-  Masz innego? - spytał i poczuł, że zaczyna go dławić zazdrość. - Czy obiecałaś komuś 

innemu? Czy tak się sprawy mają? 

Był bliski paniki, że dziewczyna mogłaby mu się wymknąć. Ona jednak wolno potrząsnęła 

głową. 

-  Nie, nie mam nikogo innego - rzekła tym samym, spokojnym tonem. – Ale ja... Wiem, 

jaki powinien być ten, z którym mogłabym się związać. Zawsze to wiedziałam. Możliwe, że 
nie  będzie  mógł  zaproponować  mi  bogatego  dworu  tak  jak  ty.  Nie  wiem,  bo  jeszcze  go  nie 
spotkałam. Wiem tylko, że kiedy go spotkam, zaraz będę wiedziała, że to on. Wiem zatem, że 
to nie ty. 

Nagle  Johan  całkiem  stracił  panowanie  nad  sobą  Przez  krótką  chwilę  miał  nadzieję,  że 

Mali jednak mogłaby za niego wyjść, a ta stoi i gada o kimś, kogo jeszcze nie zna! Babskie 
rojenia  i  głupstwa,  pomyślał  ze  złością.  Dwoma  susami  dopadł  dziewczyny  i  chciał  ją  do 
siebie przycisnąć. Mali odskoczyła, ale trafiła na twardy kant pryczy, uderzyła się i upadła na 
posłanie. 

Johan  rzucił  się  na  nią,  półprzytomny  z  pożądania,  jakiego  nigdy  nie  zaznał,  nawet  nie 

wiedział,  że  jest  możliwe,  i  którego  nie  był  w  stanie  opanować.  Dziewczyna  desperacko 
próbowała  się  wyrwać,  ale  on  był  silniejszy.  Wargi  przesuwały  się  od  miękkiej  szyi  do 
rozgorączkowanej  twarzy,  pożądliwie  wpił  się  w  jej  zaciśnięte,  niechętne  wargi.  Jedną  ręką 
trzymał ją, żeby nie mogła wstać, a drugą chwycił pierś Mali, gwałtownym ruchem rozerwał 
jej  bluzkę.  Jęknął,  kiedy  zobaczył  białe,  jędrne  piersi.  Pochylił  się  łapczywie  i  zaczął  ssać 
ciemną brodawkę. 

Kopniak Mali trafił go w podbrzusze tak mocno, że z jękiem zwalił się na podłogę. Mali 

natychmiast  się  zerwała.  Ciężki  warkocz  się  rozplótł,  złocista  chmura  włosów  spływała  na 
ramiona  dziewczyny.  Ciemne  oczy  miotały  błyskawice  ku  napastnikowi,  kiedy  próbowała 
pozapinać ubranie. 

- I choćbyś mi nawet dawał cały świat, to ja i tak cię nie chcę! - syknęła. - Co z ciebie za 

kawaler? Przychodzisz tu, oświadczasz mi się i udajesz, że to na poważnie. A tak naprawdę 
jesteś  jak  ten  rozbuchany  byk,  myślisz,  że  dostaniesz  wszystko,  co  zechcesz,  bo  mnie 

background image

omamisz  swoim  wielkim  gospodarstwem.  W  takim  razie  próbuj  szczęścia  gdzie  indziej, 
Johanie Stornes. Mnie nie dostaniesz nigdy! 

Wciąż siedział na podłodze, kiedy Mali przeleciała obok i zatrzasnęła za sobą drzwi pralni. 

W  środku  zapadł  mrok.  Johan  znowu  wydał  z  siebie  ten  jęk  podobny  do  szlochu,  łzy 
napłynęły  mu  do  oczu.  Jedna  sprawa,  że  Mali  znakomicie  wycelowała,  wymierzając  mu 
kopniaka. Bolało go w kroku nieznośnie. Gorzej jednak, że znowu zachował się jak prostak i 
zniszczył  wszystko,  co  być  może  mogłoby  się  jednak  ułożyć  po  jego  myśli,  i  to  napełniało 
jego serce goryczą. Dlaczego się tak spieszył? Dlaczego nie dał sobie więcej czasu? 

Po  raz  nie  wiadomo  który  stwierdzał,  że  nie  rozumie  kobiet.  Kiedy  tylko  zaczynał  do 

którejś  uderzać  w  konkury,  chociaż  nie  zdarzało  się  to  zbyt  często,  nawet  w  znacznie 
delikatniejszej formie, zawsze wynikały z tego same nieporozumienia. Kiedy zaś znalazł się 
w  pobliżu  Mali,  dosłownie  tracił  rozum  i  panowanie  nad  sobą,  chociaż  powinien  był 
wiedzieć, że ona nie zniesie, kiedy będzie sobie na zbyt wiele pozwalał. Nie należy do tego 
rodzaju  kobiet,  teraz  to  pojmował.  Było  jednak  za  późno.  Oparł  głowę  na  rękach  i  znowu 
jęknął. A było już tak dobrze, ona się do niego uśmiechała, rozmawiała przyjaźnie i dotknęła 
jego ręki, więc myślał... 

Powoli  podniósł  się  z  ziemi,  otrzepał  świąteczne  ubranie.  Napluł  na  rękę  i  przygładził 

włosy,  bo  był  pewien,  że  sterczą  mu  potargane  w  czasie  zmagań  z  dziewczyną.  Potem 
otworzył drzwi i wyszedł z pralni. Najchętniej już by się w ogóle nie zatrzymywał we dworze, 
chciał po prostu wsiąść do kariolki i odjechać, ale wyglądałoby to naprawdę głupio. 

Nikt nie powinien nawet podejrzewać, co się wydarzyło w pralni. Mali nikomu nie powie. 

Wstyd spadłby głównie na nią, myślał ponuro. 

Kawa z gospodynią dłużyła mu się niemiłosiernie. Owszem, znalazł nóż. Tak, Mali bardzo 

mu  pomogła,  szczerze  mówiąc,  to  ona  znalazła  zgubę,  zapewniał.  Potem  musiał  jeszcze 
opowiedzieć  nowiny  ze  Stornes,  ciekawość  gospodyni  Gjelstad  była  nienasycona.  Ona 
zawsze taka jest, myślał z pogardą. Jemu natomiast w głowie było tylko to, co się wydarzyło 
w pralni, i to, co teraz powinien czy mógłby jeszcze zrobić. W końcu zaczął się żegnać. Po 
drodze przez podwórze rozglądał się za Mali, nigdzie jednak jej nie widział. Ale podczas całej 
drogi powrotnej do domu właśnie ją miał przed oczyma. Pamiętał zapach jej ciała i wciąż czuł 
miękką,  ciepłą  skórę  pod  wargami.  Czuł  w  ustach  twardą  brodawkę  piersi,  słyszał  głos 
dziewczyny. Wzdychał tak głośno, że kobyla szarpnęła i puściła się kłusem. Tłukła mu się po 
głowie  jedna  jedyna  myśl,  że  musi  zdobyć  Mali.  Jak  to  zrobi,  nie  wiedział.  Gdzieś  w  głębi 
duszy jakiś głos mówił mu, że więcej próbować nie powinien. Już dawno przegrał wszystkie 
swoje  szanse  i  teraz  mógł  tylko  starać  się  zachować  tę  resztkę  honoru  i  przyzwoitości,  jaka 
mu jeszcze została. Z każdym jednak kilometrem, który przybliżał go do Stornes, narastała w 
nim  i  umacniała  się  ta  niezwykła,  pierwotna  siła  woli.  Taka,  która  lekceważy  wszelki 
rozsądek i jest silniejsza od wszystkich inne uczuć. Musi mieć Mali! I zdobędzie ją w ten lub 
inny  sposób,  był  pewien.  Wciąż  nie  wiedział,  jak  to  zrobi,  ale  w  myślach  ona  już  do  niego 
należała. 

 
ROZDZIAŁ 6. 
  
Nic  nie  rozchodzi  się  tak  szybko  jak  złe  wiadomości,  zwłaszcza  w  rzadko  zaludnionych 

okolicach.  Tam  na  ogól  wszyscy  wiedzą  wszystko  o  wszystkich,  i  to  nawet  wcześniej  niż 
sami zainteresowani. 

Wkrótce zaczęto więc szeptać, że Ola Buvik znalazł się w kłopotach. Nikt nie miał odwagi 

zapytać  go  wprost,  ale  towarzyszyły  mu  coraz  liczniejsze  ukradkowe  spojrzenia,  jeśli  tylko 
pojawił  się  wśród  ludzi.  Coraz  bardziej  siwiał,  coraz  niżej  pochylał  głowę,  nie  ten  sam 
człowiek,  którego  dotychczas  znali.  Nie  mówiąc  już  o  jego  żonie.  Ona  musiała  naprawdę 

background image

ciężko  chorować,  uważali  sąsiedzi.  Taka  chuda,  oczy  zaczerwienione.  No  i  plotki  zaczęły 
krążyć po okolicy. 

Do  Stornes  dotarły  pewnego  dnia  późnym  latem.  Pierwszy  zaczął  o  nich  mówić  Sivert. 

Wybrali się kiedyś z Johanem sprawdzić ogrodzenia dla bydła na pastwiskach i wlekli się do 
domu zmęczeni, bo złapał ich deszcz. 

-  Ludzie gadają, że Ola Buvik pogrążył się już po same uszy - powiedział i odwrócił fajkę 

tak,  żeby  nie  zgasła  w  deszczu.  -  Podobno  od  lat  nie  płaci  dzierżawy  i  narobił  okropnych 
długów, w każdym razie więcej, niż byłby w stanie spłacić. I gospodarz Oyer nie godzi się już 
na  dalsze  przekładanie  terminów.  Z  tymi  biedakami  to  będzie  naprawdę  krucho.  Ale  ja  to 
dawno przewidywałem - dodał z westchnieniem. - Spodziewałem się, że do tego dojdzie. 

Minęła dłuższa chwila, zanim znaczenie słów ojca dotarło do Johana. 
-  Będzie  z  nimi  krucho?  -  spytał,  zerkając  na  Siverta  z  ukosa.  -  Co  chcesz  przez  to 

powiedzieć? 

- To, że zanim przyjdzie jesień, zostaną bez dachu nad głową i bez jedzenia, na to wygląda 

-  wyjaśnił  ojciec,  wyczyścił  fajkę  i  schował  ją  do  kieszeni.  -  To  niesprawiedliwe,  bo  Ola 
Buvik  to  robotny  chłop.  Ale  żeby  mógł  z  rodziną  przetrwać  w  Buvika,  musiałby  najpierw 
spłacić  dług  i  wykupić  gospodarstwo  na  własność.  Wtedy  może  dawałby  sobie  jakoś  radę, 
tym  bardziej  że  dzieci  zaczynają  dorastać  i  mogą  na  swoje  utrzymanie  zarabiać  służbą  w 
bogatszych domach - powiedział Sivert i kopnął bryłkę gliny leżącą na drodze. - Szkoda mi 
ich - dodał. - Gdzie oni się podzieją z czwórką dzieciaków i... 

Johana  przeniknął  gorący  dreszcz.  Powoli  docierało  do  niego,  że  oto  pojawia  się  szansa 

zdobycia Mali. Bo gdyby ona zgodziła się wyjść za Johana, to jego ojciec mógłby uratować 
rodzinę  Buvik.  Nie  był  tak  całkiem  pewien,  czy  ojciec  by  chciał,  nawet  jeśli  syn  będzie 
bardzo  prosił,  ale  warto  spróbować,  myślał  przejęty.  No  i  jak  Mali  mogłaby  mu  odmówić, 
gdyby jej obiecał, że nie tylko uczyni ją młodą gospodynią w Stornes, ale jej rodzice zostaną 
właścicielami  gospodarstwa,  w  dodatku  wolnymi  od  wszelkich  długów?  To  oczywiste,  że 
dziewczyna z radością przyjmie takie rozwiązanie, myślał, choć zdawał sobie sprawę z tego, 
ż

e to zwyczajny handel wymienny: Buvika za Mali. 

W  tym  zresztą  Johan  nie  widział  niczego  złego.  Rozwiązanie  jest  dobre  dla  obu  stron  i 

praktyczne. Dla Mali rodzina znaczy bardzo wiele, na tyle zdążył już ją poznać. A jeśli chodzi 
o to jej bredzenie na temat uczuć, to sprawy się z czasem ułożą. Mali pogodzi się z sytuacją i 
będzie brać sprawy takimi, jakie są, tego akurat był pewien. 

Zerwał  jakieś  źdźbło  trawy  i  zgniótł  je  w  rękach.  Zaczynało  w  nim  kiełkować  radosne 

oczekiwanie. To się musi udać, myślał wzburzony. Lepsza szansa zdobycia Mali nigdy mi się 
nie trafi! 

-   Tak,  strach  pomyśleć,  co  z  nimi  będzie  -  powtórzył  ojciec,  najwyraźniej  wciąż  zajęty 

losem Olego Buvika i jego rodziny. 

Johan  nie  powiedział  nic,  ale  traktował  to,  co  usłyszał,  jako  znak,  palec  Boży  po  prostu. 

Może  zaraz  powinien  porozmawiać  z  ojcem,  przedstawić  mu  swoją  sprawę,  szybko  jednak 
uznał,  że  lepiej  trochę  poczekać.  Prześpi  się  jeszcze  ze  dwie  noce,  pomyśli  i  dopiero  wtedy 
pójdzie  do  ojca.  Uznał  też,  że  musi  sobie  przygotować  odpowiednie  argumenty,  nie  może 
wyskoczyć z taką informacją, dopóki nie wie, czym ojca przekonać. 

-  Tak, no to marnie z tymi Buvikami - powiedział tylko.  
Ojciec zdziwił się jednak, dlaczego syn się przy tym uśmiecha. 
 
Okazja do rozmowy nadarzyła się następnego popołudnia. 
Sivert  włożył  wysokie  skórzane  buty  i  oznajmił,  że  idzie  na  torfowisko  za  letnią  oborą 

obejrzeć, czy torf, którego nakopali na opał, dobrze schnie. Johan odczekał chwilę, a potem 
ruszył za ojcem. Dogonił go na wąskiej drodze, spory kawałek od domu. Sivert odwrócił się 
gwałtownie, słysząc za sobą kroki, ale na widok syna się nie odezwał. 

background image

Ojciec  w  ogóle  nie  jest  gadatliwy  bez  potrzeby,  uważał  Johan.  Pewnie  matka  tak  woli. 

Kiedy  jednak  chodziło  o  coś  naprawdę  ważnego,  to  ojciec  potrafił  pokazać,  że  jest 
mężczyzną, i postawić się Beret. Co najdziwniejsze, wystarczyło, że grzmotnął pięścią w stół, 
a matka pokorniała i milkła. Tyle tylko, że zdarzało się to bardzo rzadko. 

Przez  chwilę  szli  obok  siebie  w  milczeniu.  Dziękować  Bogu,  ostatnio  pogoda  była 

znakomita,  suche  siano  udało  się  zwieźć  pod  dach.  Na  łąkach  już  drugi  pokos  mienił  się 
soczystą  zielenią.  Na  polach  falowało  gęste,  złociste  zboże,  obiecując  bardzo  dobre  plony, 
jeśli  tylko  w  najbliższych  tygodniach  nie  dojdzie  do  załamania  pogody.  Był  już  początek 
sierpnia i tylko czekać, jak jesień nadejdzie wielkimi krokami. W ostatnich latach co prawda i 
sierpień, i wrzesień były w tych okolicach wyjątkowo piękne, więc może i w tym roku będzie 
podobnie... 

-  Postanowiłem się ożenić - oznajmił Johan nagle, bez żadnych wstępów. 
Ojciec  przystanął  i  zwrócił  się  w  stronę  syna.  Jego  twarz  wyrażała  zaskoczenie  z 

domieszką jakby poczucia ulgi. 

-  Ożenić się? Mówisz poważnie, chłopcze? - pomarszczoną twarz rozjaśnił uśmiech. - No, 

muszę powiedzieć, że za wcześnie to chyba nie jest - dodał. - Mówiłeś już o tym matce? 

Johan potrząsnął głową i kopał jakieś kamyki oraz grudki gliny zalegające w koleinach. 
-  Najpierw chciałem pogadać z tobą - odparł, nie patrząc na ojca. - Bo ta, o której myślę... 

Ta, którą bym chciał za żonę, to Mali Buvik. 

Bardzo długo panowała kompletna cisza. Johan powoli podnosił głowę, żeby popatrzeć na 

ojca. Na twarzy Siverta malowało się niedowierzanie i szok. 

-  Czy  ty  wiesz,  co  mówisz,  chłopcze?  Mali  Buvik  to  biedaczka,  pochodzi  z  rodziny,  o 

której  parafialne  księgi  nawet  nie  wspominają.  Czy  nie  mówiłem  ci  niedawno,  że  niedługo 
zostaną wyrzuceni z domu?  I ty  kogoś takiego  chciałbyś sprowadzić do Stornes jako młodą 
gospodynię? Chyba całkiem straciłeś rozum, synu! 

Ojciec  ponownie  ruszył  przed  siebie,  szedł  szybkim,  gniewnym  krokiem.  Żeby  mu  się 

tylko  co  nie  stało,  przemknęło  Johanowi  przez  myśl.  Ojciec  nie  był  już  przecież 
młodzieńcem,  a  Johan  domyślał  się,  że  to,  co  powiedział,  musiało  głęboko  Sivertem 
wstrząsnąć. Położył rękę na ramieniu ojca i zatrzymał go. 

-  Posłuchaj mnie, ojcze. Mam prawie czterdzieści lat i czas najwyższy, żebym się ożenił. 

Zresztą i ty, i matka od długiego czasu nie dajecie mi spokoju. Ja wiem, że są lepsze partie, i 
bogatsze,  i  z  lepszych  rodzin,  przyznaję.  Ale  dla  mnie...  -  Wciągnął  głęboko  powietrze  i 
odchrząknął. - Dla mnie to albo będzie Mali, albo żadna - zakończył cicho. 

-   Tobie  się  kompletnie  pomieszało  w  głowie  -  warknął  ojciec  wzburzony.  -  I  sam  wiesz 

bardzo dobrze, że ten pomysł będziesz musiał sobie wyperswadować. Im szybciej, tym lepiej. 
Co by ludzie powiedzieli, gdybyś sprowadził do Stornes tę całą Mali? I jak myślisz, co na to 
powie twoja matka? 

Sivert łapał powietrze krótkimi, szybkimi haustami. 
-   Po  prostu  o  tym  zapomnij,  Johan.  Naprawdę  nie  rozumiem,  jak  mogłeś  wymyślić  coś 

takiego. Chyba nie byłeś wtedy przy zdrowych zmysłach - powtórzył ze złością. 

Znowu ruszył w drogę, a Johan podążał kilka kroków za nim. Minęli letnią oborę i weszli 

pod  wielkie,  ciemne  sosny.  Tutaj  panował  mrok.  Johan  słyszał  krowie  dzwoneczki  i 
rozpoznawał,  że  należą  do  Stornes.  Między  ciężkimi  konarami  sosen  można  było  zobaczyć 
pasące się cielęta. Gdyby wszystko było normalnie, to obaj z ojcem by się zatrzymali i trochę 
na nie popatrzyli, sprawdzili, czy żadne nie jest chore, czynie im nie dolega. Tego popołudnia 
jednak  nie  mieli  do  tego  głowy.  Johan  nie  był  nawet  pewien,  czy  ojciec  w  ogóle  zauważył 
swój inwentarz. 

Sivert  dyszał  ciężko,  kiedy  nareszcie  znaleźli  się  na  torfowisku.  Podszedł  do  wielkiego 

kamienia i usiadł, wyciągając przed siebie nogi.  

Johan stanął obok niego. 

background image

-  Jest tak, jak powiedziałem - powtórzył Johan z uporem i pojęcia nie miał, skąd mu się 

bierze tyle odwagi. - Jeżeli się nie zgodzicie, żebym poślubił Mali, to w Stornes w ogóle nie 
będzie żadnej młodej gospodyni. Wiesz, co to może oznaczać? 

Ten  właśnie  argument  przyszedł  mu  do  głowy  w  nocy,  postanowił  go  wykorzystać  jako 

narzędzie  nacisku.  Bo  jeśli  Johan  się  nie  ożeni,  to  ród  wygaśnie  wraz  z  nim.  Na  to  matka 
nigdy się nie zgodzi, myślał, wiercąc się niecierpliwie w łóżku. Dlatego właśnie Johan musi 
się  upierać,  że  albo  dostanie  Mali,  albo  w  ogóle  nikogo  nie  chce.  Wtedy  matka  nareszcie 
ustąpi. W każdym razie taką miał nadzieję. 

-  Czego,  do  jasnej  cholery,  ta  baba  ci  zadała?  -  Ojciec  rzadko  kiedy  podnosił  głos,  ale 

teraz tak było. 

-   Co,  zrobiłeś  jej  dziecko  i  dlatego  uważasz,  że  musisz  się  żenić?  Przecież  to  można 

załatwić,  dobrze  wiesz.  A  taka  nędzarka  jak  ona  w  żadnym  razie  nie  odważy  się  urządzać 
awantur. I ja, rzecz jasna, zapłacę jej... pewną sumę. Naprawdę odpowiednią sumę - dodał. 

-   Żadnego  dziecka  jej  nie  zrobiłem  -  powiedział  Johan  krótko.  -  Zwyczajnie,  chciałbym 

mieć żonę i to będzie ona albo żadna. 

-  A pytałeś ją już, czy cię zechce? - syknął ojciec ze złością.  
Był  purpurowy  na  twarzy.  Johan  znowu  się  przestraszył,  że  to  może  za  dużo  dla 

niemłodego  przecież  człowieka,  ale  poddawać  się  nie  zamierzał.  Nie  teraz,  kiedy  nareszcie 
zdobył się na odwagę i powiedział, o co chodzi. 

Właściwie to sam nie bardzo rozumiał, co się z nim stało. Przecież zawsze, kiedy zanosiło 

się  na  kłótnię  lub  twardą  wymianę  zdań,  on  się  wycofywał.  Od  kiedy  jednak  spotkał  Mali, 
pojawiło się w jego charakterze coś nowego. Jakaś nieznana dotychczas wola. Była tak silna, 
ż

e go to czasem przerażało, bo sam nie był w stanie nią kierować. Przerażało go to, że jest w 

nim siła, która przewyższa wszystko inne. I dziwiło, że wcześniej tego nie zauważył. Często 
przecież pragnął móc się przeciwstawić matce, ale zawsze tchórzył, kiedy tylko zanosiło się 
na  awanturę.  Nie  rozumiał,  że  to,  co  odczuwa  teraz  tak  gwałtownie,  jest  groźną  mieszaniną 
niepohamowanego pożądania i silnej potrzeby posiadania. 

-  No? Pytałeś już dziewczynę? - powtórzył ojciec, bo Johan milczał. - Nie słyszysz, co do 

ciebie mówię, czy co? 

Johan czuł, że on też jest okropnie czerwony, i nerwowo gładził się ręką po głowie. Myślał 

o tym, jaka wściekła była Mali, kiedy nie potrafił nad sobą zapanować wtedy, w Gjelstad, i że 
ostatnie słowa, jakie cisnęła mu w twarz, nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Powiedziała, 
ż

e  go  nie  zechce,  nawet  gdyby  miał  jej  ofiarować  cały  świat.  Czy  już  wtedy  wiedziała,  jak 

dramatyczna  jest  sytuacja  jej  rodziny?  -  zastanawiał  się.  Gdyby  wiedziała,  nie  mogłaby  tak 
powiedzieć, przeciwnie, jego propozycja musiałaby jej się wydać ratunkiem. Nie wierzył, by 
także wówczas powiedziała „nie". 

-   Rozmawiałem  z  nią,  tak  -  wybąkał  niezbyt  wyraźnie.  -Powiedziałem,  że  chętnie 

wziąłbym ją... chętnie bym się z nią ożenił. Że jest jedyną, którą bym chciał... 

-  Ona cię chce, ta cała Mali? - zapytał ojciec po chwili. 
-  To ja chcę ją - warknął Johan z zawziętością, nie odpowiadając wprost na pytanie ojca. - 

I  powinieneś  mi  pomóc,  bym  ją  dostał,  ojcze.  Jesteś  mi  teraz  potrzebny,  sam  nie  poradzę 
sobie z matką. Nieczęsto cię o coś prosiłem, ale teraz to robię. 

Sivert Otarł spoconą twarz przybrudzoną chusteczką do nosa i wpił spojrzenie w syna. 
-   Więc  chodzi  o  pieniądze,  tak?  Ona  ciebie  nie  chce,  ale  ty  kompletnie  straciłeś  głowę  i 

chcesz ją sprowadzić do naszego domu za wszelką cenę? Zobaczyłeś szansę dla siebie w tym, 
ż

e Ola Buvik znalazł się na krawędzi katastrofy. Mimo że jego córka i tak jest wyjątkowo złą 

partią  dla  ciebie  i  mimo  skandalu,  do  jakiego  doprowadzi  to  małżeństwo,  żądasz,  żebym  ci 
kupił żonę? Czy ty naprawdę tak kiepsko sobie radzisz z kobietami, synu? 

Johan wolał nie odpowiadać, ale czuł się okropnie. 
-  Jakie to będzie małżeństwo z taką kupioną żoną? - dodał ojciec z troską w głosie. 

background image

-  Może  nie  gorsze  niż  twoje  -  odciął  się  Johan,  patrząc  ojcu  w  oczy.  -  Możesz  żyć  w 

swoim, to chyba ja jakoś będę żył w swoim. Tak mi się zdaje. 

Znowu zaległa cisza, ani ojciec, ani syn nie mieli już nic do powiedzenia. 
To prawda, że Sivert wybrał sobie na żonę zupełnie inną dziewczynę. Eline pochodziła z 

położonego na uboczu gospodarstwa, dalej nad fiordem. Razem przystępowali do konfirmacji 
i razem chodzili na nauki do pastora. Eline była niewysoką, okrągłą i delikatną dziewczyną, 
Sivert polubił ją od pierwszej chwili. Kiedy się lepiej poznali, zdał sobie sprawę, że z taką jak 
ona chętnie by się ożenił. 

Robiło mu się ciepło na sercu, kiedy widział jej nieśmiały uśmiech, i od tego, co widział w 

jej oczach, kiedy ona na niego patrzyła. Z nią byłoby mi dobrze, wzdychał. Ale lata mijały, a 
oni widywali się od przypadku do przypadku.  Za każdym razem Sivert myślał, że powinien 
zdobyć  się  na  odwagę  i  powiedzieć,  co  do  niej  czuje.  Zanim  jednak  doszło  co  do  czego,  to 
znaczy,  zanim  zdążył  jej  cokolwiek  powiedzieć,  ojciec  poinformował  go,  żeby  się  ubrał  w 
najlepsze ubranie, bo pojada do Bjorkviken. 

-  Córka tamtejszego gospodarza byłaby bardzo dobrą żona dla ciebie - wyjaśnił ojciec. - 

Rozmawiałem z nim i on też myśli tak jak ja, że ty i jego Beret bardzo do siebie pasujecie. 

Sivert na tyle dobrze znał swojego ojca, że o Eline nawet nie wspomniał. To by nie padło 

na żyzną glebę. Nie teraz, kiedy ojciec najwyraźniej już wybrał dla niego żonę. Milczał więc i 
pojechał z ojcem do Bajrkyiken, chociaż specjalnie ucieszony nie był. 

Johan  patrzył  przed  siebie  na  rozlegle  torfowisko,  na  którym,  w  przerwie  między 

sianokosami i żniwami, kopali torf, znakomity opal na zimę. Teraz wielkie stosy ułożonych w 
specjalny  sposób  kawałków  torfu  suszyły  się  w  słońcu.  Przed  jesiennymi  pluchami  zostaną 
przewiezione  do  dworu.  W  miejscach,  gdzie  nie  było  śladów  kopania,  bujnie  kwitła  biała 
wełnianka, letni wiatr unosił kłębki puchu. Dalej stał gęsty las, najbliższej zimy będzie można 
ś

ciąć  wiele  dorodnych  sosen,  myślał.  Las  będzie  dobrze  służył  również  przyszłym 

pokoleniom jako ważne źródło dochodów, powiększających to, co otrzymują z gospodarstwa. 
Jeśli tylko będzie miał kto przejąć to dziedzictwo i poprowadzić dalej... 

-   Myślę,  że  małżeństwo,  do  którego  tak  się  palisz,  będzie  dużo  gorsze  od  mojego  - 

powiedział nagle Sivert. Mówił bardzo cicho, można by pomyśleć, że rozmawia sam ze sobą. 
-  Bo  najwyraźniej  kompletnie  straciłeś  głowę  dla  tej  dziewczyny.  Tak  ci  na  niej  zależy,  że 
gotów  jesteś  poświęcić  wszystko.  A  jak  będziesz  żył,  kiedy  się  okaże,  że  ona  niczego  dla 
ciebie poświęcić nie chce? 

Znalazł jakieś pożółkłe źdźbło i długo je zagryzał. 
-   Kiedy  żeniłem  się  z  matką,  to  przynajmniej  wiedziałem,  jak  się  sprawy  między  nami 

mają - mówił dalej ojciec. - Nie miłość mną kierowała. Nią zresztą też nie, jeśli już o to cho-
dzi. Więc nie oczekiwałem zbyt wiele. Ale ty marzysz o czymś, czego nie otrzymasz, nawet 
jeśli ona zostanie twoją żoną i gospodynią we dworze. 

Johan  nie  odpowiadał.  Ogarnął  go  niepokój,  bo  sam  też  zmagał  się  z  podobnymi 

wątpliwościami.  Zdumiewało  go,  że  ojciec  jest  taki  przewidujący  i  tak  trzeźwo  patrzy  na 
sprawy.  Po  prostu  nie  znam  mojego  ojca,  pomyślał  i  poczuł  ukłucie  w  sercu.  Właściwie  to 
nikogo nie znam i nikt nie zna mnie. 

-  Nie mam wyboru, ojcze - powiedział cicho. - Nie panuję nad tym, to jest silniejsze ode 

mnie. Musisz mi pomóc, bo po prostu nie wytrzymam. Jestem jak chory... 

-  Boże, bądź miłosierny - westchnął ojciec i wstał. Podnosił się wolno i ociężale, jakby mu 

nagle  przybyło  nie  wiadomo  ile  lat,  potem  ruszył  w  dół,  z  powrotem  do  domu.  Nawet  nie 
spojrzał na torf, najwyraźniej zapomniał, po co tu przyszedł. 

-  Porozmawiasz z matką? - spytał Johan ostrym, jakby obcym głosem. 
Daleko na zachodzie słońce żegnało dzień czerwono-złocistą pożogą. 
-  Porozmawiam - odparł ojciec głucho. - Pewnie, że porozmawiam. 
  

background image

ROZDZIAŁ 7. 
  
Johan nigdy się nie dowiedział, jakie słowa padły między matką i ojcem. Następnego dnia 

po  rozmowie  na  torfowisku  trzymał  się  możliwie  jak  najdalej  od  domu.  Wynajdywał  sobie 
jakieś  roboty,  które  w  gruncie  rzeczy  należały  do  parobków.  W  żołądku  paliło  go  żywym 
ogniem,  a  po  bezsennej  nocy  oczy  miał  podbite  i  czerwone.  Nie  zamierzał  jednak  się 
poddawać. Nie teraz, kiedy już udało mu się jakoś przekonać ojca. 

Tego dnia matka nie pokazała się przy obiedzie. Nic takiego się jeszcze nigdy za pamięci 

Johana  nie  zdarzyło.  Ojciec  zajął  swoje  miejsce  u  szczytu  stołu  bez  słowa  wyjaśnienia,  a  w 
izbie panowała złowieszcza cisza. Nikt nie wiedział, co się dzieje, ale wszyscy wyczuwali, że 
należy chodzić na palcach i nie trzaskać drzwiami. 

Johan  bardzo  chciał  zapytać  ojca,  jak  matka  zareagowała,  ale  nie  miał  odwagi.  Nie 

odważył  się  nawet  podnieść  wzroku,  żeby  na  ojca  spojrzeć.  Raz  napotkał  tylko  pytające 
spojrzenie  babci.  Jej  oczy  były  ciemniejsze  niż  zwykle,  ale  nie  widział  w  nich  wrogości. 
Kiedy nareszcie wstali od stołu, staruszka poprosiła, by przyszedł do niej, do jej domu. 

-   Twoja  matka  nie  należy  do  tych,  co  to  kładą  się  do  łóżka  bez  powodu  -  powiedziała 

babcia, kiedy przyszedł. - Co się dzieje w tym domu, Johan? 

Johan usiadł na stołku koło jej fotela i potarł pięściami piekące oczy. 
-  Widocznie ojciec rozmawiał z nią o tym, że chciałbym się ożenić - powiedział niezbyt 

wyraźnie. 

-  Ożenić się? Ale przecież od tego by się nie kładła chora do łóżka! Wszyscy bylibyśmy 

bardzo radzi, gdybyś nareszcie zmądrzał i znalazł sobie żonę. 

Nie natychmiast odpowiedział, ale czuł, że babka nie spuszcza z niego oczu, że przygląda 

mu się badawczo, zaciekawiona. 

-   Chyba  że  ta,  którą  sobie  wybrałeś,  nie  jest  odpowiednią  kandydatką  na  żonę  dla  syna 

Beret Stornes - dodała po chwili. 

Spojrzał w górę i napotkał jej dobre, cieple oczy. Poczuł jak bardzo jest przywiązany do tej 

staruszki i jak strasznie mu brakowało jej bliskości. Nagle ogarnęła go wielka potrzeba, żeby 
paść na kolana, przytulić się do jej drobnego ciała, poczuć ciepło i dobro płynące od niej. Być 
znowu małym chłopcem, którego ona do siebie tuli. Bolesne poczucie samotności paliło go w 
piersi. 

Babcia wyciągnęła do niego swoją pokrzywioną przez reumatyzm rękę i pogłaskała go po 

twarzy.  Chwycił  mocno  i  rozpaczliwie  tę  dłoń,  tak  jak  tonący  chwyta  się  jedynego  źdźbła, 
jakie znajduje się w pobliżu. 

-   Opowiedz  mi  teraz,  Johan  -  rzekła  spokojnie.  -  Opowiedz  mi,  sam  tego  wszystkiego 

dźwigać  nie  możesz.  Widzę  że  chodzisz  jak  zaczadziały.  Dobrze  jest  czasem  się  wygadać, 
wierz mi. 

Język  mu  się  plątał,  kiedy  zaczął  opowiadać,  i  czasami  musiał  wycierać  nos  w  nie 

pierwszej czystości chusteczkę. 

-   Nie  wiem,  babciu,  co  to  jest  z  tą  Mali  -  rzeki  ponuro.  -  Ale  odkąd  zobaczyłem  ją  na 

weselu w Gjelstad, nie mogę jej sobie wybić z głowy. W końcu pojechałem tam znowu, żeby 
się  z  nią  rozmówić.  Powiedziałem  jej,  że  pragnę,  by  została  moją  żoną,  ona  jednak...  ona 
mówi, że nic do mnie nie czuje. Nie czuje! Ale przecież ja wiem, że mogłoby nam być dobrze 
i bez tego. 

Umilkł na chwilę, staruszka nie przerywała ciszy. Siedziała w fotelu i kołysała się w tył i w 

przód. 

-  Ja... zachowałem się głupio... to muszę przyznać, bo nie byłem w stanie zapanować nad 

sobą - jąkał się nieporadnie. 

-  Ona jest taka ładna, babciu. Ona jest najładniejsza... i ja... 
-  Była na ciebie zła. 

background image

Ze smutkiem pokiwał głową. 
-  Jej ojciec, Ola Buvik, jest w bardzo trudnej sytuacji, pewnie już o tym słyszałaś. No to 

pomyślałem,  że  mój  ojciec  mógłby  mu  pomóc,  żeby  spłacił  dług...  i  żeby  Buvika,  no,  żeby 
gospodarstwo było jego własnością... 

Długo nie było słychać nic prócz tykania starego zegara na ścianie. 
-  Mali Buvik. No to nic dziwnego, że Beret położyła się do łóżka i jest chora - westchnęła 

babcia. - Bo powiedziałeś o wszystkim ojcu, a on powiedział matce, mam rację? 

Johan przytaknął bez słowa. 
-  Jak  mogłeś  przypuszczać,  że  Beret  łaskawie  przyjmie  Mali  Buvik  jako  młodą 

gospodynię  w  swoim  domu,  Johan?  Na  tyle  przecież  swoją  matkę  znasz?  Mali  może  sobie 
być taka ładna i taka dobra, jak tylko chce, ale i tak nigdy nie zostanie dobrze przyjęta przez 
Beret.  Nawet  ty  powinieneś  to  zrozumieć.  Mimo  wszystko  musiałeś  wywrzeć  na  nią  jakiś 
nacisk, bo w przeciwnym razie zrobiłaby ci awanturę, a nie kładła się chora do łóżka. Coś ty 
im powiedział? Straszyłeś ich czymś? 

-  Tak, możliwe, że tak było - odpowiedział Johan, nie patrząc na babcię. - Powiedziałem, 

ż

e albo dostanę Mali, albo żadnej innej gospodyni w tym dworze nie będzie. I wtedy... 

Babka długo siedziała w milczeniu. Potem ujęła w dłonie jego rękę i poklepała ją. 
-  Posłuchaj  mnie  teraz,  mój  chłopcze.  Wiesz,  że  pragnę  dla  ciebie  w  życiu  dobra  i 

szczęścia,  i  że  od  dawna  chciałam,  żebyś  sobie  znalazł  pannę,  którą  pokochasz.  Ale  nie  za 
wszelką cenę, bo to nie jest słuszne, Johan. Jedna sprawa to to, że Mali nie jest odpowiednią 
kandydatką na twoją żonę przynajmniej zdaniem twojej matki, ale wielu innych też tak powie. 
Tak to jest. Najgorsze jednak, że ty chcesz ją sobie kupić. Nie można kupić żony tak, jak się 
kupuje  krowę,  Johan.  Nie  rozumiesz  tego?  -  Jeszcze  raz  poklepała  jego  rękę,  a  potem 
siedziała  długo  w  milczeniu.  -  Nawet  jeśli  twój  ojciec  przystanie  na  taki  handel,  będzie  to 
haniebne i podłe postępowanie wobec tej biednej dziewczyny. Poza tym ona ciebie nie chce, 
sama ci powiedziała... 

Johan odgryzł już i tak nadgryziony paznokieć i czuł że uszy mu płoną. Kiedy spojrzał na 

sprawę  oczyma  babci,  wszystko  nagle  wydało  mu  się  zupełnie  inne.  On  tak  tego  nie 
traktował. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że to będzie swojego rodzaju handel wymienny, 
ale  przecież  Mali  powinna  być  zadowolona,  skoro  i  los  jej  rodziny  mógł  się  przy  okazji 
odmienić. Johan chciał dla niej jak najlepiej. 

-  W dawnych czasach to tak bywało - dodała babka po chwili. - A i dzisiaj też zdarzają się 

małżeństwa z rozsądku, ale nie wierzę, żeby ktoś sobie teraz kupował żonę. W każdym razie 
ty nie powinieneś tego robić, mój chłopcze. Co by z ciebie był za mężczyzna... 

-  Ja nad tym nie panuję, babciu - szepnął Johan. - To jest silniejsze ode mnie, ot co. Jak 

jakaś choroba, jak pożar we krwi... 

Objęła jego głowę, przytuliła do piersi i głaskała delikatnie po karku. 
-  Jesteś  pierworodnym   synem  bogatego  rodu,  Johan.  Ale  to  ci  nie  daje  prawa  do 

kupowania  drugiego  człowieka.  To  małżeństwo,  jeśli  w  ogóle  dojdzie  do  skutku,  będzie 
nieszczęściem i dla ciebie, i dla niej. Być może nawet dla ciebie bardziej, bo kochać i nie być 
kochanym to... 

Głaskała i głaskała jego spocony kark. 
-  Kochać  i  nie  być  kochanym,  to  jest  tak,  jakby  się  smażyć  w  piekle,  Johan  -  dodała 

wolno. 

Johan wstał i z powrotem usiadł na stołku. Otarł pospiesznie pełne łez oczy i spojrzał na 

babkę.  W  jakiś  sposób  rozumiał  to,  co  powiedziała,  ale  tak  naprawdę  to  do  niego  nie 
docierało.  Nie  chciał  przyjąć  jej  słów  do  siebie.  Bo  wtedy  pewnie  nie  byłby  w  stanie 
przeprowadzić tego, co sobie zaplanował. A zrezygnować teraz nie potrafił. Punkt, w którym 
mógł się jeszcze wycofać, przekroczył już dawno. Teraz kierowały nim siły, nad którymi nie 
miał władzy. 

background image

-  To już wolę się smażyć w piekle, babciu - powiedział. - Być może parę chwil w raju jest 

tego warte. 

Staruszka popatrzyła na niego i poczuła, że lodowata obręcz ściska jej serce. Johan miał w 

sobie coś, o czym nawet ona nie wiedziała. 

Odziedziczył  to  po  matce,  pomyślała.  Nigdy  nie  sądziła,  że  Johan  ma  coś  po  matce, 

przedtem  tego  nie  zauważała.  Teraz  widziała,  że  to  straszne  dziedzictwo  czai  się  w  jego 
zamglonych oczach, i poczuła się chora z rozpaczy. Ogarniał ją strach. 

-   Tylko  że  ty  nie  wejdziesz  do  żadnego  raju,  Johan  -  powiedziała  ze  smutkiem.  -  Nie 

rozumiesz, że tam można wejść jedynie wtedy, kiedy zostanie się zaproszonym? A obawiam 
się, że Mali zapraszać cię nie chce. 

Johan nie odpowiedział. Ostrożnie zamknął za sobą drzwi i poszedł. 
 
Tego wieczora matka zawołała go do siebie. Oczy miała mroczne i lodowato zimne, głos 

jednak  niski  i  opanowany.  Najwyraźniej  nie  chciała,  żeby  do  służby  docierało  wszystko,  co 
się  w  domu  dzieje,  w  każdym  razie  dopóki  nieszczęściu  można  jeszcze  zapobiec.  I  na  to 
liczyła. Kierowała swoim synem przez całe jego życie i teraz też miało tak być. Trzeba tylko 
mądrze sprawę rozegrać. 

Przez cały dzień Johanowi robiło się słabo na myśl o spotkaniu z matką. Nie był pewien, 

czy  zdoła  wytrwać  w  swoich  postanowieniach,  kiedy  stanie  naprzeciwko  niej,  sam  na  sam, 
tylko ona i on. A już o to matka zadbała, postarała się, żeby siedzieli sami w najlepszej izbie, 
której używano tylko przy najważniejszych uroczystościach i wyjątkowych okazjach. Nawet 
w najgorętsze lato w tym pokoju panował chłodny półmrok. Firanki były zawsze zaciągnięte, 
ż

eby słońce nie niszczyło pięknych mebli. 

-  I co to za głupoty twój ojciec mi opowiada? - zaczęła Beret ostro. - To, że z kobietami 

obchodzisz się jak ostatnia fujara, wiem od dawna, ale nie przypuszczałam, że jest z tobą tak 
ź

le,  żebyś  musiał  wprowadzać  do  naszego  domu  jakąś  nędzarkę.  Masz  do  zaproponowania 

swojej  żonie  wielkie  dziedzictwo  i  nie  życzę  sobie,  by  cały  majątek  i  nasz  ród  został 
zniszczony przez... przez kobietę, o której wspominał twój ojciec. 

Johan  nie  przerywał  matce,  pozwolił  jej  mówić.  Siedział  po  prostu,  patrzył  na  nią  i  sam 

sobie nie mógł się nadziwić. Wcale się nie bał, jak to bywało dawniej, kiedy matka na niego 
krzyczała.  Przeciwnie,  wiedział,  że  teraz  to  on  jest  silniejszy  i  że  się  nie  podda.  Nawet 
gdybym  miał  opuścić  dom  i  wszystko,  to  się  nie  poddam,  myślał.  Teraz  matka  zobaczy! 
Pewność, że jest taki silny wprawiała go w drżenie. Wyprostował się na krześle i wpił wzrok 
w twarz matki. 

-  Dostanę Mali albo nie będzie żadnej gospodyni, matko - powiedział krótko. - Nie mam 

w tej sprawie nic więcej do powiedzenia. 

Matka znowu próbowała, ale on trwał w swoim uporze. Wymiana słów była gwałtowna i 

krótka.  Po  trzech  kwadransach  Beret  skapitulowała  przed  swoim  synem.  Po  raz  pierwszy  w 
ciągu  jego  czterdziestoletniego  życia.  Kiedy  podniosła  się  z  miejsca  i  dotarło  do  niego,  że 
matka uważa tę bitwę za przegraną, Johan nie mógł uwierzyć, że to prawda. Ona przegrała. 
Jedno, czego nie rozumiał, to to, że porażka rozpaliła w Beret jakiś niebezpieczny gniew. I to 
skierowany  nie  przeciwko  synowi,  tylko  przeciwko  tej  nieszczęsnej  dziewczynie,  która 
zburzyła  wszystkie  jej  marzenia  i  plany,  jakie  matka  snuła  dla  swojego  syna  dziedzica 
majątku Stornes. 

Sivert siedział w izbie i czekał, aż matka i syn skończą rozmowę. Na ich widok dosłownie 

podskoczył, bo nigdy przedtem Johan tak nie wyglądał. On po prostu promieniał! Beret nawet 
nie spojrzała na męża. Szybkim krokiem przemierzyła pokój i wyszła na dwór, zatrzaskując 
za sobą drzwi. Sivert nie miał wątpliwości, że tym razem Johan pokonał swoją matkę, choć 
ż

adne nie powiedziało ani słowa. Zdumienie oszołomiło go. Nie wierzył, że coś takiego jest w 

ogóle możliwe, a zwłaszcza w takiej sprawie jak ta. Wiedział, jak bardzo Beret protestowała 

background image

przeciwko pomysłowi syna, i domyślał się, że nie ustąpiła od razu. W moim synu musi być 
więcej uporu, niż przypuszczałem, myślał, nabijając fajkę. 

Sivert  wyraźnie  dał  do  zrozumienia,  że  również  jego  zdaniem  nieprzyzwoitością  byłoby 

proponować  staremu  Buvikowi  pieniądze  za  córkę.  Kiedy  więc  w  tydzień  po  tych 
wydarzeniach  wybierał  się  do  Buvika.  postanowił  powoływać  się  raczej  na  upór  syna, 
któremu w żaden sposób nie można przemówić do rozsądku. Johan cieszył się, że ojciec nie 
chce, by mu towarzyszył. Sam bowiem nie miał najmniejszych wątpliwości, że to, co się teraz 
dokonuje,  to  zwyczajny,  czysty  handel.  Teraz  wszystko  zależało  od  tego,  czy  Ola  Buvik 
zechce spytać swoją córkę, co myśli o planowanym małżeństwie, czy też bez pytania złoży na 
jej barki ciężkie brzemię odpowiedzialności za przyszłość rodziny. Czy jeśli to zrobi, to Mali 
powie „tak"? Tego Johan nie był taki pewien. Zdążył się już dowiedzieć, ile silnej woli ma ta 
dziewczyna.  Wiedział  i  to,  że  nie  zostanie  potępiona  przez  rodzinę,  jeśli  odrzuci  jego 
propozycję. Wszyscy wiedzieli, w jak dramatycznej sytuacji znajdują się ludzie z Buvika. ale 
znane  też  były  niezwykle  silne  więzi  w  tej  rodzinie.  Nie,  pewien  nie  był  niczego.  Jakie  to 
straszne tak chodzić i czekać, myślał zdenerwowany. 

Brit Buvik była przestraszona i zaciekawiona, kiedy kariolka Siverta Stornesa wjechała na 

ich podwórko. Natychmiast posłała Margrethe po ojca, który pracował gdzieś w polu, a sama 
uprzejmie witała gościa. 

-  Nie  miałem  zamiaru  przeszkadzać  w  najgorętszym  okresie  -  powiedział  właściciel 

Stornes - ale muszę porozmawiać z twoim mężem. To jest... tak, no cóż, tu chodzi o Mali - 
wyjąkał. 

-  Czy coś nie w porządku z naszą córką? - Brit Buvik patrzyła na niego przerażona. 
-  Nie,  skąd,  nic  się  nie  stało  -  zapewniał  Sivert,  ale  Brit  zauważyła,  że  jest  jakiś 

niespokojny i chyba nie bardzo zadowolony. 

Kiedy przyszedł Ola Buvik, Sivert natychmiast spytał, czy mogliby porozmawiać w cztery 

oczy, więc Brit bez słowa opuściła izbę, nie czekając, aż mąż ją o to poprosi. 

Sivert z uwagą przyglądał się siedzącemu przed nim mężczyźnie. Ola Buvik bez wątpienia 

robił wrażenie człowieka, który znalazł się nad przepaścią. Był straszliwie chudy, poszarzały i 
jakby  zapadnięty  w  siebie.  Biedak,  pomyślał  Sivert.  Na  myśl  o  tym,  z  jaką  sprawą  tu 
przyjechał, robiło mu się głupio. Ale przecież, pocieszał się, gdyby się wszystko ułożyło, to 
dla ludzi z Buvika też nie będzie źle, a może nawet oni wyjdą na tym najlepiej. Uwolnią się 
od  trosk,  w  każdym  razie  ekonomicznych.  Zamierzał  bowiem  zaproponować  im  okrągłą 
sumkę. 

-  Chodzi o Johana, mojego syna - zaczął Sivert i musiał odchrząknąć. 
Ola  Buvik  gapił  się  na  niego  z  otwartymi  ustami.  Co  on  może  mieć  wspólnego  z 

dziedzicem ze Stornes? 

-  Mój Johan... tak, no bo on, wiesz pewnie, że on się jeszcze nie ożenił? No i stało się tak, 

ż

e... - Sivertowi trudno było wykrztusić zdanie do końca, ręką nerwowo pocierał policzek. - 

Johan  na  weselu  w  Gjelstad  zobaczył  twoją  córkę  Mali.  Tak,  no  i  potem  rozmawiał  z  nią 
jeszcze parę razy, jak rozumiem. No i wbił sobie do głowy, że jeśli miałby się żenić, to tylko 
z Mali. Tak jest, z Mali - zakończył. 

Izba  zawirowała  wolno  przed  oczami  Olego  Buvika.  Słowa  tamtego  dzwoniły  mu  w 

uszach,  jakby  docierały  skądś  z  daleka,  w  dodatku  przez  mgłę.  Nie  był  w  stanie  pojąć,  co 
mają oznaczać. Mali na gospodynię do Stornes? Czy to możliwe? Ale ona nic nie wspominała 
o żadnym Johanie. No, tylko że nie często bywa w domu tego lata, pomyślał. 

-  Ale... nasza Mali nie jest chyba odpowiednią partią dla twojego Johana? - wyszeptał. - 

Taki  wielki  dwór  jak  Stornes...  moim  zdaniem  to  niemożliwe,  tak  się  nie  da.  Przecież  my 
jesteśmy... no, sam wiesz, jak to z nami jest - dodał z wysiłkiem. 

Sivert nie odpowiedział natychmiast. Wyjął z kieszeni chusteczkę i głośno wycierał nos. 

background image

-   Będę  z  tobą  całkiem  szczery,  Ola  Buvik  -  powiedział  w  końcu.  -  Jesteś  porządnym 

człowiekiem  i  zasługujesz,  żebym  ci  powiedział,  jak  jest.  Nie,  twoja  córka  nie  jest  tą,  którą 
byśmy  najchętniej  widzieli  jako  młodą  gospodynię  w  Stornes,  to  muszę  przyznać.  Nie 
dlatego,  że  nie  jest  bystra  czy  robotna,  bo  to  nieprawda,  ale  sam  wiesz...  Tylko  co  zrobić, 
skoro z Johanem tak się stało... chłopak kompletnie stracił głowę, jeśli mam mówić prawdę. 
Powiada, że albo dostanie Mali, albo nie będzie się żenił z żadną inną. A wtedy ród Stornes 
zniknie z tego świata razem z nim. Ja mam co prawda jeszcze brata, ale to stary kawaler i nie 
ma  mowy,  żeby  mógł  po  mnie  dziedziczyć,  sam  wiesz.  Nigdy  nie  oddamy  mu  Stornes. 
Nigdy! 

Z dwojga złego Mali jest lepsza, pomyślał Ola Buvik i dziękował Bogu, że siedzi, bo stać 

o własnych siłach w tej chwili na pewno by nie mógł. 

-  I mam zamiar dać ci tyle, żebyś wykupił to gospodarstwo i pospłacał długi. Powinno ci 

jeszcze  trochę  zostać,  bo  nie  zamierzam  skąpić  -  powiedział  Sivert,  unikając  spojrzenia 
Buvika. 

Stornes ma zamiar dawać mi pieniądze za to, żeby Mali wyszła za jego syna? Minęło sporo 

czasu,  zanim  Ola  zdał  sobie  sprawę  ze  znaczenia  tych  słów  i  uznał,  że  musiało  się  stać  coś 
naprawdę  niedobrego.  Zwykle  przecież  to  panna  wnosi  mężowi  posag,  a  tu  ojciec  pana 
młodego wykłada pieniądze na stół? To do niczego niepodobne, myślał zaskoczony. 

-  A czy Mali chce twojego Johana? - spytał. - Czy też może to jest problemem, że Johan 

chce Mali, a ona jego nie? 

-  No tak, coś w tym rodzaju - wymamrotał Sivert. 
W małej izbie zaległa cisza. Ola siedział ogarnięty dziwnym uczuciem. Była to mieszanina 

szalonej, buzującej nadziei na ratunek, a zarazem w jego ustach pojawiał się cierpki smak na 
myśl, co właściwie zamierza zrobić. Toż to regularny handel, Ola Buvik ma zamiar sprzedać 
własną córkę! Wielcy państwo tego właśnie chcą, myślał i wpatrywał się w Siverta. Widział, 
ż

e tamten też czuje się kiepsko, bo załatwia interes, którego bardzo by chciał uniknąć. No to 

mu nie zazdroszczę, myślał Ola. 

Ale znowu przemknęło mu przez myśl, że ratunek dla rodziny znajduje się na wyciągnięcie 

ręki. Nigdy w życiu by nie pomyślał, że ratunek może nadejść z takiej strony. Taki bogacz jak 
Stornes  powiada,  że  Mali  nie  chce  Johana.  Ale  dlaczego?  Przecież  i  dla  niej  to  wielka 
przyszłość zostać gospodynią w Stornes. Nikt by nie przypuszczał, że takie małżeństwo jest w 
ogóle  możliwe,  Mali  też  nie!  Tymczasem  ona  najwyraźniej  powiedziała  „nie  chcę".  Ola 
Buvik  na  tyle  znał  swoją  córkę,  by  wiedzieć,  że  musiała  mieć  ważny  powód.  Naprawdę 
ważny powód, biorąc pod uwagę sytuację Buvika, bo przecież to ona zapowiedziała, że zrobi 
wszystko, żeby ratować rodzinę. Musimy koniecznie sprowadzić ją do domu, pomyślał. Niech 
sama powie, o co chodzi. 

-  Mali nieczęsto bywała w domu tego lata - powiedział. - I nigdy nam nie wspominała o 

Johanie  Stornesie,  przynajmniej  ja  o  tym  nie  wiem.  Matce  też  nie  mówiła,  bo  Brit  by  mi 
powiedziała.  Przychodzisz  ze  wspaniałą  propozycją,  Sivercie  Stornes,  nie  będę  ukrywał. 
Wiesz, w jakiej trudnej sytuacji jestem, zresztą wszyscy o tym wiedzą. Ale odpowiedzieć w 
imieniu Mali nie mogę. Muszę wezwać ją do domu i porozmawiać, a potem ona postanowi, 
jak ma być. Bo my w Buvika nie sprzedajemy naszych dzieci, mimo że jesteśmy tacy biedni. 
Zdecydować musi Mali - powtórzył. 

Sivert czuł, że twarz go pali. Nienawidził syna, który wpakował go w tę sytuację. Bo o to 

przecież  przed  chwilą  prosił  Olę  Buvika,  żeby  mu  mianowicie  sprzedał  córkę.  Nigdy  nie 
powinien  był  się  na  to  godzić.  Ale  było  za  późno.  Pospiesznie  wstał  i  podał  tamtemu  rękę. 
Pocił się i czuł okropnie. To najbardziej haniebny postępek w moim życiu, pomyślał, unikając 
wzroku gospodarza z Buvika. 

-   Mam  nadzieję,  że  powiadomisz  mnie,  jak  już  porozmawiasz  z  Mali?  -  rzekł  na 

pożegnanie i otworzył drzwi. - W każdym razie chciałbym wiedzieć, co ona na to. 

background image

Gospodarz  w  milczeniu  skinął  głową.  Może  gość  powinien  wypić  kubek  kawy  przed 

wyjazdem, ale ani słowo na ten temat nie padło. 

Kiedy kurz wzniecony przez kariolkę Stornesa opadł, Brit wróciła do domu. 
-   Czego  on,  na  Boga,  od  ciebie  chciał?  Mówił,  że  to  ma  jakiś  związek  z  naszą  Mali  - 

dopytywała się przestraszona i zaciekawiona. 

Ola  Buvik  odwrócił  się  i  spojrzał  na  wychudzoną  postać  na  progu.  Żebym  to  ja  jeszcze 

mógł  trochę  poprawić  jej  życie,  pomyślał  z  żalem.  Zobaczyć  światło  w  jej  zmatowiałych, 
pozbawionych życia oczach. Usłyszeć jeszcze raz jej śmiech... 

-  Johan Stornes chce się ożenić z Mali - powiedział ochrypłym głosem. 
Przez chwilę obawiał się, że Brit zemdleje. Twarz jej zbielała, kobieta szukała ręką czegoś, 

o co mogłaby się oprzeć. 

-   Chce...  Johan  Stornes  chce  wziąć  Mali  za  żonę?  -  wyszeptała,  patrząc  na  męża  z 

niedowierzaniem. 

-   Tak,  i  nie  tylko  to.  Johan  Stornes  nie  chce  żadnej  innej  panny,  nie  bacząc  na  stan  i 

pochodzenie. Jego żoną będzie Mali albo żadna, zapowiedział swojemu ojcu. A jeżeli Mali go 
zechce, to Sivert Stornes zadba, żebyśmy mieli za co kupić Buvika i pospłacać długi - dodał 
wciąż tym ochrypłym głosem. 

Coś jakby błysk światła przemknęło po zmęczonej twarzy Brit Buvik. 
-  Ale to... W takim razie jesteśmy uratowani, Ola! 
-   Tylko  że  Mali  podobno  odmówiła  -  westchnął  Ola  i  wyjął  fajkę.  -  To  dlatego  Sivert 

sięgnął po portfel. Musimy wezwać Mali do domu i zapytać, jak to z nią jest. To musi być jej 
wybór. My, Brit, ty i ja, nie sprzedajemy naszych dzieci. Tak nisko jeszcześmy nie upadli. 

Ś

wiatło znikło z twarzy kobiety przy drzwiach. Zostały tylko dwie gorączkowe plamy na 

dwóch wychudłych policzkach. To prawda, myślała Brit. Nie sprzedajemy swoich dzieci. To 
będzie wybór Mali... 

 
ROZDZIAŁ 8. 
  
Latem w Gjelstad zatrudniali dodatkowych robotników, zarówno do pracy w polu, jak i w 

obejściu. Wszystkie duże dwory potrzebowały pomocy na długo przed sianokosami i żniwami 
i często ci sami ludzie przychodzili rok po roku, jeśli wykazali się wystarczającą zręcznością i 
zachowywali się przyzwoicie. 

To,  że  Gjelstad  latem  potrzebowało  też  dodatkowych  służących  do  pomocy  w  domu, 

wynikało  z  tego,  że  zwykle  przez  cały  rok  mieli  tu  tylko  jedną  dziewczynę.  Latem,  kiedy 
trzeba było gotować dla wielu ludzi, przybywało prania i sprzątania, jedna osoba by sobie nie 
poradziła. A jeśli służące miały trochę wolnego czasu, to pomagały też przy sianokosach czy 
ż

niwach. 

W tym roku zresztą zapotrzebowanie na więcej służby związane było z weselem, jakie się 

tu odbyło kilka tygodni temu, kiedy to najstarszy syn gospodarzy żenił się z najmłodszą córką 
właściciela  dużego  majątku  z  sąsiedniej  wsi.  Małżonkowie  Gjelstad  mieli  samych  synów, 
trzech - najstarszy był Kristen, następnie Oddvar i ostatni Havard - ku wielkiemu żalowi Ruth 
Gjeldstad, która zawsze chciała mieć córkę. 

Przygotowanie  takiego  wesela  wymaga  mnóstwa  pracy  przez  wiele  poprzedzających 

wydarzenie  tygodni,  prania,  gotowania,  pieczenia.  Wesele  w  takim  wielkim  dworze  jak 
Gjelstad to nie jest przyjęcie, które można przygotować z piątku na niedzielę. Mali pracowała 
tu  już  drugie  lato,  wiedziała,  że  na  następne  też  dostanie  propozycję,  chociaż  gospodarz 
spoglądał na nią gniewnie, bo odrzuciła jego zaloty. 

Mimo to nie martwiła się, wiedziała bowiem, że gospodyni ją ceni, nigdy nie ukrywała, że 

traktuje  dziewczynę  niemal  jak  własną  córkę.  Mali  zaś  marzyła,  aby  z  czasem  dostać  stałą, 
całoroczną pracę w Gjelstad. Wtedy naprawdę mogłaby pomóc rodzicom, bo stały dochód to 

background image

jednak nie to samo, co sezonowe zarobki. Dlatego przykładała się do pracy, jak mogła była na 
nogach od świtu do późnego wieczora. 

Dzień  zaczynał  się  w  oborze.  Mali  bardzo  lubiła  tę  pracę.  Z  czołem  przytulonym  do 

ciepłego  krowiego  boku  mogła  swobodnie  rozmyślać  i  marzyć,  a  tymczasem  silne  palce 
wyciskały  mleko  z  twardych  wymion.  Od  tamtej  niedzieli,  kiedy  odwiedziła  rodziców,  nie 
przestawała  myśleć  o  jakimś  ratunku  dla  rodziny.  Ale  jak  ona,  sezonowa  służąca,  miałaby 
uratować zadłużone gospodarstwo? 

Rozmawiała  z  ojcem  sam  na  sam  i  skóra  jej  ścierpła,  kiedy  usłyszała,  jakiej  sumy 

potrzebują,  by  spłacić  długi.  Rozsądek  podpowiadał  jej,  że  to  nie  jest  możliwe,  mimo  to  z 
uporem  trwała  przy  swoim.  Obiecała  przecież.  Nie  mogła  sobie  wyobrazić,  że  rodzina 
zostanie wyrzucona za drzwi, pozbawiona dachu nad głową i środków do życia. Jeśli zaś będą 
mieli tyle szczęścia, że znajdą pracę w okolicznych dworach, to rodzina się rozpadnie. W tych 
stronach bowiem nie ma takich bogatych gospodarzy, którzy by mogli zatrudnić całą rodzinę. 
Ponure myśli nie dawały jej spokoju nawet w nocy. Bardzo schudła i sama widziała, że pod 
letnią opalenizną jej twarz zrobiła się szara. Gospodyni zapytała ją nawet wprost, czy nie jest 
chora, ale Mali powiedziała, że nie. Plotki rozchodzą się jednak szybko, wkrótce i w Gjelstad 
dowiedzą się, co mnie martwi, myślała z goryczą. 

-  Czy ty znasz Johana Stornesa? 
Mali  drgnęła,  kiedy  Kristine,  druga  służąca  w  Gjelstad,  stanęła  nagle  za  jej  plecami  przy 

zagrodzie dla cieląt. 

-   Johana  Stornesa?  -  powtórzyła  i  pochyliła  głowę,  żeby  tamta  nie  zauważyła,  jak  się 

czerwieni. 

-  Tak, musiałaś go widzieć na weselu. Co prawda nie bardzo jest na co patrzeć, ale za to 

jaki majątek ma do zaoferowania przyszłej żonie! To naprawdę dziwne, że do tej pory jeszcze 
sobie żadnej nie znalazł. Gdyby oświadczył się mnie, to z miejsca bym się zgodziła - dodała 
Kristine z rozmarzeniem w oczach. 

-  Naprawdę? - spytała  Mali, trzymając mocno  wiadro z piciem, którego cielę o mało nie 

wyszarpnęło jej z rąk. -To ty go znasz? 

Kristine roześmiała się i zaczęła wpychać pod czepek swoje niesforne włosy. Te jej włosy 

nie  dawały  się  utrzymać  w  porządku,  żeby  nie  wiem,  jak  się  starała.  Często  czesała  włosy 
Mali i mówiła, że sama chciałaby mieć takie. W ogóle chciałaby wyglądać jak Mali. Ale w jej 
słowach nie było zazdrości, jedynie podziw. Kristine nie należała do osób noszących w sercu 
zazdrość.  Jest  miła  i  radosna,  uważała  Mali,  tylko  trochę  zbyt  naiwna.  Trochę  za  dobrze 
myślała o ludziach. 

-  Czy go znam? Nie - uśmiechnęła się onieśmielona. - Ale to przecież nie ma znaczenia. 

Mogłabym bardzo wiele znieść, gdybym tylko została gospodynią w takim dworze. Nawet z 
samą Beret Stornes bym wytrzymała, tak mi się zdaje, gdybym tylko mogła bogato wyjść za 
mąż.  Bo  wtedy  nie  miałabym  już  żadnych  zmartwień,  Mali.  Ale  dziedzic  ze  Stornes  nie 
spogląda w naszą stronę, jeszcze by tego brakowało. Znajdzie sobie dużo bogatszą żonę niż 
my.  A  jak  nie  on  sam,  to  już  jego  mama  o  to  zadba.  Nie  może  przecież  dopuścić,  żeby 
dziedzic Stornes zestarzał się w kawalerstwie. No a poza tym musi spłodzić następcę. 

Mali  nie  odpowiadała.  Wzięła  puste  wiadra  i  poszła  je  umyć  w  drugim  końcu  obory. 

Kristine pojęcia nie ma, jak bardzo się myli, myślała. Wspomnienie tego, co się stało w dniu 
wesela i potem w pralni, kiedy mieli szukać noża Johana, wróciło z wielką wyrazistością. 

Mali  starała  się  odegnać  od  siebie  nieprzyjemne  myśli.  To,  że  Johan  nie  wygląda  zbyt 

interesująco,  to  jedna  sprawa,  ale  to,  że  Mali  nie  jest  w  stanie  go  znieść,  to  zupełnie  co 
innego.  Ten  jego  zwierzęcy  wzrok,  którym  ją  dosłownie  pożerał.  A  ponadto  dwa  razy  się 
zdarzyło, że Johan kompletnie stracił nad sobą kontrolę i po prostu się na nią rzucił. Czegoś 
takiego Mali nie ścierpi. Żąda dla siebie szacunku i nie zrezygnuje z tego za żaden majątek 
ś

wiata! Nie uważała, że Johan jest naprawdę zły czy ma wobec niej nieczyste intencje. Może 

background image

nawet  przeciwnie,  myślała  z  ironią.  Najbardziej  jednak  odpychało  ją  od  niego  to,  że  nie 
potrafi  nad  sobą  panować.  Oświadczył  jej  się,  ale  nie  starał  się  nawet  ukryć,  jak  bardzo  jej 
pożąda.  Czy  jest  w  niej  zakochany?  Jeśli  tak,  to  jest  to  beznadziejna  miłość,  tak  Mali  to 
widziała.  Może  jednak  większość  mężczyzn  tak  się  zachowuje?  Oni  myślą,  że  pożądanie  i 
potrzeba posiadania to to samo co miłość, rzucają się na kobiety niczym rozognione samce, 
zamiast  je  szanować  i  kochać.  Mali  nie  miała  wątpliwości,  że  nie  mogłaby  kochać  ani 
szanować Johana Stornesa. Nigdy! 

Ciekawe, co by Kristine powiedziała, słysząc, że Johan oświadczył się Mali? Musiała się 

uśmiechnąć na myśl o tym. Kristine z miejsca by się zgodziła, tak mówi. Ale zgodziłaby się 
nie  z  miłości,  tylko  dlatego,  że  takie  małżeństwo  wydobyłoby  ją  z  nędzy,  uwolniło  od 
niewolnictwa,  było  furtką  do  życia  w  dostatku  i  szacunku  otoczenia.  Kristine  pod  wieloma 
względami mocniej chyba stała na ziemi niż Mali, w każdym razie jeśli chodzi o małżeństwo 
i  przyszłość.  Dzieliły  ze  sobą  pokój,  ona  i  Kristine,  i  bardzo  lubiła  tę  pogodną,  pełną 
optymizmu koleżankę. Była może bardziej lekkomyślna niż Mali, ale mężczyzn za blisko do 
siebie nie dopuszczała. Zwierzyła się z tego Mali któregoś wieczora. Mówiła, że potańczyć, a 
nawet  pobaraszkować  trochę  na  sianie  czy  latem  na  pełnej  kwiatów  łące  to  owszem,  jest  to 
miłe i podniecające, ale na nic więcej nikomu nie pozwoli, dopóki nie znajdzie się ten, który 
zechce o nią dbać również potem, kiedy już ją dostanie. 

-  Taka całkiem głupia to ja nie jestem - powiedziała do Mali tamtego wieczora. - Dobrze 

wiem, czego chłop szuka. I nie chcę zostać sama z nieślubnym dzieckiem na rękach. Nie, to 
nie dla mnie, wiem, jak takie dziewczyny kończą. 

Mali  wypłukała  ostatnie  wiadro  i  zdjęła  robocze  ubranie.  Wiele  rzeczy  wyglądałoby 

inaczej, gdybym była taka rozsądna jak Kristine, myślała. Była pewna, że Johan pomógłby jej 
ojcu,  gdyby  przyjęła  jego  oświadczyny.  Sivert  Stornes  nie  pozostałby  z  pewnością  obojętny 
na to, że teść jego syna z rodziną żyje w nędzy. Co to, to nie! Ale już sama myśl o tym, że 
całe  życie  miałaby  spędzić  z  Johanem,  wywoływała  w  niej  mdłości,  więc  odganiała  ją  od 
siebie czym prędzej. 

-  A  ty  co,  zgodziłabyś  się  zostać  gospodynią  w  jakimś  bogatym  dworze,  Mali?  -  spytała 

Kristine,  kiedy  szły  pospiesznie  przez  dziedziniec,  by  zdążyć  przygotować  śniadanie. 
Najwyraźniej  nie  mogła  się  uwolnić  od  tego  tematu.  -  Nosić  piękne  ubrania  i  przyjmować 
gości, co? No i wszyscy ci ludzie, którzy muszą ci okazywać szacunek! Pomyśl, Mali! 

-  Nie  zastanawiałam  się  nad  tym  za  bardzo  -  odparła  Mali  wymijająco.  -  To  zwyczajna 

strata czasu. 

Nie chciała okazywać Kristine braku zaufania ani jej do siebie zniechęcać, bo dobrze się 

przy niej czuła, ale akurat tego tematu wolała z nikim nie roztrząsać. Nie teraz. 

 
Mali wieszała pranie na podwórzu, gdy nagle zauważyła obłok kurzu na drodze od strony 

lasu. Nieczęsto jacyś ludzie tędy przejeżdżali, więc jeśli już, to wszyscy chcieli wiedzieć, kto 
to. Tym razem to nie tylko jeden wóz, zauważyła Mali. Musi ich być kilka. A może to tabor 
cygański?  Latem  Cyganie  często  się  pojawiali  w  okolicy  i  zwykle  prosili  gospodarzy  o 
nocleg. Nikt im nie odmawiał, bo panowało przekonanie, że mogłoby to ściągnąć nieszczęście 
na  domowników.  Pozwalano  im  zajmować  stodoły  i  szopy  na  siano,  gdzie  spędzali  zwykle 
dwie  lub  trzy  noce.  Kiedy  wieść  o  Cyganach  rozeszła  się  po  okolicy,  przybiegali  ludzie  z 
innych  gospodarstw  z  różnymi  rzeczami  do  naprawy.  Cyganie  lutowali  garnki,  reperowali 
narzędzia, wyrabiali patelnie i kociołki. I na ogól nie sprawiali kłopotów. 

Nawet kobiety, a także młode dziewczyny, przychodziły popatrzeć na wędrowny lud, który 

prowadził zupełnie inne życie. Wolne, bez zegarów i przymusu. Tak przynajmniej większość 
myślała.  Coś  pewnie  w  tym  było,  chociaż  może  nie  aż  tyle  romantyzmu,  jak  zwłaszcza 
młodym pannom się wydawało. Osiadłe czy nie, każde życie to walka, wysiłek i zmartwienia. 

background image

Cyganie bywali niezwykłe urodziwi, i kobiety, i mężczyźni, zwłaszcza młodzi. Ukradkowe 

spojrzenia miejscowych panien śledziły ciemnoskórych i ciemnowłosych chłopców, silnych i 
zwinnych.  Mieli  też  przeważnie  pogodniejszej  usposobienie  niż  chłopi.  Bawili  się  i  śmiali, 
strzelali  oczami  do  dziewczyn,  których  serca  zaczynały  bić  szybciej.  Było  w  nich  coś 
podniecającego  i  tajemniczego,  w  sercach  dziewczyn  pojawiała  się  dziwna  słodycz,  ale 
wychodzić za tych chłopców raczej nie chciały. Cygan to zawsze Cygan. 

Kończyło się więc na marzeniach o śniadych, muskularnych ramionach i czarnych oczach, 

powodujących  bicie  serca  i  miękkość  kolan.  Dzień  powszedni  często  bywał  szary, 
pozbawiony radości, mało w nim było romantycznych uniesień. Cyganie wnosili marzenia do 
normalnego  życia  i  mało  kto  mógł  im  się  oprzeć.  Tyle  tylko,  że  większość  zadowalała  się 
jedynie marzeniami. Chociaż Mali słyszała też o dziewczynach, którym właśnie z Cyganami 
przytrafiło się nieszczęście. A potem bardzo trudno było znaleźć ojca dziecka. Nikt bowiem 
nie  wie,  kiedy  wędrowny  tabor  znowu  się  pojawi,  jeżeli  w  ogóle  kiedykolwiek.  Wędrowali 
przecież po najrozmaitszych drogach. - Cyganie przyjechali! 

Mali aż podskoczyła na dźwięk podnieconego głosu Kristine. 
-  Pani  powiedziała,  żebyśmy  obie  wyszły  im  na  spotkanie  i  pokazały  miejsce  w  stodole, 

gdzie mogą się rozłożyć. Mamy powiedzieć, że jest dla nich we dworze praca na wiele dni. 
Sam gospodarz później do nich przyjdzie i wszystko wytłumaczy. 

-  Najpierw muszę powiesić pranie - odparła Mali spokojnie. 
-  No  to  ja  ci  pomogę  -  ofiarowała  się  Kristine,  chętna  jak  zawsze,  i  zabrała  się  do 

rozwieszania  ciężkiej  roboczej  odzieży.  -  Czy  to  nie  wspaniałe,  Mali?  I  może  któryś  z  nich 
gra  na  harmonii  albo  na  skrzypcach.  Możemy  tam  do  nich  pójść  po  pracy,  wieczorem,  i 
posłuchać.  Słyszałaś,  jak  Cyganie  grają?  Oni  to  robią  tak  pięknie,  tacy  są  przy  tym  rozma-
rzeni. 

Nie,  Mali  nie  słyszała  cygańskiej  muzyki.  W  każdym  razie  nie  pamięta.  Wiele  razy 

widziała  przejeżdżający  cygański  tabor,  ale  pierwszy  raz  znajduje  się  we  dworze,  w  którym 
Cyganie  się  prawdopodobnie  zatrzymają.  Nadal  wieszała  ubrania,  musiała  jednak  przyznać, 
ż

e ją także ogarnęło dziwne podniecenie. 

Od dzieciństwa zastanawiała się, co to właściwie za ludzie ci Cyganie. Nie żeby ją jakoś 

specjalnie interesowali, ale tyle o nich słyszała, że ciekawe było poznać ich bliżej, myślała. A 
poza  tym  wszystko,  co  może  ożywić  długi,  ciężki  dzień  pracy,  trzeba  przyjmować  z 
zadowoleniem. 

   
Tabor nie był duży, ledwie trzy wozy, siedmioro czy ośmioro dorosłych i gromadka dzieci. 

Kristine aż przebierała nogami z podniecenia, kiedy pojawili się na dziedzińcu. Bez przerwy 
poprawiała  czepeczek  i  nerwowo  wygładzała  spódnicę;  wyczekująca,  zaciekawiona, 
wielkooka. 

Pierwszy  szedł  wysoki,  smagły  i  silny  mężczyzna.  Mali  uznała,  że  jest  pewnie  wodzem 

taboru, choć zwróciła uwagę, że jest tam też znacznie starszy mężczyzna. Może jego ojciec, 
pomyślała.  Napotkała  wzrok  młodego  Cygana,  kiedy  wyciągnął  rękę,  żeby  się  przywitać. 
Poczuła,  jakby  coś  ciepłego,  ale  też  ciężkiego,  przeniknęło  do  jej  ciała.  Nigdy  u  nikogo  nie 
widziała takich oczu.  Były szarozielone ze złotymi plamkami. Dłoń zaś  duża, silna i ciepła. 
Jej  własna  zrobiła  się  nagle  lodowato  zimna  i  Mali  cofnęła  się  nerwowo.  Coś  w  tym 
mężczyźnie ją zaniepokoiło, ale pojęcia nie miała dlaczego. 

-  Dzień dobry - powiedział i potrząsnął jej ręką. - Zastanawialiśmy się, czy można by tu 

dostać nocleg... 

-  Tak, tak, w stodole - zawołała Kristine z ożywieniem, zanim jeszcze skończył. - Mali i ja 

wszystko wam pokażemy 

I gospodarz mówi, że jest dla was pracy na wiele dni, tak że... 

background image

Kiedy się do niej uśmiechnął, zrobiła się ogniście czerwona. Uśmiech Cygana był ciepły i 

szeroki,  odsłaniał  mocne,  białe  zęby.  Mali  stwierdziła  nagle,  że  on  wciąż  trzyma  jej  rękę, 
cofnęła ją więc gwałtownie. Popatrzył na nią. Stwierdziła, że to niezwykle piękny mężczyzna 
i  wspaniale  zbudowany,  szeroki  w  ramionach  i  wąski  w  biodrach.  Czarne  kręcone  włosy 
opadały na kark. 

-  Nazywam się Jo. - powiedział bardziej do Mali niż do Kristine. - Wszyscy mówią o mnie 

Cygan  Jo.  To  ja  prowadzę  tabor,  a  tamten  starszy  mężczyzna  to  mój  ojciec.  Pozostali 
pochodzą przeważnie z tego samego rodu co ja - dodał, nie wdając się w szczegóły. 

Mali zwróciła uwagę na piękną, młodą kobietę z dzieckiem na  rękach i zastanawiała się, 

czy to może żona tego Jo. Włosy tamtej były takie czarne, że aż mieniły  się niebieskawo w 
blasku  słońca,  kiedy  ruchem  głowy  odrzucała  w  tył  bujną  czuprynę.  Mali  poczuła 
nieprzyjemne  ukłucie  w  sercu,  kiedy  Cyganka  na  nią  spojrzała.  Jakbym  była  zazdrosna, 
pomyślała rozbawiona. 

-  Chodźmy już - zachęcała Kristine. - Pokażemy wam stodołę. A za pralnią jest strumień, 

woda  nie  nadaje  się  do  picia,  ale  można  w  niej  prać.  A  studnię  mamy...  -  zawstydzona 
spojrzała na Mali. - Czy nie za dużo gadam? - bąknęła i już w milczeniu zaczęła schodzić w 
dół, ku stodole. 

Cyganie  przywykli  radzić  sobie  sami,  więc  Mali  i  Kristine  nie  musiały  się  długo  nimi 

zajmować.  Obie  przywitały  się  jeszcze  ze  starym  mężczyzną,  którego  Cygan  Jo  przedstawił 
im  jako  swojego  ojca.  Był  to  ogorzały  i  zniszczony  człowiek,  Mali  pomyślała  jednak,  że 
chyba  nie  jest  aż  taki  stary,  jak  się  na  pierwszy  rzut  oka  wydaje.  Słońce  i  wiatr  oraz  trudne 
ż

ycie nieustannie w drodze robią swoje, ludzie starzeją się szybciej. 

Przywitały się też ze starszą kobietą i Mali pomyślała, że to matka Jo. Okazało się jednak, 

ż

e jest siostrą jego ojca. 

-    Nie,  matka  Jo  umarła  wiele  lat  temu  -  wyjaśniła  tamta,  patrząc  na  dziewczynę  takimi 

samymi  szarozielonymi  oczyma,  jakie  Mali  dostrzegła  u  Jo.  -  Kiedy  Jo  był  młodszy, 
zastępowałam mu matkę. Ale to nic szczególnego. W takim życiu jak nasze wszyscy zajmują 
się wszystkimi. Mamy zresztą krewnych w wielu innych taborach i często się wymieniamy, 
raz  podróżuję  z  tymi,  kiedy  indziej  z  tamtymi,  jak  się  złoży.  Nie  kierujemy  się  w  życiu 
normami,  które  dla  ludzi  osiadłych  są  najważniejsze.  Chociaż  czasem  przestrzegają  ich 
bardziej ze strachu przed pastorem i zwierzchnością, czy ja wiem. My, Cyganie, spotykamy 
się też często w większych grupach, najlepiej w zimie, kiedy trudno wędrować z miejsca na 
miejsce,  wynajmujemy  wtedy  jakiś  większy  dom.  Na  ogół  nic  nadzwyczajnego,  ale 
przynajmniej nie leje się nam na głowy. 

Mali miała ochotę zapytać ją o tę młodą kobietę z dzieckiem w objęciach, ale zabrakło jej 

odwagi.  Z  bliska  wydawała  się  jeszcze  ładniejsza,  niż  Mali  z  początku  sądziła.  Miała 
klasyczne, niemal południowe rysy, smukłą i gibką figurę. Jak stworzona do tańca i miłości, 
pomyślała Mali i sama się zdziwiła, skąd jej to przyszło do głowy. Promienny uśmiech odkrył 
piękne białe zęby. Kim ona jest, zastanawiała się Mali i znowu poczuta nieprzyjemne ukłucie 
w  sercu.  Ciekawe  dlaczego?  Nie  zna  przecież  tego  Cygana  Jo,  musiała  jednak  sama  przed 
sobą przyznać, że zrobił na niej wielkie wrażenie. Żaden z pozostałych mężczyzn w taborze 
nawet równać się z nim nie mógł, a już w żadnym razie z jego oczyma. I, naturalnie, kobieta z 
dzieckiem mogła do niego należeć. Mali jakoś dziwnie była tym zainteresowana... 

W  drodze  powrotnej  do  domu  Kristine  znowu  szturchnęła  przyjaciółkę  w  bok  i 

zachichotała. 

-  Ale on się na ciebie gapił, ten Cygan Jo! Powinnaś mieć się na baczności! Cyganie mają 

własne  zwyczaje,  jeśli  chodzi  o  kobiety,  słyszałam,  jak  ludzie  gadali.  A  jaki  on  piękny!  - 
westchnęła. - Czyś ty widziała jego oczy? 

-  Ech, ty głupiutka kuro! - ucięła Mali, ale niepokój, który nią jakiś czas temu owładnął, 

jakoś nie ustępował. 

background image

-  Na ciebie to wszyscy się gapią - oznajmiła Kristine trzeźwo, ale bez cienia zazdrości w 

głosie. - Tylko że ciebie to nic a nic nie obchodzi. Czy tobie nikt się nigdy nie podobał, Mali? 

-   Myślę,  że  w  tych  sprawach  nie  ma  pośpiechu  -  odparła  Mali,  ale  odezwała  się  tylko 

dlatego,  żeby  milczeniem  nie  urazić  Kristine.  Z  nikim  nie  chciała  o  tym  dyskutować.  -  Ale 
pewnie  zanim  się  obejrzę,  jakiś  się  koło  mnie  pojawi  -  dodała  z  uśmiechem,  wzięła  rękę 
Kristine i uścisnęła przyjaźnie. - Ty pierwsza się o tym dowiesz. 

Reszta dnia minęła jak zwykle. Mali biegała między pralnią a spichlerzem, nakrywała do 

stołu  i  sprzątała  po  posiłkach.  Przyłapała  się  na  tym,  że  na  długie  godziny  zapomina  o 
rodzinie  i  sytuacji  w  domu,  bo  tyle  miała  roboty.  Ale  mimo  to  oczyma  wyobraźni  widziała 
szarozielone  oczy  ze  złotymi  plamkami  i  czuła  ciepło  dłoni,  którą  chętnie  by  jeszcze 
potrzymała w swoich. 

Ponownie  spotkała  Cygana  Jo  jeszcze  tego  samego  dnia,  kiedy  zbierała  na  podwórzu 

ostatnie wysuszone rzeczy. Szedł z pustym wiadrem do strumienia. Słońce kryło się właśnie 
za wzgórzami na zachodzie i cienie stawały się coraz dłuższe. 

-  Masz długi dzień pracy, Mali - zagadnął i zatrzymał się. - Skąd pochodzisz? Bo chyba 

nie z tego dworu? 

Mali potrząsnęła głową i zastanawiała się, gdzie przepadł jej głos. Głośno przełykała ślinę 

i starała się na niego nie patrzeć. 

-   Jestem  z  małego  gospodarstwa  tam,  w  dolinie  -  wykrztusiła  cicho.  –  I  już  drugie  lato 

pracuję w Gjelstad. 

Chciała,  żeby  sobie  poszedł,  bo  jego  bliskość  wywoływała  w  niej  niepokój.  On  jednak 

usiadł na trawie i przyglądał się, jak Mali zbiera pranie. 

-  Czy wiesz, że jesteś bardzo ładna? - spytał nieoczekiwanie. 
Mali na moment straciła oddech, spojrzała mu w oczy  oszołomiona, fala  gorąca spłynęła 

na jej twarz. Rany boskie, co jest w tym człowieku, pomyślała przestraszona. 

-   Nie  chciałem  cię  onieśmielić  -  powiedział  spokojnie.  -  Jesteś  bardzo  ładna,  ale  masz 

takie smutne oczy. Co cię dręczy, Mali? 

Nie odpowiedziała mu na to pytanie. Pospiesznie ściągnęła ze sznura ostatni ręcznik i już 

chciała podnieść kosz z suchym praniem, gdy on zerwał się na równe nogi i wziął ciężar. Ich 
ręce spotkały się na moment i Mali znowu zaparło dech w piersiach. 

-  Zaniosę ci to do progu - rzekł. 
Mali  chciała  protestować,  przecież  mogła  sama  dać  sobie  radę.  Nie  zrobiła  tego  jednak, 

poszła po prostu za nim bez słowa. Miał muskularne, sprężyste  ciało. Niczym u zwierzęcia, 
przemknęło  jej  przez  myśl.  Ciemne  włosy  na  karku  zwijały  się  w  drobne  loki  i  nagle  Mali 
ogarnęła ochota, by ich dotknąć. To pragnienie kompletnie zbiło ją z tropu. 

-  Dziękuję - rzekła krótko, kiedy postawił kosz na progu. - Nie powinieneś był robić sobie 

kłopotu. 

-  To  żaden  kłopot  -  odparł  spokojnie  tym  dziwnym  dialektem,  którym  się  posługiwał,  a 

który brzmiał tak, że Mali nie mogła się zorientować, skąd pochodzi. Cyganie pewnie zbierają 
słowa i powiedzenia z różnych stron, przez które podróżują, pomyślała. 

-  Dobranoc, piękna Mali. 
   
Tego  wieczora,  kiedy  przygotowała  się  już  do  snu.  Mali  usiadła  przy  otwartym  oknie. 

Kristine  jeszcze  nie  przyszła,  Starannie  uczesała  swoje  niesforne  włosy,  włożyła  czepek  i 
ś

wieży  fartuch,  po  czym  pobiegła  na  dół  do  stodoły,  żeby  posłuchać  muzyki.  Bo  Cyganie 

grali. Słodkie, pieszczotliwe tony skrzypiec docierały aż tutaj. 

Kristine  chciała  ją  ze  sobą  zabrać.  Mali  jednak  odmówiła,  choć  właściwie  chciała  iść. 

Tylko  że  zabrakło  jej  odwagi.  Bała  się  siły  w  tych  szarozielonych  oczach  i  niezwykłych, 
uczuć,  jakie  nieznajomy  w  niej  budził.  Oparła  łokcie  o  parapet  i  przymknęła  oczy.  Tony 
skrzypiec budziły jej zmysły. Tam, na dole, razem z innymi jest również on. Może to on tak 

background image

gra?  Cieszyła  się,  że  za  parę  dni  Cygan  Jo  wyjedzie.  Coś  jej  mówiło,  że  mógł  stać  się 
niebezpieczny dla spokoju jej ducha, gdyby go bliżej poznała. Musiała bowiem przyznać, że 
zrobił na niej wielkie wrażenie, myśl o jego oczach była jak opętanie. W nocy śniły jej się te 
oczy ze złotymi plamkami. I gorące dłonie. Obudziła się o świcie, spocona i oszołomiona. 

 
Minął  tydzień.  Któregoś  dnia  Mali  nieoczekiwanie  została  wezwana  do  gospodyni  i 

dowiedziała się, że przysłano po nią z domu. Zrobiło jej się gorąco z przerażenia. 

-  Czy  stało  się  tam  coś  złego?  -  spytała  drżącym  głosem  i  najpierw  pomyślała  o  matce. 

Taka chuda i blada była ostatnim razem... 

-   Nie,  niczego  złego  nie  słyszałam  w  głosie  twojego  ojca  -  powiedziała  gospodyni  z 

tajemniczym spojrzeniem. - Telefonował do nas z dworu w Ora. Krążą jednak plotki... sama 
wiesz, że sytuacja twojego ojca nie jest najlepsza. 

Zatem  plotki  dotarły  już  do  Gjelstad,  pomyślała  Mali  ze  skurczem  żołądka.  Już  niedługo 

wszyscy będą wiedzieć, jak się mają sprawy w Buvika. Nerwowo szarpała guziki bluzki. Ale 
do  czego  ona  jest  potrzebna  w  domu?  Przecież  jeszcze  miesiąc  do  czasu,  kiedy  właściciel 
ziemi oczekuje zwrotu długu, a przedtem nie może ich wyrzucić. 

-  Ale ja nie mogę tak wszystkiego zostawić i sobie pójść -bąkała. - Jeżeli tam się nic złego 

nie  stało,  to...  Miejsce  w  Gjelstadjest  mi  potrzebne,  muszę  pracować,  a  wolną  niedzielę  już 
miałam. 

-   Moim  zdaniem  powinnaś  jednak  iść  do  domu  -  powiedziała  gospodyni  i  Mali  zowu 

dostrzegła  zaciekawienie  w  jej  oczach.  -  Podobno  twoi  rodzice  mieli  niedawno  bardzo 
dostojnego gościa. Ludzie gadają, że odwiedził ich Sivert Stornes. Czy wiesz może dlaczego? 

-  Sivert, Stornes? 
Mali wytrzeszczyła oczy. Czego ojciec Johana szukał w Buvika? I nagle jakby rozsypane 

elementy jakiejś układanki znalazły się na swoich miejscach, choć Mali za nic nie chciała w 
to uwierzyć. Johan posłał swojego ojca, żeby ten prosił o jej rękę! Niemożliwe. Ale co innego 
mogłaby oznaczać ta wizyta? Czuła, że pot spływa jej po plecach, zrobiło jej się niedobrze. 

-   Odmund  cię  odwiezie  -  powiedziała  gospodyni  z  życzliwością.  -  Idź  teraz  do  siebie  i 

przygotuj  się.  Twój  ojciec  powiedział,  że  musi  się  jak  najprędzej  z  tobą  rozmówić.  No  i 
musisz mi powiedzieć, dlaczego mu się tak spieszyło. Jak już sama się dowiesz, oczywiście. 

Mali nie odpowiadała. Chaotyczne myśli kłębiły się jej w głowie. O co może chodzić? Co 

się dzieje? 

-  A właśnie, czy ty znasz Johana Stornesa? 
Najwyraźniej  Ruth  Gjelstad  sama  zaczynała  układać  w  całość  zasłyszane  pogłoski, 

wietrząc i sensację, i skandal, Mali energicznie potrząsnęła głową. 

-  Nie, skąd miałabym go znać? - spytała ledwo dosłyszalnie. 
Odwróciła się wolno i poszła ku drzwiom z poczuciem, że spotyka ją właśnie coś trudnego 

i bolesnego. Półprzytomna wyszła i ostrożnie zamknęła za sobą drzwi.

 

 

ROZDZIAŁ 9. 
 
Padało  tego  dnia,  kiedy  Mali  wróciła  do  Buvika.  Mimo  to  poprosiła  woźnicę,  by  ją 

wysadził  u  stóp  wzniesienia,  i  piechotą  poszła  w  stronę  małej  zagrody.  Zeskoczyła  z  wozu, 
wzięła swoją zniszczoną walizkę i podziękowała za podwiezienie. Umówili się, że Odmund 
przyjedzie po nią jutro. 

Także  i  tym  razem  długo  stała  pod  wielką  brzozą  i  patrzyła  przed  siebie.  Chociaż  przez 

gęstą  koronę  drzewa  deszcz  lał  się  jej  na  głowę,  ona  tego  nie  dostrzegała.  Przed  nią  leżało 
Buvika  smagane  deszczem  i  wyglądało  jeszcze  nędzniej  niż  zwykle.  Gęsta  mgła  wisiała 
ponad lasem, pogoda typowa dla tych okolic. 

background image

Wielu  ona  przygnębia,  zwłaszcza  że  zwykle  trwa  bardzo  długo.  Jak  się  już  raz  zacznie 

deszcz  i  mgła,  może  tak  padać  całymi  dniami,  a  bywa,  że  i  tygodniami.  Ludzie  czują  się 
przygnieceni  ciężką,  nieruchomą  mgłą,  większość  jednak  przyzwyczaja  się  z  latami  i 
przestaje narzekać. Na pogodę człowiek i tak nic nie poradzi. Mali lubiła deszcz. Lubiła za-
pach  mokrej  ziemi  i  ociekających  wodą  roślin.  Ciężka  mgła  pokrywająca  góry,  poruszające 
się wolno wielkie kłęby, niczym duchy między koronami drzew i dachami budynków, zawsze 
ją fascynowały. Ale i ona czuła się źle, kiedy taka pogoda utrzymywała się zbyt długo. 

Tego dnia potrzebowała czasu do namysłu, szła więc wolno. 
Wszystko  stało  się  tak  nagle.  Zastanawiała  się,  co  też  usłyszy  w  domu  i  co  oni  myślą. 

Musieli przeżyć szok, kiedy zjawił się Sivert Stornes, tego mogła się domyślać. I ciekawe, co 
im właściwie powiedział? Nie wątpiła jednak, że musi to mieć związek z Johanem. Po tych 
jego  niewydarzonych  oświadczynach,  które  zresztą  odrzuciła,  jego  ojciec  zdecydował  się 
jechać do Buvika i prosić w imieniu syna? Mali nie mogła tego zrozumieć. Jak to możliwe? 
Przecież wyraźnie powiedziała „nie"! 

Powoli zaczęła wchodzić na zbocze, po którym spływały strumienie wody. Przez moment 

pomyślała, że zniszczy buty, a to jedyna para, jaką ma. Potem jednak machnęła ręką i ruszyła 
przed  siebie.  Wysuszy  buty  w  kuchni,  co  tam.  Zresztą  są  solidne,  ręczna  robota,  zniosą 
odrobinę deszczu. Już nie takie ulewy im się trafiały. 

Krowy  stały  blisko  siebie  pod  gęstą  sosną,  która  nie  dawała  im  jednak  wielkiej  ochrony. 

Nawet  nie  podniosły  głów,  kiedy  Mali  je  mijała.  I  starego  kota  też  nigdzie  nie  było  widać. 
Leży pewnie pod piecem i śpi, pomyślała. To nie jest pogoda na spacer dla starego kota, o nie. 

Pierwsze,  co  ją  uderzyło  po  wejściu  do  sieni,  to  panująca  w  domu  cisza.  Zdjęła  z  siebie 

ociekający wodą szal i powiesiła na wieszaku, a potem zdjęła buty. Nawet pończochy miała 
mokre. Poprawiła włosy i lekko zapukała do drzwi. Z butami w rękach weszła do izby. 

Matka  była  sama.  Siedziała  przy  piecu  i  łatała  jakieś  ubranie.  Na  dźwięk  otwieranych 

drzwi podskoczyła, jakby miała nieczyste sumienie. 

-  To naprawdę ty? - zawołała, widząc Mali. - Aleś ty przemokła! A mówili, że tym razem 

dostaniesz podwodę do domu? 

-  Dostałam,  tylko  odprawiłam  woźnicę  na  dole  -  odparła  Mali,  szukając  przy  piecu 

miejsca dla swoich butów. 

Kot  rzeczywiście  spał  w  cieple,  otworzył  jedno  oko,  kiedy  buty  Mali  znalazły  się 

niebezpiecznie blisko niego, zaraz jednak zwinął się jeszcze bardziej i wrócił do przerwanej 
drzemki. Mali zorientowała się, że matka piecze chleb, z pieca dochodził smakowity zapach. 

-   Powinnaś  się  przebrać  -  powiedziała  matka,  kręcąc  się  koło  córki  dziwnie 

zdenerwowana. - Jeszcze się rozchorujesz. Przynajmniej na nogi włóż coś suchego. 

Mali  usiadła  i zaczęła  ściągać  czarne,  domowej  roboty  skarpety,  potem  podciągnęła  nogi 

tak, by spódnica okryła jej stopy. Matka przyniosła suche skarpetki. 

-  A gdzie ojciec? - spytała Mali. - I gdzie wszyscy? 
Matka udawała bardzo zajętą, szykowała kawę i smarowała kromki chleba. Na policzkach 

miała gorączkowe wypieki i nieustannie poprawiała fartuch. 

-  Ojciec zaraz przyjdzie - zapewniła. - Poszedł tylko... A chłopcy mieli coś do załatwienia 

we  wsi.  Margrethe  jest  dzisiaj  w  Nerbo,  potrzebowali  jej  do  pomocy,  bo  wieczorem  będzie 
spotkanie misyjne... 

Ach  tak,  pomyślała  Mali.  Wszyscy  zostali  odesłani  z  domu.  Najwyraźniej  to,  o  czym 

będzie  tutaj  mowa,  ma  pozostać  między  nią  i  rodzicami.  Przynajmniej  na  początku.  Skuliła 
się na krześle i nie mówiła nic więcej. Matka też się nie odzywała, zajęta robotą spoglądała 
tylko na córkę po kryjomu. Jakie to do niej niepodobne, dziwiła się Mali zaniepokojona. 

Obie drgnęły, kiedy za drzwiami rozległy się ciężkie kroki ojca. Coś się zacisnęło w piersi 

Mali i nie pozwalało jej swobodnie oddychać. Ale na widok ojca poczuła ból. Jaki on chudy i 

background image

zmizerowany, pomyślała. Bo matka zdawała się wyglądać znacznie lepiej niż ostatnim razem. 
Chociaż mogły córkę zmylić te gorączkowe rumieńce na twarzy Brit. 

-  No  to  przyszłaś  do  domu  -  powitał  ją  ojciec  i  usiadł  w  swoim  fotelu  na  biegunach.  - 

Paskudną pogodę sobie wybrałaś - dodał. 

-  Przecież ty sam po mnie posłałeś - zdziwiła się Mali. - Gospodyni kazała mi się przebrać 

i natychmiast ruszać w drogę, nawet podwodę mi dali, więc pomyślałam, że musiało się stać 
coś ważnego. 

Przez  chwilę  w  izbie  panowała  cisza.  Ojciec  próbował  nabić  fajkę  resztką  tytoniu,  jaką 

znalazł  jeszcze  na  dnie  zniszczonego  woreczka,  a  matka  po  raz  trzeci  od  przybycia  Mali 
zaglądała do chleba. Tym razem wyjęła upieczone bochenki i dom wypełnił się intensywnym 
zapachem. 

-  Ty  też  chodź  do  nas,  matka  -  powiedział  ojciec.  -  Usiądź.  Musimy  porozmawiać,  im 

szybciej, tym lepiej. 

Matka podeszła i usiadła na drewnianej lawie. Chude palce nerwowo skubały szydełkową 

serwetę na stole. 

-  Parę dni temu mieliśmy tu niezwykłą wizytę - zaczął ojciec i odchrząknął. - Sam Sivert 

Stornes do nas przyjechał. 

-    Słyszałam.  Gospodyni  z  Gjelstad  mi  mówiła  -  przyznała  Mali.  -  Plotki  rozchodzą  się 

szybko po okolicy, a zresztą sam do niej telefonowałeś. 

Ola Buvik przytakiwał, kiwając wolno głową, i wciąż na próżno szukał resztek tytoniu w 

woreczku. 

-  Czy Johan Stornes prosił cię, żebyś za niego wyszła? - spytał nagle. 
Twarz Mali oblała się rumieńcem. Zrobiło jej się gorąco. A więc jednak o to chodzi! 
-  Tak. Jakiś czas temu przyjechał do Gjelstad. Już po tej niedzieli, kiedy byłam w domu. 

Powiedział, że zgubił coś w czasie wesela, jakiś nóż kieszonkowy, i prosił, żebym pomogła 
mu szukać. I wtedy powiedział, że... 

Mali  głęboko  wciągnęła  powietrze,  objęła  podciągnięte  w  górę  kolana.  -  Powiedział,  że 

widział mnie na weselu i że... no, oświadczył mi się - zakończyła. 

-  Sivert  też  mówił  coś  takiego  -  przytaknął  ojciec.  -  Ale  ty  podobno  nie  powiedziałaś 

„tak", jeżeli dobrze zrozumiałem. 

-  Nie.  Nie  powiedziałam  -  oznajmiła  Mali,  patrząc  ojcu  z  uporem  w  oczy,  ale  niczego 

bliżej nie tłumaczyła. 

-  Dlaczego  mu  odmówiłaś,  moje  dziecko?  -  zawołała  matka  zdziwiona.  -  To  przecież 

dziedzic  wielkiego  majątku.  Zostałabyś  gospodynią,  do  końca  życia  byłabyś  zabezpieczona. 
O  takiej  propozycji  my,  biedacy,  nie  mogliśmy  nawet  marzyć.  Ani  ty.  Bo  to  po  prostu 
wspaniała propozycja... 

Mali siedziała i zastanawiała się, w jaki sposób ma im to powiedzieć, jak wyjaśnić, że nie 

cierpi  Johana  Stornesa.  Po  prostu  nie  może  go  znieść,  choćby  był  dziedzicem  nie  wiem 
jakiego majątku. Nie powie im przecież, jak podle się wobec niej zachował, wolała, żeby tego 
nie wiedzieli. 

O  takich rzeczach się nie mówi. Poza tym mogliby sobie pomyśleć, że go w jakiś sposób 

prowokowała, taki wielki pan, to... Choć raczej nie wierzyła, że chcieliby się doszukiwać jej 
winy. Do rodziców to niepodobne, na tyle ich przecież zna. No i nie mogła też powiedzieć, że 
czeka  na  kogo  innego.  Zaraz  by  się  zaczęli  pytać,  kim  jest  ten  inny,  a  na  to  też  nie  miała 
odpowiedzi.  Na  moment  zobaczyła  smagłego,  muskularnego  mężczyznę  o  szarozielonych 
oczach,  z  czarnymi  włosami  wijącymi  się  nad  karkiem.  Mężczyznę,  którego  spojrzenie 
wprawiało ją w drżenie i niepokój. Ale tego to już oni by nie zrozumieli. Jedyne, co rodzice 
teraz  rozumieją,  to  ta  propozycja,  którą  mało  kto  by  odrzucił.  Dobrobyt  do  końca  życia  był 
dla  nich  ważniejszy  niż  jakieś  niepewne  marzenia.  A  uczucia...  Boże  drogi,  kto  mówi  o 
uczuciach? 

background image

-  Więc ty nie lubisz Johana Stornesa? - spytał ojciec, przyglądając się jej uważnie. 
-  Nie - odparła cicho. - Nie lubię go, nie mogę go lubić. 
Kiedy  spostrzegła,  że  matka  skuliła  się  na  swoim  miejscu,  zaczęła  poprawiać  na  pół 

wyschłe włosy. Kiedy zmokły, skręcały się w drobne loczki. 

-  Ale przecież ja  go wcale nie znam - dodała. -  I  nie mogę pojąć, czego ode mnie chce. 

Wy też powinniście wiedzieć, że nie jestem tą synową, jakiej by sobie życzyli jego rodzice. 
Moim  zdaniem  coś  go  napadło,  ale  szybko  mu  minie  -  dodała  niepewnie.  -  A  potem  sam 
będzie zadowolony, że mu odmówiłam, jestem pewna. 

Nikt  lepiej  od  niej  nie  wiedział,  że  to  nie  jest  chwilowa  zachcianka  dziedzica  Stornes. 

Zachowywał się przecież jak opętany. 

-   Nie,  nie,  to  mu  nie  minie  -  powiedział  ojciec  i  zapalił  w  końcu  swoją  fajkę.  -  Sivert 

Stornes  przyszedł  tu  w  imieniu  swojego  syna,  żeby  prosić  o  twoją  rękę.  Tak  jak  nakazuje 
obyczaj - dodał pospiesznie. - Johan poważnie myśli o małżeństwie z tobą, a rodzice się na to 
godzą. To jedno jest pewne. Przynajmniej na razie - dodał. 

Ojciec znowu wpił w nią wzrok. Mali czuła jakąś kulę w żołądku, kulę, z której wypływały 

fale mdłości. 

-   I  nie  tylko  to  -  podjął  znowu  ojciec.  -  Oni  są  tak  bardzo  zdecydowani,  że  jeśli  się 

zgodzisz,  to  stary  Stornes  obiecuje  zadbać,  żebym  mógł  wykupić  Buvika  i  pospłacać  długi. 
Jestem pewien, że to zrobi. 

Mali siedziała jak zamurowana. Czyżby Johan zmusił swojego ojca, by mu kupił Mali? Aż 

się w niej gotowało ze złości i rozpaczy. Oczywiście pogłoski o sytuacji Buvika dotarły też do 
Stornes, myślała. I Johan dostrzegł w tym szansę dla siebie! Mógł kupić sobie żonę! Co to za 
ludzie, którzy posuwają się do czegoś takiego? Mali jest przecież wolnym człowiekiem, a nie 
przedmiotem  na  sprzedaż,  nawet  jeśli  jej  nędza  jest  wielka,  a  cena,  jaką  gotowi  byli  za  nią 
zapłacić, odpowiednio wysoka! 

-  Jak Sivert Stornes mógł się dać w coś takiego wciągnąć? - spytała na pół z płaczem. - Ja 

myślałam, że to uczciwy człowiek! 

-  On  jest  uczciwy!  -  zawołał  ojciec.  -  I  powiem  ci,  że  wcale  dobrze  się  nie  czuł,  kiedy 

siedział  tu  przede  mną  i  tłumaczył...  Ale  Johan  przystawił  rodzicom  nóż  do  gardła.  Po-
wiedział, że albo ożeni się z tobą, albo wcale. A wtedy ród Stornesów skończy się wraz z nim. 
I w takiej sytuacji... 

-  W  takiej  sytuacji  nawet  uczciwy  człowiek  może  próbować  mnie  kupić  -  rzekła  Mali  z 

goryczą.  -  To  nie  na  wiele  mu  tej  uczciwości  starczyło  i,  moim  zdaniem,  nie  ma  o  czym 
mówić. 

Ogień  buzował  w  piecu,  deszcz  zacinał  o  szyby.  Długo  nie  padło  ani  jedno  słowo.  Mali 

siedziała  i  zastanawiała  się,  co  takiego  dolega  Johanowi.  Bo  przecież  nikt  o  zdrowych 
zmysłach nie mógł niczego podobnego wymyślić. I co takiego jest w niej, że zmusił własnego 
ojca, by pojechał do Buvika, żeby mu ją kupić? W dodatku po tym, jak mu powiedziała, że 
nic  do  niego  nie  czuje  i  czuć  nie  będzie.  On  nie  tylko  jest  głupi  i  paskudny.  Jest  potwornie 
uparty, nie potrafi sobie odmówić niczego, jeśli tego naprawdę chce, myślała ponuro. 

-  I co odpowiedziałeś Sivertowi Stornesowi, ojcze? - spytała w końcu. 
Ledwo  ją  było  słychać  w  niewielkiej  izbie.  Domyślała  się  przecież,  jak  rodzice  mogli 

przyjąć  taką  propozycję.  Znajdowali  się  na  skraju  przepaści,  chorzy  z  rozpaczy,  kompletnie 
bezradni, a tu nagle pojawia się możliwość ratunku. Musieli nie posiadać się z radości aż do 
chwili, gdy gospodarz ze Stornes powiedział, że Mali odrzuciła oświadczyny. Oświadczyny, 
które dla nich były wielkim szczęściem; wyobrażali sobie, że dla niej również. Gospodyni w 
Stornes! 

-   Powiedziałem,  że  decyzja  należy  do  ciebie,  Mali.  Nigdy  w  tym  domu  nie 

okłamywaliśmy się nawzajem, więc i teraz tego nie robię, możesz być pewna. Byłem... Tak, 

background image

wiesz, to znaczyło dla nas wiele... że być może jesteśmy uratowani... żeby to tak powiedzieć. 
Ale kiedy pojąłem, że powiedziałaś „nie", a oni chcą cię kupić, to... 

-  Ojciec  oświadczył,  że  my  nie  sprzedajemy  naszych  dzieci  -  wtrąciła  cicho  matka.  - 

Powiedział, że musi porozmawiać z tobą i decyzja będzie należeć do ciebie. Tylko do ciebie. 
My nie sprzedajemy swoich dzieci, nie - dodała, wciąż skubiąc szydełkową serwetę. 

Mali oparła głowę na kolanach i zaczęła płakać. Matka zerwała się z miejsca, objęła córkę 

i przytuliła. Dziewczyna przywarła do niej niczym małe dziecko, zarzuciła jej ręce na szyję i 
wybuchnęła głośnym szlochem. Nie zdradzili jej! Chociaż ojciec mógł przyjąć oświadczyny 
w jej imieniu i tym samym uratować rodzinę od poniewierki, to powiedział, że decyzja należy 
do  Mali.  On,  biedak  na  krawędzi  przepaści,  okazał  się  człowiekiem  honoru,  myślała  Mali. 
Bogacze mogą się posuwać do tego, by kupować żony swoim głupim synom, jednak jej ojciec 
sprzedać  córki  nie  chciał.  Poczuła,  jak  bardzo  kocha  swoich  rodziców  i  jaka  jest  z  nich 
dumna.  To  ona  pochodzi  z  dobrej  rodziny,  nie  Johan  Stornes!  Płacz  powoli  przycichał,  ona 
jednak nadal siedziała przytulona do matki. Myśli dosłownie wirowały jej w głowie. Czuła się 
przyparta  do  muru,  postawiona  między  miłością  i  lojalnością  wobec  rodziny  a  tym,  o  czym 
nawet  myśleć  nie  chciała,  małżeństwem  z  Johanem  Stornesem.  Bolała  ją  głowa,  całe  ciało 
pulsowało boleśnie. Ocierała ręką zapłakaną twarz. 

-  Wiesz, Mali, jak bardzo cię kochamy - rzekł w końcu ojciec zachrypłym głosem. - Nigdy 

byśmy  cię  nie  prosili,  żebyś  zrobiła  coś,  przeciwko  czemu  tak  bardzo  protestujesz. 
Porozmawialiśmy  o  tym,  wiemy,  co  myślisz,  i  teraz  mogę  Sivertowi  Stornesowi  posłać 
wiadomość, że dziękujemy, ale żadnego małżeństwa nie będzie. 

-  I  nie  przeżywaj  tego  tak  bardzo  -  dodał,  kiedy  Mali  znowu  zaczęła  płakać.  -  Myślę, 

matka, że możemy się teraz pocieszyć kubkiem kawy. 

Pili kawę w milczeniu. W głowie Mali nieustannie krążyły ponure myśli. Rodzice jej nie 

zdradzili,  nawet  w  tej  dramatycznej  sytuacji,  w  jakiej  się  znajdują.  Wiedziała,  że  nigdy  nie 
będą  mieć  jej  za  złe,  że  nie  chciała  poślubić  Johana,  a  nawet  nigdy  nie  będą  się  nad  tym 
zastanawiać. Im wystarczy, że Mali nie chciała, że nie mogła, potrafią to uszanować. Ale czy 
naprawdę  mogła  odmówić?  Jeśli  wyjdzie  za  Johana,  to  rodzina  będzie  zabezpieczona  do 
końca życia. Ojciec dostanie własną zagrodę, nie będzie już musiał stawać przed właścicielem 
z kapeluszem w ręce i prosić o przełożenie spłat. Jej małżeństwo oznaczałoby dla nich nowe 
ż

ycie, tego nikt jej tłumaczyć nie musiał. A kiedy ostatnim razem była w domu, to obiecała 

przecież,  że  znajdzie  jakieś  wyjście,  nawet  jeśli  przemawiało  przez  nią  zadufanie.  Teraz 
dostała szansę! Czy naprawdę potrafi być w życiu szczęśliwa, jeśli jej rodzina pójdzie na dno, 
popadnie w nędzę, chociaż Mali mogła do tego nie dopuścić? Ale odmówiła, tylko dlatego, że 
nie chciała poślubić Johana Stornesa! 

Patrzyła  na  rodziców  siorbiących  żałośnie  słabiutką  kawę.  Teraz  ma  możliwość 

przywrócić blask ich zmatowiałym oczom, może sprawić, że znowu zaczną się uśmiechać, a 
nawet głośno śmiać. Bracia mieliby większe możliwości znalezienia dla siebie odpowiednich 
ż

on, bo nie byliby już takimi biedakami, lecz synami właściciela gospodarstwa. Margrethe i 

Eli  też  stałyby  się  bardziej  atrakcyjne  jako  kandydatki  na  żony.  Może  znalazłyby  sobie 
mężów,  których  by  mogły  kochać  i  szanować,  a  nie  takich  jak  Johan  Stornes,  który  musi 
sobie kupować kobietę, której pragnie. 

Mali miała swoje marzenia, ale przecież w prawdziwym życiu nie ma miejsca na marzenia, 

tyle zdążyła się już nauczyć. Czy  więc jej marzenia i niechęć do człowieka, którego prawie 
nie  zna,  miały  zniszczyć  szczęście  i  przyszłość  tych,  których  naprawdę  kocha?  Żuła  powoli 
kawałek suchego ciasta i patrzyła na strugi deszczu spływające po szybach niczym łzy. Johan 
nie jest urodziwym kawalerem, jest przy tym głupi i ślamazarny. To wstrętne, że nie potrafi 
nad  sobą  panować  w  jej  obecności.  Kiedy  jednak  o  tym  myślała,  odczuwała  delikatny 
dreszcz.  Muszę  mieć  nad  nim  wielką  władzę,  przyszło  jej  do  głowy,  i  czuła  się  pożądana, 
mimo że  budziło  to  w  niej  więcej  niechęci  niż  satysfakcji.  Ale  gdyby  została  gospodynią  w 

background image

Stornes,  to  z  pewnością  wielu  ludzi  musiałoby  powściągać  szydercze  uśmiechy!  Miałaby 
wtedy  i  pozycję,  i  władzę.  Gdzieś  w  głębi  duszy  Mali  było  coś,  co  chętnie  by  się  na  to 
zgodziło. Ale cena... przeniknął ją strach. 

-    Myślę,  że  powinieneś  powiedzieć Johanowi,  żeby  tu  przyszedł  najszybciej,  jak  może  - 

powiedziała nagle. - To nie znaczy, że zdecydowałam się za niego wyjść, ale niech przyjdzie. 
Ja  go  przecież  wcale  nie  znam,  muszę  z  nim  porozmawiać  w  spokoju,  zobaczyć,  jak  się 
zachowuje. Może nie jest taki zły, jak myślałam - powiedziała, wpatrując się w blat stołu. 

W to ostatnie raczej nie wierzyła, chciała jednak dać szansę, i jemu, i sobie. Ze względu na 

was, pomyślała, patrząc na rodziców. Nie mogła postąpić inaczej... 

  
 ROZDZIAŁ  10. 
 
Kiedy  do  Stornes  dotarła  wiadomość,  że  Johan  został  zaproszony  na  jutro  na  kawę  do 

Buvika,  zrobiło  mu  się  zimno  i  gorąco.  To  musi  znaczyć,  że  Mali  przyjechała  do  domu  i  o 
wszystkim  już  wie.  Ale  jak  sobie  tłumaczyć  to  zaproszenie,  zastanawiał  się.  Czy  Mali  w 
końcu  ustąpiła,  kiedy  ojciec  powiedział  jej,  że  dzięki  temu  małżeństwu  może  zostać 
właścicielem gospodarstwa i pozbyć się długów? Bo przecież musiał jej to powiedzieć. Z tego 
wszystkiego brzuch tak  go  rozbolał, że musiał biec do wygódki. Siedział  tam bardzo długo. 
Coś  mówiło  mu,  że  Mali  chyba  mniejszą  wagę  przywiązuje  do  pieniędzy  niż  jej  ojciec. 
Pamiętał, co powiedziała babka, że mianowicie nie kupuje się żony tak, jak gospodarz kupuje 
krowę. Ale przecież innego sposobu zdobycia Mali nie było, a on musiał ją mieć, choć sam 
czasami  myślał,  że  szaleństwem  jest  to,  co  robi.  Pożądanie,  nad  którym  nie  potrafił 
zapanować, jakby nie wypływało z jego uczuć, ale pochodziło z zewnątrz, było czymś obok 
niego. Nie zaznam spokoju, dopóki ona nie znajdzie się w naszym domu, myślał desperacko. 

Wiele razy zapytywał sam siebie, czy naprawdę kocha tę dziewczynę, i był pewien, że tak. 

Zaraz  jednak  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  jak  mało  wie  o  miłości,  więc  może  to,  co  czuje, 
wcale miłością nie jest. Babka, o ile dobrze ją zrozumiał, nie uważała, że to miłość. Ale i tak 
to, co czuję do Mali, jest najlepsze, co mógłbym dać drugiemu człowiekowi. Pragnął ją mieć, 
pożądał jej, ale też chciałby zrobić dla niej wszystko, co najlepsze. Będzie jej kupował piękne 
ubrania i buty zapinane na guziczki, czego tylko zapragnie, natychmiast od niego dostanie. 

Jutro  mam  jechać  do  Buvika?  Jęknął,  kiedy  pusty  żołądek  znowu  boleśnie  się  skurczył. 

Jedzenie przez niego dosłownie przelatywało, i tak było od wielu dni. Od kiedy Sivert Stornes 
wrócił z Buvika. Tamtego dnia zresztą nie był w stanie przełknąć ani kęsa, za to rąbał drewno 
z  takim  zapałem,  że  pot  zalewał  mu  oczy.  Rąbał  drewno  przez  wiele  godzin  i  nieustannie 
wypatrywał kariolki ojca. Kiedy ją nareszcie zobaczył daleko na drodze,  cisnął siekierę i co 
tchu pobiegł naprzeciw. Chciał spotkać się z ojcem bez świadków. 

Takim  nigdy  jeszcze  ojca  nie  widział.  Sivert  miał  sztywną  twarz,  pozbawioną  koloru,  a 

oczy  jak  dwa  kawałki  węgla.  Cokolwiek  zostało  w  Buvika  powiedziane,  musiało  mu  się  to 
naprawdę mocno dać we znaki. Johan to widział. 

- To  najbardziej  haniebna  sprawa,  jaką  w  życiu  załatwiałem  -  powiedział  ojciec, 

zatrzymując się przy Johanie. - Nie powinienem był się tego podejmować, ale co się stało, to 
się nie odstanie. Naprawdę nie wiem, czy ci to kiedykolwiek wybaczę - dodał, patrząc synowi 
w oczy. 

A  Johan  stał  bez  słowa,  ze  spuszczoną  głową,  jak  uczniak  przyłapany  na  gorącym 

uczynku. 

-  Wiesz, co ci powiem, Johan? Pieniądze nie zawsze są błogosławieństwem. Często bieda 

budzi w ludziach więcej poczucia godności. Dzisiaj zdałem sobie z tego sprawę. Czy wiesz, 
ż

e ten Ola Buvik nie chciał decydować za córkę? Wiele to o nim mówi, bo przecież Bóg wie, 

jak  bardzo  potrzebuje  pieniędzy.  Obiecał  tylko,  że  wezwie  Mali  do  domu,  bo  decyzja  musi 
należeć do niej. Tak powiedział. 

background image

Długo jeszcze Sivert siedział bez słowa i pustym wzrokiem patrzył na swój dwór, skąpany 

w blasku popołudniowego słońca. 

-  Powiedzieli mi, że oni w Buvika nie sprzedają swoich dzieci. Nigdy nie czułem się tak 

nędznie  jak  wtedy,  kiedy  to  mówił.  Było  mi  wstyd,  potwornie  wstyd,  i  chciałbym,  żebyś  o 
tym wiedział - dodał ze złością. - To największy wstyd, jaki przeżyłem. 

Ś

ciągnął lejce i popędził w stronę domu, nie pytając syna, czy chce z nim jechać. Potem 

już o całej sprawie nie wspominano. 

Teraz  Johan  czuł  się  po  prostu  chory.  Nieszczęśliwy  i  obolały  wyszedł  na  podwórze. 

Poprosił  Ane,  by  nagrzała  wielki  kocioł  wody  i  w  pralni  wystawiła  dużą  balię.  Pojęcia  nie 
miał,  jak  się  skończy  ta  kawa  w  Buvika,  postanowił  jednak,  że  pojedzie  tam  elegancki  i 
wystrojony.  Naturalnie  matka  natychmiast  zauważyła  przygotowania.  Nie  było  takiego 
zwyczaju,  żeby  latem  ktoś  się  tak  dokładnie  szorował  częściej  niż  raz  w  tygodniu,  na 
niedzielę.  Niektórzy  nawet  co  dwa  tygodnie,  bo  woda  w  fiordzie  była  na  tyle  ciepła,  że  jak 
ktoś  chciał,  to  mógł  się  kąpać.  Zwłaszcza  młodzi  chętnie  z  tego  korzystali  po  ciężkim  dniu 
pracy  przy  żniwach.  Zimą  przerwy  między  jednym  a  drugim  myciem  całego  ciała  jeszcze 
bardziej  się  wydłużały.  W  zimowy  dzień  nieprzyjemnie  jest  się  rozbierać  w  pralni  czy  na 
zimnym strychu. Johan  znał starych ludzi, którzy  przez całą zimę nie myli się ani  razu. Nie 
takie to znowu rzadkie, bo kto chciałby narażać zdrowie, a może i życie, prychali tacy, kiedy 
im wytykano, że cuchną starym potem i brudnym ubraniem. 

-   Myślisz,  że  jak  zobaczy,  jaki  jesteś  wymyty,  to  się  zgodzi?  -  spytała  matka  złośliwie, 

widząc, że Johan przemyka do pralni z ręcznikiem w ręce. - Bo, jak słyszę, nie powiedziała 
jeszcze „tak"? 

Johan nie odpowiedział, kiedy jednak chciał iść dalej, Beret zastąpiła mu drogę. 
-  Że też ty się nie wstydzisz i nie pomyślisz o czym innym - syknęła mu w twarz. - Wstyd 

ś

ciągasz  na  nas  wszystkich  i  wystawiasz  nas  na  pośmiewisko.  Jedyna  nadzieja  w  tym,  że 

dziewczyna  będzie  mieć  więcej  rozumu  i  odprawi  cię  z  kwitkiem.  Bo  w  tym  domu 
oczekiwana nie jest. Twój ojciec powinien im zapłacić raczej za to, że nie będzie cię chciała! 
To by miało więcej sensu - dodała ze złością. 

-   A  wtedy  stryj  Halvard  przyjdzie  i  przejmie  wasz  majątek  -  powiedział  Johan,  patrząc 

matce  w  oczy,  nagle  dziwnie  odważny.  -  Jak  myślisz,  ile  czasu  by  potrzebował,  żeby 
roztrwonić  wszystko  na  dziwki  i  hulanki? Jeżeli jeszcze  w  ogóle  dożyje  dnia,  kiedy  już  nie 
będę  mógł  pracować.  Może  zresztą  ani  się  obejrzymy,  a  znajdą  się  jakieś  bękarty  po 
Halvardzie. 

Beret zasznurowała usta, na policzki wypłynęły jej gorączkowe plamy. 
-  Myślę, że powinnaś cię cieszyć tak samo jak ja, jeżeli Mali powie „tak" - dodał Johan. - 

We  wszystkich  rodzinach  trafiają  się  mężczyźni,  którzy  zeszli  na  manowce,  nawet  w  takich 
jak rodzina Stornesów. 

Przez chwilę Beret nie była w stanie znaleźć odpowiedniego słowa, co akurat jej zdarzało 

się niezwykle rzadko. 

-  Jesteś głupkiem, kompletnie straciłeś głowę - syknęła w końcu. 
-  Jestem twoim synem, po kimś musiałem to odziedziczyć - odparował i ruszył dalej. 
-  Na pewno nie po mnie! - krzyknęła za nim gniewnie.  
Następnego  popołudnia  zjawił  się  w  Buvika.  Deszcz  przestał  padać,  zostawił  po  sobie 

krajobraz czysto wymyty  i soczyście zielony. Johan zatrzymał się koło stodoły i przywiązał 
kobyłę  do  specjalnego  haka  w  ścianie.  Otrzepał  z  kurzu  świąteczne  ubranie  i  nerwowo 
pogładził głowę spoconą dłonią. 

Na  powitanie  wyszedł  Ola  Buvik.  Nie  wróży  to  najlepiej,  pomyślał  Johan  ponuro.  Miał 

nadzieję, że to będzie Mali, w lepszym humorze niż przy ich ostatnim spotkaniu. O mało nie 
uderzył głową o futrynę niskich drzwi i potknął się w progu. Brit Buvik, również świątecznie 

background image

ubrania,  wyciągnęła  do  niego  chudą  rękę.  Johan  wiedział,  że  rodzice  Mali  są  młodsi  od 
Siverta i Beret, wyglądali jednak znacznie starzej. 

Izba  była  niewielka,  ale  wysprzątana,  utrzymana  w  największym  porządku.  To  chyba 

niemożliwe, żeby wyżywić taką dużą rodzinę z tak niewielkiego gospodarstwa, myślał Johan. 
Nie mógł się nadziwić, że Ola Buvik radził sobie jakoś aż tak długo. Musi to być naprawdę 
bardzo pracowity człowiek. Stół został już wcześniej nakryty do kawy, Brit wyjęła najlepsze 
naczynia. Poproszono Johana, by usiadł na ławie. Mali nigdzie nie było widać. 

-   Mali  poszła  do  piwnicy  po  śmietankę  do  kawy  -  oznajmiła  Brit,  jakby  czytała  w  jego 

myślach. - Zaraz wróci. 

Wydała  mu  się  taka  śliczna,  kiedy  stanęła  w  progu,  że  aż  jęknął.  Mógłby  z  pewnością 

zamknąć  dłonie  wokół  jej  szczupłej  talii.  Dzisiaj  nie  miała  czepka,  a  bujne  włosy  splotła  w 
gruby,  ciężki  warkocz.  Tylko  koło  uszu,  przy  policzkach,  jak  zawsze  wiły  się  niesforne, 
jedwabiste loki. 

-  Witaj w naszym domu - powiedziała i na moment spojrzała mu w oczy. 
Chciał powiedzieć „dziękuję",  ale nie był  w stanie wydobyć  głosu z  gardła. Niewiele też 

powiedziano przy kawie. Ola Buvik mówił coś o pogodzie i plonach, Johan odpowiadał, ale 
sam nie bardzo wiedział, co mówi. Oczu nie mógł oderwać od Mali, która nalewała kawę z 
dzbanka.  Raz  przelotnie  ich  ręce  się  dotknęły.  Johan  zaczerwienił  się  strasznie,  a  Mali 
udawała, że nic się nie stało, jakby nie zauważyła. Siedział przy stole i zastanawiał się, kiedy 
przystąpią  do  sprawy,  nikt  jednak  nawet  nie  wspomniał,  po  co  Johan  tu  przybył.  W  końcu 
chrząknął i sam zaczął: 

-  Tak, no to jeżeli chodzi o Mali... 
-  My się nie chcemy wtrącać - przerwał mu ojciec dziewczyny. - To musi być załatwione 

między wami. 

Johan skinął tylko głową i poczuł się głupio. Zachowuję się jak dzieciak w wigilię Bożego 

Narodzenia,  który  nie  może  się  doczekać,  pomyślał.  Nie  był  jednak  w  stanie  siedzieć 
spokojnie,  skoro  wciąż  nie  wiedział,  co  dziewczyna  ma  mu  do  powiedzenia.  Raz  po  raz 
posyłał jej nad stołem badawcze spojrzenia, ale ona nie podnosiła wzroku. 

-   Może  byście  poszli  na  przechadzkę  -  zaproponował  Ola  Buvik  nieoczekiwanie.  - 

Wypogodziło się i na dworze jest naprawdę ładnie. 

Johan  zerwał  się  tak  szybko  z  miejsca,  że  przewrócił  filiżankę.  Rozgorączkowany  i 

zaczerwieniony wybąkał jakieś przeprosiny i ruszył ku drzwiom. Mali także wstała. Chciała 
przedtem sprzątnąć ze stołu, ale matka jej nie pozwoliła. 

-   Dzisiaj  sama  to  zrobię  -  rzekła  pospiesznie.  -  A  ty  idź  z  Johanem.  Domyślam  się,  że 

będziecie potrzebować sporo czasu na rozmowę. 

Szli  wąską  dróżką  wzdłuż  pól  tak  daleko  jedno  od  drugiego,  jak  to  tylko  możliwe.  W 

końcu to Mali przerwała milczenie. 

-   Słyszałam  o  odwiedzinach  twojego  ojca  -  powiedziała  cicho.  -  I  zostałam  wezwana  z 

Gjelstad do domu - dodała. 

Johan kopnął kamyk leżący na drodze i nie wiedział, co odpowiedzieć. Strach, że jeszcze 

raz zostanie odrzucony, ściskał go za gardło i nie pozwalał swobodnie oddychać. 

-  To znaczy, że plotki o tym, jaka marna jest sytuacja w Buvika, dotarły też i do Stornes. 
Mali nie pytała, to było stwierdzenie. 
-  No tak, gadają, że... twój ojciec ma wielkie długi - wybąkał Johan, nie patrząc na nią. - 

Wiesz, takie rzeczy rozchodzą się najszybciej - dodał, jakby ją przepraszał. 

Mali  zatrzymała  się  i  zwróciła  ku  niemu.  Johan  wolno  podnosił  głowę  i  patrzył  na 

dziewczynę  oświetloną  blaskiem  zachodzącego  słońca.  Poczuł  się,  jakby  go  ktoś  zaciśniętą 
pięścią  uderzył  w  żołądek.  Zawsze  się  tak  czuję  na  jej  widok,  pomyślał  oszołomiony;  ta  jej 
jedwabista  skóra,  te  bujne  włosy  i  nieprawdopodobnie  piękne  ciało,  szczupłe  i  pulchne 
zarazem. 

background image

-  A ty, jak tylko plotki do ciebie dotarły, uznałeś, że mimo wszystko możesz mnie mieć? 

Wystarczy wysłać ojca z pełnym portfelem? - Nie mógł nie zauważyć ironii w jej głosie. - Bo 
nie  wierzyłeś,  że  ja  bym  chciała  czy  mogła  powiedzieć  „nie",  kiedy  w  domu  wszystko  się 
wali. Prawda? 

Johan chrząkał, czuł się okropnie pod jej badawczym spojrzeniem. Mali go przejrzała, nie 

miał  najmniejszych  wątpliwości.  I  gardziła  nim  za  to,  co  zrobił,  dostrzegał  to  w  jej  oczach. 
Nie wiedział, co uczynić, wpatrywał się bezmyślnie w ziemię, Mali zaś wciąż stała przed nim 
i czekała na odpowiedź. Nigdy przedtem nie miała czasu, żeby mu się dokładniej przyjrzeć, 
teraz  mogła  to  nadrobić.  Był  od  niej  trochę  wyższy  i  znacznie  tęższy.  Twarz  miał  okrągłą, 
rysy  rozmazane  i  rzadkie  włosy  koloru  piasku.  Może  najładniejsze  ze  wszystkiego  są  oczy, 
stwierdziła,  choć  nie  mogła  znieść  ich  obleśnego  spojrzenia,  którego  prawie  z  niej  nie 
spuszczał, kiedy byli razem. Robił wrażenie przyciężkiego i ślamazarnego, ale chyba nie miał 
w  sobie  zła.  Gdyby  nie  to,  co  wyprawia,  żeby  ją  zdobyć,  Mali  mogłaby  go  nawet  lubić. 
Przynajmniej trochę. Albo może byłoby go jej żal, że jest taki nierozgarnięty i bezradny. Tak, 
raczej  to  ostatnie.  Chociaż  taki  całkiem  nierozgarnięty,  jak  widać,  nie  jest,  przyszło  jej  do 
głowy.  Gdyby  tak  było,  nie  wymusiłby  na  rodzicach  tego,  czego  chce.  Gdzieś  w  głębi  jego 
duszy musi tkwić jakaś siła, jakaś niewiarygodna wola, która jednak rzadko znajduje ujście. 
Dziedzic ze Stornes nie dał się dotychczas ludziom poznać jako człowiek twardy, to wiedzia-
ła.  A  już  nigdy  nie  przeciwstawiał  się  matce.  Musiała  się  więc  między  tymi  dwojgiem 
rozegrać nieustępliwa walka. 

-  No  tak,  to  chyba  nie  było  najsłuszniejsze  z  mojej  strony  -  przyznał  półgłosem.  -  Ale 

myślałem, że powinnaś się ucieszyć, gdyby twój ojciec mógł... 

-  Pewnie, że się cieszę z tego powodu - przerwała mu. - Gdyby twój ojciec przyjechał do 

Buvika tylko dlatego, że chce nam pomóc, nie zapomniałabym do końca życia, ani jemu, ani 
tobie. Ale przecież on nie po to przyjechał, Johan. On po prostu przyjechał, żeby kupić coś, co 
ty uparłeś się mieć, a czego byś w inny sposób nie dostał. Jest różnica, sam widzisz. 

-  Chciałem tylko... po prostu nie byłem w stanie żyć bez ciebie - powiedział cicho i wciąż 

patrzył sobie pod nogi. 

Czy z nim naprawdę jest aż tak źle? - zastanawiała się Mali. 
-  Przecież nie chcę zrobić ci nic złego i powinnaś o tym wiedzieć - dodał. - Możesz mieć... 

Dam ci wszystko, co tylko zechcesz. 

-  Nie, akurat tego, czego ja chcę, dać mi nie możesz - rzekła Mali dobitnie. - Bo ja ciebie 

nie kocham i ty o tym wiesz. A skoro tak, to ja nie mogę dać ci tego, czego pragniesz, ani ty 
nie możesz mnie dać, czego bym chciała. 

Johan  nie  odpowiedział  i  Mali  postanowiła  więcej  na  ten  temat  nie  rozmawiać.  On 

najwyraźniej  nie  rozumie,  o  co  mi  chodzi,  pomyślała  ze  smutkiem.  On  chce  ją  dostać  tylko 
dlatego,  że  pragnie  ją  mieć,  i  tyle.  Prawdopodobnie  liczył  na  to,  że  z  czasem  wszystko  się 
między nimi jakoś ułoży. Może nawet wierzył, że Mali w końcu go pokocha. A może jest taki 
ograniczony  i  krótkowzroczny,  że  nie  myśli  o  przyszłości  dalszej  niż  noc  poślubna. 
Przeniknął ją lodowaty dreszcz. Patrzyła przed siebie, na szczyty gór czerwieniejące w blasku 
zachodzącego  słońca,  na  zagrodę  rozłożoną  na  stoku,  która  zawsze  była  jej  domem. 
Przesunęła  wzrok  na  wzgórza  i  ciemniejący  za  nimi  las,  przypomniała  sobie  wszystkie 
tajemne  miejsca  w  okolicy,  które  zna  tylko  ona.  Czy  mogłaby  pozwolić,  żeby  to  wszystko 
popadło  w  ruinę,  a  jej  rodzice  znaleźli  się  w  nędzy  tylko  dlatego,  że  ona  nie  kocha  Johana 
Stornesa? 

Czy  jej  matka  kochała  ojca,  kiedy  za  niego  wychodziła?  Mali  nigdy  o  tym  nie  myślała, 

przekonana,  że  między  nimi  wszystko  jest  tak,  jak  powinno.  W  ostatnim  czasie  zdała  sobie 
sprawę z tego, że miłość dana jest nie tak wielu ludziom. 

background image

Bogaci  muszą  często  zawierać  małżeństwa  po  to,  by  mieć  jeszcze  więcej  pieniędzy, 

zwykle  rodzice  młodych  aranżują  takie  małżeństwa  z  rozsądku.  Biedaków  też  nie  stać  na 
uczucia, bo u nich dni są na to za krótkie, a noce pełne zmartwień o jutro. 

Marzenia to jedna sprawa. Życie jednak to coś całkiem innego, myślała Mali. I nagle stało 

się  dla  niej  jasne,  że  musi  powiedzieć  „tak"  Johanowi  Stornesowi.  Nie  mogłaby  dalej  żyć, 
gdyby zawiodła swoich najbliższych. I zresztą może się trafić gorszy mąż niż Johan. Będzie 
musiała  się  zachować  najlepiej,  jak  potrafi,  okazać  jak  najwięcej  dobrej  woli,  to  może 
wszystko się jakoś ułoży. Johan najwyraźniej gotów jest dać jej gwiazdkę z nieba, gdyby ją to 
miało  uszczęśliwić.  Nie  wszystkie  kobiety  mają  takich  mężów.  A  na  dodatek  zostanie 
gospodynią w Stornes. I kto by to pomyślał o biednej służącej, Mali z Buvika? 

-  Chciałabym  być  z  tobą  najzupełniej  szczera,  Johan  -  zaczęła  wolno.  -  Wiesz, że  ciebie 

nie kocham, ale sam powiedziałeś, że mimo to moglibyśmy razem żyć dobrze. Może i masz 
rację. Trzeba tylko, abyśmy oboje okazali dobrą wolę. 

Czuła, że w sercu nosi ołów. 
Johan ze świstem wciągał powietrze i nie spuszczał z niej oczu. 
-  Czy to znaczy, że... Że chciałabyś mnie poślubić, Mali?  
Wolno  skinęła  głową,  a  palce  nerwowo  chwytały  guziki  u  bluzki.  Kiedy  na  niego 

spojrzała, jej oczy były pełne łez. 

-  Tak, wyjdę za ciebie, ale wiesz dlaczego. Mimo to obiecuję ci, że zrobię wszystko, aby... 

aby  wszystko  się  ułożyło.  I  liczę,  że  ty  również  to  zrobisz.  Że  będziesz  mi  okazywał 
szacunek, będziesz dla mnie dobry, a ja się postaram ci to odwzajemnić. 

Nie  protestowała,  kiedy  ujął  jej  rękę.  Splótł  palce  z  palcami  Mali,  a  drugą  ręką  objął 

szczupłą kibić. Buzowała w nim wielka radość, jakiej nigdy przedtem nie odczuwał. 

-   Nigdy  nie  sprawię  ci  bólu,  moja  Mali  -  szeptał,  przytulając  do  niej  głowę.  -  Nigdy, 

nigdy.  Obiecuję  ci  to  na  moją  cześć  i  honor.  Jak  mógłbym  ci  zrobić  coś  złego,  tobie,  którą 
kocham najbardziej na świecie - mówił wzruszony, drżącym głosem. 

Kiedy  ją  całował,  Mali  przymknęła  oczy.  Tym  razem  Johan  zdołał  nad  sobą  zapanować. 

Całował ją delikatnie i ostrożnie, Mali była zaskoczona, że Johan potrafi się tak zachowywać. 
Więc może jednak nie będzie tak źle? Stał blisko i obejmował ją, Mali oparła głowę na jego 
ramieniu,  a  on  głaskał  jej  wyprostowane  plecy.  Ostatni  złoty  promień  zachodzącego  słońca 
padł na jej twarz i zgasł, znaleźli się w chłodnym cieniu i Mali zadrżała. 

-  Marzniesz - powiedział Johan i objął ją mocniej. - Chyba powinniśmy wracać. 
Przytaknęła skinieniem głowy. Wolno poszli wąską dróżką z powrotem do domu. 
-   Boże  kochany  -  modliła  się  Mali  w  duchu.  -  Spraw,  żebym  się  nie  pomyliła.  Nie 

opuszczaj mnie, Boże, bo zginę. 

Przed drzwiami Johan przystanął i ponownie przytulił ją do siebie. Mali tego nie chciała, 

ale  pozwoliła,  żeby  pocałował  ją  ostatni  raz.  Przycisnął  ją  do  siebie  z  całej  siły,  jego  ręce 
wplotły się w jej włosy, a wargi nie chciały się oderwać od jej ust. Mali chwyciła ręce Johana, 
odsunęła się od niego i poprawiła włosy. 

-  Sam powiedz o tym moim rodzicom - rzekła tylko. -Myślę, że tak będzie najlepiej. 
Młoda  gospodyni  w  Stornes,  myślała,  głównie  po  to,  by  się  pocieszyć.  To  nie  musi  być 

jakieś złe życie, zwłaszcza jeśli oboje będą się starać, żeby nie było. Żeby tylko Johan był dla 
niej dobry i panował nad sobą, a nie rzucał się na nią tak, jak to było w pralni w Gjelstad. Nie, 
chyba nie będzie taki, powtarzała, choć serce biło jej z wysiłkiem. Teraz, kiedy wie, że ona 
zostanie  jego  żoną,  będzie  opanowany.  Mimo  to  strach  dławił  ją  w  gardle  tak  bardzo,  że 
brakowało jej tchu. W ponurym nastroju wchodziła za Johanem do izby. 

  
ROZDZIAŁ 11. 
 
Pewnej niezwykle pięknej wrześniowej soboty Johan i Mali stanęli przed ołtarzem. 

background image

Mali rozmawiała oczywiście z Johanem, że nie ma co się tak spieszyć, ale on uparcie trwał 

przy swoim. Jego zdaniem ślub powinien się odbyć jak najprędzej. Skoro więc jeszcze w tym 
roku,  to  czasu  zostawało  niewiele.  Wesele  trzeba  urządzić  w  możliwie  najspokojniejszym 
czasie.  Po  żniwach,  ale  przed  młockami,  no  i,  rzecz  jasna,  nie  należało  czekać,  aż  jesień 
zadomowi  się  na  dobre.  Przy  takiej  liczbie  gości,  których  trzeba  zawieźć  do  kościoła  i 
przenocować w weselnym domu, dobrze, żeby na dworze było jeszcze ciepło. 

Górskie  hale  płonęły  wczesnojesiennymi  barwami,  a  powietrze  było  czyste  niczym 

kryształ.  Zbocza  pod  wyniosłymi  szczytami  mieniły  się  wszystkimi  odcieniami  czerwieni  i 
brązów aż do granicy roślinności. Tylko nagie szczyty były szare, a w najwyższych partiach 
nawet  czarne,  tu  i  ówdzie  pokryte  zresztą  czapami  świeżego  śniegu.  Ostatnie  noce  były 
zimne,  ale  tej  soboty  woda  fiordu  leżała  nieruchomo.  Słońce  świeciło  i  rozgrzewało  czarne 
samodziałowe  ubrania,  spodnie  i  spódnice  tak  szerokie,  że  zamiatały  i  podłogi  w  domu,  i 
trawę na dworze. Przyzwoitość zakazywała kobietom odkrywać stopy i  wiele oczu strzegło, 
by spódnice nie były za krótkie. Jeśli tylko zauważono coś takiego, natychmiast zaczynało się 
gadanie i szepty kobiet, które zawsze strzegły cnoty, zwłaszcza cudzej. 

Dla tych, co nie musieli wiosłować, wyprawa przez fiord była czystą przyjemnością. Lekki 

wiatr  od  gór  chłodził  rozgrzane  ciała.  Mimo  to  starsi  mężczyźni  spoglądali  na  góry  z 
niepokojem.  Taki  wiatr  bowiem  czasami  zapowiadał  również  zmianę  pogody.  W  tych 
stronach  mogło  to  nastąpić  nagle,  a  przecież  dobrze  byłoby  móc  wrócić  z  kościoła  po 
spokojnym fiordzie, bez kołysania łodzi. 

Orszak  ślubny,  ciągnący  się  od  wybrzeża  w  Stornes,  przedstawiał  się  imponująco. 

Sześciowiosłowe  łodzie  jedna  za  drugą  sunęły  w  stronę  kościoła  w  Kvannes.  Tu  i  ówdzie 
widziało się też większe jednostki, z czterema parami wioseł. Taką to właśnie łodzią płynęła 
młoda  para.  Johan  tronował  na  ławce,  wystrojony,  z  uczesanymi  na  mokro  włosami.  Obok 
siedziała  Mali.  Czarna  suknia  z  olśniewająco  białym  kołnierzykiem  czyniła  jej  drobną 
sylwetką jeszcze szczuplejszą, podkreślała kształtne piersi i wąską talię. Włosy panna młoda 
miała upięte wysoko i częściowo schowane pod lekkim białym welonikiem, który powiewał 
delikatnie  na  wietrze.  Mali  odwróciła  twarz  od  narzeczonego  i  z  powagą  patrzyła  w  stronę 
lądu. 

Wieś,  która  odtąd  miała  być  jej  rodzinną  miejscowością,  od  strony  morza  wyglądała 

bardzo ładnie w ten ciepły jesienny dzień. Duże dwory rozłożone nad fiordem były bogate i 
dobrze  utrzymane.  Na  łąkach  rozpoczęto  już  jesienne  sianokosy.  W  tym  roku  pogoda 
sprzyjała  chłopom  przez  całe  lato  i  wczesną  jesienią,  dzięki  czemu  tegoroczne  siano  było 
wyjątkowo dobrej jakości. Będzie czym dokarmiać krowy w zimie, chociaż w tych stronach 
siano  to  tylko  dodatek,  jakby  deser  dla  zwierząt,  i  nikt  nie  szasta  nim  bez  potrzeby.  Co 
innego, jeśli jakieś zwierzę zachoruje czy nie chce jeść. 

Zboża z pól też już prawie zebrano, lada dzień zaczną się omłoty. 
Gospodarstwa potrzebują nie tylko ziarna, lecz także słomy. Napełnia się nią na przykład 

sienniki, dwa razy w roku, teraz jesienią i później, na wiosnę. Mali wiedziała, że siennik w ich 
małżeńskim  łożu  także  już  przygotowano.  Słyszała,  że  użyto  najlepszej  słomy  z  ubiegłego 
roku. 

Słomy używano też jako karmy dla zwierząt, zwłaszcza gdy zima bardzo się przeciągała. 

To marne jedzenie, ale głodny zje wszystko, myślała Mali z goryczą, zarówno człowiek, jak i 
zwierzę. 

Od strony fiordu najlepiej było widać, że wieś jest swego rodzaju mozaiką, między dużymi 

dworami  leżą  mniejsze  gospodarstwa  i  zagrody  komorników.  Jaka  idylla,  kiedy  patrzy  się  z 
oddali.  Mali  poszukała  wzrokiem  Stornes.  Tylko  tam  wciągnięto  na  maszt  flagę,  która 
powiewała  teraz  na  wietrze.  Nikt  nie  mógł  mieć  wątpliwości,  że  we  dworze  dzieje  coś 
ważnego, wesele jedynego syna, dziedzica majątku! 

background image

- Trudno powiedzieć, że się pospieszył - przygadywali ludzie w okolicy. - Ale pomyśleć, 

ż

e  zdecydował  się  sprowadzić  do  dworu  taką  biedaczkę!  Ciekawe,  jak  im  się  też  ułoży.  I 

ciekawe, jak Beret przyjmie taką synową! 

Mali siedziała i zastanawiała się, czy aż tylu ludzi by przyszło, gdyby wesele nie odbywało 

się  właśnie  w  Stornes.  Plotki,  które  dotarły  nawet  do  daleko  położonych  wsi,  wciąż  nie 
całkiem ucichły. I pewnie jeszcze długo się nie uspokoją, myślała z ironicznym uśmiechem. 
Rzadko kiedy jest tyle tematów do rozmowy jak w czasie, kiedy gruchnęła wieść, że Johan, 
dziedzic  Stornes,  bierze  za  żonę  ją,  Mali  z  Buvika.  Od  tamtego  dnia  nieustannie  czuła  na 
sobie  zaciekawione  spojrzenia,  badające  przede  wszystkim  jej  talię.  Ta  jednak  była  jeszcze 
szczuplejsza  niż  dawniej,  więc  gapie  zastanawiali  się  dalej.  Większość  była  przekonana,  że 
Mali  jest  w  ciąży  i  dlatego  Johan  musi  się  z  nią  ożenić.  Taki  widać  uczciwy  i  honorowy 
człowiek - nie chce unikać odpowiedzialności, choć Mali to przecież nie jest kandydatka na 
ż

onę  dla  dziedzica  Stornes.  Nikt  nie  potrafił  znaleźć  innego  wytłumaczenia,  dlaczego  to 

biedaczka  z  Buvika  zostanie  młodą  gospodynią.  Ale  nikt  też  nie  miał  odwagi  zapytać, 
przynajmniej  Mali  o  tym  nie  wiedziała.  Z  wyjątkiem  Kristine,  naturalnie.  Mali  uśmiechnęła 
się na myśl o przyjaciółce. 

Wróciła  jeszcze  do  Gjelstad,  żeby  spakować  swoje  rzeczy  i pożegnać się ze wszystkimi.   

Zrobiło się wielkie zamieszanie, kiedy oznajmiła, że wychodzi za mąż, i to do Stornes. Sama 
gospodyni  wytrzeszczyła  oczy  ze  zdumienia.  Mali  domyślała  się,  że  nawet  ona  uważa  to 
małżeństwo  za  coś  niesłychanego,  Ruth  Gjelstad  objęła  jednak  dziewczynę  przyjaźnie  i 
ż

yczyła jej wszystkiego najlepszego. Próbowała wydobyć od Mali zwierzenia, jak doszło do 

tego, że Johan Stornes się oświadczył, ona jednak nic nie powiedziała. 

-  Rany boskie! To nie może być prawda! - zawołała Kristine i wpiła w przyjaciółkę swoje 

wielkie oczy. - Zostaniesz gospodynią w Stornes? A jak cię pytałam, to powiedziałaś, że nie 
znasz tego Johana. Dlaczego nic mi nie mówiłaś? 

-  Bo wtedy sama jeszcze o niczym nie wiedziałam. Raz czy dwa zamieniłam z nim jakieś 

słowo, nie miałam pojęcia, że on... że on mógłby przyjść do moich rodziców i się oświadczyć 
- dodała. 

Kristine objęła ją w pasie i zakręciła jak w tańcu. 
-  Ale chyba się cieszysz? - spytała, przyglądając się Mali badawczo. - Teraz już ci bieda 

nic  nie  zrobi,  Mali!  Będziesz  gospodynią  w  takim  dworze,  ty,  która  mówiłaś,  że  nawet  o 
czymś takim nie myślisz. No i nagle wychodzisz za mąż do Stornes! Nie będziesz się pewnie 
chciała nawet witać z takimi jak ja, co? 

-  Przestań! - zawołała  Mali i pociągnęła Kristine za włosy. -  Zawsze będę tą samą Mali, 

którą  znałaś  w  Gjelstad.  Dobrze  nam  było  razem,  zostaniemy  przyjaciółkami.  Jeżeli 
oczywiście chcesz - dodała. 

-  Pewnie, że chcę - powiedziała Kristine pospiesznie i uścisnęła ją mocno. - Ale im, twoim 

teściom, pewnie by się nie spodobało, że spotykasz się z kimś takim jak ja. 

-  A to dlaczego? - zapytała Mali spokojnie. - A zresztą ja sama o sobie decyduję, Kristine. 

Zawsze tak było i nadal tak pozostanie. 

-  Wciąż nie mogę uwierzyć - powtórzyła Kristine. - To naprawdę historia jak z bajki. 
Jeszcze raz okręciła Mali i obie śmiały się głośno. Kiedy jednak rozmowa zeszła na Johana 

i oświadczyny, Mali mówiła niewiele. Nie chciała, by ktokolwiek, nawet  Kristine, wiedział, 
jak naprawdę sprawy się mają. 

   
Nikt  z  weselnych  gości  nie  zauważył  niczego,  co  by  świadczyło,  że  panna  młoda  jest 

brzemienna,  w  każdym  razie  jeszcze  nie  zauważył.  Zatem  „nieszczęście"  musiało  być 
stosunkowo  świeżej  daty,  stwierdzali.  Będą  się  jednak  przyglądać  w  nadchodzących 
tygodniach, to pewne! Wszyscy, których proszono na wesele, przybyli z radością. Zresztą nie 
odmawia się takim ludziom jak właściciele Stornes bez wyraźnego powodu. Poza tym, kto by 

background image

chciał  opuścić  taką  uroczystość.  I  okazję  oglądania  skandalu,  bo  mówiono  o  skandalu,  z 
bliska.  Mali  wiedziała,  że  najwięcej  oczu  będzie  się  przyglądać  Beret  i  właśnie  jej. 
Wyprostowała plecy i potarła dłonią rozpaloną twarz. Nie chciała nikomu dawać powodów do 
plotek. I wiedziała, że Beret też zachowa maskę. Chociaż teściowa miła wobec niej nie jest i 
nie będzie. Mali mogła się o tym przekonać podczas dwóch wizyt, jakie przed ślubem złożyła 
w  Stornes.  Z  oczu  Beret  ziała  nienawiść,  kiedy  patrzyła  na  przyszłą  synową,  chociaż  to 
przecież nie Mali, lecz syn Beret odpowiada za całe zamieszanie. Częścią umowy było i to, że 
nigdy  nie  będzie  się  mówić,  jak  doszło  do  ich  małżeństwa.  Mali  co  prawda  myślała,  że 
prędzej czy później sprawa i tak wyjdzie na jaw. Bo przecież ludzie skojarzą, że Ola Buvik 
spłacił długi i kupił gospodarstwo w tym samym czasie, kiedy Mali wyszła za Johana. Skąd 
Ola wziąłby pieniądze, gdyby ktoś bogaty nie otworzył portfela? 

Nikt  daleko  szukał  nie  będzie,  a  najbliższy  jest  właśnie  Sivert  Stornes.  Minie  pewnie 

trochę  czasu,  ale  w  końcu  rozniesie  się  po  okolicy,  że  Sivert  zapłacił  za  to.  żeby  Mali  po-
ś

lubiła jego syna. Mali wolała nie myśleć, jak będzie się wtedy czuć. Zamiast tego z radością 

spoglądała  na  swoich  rodziców.  Mają  nareszcie  własne  gospodarstwo,  było  ich  nawet  stać, 
ż

eby kupić nowe ubrania na wesele córki. Siedzieli wszyscy w sześciowiosłowej lodzi, matka 

w nowej sukni, kupionej pewnie z wyrzutami sumienia, bo nie przywykła wydawać pieniędzy 
na  siebie,  ale  wyglądała  bardzo  godnie.  Mali  była  z  niej  dumna,  z  całej  rodziny  zresztą. 
Pojawiło  się  coś  nowego  w  ich  zachowaniu,  odkąd  uwolnili  się  od  największych  kłopotów. 
Najbardziej cieszył ją widok ojca i właśnie matki, patrzyli przed siebie spokojnie, kłaniali się 
ludziom  uśmiechnięci.  To  Mali,  wychodząc  za  Johana  Stornesa  ofiarowała  im  ten  spokój. 
Ż

ebym tylko nie musiała zbyt wiele zapłacić sobą, myślała z goryczą. 

Widziała  ulgę  w  ich  oczach  tamtego  dnia.  kiedy  Johan,  zaczerwieniony,  jąkając  się  z 

radości, oznajmił im, że Mali zgadza się za niego wyjść. A jej udało się wywołać uśmiech na 
wargi,  kiedy  przyjmowała  uścisk  ojca,  a  potem  znalazła  się  w  czułych  objęciach  matki. 
Dopiero następnego dnia matka zapytała ją, czy naprawdę chce tego małżeństwa. Była bardzo 
zmartwiona, kiedy patrzyła na córkę. 

-  Mógłby mi się chyba trafić gorszy kandydat - odparła Mali wymijająco. - Być może ja... 

a zresztą to i tak wszystko jedno. Powiedziałam „tak", i wiem, na co się zdecydowałam. 

-  Ale  Beret  Stornes,  twoja  przyszła  teściowa,  nie  ma  lekkiego  charakteru  -  westchnęła 

matka.  -  I  ty  chyba  nie  jesteś  tą,  którą  by  najchętniej  widziała  u  boku  swojego  syna.  Tyle 
wszyscy wiemy. Dasz sobie z tym radę, Mali? Boję się, że będziesz tam zupełnie sama, kiedy 
przyjdzie ci się z nią zmierzyć. 

-  Dam sobie radę - odparła Mali z takim przekonaniem, na jakie tylko mogła się zdobyć. - 

Będę przecież mieć Johana. To on chciał, żebym się tam znalazła, liczę więc, że mi pomoże. 

Pewna jednak nie była, w każdym razie teraz, w drodze do kościoła. Ale rodzice nie mogą 

się nigdy dowiedzieć, że powiedziała Johanowi „tak", choć sumienie jej tego zabraniało. Nie 
mogą wiedzieć, że tego Johana wcale nie chce. Tylko kto na tym świecie dostaje tego, kogo 
chce? Niewielka pociecha, westchnęła. 

Nie  tęskniła  do  tej  chwili,  kiedy  znajdzie  się  z  Johanem  w  Stornes,  a  kiedy  już  do  tego 

doszło,  czuła  się  gorzej,  niż  mogła  przypuszczać.  Beret  nawet  nie  podała  jej  ręki  na 
przywitanie,  skinęła  tylko  nieznacznie  głową,  za  to  ze  spojrzeniem,  które  mogło  zabić. 
Dopiero kiedy Sivert zaproponował, żeby Mali rozejrzała się po domu i obejściu, bo przecież 
to teraz będzie jej dom. Beret z surową miną, sztywna, pokazała jej cały wspaniały dwór. 

-  Nie  nadajesz  się  do  nas  -  powiedziała  lodowatym  tonem,  kiedy  znalazły  się  same  w 

paradnej izbie. - Postaram się, żebyś nigdy o tym nie zapomniała. 

Mali poczuła, że ogarnia ją gniew. 
-  Powinnaś  była  się  postarać,  żeby  twój  syn  poszukał  sobie  innej  -  syknęła,  a  oczy  jej 

pociemniały. - Ja nigdy nie prosiłam, żeby się tu znaleźć, wiesz o tym tak samo dobrze jak ja. 
I nie zrzucaj na mnie winy za to, co wyprawia twój syn! Zostaw mnie lepiej w spokoju, jeśli 

background image

chcesz, żebym ja ciebie zostawiła. Nie zapominaj, że od tej chwili będziemy żyć pod jednym 
dachem.  Nie  myśl,  że  będziesz  mi  jeździć  po  głowie,  jak  zechcesz.  Jeszcze  nie  wiesz,  jaką 
babę sobie twój syn wybrał - zakończyła wzburzona. 

Beret  nie  odpowiedziała  ani  słowem,  Mali  jednak  zdawała  sobie  sprawę,  że  to,  co 

powiedziała,  jeszcze  pogorszyło  sprawę.  Beret  Stornes  nie  przywykła,  żeby  jej  się  ktoś 
stawiał. A już na pewno nie taka nędzarka jak ta. Że Mali odważyła się odpowiedzialnością za 
wszystko obciążyć jej syna, było po prostu niewybaczalne. 

Podczas  wizyty  Mali  przyszła  też  babcia  Johana  i  wypiła  z  nimi  kawę.  Objęła  Mali  i 

przytuliła ją do siebie serdecznie. 

- Witaj w Stornes - powiedziała, odsunęła dziewczynę lekko od siebie i przyglądała jej się 

uważnie. - No. piękna z ciebie panna - powiedziała po chwili, bardziej do siebie niż do Mali. - 
Bardzo dobrze rozumiem Johana. Mam nadzieję, że będziesz tu szczęśliwa, Mali, że tobie i 
Johanowi  będzie  dobrze.  A  ja  mieszkam  w  moim  domku,  tu  we  dworze,  gdybyś  chciała, 
możesz tam do mnie zaglądać. Zawsze będziesz mile widziana - dodała i pogłaskała Mali po 
policzku. 

Mali  polubiła  staruszkę  od  pierwszej  chwili.  Przez  moment  doznała  nawet  pociechy,  że 

ona  tu  jest  i  że  tak  otwarcie  zaprasza  ją  do  siebie.  Może  więc  nie  będę  taka  całkiem  sama, 
myślała. Stara babcia Johana rozumie chyba więcej niż inni. Mali wiedziała, że skorzysta z jej 
zaproszenia  i  że  przypuszczalnie  odwiedziny  u  babci  staną  się  najbardziej  wyczekiwanym 
wydarzeniem w normalnym dniu. Bo że Beret będzie za nią chodzić krok w krok od rana do 
wieczora, nie wątpiła ani przez chwilę. I pojęcia nie miała, jak to wytrzyma. Zobaczymy, jak 
się to wszystko ułoży, ona sama jednak ma ograniczoną cierpliwość. Jeżeli Beret przekroczył 
granice, nastanie prawdziwa wojna. Mali bowiem nie zamierzała zginać karku i godzić się na 
wszystko.  Nigdy  się  tak  nie  zachowywała  i  teściową  zresztą  też  zdążyła  już  ostrzec.  W 
ż

adnym razie nie były to czcze pogróżki. 

Na  tydzień  przed  weselem  ojciec  i  jeden  z  braci  przywieźli  do Stornes  rzeczy  Mali.  Ona 

również  z  nimi  przyjechała.  Babka  okazała  wielkie  zainteresowanie  posażną  skrzynią 
dziewczyny, chwaliła staranne szwy i piękne hafty. Beret nawet na nic nie spojrzała, zresztą 
Mali wcale tego nie oczekiwała. Widziała, że Johan źle się czuje z powodu zachowania matki. 
Wyglądał na zakłopotanego i zmartwionego. 

-  Powinnaś dać matce trochę czasu - powiedział do Mali. kiedy ją odprowadzał. - Wiesz, 

ona  musi  się  do  ciebie  przyzwyczaić.  Całe  to  nasze  małżeństwo  spadło  na  nią  chyba  zbyt 
nagle. 

-  Oczekiwałabym jednak od gospodyni Stornes, żeby się zachowywała, jak na taką panią 

przystało - odparła Mali krótko. 

Johan się zaczerwienił i poszukał ręki Mali. 
-   Przywyknie  do  nowej  sytuacji  -  powtórzył.  -  Z  moją  matką,  niestety,  nigdy  łatwo  nie 

było. Nikomu. Nie przejmuj się tym za bardzo. 

Chciał ją objąć, ślinił się i patrzył na nią pożądliwie. Mali jednak na nic mu nie pozwoliła. 
-  Mogą nas zobaczyć z domu - powiedziała. 
Ale  nie  o  to  przecież  chodziło,  po  prostu  nie  była  w  stanie  znieść  jego  bliskości  częściej 

niż  to  absolutnie  konieczne,  żeby  nie  wiem  ile  dobrej  woli  w  sobie  miała.  Pewność,  że  tak 
właśnie jest, w miarę zbliżania się ślubu dręczyła ją coraz bardziej. 

  
 Zgodnie z obyczajem goście weselni zaczęli się zjeżdżać już w dniu poprzedzającym ślub. 

Każdy  przywoził  jakieś  smakołyki,  mięso,  masło,  ciasta,  wszystko  w  malowanych  w  ko-
lorowe  kwiaty  drewnianych  skrzynkach.  Na  wielkim  weselu  potrzeba  mnóstwo  jedzenia, 
prastary zwyczaj nakazywał więc, by każdy z gości się do tego dołożył. „Wkładowe", tak się 
to  nazywało,  powinno  było  znaleźć  się  na  miejscu  najpóźniej  dzień  przed  weselem,  między 
innymi dlatego, że solone mięso musi co najmniej dobę leżeć w wodzie, by nadawało się do 

background image

zjedzenia.  Mimo  to  często  bywało,  że  podawana  na  początku  przyjęcia  zupa  mięsna  była 
potwornie słona. 

Goście  mieszkający  najdalej  przywozili  swój  wkład,  kiedy  już  sami  jechali  na  wesele. 

Tacy jednak nigdy nie dawali mięsa. 

Ponieważ  wesele  organizowano  dość  nagle,  trzeba  było  zatrudnić  wiele  służących.  Dwór 

został  do  czysta  wyszorowany,  od  piwnic  po  strychy.  Długie  stoły  ustawiono  w  rzędach, 
zarówno  w  paradnej  izbie,  jak  i  w  codziennej.  Na  dworze  też  było  starannie  wysprzątane, 
wszędzie mnóstwo zieleni i kwiatów. 

Mali  przybyła  do  dworu  dopiero  w  weselną  sobotę.  Nie  należało  do  dobrych  obyczajów, 

ż

eby panna młoda nocowała przed ślubem w domu narzeczonego. 

Zapach  jedzenia  ciężką  chmurą  zalegał  nad  cały  dworem,  kiedy  weszła  na  dziedziniec. 

Spocone służące biegały między kuchnią, spichlerzem i pralnią, żeby wszystko przygotować, 
zanim  orszak  wróci  z  kościoła.  Mali  spoglądała  na  zapracowane  dziewczyny  i  doznawała 
dziwnego uczucia. Powinna być jedną z nich. Ale dzisiaj, i pewnie nigdy więcej, już nie będę, 
myślała. Ona przybyła do tego dworu, by włożyć ślubną suknię. 

  
 A  suknia  wisiała  na  strychu,  w  sypialni  państwa  młodych.  Mali  najchętniej 

przygotowałaby  się  już  w  rodzinnym  domu,  ale  to  niepraktyczne.  Kurz  podczas  podróży 
osiadłby  na  czarnej  sukni  i  ubrudził  biały  kołnierzyk.  Poza  tym  Beret  zażądała,  że  to  ona 
ubierze  i  przystroi  pannę  młodą.  Mali  najchętniej  by  odmówiła,  wolałaby,  żeby  ubrała  ją 
matka  i  siostry,  ale  akurat  tego  nie  odważyła  się  powiedzieć.  Sztywna  i  wyprostowana 
siedziała jak na torturach, kiedy Beret upinała jej włosy i mocowała welon. 

-    No,  lepiej  już  nie  będzie  -  powiedziała,  oceniając  ostateczny  rezultat,  i  dziewczyna 

musiała się przed nią kilka razy okręcić. 

Mali  dostrzegała  w  jej  spojrzeniu,  że  Beret  nie  wstydzi  się  wyglądu  przyszłej  synowej, 

która  zresztą  była  niebywale  piękną  panną  młodą,  niezależnie  od  tego,  że  Beret  prędzej  by 
sobie język odgryzła, niż to przyznała. 

Mali na moment przymknęła oczy. Obiecała sobie, że zniesie to wszystko. Johan nie jest 

złym człowiekiem. Bóg jeden wie, ile razy w ciągu ostatnich tygodni próbowała o tym siebie 
przekonywać. 

-    Przecież  on  nie  jest  złym  człowiekiem,  przecież  on  nie  jest  złym  człowiekiem  - 

powtarzała jak pacierz. - Wszystko się ułoży, czeka nas razem dobre życie, w każdym razie za 
jakiś czas, jeżeli tylko starczy mi cierpliwości, żeby poczekać - myślała. 

Johan  tylko  nie  jest  tym,  którego  bym  pragnęła,  powracała  nieustanna  myśl,  więc  z  Mali 

westchnieniem prostowała kark i potrząsała głową. Da sobie radę, musi sobie dać, nie będzie 
tak źle. Ale w żołądku wciąż czuła bolesne ssanie. 

-  Chyba nie jesteś chora? 
Johan objął jej ramiona i spoglądał na nią błyszczącymi, zatroskanymi oczyma. Mali czuła, 

ż

e  cała  sztywnieje,  kiedy  tylko  narzeczony  jej  dotknie,  i  musiała  bardzo  nad  sobą  panować, 

ż

eby go nie odepchnąć. On przecież chce dobrze, tłumaczyła sobie. Ale na myśl, co ją czeka 

w ciasnym małżeńskim łożu jeszcze dzisiejszej nocy, żołądek podchodził jej do gardła. Teraz 
naprawdę nie była w stanie sobie tego wyobrazić. 

Ileż  to  miała  pięknych  marzeń!  Tęsknot.  Wzruszeń.  Czułości.  Dzisiaj  się  okaże,  jak  to 

wygląda  w  życiu,  kiedy  Johan  Stornes  będzie  mógł  wziąć  w  posiadanie  swoją  młodą  żonę. 
Mali  nie  była  wcale  pewna,  jak  taka  noc  poślubna  powinna  wyglądać,  ale  przecież  coś  tam 
sobie  wyobrażała.  Coś  jej  mówiło,  że  to  się  może  potoczyć  inaczej  niż  w  marzeniach,  ale 
powinna  spełnić  swój  obowiązek.  A  może  jednak,  mimo  wszystko,  nie  będzie  tak  źle?  Ona 
wprawdzie  Johana  nie  kocha,  ale  za  to  on  nie  przepuścił  żadnej  okazji,  by  ją  zapewnić,  że 
pragnie dla niej jak najlepiej. To się chyba musi odnosić również do nocy poślubnej. 

background image

-  Nie, nic mi nie jest - odparła, odsuwając się od niego odrobinkę na ławeczce. - Tylko ten 

upał. 

Johan cofnął rękę i o nic więcej nie pytał. 

 

ROZDZIAŁ 12. 
  
Później  Mali  nijak  nie  mogła  sobie  przypomnieć,  w  jaki  sposób  znalazła  się  przed 

ołtarzem. 

Od  chwili,  kiedy  ludzie  pomogli  jej  wysiąść  z  łodzi  i  razem  z  Johanem  stanęła  przed 

pastorem, wszystko działo się jak za mgłą. Ledwo pamiętała zebranych, którzy przyglądali się 
jej  z  ciekawością  i  pospiesznie  wchodzili  do  kościoła.  W  końcu  zostali  tylko  ona  i  Johan 
razem  ze  starym  kościelnym.  Ten  nieustannie  spoglądał  na  drzwi  kościoła  i  nareszcie  dał 
znak, że już mogą iść. Przez cały czas Johan trzymał ją pod rękę, za co była mu wdzięczna, 
bo sama by chyba nie ustała. Nogi miała dziwnie ciężkie i bezsilne. W kościele siedziała na 
swoim miejscu wyprostowana jak świeca, ale z tego, co mówił pastor, prawie nic do niej nie 
docierało.  Wpatrywała  się  w  piękny  obraz  nad  ołtarzem.  Promienie  jesiennego  słońca 
przenikały przez okno z kolorową szklaną mozaiką i rzucały na ściany oraz podłogę kościoła 
migotliwe barwne plamy. Mali nie wiedziała dlaczego, ale ta gra kolorowych, żywych świateł 
wywoływała w niej chęć płaczu, zarazem jednak była to jakaś dziwna forma pociechy. Znowu 
spojrzała  na  obraz  nad  ołtarzem.  Dziewica  Maria  siedziała z  dzieciątkiem  w  objęciach,  a  za 
nią  stał  Józef,  silny,  emanujący  poczuciem  bezpieczeństwa.  Jego  wzrok  spoczywał  na  tych 
dwojgu, na Marii i dzieciątku, i Mali miała wrażenie, że nigdy w niczyich oczach nie widziała 
większej  miłości.  Bóg  to  sprawił,  przemknęło  jej  przez  głowę.  Żeby  była  miłość  między 
mężczyzną i kobietą. I ma ona wypływać z głębi ludzkich serc, z tego, co w nich najlepsze. I 
niech będą obecne wszystkie trzy: wiara, nadzieja i miłość. Ale największa ze wszystkich jest 
miłość,  przypomniała  sobie  znane  słowa  bardzo  jasno  i  wyraźnie,  jakby  je  ktoś  szeptał  do 
ucha. I równie nagle przyszło jej na myśl, że to małżeństwo, w które ona właśnie wkracza, nie 
zostało postanowione w niebie. Spojrzała na Boga Ojca, wznoszącego się na chmurze ponad 
Marią i dzieciątkiem, i poczuła gorzki żal, zarówno do Boga, jak i do ludzi. 

Ona wierzyła w miłość. Czystą i prawdziwą. Taką, jaką widziała w spojrzeniu Józefa. Jeśli 

jednak człowiek jest biedny, to musi brać, co los mu daje, pomyślała. I kiedy na to spojrzeć z 
tej strony, to dar, jaki los mi zsyła, jest nadzwyczaj szczodry. Tylko że miłości w nim nie ma! 
Zerknęła  w  bok,  na  Johana.  Co  on  sobie  myśli,  czerwony  na  twarzy  i  spocony  w  czarnym 
samodziałowym  ubraniu?  Jest  taki  bogaty,  że  mógł  sobie  kupić  tę,  której  pragnął.  Miłości 
jednak nawet on nie kupi! 

Dotarło  do  niej,  że  pastor  daje  znak,  by  podeszli  bliżej  ołtarza.  Przez  kilka  strasznych 

sekund  bała  się,  że  nie  będzie  mogła  wstać,  że  nie  da  rady.  Johan  jednak  wziął  ją  za  rękę  i 
pociągnął.  Nic  więcej  nie  pamiętała.  Potem  klęczała  na  czerwonobrązowym  zniszczonym 
dywanie. Pastor położył na jej głowie ciężką rękę. 

-  I zapytuję cię, Mali Olasdatter Buvik, czy chcesz pojąć tego Johana... 
Nie, chciała krzyknąć. Nie chcę, nie, nie! Nie chcę, nie mogę. Boże w niebie, pomóż mi, 

dlaczego  nie  chcesz  mi  pomóc?  Czyż  nie  jesteś  Bogiem  wszystkich,  również  biednych? 
Zawsze wierzyła, że tak właśnie jest. Matka powtarzała jej, że Bóg jest z nią i będzie zawsze, 
nawet  jeśli  wszyscy  inni  zawiodą.  Człowiek  powinien  ufać  Bogu,  powtarzała  matka,  Bóg 
bowiem swoich nie zawiedzie. Mali jeszcze pamięta, jak pytała, czy naprawdę jest dzieckiem 
Boga, mimo że pochodzi z takiej biednej rodziny. 

-  Możesz być przekonana, że tak jest - zapewniała matka z największą powagą. - Bo dla 

Boga Wszechmogącego nie istnieją bogaci i biedni, wobec Boga wszyscy jesteśmy równi. 

To dlaczego on teraz mnie nie słyszy? - myślała Mali. Dlaczego pozwolił, żeby stało się to, 

co się teraz dzieje? To, co doprowadziło Mali do kościoła, na ten dywan przed ołtarzem, żeby 

background image

powiedziała „tak" mężczyźnie, którego nie kocha? Płacz dławił ją w gardle, nikt nie chciał jej 
pomóc,  ani  Bóg,  ani  ludzie.  Od  tej  chwili  będzie  musiała  sama  sobie  radzić  niezależnie  od 
tego, co matka ma na ten temat do powiedzenia. W tym kościele, na kolanach przed pastorem, 
Mali utraciła swoją dziecięcą ufną wiarę. Bóg jej nie słyszał i nie widział. 

Nagle odkryła, że wokół niej panuje przejmująca cisza, i zrozumiała, że zebrani oczekują 

od niej odpowiedzi. Jeszcze bardziej pochyliła głowę pod ciężkimi rękami pastora i poczuła, 
ż

e łzy kapią jej na dłoń. 

-  Tak - wyszeptała tak cicho, że półgłuchy pastor ledwie ją usłyszał. 
I w ten oto sposób została mężatką. 
 
 Mali  miała  wrażenie,  że  ten  dzień  nigdy  się  nie  skończy.  Droga  powrotna  upływała 

wesoło, pośród krzyków i śpiewów. Butelki krążyły podawane z lodzi do łodzi. Wszyscy pili 
zdrowie  nowożeńców,  a  niektórzy  uważali,  że  im  częściej,  tym  lepiej.  Mali  odmawiała,  ale 
Johan  przepijał  do  każdego.  Świecił  się  od  potu  i  promieniał  tak,  że  mógłby  się  ścigać  z 
jesiennym słońcem. Nieustannie musiał obejmować młodą żonę, a ona siedziała nieporuszona 
i pozwalała mu na to. Teraz już i tak za późno na protestowanie, myślała ponuro. Teraz musi 
się  zmierzyć  z  tym,  o  czym  myślała,  kiedy  przyjmowała  jego  oświadczyny.  I  robić  to  tak, 
ż

eby wynikało z tego więcej dobra niż zła. 

Tony  samotnych  skrzypiec  niosły  się  nad  wodą,  wesoły  marsz  weselny  ku  czci  młodej 

pary.  Mali  wiedziała,  że  gra  Tryggve.  Zawsze  zapraszano  go  na  wesela,  na  których  plano-
wano zabawę i tańce. Bo nie na wszystkich weselach się tańczy, no ale Stornes może sobie na 
wszystko pozwolić. Tutaj i młodzi, i starzy będą  długo w noc wirować  w tańcu na klepisku 
stodoły. Że wiele młodych par później poszuka sobie przytulnego schronienia na pachnącym 
sianie, to już nikogo nie obchodziło. To nie ma nic wspólnego z weselem, nikt zdawał się tego 
nie  widzieć.  Co  innego,  jeśli  jakiejś  pannie  przytrafiło  się  w  wyniku  tego  „nieszczęście". 
Wtedy miejscowi moraliści ruszali do akcji, wszyscy musieli się dowiedzieć, co myślą o tych 
„tańcach  i  grzechu".  Mało  kto  natomiast  chciał  podać  pomocną  dłoń  biednej  dziewczynie, 
która zapomniała się na  sianie. O sprawcę nieszczęścia nikt nie pytał, mężczyźni byli wolni 
od  wszelkiej  odpowiedzialności,  oni  nie  musieli  się  niczego  obawiać.  Dla  wielu  dziewcząt 
jednak była to życiowa tragedia, wywoływane po kryjomu poronienia nierzadko kończyły się 
ś

miercią. O tym też nikt nie mówił. 

Mali  siedziała  przy  stole  wyprostowana  jak  struna  u  boku  swojego  młodego  męża, 

czerwonego niczym piwonia i nie całkiem trzeźwego. Z drugiej strony siedzieli jej rodzice, a 
obok  Johana  królowała  Beret,  co  najmniej  tak  samo  sztywna  i  wyprostowana  jak  synowa. 
Sivert, podobnie jak syn, przepijał do wszystkich i nieustannie przyjmował gratulacje. Oczy 
mu  błyszczały,  zrobił  się  niespodziewanie  gadatliwy.  Mali  jednak  na  tyle  zdążyła  poznać 
swoją  teściową,  by  wiedzieć,  że  zabawa  skończy  się  dla  nieszczęsnego  Siverta,  jak  tylko 
wstaną od stołu. Współczuła mu, bo doświadczyła od niego życzliwości i dobrego przyjęcia. 

To  prawda,  że  Sivert  zrobił  coś,  czego  robić  nie  powinien,  rozumiała  jednak,  że  został 

poddany wielkiej presji. Och, Beret też musiała jej ulec. Mali zerknęła spod oka na teściową. 
Tak,  z  pewnością  Beret  życzyła  sobie  innej  następczyni  we  dworze.  Mali  musiała 
powstrzymać złośliwy uśmieszek. 

Pomyśleć,  że  coś  mogło  pójść  nie  po  jej  woli!  I  to  rodzony  syn  jej  się  postawił!  W 

najważniejszej  dla  rodziny  sprawie!  Musiało  to  być  dla  niej  wielkie  zaskoczenie,  szok  po 
prostu.  Ale  akurat  to  sprawiało  Mali  serdeczną  radość,  nie  szkodzi,  że  to  nie  po 
chrześcijańsku. 

Napotkała  spojrzeniem  szare  oczy  babci  Johana.  Dostrzegła  w  nich  zatroskanie  i 

uśmiechnęła  się  do  staruszki.  Obecność  tej  kobiety  w  domu  bardzo  ją  cieszyła  i  dodawała 
otuchy.  Mali  popatrzyła  ponad  głowami  hałasujących,  rozochoconych  gości.  Wielu  z  nich 
miało już dobrze w czubie, zastanawiała się, jak to z nimi będzie, kiedy zapadnie noc. Johan 

background image

szturchnął ją w bok i podał kufel piwa. Chciał się napić ze swoją młodą żoną! Mali posłusznie 
wzięła kufel, umoczyła wargi, zdając sobie sprawę, że wszyscy na nich patrzą. Wielu robiło 
to  przez  cały  dzień.  Gapili  się  na  nią,  a  potem  pochylali  ku  sobie  głowy  i  szeptali  z 
przejęciem. Postanowiła się tym nie przejmować. Teraz już zawsze tak będzie, myślała, więc 
powinna zacząć się przyzwyczajać. Dlatego prostowała plecy i głowę trzymała wysoko, choć 
czuła  się  dosyć  niepewnie.  Jakby  jakieś  brzemię  przygniatało  jej  duszę.  Tylko  że  nikt  nie 
powinien widzieć, co przeżywa. 

Spocony Johan oparł się o nią ciężko i pocałował w policzek. Goście zaczęli się śmiać i bić 

brawo. Mali zadrżała. Mąż już dawno przestał być trzeźwy. A pijanego jeszcze trudniej znieść 
niż  zwykle.  Ale  może  jeśli  się  upije  do  nieprzytomności,  to  potem  zgaśnie  niczym  świeca, 
gdy  tylko  zobaczy  łóżko,  myślała  Mali  z  mdłym  płomyczkiem  nadziei  w  sercu.  Bardzo  by 
tego  chciała,  żeby  chociaż  tej  nocy  uniknąć  jego...  choć  dobrze  wiedziała,  że  to  przecież 
jedynie odroczenie tego, co i tak musi się stać. 

   
W końcu można było wstać od stołu. Na dziedzińcu robiło się coraz tłoczniej i gwarniej, 

mężczyźni byli przeważnie w znakomitych nastrojach, zaczynały się gry i zabawy. Co młodsi 
chętnie próbowali się na ręce, wygrana dawała zwycięzcy znaczny  prestiż, chociaż wszyscy 
zdawali sobie sprawę z tego, że to tylko rozrywka i niewiele z niej wynika. Ale starali się, jak 
mogli,  czerwieniały  twarze,  napinały  się  żyły  i  mięśnie.  Chodziło  po  prostu  o  to,  by  jak 
najdłużej nie dać się pokonać. A ponieważ wokół stały kobiety i zagrzewały uczestników do 
walki, więc starali się wszyscy. Młode dziewczyny lubią silnych mężczyzn, to wiadomo. 

-  Jesteś zmęczona, Mali? 
To babcia Johana stanęła nieoczekiwanie obok panny młodej i wzięła ją za rękę. 
-  Nie,  nie,  wszystko  w  porządku  -  zapewniła  Mali  z  uśmiechem.  -  Tylko  ten  dzień  taki 

długi.  I  jeszcze  dużo  czasu  minie,  zanim  się  skończy.  Ty  chyba  też  musisz  być  zmęczona, 
prawda? 

Staruszka nie odpowiedziała. 
-  No to wyszłaś za mąż do Stornes - powiedziała po chwili. - I jak się czujesz w tej roli? 
Mali odwróciła wzrok i cofnęła rękę. Uśmiechnęła się z przymusem. 
-  Nie miałam jeszcze czasu się nad tym zastanawiać - rzekła wymijająco. 
Babka znowu milczała. 
-  Nie wszystko w życiu idzie tak, jak człowiek się spodziewa - powiedziała wreszcie. - I 

może  nie  tak,  jak  człowiek  planował,  że  będzie.  Daj  Johanowi  trochę  czasu,  Mali.  On...  on 
będzie  tego  potrzebował.  Widzisz,  jego  nikt  nie  nauczył,  jak  być  dobrym  mężem  ani  jak 
trzeba się obchodzić z kobietami. Daj mu trochę czasu, a zobaczysz, że wszystko się ułoży. 
Ż

e będzie dobrze - zakończyła. 

Mali  kiwała  głową,  ale  nie  bardzo  wiedziała,  co  staruszka  ma  na  myśli.  Że  Johan  będzie 

lepszy  z  upływem  czasu?  To  chciała  powiedzieć?  Czy  może,  że  dzisiejszej  nocy  chyba  nie 
będzie  wielkim  kochankiem,  ale  później  nabierze  doświadczenia?  Że  w  kontaktach  z 
kobietami  jest  niezdarny,  Mali  zdążyła  zauważyć  już  dawno.  Dziwiło  ją  raczej,  że  naj-
wyraźniej  babka  o  tym  wie.  Dla  mnie  to  nie  ma  znaczenia,  jakim  on  jest  kochankiem, 
pomyślała Mali i skuliła się. Nie robiła sobie wielkich nadziei w związku z małżeńskim poży-
ciem.  Liczyła  jedynie  na  to,  że  Johan  będzie  dla  niej  dobry  i  dzisiaj  w  nocy  da  jej  czas,  by 
mogła  się  oswoić  z  tym,  co  ją  czeka.  Właśnie  czasu  najbardziej  będzie  potrzebować,  taka 
niedoświadczona  i  przerażona.  Zwłaszcza  że  Johan  ma  być  jej  pierwszym  i  jedynym 
mężczyzną. Dlatego takie ważne jest, żeby był dla niej dobry i wyrozumiały, krótko mówiąc, 
ż

eby była w stanie jakoś przetrwać to doświadczenie. Przecież Johan ją kocha, tyle razy jej to 

mówił.  A  nikt  nie  chce  krzywdzić  tego,  kogo  kocha,  pragnie  dla  niego  jak  najlepiej. 
Powinnam wierzyć, że tak będzie, przekonywała sama siebie po raz nie wiadomo już który. 

background image

Nie miała wprawdzie doświadczenia w intymnych kontaktach z mężczyznami, ale przecież 

to i owo słyszała. Zwłaszcza na temat pierwszego razu. Z tego, co jej mówiono, ten pierwszy 
raz  mógł  być  bardzo  bolesny,  szczególnie  jeżeli  mężczyzna  nie  zwraca  uwagi  na  kobietę, 
spieszy się, nie pociągnie jej za sobą. Nie do końca rozumiała, co to znaczy, że mężczyzna ma 
kobietę za sobą pociągnąć, ale tak słyszała. Podobno niektóre kobiety mogą po tym krwawić. 
Mali przenikał dreszcz na samą myśl. Miała nadzieję, że Johan pomyśli też o niej i nie będzie 
bardzo bolało. Że, mimo wszystko, będzie to potem wspominać bez przykrości. 

Po kawie, kiedy zapadł już zmrok, zrobiło się nagle zamieszanie na dworze, ludzie zaczęli 

krzyczeć, że pod wciągniętą na maszt flagą wybuchła bójka. Na weselu to nic niezwykłego. 
Przy takich okazjach spotykają się różni ludzie, nie tylko przyjaciele. A wtedy wystarczy byle 
zaczepka i bijatyka gotowa. Wypity alkohol robi swoje. 

-  A czego innego można się było spodziewać? - wołał ktoś niedaleko Mali. - To ta hołota 

z Buvika się bije. Buvika przeciwko wszystkim innym. 

Mali pobiegła do masztu. W kotłowisku rąk i nóg dostrzegła swoich braci, Bernta i Bjarne. 
-  Nie  powinnaś  tu  przychodzić.  Mali!  -  krzyknęła  do  niej  siostra,  Eli,  i  pociągnęła  ją  za 

sobą. 

-  Ale dlaczego oni się biją? - dopytywała się Mali. - Bernt i Bjarne nie są tacy skorzy do 

bójek, co się stało? I to jeszcze na moim weselu, taki wstyd, Eli. 

Siostra nie odpowiadała, więc Mali przystanęła zdjęta jak najgorszymi przeczuciami. 
-  Kto  to  zrobił?  -  spytała.  -  Kto  powiedział  coś,  czego  nasi  bracia  nie  byli  w  stanie 

ś

cierpieć? 

-  Nie przejmuj się tym - uspokajała siostra i ciągnęła Mali w stronę pralni. - Na weselach 

tak  bywa  jak  się  popiją.  A  nie  wszystkim  się  podoba,  że  to  właśnie  ty  będziesz  młodą 
gospodynią w tym pięknym dworze. 

W oczach Mali pojawiły się łzy. Więc bracia biją się o nią! Ojej honor i dobre imię! Ech, 

nie ma się o co bić, pomyślała z goryczą. Co to za honor dać się kupić za pieniądze? I nagle 
nie była już w stanie się opanować, przytuliła się mocno do Eli i wybuchnęła beznadziejnym 
szlochem. 

-  No dobrze, już dobrze, Mali - szeptała siostra i gładziła ją po głowie. Starała się wejść z 

nią głębiej w cień, żeby nikt ich nie zobaczył. - To był dla ciebie okropnie długi dzień. Jutro 
ś

wiat będzie pogodniejszy, zobaczysz. 

Mali  nie  odpowiadała.  Z  całego  serca  pragnęła  móc  się  z  kimś  podzielić  tą  rozpaczą, 

strachem  i  rozgoryczeniem,  które  ją  przepełniało,  ale  nie  mogła.  Nawet  Eli  nie  wolno  nic 
mówić ani nikomu z rodziny. To jest część mojej kary, myślała, że muszę być z tym całkiem 
sama.  Płacz  powoli  przycichał,  niezdarnie  wzięła  chusteczkę  do  nosa,  którą  podała  jej  Eli. 
Poszły do pralni, żeby umoczyć chusteczkę w wodzie i przemyć zapłakane oczy. 

-  A teraz wracajmy - powiedziała Eli i jeszcze raz uściskała siostrę. - Nie pozwól, żeby oni 

weszli ci na głowę, Mali. 

-  Jesteś tak samo dobra jak oni. A raczej lepsza - dodała pospiesznie. 
Mali  czuła,  że  robi  jej  się  gorąco.  Popatrzyła  na  siostrę.  Jak  wiele  Eli  się  domyśla? 

Spojrzenie  tamtej  było  spokojne  i  pewne.  Mali  odetchnęła.  Eli  nigdy  nikomu  nie  powie, 
nawet gdyby dokładnie rozumiała, jakie jest życie Mali. Jej wzrok nie pozostawiał co do tego 
wątpliwości.  Zdumiało  ją  jednak  to,  że  Eli  się  domyśla,  jak  niewiele  radości  daje  Mali  to 
małżeństwo. 

   
Koło północy Johan dał znak, że chętnie by się już położył. Mężczyźni otaczali go kołem i 

wołali, że to naprawdę za wcześnie, ale rozumieli go bardzo dobrze, chichotali więc i gapili 
się  na  Mali  pożądliwymi  oczyma.  Piękną  pannę  młodą  bierze  sobie  Johan  do  łóżka,  nic 
dziwnego,  że  mu  się  tak  spieszy,  dogadywali  i  poszturchiwali  się  nawzajem.  Kobiety  też 
chichotały, ale mówiły niewiele. O tej porze większość gości straciła już całą przyzwoitość, 

background image

myślała  Mali  z  obrzydzeniem  i  płonącymi  policzkami.  Z  trudem  mogła  oddychać,  kiedy 
Johan wziął ją za rękę i chodził razem z nią do rodziców, krewnych i co znaczniejszych gości, 
by powiedzieć im „dobranoc". Wielu z obecnych miało nocować we dworze, przygotowano 
dla nich wszystkie miejsca na strychu, w stodole i szopach na siano. Ci, którzy na noc wracali 
do  swoich  domów,  już  zostali  zaproszeni  na  jutrzejsze  śniadanie.  Tak  nakazywał  obyczaj, 
choć nie wszyscy wracali. Niektórzy mieli za daleko, innym wystarczał jeden dzień zabawy i 
gościny. 

Ostatnią osobą, z którą się żegnali, była babcia Johana. To zdumiewające, że wytrwała aż 

do tej chwili,  choć Mali widziała, że jest już bardzo zmęczona. Zmęczona i zatroskana, bez 
radości. 

No i co, babciu, chciała zapytać Mali. Tyle czasu pragnęłaś, by Johan znalazł sobie kogoś, 

kogo  będzie  mógł  kochać,  i  doczekałaś  się.  Czy  jesteś  zmartwiona,  bo  wiesz,  że  go  nie 
kocham? 

Nie zapytała jednak. Objęła tylko staruszkę i uściskała. 
-  Będzie dobrze, babciu - szepnęła jej do ucha. - Zrobię wszystko, co potrafię, żeby było 

dobrze, zobaczysz. 

-  Mali, kochana - powiedziała babcia i pogłaskała ją po policzku. - Jesteś młoda i tak mało 

wiesz. Nie oceniaj zbyt pochopnie. 

Oczy jej błyszczały, kiedy wypuściła żonę swojego wnuka z objęć. 
Liczna  gromada  ludzi  odprowadzała  nowożeńców  aż  do  schodów  na  strych.  Johan 

przepuścił  Mali  przodem,  a  sam,  zataczając  się,  szedł  za  nią.  Miała  wrażenie,  że  te  schody 
nigdy się nie skończą, nogi się pod nią uginały. Dławił ją strach przed tym, co miało nastąpić. 
Na moment odwróciła się i zderzyła z Johanem. 

-  O nie, babo! - zachichotał obleśnie. - Teraz już ci to nic nie pomoże! Zaraz się zacznie! 
Wsunął jej rękę pod spódnicę i boleśnie uszczypnął w pośladek, wzniecając tym hałaśliwą 

radość na pół pijanej, podnieconej kompanii. Mali była bliska szoku. Jak on mógł zrobić coś 
takiego  na  oczach  tylu  ludzi?  Nagle  ogarnęło  ją  przerażenie.  Johan  nie  jest  taki,  jak  się 
prezentował  w  ostatnich  tygodniach,  kiedy  byli  sami.  Teraz  bardziej  przypominał  tego 
rozbuchanego samca, który rzucał się na nią w pralni w Gjelstad. Wtedy mogła go od siebie 
odepchnąć. Dziś w nocy nie może. Teraz Johan jest w prawie, może ją wziąć, kiedy zechce, i 
wcale  nie  musi  zachowywać  się  przyzwoicie.  Coś  jej  mówiło,  że  chyba  się  przeliczyła.  Na 
moment  napotkała  jego  oczy.  Były  czerwone,  nabiegłe  krwią  i  miały  w  sobie  coś,  co  ją 
przerażało, coś obcego, dzikiego i niepohamowanego. Chciała krzyczeć, ale nie była w stanie 
wydobyć  głosu  z  krtani.  Pospiesznie  zebrała  szeroką  spódnicę  i  pokonała  ostatnie  stopnie 
schodów. 

  
ROZDZIAŁ 13. 
  
Pokój nowożeńców, który potem miał stanowić ich małżeńską sypialnię i jedyne miejsce w 

całym dworze, gdzie mogli być sami, znajdował się na końcu długiego,  ciemnego korytarza 
oświetlanego jedynie stearynowymi świecami w ciężkich świecznikach. 

Mali  wiedziała,  że  sypialnia  Beret  i  Siverta  znajduje  się  dokładnie  po  drugiej  stronie 

korytarza.  W  tym  domu  głosy  rozchodzą  się  znakomicie  i  teściowa  będzie  wiedziała 
wszystko, co zechce, stwierdziła Mali z drżeniem. I dzisiejszej nocy, i we wszystkie następne. 
A  dzisiaj  liczni  goście  weselni  zajmą  pozostałe  pokoje  w  korytarzu.  I  będą  nasłuchiwać 
dźwięków dochodzących z pokoju młodej pary. Ludzie tacy są, myślała niechętnie. 

Johan otworzył drzwi i wtoczył się do środka. Musiał być bardziej pijany, niż Mali sądziła. 

Mimo  to  jednak  trzymał  się  na  nogach  całkiem  nieźle.  Nie  spełniły  się  jej  nadzieje,  że  mąż 
zgaśnie niczym świeca, gdy tylko znajdzie się w sypialni. Wprost przeciwnie. Wielokrotnie w 

background image

ciągu ostatniej godziny czuła na sobie jego spojrzenie i robiło jej się niedobrze. Zaraz zacznie 
się ślinić, myślała z obrzydzeniem. 

Powoli weszła za nim. Pokój był dość duży. Przy jednej z dłuższych ścian stało rozsuwane 

łóżko,  które  można  regulować,  poszerzać  lub  przedłużać,  wedle  życzenia.  Teraz  zostało 
rozstawione szeroko, mimo to Mali uznała, że jest bardzo wąskie i nie starczy w nim miejsca i 
dla niej, i dla Johana. Ale to chyba tylko przywidzenie, myślała, przypominając sobie łóżko 
rodziców w Buvika. Na pewno nie jest szersze od tego, a przecież nigdy nie przyszło jej do 
głowy, że za mało w nim miejsca dla obojga. 

Łóżko  zostało  przykryte  piękną  narzutą.  Ktoś  zadał  sobie  trud,  żeby  to  dla  nas 

przygotować, zdziwiła się Mali. Na oparciu wisiało okrycie z owczych skór, które z pewno-
ś

cią się przyda. Noce bywają już chłodne, a strych w domu nieopalany,  zresztą w zimie też 

nie ma tu ogrzewania. Na takie okrycie trzeba było co najmniej ośmiu owiec, ale problem ze 
skórami polega na tym, że trzeba o nie bardzo dbać, bo łatwo zagnieżdżają się w nich pchły 
lub  inne  insekty.  A  wtedy  biada  ludziom,  którzy  pod  takim  okryciem  śpią.  Rano  wstają 
podrapani do krwi. Mali obiecała sobie, że będzie swoje okrycie często  wietrzyć, a w zimie 
wyniesie na śnieg i porządnie wytrzepie. Matka ją tego nauczyła. 

Jedyne  okno  w  pokoju  wychodziło  na  fiord.  Pod  oknem  stał  stół,  na  nim  świeca  w 

lichtarzu  i  Biblia.  Obok  dwa  krzesła,  na  których  można  było  powiesić  na  noc  ubranie,  bo 
szafa  znajdowała  się  na  korytarzu.  Przy  ścianie  naprzeciwko  łóżka  stała  komoda,  a  na  niej 
druga  świeca.  Obok  umywalka  z  miednicą  do  mycia  i  woda  w  dzbanku.  Na  komodzie 
wyłożono dwa czyste ręczniki i Mali pomyślała, że miło będzie się umyć po takim męczącym 
dniu. Musiałaby to jednak robić w obecności Johana, więc uznała, że jednak odłoży mycie do 
jutra. Musi mieć czas wyłącznie dla siebie niezależnie od tego, że jest mężatką. 

Wolno  podeszła  do  okna  i  wyjrzała  na  dwór.  Sierpniowa  noc  weszła  w  najciemniejszą 

fazę, ale świecił księżyc, więc widać było zarysy szopy na łodzie nad brzegiem oraz mroczne 
kontury gór po drugiej stronie fiordu. Światło księżyca mieniło się pasami na ciemnej wodzie, 
a gwiazdy zdawały się większe i bliżej ziemi niż w Buvika. Miało się wrażenie, że wystarczy 
wyciągnąć rękę, by do nich sięgnąć. Nikt jednak nie sięga do gwiazd, a już najmniej ktoś taki 
jak ona. Wierzyła w to tylko, kiedy była mała, chciała wtedy nazbierać gwiazd i powpinać je 
sobie we włosy. 

Mali  tak  była  pogrążona  w  myślach,  że  nie  zauważyła  Johana,  który  stanął  tuż  za  nią. 

Objął ją mocno od tyłu, na policzku czuła jego pijacki oddech. 

-   Teraz  jesteś  moja,  Mali  -  szeptał  głosem,  którego  nie  poznawała,  cichym  i  dziwnie 

ostrym. - Nareszcie jesteś moja! 

Nie odpowiadała, stała po prostu jak wryta. Pojęcia nie miała, jak się zachować ani jak on 

by chciał, żeby się zachowywała. Ona sama pragnęła, żeby tak stał jakiś czas, obejmował ją i 
mówił, że wszystko będzie dobrze, trzeba tylko, żeby oboje okazali dobrą wolę. Może by mu 
wtedy  uwierzyła.  Że  ją  kocha  i  chce  dla  niej  dobrze.  Podskoczyła,  kiedy  złapał  rękami  jej 
piersi  i  mocno  ścisnął.  Bardzo  mocno.  Zaśmiał  się  ordynarnie  i  przywarł  do  niej  całym 
ciałem. 

-  Zdejmij ubranie - wycharczał ochryple. - Chcę cię mieć i Bóg mi świadkiem, że nie będę 

czekał ani chwili dłużej. Ściągaj ubranie! 

Puścił  ją  i  zaczął  się  pospiesznie  rozbierać.  Nie  przejmował  się  wieszaniem  tego,  co  z 

siebie  zdjął,  rzucał  wszystko  na  podłogę.  Mali  patrzyła  na  niego  wytrzeszczonymi  oczami, 
bolesny strach znowu ściskał ją w gardle. To nie tak powinno być, myślała. Nie tak szybko, 
nie tak... dziko. 

Powoli, trzęsącymi się rękami, zaczęła wyjmować z włosów szpilki przytrzymujące ślubny 

welon  i  w  końcu  go  zdjęła.  Starannie  powiesiła  stroik  na  oparciu  krzesła.  Potem  rozpinała 
ś

liczne  drobne  guziczki  u  sukni.  Johan  stanął  przed  nią  w  samych  kalesonach.  Oczy  mu 

pociemniały,  takiego  wyrazu  oczu  jeszcze  nigdy  u  żadnego  człowieka  nie  widziała. 

background image

Odskoczyła  i  uderzyła  biodrem  o  kant  stołu.  On  złapał  górę  częściowo  rozpiętej  sukni  i 
szarpnął  z  całej  siły.  Mali  słyszała,  jak  guziki  toczą  się  po  podłodze  i  wpadają  pod  łóżko. 
Przerażona jego dzikością, zaczęła go odpychać. 

-  O  nie!  -  wysyczał  Johan.  -  Tym  razem  nie  możesz  mnie  po  prostu  przegonić.  Teraz 

jestem twoim mężem, chyba o tym wiesz? Nie wygłupiaj się, babo! Teraz ja tu rządzę i biorę 
sobie, co chcę. 

Chciał siłą ściągać z niej suknię. 
-  Nie, Johan, nie, pozwól mi, ja sama zdejmę - prosiła cicho. - Pospieszę się. 
Puścił  ją,  ale  stał  tuż  obok  i  sapał  głośno.  Mali  trzęsącymi  się  rękami  rozpinała  guziki, 

które jeszcze zostały, a potem ściągnęła suknię przez głowę. Nigdy nie stała przed mężczyzną 
w samej bieliźnie, cieszyła się, że jest ciemno i Johan nie widzi jej łez. To nie tak miało być, 
myślała  zrozpaczona.  Dlaczego  on  chce  wszystko  zniszczyć?  Dlaczego  się  tak  strasznie 
spieszy?  Przecież  ona  potrzebuje  czasu,  właśnie  przed  tym,  co  miało  się  stać,  czy  to  tak 
trudno  zrozumieć?  Gwałtownie  złapał  ją  za  głowę  i  wyciągnął  spinki  podtrzymujące  włosy, 
które teraz złotą falą opadły na ramiona i plecy. 

-   Boże,  jakaś  ty  piękna  -  wymamrotał  i  przycisnął  głowę  do  jej  piersi.  -  I  jesteś  moja! 

Tylko moja! 

Zanim  pojęła,  co  się  dzieje,  Johan  zdarł  z  niej  koszulę  i  pożądliwie  ujął  w  ręce  piersi. 

Przywarł  do  nich  zaślinionymi  wargami  i  Mali  odskoczyła  z  obrzydzeniem.  Wtedy  on 
chwycił  ją  na  ręce  i  zaniósł  na  łóżko.  Uderzyła  się  boleśnie  w  głowę,  kiedy  rzucił  ją  na 
posłanie. Przez moment zdawało jej się, że zemdleje. Jęknęła, kiedy się na nią zwalił, ciężki, 
pijany, rozgorączkowany. Szarpał ją jak oszalały szorstkimi, twardymi rękami. 

-   Johan  -  prosiła  desperacko.  -  Johan,  nie  rób  tego.  Nie  tak!  Ja  przecież  nigdy...  daj  mi 

czas, Johan, to boli. 

Nie słyszał jej słów, mimo to próbowała dalej. 
-  Johan, daj mi czas. Nie tak gwałtownie, bo ja... 
Oparła dłonie na jego piersiach i starała się go odepchnąć, ale to rozwścieczało go jeszcze 

bardziej. Mali próbowała pojąć, co się właściwie dzieje. Nigdy nie byłaby w stanie wyobrazić 
sobie, że to może być tak. Nie przypuszczała, że ktoś może drugiemu człowiekowi zrobić to, 
co  Johan  zamierzał  teraz  zrobić  jej.  Zdarł  z  niej  resztę  ubrania  i  poczuła  na  skórze  chłodne 
nocne  powietrze.  Oczy  Johana  błyszczały  w  blasku  księżyca,  kiedy  na  nią  patrzył,  wargami 
boleśnie  miażdżył  brodawkę  jej  piersi.  Nagle  gwałtownym  szarpnięciem  rozwarł  jej  nogi  i 
wdarł się w jej ciało. Przeszywający ból sprawił, że pociemniało jej w oczach. 

Potem długo leżała zupełnie bez ruchu, dopóki po ciężkim oddechu nie poznała, że Johan 

ś

pi.  Wtedy  cichutko  wyślizgnęła  się  z  łóżka.  Każdy  krok  sprawiał  jej  dotkliwy  ból,  ale  z 

gardła  nie  wydobył  się  najcichszy  nawet  jęk.  Nalała  wody  do  miednicy,  w  księżycowej 
poświacie  dostrzegła  cieniutkie  strużki  krwi  na wewnętrznej  stronie  ud.  Umoczyła  ręcznik  i 
ostrożnie zmyła krew. Bólu jednak zmyć się nie da. Nie tego fizycznego, który ogniem pali w 
dole brzucha, ale bólu duszy, żalu i nienawiści, jaka w niej  rozgorzała. To nigdy  nie minie, 
była o tym przekonana. 

Bosa  przeszła  po  lodowatej  podłodze  z  powrotem  do  łóżka.  Piękna  nocna  koszula,  którą 

matka uszyła jej na tę noc, noc poślubną, leżała porzucona w nogach posłania. Nie zdążyła jej 
włożyć,  bo  Johan  się  na  nią  rzucił.  Nigdy  by  nie  pomyślała,  że  najpiękniejsze,  o  czym  tak 
marzyła, może się przemienić w coś tak paskudnego, ordynarnego i żałosnego. Że może nie 
być  miejsca  na  czułość,  na  odrobinę  pieszczot  czy  choćby  jedno  dobre  słowo.  Tylko  dzikie 
zwierzęce pożądanie i egoizm. No i ten straszny ból... 

Leżała pod nim sztywna, ogarnięta paniką, kompletnie nieprzygotowana na to, co miało się 

stać. Johan nie miał czasu, żeby o niej pomyśleć, rozwarł tylko jej nogi na boki i brutalnie się 
w nią wdarł. Pewno nawet nie zauważył, że Mali jest zupełnie sucha. I chyba też nie zwrócił 
uwagi, że z bólu wygięła się pod nim niczym łuk. Zagryzła rękę do krwi, żeby nie krzyczeć. 

background image

Myśl o tych wszystkich ciekawskich, którzy nasłuchują na korytarzu i na dole, pod oknami, 
sprawiła,  że  zniosła  wszystko  w  milczeniu.  Łzy  płynęły  jej  ciurkiem  po  twarzy,  w  ustach 
czuła  smak  własnej  krwi,  kiedy  dziedzic  Stontes  ją  gwałcił  i  w  ten  sposób  pozbawiał  ją 
dziewictwa. 

Powoli wciągnęła nocną koszulę przez głowę i usiadła na krzesełku przy oknie. Powietrze 

w  pokoju  było  ciężkie  i  gęste  od  zwierzęcego  zapachu,  pomieszanego  z  ostrą  wonią  potu  i 
piwa.  Delikatnie  uniosła  haczyki  i  otworzyła  okno.  Chłodna  wrześniowa  noc  studziła  jej 
rozognioną i mokrą od płaczu twarz. Z drugiej strony domu docierały śmiechy i nawoływania, 
w stodole skrzypek wciąż grał do tańca. Z pewnością minie jeszcze wiele czasu, zanim dom 
pogrąży  się  w  nocnej  w  ciszy.  Księżyc  skrył  się  za  chmurą  i  zrobiło  się  ciemno.  Z  łóżka 
dochodziło pijackie, głośne chrapanie Johana. 

Do  dzisiaj  Mali  sądziła,  że  on  jest  tylko  głupi  i  trochę  niewydarzony.  Jak  to  się  można 

pomylić, myślała teraz. Jest bardziej grubiański niż jakieś zwierzę. Liczy się tylko on i jego 
zadowolenie. A przedtem gapił się na nią maślanymi oczami i zapewniał, jak bardzo ją kocha 
i jaki to będzie dla niej dobry. Nigdy nie zapomnę tej nocy, wzdychała, i nigdy nie wybaczę 
mu, że gwałtem odebrał mi najcenniejsze, co mogłam dać mężczyźnie. 

W głębi duszy Mali czuła nienawiść. Nie wiedziała, co Johan czuje, ale nie mogła dłużej 

wierzyć, że ją kocha. Ten, kto kocha, stara się dawać radość kochanej osobie. A Johan zadał 
jej tylko ból. 

-  Boże w niebiesiech, ja tego nie wytrzymam - szlochała, oparłszy głowę o futrynę okna. - 

Jak ja będę żyć po tej nocy? Jak spojrzę w twarz człowiekowi, który zrobił mi coś takiego? 

Przeniknął ją ostry ból, musiała zmienić pozycję na twardym krześle. 
-  Nie zniosę tego drugi raz - powtarzała zrozpaczona. - Nigdy, nigdy! Boże, pomóż mi! 
Ale niebo było daleko,  a Bóg miał wielu proszących o pomoc. Mali nie była pierwsza w 

kolejce,  niestety.  Tylko  gwiazdy  i  wielki,  blady  księżyc  przyglądały  się  nieszczęsnej 
dziewczynie. One jednak pozostały zimne, na żadną pociechę z ich strony nie mogła liczyć. 

  
 ROZDZIAŁ 14. 
  
Mali  nie  potrafiłaby  powiedzieć,  jak  długo  tej  nocy  siedziała  przy  oknie.  Jakby  czas 

przestał istnieć. Jedyne uczucia, jakie ją przepełniały, to żal i paląca nienawiść do Johana. 

Kiedy jakiś czas temu zdała sobie sprawę z tego, że nie ma innego wyjścia niż małżeństwo 

z Johanem, zaczęła szukać w nim dobrych cech. Starała się myśleć o wszystkich korzyściach, 
jakie da jej pozycja młodej gospodyni w Stornes. O szacunku, jaki stanie się jej udziałem, o 
tym,  że  jej  rodzina  również  zyska  lepsze  życie.  Zbyt  wielu  pozytywnych  cech  Johana  nie 
udało jej się znaleźć, ale przez cały czas powtarzała sobie, że to przecież nie jest zły człowiek, 
będzie dla niej dobry, choć taki niewydarzony i ślamazarny. Obiecywał jej, że będzie dla niej 
dobry, zapewniał, że ją kocha, a ona mu wierzyła. No i teraz okazało się, że to wszystko były 
tylko puste słowa! 

Nie  ma  dla  mnie  ani  krzty  szacunku,  myślała,  ocierając  łzy,  które  nie  chciały  przestać 

płynąć. Obiecywał Bóg wie co i patrzył na nią psim wzrokiem. Teraz zrozumiała, że wszystko 
to było jednym wielkim kłamstwem. Chętnie powiedziałby i obiecał wszystko, byleby tylko 
ją dostać. Teraz, kiedy już są prawowitym małżeństwem, pokazał, jaki jest naprawdę! 

Mali myślała, że wyjdzie mu naprzeciw, jak daleko zdoła. Teraz była absolutnie pewna, że 

dobrowolnie  nigdy  nie  odda  mu  nawet  najmniejszej  cząstki  siebie,  ani  duszy,  ani  ciała.  Jest 
jego  żoną,  ze  wszystkimi  tego  konsekwencjami.  Ale  niczego  ode  mnie  nie  dostanie  - 
powtarzała  sobie  z  goryczą.  To,  czego  chce,  będzie  musiał  wziąć  sam.  Być  może  któregoś 
dnia  dotrze  do  niego  prawda,  jakim  jest  człowiekiem  i  co  mi  zrobił,  ale  to  niczego  już  nie 
zmieni. Co się stało, to się nie odstanie. 

background image

Tej  nocy  Johan  zaprzepaścił  wszystkie  swoje  szanse.  Nigdy  mu  nie  wybaczy,  że  ją 

zgwałcił. Gdyby to, co się tej nocy stało w małżeńskim łożu, dokonało się na zewnątrz, Mali 
by  go  zabiła.  Bo  wtedy  też  nie  uzyskałaby  znikąd  pomocy?  Nawet  od  policji.  Tyle  się 
nasłuchała o dziewczynach, które zostały zgwałcone przez „bogatych panów" i nic im nie po-
mogło, że na nich doniosły, i tak nikt nie chciał ich słuchać, nikt nie wierzył, że same tego nie 
chciały.  Władza  trzyma  z  tymi,  którzy  mają  pieniądze  i  pozycję,  biedną  dziewczynę  można 
złożyć w ofierze. Nigdy  jednak nie przyszłoby jej do głowy, że takie rzeczy mogą się dziać 
również w małżeństwie! A może to właśnie tak mężowie przeważnie obchodzą się ze swoimi 
ż

onami?  -  przemknęło  jej  przez  myśl.  Czy  to  nie  dlatego  babcia  Johana  była  wczoraj  taka 

dziwna, bo chciała ją ostrzec akurat w tej sprawie? Może jest tak, że kobiety o tym potem nie 
mówią, a każda wstyd i nienawiść znosi w samotności. Chowa je w najgłębszym zakątku du-
szy... Nie, dłonią potarła mokrą od łez twarz. Nie, to niemożliwe! Przecież musi na świecie 
istnieć  miłość.  Dobroć,  czułość  i  kochanie.  Przecież  wszystko  nie  może  się  ograniczać 
wyłącznie do marzeń. Z pewnością istnieje, tylko nie wszystkim to jest dane, tę prawdę pojęła 
dzisiejszej nocy. 

W końcu chłód zapędził ją z powrotem do łóżka. Bezszelestnie i bardzo ostrożnie położyła 

się samym brzeżku, obok chrapiącego męża, i naciągnęła na siebie kołdrę. Minęło dużo czasu, 
zanim  ciało  zaczęło  się  rozgrzewać,  a  łzy  przestały  płynąć.  Pewnie  wiele  mi  ich  już  nie 
zostało, pomyślała, zamykając piekące oczy. Sen spłynął na nią miłosiernie i przyniósł parę 
godzin wytchnienia. 

Spała czujnie, niczym zaszczute zwierzę. Kiedy o brzasku dom zaczął znowu napełniać się 

dźwiękami, natychmiast się ocknęła. Leżała bez ruchu, by nie budzić mężczyzny obok siebie. 
Wsłuchiwała się w znajome hałasy, jedne służące przygotowywały się do obrządku i dojenia, 
inne  nakrywały  do  weselnego  śniadania.  Czuła  się  okropnie.  Wiedziała, że  ten  dzień  będzie 
dla  niej  jeszcze  większą  próbą  niż  poprzedni.  Czujne  oczy  lubią  śledzić  nowożeńców,  a 
szczególnie  pannę  młodą.  W  takie  dni  zmęczona  i  zarumieniona  panna  młoda  to  nic 
niezwykłego.  Ludzie  traktują  to  jako  dowód  udanej  nocy  poślubnej.  Mali  wiedziała,  że  ona 
rumienić się nie będzie. Dla niej największym wyzwaniem będzie zachowanie maski i ukrycie 
obrzydzenia, jakie odczuwała do mężczyzny, któremu została poślubiona. 

Tego ranka nikt nie oczekiwał nowożeńców wcześnie. Śniadanie zresztą nie odbywało się 

o  jakiejś  wyznaczonej  godzinie,  każdy  siadał  do  stołu,  kiedy  chciał.  Starsi  z  gości,  którzy 
nocowali we dworze i wczoraj położyli się dobrze przed północą, przychodzili jako pierwsi. 
Ci,  którzy  wracali  do  swoich  domów,  żeby  dzisiaj  przyjechać  znowu,  silą  rzeczy  śniadanie 
jedli później. Na ogół u siebie mieli sporo gospodarskich zajęć, zanim znowu mogli pomyśleć 
o zabawie. 

Mali  wymknęła  się  z  łóżka.  Najpierw  umyła  się  w  zimnej  wodzie,  potem  wyjęła  suknię 

„drugiego  dnia",  w  której  miała  dzisiaj  wystąpić.  Nie  było  przyjęte  używanie  ślubnej  sukni 
przez całe wesele. Należało ją odwiesić do szafy, a potem przez długi czas jeszcze wkładać na 
uroczyste okazje. Kiedy któraś z sióstr będzie wychodzić za mąż, może ją pożyczyć. Tradycja 
na  to  zezwala.  Gdyby  chciała,  pomyślała  Mali  z  goryczą.  Gdyby  siostra  chciała  włożyć 
suknię, którą Mali nosiła w najstraszniejszym dniu swojego życia. Tylko że siostry nic o tym 
nie wiedzą. Eli z pewnością zauważyła, że Mali nie jest specjalnie szczęśliwa, ale przecież nie 
może nawet przypuszczać, jak się sprawy naprawdę mają. 

Dzisiejsza  suknia  nie  była  aż  taka  ładna  jak  ślubna,  ale  też  nowa  i  zresztą  ładniejsza  od 

wszystkich, jakie Mali dotychczas nosiła. To zapowiedź dobrobytu, jaki ją teraz czeka. 

Johan okazał się szczodry, jeśli chodzi o piękne suknie i bluzki. Dostała też wysokie buty z 

cieniutkiej skóry, zapinane na guziczki. Jeszcze niedawno nawet nie przypuszczała, że będzie 
kiedykolwiek coś takiego posiadać. Bardzo eleganckie, to musiała przyznać. Teraz jednak jak 
najchętniej by się bez tego wszystkiego obeszła, gdyby tylko mogła odzyskać wolność. 

background image

Stała  i  upinała  włosy,  kiedy  Johan  obudził  się  i  stęknął  głośno.  Przewrócił  się  na  bok  i 

zaczął macać w miejscu, gdzie powinna być Mali. 

-  Co, do cholery? - zaklął ordynarnie. - Już jesteś ubrana? Czy nie wiesz, że nowożeńcy 

nie muszą się zrywać wcześnie na drugi dzień po ślubie? 

Mali nie odpowiedziała. Nadal upinała włosy, choć ręce jej drżały. 
-  Chodź  tu  do  mnie  -  zażądał  Johan.  -  Czy  przynajmniej  pocałunek  mi  się  nie  należy 

pierwszego ranka, kiedy jestem żonatym chłopem? 

-  Przyjechało już pełno gości - odparła krótko. - Zaczyna się śniadanie. Powinniśmy zaraz 

zejść na dół. 

Johan zachichotał i wyciągnął po nią ręce z pożądliwym, obleśnym spojrzeniem. 
-  Nikt na nas nie czeka, dobrze o tym wiesz. Zejdziemy, kiedy nam będzie pasowało. A ja 

zamierzam robić co innego niż lecieć na śniadanie - oblizywał się paskudnie. 

Mali zesztywniała, serce przestało jej na chwilę bić. Tego właśnie się obawiała i przed tym 

chciała  się  obronić,  wkładając  ubranie,  kiedy  Johan  jeszcze  spał.  Nie  wiedziała,  czy 
wytrzyma, jeśli on znowu się na nią rzuci. 

-  Przyjdziesz dobrowolnie czy mam cię przenieść do łóżka tak jak wczoraj? 
Wolno opuściła ręce i odwróciła się do niego. 
-  Wstań, Johan - poprosiła. - Tamte sprawy mogą poczekać... do wieczora. 
Zanim  skończyła,  on  zerwał  się  na  równe  nogi,  niebywale  zwinny  jak  na  kogoś,  kto 

poprzedniego wieczora był taki pijany. Jego ręce zacisnęły się na jej ramionach z taką siłą, że 
jęknęła z bólu. 

-  Rozbierzesz się sama, czy dzisiaj też mam z ciebie zedrzeć suknię? 
Mali wpiła w niego wzrok. Lodowato zimne spojrzenie zawierało tyle nienawiści, że Johan 

mimo woli się cofnął. 

-  Co się z tobą dzieje? - spytał lekko zbity z tropu. 
-  Uważam tylko, że masz osobliwy sposób okazywania miłości - odparta cicho. - Nikt nie 

upokarza  tego,  kogo  kocha.  Nie  powiesz  mi  chyba,  że  to  o  mnie  myślałeś  dzisiaj  w  nocy, 
kiedy  mnie  brutalnie  gwałciłeś.  Do  wszystkiego,  co  jest  w  tobie  takie  żałosne,  dochodzi 
jeszcze  kłamstwo!  Bo  ty  kłamiesz.  Ty  mnie  nie  kochasz,  Johanie  Stornesie.  Chcesz  tylko 
mieć mnie na własność, by robić ze mną wszystko, na co ci przyjdzie ochota, ty łajdaku! 

Policzek  spadł  na  jej  twarz  niczym  ogień  i  sprawił,  że  o  mało  nie  upadła.  Zbyt  późno 

zrozumiała,  że  tego  nie  powinna  była  mówić.  Nie  teraz.  Johan  dostał  szału  ze  złości.  Może 
miał wyrzuty sumienia z powodu tego, co się stało w nocy? Nie wiadomo. Przez chwilę stał 
przed nią czerwony, żałosne kosmyki włosów sterczały potargane, na moment w jego oczach 
pojawiły się bezradność i zagubienie. Potem odwrócił się do niej plecami, zebrał swoje rzeczy 
i  zaczął  się  ubierać.  Mali  trzymała  dłoń  na  bolącym  policzku,  ale  nie  miała  odwagi  się 
poruszyć. 

-  Nie powinienem był cię uderzyć - powiedział nieoczekiwanie półgłosem. 
Mali milczała. Nie powinien jej uderzyć! A co znaczy jeden policzek w porównaniu z tym, 

co zrobił w nocy? Bliska omdlenia widziała, że Johan umoczył ręcznik w wodzie  i wycisnął 
go. Potem podszedł i podał go Mali. Wtedy zauważył na ręczniku krew. Wytrzeszczył oczy i 
zrobił się ogniście czerwony. Bez słowa podał jej ręcznik. 

-  Nie powinienem był cię uderzyć - powtórzył. 
Wtedy  Mali  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  on  po  prostu  nie  jest  w  stanie  zrozumieć,  co 

zrobił w nocy. Nie pojmuje, że to było coś znacznie gorszego niż uderzenie w twarz. Mali jest 
jego,  więc  może  z  nią  robić,  co  chce.  Najwyraźniej  nie  wiedział,  że  istnieje  inny  sposób 
kochania  kobiety.  Poza  tym  już  wcześniej  się  zorientowała,  że  w  jej  obecności  Johan  łatwo 
traci  panowanie  nad  sobą.  Wzięła  mokry  ręcznik  i  przyłożyła  sobie  do  twarzy.  Johan 
odwracał  wzrok,  nie  patrzył  w  jej  stronę,  kiedy  się  ubierał.  Mali  domyślała  się,  że  jest  mu 
głupio.  W  końcu  stanął  przed  nią  kompletnie  ubrany,  ona  odsunęła  nieco  ręcznik.  Policzek 

background image

nadal palił boleśnie, miała jednak nadzieję, że nie jest czerwony. Nie wyglądałoby to dobrze, 
gdyby  panna  młoda  po  nocy  poślubnej  zeszła  na  dół  czerwona,  z  opuchniętą  twarzą. 
Ostrożnie macała ręką policzek. 

-  Nic nie widać - uspokajał Johan niepewnie, podchodząc bliżej. - Ja... domyślam się, że 

oczekiwałaś czego innego w nocy, ale ja... 

Powinienem  teraz  powiedzieć,  że  byłem  pijany.  Może  wtedy  jej  wzrok  by  złagodniał, 

pomyślał.  Wiedział  jednak,  że  nie  tylko  pijackie  zamroczenie  było  przyczyną  jego 
zachowania.  Bo  jeśli  chodzi  o  Mali,  to  nie  był  w  stanie  się  opanować,  choć  zaczynało  mu 
ś

witać,  że  chyba  trzeba  się  trochę  postarać.  Nigdy  jednak  nie  słyszał,  że  kobietę  trzeba 

przedtem przygotować, przytulać ją i pieścić. Johan czekał i czekał na tę noc, i myślał, że... 
No właśnie, co sobie myślał? Że wszystko samo się ułoży, byleby tylko nareszcie znaleźli się 
razem  w  łóżku?  Ciemnobrązowe,  lodowate  oczy  mówiły  mu,  że  popełnił  błąd.  Bezradnie 
wsunął ręce do głębokich kieszeni spodni. 

-  Nie chciałem sprawić ci bólu - powiedział ochryple.  
Na jej   twarzy  pojawił   się  grymas, jakby  szyderczy uśmiech. 
-  Nie, nie, to mówiłeś mi już przedtem - rzekła chłodno. - I ja ci wierzyłam. Ale teraz to i 

tak nie ma żadnego znaczenia. Teraz jest za późno. 

Johan  nie  bardzo  rozumiał,  na  co  jest  za  późno.  Zirytowany  wyrwał  jej  mokry  ręcznik  i 

rzucił go na krzesło. 

-  Baba zawsze robi z igły widły - wysyczał. Ruszył gniewnie ku drzwiom, a Mali poszła 

za nim. Za późno, za późno, szumiało jej w głowie. 

  
W  izbie  już  się  roiło  od  ludzi.  Nie  wszyscy  byli  tak  wystrojeni  jak  poprzedniego  dnia, 

wielu nosiło ślady wczorajszego pijaństwa i braku snu. Większość jednak gromadziła się przy 
długim  stole,  który  aż  się  uginał  od  smakołyków,  a  służące  nieustannie  donosiły  pełne 
półmiski. 

Na  widok  nowożeńców  rozległy  się  wiwaty  i  brawa.  Wszyscy  wyciągali  ręce  z 

gratulacjami. 

-  Jaka blada i zmęczona ta twoja panna młoda, Johan - przygadywali mężczyźni, klepiąc 

go po plecach. - Wygląda na to, że nie zaznała spokoju dzisiejszej nocy! 

Mali  zaczerwieniła  się  po  korzonki  włosów  i  spuściła  wzrok.  Jak  ludzie  mogą  się  tak 

zachowywać? Johan jednak robił ważną minę i puszył się, kiwał się na szeroko rozstawionych 
nogach, dumny, jakby miał z czego. 

-   No,  musiał  odrabiać  stracony  czas  -  chichotali  inni.  -  Przecież  to  chłop  na  schwał,  a 

czekał i czekał na swoje. Teraz zaczynamy odliczanie!. Po takiej nocy za dziewięć miesięcy 
będziemy chrzcić dziedzica! 

Mali myślała, że się pod ziemię zapadnie. Że też nikt nie uciszy tego gadania, złorzeczyła 

wściekła.  Nagle  napotkała  wzrok  Beret  stojącej  w  drugim  końcu  izby.  Tamta  mierzyła  ją 
zimnymi,  przenikliwymi  oczyma.  Była  bardzo  blada,  niemal  jak  chora.  Ale  nie  mówiła  nic. 
Pozwalała  na  wszystko,  choć  przecież  w  normalnej  sytuacji  natychmiast  kazałaby 
mężczyznom przestać. Mali miała wrażenie, że Beret chce, by synowa czuła się upokorzona. 
Może w swoim czasie ona też przeżyła coś podobnego. Choć Mali trudno było uwierzyć, by 
Sivert mógł się zachować wobec Beret tak, jak jego syn postąpił z nią ostatniej nocy. Nagle 
izba  zaczęła  wirować  razem  z  nią  i  Mali  instynktownie  próbowała  się  czegoś  przytrzymać. 
Przypadkiem  była  to  ręka  Johana.  Zaskoczony  spojrzał  na  jej  kredowobladą  twarz  i 
podtrzymał ją za ramiona. 

-  Myślę,  że  potrzebujemy  trochę  świeżego  powietrza,  zanim  usiądziemy  do  stołu  - 

powiedział i wyprowadził ją na dwór. 

Odeszli za narożnik domu, bo Mali zaczęła wymiotować. Zlana zimnym potem oparła się 

o ścianę i jęczała. 

background image

-  Co się stało? Chora jesteś? 
Johan  dreptał  niecierpliwie  kolo  niej,  wystraszony,  że  ktoś  ich  tu  zobaczy.  Głupio  by  to 

było, panna młoda, która wymiotuje pierwszego dnia po nocy poślubnej. 

-  Wracaj do gości - powiedziała Mali. - Ja pójdę do babci i odpocznę trochę. Później do 

ciebie  dołączę.  Coś  musiało...  coś  mi  musiało  zaszkodzić  -  dodała.  Minęła  dłuższa  chwila, 
zanim do niej dotarło, co powiedziała. Ile jest w tym prawdy. 

Babka  na  jej  widok  zerwała  się  na  równe  nogi.  Ogarnęła  spojrzeniem  młodą  osobę,  jej 

bladą twarz i oczy czarniejsze niż noc. 

-  O  Boże,  Mali!  Chora  jesteś?  -  zawołała,  podsuwając  jej  krzesło.  Przyniosła  szmatę  i 

naczynie z wodą, zrobiła dziewczynie zimny okład na spocone czoło. 

-  Nie  wiem  -  odparła  Mali  wolno.  -  Chyba  za  dużo  było  zamieszania  i  za  mało  snu. 

Dzisiejszej nocy ledwo mogłam zmrużyć oczy. Wszystko było takie... takie nowe, sama wiesz 
- dodała i poczuła, jak się rumieni. 

Babka nie powiedziała ani słowa. Stare oczy z troską przyglądały się młodej dziewczynie. 

Ona  też  nie  spała  tej  nocy.  Myślami  wciąż  była  przy  tych  dwojgu  w  małżeńskiej  sypialni, 
składała  wykrzywione  reumatyzmem  ręce  i  modliła  się  w  ich  intencji.  Teraz  mogła  się 
przekonać,  że  na  próżno.  Nic  dobrego  się  tej  nocy  nie  przytrafiło,  przynajmniej  Mali. 
Najbardziej jednak niepokoiło ją to, co widziała wczoraj w oczach panny młodej. Cień, który 
przywodził na myśl nienawiść... 

Był  to  kolejny  długi  dzień.  Ludzie  przychodzili  i  wychodzili,  kiedy  im  pasowało.  Wielu 

zostało  na  obiad,  bo  jedzenia  wciąż  było  mnóstwo.  Pod  wieczór  jednak,  kiedy  zbliżała  się 
pora  obrządku,  ostatni  goście  opuścili  dom  weselny  w  Stornes.  Flaga  została  opuszczona, 
ś

więto dobiegło końca. 

Mali przez cały dzień jadła niewiele, ale trzymała się na nogach i dobrze grała swoją rolę. 

Tyle  że  wciąż  była  blada  i  mówiła  niewiele.  Kobiety  zauważyły  jednak,  że  pomagała 
teściowej  w  wielu  sprawach.  Może  z  czasem  będzie  z  niej  gospodyni,  szeptały.  Jeśli  tylko 
Beret zechce ją przyuczyć do domowych obowiązków. Niewiele z nich zazdrościło tej nauki 
bladej,  wyprostowanej  pannie  młodej,  niezależnie  od  tego,  że  poślubiła  dziedzica  wielkiego 
majątku.  Wiele  panien  znalazło  sobie  dużo  lepszych  kawalerów  na  sianie  ostatniej  nocy, 
wolały to, niż małżeńskie łoże z Johanem Stornesem. 

Kiedy Mali chciała pomagać przy sprzątaniu. Beret się nie zgodziła. 
-  Jeszcze nie jesteś tu gospodynią - warknęła. 
-  Chciałam  tylko  pomóc  -  powiedziała  Mali  cicho,  nieprzyjemnie  dotknięta  znaczącymi 

spojrzeniami, jakie wymieniały między sobą służące. 

-  Znajdzie  się  dla  ciebie  robota  -  ucięła  Beret.  -  Jeżeli  ktoś  taki  blady  jak  ty  w  ogóle  do 

czegokolwiek się nadaje. 

Babcia  Johana  siedziała  w  fotelu  i  dotychczas  się  nie  odzywała.  Nagle  uderzyła  laską  w 

podłogę. W izbie zaległa cisza. 

-  A ja myślę, że ktoś powinien się liczyć ze słowami - powiedziała spokojnie. - To ładnie z 

twojej  strony,  że  chciałaś  pomóc,  Mali.  Jestem  pewna,  że  Beret  też  tak  uważa.  Ale  dzisiaj 
powinnaś odpoczywać. 

Beret zrobiła się czerwona, jej oczy miotały błyskawice. Nie odważyła się jednak kłócić ze 

staruszką. 

-  Tak, mnie też o to chodziło - mruknęła i wybiegła z izby. Drzwi zatrzasnęły się za nią 

niepotrzebnie tak głośno. 

Mali siedziała jak na szpilkach i czekała, aż Johan da znak, że pora do łóżka. Nie trwało to 

długo. Co najmniej ze dwie godziny przed normalną porą spania Johan wstał i kłaniając się, 
powiedział zebranym „dobranoc". Wyjaśnił, że wczoraj położyli się późno, a dzień był znowu 
długi. Nikt się nie odezwał. Johan spojrzał na Mali, która wolno podnosiła się z miejsca. Nie 
wiedziała, co ją czeka tego wieczora. Żołądek ściskał jej się ze strachu przed tym, co musiało 

background image

nastąpić, nie była pewna, czy potrafi to wytrzymać. Ale nie powiedziała ani słowa. Gdy tylko 
znaleźli  się  w  pokoju,  Johan  natychmiast  zaczął  się  rozbierać.  Mali  zrobiła  to  samo.  Nie 
chciała,  żeby  jej  suknia  „drugiego  dnia"  również  została  zniszczona.  Kiedy  wzięła  nocną 
koszulę, Johan powstrzymał ją zdecydowanie. 

-  To ci nie będzie potrzebne - syknął. - Chcę cię mieć bez ubrania. 
Nie  miała  odwagi  protestować.  Pospiesznie,  nie  patrząc  na  niego,  zdjęła  bieliznę. 

Ś

wiszczący  oddech  znalazł  się  tuż  obok,  Johan  przesuwał  dłonie  po  jej  nagim  ciele,  od 

ramion  w  dół.  Przeniknął  ją  dreszcz,  a  brodawki  piersi  skurczyły  się  z  zimna  i  niechęci. 
Twardą dłonią Johan pchnął ją na łóżko, pochylił się nad nią i gwałtownym ruchem rozsunął 
jej nogi na boki. Leżała pod nim sztywna, zdrętwiała i niechętna. Nie był ani trochę bardziej 
czuły  czy  delikatny  niż  poprzedniej  nocy,  jakby  ją  żywy  ogień  palił,  kiedy  przesuwał  się  w 
niej w górę i w dół, w górę i w dół, ale z ust Mali nie wydobył się żaden dźwięk. Na koniec 
zwalił się z niej na posłanie, a ona odwróciła się na bok i zamknęła oczy. Będziesz musiała 
przywyknąć,  mówiła  do  siebie,  zaciskając  zęby  i  czując,  że  znowu  ogarnia  ją  fala  mdłości. 
Teraz  on  ma  do  tego  prawo.  Coś  jej  mówiło,  że  na  tym  polu  Johan  ma  jeszcze  wiele  do 
pokazania i że będzie musiała to jakoś znosić. Kiedy tylko znalazła się obok niego w łóżku, 
stawał się jak opętany, jakby myślał, że może sobie wziąć i jej ciało, i duszę, wystarczy tylko, 
ż

eby za szybko nie przestawał i był dostatecznie stanowczy. 

Nigdy, myślała Mali, przełykając gorycz upokorzenia. Nigdy! Nigdy! 
W  końcu  któregoś  dnia  będzie  musiało  do  niego  dotrzeć,  że  zachowywanie  się  niczym 

oszalały buhaj wielkiej radości nie daje. Pewnego dnia zda sobie sprawę, że nie dostaje tego, 
co sobie kupił. Bała się jednak, że zanim to nastąpi, będzie musiało upłynąć sporo czasu. W 
najgorszym razie nigdy tego nie zrozumie i nawet nie będzie próbował nic z tym zrobić, jeśli 
tylko będzie mógł brać sobie jej ciało, kiedy zechce. A przecież tego przez cały czas chciał. 
Chyba jednak nawet on nie będzie się każdego wieczora zachowywał tak jak teraz, pomyślała, 
ocierając łzę, spływającą po policzku. Ale kto wie, do czego taki grubianin jest zdolny? 

 
ROZDZIAŁ 15. 
  
Minęło parę dni, zanim w Stornes życie wróciło do normy. Trzeba było wymyć wszystko 

po uroczystościach, wyprać pościel, obrusy, ubrania i wysuszyć, dopóki trwa piękna pogoda. 
W końcu dodatkowo wynajęte służące wróciły do domów i nastał powszedni dzień. 

Mali wiedziała, że nie będzie łatwo spełniać funkcję młodej gospodyni u boku Beret. Nie 

przypuszczała  jednak,  że  teściowa  zechce  jej  aż  tak  uprzykrzać  życie.  Starała  się  więc  mieć 
jak najwięcej pracy i jak najmniej rozmyślać. Do pracy zaś była przyzwyczajona, i w domu, i 
w Gjelstad. Tyle tylko, że tutaj dostawała jej bardzo niewiele. Widocznie Beret chciała, żeby 
synowa  od  pierwszej  chwili  wiedziała,  gdzie  jest  jej  miejsce,  i  na  każdym  kroku  starała  się 
udowodnić, kto tutaj rządzi. Słowem, kto jest gospodynią w Stornes. Nawet jeśli pracy było 
dość, to i tak Beret dawała do zrozumienia, że ona wie najlepiej, i traktowała Mali jak coś w 
rodzaju  służącej.  W  każdym  razie  nie  powierzano  jej  takich  obowiązków,  jakie  zwykle 
należały  do  młodej  gospodyni.  Nie.  Wyglądało  na  to,  że  Beret  sprawiało  przyjemność 
zlecanie  jej  jakichś  drobiazgów,  nawet  służące  dostawały  poważniejsze  zadania.  W  ten 
sposób matka Johana demonstrowała, że Mali jest dla niej właśnie taką dodatkową służącą. 

W Mali aż się gotowało ze złości i oburzenia, ale ani nie chciała, ani nie była w stanie się 

zbuntować. Jeszcze nie teraz. Czuła się taka strasznie samotna w tym dworze i całymi dniami 
ż

yła w strachu przed zbliżającą się nocą.  

Co  wieczór  Johan  brutalnie  szarpał  jej  zdrętwiałe,  niechętne  ciało,  Zastanawiała  się,  co 

nim  kieruje.  Kiedyś  nawet  i  on  musi  w  końcu  mieć  dość,  czy  to  w  ogóle  niemożliwe,  by 
położył się przy niej w łóżku i dał jej spokój? Na razie wyglądało, że nic takiego możliwe nie 
jest. Wprost przeciwnie! Każdego wieczora z coraz większą desperacją rzucał się na jej ciało 

background image

które leżało jak martwe, bez ruchu, bez jednego choćby słowa. On sam też nic nie mówił, za 
to  w  ciągu  dnia  był  wściekły  i  trudny  do  zniesienia.  Chyba  nie  sprawiamy  wrażenia 
szczęśliwych nowożeńców, myślała Mali. 

-  Jutro zaczynamy kosić zboże, które jeszcze zostało na polu - powiedział któregoś dnia 

Sivert.  -  Piękna  pogoda  nie  będzie  trwać  wiecznie,  trzeba  jak  najprędzej  zebrać  plony  pod 
dach. 

W  następnym  tygodniu  mężczyźni  pracowali  więc  od  rana  do  wieczora.  W  obejściu 

wykonywano  prace,  na  które  nie  będzie  czasu,  kiedy  owce  wrócą  z  gór  i  trzeba  będzie 
zajmować  się  wełną.  Aż  do  Bożego  Narodzenia  będą  strzyc  owce  i  prząść  wełnę 
przeznaczoną  do  tkania.  Zwykle  i  tak  nie  wszystko  udaje  się  zrobić  i  przetwarzanie  wełny 
kończy  się  jeszcze  po  świętach.  Tuż  po  świętach  zaczyna  się  też  tkanie  i  nie  można  na  tę 
pracę przeznaczyć więcej niż miesiąc. W takim wielkim dworze jak Stornes robi się co roku 
przeważnie  dziewięćdziesiąt  sześć  łokci  płótna,  z  którego  szyje  się  potem  pościel,  bieliznę, 
męskie koszule, damskie bluzki i spódnice.  Bywa, że  gospodyni poprzestaje na siedemdzie-
sięciu  dwóch  łokciach,  w  sąsiednich  dworach  tak  robią,  ale  jeśli  się  uda  zrobić 
dziewięćdziesiąt sześć łokci, to następnej zimy można w ogóle płótna nie tkać. Przyda się od 
czasu  do  czasu  taka  przerwa,  a  zajęcia  i  tak  zawsze  jest  pod  dostatkiem.  Z  wełny  tka  się 
samodział przeznaczony na ubrania. 

Mali  wiedziała,  że  w  Stornes  Beret  odpowiada  za  tkanie  zarówno  samodziałów,  jak  i 

płótna. Zresztą w innych dużych dworach  gospodynie też się tym zajmowały. Nikt inny nie 
miał prawa się mieszać. To nie jest praca dla amatorów, mówiły między sobą. Gdzieniegdzie 
jednak dopuszczano i młode gospodynie do planowania i nadzorowania prac. Przynajmniej po 
to, żeby się uczyły. A jeśli jakaś służąca okazała się pojętna, to i ona dostawała swoją pracę. 
Tak jak Mali w Gjelstad, gdzie Ruth nauczyła ją wielu rzeczy. Beret jednak nawet rozmawiać 
o tym z Mali nie chciała! 

Tylko  w  okresach,  kiedy  krosna  były  wolne  między  tkaniem  płótna  i  samodziału,  ona 

mogła  do  nich  usiąść.  Zajmowała  się  wtedy  tkaniem  szmacianych  chodników.  Wieczorami 
siadywała  z  wielkimi  nożycami  i  workiem  starych  ubrań,  cięła  je  na  długie  pasy,  z  których 
następnego dnia tkała chodniki. Była to ciężka praca, Mali miała wielkie pęcherze na rękach, 
ale się nie skarżyła. 

-  To jest robota dla służącej - powiedziała babcia Johana któregoś popołudnia, kiedy piły 

kawę. - Jestem pewna, że Mali mogłaby robić coś ważniejszego. 

-  Robi  to,  co  potrzebne  -  odparła  Beret  krótko.  -  Nie  wychowała  się  w  dużym 

gospodarstwie i chyba przywykła do roboty służącej. 

-  A pytałaś ją może o to? - rzekła staruszka gniewnie. 
Beret  zaczerwieniła  i  wstała  szybko,  żeby  przynieść  więcej  kawy.  Mali  uznała,  że 

najmądrzej będzie milczeć, ale zrobiło jej się ciepło na sercu, że babka widzi, co się dzieje, i 
bierze ją w obronę. Tylko że to niewiele zmieniło, przynajmniej nie od razu. Beret traktowała 
synową jak dodatkową służącą i zdawała się czerpać z tego wiele radości. Po ślubie wcale nie 
była  do  Mali  lepiej  usposobiona.  Być  może  dlatego,  że  wyczuwała,  iż  na  strychu 
nowożeńców  nie  wszystko  jest,  jak  powinno.  Jej  wzrok  często  zatrzymywał  się  na  Johanie, 
który  wcale  nie  wyglądał  na  szczęśliwego  żonkosia.  To  chyba  podsycało  nienawiść,  którą 
Beret  od  początku  do  Mali  żywiła.  Gdyby  syn  promieniał  ze  szczęścia,  bardziej  by  chyba 
tolerowała  jego  żonę.  A  tak  wzrok  jej  ciemniał,  kiedy  spoglądała  na  Mali.  Nigdy  o  tym  nie 
wspominała, domyślała się chyba jednak, że Mali w jakiś sposób rani jej syna i że dzieje się 
to,  kiedy  są  sami.  W  obecności  innych  bowiem  Mali  nigdy  złego  słowa  mężowi  nie 
powiedziała. 

Jesień  przyszła  nagle.  Któregoś  dnia  na  początku  października  spadła  zawieruchą  z  gór. 

Fiord okryła biała mgła, a drzewa uginały się do ziemi w porywach wiatru. W jakiejś chwili, 
gdy mgła uniosła się trochę i ukazały  się szczyty  gór, mężczyźni zobaczyli, że na zboczach 

background image

leży  już  gruba  warstwa  śniegu.  I  to  zanim  owce  zostały  bezpiecznie  sprowadzone  na  dół  i 
umieszczone  w  zimowych  szopach!  Sprowadzanie  owiec  zwykłe  odbywało  się  około 
dziesiątego października, pozostał do tego jeszcze co najmniej tydzień. 

O  tej  porze  roku  owce  nie  chodziły  już  bardzo  wysoko.  Kiedy  prace  na  górskich 

pastwiskach  dobiegały  końca,  mniej  więcej  w  połowie  września,  owce  sprowadzano  niżej, 
pasły  się  teraz  koło  letnich  obór  i  trochę  powyżej,  a  najlepiej,  żeby  trzymały  się  na  halach. 
Zdarzało  się  jednak  przy  pięknej  pogodzie,  że  owce  ponownie  wchodziły  niebezpiecznie 
wysoko, często aż na górskie pastwiska. Mężczyźni musieli ich pilnować, dbać, by nie poszły 
za wysoko, gdzie mogły paść ofiarą niedźwiedzi i innych dzikich zwierząt. Mimo to zdarzało 
się, że tracili owce, rozszarpywały je niedźwiedzie. 

Tego  popołudnia  w  sklepie  Pedera  było  bardzo  tłoczno.  Mężczyźni  siedzieli  na  ławach 

albo  stali  oparci  o  ladę.  Dym  z  fajek  wypełniał  niewielkie  pomieszczenie,  a  zebrani  dysku-
towali,  kiedy  należałoby  wyruszyć  w  góry,  żeby  zebrać  razem  i  sprowadzić  na  dół  owce. 
Praktycznie było jeśli tę pracę wykonywali wspólnie mężczyźni ze wszystkich czterech naj-
większych  dworów.  Niektórzy  byli  zdania,  że  pogoda  może  się  zmienić,  że  nadejdą  jeszcze 
piękne dni. Starsi spluwali jednak brunatną śliną i kręcili siwymi głowami. Nikogo nie stać na 
to, by czekać na taką szansę. Jeśli ponownie spadnie śnieg i będzie go dużo, straty w owcach 
mogą  być  ogromne.  Nikt  nie  może  sobie  na  to  pozwolić.  Może  się  zresztą  trafić  jeszcze 
większe nieszczęście - jesień przyszła i już zostanie. 

Należy więc ratować, co się da, najszybciej, jak to możliwe. Powinni wyruszyć w góry już 

następnego dnia, niezależnie od tego, czy pogoda się poprawi, czy nie. 

W  Stornes  ogień  buzował  w  wielkim  piecu.  Miły  zapach  umytych  na  niedzielę  podłóg  i 

ś

wieżego chleba wypełniał izbę. Mali wyjęła dzbanek do kawy i poszła do spiżarni po ciasto. 

Kiedy  mężczyźni  wrócą  od  Pedera,  rodzina  zgromadzi  się  przy  kawie  i  zacznie  się  jeszcze 
jedno z tych niekończących się spotkań, których Mali nienawidziła najbardziej. Johan i ojciec 
będą pewnie rozmawiać o wyprawie po owce, a ona i Beret zasiądą każda ze swoją robótką w 
ręce  i  będą  w  milczeniu  raz  po  raz  spoglądać  na  siebie  spod  oka.  Jeśli  przyjdzie  babka,  a 
przychodziła  często,  to  Mali  z  nią  porozmawia.  Zbudować  mostu  między  starą  i  młodą 
gospodynią  w  Stornes  nawet  ona  nie  potrafi,  myślała  Mali.  I  nigdy  jej  się  to  nie  uda,  nic 
bowiem nie wskazuje, by  Beret chciała kiedykolwiek uznać Mali lub cokolwiek, co synowa 
robi.  Jej  jastrzębi  wzrok  śledził  każdy  ruch  synowej  i  większość  tego,  co  robiła,  budziło  jej 
niezadowolenie,  czemu  dawała  wyraz  w  ostrych  słowach,  nie  przejmując  się  obecnością 
innych. Dotychczas Mali udawało się panować nad gniewem, który narastał w niej z dnia na 
dzień, wiedziała jednak, że prędzej czy później dojdzie między nimi obiema do obrachunku. 
Mali nie należała do osób, które wszystko ścierpią. 

Johan  zmienił  się  po  ślubie.  Zawsze  był  człowiekiem  porywczym,  ale  teraz  wybuchał 

gwałtownym gniewem z byle powodu. Nigdy też nawet nie dotknął swojej żony w obecności 
innych. W ogóle młodzi prawie się do siebie nie odzywali. Niekiedy Johan siedział i śledził 
ż

onę,  ale  nic  nie  mówił.  Mali  wielokrotnie  go  na  tym  przyłapała  i  robiło  jej  się  niedobrze. 

Miał wtedy jakiś dziwny wzrok, była w nim mieszanina desperacji, rozczarowania i czegoś, 
co przypominało nienawiść. 

Mali  rozumiała  go  bardzo  dobrze.  Domyślała  się,  że  Johan  jest  na  najlepszej  drodze  do 

załamania,  bo  chociaż  dostał  tę  kobietę,  której  pożądał  jak  opętany,  to  jednak  nie  otrzymał 
tego, o czym marzył. W głębi duszy bowiem Johan marzył o miłości, chociaż marzył w jakiś 
swój  niezdarny  sposób.  Mali  była  wszystkim,  czego  na  tym  świecie  pragnął,  i  wierzył,  że 
będzie  szczęśliwy  tylko  dlatego,  że  ona  zostanie  jego  żoną,  wierzył,  że  wszystko  się  ułoży, 
gdy  tylko  wezmą  ślub,  nawet  jeśli  ona  na  początku  przyjmie  go  chłodno  i  bez  entuzjazmu. 
Nawet  jeśli  nie  będzie  go  kochała,  nie  zmartwi  go  to  specjalnie.  Nigdy  jednak  nie 
przypuszczał,  że  Mali  będzie  taka  sztywna  i  zła.  Skoro  będą  małżeństwem,  to  będą 

background image

małżeństwem, i ona się z tym pogodzi. Teraz zaczynało do niego docierać, że wcale tak być 
nie musi. Nie z Mali. 

W  dotychczasowym  życiu  przeważnie  dostawał  wszystko,  czego  chciał,  nawet  jeśli 

wymuszał to siłą. I nigdy nie poświęcił ani jednej myśli przypuszczeniu, że w przypadku Mali 
mogłoby być inaczej. Poza tym  wtedy, kiedy  godziła się za niego wyjść,  obiecała, że okaże 
dobrą  wolę.  Jakoś  niedużo  tej  dobrej  woli  widziałem,  myślał  z  goryczą,  jest  zimna  i 
odpychająca, kiedy leży pode mną wieczorami. Oczywiście słyszał o tym, mężczyźni gadają, 
ż

e tak bywa, i rozumiał, że za pierwszym razem kobieta może odczuwać ból. Ale przecież już 

dawno  musiało  jej  to  minąć.  Słyszał  opowieści  o  dziewczynach,  które  są  w  łóżku  nie  tylko 
chętne, ale i szalone, i to nie tylko przed ślubem. To dlaczego Mali taka nie jest? Czy z nią 
jest coś nie w porządku? A może ona jest z takich, co to nic do mężczyzn nie czują? Słyszał, 
ż

e  są  takie  pozbawione  uczuć,  zimne  kobiety,  w  każdym  razie  nieczułe  w  sprawach 

łóżkowych. 

Przychodziło mu też do głowy, że to może mieć jakiś związek z nocą poślubną. To po tej 

nocy zrobiła się taka zimna i nieprzystępna. Myślał i myślał, gdzie mógł wtedy popełnić błąd, 
i doszedł do wniosku, że może działał za szybko. Ale czy mogło być aż tak źle, że ona teraz 
czuje do niego tylko nienawiść i już nigdy mu tego nie wybaczy? Chciał ją mieć, pragnął jej, 
nigdy  tego  nie  ukrywał  i  nawet  myślał,  że  jej  się  podoba  to  pożądanie,  które  widzi  w  jego 
wzroku.  Chyba  wszystkie  kobiety  lubią,  kiedy  mężczyzna  ich  pożąda?  W  każdym  razie  tak 
słyszał. 

Czekał  na  życie  z  nią.  Żeby  wszystkim,  którzy  przez  lata  chichotali  za  jego  plecami, 

pokazać,  że  mimo  wszystko  jest  mężczyzną  i  potrafi  postępować  z  kobietami.  Okazało  się 
jednak,  że  niekoniecznie.  W  miarę  jak  tygodnie  mijały,  coś  się  w  nim  działo.  Czuł  się 
ś

mieszny, do niczego niezdolny, choć wiedział, że Mali nikomu ani słowem nie wspomni, jak 

im jest razem w łóżku. Ale też wcale nie musi tego robić, myślał z goryczą. Przecież każdy, 
kto ma oczy, widzi, że coś między nimi nie funkcjonuje i że Mali nie jest uszczęśliwiona jego 
miłością. Wprost przeciwnie. Jej ciemne oczy były jeszcze ciemniejsze niż przedtem i Johan 
starał  się  w  nie  nie  spoglądać.  Co  w  nich  sprawiało,  że  czuł  się  głupio?  Czy  tak  jak  jego 
matka nienawidzi Mali za nieszczęście syna, który sprowadził ją do dworu, on nienawidzi jej 
za  to,  że  nie  zgina  karku  i  nie  okazuje  mu  dobrej  woli,  chociaż  jego  ojciec  spłacił  długi  jej 
ojca, dał samodzielność i wolność całej rodzinie? I nawet jeśli podczas pierwszej nocy zacho-
wywałem  się  dość  gwałtownie,  myślał,  przygładzając  ręką  potargane  włosy,  to  przecież 
dawno  powinna  o  tym  zapomnieć.  Nie  ma  żadnego  powodu,  by  nadal  cierpiał.  Co  wieczór, 
kiedy  ją  brał,  miał  nadzieję,  że  tym  razem  Mali  się  ożywi,  wyjdzie  mu  naprzeciw,  ale 
wszystko kończyło się rozczarowaniem jak zawsze. Leżała pod nim naga tak, jak chciał, ale 
ani  na  niego  nie  patrzyła,  ani  się  do  niego  nie  odzywała.  Równie  dobrze  mógłbym  mieć  w 
łóżku kłodę drewna, myślał ponuro. 

  
Margrethe,  najmłodsza  siostra  Mali,  miała  w  pierwszą  sobotę  października  przystępować 

do konfirmacji. Mali i Johan zostali zaproszeni do Buvika. To była pierwsza duża uroczystość 
w  Buvika  od  czasu,  kiedy  stali  się  właścicielami  gospodarstwa  i  zaczęło  im  się  lepiej 
powodzić.  Mali  wiedziała,  jak  bardzo  cała  rodzina  się  cieszy,  że  mogą  zaprosić  krewnych  i 
przyjaciół na uroczysty obiad, a potem na kawę. Dla niej było oczywiste, że oboje z Johanem 
też tam będą, on jednak zbytnio się do tego nie palił. 

-  Dadzą sobie radę bez nas - uciął krótko. 
-  Być może - powiedziała Mali i wpiła w niego wzrok. - Ale zapewniam cię, że ja pójdę. 

Jeżeli  ci  się  nie  podoba,  mogę  iść  sama,  chcę  tylko,  żebyś  wiedział.  Nie  byłam  w  domu  od 
wesela  i  zależy  mi  na  tym,  zwłaszcza  kiedy  Margrethe  ma  takie  święto.  Ty  możesz  sobie 
robić, co ci się podoba, ale będzie wyglądało dosyć dziwnie, jak zjawię się tam sama. A jeżeli 
o nas chodzi, to ludzie i tak mają o czym plotkować nie sądzisz? 

background image

Johan  nie  odpowiedział.  Ze  dwa  dni  rozmyślał  o  całej  sprawie  i  doszedł  do  wniosku,  że 

chyba  rozsądnie  będzie  ustąpić  Mali.  Jeśli  kupi  piękny  prezent  dla  Margrethe  i  będzie  się 
uprzejmie  zachowywał  wobec  jej  rodziców,  to  może  Mali  spojrzy  na  niego  łaskawszym 
wzrokiem?  Nic  nie  mówiąc  żonie,  poszedł  do  sklepu  w  Ora,  gdzie  kupił  piękny  srebrny 
naszyjnik.  Poprosił  też  o  ładny  papier  do  pakowania  i  wstążkę,  ale  powiedział,  że  sam 
wszystko przygotuje w domu. Chciał, żeby Mali zobaczyła, co kupił. 

-  Och, Johan! - wykrzyknęła zaskoczona i zachwycona. - Czy to nie za drogi prezent? 
-  To przecież dla twojej młodszej siostry - powiedział skromnie. - Chciałem, żeby miała 

ładną pamiątkę z konfirmacji. 

W  niedzielę  wystroili  się  w  świąteczne  ubrania  i  opatuleni  przed  zimnem  wyruszyli 

kariolką  w  drogę.  Dla  Mali  wizyta  w  domu  była  wielkim  przeżyciem.  Dzień  był  szary  i 
wietrzny,  ale  dom  w  Buvika,  wymalowany  i  wysprzątany,  z  daleka  witał  gości  jasnymi 
kolorami. Wewnątrz czekał stół nakryty białym obrusem i nową porcelaną, już na dziedzińcu 
pachniało  smakowitym  jedzeniem.  Ojciec  i  matka  wyszli  im  na  spotkanie.  Mali  poczuła 
radosne  ukłucie  w  sercu  na  ich  widok.  Stali  pięknie  ubrani,  uśmiechnięci  i  dumni,  Mali  o 
mało  się  nie  rozpłakała  ze  wzruszenia.  Więc  jednak  moje  małżeństwo  komuś  przyniosło 
radość,  myślała,  obejmując  matkę,  która  najwyraźniej  w  ostatnim  czasie  przytyła.  Teraz  już 
nikt w Buvika nie głoduje, myślała Mali i uśmiechała się. 

Johan podawał rękę domownikom i gratulował i dorastającej córki, i wszystkich nowości 

w  zagrodzie.  W  żaden  sposób  jednak  nie  dawał  do  zrozumienia,  że  wie,  skąd  się  wziął  ten 
dobrobyt, rodzice nie musieli się czuć skrępowani. Mali popatrzyła na Johana i uśmiechnęła 
się, a kiedy wchodzili do domu, wzięła go za rękę. 

-  Dziękuję ci, że ze mną przyjechałeś. I dziękuję za piękny prezent, a także za to, że jesteś 

taki miły dla mamy i ojca - dodała, spoglądając na niego ciepło. - To bardzo ładnie z twojej 
strony. 

Johan zaczerwienił się po korzonki włosów. Po raz pierwszy od ślubu Mali dotknęła go z 

własnej woli, a jej ciemnobrązowe oczy śmiały się do niego tak, że kolana się pod nim ugięły. 
W jego marzeniach zawsze tak miało być, jej ciepłe, łagodne i życzliwe spojrzenie miało mu 
towarzyszyć  każdego  dnia.  Możliwe  więc,  że  ten  prezent,  ta  podróż  do  Buvika  wszystko 
odmienią, myślał podniecony. Poklepał żonę po ręce i z optymizmem patrzył w przyszłość. 

Był to bardzo miły dzień. Johan mógł się przekonać, jak bardzo Mali sobie ceni spotkanie 

z rodziną. On sam odnosił się do wszystkich uprzejmie i pysznił się niczym paw swoją piękną 
ż

oną. To u nich rodzinne, myślał, patrząc na konfirmantkę. Za parę lat Margrethe też będzie 

piękną  panną.  Kiedy  dał  jej  prezent,  spontanicznie  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  aż  się 
zaczerwienił.  Zobaczył  jednak,  że  Mali  i  rodzice  uśmiechają  się  i  że  zyskał  sobie  u  nich 
dodatkowe punkty. 

W drodze powrotnej objął Mali i przyciągnął do siebie. Wypił trochę za dużo i kręciło mu 

się  w  głowie,  czuł  się  uszczęśliwiony  jak  nigdy  przedtem.  Mali  jednak  nie  przytuliła  się  do 
niego, jak oczekiwał. Co prawda nie odsunęła się, ale Johan wyczuwał przez grube ubranie, 
ż

e  zesztywniała.  Ech,  wszystko  się  ułoży,  jak  tylko  znajdziemy  się  w  łóżku,  pomyślał  i 

zachichotał  podniecony  i  na  pół  pijany.  Teraz  nareszcie  wie,  jak  z  nią  postępować,  z 
pewnością Mali przyjmie go inaczej niż dotychczas. Rozmarzył się całkiem, nie zważając na 
zimne  powietrze.  Obejmował  delikatne  ciało,  wyczuwał  jędrne  piersi,  zdawało  mu  się,  że 
rozpoznaje  w  ustach  smak  jej  brodawek.  Dzisiaj  sama  rozłoży  przede  mną  nogi,  myślał  i 
przyciskał ją mocniej do siebie. 

Popełnił jednak straszny błąd. Kiedy w łóżku chciał ją objąć, odsunęła się od niego. 
-  Dzień był taki długi, Johan - bąknęła niewyraźnie. - Jestem bardzo zmęczona. 
Odczuł  rozczarowanie  niczym  uderzenie  pięścią  w  żołądek  i  aż  się  w  nim  zagotowało  z 

gniewu.  Przecież  robił  wszystko  i  zachowywał  się  tak,  jak  chciała,  nawet  się  do  niego 
uśmiechała z wdzięczności, jej oczy tyle obiecywały, przynajmniej tak to odbierał. Czyż nie 

background image

trzymała  go  za  rękę?  I  myślał,  że  w  końcu  już  mu  wybaczyła,  cokolwiek  zrobił  w  noc 
poślubną,  tymczasem  jak  przychodzi  co  do  czego,  ona  znowu  jest  jak  dawniej,  sztywna, 
niechętna, niedostępna. Jej oczy już nie błyszczą, a uśmiech zostawiła w Buvika. 

Szalony ze złości i rozczarowania zerwał z niej nocną koszulę.  
Mali odpychała go i drapała do bólu, co rozwścieczyło go jeszcze bardziej. 
-  Nie dotykaj mnie! - syknęła. - Nie chcę! 
-  Mam to gdzieś, ty babo przeklęta!  
Szarpanina  trwała  krótko  i  była  brutalna.  On  był  od  niej  o  wiele  silniejszy  i  odczuwał 

niemal sadystyczną radość z tego, że może ją złamać i wziąć  gwałtem, wbrew jej woli.  I to 
nie jeden raz, a dwa. Dopiero kiedy zwalił się na posłanie, spostrzegł, że Mali płacze. Boże 
drogi, myślał oszołomiony, dlaczego to zawsze musi się kończyć aż tak źle? 

Któregoś  dnia  Mali  sprzątała  na  sypialnym  poddaszu  i  przypadkiem  stanęła  przed 

drzwiami, za którymi nigdy jeszcze nie była. Kiedy za pierwszym razem Beret pokazywała jej 
dom, tych drzwi nie otworzyła. Teraz Mali poruszyła klamkę, było otwarte, nacisnęła więc i 
weszła. 

Pokój  był  niewielki.  Mali  natychmiast  się  zorientowała,  że  to  jakaś  mała  tkalnia,  ale 

warsztat,  który  tu  stał,  nie  był  zwyczajny.  To  warsztat  do  specjalnych,  pięknych  tkanin, 
kolorowych narzut i makat. Poczuła radosną nadzieję. Bardzo niewiele osób opanowało taką 
sztukę, bo to jest sztuka. Mali jednak uczyła się tego w Gjelstad u gospodyni, która należała 
do bardzo utalentowanych tkaczek. W dodatku uważała, że to i ciekawe, i stymulujące uczyć 
tego,  co  się  umie  ją  młodą  i  zdolną  dziewczynę,  zainteresowaną  taką  pracą.  A  praca 
wymagała chęci i cierpliwości, nie tylko talentu. Mali dosłownie chłonęła wiedzę o tkaniu i 
farbowaniu wełny, której się do tego używało. Ruth Gjelstad wiele też wiedziała o roślinach, 
zawierających  barwniki,  opowiadała  o  tym  Mali  i  z  czasem  przekazała  jej  większość  zajęć 
przy  warsztacie  tkackim.  Innym  służącym  nie  bardzo  się  to  podobało,  uważały,  że  Mali 
czerpie z tego jakieś dodatkowe korzyści, ale ona się tym nie przejmowała. Farbowanie wełny 
i  tkanie  stawało  się  powoli  jej  namiętnością.  Tylko  że  wciąż  było  na  to  za  mało  czasu.  Bo, 
naturalnie,  przede  wszystkim  musiała  wykonywać  swoje  normalne  obowiązki  w  domu  i  w 
obejściu. 

-    Jak  trochę  poćwiczysz,  to  będziesz  naprawdę  robić  wyjątkowe  rzeczy  -  powiedziała 

gospodyni  z  Gjelstad,  a  Mali  pokraśniała  z  dumy.  -  Powinnaś  mieć  własny  warsztat  i 
pracować w każdej wolnej chwili. 

Ale to akurat było niewykonalne. Rodziców nie stać na taki warsztat, a poza tym nawet i 

tam  nie  było  czasu,  żeby  siedzieć  nad  makatkami.  W  Stornes  mogłoby  jednak  być  inaczej, 
myślała  Mali  przejęta.  Długa  zima,  o  której  myślała  z  lękiem,  mogłaby  być  krótsza,  gdyby 
Mali  pozwolono  zajmować  się  tkaniem.  Tylko  gdzie  miałabym  to  robić,  na  nieogrzewanym 
strychu  szybko  zamienię  się  w  kawałek  lodu,  myślała.  Ale  już  słyszała,  co  odpowie  Beret, 
kiedy  poprosi,  żeby  jej  ten  mały  warsztat  ustawili  w  izbie  na  dole.  Tam  już  i  tak  nie  było 
miejsca,  bo  od  jesieni  do  wiosny  stał  w  izbie  duży  warsztat,  na  którym  Beret  tkała  płótno  i 
samodziały. 

Mali z czułością pogładziła mały warsztat. Ciekawe, kto w tym dworze na nim pracował. I 

wtedy właśnie pomyślała o babci Johana. 

-   Widziałam  na  poddaszu  mały  warsztat  tkacki  -  powiedziała,  gdy  jeszcze  tego  samego 

dnia poszła odwiedzić staruszkę. - Taki do narzut i makatek. Kto na nim pracował, babciu? 

Tamta przyglądała się żonie swojego wnuka. Jak ona ostatnio schudła, myślała. A w tych 

wielkich  brązowych  oczach  wcale  nie  ma  życia.  Nie  było  to  dla  niej  zaskoczeniem,  ale 
sprawiało ból. Wiedziała przecież aż nadto dobrze, że to, co kiedyś powiedziała Johanowi, że 
Mali nigdy nie wprowadzi go do tego raju, o którym marzył, sprawdziło się co do joty. Teraz 
zdała sobie sprawę z tego, że jest jeszcze gorzej, niż myślała. Zastanawiała się, dlaczego tak 
jest, co poszło nie tak. Jeśli odczuwała ból z powodu tej dziewczyny, która siedziała przy jej 

background image

stole, to serce jej krwawiło na myśl o własnym wnuku. Gdyby tylko wiedziała, jak im pomóc! 
Ale oczy Mali powiedziały jej dawno temu, że na wszelką pomoc jest za późno. 

-   To  jest  mój  stary  warsztat  -  powiedziała,  nalewając  kawę  dla  Mali  z  dzbanka,  który 

zawsze stał na kuchni. - Już od dawna stoi nieużywany. Ale powiem ci, że kiedyś robiłam na 
nim  piękne  rzeczy,  muszę  się  pochwalić.  Zbierałam  zioła  i  mech,  sama  farbowałam  wełnę. 
Kiedyś  myślałam,  że  Beret  przejmie  po  mnie  te  umiejętności,  ale  jej  to  nigdy  nie 
interesowało.  Ma  widocznie  inne  zmartwienia  -  dodała  cierpko.  -  A  ty  umiesz  robić  takie 
rzeczy? 

-   Uczyłam  się  trochę  przez  te  dwa  lata  w  Gjelstad  -  powiedziała  Mali.  -  Tylko  że  tam 

nigdy nie miałam dość  czasu. Często siedziałam do późna w nocy, bo... ja bardzo to lubię i 
chętnie nauczyłabym się więcej. 

Nabrała odwagi, podniosła oczy i spojrzała na babkę. 
-  Myślałam... - ciągnęła, kreśląc palcem kręgi na stole. - Wiesz, ja tu nie bardzo mam co 

robić we dworze, nie pozwalają mi... a do warsztatu tkackiego Beret nie wolno mi się nawet 
zbliżyć i jak zobaczyłam tamten warsztat, to pomyślałam sobie, jak by to było dobrze móc na 
nim pracować przez zimę. Stworzyć coś... coś pięknego - dodała zarumieniona. 

Staruszka nie od razu odpowiedziała. Przechyliła swoją filiżankę, nalała gorącej kawy na 

spodeczek i siorbała przez kostkę cukru, którą trzymała między wargami. 

-  Bo pewnie za wiele pięknych przeżyć to w Stornes nie masz, co? 
Mali zaczerwieniła się i nie miała odwagi na nią spojrzeć. 
-  Dziecko moje, to prawda, że jestem stara i już dobrze nie widzę. Ale całkiem ślepa nie 

jestem.  To  nieszczęście,  że  Johan  jest...  no,  widzisz,  on  nie  panuje  nad  swoimi  uczuciami. 
Próbowałam przemówić mu do rozumu, ale on mnie nie słuchał. No i stało się, jak się stało. 
Nieszczęście dla was obojga. 

Przez  długi  czas  w  małej  kuchni  panowała  cisza.  Ogień  buzował  pod  blachą,  bo  babka 

lubiła ciepło. To pewnie od tego reumatyzmu, myślała Mali. 

-   Johan  nie  jest  złym  człowiekiem,  Mali,  ale  on  przez  całe  życie  był  sam.  Nikt  się 

chłopakiem  nie  zajmował,  zresztą  nie  mieli  czasu,  wiesz,  jak  to  jest.  Jego  matka  nie  umie 
nikomu okazywać życzliwości, nawet swojemu jedynakowi. 

Babka umilkła i znowu siorbała kawę. 
-  A jak się tak dziecko porzuci, to coś się w nim niszczy, tak myślę. Wszystko, co żyje, 

potrzebuje życzliwości i dobroci, zwierzęta też, wiesz o tym, co? A ja... Nigdy nie mogłam się 
zajmować  Johanem  tak,  jak  bym  chciała.  Beret  mi  nie  pozwoliła,  sama  chciała  pokierować 
dziedzicem. 

Znowu chwilę milczała. 
-  Zdradziłam Johana - powiedziała w końcu wolno. - Ale kiedy to zrozumiałam, było za 

późno. 

Mali milczała, wciąż wodziła palcem po stole. 
-  Ty go nie kochasz, prawda? - spytała staruszka.  
Mali nie podnosiła wzroku. Dość długo trwało, zanim odpowiedziała. 
-  Nie, chyba nie - wyznała cicho. - Przyrzekłam sobie, że... zrobię, co będę mogła, skoro 

nic się nie poradzi na to, że zostałam po prostu... 

-  Kupiona - dokończyła babka. 
Mali spojrzała na nią. Boże, bądź miłościw, pomyślała babka, widząc jej wzrok. Stare ciało 

przeniknął lodowaty dreszcz. 

-  Ale co poszło tak źle, Mali? 
-  On... wziął mnie... on mnie zgwałcił... 
Nie mogła mówić, łzy napłynęły jej do oczu, pospiesznie otarła je wierzchem dłoni, jakby 

chciała odegnać od siebie złe wspomnienia. 

background image

-    Chyba  mu  nigdy  nie  wybaczę  tego,  co  zrobił  tamtej  nocy  -  wyszeptała.  -  Ani  tego,  co 

było potem - dodała cicho. - Miałam marzenia, babciu. A teraz... teraz już nie wiem... 

Ogień  trzaskał,  wicher  szarpał  małym  domkiem.  A  więc  to  tak  było,  westchnęła  babka. 

Johan  sponiewierał  swoją  młodą  żonę  już  w  noc  poślubną.  I  najwyraźniej  nadal  to  robi. 
Biedny,  głupi  Johan,  myślała  ze  smutkiem.  Nic  dziwnego,  że  drugiego  dnia  wesela 
dziewczyna wyglądała jak mara. 

-  I teraz nie masz już żadnych marzeń? - spytała. - Tak się to ułożyło? 
Mali znowu przez jakiś czas nie odpowiadała. 
-  Myślę, że powinnaś zacząć tkać - oznajmiła babka stanowczo. - Ale tam na górze byś w 

zimie  zamarzła.  Powiem,  żeby  warsztat  dla  ciebie  ustawili  tutaj,  u  mnie.  Miejsca  tu 
wprawdzie za dużo nie ma, ale jakoś to urządzimy, zobaczysz. 

Jaki piękny uśmiech ma ta dziewczyna, pomyślała staruszka, kiedy Mali podniosła głowę i 

spojrzała  na  nią  z  uśmiechem  przez  łzy.  Urodzona  jest  do  tego,  żeby  się  uśmiechać,  a 
stworzona,  by  kochać  i  być  kochaną,  ta  moja  Mali.  A  tymczasem  trafiła  tutaj.  Lodowata 
obręcz zaciskała się na sercu babki, kiedy o tym myślała. Nie wiedziała dlaczego, ale coś ją 
przerażało. Tyle nienawiści jest między młodymi. Jaka przyszłość ich czeka? 

-   O,  dziękuję  ci,  babciu  -  uśmiechnęła  się  raz  jeszcze  Mali  i  uściskała  drobne  ciało  w 

fotelu na biegunach. - Wszystko będzie lepiej, jeśli nam się to uda. 

-  A dlaczego miałoby się nie udać? - spytała staruszka, spoglądając na nią. 
-  No nie wiem, pomyśl, co powie na to Beret... 
-  To mój warsztat i mój dom - odparła babka. - Jak to będzie miło gościć cię tutaj częściej. 

Naprawdę bardzo się z tego cieszę - powiedziała i pogłaskała Mali po policzku. 

Ja też się cieszę, myślała Mali. Ta stara kobieta stała się moim ratunkiem w Stornes. Żeby 

nie ona, to chybabym do fiordu wskoczyła, westchnęła, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. 

 
ROZDZIAŁ 16. 
  
Myśl o tym, że może uda się ustawić w domku babki warsztat tkacki, ożywiła Mali ponad 

wszelkie wyobrażenie. Wiedziała, że staruszka może ją wiele nauczyć, zarówno jeśli chodzi o 
farbowanie,  wzory  makatek  i  narzut,  jak  i  techniki  tkackie.  A  już  samo  to,  że  będzie  miała 
powód  częstego  bywania  w  jej  domu  i  siadywania  tam  w  spokoju,  zamiast  całymi  dniami 
czuć  na  sobie  jastrzębi  wzrok  Beret,  stanowiło  wielką  pociechę.  Pytanie  tylko,  czy  uda  się 
wszystko  zorganizować.  Bo  Mali  nie  miała  wątpliwości,  że  Beret  pomysł  się  nie  spodoba  i 
będzie się starała wynajdywać najrozmaitsze zajęcia dla Mali, byleby tylko nie pozwolić jej 
tkać. Jeśli się w ogóle zgodzi na zniesienie warsztatu, myślała Mali. 

Z początku jednak nie było czasu się nad tym zastanawiać. Po dwóch bardzo męczących 

wyprawach  w  góry  stado  owiec  wróciło  w  końcu  do  Stornes.  I  od  tej  chwili  wszyscy  mieli 
ręce pełne roboty. Na klepisku w stodole ustawiono wielką balię, nalano do niej gorącej wody 
i  zaczęło  się  mycie  owiec.  Była  to  bardzo  ciężka  i  nieprzyjemna  praca,  wszyscy  byli 
przemoczeni  do  suchej  nitki.  Wodę  trzeba  było  ciągle  uzupełniać,  bo  gęste  futra  owiec 
chłonęły ją w ogromnych ilościach. A poza tym przerażone zwierzęta wychlapywały wodę z 
balii.  Potem  mogło  się  rozpocząć  strzyżenie,  zajęcie,  które  mężczyźni  zostawiali  kobietom, 
czasem  tylko  któryś  trochę  pomagał.  Mali  od  wczesnej  młodości  strzygła  owce  w  Buvika  i 
miała do tej pracy niebywały dryg. 

-  Od  razu  widać,  że  już  to  robiłaś  -  powiedział  Sivert  z  uznaniem,  patrząc,  jak  zręcznie 

Mali sobie radzi. - Jesteś naprawdę pracowita, dobrze cię mieć do pomocy. 

Mali zaczerwieniła się zadowolona. W tym domu nieczęsto ją ktoś chwalił. Uśmiechnęła 

się z wdzięcznością do teścia i zabrała się do strzyżenia kolejnej owcy. Johan przyglądał się 
ż

onie, ale nic nie mówił. Stosunki między nimi nie poprawiły się po tym, co stało się tamtej 

nocy, kiedy wrócili z Buvika. 

background image

Sivert  powtórzył  pochwałę  przy  stole  podczas  obiadu.  W  tych  dniach  przy  posiłkach 

panował gwar, rozmawiano o strzyżeniu i o zbliżających się ubojach. 

-  Dobrze, że w takim czasie mamy u siebie Mali - powiedział Sivert. - Ta dziewczyna nie 

unika żadnej roboty i do wszystkiego jest zdolna. 

-  Do mycia owiec nie potrzeba specjalnych zdolności - burknęła Beret. 
-  Ale ciebie akurat przy tym nie widziałem - odparł Sivert gniewnie. 
Beret zacisnęła wargi i posłała mu ponure spojrzenie. 
-  Za dobrą robotę należy się dobre słowo - dodał jeszcze. 
-  Pytanie tylko, czy ten chwalony odpowiednio je przyjmie - nie dawała za wygraną Beret. 

- Niektórym w głowach się od chwalenia przewraca. 

Ona zawsze musi mieć ostatnie słowo, myślała Mali. 
I nigdy nie będzie inaczej. 
Ale strzyżenie to męcząca praca. Cały dzień trzeba się pochylać i równo ścinać gęste runo, 

które po myciu robiło się miękkie i białe. 

-  Jak się czujesz jako mężatka, Mali? - spytała nagle Ane, kiedy one obie oraz  Ingeborg 

pracowały same w stodole.  

Mali wyprostowała się i popatrzyła na Ane. 
-  Nic ci do tego - odparła zirytowana. 
-  O rany! Nie myślałam nic złego - wycofała się Ane. 
Mali  milczała.  Uświadomiła  sobie,  że  też  stała  się  opryskliwa,  podobnie  jak  Johan.  Nic 

dziwnego, że Ingeborg i Ane patrzyły na nią zdumione. Ale z nikim nie chciała dyskutować 
na temat swojego małżeństwa. To nieszczęście wolała zatrzymać dla siebie. Skończyło się na 
tym, że służące przestały zwracać na nią uwagę, pracowały i rozmawiały ze sobą półgłosem. 
Mali  słuchała  jednym  uchem.  Słyszała,  że  plotkują  o  kawalerach  i  wymieniają  wiadomości 
zasłyszane w sklepie i na wsi. Obie pochodziły z niewielkich gospodarstw, w których nie ma 
innych możliwości dla córek niż służba w bogatym dworze. Im się powiodło, były w Stornes 
służącymi  zatrudnionymi  na  stałe,  przez  cały  rok,  harowały  co  prawda  za  niewielkie 
pieniądze,  ale  to  i  tak  lepsze  niż  siedzenie  w  domu,  gdzie  bieda  aż  piszczy.  Jak  było  w 
zwyczaju, zamiast części zarobku dostawały ubrania i obuwie. Mieszkały  i jadły we dworze 
jak  wszyscy.  Nie  miały  powodu  do  narzekania,  szczęśliwe,  że  w  ogóle  dostały  taką  pracę. 
Marzeniem dziewcząt takich jak one było znaleźć męża, który o nie zadba. Żadna jednak nie 
myślała,  że  uda  jej  się  to,  co  Mali,  że  wyjdzie  za  mąż  za  dziedzica  wielkiego  dworu.  Takie 
rzeczy nie zdarzają się często. 

-   Gadają,  że  Kristine  jest  w  ciąży  -  Mali  usłyszała  szept  Ingeborg.  -  Nie  wiem,  czy  to 

prawda, bo nic jeszcze po niej nie widać. Spotkałam ją w ostatnią niedzielę, brzucha jeszcze 
nie ma, ale blada była jak duch. 

Mali wyprostowała się i spojrzała na Ingeborg. 
-   Chcesz  powiedzieć,  że  Kristine  wyszła  za  mąż?  -  spytała.  -  Nie  miała  narzeczonego, 

kiedy razem pracowałyśmy w Gjelstad, w każdym razie nic o tym nie wiem. Ale ja już dawno 
tam nie byłam - dodała. 

Ingeborg wzruszyła ramionami. 
-  Nie, mówią, że to nieszczęście - powiedziała. - I że to sam... 
Umilkła i patrzyła niepewnie na Mali, nie wiedziała, czy powiedzieć, co ludzie mówią. 
-  Możesz  powiedzieć  -  zachęcała  ją  Mali.  -  Ja  nikomu  nie  powtórzę.  A  jeśli  Kristine 

naprawdę  znalazła  się  w  kłopotach,  to  powinnam  z  nią  porozmawiać.  Bardzo  ją  lubiłam  w 
tym czasie, kiedy razem pracowałyśmy. 

Ingeborg pochyliła się nad kolejną owcą i zaczęła strzyc. 
-  Wiesz,  ludzie  gadają  różne  rzeczy  -  powiedziała  ostrożnie.  -  Człowiek  nie  powinien 

wierzyć we wszystko, co słyszy. Ale mówią, że to sam gospodarz z Gjelstad za nią łaził. Ja 
nie wiem... 

background image

Mali  aż  kipiała  ze  złości.  Wcale  by  mnie  to  nie  zdziwiło,  pomyślała.  Ta  stara  świnia 

czepiała  się  wszystkich  dziewczyn.  Ale  że  Kristine  dała  się  zwabić  na  siano,  w  to  Mali  nie 
mogła uwierzyć. Kristine była radosna i może lekkomyślna, ale nie z tych, co by ryzykowały i 
zadawały  się  z  kimś,  kto  nie  może  nic  dać.  Nawet  wyraźnie  to  kiedyś  powiedziała, 
przypomniała sobie Mali. Gospodarz z Gjelstad, przecież on mógłby być ojcem Kristine. Mali 
zadrżała na wspomnienie tego człowieka. Ją przecież też zaczepiał. 

-    Chłopy  to  mają  tylko  jedno  w  głowie  -  powiedziała  Ane  ze  złością.  -  Ale  ja  się  na  to 

nigdy nie zgodzę, o nie! Dopiero jak znajdę sobie takiego, co będzie myślał poważnie i będzie 
chciał być ze mną na zawsze. Co by się stało z takimi jak my, gdyby nam się trafiło dziecko 
bez  ojca?  Słyszałam  o  takich,  i  ty  pewno  też.  I  tak  mało  kto  nas  szanuje,  a  z  bękartem  na 
rękach to już chyba tylko do przytułku. Wystawić się na pogardę ludzką, a ten, co się z tobą 
zabawił, pójdzie do innej? O nie! 

Mali nic nie mówiła, pochylała się nad owcą, w głowie krążyły jej niewesołe myśli. 
-  No,  jeżeli  człowiek  nie...  Wiesz,  o  czym  mówię?  -  mówiła  dalej  Ane.  -  To  można 

usunąć... 

Reszta zdania zawisła w powietrzu. 
-  Ale to się może źle skończyć - szeptała przerażona Ingeborg. - Słyszałam... 
-  Jesteś pewna, że z Kristine to prawda? - spytała Mali i znowu popatrzyła na Ingeborg. - 

Myślisz, że ona naprawdę jest w ciąży? 

Ingeborg potrząsnęła głową i strzygła dalej. 
-   Nie  wiem,  to  tylko  plotki...  Ale  słyszałam  od  różnych...  I  ostatnio,  jak  widziałam 

Kristine... ona wcale do siebie niepodobna. 

Mali  nie  mogła  przestać  myśleć  o  koleżance.  Dzieliła  z  nią  pokój  przez  oba  sezony  w 

Gjelstad,  zwierzały  się  sobie,  przyjaźniły  się.  Jeśli  to  prawda,  co  ludzie  gadają,  to  Kristine 
znalazła  się  w  prawdziwych  kłopotach.  A  jak  znam  życie,  to  nikt  jej  nie  pomoże,  myślała 
Mali. Że też Kristine odważyła się komuś powiedzieć, co się święci. Musiała jednak to zrobić, 
skoro  Ingeborg  słyszała.  Co  prawda  w  tych  okolicach  plotki  powstają  czasem  z  byle  czego, 
ale...  Jedno  słowo  pociąga  za  sobą  drugie  i  nagle  okazuje  się,  że  ktoś  słyszał,  czego  tak 
naprawdę nikt nigdy nie słyszał. 

Postanowiła, że odwiedzi Kristine albo zaprosi ją do siebie. Nie miała zamiaru mówić nic 

na temat plotek, ale w każdym razie dowie się prawdy, znają się przecież na tyle dobrze. 

  
Kiedy  strzyżenie  owiec  dobiegało  końca,  pogoda  ponownie  się  zmieniła,  nastały 

słoneczne,  wietrzne  dni  i  owce  znowu  mogły  wychodzić  na  zieloną  trawę.  Wystrzyżone, 
lekkie  chodziły  wokół  zabudowań.  Jeśli  tak  będzie  dalej,  zwierzęta  pozostaną  na  świeżym 
powietrzu aż do ubojów. 

Uboje zaczynały się w ostatnim tygodniu października, chociaż termin zależał od księżyca. 

Chodzi o to, że szlachtuje się tylko przy „rosnącym księżycu", bo wtedy mięso w garnku też 
będzie  rosło.  Przesąd  z  księżycem  odnosił  się  nie  tylko  do  uboju,  ale  też  na  przykład  do 
golenia. Starsi mężczyźni nie golili się zbyt często, ale kiedy się już zdecydowali, to robili to 
w czasie, kiedy księżyca przybywało. 

Podobno  wtedy  golenie  jest  łatwiejsze!  Jeśli  chodzi  o  ubój,  to  termin  zależał  też  od 

rzeźnika, który chodził od dworu do dworu. W Stornes do owiec rzeźnika się nie zatrudniało, 
mężczyźni  robili  to  sami.  Ale  do  uboju  świń  i  cieląt  bliżej  świąt  Bożego  Narodzenia 
potrzebny był specjalny fachowiec. 

Mówiło  się,  że  na  zimę  potrzebne  jest  jagnię  na  każdego  domownika,  w  Stornes  jednak 

zabijało  się  znacznie  więcej.  To,  czego  sami  nie  potrzebowali,  szło  na  sprzedaż.  Uboju 
dokonywało się zawsze przed zamknięciem owiec na zimę, żeby nie robić sobie kłopotów ze 
zwierzętami,  które  i  tak  przeznaczone  są  na  ubój.  Póki  więc  chodzą  jeszcze  swobodnie, 
można starannie wybrać te do hodowli i te na mięso, to bardzo ważne zajęcie. 

background image

Czas  ubojów  to  jeden  z  najgorętszych  i  najbardziej  pracowitych  okresów  w  roku.  Mali 

wiedziała, że każdego ranka babka błogosławi pracę i prosi Boga o powodzenie, tak jak prosi 
o urodzaj, kiedy sieją. Każdy dzień zaczynał się więc chwilą cichej modlitwy i odczytaniem 
odpowiedniego fragmentu z domowej Postylli. Ona chyba zawsze tak robiła, stwierdziła Mali. 
Wiedziała  bowiem,  że  kiedy  dziadkowie  Johana  kierowali  dworem,  to  dom  był  bardzo 
pobożny, ludzie regularnie modlili się razem, co niedziela chodzili do kościoła. Teraz też się 
czasem  zdarzała  wspólna  modlitwa,  ale  już  nie  tak  często.  Beret  nie  należała  do  bardzo 
bogobojnych, więc inicjatorem tego rodzaju wydarzeń był raczej Siwert. On wzrastał w takiej 
atmosferze i okazywał Panu Bogu większy szacunek niż jego żona. Mali zauważyła, że kiedy 
Sivert  sieje  lub  wykonuje  jakieś  inne  ważne  prace  w  polu  czy  obejściu,  zawsze  chodzi  z 
odsłoniętą głową, jak w kościele. Ten gest ma być wyrazem szacunku dla tego, który rządzi i 
włada światem, ludźmi, zwierzętami i ziarnem, które wrzucają do ziemi. 

Największej  uwagi  podczas  ubojów  wymagało  przetworzenie  i  zakonserwowanie  mięsa, 

ż

eby  się  nie  zepsuło.  Nic  się  nie  mogło  zmarnować,  ani  mięso,  ani  krew,  ani  wnętrzności 

zwierząt.  Robiono  różnego  rodzaju  kiełbasy,  białe,  wędzone,  suszone,  a  wieprzowej  krwi 
dodawano  do  tak  zwanej  czarnej  kiszki.  Najważniejsza  jednak  była  konserwacja  samego 
mięsa. Przede wszystkim trzeba je było zasolić. Układało się mięso w  wielkim drewnianym 
naczyniu,  podobnym  do  balu,  i  wszystkie  kawałki  grubo  posypywało  solą.  Wystarczyło,  że 
jakiś kawałeczek nie został dobrze posolony, i kończyło się katastrofą, w mięsie pojawiały się 
robaki,  trzeba  było  wszystko  wyrzucić.  Beret  biegała  więc  nieustannie  między  spiżarnią  i 
domem, żeby sprawdzać, czy wszystko jest robione, jak należy. Była też bardziej złośliwa niż 
zwykle,  co  najboleśniej  odczuwały  nieszczęsne  służące,  które  wciąż  łajała.  Mali  bardzo 
często miała ochotę odpowiedzieć jej tak samo złośliwie, ale przeważnie machała ręką. 

Część  solonego  mięsa  po  kilku  tygodniach  wieszano  do  suszenia,  reszta  jednak  miała  w 

soli leżeć do końca. Co drugi dzień ktoś wiele czasu spędzał w spiżarni i przewracał kawałki 
tak, żeby sól pokrywała wszystkie równo. 

-   W  tym  roku  będzie  to  twoje  zajęcie  -  powiedziała  Beret  do  Mali.  -  Ty  będziesz  się 

zajmować mięsem. 

Mali  patrzyła  na  teściową  zaskoczona.  Naprawdę  młoda  gospodyni  jest  wystarczająco 

dobra,  żeby  powierzyć  jej  aż  tak  odpowiedzialne  zadanie?  Może  więc  teściowa  zaczyna 
rozumieć,  że  Mali  to  pracowita  i  godna  zaufania  osoba?  W  wielkim  poczuciu  obowiązku 
biegała  więc  do  spiżarni  częściej  niż  trzeba,  żeby  przypadkiem  czegoś  nie  przeoczyć.  Za 
każdym  razem  przewracała  kawałki  mięsa  tak,  by  wszystkie  pokrywała  odpowiednio  gruba 
warstwa soli. 

-  No tak - powiedziała któregoś dnia Beret przy obiedzie. - Gdybym nie zajrzała dzisiaj do 

spiżarni, żeby sprawdzić mięso, przez całą zimę mielibyśmy tu jedzenie z robakami. Jeśli w 
ogóle nie trzeba by było wyrzucić wszystkiego świniom - dodała, potrząsając głową. - Tak to 
można polegać na młodej gospodyni! 

Mali  poczuła  się  tak,  jakby  ją  ktoś  uderzył  w  twarz.  Podskoczyła  na  swoim  miejscu, 

gniewnie patrząc teściowej w oczy, jakby nie mogła uwierzyć w to, co tamta mówi. Przecież 
jeszcze  dziś  rano  sprawdzała,  czy  z  mięsem  wszystko  w  porządku,  nawet  najmniejszy 
kawałeczek  nie  wystawał  spod  warstwy  soli,  kiedy  stamtąd  wychodziła.  Była  tego 
najzupełniej pewna. 

-  To kłamstwo - powiedziała cicho, patrząc Beret w oczy. - Siedzisz tu i kłamiesz, ale ja 

się z tym nie zgadzam. Teraz rozumiem, dlaczego zleciłaś mi tę pracę. Od początku chciałaś 
mi na oczach wszystkich zarzucić lenistwo! 

W oczach Beret pojawił się błysk triumfu, swoim zwyczajem mocno zacisnęła wargi. Mali 

wstała  od  stołu  i  chciała  wyjść.  Zrobiła  coś  niesłychanego,  tu  nigdy  nikt  nie  miał  prawa  się 
podnieść, dopóki Sivert siedzi przy stole. 

background image

-  Od  dawna  próbowałaś  coś  na  mnie  znaleźć  -  mówiła  Mali  głosem  drżącym  z 

wściekłości. - Ale to, co mówisz o mięsie, jest takim kłamstwem, że będziesz musiała je od-
wołać, a jak nie, to ja się wynoszę z tego domu! 

W izbie zaległa głucha cisza. Nikt się nie poruszył, nikt nie podnosił wzroku znad talerza. 

Oto,  nad  miskami  zupy  i  tłuczonych  ziemniaków,  toczyła  się  bezpardonowa  walka  między 
dwiema kobietami obdarzonymi wielką siłą woli. Na koniec Sivert chrząknął. 

-  Uspokójcie się, baby! - warknął, nie spuszczając oczu z Beret. - Trudno mi uwierzyć, że 

Mali  zaniedbała  swoje  obowiązki.  Bardzo  bym  się  dziwił.  Każdemu  jednak  może  się 
przytrafić  nieszczęście,  każdy  może  popełnić  błąd.  Tak  bywa.  A  ty,  Mali,  siadaj.  Nikt  się  z 
takiego powodu z domu nie wyprowadza! 

Mali nadal stała. 
-  Chcę wiedzieć, czy na mięsie, o które miałam dbać, naprawdę nie było soli - powiedziała 

cicho. - Żądam, żeby to zostało sprawdzone. 

Johan słuchał, co mówi żona, ale sam się nie odzywał. Rozbiegany wzrok kierował to na 

nią, to na matkę i było jasne, że nie wie, co zrobić, zresztą jak wszyscy w tej izbie. 

Beret  zbladła,  słysząc  słowa  męża.  Nie  powiedział  wprost,  że  Beret  kłamie,  ale  też  nie 

stanął po jej stronie. Beret patrzyła na Mali. Po raz pierwszy w życiu spotkała kogoś, kto się 
przed  nią  nie  ugiął,  to  ją  zbijało  z  tropu  i  po  prostu  wściekało.  Pojmowała  jednak,  że  tym 
razem przesadziła. Wzrok Mali mówił jej wyraźnie, że posunęła się za daleko. Beret nie miała 
wątpliwości,  że  ta  dziewczyna  może  spełnić  groźbę.  Ucieknie  z  ich  dworu  niezależnie  od 
tego,  co  będzie  mówił  Sivert.  Trudno  sobie  wyobrazić,  jaki  by  to  był  skandal.  Okolica 
trzęsłaby się od plotek przez długie miesiące.  

Beret przygładziła włosy. 
-  W każdym razie można to było robić lepiej - rzekła pojednawczo. - Przynajmniej tyle. 
Mali usiadła. Dobrze wiedziała, ile musiały kosztować Beret te słowa, cofające oskarżenie, 

które  dopiero  co  rzuciła.  Nie  przejmowała  się  tym,  jak  inni  przy  stole  oceniają  sprawę.  Dla 
niej to było zwycięstwo. Pokazała i teściowej, i wszystkim innym, że powinni uważać, bo ona 
na  kłamstwo  nigdy  się  nie  zgodzi,  niezależnie  od  tego,  kto  je  wypowiada.  Ale,  oczywiście, 
zdawała  sobie  też  sprawę,  że  po  tym  epizodzie Beret  nie  będzie  jej  bardziej  kochać.  To  już 
jednak  bez  znaczenia,  Mali  da  sobie  radę  bez  nich  wszystkich.  Patrzyła  na  zebranych  z 
uporem, choć w oczach miała łzy. 

Po  ubojach  nie  było  ani  chwili  odpoczynku,  bo  należało  zaczynać  nową  pracę,  a 

mianowicie lanie świec. Owczy łój i wieprzowy smalec mogły być używane do wielu rzeczy, 
większość jednak przeznaczano na świece. Gotowało się wielki kocioł wody, przelewało do 
beczki i dodawało roztopiony łój. Łój wypływał na wierzch i można było zaczynać mozolną 
pracę  nad  formowaniem  świec:  brało  się  długi  patyk  z  przymocowanym  do  niego  knotem, 
czyli specjalnie tkanym, dość grubym bawełnianym sznurkiem, i zanurzało całość w beczce z 
łojem.  Knot  wsysał  łój  i  tak  powstawała  świeca.  Potem  wieszało  się  ją  do  stwardnienia.  Po 
wszystkim  można  było  patyk  zanurzyć  ponownie.  Lanie  świec  zaczynało  się  w  początkach 
grudnia i odbywało się to zwykle w dużej izbie mieszkalnego domu, bo w pralni o tej porze 
roku było już za zimno. 

Od najwcześniejszego dzieciństwa ta właśnie praca kojarzyła się Mali z przygotowaniami 

do  świąt  Bożego  Narodzenia.  Dobrze  pamięta  to  cudowne  oczekiwanie,  kiedy  duże  świece 
były gotowe i zaczynano lać małe świeczki, przeznaczone na choinkę. To już jakby początek 
ś

wiąt.  W  Stornes  przygotowywano  znaczniej  więcej  różnego  rodzaju  świec,  niż  Mali 

pamiętała  z  Buvika.  Ale  to  oczywiste,  musiało  ich  bowiem  wystarczyć  do  następnego 
grudnia.  Mali  pracowała  i  pracowała,  zapach  był  ten  sam,  ale  nastrój  oczekiwania  jakoś  się 
nie pojawiał. 

Kolejny  etap  jesiennych  prac  związany  był  z  wełną:  gręplowanie  runa,  przędzenie, 

farbowanie i przygotowanie do tkania. Kobiety z kilku dworów pomagały sobie nawzajem, bo 

background image

w  gromadzie  raźniej,  praca  idzie  szybciej  i  można  porozmawiać.  Zbierały  się  więc  w 
kolejnych domach i wspólnie przygotowywały potrzebny zapas wełny. 

Tego  dnia,  kiedy  miały  pracować  w  Stornes,  spadł  pierwszy  śnieg.  Padał  gęsty  od  rana  i 

grubą warstwą przykrywał ziemię. 

-  Oj, oj, ale będzie długa zima - wzdychała babka i ciężej niż zwykle opierała się na lasce. 

Reumatyzm  męczył  jej  kruche  ciało,  mimo  to  nie  opuszczała  dużej  izby,  gdzie  dziesięć  czy 
dwanaście  kobiet  siedziało  nad  robotą.  Kiedy  się  wchodziło  z  dworu,  w nos  uderzał  cierpki 
zapach.  Mali  bardzo  go  lubiła,  bo  również  ten  zapach  przypominał  jej  rodzinny  dom.  W 
Buvika także spędzali nad wełną bardzo miłe wieczory, choć tam pracowali tylko członkowie 
rodziny. Biedaków nikt nie zapraszał do pomocy, więc i oni nikogo prosić nie mogli. 

-  No i jak się czujesz, Mali, jako mężatka? - zapytała gospodyni z Oppstad. 
Wiele par oczu spojrzało na Mali, ona zaczerwieniła się i nagle nie mogła sobie poradzić z 

garścią wełny, którą gręplowała. 

-  No, chyba dobrze - odparła wymijająco. 
-  W każdym razie dostaliśmy bardzo dobrą młodą gospodynię - wtrąciła babcia Johana. - 

Mali  naprawdę  dużo  umie.  Całkiem  zapomniałam  ci  powiedzieć,  Beret  -  zwróciła  się  do 
teściowej dziewczyny - że Mali umie pięknie tkać. Makatki, narzuty, wszystko. Nauczyła się 
tego  w  Gjelstad.  Nawet  wełnę  farbować  potrafi.  W  dzisiejszych  czasach  niewiele  młodych 
kobiet się tym interesuje. 

Beret  sprawiała  wrażenie  kompletnie  zaskoczonej.  Dosłownie  szczęka  jej  opadła,  ale 

natychmiast się pozbierała. Zanim jednak zdążyła coś odpowiedzieć, babka ciągnęła dalej. 

-  Obiecałam Mali, że zimą będzie mogła używać mojego starego warsztatu tkackiego, jak 

tylko znajdzie na to czas, rzecz jasna. Ja zawsze tę pracę bardzo sobie ceniłam i cieszę się, że 
dostaliśmy taką młodą gospodynię, która to potrafi i podejmie tradycję. 

Mali  pochyliła  się  mocniej  nad  robotą.  Nie  miała  odwagi  spojrzeć  na  Beret,  a  zarazem 

chichotała w duchu, że babka tak sprytnie podeszła Beret. Teraz wszyscy wiedzą o warsztacie 
i  zamiłowaniach  Mali,  wszystkie  sąsiadki  i  służące,  niełatwo  byłoby  Beret  mi  w  tym 
przeszkodzić, myślała ze złośliwą radością. 

-  Zamarznie na śmierć, jak będzie przesiadywać na poddaszu - zauważyła Beret chłodno. - 

Myślę, że powinna to odłożyć do lata. Tylko że wtedy nie ma czasu na takie rzeczy - dodała 
wyniośle, licząc na to, że pokrzyżowała plany Mali. 

-  Ja już wszystko obmyśliłam - odparła babka spokojnie. - Wstawimy warsztat tkacki do 

mojego domu, u mnie będzie sobie mogła pracować. Może i ja ją jeszcze czegoś nauczę, no i 
będę miała miłe towarzystwo podczas długiej, mroźnej zimy. 

No to ją masz, już ci się nie wymknie, pomyślała Mali, spoglądając na Beret, która jednak 

nie  zaszczyciła  jej  ani  jednym  spojrzeniem.  Siedziała  zajęta  pracą,  tylko  na  jej  policzkach 
wykwitły dwie czerwone plamy. Mali napotkała wzrok babki i uśmiechnęła się. Najchętniej 
objęłaby staruszkę i serdecznie jej podziękowała. Zrobię to, jak zostaniemy same. pomyślała z 
błyszczącymi oczyma. 

To,  co  powiedziała  babka,  wywołało  ożywioną  rozmowę  o  tkanych  narzutach  i  starych 

kilimach,  o  delikatnych  adamaszkach  i  sztuce  farbowania  wełny.  Wiele  kobiet  interesowało 
się, jakich barwników Mali używa, ona zaś tłumaczyła, że najchętniej rabarbaru, liści brzozy i 
szarego mchu. Inne opowiadały o swoich doświadczeniach. Mali chyba skupiała na sobie zbyt 
wiele  uwagi,  bo  nagle  Beret  wstała  i  oznajmiła,  że  czas  na  kawę.  I  zapytała,  czy  Mali 
mogłaby jej pomóc. 

-   Możesz  sobie  tkać  -  warknęła  teściowa,  kiedy  znalazły  się  same.  -  Ale  pamiętaj,  że 

przedtem są obowiązki, jakie masz we dworze. Jesteś gospodynią, nie zapominaj o tym. 

-  Jestem?  -  spytała  Mali  i  nie  mogła  powstrzymać  uśmiechu.  -  A  ja  myślałam,  że  w 

Stornes  jest  miejsce  tylko  dla  jednej  gospodyni,  więc  dla  mnie  zostaje  miejsce  zwyczajnej 
służącej. 

background image

Tego wieczora Mali kładła się do łóżka w bardzo dobrym nastroju. 
-  Słyszę,  że  będziesz  miała  swój  warsztat  w  domu  babci  -  powiedział  Johan,  kiedy 

zamknął drzwi do ich sypialni. - Nie wiedziałem, że umiesz robić takie piękne rzeczy. 

-  E,  jeszcze  tak  dużo  nie  umiem  -  odparła  Mali  pospiesznie.  -  Ale  bardzo  lubię  tkać  i 

babcia może mnie dużo nauczyć. Ważne jest, żeby tradycja nie zaginęła - dodała cicho. 

Zwróciła się do Johana, który zdejmował ubranie. 
-  Masz  coś  przeciwko  temu,  żebym  chodziła  do  domu  babci,  kiedy  czas  mi  pozwoli,  i 

pracowała przy warsztacie? 

Johan  przyglądał  się  swojej  żonie.  Rozplotła  na  noc  warkocz  i  w  mdłym  blasku  świecy 

włosy lśniły niczym stare złoto. Była taka piękna, a on  chciał przecież dla niej tylko dobra. 
Mimo to był mistrzem w robieniu sobie na złość i psuciu wszystkiego. To, że Mali tak z nim 
rozmawia, że chce słuchać, co miałby do powiedzenia, sprawiło, że gardło zacisnęło mu się 
ze wzruszenia. Miał ochotę przyciągnąć ją do siebie i rozpłakać się, ale to nie do pomyślenia. 
Mężczyźni tak się nie zachowują. 

-  Nie. Jeżeli jest coś, co cię cieszy w tym dworze, to nie mam nic przeciwko temu - odparł 

cicho. - Chyba nie masz zbyt wiele takich przyjemności. 

Mali słuchała w milczeniu. Kiedy ją mijał w drodze do łóżka, wzięła go za rękę. 
-  Dziękuję - powiedziała. - Cieszę się, że mi nie zabraniasz. 
Johan stał jak zamurowany, z czerwoną twarzą. Mali nie pojmowała dlaczego. Przyszło jej 

do głowy, że po raz pierwszy od tamtej nocy po konfirmacji Margrethe powiedziała do niego 
coś miłego i nawet dotknęła go z własnej woli. Pospiesznie puściła jego rękę. Tej nocy Johan 
jej nie ruszył. Mali długo leżała i myślała, że on też może się czasem zachować jak człowiek. 
Szkoda tylko, że tak rzadko, westchnęła. 

 
ROZDZIAŁ 17. 
  
Przed  świętami  nastała  mroźna  zima.  Śnieg  przyszedł  w  tym  roku  wcześnie,  wszyscy 

myśleli,  że  już  zostanie,  ale  stopniał.  Ziemia  była  więc  naga,  zamarznięta,  gwałtowny  wiatr 
szarpał  budynkami  i  gwizdał  w  szczelinach.  W  piecach  palono  tak,  że  rozgrzewały  się  do 
czerwoności, i nikt na dwór bez potrzeby nie wychodził. 

Krótko przed świętami znowu spadł śnieg. 
Mali  stała  w  izbie  przy  długim  stole  i  przygotowywała  kruche  ciasteczka.  W  takim 

wielkim  dworze  jak  Stornes  rozmaitego  ciasta  potrzeba  było  na  święta  mnóstwo,  zwykle  w 
tym  czasie  przewijało  się  przez  dom  wielu  ludzi.  Pieczono  więc  całymi  dniami,  poza  tym 
Beret przyniosła solone mięso ze spiżarni i z niego też przygotowywano świąteczne dania. To 
był  dla  wszystkich  czas  gorączkowy  i  jak  zwykle  kiedy  trzeba  było  dopilnować  wielu 
czynności,  Beret  chodziła  zła  jak  osa,  bez  przerwy  na  kogoś  krzyczała,  wciąż  komuś  miała 
coś  za  złe,  jak  wicher  biegała  między  domem,  spiżarnią  i  pralnią,  kontrolując  wszystkich  i 
wszystko. I jak zwykle mało co ją zadowalało. 

Mali stała nad swoimi ciastkami i patrzyła na biały krajobraz za oknem. Myślała, jak miło 

było  o  tej  porze  w  Buvika.  Tam  także  mieli  pod  dostatkiem  roboty,  nastrój  jednak  panował 
zupełnie inny. Ona i siostry odpowiadały za pieczenie. Całymi dniami stały przy kuchennym 
stole  i  zwierzały  się  sobie  z  różnych  tajemnic,  a  kiedy  matka  wchodziła  sprawdzić,  jak  im 
idzie,  milkły  i  uśmiechały  się  porozumiewawczo.  Podjadały  po  kryjomu  surowe  ciasto  i 
bardzo  dużo  się  śmiały  w  tym  czasie.  Mali  pamiętała  ten  cudowny  zapach,  który  wypełniał 
dom, kiedy pierwsze świąteczne ciasto wyjmowano z pieca. Choć wszyscy wiedzieli, że nie 
mogą się spodziewać nadzwyczajnych prezentów, to w rodzinie panował nastrój oczekiwania. 
I nikt nie mógłby im odebrać radości wspólnoty, bycia razem. 

W Stornes nieczęsto zdarzały się rozmowy podczas pieczenia. A jeśli już, to tylko w tych 

krótkich  momentach,  kiedy  Beret  zajęta  była  gdzie  indziej  i  nie  mordowała  ponurym 

background image

spojrzeniem każdego słowa. Kiedy z rozmachem otwierała drzwi i wnosiła z sobą lodowaty 
powiew, w izbie zalegała śmiertelna cisza. 

-  W Stornes nie tak robimy kruche ciasteczka - powiedziała ostro, pochylona nad stołem 

Mali. Wzięła kawałek ciasta w palce, a potem z dezaprobatą przyjrzała się kilku gotowym już 
ciasteczkom. 

-  No to w tym roku spróbujesz czegoś nowego - powiedziała Mali spokojnie. 
Mówiła cicho, ale było jasne, że protestu nie ścierpi. 
Po  epizodzie  z  solonym  mięsem  Beret  kilkakrotnie  próbowała  zwracać  jej  uwagę  w 

obecności  służących.  Nigdy  jej  się  nie  udało  zbić  synowej  z  tropu.  Mali wyszła  już  poza to 
stadium, kiedy bardzo się bała Beret i każde jej słowo przyjmowała z pokorą. 

Ingeborg i Ane nie podnosiły wzroku, ich palce nerwowo zagniatały ciasto. 
-   Powinnaś  najpierw  spróbować  ciasta,  zanim  zaczniesz  oceniać  i  krytykować  -  dodała 

Mali,  wyciągając  w  stronę  teściowej  świeżo  upieczone  ciastko.  -  Bo  może  inni  też  coś 
potrafią, nie tylko ty. 

Spojrzenia  obu  gospodyń  się  spotkały.  Potem  Beret  odwróciła  się  i  wybiegła  z  izby  bez 

słowa, nie spróbowawszy ciastka. 

-  Nie będzie cię bardziej kochać za takie zachowanie - powiedziała Ane, zerkając w stronę 

drzwi. - Właściwie to masz chyba dość problemów w tym dworze, nie  musisz sobie szukać 
nowych. 

-   Ale  ja  się  cieszę,  że  potrafisz  jej  odpyskować,  kiedy  się  tak  zachowuje  -  powiedziała 

Ingeborg zarumieniona nad brytfanną świeżo upieczonych ciastek. - Może w końcu przestanie 
- dodała z nadzieją. 

Ane roześmiała się z goryczą. 
-  Bardzo  się  mylisz,  moja  Ingeborg.  Nikt  i  nic  nie  jest  w  stanie  powstrzymać  Beret.  W 

każdym razie nie na zawsze. Nie odmieni jej charakteru. A pamięć ma jak słoń, Mali. Nigdy 
niczego nie daruje. Dlatego tak się o ciebie bałam, kiedy zaczęłaś się stawiać temu trollowi. 
Bo  Beret  nigdy  nie  zapomina.  Jeśli  któregoś  dnia  znajdziesz  się  w  kłopotach,  to  dołoży  ci 
jeszcze bardziej, Mali. Nie spodziewaj się niczego lepszego po Beret Stornes. 

-  Nie  musisz  się  o  mnie  martwić,  Ane  -  odparła  Mali  spokojnie.  -  Zapewniam  cię,  że 

przetrwam w tym dworze. Przetrwam i Beret, i... - Umilkła w środku zdania. Mało brakowało, 
a byłaby powiedziała, że chodzi o Johana. 

  
Boże  Narodzenie  to  czas  gości.  We  dworach  w  całej  okolicy  urządzano  przyjęcia, 

przyjeżdżali  krewni  i  znajomi  nawet  z  daleka.  Mali  miała  wrażenie,  że  to  jedno  wielkie 
ś

więto,  tylko  spędzane  w  różnych  miejscach.  Na  długo  przed  świętami  przygotowała  sobie 

suknię  ślubną  i  suknię,  którą  nosiła  w  drugi  dzień  wesela,  nie  mogła  przecież  przynosić 
wstydu  rodzinie ze Stornes, kiedy wraz ze wszystkimi składała wizyty czy też przyjmowała 
gości  w  domu.  Wszędzie,  gdzie  się  tylko  znalazła,  okazywano  jej  szacunek  i  uprzejmość 
należną młodej gospodyni ze Stornes. Nie uszło jednak jej uwagi, że kiedy kobiety myślały, iż 
Mali  ich  nie  widzi,  pochylały  głowy  do  siebie  i  zaczynały  szeptać.  Przeciągłe  spojrzenia 
badały  jej  talię.  Mijały  już  cztery  miesiące,  odkąd  ona  i  Johan  się  pobrali,  a  nic  nie 
wskazywało, by nowy  dziedzic był w drodze. Mali bez problemów mieściła się  w dawnych 
ubraniach,  to  było  widać.  Wciąż  była  tak  samo  szczupła  w  pasie  i  wciąż  chodziła  tak  samo 
wyprostowana. 

-  Jeszcze nie udało się Beret zgiąć jej karku - szeptano po kątach. - Ani Johanowi zrobić 

jej dziecka. 

Akurat  to,  że  jeszcze  nie  jest  w  ciąży,  Mali  też  dziwiło.  Nie  brakuje  przecież  starań  ze 

strony  Johana,  myślała  z  goryczą.  W  każdym  razie  nie  brakowało  ich  na  początku.  Teraz 
zdarzało  się,  że  i  tydzień  mógł  minąć,  a  on  jej  nawet  nie  tknął.  Nabrał  natomiast  zwyczaju 
wypijania  wieczorami  szklaneczki  lub  dwóch.  Robił  to  tak,  żeby  rodzice  nie  widzieli, 

background image

wychodził  z  domu  i  znikał.  Prawdopodobnie  chował  butelki  z  bimbrem  domowej  roboty  w 
oborze lub stodole. Mali nie wiedziała, czy Beret i Sivert zdają sobie sprawę, że Johan pije, 
zresztą to się specjalnie  w oczy  nie rzucało. Ona czuła pijacki oddech, kiedy  kładł się obok 
niej w wąskim łóżku, ale niczego nie komentowała. 

W niektóre wieczory Johan zachowywał się spokojniej niż zwykle. Siedział i gapił się na 

Mali  zaczerwienionymi  oczyma.  Wtedy  wiedziała,  co  ją  czeka,  kiedy  zostaną  sami,  i  jak 
mogła  odwlekała  tę  chwilę,  chociaż  to  nie  pomagało.  W  takie  wieczory  był  gwałtowny  i 
brutalny, z jękiem rzucał się na jej ciało. Zastanawiała się niekiedy, czy on w ogóle czerpie z 
tego  jakąś  przyjemność.  Jeśli,  to  chyba  tylko  tę,  że  to  on  rządzi,  a  ona  musi  się 
podporządkować.  Że  nie  może  go  po  prostu  przepędzić,  ale  musi  robić  to,  czego  on  sobie 
ż

yczy, czy jej się to podoba, czy nie. 

Już  pod  sam  koniec  świątecznego  okresu  rodzina  Stornesów  została  zaproszona  do 

Gjelstad.  Mali  szukała  jakiegoś  pretekstu,  żeby  się  tam  wybrać,  od  chwili  kiedy  Ingeborg 
opowiedziała,  jakie  to  plotki  krążą  na  temat  Kristine,  ale  tyle  było  przez  cały  czas  zajęć  z 
przygotowaniami  do  świąt,  że  nawet  nie  odważyła  się  wspomnieć  o  wyjeździe.  To  jednak 
kawałek  drogi  i  nie  da  się  odbyć  takiej  wyprawy  w  godzinę  czy  dwie.  Zresztą  od  tamtego 
dnia, kiedy z Ingeborg i Ane strzygły owce, nie słyszała, czy ludzie nadal gadają, czy nie, o 
tej  ciąży.  Więc  może  to  tylko  bezpodstawne  plotki,  myślała  z  nadzieją,  kiedy  teraz 
przygotowywała się do wyjazdu. Odczuwała jednak lęk, że może coś w tych plotkach mimo 
wszystko było i Kristine znajduje się w tarapatach. A przecież kto jak kto, ale ona na pewno 
sobie na to nie zasłużyła. 

Obiad  w  Gjelstad  był  wystawny  i  bardzo  długo  siedzieli  przy  stole.  Mali  zderzyła  się  z 

Kristine w sieni, jak tylko przyjechali. Tamta pomagała gościom zdejmować ciężkie okrycia, 
poza tym wszystkie skórzane narzuty i pledy też należało złożyć w cieple, żeby potem ludzie 
nie marzli w drodze do domu. Mali chwyciła ręce Kristine i serdecznie je uściskała. 

-  Jak  się  cieszę, że  cię widzę  -  powiedziała  szeptem.  -  Musimy  później  znaleźć  chwilkę, 

ż

eby porozmawiać, co? 

O  mało  nie  jęknęła,  kiedy  Kristine  na  nią  spojrzała.  Dawna  okrągła,  roześmiana 

dziewczyna gdzieś zniknęła. Ta, która odebrała od Mali płaszcz, była chudziutka i poszarzała, 
niemal  obca.  Mali  poczuła  chłód  w  sercu.  Długo  zdejmowała  ciepłe  buty  i  skarpetki,  by 
zostać z przyjaciółką. 

-  Kristine - powiedziała w końcu wstrząśnięta. - Kristine, co z tobą? 
Oczy tamtej były niczym studnie pełne czarnej wody, kiedy patrzyła na Mali. 
-  Musisz już iść - powiedziała. - Może uda nam się porozmawiać później. Teraz nie mogę. 
  
Mali  niewiele  słyszała  z  tego,  co  mówiono,  i  przy  obiedzie,  i  potem  przy  kawie.  Wciąż 

szukała wzrokiem Kristine, która wraz z innymi służącymi podawała do stołu. Miała na sobie 
obszerny  biały  fartuch,  spod  którego  nie  było  widać  jej  figury.  Nie,  chyba  nie  jest  w  ciąży, 
myślała Mali. Przecież to by już się rzucało w oczy. Plotki słyszałam jeszcze w październiku. 
Coś jednak z tą dziewczyną nie jest w porządku, i to bardzo. 

-    Słyszałam,  Mali,  że  podobno  masz  tkać  narzuty  i  makatki  -  zwróciła  się  do  niej 

gospodyni  z  Gjelstad  z  szerokim  uśmiechem.  -  No  i  że  stara  pani  obiecała  ci  oddać  swój 
warsztat  -  dodała,  spoglądając  na  Beret.  -  Dla  ciebie  to  bardzo  dobrze,  bo  od  babci  Johana 
nauczysz  się  dużo  więcej  niż  ode  mnie.  W  swoim  czasie  była  znana  jako  wielka  tkaczka, 
bardzo dobrze to pamiętam. 

Mali odpowiedziała jej uśmiechem i skinęła głową. 
-  Tak, bardzo się z tego cieszę - powiedziała. - Jeszcze co prawda nie zaczęłam, ale może 

po świętach będę miała więcej czasu. No i zresztą nie ufarbowałam wełny, ale babcia mówiła, 
ż

e ma zapasy w swojej skrzyni, to mi da. 

background image

-  Ja ci też mogę pożyczyć - zawołała Ruth Gjelstad. - Jesienią nafarbowałam bardzo dużo, 

sama  tego  szybko  nie  zużyję.  Leży  w  skrzyni  na  poddaszu,  niech  Kristine  z  tobą  idzie  i 
wybierz sobie, co będziesz chciała. 

Beret  przyglądała  im  się  z  surową  miną.  Nie  podobało  jej  się,  że  synowa  budzi  takie 

zainteresowanie  i  tak  ją  wszyscy  chwalą,  ale  zaprotestować  nie  mogła,  więc  tylko  pokiwała 
łaskawie głową, kiedy Mali wstała i zapytała, czy może już iść na poddasze. 

-  Powinnaś  wziąć  płaszcz  -  powiedziała  Kristine.  -  Tam  jest  potwornie  zimno.  Zresztą 

sama wiesz, u was pewnie też nie lepiej. 

Ubrały się, wzięły świece i poszły. 
-  Co  się  z  tobą  dzieje,  Kristine?  -  spytała  znowu  Mali,  kiedy  zamknęły  za  sobą  drzwi 

małego pokoiku z warsztatem tkackim. - Jesteś jak odmieniona. Czy coś ci dolega? 

Tamta nie odpowiadała. Odstawiła świecznik i otworzyła skrzynię z wełną. Mali stanęła za 

nią, objęła i obróciła ku sobie. 

-  Kristine - powiedziała szeptem. - Porozmawiaj ze mną. 
Nagle jakby lody pękły na rzece i woda ruszyła przed siebie. Kristine oparła się ciężko o 

Mali i wybuchnęła strasznym, bolesnym szlochem. Próbowała go tłumić, żeby przypadkiem 
ktoś z zewnątrz nie usłyszał, tuliła twarz do piersi Mali i lodowatymi rękami trzymała się jej 
kurczowo.  Przerażona  Mali  posadziła  ją  na  krześle,  tamta  jednak  nie  chciała  jej  puścić. 
Rozpaczliwe łkanie przechodziło z wolna w spokojniejszy płacz. Mali stała obok i głaskała jej 
niesforne włosy. W końcu Kristine się trochę uspokoiła. Kiedy podniosła wzrok, Mali musiała 
się  cofnąć  z  wrażenia.  W  ciemnym  spojrzeniu  przyjaciółki  było  tyle  bólu  i  rozpaczy,  takie 
oczy mają zwierzęta prowadzone na rzeź, pomyślała Mali. 

-  Jestem w ciąży, Mali - powiedziała Kristine cicho. 
A  więc  to  jednak  prawda,  przemknęło  Mali  przez  głowę  i  poczuła  skurcz  żołądka.  Nie 

potrafiła tylko zrozumieć, jak to możliwe. 

-  Ale... jak ty mogłaś... Sama przecież powiedziałaś, że nigdy... 
Przez jakiś czas Kristine siedziała bez ruchu. Tylko czasami wstrząsał nią jeszcze szloch. 
-  Przecież akurat ty wiesz, jaki jest gospodarz w tym domu - rzekła w końcu z goryczą. - 

Łaził za mną długo, czatował, ale zawsze udało mi się uciec. Któregoś dnia jesienią, jakoś tak 
w  tym  czasie,  kiedy  brałaś  ślub  z  Johanem,  powiedział,  żebym  poszła  zobaczyć,  czy  jedna 
krowa  nie  jest  przypadkiem  chora.  Mówił,  żebym  jej  dała  siana,  bo  przez  cały  dzień  nic  do 
pyska nie wzięła. 

Szloch znowu zaczął wstrząsać jej wychudłym ciałem. Zmęczona ocierała ręką oczy. 
-   Czekał  na  mnie  w  stodole,  podpity,  zachowywał  się  jak  zwierzę.  Nie  miałam 

najmniejszej  szansy,  Mali.  On  jest  wielki  i  silny.  A  pijany  jeszcze  silniejszy.  Było  jasne,  że 
tym  razem  nie  zrezygnuje.  Ja...  walczyłam,  jak  tylko  mogłam,  ale  krzyczeć  nie  miałam 
odwagi. Poza tym i tak nikt by mnie nie usłyszał - dodała z goryczą. 

-  Czyli gospodarz cię zgwałcił? - wyszeptała Mali przerażona. 
Kristine bez słowa pokiwała głową, łzy znowu pociekły z jej oczu. 
-  Był jak dzikie zwierzę - powtórzyła. - Nie możesz nawet sobie wyobrazić, jak to było... 
Mogę,  mogę,  pomyślała  Mali,  w  której  narastał  gniew.  Dlaczego  to  tak  jest?  Dlaczego 

mężczyźni biorą kobiety gwałtem niezależnie od tego, czy są z nimi po ślubie, czy nie? 

-  I... i skończyło się to dla ciebie źle?  
Kristine potwierdziła skinieniem głowy. 
-  Bardzo szybko się zorientowałam - wyznała cicho. -  Krwawienie się nie pojawiło, a ja 

czułam  się  okropnie.  Ale  co  mogłam  na  to  poradzić?  Iść  do  gospodyni  i  powiedzieć,  że  jej 
mąż  zrobił  mi  dziecko?  On  by  się  wszystkiego  wyparł,  sama  wiesz,  w  końcu  jestem  tylko 
służącą. Nikt by mi nie uwierzył, to wołałam nic nie mówić. Ale wiem, że krążą plotki, i to od 
dawna. Ostatnio się rzadko gdzieś pokazuję, to ludzie swoje myślą... 

Mali nie była w stanie powiedzieć jej, że również słyszała plotki. 

background image

-  Ale nic po tobie nie widać. Przynajmniej na razie - pocieszała przyjaciółkę. 
Kristine  zaczęła  się  śmiać.  Zimnym,  nieprzyjemnym  śmiechem,  który  przerażał  Mali. 

Wstała i uniosła spódnicę. W talii była mocno ściągnięta płóciennym pasem. Tak mocno, że 
Mali zastanawiała się, jak ona oddycha. 

-  Kiedy zdejmę to z siebie, to nie ma wątpliwości, na co się zanosi - powiedziała Kristine, 

poprawiając płócienną opaskę. - Już niedługo nie będę mogła tego używać i wtedy wszystko 
się wyda. 

Nagłe zaczęła znowu płakać. Oparła się o warsztat tkacki i szlochała tak, że Mali serce się 

krajało. Jej własna sytuacja wydała się teraz daleka i bez znaczenia. To, co spotkało Kristine, 
jest zdecydowanie gorsze, to w ogóle najgorsze dla dziewczyn z jej warstwy. Bo co ona może 
teraz zrobić? 

-  Rozmawiałaś  z  gospodarzem?  -  zapytała  szeptem.  -  Powinnaś  go  postraszyć,  że 

rozpowiesz  wszystkim,  jak  się  sprawy  mają.  I  jeśli  nawet  ci  nie  uwierzą,  to  przynajmniej 
rozejdą  się  plotki  na  temat,  co  zrobiła  ta  świnia.  Może  będzie  chciał  cię  jakoś  wyposażyć, 
ż

ebyś nic nie mówiła? To i tak lepiej, bo miałabyś za co żyć. Wstyd to jedno, ale wiesz... 

-  Ja  też  tak  myślałam  -  powiedziała  Kristine.  -  Że  może  zechce  mi  dać...  Spotkałam  go 

któregoś wieczora w oborze sama i... 

Łzy znowu popłynęły obfitym strumieniem. 
-  On mnie wyśmiał - szepnęła. - Powiedział, że jestem nędzarką i żebym się niczego nie 

spodziewała. A potem... znowu się na mnie rzucił... i zrobił, co chciał. I cały czas się ze mnie 
wyśmiewał. 

Mali  poczuła,  że  robi  jej  się  niedobrze.  Na  myśl  o  tym,  co  spotkało  Kristine,  mało  nie 

zemdlała. Przez krótką chwilę miała ochotę pociągnąć przyjaciółkę za sobą na dół, do izby, 
gdzie zebrali się świąteczni goście, i powiedzieć, co wie o gospodarzu Gjelstad. Opanowała 
się  jednak.  Nic  by  to  nie  dało,  skończyłoby  się  skandalem,  ale  nie  dla  niego.  Dla  niej  i  dla 
Kristine. 

-  Co zamierzasz teraz zrobić? - spytała cicho, klękając obok Kristine. - Czy mogłabym ci 

jakoś pomóc? 

-   Gdybyś  potrafiła  usunąć  dziecko,  to  byłabym  ci  bardzo  wdzięczna  -  jęknęła  Kristine  z 

czymś, co mogło przypominać śmiech. - Ja sama próbowałam się go pozbyć. Piłam ziołowe 
wywary, bo słyszałam, że pomagają, całymi nocami skakałam w stodole z siana na klepisko, 
ale skończyło się na tym, że byłam sina i poobijana. Dziecku nic się nie stało. 

Milczała przez jakiś czas. 
-  Najgorsze  jest  to,  że  w  przyszłości  chciałabym  mieć  męża  i  dzieci.  A  w  głębi  duszy 

wiem,  że  to  straszny  grzech  zabijać  takie  małe  biedactwo,  które  się  przecież  na  świat  nie 
prosiło. Ale co mam zrobić. Mali? Do domu nie mogę wrócić i powiedzieć, że oto jest jeszcze 
jedna gęba do wykarmienia. Oni tam i tak nic nie mają, żyją tylko dlatego, że oddaję im to, co 
zarabiam.  Tutaj  we  dworze  nie  będę  mogła  zostać,  kiedy  zacznie  być  widać.  A  to  już 
niedługo... 

Nerwowo obgryzała i tak już pogryzione do krwi paznokcie. 
-  Znasz kogoś, kto... potrafi to zrobić? - spytała i spojrzała tymi przypominającymi studnie 

oczyma,  od  czego  Mali  znowu  zakręciło  się  w  głowie.  -  Mam  trochę  oszczędności,  więc 
gdyby ktoś... 

-  Nie powinnaś nawet o tym myśleć, Kristine - powiedziała Mali. - Dobrze wiesz, że to się 

może skończyć strasznie. 

Tamta się roześmiała. 
-  Zawsze skończy się tak samo, cokolwiek zrobię. Jeśli urodzę dziecko, będzie przez całe 

ż

ycie  wytykane  palcami.  Nikt  nie  zechce  panny  z  dzieckiem.  I  ściągnę  wstyd  nie  tylko  na 

siebie. Moi, tam w domu... 

background image

-  Nie  wolno  ci  zrobić  nic  nieprzemyślanego,  Kristine  -  powtórzyła  Mali  z  naciskiem.  - 

Spróbuję znaleźć jakąś radę. 

-  Ale  jaką?  Może  weźmiesz  sobie  moje  dziecko,  skoro  sama  swojego  się  jeszcze  nie 

spodziewasz? Gdybyś zaszła w ciążę, to w Stornes pewno bardzo by się cieszyli. 

Nagle na schodach rozległy się kroki. 
-  Halo,  moje  panny!  -  wołała  gospodyni.  -  My  się  tu  boimy,  czyście  tam  całkiem  nie 

zamarzły. 

Ruth Gjelstad stanęła w drzwiach. Oczy jej lśniły z ciekawości jak u wiewiórki.  
Mali zasłoniła sobą Kristine. 
-  To  moja  wina  -  powiedziała.  -  Miałyśmy  sobie  tyle  do  powiedzenia.  Nie  widziałam 

Kristine  od  czasu,  kiedy  pracowałyśmy  tu  obie,  i...  no,  zapomniałyśmy,  że  czas  płynie.  Już 
wracamy. 

Potem już Mali z Kristine nie rozmawiała. Nawet nie mogła się z nią pożegnać, bo Kristine 

zajęta była zmywaniem. 

Z  ciężkim  sercem  Mali  otulała  się  skórzaną  narzutą,  kiedy  już  siedziała  obok  Johana  w 

saniach. 

Pewnego  wieczora,  dwa  tygodnie  po  świętach,  dotarła  do  Stornes  wieść,  że  Kristine  nie 

ż

yje. Mali zbladła i osunęła się na krzesło. Z trudem powstrzymywała mdłości. 

-  Nie żyje? - powtarzała, przyglądając się sąsiadowi, który przyniósł wiadomość. 
-  Tak.  Nikt  nie  wie  dokładnie,  ale  podobno  ona...  Mówią,  że  podobno  chorowała  od 

jakiegoś czasu i nagle dostała krwotoku. Tak mówią. 

-  Dostała  krwotoku  -  powtórzyła  Beret  i  roześmiała  się  nieprzyjemnie.  -  Tak,  tak,  już  ja 

wiem,  co  dolegało  tej  dziewczynie.  Zawsze  się  tak  kończy...  z  takimi,  co  nie  mają  dość 
rozumu, żeby się przyzwoicie zachowywać. 

Mali zerwała się i wyszła z izby. Poszła do swojego pokoju i usiadła przy oknie. Panowało 

tu lodowate zimno, ale ona tego nie czuta. Kristine nie żyje, Kristine nie żyje, dudniło jej w 
głowie. 

Wieczór  był  księżycowy,  niebo  pełne  gwiazd,  na  północnej  stronie  mieniła  się  kolorami 

zorza  polarna.  Mali  chciała  płakać,  ale  nie  mogła,  suchymi  oczyma  wpatrywała  się  w 
rozgwieżdżone  niebo.  W  piersiach  paliły  ją  gorycz  i  żal.  Nawet  nie  mogłam  się  z  nią 
pożegnać - ubolewała. 

A  więc  Kristine  nie  znalazła  wyjścia,  próbowała  sama  uwolnić  się  od  dziecka, 

prawdopodobnie drutem do robienia skarpet, pomyślała Mali z drżeniem. Wiele razy słyszała 
o takiej metodzie. Młoda, radosna dziewczyna, która życie miała przed sobą, musiała to życie 
złożyć  w  ofierze,  bo  wykorzystał  ją  jakiś  bogaty  mężczyzna.  Żeby  zaspokoić  swoje  żądze. 
Mali  zauważyła,  że  zaciska  pięści  aż  do  bólu.  Wpatrywała  się  w  gwiaździste  niebo  i 
zatrzymała  wzrok  na  wyjątkowo  dużej,  bardzo  jasnej  gwieździe,  obok  tej  dużej  migotała 
druga, maleńka. 

-  Kristine, Kristine, jakie to życie było nam pisane... I wtedy przyszły łzy, ciepłe i ciche. 
 
ROZDZIAŁ 18. 
  
Po świętach Mali zaczęła powoli tkać w domu babci. Beret oczywiście dbała, by synowa 

nie miała zbyt wiele wolnego czasu. Ta sama Beret, która dawniej niemal wszystko wyrywała 
jej  z  rąk,  nagle  zmieniła  zdanie.  Teraz  dosłownie  końca  nie  było  temu,  co  Mali  powinna 
zrobić  i  w  domu  i  w  obejściu.  Ale  od  czasu  do  czasu  mogła  się  jednak  na  chwilę  wyrwać, 
kiedy wiedziała, że zrobiła już wszystko tego dnia i że nikt nie będzie miał pretensji. W końcu 
jestem przecież młodą gospodynią, nie niewolnicą, myślała, zamykając za sobą drzwi. 

Godziny spędzane w domu babci Johana były niczym plaster na obolałą duszę Mali. Czuła, 

jak  powoli  się  rozluźnia  w  towarzystwie  staruszki.  I  chociaż  dzieliła  je  naprawdę  znaczna 

background image

różnica wieku, babka w tym domu była jej najbliższa. Z nią może porozmawiać o wszystkim, 
co  do  tego  nie  miała  wątpliwości.  Nigdy  się  też  nie  bała,  że  to,  o  czym  mówią,  może  się 
dostać  do  uszu  innych.  Babka  taka  nie  jest,  to  bardzo  szlachetny  człowiek,  myślała  Mali. 
Zimowe  wichry  szalały  na  dworze,  a  ona  siadywała  w  ciepłej  izbie  i  wyczarowywała  z 
wełnianej  włóczki  najpiękniejsze  wzory  na  makatach  i  narzutach.  Wtedy  czuła,  że  część 
dawnej radości życia wraca do niej. Przynajmniej na krótkie chwile. A stara gospodyni była 
ż

yczliwą przewodniczką, nie szczędzącą pochwał i zachwytów. 

-  Nosisz w sobie wiele piękna. Mali - powiedziała pewnego wieczora, patrząc, jak zręczne 

palce przeciągają kolorowe nici. - Bez tego nie mogłabyś tworzyć takich rzeczy. 

Mali nie od razu odpowiedziała. 
-  Miałam  kiedyś  marzenie  -  powiedziała  po  chwili  cicho.  -  Marzenie  o  czymś  bardzo 

pięknym... Ale potem wszystko poszło nie tak, jak sobie wyobrażałam. - Umilkła na chwilę. - 
doszłam  do  wniosku,  że  życie  różni  się  jednak  od  marzeń.  Człowiek  powinien  trzymać  się 
rzeczywistości - dodała z goryczą w głosie. 

-  Ale marzenie nadal w tobie żyje - powiedziała babka cicho za jej plecami. - Może nawet 

sama o tym nie wiesz, ale ono jest. I teraz tkasz właśnie jego wyobrażenie, prawda? 

Mali uśmiechnęła się. 
-  Czy  kochałaś  dziadka  Johana,  babciu?  -  zapytała  nieoczekiwanie.  -  Rozumieliście  się 

nawzajem? 

Babka dołożyła drew do pieca, a potem wróciła na swoje miejsce. Zastanawiała się długo, 

zanim  odpowiedziała.  Mali  zaczęła  się  niepokoić,  że  może  zapytała  o  coś,  o  co  pytać  nie 
powinna. W końcu to nie jej sprawy. 

-  Owszem, dobrze nam  się razem żyło - powiedziała nareszcie staruszka. - Pod wieloma 

względami dobrze. Ale on był mężczyzną, a mężczyźni tak wielu rzeczy nie rozumieją. Kiedy 
ostatecznie to do mnie dotarło, to już było nam dobrze. Przestałam oczekiwać czegoś, czego 
on i tak nie mógł mi dać - rzekła z westchnieniem. 

Mali odwróciła się i popatrzyła na nią. 
-  A czego nie mogłaś dostać? 
-  Myślę,  że  wiele  z  nas  ma  swoje  marzenia,  Mali  -  wyjaśniła.  -  Ale  jest  tak,  jak  sama 

powiedziałaś, życie bardzo się różni od marzeń, marzenie to jedna sprawa, a dzień powszedni 
druga, i musimy się z tym pogodzić. Ja dostałam męża, przeciwko któremu nic nie miałam, 
mogę  tak  powiedzieć.  I  on  był  dla  mnie  dobry,  pod  każdym  względem  -  dodała  cicho.  - 
Dziadek Johana nigdy na nikogo ręki nie podniósł. Ani na człowieka, ani na zwierzę. Mimo 
to  czasem...  czegoś  mi  brakowało,  za  czymś  tęskniłam.  Z  latami  jednak  tęsknota  zelżała. 
Człowiek  nabywa  doświadczenia,  a  marzenia...  one  są  największe  w  młodości,  trzeba  ci 
wiedzieć. 

-  Ale on nie zabił twoich marzeń? - spytała Mali. 
-  Nie.  Nie  zabił  -  odparła  tamta.  -  Ale  też  nigdy  nie  ofiarował  mi  tego,  czego  bym 

pragnęła. Dało się z tym żyć. Może niezbyt jasno zdawałam sobie sprawę z tego, o czym tak 
naprawdę marzę? 

-  Johan... - Mali znowu pochyliła się nad robotą i zaczęta przeplatać wątek przez osnowę. 

- Ja go nigdy nie kochałam i powiedziałam mu to. On jednak uważał, że mimo to możemy ze 
sobą żyć. W końcu pomyślałam, że może ma rację. Może będziemy mogli żyć, jeśli każde z 
nas  wykaże  dobrą  wolę.  Wierzyłam,  że  chociaż  go  nie  kocham,  to  Johan  jest  dobrym 
człowiekiem. 

Umilkła i nic więcej już nie powiedziała. 
-  On nie jest zły - rzekła babka z naciskiem. 
Mali odwróciła się do niej gwałtownie. Jej ciemnobrązowe oczy gorzały. 
-  To jaki w takim razie jest... skoro zadaje gwałt tam, gdzie powinna być tylko czułość i 

dobro. 

background image

Babka ciężko westchnęła. 
-  On jest po prostu głupi, Mali. Ale to nie tylko jego wina. Wszyscy przyczyniliśmy się do 

tego,  żeby  taki  był,  a  przynajmniej  większość  z  nas  w  tym  domu.  Poza  tym...  -  Umilkła  na 
chwilę.  -  Coś  się  z  Johanem  stało,  kiedy  spotkał  ciebie.  Jestem  przekonana,  że  jesteś  tą 
kobietą,  której  najbardziej  na  świecie  pragnął.  I  kiedy  cię  nie  dostał  od  razu...  kiedy  go 
odrzuciłaś... 

Znowu długo milczała. 
-  Zauważyłam w nim wtedy coś nowego, czego przedtem nie miał, jakąś groźną siłę woli, 

potrzebę  posiadania  innego  człowieka.  Jego  matka  jest  taka,  ale  nigdy  nie  myślałam,  żeby 
Johan...  Boję  się  jednak,  że  i  on  to  w  sobie  nosi.  Uważa,  że  władza  i  majątek  dają 
człowiekowi  prawo  do  rządzenia  innymi,  a  oni  muszą  się  podporządkować.  Nikt  go  nie 
nauczył, że żaden człowiek nikogo posiadać nie może, że nawet zbliżyć się do niego można 
tylko wtedy, kiedy ten drugi chce. Pragnienie bycia razem musi pochodzić z obu stron.  I to 
jest miłość. 

Podniosła się mozolnie, przyniosła kawy i nalała do kubków. 
-  Johan nie jest wcale dużo szczęśliwszy niż ty, Mali. Bo jakkolwiek dziwnie to brzmi, to 

on też miał marzenia. I jemu też się one nie spełniły. Oboje jesteście po prostu ludźmi, którzy 
utracili marzenia, i teraz jedno drugie o to obwinia. A w takim razie człowiek może być tylko 
nieszczęśliwy. 

-  Więc to moja wina? - wybuchła Mali. 
Przecząco  pokręciła  głową,  kiedy  staruszka  chciała  jej  podać  kubek  z  kawą.  Było  jej 

przykro i niedobrze. 

-  Nie, nie, dobrze wiesz, że tak nie myślę. Jest tak, jak mówię, ale naprawdę nie wiem, co 

robić.  Modlę  się  tylko  do  Boga,  żeby  wam  pozwolił  jakoś  z  tym  żyć.  Obojgu.  Żeby  nie 
wyniknęło z tego nieszczęście... 

Nieszczęście to się już stało, pomyślała Mali. Dużo większe już chyba wyniknąć nie może. 
   
W miarę upływu czasu stawało się jasne, że Johan pije coraz więcej. Często chwiał się po 

prostu  na  nogach,  kiedy  wieczorem  przychodził  na  górę.  Mali  zauważyła,  że  Beret  wie  i  że 
znosi  to  bardzo  źle.  Coraz  mocniej  zaciskała  wargi,  wzrok  jej  ciemniał,  ale  nic  nie  mówiła. 
Przynajmniej Mali nie słyszała. 

Pewnego  przedpołudnia  Mali  poszła  po  coś  do  spichlerza  i  już  z  daleka  usłyszała 

docierające stamtąd podniesione, gniewne głosy. Szczelniej otuliła się grubą chustką i stanęła 
za narożnikiem. Domyśliła się, że w spichlerzu Beret rozmawia z Johanem. 

-  Nie życzę tu sobie żadnego pijaństwa - mówiła Beret lodowatym, nakazującym głosem, 

który nie znosił sprzeciwu. - W tym domu nie będziemy tolerować dziedzica upijającego się 
do nieprzytomności tylko dlatego, że był taki głupi i znalazł sobie nieodpowiednią żonę. Bo 
dlatego pijesz, no nie? Bo nareszcie przejrzałeś na oczy, dotarło do ciebie, że zachowywałeś 
się jak głupi baran, kiedy uparłeś się na tę dziewczynę! 

-  Czy to nie wszystko jedno, dlaczego piję? - warknął Johan ostro. - To moja sprawa i nie 

powinnaś się do tego wtrącać. Nie bój się, ani dworu, ani spadku nie przepiję! Nie stracę tego! 

-  No,  żebyś  się  tak  jeszcze  postarał  o  dziedzica!  Bo  widzę,  że  jakoś  ci  się  nie  spieszy. 

Chyba już wiesz, że twoja baba nie może zajść w ciążę pomijając wszystko inne, czego nie 
może  i  nie  umie.  Dostałeś  tę,  której  tak  pragnąłeś,  Johan,  ale  zrobiłbyś  dużo  lepiej,  gdybyś 
przedtem trochę pomyślał. Albo gdybyś słuchał własnej matki - dodała rozgoryczona Beret. 

Mali zawróciła i pobiegła z powrotem do domu. Nie chciała spotkać ani Johana, ani jego 

matki po tej rozmowie. Poszła prosto na poddasze i usiadła na krześle przy oknie. Drżącymi 
rękami otuliła się chustką, w pokoju panował przejmujący ziąb. 

Był  słoneczny  zimowy  dzień.  Wszędzie  mieniły  się  śnieżne  kryształki,  Mali  musiała 

mrużyć  oczy.  Fiord,  który  podczas  mrozów  przed  świętami  pokrył  się  grubą  warstwą  lodu, 

background image

teraz znowu połyskiwał w słońcu. Na tle oślepiającej bieli woda wydawała się czarna. Czy to 
naprawdę jest tak, jak dawała do zrozumienia Beret, że Mali nie może mieć dziecka? Ją też od 
czasu do czasu nawiedzała taka dręcząca myśl, kiedy w nocy, nie śpiąc, leżała obok Johana. 
Bo  chociaż  nie  kochała  męża,  to  bardzo  pragnęła  dziecka.  Maleńkiego,  delikatnego 
człowieczka, któremu mogłaby dać płonącą w niej czułość i miłość. 

Tęskniła do małego dziecka, które mogłoby do niej należeć. Tylko, tylko do niej. 
Chociaż  wina  za  to,  że  nie  mają  dziecka,  może  równie  dobrze  leżeć  po  stronie  Johana, 

pomyślała nagle. Przecież mężczyźni też bywają bezpłodni i to tak samo często jak kobiety. 
Tak  słyszała,  chociaż  nigdy  otwarcie  o  tym  nie  mówiono.  Jeśli  w  jakiejś  rodzinie  nie  było 
dzieci, winą obarczano kobietę. Mężczyzn to nie dotyczyło. 

Mali ani przez chwilę nie wątpiła, że w Stornes tak właśnie jest. I jeśli nie urodzi dziecka, 

jej  życie  tutaj  stanie  się  jeszcze  trudniejsze  do  zniesienia.  Dziecko,  a  najlepiej  syn,  mogło 
udobruchać  wszystkich.  Nawet  Beret,  myślała  Mali.  Najwięcej  jednak  dziecko  by  znaczyło 
dla  niej  samej.  Z  dzieckiem,  którym  trzeba  się  zajmować,  nie  byłaby  tak  beznadziejnie 
samotna.  Jeśli  pozostanie  bezdzietna,  to  z  czasem  zmieni  się  w  bryłę  lodu.  Zimną  dłonią 
otarła zapłakaną twarz. I w końcu pewnie sczeźnie z goryczy i nienawiści, z tęsknoty, z braku 
bliskości i ciepła. Tylko dziecko mogło ją od takiego losu uchronić. 

   
Wyglądało  tak,  jakby  zima  nigdy  nie  miała  dać  za  wygraną.  Kiedy  już  myśleli,  że  idzie 

ocieplenie, mróz uderzał z nową siłą, znowu padał śnieg. Wyraźnie zaczynało brakować pa-
szy dla bydła i Johan już dawno zaczął zwozić na dół siano z górskiego pastwiska. Zresztą o 
wiele wcześniej niż zazwyczaj i obaj z ojcem bardzo się tym martwili. 

Wycinka drewna też szła gorzej przy takich mrozach i przy śniegu, w którym wszystko się 

zapadało.  I  Sivert,  i  Johan  razem  z  dwoma  parobkami  codziennie  trudzili  się  w  lesie.  Na 
posiłki  wracali  śmiertelnie  zmęczeni  i  przemarznięci.  Jedzenia  w  spiżarniach  też  szybko 
ubywało.  Beret  była  wściekła  i  atakowała  domowników  z  byle  powodu.  Solone  śledzie 
podawano  na  obiad  dwa  razy  w  tygodniu,  czego  nikt  nie  lubił.  Później  trzeba  było  już  tak 
oszczędzać, że tylko mężczyźni mogli się najadać do syta i oni też jedli jako pierwsi. Bo to 
oni  wykonywali  o  tej  porze  roku  najcięższe  prace.  Taka  długa  i  surowa  zima  wszystkim 
dawała się we znaki, i ludziom, i zwierzętom. 

W końcu w okolicy pojawiła się zaraza, chorzy mieli gorączkę i straszny kaszel. W Stornes 

najbardziej  cierpiała  babcia  Johana,  kaszel  niemal  bezustannie  wstrząsał  drobnym, 
wychudzonym ciałem i staruszka pluła krwią. Był czas, że poważnie się o nią bali, i posłano 
po doktora, czego przecież nikt nie robił bez wyraźnej potrzeby. Chodziło, jak ludzie mówili, 
o to, żeby „nie znaleźć się w książce", czyli nie zostać wpisanym do lekarskich protokołów. 
Niektórzy  tak  bardzo  się  tego  bali,  że  kiedy  nareszcie  zdecydowali  się  szukać  dla  chorych 
lekarskiej  pomocy,  było  za  późno.  Ale  i  tak  sprawa  dotyczyła  tylko  bogatych,  których  w 
ogóle stać na doktora i leczenie. Reszcie pozostawała nadzieja, że choroba sama przejdzie, i 
najczęściej tak było. Chociaż nie zawsze. 

Mali  częściej  teraz  przebywała  w  domu  babki  niż  normalnie.  Opiekowała  się  staruszką 

najlepiej,  jak  umiała.  Gotowała  jej  pożywne  zupy  i  starała  się  namówić  chorą  do  jedzenia. 
Długie  godziny  spędzała  przy  łóżku,  trzymając  ją  za  rękę.  Łóżko  babki  zostało  zniesione  z 
poddasza  do  izby,  bo  nawet  dla  młodej  osoby  spanie  w  zimnym  pomieszczeniu  było  tej 
mroźnej zimy niebezpieczne. Mali nieraz widziała biały obłok swojego marznącego oddechu, 
kiedy w środku nocy schodziła na dół, by zajrzeć do staruszki. 

Kiedy Mali tak siadywała przy łóżku chorej, opartej o wielkie poduszki, które podkładano 

jej  pod  plecy,  żeby  jej  się  łatwiej  oddychało,  zdała  sobie  sprawę,  ile  babcia  Johana  dla  niej 
znaczy.  Była  jedyną  osobą  w  tym  dworze,  do  której  Mali  żywiła  pozytywne  uczucia,  i 
wiedziała, że bez niej nie dałaby sobie rady. Beret uważała z pewnością, że Mali przesadza z 
tą  opieką  nad  chorą,  ale  nie  odważyła  się  nic  powiedzieć.  Wiedziała,  jak  Sivert  jest 

background image

przywiązany  do  swojej  matki  i  jak  jest  wdzięczny  Mali  za  tę  opiekę.  No  i,  ku  powszechnej 
uldze,  powoli  babka  zaczęła  wracać  do  zdrowia.  Trwało  to  wprawdzie  dosyć  długo,  ale 
niebezpieczeństwo minęło. 

Tuż  przed  Wielkanocą  przyszła  wiosna.  Kiedy  słońce  trochę  ogrzało  ziemię,  wszyscy 

ruszyli  do  roboty.  Płótno,  które  Beret  tkała  przez  wiele  tygodni,  od  Bożego  Narodzenia 
poczynając,  należało  teraz  prać  i  bielić.  Moczyło  się  tkaninę  wielokrotnie  i  rozwieszało  w 
słońcu,  żeby  schła.  Pod  wpływem  promieni  słonecznych  lniane  płótno  blakło,  robiło  się 
bielusieńkie.  Był  to  też  czas  na  wielkie  pranie,  przede  wszystkim  bielizny,  pościelowej  i 
osobistej, ręczników, obrusów i koszul. Przez całą zimę zbierało się biały popiół z lepszych 
gatunków drewna, zmieszany z wodą tworzył ług, bardzo skuteczny środek do prania. Mocno 
zabrudzoną  bieliznę  gotowało  się  z  ługiem  w  dużych  kotłach.  Z  otwartych  drzwi  pralni 
nieustannie buchała gęsta para, a służące wciąż miały zaczerwienione twarze i ręce popękane 
od ciągłego moczenia. Pranie to była naprawdę ciężka i mozolna praca. 

Skórzane  okrycia,  wełniane  kołdry  i  narzuty  wynoszo  na  dwór,  żeby  się  wywietrzyły,  i 

przy  okazji  były  trzepane.  Latem  ludzie  sypiali  pod  lekkimi,  wełnianymi  kołdrami,  ale  w 
mroźną  zimę  potrzebne  były  pierzyny,  kołdry,  narzuty,  koce  i  wszystko,  co  mogło  ogrzać 
ciała śpiących. 

Mali  coraz  bardziej  tęskniła  za  dzieckiem  i  coraz  częściej  zdejmował  ją  strach,  że  może 

macierzyństwo nie będzie jej dane. 

Jej  stosunki  z  Johanem  w  ciągu  zimy  nie  uległy  poprawie.  Żyli  obok  siebie,  samotni, 

rozgoryczeni,  nieszczęśliwi.  Johan  pił  nadal,  ale  nie  tak,  żeby  to  w  jakikolwiek  sposób 
rzutowało  na  jego  pracę.  Mali  zauważyła,  że  najczęściej  ją  brał,  kiedy  był  dobrze 
podchmielony,  jakby  po  trzeźwemu  nie  był  w  stanie  niczego  zdziałać.  Na  szczęście  nie 
zdarzało się to już tak często jak na początku. Widocznie i to utraciło blask nowości, nawet 
dla niego, myślała. Tak chyba musiało być, skoro zawsze robił to wbrew jej woli i nigdy nie 
został życzliwie przyjęty. Bo tak było od początku i tak pewnie będzie zawsze. 

-    Cholerna  baba!  -  syknął  pewnego  wieczora  nad  jej  głową.  -  Dlaczego  ty  nie  możesz, 

chociaż jeden jedyny raz... 

Potem stoczył się z niej na posłanie i zaczął płakać, głośno, ze szlochem. Mali odsunęła się 

jak  najdalej,  do  samej  krawędzi  łóżka.  Rozumiała,  że  Johan  jest  niezadowolony  i 
niezaspokojony, ale ona odczuwała to samo. W takich chwilach, kiedy pozwalał jej zobaczyć 
choćby  część  swojego  nieszczęścia  i  upokorzenia,  w  duszy  Mali  pojawiał  się  bardzo 
nieśmiały płomyk czegoś, co mogło przypominać współczucie. Mimo to nigdy ręki do niego 
nie wyciągnęła. Przecież i tak nie mam mu, biedakowi, nic do ofiarowania, myślała. 

Kiedy zima nareszcie wypuściła świat ze swojego mroźnego uścisku, przyroda dosłownie 

eksplodowała  jasną  zielenią,  szumem  wód  i  wiosennymi  zapachami.  Wszystko  było  jak 
wymyte,  ziemia  i  powietrze,  ludzkie  siedziby  i  pola.  Słońce  raziło  w  oczy,  kiedy  Mali, 
zapracowana,  biegała  między  domem,  spichlerzem  i  pralnią.  Złe  nastroje  się  ulotniły  i  Mali 
mogła  na  przykład  stanąć  nad  strumykiem  za  pralnią,  w  którym  płukało  się  bieliznę, 
zasłuchana  w  radosny  szmer  wody.  Albo  ogarniała  wzrokiem  zieleniejące  pola  i  drzewa. 
Powoli ciepło wracało do jej zamrożonego ciała i dawało jakąś niezwykłą odwagę. Tak bywa 
tylko  na  wiosnę.  To  ona  daje  nowe  życie  i  nową  nadzieję,  stwierdzała  Mali.  Ale  i  bolesną 
tęsknotę.  Bo  tęsknota  i  marzenia  Mali  nie  opuściły,  wiedziała  o  tym  bardzo  dobrze  w  te 
wiosenne dni. 

 
ROZDZIAŁ 19. 
  
Był pierwszy tydzień lipca i panowała najpiękniejsza letnia pogoda. Okna w izbie na górze 

stały  otworem.  Mali  włożyła  kraciastą  bluzkę  z  krótkimi  rękawami,  a  czepek  zostawiła  w 
szafie na strychu. Jej twarz i ramiona były brunatne od słońca. Dokładnie takie jak w czasie 

background image

wesela  w  Gjelstad,  kiedy  widziałem  ją  po  raz  pierwszy,  myślał  Johan,  spoglądając  na  nią 
ukradkiem. Niedługo będzie rok, jak się pobrali, ale nic z tego, o czym Johan marzył, się nie 
spełniło. Szczęśliwy w każdym razie nie był, chociaż dostał tę, której pragnął. Ona zresztą też 
chyba  szczęśliwsza  nie  jest,  przyszło  mu  do  głowy.  Tylko  że  po  niej  tego  nie  widać,  w 
każdym  razie  na  pierwszy  rzut  oka.  Bo  jeśli  przyjrzeć  się  uważniej,  to  jednak  widać,  że 
spojrzenie  jest  mroczne,  bez  życia,  i  że  Mali  schudła  przynajmniej  kilka  kilogramów.  Poza 
tym jednak była, o ile to możliwe, jeszcze ładniejsza, niż kiedy Johan prowadził ją do ołtarza. 
I pożądał jej tak samo jak przedtem, był chory z tęsknoty, by ją nareszcie mieć. Bo przecież 
nigdy do niego jeszcze nie należała. I zaczynało do niego docierać, że pewnie nigdy należeć 
nie będzie. Babcia miała rację, kiedy próbowała mu powiedzieć, że Mali nigdy go nie zaprosi 
do raju. 

 
Ane nakryła do kawy na dworze. Coś takiego zdarzało się nieczęsto, ale  w to słoneczne, 

bezwietrzne popołudnie  wszyscy siedzieli na ławach z kubkami kawy w  rękach i ciastkami. 
Nawet  babka  do  nich  wyszła.  Okryła  się  szydełkową  chustką,  na  wypadek  przeciągu,  jak 
powiedziała,  i  raz  po  raz  spoglądała  ku  wysokim  górom  na  horyzoncie.  Tego  dnia  jednak 
nawet jednej chmurki nie było na całkowicie czystym niebie. 

Również Sivert i Johan dali sobie czas, żeby posiedzieć ze wszystkimi. Na ogół tego czasu 

nie  mieli,  ani  na  kawę,  ani  na  rozmowy,  ledwo  zdążyli  szybko  coś  zjeść  podczas  posiłków. 
Trawa  wyrosła  wysoka  i  soczysta,  i  wszystko  wskazywało  na  to,  że  dziesiątego  lipca  będą 
mogli rozpocząć sianokosy. Zaczęli już kosić koło domu, ale powszechne sianokosy powinny 
się  zaczynać  w  drugim  tygodniu  lipca,  właśnie  dziesiątego,  jeśli  akurat  nie  wypadała 
niedziela.  Bo  w  Stornes  pamiętano,  by  dzień  święty  święcić.  W  ogóle  ludzie  byli  bardziej 
pobożni,  niż  można  by  z  pozoru  sądzić.  Dziękowano  Bogu  za  to,  co  dawał,  i  proszono  o 
błogosławieństwo w zbiorach i plonach.  Dla jednych była to tradycja,  w której wyrastali od 
dzieciństwa, ale dla Siverta i jego matki Bóg to sprawa najważniejsza w życiu. 

W tym roku początek sianokosów wypadał w poniedziałek, nie może być lepiej. W Stornes 

wszystko odbywało się według planu. Dopóki nie przewróciła się drabina. 

Beret od dawna narzekała, że nad węgłem spichlerza osy zrobiły sobie gniazdo. Domagała 

się, żeby je usunąć, i któregoś dnia powiedziała Sivertowi, że już dłużej czekać nie może. Osy 
są  wyjątkowo  natrętne  i  rozwścieczone,  służące  nieraz  uciekały  ze  spichrza,  jakby  im  sam 
diabeł deptał po piętach. Ingeborg upuściła na ziemię miskę ze śledziami, wszystko rozleciało 
się dookoła. Więcej takiego dziadostwa Beret nie zniesie. Osy trzeba usunąć. 

-    Dobrze,  niech  parobcy  się  tym  zajmą  w  czasie  podwieczorku  -  powiedział  Sivert  przy 

obiedzie. - Raz trzeba zrobić porządek i niech się już skończy gadanie o tych osach w środku 
najgorętszych sianokosów. Ech, te baby - dodał z westchnieniem, ocierając spoconą twarz. 

Było to cztery dni temu. 
Gudmund  i  Olav  przynieśli  długą  drabinę  i  worek,  do  którego  mieli  wrzucić  gniazdo. 

Potem Beret zajmie się spaleniem worka i jego zawartości. Osy znikną raz na zawsze. Stało 
się  jednak  tak,  że  kiedy  Gudmund  znalazł  się  na  szczycie  drabiny  i  zaczął  się  mocować  z 
gniazdem,  nagle  spadł  mu  na  głowę  rój  rozwścieczonych  owadów.  Przerażony  zaczął  się 
oganiać, stracił oparcie  dla stóp i razem z drabiną runął na ziemię. Olav, który  stał na dole, 
ż

eby trzymać chwiejną drabinę, znalazł się pod nim. Zrobiło się straszne zamieszanie i trzeba 

było czasu, by Gudmund pojął, że zrobił sobie poważną krzywdę. Stopę miał jakoś dziwnie 
wykrzywioną, nie dawał się dotknąć i jęczał z bólu. Sivert, który go obejrzał, uznał, że nie ma 
rady, trzeba wzywać doktora. - Chłopak ma chyba złamaną nogę - powiedział, co się, niestety, 
okazało prawdą. 

Gudmunda  zabrali  do  ośrodka  zdrowia,  po  czym  miał  pojechać  do  domu.  Doktor 

powiedział, że do pracy nie wróci przed jesienią, bo złamanie jest paskudne. 

background image

Olav  wyszedł  z  wypadku  niemal  obronną  ręką,  choć  i  on  narzekał  na  ból  w  barku,  miał 

otarcia  na  kolanach  i  na  głowie.  On  też  przez  jakiś  czas  nie  będzie  mógł  pracować,  teraz, 
kiedy  tak  bardzo  potrzebują  pomocy.  Sivert  próbował  znaleźć  gdzieś  dodatkowych 
robotników,  ale  to  beznadziejne.  Wszyscy,  którzy  przez  większą  część  roku  szukali  pracy, 
zdążyli  się  już  dawno  zatrudnić  na  lato  w  innych  dworach.  Dlatego  w  ostatnich  dniach  w 
Stornes nastrój nie był najlepszy. A to początek sianokosów. Mieli za mało rąk do pracy, nie 
zdołają  zgromadzić  takiego  zapasu  siana,  jakiego  gospodarstwo  potrzebuje,  nawet  jeśli 
Ingeborg i Ane będą pomagać przy sianie. Poza tym Ane ma pracować na górskim pastwisku. 
Pod koniec miesiąca pójdzie tam z bydłem, więc tutaj na nią też nie można liczyć. 

Kopanie  w  twardej  ziemi  dołków,  potrzebnych  do  ustawienia  specjalnych  stojaków  do 

suszenia siana, wymagało siły i doświadczenia. Służące mogły co najwyżej skoszoną trawę na 
nich wieszać, co też do lekkich prac nie należy. No i w dodatku żadna z nich nie chciała tego 
robić. 

-    Zostałyśmy  zgodzone  do  pracy  w  domu  -  oburzała  się  Ane  do  Ingeborg,  kiedy  Sivert 

polecił im pomagać tam, gdzie teraz jest najpilniejsza robota. - Jak kryzys, to kryzys, wszyscy 
muszą  się  przyłączyć  -  powiedział.  Ingeborg  miała  się  więc  na  baczności  i  głośno  już  nie 
protestowała, przynajmniej wówczas, kiedy Sivert albo Johan mogli to słyszeć. 

  
Beret pierwsza zauważyła obłok kurzu na drodze. 
-  Coś mi się zdaje, że na dodatek będziemy mieć Cyganów w stodole - powiedział Sivert, 

widząc, że wyładowane wozy zbliżają się do dworu. 

-  Nie  musimy  się  tym  martwić  -  odparła  Beret.  -  To  nawet  dobrze,  że  przyjechali,  bo 

mamy  dla  nieb  mnóstwo  zajęcia.  Tyle  kuchennych  naczyń  wymaga  reperacji,  i  kociołek  do 
kawy,  i  garnki,  które  już  mają  takie  cienkie  dna,  że  zaraz  zaczną  przeciekać,  i  patelnie  do 
wafli, a przecież latem robi się ich dużo. Poza tym kosy, które trzeba klepać co wieczór. Ty i 
Johan moglibyście się zajmować czym innym. Nie, naprawdę nie mogli przyjechać w lepszej 
porze. 

-  Trzeba też naostrzyć nożyce do owiec - przypomniała babka. - Będzie jak znalazł przy 

następnym strzyżeniu. 

Mali  słuchała  tego  z  dziwnym  skurczem  żołądka.  Przypominała  sobie  cygański  tabor, 

który zatrzymał się w Gjelstad prawie rok temu, i czuła, że się rumieni. Pospiesznie spuściła 
wzrok.  Nie  zapomniała  Jo,  wysokiego,  ciemnoskórego  Cygana,  który  miał  najpiękniejsze 
oczy, jakie kiedykolwiek widziała, szarozielone ze złotymi plamkami. Tego, który pomógł jej 
dźwigać  kosz  z  praniem  i  powiedział,  że  jest  bardzo  ładna.  Wyprostowała  się  i  nerwowym 
ruchem sięgnęła po ciastko, choć wcale nie miała na nie ochoty. Ech, tyle cygańskich taborów 
krąży po kraju, pomyślała, dlaczego miałby to akurat być ten sam, który poznała w Gjelstad? 

Zobaczyła  go  natychmiast,  gdy  tylko  zeskoczył  z  wozu,  i  wtedy  jakby  ją  ktoś  zaciśniętą 

pięścią uderzył w pierś, nie mogła złapać tchu. Sivert wstał, uścisnął rękę, którą wyciągał do 
niego przybysz. 

-  Wędrowny lud, jak widzę, nas odwiedza? - powiedział. 
-  Otóż to - potwierdził Cygan. - Jestem Jo, ludzie często mówią o mnie Cygan Jo. Myślisz, 

ż

e moglibyśmy zatrzymać się na noc  czy dwie  w waszej stodole? Jest koło dziesięciu osób, 

małych i dużych. No i konie, rzecz jasna - wyjaśnił. 

Beret wstała, rzeczowa jak zawsze, ale dość życzliwa. 
-  Miejsca  w  stodole  jest  dość  -  powiedziała.  -  I  roboty  też  mamy  dla  was  na  wiele  dni. 

Dobrze, że przyjechaliście - dodała, jak na nią bardzo przyjaźnie. 

Rozejrzała się, czy nie ma w pobliżu którejś służącej, ale żadnej nie było. 
-  Ty, Mali, będziesz musiała im pokazać, gdzie mogą się rozłożyć - rzekła krótko. 
Mali  wstała  i  podniosła  wzrok.  Przez  nieskończenie  długą  chwilę  patrzyła  w  te  oczy, 

których  nigdy  nie  zapomniała.  Jo  wyciągnął  do  niej  rękę,  a  ona  nie  miała  odwagi  jej  nie 

background image

przyjąć.  Dotyk  tego  mężczyzny  wprawił  jej  ciało  w  drżenie.  Na  moment  przeraziła  się,  że 
Cygan  przypomni  ich  znajomość,  choć  nie  bardzo  rozumiała,  jakie  by  to  mogło  mieć 
znaczenie. Znaczenia nie ma żadnego, żebym tylko nie była taka dziwnie słaba, myślała. Jo 
ujął jej rękę dokładnie tak samo jak za pierwszym razem i spojrzał na nią tymi szarozielonymi 
oczyma. Niepokój przenikał jej ciało, cofnęła rękę i skinęła głową. 

-  Po prostu jedźcie za Mali - poleciła Beret. - A ja potem przyślę służącą z robotą. 
Mali czekała, bo Jo poszedł do swoich i coś im tłumaczył. Próbowała zobaczyć, kto tym 

razem  jest  w  taborze,  czy  przyjechał  też  ktoś  z  tych,  których  spotkała  w  Gjelstad.  Gdyby 
miała  być  tak  do  końca  szczera,  to  musiałaby  przyznać,  że  szczególnie  interesuje  ją  jedna 
osoba,  ciemnowłosa  kobieta  z  dzieckiem  na  rękach.  Nigdzie  jednak  jej  nie  zauważała.  Jo 
wrócił do niej i ruszyli w stronę stodoły, a tabor wolno jechał za nimi. Kiedy znaleźli się dalej 
od domu i ludzi siedzących przy kawie, Jo jeszcze raz na nią popatrzył. 

-  A  więc  znowu  się  spotykamy,  Mali  -  rzekł  cicho.  -  Powinnaś  wiedzieć,  że  ja  cię  nie 

zapomniałem. 

-  Ilu kobietom powiedziałeś to samo od tamtego czasu? - spytała dość ostro i zarumieniła 

się z powodu własnej śmiałości. 

-  Niewielu - odparł ze śmiechem. - Ty, jak widzę, nie masz zbyt dobrego wyobrażenia o 

mężczyznach,  co?  W  tym  roku  pracujesz  tutaj  -  rzekł  poważnie,  kiedy  nie  odpowiadała  na 
tamto pytanie. 

Potrząsnęła  przecząco  głową  tak  mocno,  że  warkocz  opadł  jej  na  plecy.  Kiedy  Jo  go 

chwycił, wyrwała mu się. 

-  Boisz się mnie? - spytał. 
Chciała powiedzieć, że tak, boi się go, ale nie tak bardzo jak samej siebie. Coś jej mówiło, 

ż

e  powinna  się  trzymać  z  daleka  od  tej  stodoły,  dopóki  on  tutaj  będzie.  A  zarazem 

zastanawiała  się,  jakich  powinna  szukać  pretekstów,  żeby  go  widywać,  i  naprawdę  nie 
umiałaby powiedzieć, dlaczego jej tak na tym zależy. 

-  Co w takim razie robisz w tym dworze, skoro nie wynajęłaś się do pracy? 
Szedł bardzo blisko niej. Za blisko, przemknęło jej przez myśl. 
-  Wyszłam za mąż za tutejszego dziedzica - bąknęła. - Za Johana Stornesa. 
Przez krótką chwilę Jo się nie odzywał. Mali nie miała odwagi na niego spojrzeć. 
-  To wyszłaś za mąż po tym, jak widzieliśmy się ostatnio - rzekł bardziej do siebie niż do 

niej.  -  Zostałaś  gospodynią  wielkiego  dworu.  Wielu  musiało  ci  tego  zazdrościć,  w  tych 
stronach ludzie tacy są. 

Mali milczała. Pospiesznie upinała warkocz. 
-  Ale tego Johana Stornesa to ja dobrze rozumiem - powiedział Jo spokojnie. 
-  Nie  powinieneś  tak  mówić  -  zaprotestowała  Mali.  -  Nie  masz  prawa.  Wcale  mnie  nie 

znasz i... I ja jestem mężatką - dokończyła jakoś beznadziejnie. 

Potem napotkała jego szarozielony wzrok i nie miała już żadnych wątpliwości, że zaczyna 

się pogrążać w jakąś otchłań. Boże drogi, myślała zrozpaczona. Co się ze mną dzieje? 

-  Tak,  teraz  się  domyślam,  że  jesteś  mężatką  -  powiedział  Jo  i  obrzucił  ją  spojrzeniem, 

którego nie rozumiała. 

Wróciła  ze  stodoły  tak  szybko,  jak  tylko  mogła.  Tamto  spojrzenie  wciąż  paliło  jej  plecy 

przez  całą  drogę  do  domu.  Kiedy  znalazła  się  już  poza  zasięgiem  wzroku  ludzi  ze  stodoły, 
przystanęła,  oddychała  ciężko,  skrajem  fartucha  ocierała  spoconą,  rozgorączkowaną  twarz. 
Pulsowało jej w skroniach i w uszach, jakby krew w jej ciele była głęboko zamrożona i nagle 
teraz  odtajała  i  zaczęła  dudnić  w  żyłach  niczym  woda  na  wiosnę,  kiedy  lód  już  spłynie. 
Powoli  zdołała  się  jakoś  uspokoić.  Muszę  trzymać  się  od  niego  z  daleka,  myślała,  mimo  to 
wiedziała,  że  nie  będzie  w  stanie  tego  zrobić.  Będzie  się  za  nim  rozglądać,  kiedy  tylko 
wyjdzie  z  domu  i  znajdzie  się  na  dziedzińcu.  Tylko  po  to,  żeby  go  zobaczyć,  myślała. 
Dotychczas nie wierzyła, że istnieją tacy mężczyźni jak Jo. 

background image

  
To  Johan  wpadł  na  ten  pomysł.  Siedzieli  przy  kolacji,  gdy  nagle  spojrzał  na  ojca  i 

powiedział: 

-   A  gdyby  tak  zapytać  jednego  z  nich,  tego  Cygana  Jo,  czyby  nie  został  u  nas  kilka 

tygodni, nie najął się u nas? Jest silny, wygląda na robotnego, zna się na wielu rzeczach. Z je-
go pomocą skończymy sianokosy i nie będzie tak źle. 

Nie, nie, chciała zawołać Mali. On nie może tu zostać! - Każdy, tylko nie on! Sivert jednak 

był innego zdania, 

-   No,  masz  rację,  synu  -  powiedział  z  przejęciem.  -  Gdybyśmy  mieli  jeszcze  jednego 

chłopa do pomocy, to damy sobie radę. Nie wiem tylko, jakie oni mają plany w tych swoich 
wędrówkach  po  kraju,  ale  przecież  reszta  mogłaby  sobie  jechać,  a  potem  po  niego  wrócą. 
Dobrze mu zapłacimy, niech no tylko się zgodzi, a wybawi nas z kłopotu. 

Sivert  wstał,  zanim  jeszcze  zjadł  do  końca.  Było  to  tak  niezwykłe  zachowanie,  że  nawet 

Beret go nie powstrzymała. 

-   Idziemy  do  niego,  Johan!  -  zawołał  ożywiony.  -  Możliwe,  że  znalazłeś  rozwiązanie 

naszych kłopotów! 

Kiedy wyszli, Mali długo patrzyła w ślad za nimi. 
Dwa dni później cygański tabor ruszył na dalszą wędrówkę, ale Jo został w Stornes. Sivert 

i Johan byli bardzo zadowoleni z umowy. Cygan miał się wprowadzić na pięterko nad pralnią, 
gdzie  mieszkał  Olav,  i  zająć  miejsce  Gudmunda.  Zgodził  się  pracować  przy  sianokosach  i 
robić  wszystko,  co  trzeba,  w  gospodarstwie,  dopóki  będą  go  potrzebować  albo  dopóki  jego 
tabor nie wróci, aby go zabrać. Nikt dokładnie nie wiedział, kiedy to może nastąpić, to pewnie 
zależy  od  wielu  rzeczy,  domyślał  się  Sivert.  Może  któregoś  dnia  pod  koniec  miesiąca...  a 
może później. Sivert przypieczętował umowę uściskiem ręki i powiedział, że wszystko jest w 
porządku. Przyjadą, kiedy  im będzie pasować, Jo zostanie do tego czasu  we dworze, roboty 
jest pod dostatkiem. 

-   Jeżeli  wrócą  dopiero  z  końcem  lipca  albo  jeszcze  później,  to  zbierzemy  całe  siano  na 

dolnych  łąkach  -  powiedział  do  Johana.  -  A  jak  się  pogoda  utrzyma,  to  zdążymy  też  skosić 
trawę na halach. 

Nabijał fajkę i uśmiechał się bardzo zadowolony. Wszystko zaczynało się układać. 
-  No, muszę powiedzieć, synu, że nie przegapiłeś okazji - rzekł i po męsku uderzył Johana 

w ramię. - Lepszego wyjścia byśmy nie znaleźli. 

Johan  nie  potrafił  ukryć  radości  z  ojcowskiej  pochwały,  tym  bardziej,  że  sam  też  był  z 

siebie zadowolony. Nie co dzień potrafił tak pomyślnie załatwić sprawy gospodarstwa. Nawet 
matka kiwała głową z uznaniem. 

Jo dostał miejsce na samym końcu stołu. To dziwne, myślała Mali, jak bardzo zmienił się 

nastrój,  kiedy  zamieszkał  we  dworze.  Wynikało  to  przede  wszystkim  z  tego,  że  nic  już  nie 
zagrażało  zbiorom,  mimo  że  parobcy  się  pochorowali,  ale  nie  tylko  z  tego.  Razem  z  Jo 
pojawił  się  śmiech,  rozmowy  i  życzliwe  słowa.  I  wyglądało  na  to,  że  potrafił  tym  zarazić 
wszystkich. Nawet Beret! 

-  Świetna z ciebie gospodyni, Beret Stornes - powiedział zaraz na początku Jo i patrzył na 

nią  roześmiany.  -  Radzisz  sobie  dużo  lepiej  niż  większość  kobiet  na  twoim  miejscu.  A 
pamiętaj, że znam mnóstwo wielkich dworów - dodał. - Wiem, o czym mówię. 

Mali  po  raz  pierwszy  widziała  rumieniec  na  twarzy  Beret.  Tak  ją  zaskoczyły  słowa 

Cygana, że upuściła widelec. Nie ulegało wątpliwości, że bardzo sobie ceni pochwałę. 

-  E tam - bąknęła, wpatrując się w talerz. - Pracuję tylko, jak mogę najlepiej. - Po czym 

podsunęła Jo półmisek z mięsem i zachęcała, żeby się częstował bez skrępowania. Było to tak 
do  niej  niepodobne,  że  Mali  musiała  się  uśmiechnąć.  Zwykle  Beret  bardzo  uważała,  żeby 
ludzie  jedli  jak  najwięcej  ziemniaków,  a  z  mięsem  to  raczej  oszczędnie.  Skoro  nawet  ona 
rozpromienia  się,  słysząc  dobre  słowo,  to  dlaczego  nie  rozumie,  że  wszystkim  we  dworze 

background image

byłoby lepiej, gdyby sama stosowała tę taktykę i nie pokrzykiwała tak z byle powodu? Może 
jednak  i  to  się  zmieni  podczas  pobytu  Jo  w  Stornes?  Jo  bowiem  jest  człowiekiem,  który 
wydobywa z ludzi  dobre  cechy,  życzliwość,  troskliwość i uśmiech. Pod tym względem był 
zupełnie niepodobny do mężczyzn, których Mali dotychczas znała. 

Ingeborg  i  Ane  rywalizowały  ze  sobą  i  prześcigały  się  w  uśmiechach  do  niego,  co  Jo 

odwzajemniał komplementami. One rumieniły się po korzonki włosów i z przejęcia potykały 
się  o  własne  nogi.  Mali  zauważyła,  że  i  babka  przygląda  mu  się  z  uśmiechem.  Jej  również 
okazywał wielki szacunek i uprzejmość. 

-  U  nas,  w  cygańskich  rodach,  starzy  cieszą  się  wyjątkową  czcią  -  powiedział  któregoś 

dnia przy stole. - Oni żyją najdłużej i wiedzą najwięcej. Warto słuchać starych ludzi, bo oni 
uczyli się w szkole życia. 

Babka z aprobatą kiwała swoją siwą głową. 
-  Jak  na  kogoś  tak  młodego,  ty  także  nauczyłeś  się  już  bardzo  dużo  -  powiedziała.  -  Ile 

właściwie masz lat? 

-  Na Boże Narodzenie skończę dwadzieścia pięć - odparł. 
-    I  jeszcze  nie  masz  żony?  -  zdziwiła  się  babka.  -  Myślałam,  że  u  was  ludzie  wcześnie 

zakładają rodziny. A może należysz do takich, którzy wyznają zasadę, że co strona, to żona? 

Na  twarzy  Jo  pojawił  się  smutny  grymas.  Cygan  nie  zaraz  odpowiedział.  Staruszka  to 

zauważyła i najwyraźniej zrobiło jej się przykro. 

-  Nie miałam nic złego na myśli, Jo - powiedziała. - Nie chciałam cię urazić, uwierz mi. 

Ale taki urodziwy mężczyzna jak ty... 

-  Doświadczyłem  już  trochę  w  życiu  -  odparł  Jo  pospiesznie,  ale  niczego  w  szczegółach 

nie wyjaśniał. 

Przez jakiś czas jedli w milczeniu. 
Mali zdała sobie sprawę, że jest kompletnie odmieniona, jakby to jakaś inna osoba zamiast 

niej chodziła po domu Nagle zaczęła z radością witać każdy nowy dzień. Przerażało ją to, bo 
bardzo dobrze wiedziała, dlaczego tak jest. Spotykać Jo w domu, patrzeć na niego, spotykać 
jego spojrzenie ponad stołem, a nawet dotykać go niby przypadkiem przy nalewaniu  kawy,  
wszystko  to  wywoływało  gorące  dreszcze  w  jej  ciele.  Od  czasu  do  czasu  stwierdzała,  że  Jo 
wodzi za nią wzrokiem. Wtedy powracało to niezwykłe uczucie, że się zapada, pogrąża się w 
otchłań, robiła się czerwona. 

Nie  powinno  tak  być,  myślała.  Jo  nie  jest  dla  mnie.  Ja  mam  męża.  Mimo  to  nie  była  w 

stanie tłumić kiełkujących w niej uczuć. Po raz pierwszy wiedziała, że żyje, pierwszy raz od 
okresu dorastania krew zaczynała się w niej burzyć. 

-  No i co z tego - powtarzała sobie raz po raz głośno i z uporem. - On przecież zostanie u 

nas kilka tygodni. Nie taki znowu grzech, że pozwalam sobie na marzenia, dopóki tu jest. Co 
znaczy kilka tygodni wobec całego życia? 

Poza  tym  nie  robiła  przecież  nic  złego.  Nic  naprawdę  złego,  usprawiedliwiała  się.  Johan 

nie ma pojęcia, co czuje jego żona. A zresztą między nimi i tak nie może już być gorzej, więc 
jeśli o to chodzi, to Mali spokojnie może się oddawać marzeniom. 

Któregoś  dnia  po  obiedzie,  kiedy  poszła  do  pralni,  w  drzwiach  nieoczekiwanie  stanął  Jo. 

Mali  patrzyła  na  niego  zaskoczona.  Mężczyźni  zwykli  odpoczywać  po  obiedzie  jakieś  pół 
godziny,  zanim  znowu  trzeba  będzie  iść  do  roboty.  Sivert  na  sofie  w  izbie,  z  gazetą  nad 
głową,  Johan  obok  w  dużym  fotelu.  Przy  ładnej  pogodzie  parobcy  chętnie  kładli  się  na 
dworze,  w  cieniu,  jeżeli  padało,  siedzieli  po  prostu  w  izbie.  Mali  nie  spodziewała  się,  że 
akurat teraz któryś się tutaj zjawi. A już zwłaszcza Jo... 

-  Tutaj  się  chowasz  -  powiedział  z  uśmiechem.  -  A  ja  się  zastanawiałem,  gdzieś  to  się 

podziała. 

Stał  i  patrzył,  jak  Mali  długim  drążkiem  miesza  bieliznę  w  kotle.  Na  palenisku  płonął 

ogień,  było  bardzo  gorąco  i  Mali  odpięła  górne  guziki  bluzki.  Teraz  nerwowo  próbowała  je 

background image

zapinać. Jo roześmiał się. Po kilku dniach przy sianokosach był jeszcze bardziej smagły niż 
przedtem. 

-  Mnie  nie  przeszkadza  kilka  odpiętych  guzików  -  powiedział  spokojnie.  -  Jeśli  to  z 

mojego powodu tak się spieszysz, żeby je pozapinać. 

Nagle  Mali  przyszło  do  głowy,  że  dokładnie  w  takiej  samej  sytuacji  spotkała  po  raz 

pierwszy  Johana.  To  też  było  w  pralni,  a  ona  pociła  się  nad  wielkim  kotłem.  Wtedy 
najbardziej  ze  wszystkiego  pragnęła,  żeby  Johan  już  sobie  poszedł,  był  pijany,  wydawał  jej 
się głupi. Tym razem miała nadzieję, że czas się zatrzyma i Jo nigdy stąd nie odejdzie. 

-  Przyszedłem po suche skarpetki - powiedział Jo. - Przed obiadem byłem na mokradłach 

za murkiem i kompletnie przemoczyłem nogi. 

Dopiero  teraz  Mali  zwróciła  uwagę,  że  Jo  jest  bosy,  zastanawiała  się,  co  zrobił  z  tymi 

przemoczonymi skarpetami. Prawdopodobnie któraś ze służących się nimi zajęła i już dawno 
wypłukała  w  strumieniu,  a  potem  rozwiesiła  do  suszenia.  Jeżeli  sam  tego  nie  zrobił.  Był 
mężczyzną,  którego  można  o  to  podejrzewać.  Zresztą  tacy  jak  on  uważają  za  zupełnie 
naturalne, że kobiety na ich widok tracą głowy i prześcigają się w usługach. 

-  No to zostałaś wydana za mąż do Stornes, Mali - powiedział teraz wolno. 
-  Kupiona  do  Stornes  -  wyrwało  jej  się,  zanim  zdążyła  pomyśleć.  Zarumieniła  się 

gwałtownie. 

Bardzo długo Jo stał i po prostu na nią patrzył. Bez słowa. 
-  To  dlatego  masz  zawsze  takie  smutne  oczy  -  rzekł  w  końcu  z  westchnieniem.  -  Bo 

szczęśliwa to tu chyba nie jesteś? 

-  To moja sprawa - ucięła Mali. 
Nagle  jej  oczy  napełniły  się  łzami.  Odwróciła  się  pospiesznie,  żeby  Jo  nie  widział. 

Podskoczyła, czując na karku jego ciepłą dłoń. Objął ją i odwrócił ku sobie. Coś jej mówiło, 
ż

e  nie  powinna  mu  na  to  pozwalać.  Mimo  to  stała  bez  ruchu,  jak  wryta.  Jo  obiema  rękami 

objął jej głowę i popatrzył głęboko w oczy. Nie była w stanie znieść jego spojrzenia, patrzyła 
więc w dół, pod nogi. Łzy wolno spływały jej po twarzy. Kiedy musnął jej wargi, jęknęła. To 
szaleństwo, przemknęło jej przez głowę. Otworzyła oczy i popatrzyła na Jo. Jego twarz była 
tuż obok, ciepły oddech pieścił szyję. 

-  Mali - szeptał cicho. - Mali, Mali. 
Nikt przedtem tak nie wymawiał mojego imienia, pomyślała. Nikt mnie tak nie dotykał jak 

on. Kiedy znowu poszukał jej ust, nie protestowała. Jo objął ją w pasie, przyciągnął do siebie 
i całował. 

Teraz umieram, pomyślała Mali. Tak musi się czuć człowiek, który umiera. 
Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  palce  wplotła  w  jego  potargane  włosy.  Kolana  się  pod  nią 

uginały, pulsowało w dole brzucha. Nagle gdzieś trzasnęły drzwi i Mali drgnęła. Wyrwała się 
z jego objęć i odskoczyła kilka kroków. Serce biło jej tak, że ledwo mogła oddychać. 

-  To... to szaleństwo - wyszeptała zdyszana. - Ja... To nie powinno się było stać. 
-  Tak, człowiek robi czasem rzeczy, których nie powinien. Ale to moja wina. 
Wyminął ją i poszedł na górę. 
Mali otarła wierzchem dłoni spoconą twarz i wyszła z pralni. Za nic na świecie nie chciała 

tam  być,  kiedy  on  znowu  zejdzie  na  dół.  Obeszła  budynek  i  ukucnęła  na  płaskim  kamieniu 
nad strumykiem. Powoli nabierała chłodnej wody w dłonie i obmywała rozpaloną twarz. 

Co się ze mną dzieje, myślała ogarnięta paniką. Boże, ja nad tym nie panuję. Nigdy czegoś 

takiego nie odczuwałam. 

Jakby ją ktoś pozbawił wszelkiej siły, kręciło jej się w głowie od gwałtownego pożądania. 
Boże drogi, ja nad tym nie panuję, powtarzała w duchu, zrozpaczona. Nie panuję nad sobą!