background image

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY

Nuda Pierścieni

Ten Pierścień niezrównany elfy wykonały

I rodzone matki zań by dziś sprzedały. 

Władca cieni, śmiertelnych i wszelkiego stwora 

Ten ścichapęk siłą daje, lecz zmienia w potwora. 

Moc potężną kryje w sobie ów jeden, Jedyny. 

I pozwala niezwykle dokonywać czyny. 

Rozbity czy popsuty, naprawić się nie da. 

Znaleziony odesłać (za pobraniem) do Sorheda.

Słysząc takie kiepskie wiersze  i mając na  głowie  upierdliwego Czarodzieja wystawiającego mu walizki na  próg, co 

ma  robić  biedny  chochlik,  pomyślał  Frito.  Nie  ma  innego  wyjścia  -  musi  ruszyć  w  drogę,  na  spotkanie  takich 

niewiarygodnych  niebezpieczeństw,  jak  kiepskie  bary  szybkiej  obsługi,  nurkujące  i  zasypujące  go  pociskami 

rozpryskowymi pelikany, a  wszystko po to, żeby  pozbyć  się  pierścienia, za  który szanujący się  właściciel  lombardu  nie 

dałby złamanego grosza. No dobrze, im prędzej wyruszy, tym szybciej skończy tę misję - chyba że ktoś najpierw skończy z 

nim...

 - Czy podoba ci się  to, co widzisz...? -  pytała zmysłowa elfka, prowokacyjnie rozchylając poły szaty i odsłaniając 

ukryte pod nią, krągłe wdzięki. Fritowi zaschło w gardle, a w głowie zakręciło się od żądzy i piwska.

Elfka  zrzuciła  cieniutki  peniuar  i  nie  wstydząc  się  swojej  nagości,  podeszła  do  zafascynowanego  chochlika. 

Cudownie  kształtną  dłonią  dotknęła  owłosionych  palców  jego  stóp,  a  on  bezradnie  patrzył,  jak  podkurczają  się  pod 

wpływem dzikiej namiętności.

 -  Pozwól, a  uczynię cię  szczęśliwym -  szepnęła  ochryple, gmerając  przy zapinkach jego  kamizelki, ze  śmiechem 

odpinając mu miecz. - Pieść mnie, och, pieść mnie! - błagała.

Ręka  Frita,  jakby  obdarzona  własną  wolą,  wyciągnęła  się  i  przesunęła  po  delikatnej  wypukłości  elfiej  piersi, 

podczas gdy druga powoli objęła wąską, idealną talię dziewki, przyciskając ją do jego potężnej piersi.

 - Paluchy, uwielbiam owłosione paluchy - jęczała, pociągając go na przetykany srebrem dywan. Maleńkie, różowe 

paluszki jej stóp pieściły gęste futro na jego śródstopiu, podczas gdy nos Frita szukał ciepła cudownego, elfiego pępuszka.

 -  Przecież  ja  jestem taki mały i włochaty, a  ty... ty  jesteś taka  piękna  -  chlipał Frito, niezgrabnie  wyplątując  się z 

szelek.

Elfka nie odpowiedziała, tylko westchnęła ciężko i mocniej przycisnęła go do swego gibkiego ciała.

 - Najpierw musisz coś dla mnie zrobić - szepnęła mu do porośniętego kudłami ucha.

 - Wszystko, co zechcesz - załkał Frito, wiedziony nieodpartą potrzebą. - Wszystko!

Zamknęła oczy, a potem otwarła je, unosząc w górę.

 - Pierścień - powiedziała. - Muszę mieć twój Pierścień. Całe ciało Frita napięło się boleśnie.

 - O nie - zawołał. - Nie to! Wszystko... tylko nie to!

 - Muszę go mieć - rzekła, czule i zarazem gwałtownie. - Muszę mieć Pierścień!

Oczy Frita zamgliły się od łez i udręki.

 - Nie mogę! - rzeki. - Nie wolno mi!

Jednak wiedział, że stracił wolę walki. Dłoń elfowej panny powoli sunęła w kierunku łańcuszka przy kieszonce jego 

kamizelki, coraz bliżej Pierścienia, którego Frito strzegł tak wiernie...

PRZEDMOWA

Chociaż  nie  możemy  z  pełnym  przekonaniem  stwierdzić,  jak  to  robi  profesor  T.,  że  “historia  ta  rosła  w  trakcie 

opowiadania", przyznajemy, iż niniejsza historia (a raczej konieczność zdobycia paru groszy) rosła  wprost proporcjonalnie 

do złowieszczego kurczenia się naszych kont bankowych w Harvard Trust w Cambridge, Massachusetts. Ten ubytek wagi 

naszych i tak już chudych portfeli sam w sobie nie był powodem do alarmu (czy też “larum", jak by ładnie ujął to profesor 

T.),  w  przeciwieństwie  do  gróźb  i  szturchańców,  jakie  zbieraliśmy  od  naszych  wierzycieli.  Przemyślawszy  to  dobrze, 

schroniliśmy się w czytelni naszego klubu, aby pomedytować nad zmiennymi kolejami losu.

Jesień  zastała  nas -  dręczonych  przez  odleżyny i znacznie  chudszych  - w naszych  skórzanych fotelach. Nadal  nie 

mieliśmy nawet sztucznej kości, którą moglibyśmy rzucić wilczemu stadu ziejącemu przed frontowymi drzwiami. Właśnie 

wtedy w nasze drżące ręce wpadł zaczytany egzemplarz dziewiętnastego wydania Władcy Pierścieni poczciwego profesora 

Tolkiena. Z  symbolami  dolara  w  niewinnych  oczach, szybko  ustaliliśmy,  że  ta  książka  wciąż  sprzedaje  się,  jak  dobrze 

wiecie co. Uzbrojeni po zęby w słowniki oraz odbitki międzynarodowych praw dotyczących paszkwilantów, zamknęliśmy 

się w sali do gry w squasha, zabierając ze sobą  taką ilość czipsów i Dr. Peppera, którą udławiłby się koń. (Prawdę mówiąc, 

napisanie tego rzeczywiście wymagało udławienia małego konia, ale to już całkiem inna historia.)

Wiosna  zastała  nas  z  popsutymi  zębami  i  kilkoma  funtami  papieru  pokrytego  kleksami  oraz  nieczytelnymi 

gryzmołami.  Ponownie  przeczytawszy  całość,  stwierdziliśmy,  że  to  zadziwiająco  celna  satyra  na  lingwistyczne  i 

mitologiczne  elementy  utworów  Tolkiena, pełna  żarcików  z  jego  sposobu  wykorzystania  staro  -  skandynawskich  sag  i 

fonemu spółgłosek szczelinowych. Jednak  pobieżna  lektura  odpowiedzi od  potencjalnych wydawców przekonała  nas, że 

większą korzyść  przyniosłoby nam spalenie  rękopisu  na bibliotecznym kominku. Następnego dnia, udręczeni potwornym 

kacem  i  utratą  prawie  wszystkich  włosów  na  głowach  (ale  to  jeszcze  inna  opowieść),  zasiedliśmy  z  ekstra  mocnymi, 

wysoko wydajnymi Smith Coronami w zębach i spłodziliśmy ustęp, który teraz  czytacie przed drugim śniadaniem. (A w 

tych stronach śniadamy diablo wcześnie, koleś.)  Rezultatem, jak  zaraz  sami się przekonacie, jest książka  tak czytelna  jak 

równanie liniowe, o wartości literackiej zbliżonej do autografu złożonego na siedziszczu Szymona Słupnika.

“Co  do  ukrytego  znaczenia  czy  «przesłania»"  -  jak  pisał  profesor  T. w  swoim  wstępie,  ten  tekst  nie  zawiera  nic 

prócz  tego, czego  sami  się  w  nim  doszukacie. (Wskazówka:  Co,  według  P.T.  Barnuma,  “rodzi  się  co  minutę?)  Mamy 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

1 / 48

background image

nadzieję,  że  dzięki  tej  książce  czytelnik  nie  tylko  pogłębi  znajomość  problemu  piractwa  literackiego,  ale  także  samego 

siebie. (Wskazówka: Czego brakuje w tym słynnym cytacie? “_____to_____". Macie trzy minuty, Uwaga, gotowi, start!)

Nuda  Pierścieni  została  wydana  jako  parodia.  To  bardzo  ważne.  Chodzi  o  satyrę  na  temat  innej  książki,  a  nie 

zwyczajne naśladownictwo. Dlatego z całym naciskiem przypominamy, że  to nie jest prawdziwa tolkienistyka! Jeśli zatem 

masz zamiar  nabyć ten tomik, myśląc, że to coś o Władcy  Pierścieni, to lepiej od razu odłóż  go na tę stertę przecenionych 

książek, z której go wyciągnąłeś'. Och, ale skoro doczytałeś do tego miejsca, to oznacza, że... że już kupiłeś... orany... ojej... 

(Dolicz jeszcze jedną, Jocko. “Brzęk!")

I wreszcie, mamy nadzieję, że ci z was, którzy czytali pamiętną  trylogię  profesora Tolkiena, nie poczują się urażeni 

naszym  pomysłem.  Mówiąc  całkiem  poważnie,  uważamy,  iż  możliwość  pożartowania  sobie  z  tak  znaczącego, 

prawdziwego arcydzieła  geniuszu  i wyobraźni  jest w  istocie  zaszczytem. W końcu, taka  jest najważniejsza  rola  książki - 

bawić  czytelnika  -  a  w tym  przypadku i  bawić, i rozśmieszać. I nie  martw się  zbytnio, jeśli nie  uśmiejesz  się z tego, co 

przeczytasz,  bo  jeśli  nadstawisz  twoje  różowe  uszka,  gdzieś  daleko,  daleko  usłyszysz  radosny  brzęk  srebrzystych 

dzwoneczków...

To my, frajerze. Brzęk!

PROLOG - DOTYCZĄCY CHOCHLIKÓW

Głównym zadaniem tej książki jest zarobienie pieniędzy i z niej czytelnik może dowiedzieć się wiele o charakterach 

i  talentach  literackich  autorów. Jednak  o  chochlikach nie  dowie  się  prawie  nic, ponieważ  każdy, kto  ma  choć  szczyptę 

rozumu  w  głowie,  natychmiast  przyzna,  że  takie  stworzenia  istnieją  wyłącznie  w  umysłach  dzieci,  które  spędziły 

dzieciństwo w  wiklinowych koszykach i  wyrosły na  bandziorów, złodziei  psów  lub  agentów  ubezpieczeniowych. Mimo 

wszystko,  sądząc  po  wysokości  nakładów  interesujących  książek  prof.  Tolkiena,  jest  to  dość  liczna  grupa,  łatwa  do 

rozróżnienia po wypalonych w kieszeniach dziurach, które mogły powstać jedynie w wyniku samozapłonu grubych warstw 

ciasno zwiniętych banknotów. Dla takich czytelników zebraliśmy tu kilka płaskich dowcipów o chochlikach, otrzymanych 

w wyniku długotrwałego skakania  po ułożonych w stos książkach prof. Tolkiena. Również dla nich zamieszczamy krótkie 

streszczenie  wcześniejszych  przygód  Dildo Buggera, które nazwał Podróże  z  popaprańcami  w poszukiwaniu Śródziemia 

Dolnego, lecz rozsądnie zatytułowane przez wydawcę Dolina trolli.

Chochliki to  denerwujący  i  niezbyt  atrakcyjny  lud, którego  liczebność  drastycznie  zmalała  od  czasu  ogromnego 

wzrostu zapotrzebowania  na  bajki. Ociężałe  i  ponure,  a  nawet  tępawe,  wolą  wieść  spokojny, sielski  żywot.  Nie  znoszą 

urządzeń bardziej skomplikowanych od garoty, pałki czy lugiera  i zawsze obawiały się “Wielkoludów" albo “Wielgusów", 

jak  nas  nazywają. Teraz  z  zasady  unikają  nas,  oprócz  rzadkich  okazji,  kiedy  zbierają  się  w  stuosobową  bandę,  żeby 

wykończyć samotnego farmera lub myśliwego. Są małe, mniejsze od krasnoludów, które uważają je za karzełki, płochliwe 

i tajemnicze, często wspominając o “chochelce kłopotów". Rzadko przekraczają trzy stopy wzrostu, lecz bez trudu potrafią 

poradzić sobie ze stworzeniami o połowę mniejszymi od siebie, jeśli szybciej wyciągną broń. Co do chochlików z Bagna, o 

które  głównie  nam  chodzi, są  to  stworzenia  o niezwykle  pospolitym wyglądzie, ubrane w nowiuteńkie  szare  garnitury  z 

wąskimi  klapami,  alpejskie  kapelusiki  i  skórzane  krawaty.  Nie  noszą  butów  i  poruszają  się  na  dwóch  potężnych, 

włochatych  narządach  zwanych stopami  tylko  ze  względu  na  ich lokalizację  na  końcu nóg. Ich pryszczate  oblicza  mają 

złośliwy  wyraz  świadczący  o głębokim zamiłowaniu  do  anonimowych, obscenicznych  rozmów  telefonicznych, a  kiedy 

uśmiechają  się,  ich  długie  na  stopę  jęzory  poruszają  się  w  sposób  budzący  zazdrość  smoków  z  Komodo. Mają  długie, 

zwinne  palce,  jakie  zazwyczaj  wyobrażamy  sobie  zaciśnięte  na  szyi  jakiegoś  futrzastego  zwierzątka  lub  gmerające  w 

cudzej kieszeni i z niezwykłą zręcznością wytwarzają rozmaite skomplikowane rzeczy, takie jak spreparowane kości do gry 

lub  ładunki wybuchowe. Uwielbiają  dobrze  zjeść  i wypić, grać  w  głuchy  telefon  z  głupimi  czworonogami i  opowiadać 

kiepskie  dowcipy  o  krasnoludach. Wydają  nudne  przyjęcia  i niewiele  pieniędzy  na  prezenty,  ciesząc  się  takim  samym 

szacunkiem i popularnością jak zdechła wydra.

Nie ulega  wątpliwości, że chochliki to nasi krewni, jedno z ogniw łańcucha ewolucyjnego wiodącego od wiewiórek 

przez  wilkołaki  do  Włochów,  jednak  nie  sposób  ustalić  stopnia  owego  pokrewieństwa.  Wywodzi  się  ono  z  Dawnych 

Dobrych Czasów, gdy  naszą planetę  zamieszkiwały  przeróżne niezwykłe  stworzenia, które  dziś można  zobaczyć  dopiero 

po wypiciu kwaterki Jasia  Wędrowniczka. Tylko u  elfów  zachowały się kroniki tamtych czasów, przeważnie pełne elfich 

dyrdymałów, odrażających obrazków  nagich trolli oraz  ohydnych  opisów  orgii urządzanych przez orki. Jednak  chochliki 

najwidoczniej  żyły  w  Śródziemiu  Dolnym  na  długo  przed  czasami  Frita  i Dilda, zanim -  jak  bardzo  stare  salami nagle 

objawiające swoje istnienie - stały się problemem dla rządów Małych i Głupich.

Wszystko to działo się w Trzeciej Erze Śródziemia Dolnego - inaczej zwaną  Epoką Kamienia Lizanego - i krainy z 

owych  czasów  już  dawno  pochłonęło  morze,  a  ich  mieszkańców  szklane  słoje  gabinetu  osobliwości  pana  Ripleya. 

Chochliki współczesne Fritowi od dawna nie posiadały żadnych danych na ten temat, częściowo w wyniku analfabetyzmu i 

niedorozwoju  umysłowego  stawiających  je  na  poziomie  młodego  dorsza, a  po  części z  powodu  zamiłowania  do  badań 

genealogicznych, które  kazało im  niechętnym okiem  patrzeć  na  wątpliwe  początki pracowicie  fałszowanej historii rodu. 

Mimo  to  bełkotliwa  mowa  i  upodobanie  do  keczupu  świadczyły,  że  kiedyś  musiały  należeć  do  kultury  Zachodu.  Ich 

legendy i  stare  pieśni, opiewające  głównie  nimfo  -  manię  elfek i  smoczą  ruję, często  wspominały  o  terenach nad rzeką 

Rycyną,  między  Lasem  Dykty  a  Górami  Papier  -  Mache.  W  wielkich  bibliotekach  Twodoru  znajdują  się  materiały 

potwierdzające  tę  tezę,  na  przykład  stare  artykuły  w  “Detektywie"  i  tym  podobne.  Nie  wiadomo,  dlaczego  podjęli 

ryzykowną  wyprawę do Aleodoru, jednak  ich pieśni głoszą, że  na ich ziemię  padł cień, w wyniku czego przestały rosnąć 

ziemniaki.

Przed przekroczeniem Gór Papier -  Mache  chochliki podzieliły się na trzy odrębne plemiona: Platfusów, Stolców i 

Wybredków. Platfusy, jak dotąd najliczniejsze, były smagłe, niskie, o rozbieganych oczkach; miały bardzo szerokie dłonie i 

stopy.  Żyły  w  górach,  gdzie  mogły  łowić  króliki  i  małe  kozy,  a  zarabiały  na  życie,  wynajmując  się  jako  obstawa 

miejscowych krasnoludów. Stolce  były większe i ładniejsze od  Platfusów, zamieszkiwały cuchnącą  krainę  wzdłuż  biegu i 

przy ujściu rzeki Rycyny, hodując urazę  i wólce, które sprzedawały przepływającym. Miały długie, lśniące, czarne  włosy i 

uwielbiały  noże. Często  zadawały  się  z  ludźmi, wyręczając  ich  w  sprzątaniu. Najmniej liczne  były Wybredki, wyższe  i 

chudsze od innych chochlików, żyjące  w  lasach, gdzie  świetnie prosperowały, handlując galanterią  skórzaną, sandałami i 

wyrobami rękodzielniczymi. Czasem wynajmowały się  jako  dekoratorzy wnętrz  elfich  domostw, jednak przez  większość 

czasu śpiewały ponure ludowe piosenki i molestowały wiewiórki.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

2 / 48

background image

Przekroczywszy góry, chochliki niezwłocznie przeszły na  osiadły tryb życia. Poskracały sobie nazwiska i wcisnęły 

się  do  wszystkich  ziemiańskich  klubów,  odrzucając  dawną  mowę  i  zwyczaje  jak  odbezpieczony  granat.  Jednoczesna 

dziwna  migracja  na wschód ludzi oraz elfów z Aleodoru pozwala na dość  dokładne określenie daty przybycia  chochlików. 

W tymże  roku,  1623  roku  Trzeciej  Ery, bracia  Brasso  i  Drano  przeprawili  się  przez  Rzekę  Żółci  ze  znacznymi  siłami 

chochlików,  przebranych  za  pospolitych  rabusiów  grobów  i  pod  żeberkiem  pozbawili  części  władzy  samego  Króla 

(Arglebargle'a  IV  albo  któregoś  innego.) Mimo  jego  słabych  protestów  postawili poborców  myta  na  drogach  i mostach, 

przepędzili jego posłańców i wysłali doń sugestywne listy z pogróżkami. Krótko mówiąc, osiedli na dobre.

Tak rozpoczęła  się  historia Bagna, a  chochliki, mając  na  względzie przepisy  o przedawnieniu, od chwili przebycia 

Rzeki Żółci zmieniły kalendarz. Były  bardzo zadowolone  z nowej ojczyzny i znów zniknęły z  kart historii człowieka, co 

przyjęto  z  powszechnym  żalem  porównywalnym  z  uczuciem  wywołanym  nagłym  zdechnięciem  wściekłego  psa.  Na 

wszystkich mapach Bagno oznaczano czerwonymi wykrzyknikami i podróżowali przez nie  wyłącznie zbłąkani wędrowcy 

lub kompletni wariaci. Nie  licząc  tych rzadkich gości, chochliki pozostawiono samym sobie  aż  do  czasów  Frita  i Dilda. 

Kiedy  żeberko  miało  swego  Króla,  chochliki  nominalnie  pozostawały  jego  poddanymi  i  aż  do  ostatniej  bitwy  z 

Ruderykiem z  Boraksu  posyłały  do  boju  swoich  strzelców  wyborowych, chociaż  brak danych  na  temat  tego,  po  której 

stawały stronie. Północne  Królestwo  upadło  i  chochliki  powróciły  do  swego  ustabilizowanego, prostego życia, jedząc  i 

pijąc, śpiewając i tańcząc, płacąc czekami bez pokrycia.

Mimo  wszystko dostatnie  życie  w  Bagnie zasadniczo nie  zmieniło przeciętnego chochlika, który nadal był równie 

trudny  do zabicia  jak karaluch i  równie  miły w  obcowaniu jak zagnany w  kąt szczur. Chociaż  atakowały tylko  z  zimną 

krwią  i  zabijały  wyłącznie  dla  pieniędzy,  chochliki  pozostawały  mistrzami  ciosów  poniżej  pasa  i  podstępów.  Były 

wyśmienitymi  strzelcami  znakomicie  posługującymi  się  wszelkiego  rodzaju  orężem  i  każde  małe,  powolne  i  głupie 

stworzenie, które odwróciło się do nich plecami, narażało się na stratowanie.

Początkowo wszystkie chochliki mieszkały w norach, co bynajmniej nie jest niczym dziwnym u stworzeń będących 

za pan brat ze szczurami. W czasach Dilda przeważnie zamieszkiwały na powierzchni ziemi na sposób elfów i ludzi, jednak 

zachowywały  tradycyjny  charakter  swoich  domostw,  które  niczym  nie  różniły  się  od  siedzib  gatunków  masowo 

zasiedlających pod koniec lata ściany starych budynków. Ich chatki zawsze były owalne, zbudowane z mokrej słomy, błota, 

kawałków  darni  oraz  innych  resztek,  często  pobielonych  przez  przelatujące  gołębie.  W  wyniku  tego  większość 

chochlikowych miast wyglądała  tak, jakby  powstała  na  skutek gwałtownych i  przykrych  zaburzeń żołądkowych  jakiegoś 

wielkiego i niechlujnego stworzenia - na przykład smoka.

W całym Bagnie  był co najmniej tuzin  tych  przedziwnych osad, połączonych  siecią  dróg, urzędów  pocztowych  i 

systemem  rządów,  który nawet kolonia  małży  uznałaby za  prymitywny. Samo  Bagno  dzieliło się  pensami,  półpensami i 

miedziakami z głową  Indianina, którymi zarządzał burmistrz  wybierany co roku w prima  aprilis przy urnach wyborczych. 

W pełnieniu  obowiązków  pomagały  mu  liczne  siły  policji,  która  nie  robiła  nic  prócz  wymuszania  zeznań,  głównie  od 

wiewiórek.  Oprócz  tych  kilku  namiastek  instytucji  państwowych  w  Bagnie  nie  istniał  jakikolwiek  rząd.  Chochliki 

przeważnie były zajęte produkowaniem i spożywaniem żywności oraz alkoholu. Przez resztę czasu wymiotowały.

O znalezieniu Pierścienia

Jak  już powiedziano w  poprzednim tomie  tych  opowieści, Dolinie  Trolli, Dildo Bugger  wyruszył pewnego  dnia  z 

bandą  stukniętych  krasnoludów  i skompromitowanym różokrzyżowcem imieniem Goodgulf, aby odebrać smokowi stertę 

krótkoterminowych  obligacji  samorządowych  oraz  wartościowych  asygnat  kasowych.  Wyprawa  została  uwieńczona 

sukcesem  i smok, przedwojenny  bazyliszek  śmierdzący jak  autobus, został wzięty  od  tyłu  podczas odcinania  kuponów. 

Mimo  wszystko  chociaż  podczas  owej  wyprawy  dokonano  wielu  bezsensownych  i  idiotycznych  czynów,  ta  historia 

obchodziłaby nas jeszcze  mniej -  o ile  to możliwe  -  gdyby nie  drobne  oszustwo, jakie  w jej trakcie popełnił  Dildo, żeby 

dostać  swoją  dolę.  W Górach  Mączystych  wędrowcy  zostali  napadnięci  przez  zgraję  rozszalałych  norek,  a  spiesząc  na 

pomoc walczącym krasnoludom, Dildo najwyraźniej stracił poczucie  kierunku i znalazł się  w dość odległej części jaskini. 

Stanąwszy  przed  wylotem  tunelu,  wiodącego  stromo  w  dół,  Dildo  w  wyniku  chwilowego  nawrotu  zadawnionego 

niedomagania ucha wewnętrznego pobiegł nim na pomoc - jak sądził - swoim przyjaciołom. Przebiegłszy spory dystans i 

nie znajdując nic prócz tunelu, doszedł do wniosku, że musiał gdzieś zmylić drogę, kiedy nagle korytarz doprowadził go do 

rozległej pieczary.

Kiedy  oczy  Dilda  przywykły  do  bladej  poświaty, stwierdził, że  grotę  wypełniało  szerokie,  nerkowatego  kształtu 

jezioro,  w  którym  paskudnie  wyglądający  błazen  zwany  Goddam  hałaśliwie  pluskał  się  na  starym,  gumowym  koniku 

morskim.  Żywił  się  surowymi  rybami  i  sporadycznymi  przybyszami  takimi  jak  Dildo,  którego  wizytę  przyjął  z 

entuzjazmem równym temu, jaki wzbudziłoby w nim nagłe  przybycie ciężarówki z wyrobami McDonalda. Jednak tak jak 

każdy potomek chochlikowego rodu, Goddam wolał zachować  ostrożność przy atakowaniu istot mających ponad pięć  cali 

wzrostu i ważących  więcej niż dziesięć  funtów, tak więc  wyzwał Dilda  na turniej zagadek, żeby zyskać  na  czasie. Dildo, 

który  w  wyniku  nagłego  ataku  amnezji  zapomniał,  że  przed  jaskinią  właśnie  przerabiają  krasnali  na  rąbankę,  przyjął 

wyzwanie.

Zadawali sobie  niezliczone  zagadki, takie jak  kto grał Cisco  Kida i co to jest Krypton. W końcu Dildo wygrał ten 

turniej. Ponaglany, żeby  zadał kolejną  zagadkę, zawołał, zaciskając dłoń  na rękojeści tęponosej trzydziestki ósemki: “Co 

mam w  kieszeni?" Na to  Goddam nie  zdołał odpowiedzieć  i z  rosnącym zniecierpliwieniem popłynął do Dilda, skamląc: 

“Pokaż  mi, pokaż". Dildo spełnił jego  prośbę, wyciągając  pistolet i opróżniając  magazynek w  kierunku Goddama. Mrok 

utrudniał celowanie, więc zdoła tylko przedziurawić  gumowego konika. Goddam, który nie  umiał pływać, szamotał się  w 

wodzie, wyciągając  rękę  do  Dilda  i błagając  o  pomoc. Dildo  zauważył niezwykły pierścień na  jego palcu i  natychmiast 

ściągnął  klejnot. Wykończyłby  Goddama  od  razu  lecz  nie  zrobił  tego,  w  przypływie  żalu.  Żałuję,  że  skończyły  mi  się 

naboje, pomyślał i wrócił tunelem, ścigany wściekłymi wrzaskami Goddama.

To  dziwne,  ale  Dildo  nigdy  o  tym  nie  opowiadał,  twierdząc  że  wyjął  Pierścień  z  nozdrzy  jakiejś  świni  lub  z 

automatu do gry - nie  pamięta skąd. Goodgulf, z  natury podejrzliwy, za pomocą  jednego ze  swych magicznych wywarów 

(zapewne pentotalu sodu.) w końcu zdołał wydobyć prawdę z chochlika i bardzo przejął się tym, że Dildo, będąc zręcznym 

i  zamiłowanym  łgarzem,  nie  wymyślił  bardziej  wiarygodnej  historyjki.  Właśnie  wtedy,  mniej  więcej  pięćdziesiąt  lat 

wcześniej  nim  rozpoczyna  się  nasza  opowieść,  Goodgulf  zaczął  domyślać  się, jak  ważny  jest  Pierścień.  I  jak  zwykle, 

kompletnie się mylił.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

3 / 48

background image

NUDA PIERŚCIENI

TO MOJE PRZYJĘCIE I OLEJĘ, KOGO ZECHCĘ

Kiedy pan Dildo Bugger z Bug Endu niechętnie oznajmił, że  zamierza  wydać  przyjęcie dla  wszystkich chochlików 

w  tej  część  Bagna,  w  Chochlikowie  natychmiast  zawrzało  -  we  wszystkich  brudnych  lepiankach  rozległy  się  okrzyki: 

“Wspaniale!" i “O  rany, żarcie!" Śliniąc się  na samą  myśl, tracąc  zmysły z łakomstwa  kilku odbiorców zaproszeń pożarło 

małe,  pięknie  zdobione  kartoniki  zaproszeń.  Jednak  po  początkowym  ataku  euforii  chochliki  powróciły  do  swych 

codziennych zajęć, znów - jak to mają w zwyczaju - zapadając w błogą drzemkę.

Mimo  wszystko ta  podniecająca  wieść  rozeszła  się wśród ocienionych  matami bud, świeżych  dostaw zdumionych 

osłów  wielkich  beczek  pienistego  jak  mydliny  piwska,  sztucznych  ogni  ton  naci  ziemniaczanej  i  gigantycznych  stert 

starych  strucli.  Dc  miasta  sprowadzono  całe  wozy  ze  snopami  świeżo  ściętej  parząwki -  popularnego  i  bardzo  silnego 

środka  wymiotnego. Wieść  o fecie  dotarła  nawet nad Rzekę Żółci i mieszkańcy tych odległych okolic  zaczęli ściągać  do 

miasta jak pijawki, wabione obietnicą darmowej uczty, przy której minóg jawił się nędzną przekąską.

Nikt w  całym Bagnie  nie  miał  pojemniejszego brzucha  od zaślinionego i zdziecinniałego starego  plotkarza, Hafa 

Gangree. Haf  przez całe życie skrupulatnie pełnił swe urzędnicze obowiązki i dzięki sporym zyskom z szantażu już dawno 

przeszedł na emeryturę.

Tego wieczoru Wargacz, jak go nazywano, siedział w “Podbitym Oku" - podejrzanej norze często zamykanej przez 

burmistrza  Fastbucka  z  powodu  nieobyczajnego  zachowania  się  zatrudnionych  tu  piersiastych  kelnerek, które  podobno 

potrafiły  wyrolować  trolla,  zanim  zdążyłbyś  powiedzieć  “Rumpelstilzchen".  Jak  zwykle  towarzyszyło  mu  paru 

moczymordów,  włącznie  z  jego  synem,  Spamem  Gangree,  który  właśnie  świętował  wyrok  w  zawieszeniu  za  czyn 

nierządny dokonany na nieletnim smoku płci żeńskiej.

 -  Cała ta sprawa  bardzo dziwnie pachnie - rzekł Wargacz, wdychając żrące opary swojej fajki. - Mówią o tym, że 

pan Bugger nagle wyprawia wielką bibę, podczas gdy przez długie lata nie poczęstował sąsiadów nawet kawałkiem sera.

Słuchacze w milczeniu pokiwali głowami, ponieważ właśnie tak stały sprawy. Nawet przed “dziwnym zniknięciem" 

Dilda,  jego  nory  w  Bug  Endzie  pilnowały  groźne  wilkołaki  i  nikt  nie  pamiętał,  aby  kiedykolwiek  dał  choć  pensa  na 

Doroczną  Wentę  Chochlikowa  Na  Rzecz  Bezdomnych  Duchów.  Fakt,  że  nikt  inny też  nie  dał, w  niczym  nie  tłumaczył 

słynnego skąpstwa Dilda. Trzymał się na uboczu, oddany tylko swojemu siostrzeńcowi i manii układania pornograficznych 

puzzli.

 - A ten jego chłopak, Frito - dodał ślepawy Nat Clubfoot - jest zupełnie stuknięty.

Stary  Poop  z  Backwater  przytaknął, razem  z  innymi.  Bo  któż  nie  widział młodego  Frita  błądzącego  bez  celu  po 

krętych uliczkach Chochlikowa, niosącego bukiecik kwiatków i mamroczącego coś o “prawdzie i pięknie" albo plotącego 

takie głupoty jak "Cogito ergo chochlikum"?

 - To dziwak, naprawdę  - rzekł Wargacz -  i wcale nie  zdziwiłbym się, gdyby w  tej gadaninie  o jego krasnoludzich 

sympatiach tkwiła szczypta prawdy.

Zebrani przyjęli to stwierdzenie  zaambarasowanym milczeniem, szczególnie  młody  Spam, który nigdy nie  wierzył 

w  nie  potwierdzone  pogłoski  o  tym,  że  Buggersi  to  “krasnoludy  w  przebraniu".  Jak  przypominał  Spam,  prawdziwe 

krasnoludy są niższe i cuchną znacznie gorzej od chochlików.

 -  Często powiadają -  zaśmiał się Wargacz, machając prawą nogą  - że pewien facet tylko pożyczył sobie  nazwisko 

Bugger!

  -  Właśnie  -  pisnął  Clotty  Peristalt. -  Jeśli  ten  Frito  nie  jest  owocem  mieszanego  związku, to  ja  nie  odróżniam 

śniadania od podwieczorku!

Wszyscy  biesiadnicy  ryknęli  śmiechem,  przypominając  sobie  matkę  Frita,  a  siostrę  Dilda,  która  lekkomyślnie 

związała się z kimś po niewłaściwej stronie Rzeki Żółci (kimś znanym jako mieszaniec, tzn. pół chochlik, pół opos). Kilku 

słuchaczy  podchwyciło  temat,  przypominając  szereg  wulgarnych  (wulgarnych  dla  wszystkich  oprócz  chochlików, 

oczywiście) i dość prostackich żartów na koszt Buggersów.

 - Ponadto - rzekł Wargacz - Dildo zawsze postępował.. tajemniczo, jeśli wiecie, co mam na myśli.

 -  Niektórzy  powiadają, że  zachowuje się  tak, jakby miał o  do ukrycia, tak mówią  - powiedział jakiś obcy głos z 

ciemnego  kąta.  Ten  głos  należał  do  mężczyzny  nie  znanego  chochlikom  spod  “Podbitego  Oka",  przybysza  nie 

zauważonego przez nich ze względu na  jego pospolity czarny hełm, czarną kolczugę, czarną maczugę, czarny sztylet oraz 

zupełnie zwyczajne oczy, gorejącej jak dwa węgle.

 -  Ci, którzy tak mówią, mogą  mieć  rację -  przyznał Wargacz, mruganiem uprzedzając słuchaczy o zbliżającej się 

poincie. - Jednak ci, którzy mówią inaczej, też mogą się mylić.

Kiedy  ucichła  salwa  śmiechu  wywołana  tym  typowym dla  Gangree  wicem,  mało  kto  spostrzegł, że  nieznajomy 

zniknął pozostawiając za sobą tylko dziwną woń stajni.

 - Jednak - upierał się Spam - to będzie przednia zabawa.

I wszyscy przyznali mu rację, ponieważ chochlik niczego nie lubi bardziej niż okazji opchania się do obrzydzenia.

Była  chłodna, wczesna jesień, zapowiadająca  doroczną zmianę chochlikowych deserów - z całych melonów na  całe 

dynie.  Jednak  młodsze  chochliki,  które  jeszcze  nie  były  zbyt  opasłe,  aby  powlec  swoje  niezgrabne  cielska  uliczkami 

miasta, ujrzały zapowiedź nadchodzących uroczystości: sztuczne ognie!

Kiedy  zbliżał się  dzień  uczty, wozy ciągnione  przez  kozły pociągowe  przetoczyły  się  przez  bramę  Chochlikowa, 

wyładowane  pudłami i skrzyniami opatrzonymi runicznym krzyżykiem Czarodzieja Goodgulfa oraz  rozmaitymi nazwami 

elfich firm.

Skrzynie  wyładowano  i  otwarto  pod  drzwiami  Dilda,  a  tłum  chochlików  machał  przysłowiowymi  ogonami, 

podziwiając  ich  cudowną  zawartość.  Były  tam  pęki  rur  zamocowanych  na  trójnogach  do  wystrzeliwania  ogromnych 

rzymskich ogni;  grube, opatrzone  lotkami rakiety  z  dodatkowymi guzikami na  przedzie,  ważące  setki  funtów;  ruchomy 

cylinder z szeregiem komór zaopatrzony w korbkę do obracania; a także wielkie petardy przypominające dzieciom zielone 

ananasy z przymocowanym kółeczkiem. Na  każdej skrzynce widniały wymalowane zieloną farbą elfie runy głoszące, iż te 

zabawki zostały wyprodukowane w baśniowej wytwórni najwidoczniej noszącej nazwę “Nadwyżki woskowe".

Dildo  z  szerokim  uśmiechem  pilnował  rozładunku  i  rozgonił  młódź  jednym  morderczym  machnięciem  nogi 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

4 / 48

background image

zaopatrzonej w dobrze naostrzony pazur.

 -  Wynocha, zmiatać, won!  -  zawołał wesoło za umykającymi. Potem roześmiał się  i wrócił do  swojej nory, żeby 

porozmawiać z gościem.

 - To będzie  pokaz  ogni sztucznych, jakiego nie zapomną -  zachichotał podstarzały chochlik do Goodgulfa, który z 

wyraźnym  niesmakiem  pykał  cygaro,  siedząc  w  fotelu  będącym  typowym  okazem  nowoczesnego  elfiego  bezguścia. 

Podłoga wokół nich była zasłana czteroliterowymi fragmentami układanki.

 - Obawiam się, że musisz zmienić  swoje plany względem nich - stwierdził Czarodziej, rozplątując kłąb splątanych 

kłaków  swej  długiej,  brudnoszarej  brody.  -  Nie  możesz  uciekać  się  do  masowych  mordów  przy  załatwianiu  drobnych 

porachunków z mieszkańcami miasteczka.

Dildo uważnie przyglądał się staremu przyjacielowi. Czarodziej miał na sobie znoszoną szatę czarnoksiężnika, która 

już dawno wyszła z  mody, z  ponadrywanymi gwiazdami i cekinami zwisającymi z wystrzępionego rąbka. Na głowie  nosił 

pomiętą,  stożkowatą  czapkę,  niechlujnie  pobazgroloną  fosforyzującymi  w  mroku,  kabalistycznymi  znakami,  wzorami 

chemicznymi  oraz  wyblakłymi  graffiti  krasnoludów,  a  w  zartretyzowanej  dłoni  o  ogryzionych  paznokciach  dzierżył 

krzywy,  stoczony  przez  korniki  kostur,  który  służył mu  jako  “czarodziejska"  różdżka  i drapak  do  pleców. W tej  chwili 

Goodgulf  używał go w tym drugim celu, jednocześnie wpatrując się w palce  swoich nóg wystające  z tego, co niegdyś było 

czarnymi trampkami na grubej podeszwie.

 - Wyglądasz na trochę steranego, Gulfie - zachichotał Dildo. - Krach na czarodziejskim rynku, no nie?

Goodgulf wyraźnie wzdrygnął się, słysząc swój szkolny przydomek, ale z godnością wygładził fałdy szat.

 - To nie moja wina, że niedowiarki drwią z mojej mocy - rzekł. - Jeszcze rozdziawią gęby na widok moich czarów!

Nagle  machnął kosturem i komnata pogrążyła się w mroku. W ciemności Dildo ujrzał, że szaty Goodgulfa jarzą  się 

jasną poświatą. W jakiś tajemniczy sposób na piersi czarodzieja pojawiły się dziwne znaki, tworzące napis w elfim języku: 

“Pocałujesz mnie po ciemku, mała?"

Równie nagle światło ponownie rozjaśniło przytulną norę i napis na piersi czarodzieja zgasł. Dildo podniósł oczy do 

góry i wzruszył ramionami.

 - Daj spokój, Gulfie -  powiedział. - Takie numery wyszły z  mody razem z koszulami w  kwiatki. Nic dziwnego, że 

musisz dorabiać karcianymi sztuczkami w salkach parafialnych różnych pipidówek.

Goodgulf nie przejął się sarkazmem przyjaciela.

  -  Nie  drwij z  mocy przekraczających  twoje  zdolności pojmowania, bezczelny  włochaczu -  rzekł, a  w jego dłoni 

nagle pojawiło się pięć asów. - Widzisz skuteczność moich czarów!

 - Widzę tylko, że w końcu naprawiłeś tę  sprężynę w  rękawie -  zachichotał chochlik, nalewając staremu kumplowi 

kufel piwa.

 -  Może więc  dasz  spokój tym swoim hokus - pokus  i powiesz  mi, czemu zaszczyciłeś mnie swoją  obecnością? I 

apetytem.

Zanim  odpowiedział,  Czarodziej  odczekał  chwilę,  usiłując  zmierzyć  Dilda  ponurym  spojrzeniem  oczu,  które 

ostatnio zdradzały tendencję do lekkiego zezowania.

 - Czas porozmawiać o Pierścieniu - rzekł.

 - Pierścieniu, pierścieniu... Jakim pierścieniu?

 - Wiesz aż za dobrze, o jakim Pierścieniu - odparł Goodgulf. - O Pierścieniu w twojej kieszeni, Bugger.

 - Och, o tym Pierścieniu - rzekł Dildo, udając niewinnego.

 - Myślałem, że mówisz o tym pierścionku, który zostawiłeś w mojej wannie po ostatniej sesji z gumową kaczką.

 - Nie czas na żarty - powiedział Goodgulf - gdyż Zło kroczy po ziemi, a niebezpieczeństwo czai się wszędzie.

 - Ale... - zaczął Dildo.

 - Dziwne rzeczy dzieją się na Wschodzie...

 - Ale...

 - Zguba nadciąga z Zachodu...

 - Ale...

 - Lis wpadł do kurnika...

 - Ale...

 - ... mucha do śmietany...

Dildo gwałtownie zacisnął dłoń na ustach Czarodzieja.

 - Chcesz powiedzieć... chcesz powiedzieć... - szepnął - że możemy znaleźć w koszu zgniłe jabłko?

 - Mmhmm! - potwierdził zakneblowany mag. 

Najgorsze obawy Dilda stały się prawdą. Po przyjęciu, pomyślał, trzeba będzie podjąć kilka poważnych decyzji.

Chociaż rozesłano tylko dwieście zaproszeń, Frito Bugger nie powinien być zaskoczony, widząc kilkakrotnie więcej 

gości  zasiadających  przy  ogromnych,  podobnych  do  koryt  stołach  pod  wielkimi  baldachimami  rozstawionymi  na  łące 

Buggera. Szeroko otworzył młode oczy na widok długich rzędów gęb żarłocznie szarpiących i ogryzających pieczyste, nie 

zważających  na  nic. W pomrukującym  i czkającym tłumie  otaczającym  biesiadne  stoły  nie  dostrzegł  wielu  znajomych 

twarzy,  lecz  mało  której  nie  zakrywała  maska  zaschniętego  tłuszczu  i  sosu.  Dopiero  wtedy  młody  chochlik  pojął 

prawdziwość ulubionego przysłowia Dilda: “Trzeba wiele, żeby zamknąć usta chochlikowi".

Mimo  wszystko  to  wspaniałe  przyjęcie,  stwierdził  Frito,  uchylając  się  przed  niedbale  rzuconym,  ogryzionym 

udźcem. Wykopano  wielkie  jamy w  ziemi  na  przyjęcie  stert  przypalonego  mięsiwa, które  goście  wrzucali w  swe  dobrze 

umięśnione  gardziele,  a  wuj  Dildo  wymyślił  sprytny  system  rur  z  grawitacyjnym  obiegiem,  aby  doprowadzić  galony 

mocnego  piwska  do  ich  bezdennych  brzuchów.  Frito  w  ponurym  milczeniu  obserwował  swoich  ziomków,  którzy 

ciamkając, opychali  się  chrupkami  ziemniaczanymi  oraz  napychali  kieszenie  kubraków  i  sakiewki  kawałkami  tłustego 

miecha  “na  później".  Od  czasu  do  czasu  zbyt  łakomy  biesiadnik  padał  nieprzytomny  na  ziemię,  ku  wielkiej  uciesze 

towarzyszy, którzy, korzystając z  okazji, obsypywali go resztkami. A właściwie  resztkami, których nie  chowali sobie “na 

później".

Wszędzie  wokół  Frita  rozchodził się  donośny  zgrzyt  chochlikowych  zębów,  ciężkie  chochlikowe  posapywania  i 

jękliwe  granie  chochlikowych  brzuchów.  Chrzęst  i  chrupanie  niemal  zagłuszyły  hymn  Bagna,  który  z  mniejszym  lub 

większym powodzeniem usiłowała odegrać wynajęta orkiestra.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

5 / 48

background image

Myśmy chochliki włochaty lud 

Lubimy jeść dużo, a nawet w bród. 

Wszyscy jak bracia się kochamy 

I bardzo rzadko się pożeramy.

Wciąż głodni i wiecznie spragnieni, 

Choć brzuch pęka z przejedzenia. 

Pożre wszystko do ostatnich okruchów, 

Nasza banda strasznych obżartuchów.

Refren: żreć, żreć, żreć, żreć, żreć, żreć, żreć, żreć.

Dalej, chochliki, zasiądźmy do stołu, 

A każdy z nas połknąć może wołu. 

Zatem jedzmy, od wieczora po rano. 

(I znów, byle tylko podano).

Cokolwiek na stole nasz wróg! 

Jedz pókiś nie wyciągnął nóg! 

Wciąż weseli, nie dorastamy, 

Śpiewamy, gramy i rzygamy!

Refren: żreć, żreć, żreć, żreć, żreć, żreć, żreć, żreć.

Frito  przeszedł  wzdłuż  rzędów  stołów,  mając  nadzieję  znaleźć  przysadzistą, znajomą  postać  Spama. “Żreć,  żreć, 

żreć..." - mamrotał pod nosem, lecz te słowa wydały mu się dziwne. Dlaczego był taki samotny wśród rozbawionego tłumu, 

dlaczego zawsze czuł się jak intruz w swojej własnej wiosce? Frito spojrzał na falangi miarowo poruszających się siekaczy 

i długich na stopę, rozdwojonych jęzorów wywieszonych z setek ust, różowych i wilgotnych w popołudniowym słońcu.

W tym momencie dostrzegł jakieś poruszenie u szczytu stołu, gdzie powinien był zasiadać jako honorowy gość. Wuj 

Dildo stał na  ławie  i gestem uciszał zebranych, chcąc  wygłosić  poobiednią  przemowę. Po burzy szyderczych okrzyków i 

ogłuszeniu  paru  najbardziej  niesfornych  gości,  wszystkie  kudłate,  sterczące  uszy  i  szkliste  oczka  skierowały  się  na 

gospodarza, łowiąc jego słowa.

“Moi  bracia  -  chochliki  -  rzekł  -  moi bracia  z  rodów  Poops  i Peristalts, Barrelgutts  i Hangbellies, Needlepoints, 

Liverflaps  i  Nosethingers".  (Nosefingers!  -  poprawił  go  rozsierdzony  pijak,  który,  zgodnie  ze  zwyczajem  swego  rodu, 

wepchnął sobie w nozdrze palec aż do czwartego stawu).

“Mam nadzieję, że  wszyscy napchaliście  sobie  brzuchy aż  do obrzydzenia". To tradycyjne  pozdrowienie  przyjęto 

zwyczajową salwą pierdnięć i czknięć, świadczących o zadowoleniu z poczęstunku.

“Jak wam  wiadomo, przez  większość  życia  mieszkałem w  Chochlikowie  i  wyrobiłem  sobie  zdanie  o wszystkich 

jego mieszkańcach. Teraz, zanim was opuszczę na  zawsze, chcę pokazać wam, co o was myślę". Tłum zawył radośnie  w 

przekonaniu,  że  oto  nadszedł  czas, gdy  Dildo  rozdzieli oczekiwane  prezenty.  Jednak  to, co  nastąpiło, zaskoczyło nawet 

Frita, który z niemym podziwem spojrzał na swego wuja. Dildo odwrócił się i opuścił spodnie.

Wybuchło potworne  zamieszanie, które lepiej pozostawmy wyobraźni czytelnika, choćby nie wiedzieć  jak ubogiej. 

Jednak  Dildo,  dawszy  wcześniej  umówiony znak  do  odpalenia  sztucznych  ogni, umknął rozwścieczonym mieszkańcom 

miasteczka.  Nagle  potwornie  huknęło i błysnęło.  Rycząc  z  przerażenia,  żądne  zemsty  chochliki padły  na  ziemię  wśród 

ogłuszającego łoskotu i rozbłysków. Gdy wszystko ucichło, co odważniejsi członkowie karnej ekspedycji podnieśli głowy i 

spojrzeli na mały pagórek, na którym stał stolik gospodarza. Nie było go tam. Tak samo jak Dilda.

 - Szkoda, że nie widzieliście, jakie mieli miny - śmiał się Dildo, mówiąc do Goodgulfa i Frita. Bezpiecznie  ukryty 

w swojej norze, stary chochlik pokładał się ze śmiechu. - Biegali jak wystraszone króliki!

 - Króliki czy chochliki, mówię ci, że powinieneś uważać - rzekł Goodgulf. - Mogłeś kogoś zranić.

 -  Nie, nie  -  odparł Dildo. - Wszystkie  odłamki poleciały w innym kierunku. A w  ten sposób  pokazałem im, co  o 

nich myślę, zanim na dobre opuszczę to miasteczko.

Dildo wstał i ostatni raz sprawdził swoje kufry, starannie zaadresowane “Riv'n'dell, Estrogen".

 - Robi się gorąco i trzeba było jakoś poruszyć tych obżartych tępaków.

 - Gorąco? - zapytał Frito.

 - Tak - odparł Goodgulf. - Zło kroczy po...

 - Nie teraz - przerwał mu niecierpliwie Dildo. - Powiedz mu tylko to, co mi powiedziałeś.

  -  Twój nieuprzejmy wuj mówi o  tym  -  zaczął  Czarodziej -  że  dostrzegłem wiele  znaków  na  niebie  i  ziemi  źle 

wróżących wszystkim, w Bagnie i wszędzie.

 - Znaków? - spytał Frito.

 - Zaprawdę i zaiste -  odparł ponuro Goodgulf. - W minionym roku widziałem przedziwne i zatrważające zjawiska. 

Pola  obsiane  pszenicą  rodziły  trawę  i  grzyby, i  nawet w  małych ogródkach nie  przyjmowały  się  karczochy.  Był  upalny 

dzień  w  grudniu  i  niebieskie  migdały.  Wydrukowano  kalendarze  z  miesiącem  złożonym  z  samych  niedziel,  a  dwaj 

sprzedawcy  polis  otrzymali  za  życia  Order  Podwiązki.  Rozstąpiła  się  ziemia,  ukazując  wnętrzności  kozła  powiązane 

marynarskimi węzłami. Słońce pociemniało, a z niebios padały rozmokłe czipsy ziemniaczane.

 - I cóż zapowiadają te znaki? - jęknął przerażony Frito.

 -  Nie  mam pojęcia  -  wzruszył ramionami Goodgulf  -  ale  to świetny tekst. Jednak  to  nie wszystko. Moi szpiedzy 

mówi o  czarnych  zastępach zbierających się  na  Wschodzie, w  martwe  krainie  Fordoru. Hordy  paskudnych  norek i  trolli 

rosną  w siłę a czerwonookie  cienie  codziennie podkradają się  aż  do granic  Bagna. Niebawem na  tej ziemi zapanuje  terror 

pod straszliwymi rządami Sorheda.

 - Sorhed! - wykrzyknął Frito. - Przecież Sorheda już nie ma.

 - Nie wierz  we wszystko, co usłyszysz od heroldów - rzekł ponuro Dildo. - Uważano, że Sorhed został zniszczony 

na  zawsze  w  bitwie  o  Brylopad, jednak  najwidoczniej to  było  zwykłe  chciejstwo. Tymczasem  on oraz  jego  Dziewięciu 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

6 / 48

background image

Niezguli wymknęli się  z pola  bitwy, sprytnie  udając trupę  cygańskich akrobatów. Uciekłszy przez  Ngaio Marsh, przedarli 

się na  przedmieścia  Fordoru, gdzie  ceny nieruchomości natychmiast spadły jak sok  cierpiący na paraliż. Od  tej pory cały 

czas odbudowywali swą potęgę.

 - Jego Czarny Karbunkuł Zagłady urósł i niebawem gotów zalać całe Śródziemie Dolne strugami swego plugastwa. 

Jeśli mamy przetrwać, ten wrzód trzeba przeciąć, zanim Sorhed zacznie naciskać.

 - Tylko jak to zrobić? - rzekł Frito.

 - Musimy trzymać go z daleka od tego, co oznacza dlań pewne zwycięstwo - rzekł Goodgulf. - Musimy trzymać go 

z dala od Wielkiego Pierścienia!

 - A co to za Pierścień? - spytał Frito, ukradkiem rozglądając się za najbliższym wyjściem z nory.

 -  Przestań rozglądać się  za  najbliższym wyjściem, to ci powiem -  zgromił Goodgulf  przestraszonego  chochlika. - 

Wiele  wieków  temu,  kiedy  chochliki  jeszcze  walczyły  z  wiewiórkami  o  orzechy  laskowe, w  Krainie  Elfów  wykonano 

Pierścienie  Władzy.  Stworzone  według  tajemnego  przepisu  znanego  obecnie  tylko  producentom  pasty  do  zębów,  te 

legendarne  Pierścienie dawały  ich posiadaczom cudowną moc. Było ich dwadzieścia: sześć do władania ziemią, pięć  dla 

panowania  nad  morzami,  trzy  dla  królowania  w  powietrzu  i  dwa  zapobiegające  nieświeżemu  oddechowi.  Mając  te 

Pierścienie, dawni mieszkańcy tych ziem, zarówno śmiertelnicy, jak elfy, żyli w pokoju i szczęściu.

 - Przecież to dopiero szesnaście - zauważył Frito. - A co z pozostałymi czterema?

  -  Zwrócono je  do  producenta  z  powodu  wad fabrycznych - zaśmiał  się  Dildo. -  Często powodowały  zwarcia  na 

deszczu i właściciel zostawał bez palca.

  -  Oprócz  Wielkiego Pierścienia  -  ciągnął  Goodgulf  -  który rządzi wszystkimi  pozostałymi, dlatego  jest teraz  tak 

usilnie  poszukiwany  przez  Sorheda.  Jego  moc  i  uroda  są  legendarne,  a  właściciela  obdarza  ponoć  niezwykłymi 

przymiotami.  Powiadają,  że  dzięki  mocy tego  klejnotu  posiadacz  może  dokonywać  wspaniałych  czynów, panować  nad 

wszystkimi  stworzeniami,  pokonywać  niezwyciężone  armie,  rozmawiać  z  rybami  i  drobiem,  giąć  stal  gołymi  rękami, 

jednym susem wskakiwać  na  wysokie  mury, zyskiwać  przyjaciół  i wpływ  na  ludzi, załatwiać  mandaty  za  nieprzepisowe 

parkowanie...

 - I zostać królową balu - dokończył Dildo. - Cokolwiek zechce!

 - Tak więc wszyscy chcą mieć ten Wielki Pierścień - mruknął Frito.

 - Chcą, żeby spadła na nich klątwa! - zawołał Goodgulf, gwałtownie machając laską. - Ponieważ równie pewna jest 

moc  Pierścienia, jak  jego  władza  nad  posiadaczem! Właściciel powoli  zmienia  się  i nigdy  na  lepsze. Robi się  nieufny i 

zazdrosny o swą potęgę, a jego serce zmienia się w  kamień. Zbytnio wielbi swą siłę i dostaje  wrzodów żołądka. Staje się 

ociężały i drażliwy, podatny na neurozy, migreny, bóle kręgosłupa i częste przeziębienia. Niebawem nikt nie zaprasza go na 

przyjęcia.

 - Straszliwa jest moc tego Wielkiego Pierścienia - rzek Frito.

 -  I  straszliwe brzemię  tego, kto go  posiadł -  dodał Goodgulf. - Ponieważ  jakiś nieszczęśnik musi odnieść  klejnot 

tam gdzie  nie dosięgnie go Sorhed, narażając się na  wiele  niebezpieczeństw i niemal pewną zgubę. Ktoś musi zanieść  ten 

Pierścień do Otchłani Fordoru, pod samym nosem strasznego  Sorheda; ktoś na  pozór  nieodpowiedni do tego zadania, kto 

nieprędko zostanie wykryty.

Frito wzdrygnął się, współczując temu nieszczęśnikowi.

 - A więc posiadaczem Pierścienia powinien być kompletny tuman - rzekł z nerwowym uśmiechem.

Goodgulf zerknął na Dilda, który skinął głową i niedbale rzucił Fritowi mały, lśniący przedmiot. To był pierścień.

 - Gratuluję - rzekł ponuro Dildo. - Właśnie wygrałeś główną nagrodę.

II

TROJE TO ZABAWA, CZWORO SAME NUDY

 - Na twoim miejscu - rzekł Goodgulf - niezwłocznie ruszyłbym w drogę.

Frito spojrzał nań nieobecnym wejrzeniem znad herbaty z rzepy.

 - Nie widzę problemu, Goodgulf. Możesz być na  moim miejscu. Nie pamiętam, żebym zgłosił się na ochotnika  do 

tęgo interesu z Pierścieniem.

 - Nie czas na jałowe swary - stwierdził Czarodziej, wyciągając królika z pogniecionego kapelusza. - Dildo wyruszył 

kilka  dni  temu  i  czeka  na  ciebie  w  Riv'n'dell,  co  i  ja  zrobię.  Tam  o  losie  Pierścienia  zadecydują  wszyscy  mieszkańcy 

Śródziemia Dolnego.

Frito  udawał  zajętego  swoją  filiżanką  herbaty,  gdy  Spam  wszedł  do  pokoju  i  zaczął  sprzątać  norę,  pakując 

przedmioty należące do Dilda.

 - Hej, panie Frito - wychrypiał, odsuwając z  czoła  tłuste kędziory. - Chcę tylko spakować  resztę rzeczy pańskiego 

wuja, który tak tajemniczo zniknął bez śladu. Dziwna sprawa, no nie?

Widząc, że  nie  otrzyma  żadnego  wyjaśnienia, wierny sługa  powlókł się  do  sypialni Dilda. Goodgulf, pospiesznie 

złapawszy królika, który hałaśliwie zwymiotował na dywan, znów podjął rozmowę.

 - Jesteś pewny, że można mu ufać? 

Frito uśmiechnął się.

 - Oczywiście. Spam jest moim prawdziwym przyjacielem jeszcze z poprawczaka.

 - I nic nie wie o Pierścieniu?

 - Nic - odparł Frito. - Jestem tego pewny. 

Goodgulf z powątpiewaniem spojrzał na zamknięte drzwi sypialni.

 - Nadal go masz, prawda?

Frito skinął głową i pociągnął za  łańcuszek ze  spinaczy, którym przymocował klejnot do wystrzępionej koszulki do 

krykieta.

 - A więc bądź ostrożny - ostrzegł Goodgulf - gdyż ma on przedziwne właściwości.

  -  Może  na  przykład  napchać  mi  kieszenie? -  zapytał  młody  chochlik, obracając  Pierścień  w  grubych  palcach. 

Popatrzył na klejnot z  obawą, jak często czynił to w ciągu kilku minionych dni. Był zrobiony z jasnego metalu, pokrytego 

dziwnymi wzorkami i napisami. Na wewnętrznej powierzchni wyryto coś w nie znanym Fritowi języku.

 - Nie rozumiem tych słów - rzekł Frito.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

7 / 48

background image

 - No pewnie - odparł Goodgulf. - To mowa elfów, język Fordoru. W swobodnym przekładzie napis głosi:

Ten Pierścień niezrównany elfy wykonały 

I rodzone matki zań by dziś sprzedały. 

Władca cieni, śmiertelnych i wszelkiego stwora 

Ten ścichapęk siłę daje, lecz zmienia w potwora. 

Moc potężną kryje w sobie ów jeden, Jedyny. 

I pozwala niezwykłe dokonywać czyny. 

Rozbity czy popsuty, naprawić się nie da. 

Znaleziony odesłać (za pobraniem) do Sorheda.

 - Shakestoorem to autor nie był - stwierdził Frito, pośpiesznie chowając Pierścień z powrotem do kieszeni.

 - Jednak przekazał wyraźne ostrzeżenie - przypomniał Goodgulf. - Nawet teraz słudzy Sorheda węszą za granicą  w 

poszukiwaniu tego Pierścienia i nie minie wiele czasu, a wywęszą go tutaj. Czas ruszać do Riv'n'dell.

Stary mag wstał, podszedł do drzwi sypialni i otworzył ją  nagłym szarpnięciem. Spam rąbnął nadstawionym uchem 

o podłogę, grzechocząc kieszeniami pełnymi najlepszych, platerowanych mithrilem sztućców Dilda.

 - A oto twój wierny towarzysz.

Gdy Goodgulf  wszedł do sypialni, Spam - gorączkowo usiłując ukryć  wystające z kieszeni sztućce - uśmiechnął się 

głupkowato do Frita, przybierając tępy wyraz twarzy, który Frito tak polubił

Ignorując Spama, Frito lękliwie zawołał za Czarodziejem:

 - Przecież... przecież... muszę się przygotować! Moje bagaże...

 - Bez obawy - odparł Goodgulf, podając mu dwie walizki! - Zająłem się tym i spakowałem je za ciebie.

Noc  była  jasna  jak  klejnot  elfów,  roziskrzona  gwiazdkami,  gdy  Frito  zebrał  swoją  kompanię  na  pastwisku  za 

miastem. Oprócz Spama byli to dwaj bliźniacy - Moxie i Pepsi Dangleberry, obaj bardzo hałaśliwi i zupełnie bezużyteczni. 

Właśnie  wesoło harcowali na łące. Frito przywołał ich do porządku, zastanawiając  się, dlaczego Goodgulf  ściągnął mu na 

kark tych dwóch zadowolonych z siebie idiotów, którym nikt w mieście nie powierzyłby nawet spalonej zapałki.

 - Chodźmy, chodźmy! - zawołał Moxie.

 - Tak, chodźmy chodźmy - dodał Pepsi, zrobił jeden krok i runął jak długi, rozkwaszając sobie nos.

 - Fatalnie! - zaśmiał się Moxie.

 - Gorzej niż fatalnie! - jęknął Pepsi.

Frito uniósł oczy ku niebu. Zapowiadała się długa podróż.

Z trudem pozbierawszy swoich kompanów, Frito dokonał inspekcji ich ekwipunku. Tak jak się obawiał, zapomnieli 

o  jego  poleceniach  i zabrali  mnóstwo  sałatki ziemniaczanej. Natomiast  Spam  napchał  plecak  kiepskimi romansidłami i 

sztućcami Dilda.

W końcu ruszyli, zgodnie z  instrukcjami Goodgulfa, oznakowanym na  żółto Krętym Szlakiem Wewnątrzstanowym 

ku Whee. Mieli przed sobą  najdłuższy odcinek drogi do Riv'n'dell. Czarodziej kazał im podróżować  niepostrzeżenie nocą 

poboczem  szlaku,  nadstawiając  uszu,  mając  szeroko  otwarte  oczy  i  czyste  nosy.  Na  skutek  niedawnego  niefortunnego 

upadku Pepsi z trudem spełniał to ostatnie zalecenie.

Przez jakiś  czas wędrowali w milczeniu, zajęci czynnością, która  u chochlików uchodzi za myślenie. Jednak Frito 

był mocno zaniepokojony  czekającą  ich, długą  drogą. Podczas gdy jego towarzysze  wesoło kroczyli naprzód, żartobliwie 

kopiąc  się  i  podstawiając  sobie  nogi, jemu  serce  zamierało  z  obawy. Wspominając  szczęśliwsze  czasy,  zamruczał  pod 

nosem, a potem zanucił prastarą pieśń krasnoludów, której nauczył się, siedząc na kolanach wujka Dilda, pieśń, której autor 

żył na długo przed początkiem Śródziemia Dolnego. Brzmiała tak:

Hej - ho, hej - ho,

Do pracy by się szło,

Hej - ho, hej - ho, hej - ho, hej - ho, Hej - ho, hej - ho...

 - Dobre! Dobre! - pisnął Moxie.

 - Tak, dobre! Szczególnie to “hej - ho" - dodał Pepsi.

 - A jaki tytuł ma ta piosenka? - spytał Spam, który nie zna wielu pieśni (a przynajmniej wielu przyzwoitych pieśni).

 - Nazywam ją “Hej - ho" - rzekł Frito.

Jednak wcale nie poprawiła mu humoru. Wkrótce zaczęli padać i wszyscy się przeziębili.

Niebo  na  zachodzie  zmieniło  barwę  z  czarnej  na  perłowoszarą  gdy  cztery  chochliki,  zmęczone  i  zasmarkane, 

przerwały marsz i zatrzymały się na popas w kępie wierzb, wiele kroków  od nie osłoniętego Szlaku. Strudzeni wędrowcy 

wyciągnęli się na ziemi pod okapem gałęzi, po czym spożyli lekki posiłek złożony z  krasnoludowego chleba, warzonego 

przez  chochliki  piwa  oraz  sznycli cielęcych.  Potem,  cicho  pojękując  z  przeżarcia,  wszyscy  zapadli  w  sen, śniąc  swoje 

chochlikowe sny, przeważnie związane sznyclami cielęcymi.

Frito  obudził  się  nagle.  Już  zapadał  mrok  i  mdlące  ściskanie  w  żołądku  sprawiło,  że  chochlik  z  przerażeniem 

spojrzał spomiędzy gałęzi na  Szlak.  Poprzez  liście  dojrzał  w  oddali jakiś ciemny ogromny  kształt. To coś poruszało  się 

powoli i ostrożnie  Szlakiem wyglądając jak wysoki, czarny  jeździec  na ogromnym i brzuchatym wierzchowcu. Stojąc  na 

tle zachodzącego słońca, Frito wstrzymał oddech, gdy złowroga  postać wpatrywała się w  okolic  czerwonymi ślepiami. W 

pewnej chwili te  gorejące węgle spojrzały prosto na Frita, ale zamrugały krótkowzrocznie i przesunęły się dalej. Ogromny 

rumak, który zdumionym oczom Frita  jawił się  jako wielka, niezwykle przekarmiona świnia wielkości chałupy, chrząkał i 

obwąchiwał mokrą ziemię, łowiąc ich zapach. Pozostałe chochliki obudziły się i zamarły ze zgrozy. Na ich oczach tropiciel 

spiął rumaka, pierdnął donośnie i smrodliwie, po czym odjechał. Nie zauważył ich.

Chochliki zaczekały, aż pochrząkiwanie  bestii zupełnie  ucichnie  w oddali, zanim podjęły rozmowę. Frito odwrócił 

się do swoich towarzyszy, którzy pochowali się w jukach, szepcząc:

 - Wszystko w porządku. Odjechał. 

Spam niepewnie wyjrzał z worka.

 - A niech mnie, jeśli nie zgłupiałem ze strachu. - Zaśmiał się słabo. - To było takie dziwne i niepokojące!

 - Dziwne i niepokojące! - potwierdził chór głosów z innych sakw.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

8 / 48

background image

 - A jeszcze bardziej niepokojące jest to, że za każdym razem, gdy otworzę dziób, słyszę echo!

Spam kopnął oba worki, które odpowiedziały jękami, lecz najwidoczniej nie zamierzały wypluć swojej zawartości.

 - Zrzęda z niego - rzekł pierwszy.

 - Zrzęda i złośliwiec - przytaknął drugi.

 - Zastanawiam się - powiedział Frito - kim i czym był ten straszliwy jeździec.

Spam spuścił oczy i z zakłopotaniem potarł podbródek.

 - Podejrzewam, że to jeden z tych, przed którymi Wargacz kazał mi pana przestrzec, panie Frito.

Frito spojrzał na niego pytająco.

 - Noo - rzekł Spam, odgarniając lok i przepraszająco liżąc  nogi Frita - teraz  przypominam sobie, że tuż  przed tym, 

zanim ruszyliśmy  w drogę, stary powiedział mi tak: “I  nie zapomnij ostrzec pana Frita, że  pytał o niego  jakiś śmierdzący 

obcy z czerwonymi ślepiami". “Obcy?" - zapytałem. “Tak, a kiedy nie puściłem pary, on nastroszył się, zasyczał i podkręcił 

czarnego wąsa. «Przekleństwo»  - warknął ten paskudny stwór - «kolejna porażka!* A potem machnął swoją pałą, wskoczył 

na  świnię  i pogalopował  na  niej  przez  Bag  Eye,  wrzeszcząc  coś  jakby  «Dalej, Śluzaku!»".  “Bardzo  dziwne"  -  mówię. 

Chyba powinienem powiedzieć panu o tym trochę wcześniej, panie Frito.

 - No cóż - mruknął Frito - teraz nie ma czasu, żeby się  tym martwić. Nie jestem pewien, ale wcale nie  zdziwiłbym 

się gdyby istniało jakieś powiązanie między tamtym obcym, a naszym okropnym tropicielem.

Frito zmarszczył brwi, ale jak zwykle zapomniał je przyfastrygować.

 - W każdym razie  - stwierdził - nie możemy już  bezpiecznie podążać  Szlakiem do Whee. Musimy pójść na  skróty 

przez Evilyn Wood.

 - Evilyn Wood? - powtórzył chór z worków.

 - Panie Frito - powiedział Spam - powiadają, że to miejsce jest... nawiedzone!

 - Może i jest - odparł spokojnie Frito - ale jeśli zostaniemy tutaj, na pewno skończymy w sosnowych garniturkach.

Frito i Spam pospiesznie wykopali bliźniaków z  worków  i wszyscy  razem zmietli resztę sznycli, obficie zasypując 

okolicę - okruchami. Kiedy skończyli, ruszyli dalej, przy czym bluźniąc  wydawali cieniutkie pi - pi w nie  całkiem próżnej 

nadziei, że  w  ciemnościach  zostaną  wzięci  za  wędrowne  karaluchy.  Podążali na  zachód,  sprytnie  wykorzystując  każdą 

okazję, żeby runąć  na  ziemię, wyciągając  nogi, aby do wschodu słońca  znaleźć  się w  bezpiecznej  leśnej gęstwinie. Frito 

obliczył, że  w  ciągu  dwóch dni  przebyli dwie  staje  -  nieźle  jak na chochliki, lecz  wciąż  zbyt, mało. Musieliby szybkim 

marszem przejść przez las, żeby nazajutrz znaleźć się w Whee.

Maszerowali  w  milczeniu,  przerywanym  tylko  cichym  pojękiwaniem  Pepsi.  Ten  głupi  pokurcz  znów  rozkwasił 

sobie nochal pomyślał Frito -  a  Moxie zaczyna kaprysić. Jednak w  miarę  jak  noc mijała  i wstawał świt, równina  zaczęła 

przechodzić  we  wzniesienia, wgłębienia  i garby  gąbczastej,  miękkiej ziemi o  barwie  cielęcego  móżdżku. Gąszcz  wokół 

potykających  się  wędrowców,  zastąpiły  pojedyncze  drzewka,  a  potem  ogromne,  nieprzyjemnie  wyglądające  drzewa, 

przygięte i poskręcane przez  wiatr, mróz oraz  artretyzm. Niebawem ich cień połknął blask poranka  i nowy mrok przykrył 

wędrowców, jak sterta mokrych ręczników.

Przed  wieloma  laty  był  to  wesoły,  miły  las  dobrze  wyrośniętych  sosen  błotnych,  zasmarkanych  smreków  i 

związanych wiązów, miejsce schadzek zbijających bąki kretów i wściekłych wiewiórek. Jednak teraz drzewa pochyliły się 

ze starości, trapione przez myszate mszaki oraz rozmaite roztocza, tak że Nattily Wood stał się dziwaczną puszczą Evilyn.

  -  Do  rana  powinniśmy  być  we  Whee  -  rzekł  Frito,  kiedy  przystanęli, aby  podjeść  trochę  sałatki  ziemniaczanej. 

Jednak złowrogi szelest  w  gałęziach  drzew  nad  głowami  grupki wędrowców  ostrzegał, aby nie  biesiadowali zbyt długo. 

Pospiesznie  ruszyli  dalej,  ostrożnie  unikając  gradu  odchodów,  jakimi  co  chwilę  obsypywali  ich  niewidzialni  i 

rozwścieczeni mieszkańcy koron drzew.

Po  kilku  godzinach  takiego  szamba,  chochliki  padły  wyczerpane  na  ziemię.  Ta  kraina  była  zupełnie  nie  znana 

Fritowi, który już dawno zgubił drogę.

 - Do tej pory powinniśmy już wyjść z lasu - powiedział zaniepokojony. - Chyba zabłądziliśmy.

Spam z przygnębieniem spojrzał na ostre jak rapier szpony swoich palców u nóg, ale zaraz rozpromienił się.

 - Może  to i prawda, panie Frito - rzekł. - Jednak niech się  pan nie martwi. Ktoś był tu zaledwie kilka godzin temu, 

sądząc po wyglądzie tego obozowiska. I tak samo jak my, jadł sałatkę!

Frito  uważnie  zbadał  ślady.  To  prawda,  ktoś  był  tutaj  przed  kilkoma  godzinami  i  spożywał  typowy  posiłek 

chochlików.

 - Może pójdziemy tym śladem i wydostaniemy się stąd. Chociaż bardzo zmęczeni, ruszyli w dalszą drogę.

Szli  i  szli,  daremnie  nawołując  nieznajomych,  których  ślady  co  rusz  znajdowali  na  trawie:  kawałek  cielęcego 

sznycla,  kiepskie  romansidło,  jeden  ze  sztućców  Dilda  (Co  za  zbieg  okoliczności,  Pomyślał  Frito). Jednak  nigdzie  nie 

dostrzegli  chochlików.  Napotkali  sporego  królika  z  tanim  kieszonkowym  zegarkiem,  ściganego  przez  jakąś  stukniętą 

dziewczynkę, jeszcze jedno dziecko napastowane przez trzy rozjuszone niedźwiedzie grizzly (“Lepiej nie mieszajmy się do 

tego"  -  rzekł rozsądnie  Frito) oraz  opuszczoną i upstrzoną  przez  muchy chatkę  z  piernika  z  napisem “Do wynajęcia"  na 

drzwiach z marcepanu. I wciąż żadnych drogowskazów.

Półżywi ze zmęczenia, w  końcu runęli  na ziemię. W ponurym lesie  było  już późne  popołudnie, a więc  najwyższy 

czas na  drzemkę. Jakby pod wpływem nasennego naparu, cała czwórka zwinęła  się  w kosmate  kłębuszki i zapadła w  sen 

pod osłoną konarów ogromnej, trzęsącej się osiki.

Z początku Spam nie zdawał sobie sprawy  z tego, że  już  nie  śpi. Czuł jak coś  delikatnie i ostrożnie ciągnie  go za 

ubranie, lecz uznał, że to miły sen o gadzich przyjemnościach, jakich niedawno zaznał w Bagnie. Jednak teraz był pewny, 

że usłyszał odgłos cichego ssania i rozdzieranej odzieży. Wytrzeszczył oczy i ujrzą że leży całkiem goły, z rękami i nogami 

związanymi przez  mięsiste  korzenie  drzewa. Wrzeszcząc  ile  sił w płucach, głupiec  zbudził  swych  towarzyszy, tak  samo 

związanych i rozebranych do naga przez wijącą się roślinę, która teraz szeleściła lubieżnie. Dziwne drzewo podśpiewywało 

sobie, ściskając  ich coraz  mocniej. Na oczach patrzących na to z  odrazą chochlików opuściło gałęzią z pomarańczowymi, 

wargowymi kwiatami na końcach. Wydatne  pąki opadły niżej z  obrzydliwym cmokaniem i mlaskaniem, przywierając  do 

unieruchomionych nieszczęśników. Zamknięte w tych ohydnych objęciach, chochliki miały wkrótce zostać zacałowane  na 

śmierć. Zbierając resztki sił, zaczęły wzywać pomocy!

 - Ratunku, ratunku! - wołały.

Jednak  nikt  nie  odpowiadał.  Pełne  pomarańczowe  kwiaty  opadały  na  ciała  bezradnych  chochlików,  wijąc  się  i 

pojękując z żądzy. Nabrzmiałe płatki przywarły do wydętego brzucha Spama i zaczęły ssać chciwie; chochlik czuł, jak jego 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

9 / 48

background image

ciało  zostaje  wessane  do wnętrza  kwiatu. Potem Spam ze zgrozą zobaczył, ja płatki puściły  go z  donośnym plaśnięciem, 

pozostawiając  ciemny,  brzydki  znak  w  miejscu, gdzie  były przyssane. Spam, nie  mogąc  uwolnić  ani  siebie,  ani  swoich 

towarzyszy, patrzył, jak ciężko dyszące płatki szykują się do ostatniego, zabójczego pocałunku.

Jednak  kiedy  długa,  czerwona  łodyga  opadła,  by  rozpocząć  swe  obrzydliwe  praktyki,  Spamowi  wydało  się,  że 

słyszy  urywek  wesołej  piosenki.  Dźwięk  rozlegał  się  gdzieś  niedaleko  i  był  coraz  głośniejszy!  Ochrypły,  ospały  głos 

śpiewał słowa, które Spam z trudem rozróżniał:

W żyłę wal! Trawkę pal! Zagryź meskaliną!

Wdychaj hasz! Łykaj crash! Popraw metadryną!

Nie ma odlotu bez kompotu! Jam jest Tim Benzedryno!

Chociaż  oszaleli  ze  strachu,  wszyscy  słuchali  coraz  głośniejszej  piosenki  brzmiącej  tak,  jakby  śpiewał  ją  ktoś 

śmiertelnie chory na świnkę:

Prychać, wzdychać! Padzie przez leśne dąbrowy, 

Aż rozwścieczony mieszczanin wieszać cię gotowy! 

Wrzeszczeć jak opętany, ryczeć jak ranny tur! 

Chodźcie za mną, a wnet na łby wasze padnie mór! 

Wyżej niż niebieskie ptaki lecą, gdzie chmur przystań. 

Otworzymy sklep z marychą, w którym każdy skorzysta! 

Ludzi - kwiatów przybywa, w paciorkach i włosach długich, 

Którzy zapyziałemu światu ostatnie oddadzą posługi. 

Za Miłość, Pokój, Braterstwo toast dzisiaj wznosimy 

A kiedy nas przyciśnie, to znów w tango ruszymy!

Nagle  przez  listowie  przedarła  się  jaskrawo  odziana  postać,  otulona  płaszczem  długich  włosów  o  konsystencji 

dobrze  przeżutej  tureckiej  chałwy.  Przypominała  człowieka,  jednak  nie  za  bardzo;  miała  sześć  stóp  wzrostu,  lecz  nie 

ważyła  więcej niż  trzydzieści pięć funtów, z  brudem włącznie. Stojący  z rękami opuszczonymi prawie do  ziemi śpiewak 

był pomalowany we wszystkie  barwy tęczy, od schizofrenicznej czerwieni po psychopatyczny błękit. Na chudej szyi miał 

zawieszony  tuzin  rozmaitych  amuletów,  wśród  których  poczesne  miejsce  zajmował  wisiorek  z  runicznym  napisem 

“Kelvinator".  Wśród  tłustych  kudłów  błyskało  dwoje  wyłażących  z  orbit  oczu,  tak  nabiegłych  krwią,  że  przypominały 

raczej dwie kulki bardzo chudego boczku.

 - Oooo, żeż...! - powiedział stwór, szybko oceniwszy sytuację. Potem, na pół doskoczywszy, a na pół podtoczywszy 

się  do  zabójczego  drzewa, przysiadł  na  chuderlawych  piętach  i zerknął  na  pień bezbarwnymi, podobnymi  do  spodków 

źrenicami, wreszcie wydał z siebie szereg dźwięków, które Fritowi wydały się serią głuchych kaszlnięć:

O rozchyl się, gąszczu! I wypuść to stadko 

Puszystych kotów, któreś splątał gładko! 

Chociaż po odlocie otumaniony, 

Nie jestem jeszcze zupełnie szalony! 

Zatem skończ te karesy i puszczaj ofiary, 

Niech zwycięży rozum i obyczaj stary! 

Te kotki są miłymi gośćmi w naszym lesie, 

A więc puszczaj je zaraz, ty wstrętny obwiesiu!

Co mówiąc, wychudłe stworzenie ułożyło cienkie palce w literę “V" i rzuciło elfowe zaklęcie:

Tim, Tim, Benzedryna!! 

Haszysz! Gorzała! Gazolina! 

Puść! Puść! Zrób to dla Tima! 

Raz, dwa, trzy i liście tataraku, 

Rozchyl gałęzie, liściasty tępaku!

Wysokie  drzewo  zadrżało  i pęta  jak  zwoje  wczorajszego  makaronu opadły z  ofiar, które  z  radosnymi okrzykami 

zerwały się  na  równe  nogi. Patrzyli  zafascynowani, jak  wielki  zielony  napastnik  łka  jak  dziecko i ssie  własne  słupki ze 

złości.  Chochliki  pozbierały  swoje  odzienie  i  Frito  odetchnął z  ulgą, stwierdziwszy, że  Pierścień  nadal  jest  bezpiecznie 

przypięty do surduta.

 - Och, dziękujemy - zapiszczały chórem, machając ogonami - dziękujemy, dziękujemy!

Jednak ich wybawca nie odpowiedział. Jakby nie zdając sobie sprawy z ich obecności, zesztywniał i wykrztusił “Gr 

-  gr - gr", raz  po  raz  otwierając i zamykając  powieki -  jak  wielkie  parasole. Ugiął i wyprostował kolana, potem znów  je 

ugiął  i  jak  sterta  splątanego  włosia  runął  na  porośniętą  mchem  ziemię.  Toczył  pianę  z  ust  i  wrzeszczał:  “Och  Boże, 

zabierzcie  ich  ode  mnie!  Są  zieloni  i  jest  ich  tu  pełno!  Ach!  Och!  OBożeOBożeOBożeOBoże  -  OBożeOBoże!" 

Histerycznie walił się rękami po głowie i całym ciele.

Frito  zamrugał  oczami  ze  zdziwienia  i  złapał  za  Pierścień,  ale  nie  użył  go.  Spam, pochylając  się  nad  leżącym 

nieszczęśnikiem, uśmiechnął się i podał mu rękę.

 - Najmocniej przepraszam - zaczął - czy mógłbyś powiedzieć nam jak...

 - O nie, nie, nie! Spójrzcie na nich! Są wszędzie! Trzymajcie ich ode mnie z daleka!

 - Kogo trzymać z daleka? - spytał uprzejmie Moxie.

 - Ich! - wrzasnął udręczony nieznajomy, wskazując na swoją głowę. Potem zerwał się na chuderlawe nogi i pobiegł 

w  kierunku  najbliższego  hikorowego  drzewa.  Pędząc  ile  sił  w  nogach,  z  opuszczoną  głową,  na  oczach  zdumionych 

chochlików walnął bykiem w pień i runął na ziemię. Frito napełnił swój kapelusz czystą wodą z pobliskiej strugi i podbiegł 

do niego, ale ofiara postawiła oczy w słup i wydała kolejny przeraźliwy okrzyk.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

10 / 48

background image

 - Nie, nie, tylko nie woda!

Wystraszony Frito odskoczył, a chudzielec z trudem podniósł się na czworaki.

 - Mimo tu serdeczne dzięki - rzekł. - Odlot zawsze tak na mnie działa.

Wyciągając brudną rękę, dziwnie mówiący nieznajomy uśmiechnął się bezzębnym uśmiechem.

 - Tim Benzedryna, do waszych uzług.

Frito i pozostali przedstawili się po kolei, raz po raz rzucając niespokojne spojrzenia w kierunku zabójczego drzewa, 

które nadal nadstawiało swoje słupki.

 - Ojej, ni mrtwci si nim - zabulgotał Tim. - Jst obrżony: Wy koty jsteści tu nowe?

Frito ostrożnie wyjawił mu, że podążają do Whee, ale zabłądzili.

 - Czy mógłbyś pokazać nam drogę?

 - Ojej, pywni - zaśmiał się Tim - to pryste. Jydnk pyrw chydźmy do mni, pyznyci moje stare. Nzywa si Hashberry.

Chochliki  zgodziły  się,  bo  skończyły  im  się  zapasy  sałatki  ziemniaczanej.  Pozbierawszy  tobołki,  poszły  za 

przedziwnie zygzakującym Benzedryną, który od czasu do czasu przystawał, żeby pogawędzić z jakimś ładnym kamieniem 

lub  pniem, pozwalając  się  dogonić. Gdy  tak  krążyli  bez  celu  między  groźnie  wyglądającymi  drzewami, z  gardła  Tima 

Benzedryny wydobywały się chrypliwe, wesołe dźwięki:

O cudowna jak omamy ćpuna! Zapruta kolejnym odlotem! 

O nabuzowana panno z mózgiem zżartym kompotem, jaki ode mnie dostajesz!

O tępa blondynko, od ptaków i żuków wielkości turkawek! 

O chuderlawa poczwaro z kieszeniami pełnymi strzykawek! 

O zmierzwionych kudłach! 

O oczach ślepych na wszystko! 

O nigdy nie kąpiąca się i nie goląca nóg hipisko! 

O niezdolna na czymkolwiek skupić dłużej uwagi! 

O Hashberry, by cię,  kochać, potrzeba odwagi!

Kilka chwil później wyszli na polankę na szczycie niewielkiego pagórka. Na niej stał prymitywny barak w kształcie 

kalosza, z niewielkim kominem, z którego wydobywał się gęsty, paskudnie wyglądający, zielony dym.

 - Ojej - pisnął Tim - jest w domu!

Prowadzeni przez Tima wędrowcy podeszli do niepozornej chatki. W jedynym jej oknie na  poddaszu migotało białe 

światło. Gdy przeszli przez próg i bróg niedopałków, połamanych fajek oraz zużytych baterii, Tim zawołał:

Przyszło czterech, co chcą poszaleć sobie deczko, 

A wiać czas najwyższy podzielić się fajeczką.

Z zadymionego wnętrza nadleciało w odpowiedzi:

Zatem zacznij i niech każdy sztachnie się jak trzeba, 

Aby zaraz ryknąć śmiechem i ulecieć do nieba.

Wśród fosforyzujących tapet i stroboskopowych lamp Frito z początku dostrzegł tylko coś, co wyglądało jak sterta 

brudnych szmat. Jednak ten stos odezwał się ponownie:

Chodźcie więc i wszyscy pociągnijcie dym z fajki, 

Zmieńcie swe mózgi w ser i poznajcie świat bajki!

Nagle, gdy  chochliki  wytrzeszczały  załzawione  oczy, stosik łachów  poruszył się  i usiadł,  okazując  się  niezwykle 

chudą  kobietą  o  podkrążonych oczach. Patrzyła  na  nich przez chwilę, zamruczała: “Ale  numer"  i z  brzękiem paciorków 

runęła na twarz, zapadając w katatoniczny stupor.

 - Nie mrtwcie się Hash - rzekł Tim. - Wtorek to jej dzień na crash.

Nieco  oszołomione  kwaśnymi  wyziewami  i  migotaniem  lamp,  chochliki  zasiadły  ze  skrzyżowanymi  nogami  na 

brudnym materacu i uprzejmie poprosiły o coś do zjedzenia, ponieważ przebyły długą drogę i były gotowe połknąć konia z 

kopytami.

  -  Do  zjedzenia? -  Tim zachichotał, przetrząsając  ręcznie  zrobioną, skórzaną  sakwę. -  Czkajci, a  zyraz  cuś  wym 

znyjdę Nich spyjrze... och, ojej! Ni wiedzyłym, że jiszczy to mymy! 

  Niezgrabnie  wytrząsnął zawartość sakwy  i zgarnął je  na  nią  równą  kupkę. Były  to chyba  najbardziej podejrzane 

grzyby, jakie Spam kiedykolwiek widział, co - dość nieuprzejmie - powiedział na głos:

 - To chyba najbardziej podejrzanie wyglądające grzyby jakie widziałem w życiu - stwierdził.

Niewiele  było  rzeczy w  Śródziemiu  Dolnym,  których  Spam  kiedyś  nie  skosztował,  a  mimo to  przeżył,  tak  więc 

zaczął  jeść  ciamkając  i  opychając  się  bezwstydnie. Grzyby  miały  dziwni  kolor  i  zapach, ale  całkiem  przyjemny smak, 

chociaż nieco spleśniały. Później podano chochlikom okrągłe ciasteczka z wytłoczonymi na nich literkami. (“Rozpuszczyją 

się w mózgu, ni w renkach" - zachichotał Tim.)

Napchane do masy krytycznej, zadowolone chochliki rozsiadły się  wygodnie, gdy Hashberry zagrała  im na  czymś, 

co  wyglądało  jak  ciężarna  deska  do  prasowania.  Zaspokoiwszy  głód,  Spam  był  szczególnie  zadowolony,  kiedy  Tim 

zaproponował mu szczyptę “własnej spycjylnej miszanki" do fajeczki. Dziwny aromat, pomyślał Spam, ale miły.

 - Czykyjci około pył gydziny - rzekł Tim. - Myci ochote na rap?

 - Rap? - powtórzył Spam.

 - No wici, takie... gadani ustami - odparł Tim, zapalając swoje nargile z przerobionej wirówki do mleka, pełnej tarcz 

i pokręteł. - Jesteści tu, bo łaś przypylyło?

 - W pewnym sensie - odparł rozsądnie Frito. - Dostaliśmy ten Pierścień Władzy i... och!

Frito za późno ugryzł się w język; teraz nie mógł już tego cofnąć.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

11 / 48

background image

 - Fajowo! - rzekł Tim. - Pokażci! 

Frito niechętnie podał mu Pierścień.

 - Tandeta - stwierdził gospodarz, odrzucając mu klejnot. - Nywet tyn złom, co wciskym krasnalom ji lypszy.

 - Sprzedajesz pierścionki? - spytał Moxie.

 - Jasne  - odparł Tim. - W sezyni turstycznym mym tu sklyp z amuletymy i pamiontkymy. Daji mi kasę  na zimywe 

miesiyncy, kapujisz?

 - Może nie będzie komu odwiedzać tego lasu - stwierdził spokojnie Frito - jeśli nie pokrzyżujemy planów Sorheda. 

Przyłączysz się do nas?

Tim potrząsnął włosami.

  -  Ni  kuś  mni,  człowieku. Jistym świdomym  obdżektyrym... ni  chcy żydnyj  wyjny. Przybyłym ty,  żeby  uniknyć 

poboru, rozumisz? Jeśli jakiś kot chcy mi cyś zybryć, mówię “Fajowo" i daji mu kwiaty y paciorky. “Myłość" - mówię mu. 

“Nigdy wincy wyjny" - mówię. A zryszty, i tak mym kategorie “C".

 - Bez jaj! - warknął cicho Spam do Moxie.

 - Ni, ja mym jaja - rzekł Tim, pukając się w skroń. - Tylko tu pusto!

Frito  uśmiechnął  się  dyplomatycznie, ale  nagle  okropnie  rozbolał go  brzuch.  Zaczął wywracać  oczami  i  poczuł 

pustkę  w  głowie. To pewnie  atak domowego  duszka,  pomyślał,  gdy w  uszach zaczęło  mu  dzwonić  jak w  krasnoludziej 

kasie  sklepowej. Język mu napuchł, a  ogon zaczął wibrować. Obrócił się do Spama, chcąc  zapytać, czy i on czuje  się  tak 

samo.

 - Argle - bargle morble łuusz? - powiedział.

Co jednak  nie  miało żadnego znaczenia, ujrzał  bowiem, iż  Spamowi  nagle  wpadło  do głowy, aby  zmienić  się  w 

dużego, różowego smoka w trzyczęściowym garniturze i słomkowym kapeluszu.

 - Co mówiłeś, panie Frito? - spytał ten stuknięty jaszczur głosem Spama.

  -  Ffluger  fribble  golorowy  fruble  -  odparł  sennie  Frito, myśląc, że  to  dziwny pomysł, nosić  taki kapelusz  późną 

jesienią.

Zerknąwszy na bliźniaków, Frito spostrzegł, że obaj zmienili się w pasiaste podstawki do filiżanek, szybko toczące 

się w dal.

 - Nie czuję się zbyt dobrze - powiedziała jedna.

 - Czuję się okropnie - sprecyzowała druga.

Tim, teraz  w  postaci dość  ładnej sześciostopowej  marchewki, ryknął głośnym śmiechem i zmienił się  w  skręcony 

taksometr parkingowy. Frito, oszołomiony ogromną falą  płatków owsianych, zalewających mu mózg, nie zauważał kałuży 

śliny  zbierającej mu  się  na  podołku.  Coś  bezgłośnie  wybuchło  mu  między uszami, i z  przerażeniem zobaczył, że  pokój 

rozciąga się i kurczy jaki plastelina w ogniu. Uszy zaczęły mu rosnąć, a ramiona zmieniły się w rakietki do badmintona. W 

podłodze powstały dziury, z których wylewało się zębate masło orzechowe. Tuzin pasiastych karaluchów tańczył rock and 

rolla  w  jego brzuchu. Ser  szwajcarski dwukrotnie  zawinął  z  nim walca  po pokoju  i odpadł mu nos. Frito otworzył usta, 

żeby coś powiedzieć, ale wyleciało z nich stado

 

latających dżdżownic. Jego pęcherzyk żółciowy zaśpiewał arię  i zatańczył 

w parze z wyrostkiem robaczkowym. Zaczął tracić przytomność, ale zanim stracił ją  zupełnie, usłyszał jak sześciostopowa 

gofrownica chichocze: “Jeźli czujesz to tyryz, to zyczykj na odlot!"

III

NIESTRAWNY POSIŁEK W ZAJEŹDZIE Z DYBRYM JEDZONKIEM

Złocisty  blask  późnego  poranka  już  ogrzewał  trawy,  kiedy  Frito  w  końcu  zbudził  się,  z  głową  pękającą  z  bólu, 

czując  w  ustach  smak  dna  ptasiej klatki.  Rozejrzawszy  się  wokół, czując  każe  kosteczkę,  zobaczył, że  wraz  z  trzema 

pozostałymi towarzyszami  leży  na  samym  skraju  lasu, a  przed  nimi biegnie  czteropasmowy trakt prowadzący prosto do 

Whee! Nigdzie nie było śladu Tima Benzedryny. Frito pomyślał, że wydarzenia minionej nocy zapewne były koszmarnym 

snem  chochlika,  który  opchał  się  po  uszy  zepsutą  sałatką  ziemniaczaną. Wtem  jego  wzrok  padł  na  papierową  torebkę 

stojącą obok jego plecaka i przyczepioną do niej karteczkę. Frito ze zdumieniem przeczytał:

Drygi Frydku!

Szkyda, że pydłeś tak szybky zeszły nocyy. Ominyły ci nprywdy fyjny podróże.

Mym nydzieji, ży tyn pirściń dziyła jak trza.

Pokuj s Tobom, Timm

PS.  Myci  myły  zypysik  prochuf,  co  ji  wym  zostawuji.  Mysze  kyńczyć,  bo  zara  mym  odododlot  obożeobożeo  - 

bożeobożeeeeee

Frito zajrzał do brudnej papierowej torebki i znalazł sporą ilość kolorowych cukierków, bardzo podobnych do tych, 

jakie  jedli  minionej  nocy.  Dziwne,  pomyślał,  ale  mogą  się  przydać.  Kto  wie? I  tak,  po  godzinie  cucenia  towarzyszy, 

prowadzona przez niego grupka ruszyła w kierunku Whee, z ożywieniem omawiając wydarzenia ubiegłego wieczoru.

Whee  była  główną  wioską  Wheelandu,  małego  i  błotnistego  obszaru  zamieszkanego  głównie  przez  zadzierające 

nosa  krety  i  lud  marzący  o  tym,  żeby  mieszkać  gdzie  indziej. Cieszyła  się  przelotną  popularnością, kiedy  -  w  wyniku 

nagłego ataku  czkawki geodety  -  czteropasmowy Kręty  Szlak  Wewnątrzstanowy omyłkowo  przeprowadzono przez  sam 

środek tego nędznego sioła.  Potem, przez  jakiś czas, tutejsza  populacja  żyła  dostatnio  dzięki  nielegalnemu  wystawianiu 

mandatów  za  przekroczenie  szybkości  lub  nieprzepisowe  parkowanie  oraz  sporadycznym,  bezczelnym  porwaniom. 

Niewielki  ruch  turystyczny  z  pobliskiego  Bagna  doprowadził  do  powstania  tanich  jadłodajni, paskudnych  straganów  z 

pamiątkami  i  fabryczki  zabytkowych  znaków  granicznych.  Jednak  narastające  kłopoty  ze  Wschodem  gwałtownie 

zakończyły ten  handel. Ze  wschodnich  krain  zaczął  napływać  strumyk uchodźców  mających  niewiele  dobytku  i jeszcze 

mniej  rozumu.  Nie  tracąc  takiej  okazji,  ludzie  i  chochliki  z  Whee  zgodnie  współpracowali  przy  sprzedaży  kiepsko 

władającym ich  językiem  emigrantom takich  rzeczy, jak  krótsze  nazwiska  i udziały  w  wytwórniach  perpetuum  mobile. 

Ponadto zasilali swoje kiesy, wciskając czarnorynkowe wizy do Bagna tym nieszczęśnikom, którzy nie  orientowali się  w 

przepisach.

Mieszkańcy Whee  byli przygarbieni, przysadziści, szerokostopi i ociężali. Mając  głębokie oczodoły i skłonność  do 

skrzywień kręgosłupa, często bywali brani za neandertalczyków - powszechny błąd, który z czasem znienawidzili. Niezbyt 

skłonni do  gniewu i czegokolwiek  innego, żyli w  pokoju  z  sąsiadami  chochlikami, których  bardzo  podbudowywał  fakt 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

12 / 48

background image

istnienia stworzeń stojących na niższym szczeblu drabiny ewolucji.

Te  dwa  ludy utrzymywały się  teraz z przemytu nielegalnych  emigrantów  i z  zasiłków - powszechnie  rosnących tu 

owoców w kształcie ludzkiej trzustki i równie apetycznych.

Wioska Whee składała się z  około sześciu tuzinów niewielkich domków, w większości zbudowanych z  pergaminu i 

korków od butelek. Stały nierównym kręgiem, otoczone fosą, której smród ze stu kroków powaliłby smoka.

Zatykając nosy, wędrowcy przeszli po skrzypiącym moście zwodzonym i przeczytali napis na bramie:

WITAMY W MALOWNICZEJ, HISTORYCZNEJ WHEE! 

LICZBA MIESZKAŃCÓW 1004328 961 WCIĄŻ ROŚNIE!

Dwaj zaspani strażnicy obudzili się tylko po to, żeby uwolnili protestującego Spama od reszty sztućców. Frito oddał 

połowy magicznych pastylek Tima, które wartownicy schrupali z apetytem.

Chochliki  umknęły,  zanim  tabletki  zaczęły  działać  i  -  zgodnie  z  instrukcjami  Goodgulfa  -  skierowały  się  do 

pomarańczowo  -  zielonego  neonu  migoczącego  w  środku  miasta.  Znalazły  tam kiepski zajazd  z  chromu  i  pleksiglasu, 

reklamowany mrugającym neonowym odyńcem, pożeranym przez ociekający śliną pysk. Poniżej widniała nazwa  zajazdu - 

“Dybre  Jedzonko  &  Spanko".  Przeszedłszy  przez  obrotowe  drzwi,  wędrowcy  podeszli  do  recepcjonisty,  którego 

identyfikator  głosił:  “Cześć!  Jestem  HoJo  Hominigritts!"  Podobnie  jak  reszta  personelu,  nosił  świński  kostium  z 

fałszywymi uszkami, ogonem i pyskiem z papier - mache.

 - Czołem! - zabulgotał drawlem gruby chomik. - Chcecie pokój?

 - Tak - rzekł Frito, zerkając  porozumiewawczo na  towarzyszy. -  Przybyliśmy do  miasta  na  krótki  urlop, prawda, 

chłopcy?

 - Urlop - rzekł Moxie, mrugając do Frita.

 - Króciutki urlopik - dodał Pepsi, kiwając głową jak idiota.

 - Zechcecie tu podpisać? - powiedział urzędnik przez świńską maskę. 

Frito wziął gęsie  pióro przymocowane łańcuchem do pulpitu i wpisał nazwiska: ALIAS TAJNIAK, IWAN MAM - 

SEKRET, JOHN NIEZNANY oraz TOM PSEUDONIM.

 - Ma pan jakieś worki czy torby, panie... eee... Tajniak?

 - Tylko pod oczami - mruknął Frito, kierując się do jadalni.

 - Hej - zachichotał recepcjonista - możecie sobie obejrzeć nasz pierścień murów!

 - Świetnie - odparł Frito, pospiesznie odchodząc.

 - Bawcie się dobrze - zawołał za nimi urzędnik. - I nie dajcie sobie wcisnąć jakiegoś tandetnego pierścienia!

Kiedy już nie mógł ich usłyszeć, Frito z niepokojem zapytał Spama:

 - Chyba nie sądzisz, że on coś wie - szepnął. - Jak uważasz?

 - Nie, panie Frito - odparł Spam, masując sobie żołądek.

 - Zjedzmy coś wreszcie!

Wszyscy  czterej  weszli  do  jadalni  i  siedli  przy  stoliku  w  pobliżu  ciepłego  propanowego  kominka,  nieustannie 

opiekającego dużego cementowego wieprza na zmechanizowanym obrotowym rożnie. Łagodne dźwięki fatalnego muzaka 

rozbrzmiewały w zatłoczonym pomieszczeniu, gdy wygłodniałe chomiki studiował kartę w kształcie proszczącej się świni. 

Podczas gdy Frito zastał nawiał się nad “Kwik - kwikburgerem Wujka Piggy" opiekanym w czystym oleju lnianym, Spam 

wytrzeszczał gały na skąpo odziane “prosiaczki" zatrudnione tu jako kelnerki - piersiaste dziewki z fałszywymi ogonkami, 

uszkami i ryjami.

Jedna  z  nich  przytruchtała  do  stolika  przyjąć  zamówienie,  a  Spam  pożądliwie  spojrzał  na  jej  świńskie  oczka, 

przekrzywiona blond perukę i owłosione nogi.

 - Chcecie co zamówić, łazęgi? - spytała świnka, z trudem utrzymując równowagę na wysokich obcasach.

 - Proszę dwa kwik - kwikbiurgery i dwa specjalne łupu-cup - odparł z szacunkiem Frito.

 - A co z pierścieniem, ee, chciałam powiedzieć z czymś do picia?

 - Chętnie, proszę cztery orka - cole.

 - Kapuję.

Gdy  kelnerka  odmaszerowała, z  trudem  krocząc  w  przyciasnych butach  na  wysokich  obcasach  i  potykając  się  o 

długą,  czarna  pochwę  miecza,  Frito  uważnie  zmierzył  okiem  gości,  sprawdzająca  czy  nie  ma  wśród  nich  kogoś 

podejrzanego. Kilku chochlików, para ciemnoskórych facetów, pijany troll leżący przy barze. Jak zwykle.

Uspokojony, Frito pozwolił towarzyszom wmieszać się w tłum przestrzegając, żeby nie gadali o “wiecie czym". 

Kelnerka  wróciła  z  zamówionymi  kwikburgerami, gdy  Spam sprzedawał kiepskie  żarty  parze  koboldów  w  kącie 

sali, a bliźniacy odstawiali kilku groźnie wyglądającym gremlinom swoją ulubioną pantomimę. Kaleka i jego córki, będącą 

pewnym  hitem  w  Bagnie.  Gdy  coraz  liczniejszy  tłum  ryczał  ze  śmiechu  na  widok  ich  obscenicznych  gestów, Frito  w 

zadumie  pałaszował pozbawionego smaku kwikburgera, zastanawiając  się, jaki los czeka Wielki Pierścień, kiedy dotrą do 

Riv'n'dell i Goodgulfa.

Nagle  trzonowce Frita  natrafiły na  jakiś mały, twardy przedmiot w  kwikburgerze. Klnąc  pod nosem, Frito  włożył 

palce do ust i wydobył nich maleńki metalowy cylinder. Odkręciwszy wieczko, wyjął jeszcze mniejszy pasek mikrofilmu, 

na  którym  widniały  słowa:  “Strzeż  się!  Grozi  ci  wielkie  niebezpieczeństwo. Czeka  cię  długa  podróż. Wkrótce  spotkasz 

wysokiego bruneta. Ważysz dokładnie pięćdziesiąt dziewięć funtów".

Przestraszony Frito głośno wciągnął powietrze  i rozejrzał się wokół, szukając autora  tej wiadomości. W końcu jego 

spojrzenie spoczęło  na  wysokim, czarnowłosym mężczyźnie  siedzącym przy barze nad nie  tkniętym kuflem podwójnego 

korzennego piwa. Szczupły nieznajomy miał na sobie szary strój i oczy skryte  za czarną maską. Na jego piersi krzyżowały 

się bandolety ze srebrnymi kulami, a przy chudym biodrze zwisał mu złowrogo wyglądający miecz z rękojeścią wykładaną 

perłami. Jakby  czując  na  sobie  spojrzenie  Frita,  powoli  obrócił  się  na  stołku  i  znacząco przyłożył palec  do  ust.  Potem 

wskazał na drzwi do toalety i wystawił pięć palców. PIĘĆ MINUT. Potem wskazał najpierw na Frita, a potem na siebie. Do 

tego  czasu  połowa  gości  zauważyła  to  i  myśląc,  że  to  jakaś  gra,  dopingowała  go  głośnymi  okrzykami  “Słynne 

powiedzenie?" albo “Proszę powtórzyć pytanie!"

Młody chochlik udawał, że niczego nie zauważył i ponownie przeczytał wiadomość. “Niebezpieczeństwo". Frito w 

zadumie spojrzał na osad haczyków na ryby i pienistą warstwę mielonego szkła w swojej szklance orka - coli. Upewniwszy 

się, że nikt nie widzi, ostrożnie podsunął szklankę dużej palmie doniczkowej, która z wdzięcznością przyjęła poczęstunek.

Nabrawszy  podejrzeń, Frito wstał od  stolika, starając  się  nie  wywrócić  dużej  rury  podsłuchowej umieszczonej  w 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

13 / 48

background image

bukiecie plastikowych kwiatów. Nie zauważony wszedł do toalety, gdzie miał czekać na wysokiego nieznajomego.

Po kilku minutach niektórzy  z  gości korzystających  z  ubikacji  zaczęli podejrzliwie  spoglądać  na  Frita, który  stał 

gwiżdżąc, z rękami w kieszeniach, oparty o wykafelkowaną ścianę. Aby uniknąć! dalszych podejrzeń, Frito odwrócił się do 

wiszącego na ścianie! automatu.

 - No, no, no - rzekł scenicznym szeptem - właśnie tego szukałem! - Następnie, z  wystudiowanym zapałem, zaczął 

wrzucać do automatu drobne ze swej chudej sakiewki.

Po piętnastu  gwizdkach, ośmiu  kompasach, sześciu  miniaturowych  latarkach i czterech  paczkach  ekstrapewnych 

wyrobowi gumowych, rozległo się tajemnicze pukanie do drzwi. W końcu! jeden z gości, skryty w kabinie, wrzasnął:

  -  Do  cholery,  niech  ktoś  wpuści  tego  s...  syna!  -  Drzwi  otwarły  się  na  oścież  i  stanął  w  nich  zamaskowany 

nieznajomy który gestem kazał Fritowi schować się za róg.

 - Mam dla pana wiadomość, panie Bugger - powiedział.

Kwikburger podszedł Fritowi do gardła, gdy chochlik usłyszał swoje nazwisko.

 - Ja... ja sądzić, pan sze mylić, senior - zaczął kulawo! Frito. - Ja bardzo przykry, ale nie znać nikt...

 - To wiadomość od czarodzieja Goodgulfa - ciągnął nieznajomy - jeśliś jest tym, który zowie się Frito Bugger!

 - To ja - powiedział stropiony i przestraszony Frito.

 - I tyś jest posiadaczem Pierścienia?

 - Może tak, a może nie - odparł Frito, grając na zwłokę. Nieznajomy chwycił go za  klapy kamizelki i podniósł do 

góry.

 - Tak, pewnie - pisnął Frito. - Mam go! Możesz mnie podać do sądu.

 - Nie obawiaj się, zapomnij o lękach, wstrzymaj konie i nie pękaj - zaśmiał się tamten. - Jestem twym przyjacielem.

  -  I  masz  dla  mnie  wieści od  Goodgulfa?  -  wybełkotał  Frito,  czując,  jak  kwikburger  wraca  na  miejsce. Wysoki 

mężczyzna  rozpiął  zamek błyskawiczny schowka  przy siodle  przewieszonym  przez  ramię  i wręczył Fritowi  karteczkę  z 

następującym tekstem:

“Trzy pary gaci, 

cztery pary skarpetek, 

dwie koszule, 

kolczuga, 

buzdygan". 

W następnej  chwili niecierpliwie  wyrwał  ten  spis  z  ręki  chochlika  i  podał  mu  zwój  pergaminu. Zerknąwszy  na 

pieczęć  z  kartofla  i  runiczny  krzyżyk  Goodgulfa  odciśnięty  w  stwardniałej  gumie  do  żucia,  Frito  upewnił  się  co  do 

tożsamości nadawcy. Pospiesznie rozerwał zwój, zachowując gumę dla Spama. Na później. Z trudem odcyfrował znajome 

kulfony. Przeczytał:

Drogi Frito!

Halabarda  opadła!  To,  co  wiesz,  wpadło  w  śmigła  wiatraka!  Niezgule  Sorheda  zwęszyły  nasz  mały  podstęp  i 

przetrząsają  wszystkie  nory  w  poszukiwaniu  “czterech  chochlików,  w  tym  jednego  z  różowym  ogonem".  Nie  potrzeba 

abakusa, żeby  dojść  do tego, że  ktoś puścił farbę. Gdziekolwiek  jesteś, zjeżdżaj stamtąd  jak  najszybciej  i nie  zgub wiesz 

czego. Spróbuję spotkać  się z wami w Wingtip, jeśli nie, szukajcie  mnie w Riv'n'dell. W każdym razie nie  przyjmuj niczego 

za pewnik. I nie przejmuj się Stomperem, to porządny gość, niente zbytente bynte strynte, jeśli wiesz, co chcę rzec.

Muszę kończyć, bo zostawiłem coś na palniku Bunsena.

Goodgulf

PS. Jak ci się podoba nowa papeteria? Znalazłem ją na wyprzedaży!

Kwik  -  kwikburger  Frita  znów  ruszył do  góry. Usiłując  jakoś  pogodzić  się  z  jego niewczesnym powrotem, Frito 

jęknął:

 - A więc nie jesteśmy tu bezpieczni.

  -  Nie  obawiaj  się, mały  chochliku  -  rzekł  Stomper  -  albowiem  ja, Arrowroot  z  Arrowshirt,  jestem  przy  tobie. 

Goodgulf na pewno wspomniał o mnie w liście. Nazywają mnie wieloma imionami...

 - Jestem tego pewny, panie Arrowshirt - przerwał mu przerażony Frito. - Jednak będzie fatalnie, albo jeszcze gorzej, 

jeśli nie wyniesiemy się  stąd. Myślę, że ktoś w tej nędznej spelunie dybie na mój skalp i bynajmniej nie po to, żeby zrobić 

mi lanolinowy masaż!

Wróciwszy  do  stolika,  Frito  zastał  trzy  pozostałe  chochliki  wciąż  obżerające  się  do  obrzydzenia.  Ignorując 

zamaskowanego! nieznajomego, Spam uśmiechnął się zatłuszczonymi wargami do Frita.

 - Zastanawiałem się, gdzie cię wcięło - rzekł. - Chcesz ugryźć mojego łupu-cupu?

Kwik-kwik wyraźnie  marzył o repatriacji  i połączeniu się  z  łupu-cupem Spama, lecz  Frito  jakoś  zepchnął go na 

miejsce i zrobił przy stoliku miejsce dla długich odnóży Stompera. Chochliki spojrzały na Stompera z apatycznym brakiem 

zainteresowania.

 - Nie wiedziałem, że mamy dziś bal maskowy - powiedział Spam.

Frito złapał rozwścieczonego Stompera za rękę.

 - Słuchajcie - powiedział szybko - to Stomper, przyjaciel! Goodgulfa i nasz...

 - A nazywają mnie wieloma imionami... - zaczął Stomper. 

 - A nazywają go wieloma imionami, ale teraz musimy... - Frito dostrzegł stojącą obok, wysoką postać.

 - Chcecie już zapłacić, dupki? - zachrypiał głos zza gąszczu blond włosów i papierowego ryja.

 - Hmm, pewnie - odparł Frito - a twój napiwek wyniesie, aaa...

Nagle poczuł, że silna, szponiasta łapa sięga mu do kieszeni. 

 - Nie wysilaj się, mały - warknął głos. - Po prostu zaokrąglę rachunek! Ha ha ha ha!

Frito  wrzasnął  przeraźliwie,  gdy  peruka  spadła  z  głowy  fałszywej  kelnerki,  ukazując  gorejące  czerwone  ślepia  i 

paskudny  uśmiech  Niezguła!  Jak  zahipnotyzowany  Frito patrzył  na  szyderczo  wykrzywiony,  ośliniony  pysk, przy czym 

zauważył, że każdy ząb był opiłowany i ostry jak igła. Nie chciałbym płacić jego rachunku u dentysty, pomyślał. Rozejrzał 

się  wokół,  szukając  pomocy,  gdy  ogromny  stwór  uniósł  go  i  zaczął  mu  przetrząsać  kieszenie,  szukając  Wielkiego 

Pierścienia.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

14 / 48

background image

 - Dawaj, dawaj - warczał zniecierpliwiony potwór. - Chcę go mieć!

Osiem pozostałych kelnerek otoczyło ich, groźnie migocząc dobrze  naostrzonymi tasakami. Brutalnie  przytrzymali 

trzy  pozostałe  chochliki,  pobladłe  ze  strachu. Po  Stomperze  nie  zostało  nawet  śladu  oprócz  pary  koślawych  obcasów 

dygoczących pod stołem.

  -  No  dobra,  gryzoniu,  dawaj!  -  syknął  wysłannik  zła,  wyciągając  ogromną  czarną  maczugę.  -  Powiedziałem, 

auuuuu! - wrzasnął z bólu, jednocześnie puszczając Frita i wyskakując wysoko w powietrze. Spod stołu wysunęło się ostre, 

zębate ostrze. Potem wylazł Stomper.

 - Dragonbreth! Gilthorpial!  - zajodłował, wymachując żelastwem jak szaleniec. Z nieporęcznym mieczem w dłoni 

runął na najbliższego potwora. - Banzai! - wrzasnął. - Nie brać jeńców! Naprzód, gwardia!

Zadał zamaszysty cios, chybił o dobry jard i potknął się o pochwę swego miecza.

Dziewięciu  napastników  patrzyło  szeroko  otwartymi,  czerwonymi  oczami  na  miotającego  się,  zapienionego 

Stompera,  Z  niedowierzaniem  spoglądali  na  jego  szaleńczy  atak.  Zaparło  im  dech.  Nagle  jeden  z  nich  prychnął  i 

zachichotał. Następny parsknął. Przyłączyli się dwaj kolejni, podśmiechując się cicho, aż w końcu cała dziewiątka zaniosła 

się histerycznym, chóralnym śmiechem. Stomper, nadęty i wściekły, wstał i natychmiast upadł poślizgnąwszy się na swoim 

hełmie,  aż  srebrne  naboje  rozsypały  się  na  wszystkie  strony.  Niezgule  ryczeli  ze  śmiechu.  Dwaj  padli  na  podłogę, 

chichocząc  niepowstrzymanie.  Pozostali  chwiali  się  na  nogach,  spazmatycznie  łapiąc  powietrze  i  wypuszczając  z  łap 

maczugi. Wielkie łzy ciekły im po  pokrytych  łuskami policzkach. Ha  ha ha!  Stomper  wstał, z  wściekłości czerwony  jak 

burak.

Podniósł  miecz  i  ostrze  wypadło  z  rękojeści. Ha  ha  ha  ha  hal Niezgule  turlały  się  po  ziemi  i  łapały  za  boki  ze 

śmiechu. Stompen umocował ostrze, zamachnął się potężnie i zatopił je  w cementowej świni na  kominku. HA HA HA HA 

HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA!

W tym momencie, widząc, że nikt nie zwraca na niego uwagi. Frito podniósł jedną z ciężkich, porzuconych maczug 

i zabrał się za rozbijanie łbów. Moxie, Spam i Pepsi poszli za jego przykładem i ruszyli między wijące się stwory, rozdając 

mocne kopniaki w jądra i sploty słoneczne.

W  końcu  zbzikowany  Arrowroot  przypadkowo  przeciął  liny  mocujące  główny  świecznik,  jednocześnie 

przygniatając  stertę  wijących  się  pod  nim,  półprzytomnych  potworów  i  pogrążając  pomieszczenie  w  kompletnych 

ciemnościach. Korzystając  z  chwilowego zaciemnienia, chochliki po omacku ruszyły do  drzwi wlokąc  za  sobą Stompera. 

Przeskakując  i manewrując między gorejącymi ślepiami, uciekli i bez tchu przebiegli zaułkami, a potem obok chrapiących 

strażników, aż  minęli most zwodzony i wypadli na  otwartą  przestrzeń. Biegnąc, Frito czuł na sobie! zdumione spojrzenia, 

jakimi wieśniacy odprowadzali jego i jego towarzyszy. Miał nadzieję, że nie  zawiadomią sługusów Sorheda. Na szczęście 

zobaczył, że nie zwracają na nich uwagi, zajęci! swoimi wieczornymi rozrywkami - puszczaniem rac i gołębi pocztowych.

Kiedy  znaleźli  się  za  miastem,  Stomper  zaprowadził  ich  w  gąszcz  cyprysów,  gdzie  kazał  im  siedzieć  cicho  i 

nieruchomo, żeby nie dostrzegli ich agenci Sorheda, którzy niedługo ockną się i ruszą w pogoń.

Wciąż  ciężko dyszeli, gdy nieoceniony Arrowroot wzmocnił sygnał swojego aparatu słuchowego i przyłożył ucho 

do ziemi.

 - Strzeżcie się! - szepnął. - Albowiem słyszę Dziewięciu Jeźdźców galopujących w pełnym rynsztunku przez noc!

Kilka  minut  później  przebiegło  obok  nich  stadko  spłoszonych  jeleni,  jednak  należy  oddać  sprawiedliwość 

Stomperowi i przyznać, że niektóre z nich były uzbrojone w dość groźnie wyglądające rogi.

  -  Ohydni  Niezgule  rzucili  na  mnie  urok  -  wymamrotał  przepraszająco  Stomper,  wymieniając  baterie  -  ale 

przynajmniej wiemy, że możemy bezpiecznie ruszyć dalej.

W tej samej chwili straszliwi jeźdźcy z łoskotem przegalopowali drogą na swych świniach. Wędrowcy w samą porę 

zdążyli  uskoczyć  w  krzaki  i  słudzy  Sorheda  przejechali  obok.  Kiedy  szczęk  ich  zbroi  ucichł  w  oddali,  z  chaszczy 

wynurzyło się pięć głów, szczękających zębami jak tanimi marakasami.

 - Niewiele brakowało! - rzekł Spam. - Prawie zafajdałem sobie pantalony.

Postanowili jeszcze przed wschodem słońca  ruszyć  w kierunku Wingtip. Księżyc otulił się szalem grubych chmur, 

gdy  podążali w  kierunku tego wyniosłego szczytu, samotnego granitowego  palca  na  południowym krańcu legendarnych 

Gór Harc, odwiedzanych przez niewielu prócz zziajanych harcerzyków.

Stomper  w  milczeniu  kroczył  w  chłodnym  nocnym  wietrze,  nie  mówiąc  słowa,  jedynie  cicho  brzęcząc 

ocynkowanymi  ostrogami.  Bliźniacy  byli  zafascynowani  jego  mieczem,  który  zwał  Krona,  Zabójca  Tuzinów.  Moxie 

zrównał się z zamaskowanym mężczyzną.

 - Ma pan ładny szpikulec, panie Arrowshirt - rzekł dociekliwy chochlik.

 - Taa - rzekł Stomper, trochę przyspieszając kroku.

 - Nie wygląda na standardowe wyposażenie. Pewnie specjalny model, no nie?

 - Taa - odparł rosły mężczyzna, lekko rozdymając nozdrza ze zniecierpliwienia.

Szybki jak szczur, Moxie wysunął broń z pochwy.

 - Mogę obejrzeć?

Stomper, nawet nie  mrugnąwszy okiem, celnym machnięciem nogi obutej w szyte  na zamówienie  kamasze  wysłał 

młodego chochlika w powietrze.

 - Nie - powiedział, chowając miecz z powrotem.

 -  On  na  pewno  nie chciał być  niegrzeczny, panie Arrowshir - rzekł Frito, stawiając  Moxie  na  uginające  się nogi. 

Zapadło głuche  milczenie. Spam, którego znajomość  sztuki wojennej sprowadzała  się  do umiejętności dręczenia  kurcząt, 

zaczął śpiewać pieśń, której urywek gdzieś kiedyś zasłyszał:

Barbisol był królem Twodoru 

Jego miecz raził wrogów gorzej moru, 

Jednak kiedyś zardzewiał cały, 

I ciosy Sorheda go złamały.

Wtedy, ku zdziwieniu chochlików, wielka łza spłynęła z oka Stompera, który ze szlochem zanucił w ciemnościach:

Tak to padł Twodor, skoro pytacie, 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

15 / 48

background image

A król ze strachu narobił w gacie. 

Teraz Fordor zgrozę, budzi, 

Aż Korona wróci między ludzi!

Chochliki wytrzeszczyły  oczy, jakby po  raz  pierwszy  zobaczyły  swojego  towarzysza. Ze  zdumieniem rozpoznały 

legendarny cofnięty podbródek i wadliwy zgryz potomka Barbisola.

 - A zatem ty musisz być prawowitym Królem Twodoru! zawołał Frito.

Rosły rycerz spojrzał na niego spokojnie.

 - To, co mówisz, może być prawdą - rzekł - jednak w obecnej chwili powstrzymam się od komentarzy, ponieważ  ta 

smutna pieśń ma jeszcze jedną, rzadko pamiętaną zwrotkę:

Na Prawdziwego Króla Sorhed naciera, 

Zatem trzymajcie karty przy orderach, 

Gdyż los nieszczęsny tego dogoni, 

Kto zbyt pochopnie zamiary odsłoni.

Patrząc, jak prawowity władca truchta w  swoim niezwykłym przebraniu, młody Frito znów pogrążył się w długich 

rozmyślaniach nad przedziwnymi zrządzeniami losu.

Gdy  skraj słonecznej  tarczy  ukazał  się  nad  odległym horyzontem,  pierwsze  promyki  słońca  nieśmiało  oświetliły 

Wingtip.  Po  godzinie  mozolnej  wspinaczki  dotarli  na  szczyt  i  z  ulgą  wyciągnęli  się  na  granitowej półce,  podczas  gdy 

Stomper rozglądał się po okolicy w poszukiwaniu Goodgulfa. Węsząc wokół dużego szarego głazu, Stomper nagle pochylił 

się i zawołał Frita. Chochlik spojrzał na  kamień  i dostrzegł wyrytą  na  nim toporną  trupią czaszkę  oraz  runiczny krzyżyk 

starego Czarodzieja.

 - Goodgulf  przechodził tędy niedawno - stwierdził Stomper - a o ile dobrze odczytuję te runy, uważa, iż możemy tu 

bezpiecznie rozbić obóz.

Mimo to Frito położył się spać dręczony niedobrymi przeczuciami . Przecież, przypominał sobie, on jest królem i w 

ogóle. Most przez  Rzekę  Żółci i  droga  do  Riv'n'dell znajdowały się  niedaleko; tam znajdą  schronienie  przed Świńskimi 

Jeźdźcami. Od dawna należało mu się trochę snu, więc odetchnął z ulgą, zwijając się pod niewielkim kamiennym nawisem. 

Wkrótce zapadł w sen, ukołysany dobiegającymi z dołu cichymi szmerami i szczękiem oręża.

 -  Zbudźcie  się! Zbudźcie! Potwory! Wróg! Uciekać! - szeptał ktoś, budząc  Frita  ze  snu. Stomper mocno potrząsał 

chochlikiem. Frito usłuchał go, zerknął w dół  zbocza  i dostrzegł  dziewięć  czarnych sylwetek  skradających się  wolno  na 

górę, ku ich kryjówce.

  -  Wygląda  na  to,  że  źle  odczytałem  znaki  -  mruknął  stropiony  przewodnik.  -  Wkrótce  nas  dopadną,  o  ile  nie 

odwrócimy ich uwagi.

 - Jak? - spytał Pepsi.

 - Właśnie, jak? - Przyłączył się, zgadnij kto. Stomper spojrzał na chochliki.

 - Jeden z nas musi pozostać i opóźnić ich marsz, podczas gdy my pobiegniemy do mostu.

 - Ale kto...?

 - Nie ma obawy - rzekł szybko Stomper. - Trzymał w ręku cztery patyczki; trzy długie i jeden krótki dla tego, której 

rzucimy na pożarcie, który znajdzie się w panteonie bohaterów.

 - Cztery? - zdziwił się Spam. - A co z tobą? 

Arrowroot wyprostował się z godnością.

 - Chyba nie chcielibyście, żebym miał niezasłużoną przewagę, skoro to ja przygotowałem losy?

Uspokojone chochliki pociągnęły wyciory do fajki. Spam wyciągnął najkrótszy.

 - Może powtórzymy losowanie? -  jęknął. Jednak jego towarzysze  już zniknęli za  krawędzią  grani i gnali, ile sił w 

nogach, sapiąc i dysząc, Frito uronił wielką łzę za Spamem. Będzie mu brakowało.

Spam spojrzał na zbocze i zobaczył, że Niezgule zsiadły z koni i szybko zbliżają się do niego. Schowany za głazem, 

zawołał dzielnie:

 - Na waszym miejscu nie podchodziłbym bliżej! Bo pożałujecie! - Nie zważając na to, słudzy zła  podeszli jeszcze 

bliżej] -  Naprawdę doigracie  się! - wrzasnął Spam bez przekonania. Niezgule podchodziły i Spam załamał się. Wyjął białą 

chusteczkę, pomachał nią i wskazał na  wycofujących się  przyjaciół. - Nie  traćcie  czasu  na mnie  - zawołał. - Tam umyka 

ten, który maj Pierścień!

Słysząc  to,  Frito  skrzywił  się  i  zaczął  jeszcze  szybciej  przebierać  krótkimi  nóżkami.  Sadzący  długimi  susami 

Stomper już przebiegł przez  most i schronił się po drugiej stronie, na neutralnymi terytorium elfów. Frito obejrzał się. Nie 

zdoła uciec!

Stomper obserwował ten morderczy wyścig z bezpiecznej kryjówki w gąszczu wrzośców na brzegu strumienia.

 - Pospieszaj, luby druhu! - zawołał życzliwie. - Słudzy! zła są tuż, tuż za tobą!

Potem zasłonił oczy.

Tętent  świńskich  racic  rozbrzmiewał  coraz  głośniej  w  uszach  Frita,  który  już  słyszał  śmiercionośny  świst 

straszliwych mieczów Niezguli. Przyspieszył, podejmując jeszcze jedną rozpaczliwą próbę ucieczki, ale potknął się i upadł, 

zaledwie  kilka  kroków  od  granicy.  Chichocząc  z  uciechy,  Dziewięciu  Jeźdźców  otoczyło  Frita, a  ich  świńskie  rumaki 

chrząkaniem domagały się jego krwi.

 - Krwi! Krwi! - pochrząkiwały.

Przerażony Frito podniósł głowę i zobaczył powoli zaciskający się  wokół niego pierścień. Znalazł się zaledwie na 

odległość wyciągniętej ręki od śmierci. Przywódca Niezguli, wysoki tęgi cień w chromowanych nagolennikach, zaśmiał się 

dziko i uniósł maczugę.

 - Chi - chi - chi, nędzny gryzoniu! Teraz się zabawimy!

Frito cofnął się.

 - Może tak, a może nie - rzekł, próbując swego ulubionego blefu.

 - Arrgh! - wrzasnął zniecierpliwiony Niezguł, który przypadkiem nazywał się Argh. - Dalej, załatwmy tego małego 

świra! Szef kazał odebrać mu Pierścień i skończyć z nim od razu!

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

16 / 48

background image

Frito gorączkowo szukał jakiegoś wyjścia sytuacji. Postanowił zagrać swoją ostatnią kartę.

  -  No  i  dobrze, bo  naprawdę  nie  chciałbym, żebyście  zrobili  mi coś  złego!  -  rzekł Frito, wytrzeszczając  oczy  i 

przewracając nimi jak kulkami do gry.

 - Cha - cha - cha! - parsknął inny jeździec. - Czy może być coś gorszego od tego, co z tobą zrobimy?

Stwory podeszły bliżej, aby posłuchać głośnego szczękania zębów Frita.

Chochlik zagwizdał i zaczął udawać, że gra na bandżo. Potem zaśpiewał zwrotkę  Ole Man Ribber, drepcząc tam i z 

powrotem na  uginających  się  nogach,  podrapał  się  po  wełnistej  głowie  i  zatańczył  cake-walka, jednocześnie  wyjmując 

sobie z uszu nasiona dyni i nie wypadając z rytmu.

 - Naprawdę umie tańczyć - mruknął jeden z jeźdźców.

 - Naprawdę zaraz zginie! - wrzasnął inny, spragniony chochlikowej krwi.

  - A  więc  zginę  -  zaciągnął  teksańskim  drawlem  Frito. -  Możecie  zrobić  ze  mną  biednym wszystko, co chcecie, 

bracia Niezgule, tylko proszę, nie wrzucajcie mnie w tę kępę wrzośców!

Słysząc to, sadystyczne cienie zachichotały szyderczo.

 - Jeśli tego najbardziej się boisz - ryknął zjadliwie jeden z nich - to właśnie to cię spotka, ty mały dupku!

Frito  poczuł, jak żylasta  ręka  unosi go i ciska  przez  Rzekę Żółci, w  cierniste  krzaki na  drugim brzegu. Ucieszony, 

wstał i wyłowił z kieszeni Pierścień, upewniając się, że nadał jest tani przyczepiony do łańcucha.

Jednak straszliwi jeźdźcy  nie na  długo dali się  zwieść  podstępowi Frita. Pognali swe  zaślinione  rumaki do mostu, 

zamierzając  ponownie  pochwycić  chochlika  i  jego  cenny  Pierścień.  Jednali  Frito  ze  zdumieniem  zobaczył,  że  straszna 

dziewiątka została zatrzymana przy wjeździe na most przez jakąś postać w błyszczącym odzieniu.

 - Myto, proszę  - zażądała postać od zdumionych Jeźdźców. Ci zupełnie  oniemieli, kiedy wskazano im pospiesznie 

nagryzmolony cennik przybity do słupka:

Miejskie Myto Mostowe Elfboro

Pojedynczy podróżni ......... 1 pens

Furmanki dwuśladowe....... 2 pensy

Czarni Jeźdźcy....................45 sztuk złota

 

- Przepuść nas! - warknął rozzłoszczony Niezguł.

  -  Oczywiście  -  odparł  uprzejmie  poborca.  -  Policzmy:

 

jeden, dwa...  no  tak,  dziewięciu  po  czterdzieści  pięć  od 

głowy, to razem... uuu, dokładnie czterysta pięć sztuk złota. Gotówką, proszę.

Niezgule zaczęli pospiesznie przeszukiwać juki, a ich przywódca klął wściekle i wygrażał pięścią.

 - Słuchaj - zagrzmiał - myślisz, że ile my zarabiamy? Nie ma jakiejś zniżki dla urzędników na delegacji?

 - Przykro mi... - uśmiechnął się poborca.

 - A co z kredytowymi listami podróżnymi? Wszędzie je przyjmują.

 - Przykro mi, ale to jest most, a nie kantor wymiany - odparł beznamiętnie mostowy.

 - A może czek? Gwarantowany przez Państwowy Bank Fordoru.

 - Nie ma forsy, nie ma jazdy, przyjacielu.

Niezgule trzęśli się z wściekłości, ale  zawrócili wierzchowce, szykując się do odjazdu. Jednak zanim odjechali, ich 

przywódca potrząsnął sękatą pięścią.

 - To jeszcze nie koniec, śmierdzielu! Jeszcze o nas usłyszysz!

Powiedziawszy to, Niezgule  spięli swe popierdujące rumaki i pomknęli galopem, wzbijając wielką  chmurę kurzu i 

łajna.

Widząc to niemal nieprawdopodobne ocalenie z objęć pewnej śmierci, Frito zastanawiał się, jak długo autorom będą 

uchodzić takie numery. I nie on jeden.

Stomper  i  inne  chochliki  podbiegły  do  Frita,  gratulując  mu  szczęśliwej  ucieczki.  Potem  poszli  razem  ku 

tajemniczemu  nieznajomemu, który  wyszedł  im  naprzeciw,  a  widząc  między  nimi  Stompera,  zaczął  machać  rękami  i 

śpiewać:

O NASA! O UCLA! 

O etaoin shrdlu! 

O złoża berylu! 

Pandit J. Nehru!

Stomper podniósł ręce i odparł:

 - Shantih Billerica! - Objęli się i uściskali, wymieniając pozdrowienia i tajemne znaki.

Chochliki z  zaciekawieniem  przyglądały  się  nieznajomemu.  Przedstawił im  się  jako  elf  Garfinkel. Kiedy  zrzucił 

płaszcz,  ze  zdumieniem spojrzały  na  jego  upierścienione  palce, rozpięty  kołnierzyk tuniki z  ekskluzywnego  butiku  oraz 

srebrne plażowe klapka

 - Myślałem, że zjawicie się tu kilka dni wcześniej - rzekł łysawy elf. - Jakieś kłopoty po drodze?

 - Mógłbym o tym napisać książkę - rzekł proroczo Frito.

 - No cóż - powiedział Garfinkel - lepiej spadajmy stąd zanim wrócą tu te osiłki z filmu klasy B. Może i są głupi, ale 

na pewno uparci.

 - Nic nowego - mruknął Frito, który ostatnio mruczał coraz częściej.

Elf z powątpiewaniem spojrzał na chochliki.

 - Umiecie jeździć konno, chłopcy?

Nie czekając na odpowiedź, gwizdnął głośno przez złote zęby. Pobliska kępa cyprysów zatrzęsła się i wypadło z niej 

stadka przerośniętych merynosów, becząc z irytacją.

 - Wsiadajcie - polecił Garfinkel.

Frito,  z  niejakim  trudem  utrzymując  się  na  grzbiecie  podskakującego  czworonoga,  jechał  na  końcu  kawalkady 

zmierzającej znad  Rzeki  Żółci  ku Riv'n'dell. Wsunął  dłoń  do  kieszeni, odnalazł Pierścień  i wyjął go  na  gasnące  światło 

dnia. Klejnot już zaczaj wywierać nań swój złowrogi wpływ, przed którym ostrzegał go Dildo. Frito miał zatwardzenie.

IV

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

17 / 48

background image

KTO ZNALAZŁ, NIECH SIĘ RADUJE, 

KTO ZNALAZŁ, NIECH OPŁAKUJE

Po trzech dniach szybkiej jazdy, która pozostawiła Czarnych Jeźdźców wiele mil z tyłu, zmęczone chochliki dotarły 

w  końcu  do  niskich  wzgórków  otaczających  Riv'n'dell  naturalnym  murem,  broniącym  przed  rzadkimi  rabusiami,  zbyt 

głupimi  lub  małymi, aby  wdrapać  się  na  te  strome  górki  jak  ogórki.  Jednak  ich  zwinne  rumaki bez  trudu  pokonały  te 

przeszkody krótkimi, zapierającymi dech w piersi susami, tak że  po krótkiej chwili Frito  wraz z towarzyszami dotarli na 

szczyt ostatniego wzgórka, z którego spojrzeli na  pomarańczowe dachy i kopuły elfich gospodarstw. Popędzając zdyszane 

wierzchowce, pogalopowali w dół krętą sztruksową drogą wiodącą ku domostwom Oriona.

Było  już  późne popołudnie, gdy kawalkada  jeźdźców, prowadzona  przez  Garfinkela  zasiadającego na  wspaniałym, 

kędzierzawym tryku - Antraksie, wjechała  do Riv'n'dell. Powitał ich silny wiatr  i kawałki metalu sypiące się z ołowianych 

chmur. Gdy wędrowcy ściągnęli wodze przed największą chałupą, wysoki elf  odziany w perkal i oślepiająco białe paciorki 

wyszedł na podwórko i powitał ich.

  -  Witajcie  w  Ostatnim  Gościnnym  Schronisku  na  Wschód  od  Morza  -  rzekł.  -  Zapraszamy  do  sklepiku  z 

pamiątkami. Klimatyzacja w każdym pokoju.

Garfinkel  i  wysoki  elf  zagrali  sobie  na  nosach  w  odwiecznym  pozdrowieniu  swej  rasy,  wymieniając  powitalne 

uprzejmości.

 - Aral esso decca hej jakleci - rzekł Garfinkel, zwinnie zeskakując ze swego wierzchowca.

 -  A wokado polsilver nugat miło waswidzieć  -  odparł wysoki elf; potem  zwrócił się  do Stompera  i powiedział: - 

Jestem Orion.

 - Arrowroot, syn Arrowshirta, do usług - rzekł Stomper, niezgrabnie zsiadając z rumaka.

 - A ci? - spytał Orion, wskazując na cztery chochliki, śpiące na grzbietach sennych wierzchowców.

 - Frito i jego towarzysze, chochliki z Bagna - odparł Stomper.

Słysząc swoje imię, Frito głośno zabulgotał i drgnął, gwałtownie wyrwany ze snu, przy czym Pierścień wypadł mu z 

kieszeni  i potoczył  się  do nóg Oriona.  Jedna  z  owiec  przytruchtała  i  polizali  go, natychmiast zmieniając  się  w  hydrant 

przeciwpożarowy.

 - Hmm - mruknął Orion i chwiejnie wtoczył się do chaty Garfinkel poszedł za nim i zaczęli szeptać w mowie elfów. 

Arrowroot  słuchał  tego przez  chwilę, po czym podszedł do Spama, Moxie  oraz  Pepsi i zbudził ich serią  szturchańców i 

solidnych kopniaków. Frito podniósł Pierścień i schował go do kieszeni, 

  -  A  więc  to  jest  Riv'n'dell  -  powiedział,  przecierając  oczy  z  podziwu  na  widok  dziwnych  elfowych  domostw 

zbudowanych z prasowanego piernika i ocieplonych nadzieniem.

 -  Niech pan patrzy, panie  Frito - powiedział  Spam, wskazując na  drogę. -  Elfy, całe  mnóstwo. Ooch, chyba  śnię. 

Żałuję, że nie może mnie teraz zobaczyć stary Wargacz.

 - Ja żałuję, że nie jestem martwy - skamlał Pepsi.

 - I ja też - rzekł Moxie.

 - Niechaj dobra wróżka zasiadająca w niebie spełni wasze życzenia - powiedział Spam.

 - Zastanawiam się, gdzie jest Goodgulf - mruczał Frito. 

 Garfinkel wyszedł na  podwórko  i wyjął cienki blaszany  gwizdek, po  czym zagwizdał na nim przeraźliwie. Owce 

spokojnie odeszły na pastwisko.

 - To czary - westchnął Spam.

  -  Chodźcie  za  mną  -  rzekł Garfinkel i  poprowadził  Stompera  oraz  chochliki  wąską, błotnistą  ścieżką  wijącą  się 

wśród  kęp  kwitnących krzewów rotograwiury  i drzew  butowych. Gdy  tak szli, Frito  czuł upojną woń świeżego  obornika 

zmieszaną  z zapachem wapna i musztardy, a gdzieś w oddali słyszał delikatne, chwytające  za  serce pobrzękiwanie drumli 

oraz strzępy elfowej pieśni: 

Raz, dwa, trzy, płyń swą elebethiel zapluty githiel.

Siędnij wfubar losowi zygzyg snafu.

Och, zwróć mi mój piękny czerwony Fla, master!

Na  końcu ścieżki stała  chatka z polerowanej Joyvah i otoczona  klombem sztucznego  kwiecia. Garfinkel wystukał 

szyfr  zamka  i gestem  zaprosił gości do  środka. Znaleźli  się  w  obszernej komnacie,  która  zajmowała  całą  powierzchnię 

domku. Pod ścianami stało mnóstwo łóżek wyglądających tak, jakby dopiero co spały w nich zboczone kangury, a w kątach 

były  poustawiane  krzesła  i stoły  wyraźnie  zdradzające  lewe  ręce  elfowych  rzemieślników. Środek  zajmował  długi  stół 

zasypany  stertą  kart  po  gwałtownej  partii  kanasty  i  zastawiony  półmiskami  sztucznych  owoców,  które  nie  zmyliłyby 

nikogo nawet z odległości pięćdziesięciu metrów. Moxie i Pepsi natychmiast zaczęli je jeść.

 - Czujcie się jak w domu - rzekł Garfinkel, wychodząc. - Koniec doby hotelowej o trzeciej.

Stomper ciężko opadł na krzesło, które złożyło się z nim ze stłumionym trzaskiem.

Od  odejścia  Garfinkela  nie  upłynęło nawet pięć  minut,  kiedy  ktoś zapukał do  drzwi  i  zirytowany Spam poszedł 

otworzyć.

 - Lepiej niech to będzie jedzenie - mamrotał - bo zamierzam to zjeść.

Gwałtownie  otworzył  drzwi, ukazując  tajemniczego  nieznajomego w  długiej  szarej  szacie  i kapeluszu, noszącego 

grube  czarne  szkła  i sztuczny  gumowy nos,  który bardzo nieprzekonująco zwisał mu  na  brodę. Przybysz  nosił  sztuczne 

wąsy, sznurkową  perukę i ogromny, ręcznie malowany krawat z  elfową panną. W lewej ręce  dzierżył długi kij golfowy, a 

na nogach miał plażowe klapki. Palił grube cygaro.

Spam zachwiał się ze zdziwienia, a Stomper, Moxie, Pepsi oraz Frito zawołali jednym głosem:

 - Goodgulf!

Starzec wczłapał do środka, zdejmując przebranie, ukazując znajomą twarz szarlatana i wydrwigrosza.

  -  Jam  to,  we  własnej  osobie  -  przyznał  czarodziej,  rwąc  sobie  włosy  z  głowy.  Potem  kolejno  podchodził  do 

wędrowców i mocno ściskał im dłonie, rażąc elektrowstrząsami z ukrytej w dłoni gadżetu.

 - No, no - rzekł odkrywczo. - Znów jesteśmy wszyscy razem.

 - Wolałbym być w trzewiach smoka - odparł Frito.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

18 / 48

background image

 - Ufam, że nadal masz to - powiedział Goodgulf, spoglądając na Frita.

 - Masz na myśli Pierścień?

 - Milcz! - zawołał Goodgulf. - Nie mów głośno o Wie kim Pierścieniu ani tu, ani nigdzie. Gdyby szpiedzy Sorheda 

odkryli,  że  ty,  Frito  Bugger,  mieszkaniec  Bagna,  masz  ten  Pierścień,  wszystko  byłoby  stracone.  A  jego  szpiedzy  są 

wszędzie.  Dziewięciu  Czarnych  Jeźdźców  ruszyło  w  drogę,  a  niektórzy  powiadają,  że  widziano  również  siedmiu 

krasnoludków, sześć  kucharek i całą rodzinę Trappów, razem z psem. Nawet ściany mają uszy - rzekł, wskazując na  dwie 

duże małżowiny uszne wystające zza gzymsu kominka.

 - Czy nie ma żadnej nadziei? - jęknął Frito. - Nigdzie i jest bezpiecznie?

 -  Kto wie? -  odparł Goodgulf  i wydawało się, że dziwny cień zasnuł mu twarz. -  Powiedziałbym więcej - rzekł -  

wydaje się, że dziwny cień zasnuł mi twarz.

Co  rzekłszy,  zamilkł.  Frito  zaczął  płakać,  a  Stomper  pochylił  się  nad  nim  i  pocieszająco  położywszy  rękę  na 

ramieniu chochlika, powiedział:

 - Nie lękaj się, drogi chochliku, nie opuszczę cię, obojętnie co się zdarzy.

 - Ja też - dorzucił Spam i zasnął.

 - I my - powiedzieli Moxie i Pepsi, ziewając. 

Jednak Frito był niepocieszony.

Kiedy  chochliki przebudziły  się  ze  snu, Goodgulfa  i Stompa  nie  było, a  księżyc  świecił  mętnym blaskiem przez 

lepkie okna.

Goście  zjedli już zasłony i zabierali się za abażury, kiedy Garfincel wrócił, odziany w najlepsze  płótno workowe, i 

zaprowadził ich  do chałupy, którą widzieli poprzedniego  dnia. Była  obszerna i jasno oświetlona, a  dobiegający ze środka 

rwetes  niósł  się  daleko  w  noc.  Kiedy  podeszli, zapadła  nagła  cisza,  a  potem  powietrze  rozdarł  przeraźliwy  pisk  fletu, 

przypominający zgrzyt przesuwanej po tablicy kredy.

 - Ktoś zarzyna świnię - stwierdził Spam, zatykając sobie uszy.

 - Cii - ostrzegł Frito i w tejże chwili ktoś zaczął śpiewać tak słodko, że chochlików natychmiast lekko zemdliło.

O Unicef clearasil Bełkot i paplanina 

O Mynnen mylar muriel O hej derry tum gardol 

O Yuban necco glamorene? Enden nytol, wazelina!

 Sławi smutny nembutal.

Z ostatnim drżącym skowytem granie  ucichło i pół tuzina oniemiałych ptaków  z łoskotem spadło na  ziemię  przed 

Fritem.

 - Co to było? - spytał chochlik.

 - To prastara  pieśń żałobna w mowie Dawnych Elfów - westchnął Garfinkel. - Opowiada  o Unicefie i jego długich 

oraz bezskutecznych poszukiwaniach czystej toalety. “Nie  ma  tu ubikacji?" -  zawodzi. “Nie ma  umywalki?"  Nikt mu nie 

odpowiada.

Tak rzekł Garfinkel  i zaprowadził chochliki do Domu Oriona. Znaleźli się  w długiej, drewnianej izbie, na  środku 

której ustawiono  bardzo  długi  stół.  Na  jednym  końcu  sali  znajdował  się  kominek  z  ogromnym  dębowym  gzymsem,  a 

wysoko w  górze wisiały  wielkie  mosiężne  kandelabry, w  których  z  cichym trzaskiem płonęły świece z wosku  ziemnego. 

Przy stole zasiadała zwykła banda i granda Śródziemia Dolnego; elfy, duszki, Marsjanie, kilka żab, krasnoludów, gnomów, 

kilku osobników  podobnych  do ludzi, parę  straszydeł, grupka  trolli w  ciemnych okularach, dwa  gobliny zreedukowane 

przez członków ruchu Christian Scienc, oraz przekarmiony smok.

U szczytu stołu zasiadł Orion i Lady Lycra, odziani w oślepiająco białe i jaskrawe szaty. Wyglądali jak nieżywi, ale 

tyłka pozornie, ponieważ Frito dostrzegł, że  ich oczy  błyszczą  niczym wilgotne grzyby. Włosy mieli rozjaśnione  tak, że 

lśniły  jak  złote  szyszaki,  a  twarze  jasne  i  gładkie  jak  powierzchnia  księżyca!  Wokół  nich  lśniły  jak  gwiazdy  cyrkony, 

granaty i  magnetyty. Na głowach  mieli jedwabne  abażury, a  dziwny  wyraz  na  ich obliczach kojarzył się  z  hasłami  typu: 

“Dać wolną rękę Czang Kaj - szekowi" czy “Kocham moją żonę, ale te dzieciaki!" Oboje drzemali.

Po lewej ręce Oriona siedział Goodgulf  w czerwonym fezijako Mason 32. stopnia  i Honorowy Strażnik Relikwii, 

a  po jego  prawej Stomper, odziany  w biały  strój Strażnika, zaprojektowany przez samego Gene Autry. Fritowi wskazano 

miejsce  w  połowie  stołu, pomiędzy  niezwykle  zdeformowanym  krasnoludem  a  elfem  śmierdzącym  jak  ptasie  gniazdo, 

Moxie  i  Pepsi  zaś  zostali  odesłani  do  małego  stoliczka  w  kącie,  razem  z  wielkanocnym  zajączkiem  i  parą  zębatych 

duszków.

Tak  jak  wszystkie  mityczne  stworzenia  zamieszkujące  w  zaczarowanym  lesie  i  nie  mające  stałego  źródła 

utrzymania, elfy jadały dość  skromnie, więc Frito z rozczarowaniem znalazł na talerzu kupkę mielonych orzechów, kory i 

kurzu. Mimo to, jad wszystkie chochliki, potrafił zjeść wszystko, co zdołał wepchnąć sobie do gardła, chociaż wolał dania, 

które nie opierały się zbytnio, jako że nawet na pół ugotowana mysz dwa razy na  trzy potrafiła pokonać chochlika. Ledwie 

skończył jeść, gdy krasnolud siedzący po jego prawej ręce  obrócił się  do niego i wyciągnął doń niezwykle łuskowatą dłoń. 

Skoro znajduje się na końcu jego ramienia, pomyślał Frito, nerwowo ściskając kończynę, to musi to być jego ręka.

 - Gimlet, syn Groina, twój posłuszny sługa - rzekł krasnolud, kłaniając się i ukazując wydatny garb. - Obyś zawsze 

kupował tanio, a sprzedawał drogo.

 - Frito, syn Dilda, do usług - rzekł lekko stropiony Frito, gorączkowo szukając właściwej odpowiedzi. - Niech twe 

hemoroidy zagoją się bez pomocy chirurga.

Krasnolud był lekko zdumiony, ale nie urażony.

 - A więc ty jesteś chochlikiem, o którym mówił Goodgulf, tym od Pierścienia?

Frito skinął głową.

 - Masz go przy sobie?

 - Chciałbyś go zobaczyć? - zapytał uprzejmie Frito.

 - Och nie, dzięki - rzekł Gimlet. - Mój wujek miał magiczną spinkę do krawata. Kiedyś kichnął i odpadł mu nos.

Frito nerwowo dotknął nozdrza.

  -  Wybaczcie,  że  przerywam  -  powiedział  elf  po  lewej,  spluwając  dokładnie  w  lewe  oko  krasnoluda  -  jednak 

mimowolnie  słyszałem  twoją  rozmowę  z  tym  Frankensteinem.  Naprawdę  jesteś  tym  chochlikiem,  który  posiada  ten 

klejnot?

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

19 / 48

background image

 - Jestem - rzekł Frito i kichnął potężnie.

  -  Za  pozwoleniem  -  powiedział  elf,  podając  gwałtownie  kichającemu  Fritowi  brodę  krasnoluda.  -  Ja  jestem 

Legolam, z elfów Północnego Spawasu.

 - Parszywy elf - syknął Gimlet, zabierając swoją brodę.

 - Świński krasnal - zasugerował Legolam.

 - Lalkarz.

 - Kopacz. 

 - Robal.

 - Kret.

  -  Nie  chcielibyście  posłuchać  dowcipów,  pieśni  albo  czegoś?  -  spytał  zaniepokojony  Frito.  -  Wędrowny  smok 

przychodzi do biednego farmera, który...

 - Pieśni - zgodzili się jednocześnie Gimlet i Legolam.

 - Oczywiście - rzekł Frito, rozpaczliwie  usiłując przypomnieć  sobie  jakieś  wycia  Dilda, po  czym zaczął  śpiewać 

piskliwym głosikiem:

Dawno temu Król Elfów żył, Saranrapem zwany, 

on pobił norki przy Mellowmarsh i Sorhed był pokonany.

Na niego krzepkie krasnale szły, co swe kopalnie rzuciły, 

lecz gdy rozgorzał straszny bój, sromotnie podały tyły.

Śpiew:

 Clearasil, metrecal, lavoris (chórem), sromotnie podały tyły!

Rozgniewał się potężny Król i krzyknął, rwąc włosy z głowy, 

“Niech tylko dorwą" rzecze tak “ Stryk dla kurdupli gotowy! "

Strachliwe są kurduple - krasnale, lecz zręczna to w rękach gromada. 

Król Yellowbac, aby je ratować, do władcy elfów tak gada.

Śpiew: Odkręć słój, skórę łój, gardol i duz. Do władcy elfów tak gada!

“Jeśli w nas wątpisz, panie, to", Yello Królowi rzecze, 

“ weź od nas dar, potężny miecz, każdego nim wroga usieczesz".

“Clearasil, tak ostrze owo zwą", sprytnego karła to słowa. 

“ Weź tę łapówę, nie gniewaj się, bo szkoda urazę chować".

Śpiew:

 Mercedes, sedes, Edsel i koka. Szkoda urazę chować.

“Przyjmuję ten cudowny dar zrobiony bez żadnej fuszerki". 

Powiedział Król, chwycił miecz i posiekał krasnala w plasterki.

Od tego dnia powtarza się w balladach i setkach wierszy,

 elf, krasnal godni zaufania są, tylko gdy uderzysz pierwszy!

Śpiew:

 Oxydol, geritol, kleik i Trix. Tylko gdy uderzysz pierwszy!

Gdy tylko Frito skończył, podniecony Orion nagle wstał i gestem nakazał ciszę.

 - Bingo w Elf Lounge - rzekł i uczta skończyła się.

Frito  przepychał  się  do stolika, przy  którym  siedzieli  Moxie  i Pepsi, kiedy zza  doniczkowej palmy  wysunęła  się 

koścista dłoń i złapała go za ramię.

 -  Chodź  ze  mną - rzekł  Goodgulf, rozchylając liście  i wiodąc  zaskoczonego  chochlika  korytarzem do niewielkiej 

komnaty, niemal całkowicie  zajętej przez  wielki stół  o szklanym blacie.  Orion  i Stomper  już  zajęli przy  nim  miejsca, a 

usiadłszy  obok  Goodgulfa,  Frito  ze  zdumieniem  zobaczył  swoich  niedawnych  towarzyszy  uczty,  Gimleta  i  Legolama, 

wchodzących  do  pokoju i zasiadających po  przeciwnych  stronach  stołu. Za  nimi  szybko!  wkroczył krępy  mężczyzna  w 

fosforyzujących, wypchanych na kolanach  portkach i butach z ostrymi noskami. Ostatnia  pojawiła się  postać w  jaskrawej 

koszuli, kurząca cuchnące cygaro elfowego wyrobu i taszcząca planszę do gry w scrabble.

 - Dildo! - zawołał Frito.

 - Ach, Frito, mój chłopcze - rzekł Dildo, mocno klepiąc Frita po plecach. - A więc jednak udało ci się. No, no, no.

Orion wyciągnął spoconą dłoń, a Dildo pogrzebał w kieszeni i wyjął plik pomiętych banknotów.

 - Dwa, prawda? - rzekł.

 - Dziesięć - poprawił Orion.

 - Dobrze, dobrze - odparł Dildo i położył banknoty na dłoni elfa.

 - Tyle czasu minęło od twojego przyjęcia - rzekł Frito. - Co porabiałeś?

 - Nic szczególnego - rzekł stary chochlik. - Trochę zajmowałem się układankami, trochę pedofilią. Wiesz, że jestem 

na emeryturze.

 - Ale  o co w  tym wszystkim chodziło? Kim są Czarni Jeźdźcy i czego ode  mnie  chcą? I  co ma  z  tym wspólnego 

Pierścień? 

 - Wiele  i nic, mniej więcej tak, drogi chochliku - wyjaśnił! Orion. -  Jednak wszystko w swoim czasie. Ten Wielki 

Konwentykiel został zwołany, aby  odpowiedzieć  na  takie  i inne  pytania, jednak  na  razie  mogę  rzec  tylko  tyle, że  wiele 

spraw potoczyło siei nie po naszej myśli, niestety.

  -  Zaprawdę  -  przytaknął  posępnie  Goodgulf.  -  Straszliwe  Nienazwane  znów  podnosi  głowę  i  nadszedł  czas 

działania. Frito. I daj mi Pierścień.

Frito  skinął  głową  i  wyjął  z  kieszeni  łańcuch  ze  spinaczy, ogniwo  za  ogniwem. Zręcznym  ruchem rzucił na  stół 

straszliwy klejnot, który wylądował z cichym brzękiem.

Orion jęknął.

 - Magiczny Ten - tego! - zawołał.

 - Jaki mamy dowód na to, iż to ten Pierścień? - zapytał mężczyzna w butach ze spiczastymi czubkami.

 - Liczne są znaki, jakie może przeczytać mędrzec, Bromoselu - oznajmił Czarodziej. - Kompas, gwizdek, magiczny 

dekoder, mamy tu wszystko. A ponadto inskrypcja:

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

20 / 48

background image

Grundig blaupunkt lugerfrug Watusi smerfwazoo! 

Nixon dirksen nihilista Rebozo boogaloo.

Głos  Goodgulfa  stał  się  ochrypły  i  odległy.  Złowroga  ciemna  chmura  wypełniła  pokój.  Frito  rozkaszlał  się  w 

duszącym, tłustym dymie.

 - Czy to było konieczne? - spytał Legolam, wykopując wciąż dymiący granat dymny Czarodzieja za drzwi.

 - Pierścienie lubią takie hokus - pokus - odparł dostojnie Goodgulf.

  -  Ale  co  to  oznacza?  -  pytał  Bromosel,  lekko  rozzłoszczony  tym,  że  nazywano  go  “mężczyzną  w  butach  ze 

spiczastymi czubkami".

  -  Różnie  to  interpretują  -  wyjaśnił  Goodgulf.  -  Według  mnie  albo  “Wpadł  głupi  pies  do  kuchni  i  porwał mięsa 

ćwierć" albo “Nie właź na mnie".

Nikt się nie odezwał i w komnacie zapadła głucha cisza. W końcu Bromosel wstał i zwrócił się do Konwentyklu.

 - Teraz  wiele  się wyjaśniło  -  rzekł. -  Pewnej  nocy  w Minas Troney  miałem sen o  siedmiu  krowach, które  zjadły 

siedem buszli ziarna, a  kiedy skończyły, weszły na czerwoną  wieżę i zwymiotowały trzykrotnie, śpiewając: “Niechaj lecą 

me  słowa  nad  gumna, jestem  krową  i jestem z  tego  dumna". A  potem  zakapturzona  postać  w  bieli  i z  wagą  wystąpiła 

naprzód i przeczytała ze świstka papieru:

Pięć jedenastych wzrostu, jedna dziewiąta twej wagi Na stronie osiem - osiem niechybnie wyciągniesz nogi.

 - Kiepsko - rzekł Orion.

  -  No  cóż  -  stwierdził  Stomper.  -  Chyba  pora  wyłożyć:  karty  na  stół.  -  To  mówiąc,  opróżnił  kieszenie  swego 

wyblakłego, workowatego stroju. Kiedy  skończył, leżał przed nim pokaźny stos różnych dziwnych  przedmiotów, między 

innymi  złamany  miecz,  złote  ramię,  zrobiony  z  płatka  śniegu  przycisk  do  papieru,  Święty  Graal,  Złote  Runo,  Całun 

Turyński, kawałek drzewa z Krzyża Pańskiego i szklany pantofelek.

 - Arrowroot, syn Arrowshirta, dziedzic  Barbisola  i  król Minas Troney, do waszych usług  -  oznajmił dość  głośno 

Stomper.

Bromosel zerknął na następną stronę i skrzywił się.

 - Jeszcze co najmniej jeden rozdział - jęknął.

 - A więc Pierścień należy do ciebie! - zawołał Frito i pospiesznie rzucił go do kapelusza Arrowroota.

  -  No, niezupełnie  -  rzekł Arrowroot, kołysząc  zawieszonym na  długim łańcuszku  pierścionkiem. -  Ponieważ  ma 

magiczną moc, powinien należeć  do kogoś znającego się na numerach typu abrakadabra, stoliczku nakryj się. Na przykład 

do czarodzieja. - Z tymi słowami zręcznie nasadził Pierścień na koniec laski Goodgulfa.

 - Ach, tak, oczywiście -  powiedział pospiesznie Goodgulf. - A właściwie  i tak, i nie. A może  po prostu nie. Każdy 

głupi  wie,  że  to  typowy  przypadek  habeas  corpus  albo  tibia  fibia,  ponieważ  chociaż  ten  bzdet  został  zrobiony  przez 

czarodzieja  -  dokładnie  mówiąc,  przez  Sorheda  -  takie  gadżety  zostały  wymyślone  przez  elfy,  a  on  właściwie  tylko 

korzystał z licencji.

Orion wziął Pierścień do ręki, jakby miał do czynienia z rozwścieczoną tarantulą.

  -  Nie  -  stwierdził poważnie  -  nie  mogę  przyjąć  takiego  daru, gdyż  powiedziano: “Kto znalazł, niech się  raduje, 

zgubił niech opłakuje". I ocierając niewidoczną łzę, zarzucił łańcuch na szyję Dilda.

 - A także “Nie budźcie licha, jeśli chce sobie pospać" -  rzekł Dildo i wsunął go do kieszeni Frita.

 - Zatem postanowione - zaintonował Orion. - Frito Bugger zatrzyma Pierścień.

 -  Bugger? -  powtórzył Legolam. - Bugger? To dziwne. Jakiś paskudny mały błazen imieniem Goddam węszył na 

czworakach po Spawasie, szukając chochlika zwanego pan Bugger. To było trochę niezwykłe.

  -  Istotnie  -  dodał  Gimlet.  -  W  zeszłym  miesiącu  banda  czarnych  gigantów  jadących  na  ogromnych  świniach 

przejechała przez góry w poszukiwaniu chochlika nazywanego Bugger. Wtedy nie zastanowiło mnie to.

 - Rzeczywiście, kiepsko - orzekł Orion. - Jest tylko kwestią czasu, zanim dotrą tutaj - stwierdził, zarzucając szal na 

głowę i wykonując gest, jakby rzucał coś na pastwę stada wilków - a jako neutralny kraj, nie mamy innego wyjścia...

Frito zadrżał.

 - Pierścień i jego posiadacz muszą natychmiast odejść - przytaknął Goodgulf - tylko dokąd? I kto go będzie strzegł?

 - Elfy - rzekł Gimlet.

 - Krasnoludy - powiedział Legolam.

 - Czarodzieje - mruknął Arrowroot.

 - Lud Twodoru - stwierdził Goodgulf.

 - A więc  pozostaje  nam jedynie  Fordor  - podsumował Orion. -  Jednak tam nie  poszedłby  nawet umysłowo chory 

troll.

 - Ani krasnolud - potwierdził Legolam.

Nagle Frito zauważył, że oczy wszystkich są zwrócone na niego.

 - Czy nie moglibyśmy po prostu wrzucić go do kanału burzowego albo zastawić go i połknąć kwit? - zapytał.

 - Niestety - odparł ponuro Goodgulf - to nie jest takie łatwe.

 - Ale dlaczego?

 - Dlatego - wyjaśnił Goodgulf.

 - I ten tego - dorzucił Orion. - Jednak nie lękaj się, drogi chochliku - ciągnął - nie wyruszysz sam.

 - Dobry stary Gimlet pójdzie z tobą - powiedział Legolam.

 - I nieustraszony Legolam - powiedział Gimlet.

 - I szlachetny król Arrowroot - powiedział Bromosel.

 - I wierny Bromosel - powiedział Arrowroot.

 - I Moxie, Pepsi oraz Spam - powiedział Dildo.

 - I Goodgulf Szarozęby - dodał Orion.

 - Istotnie - rzekł Goodgulf, przeszywając go spojrzeniem.  Gdyby wzrok mógł zabijać, starego elfa wyniesiono by z 

sali nogami do przodu.

  -  Niechaj  tak  będzie.  Wyruszycie,  kiedy  wróżby  będą  pomyślne  -  orzekł  Orion,  zerkając  do  kieszonkowego 

horoskopu. - A o ile się nie mylę, będą niezwykle dobre za około pół godziny.

Frito jęknął.

 - Wolałbym nigdy się nie narodzić.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

21 / 48

background image

 - Nie mów tak, drogi Frito - zawołał Orion. - To była szczęśliwa chwila dla nas wszystkich. 

Pożegnalny  prezent  Dilda.  Jednak  paczka  zawierała  tylko  krótki  miecz  ze  szwajcarskiej  stali,  kuloodporną 

kamizelkę  z  dziurami  wyżartymi  przez  mole  oraz  kilka  zaczytanych  powieści  o  takich  tytułach,  jak  Elfia  żądza  czy 

Dziewczyna goblina.

  -  Żegnaj, Frito  -  powiedział  Dildo, bardzo przekonująco  odgrywając  atak  epilepsji. -  Teraz  wszystko  zależy  od 

ciebie (westchnienie, jęk), o, pochowajcie mnie pod tym zielonym jaworem, ooo. Ooch.

 - Żegnaj , Dildo - odparł Frito i po raz ostatni pomachawszy mu ręką, wrócił do pozostałych. Gdy tylko zniknął mu 

z oczu, Dildo zwinnie zerwał się na równe nogi i pomknął do sali, podśpiewując sobie:

Siedzę ja sobie, dłubiąc w nosie i myśląc o różnych sprawach.

O krasnalach gryzących paznokcie i elfich brzydkich zabawach.

Siedzę ja sobie, dłubiąc w nosie i śnią sny bardzo egzotyczne.

O smokach ubranych w gumowe stroje i trollach noszących majtki śliczne.

 -  No cóż, teraz  chyba  pożegnamy  się  -  rzekł Dildo, biorąc  Frita  na  bok, kiedy  opuścili salę  posiedzeń. -  Czy też 

raczej powiemy sobie “do widzenia"? Nie, sądzę, że “pożegnanie" będzie odpowiedniejszym słowem.

 - Żegnaj, Dildo - powiedział Frito, tłumiąc szloch. - Szkoda, że nie idziesz z nami.

  -  No  tak. Jednak  jestem  już  za  stary  na  takie  rzeczy  -  stwierdził  stary  chochlik,  udając  całkowity  paraliż  dolnej 

połowy ciała. - Mimo to mam dla ciebie kilka drobnych prezentów - dorzucił, podając siostrzeńcowi pokaźną paczkę, którą 

ten otworzył z kompletnym brakiem entuzjazmu, pamiętając poprzedni.

Siedzę, ja sobie, dłubiąc w nosie i marząc o dreszczu, że hej!

O goblince, co nigdy nie mówi “nie" lub o orce, uwielbiającej klej.

I siedząc tak sobie i dłubiąc, myślą o różnych miłych sprawach 

jak pejcze, kajdany i rzemienie, o chłostaniu i innych zabawach.

  -  Żałuję,  że  musicie  odejść  tak  szybko  -  powiedział  pospiesznie  Orion  jakieś  dwadzieścia  minut  później,  gdy 

towarzysze zebrali się przy swoich jucznych owcach. - Jednak Cień rośnie, a przed wami długa droga. Lepiej zacznijcie ją 

zaraz, w nocy.  Wróg ma oczy wszędzie.

Gdy  to  mówił,  duża,  porośnięta  sierścią  gałka  oczna  złowieszczo  sturlała  się  z  gałęzi  drzewa  i  z  głuchym 

plaśnięciem spadła na ziemię.

Arrowroot dobył Kronę, swój złamany miecz (później pospiesznie sklejony) i machnął nim nad głową.

 - Naprzód - krzyknął - do Fordoru!

 - Żegnajcie, żegnajcie - rzekł niecierpliwie Orion.

 - Excelsior - zawołał Bromosel, wściekle dmąc w swój policyjny gwizdek.

 - Sayonara - powiedział Orion. - Aloha. Avaunt. Arroint.

 - Kodak khaki no - doz! - krzyknął Gimlet.

 - Dristan nasograf! - wrzasnął Legolam.

 - Habeas corpus - powiedział Goodgulf, machając laską.

 - Muszę si-si - jęknął Pepsi.

 - I ja też - rzekł Moxie.

 - Zaraz dam si-si wam obu - zagroził Spam, podnosząc z ziemi kamień.

 - Ruszajmy - zachęcił Frito i wędrowcy powoli poszli traktem wiodącym z Riv'n'dell. Po kilku krótkich godzinach 

przebyli kilkaset stóp od chałupy, przy  której  nadal stał Orion, cały  w uśmiechach. Gdy karawana  pokonywała  pierwsze 

lekkie  wzniesienie, Frito  obejrzał  się  i spojrzał  na  Riv'n'dell.  Gdzieś daleko;  w  mroku  leżało  Bagno  i  chochlik  poczuł 

ogromną tęsknotę za rodzinnym domem, jak pies wspominający dawno zapomniany ochłap.

Gdy  tak patrzył, wzeszedł księżyc, spadł deszcz  meteorytów  i pokazała  się  zorza  polarna, kur  zapiał po  trzykroć, 

zagrzmiało!  przeleciało  stado  gęsi  w  szyku  tworzącym  znak  swastyki,  a  czyjaś  gigantyczna  dłoń  napisała  na  niebie 

ogromnymi, srebrnymi literami  “Mene, mene, i co dalej?"  Nagle  Frito  doznał nieodpartego  przeczucia, że  znalazł się  w 

punkcie zwrotnym, że kończy się jeden rozdział jego życia, a zaczyna następny.

 -  Wio, zwierzaku -  rzekł, kopiąc  juczną  owcę  w nerki, a kiedy wielki czworonóg chwiejnie powlókł  się  naprzód, 

zwrócony  ogonem  ku  mrocznemu  wschodowi,  z  pobliskiego  lasu  nadleciały  odgłosy  świadczące,  że  jakiś  duży  ptak 

pochorował się - krótko lecz hałaśliwie.

KILKA POTWORÓW

Przez  wiele  dni  wędrowcy  podążali  na  południe,  ufając  oczom  Strażnika  Arrowroota,  uszom  chochlików  oraz 

mądrości Goodgulfa. Tydzień po opuszczeniu Riv'n'dell napotkali skrzyżowanie dróg i przystanęli, aby  wybrać najlepszy 

szlak wiodący przez wyniosłe Góry Mealey.

Arrowroot pozezował w dal.

  -  Strzeżmy  się  okropnego  Mount  Badass  -  rzekł, wskazując  na  spory  kamień  milowy  stojący  przy  drodze,  sto 

jardów dalej.

 - A więc  musimy ruszyć  na  wschód -  rzekł Goodgulf, wskazując laską  na  czerwone  słońce, zapadające  w ocean 

chmur.

Opodal przeleciała kaczka, głośno kwacząc.

 - Wilki! - jęknął Pepsi, nasłuchując cichnącego dźwięku.

  -  Lepiej  rozbijmy  tu  obóz  na  noc  -  rzekł Arrowroot,  z  łoskotem  rzucając  plecak  na  ziemię  i  miażdżąc  kobrę 

okularnika. - Jutro musimy znaleźć przełęcz, którą przejdziemy przez góry.

Kilka  minut  później  wędrowcy  siedzieli na  środku  skrzyżowania  wokół  trzaskającego  ogniska, na  którym wesoło 

piekł się jeden z królików - rekwizytów Goodgulfa.

 - W końcu mamy porządne ognisko - rzekł Spam, wrzucając do ognia grzechotnika. - Sądzę, że wilki pana Pepsi nie 

będą nas niepokoić tej nocy.

Pepsi prychnął.

 - Wilk musiałby być  naprawdę napalony, żeby dobierać się do takiego łazęgi jak ty - powiedział, ciskając  w Spama 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

22 / 48

background image

kamieniem,  chybiając  o  stopę  i  ogłuszając  czającą  się  pumę.  Krążącą  wysoko  nad  ich  głowami,  niewidoczny  dla 

wędrowców przywódca szpiegowskiego stada wron zerknął przez  lornetkę  i zaklął w  chrapliwym języku  swego gatunku, 

wypuszczając przy tym nie dojedzony ser.

 - Gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy? - zapytał Frito.

 - Jesteśmy na skrzyżowaniu - odparł Czarodziej, po czym wyjął zza  pazuchy poobijany sekstans i wycelował go w 

księżyc kowbojski kapelusz Arrowroota oraz  górną  wargę  Gimleta. -  Wkrótce przejdziemy górę lub  rzekę  i dotrzemy do 

innej krainy! - rzekł.

Arrowroot podszedł do Frita.

 - Nie obawiaj się - rzekł, siadając na wilku - bezpiecznie przeprowadzimy cię na drugą stronę.

Wędrowcy nabrali otuchy, gdy następny dzień powitał ich jasnym i bezchmurnym porankiem, jak to często zdarza 

się, kiedy nie  pada. Po skąpym śniadaniu złożonym z  mleka i miodu, ruszyła  rzędem za Arrowrootem i Goodgulfem, przy 

czym  kawalkada  zamykał  Spam  na  swej  jucznej owcy, do  której przemawiał  w  czuły  sposób, w  jaki  chochliki zawsze 

traktowały futrzaste zwierzątka. 

 - Och, jaka byłabyś smaczna w sosie miętowym - biadolił.

Przeszli  wiele  staj  (staja  to  około  trzy  ósme  mili, a  może  nieco  mniej  od  hektara)  wzdłuż  szerokiej, wygodnej 

autostrada wiodącej na  wschód, do cuchnących stóp Gór  Mealey, a późnymi popołudniem dotarli do pierwszych krągłych 

wzgórków. Tam droga szybko zniknęła pod stertą kamieni i ruinami starożytnego posterunku poborców myta. Dalej wąska, 

głęboka  i  ciemna  jak    węgiel  dolina  ciągnęła  się  złowrogo  aż  do  skalnych  zboczy  gór. Arrowroot  gestem  zatrzymał 

karawanę i wędrowcy zebrali się wokół niego, żeby popatrzeć na niegościnny krajobraz.

  -  Obawiam  się,  że  to  niedobre  miejsce  -  powiedział Arrowroot,  ślizgając  się  na  świeżej  czarnej  farbie,  która 

pokrywała każdy cal ziemi.

 - To Czarna Dolina - rzekł poważnie Goodgulf.

 - Czy już jesteśmy w Fordorze? - zapytał Frito z nadzieją w głosie.

 - Nie wspominaj o tamtej mrocznej krainie w tej mrocznej krainie - ostrzegł ponuro Czarodziej. - Nie, to nie Fordor, 

lecz najwidoczniej i tu sięgnęła ręka Wroga Wszystkich Dobrych Ludzi.

Gdy tak stali, patrząc na straszliwą dolinę, usłyszeli wycie wilków, ryk niedźwiedzi oraz wrzaski sępów.

 - Jak cicho - rzekł Gimlet.

 - Zbyt cicho - zauważył Legolam.

 - Nie możemy tu zostać - stwierdził Arrowroot.

  -  Nie  -  przytaknął  Bromosel,  spoglądając  na  szarą  płaszczyznę  strony  i  grubą  część  książki  w  prawej  dłoni 

czytelnika. - Przed nami jeszcze daleka droga.

Przetruchtawszy przez ponad godzinę  stromym, usianym głazami zboczem, wędrowcy dotarli, zziajani i usmoleni, 

do  długiej  półki  skalnej  biegnącej  między  urwiskiem  a  stawem,  którego  całą  powierzchnię  pokrywała  gruba  warstwa 

oleistej  mazi.  Na  ich  oczach  wielki,  szerokoskrzydły  wodny  ptak  z  głośnym  pluskiem  opadł  w  paskudną  ciecz  i 

natychmiast rozpuścił się.

 - Chodźmy - rzekł Goodgulf. - Przełęcz nie może być daleko.

Z tymi słowami powiódł ich wokół kamiennego występu sterczącego ze stawu przed nimi i zasłaniającego widok na 

resztę  górskiego  zbocza. Półka  zwężała  się  w  tym  miejscu  i  wędrowcy  musieli  posuwać  się  cal  po  calu. Kiedy  minęli 

zakręt,  zobaczyli  przed  sobą  wznoszące  się  na  setki  stóp  urwisko. W ścianie  skalnej  było  wykute  wejście  do  jakiejś 

podziemnej  jaskini,  starannie  zamknięte  ogromnymi  drewnianymi  drzwiami  z  ogromnymi  żelaznymi  zawiasami  i 

gigantyczną  klamką. Drzwi były pokryte dziwną  klątwą  starannie  wykaligrafowną  runami krasnoludów  i skonstruowane 

tak niezwykle starannie, że ze stu kroków ni dało się dojrzeć szczeliny między drewnem a kamieniem. 

(sami sobie przeczytajcie S&C)

Arrowroot westchnął.

 - Czarna Jama! - zawołał.

 - Tak - potwierdził Gimlet - legendarny Nikon - mojego przodka, Fergusa Fewmeta.

 - Straszna Andrea Doria, przekleństwo krzywych ludzi szepnął Legolam.

 - A gdzie jest przełęcz? - spytał Frito.

  -  Oblicze  tej ziemi zmieniło  się, od  kiedy  po  raz  ostatni wyjechałem za  granicę  i  odwiedziłem te  strony  -  rzekł 

szybko Goodgulf - dlatego, może zrządzeniem Losu, trochę zboczyliśmy z drogi.

 - Sądzę, że byłoby mądrzej odszukać przełęcz - Arrowroot. - Nie może być daleko.

 - Trzysta kilometrów, plus minus szyling  -  stwierdził  Goodgulf, trochę  bez  sensu, a  w tejże  chwili wąska  półka, 

którą przybyli z doliny, z głuchym łoskotem zapadła się do stawu.

 - To przesądza sprawę - powiedział ze złością Bromosel.

 - Hej - ho! - zawołał. - Chodź tu i zjedz nas!

A z oddali odpowiedział mu echem głuchy pomruk:

 - Ja zwierz, ja to zrobić.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

23 / 48

background image

 - Zaiste, przywiodło nas tutaj jakieś ponure zrządzenie Losu

 - rzekł Arrowroot - albo stuknięty Czarodziej. Goodgulf zachował spokój.

 - Musimy odgadnąć zaklęcie otwierające te drzwi i to szybko. Już zapada zmrok.

Z tymi słowami uniósł laskę i zawołał:

Yuma pało alto erin go brae Tegrin correga cremora ole!

Drzwi nawet nie drgnęły, a Frito nerwowo zerknął na oleiste pęcherzyki, które zaczęły tworzyć  się  na powierzchni 

stawu.

 - Gdybym tylko słuchał mojego wujka Si - Si i poszedł na stomatologię - jęczał Pepsi.

 - Gdybym został w domu, zbiłbym majątek, sprzedając encyklopedie - pociągał nosem Moxie.

 - A gdybym ja miał dziesięć funtów cementu i dwa worki, już od godziny pływalibyście sobie w tym stawie - rzekł 

Spam.

Goodgulf siedział bezradnie przed upartym portalem, mamrocząc zaklęcia.

 - Pizolit - zaintonował, uderzając laską w drzwi. - Bitum. Laszlo. Clayton - Bulwer.

Oprócz głuchego dudnienia, drzwi nie zareagowały na jego wysiłki.

 - Nie wygląda to najlepiej - stwierdził Arrowroot. Nagle Czarodziej zerwał się na równe nogi.

  -  Klamka!  -  zakrzyknął  i podprowadziwszy  juczną  owcę  do  drzwi,  stanął na  palcach  na  jej  grzbiecie  i obiema 

rękami! nacisnął wielką klamkę. Ustąpiła bez oporu i wrota uchyliły się, skrzypiąc przeraźliwie.

Goodgulf  pospiesznie zszedł z owcy, a Arrowroot i Bromosel odciągnęli drzwi jeszcze o kilka cali. W tejże chwili w 

głębi stawu rozległ się głośny bulgot i bekanie, po czym z toni wyłonił się ogromny potwór, czkając okropnie.

Wędrowcy  wrośli  w  ziemię  z  przerażenia.  Stwór  miał  mniej  f  więcej  pięćdziesiąt  stóp  wysokości,  łuskowate 

wdzianko, dobrego i dentystę oraz dykcję gazeciarza.

 - Aaaaa! - wrzasnął Legolam. - To tezaurus!

 - Mniam! - ryknął potwór. - Kaleczyć, dusić, miażdżyć, Patrz KRZYWDZIĆ.

 - Szybko! - zawołał Goodgulf. - Do jaskini. Wędrowcy pospiesznie jeden po drugim prześlizgnęli się przez wąskie 

przejście. Ostatni  szedł  Spam, który  usiłował  wepchnąć  w  szczelinę  protestującą  owcę. Po  dwóch  rozpaczliwych,  lecz 

bezowocnych próbach podniósł rozzłoszczonego czworonoga i cisnął go prosto w rozdziawiony pysk potwora.

 - Jadalny - orzekł wielki stwór, żując z apetytem. - Spożywczy, pożywny, smaczny. Patrz POKARM.

 - Mam nadzieję, że się udławisz - warknął ze złością Spam, gdy wizja jagnięcego udźca odleciała w dal, trzepocząc 

skrzydełkami.  Przecisnął  się  przez  otwór  i  dołączył  do  reszty  grupy  w  jaskini.  Z  donośnym  beknięciem,  od  którego 

zadrżała  ziemia, a  powietrze  napełniło  się  wonią,  jaka  towarzyszy  odkryciu  dawno  zapomnianego  kawałka  sera,  bestia 

zatrzasnęła drzwi. Potężny łoskot odbił się echem w trzewiach góry i wędrowcy znaleźli się w kompletnych ciemnościach.

Goodgulf  pospiesznie  wyjął zza  pazuchy  krzesiwo i gorączkowo  krzesząc  skry  ze  ścian  i podłogi, zdołał zapalić 

koniec swojej laski, uzyskując wątły płomyk dający mniej więcej tyle światła co martwy robaczek świętojański.

 - Co za czary - rzekł Bromosel.

Czarodziej spojrzał w  zalegające przed nimi ciemności i dochodząc  do wniosku, że jedyna możliwa  droga  wiedzie 

schodami w górę, poprowadził grupkę w gęsty mrok.

Przewędrowali  sporą  odległość  korytarzem,  który  zaczynał  się  na  szczycie  schodów  i  przeważnie  biegł  w  dół, 

nieustannie  zmieniając  kierunek, aż  powietrze  stało  się  gorące  i  duszne, co  zaniepokoiło  naszych  bohaterów. Nadal  nie 

znaleźli żadnego źródła  światła  oprócz  pryskającej laski Goodgulfa, a jedynym dźwiękiem był złowieszczy tupot kroków 

za  plecami,  ciężkie  dyszenie  północnych  Koreańczyków,  grzechot  automatów  do  gier  i  inne  hałasy  typowe  dla  takich 

ciemnych, ponurych zakamarków.

Wreszcie  dotarli  do  miejsca,  gdzie  korytarz  rozgałęział  się  na  dwie  odnogi, obie  wiodące  w  dół. Tam Goodgulf 

zatrzymał  grupę.  Natychmiast  usłyszeli  szereg  złowrogich  bulgotów  i  innych  dźwięków  nie  z  tego  świata,  które 

sugerowały, że Czterej Jeźdźcy Apokalipsy postanowili zagrać sobie opodal małą partyjkę brydża.

 - Rozdzielmy się - zaproponował Bromosel.

 - Skręciłem sobie kostkę - rzekł Pepsi.

 - Cokolwiek chcecie zrobić, nie róbcie hałasu - ostrzegł Arrowroot.

 - Aaa - psik! - kichnął ogłuszająco Moxie.

 - Oto mój plan - rzekł Goodgulf.

 - Kule ich nie powstrzymają - powiedział Bromosel.

 - Cokolwiek się stanie - stwierdził Arrowroot - musimy zachować czujność.

Po czym wszyscy, jak jeden mąż, zasnęli.

Kiedy  zbudzili się, wokół znów  było cicho, a  po pospiesznym posiłku  złożonym z  placków  i piwa, przystąpili do 

wyboru  odpowiedniej  drogi. Gdy  stali,  dyskutując,  z  głębi  ziemi nadleciało  miarowe  dudnienie. Raz, dwa,  trzy,  rzut  i 

punkt!

Jednocześnie powietrze stało się bardziej gorące i duszne, a ziemia zadrżała im pod stopami.

  -  Nie  ma  czasu  do stracenia  -  powiedział Goodgulf, zrywając  się  na  równe  nogi. -  Musimy coś postanowić  i to 

szybko.

 - Według mnie na prawo - orzekł Arrowroot.

 - Na lewo - poprawił Bromosel.

Przy  dokładniejszych  oględzinach  okazało  się,  że  w  lewej  odnodze  brakuje  około  czterdziestu  stóp  podłogi  i 

Goodgulf  pospiesznie ruszył drugą, a pozostali wędrowcy deptali mu po piętach. Korytarz biegł stromo w dół, a po drodze 

napotykali niezbyt apetyczne, złowróżbne znaki, między innymi pobielały szkielet Minotaura, resztki człowieka z Piltdown 

oraz  sfatygowany  kieszonkowy  zegarek  królika  z  wygrawerowaną  dedykacją:  “Białasowi  od  całej  bandy  z  Krainy 

Czarów".

Niebawem korytarz zaczął opadać łagodniej, aż w końcu doprowadził wędrowców do wielkiej pieczary, zastawionej 

rzędami wielkich metalowych szafek i oświetlonej jasną poświatą. Gdy tam weszli, dudnienie stało się jeszcze głośniejsze: 

Raz, dwa, zwód. Raz, dwa, zwód i rzut.

Nagle  z  korytarza,  którym  przybyli  wędrowcy, wypadła  liczna  ,, gromada  norek  i  runęła  na  nich,  wymachując 

sierpami i młotami. 

 - Uraaa, uraaa! - krzyczał ich przywódca, wywijając wielkim pedałem.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

24 / 48

background image

 - Śmierć gnojkom! - wrzeszczał pedał.

 - Zostańcie tu - powiedział Arrowroot. - Ja pójdę na  zwiady.

 - Osłaniajcie mnie - rzekł Legolam. - Ja ich odciągnę.

 - Strzeżcie tyłów - polecił Gimlet. - Sprawdzę korytarz. 

 - Brońcie fortu - zaproponował Goodgulf. - Ja ich okrążę.

 - Trzymajcie się - radził Bromosel. - Ja ich załatwię.

  -  Pingpong  jangcyjang!  -  wrzeszczał  wódz  norek.  Wędrowcy  przemknęli  przez  komnatę  i  wpadli  w  boczny 

korytarz. Norki deptały im po piętach. Gdy tylko znaleźli sit w tunelu, Goodgulf  zatrzasnął drzwi przez nosem napastników 

i pospiesznie rzucił na nie czar.

 - Niech  to szlag trafi -  rzekł, uderzając  laską  w  drzwi, które  z  cichym  pufnięciem zmieniły  się  w  chmurę dymu, 

pozostawiając  czarodzieja  twarzą  w  twarz  ze  zdumionymi  norkami. Goodgulf  szybko  wyjął  z  kieszeni  długą  petycję, 

podpisał ją i wepchnął w rękę zaskoczonego przywódcy, po czym pognał korytarzem do towarzyszy, którzy stali na drugim 

końcu wąskiego wiszącego mostu, przerzuconego nad głęboką otchłanią.

Gdy Goodgulf  wszedł na  most, w  korytarzu rozległo się  złowieszcze raz, dwa, i tłum norek runął naprzód. Wśród 

nich gnał ogromny czarny cień, zbyt okropny, aby go opisać. W ręku trzymał wielką  czarną kulę, a na piersi miał napisane 

topornymi runami “Ballhog".

 - Aaaa! - ryknął Legolam. - Atakują!

Goodgulf  odwrócił  się  twarzą  do  czarnego  cienia,  który  powoli  zbliżał  się  do  mostu,  odbijając  czarną  kulę. 

Czarodziej zachwiał się i chwytając liny, podniósł laskę.

 - Cofnij się, patałachu! - zawołał.

Słysząc to, Ballhog ruszył na most, a Czarodziej cofnął się, wyprostował i rzekł:

 - Naprzód, niebiescy! Arrowroot wywinął Kroną.

 - On nie zdoła utrzymać mostu! - krzyknął i pobiegł na pomoc.

 - E pluribus unum! - zawołał Bromosel i skoczył za nim.

 - Esso extra - rzekł Legolam, idąc w jego ślady.

 - Kaiser Frazer! -  ryknął Gimlet, dołączając  do nich. Ballhog skoczył ku nim i unosząc nad głowę straszliwą kulę, 

wydał triumfalny okrzyk.

 - Dulce et decorum - rzekł Bromosel, szarpiąc liny mostu.

 - Racja - mruknął Arrowroot, przecinając wspornik.

 - Tak będzie znacznie lepiej - stwierdził Legolam, siekąc zaciekle.

 - Pozostań z moim Bogiem - zaintonował Gimlet, szybkim ciosem topora zrywając ostatni sznur.

Most runął  z  donośnym  trzaskiem, zrzucając  Goodgulfa  i  Ballhoga  w  otchłań. Arrowroot odwrócił  się  i  tłumiąc 

szloch, pobiegł  korytarzem. Pozostali  towarzysze  deptali  mu  po  piętach. Kiedy minęli  pobliski  zakręt, oślepił  ich  nagły 

błysk  słonecznego  światła  i  po  kilku  minutach,  pozbywszy  się  śpiącego  wartownika  -  norki,  wypadli  przez  bramę  na 

południowe schody.

Stopnie  biegły  wzdłuż  syropowatego  strumienia,  w  którym  złowieszczo  pękały  wielkie,  lepkie,  wielobarwne 

pęcherze. Legolam przystanął i splunął pogardliwie.

 - To Spumante - wyjaśnił - przysmak elfów. Nie pijcie tego, powoduje próchnicę.

Wędrowcy szybko zeszli w płytką dolinę i po niecałej godzinie stanęli na zachodnim brzegu rzeki Nesselrode, którą 

krasnoludy  nazywają  Nazalspray. Arrowroot zatrzymał  ich  gestem.  Stopnie  wiodące  w  dół gwałtownie  urywały  się  na 

brzegu  rzeki,  a  po  obu  stronach  wąskiego  przejścia  zbocza  pagórków  opadały  w  rozległą,  nagą  równinę  pełną  bogów 

wiatru, delfinów w marynarskich czapkach oraz planów ulic.

 - Obawiam się, że dotarliśmy do nie zbadanych obszarów - rzekł Arrowroot, osłaniając dłonią oczy i spoglądając  w 

dal. - Niestety, nie masz wśród nas Goodgulfa, który mógłby nas poprowadzić.

 - Ale kanał - mruknął Bromosel.

  - Tam  oto leży Lornadoon,  ziemia  Dawnych  Elfów  -  rzekł  Legolam, wskazując  na  rozpościerający się  za  rzeką, 

rzadki las krzywych wiązów i karłowatych sosen. - Goodgulf na pewno poprowadziłby nas tamtędy.

Bromosel włożył nogę w leniwy nurt, z którego wyskoczył paluszek rybny i rząd smażonych małży.

  -  Magia!  -  zakrzyknął  Gimlet, gdy  kanapka  z  tuńczykiem świsnęła  mu  koło ucha. -  Czary!  Diabelskie  sztuczki! 

Izolacjonizm! Żywe srebro!

  -  Tak  -  rzekł  Legolam -  ta  rzeka  jest zaczarowana, gdyż  nosi  imię  elfki Nesselrode, która  kręciła  z  Mentholem, 

bogiem  poobiednich drinków.  Jednak  zła  Oxydol,  bystrooka  bogini  impasów  i  szlemików, ukazała  się  jej  pod  postacią 

piątki z  kontrą  i  powiedziała, że  Menthol  jednocześnie  kombinuje  z  księżniczką  Phisohex, córką  króla  Sano. Słysząc  to, 

Nesselrode  spieniła  się  i  poprzysięgła  skopać  Phisohex  tyłek,  a  ponadto  namówiła  matkę  Cineramę,  boginię 

krótkoterminowych pożyczek, żeby przemieniła Menthola w psychostymulant. Jednak Menthol zwęszył spisek i przyszedł 

do Nesselrode pod postacią zamrażarki, zmienił ją w rzekę i ruszył w świat, sprzedawać encyklopedie. Do dziś, na wiosnę, 

rzeka  cicho woła: “Mentholu, Mentholu, ty draniu. Byłam elfką z sąsiedztwa, a tu bach i jestem rzeką. Ty śmierdzielu". A 

wiatr odpowiada jej: “Fuj!"

 - Smutna opowieść - rzekł Frito. - Czy to prawda?

 - Nie - odparł Legolam. - Jest także pieśń. I zaczął śpiewać.

Przed laty elfka sobie żyła, w dzień za stenografią robiła.

 Miała perukę i złote zęby, od perfum jej kwaśniały gęby.

Mówiła, że sztuka jest “słodka", trzepocząc rzęsami, idiotka. 

Listę, przebojów na pamięć znała, bez przerwy gumą pożuwała.

W głowie miała ciuchy i chłopów, a na głowie loki (z papilotów). 

Wkładała dżinsy z modnym wzorem, z psiapsiółkami wychodząc wieczorem.

Raz elfa spotkała i w tym rzecz, bo on zabrał ją na mecz - Twierdził, 

Że mieszkanie ma duże, uwielbia tańce, kwiaty i podróże.

Późną nocą oddala mu się cala, w jego samochodzie rzecz się działa. 

Bogaty myślała mądry i śliczny, z nim stworzymy związek idylliczny.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

25 / 48

background image

Potem krzywiąc usta w uśmiechu, rzekł, że z inną żyje w grzechu. 

Na umowę - zlecenie na poczcie pracuje, a mieszka z mamusią która mu gotuje.

Srebrną Izę. nieszczęsna uroniła, zła, samotnie do domu wróciła. 

Tydzień wcześniej też było tak samo, (Cóż robić pracującej elfce, mamo?).

 - Lepiej wynieśmy się stąd przed zmrokiem - rzekł w  końcu Arrowroot. - Powiadają, że  w tych stronach są zębate 

nietoperze i krwawe wonpyry.

Podniósł swój podręczny zestaw kosmetyczny i wszedł do syropowatej cieczy, a reszta poszła w jego ślady. Woda w 

żadnymi miejscu nie miała więcej jak kilka stóp głębokości, więc chochliki bez trudu przedostały się na drugi brzeg.

 - To naprawdę dziwna rzeka - stwierdził Bromosel, gdy 

fale sięgnęły mu do ud.

Na drugim brzegu rzeki znaleźli gęstą kępę uschniętych drzew pokrytych napisami w elferanto, głoszącymi: 

WITAJCIE W LEGENDARNEJ WIOSCE ELFÓW, ODWIEDŹCIE FARMĘ WEŻY, NIE OMIŃCIE PRACOWNI 

PANNY SANTY, ORAZ CHROŃCIE NASZ ZACZAROWANY LAS!

 - Lornadoon, Lornadoon - westchnął Legolam. - Cud Śródziemia Dolnego!

Na  dźwięk  tych  słów otwarły  się  drzwi w  pniu  dużego drzewa, ukazując  pokoik  pełen stojaków  z  pocztówkami, 

głośno  tykające  zegary  z  kukułką  oraz  skrzynki  słodyczy  z  syropem klonowym. Zza  dystrybutora  napojów  wyłonił  się 

niechlujnie wyglądający elf.

 - Witam grupę - rzekł, kłaniając się nisko. - Jestem Pentel.

 - Podejdź tu, stary oszuście - zachęcił Legolam.

 - No, no, no - powiedział elf, chrząkając, żeby dodać sobie ważności. - Podróżujemy poza sezonem, co?

 - Przypadkiem przechodziliśmy tędy - odparł Arrowroot.

 -  Nieważne  - powiedział  elf. -  Jest tu  mnóstwo  rzeczy do  obejrzenia, mnóstwo. Na  lewo  skamieniałe  drzewo, na 

prawo Skała Ech i Żywy Mostek, a wprost przed wami Studnia Stu Dni.

 - Przybywamy z Dorii - ciągnął Arrowroot. - Zmierzamy do Fordom. 

Elf pobladł.

 -  Mam nadzieję, że  podobało wam się w  Lornadoon, Krainie  Czarów -  dokończył pospiesznie, wręczając im plik 

folderów oraz naklejek na juczne konie, po czym wskoczył do środka, zatrzasnął drzwi i zaryglował je.

  -  Żyjemy  w  niespokojnych czasach  -  stwierdził Arrowroot. Legolam otworzył  jeden  z  prospektów  i  spojrzał na 

mapę.

  -  Jesteśmy  niedaleko  od  Wioski  Elfów  -  orzekł  w  końcu  -  i  jeśli  to  miejsce  nie  zmieniło  właściciela,  nadal 

zamieszkują tam krewni Oriona - Cellophane i Lady Lavalier.

  -  Elfy  -  mruknął  Spam.  -  Nie  twierdzę,  że  Sorhed  ma  rację,  ale  też  nie  twierdzę,  że  się  myli  -  o  ile  mnie 

wyczuwacie.

 - Zamknij dziób - poradził mu Legolam.

Po  pospiesznym  spożyciu  kadzidła  i  mirry,  wędrowcy  ruszyli  szeroką  ścieżką,  którą  Legolam  zidentyfikował 

według  mapy  jako  Szlak  Grozy. Od czasu do  czasu  mechaniczne  smoki i  gobliny  wyłaniały  się  chwiejnie  z  gumowych 

zarośli, ziewając i pomrukując. Jednak nawet chochliki nie przejęły się  ich atakami i po kilku godzinach przybyli na  skraj 

małego  gaju  bardzo  skamieniałych  drzew  o  dziwnie  symetrycznych  gałęziach,  z  których  spadała  mocno  skorodowane 

mosiężne liście, tworząc sztucznie wyglądające kupki.

Gdy  tak  stali  zdumieni,  w  wykuszowym  oknie  pobliskiego;  drzewa  pojawiła  się  głowa  elfki,  która  zawołała  w 

prastarej mówią elfów: 

Witaj, cny podróżniku!

 - Masz wszystkich w domu? - Zadał właściwe pytania Legolam.

W następnej chwili drzwi w wielkim pniu otworzyły się i wyszedł z nich niski elf.

 - Cellophane  i Lady Lavalier oczekują was na górze - rzekł i wprowadził wędrowców do szerokiego pnia. Drzewo 

było całkowicie puste w środku i wyklejone  tapetą z  cegiełkowym wzorem. Spiralne schody wiodły przez otwór w suficie 

na wyższe piętro i elf  skinął na nich, żeby tam weszli. Gdy dotarli na górę, znaleźli się w komnacie bardzo podobnej do tej 

na  parterze,  tylko  jasno  oświetlonej  wiszącymi  pod  wysokim  sklepieniem,  wielkimi'  kandelabrami  zrobionymi  z  kół 

furmanek. Na końcu komnaty, na, dwóch pieńkach, siedzieli Cellophane i Lavalier, spowici w zwoje muślinu.

 - Witamy w Lornadoon - rzekła  Lavalier, powoli podnosząc  się i wędrowcy zobaczyli, że była  krzepka jak młode 

drzewko lub karłowaty dąb. Miała wspaniałe, kasztanowate  włosy i kiedy potrząsnęła głową, tuziny dojrzałych kasztanów 

spadły  z  nich  jak  grad  na  podłogę. Frito  bawił  się  Pierścieniem i  podziwiał  jej  niezrównaną  urodę.  Gdy  tak  stał, jak  w 

transie, Lavalier obróciła się do niego i zobaczyła, że bawi się Pierścieniem i podziwia jej niezrównaną urodę.

 - Widzę, Frito - rzekła - że bawiąc się Pierścieniem, podziwiasz moją niezrównaną urodę.

Frito jęknął ze zdumienia.

 - Nie lękaj się - powiedziała, złośliwie mrużąc oko. - Nie mamy uprzedzeń.

Wtedy Cellophane wstał, powitał kolejno każdego z wędrowców i gestem wskazał na gumowe  stolce umieszczone 

pod ścianami. Poprosił, aby opowiedzieli mu o swoich przygodach.

Arrowroot odchrząknął.

 - Dawno, dawno temu - zaczął.

 - Me imię Ishmael - rzekł Gimlet.

 - Raz do roku w... - zaczął Legolam.

 - Słuchaj mnie, Muzo - rozpoczął Bromosel.

Po krótkiej dyskusji Frito opowiedział całą historię o Pierścieniu, przyjęciu Dilda, Czarnych Świniarzach, a  także  o 

Konwentyklu Oriona, Dorii oraz przedwczesnym zejściu Goodgulfa.

 - Rety, rety, jej - powiedział ze smutkiem Cellophane, kiedy Frito skończył.

Lavalier westchnęła.

 - Mieliście długą i ciężką podróż - rzekła.

 - Tak - dodał Cellophane - ciężkie jest wasze brzemię.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

26 / 48

background image

 - Wasi wrogowie są potężni i bezlitośni - stwierdziła Lavalier.

 - Macie czego się bać - dodał Cellophane.

 - Wyjedziecie o świcie - podsumowała Lavalier.

Po obfitej uczcie  z  cherubinów i serafinów, Cellophane i Lavalier upchnęli strudzonych wędrowców w pokoiku  w 

pobliskim  drzewie,  a  gdy  Frito  zamierzał  tam wejść,  Lavalier  odciągnęła  go  na  bok  i  zaprowadziła  do  leżącej  opodal 

cienistej dolinki, na środku której stało brudne ptasie korytko, w którym pływała do góry brzuchami para wróbli.

 - Trucizna - wyjaśniła Lavalier, ciskając pierzaste zwłoki w chaszcze. - Tylko w ten sposób można je powstrzymać.

Z tymi słowami splunęła do wody, z której wyskoczyła złota rybka, krzycząc:

 - Czego chcesz, do cholery!?

A Lavalier nachyliła się  nad taflą i szepnęła: “Wilmot Proviso", na  co  woda zaczęła wrzeć, wypełniając powietrze 

zapachem  wołowego  gulaszu.  Nagle  Frito  zauważył,  że  powierzchnia  wody  wygładziła  się  i  ujawniła  obraz  człowieka 

wpychającego sobie cal do nosa.

 - Ach, te reklamy - mruknęła zirytowana Lavalier.

Po chwili  mężczyzna  zniknął, zastąpiony obrazami elfów i  krasnoludów  tańczących  na  ulicach, hulanek w  Minas 

Troney, swawoli w  Bagnie, reportażem z  przetopienia  sporego  spiżowego  posągu  Sorheda  na  spinki  do krawatów, aż  w 

końcu Frito ujrzał siebie, siedzącego na stercie ozdobnej biżuterii i uśmiechającego! się radośnie.

 - To dobry znak - oznajmiła Lavalier. Frito przetarł oczy i uszczypnął się.

 - A więc nasza przyszłość nie maluje się tak czarno? - zapytał.

 - Wyrocznia  Lavalier  nigdy nie  kłamie - oznajmiła  stanowczo Lady i zaprowadziwszy  Frita  z  powrotem do  jego 

towarzyszy, zniknęła w gęstym oparze perfum “Gwałt dżungli".

Frito uszczypnął się jeszcze raz, po czym walnął głową w drzewny dom i zapadł w głęboki sen.

Powierzchnia źródła przez  chwilę pozostała czarna, a potem zamigotała i ukazała  uroczyste powitanie S/s “Titanic" 

w nowojorskim porcie, zwrot francuskich długów wojennych oraz powszechny dobrobyt w państwach socjalistycznych.

Na  południowym skraju nieba  Velveeta, ukochana  gwiazda  zaranna  elfów i pokojowa  Jutrzenki, wstała  i powitała 

miodoustego Noxzemę i ściskając złote wiaderko ze śmieciami, kazała mu szykować skrzydlatą rikszę Novocainy - herolda 

dnia. Tam  też  wstała  czerwonooka  Ovaltine  o  czułych  wargach, którymi  lekko  ucałowała  ziemię  na  wschodnim  krańcu 

Mórz. Innymi słowy, było wcześnie rano.

Wędrowcy wstali i po  pospiesznym  śniadaniu  złożonym  z  jaj na  boczku, zostali zaprowadzeni przez  Cellophane, 

Lavalier oraz ich sługi przez las na brzeg wielkiej rzeki Rycyny, gdzie czekały trzy małe tratwy z balsy.

  -  Nadeszła  smutna  chwila  rozstania  -  rzekła  poważnie  Lavalier. -  Jednak  mam dla  każdego z  was  skromny  dar, 

który godzinie rozpaczy przypomni wam Lornadoon. Co mówiąc, wyciągnęła spory kufer  i wyjęła zeń garść niezwykłych 

prezentów.

 - Dla Arrowroota - powiedziała - klejnoty koronne.

I podała zdumionemu królowi gruszkę w kształcie diamentu oraz nasionko siewki wielkości szmaragdu.

 - Dla Frita, odrobinę magii. - I chochlik otrzymał cudowną szklaną kulę pełną śnieżnych płatków.

I  tak  każdy  członek  małej  kompanii  otrzymał  jakiś  niezwykły dar:  Gimlet prenumeratę  “Życia  Elfów", Legolam 

zestaw  do  madżonga, Moxie  pudełko  maści  tygrysiej, Pepsi  parę  widelców  do  sałatek, Bromosel  rowerek trójkołowy, a 

Spam repelent w aerozolu.

Dary szybko załadowano na  tratwy, razem z  innym wyposażeniem niezbędnym podczas wyprawy, takim jak liny, 

puszki gulaszu wołowego, sterty kopry, magiczne płaszcze przybierające kolor otoczenia - zielonej trawy, zielonych drzew, 

zielonych  skał  czy zielonego  nieba, egzemplarz  Katalogu smoków  i bazyliszków,  karton  karmy  dla  psów  oraz  skrzynka 

polskiej wódki.

 - Żegnajcie  -  rzekła  Lavalier, gdy wędrowcy  stłoczyli się  na  tratwach. -  Każda  wielka  podróż  rozpoczyna  się  od 

małego kroku. Żaden człowiek nie jest wyspą.

 - Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje - dodał Cellophane. Tratwy popłynęły rzeką, a  Cellophane i Lavalier wsiedli 

na wielkiego łabędzia w kształcie łodzi i towarzyszyli im przez  jakiś czas, przy czym Lavalier siedziała na  dziobie, nucąc 

starożytną pieśń żałobną elfów przy łamiącym serce łoskocie stalowych bębnów:

Dago, Dago, Lassi Lima rymcymcym 

Yanqui unicycle rainar rotoroot 

Telstar aloha saarinen cloret 

Seat camaro impala desoto? 

Gardol ole telefon lumumba! 

Chattanooga i tampa muriel 

Zawle czeszko nią do baru, bwana, 

Aleniez mu siszgodo picia!

Comsat melba rubaiyat nirwana 

Garda y vega hiawatha halo. 

O mitra, mitra, padnę na ryuo! 

Yaldaree valdera, que sera, mesje, 

Honi siot la vache qui rit. 

Honi soit la vache qui rit.

(“Och, liście  opadają, kwiaty więdną, a wody płyną na młyn republikanom. O Ramarze, Ramarze, jedź  szybko na 

swoim unicyklu, by  ostrzec  nimfy i królowe  uciech! Ach, któż  teraz  zbierze  leśne  runo i zapląsa w różanych ogrodach? 

Któż ostrzyże  moje  jednorożce? Spójrz, nawet krowy śmieją się  z tego, biada, biada". Chór: “Jesteśmy chórem i mówimy 

tak. Tak, tak, tak".)

Gdy  maleńkie  stateczki  mijały  zakręt  rzeki,  Frito  obejrzał  się  w  samą  porę,  aby  zobaczyć,  jak  Lady  Lavalier 

wdzięcznie wkładaj] palec do ust w prastarym elfim geście pożegnania.

Bromosel spojrzał przed siebie, gdzie meandry rzeki stawiały ich twarzą w twarz z ledwie wstającym słońcem.

 - Kto rano wstaje, ten chodzi niewyspany - mruknął i zasnął.

A taki był czar  Lornadoon, że  chociaż  spędzili  w  tej zaczarowanej krainie  tylko noc, wydała  im  się  tygodniem i 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

27 / 48

background image

kiedy  dryfowali  z  prądem,  Frito  zaczął  obawiać  się,  że  nie  zostało  im  już  wiele  czasu.  Wspomniał  złowróżbny  sen 

Bromosela  i  po  raz  pierwszy  zauważył  na  czole  wojownika  dużą  plamę  jagnięcej krwi, nakreślone  kredą  “X"  na  jego 

plecach, oraz czarne znamię wielkości dublona  na jego policzku. Wielki i dość nieprzyjemnie wyglądający sęp siedział na 

jego lewym ramieniu, dłubiąc w zębach i śpiewając idiotyczną piosenkę o gwarku.

Około  południa  rzeka  stała  się  wąska  i  płytka, i  niebawem  całkowicie  zatarasowała  ją  bobrowa  tama, zza  której 

dobiegały złowrogie klaśnięcia ogonów i złowieszcze wycie turbin.

 - Sądziłem, że droga do Wysp Langerhansa  jest wolna -  rzekł Arrowroot. - Teraz widzę, że  słudzy Sorheda  dotarli 

nawet tutaj. Nie możemy dalej płynąć tą rzeką.

Powiosłowali  do  zachodniego  brzegu  i  wyciągnąwszy  tratwy  na  ląd,  pospiesznie  zjedli  posiłek  złożony  z 

niebieskich migdałów.

  -  Obawiam  się,  że  te  stworzenia  mogą  zrobić  nam  coś  złego  -  rzekł  Bromosel,  wskazując  na  mroczny  kontur 

betonowej tamy.

Ledwie  to rzekł,  gdy po kamiennym brzegu przeszła  chwiejnym krokiem jakaś  przysadzista  postać. Miała  mniej 

więcej  cztery  stopy  wzrostu, bardzo  ciemną  cerę,  ogon  jak  zbyt  mocno  rozbity  stek,  czarny  beret  i  binokle  z  czarnymi 

szkłami.

 - Sługa unizony - wysepleniła, kłaniając się nisko. Arrowroot zmierzył przybysza zamyślonym spojrzeniem.

 - Kim jesteś? - rzekł w końcu, kładąc dłoń na rękojeści miecza.

 - Zwyczajnym podróżnym, tak jak wy - rzekł przybysz, z emfazą klaskając ogonem. -  Mój koń zgubił podkowę, a 

może moja łódź zatonęła, nie pamiętam. Arrowroot odetchnął.

 - No cóż, a więc serdecznie witamy - rzekł. - Obawiałem się, że możesz być sługą zła.

Stwór uśmiechnął się pobłażliwie, ukazując parę przednich zębów wielkości kafelków do łazienki.

- A skądże  - powiedział, machinalnie obgryzając  przyniesioną  z  prądem gałąź. Nagle kichnął potężnie, przy czym 

spadli mu okulary.

Legolam jęknął.

 - Czarnobrody! - zawołał, odskakując.

W tejże chwili w  pobliskim lesie rozległ się potworny zgiełk i banda wyjących norek oraz  pomrukujących bobrów 

runęła ni nieszczęsnych wędrowców.

Arrowroot zerwał się na równe nogi.

 - Ekskrementa! - zakrzyknął, dobył Kronę i zwrócił ją rękojeścią ku najbliższej norce.

 - Tahan chałwa! - zawołał Gimlet, rzucając toporek.

 - Unguentum! - rzekł Legolam, kładąc ręce na głowę.

 - Ipso facto! - warknął Bromosel i odpiął pas z mieczem. 

Spam przecisnął się przez tłum pospiesznie poddających się wojowników do Frita i złapał go za ramię.

  -  Czas  spływać, bwana  -  szepnął  i  zarzucił  mu  szal na  głowę, po  czym  oba  chochliki  czmychnęły  na  tratwę  i 

odpłynęły, zanim dostrzegły je atakujące norki oraz ich tępawi przyjaciele.

Wódz norek chwycił Arrowroota za klapy i potrząsnął nim jak listkiem.

 - Gdzie chochliki?! - wrzasnął.

Arrowroot najpierw spojrzał tam, gdzie przed chwilą  stali Frito i Spam, a potem na  Moxie  i Pepsi, którzy ukrywali 

się opodal miejsca, gdzie Legolam i Gimlet udawali nieżywych.

 - Skłamiesz, to zginiesz. - Obiecał wódz norek i Arrowroot nie mógł nie dosłyszeć złowrogiej nuty w jego głosie.

Wskazał na chochliki i dwie norki natychmiast chwyciły je w swoje łapy - przednie, oczywiście.

 - To jakaś pomyłka - pisnął Moxie. - Ja nie mam tego.

 - Złapaliście nie tego faceta - wrzasnął Pepsi. - To on - dodał, wskazując na Moxie.

 - Nie, to on!  -  krzyknął Moxie, pokazując  Pepsi. -  Poznałbym go  wszędzie. Trzy stopy i pięć  cali, osiemdziesiąt 

dwa  funty, na  lewym  ramieniu  tatuaż  smoka  w  rui, podejrzany  o  udzielanie  pomocy znanemu  posiadaczowi  Pierścienia. 

Wódz norek zaśmiał się okrutnie.

  -  Reszta  może  uciekać,  zanim  doliczę  do  dziesięciu  -  rzekł,  znacząco  wywijając  dwoma  tasakami.  Bromosel 

natychmiast rzucił się do ucieczki, lecz zaplątał się w swój pas i runął jak długi, nadziewając się na ostro zakończone noski 

swoich butów.

 - Otóż nadszedł kres drogi - jęknął. - Och, powiedzcie Lacedomecjanom, żeby odpalili torpedy.

Potem zarzęził jak stary gruźlik i oddał ducha. Wódz norek potrząsnął głową.

  -  O  rany, to  było  zupełnie  niepotrzebne  -  mruknął  i  poprowadził swoją  bandę  z  powrotem  w  las, uprowadzając 

Moxie i Pepsi.

Frito i Spam w milczeniu przepłynęli na drugi brzeg rzeki i wciągnęli małą tratwę na piasek, a niewidoczna w cieniu 

tamy, mała szara postać na zielonym gumowym koniku morskim w żółte kropki ostrożnie powiosłowała za nimi.

 - No i po herbacie, jak by rzekł stary Wargacz -  powiedział Spam i zabrawszy z  tratwy śpiwory, ruszył z Fritem w 

górę wąskim parowem, wiodącym do następnego rozdziału.

VI

JEŹDŹCY ROI - TANU

Przez trzy dni Arrowroot, Gimlet i Legolam tropili bandę norek, przerywając swój zawzięty pościg tylko po to, żeby 

zjeść, popić, pospać, pograć w bezika i zboczyć od czasu do czasu, aby zwiedzić co ciekawsze miejsca. Strażnik, krasnolud 

i elf  niestrudzenie ścigali porywaczy Moxie i Pepsi, często przechodząc nawet trzysta jardów, zanim pogrążali się w apatii. 

Wielekroć Stomper gubił trop, co przychodziło mu z trudem, gdyż norki lubią pozostawiać za sobą wielkie, cuchnące sterty 

odchodów. Następnie  starannie je  rzeźbią i modelują  z  nich przerażające postaci jako  nieme ostrzeżenie  dla każdego, kto 

ośmieliłby się rzucić im wyzwanie.

Jednak spotykali te  kopce coraz rzadziej, co świadczyło o tym, że  tamtym zaczęło się spieszyć lub zabrakło żarcia. 

W każdymi razie  trop  był mniej wyraźny i rosły  strażnik  musiał się  bardzo  starać, żeby dostrzec  nawet najmniejszy ślad 

przechodzącego  oddziałku - znoszony dziurawy  but, parę  spreparowanych kości, a jeszcze  dalej, parę przedziurawionych 

norek.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

28 / 48

background image

Byli w krainie ponurej i płaskiej, w której napotykali jedynie kolczaste krzewy oraz inne karłowate rośliny. Czasami 

mijali opuszczoną wioskę, zamieszkaną jedynie przez  bezpańskie psy które pustoszyły i tak skromne zapasy wędrowców. 

Powoli schodzili na pustkowie doliny Roi - Tan; krainę skwarną, suchą i posępną. Po lewej wznosiły się zamglone szczyty 

gór  Mealey,  a  po  prawej  odległe  i  rozlazłe  Effluvium.  Na  południu  leżały  legendarne  ziemie  Roi  -  Tannerów, 

niezrównanych owczarzy potrafiących okiełznać szalejącego tryka - merynosa.

Dawniej ci pasterze byli wrogami Sorheda i dzielnie  walczyli z nim pod Brylopad i Ipswitch. Jednak teraz  krążyły 

pogłoski  o  bandach  jeźdźców  pustoszących  północny  Twodor,  grabiących,  plądrujących,  palących,  zabijających  i 

gwałcących.

Stomper przystanął i wydał głuchy jęk zgrozy i znudzenia. Norki pozostawiały ich coraz bardziej w tyle. Ostrożnie 

odwinął kawałek magicznego cwibaka elfów i podzielił go na cztery równał kawałki.

 - Jedzcie wszyscy, więcej bowiem nie mamy - rzekł, chowając czwarty kawałek na później.

Legolam i Gimlet żuli w ponurym milczeniu. Wszędzie wokół wyczuwali złowrogą obecność Serutana, czarodzieja 

z Isinglassu. Jego paskudna aura unosiła się w powietrzu, a podległe mu tajne służby spowalniały ich pochód. Te tajne siły 

przybierały rozmaitą postać, lecz teraz pojawiły się jako runy.

Gimlet, który - jeśli to możliwe - lubił Legolama jeszcze mniej niż Riv'n'dell - zakrztusił się swoją porcją ciasta.

 - Przekleństwo na elfów i ich wstrętne gnioty - wymamrotał.

 - I na krasnoludy - odparował Legolam - z ich niewyparzonymi ozorami.

Po raz  dwudziesty obaj dobyli mieczy, gotowi wypatroszyć  się  nawzajem, lecz Stomper przerwał im, zanim któryś 

zginął. W końcu i tak zjedli swoje porcje.

  -  Wstrzymajcie  się,  przestańcie, halt, avaunt, schowajcie  miecze, zabądźcie  swarów  i  złóżcie  broń -  przemówił, 

podnosząc postrzępioną rękawicę.

 - Spadaj, frajerze - warknął krasnolud. - Zaraz zrobię rąbankę z tego stracha na wróble!

Jednak  Strażnik  wyciągnął  swego  peacemakera  i  spór  zakończył  się  równie  szybko,  jak  wybuchł,  bo  nawet 

krasnoludy i elfy nie lubią, jak strzela im się w plecy. Potem, gdy kombatanci schowali swoje miecze, Stomper znów zabrał 

głos.

 - Patrzajcie! - zawołał, wskazując na południe. - Mrowie jeźdźców nadciąga jak wiatr!

 - Szkoda, że nie jadą pod wiatr - rzekł Legolam, kręcąc nosem.

 - Elfy mają wspaniały węch - stwierdził Stomper.

 -  I szybko biegają -  mruknął krasnolud pod nosem. Wszyscy trzej pozezowali na  chmurę kurzu wznoszącą  się na 

horyzoncie. Nie było wątpliwości, że to owczarze, gdyż wiatr zapowiadał ich przybycie.

 - Myślicie, że są przyjaźnie usposobieni? - spytał Legolam, drżąc jak liść.

  -  Tego  nie  mogę  powiedzieć  -  odparł  Stomper. -  Jeśli taił  to  nie  mamy  się  czym  martwić;  jeżeli to  wrogowie, 

musimy podstępem uniknąć ich gniewu.

 - Jak? - pytał Gimlet, nie dostrzegając żadnej kryjówki na rozległej równinie. - Walczymy czy uciekamy?

 - Ani to, ani to - odrzekł Strażnik, padając na ziemię. Udamy martwych!

Legolam i Gimlet  popatrzyli po sobie  i  potrząsnęli głowami. Zgadzali  się  w  niewielu kwestiach, ale Stomper  był 

zdecydowania jedną z nich.

  -  Równie  dobrze  możemy  zabrać  paru  ze  sobą  -  rzekł  Gimlet,  wyciągając  swój  toporek  -  bo  lepiej  odejść  z 

zapiętymi rozporkiem.

Owczarze byli coraz bliżej i słychać było już przeraźliwe pobekiwanie ich wierzchowców. Wysocy i jasnowłosi byli 

ci Roi - Tannerzy, noszący hełmy zwieńczone groźnie  wyglądającymi szpikulcami i małe, szczeciniaste wąsiki. Wędrowcy 

ujrzeli też, iż przybysze mieli długie buty oraz skórzane spodenki na  szelkach i trzymali długie  piki wyglądające jak okute 

ołowiem szczotki do podłogi.

 - Okrutnie srogo wyglądają - rzekł Legolam.

 - Tak - przytaknął Stomper, zerkając przez palce. - Dumni i zawzięci są mężowie Roi - Tanu, a ponadto niezwykle 

chciwi ziemi i  władzy. Jednak  ziemia  często  należy do  sąsiadów, stąd nie  cieszą  się  zbytnią  popularnością. Chociaż  nie 

umieją czytać uwielbiają pieśni, tańce i zabójstwa z premedytacją. Jednak wojaczka  nie jest ich jedynym zajęciem; chętnie 

organizują letniej obozy dla swoich sąsiadów, wyposażone w nowoczesne piece i prysznice.

 - A więc ci faceci nie mogą  być całkiem źli - powiedział

Legolam z  nadzieją w głosie. W tejże chwili ujrzał błysk 

stu klingi wyciągniętych ze stu pochew.

 - Chcesz się założyć? - zaproponował Gimlet.

Patrzyli bezradnie na  zbliżających się jeźdźców. Nagle wojownik w samym środku szeregu, noszący spiczasty hełm 

ozdobiony dwoma rogami, niezdecydowanie machnął ręką i jego ludzie ściągnęli wodze, dając pokaz wyjątkowo kiepskiej 

sztuki jeździeckiej. Dwaj z tych, którzy pospadali z rumaków, zostali stratowani w powszechnym zamieszaniu.

Gdy ucichły wrzaski i przekleństwa, rogaty dowódca podjechał do trzech wędrowców na niezwykle dużym i białym 

tryku, w którego ogon wpleciono barwne wstążki.

  -  Ten pajac  wygląda  jak  widelec  -  szepnął Gimlet kątem swoich grubych  warg. Przywódca,  niższy  od  innych  o 

głowę,  spojrzał  na  nich  podejrzliwie  przez  dwa  monokle  i  potrząsnął  kijem. Dopiero  wtedy  zauważyli,  że  to  kobieta  - 

kobieta w obszernym napierśniku świadczącym o krzepkiej budowie.

  -  Gdże  wy  iszcz  i  co  robycz  tutaj, skoro  fcale  nie  powinno bycz  fas  tu, gdzie  jesteście?  -  spytała  ich  kobieta  - 

wojownik kulawą interlingwą.

Stomper  wystąpił  naprzód  i  skłonił  się  nisko,  przyklękając  na  jedno  kolano  i  odgarniając  lok  z  czoła.  Potem 

ucałował ziemię pod stopami jej owczej mości. Na dokładkę wylizał jej buty.

 - Witaj, dobra  pani -  wyseplenił, gdyż naoliwiony język dziwnie  zwinął mu się  w ustach. -  Jesteśmy wędrowcami 

szukającymi w waszej ziemi przyjaciół porwanych przez paskudne norki Sorheda i Serutana. Może gdzieś ich widzieliście. 

Mają  trzy stopy wzrostu, włochate  stopy i ogonki, prawdopodobnie  są odziani w  płaszcze  elfów i zmierzają  do Fordoru, 

aby położyć kres zagrożeniu, jakim jest Sorhed dla Śródziemia Dolnego.

Kapitan owczarzy  obrzuciła go tępym spojrzeniem, a  potem  odwróciła  się  do swoich  ludzi i  skinęła  na  jednego z 

nich.

 - Medyku! Szybko, mam dla ciebie pacjent. Und on ist der deliryk!

 - Nie, piękna pani - rzekł Stomper -  ci, o których mówię, to chochliki, albo - w mowie elfów - hoipolloi. Ja  jestem 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

29 / 48

background image

ich przewodnikiem, zwanym przez niektórych Stomperem, chociaż mam wiele imion.

 - Ja jeszt tego pefna - zgodziła się kobieta, podrzucając złotymi puklami. - Medyku! Gdże bist du?

W końcu przyjęto wyjaśnienia Arrowroota i po kolei wszyscy się przedstawili.

 - Jam jeszt Eorache, córka Eorlobe, kapitan Rubbermarku i Thane z Chofder. Co osnacza fy bycz mili dla mnie albo 

fas  fcaleti  nie  bycz  -  powiedziała  wojowniczka  o  rumianej  twarzy.  Nagle  spochmurniała  na  widok  Gimleta,  którego 

obrzuciła podejrzliwym spojrzeniem.

 - Pofiedz jeszcze raz sfoje imię.

 - Gimlet, syn Groina, pana Geritolu i Królewskiego Inspektora Nadzoru Sanitarnego - odparł krępy krasnolud.

Eorache zsiadła z wierzchowca i obejrzała Gimleta z bliska mocno zaciskając wargi.

 - To sabafne - stwierdziła w końcu - nie fyglądasz ka fato!

Potem zwróciła się do Stompera.

 - Und ty. Undershirt, tak?

 - Arrowshirt! - rzekł Stomper. - Arrowroot z Arrow - shirt!

Błyskawicznie wyrwał lśniącą Kronę z pochwy i wywijając nią nad głową, zawołał:

 - A oto Krona tego, którego elfy nazywają wieloma imionami, jak Lumbago i Lodestone czy Dunderhead, dziedzica 

tronu Twodoru i prawego syna Arrowheada z Araplane, Zabójcy Tuzinów i potomka Barbisola, Króla Góry.

 - Ach zo - powiedziała Eorache, zerkając na czekającego medyka. - Jednak fierze, że  fy nie  szpiecy der Serutan. To 

szmierdżel, nie fariat.

 - Przybywamy z  daleka  - oznajmił Legolam - i wiódł nas Goodgulf  Szarozęby, Czarodziej Królów i Dobry Ojciec 

Chrzestny drugiej klasy.

Kobieta uniosła blond brwi i oba monokle wypadły jej z załzawionych niebieskich oczu.

 - Cii! Tego imienia  lepiej tu nie fymafiacz. Der król, mein vater, przegracz ulubiony rumak, Saniflush der Szybki, 

do tego oszusta i potem stfierdżycz koszci bardziej koszlafe jak trzynogi troll! Tydżen poszniej biedne sfierzę fróczycz całe 

sapchlone i sapomniecz szę na nofy gobelin króla. Jak król go siąpię, bedże martfy Czarodziej!

 -  W twych  słowach jest smutna  prawda  -  rzekł Arrowroot, usiłując  zajrzeć  jej  pod puklerz  - gdyż  Goodgulfa  nie 

masz już wśród nas. Zginął w walce z przeważającymi siłami nieprzyjaciela w Sztolniach Dorii. Przeciwnik grał nieczysto, 

stosując nieprzepisowe zwody.

 - Poetycka szprafiedlyfoszcz - rzekła Eorache - ale bedże mi brakofacz ten stary durnia.

  -  A  teraz  -  przypomniał  Arrowroot  -  poszukujemy  naszych  dwóch  towarzyszy  porwanych  przez  norki  i 

zawleczonych nie wiedzieć gdzie.

  -  Ach  -  odparła  kobieta  -  wojownik  -  fczoraj  sałatfylyszmy  oddział  norek,  ale  nie  fidzielyszmy  szadnych 

chochlików. Snaleszcz tylko kilka kosteczek w kotle - nic fiencej.

Trzej wędrowcy uczcili pamięć towarzyszy dziesięcioma sekundami milczenia.

 - Dacie nam skorzystać z waszych kudłatych wierzchowców? - zapytał Gimlet.

 - Okej - odpowiedziała Eorache - ale my jechacz do Isinglass sałatfycz i ten sztukniony Serutan.

 - A więc będziecie  walczyć razem z nami przeciw niemu - rzekł Stomper. - Sądziliśmy, że owczarze  sprzymierzyli 

się ze złym czarodziejem.

 -  My nigdy nie  pracofacz  dla tego szfira -  odparła głośno Eorache -  a  nafet jeszli pomagacz mu na  początku, my 

tylko fykonyfacz roskasy i sapewne  to nie  bycz my, tylko kto inny, bo my bycz gdzie indżej. A sreszta, on marnofacz czas 

szukacz jakiegosz sztukniony Pierszczeń, który nic nie był fart. Ja nie fierzycz w takie sztuczki.

Kobieta trzasnęła obcasami i zrobiła w tył zwrot, wołając przez ramię:

 - Zo, fy jechacz mit uns czy sostać tu i umrzecz s głoda? 

Stomper  pomacał  ostatni  kawałek  magicznego  cwibaka  w  kieszeni  i  zważył  szansę, nie  zapominając  o  obfitych 

wdziękach Eorache.

 - My jechacz mit fami - rzekł z rozmarzeniem.

Pepsi śnił, że  jest wiśnią  w likierze na wierzchu czekoladowej melby. Trzęsąc  się  na szczycie bitej śmietany, ujrzał 

nad sobą  monstrualne usta i ostre  zębiska, ociekające wielkimi kroplami śliny. Usiłował zawołać  “ratunku", lecz w  ustach 

miał pełno stwardniałej polewy czekoladowej. Paszcza opadała, wydychając ciepły, smrodliwy oddech... niżej i niżej...

 - Obudźcie się, dupki! - warknął ochrypły głos. - Szef chce z wami gadać! Cha, cha, cha!

Mocny  kopniak  trafił w  i tak już  posiniaczone  żebra  Pepsi. Otworzył  oczy i  w  nocnym  mroku napotkał złośliwe 

spojrzenie norki. Tym razem wrzasnął, lecz przez knebel wydostał się jedynie cichy gulgot, a gdy chochlik usiłował zerwać 

się na równe nogi, przypomniał sobie, że nadal jest mocno związany.

Nagle przypomniał sobie, że razem z Moxie zostali pojmani przez bandę norek i powleczeni na południe w kierunku 

budzącym w nich bezgraniczny lęk - ku ziemi Fordoru. Jednak setka blond wojowniczek na  bojowych owcach odcięła  im 

drogę i teraz norki gorączkowo szykowały się do odparcia ataku, którego oczekiwały o wschodzie słońca.

Pepsi otrzymał drugiego kopniaka, a potem usłyszał, jak inna norka mówi do pierwszej:

  -  Mukluk  puszkin  chochli  -  grag  babuszka  lefrak!  -  bluznął  bardziej  basowy  głos, który  Pepsi  rozpoznał  jako 

należący do Goulasha, przywódcy norek Serutana, które  towarzyszyły oddziałowi większych, lepiej uzbrojonych siepaczy 

Sorheda.

 - Gorboduc khosla! - zaklęła większa norka, ponownie odwracając  się do przestraszonych chochlików. - Założę się, 

że oni oddaliby rękę i nogę, żeby stąd zniknąć.

Z udawaną zawziętością uniósł broń nad głowę, ciesząc się przerażeniem i protestami jeńców.

  -  Ja,  Goulash,  będę  miał  przyjemność  doprowadzić  te  świnie  do  samego  Serutana,  pana  walecznej  Omahah, 

Najpaskudniejsze - go z Paskudnych oraz Nosiciela Świętej Białej Skały i przyszłego szefa całego Śródziemia Dolnego!

Nagle siarczysty cios okręcił norkę jak koło garncarskie.

 - Ja ci dam szefa całego Śródziemia Dolnego! - prychnął jeszcze niższy, basowy głos.

Moxie i Pepsi podnieśli głowy i ujrzeli gigantyczną norkę, mającą  dobrze ponad siedem stóp wzrostu i co najmniej 

czterysta funtów wagi. Stojąc nad rozciągniętą na ziemi norką, potwór arogancko wskazał na czerwony nos namalowany na 

swojej piersi. To był Karsh z walecznej Ottowah, dowódca sił Sorheda, który rzucił Goulasha na ziemię.

 - Ja ci dam szefa całego Śródziemia Dolnego! - powtórzył.

Goulash zerwał się z ziemi i zrobił obsceniczny gest w stronę Karsha.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

30 / 48

background image

 - Slushfund tietack kierkegaard! - wrzasnął do większej norki, tupiąc ze złości.

  -  Ersatz!  -  ryknął  Karsh  ze  złością,  po  czym  wyciągnął  swój  czterostopowy  scyzoryk  i  zręcznie  przyciął 

Goulashowi paznokcie  do łokcia. Mniejsza norka  podskoczyła  i podniosła  swoje ramię, bluzgając  potokiem przekleństw, 

który zdawał się grozić wystąpieniem z brzegów.

 - Te pastuchy - rzekł Karsh, odwracając się znowu do chochlików - zamierzają zaatakować nas o świcie, więc chcę 

wiedzieć wszystko o tym Magicznym Pierścieniu - natychmiast!

Sięgnąwszy do dużego skórzanego worka, norka wyjęła naręcze lśniących instrumentów i ułożyła je na  ziemi przed 

Pepsi i Moxie. Leżał przed  nimi duży  bykowiec, śruba  do zgniatania  kciuków, kot o dziewięciu ogonach, gumowy wąż, 

dwie pałki, zestaw lancetów oraz przenośny grill z dwoma rozżarzonymi do czerwoności żelazami do cechowania.

  -  Znam  sposoby,  że  będziecie  śpiewać  jak  kanarki -  zachichotał,  grzebiąc  w  gorących  węglach  długim  palcem 

wskazującym. - Każdy z was może wybrać sobie jeden z rzędu A i dwa z grupy B. Cha, cha, cha!

 - Cha, cha, cha! - powiedział Pepsi.

 - Litości! - jęknął Moxie.

 - Ej, dajcie spokój, chłopcy - rzekł Karsh, wybierając żelazo z potrójnym “S" Sorheda - niech mam jakąś rozrywkę, 

zanim zaczniecie mówić.

 - Nie, proszę! - rzekł Moxie.

 - Który pierwszy? - Zaśmiała się okrutna norka.

 - On! - powiedziały chórem chochliki, pokazując jeden drugiego.

 - Ho -  ho!  -  ryknęła  norka, mierząc  wzrokiem  Moxie  jak , gospodyni kiełbasę. Podniósł  płonące  żelazo i  Moxie 

pisnął, słysząc odgłos ciosu. Jednak kiedy znów otworzył oczy, jego dręczyciel wciąż stał nad nim, lecz dziwnie zmieniony. 

Chochlik  spostrzegł,  że  norce  brakuje  głowy.  Ciało  opadło  na  murawę  jak  przekłuty  balonik,  a  nad  nim  pojawił  się 

triumfalnie  uśmiechnięty  Goulash. W drugiej ręce  trzymał długie  ostrze  z  rodzaju tych których zazwyczaj  używa  się  do 

świniobicia.

 - Trafiony, zatopiony! -  zawołał, podskakując z  uciechy. 

- A teraz - syknął do chochlików  - mój pan Serutan chce 

wiedzieć, gdzie się podział Pierścień!

Podkreślił te słowa, odrzucając celnym kopniakiem zewłok Karsha dobre dwadzieścia jardów dalej.

 - Pierścień, pierścień? - rzekł Pepsi. - Wiesz coś o jakimś  pierścieniu, Moxie?

 - Nie, chyba że chodzi o moją bliznę po szczepieniu - powiedział Moxie.

 - No już, już! - nalegał Goulash, lekko osmalając włosy na prawym paluchu Pepsi.

 - Dobra, dobra - szlochał Pepsi. - Rozwiąż mnie, a narysuję ci mapę.

Goulash pospiesznie przystał na to i rozplatał więzy na rękach i nogach Pepsi.

 - Teraz przysuń pochodnię, żebyśmy dobrze widzieli - polecił chochlik.

  -  Gnash  lubdub!  -  wykrzyknęła  podniecona  norka  w  swoim  obrzydliwym  języku, niezdarnie  żonglując  bronią  i 

pochodnią w jedynej pozostałej ręce.

 - Hej, lepiej daj mi potrzymać ten miecz - zaproponował Pepsi.

 - Knish snark! - bełkotał stwór, wymachując pochodnią.

 - Tutaj są góry Mealey, a tu Effluvium - rzekł Pepsi, rysując na ziemi ostrym końcem lśniącego ostrza.

 - Krishna rimski - korsakow!

 - ...a to Wielki Kręty Szlak...

 - Grackle borgward!

 - ...a tu twój woreczek żółciowy, tuż nad jajami!

 - Grr!  - zaprotestowała norka, padając na ziemię, rozpruta  jak stara poduszka. Gdy narządy wewnętrzne Goulasha 

hałaśliwie kończyły pracę, Pepsi uwolnił Moxie i razem zaczęli przekradać się przez szeregi norek, mając nadzieję, że nie 

zostaną zauważeni przez  wojowników szykujących się do bitwy czekającej ich z nadejściem świtu. Obchodząc na  palcach 

grupę  norek pracowicie  ostrzących swe  straszliwe noże, chochliki usłyszały  cichą, bełkotliwą  pieśń, na  pół śpiewaną, na 

pół czkaną w spastycznym rytmie wybijanym przez jedną norkę, rytmicznie  walącą łbem o żelazny hełm. Gdy przemykali 

w ciemnościach, słyszeli obce, chrapliwe słowa:

Od iglic Khezadumu sięgających nieba 

Po Lithui brzegi omywane falami,

Walczyć będziem za króla Sorheda 

Zębami, pazurami oraz kopniakami...

 

- Cii - szepnął Pepsi, gdy pełzali przez otwarty teren - nie rób hałasu.

 - Dobrze - szepnął Moxie.

  -  Co  to  za  szepty?  -  warknął  głos  w  ciemności  i  Pepsi  poczuł,  że  szponiasta  łapa  chwyta  go  za  klapy.  Nie 

zastanawiając się, kopnął pazurzastą  nogą i uciekł, pozostawiając  wartownika wijącego się na  ziemi i ściskającego jedyną 

część ciała nie chronioną przez zbroję ani ubezpieczenie zbiorowe. Chochliki śmignęły jak błyskawice obok zaskoczonych 

norek.

 - Do lasu, do lasu! - zawołał Pepsi, w samą porę uchylając się przed strzałą, która zrobiła mu równy przedziałek we 

włosach.!  Uciekając  w  kierunku  zbawczego  lasu,  ze  wszystkich  stron  słyszeli  krzyki  i  wrzaski,  gdyż  szczęśliwym 

zrządzeniem losu donośne beee! surm Roi - Tannerów właśnie oznajmiło, że rozpoczął się atak. Wskoczywszy w gęstwinę, 

chochliki  patrzyły z  przestrachem, jak krwiożerczy owczarze  atakują  norki. Bitewne  pobekiwania  odbiły się  stugębnym 

echem  w  ciszy  poranka.  Zapomniawszy  o  zbiegłych  jeńcach,  norki  stawiły  czoło  spadającym  na  nich  falom  kudłatej 

śmierci; kije od mioteł z łoskotem spadły na grube czaszki norek. Wrzaski i odgłosy ciosów doleciały do uszu chochlików, 

które  z  rozdziawionymi  ustami  patrzyły  na  tę  rzeź.  Norki  nie  zdołały  powstrzymać  ataku  przeważającego  liczebnie 

nieprzyjaciela  i  oszalałe  merynosy  gnały  po  polu  bitwy,  bodąc  i  kopiąc,  walcząc  równie  zaciekle  i  nieczysto  jak  ich 

zawzięci jeźdźcy.  Kilka  norek  rzuciło swe  tasaki i  powiewało białą  flagą. Zwycięzcy  ze  śmiechem  otoczyli je, po czym 

zaczęli  rąbać  i  siec,  ciskając  głowami  jak  piłkami  do  koszykówki. Chichocząc  z  uciechy,  wesoła  banda  błyskawicznie 

uwolniła zwłoki od portfeli i złotych zębów. Pepsi i Moxie odwrócili oczy na widok tych okropności, daremnie walcząc  z 

mdłościami.

 - Ho - ho - ho! Owczarze grają ostro!

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

31 / 48

background image

Moxie i Pepsi spojrzeli na  las, szukając właściciela  głosu, ale dopiero kiedy wielkie, zielone oko mrugnęło do nich, 

dostrzegli olbrzyma stojącego tuż  przed nimi na tle ściany lasu. Opadły im szczęki na  widok ogromnej, jedenastostopowej 

postaci,  podpartej  łobuzersko  pod  boki.  Od  stóp  [rozmiar  pięćdziesiąt  sześć]  do  głów  był  jasnozielony.  Szeroki, 

pastelowozielony  uśmiech  wykwitł mu  na  twarzy  i  potwór  roześmiał się  ponownie. Gdy  chochliki zamknęły  paszczęki, 

zauważyły,  że  olbrzym  jest  nagi  oprócz  mini  -  slipek  koloru  natki  pietruszki  oraz  kilku  liści  kapusty  wplecionych  w 

zmierzwione włosy. W obu rękach trzymał paczkę mrożonych szparagów, a zielona  szarfa na jego piersi głosiła: OFERTA 

DNIA, KUKURYDZA ZA PIĘĆ CENTÓW.

 - Nie, nie - jęknął Pepsi. - To... to niemożliwe!

 - Ho - ho - ho! A jednak - zahuczał olbrzym, pół człowiek, pół warzywo. - Jestem Birdseye, Pan Vee - Ates, często 

nazywany we...

 - Nie mów! - krzyknął przerażony Moxie, zatykając sobie uszy.

 - Nie bójcie się - uśmiechnęło się uprzejmie warzywo. - Jestem pokojowo usposobiony.

 - Nie, nie! - jęczał Pepsi, nerwowo skubiąc spinkę krawata.

 - Dobrze, dobrze  - rzekł olbrzym. - Chodźcie i spotkajcie  moich poddanych, którzy mieszkają  w lesie. Usychają z 

niecierpliwości. Ho - ho - ho!

Zielona postać zgięła się wpół ze śmiechu, rozbawiona swoim bon motem.

 - Proszę, proszę - błagał Pepsi. - Nie zniesiemy tego. Nie po tym wszystkim, co nas spotkało.

 - Muszę nalegać, przyjaciele - rzekł olbrzym. - Mój lud wyrusza na wojnę ze złym Serutanem, pożeraczem celulozy 

i sprzymierzeńcem czarnych chwastów, które  z każdym dniem duszą nas coraz mocniej. Wiemy, że i wy też jesteście jego 

wrogami, więc musicie pójść z nami i pomóc nam zwyciężyć tego zabójcę warzyw.

 - No cóż, dobrze - westchnął Pepsi - jeśli musimy...

 - Musimy - westchnął Moxie.

 - Nie wzdychaj - pocieszył go olbrzym, zarzucając sobie oba chochliki na jaskrawozielone ramię. - Być  panem Vee 

- Ates także nie jest łatwo, szczególnie w niektórych porach. Ho!

Chochliki wierzgały i krzyczały, usiłując uciec ogromnemu nudziarzowi.

 - Nie opierajcie się - rzekł uspokajająco - znam dwie dziewczyny jak rzepy, w sam raz dla was, chłopcy. Spodobają 

się wam, są...

 - Niewinne jak lilie - mruknął Pepsi.

 - Hej! - zawołał olbrzym - to naprawdę dobre. Szkoda, że nie ja to powiedziałem!

 - Jeszcze powiesz - załkał Moxie. - Powiesz.

Arrowroot,  Legolam  i  Gimlet  rozmasowali  obolałe  mięśnie  w  cienistym  gaju,  podczas  gdy  Roi -  Tannerzy poili 

swoje  spienione  wierzchowce  i  wyszukiwali  najsłabsze  z  nich  na  wieczerzę. Przez  trzy  dni  jechali  tędy  i  owędy przez 

skalny  płaskowyż  ku  straszliwej  fortecy  Serutana  Gauche'a  i  wzajemne  stosunki  między  towarzyszami  uległy  pewnej 

zmianie. Legolam i Gimlet niestrudzenie  drwili z  siebie, tak że  kiedy elf  uśmiał się  z krasnoluda, który pierwszego dnia 

spadł  z  konia  i został powleczony po  ziemi. Gimlet  zrewanżował mu  się, ukradkiem podając  wierzchowcowi Legolama 

silny  środek przeczyszczający. Na  drugi dzień  chore  zwierzę  zaczęło krążyć i zataczać  się, unosząc  spanikowanego  elfa, 

który jeszcze tej nocy zemścił się, skracając prawą tylną nogę merynosa Gimleta, w wyniku czego podczas wielogodzinnej 

jazdy następnego dnia krasnolud cierpiał na chorobę lokomocyjną. Nie była to spokojna podróż.

W dodatku zarówno  Gimlet, jak  Legolam mieli wrażenie, że coś dziwnego stało się  z Arrowrootem, od czasu gdy 

spotkali  Roi  -  Tannerów,  bo  siedział  apatycznie  w  siodle,  pogrążony  w  rozpaczy,  wciąż  zerkając  ukradkiem  na 

przywódczynię owczarzy, która  odrzucała  jego awanse. Ostatniej nocy  Legolam zbudził się  i stwierdził, że  Strażnika  nie 

ma  w  jego  namiocie, a  pobliskie  krzaki  trzęsą  się  podejrzanie. Zanim elf  zdążył zdjąć  siateczkę  do  włosów  i przypasać 

miecz, Arrowroot wrócił, bardziej przygnębiony niż zwykle, rozcierając wykręconą rękę i podsiniaczone oczy.

 - Wpadłem na drzewo - wyjaśnił zwięźle.

Jednak teraz Isinglass i forteca Serutana były już blisko i przerwano jazdę, żeby udać się na wieczorny odpoczynek.

  - Auu!  -  jęknął  boleśnie  Gimlet, zwijając  się  na  posłaniu  z  mchu  -  od  jazdy  na  tym przeklętym czworonogu na 

pewno pękła mi kość ogonowa.

 - To jedź na głowie - rzekł złośliwie Legolam - jest miękka i nie tak cenna.

 - Odczep się, fryzjerze.

 - Żaba.

 - Dupek.

 - Świr.

Brzęk  ostróg  i  trzaskanie  bata  przerwało  tę  dyskusję.  Trzej  towarzysze  zobaczyli  toczącą  się  ku  nim  po  mchu 

Eorache. Otrzepała nabijane ćwiekami oficerki z kurzu i lanoliny, z powątpiewaniem potrząsając głową.

  -  Fy  dfaj  dalej  mófycz  der  brzydkie  sofa? Pogardliwie  ominęła  spojrzenie  okrągłych, psich  oczu Arrowroota  i 

roześmiała się.

  -  F nasza  ojczysna  my  nie  tolerofacz  sporuf  - napomniała  ich, wyciągając  dwa  sztylety  dla  podkreślenia  swoich 

słów.

 -  Chłopcy są bardzo zmęczeni po długiej jeździe  - łagodził zgnębiony Strażnik, żartobliwie trzaskając obcasami - 

ale rwą się do walki, a ja chcę dowieść mojej waleczności w twoich lazurowych oczach.

Eorache zakrztusiła się lekko i splunęła pod wiatr dużą kulą brązowego tytoniu. Z obrzydzeniem tupnęła nogą.

 - Masz pecha - rzeki Gimlet.

 - Nie martw się - pocieszał Legolam, obejmując nazbyt przyjacielskim gestem Arrowroota - wszystkie baby są takie 

same, słodkie jak trucizna.

Arrowroot wyrwał się, łkając jak dziecko.

 - Trochę pomieszacz mu sze f głofa - rzekł krasnolud, pukając się w czoło.

Zapadła  noc  i  zamigotały  obozowe  ogniska  Roi  -  Tannerów.  Za  następnym  wzgórzem  leżała  dolina  Isinglass, 

nazwana teraz  przez f  podstępnego czarodzieja Serutanlandem. Odepchnięty Strażnik wlókł się  między odpoczywającymi 

wojownikami, ledwie słysząc ich dumną pieśń, zagłuszającą dzwonienie spienionych rumaków:

My ist der wesołe, dżelne Roi - Tannery,

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

32 / 48

background image

Lubim buty, saluty, flagi i ordery.

Gnamy nasze ofceffiatr, deszcz to czi wyczeczka!

Batem, ostrogami, w skuszanych porteczkach.

My tanczycz, szpiefacz, kto wie dlaczego, 

Ale my nigdy nie iszcz gensziego. 

Pokój chczemy i wszędże go zrobymy, 

Do twojego tyż sze wprowadżymy.

Wojownicy  baraszkowali  przy  ogniskach,  śmiejąc  się  i  żartując.  Dwaj  zakrwawieni  pojedynkowicze  siekli  się 

szablami przy wtórze  radosnych okrzyków jasnowłosych widzów, a opodal spora ich grupka  wyła z  zachwytu, robiąc  coś 

nieprzyjemnego bezpańskiemu kundlowi.

Jednak to  nie  poprawiło  humoru  Strażnikowi. Zgnębiony, poszedł w  ciemność, mamrocząc  pod nosem “Eorache, 

Eorache" Jutro dokona tak dzielnych czynów, że będzie musiała zwrócić na niego uwagę. Oparł się o drzewo i westchnął.

 - Naprawdę cię trafiło, co?

Stomper odskoczył z cichym okrzykiem przestrachu, ale spomiędzy liści wychynęła znajoma mała główka Gimleta.

 - Nie zauważyłem, jak podszedłeś - rzekł Arrowroot, chowając miecz.

 - Próbowałem zgubić tego dupka - rzekł krasnolud.

 - Kto tu jest dupkiem, co? - warknął Legolam, napastujący wiewiórkę ziemną za pniem drzewa.

 - O wilku mowa - jęknął Gimlet.

Wszyscy  trzej  usiedli  pod  drzewem  i  rozmyślali  o  dalekiej  drodze,  jaką  przebyli,  najwidoczniej  zupełnie 

niepotrzebnie. Na cóż się zda zwycięstwo nad Serutanem, jeśli Sorhed zdobędzie Pierścień Frita? Któż zdoła mu się wtedy 

oprzeć? Martwili się tak przez dłuższą chwilę.

 - Czy to nie czas na deus ex machina? - rzekł ze znużeniem

Legolam.

Nagle  rozległo  się  donośne  płask  i  jaskrawy  rozbłysk  na  chwilę  oślepił zaszokowaną  trójkę. Kwaśny odór  taniej 

magnezji rozszedł się w  powietrzu i wędrowcy  usłyszeli głośne  łup!, po którym  nastąpiło jeszcze głośniejsze uff!  Potem 

przez  deszcz  konfetti  ujrzeli  jakąś postać  odzianą  na  biało, otrzepującą  gałązki oraz  kurz  z  nienagannie  odprasowanych 

szortów  i błyszczących  butów  sięgających  do połowy uda. Nad  białą  marynarką  w  stylu  Nehru  i  medalionem godnym 

cielęcia  ujrzeli  starannie  przystrzyżoną  siwą  brodę  oraz  przydługie  bokobrody.  Stroju  dopełniał  wielki  biały  kapelusz 

panama z dopasowanym barwą strusim piórem.

 - Serutan! - jęknął Arrowroot.

  -  Blisko,  ale  nie  całkiem  -  zachichotała  elegancka  postać,  strzepując,  niewidoczny  pyłek  z  szytej  na  miarę 

marynarki. - Spróbuj jeszcze raz. To naprawdę smutne, kiedy nie rozpoznają cię starzy przyjaciele.

 - Goodgulf?! - zakrzyknęli wszyscy trzej.

 - Nikt inny - odparł podstarzały dandys. - Wyglądacie na zdziwionych...

 - Jak... jak..? - zaczął Legolam.

 - Myśleliśmy, że...

Stary czarodziej mrugnął i poprawił tandetny medalion.

 - Moja  opowieść  jest zaiste  długa, a ja nie  jestem tym samym Goodgulfem Szarozębym, którego kiedyś znaliście. 

Zmieniłem się, i to bardzo, jednak mógłbym dodać, że nie dzięki wam.

 - Tak, dzięki czernidłu na skroniach i nożyczkom - szepnął spostrzegawczy krasnolud.

 - Słyszałem! - rzekł Goodgulf, przygładzając równo przycięte  bokobrody. - Nie lekceważcie mojej obecnej postaci, 

gdyż moja moc jeszcze wzrosła.

 - Ale jak...

 -  Od  czasu naszego ostatniego  spotkania wiele podróżowałem i wiele  widziałem, tak  więc  wiele  chciałbym wam 

opowiedzieć - rzekł Goodgulf.

 - Mów wszystko oprócz  nazwiska  twego krawca - powiedział Gimlet. - A nawiasem mówiąc, skąd wytrzasnąłeś te 

ciuchy? Myślałem, że do karnawału jeszcze sporo czasu.

 - Z najcudowniejszego małego butiku w Lornadoon. Świetnie dopasowane, prawda?

 - Lepiej, niż sądzisz - przytaknął krasnolud.

 - Ale jak... - znów zaczął krasnolud. Czarodziej uciszył ich gestem.

 - Wiedzcie zatem, iż nie jestem już dawnym Czarodziejem. Mój duch został oczyszczony, mój charakter zmieniony, 

a image odnowione. Niewiele pozostało we mnie dawnego ja.

Goodgulf dwornym gestem skłonił się, zamiatając ziemię kapeluszem.

 - Jestem całkowicie odmieniony.

 - Na pewno? - mruknął Gimlet na widok pięciu asów, które wypadły z kapelusza.

  -  Goodgulfie!  -  wykrzyknął  zniecierpliwiony  elf.  -  Jeszcze  nie  powiedziałeś  nam, jak wyrwałeś  się  ze  szponów 

wroga, przeszedłeś przez  ogień, przeżyłeś  upadek  do  wrzącej  otchłani, uciekłeś  krwiożerczym  norkom  i  odnalazłeś  nas 

tutaj!

Gdy  gwiazdy  pojaśniały  na  aksamitnym  nieboskłonie, elf, krasnolud i  Strażnik  zasiedli  wokół rozpromienionego 

maga, aby wysłuchać opowieści o jego cudownym, niewiarygodnym ocaleniu.

 - No cóż - zaczął Goodgulf - kiedy wydostałem się z czeluści...

VII

SERUTAN WYMAWIANY WSPAK TO PASKUDA

Żałosne  ranne  świergotanie  ptaków obudziło Legolama, który spojrzał sennie na wschodzące  słońce. Rozejrzawszy 

się wokół, stwierdził, że pozostali towarzysze śpią, oprócz Goodgulfa, który kładł pasjansa na zadku śpiącego Gimleta.

 - Nie możesz położyć waleta na asa. To oszustwo -  ostrzegł elf.

  -  Jednak mogę  zaraz  położyć  cię  na  łopatki -  odparł  chytry  stary szarlatan -  więc  lepiej zajmij  się  wyrabianiem 

zegarów z kukułką, lub czymkolwiek, co robisz w wolnym czasie. Ja medytuję.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

33 / 48

background image

Elf  czule  spojrzał  na  Czarodzieja.  Przez  pół  nocy  siedzieli  i  słuchali  jego  opowieści  o  dziwnych  miejscach  i 

dzielnych czynach. Opowieści mówiących  o odwadze  i sprycie, dzięki którym Goodgulf  pokonał  niezliczonych wrogów. 

Historii, które  niewątpliwie  były  stekiem  bezczelnych łgarstw.  Jeśli  Goodgulf  zmienił  się, to  niezbyt  wiele.  Co więcej, 

Gimletowi zginął zegarek.

Powoli obudzili  się  pozostali  członkowie  wyprawy. Arrowroot  wstał  ostatni, częściowo  z  powodu  apatii, w  jaką 

popadł  za  sprawą  pięknej  Roi  -  Tannerki, a  po  części  dlatego,  że  nie  mógł  zapiąć  swoich  kalesonów  z  klapą  na  tyłku. 

Strażnik  starannie    przygotował  skromne  śniadanie  złożone  z  jajek,  wafli,  boczku,  i  grejpfrutów,  naleśników,  gorącej 

owsianki, świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego oraz smażonego żółtego sera. Już  na początku wyprawy wędrowcy 

stwierdzili, iż nikt nie potrafi tak dobrze usmażyć żółtego sera, jak stary Arrowroot.

 - Zo, fy freszcie  fstacz -  warknął czyjś głos. Spojrzenia  wszystkich zwróciły  się  ku Eorache, odzianej w  najlepsze 

buty, ostrogi i zbroję. W nosie wojowniczki tkwiła paskudna kość kurczęcia.

 - Wygląda zabójczo - zachichotał Goodgulf, wstając, żeby powitać zdumioną panią kapitan.

 - To ty! - wytrzeszczyła oczy Eorache.

 - A co, oczekiwałaś Beowulfa?

 - Ale... ale my myszlecz ty kaput f przepaszcz - powiedziała Roi - Tannerka.

 - To długa historia - rzekł Goodgulf, nabierając powietrza do płuc.

 - A fiencz sachofaj ją dla szebie - przerwała mu Eorachal - Mamy falczycz s Serutan. Choczcze są mnie, ja.

Wędrowcy poszli za Eorache do pozostałych wojowników siedzących na dzikich, pobekujących rumakach, rwących 

się dój boju tak samo jak ich jeźdźcy. Wojownicy powitali ją, unosząc zaciśnięte pięści w salucie i robiąc szeptem uwagi na 

temat dziwnego Strażnika, który kręcił się przy niej jak zidiociały basset.

Dosiedli  wierzchowców.  Eorache  niechętnie  przydzieliła  Goodgulfowi  Thermofaxa,  najszybszą  z  owiec  Roi  - 

Tannerów. Potem, gdy Strażnik zaczął śpiewać, pojechali na zachód, w kierunku Isinglass.

Po niecałych  dwóch godzinach  jazdy wjechali na kamienisty  pagórek  i Eorache  donośnym  okrzykiem zatrzymała 

oddział.  W  dole,  w  rozległej  dolinie  ujrzeli  pastelowe,  różowobłękitne  mury  i  potężnej  fortecy  Serutana.  Całe  miasto 

otaczał potężny barbakan,  a przed nim była bladolawendowa fosa z jasnozielonym mostem zwodzonym. Proporce dzielnie 

łopotały na wietrze, a wyniosłe wieże zdawały się łechtać chmury.

Za murami wędrowcy dostrzegli liczne cuda, które w przeszłości zwabiły tu niezliczone rzesze turystów. W mieście 

czekały  najróżniejsze  rozrywki:  gry  i  zabawy  w  wielkich  namiotach,  koła  fortuny  i  gollumcoastery,  gabinety  śmiechu, 

przejażdżki na gryfokartach oraz domy gry, w których chłop mógł stracić sporo czasu, a  jeśli był nieostrożny, to i spodnie. 

Przed  laty,  gdy  Serutan  jeszcze  pokazywał  się  światu  ze  swej dobrej  strony, Goodgulf  pracował  w  takim kasynie  jako 

krupier Koła Fortuny. Jednak tylko przez krótki czas. Nikt nie wiedział, dlaczego musiał wyjechać, na zawsze  wygnany z 

Serutanlandu, jak nazwał tę krainę zły czarodziej. A Goodgulf nikomu o tym nie opowiadał.

Wędrowcy z  lękiem  spoglądali na  nieruchome koła  i nakryte  pokrowcami eksponaty. Na  wysokich blankach stały 

szeregi łuczników  i  kopijników,  a  za  nimi  kotły  z  wrzącym  krochmalem. Nad  szańcami unosiła  się  ogromna  postać  o 

twarzy  postaci  z  kreskówek,  rozsławionej  niezliczonymi  zwojami  komiksów  i  tandetnymi  zabawkami.  Był  to  Dickey 

Dragon, szczerzący się  do  przybyszów  nad napisem głoszącym:  WITAMY W SERUTANLAN  -  DZIŚ. W NIEDZIELE 

WSZYSTKIE ATRAKCJE  PO  DWA PENSY. Zauważyli, że  głupawe  uśmiechy  Dickeya  Dragona  są  obecne  wszędzie. 

Proporczyki, szyldy - wszystkie ukazywały ten sam idiotyczny grymas i wywalony jęzor. Niegdyś lubiane stworzenie teraz 

jawiło się symbolem żądzy władzy jego twórcy, siłą, której panowaniu trzeba położyć kres.

 - Nasz Dickey Dragon to potężna forteca - odkrył Goodgulf, ignorując jęki towarzyszy.

 - Ja  - przytaknęła  Eorache  - der  Serutanner robycz pieniondz  na kapelusz s der Dickey Dragon i na podkoszulka  s 

der Dickey Dragon, na der Dickey Dragon to i der Dickey Dragon tamto. Der Serutanner bycz bogaty szmierdżel.

Goodgulf zgodził się z tym i dodał, że nie był taki, kiedy byli przyjaciółmi.

 - Jednak to było zwyczajne  mydlenie oczu dla ukrycia jego prawdziwych zamiarów - dodał - i dlatego musimy go 

pokonać. 

 - Tylko jak? - spytał Legolam.

  -  Der  dyfersyjna  taktik!  -  wykrzyknęła  Eorache,  aż  zadrżała  jej  kurza  kość.  -  Poczebny  nam  jakisz  tempak, co 

odfróczi ich ufaga, kiedy my saatakofacz od tył.

Urwała i kątem oka zerknęła chytrze na zakochanego Strażnika.

 - Myszlę, sze ten temp... ehm, bohater mosze słamacz serce kaszda freulein.

Stomper nadstawił uszy jak gacek i wydobył miecz, krzycząc:

 - Na Kronę! Podejmę się tego zadania dla twej chwały i honoru, aby zdobyć twój podziw, choćbym miał nie wrócić.

Niezdarnie skierował ku niej opornego merynosa i ucałował jej krzepką dłoń.

  -  Jednak  najpierw  poproszę  cię,  piękna  Eorache,  o  dar,  który  zachowam,  próbując  odwagą  dorównać  twej 

niezrównanej urodzie. Proszę cię o jakąś skromną pamiątkę.

Po sekundzie  wahania Eorache skinęła rogatą głową i odpięła grubą skórzaną bransoletę, po czym podała nabijany 

ćwiekami pasek Arrowrootowi, który z radością zapiął go sobie na szyi.

 - Dobra, hier ist der dar - powiedziała - a teraz raus! 

Wśród  głośnych  okrzyków  bez  słowa  pogalopował  w  dół  stoku  w  kierunku  zwodzonego  mostu.  Pędził  coraz 

szybciej, podczas gdy pozostali pod osłoną grzbietu pagórka okrążali miasto. Nagle, gdy ostre  kopyta merynosa  zadudniły 

przed  portalem  fortecy,  most  szybko  uniósł  się,  ukazując  namalowany  pod  spodem  znajomy  pysk  z  podpisem: 

PRZEPRASZAMY.  PRZERWA  OBIADOWA.  Jednak  impet  poniósł  Stompera  dalej,  aż  w  pełnym!  galopie  runął  w 

lawendową  fosę. Miotając  się  w  wodzie,  Stomper  wrzeszczał  ze  strachu,  gdyż  wokół  zaroiło  się  od  ostrych  dziobów. 

Wielkie,  żarłoczne  żółwie  rzuciły  się  na  tonącego  Strażnika,  a  łucznicy,  zauważywszy  to  zamieszanie,  nie  zasypiając 

gruszek w popiele, zasypali go gradem strzał.

Eorache, słysząc jego wrzaski, wjechała na szczyt pagórka i ujrzała Stompera szamoczącego się w fosie, otoczonego 

ze  wszystkich stron. Warknąwszy pod nosem przekleństwo w języku Roi - Tannerów, popędziła rumaka i skoczyła  za  nim 

do fosy, po czym ułożyła jego głowę w zgięciu swego muskularnego ramienia i dotarła do brzegu. Na oczach oniemiałych z 

podziwu  wojowników  stanęła  w  głębokiej  na  dwie  stopy  wodzie  i  uciekła  z  fosy,  a  dwa  opite  wodą  i  naszpikowane 

strzałami merynosy pobiegły za nią. Donośne  wiwaty rozległy się wśród Roi -  Tannerów, gdy ich przywódczyni wjechała 

stępa  na  wzgórek, ciągnąc  za  sobą  spazmatycznie  łapiącego  ustami  powietrze  Strażnika. Mruknąwszy  coś  pod  nosem, 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

34 / 48

background image

zaaplikowała  sztuczne  oddychanie  Stomperowi,  który  wykaszlał  zdumiewającą  ilość  szlamu  i  kilka  małych  żółwi. 

Zawzięte  gady  mocno  poszarpały  mu  odzienie,  pozostawiając  tylko  bieliznę,  która  -  jak  zauważyła  Eorache  -  miała 

wyhaftowaną na tyłku Królewską Koronę Twodoru.

 - Hej! - zawołała do półprzytomnego Strażnika. - Masz s tyłu fyhaftofana Królefska Korona Tfodoru.

 - Tak - rzekł Goodgulf - gdyż on jest prawowitym królem wszystkich ziem Twodoru.

 - Nie żartujesz? - spytała Eorache, szeroko otwierając oczy. - Hmm. Mosze ten dumkopf ist mimo fszystko okej.

Ku powszechnemu zdziwieniu zaczęła coś cicho mruczeć do Stompera, przerzuciła go sobie przez ramię i poklepała 

po plecach.

 - Nie  ma  czasu  na  dworskie  rozrywki - powiedział Goodgulf. -  Nasz plan zawiódł i wróg  poznał nasze  zamiary. 

Godzina ataku minęła i przegraliśmy.

 - Czy to oznacza, że możemy już wracać do domu? -  zapytał Legolam.

 - Nie! - odparł Czarodziej, a jego medalion błysnął w słońcu - gdyż w oddali widzę maszerujące wojska.

 - Bzdury - stwierdził Gimlet. - A już myślałem, że mam dobry dzień.

Z  przestrachem  patrzyli,  jak  czarna  fala  wojowników  zalewa  odległe  wzgórze  i  płynie  ku  nim  z  zatrważającą 

szybkością.  Przyjaciel  to  czy  wróg,  nikt  nie  potrafił  powiedzieć.  Patrzyli  na  to  przez  wiele  minut,  aż  na  murach 

Serutanlandu ozwały się trąby.

 - To na pewno przybywają posiłki norek, żeby zniszczyć na wszystkich! - jęknął elf. - Serutan wysłał przeciw nam 

potężną armię!

 - Nie! - zawołał Strażnik. - To nie norki! Nigdy nie widziałem czegoś takiego!

Pozostali  przekonali  się,  że  to  prawda.  Pod  wodzą  jakiegoś  monumentalnego  stworzenia  na  Serutanland 

maszerowały szereg za szeregiem ogromne, wojownicze warzywa. Niósł się upiorny śpiew:

Do mnie, do mnie, wszystkie warzywa! 

W górę liście, przybądźcie żywo! 

Kapusty, Marchewki, Cukinie, Ogórki! 

Zgodnie zrobimy puree z każdej norki!

Te paskudne stwory na papką zgnieciemy 

Posiekamy na plastry, resztki wyplujemy! 

Wypleńcie wroga niczym chaszcze ostu 

A potem rzućcie na stertą kompostu!

 - Ho -  ho - ho! - przeleciało nad ziemią i przerażone  owce  skłębiły się, jak to owce, w stado. Oniemiali wędrowcy 

patrzyli  i  na  drużyny  oberżyn,  plutony  patisonów,  kompanie  komosy,  bataliony  buraków  i  regimenty  pietruszek 

maszerujące w rytmie marsza wygrywanego przez orkiestrę dętą złożoną z pięćdziesięciu rzep. Za tymi nie kończącymi się 

szeregami szły kolejne formacje:  zdeterminowanych awokado, zuchwałych pomidorów i innych odważnych warzyw.

Ziemia  dudniła  pod  miarowymi  krokami  tej  hordy,  a  w  powietrzu  niosły  się  tysiące  przeraźliwych  okrzyków 

wojennych. Na  czele kolumny dumnie maszerował zielony generał, który do swego skromnego stroju dodał parę epoletów 

z kukurydzianych kolb. Ponadto na jego ramionach siedziały znajome postacie. Goodgulf dostrzegł to pierwszy.

 - Niech mnie pokręci, to te dwa pokurcze! - zawołał.

I miał rację. Moxie i Pepsi siedzieli chwiejnie na ramionach Birdseye'a, energicznie machając  rękami do Goodgulfa 

i reszty.

Hektary produktów podeszły pod same mury Serutanlandu i ustawiły się  w szyku bojowym. Przez szkło pożyczone 

od Eorache, Arrowroot ujrzał, jak skonsternowane  norki  najpierw  rozdziawiły  usta, a  potem  w panice  zaczęły biegać  po 

murach.

 -  Ho  - ho  - ho!  -  zagrzmiał gigant. - Wiedz, Serutanie, że stoją  przed tobą  Vee  - Ates. Poddaj  się  albo  zrobimy z 

ciebie pulpę!

Z początku z fortecy nie było żadnej odpowiedzi. Potem jakiś głos rzucił donośnie:

 - Paszoł w buraki!

 - Rozumiem -  odparł olbrzym - że chcecie walczyć. Wrócił do swoich wojowników  i zaczął rzucać  rozkazy, które 

szybko wykonywali, biegiem formując szyk i przygotowując machiny oblężnicze.

Wielkie  melony  na  pół  podeszły,  a  na  pół  pod  toczyły  się  na  brzeg  fosy,  a  za  nimi  ogromne  ziemniaki,  które 

skoczyły  na  nie,  zasypując  szańce  śmiercionośnym  gradem  nasion  i  oczyszczając  mury  z  norek. Te  padały  jak  muszki 

owocówki, czemu towarzyszyły głośne wiwaty widzów na wzgórzu.

Następnie  kolumna  słodkich  ziemniaków  zasypała  fosę,  ignorując  strzały  głęboko  grzęznące  w  ich  miąższu. 

Zanurzone  do  połowy  w  pełne  żółwi  wody, ziemniaki  wypuściły  długie,  zwinne  pędy,  które  wspięły  się  po  pionowej 

powierzchni  murów,  wykorzystując  każdą  nierówność.  Te  rozłogi  posłużyły  jako  drabiny  oblężnicze  dla  oddziałów 

specjalnych  ogórków,  które  pospiesznie  wspięły  się  na  blanki,  aby  związać  walką  obrońców.  Jednocześnie  olbrzym 

przyciągnął wielką katapultę na kołach i wycelował ją w kierunku miasta.

 - Gasy bojofe! - krzyknęła Eorache, odgadując jego plan.

Zdumieni widzowie niebawem przekonali się, co miała na myśli Roi - Tannerka, gdyż trzy pełne kompanie  szalotki 

podeszły do katapulty i zaczęły układać się w szerokim uchwycie. Kiedy zwolniono ramię machiny, ośmiostopowe cebule 

poszybowały szerokim łukiem nad murami i uderzyły o ziemię, wzbijając ogromną chmurę kwaśnego oparu. Obserwatorzy 

widzieli,  jak  norki  gwałtownie  ocierają  załzawione  oczy  brudnymi,  czarnymi  chusteczkami.  Balisty  cytrusów  - 

samobójców  siały  śmierć  na  barykadach,  a  od  ogłuszającego  łoskotu  pękających  ziaren  kukurydzy  kruszyły  się  mury, 

spadając na głowy siepaczy Serutana.

Jednak norki nadal stawiały rozpaczliwy opór; ich długie ostrza migotały, ociekając witaminową posoką. Mury były 

usłane  siekanym czosnkiem, pokrojoną  cebulą  i pociętą  marchewką. Rzeki czerwonego soku  pomidorowego płynęły  po 

kamieniach, a fosa zapełniła się sałatką warzywną.

Widząc, że walka  na  murach pozostaje  nie  rozstrzygnięta, wysoki dowódca  sięgnął po jeszcze  jedną  broń  -  dynię 

wielkości tira. Wypełniając  rozkaz, ciężkie  warzywo  przetoczyło  się  przez  fosę  po  szczątkach  usieczonych  towarzyszy. 

Zasypywany strzałami, wielki pomarańczowy wojownik stanął przed podniesionym mostem i natychmiast zaczął łomotać 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

35 / 48

background image

weń  swą  ogromną  masą.  Mur  trząsł  się  i  dygotał.  Dynia  raz  po  raz  uderzała  we  wrota,  a  przerażeni  obrońcy  lali  na 

napastnika  dzbany  parującej owsianki. Sparzone, lecz  nie  tracące  animuszu dzielne  warzywo cofnęło  się  o  kilka jardów, 

zaparło o ziemię, po czym runęło w kierunku wrót. Rozległ się potworny trzask i brama jakby eksplodowała, rozsypując się 

w drzazgi. Ogłuszony uderzeniem taran potoczył się  w tył, zachwiał, wzruszył szerokimi, okrągłymi ramionami i pękł na 

dwie połowy. Nasiona wypłynęły i zmieszały się z jeszcze ciepłymi sokami braci - wojowników. Na moment zapadła cisza. 

Potem, z donośnym okrzykiem, wszystkie Vee - Ates rzuciły się w kierunku bramy i wpadły do miasta. Za nimi runęli Roi - 

Tannerzy i wędrowcy, aby pomścić chwalebny koniec dyni.

Walka  za  murami  była  krótka  i  krwawa.  Gimlet  z  bojową  pieśnią  na  ustach  dobijał  ranne  norki  i  rąbał  ich 

bezwładne, nieprzytomne  ciała. Arrowroot i Legolam dzielnie  załatwili wielu przeciwników  od tyłu, a  Goodgulf  wspierał 

ich  dobrymi  radami, bezpiecznie  schowany  za  stertą  gruzu. Jednak  to przywódczyni  Roi -  Tannerów  i jej wojownikom 

przypadł  zaszczyt  zniszczenia  pozostałych  norek. Arrowroot  szukał  Eorache  i  znalazł  ją,  z  entuzjazmem  siekającą  na 

plasterki przeciwnika  co najmniej  o połowę  mniejszego od niej. Kobieta  - wojownik dostrzegła, że nieśmiało  machał do 

niej ręką. Uśmiechnęła się, mrugnęła i rzuciła mu jakiś okrągły przedmiot.

 - Hej! Królu! Łap!

Strażnik niezdarnie chwycił souvenir. Była to głowa norki. Jej mina wyrażała głęboką urazę.

W końcu bitwa zakończyła się i przyjaciele podbiegli do siebie, żeby serdecznie powitać się po długim niewidzeniu.

 - Serdecznie witamy! - zawołali Moxie i Pepsi.

 - My was też, zapewniam - rzekł Goodgulf, tłumiąc ziewnięcie.

 - Witajcie, co za spotkanie! - skłonił się Legolam. - Niechaj skończą się wasze kłopoty z łupieżem.

Gimlet przykuśtykał do chochlików i obdarzył ich wymuszonym uśmiechem.

  -  Czołem  pod  stołem.  Abyście  jadali  zbalansowane  posiłki  trzy  razy  dziennie  i  mieli  zdrowe,  regularne 

wypróżnienia.

 - Jak to możliwe - rzekł Arrowroot - że spotykamy się w tej obcej ziemi?

 - To długa opowieść - rzekł Pepsi, wyjmując plik notatek.

 - Zatem  zachowaj ją  dla siebie  -  powiedział  Goodgulf. -  Widzieliście  gdzieś Frita  i Pierścień, albo macie  o  nich 

jakieś wiadomości?

 - Żadnych - odparł Moxie.

 - My też - mruknął Gimlet. - Zjedzmy coś.

 -  Nie - powiedział Czarodziej - bo jeszcze nie znaleźliśmy złego Serutana.

 - Niech to szlag - skwitował Gimlet. - Już prawie minęła pora lunchu.

Razem z  Birdseyem i Eorache  zaczęli szukać  złego  maga. Wieść  głosiła, że  Serutana  i jego paskudnego kompana 

Wormcasta  widziano  w  Isintower,  najwyższej  budowli  w  Serutanlandzie,  znanej  z  obrotowej  restauracji  na  samym  jej 

szczycie.

 - Jest tam - oznajmił jakiś seler. - Zablokował windy, ale jest tam.

 - Ho - ho - ho - zauważył gigant.

 - Zamknij się - dodał Goodgulf.

Wysoko nad głowami ujrzeli okrągłą, obracającą  się  restaurację z migoczącym neonem głoszącym SERUTAN NIE 

MA SOBIE RÓWNYCH. Pod nim otworzyły się szklane drzwi. Jakaś postać podeszła do balustrady.

 - To on! - zawołała Eorache.

Rysy  twarzy  miał  dość  podobne  do  Goodgulfa,  lecz  odzienie  zupełnie  dziwaczne.  Nosił  trykotowy, 

jaskrawoczerwony kostium oraz  długą  pelerynkę  z  czarnej satyny. Do czoła  przykleił sobie  czarne  rogi, a  do  pośladków 

przyczepił ogon z chwostem. W ręku miał aluminiowe widły, a na nogach skórzane kamasze z pęknie." f  tymi podeszwami. 

Zaśmiał się do stojących na dole wędrowców. 

 - Cha - cha - cha - cha - cha.

 - Zejdź na dół - zawołał Arrowroot - i odbierz, co ci się należy. Otwórz drzwi i wpuść nas.

 - Nie - zachichotał Serutan - nie ma mowy. Lepiej załatwmy to jak normalni, rozsądni ludzie.

 - Sałatfmy - ułatfmy! - wrzasnęła Eorache. - Chcemy tfa nędzna skóra!

Zły czarownik cofnął się  w udanym przestrachu, a  potem wrócił do barierki i uśmiechnął się. Głos miał łagodny i 

kojący, ociekający słodyczą jak topniejąca melba. Wędrowcy z zachwytem słuchali sacharynowo słodkich słów.

 -  Rozważmy wszystko od początku -  ciągnął Serutan. -  Oto usiłuję  w pocie czoła  uczciwie zarobić  kilka pensów. 

Nagle konkurenci tworzą spółkę, która uderza w aktywa mojej korporacji, usiłując wyprzeć mnie z rynku. Przejęliście moje 

aktywa i zlikwidowaliście zapasy towaru. To oczywisty przypadek nieuczciwej konkurencji.

 -  Hej -  powiedział zielony  gigant do  Goodgulfa  - ten facet ma główkę nie  od parady. Nic  dziwnego, że  umie  lać 

wodę.

 - Zamknij się - przytaknął Goodgulf.

  -  Słuchajcie,  mam  propozycję  -  rzekł  Serutan,  gestykulując  końcem  ogona.  -  I  chociaż  nie  jestem  specjalnie 

przywiązany do tej idei, pomyślałem, że wystawię  ją za próg i zobaczę, czy ktoś skorzysta  okazji. Przyznaję, że chciałem 

się trochę rozerwać, ale to ten zły Sorhed chce zagarnąć całą pulę. Tak jak ja to widzę, możemy stworzyć nową spółkę, jeśli 

zrezygnuję  z  pakietu  akcji zapewniającego  mi kontrolę  nad Dickeyem Dragonem w  zamian  za  utrzymanie  stanowiska  i 

coroczne  udziały  we  wszystkich  starych  Pierścieniach,  jakie  uda  nam  się  zdobyć. Dorzućcie  trzydzieści procent łupów, 

jakie  zagarniemy  w Fordorze, a  oddam  wam jeszcze mojego partnera  Wormcasta. I  tak  jest odpowiedzialny za dzisiejszą 

klęskę.

Wewnątrz wieży rozległ się gniewny wrzask i miska sztucznych owoców przeleciała nad uchem Serutana. W chwilę 

później na wieży pojawił się chudy starzec w uniformie posłańca, potrząsający pięścią.

 - Grrrr! - zapluł się.

Serutan podniósł protestującego Wormcasta i mimochodem przerzucił go przez barierkę.

 - Aaaaaarrrrrgggghhhh! - wykrzyknął Wormcast. Niegodziwy siepacz z impetem uderzył o ziemię.

 - Jeszcze nigdy nie widziałem czerwonego placka - zauważył Gimlet.

 - Oto dowód mojej dobrej woli - rzekł gładko Serutan. - 

Umowa stoi?

 - Żadnych umów - ostrzegł Goodgulf. - Ten łobuz jest bardziej śliski niż piskorz w słoju wazeliny.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

36 / 48

background image

 - Zaczekajcie - powiedział Arrowroot. - Przecież obiecuje zrzec się pakietu kontrolnego.

 - Mówię N - I - E - powiedział Goodgulf, poprawiając kapelusz. - Nie chcę obudzić się pewnego pięknego poranka 

z jego obietnicą w plecach.

W tym momencie jakiś czarny przedmiot śmignął mu koło ucha.

 - To staje się monotonne - orzekł Gimlet.

Okrągły przedmiot odbił się od trotuaru i upadł pod nogi Pepsi. Chochlik obejrzał go z zaciekawieniem i podniósł.

 -  Zostawimy cię  pod strażą  w twojej paskudnej wieży - rzekł Goodgulf  - i Vee  - Ates rozprawią się  z  tobą, kiedy 

skończą ci się zapasy steków w spiżarni.

Potem odwrócił się i wskazał palcem na Pepsi.

 - Dobra, rzuć to.

 - Oj, przecież nie robiłem nic takiego.

 - Tak, nic - bronił go Moxie.

 - Daj mi to - powiedział niecierpliwie Czarodziej. - Nie możesz tego zjeść, więc na nic ci się nie przyda.

Młody chochlik z ponurą miną oddał mu czarną kulę.

 - A teraz - rzekł Goodgulf  - musimy natychmiast ruszać. Chociaż ziemie  Isinglassu i Roi - Tanu zostały uwolnione 

od władzy Serutana, nie pozostaną długo wolne, chyba że ocalimy sam Twodor od złego wpływu Sorheda.

 - Co mamy zrobić? - rzekł Moxie.

 - Właśnie, co robić? - spytał Pepsi.

  -  Powiem  wam,  jeśli  zamkniecie  się  choć  na  chwilę  -  warknął  Goodgulf.  -  Pięknemu  miastu  Minas  Troney 

zagrażają  wschodnie  armie  Sorheda. W pobliżu  leży miasto  zła  -  Chikken  Noodul  i w  każdej chwili  czarna  chmura  zła 

może spowić jego dobrych sąsiadów. Musimy zebrać wszystkie nasze siły i obronić ich.

Wskazał Arrowroota.

 - Ty, Stomper, musisz zebrać twoich poddanych w Twodorze  oraz wszystkich, którzy zechcą  bronić murów Minas 

Troney.  Eorache, ty  musisz  przyprowadzić  wszystkich  jeźdźców, jakich  możesz  nam  oddać,  a  Birdseye  również  musi 

poprowadzić swoich dzielnych Vee - Ates do Twodoru. Pozostali pójdą tam ze mną.

 - Sto słów bez pointy - stwierdził Gimlet. - Stary drań chyba jest chory.

Wędrowcy  pożegnali  się  i  z  ciężkim  sercem  wyjechali  ze  zdobytej  fortecy  Isinglass,  wiedząc,  że  na  tę  ziemię 

spadnie jeszcze gorsza plaga. Goodgulf, Moxie i Pepsi wsiedli na  swe oporne  rumaki i ubódłszy je ostrogami, odjechali w 

zapadającym zmierzchu ku legendarnej stolicy Twodoru. Gdy odjeżdżali, dwie zgrabne młode marchewki pomachały im na 

pożegnanie natkami, podskakując na smukłych korzonkach, nieco ociężale z powodu już widocznego zgrubienia. Od kiedy 

Goodgulf widział ich ostatni raz, Moxie i Pepsi nie próżnowali.

Goodgulf  i  dwa  chochliki  jechali  przez  całą  noc  i  pół  następnego  dnia,  nieustannie  wystrzegając  się  szpiegów 

Sorheda. Moxie  dostrzegł raz  między chmurami, wysoko na  niebie, czarny cień lecący  na wschód i wydawało mu się, że 

słyszy ciche, paskudne krakanie. Jednak już od kilku godzin palił fajkę i nie był tego pewny.

W końcu zatrzymali się. Goodgulf  i Moxie zasnęli natychmiast po krótkiej grze w kości (Moxie przegrał) i Pepsi też 

położył się, udając pogrążonego we śnie. Jednak kiedy jego towarzysze zaczęli miarowo chrapać, powoli wyślizgnął się ze 

swego namiociku i przetrząsnął juki Czarodzieja. Znalazł w nich czarną kulę, którą Goodgulf tak starannie schował.

Była  mniejsza  od  melona, chociaż  większa  od piłki  plażowej. Jej powierzchnia  była  gładka;  tylko  małe, owalne 

okienko ukazywało czarne wnętrze.

Presto pręgo Trud, brud biada Rollo balonik Podia czekolada!

 -  Magiczna  kula!  -  wykrzyknął. -  Spełniająca życzenia. Chochlik  zamknął oczy i  zażyczył sobie  kufel  piwa  oraz 

beczkę  opiekanych  sznycli cielęcych. Rozległo się  ciche  puf  i wokół rozeszła  się  chmura  gęstego  dymu, po czym Pepsi 

ujrzał przed sobą monstrualne, niewypowiedzianie brzydkie oblicze, wykrzywione złośliwym, groźnym grymasem.

 - Mówiłem ci, żebyś trzymał swoje łapy z daleka od tego! - wrzasnął Czarodziej, wściekle łopocząc połami szaty.

 - Ej, chciałem sobie tylko popatrzeć - skomlił Pepsi. Goodgulf wyrwał mu kulę i przeszył go wzrokiem.

 - To nie do zabawy - rzucił szorstko. - Ta  kula to cudowny mallomar, magiczne cośtam elfów, uznane za zaginione 

dawno temu, w Epoce Kamienia Lizanego.

 - Czemu nie mówiłeś tak od razu? - spytał retorycznie Pepsi.

 - Za pomocą tego mallomaru starożytni zgłębiali tajemnice przyszłości i zaglądali w serca ludzi.

 - Coś w rodzaju Ching? - spytał sennie Moxie.

 - Patrz uważnie! - nakazał Goodgulf.

Oba chochliki patrzyły z zainteresowaniem, gdy mag robił zagadkowe gesty nad kulą i mruczał dziwne zaklęcie.

Hokus pokus Loco Parentis Jackie Onassis Dino de Laurentiis!

Na oczach wystraszonych chochlików kula rozjarzyła się. Goodgulf nadal mruczał zaklęcia.

Kwik - kwak kwadruplag! Quodnam quichote! Period pernod! Pnin peyote!

Nagle  kula  jakby  rozświetliła  się  skrzącą  poświatą  i  wydała  cichy, drżący  dźwięk. Przez  ten  niski pomruk  Pepsi 

usłyszał głos

Goodgulfa.

 -  Powiedz  mi, o  czarodziejski mallomarze, czy  Sorhed zostanie  pokonany, czy też  zwycięży? Czy czarna  chmura 

Zguby ogarnie całe Śródziemie Dolne, czy też z upadkiem złego maga zapanuje powszechna szczęśliwość?

Pepsi  i  Moxie  ze  zdumieniem  ujrzeli,  jak  w  powietrzu  zaczęły  się  formować  ogniste  litery,  które  miały 

przepowiedzieć  wynik  nadchodzącego  boju  z  Panem  Ciemności.  Z  niedowierzaniem  przeczytali:  “Odpowiedź  mętna, 

spytać ponownie później".

VIII

LEGOWISKO STUPORY ORAZ INNE GÓRSKIE KURORTY

Frito  i Spam bez  tchu wdrapali się na szczyt małego wzniesienia i spojrzeli na  rozpościerającą  się wokół równinę, 

przerywaną  jedynie  nagłymi wzlotami i upadkami, na  hałdy żużla, fabryki  tekstyliów  i  młyny prochowe  Fordom.  Frito 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

37 / 48

background image

usiadł na krowiej czaszce, a Spam wyjął z bagażu pudełko z serem i krakersami.

W tejże chwili usłyszeli dźwięk spadających kamieni, nadeptywanych gałązek i głośno wydmuchiwanego nosa. Oba 

chochliki zerwały się na równe nogi, a szary, łuskowaty stwór na czterech nogach powoli przywlókł się do nich, hałaśliwie 

obwąchując ziemię.

  -  O  żesz  ty!  -  zawołał  Frito,  uskakując  przed  paskudnym  stworzeniem.  Spam  wyjął  swój  myśliwski  scyzoryk 

otrzymany od elfów i cofnął się, a serce podeszło mu do gardła razem z lepką kulą krakersów.

Stwór spojrzał na  nich złowrogo zezującymi oczyma, uśmiechnął się lekko, ze znużeniem stanął na tylnych łapach, 

przednie założył na plecy i zaczął żałośnie pogwizdywać.

Nagle Frito przypomniał sobie opowieść Dilda o znalezieniu Pierścienia.

 - Ty musisz być Goddamem! - pisnął. - Co tu robisz?

  -  No  cóż  -  odparł  stwór, mówiąc  bardzo  wolno.  -  Niewiele.  Szukałem tylko  pustych  butelek, żeby  zapłacić  za 

sztuczne  płuco  mojej  siostry. Oczywiście, od  czasu  jak  zrobili mi  operację,  nie  jestem  już  sobą. Chyba  po prostu  mam 

pecha. To zabawne, że nigdy nie można przewidzieć, co spotka  człowieka. O rany, jak zimno. Musiałem zastawić płaszcz, 

żeby kupić osocze dla mojej ulubionej gęsi.

Spam rozpaczliwie usiłował unieść ołowiane powieki, ale z przeciągłym ziewnięciem osunął się na ziemię.

 - Ty łajdaku - wymamrotał i zasnął.

 - A więc odchodzę - rzekł Goddam, potrząsając głową. - No cóż, wiem, kiedy mnie nie chcą - powiedział, po czym 

usiadł i poczęstował się elfową melbą z chochlikowych zapasów.

Frito kilkakrotnie spoliczkował się i wykonał kilka ćwiczeń oddechowych.

 - Słuchaj no, Goddam - zaczął.

  -  Och,  nie  musisz  tego  mówić.  Jestem  tu  niepożądany.  Wiem.  Jak  zawsze.  Kiedy  miałem  dwa  latka,  matka 

zostawiła  mnie  w schowku bagażowym w zaczarowanym lesie. Wychowały mnie  miłe szczury. Jednak sądzę, że w każdej 

chmurze trafia się srebrny błysk. No cóż, znałem kiedyś pewnego trolla, imieniem Wyzinski...

Frito zachwiał się, osunął na ziemię i natychmiast zasnął. Kiedy Frito i Spam zbudzili się, zapadła już noc i nigdzie 

wokół nie było śladu Goddama. Oba  chochliki pospiesznie upewniły się, że mają  kompletny zestaw palców, nóg i innych 

części  ciała,  a  ponadto  nikt  nieopatrznie  nie  zostawił  jakichś  ostrych  przedmiotów  między  ich  żebrami.  Ku  ich 

nieopisanemu  zdziwieniu  niczego  nie  brakowało,  nawet  pilnika  do  paznokci  czy  spinki.  Frito  wymacał  bezpiecznie 

przymocowany spinaczami Pierścień, szybko wsunął go na palec, dmuchnął w magiczny gwizdek i z ulgą usłyszał znajome 

dolne E.

 - Nie  rozumiem, panie  Frito  -  rzekł w  końcu  Spam, sprawdzając  językiem, czy  ma wszystkie plomby. -  To  jakiś 

zboczeniec, albo gorzej.

 - Hej, cześć! - powiedział nagle duży głaz, stopniowo zmieniając się w Goddama.

 - Cześć - odparł słabym głosem Frito.

  -  Właśnie  odchodziliśmy  -  rzekł  pospiesznie  Spam. -  Musimy  podpisać  umowę  na  dostawę  broni  w  Tanzanii, 

odebrać trochę kopry na wyspie Guam, albo coś w tym stylu.

  -  To  fatalnie  -  powiedział  Goddam.  -  Widzę,  że  stary  Goddam  znów  zostanie  sam.  Jednak  jest  do  tego 

przyzwyczajony.

 - Do widzenia - powiedział stanowczo Spam.

 - Do widzenia, do  widzenia, jakże  smutne  są  rozstania  -  jęknął  Goddam. Z  rezygnacją  pomachał wielką, brudną 

chustką i złapawszy Frita za rękę, zaczął cicho szlochać.

Spam chwycił Frita  za drugą rękę  i odciągnął go na bok, ale  Goddam trzymał się  mocno; dopiero po minucie  czy 

dwóch zrezygnował i upadł wyczerpany na głaz.

 - Z przykrością patrzę na  odejście starego przyjaciela - rzekł Goddam, raz po raz ocierając chustką słoik majonezu, 

który miał zamiast twarzy. - Odprowadzę cię kawałeczek.

  -  Chodźmy  -  warknął  zniechęcająco  Frito  i  trzy  małe  postacie  ruszyły  szybkim  krokiem  przez  rozpalone 

wrzosowiska.

Niebawem dotarli do miejsca, gdzie ziemia, dobrze nawodniona przez zielony strumień, stała się wilgotna i grząska; 

Goddam człapał przed nimi. Kilkaset stóp dalej drogę całkowicie zasłaniał gęsty, cuchnący opar, nieco stłumiony zapachem 

fajki i różanych płatków.

  -  To  Ngaio Marsh  -  oznajmił  poważnie  Goddam, a  Frito i Spam  ujrzeli tajemniczo  odbite  w  mętnych  kałużach 

upiorne  wizje  trupów  z  ozdobnymi  sztyletami  w  plecach,  dziurami  od  kuł  w  głowach  oraz  buteleczkami  trucizny  w 

dłoniach.

Grupka wędrowców brnęła przez śmierdzące pustkowie, odwracając oczy od widoku okropnych zwłok. Po godzinie 

wytężonego marszu dotarli, przemoczeni i brudni, na  suchy grunt. Tam znaleźli wąską ścieżkę  wiodącą prosto jak strzelił 

przez pustą równinę, do wielkiej kuli. Księżyc zaszedł i świt barwił niebo na jasny brąz, kiedy dotarli do głazu o dziwnym 

kształcie.

Frito  i  Spam  rzucili bagaże  pod  małym  występem  skalnym, a  Goddam  usadowił  się  za  nimi,  podśpiewując  pod 

nosem.

 - No, dotarliśmy do celu - rzekł wesoło. Frito jęknął.

Późnym  popołudniem  chochliki  obudził  brzęk  cymbałów  i  chrapliwe  dźwięki  trąb  grających  Busman's  Holiday. 

Frito i Spam zerwali się  na równe nogi i ujrzeli, zatrważająco blisko, wielką  Bramę Fordoru osadzoną w wysokiej ścianie 

skalnej.  Wrota,  umieszczone  między  dwiema  wysokimi  wieżami  najeżonymi  reflektorami  i  drutem  kolczastym,  stały 

otworem i wchodził w nie długi szereg wojowników. Przestraszony Frito przycisnął się do głazu.

Zanim ostatni wojownicy weszli do Fordoru, zapadła noc i brama zamknęła  się  z głuchym łoskotem. Spam wyjrzał 

zza  kamiennego  występu,  po  czym  przysunął  się  do  Frita,  niosąc  obfity  posiłek  złożony  z  chleba  i  ryb.  Goddam 

natychmiast wylazł z wąskiej szczeliny skalnej i uśmiechnął się obleśnie.

 - Droga do serca mężczyzny wiedzie przez żołądek - stwierdził.

 - Właśnie tak sobie pomyślałem - mruknął Spam, kładąc dłoń na rękojeści miecza.

Goddam spojrzał żałośnie.

 - Wiem, jak to jest - rzekł. - Byłem na wojnie. Przygnieciony do ziemi krzyżowym ogniem Japońców...

Spam zakrztusił się i opadły mu ręce.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

38 / 48

background image

 - Zgiń, przepadnij - zaproponował.

Frito wziął wielką pajdę razowego chleba i wepchnął ją w usta Goddama.

  -  Mmm,  mfmmm,  mmmblmm -  powiedział  ponuro  stwór. Grupka  wędrowców  jeszcze  raz  ruszyła  w  noc  i szła 

przez  wiele  długich  godzin, zawsze  omijając  kamienny pierścień  otaczający kręgiem Fordor. Droga, którą  podążali, była 

płaska  i gładka, pozostałość  jakiejś  starożytnej, wyłożonej  linoleum autostrady, tak  że  zanim księżyc  stanął  wysoko  na 

niebie,  pozostawili  Bramę  Fordoru  daleko  za  sobą.  Koło  północy  gwiazdy  zostały  przesłonięte  przez  liczne  chmury 

wielkości ludzkiej dłoni i wkrótce potem spadła ulewa, obrzucając  nieszczęsnych wędrowców mokrymi, rozzłoszczonymi 

ropuchami i rzekotkami. Jednak chochliki parły naprzód za Goddamem, a po męczących piętnastu minutach burza przeszła 

i - cisnąwszy jeszcze kilka kumaków - odeszła na zachód.

Przez resztę nocy podróżowali pod ledwie widocznymi gwiazdami, otępiali od zimna i nie kończących się, ciężkich 

dowcipów  Goddama.  Już  nad  ranem  znaleźli  się  na  skraju  wielkiego  lasu  i  zszedłszy  z  drogi,  schronili  się  w  małym 

zagajniku. Po chwili mocno spali.

Frito  zbudził  się  nagle  i  stwierdził,  że  zagajnik  został  całkowicie  otoczony  przez  rosłych,  ponurych  mężów 

odzianych  od  stóp  do głów  w  zielone  stroje  brytyjskich  zawodników. Wojownicy  mieli  ogromne,  zielone  łuki  i  długie, 

jasnozielone peruki. Frito z trudem podniósł się z ziemi i kopnął Spama.

W tym momencie najwyższy z łuczników wystąpił z szeregu i podszedł do nich. Nosił zabawny kapelusik z długim, 

zielonym piórkiem oraz dużą, srebrną  odznakę z  napisem “Szef  i kilka  śpiących snem wiecznym gołębi. Frito odgadł, że 

nieznajomy musi być przywódcą tych ludzi.

  -  Jesteście  otoczeni;  nie  macie  żadnych  szans;  wychodźcie  z  podniesionymi  rękami  -  powiedział  stanowczo 

przybysz.

Frito pokłonił się nisko.

 - Chodźcie tu i weźcie mnie - podał prawidłowy odzew.

 - Jestem Farahslax z Zielonych Peruczek - oznajmił tamten.

 - Ja jestem Frito, z niczego szczególnego - odparł drżącym głosem chochlik.

  -  Mogę  ich  trochę  zabić? -  pisnął niski, gruby  mężczyzna  z  czarną  przepaską  na  nosie, podbiegając  z  garotą  do 

Farahslaxa.

  -  Nie, Magnavoksie  -  powiedział  Farahslax. -  Kim jesteście? -  spytał,  zwracając  się  do  Frita. -  I  jakie  są  wasze 

niegodziwe zamiary?

 - Moi towarzysze i ja zmierzamy do Fordoru, aby wrzucić Wielki Pierścień do Otchłani Zazu - odrzekł Frito.

Słysząc  to, Farahslax sposępniał i spojrzawszy najpierw na  Goddama  i Spama, a potem znów na  Frita, z  krzywym 

uśmieszkiem wyszedł na palcach z gaju, po czym zniknął ze swymi ludźmi w pobliskim lesie, śpiewając wesoło:

Jesteśmy sprytne Zielone Peruczki, 

Krążymy nocą, znamy różne sztuczki, 

Gniew i nienawiść, oto nasza scheda 

i wszyscy mamy gdzieś Sorlieda.

Otworzyć ogień, Uderzyć z flanki, 

Cisnąć ich w płomień w górę szklanki!

Wiemy wszystko o podłych podstępach, 

Stosujemy je w leśnych ostępach. 

Niepotrzebny nam prawny kruczek, 

Gdy możemy użyć brudnych sztuczek.

Raz, dwa, trzy, Podejdź wroga. Niechaj drży! Cha - cha - cha.

Zanim zieloni wreszcie odeszli, niewiele godzin pozostało do zmroku, więc po obfitym posiłku złożonym z głąbów 

kapuścianych  oraz  buraków, Frito, Spam  i Goddam wrócili na  drogę, która  szybko  wyprowadziła  ich  z  lasu  na  rozległą 

asfaltową przestrzeń rozpościerającą się pod wschodnim zboczem Fordoru. Do wieczora dotarli w cień czarnych kominów 

Chikken  Noodul,  straszliwego  przemysłowego  miasteczka  wzniesionego  na  Minas  Troney.  Z  głębi  ziemi  dobiegało 

złowrogie łup - łup ciężkich maszyn produkujących kalosze i papier toaletowy na potrzeby machiny wojennej Sorheda.

Goddam  poprowadził  Frita  i  Spama  przez  gęsty  mrok,  drogą  biegnącą  z  wywalonym  językiem  w  górę,  ku 

ogromnym  zerwom  Soi  Hurok,  wielkich  urwisk  Fordoru.  Wspinali  się  chyba  z  godzinę.  Po  godzinie  dotarli  na  górę, 

wyczerpani i zasapani, po czym wyciągnęli się na wąskiej półce u wylotu wielkiej jaskini górującej nad mroczną doliną.

Nad  nimi  kołowały  liczne  stada  czarnych  pelikanów,  a  wszędzie  wokół  migotały  błyskawice  i  ziały  czernią 

grobowce, dysząc w ciężkim powietrzu.

 - Czarno to widzę - rzekł Spam.

Z  jaskini  dolatywał  kwaśny  odór  zjełczałego  sera  oraz  zepsutych  korniszonów, a  z  jakiejś  skrytej  głęboko  pod 

powierzchnią ziemi komory dobiegał złowieszczy szczęk drutów do robienia swetrów.

Frito i Spam ostrożnie weszli do jaskini, a Goddam powlókł się za nimi, krzywiąc usta w rzadkim u niego uśmiechu.

Przed wiekami, gdy świat był młody, a  serce Sorheda jeszcze nie  stwardniało  jak stary  sernik, wziął sobie  za  żonę 

młodą  trollkę.  Miała  na  imię  Mazola, elfy  zaś  zwały  ją  Blanche,  i  poślubiła  przystojnego  młodego  czarodzieja  wbrew 

sprzeciwom swoich rodziców, którzy tłumaczyli, że Sorhed “po prostu nie przypomina trolla" i nigdy nie zdoła zaspokoić 

jej potrzeb. Jednak oni oboje  byli młodzi i zapatrzeni w siebie. Przez  pierwsze sto tysięcy lat małżeństwa żyli szczęśliwie; 

zamieszkali  w  odremontowanym  trzypokojowym  lochu  z  pięknym  widokiem,  a  gdy  ambitny  żon  -  koś  studiował 

demonologię i zarządzanie na studiach wieczorowych, Mazola obdarzyła go dziewięcioma krzepkimi sobowtórami.

Potem  nadszedł  dzień,  gdy  Sorhed  dowiedział  się  o  istnieniu  Wielkiego  Pierścienia  oraz  możliwościach,  jakie 

zapewniłby  mu  podczas  wspinaczki  na  szczyt.  Zapominając  o  wszystkim,  mimo  gwałtownych  sprzeciwów  małżonki, 

zabrał synów z akademii medycznej i nazwał ich Niezgułami. Jednak pierwsza wojna o Pierścień została przegrana. Sorhed 

i jego słudzy ledwie  uszli z  życiem. Od tej pory jego małżeństwo  psuło  się  coraz  bardziej. Sorhed  cały czas spędzał  w 

swojej  czarnoksięskiej  pracowni,  a  Mazola  siedziała  w  domu,  rzucając  złe  czary  i  oglądając  tasiemcowe  seriale  w 

mallomarze. Zaczęła tyć. Aż pewnego dnia Sorhed zastał Mazolę w kompromitującej sytuacji z fachowcem naprawiającym 

mallomary,  po  czym  natychmiast  wypełnił  pozew  o  rozwód,  w  wyniku  którego  otrzymał  opiekę  nad  dziewięcioma 

Niezgułami.

Mazola, skazana teraz na samotność  w ponurym wnętrzu Soi Hurok, hołubiła  i podsycała swoją nienawiść. Stupora 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

39 / 48

background image

-  tak  ją  teraz  nazywano  -  całe  eony  pielęgnowała  swoją  urazę,  żywiąc  się  cukierkami,  magazynami  filmowymi  i 

przypadkowymi  grotołazami. Z początku  Sorhed  posłusznie  posyłał jej miesięczne  alimenty  w  postaci tuzina  lub  więcej 

norek, lecz  te dary prędko się  urwały, gdy zaczęto szeptać  o tym, co naprawdę oznacza  zaproszenie na obiad  z byłą  lubą 

Sorheda. Trawiąca ją wściekłość czyniła jej towarzystwo zupełnie niestrawnym. Z morderczym błyskiem w oku miotała się 

po  swoim legowisku, nieustannie  przeklinając  swojego  męża  i  jego  złośliwe  dowcipy  o trolejbusach. Przesiadując  przez 

długie  wieki  w  swej  mrocznej,  ponurej  komyszy, myślała  wyłącznie  o  zemście. Odcięcie  światła  było  ostatnią  kroplą 

dopełniającą jej puchar goryczy.

Frito i Spam schodzili coraz  niżej w trzewia  Soi Hurok, a Goddam szedł tuż za nimi. A przynajmniej tak zakładali. 

Wciąż  głębiej i  głębiej zapuszczali się  w  ciemne, gęste  opary  podziemnych korytarzy, nieustannie  potykając  się  o  stosy 

czaszek i butwiejące skrzynie ze skarbami. Nie widzącymi oczami wpatrywali się w ciemność.

 - Myślę, że tu jest naprawdę ciemno - szepnął Spam.

 - Błyskotliwa uwaga - odparł cicho Frito. - Jesteś pewny, że dobrze idziemy, Goddam?

Nie było odpowiedzi.

 -  Pewnie poszedł dalej - rzekł z  nadzieją w głosie  Frito. Przez długi czas wymacywali sobie  drogę  przez mroczne 

tunele. Frito mocno ściskał Pierścień. Gdzieś w głębi korytarza usłyszał cichy, mlaszczący dźwięk. Frito stanął jak wryty, a 

ponieważ Spam trzymał go za  ogon, runęli z  łoskotem, który odbił się głośnym echem w podziemiach. Mlaskanie ucichło, 

lecz zaraz rozległo się jeszcze głośniej. I bliżej.

 - Z powrotem - wychrypiał Frito. - I to szybko! 

Chochliki umykały  przed złowrogim mlaskaniem, pokonując  liczne zakręty i odnogi, lecz ono wciąż  zmniejszało 

dystans  i  w  powietrzu  rozszedł  się  mdlący  smród  zleżałych  cukierków.  Wędrowcy  biegli  przed  siebie  na  oślep,  aż 

zatrzymali się, widząc jakieś wielkie poruszenie.

 - Spójrz - szepnął Frito. - To patrol norek.

Spam szybko  przekonał się, że to prawda, gdyż trudno  było  nie poznać  ich po odrażającej mowie  i szczęku zbroi. 

Jak  zawsze, idąc, dyskutowały  i opowiadały nieprzyzwoite  kawały. Frito i Spam  przywarli do  ściany, mając  nadzieję, że 

pozostaną nie zauważeni.

 - Wy szczurki - syknął głos w ciemności - w tym miejscu zawsze przechodzą mnie ciarki!

Ty świrku - zgromił go inny - zwiadowcy mówią, że ten chochlik z Pierścieniem jest tutaj.

 - Tak - przytaknął inny. - I jeśli go nie dostaniemy, Sorhed zrobi z nas senne koszmary.

 - Trzeciej klasy - potwierdził inny.

Norki zbliżały się i chochliki wstrzymały oddech. W chwili gdy  Frito pomyślał, że już  przeszły, zimna, śliska łapa 

dotknęła jego piersi.

 - Hej, chłopcy! - wykrzyknęła norka. - Mam ich, mam ich!

Zanim ktoś zdążyłby policzyć do trzech, cała banda skoczyła na wędrowców, wymachując pałkami i kajdankami.

 - Sorhed z przyjemnością was zobaczy! - zachichotał jeden z napastników, przyciskając się (i dysząc) do Frita.

Nagle w ciemnym tunelu rozległ się głuchy, przeciągły jęk i norki cofnęły się przerażeniem.

 - O rany! - wrzasnął któryś. - To ta maszkara!

  -  Stupora!  Stupora!  -  skowyczał inny, niewidoczny  w  mroku. Frito wyrwał z  pochwy  Tweezer, lecz  nie  widział 

niczego, co mógłby przeciąć. Wtem przypomniał sobie o śnieżnej kuli otrzymanej od Lavalier. Trzymając szklany amulet w 

wyciągniętej  ręce, nacisnął  mały  przycisk  na  spodzie. Natychmiast oślepiający  jasny łuk  elektryczny  oświetlił  wilgotne 

otoczenie, ukazując komnatę z kafelkami na ścianach i tandetną armaturę. A tuż przed nimi stała okropna Stupora.

Spam  wrzasnął przeraźliwie, widząc  coś  tak  odrażającego.  Stupora  była  ogromną, bezkształtną  masą  drgającego 

cielska. Jej nabiegłe krwią  ślepia gorzały, gdy ruszyła ku norkom, ciągnąc po posadzce strzępy perkalowej koszuli nocnej. 

Runęła całym ciężarem ciała na sparaliżowane strachem ofiary i rozszarpała je na strzępy szponiastymi łapami oraz ostrymi 

kłami, ociekającymi żółtymi kroplami domowego rosołu.

  -  Macie  nierówno  po  sufitem!  -  wrzasnęła,  podrzucając  kolejną  norkę  pod sklepienie, odrywając  jej kończyny  i 

zdzierając  z  niej  zbroję  jak  papierek  z  cukierka. -  Nigdzie  się  stąd  nie  ruszę!  -  pieniła  się, wpychając  drgający  tors  do 

paszczęki.  -  Oddałam  ci  najlepsze  lata  życia!  -  szalała,  wyciągając  do  chochlików  pomalowane  czerwonym  lakierem 

szpony.

Frito  cofnął  się  pod  ścianę  i  ciął  w  straszliwe  pazury,  ale  zdołał  tylko  zarysować  emalię.  Stupora  pisnęła, 

rozwścieczona  jeszcze  bardziej. Straszliwy stwór  runął naprzód i  ostatnim obrazem, jaki ujrzał  Frito, był  widok Spama, 

gorączkowo szprycującego rozdziawioną gardziel Stupory repelentem na owady.

IX

ZUPA MINAS TRONEY

Wieczorne  słońce  zachodziło - jak powinno  -  na  zachodzie, gdy Goodgulf, Moxie  i Pepsi zatrzymali wyczerpane 

merynosy  u  bram Minas Troney. Chochliki z  podziwem spoglądały  na  legendarną  stolicę  Twodoru, Twierdzę  Zachodu i 

największego  w Śródziemiu Dolnym producenta  ropy  naftowej, zabawek jo -  jo oraz  szmergla. Miejskie  grunty  otaczały 

Równiny Pellegranoru, a  była  to  ziemia  obfitująca  w  suszarnie  i spichlerze, nie  mówiąc  o szopach, stodołach, oborach, 

ruchomych chodnikach i pływających dokach. Przez  tę krainę  płynęła  nieobliczalna  Effluvium, rok po  roku  zapewniając 

stałym  mieszkańcom  potężne  dostawy  salamander  i  komarów  widliszków.  Nic  dziwnego,  że  do  miasta  ściągały 

nieprzebrane  rzesze  jajogłowych westmanów, gruboustych  eastmanów  oraz tumanów. Tylko tutaj mogli uzyskać paszport 

umożliwiający opuszczenie Twodoru.

Samo  miasto  pamiętało  Dawne  Dni,  kiedy  Beltelephon  Zdziadziały  wydał  dość  nieoczekiwany  dekret,  aby 

wybudować na  tej równinie królewski ośrodek narciarski niezrównanej piękności. Niestety, stary król kopnął w kalendarz, 

zanim zakończono roboty i ziemne, a  jego skretyniały synalek, Nabisco Niekompetentny, w typowy  dla  siebie sposób źle 

odczytał  gryzmoły  starego  pierdoły, w  wyniku  czego  zużyto  więcej  zbrojonego  betonu, niż  zakładał  pierwotny  projekt. 

Rezultatem było Minas Troney, inaczej zwane “Głupotą Nabisco".

Bez  konkretnego  powodu  miasto  tworzyło  siedem  koncentrycznych  kręgów  otaczających  pomnik  Beltelephona  i 

jego  ulubionej konkubiny, imieniem Nephritis Otyła  albo Phyllis. W każdym razie  efekt finalny przypominał włoski tort 

weselny.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

40 / 48

background image

Każdy  pierścień  był  wyższy od następnego,  tak  samo  jak  czynsz.  W najgorszym,  siódmym  kręgu  zamieszkiwali 

dzielni  drobni  mieszczanie.  Często  można  było  zobaczyć,  jak  rozmieniali  drobne  z  przeznaczeniem  na  takie  czy  inne 

wydatki.  W szóstym  kręgu  mieszkali  kupcy, w  piątym  wojownicy  i  tak  dalej,  aż  do  pierwszego  i  najwyższego  kręgu, 

zasiedlonego  wyłącznie  przez  Stewardów  i  dentystów.  Na  każdy  poziom  wjeżdżało  się  windami  nieustannie 

wymagającymi  remontu,  tak  że  w  owych  czasach  człowiek  wspinający  się  po  drabinie  społecznej  musiał  to  robić 

dosłownie.  Każdy  krąg  był  dumny  ze  swojej  historii  i  okazywał  pogardę  niżej  stojącym  przez  codzienne  wylewanie 

nieczystości oraz takie wyrażenia jak “Siedem sobie" czy “Kochanie, nie poniżaj się".

Każdy poziom był dobrze strzeżony przez przewieszone blanki, opatrzone w najdziwniejszych miejscach wtrętami i 

ozdóbkami - jak  wersy wiersza. Każdy taki wtręt łączył się  z  sąsiednimi ciągami, tak więc łatwo zgadnąć, iż  mieszkańcy 

zawsze spóźniali się na spotkania albo ginęli bez śladu.

Gdy trzej wędrowcy powoli zmierzali do pałacu Beneluksa  Stewarda, obywatele Twodoru gapili się  na  nich przez 

chwilę, po czym natychmiast udawali się  do swoich okulistów. Chochliki odpowiadały równie  zdumionymi spojrzeniami 

mieszkańcom: ludziom, elfom, krasnoludom, upiorom i licznym republikanom.

 - Na każdym konwencie spotyka się taką zbieraninę - wyjaśnił Goodgulf.

Powoli pokonali ostatni rząd ruchomych  schodów  i stanęli  na  pierwszym poziomie. Pepsi przetarł oczy  na  widok 

ogromnej  budowli.  Budynek  był  zaprojektowany  z  rozmachem,  z  rozległymi  trawnikami  i  przepysznymi  ogrodami. 

Ścieżka  pod  stopami  wędrowców  była  wyłożona  alabastrem,  a  liczne  fontanny  szemrały  jak  banknoty.  Przy  drzwiach 

zostali dość  nieuprzejmie  poinformowani, że dentysty  nie ma  w domu  i muszą  - przyjść  - jeszcze - raz  - kiedy   -  stary - 

wróci.

Ujrzeli  tam  zrujnowany  pałac  z  najtwardszego  masonitu,  o  ścianach  błyszczących  od  warstw  sreberka  po 

czekoladzie  i starych  lamp  rowerowych. Nad  drzwiami z  okutej żelazem  sklejki widniał napis  STEWARD  WYSZEDŁ. 

Poniżej następny oznajmiał WYSZEDŁ NA OBIAD, a jeszcze niżej kolejny informował, że POSZEDŁ NA RYBY.

 - Jeśli dobrze czytam te znaki, Beneluksa nie ma w domu - rzekł Moxie.

 - Sądzę, że to blef  - powiedział Goodgulf, uparcie  naciskając przycisk dzwonka  - gdyż  Stewardzi z Minas Troney 

zawsze  cenili sobie  prywatność. Beneluks  Cymbał, syn Elektroluksa  Kutwy, pochodzi z  długiej linii Stewardów  liczącej 

wiele  stetryczałych  pokoleń,  Z  dawien  dawna  władają  Twodorem.  Pierwszy  Wielki  Steward,  Parafin  Wślizek,  był 

zatrudniony  w  kuchni  króla  Chloroplasta  jako  młodszy  podkuchenny,  kiedy  władca  zginął  śmiercią  tragiczną. 

Najwidoczniej  upadł,  wbijając  sobie  w  plecy  tuzin  widelców.  Jednocześnie  prawowity  dziedzic,  jego  syn  Karoten,  w 

tajemniczy sposób opuścił miasto, napomykając coś o spisku oraz stosie listów z pogróżkami pozostawianych na jego tacy 

ze  śniadaniem.  Wobec  niejasnych  okoliczności śmierci  jego  ojca  wyglądało  to  dziwnie,  więc  Karotena  podejrzewano  o 

intryganctwo. Potem jego krewni  zaczęli jeden  po  drugim umierać  w  zagadkowy  sposób.  Kilku znaleziono uduszonych 

ścierkami  do  naczyń,  a  paru  umarło  wskutek  zatrucia  pokarmowego. Jeszcze  kilku  znaleziono  utopionych  w  wazach  z 

zupą, a  jeden został napadnięty przez nieznanych sprawców i zatłuczony brytfanką. Co najmniej trzech nabiło się plecami 

na widelce, zapewne w przypływie żalu za przedwcześnie  zmarłym królem. W końcu w Minas Troney nie  został nikt, kto 

miałby prawo lub ochotę nosić  przeklętą  koronę  i tron Twodoru czekał na  chętnego. Kuchcik Parafin dzielnie  przyjął ten 

zaszczyt; do czasu aż  spadkobierca Karotena powróci, aby  zażądać  swego  dziedzictwa, pokonać  nieprzyjaciół Twodoru i 

zreorganizować usługi pocztowe.

W tym momencie w drzwiach pojawił się otwór, a w nim świdrujące oko.

 - Cz - czego chcecie? - spytał głos.

 - Jesteśmy wędrowcami przybywającymi dopomóc szczęściu Minas Troney. Jam jest Goodgulf Szarozęby.

Czarodziej wyjął z portfela pognieciony świstek papieru i wsunął go w otwór.

 - C - coto?

 - Moja wizytówka - odparł Goodgulf. Natychmiast wróciła do niego w tuzinie kawałków.

 - Stewarda nie ma. Na wakacjach. Żadnych ak - akwizyto - rów!

Otwór zamknięto z trzaskiem.

Jednak  Goodgulfa  niełatwo  było  wystrychnąć  na  dudka  i chochliki widziały, że  rozzłościła  go taka  bezczelność. 

Jego  oczy  powoli  zaczęły  wychodzić  z  orbit,  przybierając  wygląd  dwóch  mandarynek.  Zadzwonił  ponownie,  długo  i 

głośno. Oko znów zamrugało przez otwór napłynęła woń czosnku.

 - T - to znowu ty? Mówiłem, b - bierze prysznic.

I dziurkę znów zamknięto.

Goodgulf  nic  nie  powiedział. Sięgnął za pazuchę swojej marynarki w stylu Mao i wyjął czarną kulę, którą  Pepsi w 

pierwszej chwili  wziął za  mallomar ze  sznurowadłem. Czarodziej podpalił cygarem koniec  sznurówki i  wrzucił kulę  do 

otworu  na  listy. Potem uciekł za  róg, a  chochliki rzuciły się  w  jego  ślady. Rozległo się  donośne  bum!  i kiedy  chochliki 

wyjrzały zza muru, drzwi znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Wszyscy  trzej  dumnie  przemaszerowali  przez  dymiący  portal. Zaraz  napotkali  niechlujnego,  starego  gwardzistę, 

który ocierał sadzę z załzawionych oczu.

 - Możesz powiedzieć, że Goodgulf Czarodziej oczekuje na audiencję.

Trzęsący się ze starości wojownik skłonił się z szacunkiem i poprowadził ich przez duszne korytarze.

 - S - Stewardowi to się n - nie spodoba - wychrypiał strażnik.- już od lat n - nie wychodził z pałacu.

 - Czy lud się nie burzy? - spytał Pepsi.

 - Cz - czasami - zapluł się stary.

Poprowadził ich  przez  salę  herbową, której kartonowe  arkady i  łuki  gipsowych sklepień wznosiły  się dobrą  stopę 

nad  ich  głowami. Szczodrze  powielane  arrasy  opisywały  legendarne  czyny  króla. Pepsi  szczególnie  spodobał  się  ten  z 

dawno  zmarłym  królem  i  kozicą,  czego  nie  omieszkał  powiedzieć.  Goodgulf  dał  mu  klapsa.  Ściany  lśniły  od 

wmurowanych butelek po piwie  i sztucznych kamieni, a  zbroje  z polerowanego aluminium rzucały jasne  błyski na ręcznie 

kładzione linoleum pod nogami idących.

W końcu dotarli do sali tronowej ze słynnymi mozaikami z pluskiewek. Sądząc po  jej wyglądzie, Królewska  Sala 

Tronowa  służyła  jednocześnie  jako  Królewski  Natrysk.  Gwardzista  zniknął  i  zastąpił  go  równie  stary  paź  w 

brudnooliwkowej liberii. Uderzył w mosiężny gong i wychrypiał:

 -  Pokłońcie  się i dygnijcie  przed Beneluksem, Wielkim Stewardem Twodoru, prawdziwym regentem Zaginionego 

Króla, który pewnego dnia powróci - a przynajmniej tak powiadają.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

41 / 48

background image

Siwowłosy  paź  umknął  za  kotarę  i  jedna  z  zasłon  załopotała.  Wytoczył  się  zza  niej  wychudły  starzec  na 

rozklekotanym  wózku  ciągniętym  przez  zaprzęg  ciężko  dyszących  szopów.  Beneluks  nosił  frakowe  spodnie,  krótki 

czerwony  kubraczek  oraz  muszkę  na  gumce.  Na  łysiejącej  głowie  miał  szoferską  czapkę  z  herbem  Stewardów,  dość 

ostentacyjną  ozdobą  wyobrażającą  skrzydlatego  jednorożca  niosącego tacę  śniadaniową.  Moxie  wyczuł wyraźny zapach 

czosnku.

Goodgulf głośno odchrząknął, bo Steward najwyraźniej był pogrążony we śnie.

  -  Najlepsze  życzenia  i  przyjemnych  wakacji  -  zaczął.  -  Jestem  Goodgulf,  Nadworny  Czarodziej Koronowanych 

Głów Śródziemia Dolnego, Cudotwórca i Dyplomowany Chiromanta.

Stary Steward otworzył jedno ślepawe oko i z obrzydzeniem spojrzał na chochliki.

 - C - co to za jedni? Na drzwiach jest napisane “żadnych zwierząt".

 - To chochliki, mój panie, twoi mali, lecz godni zaufania sprzymierzeńcy z północy.

 - K - każę straży rozłożyć kilka gazet - mruknął Steward i pomarszczona głowa ciężko opadła mu na piersi.

Goodgulf ehmknął i mówił dalej.

 - Obawiam się, że  przynoszę  smutne  i  ponure  wieści. Niegodziwe  norki Sorheda zabiły twego  ukochanego syna 

Bromosela, a teraz Pan Ciemności z jakichś, sobie tylko znanych powodów, chce odebrać ci życie i królestwo.

 - Bromosel? - powtórzył Steward, podnosząc się na jednym łokciu.

 - Twój ukochany syn - zachęcał go Goodgulf.

W zmęczonych starych oczach pojawił się błysk zrozumienia.

 - Ach, on. Pisze tylko wtedy, kiedy potrzebuje p - pieniędzy. T - tak samo jak ten drugi. T - to s - smutne.

  -  Tak  więc  przybyliśmy  wraz  z  armią  jadącą  kilka  dni drogi  za  nami, aby  zemścić  się  na  Fordorze  -  wyjaśnił 

Goodgulf.

Steward ze złością machnął drżącą ręką.

 - Fordor? N - nigdy o nim nie słyszałem. Ani o - o tym cz - cza - rodzieju. Audiencja skończona - rzekł Steward.

  -  Nie  obrażaj  Białego  Czarodzieja  -  ostrzegł Goodgulf, wyciągając  coś z  kieszeni.  - Albowiem wielka  jest  moja 

moc. Masz, wybierz jedną kartę. Jakąkolwiek.

Beneluks wyciągnął jedną z pięćdziesięciu dwóch siódemek kier i podarł ją na konfetti.

 - 

:

 Audiencja skończona - powtórzył stanowczo.

  -  Głupi stary piernik -  warknął Goodgulf  nieco  później, w  ich  pokoju  w gospodzie. Już  od  godziny  miotał się  i 

złorzeczył.

 - Co możemy zrobić, jeśli nam nie pomoże? - spytał Moxie. - Ten gość jest stuknięty jak łepek gwoździa.

Goodgulf pstryknął palcami, wpadając na chytry pomysł.

 - Otóż to! - zachichotał. - Wszyscy wiedzą, że stary ma hysia.

 - Tak samo jak jego kumple - trafnie zauważył Pepsi.

  -  Jest psychiczny  -  głośno rozmyślał Czarodziej. -  Założę  się, że  ma  manię  samobójczą. Psychoza  maniakalno - 

depresyjna. Kliniczny przypadek.

 - Manię samobójczą? - powtórzył ze zdziwieniem Pepsi. - Skąd wiesz?

 - Mam takie przeczucie - odparł w zadumie Goodgulf. - Po prostu przeczucie.

Wieczorem w  mieście  rozeszła  się  wieść  o  samobójstwie  starego  Stewarda. Tablice  świetlne  ukazywały ogromną 

fotografię  płonącego  stosu,  w  który  rzucił  się,  uprzednio  starannie  związawszy  sobie  ręce  i  nogi,  a  także  napisawszy 

pożegnalny  list  do  swych  poddanych.  Tego  dnia  nagłówki  gazet  głosiły  wielkimi  literami:  STUKNIĘTY  BENELUKS 

PŁONIE, a  późniejsze  wydania  donosiły,  że  CZARODZIEJ  OSTATNI  WIDZIAŁ  STEWARDA:  PODAJE  SORHEDA 

JAKO  SPRAWCĘ NIESZCZĘŚCIA B. Ponieważ  cały personel pałacu tajemniczo zniknął, Goodgulf  uprzejmie podjął się 

zorganizować  pogrzeb państwowy i ogłosił lunch godziną żałoby narodowej po zmarłym władcy. Przez  kilka  następnych 

dni,  pełnych  zamieszania  i  politycznego  wrzenia,  zręczny  Czarodziej  zwołał  liczne  konferencje  prasowe.  Całymi 

godzinami  debatował  z  wysokimi  urzędnikami, przekonując  ich,  że  zgodnie  z  ostatnią  wolą  zmarłego  przyjaciela,  on, 

Goodgulf, ma  dzierżyć władzę w państwie do czasu powrotu jedynego żywego potomka, Farahslaxa. W wolnych chwilach 

można go było znaleźć w pałacowej łazience, z której próbował usunąć słaby zapach czosnku i ropy naftowej.

W imponująco  krótkim  czasie  Goodgulf  zmobilizował  senną  stolicę  i  zorganizował  sprawnie  działającą  milicję. 

Zarządzając  zasobami  Minas  Troney,  Czarodziej  osobiście  sporządzał  wykazy  zaopatrzenia,  plany  fortyfikacji  oraz 

lukratywne umowy na dostawy, które  własnoręcznie  podpisywał. Z początku protestowano przeciw takim nadzwyczajnym 

uprawnieniom.  Jednak  nad  miastem  zbierały  się  czarne  chmury.  Ten  fakt,  oraz  kilka  nie  wyjaśnionych  eksplozji  w 

redakcjach  opozycyjnych  gazet  uciszyły  “tych  przeklętych  izolacjonistów",  jak  określił  ich  Goodgulf  w  szeroko 

rozpowszechnianym  wywiadzie. Wkrótce  potem uciekinierzy ze  wschodnich prowincji przynieśli wieść  o  hordach norek 

atakujących i zalewających graniczną warownię Twodoru -  Oranyalekanau. Mieszkańcy Twodoru wiedzieli, iż  niebawem 

psy Sorheda zaczną obwąchiwać ich nogawki.

Moxie i Pepsi kręcili się niespokojnie w pałacowej poczekalni przed gabinetem Goodgulfa. Nogi zwisały im dobrą 

stopę  nad  pluszowym  dywanem. Chociaż  dumne  ze  swoich  nowych  mundurów  (Goodgulf  awansował  obu  do  stopnia 

podpułkownika), chochliki rzadko widywały Czarodzieja, a pogłoski o nadciągających norkach budziły w nich niepokój.

 - Czy możemy się z nim już zobaczyć? - skamlał Pepsi.

  -  Czekamy  już  kilka  godzin!  -  dodał Moxie. Kształtna  elfka  -  recepcjonistka  obojętnie  poprawiła  naszyjnik  na 

opiętej bluzeczce.

 - Przykro mi - powiedziała ósmy raz tego ranka - ale czarodziej jest nadal na naradzie.

Zadzwonił dzwonek na biurku i zanim zdążyła zakryć rurę głosową, chochliki usłyszały głos Goodgulfa.

 - Poszli już?

Elfka  poczerwieniała, gdy chochliki śminęły obok niej i wpadły do gabinetu Goodgulfa. Tam zastały Czarodzieja z 

grubym cygarem w zębach i parą tlenionych sylfid siedzących na  jego kościstych kolanach. Z  rozdrażnieniem spojrzał na 

Pepsi i Moxie.

 - Nie widzicie, że jestem zajęty? - warknął. - Mam posiedzenie. Bardzo ważne.

Spróbował wrócić do meritum sprawy.

 - Nie tak szybko - rzekł Pepsi.

 - Tak, właśnie - podkreślił Moxie, częstując się czarnym kawiorem z talerzyka na biurku Goodgulfa.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

42 / 48

background image

Czarodziej westchnął ze znużeniem i odprawił gestem obie sylfidy.

 - No więc - westchnął z wymuszonym uśmiechem - co mogę dla was zrobić?

 - Nie tyle, ile najwidoczniej zrobiłeś dla siebie - odparł kpiąco Moxie.

 - Nie narzekam - odpowiedział Goodgulf. - Szczęście uśmiechnęło się do mnie. Poczęstujcie się moim obiadem.

Moxie już go skończył i właśnie przetrząsał szuflady biurka, szukając zapasów.

 - Zaczynamy się niepokoić - rzekł Pepsi, opadając na kosztowny fotel obity skórą trolla. - W mieście krążą plotki o 

norkach  i  innych  paskudnych  bestiach  nadciągających  ze  wschodu.  Nad  naszymi  głowami  zawisła  czarna  chmura,  a 

ogłoszono dwudziesty czwarty stopień zasilania.

Goodgulf wydmuchnął grube kółko dymu.

 - To nie są sprawy dla maluczkich - rzekł. - Ponadto podkradacie mi teksty.

 - A ta czarna chmura? - spytał Pepsi.

 - To tylko kilka świec dymnych, które umieściłem w Stukaczym Lesie. To zachęca obywateli do współpracy.

 - A pogłoski o najeźdźcach? - nalegał Moxie.

 - To proste - rzekł Goodgulf. - Sorhed na razie nie zaatakuje Minas Troney, a do tego czasu nasi towarzysze ściągną 

tu posiłki.

 - A więc na razie nie ma niebezpieczeństwa? - odetchnął Pepsi.

 - Wierzcie mi - powiedział Goodgulf, wypychając ich za drzwi. - Czarodzieje wiedzą o wielu sprawach.

Niespodziewany  atak  o  świcie  następnego  dnia  zaskoczył  wszystkich  w  Minas  Troney.  Żadne  z  planowanych 

fortyfikacji  nie  zostały  jeszcze  ukończone,  a  większości  robotników  i  materiałów  zamówionych  i  opłaconych  za 

pośrednictwem  biura  Goodgulfa  nikt nigdy nie  ujrzał  na  oczy. W nocy  ogromna  horda  całkowicie  otoczyła  miasto, a  jej 

czarne  namioty  pokryły  zieloną  murawę  niczym stary  strup. Wszędzie  wokół  miasta  łopotały  czarne  flagi z  Czerwonym 

Nosem Sorheda. Potem, gdy pierwsze promienie słońca dotknęły ziemi, czarna armia runęła na mury.

Setki norek, podnieconych ogromną  ilością  wypitych  jaboli, rzuciło  się  do  bram. Za  nimi maszerowały kompanie 

trolli - renegatów i górskich pand, pieniąc się  z nienawiści. Całe  brygady  psychotycznych upiorów  i goblinów zawodziły 

przeraźliwie odrażający okrzyk wojenny. Za nimi maszerowały kijki golfowe z płaskimi i okrągłymi główkami, mogące za 

jednym  morderczym  zamachem  wybić  zastęp  dzielnych Twodoriańczyków.  Zza  wzgórza  wyłonił  się  krwiożerczy  tłum 

maszynistek oraz cały zespół taneczny June Taylor. Widok zbyt okropny, aby go opisać.

Goodgulf, Moxie i Pepsi obserwowali to z murów. Chochliki były bardzo wystraszone.

 - Jest ich tak wielu, a nas tak mało! - zawołał Pepsi, bardzo przestraszony.

 - Dzielne serce starczy za dziesięciu - rzekł Goodgulf.

 - Jest nas tak mało, a ich tak wielu! - krzyknął Moxie, przestraszony bardzo.

 -  Pilnowane mleko nigdy  nie  kipi; trzymajcie  fason -  zauważył Goodgulf. - Gdzie kucharek sześć, tam nie  ma co 

jeść.

Uspokojone chochliki założyły hełmy, napierśniki, nagolenniki, naramienniki i ożłopały się neospasminy. Oba były 

uzbrojone w obosieczne  noże do szatkownicy, o prostych i mocnych ostrzach. Goodgulf  założył stary strój płetwonurka  z 

najgrubszego lateksu. W małym, owalnym wizjerze jego hełmu było widać tylko jego równo przystrzyżoną brodę. W ręku 

dzierżył starożytną i niezawodną broń, zwaną przez elfy półautomatycznym Browningiem.

Pepsi  dostrzegł  jakiś  cień  nad  głową  i  wrzasnął.  Rozległo  się  głośne  fffssss!  i  wszyscy  trzej  ledwie  zdążyli  się 

pochylić. Złośliwie uśmiechnięty Niezguł wyprowadził swego czarnego pelikana z lotu nurkowego. Nagle na niebie zaroiło 

się od  czarnych ptaków  pilotowanych przez Czarnych Jeźdźców w goglach. Skrzydlaci napastnicy śmigali z łopotem tu i 

tam,  robiąc  zdjęcia  lotnicze,  zrzucając  na  szpitale,  sierocińce  i  kościoły  swoje  ładunki  guana.  Krążąc  nad  oblężonym 

miastem, pelikany otwierały zębate dzioby, wypluwając propagandowe ulotki na niepiśmiennych mieszkańców.

Jednak  Twodorian  nękano  nie  tylko  z  powietrza.  Oddziały  lądowe  już  szturmowały  główną  bramę  i  strącały  z 

murów  obrońców  płonącymi  kulami  macy  oraz  dziełami  zebranymi  Le  Nina.  W  powietrzu  zrobiło  się  gęsto  od 

świszczących  zatrutych  bumerango  w  i  starych  jaj.  Kilka  tych  ostatnich  trafiło  w  hełm  Goodgulfa,  powodując  ciężką 

migrenę.

W pewnej  chwili  pierwsze  szeregi  nacierających  rozstąpiły  się  i chochliki  wydały  okrzyk  zdumienia. Do  bramy 

przygalopowało  monstrualne  pekari.  Jechał  na  nim  Pan  Niezguli.  Był  cały  odziany  na  czarno;  skórzaną  kurtkę  miał 

obwieszoną  ciężkimi łańcuchami' do  opon. Ogromna  postać  zsiadła  z  wierzchowca,  mocno  wbijając  obcasy  oficerek  w 

twardą  ziemię.  Moxie  dostrzegł  groteskową,  pryszczatą  twarz;  krzywe  zębiska  i tłuste  bokobrody  zabłysły, matowo  w 

pełnym  słońcu. Wódz  szyderczo  wykrzywił się  do  obrońców na  murach, a  potem wepchnął w  nozdrze  czarny, tandetny 

gwizdek i dmuchnął, wydając przeciągłe, rozdzierające uszy blaa!

Natychmiast oddział gremlinów, na pół oszalałych od syropu przeciwkaszlowego, podtoczyło ogromną smoczycę na 

czarnych  łyżworolkach.  Jeździec  poklepał  ją  po  rogatym  pysku  i  wspiął  się  na  jej  łuskowaty  grzbiet,  kierując  uwagę 

jednookiej  bestii  na  drewniane  wrota. Ogromny gad  kiwnął  łbem  i  potoczył się  ku  drewnianej  bramie. Twodorianie  ze 

zgrozą zobaczyli, jak Niezguł włącza miotacz  płomieni; uderzył ostrogami boki potwora, który szeroko otworzył paszczę i 

czknął  donośnie  strumieniem  płonącego  metanu.  Wrota  stanęły  w  ogniu  i  rozsypały  się  w  popiół.  Norki  natychmiast 

przeskoczyły dogasające płomienie i wpadły do miasta.

 - Wszystko skończone! - zaszlochał Moxie. Szykował się do skoku przez mur.

 - Nie rozpaczaj - rozkazał Goodgulf przez owalne okienko. - Przynieś mi moją białą szatę, i to szybko!

 - Ach! - krzyknął Pepsi. - Biała szata do białej magii!

 - Nie - rzekł Goodgulf, przywiązując tunikę do kija bilardowego. - Biała szata na białą flagę.

Gdy  czarodziej  zaczął  rozpaczliwie  wymachiwać  zaimprowizowaną  chorągwią, z  zachodu  nadleciał  odgłos setek 

rogów,  któremu  odpowiedziało  równie  wiele  na  wschodzie.  Silny  podmuch  uderzył  w  czarną  chmurę  i  rozgonił  ją,  a 

rozchodzący się opar ukazał wielką  tarczę z  widocznymi na  niej słowami: UWAGA! PALENIE TYTONIU  MOŻE  BYĆ 

PRZYCZYNĄ WIELU  GROŹNYCH CHORÓB; skały  rozstąpiły się, a  niebo, choć bezchmurne, zadudniło, jakby tysiąc 

akustyków waliło w tysiąc metalowych blach. Ktoś wypuścił gołębie.

Uradowani  Twodorianie  ujrzeli  wielkie  armie  nadciągające  ze  wszystkich  stron  świata,  z  orkiestrami  dętymi, 

sztucznymi ogniami oraz  falami rozwianych proporców. Na północy Gimlet wiódł bandę tysiąca krasnoludów; na południu 

znajoma, przysadzista  postać  Eorache  jechała  na  czele  trzech  tysięcy  berserkerów  na  merynosach; ze  wschodu ciągnęły 

dwie wielkie  armie, jedna  zahartowanych w bojach Zielonych Peruczek Farahslaxa, a druga Legolama, złożona z  czterech 

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

43 / 48

background image

tysięcy  bojowo nastawionych dekoratorek wnętrz. I  wreszcie, z zachodu, nadjeżdżał odziany  na szaro Arrowroot, wiodąc 

swoich czterech weteranów i drużynę cherlawych skautów.

Zanim ktoś zdążyłby zliczyć do trzech, armie runęły na oblężone miasto i przerażonych wrogów. Rozgorzała zacięta 

bitwa;  wrogów  sieczono  mieczami i  tłuczono  pałkami. Przerażone  trolle  umknęły  spod kopyt  rumaków  Roi - Tannerów 

tylko po to, aby  paść  pokotem pod ciosami krasnoludzich kilofów  i szpadli. Trupy norek  i upiorów gęsto zasłały ziemię, 

Pan Niezguli zaś został otoczony  przez  rozzłoszczone elfy, które  wydrapały mu  oczy i tarmosiły za  włosy, aż z  rozpaczy 

rzucił  się  na  własny  miecz.  Czarne  pelikany  i  ich  niezgulich  pilotów  strącono  za  pomocą  przeciwlotniczych  rakiet  do 

tenisa, a  smoczyca została przyparta do muru przez  skautów, którzy zasypali ją  strzałami z gumowymi przyssawkami, aż 

całkiem załamała się nerwowo i z głośnym łomotem padła na ziemię.

Tymczasem rozochoceni Twodorianie zbiegli z murów i uderzyli na bestie, które wtargnęły do miasta. Moxie i Pepsi 

sięgnęli  po  swoje  ostrza  do  szatkownicy  i  zaczęli  wymachiwać  nimi  z  niezwykłą  wprawą.  Niebawem  żaden  poległy 

nieprzyjaciel  nie  miał  swojego  nosa.  Goodgulf  zajął  się  podstępnym  duszeniem  norek  za  pomocą  gumowego  węża 

powietrznego, a Arrowroot zapewn robił coś niezwykle  odważnego. Jednak kiedy później wypytywano go o bitwę, dawał 

dość niejasne odpowiedzi.

W końcu zabito ostatnich nieprzyjaciół, a  nieliczni, którzy zdołali wyrwać się  ze śmiercionośnego okrążenia, zostali 

szybko dogonieni przez Roi - Tannerów i zatłuczeni zmiotkami do kurzu. Trupy norek ułożono w wielkie stosy. Goodgulf  z 

satysfakcją  kazał je  zapakować  i  odesłać  do Fordoru. Za  zaliczeniem  pocztowym. Twodorianie  zaczęli zmywać  wodą  z 

węży brudne blanki, a jeszcze ciepłe cielsko smoka odwieziono do królewskich kuchni na wieczorną ucztę zwycięzców.

Jednak nie wszystko potoczyło się tak dobrze. Poległo wielu dobrych i dzielnych mężów: bracia Beton i Baton, oraz 

wuj Eorache, szacowny Eordrum. Krasnoludy i elfy również  poniosły straty, tak więc smutne żałobne pienia mieszały się z 

okrzykami radości.

Chociaż  przywódcy  z  przyjemnością  zebrali  się  po  bitwie,  i  oni  nie  uniknęli  dotkliwych  strat.  Farahslax,  syn 

Beneluksa i brat Bromosela, utracił cztery palce i miał skaleczony brzuch. Piękna Eorache miała pocięte potężne bicepsy i 

brutalnie  rozbito  jej obydwa monokle. Moxie  i Pepsi stracili w  utarczce po kawałku prawego ucha, a  Legolam zwichnął 

sobie  lewą  nogę.  Jajowata  czaszka  Gimleta  została  lekko  spłaszczona  zamaszystym  ciosem, lecz  zdarta  z  przeciwnika 

skóra, którą  teraz  nosił  w  charakterze  prochowca, dobitnie  świadczyła  o  wyniku  potyczki.  Ostatni  kuśtykał  Goodgulf, 

podtrzymywany  przez  Strażnika, który  jakimś  cudownym  zrządzeniem  losu  nie  odniósł  żadnych  obrażeń.  Biała  tunika 

starego  czarodzieja  była  mocno  postrzępiona,  kurtka  w  stylu  Nehru  bardzo  poplamiona  na  przedzie,  a  wysokie  buty 

beznadziejnie zniszczone. Prawą rękę trzymał na temblaku dopasowanym kolorem do reszty stroju, lecz gdy później zaczął 

zakładać nań drugą rękę, jego ranę potraktowano mniej poważnie.

Przy  powitaniu popłynęły rzęsiste łzy. Nawet Gimlet i Legolam zdołali powściągnąć  wrogie  uczucia, ograniczając 

się  do  jednego  czy  dwóch  obscenicznych  gestów.  Było  wiele  śmiechu  i  uścisków,  szczególnie  między  Arrowrootem  a 

Eorache.  Jednak  Arrowroot  nie  był  ślepy  i  zauważył  ukradkowe  spojrzenia,  jakie  wymieniła  piękna  owczarka  z 

przedstawianym jej Farahslaxem.

 - A ten bohater - rzekł w końcu Goodgulf do Arrowroota - to dzielny Farahslax, prawy dziedzic tronu Twodoru.

 - Czarujący, naprawdę  - odparł lodowato Arrowroot, jednocześnie potrząsając ręką  wojownika i nadeptując mu na 

zranioną nogę. - Ja jestem Arrowroot z Arrowshirtów, prawy syn Araplane  i prawdziwy król całego Twodoru. Poznałeś już 

piękną Eorache, moją narzeczoną i królową!

Nacisk, z jakim Strażnik wygłosił to formalne powitanie, nie pozostał nie zauważony.

 - Witam i pozdrawiam - odparł Zielona Peruczka. -  Niechaj twe panowanie i małżeństwo będzie równie  długie  jak 

twe życie.

Uścisnął rękę Arrowroota, miażdżąc mu palce. Obaj spojrzeli na siebie z nie skrywaną nienawiścią.

 -  Chodźmy do lecznicy - rzekł w  końcu Arrowroot, oglądając zgniecione  palce  - gdyż wiele  jest ran, które muszę 

opatrzyć.

Zanim doszli do pałacu, wiele  sobie powiedzieli. Goodgulfowi gorąco pogratulowano, że swoją  flagą  dał sygnał do 

ataku.  Wielu  podziwiało  jego  mądrość,  dzięki  której  przewidział,  iż  pomoc  nadchodzi,  lecz  w  tej  kwestii  Czarodziej 

zachowywał dziwno milczenie. Wszystkich zasmuciło to, że  Birdseye  nie może  dzielić  z  nimi  radości zwycięstwa, gdyż 

zielony  olbrzym i  jego  wierne  Vee  - Ates  w  drodze  powrotnej z  Isinglassu wpadły  w  zasadzkę  zastawioną  przez  hordę 

straszliwych  królików  -  wampirów  Sorheda. Z  ich  potężnej  armii  nie  pozostała  nawet  łodyżka. Moxie  i  Pepsi szczerze 

opłakali utratę ponętnych marchewek i z rozpaczy wycięli kilka hołubców.

 - A teraz  - rzekł Arrowroot, zapędzając  rannych wojowników do betonowego bunkra -  odpocznijmy w... ehm... w 

lecznicy, gdzie uwolnimy się od wszelkich zmartwień.

Spojrzał znacząco na Farahslaxa.

 - Lecznicza - szmocznicza, nicz  nam  nie  jeszt -  spierała  się  Eorache, patrząc  na  Farahslaxa  jak  pies na  soczysty 

kawał pieczeni.

 - Róbcie, co mówię  - rozkazał Arrowroot, tupiąc  nogą. Towarzysze protestowali, ale  usłuchali, żeby nie  ranić  jego 

uczuć. W środku Arrowroot  założył biały fartuch i  plastykowy  stetoskop, po  czym zaczął  biegać  tu i  tam, zajmując  się 

pacjentami. Farahslaxa umieścił w osobnym pokoju, daleko od innych.

 - Steward Twodoru zasługuje na wszystko, co najlepsze - wyjaśnił.

Wkrótce wszyscy zostali opatrzeni, oprócz nowego Stewarda. Arrowroot stwierdził, iż Farahslaxowi się pogorszyło 

i konieczna jest natychmiastowa operacja. Spotkają się później na uczcie zwycięzców.

Biesiada  w głównym  bufecie pałacu Beneluksa  była  niezwykłym  wydarzeniem. Goodgulf  odkrył  ogromne  zapasy 

smakołyków; przypadkiem uprzednio wszystkie  były z rozkazu Czarodzieja  racjonowane. Całe  jardy  serpentyn z  bibułki 

oraz  tandetnych  lampionów  budziły  podziw  gości.  Goodgulf  wynajął  orkiestrę  trolli,  którzy  przygrywali  gościom  z 

niskiego  podium  zbudowanego  ze  starych  skrzynek  po  pomarańczach  i  wszyscy  pili  do  woli  sztuczne  miody.  Potem 

wszyscy -  rozgrzane  elfy, pijane  krasnoludy, zataczający się ludzie i  tłum nie  proszonych  gości -  potoczyli  się  ze swymi 

wyładowanymi tacami do długiego stołu bankietowego i zaczęli się opychać, jakby to była ich ostatnia wieczerza.

 - Nie są tacy głupi, jak wyglądają - wymamrotał Goodgulf do siedzącego po jego lewej ręce Legolama.

Czarodziej, pięknie przystrojony w czyste szaty, rozsiadł się na honorowych składanych krzesełkach u szczytu stołu 

wraz z chochlikami. Tylko nieobecność Farahslaxa i Arrowroota mąciła uroczysty nastrój.

 - Tak myślisz... gdzie się podziali? - zapytał w końcu Moxic, przekrzykując szczęk tac i plastykowych sztućców.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

44 / 48

background image

Otrzymał odpowiedź, przynajmniej połowiczną, gdy wahadłowe  drzwi sali bankietowej otworzyły się gwałtownie i 

stanęła w nich krwawa, okropna postać.

 - Stomper! - zawołał Pepsi.

Setki gości  przestały się  obżerać. Przed nimi stał Arrowroot, nadal  w swoim fartuchu, zakrwawionym od  stóp  do 

głów. Miał jedną rękę owiniętą bandażem i paskudny siniak pod okiem.

 - Was ist? - spytała Eorache. - Gdże der pszystojny

Farahslaxer?

 - Biada - westchnął Strażnik. - Nie masz już Farahslaxa. Ze wszystkich sił próbowałem go wyleczyć, ale na próżno. 

Jego rany były liczne i głębokie.

 - Czo szę s nim ształo? - zaszlochała Roi - Tannerka. - Był sztruf, gdy my odchodzycz.

  -  Śmiertelne  otarcia  i kontuzje  -  odparł Arrowroot, ponownie  wzdychając. -  Z  komplikacjami. Miał  kompletnie 

poprzecinany naskórek, biedaczek. Nie miał żadnych szans.

 -  Przysiągłbym, że nie  miał żadnych innych  obrażeń  oprócz guza  na  głowie -  mruknął Legolam, zasłaniając  usta 

rękawem.

 - Tak - rzekł Arrowroot, obrzucając elfa miażdżącym spojrzeniem - tak mogło się wydawać komuś nie obeznanemu 

ze  sztuką  medyczną. Jednak  ten guz, fatalny  guz, był  powodem jego  śmierci.  Miał  wodogłowie. W  dziewięćdziesięciu 

procentach śmiertelne. Musiałem amputować. To smutne, bardzo smutne.

Arrowroot ze smutną miną podszedł do swojego składanego krzesełka. Jakby na umówiony sygnał kilka podejrzanie 

wyglądających skrzatów zerwało się na równe nogi i zawołało:

 - Nie ma już ostatniego Stewarda! Niech żyje Arrowroot z Arrowshirt, król Twodoru! Niech żyje!

Stomper  dotknął  palcami  ronda  swego  kapelusza,  skromnie  uznając  nowego  władcę  Twodoru,  a  Eorache, 

wyczuwając,  skąd  wieje  wiatr,  z  przekonującym  piskiem  radości  zarzuciła  ramiona  na  szyję  nowego  króla.  Pozostali 

goście, zbyt zmieszani lub pijani, powtórzyli ten okrzyk tysiąckrotnym echem.

Jednak nagle, gdzieś w głębi komnaty, ozwał się jakiś piskliwy głos.

 - Nie! Nie! - zapiszczał.

Arrowroot uważnie spojrzał po gościach i pijacki gwar ucichł. Na samym końcu stołu siedziała przysadzista postać 

z czarną opaską na nosie, cała odziana w zieleń. To był Magnavoks, przyjaciel nieodżałowanego Farahslaxa.

 - Mów - rozkazał Arrowroot, mając nadzieję, że tamten nie usłucha.

 -  Gdybyś był prawdziwym królem Twodoru - wybełkotał Magnavoks - wypełniłbyś przepowiednię  i zniszczyłbyś 

naszych wrogów. Musisz - sz to zrobić, zanim będziesz - sz królem. 

MIMSZ 

-

 SZ 

tego dokonać.

Chciałbym to widzieć - zachichotał Gimlet. Arrowroot zamrugał niespokojnie.

 - Wrogów? Przecież wszyscy jesteśmy przyjaciółmi...

 - Ciii! - upomniał go Goodgulf. - A Sorhed? Fordor? Niezgule? A dobrze - wiesz - co?

Stomper nerwowo przygryzł wargę i zamyślił się.

 - No cóż, chyba musimy pomaszerować na Sorheda i rzucić mu wyzwanie.

Goodgulfowi opadła szczęka ze zdumienia, jednak zanim zdążył udusić Stompera, Eorache wskoczyła na stół.

 - Tak jeszt! My ruszycz na Szorheda i sałatfycz go gut!

Wrzaski Goodgulfa utonęły w ryku aprobaty wzniesionym przez pijany tłum.

Następnego ranka  armie  Twodoru pomaszerowały na  wschód, słaniając się  pod brzemieniem długich lanc, ostrych 

mieczów  i potwornego  kaca. Tysiące  wojowników  wiódł Arrowroot, który chwiał  się  w  siodle, tuląc  do  piersi  bukłak  z 

kefirem. Goodgulf, Gimlet i pozostali jechali obok niego, modląc się, aby śmierć  przyszła szybko, bezboleśnie, a  najlepiej 

po kogoś innego.

Przez wiele  godzin armie toczyły się  naprzód, wojenne rumaki pobekiwały pod ciężarem jeźdźców, a żołnierze pod 

ciężarem okładów  z lodu. W miarę jak zbliżali się do Czarnych Wrót Fordoru, wszędzie było widać zniszczenia wojenne: 

powywracane  wozy,  splądrowane  i  spalone  wsie  oraz  miasta,  ślicznotki  na  tablicach  reklamowych  ozdobione 

domalowanymi wąsami.

Arrowroot, marszcząc brwi, spoglądał na ruiny tego, co niegdyś było cudownym zakątkiem.

 - Spójrzcie  na ruiny tego, co niedawno było kwitnącą krainą - zawołał, o mało nie spadając  ze swego rumaka. - Po 

powrocie będziemy mieli co sprzątać.

 - Jeśli w ogóle wrócimy - rzekł Gimlet - osobiście wyczyszczę to wszystko szczoteczką do zębów.

Król przybrał mniej więcej siedzącą pozycję.

 - Nie lękajcie się, silna bowiem i odważna jest nasza armia.

 - Miejmy nadzieję, że nie otrzeźwieje, zanim tam dotrzemy - mruknął Gimlet.

Gimlet  miał  niewątpliwie  rację,  gdyż  armia  zwolniła  tempo  marszu,  a  oddział  Roi  -  Tanerów,  których  Stomper 

wysłał po maruderów, nie wracał już od kilku godzin.

W  końcu  Arrowroot  postanowił  położyć  kres  biadoleniom,  zawstydzając  swych  tchórzliwych  wojowników. 

Nakazawszy heroldowi zadąć w róg, rzekł:

  -  Ludu  Zachodu!  Bitwa  pod  Czarnymi  Wrotami  Sorheda  będzie  walką  nielicznych  przeciw  wielu;  jednak  ci 

nieliczni mają czyste  serca, a  tych  wielu to śmiecie. Mimo to, jeśli któryś z  was chce  zawrócić  i uniknąć walki, może to 

zrobić, przyspieszając w ten sposób nasz pochód. Ci, którzy pozostaną z królem Twodoru, żyć będą wiecznie w pieśniach i 

legendach! Pozostali mogą odejść.

Powiadają, iż chmura kurzu nie opadała przez kilka dni.

  -  Naprawdę, niewiele  brakowało -  powiedział Spam, nadal  drżąc  na  wspomnienie  niedawnej ucieczki z  paszczy 

Stupory. Frito lekko skinął głową, ale nadal nie miał pojęcia, co właściwie zaszło.

Przed nimi  wielkie, słone  połacie  Fordoru  rozpościerały się  aż  do  podnóża  wielkiego kreciego  kopca, na  którym 

wznosił  się  Bardakh,  wysokogórska  główna  kwatera  Sorheda.  Cała  równina  była  usiana  koszarami,  placami  defilad  i 

parkingami. Tysiące  norek uwijało  się  gorączkowo, kopiąc  rowy  i znów  je  zakopując, oraz  skrobiąc  ziemię  ogromnymi 

żyletkami.  W  oddali  Otchłanie  Zazu,  Czarna  Dziura,  wysyłała  w  powietrze  nad  Fordorem  spopielałe  resztki  setek 

roczników “National Geographic". Tuż przed nimi, u stóp urwiska, czarny staw  gęstej smoły bulgotał hałaśliwie, od czasu 

do czasu wydając donośne czknięcie.

Frito stał tam przez długi czas, zerkając przez palce na odległy, dymiący wulkan.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

45 / 48

background image

 - Daleka jest droga do Czarnej Dziury - rzekł, dotykając Pierścienia.

 - Ty mieć racja, bwana - powiedział Spam.

 - Ten smolny staw trochę przypomina Czarną Dziurę - stwierdził Frito.

 - Okrągły - przyznał Spam. - Otwarty. Głęboki.

 - Ciemny - dodał Frito.

 - Czarny - stwierdził Spam.

Frito zdjął z szyi łańcuch z Pierścieniem i w zadumie zakręcił nim nad głową.

 - Ostrożnie, panie Frito - ostrzegł Spam, daremnie usiłując złapać go za rękę.

 - Jasne - odparł Frito, podrzucając Pierścień w powietrze i zręcznie łapiąc go za plecami.

  -  To  bardzo  ryzykowne  -  orzekł  Spam, po  czym podniósł spory kamień  i rzucił  go na  środek  stawu,  gdzie  głaz 

zatonął z wilgotnym plaśnięciem.

  -  Szkoda,  że  nie  mamy  kotwicy,  żeby  przytwierdzić  go  bezpiecznie  do  dna  -  rzekł  Frito,  nadal  wywijając 

łańcuchem. - Wypadki chodzą po ludziach.

 - Jednak na wszelki wypadek... - mamrotał Spam, daremnie szukając w kieszeniach jakiegoś ciężkiego przedmiotu. 

- Przydałoby się coś ciężkiego - mruczał.

 - Cześć - odezwał się szary kształt za ich plecami. - Kopę lat!

 - Goddam, ty stary trepie - warknął Spam, upuszczając monetę pod nogi Goddama.

 - Świat jest mały - rzekł Frito, chowając w dłoni Pierścień i poklepując zaskoczonego stwora po grzbiecie. - Patrz! - 

zawołał, wskazując na puste niebo. - Skrzydła Zwycięstwa pod

Samotraką.

Gdy Goddam popatrzył w górę, Frito pospiesznie założył mu łańcuch na szyję.

 - Hej! - zawołał Spam. - Miedziak z 1927 roku, z głową Indianina!

Po czym opadł na czworaki przed Goddamem.

 - Oopla! - powiedział Frito.

 - Aaaaa! - dodał Goddam.

 - Plusk! - odparł smolny staw.

Frito  głęboko odetchnął i oba  chochliki pożegnały się  z Pierścieniem oraz jego balastem. Kiedy umykały, ile  sił w 

nogach, z  czarnej toni dobył się  głośny bulgot i ziemia zadrżała. Skały pękły i ziemia rozwarła się tuż pod ich nogami, ku 

ogromnemu strapieniu chochlików. Czarne wieże w oddali zaczęły się chwiać i Frito ujrzał, jak biura  Sorheda w Bardakhu 

rozsypały się z łoskotem, tworząc stertę betonu i stali.

 - Teraz już nie buduje się tak jak kiedyś - zauważył Spam, uskakując przed spadającą chłodziarką.

Wokół chochlików  pojawiły  się  ogromne  szczeliny,  odcinając  im  drogę  ucieczki.  Cała  kraina  zdawała  się  wić  i 

jęczeć  z  głębi trzewi, które  w  końcu  ożyły  po  eonach  bezruchu.  Ziemia  przechyliła  się  pod dziwnym kątem i  chochliki 

zaczęły się zsuwać w przepaść pełną starych żyletek i potłuczonych butelek po winie.

 - Ciao! - pomachał Spam Fritowi.

 - W takiej chwili? - szlochał Frito.

Nagle  tuż  nad głowami ujrzeli jakiś błysk. Na niebie pojawił się  ogromny orzeł, gęsto upierzony i ufarbowany na 

różowo. Na jego boku złote litery tworzyły napis: 

DEUS EX MACHINA AIRLINES.

Frito krzyknął z radości, gdy wielki ptak opadł niżej i porwał ich obu z objęć pewnej śmierci w objęcia szponiastych 

łap.

 - Jestem Gwahno - rzekł orzeł, gdy wzlatywali wysoko nad rozpadającą się ziemię. - Usiądźcie gdzieś.

 - W jaki...? - zaczął Frito.

 - Nie teraz, stary - warknął ptak. - Muszę ułożyć plan lotu z tego szamba.

Potężne  skrzydła  uniosły  ich  na  zapierającą  dech  w  piersi  wysokość  i  Frito  patrzył  z  podziwem  na  wstrząsaną 

konwulsjami ziemię  w  dole. Czarne  rzeki  Fordoru  wiły  się  jak  dżdżownice, ogromne  kontury  lodowców  ślizgały  się  na 

pustych równinach, a góry grały w kucanego berka.

Na moment przed tym, zanim Gwahno zaczął skręcać, Fritowi zdawało się, że dostrzega jakiś wielki, ciemny kształt 

o barwie i kształcie puddingu, umykający za góry z saganem skarpetek do prania.

Wspaniała  armia,  która  ostatecznie  stanęła  u  Czarnych  Wrót,  była  nieco  mniej  liczna  niż  na  początku.  Ściśle 

mówiąc, liczyła  siedem  osób  i  byłaby  jeszcze  mniejsza,  gdyby  siedem  merynosów  nie  wyrwało  się  swoim  jeźdźcom. 

Arrowroot  ostrożnie  spojrzał  na  Czarne  Wrota  Fordoru.  Były  kilkakroć  wyższe  od  człowieka  i  pomalowane  na 

jaskrawoczerwono. Na obu połówkach widniał napis WYJŚCIE.

 - Wyłonią się stamtąd - wyjaśnił Arrowroot. - Rozwińmy nasz sztandar.

Goodgulf posłusznie wykonał polecenie, przywiązując białą szatę do kija.

 - Przecież to nie jest nasza chorągiew - zdumiał się Arrowroot.

 - Chcesz się założyć? - spytał Gimlet.

 - Lepszy już Sorhed niż rozbity łeb - stwierdził Goodgulf, przemieniając swój miecz w lemiesz.

Nagle Arrowroot wytrzeszczył oczy.

 - Patrzcie! - zawołał.

Na  czarnych  wieżach  załopotały czarne  flagi, a  wrota  otwarły się  jak  okropna  paszcza, wypluwając  swój ładunek 

zła. Wytoczyła  się  z niej armia, jakiej nie widział świat. Zza bramy wypadło sto tysięcy oszalałych norek wymachujących 

łańcuchami  rowerowymi  i łyżkami do opon,  za  nimi  zaślinione  dywizje  wyłupiastookich maszkar,  zidiociałych zombi i 

cierpiących  na  nosaciznę  wilkołaków.  U  ich  boku  maszerowało  osiem  tuzinów  ciężkozbrojnych  gryfów,  trzy  tysiące 

idących  gęsiego  mumii  i  kolumna  zmotoryzowanych  bałwanów  na  bobslejach;  a  ponadto  sześć  kompanii  morderczych 

dżinów,  osiemdziesięciu  oszalałych  z  pragnienia  wampirów  w  białych  krawatach  i  Upiór  z  Opery.  Nad  nimi  niebo 

pociemniało  od  czarnych  sylwetek straszliwych pelikanów,  much  wielkości  ciężarówki  oraz  Rodana  -  Ptaka  Śmierci. Z 

portali  wylewały  się  kolejne  zastępy  nieprzyjaciół  w  różnych  postaciach  i  rozmiarach,  włącznie  z  sześcionogim 

diplodokiem, Potworem  z  Loch  Ness, King Kongiem, Godzillą,  Potworem z  Czarnej Laguny,  Bestią  o  Tysiącu  Oczach, 

Mózgiem z  Planety Arous, trzema podgromadami ogromnych owadów, Rzeczą, Tym, Ona, Nimi oraz  Plazmą. Tupot ich 

nóg mógłby obudzić zmarłego, gdyby ci nie zamykali pochodu.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

46 / 48

background image

 -  Baczcie  - ostrzegł Stomper. - Nieprzyjaciel nadciąga. Goodgulf  żelazną  dłonią  chwycił go za rękaw, a  pozostali 

przycisnęli się do nich w ostatnim, drżącym pożegnaniu przed nadchodzącą rzezią.

 - No, my mófycz pa - pa - powiedziała Eorache, miażdżąc Arrowroota w ostatnim, czułym uścisku.

 - Żegnajcie - wyrzęził Arrowroot. - Umrzemy jak bohaterowie.

 - Może - zaszlochał Moxie - spotkamy się w jakimś lepszym miejscu.

 - To nie będzie trudne - przytaknął Pepsi, spisując ostatnią wolę.

 - Na razie, pokurczu - rzekł Legolam do Gimleta.

 - Do widzenia, świrze - odparł krasnolud.

 - Baczcie! - wykrzyknął Arrowroot, podnosząc się z klęczek.

 - Jeżeli powie to jeszcze raz - mruknął Gimlet - sam go wypatroszę.

Jednak oczy  wszystkich  skierowały się  tam, gdzie  wskazywał  drżący  paluch króla - Strażnika. Niebo zasnuło  się 

jasnym, purpurowobrązowym smogiem, a nagły podmuch wichru przyniósł dziwne pobekiwanie, wydawane przez niektóre 

Pierścienie, kiedy oddaj ą  ducha. Czarne szeregi zwolniły marsz, przystanęły i zaczęły się cofać. Nagle  w górze  podniósł 

się rozpaczliwy  krzyk i czarne  pelikany  zaczęły spadać  z  nieba, a  ich Czarni Jeźdźcy rozpaczliwie  targali wodze. Hordy 

norek wrzasnęły, rzuciły łyżki do opon i co sił w nogach pomknęły w kierunku otwartej bramy. Kiedy jednak norki oraz ich 

pokryci łuskami sprzymierzeńcy wrócili za mury, nagle - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - zmienili się w kupki 

czosnku. Straszliwa armia zniknęła i pozostało po niej tylko kilka białych myszek oraz rozmiękła dynia.

 - Nie masz już armii Sorheda! - zawołał Arrowroot, w lot pojmując sytuację.

Nagle  czarny  cień  przeleciał nad równiną.  Podniósłszy  głowy, ujrzeli, jak wielki różowy  orzeł  kołuje  nad  polem 

bitwy, podchodzi  do lądowania  i  wykonuje  prawidłowe  trzypunktowe  przyziemienie,  przynosząc  dwóch  obdartych, lecz 

znajomych pasażerów.

 - Frito! Spam! - zawołała cała siódemka.

 - Goodgulf! Arrowroot! Moxie! Pepsi! Legolam! Gimlet! Eorache! - zakrzyknęły chochliki.

 - Skończcie z tym - warknął Gwahno Pan Wichrów. - Już mam opóźnienie.

Reszta kompanii wraz Eorache z ulgą wdrapała się na szeroki grzbiet orła, nie mogąc się doczekać, kiedy zobaczą 

Minas  Troney.  Wielki  ptak  śmignął  po  równinie  i  otrząsnąwszy  trochę  lodu  z  piór  ogona,  niezgrabnie  wzbił  się  w 

powietrze.

 - Zapiąć pasy - ostrzegł Gwahno, oglądając się przez skrzydło na Arrowroota - i korzystać z  papierowych torebek. 

Po to one są, koleś.

Wędrowcy, znów razem, poszybowali wysoko w niebo i chwycili sprzyjający zachodni wiatr, który w kilku krótkich 

powiewach zaniósł ich nad piękne miasto Minas Troney.

 - Mamy dziś miły wiatr w ogon - mruknął Gwahno. Przeciążony orzeł złożył skrzydła i wylądował awaryjnie przed 

samą bramą siedmiopierściennego miasta.

Znużeni, lecz zadowoleni wędrowcy zeszli z ptasiego grzbietu i przyjęli radosne owacje zebranych tłumów, które ze 

łzami  w  oczach  obsypywały  ich  opakowaniami po papierosach  i chrupkach. Jednak Arrowroot nie  zwracał uwagi  na  te 

wiwaty; nadal korzystał ze  swojej torebki. Pomimo to grupka  przystojnych elfek dopadła cierpiącego Strażnika i nałożyła 

mu pyszną koronę z czystego aluminium wysadzanego lśniącymi szkiełkami.

 - To korona! - zawołał Frito. - Korona Lafressera!

Wtedy elfowe  ślicznotki  wepchnęły  Stomperowi  w  dłoń  obtłuczone  berło  i zarzuciły  mu na  ramiona  wyszywaną 

błyskotkami  królewską  szatę.  Arrowroot  otworzył  usta,  lecz  korona  zsunęła  mu  się  z  czoła,  kneblując  usta  i 

uniemożliwiając wygłoszenie powitalnej przemowy. Rozradowane tłumy uznały to za dobry omen i rozeszły się do domów. 

Arrowroot  obrócił się  do  Frita  i rozpromienił. Frito skłonił się  nisko  na  to nieme  podziękowanie,  lecz  wciąż  marszczył 

brwi, myśląc o czymś innym.

  -  Zniszczyłeś  Wielki  Pierścień,  zaskarbiając  sobie  wdzięczność  całego  Śródziemia  Dolnego  -  rzekł  Goodgulf, 

poklepując wesoło sakiewkę Frita. - Za twój heroizm spełnię jedno twoje życzenie. Proś, o co chcesz.

Frito stanął na palcach i szepnął coś do ucha dobrego starego czarodzieja.

 - Kawałek dalej, po lewej - wskazał mu Goodgulf. - Na pewno trafisz.

I  tak Wielki Pierścień  został  zniszczony, a  moc  Sorheda  złamana  na  zawsze. Arrowroot  z  Arrowshirt  i  Eorache 

wkrótce  wzięli  ślub, a  stary  Czarodziej  przepowiedział, że  niebawem ośmiu  potomków w  monoklach i  hełmach zacznie 

łamać  pałacowe meble. Zadowolony z wróżby król uczynił Goodgulfa Czarodziejem bez Teki w nowo podbitych ziemiach 

Fordoru  i wyznaczył mu spory fundusz  reprezentacyjny, o  ile  stary oszust nie  zechce  wrócić  do  Twodoru. Krasnoludowi 

Gimletowi  Arrowroot  sprzedał  po  cenie  złomu  nadwyżki  machin  wojennych  Sorheda;  Legolamowi  dał  prawo 

przemianować Chikken Noodul na “Ringland" oraz koncesję na handel pamiątkami w Otchłaniach Zazu. I wreszcie, cztery 

chochliki obdzielił Królewskim Uściskiem Dłoni oraz biletami na przelot w jedną stronę na grzbiecie Gwahno do Bagna. O 

Sorhedzie  zaginął  wszelki  słuch,  a  gdyby  wrócił,  Arrowroot  obiecał  go  ułaskawić  i  dać  kierownicze  stanowisko  w 

wojskowych  laboratoriach  badawczych  Twodoru. O  Ballhogu  i  Stuporze  również  niewiele  słychać,  chociaż  miejscowi 

plotkarze twierdzą, iż za kilka stuleci odbędzie się ich ślub.

STRASZLIWE ZAKOŃCZENIE

Niedługo  po  koronacji  Stompera  Frito,  jeszcze  odziany  w  wystrzępiony  płaszcz  elfów,  ze  znużeniem  truchtał 

znajomą  krowią ścieżką  do  Bug  Endu. Lot był krótki i  oprócz  kilku obszarów  podwyższonej turbulencji oraz  zderzeń ze 

stadami migrujących flamingów, przebiegł zupełnie spokojnie.

W Chochlikowie  panował  straszny bałagan. Sterty  nie  wywiezionych  śmieci  zalegały  błotniste  ulice, a  niesforna 

chochlikowa  dzieciarnia  zdołała  zapaskudzić  wszystko dookoła;  nikt nie  pofatygował  się  posprzątać  po  przyjęciu Dilda. 

Frito z dziwną przyjemnością stwierdził, że tak mało się zmieniło podczas jego nieobecności.

 - Wyjeżdżałeś? - zachrypiał znajomy głos.

 -  Tak -  odparł Frito, opluwając starego Wargacza  w tradycyjnym chochlikowym powitaniu. - Wracam do domu z 

Wielkiej Wojny. Zniszczyłem Wielki Pierścień i pokonałem Sorheda, niegodziwego władcę dalekiego Fordoru.

 - Akurat - prychnął Wargacz, starannie szukając  czegoś w nosie, - Zastanawiam się, skąd ci się biorą te poronione 

pomysły.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

47 / 48

background image

Frito  wszedł  do  swojej  nory,  brnąc  do  drzwi  przez  sterty  korespondencji  i  butelek  z  mlekiem.  Znalazłszy  się 

wewnątrz, bezskutecznie  przeszukał lodówkę  i poszedł do swojej jaskini, aby rozpalić  ogień. Potem cisnął w kąt płaszcz 

elfów i z  westchnieniem  ulgi  opadł w  miękki fotel. Wiele  widział, a teraz  był w domu. W tym momencie usłyszał ciche 

pukanie do drzwi.

  -  Do  licha  -  mruknął, wyrwany  z  zadumy.  -  Kto  tam? Nie  było  odpowiedzi; tylko kolejne, bardziej natarczywe 

pukanie.

 - Dobra, dobra, już idę!

Frito podszedł do drzwi i otworzył je.

Na progu ujrzał dwadzieścia trzy grające na lirach nimfy w przezroczystych spodniumach, skulone w złotym kanoe 

unoszącym się na chłodnej mgle ze stu gaśnic przeciwpożarowych, z załogą złożoną z tuzina podchmielonych koboldów w 

błyszczących  koszulach  i  obszywanych  frędzlami  spodniach. Przed  Fritem  stała  dwunastostopowa  zjawa  w  czerwonej 

satynie, wyszywanych klejnotami  butach  do konnej jazdy, dosiadająca  opasłego, blado -  niebieskiego jednorożca. Wokół 

trzepotały  skrzydlate  żaby,  miniaturowe  walkirie  oraz  latający  kaduceusz.  Wysoka  postać  wyciągnęła  do  Frita 

sześciopalczastą  dłoń, w  której trzymała  bransoletę  identyfikacyjną  z  dziwnymi znakami, wyraźnie  emanującą  złowrogą 

siłę.

 - O ile wiem - rzekł poważnie przybysz - podejmujesz misje.

Frito  zatrzasnął  drzwi  przed  nosem  zdziwionego  widma,  zaryglował  je,  zabarykadował  i  zamknął,  na  wszelki 

wypadek  połykając  klucz. Potem wrócił do  kominka  i  zapadł w  miękki fotel. Zaczął rozmyślać  o czekających  go latach 

cudownej nudy. Może ajmie się układankami.

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY - Nuda Pierścieni

48 / 48