background image

   WSTĘP 
  W polskiej literaturze historycznej, zarówno pięk-
nej, jak i popularnonaukowej, temat wypraw krzyżo-
wych nie był zbyt często poruszany. Jest to o tyle 
dziwne, ponieważ nie tylko pierwsza krucjata, ale rów-
nież cała trwająca dwa stulecia epopeja krzyżowa sta-
nowią niezwykle barwną panoramę dziejów muzuł-
mańskiego Wschodu, chrześcijańskiej Europy i Bizan-
cjum. Być może jakimś wytłumaczeniem tego stanu 
rzeczy może być to, iż udział Polaków w krucjatach był 
ograniczony i sprowadzał się w zasadzie do uczestnic-
twa w nich pojedynczych rycerzy i możnowładców. 
  W literaturze pięknej poczesne miejsce zajmuje try-
logia Zofii Kossak‒Szczuckiej: Krzyżowcy, Król trę-
dowaty, Bez oręża, 
której pierwsza część poświęcona 
jest pierwszej wyprawie krzyżowej. Autorka, krytycz-
nie analizując dostępne źródła i opracowania, napisała 
dzieło  urzekające  barwnością,  dramaturgią,  prawdą              
o człowieku średniowiecza i jego skomplikowanej psy-
chice popychającej go do czynów wspaniałych, boha-
terskich, ale i ohydnych, choć w wielu momentach fak-
ty historyczne wyretuszowała lub wręcz „nagięła”. 
  Wśród przekładów czołową pozycję zajmuje bez 
wątpienia trzytomowe dzieło Stevena Runcimana Dzie-
je wypraw krzyżowych. 
Właśnie przede wszystkim na 
nim się oparłem pisząc swoją książkę. Opracowanie 
Runcimana jest wynikiem wieloletnich badań nad źró-
dłami do wypraw krzyżowych: łacińskimi, greckimi, 
arabskimi, ormiańskimi, syryjskimi. Spośród nich dwa: 
Aleksjada  Anny Komneny, jedyne ważne źródło grec-

background image

kie dotyczące pierwszej krucjaty, oraz anonimowe Ge-
sta Francorum et aliorum Hierosolimitorum 
-  jedno              
z podstawowych źródeł  łacińskich, doczekały się pol-
skich wydań. Właśnie z nich pochodzi wiele cytatów 
zamieszczonych w  Jerozolimie 1099. Oprócz wymie-
nionych książek duże znaczenie mają: kronika Raj-
munda z Aquileres, kapelana Rajmunda z Tuluzy, Hi-
storia Francorum qui ceperunt Jerusalem, 
oraz dzieło 
Fulchera z Chartrers, kapelana Baldwina z Boulogne, 
Gesta Francorum Jherusalem peregrinantium. Najpeł-
niejszy obraz pierwszej krucjaty daje zaś napisane oko-
ło 1130 r. dzieło Alberta z Akwizgranu, Liber Christa-
nae expeditionis pro ereptione, emundatione et restitu-
tione Sanctae Hierosoly Ecclesiae. 
Mimo wielu zmyś-
leń i przeinaczeń praca ta zawiera wiele cennych uwag, 
informacji i opisów. 
  Spośród źródeł ormiańskich i syryjskich należy wy-
różnić  Kronikę Mateusza z Edessy, obejmującą dzieje 
Syrii od 912 do 1136 r. Źródła arabskie do czasów 
współczesnych zachowały się jedynie w niewielkich 
fragmentach i ich znaczenie dla odtworzenia dziejów 
pierwszej wyprawy krzyżowej jest stosunkowo nie-
wielkie. 
  Czytelników pragnących dokładniej prześledzić ze-
staw źródeł do pierwszej i następnych wypraw krzyżo-
wych oraz opracowań, na których oparł się Runciman, 
odsyłam do lektury zamieszczonego w jego dziele 
Aneksu I oraz bibliografii. 

background image

 

 

NA STYKU DWÓCH ŚWIATÓW 

  Przyczyny wypraw krzyżowych narodziły się tego 
samego dnia, w którym zwycięski kalif Umar na czele 
swojej armii wkraczał do Jerozolimy. Był rok 638. 
Arabowie w zdobywczym marszu przez Azję i Afrykę 
sięgnęli po miasta Syrii i Palestyny, wśród nich naj-
ważniejsze dla chrześcijaństwa - Jerozolimę, Betlejem, 
Nazaret. Cesarz bizantyjski Herakliusz, gdy dotarły do 
niego wieści o klęsce jego armii w bitwie z Arabami            
i utracie bogatej prowincji, wyrzekł prorocze słowa: 
„Żegnaj Syrio, żegnaj na długo”. 
  Po pierwszym wstrząsie, jaki przyniósł arabski 
podbój, bliskowschodni chrześcijanie skonstatowali, że 
ich sytuacja nie zmieniła się bynajmniej na gorsze. Im 
oraz Żydom pozwolono zatrzymać miejsca kultu i ko-
rzystać z nich bez żadnych przeszkód. W sferze podat-
kowej zaś, dla wielu bardziej istotnej niż kwestie wiary, 
sytuacja wręcz się poprawiła. Nałożony na chrześcijan 
podatek pogłówny, tzw. dżizja, był o wiele mniej uciąż-
liwy od ciężarów ponoszonych przez nich za czasów 
bizantyjskich. W rzeczywistości więc chrześcijanie sy-
ryjscy i palestyńscy przez kilka następnych stuleci nie 
mieli wielu powodów, aby tęsknić do władzy basileu-
sów. „Chrześcijanie nie mieli więc powodu do narze-
kań na triumf islamu. Mimo sporadycznych prześlado-
wań i kilku upokarzających przepisów wiodło się im 
lepiej niż za cesarzy chrześcijańskich. Panował większy 
porządek. Handel prosperował, a podatki były niższe. 
Ponadto przez większą część VIII wieku cesarz chrześ-
cijański był heretykiem, ikonoklastą, prześladowcą 

background image

wszystkich  ortodoksów  greckich,  którzy oddawali 
cześć świętym wizerunkom. Dobrym chrześcijanom ży-
ło się lepiej pod rządami niewiernych”. 
  Sytuacja taka trwała do końca panowania dynastii 
Umajjadów, władców tolerancyjnych, o szerokich ho-
ryzontach umysłowych, oraz za rządów Abbasydów. 
Jeszcze w IX wieku patriarcha Jerozolimy pisząc do pa-
triarchy konstantynopolitańskiego stwierdził, że władze 
muzułmańskie „są sprawiedliwe i nie czynią nam zła 
ani gwałtu”. Wraz z upadkiem Abbasydów na początku 
X wieku Bliski Wschód stał się widownią dramatycz-
nych wydarzeń. Powstałe na gruzach sułtanatu bag-
dadzkiego państewka zaczęły się wzajemnie wynisz-
czać, ułatwiając tym samym Bizantyjczykom podjęcie 
kontrofensywy. Dwaj kolejni cesarze, Nicefor Focas 
oraz jego zabójca i spadkobierca zarazem Jan Tzi-
miskes, w latach 960‒975 przeprowadzili wiele bły-
skawicznych kampanii opanowując Syrię i część Pale-
styny, jednak bez Jerozolimy. Różniły się one od 
wszystkich poprzednich pod względem ideologicznym. 
O ile wcześniejsze wojny, czy to przeciwko niewier-
nym Arabom, czy przeciwko ochrzczonym Bułgarom, 
traktowano bez różnicy, o tyle teraz walkom o wyzwo-
lenie wschodnich chrześcijan zaczęto nadawać  święty 
charakter. Nicefor i Jan zaczęli głosić, iż prowadzą 
wojny dla chwały chrześcijaństwa, oswobodzenia jego 
świętych miejsc i zniszczenia islamu. W liście Jana 
Tzimiskesa do króla Armenii pojawiło się zdanie: „[...] 
naszym pragnieniem było uwolnienie Świętego Grobu 
od obelżywości muzułmanów”. 

background image

  Następca Jana, Bazyli II, zwany Bułgarobójcą, nie 
kontynuował jednak ekspansji na Wschodzie i zawarł             
z kalifem fatymidzkim rozejm, który utrzymał się bez 
większych wstrząsów przez następnych kilkadziesiąt 
lat. 
  W latach 1004‒014 chrześcijanie syryjscy i pale-
styńscy przeżyli okres prześladowań przez kalifa Al-
Hakima, syna chrześcijanki, a ponadto wiele lat wy-
chowywanego przez chrześcijańskich nauczycieli! Ka-
lif - w meandry jego skomplikowanej psychiki i przy-
czyny, dla których tak bardzo znienawidził chrześcijan, 
wchodzić tu nie będziemy - w 1009 r. rozkazał między 
innymi zburzyć Kościół Świętego Grobu. Pięć lat póź-
niej muzułmanie spalili lub ograbili 30 000 kościołów! 
Wielu chrześcijan zostało zmuszonych do zmiany wia-
ry. 
  Prześladowania ustały jeszcze za życia Al‒Hakima, 
który z kolei stał się nieznośny dla swoich współwy-
znawców. Teraz dla chrześcijan nadeszły dobre czasy. 
Fatymidzi, którzy w 1029 r. odzyskali pełną władzę nad 
Palestyną, zezwolili im na odbudowę kościołów i swo-
bodne pielgrzymowanie do świętych miejsc. Jerozolima 
i miasta syryjskiego wybrzeża znów zaroiły się od lud-
ności chrześcijańskiej. „W połowie XI wieku chrześci-
janom palestyńskim wiodło się więc wyjątkowo do-
brze. Władze muzułmańskie odnosiły się do nich ła-
godnie, cesarz troskliwie dbał o ich interesy. Handel 
przeżywał okres rozkwitu, rosła wymiana z chrześci-
jańskimi krajami zamorskimi. I nigdy jeszcze Jerozoli-
ma nie cieszyła się tak gorącym afektem i tak wielkim 

background image

bogactwem, pielgrzymi z Zachodu przywozili bowiem 
hojne dary”. 
  Przez większą część XI wieku na Wschód płynął 
strumień pątników. Byli to ludzie różnych stanów,            
w różnym wieku, od dzieci po starców, kobiety i męż-
czyźni. Przemierzali drogę, która zdawała się nie mieć 
końca, w gromadach liczących często po kilka tysięcy 
osób. Zatrzymywali się w Konstantynopolu, najwięk-
szym i najbogatszym mieście ówczesnego świata, by 
podziwiać jego przepych i ujrzeć wszystkie znajdujące 
się tam relikwie. Stamtąd podążali do Palestyny, żeby 
zwiedzić święte miejsca: sanktuaria Jerozolimy, Naza-
ret, Betlejem, górę Tabor, zanurzyć się w wodach Jor-
danu. W ojczystych krajach witano ich z należną czcią 
jako pielgrzymów Chrystusowych, którzy dokonali rze-
czy wielkiej i wspaniałej, odbywając najświętszą ze 
wszystkich podróży. 
  Pielgrzymki mogły w sposób niezakłócony podążać 
na Wschód pod warunkiem, że na terenach Azji Mniej-
szej i Bliskiego Wschodu panować będzie spokój. Tak 
się działo do połowy XI wieku. Nową siłę, która poja-
wiła się na politycznej scenie tego rejonu świata, byli 
Turcy seldżuccy. Ich książęta stanowili grupę awantur-
ników pochłoniętych ciągłymi walkami o władzę, nie-
nawidzących się wzajemnie, ale potrafiących w imię 
nadrzędnego rodowego interesu zjednoczyć się i wy-
stąpić przeciwko wspólnemu wrogowi. Pod tym wzglę-
dem byli bardzo podobni do synów normandzkiego 
wodza Tankreda de Hauteville’a, wśród których był 
słynny Robert Guiscard. Jednakże w przeciwieństwie 

background image

do nich dysponowali o wiele większym potencjałem 
militarnym, mogąc się oprzeć na licznych hordach 
Turkmenów. 
  W 1055 r. przywódca Seldżuków, Tughril Beg, po 
wkroczeniu do Bagdadu uzyskał  świecką władzę nad 
wszystkimi  krainami, które  podlegały religijnemu 
zwierzchnictwu kalifa. Tughril Beg tylko raz, w 1059 
r., zaatakował Cesarstwo. Jego następca, Alp Arslan, 
nie był już tak powściągliwy. Od połowy lat sześćdzie-
siątych Turcy seldżuccy zaczęli systematycznie najeż-
dżać ziemie Bizancjum, które przeżywając głęboki kry-
zys militarny spowodowany błędną polityką Konstan-
tyna X nie potrafiło postawić skutecznego oporu. 
  Kampania 1071 r., prowadzona przez cesarza Ro-
mana Diogenesa dla odzyskania Armenii, zakończyła 
się katastrofą. W bitwie pod Mantzikertem jego liczna, 
ale sklecona naprędce i słaba jakościowo armia została 
rozbita przez wojska Alp Arslana. Ranny cesarz dostał 
się do niewoli. Klęska pod Mantzikertem, największa w 
całych dziejach Bizancjum, wstrząsnęła Cesarstwem, 
krusząc jego wojskową potęgę. W konsekwencji sta-
nowiła jedną z bezpośrednich przyczyn, które spowo-
dowały krucjatę. „W oczach późniejszych krzyżowców 
Bizantyjczycy utracili na polu tej bitwy zaszczytny ty-
tuł obrońców chrześcijaństwa. Mantzikert uzasadniał 
konieczność interwencji Zachodu”. 
  Dwudziestoletni okres po bitwie pod Mantzikertem 
w historii Bizancjum zapisał się pasmem intryg, skryto-
bójstw, zdrad i buntów. Powstały zamęt wykorzystali 
Turcy. Angażując stosunkowo niewielkie siły i umie-

background image

jętnie wykorzystując wewnętrzne walki pomiędzy pre-
tendentami do tronu cesarskiego stopniowo opanowali 
niemal całą Azję Mniejszą. Sulajman Ibn Kutulmisz za 
siedzibę swojego sułtanatu obrał leżącą na przedpolu 
Konstantynopola Nikeę. 
  Gdy w 1081 r. na tronie bizantyjskim zasiadł Alek-
sy I Komnen, jeden z największych mężów stanu tam-
tych czasów, stan jego państwa był rozpaczliwy. Cesar-
stwo niebezpiecznie „skurczyło się” w swoich grani-
cach, atakowane jednocześnie przez Turków, Słowian            
i Normanów Roberta Guiscarda. W Azji, poza Antio-
chią, w rękach Bizantyjczyków pozostały jedynie 
skrawki wybrzeża Morza Czarnego i izolowane miasta 
nad Morzem Śródziemnym. Spośród licznych książąt 
seldżuckich - wasali Sulajmana lub Malikszacha, syna 
Alp Arslana, którzy rozciągnęli swą władzę nad rozle-
głymi terytoriami Syrii i Azji Mniejszej - do najwięk-
szego znaczenia doszli Mangudżak, władca Kolonei, 
władca Smyrny Czaka, kontrolujący wybrzeże Morza 
Egejskiego, oraz Daniszmendzi, w których rękach po-
zostawały między innymi Cezarea, Sebastea i Amasea. 
Palestyna z Jerozolimą od 1079 r. stała się domeną Tu-
tusza Ibn Alp Arslana. Namiestnikiem Świętego Miasta 
został jego dowódca Artuk Ibn Aksak. 
  W roku 1085 Aleksy I przeszedł do kontrofensywy. 
Zręcznie prowadzona dyplomacja przyniosła mu o wie-
le więcej korzyści niż siła oręża. Posługując się konse-
kwentnie metodą intryg cesarz umiejętnie wygrywał 
jednych władców tureckich przeciwko drugim i elimi-
nował kolejnych wrogów Cesarstwa. Jako pierwszy 

background image

odpadł Sulajman Ibn Kutulmisz, zabity w bitwie z woj-
skami Tutusza. W 1092 r. syn Sulajmana, Kilidż 
Arslan, za poduszczeniem cesarza dokonał skrytobój-
czego zabójstwa Czaki, najgroźniejszego chyba spośród 
wszystkich seldżuckich książąt. Śmierć Czaki zbiegła 
się w czasie ze zgonem Malikszacha. 
  W tym momencie gmach seldżuckiego imperium 
zaczął się chwiać w posadach. Z jednej strony synowie 
Malik-szacha rozpoczęli zażartą wojnę domową o wła-
dzę, z drugiej zewsząd zaatakowali wrogowie ze-
wnętrzni. Doszło do walki niemal wszystkich ze 
wszystkimi. Z południa wyszło uderzenie Fatymidów 
przeciwko Palestynie. Na północnym wschodzie atabeg 
Mosulu z ramienia kalifa abbasydzkiego, Kerbuga, roz-
począł aneksję ziem Ridwana z Aleppa, brata Dukaka             
z Damaszku i syna Tutusza. „Ówczesnym podróżnym 
wydawało się, że każde tamtejsze miasto ma innego 
władcę”. 
  Istniejący zamęt niedobrze służył pątnikom ciągną-
cym do Jerozolimy i jeszcze gorzej rokował na przy-
szłość. Pielgrzymi powracający z Palestyny przekazy-
wali  dramatyczne  relacje  o  swoich  przeżyciach. 

               

W świadomości ludzi Zachodu szybko rosło przekona-
nie o śmiertelnym zagrożeniu najświętszych sanktua-
riów chrześcijaństwa. 
  Idea wyprawy krzyżowej do Azji w obronie świę-
tych przybytków i zapewnienia bezpieczeństwa piel-
grzymów, ale również z myślą o realizacji o wiele waż-
niejszego, strategicznego celu Kościoła, narodziła się 
już w umyśle papieża Grzegorza VII (Hildebranda). 

background image

„[...] Dowiedział się również o sytuacji w Azji Mniej-
szej. Stanowiła ona poważne zagrożenie dla ruchu piel-
grzymiego. Wprawdzie Palestyna nadal była dostępna 
dla pątników, jednak stało się jasne, że jeżeli nie położy 
się tamy inwazjom Turkmenów, podróż przez Anatolię 
stanie się wkrótce niemożliwa. Z wyobraźnią prawdzi-
wego męża stanu Grzegorz od razu wytyczył nowy kie-
runek polityki papieskiej. Świętą wojnę, która tak po-
myślnie rozwijała się w Hiszpanii, należy rozszerzyć na 
Azję Mniejszą. Bizantyjscy przyjaciele papieża potrze-
bują pomocy wojskowej. Wyśle im armię rycerzy 
chrześcijańskich pod rozkazami Kościoła. Zważywszy, 
że w tym przypadku istnieje konieczność rozwiązania 
pewnych problemów religijnych, na czele rycerstwa 
zachodniego stanie sam papież. Kiedy wojska papieskie 
wypędzą niewiernych z Azji Mniejszej, zwoła sobór              
w Konstantynopolu, na którym chrześcijanie wschodni 
z wdzięczną pokorą wyrzekną się jałowych waśni                    
i uznają zwierzchnictwo Rzymu.” Grzegorz VII nie 
zdążył jednak wprowadzić w życie swoich ambitnych 
planów. Trzy lata po jego śmierci, w roku 1088, papie-
żem został kardynał Ostii Odon de Lagery pod imie-
niem Urbana II. Po umocnieniu swojej pozycji (Urban 
musiał zwalczać wpływy antypapieża Guiberta) do-
prowadził on do unormowania stosunków z Kościołem 
wschodnim. Od połowy stulecia, a szczególnie podczas 
pontyfikatu Grzegorza VII, były one bardzo napięte. 
Spory ideologiczne i próby narzucenia przez papiestwo 
swojej woli Kościołowi wschodniemu spowodowały 

background image

realną groźbę całkowitego zerwania wzajemnych kon-
taktów przez oba Kościoły. 
  W 1090 r. Aleksy I przysłał do Urbana II posel-
stwo, w którym zapewniał o swej przyjaźni i chęci ści-
słej współpracy. Również hierarchowie Kościoła grec-
kiego dali wyraz swojego przyjaznego nastawienia. 
Teofiklakt, arcybiskup Bułgarii, autor traktatu O błę-
dach łacinników, 
w swoich pismach i wypowiedziach 
zdecydowanie umniejszał przyczyny tarć i nieporozu-
mień pomiędzy obydwoma Kościołami i nie uważał 
schizmy zapoczątkowanej jeszcze w 1054 r. za osta-
tecznie dokonaną. Jego zdaniem nie istniały dostatecz-
ne powody, by miało dojść do trwałego rozłamu w Ko-
ściele chrześcijańskim. 
  Pięć lat później Urban II wezwał przedstawicieli 
Kościoła zachodniego na pierwszy za swego pontyfika-
tu synod wyznaczony w marcu w Piacenzie. Zjechali 
tam również posłowie Aleksego I. Cesarz wysłał ich, 
aby uzyskali zgodę i poparcie w sprawie pomocy 
zbrojnej Zachodu dla Bizancjum. Pomyślnie rozpoczęte 
kampanie przeciwko Seldżukom mogły doprowadzić 
do całkowitego ich zniszczenia jedynie pod warunkiem 
wzmocnienia cesarskiej armii. Odpowiednio liczne po-
siłki Franków, których kontyngenty walczyły już                  
w służbie basileusów, rozwiązałyby ten problem. 
  Posłom Aleksego I pozwolono wygłosić przemó-
wienie. „Mowy Bizantyjczyków nie zachowały się do 
naszych czasów. Wydaje się jednak, że pragnąc prze-
konać audytorium o chwalebności służby dla cesarza, 
ambasadorzy położyli główny nacisk na cierpienia 

background image

chrześcijan wschodnich, które będą ich udziałem, do-
póki nie przepędzi się niewiernych z tych obszarów. 
Jeżeli Kościół miał swą powagą poprzeć akcję werbun-
kową, to wabienie ochotników wysokim żołdem wy-
dawało się niewystarczające. Zaapelowanie do obo-
wiązku chrześcijańskiego stanowiło argument znacznie 
bardziej przekonywający”. 
  Wystąpienie Greków uczyniło na wszystkich wiel-
kie wrażenie. Nieliczni jednak dojrzeli w ich propozycji 
to, co natychmiast objął swym wybitnym umysłem 
Urban II możliwość zainicjowania potężnego ruchu 
społecznego i religijnego w ramach świętej wojny                   
i wyciągnięcia dzięki niemu wielu korzyści przez pa-
piestwo. Udana krucjata mogła mu zapewnić dominu-
jącą rolę w Kościele katolickim, pozwalając zrealizo-
wać dążenie do władzy uniwersalnej i podporządkowa-
nia sobie Kościoła wschodniego. Powszechna wyprawa 
do Azji pozwoliłaby także na pozbycie się z Europy, 
głównie z Francji i Włoch przeżywających akurat okres 
dynamicznego przyrostu ludności oraz gospodarczego 
rozkwitu, tych wszystkich niespokojnych żywiołów, za 
sprawą których trwały nie kończące się wojny domowe 
i zamieszki, niebezpieczne również dla kościelnych 
majątków... 
  Wprowadzenie we Francji zasady majoratu, w prak-
tyce odbierającej młodszym synom szlacheckim szansę 
możnowładczej kariery, postawiło do dyspozycji Urba-
na II tłumy rycerstwa, dla którego perspektywa zamor-
skiej wyprawy i zdobycia bogatych łupów wydać się 
musiała bardzo atrakcyjna. 

background image

  Do papieża należało już tylko umiejętnie wykorzy-
stać olbrzymi potencjał zarówno religijnego uniesienia                 
i zapału do świętej wojny, jak i naturalnego dążenia do 
uzyskania doczesnych dóbr. Obie te tendencje stanowi-
ły prawdziwą mieszaninę wybuchową. Właściwe po-
służenie się nią mogło przynieść nadzwyczajne efekty. 
 
 
 
 
 

 

background image

  

W PRZEDEDNIU KRUCJATY 

 

Urban II pojawił się we Francji w końcu lata 1095 r. 

Na pewien czas zatrzymał się w Le Puy. Stamtąd roze-
słał do biskupów francuskich i sąsiednich krajów pisma 
wzywające ich na listopadowy synod do Clermont. 
Podczas wędrówki przez Francję papież nie tracił cza-
su. Skrzętnie zbierał informacje i czynił wstępne przy-
gotowania do planowanej krucjaty. W Cluny, znanym 
opactwie Benedyktynów. Urban II rozmawiał z organi-
zatorami pielgrzymek do Jerozolimy. Dowiedział się od 
nich o trudnościach i niebezpieczeństwach, na jakie na-
rażeni bywają pątnicy podążający na Wschód. Z ich re-
lacji wynikało, iż w praktyce wszystkie drogi wiodące 
do Ziemi Świętej zostały zablokowane i jedynie wielka 
zbrojna wyprawa może zmienić ten stan rzeczy. 
  Jeszcze przed synodem doszło do spotkania papieża 
z hrabią Tuluzy i margrabią Prowansji, Rajmundem IV, 
zwanym powszechnie hrabią z Saint‒Gilles. Rajmund 
cieszył się sławą doświadczonego i szczęśliwego wo-
dza. Rozgłos przyniósł mu udział w krucjatach prze-
ciwko muzułmanom okupującym Hiszpanię. Urban II 
upatrzył sobie hrabiego na jednego z głównych uczest-
ników zamierzonej wyprawy. Od czasu pierwszego 
spotkania miał pozostawać z nim już w ścisłym kontak-
cie. 
  Synod w Clermont odbył się od 18 do 28 listopada. 
Wzięło w nim udział około 300 duchownych z całej 
Francji i z krajów zaalpejskich. W przeddzień zakoń-
czenia synodu wśród zebranych rozgłoszono, że papież 
zamierza złożyć niezwykłej wagi oświadczenie. Klasz-

background image

tor, w którym odbywały się sesje synodalne, nie zdołał 
pomieścić wszystkich zainteresowanych papieskim wy-
stąpieniem. Służba kościelna wyniosła tron Urbana II 
na zewnątrz klasztoru. Z wysokości podium ustawione-
go na rozległych błoniach papież przemówił do wielo-
tysięcznego tłumu złożonego z księży, rycerzy, miesz-
czan i wieśniaków. Nie zabrakło w nim również kilku 
współczesnych kronikarzy, którzy przekazali potom-
nym przybliżoną treść wystąpienia Urbana II. Swoje 
przemówienie rozpoczął on od przedstawienia straszli-
wej sytuacji, w jakiej znalazło się chrześcijaństwo 
wschodnie, zagrożone śmiertelnie przez Turków. Malu-
jąc obraz zniszczonych przybytków wiary i nieludzkich 
cierpień pątników, ukazując wizję profanacji Jerozoli-
my i Grobu Pańskiego papież zwrócił się z dramatycz-
nym apelem o ratowanie Romanii i Ziemi Świętej. 
Urban II podkreślił, iż zwraca się zarówno do bogatych, 
jak i do najuboższych. W zbożnym dziele, jakie wyzna-
czył im namiestnik Chrystusowy, ich rola miała być 
równa. W zamian za zaniechanie bratobójczych, niemi-
łych Bogu walk i wyruszenie na świętą wojnę przeciw-
ko profanom Krzyża mogą się spodziewać rozgrzesze-
nia po śmierci i dostatków za życia. Papież ze wzrusze-
niem w głosie mówił: „Bracia, wiele wam wypadnie 
cierpieć w imię Chrystusa: i nędzę, i biedę, niewygody, 
głód, pragnienie i inne tego rodzaju przykrości, jak to 
Pan powiedział do swych uczniów: nie wahajcie się iść 
przed ludźmi; daję wam głos i mowę, a następnie 
otrzymacie sowitą zapłatę”. Kończąc swoje wystąpienie 

background image

papież wezwał obecnych, by szykowali się do drogi 
wczesnym latem i polecił ich opiece Boga. 
  Słowa Urbana II wzbudziły niezwykły entuzjazm 
słuchaczy. Ludzie z pałającymi oczami i wypiekami na 
twarzach zaczęli bez opamiętania krzyczeć: Bóg  tak 
chce!
  (Deus le volt). Okrzyk, niczym huczący wodo-
spad rozchodził się po rozległych błoniach, powtarzany 
przez coraz to dalsze, nieprzebrane szeregi. Biskup Le 
Puy ukląkł przed papieskim tronem i poprosił Urbana II 
o zezwolenie na uczestnictwo w wyprawie. Momental-
nie znalazł setki naśladowców. Uniesienie osiągnęło 
apogeum, gdy kardynał Grzegorz odmówił Conjiteor,  
a tysięczne głosy powtarzały za nim treść modlitwy. 
Falujące morze głów u stóp papieża uzmysłowiło mu,  
z jak wielkim odzewem spotkało się jego wystąpienie. 
Żywiołowy entuzjazm tłumów należało jednak prze-
tworzyć na racjonalne, planowe działanie, które przy-
niosłoby jak największe korzyści. 
  Tymczasem Urban II z pewnym zdziwieniem skon-
statował, że pomimo obecności w Clermont sporej rze-
szy drobnego rycerstwa zabrakło wielmożów reprezen-
tujących wielkie francuskie rody. A właśnie od ich 
udziału w krucjacie uzależnione było militarne powo-
dzenie całego przedsięwzięcia. Upatrzony na wodza 
wyprawy biskup Le Puy - papież chciał w sposób jed-
noznaczny podkreślić tym wyborem, kto jest inicjato-
rem krucjaty i kto sprawuje nad nią kontrolę - mógł za-
pewnić jej stosowną rangę i prestiż, ale nie był w stanie 
osiągnąć wyznaczonego celu bez pomocy zbrojnych 
zastępów wielkich panów feudalnych. 

background image

  Aby usposobić ich jak najprzychylniej dla swoich 
planów, papież jeszcze raz zebrał biskupów i spowo-
dował podjęcie satysfakcjonujących go decyzji. Do 
wcześniejszych uchwał synodalnych dodane zostało 
postanowienie, w myśl którego Kościół miał otoczyć 
opieką mienie uczestników krucjaty. Łatwo się domy-
ślić, że chodziło głównie o najbogatszych pątników.    
Pod ich nieobecność właściwy terytorialnie biskup po-
winien zapewnić ochronę pozbawionym gospodarzy 
majątkom i zwrócić je później właścicielom w stanie 
nie uszczuplonym. 
  Zewnętrznym symbolem uczestnictwa w krucjacie 
miał być czerwony krzyż naszyty na ramieniu okrycia. 
Przyjęcie krzyża zobowiązywało do złożenia uroczy-
stego ślubowania wyruszenia do Jerozolimy. Złamanie 
tego postanowienia miało być karane ekskomuniką. 
Plastyczny, choć może nie w pełni zgodny z rzeczywi-
stością historyczną opis przyjmowania pierwszych 
krzyży znajdujemy w książce Zofii Kossak‒Szczuckiej 
Krzyżowcy: „[...] A w koło gęstwa ramion. Ile głów, ty-
le rąk. Wrzawa jak grzmot toczy się, kłębi nad polem. 
Biskupom ręce mdleją. Nie stało już dawno purpury. 
Na gołych deskach stoi Ojciec Święty. Z grodu ciągną 
giermki postawy sukna za suknem. Zrazu czerwone. 
Gdy czerwonych w kramach braknie - biorą inne. Wnet 
ludzie dzielą się nimi według kolorów. Więc ci, co 
mówią mową Franków, dostaną czerwone. Fryzy i Fla-
mandy zielone, Anglicy białe, Niemcy czarne, pozostali 
żółte. Niedługo nie stanie sukna w całym grodzie.                  

background image

Z uniesieniem usta ludzkie całują wycięty strzęp barwy, 
przypinają go na ramię drżącymi rękami”. 
  Trzy dni po zakończeniu synodu uczestnictwo           
w krucjacie zadeklarował pierwszy z wielkich francu-
skich możnowładców. Był nim Rajmund z Tuluzy. Ra-
zem z nim do Ziemi Świętej postanowiło wyruszyć 
wielu jego wasali. Tuluzę od Clermont dzieli znaczna 
odległość - w linii prostej jest to około 250 km - i nale-
ży przyjąć, iż hrabia postanowił wziąć krzyż nie pod 
wpływem wystąpienia papieża na synodzie, ale wsku-
tek wcześniej podjętej, przemyślanej decyzji. Rajmund 
liczył przy tym, że to jemu przypadnie w udziale do-
wództwo wyprawy i zdoła sobie podporządkować wy-
suniętego przez papieża kościelnego przywódcę. Sta-
nowisko takie rozmijało się jednak z koncepcją Urbana 
II. 
  Przykład Rajmunda z Saint‒Gilles podziałał na in-
nych baronów. Chęć wyruszenia do Jerozolimy wyrazi-
li między innymi: Hugon z Vermandois, brat króla 
francuskiego Filipa, Robert II flandryjski, Gotfryd                
z Bouillon, książę Dolnej Lotaryngii oraz jego bracia, 
Robert książę Normandii i jego szwagier Stefan z Blo-
is. Śluby krucjatowe złożyli liczni rycerze z Anglii, 
Szkocji i Hiszpanii. Z wielkim odzewem apel papieża 
spotkał się w Italii, szczególnie w jego południowych 
regionach, poddanych władzy książąt normańskich. 
Normanowie, od wielu już pokoleń żyjący w atmosfe-
rze ciągłych walk i podbojów, w planowanej wyprawie 
na Wschód ujrzeli szansę przeżycia kolejnej wojennej 
przygody. 

background image

  Oprócz Boemunda akces w krucjacie zgłosiło wielu 
jego krewniaków, wśród nich bratanek - Tankred, który 
pomimo młodego wieku miał odegrać podczas wypra-
wy wybitną rolę. Podobne jak i normańskie rycerstwo - 
najlepiej wyćwiczone i zahartowane w bojach spośród 
wszystkich oddziałów uczestniczących w krucjacie do 
Ziemi Świętej. 
  Przez cały rok 1096 idea krucjaty zyskiwała coraz 
większe rzesze zwolenników. Setki możnowładców              
i pomniejszych panów feudalnych złożyły śluby udania 
się do Jerozolimy. Wielu z nich zastawiało dobytek, 
aby uzyskać niezbędne środki finansowe na podróż. In-
ni poczynili zapisy na rzecz Kościoła, przekazując mu 
część, a nierzadko cały posiadany majątek w przekona-
niu, że już nigdy nie powrócą w rodzinne strony. Jed-
nym z najhojniejszych beneficjentów okazał się Raj-
mund z Saint‒Gilles. Przekazał on klasztorowi część 
dóbr rodowych. Hrabia przyczynił się także do zainte-
resowania wyprawą przez Genuę. Za jego radą Urban II 
zwrócił się do władz republiki z prośbą o dostarczenie 
okrętów, które zapewniłyby transport części sił krzy-
żowych i stały dowóz niezbędnego zaopatrzenia. Wielu 
mieszkańców śródziemnomorskiego portu zdecydowa-
ło się wziąć udział w krucjacie. 
  Jeszcze większe poruszenie hasło wyprawy do Je-
rozolimy wywołało wśród najniższych warstw społecz-
nych. Pospólstwo zareagowało w sposób żywiołowy             
i nie poddający się jakiejkolwiek kontroli. Ideę krucjaty 
propagowali wśród gminu głównie wędrowni mnisi, 
którzy okazali się o wiele skuteczniejsi od księży pro-

background image

wadzących akcję propagandową z wysokości ambon. 
Szczególna rola przypadła w tym względzie Piotrowi              
z Amiens, zwanemu Małym Piotrem lub Piotrem Pu-
stelnikiem (Eremitą) ze względu na stale noszoną pu-
stelniczą opończę. Piotr nie rozstawał się również                  
z osłem i był do niego zdumiewająco podobny. Chudy, 
mały, brzydki jak nieboskie stworzenie, przyodziany 
niczym nędzarz miał jednak Piotr niezwykły dar włada-
nia ludzkimi umysłami i poddawania swojemu autory-
tetowi wszystkich, którzy się z nim kiedykolwiek ze-
tknęli. Kronikarz Wibert z Nogent, osobiście znający 
Eremitę, niemal z czcią napisał o nim: „Cokolwiek 
rzekł lub uczynił, zdało się na wpół boskie”. 
  Piotr Eremita prawdopodobnie nie uczestniczył                  
w synodzie w Clermont, ale zapewne był dokładnie po-
informowany o jego przebiegu i zapadłych tam posta-
nowieniach. Już w ostatnich tygodniach 1095 r. rozpo-
czął wędrówkę przez krainy Francji, podczas której 
głosił  krucjatę.  Piotra  otaczała  grupa  wiernych 
uczniów, tak jak niegdyś apostołowie otaczali Chrystu-
sa. Byli wśród nich między innymi Walter Bez Mienia, 
Walter z Breteuil, Gotfryd Burel i Gotszalk, którzy                
w historii pierwszej krucjaty odegrać mieli tragiczną 
rolę. Swoich towarzyszy Piotr wysyłał do miast i wsi, 
do których sam nie mógł przybyć. Wszędzie gdzie się 
pojawili i przemówili do mieszkańców, dziesiątki, setki 
mężczyzn i kobiet z dziećmi oraz nierzadko z całym 
dobytkiem opuszczały swoje siedziby i podążały za Pu-
stelnikiem. 

background image

  Nie tylko wizja bogactw oczekujących na bajecznie 
zasobnym Wschodzie i perspektywa dokonania czynów 
miłych Bogu kazała tym ludziom udać się w daleką                 
i niebezpieczną podróż. Zresztą dla wielu z nich, pro-
stych wieśniaków, analfabetów o horyzoncie zawężo-
nym do własnej wsi lub najbliższego miasteczka, Jeru-
zalem wyśniona wydawała się być położona o dzień, 
może tydzień drogi w najgorszym razie. 
  Opuszczali miejsca, w których przyszli na świat             
i gdzie spędzili całe dotychczasowe życie, gdyż ich do-
la była nie do pozazdroszczenia. Z jednej strony chłopi 
byli narażeni na samowolę ze strony pana feudalnego, 
który przywiązywał ich do ziemi rozlicznymi obowiąz-
kami, a z drugiej żyli w ustawicznym strachu przed wo-
jenną zawieruchą i rozbójniczymi bandami dokonują-
cymi gwałtów i grabieży. Kościół, pomimo czynionych 
wysiłków, nie był w stanie udzielić im dostatecznej 
pomocy. 
  Rok 1094, oprócz normalnych utrapień, przyniósł 
dodatkową porcję nieszczęść. Niczym biblijni jeźdźcy 
Apokalipsy na udręczoną ludność północno ‒ zachod-
niej Europy spadła zaraza, susza i straszliwy głód, które 
ją zdziesiątkowały jak najokrutniejsza i długotrwała 
wojna. Deszcz meteorytów, jaki zaobserwowano wio-
sną 1095 r., został przyjęty jako zapowiedź niezwy-
kłych zdarzeń i wielkich ruchów migracyjnych. 
  Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały 
więc, że pora wyprawy do Ziemi Świętej jest najlepsza. 
„Oprócz motywacji ekonomicznych ważką rolę odegra-
ły nauki apokaliptyczne. Był to wiek wizjonerstwa,              

background image

a Piotr w powszechnym przekonaniu doświadczał wi-
zji. Człowiek średniowieczny żył w przeświadczeniu, 
że Powtórne Zstąpienie jest kwestią najbliższej przy-
szłości. Musiał okazać skruchę za grzechy, póki nie bę-
dzie za późno, musiał iść w świat, by czynić dobro. Ko-
ściół nauczał, że z grzechów można oczyścić się piel-
grzymką, a proroctwa głosiły, iż Ziemia Święta winna 
być wyzwolona przed ponownym nadejściem Chrystu-
sa. Co więcej, dla nieuczonych umysłów różnica mię-
dzy Jerozolimą a Nową Jerozolimą nie była zbyt jasna. 
Wielu słuchaczy Piotra wierzyło, że obiecuje on wy-
prowadzić z kraju łez do krainy mlekiem i miodem 
płynącej, o której wiedzieli ze słów świętych ksiąg. 
Czekała ich droga ciężka, będą musieli pokonać legio-
ny antychrysta. Ale celem ich była Jeruzalem Złocista”. 
  W Wielką Sobotę 12 kwietnia 1096 r. Piotr Pustel-
nik na czele nieprzebranych tłumów przybył do Kolo-
nii. Towarzyszyło mu około 15 000 ludzi. Pstrokata, 
rozkrzyczana ciżba rozlała się w murach miasta i jego 
najbliższej okolicy. Wśród zwolenników Piotra najwię-
cej było chłopów, którzy w drogę wyruszyli w towa-
rzystwie całych rodzin z dorobkiem życia załadowa-
nym na rozklekotane wozy. Naiwnie wierzyli, że Jero-
zolima, owo święte miasto z Grobem Pańskim, wyma-
rzona przez nich kraina szczęśliwości znajduje się co 
prawda daleko, może trochę dalej niż chrześcijańskie 
kraje Niemiec, ale przecież nie tak daleko, aby nie mie-
li wkrótce do niej dotrzeć. Może jeszcze nie latem, ale 
już na pewno przed zimą. Nieliczni rycerze towarzy-
szący Piotrowi z całą pewnością nie podzielali tych na-

background image

dziei. W najmniejszym stopniu ów problem zaprzątał 
zapewne uwagę wszelkiej szumowiny, jaka przyłączyła 
się do wyprawy. Różnego rodzaju wyrzutki społeczne, 
pospolici przestępcy i rozbójnicy grasujący na drogach 
dzisiejszej Francji ruszyli na wschód nie tylko pod 
wpływem religijnego uniesienia; krucjata stwarzała im 
jedyną w swoim rodzaju szansę uniknięcia czekającej 
ich kary, łatwego obłowienia się, a ponadto... zasłuże-
nia się Bogu!  
  W Kolonii, której okolice były zasobne w żywność 
i mogły wyżywić dodatkowe kilkanaście tysięcy przy-
byszów, Piotr Pustelnik wygłosił płomienne kazanie do 
Niemców propagując w nim ideę krucjaty. W odzewie 
przyłączyło się do niego kilka tysięcy nowych zwolen-
ników, w tym wielu rycerzy z mniej znamienitych ro-
dów. Jako pierwszy opuścił Kolonię Walter Bez Mie-
nia. Zaraz po świętach na czele kilku tysięcy Francu-
zów wyszedł z miasta i skierował się na szlak prowa-
dzący na Węgry. W ten sposób jego oddział stał się 
forpocztą głównej wyprawy, która zaczęła się za nim 
posuwać 20 kwietnia. Wzdłuż Renu, mijając Koblencję 
i Moguncję, następnie z biegiem Neckaru Walter dotarł 
do Dunaju, a ten doprowadził go do granicy węgier-
skiej. Przekroczył ją 8 maja. Król węgierski Koloman 
zadbał o sprawny transport krzyżowców przez swoje 
królestwo. W końcu maja sforsowali oni Sawę i znaleź-
li się w Bizancjum. Nim dotarli jednak do Kon-
stantynopola, doszło do kilku poważnych incydentów. 
  W Belgradzie i jego najbliższym  sąsiedztwie wy-
buchły  walki  pomiędzy  oddziałami  bizantyjskimi                

background image

i podkomendnymi Waltera Bez Mienia. Ich bezpośred-
nią przyczyną były grabieże, jakich dopuścili się Fran-
cuzi poszukując żywności. W połowie lipca eskortowa-
ny przez silne oddziały greckie Walter i jego ludzie 
znaleźli się w stolicy imperium. 
  Piotra Pustelnika i jego pielgrzymów czekały o wie-
le dramatyczniejsze przeżycia. Idąc zrazu szlakiem 
przetartym przez Waltera Bez Mienia główna ich grupa 
wkroczyła na Węgry w Sopronie, a część popłynęła ło-
dziami w dół Dunaju. Gdzieś w okolicy Karłowic obie 
grupy połączyły się i 20 czerwca dotarły do Zemunia 
wyznaczającego południowy kraniec królestwa Kolo-
mana. Do tej pory przemarsz krzyżowców nie stwarzał 
większych problemów. Wielotysięczna rzesza piel-
grzymów budziła co prawda przerażenie i panikę wśród 
mieszkańców mijanych osad, lecz nie dochodziło do 
poważniejszych ekscesów i rabunków. Duże zapasy 
prowiantu zaczęły się wyczerpywać dopiero po przej-
ściu Węgier. W Zemuniu doszło do tragedii. Awantura, 
jaka wybuchła miedzy mieszkańcami a pielgrzymami 
pod jakimś błahym pretekstem, szybko przemieniła się 
w krwawe starcie. Piotr Pustelnik usiłował opanować 
sytuację, ale jego wysiłki spełzły na niczym. Dziki tłum 
krzyżowców rzucił się na mieszkańców Zemunia i jego 
załogę wojskową. Gotfryd Burel zaatakował i zdobył 
szturmem cytadelę. W krwawej jatce zginęło 4000 Wę-
grów. 
  Niebawem dzieło zniszczenia krzyżowcy zaczęli 
szerzyć po drugiej stronie Sawy. Oddziały najemnych 
Pieczyngów, które miały nadzorować przeprawę w ści-

background image

śle określonym miejscu, zostały zaatakowane i w części 
wyrżnięte. Schwytanych żołnierzy mordowano z dzi-
kim okrucieństwem. Mieszkańcy Belgradu w panice 
opuścili miasto, które zostało wydane na pastwę gra-
bieży i płomieni. Porównanie krzyżowców do niszczą-
cej szarańczy, dokonane przez córkę cesarza księżnicz-
kę Annę Komnenę, zaczęło wypełniać się tragiczną tre-
ścią. 
  Do kolejnego starcia z Bizantyjczykami doszło pod 
Niszem, gdzie krzyżowcy zostali zdziesiątkowani, tra-
cąc czwartą część swoich sił. W miarę spokojny, wolny 
od ekscesów i mordów marsz rozpoczęli oni dopiero              
w Sofii. Czekała tam na nich liczna eskorta nadesłana 
przez cesarza oraz transport z zaopatrzeniem. Dwa dni 
drogi przed Adrianopolem Piotr przyjął poselstwo od 
Aleksego I. Przez swoich wysłanników cesarz infor-
mował go, że wybacza krzyżowcom ich zbrodnie, gdyż 
dostateczną dla nich karą była już gehenna, jaką prze-
żyli podczas wielotygodniowego marszu. Wspaniało-
myślność Aleksego I nie była bynajmniej altruistyczna 
i nie wynikała z zasad chrześcijańskiej etyki. Zdawał 
on sobie dobrze sprawę z tego, że sposób potraktowa-
nia Piotra Pustelnika i jego oddziału wpłynie na zacho-
wanie kolejnych grup krzyżowców, o wiele liczniej-
szych oraz - co do tego cesarz nie miał najmniejszych 
wątpliwości - lepiej uzbrojonych i, co za tym idzie, 
bardziej niebezpiecznych dla Bizancjum niż niezorga-
nizowana zbieranina Eremity. 
  Pod murami Konstantynopola gromady zachodnich 
przybyszów zabawiły krótko. Aleksy I szybko przeko-

background image

nał się o ich znikomej wartości bojowej i nie wróżył im 
sukcesów w starciu z tureckimi wojskami. Postanowił 
jednak pozbyć się jak najśpieszniej niewygodnych go-
ści z sąsiedztwa stolicy. 
  Szóstego sierpnia siły Piotra Pustelnika - pod Kon-
stantynopolem połączył się z nim Walter Bez Mienia 
oraz kilka grup pielgrzymów z Italii - przetransporto-
wane zostały przez flotę cesarską do Azji Mniejszej. 
Bezładna masa ruszyła nieubezpieczonym marszem 
wzdłuż wybrzeża morza Marmara. Po dotarciu do Ni-
komedii, która od czasu najazdu tureckiego była nie 
zamieszkana, wśród krzyżowców doszło do rozłamu. 
Włosi i Niemcy wypowiedzieli posłuszeństwo Piotrowi 
Pustelnikowi i przeszli pod komendę niejakiego Renal-
da. Do Civetot, ufortyfikowanego obozu nad morzem 
Marmara, obie armie pomaszerowały jeszcze razem. 
Aleksy I miał nadzieję, że krzyżowcy poczekają tu na 
przybycie głównych sił krucjaty rycerskiej. Przeliczył 
się jednak. Zarówno Niemcy i Włosi, jak i Francuzi, 
coraz bardziej ulegający zgubnemu wpływowi Got-
fryda Burela, szybko udowodnili, że rozsądek i umiar-
kowanie są im obce. 
  Civetot stało się rozbójniczym gniazdem. Renald             
i Burel, który przestał zważać na zdanie Piotra Pustel-
nika, wyprawili z obozu liczne podjazdy. Mieszkańcom 
pobliskich wsi, głównie greckim chrześcijanom, przy-
niosły one pożogę i śmierć. Brak oporu jeszcze bardziej 
rozzuchwalił krzyżowców. W połowie września Fran-
cuzi pojawili się pod Nikeą, stolicą sułtana seldżuckie-
go Kilidż Arslana I Ibn Sulajmana. Potężna twierdza 

background image

nie doznała oczywiście uszczerbku, ale gęsto rozrzuco-
ne wokół niej wioski zostały doszczętnie zniszczone. 
„Oddziały francuskie splądrowały wioski na peryfe-
riach tego miasta, zagarniając stada bydła i owiec, tor-
turując i masakrując ludność chrześcijańską z nieopisa-
nym okrucieństwem. Krążyły wieści, że krzyżowcy 
piekli niemowlęta na rożnach”. 
  „Sukces” Francuzów pobudził do aktywniejszych 
działań Niemców i Włochów. Renald wyruszył w pole 
na czele kilku tysięcy nieźle uzbrojonych ludzi i zdobył 
na Turkach warowny zamek Kserigordon, któremu 
przeznaczył rolę bazy wypadowej do dalszych akcji za-
czepnych. Tego właśnie obawiał się Kilidż Arslan              
i wysłał silny oddział z zadaniem odzyskania Kserigor-
donu. Turcy najpierw rozbili Niemców w polu, następ-
nie zaś zablokowali ich resztki w zamku. Sytuacja ob-
lężonych od początku stała się dramatyczna, gdyż prze-
ciwnik opanował położone na zewnątrz murów stru-
mień i studnię. W anonimowym przekazie z epoki czy-
tamy:  „Turcy dowiedziawszy się, że chrześcijanie są w 
zamku, rozpoczęli jego oblężenie. Przed bramą zamku 
była fontanna, a u podstawy zamku źródło czystej wo-
dy [...] Reszta schroniła się do zamku, który następnie 
Turcy obiegli odcinając mu wodę. A nasi tak dalece 
cierpieli z powodu pragnienia, że otwierali żyły swoich 
koni i osłów, pijąc ich krew. Inni wrzucali pasy i płach-
ty do latryn i w ten sposób wprowadzali wilgoć do ust. 
Inni oddawali mocz w ręce drugiego i pili natychmiast. 

background image

Inni grzebali się w wilgotnej ziemi i pokrywali ziemią 
piersi, dla zmniejszenia pragnienia. Biskupi i księża 
pocieszali naszych i podtrzymywali ich na duchu”. 
  Modły i pocieszenia na niewiele się zdały. Po 
ośmiu dniach straszliwych męczarni spowodowanych 
pragnieniem Renald postanowił się poddać. „Pod pozo-
rem, że idzie walczyć, uciekł do nich, a z nim wielu in-
nych”. Tylko część oblężonych miała pozostać przy ży-
ciu. Cena, jaką przyszło im zapłacić za jego zachowa-
nie, okazała się nadzwyczaj wysoka. „Ci wszyscy, któ-
rzy odmówili zaparcia się Pana, skazani zostali na 
śmierć, inni żywcem wzięci i podzieleni zostali jak 
trzoda. Jeszcze inni służyli za cel Turkom, którzy strze-
lali do nich z łuków. Niektórych sprzedano lub rozda-
wano jak zwierzęta. Jedni zaprowadzili niewolników 
do swych domów, inni do Korasanu (sułtanaty wschod-
nie), do Antiochii, do Aleppo, wszędzie gdzie mieszkali 
Turcy. I ci byli pierwsi, którzy dostąpili męczeństwa            
w imię Chrystusa”. 
  Wieści o pogromie Renalda i jego oddziału - po-
czątkowo Turcy rozpuścili plotkę o zdobyciu przez 
Niemców Nikei, aby wywabić wroga z Civetot - spo-
wodowały w obozie Francuzów nieopisaną panikę. 
Ustalono, że Piotr Pustelnik uda się natychmiast do 
Konstantynopola po pomoc. Do jego powrotu krzy-
żowcy mieli powstrzymać się od podejmowania jakich-
kolwiek zaczepnych akcji. Stało się jednak inaczej. Bu-
rel, posługując się argumentem o konieczności pomsz-
czenia klęski Niemców, przeforsował plan wyjścia na-
przeciw Turkom i stoczenia bitwy w otwartym polu. 21 

background image

października krzyżowcy opuścili Civetot. W mieście 
pozostały jedynie kobiety, dzieci, starcy i chorzy oraz 
część księży. Rozpoczął się ostatni akt tragedii ludowej 
wyprawy Piotra Pustelnika. 
  Około 5 km od obozu krzyżowcy wpadli w zasadz-
kę. Turkom zaskoczenie przyszło tym łatwiej, ponie-
waż Frankowie posuwali się bez ubezpieczenia, hała-
śliwie, w sposób urągający podstawowym zasadom 
sztuki wojennej. Gdy na jadący na czele poczet rycerzy 
spadł grad strzał i zranione konie wpadły w popłoch, 
przeciwnik rzucił się do frontalnego ataku. Regularna 
obrona trwała jedynie przez chwilę. Rozbici krzyżowcy 
rzucili się do bezładnej ucieczki w kierunku Civetot.     
Z Turkami na karku wpadli do obozu, w którym niektó-
rzy pielgrzymi pogrążeni byli jeszcze we śnie. 
  Rozpoczęła się bezlitosna masakra. „Napadli na 
nich Turcy i jednych znaleźli śpiących, innych nagich,   
wszystkich zabijali. Pewien ksiądz odprawiający wła-
śnie mszę umęczony został przy ołtarzu”. Turcy osz-
czędzili jedynie młodych chłopców i dziewczęta oraz, 
gdy ochłonęli w szale zabijania, garstkę innych jeńców.  
Około 3000 ludzi

 

schroniło się w starym, zdewastowa-

nym zamku nad brzegiem morza, gdzie udało im się 
odeprzeć ataki wroga. Po pewnym czasie zabrała ich 
stamtąd flota cesarska. Gotfrydowi Burelowi, sprawcy 
pogromu, udało się ujść z pobojowiska. Zginął nato-
miast Walter Bez Mienia, niewątpliwie jeden z najroz-
sądniejszych wojskowych przywódców wyprawy, oraz 
kilku innych znaczniejszych rycerzy: Renald z Breis, 
Fulko z Orleanu, Hugon z Tybingi, Konrad i Albert                

background image

z Zimern. Krucjata Piotra Pustelnika dobiegła swojego 
tragicznego kresu. 
  Podobnie dramatyczny przebieg, choć już bez 
udziału Turków, miała krucjata niemiecka. W zamie-
rzeniu Piotra Pustelnika miał ją poprowadzić jego 
uczeń, Gotszalk, krótko po wyruszeniu pierwszej, 
głównej wyprawy. Wydawało się, że Niemcy podążą   
w potężnym pochodzie, udzielili bowiem masowego, 
spontanicznego odzewu na apel wzywający ich do wy-
zwolenia Grobu Pańskiego. Los zakpił jednak okrutnie 
z niemieckich krzyżowców. Nie dane im było dotrzeć 
do Jerozolimy, a wielu z nich zamieniło się w bezli-
tosnych morderców, którzy znaleźli bezbronne ofiary 
pośród członków licznych żydowskich gmin znajdują-
cych się w Rzeszy. 
  Kolonie żydowskie istniały już od wielu stuleci               
w Europie Zachodniej, rozrzucone wzdłuż najwięk-
szych szlaków handlowych. Z czasem Żydzi zaczęli 
odgrywać znaczącą rolę w handlu międzynarodowym, 
zakładając całą sieć domów bankierskich. Ich klientami 
bywały nawet koronowane głowy. Karierę  żydowskim 
bankierom ułatwiał obowiązujący w chrześcijańskich 
krajach zakaz lichwy. Nienawiść do Żydów wśród ich 
dłużników rosła proporcjonalnie do powiększających 
się długów. „W XI stuleciu niechęć do Żydów stale ro-
sła, ponieważ coraz więcej warstw społecznych zaczy-
nało pożyczać od nich pieniądze, a początki ruchu kru-
cjatowego przyczyniły się do pogłębienia tych nastro-
jów. Zaopatrzenie się rycerza w rynsztunek na wy-
prawę krzyżową było rzeczą kosztowną i jeżeli nie miał 

background image

on włości lub innego majątku, który mógłby zastawić, 
musiał się zwrócić o pożyczkę do Żydów. Ale czy było 
to sprawiedliwe, że nie mógł inaczej urzeczywistnić 
swego pragnienia walki za chrześcijaństwo, jak tylko 
wydając się na pastwę członków narodu, który ukrzy-
żował Chrystusa? Mniej majętni krzyżowcy byli już 
przeważnie zadłużeni u Żydów. Czy więc było spra-
wiedliwe, że nie mogli spełnić swej chrześcijańskiej 
powinności tylko z racji swych zobowiązań wobec ja-
kiegoś członka tej bezbożnej rasy? W ewangelicznych 
kazaniach wzywających do krucjaty podkreślano zna-
czenie Jerozolimy, miejsca ukrzyżowania. Zwracało to 
uwagę na lud, który skazał Chrystusa na mękę. Muzuł-
manie byli dzisiejszymi wrogami, prześladowali wszak 
wyznawców Chrystusa. Żydzi byli bez wątpienia gorsi 
- prześladowali samego Chrysusa”. 
 

Żydzi zdawali sobie sprawę, że żywiołowy ruch 

krucjatowy może przynieść im falę prześladowań, po-
dobnie jak to się już nieraz działo na Półwyspie Pire-
nejskim. Główny rabin Moguncji, namówiony przez 
swoich współwyznawców, wystosował list do Henryka 
IV z prośbą o wydanie zakazu prześladowania Żydów. 
Cesarz, bardzo życzliwie odnoszący się do wyznawców 
wiary Mojżeszowej, zażądał od swoich wasali, zarówno 
świeckich, jak i kościelnych, zagwarantowania bezpie-
czeństwa Żydom na podległych sobie obszarach. To 
jednak ich nie uratowało. 
  Oprócz grupy Gotszalka na terenie Niemiec zebrały 
się jeszcze dwie inne armie krzyżowe. Na czele pierw-
szej stanął bliżej nie znany historykom kaznodzieja 

background image

Volkmar, drugą dowodził hrabia Emich z Leisingen, 
osławiony rycerz‒rozbójnik. Zebrało się wokół niego 
kilkanaście tysięcy ochotników, w znacznej mierze po-
dobnych do niego opryszków, ludzi pozbawionych 
skrupułów, zaprawionych raczej do gwałtów niż wo-
jennego rzemiosła. Towarzyszyła mu spora grupa fran-
cusko-niemieckiego rycerstwa. W jego otoczeniu zna-
lazł się między innymi wicehrabia Melun, zwany Cieślą 
(Carpentier), słynący z nadzwyczajnej siły fizycznej.               
I to właśnie Emich okazał się tym, który dał sygnał do 
rozpoczęcia masakry Żydów nadreńskich i przyczynił 
się najbardziej do spacyfikowania ich gmin. 
  Pierwszy, najmniej tragiczny w skutkach, pogrom 
nastąpił 3 maja w Spirze. Zginęło kilkunastu Żydów, 
lecz gmina została uratowana przez biskupa Spiry, któ-
rego straż przyboczna zdołała nawet schwytać kilku 
morderców; ukarano ich obcięciem rąk. 15 maja banda 
Emicha pojawiła się w Wormacji. Hrabia z zimną 
krwią zaplanował pogrom. Miasto i okolicę obiegła 
sfabrykowana zawczasu plotka, że Żydzi zatruli studnie 
miejskie wlewając do nich wodę, w której uprzednio 
trzymali zwłoki zabitego przez siebie chrześcijanina. 20 
maja pijane nienawiścią tłumy wdarły się do dzielnicy 
żydowskiej mordując wszystkich na swojej drodze. 
Część  Żydów szukała schronienia w pałacu biskupim, 
lecz dziki motłoch ogarnięty żądzą zabijania nie usza-
nował rezydencji kościelnego hierarchy i wyrżnął ucie-
kinierów. 
  Krzyżowcy pięć dni później dotarli pod Moguncję. 
Żydzi próbowali w zamian za złoto uratować życie, ale 

background image

utracili i jedno, i drugie. W Moguncji doszło do drama-
tycznych scen. Przez dwa dni na Żydów polowano ni-
czym na dziką zwierzynę. Część z nich popełniła z roz-
paczy samobójstwa, wielu zostało żywcem spalonych. 
Łącznie zginęło około 1000 osób. 
  Wieści o wyczynach Emicha szybko dotarły do 
Volkmara i Gotszalka, których oddziały znajdowały się 
już na wschodnich rubieżach Rzeszy. 30 czerwca wata-
ha Volkmara dokonała masakry Żydów w Pradze. 
Miejscowe władze okazały się bezsilne wobec ogarnię-
tych żądzą mordu tłumów. Volkmar nie zdołał już po-
wtórzyć praskiej masakry. Gdy w Nitrze, na terytorium 
węgierskim, jego ludzie usiłowali dokonać pogromu, 
uderzyły na nich regularne oddziały Kolomana. Wielu 
krzyżowców poległo w walce, część popadła w niewo-
lę, inni się rozproszyli. 
  Jeszcze gorszy los spotkał krzyżowców Gotszalka. 
Po przekroczeniu granicy węgierskiej w Mosonie za-
częli oni bezlitośnie grabić wsie, co wywołało gwał-
towny opór chłopów. W starciach padło wielu zabitych 
i rannych z obu stron.  Nawykli do  okrucieństwa krzy-
żowcy - podczas marszu przez Niemcy dokonali strasz-
liwej masakry Żydów w Ratyzbonie - wbili na pal kil-
kunastoletniego chłopca. 
  Koloman stracił cierpliwość i postanowił działać 
bez litości. W okolicach Białogrodu Królewskiego Wę-
grzy otoczyli krzyżowców, rozbroili ich i odebrali cały 
zagrabiony dotychczas dobytek. Motywy późniejszego 
działania króla są niejasne. W każdym razie wydał on 
rozkaz zgładzenia wielu tysięcy bezbronnych ludzi. 

background image

Zapewne na jego decyzji zaważyły wiadomości, jakie 
nadeszły z Nitry i pamięć o wydarzeniach w Zemuniu 
podczas przemarszu armii Piotra Pustelnika. W czasie 
rzezi pod Białogrodem zginęli wszyscy uczestnicy wy-
prawy Gotszalka. 
  Kilka tygodni po tragedii białogrodzkiej nad grani-
cą węgierską pojawiły się oddziały Emicha. Koloman 
zakazał im przemarszu przez swoje królestwo i wydał 
rozkaz obrony mostu prowadzącego do Mosonu. Pod-
czas wielodniowych walk na przedmościu krzyżowcy 
zbudowali drugi most, a następnie rozpoczęli oblężenie 
miasta. Przewaga liczebna oraz posiadanie ciężkiego 
sprzętu oblężniczego zdawały się wróżyć im szybki 
sukces. Okazało się jednak, że zbieraninie Emicha, tak 
„walecznej” i sprawnej, gdy chodziło o eksterminację 
bezbronnych Żydów, brakuje bojowego ducha. Nie 
sprawdzona wiadomość o nadciąganiu Kolomana z od-
sieczą dla twierdzy wprowadziła w ich obozie całkowi-
tą dezorganizację. Panikę oblegających wykorzystał 
garnizon Mosonu do zaskakującego uderzenia. 
  Wypad Węgrów zakończył się klęską krzyżowców. 
Większość z nich zginęła lub dostała się do niewoli. 
Sam Emich zbiegł z pola bitwy. Niektórzy z jego towa-
rzyszy, którym również udało się uratować z pogromu, 
przyłączyli się później do innych wypraw ciągnących 
do Ziemi Świętej. 
  Fiasko krucjaty niemieckiej Runciman tak scharak-
teryzował: „Niepowodzenie krucjaty Emicha, które na-
stąpiło tak szybko po fiasku krucjat Volkmara i Got-
szalka, wywarło w zachodnich krajach chrześcijańskich 

background image

głębokie wrażenie. Większość dobrych chrześcijan są-
dziła, że jest to kara Boża za morderstwa popełnione na 
Żydach. Inni, którzy cały ruch krzyżowy uważali za 
nierozsądny i grzeszny, dopatrywali się w tych klę-
skach widomego potępienia przez Boga idei krucjato-
wej. Do tej pory nie zdarzyło się nic, co potwierdziłoby 
słuszność okrzyku, który rozbrzmiewał tysięcznym 
echem w Clermont: »Deus le volt!«„. 
 
 

 

background image

  

ZACHÓD WYRUSZA NA WSCHÓD 

  Zachodni baronowie, którzy przyjęli krzyż i tym 
samym zadeklarowali gotowość ruszenia na Wschód, 
ukończyli przygotowania do wyprawy dopiero w dru-
giej połowie roku. Terminy wyznaczone przez papieża 
odpowiadały im co najmniej z kilku powodów. Czeka-
jące ich przedsięwzięcie zapowiadało się na wiele mie-
sięcy, a może nawet lat, wymagało zatem stosownych 
przygotowań. Sprawą najważniejszą było oczywiście 
wystawienie dostatecznie licznych i dobrze wyekwi-
powanych oddziałów, a to kosztowało. Niektórzy z ba-
ronów musieli naruszyć rodowe skarbce, inni sprzedali 
lub zastawili swoje posiadłości. Rajmund z Saint‒Giles, 
który ślubował pozostanie w Ziemi Świętej do śmierci, 
swoje dobra przekazał nieślubnemu synowi Bertrando-
wi, na wszelki jednak wypadek nie zrzekł się do nich 
praw. Właśnie kwestii prawnego zarządu i sposobowi 
administrowania opuszczonymi włościami baronowie 
poświęcili wiele uwagi. W przeciwieństwie do prostego 
ludu, który wyruszał na wyprawę bądź z całym dobyt-
kiem załadowanym na wóz, bądź z chudym mieszkiem 
po jego sprzedaniu, możnowładcy musieli zadbać                   
o sprawy majątkowe z większą odpowiedzialnością. 
  Jako pierwszy zakończył przygotowania i wyruszył 
w drogę Hugon hrabia Vermandois, młodszy syn króla 
francuskiego Henryka I i brat króla Filipa. Pomimo wy-
sokiego urodzenia Hugon w wieku lat czterdziestu nie 
zaliczał się do grupy możnowładców, którzy mogli za-
imponować bogactwem i znaczeniem politycznym. Nie 
zbywało mu natomiast na dumie i odwadze, które być 

background image

może odziedziczył po matce, ruskiej księżniczce Annie 
mającej w swoich żyłach krew skandynawskich Wikin-
gów. Dla Hugona wyprawa na Wschód stanowiła za-
pewne szansę osiągnięcia tego wszystkiego, co było dla 
niego niedostępne w Europie. 
  Hrabia, pozostawiwszy żonę na straży włości, udał 
się w drogę otoczony wasalami i grupami rycerzy                 
z domeny królewskiej. Dołączyli do niego niedobitko-
wie z wyprawy Emicha: Piotr Cieśla, Drogon z Nesle             
i garść innych rycerzy. W październiku Hugon dotarł 
do Bari, gdzie przyłączył się do niego siostrzeniec              
Boemunda, Wilhelm. Z Bari hrabia wysłał do Dyrra-
chium statek z oficjalną delegacją, która miała powia-
domić władze bizantyjskie o rychłym przybyciu kró-
lewskiego brata. Składała się ona z 24 rycerzy pod 
przewodem Wilhelma Cieśli. Hugonowi nie zbywało 
na próżności, gdyż już przed wyruszeniem z Francji 
wysłał do cesarza emisariusza z prośbą o zgotowanie 
godnego przyjęcia w Konstantynopolu. Jan Komnen, 
namiestnik  Dyrrachium,  wydał  stosowne  zarządzenia   
w celu powitania Hugona, lecz nie wypadło ono tak, 
jakby sobie życzyli wszyscy zainteresowani. Przeprawa 
przez wąski w tym miejscu i niegroźny zazwyczaj Ad-
riatyk wydawała się przedsięwzięciem łatwym. Nie-
wielkiemu  oddziałowi  hrabiego przyniosła  jednak 
prawdziwą tragedię. Niespodziewana burza rozproszyła 
maleńką flotyllę i zatopiła kilka statków wraz z ich za-
łogami. Hugon z częścią swoich ludzi zdołał się urato-
wać, lecz przeżyty dramat wycisnął na jego psychice 
głębokie piętno. Jan Komnen, który gościł nieszczę-

background image

snych rozbitków na dworze, wydawał na cześć królew-
skiego brata ucztę za ucztą i oddawał mu należne hono-
ry, lecz w ocenie wielu Francuzów pobyt hrabiego         
w Dyrrachium przypominał raczej areszt domowy. 
  Podróż do Konstantynopola Hugon odbył w towa-
rzystwie osobistego wysłannika cesarza, admirała Ma-
nuela Butumitesa. W stolicy Aleksy I poddał gościa 
subtelnej „obróbce”. Najpierw uzyskał jego przychyl-
ność obsypując go licznymi wartościowymi prezenta-
mi, a następnie uzyskał od niego wiele cennych infor-
macji. Dzięki nim basileus wysnuł wniosek, że baro-
nowie zachodnioeuropejscy w razie osiągnięcia sukce-
sów w walce z muzułmanami będą zmierzać do założe-
nia na podbitych przez siebie terytoriach niezawisłych 
księstw. Aleksy I nie miałby nic przeciwko temu, aby 
zamiast tureckich emiratów pojawiły się chrześcijań-
skie państewka oddzielające Cesarstwo od jego naj-
groźniejszych odwiecznych wrogów - muzułmanów. 
Pod jednym wszakże warunkiem: on, władca Bizan-
cjum, będzie seniorem wszystkich nowo utworzonych 
organizmów państwowych. „Wiedząc, że na Zachodzie 
wasal potwierdza swą zależność przysięgą, postanowił 
zażądać od wszystkich zachodnich wodzów przysięgi, 
zobowiązującej do uznania jego senioratu nad podbi-
tymi przez nich w przyszłości obszarami. Aby skłonić 
wielmożów do ustępliwości, gotów był obsypać ich 
prezentami i nie szczędzić pomocy finansowej, podkre-
ślając jednocześnie swój majestat i bogactwo, by nie 
poczuli się dotknięci w swej dumie, że stają się wasa-
lami cesarskimi. Hugon, olśniony dostojeństwem i hoj-

background image

nością cesarza, z chęcią przystał na jego projekty. Ale       
z innymi wielkimi panami, którzy wkrótce mieli przy-
być z Zachodu, cesarzowi nie poszło tak gładko”. 
  Na krótko przed Bożym Narodzeniem pod murami 
Konstantynopola pojawiła się pierwsza wielka armia 
pod wodzą Gotfryda z Bouillon, księcia Dolnej Lota-
ryngii. Wraz z nim przybyli dwaj bracia, starszy, Eu-
stachy III, hrabia Boulogne, oraz najmłodszy z całej 
trójki, Baldwin, a także kwiat rycerstwa walońskiego             
i lotaryńskiego, między innymi: Baldwin z Rethel, se-
nior Le Bourg, Baldwin II, hrabia Hainaut, Garnier                 
z Grey, Baldwin ze Stavelot, Renald, hrabia Toul.              
W chwili wyruszenia na wyprawę Gotfryd miał niewie-
le ponad 35 lat - urodził się w roku 1060 jako drugi syn 
hrabiego Eustachego II z Boulogne i Idy, córki Gotfry-
da II, potomka Karola Wielkiego - i zwracał uwagę 
rzadko spotykaną urodą oraz ujmującym sposobem by-
cia. Gotfryd zwykł prowadzić bardzo prosty, by nie 
powiedzieć - zgrzebny tryb życia, był do przesady reli-
gijny i żył w całkowitej czystości; kobiety i uciechy 
cielesne nie wzbudzały w nim żadnego pożądania.               
Z jego twarzy rzadko kiedy schodził wyraz powagi                
i chmurnego zafrasowania. Dodawał sobie w ten spo-
sób lat. 
  Baldwin stanowił całkowite przeciwieństwo Got-
fryda. Jeszcze wyższy od brata, o kruczoczarnych wło-
sach i bladej cerze, wyniosły, pławiący się w zbytkach, 
kochający życie we wszystkich jego przejawach, bez-
względny i konsekwentny w dążeniu do wytkniętego 
celu. Rzucone w Clermont hasło krucjaty powitał z nie 

background image

ukrywaną radością, dostrzegając jedyną w swoim ro-
dzaju szansę na zrobienie kariery, która w Europie była 
przed nim, jako najmłodszym synem, praktycznie za-
mknięta. 
  Spośród trzech braci postacią, o której da się naj-
mniej powiedzieć, był bez wątpienia Eustachy. „Był 
krzyżowcem bez entuzjazmu, nieustannie marzył o po-
wrocie do swych bogatych włości położonych po obu 
stronach kanału La Manche”. 
  Gotfryd wyruszył z Lotaryngii w ostatnich dniach 
sierpnia. Towarzyszył mu Baldwin, natomiast Eustachy 
udał się początkowo w podróż w innej kompanii.                 
W przeciwieństwie do pozostałych baronów oraz brata, 
którzy wybrali się na Wschód drogą przez Italię, Got-
fryd i Baldwin postanowili skorzystać z traktu prowa-
dzącego przez Węgry. Wybór tej właśnie drogi, którą 
poruszały się wcześniej wyprawy ludowe, był prawdo-
podobnie podyktowany przynależnością Gotfryda do 
stronnictwa cesarskiego i chęcią ominięcia Rzymu, 
gdzie mogłoby dojść do niemiłego dla księcia spotka-
nia. 
  Na początku października armia Gotfryda stanęła 
na granicy węgierskiej nad rzeką Litawą. Stąd wyruszy-
ło poselstwo do króla Kolomana z prośbą o zezwolenie 
na przemarsz krzyżowców przez terytorium Węgier. 
Było to przemyślane posunięcie. Koloman, pamiętając 
o spustoszeniach dokonanych przez luźne, niezdyscy-
plinowane gromady pielgrzymów przeciągające przez 
jego państwo niczym morowe powietrze, był zdecydo-
wany stawić zbrojny opór hufcom Gotfryda. Nie na 

background image

darmo jednak Kolomana zwano Uczonym. Władca wę-
gierski przez tydzień zatrzymał poselstwo, któremu 
przewodził Gotfryd z Esch, znany już dobrze Madzia-
rom z wcześniejszych kontaktów, a następnie wyraził 
ochotę bezpośredniego spotkania Gotfryda z Bouillon. 
Doszło do niego w Sopronie, dokąd książę zjechał ze 
świtą kilku zaledwie rycerzy. Gotfryd, jak się  łatwo 
domyślić, wywarł bardzo dobre wrażenie na królu. Ko-
loman wyraził zgodę na przemarsz krzyżowców przez 
swoją domenę, lecz pod jednym, ale istotnym warun-
kiem: zakładnikami na czas przemarszu zostaną Bald-
win, jego żona Godvera i dzieci. Wybór monarchy po-
dyktowany był przeświadczeniem, że Baldwin jest naj-
niebezpieczniejszym uczestnikiem wyprawy i jego po-
stawa może przyczynić wielu kłopotów. Niedaleka 
przyszłość miała pokazać, iż Koloman się nie pomylił. 
Postawiony przez Kolomana warunek nie wzbudził 
oczywiście zachwytu Baldwina.  Ostatecznie jednak, 
nie chcąc komplikować i tak już dość trudnej sytuacji, 
zgodził się oddać w ręce Węgrów. Przed przekrocze-
niem granicy Gotfryd zapowiedział ukaranie śmiercią 
każdego, kto podczas przemarszu dopuści się jakiego-
kolwiek aktu gwałtu na miejscowej ludności. Nie zaszła 
jednak potrzeba stosowania sankcji, obeszło się bez 
groźniejszych incydentów. Armia krzyżowa, bacznie 
obserwowana przez oddziały węgierskie i samego Ko-
lomana, pod koniec października znalazła się pod Ze-
muniem, a następnie przeprawiła się przez Sawę do 
Belgradu. Zaraz potem król węgierski uwolnił zakład-
ników. 

background image

  W Belgradzie wojska Gotfryda nie zabawiły długo. 
Miasto było ciągle wyludnione po spustoszeniach do-
konanych pół roku wcześniej przez hordy Piotra Pu-
stelnika. Do spotkania z oddziałami bizantyjskimi do-
szło dopiero w połowie drogi między Belgradem i Ni-
szem, w którym rezydował namiestnik cesarski Nicetas. 
Była to specjalna eskorta mająca przeprowadzić krzy-
żowców przez Półwysep Bałkański. Od tego momentu 
marsz odbywał się bardzo sprawnie i bezkonfliktowo.  
Funkcjonująca bez zarzutu administracja cesarska za-
pewniła ciągłe zaopatrzenie w żywność, wodę i furaż. 
W Filipopolis dotarły do krzyżowców wiadomości, któ-
re wywołały u niektórych z nich żywsze bicie serca. 
Rozeszła się bowiem wieść o iście królewskich darach, 
jakie otrzymał od cesarza Hugon z Vermandois. Bald-
win z Hainaut i Henryk z Esch nie chcieli być gorsi.              
Z przybocznymi pocztami opuścili Filipopolis i czym 
prędzej ruszyli do Konstantynopola, aby przed przyby-
ciem pozostałych baronów i rycerzy uszczknąć jak 
najwięcej z zasobnego skarbca Aleksego I. Nie dotarła 
do nich lub nie chcieli dać wiary innej pogłosce: po-
dobno hrabia po początkowym wspaniałym powitaniu 
został przez podstępnych Greków uwięziony i ten sam 
los może spotkać innych przywódców krucjaty. Nie po-
twierdzona faktami plotka uczyniła wiele zła. Dotych-
czasowa żelazna dyscyplina nagle pękła. Po przybyciu 
do Selymbrii żołnierze zaczęli pustoszyć jej okolice. 
Pobliskie wsie poszły z dymem, ich mieszkańcy zostali 
ograbieni. Ci, którzy utracili jedynie dorobek życia, 
mogli czuć się szczęśliwcami. Grabież trwała osiem 

background image

dni, aż do momentu, gdy przed Gotfrydem stanęli wy-
słannicy Aleksego I. Byli to pozostający w jego służbie 
Francuzi. Skłonili oni księcia do powstrzymania wojska 
przed dalszymi grabieżami i do kontynuowania marszu. 
  W przeddzień Wigilii armia Gotfryda z Bouillon 
stanęła pod murami Konstantynopola. O rozbiciu obozu 
w jego obrębie nie mogło być nawet mowy. Piotr Pu-
stelnik i przywiedzione przez niego tłumy krzyżowców 
pokazały mieszkańcom Konstantynopola swą niszczącą 
potęgę i na długo zasiały w ich sercach niepokój.                  
A przecież hałastra Eremity nie mogła się równać z sil-
ną, dobrze uzbrojoną, niebezpieczną niemal dla każde-
go przeciwnika armią Gotfryda z Bouillon. Cesarz nie 
bez przyczyny obawiał się, że krzyżowcy po wejściu do 
miasta zamienią się w krwiożerczych grabieżców. 
Trzymając ich na rozległych błoniach pod miastem, 
Aleksy I za najważniejszy cel obrał przymuszenie Got-
fryda do złożenia hołdowniczej przysięgi. W obozie po-
jawił się wysłannik, którego osoba wywołała zrozumia-
łą sensację. Człowiekiem mającym nakłaniać do ugo-
dowego zachowania i złożenia przysięgi był bowiem 
sam hrabia Vermandois. Gotfryd poczuł się zdezorien-
towany. Okoliczności w pełni uzasadniały jego stan du-
cha. Z jednej strony rzecznikiem Aleksego I okazał się 
Hugon z Vermandois, podobno wcześniej przez niego 
więziony, z drugiej, z relacji niedobitków z armii Piotra 
Pustelnika wynikało jednoznacznie, że do klęski jego 
wyprawy przyczynili się w największym stopniu Bizan-
tyjczycy. Gotfryd nie umiał i nie chciał weryfikować 
nieprzychylnej cesarzowi wersji, bez zastrzeżeń wierzył 

background image

w prawdziwość słów pobratymców. Żądanie złożenia 
przysięgi lennej Aleksemu I było dla niego nie do przy-
jęcia także z innej jeszcze przyczyny. Był już bowiem 
jedną przysięgą związany. Złożył ją cesarzowi Henry-
kowi IV, naturalnemu rywalowi cesarza wschodnio-
rzymskiego. Dobrowolne złożenie hołdu Aleksemu I 
nie wchodziło więc w rachubę. Hugon z Vermandois 
powrócił więc do cesarskiego pałacu nie wypełniwszy 
swojej misji. 
  Postawa Gotfryda sprowokowała Aleksego I do 
wstrzymania dostaw dla jego wojsk. Było to nierozsąd-
ne posunięcie. Baldwin niemal od razu rozpoczął gra-
bież przedmieść Konstantynopola i bliżej położonych 
wsi. Aleksy I szybko zrezygnował z wcześniejszych za-
rządzeń i obiecał wznowić dostawy dla krzyżowców. 
Przez kilka następnych tygodni trwało swoiste zawie-
szenie broni. Cesarz miał nadzieję, iż Gotfryd, izolo-
wany w swoim obozie przeniesionym z południowego 
krańca Złotego Rogu do Pery, straci w końcu cierpli-
wość i spełni jego żądania. Książę pozostawał jednak 
nieugięty. Nie zamierzał prowadzić z basileusem ja-
kichkolwiek rozmów związanych ze złożeniem przy-
sięgi. Owszem, nie zrywał z nim kontaktów, ale nego-
cjował wyłącznie poprzez swoich wysłanników. Cesar-
ski pałac odwiedzili Baldwin z Le Bourg, Konon                     
z Montaigu i Gotfryd z Esch, ale nie doszło do poro-
zumienia satysfakcjonującego cesarza. 
  Pod koniec marca cierpliwość Aleksego I wyczer-
pała się. Postanowił zdecydowanym działaniem wymóc 
na  Gotfrydzie  przysięgę.  Wpływ  na  to  miała  bez  wąt-

background image

pienia wiadomość o zbliżaniu się następnych armii 
krzyżowych. Aleksy I wydał rozkazy pozbawiające 
krzyżowców najpierw dostaw żywności, a następnie 
paszy dla koni. Zbliżał się Wielki Tydzień. Zarządzenia 
cesarza, poza tym, że pozbawiały jedzenia, również 
upokarzały. W obozie krzyżowców zawrzało z niena-
wiści do Greków. Sytuacja w każdej chwili mogła wy-
mknąć się spod kontroli. 
  Kryzys nastąpił w dniu mającym nadzwyczajne 
znaczenie dla każdego chrześcijanina - w Wielki 
Czwartek, 2 kwietnia. Armia Gotfryda z Bouillon ude-
rzyła na Konstantynopol. Wydarzenia widziane oczami 
Anonima wyglądały następująco: „Gdy książę otrzymał 
kwaterę, wysyłał co dzień żołnierzy nakazując im rów-
nocześnie, aby przywozili siano i wszystko, co po-
trzebne koniom. Żołnierze byli pewni, że bezpiecznie 
mogą iść tam, gdzie się im podoba, a tymczasem cesarz 
Aleksy nakazał Seldżukom i Pieczyngom będącym na 
jego służbie, aby żołnierzy Gotfryda atakowali i zabija-
li. Dowiedziawszy się o tym Baldwin, brat księcia, roz-
począł napastników ścigać i dopadł ich, gdy zabijali je-
go ludzi. Odważnie zaatakował ich i z pomocą Bożą 
zwyciężył. Wziął także w niewolę sześćdziesięciu                  
z nich, część z nich stracił, a resztę przyprowadził do 
księcia, swego brata. Gdy tylko usłyszał o tym cesarz, 
wpadł w wielki gniew. Książę, widząc tę złość cesar-
ską, opuścił ze swymi ludźmi przedmieścia i założył 
obóz pod murami miasta. Z nadejściem wieczoru nie-
przyjazny cesarz nakazał swym wojskom, aby uderzyły 
na księcia i jego chrześcijan. Książę pokonał żołnierzy 

background image

cesarskich na czele własnych oddziałów Chrystuso-
wych. Zabił siedmiu przeciwników i ścigał pozostałych 
aż do bram miasta”. 
  Zwycięstwo krzyżowców nie było tak znaczne, jak-
by to wynikało z ogólnego tonu relacji Anonima, skoro 
zabitych przeciwników można było policzyć nieomalże 
na palcach jednej ręki. Sam jednak fakt zaatakowania 
przez nich miasta wywołał wystarczająco duży wstrząs. 
W Konstantynopolu wybuchła panika i jedynie spoko-
jowi oraz rozwadze Aleksego I mieszkańcy stolicy za-
wdzięczali wyniesienie całych głów z opresji. Basileus 
postawił na nogi wszystkie oddziały znajdujące się                 
w mieście i jego okolicach, lecz zakazał  żołnierzom 
strzelania do atakujących mury krzyżowców. Łucznicy 
mieli celować ponad ich głowami, by jedynie pokazać 
sprawność i gotowość cesarskiego wojska do odparcia 
szturmu. Demonstracja siły zrobiła wrażenie na Got-
frydzie, który wydał rozkaz do wycofania się. 
  Nie doszło jednak do zażegnania konfliktu. Przy-
słani nazajutrz przez cesarza posłowie nie zostali do-
puszczeni do głosu; nim zdołali cokolwiek powiedzieć, 
dosięgły ich zniewagi i złorzeczenia. Niemal z równie 
nieprzychylnym przyjęciem spotkał się Hugon z Ver-
mandois, który ponownie przybył do obozu krzyżow-
ców w misji dobrej woli. Zarzucono mu służalczość                
i zdradę.  
  Oba te fakty przekonały Aleksego, że jego dotych-
czasowe umiarkowanie i dobra wola rozzuchwalają je-
dynie krzyżowców i w żadnym razie nie doprowadzą 
do satysfakcjonującego go rozstrzygnięcia. Postanowił 

background image

wymusić szacunek za pomocą oręża. Lecz tym razem 
jego żołnierze nie mieli strzelać w powietrze. Krótkie              
i niezbyt krwawe starcie, do jakiego doszło, nauczyło 
Gotfryda i jego podkomendnych pokory dla przeciwni-
ka. Bardzo dobrze wyszkolone i zaprawione w licznych 
bojach oddziały cesarza z łatwością poradziły sobie              
z silniejszą liczebnie, ale gorzej zorganizowaną i pre-
zentującą niższe walory bojowe armią księcia. 
  Przegnani z pola walki krzyżowcy dopiero teraz 
uświadomili sobie własną słabość i zrozumieli, jak bar-
dzo w rzeczywistości są uzależnieni od cesarza. Bez je-
go zgody i pomocy nie mieli szans przeprawić się na 
azjatycki brzeg. Prawda ta dotarła również do Gotfryda, 
który postanowił wreszcie zrezygnować z dalszego 
oporu i w imię nadrzędnego interesu złożyć hołdowni-
czą przysięgę. 
  Celebrowano ją w dwa dni po opisanych drama-
tycznych wydarzeniach,  w Niedzielę Wielkanocną. 
„Gotfryd, Baldwin oraz najznamienitsi baronowie zło-
żyli przysięgę, że uznają cesarza za suzerena wszyst-
kich zdobytych przez nich ziem oraz że przekażą 
urzędnikom cesarskim odebrane niewiernym obszary, 
które uprzednio należały do Cesarstwa. Następnie ce-
sarz wręczył im w darze ogromne sumy pieniędzy              
i wydał na ich cześć przyjęcie”. 
  Zaraz po ceremonii i uczcie krzyżowcy zostali 
przewiezieni na drugą stronę Bosforu, do Chalcedonu, 
skąd ruszyli do wojskowego obozu w Pelekanonie. Ce-
sarz natomiast uzyskał chwilę wytchnienia i spokoju, 
by przygotować się do przyjęcia kolejnych armii krzy-

background image

żowych. Pod Konstantynopol podeszły już bowiem od-
działy prowadzone przez hrabiego z Toul, składające 
się z wasali Gotfryda z Bouillon. W przeciwieństwie do 
swojego seniora wybrali oni drogę przez Italię. Wyzy-
wającym, wojowniczym zachowaniem sprawili Alek-
semu I nie mniej kłopotów niż Gotfryd i Baldwin. Osta-
tecznie cesarzowi udało się nakłonić ich do złożenia 
przysięgi lennej, na co wpływ miała cała sterta darów 
przekazanych przez basileusa Frankom. Podczas cere-
monii, na której obecni byli także książę i jego naj-
młodszy brat, doszło do niemiłego wydarzenia. 
  Jeden z zachodnich rycerzy, chyba nawet nie zdając 
sobie sprawy z własnego nieokrzesania i buty, usiadł na 
cesarskim tronie, co spowodowało ostrą naganę ze 
strony Baldwina.  Skarcony gbur stwierdził bez żenady, 
że to właśnie cesarz zachowuje się prostacko, siedząc, 
podczas gdy tylu dzielnych wojowników musi stać. 
Aleksy I dosłyszał tę wymianę słów. Opanowując 
wzburzenie, grzecznie poprosił butnego rycerza na bok, 
a gdy ten zaczął się przechwalać swoimi wojennymi 
czynami i nadzwyczajną siłą, poradził mu niczym do-
brotliwy, wyrozumiały ojciec, by w czekającej go wal-
ce polegał nie tylko na mocy ramienia. „Incydent ten 
był typowy dla stosunków między cesarzem a Franka-
mi. Na prostackim rycerstwie zachodnim przepych              
i sprawny, drobiazgowy ceremoniał oraz opanowane, 
wykwintne maniery dworzan wywarły bez wątpienia 
ogromne wrażenie. Ale wszystko to ich mierziło. Zra-
nieni w swej dumie zachowywali się hałaśliwie i nie-
sfornie jak niegrzeczne dzieci”. 

background image

  Transport wojsk Gotfryda i jego wasali na drugi 
brzeg Bosforu został przeprowadzony w samą porę. 9 
kwietnia do Konstantynopola przybył bowiem Boe-
mund z Tarentu, którego imię i związki pokrewieństwa 
budziły w Grekach jak najgorsze skojarzenia. Syn 
straszliwego Roberta Guiscarda, śmiertelnego wroga 
Cesarstwa, którym matki straszyły niesforne dzieci, był 
chyba ostatnią osobą, jaką życzono sobie ujrzeć w mu-
rach Konstantynopola. „W oczach Aleksego był naj-
niebezpieczniejszym ze wszystkich krzyżowców. Bi-
zantyjczycy mieli już sposobność przekonać się, że 
Normanowie są przeciwnikami niezwykle groźnymi, 
ambitnymi, podstępnymi i bezwzględnymi, a w po-
przednich kampaniach Boemund okazał się wodzem 
godnym tak znakomitych wojowników. Oddziały Boe-
munda były dobrze zorganizowane, świetnie wyekwi-
powane i zdyscyplinowane. Cieszył się ich absolutnym 
zaufaniem. Jako strateg grzeszył być może zbytnią 
pewnością siebie i nie zawsze postępował rozsądnie, 
był jednak zręcznym i elokwentnym dyplomatą oraz 
dalekowzrocznym politykiem.” 
  Do nakreślonego przez Stevena Runcimana wize-
runku Boemunda jako wodza i polityka należy jeszcze 
dodać kilka zdań ukazujących go jako mężczyznę. 
Wśród współczesnych uchodził za wybitnie przystoj-
nego. Zresztą i wedle dzisiejszych kryteriów piękna               
i męskiej urody zasługiwałby na takie miano. Przede 
wszystkim rzucał się w oczy jego niezwykle wysoki 
wzrost i dumna postawa. Szczupły w   pasie,   rozbu-
dowany  w   ramionach   miał wygląd młodzieńca i ma-

background image

ło kto, widząc go z odległości kilkunastu metrów, do-
myśliłby się, że patrzy na dojrzałego, ponad czterdzie-
stoletniego mężczyznę. Boemund był zawsze dokładnie 
wygolony i nosił krótko przycięte włosy, czym różnił 
się od większości współczesnych rycerzy. Córka cesa-
rza, Anna Komnena, która nie kryła swojej dezapro-
baty, a nawet wręcz pogardy dla zachodnich krzyżow-
ców, Boemunda zaś miała powody nienawidzić podob-
nie jak jej rodacy, nie potrafiła jednak na kartach pa-
miętników ukryć podziwu dla jego manier i wyglądu. 
  Boemundowi towarzyszyła w wyprawie do Ziemi 
Świętej pokaźna gromada krewniaków oraz wielu zna-
mienitych rycerzy normańskich z Sycylii i z Francji. 
Byli wśród nich między innymi syn siostry Boemunda, 
Emmy, Tankred, kuzyni Ryszard i Rajnulf z Salerno, 
Robert z Ansy, Onufry z Monte Scabioso, Herman                  
z Kann. 
  Boemund prowadził ze sobą armię mniej liczną niż 
Gotfryd, ale lepiej wyekwipowaną i bijącą Lotaryńczy-
ków na głowę pod względem opanowania rzemiosła 
wojennego. Długo jednak niewiele wskazywało, że 
wyprawa Normanów, tak dobrze zorganizowana, doj-
dzie do skutku. Normanowie zasiedlający południowy 
skraj „włoskiego buta” nie mieli początkowo zbyt 
wielkiej ochoty na wyprawę do Ziemi Świętej. Hasło 
krucjaty rzucone w Clermont nie uczyniło na nich 
większego wrażenia. Bardziej niż walka i  Saracenami 
zajmowały ich lokalne konflikty i spory o władzę. Bo-
emund, syn Guiscarda i jego pierwszej żony, znalazł się 
w ich centrum. Walczył o schedę po ojcu, który dzie-

background image

dzicem księstwa Apulii uczynił młodszego ze swych 
synów, Rogera Borsę, zrodzonego z drugiej żony. Boe-
mundowi udało się zagarnąć Tarent i Ziemię Otranto, 
później stryj zwaśnionych nie na żarty braci, Roger 
hrabia Sycylii, doprowadził miedzy nimi do rozejmu. 
Zapewne zostałby on szybko złamany, gdyby nie nad-
zwyczajne zdarzenie, które na krótko zjednoczyło całą 
rodzinę w działaniu. Latem 1096 r. synowie Guiscarda 
solidarnie wyruszyli przeciwko zbuntowanemu miastu 
Amalfi. Pod jego murami zebrały się wkrótce tłumy 
normańskich wojowników. 
  Oblężenie Amalfi zbiegło się z przybyciem do Italii 
krzyżowców francuskich. Ich mnogość i niezwykły 
wprost entuzjazm, z jakim ciągnęli na Wschód, pozwo-
liły Normanom zorientować się w skali ruchu krucja-
towego. Zobaczyli, że jego idea wzbudziła o wiele 
większy odzew niż początkowo sądzili. Przenikliwy, 
inteligentny Boemund dostrzegł coś więcej: okazję wy-
korzystania wyprawy krzyżowej do zdobycia tego, o co 
z takim trudem i bez gwarancji na sukces walczył we 
Włoszech - własnego potężnego księstwa. Boemund 
szybko i właściwie ocenił sytuację oraz dostrzegł per-
spektywy dla siebie, z równą szybkością podjął działa-
nia zmierzające do realizacji ambitnego zamysłu. 
  W scenie, którą zainscenizował, objawiło się za-
równo jego „aktorstwo”, jak i znajomość ludzkiej psy-
chiki. Stanąwszy przed frontem oddziałów wygłosił 
płomienne wezwanie do ruszenia na Jerozolimę. Na-
stępnie zdarł z siebie drogocenny purpurowy płaszcz              

background image

i poszarpał na kawałki, z których jego dowódcy mieli 
wykonać krzyże. 
  Uniesienie Boemunda udzieliło się innym. Pierwsi 
złożyli ślubowanie jego wasale, zaraz po nich uczyniło 
to wielu wasali Rogera Borsy i Rogera, hrabiego Sycy-
lii. Jedynie nieliczni rycerze zamierzali kontynuować 
oblężenie Amalii. Rogerowi sycylijskiemu pozostały 
tylko próżne żale, że niesforny bratanek pozbawił go 
armii. „Za czym duża część rycerzy, którzy obiegli 
miasto, z zapałem zwróciła się do Boemunda tak, że 
Roger został prawie sam. Powrócił na Sycylię, bolał                  
i cierpiał z powodu utraty swego wojska”. 
  Przygotowanie armii do wyprawy zabrało Boemun-
dowi jednak kilka miesięcy. Był gotowy dopiero                   
w październiku. Swoje włości oddał w zarząd przyrod-
niemu bratu, po uzyskaniu od niego stosownych gwa-
rancji. 
  Normanowie wypłynęli z Bari i wylądowali w kilku 
miejscach wybrzeża Epiru. Wybrano je po wcześniej-
szych uzgodnieniach z administracją bizantyjską. Od-
działy skoncentrowały się w wiosce Dropola, skąd roz-
poczęły marsz na Konstantynopol. Początkowo prze-
biegał on bez eskorty Bizantyjczyków i, o dziwo, bez 
poważniejszych incydentów.  Po  przeprawieniu  się 
przez dzikie ostępy gór Pindos Normanowie dotarli              
w grudniu do Kastorii. Mieszkańcy pamiętali ich jako 
bezlitosnych najeźdźców, nic dziwnego więc, że nie 
zamierzali zaopatrywać przybyszów w żywność. Do-
szło do rekwizycji. Po spędzeniu Bożego Narodzenia                
w Kastorii armia ruszyła w dalszą drogę, lecz tempo,             

background image

w jakim się posuwała, nie było imponujące. W ciągu 
siedmiu tygodni Normanowie przeszli zaledwie 160 
km. 
  Od miejsca, w którym trakt prowadzący przez Ede-
ssę (Wodenę) łączył się z via Egnatia, Normanów za-
czął eskortować oddział Pieczyngów pilnujący, by nie 
rozpraszali się po okolicy i nie obozowali w jednym 
miejscu dłużej niż trzy dni. Nie do końca udało im się 
wywiązać z tego zadania. Od głównych sił odłączył się 
hrabia Rossignuolo z braćmi. Ich oddział pozostał na 
drugim brzegu rzeki, podczas gdy cała armia już się 
przeprawiła. Pieczyngowie bardzo poważnie potrakto-
wali swoje obowiązki i niewiele się zastanawiając ude-
rzyli na oddział hrabiego, aby zmusić go do szybszego 
przekroczenia rzeki. Wywiązała się chaotyczna walka. 
Hrabiemu pośpieszył z pomocą baczący na wszystko 
Tankred. Krzyżowcy łatwo poradzili sobie z przeciw-
nikiem biorąc do niewoli kilku jeńców. Odstawieni do 
Boemunda zostali przez niego uwolnieni po przyzna-
niu, że ściśle wykonywali instrukcje cesarza. Wódz 
Normanów, wbrew własnej naturze, ale w zgodzie                  
z rozsądkiem i własnym interesem, postanowił nie 
prowokować basileusa i przejść przez jego ziemie bez 
narażania się na niepotrzebny konflikt. 
  O swoim przyjaznym usposobieniu Boemund prze-
konał wkrótce wysłanników Aleksego I, którzy dotarli 
do jego armii w połowie drogi pomiędzy Tessaloniką              
i Serresem. Zobowiązał się nawet wobec nich do zwro-
tu zarekwirowanego podczas dotychczasowego marszu 
mienia. Ze swojej strony Bizantyjczycy złożyli zapew-

background image

nienie o niezakłóconym zaopatrywaniu armii krzyżo-
wej we wszystkie niezbędne produkty. Twardzi nor-
mańscy wojownicy, przywykli do gwałtów i grabieży, 
czuli się dość nieswojo w nowej roli „rycerzy Chrystu-
sowych”, którzy przechodząc przez dziedziny łupione-
go dotychczas cesarza musieli zachowywać się niczym 
przysłowiowe baranki. 
  Po dotarciu do Russy (Keszan), co nastąpiło 1 
kwietnia, Boemund odłączył się od armii i czym prę-
dzej podążył do Konstantynopola, aby spotkać się z ce-
sarzem i poznać wyniki rozmów pomiędzy nim a pozo-
stałymi baronami. Do celu książę dotarł po dziewięciu 
dniach. Ulokowano go w klasztorze Św. Kośmy i Da-
miana, a już następnego dnia, 10 kwietnia, Aleksy I 
wyznaczył mu audiencję. 
  Boemund zaskoczył cesarza przyjaznym, ugodo-
wym nastawieniem. Aleksy I zrazu nie wiedział, czemu 
ma przypisać takie zachowanie wodza Normanów. 
Czuł jednak, że jest ono elementem dokładnie przemy-
ślanego planu. I nie mylił się. „Nieskazitelne zachowa-
nie Boemunda było dokładnie przemyślane. Lepiej od 
innych krzyżowców zdawał sobie sprawę, że Bizan-
cjum nadal jest potęgą i że bez pomocy Cesarstwa ruch 
krucjatowy nie zdoła niczego osiągnąć. Nie miał wąt-
pliwości, że waśnie z cesarzem prowadzą do nieu-
chronnej klęski, podczas gdy przy rozumnym postępo-
waniu sojusz z nim może się okazać bardzo korzystny. 
Boemund bowiem pragnął gorąco zostać wodzem kru-
cjaty, ale nie mając na to sankcji papieża, musiał zado-
wolić się rywalizacją z innymi przywódcami krzyżo-

background image

wymi. Gdyby więc udało mu się uzyskać od cesarza ja-
kieś oficjalne stanowisko, mógłby z tego tytułu wziąć 
kierownictwo operacji zbrojnych w swoje ręce. Mógłby 
regulować stosunki krzyżowców z cesarzem, byłby tym 
dostojnikiem cesarskim, któremu krzyżowcy przekaza-
liby ziemie zdobyte dla Bizancjum. Stałby się wtedy 
osią przymierza całego chrześcijaństwa. Bez namysłu 
złożył więc przysięgę lenną i zasugerował cesarzowi, 
aby mianował go wielkim domestikosem Wschodu, to 
jest wodzem naczelnym wszystkich wojsk cesarskich    
w Azji”. 
  Prośba Boemunda była tyle niespodziewana, co 
krępująca dla Aleksego I. Obsypywanie Normana cen-
nymi prezentami w celu zdobycia jego wdzięczności co 
najwyżej mogło nieznacznie uszczuplić zasobny skar-
biec basileusa, ale wywyższenie go do godności na-
miestnika, wodza mogło spowodować całkowicie nie-
przewidziane konsekwencje. Aleksy I zaś należał do 
ludzi, którzy w polityce wykonywali ruchy jedynie 
wtedy, kiedy mogli ogarnąć wyobraźnią ich skutki. Bo-
emund musiał więc zadowolić się kilkoma ogólnikami, 
z których nie wynikało żadne zobowiązanie dla cesarza. 
Aleksy przyrzekł jednak wspierać całą krucjatę zasila-
jąc oddziały Franków własnym korpusem, zaopatrując 
je w prowiant i organizując łączność. Dodatkowo wya-
sygnował spore sumy na pokrycie poniesionych przez 
nich dotychczas kosztów. 
  Wojska Boemunda zostały 26 kwietnia przetrans-
portowane do Azji i ruszyły do Pelekanonu na spotka-
nie z innymi oddziałami krzyżowców. 

background image

  Nie wszyscy towarzyszący księciu rycerze podzie-
lali jednak jego poglądy. Młodzieńczy, porywczy Tan-
kred nie rozumiał prowadzonej przez niego gry poli-
tycznej i był oburzony ostentacyjnie okazywaną ugo-
dowością wobec cesarza. Swoje stanowisko w tej kwe-
stii wyraził w sposób nader spektakularny, przemykając 
się wraz z kuzynem Ryszardem z Salerno pod osłoną 
nocy przez Konstantynopol i dzięki temu unikając zło-
żenia upokarzającej w jego przekonaniu przysięgi. De-
monstracyjny postępek nie mógł wzbudzić oczywiście 
aplauzu cesarza, stanowił jednak w rzeczywistości nie-
groźny incydent. Zresztą „sprawa Tankreda”, gdyby 
nawet zasługiwała na tak poważne miano, niedługo 
mogła zajmować uwagę Aleksego I. W tym samym 
bowiem czasie, gdy Normanowie byli przewożeni 
przez Bosfor, do Konstantynopola przybył Rajmund 
IV, hrabia Tuluzy, nazywany powszechnie hrabią  z 
Saint‒Gilles. 
  Rajmund przybywał jako jeden z ostatnich, choć 
przecież jako pierwszy z wielkich baronów ślubował 
wziąć krzyż i udać się na krucjatę. Niemal rok zajęły 
mu przygotowania do wyprawy. Pod względem wypo-
sażenia i wyszkolenia jego armia prezentowała się zna-
komicie. Rajmund miał dość  środków, aby zadbać          
o jej stan. Jego hrabstwo zaliczało się do najbogatszych 
we Francji, podobnie jak przejęte w drodze dziedzicze-
nia margrabstwo Prowansji. Nie tylko jednak z tego 
względu mógł się uznawać za najważniejszą postać 
krucjaty.  Poprzez  żonę  Elwirę  był  skoligacony 

                 

z aragońskim domem królewskim. Ponadto tylko z nim 

background image

spośród możnowładców papież osobiście omawiał pla-
ny wyprawy krzyżowej. 
  Rajmundowi, który w momencie wyruszenia na 
krucjatę liczył już niemal sześćdziesiąt lat, towarzyszyli 
możnowładcy z południa Francji. Znaleźli się wśród 
nich Wilhelm z Montpelier, Isoard z Gap, Gaston                  
z Béarn, Gerard z Roussilon,  Rambald,  hrabia Orange. 
Największego splendoru i prestiżu dodawała jednak 
Rajmundowi obecność u jego boku Ademara, biskupa 
Le Puy, któremu papież powierzył duchowne przy-
wództwo krucjaty. Z Ademarem wybrali się w drogę 
jego dwaj bracia, Franciszek Lambert z Monteil i Wil-
helm Hugon z Monteil, oraz ich liczni wasale. 
  O ile marsz innych armii krzyżowych przebiegał 
dość spokojnie i bez groźniejszych incydentów, o tyle 
wyprawie Rajmunda i jego wojsk niemal od samego 
początku towarzyszyło wiele niebezpiecznych przygód. 
Po sforsowaniu Alp i przejściu północnej Italii hrabia 
odrzucił plan przewiezienia wojsk przez Adriatyk stat-
kami, co było najprostszym rozwiązaniem, i wybrał 
drogę lądową przez Istrię i Dalmację. Wybór takiej 
właśnie marszruty podyktowany był najprawdopodob-
niej względami oszczędnościowymi. W ostatecznym 
rozrachunku okazał się on zdecydowanie nieopłacalny. 
Jeśli jeszcze marsz przez Istrię odbył się bez większych 
kłopotów, to droga przez Dalmację przypominała 
upiorny sen. 
  Niebezpieczeństwa groziły zewsząd. Dzikie, skali-
ste pustkowia tworzyły ponurą scenerię, w której fran-
cuscy krzyżowcy musieli przez kilka tygodni niemal 

background image

każdego dnia odpierać napady miejscowych plemion. 
Bitni słowiańscy wojownicy, przyodziani w skóry                
i kiepsko uzbrojeni nie byli co prawda równorzędnym 
przeciwnikiem dla zakutego w zbroje rycerstwa i otrza-
skanych w bojach piechurów, jednak mieli atuty w po-
staci doskonałej orientacji w terenie i działania z zasko-
czenia. Oddziały Rajmunda pozostawały więc w cią-
głym pogotowiu, gotowe w każdej chwili do odparcia 
ataku. On sam z czoła pochodu przesunął się do tyłu               
i zajął miejsce w ariergardzie, która była najczęściej 
nękana przez wroga. Podczas jednej z potyczek Raj-
mund ukazał oblicze okrutnego, bezwzględnego do-
wódcy, który w osiągnięciu zamierzonego celu lub             
w dramatycznej sytuacji nie cofnie się przed niczym. 
Hrabia z zimną krwią rozkazał straszliwie okaleczyć 
grupę schwytanych Słowian, a potem z ich ociekają-
cych krwią ciał nakazał utworzyć żywą barykadę. Na-
wet nieczuły na cierpienie wiek XI zna niewiele przy-
kładów podobnego barbarzyństwa. 
  Po pewnym czasie krzyżowcom przybył jeszcze je-
den wróg - problemy z aprowizacją. Nękani atakami, 
przemęczeni i wygłodniali żołnierze hrabiego Rajmun-
da z nadzieją wypatrywali granicy Cesarstwa. Przekro-
czyli ją dopiero w pierwszych dniach lutego na północ 
od Dyrrachium. W tym momencie skończyły się napa-
dy Słowian oraz kłopoty związane z brakiem żywności, 
zaczęły natomiast poważne nieporozumienia z miej-
scowymi władzami. 
  Jan Komnen wykonując zalecenia płynące z Kon-
stantynopola i wykorzystując zdobyte już doświadcze-

background image

nia przydzielił krzyżowcom eskortę złożoną z Pieczyn-
gów, którzy mieli czuwać nad ich przemarszem przez 
via Egnatia. Pod względem zdyscyplinowania podko-
mendni Rajmunda nie przypominali w niczym nawy-
kłych do posłuchu Normanów czy chociażby żołnierzy 
Gotfryda. Zbyt natrętna obecność Pieczyngów zaczęła 
im szybko ciążyć i prowokować do zaczepek. Tym 
bardziej że Pieczyngowie rzetelnie wywiązywali się             
z obowiązków i nie zamierzali pozwalać Francuzom na 
jakiekolwiek grabieże. Zaczęło dochodzić do potyczek, 
zrazu niewielkich, z czasem coraz krwawszych. W cza-
sie jednej z nich w walce z Pieczyngami zginęło dwóch 
baronów prowansalskich. Niewiele brakowało, aby po-
legł sam biskup Le Puy. Na szczęście dla niego w porę 
został rozpoznany przez napastników i odstawiony do 
obozu krzyżowców. Skończyło się aa niegroźnych ra-
nach i wielkim strachu. Incydent ten odbił się jednak 
głośnym echem i wzbudził olbrzymie wzburzenie. 
Wzrosło ono jeszcze bardziej, gdy w okolicy Edessy 
milicja cesarska zaatakowała Rajmunda i jego osobisty 
poczet. Jak się wkrótce miało okazać, nie był to najpo-
ważniejszy incydent w czasie przemarszu przez ziemie 
Bizancjum. W Tessalonice od głównych sił odłączył się 
Ademar, aby wykurować się z odniesionych ran. Od te-
go momentu dyscyplina w armii rozluźniła się jeszcze 
bardziej. 
  Po przybyciu do Russy, ogołoconej z żywności 
przez Normanów, którzy przechodzili tędy przed dwo-
ma tygodniami, Francuzi z okrzykiem „Tuluza!, Tulu-
za!” rzucili się na mury, wdarli do miasta i dokument-

background image

nie złupili wszystkie bez wyjątku domostwa, wydziera-
jąc zrozpaczonym mieszkańcom resztki ukrytego przez 
nich pożywienia. 
  Na tle opisanych wydarzeń zaskakująco dla Raj-
munda musiały brzmieć słowa wysłannika cesarza, któ-
ry przybył do obozu krzyżowców kilka dni później. Po-
seł przekazał hrabiemu wyrazy serdecznego powitania              
i zaprosił go do stolicy na spotkanie z basileusem. 
  Obecność Rajmunda w obozie stanowiła ostatnią 
tamę przed niekontrolowanym rozlaniem się  żołnier-
skiego żywiołu. Po jego odjeździe rozpasanie wojow-
ników osiągnęło szczyt. Już nikt nie był w stanie 
utrzymać ich w karbach i posłuszeństwie. W nocy 
czerwone łuny płonących wsi znaczyły szlak, który 
przemierzali Francuzi. Gwałty i grabieże dosięgły spo-
kojnych mieszkańców. Lecz tym razem krzyżowców 
spotkała przykra niespodzianka. Na pomoc Pieczyngom 
ściągnęły regularne liniowe oddziały piechoty i jazdy 
bizantyjskiej stacjonujące w pobliżu drogi, którą poru-
szali się krzyżowcy. Doszło do bitwy. 
  Dufni w swoją liczebną przewagę, przyzwyczajeni 
do zwycięstw nad bezbronnymi cywilami i nie naucze-
ni respektu przez słabą milicję, krzyżowcy ruszyli do 
walki pewni sukcesu. Bizantyjczycy szybko skorygo-
wali ich rachuby. Armia hrabiego poszła w rozsypkę 
rzucając się do panicznej ucieczki i pozostawiając na 
polu bitwy tabor, bagaże, broń. Niedoszli pogromcy Sa-
racenów po raz pierwszy przekonali się na własnej skó-
rze o ich wartości; wszak Bizantyjczycy, którzy z taką 
łatwością ich pokonali, toczyli z Saracenami i Turkami 

background image

ciężkie boje i w ostatnich latach rzadko kiedy wycho-
dzili z nich obronną ręką. 
  Hiobowa wieść o pogromie dotarła do hrabiego na 
krótko przed wyznaczoną przez Aleksego I audiencją. 
Zrozumiałe, że wprawiła go w zakłopotanie i pogłębiła 
jeszcze bardziej fatalny nastrój, w jakim się znajdował. 
„Sytuacja, w jakiej znalazł się w pałacu, wprawiła go      
w ambaras i zirytowała. Przez cały czas trawiło go pra-
gnienie uzyskania świeckiego dowództwa wszystkich 
wojsk krzyżowych. Ale jedynym źródłem autorytetu 
Rajmunda był papież oraz zażyłe stosunki z przedsta-
wicielem papieskim, biskupem Le Puy. Tymczasem bi-
skup był nieobecny, Rajmundowi zabrakło więc i po-
parcia, i rady. W czasie nieobecności Ademara nie 
chciał podejmować żadnych zobowiązań, tym bardziej 
że złożenie przysięgi za przykładem innych krzyżow-
ców oznaczało zerwanie szczególnych stosunków, jakie 
łączyły go z papiestwem. Stanowiłoby to degradację             
i zrównanie się z innymi krzyżowcami. 
  Istniało jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Rajmund 
był na tyle inteligentny, by natychmiast zorientować 
się, że jego najgroźniejszym rywalem jest Boemund. 
Ten zaś nie tylko cieszył się specjalnymi względami 
cesarza, ale krążyła pogłoska, że otrzyma naczelne do-
wództwo wojsk cesarskich. Po złożeniu przysięgi Raj-
mund straciłby swój prymat, w dodatku stałby się pod-
władnym  Boemunda jako  przedstawiciela cesarza. 
Oświadczył przeto, że przybył na Wschód czynić dzieło 
Boże i że jego jedynym suzerenem jest Pan Bóg, dając 
w tych słowach do zrozumienia, iż uważa się za świec-

background image

kiego przedstawiciela papieża. Nadmienił jednak, że 
gdyby cesarz objął osobiście dowództwo nad zjedno-
czonymi wojskami chrześcijańskimi, gotów jest służyć 
pod jego rozkazami. Ustępstwo to wskazywało, że nie 
ma obiekcji przeciwko podporządkowaniu się cesarzo-
wi, nie uzna natomiast zwierzchnictwa Boemunda”. 
  Jak łatwo przewidzieć, Aleksy I nie mógł przystać 
na propozycję hrabiego Rajmunda. Odpowiedział, że 
sytuacja państwa wymaga jego obecności w Konstan-
tynopolu. Cesarz poza tym nie wywierał zbyt silnej 
presji na Rajmunda w celu zmuszenia go do złożenia 
przysięgi. Zrobili to za niego baronowie, którzy uczest-
niczyli już w podobnej ceremonii. Gotfryd z Bouillon 
zarzucił hrabiemu, że jego zachowanie przynosi niepo-
wetowane szkody sprawie krucjaty. Naciski odniosły 
skutek. 26 kwietnia, pięć dni po przybyciu do Konstan-
tynopola, Rajmund zgodził się złożyć przysięgę, ale               
w zmienionym brzmieniu. Miał w niej przyrzec bronić 
życia i honoru cesarza, i nie czynić niczego, co mogło-
by przynieść mu szkodę. Zobowiązanie to dotyczyło 
oczywiście wszystkich wasali Rajmunda z Saint‒Gilles. 
Aleksy I nie zgłosił żadnych poprawek. Treść przysięgi 
zaproponowana przez hrabiego satysfakcjonowała go. 
  Po złożeniu przysięgi Rajmund przeprawił się                    
z przybocznym pocztem do Azji, jednak wkrótce po-
wrócił na cesarski dwór i pozostawał na nim aż przez 
dwa tygodnie. W tym czasie jego główne siły nadcią-
gnęły nad Bosfor. Owe dwa tygodnie całkowicie od-
mieniły stosunki pomiędzy Aleksym I i Rajmundem. 
Nieobecność Boemunda sprawiła, że podczas rozmów 

background image

w cztery oczy wiele mogli sobie wyjaśnić; także i to, że 
w rzeczywistości cesarz nie

 

zamierza popierać wodza 

Normanów i nie może być nawet mowy o mianowaniu 
go naczelnym dowódcą wojsk cesarskich. Opuszczając 
na stałe Konstantynopol Rajmund mógł się czuć nieo-
mal przyjacielem Aleksego I, a w każdym razie miał 
prawo liczyć, że będzie on jego sprzymierzeńcem prze-
ciwko Boemundowi. 
  Rajmund pozostawił po sobie na dworze bardzo ko-
rzystne wrażenie. Jest to o tyle zaskakujące, że wśród 
cech jego charakteru jednym tchem można wymienić 
chciwość, próżność, chorobliwą dumę. Bizantyjczykom 
hrabia ukazał jednak swoją lepszą stronę. Wytworne 
maniery i znajomość etykiety dworskiej spowodowały, 
że uznano go za najbardziej kulturalnego spośród 
wszystkich zachodnich baronów. Wiele ciepłych słów 
poświęciła mu sama Anna Komnena, u której zasłużyć 
sobie na względy nie było łatwo. 
  Ostatnia wielka armia krzyżowa wyruszyła na 
Wschód z terenów północnej Francji w drugiej połowie 
października, krótko po wyprawie Rajmunda z Saint‒
Gilles. Na czele połączonych wojsk stało trzech wo-
dzów: Robert książę Normandii, jego szwagier Stefan, 
hrabia Blois i Robert II, hrabia Flandrii. Robert nor-
mański, zwany Krótkoudym z racji krótkich nóg, sym-
patyczny, odważny, o miłej powierzchowności czter-
dziestolatek był synem sławnego Wilhelma Zdobywcy 
Nie odziedziczył jednak po ojcu talentów politycznych 
i militarnych. Zaangażowany w wieloletni spór z wła-
snym bratem Wilhelmem Rufusem, królem Anglii, nie 

background image

mógł czuć się pewnie w swoim księstwie. Wezwanie 
do krucjaty spotkało się z jego natychmiastowym od-
zewem. Papież ze swej strony doprowadził do 
pojednania zwaśnionych braci. Dzięki temu Robert 
mógł pożyczyć od Wilhelma niezbędną do wy-
ekwipowania armii kwotę pod zastaw księstwa. Do 
Roberta przyłączyło się wielu możnowładców                         
z Bretanii oraz rycerstwo z Anglii i Szkocji. Jednakże 
tylko jeden baron angielski wziął udział w wyprawie; 
był to Ralf Guader, hrabia Norfolku. 
  Stefan z Blois był mężem Adeli, córki Wilhelma 
Zdobywcy, i przy próbie jego charakterystyki ten fakt 
jest najbardziej warty podkreślenia. Gdyż Stefan był 
człowiekiem pozbawionym własnego zdania i zwykł 
czynić bez większego szemrania wszystko to, czego 
życzyła sobie żona. Adela zaś chciała, aby mąż wyru-
szył na krucjatę. Stefan, jeden z najbogatszych możno-
władców we Francji, z łatwością i bez większego 
uszczerbku dla skarbca wystawił silny hufiec.  U jego 
boku wyruszał do Ziemii Świętej późniejszy znany hi-
storyk Fulcher z Chartres. 
  Bez wątpienia spośród trójki baronów najciekawszą 
postacią był hrabia Flandrii. Dumny, szlachetny, męski 
i odważny do szaleństwa dorobił się u współczesnych 
wspaniale brzmiącego przydomka „włócznia rycer-
stwa”. Ojciec Roberta, jego imiennik, odbył przed dzie-
sięcioma laty pielgrzymkę do Jerozolimy, a później 
wstąpił na służbę bizantyjską. Aż do swojej śmierci               
w 1093 r. utrzymywał  żywe kontakty z Aleksym. 

background image

Udział hrabiego w krucjacie stanowił w tym kontekście 
niejako normalną kolej rzeczy. 
  Flandryjczycy, choć nie tak liczni jak drużyny Got-
fryda z Bouillon i Rajmunda z Saint‒Gilles, dorówny-
wali męstwem, zdyscyplinowaniem i wyszkoleniem 
wojskowym Normanom i wśród połączonych wojsk 
krzyżowych mieli stanowić najwartościowszy związek 
bojowy. Oddziały Roberta wzmocniło rycerstwo bra-
banckie prowadzone przez hrabiego Gandawy, Baldwi-
na z Alostu. 
  Obaj Roberci i Stefan po spotkaniu w Pontarlier 
powiedli swoje wojska do Italii, zamierzając przetrans-
portować je na Bałkany drogą morską. W Lukce doszło 
do przypadkowego spotkania z papieżem, który znalazł 
trochę czasu na rozmowę z trzema wodzami. Podczas 
audiencji udzielił im błogosławieństwa. 
  Przez Rzym, zbaczając do Monte Cassino, armia 
dotarła do Apulii. Żoną jego władcy, Rogera Borsy, by-
ła rodzona siostra Roberta flandryjskiego, Adela,                  
w przeszłości królowa Danii. Pomimo tak bliskich wię-
zów rodzinnych hrabia nie zabawił długo w Apulii. Po-
dążył do Bari, skąd na początku grudnia przeprawił się 
do Epiru. W urokach południowych Włoch i normań-
skiej gościny zasmakowali natomiast Robert normański 
i Stefan z Blois, którzy postanowili przezimować w Ka-
labrii. 
  Do Konstantynopola Robert flandryjski przybył 
niemal jednocześnie z Boemundem. Podróż przez Bał-
kany upłynęła mu bez większych sensacji. Dramatycz-
ny incydent przydarzył się natomiast podczas przepra-

background image

wy przez Adriatyk Baldwinowi z Alostu. Usiłował on 
wylądować w Chimarze, na południe od wyznaczonego 
wcześniej miejsca. Bizantyjczycy postanowili twardo 
trzymać się przyjętych ustaleń i ich flota zagrodziła 
drogę krzyżowcom. Doszło do starcia. Brabantczycy 
dzielnie się bronili, szczególnie jakiś duchowny, który 
swą postawą nie tyle zaimponował Bizantyjczykom, co 
raczej ich zgorszył, ale w końcu zostali zmuszeni do 
poddania się. Odstawiono ich do Dyrrachium. Bitwę tę 
dokładnie opisała Anna Komnena, która w związku              
z jej przebiegiem, głównie zaś rolą, jaką odegrał w niej 
katolicki ksiądz, poczyniła ciekawe spostrzeżenia oby-
czajowe.  „[...] widział to stojący na przodzie statku ja-
kiś ksiądz latyński, jeden z trzynastu walczących wokół 
hrabiego. Zaczął gęsto ostrzeliwać Mariana. Marian nie 
stracił ducha, nadal walczył z zapałem i jeszcze pobu-
dzał do walki swoich żołnierzy, tak że trzy razy musieli 
się zmieniać ranni i wyczerpani bojem wojownicy ota-
czając hrabiego. Sam ksiądz, mimo że odniósł wiele ran 
i był zalany krwią, trwał w miejscu nieustraszony. 
  Mamy zupełnie inne wyobrażenie o księżach niż 
Latyni. My kierujemy się kanonami, prawami i dogma-
tem ewangelicznym: »Nie dotykaj, nie krzycz, nie na-
padaj, albowiem jesteś wyświęcony«. Natomiast barba-
rzyńca latyński odprawia nabożeństwo, jednocześnie 
trzyma tarczę w lewej ręce, prawą potrząsa włócznią              
i udziela Ciała i Krwi Pańskiej oraz patrzy na rzeź. Jest 
mężem krwi, jak powiedziano w psalmie Dawida. Ta-
kie to plemię Latyńców - jednako kocha Boga i wojnę. 
Podobnie i ten, lepszy wojak niż ksiądz, wdział szatę 

background image

kapłańską, chwycił za wiosło, zajął się wojną i bitwą, 
walcząc zarazem z morzem i ludźmi”. 
  Robert flandryjski i inni towarzyszący mu barono-
wie złożyli przysięgę lenną nie dostarczając Aleksemu 
I żadnych problemów w tej kwestii. 
  Robert normański i Stefan z Blois przeciągnęli swój 
pobyt we Włoszech aż do wiosny. Dobre warunki by-
towe rozleniwiły zarówno ich, jak i żołnierzy. Niektó-
rzy z rycerzy, w których bezczynność wygasiła krucja-
towy zapał, powrócili w rodzinne strony. Tak więc gdy 
wreszcie 5 kwietnia z nabrzeża w Brindisi krzyżowcy 
odpływali ku ziemiom Bizancjum, ich liczba była 
mniejsza niż jeszcze przed czterema miesiącami.
  Przeprawa rozpoczęła się tragicznie. Pierwszy ze 
statków zaraz po odbiciu od brzegu dostał zbytniego 
przechyłu i natychmiast zatonął wraz z czterystoma 
ludźmi, końmi, bydłem oraz znaczną sumą pieniędzy. 
Powodem było zapewne zbytnie przeładowanie i nie-
równomierne rozłożenie ciężaru w ładowniach i na po-
kładzie. 
  Nieszczęśliwe zdarzenie fatalnie odbiło się na psy-
chice wielu krzyżowców. Znów pewna ich liczba zre-
zygnowała 

z

 udziału w wyprawie, twierdząc, że ciąży 

na niej fatum. Byli jednak i tacy, którzy wkrótce po tra-
gedii  potrafili  znaleźć  duchowe  pokrzepienie 

                 

i umocnić w wierze, że we wszystkich zdarzeniach 
związanych z krucjatą obecny jest palec Boży. Szybko 
rozeszła się bowiem pogłoska, że na zwłokach wyrzu-
conych na brzeg topielców, na ich łopatkach, widnieje 
znak krzyża. 

background image

  Cud był oczywisty, moment jego ujawnienia zaś nie 
mógł być lepszy, lub patrząc na opisywane wydarzenia 
z dwudziestowiecznej, cokolwiek racjonalnej już per-
spektywy - lepiej wybrany. Niezależnie jednak, czy cud 
wydarzył się, czy nie, pozostali krzyżowcy, to znaczy, 
ci którzy nie zrezygnowali z dalszego uczestnictwa             
w wyprawie, szczęśliwie przebyli morze i wylądowali 
w Dyrrachium. W drodze do Konstantynopola towarzy-
szyła im bizantyjska eskorta. Nie doszło do żadnych in-
cydentów i gwałtów na ludności. Wydarzył się nato-
miast tragiczny wypadek, spowodowany znów przez 
wodny żywioł. W czasie przeprawy przez wzburzony 
potok w górach Pindos wezbrane fale porwały kilku-
dziesięciu nieszczęśników, którzy akurat w tym mo-
mencie przechodzili na drugi brzeg. 
  Na początku maja Robert i Stefan dotarli do stolicy 
Cesarstwa. Ich wojska umieszczono w obozie usytuow-
anym w niewielkiej odległości od murów. Była to już 
ostatnia armia krzyżowa, jaką przerażeni mieszkańcy 
Konstantynopola oglądali w czasie burzliwego półrocza 
na przełomie 1096 i 1097 r. Wszystkie inne wojska 
znajdowały się na azjatyckim brzegu. Obaj wodzowie 
nie wzbraniali się przed złożeniem przysięgi lennej 
Aleksemu I. Cesarz oczarował ich bez reszty. Najpierw 
ukazał im potęgę i przepych stolicy, dokąd krzyżowcy 
wpuszczani byli w maleńkich, kilkuosobowych grup-
kach. Później obsypał darami, które swą wartością 
wprawiły baronów w nieukrywane zdumienie i najwyż-
szy podziw dla nadzwyczajnej hojności basileusa. 
Wśród prezentów były pieniądze, jedwabne, rzadkiej 

background image

piękności szaty, rumaki. Stefan z Blois, olśniony wspa-
niałomyślnością Aleksego, pełen zachwytu napisał do 
żony: „Wasz ojciec, moja najmilsza, czynił wiele wiel-
kich darów, ale zaiste było to nic w porównaniu z tym 
mężem”. 
  Pełen wrażeń i cudownych niespodzianek pobyt nad 
Bosforem trwał dwa tygodnie. Po przewiezieniu do 
Azji krzyżowcy ruszyli brzegiem Zatoki Nikomedyj-
skiej, przeciągnęli przez Nikomedię i pomaszerowali              
w ślad za pozostałymi wojskami biorącymi udział               
w krucjacie. Mieli się z nimi połączyć dopiero pod Ni-
keą, pierwszą wielką turecką twierdzą na drodze krzy-
żowców do Jerozolimy. 
  Po wyekspediowaniu armii Roberta z Normandii              
i Stefana z Blois cesarz mógł wreszcie przeprowadzić 
rachunek zysków i strat, jakie do tej pory przyniósł mu 
wybujały ponad wszelkie oczekiwania ruch krucjatowy. 
„Aleksy odetchnął z ulgą. Chciał uzyskać najemników 
zachodnich. Zamiast nich przysłano mu wielkie armie, 
z których każda podlegała innym wodzom. Żaden rząd 
nie ma powodów do radości, gdy na jego terytorium 
wkraczają wielkie armie niezależnych sprzymierzeń-
ców, zwłaszcza jeżeli pochodzą one z krajów o niż-
szym poziomie cywilizacji. Trzeba dostarczyć im żyw-
ności, trzeba przeciwdziałać grabieżom [...] Ogólnie 
biorąc cesarz dobrze sobie poradził z tym problemem. 
W czasie przemarszu przez Bałkany nikt z krzyżowców 
nie cierpiał głodu [...] Metody cesarza jeszcze lepiej 
zdały egzamin w czasie niezakłóconego żadnym incy-
dentem przemarszu ostatniej armii, składającej się                

background image

z mieszkańców północnej Francji, którzy z natury byli 
niezdyscyplinowani i którymi dowodzili słabi i nie-
kompetentni przywódcy [...] W Konstantynopolu Alek-
sy odebrał przysięgę lenną od wszystkich baronów,                
z wyjątkiem Rajmunda, z którym w cztery oczy do-
szedł do porozumienia. 
  Nie miał  żadnych złudzeń ani co do rzeczywistej 
wartości tej przysięgi, ani co do rzetelności ludzi, któ-
rzy ślubowali mu posłuszeństwo. Ostatecznie jednak 
dawały mu one prawne argumenty, które mogły ode-
grać ważną rolę [...] Mimo wszystko wydaje się, że 
Aleksy I był zadowolony. Konstantynopolowi nie gro-
ziło już żadne niebezpieczeństwo, armie krzyżowe wy-
ruszyły do walki z Turkami. Szczerze pragnął okazać 
pomoc krucjacie, ale z jednym zastrzeżeniem, że nigdy 
nie poświęci interesów Cesarstwa dla interesów rycer-
stwa zachodniego.  Jego najważniejszym obowiązkiem 
było dbać o własny naród. Co więcej, podzielał przeko-
nanie  wszystkich  Bizantyjczyków,  że  pomyślność 
chrześcijańskiego świata zależy od pomyślności histo-
rycznego Cesarstwa chrześcijańskiego. I miał rację”. 
  Nie tylko cesarz miał prawo odetchnąć z ulgą po 
przejściu krzyżowców. Uczyniła to większość miesz-
kańców Bizancjum. Ich uczucia najlepiej chyba oddaje 
fragment listu napisanego przez metropolitę Bułgarii, 
Teofilakta z Ochrydy: „Mam zaciśnięte wargi; przejście 
Franków albo ich inwazja, bo nie wiem, jak ją określić, 
tak nas wszystkich zaskoczyła i dotknęła, że straciliśmy 
zupełnie zmysły. Gorzki kielich inwazji wypiliśmy aż 
do dna”. 

background image

  

DROGA PRZEZ AZJĘ MNIEJSZĄ 

  Krzyżowcy opuszczali Konstantynopol z określo-
nym celem strategicznym - w pierwszym etapie kam-
panii na ziemi azjatyckiej należało oczyścić z nieprzy-
jacielskich sił drogi biegnące w głąb Azji Mniejszej. 
Pozostawienie Turków na zapleczu maszerującej na Je-
rozolimę armii groziło bowiem przerwaniem jej linii 
komunikacyjnych i wstrzymaniem zaopatrzenia. Za-
mierzenia polityki bizantyjskiej szły w tym samym kie-
runku. Wyparcie Seldżuków z rozległych terenów Azji 
Mniejszej, stanowiącej przedpole i zarazem rezerwuar 
ludzki Cesarstwa, stanowiło główną wytyczną tej poli-
tyki. Wobec takiej jedności celów wszystkie dotych-
czasowe nieporozumienia na tle przyszłego podziału 
zdobytych ziem oraz zakresu suzerennych praw Alek-
sego I musiały zejść na drugi plan. 
  Pierwszą wielką twierdzą na drodze krzyżowców 
była Nikea, słynne w całym chrześcijańskim świecie 
miasto. Tam w 325 r. odbył się pierwszy sobór po-
wszechny. Nikea, od 1085 r. stolica seldżuckiego sułta-
natu Rum, niemal wyrastając swoimi potężnymi, bie-
gnącymi w trzech liniach murami z wód Jeziora Askań-
skiego przecinała stary bizantyjski szlak wojskowy 
prowadzący do Syrii.  Było więc oczywiste, że dalszy 
marsz nie może być kontynuowany bez wcześniejszego 
zdobycia twierdzy. 
 

Większość  krzyżowców  pod  wodzą  Gotfryda                    

z Bouillon opuściła obóz w Pelekanonie w ostatnich 
dniach kwietnia. Kilka dni armia stacjonowała w Ni-
komedii, dokąd ściągały wszystkie rozproszone oddzia-

background image

ły. Przybył tam między innymi hufiec Boemunda do-
wodzony czasowo przez Tankreda - sam Boemund 
uzgadniał z Aleksym I szczegóły wyprawy i sposób za-
pewnienia wojskom ciągłych dostaw prowiantu - oraz 
oddział saperów greckich pod komendą Manuela Bu-
tumitesa. Byli to wysokiej klasy specjaliści od zdoby-
wania twierdz i obsługi wymyślnych machin oblęż-
niczych. Moment do zaatakowania Nikei wybrany zo-
stał bardzo szczęśliwie. Sułtan Kilidż Arslan I przeby-
wał na kresach swojego państwa, gdzie walczył z ksią-
żętami daniszmendzkimi o panowanie nad Meliteną. 
Zresztą sułtan nie traktował poważnie zagrożenia ze 
strony armii krzyżowej. O Frankach myślał z pogardą              
i lekceważeniem, mając w pamięci niezwykłą łatwość, 
z jaką pokonał w zeszłym roku ich liczne, choć słabo 
zorganizowane watahy. Sądził, iż tym razem sytuacja 
powtórzy się i z nową falą zachodnich barbarzyńców 
poradzi sobie bez większych kłopotów pozostawiony  
w stolicy silny garnizon. Na Kilidż Arslana I działały 
zapewne uspokajająco napływające z Konstantynopola 
informacje o konfliktach pomiędzy cesarzem i zachod-
nimi wodzami. O pewności siebie sułtana świadczyło 
najdobitniej to, iż w Nikei, która przecież musiała stać 
się pierwszym obiektem zmasowanego ataku wroga, 
pozostawił ukochaną żonę, dzieci oraz pełny skarbiec. 
  Niezachwiane przekonanie o własnej potędze i jed-
noczesnej słabości przeciwnika prysło, gdy do sułtana 
nadeszły wieści o liczebności i jakości zgromadzonych 
w Pelekanonie wojsk z Zachodu oraz wsparciu ich 
przez  specjalistyczne  oddziały bizantyjskie.  Kilidż 

background image

Arslan I wysłał wówczas z pomocą dla Nikei część to-
warzyszących mu wojsk, a z resztą armii ruszył ku sto-
licy natychmiast po rozwiązaniu problemów nad 
wschodnią granicą sułtanatu. Decyzje te podjął jednak 
zbyt późno.  
  Z Nikomedii Gotfryd pomaszerował na Civetot, 
tam  skręcił  na  południe  i  zagłębił  się  w  wąwozie,                    
w którym doszło do rzezi oddziałów Piotra Pustelnika. 
Teraz Piotr wraz z niedobitkami swojej armii po raz 
drugi znalazł się w miejscu masakry. Na nim i na jego 
nielicznych towarzyszach, którym udało się wówczas 
ujść z pogromu, niesamowite wrażenie uczynił widok 
tysięcy bielejących w słońcu kości zalegających wą-
wóz. Ten obraz zapamiętali do końca życia. 
  Gotfryd nie popełnił błędu Piotra Eremity. Jego ar-
mia posuwała się marszem ubezpieczonym, wysyłając 
na wszystkie strony zwiadowców. Saperzy Butumitesa 
poszerzali natomiast trakt, wzdłuż którego dla lepszego 
oznaczenia drogi ustawiono drewniane krzyże. Miały 
one pokazywać kierunek pielgrzymom zmierzającym 
do Świętego Miasta. Jeszcze po wielu latach dobrze 
pełniły swoją funkcję. 
  Droga do Nikei okazała się jednak bezpieczna. Tur-
cy nie zdobyli się na przygotowanie zasadzki. Gotfryd 
stanął pod miastem 6 maja. Wielu krzyżowców nie 
mogło wyjść z zachwytu patrząc na potężne mury pa-
miętające IV stulecie. Liczące ponad 6 km obwarowa-
nia, utrzymywane przez cały czas w dobrym stanie 
technicznym przez Bizantyjczyków, wzmacniało 240 
baszt. Każda z nich mogła z powodzeniem stanowić 

background image

oddzielny punkt oporu, a wszystkie razem, wkompo-
nowane przemyślnie w system obronny, dawały moż-
liwość ostrzału atakującego wroga na całej długości 
murów bez pozostawienia martwych pól. Twierdza 
zbudowana była na planie nieregularnego pięcioboku, 
jej zachodnie fortyfikacje wyrastały wprost z płytkich 
wód jeziora. Aby szczelnie otoczyć Nikeę, nie wystar-
czało zatem blokować jej na kilkukilometrowym od-
cinku od strony lądu, należało dodatkowo rozstawić 
oddziały wzdłuż wielokrotnie dłuższego brzegu jeziora 
lub wprowadzić na jego wody eskadrę okrętów. Na 
pierwsze rozwiązanie brakowało ludzi, na drugie sprzę-
tu. Zresztą na początku oblężenia nikt nie pomyślał               
o takiej potrzebie. 
  Zrazu krzyżowcy zablokowali miasto jedynie 

                  

z dwóch stron. Od północy zajęli stanowiska Lotaryń-
czycy, Tankred rozbił obozowisko od strony wschod-
niej. Południową część murów pozostawiono Rajmun-
dowi z Saint‒Gilles, który nadszedł dopiero 16 maja. 
Mimo to zdążył przed tureckimi oddziałami wysłanymi 
przez Kilidż Arslana I z odsieczą. Obrońcy stolicy kil-
kakrotnie słali gońców z informacją o wolnym dostępie 
do miasta, lecz tureckiej awangardzie nie udało się wy-
korzystać tej szansy. 
  Krótko przed Rajmundem pod Nikeę dotarł Boe-
mund. Wraz z jego pojawieniem się zdecydowanie po-
prawiło się zaopatrzenie armii w żywność. Jako ostatni 
pod oblężone miasto przybyli Robert z Normandii                  
i Stefan z Bois. Stało się to 3 czerwca. 

background image

  Tymczasem pod Nikeą doszło do dramatycznych 
wydarzeń. Ich preludium stanowił krótki, zacięty bój 
spotkaniowy stoczony między czołówką idących z od-
sieczą oddziałów Kilidż Arslana I i zgrupowaniem hra-
biego Rajmunda. Po odparciu przez Franków Turcy 
wycofali się i w niewielkim oddaleniu od chrześcijań-
skich stanowisk oczekiwali na przybycie głównych sił  
z Kilidż Arslanem I. Nieudana próba przebicia się od-
sieczy do miasta spowodowała paniczną reakcję jego 
załogi. Turecki dowódca garnizonu zaprosił do twier-
dzy Butumitesa, aby odbyć z nim wstępną rozmowę na 
temat warunków kapitulacji. Grek, mając stosowne 
upoważnienie cesarza, przyjął zaproszenie, ale do bez-
pośrednich negocjacji nie doszło. W pierwszych dniach 
ostatniej dekady maja pod Nikeą, od strony południo-
wej, pojawiła się cała armia turecka i pertraktacje siłą 
rzeczy zostały przerwane. 
  Kilidż Arslan I nie silił się na żadne taktyczne roz-
wiązania. Jego armia prosto z marszu uderzyła na front 
utworzony przez oddziały Rajmunda. Z pomocą Tulu-
zańczykom i Prowansalczykom przyszedł jedynie Ro-
bert z Flandrii. Gotfryd i Boemund pozostali na do-
tychczasowych stanowiskach. Ich zachowanie wynika-
ło z obawy, że opuszczenie pozycji od strony północnej 
i wschodniej spowoduje powstanie luki, przez którą 
część sił nieprzyjaciela będzie mogła swobodnie wkro-
czyć do twierdzy. Robert i Rajmund poradzili sobie 
jednak. Chociaż przyszło im zmierzyć się z kilkakrotnie 
liczniejszym przeciwnikiem, nie pozwolili mu rozerwać 
własnego szyku i nie dopuścili do przedarcia się Tur-

background image

ków do miasta. Rycerstwo zachodnioeuropejskie zade-
monstrowało swoją wyższość nad przeciwnikiem na-
wykłym do zaskakujących ataków, pozorowanych od-
wrotów, lotnych pościgów, po mistrzowsku posługują-
cym się łukiem i włócznią, ale tracącym wiele ze swo-
ich walorów w twardym boju z ciężkozbrojną konnicą, 
przytłaczającą swą masą i górującą wyszkoleniem.               
W bitwie z żołnierzami Kilidż Arslana I krzyżowcy po-
kazali, iż nie do końca zgodna z rzeczywistością jest               
i krzywdząca ich ocena Anny Komneny: „Plemię cel-
tyckie odznacza się, oprócz innych właściwości, samo-
wolnym postępowaniem i niechęcią do cudzych rad. 
Nigdy nie przestrzega ani należytej dyscypliny woj-
skowej, ani teoretycznych zasad prowadzenia wojen, 
lecz kiedy dojdzie do walki czy wojny, wyje z wście-
kłości. Nie sposób ich powstrzymać - i to nie tylko 
zwykłego żołnierza, lecz także samych wodzów, gdyż 
rzucają się w środek falang nieprzyjacielskich. Są nie-
pohamowani, jeśli nieprzyjaciel w ogóle chociaż nieco 
n się rusza, jeśli natomiast wrogowie wprawni w rze-
miośle żołnierskim zaczną przypuszczać ataki zgodnie 
ze sztuką wojskową, ich brawura przechodzi w zupeł-
nie coś odwrotnego. W sumie pierwszego natarcia Cel-
tów nie można wytrzymać, potem jest już łatwo ich po-
konać, a to z powodu ciężkiej wagi zbroi oraz przez 
wzgląd na ich wściekłe i nierozumne usposobienie”. 
  Jak widać, analiza dokonana przez Annę Komnenę 
- zapewne też niezbyt „wprawną” w wojennym rzemio-
śle - oprócz wnikliwych i celnych obserwacji zawiera 
także fragmenty dość kłopotliwe do logicznej interpre-

background image

tacji. Jak bowiem można łatwo pokonać przeciwnika, 
skoro nie sposób wytrzymać jego pierwszego uderze-
nia?! Pozostawiając tajemnicę tego cokolwiek zadzi-
wiającego sformułowania jego autorce, bardziej uroczej 
i inteligentnej kobiecie niż wojskowemu ekspertowi, 
warto jednak zauważyć, iż za życia Anny Komneny 
krzyżowcy przegrali niewiele bitew. 
  W trwającej niemal przez cały dzień bitwie z woj-
skami Kilidż Arslana I wyróżnili się szczególnie biskup 
Le Puy, dowodzący prawym skrzydłem, oraz Rajmund 
z Saint‒Gilles. Hrabia ani trochę nie dbał o to, że może 
stać się  łatwym celem dla nieprzyjaciół. Naznaczony 
niczym strzelnicza tarcza znakiem krzyża, którym 
ozdobił nie tylko zbroję, ale także tarczę, hełm i cza-
prak konia

2

, mieczem czynił wokół siebie straszliwe 

spustoszenie walcząc wśród największej gęstwiny wro-
gów. Bitwa ustała dopiero wraz z zapadnięciem zmro-
ku. Kilidż Arslan I nakazał odwrót. 
  Całodzienne zmagania wyczerpały sułtana psy-
chicznie i fizycznie. Postawa Franków była dla niego 
prawdziwym szokiem. Przygotowany na łatwe zwycię-
stwo, przeżył gorycz porażki. Był jednak na tyle roz-
sądny, by zrezygnować z podejmowania następnej pró-
by przebicia się do oblężonego miasta. Choć z rozpaczą 
w sercu, postanowił jednak wycofać się z armią w góry, 
aby po jej uzupełnieniu świeżymi posiłkami stawić 
opór chrześcijanom w bardziej dogodnych, wybranych 
przez siebie warunkach. Zwycięstwo nad wojskami Ki-
lidż Arslana I wywołało w obozie krzyżowców ogrom-
ny entuzjazm. Radosnej atmosfery nie mogły zakłócić 

background image

nawet dotkliwe straty, jakimi opłacono triumf. Niemal 
każdy z walczących tego dnia odniósł jakieś rany. Na 
pobojowisku krzyżowcy znaleźli mnóstwo powrozów 
do krępowania jeńców. Jeszcze raz sprawdziła się za-
tem mądrość przysłowia o dzieleniu skóry na nie-
dźwiedziu... 
  Zaraz po bitwie krzyżowcy dopuścili się dość 
ohydnego, zgoła nie chrześcijańskiego uczynku, który 
wśród rycerzy i pielgrzymich tłumów wywołał wielką 
uciechę. Część zwłok została sprofanowana. Oddajmy 
w tym miejscu głos Annie Komnenie: „Po odniesieniu 
wspaniałego zwycięstwa Celtowie nadziali na włócznie 
wiele głów poległych żołnierzy i niosąc je jak chorą-
gwie, powracali tak, żeby barbarzyńcy, którzy widzieli 
ich z daleka, przestraszyli się klęski poniesionej z sa-
mego początku i stracili zapał do walki. Tego dokonali 
Latyni i takie były ich zamiary”.  
  Ludzie średniowiecza, których serca zatwardziały 
pośród okrutnych wojen, zanoszący modły do miłosier-
nego Boga i z jego imieniem na ustach dopuszczający 
się zarazem najbardziej ohydnych czynów, nie uważali, 
aby ich uczynek zasługiwał na naganę. Miał posłużyć 
przerażeniu Turków, niewiernych, wrogów Boga - był 
zatem potrzebny i moralnie usprawiedliwiony. 
  Wycofanie się Kilidż Arslana I pozwoliło krzyżow-
com skoncentrować niemal wszystkie siły na oblężeniu. 
Zastosowano zwykłą w takich sytuacjach taktykę. We-
dług relacji kronikarza wyglądało to tak: „Następnie 
hrabia od Św. Idziego i biskup podeński [Ademar] na-
radzili się nad środkami, jak podkopać się pod jedną               

background image

z wież, stojącą naprzeciw ich namiotów. Wyznaczono 
ludzi do tej roboty oraz dano im tarany i łuczników, 
aby ich bronili, podkopali się pod fundamenty muru 
kładąc tam materiały i drzewo, by je potem rozpalić.               
Z nadejściem wieczoru wieża się zwaliła, ale zeszło to 
aż do nocy i z powodu ciemności nie można było roz-
począć ataku. W ciągu nocy Turcy pośpiesznie się ze-
brali i naprawili mury tak skutecznie, że o świcie nikt 
już nie mógł uderzyć w tym miejscu”. 
  Krzyżowcy z naiwnym zdumieniem skonstatowali 
po pewnym czasie, że twierdza jest od strony jeziora 
regularnie zaopatrywana w żywność. Baronowie, chcąc 
nie chcąc, musieli zwrócić się o pomoc do Aleksego I. 
Cesarz od początku oblężenia orientował się, że bez je-
go floty blokada nie będzie szczelna, lecz wysłał okręty 
dopiero na wyraźną prośbę krzyżowców. Chciał im              
w ten sposób uzmysłowić, jak ważne i nieodzowne 
wręcz jest dla nich ścisłe współdziałanie z Bizancjum. 
  Pojawienie się greckich okrętów na wodach Jeziora 
Askańskiego wywarło przygnębiające wrażenie na za-
łodze Nikei. Załodze, gdyż ludność miasta, w większo-
ści chrześcijańska, szykowała się do powitania swoich 
odwiecznych władców. „O świcie zobaczono owe stat-
ki, ustawione szeregiem na jeziorze i kierujące się ku 
miastu. Turcy widząc to byli zdumieni, nie wiedzieli 
bowiem, czy mają przed sobą swoich ludzi, czy cesar-
skich. Kiedy poznali, że mają do czynienia z żołnie-
rzami cesarskimi, ogarnął ich strach śmiertelny i zaczęli 
płakać i rozpaczać. Frankowie zasię cieszyli się i chwa-
lili Boga”. 

background image

  Turkom zamkniętym w twierdzy wycofujący się 
Kilidż Arslan I pozostawił wolny wybór w kwestii dal-
szej obrony: „»Róbcie odtąd wszystko, co uważacie za 
lepsze«. Wiedział zresztą z góry, że będą woleli raczej 
oddać cesarzowi miasto niż dostać się w moc Celtów”. 
Turcy mieszkający w Nikei zdali sobie sprawę, że po 
odcięciu ostatniej drogi zaopatrzenia ich los został 
przesądzony i postanowili wznowić rozmowy kapitula-
cyjne. Ich partnerem został znów Butumites. Przez kil-
ka dni negocjacje upływały na jałowych dyskusjach, 
gdyż obrońcy mimo wszystko łudzili się jeszcze na-
dzieją na powrót Kilidż Arslana I. Przełom w rozmo-
wach spowodowała dopiero informacja o naznaczonym 
przez krzyżowców na 19 czerwca szturmie generalnym. 
W noc poprzedzającą atak Turcy doszli do porozu-
mienia z Butumitesem i ustalili warunki kapitulacji. 
Przed świtem oddziały bizantyjskie, złożone w przewa-
żającej mierze z najemnych Pieczyngów, wkroczyły do 
twierdzy przez zachodnie bramy. 
  Jakież było zdumienie krzyżowców, gdy w świetle 
dnia ujrzeli dziesiątki cesarskich sztandarów powiewa-
jących nad murami i basztami Nikei. Zdumienie prze-
rodziło się szybko w rozgoryczenie i wściekłość. Skryte 
opanowanie miasta przez Bizantyjczyków oznaczało 
bowiem utratę bogatych łupów, które musiałyby przy-
paść krzyżowcom po jego zdobyciu. 
  Ponad siedem tygodni spędzonych pod Nikeą po-
śród trudów i niebezpieczeństw wydało im się straco-
nym czasem, więcej - czasem, w którym zostali wyko-
rzystywani jako ślepe narzędzie przez wykrętnych, 

background image

przebiegłych, niegodnych zaufania Greków. „Wydaje 
się mało prawdopodobne, aby wodzowie krucjaty nie 
zostali poinformowani o toczących się pertraktacjach,             
i z pewnością uważali je za słuszne, ponieważ nie było 
sensu tracić czasu i ludzi na zdobywanie miasta, które            
i tak nie dostałoby się pod ich władzę. Ale końcowe 
etapy tych negocjacji świadomie przed nimi zatajono, 
toteż wszyscy wojownicy uważali, że podstępnie 
sprzątnięto im łupy sprzed nosa. Żyli nadzieją na obło-
wienie się bogactwami Nikei. Tymczasem do miasta, 
którego strzegła czujnie milicja cesarska, wpuszczano 
ich tylko małymi grupkami. Liczyli na to, że za dostoj-
flików tureckich otrzymają okup. Tymczasem mogli 
tylko patrzeć, jak pod eskortą odstawia się ich z całym 
mieniem ruchomym do Konstantynopola lub do obozu 
cesarskiego w Pelekanonie. Poczuli jeszcze większą an-
typatię do cesarza. 
  Nie tylko potajemne opanowanie miasta przez so-
juszników wpływało na stan ducha krzyżowców. 
„Zgorszenie krzyżowców wywołał również sposób,                
w jaki cesarz obszedł się z jeńcami tureckimi.  Urzęd-
ników dworskich i wyższych dowódców zgodził się 
wypuścić na wolność po zapłaceniu okupu, małżonkę 
sułtana natomiast, córkę emira Czaki, przewieziono                
z królewskimi honorami do Konstantynopola. Miała 
tam pozostać do czasu nadejścia wiadomości od męża 
ze wskazaniem miejsca, gdzie będzie jej oczekiwał. Po-
stanowiono odesłać ją wraz z dziećmi bez żadnego 
okupu. Aleksy był człowiekiem dobrotliwym i jasno 
zdawał sobie sprawę, jak wielkie korzyści przynosi kur-

background image

tuazja wobec pokonanego wroga. Baronowie zachodni 
uważali to postępowanie za dwulicowe i nielojalne”. 
  Chociaż nieufność od cesarza i Bizantyjczyków już 
na dobre zagościła w sercach baronów, to ich wrogość 
została przez Aleksego I umiejętnie zneutralizowana. 
Podobnie zresztą jak i szeregowych żołnierzy, każdy              
z nich otrzymał bowiem dodatkowe racje żywności. 
Natomiast wodzowie krucjaty obdarowani zostali iście 
po królewsku. Cesarz przyjął ich w swoim obozie                   
w Pelekanonie i rozdzielił pomiędzy nimi wielką część 
sułtańskiego skarbca zdobytego w Nikei. Prawdziwe 
góry złota wywarły na baronach ogromne wrażenie. 
Wielu z nich dopiero teraz, na żądanie Aleksego I, zło-
żyło lenny hołd. Przysięgę hołdowniczą, choć nie bez 
oporów i przyjmując wyzywająco grubiańską postawę, 
złożył nawet najbardziej nieprzejednany w tej 
sprawie Tankred. Tak więc dary z sułtańskiego skarbca, 
zdobytego przecież głównie za sprawą krzyżowców, 
posłużyły basileusowi do upieczenia dwóch pieczeni na 
jednym ogniu. Ostudził gniew swoich groźnych sprzy-
mierzeńców i zarazem uzyskał od nich to, czego część 
z nich odmówiła mu w Konstantynopolu. 
  Opanowanie Nikei - pierwszej poważnej przeszko-
dy na drodze do Jerozolimy - napełniło krzyżowców 
dumą i niezachwianą wiarą w powodzenie krucjaty. 
Zwycięstwo to spowodowało niemal natychmiastową 
reakcję włoskich miast ‒ republik, które wcześniej 
sceptyczne, od tego momentu zaczęły traktować wy-
prawę krzyżową z większą powagą i pośpieszyły jej             
z wydatną pomocą. O panującym optymizmie świadczy 

background image

fragment listu, jaki Stefan z Blois napisał do swojej żo-
ny: „Za pięć tygodni będziemy w Jeruzalem, chyba że 
zostaniemy zatrzymani pod Antiochią”. Ostatnie słowa 
miały się okazać fatalną wróżbą, zarówno dla samego 
Stefana, jak i dla całej armii. 
  Krzyżowcy opuścili Nikeę tydzień po jej opanowa-
niu przez Bizantyjczyków, 26 czerwca. Pierwszy etap 
marszu kończył się w okolicy Doryleum, w pobliżu Fi-
lomelionu (Eskiszehir), gdzie szlak dzielił się na trzy 
drogi prowadzące do Wrót Cylicyjskich. „Następnie 
pierwszego dnia po naszym wyjściu z Nicei, doszliśmy 
do pewnego mostu, gdzie zatrzymaliśmy się przez dwa 
dni. Trzeciego dnia, zanim świt zajaśniał, podnieśli się 
nasi i jeszcze wśród nocy ruszyli, nie trzymając się jed-
nej drogi, lecz podzielili się na dwa oddziały, zachowu-
jąc odległość od siebie dwóch dni marszu. Pierwszy 
oddział prowadził Boemund i Robert z Normandii oraz 
rozważny Tankred i inni. W drugim oddziale znajdował 
się Rajmund z hrabstwa Św. Idziego, książę Gotfryd, 
Ademar biskup podeński, Hugo Wielki i Robert hrabia 
Flandrii”. 
  Anonim pominął milczeniem okoliczność, iż              
w skład pierwszego z wymienionych oddziałów wcho-
dził niewielki korpus bizantyjski dowodzony przez wy-
śmienitego oficera, generała Tatikiosa. Jego ludzie wy-
pełnili miejsce zabitych i rannych pod Nikeą: ci ostatni 
pozostali w twierdzy przechodząc na służbę cesarską. 
  Idący w kierunku Doryleum krzyżowcy nie prze-
czuwali, że już wkrótce przyjdzie im stoczyć jedną                  
z najbardziej dramatycznych bitew w całej historii kru-

background image

cjat. W rozległej dolinie w pobliżu Doryleum zaległa 
bowiem potężna armia Kilidż Arslana I, który zamie-
rzał uderzyć na przeciwnika w chwili, gdy jego oddzia-
ły będą schodziły z przełęczy. Niewiele dni, jakie upły-
nęły od bitwy pod Nikeą, sułtan wykorzystał na zebra-
nie rozproszonych wojsk oraz zapewnienie sobie 
wsparcia Turków kapadockich, prowadzonych przez 
emira Hasana, oraz pomocy emira daniszmendzkiego. 
  Zagrożenie ze strony Franków zażegnało bratobój-
czy konflikt i pozwoliło Kilidż Arslanowi I wyprowa-
dzić w pole potężne siły. Na ich czele, już bez poprzed-
niej pewności, ale z wiarą w zwycięstwo, w ostatnich 
dniach czerwca sułtan oczekiwał pojawienia się chrze-
ścijan. 
  Kilidż Arslan I uderzył wczesnym rankiem 1 lipca 
na zgrupowanie Boemunda. Był przekonany, że jest to 
cała armia chrześcijan. „[...] Turcy otoczyli nas ze 
wszystkich stron szarpiąc nas, strzelając do nas z kusz, 
rzucając włóczniami z zadziwiającej doprawdy odle-
głości. My jednak, chociaż wydawało się, że nie jeste-
śmy w stanie opierać się im, ani wytrzymać zalewu tak 
wielkiej ilości nieprzyjaciół, przeciwstawialiśmy się 
ożywieni jednym duchem. Nasze kobiety były nam             
w owych dniach wielką pomocą przynosząc wodę do 
picia walczącym i umacniając w obronie walczących”. 
  W ogólnym zamieszaniu, jakie zapanowało w pier-
wszych chwilach po tureckim ataku, Boemund nie stra-
cił głowy. Wydał rozkaz ustawienia namiotów w szere-
gach, tworząc w ten sposób coś na kształt muru obron-
nego. Za tą przeszkodą ustawili się spieszeni rycerze. 

background image

Nie posiadający broni pielgrzymi zajęli stanowiska             
w środku wielkiego, nieregularnego koliska. Przede 
wszystkim zaś zadbał o wysłanie gońców do innych 
oddziałów z prośbą o natychmiastowe przybycie na po-
le bitwy. „Mądry Boemund nie omieszkał wysłać do 
innych rycerzy (tj. do hrabiego z krainy Św. Idziego, do 
księcia Gotfryda, do Hugona Wielkiego i do biskupa 
podeńskiego i do wielu innych żołnierzy Chrystuso-
wych), aby spiesznie ku bitwie nadciągali z pomocą. 
Doniósł, co następuje: »Jeżeli chcecie wziąć udział                 
w walce, przybądźcie rychło«. Zasię książę Gotfryd, 
znany ze swej śmiałości i odwagi, potem Hugo Wielki, 
razem ze swymi zastępami przybyli natychmiast, a po 
nich Rajmund z hrabstwa Św. Idziego wraz z dużym 
wojskiem”. 
  Nim jednak nadeszła pomoc, zgrupowanie Boe-
munda przez wiele godzin musiało toczyć dramatyczny 
bój z liczniejszym przeciwnikiem. „Dziwili się nasi, 
skąd może się wziąć podobna ilość Turków, Saracenów 
i innych ludów, niemożliwa do obliczenia, bo wszyst-
kie góry, pagórki, doliny, wszystkie doliny zewnątrz               
i wewnątrz były pokryte tym wyklętym nasieniem. 
Zwołano poufne zebranie, na którym po modlitwie i na-
radzie uchwalono: „Na wszelki sposób bądźcie ufni              
w wiarę Chrystusa i zwycięstwo Świętego Krzyża, 
gdyż dzisiaj, jeśli tylko podobać się będzie Bogu, 
wszyscy staniemy się zwycięzcami”. 
  Trudno przypuścić, aby w obliczu gwałtownie na-
cierającego wroga krzyżowcy mieli czas na uchwalanie 
czegokolwiek i odbywanie długich modlitw, jednak 

background image

Boemund zdążył pouczyć dowódców, żeby wystrzegali 
się jakichkolwiek ofensywnych akcji. Obawiał się, że 
mogą one doprowadzić do rozerwania szyku obronne-
go, co przy istniejącej dysproporcji sił musiałoby przy-
nieść fatalne konsekwencje. Nie wszyscy jednak posłu-
chali rozkazu Boemunda. Ten sam rycerz, który już raz 
w Konstantynopolu dał popis grubiaństwa i braku roz-
sądku obrażając basileusa w jego własnym pałacu, na 
czele kilkudziesięciu swoich podkomendnych rzucił się 
na wroga. Nieprzemyślany atak spowodował jedynie 
zamieszanie i przyniósł krwawe straty. Nie wiadomo, 
jak Boemund po bitwie potraktował ów przejaw nie-
subordynacji. 
  Turcy zastosowali podczas bitwy swoją typową tak-
tykę. Gromady konnych i pieszych łuczników wysuwa-
ły się na czoło pierścienia otaczających krzyżowców 
wojsk i wypuszczały w ich kierunku chmury strzał. Po 
ich wystrzeleniu robiły miejsce kolejnej grupie. I tak 
kwadrans po kwadransie, godzina po godzinie na sta-
nowiska chrześcijan spadał deszcz pocisków. Coraz 
więcej zabitych i rannych zaczęło wypełniać obóz. 
Wydawało się, że Turcy niemal bezkarnie, na odle-
głość, jedynie ciągłym,  systematycznym ostrzałem 
zniszczą przeciwnika lub zmuszą go do poddania się.              
A to w najlepszym razie oznaczało hańbiącą niewolę. 
  Szczególna panika i strach zapanowały wśród wy-
soko urodzonych dam, oczami wyobraźni widzących 
się już w haremie któregoś z tureckich dostojników. 
Zresztą na taki los mogły liczyć tylko najładniejsze                
z nich, mniej „gładkie” i pociągające oczekiwał raczej 

background image

krzywy jatagan i poprzedzający cios nim brutalny 
gwałt. Niektóre z kobiet, mniej odporne nerwowo i za 
wszelką cenę pragnące uratować  życie, odpowiednio 
poinstruowane przez Ormian znających zwyczaje Tur-
ków, zaczęły gorączkowo „poprawiać” i podkreślać 
swoje niewieście wdzięki. Wszystko, nawet harem i los 
wiecznej niewolnicy, byle tylko nie ból i śmierć...                  
„Z krzykiem niewiasty zbiegają ze wzgórz. Zebrane                
w namiocie skomlą ze strachu i grozy. Darmo było cały 
dzień myśleć o czekającym zgonie. Gdy zła godzina 
nadchodzi, umysł, miasto się z nią oswoić, odczuwa 
jeszcze większe przerażenie... Wszystko raczej, byle 
nie śmierć! Byle nie śmierć! I oto szlachetna Alberta 
porywa się nic nie mówiąc, z zaciśniętymi ustami, 
zrzuca białą podwikę ukazującą z twarzy tylko wąski 
trójkąt, zdziera sztywny kaftan z frędzlą, naga, rękami 
wygładzając czerwone zmarszczki odciśnięte na ciele 
przez sznurki spódnicy. Pozostałe kobiety patrzą na nią 
w zdumieniu, aż nagle pojąwszy, co czyni, rozdziewają 
się pośpiesznie za jej przykładem. Zrzucają ciężkie la-
tyńskie stroje, w których ani poznasz, czy białogłowa 
jest młoda czy stara, prosta czy krzywa, gładka czy 
szpetna... Niech je Saraceny obaczą, jakimi są, niech 
zabiorą do haremów, na poniewierkę, niewolę, mniej-
sza z tym, byle nie zabijali, nie zabijali!”

 

 

Żony nobilów i inne chrześcijańskie kobiety znaj-

dujące się w obozie koło Doryleum nie trafiły jednak 
do tureckiej niewoli i nie musiały rozpoczynać żywotu 
niewolnic, odalisek. Około południa, niemal w ostatniej 
chwili, gdy w gorących promieniach słońca wycień-

background image

czone szeregi zakutych w żelazo krzyżowców chwiały 
się pod coraz bardziej potężniejącym naporem wroga, 
nadeszła upragniona pomoc. „I w momencie, gdy mu-
zułmanie na prawym skrzydle wdzierają się już zwy-
cięsko do obozu, skąd uderzą na tył armii i rozgromią 
ją ostatecznie z lewego Rajmund Saint‒Gilles wali się 
na nich jak orkan, jak wicher pustyni, jak piorun. Na-
skoczył tak z nagła, z takim impetem i siłą, że przerywa 
pierścień jazdy muzułmańskiej, dociera do swoich, za-
wraca i znów uderza”. 
  W literackiej wizji Zofii Kossak‒Szczuckiej zabra-
kło wzmianki o przybyciu z odsieczą Gotfryda i Hugo-
na, hrabiego Vermandois. Tymczasem to oni pierwsi,              
a dopiero po nich Rajmund, uderzyli na Turków i Sara-
cenów. Efekt tego niespodziewanego ataku był jednak 
piorunujący, w przytoczonym opisie nie ma zbyt wiel-
kiej przesady. Oto w decydującym momencie boju ar-
mia chrześcijańska jakby cudownie się rozmnożyła. 
Pewni zwycięstwa, oswojeni z myślą, że walczą ze 
wszystkimi, zamkniętymi w śmiertelnym kotle woj-
skami krzyżowców, musieli muzułmanie stawiać czoło 
ich nowym siłom. Zastępy Kilidż Arslana I były wciąż 
na tyle liczne, aby zwyciężyć w rozpalającej się na no-
wo walce, jednak ich duch bojowy rozwiał się w tym 
samym momencie, w którym pod Doryleum rozległy 
się wojenne zawołania Lotaryńczyków, Tuluzańczy-
ków i Prowansalczyków. Nie potrafili przeszkodzić              
w połączeniu się obu armii krzyżowych. W ciągu krót-
kiego czasu powstał długi, jednolity front ich oddzia-
łów. Boemund, Robert normandzki i Stefan z Blois za-

background image

jęli jego lewe skrzydło, Rajmund i Robert z Flandrii 
utworzyli centrum, natomiast Gotfryd i Hugon hrabia 
Vermandois stanęli na prawym skrzydle. 
  Turcy nie byli w stanie przeciwstawić się prowa-
dzonemu z niesamowitą zaciekłością natarciu. W kry-
tycznym momencie bitwy hufce Kilidż Arslana I, już 
prawie pobite, bo wstrząśnięte nagłym pojawieniem się 
odsieczy i obezwładnione tym psychicznie, pozbawione 
zostały również swojego najgroźniejszego materialnego 
oręża. W kołczanach tureckich żołnierzy zabrakło 
strzał! Jeszcze przez jakiś czas czołowe oddziały wal-
czyły z rozpaczliwą odwagą, lecz moment, w którym 
dzika, wszechogarniająca panika miała rozsadzić kro-
ciową armię Kilidż Arslana I, zbliżał się nieubłaganie. 
Stało się to w chwili, gdy na swoich tyłach Turcy do-
strzegli nieprzyjacielskie wojska. Był to niewielki             
w istocie oddział dywersyjny wysłany przez zapobie-
gliwego biskupa Le Puy, lecz w wyobraźni nieszczę-
snych wyznawców Proroka Mahometa urósł on do 
rozmiarów jeszcze jednej potężnej armii Franków 
przybywającej na plac boju. Front wojska Kilidż Arsla-
na I pękł niczym mydlana bańka. Przerażeni żołnierze            
z obłędem w oczach, rozpaczliwie wzywając pomocy 
Allacha, rzucili się do bezładnej ucieczki. „Uciekli 
szybko do swoich obozów, ale tam nie przebywali dłu-
go. Uciekali dalej, a my ścigaliśmy ich przez cały dzień 
i zebraliśmy wielkie łupy w złocie i w srebrze, konie, 
osły, wielbłądy, owce i woły i wiele, wiele innych, któ-
rych trudno pamiętać”. 

background image

  Dla Kilidż Arslana I bitwa pod Doryleum oznaczała 
koniec wielkiej kariery politycznej i kres potęgi woj-
skowej. Druga nieudana próba powstrzymania marszu 
krzyżowców okazała się w jego życiu zarazem ostatnią. 
Podczas panicznej ucieczki wraz z niedobitkami swojej 
świetnej jeszcze do niedawna armii całkowicie utracił 
wiarę w możliwość ich pokonania. Jedyne co mógł 
uczynić, to gruntownie spustoszyć okolice, przez które 
miał się posuwać nieprzyjaciel, i wysiedlić ludność              
z miast, aby jak najbardziej utrudniać mu zaopatrzenie 
w żywność. Później pokonany sułtan zaszył się w trud-
no dostępnych rejonach gór i zniknął z historycznej 
sceny pierwszej wyprawy krzyżowej. 
  Kronikarze i historycy nie przekazali nam informa-
cji, jak wielkie straty poniosły obie walczące pod Dory-
leum strony. Bez wątpienia olbrzymią większość wśród 
zabitych i rannych stanowili Turcy i ich sprzymierzeń-
cy. Szczególnie wielu wyznawców Proroka poległo                
w czasie bezładnej ucieczki, wielu z nich zostało stra-
towanych na śmierć przez współrodaków. 
  Swoje wielkie, drugie już z rzędu zwycięstwo, 
krzyżowcy okupili jednak również potężną daniną 
krwi. Stosunkowo najwyższe straty ponieśli szeregowi 
żołnierze. To oni bowiem przez wiele godzin wytrzy-
mywali największy impet nacierającego wroga, ginąc 
zarówno od strzał, jak i szabli. Jednak śmierć wyrwała 
z szeregów także kilku spośród znaczniejszych rycerzy. 
Zginęli Onufry z Monte Scabioso, Robert z Paryża oraz 
brat Tankreda, Wilhelm. 

background image

  Po bitwie wśród krzyżowców rozległy się głosy 
sławiące odwagę i bitność Turków. Nie wymyślono do-
tychczas lepszej metody na podniesienie wartości wła-
snego czynu wojennego, niż wychwalanie waleczności 
pobitego wroga. Krzyżowcy sięgnęli po legendę, wedle 
której zarówno Frankowie, jak i Turcy wywodzić się 
mieli od sławnych Trojan. Muzułmanom w osiągnięciu 
niezwyciężoności przeszkadzało tylko wyznawanie in-
nej wiary niż jedyna prawdziwa, chrześcijańska. Tak to 
widział Anonim: „Któż potrafi, kto będzie tak uczony, 
aby opisać przemyślność bitność i dotychczasowe po-
wodzenie Turków? Uważali, że porażą naród Franków 
za pomocą swych strzał, tak jak przedtem porazili Ara-
bów, Saracenów, Ormian, Syryjczyków, Greków. Ale 
jeśli spodoba się Bogu, nigdy nie dorównają naszym.       
A prawdę mówią o plemieniu Franków, że pochodzi               
z tego samego rodu, co oni i nikt nie ma prawa być ry-
cerzem, tylko Frankowie i oni Powiem prawdę i nikt 
nie będzie mógł jej zaprzeczyć: na pewno, gdyby Turcy 
wierze Chrystusa i samemu chrześcijaństwu byli wierni 
[...] nigdy nie byłoby nikogo, kto by mógł im dorównać 
w potędze, odwadze, znajomości spraw wojennych.             
A tak za łaską Bożą zostali przez naszych zwyciężeni”. 
  Jedynie dwa dni krzyżowcy świętowali i odpoczy-
wali po bitwie. W tym czasie wodzowie wyprawy uło-
żyli dalszy plan marszruty. Przypomnienie faktu, że 
pod Doryleum w ostatniej chwili przybyła odsiecz ura-
towała część armii przed niechybną zagładą, zadecy-
dowało o tym, że dalszą drogę baronowie postanowili 
odbyć w jednej zwartej kolumnie. Najtrudniejszą do 

background image

rozstrzygnięcia kwestią stał się wybór szlaku. Trakt 
wojskowy zapuszczał się zbytnio w głąb posiadłości 
Daniszmendów i emirów tureckich. Przebycie go nie 
mogło się obyć bez krwawych starć, które w najlep-
szym razie znacznie osłabiłyby armię. Zrezygnowano 
więc z niego. Podobny los spotkał koncepcję pójścia 
najkrótszą drogą, ale prowadzącą przez pustynię. Dla 
wielu dziesiątków tysięcy ludzi musiałoby to oznaczać 
śmierć. Ostatecznie wybrano dłuższy szlak, prowadzą-
cy u podnóża gór, na południe od wspomnianej pustyni. 
Przewodników dostarczył generał Tatikios.  
  Pierwszym większym miastem, w którym krzyżow-
cy zatrzymali się po wyruszeniu 3 lipca z Doryleum by-
ła Antiochia Pizydyjska. Dziwnym trafem nie została 
ona zniszczona przez uciekających Turków, co pozwo-
liło chrześcijanom zaopatrzyć się w pitną wodę i żyw-
ność. Z Antiochii, idąc górskimi przełęczami masywu 
Sultandag, armia dotarła do Filomelionu. Tu rozpoczy-
nał się najtrudniejszy spośród dotychczasowych odci-
nek drogi. Szlak, wciśnięty pomiędzy góry i pustynię, 
zagłębiał się w dzikie, odludne rejony, gdzie szansa 
zdobycia jakiegokolwiek zaopatrzenia była minimalna, 
a niemiłosiernie palące promienie słońca - pamiętajmy, 
że krzyżowcy maszerowali w czasie największych lip-
cowych upałów - skazywały ludzi na prawdziwe katu-
sze. Szczególnie cierpieli z tego powodu ciężkozbrojni 
rycerze i ich bojowe rumaki okryte blachami. Armia, 
choć coraz bardziej przypominała pochód widm, posu-
wała się jednak naprzód owładnięta duchem niezwy-
kłego wręcz braterstwa i niezłomnym postanowieniem 

background image

dotarcia do Jerozolimy. Oto jaką relację o tym nadzwy-
czaj wyczerpującym  marszu  pozostawił kronikarz: 
„(Turcy) gdy jednak weszli [do miast leżących na trasie 
ich ucieczki] zaczęli rabować kościoły i domy, i wszys-
tko inne, i zabierali konie, osły, muły, złoto i srebro,             
i cokolwiek znaleźli. Zabierali ze sobą także synów 
chrześcijan, podpalali lub niszczyli wszelkie urządze-
nia, stale uciekając w lęku przed nami. My zaś ścigali-
śmy ich przez pustynię i przez krainę pozbawioną wody 
i niezamieszkałą, skąd ledwo wyszliśmy żywi. Głód               
i pragnienie dręczyły nas ustawicznie, nie mieliśmy 
prawie nic do jedzenia, z wyjątkiem roślin, jakie zrywa-
liśmy i tarli w rękach; i tak nędznie żyliśmy. Zdechła 
wtedy znaczna część naszych koni, tak że wielu z ryce-
rzy szło pieszo. W zastępstwie koni dla niesienia na-
szych rzeczy użyto wołów, w ostateczności i kóz, i ba-
ranów, i psów nawet użyto do dźwigania”.  
  Anonim, człowiek wykształcony i pochodzący                
z wyższych sfer, pozbawiony wyostrzonego zmysłu 
współczucia dla ludzi z gminu, pisząc o cierpieniach 
rycerzy zapominaj dodać, jak wielkie spustoszenie 
uczynił opisany przez niego marsz wśród najuboższych 
pielgrzymów. Setki kobiet, starców, a przede wszyst-
kim dzieci padły po drodze z głodu i pragnienia. Kilka 
miesięcy po opisanych wypadkach szlak przemierzany 
przez krzyżowców znaczyły wypalone do białości 
szkielety nieszczęśników, którym nie było dane dotrzeć 
do wymarzonego Jeruzalem. Większość jednak przeży-
ła. 

background image

  W drugiej dekadzie sierpnia krzyżowcy dotarli do 
Ikonium (Konia). Miasto, w niedalekiej przyszłości sto-
lica mocno okrojonego sułtanatu Kilidż Arslana I, było 
puste i zniszczone. Za nim znajdowała się natomiast 
zachwycającej urody dolina Meram, bogata w roślin-
ność i poprzecinana życiodajnymi strumieniami. Wy-
czerpanym krzyżowcom wydała się ona prawdziwym 
rajem. Kilkudniowy pobyt w dolinie Meram okazał się 
dla zdrożonych żołnierzy i pielgrzymów prawdziwym 
darem Boga. Łagodny klimat, świeża, źródlana woda 
postawiły na nogi nawet Rajmunda z Saint‒Gilles, któ-
ry w tym czasie przechodził bardzo ciężką chorobę                
i wydawało się, że może umrzeć. 
  Z Ikonium armia ruszyła wypoczęta, w świetnym 
nastroju, wyposażona w olbrzymie zapasy drogocennej 
wody. „Mieszkańcy ostrzegli nas i zalecili wziąć ze so-
bą duży zapas wody, gdyż już po jednym dniu będzie 
wielki brak wody. Tak uczyniliśmy, aż doszliśmy do 
pewnej rzeki, gdzie obozowaliśmy dwa dni. Nasi wy-
słannicy zaś ruszyli naprzód, aż doszli do Heraklei 
(Eregli) nad Taurusem, gdzie znajdowało się wiele tu-
reckiego wojska, czekającego, by zwyciężyć  żołnierzy 
Chrystusowych”. 
  W Heraklei stały wojska emira Hasana i emira da-
niszmendzkiego. Obawiając się o swoje kapadockie po-
siadłości postanowili oni zmusić krzyżowców do dal-
szego marszu drogą przez góry Taurus do wybrzeża 
morskiego. Turcy dysponowali znacznymi siłami i są-
dzili, iż sama ich obecność w Heraklei zmusi przeciw-
nika, wyczerpanego i - jak sądzili - niezdolnego do sto-

background image

czenia kolejnej krwawej bitwy, do zmiany kierunku. 
Spotkało ich jednak wielkie rozczarowanie. Krzyżowcy 
prosto z marszu rzucili się na wroga. Porywczy jak 
zawsze i idący w pierwszych szeregach Boemund na 
czele przybocznej drużyny uderzył na emira danisz-
mendzkiego. Turcy nie podjęli wyzwania i szybko wy-
cofali się. „Nasze wojsko Wszechpotężnego Boga spo-
tkawszy owych Turków, zaatakowało ich śmiele. Zy-
skali tego dnia przewagę nad wrogami tak, że owi ra-
towali się ucieczką szybką niczym strzała nagle wyrzu-
cona z łuku przez cięciwę. My zaś weszliśmy do mia-
sta, gdzie przebywaliśmy przez cztery dni”. 
  W Heraklei doszło do ważnych rozstrzygnięć. Za-
padły decyzje o powtórnym podziale armii, co już raz, 
pod Doryleum, omal nie doprowadziło do klęski wy-
prawy. Podział spowodowany został ostrym sporem na 
tle wyboru drogi z Heraklei do Antiochii. W grę wcho-
dził z jednej strony gościniec prowadzący przez góry 
Taurus i Wrota Cylicyjskie do  Cylicji,  a stamtąd Wro-
tami Syryjskimi w kierunku Antiochii, z drugiej dłuż-
szy, ale łatwiejszy do pokonania szlak do Cezarei Ka-
padockiej, a z niej przez Antytaurus do Maraszu i prze-
łęczą Wrót Amańskich na równinę antiocheńską. Tę 
właśnie drogę, również, dlatego, że wiodła terenami 
poddanymi kontroli wasalnych w stosunku do cesarza 
chrześcijańskich książąt armeńskich, zalecał gorąco 
Tatikios. Ale właśnie z tego powodu spotkało się to              
z dezaprobatą części baronów, głównie Tankreda, naj-
bardziej nieprzyjaźnie usposobionego do cesarza i Bi-
zantyjczyków w ogólności, oraz Baldwina. Pomimo 

background image

wszelkich niedogodności i zagrożeń - już sama przyro-
da czyniła Wrota Cylicyjskie, groźną górską przełęcz, 
przeszkodą trudną do sforsowania, a w razie obsadzenia 
jej przez niewielki nawet oddział wroga mogła się oka-
zać wręcz niemożliwa do pokonania (podobnie rzecz 
się miała z Wrotami Syryjskimi) - Tankred i Baldwin 
wraz z kilkoma tysiącami żołnierzy wybrali tę właśnie 
drogę. 
  Obie grupy krzyżowców ruszyły znowu w drogę 
około 10 września. Właściwie były to trzy grupy, gdyż 
Baldwin i Tankred pomaszerowali w stronę Taurusu 
oddzielnie. 
  Główna armia, idąca na Cezareę, w miejscowości 
Augustopolis stoczyła bitwę z oddziałami emira Hasa-
na. Choć krzyżowcy odnieśli zwycięstwo w polu, nie 
zdecydowali się zdobyć znajdującego się w pobliżu sil-
nie umocnionego zamku Hasana. Zajęli natomiast wiele 
osad rozrzuconych wokół Augustopolis i cały opano-
wany przez siebie teren oddali pod władzę ormiań-
skiemu wielmoży Symeonowi jako lennikowi Alekse-
go. 
  W końcu miesiąca krzyżowcy dotarli do Cezarei,            
w której jednak nie założyli obozu, miasto bowiem zo-
stało ewakuowane przez Turków, pozbawione jakich-
kolwiek zapasów żywności i wody. Z Cezarei droga 
wiodła do obleganej właśnie przez wojska danisz-
mendzkie Komany (Placentia). Powtórzyła się tutaj sy-
tuacja spod Heraklei. Na widok chrześcijańskich huf-
ców przeciwnik porzucił oblężenie i rozpoczął natych-
miastowy odwrót. Pościg kierowany przez Boemunda 

background image

nie przyniósł żadnych rezultatów. Ciężka zachodnioeu-
ropejska konnica nie mogła się nawet mierzyć pod 
względem manewrowości ze śmigłymi jednostkami 
kawaleryjskimi Turków i Arabów. 
  W Komanie miało miejsce zdarzenie, świadczące            
o tym, iż mimo wzajemnej podejrzliwości i wzrastają-
cej niechęci, nić porozumienia i współdziałania pomię-
dzy Bizantyjczykami a krzyżowcami nie została jeszcze 
zerwana. Baronowie zaproponowali bowiem generało-
wi Tatikiosowi mianowanie zarządcy miasta z ramienia 
cesarza. Wybór Tatikiosa nie padł na żadnego z prze-
bywających w jego otoczeniu rodaków - co bardzo za-
skoczyło krzyżowców - lecz na Prowansalczyka, Piotra 
z Aulps, który podczas wieloletniego pobytu na 
Wschodzie wstąpił na cesarską służbę. 
  Następny etap  marszruty  stanowił  Kokson 
(Góksun).W mieście zamieszkanym przeważnie przez 
Ormian, krzyżowcy spotkali się z przejawami wielkiej 
sympatii. Trzydniowy odpoczynek był bardzo pożąda-
ny przed wyruszeniem w dalszą drogę. Na krzyżowców 
oczekiwał bowiem najtrudniejszy chyba jej odcinek 
biegnący przez Antytaurus. Anonim barwnie i przejmu-
jąco opisał znojne pokonywanie górskich ścieżyn wiją-
cych się stromymi zboczami o krok od urwistych prze-
paści i zdradliwych rozpadlin. „My zaś, którzy zostali-
śmy w Koksonie, wyszliśmy stamtąd i doszliśmy do ja-
kichś gór tak wysokich i stromych, że żaden z naszych 
ścieżką prowadzącą po zboczu nie śmiał wyprzedzać 
poprzednika. Konie spadały w przepaście, a objuczone 
zwierzęta spychały się wzajemnie. Żołnierze zewsząd 

background image

patrzyli na to z rozpaczą załamując ręce z żalu bólu                
i pytali się, co będzie z nimi i z ich bronią. Sprzedawali 
swe tarcze i pancerze, i hełmy z przyłbicami za jedyne 
trzy lub cztery denary, czy za byle co. Który zaś sprze-
dać nie mógł, rzucał swe zbroje i szedł dalej”. Pisząc               
o tych „co zostali w Koksonie” Anonim miał na myśli 
główne siły. Natomiast wcześniej opuścił je silny od-
dział wydzielony składający się z pięciuset jeźdźców 
pod dowództwem Piotra z Castillon, wysłany w celu 
zajęcia Antiochii. Nie konsultując swojej decyzji z opi-
niami pozostałych baronów, wyprawił go Rajmund               
z Tuluzy po

 

otrzymaniu informacji, iż Turcy pozostawi-

li miasto bez załogi. Wiadomość ta okazała się nie-
prawdziwa i choć nie można było nawet marzyć o za-
skakującym opanowaniu Antiochii, nagły zagon do-
prowadził do zdobycia wielu osad w dolinie Ar‒Rudż 
(Rugia), przez którą prowadziła droga do Aleppo. 

   Postępek Rajmunda, spowodowany raczej zamia-

rem sięgnięcia po wojenną chwałę i zdobycia łupów niż 
chęcią zawładnięcia i zatrzymania miasta wyłącznie dla 
siebie, wywołał w obozie krzyżowców rozdźwięk i nie-
przychylne hrabiemu komentarze. Z największą nie-
chęcią odniósł się do niego Boemund, który ocenił czyn 
Rajmunda - wymownie świadczą o tym późniejsze zda-
rzenia - według własnych zamierzeń. 
  Droga przez Antytaurus straszliwie przetrzebiła sze-
regi krzyżowców. Górskie przepaście pochłonęły wię-
cej ofiar niż wszystkie dotychczasowe bitwy z Turka-
mi. Podobną cenę za pokonanie górskiego masywu 
przyszło zapłacić przed 1300 laty Hannibalowi, który   

background image

w Alpach utracił niemal połowę swoich wojsk. W obu 
wypadkach hekatomba nie poszła jednak na marne. Za 
górami oczekiwała na chrześcijan rozległa dolina z or-
miańskim miastem Marasz. Tutaj z głównymi siłami 
połączył się Boemund, który - jak pamiętamy - jeszcze 
pod Komaną ruszył w nieudany pościg za Turkami. 
  W Maraszu na krótko pojawił się także Baldwin, 
przybywając z Cylicji na spotkanie z umierającą  żoną 
Godverą. Od początku wyprawy obóz rozbrzmiewał od 
plotek na temat fatalnych stosunków, jakie łączyły mał-
żonków. Było tajemnicą poliszynela, że źle traktowana 
przez męża Godvera kochała się nieszczęśliwie w jego 
starszym bracie Gotfrydzie. 
  Marasz był ostatnim przystankiem przed Antiochią. 
Pięć dni po jego opuszczeniu, 20 października, armia 
krzyżowa doszła do Żelaznego Mostu, skąd do potęż-
nych murów twierdzy antiocheńskiej pozostało zaled-
wie kilka godzin wytężonego marszu. Żelazny Most 
bronił przejścia przez Orontes i był jakby wysuniętą 
placówką obronną na dalekim przedpolu miasta. Miał 
bardzo silne fortyfikacje, od czoła strzegły go dwie 
wieże, obsadzone liczną załogą. Awangarda krzyżow-
ców przystąpiła prosto z marszu do szturmu, którym 
dowodził biskup Le Puy. Atak był tak zaciekły, że 
wkrótce most wpadł w ich ręce. Niespodziewanie szyb-
kie przedostanie się przeciwnika na drugi brzeg Oron-
tesu zaskoczyło Turków. Frankowie zdobyli zmierza-
jący do twierdzy konwój z zapasami żywności. 21 paź-
dziernika awangarda pod dowództwem Boemunda po-
deszła pod mury Antiochii. Niebawem pojawiła się tam 

background image

cała armia. „Od opuszczenia Nikei minęły cztery mie-
siące. Jak na armię tak liczną, z tak wielkim balastem 
osób cywilnych, armię, która w letnim skwarze musiała 
przebyć krainę niemal całkowicie jałową, nieustannie 
zagrożoną atakami silnego i ruchliwego nieprzyjaciela, 
było to osiągnięcie godne podziwu. Krzyżowców 
wspomagała wiara i gorące pragnienie dotarcia do 
Ziemi Świętej. Dodatkowy bodziec stanowiła bez-
sprzecznie perspektywa zdobycia łupów, a może i po-
siadłości lennych. Część chwały wszakże należy się 
towarzyszącym wyprawie Bizantyjczykom, którzy, ma-
jąc doświadczenie w walkach z Turkami, mogli służyć 
krzyżowcom radą i bez których zginęliby oni na bez-
drożach Azji Mniejszej”. 
  Pozostawmy teraz główne siły krzyżowców pod 
Antiochią, która miała je zatrzymać przez długie mie-
siące, i prześledźmy rozgrywające się równolegle dra-
matyczne wydarzenia z udziałem Baldwina. Ich finał 
doprowadził bowiem do powstania pierwszego fran-
końskiego państwa na Bliskim Wschodzie, czyniąc             
z młodszego brata Gotfryda lotaryńskiego najwybit-
niejszą postać krucjaty. 
  Baldwin, podobnie zresztą jak Tankred oraz kilku 
innych młodszych członków rodów książęcych, nie 
ukrywał, że wyprawę krzyżową traktuje również, a mo-
że przede wszystkim, jako okazję do zdobycia senioratu 
odpowiadającego jego niemałym ambicjom. W Europie 
szansę na własne „państwo” miałby niewielkie. 
  Niedługo po rozpoczęciu marszu przez tereny Azji 
Mniejszej Baldwin nawiązał  ścisłe kontakty z ormiań-

background image

skimi dostojnikami, którzy pomogli mu rozeznać się             
w powikłanej mocno sytuacji politycznej całego mnó-
stwa księstewek ormiańskich rozrzuconych między Eu-
fratem a górami Taurus. Wielu z nich przystało do świ-
ty Baldwina, wiążąc z bratem Gotfryda nadzieje na 
uzyskanie pomocy militarnej dla swoich pobratymców. 
Władcy ormiańskich państewek, między innymi Toros 
rządzący Edessą, jego teść Gabriel, rządzący w Melite-
nie, Tatul utrzymujący władzę w Maraszu, rozpoczyna-
li swą karierę w bizantyjskiej administracji i nadal 
utrzymywali bliskie kontakty z cesarzem, podkreślając 
swą lenną zależność od niego. Zarówno ta okoliczność, 
jak i to, iż należeli do wyznawców Kościoła greckiego 
alienował ich od własnych poddanych, w olbrzymiej 
większości monofizyckich Ormian. Przez syryjskich 
chrześcijan, których spore skupiska utrzymały się na 
tych terenach, byli wręcz znienawidzeni. Właściwie 
tylko dzięki olbrzymiemu zamętowi politycznemu oraz 
permanentnym wojnom i waśniom pomiędzy władcami 
tureckich państwek sąsiadujących z ich posiadłościami 
książęta ci mogli utrzymywać się przy władzy. Nieza-
leżna egzystencja zależała od umiejętności polityczne-
go balansowania i wygrywania sporów między silniej-
szymi sąsiadami. 
  Baldwin, któremu nie brakowało ani inteligencji, 
ani wyobraźni i przebojowości, w tym niezwykle 
skomplikowanym splocie rozbieżnych interesów poli-
tycznych, religijnych i społecznych dostrzegł szansę dla 
realizacji swoich zamierzeń. Decyzję o odłączeniu się 
od głównych sił podjął ostatecznie pod wpływem Tan-

background image

kreda, który w Heraklei oświadczył pozostałym wo-
dzom, że zamierza wyprawić się do Cylicji. Gdy więc 
15 września Tankred z pocztem około stu konnych              
i kilkuset piechurów opuścił obóz, Baldwin niemal na-
tychmiast ruszył jego śladem. Nie zamierzał dawać ry-
walowi czasu na osiągnięcie tego, co powinno stać się 
jego udziałem. Baldwin wiódł siły o wiele potężniejsze. 
Towarzyszyło mu około pięciuset konnych i cztery razy 
więcej piechurów. Była to już mała armia, która w wa-
runkach rozbicia politycznego i słabości militarnej po-
szczególnych państewek mogła poważnie zaważyć na 
ich dalszych losach. I tak się stało. 
  Pierwszą większą zdobyczą Baldwina został Tars. 
Okoliczności jego opanowania były niezwykłe i wy-
mownie świadczyły o tym, jakich środków był gotów 
użyć Baldwin w celu wykrojenia dla siebie udzielnego 
księstwa. Pierwszy pod miasto podszedł Tankred, swo-
imi siłami zablokował wszystkie wyjścia z niego i wy-
słał do armii głównej gońca z prośbą o pomoc. Turcy, 
pomimo nieudanej wycieczki przeciwko oblegającym, 
zapewne mogliby długo opierać się za potężnymi mu-
rami Tarsu, gdyby nie ujrzeli nadciągających oddzia-
łów Baldwina. Po kilku dniach blokady, nocą, opuścili 
twierdzę, do której miejscowi chrześcijanie wpuścili 
Tankreda. Baldwina powitały powiewające nad murami 
normańskie  chorągwie.  Niedługo  jednak  wieściły 
triumf Tankreda. Nie posiadając żadnych innych ar-
gumentów poza jednym, ale za to najważniejszym - 
kilkakrotnie liczniejszą armią, Baldwin zażądał  wyda-
nia miasta. Porywczy i odważny do szaleństwa Tankred 

background image

tym razem nie zaryzykował z góry skazanego na nie-
powodzenie oporu i tłumiąc w sercu nienawiść do wia-
rołomnego sojusznika opuścił zdobyte miasto. Wkrótce 
po odejściu Tankreda pod Tars nadciągnęły wezwane 
przez niego wcześniej posiłki w sile około 300 ludzi. 
Nie wpuszczeni w obręb murów przez Baldwina Nor-
manowie rozbili obóz w ich sąsiedztwie. Nocą otoczyli 
ich Turcy i wszystkich wyrżnęli. Łatwo wyobrazić so-
bie gniew Tankreda, gdy dotarła do niego wieść o rzezi 
rodaków. Incydent ten wywołał także olbrzymie wzbu-
rzenie podkomendnych Baldwina. Dla wszystkich było 
oczywiste, że to on jest odpowiedzialny za masakrę 
Normanów. 
  Nierozważny postępek sprawił, że musiało upłynąć 
wiele czasu, zanim Baldwin odzyskał zaufanie i sławę 
wodza, jakimi cieszył się wcześniej. Z trudnej sytuacji 
niedomówień i zarzutów wybawiło go pojawienie się    
w pobliżu Tarsu silnej floty chrześcijańskiej pod do-
wództwem słynnego pirata Guynemera z Boulogne. 
Towarzyszyła mu hałastra z całej omalże Europy Za-
chodniej, przede wszystkim jednak Flamandowie, Fry-
zowie i Duńczycy. Guynemer był człowiekiem inteli-
gentnym i przenikliwym. Szybko zrozumiał, że główne 
siły krzyżowców będą potrzebowały zaopatrzenia dro-
gą morską i osłony przed flotą turecką. A że był rów-
nież, jak się wydaje, mocno związany z rodzinnym 
miastem i poczuwał się do miana „dobrego chrześcija-
nina”, więc przy okazji zrobienia interesu handlowego 
postanowił zasłużyć sobie na boską przychylność. 
Guynemer przyjął krzyż jako zewnętrzną oznakę 

background image

uczestnictwa w krucjacie i złożył Baldwinowi przysię-
gę wierności. Z jego ramienia został dowódcą załogi 
Tarsu złożonej z kilkuset piratów. W przyszłości Guy-
nemer wielokrotnie miał dać dowody swojego wielkie-
go zaangażowania dla sprawy krzyżowców i odegrać 
niepoślednią rolę w ich zwycięstwie. 
  Po opuszczeniu Tarsu Baldwin i Tankred opanowali 
wiele miast i warowni, korzystając z pomocy miejsco-
wej ludności, która z zaciekłością atakowała seldżuckie 
garnizony. Pod Mamistrą, zajętą przez Tankreda, do-
szło do bratobójczej walki pomiędzy Frankami. Podju-
dzony przez rodaków Tankred zaatakował armię Bald-
wina pragnąc się zemścić za rzeź pod Tarsem. Lotaryń-
czycy nie dali się jednak zaskoczyć i z łatwością odpar-
li słabszych liczebnie Normanów. 
  Nietrudno sobie wyobrazić, jak demoralizujące 
wrażenie musiało wywołać opisane zdarzenie na pozo-
stałych krzyżowcach, a jeszcze bardziej na miejscowej 
ludności, która w ten sposób poznała prawdziwe inten-
cje przybyszów z Zachodu. 
  Podobne „pokazy” w czterysta lat później dawali na 
kontynencie północnoamerykańskim hiszpańscy kon-
kwistadorzy, w imieniu krzyża i wiary zdobywający dla 
arcykatolickiego króla zamorskie terytoria. 
  Starcie pod Mamistrą wywołało prawdziwy szok              
i zagrożeni powszechnym potępieniem wodzowie zo-
stali zmuszeni do formalnego pojednania. 
  Z Mamistry Baldwin pośpieszył do głównego obo-
zu wojsk krzyżowych, gdzie konała jego żona. Zresztą   

background image

i stan dzieci, w jakim Baldwin je zastał, był niemal 
równie beznadziejny. 
  Po raz drugi nie opuszczał już Baldwin armii z tak 
dużymi siłami, jak poprzednio. Wspomnienie tragicz-
nych wydarzeń spod Tarsu i Mamistry spowodowało, 
że tym razem towarzyszyło mu jedynie stu jeźdźców, 
gdy wychodził z Maraszu. Szczupłość pocztu zawdzię-
czał zresztą być może i temu, że w obliczu oczekujące-
go krzyżowców oblężenia Antiochii jego starsi bracia 
nie chcieli i nie mogli dać mu większej liczby wojow-
ników. 
  Powtórnie wyzywając los i wychodząc naprzeciw 
nieznanemu Baldwin porzucił myśl o założeniu księ-
stwa w Cylicji. I nie tylko malaryczny klimat okolic, 
które przemierzył, odwiodły go od tej koncepcji. Nie 
mniejsze znaczenie miała zbytnia bliskość posiadłości 
Aleksego, a także wystawienie Cylicji na ataki z ze-
wnątrz. Oddziały, którymi dysponował Baldwin - od-
nosiło się to również do Tankreda - nie były dość licz-
ne, by mogły zagwarantować skuteczną obronę przed 
ewentualnym uderzeniem Turków. Nieliczne załogi po-
zostawione w Tarsie, Adanie i Mamist-rze nie miały 
żadnych szans w razie poważniejszego oblężenia.  
  Rezygnacja z planów politycznych związanych                
z Cylicją nie oznaczała jednak, iż wyprawa Baldwina              
i Tankreda, na pierwszy rzut oka przypominająca jedy-
nie awanturniczą eskapadę, nie przyniosła trwałych 
skutków. Kampania ta spowodowała bowiem utratę 
przez Turków strategicznej pozycji do zaatakowania                
z lewego skrzydła głównej armii krzyżowej maszerują-

background image

cej na Antiochię. Największe korzyści w tej sytuacji 
odnieśli miejscowi książęta ormiańscy, którym usunię-
cie Turków z niziny cylicyjskiej pozwoliło w niedale-
kiej przyszłości założyć królestwo Małej Armenii. 
  Siłę maleńkiego oddziału Baldwina podnosiła 
obecność dawnego cesarskiego urzędnika, Ormianina 
Bagrata. Był on bratem Kogha Wasila, zwanego także 
Wasylem Zbójcą, władcy niewielkiego księstwa poło-
żonego pomiędzy Maraszem a Eufratem. Bagrat, dobry 
znawca stosunków politycznych panujących na rozle-
głych terenach Azji Mniejszej i osobisty przyjaciel wie-
lu ormiańskich nobilów, służył Baldwinowi za prze-
wodnika, doradcę, tłumacza i pośredniczył w prowa-
dzonych przez niego rozmowach. 
  Marsz Baldwina w kierunku Eufratu zamienił się              
w triumfalny  pochód.   Ludność   ormiańska   wszędzie 
witała chrześcijańskich rycerzy jak od dawna oczeki-
wanych wyzwolicieli od Turków i niemal równie przez 
nią znienawidzonych Bizantyjczyków. Sytuacja turec-
kich załóg upodobniła się do losu rozbitka dryfującego 
na wzburzonym morzu. Atakowani zewsząd przez 
chrześcijan żądnych odwetu za lata terroru i upokorzeń, 
tureccy żołnierze byli wycinani w pień lub w panice 
uciekali z zajmowanych dotychczas placówek. Przed-
sięwzięta przez emira Balduka z Samosaty kontrakcja 
zakończyła się zupełnym niepowodzeniem. Baldwin, 
wzmocniony oddziałami miejscowych możnowładców, 
nigdzie nie napotkał skutecznego oporu i wiosną 1097 
r. mógł czuć się panem rozległego terytorium na za-
chodnim brzegu Eufratu. Błyskawiczny podbój zakoń-

background image

czył zdobyciem dwóch ważnych twierdz: Ravendel 
(Ar‒Rawandan) i Turbessel (Tali Bazeir). Pierwsza               
z nich strzegła szlaku do Antiochii, druga znajdowała 
się niedaleko od brodu na Eufracie w znanym od ty-
siącleci starożytnym Karkemisz. Rządy nad Ravendel 
objął w imieniu Baldwina Bagrat. 
  W Turbessel odnalazło Baldwina poselstwo wysła-
ne przez Torosa. Władca Edessy, przerażony wieściami 
o koncentracji olbrzymiej armii emira Mosulu, Kerbo-
gi, zwracał się do Baldwina z rozpaczliwą prośbą                 
o pomoc. Toros słusznie obawiał się, że idące na An-
tiochię wojska Kerbogi zniszczyć mogą po drodze Ede-
ssę i inne księstwa ormiańskie. W zamian za natych-
miastową pomoc gotów był sowicie zapłacić, dzieląc 
się nawet władzą nad Edessą. „Toros, który był bez-
dzietny i już niemłody, uznał to za jedyne wyjście z sy-
tuacji. Na pewno decyzja ta nie przyszła mu łatwo, ale 
niepopularny w swym kraju i zagrożony przez sąsia-
dów doszedł do wniosku, że nie ma innego wyboru”.
  Wezwanie Torosa Baldwin przyjął niczym cudowne 
zrządzenie losu. Przeczucie podpowiadało mu, że nad-
chodzi chwila spełnienia jego dalekosiężnych planów. 
W lutym 1098 r. Baldwin wyjechał z Turbessel do Ede-
ssy. Jego przyboczny poczet składał się zaledwie                    
z ośmiu rycerzy. Informacja o jego podróży dotarła               
w jakiś sposób do Turków z Samosaty, którzy zorgani-
zowali nieudaną na szczęście zasadzkę. Do Edessy 
Baldwin wjechał 8 lutego witany entuzjastycznie przez 
tłumy mieszkańców, którzy w radosnym uniesieniu nie 
zwracali nawet zbytniej uwagi na szczupłość jego 

background image

eskorty. Wkrótce po przyjeździe Toros podzielił się                
z im władzą, dokonując jego formalnej adopcji. „Cere-
monia, która odbyła się zgodnie z rytuałem obowiązu-
jącym w ówczesnej Armenii, stosowana zapewne                  
w przypadku adopcji dzieci, była dość dziwaczna, gdy 
chodziło o dorosłego mężczyznę. Baldwin obnażył się 
bowiem do pasa, Toros zaś przyodział się w białą ko-
szulę podwójnej szerokości, którą wdział Baldwinowi 
przez głowę, po czym przybrany ojciec i syn potarli się 
nagimi torsami. Ten sam ceremoniał powtórzył Bald-
win z księżną, małżonką Torosa”. 
  Współrządy nad Edessą rozpoczął Baldwin, jak na 
prawdziwego rycerza przystało, od wyprawy wojennej. 
Z naprędce zebraną niewyszkoloną armią, w skład któ-
rej poza oddziałami złożonymi z mieszczan wchodził 
kontyngent Konstantyna z Gargaru, wasala Torosa, ru-
szył przeciwko emirowi Baldukowi. Tygodniowy wy-
pad zakończył się połowicznym sukcesem. Zaatakowa-
ni w polu Edesseńsczycy nie byli w stanie stawić czoła 
zaprawionym w bojach Turkom i od razu poszli w roz-
sypkę tracąc około tysiąca ludzi. Baldwinowi udało się 
jednakże zdobyć maleńkie miasteczko nie opodal Sa-
mosaty. Po ufortyfikowaniu i osadzeniu w nim silnej 
załogi stało się ono uciążliwą dla wroga strażnicą sza-
chującą Turków i ograniczającą ich grabieżcze napady 
na tereny poddane władzy Edessy. W ten sposób Bald-
winowi udało się zrealizować główny strategiczny cel 
wyprawy - zabezpieczyć linie komunikacyjne prowa-
dzące do miasta z zachodu. 

background image

  Zaledwie kilkanaście dni po powrocie z wypadu 
przeciwko Baldukowi Baldwin został jedynym władcą 
Edessy. Stało się to w dramatycznych i nie do końca 
wyjaśnionych okolicznościach. W mieście zawiązał się 
spisek przeciwko znienawidzonemu Torosowi. „W ja-
kim stopniu Baldwin maczał palce w tej sprawie, nigdy 
się nie dowiemy. Jego przyjaciele zaprzeczali temu go-
rąco, ale ormiański pisarz Mateusz twierdzi, że spi-
skowcy poinformowali go o zamiarze obalenia Torosa  
i oddania mu tronu Edessy”. 
  Chyba rzeczywiście należy przyznać rację Mateu-
szowi, gdyż trudno wyobrazić sobie, aby zamach na 
Torosa mógł zostać dokonany i, co więcej, zakończyć 
się powodzeniem bez wiedzy Baldwina. Brak aprobaty 
Lotaryńczyka dla spisku skierowanego przeciwko jego, 
jakby nie było, przybranemu ojcu, mógł bowiem dla 
autorów tego ryzykownego przedsięwzięcia oznaczać 
niechybnie śmierć. 
  Siódmego marca podburzona przez spiskowców 
ludność Edessy zaatakowała domostwa urzędników To-
rosa, a następnie owładnięte żądzą mordu i grabieży 
tłumy ruszyły na książęcy pałac znajdujący się w obrę-
bie cytadeli. Toros, opuszczony niemal przez wszyst-
kich, pozostał wraz z żoną i kilkorgiem służby w obli-
czu krwiożerczej tłuszczy. Jego „syn” odwrócił się od 
niego, odmawiając prośbie Torosa o udzielenie pomocy 
w ucieczce do Meliteny, gdzie rządził jego teść. Los 
dwojga starych, śmiertelnie wystraszonych i upokorzo-
nych ludzi dopełnił się dwa dni później. Uwięzieni we 
własnym pałacu, poddani szykanom i zawiedzeni dwu-

background image

licową postawą Baldwina usiłowali niepostrzeżenie 
uciec z Edessy. Toros został schwytany przez tłum                    
i zginął w straszliwy sposób rozszarpany dosłownie na 
kawałki. Jego żona najprawdopodobniej podzieliła ten 
sam los, choć okoliczność ta nie została potwierdzona 
w znanych przekazach. 
  Kilka dni po zabójstwie Torosa do Baldwina przy-
była delegacja mieszkańców, która zaproponowała mu 
objęcie rządów nad Edessą. Nie trzeba go było długo 
prosić. Baldwin nie musiał się nawet zbytnio silić na 
obnoszenie się ze smutkiem po tragicznej śmierci przy-
branych rodziców. Wszyscy wiedzieli, o co chodzi. 
Edessa pragnęła mieć za władcę zachodniego rycerza, 
bliskiego jej wiarą i gwarantującego silne rządy, nieza-
leżne od Turków i od Bizantyjczyków. Wszelkie kwe-
stie moralne w związku z tym schodziły na dalszy plan. 
Uczucia, rozterki i skrupuły musiały ustąpić interesowi 
i korzyściom, jakie niosła za sobą dramatyczna zmiana 
na książęcym tronie. 
  Baldwin przyjął tytuł hrabiego Edessy gwałcąc tym 
samym przysięgę lenną złożoną basileusowi. Ambitny, 
do cna pragmatyczny Lotaryńczyk z zimnym wyra-
chowaniem łamał zobowiązanie - należąca kiedyś do 
Bizancjum Edessa powinna w myśl umowy zostać 
zwrócona Aleksemu - którego dotrzymanie pozbawiło-
by go tak wielkiej i niespodziewanej zdobyczy. Zresztą 
w ręce Baldwina wpadła nie tylko sama Edessa. Na te-
renie cytadeli odnaleziony został ukryty przez Torosa 
skarbiec. Jego zasoby, po części pochodzące jeszcze              
z czasów bizantyjskich, w większości zgromadzone 

background image

jednak później kosztem podatkowego wyzysku podda-
nych, w znacznej mierze uzasadniały ich nienawiść do 
Torosa i jego elity urzędniczej. Pieniądze zawsze po-
siadają wartość, dla Baldwina miały podwójną. 
  Dzięki bogactwom pozostawionym przez Torosa 
mógł Baldwin opłacić spory zastęp ormiańskich nota-
bli, na których, oprócz ludzi szczerze mu oddanych, 
zamierzał oprzeć swoje rządy. Część skarbu posłużyła 
zaś do zawarcia niezwykłej transakcji z emirem Baldu-
kiem. Władca Samosaty właściwie ocenił niebezpie-
czeństwo związane z objęciem rządów nad Edessą 
przez Baldwina. Rozum podpowiadał mu, że wkrótce 
księstwo zaroi się od Franków, co przyniesie śmiertelne 
niebezpieczeństwo dla jego własnego państwa. Uprze-
dzając nieuchronny atak zaproponował zatem Baldwi-
nowi sprzedaż emiratu za niewygórowaną sumę 10 000 
bizantów. 
  Oferta została przyjęta. Baldwin zajął Samosatę              
i ziemie emiratu, a Balduk otrzymał propozycję wstą-
pienia wraz z przyboczną gwardią na służbę hrabiego. 
Jak z tego widać, kwestie religijne, tak mocno ekspo-
nowane przy uzasadnianiu przyczyn krucjaty, zostały 
zepchnięte na margines przez doraźne interesy poli-
tyczne. W ogóle Baldwin stał się prekursorem układa-
nia stosunków z muzułmanami na czysto pragmatycz-
nych zasadach, w oderwaniu od uczuć religijnych               
i sztywnej ideologii. Po latach przybyszów z Europy, 
nadciągających do Ziemi Świętej z kolejnymi krucja-
tami, zastany w niej stan rzeczy będzie szokował. Ze 
zdumieniem odkryją, że świat, który spodziewali się uj-

background image

rzeć, ma zgoła odmienny wygląd niż w ich wyob-
rażeniach. Swoim religijnym uniesieniem oraz zapałem 
do walki za wiarę i wycinania niewiernych niezależnie 
od okoliczności przyczyniali się bardziej do skompli-
kowania sytuacji państw krzyżowych niż do ich obrony 
i wzmocnienia. 
  Balduk nie omylił się w swoich rachubach. Wyczy-
ny Baldwina odbiły się szerokim echem. Wieści o jego 
nadzwyczajnych sukcesach szybko dotarły do krzy-
żowców oblegających Antiochię oraz do Konstantyno-
pola. Pod sztandary hrabiego coraz liczniej zaczęli na-
pływać zachodni rycerze. Jedni, jak Gaston z Béarn, 
Ronald z Toul, opuścili cierpiącą niedostatki główną 
armię, inni, zmierzając pierwotnie pod Antiochię, 
zmienili w ostatniej chwili zdanie, woląc raczej zwią-
zać swoje losy ze zwycięskim hrabią, który najwyraź-
niej był dzieckiem szczęścia, niż wystawiać  życie na 
próbę. 
  Pierwsze miesiące rządów ukazały Baldwina jako 
sprawnego, dynamicznego i bezwzględnego władcę. 
Zdobył na muzułmanach kilka miast, wśród nich Sa-
rudż i Biredżik, których posiadanie gwarantowało stałą 
komunikację między twierdzami Turbessel i Ravendel, 
oraz skazał na śmierć Balduka po wykryciu jego wiaro-
łomstwa. Przeciwnicy Baldwina, Turcy, ale także nie-
którzy spośród nieprzychylnych mu Ormian, przekonali 
się, że jego hrabstwo niekoniecznie musi być politycz-
ną efemerydą. 
  W maju 1098 r. państwo Baldwina poddane zostało 
nadzwyczaj ciężkiej próbie, z której wyszło jeszcze 

background image

bardziej zahartowane i gotowe do dalszych zmagań                
z Turkami. Idący z odsieczą dla Antiochii Kerboga po-
stanowił zaryzykować powodzenie głównego celu swo-
jej wyprawy - było nim dotarcie na czas pod ciągle ob-
leganą przez krzyżowców najpotężniejszą bliskow-
schodnią twierdzę - dla rozprawienia się z hrabstwem 
Edessy. Wydawało mu się, że jego olbrzymia armia nie 
będzie miała najmniejszych trudności ze zniszczeniem 
nie okrzepłego jeszcze i słabego militarnie państwa 
Franków. Zamiast zwycięstwa poniósł jednak porażkę. 
Po trzech tygodniach bezskutecznych szturmów na do-
brze przygotowane do obrony mury Edessy Kerboga 
wydał rozkaz do zaniechania oblężenia. Odchodząc 
spod miasta był raczej zdziwiony nadzwyczaj twardym 
oporem przeciwnika niż świadom skutków, jakie mogły 
wyniknąć wobec późniejszego od planowanego przy-
bycia pod Antiochię. W rzeczywistości udana obrona 
Edessy uratowała krucjatę przed klęską. Wyczerpane 
siły krzyżowców nie miały najmniejszych szans pod-
czas starcia w otwartym polu z kilkakrotnie silniejszą, 
wypoczętą armią Kerbogi.  
  Triumf nad Kerbogą niezmiernie powiększył wo-
jenną jawę hrabiego i ugruntował jego rządy nad Ede-
ssą. Nie zdołał ich nawet zakłócić groźny spisek na je-
go życie, jaki w końcu roku zawiązało kilkunastu or-
miańskich notabli. Czuli się oni zagrożeni w swoich in-
teresach w związku z polityką Baldwina forującego 
Franków kosztem miejscowej arystokraci. Hrabia z nie-
słychanym okrucieństwem zdławił spisek, chcąc dać 
odstraszający przykład innym konspiratorom, gdyby się 

background image

tacy jeszcze znaleźli. Przywódcy spisku zostali oślepie-
ni, kilku ich wspólników napiętnowano do końca życia 
ucinając im nosy lub stopy. Poza tym Baldwin zacho-
wał się „praktycznie”: udręczonym dostojnikom poda-
rował życie w zamian za astronomiczne, liczące po kil-
kadziesiąt tysięcy bizantów, okupy. 
  Baldwin hrabia Edessy mógł się czuć dumny ze 
swojego dzieła. W ciągu kilkunastu miesięcy, jakie 
upłynęły od opuszczenia przez niego głównej armii, 
dokonał rzeczy doprawdy zdumiewających. Świadczy-
ły one nie tylko o wielkim szczęściu młodszego z braci 
Gotfryda z Bouillon, ale przede wszystkim o jego nie-
pospolitych zdolnościach politycznych i militarnych, 
wyczuciu i umiejętności wykorzystania nadarzających 
się okazji. Wyruszając do Ziemi Świętej Baldwin był 
zaledwie jednym z wielu. „Znajdował się w cieniu tak 
potężnych arystokratów jak Rajmund z Tuluzy lub Hu-
gon z Vermandois lub tak doświadczonych rycerzy-
awanturników jak Boemund. Teraz był największym 
potentatem z nich wszystkich. Armia krucjatowa miała 
podstawę do uznania go za najwybitniejszego męża 
stanu, który udał się w jej szeregach na Wschód. 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
   POD ANTIOCHIĄ 
  Antiochia zaskoczyła krzyżowców swym ogromem 
i niewzruszoną - wydawało się - potęgą. Nawet na tych, 
którzy wcześniej nasłuchali się opowiadań na temat jej 
wielkości, wywarła szokujące wrażenie. Wielokilome-
trowej długości masywne mury biegnące w dwóch li-
niach zdawały się tworzyć zaporę nie do przebycia. 
Zbudował je cesarz Justynian w VI wieku, a na sto lat 
przed przybyciem krzyżowców Bizantyjczycy dokonali 
ich gruntownej naprawy i modernizacji. Cesarscy inży-
nierowie należeli wówczas do grona najlepszych spe-
cjalistów w zakresie sztuki inżynieryjnej i fortyfikacyj-
nej, nic zatem dziwnego, że udało się im stworzyć nad-
zwyczaj silny system obronny. Czterysta baszt wkom-

background image

ponowanych zostało w linię murów w taki sposób, że 
poza polem ostrzału nie pozostawał w praktyce naj-
mniejszy nawet kawałek terenu. 
 Usytuowanie murów obronnych wynikało                       
z ukształtowania terenu. Na północy przebiegały one 
wzdłuż rzeki, na wschodzie i zachodzie osadzone zosta-
ły na stromych zboczach, a na południu wspinały się 
najwyżej, biegnąc grzbietem górskim. Potężna, rozległa 
cytadela wznosiła się na wysokość 300 metrów ponad 
miastem. Wielka równina wciśnięta pomiędzy Orontes 
a górę Silpion, o powierzchni niemal 8 km

2

, usiana była 

tysiącami domów, placów, targowisk tętniących ku-
pieckim rozgwarem i rozbrzmiewających najróżniej-
szymi dialektami. Arabowie, Syryjczycy, Ormianie, 
Żydzi tworzyli tu prawdziwy tygiel narodów. 
 Licząca, sobie niemal 1500 lat Antiochia oparła się 
niezliczonym oblężeniom. Od jej murów odbijały się 
coraz to nowe fale najeźdźców. Jeśli już twierdza była 
zdobywana to nie siłą oręża, ale wskutek podstępu lub 
zdrady. 
  Miasto założył Seleukos I, syn jednego z diado-
chów Aleksandra Macedońskiego, Antiocha, i nadał mu 
nazwę na cześć ojca. Antiochia, leżąc nad Orontesem 
zaledwie 20 kilometrów od morza na głównym szlaku 
bliskowschodnim, dynamicznie się rozwijała i w nie-
długim czasie stała się największym miastem Azji.                
W pierwszych wiekach naszej ery zaliczano ją do naj-
większych miast ówczesnego świata, po Rzymie                   
i Aleksandrii. Burzliwy rozwój Antiochii został zaha-
mowany w VI i VII wieku. Trzęsienie ziemi i wojny 

background image

perskie doprowadziły do jej zniszczenia. Niedługo póź-
niej nastąpiła era podbojów arabskich i Antiochia za-
częła szybko tracić swoje znaczenie na rzecz Aleppo 
położonego ponad 100 kilometrów od morza. Miasto                  
o szczególnym znaczeniu dla chrześcijan, odrodziło się, 
choć już nie na miarę dawnych czasów i poprzedniej  
świetności, w X wieku. Wtedy powróciło pod władzę 
basileusów i znów stało się najpotężniejszą twierdzą na 
Bliskim Wschodzie, a zarazem największym tutaj 
ośrodkiem kupiecko ‒ handlowym.  
  W kolejnym zakręcie swojej burzliwej historii zna-
lazła się Antiochia w 1085 r. Trzynaście lat przed przy-
byciem krzyżowców miasto zdobył Sulajman Ibn Ku-
tulmisz, a po jego śmierci przeszło we władanie sułtana 
Malikszacha. Jako swojego namiestnika osadził on                 
w Antiochii Jaghi Sijana. Po śmierci Malikszacha Jaghi 
Sijan uniezależnił się niemal całkowicie od kolejnego 
suzerena, Ridwana z Aleppo. Taktyka stosowana przez 
Jaghi Sijana polegała na umiejętnym lawirowaniu mię-
dzy otaczającymi go emiratami i wygrywaniu jednego 
władcy przeciwko drugiemu. Postępując w ten sposób 
zdołał utrzymać władzę, ale jednocześnie przysporzył 
sobie śmiertelnych wrogów w osobach Ridwana i kilku 
innych emirów. Z tego samego jednak względu mógł 
liczyć na wsparcie tych emirów, których popierał wła-
śnie przeciwko Ridwanowi - głównie na Dukaka z Da-
maszku i mającego największe znaczenie w górnej Me-
zopotamii atabega Mosulu Kerbogę. Obaj ze zrozumie-
niem przyjęli prośbę Jaghi Sijana o pomoc przeciwko 
krzyżowcom. Kerboga zdawał sobie sprawę, że go 

background image

kruqata zagraża nie tylko Antiochii, a następnie Jerozo-
limie, lecz faktycznie stwarza wielkie niebezpieczeń-
stwo dla całego Islamu w Azji Mniejszej i na Bliskim 
Wschodzie. Ponadto odsiecz dla Jaghi Sijana mogła mu 
przynieść wiele osobistych korzyści. Kerboga wiązał 
bowiem z nią nadzieję na opanowanie Antiochii, a po-
tem sąsiedniego Aleppa. 
  Oprócz Dukaka i Kerbogi swoją pomoc zaoferowali 
również sułtanowie Bagdadu oraz Persji. 
  Jaghi Sijan liczył zresztą nie tylko na pomoc innych 
władców muzułmańskich, ale zadbał, aby jak najlepiej 
przygotować Antiochię do długotrwałej i skutecznej 
obrony. Do miasta ściągnął dodatkowe siły likwidując 
lub znacznie osłabiając garnizony stacjonujące poza 
nim, zgromadził też wielkie zapasy żywności. Wydał 
zarządzenia prewencyjne, które miały osłabić  żywioł 
chrześcijański w Antiochii i przeciwdziałać ewentual-
nym sabotażom na rzecz armii krzyżowej. Część 
mieszkańców ‒ chrześcijan została wypędzona poza 
obręb murów, a patriarcha antiocheński znalazł się                  
w więzieniu. 
  Działania podjęte przez Jaghi Sijana dla podniesie-
nia obronności twierdzy obróciły się, jak na ironię, 
przeciwko niemu. Słabe oddziały pozostawione na 
prowincji łatwo padły ofiarą wzburzonych chrześcijan 
na pierwszą wieść

 

o zbliżaniu się krzyżowców. Wybici 

żołnierze przydaliby się bardzo na murach fortecy, do 
których obsadzenia Jaghi Sijanowi zabrakło ludzi. Pro-
blem ten co prawda łagodziły sprzyjające warunki natu-
ralne; południowa część murów mogła być słabiej 

background image

chroniona, gdyż urwisty, poszarpany teren wykluczał 
założenie obozu przez oblegających z tej strony. Brak 
żołnierzy narzucał niejako Jaghi Sijanowi taktykę walki 
ograniczając go w działaniach ofensywnych. Dlatego 
nie przedsięwziął  żadnej akcji podczas zbliżania się 
Franków do Antiochii i rozbijania przez nich obozowi-
ska na przedpolach miasta.  
  Po dojściu do Antiochii krzyżowcy zajęli pozycje 
jedynie od strony północno ‒ wschodniej, co dla Jaghi 
Sijana stanowiło niespodziankę. Od blokady wolna by-
ła więc nie tylko południowa część murów, co było ła-
twe do przewidzenia, ale także ich cała północno ‒ za-
chodnia strona. Najsilniejsze siły rozlokowały się na-
przeciwko bram Św. Pawła i Psiej. Rozłożyli tam obo-
zy Boemund i Rajmund z Tuluzy. Bardziej na prawo od 
nich zajął pozycje Gotfryd, blokując wyjście z Bramy 
Książęcej. Pozostałe bramy pozostały chwilowo wolne 
od oblężenia. Krzyżowcy przystąpili jednak natych-
miast do wznoszenia mostu łyżwowego przez Orontes. 
Połączyć miał on obóz Gotfryda ze wsią Talenki oraz 
umożliwić korzystanie z dróg prowadzących do Alek-
sandretty i portu Saint‒Simeon. Po wybudowaniu mo-
stu na północny brzeg Orontesu przeszła część oddzia-
łów z wojsk Gotfryda oraz tych dowódców, którzy po-
czątkowo zajmowali pozycje w drugim rzucie na tyłach 
wojsk Boemunda. 
  Pomiędzy wodzami doszło do różnicy zdań na te-
mat  sposobu  zdobycia  twierdzy.  Tylko  Rajmund  

              

z Saint‒Giles optował za przeprowadzeniem szturmu 
bez wcześniejszych prac oblężniczych. Słusznie przy-

background image

puszczał, że natychmiastowy atak może przynieść po-
wodzenie wobec zaskoczenia przeciwnika, który nie 
tylko że nie miał dość ludzi do obrony, ale był także 
mocno  zdegustowany  dotychczasowymi  sukcesami 
krzyżowców. Obie te okoliczności mogły wydatnie 
zmiękczyć opór stawiany przez Jaghi Sijana. Opinii 
Rajmunda nie podzielali jednak pozostali baronowie. 
Prześcigali się w wynajdywaniu coraz to innych ar-
gumentów przemawiających za tym, aby nie narażać 
armii na niepewny szturm. Przed sobą widzieli jedynie 
potężne, niewzruszone mury Antiochii, śmiertelnie 
strudzonych żołnierzy i pielgrzymów, rachowali w pa-
mięci straty, jakie wojska musiałyby ponieść podczas 
ataku. Zdawali się przy tym zapominać, iż armia dała 
już wielokrotnie świadectwo wielkiego hartu i wytrzy-
małości, że znajdowała się już w sytuacjach trudniej-
szych, a jednak potrafiła wyjść z nich zwycięsko wła-
śnie dzięki szybkim i zdecydowanym decyzjom do-
wódców, a nie kunktatorskiemu oczekiwaniu na bar-
dziej sprzyjające okoliczności. 
  Jednym z najważniejszych i najbardziej sensow-
nych  argumentów  przeciwko  natychmiastowemu 
szturmowi było stwierdzenie, że tylko część murów zo-
stała zablokowana i podczas ataku Turcy mieliby moż-
liwość przerzucenia swoich sił w miejsce, gdzie toczy-
łaby się walka. Ostatecznie postanowiono oczekiwać na 
przybycie oddziału Tankreda, który lada moment miał 
się pojawić na drodze wiodącej z Aleksandretty, oraz 
na posiłki bizantyjskie. Szczególnie liczono na przysła-
nie przez cesarza korpusu inżynieryjnego i machin ob-

background image

lężniczych, na których brak cierpiała armia krzyżowa. 
Pewne rachuby na wzmocnienie własnych sił wiązano 
także z flotą Guynemera oraz okrętami genueńskimi 
przysłanymi przez kupiecką republikę wraz z zaopa-
trzeniem dla krzyżowców. W istocie pierwszy pod An-
tiochią pojawił się Tankred i zajął pozycję w ufortyfi-
kowanym kasztelu naprzeciw Baszty Dwóch Sióstr po 
zachodniej stronie fortyfikacji. Z przybyciem innych 
posiłków, jak się wkrótce przekonamy, było różnie. 
  Najbardziej zapalczywym oponentem Rajmunda, 
dążącego do jak najszybszego szturmu, był Boemund. 
Jego  kalkulacja była prosta. Chciał zdobyć miasto wy-
łącznie dla siebie. Gdyby szturm zakończył się powo-
dzeniem, zasługą zwycięstwa podzieliliby się wszyscy 
baronowie ze szczególny uhonorowaniem Rajmunda. 
Boemund nie chciał się z nikim dzielić. Potrzebował 
czasu, aby doprowadzić do takiej sytuacji, w której ka-
pitulacja Antiochii uznana zostałaby za jego osobiste 
dzieło. Uzyskałby w ten sposób niekwestionowane 
prawo do objęcia rządów nad Antiochią. „Pod naci-
skiem Boemunda zignorowano radę hrabiego Tuluzy, 
który odtąd jeszcze bardziej go znienawidził, i w ten 
sposób krzyżowcy utracili jedyną szansę szybkiego 
zdobycia Antiochii. Gdyby bowiem pierwsze natarcie 
przyniosło choćby niewielki sukces, Jaghi Sijan, który 
stracił zimną krew, rychło poniechałby wszelkiego opo-
ru. Zwłoka przywróciła mu pewność siebie”. 
  Pierwsze tygodnie oblężenia miały dziwny charak-
ter. Dla cywilów Antiochia pozostawała miastem 
otwartym. W obu kierunkach - do twierdzy i z powro-

background image

tem - każdego dnia przenikali chrześcijańscy uchodźcy 
lub wygnańcy kontaktując się ze swoimi krewnymi. Za-
równo baronowie, jak i Jahgi Sijan dokładnie oriento-
wali się, co się dzieje w przeciwnych obozach. Infor-
matorami tego ostatniego byli głównie miejscowi Sy-
ryjczycy, którzy z przybyciem Franków nie wiązali na-
dziei na polepszenie swojego losu. Obawiali się, że 
wzorem Bizantyjczyków wprowadzą oni twarde rządy, 
charakteryzujące się bezwzględnym wyzyskiem podat-
kowym. 
  Uspokojony dość niemrawo prowadzonym oblęże-
niem Jaghi Sijan zaczął nękać krzyżowców wypadami 
małych oddziałków, które siały panikę na tyłach Fran-
ków. Z militarnego punktu widzenia nie stanowiły one 
jednak większego zagrożenia. Anonim pozostawił opis 
jednego z takich wypadków: „Niektórzy Turcy znowu 
wyszli z miasta wyprawiając się przez jedną z bram              
i strzelając do naszych z łuków, tak że ich strzały pada-
ły na obóz pana Boemunda. Pewna kobieta została za-
bita strzałą”. 
  Pierwszy większy sukces krzyżowcy odnieśli w po-
łowie listopada. Udało się im doszczętnie zniszczyć za-
łogę niewielkiej fortecy Harenc (Hareg, Harim) poło-
żonej około 10 kilometrów od Antiochii na drodze do 
Aleppo. I znów oddajmy głos świadkowi tych wyda-
rzeń: „Niedaleko leżał gród Haregu, gdzie zamknęły się 
liczne i bardzo mocne siły tureckie stale naszych ludzi 
niepokojące. Gdy o tym dowiedziała się nasza starszy-
zna, bolejąc nad tym wysłali znaczny oddział rycerzy, 
aby rozpoznali miejsce, gdzie przebywali Turcy. Do-

background image

wiedziawszy się miejsca ich schronienia, nasi rycerze 
szukając ich starli się z nimi. Potem cofali się stopnio-
wo aż do miejsca, gdzie wiedzieli, że znajduje się Bo-
emund ze swym wojskiem. Dwóch z nich zginęło                  
w owej potyczce. Na wiadomość o tym Boemund ru-
szył wraz ze swymi niczym potężny atleta Chrystuso-
wy, a barbarzyńcy uderzyli na nich, tym bardziej że na-
szych było niewielu. Wtedy rozpoczęła się bitwa. Wie-
lu z wrogów zginęło, a inni zostali pochwyceni i za-
prowadzeni przed bramę miasta, gdzie ich ścięto, aby 
oblężonych porazić tym większym bólem”.  
  Jak wynika z tego krótkiego, dość beznamiętnego 
opisu, miłosierdzie nie było cnotą rycerzy Chrystuso-
wych. Zwycięstwo nad załogą Harencu zbiegło się                  
w czasie z pojawieniem się w porcie Saint‒Simeon 13 
okrętów genueńskich z zaopatrzeniem i posiłkami. 
Przybycie Genueńczyków miało jednak większe zna-
czenie psychologiczne  niż  wojskowe. Krzyżowcy, 
szczególnie cywilni pielgrzymi, poczuli, że Europa         
o nich nie zapomniała i że nie pozostali sami na odle-
głym, azjatyckim lądzie. Żywność przywieziona przez 
niewielką flotyllę szybko się wyczerpała i z początkiem 
grudnia w poszczególnych obozach pojawiło się widmo 
wielkiego głodu. Spadło ono na ludzi tym bardziej nie-
spodziewanie i dotkliwie, że jeszcze nie tak dawno po 
wkroczeniu armii na równinę antiocheńską jedzenie by-
ło dostępne pod wszelakimi postaciami. Ów żywno-
ściowy dobrobyt sprawił, że na czas nie przygotowano 
zapasów na okres zimowy, jakby wierząc, iż problemy 
aprowizacyjne nie mogą dotknąć krucjaty w dalszej 

background image

drodze do Jerozolimy. Być może wielu pielgrzymów 
było istotnie święcie przekonanych o mannie spadającej 
z nieba w momencie zagrożenia głodem... Gdy skoń-
czyły się zapasy żywności w obozie, małe oddziały               
w jej poszukiwaniu zaczęły penetrować coraz odleglej-
sze okolice. 
  Nie wszyscy wracali z takich wypraw. Turcy doko-
nywali zasadzek. W nagłych atakach, urządzanych 
głównie w górach, wycinali nieraz całe mniej liczne 
grupy chrześcijan. Okazało się po pewnym czasie, że               
w opisywanych akcjach uczestniczą  żołnierze z załogi 
twierdzy, którzy niepostrzeżenie dla Franków opusz-
czali miasto nie opodal Bramy Św. Pawła i przekrada-
jąc się wąwozem Onopnikles na wzgórze panujące nad 
obozem Boemunda, dokonywali napadów na krzyżow-
ców. Baronowie szybko zaradzili niebezpieczeństwu.  
„Zebrali się nasi wodzowie na naradę i postanowili: 
»Zajmujemy zbrojne stanowisko na szczycie góry Ma-
regardu (Malregardu), aby być bezpieczni i abyśmy 
mogli opierać się skutecznie napadom Turków«. Zbu-
dowali zatem warownię i uzbroili ją i wszyscy nasi do-
wódcy kolejno jej pilnowali”. 
  Zbrojne stanowisko, o którym wspomina Anonim, 
niczym innym jak warowną wieżą dominującą nad 
wąwozem i dzięki temu jej kolejno wymieniane załogi 
mogły skutecznie ukrócić wycieczki Turków z Antio-
chii. 
  Jedno z dwóch najważniejszych świąt całego chrze-
ścijaństwa, Boże Narodzenie, upłynęło w obozach pod 
Antiochią w minorowych nastrojach. Żywności już nie 

background image

było, głód doświadczał wszystkich. Sytuacja stawała 
się rozpaczliwa.  Dostarczenie żywności dla tłumów 
pielgrzymów i żołnierzy było najpilniejszym zadaniem 
do wykonania. Baronowie znów zebrali się na naradę. 
Istniejący stan rzeczy  nie dawał im zbyt wielu możli-
wości wyboru. Musieli zdobyć żywność za wszelką ce-
nę. „W końcu nasi wodzowie zwołali naradę i posta-
nowili, co dalej czynić z tak licznymi tłumami wojska              
i pielgrzymów: jedna część tak szybko jak tylko moż-
liwe uda się i gromadzi zapasy, i strzeże ich dla wojska, 
druga zaś część niech zostanie w obozie i pilnuje go. 
Następnie Boemund oświadczył: »Czcigodni panowie            
i rycerze, jeżeli zgodzicie się i to wyda się wam słusz-
nym, to ja ruszę z hrabią Flandrii”. 
  Ostatecznie na wielką wyprawę po żywność miało 
wyruszyć około 20000 ludzi pod wodzą Boemunda              
i Roberta z Flandrii. Marszrutę wyznaczono wzdłuż 
biegu Orontesu w kierunku miasta Hama. W tamtej-
szych okolicach spodziewano się znaleźć zasobne wsie, 
co dla ich mieszkańców w praktyce oznaczało wyrok 
śmierci. 
  Boemund z Flandryjczykiem opuścili obóz zaraz po 
świętach 28 grudnia. Pierwszemu z nich ani przyszło 
do głowy, że już nazajutrz Antiochia omal nie wpadnie 
w ręce jego największego osobistego wroga - Rajmun-
da z Tuluzy. Wobec ciężkiej choroby Gotfryda właśnie 
Rajmund, wspomagany jak zwykle przez biskupa Le 
Puy, miał dowodzić oblężeniem. Jagni Sijan, który 
przez swoich szpiegów został natychmiast powiado-
miony o ekspedycji Boemunda i Roberta z Flandrii, od-

background image

czekał, aż ich oddziały oddalą się wystarczająco daleko 
od twierdzy i nocą z 29 na 30 grudnia dokonał potężne-
go wypadu z miasta. Korzystając i  ciemności  Turcy 
wyszli z twierdzy przez most i z furią uderzyli na naj-
bliżej obozujących Franków. Były to oddziały hrabiego 
Saint‒Giles. Rajmund po raz kolejny udowodnił, jaki 
wyśmienity jest z niego wojownik. Gwałtowny i nie-
spodziewany atak nie zdołał go zaskoczyć. Turcy tylko 
przez chwilę mieli inicjatywę. Hrabia osobiście popro-
wadził szarżę na następującego przeciwnika i zmusił go 
do panicznej ucieczki. Rozgrzany walką nie poprzestał 
jednak na powstrzymaniu i wyparciu wroga, ale na jego 
karku przebiegł ze swoimi ludźmi most, nim zdołano 
zamknąć przed nim bramę. Doszło przy niej do kotło-
waniny. Turcy zdawali sobie sprawę z zagrożenia. 
Gdyby Frankom udało się zdobyć wejście do miasta 
choćby na krótki czas, ale wystarczający do nadejścia 
posiłków, los Antiochii byłby przesądzony. Jednakże 
od krzyżowców tym razem odwróciło się szczęście. Je-
den z koni zrzucił z siebie jeźdźca i zaczął się cofać, 
spychając z mostu inne wierzchowce. Zamieszanie do-
sięgło szczytu. Atakujący stracili orientację i zdezorien-
towani poczęli się wycofywać. Teraz Turcy rzucili się 
w pościg. Podkomendni Rajmunda oparli się dopiero          
w pobliżu mostu łyżwowego. 
  Nocna potyczka kosztowała obie strony wielu zabi-
tych i rannych, wydaje się jednak, że bardziej dotkliwe 
straty ponieśli krzyżowcy. „Ci obrzydli barbarzyńcy 
napadli na nas w nocy gwałtownie i zabijając wielu                
z naszych rycerzy i pieszych. W tym tragicznym starciu 

background image

biskup [Le Puy] stracił swego chorążego, który trzymał 
jego chorągiew i dowodził jej [jego] oddziałem. I gdy-
by nie było między nami a nimi rzeki, wdarliby się do 
naszego obozu głębiej i zadaliby jeszcze większą klę-
skę naszym wojskom”. 
  Podczas gdy pod murami Antiochii rozgrywały się 
dramatyczne wydarzenia, Boemund i Robert, nieświa-
domi ich przebiegu, posuwali się dość szybko na połu-
dnie. Ich niezakłócony marsz nie miał trwać długo. Ku 
nim zbliżała się bowiem podążająca na odsiecz Antio-
chii armia Dukaka z Damaszku, któremu towarzyszyli 
atabeg Tughtakin oraz syn Jaghi Sijana - Szams ad‒
Daula. Dukak opuścił Damaszek w połowie grudnia                
i po drodze połączył się z oddziałami emira Hamy, co 
przesądzało o jego zdecydowanej przewadze liczebnej 
nad wojskami Boemunda i Roberta z Flandrii. 30 grud-
nia Dukak został poinformowany przez zwiadowców                
o obecności krzyżowców w pobliżu jego armii. Wydał 
rozkaz do natychmiastowego uderzenia na przeciwnika. 
Do spotkania doszło we wsi Albara. Awangarda Fran-
ków wpadła w panikę, zaskoczona nagłym pojawie-
niem się muzułmanów. Czołowymi oddziałami dowo-
dził Robert z Flandrii, który nieopatrznie wysforował 
się przed główne siły. Turcy z łatwością otoczyli jego 
poczet i rozpoczęli rzeź stłoczonych na małej prze-
strzeni rycerzy. Dufni w swoją wielokrotną przewagę             
i wykorzystując czynnik zaskoczenia zbyt szybko uwie-
rzyli jednak w zwycięstwo. Dukak sądząc, że ma do 
czynienia z całą armią wroga, zaangażował w walkę 
większość swoich sił. Na to zaś czekał Boemund, trzy-

background image

mając gros oddziałów w odwodzie i zwlekając najdłu-
żej jak to było możliwe z wydaniem rozkazu do kon-
truderzenia. Nagły atak w momencie, gdy Turcy byli 
już przekonani o swoim triumfie, przesądził losy bitwy. 
Robert został uratowany przed niechybnym pogromem, 
a Dukak z mocno przetrzebionym wojskiem cofnął się 
w kierunku Hamy rezygnując z odsieczy dla Antiochii. 
Dla krzyżowców była to jedyna korzyść odniesiona                 
z wygranego starcia. Powstrzymanie Dukaka przynio-
sło im tak duże straty, że obaj wodzowie krótko po bi-
twie zarządzili odwrót do głównego obozu. Decyzję tę 
podjęli w obawie przed nowym atakiem wroga, którego 
sił do końca nie byli w stanie rozpoznać; armia Dukaka 
nie musiała bowiem być jedyną śpieszącą z pomocą dla 
obleganej twierdzy. 
  Boemund i Robert powrócili pod Antiochię z bar-
dzo małymi zapasami żywności, czym jeszcze bardziej 
pogłębili fatalne nastroje panujące wśród krzyżowców. 
Niemal dla nikogo nie miało większego znaczenia, że 
zlikwidowano niebezpieczeństwo ataku ze strony licz-
nej armii Dukaka, natomiast prawie wszyscy złorzeczy-
li obu wodzom zakończonej fiaskiem wyprawy. Trudno 
się dziwić takiemu przyjęciu, skoro Boemund i Robert 
„zastali swoich towarzyszy w nastroju grobowym. Po 
morderczej bitwie w nocy 29 grudnia wystąpiło następ-
nego dnia trzęsienie ziemi, które dało się odczuć nawet 
w Edessie, a wieczorem rozświetliła niebo zorza polar-
na. Przez następne tygodnie padały nieustannie ulewne 
deszcze, zimno dawało się coraz bardziej we znaki [...] 
Wkrótce co siódmy człowiek w obozie umierał z głodu. 

background image

W poszukiwaniu żywności wysyłano emisariuszy na-
wet w góry Taurus, gdzie książęta rubenidzcy zgodzili 
się odstąpić tyle prowiantu, ile tylko uda im się zgro-
madzić. Trochę jadła dostarczyli krzyżowcom ormiań-
scy mnisi osiedleni w górach Amanos, a okoliczni 
chrześcijanie, Ormianie i Syryjczycy, zbierali wszyst-
ko, co nadawało się do jedzenia, i znosili do obozu. Ale 
czynili to nie z miłości bliźniego, lecz dla zysku. Za ła-
dunek żywności, który mieścił się na grzbiecie osła, żą-
dali ośmiu bizantów, a na zapłatę takiej ceny mogli po-
zwolić sobie tylko najbogatsi wojownicy. Wierzchowce 
cierpiały jeszcze bardziej od ludzi, aż w końcu w całym 
wojsku zostało tylko około siedmiuset koni”. 
  W styczniu głód był już tak wielki, że czynił w sze-
regach krzyżowców o wiele większe spustoszenie niż 
Turcy. Najpierw zaczęli umierać najsłabsi: dzieci, ko-
biety, starcy. Dezercje, dotychczas nieznacznie nękają-
ce armię, teraz przybrały postać plagi. Z obozu uciekali 
głównie zwykli pielgrzymi, ale obok nich coraz czę-
ściej opuszczali szeregi regularni żołnierze. Dopóki 
czynili anonimowi, pospolici piechurzy, nie wywoły-
wało to większego echa. Konsekwencją było jedynie 
osłabienie armii z wojskowego punktu widzenia. Aż 
któregoś dnia po obozie rozeszła się lotem błyskawicy 
szokująca wieść o ucieczce samego Piotra Pustelnika 
oraz Wilhelma Cieśli. To już nie była zwykła rejterada 
ludzi małego ducha porzucających towarzyszy w bie-
dzie. Wszyscy znali Piotra i wiedzieli, jaką rolę odegrał 
w propagowaniu i organizowaniu krucjaty. Dla wielu 
był wręcz jej żywym symbolem. Baronowie nie mogli 

background image

dopuścić do tego, aby ów symbol w niesławie runął            
z pomnika, na który wyniosły go wcześniejsze dokona-
nia. Jego fatalny przykład mógł zdruzgotać morale ty-
sięcy innych pielgrzymów i popchnąć ich do podobne-
go postępku. Za uciekinierami ruszył w pościg Tankred 
i przyprowadził ich z powrotem do obozu. Ucieczce 
Piotra ze zrozumiałych względów nie nadano rozgłosu. 
Starano się wręcz racjonalnie wytłumaczyć jego - by 
użyć eufemizmu - chwilową słabość. 
  Wilhelm, awanturnik znany już w przeszłości z nie-
cnych czynów, potraktowany został surowo. Karcącą 
przemowę Boemunda skierowaną pod jego adresem 
zanotował nieoceniony Anonim: »Nieszczęsny! Wsty-
dzie całego plemienia Franków! Zbrodniarzu Galii! 
Najwstrętniejszy na ziemi! Czemużeś tak haniebnie 
uciekał? Może umyśliłeś zdradzić naszych rycerzy             
i wojsko Chrystusowe, jak to uczyniłeś już raz w Hisz-
panii?« Wilhelm zaś milczał i żadne słowo nie padło                 
z jego ust. Ludzie z plemienia frankońskiego wiernie 
zgromadzili się przy panu Boemundzie, aby nie doznał 
więcej przykrości. A zatem ów ze spokojną twarzą od-
powiedział: »To z miłości dla was, Panie, przyrzekam               
i całym sercem i myślą zaprzysięgam, że nigdy nie 
opuszczę drogi do Jerozolimy czy za dobrych, czy za 
złych losów, a Tankred ani sam, ani przez innych nie 
będzie mógł mi nic nakazać.« Słysząc te słowa zgodzili 
się na to i Boemund puścił go. Wkrótce jednak Cieśla, 
wysoce zawstydzony, uciekł po kryjomu”. Cieśla skoń-
czył ostatecznie jako renegat, uciekając do obozu Ker-

background image

bogi. Był to jeden z nielicznych przypadków zdrady 
podczas pierwszej wyprawy krzyżowej. 
  Ciekawie literacko postępek Wilhelma wytłuma-
czyła Zofia Kossak. Otóż do zdrady miał go przywieźć 
nadmierny apetyt bądź, mówiąc dokładniej - brak wy-
trzymałości na głód. Wilhelm zbiegł do wrogiego obo-
zu tylko po to, aby się do woli najeść, za obfite jadło 
wyrzekł się nawet Boga. Lecz gdy tylko zaspokoił 
straszliwy głód i wróciła mu pełna świadomość, miał 
rzucić się na Turków i własną krwią zmyć hańbę od-
szczepieństwa. Znając niechlubny epizod hiszpański             
w życiu Wilhelma przyjąć jednak raczej wypada, że 
dezerterowanie to była przypadłość, na którą  Cieśla 
zapadał niekoniecznie tylko z powodów „kulinarnych”. 
  Fatalną sytuację aprowizacyjną jedynie w niewiel-
kim stopniu mogły poprawić dostawy nadsyłane drogą 
morską z Cypru. Pomoc ta była dziełem patriarchy Je-
rozolimy, Symeona, który przebywał na wyspie po 
opuszczeniu swojej diecezji. Symeon pozostawał w sta-
łym kontakcie z biskupem Le Puy, który przez cały 
czas trwania krucjaty działając bez wątpienia zgodnie              
z wytycznymi otrzymany! mi od papieża, czynił wszel-
kie wysiłki, aby nawiązać jak najlepsze stosunki z hie-
rarchami Kościoła greckiego. Patriarcha Jerozolimy, 
pomimo różnic ideologicznych i traktowania „łacinni-
ków” jako pogrążonych w dogmatycznych błędach 
schizmatyków, nie odmówił pomocy i w najtragiczniej-
szym dla krucjaty momencie wspomógł krzyżowców 
regularnymi, choć oczywiście nie zaspokajającymi po-
trzeb dostawami jedzenia i wina. 

background image

  W pierwszych dniach lutego obóz opuścił Tatikios. 
Jego decyzję uzasadniano różnie. Sądzę, że cesarski 
wódz wystarczająco dużo napatrzył się na nędzę i de-
moralizujący rozkład, jaki wkradł się w szeregi krzy-
żowców, aby robić sobie jeszcze jakiekolwiek nadzieje 
na zdobycie przez nich Antiochii. Rozsądek, doświad-
czenie i wyobraźnia podpowiadały mu raczej, że przed-
pola potężnej twierdzy staną się dla nich gigantycznym 
grobowcem. Istnieje zresztą i inna wersja, wedle której 
Boemund miał ostrzec Tatikiosa o szykowanym na nie-
go zamachu przez pozostałych baronów. Motorem ta-
kiego działania miało być przekonanie o konszachtach 
Tatikiosa z Turkami. Grek poważnie potraktował 
ostrzeżenie i wyniósł się z mało gościnnego obozu. Za-
raz po wyjeździe Tatikiosa zaufani ludzie Boemunda 
zaczęli go oczerniać i pomawiać o zdradę. W takiej sy-
tuacji intencje księcia Tarentu byłyby nietrudne do zin-
terpretowania. „Skoro przedstawiciel cesarza zachował 
się tak nikczemnie, to krucjata została zwolniona ze 
wszelkich zobowiązań względem Cesarstwa. Krótko 
mówiąc, krzyżowcy nie mieli obowiązku przekazania 
Antiochii cesarzowi”. 
  Powinni natomiast przekazać ją... Boemundowi, 
który posłużył się nawet szantażem, aby zwiększyć 
swoje szansę na zagarnięcie miasta. Rozpuścił bowiem 
informację, iż zamierza powrócić do Europy i pokiero-
wać sprawami własnego księstwa. Mógłby co prawda 
tego nie czynić i dla dobra krucjaty pozostać na miej-
scu, ale pod warunkiem stosownej rekompensaty. Dla 
olbrzymiej większości krzyżowców, ludzi prostolinij-

background image

nych i nie rozeznających się 

w

 meandrach polityki pro-

wadzonej przez Boemunda, taką rekompensatą mogło 
być oddanie mu władzy nad obleganą twierdzą. Roz-
ważania i plany Boemunda miały oczywiście bardzo 
wiele wspólnego z przysłowiowym dzieleniem skóry na 
niedźwiedziu. Tym bardziej że do Antiochii zbliżała się 
kolejna armia turecka. 
  Tym razem z odsieczą dla twierdzy podążał Ridwan 
z Aleppo wspierany przez swoich wasali, Sukmana Ar-
tukidę i emira Hamy. Jaghi Sijan uzyskał pomoc emira 
Aleppa za cenę uznania jego władzy.  
  W pierwszych dniach lutego Turcy zdobyli Harenc, 
skąd ledwie krok dzielił ich od Antiochii. Na zwołanej 
przez Ademara naradzie wojennej pierwszoplanową ro-
lę znów odegrał Boemund, który stał się autorem pro-
stego w założeniu, ale bardzo skutecznego - jak się 
wkrótce miało okazać - planu. „Pan Boemund widząc, 
że niezliczone zastępy tureckie zbliżają się ku nam, 
spotkał się z innymi dowódcami i po prostu im oświad-
czył: «Panowie i wy, zacni rycerze, co zamyślacie 
uczynić? Nie jesteśmy na tyle liczni, abyśmy mogli 
walczyć na dwie strony. Czy wiecie jednak, co należy 
zrobić? Podzielmy się na dwie części; niech piesi pilnu-
ją namiotów w obozie i ci skutecznie wstrzymają napa-
dy oblężonych. Rycerze zaś niech ruszą z nami naprze-
ciw nieprzyjaciołom, tuż obok nas w grodzie Haregu              
i obok mostu faryjskiego«„. Uzupełniając relację Ano-
nima można dodać, iż oddział wydzielony do kawale-
ryjskiego ataku w polu liczył zaledwie 700 ludzi.  

background image

  Krzyżowcy z oddziału uderzeniowego 8 lutego 
wieczorem przeszli mostem łyżwowym na drugi brzeg 
Orontesu skierowali się na zachód i zapadli w zasadzce 
w pobliżu mostu Żelaznego pomiędzy rzeką a Jeziorem 
Antiocheńskim. Uderzyli wczesnym świtem, gdy woj-
ska nieprzyjacielskie znajdowały się w pełnym marszu. 
Zaskoczenie powiodło się im równie dobrze, jak nie-
dawno Dukakowi w stosunku do oddziału Roberta                   
z Flandrii. 
  Pierwszy wściekły atak nie zdołał rozerwać szyków 
nieprzyjaciela. Turcy zostali jednak mocno zmieszani,   
a nagłość szarży nie pozwoliła im zastosować ich ulu-
bionego manewru; łucznicy nie zdołali sformować dość 
zwartego szeregu i w kierunku Franków poleciały po-
jedyncze strzały, które nie wyrządziły im większej 
szkody. Rycerze cofnęli się w porządku na miejsce, 
gdzie  warunki  terenowe  wykluczały  możliwość 
oskrzydlenia przez wroga. Przegrupowanie nie trwało 
długo. Nie dość długo, aby Turcy zdołali otrząsnąć się 
z szoku wywołanego pierwszym atakiem. W czasie gdy 
w ich szeregach oficerowie próbowali wprowadzić jako 
taki  porządek, krzyżowcy uderzyli powtórnie, z jesz-
cze większym niż poprzednio impetem i wszystkimi si-
łami. 
  Ziemia zadrżała, wydawało się, że narastające dud-
nienie kilku tysięcy końskich kopyt zwiastuje straszli-
we trzęsienie. Ława zakutych w żelazo rycerzy niczym 
pancerny taran uderzyła w masę nieprzyjacielskich żoł-
nierzy. By opisać skutek szarży, posłużę się słowami 
Waldemara Łysiaka: „Wbili się w tę zgraję z impetem, 

background image

powodując  znany artylerzystom »efekt ulicy« - tak na-
zywa się skutki wielkokalibrowego strzału z bliskiej 
odległości w gęstwę ludzką: w tłumie powstaje wów-
czas krwawy korytarz zwany »ulicą«„. 
„Ulica” wyrąbana przez Franków w stłoczonych ma-
sach piechoty i jazdy tureckiej upodobniła się raczej do  
szerokiej autostrady. Konnica krzyżowców przetoczyła 
się przez wroga niczym walec. Cofający się w panice 
wojownicy z pierwszych linii, którym jakimś cudem 
udało się uniknąć stratowania, wprowadzili zamiesza-
nie w tylnych szeregach. Ridwan ani żaden z podle-
głych mu emirów nie mógł powstrzymać narastającego 
z każdą chwilą zamętu. Armia turecka, choć tak bardzo 
górująca liczbą nad przeciwnikiem, nie była w stanie 
przedstawić się jego miażdżącej szarży i zaczęła w bez-
ładzie cofać się na Aleppo. Do uciekających obok Ha-
rencu grup przyłączyła się jego załoga, nie chcąc ryzy-
kować oblężenia przez rozgrzanych bojem Franków. 
  Tego dnia zwycięstwo odniosła nie tylko jazda. 
Podczas gdy rycerze skutecznie walczyli z armią Rid-
wana, piechota zgromadzona w obozach wokół Antio-
chii musiała stoczyć twardy bój z potężną wycieczką              
z twierdzy. Jaghi Sijan zaangażował w nią niemal 
wszystkie siły, pozostawiając na murach minimalną 
liczbę ludzi. Losy bitwy bardzo długo się ważyły. Tur-
kom udało się zdobyć sporo terenu, spychając Franków 
do obrony. Przełom nastąpił w momencie, gdy w go-
dzinach popołudniowych walczący ujrzeli w oddali 
powracających w uporządkowanych szykach rycerzy. 
Jaghi Sijan nie musiał czekać na oficjalne wiadomości, 

background image

aby pojąć, iż następna armia podążająca na odsiecz An-
tiochii została pokonana. W tej sytuacji kontynuowanie 
walki byłoby szaleństwem. Turecki wódz, zapewne                  
z przekleństwem na ustach pod adresem Franków, bez 
wątpienia wspomaganych znów przez szejtana, wydał 
swoim żołnierzom rozkaz do odwrotu. 
  Zwycięstwo nad armią Ridwana z Aleppo pozwoli-
ło krzyżowcom zaopatrzyć się w duże ilości zapasów 
żywności i różnorodnych materiałów wojennych oraz 
przyniosło zdobycz w postaci setek koni. Nie były to co 
prawda wierzchowce równe europejskim pod wzglę-
dem wielkości, ale ten pozorny brak wyrównywały 
większą wytrzymałością i dostosowaniem do miejsco-
wych warunków atmosferycznych. Sukces nie poprawił 
natomiast na dłużej ogólnej sytuacji krzyżowców. Być 
może większe od niego znaczenie miało przybycie do 
portu Saint‒Simeon floty z angielskimi załogami, wio-
zącej pielgrzymów z Italii. Wraz z nimi przypłynął Ed-
gar Atheling, przegrany pretendent do tronu angielskie-
go. Statki przywiozły bardzo dużą ilość materiałów ob-
lężniczych  oraz sporą gromadę rzemieślników, wśród 
nich wielu cieśli. 
  Ta tak bardzo niespodziewana i zarazem pożądana 
pomoc o mało co nie pozbawiła armii krzyżowej jej 
dwóch najwaleczniejszych przywódców - Rajmunda         
z Tuluzy i Boemunda. Obaj, gdy tylko dowiedzieli się                 
o ładunku, jaki przywiozła flota do Saint‒Simeon, ru-
szyli na wyścigi do portu, aby zwerbować żołnierzy do 
swoich oddziałów i rozdzielić przywiezione zapasy. 6 
marca, już podczas powrotu, wpadli w zasadzkę. „Rano 

background image

Turcy, widząc, że nasi wodzowie są nieobecni, gdyż 
jeszcze poprzedniego dnia wyjechali do portu, przygo-
towali się i wyszli, aby uderzyć w tych, co wracali                 
z portu. Widząc przybywającego hrabiego i Boemunda 
na czele oddziałów zaczęli się złościć, wyzywać i krzy-
czeć wielkim głosem otaczając naszych, rzucając dzidy 
i strzały, raniąc i boleśnie kalecząc. Atakowali naszych 
z taką gwałtownością, że ci zaczęli uciekać na najwyż-
sze wzgórza i gdzie tylko droga była wolna. Kto mógł 
się ocalić przez nagłą ucieczkę, uszedł  żywy, kto jed-
nak ucieczki zaniedbał, znalazł  śmierć. Tego dnia mę-
czeńską  śmiercią zginęło więcej niż tysiąc rycerzy                
i pieszych i, jak wierzymy, wzięci są do nieba, gdzie 
białe szaty męczeństwa otrzymali”. 
  Klęska była druzgocąca. Oddział Rajmunda, na któ-
ry spadł główny impet wroga został niemal do nogi 
wybity. Nieliczni uciekinierzy dotarli do obozu z hio-
bową wieścią o klęsce i śmierci obu baronów. Powia-
domiony o tragicznych wydarzeniach Gotfryd z Bouil-
lon wydał natychmiast niezbędne zarządzenia. Na jego 
rozkaz sformował się oddział, który miał pośpieszyć              
z odsieczą dla niedobitków Rajmunda i Boemunda. 
Nim jednak opuścił obóz, z Antiochii uderzyli wojow-
nicy Jaghi Sijana. Chciał on w ten sposób ułatwić po-
wrót do twierdzy oddziału uczestniczącego w zasadzce. 
Turków spotkał srogi zawód. Krzyżowcy powitali ich 
w pełni przygotowani do walki. Bój nie zdołał się jesz-
cze rozpalić na dobre, gdy z resztkami swych żołnierzy 
nadciągnęli Rajmund i Boemund. Ich pojawienie się 
wzbudziło prawdziwy entuzjazm. Teraz krzyżowcom              

background image

z łatwością udało się zepchnąć przeciwnika do twier-
dzy: „Rycerze prawdziwego Boga zbrojni znakiem 
krzyża uderzyli w nich z całą mocą i gwałtownie zaata-
kowali. Turcy zaś uciekli nagle wprost przez most do 
bramy miejskiej. Ci, co nie potrafili ujść przez most 
wskutek tłoku ludzi i koni, zginęli śmiercią wieczną              
w imię szatana i jego piekielnych aniołów. My zaś po 
zwycięstwie rzucaliśmy ich i topili w rzece. Fale wód 
nagle zaczerwieniły się krwią Turków, a jeżeli któryś            
z nich usiłował czepić się filarów mostu lub płynąć ku 
brzegowi, by ujść, był zraniony przez naszych, którzy 
pilnowali brzegu rzeki. Głosy i jęki naszych i wrogów 
unosiły się aż do nieba [...] Dwunastu emirów tureckich 
zabitych w bitwie straciło swe dusze i żywoty, zarówno 
jak i inni świetni i najwybitniejsi ich wojownicy, uwa-
żani za najlepszych obrońców miasta. Ich liczba wyno-
siła tysiąc i pięćset. Inni pozostali żywi, ale nie śmieli 
więcej wznosić okrzyków czy to za dnia, czy w nocy, 
jak mieli w zwyczaju. Dopiero noc rozdzieliła ich                    
i nas”. 
  Uzupełniając przekaz Anonima należy dodać, że 
dotyczy on nie tylko wojsk tureckich walczących na 
przedpolach miasta, ale także oddziału, który rozbił 
wcześniej siły Boemunda i Rajmunda. On także został 
rozgromiony, a utracone zapasy odzyskane przez krzy-
żowców. 
  W dalszej części Anonim opisuje jeden z najbar-
dziej wstydliwych i haniebnych epizodów pierwszej 
krucjaty. Czytając jego słowa pamiętajmy jednak, iż 
pomiędzy moralnością, pojmowaniem przykazań wiary 

background image

i po prostu zmysłem estetycznym człowieka XX wieku 
i żyjącym w średniowieczu istnieje głęboka przepaść. 
„Następnego dnia rano i w południe inni Turcy wyszli             
z miasta zbierając ciała poległych, jakie mogli znaleźć 
na brzegu rzeki, i następnie grzebali je na wzgórzu Ma-
humaryjskim, które jest za mostem przed bramą miasta. 
Razem z ciałami grzebali i rzeczy osobiste, jak płasz-
cze, bizanty i dukaty, łuki, strzały i inne przedmioty tu 
trudne do wyliczenia. Nasi zaś wiedząc, w jaki sposób 
Turcy grzebią swych zmarłych, przygotowali się                  
i spiesznie przystąpili do diabelskiej czynności rozko-
pywania grobów. Wyrzucili owe trupy z grobowców, 
spychając je do jednego rowu, a odrąbane głowy przy-
nieśli do obozu, aby można było je policzyć. Wyjątek 
uczynili dla czterech koni emira Babilonu, które odesła-
li do jego obozu nad morzem. Widząc to wszystko Tur-
cy byli wielce zasmuceni i w najcięższej żałobie. Cią-
gle lamentowali, płacząc i jęcząc”. 
  W końcu drugiej dekady marca oblężeni utracili 
swobodny kontakt ze światem zewnętrznym poprzez 
ufortyfikowany most. Naprzeciwko niego, w pobliżu 
meczetu  na muzułmańskim  cmentarzu,  krzyżowcy 
wznieśli warowny kasztel o nazwie La Mahomerie. 
Szybko jednak utarła się dla niego inna nazwa - kasztel 
Rajmunda. Uhonorowano w ten sposób hrabiego Tulu-
zy, który był inicjatorem budowy i następnie obsadził 
kasztel swoją załogą. Z wielkich bram Antiochii poza 
blokadą pozostała już tylko Brama Św. Jerzego. Jedy-
nie przez nią Turcy mogli dokonywać wypadów z uży-
ciem większych sił, a mieszkańcy wypędzać stada by-

background image

dła na łąki poza murami. By wyeliminować i tę bramę, 
postanowiono  wybudować jeszcze jeden  warowny 
kasztel na wzgórzu rozciągającym się na wprost niej. 
Budowa postępowała szybko naprzód i w kwietniu ruch 
przez Bramę  Św. Jerzego ustał. Nowy posterunek na-
zwano kasztelem Tankreda, gdyż jemu oddano nad nim 
komendę. Poza blokadą pozostała teraz jedynie wąska 
Brama Żelazna oraz odcinek murów biegnący zbocza-
mi góry Silpion, którędy jednak do twierdzy nie mogły 
przedostawać się większe konwoje. 
  Sytuacja oblężonego miasta bardzo się pogorszyła. 
Oczywiście przede wszystkim narastające kłopoty z za-
opatrzeniem  dosięgły  mieszkańców  Antiochii,  ale 
znaczne obniżenie racji żywnościowych dało się we 
znaki także załodze wojskowej. 
  Krzyżowcy przeżywali w tym czasie zgoła odmien-
ną huśtawkę nastrojów. Ich sytuacja zaopatrzeniowa 
polepszyła się znacznie. Złożyło się na to kilka przy-
czyn. Dwie z nich łączyły się bezpośrednio ze szczel-
nym zablokowaniem twierdzy. Teraz krzyżowcy mogli 
wyprawiać się po prowiant bez zbytniej obawy wpad-
nięcia w turecką zasadzkę i penetrować okolice poło-
żone w dalszej odległości od miasta. Kupcy i handlarze, 
którzy dotychczas sprzedawali swoje produkty w An-
tiochii, po utracie chłonnego rynku zbytu - by użyć dzi-
siejszej terminologii - skierowali swoje zainteresowanie 
w stronę obozu krzyżowców, za nic mając inne wzglę-
dy poza czysto zarobkowymi. 
  Wraz z nadejściem wiosny poprawiła się pogoda, 
co również nie pozostawało bez znaczenia dla nastro-

background image

jów panujących wśród pielgrzymów i żołnierzy. Dla 
polepszenia stanu zaopatrzenia przyczyniło się prze-
chwycenie przez Tankreda wielkiego konwoju z żyw-
nością dla Antiochii wysłanego przez kupców... chrze-
ścijańskich, Syryjczyków i Ormian. Wiosną w obozie 
krzyżowców przez kilka tygodni przebywało poselstwo 
wysłane w imieniu kalifa fatymidzkiego Al‒Mustalego 
przez wezyra Al‒Afdala. Egipscy Fatymidzi, odwieczni 
wrogowie Turków, mieli nadzieję, że przy pomocy 
Franków zlikwidują tureckie imperium rezerwując dla 
siebie zdobycz terytorialną w postaci Palestyny. Krzy-
żowcom, o których w Egipcie sądzono, że stanowią na-
jemne wojska cesarza bizantyjskiego, miała przypaść w 
udziale północna Syria. Było to rozwiązanie uwzględ-
niające stan posiadania Bizancjum sprzed epoki turec-
kich podbojów. Posłów przyjęto z gościnnością - baro-
nowie podarowali im bardzo cenne podarunki wybrane 
spośród licznych łupów zdobytych na Turkach. Już 
wkrótce miało się jednak okazać, że niepodjęcie jakiej-
kolwiek współpracy wojskowej z Fatymidami, cho-
ciażby ze względów taktycznych, było poważnym błę-
dem. Uświadomiono sobie to jednak zbyt późno. Stało 
się to na początku maja, gdy do krzyżowców dotarły in-
formacje o marszu olbrzymiej armii Kerbogi na Antio-
chię. Dopiero wtedy, chcąc choć częściowo naprawić 
błąd, jakim było odprawienie z niczym poselstwa Al‒
Mustalego, krzyżowcy wystąpili do Dukaka z Damasz-
ku z prośbą o zachowanie neutralności w obliczu nieu-
chronnego starcia z wojskami emira Mosulu. Dukak nie 
zamierzał jednak zastosować się do ich sugestii. 

background image

  Wieści o zbliżaniu się armii Kerbogi wywołały zro-
zumiałe zaniepokojenie w szeregach krzyżowców. Dla 
wszystkich było jasne, że nieudana próba jej zatrzyma-
nia z dala od Antiochii - a porównanie sił nie dawało 
raczej krzyżowcom większych szans na osiągnięcie 
sukcesu - może przynieść katastrofę, jeśli nie dojdzie 
wcześniej do zdobycia twierdzy. Pomimo rosnącej cią-
gle niechęci do Greków i Aleksego, baronowie wysto-
sowali do niego rozpaczliwy, dramatyczny w treści list 
z prośbą o natychmiastową pomoc. Cesarz przebywał 
wówczas z armią w Azji Mniejszej i teoretycznie jego 
pojawienie się pod Antiochią było możliwe. 
  Stan napięcia, w którym żyli krzyżowcy, w naj-
większym chyba stopniu udzielił się Boemundowi.                   
O ile inni myśleli głównie o wyniesieniu głowy z coraz 
bardziej tragicznej sytuacji, o tyle on dodatkowo roz-
paczliwie poszukiwał sposobu opanowania Antiochii                
i zachowania jej wyłącznie dla siebie. Musiał przy tym 
złamać nieprzejednany opór Rajmunda z Tuluzy, który 
pod żadnym pozorem nie zgadzał się na oddanie miasta 
pod władzę Boemunda. Hrabiego wspierał swoim auto-
rytetem i zdaniem biskup Le Puy, który uważał, że je-
dynie Kościół w osobie swojego najwyższego hierarchy 
- papieża - ma prawo do nadawania w lenno nowo zdo-
bytych terytoriów. Przyjmując oczywiście, że przysięga 
złożona Aleksemu jest nieważna. Dla pozostałych ba-
ronów kwestie polityczne i ideologiczne miały zdecy-
dowanie mniejsze znaczenie niż doraźny problem, jaki 
stanowiła ciągle nie zdobyta Antiochią. Gdyby Boe-
mund potrafił go rozwiązać - nie czuliby wielkiego żalu 

background image

oddając mu fortecę. Ostatecznie wodzowie krucjaty do-
szli w tej drażliwej sprawie do porozumienia. Postano-
wiono, że jeśli pod miastem nie pojawi się cesarz, a od-
działy Boemunda pierwsze do niego wejdą, przypadnie 
ono księciu jako udzielne władztwo. To przyrzeczenie,                 
o które Boemund tak usilnie i od tak dawna zabiegał, 
pozwoliło mu już bez obaw o zagwarantowanie wła-
snych interesów zrealizować już wcześniej obmyślany 
plan. 
  Od pewnego czasu Boemund pozostawał w kontak-
cie z jednym z dowódców Jaghi Sijana, niejakim Firu-
zem (Pirrusem), który dowodził załogami trzech baszt, 
wśród nich Baszty Dwóch Sióstr. Firuz był z pocho-
dzenia Ormianinem, który zmienił wyznanie i jako mu-
zułmanin zrobił karierę w administracji Jaghi Sijana. 
Nigdy nie zerwał jednak związków z rodakami i daw-
nymi współwyznawcami. W sytuacji gdy pomiędzy 
nim a Jaghi Sijanem doszło do poważnego nieporozu-
mienia na tle ukrycia zapasów zboża, Firuz stał się 
wręcz idealnym „materiałem na zdrajcę”. Należało go 
jedynie odpowiednio „urobić” Dla przebiegłego Boe-
munda nie było to zadanie trudne Jedynie brak czasu 
mógł pokrzyżować jego plany. Na

 

szczęście Kerboga, 

zbyt pewny siebie, a przez to nierozważny, nie śpieszył 
się pod Antiochię i dał krzyżowcom dodatkowe, bez-
cenne trzy tygodnie, tracąc je niepotrzebnie na bezsku-
teczne oblężenie Baldwina w Edessie. 
  Rokowania z Firuzem Boemund zdołał utrzymać              
w zupełnej tajemnicy. Nie dopuścił do niej nawet swo-
ich najbliższych przyjaciół. Pośrednikami w rozmo-

background image

wach byli Ormianie. Maskując swoje zamiary i działa-
nia książę publicznie coraz bardziej podgrzewał atmos-
ferę paniki i zagrożenia. Każdego dnia coraz nowe rze-
sze krzyżowców patrzyły na niego jako na jedynego, 
który może wybawić ich z opresji. Inni w popłochu 
uciekali z obozu. Przełomowym dniem okazał się 2 
czerwca. Najpierw zdezerterował Stefan z Blois zabie-
rając ze sobą silny oddział rycerzy, a kilka godzin póź-
niej do Boemunda przybył syn Firuza z informacją, iż 
ojciec jest gotów wpuścić Franków do miasta przez 
Basztę Dwóch Sióstr, położoną na wprost kasztelu 
Tankreda. W celu uśpienia czujności obrońców twier-
dzy Firuz zalecił krzyżowcom upozorowanie wyprawy 
przeciwko nadciągającej armii Kerbogi. Za dnia po-
winni oni wymaszerować na wschód, pod osłoną nocy 
zawrócić i podejść skrycie pod zachodni odcinek mu-
rów w bezpośrednie pobliże Baszty Dwóch Sióstr. Do-
wodem ostatecznego przypieczętowania umowy po-
między Boemundem a Firuzem oraz zgody na jego plan 
miał być syn tureckiego dowódcy przysłany w charak-
terze zakładnika. 
  Boemund przyjął sugestie Firuza. Ostatnie godziny, 
decydujące o losie zarówno jego, krzyżowców, jak                  
i Antiochii, przeżył w nerwowym podnieceniu. Udzieli-
ło się ono także pozostałym dowódcom, gdy książę Ta-
rentu powiadomił ich o swoich zamiarach. Zebranym 
na naradzie baronom oraz biskupowi Le Puy oświad-
czył krótko: „Tej nocy, jeżeli Pan Bóg pobłogosławi, 
Antiochia będzie w naszych rękach”. 

background image

  Pozorowaną wyprawę przeciwko Kerbodze poprze-
dziło obejście całego obozu przez herolda, który głośno 
nawoływał do przygotowania się do wymarszu. Oczy-
wiście nie mogło to ujść uwagi obrońców Antiochii. Po 
zachodzie słońca krzyżowcy ruszyli na wschód. Na 
czele znajdował się silny oddział rycerzy, pochód za-
mykała piechota. Odejście wielotysięcznych sił spod 
murów twierdzy musiało przekonać żołnierzy Jaghi Si-
jana, że w ciągu najbliższych dni nie grozi im większe 
niebezpieczeństwo ze strony Franków. Owo fałszywe 
przekonanie miało ich srogo kosztować. 
  W tym samym czasie, gdy twierdza zapadała w sen, 
a nieliczne i niczego nie spodziewające się straże roz-
poczynały  nocną  wartę,  krzyżowcy  zawrócili 

               

w stronę Antiochii. Oddziały kierowały się w stronę 
północnych i północno ‒ zachodnich murów. Boemund                 
z pocztem rycerzy i piechurami podszedł pod Basztę 
Dwóch Sióstr. Po wymianie uzgodnionych wcześniej 
znaków przystawiono do niej drabinę, po której zaczęli 
się wspinać rycerze Fulka z Chartres. Boemund pozo-
stał na dole wydając ostatnie dyspozycje. Na górne pię-
tro wieży, w której przebywał Firuz, weszło 60 ludzi. 
Firuz  nie  potrafił  ukryć  wielkiego  zaskoczenia 

                

i podszytego strachem niepokoju, widząc zaledwie kil-
kudziesięciu Franków. Wydawało mu się, że powinno 
ich być kilkakrotnie więcej, aby całe przedsięwzięcie 
się powiodło. Najbardziej zaskoczył go brak Boemun-
da. Zrozpaczony Ormianin wpadł w lament, krzycząc: 
„Mało mamy Franków! Gdzie jest dzielny Boemund? 
Gdzie ten niezwyciężony?!” Niecodzienni goście Basz-

background image

ty Dwóch Sióstr nie dali Firuzowi długo rozpaczać. 
Rycerze błyskawicznie rozbiegli się do dwóch pozosta-
łych wież pozostających pod jego komendą. Teraz po-
zostali pod murem żołnierze Boemunda mogli przysta-
wić do niego drabiny i bez przeszkód dostać się na gó-
rę. Drabina, po której wszedł książę, zaraz potem się 
złamała, ale nie miało to już żadnego znaczenia. Fran-
kowie w tym czasie zdołali już opanować kilka sąsied-
nich baszt mordując zaskoczonych, nielicznych turec-
kich żołnierzy. W powstałym zamieszaniu stracił życie 
brat Firuza. Część krzyżowców zbiegła ze szczytów 
wież do miasta. Wkrótce przyłączyły się do nich wyro-
słe niczym spod ziemi grupy miejscowych chrześcijan. 
Wspólnymi siłami wysieczono Turków broniących do-
stępu do bram Mostowej i Św. Jerzego, a także otwo-
rzono wrota dla głównych sił oczekujących po drugiej 
stronie. Tak długo opierająca się oblężeniu Antiochia 
stanęła dla Franków otworem. 
  Przez otwarte bramy wpadły konnica i piechota. Bi-
tewny zamęt i zgiełk zaczął się przesuwać spod murów 
w głąb miasta. Setki Greków i Ormian przyłączyły się 
do krzyżowców, uczestnicząc z zapałem w wycinaniu 
muzułmanów. Nikt nie otrzymywał pardonu. Ginęli 
mężczyźni, kobiety i dzieci. Wąskie ulice miasta spły-
nęły krwią. W zamieszaniu zginęło także wielu chrze-
ścijan. Zbudzony odgłosami bitwy Jagni Sijan szybko 
się zorientował, że nie ma szans na uratowanie miasta. 
ógł jedynie spróbować ocalić własną głowę, pokładając 
nadzieję w wierności przybocznej gwardii i rączości 
koni. Udało mu się wymknąć przez Bramę Żelazną. Na 

background image

razie zdołał zachować życie. W przeciwieństwie do oj-
ca Szams al‒Daula, energiczny i odważny, nie wpadł     
w panikę i odrzucił myśl o ucieczce. Udało mu się ze-
brać kilkuset żołnierzy i przedrzeć do cytadeli. Wpraw-
dzie Boemund deptał mu po piętach, nie zdołał jednak 
sforsować wrót broniących dostępu do środka. W naj-
wyżej położonym miejscu, do którego dotarł w pościgu 
za Turkami, Boemund zatknął swój wielki purpurowy 
sztandar. Ten moment i przebieg szturmu tak opisuje 
Anonim: „Wtedy nieopisany zgiełk rozszedł się po ca-
łym mieście. Boemund nie stracił czasu i zarządził, aby 
sławną naszą chorągiew wystawiono wysoko naprze-
ciw zamku. Wszyscy rozbiegli się po mieście. Ze świ-
tem ci, którzy jeszcze przebywali w swych namiotach, 
usłyszeli  hałas  nieprawdopodobny  rozlegający  się                
w mieście. Gdy wyszli pośpiesznie i zobaczyli chorą-
giew Boemunda wystawioną na szczycie murów, po-
rwani nagłym zapałem wpadli do miasta poprzez bramy 
zabijając Turków i Saracenów jakich napotykali, z wy-
jątkiem tych, którzy zdołali zbiec do górnego zamku. 
Inni Turcy uszli przez bramy szukając ocalenia                     
w ucieczce”. 
  Boemund bezskutecznie szturmował cytadelę mając 
nadzieję, że zdoła ją opanować, nim wróg ochłonie po 
szoku wywołanym nocnym atakiem i nadzwyczaj ła-
twym zdobyciem miasta. Szams al‒Daula okazał się 
jednak trudnym przeciwnikiem. Żelazną ręką ujął zało-
gę cytadeli i odparł Franków zadając im przy tym bole-
sne straty. Boemund został ranny, a jego podkomendni 
woleli raczej rabować i wyrzynać cywilną ludność, niż 

background image

narażać się po raz kolejny na pociski nadlatujące z gó-
rującej nad okolicą cytadeli. Poza tym jej garnizon                  
w niczym nie mógł przeszkodzić rzezi, jaka przez wiele 
godzin trwała w całej Antiochii. Tylko nielicznym Tur-
kom udało się ujść z życiem. Wieczorem w mieście po-
śród żywych byli już tylko chrześcijanie. 
  Jaghi Sijan również nie przeżył tego dnia. „Kasjan 
zaś, ich pan, rzucił się także do ucieczki razem z wielu 
innymi towarzyszami, a uciekając dotarł do okolic zaję-
tych przez Tankreda opodal miasta. Ale konie jego były 
zmęczone i upadły przy pewnej zagrodzie, a oni schro-
nili się do domu. Zostali jednak rozpoznani przez 
mieszkańców, Syryjczyków i Armeńczyków, którzy 
zabili Kasjana i odcięli jego głowę, i zanieśli przed  
Boemunda, aby otrzymać za to nagrodę. Jego pas              
i miecz wycenili na sześćdziesiąt bizantów [...] Te 
wszystkie wypadki zdarzyły się w piątek, 3 czerwca, na 
trzy dni przed drugim tygodniem czerwca. Place miasta 
były zapełnione trupami, tak, że nikt nie mógł tam 
przebywać z powodu fetoru. Nikt nie mógł iść przez 
ulice miasta inaczej jak przekraczając trupy”. 
  Zdobycie Antiochii stanowiło triumf chrześcijań-
stwa, bez którego dalsze kontynuowanie krucjaty, nie 
mówiąc już o jej szczęśliwym doprowadzeniu do koń-
ca, stałoby pod dużym znakiem zapytania. W ręce 
krzyżowców dostała się potężna twierdza z nieuszko-
dzonymi rozległymi fortyfikacjami. Tylko one mogły 
ich obronić przed nadchodzącą spiesznymi marszami 
krociową armią Kerbogi. Mury Antiochii udzieliły 
schronienia utrudzonym krzyżowym zastępom. 

background image

  Szczególne katusze podczas oblężenia przeżywały 
liczne tłumy cywilów, których żołnierze traktowali jako 
balast dezorganizujący tylko dyscyplinę. Teraz ludzie 
ci mogli odpocząć od wszystkich niedogodności życia 
obozowego. Naprędce zaczęto urządzać lazarety                      
i umieszczać w nich rannych i chorych. O ile jednak nie 
było żadnych problemów z wybraniem miejsc na szpi-
tale i kwatery dla wszystkich uczestników wyprawy,               
o tyle szybko okazało się, że już wkrótce mogą powstać 
problemy z zaprowiantowaniem. Zapasy żywności zna-
lezione w Antiochii okazały się o wiele mniejsze od 
spodziewanych. Sami krzyżowcy bezmyślnie zniszczyli 
część zasobów podczas zdobywania twierdzy i później-
szej rzezi. 
  Gdy minęło pierwsze oszołomienie wywołane zwy-
cięstwem, Frankowie z pełną wyrazistością ujrzeli 
trudności i niebezpieczeństwa czyhające na nich w ob-
liczu nadciągającego wroga. Przede wszystkim okazało 
się, iż zabraknie im sił do obsadzenia murów na całej 
ich długości. Część żołnierzy należało bowiem wydzie-
lić do blokowania tureckiej załogi utrzymującej w swo-
ich rękach cytadelę. Zresztą krzyżowcy postanowili 
mieć oko również i na miejscową ludność, której zbyt-
nio nie dowierzali. Szczególną nieufnością darzyli Sy-
ryjczyków, mając w pamięci liczne oznaki ich niechęci. 
  Na rozmyślanie o czyhających niebezpieczeństwach 
nie było jednak zbyt wiele czasu. Przede wszystkim na-
leżało zorganizować obronę i pozbyć się tysięcy zwłok, 
które błyskawicznie się rozkładając groziły wybuchem 
epidemii. Antiochia mogła się łatwo zamienić w gigan-

background image

tyczny grób wojsk krzyżowych, co przewidywał Tati-
kios. Oba problemy rozwiązano nad wyraz sprawnie. 
W usuwaniu zwłok uczestniczyła większość armii oraz 
niemal wszyscy zdolni do pracy pielgrzymi. Mury 
miejskie podzielono natomiast na odcinki, które swoimi 
oddziałami obsadzili poszczególni baronowie. Nie oby-
ło się przy tym bez docinków pod adresem Boemunda, 
który doprowadził co prawda do zdobycia twierdzy, ale 
nie był w stanie zapewnić jej obrony jedynie przy po-
mocy podległych sobie wojsk. 
  Armia Kerbogi pojawiła się pod Antiochia 7 czerw-
ca. W oczach kronikarza jego siły urosły do monstrual-
nych wręcz rozmiarów: „Emir Jerozolimy przyłączył 
się do niego z pomocą ze swoim wojskiem. Król Da-
maszku również ze swoimi oddziałami. I tak Korbaga 
[Kerboga] zgromadził ogromne zastępy niewiernych, to 
jest Turków, Arabów, Saracenów, Publikanów, Azymi-
tów, Kurdów, Persów, Angulanów oraz wielu innych 
niezliczonych plemion. Samych Angulanów było trzy-
sta tysięcy, nie bojących się ani włóczni, ani strzał, ani 
innych broni, gdyż oni i ich konie były całkowicie 
okryte żelazem, a oni sami nie chcieli używać  żadnej 
innej broni jak tylko mieczy” Oczywiście rewelacje 
Anonima dotyczące liczebności nieprzyjacielskiej armii 
należy potraktować z przymrużeniem oka, lecz fakt, że 
na rzeczowym i rzadko dającym się

 

ponosić  fantazji 

świadku jej przybycie uczyniło aż tak wielkie wrażenie, 
dowodzi, iż w istocie musiała być ona ogromna. 
  Nieprzyjacielskie zastępy zajęły pozycje opuszczo-
ne niedawno przez krzyżowców. Jeszcze tego samego 

background image

dnia Szams ad‒Daula wysłał do Kerbogi gońców z we-
zwaniem pomocy. Kerboga uprzejmie potraktował wy-
słanników, ale za udzielenie wsparcia zażądał przeka-
zania jego oddziałom cytadeli wraz ze wszystkimi za-
pasami. Miał powiedzieć: „Jeżeli tak, to z całego serca   
i wiernie wspomogę cię w niebezpieczeństwie. Antio-
chię odbiorę osobiście. Zobaczysz, jakie oddam ci 
usługi, a miasta strzec będą moi ludzie”. 
  Postawiony w sytuacji bez wyjścia Szams ad‒Daula 
zgodził się przekazać cytadelę zaufanemu dowódcy 
Kerbogi, Ahmadowi Ibn Marwanowi. 
  Zaraz na początku oblężenia miało miejsce wyda-
rzenie wykazujące historyczne powinowactwo z bardzo 
znanym zdarzeniem z naszej rodzimej przeszłości. 
„Turcy kpiąc sobie z Franków położyli przed nim lichy 
miecz pokryty rdzą, szpetny łuk i włócznię bezużyte-
czną i te odesłali ubogim wojskom pielgrzymim: »Oto 
broń, jaką Frankowie myślą nas zwyciężyć. Kerboga 
śmiejąc się przy wszystkich stwierdził: „Takie to sobie 
uzbrojenie, świetne i błyszczące, niosą ze sobą chrze-
ścijanie na nas w Azji. Przy jego pomocy spodziewają 
się wygnać nas z ziem Korasanu daleko za rzekę Ama-
zonek [Iris]  jak wygnali naszych rodaków z Rumenii                
i Antiochii, miasta królewskiego, szlachetnej stolicy ca-
łej Syrii”. W tym fragmencie uderza podobieństwo                
z początkiem bitwy grunwaldzkiej i przesłaniem przez 
krzyżaków Jagiełłę dwóch nagich mieczy. Wśród daw-
nych zwyczajów rycerskich posłanie przeciwnikowi 
broni zaczepnej, przede wszystkim mieczy, oznaczało 
wyzwanie do stoczenia bitwy w otwartym polu. 

background image

  Jeśli Kerboga miał nadzieję dostać się do Antiochii 
poprzez cytadelę, to szybko musiał się z nią rozstać. 
Krzyżowcy wybudowali solidny mur, który odgrodził 
cytadelę od murów miejskich. Był to jednak najsłabszy 
odcinek systemu obronnego i musiał być stale obsa-
dzony wzmocnioną załogą. 9 czerwca Ahmad Ibn Ma-
rwan zaatakował ten właśnie sektor. Początkowo udało 
mu się zaskoczyć obrońców, lecz w końcu Hugon                   
z Vermandois, hrabia Flandrii i książę Normandii, do-
wodzący tego dnia w rejonie cytadeli, odparli napastni-
ków. Straty muzułmanów były tak duże, iż Kerboga 
zrezygnował  z  dalszych  ataków,  postanawiając 
wzmocnić blokadę i wziąć krzyżowców głodem. 
  Wojska emira 10 czerwca opasały Antiochię ze 
wszystkich stron. Krzyżowcy dokonali wypadu poza 
mury, by nie dopuścić do zamknięcia okrążenia, ale ich 
wycieczka została odparta. 
  Niepowodzenie w bitwie pod murami miejskimi 
oraz widmo głodu fatalnie zaciążyły na morale krzy-
żowców. Na ulicach rozlegały się lamenty, dochodziło 
do bójek pomiędzy ludźmi poszukującymi jakiegokol-
wiek pożywienia. Ceny żywności podskoczyły niebo-
tycznie. Na chleb, nie mówiąc już o jajach czy drobiu, 
mogli sobie pozwolić jedynie najbogatsi. Biedocie mu-
siały wystarczyć liście, korzonki i wysuszone skóry. 
Jeszcze 10 czerwca

 

rozpoczęła się plaga dezercji. Nocą 

przez nieprzyjacielskie linie przekradło się kilku zna-
nych rycerzy i podążyło ku Saint‒Simeon. „Między 
nimi był Wilhelm z Grademenili (Grand Mesnil), jego 
brat Alberyk, Gwido Truzelczyk i Lambert zwany 

background image

Ubogim [Lambert hrabia Clermont] ci wszyscy,  zdjęci 
strachem z powodu walki ciągnącej się do wieczora, 
potajemnie uciekli przez mur i pieszo dotarli do brzegu 
morza, nigdzie nie zostawiając po sobie śladu. Uciekło 
także z nimi wielu mniej znanych. Gdy wsiedli na okrę-
ty, jakie znajdowały się w porcie Świętego Szymona 
powiedzieli żeglarzom: »co tu jeszcze robicie, nie-
szczęśni? Wszyscy nasi zginęli, a my ledwie uszliśmy  
z życiem, gdyż armia turecka zawsząd oblegała nas                
w mieście«„. 
  Tak się złożyło, iż jeden z uciekinierów, Wilhelm             
z Grand Mesnil, był szwagrem Boemunda i jego dezer-
cja wywarła o wiele bardziej przygnębiające wrażenie 
niż ucieczka kilkudziesięciu innych rycerzy. 
  Sytuacja oblężonych z każdym dniem się pogarsza-
ła. Głód zaczął zbierać coraz obfitsze żniwo. Tymcza-
sem 12 czerwca Turcy dokonali nagłego uderzenia na 
jedną z baszt i niewiele brakowało, by ją zdobyli. Po 
odparciu wroga Boemund rozkazał spalić i zrównać               
z ziemią zabudowania przylegające do murów, żeby 
zapewnić oddziałom większą swobodę ruchów.  
  Otoczeni przez armię Kerbogi, całkowicie odgro-
dzeni od zewnętrznego świata krzyżowcy uczepili się 
wkrótce niczym ostatniej deski ratunku nadziei na od-
siecz ze strony cesarza. Wydawało się im, że już tylko 
basileus może ich wybawić ze straszliwej sytuacji,                 
w jakiej się znaleźli. Kalkulacje te nie były pozbawione 
podstaw. 
  Aleksy I wbrew zdaniu swoich doradców wojsko-
wych, opuścił wraz z silną armią Konstantynopol i wy-

background image

ruszył na pomoc krzyżowcom. Cesarz uznał, że może 
bezpiecznie poruszać się szlakiem przetartym przez 
Franków, tym bardziej iż jego wódz, Jan Dukas, wio-
sennym rajdem przez Lidię i Frygię oczyścił rejon 
głównego gościńca wiodącego wzdłuż wybrzeży. Nie 
było mu jednak dane dotrzeć do Antiochii. W połowie 
czerwca w bizantyjskim obozie w Filomelionie pojawił 
się Stefan z Blois i inni dezerterzy. Biorąc swoje pod-
szyte strachem domniemania za pewnik oznajmili oni 
Aleksemu I o zupełnym pogromie krzyżowców. Wedle 
ich relacji Turcy musieli zająć już Antiochię. Basileus 
nie śmiał podważać prawdziwości przekazanych mu in-
formacji, zwłaszcza że pochodziły one od człowieka, 
którego darzył dużym zaufaniem. 
  W powstałej sytuacji dalszy marsz w kierunku An-
tiochii wydawał się szaleństwem. Należało się bowiem 
liczyć z tym, iż po zdobyciu miasta Turcy ruszą na 
Konstantynopol. Taki właśnie możliwy rozwój wypad-
ków potwierdziły informacje uzyskane od Piotra                     
z Aulps, kolejnego dezertera, który powiadomił  o mar-
szu silnych oddziałów przeciwnika w kierunku Filome-
lionu. Czując na swoich barkach ciężar odpowiedzial-
ności za bezpieczeństwo Cesarstwa i - jak sądził - nie 
mając szans na uratowanie krucjaty, Aleksy I podjął je-
dyną rozsądną decyzję. Nakazał odwrót. 
  W cesarskim otoczeniu znalazł się tylko jeden 
człowiek, który upierał się przy marszu w przeciwną 
stronę. Ale jego zachowaniu nie można się akurat dzi-
wić. Człowiekiem tym był bowiem normański książę 
Gwidon, przyrodni brat Boemunda. „Zarówno dla Ce-

background image

sarstwa, jak i pokoju w chrześcijaństwie wschodnim 
stałoby się lepiej, gdyby Aleksy posłuchał nalegań 
Gwidona, mimo że dotarłby do Antiochii już po roz-
strzygającej batalii. Kiedy do krzyżowców doszła wieść 
o odwrocie armii cesarskiej ogarnęło ich wielkie rozgo-
ryczenie. Uważali się za wojowników Chrystusa prze-
ciwko niewiernym. Odmowa pośpieszenia im z pomo-
cą, nawet w sytuacji beznadziejnej, była w ich oczach 
równoznaczna z zaparciem się świętej wiary. Nie mie-
ściło się im w głowie, że cesarz mógł mieć ważniejsze 
obowiązki. Przeciwnie, zlekceważeniem tej powinności 
sam dał dowód, że mieli rację odnosząc się do Greków 
podejrzliwie i z niechęcią. Nigdy nie wybaczono tego 
Bizancjum Jako uzupełnienie oceny Runcimana można 
dodać, że dalekim pokłosiem odwrotu zarządzonego 
przez cesarza stały się dramatyczne wydarzenia czwar-
tej krucjaty, która zamiast Turków zaatakowała Cesar-
stwo i zadała mu śmiertelny cios. 
  Tymczasem zarówno w Antiochii, jak i po stronie 
przeciwnika nastąpiły wydarzenia, które w sposób bez-
pośredni zaważyły na wyniku oblężenia i losach krucja-
ty. Zaszły w  sferze  podświadomości,  ale też 

                 

w sposób decydujący wpłynęły na rzeczywistość. 
  Wizje, sny i proroctwa towarzyszyły powszechnie 
człowiekowi średniowiecza i były tłumaczone jako głos 
pochodzący od Boga bądź Szatana. Dlatego przykłada-
no do nich wielką wiarę, podając jedynie czasami w 
wątpliwość prawdomówność ludzi, którzy je przeżywa-
li i opowiadali. W oblężonej Antiochii, w atmosferze 
ogólnego przygnębienia i postępującego upadku ducha, 

background image

rola nawiedzonych przez Boga przypadła księdzu z Va-
lence o imieniu Stefan oraz ubogiemu wieśniakowi Pio-
trowi Bartłomiejowi. Opowiedziane przez nich wizje 
uczyniły zrazu wielkie wrażenie na baronach, a następ-
nie na tłumach spragnionych cudu krzyżowców. 
  Szczególne znaczenie miała wizja Piotra Bartłomie-
ja. „Piotr Bartłomiej opowiedział im [Rajmundowi             
z Saint‒Giles i biskupowi Le Puy] - że od kilku miesię-
cy trapią go wizje, w których Św. Andrzej objawia mu 
miejsce, gdzie znajduje się jedna z największych relik-
wii chrześcijaństwa - włócznia, którą przebito bok 
Chrystusa. Pierwszy raz doświadczył wizji w czasie 
trzęsienia ziemi w dniu 30 grudnia. Kiedy modlił się              
w wielkiej trwodze, ukazał mu się siwy jak gołąbek sta-
rzec, któremu towarzyszył wysoki, niezwykłej urody 
młodzieniec. Starzec ów rzekł, że jest Św. Andrzejem,            
i rozkazał mu natychmiast pójść do biskupa Le Puy                   
i hrabiego Rajmunda. Biskupowi miał przekazać słowa 
nagany za zaniedbywanie obowiązków kaznodziej-
skich, Rajmundowi zaś wskazać miejsce ukrycia 
włóczni, które święty za chwilę okaże Piotrowi Bartło-
miejowi. Następnie Piotr w samej tylko koszuli, tak jak 
zastał go święty, został cudownie przeniesiony do kate-
dry Św. Piotra w środku miasta, którą muzułmanie za-
mienili na meczet. Święty Andrzej poprowadził go 
przez południowe wejście do południowej kaplicy. Tam 
zapadł się pod ziemię i po chwili ukazał się trzymając 
w ręku włócznię. Piotr chciał ją natychmiast zabrać, ale 
święty powiedział mu, że po zdobyciu miasta winien 
przyjść do katedry w towarzystwie dwunastu mężczyzn 

background image

i szukać w tym samym miejscu. Potem Piotr Bartłomiej 
został przeniesiony z powrotem do obozu”. 
  Ademar nie uwierzył w zdumiewającą wizję Piotra. 
Nie tylko dlatego, że znalazła się w niej jawna przyga-
na pod jego adresem, ale również z tego powodu, iż 
Bartłomiej, jako człowiek niskiego stanu i dość nieoby-
czajny, nie zasługiwał, jego zdaniem, na zaufanie. 
Rajmund sądził jednak inaczej. Z entuzjazmem wysłu-
chał relacji Bartłomieja, a następnie zadecydował                
o poszukiwaniu włóczni po upływie pięciu dni. 
  Po wizjach księdza Stefana i Piotra Bartłomieja (ta 
pierwsza potwierdzała pośrednio „prawdziwość” dru-
giej) wśród krzyżowców zapanowało niezwykłe oży-
wienie. Ludzie jak gdyby zapomnieli o cierpieniach 
głodówki i niebezpieczeństwie grożącym ze strony po-
tężnego przeciwnika. Z radością i w przekonaniu, że 
wszelkie kłopoty zakończą się wraz z odnalezieniem 
włóczni, oczekiwali na wyznaczony dzień. W jego wi-
gilię, 14 czerwca, nieboskłon przeciął meteoryt spada-
jący - o tym krzyżowcy byli święcie przekonani -
wprost na turecki obóz. Nietrudno się domyślić, iż 
chrześcijanie przyjęli to za nieomylną oznakę bliskiego 
triumfu nad niewiernymi. Nazajutrz wraz  z dwunasto-
ma innymi krzyżowcami Piotr Bartłomiej udał się do 
katedry Św. Piotra. W jego otoczeniu znaleźli się mię-
dzy innymi Rajmund z Saint‒Giles i historyk Rajmund 
z Aguilers. Przed katedrą zebrały się tysiące duchow-
nych, rycerzy i gminu. W napięciu oczekiwano na wy-
nik poszukiwań. Co jakiś czas przez tłum przelatywała 
wiadomość: ciągle kopią, jeszcze niczego nie znaleź-

background image

li..., sprawiając zawód, lecz ani na moment nie odbiera-
jąc nadziei. Kopano niemal przez cały dzień.  
  Ludzie w wykopie wielokrotnie zmieniali się przy 
pracy. Jama pod podłogą powiększała się, lecz poszu-
kiwacze nie mogli natrafić na włócznię. Pierwszy zre-
zygnował Rajmund i wyszedł z katedry. Wielu krzy-
żowców długo nie chciało mu potem zapomnieć owej 
chwili zwątpienia. Pozostali z dwunastki wybrańców 
także utracili nadzieję. Jedynie Piotr Bartłomiej miał 
niezachwianą pewność. Gdy inni opuścili wykop, 
wskoczył do jego wnętrza, przez chwilę grzebał rękami 
w ziemi i nagle w jego dłoniach pojawił się kawałek że-
laza
… Trudno opisać entuzjazm, z jakim krzyżowcy 
przyjęli odkrycie włóczni. Niebywałe uniesienie opa-
nowało tłumy. Teraz już wszyscy byli pewni zwycię-
stwa nad Kerbogą. 
  Dwa dni później Piotr miał kolejne widzenie,           
w którym Św. Andrzej zalecał krzyżowcom pięcio-
dniowy post, a następnie generalny atak wszystkimi si-
łami na nieprzyjacielski obóz. Zdaje się, że ta wizja 
„powstała” na wyraźne polecenie Boemunda - objął on 
naczelne dowództwo w zastępstwie złożonego chorobą 
Rajmunda - który jedyną szansę na ocalenie armii wi-
dział w stoczeniu generalnej bitwy. Po odnalezieniu 
włóczni chwila po temu była najlepsza. Entuzjazm w 
szeregach krzyżowców wyraźnie podniósł ich wartość 
bojową,  co  automatycznie  niwelowało  materialną 
przewagę wroga. 
  Tymczasem w obozie Kerbogi doszło do poważ-
nych tarć pomiędzy Turkami i Arabami oraz poszcze-

background image

gólnymi dowódcami. Twarda dyscyplina, jaką usiłował 
utrzymać Kerboga, tylko pogłębiała niechęć emirów do 
niego. Opisane spory spowodowały falę dezercji. Mora-
le wojsk muzułmańskich zaczęło wyraźnie upadać. 
Wydaje się zresztą, że w tym czasie Kerbogą wstrząsa-
ły poważne rozterki o charakterze osobistym. Jego 
matka, niegdyś chrześcijanka, przesłać mu miała dra-
matyczny list, w którym błagała, by odstąpił od oblęże-
nia Antiochii i poniechał myśli o wojnie z Frankami.  
W przeciwnym razie czeka go niechybna klęska. Ker-
boga nie  zamierzał  jednak  wypuszczać  krzyżowców   

           

z matni i nie posłuchał rad matki. Wydawało mu się, że 
trzyma w swoich rękach wszystkie atuty i nic nie może 
mu przeszkodzić w odniesieniu łatwego zwycięstwa 
nad wyniszczonym głodem przeciwnikiem. Stało się 
inaczej. 
  Do obozu Kerbogi przybyło 27 czerwca poselstwo 
krzyżowców. W jego składzie byli Piotr Pustelnik i nie-
jaki Herluin, rycerz francuski, posługujący się językiem 
arabskim i perskim. Zabrakło w nim natomiast które-
gokolwiek z wielkich baronów. Żaden z nich nie odwa-
żył się podjąć trudnej i niebezpiecznej misji. Brak jest 
zgodności co do warunków zaproponowanych przez 
posłów. W niektórych przekazach pojawiają się suge-
stie, jakoby krzyżowcy wzywali muzułmanów do sto-
czenia rycerskiego turnieju: p kilku wybranych przez 
każdą ze stron wojowników rozstrzygnęłoby spór na 
ubitej ziemi. Kerboga przyjął zapewne propozycję 
chrześcijan jako niewczesny żart lub przejaw szaleń-
stwa wywołanego głodem. Jako odpowiedź Piotr Pu-

background image

stelnik i Harluin usłyszeli żądanie bezwarunkowej kapi-
tułami i zdania się na łaskę zwycięskiego atabega. 
  Kerboga nie pozostawiał krzyżowcom wyboru. Mu-
sieli stoczyć decydującą o wszystkim bitwę. Poprzedzi-
ły ją trzydniowe procesje i nabożeństwa w kościołach 
Antiochii. Żołnierze i pielgrzymi przystąpili do spo-
wiedzi. 
  Rano 28 czerwca na obszernym placu przyległym 
do murów miejskich Boemund ustawił krzyżowców            
w sześć bitewnych kolumn.  Dowództwo pierwszej, 
złożonej z Francuzów i Flamandów, objął Hugon                   
z Vermandois oraz Robert z Flandrii, drugiej, sformo-
wanej z Lotaryńczyków, przewodził Gotfryd, trzecia, 
złożona z Normanów z Normandii, miała ruszyć pod 
wodzą księcia Roberta, na czele czwartej kolumny, za-
stępując chorego Rajmunda, stanął sam biskup z Le 
Puy i dowodził Tuluzańczykami i Prowansalczykami. 
Dwie ostatnie kolumny utworzyli Normanowie włoscy 
dowodzeni przez Boemunda i Tankreda. Dodatkowy, 
siódmy oddział w sile 200 ludzi pod komendą Rajmun-
da, wydzielono w celu blokady cytadeli. Mieli to być 
jedyni żołnierze pozostawieni w Antiochii. Krzyżowcy 
stawiali więc wszystko na jedną kartę. Armia niemal 
zupełnie pozbawiona została koni, które zjedzono pod-
czas oblężenia. Część baronów przesiadła się zatem na 
zwierzęta juczne: osły i muły. W normalnych warun-
kach widok zakutego w żelazo rycerza na ośle lub mule 
wywołałby rozbawienie, lecz pod Antiochią w dniu bi-
twy z Kerboga szczęśliwcy zasiadający na owych „ru-
makach” wzbudzać mogli jedynie zazdrość. 

background image

  Największy chyba zaszczyt spotkał Rajmunda 

                 

z Aguilers. Powierzono mu bowiem zadanie niesienia 
świętej włóczni, która podczas walki miała towarzy-
szyć wojskom. „Biskupi nasi i kapłani, diakoni i za-
konnicy, ubrani w święte szaty towarzyszyli nam                   
z krzyżami modląc się i błagając Pana, aby nas ocalił               
i pilnował i we wszystkich niebezpieczeństwach 
strzegł. Inni ludzie stanęli na murach nad bramą ze 
świętymi krzyżami w ręku, żegnając nas i błogosła-
wiąc. A zatem tak podzieleni i znakiem krzyża chro-
nieni, wyszliśmy przez bramę Machumarską”. 
  Gdy tylko pierwsze szeregi krzyżowców wynurzyły 
się z bramy i ukazały na przedpolu, jeden z wodzów 
Kerbogi, Wahab Ibn Mahmud, zażądał od niego wyda-
nia rozkazu do natychmiastowego ataku. Kerboga jed-
nak odmówił. Nie zadowalała go perspektywa rozbicia 
tylko czołowych oddziałów chrześcijan, a tak mogłoby 
się stać w razie przedwczesnego natarcia. Chciał za 
jednym zamachem unicestwić całą armię, unikając                  
w ten sposób późniejszego męczącego oblężenia                    
i krwawych walk ulicznych. Patrząc na kolejne kolum-
ny wroga opuszczające miasto wyobrażał sobie, że 
przyjdzie mu spotkać się z armią ludzkich szkieletów                 
z ledwością powłóczących nogami, niezdolnych do 
stawiania oporu jego liczniejszym, dobrze odżywionym 
oddziałom. Nie mógł znać stanu uniesienia, w jakim 
znajdowały się zastępy przeciwnika. 
  O swym błędzie w ocenie przeciwnika Kerboga 
przekonał się zbyt późno. Gdy krzyżowcy nad wyraz 
sprawnie, szybko i w większej liczbie, niż się tego 

background image

można było spodziewać, rozwinęli się w szyku bojo-
wym, turecki wódz stracił pewność siebie. Ku nadcią-
gającym chrześcijanom wysłał herolda z propozycją 
nawiązania rozmów pokojowych. Na darmo. Widząc, 
że przeciwnik nie wstrzymał natarcia, Kerboga zarzą-
dził pozorowany odwrót, stosując ulubioną taktykę 
swojej lotnej armii. Chciał w ten sposób, zachęcając 
wroga do szybszego pościgu, wciągnąć go na bardziej 
pofałdowany teren, rozerwać jego szyki i, zasypawszy 
ulewą strzał, pokonać w rozproszonych grupach. 
  „Przesłaniający dzień obłokiem strzał Saraceni 
Kerbogi już pędzą ławą naprzeciw wrogowi. Od kopyt 
końskich jęczy ziemia. Wielbłądy kołyszą się wyciąga-
jąc długie szyje, plują wokół żółtą śliną.  Blask słońca 
gra w krzywych szablach, mienią się barwiste jedwabne 
stroje. Walą jak orkan pustynny, dopadają idących nie-
złomnie przeciw nim piechurów, zwanych przez emira 
pogardliwie żółwiami. Gdy pierwsze uderzenie nie zdo-
łało przełamać ścieśnionych szeregów, gdy pstra, wyją-
ca rytmicznie ciżba odbiła się o nie jak mrowie o skałę, 
starym zwyczajem Saraceni zawracają, by pociągnąć 
wroga za sobą. Dobry sposób na konnicę, lecz nie na 
piechotę! Ta nie posunie się szybciej, żaden szereg nie 
minie drugiego. Owszem, zwierają się mocniej. Niektó-
rzy rycerze ujmują się wzajem pod ramiona [...] I walka 
zawzięta kipi na rozległym błoniu. Nierówna walka 
konnych z pieszymi. Nierówność ta obraca się dzisiaj 
na korzyść upośledzonych. Saraceni nie umieją wal-
czyć z piechotą. Krzyżowcom odpadły zwykłe wady 
taktyki rycerskiej: rzadki, łatwy do przerwania i prze-

background image

mieszania szyk, znaczne odstępy miedzy szeregami. 
Zostało zaciekłe męstwo rycerzy, ta sama pieszo co na 
koniu sprawność w działaniu orężem. Pod wpływem 
uniesienia, zapału ożywiającego szeregi, wracają nawet 
zapomniane siły. Tną, biją, rąbią nie gorzej niż dawniej, 
gdy byli mocni i syci. Bo duch dziś walczy, nie ciało”. 
  Jednocześnie z zarządzeniem ataku od czoła Ker-
boga rozdzielił armię, przeznaczając część sił do 
oskrzydlenia lewego skrzydła przeciwnika, którego 
prawe skrzydło chroniła rzeka. Oba zamiary spaliły na 
panewce. Krzyżowcy, mądrze kierowani przez czujne-
go Boemunda i dowódców poszczególnych kolumn, nie 
dali się sprowokować do chaotycznego ataku i zdołali 
utrzymać jednolity front, próba obejścia ich lewego 
skrzydła również się nie powiodła, gdyż Boemund, do-
strzegając zagrożenie, utworzył natychmiast dodatkowy 
korpus pod dowództwem Renalda z Toul, który osłonił 
bok armii. Żołnierzy do tego oddziału przekazali Got-
fryd z Bouillon oraz Robert z Normandii. Renald                  
z Toul poddany został bardzo ciężkiej próbie. „Turcy 
rozpoczęli z nimi walkę i zabili wielu z naszych strza-
łami z łuków. Wtedy inne oddziały tureckie przeszły 
przez rzekę, aż do wzgórz na długość dwóch mil. Te 
oddziały zaczęły następować z obu stron i otaczać na-
szych, ranić ich włóczniami i strzałami. Z gór schodziły 
także niezliczone oddziały na białych koniach z białymi 
znakami. Widząc te zastępy nasi nie wiedzieli ani co to 
znaczy,  ani kim są owi żołnierze, a nawet sądzili, że 
jest to pomoc Chrystusowa, której wodzami są  Święci 

background image

Jerzy, Merkury i Dymitr. Tym słowom można dać wia-
rę, gdyż wielu z naszych to widziało”. 
  Cudowny widok świętych przybywających z odsie-
czą na tyle podniósł bojowy zapał krzyżowców, że 
front wojsk muzułmańskich zaczął się niebezpiecznie 
chwiać. Chrześcijan nie mogły powstrzymać ani strzały 
łuczników, ani ostre dziryty miotane przez jazdę. Mur 
zakutych w żelazo rycerzy, atakując od czoła niczym 
taran, rozłupał główną masę nieprzyjacielskich wojsk. 
Najwyższa rycerska sprawność w połączeniu z religij-
nym uniesieniem i bitewnym szałem święciły pełny 
triumf nad górującym liczbą, ale pozbawionym podob-
nych przymiotów wrogiem. 
  W decydującym momencie bitwy krzyżowcom do-
szedł jeszcze jeden cenny sprzymierzeniec - upadek 
ducha i zdrada w tureckim obozie. Wielu emirów po-
stanowiło opuścić pole walki. I co może bardzo zdziwić 
- nie była to bynajmniej ucieczka przed Frankami. 
Sprzymierzeńcy Kerbogi doszli do przekonania, iż po 
zwycięstwie nad krzyżowcami stanie się on na tyle sil-
ny, że obróci miecz przeciwko nim. 
  Sygnał do dezercji dał Dukak z Damaszku, pociąga-
jąc za sobą dziesiątki innych. Linia obrony załamała się 
w tureckich szeregach wybuchła panika. Kerboga nie 
stracił jednak zimnej krwi i usiłował przeciwdziałać 
zamieszaniu. Na jego rozkaz podpalono szmat suchej 
trawy, aby ogniem odgrodzić się od chrześcijan. Poza 
tą naturalną osłoną emir Mosulu zamierzał dokonać 
przegrupowania  swoich  topniejących  i  całkowicie 
zdezorganizowanych oddziałów. Krzyżowcy nie dali 

background image

mu jednak na to czasu, w tym dniu nawet ogień nie 
mógł ich powstrzymać. „Gryzący dym rozsnuwa się ni-
sko nad ziemią. Przez biały tuman przekwitają jęzory 
ogniste. I gdyby Latyńcy siedzieli na koniach, nie prze-
szliby tej zapory. Żaden koń nie wejdzie w ogień. Lecz, 
że pieszo, że są nieprzytomni, że wiedzą jedno, iż zwy-
ciężają, jak wróżyła święta Włócznia - nic ich zatrzy-
mać nie zdoła. Jak dobry podczaszy Keus Płonący nie 
lękają się ognia ni żaru. Co prawda pożar gorzej wy-
gląda, niż się przedstawia w rzeczywistości. Trawa nis-
ka, parzy dotkliwie tylko stopy, zachęcając przez to do 
szybszego biegu, siano, wilgotne od rannego deszczu, 
przyczynia więcej dymu niż ognia. Bez wahania roz-
płomienieni kościeje sadzą w płomienie. Pęd ich od-
garnia dym na boki. Przechodzą prawie bez szwanku”. 
  Gdy Frankowie przekroczyli ogniową zaporę, Ker-
boga utracił wiarę w możliwość powstrzymania ich 
szaleńczego ataku i odniesienie zwycięstwa. Na doda-
tek wierności dochowali mu do końca jedynie emir 
Himsu i Sukman Artukida, lecz ich oddziały nie mogły 
wpłynąć na wynik bitwy. Olbrzymia armia turecka 
przeistoczyła się w bezkształtną masę przerażonych, 
porzucających broń wojowników, myślących już tylko 
o własnym ocaleniu. Do stapiania oporu nie byli już 
zdolni. Zdruzgotany klęską Kerboga zawrócił konia                
i wraz z innymi rzucił się do ucieczki. 
  Krzyżowcy nie popełnili wielokrotnie powtarzane-
go w podobnych sytuacjach błędu i nie tracili czasu na 
grabież nieprzyjacielskiego obozu. Pozostawiając tę 
czynność na później, ścigali Turków do Mostu Żelaz-

background image

nego, znacząc drogę setkami trupów. Większość wo-
jowników Kerbogi padła od ciosów w plecy. Zresztą              
i poza Mostem Żelaznym uciekinierzy nie mogli czuć 
się bezpiecznie. Część z nich usiłowała schronić się               
w opuszczonym przez krzyżowców kasztelu Tankreda, 
lecz miejsce to okazało się dla nich śmiertelną pułapką. 
Frankowie z marszu zdobyli kasztel i wybili wszystkich 
obrońców. Podobny los spotkał wielu innych Turków                     
z rąk syryjskich i ormiańskich wieśniaków. 
  Kerbodze poszczęściło się bardziej niż tysiącom je-
go podkomendnych. Z nielicznym pocztem udało mu 
się dotrzeć do Mosulu. Katastrofa, jaka spotkała go pod 
Antiochią, złamała jednak raz na zawsze jego potęgę 
militarną i pozbawiła znaczenia wśród innych emirów. 
Od tej pory Kerboga zniknął z kart wielkiej historii. 
  W ręce krzyżowców wpadły olbrzymie łupy. „Nie-
przyjaciel porzucił swe namioty, złoto i srebro i wiele 
ozdób, owce i woły, konie i muły, żywność i wino, mą-
kę i inne rzeczy tak bardzo naszym potrzebne”. Utru-
dzeni, pokrwawieni, ale szczęśliwi rycerze i pospolici 
żołnierze wracali do miasta przy dźwiękach muzyki 
wśród radosnych okrzyków. Wszyscy zdawali sobie 
doskonale sprawę, co oznacza zwycięstwo nad Kerbo-
ga. 
  Tego samego dnia krzyżowców oczekiwała jeszcze 
jedna niespodzianka. Poddała się im załoga cytadeli an-
tiocheńskiej, przysparzająca dotychczas tak wielu kło-
potów. Dowódca cytadeli, Ahmad Ibn Marwan, nie na-
leżał do pozbawionych wyobraźni i inteligencji. Z wy-
sokości umocnień dokładnie widział pogrom wojsk 

background image

Kerbogi. Na jeszcze jedną odsiecz nie mógł raczej li-
czyć. A nawet gdyby ona nadeszła, było bardzo praw-
dopodobne, że Frankowie znów cało wyjdą z opresji. 
W takim razie dalszy opór w cytadeli nie miał sensu. 
Wcześniej czy później głód i pragnienie zmogłyby 
obrońców. Ahmad wysłał więc posłańca z propozycją 
kapitulacji. Jego wysłannik zaprowadzony został przed 
oblicze Rajmunda z Tuluzy. Hrabia nakazał zatknąć 
swoją chorągiew na wieży cytadeli, gwarantując tym 
samym załodze pełne bezpieczeństwo. Ahmad nie 
przyjął jednak proporca hrabiego i oznajmił, że podda 
się jedynie Boemundowi. Najprawdopodobniej już 
wcześniej prowadził z nim tajne rokowania i przyjął na 
siebie stosowne zobowiązania. „W tym momencie nad-
szedł zacny mąż Boemund i dał mu również swą cho-
rągiew. Ten przyjął ją z wielką nadzieją zawierając 
pakt z panem Boemundem, żeby poganie, którzy chcą 
przyjąć chrześcijaństwo, pozostali z nim, a tym, co 
chcą odejść cało i zdrowo, niech na to pozwoli bez 
żadnych trudności. Boemund zgodził się na wszystkie 
propozycje dowódcy zamku i następnie osadził tam 
własną załogę. W kilka dni później dowódca ów razem 
z tymi, którzy nie chcieli uznać Chrystusa, został 
ochrzczony. Tych zaś, którzy woleli pozostać wierni 
swej wierze, nakazał pan Boemund odprowadzić do 
ziem saraceńskich”. Źródła i opracowania nie wspomi-
nają o losie Szams ad‒Dauli. 
  Po pokonaniu Kerbogi i zdobyciu cytadeli wśród 
krzyżowców ciągle nie było zgody co do tego, komu 
należy oddać władzę nad Antiochią. Rajmund nadal op-

background image

tował za oddaniem miasta Aleksemu I i wydaje się, że 
nie tylko zazdrość i nienawiść w stosunku do Boemun-
da stanowiła powód jego uporu w tej sprawie. „Raj-
mund, który przed opuszczeniem Konstantynopola 
niewątpliwie zaprzyjaźnił się z Aleksym, był człowie-
kiem na tyle bystrym, aby zdawać sobie sprawę, że 
odmowa przekazania Antiochii Bizancjum spowoduje 
utratę życzliwości cesarza, która krzyżowcom była nie-
zbędna zarówno dla zapewnienia sprawnej łączności, 
jak i udaremnienia grożącej im niewątpliwie kontrofen-
sywy muzułmańskiej. Gdyby do tego doszło, krucjata 
przestałaby być wspólną sprawą całego chrześcijań-
stwa. Ademar z Le Puy podzielał stanowisko Rajmun-
da. Zgodnie z wolą swojego zwierzchnika, papieża 
Urbana II, był zdecydowany współpracować z chrześci-
jaństwem wschodnim i doskonale zdawał sobie sprawę 
z niebezpieczeństwa obrażania Bizancjum”. 
  Wszyscy pozostali baronowie, choć wzdrygali się 
na myśl o złamaniu przysięgi złożonej cesarzowi, 
skłonni byli oddać Antiochię Boemundowi jako rze-
czywistemu zdobywcy miasta. W ich przekonaniu 
Aleksy I zachował się haniebnie nie przychodząc im               
z pomocą i odwołując korpus Tatikiosa w chwili, gdy 
ważyły się losy wyprawy. Tymczasem krzyżowcy i bez 
jego pomocy poradzili sobie z Kerbogą i opanowali 
twierdzę. W tych okolicznościach żadne względy nie 
przemawiały za cesarzem, w mniemaniu Franków 
człowiekiem tchórzliwym i nielojalnym, wiele zaś za 
Boemundem. 

background image

  Czując przychylność większości wyższych dowód-
ców, Boemund przyjął taktykę najlepszą z możliwych. 
Zaczął prowadzić politykę faktów dokonanych. W po-
łowie lipca udzielił przywileju handlowego Genueń-
czykom, którzy w dużej liczbie pośpieszyli do Antio-
chii zaraz po rozejściu się wieści o klęsce Kerbogi. Od-
dał im do dyspozycji plac targowy, kościół oraz kilka-
dziesiąt domów. Powstała w ten sposób genueńska ko-
lonia w krótkim czasie opanowała miejscowy handel. 
Wdzięczni mieszkańcy kupieckiej republiki stali się 
cennym sprzymierzeńcem księcia Tarentu, chociaż po-
zornie zajęli neutralne stanowisko w jego sporze                    
z Rajmundem z Saint‒Giles. Działając z podobnym 
zdecydowaniem książę przejął kontrolę nad cytadelą. 
  Początkowo, niezależnie od tego, iż Ahmad Ibn 
Marwan poddał się wyłącznie Boemundowi, cytadelę 
obsadzali wspólnie jego żołnierze z podkomendnymi 
Rajmunda, Gotfryda i Roberta z Flandrii. Po pewnym 
czasie Boemundowi udało się przechwycić nad fortecą 
pełną kontrolę. Ponieważ stało się to za zgodą Gotfryda 
i Roberta, a więc w takiej sytuacji Rajmund musiałby 
zaryzykować wręcz zbrojne starcie, aby przeszkodzić 
Boemundowi w realizacji jego planów. Nie uczynił ni-
czego, gdyż w tym czasie leżał zmorzony ciężką cho-
robą i rozpaczliwie walczył o życie. 
  Hrabia Rajmund był jednym z tysięcy krzyżowców, 
których dosięgła groźna zaraza, prawdopodobnie tyfus, 
jaka wybuchła w Antiochii. Fatalne warunki sanitarne, 
w jakich przez długie miesiące żyły tłumy pielgrzymów 
i żołnierzy, w połączeniu z upalną pogodą stworzyły 

background image

prawdziwą bombę epidemiologiczną. Jedną z ofiar epi-
demii stał się biskup Le Puy, który zmarł 1 sierpnia. 
  Ademar był bez wątpienia jedną z największych 
osobistości krucjaty, cieszył się ogólnym, przez nikogo 
nie kwestionowanym autorytetem, wpływał tonizująco 
na wszelkie waśnie i spory. Jego śmierć stanowiła je-
den z najdramatyczniejszych momentów krucjaty. 
  Runciman poświecił Ademarowi ciepłą charaktery-
stykę. „Jako osobisty przedstawiciel papieża budził 
powszechny respekt, a jego charakter zjednał mu gorą-
cą sympatię całej armii. Był to człowiek pełen miło-
sierdzia, który troszczył się o ubogich i chorych. 
Skromny i nienapastliwy, zawsze chętnie służył mądrą 
radą, nawet w sprawach wojskowych, a jako dowódca 
odznaczał się odwagą i zręcznością. Zwycięstwo pod 
Doryleum krzyżowcy zawdzięczali głównie jego stra-
tegii, a w czasie oblężenia Antiochii często prze-
wodniczył radom wojennym [...] Do ostatnich chwil 
życia udawało mu się trzymać w karbach skłonności 
Franków do rasowej i religijnej nietolerancji i nie dopu-
ścić do tego, aby egoistyczne aspiracje i waśnie baro-
nów wyrządziły krucjacie nieodwracalne szkody [...] 
Po jego śmierci nie było już wśród krzyżowców ani 
jednego człowieka o tak bezspornym autorytecie”. 
 

Żalu po śmierci biskupa le Puy nie mogła zrówno-

ważyć ani trwająca ciągle radość ze zdobycia Antiochii, 
ani satysfakcja z kolejnych sukcesów, które stały się 
udziałem mniej znanych rycerzy. Jednemu z nich, Raj-
mundowi Piletowi, udało się nawet zdobyć większe 
lenno. 17 lipca z niewielkim pocztem przekroczył 

background image

Orontes i wyruszył na wschód. Po trzech dniach dotarł 
do miasta Tali Mannas zamieszkanego przez Syryjczy-
ków. Po jego opanowaniu zdołał także zdobyć warow-
ny zamek położony w sąsiedztwie. Sukcesy te tak roz-
zuchwaliły Rajmunda Pileta, że postanowił zaanekto-
wać spore miasto Ma’arrat an‒Numan. Armię niezbęd-
ną do wykonania tego ambitnego zadania, podobnie jak 
Baldwin w Edessie, sformował z miejscowych chrze-
ścijan. I tak samo jak Baldwin zbytnio zaufał ich woj-
skowym umiejętnościom. Odsiecz dla zagrożonego 
miasta wysłana przez Ridwana z Aleppo już samym po-
jawieniem się spowodowała, że nie przywykli do walki, 
przypadkowi wojownicy Rajmunda poszli w rozsypkę. 
On sam, pomimo podejmowanych przez Turków usi-
łowań, nie dał sobie odebrać Tali Mannasu. W ten spo-
sób został drugim po Baldwinie udzielnym władcą 
frankońskim na Bliskim Wschodzie. 
  Powodzenie Rajmunda Pileta i wcześniejsza 
olśniewająca kariera Baldwina podziałały na wyobraź-
nię pozostałych baronów. Szalejąca w Antiochii zaraza, 
zbierająca obfite żniwo nie tylko wśród najbiedniej-
szych pielgrzymów, stanowiła dla nich zachętę do 
opuszczenia zapowietrzonego miasta i spenetrowania 
dalej położonych terenów w celu zdobycia posiadłości. 
Większe powodzenie nie towarzyszyło im jednak                  
w tych wyprawach. Robertowi z Normandii udało się 
na kilka tygodni uchwycić władzę w Laodycei, do któ-
rej wezwał go dysponujący zbyt szczupłą załogą Edgar 
Atheling. Swoje przelotne rządy Robert ograniczył                
w praktyce do zdzierstw podatkowych. Zdesperowani    

background image

mieszkańcy wypędzili Normanów i przyjęli garnizon 
bizantyjski. 
  Gotfryd podążył na północ do Turbessel i Ravendel. 
Oba te miasta podarował mu Baldwin do czasu wyru-
szenia armii w dalszą drogę do Palestyny. 
  Najdłuższą wyprawę odbył Boemund. Przez góry 
dotarł do Cylicji i wizytował załogi pozostawione tam 
przed rokiem przez Tankreda. Wzmocnił je swoimi 
ludźmi i odebrał przysięgę wierności. Budował w ten 
sposób podwaliny swojego przyszłego księstwa antio-
cheńskiego. 
  W końcu lata baronowie zaczęli powracać do An-
tiochii, zbliżał się bowiem umówiony wcześniej termin 
wznowienia marszu na Jerozolimę, początek listopada, 
a ponadto zaraza zaczęła wygasać. 11 września wo-
dzowie odbyli naradę, podczas której zredagowano list 
do papieża zawierający relację o zdobyciu Antiochii i 
hiobową wieść o śmierci Ademara. Baronowie skiero-
wali do Urbana II gorącą prośbę o przybycie do Antio-
chii, słynącej z biskupstwa założonego przez Św. Pio-
tra. Dowodzili, że tu powinna się dokonać jego 
intronizaqa i do czasu przybycia Ojca Świętego byli go-
towi powstrzymać się z marszem do Palestyny. Był to 
oczywiście jedynie gest, bo                          w rzeczy-
wistości w rachubę wchodził co najwyżej przyjazd pa-
pieskiego namiestnika. Skierowane do Urbana II we-
zwanie w praktyce prowadziło jednak do odroczenia 
ostatecznej decyzji co do losów Antiochii. 
  W październiku krzyżowcy przeprowadzili dwie 
spektakularne akcje. Gotfryd z Rajmundem wyruszyli 

background image

do miasta Azaz położonego na szlaku z Edessy do An-
tiochii. Jego władca, Umar, podniósł bunt przeciwko 
Ridwanowi z Aleppo i zwrócił się o pomoc do Fran-
ków. Gotfrydowi i Rajmundowi, wzmocnionym dodat-
kowo przez oddział przysłany z Edessy przez Baldwi-
na, udało się odpędzić od Azazu wojska przysłane 
przez Ridwana dla uśmierzenia buntu. Gotfryd odebrał 
od Umara hołd lenny. Dowodzi to, jak szybko Franko-
wie potrafili przystosować się do skomplikowanej sytu-
acji panującej na Bliskim Wschodzie i nauczyli rezy-
gnować z twardych zasad wiary na rzecz doraźnych i 
namacalnych korzyści płynących z politycznego prag-
matyzmu. 
  Podczas powrotu spod Azazu oddział Rajmunda              
z Saint‒Giles wpadał kilkakrotnie w nieprzyjacielskie 
zasadzki i poza utratą znacznej części prowiantu po-
niósł również ciężkie straty w ludziach. Nie odebrało to 
jednak hrabiemu ochoty do następnej wyprawy. Po za-
jęciu Rugii nad Orontesem ruszył na miasto Albara, po-
łożone o dwa dni drogi od Antiochii. „Zaatakował je 
swym wojskiem i następnie zdobył zabijając wszyst-
kich Saracenów i Saracenki, dorosłych i małych, jakich 
tam naszedł”. Okrucieństwo Rajmunda tym bardziej 
może dziwić, że mieszkańcy Albary dobrowolnie ska-
pitulowali. Wbrew jednak temu, co napisał Anonim, 
skory do pewnej przesady, część muzułmanów uszła z 
życiem; zostali w Antiochii sprzedani w niewolę. Do-
mostwa opuszczone przez Saracenów zajęli chrześcija-
nie. Z meczetu uczyniono kościół. Przebywający u bo-
ku Rajmunda ksiądz Piotr z Narbony został mianowany 

background image

przez hrabiego biskupem Albary. Sakry udzielił mu pa-
triarcha grecki Jan z Antiochii. Było to pierwsze samo-
dzielne biskupstwo łacińskie na Bliskim Wschodzie i 
stanowiło pierwszy krok ku ustanowieniu stałej hierar-
chii kościoła łacińskiego na nowo zdobytych teryto-
riach. 
  Na początku listopada baronowie powtórnie zaczęli 
się zjeżdżać do Antiochii.  Gotfryd przyjechał  z Tur-
bessel z makabrycznym ładunkiem. Przywiózł ze sobą 
głowy ucięte tureckim jeńcom schwytanym podczas je-
siennych wypraw. Postępek Gotfryda, „dobrego” ryce-
rza i jeszcze lepszego chrześcijanina, jak ogólnie się               
o nim wyrażano, jeszcze raz przekonuje o głębokiej 
przepaści dzielącej pojęcie moralności człowieka śre-
dniowiecza i XX wieku. 
  Piątego listopada doszło do burzliwych rozmów 
pomiędzy wodzami krucjaty. Odbyły się one  w kate-
drze Św. Piotra i potwierdziły istnienie w dalszym cią-
gu głębokich rozdźwięków pomiędzy baronami. Ka-
mieniem niezgody była oczywiście Antiochia. Rajmund 
z Tuluzy odwoływał się do honoru wielmożów, którzy 
złożyli przysięgę cesarzowi i, jak na prawdziwych ryce-
rzy przystało, powinni jej bezwzględnie dotrzymać. Za-
żarte spory i burzliwe dyskusje toczyły się przez kilka 
dni. Ciągle brakowało porozumienia pomiędzy dwoma 
największymi antagonistami: Boemundem i Rajmun-
dem. 
  Przerwanie impasu nastąpiło za sprawą szerego-
wych żołnierzy i pielgrzymów. Wielotysięczne tłumy 
zebrane przed katedrą zaczęły wyrażać swoje zniecier-

background image

pliwienie. Reszty dokonały wizje Piotra Bartłomieja. 
Pod ich wpływem padły groźby i kategoryczne żądania; 
jeśli baronowie wolą bardziej frymarczyć dobrami ma-
terialnymi niż wypełnić świętą misję wyzwolenia Gro-
bu Pańskiego, niechaj pozostaną w Antiochii. Żołnierze 
i pielgrzymi poradzą sobie sami bez wiarołomnych wo-
dzów, lecz przed wyruszeniem w drogę zburzą do fun-
damentów mury przeklętego miasta, które przyniosło 
już tyle zła. 
  Presja podziałała. W obliczu zdecydowanych na 
wszystko tłumów baronowie jeszcze raz zasiedli do ob-
rad i zdołali osiągnąć kompromis. Rajmund przyrzekł 
podporządkować się rozstrzygnięciu, jakie w sprawie 
Antiochii poweźmie rada baronów, ale pod warunkiem, 
że Boemund ruszy wraz z całą armią do Palestyny. Ze 
swojej strony książę Tarentu przysięgał, że nie będzie 
w żaden sposób szkodził krucjacie ani nie przyczyni się 
do opóźnienia wymarszu wojsk. Zbrojny rozejm po-
między obydwoma wodzami podkreślał fakt, że Boe-
mund utrzymywał w swych rękach cytadelę i trzy 
czwarte miasta, Rajmund natomiast zatrzymał w swym 
posiadaniu pałac Jaghi Sijana i ufortyfikowany most. 
  Aby uspokoić tłumy pielgrzymów i wojsko - nie 
ustalono bowiem ciągle daty wymarszu na Jerozolimę - 
baronowie postanowili wyruszyć przeciwko twierdzy 
Ma’arrat an‒Numan zajmującej strategiczne położenie 
na lewym skrzydle armii idącej w kierunku Palestyny. 
27 listopada oddziały Rajmunda z Tuluzy i Roberta                 
z Flandrii podeszły pod mury fortecy. Następnego dnia 
Frankowie przypuścili szturm do miasta zakończony 

background image

fiaskiem. Niepowodzenie to nie osłabiło jednak ich bo-
jowego ducha i gdy kilka godzin później pod Ma’arrat 
an‒Numan nadszedł Boemund, postanowili ponowić 
atak. „Zaraz następnego dnia zaatakowali miasto i to             
z taką gwałtownością i siłą, że drabiny przystawiono 
wprost do murów, ale siły pogan były tak wielkie, że 
tego dnia nie mogli ich pokonać, ani osłabić”. 
  Dwukrotny nieudany szturm przekonał krzyżow-
ców o konieczności podjęcia regularnego oblężenia 
twierdzy. Miasto zostało otoczone szczelnym pierście-
niem placówek. Obrońcy zostali odcięci od świata ze-
wnętrznego, jednak przez kilkanaście następnych dni 
krzyżowcy nie poczynili żadnych postępów. Mało tego, 
sami zaczęli odczuwać problemy związane z zaopa-
trzeniem. Silne oddziały musiały penetrować okolicę                   
w poszukiwaniu żywności. 
  Wobec przedłużającego się oblężenia postanowiono 
zbudować machiny, bez których zdobycie twierdzy wy. 
dawało się niemożliwe. „Wodzowie widząc, że nie zdo-
łają nic zrobić i że na darmo wysilają się, polecili Raj-
mundowi hrabi od św. Idziego wnieść wieżę drewnia-
ną, silną i wysoką. Ta struktura została zbudowana               
i ustawiona na czterech kołach. Na najwyższym piętrze 
znalazło się wielu rycerzy oraz Edward Odważny, który 
głośno zaczął grzmieć w trąbę. Niżej ustawieni byli ry-
cerze zbrojni i ci pchnęli wieżę aż pod mury obok jed-
nej z baszt. Widząc to poganie natychmiast przysposo-
bili machinę wyrzucającą duże kamienie na ową ru-
chomą wieżę i to tak skutecznie, że prawie wszyscy na-
si rycerze zostali zabici. Rzucali także na wieżę ognie 

background image

greckie z myślą, że ją podpalą i zniszczą [...] Nasi ryce-
rze, jacy znajdowali się na najwyższym piętrze, a mię-
dzy nimi Wilhelm z Góry Pisleryjskiej i wielu innych, 
rzucali olbrzymie kamienie na obrońców murów. Tra-
fiali tak w tarcze tych, co stali na murach, że nieprzyja-
ciele razem z tarczami padali w tył do miasta ranni 
śmiertelnie. Walka trwała. Inni przytwierdzali do 
swych włóczni wstęgi z herbami i za pomocą włóczni              
i bosaków próbowali ściągać nieprzyjaciół z murów ku 
sobie. I tak walczono do wieczora. Z tyłu wieży oblęż-
niczej ustawił się kler, odziany w święte szaty, modląc 
się i błagając Boga, aby obronił swój lud i wywyższył 
chrześcijaństwo, a poniżył pogaństwo. Po drugiej stro-
nie nasze wojska dzień w dzień walczyły z nie-
przyjaciółmi, przystawiając do murów drabiny, ale te 
łamały się wskutek ilości wspinających się. Tymcza-
sem opór pogan był tak silny, że nasi nie mogli uczynić 
postępu”. 
  Szturm odbył się 11 grudnia. Wprawdzie krzyżow-
cy nie zdobyli ani baszty, ani wystarczająco długiego 
odcinka umocnień, jednak od osłoną wieży dokonali 
podkopu pod murem. Przedsięwzięcie to udało się 
dzięki poświęceniu niejakiego Gultery’ego z Daturu      
i kilku innych rycerzy, którzy przedostali się na blanki              
i przez pewien czas powstrzymywali wściekłe ataki 
przeciwnika, odwracając tym samym jego uwagę od 
kopiących. Mur runął pod wieczór. Poprzez rumowisko 
część żołnierzy wdarła się do twierdzy, przystępując od 
razu do grabieży. Obrońcy, sparaliżowani strachem, 
wycofali się w głąb miasta. Niektórzy z mieszkańców 

background image

zabarykadowali się w domach, zamierzając okupić ży-
cie posiadanym dobytkiem. Były to płonne nadzieje. 
  Walki w Ma’arrat an‒Numan ustały nocą po ogło-
szeniu przez herolda Boemunda, że w razie, gdy miasto 
skapituluje na jego ręce, weźmie on mieszkańców pod 
swoją opiekę, gwarantując im życie. Mieli się oni 
schronić we wskazanym przez herolda olbrzymim bu-
dynku położonym przy głównej bramie fortecy. W ten 
sposób Boemund, podobnie jak w wypadku Antiochii, 
zamierzał podstępem wejść w posiadanie miasta, odbie-
rając owoce zwycięstwa Rajmundowi. Tym razem jego 
plan przyniósł połowiczne skutki. Wczesnym rankiem 
do twierdzy wkroczyły główne siły Franków i walki 
wybuchły na nowo. W powstałym zamieszaniu nikogo 
nie oszczędzano. Zdesperowani obrońcy, widząc, że nie 
mają szans ratunku stawiali rozpaczliwy opór. Niektó-
rzy spłonęli żywcem we własnych domach, które wcze-
śniej zostały gruntownie złupione. 
  Tych, którzy poddali się Boemundowi, czekał 
okrutny los. Mężczyzn bezlitośnie wymordowano, ko-
biety i dzieci sprzedano później w niewolę. „I tak nasi 
dostali się do miasta, a co który naszedł z dóbr w do-
mach i w oficynach, to zabrał na własność. Gdy nastał 
dzień, gdziekolwiek znaleźli wroga, mężczyznę czy 
kobietę, mordowali ich. Nie było zaułka w mieście, 
gdzie nie leżałby trup saraceński, i z trudnością szło się 
ulicami miasta tak, by nie napotkać zwłok. Następnie 
Boemund wszystkim, którym kazał się zgromadzić               
w wielkiej hali, odebrał Tisczy,  jakie posiadali złoto, 
srebro, i ozdoby, jednych zaś zabił, innych odesłał do 

background image

Antiochii, by ich sprzedać w niewolę”. Czyż można 
powiedzieć, że postępowanie krzyżowców różniło się 
w jakiś sposób od tych, którym historia nadała miano 
ludobójców? 
  Zagarnięcie przez Boemunda w Ma’arrat an‒Nu-
man bogactw niewspółmiernie wielkich do jego wkładu 
w zdobycie miasta jeszcze bardziej zaogniło konflikt 
pomiędzy nim a Rajmundem z Tuluzy. Nienawiść 
Francuzów do Normanów osiągnęła apogeum. Atmos-
fera stała się tak napięta, że wystarczyła iskra, by 
wzniecić bratobójcze walki. Tym bardziej że każdego 
dnia wzrastały kłopoty aprowizacyjne.  „Frankowie 
przebywali w tym mieście przez jeden miesiąc i cztery 
dni. W tym czasie zmarł Wilhelm biskup Oranii. Wielu 
było spośród naszych, którzy nie znajdowali tego, cze-
go potrzebowali i to zarówno z powodu długiego poby-
tu, jak i z powodu trudności wyżywienia, bo poza mia-
stem niczego nie można było dostać. Rozpruwano ciała 
zmarłych, bo w ich żołądkach znajdowano ukryte bi-
zanty. Inni wycinali z nich mięso w kawałkach i goto-
wali je, aby jeść”. 
  Komentując bulwersującą relację kronikarza można 
jedynie dodać, iż nie był to jedyny przypadek ludożer-
stwa podczas pierwszej krucjaty; przykłady kanibali-
zmu zostały opisane również w innych współczesnych 
źródłach. 
  Około Bożego Narodzenia przed Rajmundem stanę-
li delegaci żołnierzy i oświadczyli, że w razie zorgani-
zowania oddziałów do wymarszu, cała armia uzna go 
za swojego wodza. Oczywiście nie mówili tego                   

background image

w imieniu Normanów. Podtekst oświadczenia był łatwy 
do odczytania; stanowiło ono właściwie ultimatum nie 
do odrzucenia. Groźna postawa wojska uświadomiła 
hrabiemu, że wolą przygniatającej większości uczestni-
ków krucjaty jest jak najszybsze dotarcie do Jerozolimy 
i dalsze zwlekanie z wyruszeniem ku świętemu miastu 
może doprowadzić do nie kontrolowanych wybuchów 
niezadowolenia i niesubordynacji oraz spowodować 
masowe dezercje. 
  Przed Nowym Rokiem Rajmund opuścił Ma’arrat 
an‒Numan i udał się do Rugii, gdzie publicznie ogłosił, 
iż wymarsz do Palestyny nastąpi w ciągu najbliższych 
dni. Na wieść o tym Boemund również opuścił miasto               
i na czele swoich oddziałów pociągnął do Antiochii, 
pozostawiając Ma’arrat an‒Numan we władzy biskupa 
Albary. 
  Pomimo złożonej deklaracji Rajmund ciągle nie 
mógł się zdecydować na podanie konkretnego terminu 
wymarszu. Zdawał sobie sprawę, że najbardziej z tego 
będzie zadowolony Boemund, w którego rękach pozo-
stałaby Antiochia. Zresztą książę Tarentu bezustannie 
knuł i usiłował podsycić niechęć do hrabiego Tuluzy. 
Znając atmosferę panującą wśród żołnierzy i pielgrzy-
mów rzucił propozycję kontynuowania wyprawy dopie-
ro po Wielkanocy. Rajmund natomiast zwołał pozosta-
łych baronów na naradę do Rugii i za pomocą łapówek 
usiłował uzyskać ich zgodę na objęcie dowództwa nad 
krucjatą. Wysokość zaproponowanych przez hrabiego 
kwot pozostawała w ścisłym związku z liczebnością 
oddziałów podlegających poszczególnym wodzom.               

background image

I tak Gotfrydowi miała przypaść suma 10000 solidów, 
ale Tankredowi suma już dwukrotnie niższa. Robert             
z Normandii wyceniony został podobnie jak Gotfryd,   
a Robert z Flandrii jedynie na 6000 solidów. 

  Obrady w Rugii przerwały doniesienia napływające 

z Ma’arrat an‒Numan. Doprowadzeni do ostateczności 
żołnierze i pielgrzymi nie zamierzali już dłużej czekać 
na  wynik  politycznych  rozgrywek  możnowładców.              
Z aplauzem przyjęli pomysł, aby zburzyć mury z takim 
trudem zdobytej twierdzy i nie zwlekając już dłużej ru-
szyć do Jerozolimy - na czele z Rajmundem lub                    
z kimkolwiek innym. Hrabia przybył natychmiast do 
Ma’arrat an‒Numan i stwierdził, że o dalszej zwłoce 
nie może być mowy. Nawet, gdyby ceną okazać się 
miało wywyższenie Boemunda. 
  Trzeciego stycznia 1099 r. Rajmund z Saint‒Giles, 
jadąc na czele swoich oddziałów, za którymi ciągnęły 
grupy pielgrzymów, opuścił Ma’arrat an‒Numan. Że-
gnały go dymy płonącego miasta, podpalonego na 
znak, że nie ma powrotu. Rozpoczynał się ostatni etap 
kilkuletniej wędrówki, u celu której oczekiwała wy-
śniona Jerozolima. Rajmund szedł boso, mając u boku 
wasali. Biskup Albary i Rajmund Pilet wzmocnili hra-
biego swoimi oddziałami. Jako ostatni spośród podko-
mendnych Rajmunda miał się z nim połączyć Wilhelm 
Ermingar, dowódca garnizonu pozostawionego w An-
tiochii. Zdając sobie sprawę ze szczupłości własnych 
sił, które w razie zaatakowania przez wielokrotnie licz-
niejsze oddziały Boemunda nie miałyby szans na po-
stawienie skutecznego oporu, Wilhelm wybrał naj-

background image

słuszniejsze chyba rozwiązanie i połączył się z armią 
zmierzającą do Palestyny. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

   OSTATNI ETAP 
  Pierwszą większą miejscowością na drodze do Je-
rozolimy był Kafartab, oddalony od Ma’arrat an‒
Numan o około 30 km. Armia przebywała tam do 16 
stycznia, uzupełniając zapasy żywności i wody. W Ka-
fartabie doszło do połączenia z oddziałami przyprowa-
dzonymi przez Tankreda i Roberta z Normandii. Ten 
pierwszy, bez wątpienia zgodnie z życzeniem Boemun-
da, miał czuwać nad właściwym zabezpieczeniem inte-
resów włoskich Normanów podczas ostatniego etapu 
krucjaty. Do miasta przybyli także wysłannicy emira 
Szajzaru (Cezarea nad Orontesem). Zaproponował on 
krzyżowcom dostarczenie taniego prowiantu oraz, co 
miało szczególne znaczenie, przewodników, którzy po-
prowadziliby ich dalej na południe. W zamian emir 
oczekiwał przyjaznego potraktowania przez Franków. 
  Pokojowa propozycja emira Szajzaru była wyni-
kiem zmian, jakie w ciągu kilku ostatnich miesięcy za-
szły na politycznej mapie Palestyny i północnej Syrii. 
Klęska Kerbogi pod Antiochią i ogólne osłabienie Sel-
dżuków zostały natychmiast wykorzystane przez egip-
skich Fatymidów, a właściwie przez faktycznie rządzą-
cego Egiptem wezyra Szachanszacha Al‒Afdala. Po 
nieudanych negocjacjach z Frankami, postanowił on 
ubiec ich w opanowaniu Palestyny pozostającej we 
władaniu lenników Dukaka z Damaszku, Sukmana i Il-
ghaziego, synów Artuka. Pomimo olbrzymiej dyspro-
porcji sił postanowili oni stawić czoło najeźdźcom, 
chroniąc się z niezbyt licznymi, za to świetnie szkolo-
nymi oddziałami za potężnymi murami Jerozolimy. Po 

background image

czterdziestu dniach oblężenia, które Al‒Afdal prowa-
dził przy użyciu wielkiej liczby najnowocześniejszych 
machin i katapult, miasto poddało się. Zwycięski wódz 
pozwolił pokonanym na swobodne wycofanie się do 
Damaszku. 
  Sukces Fatymidów wywarł wrażenie na północno-
syryjskich dynastiach arabskich, które znalazły w nich 
oparcie przeciwko znienawidzonym Turkom. Władcy 
arabskich państewek doszli do przekonania, że w po-
wstałej sytuacji należy nawiązać pokojowe stosunki                 
z Frankami, którzy jako trzecia siła pojawili się na 
mocno skomplikowanej scenie politycznej Bliskiego 
Wschodu. 
  Przewodnicy emira wskazali krzyżowcom bród na 
Orontesie między Szajzarem a Hamą. W rozległej doli-
nie nad rzeką As‒Sarut armia natknęła się przypadko-
wo na ogromne stada bydła i owiec, które Arabowie 
spędzili tam obawiając się zrabowania zwierząt właśnie 
przez krzyżowców. 
  Po sforsowaniu Orontesu Rajmund odbył z pozosta-
łymi baronami naradę, by zadecydować o wyborze dal-
szej drogi. Jego zdaniem należało ruszyć wprost ku 
wybrzeżu i maszerować brzegiem morza. Pozwoliłoby 
to zachować kontakt z Antiochią i uzyskać zaopatrzenie 
z Cypru dzięki flocie bizantyjskiej. Stanowisko to spo-
tkało się z krytyką Tankreda. Był on zdania, iż posu-
wanie się wzdłuż wybrzeża pociągnie za sobą koniecz-
ność zdobywania licznych twierdz, a posiadane siły nie 
pozwalają na angażowanie się w działania oblężnicze. 
Według opinii Tankreda trzeba kierować się jak naj-

background image

krótszą drogą wprost na Jerozolimę, gdyż jej zdobycie 
spowoduje napływ nowych sił z Europy i automatyczny 
niejako upadek innych miast palestyńskich. W takim 
jednak razie należało przemierzyć rozległy we obszar 
między Libanem a pustynią znajdujący się władaniu 
Dukaka, po którym można było się spodziewać zacie-
kłego oporu. 
  Ostatecznie baronowie przyjęli kompromisowe roz-
wiązanie. Wojska miały dojść do wybrzeża morskiego 
w punkcie położonym bardziej na południe niż pier-
wotnie zakładał Rajmund, maszerując przez równinę 
Al‒Bukaja leżącą pomiędzy górami AnNusajrijja          
a Libanem. Postanowiono także nie oblegać napotka-
nych twierdz, by uniknąć strat w ludziach i cennego 
czasu. 
  Krzyżowcy 22 stycznia weszli do Masjafu, a kilka 
dni później dotarli do równiny AlBukaja. Górowała 
nad nią potężna twierdza Hisn al‒Akrad (Zamek Kur-
dów), do której mieszkańcy okolicznych wsi spędzili 
hodowane przez siebie zwierzęta. Z tego powodu krzy-
żowcy postanowili zawładnąć fortecą. 
  Oblężenie rozpoczęło się 28 stycznia i omal nie 
przyniosło tragicznego końca krucjacie. Saraceni po-
służyli się fortelem. Wypuścili z twierdzy część zwie-
rząt, a gdy Frankowie złamali szyki i rozbiegli się po 
okolicy w pogoni za nimi, uderzyli nagle na rozproszo-
nego nieprzyjaciela. Zamęt wśród krzyżowców był tak 
wielki, że w pewnej chwili w śmiertelnym niebezpie-
czeństwie znalazł się sam hrabia Rajmund. Jego straż 
przyboczna zagubiła się gdzieś i hrabia musiał z despe-

background image

racją walczyć o życie. Na szczęście dla niego i krzy-
żowców przeciwnika, który dysponował o wiele mniej-
szymi siłami, udało się odeprzeć. 
  Następnego dnia Frankowie, już skonsolidowani               
i żądni odwetu, podeszli pod mury Zamku Kurdów, aby 
powtórzyć szturm, ale spotkała ich niespodzianka. 
Twierdza opustoszała. Jej załoga, nie licząc na powtór-
ne przechytrzenie nieprzyjaciela wroga, wolała uciec 
niż dać się wyrżnąć. W zdobytej twierdzy armia prze-
bywała aż trzy tygodnie W tym czasie przybyły tam 
dwa muzułmańskie poselstwa Emisariusze emira Hamy 
zapewnili krzyżowców o pokojowym nastawieniu swo-
jego władcy i stwierdzili, że jeg

oddziały nie zaatakują 

ich w dalszej drodze. Wysłannicy emira Trypolisu Dża-
lala al‒Mulk Abu al‒Hasana, z rodu Banu Ammar, któ-
remu udało się zachować niezależność zarówno w sto-
sunku do Seldżuków, jak i Fatymidów zaprosili przed-
stawicieli Rajmunda do jego stolicy w celu porozumie-
nia w kwestiach związanych z przemarszem armii 
krzyżowej. Był to błąd emira. Wysłannicy hrabiego zo-
stali oczarowani przepychem i dobrobytem panującym 
w Trypolisie. Po powrocie doradzili Rajmundowi, aby 
napadł na którąś z twierdz emiratu i pokazując własną 
potęgę wymusił na strachliwym Dżalalu wysoki okup. 
Cierpiący na brak pieniędzy hrabia przystał na ten plan. 
  Czternastego lutego krzyżowcy stanęli pod Arką. 
Wystąpienie przeciwko emirowi Trypolisu, usposobio-
nemu przyjaźnie władcy muzułmańskiemu, którego - 
pomijając elementarną moralność i przyzwoitość - na-
wet ze względów taktycznych traktować należało wów-

background image

czas jako pożądanego sojusznika stanowiło nieprzemy-
ślany krok. Ponadto uwypuklało te najgorsze cechy za-
chodnich zdobywców, które później z odrazą wskazała 
Anna Komnena: „Plemię Latyńców, jak już przedtem 
powiedziano, jest w ogóle bardzo chciwe na bogactwo. 
Ilekroć postanowi napaść na jakiś kraj, traci rozsądek             
i nie ma nań żadnego hamulca”. 
  Jednocześnie z uderzeniem na Arkę Rajmund za-
planował atak na Tortosę, port położony pomiędzy 
Trypolisem, a pozostającą w rękach krzyżowców Lao-
dyceą. W ekspedycji wzięli udział Rajmund Pilet oraz 
Rajmund, wicehrabia Turenne. Ich niewielki oddział 
dotarł pod Tortosę nocą 16 lutego. W zdobyciu twier-
dzy posłużyli się fortelem. Aby stworzyć wrażenie, iż 
rozporządzają silną armią, obaj dowódcy zarządzili 
rozpalenie wokół Tortosy dziesiątek ognisk. Ten prosty 
podstęp powiódł się nadzwyczajnie. Przerażona załoga 
zaokrętowała się na stojące w przystani statki i przed 
ranem opuściła twierdzę. 
  Zdobycie Tortosy usprawniło bardzo komunikację  
z Antiochią, Cyprem i Europą. Wraz z jej opanowa-
niem krzyżowcom poddało się również pobliskie mia-
sto Marakijja. Zwycięstwo przyniosło także i tę ko-
rzyść, że pod jego wrażeniem baronowie pozostający 
jeszcze w Antiochii postanowili ruszyć do Palestyny. 
Nie dotyczyło to Boemunda. 
  W ostatnich dniach lutego Gotfryd z Bouillon, Ro-
bert z Flandrii i Boemund pomaszerowali do Laodycei. 
Boemund stamtąd zawrócił, natomiast pozostali dwaj 
wodzowie doszli do Dżabali, gdzie zastało ich wezwa-

background image

nie Rajmunda, by czym prędzej pośpieszyli pod Arkę. 
Tam bowiem krzyżowcy ugrzęźli na dobre. Oblężenie 
od początku prowadzone było niemrawo, bez większe-
go przekonania. Rajmund miał zbyt małe siły, by oto-
czyć twierdzę ze wszystkich stron. Jej załoga zaś nie 
wystraszyła się Franków i najwidoczniej postanowiła 
zweryfikować tworzący się mit o ich niezwyciężoności. 
Wszystkie ataki spotkały się z twardym oporem. Naj-
gorsze było to, że Rajmund miał ograniczone pole ma-
newru. Gdy już raz zdecydował się zaatakować miasto, 
nie mógł - nawet gdyby to było jedyne rozsądne roz-
wiązanie - odstąpić od niego bez ryzyka ataku ze strony 
emira Trypolisu, dla którego porażka Franków pod Ar-
ką stałaby się dowodem ich rzeczywistej słabości mili-
tarnej. 
  Przeciągające się nad miarę oblężenie spowodowa-
ne było również rozleniwieniem żołnierzy. Docierające 
przez Tortosę zaopatrzenie zapewniało im pełne żołąd-
ki, a życie obozowe było o wiele ciekawsze od wyczer-
pujących marszów w kurzu i spiekocie. 
  Przybycie Gotfryda i Roberta, których Rajmund 
wezwał pod wpływem fałszywych wieści o nadciąganiu 
armii kalif Bagdadu, nie wyszło hrabiemu na dobre.             
W obozie zaczęło dochodzić do sporów i zażartych 
kłótni. Kością niezgody stała się sprawa przywództwa 
nad krucjatą. Niekwestionowana od kilku tygodni po-
zycja Rajmunda jako wodza została podważona. Tan-
kred, przekupiony wcześniej górą złota, przeniósł się 
do obozu Gotfryda. W ślad za baronami poszli prości 
żołnierze, którzy, również coraz bardziej skłóceni, 

background image

przestali współdziałać ze sobą podczas prac oblężni-
czych i w codziennej służbie. 
  Atmosfery w obozie nie poprawiło przybycie wy-
słanników cesarza zaopatrzonych w jego list do baro-
nów. Aleksy oznajmiał w nim o zakończeniu przygo-
towań do marszu na Syrię i proponował krzyżowcom, 
aby poczekali na niego do lata. Wówczas miał popro-
wadzić ich do Palestyny. Spośród wielkich baronów 
tylko jeden Rajmund z Saint‒Giles wypowiedział się za 
przyjęciem propozycji basileusa. Ale akurat on mógł li-
czyć na poparcie cesarza i zyskanie w nim sojusznika  
w walce o zapewnienie sobie przywództwa wyprawy. 
Pozostali możnowładcy nie zamierzali jednak oczeki-
wać na Aleksego I i występować w charakterze jego 
wasali. Zresztą sam cesarz chyba na to również nie li-
czył. „Oburzony ich postępowaniem w Antiochii, po-
wziął już decyzję, że zachowa neutralność. Dla dyplo-
maty bizantyjskiego wszakże neutralność nie oznaczała 
bierności,  lecz  utrzymywanie  dobrych  stosunków                   
z obydwiema stronami, aby wciągnąć maksymalne ko-
rzyści, bez względu na to, kto wyjdzie z konfliktu zwy-
cięsko. Nawiązał już kontakty z Egipcjanami, którzy, 
jak się zdaje, wysłali do niego list z zapytaniem, czy 
marsz krzyżowców w kierunku ich terytorium odbywa 
się pod jego auspicjami. W odpowiedzi odżegnał się od 
ruchu krzyżowego. Miał powody do zajęcia takiego 
stanowiska.  Z postępowania  Boemunda  wyciągnął 
wniosek, że nie może liczyć na lojalność Franków, po-
nadto zaś Palestyna nie leżała w orbicie jego bezpo-
średnich zainteresowań. Kraj ten nie wchodził do ob-

background image

szarów, które pragnął odzyskać dla Cesarstwa. Nie miał 
tam żadnych zobowiązań, z wyjątkiem opieki nad 
chrześcijanami greckimi, których był protektorem. Być 
może uważał, że lepiej im będzie się powodzić pod pa-
nowaniem tolerancyjnych Fatymidów niż pod rządami 
Franków, którzy już w Antiochii zajęli zdecydowanie 
wrogą postawę wobec miejscowych chrześcijan. Jed-
nocześnie nie zamierzał zrywać stosunków z krucjatą, 
ponieważ mogła ona się okazać potrzebna Cesarstwu”. 
  Pod Arkę przybyli również posłowie wysłani swego 
czasu przez krzyżowców do Egiptu. Fatymidzi nie 
spełnili ich oczekiwań. W zamian za powstrzymanie się 
Franków od wkroczenia na ich ziemie zobowiązywali 
się do zapewnienia chrześcijańskim pielgrzymom swo-
bodnego dostępu do świętych miejsc. Zrozumiałe, że 
nie mogło być mowy o przyjęciu przez krzyżowców ta-
kiej oferty. 
  Pod Arką krzyżowcy stali jeszcze kilka tygodni, 
tracąc czas i siły podczas bezskutecznego oblężenia. 
Dopiero 13 maja Rajmund z Tuluzy uległ namowom 
najbliższych towarzyszy i zarządził zwinięcie obozu. 
Arka zapisała się w historii pierwszej krucjaty jednym  
z najdramatyczniejszych wydarzeń. Piotr Bartłomiej 
miał tam kolejne widzenie: święci, którzy mu się obja-
wili, domagali się natychmiastowego szturmu. Lecz 
tym razem, widząc w nim wyłącznie narzędzie w rę-
kach Rajmunda, zarzucono Piotrowi kłamstwo. By się 
oczyścić z zarzutu, wizjoner zażądał przeprowadzenia 
sądu Bożego. Postawiono go przed wyjątkowo trudną 
próbą lub, mówiąc bez ogródek, skazano na śmierć. 

background image

Piotr miał bowiem przejść pomiędzy ustawionymi bli-
sko siebie dwoma płonącymi stertami bierwion. Gdyby 
udało mu się przeżyć, byłby to znak, że mówił prawdę. 
Lecz z poparzeniami pierwszego stopnia przeżyć się 
nie da Chyba, że cudem... Piotr przebył co prawda 
ognistą drogę,

 

lecz po dwunastu dniach zmarł w okrut-

nych męczarniach! Niemal wszyscy uznali go za krzy-
woprzysiężcę. Spod Arki armia poszła na Trypolis. Je-
go emir zapewnił sobie bezpieczeństwo za cenę zwol-
nienia przetrzymywanych 13 jeńców chrześcijańskich, 
zapłaty 15 000 bizantów oraz dostarczenia krzyżowcom 
zwierząt jucznych, furażu i obdarowania ich cennymi 
podarunkami. Wśród nich znalazła się piętnastka czy-
stej krwi rumaków. 
  Dziewiętnastego maja, po minięciu Al‒Batrunu               
i Dżubajlu, Frankowie dotarli do rzeki Psiej, poza którą 
rozciągały się posiadłości Fatymidów. Pierwsza twier-
dza z egipską załogą - Bejrut, nie zamierzała stawiać 
zbrojnego oporu. Jej mieszkańcy, w zamian za po-
wstrzymanie się przybyszów od grabieży podmiejskich 
sadów, ofiarowali im bogate dary. Inaczej rzecz się 
miała pod Sydonem. Jego garnizon dokonał wypadu                
i zaatakował obóz krzyżowców. Odparli oni co prawda 
napastników, ale szybko zdecydowali się opuścić są-
siedztwo Sydonu i ruszyli na Tyr. Stamtąd, bez żad-
nych starć, poprzez przełęcz zwaną Schodami Tyryj-
skimi i wzgórza An‒Nakura, dotarli do Akki. Jej na-
miestnik nie podjął jakichkolwiek nieprzyjaznych kro-
ków. Przeciwnie, dostarczył Frankom zapasów pro-

background image

wiantu, unikając dzięki temu zniszczenia urodzajnych 
podmiejskich pól. 
  W dniach 26‒30 maja armia przebywała w Cezarei 
Nadmorskiej, gdzie spędziła święto Zesłania Ducha 
Świętego. Nastąpiło tam niezwykłe wydarzenie. Ja-
strząb upolował przelatującego nad obozem gołębia 
pocztowego  wysłanego  przez  namiestnika  Akki. 
Wbrew swojemu wcześniejszemu pokojowemu zacho-
waniu w piśmie, jakie przenosił gołąb, wzywał on pale-
styńskich muzułmanów do stawienia Frankom zdecy-
dowanego oporu. Trzeciego czerwca, po skręceniu              
w głąb lądu koło Arsufu, krzyżowcy podeszli pod Ar‒
Ramlę, zamieszkaną wyłącznie przez ludność muzuł-
mańską. Poprzedzające chrześcijan wieści o urządza-
nych przez nich rzeziach spowodowały, że mieszkańcy 
uciekli z miasta, pozostawiając je na łasce nadchodzą-
cych Franków. Ramlijczycy zdążyli jeszcze zniszczyć 
znajdujący się w pobliskiej Lyddzie kościół Św. Jerze-
go. Po zajęciu obu miejscowości krzyżowcy ślubowali 
odbudować zburzony kościół, baronowie zaś uznali, że 
Lydda i Ar‒Ramla w ramach nowej diecezji winny stać 
się dobrami senioralnymi stanowiącymi patrymonium 
Św. Jerzego. Na nowo założoną w Ar‒Ramli stolicę bi-
skupią powołany został kapłan normandzki Robert                 
z Rouen. 
  Szóstego czerwca krzyżowcy podjęli marsz na Je-
rozolimę. W czasie przejścia przez Emmaus natknęli 
się na delegatów wysłanych przez chrześcijan z Betle-
jem; prosili oni o wyzwolenie spod muzułmańskiej 
niewoli. Do Betlejem natychmiast wyruszyli Tankred            

background image

i Baldwin z Le Bourg. Ich poczet przybył do celu              
w środku nocy. Nagłe pojawienie się zbrojnego hufca 
wywołało panikę. Rozbudzeni ze snu mieszkańcy my-
śleli, iż nadciągnęły posiłki egipskie dla Jerozolimy. 
Gdy wszystko się wyjaśniło, ruszyli tłumnie na powita-
nie swoich wybawicieli, niosąc relikwie i krzyże zabra-
ne z Kościoła Narodzenia. 
  Podczas gdy Tankred i Baldwin bawili w Betlejem, 
główna armia z każdą godziną przybliżała się do Jero-
zolimy. Wśród pielgrzymów i żołnierzy wzrastało pod-
niecenie. Zaobserwowane zaćmienie księżyca tłuma-
czono powszechnie jako nieomylną zapowiedź złama-
nia potęgi Półksiężyca. 
  Rankiem 7 czerwca krzyżowcy dotarli do wzgórza 
zwanego przez pielgrzymów Montjoie. W oddali pię-
trzyły się mury i baszty Jerozolimy. Cel krucjaty znaj-
dował się w zasięgu wzroku. Jednakże dopiero wieczo-
rem armia rozłożyła się obozem na przedpolach Świę-
tego Miasta. 
 

 
 

 

 
 

 

 
 

 
 

background image

   JEROZOLIMA WYZWOLONA 
  „My zaś pogodnie i radośnie doszliśmy do miasta 
Jerozolimy, we środę, na osiem dni przed połową 
czerwca i zaczęliśmy w podziwu godny sposób oblęże-
nie tego miasta”. Ostatnie kilometry dzielące od Świę-
tego Miasta krzyżowcy rzeczywiście przebyli w szcze-
gólnie podniosłym nastroju. Uczucie wielkiej radości 
mieszało się z dumą i satysfakcją. Czuli się prawdzi-
wymi wybrańcami Boga. Oto oni - ciągle jeszcze liczni, 
ale w jakże pomniejszonej liczbie, niż chociażby pod 
Antiochią, nie mówiąc już o chwili, gdy wstępowali na 
azjatycki brzeg - dotarli wreszcie do celu podróży. 
Czyż to nie wyroki boskie pozwoliły im dokonać tylu 
nadzwyczajnych czynów i zachować  życie w obliczu 
ostatniego już wysiłku: zdobycia Jerozolimy i ustano-
wienia w niej rządów Krzyża? Lecz to zadanie w prze-
konaniu olbrzymiej większości krzyżowców było drob-
nostką. Nie po to przebyli morze i pustynie, cierpieli      
z głodu i pragnienia, umierali od zarazy i pod palącymi 
promieniami słońca, walczyli dniem i nocą z Turkami, 
Saracenami i setką innych wrogów Chrystusa, aby teraz 
czuć respekt przed ostatnią do zdobycia twierdzą                     
i ostatnią do pokonania nieprzyjacielską załogą. Dlate-
go nie mury Jerozolimy, jedne z najpotężniejszych                
w ówczesnym świecie, ale głównie to, że w ich cieniu 
przechadzał się Chrystus w towarzystwie apostołów                 
i każdy cal ziemi wokół przesiąknięty był  świętością, 
uczynił na krzyżowcach największe wrażenie. Zapewne 
znaleźli się wśród nich i tacy, którzy w momencie ze-
tknięcia z Jerozolimą w mniejszym stopniu dali się 

background image

unieść podniosłemu nastrojowi i bystrzejszym okiem 
przyjrzeli się umocnieniom miasta. Było zaś na co po-
patrzeć. 
  Jerozolima od stuleci słynęła ze swoich murów 
obronnych, nieustannie przebudowywanych, wzmac-
nianych, tworzących coraz trudniejszy do sforsowania 
system. Obwarowania, przed którymi stanęli Franko-
wie, pochodziły jeszcze z II wieku, z czasów ich odbu-
dowy przez cesarza Hadriana po wielkich zniszcze-
niach dokonanych podczas wojny żydowskiej w roku 
70 oraz późniejszego powstania pod wodzą Bar Koch-
by. Ich obrys pokrywał się z linią murów wzniesionych 
w XVI wieku przez sułtana osmańskiego Suląjmana 
Wspaniałego i biegnących wokół dzisiejszego starego 
miasta. 
  Od czasu upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego 
Jerozolimą władali kolejno Bizantyjczycy, Umajjadzi, 
Turcy Seldżuccy, Fatymidzi i wszyscy bez wyjątku 
przywiązywali wielką wagę do utrzymania umocnień 
miejskich w dobrym stanie. Zresztą, nie gorzej niż lu-
dzie i fortyfikacje broniła Świętego Miasta natura. Wła-
ściwie szturmować twierdzę można było jedynie od 
strony południowo ‒ zachodniej, gdzie mury przecinały 
górę Syjon, oraz od północy. Na wschodzie naturalną 
osłonę zapewniały miastu strome stoki doliny Cedronu, 
na południowym wschodzie podobną rolę odgrywały 
zbocza Doliny Gehenny. 
  Centralnym punktem systemu obronnego Jerozoli-
my była Wieża Dawida wznosząca się w połowie muru 
zachodniego i panująca nad drogą biegnącą ku Bramie 

background image

Jafskiej; pełniła ona funkcję miejskiej cytadeli. Słabą 
stroną Jerozolimy ‒ twierdzy był brak własnych ujęć 
wody, na jej terenie nie tryskało bowiem ani jedno źró-
dło. Władcy miasta sprzed stuleci - Rzymianie - roz-
wiązali jednak ten problem budując olbrzymie cysterny 
zapewniające zaopatrzenie w wodę przez długie mie-
siące. 
  Krzyżowcy rozpoczęli oblężenie natychmiast po 
dojściu do miasta. Wobec szczupłości sił zebrali od-
działy w miejscach, gdzie mieli najłatwiejszy dostęp do 
murów. Wschodni i południowo ‒ wschodni odcinek 
umocnień w ogóle nie był przez nich blokowany. „Ro-
bert normandzki zajął pozycję na północy, opodal ko-
ścioła pierwszego męczennika Św. Stefana, gdzie świę-
tego ukamienowano prześladując Chrystusa, koło niego 
stanął Robert hrabia Flandrii. Na zachodzie rozpoczęli 
oblężenie książę Gotfryd i książę Tankred. Hrabia                
z krainy Św. Idziego stanął na południu na górze Syjon 
koło kościoła Matki Boskiej, tam gdzie  Pan  nasz  wie-
czerzał z uczniami”. W uzupełnieniu tej dość lakonicz-
nej wzmianki Anonima na temat ustawienia poszcze-
gólnych oddziałów podczas oblężenia można dodać, że 
Robert z Normandii zajął pozycję na wprost Bramy 
Kwietnej (Heroda), a Robert Flandrii stanął naprzeciw-
ko Bramy Kolumny, zwanej też Bramą Św. Szczepana 
lub Damasceńską. Gotfryd obsadził teren od północno 
‒ zachodniego narożnika murów do Bramy Jafskiej. 
Początkowo na południe od niego rozłożył się obozem 
Rajmund z Saint‒Giles, ale przekonawszy się, że leżąca 
pomiędzy jego oddziałami a miastem dolina zbytnio 

background image

utrudnia dostęp do umocnień, przeniósł się po paru 
dniach na górę Syjon. Aby obraz był pełny, trzeba 
wspomnieć, iż Tankred przystąpił do oblężenia jako 
ostatni z baronów; trochę czasu zabrało mu przyprowa-
dzenie pod Jerozolimę stad owiec, jakie zagarnął                   
w okolicy Betlejem. 
  Iftichar ad‒Daula, fatymidzki dowódca stojący na 
czele garnizonu Jerozolimy, dobrze przygotował się do 
jej obrony. Wydał zarządzenia, których bezwzględne 
wykonanie miało oszczędzić mu przykrych niespodzia-
nek podczas oblężenia. Przede wszystkim wygnał                
z miasta wszystkich chrześcijan. Chociaż w ostatnich 
dziesięcioleciach ich liczba w Palestynie i Świętym 
Mieście ciągle malała wobec prześladowań ze strony 
muzułmanów, to jednak stanowili oni jeszcze dość 
liczną grupę i bez wątpienia w czasie walk o twierdzę 
należało się liczyć z ich działaniami sabotażowymi. 
Przykład Firuza z Antiochii działał na wyobraźnię wy-
starczająco mocno. Ponadto wydalenie tysięcy wy-
znawców Chrystusa automatycznie zmniejszało liczbę 
ludzi do wykarmienia. W planach Iftichara okoliczność 
ta miała niebagatelne znaczenie. Liczył on bowiem na 
przetrzymanie ataków Franków aż do chwili nadejścia 
odsieczy z Egiptu. W takim razie każda racja pożywie-
nia i dodatkowa porcja drogocennej wody byty bardzo 
cenne. Nie tylko zresztą dla obrońców. Także dla oble-
gających. Znając tę prostą zależność Iftichar ad‒Daula 
rozkazał zniszczyć bądź zatruć podmiejskie studnie 
oraz usunąć z pobliskich pastwisk stada bydła. Krzy-
żowcy znaleźli się więc na terenach pozbawionych wo-

background image

dy i pożywienia. Doszło do tragedii. Nim przejrzano 
podstęp Saracenów wielu Franków straciło życie po 
skosztowaniu zatrutej wody. 
  Urągający rycerskim zasadom sposób prowadzenia 
wojny - w tym momencie krzyżowcy byli skłonni za-
pomnieć barbarzyńskich uczynkach, jakich dopuścili 
się w wobec muzułmanów i nie tylko - wywołał zdu-
mienie, gniew pragnienie zemsty. Póki co Iftichar mógł 
lekceważyć uczucia i zamiary Franków. Odgradzały go 
od nich potężne mury, obsadzone silnym garnizonem, 
nie ustępującym liczbą oblegających, a ponadto każdy 
dzień pracował na jego korzyść. 
  Niemal od początku oblężenia krzyżowcom przy-
szło borykać się z wieloma przeciwnościami. Najbar-
dziej dokuczał oczywiście brak wody. Jedynym źró-
dłem, którego ludzie Iftichara nie zdołali zatruć była 
sadzawka Siloe, położona poniżej południowego muru. 
Wyprawy po wodę przypominały znane obrazy z cza-
sów Powstania Warszawskiego, sadzawka znajdowała 
się bowiem pod ciągłym ostrzałem prowadzonym                 
z murów miejskich i niejeden śmiałek chęć zaspokoje-
nia pragnienia przypłacił życiem. Nic zatem dziwnego, 
że każdy litr wody miał wielką wartość i był dostępny 
nielicznym. Sytuacja ta sprawiła, że po wodę musiano 
się wyprawiać do źródeł odległych o ponad 10 km. 
Przywożono ją stamtąd w wielkich worach uszytych ze 
zwierzęcych skór.  Z każdą taką wyprawą wiązało się 
duże ryzyko. Iftichar wysyłał bowiem z twierdzy małe, 
lotne oddziały kawalerii, które dokonywały nagłych 
napadów na konwoje chrześcijan. Ta partyzancka tak-

background image

tyka przyczyniła im niemałych strat. Niewiele mniejsze 
trudności przeżywali krzyżowcy w związku z brakiem 
prowiantu. Teren był ogołocony z żywności, a owce 
spędzone przez Tankreda zostały już zjedzone. Jedy-
nym wyjściem w tej sytuacji było więc jak najszybsze 
zdobycie Jerozolimy. Konieczność tę odczuwali za-
pewne najmocniej ci z Franków, którzy, ubrani w cięż-
kie zbroje i nieprzywykli do upałów, przeżywali najbar-
dziej obezwładniający skwar palestyńskiego lata. 
  Pierwszy, choć niewielki, sukces odnieśli krzyżow-
cy trzeciego dnia oblężenia. „Trzeciego dnia Rajmund 
Piletus i Rajmund z Taurynii (Turenne) i wielu innych 
żądni walki, odłączywszy się od głównych wojsk, starli 
się z dwustu Arabami i rycerze chrześcijańscy zwycię-
żyli owych niewiernych, zabijając z nich wielu i zdo-
bywając trzydzieści koni”. 
  Ważnymi dniami podczas oblężenia Jerozolimy by-
ły 12 i 13 czerwca. W niedzielę 12 czerwca baronowie 
wyruszyli z pielgrzymką na Górę Oliwną. Spotkany na 
miejscu pustelnik zalecił im zaatakować twierdzę na-
stępnego dnia. Argumenty o braku wystarczającej licz-
by machin oblężniczych zbył lekceważąco; powinni 
mieć dość wiary w zwycięstwo, a wówczas Bóg ich 
nim obdarzy. 
  Niezwykłe spotkanie na Górze Oliwnej wywarło 
tak głębokie wrażenie na Rajmundzie i pozostałych ba-
ronach, że następnego dnia padł rozkaz do powszech-
nego szturmu. Okazało się jednak, że najmocniejsza 
nawet wiara i siła ducha to atuty stanowczo zbyt słabe. 
„W poniedziałek gwałtownie zaatakowaliśmy miasto            

background image

i to z taką siłą, że gdyby tylko drabiny były gotowe, 
miasto wpadłoby w nasze ręce. Tymczasem zniszczyli-
śmy niższy mur, a do muru głównego przystawiliśmy 
wieżę oblężniczą. Nasi rycerze weszli na nią natych-
miast rozpoczynając walkę na miecze i włócznie z Sa-
racenami i obrońcami miasta. Wielu z naszych legło, 
ale więcej z ich strony”. 
  Podczas odbytej  15 czerwca narady zapadła decy-
zja o powstrzymaniu się od szturmowania miasta przed 
zgromadzeniem odpowiedniej liczby sprzętu oblężni-
czego; machin i katapult do ostrzeliwania stanowisk 
obrońców oraz zwykłych drabin, których niedobór 
przesądził o niepowodzeniu ataku 13 czerwca. O wiele 
łatwiej było jednak podjąć decyzję, niż ją zrealizować. 
Okolica Jerozolimy była całkowicie ogołocona z drzew 
i innych materiałów do wykonania wspomnianych kon-
strukcji. Ich zdobycie musiałoby się wiązać z penetra-
cją dalej położonych terenów stratą jakże cennego cza-
su. W sytuacji krzyżowców okoliczność ta mogła przy-
nieść fatalne wręcz konsekwencje. 
  Szczęście, które już tyle razy dopisało krzyżowcom, 
i teraz ich nie opuściło. Podobnie jak pod Antiochią 
uratowała ich flota. 17 czerwca do Jafy zawinęła flota 
chrześcijańska składająca się z sześciu okrętów. Wśród 
nich były dwie jednostki genueńskie i cztery angielskie. 
Na okrętach znajdował się prawdziwy skarb: poza za-
pasami żywności i broni ładownie wypełniały tak bar-
dzo potrzebne wojskom oblegającym Jerozolimę liny, 
gwoździe, sworznie, bez których nie można było nawet 
marzyć o budowie machin oblężniczych. „Gdy przybył 

background image

posłaniec od naszych okrętów, nasi wodzowie zwołali 
naradę i postanowili wysłać wojsko, aby strzegło ludzi  
i okręty w porcie Jafy. Zaraz rano oddział złożony ze 
stu rycerzy z wojsk Rajmunda, hrabiego od Św. Idzie-
go, Rajmunda Pileta i Aszarda z Momelonu oraz Wil-
helma z Sabranu ruszył żwawo do portu. Później trzy-
dziestu naszych rycerzy oddzieliło się od innych i napo-
tkało siedmiuset Arabów, Turków i Saracenów z wojsk 
emira. Rycerze Chrystusowi zaatakowali ich z całą od-
wagą, ale taka była wyższość ich sił nad naszymi, że 
zabity został Aszard z Momelonu i szereg biednych 
piechurów”. 
  Wzmianka o „biednych piechurach” pozwala przy-
jąć, że przewaga przeciwnika nie musiała być aż tak 
wielka, a pojawiający się często w nazewnictwie przy-
jętym przez Anonima termin „rycerz” oznacza jedynie 
konnego wojownika otoczonego zwykle pewną liczbą 
pieszych. Tak więc trzydziestu „rycerzom” nieszczę-
snego Aszarda towarzyszyło zapewne kilkakrotnie wię-
cej piechurów, co proporcję sił na niekorzyść Franków 
czyniło mniej szokującą. Zresztą zaatakowany znienac-
ka niewielki oddział został częściowo uratowany przez 
energicznego Rajmunda Pileta, który nadciągnął na 
czas z odsieczą i zdążył jeszcze przemienić klęskę                
w triumf.  „Nasi zaś w imię Chrystusa uderzyli w tych 
niewiernych z takim zapałem, że każdy z rycerzy obalił 
swego przeciwnika. Ci zaś widząc, że nie dorównają 
męstwu Franków, zdjęci strachem ruszyli do tyłu. Nasi 
ścigali ich około czterech mil, zabijając wielu, chwyta-

background image

jąc tylko jednego w niewolę, aby z niego wydobyć 
wiadomości. Zdobyli także sto trzy konie”. 
  Waga, jaką Anonim przywiązuje do zdobycia koni, 
dowodzi, iż kłopoty z wierzchowcami trapiące krzyżo-
wców od czasu oblężenia Antiochii ciągle jeszcze się 
nie skończyły. 
  Ostatecznie rozładowano pięć okrętów, szósty od-
płynął do Laodycei, przerywając się przez blokadę floty 
egipskiej, która w tym czasie pojawiła się już pod Jafą. 
Cały bezcenny ładunek i wyokrętowane załogi, konwo-
jowane przez oddział Rajmunda Pileta, szczęśliwie do-
tarły pod Jerozolimę. Jeb. pojawienie się wywołało              
w obozie prawdziwy entuzjazm. Cieszono się z posił-
ków w postaci kilkuset zdolnych do walki ludzi, ale nie 
mniejszą radość wywoływał widok przywiezionych za-
pasów. 
  Problemem pozostawał nadal brak drewna. Na 
wzgórzach okalających miasto zdołano go zebrać mi-
nimalne ilości. Postanowiono zatem zorganizować wy-
prawę po budulec. W okolice Samarii, oddalonej od Je-
rozolimy o około 50 km, otoczonej dość gęstymi lasa-
mi, udali się Tankred i Robert Flandrii z silnymi huf-
cami. Powrócili stamtąd z setkami bali i tarcicą w ilo-
ściach wystarczających  do wykonania zamierzonej 
liczby machin, katapult drabin. Do transportu użyto 
stad zdobycznych wielbłądów i wziętych do niewoli 
muzułmanów. Praca potoczyła się teraz bez przeszkód. 
Do uszu oblężonych dzień i noc dochodziły odgłosy pi-
łowania i stukot siekier, zwiastując przybliżającą się 
nieubłaganie chwilę generalnego szturmu. 

background image

  Mimo wszystko muzułmanie nie tracili odwagi                  
i nadziei w obliczu przygotowań chrześcijan. „Saraceni 
widząc, te nasi budują owe machiny, silnie ufortyfiko-
wali miasto i nocami wzmacniali baszty”. Na zwień-
czeniach murów i baszt pojawiły się sterty worków 
wypchanych bawełną i słomą. Miały one amortyzować 
uderzenia pocisków wyrzucanych przez nieprzyjaciel-
skie katapulty. Krzyżowcy szykowali im jednak przy-
krą niespodziankę w postaci olbrzymich beluard na ko-
łach, wyposażonych w machiny miotające pociski                
o znacznej wadze i ruchomy most. „Książę Gotfryd 
wystawił wieżą uzbrojoną w machiny i podobnie uczy-
nił hrabia Rajmund [...]”„ Nadzór nad budową beluardy 
Gotfryda sprawował Gaston z Béarn, a konstrukcja 
Rajmunda była wznoszona przez Wilhelma Ricou. 
  Prace budowlane nie posuwały się tak szybko, jak-
by tego życzyli sobie krzyżowcy. Niespodziewanie za-
kłócił je wiejący przez kilka kolejnych dni gorący pu-
stynny wiatr sirocco, powodujący nadmierne rozdraż-
nienie i zdenerwowanie. Byłoby przesadą stwierdzenie, 
że to właśnie sirocco sprowokował kłótnie i spory mię-
dzy baronami. Jednakże faktem jest, iż wodzowie kru-
cjaty nawet w tych decydujących o jej ostatecznym 
wyniku dniach nie potrafili powstrzymać nerwów na 
wodzy i znów wybuchły między nimi waśnie. Najpierw 
przedmiotem awantur stała się sprawa Betlejem. Po je-
go zdobyciu Tankred zatknął na szczycie Kościoła Na-
rodzenia swój sztandar, co wywołało protesty ducho-
wieństwa oraz zarzuty innych baronów, zazdrosnych             
o wojenne powodzenie bratanka Boemunda. Oburzeni 

background image

oponenci Tankreda twierdzili, że tak uświęcone miejsce 
jak Betlejem nie powinno podlegać władzy świeckiej             
i jedynie Kościół może roztoczyć nad nim opiekę.                    
I Tankred twardo bronił swoich praw do miasta i spra-
wy na razie nie rozstrzygnięto. 
  Jeszcze większe zacietrzewienie wywołała kwestia 
przyszłego statusu Jerozolimy. W przekonaniu rycer-
stwa najodpowiedniejszą formą rządów nad miastem             
i zdobytymi terytoriami byłaby monarchia z królem. 
Duchowni ostro protestowali przeciwko takiej koncep-
cji wyrażając pogląd, iż nad Jerozolimą, w której Chry-
stus nosił cierniową koronę, nie może panować jaki-
kolwiek inny ukoronowany władca. Spieranie się                   
o formę rządów w niezdobytym jeszcze mieście przy-
pominało dzielenie skóry na wciąż  żywym niedźwie-
dziu. Zachowanie krzyżowców tracących czas i energię 
na wewnętrzne spory było tym bardziej nieodpowie-
dzialne, że z każdym dniem wzrastało niebez-
pieczeństwo nadejścia odsieczy dla twierdzy przed wy-
daniem rozkazu do jej ostatecznego szturmu, siły oble-
gających zaś systematycznie słabły. Spod miasta ode-
szła spora grupa pielgrzymów, którzy nie mogli dalej 
znosić udręk związanych ze straszliwymi upałami oraz 
głodem i pragnieniem. W Jordanie - świętej rzece - od-
nowili chrzest, a następnie udali się do Jafy w nadziei 
znalezienia miejsca na jakimś statku płynącym do Eu-
ropy. W pierwszych dniach lipca po obozie rozeszły się 
wieści, które sprawiły, że wielu krzyżowców postano-
wiło go spiesznie opuścić. Zaczęto bowiem mówić                
o olbrzymiej armii maszerującej z Egiptu na pomoc Je-

background image

rozolimie. Czas nabierał dramatycznego znaczenia, 
wydarzenia zaś tworzące dzieje pierwszej wyprawy 
krzyżowej zaczęły nieuchronnie zmierzać do finału. 
  Rankiem 6 lipca o spotkanie z Wilhelmem Hugo-
nem z Monteil, bratem biskupa z Le Puy, poprosił 
ksiądz Piotr Dezydery. W czasie rozmowy był obecny 
również senior tego ostatniego, Isoard z Gap. Piotr De-
zydery, który w przeszłości miewał już cudowne wi-
dzenia, poinformował swoich rozmówców, iż znowu 
ukazał mu się Ademar i przekazał instrukcje, których 
wypełnienie zagwarantuje zdobycie Jerozolimy. Zmar-
ły biskup zalecał krzyżowcom odbyć post, a następnie 
w pokutniczej procesji boso obejść mury twierdzy. Je-
żeli skrucha za popełnione grzechy okaże się prawdzi-
wa i pełna, miasto w ciągu najwyżej dziesięciu dni zo-
stanie opanowane. „Kiedy Piotr Dezydery głosił, że 
widział Ademara w ogniu piekielnym, na który został 
on skazany za niedowiarstwo w świętość włóczni, pra-
wie nikt mu nie wierzył, tym razem jednak cała armia, 
zjednana, być może, przedstawieniem biskupa w tak 
pięknym świetle i przekonana poparciem rodu Montei-
lów, uznała to widzenie za prawdziwe”. 
  Instrukcje Ademara objawione Piotrowi Dezydere-
mu wykonano z największą skrupulatnością. Najpierw 
ogłoszono ścisły trzydniowy post. W piątek, 8 lipca, 
krzyżowcy w solennej procesji okrążyli miasto ścieżką 
wokół murów obronnych. Na jej czele kroczyli biskupi 
i duchowieństwo, niosąc krzyże i święte relikwie. Za 
nimi szli baronowie i rycerstwo, kondukt zamykali pie-
si wojownicy i pielgrzymi. Wszyscy szli boso. Zebrani 

background image

na murach muzułmanie obrzucali ich obelgami, ale 
krzyżowcy poczytywali to sobie za zasługę i po okrą-
żeniu miasta weszli na Górę Oliwną. Tam wygłosił do 
nich kazanie najpierw Piotr Pustelnik, a potem kapelan 
hrabiego Tuluzy, Rajmund z Aguilers, i kapelan Rober-
ta z Normandii, Arnulf z Rohes, który cieszył się sławą 
najznakomitszego kaznodziei w armii krzyżowej.  Żar-
liwe mowy tych duchownych wzruszyły i porwały 
zgromadzony tłum. Nawet Rajmund i Tankred, odło-
żywszy swary na bok, ślubowali walczyć za Krzyż ra-
mię przy ramieniu. 
  Zaraz po zakończeniu procesji obóz krzyżowców 
ożył. pomimo fizycznego wycieńczenia wszyscy zabra-
li się do wytężonej pracy. Nikt się nie oszczędzał. Pra-
cowali rycerze, pospolici piechurzy, kobiety i dzieci. 
Krzyżowców nie opuszczało uniesienie religijne i stan 
nadzwyczajnej euforii, jakie się im udzieliły od chwili 
ogłoszenia objawienia Piotra Dezyderego i postu. 10 
lipca zakończono ostatnie roboty przy wielkich beluar-
dach. Bardzo przydatni okazali się Genueńczycy, na 
których czele stali bracia Embriaco. Od czoła i po bo-
kach wieże zabezpieczono przed działaniem ognia na-
bijając na nie dziesiątki wołowych i wielbłądzich skór. 
Jedną z dwóch największych wież ustawiono na wprost 
północnego odcinka murów obronnych, drugą przeto-
czono na Górę Syjon. Trzecia, mniejsza wieża, została 
podciągnięta w pobliże północno ‒ zachodniego naroż-
nika umocnień. 
  Saraceni, którzy nazajutrz wczesnym rankiem uj-
rzeli wszystkie trzy konstrukcje, przerazili się. Zdawali 

background image

sobie sprawę z przygotowań Franków i dobrze wiedzie-
li, iż w szturmie będą wykorzystane wieże oblężnicze, 
ale zaskoczyły ich one rozmiarami. 
  Iftichar ad‒Daula, jeśli nawet był zaskoczony i mo-
że nawet przestraszony, to nie dał tego po sobie poznać. 
Zdobył się natomiast na szybkie, energiczne działanie. 
Odcinki umocnień, które miały być szturmowane przy 
użyciu beluard, zostały na jego rozkaz wzmocnione do-
datkowymi oddziałami. Bez zwłoki muzułmanie podjęli 
także ich ostrzał. Wieże stały się celem dla kamieni, 
strzał i przede wszystkim ognia greckiego. Krzyżowcy 
jednak czuwali, by konstrukcje nie zajęły się płomie-
niami, ciągle moczone skóry dobrze zdawały egzamin 
jako ich osłona. Tu i ówdzie zaczęły się co prawda tlić                
i dymić, lecz nigdzie nie zajęły się żywym płomieniem. 
  Po obu stronach wyczekiwano szturmu. Wśród mu-
zułmanów uczuciem dominującym był niepokój, wśród 
krzyżowców entuzjazm i wiara w zwycięstwo. Po nara-
dzie baronowie postanowili uderzyć na miasto w nocy  
z 13 na 14 lipca. Główny atak zamierzano skoncentro-
wać od strony Góry Syjon oraz od wschodu. Uderzenie 
na narożnik północno ‒ zachodni miało być prowadzo-
ne wydzielonymi niewielkimi siłami, aby odwrócić 
uwagę oblężonych od głównych kierunków ataku i roz-
dzielić ich oddziały. Istnienie szerokiej fosy opasującej 
miasto sprawiło, iż szturm został rozłożony na dwa eta-
py. Najpierw miały być zasypane fosy w miejscach, 
gdzie do muru zamierzano podsunąć beluardy, dopiero 
potem mógł nastąpić właściwy atak. 

background image

  O świcie 14 lipca krzyżowcy w gęstych szeregach 
podeszli pod umocnienia Jerozolimy i zaczęli zasypy-
wać forsę. Nikt się nie oszczędzał. Żołnierze byli gęsto 
przymieszani z pielgrzymami. Jedni i drudzy pospołu 
padali pod gradem kamieni i strumieniami ognia grec-
kiego, którego Saraceni nie żałowali oblegającym. 
Walka trwała bez ustanku. Pomimo twardej, desperac-
kiej obrony atakujący, wspierani ostrzałem prowa-
dzonym przez dziesiątki katapult, czynili systematycz-
ne postępy. W wyznaczonych miejscach fosa wypełniła 
się po brzegi kamieniami, wiązkami słomy i ciałami 
poległych tworząc rampy, po których można było prze-
toczyć beluardy. 
  Wieczorem wieża obsadzona przez Tuluzańczyków 
dotknęła muru. Wydawało się, że lada chwila żołnierze 
wedrą się na obwarowania. Jednakże obrońcy walczący 
na tym odcinku pod dowództwem Iftichara zdołali po 
krwawym boju  odepchnąć wojowników  Rajmunda           
z Saint‒Giles. Noc nie przerwała szturmu. Obie strony 
zdawały sobie sprawę, że następne godziny zadecydują 
o ich losie. 
  Rano 15 lipca Prowansalczykom udało się to, czego 
wieczorem poprzedniego dnia dokonali Tuluzańczycy. 
Również nich beluarda przylegała do muru w pobliżu 
Bramy Kwietnej. Ich seniorzy, Gotfryd i Eustachy, stali 
na najwyższym piętrze. Obaj zakuci od stóp do głów                    
w zbroje, zbryzgani krwią, w bitewnym zgiełku niemal 
nie zwracali uwagi na lecące ku nim ze wszystkich 
stron pociski Saracenów. Za nimi ustawiło się kilku in-
nych rycerzy i tłum piechurów. 

background image

  Ta chwila mogła tak wyglądać: „Trzeszcząc, skrzy-
piąc, podskakując, olbrzymia budowla pełznie tuż ku 
murom. Okuty żelazem taran podnosi się, opada 
grzmocąc w mur, aż ziemia jęczy. Wielkie katapulty na 
obu górnych piętrach umieszczone rzucają odłamy 
skalne i głazy. Za radą Guynemera po dwu wojów, roz-
bujawszy, miota ciężkie belki, które padając na mury 
ścinają z nóg obrońców. Walka trwa zaciekła. Z grodu 
lecą zapalone kwacze smolne, grad pocisków, ogień 
grecki. Wyjąc jak szatani, muzułmanie żelaznymi drą-
gami odpychają beluardę i nie pozwalają przysunąć jej 
bliżej. Równocześnie inni prażą Latyńców, czym mogą. 
Piekielny zgiełk rozdziera uszy. Pomimo okrycia ze 
skór, wieża poczyna się palić z dwu stron. Nie mający 
wody rycerze gaszą ogień własnymi dłońmi, płaszcza-
mi. Chwytają drągi, trzymane przez Saracenów, by się 
za ich pomocą przyciągnąć. Z obu stron kamienie, 
oszczepy i włócznie lecą gęsto jak grad”. 
  Około południa nastąpił przełom. Lotaryńczykom 
udałosię przerzucić pomost na mur. Wycieńczeni wie-
logodzinną walką muzułmanie stawiali coraz słabszy 
opór. Nie byli już w stanie zepchnąć napastników. Jako 
pierwsi wdarli się na blanki Litold i Gilbert z Tournai              
z oddziałem doborowych żołnierzy. Zaraz po nich prze-
skoczył mur Gotfryd. „[...] Za nimi inni, którzy jeszcze 
żywi. Już są na murach. Już ich poganie nie wyprą. Nie 
dbają, że w tejże chwili beluarda zapada się z sykiem, 
zamienia się w stos gorejący. Oni są w mieście. Wróci-
ły im siły. Tną, jak gdyby dopiero rozpoczęli walkę. 

background image

Muzułmanie cofają się [...] Pozwalają Gotfrydowi prze-
rąbywać się ku bramie”. 
  Zdobycie odcinka murów na froncie Prowansalczy-
ków pozwoliło na przystawienie do nich drabin. Teraz 
już nie pojedynczy wojownicy, ale ich dziesiątki, setki 
zaczęły przedostawać się na szczyt umocnień, a z nich 
do miasta Coraz szerszy strumień atakujących z furią 
krzyżowców wdzierał się w linię obronną muzułma-
nów. Jeszcze jakiś desperacki kontratak mógł ode-
pchnąć Franków, jeszcze rzucenie rezerw na zagrożony 
odcinek byłoby może w stanie odmienić losy bitwy. 
Lecz Iftichar ad‒Daula nie mógł być jednocześnie                  
w kilku miejscach i nie miał już żadnych rezerw, gdyż 
wszystkie jego siły były w ogniu walki. Miejsce zaś de-
sperackiej odwagi, z jaką dotychczas walczyli Saraceni, 
zaczęły nieubłaganie zajmować zwątpienie i panika. 
Coraz częściej oglądali się za siebie, coraz słabiej odbi-
jali ciosy, niektórzy porzucali broń i rzucali się do 
ucieczki. Fala zwycięskich Franków odpychała ich od 
murów. 
  Gotfryd wydawał rozkazy z wysokości umocnień. 
Przez otwartą na oścież Bramę Kolumny do miasta 
wlewało się morze chrześcijan. Los Jerozolimy był 
przesądzony. „Już przez wywalone wrota wdzierają się 
ze swoimi Tankred i Robert normandzki. Rąbią bez 
tchu, bez opamiętania [...] Godzina jest trzecia po połu-
dniu, ta sama, w której Chrystus Pan wyzionął ducha, 
dnia piętnastego lipca 1099 r. [...] Pełno już Latyńców 
w grodzie. Walka zaciekła, wściekła, bezlitosna. Sara-
ceni bronią się jak lwy z ponurym, dzikim, pogardli-

background image

wym męstwem. Ujrzą dzisiaj raj Proroka. Ujrzą nieza-
wodnie”. 
  Najszybszy, najenergiczniejszy w prowadzeniu ata-
ku okazał się najmłodszy spośród wielkich baronów - 
Tankred. Jego poczet zapuścił się najdalej w głąb mia-
sta. Podczas gdy Gotfryd i Lotaryńczycy ścinali się                
z wrogiem w pobliżu murów, on na karkach uciekają-
cych tłumów dotarł już niemal do serca twierdzy. Mu-
zułmanie uciekali w kierunku terenu Świątyni, gdzie 
wznosiły się meczety Kopuła na Skale i Al‒Aksa. 
Chronieni potężnymi murami drugiego z nich postano-
wili stawiać dalszy rozpaczliwy opór. Nie udało im się 
jednak stworzyć bastionu z tej budowli. Normanowie 
Tankreda nie dali im na to czasu. Nim muzułmanie za-
ryglowali wrota meczetu, do środka wpadli już wojow-
nicy Tankreda, rąbiąc mieczami każdego, kto stanął im 
na drodze. Skowyczący tłum, złożony w wielkiej części 
z kobiet i dzieci, nie był zdolny do podjęcia zorganizo-
wanej, skutecznej obrony. Poprzez jęki, wrzaski i zło-
rzeczenia przebiły się błagania o darowanie życia i za-
przestanie rzezi. Tankred nie bez trudu powstrzymał 
swoich ludzi przed dalszym rozlewem krwi. W zamian 
za ich oszczędzenie muzułmanie zebrani w meczecie 
mieli zapłacić wysoki okup. Oznaką, że wraz ze skar-
bami znajdującymi się w meczecie stanowią oni łup 
wojenny Tank-reda, był jego proporzec zatknięty na 
szczycie kopuły. 
  Większość mieszkańców, omijając obszar świątyni, 
uciekała w największym popłochu w stronę południo-
wej dzielnicy miasta, gdzie Frankom nie udało się jesz-

background image

cze przełamać zaciętego oporu muzułmanów. Dopiero 
gdy we wczesnych godzinach popołudniowych dowód-
ca załogi doszedł do przekonania, że dalsza walka jest 
bezcelowa i wydał swoim żołnierzom rozkaz ewakuacji 
do Wieży Dawida, Rajmund z Saint‒Giles wdarł się do 
Jerozolimy. Iftichar nie zamierzał jednak bronić się              
w cytadeli. Przypuszczał, że jeśli nie w bezpośrednim 
ataku, to głodem bastion zostanie wzięty. Dlatego nie 
zastanawiając się wiele zaproponował Rajmundowi od-
danie Wieży Dawida wraz ze zgromadzonym w jej 
wnętrzu skarbem i zapasami broni. W zamian za to 
oczekiwał dla siebie i przybocznej straży gwarancji 
bezpieczeństwa. Hrabia przystał na te warunki. Cytade-
la i jej zasoby stanowiły zbyt łakomy kąsek, by nie sko-
rzystać z propozycji Iftichara. Muzułmański dowódca 
garnizonu Jerozolimy w otoczeniu gwardii, eskortowa-
ny przez żołnierzy Rajmunda, bezpiecznie opuścił mia-
sto, kierując się w stronę obsadzonego przez współwy-
znawców Askalonu. Wydostanie się z twierdzy opano-
wanej już przez żądnych krwi krzyżowców zawdzięczał 
Iftichar i jego ludzie być może nie tylko straży przyda-
nej przez hrabiego. Wszyscy dobrze wiedzieli, że faty-
midzki namiestnik, przygotowując miasto do obrony, 
wydalił z niego co prawda bezpardonowo niemal 
wszystkich chrześcijan, ale nie splamił sobie rąk ich 
krwią. A przecież nikogo specjalnie by nie zdziwił roz-
kaz krwawej rozprawy z wyznawcami Chrystusa. 
  Po zaprzestaniu regularnej obrony Jerozolima przez 
wiele godzin była widownią straszliwych scen: „Wą-
skimi, stromymi uliczkami uciekają przed najeźdźcą 

background image

przerażone tłumy kobiet z dziećmi w ramionach, starcy, 
nastolatki. Daremnie proszą litości. Daremnie jęczą                 
i padają do nóg. Latyński miecz nie szczędzi nikogo. 
Nie ma słabych, nie ma płci. Są tylko poganie. Każdy                
z tych uciekających to ten, co znieważał Krzyż, pluga-
wił kałem lico Matki Bożej. To ten, co nocą zatruwał 
studnie. To ten, co zaklął ziemię, by rodziła tylko ka-
mień. To wróg szatański, z powodu którego konali                
z pragnienia. To wiedźma, co nocą zarzucała czary... 
Nie ma, nie ma miłosierdzia! Zło musi być wytępione! 
Wąskimi, stromymi uliczkami płynie krew. Miejscami 
sięga wyżej pęcin końskich [...] Wszędzie to samo. 
Krew... krew... krew. Muzułmanie już się przestali bro-
nić. Siadają na ziemi osłoniwszy głowę płaszczem. 
Czekają obojętnie, aż miecz wroga przetnie pasmo ich 
żywota. Trupy gromadzą się w stosy wysokie”. 
  Do zmroku i przez całą noc oraz następnego dnia 
trwało dorzynanie niedobitków spośród garnizonu Je-
rozolimy i jej nieszczęsnych mieszkańców. Ze zwierzę-
cą wprost satysfakcją mordowano Żydów, którym Ifti-
char ad‒Daula pozwolił pozostać w mieście, a oni od-
płacili mu wiernością do końca. W powstałym zamęcie 
zginęło zresztą także wielu chrześcijan. Rankiem 16 
lipca dopełnił się los ludzi zamkniętych w meczecie 
Al‒Aksa. Nie uchroniły ich grube mury, powiewający 
na wietrze widoczny z dala proporzec Tankreda ani 
pełniący straż oddział Normanów. Dysząca żądzą mor-
du, pijana od oparów krwi tłuszcza wdarła się do me-
czetu, czyniąc w nim prawdziwe jatki. „Następnego 
ranka wyszli nasi na dach Świątyni, zaatakowali Sara-

background image

cenów, mężczyzn i kobiety, zabijając ich mieczami. 
Niektórzy z pogan rzucali się w dół z dachu Świątyni. 
Co widząc Tankred był niemało zbrzydzony”. Niesza-
fujący zbytnio ani słowami, ani ocenami Anonim nie-
jednokrotnie dający świadectwo swojej fanatycznej re-
ligijności, tym razem nie starał się nawet ukryć deza-
probaty dla postępku współwyznawców. „Zbrzydzony” 
był nie tylko Tankred, ale i Anonim, skoro w podob-
nym tonie napisał. 
  Nie wiadomo dokładnie, ile ofiar pochłonęła masa-
kra dokonana przez krzyżowców na ludności Jerozoli-
my. W przekazach kronikarzy arabskich pojawia się 
astronomiczna liczba 70 000 zabitych, co jednak, nie-
stety, nie musi być wielkością zawyżoną. Anonim po-
zostawił znamienne zdanie: „Żywi Saraceni wynosili 
zmarłych przez bramy i układali z nich stosy, tak wy-
sokie jak domy. Nikt nigdy nie słyszał o czymś podob-
nym, ani nie widział zwłok pogańskich, układanych            
w stosy, i tylko Bogu ich liczba była wiadoma”. 
  Większe stosy trupów miał ujrzeć zdumiony i prze-
rażony świat dopiero sto kilkadziesiąt lat później, gdy               
z dalekich mongolskich stepów nadeszły hordy Czyn-
gis-chana i wszystkim, którzy się z nimi zetknęli, wy-
dawało się, że mają do czynienia raczej z wysłannikami 
piekieł niż z ludźmi. „Masakra w Jerozolimie odbiła się 
szerokim echem w całym świecie. Nikt nie wiedział, ilu 
ludzi zginęło, jednakże w Jerozolimie nie było już ani 
muzułmanów, ani Żydów. Nawet wśród wielu chrześci-
jan rzeź ta wywołała prawdziwą zgrozę, muzułmanie 
zaś, którzy do tej chwili byli gotowi uznać Franków za 

background image

nowy czynnik w tak powikłanej wówczas sytuacji poli-
tycznej, doszli do przekonania że za wszelką cenę nale-
ży ich usunąć z Bliskiego Wschodu. To właśnie ten 
krwawy dowód fanatyzmu chrześcijańskiego obudził 
na nowo fanatyzm muzułmański. Kiedy w okresie póź-
niejszym rozsądniejsi łacinnicy starali się znaleźć jakąś 
platformę współpracy między chrześcijanami a muzuł-
manami, pamięć o tej rzezi stanowiła przeszkodę nie do 
przebycia”. 
  Lecz o tym wszystkim nie mogli wiedzieć ani baro-
nowie krucjatowi, udający się z dziękczynnymi mo-
dłami do Kościoła Świętego Grobu w opustoszałej 
dzielnicy chrześcijańskiej, ani tym bardziej tysiące pro-
stych, zwykłych pielgrzymów. Dla nich liczyło się tyl-
ko jedno: Jerozolima była wyzwolona! 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

   KRÓLESTWO JEROZOLIMSKIE 
  Zdobycie Jerozolimy Zachód przyjął jako wielki 
triumf Kościoła. Ironią losu było to, że główny twórca 
idei krucjaty nie doczekał radosnej wieści z Palestyny. 
Urban II zmarł bowiem 29 lipca nic nie wiedząc o zwy-
cięskim szturmie do Świętego Miasta. Musiało upłynąć 
o wiele więcej czasu niż dwa tygodnie, nim pierwsze 
informacje o zwycięstwie krzyżowców dotarły do Eu-
ropy. 
  Tymczasem w Jerozolimie nastrój najwyższego 
uniesienia towarzyszący krzyżowcom podczas ostat-
nich dni oblężenia i szturmu ustąpił miejsca trosce                
o zabezpieczenie bezcennej zdobyczy. Pierwszym za-
daniem  baronów  było  zorganizowanie  sprawnego 
oczyszczenia miasta wypełnionego po brzegi rozkłada-
jącymi się zwłokami oraz wyznaczenie kwater dla żoł-
nierzy i pielgrzymów. Jeszcze ważniejszą sprawą było 
przygotowanie się do odparcia ewentualnego kontrude-
rzenia nieprzyjaciela. Tylko naiwni, choć właśnie ta-
kich było bardzo wielu, mogli sądzić, iż zdobycie Jero-
zolimy jest jednoznaczne ze zwycięskim zakończeniem 
krucjaty. 
  Podczas narady, na którą wodzowie zebrali się 17 
lipca, padła propozycja wyboru króla. Kilka dni spiera-
no się, kto powinien nim zostać. Ostatecznie zgroma-
dzenie elektorów składające się z dostojników kościel-
nych oraz najważniejszych wasali baronów ofiarowało 
koronę Rajmundowi z Saint‒Giles. Ten jednak, nie bez 
przyczyny obawiając się, że pozostali wodzowie nie 
podporządkują się jego woli, odmówił jej przyjęcia. 

background image

Wówczas wybór padł na Gotfryda, który po pewnym 
wahaniu przyjął koronę, rezygnując jednakże z królew-
skiego tytułu na rzecz zaszczytnego miana „Obrońcy 
Grobu Pańskiego” (Advocatus Sancti Sepulchri). Za-
chowanie Gotfryda wolne było od wyrachowania - „od 
pierwszej do ostatniej chwili był głęboko przekonany, 
że najwyższą władzę w Ziemi Świętej powinien spra-
wować kościół Chrystusowy”. 
 

Żaden z pozostałych baronów nie podzielał przeko-

nań Gotfryda i ostatecznie ani Jerozolima, ani pozostałe 
posiadłości krzyżowców na Wschodzie nie stały się 
państwami o charakterze kościelnym, lecz przybrały 
monarchistyczną formę rządów. Ta okoliczność pozwo-
liła miedzy innymi przetrwać im na terenach ze 
wszystkich stron otoczonych przez kraje muzułmań-
skie. 
  Niedługo po wyborze Gotfryda (1 sierpnia) obrany 
został patriarcha Jerozolimy. Pomimo ostrego sprzeci-
wu Rajmunda i popierających go wielmożów został 
nim kapelan wojskowy Roberta z Normandii, Arnulf 
Malecorne z Rohes. Arnulf, człowiek wszechstronnie 
wykształcony, inteligentny, obdarzony wielkim talen-
tem kaznodziejskim, znany był także ze słabości do 
uciech życia doczesnego i zbyt natarczywego mieszania 
się do spraw świeckich. Już jedno z pierwszych rozpo-
rządzeń patriarchy nie pozostawiało wątpliwości, jaki 
kierunek obierze polityka Kościoła na nowo zdobytych 
terytoriach. Arnulf nakazał usunąć z Kościoła Świętego 
Grobu wszystkich duchownych wschodnich obrządków 
odprawiających tam nabożeństwa. Tym samym Grecy, 

background image

Gruzini, Koptowie, jakobici Ormianie pozostali bez 
swoich kapłanów. „[...] Chrześcijańscy mieszkańcy Je-
rozolimy, którzy przed kilku tygodniami z entuzja-
zmem wrócili do swego »wyzwolonego« miasta, mu-
sieli sobie uświadomić, że władza chrześcijańskich bra-
ci z Zachodu będzie dla nich twardsza niż władza mu-
zułmanów”. 
 

Śmiertelne niebezpieczeństwo zawisło nad Jerozo-

limą już kilka tygodni po jej zdobyciu. Oto na początku 
sierpnia do Palestyny wkroczyła silna armia egipska 
pod dowództwem wezyra Al‒Afdala. Jej celem było 
między innymi opanowanie Świętego Miasta. Gotfryd 
postanowił wyjść naprzeciw Egipcjanom i wezwawszy 
na pomoc swoich lenników ruszył w kierunku Askalo-
nu, gdzie nieprzyjacielska armia rozbiła obóz. W mie-
ście pozostała tylko niewielka załoga. Piotr Pustelnik 
celebrował procesje na intencję zwycięstwa chrześci-
jan. Jednakże największy zapał i religijne uniesienie na 
nic by się zdały, gdyby nie wspaniały zmysł taktyczny 
dowodzących armią baronów i jej wysokie wartości bo-
jowe. O świcie 12 sierpnia Frankowie zaskoczyli wroga 
i po krótkim boju niemal doszczętnie rozbili jego woj-
ska. 
  Zwycięstwo pod Askalonem miało olbrzymie zna-
czenie. Choć nie zniosło muzułmańskiego zagrożenia, 
to jednak odsunęło bezpośrednie niebezpieczeństwo, 
dając krzyżowcom tak bardzo potrzebny czas na umoc-
nienie się w opanowanych przez siebie miastach, roz-
szerzenie władzy na sąsiednie terytoria i zorganizowa-
nie sprawnego aparatu administracyjnego. 

background image

  Rzutki i pożądający władzy Tankred zdobył Gali-
leę, dzięki czemu posiadłości chrześcijańskie stworzyły 
zwarty obszar odcinający od głębi lądu nadmorskie 
miasta znajdujące się jeszcze w rękach Fatymidów. W 
praktyce ich upadek stał się tylko kwestią czasu. Nie-
które z miast: Askalon, Cezarea                    i Akka, 
wysłały do Gotfryda posłów z bogatymi darami i pro-
pozycją dobrowolnego płacenia wysokiego trybutu w 
zamian za pozostawienie ich mieszkańców                w 
spokoju. Również wielu szejków stojących na czele 
niewielkich plemion koczujących za Jordanem poddało 
się jego władzy. W ten sposób rozpoczął się wieloletni 
proces przenikania się i zrastania w jeden organizm po-
siadłości przybyszów z Zachodu i miejscowej ludności. 
Dla pielgrzymów i rycerzy, którzy pojawili się w Ziemi 
Świętej kilka dziesięcioleci po pierwszej kruqacie, 
stosunki panujące między chrześcijanami             i mu-
zułmanami oraz system wzajemnych powiązań  łączą-
cych obie społeczności były zupełnie niezrozumiałe i 
godne najwyższego napiętnowania. 
  Krótkie rządy Gotfryda z Bouillon skończyły się 18 
lipca 1100 r. wraz z jego śmiercią. I można chyba 
stwierdzić, że zejście ze sceny dziejowej Obrońcy Gro-
bu Świętego - władcy „słabego i nierozumnego” - na-
stąpiła w samą porę, biorąc oczywiście pod uwagę inte-
resy młodego państwa. Fanatyczna religijność Gotfry-
da, dzięki której sięgnął po władzę, nie mogła zastąpić 
braku przymiotów wodza i polityka. Małostkowość i 
zawiść, determinujące postępowanie Gotfryda, powo-
dowały nie tylko ostre zadrażnienia                 z pozo-

background image

stałymi feudałami, ale przyniosły również fatalne kon-
sekwencje natury politycznej. 
  Askalon, silna twierdza z załogą fatymidzką poło-
żona nad Morzem Śródziemnym, nie wpadł w ręce 
krzyżowców z wyłącznej winy tego, który mienił się 
Obrońcą Grobu Świętego. Po rozgromieniu wojsk Al‒
Afdala zjednoczone siły krzyżowców mogły z łatwo-
ścią zdobyć nadmorską fortecę. Jej mieszkańcy zdawali 
sobie sprawę z beznadziejności swojej sytuacji. Pamię-
tali jednak o rzezi w Jerozolimie oraz o rycerskim za-
chowaniu Rajmunda z Saint‒Giles, który dotrzymał 
warunków umowy z Ificharem. Dlatego byli gotowi 
poddać się właśnie jemu, o czym powiadomili Franków 
przez swoich emisariuszy. Gotfryd odrzucił jednak 
propozycję Askalańczyków i zażądał, by miasto oddało 
się w jego ręce, co dla obrońców było nie do przyjęcia. 
  Stanowisko Lotaryńczyka, podyktowane egoizmem 
i zazdrością, spowodowało, że rozżalony i upokorzony 
Rajmund oddzielił się od sił głównych, a krótko potem 
to samo uczynili Robert z Normandii i Robert z Flan-
drii. Z pozostałymi szczupłymi liczebnie oddziałami 
Gotfryd nie miał już szans zdobycia Askalonu i osta-
tecznie miasto przez następne pół wieku pozostawało  
w rękach Fatymidów, stanowiąc ich naturalny przyczó-
łek na ziemiach opanowanych przez chrześcijan. 
  Podobna sytuacja zaistniała w wypadku niewielkie-
go miasta Arsuf, które również przez swoich posłańców 
wyraziło chęć poddania się Rajmundowi. I tu zaprze-
paszczono okazję bezkrwawego opanowania kolejnego 
terytorium. 

background image

  Arnulf jeszcze krócej niż Gotfryd cieszył się swoją 
godnością. W końcu 1099 r. na Bliski Wschód przybył 
wraz z silną flotą arcybiskup Pizy Daimbert. Nie jest 
pewne, czy był on rzeczywiście legatem papieskim, za 
jakiego się podawał. Arnulf bez oporu przekazał wła-
dzę Daimbertowi, a Gotfryd złożył mu hołd jako swo-
jemu suzerenowi. Mogło się wydawać, że przyszłość 
Jerozolimy jako państwa o charakterze na wskroś ko-
ścielnym została na długo ugruntowana. Wszystkich, 
którzy tak myśleli, bardzo szybko spotkał srogi zawód. 
  Najpierw Daimbert stracił oparcie we flocie pizań-
skiej, która odpłynęła do Europy. Zaraz potem skoń-
czyły się krótkie i nieudolne rządy Gotfryda. Śmierć 
Obrońcy Grobu Świętego otworzyła nowy rozdział           
w dziejach chrześcijańskiej Jerozolimy. Następcą Got-
fryda został bowiem jego brat, Baldwin, człowiek ener-
giczny, waleczny, charyzmatyczny. Nad modły przed-
kładał zdecydowane postępowanie i siłę oręża. I takie-
go właśnie władcy potrzebowało nie okrzepłe jeszcze 
państwo. Przyjęcie przez Baldwina tytułu króla jerozo-
limskiego 11 listopada 1100 r. (koronacja nastąpiła 25 
grudnia) oznaczało kres nadziei kleru na odgrywanie 
dominującej roli. Już samo obranie na miejsce korona-
cji Betlejem miało wymiar symbolu. Pierwszy król je-
rozolimski chciał w ten sposób podkreślić fakt zniesie-
nia władzy patriarchy nad Świętym Miastem, za jakie 
również uznawano Betlejem. Od chwili koronacji 
Baldwina znaczenie Daimberta coraz bardziej malało. 
W 1102 r. jego kariera skończyła się; został zesłany do 
Antiochii i tam zakończył życie. 

background image

  Pierwsza wyprawa krzyżowa doprowadziła osta-
tecznie do powstania czterech organizmów państwo-
wych, zwanych państwami frankijskimi, na Bliskim 
Wschodzie. Tym czwartym, poza Królestwem Jerozo-
limskim, Księstwem Antiochii i hrabstwem Edessy zo-
stało hrabstwo Trypolisu założone przez Rajmunda                  
z Saint‒Giles. Hrabia Tuluzy był ostatnim z wielkich 
baronów, który z ziem zdobytych na Bliskim Wscho-
dzie wykroił dla siebie niezależne władztwo. Było nim 
właśnie hrabstwo Trypolisu. Samo miasto i jego okoli-
ce podlegały władzy rodu Banu Ammar, sprawującego 
tam władzę sądowniczą z ramienia Fatymidów. Pod-
czas krucjaty ród Banu Ammar współpracował z krzy-
żowcami wspierając ich dostawami podczas marszu na 
południe. Oddane przysługi nie ochroniły jednak wład-
ców Trypolisu przed zakusami Rajmunda, który, na ich 
nieszczęście, był związany złożonym przyrzeczeniem, 
że nie powróci z Ziemi Świętej do Europy i wręcz był 
„skazany” na zdobycie satysfakcjonującego go łupu.  
W 1102 r. hrabia opanował Tortosę, a zaraz potem 
przystąpił do oblężenia Trypolisu, które miało trwać aż 
do roku 1109. Miasto padło dopiero cztery lata po 
śmierci Rajmunda. W tym czasie przybrał on jednak ty-
tuł hrabiego Trypolisu. 
  Trudno się oprzeć wrażeniu, że historia lubuje się          
w płataniu figli. Po niemal dwóch stuleciach, w roku 
1279, Trypolis jako ostatnia z pierwotnych stolic czte-
rech frankijskich państw wpadł w ręce muzułmanów. 
Dwa lata później zdobyta została Akka, stolica kadłu-
bowego Królestwa Akkańskiego, ostatnia już placówka 

background image

Franków na Bliskim Wschodzie. Natomiast jako pierw-
sza w ręce „niewiernych” dostała się Edessa. Najbar-
dziej wysunięta na północny wschód wśród posiadłości 
chrześcijańskich i przez to najbardziej narażona na ata-
ki z ich strony została zdobyta w 1144 r. przez Imada 
ad‒Din  Zankiego,  atabega  seldżuckiego  księstwa              
w Mosulu. Próby odbicia miasta się nie powiodły. 
  Jerozolimę utracili krzyżowcy również przed koń-
cem stulecia. W roku 1187, po zniszczeniu połączo-
nych armii królestwa i jego wasali w bitwie pod Hitti-
nem, zdobył ją Saladyn. Jerozolima jeszcze raz miała 
się dostać w ręce chrześcijan, ale nie stało się to dzięki 
sile oręża, tak jak w roku 1099. Cesarzowi niemieckie-
mu Fryderykowi II Hohenstaufowi udało się zawrzeć 
traktat z sułtanem Al‒Kamilem I Muhammadem                       
i w roku 1229 na kilkanaście lat odzyskał Święte Mia-
sto. Antiochii udało się wytrwać do roku 1268, kiedy 
padła łupem mameluckiego sułtana Egiptu i Syrii Baj-
barsa I. 
  Pierwsza krucjata stanowiła zaledwie preludium 
dramatycznego widowiska, które zwykło się określać 
epoką wypraw krzyżowych. Przyjmuje się, że było ich 
siedem, choć wśród historyków są i tacy, którzy doli-
czają się kilkunastu wypraw krzyżowych na Bliski 
Wschód. Wypada bowiem wspomnieć, że już w 1100 r. 
bezkresne, niegościnne bezdroża Azji Mniejszej prze-
mierzały w drodze do Jerozolimy trzy posiłkowe wy-
prawy. Żadnej z nich nie udało się tam dotrzeć. Lom-
bardczycy i Burgundczycy rozgromieni zostali przez 
emira Aleppo i połączone wojska Daniszmendów. 

background image

Francuzi dowodzeni przez Wilhelma II, hrabiego 
Nevers, wpadli w seldżucką zasadzkę w okolicy Hera-
klei i niewielu z nich udało się ujść z życiem. Identycz-
ny los stał się udziałem połączonych wojsk książąt   

               

z Bawarii i Akwitanii. Krach owych wypraw powinien 
być przestrogą na przyszłość. Stało się jednak inaczej. 
„Rycerzy zachodnich to gorzkie doświadczenie nauczy-
ło bardzo niewiele: niepowodzenie wypraw wytłuma-
czyli sobie przede wszystkim nieszczęśliwym zbiegiem 
okoliczności i tym, że nie mieli dobrych dowódców”. 
Uczestnicy kolejnych wypraw do Palestyny „[...] jesz-
cze wielokroć będą cierpieć w rozżarzonym upale let-
niego słońca, będą zabijać, rabować żywych i ogałacać 
martwych  nieprzyjaciół,  pełni  poczucia  wyższości 
dzięki wyznawanej wierze. Wciąż będą się powtarzać 
ich wzajemne utarczki o zdobycze i wybuchy fanatycz-
nej wiary w cuda[...]” 
  Z czasem szczytne w założeniu cele walki za wiarę 
z poganami w obronie świętych miejsc chrześcijaństwa 
uległy wynaturzeniu. Dziesięciolecia wzajemnych spo-
rów i oskarżeń pomiędzy Wschodnim i Zachodnim Ko-
ściołem spowodowały falę nienawiści, która znalazła 
ujście podczas czwartej wyprawy. Wiosną 1203 r. 
krzyżowcy uderzyli na Bizancjum i w następnym roku 
zdobyli stolicę Cesarstwa. Na jego gruzach powstało 
Cesarstwo Łacińskie, mające istnieć do 1261 r. Z pozo-
ru irracjonalny atak na Konstantynopol - Cesarstwo 
stanowiło przecież bastion chrześcijaństwa broniący je 
przed Półksiężycem - wywołany został rosnącymi od 
wielu lat głębokimi sprzecznościami, jakie dzieliły bo-

background image

gate, stojące na wysokim stopniu rozwoju cywilizacyj-
nego Bizancjum od zgrzebnego Zachodu. „Póki Bizan-
cjum i Zachód miały kontakty dość luźne, panowały 
między nimi stosunki przyjazne. Pielgrzymi zachodni             
i żołnierze najemni spotykali się w metropolii cesar-
skiej z życzliwym przyjęciem i po powrocie do swych 
stron ojczystych opowiadali cuda o tym wspaniałym 
mieście, ale w istocie było ich tak niewielu, że nie do-
chodziło jeszcze do tarć”. Później nadeszła epoka kru-
cjat. Przywołani na pomoc Frankowie zaskoczyli Bi-
zantyjczyków przybywając w zbyt wielkiej liczbie: 
„[...] tysiące wojowników i pielgrzymów znalazło się   
w kraju o niezrozumiałym języku, obcych obyczajach             
i religii, co wystarczyło, aby uznali je za zdrożne. Spo-
dziewali się, że spotkani po drodze wieśniacy nie tylko 
będą do nich podobni, ale oczekiwali gorącego przyję-
cia. Doznali podwójnego rozczarowania. Nie pojmując, 
że nagminne kradzieże i dewastacje nie mogły im zjed-
nać ani serca, ani szacunku gnębionej przez nich lud-
ności, poczuli się urażeni, porwał ich gniew, a także za-
zdrość. Gdyby decyzja należała do pospolitych żołnie-
rzy, Konstantynopol zostałby zdobyty i splądrowany 
znacznie wcześniej.” 
  Nie mniej dramatyczne wydarzenia miały miejsce 
osiem lat po zdobyciu Konstantynopola. Na Wschód 
wyruszyła tzw. wyprawa dziecięca. U jej genezy legło 
głębokie przekonanie, że tylko niewinnym, bezgrzesz-
nym dzieciom uda się to, czego nie mogło osiągnąć eu-
ropejskie rycerstwo:  odzyskać Jerozolimę. Tysiące 
dzieci, głównie z Nadrenii, ruszyły w drogą w przeko-

background image

naniu, że Bóg pozwoli im pokonać wszelkie przeszko-
dy i bezpiecznie doprowadzi je do wymarzonego celu. 
Dla większości z nich podróż zamieniła się w hekatom-
bę. Jedne z nich zginęły z głodu i wyczerpania, inne 
oczekiwał jeszcze okrutniejszy los - zostały sprzedane 
w niewolę w Afryce przez chrześcijańskich (!) kupców, 
którzy zmamili je propozycją bezpłatnego przewiezie-
nia do Palestyny. 
  Idea wypraw krzyżowych do Ziemi Świętej nie 
umarła jednak wraz z upadkiem Akki. Chociaż rycer-
stwo zachodnioeuropejskie już od kilkudziesięciu lat 
wolało bardziej wyprawiać się przeciwko Maurom 
okupującym Półwysep Iberyjski i nadbałtyckim poga-
nom niż na Bliski Wschód, to jednak przez cały wiek 
XIV powstawały coraz to nowe projekty krucjat w celu 
odzyskania Jerozolimy i ziem tworzących kiedyś fran-
kijskie państwa. Większość owych projektów pozosta-
wała jednak „na papierze” i nigdy nie doczekała się 
realizacji. Niemal wszystkie z nich uwzględniały ist-
nienie na Wschodzie królestwa Małej Armenii, które 
jeszcze po upadku Akki przez cały niemal wiek, do 
1375 r., miało zachować niepodległość, skutecznie od-
pierając ataki mameluków i Turków. W planach or-
miańskiemu królestwu przeznaczano rolę bazy wypa-
dowej do uderzenia na Palestynę i Syrię. 
  Idea nowej wyprawy krzyżowej była jednak naj-
żywsza na Cyprze rządzonym od 1192 r. przez dynastię 
Lusignanów, potomków ostatniego przed utratą  Świę-
tego Miasta króla jerozolimskiego. Kolejni królowie 
cypryjscy wkładali w Famaguście na swoje skronie ko-

background image

ronę jerozolimską. Przez kilka dziesiątek lat pomiędzy 
chrześcijańskim Cyprem, pieczołowicie podtrzymują-
cym tradycje Królestwa Jerozolimskiego, a muzułmań-
skim Wschodem panował jednak pokój. Zwrot we wza-
jemnych stosunkach nastąpił wraz ze wstąpieniem na 
cypryjski tron Piotra I. Był on postacią „jakby stworzo-
ną dla romantycznego pisarza. Już od młodości Piotr 
pragnął przeżyć przygodę w wyprawie krzyżowej i za-
pisać się w historii jakimś sławnym podbojem”. 
  Po dwóch nieudanych wyprawach przeciwko Tur-
kom Piotr I postanowił poszukać wsparcia w Europie. 
Podczas kilkuletniej podróży gościł na różnych dwo-
rach starając się zrozumienie i pomoc dla hołubionej 
przez siebie idei. W 1363 r. Piotr odwiedził Kraków,                 
w którym odbywał się zjazd europejskich monarchów. 
Podczas uczty u Wierzynka rozmawiano zapewne                     
i o ewentualnej wyprawie do Ziemi Świętej. Podróż po 
Europie przyniosła królowi cypryjskiemu połowiczny 
sukces dyplomatyczny. Żaden z koronowanych wład-
ców nie zaangażował się czynnie w przygotowania do 
krucjaty. Na apel Piotra odpowiedzieli natomiast po-
mniejsi rycerze z różnych krajów i wielu najzwyklej-
szych awanturników,  żądnych przygód i  łupów.                  
W 1365 r. wypłynęła z Wenecji flota z dość liczną ar-
mią „krzyżowców”. Jej celem stała się Aleksandria                
w Egipcie. Miasto zostało zupełnie zaskoczone poja-
wieniem się chrześcijan i padło po krótkiej obronie. To, 
co się później działo w Aleksandrii, przypominało rzeź 
dokonaną w Jerozolimie w 1099 r. masakrę ludności 
greckiej w Konstantynopolu w 1204 r. Po zagarnięciu 

background image

bogatych łupów zdobywcy Aleksandrii nie myśleli                  
o dalszych poświęceniach w imię walki za Krzyż, lecz 
czym prędzej odpłynęli, pozostawiając za sobą dymiące 
zgliszcza i tysiące trupów zarówno muzułmanów, jak              
i koptyjskich chrześcijan. Jeszcze jeden rachunek 
krzywd został otworzony. Dla Piotra I, marzącego                
o wielkich, szlachetnych czynach dziki, piracki napad, 
w jaki zamieniła się wyprawa, był szokiem i przekreślił 
jego życiowe plany. W 1426 r. muzułmanie wzięli od-
wet. Cypr został spustoszony i przeszedł pod panowa-
nie egipskich sułtanów. 
  Ostatnim, dość odległym echem idei krucjat na Bli-
ski Wschód były wyprawy na Bałkany przeciwko Tur-
kom osmańskim. Zakończyły się one masakrę chrześci-
jańskich hufców. Potężna armia składająca się z wojsk 
cesarskich i rycerstwa francuskiego, dowodzona przez 
Zygmunta Luksemburskiego, została rozbita pod Niko-
polis w 1936 r. Podobny koniec spotkał armię, na której 
czele stał młodziutki król polski Władysław III, zwany 
Warneńczykiem. Na polach Warny w 1444 r. zakoń-
czył życie zarówno on jak i idea wypraw krzyżowych. 
Podejmowane później próby poruszenia Zachodu i po-
zyskania europejskich władców dla koncepcji odzyska-
nia świętych miejsc na Wschodzie stanowiły już tylko 
jej karykaturę. 

background image

 

 

PODSUMOWANIE 

  Podsumowania pierwszej wyprawy krzyżowej nie 
sposób dokonać abstrahując od ciągu dramatycznych 
wydarzeń, które ona zapoczątkowała i którymi przez 
dziesięciolecia żyły chrześcijaństwo oraz muzułmański 
Wschód. Oderwana od późniejszych następstw analiza 
politycznych i wojskowych skutków pierwszej krucjaty 
mogłaby wywołać złudzenie wielkiego triumfu.                  
A przecież w długim łańcuchu przyczyn i konsekwencji 
stanowiła ona jedynie jedno z wielu ogniw. Przypatrz-
my się zatem pozostałym i oceńmy je chociaż pobież-
nie.  

  Podsumowania pierwszej wyprawy krzyżowej nie 

sposób dokonać abstrahując od ciągu dramatycznych 
wydarzeń, które ona zapoczątkowała i którymi przez 
dziesięciolecia żyły chrześcijaństwo oraz muzułmański 
Wschód. Oderwana od późniejszych następstw analiza 
politycznych i wojskowych skutków pierwszej krucjaty 
mogłaby  wywołać  złudzenie  wielkiego  triumfu. 

                   

A przecież w długim łańcuchu przyczyn i konsekwencji 
stanowiła ona jedynie jedno z wielu ogniw. Przypatrz-
my się zatem pozostałym i oceńmy je chociaż pobież-
nie. 
  Dokonanie bilansu dwóch burzliwych stuleci 

                 

w dziejach Europy i Bliskiego Wschodu, które do hi-
storii przeszły pod umowną nazwą epoki krucjat, nie 
jest sprawą  łatwą. Wymyka się on spod jednoznacz-
nych ocen i komentarzy. Badacze owej romantycznej                
i zarazem krwawej epoki od stuleci wiodą dyskusję na 

background image

argumenty przybierające postać entuzjastycznych pla-
nów bądź najsurowszej krytyki. 
  Każdy ma prawo do własnej interpretacji faktów, 
które nie sposób jednak zmienić. Wymowa faktów 
prowadzi zaś do przekonania, że bliskowschodnie kru-
cjaty zakończyły się fiaskiem przynosząc ostatecznie            
o wiele więcej strat niż korzyści. Te ostatnie były 
przeważnie doraźne, negatywne konsekwencje rozłoży-
ły się natomiast na stulecia. 
  Każdy ma prawo do własnej interpretacji faktów, 
które nie sposób jednak zmienić. Wymowa faktów 
prowadzi zaś do przekonania, że bliskowschodnie kru-
cjaty zakończyły się fiaskiem przynosząc ostatecznie             
o wiele więcej strat niż korzyści. Te ostatnie były 
przeważnie doraźne, negatywne konsekwencje rozłoży-
ły się natomiast na stulecia. 
  Krucjaty do Ziemi Świętej stanowią prawdziwy fe-
nomen. Chyba żadna inna idea w dziejach świata nie 
wyzwoliła podobnie wielkiego entuzjazmu i nie zaan-
gażowała równie wielu ludzi pochodzących zarówno z 
nizin społecznych, jak i z samych szczytów. „Nie było               
w Europie kraju, który by nie wysłał swych żołnierzy 
do walki za wiarę na Wschodzie. Myśli wszystkich 
mężczyzn i kobiet skierowane były ku Jerozolimie”. 
Ów olbrzymi ładunek energii został jednak bezprzy-
kładnie roztrwoniony, efekty okazały się nad wyraz mi-
zerne w stosunku do zaangażowanych środków. Sukces 
polityczny i militarny, aczkolwiek okupiony niepropor-
cjonalnie dużymi stratami, odniosła właściwie tylko 
pierwsza wyprawa krzyżowa. Częściowe powodzenie 

background image

należy przypisać jeszcze trzeciej krucjacie, będącej re-
akcją na upadek Jerozolimy w 1187 r.; na tyle wzmoc-
niła ona zagrożone przez Saladyna państewka frankij-
skie, że przetrwały jeszcze jedno stulecie. Była to już 
jednak ich agonia. 
  Podstawowy cel pierwszej krucjaty - odzyskanie Je-
rozolimy i innych świętych miejsc chrześcijaństwa - 
został osiągnięty nie tylko za cenę niewyobrażalnych 
wręcz ofiar, ale także kosztem rozpętania nienawiści                 
i objawiającego się okrutnym barbarzyństwem religij-
nego fanatyzmu. Rzezie dokonywane przez chrześcijan 
spotykały się z podobnym zachowaniem muzułmanów. 
Od tego czasu porozumienie pomiędzy wyznawcami 
obu tych religii nie będzie już możliwe. Będą ich dzie-
lić coraz większe rachunki prawdziwych i wyimagino-
wanych krzywd i coraz wyższe stosy trupów. Święta 
wojna krzyżowców zniszczyła wymianę kulturalną                   
i gospodarczą prowadzoną dotychczas przez Bizancjum 
i kraje muzułmańskie, bezpowrotnie też położyła kres 
w miarę przyjaznym stosunkom, jakie je łączyły. „Głę-
boki humanitaryzm Saladyna i jego rodziny stał się 
wkrótce rzadkością wśród wyznawców islamu”. 
  Niemal równie wielki antagonizm będzie odtąd 
dzielić chrześcijan i Żydów, na których wówczas po raz 
pierwszy spadły tak barbarzyńskie prześladowania, 
rozpoczynając fatalną w historii Europy tradycję po-
gromów wyznawców religii Mojżeszowej. Wzajemna 
nietolerancja i nienawiść, co rusz wzbierające falami 
gwałtów, prześladowań i krwawych rzezi, przetrwały 
do naszych czasów. Okrutna eksterminacja setek tysię-

background image

cy Ormian dokonana przez Turków w latach dwudzie-
stych XX wieku była ich naturalną, choć bardzo odle-
głą w czasie konsekwencją. 
  Drugi główny cel krucjat - udzielenie pomocy 
wschodnim chrześcijanom i wyzwolenie ich spod jarz-
ma muzułmanów - przyniósł skutki przeciwne do za-
mierzonych. Pomijając krwawe ofiary, jakie ponieśli 
wschodni chrześcijanie podczas wojennych zawieruch 
przetaczających się przez ich terytoria, panowanie 
Franków przyniosło im jeszcze większe niż pod domi-
nacją arabską i turecką zniewolenie duchowe. Gdy zaś 
ostatni Frankowie opuścili Bliski Wschód, miejscowe 
kościoły odczuły nad wyraz boleśnie zmianę tradycyj-
nie tolerancyjnej władzy muzułmańskiej na fanatyczny 
ucisk zwycięskich egipskich mameluków. Na chrześci-
jan spadły bezlitosne prześladowania. Dyskryminacja                 
i ciągłe upokorzenia wyniszczyły ich fizycznie i moral-
nie. Już nigdy nie podnieśli się z upadku, który zapo-
czątkowały rządy krzyżowców, a pogłębiła muzułmań-
ska reakcja. Zniszczony został również ich kraj. Wy-
brzeże syryjskie, wcześniej tętniące życiem, wyludniło 
się. Ruina i postępujący upadek wkroczyły do Jerozo-
limy i innych miast palestyńskich. 
  Jeszcze większą tragedię stanowił los zgotowany 
przez krzyżowców Bizancjum. Zdobycie Konstantyno-
pola podczas czwartej krucjaty okazało się katastrofą 
dla całej cywilizacji europejskiej. Polityczne osłabienie 
Konstantynopola i zniszczenie jedynej bariery oddzie-
lającej Europę od tureckiego ekspansjonizmu fatalnie 
zaważyło na dalszych losach nie tylko samego Bizan-

background image

cjum, ale także wielu państw południowo ‒ wschodniej 
części kontynentu. Paradoksalne, ale usadowienie się 
Franków nad Bosforem doprowadziło do dalszego 
osłabienia państewek krzyżowych w Azji. „Poczęte                   
w grzechu Cesarstwo Łacińskie było wątłym niemow-
lęciem, dla którego Zachód z ochotą poświęcił swe 
dzieci w Ziemi Świętej. Papieżom bardziej zależało na 
podporządkowaniu swej jurysdykcji kościelnej opor-
nych Greków niż na oswobodzeniu Jerozolimy. Kiedy 
Bizantyjczycy odzyskali stolicę, zwierzchnicy Kościoła 
zachodniego i zachodni politycy z jednakową energią 
starali się przywrócić swą władzę nad Cesarstwem. 
Kruqaty przeistoczyły się w ruch, którego celem było 
narzucenie supremacji Kościoła rzymskiego, a nie 
obrona chrześcijaństwa”. 
 

Śmiertelny konflikt dwóch wielkich, odmiennych 

religijnie i kulturowo światów - chrześcijańskiego                      
i arabsko ‒ islamskiego - zakończył się ostatecznie 
zwycięstwem... Turków, których wspaniała, wielowie-
kowa cywilizacja arabska miała prawo traktować jak 
barbarzyńców.  Chciwi,  zaborczy,  bezwzględni  dla 
przeciwników, konsekwentni w swoich zamierzeniach 
zdobyli  niekwestionowaną  dominację  na  Bliskim 
Wschodzie. Oczyszczając go z chrześcijan nadali mu 
całkowicie muzułmański charakter. I to była jedna                
z najistotniejszych konsekwencji wypraw krzyżowych.  
  Inne ślady pozostawione przez krucjaty nie okazały 
się równie trwałe i ważkie. Szczególnie w dziedzinie 
stosunków gospodarczych i na płaszczyźnie wymiany 
kulturalnej. Wbrew rozpowszechnionemu, panującemu 

background image

przez stulecia poglądowi krzyżowcy nie otworzyli sze-
roko wrót dla gospodarczej wymiany i handlu między 
Europą i Azją. Ich miasta na Bliskim Wschodzie nie 
stały się rynkami zbytu ani ważnymi etapami na han-
dlowych szlakach. Te po staremu biegły przez terytoria 
Bizancjum oraz przez Egipt, omijając frankijskie pań-
stewka. Równie błędne było wyobrażenie, że usado-
wienie się Franków na zdobytych podczas pierwszej 
krucjaty terenach zapoczątkowało wymianę kulturalną. 
Istniało kilka innych rejonów, w których sąsiadujące 
cywilizacje przekazywały sobie wzajemnie zdobycze 
kulturalne i naukowe. Działo się tak na Półwyspie Ibe-
ryjskim, na Sycylii i w Afryce Północnej. 
  Krzyżowcy nie stali się przekaźnikiem zdobyczy 
kultury arabskiej do Europy, natomiast poprzez znisz-
czenie Bizancjum doprowadzili mimo woli do narodzin 
włoskiego Renesansu. Kultura i nauka ginącego Cesar-
stwa przeżywały bowiem w XIV i Xv wieku rozkwit. 
Uciekając przed turecką nawałą greccy twórcy i uczeni 
osiedlali się głównie w Italii, która dzięki temu stała się 
kolebką europejskiego Odrodzenia. 
  Pod względem wojskowym krucjaty niewiele nau-
czyły Europejczyków. Dwa stulecia ciągłych niemal 
walk z niewiernymi nie spowodowały przyswojenia 
przez armie zachodnie najlepszych elementów taktyki              
i organizacji wojsk muzułmańskich. W roku 1396 po-
tężna armia chrześcijańska została doszczętnie rozbita 
przez Turków osmańskich, niedysponujących bynajm-
niej przewagą liczebną, lecz zdecydowanie górujących 
nad nieprzyjacielem właśnie taktyką i organizacją. 

background image

Właściwie krzyżowcy udanie przenieśli na europejski 
grunt jedynie podpatrzoną na Wschodzie sztukę budo-
wania twierdz oraz używaną powszechnie przez mu-
zułmanów kuszę. Jak groźna, sprawna w zabijaniu była 
to broń  świadczy postanowienie soboru laterańskiego             
z 1139 r. zabraniające używania kuszy jako siejącej 
zbyt wielkie spustoszenie na polach bitew. Lecz jedynie 
w walkach przeciwko chrześcijanom; śmiercionośne 
bełty mogły, a nawet powinny być wypuszczane na 
niewiernych pogan. Co do tego Kościół nie miał wąt-
pliwości. 
  W zakończeniu pozwalam sobie raz jeszcze powo-
łać się na tylekroć już cytowanego Stevena Runcimana. 
„Zwycięstwa każdej krucjaty były zwycięstwami wiary. 
Jednak wiara, której nie wspiera mądrość, jest rzeczą 
niebezpieczną. Z mocy niezbadanych praw historii cały 
świat płaci za zbrodnie i głupotę każdego ze swych 
obywateli. W długim procesie wzajemnych oddziały-
wań i integracji Wschodu z Zachodem, z którego naro-
dziła się nasza cywilizacja, krucjaty stanowiły epizod 
tragiczny i destrukcyjny. Historyk, który z perspektywy 
stuleci spogląda na ich rycerskie dzieje, odczuwa po-
dziw przyćmiony smutkiem, że tak niezbicie dowodzą 
one ograniczeń ludzkiej natury. Znajdujemy bowiem              
w ich dziejach jednocześnie tak dużo męstwa i tak mało 
honoru, tak dużo poświęcenia i tak mało rozumu. Naj-
wyższe ideały zostały skalane okrucieństwem i chciwo-
ścią, a energia i wytrwałość zniweczone ślepą, ciasną 
obłudą. Święta wojna była długim pasmem nietoleran-

background image

cji w imię Boga, co jest grzechem przeciwko Duchowi 
Świętemu”.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

 

   ZAŁĄCZNIK 1 
  

LICZEBNOŚĆ WOJSK KRZYŻOWYCH 

  Każdy historyk średniowieczny, bez względu na na-
rodowość, puszcza wodze nieposkromionej i najbar-
dziej wybujałej fantazji, kiedy przychodzi mu oszaco-
wać liczbę ludzi, na tyle znaczną, że niełatwo ich poli-
czyć. Z tych powodów ścisłe ustalenie liczebności 
wojsk krzyżowych jest dziś niemożliwe. Kiedy więc 
Fulcher z Charters i Albert z Akwizgranu informują, że 
w pierwszej krucjacie uczestniczyło sześćset tysięcy 
zbrojnych ludzi, podczas gdy Ekkehard ocenia ich licz-
bę na trzysta tysięcy, a Rajmund z Aguilers na zaledwie 
sto tysięcy, albo gdy Anna Komnena twierdzi, że Got-
fryd lotaryński miał pod swoimi sztandarami dziesięć 
tysięcy rycerzy i siedemdziesiąt tysięcy piechurów, to 
liczby te wskazują tylko na to, że wojska owe były rze-
czywiście znaczne. Kiedy jednak kronikarze mają do 
czynienia z wielkościami mniejszymi, nie mamy pod-
staw do całkowitego dyskredytowania ich informacji, 
mimo skłonności autorów do podawania liczb okrą-
głych, które z natury rzeczy są tylko przybliżone. Na 
podstawie ich świadectw możemy wyciągnąć pewne 
wnioski. 
  Nie sposób ustalić procentowego udziału w krucja-
cie osób nieuprawiających rzemiosła wojennego. Był 
on na pewno wysoki. Bardzo wielu rycerzy zabrało na 
wyprawę niewiasty. Rajmundowi z Tuluzy towarzyszy-
ła żona, a Baldwinowi z Boulogne żona i dzieci.                   
Z Boemundem wybrała się na krucjatę co najmniej jed-

background image

 

 

na siostra. Znamy imiona wielu dam z orszaku Roberta 
z Normandii, od czasu do czasu pojawiają się na kar-
tach kronik imiona także innych niewiast. Wszystkim 
tym damom towarzyszyły dworki, na Wschód udało się 
również wiele kobiet niższego stanu, zarówno przy-
zwoitych, jak i lekkich obyczajów. Nieustannie sły-
szymy o mężczyznach, którzy nie brali udziału w ak-
cjach orężnych, jak choćby Piotr Bartłomiej i jego 
chlebodawca. Armii towarzyszyło liczne duchowień-
stwo. Można przypuszczać, że w chwilach niebezpie-
czeństwa większość mężczyzn zmuszano do służby 
czynnej. Liczba osób w ogóle niezdolnych do noszenia 
broni - kobiet, starców i dzieci - wynosiła jednak na 
pewno nie więcej niż jedną czwartą całej armii krzyżo-
wej. 
  Wydaje się również, że wśród osób cywilnych, 
zwłaszcza wśród ludzi starszych i dzieci, śmiertelność 
była bardzo wysoka. W wojsku wyższa śmiertelność 
występowała wśród wojowników pieszych, którzy czę-
ściej zapadali na choroby i żyli w warunkach znacznie 
gorszych niż rycerze i damy, bowiem mieli o wiele lep-
szą opiekę oraz większe możliwości zakupienia żywno-
ści. W czasie bitew natomiast kawalerzyści odgrywali 
rolę bardziej eksponowaną od piechoty, straty wśród 
nich były przeto większe. 
  Stosunek ilościowy kawalerii do piechoty przed-
stawiał się prawdopodobnie jak 1:7, przyjmując, że do 
tej ostatniej wcielano każdego, kto był zdolny do no-
szenia oręża. Podany przez Annę procentowy udział 

background image

 

 

wojsk Gotfryda w armii krzyżowej jest zapewne prawi-
dłowy, mimo że jej liczby należy podzielić przez dzie-
sięć. W bitwie pod Askalonem, w której brali udział 
wszyscy mężczyźni zdolni do stawania w polu, uczest-
niczyło tysiąc dwustu rycerzy i dziewięć tysięcy pie-
churów, co daje stosunek 1:7,5. W oblężeniu Jerozoli-
my, wedle Rajmunda z Aguilers, uczestniczyło tysiąc 
dwustu do tysiąca trzystu rycerzy, podczas gdy cała 
armia liczyła dwanaście tysięcy ludzi, łącznie jednak       
z technikami i żeglarzami angielskimi i genueńskimi. 
Termin „rycerz” oznacza w tym przypadku jedynie 
jeźdźca zbrojnego i nie ma nic wspólnego z przynależ-
nością do stanu rycerskiego. Należy również pamiętać, 
że wielu piechurów nie miało pełnego uzbrojenia. 
Można przypuszczać, że łuczników i pikinierów było 
bardzo niewielu. 
  Jest niemal pewne, że ze wszystkich wodzów krzy-
żowych najliczniejszą armię miał Rajmund, dysponu-
jemy wszakże tylko jedną wzmianką, która pozwala zo-
rientować się w jej liczebności. Kiedy w Koksonie ro-
zeszła się fałszywa pogłoska, że Turcy opuścili Antio-
chię, wysłał on oddział kawalerii w sile pięciuset ludzi, 
w tym pewną liczbę znamienitych rycerzy, z zadaniem 
zajęcia tego miasta. Liczba „pięćset” powtarza się 
wprawdzie z podejrzaną częstotliwością, wydaje się 
jednak, że jednostkę o takiej sile można uznać za od-
dział odpowiedni do dokonania najazdu łupieskiego na 
większą skalę lub ekspedycji o wspomnianym wyżej 
charakterze. Wydaje się mało prawdopodobne, aby na 

background image

 

 

tym etapie kampanii Rajmund zaangażował do tej ope-
racji aż połowę swej konnicy. Jeżeli więc przyjmiemy, 
że liczba pięćset jest bliska prawdy, to kawaleria hra-
biego Tuluzy liczyła niewątpliwie tysiąc dwustu lub 
więcej rycerzy, a siła jego całej armii sięgała tysięcy 
ludzi, nie licząc starców, kobiet i dzieci. 
  Kronika Lukki podaje, że Boemund udał się na 
Wschód z pocztem w sile pięciuset rycerzy. Ponieważ 
Anna Komnena zanotowała, że jego hufiec nie był zbyt 
liczny, informacja ta wydaje się ścisła. Na wyprawę cy-
licyjską Boemund odstąpił Tankredowi stu rycerzy                 
i dwustu piechurów, a później posłał mu jeszcze trzysta 
wojowników pieszych. Liczby te nie kłócą się zbytnio 
ze sobą. 
  Jedyną wskazówkę, która umożliwia nam oszaco-
wanie liczebności innych wojsk, stanowi próba przeku-
pienia przez Rajmunda swych rywali w Rugii, aby po-
wierzyli mu naczelne dowództwo krucjaty. Zaoferował 
on Gotfrydowi i Robertowi z Normandii po dziesięć ty-
sięcy solidów, Robertowi z Flandrii sześć tysięcy, Tan-
kredowi pięć tysięcy, a pomniejszym wodzom sumy 
odpowiednio niższe. Kwoty te były niewątpliwie pro-
porcjonalne do liczebności hufców, którymi dowodzili 
poszczególni baronowie, jedynie Tankred miał otrzy-
mać sumę znacznie niższą, niżby mu się należała, a to 
dlatego, że Rajmund chciał Tankreda oraz możliwie 
największą liczbę Normanów odciągnąć od Boemunda. 
  Jedynym świadectwem - pomijając zgoła fanta-
styczną informację Anny Komneny - która pozwala zo-

background image

 

 

rientować się w liczebności wojsk Gotfryda, była jego 
gotowość odstąpienia swemu bratu, Baldwinowi, pię-
ciuset konnych i dwóch tysięcy piechurów na kampanię 
w Cylicji. Wydaje się nieprawdopodobne, aby zgodził 
się on pozbyć ponad połowy swej jazdy, jeśli nawet 
przyjmiemy, że oddział ten miał dołączyć do jego 
głównych sił w drodze do Antiochii. Ogromnie kusząca 
jest hipoteza, że w Rugii Rajmund zaproponował po 
dziesięć solidów za każdego żołnierza. Gdybyśmy jed-
nocześnie podzielili liczby Anny przez dziesięć, to 
można byłoby uznać za prawdopodobne, że w chwili 
przybycia do Konstantynopola Gotfryd miał pod swoi-
mi rozkazami około tysiąca kawalerzystów i siedmiu 
tysięcy piechurów. Przed spotkaniem w Rugii z pewno-
ścią poniósł ciężkie straty, a ponadto część jego rycerzy 
udała się z Baldwinem do Edessy. Trzeba jednak pa-
miętać, że dołączyły do niego resztki krzyżowców, któ-
rzy brali udział w wyprawie Piotra Pustelnika i nieuda-
nych wyprawach niemieckich, a także niektórzy żegla-
rze Guynemera, którzy jako podwładni kapitana buloń-
skiego z natury rzeczy zaciągali się do oddziałów hra-
biego Buologne i jego braci. 
  W czasie spotkania w Rugii siły Roberta z Nor-
mandii nie ustępowały liczebnością wojsku Gotfryda. 
Jeżeli Gotfryd miał pod swoją komendą około tysiąca 
kawalerzystów, to hufiec Roberta był na pewno nie 
mniej liczny. W sto lat później Normanowie mieli ob-
owiązek dostarczać swemu księciu prawie sześciuset 
rycerzy. Na wyprawę krzyżową Robert mógł bez wąt-

background image

 

 

pienia zwerbować nieco więcej kawalerzystów, być 
może sześciuset pięćdziesięciu. Do hufca księcia dołą-
czyli wojownicy z Bretanii oraz z posiadłości po dru-
giej stronie kanału La Manche, co mogło mu przyspo-
rzyć stu do stu pięćdziesięciu konnych. Co więcej, po 
powrocie Stefana z Blois i Hugona z Vermandois do 
Europy objął on dowództwo nad oddziałami tych baro-
nów, które pozostały na Wschodzie. Stefan, którego 
włości były wprawdzie niewielkie, ale zamożne, mógł 
mu pozostawić dwustu pięćdziesięciu do trzystu kon-
nych. W sumie, w czasie spotkania w Rugii, Robert               
z Normandii miał pod swoim dowództwem blisko ty-
siąc kawalerzystów. Opierając się na tych samych zało-
żeniach można przyjąć, że Robert z Flandrii dyspono-
wał sześciuset kawalerzystami, z których część re-
krutowała się z posiadłości jego sąsiada, hrabiego              
Hainaut. Robert był prawnie zobowiązany dostarczyć 
swemu suzerenowi, królowi Francji, tylko dwudziestu 
rycerzy z pełnym rynsztunkiem, jednakże na mocy trak-
tatu z 1103 roku zgodził się przysyłać królowi Anglii, 
Henrykowi I, tysiąc jeźdźców. Wynika z tego, że na 
krucjatę mógł z łatwością zwerbować sześciuset kon-
nych. 
  Wspomniana w Kronice Lukki liczba pięciuset kon-
nych, którzy wybrali się z Boemundem na Wschód, pa-
suje do tych obliczeń. Jeżeli więc przyjmiemy, że hufce 
pomniejszych feudałów zostały wliczone do głównych 
armii krucjatowych i że Rajmund oferując w Rugii ta-
kie lub inne kwoty kierował się tylko względami osobi-

background image

 

 

stymi, to mamy podstawę do oszacowania liczebności 
armii krzyżowej na mniej więcej cztery tysiące dwustu 
do czterech tysięcy pięciuset konnych i trzydzieści ty-
sięcy piechurów, włączając w to tych cywilów, których 
można było zmusić do czynnej służby w armii. W liście 
do papieża Daimbert oszacował liczebność armii krzy-
żowej na pięć tysięcy konnych i piętnaście tysięcy wo-
jowników pieszych. W tym drugim przypadku podał 
zapewne  tylko  uzbrojonych  żołnierzy  liniowych. 

     

W pierwszym dopuścił się wybaczalnej przesady, mniej 
więcej o jakieś tysiąc osób. 
  W gruncie rzeczy była to armia niewielka. Kiedy 
kronikarze opisują bitwy z tego okresu, liczby uczestni-
czących w nich wojowników są jeszcze mniejsze.               
W bitwie nad Jeziorem Antiocheńskim, w której wedle 
ówczesnych świadectw brało udział całe rycerstwo, 
walczyło zaledwie siedmiuset rycerzy. Ale w tym cza-
sie wielu rycerzy chorowało, a z listu Anzelma z Ribe-
mont wynika, że w istocie rzeczy najbardziej brakowa-
ło koni. Wedle jego obliczeń w czasie oblężenia Antio-
chii dysponowano tylko siedmiuset końmi, wiele ich 
bowiem zginęło z zimna i głodu. Anzelm twierdzi, że 
ludzi nie brakowało. Co więcej, w czasie tej bitwy kon-
nica Rajmunda pozostała prawdopodobnie w obozie, 
jako osłona przed ewentualnym atakiem nieprzyjaciela. 
W skład sił ekspedycyjnych, które już w następnym 
miesiącu wyruszyły pod wodzą Boemunda i Roberta                
z Flandrii, wchodziło dwa tysiące kawalerzystów                      
i piętnaście tysięcy wojowników pieszych, a nie ulega 

background image

 

 

żadnej wątpliwości, że wojsko Rajmunda nie brało               
w tej wyprawie udziału. Tymczasem w oblężeniu Jero-
zolimy uczestniczyło tylko tysiąc dwustu do tysiąca 
trzystu konnych i nieco ponad dziesięć tysięcy piechu-
rów, a liczebność armii w bitwie pod Askalonem 
kształtowała się mniej więcej na tym samym poziomie. 
Mimo że wielu wojowników zmarło lub poległo i wielu 
powróciło do stron ojczystych, to jednak jest niemożli-
we, by w okresie między spotkaniem w Rugii a oblęże-
niem Jerozolimy armia krzyżowa zmalała o dwie trze-
cie. 
  Musimy więc jeszcze raz powtórzyć, że do wszel-
kich obliczeń trzeba podchodzić z rezerwę. W moim 
przekonaniu siła armii w chwili, gdy opuszczała Kon-
stantynopol, kształtowała się mniej więcej na poziomie, 
który poddałem wyżej. W ciągu następnych dwu lat 
wojsko to bardzo stopniało i Rajmund opierał swe pro-
pozycje w Rugii na szacunkach zdezaktualizowanych               
i bardzo optymistycznych. Wydaje mi się, że sto-
sunkowo skromne liczby, które podają kroniki w opi-
sach akcji zbrojnych Baldwina, są bliskie prawdy. 
  Nie sposób również oszacować, ilu ludzi brało 
udział w pierwszej wyprawie Piotra Pustelnika. Twier-
dzenie Alberta z Akwizgranu, że było ich czterdzieści 
tysięcy, jest bez wątpienia przesadne, niemniej jednak 
liczba uczestników mogła sięgać dwudziestu tysięcy. 
Lwią część tej rzeszy stanowiły osoby, które nie miały 
nic wspólnego z rzemiosłem wojennym. 

background image

 

 

  Dla porównania warto w tym miejscu wspomnieć, 
że wedle dokonanych obliczeń cala armia bizantyjska 
liczyła w IX wieku sto dwadzieścia tysięcy ludzi. Utra-
ta prowincji anatolijskich mogła bez wątpienia spowo-
dować redukcję sił zbrojnych Cesarstwa pod koniec XI 
wieku, wydaje się jednak, że Aleksy dysponował armią 
w sile około siedemdziesięciu tysięcy ludzi, z których 
większość wchodziła w skład garnizonów stacjonują-
cych na bardzo długich granicach jego państwa. Praw-
dopodobnie znaczną część sił zbrojnych demobilizo-
wano w miesiącach zimowych ze względów oszczęd-
nościowych. Wydaje się przeto niemal pewne, że                  
w tym czasie Bizantyjczycy mogli dysponować armią 
polową w sile najwyżej dwudziestu tysięcy dobrze 
uzbrojonych i wyszkolonych żołnierzy. Oszacowanie 
liczebności wojsk muzułmańskich jest niemożliwe,                
a choć armia Kerbogi mogła rzeczywiście liczyć aż 
trzydzieści tysięcy ludzi, to jednak nie posiadamy na to 
żadnego dowodu. W każdym razie była ona zdolna do 
tak skutecznej blokady Antioichii, na jaką nie potrafiły 
się zdobyć wojska krucjatowe. Armia egipska pod 
Askalonem miała zapewne przewagę nad krzyżowcami, 
ale kwestia jej liczebności może być tylko przedmiotem 
spekulacji. Wydaje się wątpliwe, aby pod Doryleum si-
ły tureckie dorównywały wojsku krzyżowemu. Turcy 
liczyli na to, że zaskakującym atakiem oraz ruchliwo-
ścią swych oddziałów zniwelują niekorzystny dla nich 
stosunek sił.