background image

Margot Dalton

Rodzinne podobieństwo

background image

Rozdział 1

– Zaraz... Siedemnaście i pół centymetra w dół, do tego bukiecika kwiatów, i jedenaście i pół 

centymetra od dołu...

Gina  starannie  zaznaczyła  miejsce  na  pasku  tapety  rozłożonej  na  podłodze  i  trzymając 

ołówek w zębach, przeczołgała się, żeby narysować kreskę niżej.

–  Powiedziałam  jedenaście  i  pół  centymetra  –  wymamrotała,  patrząc  na  tapetę  ze 

zmarszczonymi brwiami – czy jedenaście?

– Z kim rozmawiasz?

Gina spojrzała w kierunku drzwi i wskazała na ścianę za sobą.

– Cześć, Mary. Powiedz, czy nie ładnie?

Gospodyni weszła do pokoju, wycierając ręce o fartuch, i popatrzyła na pasy nowej tapety, 

otaczające wyściełaną ławeczkę w wykuszu okna.

–  Miałaś rację  –  potwierdziła  zaskoczona.  –  Myślałam,  że  będzie  zbyt  żółta,  ale  naprawdę 

ładnie wygląda na ścianie.

– Wiedziałam. To jest dokładnie taka tapeta, jakiej chciałam.

– Posłuchajcie tylko! – W tonie Mary była wyrozumiałość. – Dziewczyna, która zawsze wie, 

czego chce! Jesteś za młoda, żeby mówić do siebie.

Gina ponownie zmierzyła tapetę.

– Jedenaście i pół centymetra. Tak myślałam.

Mary starła ścierką plamkę z krawędzi ławeczki.

–  Muszę  znaleźć  czas,  żeby  to  wszystko  wyczyścić,  zanim  się  zacznie  letni  sezon  –

mruknęła. – Teraz ty zaczynasz.

Gina narysowała kreskę na papierze i zaczęła go obcinać.

– Co zaczynam?

– Mówić do siebie.

–  Mam  sześćdziesiąt  lat  –  oznajmiła  spokojnie  Mary,  uśmiechając  się  i  obserwując  przez 

okno taniec dwóch białych motyli przy krzaku bzu. – Mogę mówić do siebie, kiedy tylko zechcę.

– A ja w przyszłym tygodniu skończę trzydzieści sześć lat.

Gina zanurzyła pasek tapety w płytkim, plastikowym korytku, po czym wyprostowała się z 

mokrym papierem w rękach i spojrzała na gospodynię.

– Wiesz, Mary, czasem trudno mi w to uwierzyć.

– W co?

Mary usiadła na ławeczce w wykuszu i w zamyśleniu gładziła jej kretonowe obicie.

– W to, że mam prawie trzydzieści sześć lat. Gdzie się podział cały ten czas? Wydaje mi się, 

że wczoraj kupiłam ten dom.

background image

–  Wiele  było  dni  wczorajszych  –  powiedziała  Mary  łagodnie. –  I  masz  rację,  szybko 

przepłynęły.

–  To  chyba  znaczy,  że  się  dobrze  bawimy,  prawda?  –  zauważyła  sucho  Gina.  –  Choć  nie 

zawsze ma się to wrażenie.

– Przecież kochasz ten dom.

Gina wzięła mokry pasek tapety, przeszła przez pokój i weszła na drabinę, Zmarszczyła brwi 

w skupieniu, dopasowując wzór. , – Masz rację – odparła. – To jest jedyna rzecz, jaką chciałam 

robić w życiu, ale to nie znaczy, że czasem nie odczuwam frustracji.

Wzięła gąbkę i zaczęła wygładzać tapetę.

– Jedyna rzecz? – zapytała Mary.

– Słucham?

Gina szybko przesuwała gąbkę po mokrym papierze.

– Uważaj. Na krawędzi, tam pod żółtym koszykiem, zrobiła się zmarszczka.

Gina wygładziła tapetę. Mary obserwowała ją w zamyśleniu.

– Zastanawiam się – powiedziała wreszcie, opierając się o szeroką, dębową ramę okienną –

czy to rzeczywiście prawda, że prowadzenie hotelu to jedyne twoje marzenie.

– Oczywiście, że to prawda. Czy chciałam robić cokolwiek innego?

– Właśnie o to pytam. Po twarzy Giny przebiegł cień. Odwróciła się szybko.

–  Jeśli  myślisz  o  mężu  i  dzieciach,  to  nigdy  tego  nie  chciałam.  Ty  i  Roger  jesteście  moją 

rodziną.

Mary uśmiechnęła się sceptycznie.

– Ładna mi rodzina.

– Ja jestem szczęśliwa stwierdziła Gina, schodząc z drabiny i wygładzając tapetę u dołu, po 

czym przycięła ją nad szeroką listwą przy podłodze. – Rodziny bywają różne.

–  Wiem – odparła  Mary, wstając i  kierując się  ku drzwiom. –  Ale ty, Roger  i ja to bardzo 

dziwna rodzina, jak by nie patrzeć.

Klęcząc na podłodze, Gina obejrzała się przez ramię.

–  Skoro  mowa  o  Rogerze,  nie  zapomnij  mu  powiedzieć  o  pękniętej  desce  w  toalecie  przy 

niebieskim pokoju, dobrze?

Policzki Mary poróżowiały. Sprawiała wrażenie zmartwionej.

– Sama będziesz musiała mu powiedzieć. Dalej z nim nie rozmawiam.

Gina westchnęła i wstała.

– O co poszło tym razem?

Wyglądało na to, że gospodyni i dozorca ciągle się o coś sprzeczają.

– Upiera się podrzucać żarcie Annabel, choć go specjalnie prosiłam, żeby tego nie robił.

– Ale Roger kocha Annabel. Przecież o tym wiesz.

background image

– To mój pies – oznajmiła Mary stanowczo, – Weterynarz mówi, że jest za gruba. Powinna 

być na niskokalorycznej diecie, a jak ma schudnąć, skoro Roger za moimi plecami daje jej resztki 

ze stołu?

– Roger ma za miękkie serce. Nie może znieść jej skowyczenia podczas posiłków. Naprawdę 

ściska się od tego serce.

– To mój pies – powtórzyła Mary z niezwykłym dla siebie uporem. – Sama wiem, co jest dla 

Annabel najlepsze.

– Na pewno – przytaknęła Gina, rezygnując z dyskusji. – Porozmawiam z Rogerem, dobrze?

Mary  skinęła  głową.  Sprawiała  wrażenie  częściowo  udobruchanej.  W  drzwiach  zatrzymała 

się na chwilę.

– Aha, przypomniałam sobie, po co tu przyszłam. Jakiś pan dzwonił kilka minut temu.

– Jaki pan?

– Nazywa się Alex Colton; Chciał z tobą porozmawiać o wynajęciu pokoju.

– Masz jego numer?

Mary potrząsnęła głową.

– Jest w mieście. Powiedziałam mu, jak dojechać. Ma się tu zjawić dziś po południu, żeby się 

z tobą umówić osobiście.

Gina popatrzyła na ścinki tapety i mokrą podłogę.

–  Mam  nadzieję,  że  się  nie  pojawi,  zanim  skończę.  Marzyłam  o  jednym  dniu  spokojnej 

pracy.

– Nie ma takich dni w tym interesie – uśmiechnęła się Mary, odzyskując pogodny nastrój, –

Po  czternastu  latach  powinnaś  o  tym  wiedzieć.  Naprawdę  ładnie  to  –  wygląda  –  dodała, 

wskazując na świeżo wytapetowaną ścianę, Świetna robota.

Wyszła  znikając  na  schodach  z  lśniącego  dębu,  biegnących  do  holu  wzdłuż  ściany 

ozdobionej witrażem.

Gina stała w drzwiach, myśląc o swej gospodyni. Mary Schick jest warta swej wagi w złocie. 

Była  tu  niemal  od  dnia,  kiedy  Gina  otworzyła  hotel  w  starym  dworku.  Trudno  było  go  sobie 

wyobrazić bez niej.

Gospodyni, drobna, szczupła kobieta o siwiejących włosach, była osobą spokojną i fachową, 

na której od razu można było polegać. Przeżyła całe życie, zajmując się innymi. Zaraz po szkole 

średniej  prowadziła  rodzinną  restaurację  i  opiekowała  się  rodzicami.  Nigdy  nie  wyszła  za  mąż 

ani nie wyjechała poza  Azure Bay.  Kiedy umarła  jej matka, a wkrótce potem  ojciec,  sprzedała 

restaurację, z radością uwalniając się od odpowiedzialności, i przyszła pracować u Giny Mitchell 

jako kucharka i gospodyni.

W  kilka  miesięcy  później  sprzedała  domek  rodziców  w  miasteczku  i  wprowadziła  się  do 

hotelu. Gd tego czasu ona i Gina niemal się nie rozstawały.

background image

Czternaście  lat,  myślała  Gina,  wracając  do  pokoju  i  potrząsając  głową  z  niedowierzaniem. 

Uklękła, żeby odmierzyć następny pasek tapety, lecz wizyta Mary skierowała jej  myśli na inne 

tory i trudno jej było skupić się na pracy.

– Prawie trzydzieści sześć lat... – powiedziała, przysiadając na piętach... – Boże, nie mogę w 

to uwierzyć. Gdzie się podział cały ten czas?

Wstała  zapominając  o  trzymanym  w  ręku  ołówku,  i  podeszła do  okna.  Za  oprawionymi  w 

ołów szybkami, w ciepłym powiewie wiatru chwiała się wierzba, częściowo zasłaniając widok na 

jezioro. Gina patrzyła na zielone witki, myśląc o szybko uciekającym czasie.

Kiedy tak stała w oknie, wyglądała jak chłopiec. Miała na sobie luźne dżinsowe szorty, białą 

bawełnianą koszulę z podwiniętymi rękawami i znoszone tenisówki. Była szczupła i opalona od 

ciągłej  pracy  na  dworze.  Ciemne,  kręcone  włosy  nosiła  krótko  przycięte.  Miała  oczy  koloru 

orzechów  laskowych,  wystające  kości  policzkowe  obsypane  piegami  i  trzeźwe,  poważne 

spojrzenie, które kłóciło się z chłopięcością jej twarzy i sylwetki.

Czternaście  lat,  pomyślała  znowu,  wychylając  się  przez  okno,  żeby  popatrzeć  na  jezioro. 

Prawie połowę swego życia oddała temu domowi.

Niczego  jednak  nie  żałowała.  Edgewood  Manor  było  jej  życiem,  jej  namiętnością, 

spełnionym marzeniem. Niewielu ludziom jest dane żyć w świecie snów, które się ziściły, tak jak 

jej się to zawsze udawało.

Pamiętała, jak pierwszy raz zobaczyła to stare domostwo i przypływ tęsknoty, jaki odczuła, 

patrząc na jego dumną fasadę i rozległe grunty. Od tej pory, będąc u progu dwudziestu jeden lat, 

chciała je mieć i zrobiłaby wszystko, żeby zdobyć dość pieniędzy.

Prawdę mówiąc to, co zrobiła, żeby te pieniądze zdobyć, było prawie niewiarygodne...

Twarz  Giny  stężała.  Istniały  wspomnienia,  do  których  nie  pozwalała  sobie  wracać. 

Pogrzebała  je  głęboko  w  przeszłości  i  tam  miały  pozostać  na  zawsze.  Wystarczała  jej 

świadomość,  że  Edgewood  Manor  należy  do  niej.  Dopóki  interes  przynosi  skromny  dochód,  a 

ona  spłaca  w  terminie  pożyczkę  hipoteczną,  nikt  nie  może  jej  odebrać  tego  domu.  Nikt, 

pomyślała z mocą, zaciskając ręce na ramie okna.

Zwróciła  wzrok  na  sad.  Był  początek  czerwca  i  kwiaty  znikły  z  drzew  owocowych, 

zastąpione świeżymi, zielonymi liśćmi. Wkrótce dojrzeją owoce i ona razem z Mary będą zrywać 

kosze jabłek, gruszek i soczystych moreli. Mary zrobi dżemy i konfitury.

Potem nadejdzie mróz i liście opadną. Zza gór przyjdzie śnieg, a jezioro spowije mgła.

I przejdzie kolejny rok. I jeszcze jeden...

Nagłe dostrzegła samotną postać pod jabłonią.

– Roger! – zawołała, wychylając się z okna. – Co robisz?

Spojrzał w górę i pomachał kawałkiem drewna, który strugał.

– Nie odchodź! – dodała. – Schodzę do ciebie.

background image

Spojrzała  na  nie  dokończoną  ścianę,  rolkę  tapety  na  podłodze,  ścinki  papieru,  linijkę  i 

nożyczki rzucone byle jak, po czym wyszła z pokoju i lekko zbiegła po schodach.

Kiedy  przechodziła  obok  wypełnionego  roślinami  słonecznego  saloniku,  dostrzegła  w  nim 

starsze  małżeństwo  siedzące  na  wiklinowych  fotelach  pośród  paproci  i  pogrążone  w  lekturze. 

Uśmiechnęła się do nich.

– Jak tam? – zagadnęła. – Czy podoba się państwu nasze słońce?

–  Jest  boskie  –  odparła  kobieta,  opuszczając  książkę.  –  Przyjechaliśmy  aż  z  Pensylwanii. 

Nasi przyjaciele byli tu przed dwoma laty i ciągle opowiadają, jak było cudownie.

– Naprawdę? – zapytała Gina ucieszona. – Z Pensylwanii?

Mężczyzna skinął głową.

– Piedmontowie – odparł. – Alan i Sheila.

–  Ach,  pamiętam  ich  –  powiedziała  Gina.  –  Byli  tu  jesienią.  Przypominam  sobie,  że  pan 

Piedmont spędzał całe dnie na dworze, fotografując liście.

– Alan ma fioła na punkcie fotografii – potwierdziła kobieta. – Sheilę to czasem złości, Gina 

porozmawiała jeszcze chwilę z gośćmi, po czym przeprosiła ich i wyszła przez szklane drzwi na 

dwór  Przeszła  wykładane  kamiennymi  płytami  podwórze,  gdzie  para  nowożeńców  rozmawiała 

cicho, siedząc na rzeźbionej, żelaznej ławce obok pnącej róży.

Spojrzeli  na  Ginę  z  nieśmiałym  uśmiechem,  po  czym  wrócili  do  rozmowy,  skłaniając  ku 

sobie głowy i splatając palce. Gina starała się nie zwracać uwagi na drobne ukłucie zazdrości. W 

tej młodej parze czuło się bliskość, niemal namacalną aurę miłości, odgradzającą ich od całego 

świata.

Przeszła przez furtkę w żywopłocie z kapryfolium i po skoszonej trawie przebiegła do sadu.

– Cześć, Roger – zwróciła się do wysokiego mężczyzny w kraciastej koszuli i kombinezonie, 

siedzącego pod jabłonią i coś strugającego. – Co to jest?

– Wypaczyła się jedna ze sztachetek podtrzymujących balustradę na tylnej klatce schodowej. 

Strugam nową.

Gina spojrzała ze zgrozą, na kawał dębowego drewna, częściowo – obrobionego na tokarce 

w warsztacie Rogera na tyłach domu. Teraz ręcznie go wykańczał.

– Zadziwiające – powiedziała, pochylając się, aby przesunąć palcem po gładkim, drewnie. –

Kiedy skończysz, pewnie nie będę w stanie odróżnić tej sztachetki od pozostałych.

– Mam nadzieję odparł spokojnie.

Wrócił do pracy, a Gina oparła się o drzewo, zastanawiając się, jak mu powiedzieć, że jego 

nawyk dokarmiania Annabel jest dla Mary źródłem wielkiego zmartwienia.

Tworzyli  zabawną  parę.  Roger  i  Mary  byli  mniej  więcej  w  tym  samym  wieku.  Roger, 

podobnie  jak  gospodyni,  pojawił  się  w  życiu  Giny,  kiedy  był  jej  najbardziej  potrzebny, 

Prowadziła interes od niedawna, starając się poradzić sobie z hotelem i spłatami pożyczki. Mary 

była ogromną pomocą w tych wczesnych latach, umiała prowadzić dom i była geniuszem kuchni. 

background image

Ale Ginę ciągle przywalała konieczność robienia napraw, a koszty sprowadzania rzemieślników 

z miasta były wręcz astronomiczne.

Wtedy właśnie, pewnego  ciepłego  jesiennego dnia  w jej życiu pojawił  się Roger  –  niczym 

podarunek zesłany przez bogów – i wszystko się ułożyło.

Roger nie przyjechał szukać pracy. Był  gościem, dyrektorem firmy handlującej drewnem z 

Vancouveru,  który  przyjechał  odpocząć  i  pozbyć  się  stresu  w  pięknej  dolinie  Okanagan  w 

Brytyjskiej  Kolumbii,  Choć  pracował  za  biurkiem,  rękoma  potrafił  zrobić  niemal  wszystko. 

Podczas wakacji pomagał Ginie, reperując cieknące rury, nie domykające się okna i wypaczone 

drzwi.

Kiedy wakacje się skończyły, zdecydował, że nie chce wyjeżdżać. Po prostu  wysłał pocztą 

prośbę  o  dymisję,  przeniósł  konto  do  banku  w  Azure  Bay,  kupił  przytulny  domek  i  grunt 

nieopodal hotelu i został jako dozorca i majster od wszystkiego.

–  Nie  wiem,  jak  sobie  radziłam  bez  ciebie  –  powiedziała  Gina,  patrząc,  jak  Roger  nacina 

równe rowki u dołu sztachetki. – Co ja bym zrobiła, gdybyś odszedł?

–  Poradziłabyś  sobie  –  odparł  pogodnie.  –  Tobie  nie  potrzeba  niczyjej  pomocy,  Gino. 

Potrafisz przeżyć.

Zastanowiła się nad tym, patrząc, jak długie wióry spływają spod jego palców.

– Wszyscy myślą, że jestem taka twarda i niezależna – powiedziała w końcu. – Ale bardzo 

często wcale się tak nie czuję.

Uśmiechnął się, podnosząc na nią oczy. Był prawie łysy, miał szczupłą, kanciastą sylwetkę i 

niebieskie oczy, które spokojnie spoglądały spod srebrnych brwi.

Zastanawiała się czasem, jak to się stało, że tak łatwo przystosował się do stylu życia, który 

musiał się diametralnie różnić od jego poprzedniej egzystencji.

Roger  nigdy  nie  mówił  o  swej  przeszłości.  Najwyraźniej  nie  miał  żadnych  związków 

rodzinnych ani uczuciowych i sprawiał wrażenie niezależnego finansowo.  W każdym razie bez 

widocznego trudu żył z niewielkiej pensji, którą wypłacała mu Gina, jadał głównie z Gina i Mary 

w hotelowej kuchni, a wolny czas spędzał w swoim domku. Jego głównymi hobby były praca w 

drewnie  i  piękna  stara  wiolonczela, na  której  zadziwiająco  dobrze  grał  w  miejscowym zespole 

kameralnym.

–  Mary  znów  jest  na  ciebie  zła  –  powiedziała  wreszcie  Gina.  –  Obiecałam,  że  z  tobą 

pomówię.

Roger westchnął.

– Co znowu zrobiłem?

– Podobno sabotujesz dietę Annabel. Popatrzył na nią z miną niewiniątka.

– To Annabel jest na diecie?

– Roger, wiesz dobrze, że jest za gruba.

– Stanowczo. Jest pewnie najgrubszą pudliczką w prowincji.

background image

– Więc czemu dajesz jej resztki ze stołu?

Uśmiechnął się i zaczął rzeźbić kolejny rowek.

–  Wczoraj  wyła tak głośno, że goście w pokoju przy patio skarżyli się na  hałas. Dałem jej 

kość z zupy, to wszystko.

– Z odrobiną mięsa? – spytała Gina chytrze.

– Może było trochę – przyznał.

Gina zachichotała, po czym spoważniała.

–  Jesteś  słodki,  Roger,  i  wiesz,  jak  bardzo  cię  lubię,  ale  musisz  przestać  irytować  Macy. 

Pewnego dnia dojdzie do tego, że stracę jedno z was, a wtedy będę musiała zamknąć interes.

– Nikt nie jest niezastąpiony – rzekł Roger sentencjonalnie. – Zawsze o tym pamiętaj, Gino. 

Świetnie byś sobie sama poradziła. Przyzwyczaiłaś się do nas po prostu.

Gina spojrzała na niego ostro. W jego tonie usłyszała coś szczególnego.

– Ciągle to powtarzasz.

– Naprawdę?

– Ostatnio ciągle mówisz, jaka jestem zdolna i jak świetnie sama bym sobie poradziła. Czy 

przygotowujesz mnie na coś? Jest coś, co chcesz mi powiedzieć?

Potrząsnął głową i powrócił do strugania.

– Nie lubię słuchać, jak mówisz, że musiałabyś zamknąć hotel, gdyby jedno z nas odeszło. 

To nie w twoim stylu, Gino. Jesteś osobą, która walczy, a nie taką, która się poddaje.

– Wiem. Ale przyzwyczaiłam się do towarzyszy walki. Nie chciałabym być znowu sama.

– Więc czemu nie znajdziesz jakiegoś miłego młodego człowieka, który pracowałby z tobą?

Gina lekko trąciła go w nogę końcem tenisówki.

– Przestań – rozkazała. – Natychmiast.

Roger odsunął się trochę.

– Mówię poważnie – zaznaczył, podnosząc sztachetkę do oka jak strzelbę i przyglądając jej 

się  uważnie.  –  Jesteś  niebrzydka  i  nadal  dosyć  młoda.  Nie  ma  jakichś  przyzwoitych  facetów, 

którzy  polecieliby  na  chudą,  piegowatą  dziewczynę  o  wybuchowym  usposobieniu  i  żelaznej 

woli?

Gina usiadła po turecku obok niego na trawie. Spojrzała na swe wystrzępione szorty.

– Wszyscy mężczyźni, jakich poznaję, należą z grubsza biorąc do dwóch kategorii – wyznała 

cicho.

Odłożył sztachetkę i przesunął nożem po osełce, po czym kciukiem sprawdził ostrze.

– Jakie są te dwie kategorie?

Gina zerwała źdźbło trawy i żuła je w zamyśleniu.

–  Pierwszy  rodzaj  to  mężczyźni,  którzy  czują  się  zagrożeni  tym,  że  kobieta  żyje  sama  i  z 

powodzeniem  prowadzi  interes.  Tacy  mężczyźni  starają  się  mnie  pomniejszyć  na  wszelkie 

możliwe sposoby, żeby pokazać, że to oni są górą.

background image

– Mhm. To ciekawe – zauważył Roger. – A jaki jest drugi rodzaj?

– Tacy,  którzy uważają, że to, co robię, jest wspaniałe, bo będą się mogli wprowadzić i za 

darmo korzystać z owoców mojej pracy.

– Równie ciekawe. Która z tych dwóch kategorii jest gorsza?

– Nie wiem – odparła ponuro, odrzucając źdźbło trawy. – Obu nie znoszę.

– Z taką postawą, kochana, będzie ci trudno zapełnić swój karnet balowy.

Uśmiechnęła się i wstała.

– Och, w moim kalendarzu towarzyskim jest mnóstwo wolnego miejsca. I to chyba dobrze, 

bo inaczej nie nadążyłabym z pracą.

– Skoro mowa o pracy, co robiłaś w złotym pokoju?

– Przyklejałam nowe tapety. Musisz przyjść i zobaczyć. Wyglądają świetnie, zwłaszcza przy 

oknie.

– Czy to nie ta tapeta, która wydawała się Mary zbyt żółta?

– Tak, ale Mary przyznaje, że się myliła.

–  Naprawdę?  –  zapytał,  podnosząc  ze  zdziwieniem  brwi.  –  To  pierwszy  raz.  Jak  na  taką 

nieśmiałą osóbkę, Mary potrafi się upierać przy swoim.

– Bądź miły – rzekła surowo Gina.

Pozostawiła  go  pod  drzewem  ze  sztachetką,  którą  strugał,  przecięła  trawnik  i  przez  bramę 

weszła  na  podwórze,  przypominając  sobie  poniewczasie,  że  nie  powiedziała  Rogerowi  o 

pękniętej desce w toalecie przy niebieskim pokoju.

Nie ma pośpiechu, pomyślała. Roger jest zajęty czym innym, a niebieski pokój będzie wolny 

przez co najmniej tydzień.

Przystanęła  przy  żywopłocie  i  spojrzała  na  dom,  Mimo  że  minęło  tyle  lat,  widok  jego 

porośniętej winem masywnej bryły na tle dalekiego fioletu gór i bezchmurnego nieba sprawiał, 

że jej serce biło żywiej.

–  Naprawdę  piękny,  czyż  nie?  –  odezwał  się  obok  Giny  kobiecy  głos,  który  zabrzmiał 

niczym echo jej myśli. – Jak scena ze „Śpiącej królewny” czy innej bajki.

Gina odwróciła się i uśmiechnęła do młodej pary. Ubrani byli w kostiumy kąpielowe, mieli z 

sobą  ręczniki  i  wybierali  się  na  plażę.  Stanowili  piękną  parę.  Oboje  studiowali  medycynę  na 

uniwersytecie w Minnesocie i zakończyli staż przed ślubem w czerwcu.

Miesiąc miodowy w Kanadzie był prezentem od rodziców pana młodego.

–  Dom  ma  ponad  sto  lat.  To  dużo  jak  na  tutejszy  standard  –  powiedziała  Gina.  –  To 

romantyczna historia.

–  Proszę  nam  opowiedzieć  –  zwróciła  się  do  niej  dziewczyna,  opierając  się  o  męża  i 

podnosząc  na  niego  wzrok  –  Jesteśmy  w  odpowiednim  nastroju,  żeby  słuchać  romantycznych 

historii.

background image

Gina  uśmiechnęła  się,  myśląc  o  ich  przytulnym  gniazdku  w  różowym  apartamencie  z 

kamiennym kominkiem.

–  Dom  wybudował  Josiah  Edgewood  –  zaczęła.  –  Josiah  był  szkockim  szlachcicem,  który 

przyjechał  do  Kanady  jako  młody  człowiek  i  znalazł  złoto  na  północy  w  rejonie  Karibu.  Zbił 

fortunę na  swojej  kopalni  i  zakochał się  w tej  okolicy.  Wybrał  Okanagan  Valley  z powodu  jej 

malowniczej scenerii i łagodnych zim i zaczął namawiać swoją świeżo poślubioną żonę, żeby tu 

do niego przyjechała.

–  Ale  ona  nie  chciała?  –  zapytała  młoda  żona,  nadal  patrząc  na  męża,  jakby  nie  mogła 

uwierzyć, że jakakolwiek kobieta nie chciałaby pójść za swoim mężczyzną na koniec świata.

Mąż pocałował ją w czubek nosa.

– Bała się. Biedna lady Edgewood. Miała zaledwie dwadzieścia lat, była bardzo delikatna i 

myślała, że tu jest pełno wilków i niedźwiedzi. Zgodziła się przeprowadzić tylko pod warunkiem, 

że Josiah jej zapewni przyzwoite mieszkanie.

– Więc wybudował ten dom? – zapytał chłopiec.

– Poczekajcie, aż wam opowiem – uśmiechnęła się Gina. – Josiah przeniósł dom. To jest w 

większej  części  oryginalny  Edgewood  Manor  z  rodzinnej  posiadłości  koło  Kilmanrock  w 

Szkocji. Gały dom rozebrano, oznaczając każdą część. Potem wszystko przewieziono statkiem w 

skrzyniach, co zajęło kilka lat. Dom złożono z powrotem jak ogromną układankę, tutaj, na brzegu 

jeziora Okanagan. Wszystko żeby zadowolić Elizabeth.

Młodzi patrzyli na nią oczarowani. Gina rozumiała ich zachwyt, bo i ona zawsze czuła lekki 

dreszcz, kiedy myślała o przedsięwzięciu Josiaha.

Gdyby  mogła  spotkać  podobnego  mężczyznę  o  szerokich  horyzontach  i  sile  równej  jej 

własnej, może nie byłaby tak niechętna, żeby dzielić swe życie.

–  I  co  się  stało?  –  zapytała  dziewczyna.  –  Czy  Elizabeth  przyjechała  do  niego?  Mam 

nadzieję, że nie umarła na statku po drodze i nie zostawiła męża ze złamanym sercem.

– Ależ skąd! – odparła Gina wesoło. – Przyjechała i znalazła swój dwór zrekonstruowany na 

brzegu kanadyjskiego jeziora, włącznie z żyrandolami i witrażami na ścianach holu. – Była tak 

szczęśliwa, że uściskała i ucałowała Josiaha i zaraz zabrała się do rodzenia dzieci.

– Ilu?

–  Ośmiorga.  Powiła  Sześć  dziewczynek  i  dwóch  chłopców.  Została  królową  miejscowego 

towarzystwa  i  hojną  protektorką  sztuk  i  imprez  dobroczynnych.  Mieszkała  w  tym  domu  aż  do 

śmierci  ponad  siedemdziesiąt  lat  później.  To  było  chyba  około  tysiąc  dziewięćset 

sześćdziesiątego roku.

– A co się potem stało z domem?

– Miał dość trudny okres. Żadne z dzieci Josiaha Edgewooda nie chciało tu mieszkać, więc 

próbowali  różnych  rozwiązań,  jak  udostępnienie  domu  turystom  i  podzielenie  na  mieszkania. 

Ucierpiała na tym zarówno wartość dworku, jak i jego wygląd. Mniej więcej piętnaście lat temu 

background image

zdecydowali się go sprzedać.

–  No  i?  –  zapytał  młody  człowiek,  bawiąc  się  od  niechcenie  długim,  jasnym  kosmykiem 

włosów żony.

–  I ja  go  kupiłam  –  powiedziała Gina.  –  Skończyłam właśnie  kurs zarządzania  hotelami.  I 

byłam  na  wakacjach, tak  jak  wy.  Przyjechałam  z  przyjaciółką  do  Azure  Bay, żeby  popływać  i 

poleżeć  na  plaży,  zobaczyłam  ten  dom  i  zakochałam  się  w  nim  od  pierwszego  wejrzenia. 

Wiedziałam, że będzie świetny na hotel, a tym właśnie chciałam się zająć.

– Ależ musiała pani być strasznie młoda! – zawołała dziewczyna. – Młodsza nawet niż my. 

Jak się pani udało kupić taki duży dom?

– Przede wszystkim odziedziczyłam pewną sumę po babce.

Głos Giny brzmiał lekko, ale jej żołądek ścisnął się na wspomnienie tego okropnego okresu.

–  A  na  banku  zrobiły  wrażenie  moje  plany  odrestaurowania  budynku  i  otwarcia  hotelu  –

dodała.

– Na bankierach  niełatwo  jest zrobić wrażenie.  – Młody lekarz  patrzył na  nią  ze szczerym 

podziwem.

– Dziś wydaje się, że pożyczają pieniądze tylko takim, którzy już je mają – wyjaśnił.

Gina spojrzała na drobne fale na turkusowych wodach jeziora.

– Wiem. To było tak dawno, że nie pamiętam już szczegółów. Ale jakoś sobie poradziłam –

zakończyła z wymuszoną swobodą. – Idziecie popływać?

– Jeśli woda jest dość ciepła. Wczoraj była jak lód.

Gina roześmiała się, widząc wyraz twarzy dziewczyny.

–  Jezioro  Okanagan  ma  ponad  sto  dwadzieścia  kilometrów  długości  i  zasila  je  głównie 

topniejący  w  górach  śnieg.  Woda  ogrzeje  się  dopiero  za  jakiś  miesiąc.  Ale  przy  tych  upałach, 

które teraz mamy, powinna być znośna.

– Jenny po prostu boi się potwora – wyjaśnił młody lekarz, głaszcząc czule włosy żony. – Jak 

on się nazywa?

–  Okopogo  –  odparła  Gina.  –  Wielu  tutejszych  twierdzi,  że  go  widziało.  Podobno  ma 

dwadzieścia metrów długości, jest skory do zabawy, ma kilka garbów i koński łeb.

– A ty go widziałaś? – spytała Jenny.

– Może – uśmiechnęła się Gina. – Idźcie pływać, bo nie zdążycie na podwieczorek.

– Uwielbiam podwieczorki – powiedział entuzjastycznie młody człowiek.

– Mniejsza o herbatę i ciastka – przekomarzała się jego żona. – Tak naprawdę to lubi sherry.

Jej mąż uśmiechnął  się i pobiegł ścieżką w stronę  plaży, śmiejąc się do  nie nadążającej  za 

nim żony.

Gina  patrzyła  za  nimi,  dopóki  nie  zniknęli  za  skalistym  cyplem.  Wreszcie  odwróciła  się, 

weszła do domu i poszła na piętro do złotego pokoju, gdzie czekały na nią rolki tapety.

background image

Wkrótce znów była pochłonięta pracą, uspokojona jej mechanicznym charakterem, uważnym 

odmierzaniem  i  dopasowywaniem,  niemal  magiczną  przemianą,  jaka  się  dokonywała,  kiedy 

nowa tapeta pokrywała wyblakłe ściany.

Nuciła  cicho,  myśląc  o  firankach.  Stare  koronki  wyglądały  blado  i  nijako  na  tle  nowych 

tapet. Może uszyje nowe, muślinowe, obramowane koronką.

Zmarszczyła brwi i podeszła bliżej, żeby się przyjrzeć ramie okiennej. Starała się zachować 

autentyczny wygląd wiktoriańskiego wnętrza, tak aby współgrał z resztą domu. Firanki stanowiły 

dla niej prawdziwe wyzwanie.

Najbardziej lubiła tkaniny, które wyglądały lekko i świeżo, takie, które pozwalały podziwiać 

wspaniały widok i przepuszczały wonny powiew znad jeziora i z ogrodu.

Nie znosiła wiktoriańskiego zwyczaju przykrywania okien kilometrami ciężkich brokatów i 

adamaszków,  często  przyozdabianych  jeszcze  frędzlami  i  lambrekinami  i  całkowicie 

odgradzających wnętrze od słońca.

Wyjrzała  przez  okno,  ciesząc  się  widokiem  i  odgłosami  swego  świata.  Daleko  na  plaży 

dostrzegła dwoje młodych, leżących na ciemnoniebieskich hotelowych ręcznikach i trzymających 

się za ręce.

Starsi  państwo  wyszli  z  saloniku  i  przechadzali  się  po  ogrodzie,  podziwiając  geranium. 

Innych gości nie było widać, choć pięć z dziewięciu pokoi było zajętych. Zwykle rozchodzili się 

po śniadaniu, by zwiedzić okolicę lub którąś z miejscowości letniskowych nad jeziorem.

Zwykle  starali  się  jednak  wrócić  na  podwieczorek,  podawany  w  wykładanej  boazerią 

bibliotece, podczas którego częstowano ich ciastkami i sherry. Ten uroczy zwyczaj wprowadzono 

w pierwszych latach istnienia hotelu. Był jednym z powodów, dla których goście wracali tu rok 

po roku.

Przez otwarte okno dobiegała kojąca mieszanina łagodnych dźwięków. W ogrodzie brzęczały 

pszczoły, gdzieś niedaleko popiskiwała tłusta pudliczka Mary – najwidoczniej nadal cierpiała na 

bóle głodowe – a w porcie krzyczały mewy.

Prawdziwy raj, myślała Gina, bawiąc się koronkową firanką. Raj.

– Dzień dobry – odezwał się głos za nią i aż drgnęła. – Czy pani Gina Mitchell?

Puściła  firankę,  odwróciła  się  i  zmieszana  spojrzała  na  jednego  z  najprzystojniejszych 

mężczyzn, jakich w życiu widziała.

background image

Rozdział 2

Gina  przyglądała  się  przybyszowi.  Wyglądał  na  około  czterdzieści  lat,  był  nie  więcej  niż 

średniego  wzrostu,  ale  silnej  budowy.  Miał  na  sobie  luźne  spodnie  i  białą  koszulkę polo.  Jego 

kręcone  włosy  były  ciemne,  mocno  przyprószone  siwizną  na  skroniach.  Twarz  o  pięknie 

rzeźbionych rysach i inteligentnych, niebieskich oczach wydawała się surowa mimo pełnej dolnej 

wargi. Pomyślała, że jego usta oznaczają naturę zmysłową, opanowaną, ale emocjonalną.

–  Przepraszam,  jeśli  panią  zaskoczyłem  –  powiedział  uprzejmie.  –  Nazywam  się  Alex 

Colton. Dzwoniłem do pani wcześniej, żeby powiedzieć, że przyjadę po południu.

–  Ach,  tak.  Gospodyni  mówiła  mi  o  pana  telefonie,  ale  byłam  tak  zajęta,  że  całkiem 

zapomniałam.

–  Colton  popatrzył na  mokre  ścinki  tapety  walające  się  po  podłodze,  a  potem  na  ściany  w 

kwiecisty deseń, i zwrócił się do Giny z uśmiechem:

– Świetnie to wygląda. Doskonale się pani zna na urządzaniu wnętrz.

Jego uśmiech zaskoczył ją. Przeobrażał tę twarz, usuwając Surowość i nadając jej radosny, 

niemal chłopięcy wyraz. Ale uśmiech znikł równie szybko, jak się pojawił i powróciła surowość.

A może to smutek? – zastanowiła się. Jeśli jest przy nim kobieta, na pewno zadaje sobie dużo 

trudu, żeby się uśmiechał. Szybko wytarła ręce o szorty i podeszła do drzwi.

– Gospodyni mówiła, że chciałby pan wynająć pokój ? – zapytała przez ramię.

– Chciałbym omówić warunki – odparł. – Jeśli ma pani wolną chwilę.

– Zawsze mam czas na rozmowę o interesach.

Zeszła na dół, świadoma idącego tuż za nią Alexa Coltona. Jak na tak mocno zbudowanego 

mężczyznę posuwał się lekko jak kot.

– Wspaniałe to okno – zauważył. – Wie pani może, kto robił witraż?

Zatrzymała  się  na  podeśpie,  głaszcząc  wyszukany  wzór  liści  winogron  na  wypolerowanej 

dębowej  poręczy.  Drugi  raz  tego  popołudnia  opowiedziała  historię  Josiaha  Edgewooda  i  jego 

narzeczonej.

Colton stał nad nią na schodach i słuchał zafascynowany. Gra uczuć wyraźnie odbijała się na 

jego  twarzy.  Był  tak  dobrym  słuchaczem,  że  Gina  z  trudem  zmusiła  się,  żeby  zakończyć 

opowieść. Czuła, że mogłaby mówić godzinami, opowiadać mu o domu, o jego historii i cieszyć 

się, widząc, jak rozjaśniają mu się oczy i ulotny uśmiech wypływa na usta.

–  Wygląda  na  to,  że  żona,  jak  zwykle,  miała  rację  –  powiedział  Wreszcie.  –  Myślę,  że  to 

wymarzone miejsce dla nas.

Jego żona?

Gina była zaskoczona i trochę zła na samą siebie za uczucie rozczarowania, jakiego doznała. 

W końcu nie jest kobietą, która w każdym mężczyźnie widzi szansę na romans.

background image

Poprowadziła  go przez  hol  do  swego  biura.  Sadowiąc  się  za szerokim  dębowym biurkiem, 

gestem zaprosiła gościa do zajęcia miejsca w jednym ze skórzanych foteli i sięgnęła po książkę 

rezerwacji. Colton usiadł i wpatrzył się w pogodną scenę za oknem. – Kiedy chcą państwo do nas 

przyjechać?

Gdy spojrzał na nią, sprawiał wrażenie zaskoczonego i smutnego.

– Co się dzieje z tym psem? – zapytał.

Gina podążyła za jego wzrokiem i zobaczyła  tłustą, białą pudliczkę  Mary, którą przebiegła 

pod oknem i ułożyła się przy kępie różowych goździków, piszcząc żałośnie.

– Jest głodna – wyjaśniła. – Ma na imię Annabel i jest na diecie.

– Zupełnie słusznie – odparł z uśmiechem. – Ale chyba kiepsko u niej z silną wolą, prawda?

– Nie najlepiej – zgodziła się Gina. – Annabel nie wie że należy cierpieć w milczeniu.

Spojrzała  na  swego  gościa,  który  nadal  obserwował  psa.  Sprawiał  wrażenie  tak 

zaintrygowanego,  że  ponownie  stłumiła  chęć,  żeby  opowiedzieć,  mu  o  Mary  i  Rogerze  i  ich 

ciągłym konflikcie dotyczącym karmienia Annabel.

– Mamy dużo zamówień na lato – powiedziała, ponownie studiując książkę rezerwacji. – Ale 

jest kilka pokoi wolnych na weekendy jeszcze w czerwcu i sporo możliwości jesienią, choć Boże 

Narodzenie jest już...

– Chodzi mi o całe lato – przerwał.

– Całe lato?

– Tak, jeśli jest tu tak wspaniale, jak wydaje się na pierwszy rzut oka.

Gina nerwowo kręciła pióro w palcach.

– Nie wiem, czy zdaje pan sobie sprawę, że nasze ceny są cokolwiek wyższe od tego, co się 

płaci, w okolicy.

–  Około  stu  pięćdziesięciu  dolarów  dziennie  –  zgodził  się  spokojnie.  –  Żona  miała 

reklamówkę hotelu i mam nadzieję, że nie jest zbyt stara. Czy ceny się zgadzają?

Skinęła  głową,  –  Są  spore  różnice  między  pokojami.  Niektóre  mniejsze  wynajmujemy  za 

poniżej  stu  dolarów  za  dobę,  ale  na  przykład  apartament  na  poddaszu  kosztuje  dwieście 

pięćdziesiąt.

– Dlaczego?

–  Ze  względu  na  rozmiar  i  wyposażenie.  Jest  tam  kominek  opalany  drewnem,  ogromne 

łóżko, duża łazienka z podwójną wanną i kryty balkon z widokiem na jezioro.

– To wygląda jak apartament dla nowożeńców.

– Często nim jest.

– A teraz jest zajęty?

– Mieszka w nim młoda para z Minnesoty. Wyjeżdżają we wtorek.

– Tak, to zapewne piękny apartament, ale chyba nie o to mi chodzi. A ten pokój , który pani 

tapetowała?

background image

–  To  złoty  pokój.  Ma  okna  z  szybkami  oprawionymi  w  ołów,  gazowy  kominek  i  nieduży 

balkon. Kosztuje sto siedemdziesiąt dolarów.

– A gdybym go wziął na dwa miesiące? Czy musiałbym zapłacić – zastanowił się chwilę –

dziesięć tysięcy dolarów?

– Oczywiście, że nie. Mogę panu zaoferować sporą zniżkę na długi pobyt. Wszyscy goście 

dostają śniadanie z trzech dań i podwieczorek w bibliotece.

Usiadł w fotelu wygodniej.

– Czy złoty pokój będzie wolny przez całe łato?

– Myślę, że da się to zrobić – odparła, starając się wyglądać obojętnie.

Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek jedna osoba wynajęła pokój na sześćdziesiąt dni. Pobyt w 

Edgewood  Manor  stanowił  dla  większości  gości  kosztowny luksus.  Dawał  możliwość  ucieczki 

od  rzeczywistości,  bycia  przez  kilka  dni  rozpieszczanym  przez  służbę  i  pławienia  się  w 

przepychu oraz elegancji minionej epoki.

Czasami podróżni przybywający z daleka, na przykład z Australii czy Japonii, zostawali na 

tydzień  lub  dłużej,  jeśli  szczególnie  interesował  ich  region  Okanagan,  lecz  rezerwacja  na  dwa 

miesiące była  czymś  niesłychanym. Będzie  musiała  zrobić parę  roszad i poprzesuwać gości do 

innych  pokojów.  Ale  nikt  nie  prosił  specjalnie  o  złoty  pokój,  więc  wszystko  powinno  być  w 

porządku.

Kiedy studiowała rezerwacje, Colton zaskoczył ją ponownie.

–  Powinienem  od  razu  powiedzieć,  że  będzie  mi  potrzebny  jeszcze  jeden  pokój,  –  Dwa 

pokoje? Na całe lato?

Spojrzała na niego ostro.

Siedział  w  fotelu  rozluźniony  i  znów  patrzył  w  okno.  Popołudniowe  słońce  łagodnie 

obramowywało złotem jego profil.

Poczuła rosnący gniew.

To musi być jakaś sztuczka. Może jest dziennikarzem, który chce napisać sensacyjny artykuł 

o zawyżaniu cen w miejscowościach letniskowych, nie mając najmniejszego pojęcia, ile kosztuje 

prowadzenie tak dużego domu.

–  Proszę  posłuchać  –  powiedziała  sztywno.  –  Jeśli  chce  pan  coś  udowodnić,  to  nie  jestem 

pewna, że pana rozumiem.

Odwrócił się zdziwiony.

– O czym pani mówi?

Złość  Giny  zmieniła  się  w  niepewność.  Jego  spojrzenie  było  jasne  i  uczciwe,  a  twarz 

pociągająca.

– Zazwyczaj nie mamy rezerwacji na tak długo – przyznała wreszcie. – Pobyt w Edgewood 

Manor  jest  dla  większości  ludzi  luksusem  na  weekend.  To  nie  jest  miejsce,  gdzie  goście 

zamawiają  pokój  na  całe  dwa  miesiące,  Ą  już  na  pewno  nie  dwa  pokoje  –  dodała,  patrząc  w 

background image

książkę, żeby uniknąć jego spojrzenia.

Colton  pochylił  się  do  przodu.  Teraz  wyglądał  na  zmęczonego,  twarz  mu  się  ściągnęła,  –

Rozumiem. , Ale to jest dozwolone? Wynajmie mi pani te pokoje?

– Po co panu dwa pokoje? – zapytała wprost.

– Moja córka także przyjedzie tu na lato. Ma czternaście lat.

Gina nadal czuła się zdenerwowana i niepewna. Nie potrafiła rozszyfrować tego człowieka, 

stwierdzić, czy jest szczery, czy też z nie znanego jej powodu gra.

Postanowiła zobaczyć, co  się stanie, Może istotnie  jest uczciwy, a, wynajęcie dwóch pokoi 

na całe lato z pewnością będzie dla niej korzystne.

–  Dobrze  –  powiedziała,  ponownie  sprawdzając  daty  rezerwacji.  –  Boję  się  tylko,  że  jest 

jeden  problem.  Prawdopodobnie  pan  i  córka  chcieliby  mieć  sąsiadujące  pokoje,  a  na  piętrze 

mamy tylko złoty i niebieski pokój i apartament, który jest dość duży i już zarezerwowany. – A 

niebieski pokój?

Potrząsnęła głową.

– Wiele par jest bardzo przywiązanych do niebieskiego pokoju. Jest już zajęty na weekendy 

do końca lata. Gdyby pana córka tam mieszkała, musiałaby się co chwila przenosić.

Colton pokręcił głową.

– Jak większość czternastolatek, Steffi podróżuje z dużym bagażem.

Gina ponownie sprawdziła książkę rezerwacji.

– Zaraz, czternaście lat... Może spodoba jej się pokój przy patio? Jest na parterze, ma szklane 

drzwi  wychodzące  na  taras.  Tuż  obok  jest  ścieżka  do  plaży. To  jeden  z  mniejszych i  tańszych 

pokoi. Tam widać drzwi.

Wskazała  boczne  skrzydło  domu.  Na  parterze,  za  obrośniętym  liśćmi  podwórkiem, 

znajdowały się drzwi z szybkami oprawionymi w ołów i ujętymi w mosiężne ramki, błyszczące 

jasno w słońcu.

Oczy Coltona zabłysły.

– Gzy mogę zobaczyć ten pokój ?

– Oczywiście.

Wstała i mszyła przodem, ponownie świadoma, że Alex idzie tuż za nią.

– Od tyłu jest bliżej – wyjaśniła, otwierając drzwi do szerokiego przejścia z podłogą z dębu.

Pachniało tu świeżo upieczonym chlebem.

– Co za niebiański zapach! – rzekł.

–  Mary  dziś  piecze.  Jest  gospodynią  i  kucharką.  Tu  jest  kuchnia  –  powiedziała,  kiedy 

przechodzili  przez  duże,  jasne  pomieszczenie  pełne  oszklonych  kredensów.  –  Goście  mogą 

wchodzić  i  odwiedzać  ją,  kiedy  pracuje.  Jest  wielkoduszną  jeśli  chodzi  o  dzielenie  się 

przepisami.

– Cieszę się, że ją poznam.

background image

Skinęła głową.

–  Przedstawię  pana  w  powrotnej  drodze.  Cześć,  Roger  –  dodała,  kiedy  dozorca  minął  ich, 

niosąc świeżo wyrzeźbioną sztachetkę i puszkę politury.

Roger uśmiechnął się ciepło do obojga.

–  Muszę  dobrać  kolor  –  oznajmił,  machając  sztachetką.  –  Zwykle,  próbuję  około  siedmiu 

razy, zanim się uda.

– To Roger Appleby – poinformowała Gina swego gościa, kiedy majster zniknął w holu. –

Dogląda tu wszystkiego. Poza tym pięknie gra na stuletniej wiolonczeli.

– Coraz bardziej mi się tu podoba – obwieścił Alex z uśmiechem.

Opuścili  dom  tylnymi  drzwiami  i  zeszli  po  szerokich  stopniach  na  podwórze,  Annabel 

dostrzegła ich i niezdarnie przebiegła przez trawnik, patrząc na ludzi z żałosnym błaganiem.

– Z bliska wydaje się jeszcze grubsza – zauważył Alex i pochylił się, żeby ją poklepać.

Gina przyglądała mu się.  Podobał jej się sposób,  w jaki głaskał psa. Jego  dłonie sprawiały 

wrażenie  silnych  i  delikatnych  zarazem.  Zdała  sobie  sprawę,  że  przypatruje  mu  się  zbyt 

natarczywie, więc prędko przeszła przez podwórze, kierując się w stronę ocienionego tarasu.

– Czy roślinność także jest autentycznie wiktoriańska? – zapytał.

–  W  większości.  Lady  Edgewood  sprowadziła  –  wiele  krzewów  ze  Szkocji.  Dobrze  się 

przyjęły w tym klimacie. Tam na zboczu nawet rośnie wrzos. Naturalnie dosadziłam trochę bylin, 

no  i  Mary  ma  duży  ogród,  który  dostarcza  w  lecie  większości  warzyw.  Sami  robimy  dżemy  i 

konfitury.

–  Zachwycające  –  wyznał  szczerze,  patrząc  na  lśniące  jezioro,  góry  o  błękitnym  odcieniu 

wznoszące się po obu stronach doliny i dachy Azure Bay w oddali. – Naprawdę jest tu pięknie. 

Myślę, że to będzie dla nas dobre lato.

Obserwowała  go,  uderzona  smutkiem  malującym  się  na  jego  twarzy.  Sprawia  wrażenie 

wyczerpanego, pomyślała ze współczuciem, mimo widocznej siły fizycznej .

– Byłam pewna – powiedziała, szukając w kieszeni szortów – że mam klucz. Co ja z nim...

Czuła  rosnące  zmieszanie,  widząc,  że  Alex  obserwuje,  jak  wyjmuje  zawartość  kieszeni  i 

układa sztuka po sztuce na kamiennym murku.

Były tam dwa kamienie, które znalazła tego ranka na plaży, kawałek krzemienia, który mógł 

być ostrzem strzały, i zwinięty drut, którego miała zamiar użyć przy drzwiach do szopy, zanim 

Roger założy zamek.

Klucza nadal nie było. Kontynuowała układanie zawartości kieszeni na murku, nie zwracając 

uwagi na rozbawione spojrzenie Alexa.

Los na loterię, którego nie miała jeszcze czasu sprawdzić, dwa piórka, przepis na ostry sos z 

brzoskwiń  zapisany  na  serwetce,  dwa  cukierki  w  złotej  folii,  malutki  plastikowy  Batman, 

scyzoryk w drewnianej oprawie, miniaturowy kompas.

– Kompas! – zawołał, biorąc go do ręki. – Działa?

background image

–  Oczywiście.  O,  jest  klucz!  –  powiedziała  z  ulgą,  wpychając  wszystkie  przedmioty  z 

powrotem do kieszeni.

– Dlaczego nosi pani przy sobie kompas?

– W lasach tutaj można się zgubić. Kompas się przydaje.

Oczy mu zabłysły.

–  Jest  pani  jak dziesięcioletni  chłopieć.  Kieszenie  pełne  skarbów.  Podoba  mi  się  to,  panno 

Mitchell.

Oddał  jej  kompas,  a  ona  włożyła  go  do  kieszeni,  starając  się  wyglądać  jak  prawdziwa 

szefowa  dobrze  prosperującego  interesu.  Ale  irytowało  ją,  że  zdołał  obejrzeć  wszystkie  jej 

skarby.

Postanowiła opróżnić kieszenie ze śmieci, jak tylko Alex Colton odjedzie i w przyszłości nie 

podnosić każdego interesującego drobiazgu, jaki zwróci jej uwagę.

– Czy pokój przy patio jest zajęty? Nie chciałbym nikomu przeszkadzać.

Potrząsnęła głową.

–  Przez  dwa  dni  były  tu  dwie  osoby.  Wyjechały  wczoraj  rano.  Skarżyły  się  Rogerowi,  że 

Annabel zbytnio hałasuje.

– Steffi ją pokocha – powiedział z przelotnym uśmiechem. – Chociaż – dodał – jest pewne 

niebezpieczeństwo, że będzie próbowała przemycać jej jedzenie.

– Och, mam nadzieję, że nie! – zawołała Gina, – otwierając drzwi. – Roger robi to ciągle i 

Mary się bardzo na niego gniewa.

– Myślę – powtórzył, wchodząc za nią do pokoju – że naprawdę będzie mi się tu podobało.

Pokój przy patio natychmiast go oczarował.  Miał wykuszowe okna i szafę w ścianie, obok 

była niewielka łazienka.

– Doskonały – zawyrokował. – Wezmę ten pokój i złoty, dobrze?

– Nie zapytał pan o cenę – zauważyła, prowadząc go z powrotem na podwórze.

– Jestem pewien, że będzie rozsądna. Zatrzymała się przy murku i popatrzyła na niego.

– Skąd ta pewność?

Usiadł na murku i uśmiechnął się do niej.

– Bo nosi pani w kieszeni piórka i kompas.

Zawahała się i poczuła niezręcznie.

– Proszę usiąść obok, panno Mitchell zaproponował, poklepując wygrzany słońcem kamień. 

– Mam jeszcze kilka pytań na temat hotelu.

– Gina – powiedziała automatycznie, siadając przy nim. – Jesteśmy tu wszyscy po imieniu.

– Gina – powtórzył. – A ja jestem Alex.

Wyciągnął rękę. Potrząsnęła nią, zadowolona z silnego uścisku jego dłoni.

– Miło mi cię poznać, Alex. Mam nadzieję, że będziesz zadowolony z pobytu w Edgewood 

Manor.

background image

–  Tak  –  powiedział,  odchylając  się  do  tyłu.  –  Ja  też  mam  taką  nadzieję.  Potrzeba  nam 

wakacji.

Zamknął  oczy,  wystawiając  twarz  ku  słońcu.  Spojrzała  na  niego  ukradkiem,  ponownie 

zaskoczona napięciem i wyrazem zmęczenia malującymi się na jego twarzy.

– Kiedy macie zamiar przyjechać? – zapytała.

– Pierwszego lipca, na początku długiego weekendu. Zamówię pokoje na lipiec i sierpień, ale 

Steffi może pojedzie odwiedzić koleżankę na początku lipca, na tydzień albo dwa, więc będzie tu 

po mnie.

– Rozumiem.

Zdziwiła się, że nie powiedział „po nas”. Może żona zostanie w domu i przyjedzie dopiero z 

córką? Jednak wydawało się dziwne, że chce przyjechać sam, przed rodziną.

–  Jak  wygląda  tu  dzień?  –  zapytał  i  pochylił  się,  żeby  znowu  pogłaskać  Annabel,  która 

przysiadła u ich stóp i obgryzała sobie łapę.

–  Nie  ma  żadnych  reguł.  Śniadanie  podajemy  o  ósmej  i  przez  cały  dzień  w  jadalni  stoją 

owoce  i  wypieki  Mary.  Podwieczorek  podajemy  w  bibliotece  około  czwartej.  Goście  mogą 

rozpalić kominek w salonie  albo w bibliotece i przebywać wszędzie poza miejscami wyłącznie 

dla personelu.

– Jak duży jest personel?

–  Na  ogół  jesteśmy  tu  we  trójkę,  Mary,  Roger  i  ja.  Ale  w  lipcu  i  sierpniu,  kiedy  jest 

największy nich, biorę do pomocy dwie Studentki.

– A co z wieczornym posiłkiem?

–  Personel  je  na  miejscu,  ale  nie  podajemy  kolacji  gościom.  Zwykle  chodzą  lub  jeżdżą  do 

miasta.  To  jakieś  pół  kilometra.  W  mieście  jest  kilka  restauracji,  w  tym  bardzo  dobra, 

specjalizująca  się  w  owocach  morza.  Jest  też  restauracja  chińska  i  pizzeria.  W  obu  można 

zamówić dania na wynos, jeśli ktoś woli zostać w domu.

– Świetnie.

Podniósł wzrok na obrośniętą winem fasadę w drugim skrzydle domostwa.

– Czy widać stąd pokój, który dziś tapetowałaś?

– Złoty pokój to ten balkon na piętrze pod oknem mansardowym.

Alex zmrużył oczy.

– Ach, tak. Czy na balkonie jest gdzieś gniazdko elektryczne?

– Nie, ale  jest tuż przy  drzwiach. Pamiętam,  bo  musiałam je  wyjąć,  żeby  położyć  tapetę  –

dodała.

– Dobrze. Jeśli będzie ładnie, pewnie będę pracował na balkonie przez większość czasu.

– Co to za praca? – zapytała.

– Komputer – odparł krótko.

Skinęła głową, nie wnikając w szczegóły. Najwyraźniej nie miał ochoty powiedzieć więcej.

background image

– Uczę ekonomii w prywatnym college’u koło Vancouveru – dodał ku jej zdziwieniu. – Chcę 

trochę popisać tego lata.

– Czy twoja żona i córka znajdą tu dosyć rozrywki przez cały dzień? – zastanowiła się. – W 

Azure  Bay  niewiele  się  dzieje,  ale  do  Kelowny  jest  niecałe  pół  godziny  drogi,  a  to  już  spore 

miasto letniskowe.

–  Steffi  lubi  być  na  powietrzu.  Lubi  dużo  chodzić  –  i  pływać  i  nieźle  fotografuje.  Nie 

interesują jej sklepy i wypożyczalnie wideo.

– Rozumiem... – Urwała, zastanawiając się, jak upłynie dwumiesięczny pobyt w Edgewood 

Manor komuś nie przyzwyczajonemu do wiejskiego trybu życia.

– A twoja żona? Czy jest.

– Moja żona nie żyje – oznajmił spokojnie.

– Przepraszam...

Kiedy zwróciła na niego wzrok, patrzył na jezioro. Twarz miał chłodna i zamkniętą.

– Myślałam... Byłam pewna, że te wakacje to pomysł twojej żony.

– W pewnym sensie tak – odparł, nadal patrząc na lśniącą, szmaragdową powierzchnię wody. 

– Moja żona umarła trzy miesiące temu po długiej chorobie. Przeglądając jej papiery, natrafiłem 

na broszurę o Edgewood Manor.

– Rozumiem.

–  To  żona  planowała  nasze  wakacje  –  ciągnął.  –  Ja  byłem  zawsze  zbyt  zajęty.  Poza  tym 

miała  talent  do  znajdowania  świetnych  miejsc  i  organizowania  wspaniałych,  niezwykłych 

wakacji. Więc kiedy znalazłem tę broszurę w jej biurku, pomyślałem, że to jakby wiadomość od 

niej. – Uśmiechnął się ze znużeniem. – I chyba znowu miała rację.

–  Mam  nadzieję  –  odparła  Gina  łagodnie  i  szczerze.  –  Mam  nadzieję,  że  oboje  z  córką 

będziecie się dobrze bawić.

– Steffi ma za sobą bardzo ciężki okres – wyznał.

– Naprawdę ciężki. Martwię się o nią.

Gina milczała, rozumiejąc, że z trudem przychodzi mu mówić o rodzinnym dramacie.

–  Jest  w  tym  wieku,  kiedy  dziewczynka  potrzebuje  matki  –  ciągnął  cicho.  –  Dla  Steffi  jej 

strata była straszna, a do tego jeszcze widziała, jak okropnie Janice cierpiała pod koniec...

Umilkł.

Spojrzała  na  niego  znowu.  Miała  ochotę  ująć  jego  dłoń  albo  objąć  go  i  uściskać  ze 

współczuciem. Ale trzymała ręce zaciśnięte na kolanach.

– Na co... chorowała twoja żona? – zapytała z wahaniem.

Wiedziała, że to wścibstwo, ale w Aleksie było coś, co kazało jej zadać to pytanie.

– Miała chorobę Huntingtona – odparł, nadal Wpatrując się w jezioro.

– Och – szepnęła ze współczuciem. – Naprawdę mi przykro.

Milczała przez chwilę, starając się przypomnieć sobie, co wie o tej chorobie.

background image

– Myślałam... – zaczęła. Zwrócił ku niej twarz.

– Tak?

– Miałam wrażenie, że choroba Huntingtona atakuje ludzi w starszym wieku.

– Na ogół tak,  ale  może  też zaatakować  po trzydziestce.  Wtedy u  mojej  żony pojawiły się 

pierwsze  objawy.  Dziesięć,  jedenaście  lat  temu.  Jej  ojciec  i  stryj  umarli  na  to  samo,  więc 

wiedziała, czego się spodziewać. Ale dzieci osób  cierpiących na Huntingtona mają pięćdziesiąt 

procent szansy, że nie zachorują.

– I dopóki nie pojawią się objawy...

– Ma się nadzieję – potwierdził gorzko. – Człowiek trzyma się nadziei do ostatniej minuty. 

Mówi  sobie,  że  drżenie  to  może  być  przemęczenie,  a  zawroty  głowy  to  skutek  jakiejś  alergii. 

Człowiek chwyta się najmniejszego źdźbła nadziei, jak długo się da.

–  Ale  czy  ostatnio  nie  opracowano  metody  wykrywania  tej  choroby?  Zdawało  mi  się,  że 

istnieje znacznik genetyczny. Można wszystko wyizolować i oznaczyć.

–  To  prawda  –  odrzekł,  patrząc  na  nią  ze  zdziwieniem.  –  Jesteś  bardzo  dobrze 

poinformowana.

– Oglądam telewizję i dużo czytam. Zawsze interesowała mnie nauka.

– Oczywiście – zgodził się z uśmiechem. – Można się tego domyślić, widząc,  co nosisz  w 

kieszeniach.

Uśmiechnęła się do niego.

–  Moja  matka  była  nauczycielką  chemii.  Kilka  lat  temu  przeszła  na  emeryturę.  Zachęcała 

mnie zawsze do poszukiwań.

– A ojciec?

Zesztywniała,  nie  mając  ochoty  na  rozmowę  o  sprawach  osobistych.  Ale  skoro  on 

opowiedział jej o swej tragedii rodzinnej, nieuprzejmie byłoby nie odpowiedzieć na to pytanie.

– Dużo podróżował, zajmował się sprzedażą. Kiedy miałam około jedenastu lat, wyjechał do 

Ontario i tam został. Matka wychowała nas sama.

– Nas?

–  Mam  siostrę,  młodszą  o  dziesięć  lat.  Mieszkają  obie  z  matką  w  Nowym  Brunszwiku. 

Przyjechałam tu prawie dwadzieścia lat temu, żeby pójść na studia, zakochałam się w tej części 

kraju i zostałam.

– Dlaczego zdecydowałaś się na studia tak daleko od domu?

– Mam ciotkę w Vancouverze. Mieszka niedaleko uniwersytetu. Taniej było mieszkać u niej 

niż w akademiku. Na uniwersytecie był naprawdę dobry wydział hotelarski, a ja zawsze chciałam 

się tym zajmować.

– Rozumiem.

Ponownie odchylił się do tyłu, wystawiając twarz do ciepłych promieni słońca.

background image

–  Co  do  twojego  pytania  na  temat  wykrywania  genów  choroby  –  powiedział  po  chwili 

milczenia – to moja żona nigdy nie chciała się poddać takim badaniom, mimo że stały się łatwo 

dostępne. Powiedziała, że nie chce żyć z wyrokiem śmierci wiszącym nad głową. Kiedy pojawiły 

się pierwsze objawy, choroba rozwijała się bardzo szybko, więc może miała rację.

Może,  pomyślała  Gina.  Ale  ona  dokonałaby  innego  wyboru.  Zawsze  wolała  wiedzieć,  z 

czym ma do czynienia, chciała konfrontacji z rzeczywistością twarzą w twarz, bez względu na to, 

jaka mogła być straszna. Pomyślała o córce Alexa. Czy poddano ją badaniom? Z pewnością...

Podniósł się nagle i zaczekał uprzejmie, aż Gina zrobi to samo.

– Dobijmy interesu – powiedział. – Chciałbym wrócić do Vancouveru przed nocą.

Weszła z nim z powrotem do hotelu. Czuła ulgę, że ich bolesna rozmowa dobiegła końca.

Ale kiedy przemierzali hol w towarzystwie Annabel i wstąpili do kuchni, żeby przywitać się 

z Mary, Gina z niepokojem zdała sobie sprawę, że już zaczyna liczyć dni do pierwszego lipca. 

background image

Rozdział 3

Roger wszedł do kuchni i poklepał ramię Giny, pracującej przy stoliku pod oknem.

Był późny wieczór. Słońce zachodziło za górami, rzucając długie liliowe cienie na podwórze, 

jezioro  lśniło  ognistymi  pomarańczowymi  błyskami.  Wieczór  był  ciepły,  pełen  głosów 

świerszczy i grania żab nad wodą.

– Co to jest? – zapytał.

Gina popatrzyła na kawałek drutu i złociste piórka w swym imadle.

– Żółta nimfa – odparła. – Taka, jak robiłam w zeszłym roku, ale z drobnymi ulepszeniami.

–  Te  żółte  nimfy  były  świetnymi  muszkami.  Pamiętasz  tego  wielkiego  pstrąga,  którego 

złowiłem?

– Jak mogłabym go zapomnieć? Od roku wspominasz o nim praktycznie codziennie.

– Jesteś zazdrosna – oznajmił pogodnie. – Powinniśmy się znów wybrać do Niedźwiedziego 

Potoku. Tej wiosny mało łowiliśmy ryb, a już jest prawie koniec czerwca.

Gina westchnęła, starannie skręcając sznurek.

– Zawsze jest tyle roboty.

– No cóż – stwierdził Roger, nalewając sobie kawy z dzbanka na stole – jeśli mamy czekać, 

aż nie będzie nic do roboty, to nigdy nie pojedziemy.

– To prawda – odparła Gina.

Przyjrzała  się  częściowo  zrobionej  przynęcie  na  ryby,  po  czym  zaczęła  szperać  w  pudelku 

pełnym kolorowych piórek, kawałków futra i szpulek nici.

– Myślę, że tej muszce dodam czułki – powiedziałaś – Coś, co się porusza.

– Czy nimfy mają czułki? – zapytał Roger.

Przeszedł  przez  kuchnię  do  dużego,  dębowego  stołu.  Światło  starej  zabytkowej  lampy 

odbijało się w jego łysinie okolonej cienkim pasmem srebrnych włosów.

–  A  co  za  różnica?  –  odparła  wesoło.  –  Nie  kwestionuj  gustów  artysty.  To  ja  zrobiłam 

muszkę, na którą złapałeś tego wielkiego pstrąga, pamiętasz?

Roger usiadł przy stole, mieszając kawę ze śmietanką.

– Pamiętam bardzo dobrze. A co do pracy, to kiedy przyjeżdża pan Colton z córką?

– W przyszłym tygodniu. Przynajmniej pokoje są zamówione od przyszłego tygodnia, ale on 

przyjedzie sam. Córka ma się pojawić tydzień czy dwa później.

–  Dziwne –  zauważył Roger  –  zamawiać  pokój  –  przy patio,  mimo  że  małej tu  nie  będzie 

może  nawet  przez  dwa  tygodnie.  Za  ponad  sto  dolarów  dziennie.  Czy  to  nie  wyrzucanie 

pieniędzy?

– Zdaje się, że pieniądze nie stanowią problemu dla pana Alexa Coltona.

– Nie przypuszczałem, że profesorowie uniwersyteccy mają takie dochody.

background image

– Ja też nie. Wiesz, wydawało się, że koszt jest mu najzupełniej obojętny. Był gotów zgodzić 

się na moje warunki. Prawdopodobnie mogłabym mu policzyć dwa razy drożej, a on przyjąłby to 

bez dyskusji.

Roger popijał kawę, patrząc przez okno na zachód słońca odbijający się w wodach jeziora.

– To z pewnością duży plus, że te pokoje są zamówione na całe lato. Żadnych ruchów. Mniej 

pracy dla ciebie.

– Może tak – odparła, obcinając kolorowy sznurek – a może nie.

Spojrzał na nią zdziwiony.

– Co masz na myśli?

– A jeśli się okażą okropnymi  gośćmi?  – powiedziała. – Co  będzie, jeśli  nie będziemy ich 

mogli znieść, tak jak Kimnerów w zeszłym roku, a zostaną przez całe lato?

Roger uśmiechnął się.

–  Pamiętasz,  jak  pani  Kimner  żądała  komputerowego  wydruku  zawartości  tłuszczu  i 

cholesterolu przy każdym śniadaniu?

– A jak pan Kimner kopnął Annabel i omal się nie pobili z Mary z tego powodu?

– A jak pozwalali tym swoim okropnym bachorom zjeżdżać po poręczy, wynosić hotelowe 

ręczniki i bawić się nimi w błocie?

– Czarująca rodzina, nie ma co – powiedziała Gina sucho. – Właśnie to miałam na myśli. –

Odłożyła drut i spojrzała na Rogera. –  Więc co będzie, jeśli ta dwójka jest równie okropna jak 

Kimnerowie? Nigdy nie mieliśmy gości przez całe dwa miesiące;

– Ja się  nie martwię – rzekł  spokojnie Roger.  –  Poznałem Alexa  Coltona i rozmawiałem z 

nim tego dnia, kiedy zamawiał pokoje. Robi wrażenie przyzwoitego faceta. Podobał mi się.

Gina milczała, bawiąc się obcęgami.

– Z opowiadania jego córka też się wydaje miła – ciągnął Roger. – Alex powiedział mi, że 

lubi  przebywać  na  powietrzu.  Pomyślałem  sobie  –  dodał  nieśmiało  –  że  może  będzie  chciała 

pojechać z nami na ryby. Czy nie byłoby miło wziąć ją ze sobą, Gino? Kogoś młodego i pełnego 

entuzjazmu?

Gina zastanowiła się, zaskoczona pomysłem.

– Nie jestem pewna – odparła w końcu. – Niewiele wiem o nastolatkach.

– Nie miałaś młodszej siostry?

–  Owszem,  ale  Claudia  jest  ode  mnie  młodsza  o  dziesięć  lat.  Miała  osiem  lat,  kiedy 

wyjechałam, i mało ją od tej pory widywałam. Podróże stąd do Maritimes są zbyt kosztowne.

– Jak dawno była u nas? Pięć czy sześć lat temu?

Gina zastanowiła się.

–  To  już  będzie  osiem.  Ta  podróż  to  był  mój  prezent  dla  niej  z  okazji  skończenia  szkoły, 

kiedy miała osiemnaście lat. Mój Boże! – westchnęła. – Trudno mi się pogodzić z tym, że lata tak 

uciekają.

background image

– Czy nadal ma kłopoty z nogą?

– Niewielkie. Prawie już nie utyka – odparła Gina i odwróciła się do okna. – Ale to były lata 

ciężkiej pracy i terapii.

– Co się właściwie stało? – zapytał Roger. – Chyba mi nigdy nie opowiedziałaś całej historii, 

Wiem tylko, że miała jakiś wypadek.

– Kiedy to się stało, byłam już od dwóch lat na zachodzie kraju. Claudia miała dziesięć lat. 

Mama  zdecydowała  się  zabrać  ją  na  wakacje  do  Nowej  Anglii.  Cały  dzień  prowadziła  i  była 

wyczerpana, ale chyba nie zdawała sobie sprawy, do jakiego stopnia. Zasnęła na autostradzie w 

Maine i wjechała pod ciężarówkę zaparkowana na poboczu.

Roger upił łyk kawy i słuchał ze współczuciem.

–  To  było  straszne  –  ciągnęła  Gina.  –  Mama  odniosła  tylko powierzchowne  obrażenia,  ale 

Claudia  miała  prawie  obciętą  prawą  nogę,  tuż  nad  kolanem.  Zabrano  ją  do  szpitala,  gdzie 

zastosowano  rozmaite  techniki  mikrochirurgii,  żeby  pozszywać  nerwy  i  ścięgna.  Zrobiono  też 

przeszczep kości.

– To wspaniałe, prawda? – powiedział Roger. – Ileż medycyna jest dziś w stanie zrobić.

– O tak, to wspaniałe – odparła ponuro. – Naprawdę wspaniałe.

– Gino? – spytał zaskoczony.

– Spojrzała mu w oczy, myśląc o koszmarze, jaki musiała przeżyć jej rodzina.

–  Moja matka  jest  roztargnionym profesorem.  I do  tego jest  osobą zupełnie  niepraktyczna. 

Przed wyjazdem nie pomyślała o wykupieniu ubezpieczenia dla siebie i Claudii.

– Mój Boże – szepnął. – Ile to kosztowało?

Gina przesunęła dłonią po czole.

– Niektórzy z chirurgów pracowali za darmo, poza tym przenieśliśmy Claudię do Maritimes, 

kiedy tylko była w stanie podróżować.  Ale wtedy rachunek już doszedł  do czterdziestu tysięcy 

dolarów.

– Twoja matka miała na to?

–  Matce  ledwo  starczało  na  życie  –  wyznała  Gina  ze  smutkiem.  –  Mało  brakowało,  a 

straciłaby  swój  mały  domek,  pracę  i  wszelką  możliwość  zarabiania  w  przyszłości,  tak  żeby 

sfinansować lata terapii, która była potrzebna Claudii.

– Więc co zrobiłyście? – Poradziłyśmy sobie.

Gina wpatrywała się w  jezioro. Słońce zupełnie  już znikło  za  górami i czarna, nieruchoma 

głębia jeziora zdawała się odbijać pustkę w jej sercu, bolesny smutek i tęsknotę, które jej nigdy 

nie opuszczały.

– Jakoś sobie poradziłyśmy. Kosztem... dużych poświęceń.

Roger przyglądał się Ginie przez chwilę w zamyśleniu.

– O ile pamiętam, twoja siostra to prawdziwa piękność – powiedział wreszcie.

background image

– Zdecydowanie – odparła, biorąc się w garść. – Jest bardzo podobna do naszej matki. Ja nie 

miałam szczęścia. Nie odziedziczyłam takich rudych włosów i brzoskwiniowokremowej cery.

– Jesteś piękna na swój sposób, Gino – oświadczył szarmancko. – Mimo że nie jesteś ruda.

Uśmiechnęła się do niego.

– A ty jesteś kochany. Patrzę na siebie realistycznie. Znam swoje mocne i słabe strony.

–  Nie  jestem  tego  pewien.  Nie  wiem,  czy  kiedykolwiek  byłaś  w  pełni  świadoma  swoich 

atutów.

Gina  potrząsnęła  głową.  Ona  i  Roger  byli  przyjaciółmi  od  prawie  dwunastu  lat  i  poza 

chwilami, kiedy się przekomarzali, na ogół unikali tego rodzaju osobistych rozmów.

–  Skoro  mowa  o  mocnych  i  słabych  stronach  –  powiedziała,  wyjmując  gotową  muszkę  z 

imadła i biorąc nowy kawałek drutu – czy kiedykolwiek żałowałeś, żeś się tu przeniósł? Czy nie 

brakuje ci biurka, funduszu reprezentacyjnego i mosiężnej tabliczki z nazwiskiem na drzwiach?

– Ani trochę. Mieszkam sam, mam sześćdziesiąt dwa lata. Dlaczego miałbym siedzieć cały 

dzień za biurkiem? Chcę spędzać dni w przyjemny sposób, bo inaczej jaki sens ma życie?

–  Ale  czy  naprawdę  jest  ci  tu  dobrze?  –  spytała  z  niepokojem.  –  Doglądanie  hotelu  i 

pilnowanie,  żeby  wszystko  funkcjonowało  jak  należy  –  czy  to  jest  dla  ciebie  wystarczające 

wyzwanie?

– Jestem w takim wieku, Gino, że nie chcę już – żadnego wyzwania. Chcę wygody. A moje 

życie jest teraz bardzo wygodne.

– To dobrze – powiedziała z ulgą. – Czasem się boję, żebyś się nie zaczął nudzić.

– Miałaś nie mówić takich rzeczy – przypomniał jej, po czym wstał i otworzył szafkę. – Co 

się stało z ciastem bananowym które Mary upiekła dziś rano?

– Goście zjedli je do ostatniego okruszka na podwieczorek.

– Trudno. A gdzie ona się właściwie podziewa?

–  Jest  na  próbie  chóru.  Zrobisz  się  gruby  jak  Annabel,  jeśli  będziesz  się  objadał  jej 

wypiekami – ostrzegła go, choć jego długa, kanciasta sylwetka wskazywała, że nie ma się czego 

obawiać.

Nagle umilkła i zmrużyła oczy. Tego wieczoru Roger był jakiś inny niż zazwyczaj.

– Co tu robisz o tej porze? – zapytała. – Zwykle nie przychodzisz po kolacji.

– Przyszedłem, bo coś mi było potrzebne.

– co?

– Narzędzia – odparł wymijająco.

– Do czego?

– Pracuję nad czymś.

– Przecież w domu nie masz nawet warsztatu. Myślałam, że wszystko robisz tutaj, w hotelu.

– Co to jest? – zapytał Roger łagodnie. – Inkwizycja? Nie wolno mi tu wpadać po godzinach, 

jeśli mam na to ochotę?

background image

– Oczywiście, że wolno – zaprotestowała – ale dziś wyglądasz inaczej.

– W jaki sposób?

– Nie wiem – odparła, przyglądając mu się uważnie. – Może jesteś inaczej uczesany...

Zachichotał.

– A ty, młoda damo, stajesz się coraz bardziej impertynencka.

Gina  uśmiechnęła  się  i  wróciła  do  pracy,  a  Roger  nalał  sobie  drugą  filiżankę  kawy.  Przez 

chwilę w kuchni panowała przyjazna cisza.

Spokój zakłócił odgłos zamykanych drzwi, hałaśliwe szczekanie i lekkie kroki w holu. Mary 

weszła do kuchni obładowana książkami. Annabel kręciła się u jej stóp, szczekając histerycznie.

– Na litość boską! – zawołał Roger. – Nakarm to zwierzę. Jest jeszcze bardziej nieznośna niż 

zwykle.

Mary  położyła  książki  na  stole  i  spojrzała  na  niego  spokojnie,  a  potem  z  dezaprobatą 

pociągnęła nosem i odwróciła się. Gina uśmiechnęła się do siebie.

– Jak poszła próba? – zapytała.

– Była nadzwyczaj ekscytująca.

Mary  przeszła  przez  kuchnię  i  wyjęła  ż  szafki  puszkę  jedzenia  dla  psów.  Otworzyła  ją  i 

spokojnie  odmierzyła  porcję,  podczas  gdy  Annabel  skręcała  się  na  podłodze  w  mękach 

oczekiwania.

– Próba chóru była nadzwyczaj ekscytująca? – zdziwił się Roger.

Mary  umyła  ręce  przy  zlewie  i  mówiła  dalej  do  Giny,  tak  jakby  Roger  w  ogóle  się  nie 

odzywał.

– Pan Bedlow powierzył solową partię sopranową Marianne Turner.

Gina wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.

– Żartujesz. Mimo że wszyscy wiedzą?

– O czym wszyscy wiedzą? – dopytywał się Roger, patrząc ze zdumieniem, jak Mary stawia 

miskę Annabel na podłodze, a suka rzuca się na nią, jakby od tygodni nic nie jadła.

– O panu Bedlow i Marianne Turner – wyjaśniła Gina.

– A o co chodzi?

– Och, Roger – mruknęła Gina. – Jakim cudem ominęła cię taka smakowita plotka?

Jego zdumienie było niemal komiczne.

– Stary, zasuszony Cecil Bedlow i ta pulchna, młoda nauczycielka? Są na ich temat plotki?

Mary zapomniała, że z nim nie rozmawia.

– Jeszcze jakie – oznajmiła, zawiązując fartuch, po czym zaczęła otwierać szafki i wyjmować 

z nich składniki na naleśniki z owocami, które miały być podane nazajutrz.

– Czy Marianne była zmieszana? – zapytała Gina.

– Chyba tak. Cokolwiek by się działo, moim zdaniem on jest bardziej zaangażowany niż ona. 

Myślę, że biedna Marianne nie bardzo wie, co z nim począć.

background image

–  Jesteś  zawsze  taka  wielkoduszna,  Mary  –  stwierdził  Roger.  –  Inne  kobiety  na  pewno 

byłyby złośliwe w tej kwestii.

Mary zignorowała komplement.

–  Więc  niewiele  dziś  zrobiliśmy  –  dokończyła  –  pozą  pierwszymi  taktami  „Alleluja”.  W 

przyszły weekend śpiewamy to na pikniku w Dniu Kanady.

– Ależ oczywiście – powiedział uroczyście Roger.

– To porywająca pieśń piknikowa. Haendel dobrze pasuje do pieczonych kurcząt i wyścigów 

w workach dla dzieci.

Mary spojrzała na niego surowo.

–  To  dobrze,  bo  twój  zespół  kameralny  ma  grać  elżbietańskie  madrygały  na  scenie  przy 

namiocie z hamburgerami.

– Elżbietańskie madrygały?! – zawołał przestraszony. Żartujesz.

– Proszę, są tu w programie, obok tańców góralskich w wykonaniu dzieci.

Roger schował się za kubkiem kawy.

– To miasto jest zwariowane – skonstatował smutno. – Zupełnie szalone.

– Och, daj spokój – powiedziała Gina.

Podeszła  do  stołu,  żeby  sobie  nalać  kawę,  zatrzymując  się  po  drodze  i  całując  Rogera  w 

czubek lśniącej łysiny.

– Przecież lubisz tu  być.  I co  roku świetnie się bawisz  na pikniku, niezależnie  od  tego,  ile 

narzekasz i się wyśmiewasz.

– Mój Boże...

Mary Znieruchomiała z sitem do przesiewania mąki w ręku.

– Byłabym zapomniała – powiedziała, patrząc na Ginę. – Próba chóru to nie wszystko, co się 

dziś wydarzyło.

Gina zaniosła kubek z kawą do swego stołu i zabrała się do robienia kolejnej żółtej nimfy.

– Co jeszcze się stało, Mary?

– Jak ta kobieta wytrzymuje? – zapytał Roger uśmiechając się. – Przy takiej dawce dramatu i 

ekscytacji?

Przewrócił oczami w kierunku Giny, aż zachichotała. Nie zrażona jego żartami Mary zaczęła 

mieszać ciasto na naleśniki w dużej, niebieskiej , emaliowanej misce.

– Poszłam do biblioteki – powtórzyła – i wybrałam sobie dużo książek. Wzięłam też nowe 

książki  o  ogrodnictwie  i  o  odnawianiu  mebli  dla  ciebie,  Gino.  Może  będziesz  miała  czas  je 

przeczytać.

– A ja? – zapytał Roger. – Czy wzięłaś coś dla mnie?

–  Dwie  biografie  polityczne  i  kryminał  –  odpowiedziała  spokojnie  Mary.  –  Choć  pewnie 

szkoda mojego zachodu, bo jesteś ostatnio bardzo zajęty.

background image

Zdanie  to  brzmiało  niewinnie,  ale  Ginę  zaskoczył  ton  głosu  Mary  i  wyraźne  zażenowanie 

Rogera.

Nagle  atmosfera  w  kuchni  zrobiła  się  napięta.  Zmieszana  Gina  patrzyła  to  na  jedno,  to  na 

drugie. Już miała zapytać, o co chodzi, kiedy Mary podjęła swą opowieść.

–  Pamiętasz,  jak  przyprowadziłaś  tego  pana  do  kuchni  i  przedstawiłaś  mi  go?  Tego,  który 

przyjeżdża z córką na całe lato?

Gina skinęła głową.

– Alex Colton. Przyjeżdża za kilka dni.

– A pamiętasz, jak ci powiedziałam po jego wyjeździe – ciągnęła Mary, dolewając mleka do 

ciasta  –  że  jestem  absolutnie  pewna,  że  go  gdzieś  widziałam,  a  ty  powiedziałaś,  że  chyba  się 

mylę, bo nigdy przedtem tu nie był?

Gina przytaknęła, zaskoczona.

– Pamiętam. Dlaczego?

– Miałam rację – oznajmiła Mary, przerzucając stos książek i magazynów.

Gina wzięła swój kubek, podeszła do stołu i usiadła obok Rogera.

Mary otworzyła ostatnie wydanie gazety i położyła je przed nimi na stole.

– Widzicie? – spytała z triumfem.

Gina patrzyła na gazetę ze zdumieniem. Fotografia Alexa Coltona widniała przed felietonem 

na  stronie  poświęconej  finansom.  Przyglądała  się  zdjęciu  i  ponownie  zrobiła  na  niej  wrażenie 

pociągająca, męska powierzchowność Alexa i przekorne połączenie zmysłowości i ascetyzmu w 

jego twarzy.

– Do licha! – zawołał Roger. – Alex Colton jest felietonistą? Myślałem, że jest profesorem.

– Nie jest byle jakim felietonistą. To Alexander Waring:

Mary, zwykle pełna rezerwy, wyraźnie cieszyła się sensacją! jaką wywołała.

–  Pisze  felietony  o  inwestycjach  i  osobistych  finansach  –  powiedziała  Ginie.  –  Roger  i  ja 

zawsze  go  czytamy. Jego  felietony są drukowane w wielu dużych gazetach, ale nigdy nie było 

zdjęcia. W bibliotece mają też kilka jego książek.

Roger pochylił się nad gazetą.

–  Do  licha  –  powtórzył  –  Alexander  Waring.  –  Mam  w  domu  dwie  jego  książki. 

Fantastycznie zna się na pieniądzach. – Pokręcił głową ze zdumieniem. – I pomyśleć, że z nim 

rozmawiałem o stolarce i grze na wiolonczeli i nawet nie wiedziałem, że to on.

–  Nie  wiem  o  wielkich  finansach  tyle,  co  wy  oboje  –  stwierdziła  Gina,  biorąc  gazetę  i 

przyglądając się zdjęciu. – Czy jest naprawdę dobry?

–  Jest  jednym  z  najlepszych  –  odparł  Roger.  –  Jego  książki  udzielają  zwykłym  ludziom 

rzeczowych rad na temat inwestowania i zarządzania pieniędzmi. A czasem – dodał z uśmiechem 

– są naprawdę zabawne. Ten człowiek musi mieć wielkie poczucie humoru.

background image

–  Czy  mogę  pożyczyć  którąś  z  jego  książek?  –  zapytała  Gina.  –  Chyba  czas,  żebym  się 

czegoś  dowiedziała  o  zarządzaniu  pieniędzmi  –  dokończyła  nieporadnie,  kiedy  Mary  i  Roger 

popatrzyli na nią ze zdumieniem.

W oczach Rogera zapaliły się przekorne błyski.

– Tylko tego chcesz się dowiedzieć?

–  Oczywiście  –  odparła.  –  Właśnie  sobie  przypomniałam,  jak  powiedział,  że  będzie  pisał 

tego lata. Pytał, czy na balkonie złotego pokoju jest gniazdko, żeby włączyć komputer.

–  Chyba  musi  pisać  podczas  wakacji  –  zauważyła  Mary.  –  Nie  bardzo  może  wziąć  dwa 

miesiące wolnego. Mnóstwo ludzi czyta jego felietony.

– Naprawdę? Myślisz, że będzie tu pisał felietony?

–  zapytała  Gina  podekscytowana.  –  Może  wspomni  o  hotelu?  Zwrócenie  na  nas  uwagi 

byłoby korzystne dla interesu.

– Grunt, żeby napisał, jak tu dobrze karmią – zauważyła Mary ze stoickim spokojem, – I nie 

poświęcał  całego  felietonu  nieznośnym  zwierzętom  –  dodał  Roger,  patrząc  na  Annabel,  którą 

opróżniła miskę i teraz stukała nią głośno ó podłogę, usiłując bez skutku znaleźć coś do jedzenia 

na jej bokach i dnie.

Mary spiorunowała go wzrokiem.

–  Większość  ludzi  –  stwierdziła  lodowato  –  ma  coś  lepszego  do  roboty,  niż  siedzieć  i 

pomstować na bezbronne zwierzęta.

– Ach, tak. Sygnał do odejścia.

Roger wstał,  uśmiechnął  się do  obu  kobiet  i opuścił  kuchnię.  Usłyszały  odgłos  zapalanego 

silnika, a potem samochodu jadącego drogą wzdłuż jeziora.

– Nie  jedzie  do  domu  –  zauważyła  Gina,  wychylając  się  przez  okno.  –  Widać  jedzie  do 

miasta.

Usiadła ponownie przy swoim stoliku, ostrożnie kładąc gazetę obok pudełka z narzędziami. 

Mary mocnymi ruchami mieszała ciasto na naleśniki.

– Mary? – zwróciła się do niej Gina.

– Co?

Mary  pochyliła  się,  żeby  zabrać  miskę  Annabel.  Pudliczka  usiadła  na  tłustym  zadku, 

obserwując swą panią z komicznym wyrazem zgrozy.

– Czy zauważyłaś, że Roger był dziś wieczorem jakiś inny?

– Oczywiście – odparła Mary krótko.

– Na czym to polegało?

– Był wystrojony. Miał na sobie prawie najlepsze spodnie, szare sztruksowe, i nowy sweter, 

który mu podarowałam na Gwiazdkę.

– Masz rację –  stwierdziła Gina, odkładając obcęgi.  –  Pamiętam, jak dostał  ten sweter, ale 

chyba go nigdy w nim nie widziałam.

background image

Mary mruknęła coś pod nosem do psa, po czym wróciła do pracy.

– Dlaczego się tak wystroił? – spytała Gina. – W zwykły sobotni wieczór? Zespół kameralny 

dziś nie gra. Zawsze mi mówi, kiedy mają koncert, na wypadek, gdybym chciała pójść.

– Och, to w żadnym razie nie jest koncert – powiedziała Mary.

Gina wstała zaintrygowana.

– Mary, proszę, powiedz mi, co się dzieje.

– Nic ważnego. Po prostu Roger ma przyjaciółkę.

– Żartujesz! – Gina ze zdumieniem patrzyła na gospodynię. – Jak to się dzieje, że Roger ma 

przyjaciółkę, a ja nic o tym nie wiem?

Mary milczała. Przelała ciasto z miski do dzbanka i wstawiła do jednej z dwóch ogromnych 

lodówek stojących pod ściana.

– Słuchaj – nie ustępowała Gina. – Mówisz serio? Roger ma przyjaciółkę?

Mary nalała sobie kubek kawy i zmęczona usiadła przy stole.

– O tak – powiedziała. – Mówię całkiem serio.

– Nie domyślam się, kto to może być – ciągnęła Gina. – Nie sądzę, żeby w mieście był ktoś, 

kto  byłby  wolny.  Chociaż  –  dodała  –  jak  się  pomyśli  o  Cecilu  Bedlow  i  Marianne  Turner, 

wszystko jest możliwe.

– To nie jest nikt z miasta – odparła Mary, pochylając się, żeby pogłaskać Annabel. – To ktoś 

obcy. Mieszka w motelu Freda, koło winiarni.

– A jak Roger ją poznał?

– Podobno przyszła na koncert kameralny i zaczęła z nim rozmawiać. Od tego czasu Roger ją 

zaprasza na kawę i przejażdżki.

– Dlaczego nikt mi nigdy nic nie mówi? – spytała Gina z pretensją w głosie.

Mary wzruszyła ramionami.

– Początkowo myślałam, że to nic poważnego. Podobno ta kobieta ma udziały w winiarni i 

chciała zobaczyć, jak wyglądają jej inwestycje. Przynajmniej tak mówi Fred.

– Pewnie wie, co mówi; W końcu to on prowadzi motel.

– Fred nie jest zbyt bystry – stwierdziła Mary ze smutkiem – chociaż to mój kuzyn.

– Od jak dawna ta kobieta mieszka w motelu?

– Mniej więcej dwa tygodnie.

– Poznałaś ją, Mary?

– Annabel, przestań skomleć! – Gospodyni zwróciła się do psa niezwykle ostro. – Przestań w 

tej chwili!

Pudliczka wyszła do holu, rzucając swej pani pełne goryczy spojrzenie.

– Mary? – nalegała Gina.

–  Tak  –  odparła,  masując  sobie  kark i  wzdychając  –  ze  zmęczeniem.  –  Poznałam  ją.  Była 

wczoraj  w  aptece  i  Maybelle  nas  sobie  przedstawiła.  Wiedziałam,  że  interesuje  się  Rogerem, 

background image

więc jej się dobrze przyjrzałam.

– Jak się nazywa?

– Lacey Franks.

– A ile ma lat?

–  Pewnie  z  pięćdziesiąt,  ale  wygląda  o  dziesięć  lat  młodziej.  Farbowane  włosy,  jaskrawe 

ubranie i dużo makijażu, ale starannego.

Gina umocowała kolejna muszkę w imadle i milcząc, wzięła obcęgi.

–  Ma  styl  –  oświadczyła  Mary,  patrząc  smutnie  na  swą  bawełniana  sukienkę  i  brązowy 

sweter. – I ubiera się tak, żeby pokazać figurę. Wczoraj, kiedy Maybelle nas sobie przedstawiała, 

była  ubrana  w  żółtą  sukienkę,  a  na  ramiona  miała  narzucony  sweter  tak  jak  w  reklamach 

telewizyjnych.

Gina pokręciła głową ze zdumieniem.

– I nasz Roger się nią interesuje? Umówił się z nią na randkę?

– Kilka razy – odparła Mary ponuro. – Maybelle opowiadała, że widziała ich w restauracji. 

Jedli homara, trzymali się za ręce i śmiali jak para nastolatków.

– Do licha – powiedziała Gina, ucieszona tym opisem – czyż to nie miłe?

Mary przykryła miskę plastikiem.

– Gdzie mieszka ta Lacey Franks? – zapytała Gina.

– Czy miejscowa plotka mówi coś na ten temat?

– Tylko tyle, że jest bogata, a jej adres domowy to gdzieś w zachodnim Vancouverze.

– To dość elegancka część miasta, prawda?

– Nie mam pojęcia – odparła Mary. – Naprawdę nie mam pojęcia.

Wstała, zdjęła fartuch i powiesiła go w spiżarni. Cicho mówiąc dobranoc, wyszła z kuchni, 

pozostawiając Ginę siedzącą przy oknie i patrzącą w zamyśleniu w ciemność.

Alex  Colton także patrzył  w ciemność przez okno  swego gabinetu. Ognista  pomarańczowa 

kula słońca zniknęła za horyzontem i światło szybko zgasło nad zatoką Angielską.

Wstał i zaczął chodzić niespokojnie po niedużym pokoju, biorąc do ręki papiery i odkładając 

je,  szukając  na  półce  książki,  którą  mógłby  później  zabrać  do  sypialni.  Ale  niego  nie 

zainteresowało.

–  Boże,  jak  mi  potrzeba  wakacji  –  szepnął,  wracając  do  okna.  –  Albo  chociaż  zmiany 

otoczenia.

Pomyślał o obrośniętym winem domostwie w Okanagan i świeżo wytapetowanym pokoju, w 

którym  wkrótce  zamieszka.  Było  to  niezwykle  pociągające  miejsce,  szczególnie  z  powodu 

staroświeckiej  elegancji  tak  dobrze  pasującej  do  spokojnego,  sennego  ciepła  i  wiejskiego 

położenia.

background image

Dziwne, myślał, że Janice nigdy o tym hotelu nie wspomniała. Najwyraźniej dowiedziała się 

o  nim  przed  laty  i  odłożyła  broszurę,  czekając,  aż  będą  mogli  tam  pojechać  na  wakacje  całą 

rodzina.

Ale przez ostatnie dwa lata była zbyt chora, żeby dokądkolwiek jeździć. I w ostatnich latach 

życia nie pamiętała już nawet imienia swego męża ani twarzy córki, a cóż dopiero adresu hotelu.

Alex  patrzył  nie  widzącym  wzrokiem  w  okno,  na  ciemna  wodę  ze  srebrnymi  refleksami, 

starając  się  odpędzić  obraz  wykrzywionej  twarzy  Janice,  jej  ciała  wyniszczonego  chorobą  tak 

brutalna,  że  pod  koniec  zburzyła  resztki  godności  czy  opanowania.  Z  niepokojem  uprzytomnił 

sobie, że nie pamięta, jak żona wyglądała przedtem. Wziął  z biurka fotografię i wpatrzył się w 

uśmiechniętą twarz w złotej ramce.

Janice była szczupłą blondynką o delikatnej, niemal anielskiej urodzie, nie pasującej do jej 

zdecydowanej natury. Kiedy się pobrali lata temu, był zaskoczony, odkrywając jej siłę i upór.

Ale  nawet  ta  siła  nie  mogła  pokonać  choroby,  kryjącej  się  w  jej  ciele,  czekającej,  żeby  ją 

zabrać.

Potrząsnął  smętnie  głową,  patrząc,  jak  ostatnie  promienie  dnia  znikają  za  horyzontem  i 

pierwsze gwiazdy lśnią nad Wodą zatoki.. Jego myśli powróciły do starego hotelu nad jeziorem i 

młodej  kobiety,  jego  właścicielki.  Ostatnio  zaprzątała  jego  umysł  bardziej,  niż  byłby  gotów 

przyznać.

Powoli zagłębił się w fotelu przy oknie  i pozwolił  sobie  odtworzyć w myślach twarz Giny 

Mitchell. Podobała mu się jej otwartość i szczerość, proste brwi i spokojne piwne oczy, piegi i 

krótko obcięte gęste, ciemne włosy. Podobało mu się nawet jej chłopięce, wysportowane ciało.

Uśmiechnął  się,  przypominając  sobie,  jak  opróżniła  kieszenie  i  starannie  ułożyła  ich 

zawartość  na  murku.  W  tej  chwili  był  nią  całkowicie  oczarowany.  Chciał  wyciągnąć  rękę  i 

dotknąć jej nagiego ramienia, zburzyć jej włosy, a może...

Gwałtownie potrząsnął głową i jego uśmiech przygasł.

To niezbyt piękna myśl u kogoś, czyja żona nie żyje od niewiele ponad trzech miesięcy.

Ale  Janice  była  dla  niego  stracona  od  bardzo,  bardzo  dawna.  Kiedy  objawy  stały  się  zbyt 

oczywiste,  żeby je  zignorować i wreszcie  pozwoliła  się zbadać,  sama  diagnoza byłą wyrokiem 

śmierci. Wiedzieli o tym oboje. Lecz zanim zabrała ją śmierć, choroba ciągnęła się rozpaczliwie i 

boleśnie  zarówno  pod  względem  fizycznym,  jak  i  psychicznym,  wysysając  z  nich  trojga 

wszystkie siły.

Przez ostatnie trzy lata Alex i jego żona nie mieli z sobą kontaktu fizycznego poza opieką i 

pociechą, jaką czasem mógł jej dać, trzymając ją w ramionach. Pod koniec nawet jego dotyk stał 

się dla niej zbyt bolesny.

Nie  lubił  rozmyślać  o  swym  cierpieniu;  wiedział,  że  jego  córka  przeszła  o  wiele  więcej. 

Młodziutka dziewczyna właśnie wchodząca w kobiecość była świadkiem, jak matka traci urodę i 

siłę, uzależniając się całkowicie od innych. Widziała, jak ginie piękne ciało i sprawny umysł i z 

background image

czasem zrozumiała, że nikt, nawet ojciec, nie ochroni jej przed tą okropnością.

On i Steffi byli kiedyś bardzo blisko. Alex martwił się rozpaczliwie chmurnym milczeniem 

córki  i  jej  pogłębiającym  się  zamknięciem  w  sobie.  Bez  względu  na  to,  co  robił,  zdawała  się 

uciekać z każdym dniem coraz dalej i dalej, w miejsce, gdzie nie mógł jej towarzyszyć..

Odsunął  smutne  myśli  i  wrócił  do  komputera,  zmuszając  się  do  kilku  godzin  pracy  nad 

ostatnim felietonem przed wyjazdem do Azure Bay.

Wreszcie,  kiedy  był  już  tak  zmęczony,  że  ekran  zamazywał  mu  się  przed  oczami,  wstał  i 

zaciągnął firanki w ciemnym oknie. Poszedł do kuchni zrobić kawę i wziąć sobie coś do jedzenia 

z tego, co przygotowała i zostawiła w lodówce jego gospodyni. Potem sprzątnął ze stołu i wszedł 

na górę, zatrzymując się w korytarzu przed zamkniętymi drzwiami.

– Steffi? – zawołał cicho. – Nie śpisz?

Cisza. Po chwili popchnął drzwi, wszedł do środka i stanął nad łóżkiem swojej córki. Miała 

na  sobie  długą  nocna  koszulę  i  głęboko  spała.  Jej  usta  były  rozchylone,  a  dłonie  zwinięte  pod 

brodą jak u małego dziecka. Była zalana miękkim, różowym światłem nocnej lampki w kształcie 

pąka róży, którą miała w pokoju od czasów dzieciństwa.

Alex  uśmiechnął  się  do  delikatnie  rzeźbionych  płatków.  Mniej  więcej  co  roku  Steffi 

oznajmiała,  że  jest  już  na  tyle  duża,  że  może  spać  bez  światła.  Ale  po  kilku  dniach  pąk  róży 

pojawiał się znowu i nikt tego nie komentował aż do następnej próby.

Dziś drogie mu były wszystkie drobne nawyki z jej dzieciństwa. Pomagały mu wierzyć, że 

nie utracił jej całkowicie. W wieku czternastu lat jego córka miała twarz i ciało prawie kobiety. 

Tylko kiedy spała tak jak teraz, widział ślady rozkosznej dziewczynki, którą była kiedyś.

Niektórzy  uważali,  że  decydowanie  się  na  dziecko  przy  chorobie  Janice  jest  brakiem 

odpowiedzialności, ale ci ludzie nie znali prawdy o przyjściu Steffi na świat.

Ścisnęło mu się gardło, kiedy sobie przypomniał, jak ubóstwiał to rudowłose dziecko, które 

przed laty przywieźli ze szpitala do domu. Jakim cudem była dla niego i dla jego żony. Ich życie 

się odmieniło. Rosnące napięcie między nim i Janice prawie zniknęło i przyszły szczęśliwe lata, 

pełne słońca i śmiechu, kiedy pochłaniało ich rosnące dziecko, które oboje tak bardzo kochali.

Kilka lat raju, pomyślał ponuro, a po nich lata absolutnego piekła. Życie w brutalny sposób 

równoważyło jedno drugim.

On sam był w stanie to znieść, ale nie do zniesienia było to, przez co musiała przejść Steffi, 

która niczym nie zasłużyła na  cierpienie, jakie spadło na ich rodzinę.  W miarę jak rosła,  Steffi 

była  czystą  rozkoszą,  promykiem  słońca.  Jak  bardzo  tęsknił  teraz  za  tą  pogodna,  kochającą 

dziewczynką.

Była już tak wysoka jak  matka, z  kobiecą figurą  i  pochmurnym,  wrogim  wyrazem  twarzy, 

który  go  mroził.  Jej  usta,  dokładnie  takie  jak  jego,  były  zwykle  zaciśnięte  w  surową  linię. 

Uśmiechała  się  rzadko.  Nie  bardzo  wiedział,  co  mówić do  tej  pięknej  nieznajomej,  jak przejść 

przez jej gniew i ból i dotrzeć do tego dziecka, które wciąż w niej żyło.

background image

Delikatnie odgarnął pasmo włosów z jej twarzy i poprawił koc. Spostrzegł, że Steffi zasnęła, 

tuląc do Siebie starego, szmacianego króliczka.

Ulubiona  pluszowa  zabawka  była  kiedyś  miękkim,  różowym  zwierzątkiem  w  żółtej 

aksamitnej  kamizelce,  z  pyszczkiem  o  wesołym  wyrazie.  Lata  miłości  wytarły  plusz,  a  długie 

uszy sflaczały i opadły.

O  ile  wiedział,  Steffi  od  ośmiu  czy  dziewięciu  lat  nie  sypiała  z  królikiem.  Teraz  widok 

zabawki w jej objęciach był niemal nie do zniesienia.

Jak bardzo się musi czuć samotna i smutna!

Gdyby tylko z nim rozmawiała... Niechby chociaż krzyczała na niego! Może wtedy zaczęliby 

pokonywać ten ponury mur milczenia i stali się znowu rodzina. Ale Steffi była zimna i daleka. Po 

szkole  i  w  weekendy  chodziła  sama  na  długie  spacery,  godzinami  łowiła  ryby  w  zatoczce, 

wędrowała po lesie albo siedziała w swoim pokoju z książką.

Chyba się cieszy na pierwsze dwa tygodnie wakacji, które ma spędzić z Angela Sanders i jej 

rodzicami na dawno zaplanowanej wycieczce do Disneylandu.

Z tego,  co  wiedział, jego córka  miała  obecnie równie  mało do  czynienia  z  przyjaciółmi  ze 

szkoły  co  z  nim.  Kiedyś  Steffi  była  rozmownym,  towarzyskim  dzieckiem,  ale  teraz  zazwyczaj 

wolała być sama. Może dwa tygodnie z przyjaciółką dobrze jej zrobią, choć pragnął ją mieć przy 

sobie w Edgewood Manor.

Wróci z Kalifornii po dwóch tygodniach i spędzą razem resztę lata.

Znów  pomyślał  o  starym  hotelu  nad  brzegiem  jeziora  Okanagan.  Miał  nadzieję,  że  spokój 

tego ślicznego starego domu i jego piękne położenie dokonają cudu, że gdzieś wśród wygrzanych 

słońcem murów Edgewood Manor spełnią się czary, które przywrócą mu córkę.

background image

Rozdział 4

– Dlaczego tak ciągle patrzysz na drogę?

– Na jaką drogę? – zapytała Gina, buszując wśród truskawek. – Zobacz, jaka wielka.

Podniosła truskawkę,  żeby Roger  mógł ją obejrzeć.  Skinął  głową,  opierając  się na  motyce. 

Stał w słońcu obok zagonu kartofli. – A ile dróg tu prowadzi?

– Kiedy ostatni raz patrzyłam, była jedna – mruknęła Gina.

– Od tej pory minęły mniej więcej cztery sekundy.

Gina przysiadła na piętach i spojrzała surowo na przyjaciela.

– Roger, przestań mi dokuczać na temat tego człowieka, bo...

– Bo co?

– Bo cię zdzielę łopatą – odparła wesoło.

Roger wzniósł oczy do nieba i skierował motykę na chwasty przy płocie, – Albo się martwi i 

niepokoi, że odejdę, albo mi grozi. Kobiety trudno jest zrozumieć.

Gina posuwała się wzdłuż grządki, zrywając dorodne truskawki spod ciemnozielonych liści.

– Mary mówiła, że ostatnio dużo się dowiedziałeś o kobietach – zauważyła mimochodem.

Roger stęknął i zdjął czapkę baseballową, żeby się podrapać w głowę.

– A skąd niby Mary miałaby wiedzieć? Jak nie pracuje w kuchni, jest na próbie chóru albo w 

bibliotece.

– Mary dużo wie.

Gina wstała i przeniosła plastikowe wiadro do następnego rządka truskawek. – Roger...

– Tak?

– Dlaczego mi nic nie powiedziałeś o swojej nowej przyjaciółce? Przecież wiesz, że mnie to 

interesuje. Chciałabym ją poznać.

– O jakiej przyjaciółce? – zapytał, pilnie usuwając motyką chwasty.

– Wiesz, o jakiej – odparła, klękając i zabierając się do zrywania truskawek. – Lacey Franks. 

Pani z miasta, która mieszka w motelu Freda. Podobno dość dobrze się poznaliście.

Roger wyprostował swe szczupłe ciało i oparł podbródek na trzonku motyki, patrząc ponuro 

na jezioro.

– To jest strasznie plotkarskie miasto.

– Oczywiście. Wszystkie małe miasta są takie. No więc?

Patrzyła na niego wyczekująco.

– Więc co?

– Opowiedz mi o niej – poprosiła zdesperowana.

– Nie ma nic do opowiadania. Czy ta fasolka już jest dojrzała?

background image

Gina dała za wygrana, wiedząc, że naciskanie na niego jest sprawą beznadziejna. Obejrzała 

uważnie długi żółty strączek na krzaczku.

– Chyba tak. Przynajmniej część.

– Czy będzie dosyć na kolację?

Gina ponownie obejrzała strączki.

– Tak myślę. Powiedz Mary, zanim zaplanuje coś innego.

– Sama jej powiedz. Prawie ze mną nie rozmawia.

– Na litość boską! – zawołała Gina. – Męczą mnie te wasze ciągłe niesnaski.

Ale jej irytacja rozwiała się na myśl o świeżo ugotowanej fasolce na kolację. Nadal oglądała 

fasolowe krzaczki, kiedy na grządkę padł cień.

Roger podniósł głowę i uśmiechnął się serdecznie.

– Dzień dobry – powiedział, opierając się ponownie na motyce i zwracając do kogoś, kto stał 

za Gina.

Ginie  serce  zabiło  mocniej.  Wstała,  podnosząc  plastikowe  wiadro  i  strzepując  ziemię  z 

dżinsów.

Alex Colton uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę.

– Witaj, Gino. Miło cię znów zobaczyć.

Pomyślała, że wydaje się dziś pogodniejszy. Przyglądała mu się uważnie: Twarz miał nadal 

zmęczona,  ale  sprawiał  wrażenie  o  wiele  bardziej  odprężonego  niż  podczas  pierwszej  wizyty. 

Ubrany był w dżinsy, żółtą bawełniana koszulę i słomkowy kapelusz.  Wyglądał jak uosobienie 

człowieka wybierającego się na wakacje na wsi.

– Alex, jesteś gotów osiąść tu i pozwolić się rozpuszczać przez całe lato? – zapytała.

– Bardziej niż gotów. Czuję się, jakbym już był w raju.

Gestem  wskazał  bujny  ogród,  kamienne  domostwo  obrośnięte  winem  i  kwiatami,  lśniące 

jezioro i senne miasteczko w oddali.

– Czekałem na ten dzień.

– My także – odparł Roger, patrząc wesoło  na  Ginę, która pilnie  coś  sprawdzała w swoim 

wiadrze z truskawkami.

– Wpiszę cię do księgi i pokażę ci twój pokój – powiedziała. – Chyba że Mary już to zrobiła?

Potrząsnął głową.

– Podjechałem i zobaczyłem was w ogrodzie, więc przyszedłem wprost tutaj. Co niesiesz?

Szła  obok  niego  przez  trawnik,  kierując  się  ku  tylnym  drzwiom.  Pokazała  mu  zawartość 

wiadra.

– Mary ma zamiar zrobić wafle z truskawkami na śniadanie.

– Naprawdę jestem w niebie. Z prawdziwą bitą śmietaną, mam nadzieję.

– Oczywiście. Wszystko świeże, prosto z farmy obok.

background image

– Alex uśmiechnął się do niej. Był to jeden z tych uśmiechów, które zmieniały go całkowicie 

i sprawiały, że brakowało jej słów.

– Muszę zanieść truskawki do  kuchni – powiedziała wreszcie, przystając przy schodach na 

tyłach domu. – Roger zajmie się twoim bagażem, ale najpierw muszę cię wpisać. Jeśli możesz, 

zaczekaj chwilę, umyję ręce...

– A mogę pójść z tobą do kuchni? Chciałbym się przy witać z Mary.

– Naturalnie. Wejdź.

Wszedł lekko na schody i przytrzymał jej drzwi, po czym zdjął kapelusz i podążył za nią do 

chłodnego wnętrza domu, wypełnionego przyjemnym zapachem przypraw, świeżo upieczonego 

chleba, kwiatów i płynu do czyszczenia mebli.

Gina była świadoma zachwytu, z jakim Alex rozgląda się dokoła.

– . No jak, czy wszystko jest takie, jak zapamiętałeś? – zapytała, otwierając drzwi do kuchni.

– Jeszcze ładniejsze, o ile to możliwe. Nie wiesz nawet, jak bardzo potrzebne mi są wakacje. 

Dzień  dobry,  Mary  –  powiedział,  uśmiechając  się  do  gospodyni,  wyjmującej  właśnie  z  pieca 

blachę pełna bułeczek z rodzynkami.

Mary  wyprostowała  się  i  uśmiechnęła  niemal  nieśmiało,  pocierając  dłonią  policzek 

ubrudzony mąką.

– Dzień dobry panu. Miło pana znów zobaczyć.

– Proszę, mów do mnie Alex.

Mary skinęła głową.

– Dobrze, Alex. Przyjechałeś akurat na bułeczki na podwieczorek.

– Musi wypakować bagaż i wpisać się – oznajmiła Gina, stawiając wiaderko z truskawkami 

na stole.

Mary popatrzyła z aprobatą na owoce i zaniosła je do dużego, emaliowanego zlewu;

– Czy fasolka już dojrzała? – spytała.

–  Częściowo.  W  każdym  razie  jest  dosyć  na  dzisiejszą  kolację.  Roger  prosił,  żebym  ci 

powiedziała.

–  Pewnie  sam  mi  nie  mógł  powiedzieć  –  zauważyła  Mary,  puszczając  strumień  wody  na 

truskawki.

Gina i Alex wymienili spojrzenia i ruszyli w stronę drzwi.

– Ciągle są pokłóceni?  – zapytał szeptem Alex,  kiedy znaleźli się  W holu.  Pochylił się tak 

nisko, że jego włosy musnęły policzek Giny.

–  Niestety  –  odparła  również  szeptem.  –  I  nie  chodzi  tylko  o  Annabel.  Są  różne  nowe 

komplikacje.

– Jakie?

Gina czuła pokusę, żeby mu opowiedzieć o przyjaciółce Rogera, ale właśnie w tej chwili on 

sam wszedł frontowymi drzwiami, niosąc dwie podniszczone walizki, torbę i niewielki futerał.

background image

– Dzięki, Roger – powiedział Alex. – Sam mogłem się tym zająć.

– Nie ma sprawy. Może zaniosę od razu wszystko do złotego pokoju?

– Dobrze – odrzekł Alex, sięgając po portfel, ale Gina dotknęła jego ręki i potrząsnęła głową.

– Nie przyjmujemy napiwków – powiedziała cicho. – Nie wierzymy w napiwki. Po wpisaniu 

do księgi stajesz się gościem w naszym domu, a nie płacącym klientem.

Skinął głową.

– Dziękuję, Roger. Proszę, uważaj na futerał. Jest w nim komputer. Prawie całe moje życie 

jest na jego twardym dysku.

Roger zatrzymał się u stóp schodów.

– Zawsze czytam twój felieton. Jest naprawdę świetny.

Alex posłał Ginie spojrzenie pełne komicznego przerażenia.

– Zostałem zdemaskowany.

– Mary znalazła twoje zdjęcie w gazecie. Masz coś przeciwko temu?

–  Nie.  Pseudonim  zapewniał  mi  anonimowość,  ale  teraz,  kiedy  publikują  zdjęcie,  często 

jestem rozpoznawany.

– Czy wolałbyś, żebyśmy nie zdradzali, kim jesteś?

– Tak, jeśli można – odparł z wdzięcznością. – W końcu to są moje wakacje i nie chciałbym, 

żeby przy śniadaniu goście prosili mnie o rady w sprawie akcji.

Roger zatrzymał się w połowie schodów przy rzeźbionej poręczy i spojrzał w dół z wesołym 

uśmiechem.

– A personel? Czy poradzisz nam, jak inwestować?

– Roger! – zawołała Gina.

– Alex mrugnął do niego. Roger zachichotał i zniknął w głębi korytarza.

– Przepraszam – szepnęła Gina. – Boję się, że absolutnie nie panuję nad pracownikami.

– Są wspaniali.

Alex  patrzył,  jak Gina  siada  za dużym  mahoniowym  biurkiem  i  bierze  książkę  hotelową  z 

mosiężnymi okuciami.

Pochylił się i złożył swój podpis, dodając poniżej imię córki.

– Steffi – przeczytała Gina. – Skrót od Stefanie?

– Tak. Janice przepadała za tym imieniem. Uważała, że brzmi arystokratycznie.

Gina uśmiechnęła się.

– Kiedy Steffi przyjeżdża?

– Jest teraz w Disneylandzie z przyjaciółką i jej rodziną. Wracają do Vancouveru dziesiątego. 

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, dwunastego powinna przylecieć do Kelowny.

Gina wzięła jego kartę kredytową i przesunęła ją przez maszynę ukrytą w dolnej szufladzie.

– Wiesz – powiedziała w zamyśleniu – możliwe, że będzie tu trochę młodzieży z rodzicami 

w tym samym czasie, ale nie jestem pewna.

background image

– Nie szkodzi odparł. Po jego twarzy przebiegł cień niczym chmura przesłaniająca słońce.

– Steffi nie ma większej ochoty na kontakt z rówieśnikami niż ze mną.

Niespodziewana gorycz w jego głosie zmroziła ją.

Spojrzała  na  niego  zmartwiona,  ale  odwrócił  się  od  niej,  patrząc  na  obraz  wiszący  nad 

półokrągłym stolikiem,  na  którym stał wielki wazon świeżych kwiatów.  Wypisała  w  milczeniu 

kartę meldunkową, zastanawiając się nad problemem Alexa i jego córki.

– Steffi, nie idziesz z nami?

Zwinięta w fotelu, Steffi Colton wymieniła szybkie spojrzenie ze swą przyjaciółka Angela, 

po  czym  spojrzała  na  kobietę  stojącą  w  drzwiach  hotelowego  pokoju,  który  zajmowały 

dziewczynki.

– Przykro mi, proszę pani – wyjąkała. – Mam... boli mnie brzuch.

Matka Angeli weszła do pokoju. Na jej miłej twarzy malowała się troska.

– Ojej. Czy zostać z tobą w hotelu?

Odwróciła się do męża, który pojawił się w drzwiach z młodszym bratem Angeli;

– Jim, zabierz Angelę i Jamesa do Disneylandu, dobrze? Ja zostanę ze Steffi.

– Mamo! – jęknął chłopczyk. – Obiecałaś, że wszyscy pojedziemy dzisiaj do zaczarowanego 

zamku. Obiecałaś!

James  wbiegł  do  pokoju  i  pochwycił  rękę  matki.  Angela  opadła  na  krzesło  przy  oknie, 

przewracając oczami i wzdychając ciężko, a Jim Sanders stał w drzwiach, milcząc bezradnie.

Steffi miała ochotę umrzeć.

Zastanawiała się po raz  tysięczny, co ją napadło,  żeby jechać na  te głupie wakacje. To był 

pomysł ojca.

Od tygodni przekonywał ją, jak świetnie się będzie bawić.

Bawić się, pomyślała gorzko, patrząc na wykrzywiona twarz chłopca i oczywisty smutek, o 

jaki przyprawiała resztę rodziny.

– Proszę pani – powiedziała wreszcie – nie musi pani ze mną zostawać. Proszę jechać z nimi. 

Poradzę sobie.

Matka Angeli spojrzała na nią niepewnie.

– Nie będę się dobrze czuła, zostawiając cię samą. A jeśli poczujesz się gorzej? To może być 

wyrostek.

–  Nie,  to  nie  jest  nic  takiego.  Mam  to  ciągle  –  skłamała  Steffi.  –  To  tylko...  skurcze  –

szepnęła, patrząc błagalnie na kobietę.

Twarz pani Sanders rozpogodziła się.

–  Ach, rozumiem –  powiedziała, prostując się i  głaszcząc syna po  głowie.  – James, idź do 

drugiego pokoju i zaczekaj na mnie. Jim, zabierz go, dobrze? Zaraz przyjdę.

Steffi westchnęła. Kiedy dziewczynki zostały same z matką Angeli, kobieta uśmiechnęła się 

ze współczuciem do Steffi.

background image

– Czy masz wszystko, czego ci trzeba? – zapytała łagodnie. – Masz środki sanitarne?

–  Tak –  odparła  Steffi,  przeżywając mękę  zażenowania.  –  Mam wszystko.  Chcę po  prostu 

poleżeć, w spokoju.

Pani Sanders wahała się.

– Jesteś absolutnie tego pewna? Może Angela mogłaby. ..

– Nie, wszystko jest w porządku – powiedziała pospiesznie Steffi. – Angela chce pojechać 

zobaczyć zaczarowany zamek.

Prawdę  mówiąc,  Angela  dwa  dni  wcześniej  zaprzyjaźniła  się  z  młodym  człowiekiem 

sprzedającym  balony  i  tego  ranka  żadna  siła  nie  odciągnęłaby  jej  od  Disneylandu.  Poza  tym 

Steffi  była  tak  zmęczona  przyjaciółką,  że  bała  się,  iż  zaczęłaby  krzyczeć,  gdyby  miała  z  nią 

spędzić cały dzień w hotelu.

Pani  Sanders  nadal  się  wahała,  ale  Steffi  czuła,  że  ustępuje.  Wykorzystała  swą  przewagę, 

pochylając się w przód, obejmując rękami brzuch i jęcząc cicho.

–  Och,  jak  cię  musi  boleć  –  szepnęła  pani  Sanders,  odgarniając  Steffi  włosy  z  czoła.  –

Biedactwo.

Trzymaj ręce z daleka ode mnie, pomyślała Steffi. Nie jesteś moją matką.

Bała się, że jeżeli nie wyjdą szybko, zacznie mówić te okropne rzeczy na głos. Na szczęście 

pani Sanders podjęła decyzję i ruszyła w stronę drzwi.

– Zostawimy informację w recepcji – oznajmiła. – Gdybyś miała jakieś kłopoty, wykręć zero 

i natychmiast ktoś się zjawi. A ja zadzwonię w południe sprawdzić, jak się czujesz. – W drzwiach 

zawahała się ponownie. – Jesteś pewna, że chcesz zostać? – zapytała.

Najzupełniej pewna. Idźcie sobie wszyscy, zanim zacznę krzyczeć!

Steffi  skinęła  głową  z  wdzięcznością,  jęknęła  znowu  dla  efektu  i  zakopała  się  w  łóżku, 

naciągając koc i zamykając oczy.

– Hej, Steffi – szepnęła Angela, stając przy łóżku, kiedy matka znikła za drzwiami.

Steffi otworzyła jedno oko, żeby popatrzeć na Angelę. Dziewczynka miała na sobie obcisłą 

różową koszulkę i luźne spodnie.

– Co?

– Udajesz?

Steffi  patrzyła  na  ostry  makijaż  Angeli,  zastanawiając  się,  czemu  uważała  ją  za  dobrą 

przyjaciółkę;  Przez  kilka  ostatnich  dni,  które  spędziły  razem,  dowiedziała  się  o  niej  wielu 

nieprzyjemnych rzeczy.

Angela  była  chytra  i  samolubna,  naprawdę  okrutna  w  stosunku  do  młodszego  brata,  kiedy 

rodzice tego nie widzieli. I kłamała bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Steffi to niepokoiło.

Pokręciła przecząco głową i posłała Angeli żałosne spojrzenie.

– Mam okropne skurcze – szepnęła.

background image

–  Psiakość  –  powiedziała  Angela.  Wyglądała  na  znudzona.  –  Jason  powiedział,  że  dziś 

będzie z nim kolega.

Steffi  wzdrygnęła  się  z  obrzydzenia  pod  kocem.  Jason  był  młodym  człowiekiem,  który 

sprzedawał  balony,  ostatnią  fascynacją  Angeli.  Miał  dwa  kolczyki  w  lewym  uchu  i  podgolona 

głowę z długim końskim ogonem.

– Szkoda, że mnie nie będzie – odparła, zastanawiając się, czy w jej głosie brzmi choć trochę 

żalu. – Może jutro.

– Dobra.

–  Angela  zrobiła  balon  z  gumy  do  żucia  i  poszła  w  stronę  drzwi,  gdzie  czekała  już  cała 

rodzina.

– Nie zapomnij wziąć klucza, gdybyś schodziła na dół – zawołała pani Sanders do Steffi. –

Zostawiliśmy  pieniądze  na  toaletce  na  wypadek,  gdybyś  była  głodna  i  chciała,  żeby  ci  coś 

przyniesiono do pokoju. I pamiętaj, nie otwieraj drzwi nikomu, dopóki nie sprawdzisz, kto to jest.

Steffi skinęła głową pod górą koców, zastanawiając się, czyją mają za idiotkę.

Wreszcie  drzwi  się  zamknęły  i  została  sama.  Długo  leżała  pod  kocami  prawie  się  nie 

poruszając i ciesząc, że Sandersowie wyszli. Wreszcie, uznawszy, że jest bezpieczna, wygrzebała 

się z łóżka i podeszła do okna, żeby wyjrzeć na zewnątrz.

Teraz;  kiedy  byłą  sama,  mogła  przestać  udawać  chorobę.  Zdjęła  koszulę  nocną,  włożyła 

szorty i luźna koszulkę i usiadła przy toaletce, przeglądając się w lustrze.

Wzięła  szczotkę  i  zaczęła  rozczesywać  długie,  rude  włosy,  jednocześnie  przyglądając  się 

sobie uważnie.

– Nie cierpię tu być – powiedziała do swej bladej, smutnej twarzy. – Boże, chcę do domu.

Ale  w  domu  nie  ma  nikogo.  Ojciec  jest  już  w  tej  głupiej  miejscowości,  gdzie  postanowił 

Spędzić z nią wakacje.

Steffi wykrzywiła się do swego odbicia.

Nie chciała jechać na dwa miesiące do jakiegoś nudnego hotelu. Z tego, co słyszała, hotel jej 

się nie podobał, a szczególnie nie mogła znieść widoku rozjaśnionej twarzy ojca, kiedy mówił o 

jego właścicielce.

Chciała spędzić lato w domu, gdzie czuła obecność matki. Chciała w ciszy i spokoju otoczyć 

się jej rzeczami. Czasami odnosiła wrażenie, że kiedy jest cicho, słyszy jej głos.

Ojciec  nazywał  to  pogrążaniem  się  w  czarnych  myślach  i  oświadczył,  że  trzeba  z  tym 

skończyć. Nie rozumie. Nikt nie rozumie! Nie wiedzą, jak ona cierpi ani dlaczego.

Wstała  i  znów  podeszła  do  okna.  Usiadła  w  fotelu,  obejmując  nagie  kolana  i  odsłoniła 

firankę, żeby widzieć ludzi i ruch uliczny.

Można wyjść i zgubić się w tłumie... Mogłaby w nim zniknąć tak, że ojciec nigdy by jej nie 

znalazł. A gdyby jej ktoś zrobił krzywdę albo ją zabił, co za różnica? Przynajmniej nie czułaby 

już bólu. Te straszne rzeczy, które czyhają na nią w przyszłości nie wydarzą się.

background image

Steffi wiedziała wszystko o potwornej chorobie, która zabiła jej matkę, choć ojciec starał się 

ukryć przed nią szczegóły.

Nigdy naprawdę o tym nie rozmawiali. Ojciec zawsze starał się ją chronić, ale nie wiedział, 

że  często  podsłuchiwała  pod  drzwiami,  kiedy  rozmawiał  z  lekarzami,  ani  tego,  że  sprawdzała 

informacje w encyklopedii w szkolnej bibliotece.

Dokładnie  rozumiała,  czym  jest  choroba  Huntingtona,  jak  przez  lata  ukrywa  się  w 

organizmie,  żeby  później  wypełznąć  i  zdeformować  ciało;  zniszczyć  umysł.  Co  gorsza, 

wiedziała, że odziedziczyła tę chorobę po matce. Często drżały jej ręce i miewała zawroty głowy, 

a to są pierwsze objawy.

Kiedy nosi się w sobie wyrok śmierci, jakie ma znaczenie, kiedy i jak się umrze?

Steffi  długo  siedziała,  patrząc  na  kolorowy  tłum.  Wreszcie  poddała  się.  Wtuliła  twarz  w 

kolana i zaczęła gorzko płakać.

Alex  Colton  rozpakował  się;  powiesił  koszule  i  spodnie  w  szafie,  a  przybory  do  pisania  i 

rzeczy osobiste poukładał w szufladach. Z przyjemnością rozglądał się po pokoju.

Tapeta w złote kwiaty była jasna i świeża. Od jego ostatniego pobytu pojawiły się też nowe 

firanki.  Były  z  białego  muślinu,  upięte  w  czarujący  sposób,  tak  że  tworzyły  –  ramę  dla 

spokojnego widoku za oknem.

Podszedł  bliżej,  trzymając  w  ręku  przybory  do  golenia  i  usiadł  na  chwilę  na  ławeczce  w 

wykuszu okna. Poniżej widział boczne podwórze i murek, na którym Gina ułożyła wtedy skarby 

wyjęte z kieszeni.

Zaśmiał  się,  wspominając  tę  chwilę  i  patrzył,  jak  goście  parami  i  w  grupach  wychodzą  z 

hotelu i kierują się w stronę miasteczka, idąc na kolację. Kiedy wszyscy opuścili hotel, spłynęła 

cudowna  cisza  i  spokój.  Spojrzał  w.  stronę  pokoju  przy  patio,  gdzie  miała  mieszkać  Steffi. 

Zachodzące słońce lśniło w oprawionych. w ołów szybkach.

Czując przypływ  tęsknoty, sięgnął  po  telefon stojący na  zabytkowym  stoliczku  i znalazł  w 

swym portfelu numer telefonu w Kalifornii.

– Proszę z pokojem 3411 – powiedział, kiedy zgłosiła się recepcjonistka.

Po chwili usłyszał znudzony głos młodej dziewczyny.

– Dzień dobry, Angelo – powiedział. – Czy jest Steffi?

– Tak – odparła. – Hej, to do ciebie. Twój tata.

– Cześć, tato – odezwała się Steffi w chwilę później.

– Cześć, kochanie. Jaki miałaś dzień?

– W porządku.

Słuchał uważnie, usiłując wyciągnąć jakąś informację z jej tonu. Ale głos Steffi był równie 

odległy jak zawsze.

– Byłaś w Disneylandzie?

background image

– Nie. Oni pojechali, ale ja zostałam w hotelu. Bolał mnie brzuch.

– Naprawdę? – zapytał zaniepokojony. – Czy widział cię lekarz?

– Tato, to były po prostu skurcze. Nic poważnego.

– Aha, To Alex wprowadzał córkę w tajemnice dojrzewania i kobiecości, bowiem Janice nie 

była w stanie się tym  zająć, kiedy Steffi osiągnęła  krytyczny wiek.  W związku z tym niewiele 

było tajemnic i zahamowań między nią a ojcem.

Przynajmniej do niedawna.

– Byłaś sama w hotelu przez cały dzień?

– Tak. Oglądałam telewizję i czytałam książkę.

–  Nie  podoba  mi  się  to,  że  spędzasz  cały  dzień  zupełnie  sama,  Steffi.  Słuchaj,  jeśli  nadal 

niezbyt dobrze się czujesz, czy nie chciałabyś przylecieć wcześniej? Mógłbym zamienić ci lot na 

jutro i wyjechać po ciebie do Vancouveru.

– I będziemy mogli pojechać do domu?

Alex odetchnął głęboko, starając się nie tracić cierpliwości.

–  Nie,  kochanie,  nie  możemy  pojechać  do  domu.  Wiesz  o  tym.  W  domu  jest  bałagan,  bo 

wymieniają wszystkie wykładziny. Będziemy całe lato w Edgewood Manor, zapomniałaś? Kiedy 

przylecisz do Vancouveru, przywiozę cię wprost tutaj.

– Już tam jesteś? W tym hotelu?

– Tak, jestem w złotym pokoju i właśnie się rozpakowuję. A z okna widzę pokój przy patio, 

gdzie będziesz mieszkać, i drogę na plażę, i masę kwiatów. Ach, słuchaj – dodał z rozmysłem –

jest  tu  Annabel,  spasiona  pudliczka.  Większość  czasu  spędza  na  trawie  obok  twojego  pokoju. 

Może czeka na ciebie, kochanie.

Ale Steffi nie dawała się nabrać na żadne sztuczki.

– Muszę kończyć – powiedziała. – Idziemy zaraz do kina.

– Więc nie chcesz przylecieć wcześniej?

– Jeśli mam jechać wprost do hotelu, to nie. Mogę równie dobrze zostać tutaj.

Zabrzmiało to jak wyrok śmierci.

–  W  porządku,  skarbie  –  odparł,  ponownie  usiłując  pohamować  zniecierpliwienie.  –  Jak 

chcesz. Zadzwonię za parę dni, dobrze? A ty masz mój numer, gdybyś chciała zadzwonić.

– Tak.

– Na pewno masz numer, Steffi? Dziewczynka westchnęła.

– Tak, na pewno. Do widzenia, tato.

Odłożyła  słuchawkę.  Alex  patrzył  przez  chwilę  na  telefon,  potrząsając  smutnie  głową. 

Wreszcie  wstał,  skończył  się  rozpakowywać,  z  przyjemnością  popatrzył  przez  chwilę  na  swój 

pokój i zszedł na dół.

Z kuchni dochodziły cudowne zapachy, które przypomniały mu, że jest strasznie głodny. Te 

zapachy  to  kolacja,  którą  Mary  przygotowywała  dla  personelu.  Przypomniał  sobie,  że  goście 

background image

mają się sami troszczyć o wieczorny posiłek.

Alex wahał się, stojąc w korytarzu, z przyjemnością patrząc na ciemną boazerię i oryginalne 

umeblowanie. Miał wrażenie, że się cofnął o sto lat i znalazł w innej, pełnej uroku epoce.

Weranda i wypełniony roślinami salonik obok wychodziły na korytarz. Biuro i pokoje Giny i 

Mary były gdzieś z tyłu. Przez drzwi widział przytulne wnętrze biblioteki pełnej starych książek, 

sztychów ze scenami myśliwskimi i rzeźb z brązu. Na jednej z półek leżał stos gier i magazynów 

dla gości, chcących spędzić leniwy wieczór przy kominku.

Atmosfera  starego  domostwa  miała  w  sobie  coś  uspokajającego.  Może  nawet  Steffi  się  tu 

odpręży, pomyślał, i będzie znów sobą, ..

– Jesteś zadowolony z pokoju?

Alex obejrzał się i  zobaczył Ginę z naręczem śnieżnobiałej bielizny. Za  nią stały podobnie 

obładowane  dwie  młode  kobiety.  Z  pewnością  dziewczęta  z  uniwersytetu,  które  tu  pomagają 

latem.

–  Pokój  jest  piękny  –  odparł,  uśmiechając  się  do  całej  trójki.  –  Jak  ładnie  pachną  te 

prześcieradła – dodał.

– Lubię,  żeby były świeże  – powiedziała Gina. – Co dwa miesiące wyjmujemy z szaf  całą 

bieliznę pościelową; pierzemy i suszymy na słońcu.

Podszedł bliżej, pociągając nosem z uznaniem.

– Nie czułem tego zapachu od dzieciństwa.

– Później jest jeszcze lepszy – zauważyła Gina.

–  Kiedy  prześcieradła  są  uprasowane  i  złożone,  wkładamy  je  do  szaf,  w  których  jest 

przewiew, a między nimi układamy rozmaryn i lawendę z ogródka Mary.

Alex  patrzył  na  nią  z  zainteresowaniem.  Kiedy  mówiła  o  hotelu,  opuszczało  ją  wszelkie 

zażenowanie i rezerwa. Jej oczy lśniły, a chłopięce ciało tryskało – energią.

– Kochasz ten hotel, prawda, Gino?

Skinęła głową, patrząc mu prosto w oczy.

– Tak. Myślę, że jestem jedna z tych szczęśliwych osób, którym jest dane robić w życiu to, 

co chcą.

– A do tego jesteś wystarczająco szczodra, żeby dzielić się z innymi.

– To nie szczodrość. W ten sposób zarabiam na życie – powiedziała i roześmiała się. – Nic 

mnie bardziej nie cieszy niż to, że goście zakochują się w Edgewood Manor.

Alex uśmiechnął się, patrząc z zachwytem na jej opalona twarz i piegi na nosie. Kogoś mu 

przypominała, ale nie był w stanie dociec kogo.

– Coś się stało? – zapytała, widząc wyraz jego twarzy.

– Nie. Zastanawiałem się, czy już cię gdzieś widziałem.

– To mało prawdopodobne. Większość mojego dorosłego życia przeżyłam zaszyta tutaj.

– Mówiłaś, że twoja rodzina mieszka w Maritimes?

background image

– Tak. Poza starą ciotką, do której nie jestem ani trochę podobna.

– Dobrze – powiedział, poddając się. – To musi być deja vu.

Gina uśmiechnęła się i weszła na schody.

– Jadłeś kolację? – zapytała, przechylając się nad poręczą.

Pokręciła głową.

–  Rozpakowywałem  się.  Od  tych  zapachów  z  kuchni  robi  mi  się  słabo.  Co  jedliście  na 

kolację?

– Och, tak mi przykro – powiedziała, Jedliśmy duszone mięso, sałatę i fasolkę, ale nie wiem, 

czy zostało dosyć .

– Nie, nie – przerwał szybko. – Nie proszę o specjalne traktowanie, Inni goście też nie jedzą 

z wami w kuchni, prawda?

Pokręciła głową.

– To nie byłoby w porządku wobec Mary, która ma tyle pracy przez cały dzień – wyjaśniła.

– Oczywiście. Pójdę da miasta tak jak inni. O której jest śniadanie?

– O ósmej. W niedziele o dziewiątej. I zawsze jest wspaniałe. A jutro spróbujesz wafli Mary 

z truskawkami.

– Ach, tak. Z prawdziwą bitą śmietana. Trudno się będzie doczekać.

Patrzył, jak Gina wchodzi o kilka stopni wyżej.

– Ana, jeszcze jedno – dodała, zatrzymując się na podeście.

– Tak?

–  Przykro  mi,  ale  jutro  po  śniadaniu  zostanie  tylko  niewielka  część  personelu.  Nie  będzie 

pewnie nikogo, gdybyś czegoś potrzebował. Bardzo żałuję, bo to twój pierwszy dzień.

– A dokąd się wszyscy wybierają?

–  Na  piknik  do  Azure  Bay  z  okazji  Dnia  Kanady.  Wszyscy  jesteśmy  zajęci  w  komitecie 

organizacyjnym. Roger gra na wiolonczeli, Mary śpiewa w chórze, a ja będę w stoisku sprzętu 

domowego udzielać porad na temat urządzania wnętrz.

– Więc kto będzie pilnował hotelu?

–  Stacey  i  Kim  będą  tu  przez  większość  dnia  –  odparła  Gina,  wskazując  na  górę,  skąd 

dobiegała  rozmowa  dwóch  młodych  kobiet  zajętych  układaniem  bielizny.  –  Mary  wróci  po 

południu, żeby podać podwieczorek.

–  Więc  gdybym  jutro  podszedł  do  stoiska  ze  sprzętem  domowym,  czy  udzieliłabyś  mi 

porady? W tej chwili wymieniam wykładzinę w całym domu i będę też robił inne zmiany.

– Z przyjemnością ci pomogę – obiecała uroczyście.

–  A  gdybym  cię  złapał  w  odpowiedniej  chwili,  czy  –  będzie  możliwe  odciągnięcie  cię  od 

stoiska na szklankę lemoniady albo wody sodowej?

– Może. W stoisku jest dość gorąco i stanie w nim cały dzień jest męczące.

Uśmiechnęła się do niego i weszła na górę.

background image

Alex  patrzył  za  nią,  dopóki  nie  zniknęła.  Wychodząc  na  dwór,  zatrzymał  się  w  holu 

wykładanym  kamiennymi  płytami,  podziwiając  grę  kolorowych  świateł  i  cieni  przesączających 

się  przez  witraże.  Potem  otworzył  drzwi  i  wyszedł  w  zmierzch,  kierując  się  ku  miastu  ścieżką 

zalana  blaskiem  zachodzącego  słońca.  Idąc  myślał  o  Ginie,  jej  szczupłym  opalonym  ciele  i 

intrygującej mieszaninie kompetentnej kobiety interesu i nieśmiałej dziewczyny.

Coś  się  w  nim  poruszyło  i  było  to  uczucie  tak  niezwykłe  i  silne,  że  bał  sieje  analizować. 

Cieszył się na nadchodzący dzień. Było mu lekko na sercu.

Włożył ręce do kieszeni, kopnął kamyk na drodze i zaczął gwizdać.

background image

Rozdział 5

Kiedy  Roger  pojawił  się  na  zbudowanej  naprędce  scenie  i  zaczął  rozpakowywać 

wiolonczelę,  na  rynku,  pełno  było  ludzi.  Parada  z  okazji  Dnia  Kanady  właśnie  się  skończyła. 

Rodziny  przechodziły  całymi  grupami  do  parku,  aby  rozłożyć  koce,  wyładować  kosze  i 

rozpocząć piknik na swoim kawałku trawy.

Na  trzech  boiskach  nieopodal  parku  toczyły,  się  już  mecze  baseballowe.  Sprzedawcy, 

przebrani  za  najrozmaitsze  zwierzęta,  przepychali  się  przez  tłum,  oferując  baloniki  i  małe 

kanadyjskie chorągiewki.

Roger  wziął  chorągiewkę  od  smętnego  łosia,  zapłacił  dolara  i  spojrzał  w  niebieskie  oczy 

ukryte w głębi kudłatego przebrania.

– Musi ci być w tym gorąco – zauważył ze współczuciem.

Łoś skinął rogiem. Zza gumowej maski wydobył się młody, dźwięczny głos.

– Koszmarnie. A dopiero się zaczęło.

Roger poklepał go po kosmatym ramieniu.

– Trzymaj się, mały. Sprzedasz jeszcze tylko tysiąc chorągiewek i możesz wracać do domu.

Łoś  jęknął  i  odszedł.  Roger  zatykał  właśnie  czerwony  liść  klonu  na  białym  tle  za  wstążkę 

kapelusza,  kiedy  nadeszła  Gina,  dźwigając  katalogi  z  próbkami  tapet  i  materiałów  na  obicia  i 

firanki oraz broszury o Edgewood Manor.

Złożyła swój ładunek na brzegu sceny i usiadła, , wzdychając z zadowoleniem.

– No, no – mruknął Roger wkładając kapelusz. – Aleś ty ładna. Wyglądasz jak stokrotka.

Gina  była  ubrana  w  lekką  białą  sukienkę  w  duże,  żółte  kropki.  Z  uszu  zwisały  jej  żółte 

kolczyki,  w  przyjemny  sposób  kontrastujące  z  opalenizna  i  piegami.  Roger,  który  najczęściej 

widywał swą chlebodawczynię w dżinsach albo w szortach, uśmiechnął się z aprobatą.

Gina wygładziła spódniczkę i podniosła na niego wzrok.

– Założę się, że nie wiedziałeś, że jestem dziewczyna, prawda?

Słyszałem pogłoski na ten temat, ale nigdy w nie naprawdę nie wierzyłem. Kiedy zaczynasz 

pracę w stoisku?

Spojrzała na zegarek.

– Za dziesięć minut. Czy myślisz, że mam dosyć broszur?

Roger zachichotał.

–  Niewiele cię  obchodzi,  żeby pomóc  tym  wszystkim  paniom  w  urządzeniu  domu, co?  To 

pretekst, żeby się za darmo reklamować.

Uniosła głowę z udanym oburzeniem.

– Prowadzę interes.

background image

–  Wiem  –  odparł,  klepiąc  ją  po  ramieniu.  –  Ciągle  zapominam,  jaka  z  ciebie  dobra 

businesswoman. – Widziałaś może Mary? – zapytał, szczypiąc struny wiolonczeli i rozglądając 

się w tłumie.

– Chór ma teraz próbę w namiocie kościoła anglikańskiego. Nikogo nie wpuszczają.

Roger zaśmiał się.

– Cecil Bedlow jest taki pompatyczny. Można by pomyśleć, że występują w Carnegie Hall –

dodał.

Teraz roześmiała się Gina.

– Mary mówiła, że będą śpiewali za kilka minut. Będziesz mógł pójść posłuchać czy grasz?

– Nie jestem pewien. Mickey Taunton musiał pojechać na motocyklu swojego brata do domu 

po flet, więc możemy zacząć później.

– Jak mógł zapomnieć fletu?

– Gra również w meczu baseballowym – odparł Roger łagodnie. – Ma dużo na głowie.

Gina nie słuchała. Patrzyła na tłum.

– Czy widziałeś jeszcze kogoś, kogo znamy?

Roger uśmiechnął się do Giny, patrząc na jej lśniącą, chłopięcą fryzurę i szczupłe, opalone 

ramiona wyglądające spod białej sukienki.

– Jeszcze kogoś? – zapytał, przekomarzając się, . – Na przykład kogo?

Wzruszyła niezręcznie ramionami.

– Nie wiem. Sąsiadów. Gości z hotelu.

– Jest tu gdzieś – powiedział. – Widziałem go kilka minut temu, rozmawiał z niedźwiedziem 

grizzly.

Jej policzki zaróżowiły się.

– Jest też niedźwiedź grizzly? Myślałam, że w tym roku jest tylko łoś i bóbr.

–  Tak,  moje  dziecko,  jest  niedźwiedź  grizzly.  Jest  tu  też znany ekspert  finansowy,  który z 

pewnością zapomni o akcjach i premiach, jak cię zobaczy w tej sukience.

Gina poczerwieniała jeszcze mocniej.

– Słuchaj, Roger – zaczęła poważnie – mylisz się. Naprawdę nie...

– Daj spokój – odparł, wyjmując szmatkę i polerując wiolonczelę. – Idź do stoiska i weź się 

do pracy.

Zeszła ze sceny i wzięła swoje pakunki.

– Chcesz się z nami spotkać na lunchu? – zapytała.

– Gdzie?

– W namiocie z hamburgerami przy fontannie. Wstąp, jeśli nie będziesz zajęty.

– Cecil naprawdę da chórowi przerwę na lunch?

Uśmiechnęła się.

background image

–  Wszystkim  oprócz Marianne Turner. Rozumiem, że ona będzie musiała  zostać i  ćwiczyć 

gamy.

Roger skrzywił się.

– Wszystkie okropnie plotkujecie. Idź sobie i nie zawracaj mi głowy.

Gina roześmiała się i poszła do stoiska. Roger patrzył za dziewczyna, póki jej kędzierzawa 

głowa  nie  zniknęła  mu  z  oczu,  po  czym  spojrzał  tęsknie  w  stronę  namiotu  kościoła 

anglikańskiego, gdzie Mary ćwiczyła z chórem.

Gospodyni prawie w ogóle z nim nie rozmawiała. Roger był zdumiony tym, jak bardzo mu 

brakuje  jej  poglądów  i  opinii.  Kiedy  opuszczały  ją  nieśmiałość  i  rezerwa,  Mary  stawała  się 

naprawdę  interesująca.  Od  lat  prowadzili  zajmujące  dyskusje  o  polityce,  muzyce,  ludziach  i 

wszystkim innym.

Mary  Schick,  kiedy  się  zapalała,  była  nie  lada  przeciwnikiem  w  potyczkach  słownych. 

Rogerowi  podobał  się  jej  sposób  myślenia.  Prawdę  mówiąc,  czasem  zajmował  przeciwne 

stanowisko, żeby jej posłuchać, choć w gruncie rzeczy się z nią zgadzał.

Ale ostatnio oddaliła się i trudno było do niej dotrzeć. Nie rozumiał, co ją gnębi. To nie może 

być tylko konflikt w sprawie Annabel, bo w przeszłości mieli wiele sporów na temat karmienia 

psa.

Chodzi jej o coś innego, a on w żaden sposób nie mógł dociec o co.

Potrząsnął głową, nadal tęsknie patrząc na pasiasty namiot, mając nadzieję dostrzec drobna, 

wyprostowana sylwetkę Mary. Nigdzie jej jednak nie dostrzegł.

Zastanawiał  się,  jak  jest  dzisiaj  ubrana.  Pewnie  ma  na  sobie  jedna  z  tych  pozbawionych 

fasonu  sukienek,  jak  co  dzień.  Zmarszczył  brwi.  Jej  nijakie  ubrania  stanowiły  kolejne  źródło 

irytacji. Do licha, przecież jest zgrabna. Ma szczupłą talię i naprawdę dobre nogi; więc czemu...

– Dzień dobry – powiedział kobiecy głos, przerywając jego myśli. – Jesteś okropny.

– Naprawdę? – zapytał zaskoczony.

Lacey Franks stała obok sceny, przyglądając mu się figlarnie.

– Nie zadzwoniłeś wczoraj, ty niedobry. Czekałam i czekałam.

– Miałem do ciebie dzwonić? – spytał zmieszany.

Złote  włosy  Lacey  były  zaczesane  do  góry  i  lśniły  w  słońcu.  Na  nogach  miała  sandały  na 

wysokich  obcasach  i  była  ubrana  w  obcisłą  czerwona  sukienkę,  która  opinała  jej  kształtna 

sylwetkę.  Tylko  zmarszczki  na  twarzy  zdradzały  jej  prawdziwy  wiek,  ale  i  one  były  mało 

widoczne pod umiejętnie położonym makijażem. Roger pomyślał znowu o siwiejących włosach 

Mary i jej sukniach bez fasonu. Z jakiegoś powodu zezłościł się jeszcze bardziej.

–  Nie  byliśmy  właściwie  umówieni  –  przyznała  Lacey  nadąsana  –  ale  myślałam,  że 

zadzwonisz i zaplanujemy dzisiejszy dzień.

Roger  westchnął.  Cała  ta  sprawa  z  umawianiem  się  na  randki  jest  trudniejsza,  niż 

przypuszczał.  Najwyraźniej  istnieją  jakieś  tajemnicze  rzeczy,  których  kobiety  oczekują  od 

background image

mężczyzn.

–  Lacey,  powiedziałem  ci,  kiedy  ostatnio  byliśmy  na  kawie  –  odparł  cierpliwie.  –  Przez 

większość dnia będę zajęty. Gramy co najmniej, cztery razy. Powiedziałem, że pewnie się gdzieś 

zobaczymy. Nadal się dąsała, ale poprawiła mu krawat.

–  Miałam  nadzieję,  że  zaplanujemy  sobie  wieczór.  Na  plaży  ma  być  pokaz  fajerwerków. 

Uwielbiam fajerwerki Przez ten czas członkowie chóru wyszli z namiotu i przeszli obok w zbitej 

grupie, kierując się ku muszli koncertowej w centrum parku.

Mary  była  wśród  nich.  Roger  pomachał  do  niej,  ale  zmieszał  się,  kiedy  spostrzegła  Lacey 

Franks, ciągle zajętą jego krawatem. Odsunął się od niej i nerwowo poprawił kapelusz.

– Cześć, Mary! – zawołał. – Jesteś gotowa śpiewać jak słowik?

Nie odpowiedziała, tylko odwróciła wzrok i poszła dalej, niosąc swoje nuty.

–  Nieśmiała  z  niej  osóbka,  prawda?  –  zauważyła  Lacey,  patrząc,  jak  chór  wchodzi  po 

stopniach  do  muszli  koncertowej.  –  I  tak  fatalnie  się  ubiera  –  dodała  wzdrygając  się.  –  Ta 

granatowa sukienka przy takiej pogodzie...

Muzycy zaczęli pojawiać się na scenie, wymieniać żarty i wyjmować instrumenty.

– Lacey, muszę nastroić wiolonczelę – oświadczył Roger. – Zobaczymy się później, dobrze?

– Ależ skarbie, ja się nigdzie nie wybieram – odparła, głaszcząc jego ramię. – Siedzę tutaj, 

żeby móc cię słuchać.

Przed scena zbierał się tłum czekający na koncert i Roger patrzył, jak Lacey znajduje miejsce 

w rzędzie składanych krzeseł.

Musiał  przyznać,  że  wygląda  pięknie.  Miała  w  sobie  coś  wspaniałego  i  wyszukanego,  co 

sprawiało,  że  odróżniała  się  od  miejscowych  kobiet  i  innych  turystów.  Patrzono  na  nią,  kiedy 

założyła nogę na nogę i włożyła modne okulary przeciwsłoneczne, po czym ustawiła torebkę pod 

krzesłem i pomachała do Rogera dłonią o pomalowanych na czerwono paznokciach.

Nie  miał  pojęcia,  dlaczego  to  egzotyczne  stworzenie  się  nim  interesuje,  ale  ona  tego  nie 

ukrywała.  Od  pierwszego  spotkania  po  jej  przyjeździe  do  miasteczka  Lacey  dawała  jasno  do 

zrozumienia,  że  każdy  krok  z  jego  strony  będzie  mile  przyjęty.  Rogerowi  to  zarówno 

pochlebiało, jak i zadziwiało go.

W muszli chór zaczął śpiewać swą pierwszą pieśń.

Roger  wziął  smyczek  i  zaczął  nim  przesuwać  po  strunach,  słuchając  skrzypiec  za  sobą,  a 

Lacey przyglądała mu się z napięciem.

W  muszli  orkiestrowej  Mary  starała  się  skupić  na  nutach,  które  trzymała  w  ręku,  ale  jej 

wzrok biegł  ku scenie,  gdzie Roger siedział przy wiolonczeli.  Flaga za wstążką jego  kapelusza 

chwiała się gwałtownie, kiedy przesuwał smyczkiem po strunach.

Mary automatycznie włączyła się w alty, przenosząc wzrok na Lacey Franks, którą widziała 

w pobliżu sceny. Wyróżniała się w tłumie czerwona sukienką i lśniącymi, złocistymi włosami.

background image

Kim  jest  ta  kobieta?  Skąd  się  pojawiła  i  dlaczego  z  takim  uporem  skupia  swą  uwagę  na 

Rogerze, żyjącym spokojnie na swej małej farmie?

Oczywiście, Mary znała odpowiedź.

Lacey  Franks  jest  jeszcze  jedna  kobietą  po  pięćdziesiątce,  atrakcyjniejszą  niż  inne, 

niebanalna  i  zamożna.  Jest  jednak  samotna  i  należy  do  grupy  wiekowej,  gdzie  liczba  kobiet 

przekracza liczbę mężczyzn. Prawie każdy samotny mężczyzna spodoba się takiej kobiecie, o ile 

wygląda w miarę przyzwoicie.

Roger,  ze  swym  spokojnym  wdziękiem;  Suchym  poczuciem  humoru  i  staroświecką, 

szarmancką elegancją jest zapewne nieodparcie pociągający.

Mary  wyobraziła  ich  sobie  trzymających  się  za  ręce,  a nawet  całujących  się,  i  poczuła  tak 

intensywny przypływ uczuć, że zadrżała. Nie mogła znieść myśli, że Roger dotyka tej kobiety. 

Nie chciała nawet wyobrażać sobie ich rozmów czy rozmyślać o Rogerze dzielącym z kim innym 

swój kapryśny dowcip czy obserwacje na temat życia.

Ponownie pozwoliła  sobie spojrzeć w jego  kierunku. Wyglądał na przejętego,  kiedy zespół 

zaczął  grać  „Zielone  rękawy”.  Pomyślała,  że  Roger  ma  piękne  ręce.  Zawsze  jej  się  podobały, 

sprawne i spracowane, o długich palcach.

Myślała z bólem o tym, jak kobiety takie jak Lacey Franks potrafią otwarcie mówić o swych 

uczuciach i pragnieniach.  Jak dać  mężczyźnie do  zrozumienia że  się uważa,  iż jest  wspaniały? 

Jak się kogoś wybiera, a potem ma odwagę oznajmić światu o swoim wyborze, nie pozostawiając 

wątpliwości co do własnych uczuć?

Nagle głos jej się załamał. Kobieta stojąca obok spojrzała na nią zatroskana.

– Przepraszam – szepnęła Mary podczas przerwy w muzyce. – Chyba jestem przeziębiona.

Kiedy głosy zabrzmiały znowu, Mary zmusiła się, żeby do nich dołączyć. Zamrugała; gorące 

łzy parzyły jej powieki.

Kiedy  tylko  otworzyła  stoisko,  od  razu  zalał  ją  tłum  ludzi  chcących  omawiać  zestawienia 

kolorów,  tkanin  i  mebli.  Już  piąty  rok  z  rzędu  prowadziła  stoisko  podczas  Dnia  Kanady. 

Spodziewano się jej obecności i ustawiła się do niej kolejka.

Dzień  był  długi  i  trudny,  ale  Gina  była  zadowolona  z  pytań  i  z  możliwości  rozdawania 

broszur o  Edgewood  Manor. Co  roku w jej  hotelu zjawiali się  goście,  którzy dowiedzieli  się o 

nim na jarmarku w Azure Bay, uważała więc swój dzień w stoisku za dobrze wykorzystany.

Porozmawiała chwilę z młodą parą, która oglądała katalog tapet, po czym skierowała uwagę 

na miejscową gospodynię, zastanawiającą się nad dobudówką do swego siedemdziesięcioletniego 

domu.

– Chcielibyśmy utrzymać autentyczny charakter domu – zaznaczyła kobieta – ale nie wiemy, 

gdzie znaleźć te wszystkie gzymsy i tak dalej.

background image

Gina  otworzyła  katalog  i  pokazała  szereg  wyrobów  służących  do  restaurowania  wnętrz  w 

stylu  różnych  epok.  Kobieta  przewracała  strony  zafascynowana.  Zapisała  kilka  adresów, 

podziękowała i odeszła, biorąc z sobą broszury.

Korzystając z chwili przerwy, Gina pochyliła się, żeby poszukać w torebce paczki miętówek, 

którą wrzuciła tam wcześniej.

– Nic mi się już w moim domu nie podoba – odezwał się niski głos obok. – Co mam zrobić, 

panno Mitchell?

Zaskoczona  podniosła  wzrok  i  spostrzegła  Alexa  Coltona,  który  stal  naprzeciwko  niej  i 

patrzył  na  nią  z  przekornym  uśmiechem.  Tego  ranka  wyglądał  jeszcze  atrakcyjniej,  był 

wypoczęty i świeży. Świąteczna atmosfera najwyraźniej mu odpowiadała.

Uśmiechnęła się.

–  Jeśli  rzeczywiście  nic  ci  się  w  twoim  domu  nie  podoba,  masz  spory  problem.  Czy 

zamierzasz przeprowadzić remont?

Poczęstowała go miętówką.

– Nie jestem pewien – odparł, wkładając cukierek do ust. – Może powinienem sprzedać dom 

i się przeprowadzić?

Gina patrzyła, jak przegląda jedna z książek, zapytując samą siebie, dlaczego wydaje jej się 

tak pociągający.

Prawdopodobnie chodzi o połączenie inteligencji i męskości, zdecydowała. Był prawdziwym 

studium kontrastów, ten jej gość na całe lato. Zda wał się łączyć autorytet z uprzejmością, siłę z 

łagodnością.

A  nade  wszystko  był  w  nim  smutek  który  ściskał  Ginie  serce  i  groził,  że  załamie  się  jej 

system obronny.

– Jakiego rodzaju jest ten dom? – zapytała, starając się, żeby jej głos brzmiał normalnie.

– To dom pełen smutnych wspomnień. .

Zamknął książkę i przysiadł na ladzie.

– Tak naprawdę to nie chcę dziś o nim myśleć. Jestem na wakacjach.

–  Ale  taki  projekt  zmiany  wnętrza  może  i  nie  jest  złym  pomysłem  –  zaryzykowała, 

Kompletna zmiana może mu dobrze zrobić.

Skinął głową w zamyśleniu.

–  Wymieniam  wykładziny,  ale  nie  myślałem  o  niczym  innym.  Jeśli  ci  naszkicuję,  jak 

wyglądają wnętrza, doradzisz mi?

– Z radością. Lubię zajmować się urządzaniem wnętrz. Szczególnie – dodała z uśmiechem –

kiedy mogę wydawać cudze pieniądze.

Odwzajemnił jej uśmiech. Potem w jego, oczach pojawiło się wahanie.

– Myślę, że masz rację, zmiana byłaby zdrowa. Problem w tym, że nie wiem, jak odebrałaby 

to  Steny  Bardzo  dba  o  pamięć  matki.  Mogłoby  jej  być  przykro,  gdybym  zmienił  wszystkie 

background image

kolory.

Gina zastanowiła się nie po raz pierwszy, jaka będzie ta czternastolatka, kiedy pojawi się w 

hotelu  w  przyszłym  tygodniu.  Alex  sprawiał  wrażenie  silnego  i  pewnego  siebie człowieka,  ale 

wydawał się pełen wątpliwości i troski, kiedy mówił o córce.

Przy  stoisku  pojawiła  się  młoda  para  i  Gina  podała  im  broszury,  odpowiadając  na  pytania 

dotyczące  upinania  tkanin  w  oknach  wykuszowych.  Alex  stał  obok,  słuchając  z  wyraźnym 

zainteresowaniem.

– Naprawdę się na tym znasz – zauważył, kiedy młodzi odeszli.

– Poświęciłam dużo czasu na naukę urządzania wnętrz. Szczególnie wnętrz z epoki.

Poprawiła książki na ladzie i ułożyła obok. kilka broszur, świadoma, że Alex nie spuszcza z 

niej, wzroku.

– Ładna sukienka – powiedział.

–  Dziękuję.  Roger  mówi,  że  wyglądam  jak  stokrotka.  –  Przyjrzała  się  sobie.  –  Nie  jestem 

pewna, czy to był komplement.

– Och, myślę, że tak.

Ginie zrobiło się gorąco pod wpływem jego spojrzenia.

– Masz przerwę czy cały dzień będziesz pracować? – spytał.

– Prawie cały. Jestem w stoisku do piątej, z półgodzinna przerwą na lunch. Umówiłam się z 

Mary – dodała niemal przepraszającym tonem.

– Aha. A o piątej ? Wracasz wprost do hotelu?

Potrząsnęła głową.

–  Nie  od  razu.  Prawdopodobnie  zostanę  tutaj,  żeby  popatrzeć  na  fajerwerki.  To  naprawdę 

piękny pokaz.

– Więc, gdybym wstąpił koło piątej, miałbym szansę zabrać cię na kolację i obejrzeć z tobą 

fajerwerki?

Serce  Giny  mocno  zabiło,  ale  starała  się  zachować  obojętny  wyraz  twarzy.  To  zwykłe, 

niezobowiązujące zaproszenie, mówiła sobie. Alex nie zna nikogo w mieście, jest uprzejmy, to 

wszystko.

Ale  czuła  zdradziecki  przypływ  lęku  i  podniecenia,  kiedy  myślała  o  łagodnym  zmierzchu, 

nadchodzącej ciemności i fajerwerkach wybuchających nad jeziorem, ..

Wiedziała,  że  powinna  odrzucić  zaproszenie.  Alex  Colton  jest  potencjalnie  zbyt 

niebezpieczny  dla  jej  starannie  ułożonego  życia.  Poza  swą  niezaprzeczalna  atrakcyjnością,  jest 

świeżo  w  żałobie.  Najbardziej,  niepokojąca  jest  stojąca  gdzieś  w  kulisach  jego  nieszczęśliwa, 

smutna córka.

Najbezpieczniej  byłoby  powiedzieć?  „nie”  i  uniknąć  w  ten  sposób  wszelkich  problemowi 

jakie mogłyby wyniknąć. Mów „nie” a wtedy nikt cię nie zrani, powtarzała sobie. Ale nie była w 

stanie odmówić.

background image

– Dobrze – powiedziała wreszcie, zmartwiona swą słabością. – Zobaczymy się później.

– Świetnie. Cieszę się.

Posłał  jej  zniewalający  uśmiech  i  odsunął  się,  żeby  przepuścić  grupę  kobiet  chcących 

przejrzeć katalog tapet.

Zanim  zaczęła  z  nimi  rozmowę,  zdążyła  dostrzec  jeszcze  jego  wysportowana  sylwetkę  i 

siwiejące włosy, kiedy znikał w tłumie.

Spędził  miły  dzień,  zwiedzając  jarmark.  Sporo  czasu  zajęło  mu  oglądanie  zwierząt 

hodowlanych. Podziwiał świnie o wypolerowanych racicach i  krowy ze wstążkami w ogonach. 

Zjadł  kolbę  kukurydzy i  domowe  ciasto z  brzoskwiniami,  potem  słuchał  zespołu kameralnego! 

Rogera  i  chóru  Mary.  Oba  reprezentowały  wysoki  poziom.  Oczywiste  było,  że  miasteczko 

poważnie traktuje muzykę.

Później tego południa,  czekając, aż Gina będzie wolna, poszedł nad jezioro, by odpocząć z 

dala od tłumów. Usiadł na kamieniu i zapatrzył się w wodę. Powierzchnia jeziora lśniła w słońcu 

jak dywan z diamentów. Wielka czapla przeleciała majestatycznie nad wodą.

Odchylił  głowę  do  tyłu,  wystawiając  twarz  do  słońca.  Klimat  tu  był  przyjemny,  powietrze 

czyste,  ludzie  uczciwi  i  serdeczni.  Łagodna  atmosfera  stanowiła  balsam  dla  jego  duszy  i  był 

przekonany, że tego właśnie  potrzeba Steffi,  Przypomniał sobie jej  smutny  głos przez telefon i 

wiadomość,  że  nie  czuje  się  dobrze.  Może  powinien  zadzwonić  i  nalegać,  żeby  przyjechała? 

Sandersowie mogą ją odwieźć na wcześniejszy samolot jutro i kontynuować swoje wakacje. Bał 

się  jednak  zasugerować  ten  plan,  pamiętając,  z  jaką  pogardą  i  goryczą  Steffi  odnosiła  się  do 

wszelkich jego propozycji.

Skoro nią jest w stanie niczego zrobić jak należy, pomyślał ze smutkiem, najlepiej nie robić 

nic.

Spojrzał na zegarek i poczuł przypływ podniecenia. Dochodzi piąta, czas pójść do stoiska i 

spotkać się z Gina. Wstał, przyczesał włosy kieszonkowym grzebieniem i zaśmiał się z samego 

siebie.

Czterdzieści  trzy  lata  i  oto  idzie  na  randkę.  Po  raz  pierwszy  od  dłuższego  czasu  zaprasza 

kobietę na coś, co nie jest spotkaniem w interesach.

Pomyślał  o  ożywionej  twarzy  Giny,  jej  kieszeniach  pełnych  różności,  jej  rozczulającej 

chłopięcości,  w  tak  oczywisty  sposób  kontrastującej  z  jej  kompetencjami  kobiety  interesu.  A 

ponieważ był tylko człowiekiem, jego myśli zatrzymały się też na tym, jak wyglądała tego ranka 

w letniej sukience, na jej nagich ramionach i drobnych piersiach:

Tak dawno nie trzymał w objęciach kobiety. Prawie już nie pamiętał ostatniego razu.

Pospieszył  w  kierunku  namiotu.  Gina  zamykała  właśnie  stoisko,  pakowała  katalogi  i 

broszury w kartonowe pudła. Mimo pracowitego dnia i upału panującego w namiocie wyglądała 

świeżo i była pełna energii.

background image

– Jesteś rześka jak ptaszek – powiedział. Spojrzała na niego i poczerwieniała.

– Jesteś piękna – dodał.

Poczuła, że robi jej się jeszcze bardziej gorąco.

– Prawdę mówiąc, jestem wyczerpana i na pewno to po mnie widać. Ale to miło, że o tym 

nie mówisz.

– Czy mogę w czymś pomóc?

Pokręciła głową.

– Zostawię te pudła pod ladą. Roger je zabierze w drodze do domu.

– Jesteś pewna?

– Najzupełniej. – Przeciągnęła się i westchnęła, po czym wyszła zza lady. – Cieszę się, że już 

skończyłam.

Alex podał jej ramię. Miło mu było mieć ją u boku, kiedy wędrowali razem przez tłum. Tak 

dobrze  pasowali  do  siebie.  Ich  ramiona  prawie  się  dotykały,  szli  krok  w  krok.  Czuł  ciepło  jej 

dłoni na ramieniu. Poklepał ją i spojrzał na Ginę.

– Co? – zapytała.

– Podoba mi się – odparł po prostu. – Mógłbym się przyzwyczaić do chodzenia z tobą.

Jej policzki znowu, poróżowiały pod piegami, co wywołało jego uśmiech.

– Zawsze się tak czerwienisz?

–  To  przekleństwo  –  odparła,  zatrzymując  się,  żeby  popatrzeć  na  rozmaite  gatunki  zbóż, 

związane wstążkami w snopki. – Zawsze się łatwo czerwieniłam. Nie  zwracaj na  to uwagi. To 

zupełnie nic nie znaczy.

– W porządku.

Przechodzili wśród stoisk prezentujących produkcję ogrodniczą.

– Więc jak mam poznać, że jesteś speszona? – zapytał.

– Gdybym wczołgała się w jakąś dziurę, zwinęła w kłębek i umarła, miałbyś sygnał.

Zaśmiał się – Widziałaś inne eksponaty czy byłaś unieruchomiona cały dzień w stoisku?

–  Głównie  byłam  w  stoisku,  ale  po  tylu  latach  tutaj  mało  jest  dla  mnie  rzeczy  naprawdę 

nowych. Co ci się najbardziej podobało?

Zastanowił się chwilę.

– Świnie były wspaniałe – wyznał w końcu. – I zespół kameralny Rogera.

Gina roześmiała się z zachwytem, co wywołało uśmiech na jego twarzy.

– Czekaj, powiem Rogerowi, że zajął drugie miejsce po świniach.

Alex  śmiał  się  razem  z  nią.  Czuł,  jak  ciemne,  obręcze  wokół  jego  serca  rozluźniają  się,  a 

chmury odpływają. Po przyjacielsku objął Ginę ramieniem, z przyjemnością czując jej szczupłe 

ciało obok swojego, ale zmusił się, żeby ją puścić niemal natychmiast.

– Gdzie chcesz zjeść kolację? – zapytał. – Chcesz pójść do miasta na befsztyk?

Spojrzała na niego zaszokowana.

background image

–  Wielkie  nieba,  nie!  Tutaj  mamy  pożywne  dania  w  rodzaju  parówek  z  chili  i  tłustych 

hamburgerów. W końcu to wiejski jarmark.

– Niewątpliwie. Dobrze, rozejrzyjmy się jeszcze trochę i zobaczmy, gdzie możemy zjeść coś 

naprawdę niezdrowego.

Przez godzinę zwiedzali jarmark i jedli lody, żeby oszukać fale głodu. Przejechali się nawet 

konno.

Wreszcie, kiedy oboje poczuli się wygłodniali i nie chcieli już dłużej czekać, kupili półmisek 

pełen hamburgerów, kolby kukurydzy w maśle i krążki smażonej cebuli, a do tego lemoniadę w 

plastikowych kubkach.

Usadowili się przy stoliku nad wodą.

–  Jakie  to  dobre  –  powiedziała  Gina  radośnie,  wycierając  usta  papierową  serwetką.  –

Dlaczego to, co naprawdę pyszne, jest niezdrowe?

Alex patrzył na jej twarz i włosy obramowane złotym blaskiem zachodzącego słońca. Nagle 

poczuł, że nie jest w stanie wydobyć głosu.

– Jedz – poprosiła. – Nie zjem przecież sama całej tej cebuli.

– Będziemy musieli biec całą drogę do hotelu, żeby to spalić.

– Dobry pomysł, lubię biegać.

– Masz tyle energii – zauważył, biorąc chrupiące krążki cebuli. – Zawsze jesteś taka?

– Na ogół. kocham to, co robię, to wszystko. Żyję dokładnie tak jak chcę.

– Niczego nie żałujesz? Popatrzyła na niego.

– Na przykład czego?

–  Nigdy  się  nie  oglądasz  i  nie  wracasz  do  szczególnych  chwil  w  swoim  życiu,  myśląc,  że 

mogłaś coś zrobić inaczej ?

Zdziwiła go jej reakcja. Choć patrzyła na jezioro i widział ją z profilu, zobaczył, że jej zęby 

zacisnęły się, a twarz zachmurzyła.

Ale kiedy odwróciła się do niego, minę miała obojętna.

–  W  gruncie rzeczy nie  – odparła. –  Każde życie jest  pełne  trudnych  wyborów,  ale  jestem 

zadowolona ze swoich. A ty?

Jej jasne, orzechowe oczy spoczęły na nim w zamyśleniu.

Alex bawił się papierowym opakowaniem, wiedząc, że Gina oczekuje uczciwej odpowiedzi. 

Gina jest osobą bezpośrednią i niewątpliwie oczekuje tego samego od innych.

Uczciwość jest jedna z jej najbardziej pociągających cech, ale jednocześnie zbijającą z tropu. 

Jeśli  Alex  miał  być  uczciwy  wobec  tej  kobiety,  będzie  musiał  jej  okazać,  jak  bardzo  mu  się 

podoba. A ona wkrótce zda sobie sprawę, że on pragnie czegoś więcej niż tylko towarzystwa.

–  Myślę  –  powiedział  wreszcie  –  że  dokonałbym  tego  samego  wyboru,  ale  szkoda,  że 

niektórych decyzji nie podjąłem wcześniej.

– Jak to?

background image

Przyglądała mu się uważnie, popijając lemoniadę.

– Prawdopodobnie czuję się tak z powodu choroby Janice. Kiedy traci się kogoś bliskiego, 

odczuwa się, jak kruche i ulotne jest życie. Żałuję, że nie miałem odwagi wcześniej zacząć pisać 

książek i felietonów, bo dałoby nam to swobodę i niezależność. Żałuję, że Steffi nie urodziła się 

wcześniej, żeby Janice mogła widzieć, jak dorasta.

Ból powrócił na chwilę, wsysając go w ciemna chmurę.

Gina ścisnęła jego dłoń.

–  Tak  mi  przykro  –  szepnęła.  –  Te  ostatnie  lata  musiały  być  bardzo  ciężkie  dla  was 

wszystkich.

Z  wdzięcznością  ujął  jej  rękę.  Miała  szczupłe,  silne  palce  i  stwardniałe  dłonie,  które 

przyjemnie mu było trzymać.

– Alex...

– Tak?

– Czy nie obawialiście się, że jak będziecie mieli dziecko, to przy chorobie twojej żony.

Serce mu się ścisnęło.

– Steffi jest dzieckiem adoptowanym – powiedział.

– Ach tak – szepnęła.

Zapadła niezręczna cisza; oboje patrzyli na jezioro.

– Popatrz – zauważyła, wreszcie Gina. – Szykują już fajerwerki.

– Mamy dobre miejsce.

– Chcesz zostać tutaj? – zapytała, rozglądając się niepewnie. – Moglibyśmy znaleźć miejsce 

gdzieś na trawie...

Alex wstał zza stołu i usiadł obok niej na ławce, wyciągając nogi przed siebie. Potem zdjął 

marynarkę i okrył nią jej nagie ramiona.

– Czy jest ci ciepło? – zapytał. – Kiedy słońce zajdzie, nad wodą będzie chłodno.

– Dobrze mi – odparła. – A tobie? Jest ci wygodnie?

– Jest mi tak dobrze – odparł – że mógłbym zostać tu, tak jak teraz, do końca życia.

W gasnącym świetle znów dostrzegł delikatny rumieniec na jej policzkach, zanim odwróciła 

głowę. Z trudem oparł się pokusie, by ją objąć i przytulić.

background image

Rozdział 6

Śniadanie  w  Edgewood  Manor  było  wytworne  i  obfite.  Podawano  je  we  wdzięcznej  starej 

jadalni, gdzie Josiah i Elizabeth Edgewood niekiedy podejmowali kolacją czterdzieści osób.

Wkrótce  po  kupnie  domu  Gina  zrezygnowała  z  wielkiego,  dębowego  stołu.  Zamiast  niego 

ustawiła  kilka  mniejszych  stolików,  nakrytych  ciemnoniebieskimi  obrusami,  porcelana  i 

lśniącymi srebrnymi sztućcami. Na stołach stały kwiaty z ogrodu, a krzewy za oknami sprawiały, 

że pokój przypominał chłodną, zielona grotę z przefiltrowanymi plamami słońca.

Od jarmarku w Azure Bay minął tydzień. Goście zaprzyjaźnili się między sobą i kiedy siadali 

do  śniadania,  składającego  się  z  kompotu  z  owoców,  zapiekanki  ze  szpinakiem,  świeżych 

owoców  i  ciepłych  ciasteczek  owsianych,  podawanych  w  koszyku  przykrytym  serwetką  w 

niebieską  kratkę,  rozmowa  toczyła  się  wartko.  Wykładane  drzewem  ściany  odbijały  ożywione 

głosy.

Gina  szła  przez  hol,  niosąc  srebrny  dzbanek  z  kawą,  kiedy  usłyszała  serdeczny  wybuch 

śmiechu Alexa. Weszła do jadalni i uśmiechnęła się do niego.

Siedział przy stoliku z gośćmi z Atlanty, parą archeologów, którzy letnie  wakacje łączyli z 

możliwością  badania  petroglifów  nad  jeziorem.  Jedno  z  miejsc  przy  stoliku  było  puste  i 

stanowiło nieme przypomnienie, że Steffi Colton pojawi się za dwa dni.

Gina chodziła po jadalni z dzbankiem kawy, rozmawiając i żartując z gośćmi. Stary hotel był 

wypełniony po brzegi, praktycznie trzeszczał w szwach. Kim i Stacey, dwie studentki, pracowały 

pełna parą.

W  niektórych  pokojach  dzieci  spały  na  składanych  łóżkach,  choć  zwykle  niewiele  dzieci 

przyjeżdżało do Edgewood Manor. Dla personelu lato było zawsze okresem zarówno radosnym, 

jak i wyczerpującym.

–  Co  to  za  hałasy?  –  zapytała  Gina  z  żartobliwą  surowością,  zatrzymując  się  przy  stoliku 

Alexa. – Śmiech jest niedozwolony. Wszyscy troje będziecie musieli opuścić hotel.

Alex odwrócił się do niej z uśmiechem, a ona musiała się powstrzymać, żeby mu nie położyć 

ręki na ramieniu albo nie pogłaskać po włosach.

Nigdy nie czuła tak ogromnego pociągu fizycznego do drugiego człowieka. Trzymanie się od 

niego z daleka wydawało się z każdym dniem trudniejsze.

Popatrzył na nią badawczo.

– Dobrze spałaś, Gino?

– Bardzo dobrze, dziękuję.

–  Wczoraj  pracowaliśmy  z  Gina do  północy – zwrócił  się  do współtowarzyszy.  – Byliśmy 

nad  jeziorem  i  pomagaliśmy  Rogerowi  zreperować  tratwę,  żeby  dzieci  mogły  jej  używać  do 

pływania.

background image

Siedząca przy stoliku kobieta uśmiechnęła się do Giny.

–  To  szczęście  mieć  gościa,  który  gotów  jest  pomagać  –  powiedziała  ciepłym  akcentem  z 

Georgii.

Gina  pomyślała  o  blasku  księżyca  na  wodzie  i  silnych,  mokrych  ramionach  Alexa,  kiedy 

pracowali w wodzie przy tratwie. Zadrżała lekko.

– Kawa? – zapytała archeologów.

–  Czy  to  ta  sama  mieszanka  co  wczoraj?  –  zapytała  kobieta.  –  Cudowny  jest  ten  smak 

orzechów laskowych.

Gina skinęła głową.

– To nasza domowa mieszanka. Roger miele ją co rano.

– Proszę o filiżankę. A ty, Geraldzie?

Mężczyzna skinął głową entuzjastycznie.

–  Tak,  Sue  Annę.  Nigdy  nie  odmawiam  niczego,  co  mi  tu  proponują.  Wszystko  jest  takie 

pyszne.

–  Dzięki  takim  gościom  jak  wy  praca  jest  dla  mnie  przyjemnością  –  powiedziała  Gina, 

napełniając filiżanki. – Nalać ci jeszcze kawy, Alex?

Spojrzał na nią ponownie, oczy mu lśniły.

– Zgadzam się z Geraldem. Nie odmówię niczego, co proponujesz.

Gina poczuła irytujący, demaskujący rumieniec na policzkach.

– Prawie zapomniałam. W biurze jest do ciebie faks.

– Z Vancouveru?

Skinęła głową.

– Trzeci faks w ciągu dwóch dni. Twój szef musi się niepokoić.

– Dobrze. Wezmę go po śniadaniu.

– Czym się zajmujesz? – zapytał Gerald.

Gina i Alex wymienili spojrzenia.

– Uczę ekonomii w prywatnym college’u w Lower Mainland – odparł Alex.

–  I  zawracają  ci  głowę  w  czasie  wakacji?  –  zdziwiła  się  Sue  Ann.  –  To  naprawdę 

niegodziwe.

Gina spokojnie napełniła  filiżankę Alexa.  Jeśli  chce utrzymać swą tożsamość w tajemnicy, 

ona na pewno jej nie ujawni. Obawiała się jednak , że ktoś z gości odkryje w końcu prawdę.

– Co dziś robisz, Gino? – zapytał Alex, dotykając jej ramienia.

– Pomyślałam, że wezmę kajak i sprawdzę, czy w lesie są jagody.

– Nie jest jeszcze za wcześnie? – zdziwiła się Sue Ann.

–  Może  –  odparła  Gina.  –  Ale  było  dość  gorąco.  Myślę,  że  mogą  już  być  dojrzałe. 

Poczekajcie, aż spróbujecie ciasta jagodowego Mary z bitą śmietaną.

– Czy mogę popłynąć z tobą? – zapytał Alex.

background image

– Myślałam, że masz dzisiaj pracować. Co z tymi wszystkimi faksami?

– Wczoraj pracowałem do północy. Jestem gotów wziąć wolny dzień. Gino – prosił – pozwól 

mi  popłynąć  z  tobą.  Będę  nawet  wiosłował.  Będę  twoim  gondolierem,  a  ty  możesz  płynąć  w 

kajaku jak wielka dama.

Możesz mieć parasolkę i pluskać dłonią w wodzie.

Roześmiała się.

– To kusząca propozycja. Będziesz też zrywał jagody?

– Całymi wiadrami – obiecał.

–  Dobrze  –  zgodziła  się.  –  Muszę  z  Mary  przejrzeć  rachunki,  więc  będę  gotowa  około  –

spojrzała na zegarek – dziesiątej. Dobrze?

– Świetnie. Włożę grube buty i znajdę kij do odpędzania niedźwiedzi.

W dziesięć minut później Alex wstał od stołu, a wraz z nim większość gości. Rozchodzili się, 

przygotowując do spędzenia dnia na plaży albo wędrówki po szlakach spacerowych.

– Nie zapomnij o faksie – zawołała Gina, przechodząc przez jadalnię, żeby nalać kawę kilku 

gościom, którzy jeszcze zostali przy stolikach.

–  Chodź  ze  mną  do  biura  –  odparł,  biorąc  z  jej  rąk  pusty  dzban.  –  Zostawimy  dzbanek  w 

kuchni i odbiorę faks. Potem zrobisz, co masz do zrobienia, i możemy iść nad jezioro.

– Czy ktoś ci kiedyś powiedział, że się szarogęsisz?

– Święta racja.

– Objął ją i lekko uścisnął.

– Chcę już cię mieć w kajaku, zanim się ktoś pojawi i mi cię zabierze.

– Nie widzę, żeby ktokolwiek próbował – zauważyła sucho.

Odsunęła się od niego i skierowała w stronę kuchni, spiesząc się, żeby nie zobaczył, jak ją 

poruszył jego dotyk.

Leżała  w  kajaku,  patrząc  na  bezchmurne  niebo.  Zgodnie  z  obietnicą  Alex  zajął  się 

wszystkim, przyniósł nawet poduszki z krzeseł na patio i ułożył na tylnym siedzeniu oraz na dnie, 

żeby mogła rozsiąść się wygodnie, podczas kiedy on wiosłował.

Na  dnie  kajaka  stały  plastikowe  wiaderka.  W  jednym  ż  nich  była  paczka  z  kanapkami  i 

ciastkami, którą dała im Mary, i termos z kawą. Gina miała miłe uczucie, że jest na wakacjach, 

jak dziecko na pikniku.

Zamknęła oczy i cieszyła się ciepłem słońca na twarzy, słuchając delikatnego plusku wioseł. 

To był raj, istny raj;

– Za ciężko pracujesz – zauważył Alex z drugiego końca kajaka. – Po raz pierwszy widzę, że 

się odprężasz.

Otworzyła oczy i popatrzyła na niego. Wszystko jej się w nim podobało, od srebrnych pasm 

we włosach i łagodnego błysku humoru w oczach aż do silnych rąk i ramion, kiedy patrzyła, jak 

background image

wiosłuje.

– Powinieneś mieć kamizelkę ratunkową – rzekła sennym głosem. – Przykro byłoby mi cię 

stracić.

– Naprawdę? – zapytał, a w jego oczach zapaliły się iskierki. – Dlaczego?

– Bo jesteś najlepiej płacącym  gościem, jakiego kiedykolwiek miałam. Tego lata pobijemy 

rekord.

Roześmiał się.

– Grunt, że doceniasz moje co ważniejsze zalety. A czemu ty nie jesteś w kamizelce?

–  Byłam  mistrzynią  prowincji  w  stylu  dowolnym,  kiedy  miałam  piętnaście  lat.  Mogłabym 

przepłynąć na drugą stronę jeziora – powiedziała, wskazując bezmiar lśniącej, błękitnej wody.

– Zrobiłaś to kiedyś?

– Dwa razy. I możesz zgasić ten błysk rywalizacji, który masz w oczach. Nie mam zamiaru 

się z tobą ścigać.

– Czemu nie? – zapytał niewinnie. – Chodź, spróbujemy. Założę się, że wygrasz. W końcu 

jesteś o wiele młodsza ode mnie.

– O ile młodsza?

–  Zaraz  –  powiedział,  odkładając  wiosło.  –  Mary  mówiła  mi,  że  kilka  tygodni  temu  były 

twoje urodziny i skończyłaś trzydzieści sześć lat. Ja mam czterdzieści trzy. Więc masz nade mną 

siedem lat przewagi.

Gina uśmiechnęła się i wsparta o poduszki, ponownie zamknęła oczy.

– Masz rację. Prawdopodobnie bym wygrała. Ale po co upokarzać dobrze płacącego gościa?

Zaśmiał się i popatrzył na linię brzegu, wzdłuż której płynęli.

– To prawdziwe odludzie. Nie widzieliśmy po drodze żadnego domu.

– Dla mnie jest tu nie dość odludnie.

– Dlaczego? – zapytał zdziwiony. – Nie lubisz mieć sąsiadów nad jeziorem?

–  Im  dłużej  tu  mieszkam  –  powiedziała  rozmarzona  –  tym  bardziej  chciałabym,  żebyśmy 

wszyscy  w  cudowny  sposób  zniknęli  i  pozostawili  wszystko  takim,  jakim  było  w  dawnych 

czasach.  Nie  znoszę  tych  domów  pompujących  nieczystości  wprost  do  jeziora,  nie  znoszę 

przystani  wynajmujących  narty  wodne  i  stoisk  z  hamburgerami.  To  wszystko  jest  takie... 

brzydkie.

– Ale konieczne, żeby ludzie mogli, cieszyć się jeziorem. Z tobą włącznie.

– W tym cała rzecz. Nie jestem pewna, czy musimy wykorzystywać absolutnie każdą rzecz 

tylko dlatego, że istnieje i jest dostępna. Są rzeczy tak piękne, że powinno sieje zostawić same 

sobie.

– Do licha. Jesteś obrońcą przyrody – droczył się Alex. – Prawdziwy ekolog.

– Pewnie tak – odparła  nie zrażona. – Dawniej taka nie byłam, ale życie tutaj sprawiło, że 

naprawdę obchodzi mnie środowisko. Wiele stracimy, jeśli nie będziemy ostrożni.

background image

Jego wzrok spoczął na niej. Był tak ciepły i intensywny, że poruszyła się nerwowo i spojrzała 

przez ramię na brzeg.

– Jesteśmy prawie na miejscu. Jeszcze tylko, z pół kilometra do jagód.

Alex  zaczął  znowu  wiosłować.  Mięśnie  na  jego  ramionach  napinały  się,  a  silne  uderzenia 

wioseł powodowały fale. Miął na sobie znoszone szorty z obciętych dżinsów i luźną kamizelkę. 

Jego ramiona, nogi i duża część piersi były nagie. Był już opalony po kilku słonecznych dniach 

spędzonych  na  plaży  i  ciepły  brąz  jego  skóry  przyjemnie  kontrastował  ż  ciemnymi, 

przyprószonymi siwizna włosami na piersi.

Gina  obserwowała  go  spod  zmrużonych  powiek  i  drżała.  W  skąpym  odzieniu  wyglądał 

jeszcze atrakcyjniej; w ubraniu sprawiał wrażenie krępego i barczystego.

– Jesteś w całkiem dobrej formie – zauważyła, starając się, żeby zabrzmiało to obojętnie. –

Jak na profesora.

– W college’u jest sala gimnastyczna i siłownia. Cały czas ćwiczę.

Zrobił szeroki ruch wiosłem, zręcznie omijając na pół zatopione pnie drzew.

– Najpierw, kiedy Janice zachorowała, to był sposób na odreagowanie stresu. Ale z czasem 

prawie się uzależniłem od ćwiczeń fizycznych i trudnych spraw.

– Trudne sprawy mogą doprowadzić do uzależnień, i to jeszcze jak.

– Na przykład prowadzenie w pojedynkę hotelu?

– Nie robię tego sama. Mam Mary i Rogera.

– Skoro o nich mowa, nie wiesz, co im jest? Atmosfera w kuchni jest lodowata. Czy to tylko 

z powodu diety Annabel?

Pokręciła głową, czując przypływ troski.

– Nie jestem pewna. Kłócili się z powodu Annabel w przeszłości, ale to nigdy nie trwało tak 

długo.  Martwię  się  o  Mary.  Jest  taka przyciszona  i...  zamknięta w  sobie.  Trudno  ją  skłonić do 

mówienia o tym, co ją gryzie.

–  Ja  bym  się  raczej  martwił  o  Rogera  –  oznajmił  Alex,  marszcząc  brwi  i  wpatrując  się  w 

gęstwinę poszycia na brzegu.

– Dlaczego? – zapytała przestraszona.

– Cóż, znalazł sobie piękna przyjaciółkę z miasta, nieprawdaż? Nie wyobrażam sobie, żeby 

została długo w Azure Bay.

– Myślisz, że Roger mógłby wyjechać?

– Może się tak zdarzyć.

Zmarszczyła brwi.

– Jeszcze jej nie poznałam. Zdaje się, że wszyscy znają przyjaciółkę Rogera oprócz mnie.

– Powinnaś częściej wychodzić. Chcesz pójść ze mną do miasta na drinka wieczorem?

Pokręciła głową.

Mimo  że  spędzali  większość  dnia  razem  w  hotelu  i  jego  pobliżu,  opierała  się  wszelkim 

background image

zaproszeniom  Alexa.  Niemal  podświadomie  wiedziała,  że  nie  ma  sensu  nawiązywanie 

towarzyskiej  znajomości,  która będzie  się  musiała  skończyć w  dniu,  w  którym przyjedzie  jego 

córka.

Alex nie pozostawiał wątpliwości co do tego, jak ważna jest dla niego Steffi i gorąco pragnął, 

żeby miała udane wakacje. Gina przypuszczała, że jego dni i wieczory będą zajęte, kiedy Steffi 

się pojawi.

Poczuła ból utraty, który szybko stłumiła głęboko zawstydzona.

W  końcu  Steffi  Colton  ma  dopiero  czternaście  lat  i  przed  zaledwie  kilkoma  miesiącami 

straciła matkę. Gina nie mogła jej zazdrościć uwagi ojca.

Jednak  świadomość,  że  ona  i  Alex  mają  jeszcze  tylko  dwa  dni,  żeby  cieszyć  się  swoją 

rosnącą przyjaźnią, była przykra.

–  Przybij  do  brzegu  –  zarządziła.  –  W  tej  małej  zatoczce  jest  pełno  żwiru  i  możemy  tu 

zostawić kajak.

Alex patrzył z powątpiewaniem na ścianę zieleni.

– Jesteś pewna, że tu są jagody?

– Najzupełniej. Znalazłam to miejsce przed laty, chodząc po lesie.

– A niedźwiedzie? Może one także znalazły to miejsce?

– Och, daj spokój – ofuknęła go. – Niedźwiedzie prawie nigdy tak daleko nie dochodzą.

Alex wysiadł i wciągnął kajak na brzeg, po czym podał Ginie rękę i pomógł jej wysiąść.

– Roger mówi, że w tym roku widziano dużo niedźwiedzi na brzegu jeziora. Policja ostrzega, 

żeby uważać.

–  Niedźwiedzie  nie  zrobią  ci  krzywdy,  jeśli  ich  nie  zaskoczysz.  Ważne  jest,  żeby  cię 

usłyszały i zdążyły uciec. Będziemy śpiewać i szaleć podczas pracy.

Uśmiechnął się i przysunął bliżej. Nadal trzymał ją za rękę, a teraz położył drugą dłoń na jej 

ramieniu.

– Marny ze mnie śpiewak, ale podoba mi się pomysł, że mamy szaleć.

Nie  odpowiedziała.  Stała  bez  ruchu,  świadoma  kompletnej  ciszy  i  odcięcia  od  świata, 

świadoma dotyku Alexa.

– Można odnieść wrażenie – powiedziała wreszcie, usiłując wykrzesać na twarzy uśmiech –

że jesteśmy jedynymi ludźmi na świecie. Prawda?

Skinął głową, patrząc na nią z napięciem.

– Uwielbiam to uczucie – oświadczył. – Ty nie?

– Ja, nie jestem pewna – szepnęła, a jego ręce zamknęły się wokół niej.

Westchnęła,  wtulając  się  w  jego  ramiona  i  chowając  twarz  na  jego  piersi.  Po  tylu  dniach 

pragnienia i rozmyślania dobrze było ulec, po prostu odprężyć się i pozwolić mu się obejmować. 

A  kiedy  odsunął  się  trochę,  uniósł  jej  podbródek  i  dotknął  wargami  jej  ust,  doznała  uczucia 

dziwnego i swojskiego zarazem. Jego usta były ciepłe, miłe stanowcze i pocałunek trwał i trwał. 

background image

Gina wiedziała tylko, że nie chce, żeby się skończył.

Wreszcie Alex odsunął się i dotknął jej skóry w wycięciu bluzki.

– Popatrz tylko – szepnął. – Serce ci bije jak uwięziony! motyl.

Odetchnęła  głęboko.  –  Zazwyczaj  tak się  nie zachowuję.  Trudno  mi  uwierzyć w  to,  co  się 

dzieje.

– Mnie też. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz kogoś tak pocałowałem. Jest tak dobrze. Tak... 

cudownie.

Jakaś  jej  część  pragnęła  przerwać  te  czułości,  odejść  i  zanurzyć  się  w  lesie,  zostawiając 

Alexa samego na brzegu. Ale pragnienie miłości było zbyt silne.

Przysunęła się bliżej, przyciągając jego głowę i całując go zachłannie.

– Gino – szepnął, kiedy byli znowu w stanie mówić. – Pozbawiasz mnie tchu.

Obejmował ją, przesuwając dłońmi po jej ciele, przyciągając ją bliżej.

–  Jesteś  wspaniałą  kobietą  –  powiedział.  –  Dlaczego  wybrałaś  taki  styl  życia,  Gino? 

Dlaczego  zamknęłaś  się  tutaj  jak  zakonnica  w  klasztorze?  Taka  kobieta  jak  ty  powinna  mieć 

męża i dzieci.

Po  niebie  przesunęła  się  chmura,  zasłaniając  słońce,  i  Gina  poczuła  chłód  mimo  ciepłych 

ramion Alexa. Odsunęła się i zaczęła Wyjmować z kajaka plastikowe wiaderka.

– Weźmy się lepiej do roboty powiedziała, unikając jego wzroku. – Muszę być z powrotem 

przed podwieczorkiem.

– Gino – powiedział miękko.

Nie zwróciła na niego uwagi.

– Weź te wiadra, Alex, a ja wezmę lunch. Czy myślisz, że będą nam potrzebne kurtki?

Podszedł do niej i położył dłoń na jej ramieniu.

– Gino, co się stało?

–  Nic  –  odparła,  starając  się,  żeby  to  zabrzmiało  obojętnie.  –  Nic;  zupełnie.  Po  prostu  nie 

chcę żadnych komplikacji, to wszystko, Wziął wiadra i weszli na ścieżkę prowadzącą do lasu.

– Powiedz, co rozumiesz przez komplikacje.

Potrząsnęła głową.

– To ty jesteś pisarzem. Znasz znaczenie słów: Ścieżka zwęziła się. Alex szedł teraz za Gina.

–  Czy  wolno  mi  cię  dotykać?  Dawno  nie  byłem  z  nikim  blisko  i  nie  wiem,  jakie  reguły 

obowiązują w takich sytuacjach.

– Nie ma żadnych reguł. Mamy przed sobą całe lato i nie chcę niczego przyspieszać.

Alex milczał. Ale nawet nie patrząc na niego, Gina wiedziała, że myśli to samo co ona.

Nie mają całego lata. Mają tylko dwa dni do przyjazdu jego córki.

Starała się zmienić temat rozmowy.

– Ta ścieżka jest o wiele lepsza niż w zeszłym roku. Widać zwierzęta używają jej regularnie, 

bo nikt tu nigdy nie przychodzi.

background image

– Jakie zwierzęta?

– Głównie jelenie i króliki.

– A niedźwiedzie?

–  Nie  martw  się  –  powiedziała  ze  śmiechem.  –  Obronię  cię,  jeśli  pojawi  się  niedźwiedź. 

Zobacz tylko, ile jagód.

Podeszli do niewielkiej, zalanej słońcem polanki, porośniętej krzaczkami dojrzałych jagód. –

Ty  zacznij  tutaj  –  powiedziała,  kładąc  paczkę  z  lunchem  w  cieniu  drzewa  i  biorąc  od  Alexa 

wiaderko. – Ja się zajmę tą stroną.

– Czy jest jakaś nagroda dla tego, kto – pierwszy napełni wiaderko?

– Strasznie lubisz się ścigać. Dlaczego mężczyźni są zawsze tacy?

– Nie wiem . Dlaczego kobiety zawsze generalizują na temat mężczyzn?

–  Roześmiali  się  oboje  i  zabrali  do  zbierania  jagód,  gawędząc  przyjaźnie.  Słońce 

przeświecało przez liście, a z wysokiej sosny krzyczała do nich sroka.

– Jak to się stało, że zacząłeś pisać felietony? – zapytała.

–  Początkowo  pisałem  do  gazety  w  college’u,  doradzałem  studentom,  jak  inwestować 

pieniądze. Potem  wzięła to  jedna ż dużych gazet  w mieście i drukowała  dwa razy  w miesiącu. 

Byłem tym bardzo przejęty.

– Płacili ci za to?

– To było najbardziej ekscytujące. Nie mogłem uwierzyć, że płacą mi za coś, co jest dla mnie 

taką świetna zabawą.

– A teraz czytają to ludzie na całym kontynencie.

Skinął głową, zrywając ż zapałem dojrzałe jagody.

– Felieton ukazuje się w setkach gazet. Mam nawet agenta do tych spraw. Niekiedy myślę o 

tym  wszystkim  i  trudno  mi  w  to  uwierzyć  –  dodał,  podnosząc  głowę  i  uśmiechając  się  do 

krzyczącej sroki.

– Ale zatrzymałeś pracę wykładowcy?

–  Nie  mam  już  pełnego  etatu,  tylko  kilka  godzin  zajęć  ze  wstępu  do  ekonomii.  Lubię 

kontakty ze studentami.

– Pewnie musisz dużo podróżować, żeby mieć materiał do felietonów.

–  Jeździłem  ciągle  do  Toronto  i  Nowego  Jorku,  ale  to  było  przed  chorobą  Janice.  Przez 

ostatnie kilka lat trzymałem się blisko domu.

Skinęła głową. Ogarnęło ją bolesne współczucie, gdy pomyślała, czym były te lata dla niego 

i jego córki.

– A ty? – zapytał, przechodząc przez polanę i zabierając się do krzaczków jagód bliżej Giny. 

– Dużo podróżowałaś?

– Tylko między Maritimes i Kolumbią Brytyjską, kiedy tu przyjechałam do college’u. Moja 

praca to zapewnianie wakacji innym. Nieczęsto sama mam wakacje.

background image

– A dokąd byś pojechała, gdybyś mogła wybrać dowolne miejsce na świecie?

– I gdyby pieniądze nie stanowiły problemu?

– Oczywiście. Jaki sens mają marzenia, skoro masz się martwić o pieniądze?

– Dobrze. Niech pomyślę.

Gina  przerwała  zbieranie  jagód.  Stała  z  napełnionym  do  połowy  wiaderkiem  i  patrzyła  na 

wierzchołki drzew.

Alex zrywał jagody, czekając na jej odpowiedź.

– Chciałabym pojechać do Kostaryki – powiedziała w końcu.

Spojrzał na nią zdziwiony.

– Żartujesz. Dlaczego do Kostaryki?

–  Czytałam o  takiej  wycieczce.  To  jakby safari  przez las  deszczowy.  Śpi  się  w  namiocie  i 

ogląda różne cudowne rzeczy. Ptaki i rośliny, egzotyczne zwierzęta, wodospady i rzeki...

– To musi być trudna podróż.

–  Podobno  sama  droga  przez  las  jest  dosyć  ciężka,  ale  potem  spędza  się  trzy  dni  w 

luksusowym hotelu. Myślę, że taki kontrast może być czymś wspaniałym.

– Patrzył na nią zdziwiony.

– To nie byle jakie życzenie. Wiesz, Gino, ciągle mnie zaskakujesz.

– Dlaczego?

–  Nie  wiem  –  odparł  z  namysłem.  –  Pełno  w  tobie  kontrastów.  Jesteś  kobietą  interesu  z 

ustalonymi zainteresowaniami i celami, ale jednocześnie jesteś kimś w rodzaju królewny z bajki. 

Jesteś  jak  śpiąca  królewna  schowana  w  swym  zaczarowanym  zamku,  odcięta  od  prawdziwego 

świata.

– Nonsens – odparła dotknięta. – Żyję w bardzo realnym świecie.

Pochyliła się i prędko zrywała jagody z niższych gałązek, żeby Alex nie widział jej twarzy i 

nie zdał sobie sprawy z celności swych obserwacji.

Nikt nigdy nie pozna straszliwej tajemnicy, która sprawiła, że Gina Mitchell całkiem odcięła 

się od świata. Żaden książę, myślała ze smutkiem, nie pojawi się i nie obdarzy jej uzdrawiającym 

pocałunkiem, który ukoi cały ból. Jej bajka nie może mięć szczęśliwego zakończenia.

– Więc czemu tego nie zrobisz? – zapytał.

– Czego?

– Nie pojedziesz do Kostaryki.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

–  Alex,  taka  wycieczka  kosztuje  ponad  dwanaście  tysięcy  dolarów.  Nigdy,  nawet  w 

najśmielszych snach, nie mogłabym sobie na nią pozwolić.

Otarła dłonią czoło.

– Robi się strasznie gorąco. Jak ci idzie?

Podszedł bliżej i pokazał jej naczynie.

background image

– Prawie pełne.

Spojrzała na niego ze zgrozą.

– Masz o wiele więcej niż ja. Myślałam o niebieskich migdałach zamiast zbierać.

– Nie tylko, kochanie – roześmiał się.

– Co masz na myśli?

– Zjadałaś jagody, zamiast je wrzucać do wiadra.

– Nieprawda.

– Owszem, prawda. Masz niebieskie usta.

Pochylił się i pocałował ją.

– Słodsze niż pamiętałem – szepnął, uśmiechając się do niej. – O smaku jagód.

– Alex...

Odstawił  oba  wiaderka,  swoje  i  Giny,  i  wziął  ją  w  ramiona.  Westchnęła  i  poddała  się 

uściskowi.  Drżała  z  pożądania,  kiedy  jego  ręce  zaczęły  się  przesuwać  po  jej  ciele,  głaszcząc 

biodra i talię.

– Zdaje mi się – szepnęła mu do ucha – że usłyszałam niedźwiedzia.

– A co mi tam – mruknął. – Niech sobie sam znajdzie dziewczynę. Jestem zajęty.

Roześmiała się i odepchnęła go.

– Alex, nie możemy...

– Dlaczego?

– Bo... nie jestem gotowa.

Jego dłonie natychmiast opadły. Odwrócił się, żeby wziąć wiaderka.

– Przepraszam.

– Nie przepraszaj. Cudownie jest być z tobą. Tyl– ko... chcę być ostrożna. Jestem o wiele za 

stara na letni romans.

– Oczywiście masz rację, ale tak strasznie dawno nie czułem się tak jak teraz. Nie wiem, ile 

wytrzymam.

– Przepraszam – powiedziała Gina z prawdziwym żalem.

Roześmiał się.

–  Teraz  ty  przepraszasz.  Moja  frustracja  to  nie  twój  problem,  Gino.  Słuchaj,  zostawmy 

jagody i zjedzmy lunch, dobrze? Może uda mi się myśleć o czymś innym niż całowanie ciebie.

Gina prędko przecięła polankę, żeby przynieść kanapki. Zastanawiała się, jak długo zdoła się 

opierać Alexowi.

Alex nie jest tutaj jedynym człowiekiem, myślała, którego fizyczne pragnienia od dawna nie 

są  zaspokojone.  Razem  stanowili  niebezpieczne  połączenie.  Ilekroć  jej  dotykał,  stawali  wobec 

potencjalnego wybuchu.

Gina  nie  mogła  sobie  wyobrazić,  jak  wyglądałoby  jej  życie,  gdyby  do  tego  wybuchu 

dopuściła.

background image

Rozdział 7

– Więc mała przyjeżdżajutro? Mary minęła Ginę w holu, dźwigając pudełka pełne słoików 

na konfitury. Annabel dreptała żwawo za nią. Oczy pudliczki rozjaśniły się, kiedy zbliżyła się do 

kuchni.

– Steffi już nie jest małą dziewczynką – odparła Gina, odbierając od Mary część pudełek i 

idąc za nią do kuchni. – Ma czternaście lat.

– Aha Mary złożyła swój ładunek na stole i wytarła ręce o fartuch.

– Czy Roger przyniósł ten worek cukru, ó który prosiłam?

– Chyba tak – odparła Gina, przechodząc przez kuchnię. – Widzisz? Jest w spiżarni.

–  Mary  z  trudem  wciągnęła  wielki,  papierowy  worek  do  kuchni,  –  Dziwię  się,  że  znalazł 

czas. Ostatnio sprawia wrażenie... bardzo zajętego.

Głos Mary załamał się. Wyjęła z kieszeni fartucha chusteczkę i wytarła nos. Gina spojrzała 

na nią zatroskana.

– Mary, przeziębiłaś się?

– Nie, czuję się dobrze.

Mary  wrzuciła  stos  jagód  do  garnka,  odmierzyła  odpowiednią  ilość  wody  oraz  cukru  i 

postawiła garnek na kuchni.

– Będziesz tu w czwartek? – zapytała.

Gina  wstawiła  słoiki  na  konfitury  do  sterylizatora,  przygotowując  je  do  zalania  wraz  z 

pokrywkami gorącą wodą.

–  Zaraz...  za sześć  dni.  –  mruczała, starając  się  skupić. Ale  jej  myśli  wypełniał  Alex,  jego 

mocne ciało i zmysłowe usta, jego śmiech, żarty i delikatność, zadziwiający smak jego ust...

– Gino? – zapytała Mary, posyłając jej zaniepokojone spojrzenie.

Annabel  siedziała  między  nimi  w  ciepłej  plamie  słońca,  energicznie  wgryzając  się  w  swój 

lewy bok.

– Gzy będziesz tu w czwartek?

Z poczuciem winy Gina powróciła wreszcie do rzeczywistości.

– Tak, oczywiście.

– To dobrze stwierdziła Mary. – Będziemy mieli gościa.

– Gościa? – zapytała Gina, uważnie zalewając słoiki wrzątkiem. – A kto ma przyjść?

– Lacey Franks. Roger chce ją nam przedstawić.

–  Naprawdę?  –  zdziwiła  się  Gina,  odrywając  się  od  pracy.  –  Najwyższy  czas  –  dodała, 

wyjmując  kolejne  słoiki  z  pudełka.  –  Jeśli  to  poważna  sprawa,  powinnyśmy  przynajmniej  coś 

wiedzieć o tej kobiecie, nie sądzisz?

background image

Mary nie odpowiedziała.  Stała przy  kuchni, mieszając gotujące się  owoce  dużą, drewniana 

łyżką. Sprawiała wrażenie przygnębionej.

Gina spojrzała na  gospodynię, ponownie zaskoczona jej zachowaniem. Ale kiedy Mary nie 

była w nastroju do rozmowy, nie należało nalegać.

Gina  ponownie  zatonęła  w  myślach  o  Aleksie.  Pracowały  z  Mary  w  spokojnej  atmosferze 

przyjaznego milczenia. Ciszę potęgował tylko stuk miski, którą Annabel przyniosła że spiżarni i 

którą jeździła teraz po podłodze.

Tego wieczoru Gina leżała w łóżku, czytając w świetle lampki nocnej. Mieszkała na parterze 

starego  domostwa,  w  mieszkanku  z  oknami  wychodzącymi  na  ogród  i  składającym  się  z 

niewielkiej sypialni, saloniku i łazienki. Mieszkanie Mary znajdowało się po drugiej stronie holu.

Gina  urządziła  wnętrze  w  swych  ulubionych  kolorach,  ciemnozielonym  i  kremowym,  z 

dodatkiem różowego na tapetach i poduszkach. Lubiła swój kąt. Po całym dniu pracy wracała tu 

wieczorem z westchnieniem ulgi, aby zająć się książkami, sztychami czy wyszywaniem.

Ale ostatnio nie mogła sobie znaleźć miejsca.

Wstała  z  łóżka  i  odsunęła  ciężkie  zielone  zasłony,  aby  spojrzeć  poprzez  trawnik  na  pokój 

przy  patio  w  drugim  skrzydle.  Jutro  wieczorem  Steffi  Colton  będzie  mieszkać  w  tym  pokoju. 

Alex miał rano pojechać na lotnisko, żeby ją odebrać.

Gina  postanowiła,  że  nie  będzie  jej,  kiedy  dziewczynka  się  pojawi.  Miała  zamiar  wziąć 

kajaki wybrać się na jagody. Alexowi nikt nie będzie potrzebny, kiedy córka wreszcie przyjedzie. 

Gina wiedziała, jak  bardzo  się na  to  cieszy i  jakie  nadzieje wiąże  ze wspólnymi  wakacjami  ze 

Steffi.

Zasunęła firanki i położyła się, biorąc książkę i usiłując się skupić.

Rozległo się pukanie do drzwi.

– Proszę – powiedziała odruchowo.

Mary często pojawiała się o tej porze z gorącą czekoladą i ciastkami. Siadała w fotelu i obie 

wdawały się w miłą pogawędkę na temat hotelu, Gina usiadła, odkładając książkę, wdzięczna za 

towarzystwo.

Ale to nie była Mary.

W  drzwiach  stał  Alex  Colton  w  spodniach  od  dresu  i  starej  koszulce  z  emblematem 

college’u. W jednej ręce trzymał plik kartek, w drugiej okulary.

Gina spojrzała na niego zaskoczona i podciągnęła wyżej kołdrę, żeby się zakryć.

– Przepraszam – powiedział niepewnie, stojąc w drzwiach. – Nie wiedziałem, że już jesteś w 

łóżku.

– W lecie jest dużo pracy. Pod koniec dnia jestem zwykle zmęczona.

– Przepraszam – powtórzył. – Porozmawiamy o tym jutro.

Odwrócił się, żeby wyjść.

background image

– Zaczekaj – poprosiła. – W porządku. Poczekaj tylko, aż...

Czekał za wpółotwartymi drzwiami. Gina wstała, wzięła z krzesła szlafrok i włożyła go, po 

czym usiadła na łóżku, owijając nogi kapą.

– Już – oznajmiła. – Wyglądam przyzwoicie.

Alex wszedł do pokoju i usiadł w fotelu przy łóżku.

–  Mam  w  komputerze  program  dotyczący  podróży.  Znalazłem  sporo  informacji  na  temat 

wycieczek do Kostaryki. Pomyślałem, że może cię to zainteresuje.

Gina uśmiechnęła się do niego przekornie, biorąc papiery.

– Myślałam, że miałeś dzisiaj pracować nad felietonem.

Uśmiechnął się do niej.

– Na wakacjach jestem jak dziecko. Byle się nie wziąć do pracy. Widzisz? Wydrukowałem 

masę informacji, żebyś mogła je przejrzeć.

Gina ze zdziwieniem patrzyła na papiery.

– Masz tutaj kolorową drukarkę?

– Mam tu tyle sprzętu – powiedział krzywiąc się – że prawdopodobnie mógłbym prowadzić 

cały hotel przy pomocy kilku klawiszy.

– Czyż to nie byłoby miłe? – zauważyła z westchnieniem. – Moglibyśmy wszyscy wyjechać 

na wakacje.

Alex pochylił się do przodu, żeby pogłaskać jej kędzierzawe włosy, zatrzymując dłoń na jej 

karku. Gina nie starała się odsunąć; przyjemnie było czuć ciepli jego ręki. Czytała.

–  Och,  mój  Boże  –  powiedziała  wreszcie,  odkładając  stos  kartek.  –  Czy  to  nie  brzmi 

cudownie?  Spójrz  na  te  ptaki,  Alex,  i  te  wspaniałe  tropikalne  kwiaty.  Gdybym  kiedyś  mogła 

pojechać na taką wycieczkę, pamiętałabym każdy szczegół do końca życia.

– Dlaczego jej nie zaplanujesz na zimę?

– Bo jak ci powiedziałam, nie mogę sobie na nią pozwolić.

– A wakacje gdzie indziej? Może pojechałabyś do Maritimes i odwiedziła matkę? W hotelu 

musi być spokojniej w styczniu i lutym, prawda?

– Niezupełnie. Dużo ludzi przyjeżdża na narty. Jest tu masa szlaków narciarskich. W zimie 

nie mam pomocy z miasta, więc jestem tu tylko z Mary i Rogerem i wszystko spada na nas. Poza 

tym...

– Gino...

Wyjął papiery z jej rąk.

– Co?

– Nie rób tego. Wiemy oboje, że nie możesz spędzić całego życia zakopana tutaj. Przed czym 

się chowasz?

– Nie mów tak. Po prostu prowadzę interes najlepiej jak umiem.

background image

– Ale każdemu są od czasu do czasu potrzebne wakacje. Myślę, że zabiorę Steffi w zimie na 

wycieczkę do Kostaryki.

– Naprawdę?

–  Czemu  nie?  To  wygląda  wspaniale  –  powiedział,  wskazując  na  papiery.  –  Nigdy  nie 

słyszałem  o  takich  wycieczkach,  dopóki  ty  o  nich  nie  wspomniałaś. Myślę,  że  Steffi  też  się  to 

będzie podobało.

Miękkie  światło  lampy  rzucało  głęboki  cień  na  jego  policzek  i  brodę.  Wydawał  się  tak 

przystojny, że Ginie niemal brakowało tchu. Uśmiechnęła się i dotknęła rękawa jego bluzy.

–  Alex,  nie  przyszedłeś  do  mnie  tak  późno,  żeby  rozmawiać  o  wycieczkach  do  Kostaryki, 

prawda?

Pokręcił głową. Wyglądał na speszonego.

– Nie mogłem spać. Leżałem i martwiłem się o Steffi.

– Dlaczego?

Wstał i zmarszczywszy brwi, zaczął chodzić po pokoju.

–  Ostatnio  tak  się  dziwnie  zachowywała.  Jest  zamknięta  w  sobie,  ponura  i  zmienna  w 

nastrojach. Nigdy przedtem taka nie była. Mam nadzieję, że nic złego się nie stanie tego lata.

– Złego? Co masz na myśli?

–  Trzeba  z  nią  bardzo  ostrożnie  postępować.  Nie  można  się  z  nią  zbytnio  droczyć  ani 

zmuszać do robienia czegoś, ani stawiać w centrum uwagi... Rozumiesz mnie?

–  Chyba  tak.  Ale  nie  martw  się.  Nie  mamy  zwyczaju  narzucać  się  gościom.  Ze  Steffi 

będziemy szczególnie uważać. Zachowam dystans.

Uśmiechnął się z wdzięcznością i wrócił na fotel.

– Nie za duży – powiedział cicho. – Chcę, żeby cię poznała.

– Dlaczego?

Ujął twarz Giny w dłonie i patrzył na nią poważnie.

– Bo zaczynam się w tobie zakochiwać – odparł cicho. – I Steffi będzie sobie prędko musiała 

z tym poradzić.

Ginę zaczęły palić policzki. W panice odsunęła się od niego.

– Alex – szepnęła – proszę, nie rób tego.

Usiadł obok niej na łóżku i wziął ją w objęcia.

–  Wiem,  że nie powinienem nalegać, skoro nie jesteś gotowa – wyszeptał  – ale tak bardzo 

jesteś  mi  potrzebna.  Przez  ten  tydzień,  kiedy  spędziłem  z  tobą  tyle  czasu,  prawie  postradałem 

zmysły . Leżę w łóżku godzinami myśląc o tobie. Kiedy wreszcie zasypiam, bez przerwy mi się 

śnisz.

– Alex – szepnęła, przytulona do jego piersi. – Myślisz, że nie znam tego uczucia? Ale jest 

tyle ...

background image

–  Nie  –  powiedział  z  naciskiem,  bawiąc;  się  paskiem  od  jej  szlafroka.  –  Nie  mów  o 

problemach  .  Nie  dzisiaj,  kochanie.  Po  prostu...  bądźmy  razem  i  zapomnijmy  o  wszystkim  do 

jutra.

– Myślisz, że to rozsądne?

– Przez całe lata byłem rozsądny i dorosły – odparł, ocierając twarz o jej ramię. – Dzisiaj, ten 

jeden raz, chciałbym być młody i szalony. A ty?

–  Zapomniałam,  jak  to  jest  być  młodą  i  szaloną.  W  gruncie  rzeczy nie  jestem  pewna  czy 

kiedykolwiek wiedziałam, jak to jest.

– Dlaczego?

– Dlatego że, odkąd pamiętam, dźwigałam zawsze ogromne brzemię odpowiedzialności.

– Och, Gino...

Rozwiązał pasek jej szlafroka i ściągnął go z niej, po czym znowu ją objął.

– Boże – powiedział bez tchu – jak dobrze jest czuć cię przy sobie.

Opierała się tylko przez chwilę, potem poddała się całkowicie, rozkoszując się dotykiem jego 

rąk. Całował ją długo, aż obojgu zabrakło tchu. Delikatnie zaczął zdejmować jej koszulę, a ona 

pomagała mu.. Wreszcie znów znalazła się w jego objęciach. Jej ciało było ciepłe i zapraszające.

Alex położył ją delikatnie i sam ułożył się obok na łóżku, patrząc na Ginę z zachwytem w 

świetle lampy.

– Spójrz tylko – szepnął. – Czyste piękno.

– Akurat – zaprotestowała, czując nagły przypływ nieśmiałości. – Roger zawsze się ze mną 

przekomarza na temat chudości i piegów.

– Najwidoczniej nigdy cię nie widział. Przesunął dłonią po jej skórze.

– Jesteś śliczna kobietą.

Rozkoszowała  się  jego  pieszczotą  zaskoczona  własnym  brakiem  zahamowań.  Jego  dotyk  i 

pełne podziwu spojrzenie sprawiły, że czuła się piękna. Napięcie znikło, zalała ją fala ufności.

– Alex – szepnęła – zdejmij to wszystko. Usiadł i ściągnął koszulę przez głowę, patrząc na 

Ginę, która gładziła jego pierś.

– Czy jesteś pewna, Gino? Czy naprawdę tego chcesz?

– Teraz się pytasz?! – zbeształa go czule. – Tak, Alex, naprawdę chcę.

Wstał i zdjął resztę ubrania, po czym wsunął się do łóżka i przyciągnął ją do siebie.

– Cudownie – szepnął, kiedy ich ciała się zetknęły. – Już zapomniałem, jak to jest przytulić 

się do kogoś nago.

– Jak dawno ci się to nie zdarzyło? – zapytała, głaszcząc go po plecach.

– Boże, nawet nie pamiętam. Dawno, dawno temu.

–  Och,  Alex.  To  musiało  być  takie  straszne  i  smutne  dla  twojej  rodziny.  Szczególnie  dla 

ciebie.

background image

– A ty, Gino? – zapytał, odsuwając się, żeby na nią popatrzeć, po czym znów ją przytulił. –

Kiedy ostatnio byłaś w takiej sytuacji?

Zawahała się.

–  Nie  odpowiadaj  –  dodał  szybko.  –  Przepraszam,  kochanie.  Nie  mam  przecież  prawa 

wypytywać cię o twoje życie.

– Nie szkodzi. Staram się sobie przypomnieć.

Roześmiał się i przytulił ją z czułością.

– Skoro aż tak musisz sobie przypominać, to nie mogło być niedawno.

– Nie, ale jestem cały czas tak zajęta, że niewiele myślę o braku życia uczuciowego.

– Ja też starałem się o tym nie myśleć. Ale stało się to niemożliwe, kiedy cię poznałem.

Zalała ją fala pożądania. Tak dobrze jest trzymać go w ramionach! Jego ciało było mocne i 

twarde,  a  mięśnie  ramion  napinały  się,  kiedy  ją  obejmował.  Skórę  miał  ciepłą  i  gładką,  a 

naturalny męski zapach, bez wody kolońskiej i płynu po goleniu, których nie znosiła, odurzał ją.

– Tak ładnie pachniesz – szepnęła, całując jego ramię. – I tak dobrze smakujesz. Wiedziałam, 

że tak będzie.

– Och, Gino...

Czując jego rosnące podniecenie, przysunęła się bliżej, pieszcząc go dłońmi i językiem.

–  Uważaj,  kochanie –  szepnął  jej  do  ucha.  –  Jestem  dość  wrażliwy.  Nie  mogę tego  znieść 

zbyt długo.

Popchnęła go na plecy i położyła się na nim.

– Więc mi powiedz – kiedy mam przestać.

–  Będziesz  musiała  przestać  całkiem  niedługo.  Może  za  jakieś  sto  lat  –  powiedział, 

zmuszając Ginę do srała Nagle schwycił ją za ramiona i zatrzymał.

– Gino, nie mam niczego.

Patrzyła na niego zaskoczona.

– Żeby cię zabezpieczyć – dodał niezręcznie. – Nie noszę tych rzeczy przy sobie.

Uśmiechnęła się i pocałowała go.

–  Nie  martw  się.  Biorę  pigułkę.  Nie  dlatego  że  potrzebne  mi  jest  zabezpieczenie  –  dodała 

sucho. – Lekarz mi ją zapisuje, żeby wyregulować okres – Więc wszystko w porządku?

–  Tak  Ginę  zastanowiła  przez  chwilę  niezwykłość  ich  sytuacji.  Alex  Colton  był  silnym, 

bogatym człowiekiem, przywykłym w życiu do decydowania. Ale tutaj, w ciepłym zaniknięciu 

jej sypialni, to ona panowała nad sytuacją. Serce i uczucia Alexa były całkowicie w jej ręku.

– Sprawię, że będziesz szczęśliwy – powiedziała miękko i uwodzicielsko.  – Nie uwierzysz 

jak bardzo będziesz szczęśliwy.

Alex  coś  mruknął  i  wygiął  plecy,  kiedy;  wprowadziła  go  w  siebie,  Poruszała  się  wolno;  z 

czułością,  podniecona  intensywnością  jego  reakcji.  Doprowadziła  go  do  krawędzi  spełnienia  i 

zatrzymała się, żeby przedłużyć, przyjemność.

background image

Kiedy nie  mógł  znieść tego  dłużej, chwycił ją w  ramiona  i przewróciwszy, znalazł  się nad 

nią. Teraz on panował nad sytuacją, a Gina poddała się uczuciom, pozwalając mu prowadzić się 

w świat rozkoszy.

Potem  leżała  zaspokojona  i  bezwładna,  tuląc  go  mocno  do  siebie.  Po  dłuższej  chwili 

poruszyła się sennie w jego ramionach i pocałowała go w szyję.

– Więc co myślisz? – szepnęła.

– O czym?

– Czy było dobrze? Pasujemy do siebie?

– Nie jestem pewien.

Odsunęła się i spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Nie jesteś pewien?

Uśmiechnął się i przyciągnął ją do siebie. – Muszę się upewnić. Chciałbym teraz spróbować 

jeszcze raz i zobaczyć, czy mogę podjąć jakąś decyzję. Roześmiała się.

– Straszny z ciebie łakomczuch.

–  Nie,  kochanie  –  powiedział,  całując  ją  i  przesuwając  rękę  po  jej  włosach.  –  Jestem 

wygłodniały, a ty ofiarowałaś mi ucztę.

– Naprawdę?

– Naprawdę, kocham cię, Gino. Poczuła lęk.

– Proszę, nie mów tego.

– Dlaczego? Co w tym złego, że cię kocham?

–  To  mnie  przeraża.  Po  pierwsze,  prawie  się  nie  znamy.  Po  drugie,  oboje  mamy 

skomplikowane życie, pełne rozmaitych zobowiązań i odpowiedzialności.

– Czy to znaczy, że nie możemy się w sobie zakochać?

– To znaczy, że nie możemy po prostu rzucić się w coś, nie uważając – odparła.

Alex wsparł się na łokciu i studiował jej twarz w świetle lampy.

– Zawsze jesteś bardzo ostrożna, prawda, Gino? Niełatwo oddajesz serce. Jakaś część ciebie 

powstrzymuje się i analizuje sytuację.

– Zawsze – zgodziła się.

Odgarnął jej włosy z czoła i końcem palca przesunął po nosie i zarysie ust.

– Co musiałby zrobić mężczyzna, żeby zdobyć tę część ciebie?

– Nie wiem.

– A gdyby mógł z tobą pojechać do lasu tropikalnego w Kostaryce? Czy myślisz, że wtedy 

miałby cień szansy?

Ale  nie  bylibyśmy  we  dwoje,  pomyślała  Gina.  Byłaby  z  nami  twoja  córka.  A  ona  z 

pewnością nie będzie żywiła wobec mnie takich uczuć jak ty.

– Może by się udało – powiedziała, zmuszając się do uśmiechu. – Szczególnie gdyby rzeka 

była pełna węży i krokodyli, a ty byś był jedynym mężczyzna zdolnym mnie obronić.

background image

Alex roześmiał się.

– Chętnie byłbym mężczyzna broniącym cię przed wszelkim niebezpieczeństwem.

Przyciągnął ją do siebie i zaczął całować. Oddawała  mu pocałunki z rosnącą namiętnością, 

ale jego słowa tkwiły w niej gdzieś w głębi, napełniając ją strachem.

Na świecie jest tyle niebezpieczeństw, a Gina wiedziała, że nawet miłość takiego człowieka 

jak Alex Colton nie zdoła ich utrzymać z daleka.

Następnego ranka Alex  jechał na  lotnisko  zatopiony  w  myślach o  Ginie.  Opuścił  jej pokój 

przed świtem i poszedł do siebie na górę, podczas gdy cały dom pogrążony był w ciszy. Kiedy 

tylko znalazł się z dala od jej ramion, zaczął za nią tęsknić, pragnąc znów ją zobaczyć.

Nie  pojawiła  się  w  jadalni  podczas  śniadania,  nawet  żeby  podać  kawę.  Było  to  na  tyle 

niezwykłe,  że  zaczął  się  martwić.  Kiedy  jej  szukał,  Mary  wyjaśniła,  że  Gina  wzięła  kajak  i 

popłynęła na jagody.

Wiedząc,  z  jaką  ostrożnością  Gina  podchodzi  do  ich  związku,  Alex  nie  był  zdziwiony,  że 

tego dnia postanowiła go unikać. Ale brakowało mu jej dotyku czy choćby obecności w zasięgu 

wzroku. Mocno trzymał kierownicę i uśmiechał się, myśląc o jej szczupłym, opalonym ciele, jej 

poważnym spojrzeniu i niezwykłej szczodrości i miłości, gdy się z nim kochała.

Jego  ciało  było  tak  zaspokojone  i  odprężone,  że  czuł  się  niemal  słabo  ze  szczęścia.  Lecz 

przyjemność  fizycznego  spełnienia  nie  była  jedynym  uczuciem,  jakie  się  w  nim  zrodziło.  Jak 

powiedział Ginie, był. zakochany.

Nie  do  wiary,  jak  szybko  ta  kobieta  zawładnęła  jego  sercem,  Tyle  go  w  niej  pociągało, 

kochał jej spokojne, pracowite usposobienie, spokój, z jakim niosła brzemię, odpowiedzialności. , 

kochał jej kapryśność i chłopięcy wdzięk, które uwidoczniały się, kiedy myślała, że nikt na nią 

nie patrzy. Był oczarowany rozmową z nią, jej śmiechem, szybkim refleksem i zadziwiającymi 

rzeczami, o których marzyła, tak jak wakacje w lesie tropikalnym.

Pragnął spełnić jej marzenia. Nie mógł sobie wymarzyć niczego cudowniejszego niż noc w 

namiocie, Ginę w swych ramionach i deszcz bębniący o płócienny dach....

Myśl o jej ciele, jej cieple i namiętności podnieciła go. Poprawił się w skórzanym siedzeniu i 

z uśmiechem spojrzał na autostradę przed sobą. Jestem jak zadurzony nastolatek, pomyślał. Myśl 

o nastolatkach gwałtownie uświadomiła mu, że za chwilę zobaczy swą córkę. Steffi przylatywała 

około południa.

Zmarszczył  brwi,  zastanawiając  się,  jakie  będą  uczucia  Steffi  wobec  Giny. Jego  córka  jest 

zbyt  młoda,  żeby  zrozumieć  całą  naturę  związku  dwojga  dorosłych.  Oczywiście  nie  mogła 

wiedzieć,  jak  czuł  się  jej  ojciec  przez  długie,  gorzkie  lata  celibatu,  kiedy  choroba  jego  żony 

postępowała, ani jak prędko mężczyzna może zapłonąć pożądaniem, kiedy spotyka kobietę, która 

wydaje mu się nieodparcie pociągająca.

background image

Steffi mogłaby pomyśleć, że jest niewierny pamięci matki. Mogłaby się czuć zraniona i pełna 

niechęci.  Wiedział,  że  Gina  w  swej  mądrości  obawia  się  właśnie  takiej  reakcji,  Dała  mu 

taktownie do zrozumienia, że po przyjeździe Steffi ma zamiar trzymać się na uboczu i pozwolić 

mu spędzać czas z córką.

Kochał ją za to jeszcze bardziej, ale nie chciał, żeby się od nich odsunęła. Chciał, żeby byli 

razem  we  trójkę,  pragnął  stworzyć  możliwość  przyjaźni  między  Steffi  i  Gina.  Nade  wszystko 

marzył  o  tym,  żeby  się  pokochały  i  widziały  jedna  w  drugiej  całe  to  dobro,  którego  on  był 

świadom.

Najwyraźniej  chcę  niemało,  pomyślał  z  niewesołym  uśmiechem.  Może  nie  wszystko  się 

okaże możliwe, ale zrobi co w jego mocy.

Zatrzymał się na parkingu, wszedł do budynku terminalu i ustawił się przy oknie, skąd było 

widać,  jak  ląduje  samolot  Steffi.  Była  jedna  z  ostatnich  wysiadających  z  niewielkiej  maszyny. 

Alexowi wzruszenie ścisnęło gardło na jej widok.

Patrzył,  jak  przechodzi  przez  płytę  lotniska  i  znika  w  budynku.  Ponieważ  nie  znosiła 

publicznego okazywania uczuć, Alex pilnował się, kiedy weszła do sali przylotów i podeszła do 

niego. Uścisnął ją lekko i pocałował w policzek, odbierając od niej torbę.

– Dobrze się leciało? – zapytał w drodze do wyjścia. Wzruszyła ramionami.

– W porządku. Dali nam kanapki i owoce.

– Nie chcesz się zatrzymać na lunch? Moglibyśmy podjechać do miasta na hamburgera.

Pokręciła głową.

– Nie jestem głodna, tato.

Ubrana  była  w  spłowiałe  dżinsy  z  ogromnymi  dziurami  na  kolanach  i  luźna  flanelową 

koszulę, skrywającą jej szczupłe, pełne młodzieńczego wdzięku ciało. Alex westchnął, myśląc o 

pięknej dziewczynie ukrytej pod tym niechlujnym strojem. Próbował przypomnieć sobie,  kiedy 

ostatni raz widział swoją córkę w czymś ładnym.

Ubranie  było  jednym  z  wielu  tematów  doprowadzających  między  nimi  do  napięć,  a  tego 

chciał uniknąć. Przynajmniej dzisiaj.

– Czy podobał ci się Disneyland, kochanie? – spytał, wkładając jej torbę do bagażnika.

– Nie – odparła markotnie.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Jakiś mi się wydał głupi. I nie mogłam znieść rodziny Angeli.

– Czemu? Nie byli dla ciebie mili? Westchnęła.

– Byli w porządku. Ale Angela jest stuknięta. I byli tacy...

Zamilkła gwałtownie.

Alex przytrzymał jej drzwiczki, po czym usiadł za kierownicą.

– Co mówiłaś o rodzinie Angeli?

background image

–  Byli  tacy  normalni  –  powiedziała  wreszcie.  –  Wiesz,  taka  duża,  szczęśliwa  rodzina.  Po 

jakimś czasie robi się niedobrze.

Alex włączył silnik.

– Już dawno nie jesteśmy normalna, szczęśliwą rodzina. Przykro mi, Steffi.

– Dlaczego? To nie twoja wina, że mama zachorowała.

– Wiem. To nie była niczyja wina, ale te ostatnie lata były dla ciebie bardzo ciężkie.

Spojrzał  na  nią,  ale  jej  profil  nic  mu  nie  powiedział.  Patrzyła  wprost  przed  siebie,  nie 

zwracając uwagi na wspaniały widok jeziora i gór, kiedy jechali autostradą w stronę Azure Bay.

–  Naprawdę  mam  nadzieję,  że  te  wakacje  nam  pomogą  –  powiedział,  kiedy  ujechali  kilka 

kilometrów.

– To piękne  miejsce, Steffi. Poczekaj,  aż  zobaczysz  ten stary dom.  Można tam robić masę 

różnych rzeczy.

Będziesz miała udane lato.

Steffi  westchnęła  ponownie,  odchyliła  się  do  tyłu  i  zamknęła  oczy.  Jechali  w  pełnym 

zakłopotania milczeniu.

Gina wolno wiosłowała wzdłuż jeziora w stronę domu. Ubrana była w szorty koloru khaki, 

koszulkę i stary słomkowy kapelusz, chroniący jej twarz przed ostrym słońcem. W kajaku stało 

sześć wiaderek pełnych jagód, wynik wytężonej pracy całego poranka i próby zapanowania nad 

myślami.

Ale teraz, kiedy zanurzając wiosło sprawiała, że kajak sunął gładko po powierzchni jeziora, 

zalała ją fala obrazów. Widziała Alexa leżącego w jej łóżku i uśmiechającego się do niej, słyszała 

jego głos, pamiętała dotyk jego rąk.

Zrobiło  jej  się  gorąco  na  wspomnienie  tego,  jak  namiętnie  się  kochali.  Alex  był  tak 

wygłodniały. Tak bardzo mu tego brakowało, a ona potrafiła go całkowicie zaspokoić.

–  Kim  więc  jesteś?  –  zapytała  samą  siebie.  –  Czymś  w  rodzaju  pracownika  socjalnego, 

przynoszącego ulgę sfrustrowanym mężczyznom?

Rozejrzała  się  nerwowo  dokoła,  ale  jej  głos  pochłonęła  przestrzeń  jeziora  i  okalające  je 

drzewa.

I co dalej? Kiedy już była na tyle szalona, że pozwoliła, by to się stało, co będzie jutro? Jak 

będzie mogła spojrzeć mu w oczy i udawać, że nic się nie zmieniło? Będzie mieszkał w hotelu 

przez blisko dwa miesiące, razem ze swoją córką.

I co teraz?

Ciepłe wspomnienia zbladły, a na ich miejsce napłynęła fala troski. Odłożyła wiosło i ukryła 

twarz w dłoniach, pozwalając kajakowi dryfować w stronę brzegu.

Otrząsnęła  się,  kiedy  kadłub  kajaka  otarł  się  o  kamienie  pod  wodą,  i  zaczęła  energicznie 

wiosłować.  Kajak  znalazł  się  na  głębszej  wodzie,  płynąć  wokół  zalesionego  cypla  w  kierunku 

piaszczystej plaży naprzeciwko hotelu.

background image

Na  plaży  liczni  goście  cieszyli  się  słońcem.  Poznali  i  pozdrowili  ją  serdecznie.  Z 

wdzięcznością  przyjęła  propozycję,  by  trójka  starszych  dzieci  pomogła  jej  wciągnąć  kajak  na 

piasek i wyjąc pełne jagód wiadra. Dzieci, bose, w kostiumach kąpielowych, poszły z nią przez 

trawnik w kierunku domu, niosąc jagody.

– Postawcie je tutaj, na schodach – powiedziała, wchodząc na werandę.

Dwójka z nich miała już niebieskie usta i patrzyła na nią z wyrazem winy w oczach.

– Zaniosę je do kuchni, dobrze? Macie strasznie dużo piasku na nogach.

Dzieci stały na trawie, patrząc na nią z nadzieją.

–  Dobrze  –  powiedziała  z  uśmiechem.  –  Możecie  sobie  wziąć  ryle  jagód,  ile  uda  wam  się 

nabrać w dwie ręce.

Piszcząc  z  uciechy,  dzieci  zanurzyły  ręce  w  wiaderkach  i  pobiegły  z  powrotem  na  plażę, 

znacząc drogę jagodami.

Gina uśmiechnęła się, wzięła dwa najcięższe naczynia i zaniosła je do holu. Postawiła je przy 

drzwiach do kuchni i miała zamiar wrócić po resztę.

– Mary – powiedziała, stając w drzwiach – zostawiłam wiadra z...

Głos uwiązł jej w gardle i oparła się o framugę. Poczuła, że kolana się pod nią uginają.

Alex i Roger siedzieli przy stole, pijąc kawę. Mary wałkowała ciasto na herbatniki i wycinała 

z  niego  kółeczka.  Na  taborecie  obok  siedziała  rudowłosa  dziewczynka  w  luźnej  koszuli, 

przyglądając się zręcznym rękom Mary.

–  Witaj,  Gino  –  powiedział Alex  z rozpromieniona twarzą. – Jesteś wreszcie.  Martwiliśmy 

się o ciebie.

Gina oblizała usta, starając się nie wpatrywać w profil dziewczynki.

– Nie ma powodu do zmartwienia – odparła, zastanawiając się, czy w jej głosie słychać, jak 

bardzo jest wstrząśnięta. – Setki razy wypływałam sama kajakiem.

– Widziałaś niedźwiedzie? – zapytał Roger.

– Nie – powiedziała – nie widziałam.

Zawahała się, pragnąc uciec do swego pokoju.

Alex odezwał się znowu:

–  Gino,  to  jest  moja  córka.  Steffi,  to  jest  pani  Mitchell,  właścicielka  hotelu.  Jesteśmy  tu 

wszyscy po imieniu, prawda, Gino?

– Tak – wymamrotała. – Oczywiście. Dzień dobry, Steffi.

– Cześć – odparła dziewczynka.

Odwróciła się na stołku i pełny widok tej młodej, gładkiej twarzy to było więcej, niż mogła 

znieść. Wirowało jej w głowie. Poczuła skurcz żołądka i mdłości.

– Muszę iść – powiedziała, ogarnięta paniką. – Muszę coś sprawdzić.

Odwróciła  się  i  potknęła,  po  czym  pospieszyła  do  swego  pokoju.  Pozostali  w  kuchni 

wymienili zdumione spojrzenia.

background image

Rozdział 8

Kiedy  Gina  znalazła  się  w  swoim  pokoju,  usiadła  na  chwilę  na  krawędzi  łóżka  i  spuściła 

głowę między kolana, walcząc z mdłościami i uczuciem słabości. Kilka razy zaczerpnęła głęboko 

tchu, a potem usiadła wyprostowana, odgarnęła włosy z czoła i popatrzyła przez okno na cieniste 

podwórze i kwitnące na nim kwiaty.

To niemożliwej to niemożliwe.

Jęknęła,  patrząc  na  trawnik.  Wreszcie  wstała  i  podeszła  do  biurka.  Otworzyła  szufladę  i

wyjęła z niej fotografię swej siostry, zrobiona przed kilku laty, kiedy Claudia skończyła szkołę.

Ze  zdjęcia  uśmiechała  się  do  Giny  młoda  twarz,  miękko  –  obramowana  masą  rudych 

włosów.  Była  to  wykapana  Stefanie  Colton.  Ona  i  dziewczyna  na  fotografii  mogły  być 

bliźniaczkami.

Z wyjątkiem ust, pomyślała Gina, przyglądając się fotografii z przerażeniem. Claudia miała 

szerokie usta o cienkich wargach, a Steffi takie same jak Alex, z wesoło podniesionymi kącikami 

i pełna, zmysłową dolna wargą.

Zadrżała, ściskając w ręku zdjęcie. Jej myśli plątały się bezładnie. Rozległo się pukanie do 

drzwi i powróciła do rzeczywistości.

– Gina? – zawołał Alex. – Dobrze się czujesz?

Popatrzyła nieprzytomnie na zamknięte drzwi.

–  Chwileczkę...  chwileczkę  –  powiedziała,  wkładając  fotografię  z  powrotem  do  szuflady  i 

przykrywając ją stosem swetrów. – Zaraz przyjdę.

Z  wysiłkiem  starała  się  opanować,  oparłszy  się  o  komodę  i  patrząc  w  lustro.  Wreszcie 

przeszła przez pokój, zatrzymując się po drodze i oddychając głęboko, i otworzyła drzwi.

Alex stał w korytarzu i patrzył na Ginę z niepokojem.

– Dobrze się czujesz? – zapytał. – Wybiegłaś z kuchni tak szybko, że myśleliśmy, że coś się 

stało.

Gina odsunęła się. Wszedł do pokoju, Zamykając drzwi, i wziął ją delikatnie w ramiona.

– Nic się nie stało. Czuję się dobrze – mruknęła z twarzą wtulona w jego ramię, starając się 

nie okazywać, jak na nią działa jego dotyk. – Jestem trochę osłabiona. Może byłam zbyt długo na 

słońcu.

– Nie powinnaś była wypływać na tak długo. Widziałem, ile zebrałaś jagód.

– Znalazłam nowe miejsce trochę dalej i tyle ich tam było...

– Z trudem zdawała sobie sprawę z tego, co mówi.

– Zaczęłam zbierać i nie mogłam przestać.

–  Powinnaś  była  poczekać,  aż  wrócę  –  powiedział,  całując  ją  w  policzek.  –  Steffi  i  ja  z 

przyjemnością byśmy ci pomogli.

background image

Zesztywniała; pragnęła, żeby odszedł i zostawił ją samą.

– Gino, niepokoję się o ciebie – szepnął, dotykając jej czoła. – Masz dreszcze. Czy chcesz, 

żebym wezwał lekarza?

Odsunęła się i zmusiła do uśmiechu.

–  Czuję  się  dobrze  –  powiedziała,  nerwowo  rozcierając  ramiona.  –  Naprawdę.  Muszę  po 

prostu... napić się może czegoś zimnego.

– Mam pójść zapytać Mary, czy ma w lodówce lemoniadę?

– Nie. Nie trzeba. Zaraz tam pójdę. Nikt mi nie musi usługiwać.

Zawahała się, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Twoja córka jest... jest piękna – wyszeptała wreszcie, odsuwając się, żeby nie widział jej 

twarzy.

–  To  prawda  –  odparł.  –  Ale  nie  wydaje  się  weselsza  po  wycieczce  do  Disneylandu.  Nie 

wiem, co robić, Gino. Ostatnio cokolwiek powiem, wszystko jest źle.

– Myślę... – Zamilkła, po czym odzyskała glos. – Myślę, że to częściowo kwestia wieku.

– Może. Słyszałem, że czternaście lat to trudny wiek dla dziewczynek.

– Kiedy... są jej urodziny? – zapytała Gina, choć znała odpowiedź.

– Patrzyła na niego, wstrzymując oddech.

–  W  przyszłym  miesiącu.  Będzie  miała  piętnaście  lat  w  sierpniu.  Tuż  przed  naszym 

wyjazdem.

Dwudziestego czwartego sierpnia. Serce Giny ścisnęło się bolesnym wspomnieniem.

–  Wiesz,  że  się  martwię  o  ciebie  –  powiedział,  biorąc  ją  znowu  w  ramiona.  –  Jesteś  taka 

blada.

Gina wyśliznęła się z jego objęć i podeszła do okna, stając tyłem do Alexa.

– Czuję się dobrze – powtórzyła i odetchnęła głęboko. – Myślę – Ciągnęła drżącym głosem –

że może jestem trochę zdenerwowana tym, co wydarzyło się ostatniej nocy.

– Dlaczego?

Podszedł i stanął tuż za nią, ale ona nadal była odwrócona w stronę okna.

– To wszystko było takie... Myślę, że może zbyt się pospieszyliśmy.

– W nocy tak nie myślałaś – powiedział spokojnie. – Było cudownie. Przynajmniej mnie, a 

myślałem, że tobie też.

– Mnie też, ale wszystko wygląda inaczej w świetle dziennym. Myślę po prostu...

Urwała, po czym zmusiła się do mówienia dalej.

– Myślę, że pośpiech w związku uczuciowym jest rzeczą niedobrą. Może powinniśmy wrócić 

na jakiś czas do przyjaźni i zobaczyć co dalej.

– Nie wiedziałem, że przestaliśmy być przyjaciółmi.

W  jego  głosie  brzmiała  delikatna  nuta  przekomarzania,  ale  Gina  nie  była  w  nastroju  do 

żartów.

background image

– Proszę cię, Alex – szepnęła.

–  W  porządku.  Jeśli  masz  wątpliwości,  nie  będę  cię  do  niczego  zmuszał.  Ale  chcę,  żebyś 

wiedziała...

Objął ją od tyłu. Całe jej ciało pragnęło oprzeć się o niego, wtulić się w niego, zagubić się w. 

jego sile i cieple.

Ale to nie było możliwe. Już nie.

Powstrzymała szloch, wyprostowała się sztywno i zmusiła do patrzenia dalej przez okno.

– Powiedziałem ci, Gino – ciągnął poważnie – że jestem w tobie zakochany. Nie zakochuję 

się łatwo i nie mówię niczego, co nie jest prawdą. Moje uczucia dla ciebie są bardzo głębokie i 

mam nadzieję, że dasz nam szansę.

Milczała.

– Gino, słyszysz mnie? .

Skinęła, głową, wyswobodziła się z jego objęć, odwróciła i spojrzała mu w oczy.

– Tak, Alex, słyszę cię. I doceniam twoją cierpliwość – powiedziała.

Zaskoczony patrzył, jak idzie pospiesznie ku drzwiom i czeka na niego w holu.

– Jakie macie plany na popołudnie? – zapytała, starając się, żeby jej głos brzmiał rzeczowo. –

Sporo gości poszło dziś na plażę. Mówią, że woda jest wspaniała.

–  Tak,  ale  Steffi  zapomniała  wziąć  kostium.  Myślałem,  że  pojedziemy  do  Kelowny  po 

zakupy. Może kupimy jej też sprzęt do nurkowania.

– Więc nie będzie was przez resztę dnia?

– Prawdopodobnie. Zjemy kolację w mieście i może pójdziemy potem do kina. Jeśli znajdę 

coś, co ją zainteresuje... Słuchaj – dodał z rozjaśniona twarzą – wybierz się z nami.

– Alex, nie uważam...

– Daj się skusić – namawiał, ujmując jej ramię, kiedy zbliżali się do kuchni – Oderwiesz się 

od pracy i będziesz miała możność poznać Steffi. Proszę, Gino, zastanów się. Moglibyśmy Byli 

blisko kuchni, skąd wyraźnie dochodził głos Rogera. Usłyszeli, że o coś pyta, a potem dobiegła 

ich stłumiona odpowiedź Steffi.

Gina potrząsnęła głową w nagłej panice i odsunęła się od Alexa.

–  Mam  coś  do  zrobienia  na  dworze  –  powiedziała  krótko,  spiesząc  w  stronę  westybulu.  –

Bawcie się dobrze w mieście. Pewnie się zobaczymy rano.

Pół godziny później stała pod wierzbą płaczącą na podwórzu i patrzyła zza gałęzi, jak Alex i 

jego córka wsiadają do samochodu i wyjeżdżają z parkingu, kierując się w stronę autostrady.

Poczekała,  aż  znikną,  udając,  że  przycina  zwisające  gałęzie  nożycami,  gdyby  ktoś  ją 

obserwował z któregoś z okien.

Wreszcie  z  bijącym  sercem  odłożyła  nożyce  na  murek  i  sięgnęła  do  kieszeni  po  klucz, 

ściskając  go  w  dłoni,  pospieszyła  przez  cienisty  trawnik  i  z  uczuciem  zawstydzenia  otworzyła 

background image

drzwi pokoju przy patio.

Szklane  drzwi  otworzyły  się  z  łatwością.  Gina  wśliznęła  się  do  środka,  zamknęła  drzwi  i 

oparła się o nie, walcząc z kolejna falą mdłości. Po chwili poczuła się lepiej i rozejrzała dokoła.

Steffi najwyraźniej nie umiała szybko zdecydować, w co się ubrać na wycieczkę z ojcem do 

miasta.  Pusta  torba  leżała  na  łóżku,  a  stosy  bluzek  i  dżinsów  były  nieporządnie  porozrzucane. 

Część  została  wywrócona  na  lewą  stronę.  Dziewczynka  nie  zdążyła  jeszcze  rozpakować 

większości rzeczy. Na podłodze stały dwie wypchane walizki.

Gina  wiedziała,  że  to  nie  w  porządku,  że  myszkuje  w  pokoju  Steffi.  Ale  tak  rozpaczliwie 

chciała poznać prawdę, a to był jedyny sposób.

Oderwała  się  od  drzwi  i  weszła  dalej  do  pokoju.  Najwyraźniej  torba  zawierała  większość 

skarbów Steffi, a także jej ulubione ubrania. Skórzane pudełko na biżuterię stało już na toaletce. 

Po obu jego stronach dziewczynka ustawiła fotografie w ozdobnych, złotych ramkach.

Jedna z nich przedstawiała młodego Alexa Coltona. Gina wzięła ją i ze smutkiem patrzyła na 

jego przystojna twarz, poważne spojrzenie i zmysłowe usta.

Wreszcie, prawie bojąc się spojrzeć, sięgnęła po drugą fotografię.

Janice  Colton  uśmiechała  się  do  niej  zza  złotej  ramki.  Była  delikatna,  jasna  i  śliczna; 

wyglądała dokładnie tak jak przed niemal szesnastu laty.

Gina  wydała  krzyk  rozpaczy  i  odstawiła  zdjęcie  z  powrotem  na  toaletkę.  Potykając  się, 

podeszła  do  obitego  kretonem  fotela  i  usiadła,  podciągając  kolana  i  chowając  w  nich  twarz. 

Jęknęła boleśnie, gdy zaczęła ją zalewać fala wspomnień...

Miała  zaledwie  dwadzieścia  jeden  lat,  właśnie  ukończyła  studia  i  szukała  pracy  tego 

pięknego letniego dnia, kiedy poznała Janice Colton w Vancouverze.

Oczywiście  Janice  nie  posługiwała  się  swoim  prawdziwym  imieniem  i  nazwiskiem. 

Przedstawiła  się  jako  Joanne,  a  jej  mąż  miał  na  imię  Al.  Była  prawniczką,  a  jej  mąż  uczył 

wychowania fizycznego w miejscowej szkole średniej.

Joanne i Al.

Sprawiali wrażenie normalnej, zdrowej pary z klasy średniej. Tacy ludzie mogli dać dziecku 

dom i miłość. Rozpaczliwie pragnęli dziecka...

Gina kiwała się w fotelu, tonąc we wspomnieniach, tak pełna smutku, że z trudem chwytała 

oddech.

To adwokat przedstawił ją Joanne. Gina znalazła się w jego biurze po tym, jak odpowiedziała 

na ogłoszenie zamieszczone w gazecie w Vancouverze.

Ciągle pamiętała jego treść:

Potrzeba  ci  dużo  pieniędzy?  Czy  jesteś  kimś  specjalnym?  Czy  jesteś  bystra,  kompetentna, 

pełna pomysłów i zdrowa fizycznie? Czy uważasz się za silna i niezależna? Jeśli tak, mamy dla 

ciebie  wyzwanie,  interesujący  kontrakt  z  wynagrodzeniem,  które  przekroczy  twoje  najśmielsze 

oczekiwania...

background image

Gina  siedziała  w  sypialni  mieszkania  swej  ciotki,  kiedy  zobaczyła  ogłoszenie. 

Przestudiowała je, zastanawiając się, o jaką pracę może chodzić.

Wynagrodzenie  przekraczające  najśmielsze  oczekiwania.  To  prawda,  jej  marzenia  były 

śmiałe. Marzyła o kupnie Edgewood Manor i prowadzeniu, własnego hotelu. Ale teraz marzenia 

legły w gruzach, bo trzeba było płacić olbrzymie rachunki za leczenie siostry.

Może to ogłoszenie było jakimś znakiem, ..

Gina wysłała list i życiorys na adres skrytki pocztowej podany w ogłoszeniu i czekała, mając 

nadzieję, że zostanie zaproszona na rozmowę.

Wreszcie, w dwa tygodnie później, zadzwoniła jakaś kobieta. Była tajemnicza i wymijająca.

–  Nic  pani  nie  mogę  powiedzieć  na  temat  pracy  –  oznajmiła.  –  Będzie  pani  musiała 

porozmawiać z panem Harwoodem. On się tym zajmuje.

Biuro  pana  Harwooda  było  najbardziej  luksusowym  wnętrzem,  jakie  Gina  kiedykolwiek 

widziała. Z podziwem patrzyła na zielona wykładzinę, tureckie dywany, ciężkie dębowe meble i 

oszklony bar.

Coś tu musi być nie w porządku, myślała zdenerwowana. To nie jej miejsce. Cóż ona mogła 

ofiarować tym ludziom, skoro nawet...

– Panno Mitchell. Miło mi panią widzieć. Jestem John Harwood.

Przyglądał się Ginie z jawna przyjemnością, czymś w rodzaju szczerej aprobaty, co zbijało ją 

z tropu.  Był niewysoki,  łysiejący, z  okrągłym brzuchem wypychającym  pasek spodni  drogiego 

garnituru. Jego ciemne oczy były żywe i bystre.

– Pani podanie zrobiło na nas duże wrażenie – po wiedział.

– Nie wiedziałam nawet,  o co  się ubiegam –  odparła szczerze.. – Ale podanie  napisałam z 

całą uczciwością. Mam dyplom z hotelarstwa, nie z prawa.

– Wiemy o tym.

Usiadł za biurkiem i dalej jej się przyglądał.

– Nie interesują nas szczególnie pani studia, panno Mitchell. Interesuje nas pani.

Zdenerwowanie Giny wzrosło.

– Nie rozumiem. Jak możecie...

Podniósł dłoń, przerywając jej.

... – Zapewne nie odpowiedziałaby pani na nasze ogłoszenie, gdyby nie chciała pani zarobić 

dużej sumy pieniędzy. Dlaczego potrzebne są pani pieniądze, panno Mitchell?

– Mojej matce potrzebne  jest pięćdziesiąt tysięcy dolarów,  żeby zapłacić za leczenie  mojej 

młodszej  siostry. Odziedziczyłam  pewna  sumę  po  babce,  kiedy  skończyłam  dwadzieścia  jeden 

lat, to jednak nie wystarczy.

Adwokat robił sympatyczne wrażenie, więc Gina opowiedziała mu szczegółowo o wypadku 

Claudii, kosztownej operacji i tym, że matka nie miała ubezpieczenia.

–  Więc  potrzebuje  pani  tych  pieniędzy  z  powodów  czysto  altruistycznych?  –  zapytał 

background image

wreszcie nadal przyglądając jej się uważnie. – Nie chce pani niczego dla siebie?

Odprężyła  się  trochę,  opowiadając  mu  o  Edgewood  Manor,  zapuszczonym  starym 

domostwie nad jeziorem Okanagan, o którego kupnie i remoncie marzyła.

– Ale rozmyśliła się pani co do hotelu?

– To było moje marzenie przed... wypadkiem Claudii. Teraz muszę oddać matce cały spadek 

i jakoś znaleźć dodatkowe dwadzieścia tysięcy.

Przyglądał jej się w zamyśleniu;

– Ma pani dwadzieścia jeden lat? Skinęła głową.

– Moje urodziny były w czerwcu.

–  A  gdybym  pani  powiedział,  Gino,  że  mogłaby  pani  zarobić  dosyć,  żeby  zapłacić  za 

leczenie  siostry  i  mieć  na  wpłatę  na  hotel,  oddając  jednocześnie  wielką  usługę  wartościowym 

ludziom?

– Jakim sposobem?

– Jeśli uda nam się ustalić szczegóły, moi klienci będą gotowi wypłacić pani siedemdziesiąt 

tysięcy dolarów za jednorazowy kontrakt. Czy to by panią interesowało?

Gina otworzyła usta ze zdumienia.

– Ale... nie rozumiem. Jakiego rodzaju kontrakt? Co miałabym zrobić?

– Coś – odparł z uśmiechem – do czego ma pani doskonałe warunki.

Nagle zaniepokojona, Gina wstała i skierowała się w stronę drzwi.

– Chyba niepotrzebnie zabieramy sobie nawzajem czas, proszę pana.

– Proszę mnie posłuchać przez minutę, panno Mitchell. Proszę usiąść, a ja przedstawię pani 

sprawę  Kiedy jej  wszystko powiedział,  Ginie zakręciło  się w  głowie i musiała się przytrzymać 

poręczy  fotela  .  Patrzyła  na  adwokata  z  niedowierzaniem,  szukając  słów.  Chcecie,  żebym 

urodziła temu mężczyźnie dziecko? A potem oddała je jemu i jego żonie?

–  Proszę,  niech  pani  nie  będzie  taka  przerażona  –  powiedział  łagodnie.  –  To  nie  jest 

nieprawdopodobna propozycja. Prawdę mówiąc takie rzeczy są na porządku dziennym.

– Ale ja bym nie mogłam Nie wiem jak bym zdołała...

Wstała ponownie, przyciskając torebkę do piersi.

–  Jeśli  rozważenie  naszej  propozycji  jest  dla  pani  niemożliwe  –  powiedział  uprzejmie 

adwokat – to nasza rozmowa jest skończona. Czy przyjechała pani samochodem?

– Nie mam samochodu – wyjąkała. – Przyjechałam autobusem.

– Odwieziemy panią do domu – powiedział, podnosząc słuchawkę i uśmiechając się do niej. 

– Dziękuję za czas, jaki mi pani poświęciła.

– Proszę zaczekać.

Opadła  z  powrotem  na  fotel,  zaróżowiona  z  przejęcia.  Adwokat  popatrzył  na  nią 

zaniepokojony i powoli odłożył słuchawkę.

– Tak, panno Mitchell?

background image

– W jaki sposób... Czy będę musiała...

Zadrżała, po czym opanowała się.

– Czy będę musiała spać z tym człowiekiem? Żeby zajść w ciążę?

Uśmiechnął  się,  ale  kiedy  spotkał  jej  wzrok,  natychmiast  spoważniał,  –  Ależ  nie.  Ciąża 

będzie wynikiem sztucznego zapłodnienia. Nigdy, w żadnym momencie, nie pozna pani ani nie 

zobaczy ojca dziecka. Wszystko będzie załatwiała matka.

– Czy nie ja będę matką?

– W tym wypadku nie – odparł spokojnie, – Prawdziwą matką jest moja klientka. Ma zamiar 

towarzyszyć pani przez całą ciążę, włącznie z porodem, i zaraz potem zabierze dziecko do domu.

– Pozostawiając mi siedemdziesiąt tysięcy dolarów?

– Po zajściu w ciążę dostanie pani dwadzieścia tysięcy. Myślę, że w połączeniu ze spadkiem 

wystarczy  to  na  pokrycie  kosztów  leczenia  pani  siostry.  Następne  dwadzieścia  tysięcy  będzie 

wypłacone po szóstym  miesiącu, a reszta po rozwiązaniu.  Ponadto podczas  ciąży będą  pokryte 

wszystkie pani wydatki i będzie pani pod stałą opieką lekarską.

– Tym się zajmie ta kobieta?

– I lekarz, którego wybierze. I moje biuro naturalnie. Będziemy sobie bardzo brać do serca 

pani wygodę i samopoczucie.

Gina  pokręciła  głową,  nie  mogąc  uwierzyć  w  propozycję.  Jeszcze  bardziej  niewiarygodne 

było to, że zastanawia się nad nią.

Znikną wszystkie zmartwienia matki, Claudia będzie miała zapewnione leczenie i terapię, a 

reszta  pieniędzy  pozwoli  jej  kupić  Edgewood  Manor.  A  w  zamian  da  jedyna,  życiową  szansę 

bezdzietnej parze.

– Dlaczego sami nie mogą mieć dziecka? – zapytała. – Co im jest?

–  Możliwe,  że  żona  ma  wadliwy  gen,  który  mogłaby  przekazać  dziecku.  Są  zbyt 

odpowiedzialni, żeby podjąć takie ryzyko, mimo , że jest ono minimalne. To mili i nadzwyczaj 

moralni ludzie, Gino.

– Jakiego rodzaju wadliwy gen?

– Powodujący rzadką neurologiczna chorobę, zazwyczaj w późniejszym wieku. Więc nawet 

jeśli ta kobieta ma ten gen, nie przeszkodzi jej to być doskonałą matką.

– A on? Mąż?

– To bardzo inteligentny człowiek – powiedział adwokat gładko. – Oboje pracują zawodowo 

i są w dobrej sytuacji finansowej.

– Muszą być – zauważyła Gina – jeżeli są w stanie zapłacić siedemdziesiąt tysięcy dolarów 

za dziecko.

– Rodzina żony jest bardzo zamożna. Mam wrażenie; że to ona zajmie się stroną finansową 

przedsięwzięcia.  Rozpaczliwie  pragnie  dziecka.  Mogę  panią  zapewnić,  że  będzie  ono  miało 

wspaniałą rodzinę.

background image

Gina bawiła się skórzanym wisiorkiem przy torebce, patrząc w milczeniu przez okno.

– Jak się nazywają? – zapytała wreszcie.

– Nie mogę pani podać ich pełnych nazwisk. Przez cały czas musi być zachowana dyskrecja 

W stosunku do każdej ze stron. Dla pani nazywają się Joanne i Al.

– I nigdy nie poznam Ala, tak? – zapytała ostrożnie. – Będę rozmawiać tylko z Joanne?

– Czy rozważa pani tę propozycję, panno Mitchell?

Patrzyła na niego w milczeniu szeroko otwartymi oczami, pełnymi zakłopotania.

– Tak – powiedziała wreszcie. – Myślę, że może tak.

Niedługo  potem  Gina  została  przedstawiona  kobiecie,  którą  miała  znać  jako  Joanne.  We 

dwie wyruszyły w podróż, która cały czas wydawała się Ginie nieprawdopodobna, ilekroć o niej 

myślała.

Ale każda niezwykła sytuacja stopniowo staje się mniej dziwna, końcu wszystko zamieniło 

się w twórczy projekt, wyzwanie absorbujące jej myśli i uwagę.

Minęły  trzy  długie  miesiące,  pełne  napięcia,  zanim  powiodło  się  sztuczne  zapłodnienie. 

Joanne  była  obecna  przy  każdej  próbie,  pocieszając  Ginę,  kiedy  się  bała,  dodając  jej  otuchy, 

kiedy badania wykazywały kolejna porażkę.

Choć była starsza i miała o wiele więcej, doświadczenia, delikatna blondynka stała się niemal 

jej przyjaciółką, kimś, z kim Gina mogła z łatwością rozmawiać. Tylko czasem onieśmielała ją 

żelazna wola Joanne, determinacja, z jaką pragnęła dziecka.

Na początku grudnia Gina wreszcie straciła okres. Joanne była nieprzytomna z podniecenia. 

Kiedy  wyniki  testu  okazały  się  pozytywne,  Joanne  uściskała  Ginę  i  płakała,  dziękując  za 

najcudowniejszy prezent, jaki dostała w życiu.

Gina. wysłała matce pięćdziesiąt tysięcy dolarów mówiąc jedynie, że spadek po babce okazał 

się większy, niż się spodziewały. Łzy ulgi i wdzięczności niemal wystarczyły, żeby rozproszyć 

wątpliwości Giny na temat tego, czego się podjęła.

Wprowadziła  się  do  wygodnego  mieszkania,  które  znaleźli  Joannę  z  mężem,  i  czekała. 

Zapisała się na zimowy semestr na uniwersytecie na dodatkowe kursy zarządzania i hotelarstwa.

Wreszcie  otrzymała  zapewnienie  z  banku,  że  jeśli  do  lata  będzie  miała  wystarczające 

fundusze, dostanie pożyczkę hipoteczna na zakup Edgewood Manor. Myśl o dziecku była ciągle 

nierealna, a stare wiktoriańskie domostwo stawało się coraz silniejszą obsesją.

Uczucia Giny na temat ciąży nie kłopotały jej aż do pewnego ranka wczesna wiosna, kiedy 

po raz pierwszy poczuła ruchy dziecka.

Leżała  w  łóżku,  patrząc  na  delikatne  zielone  pączki  za  oknem  i  trzymając  rękę  na  swym 

powiększonym brzuchu ze zdumieniem i rodzajem przestrachu. Jakoś nigdy nie pozwoliła sobie 

na myśl, że oto w niej rozwija się istota ludzka, żywa, odrębna. Badanie, które zamówiła Joanne, 

wykazało, że dziecko jest dziewczynką, zdrową i normalna.

Gina  poczuła  lekkie  poruszenie.  Wyobraziła  sobie,  że  jej  dziecko  pływa  w  swym 

background image

podwodnym świecie, bezpiecznym i ciepłym, zamkniętym w ciele matki.

Poczuła kolejny ruch, może kopnięcie maleńkiej stopy? Jej serce wypełniło się wzruszeniem, 

a do oczu napłynęły łzy. To jest jej dziecko – nie, nie jej. To jest dziecko Joanne. Joanne jest jego 

matką.

– Ale ja cię kocham – szepnęła, a jej głos przeszedł w szloch. – Nigdy się tego nie dowiesz, 

moje kochanie, ale bardzo cię kocham.

Długo  płakała  w  miękkim,  szarym  świetle  świtu.  Wreszcie  wstała  i  wzięła  fotografie 

Edgewood  Manor.  Otarła  oczy  i  otworzyła  album,  zmuszając  się  do  skupienia  na  tym,  czego 

chciała najbardziej.

Po tej chwili rozdzierającego smutku zabroniła sobie myśleć o dziecku, mówić do niego czy 

wyobrażać sobie, jak wygląda. Ruchy wewnątrz niej stawały się silniejsze i energiczniejsze, ale 

starała się nie zwracać na nie uwagi.

W miarę jak ciąża postępowała, Joanne była coraz bardziej podniecona. Często przychodziła 

do mieszkania i kładła jasna głowę na brzuchu Giny, żeby czuć i słyszeć poruszenia dziecka.

–  Chciałabym,  żebyś  nie  musiała  przez  to  przechodzić  –  powiedziała  z  uczuciem  podczas 

długich, ciągnących się w nieskończoność letnich miesięcy. – Gdyby to było możliwe, zdjęłabym 

ż ciebie ten ciężar.

– Wiem – Nie będzie tak przez całe lato. Poczujesz się znacznie lepiej, kiedy dziecko się już 

ustawi we właściwej pozycji.

Joanne  wiedziała  wszystko  o  ciąży.  Większość  wolnego  czasu  spędzała  studiując  książki 

medyczne, żeby wiedzieć, co się dzieje w ciele Giny.

– A kiedy to się stanie? – zapytała Gina.

– Już niedługo – obiecała Joanne. – Przy kolejnych ciążach dzieje się to tuż przed porodem. 

Ale przy – pierwszym dziecku płód może zejść do kanału porodowego nawet na miesiąc przed 

rozwiązaniem. Czy to nie ekscytujące?

– Owszem – odparła Gina, patrząc ponuro na swój wielki brzuch. – Chcę, żeby już było po 

wszystkim.

– Będzie.

Joanne uściskała ją i przygładziła jej włosy.

– Czy chciałabyś pojechać dokądś na wakacje na te ostatnie kilka tygodni, żeby skrócić czas 

oczekiwania? Może mogłybyśmy wynająć coś nad wodą.

Gina potrząsnęła głową; czuła się zawstydzona.

– Nie, Joanne. Nie miałam zamiaru narzekać. Przestanę o tym myśleć i skoncentruję się na 

pracy. Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia.

Była bliska zostania właścicielką Edgewood Manor. Potrzebna jej była tylko ostatnia wpłata 

po urodzeniu dziecka, żeby dostać pożyczkę. Claudia chodziła na rehabilitację i czuła się coraz 

lepiej.  Matka  pozbyła  się  długów  i  znów  zajęła  się  swą  ukochana  chemią,  a  Joanne  była 

background image

nieprzytomna z podniecenia w związku ze zbliżającym się porodem.

Wszystko szło dobrze. W sierpniu będzie wolna, jej ciało będzie znowu należało do niej.

I będę szczęśliwa, powiedziała sobie z przekonaniem. Będę szczęśliwa tak jak wszyscy inni.

Była  zajęta  planami  remontu  hotelu.  Dni  mijały  jej  na  przeglądaniu  kosztorysów, 

rozplanowywaniu pięter, studiowaniu katalogów i książek o restaurowaniu zabytkowych wnętrz.

Joanne przeglądała leniwie książki na biurku Giny.

– Ależ ty jesteś dzielna – szepnęła. – Naprawdę mi imponujesz, Gino.

– Ja? – zapytała zdziwiona, układając się wygodniej na łóżku. – A cóż takiego jest we mnie?

– Jesteś zdolna i zdecydowana. Nie mogę sobie wyobrazić nikogo, a zwłaszcza tak młodego 

jak ty, kto byłby w stanie kupić i odnowić to stare domostwo.

–  Tak  myślisz?  Uważasz,  że  jestem  zdecydowana?  Joanne,  przecież  to  ty  jesteś  chyba 

najbardziej zdecydowana osobą na świecie.

Szczupła blondynka poklepała jej wypukły brzuch z serdecznością i poczuciem własności.

– Przyznaję – powiedziała. – Chciałam tego dziecka i byłam gotowa poruszyć niebo i ziemię, 

żeby je mieć.

Gina odwróciła wzrok.

– A twój mąż? – zapytała, skupiając się na trzymanym w ręku kartoniku z lodami.

– Co masz na myśli?

Joanne  podeszła  znowu  do  biurka  i  wzięła  plik  próbek  tkanin,  przyglądając  im  się  z 

roztargnieniem.

– Czy jest tak przejęty dzieckiem jak ty?

–  Oczywiście,  że  tak.  Przecież  to  jego  dziecko.  Zapadła  niezręczna  cisza.  Nigdy  nie 

rozmawiały  o  tym,  że  dziecko,  które  nosiła  Gina,  jest  biologicznym  dzieckiem  męża  Joanne. 

Gina  czuła  instynktownie,  że  dla  Joanne  bolesne  było  to,  że  jest  fizycznie  odcięta  od  cudu 

poczęcia nowego życia.

Czasem  zastanawiała  się,  jaki  on  jest,  ten  pozostający  w  cieniu  mężczyzna,  o  którym 

wiedziała,  że  ma  na  imię  Al.  Czy  jest  wysoki,  czy  niski,  ciemno,  czy  jasnowłosy, wesoły  czy 

poważny? Czy dziecko będzie podobne do niego, czy też będzie wyglądało jak ona, Gina?

Ale  oczywiście  nigdy  się  nie  dowie,  bo  Joanne  nie  mówiła  o  swoim  mężu.  Adwokat 

powiedział Ginie, że Al nic nie wie o niej, zastępczej matce, oprócz tego, że jest młoda i zdrowa. 

Nawet nie zna jej imienia.

Joanne  obsesyjnie  pragnęła,  by  jej  mąż  był  całkowicie  odcięty  od  matki  ich  dziecka.  Gina 

wiedziała  od  adwokata,  że Joanne  boi  się,  że  gdyby  jej  mąż  dowiedział  się,  kim  ona  jest,  cała 

tajemnica wyszłaby na jaw, zagrażając adopcji.

Gina odstawiła pusty kartonik na stolik przy łóżku.

– W porządku, Joanne. Naprawdę wszystko jest w porządku.

– O czym mówisz? – zapytała Joanne, odwracając się, żeby na nią spojrzeć.

background image

– Nie musisz się o mnie martwić. Podpisałam papiery u pana Harwooda, obiecując, że nigdy 

nie  będę  się  starała  dowiedzieć,  kim  jesteście;  ani  nie  będę  szukać  kontaktu  z  tobą  i  twoją 

rodzina. Ale nawet gdyby nie było tych papierów, możesz na mnie liczyć.

Joanne usiadła na brzegu łóżka. Na jej twarzy malowała się troska.

–  Myślę  o  tym  czasem  –  wyznała.  –  Nie  śpię  w  nocy  i  myślę,  co  bym  zrobiła,  gdybyś

zdecydowała, że chcesz zatrzymać dziecko. Myślę o tym, że nas szukasz, żeby dostać opiekę nad 

dzieckiem.

Gina poklepała japo ramieniu.

– Nie  martw się  – powtórzyła.  – Proszę  cię,  Joanne.  Wiedziałam  dobrze,  co  robię i  wiesz, 

dlaczego to robię. Wywiążę się ze swojej części umowy aż do śmierci, bez względu na to, co się 

stanie.  Po  urodzeniu  dziecka  nie  będę  miała  nic  wspólnego  z  tobą  ani  twoją  rodzina.  I 

przysięgam, że nigdy nie wystąpię z żadnymi żądaniami.

W oczach Joannę zabłysły łzy.

– Obiecujesz, Gino? – zapytała z napięciem. – Naprawdę, naprawdę obiecujesz?

– Naprawdę, naprawdę obiecuję – powiedziała Gina uroczyście.

W sierpniu Joanne zaczęła spędzać prawie cały czas z Gina. Kiedy musiała wyjść, zostawiała 

listę z numerami telefonów, żeby w każdej chwili można się było z nią skontaktować.

Podczas gdy Gina robiła się coraz większa, Joanne chudła ze zdenerwowania i oczekiwania.

– Zamieniasz się w cień – powiedziała jej Gina, podnosząc się z łóżka i idąc do łazienki. –

Jeśli dziecko będzie przenoszone, pewnie w ogóle znikniesz.

– G Boże! Nie mów tak. Nie zniosę tego, jeśli będzie przenoszone, Joanne spędziła noc na 

kanapie  pod  oknem  i  nadal  leżała  pod  stosem  koców.  Uniosła  firankę  i  popatrzyła  ponuro  na 

kwiaty w ogrodzie.

– Już prawie postradałam zmysły – dodała. – Mam wrażenie, że to lato trwa dłużej niż rok. 

Mogę sobie tylko wyobrażać, jak ty się musisz czuć.

Gina zatrzymała się w drzwiach, patrząc na nią.

– Czy twojemu mężowi cię nie brakuje? Praktycznie cały czas jesteś ze mną. Musi się czuć 

osamotniony.

Joanne potrząsnęła głową i opuściła firankę.

– Razem z grupą nauczycieli pojechał ze studentami w Góry Skaliste. Ale codziennie dzwoni 

i wróci natychmiast, jak nasze dziecko się urodzi.

Gina  zamknęła  za  sobą  drzwi  łazienki,  oparła  się  o  nie  ze  zmęczenia,  po  czym  zaczęła 

odpinać guziki koszuli nocnej.

W chwilę potem otworzyła drzwi i wyjrzała, drżąc z niepokoju.

– Joanne – szepnęła.

– Tak, kochanie?

Joanne zerwała się natychmiast z kanapy i podbiegła do niej.

background image

– Co się stało?

– Chyba się zaczyna.

Przez długą chwilę patrzyły na siebie ze strachem. Gina niewiele pamiętała z tego ostatniego 

dnia poza tym, że Joannę była przy niej bez przerwy, mierząc czas między skurczami, pomagając 

jej spakować rzeczy do szpitala, dodając otuchy, kiedy czuła się zmęczona i ogarniał ją strach.

Zgłosiły się do szpitala tuż po szóstej po południu i od razu skierowano je do sali porodowej. 

Joanne  stała  nad  łóżkiem  Giny,  trzymała  ją  za  rękę  i  szeptała  do  niej,  przynosiła  jej  lód, 

odgarniała włosy z czoła i pomagała oddychać we właściwy sposób.

Personel  szpitalny  najwyraźniej  był  świadomy  całej  sytuacji.  Byli  spokojni  i  tolerancyjni  i 

pozwalali  Joanne  stać  obok,  choć  Gina  chwilami  zastanawiała  się,  czy  nie  dostrzega  błysku 

dezaprobaty w oczach starszych pielęgniarek.

Ale  wkrótce  nie  była  świadoma  niczego  poza  morzem  bólu  i  mocnymi  rękami,  nie 

pozwalającymi jej utonąć.

– Trzymaj się, skarbie – mówił jakiś daleki głos.

– Jeszcze trochę. Doskonale.

– Boli. Bardzo...

–  Wiem,  kochanie.  Wiem. Jesteś taka dzielna. Przyszła ostatnia fala bólu,  taka straszna,  że 

Gina  wiedziała,  że  jej  ciało  nie  zniesie  więcej.  A  potem  było  po  wszystkim  i  w  pokoju 

zapanowała cisza i spokój. W chwilę potem rozległ się głośny płacz.

– To ona – szepnęła Joanne z twarzą mokrą od łez.

– To nasze dziecko, Gino. Płacze.

Gina uniosła się, żeby spojrzeć na niemowlę, po czym opadła na łóżko i odwróciła głowę.

Joanne przeszła przez pokój. Nadal miała na sobie fartuch, a na twarzy maskę. Wzięła z rąk 

pielęgniarki owinięte w koc zawiniątko i czule je przytuliła.

Widząc, jak Joanne bierze dziecko w ramiona, Gina zrozumiała ostatecznie, że ból nie minął. 

Najgorsze było jeszcze przed nią, przez wszystkie ciemne noce i długie lata jej życia. Ale było za 

późno. Za późno, żeby cokolwiek zmienić. Joanne podeszła do niej z dzieckiem w ramionach.

Zawinęła je w różowy kocyk, tak żeby Gina nie mogła zobaczyć jego twarzy.

– Dziękuję ci, Gino – szepnęła. – kocham cię i nie zapomnę, jak długo będę żyła.

Potem niemal wybiegła z sali.

Gina szybko przyszła do siebie po porodzie i wróciła do mieszkania, żeby spakować rzeczy. 

Odebrała ostatnią ratę wraz z dużą premią, której się nie spodziewała, i wyjechała z Vancouveru 

do Azure Bay.

Wszystkie  sprawy  finansowe  załatwiał  adwokat.  Po  tej  ostatniej  krótkiej  chwili  na  sali 

porodowej Gina nigdy więcej nie zobaczyła Joanne.

Przynajmniej,  powiedziała  sobie,  aż  do  dzisiejszego  dnia,  kiedy  twarz  Joanne  uśmiechnęła 

się do niej z fotografii w złotej ramce na toaletce Steffi Colton.

background image

Rozdział 9

Nad jeziorem była spora grupa dzieci. Rozpryskiwały wodę i krzyczały, trzymając się tratwy 

zrobionej z ciężkich, powiązanych razem bali.

–  Hej,  Steffi!  –  zawołał  drwiąco  jeden  z  chłopców,  odgarniając  mokre  włosy  z  oczu.  –

Dlaczego nie popływasz z nami, mięczaku? Założę się, że nie umiesz.

Steffi  siedziała  na  brzegu  pod  rozłożystym  klonem.  Teraz  odłożyła  książkę  i  spojrzała  na 

chłopca.

Dzieci  w  hotelu  są  takie  głupie.  Przede  wszystkim  większość  jest  młodsza  od  Steffi  i 

zachowuje  się  dziecinnie.  Ale  było  w  nich  coś,  co  bulwersowało  ją  jeszcze  bardziej:  fakt,  że 

wszystkie miały normalne rodziny. Matkę i ojca, może jeszcze brata albo siostrę.

Nie zwracała uwagi na ich krzyki. Oparła głowę o pień drzewa.

Kiedyś, dawno temu, zanim jej matka zachorowała, Steffi też miała normalna rodzinę. Kiedy 

była mała, najbardziej że wszystkiego lubiła iść między rodzicami i trzymać ich za ręce. Kiedy 

trafiała  się  kałuża  albo  szpara  w  chodniku,  podnosili  ją  ze  śmiechem  i  huśtali  w  powietrzu,  a 

potem znowu stawiali na ziemi.

Jakie  to  było  cudowne,  to  poczucie  równowagi  i  całkowitego  bezpieczeństwa.  Z  każdej 

strony jedno z rodziców, pełne siły, unoszące ją w powietrzu jak piórko.

– Steffi nie umie pływać! – zawołała z wody jedna z dziewczynek;

Steffi popatrzyła na nią z niesmakiem.

Żadne z tych dzieci nic nie wie. Wszystkie mają ojców i matki, czekających na nie w hotelu, 

i  masę przyjaciół,  z  którymi  mogą się  bawić.  Nie  wiedzą,  co  to  znaczy  przez  lata  mieszkać  w 

domu, który bardziej przypomina szpital. Nigdy nie widziały,  jak umiera  człowiek,  którego się 

kocha i na którym się polega.

Ale przede wszystkim nie wiedziały, co to znaczy nosić w swoim ciele coś straszliwego, coś, 

co cię zabije tak samo, jak zabiło twoją matkę.

– Steffi nie umie pływać! – powtórzył się krzyk jak echo.

– Czy ich nigdy nie zmęczy własna głupota?

Steffi wstała gniewnie, ściągnęła przez głowę koszulkę i zrzuciła szorty, odtrącając je nogą 

na bok. Miała na sobie obcisły żółty kostium, który kupił jej ojciec.

Kilku  chłopców  gwizdnęło  nieporadnie,  ale  reszta  patrzyła  w  nerwowej  ciszy,  jak  Steffi 

wchodzi na skały, stoi przez chwilę nieruchomo na tle nieba, po czym skacze łukiem do wody.

Wynurzyła się w sporej odległości od skał i bez wysiłku popłynęła crawlem, kierując się ku 

przeciwległemu brzegowi jeziora.

Dzieci wymieniły spojrzenia pełne niedowierzania i z rosnącym strachem patrzyły na jej rudą 

głowę, coraz mniejszą na tle jeziora.

background image

Steffi nie była świadoma publiczności. Poruszała się w wodzie powolnymi, silnymi ruchami, 

wynurzając  regularnie  twarz,  żeby  wziąć  głęboki  oddech,  rytmicznie,  tak  jak  ją  uczono.  Drugi 

brzeg  nadal  wydawał  się  niemożliwie  odległy;  przypominał  zieloną  kreskę  narysowaną 

ołówkiem. Była pewna, że do niego dopłynie.

Prawdę mówiąc, mało ją obchodziło, czy sobie poradzi.

Często prześladowały ją czarne myśli, szczególnie późno w nocy. Pojawiała się na przykład 

myśl,  że  można  by  odpocząć,  zagubiwszy  się  w  wodach  jeziora,  albo  rzucić  się  z  urwiska  i 

roztrzaskać  o  skały,  albo  wykraść  pigułki  z  apteczki  ojca  i  połknąć  ich  tyle,  żeby  zasnąć  na 

zawsze.

Nie  musiałaby  wówczas  żyć  w  strachu,  jaki  dawała  jej  świadomość,  że  odziedziczyła  po 

matce tę straszną chorobę, i zastanawiać się, kiedy zaatakuje.

Steffi  płynęła  i  płynęła,  poruszając  się  w  wodzie  jak  smukła,  złocista  ryba.  Zaczynała 

odczuwać zmęczenie, kiedy nagle woda zrobiła się cieplejsza i dziewczynka zorientowała się, że 

jest już płytko.

Odwróciła  się  i  leniwie  płynęła  na  plecach,  pozwalając  słońcu  świecić  sobie  w  twarz. 

Wreszcie stanęła i wyszła na brzeg, odrzucając do tyłu swe długie, rude włosy i rozglądając się 

wokół z zainteresowaniem.

Po drugiej stronie jeziora widziała masywna bryłę Edgewood Manor. Z daleka wyglądał jak 

zabawką. Dzieci przy starej, szarej tratwie przypominały kolorowe punkciki.

Odwróciła  się  i  popatrzyła  za  siebie.  Gdzieś  ponad  plażą,  na  zalesionych  wzgórzach  była 

autostradą;  z oddali  dochodził  słaby  odgłos  przejeżdżających samochodów.  Poza tym  ta  strona 

jeziora była cicha, przyjemnie pusta.

Miłe jest poczucie samotności i odizolowania.

Gina  Mitchell,  właścicielka  hotelu,  powiedziała,  że  wzgórza  tutaj  porasta  nieprzebyty  las, 

pełen niedźwiedzi, kuguarów i głębokich, zdradliwych mokradeł.

– Co  roku  gubią się tam  ludzie – mówił  jej  Roger  poprzedniego  dnia,  kiedy  pomagała  mu 

zrywać  morele  na  dżem.  –  To  dość  dzika  okolica.  Poza  szosą  wzdłuż  jeziora  nie  ma  żadnych 

dróg. Nie ma nawet szlaków.

– Co się dzieje z ludźmi, którzy się zgubili? – zapytała Steffi.

–  Czasem  myśliwi  po  latach  znajdują  kawałki  szkieletu  albo  resztki  ubrania.  Najczęściej 

jednak znikają bez śladu.

Steffi spojrzała na las, na gęstą ścianę drzew i straszną czarną otchłań pod ich zwisającymi 

gałęziami.

Coś ją przyzywało i pociągało, sprawiało, że pragnęła zanurzyć się w tej  czarnej otchłani i 

zniknąć  na  zawsze.  Podobała  jej  się  myśl  o  całkowitym  zniknięciu,  tak  żeby  nikt  nigdy  nie 

znalazł jej śladu. Wydawało jej się to nieskończenie lepsze niż czekanie, aż umrze, bojąc się cały 

czas.

background image

Odwróciła się wreszcie niechętnie i znów popatrzyła na Edgewood Manor. Tam był jej ojciec 

i jest mu potrzebna. Był naprawdę silnym człowiekiem, lecz nawet on nie przeżyłby utraty żony i 

córki w ciągu kilku miesięcy.

Gdyby jej nie miał, byłby zupełnie sam.

Steffi  wahała  się  przez  chwilę,  po  czym  weszła  do  jeziora.  Woda  pluskała  wokół  jej  ud. 

Dziewczynka odetchnęła głęboko kilka razy, zanurzyła się w niej i popłynęła Z powrotem.

–  Gina  robi  wspaniałe  muszki  do  łowienia  ryb.  Mogłaby  je  doskonale  sprzedawać,  gdyby 

zdecydowała się otworzyć sklep w mieście.

– Poważnie?

Alex siedział na miejscu pasażera, a Roger prowadził hotelową ciężarówkę w stronę plaży.

Roger  skinął  głową  i  spojrzał  w  lusterko,  cofając  się  przy  brzegu.  Uruchomił  system 

hydrauliczny, który uniósł i przechylił tył ciężarówki.

– Gina jest zadziwiającą kobietą – powiedział Alex w zamyśleniu. – Naprawdę zadziwiającą.

– To prawda.

Roger otworzył drzwiczki i uśmiechnął się do Alexa przez ramię.

– Chodź, pora wziąć się za łopatę.

Po  trzech  dniach  wożenia  piasku  Alex  wiedział  już,  co  ma  robić.  Wysiadł  i  okrążywszy 

ciężarówkę, wdrapał się na, jej tył, gdzie leżał ciężki ładunek piasku. Roger podał mu łopatę.

– Gotowy? – zawołał Roger z dołu.

– Gotowy! – odkrzyknął Alex, trzymając się jedną ręką bocznych, desek. – Otwieraj.

Roger  otworzył  klapę  w  tyle  ciężarówki  i  piasek  zaczął  się  wysypywać  strumieniem, 

popychany energicznie łopatą Alexa. Roger włączył silnik i prowadził ciężarówkę wolno wzdłuż

wody Kiedy wysypali cały piasek, Alex zeskoczył na plażę. Roger zaparkował i wrócił z drugą 

łopatą. Praco – wali zgodnie, rozrzucając piasek po plaży i rozmawiając o książkach, muzyce i 

polityce.

Roger zatrzymał się, oparł o łopatę i uśmiechnął do Alexa.

– Wiesz, Alex, jak na nauczyciela akademickiego całkiem niezły z ciebie robotnik.

Alex  nie  przerywał  pracy.  Wysiłek  fizyczny,  spokój,  cisza  i  ciepło  słońca  na  plecach 

sprawiały mu przyjemność.

–  Rozumiem,  dlaczego  porzuciłeś  pracę  i  zostałeś  tutaj  .  –  powiedział.  –  Chwilami 

odczuwam pokusę, żeby zrobić to samo.

Roger spojrzał na niego uważnie. – Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł – odparł. – Moje 

miejsce jest już zajęte, a Ginie chyba nie potrzeba dwóch pracowników.

–  Nie jestem pewien, czy Gina wie, czego jej  potrzeba – stwierdził  spokojnie Alex,  a jego 

towarzysz  posłał  mu  kolejne uważne  spojrzenie.  –  Gina nie  jest taka  jak inne  kobiety –  podjął 

Roger po chwili milczenia. – Zawsze była.

background image

Przerwało mu zamieszanie w części plaży, gdzie pływały dzieci. Gina przybiegła z hotelu i 

stała  nad  brzegiem  wody  w  towarzystwie  dwóch  małych  dziewczynek  w  kostiumach 

kąpielowych. Dzieci mówiły coś i gestykulowały z przejęciem.

– Alex! Roger! – zawołała Gina – Chodźcie tu!

Zaniepokojeni paniką w głosie Giny, obaj mężczyźni porzucili łopaty i podbiegli do niej.

– Steffi jest tam, w wodzie – zwróciła się do Alexa jedna z dziewczynek. – Przepłynęła całe 

jezioro. Teraz płynie z powrotem.

Spojrzał na przerażone dziecko a potem na lśniącą taflę jeziora. Dostrzegł zarys głowy swej 

córki, który się przybliżał, i leniwe ruchy jej ramion.

– Musimy wziąć łódź i wypłynąć po nią – zawołała Gina, szukając nerwowo w kieszeniach. 

– Roger, czy wiesz, gdzie jest klucz? Nie mogę...

Alex podszedł do Giny i położył dłoń na jej ramieniu.

– Bez paniki – powiedział. – Wszystko jest w porządku. Zobacz, jak rytmicznie płynie. Jej 

ruchy nie słabną.

–  Ale  dzieci  mówiły,  że  kilka  minut  temu  przepłynęła  całe  jezioro.  Alex,  ona  musi  być 

wyczerpana. Nie możemy ryzykować.

Uśmiechnął się i potrząsnął głową.

–  Na  ile  znam  swoją  córkę,  byłaby  wściekła,  gdybyśmy  po  nią  wypłynęli.  Płynęłaby  po 

prostu dalej, a my za nią.

– Przynajmniej bylibyśmy obok, gdyby miała jakieś problemy. A jeśli złapie ją. skurcz?

– To wtedy weźmiemy łódkę. Gino, Steffi pływa od trzeciego miesiąca życia. Wie wszystko 

na temat bezpiecznego zachowania w wodzie.

Gina  i  Roger  stali  obok  niego  wraz  z  grupą  dzieci  które  zebrały  się  na  brzegu.  Wszyscy 

wstrzymali oddech, podczas gdy Steffi zbliżała się do brzegu, miarowo pracując ramionami.

– Nie wiem, jak możesz to wytrzymać – szepnęła Gina. – Przeraża mnie myśl, że przepłynęła 

taki kawał, – Często i mnie przeraża – wyznał Alex, obserwując córkę. – Jak się jest rodzicem, 

jedna z najtrudniejszych, rzeczy jest zdecydowanie, kiedy ingerować, a kiedy nie. Ciągle jeszcze 

nie bardzo mi to wychodzi.

Steffi była niemal przy brzegu. Zrobiła jeszcze kilka ruchów i zatrzymała się i zaczęła iść w 

kierunku plaży. Stanęła na chwilę i zgięła się wpół, żeby uspokoić oddech. Woda spływała z jej 

szczupłego ciała i splątanych włosów.

Wreszcie wyprostowała się i rzuciła krótkie, pogardliwe spojrzenie stojącej w milczeniu na 

plaży grupie dzieci i dorosłych. Potem skierowała się w stronę klonu, wzięła książkę i ubranie i 

poszła do hotelu.

Roger odchrząknął niepewnie.

– Muszę się zbierać do miasta. Jest jeszcze jeden ładunek piasku do zabrania. Jedziesz, Alex?

– Tym razem nie. Zostanę tutaj i skończę rozrzucać to, co przywieźliśmy.

background image

– W porządku.

Roger poszedł w stronę ciężarówki. Dzieci, krzycząc i popychając się nawzajem, skierowały 

się do hotelu na podwieczorek z ciastkami.

Gina i Alex zostali sami.

Nadal  sprawiała  wrażenie  wstrząśniętej.  Była  tak  bladą  że  piegi  odcinały  się  ostro  od  jej 

kości policzkowych.

– Dobrze się czujesz? zapytał Alex, obejmując ją ramieniem.

– Nie jestem pewna.

Napięła się pod wpływem jego dotyku, ale pozwoliła mu się poprowadzić w cień klonu.

Alex usiadł na piasku i pociągnął ją do siebie.

– Odpocznij i porozmawiaj ze mną chwilę.

Spojrzała na jego dżinsy oraz oklejone piaskiem ciężkie buty i spróbowała się uśmiechnąć.

– Czy nie miałeś przypadkiem rozrzucać piasku?

– Nawet niepłatni robotnicy mają przerwy. Gina spojrzała na spokojna powierzchnię wody.

– To było przerażające  – szepnęła.  –  Przepłynąć całe  jezioro tam  i z powrotem.  Nie  mogę 

uwierzyć, że to zrobiła.

– Ja nie mogę uwierzyć w różne rzeczy, które ostatnio robi.

Podniósł opadły liść i wygładzał go w palcach.

– Steffi, i ja potrafiliśmy rozmawiać o wszystkim pod słońcem. Teraz jest między nami jakaś 

wielka ściana i nie wiem, jak przez nią przejść.

Gina milczała tak długo, że zastanawiał się o czym myśli.

– Powiedziałeś mi kiedyś, że Steffi jest adoptowana, prawda?

– Tak.

Nie  było  to  tak  zupełnie  kłamstwem.  Po  urodzeniu  Steffi  musieli  wypełnić  papiery 

adopcyjne. Gina ciągle patrzyła na jezioro.

– Czy ona wie?

– Chodzi ci o to, czy wie, że jest adoptowana?

– Tak.

Potrząsnął głową, zastanawiając się, co by pomyślała, gdyby powiedział jej całą prawdę.

I  jak  wyjaśnić  to  wszystko  Steffi?  Oczywiście  dziecko  ma  prawo  wiedzieć,  że  jest 

adoptowane, ale jak by Steffi poradziła sobie z faktem, że jej biologiczna matka została wynajęta 

jak zwierzę hodowlane i zapłodniona sztucznie spermą jej ojca? W jakim momencie życia można 

wyjawić dziecku taką prawdę? – Janice nigdy nie chciała, żeby Steffi się dowiedziała powiedział 

wreszcie.  –  Obsesyjnie  starała  się  utrzymać  ją  z  dala  od  prawdy.  Nie  wyobrażasz  sobie,  jak 

bardzo ją kochała.

Ale czy Steffi nie ma prawa znać prawdy o sobie? – Janice wymogła na mnie obietnicę, że 

jej  nie  powiem,  dopóki  nie  będzie  dorosła.  Kiedy  zachorowała,  nie  mogłem  złamać 

background image

przyrzeczenia.  A  teraz,  kiedy  Steffi  tak  bardzo  przeżywa  jej  śmierć,  byłoby  jej  jeszcze  ciężej, 

gdyby się dowiedziała, że Janice nie była jej naturalna matką. To byłaby kolejna strata.

Gina wolno skinęła głową.

– Rozumiem, co czujesz, a jednak...

Alex  bawił  się  liściem,  pragnąc,  żeby  Gina  porzuciła  ten  temat.  Nigdy  tego  nie  zrozumie, 

chyba  żeby  znała  wszystkie  szczegóły.  Ale  jak  mógł  jej  wyjawić  prawdę,  skoro  ani  słowa  nie 

powiedział Steffi?

– Wiesz, to zabawne – powiedziała. – Chodzi mi o Steffi.

– Co masz na myśli?

–  Jej  wygląd.  Gdybyś  mi  nie  powiedział,  że  jest  adoptowana,  przysięgłabym,  że  to  twoje 

dziecko. Ma usta dokładnie takie jak ty.

Alex wstrzymał oddech. Gina nadal patrzyła na jezioro. Jej delikatny profil rysował się ostro 

na tle pełnego słonecznych plam błękitu wody.

– Sporo wiedzieliśmy o pochodzeniu Steffi – odparł ostrożnie. – Staraliśmy się tak wybrać... 

naturalna matkę, żeby do nas pasowała.

– Poznałeś ją?

Alex  przypomniał  sobie,  jaką  tajemnicą  Janice  otaczała  młodą  kobietę,  którą  nosiła  jego 

dziecko. Nigdy się nawet nie dowiedział, jak miała na imię. Powiedziano mu tylko, ile ma lat i 

jakiej jest rasy.

Niekiedy przyłapywał się na tym, że się zastanawia, gdzie jest ta tajemnicza młoda kobieta i 

czy kiedykolwiek myśli o swym dziecku...

–  Janice i  adwokat  zajmowali  się  kontaktami  z  matką  –  wyjaśnił.  –  Miałem  do  nich  pełne 

zaufanie.

– Rozumiem.

Gina wstała i spojrzała na jezioro, jakby wahała się, czy jeszcze coś powiedzieć. Wyglądało 

jednak na to, że zrezygnowała.

– Muszę pomóc Mary przy podwieczorku – mruknęła, ruszając w stronę hotelu. – Idziesz?

Pokręcił głową.

– Roger zaraz wróci z następnym ładunkiem. Muszę skończyć rozrzucać to, co tu jest.

Kiwnęła  głową  i  pospieszyła  do  hotelu.  Alex  patrzył  na  jej  szczupłą  sylwetkę,  dopóki  nie 

zniknęła, pragnąc za nią pobiec i wziąć ją w ramiona.

Pragnął  jej  cały  czas,  chciał  ją  obejmować  i  całować.  Ale  ona  najwyraźniej  miała 

wątpliwości co do ich związku. Od czasu owej pamiętnej nocy odsuwała się od niego coraz dalej. 

Niemal czuł, jak chowa się w jakimś tajemniczym, miejscu, dokąd on nie mógł za nią pójść.

background image

Leżała w łóżku, trzymając  na  kołdrze  otwartą  książkę, Odwróciła  głowę i  przez okno  przy 

łóżku  popatrzyła  na  ciche  podwórze.  Choć  była  niemal  północ,  krzewy  i  kwiaty  były  nadal 

wyraźnie widoczne w świetle księżyca.

Gina jednak nie była świadoma piękna tej sceny. Jej myśli były zwrócone do wewnątrz, ku 

wydarzeniom minionego popołudnia.

Ciągle widziała głowę Steffi daleko na jeziorze i przypominała sobie paraliżujący strach, jaki 

ją ogarnął, kiedy zorientowała się, co się dzieje.

To muszą cały czas czuć rodzice: miłość i paniczny lęk o drugiego człowieka. Nigdy się nie 

spodziewała, że doświadczy tych uczuć.

Wzięła książkę i spróbowała czytać, ale po chwili odłożyła ją ponownie. Przypomniała sobie 

rozmowę z Alexem.

Przez  kilka  ostatnich  dni  starała  się  zrozumieć  dziwaczna  sytuację,  w  jakiej  się  znalazła. 

Zaczęła się nawet zastanawiać, czy Alex nie zna prawdy o niej i czy nie dlatego przyjechał do 

Edgewood Manor.

Może żona wyjawiła mu przed śmiercią, kim jest Gina, a on z jakichś powodów przywiózł tu 

Steffi...

Ich rozmowa rozwiała te podejrzenia. Alex był zbyt szczery i bezpośredni, by kłamać. Gina 

wierzyła mu, kiedy wyznał, że nigdy się niczego nie dowiedział o matce Steffi.

Janice Colton  zabrała tajemnicę  do  grobu. Musiała  się jednak interesować  życiem Giny po 

urodzeniu dziecka, bo miała broszurę o Edgewood Manor.

A  może  to  były  środki  ostrożności?  Może  Janice  nadal  się  obawiała  i  uważała,  że  lepiej 

wiedzieć, co się z nią dzieje, bo wtedy będzie przygotowana, gdyby biologiczna matka nagle się 

pojawiła.

Bez względu na powód fakt, że Janice Colton miała tę broszurę i że znalazł ją Alex, stworzył 

sytuację, która mogła być fatalna w skutkach dla nich wszystkich.

Oczywiście najtrudniejsze było to, że Gina zakochała się w tym człowieku.

Wszystkie  lata  wysiłku,  całe  poświęcenie  i  samotność  zniknęły  wobec  uczuć,  które  żywiła 

wobec  Alexa  Coltona.  Z  żadnym  z  mężczyzn  nie  doświadczyła  takiej  pełni  życia,  takiego 

szczęścia i spełnienia.

Do tych uczuć dochodziła zadziwiająca świadomość, że przed laty ona i Alex połączyli się, 

żeby  powołać  do  życia  Steffi.  Poznanie  dziewczynki  dodało  głębi  miłości  Giny,  sprawiło,  że 

zakochała się w Aleksie tak głęboko, że niekiedy obawiała się, że w tym uczuciu utonie.

Wiedziała jednak, że nie ma nadziei dla tej miłości. Alex Colton był jedynym mężczyzna na 

świecie dla niej niedostępnym. Otarła gorące łzy, które popłynęły jej z oczu.

W biurze adwokata, na długo przed urodzeniem dziecka, podpisała stos papierów, obiecując, 

że w przyszłości nigdy nie będzie miała żadnych kontaktów ani z dzieckiem, ani z jego rodzina. 

Być może teraz, kiedy Janice nie żyła, Gina nie jest już związana tą obietnicą, ale bez względu na 

background image

wszystko nie była w stanie powiedzieć prawdy Alexowi.

Zgasiła  lampę,  wstała  z  łóżka  i  przeszła  przez  pokój  do  drugiego  okna.  Stanąwszy  w 

srebrzystej ciemności, patrzyła na drzwi pokoju przy patio.

Miękkie światło przeświecało przez szyby. Widać Steffi nie śpi mimo późnej pory.

Gina  obserwowała  niewyraźny  kształt  poruszający  się  za  oszklonymi  drzwiami.  Musiała 

walczyć z pragnieniem, żeby pobiec do pokoju dziewczynki, wziąć ją w ramiona i powiedzieć jej 

prawdę.

Wiedziała  jednak,  że  nigdy  nie  będzie  mogła  sobie  na  to  pozwolić.  Steffi  jest  ciągle 

pogrążona w żałobie. Okrucieństwem byłoby wyznać jej, że Janice Colton nie była jej matką, że 

jej prawdziwą matka jest obca osoba, która zrobiła na tym interes.

Kiedy tak stała i rozmyślała, drzwi przy patio otworzyły się i w prostokącie światła stanęła 

Steffi. Gina wstrzymała oddech i pochyliła się do przodu.

Dziewczynka  miała  na  sobie  spodnie  od  dresu  i  luźna  koszulę  nocna.  Włosy  związała  w 

koński ogon. Zawahała się na progu, patrząc na ciemny budynek, wreszcie wyjęła coś z kieszeni i 

ostrożnie wyszła na podwórze.

Natychmiast z cienia wynurzył się biały kształt i pospieszył w kierunku dziewczynki. Gina 

uśmiechnęła się, rozpoznając Annabel, spasiona pudliczkę. Steffi rozejrzała się niepewnie dokoła 

i przyklękła, żeby poklepać psa, po czym wyciągnęła rękę i cierpliwie czekała, aż Annabel zje to, 

co jej podała.

Po chwili Steffi wróciła do swego pokoju, niosąc Annabel i zamykając za sobą drzwi. Gina 

oparła się o ramę okna i uśmiechnęła przez łzy.

Jedyne, co może zrobić, to spróbować jakoś przeżyć to straszne lato, a potem, po wyjeździe 

Steffi  i  Alexa  poskładać  swoje  rozbite  życie.  Na  razie  ź  całą  pewnością  nie  może  mieć  nic 

wspólnego z Alexem. Nigdy go już nie obejmie ani nie pocałuje, nie poczuje uścisku jego ramion 

ani jego ciała obok swojego...

Rozległo się pukanie do drzwi. Odwróciła się z bijącym sercem.

– Tak? – zawołała. – Kto tam?

– Mary. Jesteś w łóżku?

– Gina poczuła rozczarowanie pomieszane z ulgą. Zapaliła światło i otworzyła drzwi.

Mary stała w korytarzu, trzymając tacę z dwoma kubkami kakao i talerzem kruchych ciastek. 

Spojrzała zaniepokojona na Ginę, wkładającą właśnie swój stary szlafrok.

– Nie obudziłam cię? Gina pokręciła głową:

– Leżałam już w łóżku, ale jeszcze nie spałam.

–  Ja  też  nie  mogłam  spać  –  mruknęła  Mary.  Gina  wzięła  tacę  i  postawiła  ją  na  okrągłym 

stoliku przy łóżku.

–  Dobrze  to  wygląda  –  powiedziała.  –  Cieszę  się,  że  przyszłaś.  Leżałam  pogrążona  w 

smutnych myślach.

background image

– Dobrze się czujesz, skarbie? Ostatnio jesteś taka milcząca.

–  Jestem  po  prostu  zmęczona.  Każdego  lata  wydaje  się,  że  jest  więcej  pracy  niż 

poprzedniego, prawda?

– Może powinniśmy mieć więcej pomocy. Co byś powiedziała na zatrudnienie recepcjonistki 

i pokojówki w jednej osobie, żeby ci ulżyć w obowiązkach?

Gina pokręciła głową.

– Wiesz, że nie stać mnie na wypłacanie dodatkowej pensji. Może za kilka lat, kiedy spłacę 

jeszcze i trochę pożyczkę i nie będę miała tylu płatności.

Mary patrzyła, jak Gina pije kakao i skubie ciastko.

– Prawie nic nie jesz – zauważyła. Martwię się o ciebie, Gino. Coś jest nie w porządku.

Gina  czuła  pokusę,  żeby  jej  wszystko  opowiedzieć  dla  samej  ulgi  podzielenia  się  swym 

smutkiem. Ale luksus zwierzenia się komuś, nawet tak dobrej przyjaciółce jak Mary, też nie był 

jej  dany.  Obiecała  zachować  w  tajemnicy  szczegóły  urodzin  Steffi  i  nie  mogła  nie  dotrzymać 

obietnicy.

Ugryzła duży kawałek ciastka, potem drugi.

– Widzisz? – zwróciła się do Mary. – Jem. A każde z tych ciastek to co najmniej dwa tysiące 

kalorii.

– Akurat – odparła Mary, ale sprawiała wrażenie uspokojonej i rozsiadłszy się wygodnie w 

fotelu, piła kakao.

– Gdzie jest Annabel? – zapytała Gina, patrząc niewinnie w stronę okna. – Miałam wrażenie, 

że słyszałam ją przed chwilą na dworze.

– Śpi na werandzie.

– A jak idzie jej dieta?

–  O  wiele  lepiej  –  stwierdziła  Mary  z  zadowoleniem.  –  Nie  wydaje  się  już  ciągle  głodna. 

Przestała cały czas skomleć.

– To dobrze – zauważyła Gina, patrząc na swój kubek i starając się powstrzymać uśmiech. –

Chudnie?

Mary zmarszczyła brwi.

– Trochę. Steffi  zabiera ją codziennie na długie spacery.  Mam nadzieję,  że ruch jej dobrze 

robi.

Niewiele to pomoże, jeśli pod osłoną ciemności Steffi będzie jej dawała kiełbasę, pomyślała 

Gina.

– Steffi... jest całkiem miła – powiedziała, starając się, żeby zabrzmiało to neutralnie. – Nie 

uważasz?

– Kiedy się ją lepiej pozna... Jest dosyć najeżona, sprawia wrażenie strasznie nieszczęśliwej.

Gina pomyślała znowu o szczupłym ciele dziewczynki, płynącej przez lśniące wody jeziora.

background image

– Wiesz, ona mi kogoś przypomina – stwierdziła Mary, marszcząc brwi. – Doprowadza mnie 

to do szaleństwa. Nie mogę dociec kogo.

– Jest bardzo podobna do ojca – zauważyła Gina, jedząc kolejne ciastko.

Mary spojrzała na nią zaskoczona.

– Tak uważasz? Ja bym tego nie powiedziała.

– Mają inna karnację, ale ich rysy są takie same. Mary potrząsnęła głową,  nadal marszcząc 

brwi.

– Nie, to nie Alex. Jest podobna do kogoś innego. Mam wrażenie, że to ktoś, kogo widziałam 

dawno temu, ale nie pamiętam kto.

Claudia,  pomyślała  Gina.  Ciotka  Steffi.  Była  tu  przed  ośmioma  laty,  tuż  po  skończeniu 

szkoły.

Poczuła  chłodny  dreszcz  strachu  i  nerwowo  spojrzała  na  swoją  rozmówczynię.  Ale  Mary 

była zajęta odstawianiem kubków na tacę i zmiataniem okruchów ciasta ze stołu.

– Trzeba iść spać – powiedziała. – Jutro mamy dużo roboty.

– Co jest w programie na jutro?

– Pranie, pieczenie chleba i mycie okien. Gina westchnęła.

– Myślałam, że Roger myje okna w tym roku.

–  Tylko  z  zewnątrz.  Stacy  i  Kim  pomogą  nam  od  –  wewnątrz.  A  poza  tym  –  dodała, 

przystając jeszcze w drzwiach – mamy gościa na podwieczorku.

– Poza naszymi normalnymi gośćmi? Gościa w kuchni?

–  A  tak  –  odparła  Mary  ponuro.  –  Nie  pamiętasz?  Przychodzi  do  nas  pani  Lacey  Franks, 

przyjaciółka Rogera.

background image

Rozdział 10

– Ach, jakie to pyszne; Prawda, Roger?

Lacey  Franks  jadła  bułeczkę  z płatków  owsianych  grubo posmarowana  świeżym  masłem  i 

uśmiechała się do osób siedzących wokół kuchennego stoły. Miała na sobie eleganckie skórzane 

sandały,  szorty  i  białą  bluzkę,  która podkreślała  jej  piękną  opaleniznę.  Złociste  włosy  były jak 

zwykle starannie uczesane, a twarz promieniała radością.

Jest  naprawdę  całkiem  atrakcyjna,  myślała  Gina,  zwracają  uwagę  na  jej  szczupłą  figurę. 

Lacey przysiadła jak dziecko na jednym z wysokich taboretów stojących wokół stołu.

Roger siedział obok niej na krześle z ręką przewieszona przez oparcie i wyglądał przez okno. 

Mary  chodziła  od  stołu  do  szaf  i  z  powrotem.  Nie  odzywała  się,  usiłując  zachować  obojętny 

wyraz twarzy.

Alex  był  tam  także.  Jadł  bułeczki  i  mężnie starał  się  podtrzymać  rozmowę  z  Lacey.  Steffi 

siedziała  w  kącie  kuchni,  przy  warsztacie.  Znudzona,  bawiła  się  imadłem  Giny  i  grzebała  w 

pudełku pełnym porządnie poukładanych piórek i innych materiałów do robienia muszek.

– Uwielbiam te bułeczki – ciągnęła Lacey. – A ty, Alex?

Skinął głową.

– Bułeczki Mary są najlepsze.

–  Po  prostu  nie  wiem,  jak  to  robisz,  Mary  –  powiedziała  Lacey,  posyłając  gospodyni 

spojrzenie pełne nie ukrywanego podziwu. – Zajmujesz się tymi wszystkimi ludźmi i sprzątasz, i 

gotujesz takie cudowne rzeczy. Musisz być superkobietą.

Mary odwróciła się tyłem, stojąc sztywno przy kuchni i regulując gaz pod czajnikiem.

Gina piła herbatę, patrząc dyskretnie na innych. Łatwo było dostrzec, że piękny gość irytuje 

Mary.

Roger  także  nie  był  sobą.  Lacey  co  chwila  zaborczo  głaskała  go  po  ręku  albo  klepała  po 

ramieniu.  Wydawało  się,  że  mu  to  nie  przeszkadza,  jednak  jego  wzrok  często  zwracał  się  ku 

Mary,  która  stała  przy  kuchni  albo  dolewała  herbaty  do  filiżanek.  Wyraz  oczu  Rogera  był 

niemożliwy do odczytania.

Gina  mimowolnie  wymieniła  spojrzenia  z  Alexem,  który  uniósł  jedna  brew,  dając  jej  do 

zrozumienia,  że  ma  podobne  myśli.  Ta  krótka  chwila  porozumienia  wystarczyła;  by  Ginie 

zaczęło mocniej bić serce, a gardło ścisnęła tęsknota.

O Boże, myślała z rozpaczą, kocham go tak bardzo, że z trudem  trzymam ręce przy sobie. 

Jakże ja zdołam przeżyć to lato?

– Nawiasem mówiąc, Gino – kontynuowała Lacey – czy wiesz, że jesteś jednym z powodów, 

dla których skłoniłam Rogera, żeby mnie tu przywiózł?

– Naprawdę?

background image

– Uwielbiam to miejsce. Mam na myśli Azure Bay. Ale – dodała, przewracając oczami – nie 

jestem zachwycona motelem Freda, jeśli mnie rozumiecie.

– Myślę, że tak – odparła Gina ostrożnie. – Standard u Freda jest... dość podstawowy.

Lacey wzdrygnęła się dramatycznie.

– To jest niedopowiedzenie. Więc pomyślałam – ciągnęła, patrząc na Ginę z olśniewającym 

uśmiechem  –  że  może  znalazłby  się  u  was  jakiś  malusieńki  pokoik,  do  którego  mogłabym  się 

wprowadzić na, och, powiedzmy miesiąc. Może macie jakąś dziuplę na strychu?

Mary nagle podniosła głowę i popatrzyła na Ginę z tak jawnym błaganiem, że było to niemal 

komiczne. Roger także spojrzał zaniepokojony na chlebodawczynię.

– Ależ Lacey – zaprotestował, zwracając się do przyjaciółki – nigdy o tym nie wspominałaś.

Pochyliła się i poklepała go po policzku.

–  Chciałam  ci  zrobić  niespodziankę,  skarbie.  Czyż  nie  byłoby  wspaniale,  gdybym  tu 

mieszkała i moglibyśmy się stale widywać?

Alex i Gina ponownie wymienili spojrzenia. W jego oczach było tyle przekornych iskier, że 

z trudem powstrzymała się od śmiechu.

–  Przykro  mi,  Lacey  –  powiedziała,  kiedy  już  była  pewna,  że  zapanuje  nad  głosem  –  ale 

mamy wszystko zarezerwowane na całe lato. W tym roku jest nawet lista oczekujących.

Lacey  nadąsała  się,  przez  co  straciła  na  atrakcyjności,  ale  szybko  przyszła  do  siebie  i 

uśmiechnęła się do Rogera.

–  No  cóż,  trudno  –  stwierdziła.  –  Pewnie  będę  musiała  znaleźć  dobrego  przyjaciela,  który 

zgodzi się, żebym u niego mieszkała przez parę tygodni.

Roger  poderwał  się  szybko  i  ze  staroświecką  kurtuazją  podał  jej  rękę,  pomagając  zejść  ze 

stoika.

– Czas wracać do  miasta – oznajmił.  – Zespół  kameralny zaczyna  ćwiczyć  za dwadzieścia 

minut. Do zobaczenia później.

Poprowadził Lacey do wyjścia.

Mary  skinęła  głową  w  milczącym  pożegnaniu.  Alex  wyszedł  razem  z  Rogerem  i  Lacey,  a 

Gina podeszła do warsztatu i usiadła obok Steffi.

– Cześć – powiedziała nerwowo, zaciskając dłonie i chowając je na podołku, żeby Steffi nie 

dostrzegła  ich  drżenia.  Gina  po  raz  pierwszy,  odkąd  odkryła  jej  tożsamość,  zwracała  się  do 

dziewczynki otwarcie.

Steffi podniosła na nią wzrok, po czym znów spojrzała na imadło.

– Jak to działa?

– Trzyma podstawę muszki – objaśniła Gina, przy– suwając bliżej krzesło. – Zróbmy zwykłą 

muszkę, żebyś zobaczyła, na czym to polega. Widzisz, zaczynam od kawałka drutu, żeby nadać 

kształt tułowiowi. Potem zwijam go w długi, cienki...

background image

Pracowała uważnie świadoma bliskości dziewczynki. W pewnej chwili zalała ją fala uczucia 

i musiała opanować łzy. Tak, miłość, jaką czuła do Alexa, jest bogata i ekscytująca, wypływa z 

głębi  jej  kobiecości,  lecz  uczucie,  jakie  żywi  dla  tego  dziecka,  jest  na  swój  sposób  jeszcze 

głębsze, nie ma początku ani końca.

Przecież nosiła ją przez dziewięć długich miesięcy, czuła pierwsze  kopnięcia jej maleńkich 

stopek. Oddała ją, ale zawsze za nią tęskniła...

– Co to jest?

– Czułki. To mój pomysł. Poruszają się i przyciągają ryby.

–  Raz  próbowałam  łowić  ryby  na  muszkę  –  powiedziała  Steffi  obojętnym  tonem.  –  Tata 

zabrał nas na wędkarskie wakacje do Montany, zanim mama zachorowała.

Gina odchrząknęła, zaskoczona jej wymownością – Podobało ci się?

Steffi wzruszyła ramionami, na jej twarzy ponownie pojawił się wyraz obojętności.

– Było w porządku. Ale słabo sobie radziłam.

Nie rób tego, ostrzegała siebie Gina z rosnącą desperacją. Trzymaj się od niej z daleka. Jeśli 

sobie pozwolisz na zaangażowanie, przysporzysz wszystkim bólu.

Ale nie potrafiła się zatrzymać. Słowa zdawały się przychodzie same.

– Roger i ja planujemy wyprawę na ryby do Niedźwiedziego Potoku w najbliższy weekend, 

jeśli nam się uda wyrwać. Czy chciałabyś do nas dołączyć?

Oczy Steffi rozszerzyły się ze zdumienia. – Ja? Sprawiała wrażenie tak smutnej i samotnej, 

że Gina z trudem powstrzymywała się, żeby jej nie objąć i czule nie przytulić.

– Tak, ty – odparła, zmuszając się do uśmiechu. – Roger uwielbia uczyć innych łowić ryby. 

Pewnie dlatego, że może się wtedy popisać.

Steffi uśmiechnęła się lekko; jej uśmiech znikł prawie natychmiast potem, jak się pojawił.

– Roger jest równy. – stwierdziła.

– To prawda.

– Ale nie podobała mi się ta pani, co dzisiaj przyszła. Była naprawdę głupia.

W  tej  chwili  obok  przeszła  Mary  z  tacą  ciepłych  makaroników.  Zatrzymała  się  i  położyła 

dwa ciastka na stole przy Steffi.

– Dzięki, Mary.

Dziewczynka  zaskoczona  popatrzyła  na  plecy  gospodyni,  która  ponownie  stanęła  przy 

kuchni.

– Mam wrażenie, że Mary się z tobą zgadza – powiedziała Gina z uśmiechem. – No więc jak, 

Steffi? Chcesz pojechać z nami na ryby?

Steffi wzruszyła ramionami.

– Pewnie i tak nie ma nic innego do roboty.

Jej  rozjaśniona  twarz  zadawała  kłam  jej  słowom.  Jedząc  ciastko,  patrzyła  z 

zainteresowaniem, jak zręczne palce Giny formują tułów i skrzydła muszki.

background image

Alex szedł ścieżką prowadzącą od miasta niosąc w pudełku połowę pizzy. Zachodzące słońce 

chowało  się  za  wzgórza  i  zabarwiało  chmury na  żółto  i  pomarańczowo,  oblewając  kolorowym 

światłem  jezioro.  Wieczór  był  ciepły  i  spokojny,  a  dolina  o  zachodzie  słońca  przypominała 

kielich wypełniony złotem. Wszystko wokół wydawało, się zaczarowanej jak scena przeniesiona 

z  innego  czasu.  Nie  zdziwiłoby  go,  gdyby  zobaczył  grupę  rycerzy  jadących  konno  w  stronę 

jeziora albo brontozaura wychodzącego z wody, żeby się paść wśród drzew.

Uśmiechnął  się  do  swych  fantazji,  po  czym  dostrzegł  szczupłą  postać  siedzącą  na  dużym, 

płaskim  kamieniu  przy  brzegu.  Serce  zabiło  mu  żywiej,  kiedy  poznał  Ginę.  ,  Pospieszył  w  jej 

kierunku.

– Cześć – powiedział, siadając obok Giny i uważając, żeby jej nie dotknąć. – Konia z rzędem 

za twoje myśli, kochanie.

Odwróciła się zaskoczona i uśmiechnęła do niego automatycznie.

– Alex. Byłeś na dobrej kolacji?

– Pizza i sałata. Pyszne.

Pokazał jej pudełko.

– Przyniosłem połowę pizzy dla Steffi.

Dlaczego nie poszła z tobą?

– Czytała Nie miała ochoty iść aż do miasta.

Gina skinęła głową i nadal siedziała obejmując kolana, opierając na nich podbródek i patrząc 

na ciemniejącą wodę.

Alex zerknął na nią, pragnąć wziąć ją w ramiona. Nigdy dotąd żadna kobieta tak bardzo go 

nie  pociągała.  Stale  pragnął  ją  obejmować,  pieścić,  obsypywać  pocałunkami,  ale  pragnął  także 

wiedzieć,  o  czym  myśli,  co  sądzi  o  ludziach  wokół  siebie,  o  świecie.  Chciał  z  nią  rozmawiać 

godzinami, poznać jej przeszłość, dzielić z nią swe myśli i marzenia.

Jednak  od  czasu  ich  miłosnej  nocy  i  przyjazdu  Steffi  Gina  rozmyślnie  go  odsunęła. 

Najwyraźniej bała się zbytnio do niego zbliżyć i Alex obawiał się, że straci ją całkowicie, jeśli 

będzie się starał wywołać z jej strony jakąś reakcję.

Masz całe lato mówił sobie. Bądź cierpliwy. Na taką kobietę warto poczekać. Jest zbyt silna, 

żeby zareagować pozytywnie na jakiekolwiek natrętne zabiegi.

– Dobrze – powiedział – dwa konie z rzędem.

– Za co?

– Za twoje myśli. Poprawiła się na kamieniu.

– Prawdę mówiąc, myślałam o Rogerze.

– O Rogerze?

– O tej jego nowej przyjaciółce. Martwię się całą tą sytuacją.

– Dlaczego?

background image

–  A  jeśli  się  ożeni  i  wyjedzie?  Nie  chciałabym  prowadzić  hotelu  bez  niego.  Poza  tym  –

dodała, marszcząc brwi – nie uważam, że Lacey Franks jest właściwą osobą dla niego.

– Rozumiem. Ale przyznasz, że jest atrakcyjna.

Gina odwróciła się, żeby na niego spojrzeć. W jej oczach było pytanie.

– Podobała ci się?

–  Nie  bardzo.  Osobiście  wolę  takie  kobiety,  które  same  wiosłują,  płynąć  kajakiem,  i  mają 

kieszenie pełne skarbów.

Policzki  Giny  zaróżowiły  się  lekko,  co  zachęciło  Alexa.  Wyglądała  tak  uroczo,  że  musiał 

tym silniej walczyć z sobą, żeby jej nie dotknąć.

– Czy myślisz, że Roger jest w niej zakochany?

– zapytała, patrząc w zamyśleniu na jezioro.

–  Nie  sądzę.  Myślę,  że  ona  przyssała  się  do  niego,  a  on  jest  zbyt  wielkim  dżentelmenem, 

żeby  umieć  się  od  niej  uwolnić.  Może  nawet  jej  atencja  trochę  mu  pochlebia.  Ale  nie  wierzę, 

żeby był zakochany.

– Skąd masz tę pewność?

– Rozmyślałem nad całą tą sytuacją. A jeśli Roger w rzeczywistości jest zakochany w Mary?

Gina popatrzyła na niego w olśnieniu.

– Oczywiście! Dlaczego o tym nie pomyślałam?

–  Może  dlatego,  że  jesteś  zbyt  blisko  nich.  Nie  możesz  być  obiektywna.  Ale  to  ma  sens, 

prawda?  Mary  jest  przystojna  kobieta  i  mają  z  Rogerem  wiele  wspólnego.  Obserwowałem  ich 

razem, Gino. I myślę, że zdecydowanie coś w tym jest.

– Roger i Mary – powiedziała wolno, potakując.

– Tak, myślę, że możesz mieć rację.

Alex rozwijał swoją teorię.

– Czytają te same książki. Mają wiele wspólnych zainteresowań, włączając w to twój hotel. 

Lubią się spierać o politykę i wszystko inne. To naturalne, żeby się w sobie zakochali.

– Ale dlaczego zdanie sobie sprawy ze swych uczuć miałoby im zająć piętnaście lat?

– Może miłość wkradła się niepostrzeżenie. Może jeszcze w pełni nie są jej świadomi. Tak 

bywa, kiedy się długo razem pracuje.

Potaknęła.

– Tak, a Mary była naprawdę zdenerwowana wizytą Lacey. Najpierw myślałam, że to coś w 

rodzaju siostrzanej reakcji ale teraz widzę, że może w tym być o wiele więcej. Czy zauważyłeś, 

jak Roger cały czas patrzył na Mary podczas wizyty Lacey?

Alex skinął głową.

–  Oczywiście  możemy  się  mylić,  ale  wyczułem  coś  między  tymi  dwojgiem,  jak  tylko  ich 

zobaczyłem razem. Wizyta Lacey Franks tylko potwierdziła moje podejrzenia.

Gina zmarszczyła brwi w zamyśleniu.

background image

– Co mam z tym zrobić?

– A powinnaś coś robić?

– Muszę – powiedziała. – Nie mogę pozwolić, żeby Lacey jeszcze bardziej omotała Rogera. 

Nie w sytuacji, kiedy zależy mu na Mary. Muszę znaleźć sposób, żeby go zmusić do zrobienia 

jakiegoś kroku. Ale jest taki nieśmiały a Mary jest jeszcze gorsza.

–  Hotelarka  staje  się  swatką  –  zauważył  Alex.  – –  Poznaję  kolejny  aspekt  najbardziej 

fascynującej kobiety świata.

Gina spojrzała na swoje dżinsowe szorty, gołe opalone nogi i zniszczone tenisówki.

– Fascynująca? – mruknęła. – Śmiechu warte. Alex objął ją i przyciągnął do siebie.

– Gino...

Odsunęła się od niego i zmieniła temat.

–  Zgadnij,  co  się  dziś  stało?  Steffi  zgodziła  się!  Steffi  zgodziła  się  pojechać  ze  mną  i  z 

Rogerem na ryby w weekend.

–  Żartujesz  –  powiedział  zaskoczony.  –  Jak  to  się  dzieje,  że  ja  nie  potrafię  jej  do  niczego 

nakłonić, a tobie się to udaje?

– Myślę, że może Steffi jest na ciebie zła – odparła, unikając jego spojrzenia.

– Dlaczego? – zapytał naprawdę zdziwiony. Czy pomyślałeś; że może Steffi w jakiś sposób 

uważa,  że  jesteś  winien  śmierci  jej  matki?  Podświadomie.  Nie  jestem  psychologiem,  ale 

możliwe; że uważa, że ojciec powinien uchronić matkę przed całym tym cierpieniem.

Skinął głową w zamyśleniu.

–  Chodziła  na  terapię  przez  ostatnie  kilka  miesięcy.  Terapeuta  sugerował  coś  bardzo 

podobnego, ale stwierdził też, że przyczyną odsunięcia się Steffi tkwi w czym innym. W czymś, 

o czym ona nie chce z nikim mówić.

–  Może  musi  się  uporać  ze  swoimi  uczuciami.  Świadomość,  że  jej  matka  ma  chorobę 

Huntingtona, musiała być straszna.

– Ale ona nic o , tym nie wie. To znaczy o chorobie Huntingtona. Janice uważała, że Steffi 

jest zbyt młoda, żeby to zrozumiej, więc wszystkie szczegóły utrzymywaliśmy w tajemnicy.

–  Naprawdę?  –  zapytała  Gina,  wyraźnie  zaskoczona.  –  Więc  na  co  jej  zdaniem  umarła  jej 

matka?

– Na jakąś poważna chorobę. Słyszałem, jak mówiła w zeszłym roku jednej z koleżanek, że 

to „coś w rodzaju raka”. Przypuszczam, że nadal tak myśli.

–  Alex...  Nie  sądzisz,  że  ma  prawo  znać  prawdę?  Wydaje  mi  się,  że  jest  wiele  spraw,  o 

których jej nie powiedziano.

– Krytykujesz nas?

– Wierzę, że dzieci mają prawo znać prawdę.

–  Nie,  jeśli  sprawi  im  ona  ogromny  ból  –  odparł  zdecydowanie.  –  Kiedy  będzie  starsza  i 

spokojniejsza, mam  zamiar, powiedzieć jej o  adopcji  i szczegółach dotyczących śmierci  matki. 

background image

Na razie nie chcę jej, dodatkowo obciążać czymś, co będzie jej trudno unieść.

– No cóż, to twoja decyzja. – stwierdziła Gina po chwili pełnej napięcia ciszy. – W każdym 

razie wydaje mi się, że ma ochotę pojechać z nami na ryby i to jest dobry znak, prawda?

– Dokąd się wybieracie?

–  W  górę  Niedźwiedziego  Potoku  –  powiedziała,  wskazując  wzgórza  za  jeziorem.  –  To 

piękny  niewielki  strumień,  pełen  pstrągów,  całkiem  na  odludziu.  Trzeba  popłynąć  kajakiem,  a 

potem kawałek dojść.

– Chciałbym popłynąć z wami – rzekł Alex tęsknie. – Uwielbiam łowić ryby.

– Myślę, że lepiej, żebyś został. Może Steffi się bardziej otworzy przy mnie i przy Rogerze.

– Chyba masz rację. Wykorzystam ten dzień i odwalę sporo roboty.

– Dobrze. A my przywieziemy masę pstrągów i zaprosimy cię na kolację w kuchni. Pieczone 

pstrągi z bazylią w wykonaniu Mary to istne marzenie.

Uśmiechnęła się i Alex ponownie nie był w stanie oprzeć się pokusie wzięcia jej w ramiona. 

Tym razem  nie  odepchnęła  go i  kiedy zbliżył  do  niej usta, poddała się  pocałunkowi.  Jej wargi 

rozchyliły  się,  jej  ciało  było  ciepłe  i  zapraszające.  Alex  poczuł  tak  gwałtowny  przypływ 

pożądania, że zabrakło mu tchu.

– Gino – szepnął z ustami przy jej szyi.

Jego dłoń wśliznęła się pod bawełniana bluzkę i dotknęła jej piersi.

– Pragnę cię tak bardzo, że staje się to nie do zniesienia. ..

Napięła  się  nagle  –  coraz  częściej  spotykał  się  z  tą  reakcją.  Potem  odsunęła  się  i  usiadła 

wyprostowana na kamieniu, pocierając w zamyśleniu ramiona.

– Gino, powiedz mi, co się stało. Czego się boisz?

– Skąd ta pewność, że się czegoś boję? – spytała, odwracając się.

– Czuję twoją reakcję. Wiem że pragniesz mnie tak samo jak ja ciebie. Ale kiedy jesteśmy 

razem, zawsze coś sprawia, że się odsuwasz. Chcę wiedzieć, co to jest.

Milczała, patrząc ponad wodą na gęstniejącą ciemność.

–  Dlaczego  nie  możesz  mi  zaufać?  Bez  względu  na  to,  co  to  jest!  –  powiedział  z  pasją. 

Wiem, że moglibyśmy coś poradzić, gdybyś pozwoliła sobie pomóc.

Gina zeszła z kamienia i zaczęła wchodzić na Wzgórze, kierując się w stronę hotelu.

– Gino...

– Są rzeczy, na które nie można nic poradzić, Alex – powiedziała, nie odwracając się. – Są... 

sytuacje w życiu, które uniemożliwiają ludziom bycie razem i to jest jedna z nich. Proszę, nie..

Głos  jej się załamał i  zaczęła biec.  Po chwili znikła  za zakrętem  ścieżki,  pozostawiając go 

samego.

background image

Następnego poranka Gina weszła po śniadaniu do kuchni i zastała Mary siekającą przy stole 

warzywa, które wrzucała później do niebieskiej, emaliowanej miski.

Mary podniosła na nią wzrok.

– Więc jutro wyprawa na ryby?

– Z samego rana – odparła Gina podchodząc do stołu . – Co jest w tej misce?

– Pomidory, czerwona i zielona papryka, cebula i różne inne rzeczy. Robię sos Edgewood.

– Jeden z moich ulubionych.

Gina wciągnęła w nozdrza zapach przypraw i świeżych jarzyn.

– Ile wam będzie potrzeba jedzenia na cały dzień? Chyba powinnam spakować duży koszyk.

– Nie, nie powinnaś – zaoponowała Gina stanowczo.  Powinnaś dopilnować, żebyśmy sami 

sobie  poradzili.  Roger  i  ja  doskonale  możemy  sobie  zapakować  prowiant,  i  Steffi  także.  Mary 

uśmiechnęła się.

– Jeśli zostawię to wam trojgu, będziecie przez cały dzień jedli pączki i jabłka.

– Możliwe – przyznała Gina i usiadła przy stole, żeby pomóc krajać pomidory i paprykę. –

Ale pomyśl, jak nam będzie z tym dobrze.

– Jestem zaskoczona, że Steffi zgodziła się z wami pojechać.

Mary wzięła miskę i wsypała jej zawartość do stojącego na kuchni garnka.

–  Całe  dnie  jest  sama,  biedactwo.  Nie  myślałam,  że  zgodzi  się  na  takie  przedsięwzięcie 

towarzyskie jak wyprawa z wami.

– Tak, sprawia wrażenie smutnej – zgodziła się Gina wpatrzona w trzymany w ręku nóż.

– Nie jest łatwo stracić matkę, mając czternaście lat. Ciągle pamiętam, jak straszna była dla 

mnie śmierć mojej matki, a byłam po czterdziestce.

Gina milczała, biorąc kolejny pomidor z koszyka.

– Zawsze istnieje specjalna więź między matką i córką, nie uważasz?

Mary odmierzyła porcję octu i dodała ją do pokrajanych pomidorów i papryki.

Gina skinęła głową, szukając sposobu, żeby zmienić temat rozmowy.

– Nie miałam okazji cię spytać – powiedziała wreszcie – co sądzisz o Lacey Franks.

Mary odwróciła się, Gina zdołała jednak dostrzec wyraz bólu na jej twarzy.

– Założę się, że jej nie aprobujesz – stwierdziła Gina z uśmiechem.

Mary pozwoliła sobie na jeden z rzadkich wybuchów gniewu.

– Oczywiście, że nie! Ta  kobieta nie jest warta Rogerowi czyścić buty. Nie jest warta jego 

jednego palca.

Gina spuściła głowę i skupiła się na krojeniu zielonej papryki.

–  Zawsze  myślałam,  że  ty  i  Roger  tak  się  kłócicie,  że  nie  zrobiłoby  ci  różnicy,  gdyby 

odszedł. Cały czas działa ci na nerwy.

Mary  stała  przy  kuchni,  mieszając  gotujący  się  sos.  Gina  widziała  jedynie  jej  sztywno 

wyprostowane plecy:

background image

– Nie zawsze myślałam to, co mówiłam – wyznała Mary cichym, stłumionym głosem, jakby 

walczyła ze łzami. – Że tak mnie złości, na przykład. Naprawdę lubiłam jego towarzystwo przez 

te wszystkie lata. Nie zniosłabym, gdyby odszedł z tą... z tą kobietą.

Gina wstała i podeszła do niej.

– Mary... – powiedziała łagodnie, obejmując ją.

Mary szukała chusteczki w kieszeniach, aż wreszcie otarła oczy brzegiem fartucha.

– Mary, dlaczego nie powiesz Rogerowi o swoich uczuciach? – zapytała Gina.

Gospodyni spojrzała na nią z przerażeniem.

– Przecież nie zrobię z siebie idiotki. Nie teraz, kiedy... – Wydawało się, że nie jest w stanie 

dokończyć zdania. – Nie teraz, kiedy Roger spotyka się z inną kobietą.

–  Roger  nie  jest  zajęty  Lacey  Franks  –  powiedziała  Gina.  –  Ona  pochlebia  mu,  a  on  jest 

samotny i przez to podatny. Roger jest bystrym człowiekiem, Mary.

Musi wiedzieć, że on i Lacey są od siebie diametralnie różni.

Mary ponownie otarła oczy i podeszła do stołu, machinalnie biorąc do ręki nóż do jarzyn.

– Poza tym – dodała Gina z wystudiowana obojętnością – wiesz, co sądzi Alex?

Mary odwróciła się do niej i potrząsnęła głową.

– Alex uważa, że Roger jest zakochany w tobie.

Mary zbladła jak ściana. Wpatrywała się w Ginę błyszczącymi z emocji oczami.

– We mnie? Alex tak powiedział? Myśli, że Roger...

Nagle  Mary  uciekła.  Wybiegła  z  kuchni  i  pobiegła  do  swojego  pokoju,  zostawiając  Ginę 

samą z gotującym się sosem i stosem jarzyn.

– No, no – powiedziała Gina, biorąc drewniana łyżkę, żeby zamieszać w garnku, – Więc tak 

się rzeczy mają.

Uśmiechnęła się, myśląc, jak dalece Alex miał rację. Potem jej uśmiech przygasł i ściągnęła 

brwi, próbując znaleźć sposób na połączenie Mary i Rogera po tylu latach. Myślała o tym, kiedy 

usłyszała zatrzymujący się przed domem samochód.

– Poczta! – zawołał wesoły głos.

Wyjrzała przez okno i zobaczyła listonosza idącego ścieżką w stronę domu.

– Dzięki, Elliott! – odkrzyknęła.

Zmniejszyła ogień pod garnkiem z sosem, wytarła ręce o szorty i poszła do westybulu, gdzie 

ujrzała niezwykłą scenę.

Sześć par gości zebrało się w salonie i bibliotece.

– Proszę, proszę – uśmiechnęła się do nich. . Wyglądacie odświętnie. Co się dzieje?

– Wynajęliśmy autobus. Robimy objazd producentów win w dolinie – poinformował ją jeden 

z mężczyzn. – W drodze do Pentleton odwiedzimy ich sześciu.

– I wszędzie pozwolą wam popróbować wina, tak?

– Oczywiście – odparł radośnie.

background image

Gina uśmiechnęła się i popatrzyła na grupę.

– Czy Alex wie o waszej wycieczce? Na pewno chętnie by spróbował tych wszystkich win.

– Pytaliśmy go, ale powiedział, że chce jeszcze popracować.

– Biedak pracuje cały czas – zauważyła jedna z kobiet, wyraźnie zezłoszczona.

Była sama, imała około  czterdziestu lat i dobrze  się prezentowała.  W ciągu ostatnich  kilku 

dni Gina zauważyła jej wysiłki mające na celu wciągnięcie Alexa w rozmowę.

Jednak Alex nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że interesuje go tylko jedna kobieta...

Policzki Giny zapłonęły na tę myśl, Wyminęła pospiesznie grupę i zebrała pocztę leżącą na 

podłodze.

– Cóż – powiedziała, prostując się – jestem pewna, że będziecie się dobrze bawić.

Patrzyła, jak na podjazd wjeżdża nieduży autobus i goście zaczynają do niego wsiadać.

Potem zaniosła pocztę do swego gabinetu i usiadła za biurkiem, rozcinając koperty.

Z przyjemnością zauważyła wśród nich list od Claudii. Odłożyła go na bok, żeby przeczytać 

po załatwieniu reszty korespondencji.

Rachunki  włożyła  do  drucianego  koszyka,  kwity  i  faktury  do  odpowiednich  teczek, 

formularze rezerwacji i zapytania do segregatora poświęconego ruchowi w hotelu.

Kiedy się wreszcie uporała ze sprawami zawodowymi, otworzyła list siostry i pogrążyła się 

w lekturze Chociaż niedbała i niekonsekwentna, Claudia by lepszą korespondentką niż matka i to 

od niej Gina miała większość wiadomości z domu. List Claudii informował ją, że matka czuje się 

dobrze i wraz ze studentami jest zajęta projektem letniego kursu badań nad środowiskiem. Miał 

to być pierwszy tego rodzaju kurs dla całego systemu szkolnego w Nowym Brunszwiku, To jest 

typowe  dla  matki  –  poświęcić  lato  pracy  z  tą  samą  młodzieżą,  którą  uczyła  podczas  roku 

szkolnego. Alice Mitchell naprawdę kochała swą pracę. Pozą tym od ponad dwudziestu lat w jej 

życiu nie było mężczyzny i wyraźnie nie cierpiała z tego powodu.

Gina czytała dalej. Claudia zdecydowała się wreszcie powrócić na uniwersytet i zrobić drugi 

dyplom  z  terapii  mowy,  żeby  móc  prowadzić  pracę  kliniczną  Gina  Skinęła  głową  z  aprobatą  i 

zabrała się do lektury ostatniej strony listu. Claudie pisała:

Ale  chcę  się  trochę  zabawić,  zanim  się  za  to  wezmę.  Zgadnij,  co  wymyśliłam?  Spotkałam 

fantastycznego chłopaka, ma na imię Jerry i wybieramy się w podróż po Kanadzie na motocyklu. 

Wpadniemy do ciebie gdzieś w okolicach ostatniego tygodnia lipca, może trochę wcześniej, jeśli 

przeprawa  przez  góry  nie  będzie  zbyt  trudna.  Chcielibyśmy  dostać  niebieski  pokój,  więc 

zarezerwuj go dla nas, dobrze?

Czytając ostatni akapit, Gina poczuła, że krew jej odpływa z twarzy. Popatrzyła na stempel 

na kopercie. List był wysłany z małego miasteczka w stanie Manitoba.

background image

Claudia jest w drodze do Edgewood Manor! Możliwe że zjawi się za niecałe dwa tygodnie. 

Nie ma sposobu, żeby się z nią skontaktować i poprosić ją, żeby nie przyjeżdżała.

Claudia  jest  dziś  dorosłą  kobietą  po  dwudziestce,  lecz  nikt  nie  będzie  miał  cienia 

wątpliwości.  Kiedy ludzie zobaczą Claudię  Mitchell i Steffi Colton obok  siebie, zrozumieją od 

razu, że niezwykłe podobieństwo fizyczne nie jest zwykłym zbiegiem okoliczności,.

background image

Rozdział 11

Schowany  wśród  ciemnych,  wiecznie  zielonych,  drzew,  strumień  tańczył  i  lśnił  na 

kamieniach i zatopionych w wodzie pniach. Był środek lata i w lesie kwitły najróżniejsze kwiaty, 

od leśnych łubinów do delikatnych storczyków uczepionych drzew.

Roger  stał  w  wodzie  z  gumowych  butach  sięgających  bioder  i  zarzucał  wędkę.  Steffi 

obserwowała  go  z brzegu.  Nieopodal,  trochę dalej  w  górę  strumienia,  Gina  szukała  w  pudełku 

odpowiednich muszek.

Nagle  Roger  podniósł  głowę  i  wskazał  coś  ręką.  Gina  i  Steffi  popatrzyły  we  wskazanym 

kierunku.  Zza  drzew  po  przeciwnej  stronie  rzeki  wyłonił  się  młody  łoś.  Przez  chwilę  węszył 

ostrożnie potem podszedł do wody, najwyraźniej nieświadomy ich obecności na drugim brzegu.

Gina spojrzała na  Steffi,  która w napięciu obserwowała  łosia. Dziewczynką  miała na sobie 

dżinsy  i  luźna  koszulę.  Nisko  na  oczy  nasunęła  czapkę  baseballową;  długi  koński  ogon 

przeciągnęła  przez  otwór  z  tyłu.  Gdyby  nie  bujne,  rude  włosy,  można  by  ją  było  wziąć  za 

chłopca.

O  Boże,  pomyślała  Gina.  Claudia  wyglądała  dokładnie  tak  samo  jako  nastolatka.  Co  ma 

zrobić ze zbliżającą się wizytą siostry?

Jak to się stało, że przydarzył jej się ten koszmar?

Tamtego  miłego  czerwcowego  dnia  pracowała  z  przyjemnością  w  złotym  pokoju,  kładąc 

nowe tapety. Potem na scenie pojawił się Alex Colton i ją życie przewróciło się do góry nogami.

Patrząc  teraz  na  Steffi  Colton  musiała  przyznać,  że  nie  chciałaby  niczego  zmienić.  Warto 

było  żyć  w  udręce,  żeby  widzieć  tę  dziewczynkę  i  słyszeć  jej  głos.  Gina  wiedziała,  że  po 

wyjeździe  Steffi  i  Alexa  będzie  cierpieć  do  końca  życia,  ale  za  nic  nie  oddałaby  tego 

doświadczenia.

Kocham cię, mówiła w myślach.. Nigdy się nie dowiesz, jak bardzo.

Jeleń podniósł łeb, węszył przez chwilę, po czym odwrócił się i zniknął w lesie. Czar prysł.

Roger zwinął żyłkę i podszedł do brzegu, zbliżając się do Giny.

– Czy pamiętałaś o środku przeciwko owadom?

Wyjęła z pudełka plastikową tubkę i podała mu.

– Musisz tego użyć dużo – uprzedziła go. – Komary dziś będą uciążliwe. Daj też Steffi.

Roger spojrzał na dziewczynkę zajętą przyczepianiem muszki.

–  Bystry  z  niej  dzieciak  –  powiedział  serdecznie,  smarując  dłonie  i  kark  kremem  przeciw 

komarom. – W kilka minut pojęła wszystko, co jej pokazałem wczoraj wieczorem.

Gina pomyślała, że teraz ma okazję wybadać jego uczucia wobec Mary. Opuściła wzrok na 

pudełko, żeby ukryć twarz.

– Roger...

background image

–  Czy  masz  ze  sobą  nowe  nimfy?  –  przerwał,  zaglądając  do  pudełka;  –  Chciałbym  je 

wypróbować.

W  milczeniu  podała  mu  garść  pierzastych  muszek;  Zdjął  kapelusz  i  zatknął  je  za  wstążkę 

Jego łysina lśniła w słońcu.

– Roger, czy jesteś zakochany?

– Gino! – wykrzyknął zszokowany po chwili milczenia; CÓŻ to za pytanie?

– Chcę wiedzieć – odparła. – Zawsze byliśmy ze sobą szczerzy, prawda?

– Oczywiście, ale nie zajmowaliśmy się omawianiem naszych spraw uczuciowych.

–  To  dlatego,  że  żadne  z  nas  tak  naprawdę  ich  nie  miało  –  zauważyła  sucho.  –  Ale  teraz 

umawiasz się na randki i przyprowadzasz przyjaciółki do domu. Chcę wiedzieć, co się dzieje.

Roger usiadł obok niej na brzegu i zerwał źdźbło trawy.

– Nie uważam Lacey Franks za swoją przyjaciółkę – oznajmił wreszcie.

– Więc kim ona jest?

– Nie wiem.

Spojrzał na Ginę z zakłopotaniem.

–  Nie  bardzo  się  rozumiem  na  etykiecie  przy  takich  okazjach  –  wyznał.  –  Kiedy  byłem 

młody,  dziewczyna  czekała  na  jakiś  ruch  ze  strony  mężczyzny.  Teraz  po  prostu  dzwonią  i 

zapraszają.

– A jak się jest dżentelmenem, trudno jest odmówić, żeby nie zranić czyichś uczuć.

Ponuro skinął głową.

–  A  potem  –  ciągnęła  Gina  –  pogrążasz  się  coraz  głębiej  w  coś,  czego  nie  chciałeś  i  nie 

wiesz, jak to skończyć. Tak?

– W dużej mierze – zgodził się.

Gina wybrała kolejna muszkę i przyglądała jej się w zamyśleniu.

–  A  jednocześnie  odsuwasz  się  od  osoby,  na  której  ci  naprawdę  zależy.  To  nie  najlepsza 

sytuacja, prawda?

Popatrzył na nią ostro.

– O czym ty mówisz, Gino?

– O Mary.

– Że niby co?

–  Alex  i  ja  uważamy,  że  zależy  ci  na  Mary,  ale  jesteś  zbyt  nieśmiały,  żeby  jej  o  tym 

powiedzieć.

Roger prychnął, ale nie zaprzeczył. Gina zdjęła muszkę z wędki i założyła inną.

– Rozmawiałam wczoraj z Mary. Mówiłyśmy o Lacey Franks i o tym, co jest między wami.

– Wątpię, żeby Mary aprobowała Lacey.

– Absolutnie nie. Powiedziała, że nie jest warta twojego małego palca.

–  Naprawdę?  –  zapytał,  wyglądając  przy  tym  na  zadowolonego.  –  Mary  naprawdę  tak 

background image

powiedziała?

Gina skinęła głową.

– Powiedziałam jej, że oboje z Alexem jesteśmy zdania, że to na niej ci naprawdę zależy.

–  Wścibska  z  was  parą  nie  ma  co  –  zauważył  Roger,  a  na  jego  twarzy  pojawił  się  wyraz 

zakłopotania. – Na pewno, zdrowo się z tego uśmiała.

– Rozpłakała się – powiedziała spokojnie Gina.

Wpatrywał się w nią zaskoczony.

– Mary płakała? Z mojego powodu?.

– Wybuchnęła płaczem i wybiegła z kuchni. Musiałam za nią dokończyć przyrządzanie sosu.

– A co powiedziała później?

– Nie miałam okazji z nią rozmawiać. Strasznie mnie unikała.

–  Mój  Boże  –  szepnął  Roger,  wpatrując  się  w  zmarszczki  na  powierzchni  wody.  –  Nie 

wyobrażam sobie Mary we łzach z powodu mężczyzny, a cóż dopiero mnie.

–  Hm  –  odparła  żywo  Gina.  –  Może  czas,  żebyś  zmądrzał  i  zaczął  posługiwać  się 

wyobraźnią.

– Pewnie masz rację.

Wstał. Nadal sprawiał wrażenie zaszokowanego, ale wziął się w garść i uśmiechnął do Giny.

– Może mógłbym ci udzielić tej samej rady – dodał żartobliwie.

Zacisnęła dłonie na wędce.

– Dobrze słyszałaś. Nie jestem ślepy.

Myśli Giny zaczęły wirować. Czy Roger mówi o niej i o Aleksie?

Czy też pamięta, jak wygląda jej siostra Claudia i spostrzegł podobieństwo Steffi do niej?

– Roger... – szepnęła. – Nie wiem, o czym mówisz.

– Oczywiście, że wiesz – odparł spokojnie.

Odszedł kilka kroków, po czym zawrócił i oddał jej tubkę z kremem.

– Masz – powiedział. – Daj też Steffi. Idę w dół strumienia. Zobaczę, czy tam jest głębiej.

Wziął wędkę i koszyk i zniknął za zakrętem rzeki, zostawiając ją samą ze Steffi.

Gina odłożyła wędkę i nerwowo ściskając w dłoni tubkę z kremem, ruszyła po porośniętym 

trawą brzegu i podeszła do dziewczynki.

– Cześć – pozdrowiła ją. – Jak ci idzie?

Steffi wstała i zgięła wędkę w ręku.

–  Przyczepiłam  muszkę.  Teraz  próbuję  zarzucać,  żeby  zobaczyć,  czy  umiem  to  zrobić 

prawidłowo.

– Roger ci pokazał jak, prawda?

Steffi skinęła głową.

–  Ćwiczyłam  dłuższą  chwilę  wczoraj  wieczorem,  ale  to  było  na  trawniku  koło  mojego 

pokoju. Nie wiem, jak mi pójdzie w wodzie.

background image

– Pomogę ci – zaofiarowała się Gina.

Niemal pragnęła, żeby Roger wrócił. Bała się zbytniego zaangażowania w stosunku do Steffi. 

Im więcej czasu spędzą razem, tym trudniej jej będzie zachować neutralność.

– Co to jest? – spytała Steffi, patrząc na tubkę w ręku Giny.

– Krem przeciwko owadom. Chcesz?

Dziewczynka skinęła głową.

– Te komary są okropne. Już mnie ucięły z tysiąc razy.

Gina otworzyła tubkę i wycisnęła sobie na dłoń trochę kremu.

– Chodź – powiedziała, starając się, żeby zabrzmiało to naturalnie. – Posmaruję ci szyję.

Steffi podeszła do niej i posłusznie stała, kiedy Gina smarowała jej szyję i kark.

Jej ręce drżały w zetknięciu z gładką, ciepłą skórą. Powstrzymywała się, żeby nie wziąć swej 

córki w ramiona i nie pogłaskać jej pięknych włosów.

– Tną mnie przez koszulę – poskarżyła się Steffi.

– Wiem.

Gina posmarowała ramiona dziewczynki i tył koszuli.

– Już – zdecydowała odwracając się. – To powinno pomóc.

– Czy miałaś kiedyś męża? – zapytała nagle Steffi. Zaskoczona, Gina potrząsnęła głową.

– Dlaczego nie? To znaczy... Dziewczynka zaczerwieniła się zakłopotana.

– Nie chciałaś mieć męża i dzieci?

– Pewnie chciałam, ale jakoś do tego nie doszło. Byłam zawsze zbyt zajęta hotelem, żeby... 

spotkać kogoś, kto by mnie obchodził.

– Jeszcze byś mogła mieć dzieci – stwierdziła Steffi, rozplątując supeł na żyłce. – Nie jesteś 

jeszcze taka stara i jesteś naprawdę ładna Gina spojrzała na nią zdziwiona.

– Dziękuję, Steffi – odparła niezręcznie. – Gdybym miała córkę – dodała z bijącym sercem –

chciałabym, żeby była taka jak ty.

Twarz dziewczynki sposępniała. Odwróciła się i pochyliła, żeby podnieść wędkę.

– Nikt by nigdy nie chciał takiej córki jak ja.

Gina była wstrząśnięta bólem brzmiącym w głosie dziewczynki?

– Dlaczego? Steffi, co ty mówisz?

Steffi wzruszyła ramionami i podeszła do brzegu strumienia, niosąc wędkę. Gina poszła za 

nią. – Steffi?

– Co?

Dziewczynka  niezręcznie  zarzuciła  wędkę.  Muszka  wylądowała  przy  samej  krawędzi 

strumienia. Steffi zwinęła żyłkę i przygotowywała się do następnej próby.

–  Dlaczego  sądzisz,  że  nikt  nie  chciałby  takiej  córki?  Wiem  na  przykład,  że  twój  ojciec 

szaleje na twoim punkcie. Zanim przyjechałaś, nie mógł się ciebie doczekać. Cały czas o tobie 

mówił.

background image

– To nic nie znaczy – mruknęła Steffi. – Musi mnie kochać. Jest moim ojcem.

– Ale ciągle nie rozumiem, co miałaś na myśli. Dlaczego uważasz...

– Czy jeszcze ktoś tu przyjeżdża? – przerwała Steffi.

– Do Niedźwiedziego Potoku?

– Dziewczynka skinęła głową.

–  Niewiele  osób.  Roger  i  ja  znaleźliśmy  miejsca  z  pstrągami,  kiedy  wyprawiliśmy  się  tu 

pewnego lata. Ale to dość odizolowane miejsce. Można się tu dostać tylko tak, jak myśmy tu dziś 

przyjechali:

– To znaczy przepłynąć przez jezioro kajakiem, a potem wejść na wzgórze?

–  Tak.  Zwykle  udaje  nam  się  tutaj  przyjechać  raz  albo  dwa  razy  w  sezonie,  ale  nigdy  tu 

nikogo nie widziałam – A co jest tam? – zapytała Steffi, wskazując ręką na las po drugiej stronie

strumienia, gdzie przed kilkoma minutami zniknął jeleń.

– Puszcza. Drzewa, góry i mnóstwo niedźwiedzi.

Jeśli przejść przez góry to idąc na zachód natrafi się na rancza a potem znów są góry.

Steffi skinęła  głową; w zamyśleniu patrząc na gęstwinę wiecznie zielonej roślinności. Gina 

podeszła bliżej.

–  Słuchaj  ,  kochanie  zaczęła  niezręcznie.  –  Nie  zamierzam  cię  dręczyć,  ale  naprawdę 

chciałabym wiedzieć, dlaczego tak powiedziałaś – że nikt by cię nie chciał.

–  Nie  to  chciałam  powiedzieć  –  odparła  Steffi,  wpatrując  się  w  stopy  –  wiem,  jak  bardzo 

ojciec mnie kocha. Chodzi o to, że nikt inny by mnie nie chciał, gdyby wiedział.

– O czym?

Dziewczynka podniosła wzrok. Jej oczy pod daszkiem czapki pociemniały od smutku.

– Coś jest ze mną nie w porządku. Prawdopodobnie umrę.

Gina wpatrywała się w nią przerażona.

– Steffi – szepnęła – o czym ty mówisz?

Dziewczynka odłożyła wędkę i usiadła na trawie, obejmując ramionami kolana.

– Czy wiesz, co to jest choroba Huntingtona? Gina usiadła obok córki. Serce jej waliło.

– Tak – potwierdziła. – Wiem, co to jest.

–  Umarł  na  to  Woody  Guthrie.  Sporo  osób  na  nią  choruje.  To  straszna  choroba.  Jeśli  się 

zachoruje, to się umiera.

– Wiem.

– Wiesz, jak sieją dostaje?

– Jest dziedziczna. To sprawa genu.

– To znaczy, że jeśli jedno z twoich rodziców ma ten gen, to i ty go będziesz miała.

– To nie jest dokładnie tak – zaprotestowała Gina ostrożnie. – Jeśli jedno z twoich rodziców 

ma ten gen, istnieje pięćdziesiąt procent ryzyka, że go odziedziczysz. To jest...

background image

Dziewczynka posłała jej ponure spojrzenie. Gina zamilkła, wiedząc, że jej słowa są niewielką 

pociechą dla kogoś w sytuacji Steffi.

–  Moja  matka  miała  chorobę  Huntingtona  –  podjęła  Steffi  po  dłuższej  chwili  milczenia.  –

Umarła na nią.

Gina przysunęła się bliżej i objęła ramiona dziewczynki, rozpaczliwie zastanawiając się, co 

robić. Niech  cię diabli,  Alex,  myślała. Dlaczego  nie porozmawiałeś  z tym  biednym dzieckiem, 

nie powiedziałeś jej prawdy? Dlaczego pozwalasz jej tak cierpieć?

Alex  nie ma pojęcia,  że  Steffi zna prawdę  o chorobie  swej  matki. Jak  wielu rodziców, nie 

docenia  stopnia  dojrzałości  i  świadomości  swego  dziecka.  W  jego  pojęciu  Steffi  uważa,  że  jej 

matka umarła na „coś w rodzaju raka”.

–  Nie  wydaje  mi  się...  –  zaczęła  Gina  ostrożnie,  po  czym  przerwała  i  odchrząknęła..  –

Rozmawiałam  z  twoim  ojcem  o  śmierci  twojej  matki.  Powiedział  mi,  że  nie  wiesz  b  chorobie 

Huntingtona.

Steffi zbyła ją machnięciem ręki.

– Nigdy mi nie powiedzieli, ale i tak się dowiedziałam. Wiem od dawna; Usłyszałam, jak tata 

rozmawiał kiedyś z lekarzem, a potem sprawdziłam to w encyklopedii w szkolnej bibliotece.

– Dlaczego nie powiedziałaś o tym ojcu?

–  Nie  mogłam.  Był  naprawdę  nieszczęśliwy,  kiedy  mama  Chorowała  i  gdybym  mu 

powiedziała; byłoby jeszcze gorzej. Wtedy byłby nieszczęśliwy również z mojego powodu.

– Więc sama się tym gryziesz, nic nikomu nie mówiąc?

Steffi skinęła głową.

– Nie mogę już tego dłużej znieść – szepnęła, wpatrując się w wodę. – Nie mogę umrzeć tak 

jak mama. To takie straszne.

Odwróciła się i spojrzała na Ginę. Jej twarz była blada od cierpienia.

– Była cała pokręcona i miała drgawki, a pod koniec nie mogła mówić ani jeść, ani w ogóle 

nic. Nawet nas nie poznawała.

Gina  zapomniała  o  wszystkich  swoich  postanowieniach  w  zalewie  współczucia  i  miłości. 

Objęła i przytuliła dziewczynkę, czulę poklepując japo plecach.

– Och, Steffi – szepnęła. – Tak mi przykro.

Trzymała córkę w objęciach i nad jej głową patrzyła na drzewa, zastanawiając się, co robić. 

Chciała powiedzieć Steffi prawdę, ale nie mogła. Nawet gdyby nie była związana tajemnicą, do 

Alexa należało poinformowanie córki o okolicznościach towarzyszących jej urodzeniu.

Powiedział Ginie, że dziecko jest adoptowane, więc przynajmniej ma podstawę, żeby się do 

mego zwrócić.

Powinna  porozmawiać  z  nim  jak  najprędzej,  uświadomić  mu,  co  Steffi  myśli  i  czuje.  Do 

niego będzie należała decyzja, ile prawdy powiedzieć córce.

background image

A  potem  myślała  Gina  ponuro,  muszę  wymyślić,  co  zrobić,  żeby  ich  tu  nie  było,  jak 

przyjedzie moja siostra.

Tego wieczora, po dniu łowienia pstrągów, Roger ubrał się w sztruksowe spodnie i starannie 

wyprasowana  sportową  koszulę.  Włożył  wiolonczelę  do  samochodu  i  pojechał  do  miasta,  do 

kościoła,  gdzie  zespół  kameralny  zebrał  się,  żeby  ćwiczyć  fragmenty  Mozarta,  które 

przygotowywał na letni występ.

Tak jak się spodziewał, wkrótce po rozpoczęciu próby pojawiła się Lacey Franks.  Przeszła 

środkiem nawy, usiadła w pierwszej ławce i uśmiechnęła się do niego.

Była ubrana  jeszcze staranniej  niż zazwyczaj.  Miała na sobie  kwiecistą lila-żółtą sukienkę, 

lila żakiet i buty na wysokich obcasach. Założyła prowokująco nogę na nogę i słuchała uważnie 

nowego repertuaru zespołu.

Kiedy skończyli grać, Roger zapakował wiolonczelę i spotkał się z Lacey w drzwiach.

– Witaj, o nieznajomy.

Wzięła go pod ramię i uśmiechnęła się poufale.

– Mam wrażenie, że nie widzieliśmy się całe wieki. Dokąd pójdziemy?

Roger zatrzymał się, żeby włożyć wiolonczelę do samochodu.

– Chciałabym zrobić coś romantycznego – oznajmiła Lacey, nie czekając na jego odpowiedź. 

– Jesteś dziś wystrojony, Pojedźmy do klubu jachtowego i chodźmy potańczyć.

Serce  Rogera  zamarło.  Była  tak  pełna  ochoty,  tak  gotowa  cieszyć  się  wieczorem. 

Rozczarować ją wydawało się okrucieństwem.

Wyprostował  się  jednak,  przypominając  sobie,  że  taka  tchórzliwa  słabość  jest  przyczyna 

całego jego obecnego dylematu. Zbyt długo poddawał się nie protestując, pozwalając Lacey na 

przejęcie inicjatywy.

Teraz trzeba wreszcie powiedzieć, co myśli.

–  Chyba  nie –  zaczął spokojnie,  zamykając  drzwiczki  samochodu.  –  Nie  mam dziś  ochoty 

tańczyć. Chodźmy się przejść, dobrze?

Posłała mu kolejny uśmiech.

– Dopóki jestem z tobą, skarbie, nieważne, co robimy.

Roger zmusił się do uśmiechu, po czym ruszył drogą prowadzącą ku plaży. Lacey nadal była 

uczepiona jego ramienia.

– Jaki miałeś dzień? – zapytała.

– Całkiem dobry. Byliśmy na rybach.

– My? Kto jeszcze?

–  Gina  i  Steffi  Colton.  Pamiętasz  tę  rudowłosą  dziewczynkę?  To  córka  felietonisty 

mieszkającego w hotelu.

Lacey nadąsała się; najwyraźniej niemiła jej była myśl o towarzyszkach Rogera.

background image

– Zawsze masz tyle czasu dla innych kobiet. Dlaczego mnie nigdy nie zaprosisz na ryby?

Wyobraził  ją  sobie  wspinającą  się  po  górskiej  ścieżce  w  butach  na  wysokich  obcasach  i 

wybuchnął śmiechem.

Lacey sprawiała wrażenie zranionej.

– Co cię tak śmieszy?

– Nic – odparł, opanowując się szybko. – Pomyślałem o czymś.

– Dużo złowiliście?

– Całkiem sporo. Mary ma przygotować pstrągi dziś na kolację; z jarzynami z ogrodu.

– Ach tak.

Głos Lacey zabrzmiał ostro, kiedy Roger wspomniał o gospodyni.

– Czy panie dobrze się bawiły na tej wyprawie?

– Nie jestem pewien. Obie były dość milczące cały dzień. Myślę, że Gina się czymś martwi, 

a Steffi w ogóle mało mówi.

Lacey skinęła głową. Sprawiała wrażenie częściowo udobruchanej.

– No cóż – zauważyła z promiennym uśmiechem. – Przynajmniej nie bawiłeś się najlepiej.

Roger milczał.  Przeszli przez trawnik i usiedli na  żelaznej ławce naprzeciwko ciemniejącej 

wody.

–  Tu jest tak  spokojnie  – westchnęła,  kładąc  głowę  na  jego  ramieniu.  –  Mogłabym niemal 

przywyknąć do życia na wsi.

– Nie, nie mogłabyś. Zawsze będziesz dziewczyną z miasta, Lacey.

Roześmiała się i przysunęła bliżej.

– Chyba masz rację – przyznała. – Można zabrać dziewczynę z miasta, ale trudniej odebrać 

miasto  dziewczynie.  Mogę  przecież  zatrzymać  swoje  mieszkanie  w  zachodnim  Vancouverze  i 

jeździć tam co parę tygodni po zakupy. To mi chyba wystarczy, nie sądzisz?

Roger zebrał się w sobie.

– O czym ty mówisz? – zapytał. – Masz zamiar się przenieść do Azure Bay?

Spojrzała na niego z wahaniem.

– Ach, ty – powiedziała wreszcie, śmiejąc się dźwięcznie. – Tylko byś się przekomarzał.

– Nie przekomarzam się – odparł spokojnie. – Pytam, o czym mówisz.

Odsunęła się i wyprostowała, nerwowo pocierając ramiona pod cienkim materiałem żakietu.

– Wiesz dobrze, o czym mówię. Po całym tym czasie, który spędziliśmy razem, jak możesz 

udawać, że nie wiesz?

– Nie spędziliśmy razem dużo czasu – stwierdził. – A kiedy się spotykaliśmy, zwykle działo 

się to z twojej inicjatywy. Nigdy nie udawałem, że robię jakiekolwiek plany na przyszłość.

Patrzyła na niego w osłupieniu.

– Jak możesz tak mówić?

Jej oczy napełniły się łzami.

background image

– To znaczy, że cały czas kpiłeś ze mnie? A ja myślałam...

Zaczęła łkać.

Jej łzy zaskoczyły i zmartwiły Rogera. Poczuł przypływ współczucia i jego postanowienie na 

chwilę osłabło, ale zmusił się, żeby brnąć dalej.

–  Nie  kpiłem  z  ciebie  –  powiedział.  –  Po  prostu  nasz  związek  był  wytworem  twojej 

wyobraźni, to wszystko.

– Wytworem mojej wyobraźni? Ależ to najpodlejsze, najzimniejsze...

–  Proszę  cię  –  ciągnął  że  znużeniem.  –  Nie  rób  dramatu,  Lacey.  Nie  jestem  typem 

mężczyzny, który lubi dramaty. Prawdę mówiąc, nic o mnie nie wiesz. Wybrałaś mnie w tłumie i 

z jakiegoś powodu zdecydowałaś, że mnie chcesz, ale wcale się nie znamy. Nie łączy nas żaden 

nieprzytomny, namiętny romans. Nie udawajmy, że jest inaczej.

Lacey  wytarła  oczy  chusteczką.  Wyraz  szoku  na  jej  twarzy  ustępował  miejsca  grymasowi 

złości.

– No cóż – zauważyła wstając. – Skoro taki jesteś, dobrze, że się w porę zorientowałam.

Kiedy odchodziła, nie poruszył się. Siedział nieruchomo i patrzył na jej oddalające się plecy.

Po kilku krokach przystanęła i odwróciła się, spoglądając na niego badawczo.

– To wszystko, co masz do powiedzenia? – zapytała.

Skinął głową.

– W dużej mierze.

Przycisnęła do siebie torebkę, najwyraźniej zaskoczona jego rzeczową postawą.

– Wiesz, co myślę? – powiedziała wreszcie, – Co?

–  Myślę,  że  po  prostu  masz  zły  dzień.  Jesteś  zmęczony  wyjazdem  na  ryby  i  próbą  zaraz 

potem – orzekła, rozjaśniając się i uśmiechając; – Zapomnijmy o całej tej rozmowie. Zadzwonię

do ciebie jutro.

–  Nie,  Lacey  –  odparł  łagodnie.  –  Nie  dzwoń  jutro.  Zapomnij  o  mnie.  Jesteś  przystojną 

kobietą i będziesz dobrą towarzyszką dla właściwego mężczyzny, Wróć do miasta i znajdź sobie 

kogoś, kto cię doceni.

Wpatrywała się w niego pociemniałymi oczami, wreszcie mruknęła coś gorzko i odeszła tak 

szybko, jak jej pozwalały wysokie obcasy.

Po dłuższej chwili Roger odwrócił się ostrożnie i spojrzał w stronę parkingu przy kościele, –

by  się  upewnić,  że  Lacey  rzeczywiście  odjechała.  Miejsce,  gdzie  przedtem  stało  jej  auto,  było 

puste, a jego samochód stał samotnie obok.

Uśmiechnął się czując, że humor mu się poprawia. Po raz pierwszy pozwolił sobie pomyśleć 

o tej zdumiewającej sprawie, o której powiedziała mu Gina.

Kiedy  Gina  oznajmiła  Mary,  że  Rogerowi  na  niej  zależy,  Mary  się  nie  roześmiała  i  nie 

powiedziała niczego pogardliwego.

Mary płakała.

background image

Roger usiadł wygodnie  na ławce i patrzył na ciemna linię drzew po drugiej stronie jeziora. 

Uśmiechnął  się  i  zaczął  nucić  fragment  utworu  Mozarta.  Wreszcie,  kiedy  było  już  ciemno  i 

wzeszedł księżyc, wstał i wrócił do samochodu, nadal cicho nucąc.

Gina siedziała przy kuchennym stole, wertując książki kucharskie i zbiory przepisów Mary.

– Dobrze – powiedziała wstając, – Tu jest lista śniadań na najbliższe dwa tygodnie. – Zgoda?

Mary odwróciła głowę od zlewu, gdzie czyściła miedziany rondel.

– Skoro nie uważasz, że jajka trzy razy na tydzień to za dużo...

Gina zmarszczyła brwi i postukała palcem o blat stołu.

– Chyba nie. Żaden z gości nie będzie tu tak długo, żeby dostał te trzy śniadania.

– Poza Alexem i Steffi.

Mary powiesiła rondel obok innych garnków. Gina nie odpowiedziała.

W głębi ducha miała nadzieję, że Alex i jego córka wyjadą za kilka dni. Nie była w stanie 

dłużej znosić stresu, a innego wyjścia z sytuacji nie widziała. Miała zamiar powiedzieć Alexowi 

o skrytej męce Steffi, a potem znaleźć jakiś pretekst i poprosić go, żeby wyjechał.

Zdecydowała,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  mu  powie,  że  ich  sprawy  osobiste  utrudniają  jej 

prowadzenie interesu.

Będzie  dotknięty  i  zły,  ale  trudno.  Jeśli  zdoła  wciągnąć  go  w  prawdziwie  gorzką  kłótnię, 

mniejsza będzie szansa, że tu powróci.

Najważniejsze to żeby on i Steffi nigdy tu nie wrócili, bo nie zniosłaby ich ponownej utraty. 

Już tym razem będzie wystarczająco ciężko.

– Pstrąg się udał, prawda? – upewniała się Mary, zakłócając jej ponure myśli.

Skinęła głową odruchowo.

–  Był  pyszny  –  Ciekawa  jestem,  dlaczego  Roger  nie  przyszedł  na  kolację.  Przepada  za 

pieczonym pstrągiem.

Gina  opuściła  wzrok  na  blat  stołu,  myśląc  o  swej  porannej  rozmowie  z  Rogerem.  Nic 

dziwnego,  że  unikał  kuchni.  Jego  naturalna  rezerwa  sprawi,  że  będzie  się  trzymał  z  daleka, 

dopóki Mary go jakoś nie zachęci.

Spojrzała ostrożnie na gospodynię zajętą przy zlewie, ale nie zdołała niczego wyczytać z jej 

twarzy.

– Czy Steffi dobrze się dziś bawiła?

Gina przypomniała sobie bladą, smutna twarz dziewczynki i jej milczenie przez resztę dnia.

– Steffi nie jest bardzo szczęśliwa – powiedziała po chwili. – Musiała wiele wycierpieć przez 

ostatnie kilka lat.

– Biedactwo.

Mary wyżęła ścierkę i spojrzała przez okno na wschodzący księżyc.

– Mary? – zaczęła Gina.

background image

– Tak?

Gospodyni zebrała książki kucharskie i postawiła je na półce nad stołem.

–  Wcześniej,  kiedy  rozmawiałyśmy  o  Rogerze,  sprawiałaś  wrażenie  poruszonej. 

Zastanawiałam się...

–  Proszę  cię,  Gino  –  odparła  Mary,  nie  odwracając  się.  –  Nie  mów  już  o  tym.  Roger  ma 

przyjaciółkę. Najwyraźniej dokonał wyboru.

– Ale ja w to nie wierzę. Myślę, że naprawdę zależy mu na tobie.

– Nie chcę o tym mówić – powtórzyła Mary, ponownie stając przy oknie. – Gdzie jest mój 

pies?  –  dodała.  –  Wszędzie  jej  szukałam.  Nie  wiem  już  ,  gdzie  się  podziewa  przez  większość 

czasu.

Gina  pomyślała  o  Steffi  na  zalanym  blaskiem  księżyca  patio,  podnoszącej  tłustego  psa  i 

kierującej się do swego pokoju.

–  Och  –  powiedziała  od  niechcenia  –  znasz  Annabel.  Pewnie  śpi  słodko  pod  kuchennymi 

schodami.

– Tak przypuszczam.

Gina patrzyła na sztywno wyprostowane plecy gospodyni. Była zmartwiona i zmieszana, ale 

nie  wiedziała,  co  jeszcze  powiedzieć  i  miała  dosyć  komplikacji  we  własnym  życiu  bez 

zajmowania się Rogerem i Mary.

W końcu wstała, odsuwając krzesło.

– Dobranoc – szepnęła. – Zobaczymy się rano.

– Będziesz oglądać telewizję? Jest koncert Pavarottiego.

Gina pokręciła głową i niechętnie skierowała się ku drzwiom.

– Może później. Teraz muszę iść zobaczyć się z Alexem. Mam... mu coś do powiedzenia.

background image

Rozdział 12

Drzwi pokoju Alexa były uchylone, kiedy Gina podeszła i zapukała.

–  Proszę!  –  zawołał,  Weszła  do  środka,  Alex  siedział  przy  komputerze  koło  okna.  Był  w 

dżinsach i granatowej koszulce, na nosie miał okulary w rogowej oprawie.

– Gina! – wykrzyknął z zachwytem. – Właśnie o tobie myślałem.

Uśmiechnęła  się  niepewnie  i  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Przeszła  przez  wschodni  dywan  i 

usiadła w fotelu przy biurku.

Alex odwzajemnił jej uśmiech. W jego oczach lśniło ciepłe uczucie.

–  Chciałem  ci  powiedzieć  przy  kolacji,  jak  pięknie  wyglądasz  po  dniu  spędzonym  na 

łowieniu ryb, taka opalona i zdrowa, ale było za dużo ludzi.

Odchylił się do tyłu z dłońmi na klawiaturze.

– Ty też nieźle wyglądasz.

Co za niedopowiedzenie, myślała z rozpaczą. Wszystko w nim jest cudowne, począwszy od 

falujących  siwiejących  włosów  i  wysportowanego  ciała  aż  po  inteligentne,  niebieskie  oczy 

skryte,  za  okularami.  Od  przyjazdu  do  hotelu  Alex  nabrał  zdrowej  opalenizny  i  częściej  się 

uśmiechał.

Boże, jaki ma wspaniały uśmiech!

Alex zdjął i odłożył okulary, po czym wstał i wyciągnął Ginę z fotela, żeby ją uściskać.

– Ładnie pachniesz – szepnął, ocierając się o jej szyję. – Jak sosny i kwiaty.

Poczuła, że jej postanowienie roztapia się w fali pożądania. Pragnęła go tak bardzo, że siłą 

powstrzymywała się, żeby nie ściągnąć z mego ubrania. Nigdy przedtem nikogo tak nie pragnęła, 

nie odczuwała tak wszechogarniającej namiętności.

Dlaczego  mu nie powiesz, szepnął  cichy  głos w  jej myślach.  Powiedz  mu,  że jesteś  matką 

Steffi. Masz prawo powiedzieć mu prawdę.

Janice  odeszła.  Jeśli  zechcesz,  możesz  mieć  ich  oboje.  Możesz  zatrzymać  mężczyznę, 

którego kochasz, i mieć też córkę.

Te  zdradzieckie  myśli  porażały  ją.  Surowo  przypominała  sobie,  że  w  tej  sytuacji  nie  ma 

żadnych praw. Zrzekła się ich przed piętnastoma laty za siedemdziesiąt tysięcy dolarów.

I  oczywiście  ż  tego  powodu  nie  mogła  wyjawić  Alexowi  prawdy.  Był  człowiekiem 

uczciwym,  prostolinijnym  i  honorowym,  miał  silnie  rozwinięte  poczucie  odpowiedzialności  i 

lojalności, kochała go przecież za te cechy.

Był przekonany, że i ona jest taka.

Co by o niej myślał, gdyby znał prawdę? Wiedziała dobrze. Alex Colton byłby zszokowany, 

gdyby się dowiedział, że kobieta, którą kocha, nie jest wzorem cnót, lecz kimś, kto za pieniądze 

sprzedał swe ciało i krew.

background image

Ogarnął ją głęboki wstyd. Cała jej namiętność zamieniła się w szary smutek.

Niechętnie wyswobodziła się z jego objęć i odwróciła w stronę okna.

– Jest coś, o czym musimy porozmawiać.

– Jest wiele rzeczy, o których musimy porozmawiać – odparł.

Stanął za Gina i objął ją, opierając podbródek na jej głowie.

–  Jesteś wreszcie  gotowa  rozmawiać.  To  zachęcające  –  Nie  o  nas  zaznaczyła.  Chcę  ci  coś

powiedzieć o Steffi.

Alex zesztywniał.

– O co chodzi?

– Usiądźmy na chwilę – poprosiła. – . To... dosyć trudne.

–  Siądźmy  tutaj  –  zaproponował,  sadowiąc  się  obok  niej  i  kładąc  ramię  za  jej  plecami  na 

oparciu kanapy. – Powiedz mi, o co chodzi.

Opuściła wzrok na swe dłonie.

–  Rozmawiałam  dziś  rano  ze  Steffi,  kiedy  byłyśmy  na  rybach.  Dowiedziałam  się  od  niej 

czegoś, co mnie zaniepokoiło.

– Czego?

– Steffi zna prawdę o chorobie matki. Mówi, że wie o wszystkim od dawna.

Alex odsunął się i wbił w nią wzrok. Zbladł pod warstwą opalenizny.

– Co masz na myśli?

– Wie, że jej matka umarła na chorobę Huntingtona. I wie dokładnie, na czym ona polega.

– Ale jakim sposobem? Tak bardzo się starałem ją ochronić!

Gina wzruszyła ramionami.

–  Jakim  sposobem  dzieci  się  dowiadują  różnych  rzeczy?  Podsłuchiwała  pod  drzwiami, 

przeczytała korespondencję czy literaturę medyczna. Faktem jest, że wie dokładnie, na co umarła 

jej  matka.  Wierzy,  że  Janice  była  jej  naturalna  matką  i  jest  świadoma,  czym  jest  choroba 

Huntingtona. Wie od co najmniej roku. Więc jak sądzisz, o czym teraz myśli przede wszystkim?

– Mój Boże  – szepnął Alex.  – Oczywiście! Steffi sądzi, że i ona jest nosicielką tego  genu. 

Jest przekonana, że umrze tak samo jak matka.

– Boję się, że tak właśnie jest – potwierdziła.

Zerwał się.

– Biedne dziecko. Muszę ją zaraz znaleźć i z nią pomówić.

Wybiegł  z  pokoju.  Gina  zeszła  za  nim  po  schodach  i  patrzyła,  jak  przechodzi  przez  hol  i 

kieruje się w stronę patio.

Alex  zapukał  do  drzwi  pokoju  córki,  po  czym  otworzył  je  i  zajrzał  do  środka.  Wewnątrz 

panował jak zwykle dziki bałagan, ale nie było śladu Steffi.

Wiedział,  że  jest  nocnym  markiem.  Lubiła  spacerować  przy  księżycu  i  zabierać  z  sobą 

Annabel. Alex podejrzewał niekiedy, że Steffi wymyka się i pływa po ciemku w jeziorze, choć 

background image

zabronił jej tak ryzykownych posunięć.

Powędrował na plażę, ale nie było tam ani Steffi, ani psa. Może jego córka poszła odwiedzić 

Mary  w  jej  mieszkaniu,  a  może  zwinęła  się  w  kłębek  z  książką,  w  jakimś  kącie  starego 

domostwa.

Usiadł na płaskim kamieniu nad wodą i spojrzał na jezioro.

Może  to  i  dobrze,  że  jej  nie  znalazł.  Potrzeba  mu  czasu,  żeby  przemyśleć,  co  jej  ma 

powiedzieć.

Jego pierwszym impulsem było złagodzenie jej bólu i zapewnienie jej, że niemożliwe jest, by 

była nosicielką genu choroby Huntingtona. Ale ile miał jej powiedzieć? Kiedy się dowie, że jest 

adoptowana, z pewnością będzie się chciała czegoś dowiedzieć o swych naturalnych rodzicach.

Potrząsnął  głową  i  zmarszczył  brwi.  Zwykle  starał  się  nie  kłamać,  ale  czy.  jego  dziecko 

zniesie prawdę o swoim urodzeniu?

Nie był w pełni przekonany, że całkowita uczciwość będzie w tym wypadku najlepsza. Steffi 

jest wyjątkowo dojrzała i inteligentna, to prawda, ale dowiedzieć się, że urodziła się w wyniku 

ciąży zastępczej matki, transakcji finansowej przeprowadzonej z zimna krwią, to mogłoby być za 

dużo. Może jej tylko powie, że jest adoptowana.

Jednak między nią i ojcem było niezaprzeczalne podobieństwo fizyczne. Ludzie często robili 

na  ten  temat  komentarze,  szczególnie  kiedy  Steffi  była  młodsza.  Jak  jej  wyjaśnić  to 

podobieństwo?

Zakłopotany i nieszczęśliwy Alex wstał wreszcie i powlókł się do domu.

– Skoro jednak jest już tak późno, a nie może jej znaleźć, lepiej będzie poczekać z rozmową 

do rana. Wtedy zdąży dokładnie obmyślić, co jej powie.

Steffi późno wstaje, więc to będzie pewnie po śniadaniu.

Zaraz po śniadaniu.

W  holu  zatrzymał się i  rozejrzał,  mając nadzieję  zobaczyć Ginę,  ale i ona  gdzieś zniknęła. 

Wszedł więc na górę do swego pokoju, nadal pogrążony w myślach.

Gina porządkowała stosy starych  magazynów w  bibliotece, kiedy usłyszała,  że Alex  wraca 

do siebie. Po chwili odłożyła pisma na półkę i poszła do niego.

– Co się stało? – zapytała pełna napięcia, kiedy otworzył drzwi. – Tak szybko wróciłeś. Co 

powiedziała Steffi?

– Nie mogłem jej znaleźć. Pewnie jest na spacerze z Annabel. Tak czy owak, chciałem się 

zastanowić nad tym, co jej powiem. Zdecydowałem, że porozmawiam z nią z samego rana.

– Gina wyminęła go i weszła do pokoju.

– Nad czym tu myśleć? Nie możesz jej po prostu powiedzieć, że jest adoptowana?

– To nie takie proste.

background image

Nie, z pewnością  nie, pomyślała Gina, rozumiejąc jego dylemat. Czy powinien powiedzieć 

Steffi o szczegółach adopcji? O zastępczej matce? Wyraźnie stanowiło to dla niego problem. Jej 

o tym nie powiedział.

Alex obserwował Ginę, kiedy stanęła przy oknie.

– Dzięki Bogu, że się o tym dowiedziałaś, Gino. Jak ci się udało skłonić Steffi do zwierzeń?

Gina zmarszczyła brwi, usiłując sobie przypomnieć rozmowę z dziewczynką.

–  Zapytała,  czy  byłam  kiedyś  zamężna  i  czy  mam  dzieci.  Powiedziałam,  że  nie,  ale  że 

gdybym miała córkę, chciałabym żeby była taka jak ona, Steffi posmutniała i powiedziała, że nikt 

nie chciałby takiej córki, gdyby znał prawdę o niej.

– Och, nie. Moją biedna dziewczynka – szepnął w udręce.

Od swej rozmowy ze Steffi Gina odczuwała pewne zniecierpliwienie wobec Alexa związane 

z  tym,  co  zdecydował  się  powiedzieć  swej  córce.  W  myślach  oskarżała  go  o  co  najmniej 

nieostrożność.  Ale  teraz,  kiedy  widziała,  jak  bardzo  cierpi  na  myśl  o  bólu  Steffi,  jej  niechęć 

zniknęła.

– Alex – szepnęła, obejmując go. – Musi ci być strasznie ciężko. Nie wiedziałeś, jak się czuje 

Steffi. Starałeś się robić to, co dla niej najlepsze. Wkrótce pozna prawdę.

– Wiedziałem, że coś ją gnębi. Powinienem był z nią porozmawiać i zmusić, żeby mi o tym 

powiedziała Gino – dodał – myślę że naprawdę trochę się bałem jej smutku. Zawsze chciałem, 

żeby była  pogodna, szczęśliwa.  I przez pierwsze  dziesięć lat  była najpogodniejszym  dzieckiem 

jakie znałem.

Przyciskał ją do siebie i mówił z przejęciem – Gdybyś ją widziała jako małą dziewczynkę. 

Była najpiękniejszym dzieckiem, jakie znałem. Pulchna i zdrową, z cerą jak płatek róży i z burzą 

rudych  włosów.  Jej  widok  zapierał  dech.  Była  też  bystra.  Nie  miała  jeszcze  dwóch  lat,  kiedy 

mówiła pełnymi zdaniami. A potem, kiedy była już trochę starsza...

Gina  słuchała  zachłannie,  wiedząc,  że  tych  kilka  wyszeptanych  wspomnień  to  wszystko, 

czego  się  dowie  o  dzieciństwie  swojej  córki.  Otarła  łzy  i  przytuliła  się  mocniej  do  Alexa, 

chowając twarz w jego koszuli, wdzięczna za obejmujące ją silne ramiona.

– To, co mam jej do powiedzenia, będzie trudne dla nas obojga. Ale przynajmniej spadnie jej 

ciężar z serca.

– Biedna Steffi. Zastanawiam się, jak by to  było  dowiedzieć się,  że osoba,  którą kochałam 

tyle lat, nie jest moją prawdziwą matką.

–  Myślę,  że  jest  wystarczająco  dojrzała,  żeby  to  zrozumieć.  Wie,  jak  bardzo  Janice  ją 

kochała. Sądzę, że potrafi dostrzec różnicę między pełnym miłości wychowaniem a biologią.

Biologia.

Tego dostarczyłam ja,  pomyślała Gina z goryczą. Tylko biologię. Byłam jakby maszyna w 

laboratorium, a Janice dała całą miłość i naukę, kochanie, przytulanie i troskę...

background image

Chciała wykrzyczeć całą niesprawiedliwość, nawymyślać światu i wybuchnąć płaczem, żeby 

ulżyć  swemu  złamanemu  sercu. Ciągła  konieczność tłumienia  swych  uczuć to  było więcej,  niż 

mogła znieść.

Nagle  Alex  pochylił  głowę  i  zaczął  ją  gorąco  całować.  Gina  odpowiedziała  z  dziką  pasją, 

która  zaskoczyła  ich  oboje.  Prawie  nieprzytomna,  pragnąc  dać  ujście  swemu  bólowi  i  miłości, 

których nie będzie jej wolno wyjawić, całowała go i burzyła mu włosy. Szarpnęła jego koszulę i 

pasek od spodni.

– Gina. – szepnął zaskoczony. – Gina, kochanie...

–  Proszę  cię,  Alex  –  wyjąkała  z  twarzą  zalana  łzami.  –  Proszę  cię,  tak  bardzo  jesteś  mi 

potrzebny.

Zareagował natychmiast, pomagając jej się rozebrać. Potem sam zrzucił ubranie, wziął ją na 

ręce i przeniósłszy przez pokój, położył na miękkim łożu z baldachimem.

Tym  razem  ich  miłość  nie  przypominała  łagodnego  interludium  pierwszej  nocy,  kiedy 

cieszył ich cud odkrywania się nawzajem. Wtedy oboje czuli się trochę onieśmieleni i nieporadni, 

wiedząc, jak dawno nie mieli podobnych doświadczeń.

Tej nocy w ich połączeniu się był głód, żądza i desperacja, jak gdyby każde z nich chciało 

utopić swój ból w ciele drugiego.

Przewracali  się  w  gorącej  plątaninie  ramion  i  nóg,  dysząc  głośno,  całując  się  i  obejmując. 

Gina wbiła paznokcie w plecy Alexa, a on schwycił zębami jej ucho.

Oboje byli tak  podnieceni,  że kiedy  w nią wszedł,  jęknęli  głośno i  w  kilka sekund  później 

jednocześnie osiągnęli spełnienie.

Nie do wiary, ale w chwilę później znów był pobudzony i wszystko zaczęło się od nowa.

Zdawało się, że minęło wiele godzin, niezmierzony czas, po którym burza ucichła i w pokoju 

zapanował spokój. Leżeli, trzymając się w objęciach, wyczerpani i bezwładni.

– Czy myślisz że nas słyszeli na dole? – szepnął, głaszcząc ją po twarzy. Mam wrażenie, że 

zachowywaliśmy się dość głośno.

Uśmiechnęła się smutno – Myślę, że pewnie było nas słychać po drugiej stronie jeziora. Co 

w nas wstąpiło?

Uśmiechnął się do niej.

–  Nie  wiem,  kochanie.  Ale  wiem,  co  wstąpiło  w  ciebie.  Nawiasem  mówiąc,  jest  w  tobie 

nadal.

Zaczerwieniła się, a on się roześmiał.

– Po tym, co się działo w tym łóżku, potrafisz się jeszcze zaczerwienić, Nie do wiary!

– To nie byłam ja – mruknęła. – Mówię o kobiecie, która była w tym łóżku przed kilkoma 

minutami.  Nie  wiem,  kim  była,  ale  muszę  mieć  jakieś  zaburzenia  osobowości.  Ta  druga  Gina 

pojawia  się  co  jakiś  czas  i  robi  szokujące  rzeczy,  żeby  mnie  zakłopotać,  –  Alex  ponownie 

pogłaskał jej policzek, w jego oczach błyskały iskierki przekory.

background image

– Na przyszłość czy możesz mi powiedzieć, jak sprawić, żeby się pojawiła? Podoba mi się ta 

draga Gina.

Roześmiała  się  i  wtuliła  w  jego  ramiona,  senna  i  zaspokojona.  Stopniowo  jednak 

rzeczywistość zaczęła wkradać się z powrotem i rzucać na nią swój ciemny cień rozpaczy.

Nie przyszła do pokoju Alexa, żeby się z nim kochać. Chciała się tylko dowiedzieć, jak Steffi 

przyjęła to, co miał jej do powiedzenia, ale nic się nie zmieniło. Alex nie rozmówił się z córką. I 

pomimo ekstazy, jaką było ich połączenie, Gina nadal pozostawała odcięta od pełnego związku, 

pozbawiona dostępu do dwojga ludzi, których kochała najbardziej na świecie.

Żeby  jeszcze  pogorszyć  sytuację,  do  Edgewood  Manor  ma  przyjechać  Claudia.  Jej  włosy, 

skóra  i  oczy  były  jak  snop  światła  wskazujący  na  Steffi  Colton,  oznajmiający  światu  jej 

dziedzictwo.

Zmarszczyła  brwi  i  poruszyła  się  w  objęciach  Alexa.  Był  taki  opiekuńczy  wobec  Steffi. 

Nawet teraz mógł nie chcieć powiedzieć córce całej  prawdy o  tym, że  on i jego żona wynajęli 

zastępczą matkę. Oznacza to, że jest gotów poświęcić prawdę o swym ojcostwie, aby uchronić ją 

przed rzeczywistością, która mogłaby wytrącić ją z równowagi.

Ale  dlaczego  miałoby  ją  to  wytrącić  z  równowagi?  Gina  zmuszała  się  nieubłaganie  do 

kontynuowania swej linii rozumowania.

Ponieważ dziewczynka dowie się, że jej naturalna matka w gruncie rzeczy sprzedała ją temu, 

kto zaofiarował najwyższą cenę.

Nie dziwnego, że Alex mógłby chcieć zataić tę informację przed Steffi.

A jeśli Claudia się pojawi przed wyjazdem Coltonowi nie będzie sposobu, żeby prawda nie 

wyszła  na  jaw.  Steffi  będzie  straszliwie  zraniona,  Alex  poczuje  się  zdradzony,  a  Ginę  zaleje 

wstyd nie do zniesienia.

Nie wolno dopuścić do takiej katastrofy. Kiedy Alex powie swej córce, że jest adoptowana, 

trzeba będzie jakoś przekonać ich oboje, żeby wrócili do Vancouver.

Gina leżała w objęciach kochanka, rozmyślając, jak go wyeliminować ze swego życia.

Wiedziała,  że  kiedy  się  to  stanie,  nigdy  nie  będzie  już  tak  leżeć  w  objęciach  mężczyzny, 

czując takie szczęście, taki głęboki zalew miłości Roger zaparkował ciężarówkę przed Edgewood 

Manor i siedział za kierownicą, patrząc na  porośniętą winem bryłę domostwa. Księżyc w pełni 

płynął nad górami, obrysowując jasno drzewa i okna.

Widział sylwetki gości za przejrzystymi firankami biblioteki i pokoi na piętrach, gdzie paliło 

się światło. Poza głosami żab nad jeziorem i krzykiem nocnych ptaków panowała cisza otulająca 

okolicę spokojem letniego wieczoru.

Wysiadł  i  cicho  zamknął  drzwiczki  ciężarówki,  nie  chcąc  zakłócać  ciszy.  Skierował  się  w 

stronę  bocznego  wejścia  i  wszedł  do  domu.  Ruszył  w  stronę  kuchni,  gdzie  nadal  unosił  się 

delikatny zapach pstrągów, które Mary podała na kolację.

background image

Wyobrażał  sobie  tęsknie,  jak  wyglądały,  przyrumienione  i  chrupiące,  posypane  bazylią  i 

pietruszką.  Zamknął  delikatnie  drzwi  kuchenne  i  poszedł  na  palcach  w  stronę  holu,  gdzie 

naprzeciwko siebie znajdowały się pokoje Giny i Mary.

Pokój  Giny  był  ciemny,  ale  pod  drzwiami  pokoju  Mary  ujrzał  linię  światła.  Przysunął  się 

bliżej ciemnej boazerii, starając się coś usłyszeć.

Może obie kobiety były wewnątrz i oglądały telewizję, co często robiły wieczorami. Ale nie 

słyszał żadnych głosów, tylko muzykę.

Rozpoznał  Pavarottiego  i  na  chwilę  zapomniał  o  wszystkich  kłopotach,  słuchając  z 

przyjemnością  jego  głosu.  Gina  nie  lubiła  opery,  więc  Mary  prawdopodobnie  sama  słuchała 

śpiewaka.

Uśmiechnął się,  wyobrażając sobie, jak  Mary wygląda. Niewątpliwie  ma na sobie jedną ze 

swych praktycznych flanelowych koszul nocnych, zapinaną wysoko pod szyją i obszytą koronką. 

Widział ją w niej raz czy dwa, kiedy pojawił się wcześnie rano i zastał Mary przy parzeniu kawy. 

Nosiła też stary, czerwony szlafrok. Kiedyś był wiśniowy, ale teraz spłowiał do ciemnego różu. 

Wkładała  go  na  koszulę  nocną  i  przewiązywała  paskiem.  W  miękkim  okryciu  i  puchatych, 

białych pantoflach wyglądała kobieco i miało się ochotę ją przytulić.

Siedzi na pewno w jednym ze swych wygodnych foteli, pije gorące kakao i ogląda telewizję. 

Annabel śpi u jej stóp.

Ten  obraz  był  tak  miły  i  pociągający,  że  Roger  zapragnął  stać  się  jego  częścią. 

Wstrzymawszy oddech, z bijącym sercem podniósł rękę, żeby zapukać.

– Cześć – usłyszał za sobą szept.

Odwrócił  się  zaskoczony.  Steffi  Colton  stała  w  holu  ubrana  w  luźny,  połatany  granatowy 

dres.  Jej  wspaniałe  włosy  były  wciśnięte  pod  czapkę  baseballową,  stopy  miała  bose.  Stała  na 

jednej  nodze jak bocian.  Palce jej stopy  kuliły się w  zetknięciu z zimna  posadzką, drugą stopę 

przyciskała do łydki, żeby ją ogrzać.

– Cześć, Steffi – pozdrowił ją cicho. – Co się stało? Jesteś głodna?

Potrząsnęła głową.

– Szukam Annabel. Widziałeś ją?

Roger ujął Steffi za ramię i przeszedł z nią w głąb holu, dalej od drzwi Mary i dobiegającego 

zza nich głosu.

– Myślę, że Annabel jest w pokoju Mary.

Na twarzy Steffi odbiło się rozczarowanie.

– Miałam nadzieję wziąć ją do siebie na kilka minut. Byłam z nią na spacerze i obiecałam, że 

jej dam kawałek ryby z kolacji. Zostawiłam trochę dla niej.

–  Steffi!  –  zawołał  Roger  z  udanym  oburzeniem.  –  Mary  obdarłaby  cię  ze  skóry,  gdyby 

wiedziała, że przemycasz jedzenie dla tego spasionego psa.

Steffi nie okazała skruchy.

background image

–  Biedna  Annabel.  Cały  czas  skomli,  jakby  umierała  z  głodu.  Nigdy  jej  nie  daję  niczego 

niezdrowego,  jak  na  przykład  ciastka,  nawet  jeśli  o  nie  żebrze.  Daję  jej  odżywcze, 

niskokaloryczne jedzenie. Roger poklepał ją po ramieniu.

– Dobra z ciebie dziewczynka, Steffi, ale chyba dziś nie masz szczęścia. Mary ogląda koncert 

w  telewizji  i  pewnie  zatrzyma  u  siebie  Annabel  do  końca  programu,  a  to  potrwa  jakieś  dwie 

godziny. Połóż się teraz, a rybę dasz jej jutro rano.

Steffi pomyślała przez chwilę, po czym skinęła głową.

– W porządku. Dzięki, Roger.

Posłała mu wymuszony uśmiech i poszła w stronę schodów.

– Dokąd idziesz, skarbie?

– Chciałam pobiec na górę i porozmawiać chwilę z tatą. Zaraz wrócę.

Roger  skinął  głową  i  patrzył  za  nią,  dopóki  nie  zniknęła.  Stał  sam  w  pustym,  ciemnym 

korytarzu, spoglądając tęsknie w stronę pokoju Mary.

Ale  nastrój  prysnął  i  Roger  już  go  nie  mógł  odtworzyć.  Jutro  z  nią  porozmawiam, 

postanowił. Spędzi jeszcze jeden dzień, zbierając się na odwagę.

Jutro  wieczorem  nieodwołalnie  zapuka  do  drzwi,  wejdzie  do  pokoju  Mary  i  powie  jej  o 

swych uczuciach.

Steffi  szła  na  palcach  w  kierunku  pokoju  ojca.  Drzwi  wzdłuż  korytarza  były  pozamykane. 

Pod  niektórymi  linia  światła  wskazywała,  że  ich  lokatorzy  jeszcze  nie  śpią,  tylko  czytają  albo 

oglądają telewizję.

Pod innymi było ciemno, choć Steffi nie miała wrażenia, że jest bardzo późno. Zawsze była 

nocnym markiem i lubiła się przechadzać, kiedy inni spali.

Ciągle  ją  dziwiło,  jak  wcześnie  ludzie  się  kładli  w  Edgewood  Manor.  Może  męczyły  ich 

długie dni spędzane na słońcu, spacerach, łowieniu ryb i pływaniu w jeziorze.

W  pokoju  ojca  było  ciemno.  Steffi  zawahała  się,  nie  chcąc  mu  przeszkadzać,  jeśli  się  już 

położył.

Ale dostrzegła jednak nikły blask. Może to lampa do czytania albo jasne światło księżyca, bo 

ojciec nigdy nie zaciągał zasłon.

Nie  chciała  ryzykować,  że  go  obudzi  pukaniem.  Ostrożnie  nacisnęła  klamkę  i  popchnęła 

drzwi, zaglądając przez szparę do środka.

Szok  sprawił,  że  zabrakło  jej  tchu.  Pokój  oświetlało  miękkie  światło  księżyca.  Zobaczyła 

ojca leżącego w łóżku nie był sam.

W  jego  objęciach  spoczywała  Gina  Mitchell,  przytulona  do  niego.  Ich  splątane  ciała 

częściowo okrywało prześcieradło.

Steffi patrzyła, jak leżą razem, nie zdając sobie sprawy z jej obecności. W końcu zamknęła 

drzwi i stała w ciszy korytarza, oddychając głęboko, żeby się uspokoić.

background image

Kiedy odzyskała  zdolność  poruszania  się,  poszła  ostrożnie  z powrotem,  mając  nadzieję, że 

Roger  nie  czeka  na  dole.  Jak  zdoła  stanąć  z  kimś  twarzą  w  twarz  albo  prowadzić  rozmowę? 

Roger jest bystry i od razu by poznał, że zobaczyła coś, co ją zszokowało.

Z  ulgą  stwierdziła,  że  na  dole  nie  ma  nikogo,  Z  oddali  dochodził  odgłos  odjeżdżającej 

ciężarówki. To Roger wracał na swoją farmę.

Steffi pospieszyła przez ciche korytarze na tył domu. Minęła zamknięte drzwi pokoju Giny i 

przez  chwilę  słuchała  muzyki  dochodzącej  z  mieszkania  Mary.  Brzmiał  w  niej  smutek  i  żal, 

jakby śpiewający przeżywał jakąś tragedię.

Kiedy znalazła się na dworze, rozejrzała się wokół w świetle księżyca, z rosnącą desperacją 

pragnąc  żeby  pojawiła  się  Annabel.  Gdyby  tylko  mogła  przytulić  to  ciepłe  ciałko,  może  nie 

czułaby się tak samotna i zziębnięta.

– Annabel? – szepnęła. – Annabel, gdzie jesteś? Chodź tu.

Pies się jednak nie pojawił. Musiał być u Mary, tak jak przypuszczał Roger, Steffi przeszłą 

przez patio i otworzyła drzwi do swojego pokoju. Usiadła potem na środku łóżka i wtuliła twarz 

w kolana, nadal próbując dojść do siebie po szoku, o jaki przyprawiła ją wizyta w pokoju ojca.

Nie  miała  wątpliwości  na  temat  tego,  co  zaszło.  Zachłannie  czytała  i  wiedziała  o  wiele 

więcej,  niż  przypuszczali  dorośli.  Rozumiała  na  przykład,  na  czym  polega  seksualny  związek 

dwojga ludzi i uświadamiała sobie, jak ciężkie musiały być dla ojca lata choroby matki.

Był wierny i  cierpliwy,  nigdy się nie  skarżył,  zawsze  gotów pomóc  rodzinie, nie myśląc o 

sobie. Ale musiał być straszliwie samotny.

To go nie usprawiedliwia, myślała Steffi, z wściekłością ocierając łzy, które popłynęły jej z 

oczu.  Moja  matka  umarła  zaledwie  kilka  miesięcy  temu.  To,  co  oni  robią,  jest  niewłaściwe. 

Chciała gardzić nimi,  ale choć się czuła zraniona, trudno jej było odczuwać nienawiść do ojca. 

Albo  do  Giny,  która  wiedziała  tyle  fajnych  rzeczy  o  łowieniu  ryb,  ogrodnictwie  i  zarządzaniu 

takim dużym obiektem.

Stopniowo  uczucie  bólu  i  zdrady  ustąpiło  miejsca  zimnej,  gorzkiej  determinacji.  Zaczęła 

rozumieć, że to, co zobaczyła w sypialni ojca, jest dla niej wyzwoleniem. Ojciec ma teraz kogoś, 

ona nie jest mu już potrzebna.

Teraz  może  zacząć  działać.  Zawsze  wiedziała,  że  ten  dzień  nadejdzie,  od  kiedy  poznała 

prawdę na temat choroby matki. Po prostu nie spodziewała się, że nastąpi to tak szybko.

Pomyślała  o  czasie  spędzonym  nad  rzeką  i  o  tym,  jak  Gina  powiedziała,  że  gdyby 

kiedykolwiek miała córkę, chciałaby, aby była taka jak Steffi. Tak dobrze było usłyszeć te słowa, 

choć Gina nie znała wtedy prawdy o niej.

Zaskoczyło ją i zmartwiło to, że zwierzyła się Ginie i opowiedziała jej o  swej dziedzicznej 

chorobie. Po raz pierwszy podzieliła się tym z kimś i nadal nie rozumiała, dlaczego to zrobiła.

Do tej pory ukrywała tę straszna tajemnicę. W jakiś sposób wydawało jej się, że ukrywając ją 

sprawia,  iż  jest  mniej  realna.  Ale  powiedzenie  prawdy  komuś,  kto  słuchał  ze  współczuciem, 

background image

przyniosło jej ulgę.

A  teraz  dowiedziała  się,  że  współczująca  słuchaczka  jest  kochanką  jej  ojca.  Niewątpliwie 

rozmawiali o różnych sprawach. Gina prawdopodobnie powiedziała mu, że Steffi zna prawdę o 

chorobie swej matki.

Jęknęła głośno i zakryła twarz dłońmi, zastanawiając się, co się teraz stanie.

Jutro  ojciec  przyjdzie  porozmawiać  z  nią  o  tym.  Może  i  Gina  też  będzie  z  nią  mówić. 

Wszyscy będą omawiać tę okropność, wyciągając ją na światło dzienne po tym, jak ona, Steffi, 

tak usilnie starała się ją pogrzebać.

Wiedziała,  że  absolutnie  nie  zniesie  tej  myśli.  Wystarczyło,  że  przeżywała  każdy  dzień  z 

wyrokiem śmierci, w dodatku strasznej i bolesnej.

Nie zestarzeje się, nie wyjdzie za mąż, nie będzie miała dzieci. Nigdy nie będzie się cieszyła 

szczęśliwym,  normalnym  życiem  jak  inne  dziewczyny,  Ale  słuchać,  jak  inni  mówią  o  jej 

chorobie,  próbują  ją  pocieszyć,  patrzą  na  nią  i  rozprawiają  o  skazie,  którą  w  sobie  nosi...  to 

więcej niż można wytrzymać.

Miesiące przedtem, zanim jej matka umarła, Steffi zaczęła planować, co zrobi. Odkładała to 

ze  strachu,  ale  teraz  nadszedł  czas,  żeby  zrealizować  plan.  Będzie  musiała  jeszcze  przez  jakiś 

czas być silna i odważna.

Pobudzona do działania zeskoczyła z łóżka, zdjęła dres i ubrała się ciepło, wkładając dżinsy, 

flanelową  koszulę  i  grube  buty.  Potem  wciągnęła  ciężką,  puchową  kurtkę  i  wepchnęła  kilka 

rzeczy do plecaka.

Dodatkowe skarpetki, trochę  mielonki, którą trzymała w pokoju  dla Annabel, ryba, owoce, 

ulubiona książka.

Po chwili  wahania włożyła do  plecaka starego pluszowego  królika  i fotografie rodziców w

złotych ramkach.

Podeszła do drzwi, otworzyła je i wyjrzała na patio, ciche i jasne w świetle księżyca.

Już miała wyjść, ale zamknęła drzwi i niechętnie podeszła do biurka. Wyjęła pióro i kartkę z 

szuflady.

Obgryzając pióro, zmarszczyła brwi i zastanowiła się nad tym, co chce powiedzieć. Wreszcie 

Odetchnęła głęboko i zabrała się do pisania.

Kochany Tato!

Jest mi naprawdę przykro, że sprawiam wszystkim kłopot, ale lepiej zrobić to teraz niż czekać 

całe  lata,  kiedy  wiem,  że  i  tak  umrę.  Dawno  już  wiedziałam  o  chorobie  Mamy,  ja  też  jestem 

chora.  Często  drżą  mi  ręce  i  mam  zawroty  głowy.  Nie  chcę,  żebyś  przechodził  przez  to  jeszcze 

raz,  było  Ci tak ciężko, kiedy Mama  chorowała.  Wiem,  że teraz  masz  Ginę  i to  dobrze, bo jest 

naprawdę miła. Ale teraz nie jestem Ci już potrzebna, więc mogę, odejść. Proszę, nie szukaj mnie 

i niech Ci nie będzie przykro. Naprawdę, tak jest o wiele lepiej. I tak umrę, więc lepiej zrobić to 

background image

szybko zamiast czekać, aż będę chora i brzydka.

Zawahała się chwilę, gryząc wargę, po czym wróciła do listu.

Naprawdę  Cię  kocham, Tato.  Zawsze  byłeś dla  mnie  taki  dobry.  Dziękuję  Ci  za  wszystko  i 

proszę, proszę, nie bądź smutny.

Steffi.

PS.  Proszę,  uściskaj  ode  mnie  Annabel.  To  taki  miły  pies.  I  powiedz  do  widzenia  Mary, 

Rogerowi i Ginie. Powiedz im, że miło mi było łowić z nimi ryby.

Przeczytała list dwukrotnie,  starając się nie myśleć  o  reakcji ojca.  To naprawdę jedyne, co 

może zrobić, powiedziała sobie stanowczo. Tak  jest lepiej dla wszystkich.  Poza tym nie mogła 

już dłużej znieść bólu. A kiedy nie można czegoś znieść, należy odejść.

Zakręciła  pióro,  położyła  je  na  liście  i  usunęła  wszystko  inne  z  biurka,  tak  że  kartka  była 

wyraźnie widoczna. Zgasiła światło i wyszła.

Skradała się między drzewami i wzdłuż bzów na skraju sadu, trzymając się w cieniu, gdzie 

była  niewidoczna.  Szła  w  ciemności  w  stronę  czarnej  wody  jeziora,  a  potem  wzdłuż  brzegu, 

żałując, że nie pomyślała o wzięciu latarki.

Przeszedł  ją  dreszcz  i  zawahała  się,  czy  nie  pobiec  z  powrotem  do  pokoju  i  nie  poszukać 

małej  latarki,  którą  dostała  od  ojca.  Mimo  lęku  przed  ciemnością  nie  chciała  wracać,  kiedy 

wreszcie zdobyła się na odwagę, żeby odejść.

Wyprostowała  się  i  szła  dalej.  Kilka  minut  później  znalazła  kajak  tam  gdzie  Roger  i  Gina 

zostawili go wcześniej, przywiązany lina do drzewa.

Odwiązała  linę,  wypchnęła  kajak  na  płytką  wodę,  wrzuciła  plecak  do  środka  i  wsiadła. 

Wzięła wiosło, odwróciła kajak i skierowała się w stronę drugiego brzegu. Czuła się bezbronna i 

widoczna w świetle księżyca, spodziewała się lada chwila usłyszeć krzyki i odgłosy pościgu.

Lecz dom poza nią pozostawał cichy. Jego okna lśniły zimnym srebrem, kiedy odpływała od 

brzegu.

Wiosło  zanurzało  się  i  przesuwało,  zanurzało  i  przesuwało,  niosąc  ją  gładko  w  stronę 

odległej i groźnej przestrzeni wiecznie zielonego lasu na przeciwległym krańcu jeziora

.

background image

Rozdział 13

Gina przystanęła z dzbankiem kawy obok  krzesła Alexa i napełniła jego filiżankę. Objął ją 

mocno,  przytulając  na  chwilę,  podczas  gdy  reszta  gości  już  się  rozchodziła.  Poddała  się 

uściskowi, nie chcąc odchodzić, choć jego dotyk sprawiał, że czuła w sercu ból. Zostało im tak 

niewiele czasu...

– Steffi nie przyszła na śniadanie – zauważyła, odsuwając się i siadając na chwilę naprzeciw 

niego. – Dobrze się czuje?

Skinął głową, pijąc kawę.

–  O  ile  pamiętasz,  nie  udało  jej  się  zdążyć  na  śniadanie  przez  cały  tydzień,  wyjąwszy 

wczoraj.  Moja  córka  nie  jest  z  tych,  co  wstają  rano.  Zwykle  spaceruje  albo  czyta  do  późna  w 

nocy. Potem śpi, dopóki jej nie obudzę.

– Kiedy masz zamiar z nią porozmawiać?

– Zaraz.

Odstawił filiżankę i wstał. Gdy spojrzał na Ginę, uśmiech na jego twarzy zgasł. .

– Powinienem był to zrobić przed laty, prawda?

– Tak myślę.

Siedziała ze spuszczona głową, bawiąc się brzegiem serwetki.

Uniósł  jej  twarz,  żeby  móc  spojrzeć  w  oczy.  Spokojnie  wytrzymała  jego  wzrok,  mając 

nadzieję, że jej uczucia nie są widoczne.

– Kocham  cię – powiedział  miękko. –  Wiem,  że  jest  zbyt wcześnie, żeby cię naciskać, ale 

chciałbym zacząć robić plany na przyszłość.

Zamrugała, walcząc ze łzami. Po chwili udało jej się wydobyć głos.

– Proszę, nie myśl o tym teraz – szepnęła. – Idź i porozmawiaj ze Steffi.

Patrzyła na jego mocna, wyprostowana sylwetkę, kiedy wychodził z jadalni. Myślała o jego 

słowach i serce jej pękało z miłości i smutku.

Kiedy  wrócisz,  mówiła  mu  w  myślach,  porozmawiamy  o  przyszłości.  Powiem  ci,  że  to 

niemożliwe, że cię nie kocham i chcę, żebyście oboje wyjechali.

I wtedy wyjedziecie.

Stłumiła łkanie, wstała, odstawiła dzbanek i zaczęła sprzątać ze stołów.

Po  kilku  minutach,  znacznie  wcześniej,  niż  się  spodziewała,  pojawił  się  Alex.  W  ręku 

trzymał kartkę papieru, był blady.

– Co się stało? – zapytała. – Steffi nie obudziła się jeszcze?

Bez słowa podał jej list. Wzięła go i przeczytała staranne, równe pismo Steffi. Zaschło jej w 

ustach z przerażenia. Poczuła zawrót głowy i przytrzymała się oparcia krzesła.

background image

– Alex – wyszeptała, wpatrując się w niego – co  możemy teraz zrobić? Jak myślisz,  kiedy 

wyszła?

– Nie wiem. Musimy zebrać wszystkich i ustalić, czy ktoś ją widział wieczorem. O Boże –

głos mu się załamał miałaś rację. Gdybym tylko...

Gina zapomniała o swym postanowieniu i objęła go, przytulając mocno.

– Nie obwiniaj się teraz. Dosyć przeszedłeś.  Nie ma czasu na  gdyby. Po prostu musimy ją 

znaleźć, to wszystko.

Alex przez chwilę z wdzięcznością trzymał Ginę w objęciach, po czym powtórnie przeczytał 

list.

Do jadalni wszedł Roger, niosąc skrzynkę z narzędziami i komplet zawiasów.

– Co się stało? – zapytał z niepokojem, widząc ich twarze.

– Steffi uciekła – poinformowała go Gina.

Alex podał mu list. Roger przeczytał go szybko, jego spracowane dłonie drżały.

– O czym ona mówi, cała ta historia z umieraniem? – zwrócił się do Giny.

Spojrzała na Alexa.

– Jej matka była poważnie chora. Steffi jest przekonana, że odziedziczyła chorobę i umrze w 

taki sam sposób. Rozmyślanie o tym doprowadziło ją do myśli o samobójstwie.

– Biedne dziecko. – Roger zwrócił się do Alexa. – Czy Steffi rzeczywiście ma tę chorobę?

– To niemożliwe – odparł Alex, patrząc z rozpaczą na list. – Steffi nie jest nawet naturalna 

córką  mojej  żony.  Została...  zaadoptowana  zaraz  po  urodzeniu,  ale  nigdy  jej  o  tym  nie 

powiedzieliśmy.

Roger skinął głową, – Więc się pospieszcie i znajdźcie ją. Chyba się powinna dowiedzieć.

– Kiedy widziałeś ją ostatni raz? zapytał Alex.

–  Niech  pomyślę.  Wczoraj  wieczorem,  musiało  już  być  dosyć  późno,  koło  jedenastej. 

Przyszła z dworu, szukała Annabel.

– Koło jedenastej? – zdziwiła się Gina. – Nie wiedziałam, że byłeś tu jeszcze o tak późnej 

porze.

Roger zmieszał się.

– Wstąpiłem, bo miałem nadzieję... że uda mi się pogadać z Mary, ale nic z tego nie wyszło. 

Zamknęła się w swoim pokoju i słuchała Pavarottiego.

– A Steffi? – zapytała Gina z napięciem. – Dokąd poszła?

– Na górę, żeby porozmawiać z tobą, Alex. Chciała ci coś powiedzieć i miała zaraz zejść na 

dół. Wyszedłem, zanim wróciła.

Alex i Gina wymienili między sobą spojrzenia pełne strachu.

– Poszła na górę do mojego pokoju? – upewniał się Alex. – O której?

– Około jedenastej – powtórzył cierpliwie Roger.

– Och, nie! – Gina schwyciła Alexa za rękaw. – Byliśmy jeszcze... Och, Alex!

background image

Objął ją i trzymał tak przez chwilę. Twarz mu stężała z niepokoju.

– Nie martw się tym, kochanie – szepnął. – Tak widocznie musiało być.

– Ale nie mogę znieść myśli...

W jednej chwili Alex był gotów do działania.

–  Roger –  zakomenderował  –  ty  sprawdzisz  teren  i  zabudowania.. Ja  pójdę  plażą w  stronę 

portu i sprawdzę las i brzeg jeziora. Gino, ty się zajmiesz domem, bo znasz wszystkie schowki i 

zakamarki.  Może  Steffi  się  gdzieś  schowała,  żeby  nas  nastraszyć,  choć  jest  bardziej 

prawdopodobne, że wybrała się gdzieś dalej. Nie ma jej butów i plecaka. Ana, Gino – dodał. –

Czy możesz poprosić  Mary, żeby zawiadomiła policję?  Niech tu  zaraz kogoś przyślą. Opiszcie 

sytuację. Może będzie potrzebny pies gończy.

– Policja – powiedziała Gina zatrwożona. – Alex, nie sądzisz, że to ją może jeszcze bardziej 

przestraszyć? Jeśli się gdzieś chowa.

Przerwał jej ruchem ręki.

–  Musimy  podjąć  drastyczne  środki.  Jeśli  rzeczywiście  myśli  o  samobójstwie,  jak  na  to 

wskazuje list, możemy nie mieć dużo czasu.

– O Boże – wyszeptała Gina. – Proszę cię, Boże...

Kiedy  mężczyźni  rozeszli  się,  by  rozpocząć  poszukiwania,  Gina  przebiegłą  przez  dom, 

zatrzymując się w kuchni, żeby powiedzieć Mary, co się stało.

Patrzyła,  jak  gospodyni  posłusznie  dzwoni  na  policję,  po  czym  zaczęła  szaleńczo 

przeszukiwać stary dom, od piwnic po strych.

W  niespełna  godzinę  później  wszyscy  czworo  spotkali  się  w  holu.  Gina  była  zgrzana  i 

roztrzęsiona,  pokryta  pajęczynami i  kurzem. Roger  także  był brudny  i  wyglądał  na  znękanego. 

Mary miała w oczach strach.

Jeden  Alex  wydawał  się  spokojny,  ale  Gina  wiedziała,  że  pod  jego  pełnym  opanowania 

zachowaniem kryje się niewypowiedziana udręka.

– Bez powodzenia? – zapytał, patrząc na ich pełne troski twarze.

Pokręcili głowami.

– Psiakrew – mruknął, – Miałem nadzieję... Nie ma kajaka – dodał głosem pełnym bólu. –

Myślałem, że może któreś z dzieci wzięło go dla żartu i że Steffi chowa się gdzieś w pobliżu. Ale 

skoro dotąd jej nie znaleźliście, ...

– Kajak? – szepnęła Gina bez tchu. – Roger, przywiązaliśmy go koło zatoczki, prawda?

–  Nie  ma  go  –  powtórzył  Alex.  –  Widziałem  ślady  na  piasku,  gdzie  ktoś  go  odwiązał  i 

zepchnął na wodę. Ale jeśli to rzeczywiście zrobiła Steffi, dokąd mogła popłynąć?

–  Może  w  górę  jeziora,  tam,  gdzie  zbieraliście  jagody  –  zasugerował  Roger.  –  Wie  o 

jagodach, prawda? Może popłynęła kawałek wzdłuż brzegu, a potem wciągnęła kajak w zarośla. 

Może się gdzieś schowała i obserwuje nas w tej chwili, siedząc na drzewie.

– Wołała o pomoc i uwagę, biedne maleństwo.

background image

– To Mary odezwała się pierwszy raz. Była nieprzytomna z niepokoju.

–  Powinnam  była  znaleźć  dla  niej  więcej  czasu  –  stwierdziła  ze  smutkiem.  –  Lubiła 

przesiadywać  w  kuchni, patrzeć i  zadawać pytania,  kiedy pracowałam,  ale zawsze  miałam tyle 

roboty.  Czasem  –  wyznała  drżącym  głosem,  bliska  łez  –  byłam  nawet  na  nią  zła,  bo 

podejrzewałam, że karmi Annabel. A teraz...

Roger podszedł do Mary i objął ją, z czułością poklepując po plecach. Spojrzała na niego że 

zdziwieniem, po czym, oparłszy się o niego, pozwoliła na tę niezręczna pieszczotę.

– Policja wzywa pomoc przez radio – powiedział Alex. – Jest też ktoś z psem. Kiedy się tu 

zjawi, będzie można ustalić, w którą stronę Steffi popłynęła, i zacząć poszukiwania.

– Myślę, że popłynęła na drugą stronę jeziora – oznajmiła Gina spokojnie, wywołując swym 

opanowaniem zdziwienie pozostałych. – Przepłynęła na drugą stronę i poszła do Niedźwiedziego 

Potoku.

Roger sprawiał teraz wrażenie naprawdę zaniepokojonego.

– Gino, nie sądzisz chyba, że zrobiłaby coś tak niebezpiecznego?

–  Jestem tego  pewna.  Pamiętam,  jak  się  rozglądała,  kiedy tam  byliśmy,  wszystkie pytania, 

które zadawała.

Uderzyła ją nagła myśl.

–  Może  już  to  planowała.  A  potem,  kiedy  zobaczyła  nas  razem,  Alex,  nie  mogła  już  tego 

wszystkiego znieść. Musiała coś zrobić.

– Nie mówi o tym w liście.

Alex zacisnął zęby, oczy pociemniały mu z lęku.

–  Wygląda  raczej  na  to,  że  jej  ulżyło,  kiedy  nas  zobaczyła,  bo  wtedy  mogła  odejść,  nie 

musząc się martwić, że zostawia mnie samego.

– Biedna, biedna Steffi.

Gina  nadal  wpatrywała  się  w  ciemna  linię  drzew.  –  Pomyślcie,  jaka  musiała  być 

nieszczęśliwa przez te wszystkie miesiące.

W drzwiach pojawił się umundurowany policjant. Za nim na werandzie tłoczyła się grupka 

zaciekawionych gości.

– Pan Colton? – zapytał. – Jest już nasz człowiek z psem.

Gała czwórka wyszła na zewnątrz i patrzyła, jak drugi policjant wypuszcza dużego owczarka 

alzackiego z tyłu furgonetki.

Alex  poprowadził  ich  nad  jezioro  i  pokazał  puste  miejsce  po  kajaku.  Pies  węszył 

gorączkowo,  po  czym  zaczął  skakać  i  skowyczeć  nad  brzegiem.  Wbiegł  do  wody,  zawracając 

niechętnie na rozkaz opiekuna.

– Potrafi węszyć w wodzie? – zwróciła się Gina do młodego policjanta.

– Na krótkich odcinkach, jeśli ślad jest świeży. Wystarczająco, żeby nam wskazać, w jakim 

kierunku popłynęła. Czy ta motorówka należy do państwa?

background image

Roger pobiegł wzdłuż brzegu, szukając w kieszeni kluczyków od łodzi, po czym wsiadł do 

niej.

– Niech pan ją podprowadzi jak najbliżej – zawołał policjant, trzymając szarpiącego się na 

smyczy psa. – I niech się pan postara nie zakręcać i nie mącić wody bardziej niż to konieczne.

Roger wolno podpłynął łodzią do brzegu. Gina, Alex i policjant z psem wsiedli.

Zwierzę  natychmiast  przeszło  przez  ławki  i  skowycząc,  oparło  przednie  łapy  o  dziób, 

wpatrując się w wodę.

– Co tam jest? – zapytał policjant, wskazując przeciwległy brzeg.

–  Niewiele  –  odparła  Gina  ponuro.  –  Za  tym  pasmem  gór  jest  głęboka  otchłań  i  trzysta 

kilometrów puszczy. Pełno niedźwiedzi, moczary i jeziora bez dna. Roje much i komarów.

–  Zorganizujcie  dwie  grupy –  zawołał  oficer  do  swego  kolegi  na  brzegu.  –  Tylu  ludzi,  ilu 

oddział może dać. Roger zwoła ochotników z okolicy. Spróbujemy  zorganizować jeszcze kilka 

łodzi  z  miejscowości  letniskowych  nad  jeziorem.  Jeśli  zlokalizujemy  kajak  na  drugim  brzegu, 

damy znać przez radio żeby zmobilizować ekipy, póki jest widno.

Roger oddal rumpel Alexowi, wysiadł i wyszedł na brzeg, ponownie stając obok Mary.

– W czym mogę pomóc? – zwróciła się Mary do policjanta.

– Niech pani zrobi kawę. Kilka litrów kawy. I kanapki. Niech sąsiedzi i goście pani pomogą. 

To może być dla wszystkich długi i ciężki dzień.

Roger i  Mary  znikli  w  głębi  domu, a  motorówka  zaczęła pruć wodę,  kierując się  w  stronę 

przeciwnego brzegu. Pies węszył, skomląc  i wychylając się do przodu. Alex  zwrócił łódź  w tę 

stronę.

–  To  zadziwiające  –  szepnęła  Gina  do  policjanta.  –  Nie  wiedziałam,  że  pies  potrafi  iść  za 

śladem przez wodę.

– Tylko przy sprzyjających warunkach. Woda musi być niezmącona, a powietrze spokojne. 

Wie pani, mamy nawet psy, które potrafią znaleźć ciało pod wieloma metrami wody. Zwieszają 

łeb za burtę i wskazują, gdzie coś wy węszyły.

Zadrżała, a policjant umilkł, najwyraźniej żałując swych słów.

Alex  wyłączył  silnik  i  łódź  dryfowała  w  stronę  brzegu  w  kierunku,  który  wskazywał  pies. 

Kiedy  tylko  żwir  zachrzęścił  pod  kadłubem,  zwierzę  wyskoczyło  z  łodzi  wraz  z  opiekunem  i 

pobiegło wzdłuż brzegu, kręcąc zapamiętale ogonem.

Alex  i  Gina  podążyli  za  nimi,  starając  się  trzymać  jak  najbliżej.  Wszyscy  zatrzymali  się  i 

patrzyli, jak pies drapie bezładny stos gałęzi cedru. Po chwili wynurzył się spod nich żółty kajak.

– Sprytna ta pana córka – zauważył policjant, podchodząc bliżej, żeby odrzucić jeszcze kilka 

gałęzi. – Bez Rexa pewnie nigdy byśmy nie znaleźli tego kajaka, chyba że ktoś by się o niego 

potknął.

– Tak, jest naprawdę bystra – szepnęła Gina w udręce.

Spojrzała na groźne, ciemne sosny na wzgórzach i zadrżała.

background image

– Ale ma dopiero czternaście lat i jest zupełnie sama.

Steffi wspinała się uparcie na strome wzgórze porośnięte sosnami. Drzewa rosły tak gęsto, że 

przez  większość  czasu  nie  była  w  stanie  określać  kierunku  przy  pomocy  słońca.  Pomagało  jej 

jedynie  samo  nachylenie  zbocza  i  wiedza,  że  dopóki  się  wspina,  najprawdopodobniej  idzie  na 

zachód.  Więc  przechodziła  przez  głazy  i  gęste  zarośla,  które  drapały  jej  twarz  i  ramiona, 

zbaczając z trasy tylko wtedy, kiedy napotykała strumień płynący po kamieniach, tak jak ten, w 

którym łowiła pstrągi poprzedniego dnia.

Za każdym razem, kiedy docierała do strumienia, wchodziła do wody i szła w górę lub w dół, 

czasem nawet kilometr, wiedząc, że szybki prąd pomoże zmylić trop, gdyby jej szukano z psami.

Czasem zatrzymywała się i spoglądała  za siebie, zastanawiając się, czy już ktoś znalazł jej 

list  albo  czy  odkryto  brak  kajaka  i  podejrzewano,  dokąd  się  udała.  Ale  widziała  jedynie  gęstą 

ścianę sosen i zarośli.

Po tym, jak ukryła kajak, długo i jasno świecił księżyc, pozwalając jej wędrować przez wiele 

godzin. Kiedy się ściemniło, zrobiła posłanie z gałęzi, zwinęła się na nim i zakryła twarz kurtką, 

starając się nie słyszeć odgłosów dochodzących z tej przerażającej, czarnej pustki.

Zachowała swój dziecięcy strach przed ciemnością.

Był środek lata i noc trwała zaledwie kilka godzin.

Obudziła  się  z  pierwszymi  słabymi  promieniami  słońca  i  zjadłszy  rybę,  znów  zaczęła  się 

wdrapywać w stronę skalistego wierzchołka, który nadal wydawał się niemożliwie daleki.

Kiedy zegarek powiedział jej, że jest południe, usiadła w słońcu pomiędzy drzewami i zjadła 

czekoladowy batonik. Pozwoliła sobie też na dwa łyki wody z raptownie kurczącego się zapasu 

w manierce.

Kiedy skończy się woda, będzie musiała napełnić manierkę w którymś ze strumieni górskich. 

Wydawały się czyste, ale Gina ostrzegała ją, żeby nie pić z nich wody. Mikroby z rozkładających 

się roślin i zwierząt zanieczyszczają strumienie i mogą wywoływać choroby .

To już nie ma znaczenia, powiedziała sobie ponuro. Nic nie może sprawić, żeby była bardziej 

chora, niż jest.

Skończyła jeść, schowała papierki porządnie do  plecaka i usunęła ślady swojej bytności na 

polanie. Nasunęła czapkę na oczy i podjęła wspinaczkę.

Jej  celem  były  skały  na  szczycie  łańcucha  górskiego,  niewyraźnie  widoczne  w  mgiełce 

południa. Po drugiej stronie, według tego, co mówił Roger, skała opada stromo kilkaset metrów 

w dół, w straszna otchłań, której nikt nigdy nie zbadał.

Spodziewała  się  dotrzeć  na  skalisty  wierzchołek  przed  zachodem  słońca.  Miała  zamiar 

spędzić  trochę  czasu,  patrząc  na  świat  dokoła,  pomyśleć  o  swoim  życiu  i  ludziach,  których 

kochała,  urządzić  sobie  małą  ceremonię  pożegnalna.  Potem  zamierzała  zrobić  krok  do  przodu, 

rozłożyć ramiona i skoczyć w nicość.

background image

W  gruncie  rzeczy  cieszyła  się  na  te  ostatnie  chwile  życia.  Kiedy  odbije  się  i  skoczy  w 

otchłań,  będzie  tak,  jakby  leciała.  A  kiedy  spadnie  te  setki  metrów  w  dół,  nawet  nie  poczuje 

uderzenia. Jej życie skończy się, nim dosięgnie dna.

Wtedy  wreszcie  nie  będzie  już  bólu,  zmartwienia  ani  strachu,  bezsennych  godzin  w  nocy, 

kiedy zastanawiała się, co się dzieje w jej ciele...

Przyspieszyła  kroku.  Choć  na  tej  wysokości  powietrze  było  chłodne,  zgrzała  się.  Zdjęła 

kurtkę i wepchnęła ją do plecaka, po czym zdjęła czapkę, żeby otrzeć wilgotne czoło.

Nagle  zaskoczył  ją  odgłos  sapania  i  pomrukiwania  w  gęstwinie  nieopodal.  Nim  zdążyła 

zdecydować,  co  robić,  zarośla  rozchyliły  się  i  stanęła  oko  w  oko  z  ogromnym,  czarnym 

niedźwiedziem.

Steffi wpatrywała się w zwierzę, skamieniała ze strachu. Niedźwiedź stał na tylnych łapach 

na skraju zarośli, nie dalej niż kilka metrów od niej.

Był niewiarygodnie duży. Na stojąco sprawiał wrażenie wyższego o przynajmniej pół metra 

od człowieka. Obnażył kły, z których ściekała krew.

Z  gęstwiny dochodził  przyprawiający  o  mdłości  zapach,  ciepły  i  metaliczny, jak  ze  sklepu 

rzeźniczego.  Steffi  zrozumiała,  że  niedźwiedź  właśnie  pożerał  świeżo  upolowaną  zwierzynę,  a 

ona przerwała mu posiłek.

Jego ciemne, świńskie oczy patrzyły na nią z oburzeniem. Wydał z siebie niski ryk, opadł na 

przednie łapy, zrobił kilka kroków i znów stanął na tylnych łapach.

W  głowie  Steffi  krążyły  bezładne  myśli.  Rozpaczliwie  usiłowała  sobie  przypomnieć  to, 

czego nauczyła się o postępowaniu z niedźwiedziem w puszczy.

Trzeba mu zejść z oczu. Uciec od niego. Nie, nie biec. Jeśli zacznę biec będzie mnie gonił, 

Wejść  na  drzewo,  Nie,  to  niemożliwe,  Złapie  mnie,  zanim  jeszcze  zacznę  się  wspinać.  Muszę 

upaść, udawać nieżywą. Leżeć nieruchomo twarzą do ziemi.

Ale nim zdążyła to zrobić, niedźwiedź ruszył na nią. Z niewiarygodną szybkością przebiegł 

przez polanę i skoczył na dziewczynkę, zwalając ją z nóg.

Instynktownie  znieruchomiała,  zaplotła  tylko  dłonie  na  szyi,  osłaniając  twarz  łokciami. 

Niedźwiedź szturchnął ją łapą i usłyszała dźwięk drącego się materiału.

Zastanawiała się, jaka część jej ciała jest rozdzierana i zdziwiło ją przez chwilę, że nie czuje 

bólu. Potem zrozumiała że zwierzę drze jej plecak. Słyszała kłapanie potężnych szczęk, sapanie i 

pomruki.

Najgorszy był zapach.

Od niedźwiedzia bił ostry, stęchły odór, pomieszany z wonią świeżo zabitego zwierzęcia. Na 

twarzy i ramionach czuła jego gorący, niewiarygodnie smrodliwy oddech. Było jej tak niedobrze, 

że  musiała  walczyć  z  mdłościami,  wiedząc,  że  gdyby  zwymiotowała,  mogłoby  się  to  okazać 

fatalne w skutkach.

background image

Wydawało  jej  się,  że  tak  leży  już  wiele  godzin,  podczas  gdy  niedźwiedź  drze  jej  plecak, 

rozrzucając strzępy wokół, po czym znów szturcha jej plecy i nogi, W każdej chwili spodziewała 

się,  że wielkie  szczęki  zwierzęcia zamkną się  na  jej czaszce, że  poczuje,  jak pęka  kość, tryska 

krew i ulatuje z niej życie.

Nie  chciała  umrzeć  w  taki  sposób,  nawet  jeśli  celem  jej  wyprawy  było  zakończenie  życia. 

Marzyła  o  tym,  żeby  pofrunąć  wdzięcznie  i  bezboleśnie  w  tę  rozświetlona  słońcem  nicość, 

znikając na zawsze w otchłani otwierającej się poniżej.

Nie chciała zostać zmasakrowana tak, żeby części jej ciała pozostały w lesie, żeby za kilka 

dni znalazła je poszukująca jej ekipa, żeby ojciec cierpiał do, końca życia nad tym, w jaki sposób 

umarła.

Niedźwiedź szturchnął ją znowu i ostry ból przebiegł przez jej ciało. Zwierzę odsunęło się i 

zaczęło węszyć pośród rozrzuconej wokół zawartości plecaka. Nadal leżąc z twarzą przyciśniętą 

do  klujących  sosnowych  igieł,  Steffi  uniosła  łokieć  i  wyjrzała  spod  niego.  Wiedziała,  że 

niedźwiedź jest obok, bo jego ciężki, obrzydliwy odór nadal wypełniał jej nozdrza.

Był  tak  blisko,  że  mogła  go  niemal  dotknąć,  o  ponad  metr  w  lewo.  Pożerał  resztę  jej 

prowiantu. Jego kudłate cielsko wypełniało całe pole widzenia.

Jęknęła  bezgłośnie  i  ponownie  zacisnęła  łokcie  przy  twarzy,  zastanawiając  się,  jak  długo 

będzie  trwał  ten  koszmar.  Miała  wrażenie,  że  leży  tak  od  kilku  godzin,  a  nawet  dni.  Nie 

pamiętała  niczego,  tylko  że  leży  wśród  sosnowych  igieł  i  omszałych  kamieni,  czekając,  aż 

niedźwiedź ją zabije.

Rozpaczliwie zmuszała się do myślenia o czymś innym. Wyobrażała sobie machający ogon 

Annabel i kochana twarz ojca – i to, jak Gina uśmiechnęła się wczoraj, kiedy Steffi bezbłędnie 

zarzuciła wędkę i na jej muszkę złapał się pstrąg. Myślała o ojcu i Ginie leżących i trzymających 

się W objęciach i miała nadzieję, że zostaną razem i znajdą szczęście.

Może ojciec sprzeda dom w Vancouverze, przeniesie się tutaj i zamieszka ż Gina.

To by było dobrze. Ona i ojciec byli tacy nieszczęśliwi w tym domu, a mama nie wróci.

Niedźwiedź  potknął  się  i  upadł  na  nią,  jego  ogromne  cielsko  niemal  zmiażdżyło  jej  łydki. 

Zagryzła wargi tak mocno, że poczuła smak krwi.

Na szczęście zwierzę stoczyło się z jej nóg. Słyszała, jak węszy i ryje ziemię obok. Zaczęła ją 

opuszczać odwaga. Za minutę oszaleje, zacznie się ruszać i krzyczeć, a to oznacza pewna śmierć. 

Ogromnym wysiłkiem woli zmusiła się, żeby myśleć o ojcu.

Dobrze mu będzie, kiedy zamieszka z Gina. Przepada za Edgewood Manor, a swój felieton 

może pisać wszędzie.

Myślała  smętnie,  że  może  taki  był  zamysł  jej  matki.  Broszura,  którą  ojciec  znalazł  w  jej 

biurku,  pochodziła  sprzed  zaledwie  kilku  lat.  Może  mama  się  jakoś  dowiedziała  o  hotelu  i 

zdecydowała,  że jej  mężowi i  córce będzie tam  dobrze, kiedy ona już  odejdzie.  Może zdawała 

sobie sprawę, że Gina i Alex zakochają się w sobie i zostawiła broszurę na znak, że nie ma nic 

background image

przeciwko temu.

To mało prawdopodobne, zdecydowała Steffi, ale to przyjemna myśl. Gina w żaden sposób 

nie mogła znać Janice i Alexa Coltonów. Rodzice Steffi nigdy nie byli w Edgewood Manor.

Poruszyła się ostrożnie, starając się nie zwracać na siebie uwagi niedźwiedzia i zmusiła się 

do myślenia o przyjemnych rzeczach. Czekała.

Gdyby  ojciec  zamieszkał  w  starym  hotelu,  mógłby  bardzo  pomóc  Ginie,  zwłaszcza  w 

kwestiach finansowych. Miała wrażenie, że Gina często martwi się o pieniądze.

Jej ojciec ma dużo pieniędzy...

Poczuła rozdzierający ból  w  lewym  udzie.  Niedźwiedź  wrócił  i  rozorał  pazurami  jej  nogę. 

Ból przebiegał przez ciało Steffi, gorący i przyprawiający o mdłości. Zacisnęła zęby, starając się 

nie krzyczeć.

Zebrała się w sobie oczekując następnego ciosu. Serce biło w niej jak oszalałe.

Po  długim,  długim  czasie  opuściła  ramiona  i  spojrzała  najpierw  w  jedna  stronę,  potem  w 

drugą. Niedźwiedzia nie było.

Z trudem wstała, patrząc ze zgrozą na porozrzucane resztki swego plecaka i podarte dżinsy, 

przesiąknięte  krwią.  Polana  była  cicha  i  opuszczona,  tak  spokojna,  że  Steffi  słyszała  świergot 

ptaków na drzewach i dalekie pokrzykiwanie sroki.

Pojękując,  przerażona  dziewczynka  zabrała  podarte  resztki  kurtki  i  niepewnie  pobiegła 

między drzewa, jak najdalej od polany, kierując się w stronę odgłosu cieknącej wody.

W  ciągu  kilku  minut  znalazła  się  nad  strumieniem  i  wszedłszy  weń,  usiadła,  pozwalając 

lodowatej  wodzie  obmywać  pulsującą  bólem  nogę.  Opalona  skórę  na  jej  udzie  znaczyły  rzędy 

głębokich zadrapań, z których sączyła się krew.

Kiedy zimna woda znieczuliła ranę, Steffi podarła na pasy resztki kurtki i owinęła nogę na 

tyle ciasno, żeby zahamować krwawienie.

Wreszcie,  blada  i  wykrzywiona  z  bólu,  wyszła  ze  strumienia  i  kontynuowała  swą  upartą 

drogę pod górę. Słońce zniżało się za skały i cienie wokół niej zaczynały się wydłużać...

Niżej na stoku pies policyjny biegał jak szalony nad brzegiem strumienia, kierując się to w 

jedną, to w drugą stronę. Co jakiś czas zanurzał się w lesie, idąc za tropem zwierzęcia, po czym 

wracał ze zwieszonymi uszami, wyglądając na zawiedzionego.

Jego opiekun szedł za nim.

–  Pana  córka  myli  ślady  –  zwrócił  się  do  Alexa,  stojącego  z  Gina  nad  strumieniem.  –  Za 

każdym razem, kiedy dochodzi do potoku, używa wody do zatarcia śladów. Jesteśmy już pewnie 

o kilka godzin za nią.

W oddali  w całym lesie  słychać było trzask łamanych zarośli,  nawoływania  i co jakiś czas 

wystrzał,  znak  dla  innych  poszukujących.  Ochotnicy  szli  szpalerem,  przeczesując  gęstwinę 

porastającą zbocza.

background image

– Nie możemy przestać – oznajmił Alex zdesperowany. – Przedtem znajdowaliśmy trop. To 

tylko  kwestia  prowadzenia  psa  w  górę  i  w  dół  strumienia,  dopóki  nie  stwierdzimy,  w  którym 

miejscu wyszła z wody.

– Ale za każdym razem zabiera to dużo czasu i Steffi się oddala – zauważyła Gina.

Spojrzał  na  nią  zaskoczony.  Słaniała  się  ze  zmęczenia  i  tak  pobladła,  że  piegi  na  jej 

policzkach  pociemniały,  ale  nie  zgodziła  się  wrócić  do  hotelu,  żeby  odpocząć.  Była  razem  z 

Alexem i opiekunem psa od samego rana, a teraz słońce prawie już zachodziło.

– Jak myślisz, dokąd idzie? – zapytał, bojąc się usłyszeć odpowiedź..

Gina zawahała się. Jej oczy wydawały się wielkie, tragiczne.

– Tam, na górę – odparła, machając ręką w kierunku skalistego wierzchołka widocznego nad 

drzewami, nagiego i groźnego na tle kłębiącego się barwami zmierzchu.

– Myślisz, że...

– Jestem gotowa się założyć – powiedziała ze zmęczeniem. – Myślę, że wybrała to miejsce, 

bo może skoczyć w dół i nikt nigdy nie odnajdzie  jej ciała. Nie chce cię  zranić bardziej niż to 

konieczne.

Nie panowała już nad sobą i łzy ciurkiem płynęły po jej twarzy. Cierpiała tak bardzo, że Alex 

chciał ją wziąć w ramiona i szeptać jej słowa pociechy, ale od zniknięcia Steffi Gina zamknęła 

się w jakimś własnym piekle, sama ze swym bólem i strachem. Nie potrafił do niej dotrzeć i nie 

mógł zrozumieć intensywności jej przerażenia.

– W porządku! – zawołał policjant. – Mamy trop.

Pospieszył za psem,  który  gorączkowo wspinał  się w  górę zbocza między gęsto rosnącymi 

brzozami.

Alex i Gina puścili się biegiem, żeby go dogonić.

– Zatrzymała się tu na chwilę – oznajmił oficer, wskazując wgniecione miejsce na trawie.

Pies drapał je skowycząc.

– Prawdopodobnie jadła lunch, może odpoczęła chwilę.

– Jak dawno? – zapytał Alex z napięciem.

– Ładnych parę godzin temu! Myślę, że około południa.

Alex  ukląkł  wraz  z  policjantem,  żeby  dotknąć  pomiętej  trawy,  myśląc  o  ciele  swej  córki. 

Była tu przed zaledwie kilkoma godzinami, a mimo to odnalezienie jej wydawało się niemożliwe.

Tak blisko, a jednak tak daleko.

– Przynajmniej coś mamy – mruknął, wstając i wkładając plecak. – Pospieszmy się, żeby nie 

stracić światła dziennego.

Gina szła za nim, wspinając się lekko i z łatwością pomimo zmęczenia.

Cóż  to  za  kobieta,  pomyślał  Alex.  Pójdzie  za  mężczyzna  w  najgorsze,  będzie  stać  z  nim 

ramię w ramię w trudnościach i niebezpieczeństwie.

background image

Znów poczuł falę miłości do niej, tak intensywna, że niemal zakręciło mu się w głowie. Ale 

to nie był czas ani miejsce. Kiedy Steffi się znajdzie, wróci bezpiecznie do domu i wszystkie jej 

lęki się rozwieją, wtedy będzie czas dla niego i Giny.

Najpierw Steffi.

– Kocham cię, skarbie – szeptał do swojej nieobecnej córki. – kocham cię tak bardzo. Proszę, 

proszę, zaczekaj, aż przejdziemy. Nie rób nic, dopóki nie porozmawiamy.

Idąc za nim, Gina wyciągnęła rękę i ujęła jego dłoń. Z wdzięcznością ścisnął ją na chwilę i 

zaraz puścił. Oboje poprawili plecaki i zaczęli się piąć po skałkach.

Przed nimi pies szczekał histerycznie. Stał przy zaroślach zjeżony i warczał.

Policjant zwrócił się do Alexa. Jego twarz miała barwę popiołu.

– Nie wiem, czy chce pan to zobaczyć, ale... – wykrztusił niechętnie.

– Co? Co takiego? Znaleźliście ją?

Gina  stanęła  obok  Alexa  i  patrzyła  na  przedmioty  porozrzucane  po  polanie.  Alex  czuł  jej 

drżenie.

– Nie wiem, czy jest gdzieś tu niedaleko. – Policjant odchrząknął niezręcznie. – Ale wygląda 

na to, że miała przeprawę z niedźwiedziem. Sądząc po śladach, to był wielki samiec.

– Och, nie! – krzyknęła Gina.

Głos jej się załamał, automatycznie postąpiła kilka kroków w stronę polany.

– O mój Boże, Alex...

– Przebieg zdarzeń jest jasny – stwierdził oficer. – W zaroślach leży na pół zjedzony jeleń. 

Steffi musiała nadejść, kiedy niedźwiedź żarł, i zaatakował ją.

W  milczeniu,  płacząc,  Gina  podniosła  resztki  różowego,  pluszowego  królika  w  aksamitnej 

kamizelce. Ukochana zabawka Steffi była podarta, na trawie leżało to, czym była wypchana.

Alexowi zakręciło się w głowie.

– Skąd pan wie, że została zaatakowana?

Policjant  wskazał  na  porozrzucane  resztki  plecaka  i  podarte  zawiniątka  z  jedzeniem.  Alex 

pokręcił głową.

– Może rzuciła plecak, żeby odwrócić uwagę niedźwiedzia.

Oficer bez  słowa uniósł  długi strzęp dżinsowego  materiału,  poplamiony  krwią. Przerażenie 

Alexa  powoli  przeszło  w  gorzki  gniew.  Gdyby  potwór,  który  zranił  jego  córkę,  pojawił  się  tu 

teraz byłby w stanie rozszarpać go gołymi rękami. Nigdy przedtem nie odczuwał takiej furii.

– Co się stało? – zapytał ponuro. – Czy niedźwiedź ją gdzieś zawlókł?

–  Nie  sądzę.  Byłyby  ślady.  Myślę  że  ją  potarmosił  i  uciekł.  Wie  pan  –  dodał  ze  smutnym 

uśmiechem – coraz bardziej podziwiam pana córkę. Wygląda na to, że miała dosyć rozumu, żeby 

tu leżeć i udawać nieżywą, dopóki niedźwiedź się nie znudził.

– W takim razie gdzie ona teraz jest? – wyszlochała Gina.

background image

–  Rex  znalazł  ślady  krwi  prowadzące  do  strumienia  nad  nami.  Steffi  jest  ranna,  ale 

najwyraźniej zdolna poruszać się o własnych siłach.

– To znaczy, że krwawi i nadal się wspina – zauważyła Gina.

– Tak. Z jakiegoś powodu zależy jej na dojściu do szczytu, zanim się zrobi ciemno.

Alex i Gina wymienili spojrzenia pełne rozpaczy.

– Steffi boi się ciemności. Jeśli ma takie zamiary, jak przypuszczasz, Gino, będzie chciała je 

zrealizować przed zapadnięciem nocy.

Gina zwróciła się do policjanta.

– Zdoła nas pan doprowadzić przed nocą?

Popatrzył na nich niepewnie, potem spojrzał na skalisty wierzchołek.

– Musimy iść jej śladem  – odparł. – Nie wiadomo,  w którym miejscu tym razem wyszła z 

wody. A tam w górze teren jest piekielnie urwisty. Jeśli nie znajdziemy ciepłego śladu, możemy 

tu chodzić całymi dniami bez skutku.

– Będziemy szukać – oświadczył Alex. – Jeśli trzeba, spędzimy tu noc i będziemy szli przy 

blasku księżyca. Koniecznie musimy ją znaleźć.

– W porządku.

Policjant  wyjął  nadajnik  radiowy  i  wydał  kilka  rozkazów.  Podał,  gdzie  są,  i  zażądał 

posiłków, jedzenia i czegoś gorącego do picia.

Potem  przeszedł  przez  strumień  i  zaczął  chodzić  w  jedna  i  drugą  stronę  z  psem,  usiłując 

ponownie znaleźć trop.

Gina i Alex usiedli na dużym płaskim głazie nad wodą i czekali, przytuliwszy się do siebie.

Alex  objął  Ginę  ramieniem  i  pochylił  się,  żeby  ją  pocałować  w  policzek,  ale  ona  się 

odsunęła.

–  Alex  –  powiedziała  –  kiedy  ją  znajdziemy,  jeśli  będzie  jeszcze...  jeśli  wszystko  będzie 

dobrze, będę chciała z nią porozmawiać.

Spojrzał na nią zdziwiony.

Jej głos był niski i niepewny, kiedy się odezwała:

– Mam jej coś do powiedzenia. To jest historia, którą powinna była usłyszeć już dawno temu.

Urwała, żeby nabrać tchu. Alex czekał, zdziwiony i przestraszony.

– Ale najpierw – dodała – muszę tę samą historię opowiedzieć tobie.

background image

Rozdział 14

– O co chodzi, Gino? – zapytał Alex. – Co chcesz mi powiedzieć?

– Chodzi o Steffi. Powinnam była ci powiedzieć wcześniej, ale...

Głos jej się załamał. Sięgnęła do kieszeni dżinsów i wyjęła portfel.

Po drugiej stronie strumienia Rex wraz z opiekunem wynurzyli się z zarośli.

– Udało się? – zapytał Alex.

– Nie w tę stronę. Pójdziemy w górę strumienia. Zawołam was, jak znajdziemy trop.

Gina  otworzyła  portfel  i  z  jego  bocznej  kieszonki  wyjęła  fotografię.  Bez  słowa  podała  ją 

Alexowi.

Patrzył na uśmiechniętą dziewczynę na zdjęciu. Oczy rozszerzyły mu się ze zdumienia.

– To Steffi – stwierdził, po czym zawahał się. – Prawda?

Gina czekała, gdy znowu wpatrzył się w fotografię, marszcząc w skupieniu brwi.

– Ale wygląda, jakby była starsza – mruknął. – Gino, skąd to masz?

– To moja siostra Claudia, kiedy miała siedemnaście lat.

– Nie rozumiem. Ta fotografia.. – Twoja siostra jest taka podobna do Steffi. Prawie nie do 

odróżnienia.

– Nie są dokładnie takie same – stwierdziła Gina spokojnie. – Mają inne usta. Steffi ma takie 

usta jak ty, pełniejsze.

– Ale nadal nie... Jakim sposobem są do siebie tak podobne?

– Bo są spokrewnione. Claudia jest ciotką Steffi. – Ciotką?

Wpatrywał się w nią jak rażony gromem.

– Co ty mówisz?

– Ja byłam tą zastępczą matką, którą wynajęliście. Steffi jest moją biologiczna córką.

Alex był najwyraźniej zbyt zdumiony, żeby odpowiedzieć.

Gina opuściła wzrok na swe dłonie, boleśnie zaciśnięte na podołku.

–  Chcę,  żebyś  wiedział,  że  nie  miałam  pojęcia,  kim  jesteś  –  powiedziała  cicho.  –  Gdy 

przyjechałeś pierwszy raz  i wynająłeś pokoje, nie łączyłam cię z niczym... z mojej przeszłości, 

Dopiero kiedy wróciłam do domu tamtego dnia i zobaczyłam w kuchni Steffi... Nawet wtedy nie 

byłam pewna, dopóki nie...

– Co? – zapytał z napięciem, kiedy urwała. – Co zrobiłaś?

– Kiedy pojechaliście do Kelowny, weszłam do pokoju Steffi i zobaczyłam fotografię twojej 

żony. Wtedy przestałam mieć wątpliwości.

– Nie wierzę – oświadczył zdecydowanie. – Jeśli to, co mówisz, jest prawdą, wygląda to na 

zbyt wielki zbieg okoliczności. Jak to możliwe, że przypadkiem trafiłem akurat do tego hotelu?

background image

– Nie trafiłeś do niego przypadkiem – przypomniała mu. – Przyjechałeś, bo znalazłeś naszą 

broszurę w biurku żony. Najwyraźniej śledziła moje losy, kiedy zakończyliśmy... nasze interesy –

dokończyła gorzko.

–  Ale  to  jest  takie...  Mój  Boże,  ty  byłaś  zastępczą  matką?  Janice  nigdy  mi  nic  o  tobie  nie 

powiedziała poza tym, że jesteś...

– Małą, szarą myszką? Chudą i piegowatą? Ogarniętą nieziszczalnym marzeniem, bez życia 

towarzyskiego i bez szans na małżeństwo i rodzinę?

– Tak sobie ciebie wyobrażałem – przyznał. – Niewiele mi powiedziała o twojej sytuacji. A 

kiedy Steffi się urodziła i zabraliśmy ją do domu, Janice w ogóle już nie chciała o tobie mówić.

–  To  zrozumiałe.  Ale  była  dla  mnie  naprawdę  dobra.  Myślę,  że  niemal  mnie  kochała  z 

powodu dziecka.

Pokręcił głową ze zdumieniem.

–  Spędziłyście  razem  dużo  czasu,  prawda?  Zwłaszcza  pod  koniec.  Pamiętam,  że  Janice 

praktycznie mieszkała z... tobą przez ostatnie pięć czy sześć tygodni.

–  Kładła  się  przy  mnie  na łóżku  z  głową  na  moim brzuchu,  żeby  czuć  ruchy  dziecka.  Tak 

jakby to nie było moje dziecko. Zawsze było jej. Ja stanowiłam tylko opakowanie.

– To było także moje dziecko – zauważył.

Gina skinęła głową. Siedzieli przez chwilę w milczeniu wpatrując się w strumień, starając się 

ogarnąć sytuację w jakiej się znaleźli.

– Dlaczego to zrobiłaś? – zapytał wreszcie.

–  Rozpaczliwie  potrzebowałam  pieniędzy.  Claudia  została  ciężko  ranna  w  wypadku 

samochodowym, rachunki za lekarzy doszły do pięćdziesięciu tysięcy, a Edgewood Manor miał 

być sprzedany temu, kto da najwięcej. Adwokat obiecał mi wystarczającą ilość pieniędzy, żeby 

za wszystko zapłacić.

– Ale... nie zapłaciliśmy ci aż tyle, prawda?

–  Dostałam  spadek  po  babce.  Dodatkowe  siedemdziesiąt  tysięcy  wystarczyło  na  rachunki 

Claudii i zapewnienie pożyczki hipotecznej na hotel.

– Jak się to wszystko zaczęło? Nie pamiętam, jak Janice cię znalazła, pamiętam tylko, że był 

w to zamieszany adwokat.

– Nie planowaliście tego razem? Pokręcił głową.

–  Cała  ta  sprawa  była  dla  mnie  trochę..  .  niesmaczna.  Wolałbym  adoptować  dziecko,  ale 

Janice rozpaczliwie chciała, żeby to było moje dziecko. Teraz myślę, że zawsze czuła się trochę 

niepewna. Może uważała, że moje biologiczne dziecko będzie sposobem na zatrzymanie mnie.

– Nic nie wiedziałam o waszym małżeństwie. Nigdy o tobie nie mówiła. Tak jakby chciała 

nas trzymać jak najdalej jedno od drugiego, nawet w myślach.

– Jak ten adwokat cię znalazł? Czy twoje nazwisko było na jakiejś liście?

background image

– Oczywiście, że nie! zaprzeczyła, dotknięta pytaniem. – Nigdy mi nie przyszło do głowy, 

żeby  być  zastępczą  matką.  Odpowiedziałam  na  ogłoszenie  w  prasie,  nie  znając  szczegółów 

proponowanej  pracy.  Kiedy  poszłam  na  rozmowę  i  wasz  adwokat  powiedział  mi, o  co  chodzi, 

byłam zszokowana.

– Ale nie wyszłaś.

–  Prawie.  Potem  przemyślałam  całą  sprawę.  Zrozumiałam,  że  to  sposób,  żeby  zarobić 

pieniądze  potrzebne  mojej  rodzinie  i  zarazem  uszczęśliwić  bezdzietną  parę.  Miałam  dopiero 

dwadzieścia jeden  lat.  Naprawdę  sądziłam  że  będę  w stanie urodzić  dziecko,  oddać je  i  odejść 

bez bólu.

– I zrobiłaś to?

– Co?

– Odeszłaś bez bólu?

Ginie ścisnęło się gardło.

– To było straszne – szepnęła. – Nie miałam pojęcia, jak się będę czuła. Całymi miesiącami 

płakałam przed zaśnięciem. Czułam pustkę. Pragnęłam trzymać moją córeczkę w objęciach, ale 

jej  nie  było.  Wielokrotnie  chciałam  znaleźć  ciebie  i  twoją  żonę,  wejść  do  waszego  domu, 

powiedzieć,  że zmieniłam  zdanie i  chcę odebrać  dziecko. Ale podpisałam, że  się  go  zrzekam i 

musiałam się tego trzymać.

– I kupiłaś już hotel.

– Tak. Kupiłam hotel. Jedynym sposobem, żeby zagłuszyć ból, było zakopanie się w pracy i 

to  zrobiłam.  Ale  co  roku,  kiedy  zbliżały  się  urodziny  mojej  córki,  popadałam  w  depresję, 

zastanawiałam się, gdzie jest i czy jest szczęśliwa. Ostatnio było coraz gorzej zamiast lepiej. A 

kiedy ją zobaczyłam.

Podniosła wzrok na Alexa, starając się odgadnąć, co czuje, ale z jego profilu nie zdołała nic 

wyczytać.

– Wiedziałam, kim jest – ciągnęła, odwracając wzrok. – I oczywiście znałam wszystkie fakty 

dotyczące  jej  urodzenia.  Więc  wczoraj,  kiedy  dowiedziałam  się,  co  ją  trapi  i  że  się  boi,  że 

odziedziczyła po matce chorobę Huntingtona trudno mi było to znieść.

– Dlaczego od razu nie powiedziałaś jej prawdy?

–  Nie  było  moją  rolą  mówienie  jej  czegokolwiek.  Jestem  świadoma,  że  w  tej  sytuacji  nie 

mam  żadnych  praw.  Zrzekłam  się  ich  na  piśmie.  Prawdę  mówiąc,  nie  wolno  mi  się  nawet 

komunikować z żadnym z was.

– Ale dopilnowałaś, żebym ja jej o tym powiedział.

– Musiałam. Nie mogłam znieść myśli o tym, że cierpi.

– Powinienem był to  zrobić już dawno – stwierdził  ze smutkiem, wpatrując  się w  wodę. –

Ale  tak  jak  mówiłem, cała  sprawa  była  dla  mnie zawsze  trochę  niesmaczna.  Myślałem,  że  dla 

dziecka będzie zbyt bolesne, jeśli się dowie...

background image

– Spojrzała na niego.

– Jeśli czego się dowie? – spytała z goryczą. – Że jej matka sprzedała ją za siedemdziesiąt 

tysięcy dolarów?

Milczał ze wzrokiem utkwionym w strumieniu.

– Oczywiście, że taka nowina jest bolesna – zgodziła się Gina. – Jeśli mną gardzisz za to, co 

zrobiłam, pomyśl, jak ona się poczuje.

– Nie gardzę tobą.

–  Nieważne.  Nie  musisz  być  uprzejmy.  Oczywiste  jest,  co  o  mnie  myślisz  i  nie  mam  do 

ciebie pretensji, ale chcę, żeby Steffi dowiedziała się prawdy. I chcę, żeby usłyszała to ode mnie, 

jeśli ją znajdziemy w porę, – Dlaczego chcesz przechodzić przez tak bolesne doświadczenie?

–  Bo  nie  będę  w  stanie  żyć  sama  z  sobą,  jeśli  nie  zdołam  jej  powiedzieć  prawdy.  Potem 

możesz  ją  zabrać  i  wyjechać.  Obiecuję,  że  żadne  z  was  nie  będzie  mnie  już  nigdy  musiało 

widzieć.

Nie była w stanie znieść więcej. Wszystko zwaliło się na nią jednocześnie – dni troski o stań 

Steffi,  jej  zniknięcie,  długie  godziny  poszukiwania,  a  teraz  ból  wyjawienia  prawdy  Alexowi  i 

jego pogarda...

Zsunęła  się  z  głazu  i  przeszła  szybko  przez  strumień,  kierując  się  tam,  skąd  z  oddali 

dobiegało szczekanie psa.

– Mamy ślad! – zawołał policjant. – Znaleźliśmy ją. Nadal idzie w stronę wierzchołka.

Gina przyspieszyła kroku, biegnąć w kierunku szczekającego psa.

Słyszała,  jak  Alex  przechodzi  przez  strumień  i  idzie  za  nią.  Nic  nie  powiedział,  a  ona  nie 

zwracała na niego uwagi, wspinając się uparcie ku wysokiej ścianie kamieni widocznych na tle 

ciemniejącego nieba.

Roger  przeszedł  przez  podwórze  hotelu  i  wbiegł  na  frontowe  schody,  przygarbiony  ze 

zmęczenia. Zatrzymał się na werandzie i popatrzył na odległe wzgórza na drugim brzegu, okryte 

zmierzchem.

Motorówki  pływały  ż  jednej  strony  jeziora  na  drugą,  dowożąc  nowe  ekipy  na  wzgórza  i 

przywożąc  poprzednie  na  odpoczynek  i  jedzenie.  Przez  cały  dzień  zgłaszały  się  dziesiątki 

ochotników, sąsiadów z pobliskich farm, a także ludzi z miasta, ofiarujących swą pomoc.

Ale kiedy słońce  znikło  za wzgórzami,  a niebo zaczęło  ciemnieć, poszukujący sposępnieli. 

Wiedzieli, że pies znalazł trop wysoko w górach, niedaleko wierzchołka. Ostrzeżono ich także, że 

dziewczynka ma poważne  problemy.  Wielu  z nich uważało, że nawet jeśli ją znajdą, będzie za 

późno.

Roger pomyślał o liście Steffi i jednoznacznych słowach pożegnania. Zacisnął zęby i wszedł 

do hotelu, kierując się w stronę kuchni.

background image

Grupa kobiet pracowała przy kontuarze i zlewie, przygotowując kanapki i kawę. Ochotnicy 

siedzieli  wokół  stołu,  zmęczeni  i  brudni,  korzystając  z  krótkiej  chwili,  żeby  się  posilić  i 

odświeżyć, zanim znów przepłyną jezioro i podejmą swą wędrówkę po lesie.

Mary przyniosła dzbanek z kawą i postawiła go na stole. Wyprostowała się i przycisnęła dłoń 

do krzyża. Odwróciła głowę, ale Roger dostrzegł linie zmęczenia na jej twarzy. Zaczęła zbierać 

talerze i sztućce zestala – Daj mi to – powiedział do niej, przechodząc przez kuchnię.

Wziął naczynia i zaniósł do zlewu, po czym wrócił do Mary i dotknął jej ramienia.

– Wyjdź ze mną na dwór – poprosił. – Tu jest dosyć ludzi, żeby przez chwilę wszystkiego 

przypilnować.  Chcę,  żebyś  usiadła  i  trochę  odpoczęła,  Nie  sprzeciwiała  się,  co  go  jeszcze 

bardziej  zmartwiło.  Przeszli  razem  przez  hotel  i  znaleźli  się  na  werandzie.  Roger  poprowadził 

Mary do bujanej kanapy, zmusił ją łagodnie, żeby usiadła i ułożył poduszki tak, żeby mogła się o 

nie oprzeć. Usadowił się obok niej i zaczął delikatnie kołysać ławką.

Mary siedziała z założonymi rękami, wpatrując się w zamglona linię wzgórz.

– Zimno tam będzie wieczorem – zauważyła. – Biedna mała.

Roger znów pomyślał o liście. Zastanawiał się, czy Steffi Colton poczuje zimno wieczorem i 

czy w ogóle je jeszcze poczuje. Ale nie chciał o tym mówić Mary.

Odchrząknął i spojrzał na nią.

– Mary...

Oparła głowę o poduszki i zamknęła oczy.

– Mhm?

– Czy pamiętasz siostrę Giny?

– Claudię?

– Tak. Myślałem o niej cały dzień. Pamiętasz, jak tu przyjechała?

– To było dawno. Lata temu.

– To prawda. Ale czy pamiętasz, jak wyglądała?

Mary zmarszczyła brwi w skupieniu, po czym otworzyła oczy i wbiła w niego wzrok.

– Tak – szepnęła. – Teraz, kiedy o tym powiedziałeś, przypomniałam sobie.

– Więc co myślisz?

Wpatrywała się w lśniące wody jeziora.

– Nie wiem – odparła wreszcie. – Czy myślisz, że Gina jest w jakiś sposób spokrewniona z 

Coltonami?

– Myślę, że jest przynajmniej spokrewniona ze Steffi. Dzieje się tu coś, o czym nie wiemy. 

Mam nadzieję, że Gina nam w końcu powie.

–  Jestem  tu  już  tak  długo  –  rzekła  Mary  w  zamyśleniu.  –  Gina  jest  dla  mnie  jak  córka. 

Zapomniałam,  że  miała  przecież  jakieś  życie,  zanim  się  poznałyśmy.  Nigdy  nam  o  tym  nie 

mówiła.

background image

–  Gina  jest  dobrym  człowiekiem  –  stwierdził  Roger.  –  Cokolwiek  by  się  zdarzyło  w 

przeszłości, wiem, że nie zrobiła nic złego. Ale zaczynam się zastanawiać nad jej zachowaniem 

w ciągu ostatniego tygodnia.

– Nad tym, że jest taka markotna i smutna? Skinął głową.

– Chyba nie myślisz...

– Sam nie wiem, co myślę. Ale naprawdę się martwię, Mary.

W oczach Mary błyszczały łzy. .

–  To  wszystko  było  takie  straszne.  Wiedziałam,  że  Gina  jest  zdenerwowana,  a  mała 

nieszczęśliwa od chwili, kiedy się tu znalazła. Modlę się do Boga, żeby się jej nic nie stało.

– Myślę, że nie potrzeba się martwić – odrzekł Roger z udanym optymizmem. – To pewnie 

tylko kawał i tyle. Sposób,  żeby zwrócić na siebie uwagę. Znajdą ją, porozmawiają i wszystko 

będzie dobrze .

– A jeśli nie? – zapytała, zwracając ku niemu pełna udręki twarz. – Roger, a jeśli nie zdążą?

Objął  ją  i  ku  jego  zdziwieniu  tym  razem  też  się  nie  odsunęła.  Przytuliła  się  do  niego, 

chowając twarz na jego piersi.

Trzymając  ją  w  ramionach,  poczuł  taki  przypływ  miłości,  że  z  trudem  nad  sobą  panował. 

Szloch, wstrząsał jej ciałem.

– Będzie dobrze, Mary – szepnął. – Wszystko będzie dobrze. Nie płacz.

Po chwili opanowała się,  wyprostowała i otarła oczy brzegiem fartucha. Roger poklepał jej 

ramię uspokajająco.

Odwróciła wzrok, odchrząknęła i zaczęła się bawić tasiemką przy fartuchu.

–  Rozmawiałam  dziś  rano  z  Fredem.  Przywiózł  z  motelu  dwóch  chłopców  do  pomocy  w 

poszukiwaniach.

– Wiem.

Zdjął czapkę i ze znużeniem potarł dłonią czoło.

– Ludzie są naprawdę dobrzy, nie uważasz?

– Fred mi powiedział... – Mary spojrzała na niego – i szybko odwróciła wzrok. – Powiedział, 

że Lacey Franks pojechała dziś z powrotem do Vancouveru.

Skinął głową, zaskoczony zmiana tematu. Przez cały dzień ani razu nie pomyślał o Lacey.

– Na pewno pojechała spakować resztę swoich rzeczy...

– Spakować swoje rzeczy? – zapytał zaskoczony. – Po co miałaby to robić?

Policzki Mary poróżowiały z zakłopotania.

– Myślałam, że macie zamiar zamieszkać razem.

Potrząsnął głową.

– Źle myślałaś. Nigdy nie miałem tego rodzaju uczuć dla Lacey Franks.

Zapomniała o swym zdenerwowaniu i wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.

background image

–  Ale  spędzałeś  z  Lacey  tyle  czasu,  chodziłeś  na  randki.  Przywiozłeś  ją  nawet  do  hotelu, 

żebyśmy ją poznały.

– Nie zapraszałem jej – stwierdził sucho. – Uparła się, żeby tu przyjechać. To wielka różnica.

– Myślałyśmy, że jesteście.... – urwała niepewnie.

–  Lacey  też  tak  myślała  –  odparł.  –  Cała  sprawa  miała  miejsce  głównie  w  jej  wyobraźni. 

Przyznaję, że to częściowo moja wina. Powinienem był od  razu jej powiedzieć, że mnie to nie 

interesuje. Nie wiedziałem, jak to zrobić, żeby nie być niegrzecznym albo się nie ośmieszyć.

– Naprawdę sądziłam, że jesteś w niej zakocham Pokręcił głową.

– To po prostu niemądre. Jak mógłbym się zakochać w takiej kobiecie?

– Czemu nie? Jest ładna, bywała w świecie, świetnie się ubiera...

– To mnie nie pociąga.

Roger odetchnął głęboko i popatrzył na odległą linię wzgórz na drugim brzegu jeziora.

–  Poza  tym  już  jestem  zakochany.  Jestem  zakochany  od  lat.  Interesuje  mnie  tylko  jedna 

kobieta.

Mary odwróciła się, by na niego spojrzeć. W ciemności jej twarz była blada i napięta. Roger 

objął ją i przyciągnął do siebie.

– Kocham  cię,  Mary – szepnął, wtulając twarz w  jej włosy. – Powinienem był dawno ci o 

tym powiedzieć, ale jakoś nie znajdowałem słów.

– We mnie? – zapytała z niedowierzaniem. – Jesteś zakochany we mnie?

– Kto by cię nie kochał? Jesteś cudowna kobietą, Mary.

Objął  ją  mocniej  i  uśmiechnął  się  czule.  Ale  ona  nie  odpowiedziała  uśmiechem.  Mięła  w 

dłoniach fartuch, nie patrząc na Rogera. Ogarnął go strach.

– Mary, proszę, powiedz, że nie jest za późno. Powiedz, że znajdziesz w sercu uczucie dla 

mnie, mimo że jestem starym wariatem. Nie chcę dłużej żyć bez ciebie.

– Dlaczego mówisz mi o tym teraz? Jeśli czujesz to od dawna, dlaczego czekałeś?

– Bałem się, że mnie odtrącisz i będę musiał wyjechać. Ale ostatnio rozmyślałem o różnych 

rzeczach i doszedłem do wniosku, że nie można być tchórzem. A jeszcze dzisiaj cały ten strach o 

Steffi... Mary, nie zniosę tego dłużej. Nie chcę przeżyć życia, pragnąc czegoś i nie mając odwagi 

tego zdobyć.

Milczała tak długo, że jego strach zmienił się najpierw w rozpacz, a potem w rezygnację.

– Przepraszam cię, Mary – powiedział. – Proszę, zapomnij, że cokolwiek mówiłem. Nie chcę 

przyprawiać cię o ból czy zmieszanie. Zapomnij o tym i zachowujmy się, jakby się nic nie stało.

Mary odwróciła się ku niemu z błyskiem w oku.

– Myślę, że jednak miałeś rację – stwierdziła, mierząc go spojrzeniem.

– W jakiej sprawie?

– Jesteś starym wariatem.

background image

A potem znalazła się w jego ramionach, śmiejąc się i płacząc, Roger z trudem wierzył w ten 

cud, całując ją i kołysząc delikatnie.

Steffi  pojękiwała  z  bólu,  drapiąc  się  ku  niebu.  Ostatni  odcinek  był  już  prawdziwą 

wspinaczką.  Wierzchołek,  kamienna  ściana  o  niemal  pionowych  bokach,  wznosił  się  nad 

ostatnimi drzewami.

Z daleka, z dołu, wydawał się nieduży i przypominał nierówny płot z kamienia, przez który 

można  przeskoczyć  i  spaść  w  próżnię  pod  nim.  Ale  wcale tak  nie  było. Żeby wejść  na  szczyt, 

musiała  koncentrować  się  na  każdym  kroku,  każdym  uchwycie  rąk,  przyczepiając  się  do 

powierzchni skały jak mucha na ścianie.

A noga ją tak bolała.

Zagryzła,  wargi  i  znalazła  uchwyt  dla  ręki,  sprawdzając  go  uważnie,  potem  podciągnęła 

stopy  jedna  po  drugiej,  szukając  bezpiecznych  miejsc,  żeby  móc  się  oprzeć  całym  ciężarem. 

Gdzieś  nad  nią  obluzowało  się  kilka  kawałków  skały  i  spadło  w  dół  tuż  koło  jej  twarzy.  Była 

przerażona. Go będzie, jeśli oderwie się cała ściana i spadnie z powrotem w dół, między drzewa?

Może  ten  potworny  niedźwiedź  nadal  gdzieś  tam  krąży,  idąc  za  zapachem  krwi,  którą 

broczyła przez całą drogę.

Steffi dzielnie poradziła sobie, z atakiem niedźwiedzia, ale to, było w ciepłym świetle dnia. 

Nie wiedziała,  jak zdołałaby przeżyć ten  koszmar w ciemności.  Sama  myśl o  tym  sprawiła, że 

zaczęła pojękiwać, po czym zacisnęła zęby i znów podciągnęła się w górę.

Jeszcze jeden uchwyt, potem następny...

Jej czoło pokrył zimny pot. Bolały ją ramiona, jej dłonie były jak otwarte rany, a skaleczona 

noga paliła i pulsowała.

– Nie dam rady – wyjęczała. – Nie dam. Muszę zrezygnować.

Ale  siła  ducha  nie  pozwoliła  jej  się  poddać.  Gdzieś  na  ciemniejącym  niebie  usłyszała 

unoszony wiatrem głos swego ojca:

–  Nigdy  się  nie  poddawaj,  Steff.  Dopóki  na  to  nie  pozwolisz,  nie  będziesz  pokonana. 

Podołasz wszystkiemu, jeśli się nie poddasz.

– Nie poddam się, tato – obiecała.

Serce  bolało  ją  na  myśl  o  nim.  Zawsze  był  taki  duży  i  silny,  łagodny,  pełen  śmiechu  i

mądrości. W latach, kiedy matka zapadła na zdrowiu, ojciec stał się dla Steffi wszystkim. To on 

ją  uczył  rozmaitych  rzeczy,  dzielił  z  nią  radości  i  smutki.  Był  zawsze  przy  niej,  ilekroć  go 

potrzebowała.

Nie mogła znieść myśli, że będzie cierpieć na tę samą chorobę co matka i ojciec jeszcze raz 

przejdzie przez mękę, – Nie pozwolę na to – szepnęła, zaciskając zęby i podciągając się w górę. –

Nie pozwolę, nie pozwolę, , nie pozwolę.

background image

Z  każdym  powtórzeniem  tych  słów  wdrapywała  się  coraz  wyżej.  Wreszcie  ostatnim

wysiłkiem wczołgała się na krawędź i dysząc ciężko, leżała na wierzchołku.

Po chwili podpełzła do przodu na czworakach, nieśmiało rozglądając się wokół.

Wydawało  jej  się,  że  jest  na  szczycie  całego  świata,  otoczona  ze  wszystkich  stron 

wierzchołkami.  Niektóre  z  sąsiednich  gór  były  nawet  wyższe,  bowiem  ich  szczyty  tonęły  w 

chmurach. Na kilku z, nich leżała cienka warstwa śniegu.

Przepaść  poniżej,  po  drugiej  stronie  góry,  dawała  pojęcie  wysokości  przyprawiającej  o 

zawrót głowy. Sam wierzchołek miał kształt płytkiej misy rozmiaru dwóch boisk do piłki nożnej. 

Przez  stulecia  wiatr  nawiał  tu  glebę,  która  wypełniła  wgłębienie,  pozwalając  w  nim  rosnąć 

drobnym krzewom i kępom grubej, krzaczastej trawy.

W uszach Steffi wył górski wiatr. Był tak głośny, że nie słyszała nic poza nim. Miała pełne 

poczucie odosobnienia – przynosiło jej ono dziwna ulgę.

Pokuśtykała  do  krawędzi  i  stojąc  w  bezpiecznej  odległości,  spojrzała  w  dół.  Poniżej 

otwierała  się  otchłań  tak  głęboka,  że  wypełniał  ją  cień.  Dziewczynka  nie  była  nawet  w  stanie 

dostrzec dna, choć słyszała szum płynącej w dole rzeki.

Ostrożnie  położyła się  na  skale  i  popatrzyła  w  przepaść.  Gdyby tylko  mogła dostrzec  dno, 

drzewa  i  wodę  byłaby  w  stanie  skoczyć.  Ale  nie  mogła  znieść  myśli  o  skoku  w  ciemność. 

Widziała jedynie skalna półkę na stromej ścianie, około pięciu metrów niżej. Była dość szeroka, 

by leżały na niej głazy i rosło kilka sosen uczepionych kamienia poskręcanymi korzeniami.

Steffi  wiedziała,  że  musi  znaleźć  inne  miejsce.  Gdyby  skoczyła  stąd,  mogłaby  nie  ominąć 

półki. A gdyby na nią spadła, mogłaby uderzyć się w głowę albo złamać nogę i nie być w stanie 

doczołgać się do krawędzi, żeby skoczyć jeszcze raz. Wtedy na pewno ją znajdą.

Z  przerażeniem  myślała,  że  mogłaby  nie  dokończyć  zadania  teraz,  kiedy  dotarła  już  tak 

daleko. Musiała rzucić się w tę bezdenna otchłań, żeby roztrzaskać się o skały i żeby uniosła ją 

dzika, oczyszczająca rzeka, tak aby nic z niej nie pozostało.

W taki sposób chciała umrzeć.

Niechętnie  stwierdziła,  że  musi  spędzić  noc  na  szczycie.  Rano,  kiedy  będzie  jasno,  kiedy 

słońce  wzejdzie i napełni  dolinę światłem, znajdzie miejsce na skale,  gdzie brzeg  jest stromy i 

gładki. Stanie na chwilę, żeby zmówić modlitwę, pomyśleć o ojcu, matce i wszystkich ludziach, 

których kocha. Potem rozłoży ramiona, skoczy i da się nieść światłu słońca.

Z drżeniem odsunęła się od krawędzi i zaczęła badać omiatany wiatrem wierzchołek, starając 

się znaleźć schronienie przed zimnym, nocnym powietrzem.

Krzaki  porastające  wierzchołek  miały  grube,  poskręcane  łodygi  i  pokryte  kurzem  liście. 

Steffi  wyjęła  z  kieszeni  składany  nóż  i  nacięła  łodyg,  mając  zamiar  zrobić  z  nich  posłanie  i 

nakryć się gałęźmi.

Niechętnie  myślała  o  nocowaniu  tu,  na  wietrze  i  w  blasku  księżyca,  wydana  na  pastwę 

drapieżników krążących nocą w górach. Sądziła jednak, że żaden drapieżnik nie wdrapie się na 

background image

skałę w pogoni za nią.

Sama na wyniosłym szczycie była bezpieczna.

Przerwała pracę i rozmasowała ramiona, patrząc na ciemniejące niebo. Tu i tam na tle czerni 

połyskiwały gwiazdy i wydawały się tak blisko, że wystarczyło wyciągnąć rękę, by ich dotknąć.

–  Chciałabym,  żeby  już  wzeszedł  księżyc  –  szepnęła.  –  Nie  będzie  tak  strasznie,  jak  będę 

widziała, co robię.

Dźwięk  własnego  głosu  wcale jej  nie  pocieszył.  Wiatr  wyrywał  słowa  z  jej  ust  i unosił je, 

kiedy  tylko  przemówiła.  Pracowała  dalej,  głównie  po  omacku,  ścinając  poskręcane  gałęzie  i 

rzucając je na bok, tak że tworzyły stos.

Znajdzie jakieś miejsce wśród kamieni, które osłonią ją od wiatru, i tam zrobi sobie posłanie. 

Może dalej, po drugiej stronie, obok...

Podniosła głowę i nasłuchiwała. Zdawało jej się, że coś usłyszała poprzez wycie wiatru, ale 

nie była  pewna.  Zaczęła  biec w  stronę,  z  której  się tu  wspięła.  Potknęła  się i upadla.  Zraniona 

noga bolała bardziej niż przedtem, a opuchlizna zdawała się rozsadzać paski materiału, którymi 

Steffi ją obandażowała.

Pomyślała  o  ostrych  pazurach  niedźwiedzia  i  kapiącej  z  nich  krwi  zabitego  w  lesie 

zwierzęcia.  Nie  wiadomo,  ile  zarazków  niedźwiedź  miał  na  łapach  i  jaka  infekcja  rozwija  się 

teraz w jej nodze.

Ale to nieważne, powiedziała sobie. Musi przeżyć tę noc, a jutro zagubi się w blasku słońca, 

uniesie ją szybki prąd rzeki.

Jeszcze tylko jedna noc i...

Odgłos powtórzył się. Wstała i pokuśtykała ku krawędzi.

Nagle zadrżała i w popłochu rozejrzała się dokoła. Odgłos był szczekaniem psa i wydawał 

się dobiegać z bardzo bliska. Była prawie pewna, że słyszy też ludzkie głosy, niżej, za psem.

Znieruchomiała na chwilę, przejętą grozą. Odwróciła się i najszybciej jak mogła przeszła na 

drugą stronę wierzchołka.

Doszła  do  miejsca,  skąd  widziała  półkę  skalna  o  pięć  metrów  poniżej  i  położyła  się  na 

brzuchu, żeby ją znowu zobaczyć. W jej myślach ukształtował się plan, ale najpierw musi zatrzeć 

swoje ślady. Może jest jeszcze dość czasu, żeby zmylić pogoń.

Poruszając  się  gorączkowo,  zebrała  stos  naciętych  gałęzi,  całe  ich  naręcza,  i  wrzuciła  na 

półkę.

Kiedy  skończyła,  cień  już  ogarnął  dolinę  i  półka  także  znalazła  się  w  prawie  całkowitym 

mroku. Z trudem dostrzegała wąski pasek skały, porozrzucane na nim głazy i karłowate drzewa.

Zrzuciła  resztę  gałęzi  i  podeszła  do  samej  krawędzi.  Zwinęła  się  w  kulkę,  zawahała  przez 

chwilę i sturlała w dół.

Wylądowała, uderzając głucho o półkę. Upadek pozbawił ją tchu i boleśnie wykręcił ramię, 

jednak gałęzie trochę złagodziły uderzenie. Kiedy wrócił jej oddech, Steffi zbadała się dokładnie, 

background image

zginając łokcie i poruszając się ostrożnie na kłujących łodygach i liściach.

Wygląda  na  to,  że  wszystko  jest  w  porządku.  Poza  pulsującym  bólem  w  nodze  i  zbitym 

ramieniem jest cała.

Poczuła ponury przypływ nadziei. Nigdy jej tu po ciemku nie znajdą. Nawet jeśli ją zobaczą, 

nie będą w stanie dotrzeć do niej. Musi się tylko wczołgać pod stos gałęzi i przetrwać noc.

A rano, kiedy tylko wzejdzie słońce, odbędzie swój triumfalny lot w zapomnienie.

background image

Rozdział 15

Gina trzymała się ściany skalnej, wspinając się tuż za młodym policjantem. Alex szedł kilka 

kroków za nią, a pies stał i szczekał u stóp góry.

– W porządku? – zawołał oficer przez ramię. – Już prawie jesteśmy na miejscu.

– Wszystko dobrze – odparła. – Prędzej.

Znikł w górze. W kilka sekund znalazła się przy nim i czekała na pojawienie się Alexa.

Policjant badał wierzchołek, świecąc sobie latarką. Wrócił do nich spięty i spokojny.

– Ani śladu.

Gina  poczuła  tak  intensywny  przypływ  smutku,  że  straciła  równowagę  i  byłaby  upadła, 

gdyby Alex jej nie podtrzymał.

– Jest pan pewien? – zapytał. – Tam są jakieś zarośla. Może się schowała.

Oficer pokręcił głową.

– To, co tu rośnie, nie jest dość gęste, żeby się można było schować. Boję się, że przyszliśmy 

za późno.

Księżyc zalał wierzchołek srebrnym światłem.

Gina błądziła przez kępy trawy, szukając rozpaczliwie śladu dziewczynki.

– Patrzcie ! – zawołała nagle.

Obaj mężczyźni podbiegli do niej i zbadali świeżo ścięte gałęzie krzewów.

– Dlaczego je ścięła? Może chciała sobie gdzieś zrobić schronienie...

Gina  szła  śladem  porozrzucanych  gałęzi,  który  prowadził  ku  krawędzi  z  drugiej  strony 

wierzchołka.

Zadrżała, patrząc, na otchłań w dole. Nie docierało tam nawet światło księżyca.

Alex wraz z policjantem stali obok, także patrząc w dół.

– Tam jest jakby półka – zauważył Alex, wpatrując się w ciemność. – Myślicie, że Steffi tam 

jest?

Oficer  skierował  snop  światła  na  skalny  występ.  Zobaczyli  gęsty  stos  gałęzi  i  coś 

jasnoniebieskiego, prześwitującego spod liści.

Alex położył się na krawędzi i patrzył w dół, starając się dostrzec szczegóły.

– Myślę,  że to  ona – szepnął podniecony, – I nie przypuszczam, żeby tam spadła. Musiała 

najpierw  zrzucić  gałęzie,  żeby  złagodziły  upadek,  a  potem  zeskoczyła,  żeby  się  przed  nami 

schować.

Wyprostował się i spojrzał na policjanta i Ginę, którzy przyglądali mu się w milczeniu.

– Schodzę – oznajmił.

– Jak? – zapytała Gina.

– Tak samo jak Steffi zeskoczę na półkę.

background image

– Nie mogę na to pozwolić – zaprotestował policjant. To zbyt niebezpieczne.

– Więc co pan proponuje?

– Wezwę helikopter. Mogą tu wylądować i spuścić pasy.

– Kiedy Steffi usłyszy helikopter, gotowa Skoczyć – ostrzegła Gina. – Po to tu przyszła. Nie 

będzie chciała dać się wciągnąć na górę.

Twarz Alexa była napięta, światło księżyca wydobywało głębokie cienie pod jego oczami.

– Jak sądzisz, Gino? Co powinniśmy zrobić?

– Dajcie mi dwadzieścia minut sam na sam ze Steffi – odparła: – Potem wezwijcie helikopter 

i spuśćcie pasy.

– Sam na sam ze Steffi? – nie rozumiał Alex. – Co masz na myśli?

Zanim któryś z nich zdążył zareagować, Gina podeszła do krawędzi, przykucnęła i zsunęła 

się w dół.

Przez  kilka  strasznych  sekund  spadała  przez  ciemność,  czując  na  twarzy  zimny  prąd 

powietrza. Wylądowała z hukiem i usłyszała okrzyk bólu i zdumienia.

Spadła częściowo na Steffi, leżącą pod stosem gałęzi. Dziewczynka podniosła się i odsunęła 

w panice.

–  Steffi,  to  ja  –  uspokoiła  ją  Gina.  –  Na  pewno  grzeczniej  byłoby  zapowiedzieć  się 

telefonicznie, prawda?

Odsunęła  gałęzie  i  usiadła.  Steffi  wpatrywała  się  w  nią,  przycupnąwszy  na  krawędzi 

przepaści. – Gina? Dlaczego... Co ty tu robisz?

– Byłam akurat niedaleko – odparła z nadzieją, że jej beztroski ton powstrzyma dziewczynkę 

przed nagłymi posunięciami.

Steffi nadal siedziała skulona, o wiele za blisko krawędzi, , żeby jej mogło być wygodnie.

– Au! – jęknęła Gina, dotykając pleców, – Uderzyłam się w ramię. Czy możesz tu podejść i 

zobaczyć, czy nie krwawi?

Steffi  zawahała  się,  po  czym  podpełzła  niechętnie  w  stronę  Giny.  Ta  odwróciła  się  żeby 

pokazać plecy.

– Wygląda, że jest w porządku .. – orzekła Steffi. – Może uderzyłaś się o gałąź.

– Co ci się stało w nogę?

Gina oparła się o skalę, mając nadzieję, że Steffi zrobi to samo. Starała się mówić tak, jakby 

prowadziły rozmowę na werandzie hotelu.

– Na dole w lesie był niedźwiedź. Rozdrapał mi nogę. Bardzo krwawiła.

– Och, Steffi...

Wyciągnęła do niej ręce, lecz dziewczynka odsunęła się od niej.

– Dlaczego tu jesteś? Gdzie jest tata?

– Czeka na górze. Zeszłam tu przed nim, bo chciałam ci opowiedzieć pewna historię.

– Co to za historia?

background image

– O mnie, kiedy byłam kilka lat starsza od ciebie.

–  Steffi  oparła  się  o  skałę  i  milczała.  Ale  czując,  że  córka  chce  jej  słuchać,  Gina  zaczęła 

opowiadać.

–  Kiedy  miałam  siedemnaście  lat,  przeprowadziłam  się  do  Vancouveru,  zamieszkałam  z

ciotką  i  studiowałam  hotelarstwo.  Pewnego  dnia,  kiedy  już  ukończyłam  kurs,  przyjechałam  do 

Azure Bay, zobaczyłam  Edgewood Manor i zakochałam się w nim. Chciałam  kupić ten hotel i 

spędzić w nim resztę życia, prowadząc dochodowy interes: Miałam dwadzieścia jeden lat.

–  Jakim  cudem  stać  cię  było  na  kupno  tak  dużego  hotelu?  –  zapytała  Steffi,  wyraźnie 

zainteresowana.

– Odziedziczyłam spadek po babce. Prawie wystarczał na zaciągnięcie pożyczki hipotecznej. 

Byłam młoda i pełna energii. Myślałam, że mając posadę, pracując i oszczędzając  każdy grosz 

zdołam być może zarobić resztę pieniędzy. Ale wtedy stało się coś straszliwego.

– Co?

–  Moja  młodsza  siostra  miała  wypadek.  Wymagała  kosztownego  leczenia,  którego  nie 

pokrywało  ubezpieczenie,  a  matka  nie  miała  nikogo,  kto  mógłby  pomóc.  Trzeba  było  całego 

mojego spadku i jeszcze wielu tysięcy, żeby zapłacić za szpital. Byłam załamana.

– I co zrobiłaś?

– Odpowiedziałam na ogłoszenie o pracy, za którą obiecywano dużo pieniędzy.

Zawahała się, walcząc z poczuciem nierzeczywistości. Wydawało jej się nieprawdopodobne, 

że  ona  i  Steffi  siedzą  tu,  na  półce  skalnej,  w  ciemnościach,  tysiące  metrów  nad  śmiertelna 

otchłanią, i oto opowiada swej córce historię jej narodzin.

– Gina? – zapytała Steffi. – Co to była za praca?

– Chodziło o parę, która strasznie chciała mieć dziecko.

Urwała.

– Wiesz, co to jest sztuczne zapłodnienie?

– Oczywiście, że wiem. Więc ta para chciała, żebyś była zastępczą matką, tak?

Gina skinęła głową. Wiedza Steffi nie powinna być dla niej zaskoczeniem.

Opisała dziewczynce całą sytuację – znajomość z kobietą, to, że nigdy nie poznała jej męża, 

sam poród.

– Jak to było? – pytała  Steffi,  wyraźnie zafascynowana. Cała jej rezerwa  zniknęła, –  Sama 

ciąża  była  zadziwiająco  przyjemna.  Przez  większość  czasu.  A  Joanne  –  tak  się  ta  kobieta 

przedstawiła  –  kochała  to  dziecko  od  chwili,  kiedy  zostało  poczęte.  Obie  je  kochałyśmy. 

Spędzała ze mną wiele czasu, kiedy stawałam się coraz grubsza i grubsza, i skupiałyśmy się na 

tym, żeby mieć jak najlepsze, najmilsze i najzdrowsze dziecko.

– Ale kiedy się urodziło, musiałaś je oddać?

– Tak. To była najtrudniejsza rzecz w moim życiu. Oddałam dziecko i obiecałam, że nigdy, 

póki żyję, nie będę miała żadnych kontaktów z jego rodzicami.

background image

– Czy to był chłopiec czy dziewczynka?

– Dziewczynka.

–  Hmm  –  mruknęła  Steffi.  –  I  to  już  koniec  tej  historii?  Nigdy  nie  zobaczyłaś  swojego 

dziecka?

– Gina poczuła, jak jej wali serce.

– Nie, aż do niedawna.

– Co się wydarzyło? Spotkałaś ją?

Głos Steffi się zmienił. Był miękki, pełen niedowierzania.

– Tak – odparła Gina spokojnie. – Przyjechała ze swoim ojcem do mojego hotelu.

Odpowiedzią na jej słowa była cisza tak głęboka, że prawie namacalna. Gina czekała, mając 

wrażenie, że jej serce przestało bić.

Wreszcie usłyszała, jak Steffi oddycha głęboko.

– To byłam ja – powiedziała. – Ja byłam tym dzieckiem, które oddałaś.

– Tak – przytaknęła. – Nigdy nie znałam waszego nazwiska, więc nie miałam pojęcia, kim 

jest  twój  ojciec,  kiedy  przyjechał  pierwszy  raz  i  zamówił  pokoje.  Ale  nabrałam  podejrzeń,  jak 

tylko  cię  zobaczyłam,  bo  wyglądasz  dokładnie  jak  moja  siostra  Claudia.  Jednak  nie  byłam 

pewna, dopóki nie weszłam do twojego pokoju i nie zobaczyłam zdjęcia twojej matki.

– Dlaczego oni mi nie powiedzieli? – zapytała Steffi zdławionym od bólu głosem. – Jeśli to 

prawda, dlaczego ojciec nigdy mi nie powiedział?

–  Bo  twoja  matka  tak  sobie  życzyła.  Twój  ojciec  mi  powiedział,  że  ukrywanie  przed  tobą 

prawdy było jej obsesją. Może działo się tak dlatego, że czuła się twoją prawdziwą matką. Była 

nawet ze mną w sali porodowej, kiedy się urodziłaś. To ona pierwsza wzięła cię na ręce.

– Więc jak już było po wszystkim, po prostu zapomnieli o twoim istnieniu?

–  Myślę,  że  się  starali.  Prawdopodobnie  chcieli  cię  uchronić  przed  faktem,  że  twoja 

biologiczna matka to ktoś, kto. , wymienił dziecko na pieniądze.

– Ale mój ojciec tak o tobie nie myśli. Jest w tobie zakochany.

– Sądzę, że już nie – stwierdziła Gina z bólem serca. – Nie teraz, kiedy już opowiedziałam 

mu całą historię. . .

– Dlaczego miałoby to robić jakąś różnicę?

Gina poczuła ciepły przypływ miłości dla tego cudownego dziecka, które przed laty urodziła.

–  Bo  teraz  wie,  że  jestem  osobą,  która  potrafi  zamienić  dziecko  na  pieniądze.  Nie  myślę, 

żeby mógł żyć z taką świadomością.

– Nikt nie może cię potępić za to, że zawarłaś umowę i dotrzymałaś jej – stwierdziła Steffi. –

A ty mnie kochałaś? – zapytała po chwili.

Oczy Giny napełniły się łzami.

– Och, kochanie moje... Nigdy się nie dowiesz, jak bardzo cię kochałam. Przez te wszystkie 

lata nie było dnia, żebym nie myślała o tobie i nie zastanawiała się, jak żyjesz, i nie pragnęła cię 

background image

zobaczyć. I co roku w dniu twoich urodzin...

Steffi przysunęła się bliżej i objęła ramiona Giny.

– Nie płacz – szepnęła. – Nie płacz, Gino. Byłam szczęśliwa. Miałam naprawdę udane życie, 

dopóki...

Nagle ścisnęła ją mocniej.

– Nie jestem chora – stwierdziła ze zdumieniem. – Jeśli ty jesteś moją prawdziwą matką, w 

żaden sposób nie mogłam odziedziczyć choroby Huntingtona.

– Właśnie dlatego twoja matka zdecydowała się na to wszystko. Wiedziała, że istnieje duże 

prawdopodobieństwo, że ma wadliwy gen i nie chciała ryzykować przekazania go tobie.

–  Ale  dlaczego  mi  nie  powiedzieli?  –  powtórzyła  Steffi  z  płaczem.  –  Przez  cały  czas 

myślałam że umrę tak jak ona.

– Twój ojciec nie miał pojęcia, że wiesz o chorobie matki. Myślał, że jesteś przekonana, że 

miała raka. Gdyby wiedział, jak się czujesz, nigdy nie pozwoliłby, żebyś tak cierpiała.

– Tata przyjechał tutaj, do twojego hotelu, bo znalazł broszurę w biurku mamy, prawda?  –

zapytała dziewczynka po chwili milczenia.

Gina wyjęła chusteczkę i otarła nią oczy. – Tak.

– Myślę, że mama trzymała tę broszurę, bo chciała, żebyśmy się znaleźli i byli razem po jej 

śmierci.

Gina zastanowiła się.

– Możliwe, ale już się nigdy tego nie dowiemy. W każdym razie twój ojciec nigdy nie...

Steffi  wtuliła  się  w  nią.  Napięcie  kilku  ostatnich  dni  dało  znać  o  sobie.  Gina  czuła,  jak 

szczupłym  ciałem  jej  córki  wstrząsają  łkania.  –  No  już  –  szepnęła.  –  Już  wszystko  dobrze, 

kochanie.

Kocham  cię  i  twój  ojciec  też  cię  kocha.  Twoja  matka  też  cię  kochała.  Nic  nigdy  tego  nie 

zmieni.

Po  dłuższym  czasie  Steffi  uspokoiła  się  i  otarła  łzy  rękawem.  Przez  chwilę  siedziały 

przytulone do siebie, patrząc na gwiazdy.

– Teraz, kiedy znasz już prawdę, czy twoje uczucia do samej siebie są inne? I do rodziców? –

zapytała wreszcie Gina.

–  Czuję  się  taka  szczęśliwa,  że  nie  jestem  chora.  Ale  nie  żywię  negatywnych  uczuć  do 

rodziców.  Ani  do  ciebie  –  dodała  nieśmiało.  – Cieszę  się,  że  mi  to  wszystko powiedziałaś.  To 

musiało być dla ciebie naprawdę trudne.

– Nie tak trudne, jak zachowywanie milczenia przez cały zeszły tydzień.

Usłyszały daleki warkot helikoptera zbliżającego się do szczytu góry.

– Spuszczą pasy, żeby nas zabrać na pokład – wyjaśniła Gina. – Dobrze?

– Tak – odparła Steffi. – Czuję się jak idiotka. Przysporzyłam wszystkim tyle kłopotu.

Gina uściskała ją mocno.

background image

–  To  nie  twoja  wina.  Gdybyśmy  byli  wobec  ciebie  uczciwi,  to  wszystko  by  się  nie 

wydarzyło.

Dziewczynka z wdzięcznością ponownie wtuliła się w jej ramiona. Obie czekały na pomoc, 

nasłuchując odgłosów dobiegających z góry.

Brezentowe pasy zaczęły się zniżać, obijając się o skałę.

–  Najpierw  ty  –  powiedziała  Gina,  pomagając  Steffi  i  patrząc  z  niepokojeni  na 

prowizoryczny bandaż na jej nodze, przesiąknięty krwią. – Zobaczymy się za chwilę na górze.

– Gina? – szepnęła Steffi – Tak, kochanie?

– Kocham cię.

Helikopter unosił ją wolno w górę ściany skalnej. Gina stała na dole i patrzyła na oświetlona 

blaskiem księżyca sylwetkę córki.

Następnego  popołudnia  Gina  zaparkowała  przy  szpitalu  w  Kelownie  i  weszła  do  środka, 

niosąc  koszyk  ciastek  świeżo upieczonych  przez  Mary i  bukiet polnych  kwiatów  zerwanych  w 

hotelowym ogrodzie. Kiedy szła korytarzami, jej serce biło niespokojnie.

Pod pokojem Steffi zawahała się, po czym popchnęła drzwi i weszła.

Alex  siedział  przy  łóżku,  czytając  magazyn.  Sprawiał  wrażenie  zmęczonego,  lecz 

spokojnego.  Steffi  leżała  z  zamkniętymi  oczami,  blada  i  nieruchoma.  Była  podłączona  do 

kroplówki. Gęstwa jej rudych włosów lśniła jak płomień na białej, szpitalnej poduszce.

Gina przez chwilę patrzyła na nich oboje i łzy napłynęły jej do oczu. Odetchnęła głęboko i 

przeszła przez pokój, Alex zaskoczony podniósł wzrok, odłożył magazyn i wstał.

– Witaj, Gino – szepnął. – Śpi od jakiejś godziny.

– Jak się czuje?

– O wiele lepiej. Wczoraj wieczorem dostała dwie transfuzje i to ją wzmocniło.

– Czy wdało się zakażenie?

Pokręcił głową.

–  Była  na  tyle  rozsądna,  że  oczyściła  ranę  w  zimnej  wodzie  strumienia.  Zdaniem  lekarza 

noga wygląda dobrze.

– Biedactwo kochane. Przeżyła koszmar.

Położyła  Ciastka  i  kwiaty  na  stoliku  przy  łóżku,  po  czym  dotknęła  wspaniałych,  rudych 

włosów, ujmując na chwilę ich pasmo.

– Jest taka piękna, prawda?

– Tak – potwierdził. – Jest piękna.

Gina wpatrywała się w delikatne rysy dziewczynki.

– Przez te wszystkie lata próbowałam sobie wyobrazić, jak wygląda i na jakiego człowieka 

wyrośnie. Tak ciężko było nic o niej nie wiedzieć. Leżałam w łóżku i płakałam, bo byłam pewna, 

że jej nigdy nie zobaczę.

Alex stał obok i patrzył na Ginę. Mówiła zarówno do niego, jak i do siebie samej.

background image

–  Wyobrażałam  sobie,  że  przyjeżdżam  do  miasta  i  w  jakiś  sposób  znajduję  wasz  dom. 

Chowam się w krzakach, żeby tylko móc ją zobaczyć. A teraz...

Westchnęła głęboko, nadal wpatrując się w twarz Steffi.

– Naprawdę wszystko jest w porządku?

– To istny cud – . odparł ze zmęczonym, lecz pełnym ulgi uśmiechem: – Kiedy z nią teraz 

rozmawiam, jest tak, jakby wróciła skądś z daleka. Znów jest sobą. Ledwo mogę w to uwierzyć.

Gina zadrżała.

– Nie spałam całą noc. Leżałam i myślałam, jak mało brakowało, żebyśmy ją stracili. Teraz, 

kiedy ten koszmar się skończył, nie mogę znieść myśli o tym wszystkim, ale też nie mogę się ich 

pozbyć.

Objął  jej  ramiona,  ale  odsunęła  się  i  podeszła  do  okna.  Polewaczki  spryskiwały  trawnik  i 

sprawiały, że w jasnym, letnim powietrzu tworzyły się tęcze. Alex podszedł i stanął obok.

– Zrobiłaś wczoraj coś niebywałego. Zeskoczyłaś na półkę, żeby porozmawiać ze Steffi.

Przycisnęła czoło do chłodnej szyby.

– Nie miałam wyboru. Po tym, co, jej zrobiłam przed laty .

Głos jej się załamał.

Alex  stał  obok,  nie  dotykając  Giny.  –  Dość  długo  rozmawiałem  ze  Steffi  dziś  rano.  O 

wszystkim.

– Jakie są jej odczucia?

– Przemyślała i akceptuje wszystko. Bardzo dużo rozumie jak na dziewczynkę w jej wieku.

– To prawda. Jest cudowna.

– Powiedziała mi o swoich podejrzeniach. Że może Janice zostawiła broszurę tak, żebym ją 

znalazł, żebyśmy mogli się z tobą połączyć.

Rzuciła mu szybkie spojrzenie i odwróciła wzrok.

– Co o tym myślisz? – spytała.

– Nie wiem. Ale to całkiem możliwe. Myślę, że Steffi chce w to wierzyć.

– Naprawdę? Uważasz, że... Czy nadal chce utrzymywać kontakt ze mną?

– Oczywiście. Prawdę mówiąc, już się nie może doczekać zimy.

– Dlaczego? – zdziwiła się. – Co będzie w zimie? Alex uśmiechnął się.

– Zapomniałaś? Jedziemy we trójkę do Kostaryki.

–  Będziemy podróżować  przez deszczowy  las  i  mieszkać dwa tygodnie  w  namiocie.  Steffi 

uważa, że to wspaniałe.

Gina wpatrywała się w niego, usiłując rozszyfrować wyraz jego twarzy.

– Alex?

Objął ją i przycisnął do siebie.

– Kocham cię, Gino.

Poczuła zwątpienie, ale po chwili zakiełkowała w niej radość.

background image

– Nadal mnie kochasz? – szepnęła. – Po tym wszystkim, co ci powiedziałam?

– Dlaczego miałoby być inaczej ?

– Ale ja... sprzedałam dziecko.

–  A  ja?  Kupiłem  dziecko  –  stwierdził  ze  spokojem.  –  Czy  będziesz  mnie  za  to  potępiać? 

Wiedziałem, że to niewłaściwe, ale uległem żonie i zapłaciłem za dziecko innej kobiety. Czy to 

nie było niewybaczalne?

Zastanowiła się.

– Gdyby żadne z nas nie zrobiło tego, cośmy zrobili, nie byłoby dziś Steffi – zauważyła.

–  To  prawda.  Więc  przestańmy  się  potępiać  za  to,  co  się  stało  przed  tylu  laty,  i 

skoncentrujmy się na szczęściu Steffi. Co ty na to?

Wtuliła się w niego, zbyt wzruszona by mówić.

– Gino? Zapytałem cię o coś przed chwilą, ale nie odpowiedziałaś, więc pytam jeszcze raz.

– O co?

–  Czy  wyjdziesz  za  mnie  za  mąż?  Nie  chcę  cię  popędzać,  ale  myślę,  że  Steffi  wkrótce 

zażąda, żebyśmy poukładali nasze sprawy.

– Z trudem była w stanie uwierzyć w tę cudowna perspektywę. Życie nie tylko z mężczyzna, 

którego kocha, ale także z córką, którą uważała za stracona na zawsze.

– Gdzie będziemy mieszkać?

Zaśmiał się cicho.

– Cóż, nie sądzę, żebym zdołał cię wyrwać z hotelu na dłużej niż krótkie wakacje, a Steffi 

nie chce wracać do miasta, więc chyba będziesz musiała znaleźć dla nas jakiś pokój. Dobrze, że 

masz duży dom.

– Och, Alex. Tak cię kocham. Nie mogę...

– Gino? – zapytał z niepokojem. – kochanie, co się stało? Płaczesz?

– To jest takie cudowne – odparła, starając się zapanować nad głosem. – Nie zasługuję na coś 

tak cudownego.

– Och, Gino, zasługujesz na wszystko, co najlepsze. Już ja dopilnuję, żebyś to dostała.

Ujęła  jego  dłoń  i  pociągnęła  go  w  stronę  łóżka  Steffi.  W  cieple  popołudniowego  słońca 

uśmiechnęła się do uśpionej twarzy córki, a potem do Alexa – dwojga ludzi, których kochała nad 

życie.