background image

Charles Wesley Sanders

Śmierć na rozdrożu

background image

I

Czy mógłbym panu pomóc?

Promienie   wschodzącego   słońca   padły   ukośnie   na   twarz   człowieka 

leżącego na ziemi. Otworzył oczy. Wzrok jego wzniósł się ku wzgórzom 

na wschodzie. Nie nosił z sobą zegarka i orientował się w czasie według 

stanu nieba. Stwierdziwszy, że musiała dochodzić piąta, oswobodził się 

z brązowej derki, która służyła mu od pewnego czasu za posłanie i zerwał 

się raźno na nogi.

Wzgórze to wybrał sobie wczorajszego wieczora na miejsce spoczynku 

ze względu na chłodniejsze powietrze i trawę porastającą łagodne zbocze; 

to ostatnie z troskliwości o konia.

Wędrowiec był bardzo wysoki. Wzrost jego wynosił sześć stóp i jeden 

cal, wskutek czego wydawał się wysmukły. Jednakże gdyby był o sześć 

cali   niższy,   uchodziłby   za   krępego.   Ramiona   miał   barczyste,   a resztę 

tułowia   prawidłowo   zwężoną,   głowę   pokrywały   krótko   ostrzyżone 

brązoworudawe   włosy.   Bardzo   szczupła   twarz,   z trochę   wystającymi 

kośćmi policzkowymi, była lekko zapadnięta. Duży, prosty, regularny nos 

dopełniał   się   harmonijnie   z szerokimi,   pełnymi,   lecz   mocno   zaciętymi 

ustami  i energiczną brodą z dołkiem pośrodku. Była to twarz z grubsza 

tylko   wyciosana,   zdolna   prawdopodobnie   do   bogatej   gry   uczuć,   choć 

w danej chwili spokojna i nic nie mówiąca.

Obok   siodła,   które   służyło   w nocy   za   poduszkę,   leżał   ogromny 

popielaty kapelusz. Młodzieniec nakrył nim głowę i jął się krzątać koło 

konia. W odległości pięćdziesięciu stóp od miejsca noclegu podróżnego 

sączyło się małe źródełko. Zaprowadził do niego konia i nałożywszy mu 

background image

siodło  i uzdę, zajął  się z kolei  sobą. Umył się, zjadł śniadanie,  wypalił 

papierosa   i w ciągu   kwadransa   znalazł   się   w drodze.   Wzgórze   przebył 

stępa.   Celem   jego   jazdy   był   górski   szlak,   prowadzący   do   miasteczka 

położonego na równinie.

Słońce   wypłynęło   tymczasem   nad   krawędzie   gór,   obiecując   piękny, 

gorący   dzień.   Jeździec   ze   wzgórza   objął   wzrokiem   leżącą   u jego   stóp 

krainę.

– Piękny kraj – mruknął  i zaczął zjeżdżać po stoku. Pochyłość była 

jednak   tak   nieznaczna,   że   ujechawszy   pół   mili   znalazł   się   zaledwie 

pięćdziesiąt stóp niżej od miejsca noclegu. Tu szlak skręcał nieco w bok 

i oczom   młodzieńca   ukazał   się   daleki   cel   jego   drogi.   Od   tego   punktu 

ścieżka biegła stromo w dół, kończąc się zagłębieniem, w którym kryło się 

niewielkie   miasteczko.   Nigdy   tu   nie   był,   ale   wiedział,   czego   się 

spodziewać. Wiedział, że wszystkie małe siedziby ludzkie na Zachodzie 

podobne są do siebie jak krople wody.

Wiedział   również,   że   w promieniu   siedemdziesięciu   pięciu   mil   nie 

przechodziła tędy żadna kolej żelazna. Środki komunikacji sprowadzały 

się   przy   dobrym   stanie   dróg   do   samochodów,   a przy   złym   –   do 

wierzchowców.

– Dalej, mój mały – rzekł głośno do konia. – Ciekaw jestem, co nas 

spotka.

Zebrał właśnie cugle, chcąc ruszyć galopem, kiedy zobaczył, że koło 

drogi siedzi człowiek. Zatrzymał konia. W wyrazie twarzy nieznajomego 

malowało   się   jakieś   rozpaczliwe   napięcie.   Siedzący   przy   drodze   był 

niewątpliwie jednym z aktorów jakiegoś dramatu. Oczy jego wyglądały 

tak, jakby płakał bez łez. Jeździec wiedział, co to był za dramat. Czuł, jak 

background image

bardzo niewłaściwą rzeczą jest wtrącać się w sprawy obcych ludzi. W tym 

zabitym   deskami   zakątku   wolno   było   zachowywać   swoje   smutki   dla 

siebie. Dumający przy drodze najwidoczniej pragnął być sam. Inaczej nie 

oddalałby się tak od miasteczka. Z drugiej strony nowo przybyły wiedział, 

że   będzie   musiał   postępować   bezceremonialnie.   Zrozumiał   to   jeszcze 

wczoraj wieczorem. Oprócz tego domyślał się już, kogo ma przed sobą.

– Czy mógłbym panu w czymś pomóc? – zapytał łagodnym głosem.

Jak wielu prostych, odważnych i silnych ludzi był dobry i uczciwy. Nie 

myślał   tylko   o zaspokojeniu   swoich   pragnień   i kaprysów.   Miał   dużo 

wyrozumiałości  dla  drugich,  chociaż   go  tego  nie  uczono.  Nie  wiedział 

naturalnie,   jak   ten   cierpiący   człowiek   przyjmie   jego   pytanie.   Był 

przygotowany na wszystko: na gniew, oziębłość, obrazę czy nieuprzejme 

zniecierpliwienie człowieka zmagającego się z rozpaczą. Ale w brązowych 

oczach, które podniosły się, nie odbiło się żadne z tych uczuć. Mogło się 

zdawać,   że   ból   odjął   im   wszelki   wyraz.   Kiedy   się   odezwał,   jeździec 

spostrzegł, że uchwycił słowa, lecz ich nie zrozumiał.

– Co pan powiedział?

– Zdaje mi się, że pan ma jakieś zmartwienie – odparł młody człowiek. 

– Czy mógłbym panu w czymś pomóc?

Nieznajomy uchylił powoli kapelusza i dźwignął się z miejsca. Przez 

chwilę   stał   nieruchomo,   spoglądając   tym   samym   tępym   wzrokiem   na 

bielejące w dole miasteczko.

– Obcy człowieku – odezwał się wreszcie – nie spałem już nie wiem od 

jak   dawna   i ledwie   żyję.   Na   tym   miejscu   siedzę   od   północy.   Nie 

wiedziałem nawet, że wzeszło słońce. Byłem całkiem zamroczony. My 

wszyscy żyjemy tu od dłuższego czasu jak nieprzytomni.

background image

Potarł brodę, na której widniał czarny kilkudniowy zarost, i podniósł 

oczy na jeźdźca.

– Obcy w tych stronach? – zapytał.

– Tak. Mieszkam za tamtymi górami na północ, sto mil stąd.

Ześliznął się z siodła i podszedł do nieznajomego.

– Nazywam się bert McGregor – rzekł – i jestem rządcą na ranczo koło 

Scanlonu.   Gospodarstwo   idzie   dobrze   w tym   roku,   więc   korzystając 

z wolnego czasu wybrałem się na objazd okolicy. Piękna to kraina, żyzna 

i malownicza!

W   oczach   nieznajomego   zapaliła   się   przelotna   iskierka   jakby 

zainteresowania i dumy, ale momentalnie zgasła.

– Panie – rzekł – cierpię jak potępieniec!

– Niech się pan uspokoi – odparł McGregor. – Widzę, że dzieje się 

z panem coś niedobrego. Proszę postarać się zapanować nad nerwami, bo 

inaczej pan zwariuje. Skrzywdzili pana ludzie?  Czy mógłbym się panu 

przydać?   Mam   dużo   wolnego   czasu.   Jestem   na   urlopie.   Przez   miesiąc 

mogę robić, co mi się podoba i mam trochę pieniędzy. Jestem odważny 

i umiem sobie dawać radę.

W tonie jego nie było ani cienia samochwalstwa. Wyczuł to nawet ten 

stępiony cierpieniem człowiek.

– Wierzę – rzekł. – Wygląda pan na takiego.

– Kiedy pan jadł ostatni raz? – zapytał Bert.

– Nazywam się Hammersley  – odpowiedział zagadnięty jakby sobie 

przypomniał,   że   się   jeszcze   nie   przedstawił.   –   Mamy   ranczo   za   tymi 

wzgórzami. Nie jadłem chyba od przedwczoraj wieczorem. Chociaż nie 

pamiętam.

background image

– Palił pan?

Palce Hammersleya zagłębiły się w kieszeni na piersiach.

– Zdaje się, że nie mam tytoniu – rzekł.

McGregor  podał  mu  tytoń  i bibułkę.   Właściciel  ranczo  skręcił   sobie 

drżącą ręką papierosa. Korzystając z tego, że przy tej czynności pochylił 

głowę, McGregor przyjrzał mu  się  uważnie. Hammersley  był od niego 

znacznie   niższy   i odznaczał   się   krępą   budową,   harmonizującą   z dużą, 

dobrze osadzoną głową. Musiał być niezwykle silny, jakkolwiek w danej 

chwili robił wrażenie człowieka ściętego z nóg. I nic dziwnego. Przybysz 

wiedział,   że   tego   typu   ludzie   nie   drżą   przed   osobistym 

niebezpieczeństwem, lecz w razie niemożności pośpieszenia z ratunkiem 

komuś   z bliskich,   wpadają   w stan   depresji,   która   może   skończyć   się 

śmiercią lub obłędem.

Hammersley włożył papierosa do ust, zapalił go i zaciągnął się dymem.

– Przyrządzę dla pana trochę jedzenia – rzekł Bert.

Hammersley   nie   odpowiedział.   Nikotyna   w tym   stanie   osłabienia 

podziałała na niego jak jakiś narkotyk.

McGregor   rozpalił   małe   ofnisko   i wydobywszy   z torby   przy   siodle 

żywność i kawę, przyrządził szybko posiłek. Hammersley rzucił papierosa. 

Nagle spostrzegł, że go nie zgasił i powiedział:

– Przydepnij go pan nogą, dobrze?

Po czym chwycił buchający parą kubek i chleb ze słoniną. Jadł i pił 

w milczeniu. Kiedy skończył, otarł usta i podniósł głowę.

–   Lepiej   mi   –   odetchnął   z ulgą.   –   Czy   mógłbym   prosić   jeszcze 

o jednego papierosa?

Skręcił sobie drugiego papierosa już prawie pewną ręką.

background image

Zarządca   dużego   hodowlanego   ranczo   staje   się   w prędkim   czasie 

nieomylnym znawcą ludzi. Musi się orientować, do czego jest zdolny dany 

człowiek i jak postąpi w konkretnej sytuacji. McGregor miał trzydzieści 

dwa   lata   i swoje   odpowiedzialne   stanowisko   objął   bardzo   młodo,   bo 

w wieku dwudziestu pięciu lat. Ponadto urodził się w kraju hodowli bydła 

i nauczył się jeździć konno prawie jednocześnie z chodzeniem. Miał więc 

dobrą praktykę. Otaksowawszy w myśli Hammersleya osądził, że pełne 

współczucia milczenie obudzi w nim chęć zwierzeń. Ludzie przebywający 

dużo w samotności lubią obdarzać przygodnych przyjaciół zaufaniem.

McGregor milczał cierpliwie, czekając na rezultat swych przewidywań. 

Hammersley   palił   w zadumie   papierosa.   Nagle   rzucił   niedopałek, 

przycisnął go obcasem i zapytał:

– Okropna rzecz, morderstwo, prawda panie?

McGregor   nie   okazał   najmniejszego   zdziwienia.   Patrzył   chłodno 

w kwadratową twarz z czarnym zarostem. Nowy znajomy, jakby tego nie 

dostrzegając, patrzył w bok.

– Okropna – potwierdził Bert, widząc, że nie trzeba się śpieszyć.

Jego wzrok spotkał się ze wzrokiem Hammersleya, na którego twarzy 

malował się teraz gniew. Widocznie przypomniał sobie początki dramatu. 

Hammersley był z natury człowiekiem odważnym i uczuciowym.

–   Nic   to,   jeżeli   człowiek   zginie   w walce   –   ciągnął   dalej   właściciel 

ranczo.  – Każdego to  może  spotkać.  Dwóch ludzi  załatwia porachunki 

i jeden ginie. Zwyczajna rzecz. Ale to morderstwo, o którym mówię, to 

było   co   innego.   Nie   żadna   honorowa   walka,   tylko   najpodlejsze 

morderstwo! Morderstwo dla pieniędzy. W głowie mi się nie mieści, jak 

można zabić człowieka dla pieniędzy. Nietrudno zrobić pieniądze. Mamy 

background image

z naszego   ranczo   spore   dochody.   Praca   wzbogaca.   Stara   prawda,   nie 

pojmuję, jak taki łotr może posłać kulę bliźniemu po to tylko, żeby mu 

zabrać garść pieniędzy.

– Dzieją się takie rzeczy – zauważył łagodnie McGregor.

– Dzieją! Wiem o tym! W naszych stronach zdarzyła się taka rzecz, 

niedaleko, na szlaku Camas. Ten, którego zamordowano, miał przy sobie 

pieniądze   i wszyscy   o tym   wiedzieli.   Przyjechał   do   miasteczka   z pełną 

kabzą.   Głupi,   nie   robił   z tego   tajemnicy.   Pysznił   się,   że   taki   bogaty. 

Zamierzał   kupić   ranczo.   Mówił,   że   objedzie   wszystkie   w okolicy 

i wybierze sobie najlepsze. Rozumie pan, jaki to był gatunek?

– Spotykałem takich.

– No i znaleziono go nieżywego na polu, koło szlaku, z przestrzelonymi 

plecami, naturalnie bez pieniędzy.

Na  czoło   opowiadającego  wystąpiły  wielkie  krople   potu,  które   otarł 

palcem. W oczach malowała się trwoga, McGregor zrozumiał, że walczy 

on w wyobraźni ze strasznym, narzucającym się nieodparcie obrazem.

– Ma pan jeszcze papierosy? – zapytał cicho Hammersley.

McGregor   podał   tytoń   i bibułki   i kiedy   mu   je   tamten   oddał,   skręcił 

papierosa dla siebie... Czekał.

– Że też ludzie mogą tak podle kłamać – jęknął Hammersley. – Kłamać 

pod przysięgą przeciwko niewinnemu człowiekowi, kiedy idzie o życie! – 

Z ust jego wydarło się słabe przekleństwo. – Zobaczy pan – ciągnął dalej – 

jeżeli powieszą mi brata, jeżeli zabiją mi siostrę, zakatrupię jednego po 

drugim jak psy. Wiem, że skłamali, i oni wiedzą, że skłamali. Ale było ich 

czterech – czterech przeciwko jednemu, a mój brat był sam jeden. Pewnie 

przysięgli nie mogli postąpić inaczej.

background image

– Czy uznano pańskiego brata za winnego tego morderstwa? – zapytał 

McGregor.

Hammersley włożył zgaszonego już papierosa do ust. Potem puścił go 

bezmyślnie na ziemię i zapatrzył się w niego dziwnym, nieprzytomnym 

wzrokiem. Mogło się zdawać, że musi na coś patrzeć, bo inaczej zwariuje.

–   Uznano   –   odparł   szeptem.   –   Został   powieszony   dziś   o wschodzie 

słońca. To jest powiesili go... o ile, o ile”, – nie mógł mówić dalej. Drżał 

jak w ataku febry, chociaż wargi miał sztywne i zaciśnięte.

background image

II

Wytrwam do końca

McGregor   w dalszym  ciągu   nie   okazywał  najmniejszego   zdziwienia. 

Milczał, czekając cierpliwie, aż się nieborak uspokoi.

– Powiesili go, chyba że nasz adwokat zdołał wyjednać u gubernatora 

zawieszenie wykonania wyroku – dokończył z trudem Hammersley. – Ale 

mnie się zdaje, że już jest po wszystkim. Gubernator nie zgodziłby się na 

to. Dla niego to zwyczajne morderstwo. Nie, nie łudzę się. Mój brat nie 

żyje.   Będę   musiał   jechać   po   ciało,   przywieźć   je   tutaj   i sprawić 

nieszczęsnemu chrześcijański pogrzeb.

– Spodziewa się pan niedługo wiadomości – rzekł Bert.

– Tak. Jak tylko otworzą urząd telegraficzny. Teraz musi być szósta, 

mam jeszcze dwie godziny czasu. Wczoraj wieczorem chciałem się trochę 

zdrzemnąć, ale nie mogłem. Przyjechałem tutaj o północy...

– Na razie nic się nie da zrobić – rzekł Bert. – Usiądźmy i niech się pan 

postara uspokoić.

Usiedli na przydrożu.

– Mam wrażenie, że jednak wyrok został zawieszony – ciągnął dalej. – 

Doszły   mnie   słuchy,   że   tutejszy   gubernator   jest   wyjątkowo   dobry 

i sprawiedliwy. Mówią, że jeżeli mu się dowiedzie, iż coś jest słuszne, to 

postąpi uczciwie, choćby na przekór całemu światu. Niech pan jeszcze nie 

traci nadziei. Chciałbym, żeby mi pan opowiedział szczegółówo przebieg 

całej sprawy. Może będę mógł panu pomóc.

– Ale – zaprotestował słabo Hammersley – to przecież pana nic nie 

obchodzi.   Jest   pan   na   urlopie.   Trudno,   żeby   pan   sobie   zakłócał 

background image

wypoczynek takimi rzeczami.

– Wiem,  że jest pan sam jeden przeciwko szajce łotrów – przerwał 

McGregor. – Chce pan im dać radę w pojedynkę, nie czując się na siłach. 

Potrzeba   panu   pomocy   i ja   jej   panu   udzielę.   Każdy   człowiek   ma 

obowiązek ratować bliźnich w nieszczęściu. Czyż nie tak?

– Mogłoby to panu zająć dużo czasu – rzekł Hammersley.

– Wytrwam do końca – oznajmił spokojnie.

Hammersley   odwrócił   głowę   i spojrzał   na   dziwnego,   jakby   z nieba 

zesłanego przyjaciela. Był bardzo zdziwiony, ale tak dalece bezbronny, że 

bez wahania przyjął wyciągniętą rękę.

– Jeżeli pan mi pomoże – powiedział uroczyście – nie zapomnę panu 

tego do końca życia.

– Pomogę panu – odparł równie uroczyście McGregor. – Niech mi pan 

teraz wszystko opowie.

– Stało się to parę miesięcy temu – zaczął Hammersley. – Mój brat 

popędził   na   jarmark   partię   bydła.   Zabrał   ze   sobą   paru   ludzi,   których 

zgodziliśmy   na   wiosnę.   Mieli   właśnie   odejść.   Sprzedawszy   bydło, 

wypłacił im należność i wyruszył samotnie w powrotną drogę. W południe 

przybył   do   miasteczka.   Akurat   bawił   tam   ten   blagier,   o którym   panu 

opowiadałem.   Kręcił   się   już   od   miesiąca   po   okolicy,   nie   przestając 

pyskować. Wygadywał na Zachód, że to takie cywilizowane strony, że się 

zawiódł, że nie widział jeszcze żadnego dzikiego kąta. Zawracał ludziom 

głowy, choć wszyscy się od razu na nim poznali. Ktoś go ostrzegł, że 

jeżeli nie powstrzyma języka, to będzie z nim źle. Odpowiedział, że się nie 

boi. Był wielkim i na swój sposób odważnym chłopem. Tego wieczora, 

kiedy mój brat zatrzymał się w zajeździe, było zimno i w sali jadalnej koło 

background image

pieca   siedziała   dość   liczna   kompania.   Wszedł   ów   samochwał   i zaczął 

blagować   jak   zwykle.   Powiedział,   iż   dowiedział   się,   że   ktoś   tam   chce 

sprzedać dobre ranczo za tanie pieniądze i że on zaraz z rana pojedzie je 

kupić.

– Myślę, że to będzie w sam raz dla mnie – rzekł: – Mam pieniądze 

i kupię.

Ktoś go zapytał, którędy się do tego ranczo jedzie i wszyscy od razu 

zorientowali   się,   że   było   to   ranczo   starego   Hansena,   położone 

o dwadzieścia pięć mil drogi za miastem. Na Boże Narodzenie umarła mu 

żona   i chciał   się   stary   wyprzedać.   Cena   była   bardzo   umiarkowana. 

Wszyscy przyznali, że gość robi dobbry interes.

Mój brat, starszy ode mnie o pięć lat, był z natury małomówny. Wolał 

słuchać  niż  mówić.  Wtedy  też  nie  wziął  w rozmowie   żadnego udziału. 

Niebawem sala opustoszała i został tylko on sam i tamten. Brat był zawsze 

dla   ludzi   bardzo   uprzejmy,   toteż   kiedy   ów   obcy   człowiek   zaczął   mu 

zadawać pytania, objaśnił go uprzejmie, że majątek Hansena jest więcej 

wart niż za niego żądają, że zna Hansena, zna jego ranczo i uważa, że stary 

jest bardzo uczciwy i że można mu zaufać.

– Dobrze się składa, że pańska droga prowadzi koło jego ranczo – rzekł 

obcy.   –   Możemy   jechać   razem,   rad   będę   z kompanii.   Nigdy   jeszcze 

tamtędy nie jechałem.

Brat   wyraził   zgodę.   Na   drugi   dzień,   o wschodzie   słońca,   wyruszyli 

w drogę. Obcy miał u siodła pękaty worek. Brat zwrócił na to uwagę.

– Chyba pan nie wiezie pieniędzy w tej torbie? – zapytał. – Mówił pan 

wczoraj, że zawsze je zabiera ze sobą.

Obcy dotknął ręką worka i odpowiedział, że rzeczywiście wiezie w nim 

background image

pieniądze, ale że się nie boi.

– Mam rewolwer – rzekł – i wiem jak się strzela.

– Musiał być wyjątkowym tumanem – zauważył McGregor.

– Tak. Nigdy nie spotkałem większego durnia. I to go zgubiło.

Otóż pojechali we dwóch i ujechawszy dwadzieścia mil drogi, dobili do 

miejsca,   gdzie   szlak   Camas   rozgałęzia   się   i jedna   dróżka   prowadzi   do 

Hansena. Po drodze nie spotkali żywej duszy.

– Jeżeli pan chce, pojadę z panem na miejsce – zaproponował brat. – 

Okolica tu pusta i niebezpieczna.

Obcy   wybuchnął   śmiechem   i powiedział,   że   chętnie   z nim   dłużej 

pobędzie i pokaże, jak się powinno kupować ranczo. Brat odparł, że go to 

nie interesuje, wobec czego roześmieli się obaj i rozstali. Jeden pojechał 

w jedną stronę, a drugi w drugą.

Pod wieczór tego samego dnia znaleziono głupca zabitego. Leżał na 

polu obok szlaku. Pieniądze zniknęły.

– Jak daleko ujechał? – zapytał McGregor.

– A, w tym było coś dziwnego – odpowiedział Hammersley. – Mój 

brat, dojeżdżając do zakrętu drogi, obejrzał się za siebie. Obcy człowiek 

oddalił się już o jakieś pół mili i w dalszym ciągu jechał kłusem. Jednakże 

ciało jego znaleziono w odległości tylko pięciuset stóp od początku szlaku. 

Ślady wskazywały na to, że po zabójstwie zwłoki zostały przeciągnięte 

dalej.

– Jakie to były ślady? – zapytał McGregor.

– Na początku szlaku i tam, gdzie znaleziono ciało, były ślady krwi, ale 

tam, gdzie go brat widział ostatni raz – żadnych. Ludzie, którzy znaleźli 

trupa, pojechali zaraz do Hansena dowiedzieć się, czy czegoś nie widział. 

background image

Hansen zabrał się z nimi na miejsce wypadku i później tyle było jeżdżenia 

po tym szlaku, że nim przyjechał szeryf, wszelkie ślady zostały zatarte. 

Brat mój utrzymywał, że widział zabitego dużo dalej; cóż, kiedy nie miał 

na poparcie swoich słów żadnego rzeczowego dowodu. Wszystkie ślady 

wskazywały na to, że mordu dokonano na początku szlaku i dopiero potem 

przeciągnięto ciało nieco dalej.

– Wspominał pan, że brat pański, gdy jechał z tym człowiekiem, nie 

spotkał nikogo – przerwał McGregor.

– Dlaczego jego wrogowie wzięli mu za złe, że jechał z tamtym? Prosty 

zbieg okoliczności i nic więcej.

– W tym właśnie kryje się cała podłość – wykrzyknął z uniesieniem 

Hammersley. – Czterej ludzie przysięgli w sądzie, że w chwili, gdy mój 

brat rozstawał  się z zabitym, oni znajdowali się niedaleko  na wzgórzu. 

Zeznali, że widzieli, jak obcy człowiek odjechał szlakiem Camas, tak jak 

mówił brat i że po chwili brat zawołał nań, by zawrócił. Miało między 

nimi dojść do ostrej wymiany słów. Obcy człowiek wpadł niby w wielki 

gniew,   pogroził   bratu   pięścią   i ruszył   z powrotem.   Brat   wyciągnął 

rewolwer,   strzelił   mu   w plecy,   zsiadł   z konia,   przeciągnął   ciało   na   to 

miejsce, gdzie je znaleziono, zabrał worek z pieniędzmi i odjechał. Czterej 

świadkowie,   widząc   z daleka,   że   ofiara   nie   żyje,   pojechali   prosto   do 

szeryfa, który zjechał do naszego domu. Tymczasem ciało znaleźli inni 

przejezdni i zrobił się alarm.

– Niech mi pan powie, co to za jedni ci czterej? – zapytał McGregor.

– Każdy pracował na innym ranczo. Jeden na południe od miasta, drugi 

na północ, trzeci na zachód. Zeznali, że byli w mieście i jechali razem na 

południową   stronę   do   trzech   dziewcząt   mieszkających   w sąsiedztwie 

background image

ranczo, na którym pracował czwarty.

– Czy cieszyli się dobrą opinią?

– Nie znam się na prawie – odpowiedział Hammersley. – Naszemu 

adwokatowi pozwolono im zadać kilka osobistych pytań: czy byli kiedyś 

aresztowani, czy brali udział w jakichś burdach? Odpowiedzieli, że nigdy 

nie   byli   aresztowani   i że   specjalnie   się   nie   awanturowali.   Prawda,   że 

czasami trochę pili, grali w karty i gonili za dziewczętami, jak to młodzi, 

ale to wszystko. Poświadczyli sami za sobą i to wystarczyło. Mój brat nie 

miał   żadnych   świadków.   Bronił   się   tylko   słowem.   Odpowiedział,   że 

rozstał  się z zabitym i pojechał do domu,  a o śmierci  obcego człowieka 

dowiedział się dopiero od szeryfa.

– A więc to było tak: słowo jednego przeciwko słowom czterech?

– Nie – rzekł z zakłopotaniem Hammersley. – Wchodził jeszcze w grę 

rewolwer.

– Rewolwer?

– Wie pan, że hodowca, pędząc partię bydła, zabiera zawsze ze sobą 

rewolwer – ciągnął dalej opowiadający. – Brat też zabrał. Szeryf najpierw 

zapytał   o rewolwer.   Brat   wróciwszy   do   domu   zdjął   pas   i powiesił   go 

w swoim pokoju na ścianie, a rewolwer położył na stole. Powiedział to 

szeryfowi, który poszedł na górę osobiście. Wrócił z rewolwerem w ręku 

i stanął przed bratem, patrząc na niego dziwnym wzrokiem.

– Strzelał pan z niego, panie Henryku? – zapytał.

– Ależ nie – odpowiedział zdziwiony Henryk. – Przez całą drogę, od 

wyruszenia z domu do powrotu, nie wyjmowałem go z pochwy.

– Tak? – rzekł szeryf. – A jednak z niego strzelano. Pan chyba wie?

– Nie oglądałem go – odparł brat. – Wyjeżdżając z domu, wsunąłem go 

background image

po prostu do pochwy. I to wszystko.

Henryk nie bardzo umie się obchodzić z bronią. On zawsze był taki 

niedbały. W razie potrzeby  zabiera ze sobą rewolwer, ale rzadko kiedy 

przyjdzie   mu   do   głowy   obejrzeć   go   i sprawdzić,   czy   jest   w porządku. 

I wtedy popełniłem błąd. Widzę to teraz. Możliwość oskarżenia Henryka 

o zabójstwo   wydawała   mi   się   takim   absurdem,   że   nie   obmyśliłem 

wykrętnej odpowiedzi.

– Szeryfie – rzekłem znienacka – to ja strzelałem z tego rewolweru.

Spojrzał na mnie z wiele mówiącym uśmiechem.

– Szczegóły – rozkazał.

– To było tak – zacząłem. – Ostatnio mieliśmy kłopot z dzikimi końmi, 

które się pojawiały w górach. Co noc podchodziły pod korrale. Tydzień 

temu   postanowiłem   na   nie   zapolować.   Była   jasna,   księżycowa   noc. 

Niebawem   rozległ   się   tętent   i od   strony   wąwozu   ukazał   się   ogromny 

szpak, biegnący kłusem z rozwianą grzywą i podniesionym wysoko łbem. 

Zawsze   przepadałem   za   końmi   i ten   piękny,   dziki   biegun   przypadł   mi 

z miejsca   do   serca.   Powiedziałem   sobie,   że   skoro   tak   polubił   moje 

obejście, to postaram się, żeby tu zamieszkał, i poszedłem do szopy po 

sznur. Kiedy powróciłem, szpak napierał całą siłą na ogrodzenie korrala. 

Jeden z moich koni czynił to samo od środka.

Przestraszyłem się, że płot może się zawalić.  Bestia była niezwykle 

wielka i mocna. Wystrzeliłem w powietrze nad jego głową i popędziłem 

ku   korralowi,   w nadziei,   że   uda   mi   się   go   złapać   na   linę.   Ale   się 

przeliczyłem. Pętlica chybiła, a koń poszedł jak strzała.

–   Zabieram   pana   z sobą   –   rzekł   szeryf   do   Henryka.   –   Oskarżam 

o zabójstwo Waltera Moody’ego.

background image

– Nie będę się opierał, szeryfie – odpowiedział brat. – Jestem niewinny.

– Gdzie worek? – zapytał szeryf.

– Nie wiem. Ostatni raz widziałem go u siodła Moody’ego – odparł 

brat.

Z szeryfem był wiceszeryf. Przeszukali we dwóch dom i stodołę, gdzie 

znaleźli worek.

– Podrzucony – przerwał McGregor.

Z pewnością. Szeryf chciał wymóc na Henryku, żeby mu powiedział, 

gdzie są pieniądze. Henryk naturalnie nie wiedział. Koniec końców brat 

znalazł się w więzieniu. Odbył się sąd, uznano go za winnego i skazano na 

karę   śmierci.   O ile   wykonanie   wyroku  nie   zostało   zawieszone,   jest   już 

biedak na tamtym świecie.

–   Interesuje   mnie   ta   sprawa   –   rzekł   McGregor,   odwracając   oczy.  – 

Mam wrażenie, że brat pański jeszcze żyje. Założyłbym się prawie, że 

żyje. Na razie będziemy udawali, że się nie znamy. Pojadę teraz do miasta, 

a pan przyjedzie za pół godziny. Tylko patrzeć jak otworzą telegraf. Będę 

się kręcił w pobliżu. Czy jest tam jakaś stajnia? – Jest przy zajeździe.

McGregor wskoczył na siodło, pojechał do miasteczka i pozbywszy się 

konia, udał się pieszo przed urząd telegraficzny. Był to mały budyneczek 

z dużą tablicą  nad drzwiami.  Na ulicy  czekała gromadka  ludzi złożona 

z kilkunastu mężczyzn.

Nowo przybyły minął ich, wszedł na schodki i szarpnął za klamkę.

– Telegrafista jeszcze nie przyszedł – odezwał się jeden z obecnych. – 

Dopiero za pół godziny będzie otwarte. Je śniadanie. Nie przynagliłbyś 

pan tego człowieka, choćby chodziło o nowinę o końcu świata.

– Czeka pan na coś? – zapytał McGregor.

background image

– Czy czekam? Na Boga, wszyscy tu czekamy. On może już nie żyje. 

A może żyje!

– Jak to? – zapytał znów Bert.

Nieznajomy   zaczął   opowiadać   przebieg   dramatu,   kiedy   nadszedł 

telegrafista.   Gromadka   rozstąpiła   się,   dając   mu   przejść.   Urzędnik   żuł 

w zębach wykałaczkę z miną absolutnej obojętności na czyjekolwiek losy.

Jednocześnie   z głębi   ulicy   nadjechał   galopem   Hammersley 

i zatrzymawszy   się   przed   urzędem   telegraficznym,   zeskoczył   z konia. 

Obecni cofnęli się trochę, przyglądając mu się w milczeniu.

– Matty, czy już jest jakaś wiadomość? – zapytał telegrafistę.

– Tylko co przyszedłem – odpowiedział urzędnik. – Nie wiem.

– Proszę... chciałbym się dowiedzieć, czy jest coś dla mnie... – rzekł 

stłumionym głosem Hammersley.

Telegrafista wszedł do biura, wyjął z jakiejś dziury zatyczkę i na stole 

zaczęło   stukać.   Hammersley   wszedł   za   nim   i stanął   koło   balustrady. 

Pozostali, nie wyłączając McGregora, ustawili się w milczeniu po bokach 

i w tyle.

– Co mówi aparat? – zapytał cicho Hammersley.

– To nie dla mnie – odpowiedział urzędnik. – Pewnie telegrafują do 

kogoś w dole linii.

– A moja wiadomość jak przyjdzie? – zapytał znów Hammersley.

– Zostanie przesłana ze stolicy do okręgu.

– A czy nie może się pan zapytać, czy tam czegoś nie mają?

– Nie mogę im przerywać – rzekł opryskliwie telegrafista. – Proszę się 

uzbroić w cierpliwość, za minutę będzie.

Usiadł przed stukającym aparatem i położył na nim wskazujący palec. 

background image

Jednocześnie żuł swoją wykałaczkę, patrząc leniwie w okno.

– Spodziewa się pan widać wielkiej nowiny – rzekł do Hammersleya 

Bert.

– Wielkiej nowiny – potwierdził zagadnięty.

Zdjął kapelusz i McGregor zauważył, że na czole perlą mu się krople 

potu.

– Na pana miejscu nie przejmowałbym się tak bardzo – poradził nowy 

przyjaciel.

Nagle   stukanie   ustało.   Zapadła   chwila   milczenia.   McGregor   słyszał 

wyraźnie ciężkie oddechy stojących za sobą ludzi. Wywinęła się taśma ze 

znakami   Morse’a   i znów   zrobiło   się   cicho.   Telegrafista   posłał   pytanie. 

Odpowiedź nadeszła natychmiast.

Urzędnik zamknął aparat i nie odwracając się rzekł:

– Nic dla pana nie ma, panie Hammersley. Poleciłem okręgowi, żeby 

zwrócili się z pytaniem do stolicy. Zobaczę później, co odpowiedzą.

Hammersley cofnął się i po omacku jak ślepy wyszedł na dwór.

background image

III

Wiadomość

Bert   podążył   za   nim.   Od   strony   zajazdu   ukazała   się   nowa   grupa 

i wkrótce Hammersley i McGregor znaleźli się w centrum zbiegowiska.

Nowo przybyli zaczęli się dopytywać o nowinę. Na odpowiedź, że nie 

ma   żadnej,   roześmiali   się   cicho   i podnieśli   wrzawę.   Wymieniali   uwagi 

i przypuszczenia.

–   To   dobrze   –   powiedział   któryś.   –   Brak   wiadomości   jest   dobrą 

wiadomością.

–   W tym   coś   jest,   panie   Hammersley   –   rzekł   McGregor.   –   W razie 

nieszczęścia obrońca zawiadomiłby pana.

Nieszczęśliwy zwrócił na niego czerwone, prawie nie widzące oczy.

–   Przeciwnie   –   rzekł.   –   Miał   się   widzieć   z gubernatorem   wczoraj 

wieczorem.   Gdyby   mu   się   udało   wyjednać   zawieszenie,   przysłałby 

depeszę   w nocy.   Jeżeli   zaś   czekał   na...   na   tamto...   to   naturalnie 

zatelegrafuje później.

McGregor otworzył usta jakby chcąc coś powiedzieć, lecz zamknął je 

z powrotem i ująwszy Hammersleya pod ramię, wyprowadził go z tłumu.

–  Niech   pan  nie   upada   na  duchu   –  szepnął.   –   Ja   nie   tracę   nadziei. 

Odejdźmy od tych ludzi.

– Muszę być blisko telegrafu – wyjąkał Hammersley.

– Pójdziemy do zajazdu.

Poszli wolnym krokiem. Nagle rozległ się tętent kopyt i w głębi uliczki 

ukazało się dwóch jeźdźców. Hammersley odwrócił głowę.

– Moja siostra – rzekł – a ja nie mam dla niej żadnej dobrej nowiny.

background image

Konna   para   zatoczyła   galopem   koło   przed   zajazdem   i zeskoczyła 

z siodeł.  Dziewczyna  podbiegła   do  Hammersleya,  który   ujął   ją  za  ręce 

i potrząsnął głową w milczeniu.

Gdy rodzeństwo stało obok siebie, McGregor obrzucił pannę uważnym 

spojrzeniem.   Była   wyższa   od   brata   i wyglądała   na   bardzo   silną. 

Kruczoczarne   włosy   kontrastowały   uderzająco   z owalem   bladej   twarzy. 

Gdy brat potrząsnął głową, przeszło ją widoczne drżenie. Opanowała się 

jednak momentalnie i stanęła sztywna, cicha, silna nie tylko ciałem, lecz 

i duchem. McGregor zauważył, że nie martwiła się o siebie tyle, co brat 

o nią.

– Nie mogłam czekać – rzekła. – Nie spałam wcale i myślałam, że noc 

się nigdy nie sończy. Więc nie ma żadnej wiadomości, Jimie?

– Nie – odpowiedział brat.

Nowy przyjaciel podchwycił jego wzrok i zląkł się, że zapomniawszy 

o umowie, zechce go przedstawić jako człowieka, który ofiarował się im 

pomóc   w nieszczęściu.   Jim   spostrzegł   się   jednak   w porę   i oczy   jego 

przeniosły się na eskortę dziewczyny. Wzrok McGregora poszedł w tym 

samym kierunku.

Obok stał wysoki, silnie zbudowany mężczyzna o zimnych, niebieskich 

oczach   i obojętnej   twarzy.   Biło   od   niego   jakimś   dziwnym   spokojem. 

Spotkał się wzrokiem z Hamersleyem, przy czym w twarzy jego nie drgnął 

ani jeden mięsień. Długie ręce wisiały mu nieruchomo u ramion.

Dziewczyna   obserwując   brata,   zauważyła   widocznie   kierunek   jego 

spojrzenia, bo otrząsnęła się  z surowej  zadumy  i odwróciwszy się,  dała 

swemu towarzyszowi znak, aby się zbliżył. Podszedł bez słowa i lekko 

położył prawą rękę na jej ramieniu. Ona albo tego w ogóle nie spostrzegła, 

background image

albo zignorowała jako drobiazg, nie poruszyła się i nie cofnęła.

McGregor  na widok  tego  gestu  poczuł  gorąco na  twarzy.  Poufałość 

nieznajomego wywołała w nim odruch gniewu.

– Jimie – rzekła. – Czuję, że jest jeszcze nadzieja. Pan Harbord nas 

uratuje.

– Tak? – zapytał Hammersley. – Jakim sposobem?

– Pozwoliłem sobie zwrócić się wczoraj do gubernatora – odpowiedział 

Harbord. – Zebrałem podpisy dwunastu najbardziej wpływowych ludzi na 

poparcie swojej prośby. Pozwoliłem sobie donieść mu, że odkryto nowe 

dowody. Było to konieczne, gdyż inaczej wątpię, czy udałoby się uzyskać 

zwłokę.   Naturalnie   nic   się   jeszcze   nie   wykryło,   ale   nie   trzeba   tracić 

nadziei, tylko szukać.

–   Czy   uważa   pan,   że   gubernator   może   coś   zrobić?   –   zapytał 

Hammersley.

– Uważam to za więcej niż prawdopodobne – odpowiedział Harbord. – 

Znam go osobiście.  POdejmowałem go nawet, kiedy tu bawił w czasie 

kampanii wyborczej. Wiecie, że sam był niegdyś hodowcą bydła, toteż 

w mojej depeszy położyłem na to nacisk i zaznaczyłem obszernie, kim wy 

jesteście.

– Nie wiem, jak wam dziękować – rzekł z wdzięcznością Hammersley. 

– Nie wiedziałem, że mamy takich przyjaciół.

– Ci, którzy podpisali mój telegram są przekonani, że wasz brat jest 

niewinny – ciągnął dalej dobroczyńca. – I ja również nie wierzę w jego 

winę. To nie jest człowiek, który byłby zdolny zabić drugiego człowieka.

Ręka   spoczywająca   na   ramieniu   dziewczyny   osunęła   się   na   dół 

i uścisnęła   jej   dłoń.   Ona   wszakże   zachowała   się   tak,   jakby   i tego   nie 

background image

zauważyła.   Nie  cofnęła   co   prawda  ręki,   lecz   McGregor   był  pewny,  że 

uścisku nie oddała. Robiła wrażenie jakby z całego świata zewnętrznego 

istniała dla niej tylko cela, więziąca w swych ścianach nieszczęśliwego 

skazańca, a poza tym nic.

Jednakże zachowanie się zuchwalca rozgniewało McGregora. Podszedł 

do trójki stojącej z dala od tłumu i wpił oczy w twarz Harborda.

Młody człowiek, nie odrywając wzroku od dziewczyny, tłumaczył jej 

właśnie, że jego depesza będzie miała skutek. Kiedy skończył, poczuł, że 

jest obserwowany i podniósł głowę. Szare i niebieskie oczy spotkały się 

i zrozumiały.

Harbord   umiał   nad   sobą   panować.   Wyglądał   na   człowieka   zimnego 

i nieuczciwego.   Ale   McGregor   potrafił   w razie   potrzeby   być   także 

pogardliwy.   Zachowanie   się   Harborda   wobec   dziewczyny   dotkniętej 

okrutnym   ciosem   obudziło   w nim   antypatię   do   brutalnego   zuchwalca. 

Ludzie pociągali go albo odpychali od pierwszego wejrzenia i przekonał 

się niejednokrotnie, że intuicja go nie zawodziła.

Pierwsze zmieniły się oczy Harborda. Zimne lśnienie ustąpiło miejsca 

drobnym, ognistym iskierkom świadczącym, że człowiek ten zdolny jest 

do wybuchu.

– Co tam, przyjacielu? – zapytał.

Szyderczy   epitet   „przyjacielu”   podziałał   na   dumę   McGregora. 

W dodatku   w głosie   Harborda   zadźwięczała   nuta   wyzwania.   Przybysz 

z obcych   stron   nie   zamierzał   początkowo   wystąpić   otwarcie   jako 

przyjaciel   Hammersleyów,   lecz   teraz   zmuszono   go   do   podniesienia 

przyłbicy. Nie ufał Harbordowi. Po pierwsze był za „słodki”, po drugie 

interesował się dziewczyną, a po trzecie myślał przede wszystkim o sobie 

background image

i korzystając z jej cierpienia, starał się samolubnie osiągnąć swój cel.

– Co ma być? – odparł.

Nim Harbord zdążył odpowiedzieć, dziewczyna obejrzała się szybko 

i spojrzała na McGregora. Młody człowiek spostrzegł to. Krew uderzyła 

mu do głowy. Zrobił wysiłek, aby się opanować, ale mu się to nie udało. 

Uczynił   drugi,   aby   na   nią   nie   spojrzeć,   ale   i to   nie   wyszło.   Odwrócił 

powoli   głowę   i spotkał   się   z jej   wzrokiem.   W źrenicach   dzielnej 

dziewczyny nie czaiła się trwoga ogarniająca chwilami jej brata, lecz coś 

innego, coś, co poruszyło McGregora stokroć silniej. Spod ciemnych rzęs 

wyjrzało na niego bezgraniczne, ciche, rozpaczliwe cierpienie.

Zdjął machinalnie kapelusz. Poczuł się tak jakby z nią razem stanął nad 

trumną   jej   ukochanego   zmarłego.   Uświadamiał   sobie   tylko   uczucie 

głębokiej   litości   i nic   więcej.   Dumny   był,   że   odda   się   otwarcie   na   jej 

usługi.   Zdał   sobie   teraz   sprawę,   że   służenie   jej   pod   maską   to   rodzaj 

tchórzostwa.   Zapomniał   o Harbordzie   i jego   obraźliwym   pytaniu. 

Zapomniał nawet o Hammersleyu. Miał dziwne wrażenie, że są sami – on 

i ta   dziewczyna,   sami,   tylko   oni   i że   czekają   razem   na   coś 

nieprzewidzianego.

– Pani – rzekł – przyjechałem tutaj, żeby panią ratować od nieszczęścia.

Nie zdawał sobie w tej chwili sprawy, że jest dla niej zupełnie obcy. 

Pamiętał tylko, że znał ją od przeszło pół roku, że od tego czasu miał ją 

w sercu i w duszy, i że myśl o niej była mu radością i wytchnieniem.

Stał, patrząc na nią trochę melancholijnie z wyrazem czci w oczach. 

Spostrzegł z radością, że coś z jego uczuć musiało się udzielić i jej. Na 

blade   policzki   wypłynął   cień   rumieńca,   a wargi   rozchyliły   się   lekko 

w bezgłośnym pytaniu.

background image

– Jestem przyjacielem pani brata – rzekł z prostotą.

–   Och!   –   szepnęła   z widoczną   ulgą   i zwróciła   się   prędko   do 

Hammersleya.

Ten ostatni stracił na chwilę głowę, gdyż nie spodziewał się, że nowy 

przyjaciel   zdradzi   się   tak   prędko   przed   jego   siostrą.   Ale   i on   również 

ucieszył się z tego otwartego wystąpienia.

– Tak – potwierdził może trochę za skwapliwie – mój dobry przyjaciel, 

hodowca zza gór. W ciągu ostatniego roku widzieliśmy się kilka razy. Jest 

teraz na urlopie i przyjechał specjalnie, żeby się ze mną zobaczyć.

Dziewczyna wyciągnęła silną, ciepłą rękę. Ujął ją szybko w dłoń, ale 

spuścił powieki, nie mogąc dłużej wytrzymać jej wzroku. Nie patrząc, czuł 

na swej twarzy przenikliwe spojrzenie Harborda. Niewątpliwie fałszywiec 

dziwił się i zastanawiał.

– Nazywam się Bert McGregor – przedstawił się nowy przyjaciel.

– Cieszę się, że pan tu jest – odpowiedziała dziewczyna i było to więcej 

niż mógł się spodziewać.

Teraz wystąpił Harbord.

– Co to pan mówił, skąd pan jest? – zapytał trochę cierpko.

–   Nic   nie   mówiłem   –   odciął   się   McGregor.   –   Pan   Hammersley 

powiedział, że pochodzę zza gór. Chyba panu wystarcza jego słowo?

– Posiada pan tam ranczo, prawda?

– Nie.

– Hammersley wspomniał, że pan jest hodowcą.

– Administruje – wtrącił Jim.

–   Czyim   ranczo?   –   W głosie   Harborda   brzmiało   podejrzenie 

i jednocześnie jakby wyzwanie.

background image

– Spółka Monroe i Sullivan  – rzekł lekko McGregor. – Słyszał pan 

kiedyś te nazwiska?

– Jakżebym nie miał słyszeć! Wszyscy je tu znają.

W   tonie   Harborda   czuło   się   szacunek.   Gospodarstwo   hodowlane 

wymienione przez McGregora należało do największych w stanie. Jeżeli 

McGregor   był   tam   administratorem,   to   posiadał   stanowisko,   z którego 

mógł być dumny. Nadto był jeszcze młody i mógł niezadługo zostać kimś 

więcej.   McGregor   odgadł   bieg   myśli   swego   wroga,   gdyż   ten   ostatni 

przestał chwilowo mieć się na baczności i twarz jego zdradziła więcej niż 

przypuszczał.

Hammersley   i jego   siostra   zwrócili   się   twarzami   do   urzędu 

telegraficznego. Przez otwarte drzwi widać było telegrafistę z nogami na 

stole.

– Jeszcze nie – westchnęła dziewczyna.

–   Będzie   –   zapewnił   ją   Harbord.   –   Niech   się   pani   nie   martwi. 

Gubernator nie zignoruje mojej depeszy opatrzonej tyloma podpisami.

– Jeżeli się to sprawdzi, będziemy panu zawdzięczali więcej niż mogę 

wypowiedzieć – rzekła panna Hammersley.

– Potem będzie jeszcze dużo do załatwienia, ale to biorę na siebie – 

dokończył Harbord.

McGregor popatrzył na Hammersleya, ciekaw, jak wytrzymuje napięcie 

oczekiwania. Nagle zauważył, że oczy Jima opuściły budynek telegrafu 

i spoczęły   uważnie   na   tłumie,   a jego   silne   ciało   przeszło   drżenie. 

Hammersley obejrzał się na niego i jął się powoli odsuwać od siostry.

McGregor patrzył. Dziewczyna rozmawiała z Harbordem nieświadoma 

zachowania brata. McGregor poszedł za Hammersleyem. Desperat zbliżył 

background image

się do grupy stojącej koło wejścia do telegrafu, sięgając powoli ręką do 

kieszeni kurtki. McGregor spostrzegł, że na ten widok od grupy oderwali 

się dwaj ludzie i odeszli za róg budynku.

– Ci dwaj krzywoprzysięgli przeciwko życiu mego brata! – wrzasnął 

nagle Hammersley i wyrwał z kieszeni rewolwer.

McGregorowi   nasunęło   się   spostrzeżenie,   że   rewolwer   ten   został 

kupiony tylko w tym celu, bo hodowcy noszą zazwyczaj inny kaliber.

Ręka   Jima   podniosła   się   do   góry.   Dwaj   łotrzykowie   rzucili   się   do 

ucieczki. Hammersley krzyknął, aby stanęli. Posłuchali, unosząc ręce nad 

głowami.

Tymczasem McGregor dogonił Hammersleya i złapawszy go za ramię, 

zgiął je ku dołowi. Szaleniec szarpnął się z całej siły, ale nowy przyjaciel 

okazał się silniejszy i pomimo oporu wyrwał mu rewolwer i odstąpił na 

bok. W oczach Jima zaświeciły łzy bezsilnej wściekłości.

– Dlaczego mi pan przeszkodził? – krzyknął z uniesieniem. – Należało 

im się to za, za...

Rozległy   się   szybkie,   drobne   kroki   i Hammersley   znalazł   się 

w objęciach   siostry.   Delikatne   ręce   potrząsnęły   nim   energicznie. 

Wyprostował się i przesunął ręką po czole.

– Zapomniałem się – rzekł.

McGregor   zrozumiał,   że   słowa   te   zostały   wygłoszone   w celu 

odwrócenia ich uwagi. Jim niewątpliwie obmyślił to sobie z góry, a tacy 

ludzie jak on niełatwo dają się odwieść od raz powziętego zamiaru. Bert 

uświadomił   sobie,   że   przybyło   mu   nowe   zadanie   i że   nie   tylko   będzie 

musiał   pomagać   rodzeństwu,   ale   też   strzec   Hammersleya   przed   nim 

samym.   W zrozpaczonym   człowieku   kipiała   zemsta,   czemu   się   zresztą 

background image

trudno było dziwić. Prawdopodobnie żył dotąd cichym, spokojnym życiem 

i tragedia, jaka spadła na ich dom niby piorun z jasnego nieba, okazała się 

ponad jego siły.

Bert minął rodzeństwo i podszeddł do dwóch ludzi, którzy przed chwilą 

uciekali przed Jimem.

–   Ej,   chłopcy,   zdaje   się,   że   wasz   widok   działa   na   Hammersleya 

podniecająco   –   rzekł   spokojnie.   –   On   nie   jest   w tej   chwili   sobą   i nie 

odpowiada za siebie. Na waszym miejscu zszedłbym mu z oczu.

Na   twarzach   kowbojów   odbiła   się   obraza.   Kiedy   minęło 

niebezpieczeństwo, nabrali odwagi.

– Nie rządzicie miastem, co? – zapytał jeden.

– Nie, ale radzę wam odejść.

Spojrzeli na niego, a on na nich. Mówił cicho i spokojnie, ale w oczach 

miał  coś niepokojącego. Jeden z ludzi przestąpił  z nogi na nogę. Drugi 

wzruszył ramionami.

– Może się jeszcze zobaczymy – rzekł pierwszy i odeszli.

McGregor nie odpowiedział. Czuł, że miał teraz dwóch wrogów więcej, 

ale   to   nie   miało   znaczenia.   Nie   żałował,   że   się   zdemaskował.   Miał 

przynajmniej uczucie swobody.

Kiedy   wracał   do   Hammersleya,   ujrzał   przed   wejściem   do   telegrafu 

zbiegowisko. Ludzie cisnęli się wołając i krzycząc:

– Hammersley! Hammersley! Depesza do Hammersleya! Depesza!

– Gdzie jest Hammersley!?

Mogło   się   zdawać,   że   nikt   go   nie   widzi,   choć   znajdował   się 

w odległości kilkudziesięciu kroków. Opuścił siostrę i pobiegł do urzędu. 

Rozstąpili   się,   dając   mu   przejść.   McGregor   obejrzał   się   i zobaczył,   że 

background image

dziewczyna wisi na ramieniu Harborda, drżąc z oczekiwania i trwogi.

Nad   głowami   tłumu   ukazała   się   głowa   Hammersleya.   Zaczęto   się 

domagać z krzykiem, żeby powiedział nowinę. W odpowiedzi kazał im się 

rozstąpić. Widząc, że im nic nie powie, gapie cofnęli się na dwie strony, 

tworząc wąskie przejście.

Hammersley   nie   skorzystał   z niego   od   razu.   Podniósł   do   góry   ręce 

i chwycił się framugi drzwi. W jednej ręce trzymał kurczowo żółty papier.

– Aniu! Aniu! – krzyknął, pochłonięty  wyłącznie troską  o siostrę.  – 

Zawiesili! Zawiesili na trzydzieści dni! Henryk jeszcze żyje!

background image

IV

Druga depesza

McGregor   obejrzał   się   ponownie   na   dziewczynę.   Wspierała   się 

w dalszym ciągu na ramieniu Harborda. Na słowa brata wyprostowała się 

powoli, najwidoczniej z wielkim wysiłkiem. Serce jej musiało bić bardzo 

mocno,   bo   oddychała   ustami.   Nagle   odsunęła   się   od   mężczyzny 

i przycisnęła rękę do piersi. Uśmiechnęła się przy tym tak odważnie, tak 

promiennie, że McGregor poczuł się wniebowzięty.

Hammersley   przesunął   się   między   ludźmi   i podbiegł   do   siostry 

z rozłożonym telegramem w ręku. Przeczytała go w okamgnieniu.

– Więc – szepnęła – mamy trzydzieści dni czasu.

–   Tak   –   potwierdził   brat   –   nie   zmarnujemy   tego   czasu.   Mam   teraz 

przeczucie,   że   wszystko   skończy   się   jak   najlepiej.   Gubernator   nie 

zgodziłby   się   na   to,   gdyby   nie   przypuszczał,   że   Henryk   może   być 

niewinny.

– Prawdopodobnie nakazał przeprowadzić dochodzenie jeszcze raz – 

zauważył McGregor. – Mówiłem panu, panie Hammersley, że to porządny 

człowiek.

– Jesteś pan może jego przyjacielem? – zapytał szybko Harbord.

– O, nie – zaprzeczył Bert – ale on ma opinię porządnego człowieka. 

Chyba pan czytuje gazety?

Oczy   dwóch   mężczyzn   spotkały   się   po   raz   drugi   i zagrały   w nich 

ponownie   wrogie   błyski.   Harbord   jednak   nie   przedłużał   tej   wymownej 

chwili. Zwrócił się do Hammersleya.

– Czy można wiedzieć, kto depeszował? – zapytał.

background image

– Nasz obrońca, adwokat Sobey – objaśnił Jim.

McGregor zauważył, że przez twarz wroga przemknął cień gniewu.

– A do mnie nie było telegramu? – zapytał.

– Nie dowiadywałem się – odparł Hammersley. – Nie miałem głowy.

– Ja się dowiem – rzekł Harbord, przy czym w głosie jego zadźwięczała 

dziwnie gwałtowna nuta.

Odwrócił   się   i podążył   w stronę   telegrafu.   Anna   odprowadziła   go 

wzrokiem.

– Jaki on dziwny – zauważyła. – Ciekawa jestem, co mu jest.

– Spodziewał się, że gubernator będzie do niego depeszował – rzekł 

McGregor. – Chciał, żeby zasługa zawieszenia egzekucji jemu przypadła 

w udziale.

– A, rozumiem – szepnęła miękko.

– Czas do domu – odezwał się Hammersley i spojrzał na McGregora. – 

Czy   trwa   pan   w zamiarze   ratowania   nas   w nieszczęściu?   –   zapytał.   – 

Właściwie   nie   powinienem   nalegać,   ale   chwytam   się   każdej   okazji, 

każdego błysku nadziei.

Nim zagadnięty zdążył odpowiedzieć, z drzwi urzędu telegraficznego 

wyszedł Harbord. Cień, który przemknął mu przed chwilą przez twarz, 

powrócił i pozostał już jako czarna chmura. Podszedł do trójki.

– Jedzie pan do domu, Hammersley? – zapytał.

– Tak – odpowiedział Jim.

– I ja jadę – rzekł Harbord. Zawahał się i spojrzał na McGregora. – 

I pan pewnie jedzie w tę samą stronę?

–   Na   razie   nie   –   odparł   uprzejmie   Bert.   –   Rozejrzę   się   trochę   po 

mieście.

background image

Harbord zadał mu przed chwilą osobiste pytanie. Czuł, że ma prawo 

odpłacić   mu   tym   samym.   Jednocześnie   chciał   urazić   człowieka   tak 

niesympatycznego i zarozumiałego.

– Dostał pan telegram? – zapytał.

– A co panu do tego? – warknął Harbord.

Anna spojrzała ukradkiem na McGregora. Wargi młodego człowieka 

rozszerzyły   się   ledwie   dostrzegalnym   uśmiechem.   Doznała   ulgi 

i odpowiedziała mu takim samym cieniem uśmiechu. Następnie spojrzała 

na Harborda.

– Ja bym chciała wiedzieć, czy pan dostał telegram, panie Harbord – 

rzekła.   –   Jeżeli   gubernator   odpowiedział   panu,   tym   lepiej   dla   nas. 

Dowodziłoby to bowiem, że gotów jest zapewnić każdego, iż go ta sprawa 

interesuje.

– Nie – odpowiedział Harbord. – Ale jeszcze dostanę.

– Z pewnością – potwierdziła dziewczyna. – Jedziemy do domu, Jim?

– Naturalnie – rzekł Hammersley. – Jedzie pan z nami, Harbord?

– POczekam na telegram – odparł tamten i oczy jego poszukały mimo 

woli twarzy McGregora, który to zauważył.

– Będzie pan u nas dziś po południu, panie McGregor? – zapytał Jim.

– Albo wieczorem – odpowiedział Bert.

Anna   spojrzała   na   niego   i skinęła   poważnie   głową,   po   czym   poszła 

z bratem   po   konie.   W parę   minut   bylli   w drodze.   McGregor   zawrócił 

w milczeniu do zajazdu. Wiedział, że Harbord został w mieście nie tyle ze 

względu na spodziewaną depeszę, ile z ciekawości, co on będzie robił. 

Ostatecznie nie mógł mu tego zabronić.

Wróg zdawał się mieć gotowy plan działania. Z tonu jego głosu, kiedy 

background image

się odezwał, można było wywnioskować, że jest wściekły.

– Minutę, przyjacielu!

McGregor zrobił w tył zwrot i podszedłszy  do Harborda, zajrzał mu 

w oczy. Był tak samo rozgniewany, ale starał się nad sobą panować. Nie 

chciał się z tym zdradzić przed nieprzyjacielem. Wiedział, że w gniewie 

myśli   człowieka   są   mniej   przejrzyste   niż   w spokoju.   Z drugiej   strony 

gniew   był   u niego   czymś   wyjątkowym.   Cieszył   się   z tego,   gdyż 

zaobserwował u innych ludzi  fatalne  skutki  tego uczucia.  Rozumiał,  że 

z gniewu   rodzi   się   złe   samopoczucie   moralne.   A chciał   być   zawsze 

chłodny, spokojny i zdrowy.

– Nie pojmuję, co upoważnia pana do nazywania mnie „przyjacielem”, 

panie Harbord – rzekł.

– Nie udawaj, że nie wiesz – odpowiedział impertynencko Harbord. – 

Muszę ci powiedzieć, co o tobie myślę, bo widzę, że zanadto liczysz na 

swoją bezczelność.  Hammersleyowie  mają  poważne zmartwienie  i sami 

nie   wiedzą,   co   czynią.   Dlatego   ci   łatwo   uwierzyli.   Wiadomo,   tonący 

brzytwy się chwyta. Ale cóż ty dla nich możesz zrobić? Zaganiacz bydła 

na wakacjach! Pewnie ci się zdaje, że znajdziesz prawdziwego mordercę 

i przypodobasz się pannie Hammersley. Wspaniała okazja! Jeżeli Henryk 

Hammersley zostanie uratowany, to tylko dzięki temu, że znajdzie się ktoś 

z głową na karku, kto potrafi dowieść jego niewinności. Nie potrzeba nam 

tu żadnych natrętów. To miasteczko jest za małe dla takich jak ty.

–   Nie   trapię   się   tym,   bo   nie   zamierzam   się   tu   osiedlać   –   odparł 

McGregor. – Słyszał pan, jak mówiłem do Hammersleyów, że pojadę do 

nich wieczorem. Chyba miejsca nie zabraknie?

– Jak dla kogo.

background image

– Jadę tam wieczorem – powtórzył McGregor.

– Możesz sobie narobić biedy.

– Jakiej, jeśli wolno wiedzieć?

– Słuchaj! – krzyknął Harbord, którego gniew wzmógł się jeszcze pod 

wpływem spokoju przeciwnika. – Wiem, co cię tu sprowadziło. Wpadła ci 

w oko panna Hammersley  i myślisz,  że uda ci się ją zdobyć. Nie. Tak 

dobrze nie jest. Ona... ja sam się z nią ożenię. Nie dopuszczę do tego, żeby 

konkurował   o nią   pierwszy   lepszy   zaganiacz.   Gdybyś   był   porządnym 

człowiekiem, nic bym sobie z tego nie robił. Pozwoliłbym ci zabawiać się 

w detektywa, wiedząc, że i tak nic z tego nie wyjdzie. Ale widywałem już 

takich ptaszków jak ty i znam wasze metody.

McGregor   był   człowiekiem   prostego   serca,   dla   którego   ukochana 

kobieta   stanowiła   największą   świętość.   Tak   było   z Anną   Hammersley. 

Marzył   o niej   jak   o niebie.   Słowa   Harborda   wziął   nie   tylko   za   obrazę 

osobistą, ale i za obrazę Anny. Ogarnął go wolno wzmagający się gniew, 

właściwy jego typowi.

Gdyby   przeczekał   trzydzieści   sekund   zanim   uczynił   to,   co   uczynił, 

byłby się niewątpliwie pohamował. Ale nie czekał nawet dwóch. Prawe 

jego   ramię   wygięło   się   w łuk   i żelazna   pięść   zetknęła   się   ze   szczęką 

Harborda, który zachwiał się niby podcięte drzewo, załamał w kolanach 

i runął jak długi na ziemię.

McGregor odstąpił krok w tył. Kątem oka zobaczył biegnących ludzi.

Cofnął się jeszcze dalej. Był prawie przekonany, że zanosiło  się na 

wielką awanturę.

Ciekawscy   otoczyli   powalonego   Harborda.   Początkowo   panowało 

milczenie, po czym oczy ich przeniosły się na McGregora. Przyjrzeli mu 

background image

się od stóp do głów. Musiał zrobić na nich dodatnie wrażenie, bo nagle 

jeden z nich  wybuchnął  śmiechem.   Inni  też  pokazali  zęby  w uśmiechu. 

McGregor zrozumiał, że niebezpieczeństwo minęło.

Spojrzał   ponownie   na  Harborda.   Zuchwalec   poruszył   się   i uniósł   na 

łokciu. Nim oczy jego przybrały normalny, przytomny  wyraz, upłynęła 

dobra   chwila.   Nagle   usiadł   i zerwał   się   na   nogi   z twarzą   wykrzywioną 

skurczem   straszliwej   furii.   McGregor   zrozumiał,   że   trafnie   ocenił 

charakter   wroga   i że   główną   jego   namiętnością   była   bezgraniczna, 

niepohamowana pycha. Pewnie rzadko mu się zdarzało być powalonym 

w obecności tylu świadków. Można było z góry przewidzieć, że będzie 

chciał się zemścić.

Tak się też stało. Rozpłomienione oczy Harborda wpiły  się w twarz 

McGregora,   a ręka   sięgnęła   do   kieszeni   kurtki,   w której   krył   się   mały 

rewolwer. Zarozumialec był w tej chwili absolutnie niepoczytalny i życie 

jego przeciwnika zawisło na włosku. W dodatku McGregor nie miał ze 

sobą żadnej broni.

Uprzedzając   znaczący   ruch   Harborda,   rzucił   się   na   niego   i już   ręka 

przeciwnika   była   pusta.   McGregor   wsunął   do   kieszeni   swoją 

i wydobywszy mały automatyczny rewolwer rzucił go na ziemię.

– Zabierzcie to, chłopcy – rzekł.

Oddychał   normalnie,   tak   jak   zwykle.   Gwałtowne   ruchy   i napięcie 

chwili   nie   odebrały   mu   równowagi.   Za   to   Harbord   dyszał   ciężko, 

świszcząc   przez  zęby. Bert  odepchnął   go  od  siebie   i cofnął   się   o krok. 

Pokonany ryknął:

– Zabiję cię!

– Proszę się liczyć ze słowami – rzekł uprzejmie McGregor. – Życzę 

background image

sobie, żeby pan mnie nie tykał. Nie podoba mi się ta poufałość.

Z oczu Harborda strzeliła błyskawica. Jeden z tłoczących się naokoło 

ludzi,   szofer,   jak   można   było   sądzić   po   ubraniu,   położył   mu   rękę   na 

ramieniu.

–   Ostrożnie   z zabijaniem   –   rzekł   ostrzegawczo.   –   Mieliśmy   tu 

niedawno   jedno   zabójstwo   i więcej   nie   chcemy.   Niewinny   człowiek 

pójdzie za to na śmierć, choć mu darowali jeszcze trzydzieści dni życia. 

Mówisz pan o zabijaniu? A może wiesz, kto zabił pyskatego Waltera, co?

Twarz   Harborda   okryła   się   trupią   bladością   i mogło   się   zdawać,   że 

gniew ustąpił miejsca strachowi. Jednak opanował się i zwrócił do szofera:

–   Bez   domysłów   –   rzekł.   –   Jeżeli   uważasz   pan,   że   wiem   coś 

o zabójstwie   tamtego   człowieka,   to   powiedz   otwarcie.   W przeciwnym 

razie trzymaj język za zębami, bo będzie z panem źle.

– Nie boję się – odpowiedział szofer. – Widzi mi się, że teraz ma pan 

czas zajęty. Tamten gość powalił pana na ziemię. Co pan zamierza z nim 

zrobić?

– Rozprawię się z nim – odparł Harbord.

– Uf! Dobrze grozić, gdy się dostało po łbie.

Harbord odwrócił się i odszedł w kierunku zajazdu.

–   Miej   się   przed   nim   na   baczności,   obcy   człowieku   –   rzekł   do 

McGregora   szofer.   –   Zdaje   mu   się,   że  jest   panem   stworzenia   i pewnie 

swego nie daruje.

– Dziękuję ci – odpowiedział Bert.

Poszedł za Harbordem do zajazdu i znalazł go w umywalni. Zaczekał 

na korytarzu. Za chwilę spotkali się w cztery oczy, bez świadków.

– Gdzie mój rewolwer? – zapytał Harbord.

background image

–   Musiał   go   zabrać   któryś   z chłopców   –   odpowiedział   spokojnie 

McGregor. – Rzuciłem go na ziemię i potem już nie patrzyłem, co się dalej 

stało.

– Rozumiesz chyba, że mógłbym cię kazać aresztować za napaść?

– Wiem, że pan tego nie zrobi – odpowiedział zwycięzca, ignorując 

cierpliwie niegrzeczną formę „ty”.

– Dlaczegóż to?

– Dla dwóch przyczyn. Po pierwsze, że nie chciałbyś pan narazić się na 

śmieszność.   Nie   ma   dla   pana   nic   gorszego   nad   śmiech.   Kto   sam   nie 

posiada   zmysłu   humoru,   nie   znosi   go   u innych.   Po   drugie:   samo 

aresztowanie  mnie  nie zadowoliłoby  pana. Wiem,  że chce pan ze mną 

wyrównać porachunki. Prawdopodobnie poczeka pan, żeby obmyślić coś 

gorszego.

Harbord przyglądał się przeciwnikowi z wyrazem namysłu w oczach.

– Sprytnie jak na poganiacza – zauważył szyderczo.

– Niektórym ludziom wydaje się, że co poganiacz to głupiec – rzekł 

McGregor. – Ale może się zdarzyć, że głupi wyprowadzi w pole mądrego.

Zanim Harbord zdążył odpowiedzieć, w drzwiach ukazał się posługacz.

– Przyszła depesza, co to pan na nią czekał.

–   Wiedziałem,   że   gubernator   odpowie   –   rzekł   z rozjaśnioną   twarzą 

Harbord.

Skierował się ku drzwiom. McGregor widział, jak przeszedł przez ulicę 

i wszedł   do   urzędu   telegraficznego.   Za   chwilę   ukazał   się   z powrotem. 

Koło wejścia czekali nieliczni gapie. Jeden z nich zapytał go o coś, ale mu 

nie   odpowiedział.   Domniemany   przyjaciel   gubernatora   odszedł   ulicą 

w kierunku przeciwnym do zajazdu.

background image

Kiedy   zniknął   w drzwiach   jakiegoś   domu,   McGregor   udał   się   do 

telegrafu. Ludzie rozeszli się tymczasem, uważając widocznie, że nie ma 

na co czekać. Zgryźliwy telegrafista nie podniósł nawet oczu.

– Pewnie nie wolno panu mówić pierwszemu lepszemu ciekawskiemu, 

jaka   była   treść   depeszy   zaadresowanej   do   kogo   innego?   –   zapytał 

interesant.

Urzędnik   podniósł   głowę.   Jego   zgryźliwość   obróciła   się 

niespodziewanie na korzyść McGregora.

– Ten pies Harbord wydał mi rozkaz, żebym nikomu nie mówił, co 

było w jego depeszy – rzekł. – Rozumie pan? Wydał mi rozkaz. Ja, panie, 

nie   słucham   niczyich   rozkazów.   Depesza   była   podpisana   przez 

gubernatora i składała się tylko z dwóch wyrazów. Wznawiam śledztwo. 

Do Harborda nic tam nie było.

– Czy pan uważa, że gubernator naprawdę zainteresuje się tą sprawą 

osobiście? – zapytał leniwie McGregor.

Telegrafista zachował się tak, jakby został znieważony.

– Czy się zainteresuje? – krzyknął. – Pisze przecież czarno na białym, 

że wznawia śledztwo. To człowiek honoru. Głosowałem na niego.

Wstał i podszedł do balustrady.

– Pan zdaje mi się nie dowierza jego słowu? – zapytał groźnie.

– Ja nie dowierzam? – uśmiechnął się szeroko McGregor. – Myli się 

pan! I ja na niego głosowałem. Jestem pewny, że wszczął już śledztwo.

background image

V

Trzecia depesza

McGregor powrócił do zajazdu. Chwilowo nie myślał o Hammersleyu, 

poświęcając całą uwagę Harbordowi. Doszedł do przekonania, że człowiek 

ten   dowiódł   swoim   wybuchem,   iż   był   zdolny   zabić   z rozmysłem.   Nie 

przyszło mu co prawda na myśl, że ten nowy wróg mógł być winny lub 

współwinny morderstwa. Był zbyt dobrze sytuowany, aby zniżyć się do 

zamordowania   człowieka   jedynie   w celu   przywłaszczenia   sobie   jego 

pieniędzy.   Był   jednak   potencjalnym   zabójcą   i fakt   ten   w zestawieniu 

z uczuciem   do   Anny   Hammersley   budził   w McGregorze   żywe 

zainteresowanie.

W chwili, gdy młłody człowiek wchodził do zajazdu, z jednych drzwi 

wyszedł   stary   jegomość   i usiadł   za   biurkiem.   Był   mały,   siwy 

i pomarszczony, ale McGregor zwrócił uwagę na jego chód i nogi.

Musiał siedzieć na niejednym koniu – zaopiniował. Może rozczuli się 

na widok zaganiacza z obcych stron?

Stary   zauważył   tymczasem   gościa   i na   jego   wargach   ukazał   się 

przyjazny uśmiech. McGregor pomyślał, że w tym wiekowym ciele musi 

się kryć młodzieńcze serce.

– Halo, młody człowieku! – rzekł cienkim głosem mały dziadek.

Gość podszedł do biurka i oparł się o nie swym długim ciałem.

– Pan jest właścicielem tego zajazdu? – zapytał uprzejmie.

– Jestem właścicielem, choć własność prawie nie warta wzmianki. Za 

dawnych czasów pracowało się, sąsiedie. Teraz już jestem stary. Skąd Pan 

Bóg prowadzi? Miło wędrować po świecie, co?

background image

–   Myli   się   pan   –   rzekł   z uśmiechem   McGregor.   –   Nie   jestem 

wędrowcem.   Mam   pracę   niedaleko   Saint   River.   Jestem   kierownikiem 

ranczo.

– Czyjego?

– Spółki Monroe i Sullivan.

– Co? – wykrzyknął mały. – I ja tam służyłem jeszcze za życia starego 

Sullivana. – Wyciągnął rękę. – Gościu, ofiaruję ci u siebie gościnę, na jak 

długo zechcesz.

– Nie tego mi potrzeba – odpowiedział McGregor – lecz czegoś innego.

– Proszę mówić. Usłużę, w czym tylko będę mógł.

– Potrzebne mi są pewne informacje. Zna pan niejakiego Harborda?

–   Widuję   go   w mieście   puszącego   się   jak   indor   –   odpowiedział 

właściciel zajazdu. – Nie znam go i nie chcę znać. Zdaje mu się, że cały 

świat do niego należy. Wie pan, napisane jest, że pyszny człowiek dostaje 

czasem za swoje.

–   Harbord   dostał   dziś   rano   –   rzekł   Bert,   przy   czym   w głosie   jego 

zabrzmiała nuta niezadowolenia. – Wyrżnąłem go w szczękę i powaliłem 

na   ziemię.   Mówię   to   nie   przez   chełpliwość,   tylko   żeby   zrobić   panu 

przyjemność.

Gospodarz wyciągnął uroczyście rękę.

– Nazywam się Bundy – rzekł. – Dumny jestem, że mogę uścisnąć rękę 

człowiekowi, który upokorzył głupią pychę.

– McGregor – przedstawił się gość, ujmując wyciągniętą dłoń.

– Opowiem panu wszystko, co o nim wiem – ciągnął Bundy. – O tym, 

jaki   to   pyszałek,   już   się   pan   przekonał.   Co   do   reszty,   to   zajmuje   się 

hodowlą   bydła   i trzeba   przyznać,   że   jest   znakomitym   hodowcą.   Ojciec 

background image

jego, umierając kilka lat temu, zostawił mu szmat ziemi – kilka tysięcy 

akrów   –   i bydło.   Jako   młody   chłopak   bawił   hycel   na   wschodzie,   ale 

żadnego wykształcenia nie zdobył. Po powrocie zabawiał się tylko końmi 

i samochodami. Udawał, że praca na ranczo nie dla niego i że nigdy się do 

niej nie zniży.

Nagle   stary   przeniósł   się   na   tamten   świat   i młody,   ku   zdumieniu 

wszystkich, wziął się do gospodarstwa jak wściekły. Całą odziedziczoną 

gotówkę   wsadził   od   razu   w interes,   dobrał   sobie   wykwalifikowanych 

pracowników,   którzy   usunęli   wszystkie   nierasowe   sztuki,   i kazał 

odrestaurować budynki, a szczególnie dom. Jego ranczo jest teraz nie do 

poznania. Trudno o piękniejszy zakątek. Ma chłop głowę na karku. Umie 

sprzedawać i kupować; nikt go nie oszuka. Rezultat jest taki, że majątek 

jego jest teraz wart dwa razy tyle, co na początku, i z pewnością ma duże 

zasoby   gotówki.   Trzeba   mu   przyznać,   że   umie   pracować   i zabiegać, 

szkoda   tylko,   że   taki   buńczuczny   i pyszałkowaty.   Przyjdzie   dzień,   że 

dostanie drugą nauczkę, jeszcze gorszą. Oby jak najprędzej.

– Odważny? – zapytał McGregor.

–   O,   tak.   Ale   pan   z pewnością   mocniejszy.   Nie   boi   się   zadawać 

z równymi   sobie.   I nic   mu   nie   brakuje.   Dobry   strzelec,   dobry   jeździec 

i umie rzucać lasso.

– Mam wrażenie, że interesuje się bardzo tym morderstwem, za które 

skazano Henryka Hammersleya.

– Zadurzył się w dziewczynie – objaśnił Bundy. – Ma się z nią ożenić.

– A więc to postanowione?

– Ona co prawda nigdy o tym nie mówiła, ale za to on się chwali na 

wszystkie   strony.   Przedtem   chłopcy   jeździli   do   Hammersleyów   jeden 

background image

przez drugiego. Teraz to ustało. Harbord wszystkich wystraszył.

– Rozumiem – rzekł McGregor. – A co pan wie o tym zamordowanym? 

Co to był za człowiek?

– O, niezły gość, tylko tyle, że za wiele gadał. Lubił się przechwalać, że 

jest bogaty. Dawał do zrozumienia, iż ma u siodła całą fortunę.

– Czy naprawdę miał przy sobie tyle pieniędzy, że mógł kupić ranczo?

– O, taki głupi nie był – odpowiedział Bundy. – Na coś podobnego 

trzeba by jeszcze większego głupca. Nie. Miał przy sobie nie więcej niż 

sto dolarów. Na zadatek.

– Więc ten, co go zabił, nie obłowił się?

– Pewnie, że nie. Cóż to jest sto dolarów!

– Czy tylko pan o tym wiedział?

–   Tak.   Dowiedziałem   się   przypadkiem.   Młody   spał   u mnie.   Raz, 

wstawszy rano, dał mi swój worek z prośbą, żebym się nim zaopiekował, 

a on tymczasem pójdzie na pocztę. Zdjęła mnie ciekawość, otworzyłem 

torbę dobranym kluczykiem i zajrzałem do środka. Na pierwszy rzut oka 

mogło się rzeczywiście zdawać, że to huk pieniędzy, dopóki się człowiek 

nie spostrzegł, że wszystkie banknoty były jednodolarowe. Głupi chłop 

mydlił wszystkim oczy, że wiezie z sobą fortunę.

– Co to za jedni ci, którzy świadczyli przeciwko Hammersleyowi?

–   Nic   dobrego   –   odparł   Bundy.   –   Ściągnęli   w te   strony   na   wiosnę 

w porze   kocenia   się   owiec.   Początkowo   pracowali   przy   owcach,   ale 

później wynajęli się do bydła, każdy gdzie indziej. Zeznania, jakie złożyli 

przeciwko Hammersleyowi, zaważyły tylko dlatego, że ich było czterech, 

jeszcze ten rewolwer i worek.

– Ale oni zeznali, że widzieli, jak Hammersley tamtego zabił.

background image

–   Tak,   choć   nasuwa   się   przypuszczenie,   że   mogli   to   zrobić   sami. 

Zdarzyło się, że kiedy oni stali we czterech na wysokim nasypie, patrząc, 

co się dzieje, przejeżdżał tamtędy jeden człowiek, który wracał z gór. Otóż 

on   zeznał,   że   widział   jak   zawrócili   i pojechali   do   miasta   okręgowego. 

Przejechali tuż koło niego. Przysięga, że żaden nie miał przy sobie broni.

– A ten człowiek? Czy godny zaufania?

– Solidny jak skała. Nikt jeszcze nie powiedział przeciwko niemu złego 

słowa.

–   W takim   razie   –   rzekł   McGregor   –   albo   Hammersley   zabił 

Moody’ego, albo jakimś sposobem ci czterej.

– Hammersley go nie zabił – zaprotestował Bundy. – O, nie, tacy ludzie 

nie   zabijają.   Nie   ma   w tych   stronach   szlachetniejszych   ludzi   niż 

Hammersleyowie.

McGregor skinął głową i wyprostował się.

– Głodny jestem – rzekł.

– Za kilka minut będzie obiad – odpowiedział gospodarz. – Proszę do 

jadalni.

Młody  człowiek udał się do „jadalni”,  która okazała się prostą izbą 

z drewnianą, nie malowaną podłogą. Umeblowanie składało się z jednego 

długiego   stołu   oraz   kilku   krzeseł.   Przy   długim   stole   mogło   zasiąść 

dwunastu   gości,   ale   obecnych   było   tylko   sześciu.   Etykieta   nakazywała 

podawać kolejno półmiski sąsiadom, co ułatwiało obsługę.

Zaczęto   jeść,   kiedy   do   pokoju   wszedł   Harbord.   Był   widocznie 

u fryzjera, bo wyglądał świeżo i czysto. Spojrzał na długi stół, po czym 

cofnął się pod ścianę i zajął miejsce koło małego stolika. Był zwyczaj, że 

przybywający   siadali   przy   długim   stole,   dopóki   nie   zabrakło   miejsc. 

background image

McGregor   zauważył,   że   usta   wszystkich   wykrzywiły   się   szyderczymi 

uśmiechami.

– Powinni jaśnie panu postawić mały kojec, żeby był zupełnie sam – 

zażartował jeden z obecnych.

Uwaga ta rozweseliła McGregora. Spostrzegł, że bogacz stał się przez 

swoją wyniosłość okropnie niepopularny. Wiedział, że nic łatwiejszego jak 

zasięgnąć   języka   o tego   rodzaju   osobniku.   Obserwując   go   ukradkiem 

zobaczył,   że   nadwerężona   szczęka   sprawia   mu   przy   jedzeniu   pewną 

trudność.

–   Boli,   przyjacielu?   –   mruknął   pod   nosem.   Nie   był   bowiem 

pozbawiony drobnej ludzkiej przywary – złośliwości.

Jadł   bardzo   powoli,   chcąc   wyjść   razem   z wrogiem.   Wstali   od   stołu 

jednocześnie. Harbord był zły z powodu bólu w szczęce.

– Chciałbym się z panem porozumieć – rzekł przy drzwiach. – Jedzie 

pan dzisiaj do Hammersleyów?

– Nie od razu. Mam interes w mieście. Może wieczorem.

– Pamięta pan, co panu powiedziałem?

– Nie, nie pamiętam.  W jakim celu? Cokolwiek  mi  pan powiedział, 

moje plany nie ulegną zmianie.

Z   oczu   Harborda   strzeliły   błyskawice,   a twarz   powlokła   się   nagłą 

bladością. Chciał odpowiedzieć jakąś groźbą, lecz się pohamował.

– Dobrze – warknął.

Otworzył drzwi i wychodząc pchnął je z taką siłą, że gdyby idący za 

nim   przeciwnik   nie   przewidział   tego   manewru,   byłby   dostał   w twarz. 

Harbord   wyszedł   na   ulicę,   a McGregor   udał   się   na   poszukiwanie 

gospodarza.

background image

– Którędy się jedzie do Hammersleyów? – zapytał.

Bundy   wysunął   się   zza   biurka   i zaprowadził   gościa   do   frontowego 

okna, z którego rozpościerał się widok na łańcuch piaszczystych pagórków 

ukoronowanych   nowym   płotem.   Między   dwoma   małymi   domkami 

zaczynała się wąska dróżka.

– Pojedzie pan tą dróżką prosto przed siebie – rzekł. – O trzy mile stąd 

szlak się rozchodzi. Skręcisz pan na prawo. Przy następnym rozwidleniu – 

na lewo. Przy trzecim – znów na prawo. A dalej prosto. Potem będzie 

ogromny łan lucerny, a za łanem – dom Hammersleyów.

– Przypuśćmy  – zauważył McGregor – że przy drugim rozwidleniu 

skręcę na prawo. Dokąd bym zajechał?

Bundy zmrużył oczy i zamyślił się.

– Ma pan zegarek? – zapytał.

– O, taki w swoim rodzaju.

– Czy ten wielki bułany koń, który stoi w stajni, należy do pana?

– A jakże!

–   Piękne   zwierzę.   Jadąc   kłusem   przez   godzinę,   trafiłbyś   pan   na 

pagórek, za którym leży trzecie rozwidlenie. Tamtędy jedzie się na ranczo 

starego   Hansena.   Dwie   drogi   schodzą   się   tam   pod   kątem   ostrym.   Nie 

dojeżdżając   do   rozwidlenia,   jedzie   się   wąwozem   wśród   piaszczystych 

pagórków. W rozwidleniu przechodzą one w duże wzgórza. Wymarzone 

miejsce do zasadzki.

– Więc pan sądzi, że mój koń mógłby się wedrzeć niepostrzeżenie na to 

pierwsze wzgórze? – zapytał McGregor.

–   To   dobry   koń.   Jedzie   się   tam   w piasku   po   pęciny,   cicho   jak   po 

dywanie.

background image

– Naturalnie nie boję się żadnej napaści – rzekł z uśmiechem młody 

człowiek. – Tylko chciałbym wypróbować konia.

– Będzie miał dobry trening – z takim samym uśmiechem odpowiedział 

Bundy. – Trzeba konia trzymać w formie.

– Będę się tu kręcił po okolicy – ciągnął McGregor. – I będę do pana 

zaglądał.

– Ma pan broń? – zapytał Bundy.

– Broń? – powtórzył gość. – A po co?

– No, rzeczywiście.

Wyszedłszy   z zajazdu   McGregor   Udał   się   ponownie   do   telegrafu. 

Zgryźliwy urzędnik spojrzał na niego, wziął z biurka blankiet telegraficzny 

i pokazał mu, gdzie się ma podpisać. McGregor schował go do kieszeni.

–   Dziś   pełni   pan   funkcję   urzędnika   ziemskiego,   co?   –   zapytał 

uprzejmie.

– Człowieku – odrzekł tamten – największa cnota trzymać język za 

zębami. Czy pan to potrafi?

– Nigdy prawie o niczym nie rozmawiam, chyba o pogodzie – odparł 

Bert.

– Harbord był tu przed kilku minutami – ciągnął telegrafista. – Wysłał 

depeszę do Monroe’go i Sullivana. Powiedziałem mu, że szkoda zachodu. 

Zapytał, dlaczego. Napomknąłem, że przyszedł właśnie telegram do pana, 

podpisany   przez   nich.   Zażądał,   żebym   mu   go   pokazał.   Pokazałem. 

Wiedziałem, że to nikomu nie zaszkodzi.

– Oho – powiada – więc ten obieżyświat służy tam naprawdę?

– Tak wygląda – rzekłem – i jeżeli tam wszyscy pracownicy są tacy jak 

on, to nie ma na świecie lepszego zespołu. Potarł brodę, spojrzał na mnie 

background image

jak wilk i wypadł na dwór. Nie gniewa się pan, że mu  pokazałem ten 

telegram?

– Nie, bardzo dobrze pan zrobił – odpowiedział McGregor.

Wyszedł   na   ulicę   i spojrzał   w kierunku   zajazdu.   Harbord   stał   przed 

głównym wejściem, patrząc w stronę telegrafu. McGregor wyjął z kieszeni 

depeszę. Treść jej była następująca:

„Ceny   rynkowe   coraz   lepsze.   Można   wysłać   partię   od   wtorku   za 

tydzień. Zapotrzebowanie na opasy. Kiedy pan powraca?”

Schował starannie papier do kieszeni i udał się do stajni po konia. Za 

chwilę   kłusował   już   szlakiem   równoległym   do   łańcucha   piaszczystych 

pagórków.

Ujechawszy spory kawałek drogi i upewniwszy się, że jest sam, wyjął 

z kieszeni   telegram   oraz   mały   notes   w skórzanej   okładce   i zaczął 

studiować   jedno   i drugie.   W rezultacie   schował   notes   do   kieszeni, 

a telegram podarł na drobne kawałki.

– Jak to dobrze, że mieliśmy ubiegłej zimy tyle paszy – rzekł do siebie. 

–   Pewnie   zarobimy   na   opasach   kawał   grosza.   Rad   jestem,   że   sprawa 

między mną i Harbordem jest jasna.

background image

VI

Przy księżycu

Kiedy   McGregor   znalazł   się   na   dróżce   wskazanej   przez   Bundy’ego 

było już ciemno.

Mimo że zmrok zapadł dopiero przed półgodziną, miasteczko zdawało 

się drzemać. Kotlina górska, w jakiej leżało, sprawiała, że było tu ciemniej 

niż dalej na szlaku. Oświetlenie uliczne jeszcze nie istniało i jedyne jasne 

punkty stanowiły okna zajazdu, syndykatu i sklepu.

Upłynęło   długie   pół   godziny   i ciemność   ustąpiła   miejsca   żółtej 

jasności.   Nagle   ponad   wzgórzami   ukazała   się   srebrna   tarcza   księżyca, 

zalewając świat taką falą światła, że zrobiło się zupełnie widno. McGregor 

rozejrzał   się   uważnie   po   okolicy.   Wzgórza   były   nagie   i tylko 

gdzieniegdzie na zboczach ciemniały plamy szałwii i jałowca.

Niebawem drobne pagórki ustąpiły miejsca wysokiej, równej krawędzi 

porośniętej karłowatymi sosenkami i jeździec puścił konia galopem. Był 

pewny, że nie grozi mu żaden pościg. Co zaś do zasadzki, to mógł się jej 

spodziewać dopiero na rozstajach, o których mówił Bundy.

Droga była piaszczysta i tętent kopyt końskich ginął prawie bez echa. 

Młody   człowiek   radował   się   tą   szybką   jazdą   w cichą,   jasną   noc.   Pęd 

powietrza bił go orzeźwiająco po twarzy, serce biło równo i spokojnie, 

a myśli   goniły   ku   Annie.   Miał   ją   zobaczyć   jeszcze   tego   wieczora. 

Przedsięwziął   takie   środki   ostrożności,   iż   był   pewny,   że   spodziewana 

przygoda skończy się pomyślnie. Przypomniał sobie, jak ujrzawszy po raz 

pierwszy wybraną dziewczynę poczuł w piersiach istną burzę. Teraz czuł 

to samo.

background image

Myślał,   jak   czekała   na   telegram,   którego   treść   mogła   być   dla   niej 

zabójcza.   Wspominał,   jakim   uśmiechem   przyjęła   dobrą   nowinę 

o zawieszeniu tragedii. Możliwe, że nie będzie go chciała. Rozumiał, że 

zasługuje na człowieka bardziej wartościowego niż on. Była dobra, była 

silna, była dzielna. Któż by mógł żądać więcej? Na razie jednak nie wolno 

mu było myśleć o niej i o sobie. Wpierw musiał uratować jej brata. Było to 

zadanie   wielkie   i trudne,   wymagające   koncentracji   woli,   pomysłowości 

i zapału. Później, gdy już będzie po wszystkim... tak, ale jeżeli jej uczucie 

okaże   się   tylko   wdzięcznością?   Ha,   trudno,   powróci   wtedy   tam,   skąd 

przybył.

Minął pierwsze rozwidlenie dróg i dotarł do drugiego. Księżyc stał już 

wysoko. Wszystkie przedmioty rysowały się tak wyraźnie, jak o brzasku 

na   chwilę   przed   wschodem   słońca.   Przy   drugich   rozstajach   skręcił   na 

prawo. Nie była to już właściwa droga, lecz ścieżka, która po upływie 

dziesięciu minut zaczęła się podnosić na szczyt wzgórza. Zatrzymał konia 

i spojrzał przed siebie. Znajdował się prawie na poziomie wierzchołków 

piaszczystych wzgórz. Domyślał się dalszej drogi, lecz jej nie dostrzegał, 

bo ginęła w ciemnościach.

Naokoło   panowała   głęboka   cisza,   przerywana   tylko   skrzypieniem 

piasku i cichym szumem kilku drzew kołyszących się na lekkim wietrze.

Po upływie jeszcze piętnastu minut spojrzał na zegarek i uświadomił 

sobie,   że   jedzie   już   całą   godzinę.   Według   obliczeń   Bundy’ego,   trzecie 

rozstaje powinny już być tuż-tuż.

Szlak   był   teraz   bardzo   wąski   i zawiany   piaskiem.   Koń   zapadał   się 

w nim  po  pęciny.  McGregor  ściągnął   lejce po  raz  drugi  i przez  chwilę 

siedział w siodle jak martwy, nasłuchując. Ale było cicho jak makiem siał. 

background image

Na   lewo   wznosił   się   pagórek,   o którym   mówił   Bundy.   Strome   zbocze 

mogło być za trudne dla każdego innego konia, lecz nie dla bułanka. Czuł, 

że ostrożność nakazywała zostawić konia na dole, a samemu wdrapać się 

pieszo. Wolał się jednak z nim nie rozstawać. Ostatecznie cała jego gra 

opierałał   się   na   domysłach.   Nie   mógł   przewidzieć,   gdzie   się   na   niego 

zasadzą ci, których podejrzewał. Możliwe, że obserwują go już z jakiegoś 

bezpiecznego ukrycia, a jeżeli tak, to z pewnością nie omieszkaliby  mu 

sprzątnąć konia, a wtedy co?

Zaczął wjeżdżać po zboczu. Ciężka to była przeprawa. Piasek osuwał 

się spod nóg konia, hamując szybkość. Bułanek piął się prawie na brzuchu, 

wytężając   wszystkie   siły.   Gdy   w końcu   znaleźli   się   na   szczycie,   nie 

otrząsnął się ani nie zarżał, tylko stanął nieruchomo jak posąg. Co prawda 

dyszał ciężko, lecz to było nieuniknione. Poza tym zdawał się rozumieć, że 

powinien być cicho.

McGregor   uświadamiał   sobie,   że   jego   sylwetka   musi   się   rysować 

w świetle księżyca bardzo wyraźnie, ale nic sobie z tego nie robił. Czuł, że 

ewentualny czatownik obserwowałby przede wszystkim drogę, a nie góry.

Droga  ta   rysowała   się   w dole   jak   na  dłoni   i nie   było   na  niej   żywej 

duszy. W odległości stu kroków szarzało trzecie rozwidlenie. Dwa szlaki 

rozchodziły się pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Wrzynający się w nie 

ogromny trójkąt tworzył wielkie, przysadziste, ciemne wzgórze.

– Jeżeli ktoś na mnie czeka, to czeka z pewnością na tamtej drugiej 

drodze – rzekł do siebie McGregor – i nie może mnie stamtąd widzieć. Nie 

ma co – dobrze się układa!

Ujechał szczytem sto kroków, po czym spuścił się ukośnie na dół. Tu 

ukrył konia w wyrwie między dwoma pagórkami i wydostał się pieszo na 

background image

drogę.

Po drugiej stronie wznosiła się góra, daleko bardziej spadzista niż ta, 

z której właśnie zjechał, chociaż dla pieszych dostępna. Jakkolwiek noc 

była chłodna, zdjął kurtkę i powróciwszy do konia, położył ją na siodle. 

Teraz   dopiero   okazało   się,   że   miał   przy   sobie   broń.   U mocnego   pasa 

wisiały dwa futerały. Powrócił na drogę i wspiął się ukośnie na zbocze, co 

zajęło mu kilka minut czasu. Stanąwszy na szczycie, rozejrzał się naokoło. 

Niebawem   ujrzał   przed   sobą   rozwidlenie   dróg.   Skalista   ściana   była   tu 

niemal prostopadła. Na dole czekało czterech jeźdźców.

Stali   w ścisłej   grupie,   jeden   koło   drugiego,   trzymając   konie   przy 

pyskach,   nieruchomi,   jak   skamieniali.   Szerokoskrzydłe   kapelusze   nie 

pozwalały   rozróżnić   twarzy.   Widać   było   tylko,   że   patrzą   w kierunku 

rozchodzących   się   dróg.   A więc   tak   jak   przewidział   McGregor, 

spodziewali się, że ofiara nadjedzie głównym szlakiem. Pozwoliliby jej 

przejechać,   a potem   rzuciliby   się   w pogoń.   Zastanawiał   się,   czyby   go 

zastrzelili, czy też kazali się poddać. W każdym razie było ich czterech na 

jednego i ten stosunek świadczył o nich niepochlebnie.

Usta McGregora zacisnęły się. Tchórze, nikczemni tchórze, zasadzili 

się na niego jak na zwierzynę! Jednakże, pomimo że było ich czterech, 

miał   nad   nimi   pewną   przewagę   i postanowił   ją   zużytkować.   Spojrzał 

w lewo, gdzie majaczyło dość łagodne zbocze. Gdyby mu się udało zejść 

tamtędy i, nie obudziwszy ich czujności żadnym hałasem, podejść od tyłu!

Zaczął się spuszczać po piaszczystej pochyłości, opierając się na ręce 

dla uchronienia przed ześlizgnięciem. Poszło mu to jak z płatka i w chwilę 

potem znalazł się na dole.

Idąc   ostrożnie   na   palcach,   przysunął   się   pod   występ   skalny,   chwilę 

background image

nasłuchiwał, po czym wysunął głowę. Jeźdźcy znajdowali się w odległości 

niecałych pięćdziesięciu kroków zwróceni do niego plecami. Nagle jeden 

z koni otrząsnął się i zatrzeszczało siodło.

– Cicho, psiakrew! – mruknął jeździec.

McGregor usłyszał go i uśmiechnął się z zadowoleniem. Łotrzyki nie 

wyobrażali sobie nawet, że mogli być śledzeni. Cała ich uwaga skierowana 

była na drugą drogę. Trwali w nieruchomym, cierpliwym oczekiwaniu.

Nie chełpię się, chłopcy – rzekł w głębi duszy McGregor – ale zdaje mi 

się, że tym razem ja was przechytrzyłem. Łatwo się było domyśleć, że 

Harbord lub dwaj z was zechcą mnie napaść.

Wyszedł   zza   skały   i pomaszerował   wolno   ku   zasadzce,   trzymając 

w każdej ręce nabity rewolwer. Poruszał się nadzwyczaj ostrożnie. Chciał, 

żeby go zauważyli dopiero w ostatniej chwili. Przypadkowy szmer mógłby 

wywołać wśród nich panikę i prawdopodobnie zaczęliby od razu strzelać, 

podczas   gdy   niespodziewana   komenda,   wygłoszona   energicznym, 

sppokojnym głosem, obróci ich w bezwolne manekiny. Tak się też stało.

Dzieliło go już od nich tylko dwadzieścia stóp. Nagle wysunął się na 

środek drogi i stanął oblany księżycową poświatą. Chciał, żeby zobaczyli 

go od razu i spostrzegli, że celuje do nich z dwóch luf.

– Ręce do góry! – krzyknął ostro.

–   Jak   się   tego   spodziewał,   zachowali   się   tak,   jakby   na   jego   głos 

przymarzli do siodeł. Skorzystał z tego, aby ich ostrzec.

– Mam dwa rewolwery! Kto się odwróci, dostanie kulą w łeb! Który 

chce być pierwszy?

NIkt   się   nie   kwapił.   Czwórka   siedziała   w siodłach   z rękami   nad 

głowami.

background image

– Rozsuńcie się trochę! – rozkazał McGregor. – Chcę zobaczyć światło 

księżyca. Rąk nie opuszczać! Macie nogi!

Rozsunęli się, rozpychając konie kolanami i mrucząc półgłosem.

–   A teraz   ty   od   lewej   –   komenderował   dalej   McGregor   –   zsuń   się 

z siodła,   trzymając  ręce  do góry.  Niech mi   który   zapomni  o rękach,  to 

zobaczy! Dalej, chłopcze, nogi ze strzemion i na ziemię. Dobrze. Teraz 

cofaj się, dopóki nie poczujesz lufy. Wy reszta – czekać! Celuję do was 

z drugiego rewolweru. Jeżeli się ruszycie, dosięgnę przynajmniej dwóch, 

a może nawet wszystkich trzech.

Ten,   który   zsiadł   z konia,   zaczął   się   cofać,   tak   jak   mu   kazano. 

Zatrzymał się dopiero, gdy poczuł na plecach lufę.

– Opuść jedną rękę, wyciągnij rewolwer i rzuć go na ziemię – rozkazał 

McGregor. – Bez pośpiechu, ale i bez wahania! Rozumiesz? A teraz marsz 

pod tamtą skałę, twarzą do ściany i ani się rusz! Dobrze! Teraz drugi od 

lewej to samo!

Nie   upłynęło   pięć   minut,   a czterej   kowboje   stali   rzędem   pod   skałą, 

zwróceni plecami do drogi. McGregor wsunął do kieszeni jeden ze swoich 

rewolwerów i zebrawszy wolną ręką porzuconą na ziemię broń, odniósł ją 

na drugą stronę drogi.

– Teraz możecie się odwrócić – rzekł.

Wykonali jednocześnie w tył zwrot. Jak już zauważył, wszyscy mieli 

twarze zasłonięte chustkami.

– Ty, pierwszy, zdjąć maskę! – krzyknął.

– Nie zdejmę – warknął opryszek.

– Zdejmiesz – uśmiechnął się McGregor. – Wiesz, że mnie będziesz 

musiał posłuchać, więc po co się opierać? Spieszy mi się w dalszą drogę 

background image

i nie mam czasu na żadne ceregiele. No!

Stał naprzeciwko nich, wparty mocno nogami w ziemię, z rewolwerami 

w obu   rękach.   Uśmiechał   się   przy   tym,   ale   nie   był   to   uśmiech   ani 

zachęcający, ani żartobliwy.

– Wiem, że zasłoniliście sobie twarze po to, żeby was księżyc nie opalił 

i pozwolę wam je zasłonić z powrotem – ciągnął dalej. – Chciałbym się 

tylko przyjrzeć waszej urodzie i przy następnym spotkaniu wiedzieć, z kim 

mam przyjemność. Nie możecie ganić człowieka za to, że chce zaznajomić 

się z przyjaciółmi, którzy zaczaili się na niego na rozstajach.

– Nie napadliśmy na ciebie – warknął pierwszy z szeregu.

– Bo was uprzedziłem.

Uśmiechając się ciągle, podniósł nagle prawą rękę i nacisnął cyngiel. 

Pocisk przeszył kapelusz. Kowboj przykucnął pod skałą z rękami do góry.

– Ty, ty – wyjąkał.

– Tak, ja – odparł ostro McGregor. – Następna kula pójdzie trochę 

niżej. Zdejm tę chustkę!

Biała szmata, pociągnięta niechętnie ręką, osunęła się w dół, ukazując 

znajomą   twarz   człowieka,   którego   McGregor   widział   z rana   prezd 

telegrafem.

– A teraz reszta – rozkazał.

Posłuchali   bez   protestu.   Ostatni   z szeregu   okazał   się   towarzyszem 

pierwszego. Dwóch pozostałych Bert nie znał.

– Zamaskujcie się z powrotem – rzekł McGregor. – Zależy mi na tym. 

Czy macie mi coś do powiedzenia?

– Co my ci mamy mieć do powiedzenia? – rzekł pierwszy. – Nie jesteś 

przedstawicielem władzy. I nie wiesz na pewno, po co tu przyjechaliśmy.

background image

– Czekaliście w zasadzce, uzbrojeni i zamaskowani, na kogoś, kto miał 

jechać drogą – rzucił Bert.

– To jeszcze nie przestępstwo.

– Nie jestem tego pewny. Nie wiem, czy wolno jeździć w maskach. 

Zresztą mało mnie to obchodzi. Kto was tu przysłał?

– Sami przyjechaliśmy.

– Czy nie z polecenia Harborda?

Zaprzeczenie poprzedziła chwila króciutkiego wahania.

–   Czekaliście   na   mnie   –   stwierdził   McGregor.   –   Tylko   Harbord 

wiedział, że będę tędy dzisiaj jechał.

–   Nie   mamy   nic   do   powiedzenia   –   oświadczył   stanowczym   tonem 

opryszek.

– Dobrze. Możecie wracać do koni.

– Pozwolisz nam odjechać?

– Ależ naturalnie.

Okazali   zdziwienie,   ale   pobiegli   do   koni.   McGregor   deptał   im   po 

piętach.

– Szkoda zostawiać tutaj tyle dobrej broni – rzekł – ale nie mam czasu 

bawić się z tym. Wsiadajcie i wyjeżdżajcie na drogę. Wolno!

Posłuchali.   McGregor   czuł,   że   chcieli   uciec,   ale   strach   przed   jego 

rewolwerami był silniejszy. Na jego rozkaz, dojechawszy do drogi, stanęli.

– Zsiadać – rzekł krótko.

Zeskoczyli z siodeł.

Popędził ich przed sobą ku kryjówce swego konia, wywołał go i wsiadł, 

trzymając w jednej ręce rewolwer.

– Zauważcie, że nie było jeszcze na świecie takiego rączego konia jak 

background image

mój – oznajmił wesoło. – Dalej, marsz z powrotem do waszych szkap i na 

siodła. Uważać, co mówię.

– Miałeś nam pozwolić odjechać – zaprotestował jeden z jeńców.

– Toteż pojedziecie, ale ja za wami.

– Ty, psie!

Czwórka znalazła się w siodłach. Słowa oburzenia wypadły śmiesznie 

i bezsilnie.

Z   twarzy   McGregora   znikł   uśmiech.   Zakomenderował   dźwięcznym 

głosem:

– W drogę, chłopcy!

Ruszyli stępa, a on tuż za nimi.

– I od tej chwili ani pary z ust – dokończył.

Odpowiedziało mu milczenie.

background image

VII

Oskarżyciele

Pędził swych jeńców drogą prowadzącą według wskazówek Bundy’ego 

na ranczo Hammersleyów. Wkrótce ich oczom ukazał się olbrzymi łan 

świeżo skoszonej  lucerny. Równe ściernisko  słało  się pod promieniami 

księżyca   niczym   olbrzymi   strzyżony   dywan.   Na   dalszym   planie   widać 

było zabudowania.

W jednym z okien świeciło się jeszcze, widocznie ktoś na niego czekał. 

Pewnie Hammersley. Godzina była późna, blisko jedenasta.

Na   widok   domu   jeńcy   zwolnili   tempo   i jeden   z nich   odwrócił   się 

w siodle.

– Daleko jeszcze pojedziemy? – zapytał.

– Do tamtego ranczo.

Czwórka   sposępniała.   Zajeżdżali   przed   dom   od   strony   kuchni 

i McGregor zawołał gospodarza, który zaraz się pojawił.

– To ja, McGregor – rzekł zwycięzca. – Przyjechałem w towarzystwie. 

Proszę, wyjdź pan do nas z rewolwerem.

Hammersley   cofnął   się   z powrotem   do   domu.   Kiedy   się   ukazał 

ponownie, towarzyszyła mu siostra. Nie wyszła co prawda za próg, lecz 

stała w drzwiach, przyglądając się ciekawie grupie jeźdźców. McGregor 

zeskoczył z siodła.

– Zsiadać, chłopcy – rozkazał. – Konie zostawić.

Posłuchali,   nie   mając   innego   wyjścia.   Poskromiciel   kazał   im   iść   do 

domu. Anna usunęła się na stronę.

Weszli do bawialni.

background image

– Stanąć szeregiem – rzekł McGregor. – Dobrze! I zdjąć maski!

Na   widok   odkrytych   twarzy   czterech   gości   Hammersley   zbladł   jak 

ściana. Ręka, w której trzymał rewolwer, zadrżała. McGregor podszedł do 

niego i wyjął mu go łagodnie spomiędzy zaciśniętych kurczowo palców.

–   Ci   ludzie   krzywoprzysięgli   przeciwko   memu   bratu   –   rzekł 

chrypliwym głosem Jim. – Nigdy mi się nie zdarzyła lepsza okazja.

–   Spokojnie   –   przerwał   stanowczym   głosem   McGregor.   –   Macie 

państwo bliskich sąsiadów, prawda? Jak z nimi jesteście?

– Czy od chwili nieszczęścia, jakie spadło na mego brata?

– Tak – odpowiedział łagodnie McGregor. – Nigdy nie wiadomo, jaki 

się kto okaże. Czy unikają was od tego czasu?

– O, nie – wtrąciła Anna. – Okazują nam tyle serca, że więcej nie mogą. 

Nikt tu nie wierzy, że Henryk jest winien. Znają go przecież.

–   To   dobrze   –   uśmiechnął   się   gość.   –   Czy   można   liczyć   na   trzech 

dyskretnych?

–   Znam   trzech,   którzy   zrobiliby   wszystko,   czego   by   pan   od   nich 

zażądał. Pójdę po nich.

Pobiegła ku drzwiom, ale brat ją zatrzymał. McGregor zauważył, że 

nieszczęśliwy toczy ze sobą ciężką walkę. Nienawidził tych czterech za to, 

że – jak był święcie przekonany – sprzysięgli się przeciwko życiu jego 

niewinnego   brata   i jego   prosta   natura   żądała   natychmiastowej   zemsty. 

Z drugiej strony szanował prawo. Przemógł się i rzekł z westchnieniem:

– Ja pójdę po nich, Aniu.

– Nie powiesz im nic, Jim? – zapytała z niepokojem. – Nie podmówisz, 

żeby...

– Nie, nie. Przed chwilą miałem ochotę wystrzelać ich tu jak stoją, ale 

background image

teraz myślę, że lepiej będzie poczekać. Pewnie za te maski wsadzą ich do 

kozy i jakiś czas potrzymają. Kogo mam przyprowadzić, Aniu?

– Może Bresslera, Banninga i Pope’a – odpowiedziała dziewczyna.

– Niech przyprowadzą konie – zawołał za nim McGregor.

Hammersley   spojrzał   na   czterech   ludzi,   potrząsnął   żałośnie   głową, 

i opuścił pokój.

– Widzi pan, co się z nim dzieje – rzekła po jego odejściu Anna. – 

Gdyby nawet pozabijał tych ludzi, byłby usprawiedliwiony. Tamten brat 

jest taki sam, tylko bardziej opanowany. Czy pan sądzi, że taki człowiek 

byłby zdolny do rabunku i morderstwa?

–  Absolutnie   nie   –  zaprzeczył  McGregor.   –   Ci  czterej   skłamali.   To 

wszystko.

–   Nie   skłamaliśmy.   Powiedzieliśmy   tak,   jak   było   –   wtrącił 

najzuchwalczy z bandy.

–   Powiedzieliście,   więc   teraz   trzymajcie   języki   za   zębami   –   rzekł 

pogromca. – Chustki na twarze. Tak jak przedtem. Dalej!

Zamruczeli gniewnie, ale posłuchali.

Za   kwadrans   powrócił   Hammersley   z sąsiadami   i przedstawił   ich 

swemu nowemu przyjacielowi.

Bressler był człowiekiem niemłodym, siwowłosym, z pooraną twarzą 

i błyszczącymi   oczyma.   Nie   zdziwił   się   wcale   ujrzawszy   pod   ścianą 

indywidua w maskach.

McGregor   pomyślał,   że   widocznie   w swoim   długim   życiu   musiał 

widywać dziwniejsze rzeczy.

Dwaj   pozostali   byli  młodsi.   Hammersley   przedstawił   Banninga   jako 

rządcę   Bresslera,   a Pope’a   jako   jednego   z jego   ludzi.   Widok 

background image

zamaskowanej   czwórki   wywołał   na   ich   ustach   mimowolny   uśmiech. 

McGregor   na   myśl,   że   Anna   wybrała   tych   ludzi,   a nie   innych,   poczuł 

drgnienie dumy. Rozumna, odpowiedzialna dziewczyna!

–   Ci   ludzie   świadczyli   przeciwko   Hammersleyowi   –   objaśnił 

przybyłych. – Kryli się u rozstajnych dróg z chustkami na twarzach.

– Zasadzili się na kogoś – podsunął Bressler.

–   Nie   wiem.   Świecił   księżyc   i zauważyłem   ich   z daleka,   zanim   oni 

mnie zobaczyli. Zakradłem się od tyłu i kazałem im podnieść ręce do góry. 

Niewielka sztuka. Przy zaskoczeniu nie rozstrzyga przewaga liczebna, lecz 

coś innego. Jechałem w tę stronę i przy okazji zabrałem ich ze sobą.

– Musiał pan przeczuwać, że się na coś zanosi – rzekł Bressler.

–   Miałem   zajście   z niejakim   Harbordem   i z tymi   dwoma.   Harbord 

wiedział, że będę dziś jechał przez to pustkowie.

– Umie pan przejrzeć człowieka na wylot, ho, ho! A co pan zamierza 

zrobić z tymi ludźmi?

McGregor wiedział, jak bardzo wskazane jest pozwolić ludziom działać 

na własną rękę i nie narzucać im swoich pomysłów. Każdy chętniej i lepiej 

wykonuje swój plan niż cudzy.

– Co pan radzi? – zapytał.

– Ja przekazałbym ich szeryfowi – odparł starszy człowiek. – Jeżeli pan 

chce, to ofiarujemy się jako eskorta, dobrze?

– Dziękuję. Bardzo mi to na rękę – odpowiedział McGregor. – Miałem 

mały interes do Hammersleya. Pewnie panom zakomunikował, skąd się tu 

wziąłem?

– Tak, mówił nam o panu.

Spośród   jeńców   wystąpił   najzuchwalszy.   Między   rondem   kapelusza, 

background image

którego nie zdjął i brzegiem chustki świeciły złe oczy.

–   Nie   ma   między   wami   żadnego   przedstawiciela   władzy   – 

zaprotestował z furią. – Nie macie prawa zabierać nas do więzienia!

–   Niech   cię   o to   głowa   nie   boli   –   rzekł   Bressler.   –   Było   nie   było, 

odstawimy was do szeryfa. Jeżeli się zachowacie spokojnie, zajedziecie na 

miejsce cało i zdrowo. W przeciwnym razie wcale nie dojedziecie. Mnie 

tam wszystko jedno!

– Jak się ci ludzie nazywają? – zapytał McGregor.

– Ten pierwszy, pyskaty, to Dorr – objaśnił Hammersley. – Ten drugi: 

Barlow, trzeci: Grinnell, a ostatni – Bruling.

– Panowie, cała przyjemność po mojej stronie – zawołał ze śmiechem 

McGregor. – Przykro mi, że się musimy rozstać, ale taki jest zawsze los 

przyjaciół.   Na   pana   miejscu,   panie   Bressler,   zaprezentowałbym   ich 

szeryfowi z chustkami na twarzach. W każdym razie w drodze będą im 

potrzebne dla ochrony cery przed księżycem. Księżyc opala ludzi na żółto, 

wiadomo.

– Słyszałem o tym – odpowiedział poważnie Bressler.  – Zrozumiała 

rzecz, że nie chcieliby się oszpecić.

– Zapłacicie nam za to – warknął Dorr.

– Chodźcie, chłopcy – rzekł Bressler. – Mamy przed sobą długą jazdę. 

Chciałbym, żebyśmy zdążyli na śniadanie do szeryfa.

Dobry   humor   starszego   człowieka   doprowadził   łotrzyków   do 

wściekłości, ale była to wściekłość tępa i milcząca.

Wyszli   za   nim   z pokoju   w ponurym   milczeniu.   POchód   zamykali 

Banning i Pope. McGregor, Hammersley i Anna stali nasłuchując, dopóki 

na podwórzu nie rozległ się tętent kopyt siedmiu koni.

background image

– Czy pan sądzi, że oni czekali na pana? – zapytała dziewczyna.

– Według wszelkiego prawdopodobieństwa, tak – odpowiedział młody 

gość.

– Czy to możliwe, żeby Harbord nasłał ich na pana?

– Pani – rzekł – nie mogę go o to oskarżać. Z podejrzeniami trzeba być 

ostrożnym. To tylko wiem, że od pierwszego wejrzenia nie czuliśmy do 

siebie przyjaźni i że on wiedział o moim zamiarze udania się wieczorem 

do państwa. Ci czterej mogli się tego domyślać, ale on wiedział.

Patrzył jej   w oczy  i zauważył,  że w głębokich  źrenicach  zapaliły  się 

iskry. Zarumieniła się lekko.

– Harbord zawsze robił na mnie wrażenie dobrego człowieka – odparła. 

– Nie rozumiem, jakby on mógł dopuścić się czegoś podobnego.

– O, wobec ciebie, Aniu, stara się przedstawić jak najlepiej – wtrącił 

brat.   –   W całym   okręgu   nie   ma   człowieka,   którego   mógłby   nazwać 

przyjacielem.  Jest  pełen fałszywej dumy  i uważa, że inni ludzie zostali 

stworzeni tylko po to, żeby być na jego usługi.

– Tak, słyszałam o tym – odparła. – Panie McGregor, co pan zamierza 

zrobić ze swymi jeńcami?

– Zastanawiam się właśnie – uśmiechnął się młody człowiek.

Uśmiechnęła się także, a on się zaczerwienił. Czuł, że miała do niego 

zaufanie,   ale   mogło   to   wypływać   tylko   z potrzeby   pomocy 

w rozpaczliwym położeniu.

–   Powinien   się   pan   przespać   –   wtrącił   gospodarz.   –   Już   jest   blisko 

północ, a wstał pan przecież o wschodzie słońca.

–   Na   razie   sen   mi   nie   w głowie   –   odrzekł   McGregor.   –   Muszę 

przemyśleć to, co się dotychczas stało. Szeryf będzie rano na mnie czekał 

background image

i będę musiał przedłożyć mu gotowy plan. Nic nam nie przyjdzie z tego, 

że   ci   czterej   zostaną   skazani   na   jakąś   małą   karę   za   swoje   podejrzane 

zamiary.   Niech   państwo   idą   spać.   Ja   sobie   pospaceruję   przed   domem 

i podumam.

–   Nie   chce   mi   się   spać   –   oznajmił   Hammersley.   –   Będę   panu 

dotrzymywał towarzystwa. Nie będę przeszkadzał. Umiem milczeć.

– Ale później położysz się, Jim? – zaniepokoiła się troskliwie siostra.

– Naturalnie. Obu nam się przyda trochę snu.

– Dobranoc – rzekła.

Skierowała się ku drzwiom. Nagle uderzyła ją jakaś myśl, bo zawróciła 

i podeszła do gościa.

– Nie wiem, co panem powoduje, że pan dla nas taki dobry – zaczęła, 

oddychając   z pewnym   wysiłkiem   –   ale   my   to   doceniamy.   Jesteśmy 

w okropnym położeniu i trzeba nam pomóc, Bóg widzi jak bardzo. Mamy 

niewiele czasu.

– Nie ma chyba człowieka, który nie chciałby państwa ratować – rzekł 

McGregor.   –   Brat   pani   musi   wyjść   z tego   z życiem,   choćbyśmy   mieli 

przewrócić świat do góry nogami. Niech się pani nie martwi.

– Nie mogę być spokojna – odparła – ale postaram się nie myśleć.

Wyciągnęła rękę. Ujął ją po chwili wahania i puścił tak prędko, jakby 

się sparzył. Wyszła jednymi drzwiami, a on drugimi, przez kuchnię. Serce 

biło mu jak młotem, ale skręcił papierosa bez drżenia rąk.

Hammersley   usiadł   na   stopniu   schodków,   z łokciami   wspartymi   na 

kolanach,   a twarzą   w dłoniach.   McGregor   minął   go   i zaczął   się 

przechadzać   po   podwórzu.   Pogrążony   w myślach   uświadomił   sobie 

głęboką  ciszę nocy dopiero  wtedy, gdy została  przerwana. Dźwięk  był 

background image

nagły i silny. Podniósł głowę, nadsłuchując.

– Co to? – zapytał z pewnym niepokojem.

– Ktoś przejechał po moście z tamtej strony – objaśnił gospodarz. – 

Właśnie tamtą drogą odjechali Bressler i pozostali. Ciekaw jestem...

Zerwał   się   na   nogi   i obaj   z gościem   wybiegli   na   drogę.   Huk   ustał, 

a rozległ   się   tętent   kopyt.   Z mroku   wynurzyła   się   sylwetka   jeźdźca. 

Podjechał do czekających i osadził konia w miejscu tak nagle, że zwierzę 

uniosło się na tylnych nogach i przeddnimi zatoczyło półkole.

– To nasz adwokat Sobey – rzekł z jękiem Hammersley. – Czy stało się 

coś złego? Wielki Boże!

background image

VIII

Światło prawne

Prawnik zeskoczył z konia i podszedł do klienta. McGregor zmierzył 

go uważnym spojrzeniem. Stan konia wskazywał na szybką jazdę; jeździec 

był   także   podniecony.   Oddychał   trochę   za   szybko,   a oczy   miał   jakby 

rozgorączkowane, ale przy powitaniu zdobył się na uśmiech.

– Odebrał pan moją depeszę, panie Hammersley? – zapytał.

–   Odebrałem   –   odparł   zagadnięty.   –   Co   będzie   dalej?   Czy   pan   ma 

jeszcze jakąś nowinę – może złą?

–   Nie,   o nie.   Śpieszyłem   się   tylko,   żeby   potwierdzić   tamtą   dobrą. 

Sądziłem,   że   pewnie   jesteście   państwo   ciekawi   szczegółów   mojej 

audiencji u gubernatora.

Hammersley zdjął kapelusz i otarł pot z czoła.

– Napędził mi pan stracha – rzekł.

–   Do   Plain   City   dojechałem   koleją,   do   Brandville   samochodem, 

a stamtąd wsiadłem na tego oto człapaka – ciągnął Sobey. – Dobry koń, 

chciałem   go   wypróbować.   Nie,   panie   Hammersley,   nie   ma   się   czego 

niepokoić.

– Dzięki Bogu – odetchnął z ulgą Jim. – Co...

– Idzie pańska siostra – przerwał Sobey. – Poczekajmy na nią.

McGregor odrócił głowę i zobaczył zbliżającą się Annę. Najwidoczniej 

położyła się w ubraniu.

Oczy jego przeniosły się na nowo przybyłego. Był to drobny, chudy 

człowieczek   o żółtej   cerze   i czarnych,   błyszczących   oczach.   Na   górnej 

wardze   jeżyły   się   szczecinowate   wąsiki,   głowę   miał   ulizaną,   z lekka 

background image

łysiejącą.

Mimo że wygląd jego świadczył o siedzącym, domowym trybie życia, 

ubiór   wskazywał   pretensje   sportowe.   Szare   sombrero   dopełniało   się 

z popielatym   garniturem   do   konnej   jazdy   i długimi   butami.   McGregor 

instynktownie   poczuł   do   niego   niechęć   i zrozumiał,   że   Henryk   ma 

nieodpowiedniego obrońcę.

Tymczasem Anna zrównała się z czekającą grupą. Sobey zdjął kapelusz 

i złożył jej niski ukłon, w trakcie którego jego cienkie wargi wykrzywiły 

się   w słodkim   uśmiechu.   McGregor   o mało   nie   splunął   z obrzydzenia. 

Kobieciarz! Galant! Nadskakujący idiota!

– To pan, panie Sobey? – rzekła dziewczyna. – Co się stało?

– Nic, panno Anno – zapewnił ją skwapliwie. – Nic więcej nad to, 

o czym   dziś   depeszowałem.   Udało   mi   się   wyjednać   zawieszenie 

wykonania   wyroku.   Mamy   trzydzieści   dni   czasu   na   dowiedzenie   jego 

niewinności i niech mi pani wierzy, droga panno Aniu, że tego dokonamy. 

Jestem przekonany.

– Są nowe fakty? – zapytał McGregor.

Sobey posłał mu już kilka ukośnych, badawczych spojrzeń.

– Zdaje mi się, że nie mam przyjemności znać pana – rzekł.

– Bert McGregor – przedstawił się młody człowiek. – Przyjechałem do 

pana   Hammersleya   na   parę   dni   z wizytą.   Pochodzę   z okolic   Scanlonu. 

A przynajmniej ostatnio tam rezydowałem.

–   Ze   Scanlonu?   –   oczy   Sobeya   zwęziły   się   w dwie   szparki.   – 

Rozumiem – dodał tajemniczo.

– Mniejsza o mnie – rzekł niegrzecznie McGregor. – Państwo chcą jak 

najprędzej dowiedzieć się, co zaszło w stolicy.

background image

– Ależ proszę. Otóż przybywszy na miejsce przedwczoraj wieczorem, 

udałem się od razu do gubernatora. Początkowo zanosiło się na to, że się 

z nim nie zobaczę, ale nie dawałem za wygraną. Powiedziałem lokajowi, 

że idzie o życie człowieka i że muszę uzyskać audiencję za wszelką cenę. 

Po długim sporze – wiedzą państwo, że jako prawnik umiem przekonywać 

– sługus wziął mój bilet i poszedł.

Nie jestem zarozumiały, ale mam wrażenie, że gubernator trochę się ze 

mną liczy. Mam pewne wpływy polityczne i możliwe, że doszły go o tym 

słuchy.   W rezultacie   kazał   mnie   poprosić.   Panno   Anno,   niech   mi   pani 

wierzy, że jeszcze nigdy w życiu do nikogo tak nie przemawiałem jak do 

niego. Początkowo, jeżeli wolno mi się tak wyrazić o naszym dygnitarzu, 

okazywał tępy upór. Powiedział, że brat państwa został uznany za winnego 

przez   sąd  przysięgły  złożony   z jego  współobywateli.   Znał  całą  sprawę, 

uważał,   że   śledztwo   zostało   przeprowadzone   zgodnie   z procedurą 

i zaopiniował,   że   nie   ma   żadnej   podstawy   do   zawieszenia   egzekucji. 

Wtedy   przedstawiłem   mu   rzecz   w prawdziwym   świetle.   Wspomniałem 

o pani   i o panu   Jimie,   czekających   na   wieść   o ukochanym   bracie. 

Mówiłem, jaką się państwo cieszycie opinią. Opowiedziałem o Henryku. 

Po chwili spostrzegłem, że coś się w nim załamało. Patrzył mi przez cały 

czas w twarz, ale potem spuścił oczy na dywan i między brwiami ukazała 

mu   się   pionowa   zmarszczka.   Zrozumiałem,   że   zwyciężyłem.   Nagle 

przerwał mi i rzekł:

– Dosyć, panie Sobey. Odraczam egzekucję na trzydzieści dni.

Podziękowałem mu i zacząłem się zbierać do odejścia. Pożegnał mnie 

słowami:

– Możesz pan powiedzieć Hammersleyom, że ich brat ma dzielnego 

background image

obrońcę.

Przyznam się państwu, że wyszedłem od niego jak pijany. Komplement 

z ust takiego człowieka jak gubernator, to więcej niż komplement.

– Dlaczego pan nie zadepeszował od razu tego wieczora? – zapytał 

Hammersley. – Naraził nas pan na straszliwe czekanie.

– Ależ, kochany panie! – wykrzyknął prawnik – w takich rzeczach nie 

można się śpieszyć. Musiałem się najpierw upewnić. Wyobraźmy sobie, że 

zadepeszowałbym do państwa, iż egzekucja została odroczona i okazałoby 

się, że się pomyliłem. To by przecież było zabójcze. Nie, ja postępuję jak 

przystało na człowieka z głową. Czekałem, dopóki rozkaz o zawieszeniu 

nie  został  przesłany  do więzienia.  Poszedłem  tam od razu,  ale dopiero 

z rana otrzymałem informację. I wtedy wysłałem depeszę. Zdaje się, że 

pan jest ze mnie niezadowolony, panie Hammersley?

– O, nie, nie – zaprotestował Jim. – nic podobnego. Uratował pan mego 

brata od śmierci.

Podczas   gdy   Sobey   przechwalał   się   swoją   zasługą,   McGregor 

obserwował   go   uważnie.   W miarę   opowiadania   jego   umiarkowane 

zainteresowanie   ustępowało   stopniowo   miejsca   wielkiemu   zdziwieniu. 

Twarz przybrała wyraz nieufności. Chciał ją opanować, ale nie zdążył. 

Sobey miał ptasią właściwość szybkiego obracania głowy na chudej szyi.

– Co to ma znaczyć, panie McGregor? – zapytał porywczo. – Co pana 

roZśmieszyło w moim opowiadaniu?

– Rozśmieszyło? – powtórzył poważnie tamten. – Nie było w nim nic 

rozśmieszającego. Nie rozumiem, dlaczego pan o to pyta.

– Widziałem, że się pan uśmiechnął.

– Mam taki głupi grymas twarzy – przyznał McGregor. – Uśmiecham 

background image

się, ilekroć jestem zadowolony. Odruchowo.

–   O!   –   rzekł   Sobey   i zwrócił   się   do   Hammersleya:   –   Chciałbym 

pomówić o interesie, kochany panie.

– Jestem na rozkazy – odpowiedział klient. – Dam panu czek na żądaną 

sumę.

–   Nie   lubię   omawiać   takich   rzeczy   wobec   świadków   –   zaoponował 

prawnik.

– Niech państwo idą razem do domu – podsunął McGregor. – Ja tu 

jeszcze zostanę.

– Dos-ko-na-le – wyskandował Sobey.

Trójka   odeszła   w stronę   domu,   a McGregor   jął   się   przechadzać   po 

ciemnym podwórku. Miał do przemyślenia wiele rzeczy, więcej niż tamci 

mogli przypuszczać. Jeszcze przed paru godzinami pragnął znaleźć jakiś 

konkretny punkt zaczepienia, teraz miał ich sporo, tylko nie wiedział, od 

którego zacząć. Miał w więzieniu czterech ludzi i musiał tę okoliczność 

wykorzystać.   W dodatku   przekonał   się,   że   obrońca   Hammersleya   był 

człowiekiem   przebiegłym   i niesumiennym.   Co   do   tego   nie   mogło   być 

wątpliwości.   Sobey   wystawił   sobie   świadectwo   kłamcy   własnymi 

słowami.   I teraz   oto   znajdował   się   pod   dachem   Hammersleyów 

i przyjmował zapłatę za to, czego nie zrobił.

Młody człowiek wzruszył ramionami i przyśpieszył kroku. Miał chęć 

wejść do domu, zdemaskować oszusta i może wyrzucić go za drzwi. Czuł 

jednak, że na razie byłby to krok wysoce niedyplomatyczny. W krętym, 

pseudoprawniczym mózgu mogło się kryć wiele rzeczy godnych uwagi. 

Trudno to sprawdzić.

Kiedy Sobey wyszedł z domu, McGregor zastąpił mu drogę. Zauważył 

background image

od razu, że mały jest zadowolony z sutego honorarium i ciekawy, kim jest 

nieznajomy.   Pierwsze   słowa   prawnika   stanowiły   dla   McGregora 

niespodziankę.

– Jadąc tutaj, spotkałem po drodze kilku ludzi – zaczął.

A więc on dlatego tak galopował, dlatego tak się śpieszył! Spotkawszy 

Bresslera i resztę, zainteresował się z czym i dokąd jechali. Nasuwało się 

przypuszczenie, że nie było to fachowe zainteresowanie, a osobiste. Nie 

odpowiedział, sądząc, że milczeniem wyciągnie z fałszywca coś więcej.

– Dokąd Bressler i tamci eskortowali tych chłopców? – zapytał Sobey.

–   To   sprawa   Hammersleya   –   odparł   McGregor.   –   Wyruszyli   z tego 

domu.

–   Pytałem   go   o to   –   wyrwał   się   mały.   –   Powiedział,   że   to   pańska 

sprawa.

– Może była – przyznał chłodno młody człowiek. – Ale teraz przeszła 

na Bresslera. Dlaczego jego pan nie spytał?

– O!  toby   się  na nic  nie  przydało –  warknął  Sobey.  – Bressler  nie 

powiedziałby tego mnie, to jest właściwie nikomu by nie powiedział. Lubi 

być tajemniczy.

– Nie mógł pan nic wyciągnąć z Bresslera, a zdaje się panu, że to się 

uda z Hammersleyem lub ze mną. Boi się pan Bresslera, podczas gdy my 

dwaj wydajemy się panu łatwi. Czyż nie tak?

–   Czy   ja   to   powiedziałem?   Zapytałem   pana   tylko   jak   najgrzeczniej 

w świecie, co się właściwie stało.

– To, że się zajmie tym szeryf. Radzę panu jechać do niego i zapytać.

– Wiele bym się dowiedział – odparł szyderczo prawnik.

– Widzę, że z poważnymi ludźmi jest pan na bakier.

background image

– Czy to ma być zniewaga?

– Niech Bóg broni!

Sobey   zadygotał   z wściekłości   i źrenice   rozszerzyły   mu   się   jak   pod 

wpływem narkotyku. McGregor nie spuszczał go z oka.

– Dlaczego ci chłopcy byli zamaskowani chustkami? – zapytał znów 

prawnik.

– Należało ich spytać. Przecież to chyba pańscy przyjaciele?

– Nie, o nie! – rzekł spuszczając oczy. – Jak panu wiadomo jestem 

prawnikiem   i interesowałem   się   sprawą   z prawnego   punktu   widzenia. 

Każdy adwokat ciągle poszukuje klienteli.

– Zwłaszcza takiej, co może szafować czekami.

– Moje ostatnie honorarium było proporcjonalne do ważności sprawy 

i nic więcej – oświadczył z godnością Sobey. – Trudno bronić człowieka, 

posądzonego o morderstwo, dla pięknych oczu.

I znów McGregor miał ochotę porwać oszusta za kołnierz i zawlec go 

przed   oblicze   gospodarza.   Mógł   to   zrobić.   Mógł   wykazać 

Hammersleyowi,   że   Sobey   nie   zasłużył   na   zapłatę.   Ale   zdradziłby   się 

wtedy ze swoimi podejrzeniami i lis miałby się odtąd na baczności.

– Niech pan siada na konia i wieje, dokąd pana oczy poniosą – rzekł 

żartobliwie. – Niepotrzebnie pan tu zajmuje miejsce.

– Co? – obruszył się mały. – Stoję na gruncie stanowiącym własność 

mojego klienta. Mogę tu zostać tak długo, jak mi się będzie podobało.

– Na konia i precz! – rozkazał McGregor. – Jeżeli pan się za minutę 

stąd nie ruszy, pomogę panu wsiąść!

Sobey   błysnął   złymi   oczami   i zaczął   się   cofać   ku   swemu   koniowi. 

Znalazłszy się w siodle, obrócił na McGregora gorejące spojrzenie.

background image

–   Miesza   się   pan   w rzeczy,   które   pana   nie   dotyczą   –   rzekł 

ostrzegawczo. – Radziłbym być ostrożniejszym.

– Niech pana głowa o mnie nie boli – odkrzyknął młody człowiek. – 

Precz!

Sobey zbladł, zgrzytnął zębami i odjechał bez słowa.

McGregor   poszedł   do   drzwi   wejściowych   i zapukał.   Rozległ   się 

uprzejmy głos Hammersleya. Siedział z siostrą przy stole, na którym leżała 

otwarta książeczka czekowa. Oboje mieli zatroskane twarze, tak jakby ten 

przedmiot   symbolizował   ich   nieszczęście.   Na   widok   wchodzącego 

uśmiechnęli się z ulgą.

–   Spodziewam   się,   że   dzielny   obrońca   nie   obłożył   państwa   zbyt 

ciężkim haraczem – rzekł.

Czuł, że było to pytanie dość impertynenckie, ale musiał wiedzieć, jak 

daleko posunęła się chciwość oszusta. Było mu to potrzebne.

– Dużo wziął – przyznał się Hammersley – ale warto było dać. Za tę 

błogosławioną zwłokę oddałbym wszystko do ostatniego centa, wszystkie 

stada i ranczo. Zapłaciłem mu tysiąc dolarów. Ogółem wybrał już od nas 

za tę sprawę dwa tysiące pięćset dolarów. Ten ostatni tysiąc liczy się jako 

zapłata za najbliższe trzydzieści dni. Ma zrobić wszystko, co tylko będzie 

w jego mocy.

McGregor spuścił oczy. Tysiąc dolarów, za co? Sobey najwidoczniej 

nie   miał   żadnego   wpływu   na   przysięgłych,   którzy   sądzili   Henryka 

Hammersleya i jego wyprawa do stolicy nie miała żadnego skutku. Ale 

o tym nie można było jeszcze mówić.

– Trochę mnie to nadszarpnęło – ciągnął dalej gospodarz – ale dam 

sobie jakoś radę.

background image

Po   raz   pierwszy   w życiu   McGregor   pożałował,   że   nie   jest   bogaty. 

Całego majątku  posiadał  kilkaset  dolarów  i nigdy  nie przywiązywał do 

pieniędzy wielkiej wagi. Potrzeby miał proste, ale pomimo to grosz jakoś 

się go nie trzymał. Wiedział z doświadczenia, jakie mogło być położenie 

Hammersleya. Jim był zamożny jeżeli chodzi o inwentarz i ziemię, lecz 

jak wielu hodowców cierpiał na chroniczny brak gotówki,

– Może by państwo poszli spać – rzekł gość. – Ja odjeżdżam.

– Chyba się pan najpierw prześpi!? – zaproponował Hammersley. – 

Kazałem zaprowadzić pańskiego konia do stajni.

– Na razie nie – odpowiedział McGregor, idąc ku drzwiom.

– Wyprowadzę pana – ofiarował się gospodarz. – Gdzie mój kapelusz?

Podczas gdy szukał kapelusza, gość odwrócił się w progu i spojrzał na 

Annę. Patrzyła na niego poważnym wzrokiem. Ukłonił się i wyszedł.

– Nie pytam dokąd pan jedzie – rzekł Hammersley, gdy znaleźli się na 

dworze   –   ale   jeżeli   pan   chce,   mogę   panu   przydzielić   jednego   z moich 

ludzi.

– Nie, dziękuję – odparł tamten. – Pojadę sam. Ilu pan ma ludzi?

– Tylko trzech.

– Dobrzy? Godni zaufania?

– Najlepsi w świecie. Powierzyłbym im wszystko, co posiadam.

– Więc niech pan ich trzyma.

Hammersley   zaproponował   mu   do   wyboru   jednego   ze   swoich   koni, 

lecz spotkał się z odmową. Bułanek mógł jeszcze odbyć długą drogę i nie 

było wskazane zamieniać go na innego wierzchowca.

Wyjechał z podwórza i skierował się ku miejscu, gdzie zorganizowano 

na niego zasadzkę. Znalazł z łatwością porzucone rewolwery, zabrał je ze 

background image

sobą i cisnął z powrotem na drogę.

Szlak jego prowadził teraz do głównego miasta hrabstwa. Miał już plan 

działania, chociaż nie wyobrażał sobie, co z tego wyjdzie. Był to jeden 

z tych   planów,   które   rodzą   się   z niczego   i mają   charakter   nieco 

bezpodstawny. Ale cóż, nie mógł obmyślić nic lepszego.

O świcie zajechał przed więzienie.

background image

IX

Głos zabójcy

Więzienie   mieściło   się   w suterenach   gmachu   sądu   i brama   była 

zamknięta.   McGregor   zadzwonił.   Za   szybką   ukazała   się   zaspana   twarz 

strażnika, który uchylił furtkę i oznajmił, że szeryf jeszcze śpi. McGregor 

powiedział,   że   ma   ważną   sprawę   i udał   się   do   miasta   w poszukiwaniu 

restauracji. Po śniadaniu powrócił. Szeryf już czekał. Wytłumaczył mu, co 

go sprowadza.

– Ma pan jeszcze tych ludzi pod kluczem? – zapytał.

– Naturalnie – odpowiedział szpakowaty weteran. – Jeżeli już Bressler 

kogoś sprowadzi, to musi  to być dobry ptaszek. Mówił mi, że pan się 

u mnie stawi, więc nie zadawałem mu żadnych pytań. Cóż oni zrobili?

McGregor   opowiedział   swoją   przygodę   i zawahawszy   się   dodał,   że 

podejrzewa ich o współudział w zabiciu Moody’ego.

– Nie wydaje mi się – zaoponował szeryf. – Zeznania, jakie złożyli 

w sądzie, były prawdopodobne. Chociaż nigdy nie wiadomo. Co pan ma 

jeszcze do powiedzenia?

– Gdzie jest Bressler i tamci dwaj? – zapytał młody człowiek.

–   Poszli   do   hotelu   przespać   się.   Mówili,   że   opuszczą   miasto   przed 

dziesiątą.

– Nie będę im wchodził w drogę. Są mi już teraz niepotrzebni.

– Lubi pan działać w pojedynkę?

–   Właściwie   nie   to   –   odpowiedział,   rumieniąc   się   McGregor   –   ale 

jestem przyjacielem rodziny Hammersleyów, a Bressler jest ich sąsiadem. 

To dobry i dzielny człowiek. Chciałbym, żeby go mieli pod ręką.

background image

– Aha, rozumiem – powiedział prędko szeryf. – Podoba mi się pańska 

przezorność. Nie każdy by o tym pomyślał. Więc co pan chce zrobić ze 

swoimi jeńcami?

– Czy pan ich przesłuchiwał?

– Owszem, ale nic się nie dowiedziałem. Milczeli jak zaklęci.

– Nigdy nie miałem do czynienia z ludźmi tego typu – rzekł McGregor. 

– Pan ma doświadczenie. Któty z nich wygląda na przywódcę?

– Trudno osądzić, zważywszy na to, że trzymali pyski na kłódkę, ale 

według mnie najtęższą głową jest Dorr. Można o nim więcej powiedzieć 

niż o tamtych trzech razem wziętych.

– Szeryfie, mam do pana prośbę. Niech go pan wypuści na wolność 

dziś po południu, na dwie godziny przed zachodem słońca. Niech mu pan 

powie, że nie ma przeciwko niemu żadnego określonego zarzutu, a ja się 

nim zaopiekuję.

– Więc odmawia pan złożenia zeznań przeciwko niemu? O nic go pan 

nie oskarża? – zapytał szeryf.

– O nic – odparł z uśmiechem McGregor.

– Na dwie godziny przed zachodem słońca?

– Tak. Naturalnie nie widział się pan ze mną.

– O, nie.

McGregor wyszedł i powrócił do Hammersleyów. Spał do południa, po 

czym udał się na rozstajne drogi. Słońce chyliło się ku zachodowi. Ukrył 

konia   w parowie,   a sam   zaczaił   się   w cieniu   skały   wrzynającej   się 

klinowato między dwa szlaki.

W   dwie   godziny   po   zachodzie   słońca   nad   góry   wypłynął   księżyc, 

zalewając   świat   potokami   srebrzystej   jasności.   Jednakże   w ciągu 

background image

następnych   dwudziestu   minut   niebo   pokryło   się   gęstymi   chmurami 

i zrobiło się tak ciemno, że prawie czarno.

McGregor   przesunął   się   ostrożnie   i stanął   na   wprost   miejsca,   gdzie 

ubiegłej nocy sterroryzował czterech ludzi. Wiedział, że było to ryzyko, 

lecz nie miał innego sposobu na przekonanie się, czy Dorr się zjawi, czy 

też   nie.   Z poprzedniego   stanowiska,   przy   zachmurzonym   niebie, 

absolutnie by go nie dostrzegł. Z drugiej strony, gdyby księżyc wyłonił się 

zza chmury, zostałby dostrzeżony i cały misterny plan wziąłby w łeb. Cóż, 

kiedy nie było żadnego lepszego miejsca.

Nie czekał długo. Zaledwie zmienił miejsce, kiedy od strony głównego 

traktu rozległ się tętent kopyt. Dorr, jeżeli to był on, jechał śmiało, nie 

podejrzewając widocznie, że ktoś na niego czeka. Koń wyłonił się z mroku 

i jeździec zeskoczył na ziemię.

McGregor   spojrzał   na   niebo.   Księżyc   dopływał   właśnie   do   skraju 

chmury. Od następnej chmury dzieliła go cienka mglistość. Wysunął się 

zza   niej   i szczyty   gór   opłynęły   srebrnym   światłem.   Jednakże   podnóże 

skały, pod którym stał czekający, pozostało w cieniu.

Dwaj ludzie znajdowali się jeden od drugiego zaledwie w odległości 

dziesięciu   stóp.   Świeżo   przybyły   schylił   się   i począł   macać   rękami   po 

ziemi.   Jak   przewidział   zwycięzca,   wypuszczony   z więzienia   łotrzyk 

przyjechał   po   rewolwery,   swój   i towarzyszy,   i naturalnie   nie   mógł   ich 

znaleźć.

McGregor   spojrzał   spokojnie   na   niebo.   W razie   gdyby   księżyc 

wyżeglował na woolną od chmur przestrzeń, a Dorr nie poniechał od razu 

swych poszukiwań, srebrne światło natrafiłoby w końcu na ukrytą postać 

czatownika   i ukazało   go   oczom   tamtego.   McGregor   nie   musiał   się   go 

background image

obawiać. Chodziło tylko o to, że cały jego plan poszedłby na marne.

Na szczęście na drodze księżyca gromadziły  się gęste chmury. Bert 

spojrzał znów na Dorra.

Dorr   wyprostował   się   i zaklął.   Jak   to   często   czynią   ludzie 

w samotności, zaczął rozmawiać ze sobą.

– Psiakrew, to przecież to miejsce – rzekł. – Powinny tu gdzieś leżeć. 

Mało kto tędy przejeżdża. Jeden podróżny na tydzień. Cholera, co się z tą 

bronią mogło stać?

Stał przez chwilę bez ruchu, po czym przeszedł wzdłuż podnóża skały 

dwadzieścia   kroków   tam   i z powrotem,   szurając   nogami   w nadziei 

natrafienia   na   porzucone   rewolwery.   Powtórzył   ten   sam   manewr 

w odwrotnym kierunku z jednakowym rezultatem.

– Cholera! – sapnął.

Powrócił na początkowe miejsce, osunął się na ręce i kolana, macając 

naokoło. I znów wstał. McGregor wyczuł raczej niż zobaczył, że kieruje 

się   w jego   stronę.   W razie   czego   byłby   zmuszony   zrobić   z nim   to,   co 

wczoraj.

Jednakże   Dorr   doszedł   widocznie   do   przekonania,   że   rewolwery 

przepadły  i że już ich nie  znajdzie, bo cofnął  się  i odszedł  ku głównej 

drodze.

McGregor   opuścił   swój   posterunek   i pobiegł   do   konia.   Był   z siebie 

bardzo zadowolony.

Do licha! – pomyślał. Jak na nowicjusza w takich sprawach nieźle się 

spisałem.

Wyprowadził bułanka na główny szlak, trzymając się przezornie cienia. 

Spojrzał w stronę miasteczka. Nic nie było widać. Nagle usłyszał tętent 

background image

konia.

–   Wracasz,   hyclu   –   rzekł   do   siebie.   –   Spodziewałem   się   tego.   Hej, 

jeszcze zostanę jasnowidzem. Widocznie ci się śpieszy. Ano leć!

Poczekał, dopóki tętent nie zamarł w oddali, po czym skoczył na siodło 

i ruszył   w pogoń.   W odległości   jakichś   dwóch   mil   od   miasta   zjechał 

z drogi na podgórską równinę porośniętą szałwią. Nie znał drogi na przełaj 

i nie wiedział, co go na niej może spotkać, czuł tylko, że musi dotrzeć do 

miasteczka   przed   Dorrem.   Najbardziej   obawiał   się,   że   po   ciemku   koń 

wpadnie w jakąś dziurę czy wyrwę.

Dojechał   szczęśliwie   do   łańcucha   pagórków   osłaniających   miasto 

i posuwał się wzdłuż niego, dopóki nie natrafił na wyrwę. Przebywszy ją 

pośpiesznie ujrzał przed sobą szereg dachów. Pochyłość z drugiej strony 

była dość stroma i bułanek zjechał po niej niemal na zadzie.

McGregor   przypomniał   sobie   zauważony   poprzednio   nowy   płot. 

Odnalazł   go   bez   trudu,   przywiązał   konia   do   karłowatego   drzewka 

i przeszedł   przez   drut   kolczasty   na   drogę   prowadzącą   do   miasteczka. 

Wiedział, że przecinała się ona ze szlakiem, którym miał przyjechać Dorr.

Ciszy nocnej nie przerywał żaden odgłos. Albo więc Dorr przyjechał, 

albo   był   jeszcze   daleko.   McGregor   wszedł   w uliczkę   prowadzącą   do 

zajazdu. Zatrzymał się na rogu. Widział stąd drogę, którą miał przybyć 

Dorr.

Czekał   na   próżno   całe   pół   godziny.   Świeciło   się   tylko   w zajeździe, 

syndykacie i dwóch domach. Poza tym wszystkie okna były ciemne. Cisza 

i ciemność wpłynęły na czatownika przygnębiająco. Zląkł się, że jednak 

Dorr przybył wcześniej.

Jednak po upływie jeszcze jednego kwadransa na środku drogi ukazała 

background image

się   niewyraźna   sylwetka   człowieka.   Nieznajomy   skręcił   na   drewniany 

chodnik i pobiegł gdzieś stukając obcasami. McGregor zaniepokojony, że 

może mu zniknąć z oczu, popędził za nim piaszczystym środkiem ulicy.

Przystanął w niewielkiej odległości od syndykatu. Jeżeliby tamten szedł 

dalej,   musiałby   przejść   przez   smugę   światła.   Nie   przeszedł.   Oczy 

McGregora skierowały się na pierwszy z oświetlonych domów, nie było 

wykluczone,   że   nieznajomy   zszedł   z chodnika   i okrążył   plamę   światła 

z daleka. Mógł naturalnie minąć w ten sam sposób drugi oświetlony dom, 

ale na razie nie było nic lepszego do zrobienia, jak czekać i obserwować.

Nagle tajemniczy osobnik wszedł w smugę światła i McGregor poznał 

Dorra. Przyjrzał mu się poprzednio bardzo uważnie i wbił sobie w pamięć 

jego chód i sylwetkę. Dorr nie poszedł dalej. Stał chwilę, spoglądając na 

dom, po czym zbliżył się do frontowych drzwi.

McGregor stał  nieruchomo,  nasłuchując i wypatrując. Smuga  światła 

uczyniła   się   jaśniejsza,   jak   zwykle   przy   otwarciu   drzwi,   i za   chwilę 

z powrotem   pociemniała.   Jednocześnie   rozległ   się   szczęk   klamki. 

Tropiciel wybiegł na drogę, okrążając z daleka jasną plamę.

Światło   biło   z oszklonych   drzwi,   z jednego   frontowego   okna 

i z jednego bocznego. Podwórze było nie ogrodzone. McGregor wszedł na 

trawnik i stanął w pobliżu ostatniego okna. Widział wnętrze bawialni. Na 

krześle   siedział   Dorr   z kapeluszem   w ręku,   a na   wprost   niego   adwokat 

Sobey.

McGregor   nie   wiedział,   czy   się   czuć   zawiedzionym,   czy   też   nie. 

Ostatecznie   Dorr   mógł   przyjść   do   Sobeya   po   poradę.   Z drugiej   strony 

jednak mogło to oznaczać, że ci dwaj ludzie mają jakieś konszachty, a tego 

rodzaju fakt byłby bardzo ważny. Chociaż na razie cała rzecz opierała się 

background image

na   domyśle.   W tym   właśnie   tkwiło   poczucie   zawodu.   Ale   należało   się 

pocieszyć. Noc się dopiero zaczęła i mogło się jeszcze coś wydarzyć.

Dorr przemawiał z wielkim przejęciem, podczas gdy Sobey przerywał 

mu co chwila, prawdopodobnie pytaniami. McGregor chciał w pierwszej 

chwili przysunąć się do okna, aby usłyszeć co mówią, ale się rozmyślił. 

Okno   było   zamknięte,   a podejrzana   dwójka   siedziała   blisko   siebie 

i rozmawiała przypuszczalnie szeptem. Nie pozostawało nic innego, jak 

czekać i obserwować.

Niebawem Dorr umilkł, a głos zabrał Sobey. Gadał szybko przez parę 

minut, po czym obaj wstali i ruszyli ku drzwiom. McGregor przesunął się 

w cień za róg domu. Skrzypnęła klamka.

– Nie martw się, nie ma o co – rozległ się głos prawnika. – Zaraz z rana 

postaram się chłopców uwolnić. O dziesiątej będę w hrabstwie. Wszystko 

się wyjaśni. Pamiętajcie tylko, jak się macie tłumaczyć, żeby dali wam 

spokój.

– Dobra – rzekł Dorr. – Chciałbym, żeby pan postarał się przygwoździć 

w jakiś sposób tego drania. Niech nie lezie tam, gdzie go nie proszą.

– I wy miejcie go na oku – poradził Sobey.

Dorr zszedł ze schodków i gospodarz zamknął za nim drzwi. McGregor 

pomknął chyłkiem za odchodzącym, który skręcił w boczną drogę i zginął 

w ciemnościach.   Tropiciel   pobiegł   po   swego   konia,   skoczył   na   siodło, 

wspiął się z powrotem po zboczu i powrócił na główny szlak.

Dorr musiał ukryć swego konia gdzieś daleko, bo upłynęło dobre pół 

godziny nim wyłonił się nagle na zakręcie. McGregor przebył równinę 

porosłą   szałwią   i znajdował   się   właśnie   u podnóża   gór,   gdzie   był 

niewidoczny.

background image

Dorr nie śpieszył się i był pogrążony w głębokiej zadumie. Głowę miał 

zwieszoną na piersi, a kapelusz nasunięty na oczy. Wyglądał, jakby knuł 

jakiś plan.

Cierpliwy prześladowca przeczekał chwilę, po czym ruszył trop w trop 

za swą ofiarą. Nie widział jej, ale wiedział, że musi być niedaleko.

Księżyc wynurzył się właśnie zza gęstej zasłony chmur i zalał świat 

potopem srebrnego światła. Dorr jechał przodem w znacznej odległości. 

McGregor   trzymał   się   za   nim   możliwie   w tyle,   bojąc   się,   żeby   nie 

odwrócił głowy.

Ale   Dorr   nie   myślał   się   oglądać.   Koń   jego   szedł   równym,   lekkim 

kłusem.   Jeździec   w siodle   wydawał   się   zgarbiony,   zdradzając   swoją 

postawą   stan   medytacji.   Nasuwało   się   przypuszczenie,   że   tematu   do 

rozmyślań   dostarczyła   mu   rozmowa   z Sobeyem.   McGregor   miał 

przeczucie,   że   uczyni   coś   określonego,   coś,   co   dawało   się   poniekąd 

przewidzieć.

Dojechał do pierwszego rozstaju. Dwóch jeźdźców dzieliła odległość 

około   stu   kroków.   Instynkt   ostrożności   nakazał   McGregorowi   zjechać 

z drogi  w cień  najbliższego  wzgórza.  Nagle  Dorr  odwrócił   się  w siodle 

i bacznie się rozejrzał. Nie zobaczywszy nikogo, skręcił na główną drogę. 

McGregor dał ostrogę bułankowi i podążył za nim jak poprzednio.

Nie   odważył   się   jechać   prędko.   Naturalnie   Dorr   mógł   puścić   konia 

galopem, ale ścigający spodziewał się, że tego nie uczyni. W razie gdyby 

do   tego   doszło,   McGregor   byłby   zmuszony   zdradzić   swoją   obecność 

i ruszyć   otwarcie   w pościg.   Może   udałoby   mu   się   wymusić   z opryszka 

jakieś wyznanie, lecz główny plan spełzłby na niczym.

Znów   księżyc  schował   się   za   chmury,   tak   że   droga   między   górami 

background image

upodabniała się do tunelu. Przebył w ciemnościach mniej więcej ćwierć 

mili, zdając się już teraz na los szczęścia. Nagle natknął się na stojącego 

nieruchomo konia. Odezwał się po cichu i okrążył na swoim wierzchowcu 

zmęczone zwierzę, które nie zdobyło się nawet na podniesienie głowy.

Ujechawszy   sto   kroków   dalej   ześlizgnął   się   z siodła.   Był   przejęty 

i rozradowany. Nie miał wątpliwości, że Dorr robi to, o co go posądzał. 

Popędził szybko naprzód, nastawiając uszu na ewentualne odgłosy.

Niebawem poczuł pod nogami, że teren zaczyna się podnosić. Znaczyło 

to, że dotarł do podnóża góry. Na ciemnym niebie majaczyła jaśniejsza 

smuga. Pomyślał, że musiało to być odbicie drogi wznoszącej się tutaj 

prawie na równym poziomie ze wzgórzami. Nagle, gdy znalazł się już na 

szczycie pagórka, na ciemny świat spłynęła fala srebrnego światła. Nie 

spojrzał na niebo. Wiedział i tak, co się stało. Księżyc wydostał się zza 

zwału   chmur,   tym   razem   na   dobre.   Druga   strona   horyzontu   stanowiła 

czystą, granatową połać nieba, wolną od przeszkód.

Oczy śmiałka podniosły się na prawo. Stał na niewielkiej wyniosłości. 

Droga leżała nieco niżej, tworząc w tym miejscu niewielkie zagłębienie, 

na którego tle rysowała się sylwetka Dorra.

McGregor   potrafił   zawsze   przyjąć   niepowodzenie   z uśmiechem. 

Uczynił   to   i teraz.   Był   pewny,   że   Dorr   przeprowadzał   to,   o co   go 

podejrzewał i że teraz z pewnością odłoży to na później. Pozostawała tylko 

nadzieja, że uda się go sterroryzować i zmusić do przyznania się. Ale była 

to   słaba   nadzieja.   Dorr   był   człowiekiem   twardszym   niż   można   było 

początkowo przypuszczać. W tej chwili wyglądał po prostu złowieszczo. 

Stał   zupełnie   nieruchomo,   z nogami   zagłębionymi   po   kostki   w piasek, 

przygotowany na wszystko, nieustraszony i niebezpieczny.

background image

– Cóż, Dorr – rzekł McGregor – może pogadamy?

– O czym? – zapytał ostrożnie awanturnik.

– O tym i o owym, o różnych rzeczach. Proszę tu do mnie bliżej.

McGregor mówił sswobodnym tonem, tak jakby poniechał wszelkiej 

przezorności, ale był to tylko manewr. Długie doświadczenie nauczyło go 

sztuki maskowania swoich uczuć przy jednoczesnym natężeniu uwagi.

Toteż nie przeoczył szybkiego ruchu ręki przeciwnika, który sięgnął po 

rewolwer.   W tej   samej   chwili   uświadomił   sobie,   że   broń   musiała 

pochodzić od Sobeya. Ale opryszek działał za wolno. Nie zdążył jeszcze 

ująć   mocno   kolby   sterczącej   z pochwy,   kiedy   znalazł   się   oko   w oko 

z dwiema lufami.

– Do mnie, Dorr! – rzekł suchym, rozkazującym głosem Bert.

Przez ciało tamtego przebiegło drżenie wywołane prawdopodobnie nie 

tylko   widokiem   broni,   ale   i tonem   głosu   przeciwnika.   McGregor 

przemówił jak człowiek zdolny do zabójstwa. Dorr zaś, przypuszczalnie 

sam zabójca, poznał ten akcent i zdrętwiał.

Zszedł posłusznie ze zbocza z rękoma podniesionymi nad głową.

background image

X

Chwila strachu

Twarz Dorra, w chwili gdy McGregor wyrwał mu z futerału rewolwer 

i odrzucił   daleko,   przybrała   kredowe   zabarwienie.   Najwidoczniej   strach 

działał   na   niego   paraliżująco.   Nie   był   to   przelotny   strach   dzielnego 

człowieka   zdolnego   opanować   się   w chwili   niebezpieczeństwa,   lecz 

stopniowo   wzrastająca,   nikczemna   trwoga   tchórza,   który   potrafi   być 

odważny   o tyle   tylko,   o ile   jest   górą.   Tacy   ludzie   porywają   się   na 

ryzykowne rzeczy, ale zawsze w przeświadczeniu, że ich spryt sprowadzi 

to ryzyko do minimum.

Czekał na rezultaty strachu. Nie odzywał się, starając się nie zdradzić 

nawet wyrazem twarzy, co miał na myśli. Chciał, żeby Dorr zastanowił się 

nad swym położeniem sam, bez niczyjego wpływu.

Ręce   Dorra   podniesione   do   góry   zadrżały   lekko.   Zwilżył   językiem 

wargi. Początkowo próbował się oprzeć sile wzroku zwycięzcy, ale mu się 

to nie udało.

– Co ze mną zrobisz? – zapytał. Długie milczenie podziałało mu na 

nerwy. – Chcesz mnie zabić?

– Gdybym chciał cię zabić, mogłem to uczynić od razu, nieprawdaż? – 

odparł   łagodnie   McGregor.   –   Wtedy   kiedy   ty   chciałeś   dobyć   na   mnie 

broni.

– Wcale nie chciałem – zaprotestował łotrzyk.

– Może i nie. W każdym razie wykonałeś taki ruch, że gdybyś miał 

przed sobą człowieka, który umie zabijać, już byłoby po tobie.

– Więc ty nie zabijasz?

background image

– Ja? Nigdy w życiu nie zabiłem człowieka.

– Co ze mną zrobisz? – powtórzył Dorr z wyraźnym westchnieniem 

ulgi.

– Namyślę się dopiero. Skąd wziąłeś rewolwer?

– Mój własny. Wypuścili mnie z więzienia i zaraz przyjechałem tutaj 

po broń, którą zabrałeś mnie i towarzyszom.

– Były cztery rewolwery. Co zrobiłeś z pozostałymi?

– Zostawiłem w mieście.

– Aha. Jeździłeś do miasta. Widzieli cię tam z kimś?

–   Tylko   z Bundym.   Zamówiłem   sobie   numer   w zajeździe,   bo   nie 

miałem się gdzie podziać.

– Dlaczego tutaj powróciłeś?

– Moja sprawa!

– Pewnie, że twoja, Dorr. Czy powiedziałeś kiedyś w życiu prawdę, czy 

też kłamstwo tak ci weszło w krew, że chcąc nie chcąc musisz kłamać?

– Dobrze tak gadać, kiedy się człowiekowi pakuje lufę w zęby.

McGregor   schował   szybko   rewolwery   w pochwy   i na   jego   wargach 

pojawił się słaby uśmiech.

– Nie zabiję cię. Nie mam prawa. Ale jeżeli mi będziesz sypać piaskiem 

w oczy, potrafię zalać sadła za skórę. O czym gadaliście z Sobeyem?

Dorr był z natury kłamcą, lecz jak się zdawało, rozumiał, że czasami 

kłamstwo nie ma sensu.

–   O czym,   jak   nie   o mojej   sprawie   i moich   towarzyszy?   – 

odpowiedział.   –   Wpakowałeś   nas   do   więzienia.   Musimy   się   przecież 

ratować, a bez adwokata nie damy rady.

– Czy nie mogliście znaleźć lepszego? Koniecznie trzeba wam było 

background image

tego krętacza? Rozumiem. Pewnie żaden uczciwy adwokat nie przyjąłby 

waszej sprawy, więc zwróciliście się do nieuczciwego.

– Powiem Sobeyowi. Powiem, że nazwałeś go krętaczem.

– Właśnie. O to mi tylko idzie. Nie chcę, żeby Sobey lub któryś z was 

miał wątpliwości co do tego, co o was myślę.

– Włączywszy Harborda?

– Harborda nie wspominałem. Dopiero się nad nim zastanowię.

– Rozumiem. Wiesz, że Harbord jest bogaty i że cieszy się ogólnym 

poważaniem. Gotów jesteś przypodobać mu się pochlebstwami. Czepiasz 

się tylko biedaków, którzy aby żyć, muszą pracować.

– Tak jak Sobey – przerwał szyderczo McGregor.

– Czepiasz się Sobeya, bo myślisz, że to człowiek bez znaczenia. Jest 

mniejszy od ciebie i zdaje ci się, że nie potrafiłby użyć rewolweru, ale 

pytanie, kto kogo wywiódłby w pole.

– Nie raz mnie to spotkało – przyznał się McGregor. – Więc Sobey 

potrafi strzelać?

– Przekonasz się jeszcze.

– Musi mieć kilka rewolwerów – ciągnął dalej McGregor. – Tobie dał 

jeden i pewnie nie zrobiło mu to różnicy. Człowiek przyzwyczajony do 

broni nie rozstaje się z nią nigdy.

– Szpiegowałeś mnie! – wrzasnął nagle Dorr.

– A jakże! Nie masz się czego wściekać. Nigdy w życiu nie miałem do 

czynienia   z takim   człowiekiem.   Byłem   świadkiem,   jak   szukałeś 

rewolwerów, nie znalazłeś ich, bo je odrzuciłem gdzie indziej.

– Czy zostaniesz tu całą noc? – zapytał niecierpliwie Dorr.

– Mam czas, Dorr; powiem ci coś: zauważyłeś chyba, że jestem z tobą 

background image

szczery.   Przyznałem   się   do   wszystkiego,   a mógłbym   udawać 

tajemniczego.   Mógłbym   tylko   kazać   domyślać   się   tego   i owego.   Jak 

sądzisz, dlaczego pokazałem wszystkie moje karty?

Dorr   przestępował   z nogi   na   nogę,   nie   wiedząc,   co   powiedzieć. 

McGregor ciągnął dalej:

– Masz mnie prawdopodobnie za głupca, ale żaden człowiek nie jest 

takim głupcem, za jakiego ma go ten, co go nienawidzi. Zła to taktyka 

nienawiść, Dorr. Odbiera człowiekowi możność wejrzenia w istotę rzeczy. 

Powiem,   dlaczego   zdradziłem   się   ze   wszystkim,   co   dzisiaj   zrobiłem 

i czego się o tobie dowiedziałem. Sytuacja staje się coraz wyraźniejsza. 

Wiesz,   jak   to   było   z Henrykiem   Hammersleyem.   Musiało   was   chyba 

dręczyć   sumienie   choć   raz,   przedwczoraj   rano,   kiedy   to   czekaliśmy 

gromadnie przed pocztą na wiadomość o ewentualnej śmierci niewinnego 

człowieka.   Czy   wyobrażasz   sobie,   co   by   się   z nim   działo   w ostatniej 

chwili,  gdyby gubernator  nie zawiesił  wykonania wyroku? Wyobrażasz 

sobie, jakie byłyby jego myśli, myśli dobrego człowieka? Ciekaw jestem, 

o czym by myślał taki łotrzyk jak ty, gdyby go miano za chwilę powiesić.

– Próbujesz mnie nastraszyć? – odciął się prędko Dorr. – Próżny trud. 

Nie   dam   się   nastraszyć.   Przed   minutą   mówiłeś,   że   nigdy   w życiu   nie 

zabiłeś człowieka. I ja też nie zabiłem.

– Jeżeli nie, to tylko dlatego, że w ostatniej chwili zabrakło ci odwagi, 

albo że bałeś się wykrycia. Masz w sobie żyłkę mordercy, tylko jesteś 

ostrożny.

– Nigdy nikogo nie zabiłem – powtórzył Dorr.

McGregor przyjrzał się uważnie jego twarzy. Wiedział naturalnie, że 

niektóre   rzeczy   można   było   zarzucić   Dorrowi   z całą   pewnością.   Był 

background image

podstępny, fałszywy, kłamliwy i chyba złodziej. Jednakże McGregor czuł, 

że jego protest był prawdziwy.

– No – odezwał się nagle mściciel cudzych krzywd – możliwe, że ani 

ty, ani twoi towarzysze nie jesteście winni śmierci Moody’ego, ale pewnie 

jego pieniądze macie. Przyszło mi do głowy, że schowaliście je gdzieś, 

dopóki się wszystko nie uspokoi i Hammersley nie zostanie sprzątnięty. 

Wtedy   wydobędziecie   skarb   i podzielicie   go   między   sobą.   Odniosłem 

także wrażenie, że w drodze tutaj postanowiłeś puścić swoich przyjaciół 

kantem. Musiałeś myśleć o czymś podobnym, bo zachowywałeś się jak 

lunatyk. Wiesz, gdzie ten worek jest, Dorr. Przyjechałeś go zabrać i zwiać.

Dorr   spojrzał   ukradkiem   na   wroga   i nagle   nabrał   pewności   siebie. 

Można było wywnioskować, że z chwilą gdy zrozumiał, że nie grozi mu 

śmierć, poczuł się raźniej. Najwidoczniej doszedł do przekonania, że tacy 

jak McGregor nie strzelają.

– Czy mogę opuścić ręce? – zapytał.

Bert sprawdził, czy w kieszeniach opryszka nie kryje się jeszcze jakaś 

broń.

– Możesz – odpowiedział.

– Powiedzmy, że wiem, gdzie jest ten worek – rzekł Dorr. – Nie wiem, 

ale ty myślisz, że wiem. A kiedy taki jak ty wbije sobie coś w głowę, to 

nie ma na to rady. Więc ja wiem, gdzie jest ten worek, ale ty nie wiesz. 

Gdybyś wiedział, czekałbyś koło tego miejsca, gdzie jest schowany. Głupi 

by to zrozumiał. Nie kryłbyś się koło skały, tam gdzie porzuciłeś nasze 

rewolwery. Nie tropiłbyś mnie do samego miasta. Leżałbyś jak pies koło 

skarbu, pilnując go i czekając, aż się zjawię.

– A to lis – szepnął do siebie McGregor, a głośno rzekł: – Więc sądzisz, 

background image

że   ja   prowadzę   tę   grę   w pojedynkę?   A skąd   wiesz,   że   przy   worku   nie 

czeka mój towarzysz?

Dorr drgnął, lecz opanował się prawie momentalnie. Przez długą chwilę 

milczał,   patrząc   gdzieś   w bok.   Jasne   było,   że  zastanawia   się,   co  z tym 

fantem zrobić. Rezultat tych medytacji wykazał, że brakowało mu jednak 

sprytu.

– Teraz na ciebie kolej – rzekł.

McGregor   poczuł   się   na   razie   zbity   z tropu   i pożałował   wzmianki 

o wspólniku. Zainscenizował pośpieszny odwrót.

–   Nie   przygotowałem   żadnego   posunięcia,   Dorr   –   odpowiedział.   – 

Mówiąc, że ktoś drugi stróżuje przy worku chciałem wyciągnąć z ciebie 

jakieś   informacje.   Faktem   jest,   że   działam   w pojedynkę.   Dam   ci   radę. 

Tobie, Dorr, i twoim kamratom. Nie bierzcie tego za chełpliwość.

–   Ja   wiem,   że   się   nie   chełpisz.   Nauczyłeś   się   takiej   mowy   od 

dzieciństwa.

– Zabiorę cię z powrotem do więzienia – rzekł McGregor.

– Nie będę się martwił – odparł Dorr.

– Myślisz, że Sobey ciebie stamtąd wyciągnie. Nie bądź taki pewny. Na 

dwoje babka wróżyła. Zobaczymy, co będzie z rana. Chodź teraz ze mną 

po konie i jedziemy.

Pojechali   na   ranczo   Hammersleyów.   McGregor   obudził   gospodarza 

i poprosił o pożyczenie jednego z ludzi, po czym polecił temu ostatniemu 

odstawić Dorra z powrotem do szeryfa.

–   Panie   Hammersley   –   zapytał,   kiedy   tamci   już   odjechali   –   jakim 

sposobem powierzył pan sprawę brata Sobeyowi?

– Takim – odpowiedział zagadnięty – że zgłosił się do mnie zaraz, jak 

background image

tylko Henryk został aresztowany i ofiarował swoje usługi. Nie myślałem 

o tym wiele. Byłem jak nieprzytomny. Oskarżenie przeciwko Henrykowi 

wydawało mi się tak niedorzeczne, iż przypuszczałem, że pierwszy lepszy 

obrońca wystarczy.

–   Sobey   zobowiązał   się   bronić   tych   czterech   ptaszków,   których 

schwytałem   –   odparł   McGregor.   –   Może   złożylibyśmy   mu   wizytę   we 

dwóch?

– Dzisiaj?

– W tej chwili.

– Dobrze. Jeżeli się sprzymierzył z tamtymi, to nie chcę z nim mieć nic 

wspólnego.

Hammersley   obudził   jednego   z ludzi   i powierzył   mu   opiekę   nad 

domem. Zmienili konie i wyruszyli do miasta.

– Muszę czuwać nad bezpieczeństwem siostry – rzekł do towarzysza.

– Rozumiem – potwierdził spokojnie nowy przyjaciel.

background image

XI

Nie oddam!

Nad uśpionym miasteczkiem  świecił  księżyc. Zajechali  prosto przed 

dom   Sobeya.   Konie   zostawili   na   ulicy.   W drodze   McGregor   namówił 

Hammersleya,   aby   zażądał   od   adwokata   zwrotu   ostatniego   czeku 

i powiedział mu, że rezygnuje z jego usług.

Na drugi projekt hodowca zgodził się bez protestu. Pierwszy wydał mu 

się nieco wątpliwy. Jako człowiek nieposzlakowanej uczciwości bał się 

krzywdzić innych i wolał raczej sam stracić. Przez kilka chwil dowodził 

gorąco,   że   Sobey   zasłużył   sobie   na   tak   hojną   zapłatę,   aż   w końcu 

McGregor   zmuszony   był   dać   mu   słowo,   że   właśnie   nie   zasłużył   i że 

powinien ją zwrócić.

Na energiczne pukanie do drzwi w oknie zabłysło światło i za szybą 

zamajaczyła twarz gospodarza.

– Kto tam? – zapytał.

– To ja, Hammersley. Mam do pana ważną sprawę.

– Zaraz, tylko narzucę coś na siebie.

Za małą chwilę zgrzytnął klucz w zamku i na progu ukazał się Sobey 

z twarzą ożywioną ciekawością, z błyszczącymi oczyma i zwichrzonymi 

włosami.   Na   widok   McGregora   wargi   zacisnęły   mu   się   w ostrą   linię. 

Cofnął się bez słowa w głąb sieni i dał gościom znak, aby weszli.

McGregor   uprosił   przedtem   Hammersleya,   żeby   sam   zagaił   sprawę 

i pozwolił mu do czasu pozostać w roli nie mieszającego się do niczego 

przyjaciela.

– Przyszedłem prosić pana o zwrot czeku – zaczął Hammersley.

background image

– O zwrot czeku? – powtórzył z nagłym uniesieniem Sobey. – Cóż to 

znowu za kawał?

–   Nie   rozumiem,   jak   można   służyć   naraz   dwóm   panom   –   rzekł 

Hammersley.

Oczy   adwokata   przeniosły   się   szybko   na   drugiego   nocnego   gościa, 

który   siedział   spokojnie   na   krześle,   z rękami   złożonymi   na   kolanach, 

z oczami zasłoniętymi rondem szerokiego kapelusza. Jeden tylko szczegół 

świadczył o niezbyt przyjaznych zamiarach, a mianowicie rozpięta kurtka 

i wyglądające   z futerałów   kolby   dwóch   rewolwerów.   Sobey   wybuchnął 

szyderczym śmiechem.

– Podróżujemy z bronią? – zapytał.

– I pan to potrafi w razie potrzeby – odpowiedział młody człowiek.

– Nie widział pan mnie jeszcze z rewolwerem.

– Widziałem zbira z pańskim rewolwerem i nawet mu go odebrałem.

Ciemna   twarz   prawnika   zrobiła   się   jeszcze   ciemniejsza,   a oczy 

przybrały taki wyraz, jak u ludzi zażywających narkotyki. Widać było, że 

jest wściekły.

–   Znasz   pan   przysłowie   o palcu   i o drzwiach,   co?   –   wrzasnął 

z gniewem.   –   Młody   człowieku,   zacząłeś   niebezpieczną   zabawę. 

Ostrzegam, póki czas!

– O, nie przyszliśmy tutaj po to, żeby grozić lub żeby nam grożono, 

panie Sobey – odpowiedział Bert. – Hammersley żąda tego, co mu się 

należy.

–   Nie   zwrócę   czeku   –   pisnął   gospodarz.   –   Zarobiłem   te   pieniądze 

ciężką pracą i tylko głupiec zgodziłby się na podobne żądanie.

– Są różne rodzaje głupoty – zauważył Bert.

background image

– Oddałeś się pan na usługi tym czterem łotrom, których schwytał pan 

McGregor – rzekł Hammersley. – Nie mogę dopuścić do tego, żeby jeden 

obrońca bronił ich i mego brata.

– Człowieku! – wykrzyknął Sobey – przecież adwokat może prowadzić 

jednocześnie kilka różnych spraw. Z jakiej racji jeden klient ma być lepszy 

od drugiego?

– A z jakiej racji klient ma się trzymać jednego adwokata? – zapytał 

McGregor.

– Pewnie, że nie musi – potwierdził Sobey. – Nie ma w ogóle o czym 

gadać. Jeżeli Hammersley chce innego obrońcy, to niech go sobie szuka. 

Ale naiwny jest, jeżeli myśli, że mu zwrócę czek.

Ręka   młodego   kowboja   zamknęła   się   na   rękojeści   kolby.   Sobey 

dostrzegł ten gest i blady z gniewu pochylił się w krześle.

– Słuchaj pan... – zaczął.

– Nie lubię tego tonu ani u pana, ani u Harborda – wygłosił spokojnie 

McGregor. – Gracie mi, panowie, na nerwach.

–   Słuchaj   pan   –   powtórzył   Sobey   –   mogłeś   sterroryzować   któregoś 

z zaganiaczy lub nawet Harborda, ale ze mną trudniejsza sprawa. Jestem 

prawnikiem, znam prawo i znam swoje prawa.

– Możliwe – ustąpił uprzejmie gość.

– Tak. I oznajmiam, że nie pozwolę sobie grozić w swoim domu.

– Grozić? Czyż ja wypowiedziałem choć jedno słowo groźby?

– Sięgnąłeś pan ręką do kolby. To chyba dosyć.

– O, to tylko z przyzwyczajenia – usprawiedliwiał się młody człowiek. 

– Ilekroć mam przy sobie rewolwer, operuję przy nim ręką machinalnie. 

Przyzwyczajenie jest drugą naturą.

background image

– Rozumiem to jako ponowienie groźby – odpowiedział gospodarz.

McGregor milczał, uśmiechając się. Pragnął, aby Sobey stracił resztę 

panowania nad sobą i posunął się dalej niż zamierzał.

Na   widok   twarzy   krętacza   pierzchło   Hammersleyowe   poczucie 

sprawiedliwości, ustępując miejsca wątpliwościom i gniewowi. Możliwe, 

że lis nie uczynił wszystkiego, co leżało w jego mocy. Wszak hojnie mu 

zapłacono. Dlaczego nie uwolnił Henryka?

Jim wstał z krzesła.

–  Między   nami   skończone,   panie  Sobey   –  oświadczył.   –  Proszę   mi 

zwrócić czek. Postaram się o innego obrońcę. Nie mam tyle pieniędzy, 

żeby je rozdawać tysiącdolarowymi czekami.

Sobey również wstał. Tylko McGregor nie ruszył się z miejsca.

– Nie oddam czeku – stwierdził gospodarz.

Hammersley   rzucił   się   na   niego   bez   namysłu,   przyparł   do   stołu 

i porwawszy   jedną   ręką   za   koszulę   u szyi,   drugą,   zaciśniętą,   podniósł 

groźnie do góry.

– Proszę oddać czek – ryknął – bo inaczej wydrę go choćby z gardła.

–   Litości,   puść   mnie   pan   –   prosił   już   pokornym   i przestraszonym 

głosem Sobey. – Wytłumaczę się...

– Dostanę czek czy nie? – zapytał z tępym uporem Jim.

– Nie mam go – sapnął Sobey.

– Posłałeś go pan do banku? Zamieniłeś na pieniądze?

– Nie, nie. Proszę mnie puścić. Wytłumaczę się. Winien byłem komuś 

pieniądze i zapłaciłem pańskim czekiem. Człowieku, litości!

Oczy   Berta   zamigotały   stalowym   błyskiem.   Wstał,   podszedł   do 

Hammersleya i położył mu rękę na ramieniu.

background image

– Puść go pan – rzekł. – Niech powie, co ma do powiedzenia.

Jim puścił ofiarę i stanął z boku.

Sobey   otrząsnął   się   jak  pies   i poprawił   powoli   ubranie.   Ociągał   się, 

chcąc zyskać na czasie. W końcu podniósł oczy.

–   Jestem   biednym   człowiekiem,   panie   Hammersley   –   zaczął.   – 

Powinien pan to wiedzieć. Proszę spojrzeć, jak mieszkam. Wiadomo, że 

w takiej dziurze jak ta, trudno wyżyć adwokatowi. Rzadko kiedy kapnie 

mi jakaś sprawa. Trudno w takich warunkach związać koniec z końcem. 

Ponadto   miałem   jeszcze   stare   długi,   które   pochłonęły   wszystko   to,   co 

zarobiłem od pana. Do ostatniego centa. Nie mam już pańskiego czeku, 

więc jakże go mogę oddać?

– Komu pan dał ten czek? – zapytał McGregor.

–   Nie   będę   wtajemniczać   panów   w moje   prywatne   sprawy   – 

odpowiedział  dość łagodnie  Sobey, patrząc niespokojnym wzrokiem  na 

Hammersleya. – Wysłałem go pocztą zaraz po otrzymaniu.

–   W takim   razie   nie   ma   co   gadać,   panie   Hammersley   –   rzekł 

z westchnieniem Bert. – Zabierajmy się stąd.

– Psiakrew! – rzekł Jim. – Obdarł mnie ze skóry.

– Więc pan już nie potrzebuje moich usług? – zapytał Sobey.

– No chyba – potwierdził ironicznie przyjaciel domu Hammersleyów. – 

Możesz pan teraz bronić swobodnie swoich czterech przyjaciół.

– W więzieniu są tylko trzej – przerwał adwokat. – Wiem o tym.

– I czwartego odesłałem z powrotem – uśmiechnął się Bert. – Tropiłem 

go przez cały wieczór i część nocy. Wiem, że był tutaj z wizytą.

–   Miał   prawo   być   u mnie   –   odpowiedział   z niepokojem   krętacz.   – 

Każdy człowiek ma prawo radzić się swego adwokata.

background image

–   Pewnie,   że   ma,   ale   czasami   trafia   nie   na   takiego   jakby   chciał   – 

zauważył   McGregor.   –   No,   komu   w drogę,   temu   czas.   Musi   się   pan 

wyspać przed jutrzejszą podróżą do hrabstwa.

– Pojadę z rana, jeżeli to pana interesuje – oznajmił Sobey.

– Nie interesuje mnie – odrzekł McGregor.

Wyszli obaj z Hammersleyem i dosiedli wierzchowców.

– Co teraz zrobimy? – zapytał ten ostatni. – Trzeba by się zastanowić, 

skąd weźmiemy drugiego obrońcę.

–   Ja   osobiście   nie   trwoniłbym   więcej   pieniędzy   na   obrońców   – 

powiedział   Bert.   –   Sobey   wyciągnął   z pana   parę   tysięcy   dolarów   i co 

zrobił?

Jim obrócił się w siodle i spojrzał na przyjaciela. Fakt, że poturbował 

trochę oszukańczego adwokata, podziałał dodatnio na jego stan nerwowy. 

Był w tej chwili prawie sobą.

– Panie McGregor – rzekł z niezwykłym u siebie ożywieniem. – Nie 

pojmuję   pana.   Kiedy   się   poznaliśmy,   byłem   bliski   obłędu.   Mało 

brakowało, żebym zwariował. Pan stanął nade mną jak anioł. Wyczułem 

w panu od razu coś takiego... coś takiego... sam nie wiem, jak to określić. 

Ale teraz zdaje mi się, że pan widzi sytuację zbyt różowo. Chyba że pan 

coś   wie,   coś   pewnego.   Nie   sposób,   żeby   taki   człowiek   jak   pan   nie 

przejmował   się   losem   takiej   dziewczyny   jak   moja   siostra,   wiedząc,   że 

grozi jej straszne nieszczęście. Pan musi coś wiedzieć. Czy wolno zapytać, 

co?

– Panie Hammersley – odpowiedział zapytany – żałuję, że nie mogę nic 

panu powiedzieć, ale to tajemnica. Niech mi pan tylko ufa. Ręczę panu, że 

moja   gra jest  uczciwa. Nie  mogę   panu powiedzieć,  co  mną   powoduje. 

background image

Przyczynę tej tajemnicy noszę w sercu już od kilku miesięcy.

– Ufam panu – zapewnił Jim. – To tylko powiem, że według mojego 

przekonania, taki człowiek jak pan nie mógłby budzić złudnych nadziei we 

mnie i w mojej siostrze, nie mając ku temu podstaw.

– Oddaję na usługi państwa wszystko, co jest we mnie najlepsze – rzekł 

Bert.

Hammersley popatrzył na niego uważnie i rzekł:

– Czy pozwoli pan, żebyśmy na znak przyjaźni i ufności mówili sobie 

po imieniu?

– Z radością – odparł McGregor i podali sobie ręce. Po chwili ciągnął 

dalej:   –   Pierwszą   naszą   czynnością   powinno   być   zwerbowanie   jak 

największej liczby przyjaciół. Im prędzej ich zbierzemy, tym lepiej. Dobra 

to rzecz mieć wielu przyjaciół.

– Moi mnie nie opuścili – rzekł Jim. – Ilu ci potrzeba?

– Choćby sześciu.

– Mogę mieć ich na pierwsze zawołanie.

– Zobaczymy, do czego te rumaki są zdolne.

Ruszyli   galopem.   Chłodny   wiatr   nocy   bił   w twarz   Berta,   dając   mu 

wrażenie   czegoś   słodkiego   i czystego.   Umysł   mu   się   rozjaśnił.   Zaczął 

myśleć   szybko   i intensywnie.   Ujechawszy   milę,   ściągnął   cugle. 

Hammersley poszedł za jego przykładem. Bert wybuchnął śmiechem.

– Jim – rzekł – przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Po przyjeździe 

do domu będziesz musiał nie tylko zwołać swoich przyjaciół, ale jeszcze 

napisać list.

– Mogę to zrobić – uśmiechnął się Hammersley.

background image

XII

Żart

Na   drugi   dzień   rano,   wkrótce   po   dziesiątej,   McGregor   siedział 

w kancelarii szeryfa. Wpierw jeszcze załatwił sprawę w Pierwszym Banku 

Narodowym,   który   otwierano   o dziesiątej.   Stamtąd   udał   się   wprost   do 

szeryfa.

– Trzyma pan jeszcze moich czterech protegowanych? – zapytał.

– Tak, ale dzisiaj będę musiał przedstawić im konkretne oskarżenie.

– Czy pan z nimi rozmawiał?

– Nie. Uznałem, że lepiej będzie, jak poczekają w niepewności.

–   Lada   chwila   pokaże   się   tu   Sobey,   żeby   się   za   nimi   wstawić   – 

oznajmił gość.

– Tak? Ten pies niczym nie pogardzi.

– A więc to taki okaz?

– Wiadomo.

– Szeryfie – rzekł Bert – chciałbym pana o coś prosić. Wiem, że jako 

nieznajomy za dużo wymagam, ale z czasem się wytłumaczę.

Szeryf wbił zęby w cegiełkę tytoniu. Powieki miał spuszczone, tak że 

trudno było osądzić, co myśli.

–   O,   ja   się   znam   na   ludziach   –   odpowiedział   niedbale.   –   Mam 

doświadczenie. Więc czego pan sobie życzy?

– Chciałbym, żeby ich tu przyprowadzono pojedynczo. Zobaczymy, co 

mają do powiedzenia – podsunął Bert.

– Dobrze, ale na pewno będą milczeć jak mumie.

Urzędnik wstał i wyszedł na korytarz. Po chwili powrócił, wiodąc ze 

background image

sobą Dorra. Opryszek obrzucił McGregora wściekłym spojrzeniem, na co 

ten odpowiedział mu swobodnym uśmiechem.

– Może macie coś do powiedzenia, Dorr? – rzekł szeryf.

– Mój obrońca będzie za mnie gadał – rzucił ostro więzień.

– Dobrze. Przestępca zawsze czeka na adwokata. Uczciwy człowiek 

wie, co ma do powiedzenia i sam mówi.

– Nie ma pan prawa nazywać mnie przestępcą. Nic mi nie możecie 

zarzucić – uniósł się Dorr.

– Jak to? Czekaliście na rozstajnych drogach ze swoimi kamratami, 

w maskach na twarzach. Może to tylko była taka zabawa?

Dorr   nie   zdołał   powstrzymać   uśmiechu.   Obecność   Berta   dała   mu 

poczucie triumfu.

– Mogę wytłumaczyć, cośmy tam robili i dlaczego mieliśmy zasłonięte 

twarze – rzekł.

– A rewolwery? – dodał szeryf. – Zapominacie o rewolwerach.

– Czy mieliśmy przy sobie broń, kiedy nas tu sprowadzono?

– Nie.

– Więc pan wierzy na słowo temu  gościowi, że byliśmy  uzbrojeni? 

Słowo jednego przeciwko słowom czterech?

– Trzeba przyznać, że szanse trochę nierówne – potwierdził szeryf. – 

Ale nie na jego niekorzyść, tylko na waszą.

– Co? przerobił widać szeryfa na swoje kopyto.

– Mnie łatwo przerobić – przyznał sucho urzędnik. – Coście robili na 

szlaku?

–   Pamięta   pan,   co   zeznawaliśmy   w sprawie   Hammersleya?   Że 

jechaliśmy w odwiedziny do znajomych dziewcząt i dlatego znaleźliśmy 

background image

się w sąsiedztwie szlaku Camas.

– Pamiętam.

–   Otóż   te   dziewczęta   mieszkają   koło   tego   szlaku,   dziesięć   mil   za 

siedzibą Hansena. Nie wymieniam na razie żadnych nazwisk, bo nie chcę. 

Wolałbym uniknąć mieszania w tę sprawę niewinnych dziewczyn. Tego 

wieczora, kiedy nas spotkał ten gość, byliśmy właśnie z wizytą u nich. Na 

miejscu   zastaliśmy   dwóch   rywali.   Wynieśliśmy   się   wcześniej   od   nich 

i zaczaili u rozstajnych dróg, żeby ich trochę nastraszyć.

– I w razie oporu poczęstować ołowiem – dodał Bert.

– Nie. Tegośmy nie zamierzali.

– Byliście wszyscy uzbrojeni.

– I ty byłeś uzbrojony. Może nie? Miałeś przy sobie aż dwa rewolwery.

–   Tak.   I użyłbym   ich,   gdyby   któryś   z was   spróbował   mnie   nie 

posłuchać. Nie noszę broni dla parady.

– O, wiem. Od razu to widać. No, ale nie z tobą gadam, a z szeryfem. 

Może pan wezwać wszystkich chłopców i przekonać się, czy nie powiedzą 

tego co ja.

–   Szkoda   zachodu   –   odparł   szeryf.   –   Wasza   historyjka   brzmi   jak 

wyuczona na pamięć. Nie opowiadalibyście jej, gdyby nie to, że i tamci ją 

umieją. Panie McGregor, co pan chce zrobić z tymi ludźmi? Czas wystąpić 

przeciwko nim z określonym oskarżeniem!

Bert, który siedział koło okna, zobaczył w tej chwili w perspektywie 

ulicy sylwetkę Sobeya zdążającego do więzienia. Adwokat szedł wolnym 

krokiem, kłaniając się co chwila znajomym. Rzucał się w oczy rozmyślny 

brak   pośpiechu   z jego   strony.   Widocznie   nie   chciał   się   zdradzić   przed 

nikim, że jest wzburzony i że ma do załatwienia ważną sprawę.

background image

– Żadnego oskarżenia, szeryfie – rzekł prędko McGregor. – Wypuść ich 

pan. Niech sobie idą na cztery wiatry.

Urzędnik   wyszedł   z pokoju   i w chwili,   gdy   Sobey   wstępował   na 

schodki głównego wejścia, jego klienci znajdowali się już w kancelarii. 

Sobey przeszedł przez korytarz i stanął w progu. Na jego twarzy malował 

się miły  uśmiech przeznaczony widocznie dla szeryfa. Na widok Berta 

i czterech ludzi zdenerwował się.

– Co to ma znaczyć? – zapytał.

– Co, co ma znaczyć? – powtórzył szeryf.

– To, że moi klienci są tutaj razem z tym panem?

– Nie wiedziałem, że pan się nimi zaopiekował – odparł szeryf. – Ale 

już im ta opieka niepotrzebna.  Jeżeli  pana interesuje, dlaczego są tutaj 

razem z panem McGregorem, to niech go pan o to zapyta. Nikt ich tu nie 

pragnie. Mogą się wynosić. Są wolni jak ptaki. Dlaczegóż nie wyfruwają?

–   O,   wypuścił   ich   pan   na   wolność.   Pan   McGregor   zrozumiał,   że 

niebezpiecznie byłoby ich trzymać, co? Ktoś musiał go ostrzec.

– To znaczy – uzupełnił Bert – że ja sam byłbym się nie spostrzegł. Ma 

pan rację, mecenasie. Ktoś przemówił mi do rozumu i zdziwiłby się pan 

bardzo, gdyby się dowiedział, kto.

– Kto? – zapytał prędko Sobey.

– Ktoś.

Adwokat błysnął gniewnie oczyma.

– Że też pan nie może niczego powiedzieć – warknął – żeby nie grozić.

Bert   uśmiechnął   się.   Uśmiech   ten   jeszcze   bardziej   rozwścieczył 

Sobeya.

–   Chodźcie,   chłopcy   –   rzekł.   –   Uwolnili   was   tylko   dlatego,   że 

background image

dowiedzieli   się   o moim   przybyciu.   Pan   McGregor   powiedział   o tym 

szeryfowi.

–   Gość   ma   węch   –   zauważył   jeden   z łotrzyków.   –   może   wywącha 

jeszcze kiedyś dla siebie coś nieprzyjemnego.

–   Mniejsza   z tym!   –   zawołał   prawnik.   –   Chodźcie.   Gdzie   są   wasze 

konie?

– Szeryf zabrał.

– Są w stajni na tej samej ulicy – objaśnił urzędnik.

Bert wstał, ukłonił się szeryfowi i wyszedł na ulicę. Przeszedł na drugi 

chodnik i stanął na wprost więzienia, czekając na wyjście tamtych. Sobey 

ruszył od razu w kierunku stajni, ale Dorr powstrzymał go ręką i cicho coś 

do niego mówił.  Adwokat potrząsnął  energicznie  głową. Dorr napierał. 

Sobey   spojrzał   na   McGregora   i ustąpił.   Zawrócili   wszyscy   i odeszli 

w kierunku ulicy prowadzącej do banku.

Bert   szedł   za   nimi   krok   w krok.   Przed   bankiem   znów   zaczekał,   aż 

wyjdą.   Twarz   prawnika   wykrzywiał   skurcz   gniewu,   wargi   mu   drżały. 

Podszedł do swego prześladowcy.

–   Pan   wstrzymał   realizację   czeku   Hammersleya   –   rzekł   zduszonym 

głosem.

– Jakiego czeku? – zapytał niewinnie McGregor.

–   Ostatniego,   danego   mi   przez   Hammersleya   –   wrzasnął   Sobey.   – 

Przywiózł pan do banku list od niego. Zapytano pana, co jest powodem 

tego zakazu, a pan wyjaśnił, że Hammersley  wydał ten czek na skutek 

nieporozumienia. Podobno ma przyjechać, żeby to ostatecznie wyświetlić. 

Bank   zgodził   się   zawiesić   wypłacenie   pieniędzy   na   dwa   dni.   To   jest 

nadużycie,   bezprawie!   Żądam,   abyś  pan   wycofał   ten   list   i pozwolił   mi 

background image

zrealizować czek.

–   Bank   by   się   na   to   nie   zgodził   –   odpowiedział   Bert.   –   Zanim 

uwierzono i uznano list za prawdziwy, wypytywano mnie szczegółowo: 

skąd jestem, kim jestem, co tu robię, co mnie łączy z Hammersleyem. Nie 

uśmiecha mi się perspektywa drugiego takiego egzaminu.

– Więc pan mi odmawia?

– Panie Sobey, jesteś pan prawnikiem i wiesz, że nie mógłbym wycofać 

tego listu, choćbym chciał. Banki są ostrożne. Zresztą, choćbym nawet 

mógł wydobyć ten list, to i tak by się to panu nie przydało.

– Nie rozumiem.

–   Ja   i Hammersley   nie   bardzo   się   znamy   na   interesach.   Nie 

wiedzieliśmy,   czy   bank   przychyli   się   do   naszej   prośby,   czy   nie. 

Hammersley miał na swoim rachunku akurat tyle, ile wynosiła suma na 

czeku.   Dał   mi   więc   czek   na   pięćset   dolarów,   które   podjąłem.   To,   co 

zostało, nie wystarczyłoby na pokrycie pańskiego czeku i zwrócono by go 

panu z objaśnieniem, że nie ma go z czego wypłacić. Te pięćset dolarów 

mam przy sobie.

W oczach adwokata zaświeciła chciwość i złość, że został oszukany. 

Rozejrzał   się   naokoło.   Ulica   była   pusta.   Jego   towarzysze   pomrukiwali 

gniewnie. McGregor cofnął się przezornie, o jeden krok.

– Nie ma w pobliżu żywej duszy, panie Sobey – rzekł. – Możecie się na 

mnie rzucić. Was jest pięciu, a ja jeden, chociaż i tak dałbym się wam we 

znaki. Zanim byście zdążyli mi ściągnąć buty, co macie na myśli, z banku 

dano   by   znać   szeryfowi   i wszyscy   znaleźlibyście   się   za   kratkami.   Ale 

możecie   spróbować.   Dalej,   mecenasie!   Pan   pierwszy.   Zobaczymy,   czy 

zdołam jednym kopnięciem otworzyć panem drzwi banku.

background image

– Głupcze! – warknął Sobey.

– Mam nadzieję, że się kiedyś rozprawimy – rzekł Bert, prostując swą 

wysmukłą postać.

– Słuchaj pan! – zaczął z pasją adwokat. – Hammersley  poturbował 

mnie wczoraj. Teraz znów pan mnie oszukał. Każę was obu aresztować.

– Tego tylko pragnę – oświadczył swobodnie przeciwnik. – Byłaby 

ciekawa   sprawa.   Postaralibyśmy   się   o uczciwego   adwokata   i może 

wyszłoby na światło  dzienne kilka ważnych tajemnic. Może pójdziemy 

razem po nakaz aresztowania, panie Sobey?

Prawnik otworzył szeroko oczy, nie wiedząc, czy wziąć te słowa za 

żarty, czy za rodzaj groźby. Dorr zorientował się pierwszy.

– Daj pan spokój aresztowaniom – rzekł. – Zabierajmy się z tego miasta 

i od tego gościa. Węszy tylko, do kogo się przyczepić i zaprzyjaźnia się 

z władzami, gagatek szeryfa.

–   Nie   pyskować,   Dorr   –   rzekł   spokojnie   McGregor.   –   Jeszcze   się 

spotkamy!

– Chyba z rewolwerem w ręku – dorzucił znacząco opryszek.

– Odwracam się plecami – rzekł ironicznie Bert. – Jeżeli uważasz, że to 

ci pójdzie na zdrowie, strzelaj. Pożycz rewolwer od przyjaciela.

– Ech, zabierajmy się już stąd – warknął do swoich Dorr.

Zawrócili i ruszyli szybkim krokiem w głąb ulicy. McGregor wszedł do 

banku.

– Otworzę sobie z tobą rachunek na te pięćset dolarów – mruknął.

background image

XIII

Wyprawa

Powróciwszy tego dnia po południu na ranczo Hammersleyów, zastał 

Annę samą.  Wyszła na kuchenne schodki,  a on opowiedział  jej, co się 

stało.

– Dobrze pan zrobił – pochwaliła. – Nie sądzę, żeby Sobey miał prawo 

do tych pieniędzy. Nie mam do niego zaufania. Dopuścił do tego, żeby 

mój brat został osądzony.

Bert przyjrzał się jej uważnie. Spostrzegł, że ma zapadnięte policzki, 

zeschnięte,   drżące   wargi   i oczy   pełne   jakiegoś   dziwnego   spokoju. 

Wezbrała w nim miłość i litość. Wiedział, że cierpiała tortury. Wiedział, 

że po nocach prześladowała ją straszna wizja tego, co mogło się stać za 

cztery tygodnie, cztery krótkie tygodnie.

– Panno Anno – rzekł nagle – czy może się zdarzyć tak, że człowiek ma 

prawo złamać słowo?

Mówił z wielką powagą. Podniosła oczy. Policzki jej zapłonęły lekkim 

rumieńcem.

– Nie wiem – wyjąkała. Zdawała się go rozumieć. – Czasami – dodała 

– mam wrażenie, że już dłużej nie wytrzymam. Mój brat jest ode mnie 

starszy o dwanaście lat. Był mi nie tylko bratem, lecz i ojcem. Nigdy nie 

wyrządził nikomu żadnej krzywdy, nigdy! Żeby takiego człowieka osądzić 

za   podstępne   zabójstwo   i rabunek.   Nie,   to   nie   do   wiary.   Śmieszne 

i straszliwe!

Przypuszczał, że płakała w samotności,  lecz był przekonany, że nikt 

tego nie widział. Była w każdym calu córką Zachodu, tak samo jak on jego 

background image

synem.   Tego   typu   dziewczęta   żyły   tylko   pracą   i poświęceniem.   I jego 

udziałem było takie dziedzictwo. Nagle zobaczył, że dziewczyna płacze. 

Miłość w jego sercu ustąpiła w całości miejsca wielkiej litości. Poczuł się 

niejako zastępcą jej uwięzionego brata.

Podczas gdy zmagała się ze łzami, milczał. Patrzył prosto przed siebie, 

nieruchomy i poważny. Anna otworzyła oczy.

– Nie potrafiłam się opanować – rzekła z prostotą.

–   Wiem   –   potwierdził.   –   Panno   Anno,   złamię   słowo.   Dałem   je 

uczciwie,   ale   sądzę,   że   człowiek,   który   je   ode   mnie   wziął   w danych 

okolicznościach postąpiłby tak samo. Ja...

– Niech się pan spieszy – rzekła. – Idzie Jim i prowadzi z sobą pana 

Harborda.

Zaczął   mówić   szybko,   nie   spuszczając   z oczu   zbliżających   się 

mężczyzn. Gdy podeszli na odległość piętnastu kroków, urwał.

–   A!   –   odetchnęła   dziewczyna   i nie   zwracając   uwagi   na   badawczy 

wzrok Harborda, uścisnęła Berta za rękę.

McGregor   spojrzał   na   rywala.   Uczynił   to   prawie   bezwiednie.   Oczy 

Harborda   zwęziły   się   do   rozmiarów   gorejących   szparek.   Przystanął   na 

chwilę, po czym podszedł i stanął obok Hammersleya. Anna odsunęła się 

od gościa i weszła do domu.

– Jak załatwiłeś tamtą sprawę? – zapytał Jim.

– Później ci powiem – odpowiedział przyjaciel.

–   Jeżeli   moja   obecność   jest   krępująca,   to   mogę   się   usunąć   –   rzekł 

Harbord.

– O, cóż znowu – zaprotestował Hammersley. – Mogę poczekać. Bert, 

mam dla ciebie złą wiadomość. Zdaje mi się, że bardzo ceniłeś swego 

background image

bułanka?

– Tak – odpowiedział zagadnięty. – Chyba nigdy w życiu nie miałem 

lepszego   konia.   Wiesz,   że   jeżdżę   dosyć   ciężko   i mój   koń   musi   mieć 

rzadkie zalety. Bułanek jest wyjątkowo silny. Czy mu się coś stało?

– W nocy przyszło z gór kilka tych przeklętych dzikich koni – zaczął 

Jim.   –   Musiały   szaleć   więcej   niż   zazwyczaj,   bo   złamały   ogrodzenie 

i uprowadziły twego bułanka i dwa z moich koni. Musiało się to stać zaraz 

po twoim odjeździe do hrabstwa. Ja spałem jak zabity i nic nie słyszałem. 

Dopiero z rana zobaczyłem, co się stało.

–   Sądzę,   że   będziemy   mogli   uratować   pańskiego   konia,   panie 

McGregor   –   rzekł   Harbord.   –   Wieczorem   wyprawiamy   się   w góry.   Ja 

i Hammersley.

– Pojadę z wami – wtrącił szybko Bert. – Bułanek przybiegnie do mnie 

sam. Nie chciałbym go stracić.

–   Myślałem,   że   nie   będzie   pan   miał   czasu   –   podkreślił   jadowicie 

Harbord.

McGregor   spojrzał   na   ziemię.   Pewien   projekt,   który   majaczył   mu 

niewyraźnie   w głowie   w trakcie   jazdy   z miasta,   wysunął   się   nagle   na 

pierwszy plan.

– Przepraszam pana – rzekł do wroga – chciałbym pomówiń chwilkę 

z Hammersleyem. Mamy do omówienia pewną kwestię.

– Proszę bardzo – ustąpił tamten. – Czy mogę wejść do domu i napić 

się wody?

– Naturalnie – odparł gospodarz.

Bert zrozumiał, że Harbord chce się zobaczyć z Anną, lecz nie rzekł ani 

słowa. Kiedy hodowca zniknął w drzwiach kuchni, odciągnął przyjaciela 

background image

kilka kroków dalej.

– Dobrze się składa z tymi dzikimi końmi – zauważył. – Czy zebrałeś 

ludzi, tak jak ci mówiłem?

– Sześciu odjechało przed świtem – odpowiedział Hammersley.

– Cudownie!

McGregor opowiedział szczegółowo, co zaszło w hrabstwie.

– Dam ci czek na pięćset dolarów i będziesz je mógł złożyć w innym 

banku – rzekł.

– Czy sądzisz, że ten drań, Sobey, mógłby nas kazać aresztować?

– Nie zdaje mi  się. Nie będzie chciał wyciągać pewnych rzeczy na 

światło dzienne. Teraz musimy się tak zachować, jakbyśmy przypuszczali, 

że   on   jednak   to   zrobi.   Ktoś   doniesie   bandzie,   że   wyprawiliśmy   się   na 

konie. Oni wtedy coś zrobią. Ale to nic. Mamy sześciu ludzi.

– Czy sądzisz, że Harbord da tamtym znać?

– Słuchaj, Jim, ja będę teraz uprzejmy w stosunku do Harborda. Nie 

będę mu nadeptywał na odciski, chyba że on mnie pierwszy zaczepi. Ja... 

no tak, nie ma co o tym mówić.

–   Kiedy   szedłem   tu   z Harbordem,   moja   siostra   płakała   –   rzekł 

porywczo Hammersley. – Co jej się stało?

Jakby w odpowiedzi na te słowa na schodkach ukazała się Anna, a za 

nią Harbord. Usta miał zaciśnięte. Dziewczyna poszukała wzrokiem Berta. 

Twarz jej nie była zmęczona jak przed chwilą. Wyglądała pięknie.

Harbord zszedł ze schodków.

– Jeżeli pan jedzie na tę obławę, o której wspominał mi pan Harbord, to 

powinien się pan trochę przespać – rzekła Anna do McGregora. – Jim 

zbudzi pana o zmierzchu, a ja przygotuję jakiś posiłek,

background image

– Dobrze. Z przyjemnością – zgodził się gość.

Odszedł wolnym krokiem do szopy. Położył się, ale nie usypiał. Leżał, 

nasłuchując. Niebawem usłyszał tętent konia wyjeżdżającego z podwórza. 

Ześlizgnął   się   z tapczanu   i wyjrzał   oknem.   Harbord   galopował   drogą 

wiodącą do miasta.

Śpieszy   ci   się   z wiadomością   do   tamtych,   co?   –   uśmiechnął   się 

McGregor.   Że  wieczorem   nas  nie   będzie.   Dobry   z ciebie   goniec!   Ano, 

szczęśliwej drogi!

POłożył się i zapadł momentalnie w głęboki sen. O zmroku obudził go 

Hammersley. Harbord był już z powrotem. Zjedli razem kolację. Konie 

czekały   przed   domem   w pełnym   ekwipunku.   U każdego   siodła   wisiały 

dwa arkany. Jeźdźcy byli uzbrojeni.

Gdy odjeżdżali, Anna stała w progu. Harbord posłał jej ukłon ręką, Jim 

– uśmiech. Tylko McGregor patrzył na nią poważnym wzrokiem, a ona na 

niego. Na twarzy jej była jakaś jasność. Harbord musiał to zauważyć. Nie 

był ślepy.

Bert znalazł się przypadkowo na przodzie gromadki. Harbord wyminął 

go i rzekł głosem rozdygotanym od tłumionej nienawiści:

– Jedźmy!

McGregor zrozumiał, że rywal wypowiedział mu w duszy wojnę. I było 

to wyzwanie nie do pogardzenia.

background image

XIV

Szyderstwo

W pewnej odległości od domu skręcili z drogi na ściernisko po lucernie 

i skierowali się ku górom. Księżyc jeszcze nie wzeszedł, ale niebo było 

bezchmurne   i na   tle   gwiaździstego   horyzontu   rysowała   się   zębata   linia 

nierównych   szczytów.   Ujechali   może   trzecią   część   mili,   kidy   Harbord 

zatrzymał nagle konia.

– Zdaje mi się, że tam w cieniu poruszają się jakieś konie – rzekł. – 

Panie Hammersley, czy pan widzi?

– Owszem – odparł Jim. – Idą wzdłuż podnóża gór. Jedźmy tędy. Może 

im przetniemy drogę.

Harbord   ruszył   ukośnie   przez   równinę,   a dwaj   pozostali   za   nim. 

Znaleźli się na szlaku dzikich rumaków. Zwierzęta zwietrzyły widocznie 

wrogą   obecność,   bo   znieruchomiały   w miejscu   pełne   ostrożnego 

wyczekiwania.

– Dalej, panie Hammersley – rzekł znów przewodnik. – Upolujemy je. 

Może jest wśród nich ten wielki siwek, o którym pan wspominał. Jak się 

tylko ruszą, rzucimy się za nimi w pogoń. Powiem panu, którego sobie 

wybiorę. Pan weźmie drugiego.

– Jest z nami pan McGregor – napomknął Jim.

– Są tylko dwa konie – rzucił Harbord. – Trzech ludzi to za dużo.

– Jedź, Jim – rzekł spokojnie Bert. – Ja tu zostanę i będę się przyglądał. 

W razie czego pospieszę z pomocą.

– Obejdziemy się – rzucił ostro Harbord.

–   Największemu   śmiałkowi   może   się   powinąć   noga   –   zauważył 

background image

sprowokowany.

– Może pan tych największych jeszcze nie widział – odpalił rywal.

McGregor   spostrzegł,   że   przeciwnik   jest   w niebezpiecznym   nastroju 

i że   gotów   jest   wszcząć   kłótnię   z byle   powodu.   Zapomniał   widocznie 

o przewadze   fizycznej   Berta   i o swoich   nikłych   szansach.   Nastrój   ten 

musiało wywołać światło ujrzane w oczach Anny. McGregor postanowił 

uważać.   Nie   chciał,   aby   szlachetna   dziewczyna   stała   się   niewinnym 

powodem brzydkiej awantury.

W chwili gdy Harbord i Hammersley trzymając się cienia gór ruszyli 

stępa   naprzód,   zza   horyzontu   wyłoniła   się   nagle   tarcza   księżyca.   Bert 

spodziewał   się   tego   i dlatego   nie   spuszczał   z oczu   dzikich   biegunów. 

Jednakże światło sprawiło, że cień, w którym stały, pogłębił się jeszcze 

i uczynił je prawie niewidocznymi.

McGregor wyjechał na oświetloną przestrzeń. W tej samej chwili dwa 

dzikie   konie   wyrwały   się   z cienia   i pomknęły   przez   równinę   w stronę 

odwrotną   do   tej,   w której   czekali   trzej   jeźdźcy.  McGregor   przytrzymał 

swego   wierzchowca.   Nie   miał   prawa   do   pościgu.   Nie   chciał   wchodzić 

w drogę towarzyszom.

Pogonił   oczyma   za   uciekającymi   końmi.   Nagle   wbił   ostrogi   w boki 

swego wierzchowca i ruszył z miejsca galopem, wrzeszcząc do Harborda, 

aby się zatrzymał. Wiedział, że konie odznaczają się dobrą pamięcią, że ta 

właśnie pamięć sprowadziła bułanka na miejsce, na którym bawił się ze 

swym   panem.   Za   nim   powrócił   również,   powodowany   tym   samym 

instynktem, jeden ze zbiegłych koni Hammersleya. Harbord gnał prosto na 

zbiegów w zamiarze upolowania któregoś na lasso. Zignorował wołanie 

McGregora.   Wyprzedził   Hammersleya   o kilkanaście   długości   i gnał   jak 

background image

wicher. Bert dał ponownie ostrogę swemu koniowi, usiłując rozpaczliwie 

przegonić zuchwalca i wysunąć się na czoło. Ale był to próżny wysiłek. 

Odległość między nim i Harbordem powiększała się z każdą sekundą.

Ten ostatni znalazł się tak blisko uciekających koni, że sięgnął po lasso. 

McGregor   wydał   ostrzegawczy   okrzyk,   ale   w tej   chwili   świsnęła 

w powietrzu   pętlica.   Zatrzymał   wierzchowca,   modląc   się,   aby   tamten 

chybił. Na myśl, co ma spotkać ulubionego bułanka, ogarnął go wstyd 

i oburzenie. Nikt nigdy nie dosiadał tego konia z wyjątkiem jego samego. 

Nie   był   to   rozpieszczony   faworyt,   lecz   przyjaciel   zjednany   dobrocią. 

Rozumieli się jak dwoje ludzi.

Sznur spadł. Powstrzymał oddech. Zobaczył, że koń Harborda zarył się 

kopytami   w ziemię   w gotowości   do   walki.   Bułanek   runął   na   ziemię 

z takim impetem, że McGregor poczuł w sercu drgnienie bólu. Harbord 

zeskoczył z siodła i pobiegł do ofiary.

McGregor   zbladł   z wściekłości,   przegonił   Harborda   i dopadł   do 

powalonego   konia.   Lina   prężyła   się   jeszcze   naciągana   przez   stojącego 

wierzchowca. Bułanek dyszał ciężko z głośnym świstaniem.

Harbord stanął.

McGregor rozluźnił węzeł i zdjął pętlicę z dygoczącego łba, po czym 

przytrzymał   go   chwilę   przy   ziemi,   przemawiając   łagodnymi   słowami. 

Następnie   wstał   z palcami   wplątanymi   w grzywę   przyjaciela.   Bułanek 

dźwignął się ciężko i stanął trochę niepewnie. Bert głaskał go po szyi, nie 

przestając przemawiać. W rezultacie koń musnął go nosem po ramieniu.

Każąc mu stać spokojnie, zwrócił się do Harborda. Rywal spróbował 

się uśmiechnąć, lecz na widok śmiertelnego gniewu w oczach wroga twarz 

mu zesztywniała.

background image

– Panie Harbord, pan wiedział, że to mój koń – rzekł oskarżycielsko 

Bert.

– Ależ... – zaczął hodowca.

– Proszę nie kłamać. Tylko tchórze kłamią.

– Sądziłem, że pan chce, żebym go schwytał – wykręcił się niezręcznie 

Harbord. – Nie chciał go pan przecież stracić.

Bert zignorował te słowa. Nie chciał doprowadzać do kłótni. Poszedł 

do konia, na którym przyjechał, zdjął z niego siodło i uzdę i przełożył na 

bułanka. Hammersley stał z boku i milczał z zaciętą twarzą.

– Odprowadzimy twoje konie do korralu i wyruszymy ponownie, co 

Jim? – zaproponował McGregor.

– Dobra myśl – zgodził się Hammersley.

Pojechali do korralu, którego uszkodzone ogrodzenie zostało w ciągu 

dnia naprawione, wpędzili tam konie i zawrócili w góry.

Kłusowali   w milczeniu.   Podnóża   gór   obfitowały   w trawę,   która 

w sezonie stanowiła pożywienie stad Hammersleya. Jednakże o tej porze 

roku bydło było daleko w górach i można było bezpiecznie zapolować na 

dzikie konie, bez obawy spowodowania paniki wśród rogatych zastępów.

Przez góry nie prowadziły żadne drogi, tylko ścieżki wydeptane przez 

bydło.   Jedna   z tych   ścieżek,   na   której   się   właśnie   znaleźli,   była 

wyraźniejsza niż inne i Hammersley zatrzymał konia.

– Trzymając się tego szlaku, dojedziemy do wody – rzekł. – Może tam 

coś spotkamy.

– Dobrze – zgodził się McGregor.

Ścieżka   szła   na   dół,   okrążała   zbocze   góry   i znów   opadała   w dół. 

W pewnej   odległości   szumiał   prawie   niedosłyszalnie   mały   wodospad, 

background image

poniżej   którego   rozlewała   się   niewielka   tafla   wody,   dająca   początek 

strumykowi. Zagłębienie terenu porastały gęsto krzaki. Koni nie było ani 

śladu.

–   POjedziemy   z biegiem   strumyka   –   zaproponował   Hammersley 

i zawahał   się.   Bert   odczuł,   że   przyjaciel   nie   mógł   wyrzucić   z pamięci 

haniebnego   potraktowania   bułanka   i że   wezbrała   w nim   złość.   –   Ty 

będziesz teraz prowadził, McGregor – ciągnął dalej. – Z biegiem wody.

Bert,   jak   każdy   człowiek   skłonny   do   ludzkich   słabostek,   rad   był 

upokorzyć Harborda i analogiczny stan uczuć Hammersleya sprawił mu 

wyraźną przyjemność. Gniew jego osłabł, ale nie przeszedł.

Dał  ostrogę   koniowi  i wysunął  się  na  czoło.  Harbord  znalazł   się  na 

drugim miejscu, a Hammersley na końcu. Pojechali brzegiem strumyka, 

który doprowadził ich do wąskiej przełęczy między górami. Za przełęczą 

rozpościerało się duże zagłębienie otoczone z trzech stron wzgórzami. Na 

dalszym tle rysował się łańcuch gór.

Księżyc stał wysoko i dolina zalana była światłem. Wczesną wiosną 

musiały   tu   być   dobre   pastwiska.   Ale   trawa   została   wygryziona   prawie 

doszczętnie, a resztę spaliło słońce. Pod promieniami księżyca naga ziemia 

wyglądała jak płaskie dno olbrzymiej srebrnej misy.

Trzej jeźdźcy zatrzymali wierzchowce i spojrzeli w kierunku podnóży 

przeciwległych wzgórz. Początkowo nie zauważyli niczego i dopiero po 

pewnej chwili orle oczy McGregora pochwyciły lekki ruch cienia.

– Jim – rzekł szeptem – zdaje mi się, że tam są konie. Czy mogłyby 

nam uciec tą stroną przez góry?

– Nic nie widzę – odparł Hammersley, ignorując na razie pytanie.

–  A ja  widzę  –  odezwał   się  Harbord.  –  Tam,   prawie   w prostej  linii 

background image

naprzeciwko nas. Do licha! Jest ten siwy ogier! Ja go biorę na siebie! Ja go 

pierwszy zobaczyłem.

W   podnieceniu   Harbord   zapomniał   o kłótni   z McGregorem,   cały 

przejęty   przygodą.   Bert   stwierdził,   że   posiadał   on   odruchy   właściwe 

ludziom, którzy spędzili większą część życia na łonie przyrody.

– Mogą nam uciec tylko dwiema drogami – odpowiedział Hammersley. 

– Tędy i tamtym przesmykiem w rogu.

– Musimy więc pilnować tej strony i okrążyć je jednocześnie od tamtej 

– rzekł Bert. – Oho, jest ich ze sześć. Niech Harbord bierze swego siwka. 

My też sobie wybierzemy po jednym. Dalej!

Objechali pobliskie podnóże wzgórza, kierując się ku dzikim koniom.

– Tu jest przesmyk – pokazał Jim. – Teraz jedyna droga, jaką mogłyby 

uciec, to ta, którą myśmy przyjechali.

Dzikie   rumaki   wynurzyły   się   z cienia.   Najwidoczniej   zamiarem   ich 

było wydostać się z doliny przejściem wspomnianym przez Hammersleya. 

Małe stadko prowadził siwy ogier. Było to wspaniałe zwierzę. W świetle 

księżyca   jego   piękna   grzywa   i ogon   wydawały   się   białe   jak   śnieg, 

a ciemne   plamy   na   skórze   połyskiwały   niczym   lakier.   Szedł   wolno, 

dotykając   ziemi   z delikatną,   elastyczną   pewnością   ruchów.   Pomimo 

odległości  i mroku  widać było, że mięśnie  łopatek grały mu  pod skórą 

silnie i wyraźnie.

Nagle zatrzymał  się z szyją wygiętą w łuk. McGregor spostrzegł,  że 

zostali zwietrzeni i stanął. Ogromny siwosz zaczął tymczasem prowadzić 

ostrożnie   swoją   gromadkę   ku   przejściu,   chcąc   ujść   jak   najprędzej 

niebezpieczeństwu.   Przebył   już   połowę   drogi,   kiedy   spomiędzy   gór 

wypadli Hammersley i Harbord.

background image

Ogier zawahał się, przyśpieszył biegu, jakby nie wiedząc co począć, 

i ruszył szalonym galopem, a reszta koni za nim.

Harbord i Hammersley zawrócili i pomknęli w stronę przejścia. Siwek 

wpadł w cień i zmienił kierunek. Wzdłuż podnóża gór rozległ się tętent 

kopyt   sześciu   koni.   McGregor   dał   ostrogę   bułankowi   i wyjechał   na 

światło, chcąc się pokazać uciekającej gromadce. Dziki ogier zrozumiał 

widocznie, z której strony grozi mu niebezpieczeństwo, bo znów zawrócił 

i pomknął jak strzała dnem doliny po przekątnej.

Harbord ruszył w pogoń. Z powodu niesymetrycznej topografii doliny 

był   bliżej   jej   środka   niż   ogier   i mógł   mu   zajechać   drogę   ze   względną 

łatwością.   Uciekający   koń   powinien   właściwie   rzucić   się   w bok,   lecz 

otwarta przestrzeń  podziałała  na niego oszałamiająco.  Galopował przed 

siebie bez pamięci jak szalony.

Jednakże   szybkość   jego   była   tak   wielka,   że   Harbord,   pomimo 

faktycznej   przewagi,   pozostał   w tyle.   W pewnej   chwili,   widząc,   że 

odległość się zmniejszyła, wyrzucił lasso. Pętlica świsnęła w powietrzu, 

ominęła   głowę   siwka,   opadła   mu   na   grzbiet   i osunęła   się   na   ziemię. 

Pozostałe   konie   okrążyły   wierzchowca   Harborda   i pogoniły   za   swym 

przewodnikiem.

McGregor   zatrzymał   się   koło   przesmyku.   Ogier   stracił   głowę. 

Zawrócił,   zatrzymany   zaporą   gór,   lecz   zamiast   skierować   się   w stronę 

przesmyku, cofnął się w bok i gnał na oślep, prosto na Hammersleya.

– Łap go, Jim! – wrzasnął ostrzegawczo McGregor.

Hammersley  wysunął się  na oświetloną  księżycem przestrzeń.  Ogier 

uświadomił sobie prawdopodobnie, że wypad na środek doliny uratował 

go od jednego nieprzyjaciela. Powtórzył więc manewr, pędząc jak wicher 

background image

z rozwianą grzywą na czele pozostałych koni.

Tymczasem Harbord zebrał lasso i odjechał na koniec doliny w nadziei, 

że uciekające konie zawrócą w jego stronę. Widząc, że siwek zboczył na 

otwartą   przestrzeń,   pogonił   za   nim.   McGregor   postanowił   skorzystać 

z okazji. Miał bliżej niż tamci.

Siwek   dostrzegł   najpierw   konia   Harborda   i dał   gwałtownego   susa 

w bok.   W chwilę   później   uciekał   przed   napierającym   tuż-tuż 

McGregorem. Bert wiedział, że przed dotarciem do podnóża gór już go nie 

złapie. Widząc, że Hammersley zajeżdża uciekiniera od przodu, zwolnił 

i odjechał trochę na stronę. Ogier zawrócił prosto na Hammersleya. Na 

widok   nieprzyjaciela   zawrócił   po   raz   drugi   i zobaczył   McGregora.   Nie 

pozostawało   mu   nic   innego   jak   odwrót.   Reszta   dzikich   koni   była 

niewidoczna.   Zorientowały   się,   że   nie   są   ścigane   i skryły   się   gdzieś 

w cieniu.

McGregor   ruszył   w pościg.   Ogier   zrozumiał,   że   jest   wzięty   w trzy 

ognie i stracił pewność siebie. Nie galopował już teraz, tylko biegł lekkim 

kłusem z głową podniesioną do góry i szyją wygiętą w kabłąk, namyślając 

się widocznie, co począć.

Tętent kopyt bułanka natchnął go nową energią. Rzucił się znowu do 

gwałtownej   ucieczki.   McGregor   cisnął   lasso,   nie   śpiesząc   się.   Pętlica 

osunęła się na łeb uciekiniera. Dał jeszcze trzy skoki i zwalił się z nóg. 

Bułanek zarył się kopytami w ziemię. Lina naprężyła się ze świstem. Bert 

myślał,   że   pęknie,   ale   wytrzymała.   Rozległo   się   trzeszczenie   siodła, 

popręgi werżnęły się w brzuch wierzchowca, a grzbiet wygiął jak u kota.

McGregor   zeskoczył   na   ziemię.   Olbrzymi   ogier   leżał   na   grzbiecie 

z nogami   w powietrzu,   zataczając   sobą   półkole,   aby   zelżyć   ucisk   na 

background image

gardle. Tym sposobem łeb jego znalazł się po stronie bułanka. Ten ostatni 

cofał się ciągle, stając niemal dęba. Lina naprężyła się jak struna.

W   chwili   gdy   McGregor   ukląkł   koło   łba   pokonanego   zwierzęcia, 

nadbiegł Hammersley i nadjechał galopem Harbord. Hammersley wręczył 

przyjacielowi kantar. Harbord zeskoczył z konia i stanął wyniośle z boku.

– Szczęśliwy rzut – rzekł. – Coś podobnego może się udać raz na sto 

lat.

– Ano, udało się – odpowiedział bez gniewu Bert. – Złapałem go i w tej 

minucie oddaję Hammersleyowi.

– Rad pan go się pozbyć? – zapytał szyderczo Harbord. – Trzeba będzie 

bestię utemperować. Ja sam zajmę się tym jutro.

background image

XV

Śmiertelny popis

Na drugi dzień rano McGregor i Jim stali koło ogrodzenia mniejszego 

korralu Hammersleyów. Siwek znajdował się w środku. Przyprowadzili go 

bez   kłopotu   na   kantarze   i zadowoleni   z tej   zdobyczy   zrezygnowali 

z dalszego   polowania.   Ogier   nie   okazał   morderczych   skłonności; 

przeciwnie – zachowywał się dość potulnie.

Na   zaproszenie   Hammersleya  Harbord   przenocował  na   ranczo.   Przy 

śniadaniu oznajmił, że niezwłocznie zabierze się do ujeżdżania dzikusa.

– Wsiądę na niego – rzekł.

Gospodarz   zaprotestował.   Powiedział,   że   to   zbyteczne   i że   sprzeda 

siwka bez ujeżdżania. Ale gość był uparty.

– Dosiądę go – powtórzył. – Potrafię takie rzeczy.

McGregor   milczał.   Harbord   był   dorosłym   człowiekiem,   całe   życie 

spędził na Zachodzie i wolno mu było ryzykować. Z drugiej strony czuł, 

że wrogiem powodowało coś więcej niż próżna chęć popisu. Tego rana, 

kiedy   Bert   przyszedł   do   kuchni   na   śniadanie,   Harbord   już   tam   był. 

Najwidoczniej   próbował   rozmówić   się   z Anną   i nie   bardzo   mu   się   to 

udało. Dziewczyna miała poważny wyraz twarzy i McGregor wchodząc 

zdążył   zauważyć,   że   potrząsała   głową.   Harbord   był   czerwony 

i podniecony. Można się było domyślić, że nalegał usilnie i natarczywie.

Na widok drugiego gościa twarz dziewczyny rozjaśniła się i powitała 

go miłym uśmiechem.  Harbord to zauważył. Bert zarumienił  się mimo 

woli i spojrzał ukradkiem na upokorzonego rywala, który wstał z nagle 

pobladłą twarzą i wyszedł na schodki. Zapanowało kłopotliwe milczenie, 

background image

któremu kres położyło zjawienie się gospodarza.

McGregor i Hammersley czekali teraz na Harborda, który poszedł do 

stajni po siodło. Gdy wrócił, Bert, korzystając z tego, że jest ignorowany, 

przyjrzał mu się uważnie. Miał wrażenie, że bufon pożałował już swojej 

przechwałki i gdyby mógł, dałby spokój niewczesnej imprezie. Był bardzo 

blady, a rysy jego twarzy stały się ostre i wyraźne. Pomimo to operował 

rękami pewnie i zręcznie.

– Jestem gotów – oznajmił energicznie.

Hammersley  i McGregor wyprowadzili ze stajni swoje wierzchowce. 

Koło   korralu   rozciągało   się   pole   lucerny   i tam   Harbord   miał   ujeżdżać 

dzikiego konia.

Siwek   miał   jeszcze   na   sobie   kantar,   który   mu   założyli   w nocy. 

Pozostawało go tylko osiodłać.

McGregor przelazł przez ogrodzenie i zbliżył się ostrożnie do ogiera. 

Zwierzę   wygięło   szyję   i odwróciło   łeb,   spoglądając   błyszczącym 

wzrokiem   na   swego   pogromcę.   Bert   pochylił   się   i wyciągnął   rękę   do 

kantara. Koń stał jak wmurowany.

Hammersley   i Harbord   weszli   do   korralu.   Harbord   niósł   siodło. 

McGregor   trzymał   konia   za   kantar,   przemawiając   do   niego   łagodnym 

głosem. Harbord położył siodło na grzbiecie ofiary i odstąpił parę kroków 

w tył, czekając, co się stanie. Ogier zarżał, ale pozostał nieporuszony.

– Zaciągnij pan popręgi – rzekł Bert. – Tylko ostrożnie!

– Wiem, jak siodłać konia – warknął Harbord.

–  Tego  pan  jeszcze  nie   siodłał  –  zauważył McGregor.  –  Powiadam 

panu, że bestia chce nas wyprowadzić w pole.

Ale ogier dał sobie zapiąć podwójne popręgi bez protestu. Co prawda 

background image

w pewnej   chwili   wykonał   taki   ruch,   jakby   chciał   stanąć   dęba,   ale   się 

rozmyślił i znieruchomiał, jak gdyby w oczekiwaniu na jeźdźca.

Hammersley spuścił bariery i McGregor wyprowadził zwierzę na łąkę. 

Na   schodach   kuchni   stała   Anna.   Harbord   zauważył   kierunek   wzroku 

rywala i przesłał  dziewczynie ukłon ręką. Ona jednak stała martwa jak 

posąg, z ręką u czoła, chroniąc oczy przed słońcem.

– Może by mu wpierw zasłonić oczy? – zaproponował Bert. – Łatwiej 

będzie wsiąść.

Harbord nie odpowiedział. Był teraz zuchowaty, wyzywający i widok 

Anny podziałał na niego jak ostroga.

– Kiedy zacznę wsiadać, niech pan puści kantar – rozkazał. – Uwaga!

Przesunął   się   ostrożnie   i położył   rękę   na   siodle.   Następnie   podniósł 

nogę do strzemienia.

– Teraz – rzekł.

McGregor   cofnął   rękę   i jednocześnie   Harbord   znalazł   się   w siodle. 

Wbrew   przewidywaniu   Berta   dziki   rumak   zachowywał   się   w pierwszej 

chwili spokojnie, tyle tylko, że przebiegło go silne drżenie. Nagle poruszył 

przednimi   nogami,   wykręcił   się   i dał   straszliwego   susa   naprzód,   ze 

wszystkimi nogami w powietrzu i z głową pochyloną ku ziemi.

Zaczęła się szalona jazda. Ogier wyginał grzbiet w kabłąk, skakał do 

góry   i opadał   z impetem   na   nogi.   Harbord   siedział   w siodle   jak 

przyrośnięty.   W pewnej   chwili   strącił   prawą   ręką   kapelusz   i musnął 

ostrogami boki wierzchowca. Siwek rzucił się naprzód jak oszalały i cała 

jego   energia   skoncentrowała   się   teraz   na   próbach   uwolnienia   od 

nieznośnego   ciężaru.   Dygotał   cały   jak   w febrze,   wykonywał   podrzuty 

i skręcał   się   na   boki   jak   wąż.   Pomimo   to   kleszcze   nóg   jeźdźca   nie 

background image

rozluźniły się ani na chwilę.

Znów poderwał się do biegu. Nagle stanął i zgiął jedną tylną nogę tak, 

że dotknął prawie zadem ziemi. Harbord pochylił się w siodle i wbił mu 

ostrogę w bok. Ogier wyprostował się momentalnie i skoczył w powietrze 

jak na sprężynach. Kadłub jego wygiął się niczym półksiężyc. Opadł na 

ziemię.

Harbord chwycił się łęku i tylko to go uratowało. W przeciwnym razie 

wyleciałby z siodła jak z procy.

– Na pewno go zrzuci – rzekła Anna do Berta. – Koń może wytrzymać 

taką walkę bardzo długo i bez zmęczenia. A jeszcze taki koń! To dla niego 

zabawa. Niech pan będzie w gotowości.

McGregor dosiadł bez słowa bułanka i wyjechał na ściernisko. Ogier 

powtórzył swoją poprzednią sztuczkę, zmuszając Harborda do ponownego 

uchwycenia się łęku.

Śmiałek trzymał się dzielnie. Raz jeszcze użył ostróg. Ogier rzucał się 

w dalszym ciągu i jak słusznie zauważyła Anna, była to dla niego zabawa. 

Miał olbrzymi zapas sił. Porwał się do biegu w stronę obserwującej trójki, 

ale znalazłszy się w odległości dwudziestu stóp odczuł, pomimo schylonej 

głowy,   żywą   przeszkodę,   bo   zawrócił   i pomknął   z powrotem.   Bert   nie 

spuszczał z oczu Harborda.

Dziki rumak był niezmordowany. Mogło się zdawać, że potrafiłby tak 

szaleć   cały   dzień.   Z jeźdźcem   było   gorzej.   Twarz   miał   szarą,   usta 

zaciśnięte i bezkrwiste, sine wargi. Oczy patrzyły nieprzytomnie, z nosa 

ciekła krew... Czerwone krople na tle szarobladej twarzy wydawały się 

szkarłatne.

Bert zebrał cugle, gotując się do pościgu. Postanowił dogonić ogiera, 

background image

zerwać Harborda z siodła i puścić się w pogoń za koniem.

Ale rywal domyślił się widocznie, na co się zanosi. Cierpiał bardzo, 

lecz odwaga go nie opuszczała. Widok przyglądającej się popisowi Anny 

utwierdził go niewątpliwie w postanowieniu, że albo pokona bestię, albo 

zostanie zrzucony.

– Z daleka – wrzasnął. – Nie zbliżać się do mnie.

McGregor   posłuchał.   Ogier   nie   przestawał   szaleć.   Przysiadał   jedną 

stroną zadu, stawał dęba, dawał susy w bok, naprzód i do góry, otrząsał 

się, skręcał, chował głowę między przednie nogi i usiłował się przewrócić. 

Pomimo to jeździec dawał mu radę.

Ale jasne było, że goni już resztkami sił. Trzymał się instynktownie 

łęku i robił takie wrażenie, jakby mu się ćmiło w oczach.

McGregor nie czekał, aby Anna jeszcze raz przypomniała mu, że trzeba 

spieszyć z ratunkiem. Siwek, gdyby się uwolnił od nieznośnego ciężaru 

trochę   wcześniej,   byłby   może   pokłusował   spokojnie,   zadowolony   ze 

zwycięstwa. Teraz jednak próżne usiłowania musiały go doprowadzić do 

wściekłości i zachodziła obawa, iż zrzuciwszy ofiarę na ziemię zechce ją 

stratować.

Bert dał ostrogę bułankowi i pomknął jak strzała za ogierem. Zbliżając 

się zobaczył, że Harbord zaczyna się chwiać w siodle, podrzuty jego ciała 

nie   zgadzały   się   już   z tempem   biegu   dzikiego   wierzchowca.   W pewnej 

chwili   znalazł   się   nad   siodłem   w powietrzu   i kiedy   opadł   z powrotem, 

jedna noga wysunęła mu się ze strzemienia. Leżał przewieszony przez łęk. 

Ogier wygiął się w kabłąk i wysoko podskoczył. Harbord zleciał na ziemię 

i legł jak martwy.

Koń, cały drżący, jął się oddalać lekkim kłusem. Hammersley, który 

background image

jechał   za   McGregorem,   zastąpił   mu   spokojnie   drogę   i przytrzymał   za 

kantar.   Zwierzę   zatrzymało   się   potulnie,   robiąc   bokami.   Najwidoczniej 

odniesione zwycięstwo nastroiło je pokojowo.

Bert   zeskoczył   z siodła   i podbiegł   do   zemdlonego.   Harbord   leżał 

nieruchomo. Był trupio blady. Z nosa sączyła mu się krew i ściekała na 

usta. McGregor otarł mu je jego własną chustką. Przeląkł się, że ma przed 

sobą nieboszczyka. Rywal spadając mógł ostatecznie złamać kręgosłup. 

Uniósł   lekko   jego   głowę   i poruszył   nią   ostrożnie.   Ale   trudno   było   coś 

orzec.

Niezręcznie zaczął szukać pulsu. Tymczasem nadbiegła Anna i uklękła 

na ziemi obok Harborda. Była silnie zaróżowiona. Nie zadając żadnych 

pytań położyła wysmukłe palce na przegubie ręki zemdlonego.

–  Żyje  –  rzekła.   –  Puls  bije  normalnie.   Tylko  oddycha  nie  tak,   jak 

powinien.

– Tak – potwierdził McGregor.

Zauważył, że szarość na twarzy Harborda przeszła w siność. Nie znał 

się na objawach sinicy i myślał, że Harborda „zatchnęło”. Anna zaczęła 

uciskać rękami piersi zemdlonego.

– Niech mi pani pozwoli – rzekł McGregor. – Widzę, co pani robi.

Anna cofnęła ręce i ustąpiła mu miejsca. Bert stanął nad nieruchomym 

ciałem, i zaczął stosować niezręcznie sztuczne oddychanie.

Nie  wiedział,   czy   to  pomogło,   czy   nie,  dość,   że  po  chwili  Harbord 

zaczął oddychać z głośnym świstaniem przez nos, dusząc się i wciągając 

z wysiłkiem powietrze w ściśnięte płuca. Niebawem zrobiło mu się lepiej.

Anna zdjęła mu chustkę z szyi i otarła nią krew z nosa i ust. Harbord 

otworzył oczy. Początkowo patrzył nieprzytomnie na McGregora, zdając 

background image

się   go   nie   poznawać,   potem   odwrócił   z trudem   głowę   i spotkał   się   ze 

wzrokiem Anny. Widok jej ocucił go z oszołomienia. Patrzył na nią długą 

chwilę, wreszcie odwrócił ponownie głowę i rozejrzał się za ogierem.

– Bądź co bądź dałem mu nauczkę – rzekł z uporem.

–   Pewnie   –   zgodził   się   wspaniałomyślnie   McGregor.   –   Trudno 

o lepszego ujeżdżacza od pana.

– Prawda. Bywają gorsi – warknął złośliwie Harbord.

McGregor zrozumiał sens słów. Było to bezpośrednie wyzwanie, aby 

w oczach   Anny   Hammersley   naraził   się   na   śmierć   lub   rany.   Na   razie 

pominął je milczeniem.

– Czy chce pan wstać? – zapytał.

Harbord odmówił gestem ręki. Cierpiał z powodu upokorzenia i myśl 

o przyjęciu z ręki rywala najdrobniejszej usługi wydawała mu się nie do 

zniesienia.   Odwaga   jego   i wytrzymałość   na   ból   były   godne   podziwu. 

Dźwignął   się   i usiadł.   Doznał   silnego   zawrotu   głowy   i zakrył   twarz 

rękami.

– Pomogę panu – ofiarował się McGregor.

I   nim   tamten   zdążył   zaprotestować,   wsunął   mu   ręce   pod   pachy 

i podniósł   z ziemi.   Harbord   zachwiał   się,   a odzyskawszy   równowagę, 

odepchnął wroga od siebie i stanął o własnych siłach.

Oczy jego spoczęły na twarzy Anny. Wydął pogardliwie usta.

– Nie ma w całym stanie drugiego człowieka, który by się utrzymał na 

tym  koniu  tak długo,  jak ja –  oświadczył  wyzywająco.  – O,  dosyć na 

dzisiaj tego jednego popisu – zaoponowała niecierpliwie Anna. – Może 

innego dnia.

Harbord pełen gniewu zwrócił się do Berta.

background image

– Dla jednych ludzi ma się większe względy, a dla innych mniejsze – 

zauważył znacząco. – Co prawda, pan by się na taką rzecz nie porwał. 

Widział pan, do czego ten koń jest zdolny.

– O, tak – odpowiedział spokojnie wyzwany. – Nie wiem, czy bym mu 

podołał.

Stanął koło bułanka. Harbord zaśmiał się chrapliwie.

– Mam co do tego wątpliwości – odpowiedział brutalnie. – Wiem, żeby 

się pan nie odważył.

– Nie domaga się pan chyba, żebym jechał nie na swoim siodle, co? – 

rzucił przez ramię McGregor. – Jestem przyzwyczajony do swego. Nie ma 

pan nic przeciwko temu? W takim razie tamto siodło zdejmę, a włożę to 

z bułanka.

– Przekładaj pan – odparł tonem radosnego oczekiwania Harbord. – 

Załóżmy się... o ile?... o dziesięć... o tysiąc dolarów, że nie utrzyma się 

pan na tym koniu dziesięć minut.

–   Mam   dziesięć   dolarów,   ale   są   mi   potrzebne   –   odpowiedział 

McGregor. – Tysiąca bym nie ryzykował. Mógłbym zginąć i nic by mi 

z tych pieniędzy nie przyszło.

– Godna pochwały przezorność – zadrwił Harbord.

– Naturalnie – odrzekł lekko Bert. – Ma się zawsze coś do stracenia.

– Pan...

–   Panie   Harbord,   ta   utarczka   słowna   jest   zupełnie   zbyteczna   – 

przerwała Anna. – Wyzwał pan pana McGregora, aby dosiadł tego konia. 

Zgodził się i nie ma o czym mówić.

Bert zdjął tymczasem siodło z bułanka i odwróciwszy się spotkał wzrok 

wroga.   Harbord   był   szaroblady,   ale   już   nie   ze   zdenerwowania,   lecz 

background image

z wściekłości. W oczach paliły mu się dzikie ognie. McGregor poczuł, że 

w tej chwili rywal był zdolny zamordować go bez litości i bez namysłu. 

Czy więc – jeżeli miewał takie mordercze ataki nienawiści – nie on zabił 

Moody’ego?   Może   gadatliwy   głupiec   nie   zginął   z powodu   swego 

legendarnego worka z pieniędzmi. Może naraził się jakimś sposobem na 

śmiertelną furię Harborda. Może?

– No, ale ta rzecz mogła poczekać. McGregor doznał wrażenia, że los 

rzucił go na ślepy mur. Ano, trudno! Musiało się tak stać. Nie było się co 

zastanawiać. Rzeczy szły swoim biegiem.

Położył siodło na ziemi i podszedł do ogiera. Wyciągnął rękę gestem 

łagodnego zaproszenia. Siwek cofnął się o krok i uniósł groźnie na zadzie.

– Panie Hammersley, pomóż mu pan – zawołał Harbord. – Nie da sam 

rady. Za kilka minut będzie potrzebował pomocy.

background image

XVI

Drugi popis

Nim   McGregor   zdołał   zmienić   siodło   na   siwku,   upłynęło   dziesięć 

minut. Koń był odporny na wszelkie przyjacielskie gesty. Harbord stał na 

stronie i sypał sarkastycznymi uwagami. Radził zawiązać ogierowi oczy 

i przynieść  widły  do założenia  popręgów. Od czasu  do czasu ostrzegał 

przed kopnięciem. Bert udawał, że nie słyszy.

W   końcu   zwierzę   zostało   osiodłane.   Hammersley   cofnął   się   nieco. 

McGregor podniósł nagle nogę do strzemienia i w jednej chwili znalazł się 

na koniu. Ogier stał przez chwilę jak skamieniały. Bert spojrzał na Annę 

i uśmiechnął się. Była bardzo blada, ale opanowała się i odpowiedziała mu 

takim   samym   uśmiechem.   Harbord   stał   za   nią   z twarzą   wykrzywioną 

brzydkim   grymasem.   Hammersley   przyglądał   się   w zadumie   dzikiemu 

rumakowi.

I znów się zaczęło.

McGregor  zorientował  się   od  razu,  że  nic   nie  skorzysta  na  tym,  że 

dosiada konia jako drugi. Siwek nie był ani trochę zmęczony, nabrał tylko 

doświadczenia w walce z człowiekiem. Podskakiwał i opadał. Raz nawet 

osunął się  na kolana. Jeździec rzucił  się instynktownie w tył. Gdy koń 

wstał, ukarał go ostrogami i uderzeniem kapelusza. Przez chwilę zwierzę 

stało   nieruchomo,   potrząsając   gniewnie   głową.   Obok   ambicji   wezbrało 

w nim   poczucie   bezradności.   Nagłe   przypomnienie   poprzednich 

doświadczeń   pchnęło  je  w szalony  galop   urozmaicony   nadzwyczajnymi 

podrzutami.   To   jednak   dla   człowieka   o sile   i budowie   McGregora   nie 

stanowiło nic groźnego.

background image

Pędzili tak przez ćwierć mili, a następnie z powrotem. Kiedy znaleźli 

się w niewielkiej odległości od obserwującej w milczeniu gromadki, ogier 

zmienił   taktykę.   Rzucił   się   do   góry   i w powietrzu   zrobił   w tył   zwrot. 

Powtórzyło się to kilka razy. Ale człowiek siedział jak przykuty. I znów 

dziki rumak pomknął w szalonym pędzie przez równinę i ubiegłszy ćwierć 

mili, zawrócił.

W pewnej chwili stanął dęba. McGregor przewidując, że przewróci się 

na   grzbiet,   przygotował   się   do   skoku   na   ziemię.   Ale   ogier   pozostał 

moment w pozycji stojącej i runął na przednie nogi. Wstrząs był tak silny, 

że   jeździec   poczuł   szum   w uszach   i pulsowanie   w skroni.   Koń   szalał. 

Bertowi   robiło   się   coraz   gorzej.   Obawiał   się,   że   lada   chwila   dostanie 

krwotoku z nosa.

Nagle   mgła   zasłoniła   mu   oczy,   świat   poszarzał,   a postacie   Anny, 

Hammersleya   i Harborda   zamieniły   się   w niewyraźne   plamy.   Sytuacja 

była groźna. Uciekł się do ostróg i kapelusza. Koń poniechał sztuczek i raz 

jeszcze pognał jak wicher przez zieloną równinę.

McGregor uświadomił sobie, że siwek osłabł. POprawił się w siodle. 

Sądził, że to jeszcze nie koniec, ale miał nadzieję, że zwierzę bliskie jest 

wyczerpania.   Odbył   się   powrotny   bieg   do   czekającej   grupy.   Ogier 

przysiadł jedną stroną na zadzie i to było wszystko. Głowę miał schyloną. 

Bert już go teraz nie drażnił ostrogami, a przemawiał łagodnym głosem, 

niedosłyszalnym dla własnych uszu.

Ogier kłusował bez pośpiechu, reagując na głos słabymi podrzutami. 

Nagle   rozluźnił   napięte   mięśnie,   zawrócił   i stanął.   Bert   ześlizgnął   się 

z siodła.

Znów zaćmiło mu się w oczach i znalazłszy się na ziemi zachwiał się 

background image

jak   pijany.   Przesunął   ręką   po   powiekach   i trzymał   je   przez   chwilę 

zamknięte. Wreszcie otworzył oczy.

Najpierw   spojrzał   na   Harborda,   ale   ten   nie   zwracał   na   niego 

najmniejszej uwagi. Stał ze wzrokiem utkwionym w Annę. Dziewczyna 

zaś miała oczy tylko dla McGregora. Nie uśmiechała się, lecz twarz jej 

promieniała cichą radością.

Bert usłyszał głos rywala jakby z wielkiej odległości.

– Nie dałby pan mu rady, gdyby pan wsiadł pierwszy – oznajmił. – 

Zmęczył się walką ze mną i spokorniał.

– Prawdopodobnie – odparł chłodno McGregor.

Sądził,   że   przeciwnik   zamierza   również   zachować   zimną   krew,   ale 

Harbordowi ta łatwa zgoda wydała się podejrzana i wziął ją za oznakę 

świadomej pewności siebie człowieka, który wyszedł cało z opresji jako 

zwycięzca.

Zacisnął mocno usta, policzki nabiegły mu krwią, a w oczach zapłonęła 

nienawiść.

– Wcale pan tak nie myśli – syknął jadowicie. – Uważa się pan za 

lepszego jeźdźca ode mnie. O, wiem, jakie pan ma o sobie wyobrażenie! 

Zobaczymy   jeszcze,   kto   będzie   górą.   Wszedł   mi   pan   w drogę 

najbezczelniej w świecie, ale zobaczymy, jak się to skończy.

Oddalił się ku miejscu, gdzie leżało jego siodło, jakby chcąc je zabrać 

i odejść. Ale przyszła mu widocznie do głowy jakaś myśl, bo zawrócił 

i podszedł do Anny.

– Czy mogę panią prosić o chwilę rozmowy? – zapytał.

Powiedział to takim tonem, jakby nie prosił, a rozkazywał.

– Owszem – odpowiedziała po chwili wahania.

background image

Odeszli oboje na odległość kilkunastu kroków. Hodowca pochylił się 

nad dziewczyną i zaczął coś mówić bardzo prędko i cicho.

McGregor odwrócił się i odszedł.

Ale   był   niespokojny.   Nie   wiedział,   jak   dalece   Harbord   zdoła   się 

pohamować czy nie pohamować wobec kobiety. Był tak wściekły, że mógł 

się zapomnieć. McGregor uważał, że powinien mieć na niego oko.

Obejrzał się przez ramię.

Anna potrząsała wolno głową. Jak zwykle była poważna i spokojna.

– Stanowczo? – krzyknął Harbord. – Nieodwołanie? Czy...

Skinęła głową.

Harbord zacisnął pięści i wyrzucił głowę ku przodowi, tak że żyły na 

jego karku wzdęły się jak sznury. Był blady i z całego jego zachowania 

biła jakaś dzika groźba.

McGregor zawrócił.

Pasjonat odstąpił od dziewczyny i oczy jego padły na zbliżającego się 

rywala. Sięgnął ręką do pasa, tam gdzie nosił zazwyczaj rewolwer i nie 

znalazłszy   go,   rzucił   się   ku   znienawidzonemu   człowiekowi   z pustymi 

rękami.

–   Precz   mi   z oczu   ty   piekielne   nasienie!   –   wrzasnął   przeraźliwym 

głosem. – Jeżeli mi jeszcze raz wejdziesz w drogę, zabiję cię! Ty, psie! Ty, 

żebraku! Ty, intruzie! Ty, łajdaku! – zaklął zduszonym szeptem i krzyczał 

dalej: – Przyszedłeś tu się podlizywać, nadskakiwać. Powtarzam, że jeżeli 

mi jeszcze raz wejdziesz w drogę, zabiję... Precz mi z oczu!

McGregor   cofnął   się.   Harbord   był   prawie   oszalały   z wściekłości 

i z doznanego zawodu. Jasne było, że oświadczył się Annie i dostał kosza. 

Popisał się przed nią swoją wytrzymałością i odwagą i nie zrobiło to na 

background image

niej   żadnego   wrażenia.   Odniosła   się   do   niego   tak,   jakby   się   okazał 

tchórzem i słabeuszem.

McGregor rozumiał, co się z nim działo. Rozumiał, jak bardzo cierpiał 

z powodu   swej   przegranej   i nie   chciał   się   z nim   kłócić   w takiej   chwili 

i w obecności dziewczyny.

– Cofasz się,  psiakrew, co? – warknął przewrotnie  rywal. – Znowu 

poza, znowu gest! Wszystko robisz z myślą, co ona powie czy pomyśli! 

Masz nadzieję, że uda ci się ją zdobyć. Niedoczekanie! Ona nigdy nie 

będzie twoja i nie myśl, że się ciebie boję, wyrzutku! Dam sobie z tobą 

radę! Zabiję cię, zakatrupię. Zapamiętaj to sobie!

–   Za   gwałtowna   mowa,   za   mocne   słowa,   panie   Harbord   –   wtrącił 

Hammersley. – McGregor nie wyrządził panu nic złego. Przyjął po prostu 

wyzwanie i został zwycięzcą. Nie rozumiem, dlaczego się pan tak rzuca.

–   Pan   nie   rozumie!   –   ryknął   Harbord.   –   Pan   niczego   nie   rozumie! 

Spoufala   się   pan   z pierwszym   lepszym   włóczęgą.   Należałaby   mu   się 

nauczka tęgim rzemieniem.

– Mam nadzieję, że nikt się tego nie podejmie – odparł cierpliwie Jim.

– Pan powinien! – krzyknął Harbord.

– Mam wrażenie, że pan przesadza – zauważył gospodarz. – Na pana 

miejscu hamowałbym się trochę.

Harbord nie odpowiedział. Zabrał siodło i odszedł do stajni. Po chwili 

jechał   już   na   swoim   koniu   w kierunku   traktu.   Oczy   miał   utkwione 

w twarzy   McGregora   i minąwszy   go   odwrócił   głowę,   jakby   nie   mogąc 

oderwać   od   niego   wzroku.   Bert   patrzył   nieporuszony.   Ludzie,   którzy 

mówią o swoich zamiarach tak głośno i otwarcie, jak to uczynił Harbord, 

nie są zazwyczaj niebezpieczni i można się im przeciwstawić.

background image
background image

XVII

Wiem

Ale tym razem osądził rzecz powierzchownie. Nie zrozumiał Harborda. 

Przywykł do prostych sądów o prostych ludziach. Umysł i serce takiego 

osobnika jak Harbord były dla niego nie do rozszyfrowania.

Wiedział, że rywal był rozgniewany, ale natura i głębia tego gniewu 

pozostały   dla   niego   tajemnicą.   Nie   rozumiał,   jaką   ranę   zadał   dumie 

pyszałka,   nie   rozumiał,   jak   straszną   goryczą   przepoiło   go   doznane 

upokorzenie,   nie   rozumiał   psychiki   szaleńców,   a Harbord   był   prawie 

szalony, zdolny zabić Berta.

Tego wieczoru na ranczo Hammersleya przyjechał jeden z kamratów 

Dorra   nazwiskiem   Barlow.   McGregor   stał   właśnie   w drzwiach   stajni 

i wyglądał na drogę w oczekiwaniu na Bresslera lub któregoś z jego ludzi 

z raportem o ewentualnych zdarzeniach w górach. Ujrzawszy zbliżającego 

się  kłusem  jeźdźca,  wziął  go w pierwszej  chwili   za jednego  z tamtych. 

Wyszedł na drogę i omyłka się wyjaśniła.

Barlow zatrzymał konia i popatrzył na wroga, który również przyjrzał 

mu się uważnie. Barlow był starszy od swoich towarzyszy i musiał mieć 

około czterdziestu lat. W siodle wyglądał krępo i ciężko. W złej twarzy 

uderzały   wąskie   usta,   blisko   siebie   osadzone   przekrwione   oczy   i tępy, 

płaski nos. Cera, jak na człowieka żyjącego na otwartym powietrzu, była 

zbyt wątła i ziemista. Całość przedstawiała się odpychająco.

McGregor   milczał.   Nie   chciał   się   odzywać   pierwszy.   Wiedział,   że 

Barlow   przyjechał   w jakimś   celu   i że   z takim   człowiekiem   trzeba   być 

ostrożnym.   Niech   sam   mówi.   Ten,   kto   milczy,   ma   zawsze   przewagę. 

background image

Barlow   pochylił   się   i splunął   na   drogę.   Po   brodzie   pociekł   mu   sok 

tytoniowy, więc otarł usta rękawem.

– Mam dla ciebie wiadomość od Harboda – rzekł. – Chcesz usłyszeć?!

McGregor   nie   odezwał   się.   Wiedział,   że   goniec   wygada   się   bez 

jakiejkolwiek zachęty.

–   Harbord   chce   się   z tobą   widzieć   –   rzucił   Barlow.   –   Życzy   sobie, 

żebyś się z nim spotkał w mieście.

– Kiedy?

– Teraz. Kazał powiedzieć, że ma do ciebie ważną sprawę.

McGregor   zastanawiał   się   właśnie,   jak   wykorzystać   wieczór.   Każdy 

dzień był cenny. Darowano ich tylko trzydzieści. Teraz już było mniej. 

Zauważył,   że   wraz   ze   zbliżaniem   się   wieczoru   Annę   opanowywało 

zdenerwowanie.   Przy   kolacji   milczała   i parę   razy   poczuł   na   twarzy   jej 

pytający wzrok. Wiedział, że dla niej miały znaczenie nie tylko dni, ale 

minuty.   I on   sam,   stojąc   w drzwiach   stajni,   uświadomił   sobie   dziwne, 

wewnętrzne wzburzenie.

– Pójdę po konia – rzekł lakonicznie.

– Poczekam – odpowiedział Barlow.

Bert wszedł do stajni i wyprowadził bułanka, którego osiodłał jeszcze 

przed kolacją. Skoczył na siodło i wyjechał na drogę.

– Jestem gotów – odparł.

Barlow zawrócił w kierunku miasta. McGregor pojechał za nim. Zdążył 

zauważyć, że łotrzyk ma przy sobie rewolwer. Jego własny pas z bronią 

wisiał  u siodła.  Zdjął  go  i włożył  na  siebie.   Stwierdził,  że  gest   ten  nie 

uszedł spostrzegawczości towarzysza, który jednak nie rzekł ani słowa.

Do   pierwszych   rozstajnych   dróg   McGregor   trzymał   się   za   koniem 

background image

Barlowa. Tutaj dopiero zrównał się z nim i zawołał:

– MInutę, przyjacielu!

Barlow ściągnął konia. Bert uczynił to samo. Łeb bułanka znalazł się 

nad ramieniem Barlowa. Opryszek obrócił się w siodle.

– Stój! – rozkazał McGregor.

Barlow obrócił koniem tak, że znaleźli się twarzami do siebie.

– Zabiorę ci rewolwer – rzekł Bert.

– Nie pozwolę – zaprotestował goniec. – Ty jesteś uzbrojony, to i mnie 

wolno.

– Może wolno ci go nawet użyć? – podsunął McGregor?

Barlow spojrzał na niego nabiegłymi krwią oczyma, które w tej chwili 

wydały się czerwieńsze niż na początku.

– Wygodną masz taktykę – zauważył. – Uznajesz tylko przemoc.

–   Zdaje   się,   że   w tej   chwili   szanse   są   jednakowe   –   odparł   Bert.   – 

Dlaczego nie zażądasz ode mnie rewolweru?

– Wiem, że jesteś zwinny – rzekł ogólnikowo tamten – ale czy nie 

przyszło ci do głowy, że ktoś może być zręczniejszy?

– W każdym razie nie ty.

Barlow umilkł. Powieki miał spuszczone i trudno było orzec, o czym 

myśli. Nagle jego wąskie wargi rozciągnęły się w uśmiechu.

– Oddam rewolwer – rzekł. – To jeszcze nie mój pogrzeb.

– Nie fatyguj się – ostrzegł McGregor – ja sam go sobie wezmę.

– Ostrożność nie zawadzi – uzupełnił szyderczo Barlow.

– Nigdy – odpowiedział Bert. – Ty i twoi towarzysze próbowaliście 

mnie   już   raz   napaść.   Głupi   byłbym,   gdybym   nie   korzystał 

z doświadczenia.

background image

Pochylił   się   nad   łbem   bułanka   i wyjął   towarzyszowi   rewolwer 

z futerału.

– A teraz, przyjacielu – rzekł oschle – jeżeli ci życie choć trochę miłe, 

to postaraj się, żebym dotarł do miasta bezpiecznie. Nie dziwiłbym się, 

gdyby twoi kamraci zorganizowali zasadzkę. Może to i dobry pomysł, ale 

radzę wybić go sobie z głowy. Przez całą drogę do miasta będę miał ciebie 

pod lufą. Jeden podejrzany znak i po tobie. Jeżeli mam zginąć, to zginiemy 

razem. Ruszaj!

– Nie ma żadnej zasadzki – odpowiedział Barlow. Słowa jego okazały 

się prawdą przynajmniej na tyle, że nie spotkali nikogo. Gdy znaleźli się 

na głównej ulicy miasteczka, McGregor schował rewolwer i zrównał się 

z towarzyszem.

– Gdzie Harbord? – zapytał.

– W domu Sobeya. Pokażę ci drogę.

– Nie potrzeba. Wiem, gdzie to jest. Sam trafię. Precz mi z oczu!

– Harbord kazał mi...

– Ja ci każę! Precz!

Barlow zaklął i odjechał. McGregor odprowadził go wzrokiem za róg 

zajazdu, po  czym  pospieszył do  domu   adwokata.  Było bardzo  ciemno. 

Księżyc   nie   świecił,   bo   niebo   zakrywały   gęste   chmury.   McGregor 

zeskoczył z konia, przywiązał go do słupa i zapukał do drzwi.

Otworzył sam gospodarz.

– A, pan McGregor – rzekł uprzejmie – proszę wejść. Czekamy na 

pana.

Gość   nie   ruszył   się   z miejsca.   Stał   z rękoma   opartymi   na   biodrach, 

z głową wysuniętą naprzód.

background image

– My? – powtórzył. – Co za „my”?

–   Ja   i pan   Harbord   –   odpowiedział   Sobey.   –   Pan   Harbord   chciałby 

z panem pomówić.

–   Sądziłem,   że   chciał   pomówić   ze   mną   o rzeczach   poufnych,   bez 

świadków – rzekł gość. – Może w pokoju od frontu jesteście wy dwaj, a za 

drzwiami czekają inni.

Rozległy się kroki i w progu obok Sobeya stanął Harbord. Złość go nie 

opuściła. Był blady, tylko oczy błyszczały mu niesamowicie jak u wilka.

–   Posłałem   po   pana,   panie   McGregor   –   rzekł.   –   Mam   z panem   do 

pomówienia.   Sam   załatwiam   swoje   sprawy.   W domu   nie   ma   nikogo 

oprócz mnie i Sobeya. Daję panu słowo honoru.

– Dobrze, wejdę – odparł McGregor – ale darują panowie, że usiądę 

plecami do ściany.

Usta   Harborda   wykrzywiły   się   sarkastycznym   grymasem.   Wzruszył 

ramionami i cofnął się do pokoju.

– Jak się panu podoba.

McGregor   przestąpił   próg   i jednym   rzutem   oka   objął   wnętrze 

pomieszczenia.   Oprócz   ich   trzech   nie   było   nikogo.   Jedyne   drzwi 

prowadzące   w głąb   domu   były   zamknięte.   Postawił   krzesło   pod   ścianą 

i usiadł w taki sposób, aby te drzwi mieć na oku. Harbord i Sobey usiedli 

koło stołu. McGregor milczał, ustępując im pierwszeństwa.

– Panie McGregor – zaczął suchym, ochrypłym głosem Harbord. – Nie 

wiem,  co  pana przyniosło  w te  strony.  Nie pytam.  Nie  obchodzą mnie 

pańskie sprawy. Ale muszę panu powiedzieć jedną rzecz. Dwie rzeczy! 

Uważam pana za intruza i intryganta i żądam, żeby się pan wyniósł tam, 

skąd pan przyjechał. I to zaraz, jeszcze dzisiaj!

background image

–   Nie   byłem   dotychczas   wypędzany   –   zaprotestował   łagodnie 

McGregor.

Nagły przypływ furii napędził do twarzy Harborda ciemną falę krwi. 

Uderzył ręką w stół. Widać było, że nie gra komedii i że gotów jest na 

ostateczność.   McGregor   przyjrzał   się   jego   szczupłej   ręce   o długich 

giętkich palcach. Pomimo wielkiego gniewu ręka ta spokojnie spoczywała 

na stole. Łatwo sobie było wyobrazić, jak zręcznie takie palce mogłyby 

operować bronią.

–   Ale   pan   będzie   –   krzyknął   Harbord   –   albowiem   jest   tylko   jedna 

alternatywa!

– Zanim pan powie jaka – przerwał McGregor – ja panu coś powiem.

Nie był już teraz nastrojony pojednawczo. Harbord był przyzwyczajony 

do posługiwania się bronią. Rękę miał pewną, a strzał celny.

– Słucham.

– Podejrzewam, że to pan zabił Moody’ego.

– Słucham? – powtórzył chrapliwie Harbord.

– POdejrzewam, że to pan zabił Moody’ego.

Rzucił to oskarżenie, bo ciekaw był, jak zostanie przyjęte. Chciał się 

upewnić,   czy   Harbord   wie   coś   o zabójstwie,   ale   się   zawiódł.   Wywołał 

tylko szczere, bezgraniczne zdumienie. Rywal wyprostował się i zaśmiał 

cichym, dziwnym śmiechem.

– Tania sztuczka! – rzekł. – Przycisnąłem pana do muru i nie wie pan, 

czego się chwytać.

Bert   uwierzył.   Samo   to   przypuszczenie   było   dla   Harborda   czymś 

potwornym. Przeniósł wtedy wzrok na Sobeya. Usta adwokata wykrzywiał 

pogardliwy uśmiech.

background image

– Jeżeli pan nie zostanie stąd wypędzony, to wyśmiany – wtrącił. – 

Komu by do głowy przyszło coś podobnego!

– Nie powiedziałem, że oskarżam. Powiedziałem, że podejrzewam.

– Mam alibi – oznajmił Harbord.

McGregor   zauważył,   że   Sobey   drgnął.   A więc   wzgardliwy   uśmiech 

krętacza był udany!

– Jakie? – zapytał.

–   Tego   rana,   kiedy   Henryk   Hammersley   i Moody   wyruszyli   razem 

z miasta, byłem u Hammersleyów – odpowiedział Harbord. – Panna Anna 

może poświadczyć.

McGregor nie spuszczał oczu z twarzy Sobeya. Prawnik zbladł, oblizał 

wargi i spuścił oczy.

– Popatrz pan na swego przyjaciela, panie Harbord – rzekł miękko Bert.

Harbord   odwrócił   szybko   głowę   i w oczach   jego   odbiło   się   nagłe 

zdziwienie.

– Co się panu stało? – zapytał. – Czy pan wątpi w moje alibi?

– Może się martwi, że nie mógłby go obalić – podsunął Bert. – Może 

sam zamordował Moody’ego. Przyznał się kiedyś, że jest biedny i że ma 

szczupłą klientelę.  Moody miał ze sobą worek pieniędzy. Mogło go to 

skusić i...

Sobey   wstał   z krzesła.   Dygotał   cały.   Podniósł   rękę   i wskazał   na 

McGregora.

– Precz z mego domu! – wrzasnął przeraźliwym głosem. – Jak śmiesz 

rzucać na mnie takie oskarżenie? Na mnie! Precz!

Harbord również wstał z krzesła. Tylko McGregor siedział spokojnie 

jak przedtem, uśmiechając się drwiąco.

background image

– Precz! – zaskrzeczał Sobey.

– Uspokój się pan – rzekł Harbord. – Po co robić z siebie głupca! Nikt 

pana nie posądzi o zamordowanie Moody’ego. To nie pańska specjalność. 

Pan stworzony do pióra, a nie do rewolweru.

McGregor przypomniał sobie, co mówił Dorr. Widocznie Harbord nie 

wiedział o Sobeyu wszystkiego.

– Mam alibi – rzekł adwokat.

– Nikt pana o to nie pyta – warknął Harbord. – Niech pan siada!

Sobey usiadł cały drżący. Harbord poszedł za jego przykładem.

– Rzuca pan poważne oskarżenia, panie McGregor – zaczął Harbord. – 

Nie po to pana sprowadziłem, żeby słuchać nonsensów. Ja...

– Jeszcze nie skończyłem – przerwał młody człowiek. – Nie zdążyłem 

dodać, że ten pan jest krętaczem, oszustem i kłamcą.

– Panie Harbord, ja nie pozwolę – zaczął Sobey.

– Pozwolisz pan – uciął ostro McGregor. – Panie Harbord, ten pan 

twierdził,   że   był   w stolicy,   widział   się   z gubernatorem   i wyjednał 

zawieszenie wykonania wyroku na trzydzieści dni. To nieprawda.

– Prawda! – wrzasnął Sobey. – To ty kłamiesz!

– Nie widział się z gubernatorem – ciągnął dalej McGregor. – Tego 

dnia, kiedy pan Sobey był w stolicy, gubernator był nieobecny. Bawił na 

swoim ranczo w odległości stu mil od stolicy i, czując się źle, położył się 

do łóżka. Przed minutą zgadywałem tylko, kto zabił Moody’ego. Teraz 

wiem!

Wyciągnął   szyję   i spojrzał   spod   przymkniętych   powiek   na 

przerażonego adwokata.

background image

XVIII

Wezwanie

Sobey stracił pewność siebie. Widać było, że osłabł i że nie wie, jak 

zareagować na niebezpieczny i stanowczy zarzut.

Za to na Harborda oskarżenie podziałało wręcz odwrotnie. Oczy mu 

zapłonęły, a w głosie zabrzmiała nuta zadowolenia.

– Mam wrażenie, że to, co pan mówi, jest prawdą, panie McGregor – 

rzekł. – W każdym razie zgadza się z moimi przypuszczeniami. Pamięta 

pan, że posłałem do gubernatora depeszę opatrzoną podpisami wszystkich 

wybitniejszych   obywateli   miejscowych   i swoim?   Dziwiłem   się,   że 

pozostała bez odpowiedzi. Teraz sprawa się wyjaśnia. Jeżeli pan Sobey nie 

widział się z gubernatorem, to zawieszenie wyroku musiało być rezultatem 

moich starań. Logiczny wniosek, prawda?

– Nie znam się na logicznych wnioskach – odpowiedział McGregor. – 

I nie   zdaje   mi   się,   żeby   pański   telegram   miał   coś   wspólnego 

z zawieszeniem wyroku.

– Na czym pan ten domysł opiera? – zapytał hodowca. – Co pan wie?

–   Depeszował   pan   do   stolicy,   prawda?   Otóż,   jak   już   mówiłem, 

gubernator   był   tego   dnia   na   swoim   ranczo   i pański   telegram   odebrał 

sekretarz.

– Skąd pan to wszystko wie? – zapytał ponownie Harbord.

– Na wsi gubernator jest moim sąsiadem – objaśnił McGregor.

–   Przybył   pan   w te   strony   tego   wieczora,   kiedy   pan   Sobey   bawił 

w stolicy   –   ciągnął   dalej   Harbord.   –   Przyjechał   pan   konno   na   swoim 

cennym bułanku. Droga musiała zająć sporo czasu. Gubernator mógł już 

background image

wyzdrowieć i powrócić do stolicy.

–   Naturalnie   –   wtrącił   prawnik,   ale   Harbord   nakazał   mu   gestem 

milczenie i zwrócił na swego wroga przenikliwe spojrzenie bystrych oczu, 

w których zamigotała podejrzliwość.

McGregor uśmiechnął się leniwie.

– Mecenasie – zapytał nagle Harbord – co pana skłoniło do kłamstwa, 

że to niby pan wyjednał zawieszenie wyroku?

– Ja... – zaczął Sobey.

– Powiem panu, dlaczego on to zrobił – przerwał Bert. – Chciał po 

prostu naciągnąć Hammersleya. Wyłudził od niego za tę przysługę tysiąc 

dolarów.

– Nie dostałem tego tysiąca – krzyknął z gniewem gospodarz.

–   Faktycznie,   nie   dostał   –   potwierdził   McGregor,   zwracając   się 

wyłącznie do Harborda. – Hammersley unieważnił czek. Czek ten dostał 

się   w ręce   Dorra.   Nie   rozumiem,   jakim   sposobem   Sobey   mógł   mieć 

u Dorra taki dług – tysiąc dolarów!

– To on oddał czek Dorrowi? – zapytał trochę niepewnie Harbord.

– Tak – potwierdził Bert. – Coś w tym jest. Sobey miał wobec Dorra 

jakieś zobowiązania. Ale jakie? Dorr jest stanowczo ciemną figurą.

– Czy to prawda, mecenasie? – zapytał Harbord.

– Nikczemne kłamstwo – rzekł chrapliwie adwokat.

– Ale co? Czy to, że dał pan czek Dorrowi?

– Prawdą jest, że czek został unieważniony.

– Już on był winien Dorrowi te tysiąc dolarów za coś dobrego – ciągnął 

dalej   McGregor.   –   Zna  pan   Dorra   i jego  kamratów,   wie   pan,  co   to   za 

numery. Sam pan ich wynajmował.

background image

– Nieprawda!

– Prawda! Wynajął ich pan, żeby się na mnie zaczaili u rozstajnych 

dróg. Nie miał pan odwagi rozprawić się ze mną osobiście, więc wynajął 

pan gotowych na wszystko łotrzyków.

Harbord siedział przez chwilę z zaciśniętymi ustami. Nasunęła mu się 

refleksja,   że   najwygodniej   będzie   zignorować   zarzut   przeciwnika 

o wynajęciu zbirów, a uczepić się drugiego, że on się go boi. To przecież 

będzie o wiele łatwiejsze.

– Może się panu zdaje, że go się boję, co? – zagadnął uprzejmie. – 

Zobaczymy, kto się kogo będzie bał, tylko się wyjaśni parę rzeczy.

– Czy pan ich wynajął? – nalegał McGregor.

– Pan myśli, że bałbym się do tego przyznać? – zapytał wyzywająco 

Harbord. – O, wcale nie. Pokażę panu, że nie wiem, co to strach. Tak. Ja 

wynająłem tych chłopców. Uważałem, że będzie to najłatwiejszy sposób 

pozbycia   się   pana.   Mieli   polecenie   nastraszyć   pana   i przepędzić   z tych 

stron.

– Co im się nie udało.

– Co im się nie udało – powtórzył Harbord.

– I nie wybił pan sobie z głowy tej niegościnnej myśli?

– Nie. Teraz chcę, żeby pan tu jednak pozostał. Długo, długo, długo.

McGregor zrozumiał intonację słów i towarzyszący im wyraz twarzy. 

Zrozumiał, że chodziło ni mniej, ni więcej, tylko o wieczne pozostanie pod 

ziemią.

– Wiem, jakim sposobem dowiedział się pan, że mecenas nie widział 

się z gubernatorem – ciągnął dalej Harbord. – Dostał pan depeszę. A ja 

głupi uwierzyłem, że pańscy chlebodawcy naprawdę telegrafowali do pana 

background image

o stanie rynku. To było umówione, rodzaj szyfru, prawda?

–   Telegram   wysłał   jeden...   z moich   zwierzchników   –   odpowiedział 

Bert.   –   Był   tak   uprzejmy,   że   obiecał   dać   mi   znać.   Chciałem   wiedzieć 

o miejscu   pobytu   gubernatora.   W telegramie   tym   była   również 

wiadomość, że gubernator otrzymał pańską depeszę.

– To znaczy, że moja interwencja była rozstrzygająca.

–   Nie   –   zaprzeczył   otwarcie   McGregor.   –   Gubernator   postanowił 

zawiesić   wykonanie   wyroku   jeszcze   przedtem,   zanim   otrzymał   pańską 

depeszę.

– A więc pan jest wysłannikiem gubernatora?

– Nie – zaprzeczył znów McGregor. – Gubernator nie dał mi żadnych 

pełnomocnictw i nie działam w jego imieniu. Wszystko, co robię, robię na 

własną rękę. Nie mam żadnego poparcia. I daję sobie jakoś radę. Jestem 

z panem szczery, bo zorientowałem się się wreszcie, kogo mam przeciwko 

sobie:   pana,   Sobeya   i tamtych   czterech.   Sobey   niewiele   się   liczy.   Ten 

człowiek nie zna się na swoim zawodzie. Taki z niego prawnik, jak i ja, 

może nawet ja lepszy.

– Więc pan sobie wyobraża, że ja, Sobey i tamtych czterech stanowimy 

jedną bandę?

– Tak to wygląda. Moody został zamordowany w tajemniczy sposób. 

Hammersley   go   nie   zabił.   Tamci   czterej   byli   przypadkiem   świadkami 

zabójstwa.   Przekonałem   się,   że   pan   i Sobey   jesteście   z nimi 

w porozumieniu.   Wiem,   że   Sobey   jest   krętaczem.   I pan   musi   o tym 

wiedzieć. Chciał oszukać Hammersleya, odebrawszy od niego zapłatę za 

to, czego nie zrobił.

– Pan Sobey udzielił mi tylko porady prawnej i nic więcej – odparł 

background image

Harbord. – Co się tyczy morderstwa, to może się pan zapytać panny Anny, 

gdzie ja wtedy byłem.

–   Sądzę,   że   człowiek   rozporządzający   takimi   kapitałami   jak   pan, 

mógłby   bawić   na   Marsie,   a kazać   popełnić   morderstwo   na   Ziemi   – 

odpowiedział McGregor.

– Więc oskarża mnie pan o morderstwo?

– Nie oskarżam. Jedna rzecz rzuca się w oczy. Był pan zdolny wynająć 

tych ludzi, aby się na mnie zaczaili. Wolno mi to nazwać tchórzowską 

sztuczką. I dlatego nie wierzę, że Sobey działał w porozumieniu z panem 

tylko jako doradca prawny. Sądzę, że używa go pan w razie potrzeby do 

różnych brudnych robót.

Sobey   dowiódł   nagle,   że   nie   jest   zupełnym   kretynem.   Obrócił   się 

w krześle twarzą do Harborda i zapytał:

– Czyż to nie fakt, że z wyjątkiem jednej porady, nie łączyły nas nigdy 

żadne stosunki?

– Ależ tak.

– Ten człowiek kłamie, łącząc pana, mnie i tamtych czterech w jedną 

spółkę.

– Jeżeli nie kłamie, to błądzi po omacku.

– Może się pan dowiedzieć od ludzi, jaką mam opinię – ciągnął dalej 

gospodarz. – Za kogo mnie pan ma? Czy pan myśli, Harbord, że uda się 

panu wziąć mnie za łeb, jak wszystkich w okolicy?

McGregor   nie   wierzył   własnym   uszom.   Tego   się   nie   spodziewał. 

Przyjaciele zaczęli się kłócić.

– Więc pan nie chce odpowiedzieć na zarzut morderstwa, wygłoszony 

przez tego człowieka?

background image

– Nie chcę. A pan, panie Harbord, może iść do wszystkich diabłów.

– Skończyliśmy ze sobą, mój panie – oznajmił Harbord.

– Bardzom z tego rad. Nie chcę mieć z panem nic wspólnego. Jeżeli 

pan   wynajął   czterech   zamaskowanych   zbirów,   żeby   napadli   na   tego 

osobnika, to może pan ich wynająć kiedyś do czegoś gorszego.

– To znaczy?

– To znaczy, że McGregor powinien się odtąd mieć na baczności.

Harbord wstał nagle, obszedł stół i stanął koło gospodarza. Ręka jego 

spadła na kark małego, a długie, elastyczne palce zsunęły się za kołnierz. 

Sobey szarpnął się i wstał. Harbord zdjął rękę z karku ofiary i przyłożył ją 

do jego piersi. Pchnięcie było tak silne, że adwokat znalazł się w jednej 

chwili   pod   ścianą.   Mało   brakowało,   żeby   runął   jak   długi   na   podłogę. 

Odzyskał   z trudem   równowagę   i,   zgięty   we   dwoje   pod   ścianą,   posłał 

niedawnemu wspólnikowi wściekłe spojrzenie.

– Cóż pan teraz zrobi? – zapytał szyderczo Harbord. – Chce się pan ze 

mną bić?

Sobey wyprostował się powoli. Oczy miał po prostu dzikie. Wysunął 

język i oblizał zeschnięte wargi.

– Jest pan w moim domu – przypomniał.

–   Ale   długo   tu   nie   zabawię   –   odpowiedział   Harbord,   ruszając   ku 

drzwiom. – Chciałbym z panem pomówić, panie McGregor – rzekł.

Bert wstał.

Będąc już na progu, Harbord raz jeszcze zwrócił się do adwokata:

– Między nami skończone. Proszę się do mnie nie odzywać nigdzie 

i przy żadnej okazji.

– Precz! – syknął adwokat.

background image

Harbord i McGregor wyszli razem na ulicę.

– PóJdziemy do zajazdu – powiedział Harbord, kierując się w tamtą 

stronę.

W korytarzu zajazdu natknęli się na Barlowa i gromadkę próżnujących 

gadułów.

– Mam temu człowiekowi coś do powiedzenia, panie Harbord – rzekł 

Bert, dając znak Barlowowi.

Kowboj wstał. McGregor cofnął się w głąb korytarza, aby go tamci nie 

słyszeli.   Barlow   szedł   za   nim.   Na   końcu   posuwał   się   zaintrygowany 

Harbord.

– Barlow – rzekł Bert – czy wiesz, że przed chwilą zapadło prawne 

postanowienie dotyczące ciebie?

– Prawne postanowienie?  – powtórzył łotrzyk, blednąc. – Do czego 

zmierzasz?

–   Sobey   orzekł,   że   jesteś   opryszkiem,   zbirem   i bandytą   –   wygłosił 

McGregor.

– Chcesz mnie sprowokować?

–   Nie.   Pan   Harbord   przyznał   się,   że   owej   nocy   on   wynajął   ciebie 

i twoich kamratów, żebyście urządzili na mnie zasadzkę. A potem Sobey 

dodał, że jesteś bandytą.

– Za dużo pan pozwala swemu językowi, panie McGregor – wtrącił 

Harbord.

– Tylko  mądry  człowiek  wie,  kiedy  można  puścić   język z uwięzi   – 

odparł z uśmiechem Bert. – Cóż ty na to, Barlow?

Opryszek nie odpowiedział. POpatrzył na Harborda nabiegłymi krwią 

oczyma, okręcił się na pięcie i odszedł.

background image

– Poszedł do mecenasa – zauważył McGregor.

– Nie możemy tutaj rozmawiać – rzekł cierpko Harbord. – Wyjdźmy.

Wyszli na werandę i stanęli jeden na wprost drugiego.

– Chce się pan ze mną rozprawić? – zapytał Harbord.

– Może.

– Może! – syknął rywal. – Pan oskarżał. Teraz ja oskarżę. Jesteś pan 

kłamcą   i krętaczem.   Nigdy   w życiu   nie   spotkałem   takiego   bezczelnego 

blagiera. Tacy lubią straszyć i mają w sobie tchórzowską żyłkę.

– Możliwe – rzekł Bert.

– Wyzywam pana do walki – oświadczył nagle Harbord. – Będziemy 

strzelać do siebie z rewolwerów. Każdemu wolno oddać sześć strzałów, 

o ile się to okaże konieczne.

– Pojedynek? – uśmiechnął się McGregor. – Pan wie, że pojedynki są 

wyraźnie zakazane.

–   POprosiłem   o rękę   pannę   Annę   Hammersley   –   ciągnął   dalej 

zniżonym głosem Harbord. – Odmówiła mi. Pan mnie przed nią oczerniał. 

Byłbym tę dziewczynę wykierował na elegancką kobietę. Stało się, że pan 

jakimś sposobem podziałał na jej wyobraźnię. Pewnie dlatego, że oboje 

jesteście podobni. Pan...

–   Dosyć,   panie   Harbord   –   rzekł   McGregor   tak   samo   złowieszczym 

głosem jak przeciwnik. – Wiem, do czego pan zmierza. Chce pan mnie 

zmusić do walki, obrażając pannę Hammersley. Szkoda zachodu. Gdybym 

panu nie zamknął ust, może usłyszałbym coś takiego, że musiałbym pana 

zaraz   zabić,   tu   na  miejscu,   a to   byłoby   dla   mnie   klęską.   Załatwimy   to 

drobne nieporozumienie gdzieś na otwartej przestrzeni. Mogę się z panem 

spotkać, kiedy pan zechce i gdzie pan zechce.

background image

XIX

Punkt honoru McGregora

Na drugi wieczór o zachodzie słońca McGregor stał znów w drzwiach 

stajni   i wyglądał   na   drogę.   Czekał   na   powrót   Jima,   który   pojechał   na 

ranczo Harborda do tamtejszego rządcy.

Bert przyjął wyzwanie wroga i w swej prostocie zaproponował, aby się 

spotkali zaraz następnego dnia i rozstrzygnęli spór sami. Ale Harbord nie 

zgodził się na to i wymógł na Bercie, żeby sprawę przygotowań powierzył 

Hammersleyowi.

McGregor   powrócił   na   ranczo   Hammersleyów   i zaraz   z rana 

zakomunikował   Jimowi   o tym,   co   się   stało.   Przyjaciel   ofiarował   swoje 

usługi, choć obrót sprawy dał mu do myślenia. Był zły i niespokojny.

Po jego odjeździe Bert dosiadł bułanka. Nie chciał pokazywać się na 

oczy Annie. W czasie śniadania czuł na sobie jej wzrok. Musiała czytać 

w jego  duszy  i domyślać  się,  że  zaszło   coś  niepomyślnego.  Cały   dzień 

spędził poza domem.

Podniósł oczy ku górom. Gdzieś daleko musiały się palić lasy. Nad 

szczytami   gór,   na   tle   nieba   szarzała   ciemna   smuga,   prawdopodobnie 

dymu. Brzegi jej miały kolor miedzi. Za tym dziwnym oparem zachodziło 

słońce, podobne w tej chwili do krwawej kuli.

Krew – pomyślał McGregor. Krew polała się tu niedawno i miała się 

polać   po   raz   drugi,   może   za   chwilę.   Myśl   ta   nie   przyprawiła   go 

o najmniejsze   drżenie.   Harborda   zabiłby   jedynie   z konieczności,   ale 

sytuacja   rozwinęła   się   niepomyślnie,   jego   rywal   po   prostu   oszalał. 

Zdawało   się,   że   jedynym   wyjściem   była   krwawa   rozprawa.   Harbord 

background image

wyraził się o Annie lekceważąco i szyderczo. To wystarczyło. McGregor 

miał   zawsze   swój   honor,   według   którego   regulował   wszelkie   sprawy. 

Teraz ten honor objął Annę i wymagania w tym względzie musiały być 

surowsze. W minionych dniach młody człowiek nieraz śmiechem odpierał 

zniewagi dlatego, że te zniewagi odnosiły się tylko do niego. Wiedział, że 

nie warto było brać ich do serca. Z Anną była inna sprawa. Uważał, że 

jego obowiązkiem jest nie tylko bronić jej przed bezpośrednią krzywdą 

czy szkodą, ale nakazać całemu światu takie uwielbienie i cześć, jakie sam 

dla niej żywił.

W takim nastroju, opanowany i bardzo spokojny, Bert stał w drzwiach 

stajni i czekał.

Spojrzał na drogę. Zrobiło się nagle bardzo mroczno. Nad szczytami 

gór wisiał przez chwilę czerwony rąbek słońca, po czym zsunął się za 

horyzont.

Na niebie pozostała tylko ognista łuna zachodu. Z chwilą jej zgaśnięcia 

góry utonęły w ciemnościach i na świat spadła wielka noc. McGregor, nie 

mogąc już posługiwać się wzrokiem, wytężył słuch, spodziewając się lada 

chwila usłyszeć na trakcie tętent kopyt.

Ale usłyszał co innego, bo odgłos lekkich kroków, a zza węgła stajni 

wysunęła się sylwetka Anny. Początkowo rozróżniał tylko białą plamę jej 

twarzy, lecz odczuł, że patrzy na niego trochę posępnie. Zszedł z progu.

–   Wiem,   że   leży   coś   panu   na   sercu   od   samego   rana   –   rzekła 

dziewczyna. – Wysłał pan gdzieś mojego brata, prawda?

Zobaczył,   że   była   bardzo   blada,   smutna   i przygnębiona.   Chciał   ją 

pocieszyć, ale wiedział, że kłamstwem jej nie zbędzie. Była zbyt szczera 

i uczciwa, aby traktować ją inaczej, niż szczerze i otwarcie.

background image

Zdjął kapelusz i przytrzymał go lekko drżącymi palcami.

–   Tak,   pani   –   rzekł.   –   Poprosiłem   go,   żeby   się   zobaczył   z rządcą 

Harborda.

Powiedział to tak naturalnym głosem, że powinna się uspokoić, sądząc, 

że   widocznie   chodziło   o jakąś   drobnostkę.   Ale   nie.   W tej   chwili 

wrażliwość jej była napięta do najwyższego stopnia.

– Po co? – zapytała.

–   Panno   Anno   –   rzekł   łagodnie   McGregor   –   sytuacja   między   mną 

i Harbordem jest bardzo poważna.

– Jaki był tego powód? – zapytała ponownie.

Opowiedział jej wszystko z wyjątkiem tego, co o niej mówił Harbord. 

Miał wrażenie, że dziewczyna domyśla się tego przemilczenia.

– Jeżeli Harbord pana zabije – rzekła – będzie to wyrokiem śmierci dla 

mego brata, Henryka. Któż go będzie wtedy ratował?

– Myślałem o tym – odparł. – Nie wierzę, żeby on mnie mógł zabić. Po 

prostu nie wierzę. I dziwna rzecz, cała ta sprawa wydaje mi się niegodna 

uwagi. Ja także nie zabiję Harborda, tylko się z nim jakoś załatwię.

– Nigdy nie wiadomo, co się może stać – nalegała.

– Nie – rzekł – jeżeliby miało dojść do jakiejś ostateczności, to cała ta 

rzecz posunęła się już tak daleko, że Bressler i pozostali dadzą sobie radę 

beze mnie i na własną rękę wyszperają, kto zabił Moody’ego. Spodziewam 

się lada chwila ważnej wieści. Harbord i Sobey pokłócili się na dobre. 

Teraz   tylko   nasuwa   się   pytanie,   kto   ma   większy   wpływ   na   tamtych 

czterech.

W moich dochodzeniach kierowałem się domyślnością i przeczuciem. 

Ten,   kto   zabił   Moody’ego   i obrabował   go,   schował   gdzieś   pieniądze. 

background image

Prawdopodobnie kręci się po okolicy. Sądzę, że w rabunku maczali palce 

Dorr i jego towarzysze, choć nie oni dopuścili się morderstwa.

Dorr, po pierwszym wypuszczeniu z więzienia, pospieszył zaraz w góry 

na rozstajne drogi. Początkowo szukał rewolwerów, ale sądzę, że chodziło 

mu  również o pieniądze.  Musieli  je tam zakopać. Gdyby nie to, że mi 

księżyc spłatał figla, byłbym go przy nich przyłapał. Teraz pani rozumie, 

dlaczego posłałem na czaty Bresslera i jego towarzyszy.

– Spodziewa się pan, że Dorr lub któryś z pozostałych zgłoszą się po 

łup?

–   Tak.   Sądzę,   że   każdy   z nich   byłby   zdolny   podejść   wspólników, 

zabrać pieniądze i uciec. Ale jest jeszcze jedna trudność. Moody miał przy 

sobie   tylko   bardzo   niewielką   sumę.   Ten,   kto   otworzył   worek,   tak   się 

domyślam,   schował   gdzieś   pieniądze,   a worek   podrzucił   w stodole 

u państwa. Wszyscy oni muszą wiedzieć, gdzie są te pieniądze. Pierwszy, 

który się do nich dobierze, dozna wielkiego zawodu i pomyśli, że został 

oszukany przez resztę. Nastąpi kłótnia i awantura. MY z tego naturalnie 

skorzystamy.   Możliwe   też,   że   tamci   i Bressler   schwytają   tego,   który 

przyjdzie po pieniądze. Liczę na to, że ewentualny jeniec, dla uratowania 

własnej skóry, powie wszystko, co tylko będzie wiedział.

Dziewczyna skinęła głową i twarz jej się rozjaśniła.

– Rozumiem – rzekła. – Jak pan to wszystko świetnie obmyślił.

– Ciężko było – odparł.

– Opowiedział mi pan o swoim widzeniu z gubernatorem i wyjednaniu 

zawieszenia wyroku – szepnęła Anna. – Mówi pan, że się panu udało, ale 

w tym musiało być coś więcej. Dziwne, że gubernator przychylił się do 

pańskiej prośby, kiedy przedtem zarzekał się, że o takim odroczeniu nie 

background image

może być mowy.

Bert ucieszył się, że uwaga dziewczyny odwróciła się od jego bliskiej 

walki z Harbordem.

– Nie powiedziałem pani wszystkiego – wyjaśnił pośpiesznie. – Jestem 

w dobrych stosunkach ze swoimi pracodawcami, a ponieważ ich ranczo 

jest   największe   w stanie,   więc   i moje   stanowisko   ma   pewne   znaczenie. 

Ranczo   gubernatora   sąsiaduje   z naszym.   Spędza   on   tam   zawsze   swoje 

wakacje i często się widujemy. Raz nawet chciał mi dać pracę u siebie.

Usłyszawszy o nieszczęściu, jakie spadło na brata pani, udałem się do 

stolicy i przedłożyłem mu swoją prośbę. Spojrzał na mnie znad binokli, 

pytając,   co   mnie   ta   sprawa   obchodzi.   Drżałem   jak   dziecko   podczas 

pierwszej lekcji, ale położyłem kapelusz na biurku i przypuściłem atak. 

POwiedziałem do niego tak:

Gubernatorze, pan nie pozwoli, żeby ten człowiek... pan nie dopuści do 

tego, żeby temu człowiekowi coś się stało, dopóki ja nie pojadę na miejsce 

i nie rozejrzę się w sytuacji. Przecież ci ludzie pochodzą z tej samej sfery, 

co pan i ja. Zostali wychowani tak samo, jak pan i ja. Naturalnie pan jest 

wykształcony i na wysokim stanowisku, ale bawiąc na ranczo, upodabnia 

się pan do nas, zwykłych śmiertelników. Henryk Hammersley nie mógł się 

dopuścić morderstwa. Tacy ludzie jak...

Więc,   panno   Anno,   wygłosiłem   do   niego   tego   rodzaju   przemowę 

i rezultat   był   taki,   że   go   przekonałem.   Zgodził   się   zawiesić   wyrok   na 

trzydzieści   dni,   licząc   od   chwili,   gdy   ja   znajdę   się   na   miejscu.   Sobey 

skorzystał z okazji, aby zagarnąć dla siebie całą zasługę i to wszystko.

– Nie powiedział mi pan jeszcze, dlaczego się pan tak zainteresował 

sprawą Henryka – rzekła dziewczyna. – I mam wrażenie, że gubernator nie 

background image

wysłuchałby   pana,   gdyby   się   pan   nie   uciekł   do   jakichś   silniejszych 

argumentów niż te, które pan przytoczył.

– To, co mówiłem miało silne brzmienie – wykręcił się McGregor i na 

czoło   jego   wystąpiły   kropelki   potu,   tak   jakby   się   znów   znalazł   przed 

gubernatorem. – Gdyby pani tylko słyszała!

– Przypuśćmy, że słowa pana zrobiły na nim wrażenie – nalegała – to 

jednak nie wyjaśnia, co pana skłoniło do wystąpienia. Niech mi pan powie. 

Ogromnie mnie to dziwi.

Twarz Berta opłynęła ciemnym rumieńcem. Otarł czoło...

– Ależ – wyjąkał – to, to po prostu zabawa. Widzi pani”, ja... to jest...

Z kłopotliwego położenia wyratował go tętent koni, na który tak długo 

czekał. Ktoś nadjeżdżał galopem. Anna uchwyciła go za ramię; spostrzegł, 

że drży jak liść osiki.

– Zdaje mi się, że to pani brat – rzekł. – Chyba ma jakąś nowinę.

Palce dziewczyny osunęły się po jego rękawie i oplotły  mocno jego 

dłoń. Pomimo przejmującego wrażenia nie oddał jej uścisku, gdyż czuł, że 

uczyniła to nieświadomie.

Czekali   bez   słowa   i bez   ruchu.   Z ciemności   wyłoniła   się   sylwetka 

Hammersleya.

–   Bressler   i chłopcy   chwycili   Dorra   –   rzekł,   zeskakując   z siodła.   – 

Bronił się. Musiałem do niego strzelić. Wiozą go tutaj.

background image

XX

Własna skóra

– Jeszcze ich nie słychać – rzekł McGregor. – Opowiedz nam, jak się to 

stało, Jim.

– Byłem na ranczo Harborda... – zaczął Hammersley.

Urwał   i spojrzał   na   siostrę.   Przypomniał   sobie,   że   ona   o tym   nie 

wiedziała.

– Mów – rzekł Bert. – Powiedziałem pani, co zaszło.

–   Dobrze   –   odparł   hodowca.   –   Otóż   Harborda   nie   zastałem.   Był 

w górach.   Powrócił   dopiero   po   południu,   tak   że   wyjechałem   stamtąd 

prawie o zachodzie słońca.

Dojeżdżając   do   naszych   rozstajnych   dróg,   usłyszałem   strzały. 

Domyśliłem się od razu, że Bressler i jego chłopcy spotkali się z którymś 

z tamtych i ruszyłem z kopyta na pomoc.  Słońce właśnie zaszło i niebo 

było czerwone jak krew. Musieliście to zauważyć. Po minucie jazdy znów 

usłyszałem strzelaninę, już bliżej. Wywnioskowałem stąd, że ktoś jedzie 

w moją stronę, ostrzeliwując się, może podczas ucieczki. Spojrzałem na 

górę. Nie upłynęła minuta, a z głębi wąwozu wypadł Dorr na koniu.

Gnał jak oszalały, bez kapelusza, z rozwianymi włosami, w pomiętym, 

poszarpanym   ubraniu...   W ostatnich   promieniach   zachodzącego   słońca 

przedstawiał   dziki   obraz.   Był   silnie   zgarbiony   i w rękach   trzymał 

rewolwer. Strzelał raz po raz. Na moich oczach oddał cztery strzały. Jechał 

skrajem   przydrożnej   wyniosłości   i niebawem   znalazł   się   nade   mną. 

Wyciągnąłem rewolwer.

Cała rzecz rozegrała się błyskawicznie. Dorr strzelił jeden raz i czekał. 

background image

Gdzieś dalej za nim huknęły dwa. Uznał je za nieszkodliwe, bo nawet się 

nie obejrzał.

Wiedziałem, że Bressler i jego ludzie czekali w zasadzce na zjawienie 

się   amatora   ukrytych   pieniędzy.   Obecność   Dorra   w tym   miejscu   i jego 

ostrzeliwanie   się,   wskazywały   tylko   na   jedno,   mianowicie,   że   tym 

amatorem   był   on.   Z tego   wynikało,   że   powinienem   był   go   zatrzymać. 

Wycelowałem z rewolweru i krzyknąłem:

– Dorr!

Usłyszał   mnie   od   razu.   Spojrzał   na   mnie.   W obu   rękach   trzymał 

rewolwery.

– Rzuć pukawki! – rozkazałem.

Nie posłuchał. Był zdezorientowany i nie wiedział, na kogo skierować 

większą uwagę, na mnie, czy na ścigających. Nagle wykonał taki ruch, 

jakby   się   zdecydował   posłać   mi   kulę,   wobec   czego   niewiele   myśląc, 

strzeliłem mu w nogę pod kolanem.

Zwalił się z konia. Zeskoczyłem ze swojego i wdarłem się na zbocze. 

Nie   wiem,   jakie   miał   zamiary,   dość   że   czołgał   się   w moim   kierunku 

uzbrojony   jak   poprzednio.   Kazałem   mu   rzucić   rewolwery   grożąc,   że 

w razie oporu dostanie drugą kulę. Zawahał się, ale nie protestował. Cisnął 

je daleko od siebie, z piersi jego wydarł się głuchy jęk. Pościg był tuż-tuż. 

Za chwilę nad krawędzią skalną ukazała się głowa Bresslera i jego ludzi. 

Oddałem im jeńca, a sam pojechałem przodem.

–   Czy   Bressler   opowiedział   ci,   dlaczego   doszło   do   strzelaniny?   – 

zapytał McGregor.

– Tak jest. On i chłopcy stali na czatach, tak jak im kazałeś, luzując się 

nawzajem co pewien czas. Bressler przyznał się, że twój plan wydawał mu 

background image

się   wariacki   i bezpodstawny.   Myślał   już   o tym,   żeby   posłać   do   ciebie 

gońca z radą, ażebyś ich odwołał, gdyż nic z tego nie będzie. Ale wreszcie 

na dwie godziny przed zachodem słońca usłyszeli tętent kopyt końskich 

i niebawem   z wąwozu   wynurzył   się   Dorr.   Jechał   ostrożnie   stępa, 

rozglądając się na prawo i lewo. W odległości pięćdziesięciu kroków od 

czujnych oczu Dorr zsiadł z konia i poszedł dalej  pieszo. Bressler  miał 

wrażenie, że liczył kroki.

Kiedy uszedł jakieś czterdzieści kroków, osunął się na kolana i zaczął 

rozkopywać   rękami   piasek.   Trwało   to   minutę.   Pod   warstwą   piasku 

znajdowała się warstwa kamieni.. Wybrał je pospiesznie, po czym wyjął 

coś   z dziury   i schował   do   kieszeni   tak   błyskawicznym   ruchem,   że 

czatownicy nie zdążyli zauważyć, co to było. Ale to coś nie zadowoliło go 

widocznie, bo szukał w dalszym ciągu, rozgrzebując piasek z prawdziwie 

psią pasją. Wreszcie podniósł się i stanął bezradnie nad rozkopaną dziurą. 

Nagle   zacisnął   pięści,   potrząsnął   nimi   w powietrzu   i prawdopodobnie 

zaklął, bo poruszył wargami.

Bressler osądził, że czas działać. Wystąpił i wycelowawszy do niego 

z rewolweru, kazał mu podnieść ręce do góry. Opryszek, widząc, że jest 

schwytany   w pułapkę,   nie   stracił   głowy,   lecz   uniesiony   desperacką 

odwagą, rzucił się do ucieczki. Bressler  strzelił  za nim,  ale chybił. On 

tymczasem obiegł skałę, dopadł konia i skoczył na siodło. Dalej już wiesz, 

jak było.

–   Czy   Bressler   sprawdził,   co   on   wyjął   z tej   dziury?   –   zapytał 

McGregor.

– Nie. Mówił, że go nie rewidował, pozostawiając to tobie. Na Boga, 

Bert,   ale   ty   masz   głowę   na  karku.   Z pewnością   Dorr   wyjął  z kryjówki 

background image

pieniądze   zrabowane   Moody’emu.   Nie   rozumiem,   jak   tyś   to   mógł 

wykombinować.

– Cóż w tym nadzwyczajnego? – uśmiechnął się McGregor. – Przyszło 

mi  to   do  głowy,  kiedy   czatowałem   wtedy   w nocy   na  Dorra.   On  i jego 

kamraci   urządzili   zasadzkę   w tamtym   miejscu.   Pomyślałem   sobie,   że 

musieli   je   dobrze   znać.   Z tego   zrodziła   się   hipoteza,   że   jeżeli   to   oni 

obrabowali   Moody’ego,   to   mogli   schować   swój   łup   właśnie   tam 

u rozstajnych dróg.

Zwrócił się do Anny.

–   Chciałbym   pomówić   z pani   bratem   o Harbordzie   i jego   planach   – 

rzekł. – Może by pani była łaskawa zostawić nas samych?

– Wolę zostać – zaoponowała. – Nie będę się niczemu sprzeciwiała.

– Dobrze – ustąpił Bert. – Co Harbord mówił, Jimie?

–   Nie   podoba   mi   się   ten   pojedynek   –   zaczął   Hammersley.   – 

Harbordowi się zdaje, że stanie po prostu naprzeciwko ciebie i powali cię 

jednym strzałem. Czysty nonsens! Wie, jak dobrze strzelasz, i rozumie, że 

przy takiej rozprawie szanse przeciwników są równe. Pomimo to nie chce 

mu   się   pomieścić   w głowie,   że   ty   mógłbyś   go   przedziurawić.   Moim 

zdaniem on coś knuje.

– Nie sądzę – odparł McGregor. – Jest tylko święcie przekonany, że mu 

nie sprostam. Ludzie pod wpływem nienawiści często tak rozumują.

–   Proponuję,   żeby   spotkanie   odbyło   się   w taki   sposób   –   ciągnął 

Hammersley – ja, ty, on i jego rządca spotkamy się w dolinie, tam gdzie 

polowaliśmy na dzikiego ogiera. O wschodzie słońca. Ty i on będziecie 

uzbrojeni, każdy w dwa rewolwery. Ja i jego rządca staniemy z boku. Ty 

odejdziesz na jeden koniec doliny, a on na drugi. Ja albo rządca damy 

background image

wystrzałem   znak,   że   macie   zaczynać.   Wtedy   wy   ruszycie,   strzelając. 

Częstość i kolejność strzałów – dowolna; jak który zdąży czy potrafi.

– Ależ to barbarzyństwo! – krzyknęła Anna. – Harbord musiał oszaleć.

–   W każdym   razie   jest   bliski   szaleństwa   –   odpowiedział   brat.   – 

Kombinacja zranionej dumy i nienawiści zdolna jest zamienić człowieka 

w szatana. Koniec końców gotów jest do rozprawy i nie wątpi, że wyjdzie 

z niej cało twoim kosztem.

Anna   otworzyła   usta,   jakby   chcąc   oponować,   ale   się   nie   odezwała. 

W ciszy nocnej rozległ się tętent kopyt gromadki koni, idących ostrożnie 

stępa. Po pewnej chwili z ciemności wyłoniła się czarna masa. Na przedzie 

jechał   Bressler,   mając   obok   siebie   Dorra,   który   leżał   na   swoim   siodle 

twarzą do łęku.

Stary hodowca zeskoczył z konia i podszedł do McGregora.

– Hammersley wszystko panu powiedział? – zapytał.

– Tak jest – potwierdził młody człowiek. – Wniesiemy tego ptaszka do 

domu i spróbujemy się z nim rozmówić.

We   dwóch   ściągnęli   z konia   rannego   łotrzyka,   który   nie   stawiał 

żadnego   oporu,   wnieśli   go   do   bawialni   i złożyli   na   sofie.   Anna, 

Hammersley i ludzie Bresslera pozostali na dworze.

– Najpierw obejrzymy ranę – rzekł McGregor.

– Jak chcecie – powiedział Dorr.

Okazało się, że kula przeszyła udo, nie naruszając kości. Rana była 

czysta.   Bressler   przyniósł   od   gospodarza   butelkę   jakiegoś   płynu 

antyseptycznego i Bert zabrał się do opatrunku.

– Nie masz się czego obawiać, Dorr – rzekł skończywszy. – Czy chcesz 

doktora?

background image

– Teraz nie – warknął kowboj. – POczekam do rana i zobaczę, czy nie 

będzie   gorączki.   Co   wy   sobie   myślicie,   łajdaki!   Każę   was   wszystkich 

aresztować.

– Dobrze – zgodził się McGregor. – A tymczasem zobaczymy, co masz 

w kieszeniach.

– Precz z rękami! – wrzasnął Dorr. Poślijcie po Sobeya. Mam prawo 

żądać adwokata! Czy to ty jesteś szeryfem? Nie masz prawa robić rewizji 

osobistej!

– Spróbuję! – odparł Bert.

Zaczął ściągać mu kurtkę. Dorr pomimo bólu w ranie opierał się tak 

gwałtownie, że Bressler był zmuszony przycisnąć go do sofy. Bert wsunął 

rękę w wewnętrzną kieszeń i wyciągnął z niej kilka zwitków banknotów.

– Czy to wszystko, Dorr? – zapytał.

Opryszek zacisnął usta i nie odpowiedział.

– Byłem przy kryjówce – wtrącił Bressler. – Znajdowały się w niej 

pewne drobiazgi: kołnierzyki, krawaty, szczotka, grzebień. Ale pieniędzy 

nie było.

– Wiem – rzekł McGregor. – Chodź pan ze mną.

Przeszli do kuchni.

– Czy Dorr mówił coś panu? – zapytał młody człowiek.

–   Początkowo   pienił   się   i klął   jak   wściekły   –   odpowiedział   stary 

hodowca.   –   Potem   nagle   umilkł,   położył   się   na   koniu   z powodu   bólu 

w nodze i pogrążył w myślach. Pewnie nigdy w życiu nie wysilił mózgu 

do tego stopnia. Wie, że wpadł i szuka na gwałt ratunku.

– Mam  wrażenie,  że  to  jest  człowiek,  który  dla  uratowania  własnej 

skóry nie cofnie się przed wydaniem wspólników – zauważył McGregor.

background image

– I mnie się tak zdaje.

– Niech pan wyjdzie na dwór i zostawi nas samych – zaproponował 

Bert. – Może uda mi się wziąć go na spytki.

Bressler wyszedł, a McGregor powrócił do bawialni i usiadł na sofie 

koło rannego. Milczał. Dorr patrzył w sufit. Leżał zupełnie nieruchomo 

z zaciśniętymi   mocno   ustami   i zmarszczonym   czołem.   Bert   również 

znieruchomiał   jak   posąg.   W pokoju   panowało   głębokie   milczenie, 

przerywane tylko cykaniem zegara. Z dworu dochodziły od czasu do czasu 

odgłosy, spowodowane przez konie, a poza tym nic. Nikt się nie odzywał, 

nikt nie rozmawiał.

McGregor czekał, jaki wpływ wywrze na Dorze jego cierpliwa, cicha 

warta.

background image

XXI

Oskarżenie

Upłynęło pół godziny. Dorr poruszył się i przełknął ślinę. McGregor 

udał,   że   tego   nie   zauważył.   Dorr   odwrócił   głowę   i spojrzał.   W głębi 

pokoju na stole paliła się lampa oliwna i twarz Berta tonęła w cieniu. Dorr 

uniósł głowę.

– Dokąd Bressler poszedł? – zapytał z niepokojem.

– Pewnie jest przed domem.

– Więc kto pojechał po szeryfa?

– Nikt.

–   Chcecie   mnie   zdenerwować   –   warknął   bandyta.   –   Myślicie,   że 

takiego jak ja łatwo doprowadzić do ostateczności. Mylicie się! Gdybym 

był na nogach, dałbym sobie z wami radę.

Dorr   dźwignął   się   powoli   i usiadł.   W jego   oczach,   utkwionych 

w twarzy Berta, płonęła wściekłość.

– Chciecie ubić ze mną jakiś targ? – zapytał.

– Nie!

–   Cóż   wy   macie   przeciwko   mnie?   –   wrzasnął.   –   Cóż   z tego,   że 

wykopałem   z piasku   garstkę   banknotów?   To   była   tylko   mała   część 

pieniędzy po Moodym. Czy myślicie, że zabiłbym człowieka po to, żeby 

zawładnąć tylko dziesiątą  częścią łupu? Czy macie mnie aż za takiego 

durnia?

McGregorowi przyszła pewna myśl.

– Nie mam ciebie wcale za durnia, Dorr – odpowiedział – pomimo to, 

że pozwoliłeś się nabrać.

background image

– Kto mnie nabrał? – zapytał opryszek.

– Ten – odparł z uśmiechem Bert – kto cię uprzedził i zabrał większą 

część łupu.

Dorr   wybuchnął   śmiechem   i McGregor   zrozumiał,   że   tym   razem 

popełnił   omyłkę.   Dlaczego?   Czyż   taki   Barlow   na   przykład   nie   mógł 

oszukać wspólnika?

Wstał z sofy i jął krążyć po pokoju ze spuszczoną głową i wzrokiem 

wbitym   w podłogę.   Wiedział,   że   jest   obserwowany   przez   Dorra   i że 

opryszek domyśla się jego zakłopotania. Ale mu to nie przeszakadzało. 

Musiał przeanalizować jego śmiech i dociec prawdy.

Znalazł rozwiązanie po upływie dziesięciu minut. Pewność Dorra, że 

nikt   nie   splądrował   piaskowej   kryjówki,   musiała   mieć   swe   źródło 

w fakcie, że tylko on sam o niej wiedział. Sytuacja mogła przedstawiać się 

tak, że Dorr zawładnął w jakiś sposób workiem Moody’ego i zakopał jego 

zawartość w górach. Niewątpliwie miał niewiele czasu na załatwienie tej 

czynności i w pośpiechu nie przeliczył nawet pieniędzy. Dlatego doznał 

zawodu.   Najwidoczniej   zamierzał   zabrać   cały   łup   dla   siebie   i zwiać. 

Odkrycie, że pieniędzy było o wiele mniej niż się spodziewał, wprawiło go 

we wściekłość. Sprawa zamordowania Moody’ego pozostawała w dalszym 

ciągu zagadką. A cenne dni mijały jeden po drugim. Henryk Hammersley 

czekał na śmierć, a Anna uginała się pod ciężarem trwogi i rozpaczy.

Dorr   wspominał   o targu.   Na   tę   myśl   Berta   przebiegł   dreszcz 

obrzydzenia. Gdyby wszedł z nim w konszachty, miałby wrażenie, że jest 

współwinny   zbrodni.   Musiał   jednak   ratować   Henryka   Hammersleya, 

a druga taka okazja mogła się już nie zdarzyć. A co będzie, jeżeli upłynie 

oznaczony termin i Henryk zawiśnie na szubienicy? Czoło Berta okryło się 

background image

kropelkami potu. Ujrzał w wyobraźni twarz Anny taką, jaką miałaby tego 

dnia.

Przestał się przechadzać, podszedł do sofy i pochylił się nad leżącym.

– Dobrze, Dorr – rzekł zdławionym głosem. – Dobijemy targu. Czego 

chcesz?

Dorr   spojrzał   na   niego   przenikliwym   wzrokiem,   jakby   chcąc   się 

upewnić, czy nie jest przedmiotem drwin, ale z twarzy McGregora biły 

taka   otwartość   i prawda,   że   przemówiły   nawet   do   tępej   wyobraźni 

opryszka.

– Czego chcę? Ano pomocnej ręki przy wygramoleniu się z tego bagna, 

w jakie wdepnąłem – odpowiedział. – Czy myślisz, że nie rozumiem, jak 

szkaradnie wpadłem? Odkopałem pieniądze po Moodym i zostałem przy 

tym złapany, a uciekając ostrzeliwałem się. Paskudna chryja.

– A ty co w zamian ofiarujesz? – zapytał ostrożnie McGregor.

– Ja? POwiem ci, kto zabił Moody’ego.

McGregor   doznał   dławienia   w gardle   i zrobiło   mu   się   gorąco.   Nie 

wierzył  własnym  uszom.  Czyżby  miał  osiągnąć   tak  prędko   cel  i oddać 

Annie olbrzymią przysługę, od której zależało jej szczęście?

– Jeżeli mi to powiesz, Dorr – odpowiedział szeptem – postaram się, 

abyś wyszedł z tej opresji bez szwanku.

–   Nie   potrzbujesz   się   starać   –   rzucił   ranny.   –   Przewieź   mnie   tylko 

w nocy z tego domu w pewne miejsce. Wolę na tobie nie polegać.

– Zgoda – przyrzekł Bert. – Zaraz.

Wyjął rewolwer i położył palec na cynglu. Był bardzo blady. Patrzył 

przez chwilę nieomal hipnotycznym wzrokiem na Dorra, który skulił się 

instynktownie i przywarł płasko do sofy.

background image

– Dlaczego tak na mnie patrzysz? – zapytał opryszek. – Wyglądasz, 

jakbyś chciał mnie zabić.

–   Słuchaj   –   zaczął   cicho   Bert   –   życie   bym   dał   za   to,   żeby   się 

dowiedzieć,   kto   zabił   Moody’ego.   Zawieram   z tobą   układ.   Nigdy   nie 

myślałem, że potrafię tak się zniżyć, ale zrobiłbym nie wiem co, byle się 

tylko   dowiedzieć.   A teraz   uważaj!   Potrafię   wyczuć,   czy   kłamiesz,   czy 

mówisz prawdę. Za kłamstwo – kula! Rozumiesz?

Twarz Dorra przeobraziła się momentalnie w maskę śmierci. Nie zdołał 

nawet opanować drżenia kącików warg.

– Rozumiesz? – powtórzył złowrogo McGregor.

– Rozumiem – odpowiedział szeptem ranny.

Przez długą chwilę leżał z zamkniętymi oczami. McGregor stał nad nim 

z rewolwerem w ręku. W końcu Dorr podniósł powieki. Wstrząsnął nim 

dreszcz trwogi i początkowo nie mógł się nawet odezwać. Miał wrażenie, 

że na szyi zaciska mu się żelazna obręcz.

– Harbord – wycedził z trudem.

background image

XXII

Słowo

McGregor pochylił się jeszcze bardziej i oparł lufę rewolweru o brzuch 

leżącego. Widać było, że pomimo wielkiego wzburzenia jest zdecydowany 

na wszystko.

– Kłamiesz, Dorr – rzekł – Harbord nie zabił Moody’ego. Nie było go 

wtedy na miejscu zbrodni. Ma alibi.

Na twarzy Dorra odmalowała się desperacja. Szarpnął się odruchowo, 

jakby chcąc odtrącić rękę prześladowcy, lecz rozsądek wziął górę.

Znieruchomiał.

– Wiem, że ma alibi – rzekł. – Chyba powinieneś wiedzieć, że taki 

spryciarz jak on nie wsadzi głowy w pętlę stryczka. Rzeczywiście, kiedy 

tamtego zabijano, bawił na ranczo u Hammersleyów. Przyjechał wcześnie 

rano, żeby sobie zapewnić takiego świadka jak panna Anna. Pomimo całej 

historii z Henrykiem, jej każdy by uwierzył. Ludzie ją poważają.

Słuchaj! Harbord chce ciebie sprzątnąć – po swojemu. On zawsze tak. 

Nigdy   nie   wystąpi   otwarcie   z rewolwerem   w ręku,   bo   wie,   że   mógłby 

wejść w zatarg z prawem. Więc chce urządzić wszystko tak, żeby wyszło 

na to, że ty pierwszy do niego strzelałeś,  a potem każe cię zakatrupić. 

Musisz się mieć na baczności.

– Kto ma mnie sprzątnąć – zapytał McGregor.

–   Skąd   ja   mogę   wiedzieć?   Wiem   tylko   tyle,   że   Harbord   nigdy   nie 

załatwia   porachunków   otwarcie,   honorowo...   Nie   spotkałby   się   z tobą, 

gdyby jego szanse miały być równe twoim. Trzeba znać człowieka. Chyba 

go już przejrzałeś?

background image

McGregor cofnął rewolwer i wyprostował się. Więc to dlatego Harbord 

tak nalegał na formalne rozstrzygnięcie sporu?

Obmyślając faktyczne morderstwo, udawał brawurową odwagę. Warto 

się było tego dowiedzieć.

– Zapamiętam to sobie, Dorr – rzekł po chwili namysłu. – No więc 

z czyjej ręki zginął Moody?

– Nie wiem.

– Widziałeś, jak go dobijali?

– Widziałem, ale...

–   Czekaj   jeszcze.   Dlaczego   złożyłeś   fałszywą   przysięgę   przeciwko 

Henrykowi Hammersleyowi?

– Zeznania moje i moich przyjaciół były do pewnego stopnia zgodne 

z prawdą   –   odpowiedział   ranny.   –   Wszystko   było   prawdą   z wyjątkiem 

tego, że nie Hammersley strzelał, ale ktoś inny. Hammersley był już wtedy 

tak daleko, że nie słyszał strzału. Harbord kazał nam przysiąc, że zabójcą 

był Hammersley.

– Jeśli nie kłamiesz, to Harbord nie jest człowiekiem, lecz szatanem – 

oświadczył Bert.

– Bo tak jest. Ma kupę pieniędzy i jego kowboje są specjalnie dobierani 

z takich,   co   to   nie   cofają   się   przed   niczym.   Rządca   –   krwawy   pies! 

Harbord zajechał nam drogę, kiedy już było po wszystkim i jechaliśmy do 

hrabstwa. Powiedział, że jeżeli nam życie miłe, to zeznamy tak i tak.

– Czy to ma zanaczyć, że on was czterech sterroryzował? – zapytał 

z niedowierzaniem McGregor.

Dorr zamknął oczy, jakby pod wpływem nagłego znużenia, i poruszył 

przestrzeloną nogą.

background image

– Ledwie żyję, McGregor – rzekł. – Daj mi się napić.

Bert przyniósł z kuchni szklankę wody i przytknął ją do ust rannego. Po 

chwili Dorr otworzył oczy.

–   To   było   tak   –   zaczął.   –   Po   zeznaniach   w sądzie   udaliśmy   się   do 

hrabstwa.   Ujechaliśmy   może   milę   –   licząc   od   miejsca   mordu   –   kiedy 

spomiędzy wzgórz wyjechali trzej nieznajomi ludzie. Kazali nam stanąć 

i trzymali tak przez godzinę. Potem nadjechał Harbord. Nie wiem, jak się 

to wszystko odbyło, ale zdaje mi się, że Harbord obsadził wszystkie tamte 

drogi z nakazem zatrzymania ewentualnych świadków zabójstwa. Czy to 

nie byłoby zgodne z jego praktyką, co, McGregor?

– Tak, on jest ostrożny – zgodził się Bert. – Więc jak to było z zabiciem 

Moody’ego?

– On i Hammersley  rozstali się na szlaku Camas. Przypuszczam,  że 

Hammersleyowi spieszyło się do domu, bo puścił konia galopem. Szlak 

Camas jest bardzo kręty i łatwo na nim zejść sobie prędko z oczu. Moody 

ujechał   niewielki   kawałek   drogi,   kiedy   zza   kępy   drzew   wystąpił   jakiś 

człowiek   i wziął   go   na   cel.   Moody,  jak   to   on,   przez   niedoświadczenie 

i głupotę sięgnął ręką po rewolwer i tamten go zastrzelił. Ciało zaciągnął 

na koniec szlaku, zabrał worek i ruszył w powrotną drogę.

– I wyście go zatrzymali – zauważył szyderczo McGregor.

–   Strzeliłem   za   nim   –   rzekł   Dorr.   –   Musiał   być   amatorem.   Cisnął 

worek, dopadł konia i uciekł. My zabraliśmy worek i zakopaliśmy go przy 

rozstajnych drogach.

– Nie zajrzawszy nawet do środka?

– Nie. I ruszyliśmy w drogę do hrabstwa. Spotkanie z Harbordem dało 

mi możność... ech, co tu gadać! Wiesz, jaka jest płaca kowboja. Człowiek 

background image

jest młody i chiałby się czasem zabawić. Gdybym nie wiedział, że Harbord 

jest   bogaty,   nie   poszedłbym   mu   tak   łatwo   na   rękę.   Przyrzekł   nam 

wszystkim   sowitą   zapłatę   i jeszcze   się   z tego   nie   wywiązał.   Kręci! 

Myślimy się z nim rozprawić.

Ostatnie słowa wydały się Bertowi bardziej  przekonywające. Jednak 

miał jeszcze wątpliwości.

– Dlaczego Harbord kazał zabić Moody’ego – zapytał.

–   Harbord   posiada   w tej   okolicy   pewnie   z dziesięć   tysięcy   akrów 

pustkowia, na którym rośnie tylko szałwia – odpowiedział Dorr. – Nie ma 

z tego   żadnej   korzyści,   ziemia   ta   niewarta   funta   kłaków.   Pełno   tu 

jałowizny. Nic tylko piach i szałwia! Otóż Harbord, dowiedziawszy się, że 

Moody chce kupić majątek, próbował go nabrać na kupno swoich ugorów. 

Moody   nie   dał   się   oszukać   i jednego   wieczoru   w zajeździe   dogryzł 

Harbordowi, że sprytny, ale gałgan. Od słowa do słowa, pokłócili się tak, 

że o mało nie doszło do strzelaniny. Harbord powiedział, że nie ścierpi, 

aby Moody pozostał w okolicy, a Moody odparł, że zostanie, bo mu tu 

dobrze. Później jeszcze coś musiało między nimi zajść, ale nie wiem co.

McGregor   usiadł   na   krześle   i zapadło   milczenie.   Mąciło   mu   się 

w głowie.   Myślał   intensywnie,   starając   się   ująć   opowiadanie   Dorra 

w logiczną całość. Coś tam było nie w porządku.

– Skąd wiesz, że Harbord maczał palce w zabójstwie Moody’ego? – 

zapytał. – Nie powiedział wam przecież tego.

Dorr uśmiechnął się i rzekł cicho:

– Chcesz dotrzeć do jądra sprawy za wszelką cenę, co? A więc powiem 

ci. Wiedzieliśmy, że Moody ma być zabity i dlatego czekaliśmy na szlaku. 

To,   co   zeznawaliśmy   o dziewczętach,   było   zmyślone.   Harbord   nie   taki 

background image

głupi,   żeby   wynajmować   zabójcę.   W tym   wypadku   wynajął   Sobeya, 

a Sobey   wynajął   trzeciego   i powiedział   nam,   co   będzie.   My   znów 

zaczailiśmy się na Moody’ego.

–   To   znaczy,   że   ty,   twoi   towarzysze   i Sobey   stanowicie   w gruncie 

rzeczy   jedną   spółkę   –   rzekł   McGregor.   –   Wszyscy   jesteście 

sprzymierzeńcami przeciwko Harbordowi?

– Sobeya poznaliśmy w Montanie przed przybyciem w te strony. Był 

zamieszany w sprawę bankructwa jednego banku i musiał opuścić miasto 

w ciągu dwóch dni.

– A więc uprawiacie w pięciu jedno rzemiosło i zjawiacie się zawsze 

tam, gdzie się szykuje okazja łatwego zarobku – rzekł Bert.

– Niech i tak będzie – zgodził się Dorr.

– Wiesz, Dorr, twój udział w tej sprawie pachnie jednak stryczkiem – 

zauważył McGregor. – Jesteś winny krzywoprzysięstwa! Bóg wie, czego 

jeszcze.   Wy   zakopaliście   worek   w górach?   Więc   jakim   sposobem 

znaleziono go w stodole Hammersleyów?

– Sobey go tam podrzucił. Odkopał go w nocy i to, co było w środku, 

zostawił, a sam worek zabrał.

– Musiał się bardzo śpieszyć, skoro nie spostrzegł, że cały łup wynosił 

wszystkiego sto dolarów.

– Chyba nie – odparł szyderczo opryszek. – Ja znalazłem sto dolarów, 

a co on znalazł, nie wiadomo.

– Więc posądzasz go, że was obrabował i puszczasz mu to płazem?

– Nie próbuj mnie tylko podjudzać, bo się nie dam.

–   Trzeba   będzie   zapisać   twoje   zeznania,   Dorr   –   rzekł   McGregor.   – 

Potem cię stąd zabiorę.

background image

Wyszdł do kuchni, zawołał Hammersleya i Bresslera, opowiedział im, 

czego się dowiedział. Powrócili we trzech do bawialni i Bressler spisał 

powtórzone zeznania rannego. Zajęło mu to pół godziny czasu.

Następnie Anna przygotowała żywność dla Dorra na kilka dni. Bressler 

zaś   porozumiał   się   ze   swymi   ludźmi   i upewnił,   że   odjazd   łotrzyka 

utrzymają w tajemnicy.

Bressler   i Hammersley   wynieśli   Dorra   na   dwór   i wsadzili   na   konia. 

Anna i McGregor pozostali sami.

– Co pan teraz zrobi? – zapytała. – To jest właściwie nie teraz, tylko po 

załatwieniu się z Dorrem.

Bert   popatrzył   na   nią   w milczeniu.   Pierwszym   jego   impulsem   było 

ukryć prawdę, ale jak zawsze, wyraz jej szczerej  twarzy zmusił  go do 

otwartości.

– Ktoś musi jechać po Harborda – rzekł. – I ja się tego podjąłem.

– Sam? – zapytała.

– Sam – odpowiedział. – Nie ma innego wyjścia. Nie mógłbym wziąć 

z sobą wiceszeryfa. Harbord chce się ze mną spotkać twarzą w twarz, nie 

wiem: szczerze czy nieszczerze, i muszę z tego skorzystać. Niech się pani 

nie martwi. Zeznania Dorra dużo pomogą pani bratu, jeżeli go nawet nie 

uniewinnią. No i przecież działamy w dalszym ciągu. Powrócę. Powrócę!

Twarz jej się rozjaśniła przelotnym uśmiechem. Uścisnęła go za rękę. 

Odwrócił się i wyszedł.

W   godzinę   później   dowiózł   Dorra   do   wskazanej   przez   niego   chaty 

w górach i tam go zostawił.

Wkrótce znajdował się w odległości ćwierć mili od ranczo Harborda. 

Sprawdził, czy rewolwery są w porządku i zajechał przed bramę.

background image

Dom   był   oświetlony   od   frontu.   W głębi   widać   było   inne   budynki, 

a wśród   nich   długi   barak   służbowy.   Ranczo   Harborda   było   rozległe 

i bogate.   McGregor   przypuszczał,   że   w baraku   kryje   się   co   najmniej 

dwunastu zabijaków. Wszak Dorr zeznał, że Harbord dobierał sobie ludzi 

tego pokroju, co on sam. Z pewnością byli gotowi wykonać każdy jego 

rozkaz.

McGregor zeskoczył z konia, przywiązał go do słupa, otworzył bramę, 

wszedł   i zamknął   ją   za   sobą.   Następnie   podciągnął   rewolwery   i ruszył 

śmiałym krokiem w stronę domu.

background image

XXIII

Twarzą w twarz

Stanął   pod   oknem   i zajrzał   do   środka.   Harbord   siedział   przy   stole 

z rewolwerem   u prawego   boku,   jak   zawsze   przygotowany   na 

niespodzianki. McGregor wszedł po cichu na ganek i zapukał do drzwi. 

Harbord wstał momentalnie, otworzył drzwi i ujrzał przed sobą wroga.

Przez chwilę stał milczący i nieruchomy. Bert zachował się tak samo. 

Spojrzeli   sobie   przeciągle   w oczy   i Harbord   pierwszy   spuścił   powieki. 

Zauważywszy,   że   gość   jest   uzbrojony   w dwa   rewolwery,   sięgnął   do 

swojego.

– Co pana sprowadza? – zapytał.

– Chciałem się z panem zobaczyć – odparł McGregor.

– W jakim celu?

– Wejdźmy do pokoju. Stojąc tak, jak stoję, nie jestem zabezpieczony 

od tyłu.

– Proszę wejść – rzekł po krótkim wahaniu gospodarz.

McGregor wszedł bokiem tak, aby ani na chwilę nie odwrócić się od 

przeciwnika.   Przeszli   w ten   sposób   sień   i Harbord   wszedł   pierszy   do 

pokoju. Gość deptał mu niemal po piętach.

– Siadaj pan! – zaprosił gospodarz.

– Będę stał – odpowiedział McGregor. – Tutaj. Pan może stanie tam. 

Nie będzie nas nic dzieliło.

Harbord,   najwidoczniej   bardzo   zdziwiony,   cofnął   się   na   wskazane 

miejsce pod ścianą.

– Może mi pan wytłumaczy, co pana tu sprowadziło – zaczął. – Nasze 

background image

spotkanie miało się odbyć rano.

– Ale już się nie odbędzie. Nie może być teraz o tym mowy.

– Zabrakło panu odwagi.

– Nie. Nie boję się pana ani w ogóle nikogo. Nie wiem, co by mi w tej 

chwili mogło grozić.

Jego   spokój   i panowanie   nad   sobą   wznieciły   w Harbordzie   nagły 

gniew.

– Proszę się wytłumaczyć, co pana tu sprowadziło – powtórzył z furią. 

– Chce mnie pan rozbroić?

– Jesteśmy obaj uzbrojeni – odparł Bert. – Wie pan, jak się posługiwać 

rewolwerem i ma pan do tego prawo.

– A jeżeli tego nie zrobię?

– To będę zmuszony rozbroić pana.

Harbord umilkł i McGregor zgadł, że namyśla się, czy użyć broni, czy 

nie. Postanowił, że nie.

– Nie może mnie pan rozbroić w moim własnym domu – oświadczył.

– Przekonałem się, że słusznie pana podejrzewałem – rzekł gość. – 

Nasza  ranna rozprawa  miała   być zasadzką.  Chciał  mnie  pan  po prostu 

zamordować. Ale nie ma o czym mówić. Zna pan Bresslera?

Harbord skinął głową.

– Otóż on i jego ludzie czatowali w górach przez dłuższy czas i dziś 

wieczorem nakryli Dorra, który przyjechał odkopać pieniądze zrabowane 

Moody’emu. Hammersley wsadził mu kulę w nogę, a Bressler wziął do 

niewoli.   Przycisnęliśmy   go   do   muru   i wyznał,   w jaki   sposób   zginął 

Moody.

– Ciekawe – zauważył Harbord. – To znaczy, że Henryk Hammersley 

background image

będzie uniewinniony?

– Jaki pan mądry – rzekł szyderczo McGregor. – Proszę się odwrócić, 

zabiorę rewolwer.

– Strach podejść twarzą w twarz?

– Dosyć nonsensów. I tak zmarnowałem sporo czasu. Odwróć się pan!

– Nie odwrócę się. Nie pozwolę się obrażać w swoim własnym domu. 

A rewolwer oddam. W przeciwnym razie pewnie by mnie pan zastrzelił. 

Chcę się dowiedzieć wszystkiego o Dorze. Wyjmę rewolwer sam i położę 

na stole.

Sięgnął wolno ręką do pasa. McGregor wyrwał błyskawicznym ruchem 

własny   rewolwer.   Harbord   tymczasem   wysunął   z futerału   swój   i, 

trzymając lufę ku dołowi, położył na stole. Gość celował mu w głowę.

– Mów pan teraz, kto zabił Moody’ego – rzekł Harbord.

– Nie wiem, co to był za jeden – odpowiedział McGregor. – Dorr nie 

chciał powiedzieć. Mówił, że pan wynajął zabójcę przez pośrednika.

– Co?

Harbord cofał się. Oczy wyszły mu na wierzch, a szczęka opadła na 

dół.

– Czy ten obwieś dał coś takiego do zrozumienia? – zapytał.

–   Nie   dawał   do   zrozumienia   –   odparł   ostro   McGregor.   –   Oskarżył 

wprost.

– Żeby ratować własną skórę, co? I pan go puścił wolno, tak?

– Moja rzecz. Zabiorę pana z sobą. Wiem, że ma pan w baraku bandę 

opryszków gotowych na każde skinienie. Proszę ich nie alarmować, bo 

będzie źle. Gdzie pański koń? W stajni czy w korralu?

– Nie pojadę z panem.

background image

– Pojedzie pan ze mną, choćbym nawet miał pana ogłuszyć i zabrać 

siłą.

– Dokąd chce mnie pan zabrać?

– Na ranczo Hammersleyów.

– Dobrze. Pojadę.

McGregor zrozumiał powód tej nagłej zgody. Harbord chciał zobaczyć 

Annę.   Chciał,   aby   poświadczyła   w obecności   ich   obu,   że   w chwili 

zabójstwa Moody’ego znajdował się w jej domu.

– Gdzie pański koń? – zapytał ponownie McGregor.

– W stajni.

– Chodźmy po niego.

Harbord   wyszedł   do   sieni.   Zdjął   kapelusz   z kołka   i obaj   wyszli   na 

dwór.   Udali   się   do   stajni,   gdzie   pod   czujnym  okiem   gościa   gospodarz 

osiodłał swego konia i wyprowadził go przed bramę. Za chwilę galopowali 

drogą. McGregor trzymał się uparcie tuż za jeńcem, nie równając się z nim 

i nie wyprzedzając.

Po   podwórzu   Hammersleyów   kręcili   się   ludzie.   Anna   była 

niewidoczna. Harbord zażądał widzenia się z nią.

– Gdzie siostra, Jim? – zapytał McGregor.

– Siedzi w domu i czeka.

– Panie Harbord – rzekł Bert – na nic się panu nie przyda apelować do 

panny Hammersley. Cóż ona może powiedzieć? Tyle tylko, że w godzinie 

zabójstwa był pan tutaj na ranczo. Nie oskarżamy pana o nic. Wiemy, że 

pan by tego osobiście nie zrobił. Oskarżamy pana o wynajęcie zabójcy.

– Powtarzam, że chcę się widzieć z panną Hammersley.

– Poproszę ją – rzekł Jim. – Ostatecznie może się pan z nią zobaczyć.

background image

Wszedł   do   domu   i powrócił   w towarzystwie   siostry.   Dziewczyna 

stanęła koło konia Harborda i spojrzała na niego.

– Prawda, że byłem tutaj na ranczo tego rana, kiedy zginął Moody? – 

zapytał Harbord.

– Prawda.

– Czy pani wierzy temu człowiekowi na słowo, że to ja wynająłem 

zabójcę.

– Nie tylko jego słowu. Dorr złożył zeznanie.

–   Dorr   jest   zwyczajnym   bandytą.   Krótko   mówiąc,   słowo   bandyty 

z jednej strony i nieznajomego włóczęgi z drugiej więcej dla pani znaczy 

niż moje.

– Pan McGregor nie jest włóczęgą.

Harbord wpadł we wściekłość. Wychylił się z siodła i zgrzytnął zębami.

– Wyście wszyscy jednakowi, Hammersleyowie. Hołota, ordynarna ho-

ło-ta! Mam was wszystkich po uszy!

– Panie Bressler – zapytał McGregor – czy mógłby pan użyczyć mi 

dwóch ludzi? Dziękuję! Niech pan im każe zawieźć Harborda do hrabstwa 

i poprosić szeryfa, żeby go zatrzymał dwadzieścia cztery godziny.

Bressler   wydał   rozkaz.   Dwaj   kowboje   wsiedli   na   konie   i wzięli 

Harborda między siebie.

–   McGregor   –   rzekł   jeniec   –   pytam   po   raz   ostatni:   jesteś   pan 

przedstawicielem władzy?

– Nie.

– Więc może tajnym wysłannikiem gubernatora?

– I to nie.

– W takim razie zapłacisz mi  pan za to. Szeryf nie uwięzi mnie  na 

background image

pańskie życzenie. Powrócę tu z rozkazem aresztowania pana.

– Proszę bardzo.

Harbord   wykręcił   koniem   i wyjechał   kłusem   na   drogę.   Eskorta 

pomknęła za nim. McGregor zwrócił się do Hammersleya:

– Teraz ja pojadę do miasta, Jim – rzekł – ty zostań z siostrą.

–   Chcesz   nakryć   resztę?   –   zapytał   przyjaciel.   –   Jadę   z tobą.   Nie 

wytrzymałbym tutaj. Annę zostawię pod opieką chłopców. Nic jej się nie 

stanie.

Nie   upłynęło   dziesięć   minut,   a drogą   do   miasteczka   pędziło   sześciu 

zbrojnych jeźdźców jako ekspedycja karna po Sobeya, Barlowa i dwóch 

innych.

background image

XXIV

Śmierć bandyty

Nie dojeżdżając do pierwszych budynków, zostawili konie koło drogi 

i udali się pieszo do domu adwokata. McGregor wbiegł na ganek i uderzył 

mocno w drzwi. Odpowiedziało mu milczenie. Zapukał jeszcze dwa razy. 

Cisza. Szarpnął za klamkę i przekonał się, że drzwi były zamknięte na 

klucz.   Zawołał   głośno   gospodarza   po   nazwisku.   Na   schodki   wszedł 

Bressler.

– Ani chybi zwiał – rzekł.

– Zdaje się – potwierdził McGregor.

–   Trzeba   w każdym   razie   zajrzeć   do   środka   –   zaopiniował   stary 

hodowca. – Prawo nie pozwala na takie rzeczy, ale musimy działać. Może 

natrafimy na jakiś trop.

Bert   skinął   głową.   Zeszli   z ganku   i obeszli   dom   naokoło.   Młody 

człowiek   otworzył   okno   za   pomocą   nożyka   i wdrapał   się   na   parapet. 

Dziesięciominutowe poszukiwania dały wynik ujemny. Dom był pusty.

Powrócił do Bresslera.

Wszyscy udali się uśpioną uliczką do cichego zajazdu. W korytarzu nie 

było nikogo.

– Gdzie pokój właściciela? – zapytał McGregor.

– Tam – wskazał Bressler. – Zaraz go obudzę.

Wszedł w boczny korytarzyk i po chwili rozległo się pukanie, a potem 

zaspany głos, skrzypnięcie klamki i cicha rozmowa.

Stary hodowca wrócił do towarzyszy.

– Barlow jest w zajeździe – oznajmił. – Co do Sobeya i tamtych dwóch, 

background image

to Bundy nie wie, gdzie się oni podziewają. Pokój Barlowa jest na piętrze, 

pod numerem szóstym.

– Zostawimy chłopców na dole i pójdziemy mu złożyć wizytę – rzekł 

McGregor.

Weszli po schodach i zatrzymali się przed wskazanym numerem. Drzwi 

nie były zamknięte na klucz. Wsunęli się do pokoju i McGregor zapalił 

światło. Na łóżku leżał człowiek, niezupełnie rozebrany, w takiej pozie, 

jakby się rzucił na pościel i momentalnie zasnął. McGregor spojrzał na 

umywalnię, na której stała butelka z resztką przejrzystego płynu.

– Raczył się, hycel – rzekł. – Mam nadzieję, że nie jest umarły dla 

świata.

Podszedł   do   łóżka   i potrząsnął   śpiącego   za   ramiona.   Barlow   wydał 

głębokie, jękliwe westchnienie.

– Psiakrew! – zauważył Bressler – musiał chlać parę dni z rzędu.

McGregor   wziął   szklankę   z umywalni   i chlusnął   wodą   na   twarz 

pijanego. Barlow stęknął i uniósł się nieco na posłaniu.

– Czego mnie u diabła budzicie wśród nocy? – warknął z irytacją.

– Gdzie twoi kamraci? – zapytał McGregor.

– Zwiali przedwczoraj. Dojadły im tutejsze stosunki!

– A gdzie Sobey?

– Pewnie u siebie w domu.

– Nie ma go. Uciekł.

– Uciekł? – zapytał bezmyślnie pijany. – Dokąd?

– Nie wiem. Pewnie mu się ziemia zaczęła palić pod nogami.

– Gdzie Dorr? – zapytał z kolei Barlow.

–   W chacie,   w górach,   z przestrzeloną   nogą   –   odpowiedział   Bert.   – 

background image

Udał się wieczorem do tej kryjówki. Zabrał pieniądze Moody’ego.

Opryszek spuścił nogi z łóżka.

– Czy to prawda? – zapytał.

– Czysta prawda.

– Dzieją się podejrzane rzeczy – rzekł Barlow. – Przedwczoraj dwaj 

moi przyjaciele dostali skądś jakieś pieniądze. Widzi mi się, że od Sobeya. 

Chciał pewnie, żeby się wynieśli. Zafundowali mi picie i zostawili trochę 

grosza.   Od   chwili   jak   drapnęli,   kręci   się   tu   koło   mnie   jeden,   pilnując, 

żebym nie wytrzeźwiał. Skończyły mi się wszystkie pieniądze. Poszedłem 

do   Sobeya   i powiedziałem   mu,   że   nazwałeś   mnie   zbirem.   Odrzekł,   że 

jesteś kłamcą i ofiarował mi pieniądze, żebym mógł zwiać. Nie wziąłem. 

Czekam na... to jest... to jest... Mówicie, że Dorr jest w chacie w górach? 

Znam   to   miejsce.   Sobey   tam   pojechał.   Ma   się   podzielić   z Dorrem 

pieniędzmi, a mnie do udziału nie dopuścić. Myślicie, że się przestraszę 

i zwieję, nie, ja nie taki jak tamci dwaj. Czy Dorr bardzo ciężko ranny?

– Nie. Ma przestrzelone udo.

– A gdzie jest koń?

– Razem z nim.

– To dobry koń i Sobey ma dobrego konia. Uciekną przez pustynię 

w stronę kolei żelaznej. Muszę iść po mego konia. Puśćcie mnie!

– Powoli, przyjacielu – rzekł McGregor, powalając go z powrotem na 

łóżko. – Muszę z tobą pomówić. Dorr zeznał, że zabójca Moody’ego był 

wynajęty przez Harborda. Czy to prawda?

Barlow oprzytomniał z lekka, a w oczach pojawił się wyraz chytrości.

– Dorr tak powiedział?

– Tak.

background image

– Jeżeli tak, to musi to być prawda. Dorr wszystko wie. Ja jestem jak 

tabaka w rogu.

– Możliwe – zgodził się Bert. – Utrzymasz się na koniu? Zabierzemy 

cię ze sobą.

–  POtrafię   jeździć   po   pijanemu,   na   trzeźwo,   na  śpiąco   i na   jawie   – 

odpowiedział kowboj. – Ale po co ja mam z wami jechać?

– Zobaczysz.

– Gdzie jest teraz Harbord?

– W więzieniu w hrabstwie.

Barlow ukrył twarz w dłoniach. Po chwili dźwignął się na nogi.

– Dobrze – rzekł. – Pojadę z wami.

Poszli razem do stajni po konia opryszka i wyruszyli w drogę. Kiedy 

dojeżdżali do chaty w górach, na niebie jaśniały pierwsze blaski jutrzenki.

–   Poczekajcie   tu,   chłopcy   –   rzekł   McGregor   i nim   zdążyli 

zaprotestować, ześlizgnął się z konia i pośpieszył do chaty z rewolwerem 

w ręku.

Zatrzymał   się   przed   samymi   drzwiami,   nadsłuchując.   Przez   długą 

chwilę panowało milczenie. Potem rozległ się przeciągły jęk.

Był to jęk świadczący o bólu. Następnie zaszemrało coś, jakby cichy 

szept,   i znów   zrobiło   się   cicho.   McGregor   otworzył   ostrożnie   drzwi 

i wszedł   do   izby.   Przy   szarym   świetle   świtu   rozróżnił   tapczan 

i spoczywającego na nim Dorra. Nikogo poza nim nie było. Bandyta leżał 

z zamkniętymi   oczyma,   z twarzą   białą   jak   ściana,   z ręką   zwieszoną 

martwo poprzez krawędź.

Bert   zbliżył   się   pośpiesznie   do   tapczanu   i pochylił   się   nad   rannym. 

Zauważył od razu, że cały przód jego koszuli jest mokry od krwi.

background image

– Dorr – szepnął przerażony.

Bandyta   otworzył   z wysiłkiem   oczy.   Zaczynały   zachodzić   mgłą 

śmierci.

– Co ci się stało? – zapytał przybyły.

Dorr   spróbował   odetchnąć,   wskutek   czego   czerwona   plama   na   jego 

piersi powiększyła się jeszcze, a z gardła wydobył się słaby charkot.

– Umieram, McGregor – powiedział cicho. – Och, Boże, umieram!

Bert wsunął mu ramię pod głowę. Jednocześnie drzwi otworzyły się 

i do  izby  weszli   Bressler  i Hammersley.  Jeden  rzut  oka  wystarczył  im, 

żeby się zorientować w sytuacji. Schowali rewolwery do pochew i zbliżyli 

się do tapczanu. Umierający podniósł na nich oczy.

–   Och,   lecę   w przepaść   –   wyszeptał.   –   Trzymajcie   mnie,   ludzie, 

trzymajcie!

Wyciągnął   rękę,   tak   jakby   to   chodziło   o fizyczną   pomoc.   Bressler 

schylił się i ujął go za nadgarstek.

– Kto ci to zrobił? – zapytał McGregor.

Ranny leżał przez chwilę z zamkniętymi oczyma tak nieruchomo, iż 

myśleli, że umarł. Nagle podniósł powieki i w źrenicach jego zamigotał 

słaby cień bezsilnego gniewu. Zebrał resztki sił.

– Był u mnie Sobey – odezwał się z trudem. – Mieliśmy się tu spotkać 

i podzielić pieniędzmi Moody’ego bez udziału Barlowa. Tamtych dwóch 

Sobey nastraszył, dał trochę pieniędzy i kazał zwiać. Tylko Barlow nie dał 

się   nastraszyć.   Uparł   się,   że   i jemu   coś   się   należy,  ale   my   od   samego 

początku nie mieliśmy zamiaru dopuszczać go do spółki. Myślałem, że 

jeżeli się tu dostanę, to Sobey pomoże mi w ucieczce.

Zobaczywszy, że jestem ranny, wściekł się. Opowiedziałem mu, co się 

background image

stało.   Powiedziałem,   że   oskarżyłem   Harborda,   żeby   was   zbić   z tropu. 

Musiałem   ci   coś   powiedzieć,   McGregor.   Musiałem   się   ratować.   Sobey 

zapytał   o pieniądze.   Powiedziałem   mu,   że   było   ich   bardzo   niewiele. 

Krzyknął,   że   kłamię,   że   zakopując   je   w górach   w nocy   widział   kilka 

paczek banknotów, że musiało  być tych pieniędzy bardzo dużo, że nie 

przeliczał ich wtedy, bo był zdenerwowany, i że chcą go widać oszukać. 

Zaczęliśmy   się   kłócić.   Skląłem   go   ze   złości   i kiedy   chciałem   wstać, 

wpakował mi kulę w piersi.

Opowiadający usiłował dźwignąć się na posłaniu, ale zabrakło mu sił.

–  Czy   to  już  dzień?   –   zapytał.   –   Sobey   opuścił   mnie   prawie   przed 

świtem. Nie mógł daleko ujechać. Miał jechać przez pustynię ku kolei 

żelaznej. Pamiętacie, jak to było z czekiem Hammersleya? Sobey dał mi 

go, żebym trzymał gębę na kłódkę. Miałem go w ręku, przeklętnika... Na 

miłosierdzie boskie, dajcie mi wody! Duszę się!

Koło  tapczanu stało  wiadro  wody postawione  tam  poprzednio przez 

Berta. Młody człowiek zanurzył w nim kubek i przytknął go do ust Dorra. 

Ranny napił się trochę i przymknął oczy.

– Czy tu jeszcze jesteście? – spytał.

–   Jesteśmy   –   odpowiedział   McGregor.   –   Czy   masz   coś   więcej   do 

powiedzenia?

Twarz opryszka jęła się oblekać woskową bladością śmierci. Poruszył 

głową i oblizał wargi.

– To, że Harbord jest łajdak. Chciał ciebie zamordować w pojedynku. 

Na rozstajach dróg czekaliśmy na ciebie z jego polecenia. I teraz znów, 

z powodu tego pojedynku, pytał mnie, czy nie podjąłbym się roboty. Nie 

uszedłbyś z życiem.

background image

Po krótkiej chwili kontynuował dalej:

–   Co   to   ja   ci   mówiłem...   że   Harbord   zabił   Moody’ego.   To   była 

nieprawda!

Urwał i zdawało się, że się zdrzemnął.

– Dorr! – rzekł szeptem McGregor. – Kto zabił Moody’ego?

– Sobey – odparł umierający. Głos uwiązł mu w gardle i mówił dalej 

przy akompaniamencie chrapliwego sapania. – Nas pięciu... ja, tamci trzej 

i Sobey...   myśleliśmy,   że   Moody   miał   masę   pieniędzy.   Szkoda   było 

marnować taką okazję. Sobey postanowił, że go ograbimy. Zdarzyło się, 

że Moody wyruszył w dalszą drogę na szlak Camas. Mieliśmy go napaść 

we czterech. Sobey miał nas tylko odprowadzić do połowy drogi. Ale go 

zmusiłem, żeby z nami pozostał i kazałem napaść na Moody’ego. Chłop 

postawił się okoniem i Sobey go zastrzelił. My we czterech udaliśmy się 

do   hrabstwa.   Przedtem   jeszcze   kazałem   Sobeyowi   schować   pieniądze 

w górach, a worek podrzucić w stodole Hammersleyów. Przez nas Henryk 

miał iść na szubienicę. Naturalnie wiedzieliśmy, że opuścił miasto razem 

z Moodym. Sobey jest teraz na pustyni. Łatwo go dogonić. Na pustyni! 

Nie... niedaleko. Daleko nie ujechał.

Porwała go czkawka, sine usta zabarwiły się krwią, zatrząsł się cały 

i otworzył oczy. Zdawało się, że wypatruje gasnącym wzrokiem twarzy 

pochylonych nad sobą ludzi.

– Umarł – rzekł McGregor, wstając z kolan. – Panie Bressler, może 

pańscy   chłopcy   zajmą   się   ciałem?   Pan   i Hammersley   pojedziecie   do 

hrabstwa i poprosicie o wypuszczenie Harborda na wolność. Powiecie mu, 

że dam mu zadośćuczynienie tak prędko, jak tylko będę mógł. Należy mu 

się to ode mnie. Chociaż i on mnie coś jest winien. Ale w porównaniu 

background image

z tamtym, to nic.

background image

XXV

Piasek i szałwia

Wyszli na dwór. Był już prawie dzień. Nad górami gorzała czerwona 

łuna wschodu. Zanosiło się na upał.

– Jadę, panie Bressler – rzekł Bert. – Sobey daleko nie ujechał.

– Słuchaj pan... – zaczął starszy człowiek.

– Jadę sam – przerwał mu łagodnie McGregor. – Niech mnie pan nie 

próbuje odwodzić od tego zamiaru, bo to się na nic nie zda. Będziecie tu 

wszyscy   mieli   dużo   roboty.   Hammersley   musi   jechać   do   siostry.   Wy 

musicie   się   zająć   Dorrem.   Zapłacił   za   swoje   grzechy   i należy   mu   się 

przyzwoita   ostatnia   przysługa.   Musicie   uwolnić   Harborda   z więzienia. 

Możliwe, że będzie się wściekał i że będzie z nim trochę kłopotu. Niech 

mi   któryś   da   butelkę   wody   i trochę   żywności.   Panie   Bressler,   w jakim 

kierunku mam jechać, orientując się według słońca?

– Słońce po prawej ręce i prosto przed siebie – odpowiedział hodowca. 

– Albo pan dogoni Sobeya, albo dotrze do miasta, zanim on je opuści.

Jeden z kowbojów podał butelkę z wodą i paczkę żywności. McGregor 

umocował   jedno   i drugie   u siodła   i dosiadł   konia.   Przez   chwilę   patrzył 

w milczeniu   na   ludzi,   a oni   na   niego,   potem   przemówił   łagodnie   do 

bułanka i zjechał na ścieżkę.

Minął pastwisko, przebył łożysko wyschniętego strumienia, zostawił za 

sobą długi wąwóz i wynurzył się na pustynny obszar piasków porosłych 

z rzadka   szałwią.   Jak   okiem   sięgnąć,   tylko   piasek   i szałwia.   Na   prawo 

widniał łańcuch wzgórz, zza których wzeszło słońce. McGregor jechał tak, 

jak mu powiedziano, mając wschód po prawej ręce. Bułanek zapadał się 

background image

po pęciny w sypkim piasku.

Ujechawszy milę, dostrzegł stratowaną kępę szałwii. Był to pierwszy 

znak, że przeszedł tędy koń.

Nie   było   czasu   do   stracenia.   Wszelkie   liczenie   się   ze   zmęczeniem 

zziajanego   bułanka   mogło   oznaczać   przegraną.   Upał   wzmógł   się   do 

niemożliwości.   Nad   rozpalonym   piaskiem   tańczyły   wiry   gorącego 

powietrza.   McGregor   wyjął   chustkę,   zawiązał   sobie   usta   i naciągnął 

kapelusz nisko na czoło. Ale musiał uważać na szlak i niebawem oczy 

napełniły mu się łzami, utrudniając patrzenie.

Po ujechaniu mniej więcej pięciu mil drogi, napił się wody z butelki 

i zwilżył koniowi pysk. Znów jechał niestrudzenie naprzód. Wzgórza po 

prawej ręce zmalały i znikły, ustępując miejsca pustyni. Nie pozostało nic 

prócz piasku: na prawo, na lewo i przed nim.

Jak dotąd nie było widać nigdzie żywej duszy.

I jeszcze dwie  mile  zostały  w tyle. McGregor rozglądał  się naokoło 

z niezmordowaną   czujnością.   Szałwia   stawała   się   coraz   rzadsza,   teren 

twardszy, a jazda lżejsza. Bułanek przeszedł w lekki kłus.

Niebawem   szałwia   znikła   prawie   zupełnie.   W dalekiej   perspektywie 

ciemniała   jeszcze   jedna   kępa   i Bert   postanowił   koło   niej   przejechać, 

choćby   mu   nawet   przyszło   zboczyć  lekko   z wytyczonej   według   słońca 

drogi. Sobey musiał  ją również minąć  i jego koń mógł  zostawić jakieś 

ślady.

Co to! – nie wykrzyknął tych słów, ale doznał takiego wrażenia, jakby 

krzyknął.   Podniósł   rękę   i przetarł   oczy.   Czyżby   się   ta   kępa   poruszała? 

Zatrzymał konia i utkwił wzrok w zagadkowym zjawisku.

Coś   się   tam   poruszało.   Światło   było   tak   silne,   tak   oślepiające,   że 

background image

uniemożliwiało   dokładne   widzenie.   Pomimo   to   McGregor   nabrał 

pewności, że dalekim, nieokreślonym przedmiotem nie była kępa szałwii, 

lecz człowiek na koniu.

Mógł to być tylko Sobey.

Dał   ostrogę   bułankowi   i przyspieszył   biegu.   Niezadługo   odległość 

dzieląca   go   od   zagadki   zmniejszyła   się   znacznie   i teraz   już   rozróżniał 

wyraźnie sylwetkę jeźdźca.

Tumany   piasku   podnosiły   się   coraz   wyżej   i było   ich   coraz   więcej. 

Jeden z nich, natrafiwszy na swej drodze na bułanka, osypał się na siodło.

McGregor parł wytrwale naprzód. Zbliżywszy się jeszcze bardziej do 

uciekającego, zobaczył, że był to rzeczywiście Sobey. Adwokat odwrócił 

się   w siodle.   Wiedział   już,   że   jest   ścigany   i popędzał   gorączkowo 

wierzchowca. Ale nie na wiele się to przydawało. Znużony koń ustawał 

z minuty  na minutę.  Bułanek również zaczął  przystawać. Zrobił  daleką 

drogę,   a tego   rodzaju   bieg   był   ciężki   nawet   dla   wypoczętego   konia. 

McGregor napił się znów trochę wody i odświeżył pysk bułankowi. To 

poskutkowało. Sylwetka ściganego stała się zupełnie wyraźna.

W dziesięć minut później dwaj ludzie znajdowali się już na odległość 

głosu.   McGregor   krzyknął.   Sobey   wykręcił   się   w siodle   i nagle 

z wysokości tylnego łęku strzelił do ścigającego. Należało się domyślać, 

że od chwili, gdy spostrzegł grożące sobie niebezpieczeństwo, miał broń 

w pogotowiu.

Bert   przewidywał,   że   dojdzie   do   wymiany   strzałów   i że   w takiej 

sytuacji   przeciwnik   będzie   miał   nad   nim   przewagę.   Sobey   gotów   był 

zabić.   McGregor   niezdolny   był   do   tego.   Co   najwyżej   mógł   zastrzelić 

człowieka w obronie własnego życia. Sobeya chciał jednak ująć żywego.

background image

Żałował, że nie zapytał Dorra, jak adwokat był zaopatrzony w naboje. 

Można było przypuszczać, że mu ich nie brakowało, bo po pierwszym 

chybionym strzale oddał od razu pięć. McGregor nie odpowiedział, wobec 

czego po paru chwilach czekania Sobey strzelił jeszcze pięć razy.

– Ma dwa rewolwery – rzekł do siebie ścigający. – Pewnie je teraz 

nabija.

Dał   ostrogę   koniowi,   ale   nie   ujechał   stu   kroków,   kiedy   adwokat 

przeszedł ponownie do ogniowego ataku.

Tym   razem   zatrzymał   wierzchowca   i stanął   na   wprost   przeciwnika. 

Kule   jego   przelatywały   niebezpiecznie   blisko   McGregora,   który   nie 

strzelał. Czekał, licząc wystrzały. Padło ich jedenaście. W końcu Sobey 

rzucił   się   do   gwałtownej   ucieczki.   Koń,   podniecony   hukiem,   dobywał 

ostatka sił.

Teraz zaczął strzelać McGregor. Sądził, że zagrożony atakiem Sobey 

nie odważy się nabić ponownie broni. Było do przewidzenia, że ostatni 

nabój   zachowa   na   decydującą   chwilę.   McGregor   wystrzelał   naboje 

z jednego rewolweru i oddał dwa strzały z drugiego. Nie starał się trafić. 

Chciał tylko zbliżyć się na taką odległość, aby przy ostatecznej rozprawie 

mieć jeszcze cztery strzały, a adwokat jeden. Naturalnie, w tym jednym 

strzale tkwiło wielkie niebezpieczeństwo. Sobey pragnął go zabić. To nie 

ulegało wątpliwości.

McGregor   wsunął   jeden   rewolwer   do   pochwy.   Zobaczył,   że   Sobey 

ścisnął konia kolanami. Prawa ręka adwokata spoczywała na tylnym łęku 

siodła. Nagle Bert szarpnął silnie za cugle od strony przeciwnika. Bułanek 

rzucił   się   w bok   i w tej   chwili   koło   skroni   jeźdźca   świsnęła   kula. 

Niebezpieczeństwo   minęło.   Oddał   dwa   strzały   w powietrze   i ruszył 

background image

galopem z miejsca.

Sobey   stracił   głowę.   Zaczął   się   szamotać   ze   swoim   koniem,   ale 

zwierzę,   zamiast   pójść   naprzód,   cofnęło   się.   McGregor   zrównał   się 

z nieprzyjacielem.

Sobey odwrócił się w siodle. Twarz miał szarą, usta otwarte, a oczy 

wysadzone na wierzch. Raz jeszcze spróbował dać ostrogę koniowi, lecz 

było już za późno. McGregor odebrał mu cugle, odtrącił rękę bijącą go 

kolbą nie nabitego rewolweru i przytknął do boku jeńca lufę swojego.

– Spokojnie, mój panie – rzekł McGregor chłodno. – Nie chcę pana 

zabijać, ale w razie oporu nie będę miał  innego wyjścia. Proszę rzucić 

rewolwery. Są nie nabite i na nic się już panu nie przydadzą.

Sobey   zaklął   dziko   i oczy   jego   przemierzyły   pustynię   jakby 

w poszukiwaniu ratunku. Ale naokoło nie było widać nic oprócz piasku 

i majaczących na południowym zachodzie dalekich gór.

Zaklął jeszcze raz, cisnął rewolwery i osunął się bezsilnie na łęk siodła. 

McGregor schował broń. Po nerwowym napięciu ostatnich chwil przyszła 

reakcja   i zrobiło   mu   się   nieomal   słabo.   Nagle   Sobey   wyprostował   się 

i podniósł głowę.

– Czy pan zwariował? – zapytał.

–   Dorr   leży   martwy   w chacie   w górach   –   odpowiedział   spokojnie 

McGregor.   –   Pan   go   zamordował.   Zeznał   przed   śmiercią,   żeście   się 

pokłócili   i że   pan   do   niego   strzelił!   Oprócz   tego   zamordował   pan 

Moody’ego.   I to   również   zeznał   Dorr.   Co   mi   pan,   mecenasie,   na   to 

odpowie?

– Nie mam nic do powiedzenia. Dorr powiedział panu, że Moody’ego 

zabił Harbord.

background image

– Tak. Wiem. Chcieliście we dwóch wsypać Harborda – rzekł Bert. – 

Ale nic z tego. Czy pan zabił Moody’ego?

– Nie.

– Czy pan zabił Dorra?

– Nie.

– Proszę zsiąść z konia!

– Nie zsiądę.

McGregor zeskoczył z bułanka i ściągnął złoczyńcę z siodła.

– Stać spokojnie! – rozkazał.

Zauważył,   że   u siodła   jeńca   wisi   duża   torba   i odwiązał 

przymocowujące   ją   sznury.   Sobey,   odgadłszy   widocznie   zamiary 

przeciwnika, porwał się, aby mu ją odebrać. Młody człowiek opędził się 

jednym uderzeniem ręki i otworzył torbę. Wewnątrz kryła się manierka 

w skórzanym pokrowcu, chleb i mięso. W manierce bulgotała woda.

Sobey   nie   ustępował.   Bert   odepchnął   go   po   raz   drugi   i przełożył 

zawartość jego torby do swojej.

– Wsiadaj pan teraz!

– Co, mam wracać? – zapytał adwokat. – Wiem, co mnie czeka. Niech 

pan mi wpierw pozwoli się napić. Pali mnie w gardle.

– Panie Sobey – rzekł poważnie McGregor – nie chałbym być brutalny, 

ale nie widzę innego sposobu, żeby pana zmusić do szczerego wyznania 

prawdy.  Będę  pana trzymał  bez  wody,  dopóki  pan nie  umrze  albo  nie 

przyzna się do wszystkiego. Ma pan do wyboru. Na siodło!

Sobey zaczął drżeć. Ugięły się pod nim kolana. Przysunął się chwiejnie 

do swego konia i oparł o niego plecami.

– Człowieku, to będą tortury – ostrzegł.

background image

– Mus! Muszę z pana wydobyć prawdę, choćby torturami. Wsiadać!

Sobey wciągnął się z trudem na siodło. Był tak osłabiony, iż mogło się 

zdawać, że lada chwila zleci.

McGregor wskoczył na bułanka.

– W drogę! – zakomenderował.

Adwokat   ruszył   przodem.   Bert   tuż   za   nim,   zmuszając   swego 

wierzchowca do chodzenia ciągle w jedną stronę, tak że po chwili zaczęli 

się obaj kręcić w kółko jak w kieracie. Początkowo Sobey patrzył przed 

siebie   i dopiero   po   paru   takich   obrotach   rzucił   na  swego   prześladowcę 

spojrzenie   pełne   trwożnego   niedowierzania.   McGregor   nie   zwracał   na 

niego uwagi.

Upłynęło pół  godziny. Słońce stało  wysoko i jego gorące promienie 

paliły jak żywy ogień. Wiatr wzmógł się, tumany piasku zamieniły  się 

w prawdziwe   chmury   i sylwetki   obu   jeźdźców   stały   się   szare   od   pyłu. 

McGregor   czuł   piasek   w nozdrzach   i na   wargach   i zaczęło   go   palić 

okropne pragnienie. Pomimo to panował nad sobą i po wodę nie sięgnął. 

Chciał wypróbować na swojej osobie torturę zadaną Sobeyowi. Z drugiej 

strony miał wrażenie, że jest od niego wytrzymalszy.

Okazało się, że miał rację. Niebawem Sobey zatrzymał swego wolno 

stąpającego konia i obrócił się w siodle takim ruchem, jakby go wszystko 

bolało. Poruszył wargami, z których nie wydobył się żaden dźwięk.

– Pić, na miłosierdzie boskie! – wyseplenił niewyraźnie.

McGregor zsiadł z konia, wyjął swoją butelkę z wodą i odświeżył pyski 

obu   koniom.   Sobey   przyglądał   mu   się   jak   zahipnotyzowany,   śledząc 

wzrokiem każde jego poruszenie. Nagle młody człowiek szybkim ruchem 

przytknął   butelkę   do   ust,   wciągnął   parę   łyków   wody   i schował   ją 

background image

z powrotem.

– Och! – jęknął Sobey i umilkł. Zrozumiał, że przeciwnik nie żartuje.

– Przykro mi, mecenasie – rzekł Bert – ale nie ma rady!

I naprawdę żal mu było swej ofiary.

– Jazda! – rozkazał McGregor.

Adwokat siedział martwo  w siodle, niezdolny  ruszyć ręką czy nogą. 

McGregor uderzył jego konia i zaczęli znów jeździć jak w kieracie.

Młody   człowiek   obserwował   swego   jeńca   kątem   oka.   Początkowo 

Sobey   próbował   oblizywać   usta,   ale   język   przyklejał   mu   się   do   warg; 

próbował   przełykać,   ale   zaciśnięte   kurczowo   gardło   odmawiało 

posłuszeństwa.

McGregor pędził go wytrwale przed sobą, dopóki nie usłyszał, że ofiara 

zaczyna się zanosić konwulsyjnym suchym kaszlem. Pochylił się i wytężył 

wzrok, gdyż unoszący się w powietrzu piasek utrudniał widzenie. Sobey 

nie   wytrzymał.   Chwytał   powietrze   rozszerzonymi   nozdrzami   i ustami, 

zamykał i otwierał szybko oczy. Po policzkach toczyły mu się łzy.

Bertowi zrobiło się nagle niedobrze.

– Wody! – wyjąkał Sobey i dodał szybko chrapliwym szeptem: – Ja 

zabiłem   Moody’ego.   Ja   zabiłem   Dorra,   jeżeli   to   prawda,   że   nie   żyje. 

Wody, na miłosierdzie boskie!

– Z jakiego rewolweru, jakim nabojem? – zapytał prawie takim samym 

głosem McGregor.

–   Rewolwer   trzydzieści   dwa,   nabój   stalowy,   gwintowany.   Wody! 

Wody!

McGregor   zeskoczył   z konia,   wyszarpnął   z torby   manierkę, 

odkorkował i przytknął do ust mordercy.

background image

– Pij! – rzekł. – Tylko nie za dużo! Powoli!

Zdjął kapelusz i otarł ociekające potem czoło.

– Psiakrew! nie urodziłem się na kata! – mruknął półgłosem.

Sobey zapomniał o bożym świecie, pochłonięty wyłącznie gaszeniem 

straszliwego   pragnienia.   Trzymał   manierkę   w ręku   i pił   z niej   powoli, 

z przerwami,   delektując   się   każdą   kroplą.   W oczach   miał   wyraz 

niewymownej ulgi.

– Teraz pojedziemy – oświadczył McGregor.

Sobey oddał mu manierkę.

background image

XXVI

Coś innego

Kiedy Bert wjeżdżał na podwórze Hammersleyów, słońce kryło się już 

za górami. Na progu kuchni ukazali się Jim i Anna.

–   Pewnie   ledwie   żyjesz   –   rzekł   gospodarz.   –   Zsiadaj.   Ja   zajmę   się 

koniem.   Ania   czeka   z kolacją.   Na   Boga,   Bert,   jak   ty   się   postarzałeś. 

Przybyło ci najmniej dziesięć lat!

–   Lubisz,   jak   widzę,   mówić   komplementy   –   odpowiedział   gość, 

ześlizgując się z siodła. – Pewnie tobie odstąpiłem te dziesięć lat, bo słowo 

daję, odmłodniałeś!

– Przez cały dzień zachowywał się jak mały chłopiec – odezwała się 

Anna.

McGregor potraktował uwagę przyjaciela żartobliwie, lecz jego słowa 

dojadły mu do żywego. Zestarzał się o dziesięć lat? Może i Anna odniosła 

takie   wrażenie,   może   i jej   wydał   się   człowiekim   w średnim   wieku? 

Spojrzał na nią spod oka. Boże, jakże wypiękniała! Policzki miała silnie 

zarumienione,   a w oczach   radosne   światełka.   Wyraz   zmęczenia 

i wymizerowania zniknął bez śladu. Odmłodniała! Wszyscy odmłodnieli, 

tylko on jeden pozostał stary. Ha, trudno! Zrobił, co do niego należało. 

Pozostało tylko udzielić Annie wyjaśnień.

– Proszę do domu – rzekła dziewczyna.

Położyła mu rękę na ramieniu i wprowadziła do kuchni. Szedł sztywny 

i ciężko   znużony   długim   siedzeniem   w siodle.   W kuchni   rzucił   mu   się 

w oczy stół zastawiony smacznie pachnącym jedzeniem. Rzucił się na nie 

jak   wilk,   z błyskiem   w oczach.   Mógł   się   postarzeć   o dziesięć   lat,   ale 

background image

apetytu nie stracił. I kawa! Och, co za rozkosz!

W pół godziny później odsunął się od stołu.

– Teraz papierosa – zaproponowała dziewczyna.

–   Dziękuję   pani,   ale   nie   –   odpowiedział.   –   Wiem,   że   pilno   pani 

usłyszeć, jak to się wszystko odbyło. Od czego mam zacząć?

– Proszę skręcić papierosa – rozkazała Anna.

Posłuchał.   Zaciągnął   się   kilka   razy   dymem   i odetchnął   powoli. 

Hammersley   chyba   zwariował.   Przybyło   mu   dziesięć   lat,   jemu, 

McGregorowi? Chyba ubyło!

– Czy pan jest pewny, że mój brat zostanie uniewinniony? – zapytała 

dziewczyna.

–   Najzupełniej   –   odpowiedział.   –   Po   odjeździe   Jima   do   domu, 

poprosiłem szeryfa, żeby zatelefonował do gubernatora i powiedział mu, 

że   Sobey   i Barlow   są   już   za   kratkami   i że   Dorr   złożył   przed   śmiercią 

zeznania.   Gubernator   odpowiedział,   że   będą   do   załatwienia   pewne 

formalności, ale że brat pani zostanie zwolniony.

Usta pięknej dziewczyny zadrżały, a oczy napełniły się łzami.

– Nie potrzebuję chyba mówić, jak bardzo jesteśmy, jak bardzo jestem 

panu wdzięczna – rzekła. – Zawdzięczamy panu wszystko.

– Panno Anno – odparł – jeżeli pani i Jim macie dla mnie choć trochę 

sympatii, to nie będziecie nigdy wspominać o żadnej wdzięczności.

– Jim mówił, że Sobey był zupełnie załamany, kiedy go pan przywiózł 

do więzienia – rzekła. – Nie wyparł się później tego, co wyznał?

– Sobey jest tchórzem – odpowiedział. – Ludzie tego typu, co on, są 

zawsze tchórzami. Rzeczywiście, jest zupełnie załamany.

– Nie rozumiem, dlaczego on sam zabił Moody’ego – ciągnęła Anna. – 

background image

Dlaczego nie wyręczył się Dorrem lub którymś z pozostałych?

– Taki był jego początkowy plan – odparł. – Był inicjatorem zabójstwa 

i rabunku, ale samo zabicie powierzył tamtym czterem. Oni wymogli na 

nim, żeby im towarzyszył ze względu na ustalenie alibi. Znalazłszy się na 

miejscu,  zmusili   Sobeya, aby  sam  napadł  na upatrzoną  ofiarę.   Pamięta 

pani, że zjawili się u szeryfa bez broni. Przy wyjeździe z miasteczka Dorr 

miał  przy sobie rewolwer. Groził  Sobeyowi, że jeżeli sam nie wykona 

swego planu, to on go zastrzeli. Po zabiciu Moody’ego rzucił gdzieś swój 

rewolwer.   Tego   samego   dnia   wieczorem   Sobey   zawiózł   torbę   w góry 

i zakopał   pieniądze   w piasku.   Torba   została   podrzucona   w stodole 

u państwa.

– Czy to nie dziwne, że Sobey nie sprawdził, ile było tych pieniędzy?

– Było już ciemno i spieszył się. Zauważył tylko, że było kilka paczek 

banknotów, ale nie zwrócił uwagi na ich wartość.

– Jak to się stało, że szeryf obdarzył pana z miejsca takim zaufaniem? – 

zapytała Anna.

– Moja osoba nie odegrała w tym wielkiej roli. On sam miał widocznie 

wrażenie,   że   może   się   stać   komuś   wielka   krzywda.   Dowiedziałem   się 

dzisiaj,   że   telefonował   do   gubernatora   zaraz   pierwszego   dnia,   aby   mu 

pomógł.

– Czego się pan jeszcze dowiedział o Harbordzie? On nic nie winien, 

prawda?

– Nie w sprawie Moody’ego. Wtedy wieczorem na rozstajnych drogach 

zasadził na mnie Dorra i tamtych trzech. Miał coś przeciwko mnie. Sądzę, 

że   nie   powodowała   nim   zazdrość.   Nie   wiem.   Tego   dnia   kiedyśmy   tu 

ujeżdżali dzikiego konia, pojechał do miasta, gdzie spotkał się z Dorrem 

background image

i Sobeyem. Dorr zeznał, że jego wyzwanie miało na celu wciągnięcie mnie 

w morderczą   zasadzkę.   Nie   wiem.   Może   on   wtedy   nie   był   zupełnie 

poczytalny.

– Jim mówił, że przyrzekł mu zadośćuczynienie w pana imieniu. Czy 

pan sądzi, że on zechce teraz z panem walczyć?

–   Widziałem   się   z nim   –   odparł   wymijająco   Bert.   –   Sprawa   jest 

załatwiona.

– Czy...

–   O,   nie,   nie   doszło   do   strzelaniny.   Opuściliśmy   miasto   prawie 

jednocześnie. To jest ja dogoniłem go na drodze. POczątkowo szalał, ale 

później   uspokoił   się.   Opowiedziałem   mu   wszystko,   co   się   stało.   – 

I zrozumiał, że pańskie postępowanie było usprawiedliwione?

– Nie. Nie mogę tego powiedzieć.

– Jak się to spotkanie odbyło? – nalegała Anna.

– Dziwnie. Nie mogę sobie tego wytłumaczyć. Harbord, usłyszawszy, 

że go gonię, odwrócił się w siodle i wykręcił konia łbem do mnie. Czekał. 

Zatrzymałem się w odległości dziesięciu stóp od niego.

Był uzbrojony i tak wściekły, że mógł mnie zabić. A jednak nie sięgnął 

po broń. Nie wiem...

Anna spojrzała zaciekawiona.

– Jak się pan czuł, siedząc na koniu i czekając, co on zrobi? – zapytała 

cicho.

Gość przesunął ręką po włosach i przymknął oczy.

– Tak, jak nigdy w życiu – odpowiedział. – We wszystich opresjach, 

jakie przeżywałem, zawsze miałem wrażenie, że szanse są równe. Patrząc 

na niego, myślałem,  że nic mi  nie grozi. Nawet nie obawiałem się, że 

background image

sięgnie   do   broni.   I nie   sięgnął.   Patrzył   na   mnie,   a ja   mu   opowiadałem 

wszystko po kolei.

– Ma pan prawo rozstrzygnąć, co teraz zrobimy – rzekłem.

Obrócił koniem i zaczął odjeżdżać.

– Nie widziałem jeszcze takiej idiotycznej twarzy! – powiedział.

– Nie myślał pan w owej chwili wyłącznie o Harbordzie – zauważyła 

cicho dziewczyna. – O czym pan jeszcze myślał?

McGregor milczał zapatrzony w przestrzeń. Nagle zgniótł papierosa na 

talerzu, wyprostował się i spojrzał przenikliwie na dziewczynę.

–   Panno   Anno   –   rzekł.   –   Cieszę   się,   że   los   okazał   się   dla   nas   tak 

łaskawy.   Nie   przypisuję   sobie   najmniejszej   zasługi.   Chciałem   tylko 

przyjść   pani   z pomocą   w nieszczęściu.   Wiem,   że   pani   jest   szlachetną 

dziewczyną,   ale   nie   chcę,   żeby   pani   myślała,   iż   należy   mi   się   jakaś 

wdzięczność. Ja i pani jesteśmy skwitowani. O czym myślałem, siedząc na 

koniu   i patrząc   na   Harborda?   O pani.   Myślałem,   że   przyjadę   tutaj 

i zobaczę się z panią.

Pokochałem panią od pierwszego wejrzenia blisko rok temu. Było to 

ostatniej   jesieni   na   jarmarku.   Czy   pamięta   pani,   jak   zaszło 

nieporozumienie   z biletami   i z miejscami?   Pani   z bratem   siedzieliście 

w złym rzędzie, trochę za nisko. Niebawem zjawił się ktoś z biletami na 

wasze miejsca i musieliście ustąpić. Przez minutę pani stała, sprawdzając 

numery  krzeseł.  Ja znajdowałem się w odległości  blisko trzech  kroków 

i patrzyłem.   Nie   widziałem   oznak   zniecierpliwienia,   lecz   uprzejmy 

uśmiech.   Okazało   się,   że   prawdziwe   miejsca   były   tuż   koło   mnie.   Nie 

zwróciła pani na mnie najmniejszej uwagi i wcale się temu nie dziwię. 

Prześladowałem   panią   wzrokiem   przez   całe   trzy   dni.   Na   drugi   dzień 

background image

dowiedziałem się od jednego z moich przyjaciół jakie jest pani nazwisko. 

O,   nie   zdradziłem   się   ze   swoim   zainteresowaniem!   Dowiedziałem   się 

tylko, czego mi było potrzeba. Potem, kiedy pani odjeżdżała, byłem na 

stacji.   Powiedziałem   sobie,   że   nim   nadejdzie   następna   jesień,   poznam 

panią osobiście.

Powróciłem   do   swojej   roboty   i zacząłem   nad   sobą   pracować,   aby 

pozbyć   się   złych   nałogów.   Zastanawiałem   się   nad   swymi   słabostkami 

i szukałem sposobów, aby być lepszym. Na wiosnę czułem się już bardzo 

dobrze i zamierzałem  złożyć państwu wizytę, kiedy jak grom z jasnego 

nieba spadła na mnie podana w gazetach wiadomość, że brat pani został 

skazany na powieszenie.

Nie umiem wypowiedzieć, co się wtedy ze mną działo. Powiedziałem 

sobie,   że   kto   ma   taką   siostrę   jak   pani,   ten   nie   może   być   mordercą. 

Pospieszyłem   do   stolicy.   Zdążyłem   jeszcze   zastać   gubernatora,   który 

wyjeżdżał   właśnie   na   swoje   ranczo.   Źle   się   czuł,   był   nie   w humorze 

i początkowo   nie   chciał   nawet   ze   mną   gadać.   Powiedział,   że   zbadał 

dokładnie sprawę Hammersleya i że uważa ją za przesądzoną. Pokłóciłem 

się z nim wtedy. Byłbym stawił czoło samemu prezydentowi.

Może się to pani wyda przechwałką, ale byłem strasznie wzburzony. 

Śmieje się pani ze mnie?

– Och, nie – odpowiedziała Anna i McGregor zauważył, że w uśmiechu 

jej   było   coś   przejmującego.   –   Co   pan   powiedział   gubernatorowi,   że 

wreszcie ustąpił?

– O, coś niezbyt uprzejmego – odrzekł młody człowiek.

– Ale chyba ja to mogę usłyszeć?

– POwiedziałem mu tak: Jaki z pana gubernator zachodniego stanu? 

background image

Jaki z pana obywatel Zachodu? Wstyd mi za pana!

Udało mi się. Gubernator ma dwie ambicje: być dobrym gubernatorem 

i prawdziwym synem Zachodu. Odwrócił się na krześle i uderzył pięścią 

w stół.

– Co pan sobie myśli? – ryknął.

– To, co powiedziałem – odparłem. – Więc pan dopuści do tego, żeby 

dzielna  dziewczyna, prawdziwa kobieta  Zachodu miała  do końca życia 

dźwigać ciężar rozpaczy? Więc nie poda pan pomocnej ręki temu, kto ją 

chce ratować?

– Dobrze, żeś mi pan jeszcze nie pogroził rewolwerem – rzekł. – Proszę 

mi opowiedzieć wszystko, tylko prędko!

Opowiedziałem mu to, co przed chwilą pani. Kiedy skończyłem, już się 

nie   gniewał.   Siedział   przy   biurku   i patrzył   na   mnie   melancholijnym 

wzrokiem.

–   Młody   człowieku   –   powiedział   wreszcie   –   więc   to   jest   tak,   żeś 

widział tę dziewczynę tylko przez trzy dni i żeś nigdy z nią nie mówił, 

a pomimo to chcesz się dla niej podjąć takiej rzeczy?

– A cóż innego można zrobić? – zapytałem zdziwiony.

Milczał długo, nie spuszczając ze mnie oczu. Chwilami zdawało mi się, 

że patrzy na coś niewidzialnego. Nie wiem, o czym mógł myśleć, w końcu 

oprzytomniał i rzekł:

– Daję panu trzydzieści dni czasu. Niech pan wyrusza od razu.

– Wyruszam – odparłem, wstając.

– Słuchaj, młody człowieku! – zawołał, gdy już byłem koło drzwi. – 

A proszę   tylko   nie   dać   tam   nikomu   do   zrozumienia,   że   jesteś 

przedstawicielem   władzy   czy   też   moim   wysłannikiem.   Wolno   panu 

background image

działać, ale wyłącznie na własną rękę.

– Słucham, panie gubernatorze – odpowiedziałem i wyszedłem.

Leciałem tu jak wicher... Aniu.

Anna patrzyła mu przez chwilę w oczy. On na nią trochę smutnie.

– Patrzy pan teraz takim wzrokiem jak gubernator.

– Czy tak? – rzekł. – Gubernator myślał pewnie o sobie. Jest już siwy 

i ma około sześćdziesięciu lat. Nie wiem...

Dziewczyna wstała powoli z krzesła, wysoka i zgrabna. W oczach jej 

jaśniała   wielka   wdzięczność,   dobroć   i jeszcze   coś   innego.   To   coś 

poruszyło McGregora do głębi duszy. Ale on nie był pewny. Chodziło 

o wielką rzecz. Anna nie wiedziała, co to obawa lub nieśmiałość.  Bert 

obudził w niej ducha Zachodu, tak samo jak w gubernatorze.

Podeszła   do   niego   szybko,   pochyliła   się   i przytuliła   twarz   do   jego 

twarzy. Objęła go ramieniem.

– Bądź ostrożna – szepnął. – Nie pragnę niczyjej wdzięczności, nawet 

twojej.

– Masz ją od dawna – odparła. – A to jest coś innego!